background image

Gjersoe Ann-Christin 

 
 

Dziedzictwo II 18 

 
 
 

Niebiańska panna młoda

background image

Galeria postaci: 
Abelone Ladefoss 
- wdowa po Eriku Ladefossie 
Aksel Gimle - ojciec Abelone, właściciel Gimle 
Marie Gimle - najmłodsza, siedmioletnia siostra Abelone 
Jorgen Gimle - młodszy brat Abelone, dziedzic Gimle, 
niedługo skończy trzy lata 
Isak Gimle - brat bliźniak Jorgena 
Mały Erik - ośmiomiesięczny syn Abelone 
Blanche Bjerkely - kuzynka Abelone 
Alf Bjerkely - maż Blanche 
Helene Augusta - dwuletnia córka Blanche i Alfa 
Ellen Bjerregaard - siostra Abelone 
Ulrik Bjerregaard - mąż Ellen 
Bera - służąca w Gimle 
Hilmar - parobek w Gimle 
Sofie - pokojówka w Gimle 
Maline - nowa służąca w Gimle 
Anders - dawniej parobek w Gimle, wrócił po dwóch latach 
spędzonych na morzu 
Signe - gospodyni sierocińca 
Line - siostra Signe, pracuje w sierocińcu 
Pernille - niemowlę znalezione przez Blanche na schodach 
jej domu 
Anna Karoliusdatter - służąca w sierocińcu, matka Pernille 
Peder Johan Munthe - nowy pastor 
Pani Agnes - wdowa, bratowa i gospodyni pastora 
Greger Langaard - zarządca Ladefoss 
Marinius - parobek w Ladefoss 
Pan i pani Aarae - małżeństwo, które zaopiekowało się 
osieroconymi Amalie i Mathiasem 
Dyrektor banku Schmidt i jego żona - rodzice pani Aaroe 

Panna  Marstrand  -  strażniczka  w  szpitalu  dla  obłąkanych

background image


 
Blanche  postawiła  wodę  na  kawę  i  potarła  dłonią  powieki, 

próbując  zetrzeć  z  nich  resztki  snu.  O  tej  porze roku  zawsze 
miała problemy z  porannym wstawaniem. Słońce  wschodziło 
dopiero  późnym  rankiem,  a  popołudniem  bardzo  szybko 
nadchodził  zmierzch.  Jedyną  rzeczą,  z  której  można  się 
cieszyć, to zbliżające się Boże Narodzenie. 

Dokładała drewna do pieca, zastanawiając się nad tym, jakie 

będą  te  nadchodzące  święta.  Będzie  to  pierwsze  Boże 
Narodzenie,  które  spędzą  z  Alfem  w  Brzozowym  Zakątku. 
Myśl  o  tym  ekscytowała  ją,  czuła  się  niemal  przepełniona 
szczęściem. Wydawało się jej, że córka niczego nie pamięta z 
poprzednich świąt, ale w tym 

background image

roku dziewczynka rozumiała już przynajmniej tyle, że Boże 

Narodzenie to czas, którego wyczekuje się z niecierpliwością. 

Alf  podszedł  do  niej  od  tyłu,  objął  ramionami  w  pasie  i 

pocałował w szyję. 

- Helene Augusta jeszcze śpi? - zapytał cicho, w jego głosie 

słychać było ledwo skrywane pożądanie. 

Przycisnęła  się  plecami  do  jego  piersi,  napawała  dotykiem 

jego dłoni prześlizgujących się po jej ciele. - Tak, sypia zwykle 
dłużej, odkąd poranki są takie ciemne  - odpowiedziała. Wie-
działa, dlaczego Alf o to pyta. 

Odwróciła  się  do  niego,  odwzajemniła  jego  pocałunki. 

Próbowała nie zastanawiać się zbyt wiele nad tym, że mogłoby 
się  to  skończyć odmiennym  stanem.  Oboje  bardzo  chcieliby, 
żeby to wkrótce nastąpiło. Może coś złego się z nią stało przy 
porodzie Helene Augusty? Długo potem miewała bóle, a poza 
tym  Oskar  niejednokrotnie  nie  był  w  stosunku  do  niej 
delikatny. Może nie jest w już w stanie urodzić więcej dzieci? 
Myśl o tym przygnębiała ją - bardzo pragnę- 

background image

łaby, żeby Helene Augusta miała rodzeństwo. Sama zawsze 

bardzo za tym tęskniła. 

Alf  pogłaskał  ją  po  policzku  i  oparł  głowę  o  jej  czoło.  -  O 

czym myślisz? - zapytał cicho. - O listach? 

Upłynął już tydzień, odkąd na schodach Brzozowego Zakątka 

znalazła torbę na pieniądze. Od tamtego czasu szantażysta nie 
odezwał się już do nich. Może mimo wszystko to loża za tym 
wszystkim stała i dyrektor Schmidt zadbał, by szantaż więcej 
już się nie powtórzył. 

Pokręciła głową. To nie o tym myślała. 
Alf  przytulił  ją  do  siebie,  delikatnie  pocałował  w  usta.  - 

Pewnego  dnia  znów  będziesz  w  błogosławionym  stanie, 
zobaczysz - wyszeptał cicho. 

Miała już mu odpowiedzieć, kiedy usłyszała głos budzącej się 

Helene Augusty. 

- Mamo? Mamooo? 
Blanche  westchnęła  i  uwolniła  się  z  ramion  Alfa,  chociaż 

wiedziała, że mąż poczuje się głęboko rozczarowany. 

- Muszę iść na górę. 
Gdy weszła do pokoju, córka siedziała w swo- 

background image

  im  łóżeczku.  Jej  mała  twarzyczka  ciągle  była  jeszcze 

zaspana,  ale  dziewczynka  jak  zwykle  uśmiechała  się  już  od 
samego przebudzenia. 

- Helene Augusta nie śpi już. 
Blanche uśmiechnęła się do niej i podniosła ją z łóżeczka. - 

Dobrze spałaś? 

Dziewczynka  kiwnęła  głową  przecierając  oczy  i  zaczęła  się 

wiercić  na  rękach  matki.  Najwyraźniej  chciała  stanąć  na 
własnych nóżkach. Przechodzenie od snu do pełnej aktywności 
nigdy nie zabierało jej wiele czasu. 

Blanche  ubrała  ją  i  razem  zeszły  na  dół.  Alf  właśnie 

wychodził  na  zewnątrz,  żeby  przynieść  więcej  drewna. 
Zastanowiło ją, że nagle zatrzymał się na schodach i pochylił. 
W  tej  samej  chwili  do  domu  wślizgnął  się  ich  kot,  jak  cień 
przemknął się pod ścianą i natychmiast dał nura pod sofę. 

- Kotek, kotek! - zawołała Helene Augusta. 
-  Zostaw  na  razie  kotka  -  poprosiła  Blanche.  Dziewczynka 

potrafiła  czasem  nieco  zbyt  gwałtownie  obchodzić  się  z 
biednym zwierzęciem. 

- Blanche - usłyszała głos Alfa i odwróciła się 

background image

w jego stronę. W dłoni trzymał zawiniętą w brązowy papier i 

obwiązaną cienkim sznurkiem płaską paczuszkę. 

Popatrzyli na siebie. Blanche poczuła, jak rodzi się w niej i 

stopniowo  narasta  niepokój.  Kto  podłożył  pod  ich  drzwi  tę 
paczkę i co mogło znajdować się w środku? 

Razem  poszli  do  kuchni.  Alf  położył  zawiniątko  na  stole  i 

zaczął  odwijać  papier.  Ze  środka  wypadł  list,  ale  coś  innego 
przykuło jej uwagę- 

Wewnątrz znajdowała się jeszcze jedna, mniejsza paczuszka 

zawinięta w cienką, niebieską bibułę. 

-  Co  to  jest?  -  zapytała  Blanche  podnosząc  przedmiot. 

Drżącymi  dłońmi  odsunęła  bibułę,  spod  której  ukazał  się 
kawałek kartonu. 

- Odwróć to - poprosił Alf trzęsącym się głosem. 
Blanche  jak  oparzona  wypuściła  fotografię  z  rąk.  Zakryła 

dłońmi twarz, usłyszała swój własny, urwany krzyk. 

Alf pochylił się i podniósł zdjęcie. 
 

background image

- Co do jasnej... 
Blanche wpatrywała się w fotografię przedstawiającą Helene 

Augustę,  Alfa  i  ją  samą.  W  fotografię  wykonaną  przed 
tygodniem przez fotografa Blomquista. Jej twarzy nie było na 
niej,  ktoś  wyciął  ją  ze  zdjęcia.  A  na  sylwetkach  i  twarzach 
Helene Augusty i Alfa nakreślono gruby, czarny krzyż. 

- Mamo? 
Blanche natychmiast odwróciła się do córki. - Idź i poszukaj 

kotka, kochanie - odpowiedziała, próbując zachować spokój w 
głosie. Bezskutecznie. Córeczka nadal stała w miejscu, jakby 
wyczuwała, że coś jest nie w porządku. 

Blanche zaczęła nawoływać kota. Po chwili zwierzę opuściło 

swoją kryjówkę pod sofą. 

- Widzisz? Tutaj jest. 
Dziewczynka  na  szczęście  zainteresowała  się  zwierzęciem. 

Blanche  odwróciła  się  z  powrotem  do  Alfa,  który  nadal 
wpatrywał się w fotografię. 

- Kto mógł się zdobyć na zrobienie czegoś takiego? - zapytał 

cicho,  jego  głos  ochrypł  z  wściekłości.  Blanche  pokręciła 
głową, ujęła w dłoń list. 

 

background image

-  Przypuszczam,  że  to  ta  sama  osoba,  która  wysłała  nam 

poprzednie listy. 

Otworzyła  kopertę  i  wydobyła  znajdujący  się  wewnątrz 

arkusik papieru listowego. 

Musi  Pani  wiedzieć,  że  zaczynam  tracić  cierpliwość,  Pani 

Bjerkely. Moja najgłębsza nadzieja, że okaże się Pani rozsądną 
kobietę, najwidoczniej była płonna. Mam jednakże nadzieję, że 
mimo  wszystko  posłucha  Pani  mojej  sugestii.  Chcę  także 
zwrócić Pani uwagę na fakt, że już po raz ostatni oferuję Pani 
moje milczenie. 

Ponieważ nie spełniła Pani moich żądań, suma, którą winna 

mi Pani przekazać zostaje podniesiona. Jutro o tej samej porze, 
co ostatnio, przekaże mi Pani torbę z kwotą 3000 koron. Przez 
wzgląd na dobro Pani i Pani małej rodziny mam nadzieję, że 
zachowała Pani tę torbę. 

Pieniądze  winna  Pani  przekazać  w  taki  sam  sposób,  jak 

opisano poprzednio. 

Ręce  Blanche  drżały,  gdy  podawała  list  Alfowi.  -  List  jest 

niepodpisany - powiedziała. Pod 

 

background image

tekstem  znów  widniał  znak  czterolistnej  koniczynki,  który 

wyglądał,  zdaniem  Blanche,  jak  jakiś  nietypowy  druk  albo 
pieczątka. Lecz tym razem pod symbolem pojawiło się także 
coś nowego, coś, czego nie rozumiała. 

- La quatrième feuille - odczytała z wahaniem - To brzmi jak 

francuski. 

Słowa  nic  jej  nie  mówiły.  Widziała,  jak  drżą  z  napięcia 

mięśnie na szczęce Alfa, jego wargi zbielały. - Co to może być 
za świnia? 

Blanche usiadła, próbowała zebrać myśli. -Nie wiem, Alfie - 

popatrzyła na niego. - Jeśli pan Schmidt mówi prawdę i to nikt 
z loży... 

Alf walnął pięścią w stół. - Ależ oczywiście, że to jest ktoś z 

loży!  Ktoś,  kto  uważa,  że  w  ten  sposób  może  się  nieźle 
obłowić!  -  chodził  w  tę  i  z  powrotem  po  kuchni  raz  po  raz 
przeczesując palcami włosy - Trzy tysiące koron! - syknął. 

Śledziła go wzrokiem, wiedziała, że rozzłości go to, co zaraz 

powie. Zdecydowała się, nie wytrzyma już tego dłużej. Nie po 
tym, jak zobaczyła, co ten człowiek zrobił z jej fotografią. I w 
jaki sposób w ogóle wpadła w jego ręce? Bóg jeden 

background image

wie, do czego ten łotr może być zdolny, jeśli nie zapłacą. 
- Zapłacimy, Alfie. 
Popatrzył na nią rozwścieczony. - Nigdy! 
Wstała,  popatrzyła  na  Helene  Augustę,  która  na  szczęście 

była zupełnie pochłonięta zabawą z kotem. 

- Pomyśl o tym, Alfie. Weź ze sobą Andersa i kilku zaufanych 

robotników  z  kopalni.  Zostawimy  torbę  tam,  gdzie  nam 
napisał.  Gdy  zobaczysz  człowieka,  który  ją  odbierze, 
pójdziecie za nim. 

Na  szczęście  zachowała  torbę,  zamierzała  podarować  ją 

Signe. Alf popatrzył na nią z ukosa, zastanawiał się chyba nad 
jej pomysłem. 

- Nie miałbym nic przeciwko spuszczeniu mu takiego lania, 

żeby popamiętał na zawsze -wymamrotał niechętnie. - Ale co 
będzie, jeśli go nie złapiemy? 

- W takim razie jego żądania zostaną spełnione. 
Uniosła fotografię. To, co zrobił ze zdjęciem, śmiertelnie ją 

przeraziło. - On jest niebezpiecz- 

 

background image

ny, Alfie. Bóg jeden wie, co nowego może wymyślić. 
Alf  wziął  od  niej  zdjęcie.  -  Czy  nie  powinniśmy  po  prostu 

pójść na policję? - zapytał patrząc na Blanche. 

Pomyślała wcześniej o tym samym, ale teraz pokręciła głową. 

-  Policja  nic  w  tej  sprawie  nie  może  zrobić.  Wiedzą  o  tym 
szantażyście tyle samo, co my. Poza tym - odsunęła od siebie 
fotografię - jeśli skontaktujemy się z policją, będziemy musieli 
powiedzieć,  z  jakiego  powodu  jesteśmy  szantażowani. 
Podniosła  wzrok.  -  Co  się  stanie,  jeśli  nie  uwierzą  w  moją 
opowieść  o  tym,  co  naprawdę  wydarzyło  się  w  dniu  śmierci 
Oskara? 

-  Wcale  nie  byłoby to  dziwne. Alf  pokiwał  głową  powoli.  - 

Masz rację. Porozmawiam dzisiaj z Andersem. 

Podszedł do Blanche, ujął jej twarz w dłonie. Jego spojrzenie 

było ponure i przenikliwe. - Obiecuję ci, że ten łajdak już nigdy 
więcej nie będzie cię niepokoił - powiedział z przejęciem. 

Blanche położyła swoje dłonie na dłoniach 
 

background image

Alfa. Wiedziała dobrze, że ani Alf, ani Anders Inie potraktują 

łagodnie osoby, która ją szantażuj e - kimkolwiek by nie była. 

Blanche  mierzyła  wzrokiem  dyrektora  bantu  Schmidta, 

siedzącego  za  swoim  ogromnym  nurkiem.  Patrzył  na  nią 
pewnie,  wydawał  się  zdecydowany.  Teraz  nachylił  się  nad 
stołem splótł dłonie na blacie. 

Może  mi  pani  wierzyć,  pani  Bjerkely.  Przeprowadziłem 

prywatne śledztwo wśród braci. Wynikło z niego, że kierowane 
do pani groźby nie są autorstwa żadnego z nich - powiedział 
naciskiem. 

Blanche  otworzyła  torebkę  i  wydobyła  z  niej  ostatni  z 

otrzymanych  przez  nią  listów  z  pogróżkami.  Bez  słowa 
przesunęła go po blacie do dyrektora Schmidta. 

- Może pan przeczytać, co tym razem napisał - powiedziała. 

Już  wcześniej  oznajmiła  mu,  że  musi  podjąć  z  banku  3000 
koron i opowie- 

 

background image

działa  o  swoim  i  Alfa  planie  związanym  z  przekazaniem 

gotówki. Dyrektor Schmidt zaproponował, żeby nie wkładali 
do  torby  pieniędzy,  uważał,  że  to  zbędne,  skoro  Alf  i  tak 
planował napaść na szantażystę. Ale co stałoby się, gdyby plan 
się  nie  powiódł?  Osoba,  która  próbowała  wyłudzić  od  nich 
pieniądze  była  groźna,  dała  temu  dowód  kradnąc  fotografię. 
Jeśli szantażyście udałoby się wymknąć Alfowi i Andersowi i 
jeśli  w  torbie  nie  byłoby  pieniędzy...  Obawiała  się,  że 
znaleźliby się w jeszcze groźniejszej sytuacji. Tak czy inaczej, 
ktoś musiał ich śledzić już od dawna, szantażysta wiedział, że 
byli  u  fotografa.  Poza  tym  Alf  rozmawiał  z  panem 
Blomquistem  i  dowiedział  się,  że  w  jego  zakładzie  nie  było 
ostatnio  żadnego  włamania.  Fotograf  nie  zorientował  się,  że 
zdjęcie zniknęło, zanim nie zaczął go szukać. 

Dyrektor  pogładził  się  po  swojej  spiczastej  bródce,  z 

zamyśleniem  popatrzył  na  list.  -  La  quatrième  feuille  - 
powiedział powoli - To po francusku. 

Blanche kiwnęła głową. - Tak też mi się wydawało, ale nie 

znam francuskiego. 

 

background image

Schmidt popatrzył na nią znad okularów. - Ja też nie, ale moja 

żona jako młoda dziewczyna spędziła trochę czasu we Francji. 
Może ona będzie wiedziała, co to znaczy. 

Jeden  z  urzędników  bankowych  wszedł  do  gabinetu  i 

przekazawszy  dyrektorowi  Schmidtowi  plik  banknotów, 
wyśliznął się z pomieszczenia, cicho zamykając za sobą drzwi. 
Pan Schmidt podał jej pieniądze.  - Proszę obiecać, że będzie 
pani ostrożna - powiedział z ponurą miną. 

Blanche  kiwnęła  głową,  wzięła  pieniądze  i  wsunęła  je  do 

bawełnianego woreczka, który miała w torebce. - Chcę tylko, 
żeby  to  się  skończyło  -  odpowiedziała  i  pożegnała  się  z 
dyrektorem, który odprowadził ją do drzwi. 

Wyszedłszy na ulicę kurczowo ściskała torebkę. Przez chwilę 

stała jeszcze przed bankiem i rozglądała się wokół. Czy autor 
listu  był  tutaj?  W  takim  razie  wiedział,  że  ma  ze  sobą  3000 
koron. 

Myśl  o  tym  sprawiła,  że  serce  mocniej  zaczęło  jej  bić. 

Pożałowała  teraz,  że  nie  wzięła  sań.  Westchnęła,  szybkim 
krokiem ruszyła w górę 

background image

ulicy, w stronę sierocińca. Czy ktoś ją śledził? Rzuciła przez 

ramię ukradkowe spojrzenie. Widziała za sobą wielu ludzi, ale 
tuż za jej plecami kroczył młody mężczyzna, ubrany elegancko 
w ciemny płaszcz zimowy i cylinder. Ich oczy spotkały się na 
krótką chwilę. Czy to mógł być on? Jego spojrzenie było ostre, 
patrzył prosto na nią. 

Zdecydowała  się  ukosem  przeciąć  ulicę,  musiała  uskoczyć, 

żeby nie rozjechał jej rozpędzony konny zaprzęg. 

Popatrzyła na drugą stronę ulicy. Mężczyzna, który szedł za 

nią,  zniknął  w  sklepie  spożywczym  na  rogu.  Odetchnęła 
głęboko, poszła dalej ulicą i chwilę później skręciła w boczną 
alejkę. Tu było spokojniej. 

Zbliżała  się  już  do  sierocińca,  gdy  znów  usłyszała  odgłos 

kroków  za  sobą.  Najpierw  sądziła,  że  ktoś  idzie  w  pewnej 
odległości za nią, ale po chwili usłyszała, że kroki się zbliżają. 
Szybkie, zdecydowane. 

Nigdy nie powinna była zdecydować się na pójście do banku 

samotnie. 

 

background image

Gorączkowo  wpatrywała  się  w  zbliżającą  się  z  każdym 

krokiem kutą, żelazną furtkę prowadzącą na teren sierocińca. 
Już  za  chwilę  będzie  bezpieczna,  wiedziała  idącego  ścieżką 
ogrodową męża Signe, Solverá. 

Kroki  zbliżyły  się,  ale  teraz  była  już  niemal  przy  furtce.  - 

Solver!  -  zawołała  i  pomachała  do  męża  Signe,  który  z 
uśmiechem ruszył w jej stronę. Nikt w sierocińcu nie wiedział 
o  listach,  które  dostawała  i  tak  właśnie  powinno  zostać. 
Najlepiej  będzie,  jeśli  jak  najmniej  osób  będzie  cokolwiek 
wiedziało, w przeciwnym wypadku pojawiłoby się zbyt dużo 
pytań. 

-  Dzień  dobry,  pani  Bjerkely  -  przywitał  się  ciepło  Solver, 

otwierając jej furtkę. 

Odwróciła  się  w  stronę  ulicy,  teraz  odkryła,  że  kroki,  które 

słyszała  za  sobą  należały  do  kobiety.  Zawstydzona  przeszła 
przez furtkę i wymieniła parę grzeczności z Solverem. Będzie 
taka szczęśliwa, kiedy to wszystko się skończy! 

Miała tylko nadzieję, że ułożony przez Alfa plan zadziała. 

background image


 
Ellen  podeszła  do  jednego  z  foteli  stojących  w  pokoju 

dziennym. Ten akurat ustawiono tuż pod oknem, w wykuszu. 
Lubiła tu siedzieć, mogła od czasu do  czasu podnosić wzrok 
znad kart książek i patrzeć na ogród. 

Usiadła i rozejrzała się po pomieszczeniu. To przedpołudnie 

było podobne do wszystkich innych, które jak dotąd spędziła w 
szpitalu.  Po  śniadaniu  lekarz  porozmawiał  ze  wszystkimi 
pacjentkami  po  kolei,  a  teraz  kobiety  zebrały  się  w  salonie. 
Cztery  z  jej  towarzyszek  zgromadziły  się  w  kąciku  z  sofą, 
gdzie oddały się rozmowom i haftowaniu. Cecilia i Ellen były 
znacznie  młodsze  od  pozostałych  kobiet  i  wolały  raczej 
spędzać przedpołudnia samotnie, zajmując się 

background image

lekturą.  Tak  było  także  i  tym  razem.  Strażniczki  nie 

pozwalały, by pacjentki pozostawały same w swoich pokojach 
po  obchodzie  lekarskim.  Wydawało  się  jej,  że  Cecilia 
zdecydowanie wolałaby być sama, gdyby dano jej możliwość 
wyboru. Niewiele rozmawiała z innymi kobietami na oddziale. 
Ellen  także  miewała  czasem  ochotę  wycofać  się  do  swojego 
pokoju, ale pogodziła się już z tym, że to wbrew regulaminowi. 
Z czasem zrozumiała, że nie warto próbować robić tu niczego 
niezgodnego z regulaminem. Nie opłacało się. Doktor Juul był 
pedantem, można to było dostrzec od razu. 

Otworzyła książkę i wygodniej usadowiła się w fotelu. Wciąż 

jeszcze nie dostała z powrotem swoich rzeczy, ale mogła za to 
bez  ograniczeń korzystać  z  książek  stojących  na  półce  w  sa-
lonie.  Czytała  teraz  Sztukę  bycia  dobrą  córką,  żoną,  matką  i 
gospodynią. 
Zdaniem doktora Juula lektura tej właśnie książki 
miałaby przynieść jej wiele pożytku. 

Próbowała skoncentrować się na książce, ale jej myśli wciąż 

dryfowały gdzie indziej. Była już 

 

background image

w szpitalu od tygodnia, lecz Ulrik nie odwiedził jej ani razu. 

Panna  Marstrand  powiedziała,  że  nie  widziała  go  tutaj,  ale 
Ellen nie była pewna, czy może jej wierzyć. Po trzech dniach 
pobytu w szpitalu, gdy Ulrik wciąż się nie pojawiał, załamała 
się i wybuchnęła płaczem. Pani Figenschou zapytała ją, co się 
stało i wtedy Ellen zwierzyła się jej ze swojego zmartwienia. 

To, co pani Figenschou miała jej do powiedzenia, zaskoczyło 

ją  i  rozczarowało,  ale  jednocześnie  dało  pewną  nadzieję,  że 
Ulrik nie z własnej winy nie przyszedł dotąd w odwiedziny. 

Pani  Figenschou  miała chyba  już  za  sobą  wiele pobytów  w 

szpitalu  dla  obłąkanych,  choć  tym  razem  wkrótce  miała  już 
wrócić do domu. Powiedziała jej, że to samo przytrafiło się jej, 
gdy była tu po raz pierwszy. Czekała na wizytę swojego męża - 
na próżno. Po czasie dowiedziała się, że to lekarze odradzili jej 
mężowi  odwiedzanie  jej,  gdyż  ich  zdaniem  potrzebowała 
spokoju,  odpoczynku  i  izolacji  od  swojego  zwykłego  życia. 
Pani Figenschou nie powiedziano wtedy, że to właśnie z tego 
powodu jej mąż nie przyszedł. 

background image

Uzbrojona w tę wiedzę, Ellen postanowiła skonfrontować ją z 

tym, co ma do powiedzenia doktor Juul, ale ten zdecydowanie 
zaprzeczył,  by  taka  sytuacja  miała  mieć  miejsce  w  jej  przy-
padku. Dlatego też zażądała od niego informacji, czy coś złego 
nie  przytrafiło  się  Ulrikowi,  on  jednak  odparł,  że  jej  mąż 
miewa się jak najlepiej. 

Westchnęła. Tydzień. Tyle właśnie czasu miała tutaj spędzić, 

a  tego  przedpołudnia  miała  porozmawiać  z  profesorem 
Calmeyerem. O ile dobrze zrozumiała, tylko on był uprawnio-
ny  do  wypisania  jej  ze  szpitala.  Miała  nadzieję,  że  będzie 
mogła opuścić szpital jeszcze tego samego dnia. 

Jakby  profesor  mógł  cokolwiek  o  niej  wiedzieć!  Nie 

rozmawiała  z  nim  ani  razu,  odkąd  pojawiła  się  na  oddziale. 
Pani Figenschou miała na ten temat swoje zdanie. Powiedziała, 
że profesor wykazuje niewiele zainteresowania ich oddziałem, 
po  prostu  dlatego,  że  pacjentki  tutaj  nie  były  wystarczająco 
chore. W przypadku doktora Juula było wręcz przeciwnie, jej 
dolegliwości wzbudzały w nim żywe zainteresowanie. Na ko- 

background image

niec musiała mu szczegółowo opowiedzieć, co przeżyła i w 

jaki sposób ją to przeraziło. 

Raz  jeszcze  spróbowała  skoncentrować  się  na  książce,  ale 

nadał  bezskutecznie.  Lekarz  pytał,  czy  w  czasie  pobytu  w 
szpitalu  przestały  dręczyć  ją  wizje  i  zgodnie  z  prawdą 
odpowiedziała, że tak. Jego twarz pojaśniała wtedy z radości i z 
zadowoloną  miną  oświadczył,  że  leczenie  i  pobyt  w  szpitalu 
wydatnie jej pomogły. 

Osobiście bardzo w to wątpiła. Co stanie się, kiedy wróci do 

domu?  To  tam  umarła  ta  dziewczynka.  Nigdy  wcześniej  nie 
przeżyła  czegoś  takiego  i  to  także  powiedziała  lekarzowi. 
Mimo wszystko uważał, że to pobyt w szpitalu ją uzdrowił. 

Niech  będzie  i  tak.  Najważniejsze  teraz,  to  wrócić  jak 

najszybciej do domu. 

-  Pani  Bjerregaard?  Nagle  obok  niej  pojawiła  się  panna 

Marstrand.  Jak  zwykle  mówiła  cicho,  wszyscy  na  oddziale 
mówili w ten sposób. Nie wolno było podnosić głosu, nawet 
poruszać się trzeba było powoli i spokojnie. Czasami chciało 
się jej krzyczeć od tego spokoju i ciszy, ale zro- 

background image

zumiała już, ze nie byłoby to z jej strony zbyt rozsądne. 
- Profesor Calmeyer chce z panią porozmawiać, przyjdzie tu 

lada chwila. 

Podekscytowana poderwała się z fotela, gdy profesor wszedł 

do pomieszczenia. Uśmiechnął się i wyciągnął do niej rękę. 

-  Przepraszam,  że  nie  porozmawiałem  z  panią  po  pani 

przybyciu  tutaj,  pani  Bjerregaard  -powiedział.  -  Ale  mogę 
panią zapewnić, że doktor Juul szczegółowo opowiedział mi o 
powodzeniu  pani  pobytu  tutaj.  Wskazał  ręką  na  drzwi 
wyjściowe. - Może udamy się do pani pokoju i porozmawiamy 
na osobności? 

Czuła  zdenerwowanie,  gdy  wchodzili  do  pokoju.  Profesor 

odsunął stojące przy biurku krzesło i usiadł na nim, ona sama 
usadowiła się na łóżku. 

- Teraz może mi pani powiedzieć, co pani sądzi o pobycie u 

nas  -  zapytał  profesor  przekrzywiając  lekko  głowę  i 
uśmiechając się. 

Wydawało  się  jej,  że  w  jego  głosie  pobrzmiewały 

protekcjonalne nutki, ale przynajmniej za- 

background image

chowywał  się  w  sposób  przyjazny i  serdeczny. Doktor  Juul 

był zawsze taki małomówny, prawie szorstki. 

- Szczerze mówiąc nie wiem, co powiedzieć... 
- zaczęła. 
- Ale z tego, co zrozumiałem, podczas pobytu tutaj nie trapiły 

panią we śnie żadne wizje? 

Ellen kiwnęła głową, poprawiła się na łóżku. 
- Ma pan rację. 
Profesor  spoważniał.  -  Miło  mi  to  słyszeć,  to  dowodzi,  że 

leczenie działa. 

Nie  wiedziała,  co  odpowiedzieć.  Nie  czuła  się  leczona.  

ciągu  minionego  tygodnia  zajmowała  się  jedynie  czytaniem, 
jedzeniem,  spaniem  i  codziennymi  spacerami  po  ogrodzie  w 
towarzystwie  strażniczki.  Z  drugiej  strony,  wcale  nie  miała 
ochoty mówić mu, że jej zdaniem wizje powrócą, kiedy tylko 
wróci do domu. To mogłoby sprawić, że profesor uznałby, że 
jej pobyt w szpitalu należałoby przedłużyć. 

Profesor założył nogę na nogę, popatrzył na nią. - Była tu pani 

przez tydzień, pani Bjerregaard. 

background image

Ellen  poczuła  w  żołądku  nieprzyjemne  łaskotanie.  -  Tak, 

uważał pan, że będzie to odpowiednia dla mnie długość pobytu 
-  odpowiedziała,  ale  zaczynała  bać  się  kierunku,  w  którym 
zmierzała ta rozmowa. Miała iść do domu. Dzisiaj. 

-  Tak.  Jednak  po  przeczytaniu  zaleceń  doktora  Juula  jestem 

zdania, że należałoby przedłużyć pani pobyt tutaj przynajmniej 
o tydzień, może dwa. 

Coś  ścisnęło  ją  w  piersi,  zaschło  jej  w  gardle.  Pokręciła 

głową. 

-  Nie,  profesorze  Calmeyer  -  odpowiedziała,  próbując 

zachować spokój. W ciągu minionego tygodnia nauczyła się, 
że zawsze należy zachowywać się tu spokojnie, niezależnie od 
tego, co się działo. - Pobyt tutaj bardzo mi się przysłużył, ale 
teraz chciałabym już pojechać do domu, do mojego męża. 

Profesor  patrzył  na  nią  bez  słowa,  jakby  ważył  to,  co 

powiedziała. - Rozmawiałem z pani mężem, pani Bjerregaard. 
Zrozumiał,  że  leczenie  może  pochłonąć  trochę  więcej  czasu, 
niż początkowo sądziliśmy - wstał z krzesła, popatrzył 

background image

na  nią  ze  zmartwionym  wyrazem  twarzy.  -  Proszę  pani, 

cierpiała  pani  na  poważne  halucynacje  i  z  tego,  co 
zrozumiałem, nadal uważa pani, że te wizje nie były jedynie 
projekcjami pani wyobraźni. 

Wpatrywała  się  w  niego.  Pomyśleć  tylko,  że  sądziła,  że 

profesor rozumiał jej przeżycia! 

Wstała,  czuła,  że  całe  jej  ciało  drży.  -  Nie  życzę  sobie 

przebywać  tu  dłużej,  profesorze  Calmeyer  -  jej  własny  głos 
wydał się jej strasznie odległy, jakby ktoś inny wypowiadał te 
słowa. Profesor podszedł do niej i położył dłoń na jej ramieniu. 

-  Mam  dla  pani  pełne  zrozumienie,  pani  Bjerregaard,  ale 

muszę panią prosić, by nam pani zaufała - puścił do niej oko. - 
Wie  pani,  to  jest  moja  praca  i  musi  pani  wiedzieć,  że  moim 
najszczerszym życzeniem jest, by wróciła pani do domu. Nie 
wcześniej jednak niż wtedy, gdy nabiorę pewności, że jest pani 
w pełni zdrowa. 

Ellen  pokręciła  głową.  -  Nie  rozumie  pan.  Nie  chcę  być  tu 

dłużej - powtórzyła, czuła ci- 

background image

snące  się  jej  od oczu  łzy.  Profesor  popatrzył  na  nią  mrużąc 

oczy. 

- Obawiam się, proszę pani, że to nie od pani zależy. 
Spojrzała na niego z niedowierzaniem. - Co pan chce przez to 

powiedzieć? 

- Pani i pani mąż podpisali oświadczenie, że to do nas należy 

decyzja, czy jest pani w stanie opuścić szpital, czy nie. 

Zrozumiała,  że  chodziło  mu  o  papier,  który  podpisali  z 

Ulrikiem przed jej przyjęciem do szpitala. 

Cofnęła  się,  opadła  na  łóżko.  Spokojnie  ułożyła  dłonie  na 

podołku. Muszę się uspokoić. 

-  Chciałabym,  żeby  mój  mąż  mógł  mnie  odwiedzać  - 

powiedziała cicho. 

Profesor  popatrzył  na  nią  badawczo,  ale  po  chwili  pokręcił 

głową.  -  Postępy  w  pani leczeniu  zależą  od  tego,  czy  będzie 
pani  wystarczająco  odseparowana  od  pani  zwykłego  życia, 
proszę  pani.  Myślę,  że  powinniśmy  z  tym  poczekać.  Doktor 
Juul jest tego samego zdania. 

W tej samej chwili ktoś mocno zapukał 

background image

w drzwi i do pokoju wpadł zdyszany mężczyzna. - Profesorze 

Calmeyer, musi pan pójść ze mną. Mamy problem na oddziale 
C, u mężczyzn. 

Profesor  szybkim  krokiem  podszedł  do  drzwi  i  jeszcze  na 

chwilę odwrócił się do Ellen. - Musi mi pani wybaczyć, pani 
Bjerregaard, ale teraz muszę już iść. Profesor zniknął i znowu 
została sama. 

Spojrzała  w  okno,  na  świecące na  zewnątrz  słońce.  W  nocy 

spadła  cała  masa  śniegu,  drzewa  i  ziemia  pokryte  były  teraz 
puszystym, białym dywanem. 

Skuliła się, objęła ramionami kolana i spróbowała przełknąć 

łzy. Jak ma tutaj wytrzymać jeszcze kolejny tydzień? A może 
nawet dłużej? 

Siadały właśnie do kolacji, gdy panna Marstrand wprowadziła 

na oddział nową pacjentkę. 

Zdezorientowana  Ellen  popatrzyła  na  swoje  towarzyszki, 

które także wpatrywały się w nowo przybyłą ze zdumieniem. 
Nie było przecież miej- 

background image

sca dla większej liczby osób na tym oddziale? Było ich sześć, 

wszystkie pokoje były już zajęte. 

Doktor  Juul  także  się  pojawił  i  zamieniwszy  kilka  słów  z 

przyprowadzoną przez pannę Marstrand wysoką, ciemnowłosą 
kobietą, przywołał Ellen gestem. 

-  Pani  Bjerregaard,  obawiam  się,  że  znaleźliśmy  się  w 

sytuacji,  która  wymagać  będzie  od  pani  dzielenia  pokoju  z 
panią Berner. 

Ellen rzuciła kobiecie szybkie spojrzenie i odwróciła się  do 

lekarza.  -  Ależ  profesor  Calmeyer  obiecał  mi,  że  nie  będę 
musiała z nikim dzielić tu pokoju - nie potrafiła mówić cicho. 

Doktor Juul uniósł dłoń w uciszającym geście. - Być może nie 

jest  pani  tego  świadoma,  ale  ma  pani  największy  pokój  na 
całym oddziale. Z chwilę zostanie tam wstawione dodatkowe 
łóżko. 

Pokręciła  głową  zdecydowanie.  Jednym  z  powodów,  dla 

których potrafiła tu w ogóle wytrzymać, był ten, że wieczorem, 
po  kolacji,  mogła  wycofać  się  do  swojego  własnego  pokoju. 
Myśl o dzieleniu go z obcą kobietą wydawała się jej nieznośna. 

background image

Nic o niej nie wiedziała, nie wiedziała także, jak bardzo chora 

jest ta nowa pacjentka. 

- Nie - zaprotestowała. - Obiecano mi osobny pokój. 
Oczy  doktora  Juula  pociemniały.  Podszedł  krok  bliżej  do 

Ellen.  -  Pani  Bjerregaard,  jedynym  miejscem,  w  którym 
znalazłby się dla pani osobny pokój, jest oddział D - wysyczał 
ze złością. 

Na innym oddziale? Nie wiedziała, że niektórzy z pacjentów 

na innych oddziałach także dostawali pojedyncze pokoje. 

-  Ale  jestem  przekonany,  że  wolałaby  pani  dzielić  pokój  z 

panią Berner - ciągnął - niż spędzać swoje dni w celi. 

 
Ellen trzymała się z boku, gdy do jej pokoju wstawiano nowe 

łóżko. 

Panna Marstrand przywołała ją gestem dłoni, gdy uporano się 

już  z  przemeblowaniem.  -  Przywita  się  pani  z  panią  Berner, 
pani Bjerregaard? 

background image

Ellen kiwnęła głową i z wahaniem podeszła do obu kobiet. 
- Muszę teraz iść do pokoju dziennego -przeprosiła je panna 

Marstrand, gdy zawołała ją inna strażniczka. 

Ellen  popatrzyła  w  oczy  nowej  pacjentki.  Była  wysoka, 

szczupła  i  ciemnowłosa.  Na  jej  owalnej  twarzy  najbardziej 
rzucały  się  w  oczy  szerokie,  ciemne  łuki  brwi,  ale  poza  tym 
miała ładne, delikatne rysy. Była także elegancko ubrana - nie 
zdjęła  jeszcze  granatowego  płaszcza  obszytego  futrem  ani 
założonego  lekko  na  bakier  kapelusza.  W  dłoni  trzymała 
futrzaną mufkę. Jej walizka stała pod ścianą, Ellen wiedziała, 
że  za  chwilę  zostanie  przejrzana  i  opróżniona  z  rzeczy  oso-
bistych. 

-  Nazywam  się  Ellen  Bjerregaard  -  przedstawiła  się  Ellen 

wyciągając  rękę.  Kobieta  zdjęła  rękawiczkę.  -  Miło  panią 
poznać. 

Przedstawiła się jako pani Ingrid Berner. 
-  Może  zechce  pani  się  trochę  ogarnąć,  zanim...  -  Ellen 

zerknęła  na  jej  walizkę.  Pani  Berner  kiwnęła  głową, 
uśmiechnęła się słabo. 

background image

-  Bardzo  chętnie,  pani  Bjerregaard.  Wiem,  że  panna 

Marstrand za chwilę będzie przeglądać moje rzeczy - dodała, 
jakby  wiedziała,  co  Ellen  miała  na  myśli.  -  Byłam  tu  już 
wcześniej dwa razy - wyjaśniła. 

Ellen popatrzyła na nią, dopiero teraz zauważyła specyficzny 

wyraz jej oczu. Wyglądała niemal na przestraszoną, jakby coś 
sprawiało  jej  ból  nie  do  zniesienia.  Poza  tym  sprawiała 
wrażenie  zmęczonej.  Trudno  było  z  początku  dostrzec  to 
wszystko ze względu na jej elegancki strój. 

Ellen podeszłą do drzwi. - Zostawię panią na chwilę samą - 

posłała kobiecie uśmiech i zamknęła za sobą drzwi. 

Pani Berner wydawała się być cichą i skromną osobą. 
Dobrze, że taka była, skoro już musiała z kimś dzielić pokój. 

background image


 
Aksel patrząc z zadowoleniem na swojego gościa wzniósł w 

toaście  kieliszek  wina.  -  Chciałbym  serdecznie  pastora  po-
witać, pastorze Munthe. Cieszymy się bardzo, że mógł pastor 
dzisiaj do nas przyjść na obiad. 

Zerknął na Abelone, podczas gdy pozostali zgromadzeni przy 

stole wznosili swoje kieliszki. Nie zapytał córki o zdanie, gdy 
zapraszał  pastora  na  obiad,  oznajmił  jej  tylko,  że  przyjdzie. 
Zaprosił  też  Andersa,  chłopak  miał  dużo  do  opowiedzenia  o 
swoich licznych przygodach na morzu. Dzięki temu obecność 
pastora nie wydawała się niczym niezwykłym. 

- Witaj także ty, Andersie. Musisz wiedzieć, że cieszymy się 

bardzo, że znów jesteś w domu. 

 

background image

Upili  po  małym  łyku  ze  swoich  kieliszków,  podczas  gdy 

służące wnosiły jedzenie. Poprosił Abelone, by przygotowała 
naprawdę dobry obiad, nie chciał na niczym oszczędzać, skoro 
jednym z gości miał być pastor. Bo być może Bera miała rację, 
gdy napomknęła mu o zainteresowaniu pastora Abelone? Nie 
byłoby to wcale takie dziwne. Pastor był mężczyzną w sile wie-
ku, ale ciągle jeszcze się nie ożenił. Wydawało mu się, że może 
to  pani  Agnes  jest  jego  przyszłą  żoną,  ale  widocznie  się 
pomylił. Bera była w każdym razie dość pewna swego, choć 
nie udało mu się z niej wydobyć, skąd wie, że Abelone wpadła 
w oko pastorowi Munthe. Wydawało mu się, że ktoś ze służby 
na plebanii musiał szepnąć jej słówko albo dwa na ten temat. 

-  Rozumiem,  że  znalazł  pan  już  pracę,  panie  Pedersson?  - 

pastor  Munthe  popatrzył  na  Andersa,  który  kiwnął  głową 
potakująco. 

- Tak, miałem szczęście. Pan Gimle dał mi pracę w odlewni 

dzwonów. 

Aksel cieszył się, że rozmowa biegła lekko, pastor i Anders 

najwyraźniej mieli wystarczająco 

background image

dużo tematów do rozmów. Jeszcze raz popatrzył na Abelone. 

Czy zrozumiała, dlaczego zaprosił 

-  Słyszałem,  że  jakiś  kłusownik  grasuje  w  pańskim  lesie?  - 

zapytał pastor nakładając sobie na talerz porcję steku z łosia. 

Aksel  kiwnął  głową,  upił  łyk  ciemnoczerwonego,  drogiego 

wina, które trzymał dotąd na specjalną okazję. Smakowało tak, 
jak  miał  nadzieję  -  trochę  ciężko  i  z  lekkim  posmakiem 
karmelu. 

- Nie da się ukryć, pastorze Munthe, ale ani ja, ani lensmann 

nie doszliśmy jeszcze do tego, kto to może być. 

Anders  odstawił  kieliszek.  -  Słyszałem,  że  myśliwy,  który 

mieszka w nowej chacie z bali sprzedaje skóry lisów i kun. 

Aksel  przygryzł  wargę.  -  Lensmann  także  sądził,  że  to  on 

może  być  kłusownikiem,  ale  nie  możemy  mu  nic  zrobić, 
dopóki nie będziemy mieli przeciw niemu jakichś dowodów. 

Anders  kiwnął  głową  z  namysłem.  -  A  gdyby  ktoś  zaczął 

śledzić jego poczynania? 

pastora? Przez cały dzień była taka milcząca. 

background image

Także  się  nad  tym  zastanawiał,  ale  skończyło  się  na 

rozmyślaniach.  Sam  nie  miał  czasu,  który  mógłby  na  to 
poświęcić, mieli tej jesieni sporo zamówień w odlewni. - Masz 
rację - odłożył sztućce, wytarł usta lnianą serwetką i popatrzył 
na Andersa. - Może ty mógłbyś mieć go na oku? 

Na twarzy Andersa ukazał się chytry uśmiech. - Zrobię to z 

największą radością. 

Aksel roześmiał się cicho. - Obawiam się, że czeka cię trochę 

długich, zimnych godzin w lesie. 

Anders pokręcił głową. - Ubiorę się ciepło. 
Abelone  wierciła  się  na  krześle,  Aksel  widział,  że  nie  jest 

zachwycona  tym  pomysłem.  -  A  jeśli  on  okaże  się 
niebezpieczny? - zapytała. 

Anders popatrzył na Abelone. - Po dwóch latach spędzonych 

na statkach nauczyłem się bronić - odparł wesoło. Aksel w to 
nie wątpił. Anders dorósł w ciągu tych dwóch lat. W odlewni 
pracował za dwóch, poza tym zachowywał się dużo doroślej. 

Pastor Munthe zwrócił się do Abelone. - A jak stoją sprawy u 

tej biednej rodziny w Ronningen? Słyszałem, że wielu z nich 
zachorowało na odrę. 

background image

Aksel zerknął na córkę, próbował dostrzec wyraz jej twarzy, 

gdy  rozmawiała  z  pastorem.  Z  lekkim  rozczarowaniem 
stwierdził, że Abelone zachowuje się zupełnie zwyczajnie. 

-  Istotnie,  pastorze  Munthe.  Pięcioro  dzieci  zachorowało  na 

odrę, ich matka także. 

- Słyszałem, że zajmuje się nimi jakaś kobieta? 
Abelone kiwnęła głową. - Tak, jedna ze służących z Kleivan. 

Przechodziła odrę jako dziecko, więc zdaniem doktora Greni 
nie powinno jej grozić zarażenie się chorobą. 

Aksel kiwnął głową. - To prawda. Przechodziłem odrę jako 

mały  chłopiec  i  nie  zachorowałem,  kiedy  kilka  lat  później 
zapadł na nią mój młodszy brat. 

- To przerażająca choroba - westchnął pastor kręcąc głową. - 

Niejedną osobę pozbawiła już życia. 

- Doktor Greni najbardziej martwi się o dwoje najmłodszych - 

dodała Abelone cicho. 

Pastor popatrzył na nią poważnie. - Miejmy nadzieję, że inni 

się nie zarażą. 

background image

 
Abelone  kiwnęła  głową  i  wbiła  wzrok  w  swój  talerz,  z 

którego, jak zauważył Aksel, nie zniknęło zbyt wiele jedzenia. 
- Doktor Greni uważa, że to matka musiała przynieść do domu 
chorobę. Była w odwiedzinach u krewnych  w sąsiedniej wsi. 
Niedługo później zachorowało u nich dwoje dzieci - wyjaśniła 
cicho. 

  Aksel wiedział, o czym jego córka myśli. Czy 
Maline  mogła  zarazić  kogokolwiek  w  Gimle?  Obawiał  się 

zwłaszcza  o  Małego  Erika,  który  ciągle  był  jeszcze  przecież 
bardzo mały, choć dla Marie i bliźniaków odra także mogła być 
groźna. Na szczęście żadne z nich nie wyglądało na chore. 

- Musimy gorąco modlić się do Pana, aby oszczędził rodzinę z 

Ronningen  i  żeby  zaraza  nie  rozprzestrzeniła  się  dalej  - 
powiedział pastor Munthe ściszonym głosem. 

Aksel  popatrzył  na  pastora.  Wydawało  mu  się,  że  bardzo 

dobry  z  niego  człowiek  i  był  niemal  pewien,  że  byłby 
doskonałym mężem dla Abelone. Co prawda od śmierci Erika 
nie minęło jeszcze zbyt wiele czasu, ale dziewczyna była 

background image

stanowczo  za  młoda,  żeby  resztę  życia  przeżyć  we 

wdowieństwie. Może jego córka zostanie pastorową? 

W takim wypadku mogłaby liczyć na dobre życie. 
Obiad  już  skończono  i  służące  wniosły  deser,  leguminę 

paryską z czerwonym sosem. 

Abelone powstrzymała westchnienie. Obiad przeciągał się w 

nieskończoność!  Ojciec  zdawał  się  być  w  szampańskim 
nastroju  i  był  niezwykle  zainteresowany  przebudową  starej 
plebanii. Ona sama tęskniła już tylko za tym, żeby ten posiłek 
wreszcie się skończył. Czy ojciec naprawdę jest tak naiwny, by 
sądzić, że nie odgadła przyczyny, dla której zaprosił pastora? 

Mógłby  sobie  zdecydowanie  oszczędzić  tego  wysiłku.  Czy 

nie wiedział o tym, że nie życzy sobie nowego męża? Ani zaraz 
po zakończeniu okresu żałoby, ani później. 

Skoro nie może dzielić życia z Erikiem, nie 
 

background image

będzie  go  też  dzielić  z  nikim  innym.  Czuła,  że  to  byłoby 

niewłaściwe, byłoby to zdradą Erika. 

Poza tym nigdy do nikogo nie poczuje już tego, co poczuła do 

Erika. 

Nie  musiała  martwić  się  o  przyszłość,  ojciec  dobrze  ją 

zabezpieczył. Cieszyła się z tego, że jest gospodynią w Gimle, 
poza tym jej rodzeństwo wciąż bardzo potrzebowało matki. 

Miała  nadzieję,  że  obiad  nie  rozbudzi  w  pastorze 

nadmiernych oczekiwań. 

Posiłek skończył się, ojciec i pastor Munthe wycofali się do 

palarni. Abelone czuła się zmęczona konwersacją z pastorem w 
trakcie deseru. Trudno było jej z nim rozmawiać teraz, kiedy 
była już pewna, jakie uczucia do niej żywi. Co prawda podczas 
obiadu nie uczynił ani nie powiedział niczego, co zdradzałoby 
jego  słabość  do  niej,  ale  mimo  wszystko  trudno  było  zapo-
mnieć o tym, co powiedział jej wcześniej.   

Zobaczyła, że zbliża się do niej Anders. - Abelone, czy mogę 

z tobą porozmawiać? W cztery oczy - dodał, gdy Bera i Sofie 
popatrzyły na nich z zaciekawieniem. 

background image

Wyszli do pokoju dziennego, w którym mogli porozmawiać 

w  spokoju.  Podczas  obiadu  nie  zauważyła  w  zachowaniu 
Andersa niczego dziwnego. Żartował jak zwykle i opowiadał o 
swoich  podróżach.  Teraz  wyglądał  jednak  tak,  jakby  coś  mu 
ciążyło. 

- Abelone, jest coś, o czym jestem zmuszony ci powiedzieć - 

zaczął,  jego  dłoń  niepewnie  zanurzyła  się  rudobrunatnych 
włosach. 

W  Abelone  zrodził  się  niepokój,  Anders  nigdy  nie 

zachowywał się w taki sposób. - O co chodzi? - zapytała. 

Anders odwrócił wzrok, pokręcił głową. -Sądzę, że powinnaś 

wiedzieć, co mówią ludzie we wsi. 

- Do czego zmierzasz? - zapytała, podniosła wzrok na niego, 

nie podobało się jej, że unika jej spojrzenia. 

- Matka mi o tym powiedziała - zaczął i w końcu popatrzył jej 

w  oczy.  -  Opowiedziała  mi  o  tym  martwym  niemowlęciu 
znalezionym wiosną na mokradłach. 

Popatrzyła na niego ze zdumieniem. Co też 

background image

Lydia mogła wiedzieć o tym zmarłym biedactwie? - Wie coś o 

nim? 

Anders popatrzył na nią ponuro, pokręcił głową. Minęło parę 

chwil, zanim odpowiedział. - Nie, ale matka słyszała plotki o 
tym, kto jest matką dziecka. 

Wpatrywała się w Andersa, czekała, aż powie coś więcej. 
- Mówi się, że to twoje dziecko, Abelone. 

background image


 
Ellen  wpatrywała  się  nieruchomo  w ciemność. Cały oddział 

pogrążył  się  ciszy,  gdy  strażniczka  zamknęła  za  sobą  drzwi 
ostatniego  z  pokoi.  Wieczorami  to  nie  sympatyczna  panna 
Marstrand, lecz inna kobieta miała nad nimi nadzór. 

Zwykle  już  w  okolicach  ósmej  rozchodziły  się  do  swoich 

pokoi,  ale  dopiero  o  wpół  do  dziesiątej  zamykano  drzwi.  Po 
kilku  godzinach,  koło  północy,  znowu  je  otwierano.  Wtedy 
pojawiała  się  strażniczka,  podchodziła  do  łóżka  z  lampką  w 
dłoni  upewniała  się,  czy  Ellen  śpi.  Jeśli  z  tego,  czy  innego 
powodu chciały porozmawiać ze strażniczką wieczorem lub w 
nocy, mogły zadzwonić małym dzwonkiem znajdującym się na 
szafce nocnej. 

 

background image

Podczas pierwszych nocy spędzonych tutaj miewała trudności 

z  zasypianiem,  toteż  strażniczki  podawały  jej  usypiający 
chloral.  Odkąd  straciła  tej  wiosny  dziecko,  przyjmowała  ten 
lek regularnie, chociaż nie przepadała za nim. Poza tym mimo 
tego,  że  zasypiała,  odczuwany  przez  nią  niepokój  nie  znikał. 
Było wręcz przeciwnie - zasypiała, ale budząc się wciąż czuła, 
że w niej tkwi. Wydawał się także silniejszy. Dlatego kilka dni 
temu zdecydowała się przestać przyjmować lek. Wiedziała, że 
strażniczka  mimo  wszystko  go  przyniesie,  jeśli  podczas 
obchodu będzie leżała bezsennie, więc zamykała wtedy oczy i 
udawała, że śpi. 

Zanim pojawiła się pani Berner, potrafiła spać bez zażywania 

chloralu.  Teraz  jednak  coś  się  zmieniło.  Wiedziała,  co  się 
stanie,  gdy  w  korytarzu  ucichnie  echo  kroków  strażniczki. 
Czekała leżąc zwrócona twarzą do ściany. 

Może  pani  Berner  czekała,  aż  Ellen  zaśnie?  Leżała  i 

nasłuchiwała,  ale  od  strony  łóżka  pani  Berner  nie  dobiegały 
żadne  dźwięki.  Mijały  minuty,  czuła,  że  powoli  zaczyna 
osuwać się w krainę snu. 

background image

Wtedy usłyszała odgłos zapalanej zapałki i na ścianie ułożył 

się miękkim półkolem złotawy odblask światła. Ellen czekała. 

Pani Berner opuściła bose stopy na podłogę, podkradła się do 

garderoby  i  niemal  bezszelestnie  coś  z  niej  wydobyła. 
Przemknęła z powrotem do swojego łóżka i znów naciągnęła 
na siebie kołdrę. 

Chwilę  później  Ellen  usłyszała  dźwięk  pióra  skrobiącego  o 

papier. Zdecydowała się odwrócić. 

Pani  Berner  popatrzyła  na  nią  wyraźnie  przestraszona, 

próbowała  ukryć  pióro, które  trzymała  w dłoni.  - Obudziłam 
panią?  -  zapytała,  w  jej  oczach  malowała  się  niepewność  i 
strach. 

Ellen pokręciła głową, usiadła w łóżku. Nie myliła się, pani 

Berner siedziała w swoim łóżku i coś pisała, robiła to każdej 
nocy. Na szafce nocnej stał świecznik. Nie wolno jej było go 
tutaj  mieć,  podobnie  jak  zapałek  i  przyborów  do  pisania. 
Musiała ukryć te przedmioty przed panną Marstrand, gdy tylko 
pojawiła się na oddziale. 

- Pisze pani? - zapytała Ellen cicho. 

background image

Pani Berner zerknęła na nią niepewnie i po chwili rozciągnęła 

usta  w  nerwowym  uśmiechu.  -  Nie  mogę  chyba  temu 
zaprzeczyć. 

Ellen  uśmiechnęła  się  do  niej,  pokręciła  głową.  -  Co  pani 

pisze? 

Kobieta zwlekała chwilę z odpowiedzią. Z obserwacji Ellen 

wynikało,  że  jest  spokojną,  skromną  kobietą,  może  była  też 
trochę nieśmiała. 

- Wszystkiego  po trochu. Trochę wierszy, trochę czegoś,  co 

być może kiedyś stanie się książką. 

Ellen popatrzyła na nią z podziwem. - Jest pani pisarką? Nie 

słyszała  o  zbyt  wielu  piszących  kobietach,  najczęściej 
pisarzami bywali mężczyźni. 

Kobieta pospiesznie pokręciła głową. - O nie, nigdy bym nie 

śmiała - popatrzyła na Ellen. -Ale lubię pisać. 

Ellen  oparła  się  plecami  o  ścianę.  Przyjemnie  było  tak 

siedzieć  i  rozmawiać.  Musiały  tylko  uważać,  by  nie  mówić 
zbyt głośno. Lepiej, żeby strażniczka ich nie usłyszała. - Ale w 
jaki spo- 

background image

sób  udało  się  pani  zachować  te  przybory  do  pisania?  Jej 

przybory zostały skonfiskowane. 

Pani  Berner  pogłaskała  się  po  swoich  ciemnych,  gęstych 

włosach, które zaplotła w warkocz spływający po jej piersi. - 
Wie pani, byłam tu już wcześniej. 

Z korytarza dobiegły jakieś dźwięki, Ellen wyostrzyła słuch. - 

Słyszę strażniczkę - wyszeptała cicho. 

Zamarły w bezruchu, kroki zbliżały się. Ellen wślizgnęła się 

pod  kołdrę,  zerknęła  na  panią  Berner,  która  pochyliła  się  i 
zdmuchnęła świecę. Ellen usłyszała, jak kładzie się w swoim 
łóżku. Ku swojemu przerażeniu poczuła, jak po pokoju roznosi 
się  zapach  świeżo  zgaszonego  knota.  Wstrzymała  oddech. 
Kroki  zatrzymały  się  pod  ich  drzwiami.  Zabrzęczały  klucze. 
Czyżby strażniczka usłyszała, że rozmawiają? 

Ellen  zacisnęła  powieki,  czekała,  aż  klucz  za-chroboce  w 

zamku.  Wtedy  usłyszała,  że  w  korytarzu  ktoś  mówi  coś  do 
strażniczki  i  kroki  oddaliły  się.  Odetchnęła.  -  Musiała  nas 
usłyszeć. 

Pani Berner odczekała chwilę, zanim znów 

background image

zapaliła świecę. - Czy nie wydaje się pani, pani Bjerregaard, 

że traktuj ą nas tutaj jak małe dzieci?   

Ellen wiedziała, co jej rozmówczyni ma na myśli, sama czuła 

to  samo.  -  Nie  rozumiem,  dlaczego  zamykanie  drzwi  na  noc 
miałoby być takie niezbędne. 

Pani  Berner  pokręciła  głową.  -  Rozumiem,  że  jest  to 

konieczne w przypadku najbardziej chorych pacjentów, ale na 
tym  oddziale  jest  to  absolutnie  zbędne  -  jej  twarz  stężała,  a 
oczy pochmurniały. - Mówią, że nas tu wyleczą, ale szczerze 
mówiąc,  bardzo  w  to  wątpię  -  odwróciła  się  do  Ellen.  - 
Widziałam  już  wiele  osób,  których  stan  pogorszył  się  po 
pobycie  tutaj  -  opuściła  wzrok,  Ellen  dostrzegła,  że  jej  dłoń 
przesuwająca  się  warkoczu  drży.  -  Lubią  mówić  nam,  że 
wiedzą, co robią i wiedzą, co jest dla nas najlepsze - zamilkła, 
popatrzyła  znów  na  Ellen.  Ellen  po  raz  kolejny  uderzyła 
bezbronność jej spojrzenia, wydawała się przestraszona. - Pro-
szę uważać, pani Bjerregaard, żeby nie dać lekarzom powodu 
do przeniesienia pani na któryś z pozostałych oddziałów. 

background image

Ellen wpatrywała się w nią, nie podobały się jej te słowa. - Co 

pani  chce  przez  to  powiedzieć?  Pamiętała,  że  doktor  Juul 
mówił coś o celach. 

Pani  Berner  nie  odpowiedziała,  lecz  znów  wydobyła  swoje 

przybory do pisania. - Są oddziały, na których traktują ludzi jak 
zwierzęta, powinna pani o tym wiedzieć - ciemne oczy kobiety 
patrzyły teraz prosto na nią.  - Po czymś takim nie można już 
stać się na powrót człowiekiem. 

- Pobyt  tutaj  nie przynosi mi żadnego  pożytku  - powtórzyła 

Ellen  patrząc  wprost  na  doktora  Juula.  Zaczynała  mieć 
serdecznie  dość  tych  ich  codziennych  rozmów,  podczas 
których  w  kółko  wałkowali  te  same  tematy.  Ile  razy 
opowiadała  mu  już  o  swoich  przeżyciach  z  domu,  w  którym 
mieszkali z Ulrikiem? Jedyne, na co miała w tej chwili ochotę, 
to  powrót  do  domu.  Celem  jej  pobytu  tutaj  miał  być 
odpoczynek  i  spokój,  ale  wcale  tego  nie  odczuwała.  Wręcz 
przeciwnie, zaczynała być coraz bardziej nerwowa. 

 

background image

Doktor  Juul  zamknął  zeszyt  z  notatkami,  w  którym  zwykł 

zapisywać  ich  rozmowy.  -  Nie  rozumiem,  dlaczego  wyraża 
pani  takie  sądy,  pani  Bjerregaard  -  zaczął  swoim  zwykłym, 
protekcjonalnym  tonem.  -  Poza  tym  powinna  być  pani 
świadoma tego, że to do profesora Calmeyera należy decyzja, 
kiedy będzie pani w stanie wrócić do domu. 

Rozgorzał  w niej gniew. Nigdy nie przypuszczałaby, że tak 

się  to  skończy.  Wyobrażała  sobie,  że  będzie  to  pobyt 
rekonwalescencyjny, ale teraz czuła się zwyczajnie więziona. 
Nie mieli żadnego prawa trzymać jej w zamknięciu! Zmusiła 
się do zachowania spokoju, chociaż tak naprawdę miała ochotę 
obrzucić  lekarza  stekiem  wyzwisk.  Jego  samozadowolenie 
zaczynało działać jej na nerwy. 

-  Przepraszam  -  odpowiedziała.  Zaczynało  już  do  niej 

docierać,  że  musi  zawsze  odpowiadać  po  myśli  lekarza.  - 
Oczywiście  ma  pan  rację.  Pobyt  tutaj  przynosi  mi  pożytek  - 
uśmiechnęła się tak przymilnie, jak tylko potrafiła, zrozumiała 
już, że doktor Juul lubi uległych pacjen- 

background image

tów.  -  Moje  wizje  nie  nawiedzają  mnie,  odkąd  tu  jestem  - 

dodała  na  koniec,  choć  wiedziała,  że  powtarzała  to  już 
wcześniej. 

Twarz lekarza rozjaśniła się. - Cieszy mnie, że pani tak mówi, 

pani  Bjerregaard.  Znów  otworzył  zeszyt  i  szybko  coś 
zanotował. 

Czy powinna zapytać, czy Ulrik będzie mógł ją odwiedzać? 

Lekarz był dziś najwidoczniej w dobrym humorze. 

Zebrała  się  na  odwagę,  choć  poczuła,  że  natychmiast 

zwilgotniały jej dłonie. - Doktorze, wie pan jak bardzo tęsknię 
za moim mężem -zaczęła ostrożnie patrząc mu prosto w oczy. 
Zadowolony uśmiech  malujący się  od jakiegoś czasu na  jego 
twarzy zniknął, ale nie zignorował jej pytania. Wstał. 

- Opowiem profesorowi Calmeyerowi o pani postępach, pani 

Bjerregaard  -  odpowiedział  i  ruszył  w  kierunku  drzwi. 
Zatrzymał  się  tuż  przy  nich  i  posłał  jej  delikatny, 
nieodgadniony uśmiech. - Przekażę mu pani życzenie. 

Czuła, jak serce w niej rośnie. Może wreszcie będzie mogła 

znów porozmawiać z Ulrikiem! 

background image

Postara się, żeby dowiedział się, jak źle się tutaj czuje. 
Była pewna, że dołoży wszelkich starań, by wróciła do domu. 
Ellen  uniosła  głowę,  napawała  się  podmuchami  rześkiego 

wiatru głaszczącego ją po policzkach. Tak dobrze było wyjść 
na  zewnątrz,  nie  czuć  się  przytłoczoną  przez  otaczające  ją  z 
każdej strony ściany. Na początku wydawało się jej, że pokój 
dzienny i inne pomieszczenia na oddziale są bogato i przytulnie 
urządzone, ale teraz nie miało to żadnego znaczenia, skoro nie 
czuła się tam wolna. Skoro nie mogła robić tego, na co miała 
ochotę.  Dni  organizowane  były  przez  strażniczki  i  były  do 
siebie  łudząco  podobne.  Budzono  je  o  siódmej, potem  miały 
chwilę  czasu,  by  się  ogarnąć  i  odświeżyć  przed  śniadaniem. 
Potem  przychodził  z  obchodem  lekarz,  a  pozostałe  pacjentki 
siedziały  w  salonie.  Po  obiedzie  miały  chwilę  na  sjestę,  po 
której 

background image

mogły wyjść do ogrodu - jeśli tego chciały i jeśli strażniczki 

miały  akurat  czas.  Po  kolejnym  posiłku  były  godziny 
odwiedzin. 

Ellen popatrzyła na pannę Marstrand, która szła tuż obok niej 

zatopiona  w  swoich  własnych  myślach.  -  Mieszka  pani  w 
pobliżu?  -  zapytała  Ellen  ostrożnie,  choć  wiedziała,  że 
strażniczki  nigdy  nie  mówiły  o  sobie  i  o  swoim  życiu  pry-
watnym, prawdopodobnie nie było im wolno. 

Strażniczka  rzuciła  jej  szybkie  spojrzenie.  -Nie  za  bardzo  - 

odpowiedziała tylko. 

Ellen popatrzyła przed siebie, trochę rozczarowana, że panna 

Marstrand  nie  chciała  z  nią  rozmawiać.  Była  przecież 
najsympatyczniejszą ze strażniczek. 

-  W  powietrzu  znów  czuć  śnieg  -  stwierdziła  panna 

Marstrand,  chcąc  najwyraźniej  skierować  rozmowę  na  inne 
tory. 

Ellen spojrzała na ciężkie, jasnoszare niebo zwieszone nisko 

nam nimi. Już spadła cała masa śniegu. Ciekawe, czy tyle samo 
spadło go w Gimle? Nagle dopadła ja gwałtowna tęsknota za 
domem rodzinnym, za ojcem i rodzeństwem. 

background image

Czy  Ulrik  powiadomił  ich,  że  trafiła  do  szpitala  dla 

obłąkanych? Co powiedziałby na to ojciec? A Abelone? Czy 
uwierzyłaby,  że  jej  młodsza  siostra  jest  chora  na  umyśle? 
Zbliżały się do siatki oddzielającej gruntową drogę, którą szły, 
od świata zewnętrznego. 

Ellen odwróciła się do panny Marstrand. -Czy sądzi pani, że 

wkrótce będę mogła wrócić do domu? 

Okrągła  twarz  kobiety  nabrała  przepraszającego  wyrazu.  - 

Pani Bjerregaard, mam nadzieję, że rozumie pani, że to nie ode 
mnie zależy, czy... 

-  Musi  mi  pani  odpowiedzieć  -  przerwała  jej  Ellen 

podchodząc  krok  bliżej  do  niej.  -  Nie  wiedziałam,  że  tak  tu 
będzie wyglądać. Sądziłam, że będę mogła pojechać do domu, 
kiedy tylko będę tego chciała. 

Wzrok panny Marstrand skierował się na drogę, którą przed 

chwilą spacerowały. Ellen wydawało się, że w ich stronę idzie 
dwóch lekarzy, których jednak nie znała. Być może pracowali 
na innych oddziałach. 

Panna Marstrand chwyciła Ellen pod ramię, 

background image

zniżyła  głos.  -  Nie  powiedziałabym  tego  pani,  gdybym  nie 

uważała, że nigdy nie powinna była się pani tu znaleźć, pani 
Bjerregaard. 

Ellen popatrzyła na nią zdezorientowana. -Co pani chce przez 

to powiedzieć? 

Strażniczka zastanowiła się przez chwilę. -Wie pani, lekarze 

mają swoje wysokie wykształcenie, ale my także rozumiemy to 
i owo, pani Bjerregaard. W końcu pracuję w tym szpitalu już 
prawie od dziesięciu lat. 

Ellen  musiała  się  uśmiechnąć,  wiedziała,  co  ma  na  myśli 

panna  Marstrand.  Była  rozsądną,  mocno  stąpającą  po  ziemi 
kobietą.  Od  czasu  do  czasu  lekarzom  także  przydałoby  się 
trochę zdrowego rozsądku. 

- Musi pani mówić, że nie była pani zdrowa, pani Bjerregaard 

-  ciągnęła  strażniczka.  -  Nie  wolno  pani  nigdy,  przenigdy 
protestować, gdy doktor Juul albo profesor stwierdzą, że była 
pani chora na umyśle. Nabierają wtedy przekonania, że ciągle 
jeszcze  pani  nie  wyzdrowiała  -  zerknęła  na  lekarzy 
podążających  ścieżką  w  kierunku  pokrytego  śniegiem 
herbarium i po chwili 

background image

ciągnęła  dalej.  -  I  jeśli  pani  wizje  znów  by  się  pojawiły,  w 

żadnym wypadku nie wolno pani o nich wspominać lekarzom - 
popatrzyła  na  nią  ostrzegawczo.  -  Wtedy,  obawiam  się, 
przeniesiono by panią z tego oddziału na inny. 

Ellen  popatrzyła  na  nią  z  niepokojem,  pamiętała,  jak 

pozostałe pacjentki na oddziale opowiadały jej o pani Cramer, 
która zniknęła. Pani Berner także opowiadała jej o innych od-
działach.  Poza  tym  strażniczka  miała  chyba  rację,  musiała 
przyznać, że była chora. Zarówno profesorowi, jak i doktorowi 
Tuulowi bardzo na tym zależało. 

- Dlaczego pani mi o tym wszystkim mówi? - zapytała cicho. 

Zaczęły znów spacerować. 

- Jak już pani mówiłam, pani Bjerregaard, widuję czasem to i 

owo - strażniczka rzuciła Ellen szybkie spojrzenie. - I jak już 
pani mówiłam, uważam, że nigdy nie powinna była się pani tu 
znaleźć. 

- Wie pani, dlaczego mnie tu  skierowano? Panna  Marstrand 

popatrzyła przed siebie i kiwnęła głową. - Tak, pani Lognvig, 
którą spo- 

background image

tkała  pani  tu  jako  pierwszą,  zawsze  udziela  nam, 

strażniczkom, informacji o nowych pacjentach 

-  znów  się  zatrzymała.  -  Mam  nadzieję,  że  sama  nie  ma  się 

pani  za  chorą  na  umyśle,  pani  Bjerregaard  -  powiedziała 
zdecydowanie.  -  Lekarze  mogą  mówić,  co  chcą,  ale  w  mojej 
rodzinie przywykliśmy do tego rodzaju wizji. 

Ellen wpiła w nią wzrok. - Mówi pani poważnie? 
-  Oczywiście.  Wprawdzie  sama  tego  nie  przeżyłam,  ale 

zarówno  moja  babcia,  matka,  jak  i  siostry  mają  ten  dar  -  jej 
twarz spochmurniała. 

- Albo przekleństwo, jak pani woli. I Bóg jeden wie, że żadna 

z nich nie jest chora na umyśle. 

Ellen nie wiedziała, co ją obudziło. Czy to pani Berner znów 

siedziała w swoim łóżku i pisała? A może coś jej się śniło? 

Rozejrzała  się  wokół,  popatrzyła  na  łóżko  pani  Berner. 

Pamiętała, że jej towarzyszka pisała coś w nim wcześniej, ale 
teraz zgasiła już świecę. Od- 

background image

wróciła się, leżała wpatrując się w ścianę. Która to mogła być 

godzina? Zamknęła oczy, miała nadzieję, ze wkrótce powróci 
sen,  ale  wiedziała,  jak  trudno  jest  ponownie  zasnąć  po 
przebudzeniu  się  w  nocy.  Odgłosy  z  sąsiedniego  łóżka 
sprawiły,  że  wyostrzyła  słuch. Czyżby  pani  Berner  także  nie 
spała?  Uniosła  się  na  łokciu,  popatrzyła  na  drugie  łóżku,  ale 
było  zbyt  ciemno,  by  mogła  cokolwiek  tam  dostrzec.  Może 
pani  Berner  płakała?  Ostatnio  często  zdarzało  się  słyszeć  jej 
płacz. Noce musiały być najcięższe dla tej zamkniętej w sobie 
kobiety.  W  ciągu  dnia  najczęściej  unikała  towarzystwa,, 
zwykle  coś  czytała.  Cichy,  jękliwy  dźwięk  wyrwał'  ją  z 
rozmyślań. - Pani Berner? - wyszeptała. Nie było odpowiedzi. 

Ellen  opadła  z  powrotem  na  poduszki.  Może  pani  Berner 

chciała, żeby zostawić ją w spokoju. 

Ciszę  zakłócił  metaliczny  odgłos.  Coś  musiało  upaść  na 

podłogę.  Ellen  usiadła.  Znów  usłyszała  cichy  jęk  od  strony 
drugiego łóżka. - Pani Berner? - powtórzyła i odczekała chwilę. 

Nikt nie odpowiedział. 
- Nie może pani spać? 

background image

Usłyszała,  jak  kobieta  odwraca  się.  Znów  dobiegł  ją  ledwo 

dosłyszalny dźwięk, jakby cicha skarga. 

Ellen  odsunęła  kołdrę.  Co  działo  się  z  panią  Berner?  W 

ciemności  nie  widziała  zbyt  wiele,  tylko  słabe  cienie,  ale 
zauważyła, że kołdra pani Berner leży całkiem krzywo. 

Ellen  opuściła  nogi  na  podłogę,  przeszła  ostrożnie  kilka 

kroków,  gdy  palce  jej  stopy  dotknęły  czegoś.  Pochyliła  się. 
Przed  nią  leżały  małe  nożyczki  do  haftowania,  które  zwykle 
trzymano w znajdującej się w salonie skrzynce z przyborami 
do szycia. 

Oczy  Ellen  zaczynały  już  przyzwyczajać  się  do  ciemności. 

Widziała już, że pani Berner lada chwila wypadnie z łóżka, jej 
głowa zwisała częściowo za jego krawędzią. 

Coś  się  tu  nie  zgadzało.  Skąd  mogła  wziąć  nożyczki  do 

haftowania?  Strażniczki  zbierały  je  zawsze  bardzo 
skrupulatnie. 

Podeszła ostrożnie do pani Berner. Już nie jęczała, z jej gardła 

dobiegał jednostajny, cichy dźwięk. 

background image

- Pani Berner? Za chwilę wypadnie pani z łóżka - wyszeptała 

Ellen i nachyliła się nad kobietą. 

W  tej  samej  chwili  dostrzegła coś,  co  na  chwilę  zaparło  jej 

dech w piersiach. 

-  Pani  Berner?  Pani  Berner

7

.  -  nagle  usłyszała  swój  własny 

krzyk. 

Światło,  musi  zapalić  światło!  Musi  odnaleźć  zapałki  i 

świeczkę ukrywane gdzieś przez panią Berner! 

Po  omacku,  trzęsąc  się,  dotarła  do  garderoby,  opadła  na 

kolana  i  włożywszy  dłoń  do  środka  natrafiła  na  pudełko. 
Szybko  przyciągnęła  je

do  siebie.  Gorączkowo  przewracała 

znajdujące się wewnątrz przedmioty w poszukiwaniu zapałek i 
świecy, aż znalazła jedno i drugie. 

Zapaliła zapałkę i podniosła ją do góry. 
Miała rację. Ciemne plamy, które dostrzegła wcześniej, były 

krwią. 

Nadgarstki  pani  Berner,  jej  ramiona  i  koszula  nocna  zalane 

były ciemną, błyszczącą krwią. 

background image


 
Proszę mi pomóc! Pomocy! Musicie mi pomóc! 
Ellen waliła w drzwi i krzyczała ze wszystkich sił, lecz nikt 

nie  nadchodził.  Nikt  nie  usłyszał  też  panicznego  dzwonienia 
małego dzwonka przy łóżku. 

Podbiegła  z  powrotem  do  pani  Berner,  widziała  krew 

wyciekającą  powoli  i  nieubłaganie  z  jej  okaleczonych 
nadgarstków. 

Co robić? 
Czuła  się,  jakby  jej  głowę  zupełnie  opróżniono  z  myśli,  w 

uszach  słyszała  jednostajny  szum.  Było  jej  też  niedobrze, 
odkąd pamiętała, źle znosiła widok krwi. 

Co robić? I dlaczego strażniczka nie nadchodzi? 

background image

Krew.  Musi  zatamować  krew.  Pani  Berner  właśnie 

wykrwawia się na śmierć. Jej oczy i usta były na wpół otwarte. 
W tej samej chwili dostrzegła, jak kobieta zsuwa się z łóżka. 
Prędko ujęła ją za ramię i dźwignęła z powrotem na miejsce. 
Przyciągnęła dłonie do siebie jak oparzona. Krew. Krew była 
wszędzie. Na jej dłoniach, na koszuli nocnej, na podłodze i na 
pościeli. 

To  było  zdecydowanie  ponad  jej  wytrzymałość.  Znów 

podbiegła  do  drzwi,  załomotała  w  nie  wściekle.  -  Pomocy! 
Potrzebuję pomocy! 

Na zewnątrz panowała idealna cisza. 

 

Popatrzyła przez ramię na panią Berner. 
Zatamować krwawienie. Muszę zatamować krwawienie. 
Nie  widziała  innej  sposobu,  musiała  posłużyć  się  swoją 

własną koszulą nocną, materiał był tak cienki, że z łatwością 
można było go rozedrzeć. 

Przez chwilę mocowała się z paskami materiału, nie udawało 

się jej go rozedrzeć do końca. 

Panie,  mój  Stwórco,  krew  nie  chce  przestać  cieknąć,  nie 

przestaje cieknąć. 

background image

Zaczęła obwiązywać materiał wokół nadgarstka pani Berner. 

Czuła, że serce wali jej przy tym tak mocno, że robiło się jej od 
tego  niedobrze.  Krew  przyprawiała  ją  o  mdłości  i  zawroty 
głowy.  Oblała  się  zimnym  potem.  Palce  wydawały  się  jej 
sztywne, nie chciały być jej posłuszne. 

Me  wolno  ci  teraz  tracić  kontroli  nad  sobą.  Nie  teraz.  Za 

chwilę ktoś przyjdzie. Ktoś przyjdzie. Za chwilę. 

Krew  nadal  przesączała  się  przez  białą  tkaninę.  Nagle 

zorientowała  się,  że  płacze,  zauważyła  to,  gdy  potarła 
ramieniem o policzek. 

Drugi nadgarstek. Ten także trzeba jak najszybciej opatrzyć. 
- Pomocy! - krzyczała przez łzy - Ktoś musi mi pomóc! 
Zawiązała  ostatni  pasek  materiału  i  potykając  się  podbiegła 

do  drzwi.  Zaczęła  walić  w  nie  pięściami  i  znów  wzywać 
pomocy. Wytarła się dłonią pod nosem, jeszcze raz popatrzyła 
na  panią  Berner.  Leżała  w  łóżku  zadziwiająco  spokojnie, 
zakrwawiona kołdra spadła na podłogę. 

background image

Jej  towarzyszka  podkuliła  nogi  pod  siebie,  łydki  przybrały 

nienaturalnie  biały  kolor.  Zakrwawione  ramiona  niedbale 
spoczywały na piersi. Twarz także była trupio blada. 

Słodki Boże, ona umiera. Ona umiera. 
Ellen wczołgała się do łóżka, objęła panią Berner ramionami i 

przycisnęła do siebie. Głowa kobiety ciężko  opadła na pierś. 
Jej oczy były już zamknięte. Jedno ramię leżało teraz luźno na 
jej kolanach, druga dłoń była zaciśnięta w pięść, ale po chwili 
powoli się otworzyła. 

Z  dłoni  pani  Berner  wysunął  się  zmięty,  zakrwawiony 

kawałek papieru i spadł na podłogę! 

Ellen patrzyła w sufit, zacisnęła powieki. 
Pomocy, ktoś musi mi pomóc. 
Otworzyła usta, znów zaczęła wzywać pomocy. 

background image


 
Alf wydobył kieszonkowy zegarek. Za dwadzieścia pierwsza. 

Czas wcielić w życie ich plan. Popatrzył na Andersa i Edvina, 
sztygara z kopalni, którego także poprosił o pomoc. Edvin był 
silnym  i  rosłym  mężczyzną,  niewielu  odważyłoby  się  z  nim 
zmierzyć.  Jeśli  istniał  ktoś,  kto  potrafił  dać  sobie  radę  z  tą 
kanalią,  która  wysyłała  Blanche  listy  z  pogróżkami,  było  to 
właśnie tych dwóch mężczyzn. 

Sam  po  podłożeniu  torby  we  wskazane  miejsce  musiał 

pozostać w ukryciu w stojących na ulicy zadaszonych saniach. 
Szantażysta  mógłby  się  przestraszyć  i  uciec,  gdyby  zobaczył 
go w okolicach dworca. 

background image

Miał nadzieję, że szantażysta nie zna ani Andersa, ani Edvina. 

Tak  czy  inaczej,  po  podłożeniu  torby  na  peronie  obaj  mieli 
trzymać się na dystans. Nie wolno im także było ze sobą roz-
mawiać. Zdradziłoby to ich. 

- Gotowi? - zapytał i popatrzył najpierw na Andersa, a potem 

na Edvina. Obaj kiwnęli głowami, uśmiechnęli się i wstali.  - 
No pewnie. 

Edvinowi  powiedzieli  tylko,  że  mają  pewne  niezałatwione 

porachunki z człowiekiem, który przyjdzie odebrać torbę. Poza 
tym sztygar sam powiedział, że nie interesuje go przyczyna, dla 
której  chcą  go  schwytać.  Był  prostym  człowiekiem, 
wystarczyło mu wiedzieć, że człowiek ten jest łotrem, któremu 
należało spuścić solidne lanie. 

Alf wyjrzał przez okno sań. Nikt nie patrzył w ich kierunku. - 

Idźcie już - zakomenderował. 

Anders i Edvin wyszli i ruszyli w kierunku stacji kolejowej. 
Alf zacisnął zęby, odczekał chwilę, po czym chwycił za torbę 

i także opuścił sanie. 

Oby ich plan zadziałał. 

background image

Anders  wkroczył  do  poczekalni,  zlustrował  wzrokiem 

siedzących wewnątrz podróżnych. Czy były wśród nich osoby 
szantażujące Alfa i Blanche? 

Nie  wydawało  się,  by  ktokolwiek  zwracał  na  niego  uwagę, 

nawet Edvin, który patrzył właśnie przez okno na peron. Kilku 
pasażerów zdecydowało się zostać na zewnątrz i stawić czoła 
porywistemu wiatrowi. Zgodnie z umową obaj mieli wyjść z 
poczekalni  za  kwadrans  pierwsza,  na  kilka  minut  przed 
przyjazdem  pociągu  do  Christianii.  Obaj  będą  wtedy  mogli 
obserwować torbę. 

Anders  usiadł,  założył  nogę  na  nogę.  W  poczekalni 

znajdowało  się  w  sumie  ośmioro  podróżnych.  Dwie  kobiety 
siedziały przy drzwiach, wszyscy pozostali byli mężczyznami. 
Na szczęście żadnych dzieci. Pochylił się udając, że sznuruje 
but  i  ukradkiem  przyglądał  się  obcym  mężczyznom.  Młody 
chłopiec  nie  mógł  raczej  być  szantażystą,  wyglądał  na  to 
zdecydowanie zbyt 

 

background image

wątło. Ale co z pozostałymi? Wyglądali jak zwykli podróżni, 

jeden  siedział  i  na  wpół  drzemał,  inny  patrzył  nieruchomo 
przed  siebie,  jak  to  często  czynili  ludzie,  którzy  na  coś  lub 
kogoś czekali. Nagle jego uwagę przyciągnął mężczyzna sie-
dzący najbliżej drzwi prowadzących na peron. 

Coś  w  jego  twarzy  nie  podobało  mu  się,  wyglądał  groźnie, 

jego spojrzenie było nieruchome i świdrujące. 

Anders  oparł  się  o  ścianę,  siedział  i  czekał  dalej.  Do 

poczekalni  weszło  dwóch  nowych  podróżnych,  rozmawiali 
głośno  i  radośnie  o  podróży  do  stolicy,  w  którą  właśnie  się 
udawali. 

Anders  poruszył  się  niespokojnie.  Może  czas  już  wyjść? 

Wsunął  dłoń  do  kieszeni.  Była  już  prawie  za  kwadrans 
pierwsza. 

Wstał,  poszedł  tuż  za  dwoma  wciąż  rozgadanymi 

mężczyznami.  Wkrótce  pociąg  wtoczy  się  na  stację. 
Zdecydował się stanąć przy murze, o kilka kroków od wyjścia. 
Mógł  stamtąd  łatwo  obserwować  miejsce,  w  którym  Alf 
zostawi  torbę  i  jednocześnie  mieć  oko  na  pasażerów  znaj-
dujących się na peronie. 

background image

W  tej  samej  chwili  z  poczekalni  wyszedł  Edvin.  Sztygar 

stanął po drugiej stronie drzwi. 

Anders  stał  i  rozglądał  się.  Gdzie  on  mógł  być?  Może 

przyjedzie  pociągiem?  A  może  to  mężczyzna,  na  którego 
zwrócił uwagę w poczekalni? 

Czuł, jak wilgotnieją mu dłonie, chociaż niemal cieszył się na 

dalszy  ciąg  tego  popołudnia.  Życie  na  morzu  uczyniło  go 
silnym  i  nieustraszonym,  choć  nie  należał  do  tych,  którzy 
lubowali się w bójkach. 

Wymienił spojrzenia z Edvinem, gdy zobaczyli wchodzącego 

na peron Alfa. Brat patrzył prosto przed siebie, podszedł kilka 
kroków  w  prawo,  niemal  niedostrzegalnie  umieścił  torbę  tuż 
przy murze i poszedł dalej. 

Anders przełknął ślinę, obserwował torbę. To było teraz jego i 

Edvina  zadaniem.  Dopilnować,  by  nikt  nie  sprzątnął  im  tych 
pieniędzy sprzed nosa. 3000 koron. To bardzo dużo pieniędzy, 
nawet dla Alfa i Blanche, którym - z tego co wiedział - dobrze 
się powodziło. 

Kątem oka obserwował oddalającego się od 

background image

nich  Alfa,  który  szedł  wzdłuż  peronu,  aż  w  końcu  zniknął 

zupełnie. W tej samej chwili usłyszał turkot zbliżającego się do 
stacji pociągu. 

Pociąg zagwizdał, z poczekalni wysypali się podróżni. Cały 

czas hipnotycznie wpatrywał się w torbę. 

Skład wtoczył się na stację, zapiszczały hamulce, biały obłok 

pary  buchnął  z  komina.  Na  peron  wyszedł  konduktor, 
otworzyły się drzwi i pasażerowie zaczęli wysiadać. Ci, którzy 
zmierzali do Christianii spieszyli w stronę wagonów. 

Anders cały czas koncentrował się na torbie, starał nie dać się 

rozproszyć panującym zamieszaniem. Po kilku chwilach peron 
opustoszał. Nikt nawet nie tknął torby. 

Anders  poruszył  się  lekko.  Alf  powiedział  mu,  że  torba 

najpóźniej miała znaleźć się na peronie za dziesięć pierwsza. 
Oznaczało to, że autor listu mógł przyjść o dowolnym czasie po 
tym terminie - mogły upłynąć godziny, zanim się pojawi. 

Zerknął na Edvina, który wzruszył tylko ramionami i pokręcił 

głową. 

Anders rozejrzał się wokół. A jeśli osoba, któ- 
 

background image

ra miała odebrać pieniądze, zauważyła ich? Czy zorientowała 

się, że obserwują torbę i domyśliła ich planów? 

Zwlekał  chwilę  z  wydobyciem  swojego  kieszonkowego 

zegarka. Wkrótce będzie już kwadrans po pierwszej. 

Aż  podskoczył  na  dźwięk  otwieranych  drzwi  poczekalni. 

Spochmurniał na twarzy, gdy zobaczył, że to tylko Alf. 

Twarz brata była ponura. 
- Nie wierzę, że się jeszcze tu pojawi - stwierdził Alf. Anders i 

Edvin podeszli do niego. - Musiał was dostrzec i zorientować 
się, kim jesteście. 

-  Może  wróci,  kiedy  przyjedzie  następny  pociąg  -  rzucił 

Edvin. 

Alf  kiwnął  głową.  -  Być  może  masz  rację.  Ale  w  żadnym 

wypadku  nie  ośmieli  się  tu  przyjść  teraz,  gdy  jest  tak  mało 
ludzi. 

Alf pochylił się, podniósł torbę i otworzył ją. 
- O, cholera. 
Anders  popatrzył  ze  zdumieniem  na  brata,  który  odchylił 

głowę do tyłu i z ust wypuścił wartki potok przekleństw. 

background image

- Co się stało? 
Alf bez słowa podał mu torbę. 
Anders wpatrywał się z niedowierzaniem w jej puste wnętrze. 

- Ale... jak... - popatrzył na Edvina. - Nie wiedziałam nikogo, 
kto choćby zbliżył się do torby. 

Edvin pokręcił głową, także zajrzał do środka. - Miałem ją na 

oku cały czas. 

Alf  z  wściekłością  cisnął  torbą.  -  Cały  czas?!  -  wypluł 

gniewnie. 

Anders popatrzył na Edvina. - Tak właśnie było, choć kiedy 

przyjechał  pociąg...  Straciłem  ją  z  oczu,  gdy  pasażerowie 
wychodzili  z  poczekalni.  Tak  wie-/  le  osób  przechodziło  z 
bagażami i torbami... 

- Musiał wyciągnąć pieniądze tak, że tego nie zauważyliśmy - 

powiedział  cicho  Edvin,  Anders  widział,  że  jest  tak  samo 
zawstydzony, jak on sam. 

Pokręcił głową. - Nie, to niemożliwe. Gdyby ktoś pochylił się 

i zaczął wyciągać pieniądze, zauważyłbym to. 

Patrzył na Alfa, który nieruchomo wpatrywał się w przestrzeń 

przed sobą. 

 

background image

- Wiem, jak to zrobił - powiedział w końcu brat trzęsącym się 

głosem. - Musiał mieć identyczną torbę. 

Anders  wpatrywał  się  w  brata. Wiedział, co  ma  na  myśli.  - 

Zamienił torby. 

background image


 
Ellen  zapięła  ostatni  guzik  palta  i  usiadła  na  łóżku. 

Wpatrywała  się  w  puste  łóżko  pozostałe  po  pani  Berner. 
Poplamioną pościel sprawnie usunięto, równie szybko umyto 
podłogę. Pozbyto się już całej krwi, choć ciągle mogła dostrzec 
coś ciemnego w szparach pomiędzy polakierowanymi deskami 
podłogi. 

Ile  czasu  upłynęło,  zanim  ktoś  usłyszał  jej  krzyki?  Nie 

wiedziała.  Wiedziała  tylko,  że  pani  Berner  umarła,  zanim 
ktokolwiek zareagował na jej rozpaczliwe wołanie. Umarła na 
jej rękach i Ellen w żaden sposób nie mogła jej pomóc. 

Ścisnęła  trzymany  w  dłoni  papier.  Strażniczka,  która  miała 

przebywać na ich oddziale, zo- 

 

background image

stała  wezwana  w  inne  miejsce,  gdzie  potrzebowano  jej 

pomocy.  Jedynymi  osobami,  które  usłyszały  jej  krzyki,  były 
pozostałe  pacjentki  na  oddziale.  Gdybyż  to  mogło  w 
jakikolwiek  sposób  polepszyć  sytuację!  Wszystkie,  co  do 
jednej,  były  pozamykane  na  klucz  w  swoich  pokojach,  choć 
dowiedziała  się  także,  że  wszystkie  obudziły  jej  rozpaczliwe 
krzyki. 

Otarła  dłonią  mokry  policzek.  Lekarze  powiedzieli,  że 

rezultat tak czy inaczej byłby taki sam. Że nic nie można było 
zrobić. Nie wiedziała, czym im wierzyć. Być może mówili tak, 
żeby ją pocieszyć, a może, by usprawiedliwić samych siebie. 

Jednak  jej  pomogłoby,  gdyby  ktoś  przyszedł,  gdyby  nie 

musiała być tu sama, nie musiała patrzeć, jak życie uchodzi z 
pani  Berner  wraz  z  wyciekającą  z  jej  żył  krwią.  Opatrunki, 
które zrobiła, na nic się nie zdały. 

Zamknęła na chwilę oczy. Nie zasnęła od tamtej pory, choć 

była już bardzo zmęczona. Zaraz po zamknięciu oczu pod jej 
powiekami raz po raz wyświetlała się ta sama scena. 

 

background image

Otworzyła oczy. Czy to nie doktor Juul? Czekała tak długo, że 

zaczęło jej być w palcie za gorąco. 

Popatrzyła  na  swoje  dłonie,  otworzyła  prawą.  Zwinięty 

świstek papieru poplamiony był krwią, gdzieniegdzie atrament 
rozmywał  się.  Słowa  napisane  były  ciasnym,  drobnym 
pismem, ale nietrudno było je odczytać. Wiersz czytała już tak 
wiele razy, że niemal potrafiła usłyszeć recytujący go głos pani 
Berner. Wydawało jej się, że można potraktować  go jako jej 
ostatnie słowa. 

Niebiańska panna młoda Ingrid Berner 
Wieczorem oparłam plecy 
o rozkołysany migdałowiec 
gdzie wiatr tak wiele razy 
widywał nas 
nasz Eden 
podniosłam oczy 
na spurpurowiałe niebo 
 

background image

pojawiły się pierwsze gwiazdy niczym   
błyszczące diamenty oczy Pana 
w mojej piersi zaśpiewał słowik odchodzę   
od zmysłów że nie mogę być blisko ciebie   
a moje serce ucichło już nadeszła nasza noc,   
nasza serenada tej nocy będę twoja   
idę do ciebie jestem twoją niebiańską panną młodą 
 
Ellen  patrzyła  w  sufit,  znów  czuła  zbierające  się  pod 

powiekami łzy. Dlaczego pani Berner zdecydowała się odebrać 
sobie życie? Z jak potwornym bólem musiała się zmagać, że 
wolała |raczej umrzeć, niż żyć dalej? 

Szybko  otarła  policzki,  przypomniała  sobie,  jak  czarno  ona 

sama  kiedyś  widziała  swoje  żyjcie.  Nie  potrafiła  dostrzec 
wyjścia  z  całej  tej  za-[gmatwanej  sytuacji  i  nie  wierzyła,  że 
kiedyś loże być lepiej. 

 

background image

Gdyby tylko wiedziała, że pani Berner zastanawiała się nad 

czymś takim! Mogłaby jej wtedy powiedzieć, że będzie lepiej, 
choć być może sama w to teraz nie wierzy. 

Poderwała się z miejsca na dźwięk pukania do drzwi, czuła, 

jak  robi  się  jej  gorąco.  Szybko  schowała  do  kieszeni  wiersz 
pani Berner. 

Do pokoju wkroczyli doktor Juul i profesor Calmeyer. Obaj 

mieli  śmiertelnie  poważne  twarze  i  unikali  patrzenia  jej  w 
oczy.  Szybko  jednak  zauważyli,  że  ubrana  jest  do  wyjścia. 
Także jej walizka stała spakowana na środku pokoju. 

Profesor Calmeyer podszedł do niej z wyciągniętymi rękami. 

Podała mu dłoń. Uścisnął ją. 

- Jest mi ogromnie przykro z powodu tego, co wydarzyło się 

w  nocy,  pani  Bjerregaard  -  powiedział  cicho.  Ellen  ledwo 
kiwnęła głową, nie potrafiła nic odpowiedzieć. Poza tym pod 
powiekami  znów  paliły  ją  łzy,  musiała  wyjąć  chusteczkę.  - 
Głęboko  ubolewam  nad  tym,  że  na  oddziale  nie  było  żadnej 
strażniczki, gdy... - profesor odchrząknął w zwiniętą dłoń. 

Ellen popatrzyła prosto na niego. Czyżby 
 

background image

profesor,  lekarz  w  szpitalu  dla  obłąkanych  nie  potrafił 

powiedzieć czegoś takiego wprost? 

- Kiedy pani Berner odebrała sobie życie  -dokończyła Ellen 

za  niego.  -  Kiedy  pocięła  sobie  nadgarstki  nożyczkami  do 
haftowania.  Nie  krzyczała.  Pojękiwała  tylko  cicho,  prawie 
niedosłyszalnie, zanim nie odeszła z tego świata. 

Profesor  opuścił  wzrok,  kiwnął  głową.  -  Dołożę  wszelkich 

starań, żeby coś podobnego nigdy więcej się tu nie powtórzyło. 

Dołożę wszelkich starań, żeby coś podobnego nigdy więcej się 

tu nie powtórzyło. Nie miało to dla niej znaczenia. Ona jedzie 
do 
domu. 

Doktor  Juul  podszedł  krok  bliżej.  -  Widzę,  że  włożyła  pani 

płaszcz,  pani  Bjerregaard  -  powiedział  cicho,  ale  słyszała  w 
jego głosie ostro tony. 

Ellen  kiwnęła  głową.  -  Jadę  dziś  do  domu.  Dostrzegła,  jak 

lekarze wymieniają spojrzenia. 

Profesor  Calmeyer  podszedł  do  niej  i  swoim  zwyczajem 

położył dłoń na jej ramieniu. - Proszę usiąść, pani Bjerregaard. 

background image

Niechętnie usiadła. 
Profesor usiadł obok niej na łóżku, na jego twarzy pojawił się 

ten  charakterystyczny,  dobrotliwy  uśmiech.  Przykrył  swoją 
dłonią jej dłoń. Pani Bjerregaard, rozumiem, że wydarzenia 
dzisiejszej nocy wstrząsnęły panią, ale oznacza to tylko, że tym 
bardziej powinna pani tu zostać. 

Ellen  z  zaciętością  pokręciła  głową.  -  Nie,  profesorze  - 

odpowiedziała  zdecydowanie.  -  Nie  zdołam  pozostać  tu  ani 
chwili dłużej. Chcę do domu. 

Zauważyła,  że  jej  rozmówcy  znów  wymienili  spojrzenia. 

Profesor  odsunął  swoją  dłoń,  wstał.  Nie  była  pewna,  czy 
podoba się jej badawcze spojrzenie, którym ją mierzył. 

-  A  może  wydarzenia  dzisiejszej  nocy  obudziły  pani  złe 

wspomnienia,  pani  Bjerregaard?  -  zapytał  cicho  pocierając 
brodę kciukiem i palcem wskazującym. 

Czuła  narastający  w  niej  gniew.  Co  on  sobie  do  licha 

wyobrażał? Że zapomniała o tym, że kiedyś próbowała odebrać 
sobie  życie? Choć  była już teraz  zupełnie inną osobą, nigdy, 
przenigdy nie zapomni, jak to jest podejmować taką 

background image

decyzję.  A  potem  spróbować  wcielić  ją  w  życie.  -  Nie 

rozumiem, do czego pan nawiązuje - odparła chłodno. 

I  znów  ta  pełna  wyższości  wymiana  spojrzeń  między 

lekarzami.  -  Wydaje  mi  się,  że  pani  wie,  pani  Bjerregaard  - 
odpowiedział profesor stłumionym głosem. Jego wyważony i 
opanowany  sposób  mówienia  irytował  ją.  -  Poza  tym  ani 
doktor Juul, ani ja nie uważamy, żeby już nadszedł właściwy 
czas na pani powrót do domu. Pani przeżycia z dzisiejszej nocy 
mogą  pogorszyć  pani  stan  i  znów  przywołać  halucynacje.  - 
Nie! - wybuchnęła Ellen. - Nie chcę być tu dłużej - podeszła do 
walizki,  złapała  za  uchwyt.  Czy  mogą  panowie  być  tacy 
uprzejmi i przynieść moje rzeczy? 

Wiedziała, że rzuca im wyzwanie, ale nie obchodziło jej to. 

Była  tu  wystarczająco  długo.  I  jeśli  odmówią  wydania  jej 
rzeczy,  opuści  to  miejsce  bez  nich.  Jedyne,  czego  teraz 
pragnęła, to wrócić do domu. 

Profesor  Calmeyer  podjął  kolejną  próbę.  -Pani  Bjerregaard, 

myślę, że powinniśmy po 

background image

rozmawiać  o  tym  z  zaciętością  pokręciła  głową.  -  położył 

dłonie na jej ramionach. - Jest pani wzburzona wydarzeniami 
dzisiejszej  nocy,  nie  spała  pani.  Teraz  reaguje  pani  zbyt 
gwałtownie.  Proponuję,  by zażyła  pani  chloral i  położyła  się 
spać, porozmawiamy o wszystkim po południu. 

Wpatrywała się w niego. Me zamierza mnie wypuścić. 
W  takim  razie  powinna  postawić  ich  przed  faktem 

dokonanym.  Odwróciła  się  do  lekarzy  plecami,  podeszła  do 
drzwi. 

- Pani Bjerregaard? Pani Bjerregaard! 
Chciała  otworzyć  drzwi,  ale  doktor  Juul  by  szybszy. 

Zatrzasnął  je  przed  nią  i  oparł  się  o  nie  plecami  tak,  że  nie 
mogła  nawet  pomarzyć  o  ich  otworzeniu.  Zagotowało  się  w 
niej. - Czy mogłabym pana prosić, żeby się pan odsunął? 

Lekarz nie odpowiedział. Usłyszała, że profesor staje tuż za 

jej  plecami.  -  Pani  Bjerregaard,  nalegam,  żeby  się  pani 
uspokoiła. 

Odwróciła  się,  czuła,  że  jej  cierpliwość  się  kończy.  - 

Powiedziałam, że nie chcę być tu ani chwili dłużej! 

background image

Profesor  próbował  ją  przytrzymać,  ale  wyrwała  się  mu.  - 

Proszę mnie nie dotykać! 

- Pani Bjerregaard, nie widzę sensu dalszego prowadzenia z 

panią  rozmowy  w  stanie,  w  jakim  się  pani  znajduje.  Zaraz 
poproszę  którąś  ze  strażniczek,  żeby  przyszła  z  chloralem. 
Porozmawiamy później, kiedy już się pani uspokoi. 

Chłodny,  lekceważący  ton  profesora  spowodował  u  niej 

kolejny  wybuch  gniewu.  -  Pani  nie  rozumie,  profesorze 
Calmeyer. Nie chcę tutaj dłużej być! 

Zachowywali  się,  jakby  jej  nie  słyszeli  -  ani  profesor,  ani 

doktor  Juul.  Nie  zwracając  na  nią  więcej  uwagi  popchnęli 
drzwi, wyszli i zaczęli je za sobą zamykać. Nie mogła znieść 
myśli, że mieliby ją znów zamknąć na klucz w tym pokoju, nie 
po tym, co wydarzyło się tej nocy. 

Chwyciła  za  klamkę,  próbowała  nie  dopuścić  do  tego,  by 

zamknęli drzwi, ale doktor Juul był dla niej zbyt silny. Naparł 
na  nie  całym  swoim  ciężarem  i  zatrzasnął  je.  Zaraz  potem 
usłyszała zgrzyt przekręcanego klucza w zamku. 

 

background image

Waliła w drzwi. - Otwórzcie! Nie możecie mnie tu zamykać! 

Nie możecie! 

Wiedziała,  że  ją  słyszą,  ale  nic  nie  zrobili.  Zrozpaczona 

załomotała w drzwi jeszcze raz, lecz na próżno. 

Naraz  zawładnął  nią  płacz,  pochłonął  całkowicie,  wyciskał 

obfite strumienie łez na policzki. 

Rzuciła  się  na  łóżko,  zagłębiła  twarz  w  poduszki,  zacisnęła 

dłonie na kołdrze. 

Zamknęli ją tu. 
I nic nie mogła zrobić, żeby temu zapobiec. 

-  Nie  może  się  pani  tak  zachowywać  -  wyszeptała  panna 

Marstrand  podając  jej  filiżankę  herbaty.  Odmówiła  zażycia 
chloralu,  choć  panna  Marstrand  wychodziła  z  siebie 
przekonując ją, by go wzięła. 

Ellen patrzyła prosto przed siebie. - Nie tak miało tutaj być - 

odpowiedziała cicho przyjmując filiżankę. 

- Nie, ale wcale nie polepsza pani swojej sy- 
 

background image

tuacji zachowując się w ten sposób - mówiła dalej strażniczka. 

-  Rozumiem, że chce pani wrócić do domu, ale najlepsze, co 
może  pani  w  tych  okolicznościach  zrobić,  to  potakiwać 
lekarzom, tak jak pani powiedziałam. 

Ellen popatrzyła na nią. Było coś proszącego w jej głosie. - 

Nie rozumiem dlaczego przetrzymują mnie tutaj wbrew mojej 
woli. 

Strażniczka usiadła na łóżku obok niej. - Nie powinnam pani 

tego  mówić,  ale...  -  nie  dokończyła,  jakby  się  nad  czymś 
zastanawiając. 

Ellen  czekała,  lecz  panna  Marstrand  nic  już  więcej  nie 

powiedziała. - Czego nie powinna mi pani mówić? - zapytała, 
wiedziała, że coś leży na sercu jej rozmówczyni. 

Strażniczka popatrzyła na nią poważnie, chwyciła jej dłoń. - 

Nie  powinnam  pani  tego  mówić  -  powtórzyła  półgłosem, 
zerkając  ukradkiem  na  uchylone  drzwi.  -  Ale  powinna  pani 
wiedzieć, że profesor Calmeyer rozważa przeniesienie panią na 
inny oddział. 

Ellen poderwała się z miejsca. - Co pani opowiada?! 

background image

- Ciii... - panna Marstrand wstała i zamknęła drzwi. - Proszę 

nie mówić tak głośno, pani Bjerregaard. 

Ellen  wpatrywała  się  w  strażniczkę.  O  czym  ona  mówiła? 

Inny oddział? - Ale dlaczego... 

- Bo niepokoi pani inne pacjentki na oddziale - przerwała jej 

panna Marstrand i podeszła krok bliżej. - Wie pani przecież, że 
warunkiem  przebywania  na  tym  oddziale  jest  spokojne  za-
chowywanie się. 

Ellen zupełnie nie wiedziała, co na to odpowiedzieć. Czego ci 

lekarze  od  niej  oczekiwali?  Zamknęli  ją  tu  nawet  po  tym,  co 
wydarzyło się tej strasznej nocy. 

Strażniczka popatrzyła na nią przenikliwym wzrokiem. - Nie 

powinnam, nie wolno mi pani tego mówić, ale słyszałam, że na 
oddział ma zostać przyjęta siostra profesora Calmeyera. 

Ellen próbowała zrozumieć, do czego zmierza strażniczka. - 

Chce  pani  przez  to  powiedzieć,  że  jeśli  pojawi  się  tu  siostra 
profesora,  będzie  nas  o  jedną  za  dużo  na  tym  oddziale,  czy 
mam rację? 

 

background image

Kobieta kiwnęła głową. - Tak właśnie. I obawiam się, że dała 

pani  lekarzom  podstawy  ido  przeniesienia,  żeby  znalazło  się 
miejsce dla [siostry profesora. 

Ellen siedziała zupełnie bez ruchu i wpatrywała się w ścianę 

przed sobą. Jak do tego doszło? I dlaczego nie mogła po prostu 
wrócić Ido domu? W jaki sposób zdoła się stąd wydostać? 

Ellen popatrzyła na strażniczkę. - Panno Marstrand, musi mi 

pani pomóc. 

Kobieta  zdecydowanie  pokręciła  głową.  -  Tego  akurat  nie 

mogę zrobić, pani Bjerregaard - Ellen widziała wyraźnie, że jej 
usta zaczynają się trząść. - Mogłabym stracić pracę, a nie stać 
mnie na to. Poza tym i tak już powiedziałam zbyt wiele. 

Strażniczka ruszyła do drzwi, ale zatrzymała się na chwilę tuż 

przy  nich.  -  Proszę  pamiętać  o  tym,  co  pani  powiedziałam. 
Drzwi  zamknęły  się  za  nią  i  Ellen  usłyszała,  jak  przekręca 
klucz w zamku. Zamknęła oczy, próbowała oddychać spokój 

background image

nie,  próbowała  odsuwać  obrazy  podsuwane  jej  przez  jej 

wyobraźnię. 

Starała się zawęzić swój świat do jednej tylko myśli, jedynej, 

która w tej chwili cokolwiek znaczyła. 

Jak się stąd wydostać? 

background image


 
Ulrik  pochylił  się  nad  skrzynką

 

chrząszczami  Coleoptera, 

którą przyniósł do domu z muzeum. Chrząszcze pochodziły z 
Ameryki Południowej, zostały zebrane przez nieżyjącego już 
handlarza kawy, przyrodnika entuzjastę. Na szczęście wdowa 
po  nim  domyśliła  się,  że  zbiory  owadów  jej  zmarłego  męża 
mogą mieć dużą wartość dla muzeum. Sama i tak się nimi nie 
interesowała i nie chciała ich zachować. 

Nachylił  się  mocniej,  przytrzymał  lupę  nad  połyskującym 

zielonkawo,  żółto  nakrapianym  okazem.  Czy  mógł  to  być 
Plusiotis? 

Ulrik potarł oczy, był zmęczony, choć popo- 

background image

łudnie  dopiero  się  zaczynało.  Odłożył  lupę,  pokręcił  szyją. 

Siedział  nad  tymi  skrzyniami  już  od  wielu  godzin,  próbując 
sklasyfikować  zgromadzone  w  nich  okazy.  Nie  wszystkim 
chrząszczom  handlarz  kawy  przyporządkował  ich  łacińskie 
nazwy.  Jeśli  będzie  miał  szczęście,  może  uda  mu  się  odkryć 
nowy gatunek. 

Upił  łyk  kawy,  ale  zorientował  się,  że  zdążyła  już  zupełnie 

wystygnąć. Wyjrzał przez okno, z nieba sypał ciężki śnieg. Ta 
niedziela  dłużyła  mu się  w nieskończoność. W pozostałe  dni 
był  w  pracy  i  nie  myślał  tyle  o  Ellen,  choć  oczywiście 
przygnębiało  go  przychodzenie  do  pustego  domu.  Jak  się  jej 
tak właściwie wiodło? Czy udało się jej odzyskać równowagę? 
Bardzo  chciałby  móc  z  nią  porozmawiać  i  upewnić  się,  czy 
wszystko z nią w porządku. 

Potarł  dłonią  twarz,  dopił  resztkę  kawy.  Miał  głęboką 

nadzieję, że pobyt w szpitalu uzdrowi ją. Na szczęście profesor 
Calmeyer  uznawany był za  bardzo  dobrego specjalistę i  jeśli 
istniał ktoś, kto mógłby pomóc Ellen, był to na pewno on. Sam 
od bardzo dawna próbował jej pomóc, 

background image

ale na próżno. Wręcz przeciwnie, jej stan pogorszył się. 
Wstał,  podszedł  do  wychodzącego  na  tyły  ogrodu  okna. 

Dlaczego  Ellen  stała  się  taka  dziwna?  Czy  przyczyną  mogło 
być  utracone  przez  nią  dziecko?  Profesor  Calmeyer 
powiedział, że mogła być to w każdym razie jedna z przyczyn. 

Rozległo  się  ciche  pukanie  i  zaraz  w  drzwiach  ukazała  się 

Betsy. - Panie Bjerregaard, ma pan wizytę. 

- Kto to? 
- To pani Sibylle Eckermann. 
Ulrik kiwnął głową. - Proszę jej powiedzieć, że zaraz przyjdę. 

Nieraz  spotkał  już  cioteczną  babkę  Ellen,  ale  mimo 
najszczerszych  chęci  nie  potrafił  jej  tak  naprawdę  polubić. 
Robiła wokół siebie zdecydowanie za dużo zamieszania, poza | 
tym nie zawsze myślała, zanim coś powiedziała. Uważała, że 
wolno  jej  mówić  co  tylko  jej  ślina  na  język  przyniesie,  nie 
rozumiała, że potrafi w ten sposób odpychać od siebie ludzi i 
ranić ich. Nie sądził też, by Ellen za nią przepadała, ale trzeba 
przyznać, że odwiedzała ją regu- 

background image

larnie tej jesieni. Twierdziła, że ciotka łagodnieje w miarę, jak 

poznaje się ją lepiej. 

Zebrał się w sobie i podszedł do drzwi. Wiedział, że ciotka 

Ellen  zapyta,  gdzie  znajduje  się  jej  krewniaczka,  ale  na  to 
pytanie nie będzie mógł jej odpowiedzieć. Betsy była jedyną 
osobą, która znała prawdę. 

Gdy wszedł do salonu, białowłosa kobieta siedziała na sofie. 

Wstała  jednak  od  razu,  gdy  tylko  go  zobaczyła.  Przyszła  ze 
swoją gospodynią, jak to miała w zwyczaju. 

Podszedł z uśmiechem do Sibylle. - Przyszła pani do nas, pani 

Eckermann! Miło panią znów zobaczyć. Od razu zauważył, jak 
oczy kobiety zwężają się i rzucają mu czujne spojrzenie. 

-  Nie  z  panem  przyszłam  porozmawiać,  panie Bjerregaard  - 

odpowiedziała  ciotka  Ellen  ostro.  -  Miałam  zamiar 
porozmawiać z Ellen o przyjęciu, które chciałam zorganizować 
dla moich przyjaciółek przed świętami, ale widzę, że chyba nie 
zastałam jej w domu? 

Ulrik kiwnął głową. - Ma pani rację. 
- To gdzie w takim razie jest? 

background image

Tak jak przypuszczał, ciotka Ellen przeszła od razu do sedna. 

- Nie zechce pani zdjąć płaszcza? 

Sybille  pokręciła  głową.  -  Nie  ma  takiej  potrzeby  - 

przekrzywiła  głowę.  -  Gdzie  jest  pańska  żona,  panie 
Bjerregaard? Bardzo chciałabym z nią porozmawiać. 

Ulrik pokręcił głową. - Nie jestem pewien, kiedy moja żona 

wróci. 

Sybille popatrzyła na niego ostro. - A gdzie jest pańska żona, 

jeśli wolno spytać? 

Zaczęło mu się robić gorąco. Za nic w świecie nie chciał jej 

zdradzić,  że  Ellen  znajduje  się  w  szpitalu  dla  obłąkanych.  - 
Moja  żona  wróci  najwcześniej  za  tydzień  -  powiedział 
zdecydowanie.  -  Miała  ciężki  okres  jesienią  i  jest  w  trakcie 
rekonwalescencji. 

Sybille przekrzywiła głowę, jej oczy zwęziły się. - Ach tak? 

Rozumie  pan,  uzgodniłam z  nią,  że  umili  trochę  czas  mnie i 
moim  przyjaciółkom  grą  na  pianinie  tego  wieczoru,  w  który 
organizuję przyjęcie. Miała odwiedzić mnie wczoraj, żebyśmy 
mogły przygotować program, ale się nie 

background image

pojawiła - podeszła bliżej Ulrika. - Więc niech mi pan powie, 

panie Bjerregaard, gdzie jest moja krewniaczka? 

Zrozumiał,  że  nie  na  wyboru.  -  Muszę  panią  z  przykrością 

zawiadomić, że Ellen musi spędzić pewien czas w szpitalu dla 
obłąkanych  -  zaczął,  ale  natychmiast  dostrzegł,  jak  twarz 
Sybille tężeje. 

- Co pan wygaduje, młody człowieku? - wy-buchnęła. 
Ulrik westchnął. - Czy mogę panią prosić, żeby pani usiadła? 
Ciotka  Ellen  posłała  mu  piorunujące  spojrzenie,  ale 

posłuchała  jego  prośby.  -  Mimo  najszczerszych  chęci  nie 
potrafię  zrozumieć,  dlaczego  Ellen  tam  się  znalazła  - 
odpowiedziała  surowo.  -  Taka  urocza,  spokojna  dziewczyna 
jak ona. 

Ulrik  usiadł,  szukał  właściwych  słów.  -  Ellen  potrzebuje 

pomocy  -  zaczął  i  opowiedział  o  przyczynach  jej  pobytu  w 
szpitalu.  Sibylle  i  jej  gospodyni  wpatrywały  się  w  niego  z 
niedowierzaniem. 

background image

Skończył na tym, że lekarze pracujący w szpitalu uważali, że 

Ellen powinna przedłużyć swój pobyt tam. Na chwilę zaległa 
cisza. Sybille wstała powoli. 

-  Rozumiem,  że  uważa  pan,  że  postąpił  pan  słusznie  - 

powiedziała półgłosem, lecz Ulrik słyszał pobrzmiewające w 
jej głosie nutki gniewu. 

Wstał,  zrozumiał,  że  Sibylle  uważa  tę  rozmowę  za 

zakończoną.  -  Nie  wolno  pani  sądzić  inaczej.  Chciałbym  dla 
Ellen  wszystkiego,  co  najlepsze  -  odpowiedział  zmęczonym 
głosem. 

Oczy  Sibylle  zwęziły  się.  -  Nie  powiedziałam  ani  nie 

pomyślałam niczego innego, panie Bjerregaard, ale powinien 
pan wiedzieć, że dysponuję pewną wiedzą o tym szpitalu. 

- Co pani chce przez to powiedzieć? - odparł zdumiony Ulrik. 
-  Jakiś  czas  temu  jedna  z  moich  przyjaciółek  spędziła  kilka 

tygodni  na  oddziale,  na  którym  obecnie  znajduje  się  Ellen  - 
Sibylle  wymieniła  spojrzenia  ze  swoją  gospodynią  i  uniosła 
brodę. - Mogę panu powiedzieć, 

background image

że to wcale nie przypomina pobytu rekonwalescencyjnego. 
Ulrik opuścił wzrok, odgarnął do tyłu włosy z twarzy. - Mogę 

panią  zapewnić,  że  Ellen  jest  w  najlepszych  rękach  - 
odpowiedział szorstko. 

Ciotka  Ellen  ruszyła  w  stronę  sieni.  -  Czy  powiadomił  pan 

rodzinę Ellen o tym, gdzie się teraz znajduje? - zapytała patrząc 
na niego zimno. 

Ulrik pokręcił głową. - Nie widzę powodu, by martwić tym jej 

rodzinę. 

Nie  podobało  mu  się  spojrzenie  Sybille.  Była  już 

rzeczywistości starą kobietą, ale nie dało się nie zauważyć, że 
wzrok nadal miała ostry, a język nader cięty. 

-  Nie?  -  odpowiedziała  tylko.  -  No  tak,  dziękuję  panu  za 

rozmowę, panie Bjerregaard. Mam nadzieję, że Ellen wkrótce 
będzie mogła wrócić do domu. 

Kobiety  odwróciły  się  do  niego  plecami,  wyszły  i  ruszyły 

ścieżką przez ogród ku furtce. 

Cicho zamknął za nimi drzwi i wrócił do swojego gabinetu, 

gdzie znów pochylił się nad tropikalnymi chrząszczami. 

background image

Miał taką samą nadzieję. 
Że wkrótce Ellen wyzdrowieje na tyle, żeby wrócić do domu. 
Tęsknił za nią tak bardzo, że sprawiało mu to ból. 

background image


 
Abelone  energicznie  zamieszała  kaszkę  Małego  Erika  i 

spróbowała. Idealna temperatura. 

Synek zapamiętale kopał nóżkami, kiedy dawała mu pierwszą 

łyżkę, musiała objąć go w pasie i mocno przytrzymywać, żeby 
nie spadł jej z kolan. 

-  Aż  tak  byłeś  głodny?  Wciąż  dziwiło  ją,  ile  jedzenia 

potrzebowało to małe ciałko, nie pamiętała, by jej rodzeństwo 
miało aż taki apetyt. Ale cieszyła się z tego, Mały Erik był taki 
drobny, gdy się urodził. Na szczęście teraz bardzo szybko rósł. 

Jej myśli powędrowały do tego, co kilka dni 

background image

temu powiedział jej Anders. Czy naprawdę ktokolwiek mógł 

uwierzyć  w  to,  że  jest  matką  martwego  niemowlęcia  z 
mokradeł? I kto rozsiewał o niej takie złośliwe plotki? 

Mały Erik chwycił jej palce, najwyraźniej sądził, że karmi go 

zbyt wolno. 

-  Nie  możesz  jeść  tak  szybko  -  upomniała  go  Abelone.  - 

Będzie cię bolał brzuszek. 

Wiedziała,  że  we  wsi  jest  wiele  innych  kobiet,  które 

podejrzewano, że mogą być matkami dziecka z mokradeł, ale 
to o niej krążyły teraz te plotki. 

Miała nadzieję, że z czasem ucichną same z siebie, ale mimo 

wszystko męczyło ją to. Jak ktoś mógł uwierzyć w coś takiego? 
Wiedziała  jednak,  jak  to  z  pogłoskami  bywa.  Ktoś  coś 
powiedział,  od  słowa  do  słowa  powstała  plotka,  która  zaraz 
rozhulała się jak pożar w tratwie i nie było już wiadomo, kto 
skrzesał pierwszą iskrę. 

Próbując wydedukować, kto mógł być autorem plotki, podała 

Małemu  Erikowi  ostatnią  łyżkę  kaszki.  I  dlaczego?.  Nie 
rozumiała z jakich 

background image

powodów ta osoba miałaby rozpowszechniać takie kłamstwa. 
Usłyszała,  jak  do  sieni  wchodzą  ojciec  i  Anders,  stali  tam 

teraz i rozmawiali cicho. Chwilę później ojciec pojawił się w 
kuchni. 

Od razu zorientowała się, że coś jest nie w porządku, ojciec 

zupełnie pobladł na twarzy. W dłoni trzymał arkusz papieru. 

Abelone wstała, wzięła Małego Erika na ręce. - Ojcze? Czy 

coś się stało? 

Ojciec potarł dłonią twarz, usiadł. - Chodzi o Ellen. 
Sposób,  w  jaki  wypowiedział  imię  siostry  sprawił,  że  coś 

ścisnęło ją w piersi. - Ellen? Czy coś złego stało się z Ellen? 

Ojciec kiwnął głową, popatrzył na nią. - Dostałem telegram 

od  ciotki  Sibylle  -  zawiesił  na  chwilę  głos,  czekała  aż  ojciec 
dokończy. - Pisze, że Ellen jest w szpitalu dla obłąkanych. 

Abelone wpatrywała się w ojca, nie mogła uwierzyć w to, co 

przed chwilą usłyszała. -W szpitalu dla obłąkanych? - jęknęła 
opadając na najbliższe krzesło. - Co ty opowiadasz? 

background image

Ojciec  pokręcił  głową,  westchnął  głęboko.  -Nic  z  tego  nie 

rozumiem.  Napisała,  że  uważa  powiadomienie  nas  o  tym  za 
swój obowiązek. 

Abelone próbowała uspokoić Małego Erika, który wiercił się 

w  jej  ramionach.  Po  jedzeniu  zawsze  robił  się  śpiący  i 
marudny. - Ale dlaczego Ulrik nam o tym nie napisał? I co też 
Ellen robi w szpitalu dla obłąkanych? Wiedziała, że siostra nie 
czuje się najlepiej po utracie dziecka, ale szpital

7

 Musiało się 

wydarzyć coś niedobrego. 

Twarz ojca stężała, gdy jeszcze raz czytał telegram. - Nad tym 

się  właśnie  zastanawiam  -powiedział,  po  czym  poderwał  się 
gwałtownie z miejsca. - Jutro rano pojadę do Christianii. 

Abelone  popatrzyła  na  ojca.  Jej  myśli  pędziły  jak  szalone. 

Czy siostra naprawdę zachorowała na umyśle? Nie mogło być 
przecież innego wytłumaczenia. Ta myśl sprawiła, że robiło się 
jej  na  przemian  zimno  i  gorąco.  Gwałtownie  napłynęły 
wspomnienia  z  tego  przerażającego  dnia,  którego  nigdy  nie 
będzie  potrafiła  zapomnieć,  dnia  ślubu  Blanche.  Dnia,  w 
którym Ellen skoczyła z urwiska. 

background image

Wstała. - Jadę z tobą, ojcze. 
Ojciec popatrzył na nią z powątpiewaniem. - Ale masz teraz w 

domu tyle pracy, tuż przed świętami... 

Pokręciła głową zdecydowanie. - To może poczekać. 
Czułaby się nieznośnie siedząc w Gimle, podczas gdy ojciec 

byłby w Christianii. 

Chciała spotkać się z Ellen i z nią porozmawiać tak szybko, 

jak tylko było to możliwe. 

-  Ulrik  stoi  na  peronie,  ojcze  -  Abelone  spojrzała  w  ponurą 

twarz ojca. 

Aksel  natychmiast  po  ich  rozmowie  wysłał  do  męża  Ellen 

telegram,  w  którym  powiadomił  go,  że  następnego  dnia 
przyjadą do Christianii. 

Nie  odpowiedział,  wiedziała,  że  jest  zły  i  rozczarowany 

Ulrikiem. Powiedziała mu, że Ulrik zapewne ma powody, dla 
których  zdecydował  się  całą  sprawę  trzymać  w  ukryciu,  ale 
ojciec nie chciał jej słuchać. 

background image

Pociąg  zatrzymał  się  na  stacji,  drzwi  otworzyły  się.  Ojciec 

wysiadł pierwszy i pomógł  Abelone zejść ze schodów.  Ulrik 
spostrzegł ich i pospieszył w ich stronę. 

- Pomogę wam z walizkami. 
Nie mieli wiele bagażu, ojciec planował wrócić do Gimle już 

następnego dnia. Z tego też powodu zdecydowali się zostawić 
w  domu  Małego  Erika.  Podróż  byłaby  dla  chłopca  zbyt 
męcząca,  poza  tym  zdecydowali, że  Sofie  zostanie  na  noc  w 
Gimle na wypadek, gdyby dziecko budziło się w nocy. Bera nie 
była już dość silna, by w pojedynkę móc wziąć na siebie taką 
odpowiedzialność. 

Mimo wszystko już za nim tęskniła. 
Ulrik wyciągnął rękę i uścisnął dłoń jej ojca, nie dało się nie 

zauważyć marsowego wyrazu oblicza Aksela. Sposób, w jaki 
uścisnął dłoń zięcia nie było zbyt serdeczny. 

- Fiakier czeka  - powiedział Ulrik. Abelone zwróciła uwagę 

na jego podenerwowanie, na co dzień był bardzo spokojnym 
człowiekiem. To, że Sybille powiadomiła ich o sytuacji Ellen, 
musiało go bardzo poruszyć. 

background image

W milczeniu przeszli przez budynek stacji kolejowej i wyszli 

na ulicę. Abelone gorączkowo szukała tematu do rozmowy, ale 
jedyne, co przychodziło jej do głowy, to Ellen. 

-  Opowiem  wam  o  Ellen,  kiedy  dotrzemy  do  domu  - 

powiedział  Ulrik,  gdy  usiedli  w  saniach.  Musiał  wiedzieć,  o 
czym myśleli. 

Ojciec  lekko  skinął  głową.  -  To  dlatego  przyjechaliśmy  - 

odparł szorstko. 

Abelone  posłała  ojcu  ostrzegawcze  spojrzenie,  nie  musiał 

zachowywać się tak niegrzecznie. 

Była pewna, że Ulrik zrobiłby wszystko dla dobra Ellen. 

- A więc byłeś w szpitalu przed południem? 
Ulrik kiwnął głową, wsparł łokcie na kolanach i wbił wzrok w 

podłogę.  -  Tak,  ale  lekarze  uważają,  że  najlepiej  dla  Ellen 
będzie, jeśli nie będzie się ze mną widywać. 

Abelone wymieniła spojrzenia z ojcem. Trud- 

background image

no było im zrozumieć to, co powiedział Ulrik - że konieczne 

okazało się umieszczenie Ellen w szpitalu. A tej nocy, wedle 
słów lekarzy, miała się zachowywać bardzo niespokojnie. 

-  Lekarze  uważają,  że  Ellen  potrzebuje  więcej  czasu  - 

powiedział  Ulrik  spoglądając  na  Aksela.  Abelone  zwróciła 
uwagę, że wygląda na bardzo zmęczonego. - Ona słyszy głosy, 
Akselu. I widzi nieżywych ludzi - powtórzył to, co powiedział 
im już wcześniej. 

Opowieść Ulrika przeraziła Aksela, ale ona miała na ten temat 

własne  zdanie.  Sama  widywała  matkę  po  jej  śmierci,  Louise 
przemawiała nawet do niej, aż do momentu, w którym wreszcie 
odnalazła  spokój.  Czy  Ellen  także  przeżyła  coś  takiego?  A 
może  cierpienie  związane  z  utratą  dziecka  sprawiło,  że 
naprawdę zachorowała na umyśle? 

Ojciec  wstał.  - Tak czy inaczej,  dziś  wieczorem  nic  już  nie 

możemy  zrobić.  Jutro  pojadę  do  szpitala  porozmawiać  z 
lekarzami  Ellen  -popatrzył  na  Ulrika.  -  Zakładam,  że 
pojedziemy razem? 

background image

Abelone  czuła  się  niezręcznie.  Atmosfera  między  ojcem  a 

Ulrikiem była napięta i to wyraźnie z winy ojca. Ulrik uczynił 
dla Ellen wszystko, co leżało w jego mocy, tego była pewna. 
Może ojciec wstydził się, że jego córka trafiła do szpitala dla 
obłąkanych?  Wydawało  się  jej,  że  właśnie  dlatego  się  tak 
dziwnie zachowywał - a może nie potrafił uwierzyć, że Ellen 
naprawdę  mogła  tak  poważnie  zachorować.  Jej  samej  trudno 
było w to uwierzyć, ale nie widziała przecież siostry od lata, a 
już wtedy była cieniem samej siebie. Ton jej listów także był 
dość ponury. Ellen pisała, że nie ma się czym zająć w stolicy, 
niewielu też ma w Christianii znajomych. 

- Idę spać - powiedział ojciec. - Rozumiem, że pojedziemy do 

szpitala z samego rana? 

Ulrik  kiwnął  głową.  -  Oczywiście.  Ojciec  wyszedł,  ale 

Abelone  zdecydowała  się  zamienić  kilka  słów  z  Ulrikiem  w 
cztery oczy. 

- Tak mi przykro z powodu tego wszystkiego - zaczęła cicho. 
Ulrik popatrzył na nią, delikatny, smutny 

background image

uśmiech pojawił się na jego ustach. - Mnie także - westchnął 

głęboko  i  opadł  na  oparcie  sofy.  Wyglądał,  jakby  trochę  się 
odprężył  pod  nieobecność  ojca.  -  Mam  nadzieję,  że  Aksel 
zrozumie, że  nie miałem innego wyjścia, jak tylko posłuchać 
rad lekarzy. 

Nie  była  pewna,  czy  ojciec  zrozumiał,  że  Ulrik  miał  dobre 

zamiary. Ojciec bywał zaślepiony i uparty, nie podobało mu się 
bardzo, że jego córka przebywa w szpitalu dla obłąkanych. - 
Wydaje  mi  się,  że  ojciec  nie  potrafi  pojąć,  jak  źle  czuła  się 
Ellen po utracie dziecka -odpowiedziała cicho. 

Ulrik potarł twarz dłońmi.  - Nikt chyba tego nie zrozumiał, 

nawet ja - popatrzył Abelone w oczy. - Nie sądzę, żeby to się 
stało, gdyby znów udało się jej zajść w ciążę. 

Abelone  poprawiła  się  niespokojnie  na  miejscu.  Ulrik  nie 

powiedział  nic  poza  tym,  że  Ellen  wydawało  się,  że  widzi  i 
słyszy  zmarłych  ludzi.  -  Ci  zmarli,  których  widziała  Ellen... 
Wspominała ci, kim są? 

Ulrik zwlekał chwilę z odpowiedzią. - Za- 

background image

wsze ta sama osoba. Mówi, że widzi małą dziewczynkę. 
- Ale czy wiesz, kim jest ta dziewczynka? W tej samej chwili 

weszła służąca z kawą. 

- Czy chcesz jeszcze kawy? - zapytał Ulrik. Abelone pokręciła 

głową, wstała. - Ja też już 

powinnam iść do łóżka. 
Ulrik  uśmiechnął  się  do  niej.  -  Mam  nadzieję,  że  będziesz 

spała dobrze. 

-  Z  pewnością  -  skłamała.  Nigdy  nie  sypiała  dobrze  poza 

domem, poza tym wiedziała, że będzie długo myślała o Małym 
Eriku.  A  jeśli  nie  będzie  mógł  zasnąć?  Jeśli  będzie  płakał  i 
Sofie nie zdoła go uspokoić? 

- Dobranoc - wychodząc z salonu uśmiechnęła się do służącej, 

zauważyła,  że  dziewczyna  wodzi  za  nią  wzrokiem,  by  zaraz 
opuścić skromnie oczy. Służba nie powinna patrzeć w oczy ani 
gościom,  ani  gospodarzom,  ale  Abelone  wiedziała,  że  Ellen 
była  bardzo  zadowolona  ze  służącej,  dziewczyna  była  miła  i 
obowiązkowa, jak pisała w listach. 

Weszła po schodach na piętro i skierowała 

background image

się do swojego pokoju. Zapaliła świecę w stojącym na szafce 

nocnej  mosiężnym  lichtarzu.  Była  zmęczona  po  podróży 
pociągiem,  ale  najbardziej  dokuczała  jej  tęsknota  za  Małym 
Erikiem.  Nie  przypuszczała,  że  będzie  za  nim  tęsknić  tak 
bardzo! Na szczęście nie pojawiły się u niego żadne symptomy 
choroby, jak się tego obawiała. 

Rozebrała się i wsunęła w miękką, chłodną pościel. Czy Sofie 

zdołała uśpić Małego Erika? Wpatrywała się w równo palący 
się  płomień  świecy  rozświetlający  mały  pokoik  gościnny 
złotym  światłem.  Czy  dobrze  zrobiła  wyjeżdżając  z  domu? 
Erik był jeszcze taki malutki. 

Odwróciła się na plecy, leżała wpatrując się w sufit. Gdyby 

karmiła go piersią, nie mogłaby wyjechać, ale po śmierci Erika 
straciła pokarm. 

Myśl o tym, że to Sofie się nim zajmuje, pomagała jej. Sofie 

była uroczą dziewczyną mającą wspaniały kontakt z dziećmi, 
poza tym była cierpliwa i spokojna. 

Zdmuchnęła  świecę  i  zamknęła  oczy,  choć  wiedziała,  że 

mimo zmęczenia nie zaśnie od 

background image

razu. Miała wiele do przemyślenia, poza tym nie nawykła do 

sypiania w obcych łóżkach. 

Jak się czuje Ellen? Trudno było jej wyobrazić sobie siostrę w 

takim miejscu. Ulrik powiedział im wprawdzie, że znajduje się 
na spokojnym oddziale przeznaczonym wyłącznie dla kobiet z 
dobrze sytuowanych rodzin, lecz obawiała się, że Ellen jednak 
źle się tam czuje, mimo że Ulrik zapewniał, że sama  chciała 
tego pobytu. 

Odwróciła  się  na  bok,  patrzyła  w  ciemność.  Czy  Ellen 

naprawdę powiedziała mu, że  chce się tam udać? Nie mogła 
tego zrozumieć. 

Coś się tu nie zgadzało. 

Zamrugała oczami. Która to mogła być godzina? Odwróciła 

się na łóżku, w głowie jej dudniło, jak zwykle, gdy źle spała. 

Spać. Muszę zasnąć. 
Zamknęła  oczy,  poczuła,  jak  myśli  rozpływają  się  jej  we 

mgle, opadają w sen. Masz takie piękne włosy. 

background image

Czy to sen? Czy jawa? Czyżby usłyszała czyjś cichy głos? A 

może tylko się jej wydawało? 

Zaspana  podniosła  głowę.  Obok  łóżka  zamajaczyła  postać 

małej dziewczynki, to ona przed chwilą coś mówiła. Głos nie 
wydobywał  się  jednak  z  jej  ust,  nie  wydobywał  się  znikąd. 
Rozbrzmiewał w całym pokoju. Cichy i słaby. 

Dziewczynka. Dlaczego przy jej łóżku stoi dziewczynka? 
- Masz takie same włosy jak mama - powiedziała dziewczynka 

i  wyciągnęła  dłoń.  Mała  rączka  pogłaskała  Abelone  po 
włosach. 

Zamrugała  energicznie,  usiadła  w  łóżku.  Rozejrzała  się  w 

ciemności. Czy coś jej się śniło? Upiła łyk wody ze stojącej na 
szafce nocnej szklanki, senne myśli zniknęły. 

Położyła się z powrotem, leżała i wpatrywała się w ciemność, 

lecz niczego dziwnego już nie widziała. 

Pozwoliła powiekom zamknąć się, zapadła w sen. 
Musiało jej to się śnić. 

background image

10 
 
Blanche nerwowo zerkała na zegar ścienny. - Spóźnimy się. - 

Przyjedziemy  w  sam  raz  na  kolację,  Blanche,  uspokój  się  - 
mruknął Alf. 

On  mógł  tak  mówić,  ubrał  się  już  i  był  gotowy  do  wyjścia. 

Ona  miała  na  sobie  tylko  bieliznę,  dużo  wysiłku  musiała 
włożyć  w  ułożenie  włosów.  Poza  tym  musiała  jeszcze 
odpowiednio wystroić Helene Augustę. 

Poszła znów do swojego pokoju i zaczęła się ubierać. Bała się 

trochę  obiadu  u  państwa  Aaroe,  wiedziała,  że  ojciec  pani 
Aaroe,  dyrektor  Schmidt  także  tam  będzie.  Jednocześnie 
cieszyła się na  spotkanie z Amalie i Mathiasem, nie widziała 
ich już od tak dawna. 

background image

Zapięła  ostatni  guzik  ciemnofioletowej  sukni  z  tafty 

jedwabnej i krytycznie przejrzała się w lustrze. 

Nowa suknia wieczorowa, którą kazała sobie uszyć jesienią, 

była  przecudowna.  Musiała  ją  zamówić,  gdyż  większość  jej 
starych  sukni  wizytowych  zrobiła  się  za  ciasna.  Większość  z 
nich udało się jej wprawdzie przerobić, ale nie dało się ukryć, 
że trochę przytyła. 

Uśmiechnęła  się  do  swojego  odbicia.  Do  twarzy  było  jej  z 

okrąglejszymi policzkami, w czasach małżeństwa z Oskarem 
była  zdecydowanie za  chuda.  Poza  tym  wydawało  się  jej,  że 
Alfowi  podobają  się  jej  nowo  nabyte,  kształtne  krągłości.  Z 
pewnością nie była pulchna. 

Założyła  długie  kolczyki  z  perłami  i  przypięła  na  piersi 

przecudną  broszkę  z  kameą,  którą  odziedziczyła  po  matce. 
Zaraz potem wyciągnęła sukienkę Helene Augusty. Granatowe 
cudeńko  z  welwetu  ozdobione  kokardami  wyglądało  na  niej 
prześlicznie,  córeczka  także  zdawała  się  być  tego  w  pełni 
świadoma. Jej mała dziewczynka bardzo lubiła się stroić. 

background image

Zabrała ze sobą sukienkę na dół. Helene Augusta na jej widok 

natychmiast dostała wypieków. 

- Wyglądasz jak księżniczka - uśmiechnęła się Blanche, gdy 

dziewczynka była już ubrana. 

- Popatrz na mnie, tatusiu - zażądała młoda dama i okręciła się 

wokół, żeby mógł lepiej widzieć. 

Alf podniósł Helene Augustę na ręce i zaczął z nią tańczyć, ku 

jej wielkiej uciesze. Salon dźwięczał śmiechem. 

- Zapomniałam jej naszyjnika - przypomniała sobie Blanche i 

pospieszyła na górę do pokoju Helene Augusty. 

Blanche wzięła do ręki stojące na szafce nocnej małe, okrągłe, 

srebrne  pudełko  na  biżuterię  i  otworzyła  je.  Ze  zdumieniem 
zauważyła,  że  w  pudełku  znajduje  się  zwinięty  kawałek  pa-
pieru. Córka musiała coś tu schować. 

Wyciągnęła papier, ale nowego naszyjnika z perłą nie było w 

środku. Może włożyła go do swojej szkatułki? 

Rozprostowała papier, zobaczyła, że coś jest 

background image

na  nim  napisane  i  poczuła,  jak  krew  odpływa  jej  z  twarzy. 

Rozpoznała to pochyłe, staranne pismo. 

Gdybyś nawet oddała mi całe swoje bogactwo, nie byłoby mi 

dość, Blanche. 

Alf  usiadł  obok  niej  na  łóżku,  objął  ja  ramieniem.  -  Może 

jednak  powinniśmy  pójść  na  policję,  Blanche  -  powiedział  z 
wahaniem. 

Blanche  wytarła  nos.  Może  miał  rację,  ale  w  takim  razie 

musiałaby  wyjawić  prawdę  o  tym,  co  wydarzyło  się  w  noc 
śmierci  Oskara.  Co  się  stanie,  jeśli  sędzia  jej  nie  uwierzy? 
Wcale by jej to nie zdziwiło. 

- Nie wiem, Alfie - odpowiedziała cicho. Ciągle jeszcze była 

roztrzęsiona  po  znalezieniu  kartki  w  szkatułce  na  biżuterię 
córki. 

Ktoś  tu  był,  tu,  w  ich  domu,  i  zabrał  naszyjnik  Helene 

Augusty. Bóg jeden wie, kiedy to się stało - czy wtedy, gdy nie 
było ich w domu, czy może, co gorsza, w nocy. 

background image

Alf uścisnął jej dłoń. - Nie musimy opowiadać im o Oskarze - 

ciągnął. - Możemy powiedzieć coś innego. 

Popatrzyła na niego z powątpiewaniem. - Co w takim razie? 
Alf  wzruszył  ramionami,  widziała,  że  szuka  dobrych 

argumentów. - Że ktoś grozi nam^ że rozpuści kłamliwe plotki 
lub  że  zrobi  krzywdę  nam  albo  Helene  Auguście,  jeśli  nie 
zapłacimy. Albo... 

Blanche podniosła dłoń, zacisnęła powieki i pokręciła głową. 

- Nie, Alfie, nie mogę. Nie możemy kłamać policji. 

Nauczyła  się  już,  że  z  kłamstw  nigdy  nie  wynikało  nic 

dobrego.  Wcześniej  czy  później  zawsze  zostawało  się 
skonfrontowanym  ze  swoim  kłamstwem  -  tak  było  i  tym 
razem. Gdyby ona i ojciec od początku mówili prawdę 

o śmierci Oskara, to wszystko nigdy by się nie wydarzyło. 
Wstała, podeszła do miski z wodą do mycia i ochlapała nią 

twarz. - Musimy jechać. 

Aż do tej chwili nie zwróciła uwagi na sto- 

background image

jącą  w  drzwiach  Helene  Augustę.  Córka  wodziła  za  nią 

swoimi wielkimi, ciemnymi oczami. -Mama płacze? 

Blanche zmusiła się do uśmiechu i podeszła do córki. - Nie, 

kochanie,  mama  nie  płacze  przecież,  nie  widzisz?  -  wzięła 
Helene Augustę na ręce. - Gotowa do wyjazdu? 

Twarzyczka  Helene  Augusty  rozjaśniła  się  w  uśmiechu, 

Blanche wiedziała, dlaczego. 

Córka cieszyła się na spotkanie z Amalie. 
Zauważyła, że także Alf w trakcie kolacji dryfował myślami 

zupełnie gdzie indziej. Na szczęście zarówno dyrektor banku, 
jak i jego żona byli niezwykle rozmownymi osobami. Zdawało 
się, że nigdy nie brakowało im tematów do konwersacji. Pan 
Schmidt  nie  wspomniał  oczywiście  ani  o  listach,  ani  o 
pieniądzach, wiedziała, że obowiązuje go tajemnica. 

-  Pani  Bjerkely,  pani  córka  jest  czarująca  -zachwycała  się 

żona dyrektora. 

background image

Blanche  popatrzyła  na  dziewczynki,  które  spokojnie  bawiły 

się jedną z licznych lalek Amalie. 

Nie  można  było  mieć  żadnych  wątpliwości,  że  Amalie  i 

Mathias czuli się świetnie w swoim nowym domu. A wkrótce 
pojawi  się  w  nim  jeszcze  jedno  dziecko.  Nietrudno  było  już 
dostrzec, że pani Aaroe jest w odmiennym stanie. 

- Amalie także - uśmiechnęła się Blanche. Popatrzyła na pana 

Aaroe. Dziwnie myślało się jej o seansie, którego świadkiem 
była  w  loży.  Czy  jego  żona  wiedziała,  czym  on  się  tam 
zajmuje?  Prawdopodobnie  nie.  Trudno  jej  było  wyobrazić 
sobie, że jej ojciec także był jednym z braci. 

Twarz pani Schmidt rozpłynęła się w uśmiechu, gdy patrzyła 

na Amalie. 

-  Tak,  wie  pani,  pani  Bjerkely,  zanim  pojawili  się  Amalie  i 

Mathias,  nie  mieliśmy  żadnych  wnucząt.  A  teraz  wkrótce 
będzie ich już troje - dodała uśmiechając się do córki. 

Twarz  pani  Aaroe  pokryła  się  rumieńcem.  -  Ależ  mamo  - 

powiedziała, odchrząknęła i uśmiechnęła się do Blanche.  - Z 
tego, co mó- 

background image

wił pani mąż wynika, że także państwo zostali zaproszeni na 

bal maskowy do Rosenlowe? 

Blanche kiwnęła głową. Dostali zaproszenie krótko po tym, 

jak  adwokat  Hellestad  powiadomił  ich  o  śmierci  Carla  von 
Wittenheima.  -  Tak,  ale  obawiam  się,  że  nie  znam  nowego 
właściciela posiadłości. 

Rozpytywała  tu  i  ówdzie,  ale  okazało  się,  że  to  adwokat 

nowego właściciela postarał się o rozesłanie zaproszeń. 

Pani Aaroe nachyliła się w stronę Blanche. -Tak właśnie, czy 

pani także nie wydaje się to trochę dziwne? 

Pani Schmidt najwyraźniej przysłuchiwała się rozmowie, bo 

kiwnęła głową upijając z kieliszka łyk czerwonego wina. 

- Rozmawiałam z wieloma moimi przyjaciółkami i wszystkie 

zgodnie twierdzą to samo. Nikt nie wie na pewno, kim jest ten 
William  Radcliff  Archer,  ale  zgodnie  z  moją  wiedzą,  nowy 
dziedzic pochodzi z Anglii. 

Pani  Aaroe  kiwnęła  głową.  -  Może  to  dlatego  poprosił 

swojego adwokata o rozesłanie za- 

background image

proszeń?  Pan  Meyer  jest  dobrze  znany  wśród  mieszkańców 

miasta. 

Żona dyrektora pokiwała głową energicznie. - Słyszałam, że 

bal maskowy ma odbyć się na cześć siostry dziedzica, panny 
Victorii Archer. 

Pani Aaroe kiwnęła głową. - Podobno jest przykuta do wózka 

inwalidzkiego. Słyszałam, że jest bardzo chora. 

Wiedziały  dużo  więcej  niż  Blanche,  ale  cieszyła  się  z  tych 

informacji.  Dziwnie  było  być  zaproszoną  na  bal,  którego 
gospodarzy się nie znało, dlatego dobrze było wiedzieć o nich 
cokolwiek.  Poza  tym  była  pewna,  że  będzie  to  radosny  i 
przyjemny wieczór, upłynęło już wiele lat odkąd ostatnio była 
na balu maskowym. 

- Jakie kostiumy zamierzają sobie  panie sprawić? - zapytała 

Blanche.  Sama  spędziła  całe  przedpołudnie  u  panien 
Slettemark,  żeby  zamówić  suknię,  która  jej  zdaniem  byłaby 
odpowiednia na bal kostiumowy. 

Obie  panie  zaczęły  żywiołowo  opowiadać  o  kostiumach 

swoich i swoich mężów. Blanche zerknęła na Alfa. On nie był 
przesadnie zachwy- 

background image

cony tym zaproszeniem. Po pierwsze w ogóle nie przepadał za 

takimi imprezami, a po drugie zdecydowanie nie podobała mu 
się myśl o założeniu maski i kostiumu. 

Kiedy  skończyli  deser,  pani  Aaroe  zaanonsowała  koniec 

posiłku. Wszystkie apetyty zostały już zaspokojone. 

- W palarni zostanie panom zaserwowane coś mocniejszego - 

dodała wstając. 

Gdy  wstali,  dyrektor  Schmidt  dyskretnie  odciągnął  Blanche 

na stronę. - Naturalnie nie mogłem poruszyć tego tematu przy 
obiedzie, ale nie mogę nie zapytać, jak... - opuścił wzrok, za-
kaszlał w dłoń. - Jak poszło przekazanie pieniędzy? - zapytał 
półgłosem. 

Opowiedziała mu o torbach, które ich zdaniem musiały zostać 

zamienione. 

Dyrektor wpatrywał  się w nią z niedowierzaniem.  - A więc 

szantażysta dostał jednak pieniądze? 

Zwlekała chwilę z odpowiedzią. - Nie było naszym zamiarem 

przekazanie mu ich. 

Pan Schmidt pokręcił głową. - I nadal nie macie pojęcia, kim 

on może być? 

background image

Natychmiast pomyślała o zwiniętym kawałku papieru, który 

znalazła  tego  wieczoru  w  szkatułce  na  biżuterię  Helene 
Augusty. - Nie - odpowiedziała patrząc w podłogę. 

-  A  czy  kontaktował  się  z  wami  potem?  Zawahała  się,  nie 

wiedziała, czy ma ochotę 

opowiadać mu o karteczce i o zaginionym naszyjniku Helene 

Augusty. 

- Kontaktował się? - powtórzył dyrektor z niedowierzaniem w 

głosie. 

Kiwnęła  głową,  decydując  się  opowiedzieć  o  treści 

wiadomości. Ciągle jeszcze czuła strach po jej przeczytaniu. 

Pan  Schmidt  patrzył  na  nią  z  przerażeniem,  gdy  skończyła 

opowiadać.  -  Gdybyś nawet  oddała  mi całe  swoje bogactwo, 
nie byłoby mi dość, Blanche - powtórzył po niej. Na jego czole 
ukazały się  głębokie zmarszczki.  - Brzmi, jakby panią znał  - 
powiedział powoli. 

Kiwnęła  głową,  właśnie  to  sprawiało,  że  czuła  się  tak 

nieswojo. Tkwiło w tym coś jeszcze. Słowa zdawały się być 
przesycone nienawiścią. - Zdaje się, że mało mu jest pienię- 

background image

dzy, które dostał. Wydaje mi się, że chce jeszcze więcej. 
Dyrektor  popatrzył  na  nią,  położył  dłoń  na  jej  ramieniu.  - 

Tego się właśnie obawiałem -powiedział ciężko. 

Blanche  podniosła  na  niego  wzrok,  nie  rozumiała,  co 

dokładnie ma na myśli. - Co pan chce przez to powiedzieć? 

- Już wcześniej bywałem zaangażowany w takie sprawy. Jeśli 

zapłaci  się  raz,  tym  łotrom  wydaje  się,  że  mogą  żądać coraz 
więcej. I nie zaprzestają swoich szantaży. 

Pomyślała o tym, co przed chwilą powiedział. - Może ma pan 

rację - odpowiedziała, ale trapiło ją coś innego. - Ale on pisze, 
że cały mój majątek to za mało - dodała. - Nie rozumiem, czego 
innego może jeszcze chcieć. 

Dyrektor Schmidt popatrzył na nią zamyślonym wzrokiem. - 

Nie sądzę, by miała pani jakiś wybór, pani Bjerkely - zamilkł 
na chwilę. - Uważam, że powinna pani wraz z mężem udać się 
na policję. 

Opuściła wzrok. Być może miał rację. Mimo 

background image

wszystko  szantażysta  dostał  się  przecież  do  ich  domu,  do 

pokoju Helene Augusty. 

- Jest jeszcze jedna rzecz - ciągnął. - Zapytałem żony, czy wie, 

co znaczy la quatrième feuille. 

Blanche popatrzyła na niego, czekała, aż będzie mówił dalej. 
- To oznacza czwarty listek - wyjaśnił. 
Te  słowa  nie  miały  jej  zdaniem  zbyt  wiele  sensu.  -  Nie 

rozumiem... 

Dyrektor kiwnął głową powoli. - Wydaje mi się, że wiem, co 

to  znaczy.  Trójlistną  koniczynę  interpretuje  się  czasem  jako 
roślinę reprezentującą Trójcę Świętą - wyjaśnił. - Boga Ojca, 
Syna  Bożego  i  Ducha  Świętego  -  przerwał  na  chwilę,  zdjął 
okulary. - Czwarty listek ma reprezentować diabła - zakończył 
powoli. 

Zimny  dreszcz  przebiegł  po  plecach  Blanche.  -  Diabła? 

Uważa  pan,  że  autor  listu  podpisuje  się  czterolistną 
koniczynką, gdyż uważa siebie samego za diabła? 

-  Nie  wiem.  Może  oznacza  to  coś  innego.  Tak  czy  inaczej, 

sądzę,  że  powinniście  pójść  na  policję  -  powiedział  pan 
Schmidt wycierając okulary. 

background image

Blanche przysunęła się do Alfa. - O czym myślisz? - zapytała 

cicho. Nie, żeby musiała pytać, wiedziała, nad czym się teraz 
zastanawia.  Powiedziała  mu,  iż  dyrektor  Schmidt  uważa,  że 
powinni  porozmawiać  z  policją.  Alf  potarł  dłonią  twarz  i 
westchnął ciężko. 

- Wydaje mi się, że pan Schmidt ma rację, Blanche - odwrócił 

się na bok, zaczął bawić się jej włosami. - Wiem, że się boisz, 
ale on był tutaj, w naszym domu. Bóg raczy wiedzieć, na jaki 
pomysł wpadnie następnym razem. 

W żołądku ściskało ją na samą myśl o policji. 
- Ale zapytają, dlaczego jesteśmy szantażowani 
-  zaprotestowała.  Nie  po  raz  pierwszy  przeprowadzali  tę 

rozmowę i choć przerażało ją, że ktoś dostał się do ich domu, 
jeszcze bardziej bała się na myśl o tym, co może się stać, gdy 
stanie przed sądem. 

Alf  popatrzył  na  nią.  -  Myślę,  że  masz  rację,  Blanche.  Nie 

możemy  kłamać  policji.  Musimy  opowiedzieć  wszystko  tak, 
jak było naprawdę   

background image

pogłaskał  ją  po policzku.  -  Nie zrobiłaś  nic  złego,  policja  z 

pewnością to zrozumie. 

Ułożyła się na plecach, leżała wpatrując się w sufit. Alf mógł 

mieć rację, ale może stać się też tak, że zostanie ukarana. Co z 
nimi będzie, jeśli wyląduje w więzieniu? Zdecydowała się. 

- Może da nam teraz spokój - powiedziała patrząc na Alfa. W 

jego  oczach  widziała  jednak  powątpiewanie.  -  Myślę,  że 
powinniśmy poczekać  i zobaczyć, jak się  to  wszystko ułoży. 
Jeśli znów będzie próbował nas szantażować albo zrobi coś, co 
nas wystraszy, skontaktujemy się z policją. 

Alf uśmiechnął się do niej słabo, przyciągnął ją do siebie.  - 

Nikt nie wini cię za to, że się boisz. 

Popatrzył jej w oczy. Właśnie  to teraz czuła. Strach. Strach 

przed tym, co mogłoby się stać, gdyby poszli na policję. 

Usta  Alfa  miękko  dotknęły  jej  ust,  ciepło  jego  ciała 

rozgrzewało  ją.  Poczuła  rozlewające  się  w  jej  brzuchu 
cudowne uczucie, które pojawiało się zawsze, gdy ją dotykał. 

Na chwilę będzie mogła zapomnieć o wszystkich problemach. 

background image

1 1  
 
A n i   ojciec,  ani  Ulrik  nie  wstali  jeszcze,  gdy  schodziła  do 

kuchni. Służąca przygotowywała właśnie śniadanie. 

Na widok Abelone dziewczyna dygnęła prędko, a jej policzki 

zapłonęły rumieńcem. -Ogromnie mi przykro, że śniadanie nie 
jest jeszcze gotowe - przeprosiła służąca. 

Abelone uśmiechnęła się i pokręciła głową. -Nic nie szkodzi, 

przyszłam ci pomóc. I tak nie mogłam spać. 

Dziewczyna  zerkała  na  nią  z  zaciekawieniem,  gdy  kroiła 

chleb. 

- Jak długo pracujesz tu już, u państwa Bjerregaard? - zapytała 

Abelone wyciągając ze stojącej 

background image

w rogu kuchni szafki kilka misek i talerzy. Chciała od czegoś 

rozpocząć rozmowę, zanim przejdzie do tego, czym tak bardzo 
się przejmowała. 

Betsy pokręciła głową. - Od wiosny. 
Abelone popatrzyła na nią. Może służąca wiedziała o czymś, 

co  mogłoby  wyjaśnić  powody,  dla  których  Ellen  trafiła  do 
szpitala  dla  obłąkanych?  -  Dobrze  się  tu  czujesz?  -  zapytała 
niby przypadkowo. 

- O tak, proszę pani, miałam dużo szczęścia - odpowiedziała 

dziewczyna z entuzjazmem.  -Pani  Bjerregaard jest  taka miła! 
Nigdy mnie nie łaja, choć na pewno miałaby czasem powody. 

-  Jakoś  nie  mogę  uwierzyć  w  to,  że  mogłaby  mieć 

jakiekolwiek  -  odpowiedziała  Abelone  z  uśmiechem.  -  Nie 
słyszałam  od  mojej  siostry  nic  poza  pochwałami  na  temat 
twojej pracy. 

Służąca  musiała  być  nieśmiałą  osóbką,  bo  jej  policzki 

natychmiast nabrały koloru jeszcze głębszej czerwieni. 

- Betsy - zaczęła Abelone odkładając na chwilę stosik talerzy. 

- Chciałabym cię o coś zapytać. 

background image

Służąca  popatrzyła  na  nią  ze  zdziwieniem,  ale  pokiwała 

głową. - Oczywiście, proszę pani. 

Abelone usiadła, nie do końca wiedziała, w jaki  sposób ma 

zadać to pytanie. - Wiesz, że pani Bjerregaard jest w szpitalu 
dla obłąkanych, prawda? 

Służąca  pokiwała  głową  ponuro,  na  jej  twarzy  natychmiast 

odmalował się niepokój. 

- Wiedziałaś, że jest chora? 
Betsy wzięła w dłonie ścierkę i zaczęła ją nerwowo miętosić. - 

Nie  wiedziałam,  że  pani  jest  chora,  pani  Ladefoss  - 
odpowiedziała powoli. 

Abelone  przyglądała  się  jej  uważnie,  nie  wiedziała,  co 

dziewczyna ma na myśli. - Co chcesz przez to powiedzieć? 

Dziewczyna opuściła wzrok na podłogę. -Nie, myślałam... - 

znów  zerknęła  na  Abelone.  -Myślałam,  że  wybiera  się  do 
szpitala dla odpoczynku i spokoju. 

- Czy to ci właśnie powiedziała? 
Służąca  kiwnęła  głową.  -  Wie  pani,  to  wszystko  ją  chyba 

przerosło i wydaje mi się, że czekała na ten pobyt re... rekon... 

background image

Abelone kiwnęła głową. - Pobyt rekonwalescencyjny. 
Betsy kiwnęła głową. - Tak, to właśnie powiedziała. 
Abelone  zerknęła  na  sufit,  słychać  było,  że  pozostali 

domownicy także już wstawali. -Czy były jakieś inne powody, 
dla których chciała udać się do szpitala? 

Dziewczyna  nie  odpowiedziała  od  razu,  jednak  coś 

podpowiadało Abelone, że Betsy wie o czymś jeszcze. - Betsy? 

Służąca nerwowo przestępowała z nogi na nogę. - Nie wiem, 

czy powinnam pani o tym mówić, proszę pani, ale teraz wydaje 
mi się, że to raczej pan Bjerregaard uważał, że powinna pójść 
do szpitala, tak mu poradził lekarz - powiedziała dziewczyna, 
ale zaraz pokręciła głową. - Nie, proszę zapomnieć o tym, co 
powiedziałam.  Czasem  wyobrażam  sobie  i  wmawiam  różne 
rzeczy. 

Abelone wstała i podeszła do niej. - Wydaje mi się, że niczego 

sobie  nie  wmawiasz,  Betsy  -  powiedziała  półgłosem.  -  Ale 
dlaczego moja 

background image

siostra  powiedziała,  że  chciałaby  trafić  do  szpitala  dla 

obłąkanych? 

Służąca oparła się o ladę kuchenną, znów zaczęła nerwowo 

bawić  się  ścierką.  -  Wie  pani,  to  była  ta  sprawa  z  małą 
dziewczynką. 

Abelone kiwnęła głową. - Masz na myśli dziewczynkę, którą 

Ellen widywała i słyszała? 

Służąca  kiwnęła  głową,  ale  nic  już  więcej  nie  powiedziała. 

Abelone  zrozumiała,  że  niczego  już  z  niej  nie  wydobędzie  i 
zabrała  się  za  nakrywanie  do  stołu.  Co  się  dzisiaj  jeszcze 
wydarzy?  Czy  będą  mogli  porozmawiać  z  Ellen?  Ulrik  po-
wiedział, że bardzo w to wątpi, nie pozwolono mu jej nawet 
odwiedzić w godzinach wizyt. 

- Pani Ladefoss? 
Abelone  odwróciła  się  z  powrotem  do  Betsy  nastawiającej 

właśnie wodę na kawę. - Tak, Betsy? 

Służąca  podeszła  krok  bliżej.  -  Nie  wiem,  czy  to  ważne  - 

zaczęła niepewnie. 

Abelone zmarszczyła czoło. - Co masz na myśli? 
- Ta dziewczynka, którą pani Ellen czasem widuje i słyszy... 

background image

-Tak? 
Betsy  opuściła  wzrok,  odsunęła  za  ucho  opadający  jej  na 

twarz kosmyk włosów. - Może to wcale nie są przywidzenia? 

Abelone czekała aż dziewczyna powie coś jeszcze. - Myślisz, 

że moja siostra sobie tego wcale nie wyobraża? 

Dziewczyna popatrzyła na nią poważnie.  -Wiele lat temu w 

domu,  który  stał  na  tej  działce,  zginęła  dziewczynka  - 
powiedziała cicho. - Służąca sąsiadów mi o tym opowiedziała - 
podeszła  krok  bliżej  Abelone.  -  Pan  Skagen  powiedział  pani 
Bjerregaard o tej dziewczynce - ciągnęła szeptem. - Zginęła w 
pożarze i ludzie mówią, że od tamtej pory jej dusza nie może 
zaznać spokoju. 

Abelone nie wiedziała, co o tym sądzić, poza tym w tej samej 

chwili  usłyszała  na  schodach  odgłos  kroków  ojca  i  Ulrika.  - 
Dziękuję,  że  mi  o  tym  powiedziałaś  -  powiedziała  szybko, 
rozumiała,  że  dziewczyna  obawia  się,  że  Ulrik  usłyszy  ich 
rozmowę. 

Czy mogło tkwić w tym ziarno prawdy? Czy 

background image

Ellen widziała i słyszała tę właśnie zmarłą dziewczynkę? Coś 

nagle  zamajaczyło  w  jej  myślach,  coś,  co  wydarzyło  się  tej 
nocy, a czego nie potrafiła sobie do końca przypomnieć. Mała 
dziewczynka... Nie, to tylko sny. Ale czy na pewno? 

- Czy dobrze rozumiem, że nie pozwoli mi się pan spotkać z 

moją własną córką? 

Profesor  Calmeyer  wyraźnie  zwlekał  z  odpowiedzią.  -  Nie 

ująłbym tego w taki sposób, panie Gimle, rzekłbym raczej, że 
chciałbym oszczędzić pani Bjerregaard tej wizyty w stanie, w 
jakim się teraz znajduje. 

Abelone  popatrzyła  na  ojca,  który  mocno  zacisnął  zęby. 

Nietrudno  było  dostrzec,  że  jest  zły,  ale  przed  tym  właśnie 
ostrzegał ich Ulrik. Profesor w szpitalu dla obłąkanych uważał, 
że  ich  wizyta  mogłaby  rozstroić  Ellen.  Sama  nie  mogła  tego 
zrozumieć,  może  właśnie  wizyta  rodziny  podziałałaby  na  nią 
kojąco. 

background image

Ulrik  wstał,  milczał,  gdy  rozmawiali  z  profesorem.  - 

Najlepsze, co możemy zrobić, to zaufać lekarzom - powiedział 
do Aksela półgłosem. -Wiedzą, co jest najlepsze dla Ellen. 

Profesor  wstał  za  swoim  wielkim  biurkiem,  zdjął  okulary.  - 

Chciałbym  pana  poprosić,  by  zaufał  pan  decyzjom,  które 
podejmujemy tu, w szpitalu, panie Gimle - ściszył nieco głos. 
-Oczywiście zrozumiał pan, z jakimi... z jakimi skłonnościami 
pańska córka do nas trafiła. 

Abelone  widziała,  że  ojciec  już  szykował  ostrą  ripostę,  ale 

ostatecznie nic nie powiedział. Wiedział, do czego nawiązuje 
profesor. 

-  To,  czego  teraz  potrzebuje  pańska  córka,  to  odpoczynek  i 

spokój  -  wyjaśniał  profesor  Calmeyer.  -  Jednak,  jak  już 
państwu mówiłem, poczyniła pewne postępy. 

Ulrik kiwnął głową, uśmiechnął się, Abelone zwróciła jednak 

uwagę na to, że jego oczy nadal były smutne. Wydawało się jej, 
że bardzo tęskni za Ellen. - Najważniejsze, żeby wyzdrowiała, 
prawda? - powiedział patrząc na Aksela, który wyglądał, jakby 
chciał zaprotestować, ale za- 

background image

miast tego kiwnął głową z wyraźnym zmęczeniem. 
- Przypuszczam, że Ulrik ma rację. 
Mężczyźni uścisnęli sobie dłonie i wszyscy w ciszy przeszli 

przez wielki westybul i dalej, na dziedziniec. 

Abelone  odwróciła  się  i  popatrzyła  na  monumentalny, 

murowany gmach. Dziwnie było wyobrazić sobie, że jej siostra 
znajduje się w środku. Może w którymś z pokoi w wieży? 

Ojciec  ujął  ją  pod  ramię.  -  Najlepiej  będzie,  jak  już  stąd 

pójdziemy, Abelone. 

Po  raz  ostatni  popatrzyła  na  kamienną  wieżę  i  podążyła  za 

ojcem. 

Musisz wyzdrowieć, Ellen i jak najszybciej wrócić do domu. 
Z ciężkim sercem wsiadła do sań, zaraz potem odjechali. 
Czuła się źle opuszczając Ellen. 

background image

12 
 
Ellen rozejrzała się po pokoju, żeby sprawdzić, czy na pewno 

niczego  w  nim  nie  zostawiła.  Jednak  wszystkie  rzeczy 
osobiste, które pozwolono jej zachować, zapakowane były już 
w drewnianą skrzynię przyniesioną przez pannę Marstrand. 

-  Czy  jest  pani  gotowa,  pani  Bjerregaard?  -zapytała 

strażniczka cicho. 

Ellen kiwnęła głową, choć czuła, że całe ciało jej sztywnieje. 
Wyszła  za  panną  Marstrand  na  korytarz,  rzuciła  ukradkowe 

spojrzenie do wnętrza salonu. Siostra profesora Calmeyera już 
się pojawiła, mignęła jej gdzieś już wcześniej. Szczupła, ele-
gancko ubrana kobieta siedziała w towarzystwie 

background image

swojego  brata,  rozmawiali  półgłosem.  Ku  jej  zdziwieniu 

siostra profesora była od niego dużo młodsza, nie mogła mieć 
wiele więcej niż trzydzieści lat. 

Panna Marstrand podeszła bliżej, popatrzyła w tę samą stronę. 

-  Musi  pani  w  końcu  zapamiętać  to,  co  pani  powiedziałam  - 
powiedziała cicho patrząc na Ellen. - Pójdziemy teraz na od-
dział  B,  musi  mi  pani  obiecać,  że  nie  będzie  się  pani 
zachowywała tak, jak wczoraj - popatrzyła na nią przenikliwie. 

Ellen nie potrafiła odpowiedzieć. W najśmielszych snach nie 

przypuszczałaby,  że  to  wszystko  tak  się  potoczy.  Nikt  nie 
powiedział  jej,  że  będzie  zdana  na  łaskę  i  niełaskę  lekarzy, 
sądziła,  że  przyjeżdża  tu,  żeby  odnaleźć  spokój  i  odpocząć. 
Żeby znów potrafić być szczęśliwą. 

A potem wydarzyło się to wszystko. 
-  Musimy  już  iść,  pani  Bjerregaard  -  ponagliła  ją  panna 

Marstrand. 

Ellen  poszła  za  nią  korytarzem,  poczekała  aż  otworzy 

zamknięte na klucz drzwi. Potem podążyły długim, ciemnym 
przejściem zakończo- 

background image

nym  kolejnymi  zamkniętymi  drzwiami.  Panna  Marstrand 

otworzyła  je  i  nagle  znalazły  się  w  dużym,  otwartym 
pomieszczeniu  wyglądającym  prawie  jak  hol.  Nic  tutaj  nie 
przypominało  oddziału,  z  którego  właśnie  przyszła  -  urzą-
dzonego  przytulnie  i  miło.  Tutaj  ściany  pomalowano  na 
jasnozielono,  na  podłogach  nie  było  dywanów.  Ellen 
wydawało  się,  że  to  wielkie  pomieszczenie  musiało  być 
pokojem  dziennym  dla  pacjentów,  zauważyła,  że  siedzą  przy 
prostych stołach. 

Poza tym w nozdrza uderzył ją obcy, ostry zapach, podobny 

do zapachu w szpitalu, w którym niedawno leżał ojciec 

Rozpoznała  kobietę,  która  do  niech  podeszła.  To  pani 

Lognvig, strażniczka, którą spotkała pierwszego dnia. 

Stała  i  rozglądała  się  wokół,  gdy  panna  Marstrand  i  pani 

Lognvig  rozmawiały  cicho  ze  sobą.  Nietrudno  było  się 
zorientować,  że  pacjenci  tutaj  byli  poważniej  chorzy,  choć 
wszyscy zachowywali się spokojnie. Większość rozmawiała ze 
sobą półgłosem, ale zauważyła także dwie ko- 

background image

biety siedzące przy oknie. Obie miały rozczochrane włosy i 

wpatrywały  się  w  okno  obojętnym  wzrokiem.  Jedna  z  nich 
kołysała  się  przy  tym  w  przód  i  w  tył  mamrocąc  coś,  czego 
Ellen nie słyszała. 

- Pani Bjerregaard? 
Ellen wzdrygnęła się na dźwięk ostrego głosu pani Lognvig. 
- Pokażę pani łóżko. 
Ellen  rzuciła  szybkie  spojrzenie  na  pannę  Marstrand. 

Wyglądała  tak,  jakby  dręczyły  ją  wyrzuty  sumienia,  odeszła 
patrząc w podłogę. 

- Tędy - ponagliła ją pani Lognvig. 
Ellen podążyła za nią bez słowa. Może nie będzie tu wcale tak 

najgorzej,  przekonywała  samą  siebie.  Najgorsze  było  jednak 
to, że już nie była panią swojego losu, to lekarze o wszystkim 
decydowali. Teraz zaś podjęli decyzję, że trafi na ten właśnie 
oddział.  Czy  Ulrik  się  o  tym  dowiedział?  Nie  wiedziała, 
lekarze niewiele jej mówili. Jedyne, co ich interesowało, to czy 
nadal miewa „te wizje", jak je nazywali. Nie miewała ich, ale 
nawet gdyby się pojawiły, nigdy by im o tym 

background image

nie powiedziała. Wtedy uważaliby, że nadal jest chora. 
Najlepsze,  co  mogła  teraz  zrobić,  to  zastosować  się  do  rad 

panny Marstrand: zachowywać się spokojnie, nie protestować 
nawet  wtedy,  gdy  traktowano  ją  niesprawiedliwie  i 
przestrzegać regulaminu. 

Pani  Lognvig  zatrzymała  się  w  drzwiach,  wyciągnęła  rękę 

przed siebie. - Tutaj jest pani łóżko, pani Bjerregaard. Pierwszy 
rząd, trzecie łóżko od okna - powiedziała ostrym głosem. Ko-
bieta w niczym nie przypominała łagodnej, przyjaznej istoty, 
jaką była panna Marstrand, Ellen zrozumiała to już dawno. 

Zatrzymała się w progu. Miała spać tutaj

Było tu tyle łóżek, 

że nie potrafiła ich nawet policzyć. Wydawało jej się, że musi 
ich być przynajmniej około dwudziestu. 

Powoli  podeszła  do  łóżka,  które  miało  być  j  ej.  Za  sobą 

słyszała głos panny Lognvig rozmawiającej z inną strażniczką. 

Ellen podeszła do okna, wyjrzała przez kraty na zewnątrz. Na 

poprzednim oddziale nie było 

background image

takich krat, ale cieszyła się, że może przynajmniej wyglądać 

przez okno. 

Serce zatrzymało się jej na chwilę, a  wszystkie myśli  nagle 

odpłynęły z głowy, gdy jej spojrzenie padło na dziedziniec. 

Abelone! I ojciec, i Ulrik! 
Załomotała ręką w szklaną szybę. - Ojcze! Abelone! 
Wiedziała,  że  jej  nie  usłyszą,  widziała,  jak  sadowią  się  w 

saniach. 

Nie zdołała powstrzymać łez. Nie mogą teraz odjechać! Byli 

tutaj, ale nie mogła nawet z nimi porozmawiać! 

Jeszcze  raz  uderzyła  dłonią  w  okno,  ale  w  tej  samej  chwili 

usłyszała za sobą nadbiegającą strażniczkę. 

- Pani Bjerregaard! Pani Bjerregaard! - rozległ się ostry głos 

pani  Lognvig.  W  chwilę  potem  chwyciła  Ellen  za  ramię  i 
odwróciła do siebie. 

Ellen nie zdołała otrzeć łez na czas. 
Pani Lognvig wpatrywała się w nią przez chwilę i wymieniła 

spojrzenia z drugą strażniczką. 

background image

Muszę  natychmiast  porozmawiać  z  profesorem 

Calmeyerem. Nie możemy mieć tu pacjentów zachowujących 
się w taki sposób. Musiało zajść jakieś nieporozumienie. 

Ellen opadła na łóżko, cała się trzęsła. 
Byli tu. Abelone, Ulrik i ojciec, ale odjechali. 
Co  im  powiedział  profesor  Calmeyer,  że  tak  po  prostu 

odjechali? 

background image

1 3 
 
Abelone podbiegła do Małego Erika siedzącego spokojnie na 

kolanach Sofie. Ależ się za nim stęskniła! 

Wzięła go na ręce i przycisnęła do siebie. - Ależ mama się za 

tobą  stęskniła  -  wymruczała  mu  do  ucha  i  pocałowała  w 
policzek. 

Usiadła,  nie  mogąc  się  doczekać  opowieści  o  tym,  co  się 

działo, gdy była w Kristianii. - Spał w nocy? - zapytała Sofie, 
która w odpowiedzi uśmiechnęła się i pokiwała głową. 

- Zasnął od razu, jak tylko go położyłam, jak zwykle. Spał aż 

do rana. 

- Płakał? - Abelone zdawała sobie sprawę, 

background image

że jest trochę męcząca, ale musiała się upewnić, czy wszystko 

poszło dobrze. 

Sofie  zawahała  się  przez  chwilę.  -  Marudził  trochę  przed 

jedzeniem dzisiaj rano, ale nie płakał. 

Abelone popatrzyła na swojego syna, czuła radość i dumę z 

tego, że tak dobrze sobie poradził bez niej. - Jesteś grzecznym 
chłopcem,  Mały  Eriku  -  powiedziała  cicho  i  pocałowała  go 
znów. Wydawało się jej, że już widać w chłopcu pewne cechy 
jego  ojca.  Syn  był  spokojnym,  zadowolonym  dzieckiem, 
rzadko  krzyczał  albo  marudził.  -  Jesteś  bardzo  podobny  do 
swojego ojca. 

Bera  podeszła  do  nich  i  usiadła.  -  Wydaje  mi  się,  że  swoją 

matkę  też  co  nieco  przypomina  -uśmiechnęła  się  i  upiła  łyk 
parującej kawy. 

Sofie kiwnęła głową. - Ma twoje oczy, Abelone. 
Popatrzyła na syna, który posłał jej promienny uśmiech. Sofie 

miała  rację,  miał  niebieskie  oczy,  ale  ich  wyraz...  Miał  oczy 
Erika. 

W  tej  samej  chwili  zauważyła  też  coś  innego,  coś,  czego 

wyczekiwała, ale nie dostrzegała aż do teraz. 

background image

Wsunęła palec w jego maleńką buzię. Miała rację! - Coś mi 

się wydaje, że wychodzi ci pierwszy ząbek! - wykrzyknęła. 

Bera  nachyliła  się  nad  stołem,  żeby  lepiej  widzieć.  -  Masz 

chyba rację. 

Abelone  chwyciła  syna  za  rączki,  uścisnęła je.  Jak  ten  czas 

leci! 

Nagle  drzwi  wejściowe  otwarły  się  gwałtownie,  do  środka 

wpadł  zdyszany  Anders.  Stanął  w  drzwiach.  -  Gdzie  jest 
Aksel? Muszę natychmiast z nim porozmawiać. 

Sofie poderwała się z miejsca - Jest na górze, mogę po niego 

pójść. 

Abelone czuła, że coś jest nie w porządku, Anders był bardzo 

wzburzony. - Coś się stało? 

Anders kiwnął głową i posłał jej ponure spojrzenie. - Wyjrzyj 

przez okno. 

Abelone wstała i podeszła do lady kuchennej. Na podwórzu 

leżały jeden na drugim dwa zakrwawione lisy. 

Odwróciła się do Andersa. - Zwierzęta wpadły w potrzaski? 
Anders kiwnął głową, na schodach rozległ 

background image

się  odgłos  pospiesznych  kroków  Aksela.  -  Tak  się  właśnie 

stało  -  Anders  odwrócił  się  do  ojca.  -  Znalazłem  w  lesie 
mnóstwo pułapek, w dwie z nich wpadły zwierzęta. 

Twarz Aksela spochmurniała. - I co z nimi? 
-  Jednego  lisa  musiałem  zastrzelić,  drugi  był  już  martwy. 

Hilmar  dowiedział  się,  że  wiele  osób  widziało  Aslaka 
Sorensena w lasach Gimle. 

Ojciec wybiegł do sieni. - Teraz dostanie od nas nauczkę raz 

na zawsze! - wciągnął na grzbiet kurtkę. - Andersie, jedziesz ze 
mną? 

Anders podążył za nim. - Oczywiście. 
Abelone miała krzyknąć do nich, żeby byli ostrożni, ale obaj 

wybiegli już z domu na dziedziniec i tyle ich widziała. Cicho 
zamknęła za nimi drzwi i wróciła do kuchni. 

-  Mam  nadzieję,  że  nie  narobią  głupstw  -  powiedziała  Bera 

cicho. Stała przy ladzie kuchennej i patrzyła na odjeżdżających 
mężczyzn. 

Sofie  stanęła  obok  Bery.  -  Matka  słyszała,  że  ten  człowiek 

mieszkający w lesie był wcześniej karany. 

Bera popatrzyła na Sofie, w jej oczach spoglą- 

background image

dających na nią z miłej, pomarszczonej twarzy odmalował się 

niepokój. - A co zrobił? 

Sofie  odwróciła  się  do  Abelone.  -  Chodzą  słuchy,  że 

zamordował kogoś w Szwecji. 

Abelone  wycierała  nos  Małego  Erika.  Czy  to,  co  mówiła 

Sofie  mogło  być  prawdą?  Nie  była  pewna,  ale  wiedziała,  że 
należy 

być 

ostrożnym 

przekazywaniem 

dalej 

niesprawdzonych  pogłosek.  Nie  wszystkie  plotki  krążące  po 
wsi były prawdziwe. 

Wiedziała, co teraz wygadują o niej. 

background image

14 
 
Blanche  patrzyła  na  Alfa  z  ekscytacją,  gdy  ramię  w  ramię 

kroczyli  po  szerokich  schodach  prowadzących  do  wnętrza 
posiadłości Rosenlowe. Dwóch lokajów otworzyło przed nimi 
wysokie,  dwuskrzydłowe  drzwi  i  ze  środka  uderzył  w  nich 
gwar głosów rozbawionych ludzi. 

Wielki  hol  wypełniony  był  po  brzegi  gośćmi  ubranymi  w 

strojne kostiumy i mieniące się kolorami maski. Zauważyła, że 
drzwi do sali balowej nie były jeszcze otwarte, ale z balkonu 
umieszczonego  na  półpiętrze  zabawiał  gości  kwartet 
muzyczny. 

Popatrzyła na Alfa, ścisnęła go za ramię. 

background image

Dziwnie  było  widzieć  go  w  stroju  stylizowanym  na 

osiemnastowieczny  i  w  podobnej  masce.  -Ależ  się  cieszę!  - 
powiedziała  radośnie,  próbując  poprawić  nieco  jego 
nienajlepszy humor. 

Alf  nie  odpowiedział.  Zapytał  ją  wcześniej,  czy  mógłby 

przynajmniej  przyjść  bez  maski,  ale  zaprotestowała. 
Zaproszono  ich  na  bal  maskowy,  więc  powinni  pójść  w 
maskach. Poza tym nieczęsto bywali zapraszani na tak wielkie 
bale. Była pewna, że wszystko ułoży się znakomicie, jeśli tylko 
Alf  przestanie  się  denerwować  swoim  kostiumem.  Wszyscy 
inni także przecież byli przebrani. 

Nie potrafiła rozpoznać nikogo. Wszyscy ukryli swoje twarze 

pod maskami. 

-  Mam  nadzieję,  że  znajdziemy  jakichś  znajomych  - 

wyszeptał Alf. Zmierzali właśnie do najbliższej grupki. 

Blanche  rozglądała  się  wokół,  kiwała  głową  pozdrawiając 

pozostałych  gości  i  uśmiechała  się,  ale  jak  dotąd  nikogo  nie 
rozpoznała. Dopiero o dwunastej mieli zdjąć maski. 

- Na pewno rozpoznam przynajmniej żonę 

background image

dyrektora  banku  i  panią  Aaroe,  pokazały  mi  swoje  suknie  i 

maski - odpowiedziała rozkładając wachlarz. 

Zauważyła, że ich maski były bardzo proste w porównaniu z 

wieloma  innymi.  Maska  Alfa  była  granatowa,  ozdobiona 
wzorem  w  odcieniach  błękitu  i  perłowej  szarości,  a  jej 
szmaragdowozielona  i  na  bokach  upiększona  kilkoma 
błyszczącymi  paciorkami  ze  szkła.  Dodatkowo  na  głowie 
miała  dość  wyszukaną,  pudrowaną  białą  perukę.  Jej  suknia 
także  była  przepyszna,  choć  Blanche  uważała,  że 
osiemnastowieczna moda była nieco zbyt krzykliwa ze swoimi 
głębokimi  dekoltami  i  wszystkimi  tymi  zakładkami  i 
marszczeniami.  Współczesna  moda  była  jej  zdaniem  dużo 
bardziej stonowana i elegancka. 

Podszedł do nich lokaj niosący kieliszki szampana na srebrnej 

tacy. 

Blanche  upiła  łyk  musującego  napoju.  Chyba  naprawdę 

będzie  potrzebowała  czegoś,  co  trochę  ją  rozluźni,  zanim 
poczuje się tu naprawdę swobodnie. 

Ulżyło jej bardzo, gdy zobaczyła zmierzają- 

background image

ce w ich kierunku dwie kobiety. Rozpoznała panią Aaroe i jej 

słusznej  postury  matkę.  Miały  dość  podobne  suknie,  ale  w 
różnych  kolorach.  Suknia  pani  Aaroe  była  koloru  nieba,  a 
kreacja jej matki w kolorze liści lipy Obie suknie miały wysoki 
stan, ich właścicielki powiedziały Blanche, że inspirowane są 
modą  antyczną.  W  ten  sposób  udało  się  także  nieco 
zamaskować odmienny stan pani Aaroe. 

- To pani, pani Bjerkely, prawda? - wydyszała pani Schmidt 

zza maski. 

Blanche  kiwnęła  głową,  uśmiechnęła  się.  -Muszę  paniom 

przyznać rację - uśmiechnęła się. 

-  Jaką  piękną  ma  pani  suknię!  -  wykrzyknęła  pani  Aaroe. 

Blanche  zauważyła  jak  jej  spojrzenie  prześlizguje  się  z 
podziwem po jej kreacji. 

-  Pani  także  -  zrewanżowała  się  Blanche.  Pani  Aaroe 

prezentowała się bardzo korzystnie, błękitna suknia sprawiała, 
że  wyglądała  młodziej,  do  twarzy  było  jej  też  z  wysoko 
upiętymi włosami. 

- Otwierają drzwi do sali balowej - powiedziała pani Schmidt 

z radością w głosie. 

background image

Blanche  zerknęła  na  Alfa,  upiła  kolejny  łyk  szampana  z 

kieliszka. Nadal nie wyglądał na zachwyconego. 

W  przeciwieństwie  do  niej  najbardziej  cieszyła  go 

perspektywa zakończenia balu. 

- Życzyłaby pani sobie może nieco się posilić, pani Bjerkely? 

Dyrektor Schmidt podał Blanche ramię. Przed chwilą tańczyli, 
był teraz zdyszany i zaczerwieniony z wysiłku. 

Kiwnęła  głową,  wsunęła  dłoń  pod  jego  ramię.  -  Bardzo 

chętnie, panie Schmidt. 

Pomimo tego, co wydarzyło się w loży, ciągle bardzo lubiła 

towarzystwo  dyrektora  banku.  Wyglądał  na  autentycznie 
przejętego  szantażem,  choć  czuła,  że  coś  jednak  ukrywa. 
Musiał istnieć powód, dla którego on i pozostali bracia w loży 
obawiali  się  tego,  czego  dowiedziała  się  o  śmierci 
poprzedniego  wielkiego  mistrza.  Co  ukrywali?  Mimo 
wszystko  miała  pana  Schmidta  za  prawego  człowieka  i 
wydawało jej się, że ma 

background image

wyrzuty  sumienia  z  powodu  nieprzyjemności,  na  które 

naraziły ją działania loży. 

Wzięła  szklany  talerzyk  i  nałożyła  sobie  na  niego  trochę 

czekolady  i  owoców  ułożonych  w  piramidę  na  wielkim 
półmisku. 

- Panie Schmidt? 
Blanche  nie  zauważyła  wcześniej  zbliżającego  się  do  nich 

mężczyzny.  Był  wysoki,  ubrany  w  długą,  czarną  pelerynę  z 
wysoką  stójką.  Peleryna  podszyta  była  jedwabiem  w  tym 
samym  czerwonym  kolorze,  co  noszona  przez  niego  maska. 
Czarne  włosy  zaczesał  gładko  do  tyłu.  Wyglądał  jak  jakiś 
pradawny książę albo hrabia. 

Na chwilę jej wzrok skrzyżował się ze spojrzeniem zza maski. 

Ciemne, błyszczące oczy taksowały ją uważnie. 

-  Czy  to  pan?  -  wykrzyknął  pan  Schmidt,  najwyraźniej  nie 

rozpoznał mężczyzny od razu. 

-  Czy  mogę  z  panem  porozmawiać?  -  zapytał  nieznajomy. 

Blanche  zauważyła,  że  do  tej  pory  cały  czas  patrzył  na  nią, 
dopiero teraz jego spojrzenie spoczęło na dyrektorze banku. 

background image

-  Czy  zechce  pani  na  chwilę  wybaczyć?  -  zapytał  pan 

Schmidt, zwracając się do niej. 

Kiwnęła  głową.  -  Oczywiście.  Stała  i  patrzyła  za 

oddalającymi się mężczyznami. Czy skądś ją znał, skoro tak się 
w nią wpatrywał? Nie miała pojęcia, kim mógłby być. 

Spróbowała  rozpływającej  się  w  ustach  czekolady. 

Wydawało  się  jej,  że  to  najlepsza  czekolada,  jakiej  w  życiu 
próbowała.  Ugryzła  kolejny  kęs,  ale  tylko  upewniła  się  w 
swoim  pierwszym  wrażeniu.  Czekolada  miała  lekki  posmak 
mięty. 

- Jest cudowna, nieprawdaż? 
Blanche  odwróciła  się  do  kobiety,  która  stanęła  obok  niej. 

Wydawało się jej, że rozpoznaje ten głos, ale jednak nie była 
całkiem pewna. 

Kobieta uniosła kieliszek z ponczem i nachyliła się lekko do 

niej.  -  Powinnaś  spróbować  ponczu  pomarańczowego,  jest 
przepyszny. 

Miała rację. To była Ingvarda, matka Erika. Rozmawiała z nią 

wielokrotnie tej jesieni, pracowała teraz w mieście w jednej z 
manufaktur. Gdy sprzedano Ladefoss, przeniosła się do miasta, 
gdzie mieszkała teraz razem z Olem. Z tego, 

background image

co Blanche zrozumiała, Ingvarda polubiła swoje nowe życie. 

Śmierć Erika była dla niej dużym ciosem, ale Blanche czuła, że 
podobało się jej mieszkanie w mieście, gdzie z czasem zaczęła 
mieć  wielu  znajomych.  Blanche  słyszała,  że  Ingvarda  jest 
bardzo  towarzyską  osobą,  lubi  przyjęcia  i  przeróżne 
przedsięwzięcia społeczne. Być może życie w Ladefoss nigdy 
nie było dla niej odpowiednie. Abelone wspominała w każdym 
razie,  że  noga  jej  teściowej  nigdy  nie  stanęła  w  oborze, 
Ingvar-da  nie  imała  się  także  żadnej  pracy  w  gospodarstwie, 
poza pielęgnacją ogrodu i gotowaniem. 

-  Ależ  masz  prześliczny  kostium!  -  wykrzyknęła  Blanche  z 

podziwem.  Dobrze  pamiętała  Ingvardę  z  dzieciństwa,  gdy 
latem pomieszkiwała w Gimle u swoich kuzynek. Matka Erika 
zawsze ubierała się w kosztowne, eleganckie stroje i niejedna 
osoba w okolicy pozwalała sobie na kąśliwe uwagi, że nosi się 
zbyt wielkopańsko jak na wiejską kobietę. Suknia, którą miała 
na sobie dzisiejszego wieczoru także była cudowna. Mogła być 
ostatnim krzykiem mody jakieś pół wieku wcześniej - z dużą, 
białą spódnicą na kryno- 

background image

linie uszytą z cienkiego jak gaza materiału gęsto upstrzonego 

drobnymi, różowymi kwiatuszkami i z odkrytymi ramionami. 
Blanche domyślała się, że niejeden mężczyzna tego wieczoru 
będzie  wpatrywał  się  w  kuszące  zagłębienie  jej  dekoltu. 
Brązowe włosy skręcone w drobne spiralki upięła przy uszach 
kwiatami. 

Ingvarda  była  wdową,  lecz  Blanche  przypuszczała,  że 

chciałaby  ponownie  wyjść  za  mąż.  Dochodziły  ją  słuchy,  że 
wielu  nieżonatych  mężczyzn  i  wdowców  smaliło  już  do  niej 
cholewki, jednak bez powodzenia. 

- Trzeba przyznać, że nowemu właścicielowi Rosenlowe nie 

zabrakło rozmachu w organizacji balu, na który nas zaproszono 
-  powiedziała  Ingvarda i  postarała  się  o  kieliszek  ponczu  po-
marańczowego dla Blanche. 

Blanche kiwnęła głową. - Spotkałaś go? 
Nie  miała  pojęcia,  kim  mógłby  być  nowy  dziedzic. 

Prawdopodobnie  widziała  go  dzisiejszego  wieczoru  na 
parkiecie,  ale  trudno  było  jej  stwierdzić,  który  z  tańczących 
dżentelmenów mógł nim być. 

background image

Ingvarda  pokręciła  głową.  -  Nie  i  nikt  inny,  z  kim 

rozmawiałam także nie wie, kim jest. 

Podeszła  krok  bliżej  Blanche,  kiwnęła  głową  w  stronę  sali 

balowej,  gdzie  w  oddali  majaczyła  sylwetka  młodej 
dziewczyny  na  wózku  inwalidzkim.  Blanche  widziała  ją  już 
wcześniej  tego  wieczoru  i  przypuszczała,  że  to  siostra 
dziedzica. 

- To panna Victoria Archer - wyjaśniła Ingvarda cicho. - Bal 

wydano  na  jej  cześć.  Najwidoczniej  życzyła  sobie  balu 
maskowego jako prezentu na urodziny. 

Blanche  spojrzała  na  dziewczynę.  Jej  twarz  ukryta  była  za 

maską, ale widziała, że się uśmiecha. - Czy dobrze słyszałam, 
że jest poważnie chora? 

Ingvarda  kiwnęła  głową.  -  Ma  problem  z  mięśniami. 

Powiadają, że słabnie z każdym mijającym dniem i że po balu 
ma się udać do Szwajcarii. Jej rodzina ma nadzieję, że pewien 
sławny lekarz będzie mógł jej pomóc. 

Teraz  Blanche  zauważyła,  że  dziewczyna  jest  przeraźliwie 

chuda, nawet jej suknia z długimi, 

background image

bufiastymi  rękawami  i  sutą  spódnicą  nie  mogła  tego 

zamaskować. Jej  twarz wydawała  się  bardzo  wąska, ramiona 
opadały lekko. Widać było też, że jej złote włosy są cienkie i 
rzadkie, choć ułożono je w eleganckie loki i gustownie upięto. 
Ciągle wpatrywała się w roztańczone pary. 

- Na pewno sama miałaby ochotę zatańczyć 
-  powiedziała  Blanche  cicho,  myśl  o  tym,  że  ta  młoda 

dziewczyna życzyła sobie wydać bal, mimo że sama nie mogła 
się poruszyć, zabolała ją. 

Orkiestra zagrała żwawą polkę i Blanche zauważyła, że wielu 

gości zdecydowało się zrobić sobie przerwę. Była wśród nich 
pani  Schmidt,  także  Alf  podszedł  do  niej,  wracał  właśnie  z 
przeznaczonego dla panów salonu, w którym przebywał przez 
większość wieczoru. Tańczył z nią co prawda kilka razy, ale 
miała nadzieję, że dotrzyma jej towarzystwa także przez resztę 
wieczoru, mimo że bal nudził go śmiertelnie. 

- Pani Bjerkely, czy widziała pani moją córkę? 
- zapytała pani Schmidt rozglądając się wokół. 

background image

Blanche pokręciła głową. - Nie widziałam jej już od dłuższej 

chwili, wydaje mi się, że poszła na górę. 

- Może musiała się odświeżyć - odpowiedziała pani Schmidt, 

częstując się czekoladą. - Nie jest jej łatwo w błogosławionym 
stanie -wyszeptała wkładając czekoladę do ust. - Często nagle 
zaczyna  źle  się  czuć,  ale  bardzo  nie  chciała  przegapić  balu 
maskowego. 

Blanche  nieodmiennie  zdumiewało,  że  matka  i  córka  mogą 

być tak różne, zarówno z wyglądu, jak i z usposobienia. Pani 
Schmidt,  w  przeciwieństwie  do  córki,  była  bardzo  otwarta  i 
towarzyska, często się też śmiała. 

-  Może  poczuje  się  lepiej  w  ostatnich  miesiącach  ciąży  - 

odpowiedziała Blanche. 

Pani Schmidt kiwnęła głową. - Naprawdę mam taką nadzieję. 

To ciągłe chorowanie wysysa z niej wszystkie siły - widoczne 
spod maski kąciki jej ust rozciągnęły się w uśmiechu. - Pójdę 
na górę i spróbuję jej poszukać. Zbliża się już północ. 

Alf przysunął się do Blanche i stanął za jej 

background image

plecami, słyszała jego cichy śmiech. - Uważam, że jest pani 

bardzo odważnie ubrana dzisiejszego wieczoru, pani Bjerkely - 
wymamrotał w jej kark. Jego gorący oddech przyprawiał ją o 
przyjemny dreszcz. 

Odwróciła się do niego, przysłoniła wachlarzem swój głęboki 

dekolt.  Alf  miał  rację,  w  innych  okolicznościach  nigdy  nie 
założyłaby takiej sukni. - Czy jest pan może zazdrosny? - od-
powiedziała  uśmiechając  się  szelmowsko.  Lubiła  się  z  nim 
droczyć. 

Alf ujął ją za ramię, podszedł krok bliżej. -Okropnie, proszę 

pani. 

Orkiestra skończyła grać polkę i zaczęła spokojną sicilianę. 
Alf skłonił się przed nią lekko. - Czy uczyni mi pani ten honor 

i zatańczy ze mną? 

Blanche  złożyła  wachlarz  i  dygnęła  unosząc  spódnice.  -  Z 

przyjemnością. 

Maniery Alfa jednocześnie bawiły ją i napawały dumą. 
Wcale nie było takie oczywiste, że ktoś urodzony w rodzinie 

ubogiego dzierżawcy będzie 

background image

potrafił niepostrzeżenie wślizgnąć się w takie towarzystwo. 
Blanche  zerknęła  na  pozłacany  zegar  ścienny.  -  Za  chwilę 

wybije dwunasta - powiedziała do Alfa. 

Pokiwał głową. - Cieszę się niezmiernie na zdjęcie tej maski, 

duszno mi pod nią. 

Zgadzała się z nim, poza tym była podekscytowana, że będzie 

mogła  zobaczyć  twarze  kryjące  się  za  maskami.  W  ciągu 
wieczoru  rozpoznała  wielu  gości,  ale  była  pewna,  że  czekają 
ich jakieś niespodzianki. 

- Pani Bjerkely? 
Odwróciła  się  do  kobiety,  która  ją  zawołała.  Gorączkowo 

usiłowała przypomnieć sobie, skąd może znać tę wysoką damę, 
ale nie miała  pojęcia, kim jest. Lecz  głos...  Powinna  była  go 
rozpoznać, jest tak charakterystyczny. Jasny, niemal kruchy. 

- Pani Bjerkely, czy będzie pani taka uprzej- 

background image

ma  i  pójdzie  ze  mną?  -  uszminkowane  czerwone  usta 

poruszały  się  miękko  poniżej  fioletowo-srebrnej  maski. 
Kostium  nieznajomej  robił  duże  wrażenie.  Suknia  koloru 
śmietanki ułożona była na nadzwyczaj rozłożystej krynolinie i 
ozdobiona  całą  masą  zakładek  i  haftów.  Na  ramiona  kobieta 
zarzuciła  cienki  jak  pajęczyna  szal  z  naszytymi  drobnymi, 
jasnozielonymi kwiatuszkami z jedwabiu. 

Blanche  nie  miała  pojęcia,  kim  ta  osoba  mogła  być,  nie 

zwróciła też na nią uwagi wcześniej tego wieczora. 

-  Chodzi  o  panią  Aaroe  -  wyjaśniła  kobieta  szeptem.  -  Nie 

czuje się najlepiej. 

Blanche poczuła ukłucie niepokoju. - Pani Aaroe? 
Kobieta kiwnęła głową, dotknęła swojej maski dłonią ukrytą 

w długiej rękawiczce. - Pytała o panią. 

Blanche odwróciła się do Alfa, do którego chyba nie dotarła 

treść ich rozmowy, stał pogrążony w konwersacji z mężczyzną 
przebranym za kardynała. - Zaraz wracam - przeprosiła. 

background image

Kobieta poprowadziła ją przez westybul, poruszała się niemal 

biegiem. Blanche widziała, jak matka pani Aaroe szła na górę, 
ale  od  tamtego  czasu  nie  widziała  żadnej  z  nich.  Być  może 
udział w balu maskowym okazał się zbyt wielkim wysiłkiem 
dla  ciężarnej  kobiety?  Może  powinna  była  dzisiejszego 
wieczoru zostać w domu, choć jej czas miał nadejść dopiero za 
kilka miesięcy? 

Blanche  westchnęła  wdrapując  się  po  szerokich,  pokrytych 

dywanem  schodach  na  pierwsze  piętro.  A  jeśli  pani  Aaroe 
zagraża utrata dziecka? W takim wypadku nie byłaby najlepszą 
osobą do pomocy, nie miała na ten temat pojęcia. Co prawda 
sama urodziła dziecko, ale o porodach wiedziała niewiele. 

Miała  nadzieję,  że  jeśli  zajdzie  taka  potrzeba,  wśród  gości 

znajdzie  się  lekarz.  Kobieta  szybkim  krokiem  sunęła  przez 
korytarz, by zatrzymać się przy jednych z ostatnich drzwi. Tam 
zaczekała na Blanche. 

- Pani Aaroe leży w tym pokoju - wyjaśniła szeptem. 
Blanche nie rozumiała, dlaczego szepcze. 

background image

I  kim  jest  nieznajoma?  Nadal  nie  potrafiła  odgadnąć  jej 

tożsamości. Może to jedna z przyjaciółek pani Aaroe. 

Kobieta uchyliła drzwi, zajrzała do środka i odwróciła się do 

Blanche. - Leży i odpoczywa - wyszeptała. 

Oczy Blanche napotkały jej spojrzenie zza maski. Dlaczego 

jej nie zdjęła? Były przecież same, a pani Aaroe słabowała. 

Nieznajoma  otworzyła  drzwi,  Blanche  przekroczyła  próg. 

Zdezorientowana  rozglądała  się  po  słabo  oświetlonym 
buduarze. 

Nigdzie nie widać było pani Aaroe. 
Nagle  ktoś  mocno  popchnął  ją  w  plecy,  aż  potykając  się 

wpadła w głąb pomieszczenia. 

Przetoczyła się przez nią fala gniewu, zrobiło się jej gorąco, 

coś sprawiło, że odwróciła się w mgnieniu oka, lecz było już za 
późno. 

Rzuciła się do drzwi, szarpnęła, ale na próżno. 
Gotowała się z wściekłości. Co to miało znaczyć? 
Próbowała  oddychać  spokojnie,  ale  była  bardziej 

rozgniewana niż przestraszona. 

background image

Szybko  rozejrzała  się  po  malutkim  pokoiku.  Stojąca  na 

stoliku  pod  oknem  lampa  naftowa  rzucała  na  ściany  ciepłe, 
złote światło. Pod dłuższą ścianą stał długi szezlong w kolorze 
pudrowego  różu,  naprzeciwko  niego  znajdowały  się  drugie 
drzwi. Jej uwagę przyciągnęło jednak coś innego. 

Toaletka. 
Ciarki przeszły jej po plecach, gdy dostrzegła, co tam leży. 
Podeszła powoli do wytwornego mebla. Zatrzymała się. 
Przesunęła  palcami  po  mosiężnym  zapięciu  welwetowej 

torby. Ostrożnie chwyciła ją, zajrzała do środka. 

Serce  stanęło  jej  na  chwilę.  Na  dnie  torby  leżał  zwitek 

banknotów. Nie musiała ich przeliczać. Wiedziała, że to 3000 
koron. 

Jeszcze  raz  zajrzała  do  wnętrza,  jej  palce  dotknęły  czegoś, 

gdy wyjmowała pieniądze. Wsunęła rękę głębiej, wyciągnęła 
to. 

Wisiorek z perłą. 

background image

Blanche  szarpnęła  za  drzwi  na  drugiej,  dłuższej  ścianie. 

Prowadziły do sypialni sąsiadującej z buduarem. Bez wahania 
rzuciła się do drugich drzwi w sypialni, miała nadzieję, że będą 
otwarte i że prowadzą na korytarz. 

Drzwi  otworzyły  się,  wybiegła  na  korytarz,  rozejrzała  się 

wokół. Ani żywej duszy. Z dołu dobiegały jej dźwięki muzyki 
granej przez orkiestrę i gwar podekscytowanych nadchodzącą 
północą głosów. 

Serce  waliło  jej  jak  oszalałe,  gdy  biegła  przez  korytarz. 

Otwierała  po  drodze  niektóre  drzwi,  ale  było  tak,  jak 
przypuszczała. 

Tajemnicza kobieta, która zwabiła ją do buduaru, zniknęła. 
Zwolniła, stała i bezradnie rozglądała się wokół. 
Kim była ta kobieta? Czyżby znała szantażystę i chciała, by 

Blanche odzyskała swoje pieniądze? 

Setki myśli kłębiły się w jej głowie. Coś nie 

background image

dawało  jej  spokoju.  Gdybyś  nawet  oddała  mi  całe  swoje 

bogactwo, nie byłoby mi dość, Blanche. 

Nagle i  niepostrzeżenie ogarnął ją niepokój  i sprawił, że  na 

przemian  robiło  się  jej  zimno  i  gorąco.  Obawiała  się,  że 
szantażysta  ciągle  żądać  będzie  więcej  pieniędzy,  choć 
przyznał, że tak czy inaczej ich nie wystarczy. 

Teraz wydawało jej się, że dotarło do niej właściwe znaczenie 

tych słów. On nie chciał pieniędzy, chciał czegoś innego. To 
dlatego jego słowa wydały się jej tak przepełnione nienawiścią. 
Miały ukryty sens. 

Otarła dłonią czoło, czuła, że drży. Było coś jeszcze, na co z 

początku nie zwróciła uwagi, ale co teraz dokładnie potrafiła 
odtworzyć w  pamięci. Drobne, jasnozielone kwiatki na szalu 
kobiety nie były kwiatami. 

Były czterolistnymi koniczynkami. 
Chwyciła się za głowę, zakryła twarz dłońmi. 
Cały  czas  sądziła,  że  osoba,  która  pisała  do  niej  listy,  jest 

mężczyzną. 

Nie była nim. Właśnie ją spotkała. 
La quatrième feuille okazała się być kobietą. 

background image

15 
 
Ostatnie rozbłyski światła kończącego się właśnie dnia kładły 

się nad wierzchołkami drzew, gdy Aksel i Anders zajechali pod 
chatę z bali. Z małego, złożonego z czterech szybek okienka 
chaty biło słabe światło lampy. 

-  Jest  w  domu  -  stwierdził  Aksel,  zsiadł  z  Rimfakse  i 

poprowadził konia do drzewa, do którego go przywiązał. 

Gdy Anders przyszedł do domu z dwoma martwymi lisami, 

jego pierwszą myślą było, że muszą natychmiast powstrzymać 
kłusownika  grasującego  w  lesie.  Anders  był  tego  samego 
zdania. Jednak teraz, kiedy już tu dojechali, po- 

background image

czuł  ukłucie  niepewności.  Mężczyzna  mieszkający  tutaj  nie 

należał  do  najsympatyczniejszych,  a  poza  tym  z  tego,  co 
słyszeli, miał nawet na swoim sumieniu zabójstwo popełnione 
w Szwecji. Trudno było odgadnąć, czego jeszcze można się po 
takim człowieku spodziewać. 

Ale  jakie  właściwie  miał  podstawy,  by  oskarżać  go  o 

kłusownictwo?  Nikt  nigdy  nie  przyłapał  Sorensena  na 
zastawianiu  pułapek,  choć  Hilmar  przyznał,  że  wielokrotnie 
widywał go w lasach należących do Gimle. 

Z  drugiej  strony  -  cóż  on  mógł  mieć  do  roboty  na  cudzych 

terenach?  Anders  przywiązał  swojego  konia  i  podszedł  do 
Aksela. - Widzisz? 

- zapytał wskazując głową na chatę. 
Przy  drzwiach  wisiało  całkiem  sporo  skór  i  futer,  w 

niektórych z nich Aksel rozpoznawał futra kun. 

- Nie było ich tu ostatnio. 
- Hilmar powiedział mi, że Sorensena zarabia na tych skórach 

całkiem spore pieniądze 

- odpowiedział Aksel cicho, czuł, jak narasta w nim gniew. 

background image

Zatrzymali się, gdy od strony chaty dobiegło ich szczekanie 

psa. 

- Ten kundel musiał nas usłyszeć - wyszeptał Aksel zerkając 

na Andersa. Dlaczego się uśmiechał? 

-  Widywałem  tego  psa  bardzo  często,  gdy  szukałem  sideł  - 

odpowiedział Anders. - Nie jest groźny. 

Aksel  nie  odpowiedział.  W  każdym  razie  pies  wydawał  się 

być zły. 

W tej samej chwili drzwi chaty otworzyły się, kudłata bestia 

wyślizgnęła  się  ze  środka  i  zaczęła  biec  w  ich  stronę  głośno 
ujadając. 

- Shep, chodź tu! 
Aksel  cofnął  się  o  krok,  zobaczył,  że  pies  zwalnia,  choć 

niechętnie. Wyraźnie miał ochotę pobiec dalej. 

-  Shep!  -  Aksel  słyszał  irytację  w  głosie  właściciela.  Pies 

opuścił głowę, położył uszy po sobie i z podkulonym ogonem 
zawrócił w stronę domu. 

-  Leżeć  - zakomenderował  właściciel.  Akselowi ulżyło, gdy 

zobaczył, że pies usłuchał. 

background image

Mimo wszystko nie ufał mu do końca, widział w jego oczach, 

że nadal ma ochotę rzucić się na nich. 

Mężczyzna  zamknął  za  sobą  drzwi  i  zaplótłszy  ramiona  na 

piersi  stanął  przed  progiem.  Milczał.  Jego  twarz  przybrała 
wrogi wyraz, ciemne oczy wpatrywały się w nich przenikliwie 
spod opadającej na czoło rozczochranej czupryny. 

-  Dobry  wieczór,  panie  Sorensen  -  zaczął  Aksel  postępując 

krok  do  przodu.  Zdecydował  się  nie  zwracać  uwagi  na  psa. 
Mężczyzna nie odpowiedział, nie dał nawet po sobie poznać, 
że usłyszał powitanie Aksela. 

Aksel  czuł,  że  irytacja  zaczyna  wsączać  się  w  każdy 

zakamarek  jego  ciała.  Było  w  tym  człowieku  coś,  co  go 
drażniło. Poza tym dawał im bardzo jasno do zrozumienia, że 
nie przepada za odwiedzinami. Szczerze go to dziwiło, zwykle 
pracujący w lesie mężczyźni lubili, gdy ktoś wpadał z wizytą i 
przerywał  rutynę  długich,  spędzanych  w  samotności, 
wypełnionych pracą dni. 

- Przepraszamy, jeśli przeszkodziliśmy   

background image

spróbował  znów  Aksel,  zdecydował  się  postępować 

ostrożnie. 

Mężczyzna splunął na ziemię. - Aha, już w to wierzę! Wiem, 

dlaczego tu przyjechaliście 

-  huknął  patrząc  na  Andersa.  -  Ostatnimi  czasy  nieraz 

widywałem  chłopaka  w  lesie,  wiem,  że  uważa  pan,  że  to  ja 
zastawiam sidła w pańskich lasach. 

Po raz pierwszy ten mężczyzna odezwał się do Aksela w taki 

sposób.  Aksel  postąpił  krok  do  przodu,  ujął  się  pod  boki. 
Kątem  oka  zauważył,  że  pies  wstaje.  -  Cóż,  a  czy  nie  mam 
racji? 

- zapytał podniesionym głosem. Sorensen popatrzył na niego 

spod  zmrużonych  powiek.  -  Bardzo  by  pan  chciał,  żeby  tak 
było, prawda? - zapytał. - Bardzo by pan chciał mieć rację? 

- Tak czy inaczej nie zamierza się pan do niczego przyznać, 

prawda? - odciął się Aksel patrząc swojemu rozmówcy w oczy. 
Widać  było,  że  się  rozzłościł.  Stał  przez  chwilę  patrząc  na 
Aksela,  po  czym  powoli  podszedł  do  niego.  -Musze 
powiedzieć, że jest pan dość bezczelny, 

background image

panie Gimle - powiedział cicho, z groźbą w głosie. Stał już tuż 

przed  Akselem.  Mężczyźni  mierzyli  się  morderczym 
wzrokiem, byli mniej więcej podobnego wzrostu. 

-  Czy  wolno  zapytać,  na  podstawie  jakich  dowodów 

podejrzewa mnie pan o coś takiego? 

Aksel  nie  pozwolił  sobie  na  to,  by  ugiąć  się  pod  jego 

wzrokiem. - Powiedziano mi, że wiele razy był pan widywany 
w lasach należących do Gimle. 

- I to miałoby oznaczać, że jestem kłusownikiem? - Sorensen 

znów splunął na ziemię. 

- No cóż, może w takim razie wyjaśni mi pan, co pan robił na 

moich terenach. 

Mężczyzna roześmiał się cicho, sucho. - Czy odmawia mi pan 

prawa korzystania z biegnącej przez pański las drogi? W takim 
razie wydaje mi się, że właściciel Rosenlowe miałby panuj to i 
owo  do  powiedzenia.  Z  tego,  co  wiem,  także  korzysta  pan  z 
jego  dróg.  Aksel  wpatrywał  się  w  niego.  -  Grozi  mi  pani 
Sorensen wzruszył ramionami z nieprzyjemnym uśmiechem - 
Nie wiem, kto tu komu gro-   

 

background image

zi, panie Gimle? - zerknął na Andersa. - Przychodzicie tu obaj 

po zachodzie słońca i próbujecie mnie zmusić, żebym przyznał 
się, że to ja zastawiam sidła w lasach Gimle - znów popatrzył 
na Aksela. - Nie muszę chyba dodawać, że nie mam nic więcej 
do powiedzenia. 

Mężczyzna  odwrócił  się  od  nich  i  zamierzał  odejść.  Aksel 

ruszył  za  nim,  żeby  go  zatrzymać,  lecz  w  tej  samej  chwili 
przyskoczył  ku  niemu  pies.  Jego  łapy  oparły  się  o  biodra 
Aksela. 

-  Proszę  zabrać  ode  mnie  tego  kundla!  -  zawołał  Aksel 

strząsając z siebie psa. 

-  Nie  ugryzie  pana!  -  wybuchnął  zdenerwowany  Sorensen. 

Pies znów skoczył. 

- Shep, uspokój się! 
Tym razem Aksel mocniej odepchnął psa, zwierzę upadło na 

plecy i zaczęło skamleć. 

W jednej chwili mężczyzna znalazł się przy nim. Zorientował 

się dopiero wtedy, gdy poczuł uderzenie w pierś. 

-  Powiedziałem  przecież,  że  pana  nie  ugryzie!  Aksel  cofnął 

się próbując złapać równowagę. 

- Już panu w to uwierzę! 

background image

Sorensen złapał Aksela za poły kurtki i przyciągnął do siebie. 

Akselowi  nie  bardzo  podobał  się  widok  jego  rozwścieczonej 
twarzy z tak niewielkiej odległości - miarka się przebrała. 

Chwycił  mężczyznę  za  kołnierz  i  próbował  odciągnąć  od 

siebie, ale jego przeciwnik był silniejszy niż przypuszczał. W 
tej samej chwili rozległo się ujadanie psa, który zaczął biegać 
wokół nich. 

-  Zaraz!  -  Anders  wciskał  się  między  nich,  próbując  ich 

rozdzielić. - Koniec! 

Aksel ani myślał puścić tego łotra, który właśnie wpatrywał 

się z niego z wściekłością i próbował obalić na ziemię. 

Anders  jeszcze  raz  wszedł  pomiędzy  mocujących  się 

mężczyzn,  tym  razem  zdołał  odsunąć  ich  od  siebie 
zdecydowanym gestem. - Dosyć już! 

Aksel  ze  złością  poprawił  na  sobie  kurtkę  i  popatrzył  na 

Sorensena spode łba. Pies na szczęście przestał już szczekać, 
ale wciąż biegał wokół nich wyraźnie podenerwowany. 

- Nic więcej nie możemy tu zrobić, Andersie - warknął Aksel, 

ruszył w stronę Rimfakse, 

background image

ale po kilku krokach zatrzymał się i raz jeszcze odwrócił do 

Sorensena. 

- Proszę nie sądzić, że ujdzie to panu płazem, Sorensen. 
Mieszkaniec  chatki  nie  wyglądał,  by  miał  przejąć  się  tą 

groźbą, był zbyt zajęty uspokajaniem swojego psa. 

Wsiedli  na  konie,  uważnie  śledząc  mężczyznę  wzrokiem. 

Kudłacz ułożył się teraz u jego stóp. 

Akselowi  nie  podobało  się  jego  spojrzenie,  wiedział,  że 

będzie  stał  i  wpatrywał  się  w  nich,  dopóki  nie  znikną  mu  z 
oczu. 

Zerknął na Andersa. - Co o tym myślisz? 
Anders pokręcił głową. - Sam nie wiem, co o tym myśleć. 
Aksel popatrzył przed siebie. Nie miał wątpliwości. 
Ktoś, kto nie miałby niczego do ukrycia, nie zachowywałby 

się w taki sposób. 

Z początku Abelone wydawało się, że się 

background image

przesłyszała, ale po chwili zorientowała się, że ktoś naprawdę 

puka  do  jej  drzwi.  Zamrugała  szybko  powiekami.  Była 
rozespana, choć przespała przecież dobrze całą noc. 

Starła  z  oczu  resztki  snu,  próbując  zebrać  myśli.  Czyżby 

zaspała? Zwykle drzemała aż do momentu, gdy budził się Mały 
Erik. Chłopiec tak czy inaczej zwykle wstawał wcześnie. 

- Abelone! 
Gwałtownie  odrzuciła  kołdrę,  ton  głosu  Sofie  podpowiadał 

jej,  że  coś  jest  nie  w  porządku.  Poza  tym  służąca  nie  miała 
raczej w zwyczaju budzić jej tak wcześnie. 

Abelone podeszła do drzwi, otworzyła je. 
Sofie wyglądała na przerażoną, jej wielkie oczy rozszerzyły 

się jeszcze bardziej ze strachu, a piegowata twarz pobladła. - 
Och, Abelone, stało się coś strasznego. 

Teraz  dostrzegła  także,  że  w  głębi  korytarza,  przy  drzwiach 

prowadzących  do  sypialni  ojca  stoi  Anders.  Ojciec  także 
właśnie wyszedł na korytarz, odziany jedynie w nocną koszulę. 

- Co się stało, Sofie? - zapytała Abelone. So- 

background image

fie popatrzyła zrozpaczona na brata, ale on pogrążony był już 

w rozmowie z Akselem. 

-  Och,  Abelone  -  zaczęła  Sofie  trzęsącym  się  głosem,  lada 

chwila mogła się rozpłakać. - Musisz zejść na dół. 

Abelone nic z tego nie rozumiała, ale pospiesznie narzuciła na 

ramiona  podomkę  i  zerknęła  do  Małego  Erika,  który  na 
szczęście twardo spał. 

Zbiegła za  Sofie  po  schodach, za  sobą  słyszała kroki  ojca  i 

Andersa. Co tu się działo? 

Teraz  dostrzegła,  że  drzwi  wejściowe  są  otwarte.  Sofie 

wybiegła na zewnątrz, Abelone podążyła za nią na dziedziniec, 
gdzie służąca się zatrzymała. Drżącą dłonią wskazała na ścianę 
domu. 

Abelone  odwróciła  się  zdezorientowana,  nie  mogła  na 

początku zrozumieć, o co chodzi Sofie. Aż zobaczyła. 

Na  jasnej,  bielącej  się  w  ciemności  ścianie  odcinał  się 

czerwienią duży, wyraźny napis. Dzieciobójczyni. 

Aksel rzucił okiem na napis na ścianie, po- 

background image

czuł  jak  wzdłuż  kręgosłupa  przechodzą  mu  ciarki,  ale 

ważniejsze było teraz coś innego. 

- Ojcze? - usłyszał za sobą wołanie Abelone, ale o ile dobrze 

zrozumiał Andersa, nie miał teraz zbyt wiele czasu. 

Anders biegł przed nim, szarpnął drzwi stajni. 
Aksel  wpadł  za  nim  do  wnętrza  jak  burza,  dopiero  teraz 

usłyszał,  jak  niespokojnie  zachowują  się  konie.  Wyraźnie 
przerażony Solvbrose rżał i stawał dęba. 

Podbiegł  do  boksu  Rimfakse.  Zwykle  koń  odwracał  się  do 

niego, gdy wchodził do stajni, ale nie tym razem. 

Aksel opadł na klepisko. Nie wiedział, co robić, nie wiedział, 

co zrobić z rękami. 

Ciemne  oczy  konia.  Jego  zrozpaczony  wzrok,  głowa,  którą 

zwierzę usiłowało podnieść, ale która z powrotem opadała na 
ziemię. 

Ciche parskanie, słodkawy zapach. Ciepło bijące od dużego, 

czarnego  ciała. Jego ciężko  pracujące, rozpaczliwie usiłujące 
nabrać powietrza chrapy. 

Aksel nachylił się nad głową Rimfakse, objął go. Przycisnął 

policzek do jego policzka, po- 

background image

głaskał  po  zimnych  chrapach.  - Kto  ci to  zrobił,  Rimfakse? 

Kto? 

Zacisnął  powieki,  ból  rozsadzał  mu  pierś.  Kto  mógł  coś 

takiego zrobić? 

Zauważył, że Rimfakse oddycha spokojniej, nie próbował już 

się podnosić. 

Aksel otworzył oczy, popatrzył na szyję zwierzęcia. 
Na głęboką, otwartą ranę w kształcie sierpa. Na krew.