background image

Betty Neels

Gdy zjawila sie Amabel

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Zanosiło się na burzę. Na błękitnym niebie powoli 

zaczęły gromadzić się czarne, zwiastujące potężną ulewę 

chmury. Spokojny krajobraz Dorset raz po raz rozświet­

lały błyskawice. Dziewczyna przerwała zbieranie prania 

i spojrzała z obawą w groźne niebo. 

Była drobna i zgrabna, nie była klasyczną pięknością, 

lecz uwagę zwracały jej ogromne, brązowe oczy. Włosy, 

o ton jaśniejsze w kolorze od oczu, zebrała w luźny wę­
zeł na czubku głowy. Była ubrana w bawełnianą sukien­

kę, która zapewne pamiętała lepsze czasy. 

Weszła do domu, odstawiła na podłogę kosz z bielizną 

i poszła poszukać świec i zapałek. Potem postawiła na 
stole dwie stare lampy oliwne. Jeśli burza nadejdzie, 
a wszystko na to wskazywało, przed wieczorem na pew­

no wyłączą prąd. 

Zadowolona ze swej przezorności, nastawiła wodę na 

herbatę i zajęła się przygotowywaniem posiłku dla psa 

i kota. Zwierzęta cierpliwie czekały na kolację. 

Nakarmiła je, przemawiając do nich głośno, jakby pa­

nująca wokół cisza nadmiernie jej ciążyła. Kiedy usiadła 

R  S

background image

w fotelu i zaczęła popijać herbatę, o parapet uderzyły 

pierwsze ciężkie krople deszczu. 

Po chwili zerwał się silny wiatr. Pobiegła do okien, 

żeby pozamykać okiennice. Kiedy wróciła do kuchni, po­
chyliła się nad psem i pieszczotliwie poklepała go po łbie. 

- No, teraz już nikt nie zakłóci nam spokoju - oznaj­

miła. Drgnęła lekko, gdy rozległ się głośny grzmot. Pies 

położył się obok jej nóg, a niedługo potem na kolana 

wskoczył jej kot. 

Wiatr ucichł tak nagle, jak się zerwał, ale burza trwała 

nadal. Zrobiło się bardzo ciemno. Wkrótce wisząca nad 
stołem lampa zaczęła migać, więc dziewczyna zapaliła 
świecę. 

Potem zapaliła również obie lampy, z których jedną 

ustawiła w holu. Usiadła ponownie przy stole. Nie miała 
nic do roboty, chciała po prostu przeczekać burzę. 

Gdy tak siedziała, zasłuchana w głośne wycie wiatru, 

rozległ się dzwonek u drzwi. Nie wierzyła własnym 
uszom, ale kiedy dźwięk się powtórzył, wstała i trzymając 
w ręku lampę, ruszyła sprawdzić, kim jest niespodzie­
wany przybysz. 

Na ganku stał mężczyzna. Uniosła lampę, by mu się 

przyjrzeć. 

- Dostrzegłem waszą reklamę przy drodze. Czy mógł­

bym wynająć pokój na noc? Wolałbym nie prowadzić 

w taką pogodę. 

Mówił cicho, głosem, który wzbudzał zaufanie. 
- Dla ilu osób? - spytała z obawą. 

R  S

background image

- Dla mnie i mojej matki. 

Odsunęła się, robiąc mu przejście. 

- Proszę wejść. Czy to pański samochód? - Wskazała 

stojące przed wejściem auto. 

- Tak. Ma pani garaż? 

- Za domem jest duża szopa, proszę tam zaparkować. 

Skinął głową i wrócił do samochodu. Pomógł matce 

wysiąść, po czym zaprowadził ją do domu. 

- Niech pan wejdzie do środka kuchennymi drzwia­

mi! - krzyknęła za nim dziewczyna, gdy pobiegł z po­

wrotem do auta. 

Potem popatrzyła na drugiego gościa. Dobiegająca 

sześćdziesiątki kobieta była wysoka, przystojna i niezwy­
kle elegancko ubrana. 

- Chciałaby pani obejrzeć pokój? Czy będą państwo 

coś jedli? Tuż trochę za późno na obiad, ale mogę zrobić 

omlet albo jajecznicę na bekonie. 

Starsza kobieta wyciągnęła dłoń na powitanie. 

- Nazywam się Fforde, przez dwa „f', niestety. Mój 

syn jest lekarzem i właśnie odwoził mnie do Glastonbury, 

kiedy zaczęła się burza. Padało tak mocno, że dalsza po­

dróż stała się niemożliwa. 

Dziewczyna ujęła wyciągniętą dłoń. 
- Amabel Parsons. Przykro mi, że mieli państwo taką 

nieprzyjemną podróż. 

- Nie cierpię burzy, a pani? Chyba nie jest pani sama 

w tym wielkim domu? 

- Tak, jeśli nie liczyć Cyryla, czyli mojego psa, i kota 

R  S

background image

Oskara. - Amabel zawahała się. - Może chciałaby pani 

poczekać na syna w salonie? Niestety, będą państwo mu­

sieli przygotować się do snu przy blasku świec. 

Zaprowadziła gościa do niewielkiego, choć urządzo­

nego ze smakiem pokoju, który pełnił rolę salonu. Oprócz 

okrągłego stolika i krzeseł stały tu wysokie regały 

z książkami. Centralne miejsce zajmował kominek, 

a ogromne okno wychodziło na ogród. Amabel postawiła 
lampę na stoliku i zaciągnęła zasłony. 

- Pójdę otworzyć drzwi kuchenne - oznajmiła. 
Doktor Fforde już na nią czekał. Wszedł do domu 

i postawił na podłodze dwie walizki. 

- Mogę zanieść je do naszych pokoi? - spytał. 

- Naturalnie. Zaraz je państwu pokażę. Czy przygo­

tować coś do jedzenia? 

- Jeśli nie sprawimy tym pani kłopotu. Wystarczą ka­

napki... 

- A może omlet i jajecznica na bekonie? 
- Jestem pewien; że mama będzie zachwycona, jeśli 

dostanie filiżankę gorącej herbaty i omlet. - Rozejrzał się 

po kuchni. - Chyba nie jest tu pani sama? 

- Jestem. Proszę za mną, pokażę panu pokoje. 

Kiedy zeszli na dół, podała omlety, tosty z masłem 

i ogromny dzban herbaty. Przygotowując kolację, starała 

się nie myśleć o burzy, która nadal szalała za oknami. 

Następnego dnia Amabel wstała wcześnie, ale jak się 

okazało, doktor Fforde już był na nogach. Zaproponowała 

mu filiżankę herbaty. 

R  S

background image

Czując na sobie jego wzrok, podniosła głowę. 
- Czy podać pani Fforde śniadanie do łóżka? To dla 

mnie żaden problem. 

- Myślę, że byłaby bardzo zadowolona. Ja wolałbym 

zjeść z panią tutaj. 

- Ależ nie może pan... Przepraszam, chciałam po­

wiedzieć, że nakryłam dla pana w salonie. 

- Nie lubię jeść sam. Jeśli przygotowała pani wszyst­

ko dla mamy, zaniosę jej tacę. 

Gdy wrócił do kuchni, postawiła przed nim talerz z ja­

jecznicą, tosty z dżemem i herbatę. 

- Proszę usiąść obok mnie, zjeść śniadanie i powie­

dzieć, dlaczego mieszka tu pani sama - poprosił. Mówił 

tak, jakby był jej starszym bratem albo wujkiem, bez wa­

hania więc usiadła naprzeciw niego. 

- To tylko na miesiąc. Moja matka wyjechała do mo­

jej siostry do Kanady, żeby pomóc jej przy dziecku. La­

tem przyjeżdża do nas dużo gości i nie można narzekać 
na brak towarzystwa. Co innego zimą. 

- Nie boi się pani samotności? 
- Cyryl i Oskar to wspaniali towarzysze. No i mam 

telefon. 

- A pani najbliższy sąsiad? 
- Stara pani Drew mieszkająca przy drodze do wioski. 

Podał jej filiżankę, prosząc o dolewkę herbaty. Miał 

wrażenie, że jego rozmówczyni nie jest tak pewna siebie, 
za jaką chciała w jego oczach uchodzić. Prostolinijna 

i sympatyczna osóbka, ocenił ją w duchu. Miłe oczy, mi-

R  S

background image

ły głos i... kompletny brak zainteresowania modą. Płócien­
na spódnica i bawełniana bluzka, które miała na sobie, były 

czyste, ale znoszone. Spojrzał na jej piękne, smukłe dłonie, 

na których znać było trudy fizycznej pracy. 

- Piękny mamy ranek po tej burzy. Wasz sad jest uro­

czy. Widok, jaki się z niego roztacza, zapiera wręcz dech 

w piersiach. 

- To prawda. Jeszcze herbaty? 
- Nie, dziękuję. Zobaczę, czy mama wstała już z łóż­

ka. - Uśmiechnął się. - Dziękuję za pyszne śniadanie. 

Jedzenie rzeczywiście bardzo mu smakowało. Miał 

wrażenie, że Amabel Parsons tylko marzy o tym, by jak 
najszybciej pozbyć się niezapowiedzianych gości. 

Nie minęła godzina, a jego niebieski rolls-royce zniknął 

za zakrętem drogi. Amabel patrzyła zza żywopłotu, jak od­

jeżdża. Cieszyła się, że spędzili u niej noc. Mogła zapo­

mnieć na chwilę o burzy, miała zajęcie, no i zarobiła trochę 
pieniędzy, których bardzo potrzebowała. Poza tym państwo 
Fforde okazali się niekłopotliwymi gośćmi. 

Byłoby miło zaprzyjaźnić się z kimś takim jak doktor 

Fforde, pomyślała. Kiedy siedziała z nim przy stole, od­
czuwała nieprzepartą ochotę, by z nim rozmawiać, po­
wiedzieć, jak bardzo czuje się samotna, a czasem wręcz 

przerażona. Jak obmierzło jej słanie łóżek i szykowanie 

śniadań dla obcych ludzi. Najbardziej ze wszystkiego nie 

cierpiała udawania, że jest niezależną, kompetentną mło­

da kobietą, która doskonale daje sobie radę w życiu. 

Musiała sprawiać takie wrażenie, gdyż w przeciwnym 

R  S

background image

wypadku życzliwi sąsiedzi z pewnością zasugerowaliby 
matce, że Amabel powinna zamknąć pensjonat. 

Wróciła do domu, zmieniła pościel w sypialniach go­

ści, posprzątała pokoje, zlustrowała zawartość lodówki, 

powiesiła pranie i zrobiła sobie kanapkę. Kiedy zjadła, 

wyszła do sadu z Cyrylem i Oskarem. 

Ledwo wróciła do domu, żeby przygotować sobie her­

batę, kiedy rozległ się dzwonek. 

Za drzwiami stał mężczyzna, który na jej widok od­

wrócił się zniecierpliwiony. 

- Dzwoniłem dwa razy. Potrzebuję czterech łóżek dla 

mnie, żony i dwójki dzieci. 

Amabel spojrzała na samochód. Za kierownicą sie­

dział młody człowiek, a z tyłu dostrzegła kobietę w śred­
nim wieku i młodą dziewczynę. 

- Trzy pokoje? Bardzo proszę. Muszę jednak uprze­

dzić, że mamy tylko jedną łazienkę. W każdym pokoju 

jest umywalka. 

- Domyślam się, że w tej części świata nie możemy 

liczyć na luksusy - powiedział niezbyt grzecznie. - Za­

błądziliśmy, a nie chcę jechać nocą. Ile bierze pani za 

pokój? Czy dostaniemy rano śniadanie? 

- Tak - odparła, przypominając sobie powiedzenie 

matki, że świat pełen jest niesympatycznych ludzi. 

Pozostali goście wysiedli z samochodu. Kobieta, która 

sprawiała wrażenie despotycznej, ładna, ale naburmuszo­

na córka i młody człowiek o bardzo zuchwałym i odpy­

chającym spojrzeniu. 

R  S

background image

Obejrzeli pokoje, głośno komentując staromodne 

umeblowanie. Potem zeszli na dół, oznajmiając, że chcą 
dostać kanapki, herbatę i ciasto. 

- I dużo dżemu! - krzyknął za nią młody człowiek, 

kiedy przeszła do kuchni. 

Po herbacie spytali o telewizor. 
- Nie mam telewizora. 

Nie uwierzyli jej. 

- Każdy ma telewizor - parsknęła dziewczyna. - Co 

będziemy robić przez cały wieczór? 

- Wioska jest zaledwie dwa kilometry stąd. W tam­

tejszym pubie mogą państwo zjeść kolację - zasugero­

wała z uśmiechem. 

- Lepsze to, niż siedzenie tutaj. 

Ku jej niewymownej uldze wsiedli do samochodu 

i odjechali. 

Posprzątała w kuchni i zrobiła sobie kolację. Był 

piękny wieczór, więc postanowiła zjeść w sadzie. Pomy­

ślała, że doktor Fforde i jego matka chyba dotarli już 
do Glastonbury. Doktor ma zapewne piękną, elegancką 

żonę, małego synka i jeszcze mniejszą córeczkę. Miesz­

kają w dużym i wygodnym domu... 

Następnego dnia wstała wcześnie, gdyż musiała przy­

gotować śniadanie na ósmą rano. Goście zjedli, a potem 
zapłacili, nie omieszkawszy przedtem dwukrotnie spraw­

dzić każdej pozycji na rachunku i wygłosić kilku złośli­

wych komentarzy na temat braku wygód. 

Amabel cierpliwie stała przy drzwiach, dopóki nie od-

R  S

background image

jechali, a potem schowała pieniądze do starej puszki po 

herbacie, którą trzymała w kredensie. 

Tak jak się spodziewała, w sypialniach niesympatycz­

nych gości panował nieludzki bałagan. Otworzyła szero­

ko okna, zdjęła pościel i zaczęła porządkować pokoje. 

Do południa uporała się z pracą. Przygotowała sobie 

kanapki i poszła do sadu. Naturalnie Cyryl i Oskar usied­
li obok niej. Jedząc kanapki, zaczęła czytać ostatni list 
od matki, która postanowiła przedłużyć pobyt w Kana­
dzie o kilka tygodni. 

Amabel schowała list do kieszeni, westchnęła ciężko 

i poszła do domu. Chciała upiec ciasto i ciasteczka. 

Właśnie skończyła pracę w kuchni, kiedy zadzwonił 

dzwonek i dwie starsze panie spytały, czy znajdzie się 

dla nich miejsce na noc. 

Przyjechały starym morrisem. Choć zadbane i schlud­

ne, nie sprawiały wrażenia osób cierpiących na nadmiar 

gotówki. Wydawały się sympatyczne, a Amabel miała 

miękkie serce. 

- Może dam paniom jeden pokój z podwójnym łóż­

kiem? - zaproponowała. - Cena jak za jedną osobę. 

Spojrzały po sobie. 

- Zgoda. 

Rano podała im jaja na twardo, tosty, dżem i kawę. 
Nie zarobiła wiele, ale miło było popatrzeć na u-

śmiechnięte i zadowolone twarze obu kobiet. Zostawiły 

jej napiwek, a sypialnię posprzątały tak, że Amabel nie 

miała właściwie nic do roboty. 

R  S

background image

Włożyła pieniądze do puszki i postanowiła, że jutro 

pojedzie na pocztę, by wpłacić je na konto, a przy okazji 

zrobi zakupy i zamówi u rzeźnika mięso. 

W ciągu następnych dwóch dni nikt jej nie odwiedził, 

jeśli nie liczyć kobiety, która zjawiła się późnym wie­

czorem, przenocowała, a następnego dnia ruszyła w dal­

szą drogę. 

Amabel znów wstała wcześnie. Nie lubiła wylegiwać 

się w łóżku, kiedy na dworze było jasno. Zjadła śniada­
nie, posprzątała dom, uprasowała całą stertę ubrań i po­

ścieli, a potem usiadła na ławce w sadzie. Było zbyt 

wcześnie, by ktokolwiek pojawił się w poszukiwaniu 

noclegu. 

Nie usłyszała rolls-royce'a, który niemal bezszelestnie 

podjechał pod dom. 

Doktor Fforde wysiadł i spojrzał na dom. Budynek 

sprawiał wrażenie zadbanego, choć przydałby się niewiel­
ki remont. Małe okna aż lśniły czystością. Dostrzegł 

Amabel. Siedziała na ławce między Cyrylem a Oskarem 

i łuskała groszek. 

Przystanął, zastanawiając się, dlaczego właściwie miał 

ochotę znów ją zobaczyć. Zaintrygowała go. Drobna, de­

likatna, a zarazem bardzo dzielna i odważna. Jednak nie 
powinna mieszkać sama na takim bezludziu. Czyżby nie 

miała żadnej ciotki albo kuzynki, która mogłaby dotrzy­

mać jej towarzystwa? 

Oczywiście to nie był jego problem, uznał jednak, że 

skoro i tak jedzie do Glastonbury, wpadnie ją odwiedzić. 

R  S

background image

Kiedy wszedł na ścieżkę, Amabel podniosła głowę. 

Zerwała się na równe nogi, a jej szeroki uśmiech utwier­

dził go w przekonaniu, że jest mile widzianym gościem. 

- Dzień dobry. Jadę do Glastonbury i postanowiłem 

sprawdzić, co u pani słychać. Doszła pani do siebie po 
ostatniej burzy? 

- Och tak. Choć rzeczywiście najadłam się trochę 

strachu. Bardzo się ucieszyłam, kiedy przyjechali państwo 

tamtego wieczoru. - Napije się pan kawy? 

- Bardzo chętnie. - Wszedł za nią do kuchni i usiadł 

przy stole. 

Amabel zdawała się być zadowolona z jego wizyty, 

choć zapewne uśmiechała się miło do każdego, kto za­
pukał do drzwi. 

- Pojedzie pani ze mną na lunch? - spytał nieocze­

kiwanie. - Niedaleko stąd jest pub, można tam całkiem 
dobrze zjeść. Nie sądzę, aby przed południem zjawili się 

a pani jacyś goście. 

Nalała kawę i wyjęła pudełko z herbatnikami. 
- Ale przecież jedzie pan do Glastonbury. 

- Tak, ale nie oczekują mnie tam przed piątą. Jest 

taki piękny dzień. Możemy wziąć ze sobą Cyryla. 

- W takim razie zgoda, ale muszę wrócić przed drugą. 

Jest sobota. 

Do „Old Boot Inn" dotarli przed południem i usiedli 

w ogródku. Nieopodal płynęła rzeczka ocieniona starymi 

drzewami. Panowała cisza, atmosfera była nieco senna. 

Gdy

 jedli, Cyryl leżał u ich stóp. 

R  S

background image

Gospodarz popatrzył na nich zza baru i zwrócił się 

do swojej żony. 

- Wyglądają na bardzo szczęśliwych, prawda? 

Potem doktor odwiózł Amabel do domu. Wziął od 

niej klucz i otworzył kuchenne drzwi. 

- Mogę przez chwilę posiedzieć w sadzie? Rzadko 

mam okazję pobyć w takim spokojnym miejscu, z dala 

od codziennego zgiełku. 

- Naturalnie. 

Usiadł na ławce, z Oskarem na kolanach i jabłkiem 

w ręku. Miał nadzieję, że zanim odjedzie, pojawią się 

jacyś goście, a on zdoła im się bacznie przyjrzeć. 

Rzeczywiście, wkrótce pojawiło się małżeństwo 

w średnim wieku z teściową. Zamówili nocleg na dwie 

noce. 

Nie wiedział, dlaczego tak się martwi o Amabel. Do­

skonale dawała sobie radę i umiała o siebie zadbać. 

Ponadto miała telefon. 

Poszedł do kuchni, gdzie przygotowywała herbatę dla 

gości. 

- Muszę jechać dalej - oznajmił. - Nie przerywaj 

pracy. Dziękuję za miłe przedpołudnie. 

- A ja dziękuję za lunch. - Uśmiechnęła się. - Niech 

pan jedzie ostrożnie, doktorze Fforde. 

Zaniosła tacę do salonu i wróciła do kuchni. Goście 

byli bardzo mili i starali się sprawiać jak najmniej kło­
potu. Gdy uporała się z najpilniejszą robotą, zaczęła roz­

myślać o minionym dniu. 

R  S

background image

Była zdziwiona, że doktor znów ją odwiedził. Zasko­

czona, ale bardzo zadowolona. Kiedy go ujrzała w sadzie, 

miała wrażenie, że znają się od dawna. 

- Nonsens - powiedziała na głos. - Wpadł, ponieważ 

miał ochotę na filiżankę kawy. Zaprosił cię na lunch, bo 

nie lubi jeść samotnie. 

Jej goście postanowili spędzić niedzielę na zwiedzaniu 

okolicy, a Amabel wybrała się do kościoła. Była to jedyna 

okazja, by porozmawiać ze znajomymi ze wsi i przeko-

nać ich, że świetnie sobie radzi. Wielu miejscowych nie 
pochwalało decyzji matki o wyjeździe do Kanady. Uwa­

żali, że z Amabel powinien zamieszkać ktoś z rodziny 
łub przyjaciół. 

Rozmawiały o tym z matką wielokrotnie. Teraz Ama­

bel pisała do niej każdego dnia, kreśląc w listach opty­
mistyczną wizję samotnego życia. 

Od wyjazdu matki minął miesiąc. W tym czasie obie 

utrzymywały regularny kontakt, choć matka nadał nie po-

trafiła podać dokładnej daty powrotu, co martwiło Ama­
bel. Nie chciała się do tego przyznać nawet przed samą 

sobą, ale nocami nie czuła się w pustym domu zbyt bez­
piecznie. 

Kiedy msza dobiegła końca, wyszła z kościoła, po­

żegnawszy się uprzednio z wikarym. Oznajmiła mu ra­

dośnie, że matka wkrótce wraca. 

- Dajesz sobie radę, Amabel? Mam nadzieję, że ktoś 

cię odwiedza i nie jesteś cały czas sama? 

- Naturalnie - zapewniła go. - Poza tym mam dużo-

R  S

background image

pracy. Praca w ogrodzie, prowadzenie pensjonatu. Bar­

dzo uważam, kogo wpuszczam do domu - zapewniła go. 

W poniedziałek położyła się bardzo wcześnie. Przed 

zaśnięciem rozmyślała o doktorze Ffordzie. Czy był żo­
naty? Gdzie mieszkał? Pracował w szpitalu, a może miał 
prywatną praktykę? Ubierał się dobrze, jeździł drogim 
samochodem i miał rodzinę albo przyjaciół w Glaston-

bury - tylko tyle o nim wiedziała. Przewróciła się na dru­

gi bok i zamknęła oczy. Dlaczego ten człowiek tak ją 
zaintrygował? 

Ładna pogoda dopisywała i do drzwi pukało sporo 

turystów. Puszka po herbacie zapełniła się, matka powin­

na być zadowolona. Minął kolejny tydzień, a tuż przed 

weekendem przyszedł oczekiwany list od matki. Listo­

nosz przyjechał niemal równocześnie z czwórką tury­

stów, którymi musiała się zająć. Włożyła list do kieszeni, 
odkładając jego przeczytanie na później. 

Dopiero kiedy uporała się z pracą, zrobiła sobie her­

batę i zasiadła do lektury. 

List był długi. Przeczytała go dwukrotnie i pobladła. 
Matka nie miała zamiaru wracać do domu. A przy­

najmniej nie w najbliższym czasie. Poznała kogoś i po­

stanowiła wyjść za mąż. 

Wiem, że mnie zrozumiesz. I że go polubisz. Jest 

ogrodnikiem, po powrocie zamierzamy stworzyć centrum 

ogrodnicze. Zbudujemy szklarnią obok sadu. 

R  S

background image

Nie będziemy już musiały prowadzić pensjonatu, choć 

mam nadzieją, że do czasu naszego przyjazdu zadbasz 
o interes. Tak dobrze ci idzie. Zamierzamy dotrzeć do 
domu przed Bożym Narodzeniem. 

Dalej następował szczegółowy opis przyszłego męża, 

a także nowinki dotyczące siostry i jej dziecka. 

Jesteś niezwykle rozsądną dziewczyną

 - pisała matka 

na zakończenie - i jestem pewna, że perspektywa pełnej 
niezależności bardzo cię ucieszy. Być może zdecydujesz, 
się po naszym powrocie na podjęcie pracy zawodowej. 

Amabel była zdziwiona, ale nie miała poczucia, że 

spotkała ją jakaś krzywda. 

Dopiła resztkę zimnej herbaty. Będzie miała dużo cza­

su, żeby zastanowić się nad swoją przyszłością. 

Tego wieczoru, kiedy goście udali się już na spoczy­

nek, usiadła przy stole z długopisem w ręku i spisała to, 

co potrafi robić. A więc gotowanie - uważała się za do-

brą kucharkę. Umie zajmować się domem, dokonać drob­
nych napraw, uprawiać ogród... Przerwała pisanie, gdyż 
nic innego nie przychodziło jej do głowy. 

Powinna chyba skończyć jakiś kurs, jak tylko zdecy­

duje się, co właściwie chce robić. Tyle tylko, że kształ­
cenie kosztuje, a ona nie miała pewności, czy zdoła 

uzbierać wystarczającą kwotę. Wstała gwałtownie, ude-

rzona nagłą myślą. Kelnerki nie potrzebują żadnego prze­

szkolenia, a dostają napiwki.. 

R  S

background image

Oczywiście w dużych miastach. Taunton czy Yeovil? 

A może jakieś centrum handlowe? Mają tam dużo skle­
pów, herbaciarni, kawiarni. Im więcej o tym myślała, tym 

bardziej zapalała się do swojego pomysłu. 

Kiedy kładła się spać, była już w pełni zdecydowana. 

Teraz pozostawało tylko czekać na przyjazd matki i jej 

męża. 

R  S

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Następny list dostała tydzień później, wcześniej jed­

nak maska zadzwoniła. Była bardzo podekscytowana. 

Oznajmiła, że planuje ślub w październiku. Amabel chy­
ba nie ma nic przeciw temu, by pomieszkać w domu do 

ich przyjazdu? Powinni wrócić w listopadzie... 

- To tylko kilka miesięcy. Amabel. Keith jest wyjąt­

kowo miły i hojny. Obmyśliłam już, w czyni wystąpię 

na ślubie. 

List, który przyszedł dwa dni po telefonie, aż tryskał 

optymizmem i szczęściem. 

Nie masz pojęcia, jak wspaniale jest być z kimś, kto 

się o ciebie troszczy. Czy zdecydowałaś już, co chcesz 

robić po naszym powrocie? Musisz być podekscytowana 

myślą o nowych perspektywach. Odkąd skończyłaś szko­
­ę, wiodłaś taki monotonny żywot... 

Ale za to szczęśliwy, pomyślała Amabel. Teraz muszę 

zacząć wszystko od nowa. 

R  S

background image

182 BETTY NEELS 

Doktor Fforde siedział w kuchni swojego domu 

w Londynie. Gdy skończył jeść, pochylił się, by poklepać 

po głowie czarnego labradora, i ruszył do drzwi. 

Otworzyły się, zanim zdążył chwycić za klamkę. Do 

kuchni wszedł starszy mężczyzna. Miał pociągłą twarz 

i czarne, gładko zaczesane do tyłu włosy. 

Z lekkim skinieniem głowy ustąpił doktorowi miejsca 

i pozdrowił go. 

- Znów pan wychodzi, sir? - Jego wzrok spoczął na 

niedojedzonym jabłku. - Wystarczyło zadzwonić. Zrobił­
bym panu coś ciepłego do picia i kanapkę. 

Doktor poklepał go po ramieniu. 

- Dziękuję, Bates. 

Dwie godziny później zszedł na wyborne drugie śnia­

danie, które Bates podał w małym saloniku na tyłach do­
mu. Po skończeniu posiłku zszedł do samochodu i po­

jechał do znajdującego się nieopodal szpitala. 

Amabel pożegnała gości, posprzątała po nich pokoje 

i pojechała na pocztę, by kupić lokalną gazetę. Stary pan 
Truscott, który pracował na poczcie od wielu lat i wie­
dział wszystko o okolicznych mieszkańcach, natychmiast 

wdał się w rozmowę z Amabel. 

- Nie wiedziałem, że czytujesz „Gazette". Nie ma tu 

nic oprócz informacji o urodzinach, ślubach i pogrze­
bach.- Popatrzył na nią badawczo. - I oczywiście ogło­

szeń. Gdyby na przykład ktoś szuka! pracy, poleciłbym 

mu właśnie tę gazetę. 

R  S

background image

- Moim zdaniem czyta ją bardzo dużo ludzi, panie 

Truscott. Skoro juz tu jestem, to poproszę też o kilka 

znaczków pocztowych. 

- Mama jeszcze nie wraca do domu? Już chyba dość 

długo jej nie ma. 

- Zamierza zostać jeszcze tydzień, może dwa. 

Po lunchu przestudiowała stronę z ogłoszeniami 

o pracy. Było kilka ofert dla kelnerek. Pensja nie była 

wysoka, ale dochodziły przecież napiwki. W Stourhead 
poszukiwano ekspedientek, pomocy do herbaciarni i ka­

­­erek. Wszystkie oferty były aktualne dopiero od 

paździrrnika. 

Mijały tygodnie. Lato dobiegało końca. Wieczory sta-

wały się coraz krótsze i chłodniejsze. Kilka razy zadzwo­

niła matka. Była juz po ślubie. Teraz wraz z mężem zajęci 

byli poszukiwaniem poważnego kupca, bo przed powro-

tem chcieli korzystnie sprzedać dom i ogród Keitha. 

Coraz mniej turystów pukało do drzwi Amabel. Miała 

czas, by gruntownie posprzątać dom. zerwać ostatnie 

owoce, zamrozić je i przejrzeć zawartość szaf. 

Z myślą o przyszłości krytycznym okiem przyjrzała 

się swojej garderobie. Nie była imponująca. Amabel ku-
powała rzeczy praktyczne, trwałe i w dobrym gatunku, 
choć nie zawsze twarzowe. 

W sobotę dopadło ją przygnębienie. Na dworze było 

szaro i mokro, toteż nawet krótki spacer z Cyrylem nie 

poprawił jej humoru. Usiadła w kuchni z Oskarem na 

akolanach i zaczęła rozmyślać o przyszłości, która jawiła 

R  S

background image

się w czarnych barwach. Amabel nie należała nigdy do 
osób, które lubią się nad sobą użalać, ale teraz łzy same 

popłynęły jej po policzkach. Nawet nie próbowała ich 

powstrzymać. 

Doktor Fforde miał wolny weekend. W sobotę zjadł 

lunch z przyjaciółmi. Była wśród nich Miriam Potter-Sto-

kes, młoda wdowa, która coraz częściej szukała jego to­
warzystwa. Było mu jej żal, więc zgodził się odwieźć ją 

po lunchu do domu. W drodze powrotnej do Londynu 
zaproponowała, by zjedli razem kolację. 

Jednak wieczorem uznał, że zmarnował dzień. Miriam 

była zabawna, ładna, elegancka, ale tak naprawdę nie miał 

z nią o czym rozmawiać. 

W niedzielę rano poszedł na długi spacer, a po lunchu 

wsiadł do samochodu. 

- Chyba nie jedzie pan do Glastonbury w taką po­

godę, sir? - spytał Bates. 

- Nie, wybieram się tylko na przejażdżkę. Zabieram 

psa. Zostaw mi, proszę, coś zimnego na kolację, dobrze? 

- Oczywiście, sir. 

Dopiero w samochodzie doktor Fforde zdał sobie 

sprawę, dokąd właściwie jedzie. Myśląc o pięknej Mi­

riam Potter-Stokes, przypomniał sobie Amabel Uśmiech­
nął się do siebie, gdyż te kobiety był tak różne, jak dzień 

i noc. Pomyślał, że z przyjemnością zobaczyłby Amabel. 

Jej matka zapewne już wróciła, a o tej porze roku w pen­

sjonacie nie było wielu gości. 

R  S

background image

Kiedy dotarł na miejsce, w pierwszej chwili odniósł 

wrażenie, że dom jest opuszczony. Jednak kuchenne 
drzwi były otwarte. . -

Kiedy dotarł na miejsce, w pierwszej chwili odniósł 

wrażenie, że dom jest opuszczony. Jednak kuchenne 
drzwi były otwarte. 

Powoli wszedł. Gdy zobaczył Amabel, pomyślał, że 

wygląda jak zmoknięta kura. 

- Dzień dobry, mogę wejść? - spytał, pochylając się 

nad psami, by je pogłaskać i dać jej czas na otarcie łez. 

- Mój pies, Tygrys, chyba polubił się z Cyrylem, a Oskar 

. jest przy nim zupełnie bezpieczny. 

Amabel wstała, znalazła chusteczkę i wytarła nos. 

- Proszę wejść. Co za paskudna pogoda. Zapewne je­

dzie pan do Glastonbury. Ma pan ochotę na filiżankę moc­
nej herbaty? 

- Dziękuję, z chęcią się napiję. Domyślam się, że w ta­

ką pogodę nie ma wielu gości. A mama jeszcze nie wróciła? 

- Nie... - odparła słabym głosem, a potem, ku swo­

jemu przerażeniu, zalała się łzami. 

Doktor Fforde posadził ją z powrotem na krześle. 

- Zrobię herbatę, a ty mi o wszystkim opowiesz. Wy­

płacz się, od razu poczujesz się lepiej. Masz jakieś ciasto? 

- Płaczę już od jakiegoś czasu i wcale nie czuję się 

lepiej - mruknęła. - A teraz znów chce mi się płakać. 

- Wzięła podaną chusteczkę i westchnęła. - Ciasto jest 

w kredensie. 

Wyjął ciasto i zaparzył herbatę, potem usiadł naprze­

ciwko Amabel. 

- Dlaczego płaczesz? Nie bój się, nikomu nie zdradzę 

twoich sekretów. 

R  S

background image

Uśmiechnęła sie przez łzy. 

- Dziękuję. - Upiła łyk herbaty. - Przepraszam za 

moje zachowanie. 

- Czy to nieobecność matki tak bardzo cię frustruje? 

A może twoja mam zachorowała? - spytał łagodnie. 

- Nie, skądże. Wyszła za mąż w Kanadzie. 

Słuchał w milczeniu, patrząc na nią uważnie i co jakiś 

czas. dolewając jej herbaty. Kiedy skończyła, milczał 
chwilę, a potem się odezwał. 

-. Teraz, kiedy mi o tym opowiedziałaś, czujesz się 

lepiej, prawda? Nie rozwiążę twoich problemów, ale 

chętnie udzielę ci kilku rad. Nie rób żadnych planów, 
dopóki matka nie wróci z Kanady. Nie podejmuj po­
chopnie decyzji. Teraz idź obmyć twarz. Pojedziemy 

na kolację. 

- Nie mogę jechać w takim stanie. 
- Bądź gotowa za piętnaście minut. 
Co miała robić? Umyła się, umalowała, związała wło­

sy w ciasny węzeł, przebrała w dżersejową sukienkę 

i zeszła do kuchni. 

Najedzone zwierzęta zasnęły, podczas gdy Tygrys stał 

u nogi swego pana, gotowy do wyjścia. 

- Zamknąłem drzwi i okna - oznajmił doktor Fforde. 

Wsunął klucz do kieszeni i podążył do samochodu. 

Na miejscu okazało się, że gości jest bardzo niewielu. 

W lokalu panowała bardzo miła atmosfera, a w różowym 

świetle nie było widać, że Amabel ma zaczerwienione 

i zapuchnięte oczy. 

R  S

background image

Wdali się w pogawędkę i Amabel powoli poprawiał 

się humor. 

- Już prawie dziewiąta! Dojedzie pan do Glastonbury 

w środku nocy - zreflektowała się nagle. 

- Wracam do Londynu - odpowiedział natychmiast, 

ale nie starał się zatrzymać jej dłużej. Odwiózł ją do domu 

i pożegnał przyjacielskim uściskiem dłoni. 

Kiedy odjechał, dom wydał jej się dziwnie pusty i ci-

chy. Upewniwszy sie, że zwierzęta śpią, Amabel poszła 

do łóżka. 

Spędziła uroczy wieczór, a przede wszystkim wresz­

cie miała się przed kim wyżalić. Teraz jednak było jej 

wstyd, że zachowała się jak historyczka. 

Obudził ją pogodny ranek, a koło południa do drzwi 

zadzwoniło czworo ludzi szukających noclegu. Całe po­

południe była zajęta pracą, więc wieczorem usnęła niemal 

natychmiast. 

Przez kolejne dni nie miała gości, ale było tyle pracy, 

że nie nudziła się ani przez chwilę. Lato się skończyło. 

zapowiadano zimną i wilgotną jesień. 

Dużo czasu zajęło Amabel porządkowanie ogrodu. 

Trzeba było zebrać wszystkie owoce i warzywa, zrobić 

przetwory na zimę. 

Pewnego dnia, kiedy układała w szafie bieliznę po­

ścielową, usłyszała ujadanie Cyryla. Sprawiał wrażenie 

zdenerwowanego, zeszła więc na dół, żeby zobaczyć, co 

się dzieje. 

W holu stała matka z wysokim mężczyzną u boku 

R  S

background image

Ze śmiechem głaskała Cyryla, a potem podniosła głowę 
i zobaczyła córkę. 

- Kochanie, prawda, że sprawiliśmy ci niespodzian­

kę? Keith sprzedał dom, więc uznaliśmy, że nie będziemy 

zwlekać z przyjazdem do Anglii. 

- Tak się cieszę, że cię widzę, mamo. 
Popatrzyła na męża matki, uśmiechając się z przymu­

sem. Nie spodobał jej się. Czuła, że ona jemu też nie 

przypadła do gustu. Mimo to wyciągnęła rękę w powi­

talnym geście. 

- Miło mi cię poznać. 
Matka dużo mówiła, śmiała się, zaglądała w każdy 

kąt domu, wykrzykując co chwila pochwały. 

- A to jest Oskar - zwróciła się do męża. - Nasz kot. 

Wiem, że nie przepadasz za kotami, Keith, ale to członek 
rodziny. 

Mężczyzna mruknął coś pod nosem i poszedł po ba­

gaż. Pani Parsons, teraz pani Graham, weszła na górę do 
swojej sypialni, Amabel natomiast zajęła się parzeniem 

herbaty. Cyryl i Oskar towarzyszyli jej. Zwierzęta na 
pewno wyczuły, że działają Keithowi na nerwy. 

Wypili herbatę w salonie, rozmawiając o Kanadzie, 

podróży i planach na przyszłość. 

- Koniec z prowadzeniem pensjonatu - oznajmiła pani 

Graham. - Keith musi jak najszybciej zacząć budowę 

szklarni. Chcielibyśmy zdążyć przed Bożym Narodzeniem. 

- Gdzie macie zamiar ją zbudować? Za sadem jest 

mnóstwo miejsca. 

R  S

background image

Keith, który już zdążył rozejrzeć się po ogrodzie, na­

tychmiast zaczął snuć plany na przyszłość. 

- Tam chcę posiać oziminę, a szklarnię postawię 

w sadzie. Jabłka nie przynoszą dużych zysków, a nie­

które z drzew są już bardzo stare. Wytniemy je i posa­
dzimy fasolkę i groszek. - Spojrzał na Amabel. - Twoja 
matka mówiła mi, że doskonałe radzisz sobie z pracą 

w ogrodzie. Mogłabyś nam pomóc. Zatrudnię człowieka 
do kopania i najcięższych prac. 

Amabel nic nie odpowiedziała. Kochała stary sad. Był 

tu od zawsze, jeszcze zanim się urodziła. Drzewa rodziły 
zdrowe owoce, a wiosną tak pięknie kwitły... 

Spojrzała na matkę, która sprawiała wrażenie szczęś­

liwej i zadowolonej, co więcej, wpatrzonej w męża jak 
w obrazek. 

Wieczorem, kiedy przygotowywała kolację, Keith 

przyszedł do kuchni. 

- Trzeba się będzie pozbyć tego kota - oznajmił bez 

wstępów. - Pies też się starzeje, prawda? Moim zdaniem 
nie należy trzymać zwierząt w domu. 

- Oskar nie sprawia żadnych kłopotów - powiedziała 

Amabel, starając się, by jej głos zabrzmiał łagodnie. -

A Cyryl jest dobrym psem obronnym. 

- Nie ma pośpiechu. Minie trochę czasu, zanim się 

tu zadomowię na dobre. Zobaczysz, wszystko się jakoś 

oży. Twoja matka zajmie się domem, a ty możesz pra­
cować w ogrodzie. Zatrudnimy kogoś do pomocy, żebyś 

miała wolny czas na spotkania z przyjaciółmi. 

R  S

background image

Przez kolejne dni nic ciekawego się nic wydarzyło. 

Rozpakowywali bagaże, pisali listy, jeździli do banku. 

Z Kanady napłynęła dość pokaźna suma pieniędzy i pan 

Graham od razu przystąpił do realizacji swoich planów. 

Pojechał do Londynu, aby spotkać się z człowiekiem, 
który miał udzielić mu kredytu. 

Amabel pomagała matce w domowych pracach. Usi-

łowała się dowiedzieć, dlaczego mama tak gorąco nama­

wia ją do pozostania w domu. 

Pani Graham bardzo kochała córki, ale łatwo ulegała 

wpływom. Nie rozumiała, jakiego powodu Amabel tak 

bardzo spieszy się do niezależności. Zwłaszcza że Keith-

owi przydałaby sie pomoc. 

- To taki wspaniały człowiek, Amabel. I niezwykle 

zaradny. 

- Szkoda, że nie lubi Cyryla i Oskara. 

- Och, kochanie, nie wierzę, by mógł być dla nich 

niedobry. 

Może nie byt niedobry, ale wraz z upływem tygodni 

stało się oczywiste, że zwierzęta przestały być w domu 
mile widziane. Cyryl większosć dnia spędzał w sadzie. 

Oskar przychodził do domu tylko na posiłki, rozglądając 

się trwożliwie dookoła. 

Amabel robiła co w jej mocy, by im umilić życie, 

ale miała dużo pracy, która wypełniała jej całe dnie. Było 

jasne, że pan Graham jest mężczyzną twardo i bez­

względnie dążącym do wytyczonego celu. Ze względu 

na matkę Amabel nie komentowała nawet jednym słowem 

R  S

background image

jego zachowania, jednak cała sytuacja stawała się coraz 

trudniejsza do zniesienia. 

Pewnego dnia zobaczyła, jak Keith uderzył Cyryla, 

a potem odsunął nogą kota, który nieopatrznie znalazł 

się obok niego. Amabel postanowiła, że musi coś z tym 
zrobić. 

Wzięła na ręce drżącego Oskara i objęła Cyryla za 

szyję. 

- Jak śmiesz? Co te zwierzęta ci zrobiły? Są moimi 

przyjaciółmi i kocham je. Mieszkają tu przez całe swoje 

życie. 

- W takim razie resztę życia spędzą gdzie indziej. 

Jestem tu szefem. Nie lubię zwierząt, więc lepiej coś z ni­

mi zrób. 

Amabel wiedziała, że dłużej tego nie zniesie. Zaczę­

ła rozmyślać o tym, jak wybrnąć z przykrej sytuacji. 

W końcu podjęła decyzję. Jednak najpierw musiała ze­

brać odpowiednią sumę pieniędzy i poczekać na właści­

wą sposobność. 

Los jej sprzyjał. Tego wieczoru ojczym oznajmił, że 

wyjeżdża rano w interesach do Londynu. Ponieważ pla­
nował wyruszyć wcześnie rano, poszedł spać od razu po 
kolacji. 

Amabel została sam na sam z matką. Postanowiła wy­

korzystać okazję, jaka się nadarzyła. 

- Czy mogę wziąć trochę pieniędzy, żeby kupić sobie 

coś do ubrania? - spytała 

- Oczywiście, kochanie. Sama powinnam była o tym 

R  S

background image

pomyśleć. Tak dobrze sobie radziłaś podczas mojej nie­

obecności. Weź, ile chcesz. Poproszę Keitha, żeby dał ci 
więcej. Jest taki szczodry. 

- Nie, nie rób tego, mamo. Wystarczy mi to, co jest 

w puszce. - Spojrzała na matkę. - Jesteś z nim szczęś­
liwa? Powiedz prawdę. 

- Och tak, Amabel. Nigdy ci tego nie mówiłam, ale 

samotność mocno dawała mi się we znaki, To wieczne 
zamartwianie się o przyszłość.... Doszłam do wniosku, 
że teraz powinnaś zrobić jakiś kurs, by szybciej stanąć 

na własnych nogach. 

Amabel skinęła głową, ciesząc się w duchu, że matka 

nie będzie za nią tęsknić. . 

Kiedy pani Graham poszła spać, Amabel ułożyła do 

snu zwierzęta i przeliczyła pieniądze. Było więcej, niż 
się spodziewała. 

Rano wstała wcześnie, żeby przygotować ojczymowi 

śniadanie i upewnić się, że zwierząt nie ma w kuchni. 
Matka zeszła na dół i oznajmiła, że ma zamiar poprosić 
listonosza, by podwiózł ją do Castle Cary. 

- Chciałabym pojechać do fryzjera. Dasz sobie radę 

sama, kochanie?-

Amabel pomyślała, że ma wyjątkowe szczęście. Kiedy 

przyjechał listonosz, uściskała matkę i ucałowała ją ser­

decznie. 

Pół godziny później, z Oskarem w koszyku, Cyrylem 

na smyczy i torbą podróżną na ramieniu ruszyła do za­
mówionej taksówki. Zostawiła list, w którym ogólniko-

R  S

background image

wo informowała matkę o swych planach i obiecała ode­
zwać się wkrótce. 

Taksówka zawiozła ją do Gillingham, gdzie wsiadła 

w pociąg do Londynu. Dopiero po dotarciu na miejsce 
zaczęły ją nękać wątpliwości. Teraz jednak było za późno, 

by się wycofać. Kupiła bilet do Yorku, wypiła filiżankę 

herbaty, napoiła zwierzęta i wsiadła do autobusu. 

Był prawie pusty, a kierowca okazał się bardzo miły. 

Amabel usadowiła się wygodnie w fotelu, klatkę z Cy­

rylem położyła sobie na kolanach, a Oskar skulił się u jej 

stóp. 

Dochodziła trzecia po południu, do Yorku dotrą przed 

ósmą. Potem trzeba będzie ubłagać ciotkę Thisbe, by 
udzieliła im schronienia na noc. 

- Powinnam była do niej zadzwonić - mruknęła 

Amabel, popadając w ponurą zadumę. 

Kiedy zajechali na dworzec w Yorku, poszła do naj­

bliższego telefonu. Była zbyt zmęczona, by przejmować 

się reakcją ciotki Thisbe. 

Jednak kiedy usłyszała w słuchawce władczy głos 

starszej pani, odwaga ją opuściła. 

- To ja, Amabel, ciociu Thisbe. Jestem na dworcu 

autobusowym w Yorku. 

Starała się mówić spokojnie, lecz mimo to w jej głosie 

dało się słyszeć panikę. A jeśli ciotka odłoży słuchawkę? 

Panna Parsons nie miała jednak takiego zamiaru. Kie­

dy doszły ją słuchy o powtórnym zamążpójściu żony 
zmarłego brata, nic nie powiedziała, choć nie pochwalała 

R  S

background image

decyzji kuzynki.. I co stanie sie teraz z Amabel? Czy jej 

matka pomyślała o tym choć przez chwilę? 

- Usiądź na najbliższej ławce, Amabel. Przyjadę po 

ciebie za pól godziny. 

- Są ze mną Cyryl i Oskar. 
- Wszyscy jesteście mile widziani - odparła ciotka 

i odłożyła słuchawkę. 

Pół godziny może się czasem wydać wiecznością, ale 

widząc ciotkę Thisbe zmierzającą energicznie- w jej kie­
runku, Amabel zapomniała o zmęczeniu. Ciotka: wyglą­

dała tak samo jak przed laty. Towarzyszył jej młody chło­
pak, niezbyt
 wysoki, ale silny, i mocno zbudowany. . 

Ciotka ucałowała Amabel na powitanie, 

-- Tak się cieszę, że mnie odwiedziłaś, moja droga. 

Pojedziemy do domu i o wszystkim mi opowiesz. To jest 

Josh, moja prawa. ręka. Zabierze twój bagaż i zawiezie 

nas do. domu. 

Amabel zerwała się na nogi. Przywitała się z Joshem, 

wzięła koszyk z Oskarem i smycz i mszyła posłusznie 
do samochodu. Usiadła z tyłu, podczas gdy ciotka usa­
dowiła się obok Josha. 

Zrobiło się ciemno i ulice były niemal puste. Przez 

okna samochodu niewiele było widać, ale Amabel pa­
miętała Bolton Percy, miejscowość, w której mieszkała 

ciotka. Ostatni raz była tu jakieś dziesięć lat temu. Miała 

wówczas zaledwie szesnaście lat i dochodziła do siebie 

po stracie ojca. 

Wioska była pogrążona w ciemności i tylko dom ciot-

R  S

background image

ki, stojący w pewnym oddaleniu od pozostałych, przy­

witał ich jasno oświetlonymi oknami. 

Josh pomógł jej wynieść zwierzęta. Ruszyła za nim 

w stronę otwartych przez ciotkę drzwi. 

- Witaj w moim domu, dziecko. Czuj się jak u siebie 

i pamiętaj, że możesz tu zostać tak długo, jak zechcesz. 

R  S

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

W ciągu następnych dwóch godzin Amabel nie do 

końca wiedziała, co się z nią dzieje. Odebrano jej płaszcz, 

posadzono w kuchennym fotelu, poczęstowano herbatą, 

a przede wszystkim nie zmuszano do snucia opowieści. 

Josh i ciotka zajęli się zwierzętami. 

Zanim zdążyła sie odezwać, ciotka przemówiła: 

- Poczekaj tu chwilę. Twój pokój jest już genowy, 

ale powinnaś coś zjeść, zanim pójdziesz spać. 

- Ciociu - zaczęła Amabel, ale ciotka nie dała jej 

skończyć. 

- Później, dziecko. Najpierw kolacja i dobry sen. Za­

wiadomić twoją matkę, że tu jesteś? 

- Nie, nie. Wszystko wyjaśnię... 

- Jutro. - Ciotka wręczyła jej miskę gorącej zupy. 

Teraz zjedz kolację. 

Wkrótce Amabel poszła na górę do małej sypialni na 

poddaszu. Nie pamiętała nawet, jak i kiedy się rozebrała 

i położyła do łóżka. 

Kiedy rano otworzyła oczy, przez dłuższą chwilę wpa­

trywała się w nieznajomy sufit. Dopiero po chwili uświa-

R  S

background image

domiła sobie, gdzie się znajduje. Usiadła na łóżku, spo­

glądając na śpiące w nogach zwierzaki. W świetle dnia 

jej wczorajsza podróż wydała się czymś zupełnie niere­

alnym. Będzie musiała wyjaśnić wszystko ciotce. 

Wstała, umyła się, ubrała i zeszła na dół. 

Dom nie był duży, ale solidnie zbudowany, otoczony 

wysokim kamiennym murem. Otworzyła drzwi na taras 

i wyszła do niewielkiego ogrodu. 

Był ładny ranek, choć nieco mglisty. Kiedy po krótkim 

spacerze wróciła do domu, zastała w kuchni ciotkę Thisbe. 

Uprzejmie przywitała się z bratanicą. 

- Wyspałaś się? To dobrze. Ugotowałam owsiankę dla 

Cyryla i Oskara. Poślę dziś Josha po odpowiednią karmę. 
Tobie zrobiłam filiżankę herbaty, którą, mam nadzieję, 

wypijesz przed śniadaniem. 

- Powinnam wyjaśnić... 
- Naturalnie. Ale najpierw napij się herbaty. 
Tak więc Amabel usiadła naprzeciwko ciotki przy ku­

chennym stole i popijając herbatę, opowiedziała jej 
o przyczynie swojego wyjazdu z domu. 

- Martwiłam się o Oskara i Cyryla. Bałam się. że 

mój... ojczym ich zabije. I mnie też nie lubi. 

- A twoja matka? Jest z nim szczęśliwa? 
- Ona? Tak, jest dla niej bardzo dobry. Nie potrzebują 

mnie. Nie powinnam była tu przyjeżdżać, ale nic innego 
nie przyszło mi do głowy. Jestem ci bardzo wdzięczna, 
ciociu, że pozwoliłaś mi przenocować. Czy pozwolisz mi 
zostawić tu Cyryla i Oskara, kiedy pojadę do Yorku szu-

R  S

background image

kać pracy? Nie mam wykształcenia, ale mogę pracować 

w hotelu albo jako pomoc domowa. 

Dźwięk, jaki wydobył się z ust panny Parsons, przy­

pominał prychnięcie. 

- Twój ojciec był moim bratem, dziecko. Możesz tu 

zostać, jak długo zechcesz. A co do pracy... Twoja obec­
ność w tym domu jest dla mnie prawdziwym darem nie­

bios. Potrzebuję towarzystwa. Za tydzień czy dwa zde­
cydujesz, co chcesz robić. York to duże miasto, nie po­

winnaś mieć problemów ze znalezieniem pracy. Teraz 

ubierz się, a po śniadaniu zadzwoń do matki. 

- Będą chcieli, żebym wróciła. Potrzebują mojej po­

mocy w ogrodzie. 

- Nie masz wobec swojego ojczyma żadnych zobo­

wiązań, Amabel, a twoja matka może odwiedzać cię 

u mnie, jak często zechce. 

Rozmowa z matką okazała się wyjątkowo trudna. Pani 

Graham, początkowo uszczęśliwiona, że ma wiadomości 

od córki, później zaczęła czynić Amabel wymówki, 

- Keith będzie musiał wynająć kogoś do pomocy 

- narzekała. - Bardzo go zawiodłaś, Amabel. Oczywi­

ście, zawsze chętnie cię zobaczymy, ale nie oczekuj 

wsparcia finansowego. Skoro tak bardzo zależy ci na 

niezależności... Jesteś rozsądną dziewczyną i nie wąt­

pię, że znajdziesz pracę. Nie nadużywaj gościnności 

ciotki Tshibe. - Przerwała na chwilę. - Zabrałaś Oska­
ra i Cyryla? 

- Tak, mamo. 

R  S

background image

- Będą za tobą tęsknić, kiedy zajmiesz się szukaniem 

pracy. W tej sprawie powinnaś posłuchać Keitha. 

- Mamo! Mieszkały z nami przez całe swoje życie. 

Nie zasługują na to, by je uśpić. 

- I tak nie są już młode. Zadzwonisz do mnie jeszcze? 

Pożegnała się z matką i odłożyła słuchawkę. 

- Czy mogłabyś zrobić dla mnie małe zakupy? - Głos 

ciotki wyrwał ją z zadumy. - Weź ze sobą Cyryla, a kie­
dy wrócisz, napijemy się kawy. 

Centrum handlowe znajdowało się niespełna kilometr 

od domu. Miasteczko było niewielkie. Górował nad nim 

wspaniały kościół, a wzdłuż wąskiej głównej ulicy stał 

rząd schludnych domów. Ulicę wieńczył stojący na jej 
końcu duży budynek pubu. 

Amabel zrobiła zakupy, zdumiona faktem, że ekspe­

dientka dobrze wie, z kim ma do czynienia. 

- Przyjechała pani odwiedzić ciotkę? Dobrze, że bę­

dzie miała jakieś towarzystwo. Na szczęście zimę spędza 
z przyjaciółką we Włoszech. 

Dwa, najwyżej trzy tygodnie, zdecydowała Amabel, 

wracając do domu. W tym czasie powinnam znaleźć mie­

szkanie i pracę. Ciotka okazała się niezwykle gościnna, 

lecz nie powinna rezygnować ze swych planów wyjaz­

dowych. To byłoby nie w porządku. 

Pogrążony w pracy doktor Fforde ze zdumieniem 

stwierdził, że jego myśli uparcie krążą wokół Amabel. 

R  S

background image

200 

BETTY NEELS 

Wreszcie postanowił sprawdzić, co u niej słychać. Miał 

nadzieję, że do tej pory jej matka z mężem wrócili już 
do Anglii, 

Kiedy dojechał do pensjonatu, było już popołudnie. 

Zaparkował samochód na tylach domu i ruszył w stro­

nę kuchennych drzwi, stwierdzając ze zdumieniem, że 

większa część sadu znikła, a tam, gdzie jeszcze nie­
dawno rosły jabłonie, teraz wylano fundamenty pod ja­
kiś budynek. Ziemia za sadem została zaorana. Tylko 

widok, jaki rozciągał się z tego miejsca, pozostał nie­

zmiennie piękny. 

Zapukał do drzwi. 

Otworzyła mu matka Amabel. 

- Przyjechałem zobaczyć się z Amabel. - Wyciągnął 

rękę na powitanie. - Jestem doktor Fforde. 

- Niestety nie zastał jej pan. Amabel wyjechała. Pro­

szę, niech pan wejdzie. Wkrótce wróci mój mąż. Napije 
się pan herbaty? 

- Dziękuję. - Rozejrzał się dookoła. - Był tu pies... 
- Zabrała go ze sobą. Kota też. Mój mąż nie przepada 

za zwierzętarni i nie chciał, by kręciły się po domu. Bu­

duje szklarnię i sklep. 

- Widzę. Wyciął pól sadu. Dokąd pojechała Amabel? 

- spytał od niechcenia. . 

- Do Yorkshire. Nie mam pojęcia, jak się tam dostała 

z całą tą menażerią. Siostra mojego zmarłego męża mie­

szka w Bolton Percy, niewielkiej miejscowości w pobli­

żu Yorku. A oto mój mąż. 

R  S

background image

Mężczyźni wymienili uścisk dłoni, chwilę porozma­

wiali i doktor Fforde podniósł się z krzesła. 

Jadąc do domu, doszedł do wniosku, że Amabel po­

stąpiła słusznie. Ojczym najwyraźniej jej nie lubił. Po 

raz kolejny powtórzył sobie w duchu, iż nie ma żadnego 
powodu, by tak bardzo przejmował się jej losem. To roz­

sądna dziewczyna, da sobie radę. 

Bates powitał go nowiną, że dzwoniła pani Potter-

-Stokes. 

- Chciała się dowiedzieć, czy zabierze ja pan w dniu 

jutrzejszym na wystawę sztuki współczesnej, o której już 

kiedyś wspominała. 

Dlaczego nie? - pomyślał. Może dzięki temu zapo­

mnę choć na chwilę o Amabel. 

Wystawa okazała się bardzo awangardowa i nie przy­

padła doktorowi do gustu. Kiedy Miriam zaproponowała. 

żeby przyjechał na weekend do domu jej rodziców, sta­

nowczo odmówił. 

- Nie dam rady. Wyjeżdżam na kilka dni z Londynu. 

- Biedaku. Zbyt ciężko pracujesz, ktoś powinien 

o ciebie zadbać. Przydałaby ci się żona... 

Uśmiechnęła się do niego, od razu żałując wypowie­

dzianych słów. 01iver zrobił jakąś zdawkową uwagę, jak 
wymagały tego dobre maniery, ale w spojrzeniu jego błę­

kitnych oczu wyczytała obojętność. Jeśli naprawdę chce 

go zdobyć, musi być znacznie ostrożniejsza... 

Tydzień później wyjechał z Londynu. Wziął trzy dni 

wolnego. Wystarczająco dużo, by pojechać do Yorku. 

R  S

background image

odnaleźć Amabel i upewnić się, że wszystko u niej w po­

rządku. Nie wnikał zbyt głęboko w to, dlaczego ten temat 
tak żywo go interesuje. 

Wyjechał po śniadaniu, zabierając ze sobą Tygrysa. 

Bez trudu trafił do Bolton Percy. Zaparkował przed nie­
wielkim centrum handlowym, gdzie postanowił zasięgnąć 

języka. 

W sklepie było kilku kupujących, którzy bez pośpie­

chu wybierali potrzebne towary. Gdy wszedł do środka, 
wszyscy na niego spojrzeli. Nawet sprzedawczyni o su­
rowym wyglądzie uśmiechnęła się zachęcająco na jego 
widok. 

- Chce pan spytać o drogę? - odezwała się jedna 

z kobiet. - Pani Bluett na pewno panu pomoże - wska­

zała sprzedawczynię. 

Doktor Fforde uśmiechnął się z wdzięcznością. 
- Szukam panny Amabel Parsons. 
Zgromadzeni w sklepie ludzie popatrzyli na niego 

z zainteresowaniem. 

- Mieszka u ciotki, panny Parsons, na końcu tej ulicy. 

Ich dom stoi w pewnym oddaleniu od pozostałych i jest 

otoczony kamiennym murem. Na pewno go pan znajdzie. 
O tej godzinie powinny być w domu. Oczekują pana? 

- Nie... 

Pani Bluett spojrzała na niego tak groźnie, że poczuł 

się w obowiązku dodać: 

- Znamy się od jakiegoś czasu. - Szybko wyszedł ze 

sklepu, ścigany zaciekawionymi spojrzeniami. 

R  S

background image

Drzwi otworzyła mu sama panna Parsons. Patrzyła na 

niego surowym wzrokiem, który niejednego człowieka 

mógłby onieśmielić. 

- Przyjechałem zobaczyć się z Amabel - oznajmił 

spokojnie i wyciągnął rękę na powitanie.-- Nazywam się 

fforde, Oliver Fforde. Adres dostałem od matki Amabel. 

Panna Parsons ujęła wyciągniętą dłoń. 
- Thisbe Parsons, ciotka Amabel. Mówiła mi o panu. 

- Wyjrzała przez jego ramię. - To pański samochód? Bę­
dzie tu bezpieczny. - Po raz kolejny obrzuciła go uważ­
nym spojrzeniem i najwyraźniej to, co ujrzała, spodobało 

jej się.- Właśnie, miałyśmy napić się herbaty. Proszę 

wziąć ze sobą psa. Mam nadzieje, że nie jest agresywny? 

W domu jest Cyryl. 

- Już się poznały - oznajmił z uśmiechem. - Dzię­

kuję za zaproszenie. 

Panna Parsons zaprosiła go do "długiego, niskiego 

pokoju ze staroświeckim kominkiem. Meble także były 

stare, ale doskonale utrzymane. Wszędzie stało mnó­

stwo fotografii w srebrnych ramkach, porcelanowych 

figurek i roślin w doniczkach. Pokój sprawiał bardzo 

miłe wrażenie, a jego wystrój zachęcał do wypoczyn­
ku. Przy stole siedziała Amabel. Na. jej twarzy malo­

wało się zdumienie. 

- Amabel - powiedział cicho. Ujął jej rękę i u-

śmiechnął się. - Twoja matka podała mi ten adres. Mam 

sprawę do załatwienia w Yorku, pomyślałem więc, że to 

doskonała okazja, by cię odwiedzić. 

R  S

background image

- Wyprowadziłam się z domu. 
- Twój ojczym wspomniał mi o tym. Wyglądasz bar­

dzo dobrze. 

- Bo doskonale się czuję. Ciocia jest dla mnie bardzo 

dobra. Cyryl i Oskar też są szczęśliwi. 

Panna Parsons uniosła czajniczek. 
- Proszę usiąść, podać mi filiżankę i powiedzieć, co 

pana sprowadza do Yorku, doktorze Fforde. To dość da­

leko od Londynu, bo tam pan zapewne mieszka. 

Doktor, który też miał wścibskie ciotki, napił się her­

baty i odpowiadał miło, lecz ogólnikowo na zadawane 
pytania. Rozmawiali o wszystkim i o niczym. Ani razu 

nie spytał Amabel, dlaczego zdecydowała się na takie 
radykalne rozwiązanie swych problemów. Mieli przed so­

bą całe dwa dni. 

- O szóstej siadamy do podwieczorku - oznajmiła 

ciotka.- Mamy nadzieję, że pan do nas dołączy. Chyba, 

że ma pan jakieś pilne obowiązki. 

- Dopiero jutro. Z przyjemnością skorzystam z za­

proszenia. 

- W takim razie idźcie z psami na spacer, a ja zajmę 

się posiłkiem., 

- Możemy pójść główną ulicą do końca i wrócić pol­

ną drogą - zaproponowała Amabel. 

Doktor zaoferował jej ramię i wyruszyli. 

- Opowiedz mi, co się stało - poprosił. 
Amabel ujęła go pod rękę i zaczęła mówić: 

- Próbowałam, naprawdę próbowałam polubić Kei-

R  S

background image

tha. Jednak on mnie nie cierpi i wcale tego nie ukry­
wa. Najgorsze jednak jest to, że nienawidzi Cyryla 
i Oskara. 

- Postąpiłaś słusznie. 

Szli w stronę domu. Choć zrobiło się ciemno, 01iver 

był pewien, że Amabel płacze. Miał w tej chwili ochotę 

wziąć ją w ramiona i pocałować. Nie powinien jednak 
wypadać z roli troskliwego przyjaciela, bo wtedy wszyst­
ko mocno by się skomplikowało. 

- Spędzisz ze mną jutrzejsze popołudnie? Mogliby­

śmy pojechać nad morze - rzucił lekkim tonem. 

Amabel przełknęła łzy. 

- Z przyjemnością. Dziękuję. - Postanowiła przyjąć 

narzucony przez niego ton. 

Ciotka Thisbe już na nich czekała. Stół był elegancko 

nakryty. Na jednym końcu stał czajniczek z herbatą, 
w drugim zaś przykryte naczynie z jajecznicą, grzanki 

i domowej roboty pasztet. Był tez dżem, miód. kanapki 
oraz półmisek z różnymi ciasteczkami. 

Doktor nie ukrywał, że jest głodny. Zjadł porządny 

posiłek, czym do reszty podbił serce starszej pani. Kiedy 

oznajmił, że zamierza następnego dnia zabrać Amabel 
na przejażdżkę, wpadła w zachwyt. 

Ten mężczyzna bardzo jej się podobał. Szkoda, że wi­

dział w Amabel jedynie przyjaciółkę. Dziewczyna 

najwyraźniej doskonale się czuła w jego towarzystwie, 

a Bóg jeden wiedział, jak bardzo potrzebowała teraz 

przyjaznej duszy. 

R  S

background image

Po posiłku pozmywał naczynia, a Amabel je wytarła. 

Ciotka Thisbe słyszała, jak przekomarzają się i śmieją. 

Doktor Fforde pożegnał się serdecznie i obiecał, że 

przyjedzie następnego popołudnia. W drodze do Yorku 
odezwał się na głos: 

- Możemy już przestać o niej myśleć, prawda Tygry­

sie? Nasza podopieczna da sobie radę. Ma wspaniałą ciot­

kę, zapewne wkrótce znajdzie dobrze płatną pracę, pozna 
odpowiedniego młodego człowieka i wyjdzie za niego 
za mąż. 

Ciekawe, dlaczego ta ostatnia myśl wcale nie wpra­

wiała go w zachwyt? 

Następnego dnia przyjechał po Amabel punktualnie. 

Przez kilka minut rozmawiał z panną Parsons, zapropo­
nował, by Cyryl usiadł z tyłu z Tygrysem, otworzył przed 
Amabel drzwi samochodu i wyruszyli. 

Flamborough leżało na wysokim klifie, nad samym 

brzegiem Morza Północnego i ciągnęło się aż do portu, 

w którym znalazło schronienie wiele łodzi. Doktor Ffor­

de zaparkował samochód, wypuścił psy i ruszyli z Ama­

bel w kierunku półwyspu. Od morza wiała lekka bryza, 

powietrze było bardzo rześkie. 

Kiedy przystanęli, by popatrzeć na morze, Amabel nie 

zdołała powstrzymać okrzyku zachwytu. 

••- Jak tu pięknie! Tak cicho i dostojnie. Chciałabym 

tu zamieszkać. 

- Czy masz już jakieś plany na przyszłość? - spytał 

01iver. - Jak długo zamierzasz zostać u ciotki? 

R  S

background image

- Chciałam się ciebie w tej sprawie poradzić. Jest 

pewien problem. .Widzisz, dowiedziałam się, że ciotka 
Thisbe planowała spędzić zimę we Włoszech. Nie 
chciałam jej o to pytać, a ona sama też nie porusza 

tego tematu. Nie mogę pozwolić, by z mojego powodu 
zmieniała plany. W końcu pojawiłam się w jej życiu 
zupełnie niespodziewanie... Rozumiesz, co mam na 
myśli? 

Stali naprzeciw siebie. Amabel podniosła wzrok i spoj­

rzała uważnie na rozmówcę. 

- Muszę jak najszybciej znaleźć pracę, ale nie bardzo 

wiem, jak się do tego zabrać. Powinnam odpowiedzieć 
na ogłoszenie z prasy czy odwiedzić biuro pośrednictwa? 

Niewiele potrafię robić, a ponadto muszę zabrać ze sobą 

Cyryla i Oskara. 

- Przede wszystkim - powiedział wolno - powinnaś 

przekonać ciotkę, że naprawdę chcesz znaleźć pracę. 

Pojedź do Yorku, zgłoś się do jakiejkolwiek agencji. Co 

potrafisz robić, Amabel? 

- Niewiele - przyznała, po namyśle. - Umiem pro­

wadzić dom i gotować. Mogłabym pracować w sklepie 
albo zostać kelnerką. Ludzie chyba niezbyt chętnie przyj­

mują takie posady, prawda? 

- Sądzisz, że ciotka pozwoliłaby ci mieszkać u. siebie 

podczas swojej nieobecności? 

- Być może. Ale jak dojeżdżałabym do pracy? Au-

tobus kursuje tylko dwa razy w tygodniu.. 

- Nie mogę ci niczego obiecać, Amabel, ale znam 

R  S

background image

różnych ludzi i mógłbym tu i ówdzie popytać. Czy jest 
ci obojętne, dokąd pojedziesz? 

- O ile będę mogła zabrać ze sobą Cyryla i Oskara. 

- I jak rozumiem, powrót do domu nie wchodzi 

w grę? 

- Nie. 

- Masz jakieś pieniądze? Na przykład na opłacenie 

mieszkania? 

- Tak, dziękuję. Matka pozwoliła mi zabrać pienią­

dze, które zarobiłam podczas jej nieobecności. 

- Dobrze. Teraz pojedziemy do wioski. Zauważyłem 

po drodze pub. Jeśli będzie otwarty, napijemy się herbaty. 

Zjedli wyśmienity posiłek składający się z tostów, 

owocowego ciasta i herbaty. 

Po odpoczynku wyruszyli w powrotną drogę. Prze­

jeżdżali przez pełne uroku miejscowości. Burton Agnes 

ze wspaniałym dworem i normandzkim kościołem, Lund 

z pamiętającym lepsze czasy amfiteatrem, Bishop Bur­

ton, w którym czarno-białe domki letniskowe okalały 
miejscowy staw, aż wreszcie dotarli do drogi prowadzącej 
do Bolton Percy. 

01iver porozmawiał chwilę z ciotką i spytał, czy mo­

że zadzwonić następnego dnia, by się pożegnać. 

- Może wpadnie pan do nas na kawę? - zapropono­

wała ciotka. 

Lekki wiatr przekształcił się następnego dnia w istną 

wichurę. 01iver skorzystał z tej wymówki, by skrócić 

moment pożegnania. Przed wyjazdem wręczył Amabel 

R  S

background image

listę biur pośrednictwa pracy w Yorku. Zrobił, co mógł 

i chciał jak najszybciej uwolnić się od myśli o Amabel. 

Miała dom, życzliwą ciotkę, była młoda, zdrowa i roz­

sądna. Nie było zatem powodu, by martwić się o nią. 

Lecz w drodze powrotnej nie mógł przestać o niej 

myśleć. 

Tego wieczoru Amabel postanowiła porozmawiać 

z ciotką o swej przyszłości. 

- Nigdy nie zdołam wyrazić, jak bardzo jestem ci 

wdzięczna - zapewniła. - Dałaś mi dach nad głową i mi­
łość, ale muszę zacząć żyć na własny rachunek. Wiem, 

że polubię York. Na pewno znajdę jakąś pracę, a potem 

postaram się zdobyć konkretne wykształcenie. Rozumiesz 

mnie, ciociu? 

- Naturalnie, dziecko. Musisz pojechać do Yorku 

i zorientować się na miejscu, co mają do zaoferowania. 

Chcę jednak, byś obiecała mi jedno. Jeśli będzie ci ciężko, 
przyjedziesz do mnie. - Zawahała się. - Gdybyś mnie 
nie zastała, pójdź do Josha i jego zony. 

- Obiecuję, ciociu. Jutro rano odjeżdża autobus do 

Yorku, więc... 

-- Josh i tak musi jutro wybrać się do miasta. Zabie­

rzesz się z nim. Powrotny autobus masz około czwartej. 
Jeśli ci ucieknie, po prostu zadzwoń, a Josh po ciebie 

przyjedzie. 

Dzień w Yorku nie należał do miłych. Wędrowała od 

jednego biura do kolejnego i wszędzie wpisywano ją na 

R  S

background image

listę, ale nie było pracy, która by ją satysfakcjonowała. 

Amabel nie posiadała wymaganych kwalifikacji ani żad­

nego doświadczenia zawodowego. 

Kiedy wróciła do domu, nie dała po sobie poznać roz­

czarowania. W końcu to był tylko rekonesans i jej na­

zwisko zostało zarejestrowane we wszystkich biurach po­
średnictwa w Yorku. 

Doktor Fforde po powrocie do Londynu pogrążył się 

w pracy. Nie omieszkał zapewnić Batesa, że krótki urlop 

był bardzo udany. 

- W takim razie dlaczego twój pan jest taki ponury? 

- spytał Bates Tygrysa. - Zbyt dużo pracuje. Powinien 

częściej wychodzić i trochę się zabawić. 

Bates ucieszył się, gdy następnego dnia pan oznajmił 

mu, że wieczorem wychodzi z panną Potter-Stones do 
teatru, a potem na kolację. 

Powinien doskonale się bawić. Miriam była urocza, 

elegancka i w pełni świadoma swojej atrakcyjności. Za­

bawiała go opowiadaniem anegdot o wspólnych znajo­

mych, zadawała inteligentne pytania dotyczące jego pra­

cy. Czuła; jednak, że choć fizycznie obecny, 01iver my­
ślami błądzi daleko stąd. Przy kolacji zapytała o niedaw­

ny urlop. 

- Dokąd pojechałeś? 

- Do Yorku. 

- Do Yorku? - Podchwyciła natychmiast. - Szkoda, 

że nie wiedziałam wcześniej. Mam tam przyjaciółkę, Do-

R  S

background image

lores Trent. Prowadzi sklep ze szkłem, porcelaną, suszo­

nymi kwiatami i innymi bibelotami. Nie bardzo sobie ra­

dzi, ciągle coś tłucze, źle inwestuje pieniądze i popełnia 
mnóstwo błędów. Wczoraj dostałam od niej list. Pisze, 
że chyba poszuka kogoś do pomocy. 

- Zabawne. Jest taka atrakcyjna, jak ty, Miriam? 

Miriam uśmiechnęła się, nie bez cienia triumfu. 

W końcu jednak wieczór okazał się sukcesem. 

To samo pomyślał doktor. 

R  S

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Kiedy następnego dnia Amabel wróciła z Cyrylem ze 

spaceru, w drzwiach domu czekała na nią ciotka. 

— Szkoda, że cię nie było. Dzwonił doktor Fforde. 

Dowiedział się przez przypadek od swojej znajomej, że 

pewna pani, właścicielka sklepu z dziełami sztuki, por­

celaną i wyrobami rzemiosła artystycznego poszukuje 

kogoś do pomocy. Nazywa się Dolores Trent, a sklep jest 
przy Shambles. 

Josh zawiózł ją do miasta zaraz po lunchu. Szła nie­

spiesznie wąską ulicą. Po obu stronach w równym sze­

regu stały stare domy. W większości z nich znajdowały 

się sklepy, najczęściej drogie butiki z pamiątkami, prze­

znaczonymi dla turystów. 

Wreszcie znalazła... Był to niewielki sklepik wciś­

nięty pomiędzy księgarnię a cukiernię. Na wystawie stały 
kryształowe wazony i wyroby z delikatnej chińskiej por­

celany. 

Amabel otworzyła drzwi i weszła do środka. 
Kobieta, która wyszła jej na spotkanie, musiała być 

właścicielką, pasowała bowiem do tego miejsca jak ulał. 
Była wysoka, przy kości, miała na sobie jedwabny ko-

R  S

background image

stium i drogą biżuterię. Pachniała jakimiś egzotycznymi 

perfumami. 

- Chce pani sobie pooglądać? Proszę się nie krępo­

wać... 

- Widziałam kartkę na wystawie. Poszukuje pani po­

mocy, a ja szukam pracy. 

Dolores Trent spojrzała na nią uważnie. Uznała Ama-

bel za dość pospolitą dziewczynę, choć nie pozbawioną 
pewnego uroku. 

- Mieszka pani tutaj? - spytała ostro. - Ma pani ja­

kieś referencje? Doświadczenie? 

- Mieszkam z ciotką w Bolton Percy i mogę dostar­

czyć referencje. Prowadziłam pensjonat, ale nigdy nie 

pracowałam w sklepie. 

Panna Trent roześmiała się. 

- Przynajmniej jest pani ze mną szczera. Jak dojeż­

dżałaby pani z Bolton Percy do Yorku? 

- Wołałabym wynająć mieszkanie tu na miejscu. 

Myśli przebiegały przez głowę Dolores Trent jak błys­

kawice. Miała za sklepem wolny pokój z niewielką kuch­

nią i łazienką. Mogłaby umeblować go starymi meblami 

ze strychu. Gdyby dziewczyna tam zamieszkała, jej pen­

sja automatycznie musiałaby być niezbyt wysoka... 

Pannie Trent spodobał się ten pomysł. 

- Jeśli pani referencje będą zadowalające, rozważę 

pani kandydaturę. Pracowałaby pani od dziewiątej do pią­

tej, z wyjątkiem niedziel. Do pani obowiązków należa­
łoby utrzymywanie sklepu w czystości, rozpakowywanie 

R  S

background image

towarów, układanie ich na półkach, obsługiwanie klien­

tów i przyjmowanie pieniędzy. Zajmowałaby sie pani 

sklepem podczas mojej nieobecności. Powiedziała pani, 
że chce zamieszkać w Yorku? Mam za sklepem duży po­

kój z niewielką kuchnią i łazienką. Okno wychodzi na 

ulicę. Naturalnie, gdyby pani w nim zamieszkała, nie 

mogłabym płacić pani pełnej pensji. 

Wymieniła sumę, która była mniej więcej o połowę 

niższa od kwoty, jaką Amabel spodziewała się dostać. 
Z drugiej strony przyjęcie posady zapewniłoby jej nie­

zależność, bezpieczeństwo i własne miejsce na ziemi. 

- Mara psa i kota. Czy mogłabym je. tu trzymać? 

- Oczywiście, byle tylko zwierzaki nie wchodziły do 

sklepu. Pies to całkiem dobry pomysł. Nocami jest tu 

bardzo pusto. Nie jest pani bojaźliwa? 

- Nie. Mogłabym zobaczyć pokój? 

Ku jej zdumieniu okazał się bardzo przestronny. Miał 

dwa okna i wyjście na niewielki, zaniedbany trawnik, ogro­
dzony wysokim murem. Cyryl i Oskar byliby tu bezpieczni. 

Dolores Trent przyglądała się twarzy Amabel. Dziew­

czyna potrzebowała pracy i domu, więc zapewne będzie 
pokornie wykonywać wszelkie polecenia. 

- Jeśli referencje będą zadowalające, zatrudnię panią 

na miesięczny okres próbny. Będę pani płaciła co tydzień. 

Po miesiącu obie podejmiemy decyzję. Proszę czekać na 

wiadomość. 

Wracając do domu, Amabel była pełna dobrych myśli. 

Jak na początek poszło całkiem nieźle. Zdobyła miesz-

R  S

background image

kanie i pracę. Będzie miała okazję rozejrzeć się po oko­
licy, poznać ludzi, znaleźć inne lokum, w którym mog­
łaby zamieszkać z Cyrylem i Oskarem, a potem lepszą 
pracę. Była wdzięczna doktorowi Fforde'owi za jego po­
moc. Szkoda, że nie może podziękować mu osobiście. 
On jednak przepadł bez wieści w dalekim Londynie 
i pewnie nigdy się już nie zobaczą. 

Amabel wysłała swoje referencje do Yorku i po kliku 

dniach dostała wiadomość, że może zacząć pracę. Poka­
zała ciotce list. 

- Będzie mi smutno, gdy wyjedziesz, dziecko. Musisz 

odwiedzać mnie w niedziele i święta. - Zawahała sie. -
Gdybym wyjechała, skontaktuj się z Joshem i jego żoną. 

Oni się tobą zaopiekują. Josh ma klucz do mojego domu, 

zawsze możesz się u mnie zatrzymać. Jeśli będziesz po­
trzebowała samochodu, wystarczy poprosić. 

- Na długo wyjeżdżasz? 
- Cóż, moja droga. Zostałam zaproszona, by spędzić 

kilka tygodni w domu mojej starej przyjaciółki we Wło­

szech. Nie podjęłam jeszcze decyzji, ale skoro mnie 

opuszczasz, przyjmę zaproszenie. 

- Och, ciociu, to wspaniale. Czyż wszystko nic uło­

żyło się doskonałe? Dam sobie radę w Yorku, nie martw 
się. Kiedy wyjeżdżasz? 

- Masz zacząć w przyszły poniedziałek? Zapewne 

wyjadę w następnym tygodniu. 

-. Spytam panią Trent, czy mogłabym wprowadzić się 

w niedzielę. 

R  S

background image

- Doskonały pomysł. Josh odwiezie cię i upewni się, 

że wszystko: jest w porządku. 

- Będę miała cały dzień na urządzenie się. 

Tak więc wszystko zostało ustalone. Parma Trent nie 

miała nic przeciw temu, by Amabel wprowadziła się 

w niedzielę. Obiecała zostawić klucz u właściciela cu­

kierni, która w niedziele była otwarta. Poprosiła też, by 
Amabel sama otworzyła sklep w poniedziałek o dziewią­

tej rano. 

Amabel spakowała walizkę, a ciotka przygotowała dla 

niej wielki karton z prowiantem. Zapakowała zupy 

w puszce, ser, jaja, masło, chleb, ciastka, kawę i herbatę. 

Po namyśle dołożyła jeszcze małe radio. 

Ciotka postanowiła też przełożyć wyjazd do Włoch 

na następny tydzień. Chciała, żeby Amabel spędziła z nią 
niedzielę. 

Pożegnanie ciotki z bratanicą nie. było łatwe;. Amabel 

polubiła starszą panią, która okazała jej tyle serca. Wie­

działa, że sympatia jest odwzajemniona. Wprawdzie mia­

ły się jeszcze zobaczyć w przyszłą niedzielę, ale od dzi­

siaj zamieszkają osobno. 

O tej porze ruch w mieście był niewielki. Po Shambels 

spacerowali turyści, oglądając eleganckie wystawy. Josh" 

zaparkował samochód w pewnym oddaleniu od centrum 
i pomógł Amabel. zanieść bagaże do nowego domu. 

Odebrała klucz z cukierni, otworzyła sklep, a potem 

drzwi do swojego nowego mieszkania. 

Panna Trent obiecała, że je umebluje. I rzeczywiście, 

R  S

background image

GDY ZJAWIŁA SIĘ AMABEL 

217 

pod ścianą ustawiła wersalkę, przy oknie stal stół z jed­
nym krzesłem, przy kominku stary fotel, a na drewnianej 
podłodze leżał zniszczony dywan. Amabel znalazła też 
bieliznę pościelową, pudełko ze sztućcami, a całości wy­
posażenia dopełniała mała stołowa lampka z brzydkim 
plastikowym kloszem. 

Josh bez słowa postawił karton z żywnością na stole, 

a Amabel odezwała się nienaturalnie pogodnym głosem. 

- Oczywiście, kiedy powieszę zasłony i umebluję 

wszystko po swojemu, będzie to wyglądało zupełnie ina­
czej. Znacznie przytulniej. 

- Tak, panienko - odparł głuchym głosem. - Panna 

Parsons powiedziała, żebym zabrał panią na kawę, a po­
tem rozpakujemy rzeczy. 

- Z chęcią napiję się kawy, ale potem możesz już wra­

cać, Josh. Nie chcę cię zatrzymywać, dam sobie radę. 

Wypili kawę, po czym Josh odjechał, obiecując, że przy­

jedzie po nią w niedzielę rano. Poprosił też, żeby zadzwoniła, 

jeśli będzie potrzebowała jego pomocy. Amabel wyczuła, że 

Josh nie pochwala jej decyzji o wyjeździe do Yorku. 

Wypuściła zwierzęta do małego ogródka i zaczęła wy­

pakowywać rzeczy. Przestawiła meble, rozpaliła ogień 

w kominku i zaniosła jedzenie do kuchni. Znalazła tam 

sosjerkę, czajniczek, kilka kubków, talerzy i puszkę her­

batników. Zapewne panna Trent była tu dzisiaj rano. 

Amabel otworzyła jedną z puszek z zupą, a potem po­

szła obejrzeć malutką toaletę. Nad umywalką był piecyk 
gazowy, co zapewniało jej stały dopływ ciepłej wody. 

R  S

background image

Jedząc zupę, sporządziła listę niezbędnych zakupów. 

Jakiś niedrogi dywan, lampa, kilka poduszek, wazon na 

kwiaty i kilka haczyków, na których mogłaby wieszać 
ubrania. 

Potem ułożyła Oskara wygodnie w koszyku, zgasiła 

ogień, wzięła smycz i wyszła, ostrożnie zamykając za so­

bą drzwi. Było wczesne popołudnie, ulice świeciły pu­

stkami. Ruszyła w kierunku kościoła, obok którego znaj­
dował sie park. Postanowiła, że każdego ranka przed 

otwarciem sklepu będzie tu przychodziła z Cyrylem na 

spacer. 

W powrotnej drodze przypomniała sobie doktora Ffor-

de'.a. Starała się zbyt często o nim nie myśleć, ponieważ 

wiedziała, że to. czysta strata czasu. Zniknął z jej życia 
tak samo nagle, jak się w nim pojawił. Zawsze będzie 

mu wdzięczna, ale miała dość rozsądku, by nie robić so­

bie złudnych nadziei. 

W domu wypiła herbatę i zeszła do sklepu. Chodziła 

od półki do półki, przyglądając się towarom i starając 

się zapamiętać, gdzie która rzecz stoi. Poszukała papieru 

do pakowania, nalepek, wstążek. Chciała jak najlepiej 
przygotować się do jutrzejszego dnia. 

Rano obudziła się wcześnie. Od razu otworzyła drzwi 

balkonowe, wypuściła kota i wyszła na krótką przechadz­
kę z Cyrylem. Ulice były puste, jeśli nie liczyć listonosza 

i roznosiciela mleka, ale kiedy wróciła z parku, dostrzeg­

ła pierwsze oznaki budzącego się życia. Wprawdzie skle­
py nadal byty zamknięte, ale tu i ówdzie odsłaniano za-. 

R  S

background image

słony, a z piekarni dochodził wspaniały zapach pieczo­

nego chleba. 

Kiedy przyjechała pani Trent, Amabel była już w skle­

pie. Właścicielka zdjęła płaszcz i zaczęła z uwagą przy­

glądać się swojemu odbiciu w lustrze. 

- Nie zawsze przyjeżdżam tak wcześnie - odezwała 

się w końcu. - Jeśli nie zjawię się do dziewiątej, otwórz 
sklep sama, a gdy nie będzie mnie w porze lunchu, po 

prostu zamknij na pół godziny i zajmij się czymś. Ro­

zejrzałaś się już po sklepie? W takim razie odkurz mio­
tełką rzeczy na wystawie. Potem rozpakuj pudło, które 

stoi pod półkami, tylko ostrożnie, bo są tam figurki 

z chińskiej porcelany. Ustaw je na górnej półce i postaw 

przy każdej cenę. Znajdziesz je na kartce, umieszczonej 

w pudle. 

Panna Trent powoli odłożyła lusterko i otworzyła klu­

czykiem górną szufladę w sklepowej ladzie, zapropono­

wała Amabel, by zwracały się do siebie po imieniu, a po­
tem oznajmiła: 

- Do dziesiątej zapewne nie pojawi się żaden klient. 

Idę obok na kawę. 

Wróciła po półgodzinie. Amabel zdążyła ustawić por­

celanowe figurki. 

- Masz kwadrans wolnego - powiedziała Dolores. -

Kawa i mleko są w kuchennym aneksie. Jeśli chcesz, 

możesz wypić ją w swoim pokoju. 

Cyryl i Oskar ucieszyli się z jej towarzystwa, a i ona 

z chęcią zrobiła sobie przerwę. 

R  S

background image

Kiedy wróciła, w sklepie byli klienci. Oglądali towa­

ry, odstawiali je z powrotem na półki, niespiesznie do­

konując wyboru. Dolores siedziała za ladą, nie zwracając 

na nich specjalnej uwagi. Amabel pakowała zakupy. Jej 

szefowa tylko z rzadka udzielała klientom jakiejś rady 
i widać było, że zajmowanie się nimi bardzo ją męczy. 

O pierwszej nakazała Amabel zamknąć sklep. 
- Gdybym nie wróciła, otwórz za pół godziny - po­

wiedziała. - Wspominałam ci już, że w środy otwieram 

sklep tylko na pół dnia? Całe popołudnie będziesz miała 
dla siebie. 

Amabel, zadowolona z usłyszanej nowiny, pomyślała 

w duchu, że jej szefowa nie należy do ludzi nadmiernie 

przejmujących się swoją pracą. 

Ucieszyła sie. kiedy nadeszła środa. Stanie w sklepie 

okazało się bardzo męczące i choć Dolores była na swój 

sposób miła, oczekiwała od Amabel że ta będzie zosta­
wała po godzinach, by rozpakować towary i zmienić wy­

strój wystawy. Sama robiła bardzo niewiele. Jej główne 
zajęcie polegało na siedzeniu za ladą i prowadzeniu dłu­
gich rozmów telefonicznych z przyjaciółmi. Tak napra­

wdę interesowała się klientem tylko wtedy, jeśli zdradzał 
zamiar dokonania jakiegoś poważnego zakupu. 

Potrafiła przekonać do kupna drogiego szkła czy starej 

porcelany, przez cały czas prowadząc ożywioną konwer­
sację. Nigdy nie udzielała Amabel żadnych rad ani wska­
zówek. 

W środę Amabel poszła po zakupy. Potem powiesiła 

R  S

background image

nowe zasłony, przeczytała od deski do deski gazetę i na­
pisała list do matki. 

W końcu nadeszła niedziela, a wraz z nią oczekiwana 

wizyta u ciotki. 

Rozpoczęła pobyt od relaksującej kąpieli w sosnowej 

pianie. Tak, tego jej brakowało w Yorku. 

- Zejdź na dół, jak będziesz gotowa. Napijemy się 

kawy i wszystko mi opowiesz - poleciła ciotka. 

Zaróżowiona po gorącej kąpieli Amabel usadowiła się 

przed kominkiem i głaszcząc leżące obok niej zwierzaki, 

zdała ciotce dokładną relację z minionego tygodnia. Sta­

rała się rysować wszystko w różowych barwach. 

- Praca w takim miłym miejscu to sama przyjemność 

- zapewniała. - Jestem otoczona pięknymi przedmiota­

mi, a Dolores jest niezwykle miła i życzliwa. 

. - Gotujesz sobie coś do jedzenia? 

- Tak. Teraz, kiedy kupiłam poduszki i kwiaty, pokój 

wygląda bardzo przytulnie. 

- Jesteś tam szczęśliwa, Amabel? Naprawdę szczęśli­

wa? Masz wystarczająco dużo wolnego czasu? Czy pani 
Trent płaci ci przyzwoitą pensję? 

- Tak, ciociu. York to urocze miasto, a ludzie z in­

nych sklepów przy Shambles są dla mnie bardzo mili. 

Było w tym sporo przesady, ale Amabel chciała, by 

ciotka wyjeżdżała do Włoch ze spokojną głową. 

Na pożegnanie Amabel dostała kolejny karton z wi­

ktuałami i puchową pierzynę, której ciotka jakoby już 

nie potrzebowała. Amabel była zadowolona, że ciotka 

R  S

background image

uwierzyła w jej nadzwyczaj optymistyczne opowieści. 

Obiecały sobie, że będą do siebie często pisać, a po po­
wrocie ciotki do Anglii wspólnie zastanowią się nad przy­

szłością Amabel. 

Minęły dwa tygodnie. Amabel kupiła zimowy płaszcz, 

przykrycie na łóżko, kosz dla Cyryla i tani dywan. Udało 

jej się też zaoszczędzić niewielką sumę. 

Z każdym dniem Dolores spędzała w sklepie coraz 

mniej czasu. Wpadała na otwarcie, po czym szła do fry­
zjera, biegała po sklepach albo umawiała się z przyja­
ciółkami. Amabel wydało się to dziwne, ale klientów rze­
czywiście nie było wielu. Dolores zapewniła ją, że przed 

Bożym Narodzeniem sytuacja się poprawi. 

Amabel nie bardzo wiedziała, co z sobą począć po 

pracy. Postanowiła, że gdy tylko trochę okrzepnie w no­

wym miejscu, zapisze się do klubu albo do jakiejś wie­
czorowej szkoły. Tymczasem sporo czytała, robiła na dru­
tach i pisała radosne listy do domu. 

A kiedy tego nie robiła... myślała o pewnym doktorze 

z Londynu. Tłumaczyła sobie, że to strata czasu, ale na 

próżno. 

Doktor Fforde nie miał zbyt wiele czasu, by rozmyślać 

o Amabel. Jego dni były wypełnione pracą. 

Coraz częściej widywał się z Miriam i przyjaciele za­

częli zapraszać ich razem na kolacje i przyjęcia. Często 

wychodził, z nią do teatru, choć osobiście wolałby zostać 
w domu. Miriam była zabawna i szczerze zainteresowa-

R  S

background image

na jego pracą, ale obawiał się, że ona zbyt poważnie trak­
tuje ich znajomość. 

Może dlatego, gdy po raz kolejny zaprosiła go do te­

atru, poprosił Batesa: 

- Zadzwoń do Miriam Potter-Stokes i powiedz jej, 

że dziś nie czuję się najlepiej i nie pojadę do teatru. -
Uśmiechnął się, gdyż przyszedł mu do głowy pewien po­
mysł. - Poinformuj ją też, że wyjeżdżam na kilka dni. 

Bates zachował kamienną twarz, ale w jego spojrzeniu 

wyraźnie można było dostrzec satysfakcję. Nie lubił pani 

Potter-Stokes. W przeciwieństwie do swego pana dosko­

nale wiedział, że dama ta ma ogromną ochotę zostać panią 

Fforde. 

Doktor Fforde zjadł wyśmienitą kolację i spędził re­

sztę wieczoru przeglądając kalendarz i zastanawiając się, 

kiedy uda mu się wziąć parę dni wolnego. Najpierw po­

jedzie do domu panny Parsons. Ciotka na pewno będzie 

wiedziała, gdzie szukać Amabel. Z przyjemnością znów 

ją zobaczy. 

Po tygodniu wyruszył do Yorku. Ranek był nieco po­

chmurny, ale kiedy doktor wyjechał na autostradę, niebo 
się przejaśniło, W pogodnym nastroju, z Tygrysem u bo­

ku, pokonywał swoim rolls-royce'em kilometr za kilo­

metrem. Cztery godziny po wyjeździe z domu zapukał 
do drzwi domu panny Parsons. 

Naturalnie nikt mu nie otworzył, lecz po chwili po­

jawił się Josh. 

- Szuka pan panny Amabel, prawda? Dom jest zam-

R  S

background image

knięty. Panna Parsons wyjechała na zimę do Włoch, 

a Amabel pracuje i mieszka w Yorku. Przyjeżdża tu 
w niedziele, wtedy ma wolne. - Przyjrzał się twarzy roz­
mówcy. - Pewnie chciałby pan- wiedzieć, gdzie pracuje. 
W sklepie przy ulicy Shambles. Mieszka w pokoju za 

sklepem razem ze swoimi zwierzętami. Przywozi je tu 

na niedzielę, otwiera w domu wszystkie okna, bierze ką­

piel i zjada, z nami obiad. To bardzo niezależna młoda 

dama. Mówi, że wszystko u niej w porządku, ale jakby 
mnie ktoś spytał, tobym powiedział, że nie wygląda na 
najszczęśliwszą. 

Doktor Fforde zmarszczył brwi. 

- Chyba nie pokłóciła się z ciotką? Sprawiały wra­

żenie bardzo zaprzyjaźnionych. 

— I tak jest. Moim zdaniem Amabel wyjechała, żeby 

panna Parsons nie musiała z jej powodu zmieniać, planów. 

- Zapewne masz rację. Odwiedzę ją i sprawdzę, czy 

wszystko; u niej w porządku. . 

Doktor Fforde wrócił do samochodu. Było późne po­

południe, zaczęło mżyć, a on był głodny. Musiał wynająć 
pokój w hotelu, w którym mieszkał uprzednio, ale przede 

wszystkim chciał zobaczyć się z Amabel. 

Amabel na tyłach sklepu rozpakowywała figurki mi­

niaturowych Mikołajów, które - Dolores zamówiła 

w związku ze zbliżającymi się świętami. 

Była zmęczona i brudna. Klęczała na podłodze i zwi­

jała się jak w ukropie. Na szczęście na razie nie było 

R  S

background image

klientów. Amabel coraz bardziej niepokoiła się ilością 
pracy, jaką zlecała jej Dolores. Na początku ich współ­

praca układała się dobrze, ale ostatnio Dolores coraz bar­
dziej zaniedbywała swoje obowiązki, zrzucając je na swo­

ją pomocnicę. 

Rozpakowała ostatniego Mikołaja i podniosła głowę, 

gdyż ktoś wszedł do sklepu. 

W drzwiach stał doktor Fforde. Odniósł wrażenie, że 

Amabel nic wygląda na szczęśliwą, ale kiedy sie uśmiech­
nęła, jej twarz rozjaśniła sie i nabrała innego wyrazu. 

- Josh powiedział mi. gdzie cię znajdę. Powiedział 

mi także, że panna Parsons wyjechała - rzekł na powi­
tanie, rozglądając się po sklepie. - Mieszkasz tu? Chyba 

nie prowadzisz tego sklepu sama? 

Podniosła sie z klęczek, otrzepała spódnicę i wytarła 

dłonie. 

- Nie. Dolores, to znaczy panna Trent jest u fryzjera. 

Co tu porabiasz? 

- Przyjechałem do Yorku na kilka dni. O której za-

mykasz sklep? 

- O piątej. Ale potem muszę tu jeszcze posprzątać. 

- Spędzisz ze mną wieczór? 

- Z przyjemnością. Muszę tylko nakarmić zwierzęta 

i wyjść z Cyrylem na spacer. Myślę, że będę gotowa do­
piero koło szóstej. 

- Przyjdę po ciebie po piątej. 

Do sklepu energicznie weszła Dolores, uśmiechając 

się promiennie. 

R  S

background image

226 

BETTY NEELS 

- Znalazł pan coś interesującego? Proszę się spokojnie 

rozejrzeć. 

- Przyjechałem odwiedzić Amabel. 

- Jesteście przyjaciółmi? Domyślam się, że zna pan 

dobrze York. Nie mieszka pan tu, prawda? 

- Nie, ale byłem w tym mieście kilka razy. 

- A więc zapewne pochodzi pan z Londynu. Mam 

tam kilku przyjaciół. - W jej głowie zaświtała pewna 
myśl. - Nie sądzę jednak, by ich pan znał. Przeprowa­

dziłam się do Yorku po rozwodzie i to właśnie moja stara 

przyjaciółka ze szkoły, Miriam Potter-Stokes poradziła 

mi, żebym się czymś zajęła. 

Po jego minie poznała, że jej przypuszczenia okazały 

się słuszne. 

- Znam Miriam - odpowiedział cicho. - Opowiem 

jej, jaki odniosła pani sukces. 

- Miło mi. A teraz muszę już iść. Amabel, zamknij 

o piątej. Jutro rano będzie dostawa świec, więc proszę, 

byś je rozpakowała. - Skinęła doktorowi głową. - Miło 

było pana poznać. Mam nadzieję, że przyjemnie spędzi 
pan czas w naszym mieście. 

Zaraz po przyjściu do domu zrobiła sobie drinka 

i chwyciła za telefon. 

- Miriam, słuchaj i nie przerywaj. Wiesz, gdzie jest 

teraz twój 01iver? Nie? Czy to wysoki, przystojny męż­
czyzna z czarnym psem u boku? Siedzi w moim sklepie. 
Jest w najlepszej komitywie z Amabel, dziewczyną, któ-

R  S

background image

ra

 dla mnie pracuje. Wygląda na to, że znają się nie od 

dziś. Uważaj, bo gotów ci się wymknąć... 

Uśmiechając się do siebie, słuchała podniesionego gło­

su przyjaciółki. Z Miriam przyjaźniła się od dawna, ale 

dobrze było utrzeć jej nosa. Zmieniła ton. 

- Nie przejmuj się tym, kochanie. Amabel to głupia 

gąska, w dodatku koszmarnie ubrana. Zadzwonię do cie­
bie jutro. 

Kiedy zostali sami, doktor Fforde spytał Amabel, 

gdzie mieszka. 

- Chyba nie tu? 

- Tutaj. Mam pokój na tyłach sklepu, 
- Obejrzę go. jak po ciebie przyjadę. - Spojrzał na 

zegarek. - Będę za jakieś pół godziny. 

- Cóż... - Popatrzyła na niego niepewnie. 
- Nie jesteś zadowolona, ze mnie widzisz? 
- Ależ oczywiście, że jestem. 

- W takim razie nie rób takiej ponurej miny. Jest takie 

nigeryjskie przysłowie, które mówi: „Prawdziwego przy­

jaciela trzymaj obiema rękami". A ja jestem twoim pra­

wdziwym przyjacielem, Amabel. 

R  S

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Punktualnie o wpół do szóstej Amabel zeszła na dół. 

by otworzyć drzwi Oliverowi. Pogłaskała Tygrysa na po­

witanie i zaprosiła gościa do pokoju. 

- Nie zdążyłam jeszcze wyjść z Cyrylem - oznajmiła. 

01iver stanął pośrodku pokoju i rozejrzał się dookoła, 

zachowując swe spostrzeżenia dla siebie. 

- Trawnik przed domem to duża zaleta, prawda? -

powiedział tylko. - Twoi ulubieńcy nie mają tu chyba 

najgorzej. 

- Chyba nie. Chcę ci bardzo podziękować za pomoc. 

Nie miałam okazji zrobić tego wcześniej, bo nie wiem, 
gdzie mieszkasz. 

- Możemy zostawić Oskara na kilka godzin? 

- Tak. 

Długo spacerowali po parku, rozmawiając na różne te­

maty. 01iver zaczął delikatnie wypytywać ją o jej sprawy, 

a ona udzielała mu równie ostrożnych odpowiedzi. 

Chodzili już jakąś godzinę, kiedy Oliver złapał ją 

gwałtownie za ramię. 

- Herbata - powiedział nagle. - Piłaś już herbatę? 

Cóż za głupiec ze mnie. 

R  S

background image

- Och, nic się nie stało - zapewniła go. - Twój przy­

jazd był taką miłą niespodzianka, że całkiem zapomnia­

łam o jedzeniu. 

- Na pewno jest jakieś miejsce, w którym możemy 

się napić herbaty. 

Usiedli przy niewielkim stoliku w herbaciarni. Ponie­

waż Amabel była głodna, zamówili do herbaty ciasto. 

- Pomyślałem, że moglibyśmy zjeść obiad u mnie 

w hotelu, ale jeśli nie jesteś zbyt zmęczona, z chęcią 

przeszedłbym się jeszcze ulicami. York to urocze miasto 

- powiedział Oliver. 

- Chętnie jeszcze pospaceruję. Co do obiadu, to wo­

lałabym nie jeść go w hotelu. Co zrobię z Cyrylem? No 

. nie jestem chyba odpowiednio ubrana. 

- Psem się nie przejmuj. Zostawimy oba w moim po­

koju. A jeśli chodzi o ubranie... Ty we wszystkim wy­

glądasz wspaniale. 

Powiedział to z takim przekonaniem, że jej wątpli­

wości znikły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. 

Wyruszyli więc na spacer ulicami Yorku. 

Wszystkie muzea i budynki historyczne były zamk­

nięte, ale i tak nie mieili ochoty na zwiedzanie. Chodzili 
po ulicach, oglądając pomniki i sklepy. Lendal Street. 
Davey Gate, Parliament Street. Coppergate, Clifford's To-

v.er. Wrócili przez Fosse Gale i Pavement, którą doszli 

do Shambles od drugiej strony. Pokazała mu niewielki 

kościół, który czasem odwiedzała, a potem ruszyli 
w stronę Minster. 

R  S

background image

230 BETTY NEELS 

Hotel doktora Fforde'a znajdował się nieopodal. Ama-

bel poszła do toalety, aby umyć ręce i poprawić makijaż. 

Kiedy wróciła do holu, 01iver już na nią czekał. 

- Zasłużyliśmy na drinka - oznajmił. - Mam nadzie­

ję, że jesteś głodna. 

Hotel nie był duży. Zjedli w przytulnej restauracji, ob­

sługiwani przez doskonale wyszkolonych kelnerów. 

Amabel pochłaniała wszystko z apetytem. Zdołała na­

wet zjeść na deser sporą porcję cytrynowego kremu. 

Kieliszek wina, który wypiła do obiadu, zaróżowił jej 

policzki i pozwolił nieco się rozluźnić. Po kawie doktor 
poszedł po psy i ruszyli w drogę powrotną do sklepu. 

Kiedy wreszcie do niego dotarli, zegar na wieży wybił 

jedenastą. 

- Jutro jest środa. Masz wolne popołudnie? - spytał 

Oliver. 

Kiedy skinęła głową, wyraźnie się ucieszył. 

- To dobrze. Możesz być gotowa na wpół do drugiej? 

Zabierzemy psy nad morze, dobrze? Nie martw się 

o lunch. Wpadniemy do kawiarni naprzeciwko sklepu na 

kawę i słodką bułkę. 

- Doskonale. Zwykle w środy Dolores wychodzi 

o dwunastej, więc będę mogła punktualnie zamknąć 

sklep. Mam nadzieję, że nie muszę się jakoś specjalnie 

ubierać? 

- Nie, nie. Włóż płaszcz i weź szal na głowę. Nad 

morzem może być chłodno. 

- Dziękuję za miły wieczór. Doskonale się bawiłam. 

R  S

background image

- Ja również - odparł uprzejmie i zgodnie z prawdą. 

- Dobranoc, Amabel. 

Przeszła przez sklep, otworzyła drzwi do swojego pokoju 

i odwróciła się, by pomachać doktorowi na pożegnanie. 

- Czyż nie zachowuję się jak głupiec? - spytał 01iver 

Tygrysa, gdy zostali sami. 

Następnego ranka Dolores od niechcenia zagadnęła 

Amabel; 

- Miło spędziłaś wieczór ze swoim przyjacielem? 

- O tak, bardzo - odparła. - Byliśmy na spacerze 

i zjedliśmy razem kolację w jego hotelu. Dziś po połud­

niu jedziemy nad morze. 

- Rozumiem, że macie wiele tematów do rozmowy. 
- To prawda. 
- Często tędy przejeżdża? To daleko od Londynu. 
- Po raz pierwszy przyjechał tu, zanim podjęłam pra­

cę. Moja matka powiedziała doktorowi, gdzie może mnie 
znaleźć... 

Dolores była wystarczająco mądra, by nie zadawać wię­

cej pytań. Zamiast tego uśmiechnęła się miło i powiedziała: 

- Powinnaś się ciepło ubrać. Możesz wyjść, jak tylko 

po ciebie przyjedzie. Ja mam jeszcze coś do zrobienia 

w sklepie. 

Jest milsza, niż sądziłam, pomyślała Amabel, wracając 

do polerowania srebrnych ramek do zdjęć. 

Kiedy przyszedł 01iver, Amabel poszła się przygoto­

wać, a Dolores wdała się z gościem w pogawędkę. 

R  S

background image

- Szykujemy się do Bożego Narodzenia. W tym okre­

sie jest dużo pracy, ale potem mamy czterodniową prze­

rwę. Amabel będzie mogła pojechać do ciotki, która za­
pewne wróci z Włoch. - Spojrzała na niego z ukosa. -

Zapewne i panu uda się wygospodarować w tym czasie 
kilka dni wolnego? 

- Być może. 

- Gdy zobaczy pan Miriam, proszę ją gorąco ode mnie 

pozdrowić. Długo jeszcze zabawi pan w naszym mieście? 

- Wyjeżdżam dziś wieczorem. Ale przed świętami 

mam zamiar jeszcze tu przyjechać. 

Pojawiła się Amabel z Cyrylem na smyczy. Sprawiała 

wrażenie tak uszczęśliwionej, że przez chwilę Dolores 
miała ochotę pozostawić sprawy ich biegowi. Jednak po 
namyśle chwyciła za słuchawkę i wykręciła numer przy­

jaciółki. 

- Miriam, obiecałam, że do ciebie zadzwonię. Twój 

01iver wyszedł właśnie ze sklepu razem z Amabel. Jadą 

nad morze i spędzą razem resztę dnia. Co więcej, po­
wiedział mi, że chce przyjechać tu jeszcze przed świę­

tami. Lepiej poszukaj sobie innego mężczyzny, skarbie. 

Przez kilka minut z ogromną satysfakcją słuchała 

wzburzonego głosu Miriam. 

- Nie powinnaś reagować tak histerycznie - przerwa­

ła jej w końcu. - Lepiej rusz głową. Daj mi znać, jak 
coś wymyślisz. Chętnie ci pomogę. 

Miriam nie musiała długo się zastanawiać. Od razu 

powiedziała przyjaciółce, jaki ma pomysł. 

R  S

background image

- Och nie, tego nie mogę zrobić. - Dolores nie była 

zadowolona z tego. co usłyszała. Lubiła trochę pointry-
gować, ale nie była osobą, która celowo wyrządziłaby 

komuś krzywdę. 

- Dziewczyna bardzo dobrze pracuje i nie mogę jej 

tak po prostu zwolnić. 

- Oczywiście, że możesz. Przed Bożym Narodzeniem 

nietrudno o pracę, na pewno sobie poradzi. Kiedy 01iver 
przyjedzie, powiesz, że znalazła sobie lepszą posadę i nie 
wiesz, gdzie teraz mieszka. A czego oczy nie widzą, tego 
sercu nie żal... 

Miriam, co było do niej zupełnie niepodobne, wybu­

chła płaczem. W końcu Dolores uległa jej prośbie. Znały 

się przecież tak długo. 

Po drodze do samochodu wstąpili do małego pubu 

przy jednej z bocznych ulic, by zjeść lunch. Po posiłku 
wsiedli do samochodu i wyruszyli w drogę. Pojechali na 

północ przez Yorkshire Moors i wkrótce dotarli do Stai-
thes, niewielkiej rybackiej wioski na wybrzeżu. 

0!i\er zaparkował samochód, podał Amabel ramię 

i wyruszyli na spacer. Wiał ostry wiatr, ale nie było zim­
no. Prawie ze sobą nie rozmawiali. Dobrze czuli się 
w swoim towarzystwie, słowa były zbędne. 

Obserwowali wzburzone morze i niebo aż szare od 

chmur. Po godzinie marszu zawrócili do wioski. Weszli 
do sklepu z antykami i Oliver kupił Amabel piękny mały 

talerzyk. Potem zawrócili i wstąpili do pubu na herbatę. 

R  S

background image

Zaróżowiona od wiatru, z rozrzuconymi w nieładzie 

włosami, Amabel wyglądała przepięknie, Z wielkim ape­
tytem zjadła tosty z domowej roboty konfiturą i ciasto 

owocowe. 

Była szczęśliwa. Sklep, nędzne mieszkanko, samo­

tność i brak przyjaciół - to wszystko nagle przestało jej 
doskwierać. Siedziała naprzeciwko mężczyzny, któremu 

bezgranicznie ufała. 

Czas mijał nieubłaganie i w końcu, acz niechętnie, 

musieli ruszyć w drogę powrotną. 

Zjedli kolację w hotelu w Yorku i około dziewiątej 

01iver odprowadził Amabel do sklepu. 

- Dziękuję za wspaniałe popołudnie. Nałykałam się 

świeżego powietrza - powiedziała z uśmiechem. 

- To dobrze. Musimy to jeszcze kiedyś powtórzyć. 

- Widząc jej niepewną minę, wyjaśnił: - Wracam dziś 

do Londynu, Amabel. Ale na pewno tu wrócę. - Otworzył 
drzwi do sklepu i lekko popchnął ją do środka. Przedtem 

jednak delikatnie ją pocałował. 

Następnego ranka Dolores była w przyjacielskim na­

stroju. Chciała wiedzieć, dokąd pojechali, czy zjedli do­

brą kolację i czy jej przyjaciel jeszcze ją odwiedzi. 

Amabel, lekko zdziwiona zainteresowaniem szefowej, 

szczerze odpowiadała na pytania. 

- Zapewne jeszcze tu przyjedzie? - dociekała Dolores. 
-Tak. 
Jeśli Dolores miała jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, 

R  S

background image

aby wprowadzić plan Miriam w życie, rozwiała je są-

siadka z cukierni. 

- Miło widzieć, że Amabel ma narzeczonego -

stwierdziła po krótkiej wymianie zwykłych uprzejmości. 

Chyba jest w niej mocno zakochany. Widziałam, jak 

pocałował ją na dobranoc. 

Miriam koniecznie musiała się o tym dowiedzieć. Do-

lores wysłała Amabel na pocztę, po czym pospiesznie 
zadzwoniła do przyjaciółki. 

Oczekiwała, że ta wybuchnie albo się rozpłacze, ale 

zamiast tego w słuchawce zapanowała cisza. 

- Miriam? - odezwała się po chwili. 

- Dolores, musisz mi pomóc. Jestem pewna, że to 

tylko jakieś przejściowe zauroczenie. Zaledwie kilka dni 

temu spędziliśmy razem wieczór. - Załkała. - Jeśli znów 

przyjedzie, powiedz mu, że znalazła inną pracę... Albo 

że pojechała do ciotki do Włoch. Wtedy na pewno nie 

będzie się o nią martwił. 

- Dobrze, zwolnię ją, ale nie wcześniej niż za dwa, 

trzy dni. Mamy teraz mnóstwo roboty. 

Miriam pociągnęła nosem. 

- Nigdy nie zdołam ci się odwdzięczyć. Tęsknię za 

Olivierem. Jestem pewna, że wszystko między nami znów 

się ułoży. 

Jednak po powrocie 0!iver wcale nie usiłował się z nią 

skontaktować. Kiedy zadzwoniła do niego do domu, Ba-

tes grobowym tonem obwieścił, że doktor jest w tej chwi­

li nieosiągalny. 

R  S

background image

Zdesperowana postanowiła odwiedzić go w pracy. 

Kiedy skończył przyjmować pacjentów, wtargnęła jak bu­

rza do gabinetu. 

- Wiem, że nie powinnam tu przychodzić, ale musiałam 

cię zobaczyć. Kiedy dzwonię, nigdy cię nie ma. - Położyła 

rękę na jego rękawie i uśmiechnęła się uwodzicielsko. 

- Byłem zajęty i nadal jestem. Wiesz, powinnaś mnie 

skreślić ze swojej listy, Miriam. - Uśmiechnął się kpiąco. 

- Jestem pewien, że przynajmniej pół tuzina mężczyzn 

marzy o tym, by się z tobą spotykać. 

- Ale mnie zależy na tobie - przyznała bez ogródek. 

- Nie poddam się tak łatwo. - Zrozumiała, że popełniła 

gafę, gdy tylko ujrzała jego uniesione wysoko brwi. -

Jesteś doskonałym towarzyszem na wieczorne wyjścia. 

Pożegnała się z nim pogodnie, ale jeszcze zanim wy­

szła, odwróciła się i spytała z uśmiechem: 

- Rozumiem, że będziesz obecny na przyjęciu 

u Sawyersów, tak? 

- Naturalnie. 
Pożegnał ją z uśmiechem, ale Miriam doskonałe zda­

wała sobie sprawę, że tylko dobre maniery powstrzymały 

go przed okazaniem zniecierpliwienia. 

Im szybciej Dolores pozbędzie się tej dziewczyny, tym 

lepiej. 

Jednak Dolores nie spieszyła się ze zwolnieniem Ama-

bel. Po pierwsze dlatego, że przed Bożym Narodzeniem 
w sklepie naprawdę było dużo pracy, a poza tym Dolores 
nie pozbyła się wątpliwości. 

R  S

background image

W końcu zadzwoniła zdenerwowana Miriam, pona-

glając przyjaciółkę do działania. 

- Musisz coś zrobić, obiecałaś. - Miriam starała się, 

by jej głos brzmiał smutno, choć w rzeczywistości kipiała 

ze złości. Nie chciała jednak stracić wsparcia Dolores. 

- Och, moja droga. Jestem taka nieszczęśliwa. 

Dolores obiecała jej, że następnego ranka zwolni Ama­

bel z pracy. 

Kiedy przyszła do sklepu, Amabel już tam była. Roz­

pakowywała ozdoby choinkowe i układała je na półce. 
Przywitała się z Dolores i wzięła do ręki ostatnią ozdobę. 

- Zwalniam cię, Amabel - powiedziała Dolores jed­

nym tchem, oddychając z ulgą, że wreszcie ma to za so­

bą. - Teraz będzie znacznie mniej pracy, a ponadto po­

trzebuję pokoju, który zajmujesz. Chcę, żebyś wyprowa­
dziła się jeszcze dziś wieczorem. Możesz zostawić na ra­
zie swoje rzeczy. 

Amabel ostrożnie odłożyła na półkę ostatnią ozdobę. 
- Czy zrobiłam coś nie tak? - spytała drżącym głosem. 
Dolores podniosła wazon i zaczęła mu się z uwagą 

przyglądać. 

- Skądże. Po prostu nie potrzebuję już pomocy 

w sklepie. Możesz wrócić do ciotki, a jeśli chcesz pra­
cować, przed Bożym Narodzeniem bez trudu coś znaj­
dziesz. Na pewno. 

Amabel nie odezwała sie. Co miała powiedzieć? Do­

lores nie wiedziała, że ciotka nadal była za granicą, 
a Josh także wyjechał na dziesięć dni. 

R  S

background image

Poszła na górę i zaczęła się pakować. Nie miała po­

jęcia, co teraz począć. Mogła pozwolić sobie na wyna­

jęcie pokoju w hotelu, ale nie pozwolą jej zamieszkać 

tam ze zwierzakami. 

O piątej Dolores wypłaciła Amabel tygodniówkę i po­

wiedziała: 

- Nie marudź zbyt długo. Chcę jechać do domu. 
Amabel jednak nie miała zamiaru się spieszyć. Na­

karmiła zwierzęta, umyła się, zrobiła sobie filiżankę her­
baty i kanapkę. Dopiero potem zamknęła za sobą drzwi 
sklepu, podniosła walizkę i ruszyła wzdłuż oświetlonej 

światłem sklepowych witryn ulicy. 

Nie znała dobrze Yorku, ale wiedziała, że nie znajdzie 

niczego taniego w pobliżu centrum. Gdyby zdołała jakoś 

przetrwać do powrotu Josha i jego żony... 

Znalazła niewielką kafejkę. Na drzwiach wisiała tab­

liczka z napisem „Pokoje do wynajęcia'". Amabel weszła 

do środka i podeszła do siedzącej za ladą dziewczyny. 

Dziewczyna okazała się dość sympatyczna. Po roz­

mowie z szefem oznajmiła, że zwierzaki mogą tu spę­
dzać noc, ale co rano Amabel musiałaby je stąd za­
bierać. 

- Ponieważ wyświadczamy pani przysługę, opłata bę­

dzie nieco wyższa - zakończyła. 

Była niestety dużo wyższa. Ale przynajmniej mieli 

dach nad głową. 

Następnego dnia Amabel wstała wcześnie s wyszła od 

razu po śniadaniu. W południe wiedziała juz, że znale-

R  S

background image

zienie pracy, do której mogłaby zabierać zwierzęta, nie 
będzie łatwe. 

Kolejny dzień okazał się równie niemiły, jak poprzed­

ni. Kiedy Amabel pochyliła się w kawiarni nad skro­

mnym śniadaniem, dziewczyna przy ladzie oznajmiła, że 

musi poprosić ją o opuszczenie pokoju. 

- Proszę wyprowadzić się do dziesiątej. Muszę zdążyć 

zmienić pościel dla następnego gościa. 

- Tylko na kilka nocy, proszę. 
- Nie ma mowy. Niech pani spróbuje w Armii Zba­

wienia. Mają wolne łóżka, ale będzie pani musiała 
znaleźć schronisko dla psa i kota. 

Był pogodny, choć chłodny ranek. Amabel usiadła 

w parku i zaczęła rozmyślać. Musiała jakoś przetrwać 

osiem dni do powrotu Josha i jego żony. Spróbuje w Ar­

mii Zabawienia. Po piątej, jak powiedziała dziewczyna. 

Może pozwolą jej zostać z Cyrylem i Oskarem. 

Kupiła gazetę i dokładnie przestudiowała ogłoszenia 

o pracy. Zaznaczyła te najbardziej obiecujące i wyruszy­

ła na poszukiwanie. Nie było to łatwe, gdyż walizka moc­

no ciążyła w jednej ręce, a kosz Oskara w drugiej. Nie­

stety, i tym razem nic nie wskórała. 

Było po czwartej, kiedy wreszcie się poddała 

i ruszyła do schroniska Armii Zbawienia. Znajdo­

wało się na końcu Shambles. Przechodząc znajomą 
ulicą, weszła do kościoła. W środku było pusto, 

chłodno i cicho. 

Usiadła na jednej ze starych ławek, postawiła kosz 

R  S

background image

z Oskarem obok siebie i zatopiła się w panującej wokół 

ciszy. 

- Z każdej sytuacji jest jakieś wyjście - powiedziała 

na głos i zamknęła oczy. 

Doktor Fforde dojechał do Yorku wkrótce po lunchu, 

zarezerwował pokój w hotelu i, z wiernym Tygrysem 

u boku, ruszył w stronę sklepu Dolores. Zastał ją sie­
dzącą za ladą, czytającą gazetę. Na jego widok zerwała 
się na równe nogi. Wiedziała, że prędzej czy później się 
tu pojawi, ale mimo to na jego widok wpadła w panikę. 

Stał w drzwiach, potężny, spokojny, a jego cichy glos 

zabrzmiał przyjaźnie. 

- Przyjechałem zobaczyć sie z Amabel - oznajmił. -

Da jej pani godzinę albo dwie wolnego? A może całe 

popołudnie? Nie mogę zostać w Yorku długo. 

- Nie ma jej tutaj. 
- Czyżby zachorowała? 

- Odeszła, już nie potrzebowałam jej pomocy. 

Jego twarz pozostała nieruchoma, ale Dolores odru­

chowo cofnęła się o krok. 

- Być może pojechała do ciotki. 
- Kiedy to było? Rozumiem, że zwolniła ją pani 

z tygodniowym wypowiedzeniem? 

Dolores nerwowym ruchem podniosła wazon z lady 

i odstawiła go z powrotem. 

- Ma przecież ciotkę,.. - bąknęła niepewnie. 

- Zabrała ze sobą zwierzęta? 

R  S

background image

- Oczywiście. 

- Wiedziała pani o tym, że jej ciotka jest za granicą? 
Dolores wzruszyła ramionami. 

- Nie wiedziałam. Amabel wspomniała coś o powro­

cie do domu. 

- Nie wierzę pani. Jeśli cokolwiek jej się stało, po­

ciągnę panią do odpowiedzialności. 

Wyszedł ze sklepu, cicho zamykając za sobą drzwi. 

Dolores podeszła do szafki i wyjęła butelkę whisky. Nie 

zauważyła, że dziewczyna z cukierni otworzyła drzwi 
i skinęła na doktora Fforde'a. 

- Dzień dobry. Szuka pan Amabel? Biedna dziew­

czyna, zwolniono ją z dnia na dzień. Dolores chyba już 

jej nie potrzebowała. 

- Rozmawiała z nią pani? 
- Nie miałam okazji. Kiedy odchodziła, rniałam pełno 

klientów. Od tamtej pory jej nie widziałam. 

- Kiedy to było? 
- Chyba dwa dni temu. 
- Rozumiem. Myśli pani, że Amabel nadal jest 

w Yorku? Pojadę teraz do domu jej ciotki. Mieszka tam 

pewien człowiek, Josh... Być może Amabel jest u niego. 
W każdym razie, dziękuję. Dam znać, jak ją znajdę. 

- Bardzo proszę. Lubiłam ją. 

01iver na próżno pukał do drzwi domu panny Parsons. 

W miejscowym sklepiku dowiedział się tylko, że Josh 
również wyjechał, a Amabel nie dała znaku życia. 

Zawrócił do Yorku, zaparkował na hotelowym par-

R  S

background image

kingu i zaczął krążyć po mieście. Martwił się o Amabel. 

Lustrował po kolei ulice, starając sie myśleć racjonalnie 
i nie wpadać w popłoch. 

Ani przez chwilę nie wierzył, że Amabel opuściła 

York.

 Wątpił też, by miała odpowiednio dużo pieniędzy 

na podróż do domu. Zresztą na pewno nie zamierzała 
tam wrócić. Musiała nadał być w tym mieście. Pozosta­
wało tylko ją odnaleźć. 

Kilka razy zatrzymał się po drodze, wstępując do ma­

łych sklepów i pytając o nią. W jednej z kawiarni do­
wiedział się, że była tu dziewczyna z psem. Dwa dni 

temu kupiła bułkę i kawę. Słaby trop, ale zawsze... 

Dotarł do końca Shambles, kiedy, jego wzrok spoczął 

na drzwiach niewielkiego kościółka. Wiedział, że Amabel 
lubiła czasem tu zaglądać. Wszedł do środka i stał chwilę 

bez ruchu, przyzwyczajając się do panującego wewnątrz 
mroku i chłodu. W jednej z ławek dostrzegł drobną syl­

wetkę Amabel. 

Westchnął z ulgą. 

-

 Witaj, Amabel - powiedział cicho. - Pomyślałem, 

że tu właśnie cię znajdę. 

Wolno zwróciła ku niemu twarz, a Cyryl podniósł się. 

i zaczął na powitanie machać ogonem. 

- Oliver, czy to naprawdę ty? 

Usiadł obok niej, objął ją ramieniem i przyciągnął do 

siebie. Pozwolił jej sie wypłakać, a kiedy łkanie nieco 

ucichło, podał jej chusteczkę. 

- Wybacz, że jestem taką beksą - powiedziała, po-

R  S

background image

ciągając nosem. - Tak bardzo chciałam, żebyś się zjawił 

proszę, oto jesteś. 

- Byłem w sklepie, Amabel. Dolores powiedziała mi, 

że odeszłaś. Szukam cię od kilku godzin, ale nie będę 
ci teraz o tym opowiadał. Jedziemy do hotelu. Zjemy 

coś, a potem położysz się spać. Porozmawiamy, jak od­

poczniesz. 

- Nie - zaoponowała stanowczo. - Nigdzie nie pój­

dę. Dziękuję bardzo, ale jutro... 

Wziął do ręki jej walizkę i koszyk z Oskarem. 

- Jutro porozmawiamy sobie o wszystkim. A teraz 

idziemy. 

R  S

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Kilka godzin później wykąpana i nakarmiona Amabel 

leżała w ciepłym, wygodnym łóżku. Była zbyt zmęczona, 

by rozmyślać o tym, co zaszło. 

Jak 0!iver zdołał wszystko zorganizować? Umiesz­

czono ją w miłym pokoju z balkonem, na którym Oskar 
mógł się wietrzyć do woli. Zjadła wspaniałą kolację, 

podczas której 01iver nie zadawał jej żadnych pytań. 

Po kolacji kazał jej iść spać, ponieważ mieli wyjechać 

wcześnie rano. 

Podziękowała mu za kolację, życzyła dobrej nocy 

i posłusznie poszła do swojego pokoju. Chyba godzinę 

leżała w wannie, rozkoszując się wspaniałym uczuciem, 

płynącym ze wiadomości, że nie musi się martwić o na­

stępny dzień. Rano zastanowi się, co robić dalej, ale teraz 

po prostu zaniknie oczy... 

Kiedy je otworzyła, słońce świeciło przez zasłony, a do 

drzwi zapukała dziewczyna z tacą, na której stała fili­

żanka herbaty. 

- Doktor Fforde prosi, żeby pani szybko się ubrała 

i za dwadzieścia minut zeszła do salonu. Będzie tam na 

R  S

background image

panią czekał. Mam wziąć psa, doktor wyprowadzi go na 

spacer. 

Amabel wypiła herbatę, wypuściła Oskara na balkon 

i czym prędzej poszła się wykąpać i ubrać. 

Kiedy weszła do salonu, 01iver podniósł wzrok i zlu­

strował ją uważnie. 

- Dobrze spałaś? 
- Wspaniale. - Pochyliła się, by pogłaskać Cyryla. 

- Dziękuję za wszystko. 

Przyniesiono śniadanie i kiedy usiedli do stołu, ode­

zwała się ponownie: 

- Domyślam się, że nie masz wiele czasu. Jestem ci 

bardzo wdzięczna za pomoc. Znalazłam kilka ofert pracy 

i zaraz po śniadaniu... 

- Amabel, jesteśmy przyjaciółmi. Nie musimy się na­

wzajem oszukiwać. Jesteś dzielną dziewczyną, ale cza­
sami trzeba przyjąć pomoc. Za pół godziny wyjeżdżamy 

z Yorku. Napisałem do Josha, żeby wiedział, co się z tobą 

dzieje. Da znać pannie Parsons najszybciej, jak to będzie 
możliwe. 

- Nie wrócę do domu. 
- Oczywiście. Mam nadzieję, że zgodzisz się zrobić 

coś dla mnie. Jedna z moich ciotek przeszła niegroźny 
udar i właśnie dochodzi w szpitalu do zdrowia. Chce 
wrócić do domu, ale matce nie udało się znaleźć nikogo, 

kto przez jakiś czas mógłby z nią zamieszkać. Chodzi 
o osobę do towarzystwa, która umiliłaby jej życie. Ciotka 
ma ponad osiemdziesiąt lat, ale jest bardzo sprawna inte-

R  S

background image

lektualnie. W domu jest gospodyni i służąca. I nie wy­

obrażaj sobie, że proszę cię o to, ponieważ akurat w tej 

chwili nie masz pracy. 

- Jeśli twoja ciotka mnie zaakceptuje, zostanę u niej. 

Ale co zrobimy z Cyrylem i Oskarem? 

- Ciotka mieszka na wsi i uwielbia zwierzęta, Muszę 

cię jednak uprzedzić, że istnieje duże prawdopodobień­

stwo, iż przytrafi jej się kolejny udar. Nie chciałbym, 

żebyś traktowała tę pracę jak coś stałego. 

Amabel dopiła kawę. 

- Obawiam się, że trudno mi będzie znaleźć stałą pra­

cę. Nie mam żadnego wykształcenia... Muszę napisać 
o wszysikim ciotce Thisbe. 

- Może prościej byłoby zadzwonić? - Podszedł do 

stojącego na małym stoliku telefonu. - Masz ze sobą jej 

numer? 

Zadzwonił do recepcji i poprosił o połączenie z po­

danym numerem, a potem podał Amabel słuchawkę. 

Po chwili usłyszała w niej wyraźny, stanowczy glos 

ciotki. 

- To ja, Amabel. Nic się nic stało, ale chcę ci po­

wiedzieć... A właściwie wyjaśnić... 

01iver odebrał jej słuchawkę. 

- Panna Parsons? Mówi 01iver Fforde. Proszę się nie 

niepokoić. Amabel jest ze mną, bezpieczna. Zaraz wszyst­

ko pani wyjaśni. - Oddał słuchawkę Amabel 

Amabel spokojnie opowiedziała ciotce o wszystkim, 

co zaszło. 

R  S

background image

- 01iver powiedział, że ma dla mnie pracę. Jego ciotka 

przebyła lekki udar i poprosił mnie, żebym zamieszkała 

z nią jako osoba do towarzystwa. Zgodziłam się, ponieważ 

chcę mu się zrewanżować za wszystko, co dla mnie zrobił. 

- Rozsądna decyzja, dziecko. Masz okazję wyrazić 

mu swoją wdzięczność, a przy okazji zastanowić się spo­
kojnie, co chcesz dalej robić. Słyszałam, jak 01iver mó­

wił, że zadzwonisz ponownie wieczorem. Miałam zamiar 

wrócić do Anglii przed Bożym Narodzeniem, żebyś miała 

gdzie spędzić święta, ale skoro tak, to przedłużę pobyt. 

Pamiętaj, Amabel, gdybyś mnie potrzebowała, wrócę na­
tychmiast. Bardzo się cieszę, że 01iver się tobą opiekuje. 

To dobry człowiek. 

- Psy są już w samochodzie - oznajmił 01iver, wcho­

dząc ponownie do salonu. - Jeśli jesteś gotowa, możemy 

wyruszać. - Włożył Oskara do koszyka. - Przed trzecią 
muszę być w szpitalu. 

Dopiero w samochodzie 01iver zaczął rozmawiać 

z Amabel o jej przyszłej pracy. 

- Jedziemy do Aldbury w Hertfordshire. Jest tam mo­

ja matka, która przygotowuje dom na przyjazd ciotki. Ona 

cię we wszystko wprowadzi i ustali wysokość wynagro­

dzenia. Zostanie na noc, żeby upewnić się, że dajesz sobie 

radę. Zarówno ona jak i gospodyni, pani Twitchett, nie­
cierpliwie cię oczekują. 

- Co będzie, jeśli nie spodobam się twojej ciotce? 
- Nie widzę powodu, dla którego miałabyś się jej nie 

spodobać, Amabel. 

R  S

background image

W jej uszach wcale nic zabrzmiało to jak kom­

plement. Nigdy nie miała o sobie przesadnie wyso­
kiego mniemania, ale teraz czuła się, jakby była ni­
kim... Zrobiło jej się przykro. 

01iver spojrzał na jej nieruchomą, pozbawioną wyrazu 

twarz. Amabel sprawiała wrażenie zupełnie spokojnej, 
choć przecież wiózł ją w nieznane. Jednak nie chciał zo­

stawiać jej samej w Yorku, a nie miał czasu, by znaleźć 

inne rozwiązanie. 

- Zaskoczyłem cię tą propozycją, prawda? Czasem 

jednak trzeba działać natychmiast. 

Amabel uśmiechnęła się. 

- Jestem ci bardzo wdzięczna. Możesz być pewien, 

że zrobię wszystko, aby twoja ciotka była zadowolona. 
Powiesz mi, jak się nazywa? 

- Lady Haleford. Ma osiemdziesiąt siedem lat, jest 

wdową od dziesięciu lat. Kocha ogród, ptaki, wieś i zwie­
rzęta. Lubi grać w karty i rozmawiać. Odkąd przebyła 

udar, stała się nieco gderliwa. Obawiam się, że nie możesz 

liczyć na towarzystwo młodych ludzi. 

- Nigdy nie miałam zbyt wielu przyjaciół w swoim 

wieku. 

Kiedy zjechali z autostrady, 01iver powiedział, że już 

niedaleko. Rzeczywiście, zaraz za Berkhamsted skręcił 

w węższą drogę i dotarli do Aldbury. Okolica była uro­

cza. W wiosce był pub, kościół i przepiękny park. Wokół 
rozpościerał się las. 

01iver zatrzymał samochód przed wolno stojącym do-

R  S

background image

mem,- zbudowanym z cegieł i drewna. Drzwi wejściowe 
otwierały się wprost na chodnik. 

Po chwili na progu stanęła uśmiechnięta, niewysoka 

kobieta. 

- A więc przyjechaliście wreszcie - powitała ich. 
- Amabel Parsons. Amabel, to jest pani Twitchett. 

Pocałował kobietę w policzek, a Amabel podała go­

spodyni rękę. Nieznajoma przyjrzała się jej uważnie. 

Hol był przestronny i pokryty boazerią. Amabel nie 

miała czasu rozejrzeć się wokół, bo natychmiast pospie­

szyła im na spotkanie pani Fforde. 

0;iver pocałował matkę. 

- Nie muszę was sobie przedstawiać - powiedział 

z uśmiechem. - Porozmawiajcie, a ja zajmę się w tym 

czasie zwierzakami. 

- Zostaniesz na chwile, kochanie? 

-- Tylko dziesięć minut. Za kilka godzin muszę być 

w klinice. 

Gdy wyszedł, pani Fforde ujęła Amabel pod ramię. 

-

 Usiądź, proszę. Pani Twitchett zaraz poda kawę. 

Ciotka mojego męża, lady Haleford, jest stara i dość sła­
ba. Potrzebuje kogoś do towarzystwa. Mam nadzieję, że 

z nią wytrzymasz. Jesteś młoda, a starsi ludzie potrafią 

być tacy męczący! 

- Postaram się, aby lady Haleford była zadowolona 

z mojego towarzystwa. 

-- Lubisz wieś? Obawiam się, że nie będziesz tu miała 

zbyt wielu rozrywek. 

R  S

background image

- Pani Fforde, jestem wdzięczna za propozycję pracy. 

Kocham wieś i nie tęsknię za miejskim życiem. 

- Zadzwoń do matki. Powinna wiedzieć, co się z tobą 

dzieje. Przenocuję tu z tobą, a rano przywiozę łady Ha-
leford. 

- Oskar został w kuchni - oznajmił 01iver po powro­

cie. - Cóż to za zmyślne zwierzę. Pani Twitchett i Nelly 

już uległy jego urokowi. - Uśmiechnął się do Amabel 

i zwrócił do matki: - Wracasz jutro do domu? Postaram 

się wpaść w przyszły weekend. - Dopił kawę i położył 

dłoń na ramieniu Amabel. - Mam nadzieję, że będziesz 

szczęśliwa u mojej ciotki. W razie jakichkolwiek proble­

mów, dzwoń do mojej matki. 

- Jeszcze raz za wszystko ci dziękuję. 
Znów znikał z jej życia, tym razem chyba na zawsze. 

Uratował ją, ulokował w bezpiecznym miejscu, po co 

miałby sobie nią dłużej zaprzątać głowę? Wyciągnęła rękę 

i uśmiechnęła się. 

- Żegnaj, Oliver. 
W odpowiedzi poklepał ją po ramieniu i po chwili 

już go nie było. 

- Chodźmy na górę. Pokażę ci twój pokój, a po­

tem oprowadzę po całym domu. Przywiozę lady Ha-
leford jutro w porze lunchu. Jesteś pewna, że dasz 

sobie radę? 

- Oczywiście - odparła natychmiast, choć w głębi 

duszy nie była tego taka pewna. 

- Umieściłam cię obok pokoju ciotki - oznajmiła pa-

R  S

background image

ni Fforde. - Miedzy waszymi sypialniami jest jej łazien-
ka. Twoja znajduje się po drugiej stronie pokoju. 

Otworzyła drzwi i weszły do środka. Pokój był duży, 

przestronny, z balkonem. Umeblowany skromnie, lecz 

z g

ustem. 

Po chwili przeszły do sypialni lady Haleford. Na środ-

ku stało ogromne łoże z baldachimem, w oknach wisiały 
adamaszkowe zasłony. Na ogromnej toaletce znajdowało 

się mnóstwo srebrnych szczotek do włosów, lusterek, ma-

lutkich buteleczek i szklanych słoiczków. 

- Od jak dawna lady Haleford tu mieszka? 
- Od śmierci męża, czyli od dziesięciu lat. Masz pra­

wo jazdy? Do niedawna ciotka sama prowadziła samo­

chód, ale teraz to wykluczone. 

- Tak, ale z samochodu korzystałam głównie na wsi. 

Nie wiem, jak byłoby w dużym mieście... 

- Będziesz podwoziła lady Haleford do kościoła i od 

czasu do czasu do którejś z przyjaciółek. 

- Z tym nie powinno być problemu. 

Obeszły resztę domu. Był chyba zbyt duży dla jednej 

starszej pani i dwóch służących. Został urządzony w wy­

godny, choć nieco staroświecki sposób. Sprawiał wrażenie 

przytulnego. Na dole oprócz salonu była jadalnia, pokój 
poranny i garderoba. 

Na końcu poszły do kuchni. Była równie staroświecka, 

jak reszta domu. Kiedy weszły, poczuły, że coś wspaniale 

pachnie. Pani Twitchett oznajmiła, że za pół godziny bę­
dzie kolacja. Nelly nakrywała stół. W rogu siedzieli Cy-

R  S

background image

ryl i Oskar. Na widok Amabel zwierzęta podniosły głowy, 

ale nie wstały. 

- Najwyraźniej są zmęczone - powiedziała pani 

Twitchett. - Najadły się i teraz nie chce im się ruszyć. 

Amabel pochyliła się, by je pogłaskać. 
- Nie przeszkadzają pani? 

- Skądże. Nelly zupełnie na ich punkcie oszalała. Za­

wsze będą tu mile widziane. 

Amabel poczuła, że za chwilę się rozpłacze. Wreszcie 

znaleźli przyjazny dom. 

Po kolacji pani Fforde dokładnie zapoznała Amabel 

z przyszłymi obowiązkami. Wynagrodzenie, jakie zapro­

ponowała, dwukrotnie przewyższało sumę, którą płaciła 

jej Dolores. Amabel wiedziała, że będzie w stanie odło­

żyć niemal całą pensję, gdyż nie musiała płacić za je­

dzenie i mieszkanie. Wreszcie zdobędzie środki potrzeb­

ne na zdobycie wykształcenia. 

Następnego ranka z niecierpliwością czekała na przy­

jazd pani Fforde i lady Haleford. Była dobrej myśli, lecz 

odczuwała też lekki niepokój. 

Stary rover pani Fforde zatrzymał się przed drzwia­

mi domu. Amabel weszła do holu i stanęła w pewnym 

oddaleniu od pani Twitchett i Nelly. Rano wybrała się 
z Cyrylem na długi spacer i teraz pies stał spokojnie 
obok niej. 

Lady Haleford była drobną, szczupłą kobietą. Weszła 

powoli, wspierając się na lasce i ramieniu pani Fforde. 

R  S

background image

Odpowiedziała krótko na powitanie Nelly i pani Twit-

chett i od razu spytała o Amabel. 

- Gdzie jest ta dziewczyna, którą 01iver dla mnie zna-

lazł. Chcę ją zobaczyć. 

Pani Fforde pomogła jej usiąść w fotelu. 

- Czeka tu na ciebie - powiedziała. - Amabel, poznaj 

lady Haleford. 

- Jak się pani miewa lady Haleford? - powiedziała 

Amabel. 

- Miła osóbka - rzuciła w przestrzeń lady Haleford. 

- Ale, jak powiadają, pozory mylą. Miłe oczy, ładne wło-
sy i taka młoda... Zbyt młoda, by ze mną wytrzymać. 

Bywam złośliwa, zapominam o różnych rzeczach i budzę 
się w nocy. 

- To żaden problem - odparła Amabel. - Mam na­

dzieję, że pozwoli mi pani zostać tu tak długo, jak będę 

pani potrzebna. 

- Przynajmniej nie zapominasz języka w gębie -

twierdziła starsza pani. - Gdzie mój lunch? - Jej wzrok 

spoczął na Cyrylu. - A co to? Pies, o którym mówił Oli-

ver? Jest też i kot. 

- Tak. Oba zwierzaki są dość leciwe i dobrze wy­

chowane. Nie będą pani przeszkadzać. 

- Lubię zwierzęta. Podejdź tu. piesku. 

01iver nie mógł przestać myśleć o Amabel. Martwił 

się o nią. A jeśli przyjęła jego propozycję tylko dlatego, 
że potrzebowała dachu nad głową i odpowiedniej sumy 

R  S

background image

pieniędzy na podjęcie nauki? Być może próbował 
uszczęśliwić ją na siłę... Nie, zrobił wszystko, co w jego 

mocy i teraz nie powinien już zawracać sobie nią głowy. 

O ile 01iver postanowił więcej nie myśleć o Amabel, 

o tyle Miriam ani przez chwilę nie przestawała myśleć 

o nim. Dolores zadzwoniła do niej i opowiedziała o jego 
wizycie. 

- Powiedziałam mu, że wyjechała z Yorku. - Nie 

wspomniała, że 01iver jej nie uwierzył. - Wyjechał i wię­
cej go nie widziałam. Wrócił już do Londynu? Widziałaś 

się z nim? 

- Nie, jeszcze nie, ale wiem, że wrócił. Zadzwoniłam 

do jego gabinetu i umówiłam się na wizytę. Nie miał 
wiele czasu na szukanie tej dziewczyny. Jesteś aniołem, 
Dolores. Bardzo sprytnie to załatwiłaś. 

- Dla przyjaciół wszystko, kochanie. Będę miała oczy 

i uszy szeroko otwarte, na wypadek, gdyby się tu zjawił. 

- Zachichotała. - Pomyślnych łowów! 

Miriam kilkakrotnie dzwoniła do domu Olivera, ale 

za każdym razem Bates chłodno oznajmiał, że pana nie 
ma i długo nie będzie. 

- Znów wyjechał? - spytała ostro. 
- Nie, proszę pani. Jest bardzo zajęty w szpitalu. 

Wieczorem powiedział doktorowi o jej telefonach. 

- Pani Potter-Stokes dzwoniła kilka razy w ciągu mi­

nionych dni, sir. Pozwoliłem sobie powiedzieć jej, że jest 
pan zajęty w szpitalu. Nie zostawiła żadnej wiadomości. 

R  S

background image

- Przymknął powieki. - Powinienem był wspomnieć pa­
su o tym wcześniej, ale jakoś nie miałem sposobności. 

- W porządku, Bates. Gdyby znów zadzwoniła, po­

wiedz jej, że nadal jestem zajęty. Ale zrób to w uprzejmy 

sposób. 

Zupełnie przez przypadek Miriam spotkała pewnego 

ranka przyjaciółkę matki. Miłą starszą panią, której pasją 
było wtrącanie nosa w życie innych ludzi. 

- Moja droga, tak dawno cię nie widziałam. Ty i Oli-

ver Fforde często pokazujecie się razem... - Zmarszczyła 
brwi. - W środę ma przyjść na obiad, ale ty podobno 

wyjeżdżasz. 

- Nic podobnego. W ciągu najbliższych tygodni ni­

gdzie się nic wybieram. - Miriam uśmiechnęła się ma­
rzycielsko. - Próbujemy się spotkać od kilku dni, ale Oli-
ver jest taki zajęty. 

Jej rozmówczyni od razu wpadła na genialny pomysł. 

- Moja droga, musisz koniecznie przyjść na obiad. 

Spędzisz miłe popołudnie w towarzystwie Olivera. 

Miriam położyła dłoń na jej ramieniu. 
- Och, dziękuję. 

Wiele sobie obiecywała po tym spotkaniu, lecz srodze 

się zawiodła. 01iver powitał ją ze zwykłym, uprzejmym 
uśmiechem, wysłuchał wszystkiego, co miała do powie­

dzenia i zupełnie zignorował jej pytania na temat odbytej 

niedawno podróży. 

Wieczorem odwiózł ją do domu, ale nie skorzystał 

z zaproszenia, by wstąpić na drinka. 

R  S

background image

— Muszę wcześnie wstać - oznajmił. 

Miriam długo nie mogła zasnąć. 

Kilka dni później, na jednym z wieczorków brydżo­

wych organizowanych przez matkę usłyszała, że jedna 

z kobiet mówi o 01iverze. 

- Szkoda, że nie będzie mógł się do nas przyłączyć. 

Wyjeżdża na weekend. Chyba już o tym wiesz, moja dro­

ga? - zwróciła się do Miriam. 

- Tak, tak, wiem. Jest bardzo przywiązany do matki 

- zdołała wykrztusić Miriam w odpowiedzi. 

- Jedzie też odwiedzić ciotkę. Nie wybierasz się 

z nim, Miriam? 

- Nie, umówiłam się już z przyjaciółką. 

Odczekała dwa dni, po czym znów do niego zadzwo­

niła. Radosnym głosem zaproponowała wspólną wyprawę 
do kina. 

- Wyjeżdżam na weekend - oznajmił. 
- Rozumiem. Jedziesz do matki? 
- Tak. Z chęcią wyrwę się z Londynu na kilka dni. 

Po dłuższym namyśle Miriam postanowiła zadzwonić 

do pani Fforde. Jeśli zastanie ją w domu, uda, że to po­

myłka, jeśli zaś odbierze gosposia, trzeba będzie sprytnie 
zasięgnąć języka. 

Miała szczęście. Pani Fforde nie było w domu i te­

lefon odebrała jej gosposia. Miriam dowiedziała się, że 
doktor zamierza spędzić weekend z matką, a w niedzielę 
rano jedzie odwiedzić lady Haleford. 

- Wróciła niedawno ze szpitala - paplała dalej go-

R  S

background image

sposia. - Miała udar i dopiero dochodzi do zdrowia. 
Znaleźli kogoś, kto będzie z nią mieszkał. Jakąś młodą 

dziewczynę, ale podobno niezwykle kompetentną. 

- Muszę zadzwonić do lady Haleford. Zechce pani 

podać mi jej numer? 

Amabel starała się jak najlepiej wywiązywać ze swo-

ich obowiązków. Nie było to łatwe, gdyż lady Haleford 

miała dość trudny charakter, a po przebytej chorobie stała 
::e jeszcze bardziej opryskliwa. 

Na początku Amabel była stale przygnębiona. Wszyst­

ko, co powiedziała albo zrobiła, było nie tak. Milczała. 

kiedy powinna mówić, odzywała się. kiedy lady Haleford 

oczekiwała od niej milczenia. O dziwo, polubiła jednak 

swoją pracodawczynię. 

Były i inne plusy. Miała dach nad głową, Oskar i Cy­

ryl stali się ulubieńcami domowników, no i zarabiała spo­
ro pieniędzy. 

Wszystko zawdzięczała 01ivercwi. Gdyby tylko wie­

działa, gdzie mieszka, natychmiast napisałaby do niego 
list z podziękowaniami. 

Drzwi otworzyły się bezszelestnie i do pokoju wszedł 

Oliver we własnej osobie. 

Ze zdziwienia otworzyła szeroko usta. Potem zamknę­

ła je i położyła na nich palec. 

- Niedawno usnęła - szepnęła. 
- Przyjechałem na herbatę - oznajmił pogodnie. -

A jeśli ciotka mnie zaprosi, zostanę na kolacji. 

R  S

background image

Pilnował się, by Amabel nie zauważyła, jaką przyje­

mność sprawił mu jej widok. Nadal była blada, ale już 
nie tak wychudzona i znikły wreszcie cienie pod oczami. 

Ma piękne oczy. pomyślał jeszcze i uśmiechnął się 

promiennie. 

R  S

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Lady Haleford sapnęła głośno i obudziła się. 

- 01iver, cóż za wspaniała niespodzianka. Zostaniesz 

na herbatę? Amabel, powiedz pani Twitchett, żeby przy-

gowała herbatę także dla 01ivera. Naturalnie znasz 

Amabel? 

- Naturalnie znam Amabel. Jak się czujesz, ciociu? 

Starsza pani prychnęła pogardliwie. 

- Łatwo sie męczę i zapominam o różnych rzeczach, 

Ale dobrze jest znów być w domu. Amabel to wspaniała 

dziewczyna i ma dużo cierpliwości. Niektóre z pielęg­
niarek w szpitalu mogłyby się tego od niej uczyć. 

- Dobrze sypiasz? 

- Tak sobie. Noce są długie, ale Amabel robi mi her-

batę, siedzimy i rozmawiamy. Mam nadzieję, że szybko 

wrócę do pełni sil. Tak myślisz? 

- Zapewne twój stan będzie sie poprawiał, ciociu -

zapewnił. - Powoli, ale stale. Musisz pamiętać o tym, 

że czasem rekonwalescencja jest bardziej uciążliwa niż 
sama choroba, 

- Święte słowa. Nie cierpię tego wózka inwalidzkie-

R  S

background image

go. Wolę wspierać się na ramieniu Amabel. - Starsza pani 

przymknęła oczy, " . 

- Cieszę się, że ją znalazłeś, Oliver. To prosta dziew­

czyna, prawda? Ubiera się fatalnie, ale ma miły głos i jest 

bardzo delikatna. - Mówiła tak, jakby Amabel nie było 

w pokoju. 

Weszła Nelly, niosąc tacę z herbatą. 01iver zaczął opo­

wiadać o swojej pracy, dając Amabel czas na dojście do 

siebie. Była zbyt rozsądna, by obrazić się na łady Hale-

ford, ale te uwagi musiały wprawić ją w zakłopotanie. 

Po herbacie pani domu oznajmiła, że ma zamiar się 

zdrzemnąć. 

- Zostaniesz na kolację? - spytała 01ivera. - Tak 

rzadko do mnie przyjeżdżasz - dodała nieco opryskliwie. 

- Zostanę z przyjemnością. Kiedy będziesz- spała, 

pójdziemy z Amabel na krótki spacer. 

- A ja przed kolacją napiję się sherry - oznajmiła star­

sza pani tonem nie znoszącym sprzeciwu. 

- Dlaczego nie? Wrócimy za jakieś pół godziny. 

Chodźmy, Amabel. 

- Czy czegoś pani ode mnie potrzebuje, lady Hale-

ford? - spytała Amabel, wstając z kanapy. 

- Przynieś Oskara, żeby dotrzymywał mi towarzy­

stwa. No, idź już. 

Oskar doskonale wiedział, kto tu rządzi, gdyż bez żad­

nego sprzeciwu usadowił się na kolanach starszej pani 

i zasnął. 

Na dworze było chłodno. 01iver ujął Amabel pod ra-

R  S

background image

się i ruszyli przez wioskę. Psy grzecznie biegły obok 

nich zadowolone z niespodziewanego spaceru. 

- A więc? - zaczął. - Jak ci się podoba nowa praca? 

Zadomowiłaś się już? Moja ciotka potrafi być trudna, a te-
raz, po udarze... 

- To prawda, ale jestem tu szczęśliwa. Praca nie jest 

ciężka i wszyscy są życzliwi. 

- Ale musisz wstawać w nocy? 
- Czasami. - Postanowiła zmienić temat. - Dużo 

ostatnio pracowałeś? Mam nadzieję, że nie musiałeś już 
jeździć do Yorku? 

- Nie, nie było takiej potrzeby. Miałaś jakieś wieści 

od matki albo ciotki? 

- Tak. Ciotka Thisbe wraca do domu pod koniec 

stycznia, a matka miewa się dobrze. Są z Keithem bardzo 

zajęci. - Zawiesiła głos. - Powiedziała mi, żebym chwi­

lowo ich nie odwiedzała. 

- Tęsknisz za matką? - spytał łagodnie. 

- Tak. 
- Co masz zamiar robić w przyszłości? 

Skręcili w stronę domu. Ujął jej dłoń i wsunął pod 

swoje ramię. 

- Gdy już zaoszczędzę wystarczająco dużo pieniędzy. 

zapiszę się na kurs komputerowy. Zdaje się, że w obec­

nych czasach bez tego ani rusz. Potem znajdę sobie dobrą 

pracę i jakieś mieszkanie. Mam nadzieję, że twoja ciotka 
nie zamierza na razie zrezygnować z moich usług? - spy­
tała zaniepokojona. 

R  S

background image

- Skądże. Będzie cię potrzebowała przez najbliższe 

dwa miesiące. Rozmawiałem z jej lekarzem. 

Doszli do domu. 

- Masz niewiele wolnego czasu - stwierdził. 
- Nie narzekam - odparła krótko. 
Zjedli wczesną kolację, po której lady Haleford po­

czuła się zmęczona. OIiver zaczął się żegnać. 

- Przyjedziesz znowu? - dopytywała sie ciotka. -

Lubię gości. Następnym razem porozmawiamy o tobie. 

Znalazłeś już jakąś odpowiednią dziewczynę? Masz trzy­

dzieści cztery lata, 01iver. Masz też pieniądze, wspaniały 
dom i pracę, którą kochasz. Brakuje ci tylko żony. 

Pochylił się, by ją pocałować. 

- Kiedy ją znajdę, będziesz pierwszą osobą, która się 

o tym dowie. - Zwrócił się do Amabel. - Nie wstawaj, 
pani Twitchett mnie odprowadzi. 

Po tej wizycie starsza pani długo nie chciała iść do 

łóżka. Żałowała, że Oliver tak rzadko ją odwiedza. 

- To bardzo zajęty człowiek - powiedziała. - Ma 

wielu przyjaciół, ale powinien sie już ustatkować. Jest 
tyle miłych dziewczyn... No i jest ta Miriam, wdowa 
po panu Stokesie. Już od dłuższego czasu na niego po­

luje. Jeśli nie będzie ostrożny, z pewnością ona dopnie 

swego. - Przymknęła powieki. - Niezbyt sympatyczna 

kobieta, mówiąc szczerze. 

Dni mijały, podobne jeden do drugiego jak krople wo­

dy. Stan lady Haleford poprawił się nieco, stała się od-

robinę milsza. Czasem jednak zachowywała się doprawdy 

R  S

background image

nie

znośnie, doprowadzając swoim zachowaniem wszyst-

kich domowników do rozpaczy. 

Amabel miała niewiele czasu dla siebie. Każdego ran­

­­ zabierała Cyryla na spacer, podczas gdy lady Haleford 

odpoczywała w łóżku po śniadaniu. Te pół godziny stało 

się wkrótce jej ulubioną porą dnia. 

Któregoś dnia, kiedy pogoda była wyjątkowo parszy­

wa, Amabel wracała ze spaceru, walcząc z potężnymi po­

rywami wiatru. Miała pochyloną głowę i nie zauważyła 

małego, eleganckiego sportowego samochodu zapar­

kowanego przed bramą domu lady Haleford. Dostrzegła 

go dosłownie w ostatniej chwili. 

Chciała go ominąć i czym prędzej znaleźć się w do­

mu, ale siedząca wewnątrz kobieta otworzyła okienko 
i zaczepiła ją. 

- Przepraszam bardzo, zechce mi pani powiedzieć, 

czy to jest dom lady Haleford? Moja matka przyjaźni 
się z nią. Jest jednak zbyt wcześnie, by dzwonić. Czy 

mogłaby pani przekazać lady Haleford, że tu jestem? 

Uśmiechnęła się czarująco, przyglądając się uważnie 

Amabel. To musi być ta dziewczyna, myślała gorączko­
wo. Nie wierzę, że 01iver mógłby się nią zainteresować. 
Dolores mnie nabrała. 

- Jest pani wnuczką lady Haleford? - zapytała na 

wszelki wypadek. 

- Jestem osobą, która dotrzymuje towarzystwa lady 

Haleford - odparła Amabel, patrząc w piękne, ale zimne 

oczy nieznajomej. - Mogę przekazać jej wiadomość, jeśli 

R  S

background image

pani sobie tego życzy. Proszę przyjechać później albo 

poczekać w środku. Lady Haleford ostatnio chorowała 
i wstaje dość późno. 

- Zadzwonię później - powiedziała Miriam, uśmie­

chając się słodko. - Przepraszam, przeze mnie pani mok­
nie. Jestem bezmyślna. Osobiście nie przepadam za tą 
częścią Anglii. Byłam w Yorku i w porównaniu z tym 
miastem tutejsza wioska wydaje mi się wyjątkowo nie­
atrakcyjna. 

- Przeciwnie, to bardzo miłe miejsce. Choć muszę 

przyznać, że York rzeczywiście ma wiele zalet. Spędziłam 
tam kilka tygodni. 

- Cóż, nie będę pani zatrzymywać. - Miriam uśmiech­

nęła się z przymusem. - Zadzwonię później. 

Odjechała, a Amabel weszła do domu. Przez dziesięć 

minut suszyła siebie i Cyryla, potem uczesała się i poszła 
do pokoju lady Haleford. 

Starsza pani była w wyjątkowo pogodnym nastroju. 

Nie miała ochoty na rozmowę, od czasu do czasu zapa­
dała w krótką drzemkę. Dopiero gdy zasiadła w fotelu 

przy kominku, zagadnęła Amabel. 

- Co tak długo robiłaś na tym spacerze, Amabel? 

Amabel opowiedziała jej o porannym spotkaniu. 

- Ta pani nie przedstawiła się, a ja zapomniałam spy­

tać - przyznała ze skruchą. Mówiła jednak, że zadzwoni. 

Lady Haleford popatrzyła na nią z zakłopotaniem. 

- Mam problemy z rozpoznawaniem twarzy. Jak wy­

glądała ta kobieta? Brunetka? Blondynka? Ładna? 

R  S

background image

- Ładna blondynka. Prowadziła mały czerwony sa­

mochód. 

Lady Haleford przymknęła oczy. 

- Zapewne wróci. Nie mam dziś ochoty na przyjmo­

wanie gości, Amabel. Jeśli zadzwoni, użyj jakiejś wy­

mówki i spytaj ją o nazwisko. 

Oczywiście Miriam nie zadzwoniła i po kilku dniach 

zapomniały o całej sprawie. 

Miriam po prostu nie mogła uwierzyć, że 01iver zain­

teresował się tak pospolitą dziewczyną, ale postanowiła 

mieć się na baczności. 

A gdyby tak zmienić taktykę? Przestała dzwonić do 

niego i proponować wspólne wyjście do teatru czy na 

przyjęcie. Starała się natomiast bywać tam, gdzie on. 
Poza tym zbliżały się święta, więc nie zabraknie okazji 

do towarzyskich spotkań. 

Oliver nie miał czasu na rozrywki, zbyt pochłaniała 

go praca. Ku irytacji Miriam wpadali na siebie niezmier­
nie rzadko. Był jak zawsze ujmująco miły, ale trzymał 

ją na dystans. 

Podczas jednego z przyjęć spytała go od niechcenia, 

jak zamierza spędzić święta. Powiedział jej wówczas, że 
jest zbyt zajęty, by robić jakieś plany. 

- Nie możesz opuścić obiadu świątecznego u mojej 

matki - zawołała z emfazą. - Wkrótce otrzymasz zapro­

szenie. Już moja w tym głowa! 

R  S

background image

Dni mijały spokojnie, jeden za drugim. Amabel miała 

wrażenie, że lady Haleford coraz bardziej pogrąża się we 

własnym świecie. Bez wątpienia zimowa aura nie popra­

wiała jej nastroju. Starsza pani coraz częściej spędzała 

całe dnie w łóżku. Amabel godzinami czytała swej pod­

opiecznej lub grała z nią w karty. 

Ucieszyła się, gdy pani Fforde zadzwoniła z wiado­

mością, że wpadnie w odwiedziny. 

- Przyjadę z wnuczętami, Katie i Jamesem. Zostanie­

my kilka dni, a polem zabiorę je do Londynu. Lady Ha­

leford bardzo je lubi. Możesz poprosić do telefonu panią 

Twitchett? Przekaż ciotce, że przyjeżdżamy. 

Wiadomość ucieszyła lady Haleford. 
- Dwoje miłych dzieci - szepnęła. - Mają po jakieś 

dwanaście lat. Są bliźniętami, dziećmi siostry 01ivera. 

- Zamknęła oczy, po czym dodała: - Oliver ma dwie 

siostry i obie są zamężne, choć od niego młodsze. 

Goście zjawili się dwa dni później. Katie okazała sie 

szczupłą, niebieskooką blondynką i długimi włosami. Ja­

mes zaś był wysokim, nad wiek poważnym chłopcem. 

Pani Fforde przywitała się z Amabel serdecznie. 

- Miło cię znów widzieć, Amabel. Jesteś biada, na 

pewno rzadko wychodzisz na dwór. To są Katie i James. 

Może zabierzesz ich do ogrodu, a ja w tym czasie zajrzę 

do lady Haleford? - Jej wzrok spoczął na Cyrylu. 

- Jak się mają twoje zwierzęta? 

- Doskonale. 
- A ty, Amabel? 

R  S

background image

- Dziękuję, dobrze. 

Był chłodny, choć bezwietrzny dzień. Spacerowali po 

ogrodzie i dzieci opowiedziały Amabel o planowanych 

zakupach w Londynie. 

- Spędzamy święta u babci - wyjaśnili. - Przyjadą 

ciocia, wujek i nasi kuzyni. Będzie też wujek 01iver. 

Uwielbiamy święta i każdego roku bardzo na nie czeka­

my. Ty pewnie pojedziesz do swojego domu, prawda? 

- Mam nadzieję -odparła i zanim zdążyli zadać je­

szcze jakieś pytania, dodała: - Ja też uwielbiam święta. 

Święta były coraz bliżej. Amabel ucieszyła się, kiedy 

lady Haleford poprosiła ją o zrobienie świątecznych za­

kupów w Berkhamstead. 

Na liście znalazły się książki, puzzle, gry dla dzieci, 

morele w brandy, specjalny gatunek kawy i czekoladki. 

W niewielkim sklepie spożywczym, w którym można 

było znaleźć najbardziej wymyślne produkty, Amabel 

spędziła niemal godzinę. Zrobiła sobie krótką przerwę 

na kawę, a potem postanowiła załatwić zakupy dla siebie. 

Oczywiście nie zapomniała o prezentach. Karty dla 

lady Haleford, apaszka dla pani Twitchett, naszyjnik 
dla Nelly, nowa obroża dla Cyryla i zabawka w kształ­
cie myszy dla Oskara. Niełatwo było jej kupić coś dla 

mamy, ale w końcu zdecydowała się na bluzkę z ró­
żowego jedwabiu. Choć niechętnie, kupiła też prezent 

dla ojczyma. 

W ostatniej minucie dostrzegła srebrno-szarą sukienkę 

R  S

background image

z jakiegoś miękkiego materiału. Pomyślała, że przyda jej 
się na specjalne okazje. 

Kupiła ją i obładowana paczkami wsiadła do autobusu. 

Po powrocie Amabel wypiła w kuchni filiżankę her­

baty i przez następną godzinę pokazywała lady Haleford 

zakupy. 

Następnego dnia pod czujnym okiem starszej pani 

Amabel pakowała prezenty. Była tak podekscytowana, ze 
nie zauważyła wchodzącego do salonu Olivera. 

- Oliver, jak miło cię widzieć - przywitała go lady 

Haleford. - Amabel, zmieniłam zdanie. Rozpakuj ten ser 
i znajdź jakieś pudełko. 

Amabel odłożyła ser i spojrzała przez ramię. Oliver 

uśmiechnął się do niej, a ona odwzajemniła uśmiech. 

Lady Halaford upomniała ją zrzędliwie. 
- Amabel, ser... 

- Widzę, że zrobiłyście już świąteczne zakupy - we­

soło stwierdził 01iver. 

- Zostaniesz na lunch? - spytała lady Haleford. -

Amabel, idź i powiedz pani Twitchett, że mamy gościa. 

- Kiedy zostali sami, zwróciła się do siostrzeńca. - Oli-

ver. zabierzesz gdzieś Amabel? Na przejażdżkę, na her­
batę, sama nie wiem. Nie ma tu żadnych rozrywek... 

- Tak. Między innymi po to przyjechałem. Chciałem 

zaprosić ją na kolację. 

- To dobrze. Pani Twitchett powiedziała mi, że to 

dziecko wreszcie kupiło sobie nową sukienkę. Może za 

mało jej płacę... 

R  S

background image

- Zbiera pieniądze na kurs komputerowy. 

- Byłaby z niej doskonała żona - mruknęła lady Ha­

leford i ponownie zapadła w drzemkę. 

Po lunchu doktor spytał Amabel, czy zechciałaby 

pójść z nim na kolację. 

- Och, to byłoby wspaniale, ale nie mogę. Musiała­

bym zostawić lady Haleford na cały wieczór. 

- Jeśli pozwolisz, zajmę się tym. 
- Poza tym - ciągnęła Amabel - mam tylko jedną 

sukienkę. Kupiłam ją niedawno, ale nie jest to ostatni 

krzyk mody. 

- Nie przesadzaj. Przyjadę po ciebie w następną so­

botę o wpół do siódmej. 

Okazało się, że lady Haleford nie ma nic przeciw jej 

sobotniemu wyjściu. 

- Idź i baw się dobrze - powiedziała wesoło. 

Kiedy nadeszła sobota, Amabel ubrała się w nową su­

kienkę, umalowała i elegancko uczesała. 

Była chłodna, pogodna noc, rozświetlona blaskiem 

księżyca. 

- Nie jedziemy daleko - oznajmił. Oliver, gdy już sie­

dzieli w samochodzie. - W pobliżu jest przyjemny hotel, 

można tam też potańczyć. 

Amabel zamówiła ślimaki, solę z grilla i ziemniaki 

z wody, a na deser szarlotkę z bitą śmietaną. 

Powoli restauracja zapełniała się ludźmi i coraz więcej 

par tańczyło na parkiecie. Kiedy 01iver zaproponował, 

żeby i oni spróbowali, Amabel zawahała się. 

R  S

background image

- Dawno nie tańczyłam - wyznała. 
- W takim razie najwyższa pora, żebyś sobie przy­

pomniała, jak to się robi - odpowiedział ze śmiechem. 

Amabel była doskonałą tancerką. Miała wrodzone po­

czucie rytmu. Patrząc na nią, Oliver zaczął się zastana­
wiać, kiedy ona wreszcie zrozumie, że jest w nim zako­
chana. Był cierpliwy, ale... 

Kiedy nadszedł czas powrotu, zarumieniona Amabel 

przyznała, że jeszcze nigdy tak dobrze się sie bawiła. 

- York wydaje mi się złym snem - powiedziała. -

Nie wiem, co bym zrobiła, gdybyś się tam nie zjawił. 

Jesteś moim opiekuńczym aniołem, Oliver. 

- Jesteś rozsądną dziewczyną, Amabel. Nie wątpię, 

że dałabyś sobie radę i bez mojej pomocy. 

Odprowadził ją do domu, zapalił światła i upewnił się, 

że wszystko jest w porządku: Podeszła z nim do drzwi, 

po raz kolejny dziękując za udany wieczór. 

- Zapamiętam go na zawsze. 

01iver objął ją i mocno pocałował, ale zanim zdążyła 

coś powiedzieć, wyszedł. 

Amabel stała przez dłuższą chwilę nieruchomo. Potem 

zdjęła buty i cicho weszła na górę. Z sypialni lady Ha-
leford nie dochodził żaden dźwięk. Szybko się rozebrała, 

umyła i przygotowała do snu. Właśnie kładła się do łóżka, 

kiedy usłyszała delikatny dźwięk dzwonka. .. 

Lady Haleford siedziała wyprostowana na łóżku. 

Oczywiście zażądała dokładnego sprawozdania z wie­

czornej wyprawy. 

R  S

background image

- Usiądź koło mnie i szczegółowo wszystko opo­

wiedz - poleciła. - Dokąd pojechaliście i co jedliście? 

Amabel stłumiła ziewnięcie i zdała relację ze swej 

randki. Naturalnie nie wspomniała o pocałunku. 

Kiedy skończyła, lady Haleford sprawiała wrażenie 

usatysfakcjonowanej. 

- A więc dobrze się bawiłaś. To ja zaproponowałam 

01iverowi, żeby cię dokądś zabrał. Jest taki miły, prawda? 

- Westchnęła z zadowoleniem. - A teraz idź spać, Ama­

bel. Jutro musimy zapakować resztę prezentów. 

Amabel zgasiła światło i poszła do swojego pokoju. 

Rzuciła się na łóżko i zamknęła oczy. 

A więc jej uroczy wieczór był wynikiem spisku, swoi­

stą akcją dobroczynną. 01iver może i był jej przyjacie­

lem, ale niepotrzebnie się nad nią litował... Poczuła pod 

powiekami gorące łzy. 

Lady Haleford miała rano znacznie więcej do powie­

dzenia na temat wczorajszej randki Amabel. Dziewczyna 

musiała wszystko powtórzyć od początku i wysłuchiwać 

komentarzy starszej pani. 

- Powiedziałam Oliverowi, że kupiłaś nową sukienkę. 
Amabel znieruchomiała. Nie dość, że zabrał ją na ko­

lację na prośbę ciotki, to jeszcze pomyślał, że kupiła nową 

kreację, by go olśnić. 

Zachowuję się niemądrze, zganiła się w duchu. Co za 

różnica, z jakiego powodu 01iver zaprosił mnie na ko­

lację? I tak świetnie się bawiłam. Nie mam prawa ocze­

kiwać więcej. 

R  S

background image

- Jesteś miłą dziewczyną, Amabel, ale trochę nudną 

- perorowała starsza pani. - Mężczyźni lubią, by ich za­
bawiać. Myślę jednak, że 01iver cię lubi. Gdyby chciał, 
mógłby mieć najładniejsze kobiety z Londynu. 

Te uwagi nie poprawiły nastroju Amabel. Będę się za­

chowywać z rezerwą, postanowiła. Nie chcę, by Qliver 

pomyślał, że mu się narzucam. Już czas, bym zaczęła 
robić plany na przyszłość, 

Oliver miał wobec, niej konkretne plany. Już najwyż­

szy czas, by zaczęli się częściej widywać. Powinna wresz­

cie zrozumieć, że jest w niej zakochany i chce się z nią 

ożenić. 

Nie tylko on snuł rozważania o przyszłości Amabel. 

Miriam, która nie porzuciła myśli o poślubieniu 01ivera. 

uznała, że Amabel stanowi realne zagrożenie. 

Kiedy spotykała Glivera u znajomych, starała się za­

chowywać po przyjacielsku. Bardzo uważała, by nie py­

tać go o żadne poważne sprawy. Kilka razy próbowała 

dowiedzieć się czegoś od Batesa, ale ten z uporem od­

mawiał udzielania jakichkolwiek informacji. 

Wreszcie, nie widząc innego wyjścia, wybrała się do 

Aldbury. Zaparkowała w pewnym oddaleniu od centrum 

i ruszyła w stronę kościoła. Zagadnęła wikarego, który 

był miłym, starszym mężczyzną, skorym do udzielania 

wszelkich informacji na temat wioski i jej mieszkańców. 

— Och, tak - mówił - mieszka tu wiele rodzin, któ­

rych korzenie sięgają bardzo dawnych czasów. 

R  S

background image

- A ten uroczy dom stojący w pewnym oddaleniu od 

pozostałych? 

- Należy do lady Haleford. Lady Haleford jest dość 

leciwa i chora. Przez jakiś czas leżała w szpitalu, ale już 
wróciła. Towarzyszy jej pewna urocza młoda dama. 
Rzadko ją widujemy, bo nie ma wiele wolnego czasu. 

Czasami bratanek lady Haleford zabiera ją na spacer. Po­
dobno niedawno wyszli razem na kolację. Zwiedza pani 
te część kraju? 

- Tak. Dziękuję za miłą pogawędkę. 

Odjechała szybko i zatrzymała się dopiero za wioską. 

Musiała spokojnie pomyśleć. A jednak to nie było prze­

lotne zauroczenie, 01iver spotykał się z tą dziewczyną 

już od jakiegoś czasu i najwyraźniej lubił jej towarzy­

stwo. Miriam nie kochała 01ivcra. Lubiła go jednak na 

tyle, by wyjść za niego za mąż. A trzeba przyznać, że 
był wyjątkowo dobrą partią... 

R  S

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Przedświąteczny nastrój udzielił się zarówno Amabel, 

jak i lady Haleford. Napływały kartki z życzeniami, po­

słańcy przywozili podarki, a znajomi pani domu wpadali 

na krótkie wizyty. 

Wszystko to było dla starszej pani niezwykle ekscy­

tujące, ale przy tym niesłychanie męczące. Pewnego dnia 
zaniepokojona stanem swej podopiecznej Amabel we­
zwała lekarza. 

Doktor po dokładnym zbadaniu pacjentki oznajmił, że 

wymaga ona bezwzględnego spokoju. Święta nie święta, 

jego pacjentka musi jak najwięcej wypoczywać. 

- Proszę ograniczyć wizyty znajomych - zarządził. -

Czy łady Haleford dobrze sypia? 

- Źle. Ale często zapada w drzemkę w ciągu dnia. 
- A nocami? Martwi się czymś? 

- Nie. Po prostu nie jest senna. Chce rozmawiać, 

a czasem muszę jej czytać. 

Popatrzył na nią uważnie. 
- Mam nadzieję, że ma pani wystarczająco dużo cza­

su na odpoczynek, panno Parsons? 

R  S

background image

Amabel grzecznie podziękowała doktorowi za troskę. 

Nie chciała stracić pracy. 

Choć w domu zapanował spokój, wioska aż tętniła 

życiem. Na ryneczku stanęła olbrzymia choinka, sklep 
został udekorowany kolorowymi lampkami, co wieczór 

popisywały się swoimi umiejętnościami lokalne chóry. 

Amabel cieszyła się wszystkim, co działo się wokół 

niej, starając się nie myśleć o 0!iverze. 

Doktor Fforde miał spędzić święta z matką i resztą 

rodziny w Glastonbury. Upewnił się, że Bates i jego żona 
mają wszystko, czego potrzebują, załadował prezenty do 

samochodu i wyruszył w drogę z nieodłącznym Tygry­
sem u boku. 

Cieszył się na tę podróż. Oczywiście zamierzał wstąpić 

po drodze do domu ciotki, żeby zobaczyć się z Amabel. 

Przez ostatni tydzień bardzo ciężko pracował, 

a ponadto musiał brać udział w tak zwanym życiu to­

warzyskim. Przyjęcie świąteczne wydane przez rodziców 

Miriam okazało się wyjątkowo nudne. Jednak 01iver z ul­

gą powitał fakt, że przystojna wdowa przestała mu się 

narzucać. Spotykali się niezmiernie rzadko, na ogół 
u wspólnych znajomych. 

W dniu jego wyjazdu z Londynu zaczął padać śnieg. 

Wyprostowany jak struna Tygrys przyglądał się mijanym 

samochodom. Ruch był duży i sporo czasu minęło, zanim 

Oliver wydostał się z miasta. Cieszył się, że za kilka go­
dzin zobaczy Amabel. 

R  S

background image

Wioska wyglądała zachwycająco. W oknie pokoju go­

ścinnego stała niewielka choinka z zapalonymi lampka­

mi. Wysiadł z samochodu i natychmiast zobaczył na koń­

cu ulicy Amabel z Cyrylem. Tygrys rzucił się, by ich 

powitać. 

- Witaj - powiedział pogodnie Oliver, nie zwracając 

uwagi na srogą minę Amabel. - Jadę do Glastonbury i po­

stanowiłem was odwiedzić. Jak się miewa ciotka? 

- Jest nieco zmęczona - odparła. - Odwiedziło nas 

mnóstwo osób. 

Ruszyli w stronę domu. 

- Zapewne chciałbyś ją zobaczyć? Niedługo skończy 

jeść śniadanie. - Ponieważ 01iver milczał, cisza stała się 

uciążliwa. - Domyślam się, że byłeś bardzo zajęty? -
odezwała się w końcu Amabel. 

- Tak. W drugi dzień świąt muszę wracać do Lon­

dynu. - Kiedy doszli do drzwi wejściowych, zatrzymał 

się. - Co się stało, Amabel? 

- Nic - odpowiedziała nieco zbyt pospiesznie. -

Wszystko jest w porządku - zapewniła go i otworzyła 

drzwi. - Pójdziesz sam do lady Haleford? Ja wytrę psy 
i doprowadzę się do porządku. 

Gdy wróciła do salonu, Oliver siedział w jednym 

ż dużych foteli przy kominku. 

- A teraz powiedz mi, co jest nie tak - poprosił spo­

kojnie. 

- Wolałabym o tym nie mówić. 

- Nalegam... 

R  S

background image

Odstawiła filiżankę z kawą. 

- Cóż, po prostu dowiedziałam sie, dlaczego zapro-

siłeś mnie na kolację. Nie poszłabym, gdybym znała mo­

tywy twojego postępowania. Nie musisz traktować mnie 

protekcjonalnie... 

01iver przygryzł wargę, by nie wybuchnąć śmiechem. 

Był szczęśliwy, że chodzi o taki drobiazg. 

- Chciałem spędzić z tobą ten wieczór, Amabel - po­

wiedział łagodnie. - I tylko dlatego zaprosiłem cię na ko­

lację, a nie po to, by zrobić przyjemność ciotce. Przecież 

wiesz, że świetnie się czuję w twoim towarzystwie. -
Miał ochotę powiedzieć znacznie więcej, ale jeszcze nie 

nadszedł odpowiedni moment. Kiedy się nie odezwała 

ani słowem, spytał, czy nadal może uważać się za jej 
przyjaciela. 

- Tak. Oczywiście. Przepraszam, że byłam taka nie­

mądra. 

- Po świętach znów wybierzemy się na kolację. Mam 

nadzieję, że jeszcze tu będziesz przez jakiś czas. 

- Jestem tu bardzo szczęśliwa. 
- Wiem, że brakuje ci wolnego czasu. Masz okazję. 

by wyjść, poznać kogoś młodego, rozerwać się? 

- Nie, ale specjalnie nad tym nie ubolewam. 

Oliver podniósł się. Nadal padał śnieg, a on miał 

przed sobą jeszcze dość daleką drogę. Tygrys niechętnie 
wstał z dywanu. Najwyraźniej wolałby zostać przed ko­

minkiem, w towarzystwie Oskara i Cyryla. Amabel po­

głaskała go. 

R  S

background image

- Jedź ostrożnie - poprosiła 01ivera. - Mam nadzie­

ję, że ty i twoja rodzina spędzicie wspaniałe święta. 

- Za rok będzie inaczej! - zapewnił ją. Wyjął z kie­

szeni niewielką paczuszkę i wręczył ją Amabel. - We­
sołych świąt, Amabel - powiedział i pocałował ją. 

Stała, tęsknie patrząc, jak odjeżdża, a w ręku mocno 

ściskała prezent. 

Otworzyła paczuszkę w Boże Narodzenie. To była 

przepiękna złota broszka w kształcie węzła, ozdobiona 
turkusami. Prosta rzecz, ale niezwykłe elegancka. 

Wstała, ubrała się i poszła do kościoła. Po skończonej 

mszy wszyscy wyszli przed kościół i składali sobie ży­
czenia. 

Po powrocie Amabel poszła sprawdzić, co porabia lady 

Haleford. Starsza pani nie była w najlepszym nastroju. Nie 
miała ochoty wstawać z łóżka ani jeść śniadania. Oznajmiła, 

że jest zbyt zmęczona, by oglądać prezenty. 

- Możesz mi poczytać - zezwoliła łaskawie. 

Amabel wybrała książkę „Małe kobietki". Znalazła 

rozdział opisujący Boże Narodzenie. 

Po jakimś czasie starsza pani przerwała jej. 

- Ależ ze mnie jędza... 
- Jest pani jedną z najmilszych osób, jakie znam -

zapewniła ją Amabel. Podeszła do lady Haleford i ser­
decznie ją uściskała. 

A więc i dla nich zaczęły się święta. Prezenty zostały 

rozpakowane, indyk i pudding zjedzone. Wieczorem 

Amabel ułożyła do snu starszą panią i też poszła wcześ-

R  S

background image

nie spać. Nie miała nic do roboty, a poza tym już nie 

mogła doczekać się jutra. Oliver będzie wracał do Lon-

dynu i może do nich wstąpi... 

Nie wstąpił. Znów padał śnieg i zapewne 01ivcr chciał 

jak najszybciej dotrzeć do Londynu. 

0!iver był tak bardzo zapracowany, że wieczorami pa-

dał wprost z nóg. Z początkiem roku zaczęła się epide­

mia grypy, ludzie chorujący na serce cierpieli na zaostrze­
nie dolegliwości i było mnóstwo przeziębień. Wychodził 

z domu rano, wracał późnym wieczorem i jadł to, co mu 
podał Bates. 

Pewnego dnia zadzwoniła do niego Miriam i zapro­

ponowała wspólny wypad do teatru. 

- Jestem bardzo zajęty, Miriam. Nie zdołam się wy­

rwać. Szaleje epidemia grypy. 

- Naprawdę? Nie wiedziałam. Na pewno masz dużo 

młodych lekarzy do pomocy. 

- Jak się okazuje, zbyt mało. 
- W takim razie pójdę z kimś innym - powiedziała, 

nie kryjąc złości. 

- Doskonały pomysł. Baw się dobrze. 

Odłożył słuchawkę, po czym ponownie ją podniósł. 

Chciał usłyszeć głos Amabel. Jednak po chwili zrezyg­

nował. Lepiej porozmawiać z Amabel osobiście. 

Miriam odłożyła słuchawkę i zaczęła intensywnie my­

śleć. Skoro Oliver jest zajęty, nie będzie miał czasu, żeby 

pojechać do Aldbury. Być może powinna odwiedzić tę 

R  S

background image

dziewczynę i wytłumaczyć jej, że 01iver tak naprawdę 

wcale nie jest nią zainteresowany... 

I tak któregoś mroźnego, pogodnego ranka Miriam 

wyruszyła w drogę. 

Kiedy zatrzymała samochód przed domem lady Ha­

leford, kościelny zegar wybił jedenastą. Drzwi otworzyła 
Nelly. Zaprowadziła gościa do salonu i poleciła poczekać 
na pannę Parsons. 

- Och, witam! - wykrzyknęła Miriam na widok Ama­

bel. - Już chyba miałyśmy okazję się poznać, prawda? 
Matka prosiła mnie, abym podarowała lady Haleford te 
kwiaty... 

- Lady Haleford zejdzie na dół za kilka minut -

oznajmiła Amabel, zastanawiając się, dlaczego ta kobieta 

nie wzbudza jej zaufania. 

Po kilku minutach pani domu rzeczywiście zeszła na 

dół. Prawie się nie odzywała, pozwalając, by ciężar pro­
wadzenia konwersacji spoczywał na Amabel. 

Miriam była ujmująco miła. Wręczyła pani domu 

kwiaty, przekazując rzekome pozdrowienia od matki, 
z prawdziwą troską wypytywała też lady Haleford 
o zdrowie. 

Starsza pani, zazwyczaj grzeczna i taktowna, tym ra­

zem bezceremonialnie przerwała wypowiedź Miriam. 

- Idę się na chwilę położyć. Amabel, ubierz się 

i oprowadź panią Potter-Stokes po okolicy. Pani Twit-
chett poda wam kawę za pół godziny. Ja się już pożeg­

nam. Proszę podziękować matce za kwiaty. 

R  S

background image

Już w holu Amabel odezwała się do Miriam. 

- Lady Haleford była bardzo chora i łatwo się męczy. 

Czy oprowadzić panią po tutejszym parku? 

Miriam ostro odmówiła, a potem, uprzytomniwszy so­

bie, po co przyjechała, dodała z uśmiechem: 

- Ale może zwiedzimy wioskę. 

Ruszyły uliczką obok kościoła. Miriam postanowiła 

natychmiast przystąpić do działania. 

- Nie jestem stworzona do życia na wsi - oznajmiła 

wyniośle. —Dobrze, że mieszkam w Londynie. Wkrótce 
wychodzę za mąż, a 0liver również mieszka i pracuje 
w tym mieście... 

- 01iver? - spytała ostrożnie Amabel. 
- Ładne imię, prawda? Jest lekarzem. Ma wspaniały 

dom. - Uśmiechnęła się do Amabel. - Pacjenci go uwiel­

biają. Zawsze skory do niesienia pomocy pokrzywdzo­

nym przez los... Ostatnio wybawił z kłopotu jakąś biedną 
dziewczynę i nawet pomógł jej znaleźć pracę. Mam na­
dzieję, że jest mu wdzięczna. Ona oczywiście nie ma 

pojęcia, gdzie Oliver mieszka. Bo widzi pani, to nie jest 

osoba, z którą miałoby się ochotę zawrzeć bliższą zna­

jomość. Zresztą, na pewno sama zdaje sobie z tego spra­

wę, jak pani uważa? 

- Z pewnością - powiedziała szybko Amabel. - Są­

dzę, że jest bardzo wdzięczna za okazaną jej pomoc. 

Miriam wsunęła dłoń pod ramię Amabel. 

- Tak mi się wydaje. Jeśli będzie go niepokoić, oso­

biście z nią porozmawiam. Nie pozwolę, by ktoś go na-

R  S

background image

gabywał. Kiedy się pobierzemy, wszystko będzie wyglą­

dać inaczej... 

Uśmiechnęła się do Amabel, zauważając z zadowole­

niem, że dziewczyna mocno pobladła. 

- Możemy wracać? Marzę o filiżance kawy.. 
Przy kawie miała wiele do powiedzenia na temat zbli­

żającego się ślubu. Amabel marzyła tylko o tym, by 
uwolnić się od jej towarzystwa. Wkrótce Miriam rzeczy­
wiście odjechała. 

Amabel nawet nie przyszło do głowy, że Miriam mog­

ła ją okłamać. 01iver niewiele mówił o swojej pracy, do­

mu czy przyjaciołach. Dlaczego miałby to robić? Pani 

Twitchett stwierdziła przy kilku okazjach, że często po­

magał ludziom. 

- To bardzo skryty człowiek - powiedziała do Ama­

bel. - Bóg jeden wie, jakie myśli kryją się w tej jego 

bystrej głowie. 

Na razie nie było najmniejszej nadziei na wyrwanie 

się z Londynu. Epidemia grypy przybrała zastraszające 

rozmiary. Jednak myśli o Amabel nie opuszczały 01ivera 

ani na chwilę. Miał nadzieję, że ona również czasem go 

wspomina. 

Miriam pojechała na wieś z przyjaciółmi, żeby nie 

zarazić się grypą. Co jakiś czas dzwoniła do 01ivera, 

pytając troskliwie o jego zdrowie. Zadowolona z tego, 

że posiała ziarno niepewności w duszy Amabel, bawiła 

się doskonale. Na szczęście ta dziewczyna okazała się 

R  S

background image

na tyle głupia i naiwna, by wierzyć we wszystko, co jej 

sie powie. 

Amabel nie przestawała myśleć o 01iverze. Uwierzyła 

Miriam, ale na wszelki wypadek postanowiła delikatnie 

wypytać lady Haleford. 

- Najwyższy czas, żeby się w końcu ustatkował - po­

wiedziała jej pracodawczyni. - Mam nadzieję, że nie oże­
ni się z tą Potter-Stokes. Nie cierpię jej, choć bez wąt­

pienia nie brak jej urody i ambicji. Gdyby się z nią oże­

nił, zrobiłby oszałamiającą karierę, gdyż ta kobieta zna 
odpowiednich ludzi, ale 01iver potrzebuje kogoś, kto go 
szczerze pokocha. 

Kiedy wreszcie starsza pani zasnęła, Amabel została 

sam na sam ze swymi myślami. Nie były najweselsze. 

Miriam nie uszczęśliwi 01ivera. Jemu potrzebna jest inna 

kobieta. Ktoś taki jak... ja, pomyślała nagle. 

Pozwoliła sobie na chwilę słabości. Chwilę marzeń 

o tym, jak wspaniałe byłoby móc go kochać i być przez 
niego kochaną. Nie miała pojęcia, gdzie mieszka i niemal 
nic nie wiedziała o jego pracy, ale była pewna, że umia­
łaby troszczyć się o niego, zajmować się jego domem, 

a potem dziećmi... 

- Z przyjemnością napiłabym się gorącego mleka -

głos lady Haleford wyrwał ją z zadumy. - Powinnaś 

pójść do łóżka, moja droga. Wyglądasz na zmęczoną. 

Przestała śnić na jawie, lecz nagle zrozumiała, że od 

dłuższego czasu jest beznadziejnie zakochana w 01ive-

R  S

background image

rze. Jednak Miriam dała jej wyraźnie do zrozumienia, 
że 01iver nie ma ochoty więcej jej widywać. 

Jeśli przyjedzie odwiedzić ciotkę, będę go unikać, po­

stanowiła. Będę grzeczna, ale chłodna. 

Takie myśli krążyły jej po głowie przez cały wieczór. 

Kiedy znalazła się w łóżku, mogła wreszcie spokojnie 

się wypłakać. 

Dwa dni później, w niedzielę, przyjechał Ołiver. Lady 

Haleford była tego dnia w wyjątkowo dobrym nastroju. 

Pozwoliła Amabel pójść do kościoła. W drodze powrot­

nej do domu dziewczyna zobaczyła zaparkowany przed 

domem samochód Olivera. Stanęła na ganku, starając się 
zebrać myśli. Gdyby wróciła do kościoła, mogłaby bez­
piecznie schować się w którejś z naw. Prawdopodobnie 
01iver nie zamierzał zabawić u ciotki zbyt długo, jakoś 
dotrwałaby do końca jego wizyty. 

Poczuła, że obejmuje ją czyjeś silne ramię. 

- Nie spodziewałaś Się mnie, prawda? - spytał radoś­

nie 01iver. - Przyjechałem na lunch. 

- Lady Haleford będzie zadowolona z twojej wizyty 

-odparła chłodno. 

Spojrzał na nią badawczo, 

- Dostałem rozkaz, by przed posiłkiem zabrać cię na 

krótki spacer. 

Mimo wcześniejszych postanowień nie potrafiła za­

chowywać się wobec niego z rezerwą. Byli przyjaciółmi, 
to prawda, i nigdy nikim więcej. 

- Gdzie jest Tygrys? - spytała. 

R  S

background image

- Podjada coś w kuchni. Poczekaj. Pójdę po niego 

i Cyryla. 

Zanim zdążyła odpowiedzieć, wszedł do domu. Gdy 

wrócił z obydwoma psami, ujął ją pod ramię. Ruszyli 

na spacer. Przyszło jej do głowy, że ostatni raz, kiedy 
tędy szła, towarzyszyła jej Miriam. 

- Byłeś ostatnio bardzo zajęty? 
- Bardzo. Dużo osób chorowało tu na grypę? 
- Chyba tylko dwie. Widziałeś już ciotkę? Jest w do­

skonałym stanie. 

- Spędziłem z nią kilka chwil. Rzeczywiście, jest le­

piej, ale jeszcze nie odzyskała pełni sił. Chcesz wyjechać, 

Amabel? 

- Nie, oczywiście, że nie. Chyba że lady Haleford 

mnie odprawi. 

- Wątpię. Myślałaś już o swojej przyszłości? 
- Nieustannie o niej myślę. Wiem już, co chcę robić. 

Pojadę odwiedzić ciotkę Thisbe, a potem zapiszę się na 

jakiś kurs komputerowy. Czytałam o jednym w gazecie. 

Organizują go w Manchesterze - powiedziała, siląc się 
na swobodny ton. - Zaoszczędziłam trochę pieniędzy, 
więc zapewne uda mi się wynająć jakieś skromne mie­

szkanie. 

01iver pomyślał, że to chyba nie najlepszy pomysł, 

ale postanowił zachować to dla siebie. 

- Bardzo rozsądnie. Myślałaś o odwiedzinach w do­

mu twej matki? 

- Tak. Chciałabym zobaczyć się z matką, ale pisała 

R  S

background image

mi po Bożym Narodzeniu, że jej mąż nie bardzo ma ocho­
tę mnie oglądać. 

- Mogłaby przyjechać tutaj... 
- Nie sądzę, żeby mu się to spodobało. Już jej to 

zresztą proponowałam. Matka jest bardzo szczęśliwa 

i nie chciałabym stać się przyczyną niesnasek w jej mał­

żeństwie. 

Minęli ostatni dom stojący przy drodze. Oliver za­

trzymał się i odwrócił Amabel twarzą do siebie. 

- Amabel, tak wiele chciałbym ci powiedzieć. 
- Nie - powiedziała twardo. - Ani teraz, ani nigdy. 

Wszystko rozumiem, ale nie chcę o tym rozmawiać. Nie 

pojmujesz? Jesteśmy przyjaciółmi i mam nadzieję, że za­

wsze tak będzie, ale kiedy stąd wyjadę, zapewne nigdy 
więcej sie już nie zobaczymy. 

- Dlaczego myślisz, że nigdy więcej się nie zobaczy­

my? - spytał powoli. 

- Nic z tego nie wyjdzie - stwierdziła. - A teraz pro­

szę, nie mówmy już o tym. 

Skinął głową, a jego błękitne oczy spojrzały na nią 

chłodno. 

- Powinniśmy już wracać. Inaczej lady Haleford bę­

dzie się martwić. 

Gdy tylko dotarli do domu, uciekła pod pretekstem 

sprawdzenia, co porabia lady Haleford. Po spacerze na­
brała rumieńców, choć nadal wyglądała na zmęczoną. 

Przypudrowała nos, poprawiła fryzurę i zeszła na dół. 

Lady Haleford była uszczęśliwiona wizytą Olivera. 

R  S

background image

Zadawała mu tysiące pytań. Znała wielu znajomych 
i przyjaciół bratanka i o każdym chciała się czegoś do­

wiedzieć. 

- A ty, Oliver? Wiem, że jesteś bardzo zajęty, ale na 

pewno prowadzisz jakieś życie towarzyskie? 

- Mówiąc szczerze, dość ograniczone. Miałem ostat­

nio naprawdę dużo pracy. 

- Była tu ta Potter-Stokes. Przywiozła kwiaty od 

matki. Zupełnie nie mam pojęcia, dlaczego, ledwo ją 
znam. Wystarczyło mi dziesięć minut rozmowy, by za­
nudziła mnie na śmierć. Wysłałam ją na spacer 

z Amabel. 

- Miriam tu była? - spytał 01iver i popatrzył na sie­

dzącą po przeciwległej stronie stołu Amabel. 

Speszona rzuciła 01iverowi przelotnie spojrzenie. 

- Jest bardzo piękna -. powiedziała po chwili. - By­

łyśmy na spacerze, wypiłyśmy kawę. Nie mogła zostać 
długo, jechała kogoś odwiedzić. Nasza wioska bardzo jej 

się spodobała... - przerwała, świadoma, że plecie bez 
sensu. 

Włożyła do ust kawałek kurczaka i zaczęła przeżu­

wać. Smakował jak papier. 

- Rzeczywiście, Miriam jest piękna - zgodził się 

Oliver, nie spuszczając z niej wzroku. Potem zwrócił 

się do ciotki. - Jestem pewien, że takie wizyty są dla 
ciebie rozrywką, ale pamiętaj, żeby się zanadto nie 

przemęczać. 

- Nie martw się o mnie. Amabel wygląda jak szara 

R  S

background image

myszka, ale uwierz mi, że potrafi mnie bronić jak lew. 

Bogu niech będą dzięki! Nie wiem, co bym bez niej zro­

biła - powiedziała, a po krótkiej przerwie dodała: - Ale 

oczywiście wkrótce stąd wyjedzie. 

- Dopiero wtedy, gdy pani sama tego zechce - po­

wiedziała Amabel. - Do tego czasu będzie pani się już 
tak dobrze, czuła, że nikt nie będzie pani potrzebny -
zapewniła ją z szerokim uśmiechem. - Pani Twitchett 

zrobiła pani ulubiony pudding. To bez niej nie mogłaby 

się pani obejść. 

- Jest ze mną od lat. 01iver, twoja pani Bates jest 

chyba dobrą kucharką. A jak miewa się Bates? 

- Jest moją prawą ręką. Jak tylko poczujesz się na­

prawdę dobrze, zabiorę cię do Londynu. 

Lady Haleford oznajmiła, że nadeszła pora na jej po­

obiednią drzemkę. 

- Zostaniesz na herbatę? - poprosiła Olivera. - Do­

trzymaj towarzystwa Amabel. Jestem pewna, że znajdzie­
cie wiele tematów do rozmowy. 

- Obawiam się, że muszę już wracać. - Spojrzał na 

zegarek. - Pożegnam się z wami. 

Kiedy Amabel zeszła na doi, już go nie było. 

W końcu mogła się tego spodziewać. Chciała jednak 

powiedzieć mu do widzenia, wyjaśnić... 

A właściwie, co tu wyjaśniać? Zakochała się 

w mężczyźnie zaręczonym z inną... Rozmowa nie miała 
sensu. I w ten sposób straciła jedynego prawdziwego 

przyjaciela. 

R  S

background image

Po południu lady Haleford, wypoczęta po godzinnej 

drzemce, zaczęła rozmowę o swoim bratanku. 

- Szkoda, że Oliver musiał tak wcześnie wyjechać. 

- Spojrzała uważnie na Amabel. - Lubicie się, prawda? 

- Tak - odparła Amabel. 

- To dobry człowiek. 

- Wiem - zgodziła się. - Czy przynieść pani sweter, 

lady Haleford? 

Starsza pani spojrzała na nią z uwagą. 

- Tak, Amabel. A potem zagramy w karły. To pozwo­

li nam zająć czymś myśli. 

Przez całą noc Amabel głowiła się, co ze sobą począć. 

Jak się wkrótce okazało, los sam zdecydował o jej naj­
bliższej przyszłości. 

Kilka dni po wizycie 01ivera, kiedy wróciła ze spa­

ceru, zadzwonił telefon. 

- Czy to ty, Amabel? - usłyszała głos ojczyma. -

Musisz natychmiast przyjechać do domu. Twoja matka 

jest chora. Była w szpitalu, a teraz wypisali ją do domu, 

ale nie ma kto się nią zajmować. 

- Co się stało? Dlaczego nie zawiadomiłeś mnie 

wcześniej? 

- To tylko zapalenie płuc. Myślałem, że potrzymają 

ją, aż całkiem wyzdrowieje, ale myliłem się. Większość 

dnia leży w łóżku i sam nie daję rady wszystkim się zaj­

mować. 

- Nie masz nikogo do pomocy? 
- Jest kobieta, która przychodzi do nas sprzątać i go-

R  S

background image

tować. Tylko mi nie mów, żebym zatrudnił pielęgniarkę, 

jesteś jej córką i twoim obowiązkiem jest tu przyjechać 

i zaopiekować się nią. Nie chcę słyszeć żadnych wymó­
wek, po prostu przyjedź. 

- Przyjadę, jak tylko będę mogła - obiecała i zapro­

wadziła Cyryla do kuchni. 

Pani Twitchett spojrzała na jej bladą twarz. 

- Co się stało? 

Dobrze było podzielić się z kimś swoim zmartwie­

niem. To przynosiło ulgę. 

- Musisz jechać, prawda, kochanie? - Nelly popa­

trzyła na Cyryla i Oskara. - Zabierzesz ze sobą. zwie­

rzęta? Bardzo je polubiłam. 

- Nie mogę. Ojczym chciał je zabić, dlatego wyje­

chałam z domu. - Amabel z trudem powstrzymywała 
łzy. - Zawiozę je do jakiegoś schroniska. 

- Nie ma takiej potrzeby - zapewniła ją pani Twit-

chett. - Zostaną z nami tak długo, jak będzie trzeba. 
Lady Haleford bardzo je lubi, a Nelly będzie wypro­

wadzać Cyryla, prawda? Idź i powiedz lady Haleford, 

co się stało. 

Starsza pani siedziała w łóżku, popijając poranną her­

batę. Kiedy usłyszała nowinę, natychmiast zareagowała. 

- To oczywiste, że musisz niezwłocznie pojechać do 

domu. Nie martw się o Cyryla i Oskara. Zaopiekuj się 

matką, dopóki całkiem nie wyzdrowieje, a potem wracaj 

do nas. Myślisz, że matka będzie nalegać, byś została 

w domu na dobre? 

R  S

background image

Amabel pokręciła przecząco głową, 

- Nie, nie wydaje mi się. Mój ojczym nie przepada 

za mną. 

- Idź spakować rzeczy i ruszaj w drogę. 

R  S

background image

ROZDZlAŁ DZIEWIĄTY 

Przez całą powrotną drogę do Londynu Oliver bił się 

z

 myślami. Nie ulegało dla niego najmniejszej wątpli­

wości, że Miriam powiedziała Amabel coś, co bardzo za­

smuciło dziewczynę i sprawiło, że zamknęła się w sobie. 

Jedynym sposobem, by dociec prawdy, było przeprowa­
dzenie szczerej rozmowy z Miriam. 

Następnego wieczoru pojechał do niej do domu. Aku­

rat było u niej kilkoro znajomych. Bez zbędnych wstę­

pów obwieścił, że musi z nią natychmiast porozmawiać. 

Najlepiej na osobności. 

- Ależ to niemożliwe, 01iver. Właśnie szykowaliśmy 

sie do wyjścia - odparła, patrząc na niego wyniośle i jed­

nocześnie z niepokojem. 

- Dołączysz do przyjaciół nieco później. Nadeszła po­

ra, abyśmy poważnie porozmawiali, Miriam, Ta chwila 

jest równie dobra, jak każda inna. 

- W takim razie zgoda -- odpowiedziała, uśmiechając 

się uwodzicielsko, - A już myślałam, że o mnie zupełnie 

zapomniałeś. 

Kiedy zostali sami, usiadła na sofie i wskazała mu 

miejsce obok siebie. 

R  S

background image

- Jak miło, mój drogi. Nareszcie tylko ty i ja. 

01iver usiadł w fotelu naprzeciwko. 

- Miriam, nigdy nie byłem „twoim drogim". Nie 

przeczę, że kilka razy dałem się gdzieś wyciągnąć, spo­

tykaliśmy się u wspólnych znajomych, chodziliśmy do 
teatru, na wystawy i kolacje, ale zawsze traktowałem cię 

wyłącznie jako przyjaciółkę. - Przerwał na moment, wes­

tchnął, a po chwili zapytał wprost: - Co powiedziałaś 
podczas spaceru Amabel? 

Piękna twarz Miriam skurczyła się, poszarzała. 

- A więc o to chodzi. Zakochałeś się w tej nudnej, 

bezbarwnej dziewczynie! Domyśliłam się tego kilka tygo­

dni temu, kiedy Dolores zadzwoniła z Yorku. Ona zba­

gatelizowała całą sprawę, ale ja wyczułam pismo nosem. 

Ależ sobie wybrałeś obiekt westchnień! Szara myszka, 
która nigdzie nie rusza się bez swoich wyliniałych zwie­
rzaków! Cóż, teraz i tak już na wszystko za późno... 
Powiedziałam jej, że zamierzasz mnie poślubić i że za­

opiekowałeś się nią z czystej uprzejmości. Dałam jej do 
zrozumienia, co powinna teraz zrobić - jak najszybciej 
zniknąć z twojego życia. Najlepiej raz na zawsze. 

Przerwała, ponieważ wyraz twarzy 01ivera zaniepo­

koił ją. Nie powiedział ani słowa, wstał z fotela i od­
wrócił się do wyjścia. 

- Proszę, nie odchodź. To nie jest odpowiednia żona 

dla ciebie. Potrzebujesz kogoś takiego jak ja, kto zna usto­

sunkowanych ludzi. Kobiety eleganckiej, błyskotliwej, 

inteligentnej. 

R  S

background image

01iver zatrzymał się na chwilę przy drzwiach. 

- A ja sądzę, że potrzebuję żony, którą pokocham 

i która mnie pokocha - powiedział i nie oglądając się 
za siebie, wyszedł. 

Następne dni miał wypełnione pracą, zarówno w szpi­

talu, jak i w prywatnym gabinecie. Nie mógł więc po­

jechać do Amabel, by z nią porozmawiać. Kusiło go, że­

by zadzwonić, ale wolał załatwić to osobiście. To nie 

była sprawa na telefon. 

Pojechał do domu i zamknął się w gabinecie. Wie­

dział, że jeżeli natychmiast nie przestanie myśleć o Ama­

bel, chyba postrada zmysły. 

Lady Haleford wezwała do siebie panią Twitchett 

i spytała ją, jak Amabel ma zamiar dostać się do domu. 

- Nie mam pojęcia, gdzie ta dziewczyna mieszka. Coś 

słyszałam, że pochodzi z Yorku. To prawda? 

- Rzeczywiście, przyjechała do nas z Yorku. Ma tam 

ciotkę. Zamieszkała u niej, gdy jej matka powtórnie wy­

szła za mąż. Zdaje się, że ojczym nie przepada za Amabel. 

Mieszkają gdzieś niedaleko Castle Cary. Będzie musiała 

pojechać pociągiem, a stamtąd taksówką albo autobusem, 

jeżeli jakiś w ogóle kursuje. - Pani Twitchett zawahała 

się. - Proszę pani, czy mogłybyśmy zatrzymać Oskara 

i Cyryla na czas jej nieobecności? Jej ojczym bardzo ich 
nie lubi i chciał je nawet uśpić. Dlatego, między innymi, 

wyjechała z domu. 

R  S

background image

- Biedne dziecko. Poleć Williamowi, aby zawiózł ją 

do domu. Już jej powiedziałam, że zwierzęta mogą zostać 

u nas. 

Tak więc Amabel pojechała do domu samochodem, 

co było jej bardzo na rękę. Nie miała czasu zaplanować 
dokładnie podróży, a chciała dojechać na miejsce jak naj­
szybciej. 

Było późne popołudnie, gdy William zatrzymał sa­

mochód na podjeździe. 

W kilku oknach paliły się światła, wydobywając 

z mroku ogromną szklarnię stojącą obok domu. Kiedy 
wysiedli z samochodu, Amabel spojrzała tęsknie na miej­
sce, w którym niegdyś rósł sad. 

Drzwi frontowe były otwarte. Kiedy weszli do holu, 

w drzwiach kuchennych pojawił się Keith. 

- Najwyższa pora - mruknął opryskliwie na powita­

nie. - Twoja matka jest w salonie. Czeka, żeby jej pomóc 
ułożyć się do snu. 

- To jest William, który mnie przywiózł do domu -

oznajmiła. - Wraca do Aldbury, ale przedtem z chęcią 
napiłby się herbaty. 

- Nie mam czasu na głupstwa. 
Amabel zwróciła się do Williama. 

- Zapraszam do kuchni. Zaraz zrobię herbatę, tylko 

najpierw przywitam się z mamą. 

Kiedy weszła do salonu, matka podniosła głowę. 

- Jesteś, Amabel. Tak wspaniałe znów cię widzieć. 

Cieszę się, że będziesz się mną opiekować. - Nadstawiła 

R  S

background image

policzek do ucałowania. - Keith postanowił ci wybaczyć. 
Jeśli chcesz, możesz znów z nami zamieszkać. 

- Mamo, muszę poczęstować kierowcę herbatą. Zaraz 

wrócę i wtedy porozmawiamy. 

William cierpliwie czekał w kuchni. Po ojczymie nie 

było śladu. 

- Niezbyt ciepłe powitanie, panienko. 

Amabel zagrzała czajniczek. 

- Cóż, wszystko wydarzyło się tak nagle. Ma pan 

ochotę na kanapkę? 

Pokrzepiony posiłkiem William wkrótce wyjechał. 

Chciał jak najszybciej dotrzeć do Aldbury. Amabel po­
spieszyła do matki. 

- Opowiedz mi, co się stało, mamo. Cały dzień leżysz 

w łóżku? Czy wpada tu lekarz? 

- Miałam zapalenie płuc, kochanie. Musiałam iść do 

szpitala, gdyż Keith nie był w stanie mnie pielęgnować. 

- Nie macie nikogo do pomocy? 
- Oczywiście, że mamy. Pani Twist przychodzi co­

dziennie, by zająć się domem i coś ugotować. W szpitalu 
powiedzieli, że codziennie będzie odwiedzać mnie pie­
lęgniarka, choć tak naprawdę była tylko raz czy dwa razy. 

Keith się z nią pokłócił. Na wieść o twoim przyjeździe 

natychmiast ją zwolnił. Tak samo zresztą, jak panią Twist. 

Skoro wróciłaś, nie musimy już nikogo zatrudniać. 

- Ojczym powiedział mi przez telefon, że nie ma kto 

się tobą zająć. A przecież korzystał z pomocy pielęgniar­

ki i gospodyni... 

R  S

background image

- Cóż, kochanie, wiesz, jacy są mężczyźni - powie­

działa lekkim tonem matka. - Keith uznał, że nie ma 

sensu płacić pielęgniarce i pani Twist, skoro wracasz do 

domu. 

- Mamo, chyba żartujesz. Dostałam dobrą pracę, usa­

modzielniłam się, robię plany na przyszłość. Przyjecha­

łam, ponieważ uwierzyłam, że naprawdę potrzebujecie 

mojej pomocy. Zostanę, dopóki zupełnie nic wydobrze­

jesz, ale musisz ponownie zatrudnić panią Twist, a jeśli 

będzie trzeba, także pielęgniarkę. Chcę wrócić do Ald-

bury najszybciej, jak to możliwe. Wiesz dobrze, że Keith 

mnie nie lubi. Ale ty jesteś z nim szczęśliwa, tak? 

- Tak, Amabel. Jestem. Zupełnie nic mogę zrozu­

mieć, dlaczego wy dwoje nie potraficie się dogadać. 
Ale bardzo się cieszę, że wróciłaś, teraz będę miała 

troskliwą opiekę. Nadal jestem bardzo słaba. Śniadania 

jadam w łóżku, całe dnie spędzam przy kominku. Nie 

mam apetytu, ale ty zawsze świetnie gotowałaś i wiesz, 

co lubię. Keith jada wcześnie, potem będziesz miała 
cały dzień, by zająć się domem. - Zrobiła krótką prze­

rwę, po czym dodała pojednawczym tonem: - Keith 
doskonale prowadzi interes. Teraz, kiedy nie będzie 
musiał płacić pani Twist i pielęgniarce, zainwestuje te 
pieniądze w ogród. A teraz na pewno chcesz się roz­
pakować, kochanie. Oczywiście zajmiesz swój dawny 
pokój. Nie jestem pewna, czy łóżko jest posłane, ale 
przecież wiesz, gdzie co leży. Kiedy zejdziesz na dół, 
zdecydujemy razem, co zrobić na kolację. 

R  S

background image

Naturalnie łóżko nie było posłane, nikt też nie pomyślał, 

by ogrzać pokój. Amabel usiadła ciężko na łóżku. Przede 

wszystkim musiała zebrać myśli. Nie zostanie tu dłużej, 
niż będzie tego wymagała sytuacja. Jak tylko nadarzy się 

okazja, porozmawia z panią Twist, zobaczy się również z le­

karzem matki i zorganizuje wizyty pielęgniarki, niezależnie 

od tego, co będzie miał na ten temat do powiedzenia jej 
ojczym. Kochała matkę, ale wiedziała, że nie jest w tym 

domu mile widziana. Oczywiście, ojczym zadzwonił po nią 
tylko po to, by zaoszczędzić trochę pieniędzy. 

Posłała łóżko, rozpakowała się i zeszła na dół do 

kuchni. Na szczęście w lodówce było mnóstwo jedzenia. 

Przynajmniej przez kilka dni nie będzie musiała robić 
zakupów... 

Matka miała ochotę na omlet. 
- Dla Keitha omlet to stanowczo za mało. W lo­

dówce są wieprzowe kotlety. Mogłabyś ugotować do 
nich ziemniaki i zrobić sałatkę z porów. Nie zdążysz 

przygotować puddingu, ale są sery i mnóstwo herbat­

ników... 

- Nic nie ugotowałaś, mamo? 
- Cóż, Keith nie potrafi gotować, a pani Twist prze­

stała przychodzić. Dobrze, że przyjechałaś, wiesz prze­

cież, jak bardzo nie lubię gotować. A poza ty jestem je­

szcze taka słaba... 

Następnego ranka Amabel poszła do wioski, by zo­

baczyć się z lekarzem. Był miłym, choć nieco roztarg­

nionym i bardzo zapracowanym starszym panem. 

R  S

background image

- Pani matka jest już prawie zdrowa - zapewnił Ama-

bel. - Nie ma powodu, dla którego nie mogłaby wyko­
nywać lekkich prac domowych. Pod warunkiem jednak, 

że będzie dużo wypoczywać. Trzeba zrobić kontrolne ba­

dania i regularnie przyjmować leki. Powinna ją też obej­
rzeć doświadczona pielęgniarka. Szkoda, że pani ojczym 

nie zgodził się na jej wizyty. Podobno to pani będzie się 

teraz zajmować matką. 

- Czy moja matka była ciężko chora? 
- Nie, skądże. Zapalenie płuc to poważna choroba, 

ale gdy leczy się ją właściwie, pacjent szybko dochodzi 
do zdrowia. Oczywiście mówię o ludziach z dobrym sy­
stemem odpornościowym, a pani matka do takich właśnie 
należy. 

- Ojczym poinformował mnie, że matka była bardzo 

chora i pozostawiona bez żadnej pomocy. - Westchnęła. 

- Przyjechałam najszybciej, jak mogłam, ale mam dobrą 
pracę... 

- Cóż, nie ma powodów do obaw. Pani matka bę­

dzie już wkrótce zdrowa jak ryba. To kwestia kilku 

dni, nie dłużej. Potem będzie mogła wrócić do poprze­

dniego trybu życia. Rozumiem, że ma kogoś do po­

mocy? 

- Mój ojczym zwolnił panią Twist... 

- W takim razie musi ją pani ponownie zaangażować. 

To ktoś z okolicy? 

- Tak. 

- Mam nadzieję, że potrafi pani przemówić panu Gra-

R  S

background image

hamowi do rozsądku. Kiedy pani Twist wróci do pracy, 
pani będzie mogła wyjechać. 

Amabel następnego dnia powtórzyła te słowa ojczy­

mowi. 

- Musisz zrozumieć, że powinnam stawić się w pracy 

najpóźniej pod koniec tygodnia. Lekarz powiedział mi, 
że do tego czasu matka odzyska siły. Pora, byś powtórnie 
zatrudnił panią Twist. 

- Jesteś wyrodną córką - oznajmił czerwony z wściekło­

ści Keith. - Twoim obowiązkiem jest zostać tutaj... 

- Wcześniej nie chciałeś, żebym tu mieszkała - po­

wiedziała cicho Amabel. - Zostanę przez tydzień, a ty 

w tym czasie znajdź kogoś do pomocy. - Skinęła głową 

w jego stronę. - Nie musiałeś mnie wzywać. Kocham 

moją matkę, ale wiesz równie dobrze, jak ja, że wyjąt­
kowo mnie nie znosisz. Nie wiem, dlaczego mnie tu 

ściągnąłeś. 

- Dlatego, że nie zamierzam płacić obcej kobiecie za 

prowadzenie domu, skoro moja pasierbica może wykonać 

tę pracę za darmo. 

Amabel wstała. Gdyby miała coś pod ręką, z pewno­

ścią nie zawahałaby się, by cisnąć tym w Keitha. 

- Pod koniec tygodnia wracam do pracy - oznajmiła 

i wyszła z pokoju. 

Musiała jednak jakoś przetrwać te kilka dni pod 

wspólnym dachem. Pracy było mnóstwo. Gotowanie, 
czyszczenie kominków, noszenie węgla, słanie łóżek, 

sprzątanie domu. Ojczym nie kiwnął palcem, by jej po-

R  S

background image

móc. Przychodził na posiłki, a kiedy akurat nie miał nic 
do roboty, siadał przed kominkiem i czytał gazetę. 

Amabel nic nie mówiła. W końcu już niedługo jej tu 

nie będzie... 

W dniu zaplanowanego wyjazdu wstała rano, spako­

wała torbę i zeszła na dół, by jak zwykle przygotować 

Keithowi śniadanie. Właśnie smażyła jajka na bekonie, 
kiedy wszedł do kuchni. 

- Twoja matka jest chora - oznajmił na powitanie. 

- Nic spała całą noc, ja zresztą też. Powinnaś do niej 

pójść. 

- O której przychodzi pani Twist? 
- Wcale nie przychodzi. Nie miałem czasu do niej 

zadzwonić. 

Amabel pospieszyła sprawdzić, jak się miewa matka. 

- Czuję się okropnie, Amabel. Boli mnie w piersiach 

i pęka mi głowa. Nie możesz mnie teraz zostawić. 

- Przyniosę ci filiżankę herbaty i wezwę lekarza. 
Zeszła na dół, żeby zostawić w rejestracji wiadomość 

dla doktora. Ojczym był na nią wściekły. 

- Po co wzywasz lekarza? Nawet nie zapytałaś mnie 

o zdanie. Wystarczy, jak matka kilka dni poleży w łóżku. 

Mogłabyś zostać jeszcze jakiś czas. 

- Zostanę, dopóki nie wróci pani Twist. Najlepiej, je­

śli zadzwonisz do niej jeszcze dziś. 

Matka nie chciała jeść śniadaniu, więc Amabel po­

mogła jej się umyć, posłała łóżko i posprzątała pokój. 

Potem zeszła na dół, by odwołać taksówkę. Nie miała 

R  S

background image

innego wyjścia, musiała zostać i poczekać na wizytę le­

karza oraz powrót pani Twist. 

Lekarz stwierdził, że stan matki jest dobry. Narzekała 

na bóle w klatce piersiowej, ale badanie niczego nie wy­
kazało. Natomiast ból głowy był zapewne wynikiem bez­

sennej nocy. 

- Myślę, że matkę mogła zdenerwować wiadomość 

o pani wyjeździe - powiedział z wyraźnym wahaniem. 

- Wydaje mi się, że dobrze by było, gdyby została pani 

jeszcze dzień albo dwa. Czy pan Graham dzwonił już 

do pani Twist? 

- Nie. Powiedział, że nie miał czasu. Chyba sama 

do niej pojadę. Czy to możliwe, by mama ponownie za­
chorowała? 

- Moim zdaniem jest już zupełnie zdrowa. Trochę za 

bardzo się ze sobą pieści, być może chce też wzbudzić 
pani litość. Więc gdyby mogła pani zostać jeszcze jakiś 

czas... 

- Naturalnie, doktorze. Zostanę z matką tak długo, 

jak będzie trzeba - uśmiechnęła się. - Dziękuję, że pan 

zechciał przyjechać. 

Poklepał ją przyjacielskim gestem po ramieniu. Po­

myślał, że ta dziewczyna nie wygląda najlepiej. Posta­

nowił zadzwonić do niej za dzień lub dwa. 

Amabel rozpakowała torbę, zapewniła matkę, że zo­

stanie z nią jeszcze jakiś czas, a potem pojechała zoba­
czyć się z panią Twist. 

Pani Twist okazała się korpulentną, pogodną i dobro-

R  S

background image

duszną osobą. Wysłuchała Amabel w ciszy i skupieniu, 
a potem odezwała się z uśmiechem. 

- Przykro mi, ale jestem zmuszona odmówić. Dzisiaj 

przyjeżdża do mnie mama. Zostanie przez tydzień 
i w tym czasie nie będę mogła podjąć pracy. Jak tylko 

wyjedzie, będę przychodziła codzienne, jak dotąd. Czy 

pani pomieszka tu trochę dłużej? 

- Dzisiaj powinnam wrócić do pracy, ale mama po­

prosiła mnie, żebym została jeszcze kilka dni. - Nie mog­
ła się powstrzymać, by nie dodać: - Bo pani na pewno 

nie zrezygnuje z tej posady, prawda? 

- Naturalnie, moja droga. Tydzień minie bardzo szyb­

ko. Lubię przychodzić do pani mamy. To taka miła i to­
warzyska osoba. 

Amabel pożegnała się z nią serdecznie. Ona też bar­

dzo lubiła ucinać sobie pogawędki z matką, ale nie miała 

na to zbyt wiele czasu. Kiedy kończyła pracę i siadała, 
matka niemal nie dopuszczała jej do słowa. Opowiadała, 

jaki Keith jest dla niej dobry, jakie ubrania jej kupił, gdzie 

zamierzają wyjechać na wakacje, zanim zacznie się praca 
w ogrodzie, jaka jest szczęśliwa... Nie interesowała się 

natomiast sprawami córki. 

- Spodziewam się, że masz dobrą pracę, kochanie. -

powiedziała któregoś dnia. - Zawsze, byłaś bardzo nie­
zależna. Musisz mi o tym kiedyś opowiedzieć... Wspo­

minałam ci już o naszych wakacjach? 

Dni ciągnęły się w nieskończoność, od rana do wie­

czora wypełnione ciężką pracą. Amabel wysłała do lady 

R  S

background image

Haleford kartkę, zawiadamiając, że wróci natychmiast, 

jak tylko zorganizuje dla mamy jakąś pomoc. Ponieważ 

matka z każdym dniem czuła się coraz lepiej, pozosta­
wało jedynie czekać na ponowne pojawienie się pani 
Twist. Natomiast pani Graham nadal całymi dniami wy­
legiwała się w łóżku. Nie kwapiła się do pomocy przy 

pracach domowych. 

- Nie muszę nic robić - powiedziała ze śmiechem. 

- Mam przecież ciebie. 

- Zakładasz, że pani Twist będzie wszystko robiła 

w domu sama? 

- Oczywiście, ja zajmę się wyłącznie kuchnią. Teraz 

nie ma takiej potrzeby, bo ty jesteś doskonałą kucharką, 

kochanie, no i przynajmniej się nie nudzisz. 

Jeszcze tylko jeden dzień, pomyślała nieco smętnie 

Amabel. Tęskniła za Cyrylem i Oskarem. Tęskniła też 
za 01iverem, ale starała się o nim nie myśleć. Po co na­

bijać sobie głowę mrzonkami? 

Minęły dwa tygodnie od wyjazdu Amabel, kiedy do­

ktor Fforde znalazł wreszcie wolną chwilę, by pojechać 
do Aldbury. Ciotka jak zawsze przywitała go z wielką 

radością. 

- Pewnie przyjechałeś, żeby zobaczyć się z Amabel. 

Cóż, nie ma jej tutaj. Musiała pilnie pojechać do domu, 
do chorej matki. Planowała, że spędzi tam najwyżej ty­
dzień, ale jej wizyta trochę się przeciągnęła. Niedawno 
dostałam od niej kartkę. Obiecała, że wkrótce do nas wró-

R  S

background image

ci. Potem jednak nadszedł kolejny list, w którym oznaj­

miła, że musi zostać w domu jeszcze kilka dni. Zasta­

nawiam się, dlaczego po prostu do mnie nie zadzwoniła. 

Poprosiłam panią Twitchett, żeby do niej zatelefonowała. 

Odebrał jakiś mężczyzna. Był bardzo nieuprzejmy i oz­
najmił, że Amabel nie ma w pobliżu, a on nie zamierza 

jej szukać. 

Było późne popołudnie. 01iver bardzo chciał wsiąść 

do samochodu i pojechać do Amabel, ale nie mógł tego 
zrobić. Rano musiał być w szpitalu. Trzeba będzie po­
czekać kolejne dwa dni. 

Myślał o tym, żeby do niej zadzwonić, ale to mogłoby 

tylko pogorszyć sprawę. Pokusa była jednak zbyt silna. 

Kiedy znalazł się w domu, usiadł przy biurku i wziął do 

ręki słuchawkę. Przynajmniej dowie się, co naprawdę sły­
chać u Amabel... 

Telefon odebrał lekarz pani Graham. Był bardzo 

uprzejmy. Powiedział, że matka Amabel miewa się coraz 
lepiej i nie wymaga nieustannej opieki. Szantażuje córkę 
swym złym samopoczuciem, by zatrzymać ją w domu 

jak najdłużej. 

- Czy mógłbym w jakikolwiek sposób pomóc? -

spytał na zakończenie. 

- Nie, nie, bardzo dziękuję. Chciałem się tylko dowie­

dzieć, czy matka rzeczywiście potrzebuje pomocy Amabel. 

- Skądże, uważam nawet, że już mogłaby spokojnie 

wychodzić z domu, ale z jakichś powodów udaje słabszą, 

niż jest w rzeczywistości. 

R  S

background image

Zaraz potem do telefonu podeszła Amabel. 

- Dzień dobry - przywitała go chłodno. 
Porozmawiał z nią przez chwilę, po czym odłożył słu­

chawkę i ruszył na poszukiwanie Batesa. Teraz mógł je­
dynie uzbroić się w cierpliwość i czekać na wolną chwi­
lę, by pojechać do Amabel. 

Natychmiast po wyjechaniu z centrum Londynu 01iver 

dodał gazu. Miał nadzieję, że niczego nie zapomniał. W cią­

gu następnych kilku godzin wiele miało się wydarzyć 
i chciał mieć pewność, że wszystko pójdzie po jego myśli. 

Kiedy zajechał pod dom Amabel, padał deszcz. Teraz, 

kiedy wokół nie było sadu, dom wyglądał, jakby był nagi. 
Zbudowane obok niego szklarnie nie dodawały mu uroku. 
01iver skręcił za dom, wysiadł, wypuścił Tygrysa 

i wszedł do domu przez kuchenne drzwi. 

Amabel stała przy zlewie i obierała ziemniaki. Miała 

na sobie zbyt obszerny fartuch, a związane w koński 

ogon włosy opadały jej na jedno ramię. Wyglądała na 
zmęczoną. Była blada i miała podkrążone oczy. 

Nie było czasu na wyjaśnienia. Doktor podszedł do 

zlewu, wyjął z jej rąk nóż i objął ją. Nic nie powiedział, 
nie pocałował jej, tylko mocno do siebie przytulił. Kiedy 
pan Graham wszedł do kuchni, 01iver nadal obejmował 
Amabel. 

- Kim pan jest? - spytał ostro. 

01iver lekko odsunął się od Amabel. 

- Nic nie mów, tylko idź po swoje rzeczy i płaszcz 

- powiedział cicho. 

R  S

background image

Było w jego głosie coś, co sprawiło, że bez słowa 

wyswobodziła się z jego uścisku i popatrzyła na niego 

uważnie. 

- Pospiesz się, kochanie. 

Poszła na górę, myśląc tylko o tym, że powiedział 

do niej „kochanie". Powinna zaprosić go do salonu, 

przedstawić matce.., Zamiast tego wyjęła z szafy walizkę 

i zaczęła układać w niej rzeczy. Kiedy była spakowana, 

wzięła płaszcz i zeszła na dół. 

Oliver patrzył, jak powoli schodzi po schodach. 
Ojczym Amabel zaczął mówić do niego oskarżyciel­

skim głosem: 

- Nie wiem, kim pan jest, ale niezależnie od tego... 

- Powiem panu - przerwał mu cicho 01iver.- A kie­

dy skończę, poproszę pana, by zaprowadził innie pan do 

matki Amabel. 

Amabel podniosła na niego zdziwiony wzrok. Wszys­

cy przeszli do salonu. 

- Przyjechał po Amabel - oznajmił pan Graham, pa­

trząc wrogo na 01ivera. - Nie wiem, jak to sobie wy­

obrażają. Ona jest twoja córką i powinna się tobą zająć. 
Zwłaszcza kiedy tak kiepsko się czujesz... 

- Pani doktor zapewnił mnie, że całkiem wróciła pani 

do zdrowia, pani Graham. Rozumiem też, że ktoś pomoże 

pani prowadzić gospodarstwo... 

- Jestem niepocieszona - zaczęła pani Graham. 

Krótkie spojrzenie na stojącego obok mężczyznę prze­
konało ją, że szlochanie nic nie pomoże. - W końcu 

R  S

background image

córka powinna zająć się swoją matką. Jej obowiązkiem 

jest... 

- Prowadzić cały dom i gotować? 

Sądząc po tym, jak wyglądała Amabel, w jego sło­

wach nie było cienia przesady. 

- Powinna być nam wdzięczna - oznajmił pan Gra­

ham. - Ma dom, do którego zawsze może wrócić. 

- Dom, w którym traktuje się ją jak bezpłatną służą­

cą? - spytał zimno 01iver. - Panie Graham, rozmowa 

z panem na dobre popsuła mi humor. 

- Kto zajmie się tym wszystkim, kiedy Amabel wy­

jedzie? 

- Jestem pewien, że w wiosce znajdzie się ktoś od­

powiedni, kto pomoże w prowadzeniu domu. - Zwrócił 

się do stojącej w milczeniu Amabel. - Wszystko jest za­

łatwione - oznajmił jej. - Myślę, że powinnaś się po­

żegnać. Zaraz wyruszamy w drogę. 

Amabel chciała zadać mu kilka pytań, poprosić o wy­

jaśnienie całego zajścia, ale zdołała tylko powiedzieć sła­

bym głosem: 

- Tak, Oliver. 

Pocałowała matkę w oba policzki -i chłodno skinęła 

głową ojczymowi. 

- Mam ci wiele do powiedzenia - oznajmiła cicho 

- ale chyba nie warto. - Wzruszyła lekceważąco ramio­

nami i wyszła za Oliverem. Gdy zobaczyła Tygrysa, zu­
pełnie się uspokoiła. 

- 01iver - zaczęła. 

R  S

background image

- Porozmawiamy po drodze - odparł z uśmiechem 

i otworzył drzwi. Usadowił psa na tylnym siedzeniu, 

a Amabel wskazał miejsce obok siebie. 

- Akurat zdążymy do domu na kolację. Zatrzymamy 

się w Aldbury, by zabrać Cyryla i Oskara - poinformo­

wał z uśmiechem Amabel. 

- Ale dokąd właściwie jedziemy? 

- Do domu. 
- Ja nie mam domu. 

- Ależ oczywiście, że masz. - Położył rękę na jej ko­

lanie. - Myślę o naszym domu, kochanie. 

Zapadło milczenie. 01iver dał jej czas, by oswoiła się 

z jego słowami. Jednak Amabel nie była w stanie zebrać 
myśli. W głowie miała prawdziwy mętlik. 

- Zatrzymamy się, żeby coś zjeść? - spytał spokoj­

nym głosem 01iver. 

Nie czekając na odpowiedź, zaparkował samochód 

przed niewielkim pubem, stojącym w pewnym oddaleniu 

od głównej drogi. 

W środku było przytulnie i cicho. Przy barze siedziało 

kilka osób, popijających kawę i zajadających kanapki. 

Kiedy skończyli jeść, Oliver zaproponował, aby prze­

szli się chwilę z Tygrysem. 

Ruszyli ramię w ramię drogą prowadzącą w stronę 

lasu. Amabel rozpaczliwie zastanawiała się, od czego 

rozpocząć rozmowę, ale po chwili uznała, że woli mil­

czeć. Teraz czuła się szczęśliwa i wszelkie słowa były 

zbędne. 

R  S

background image

Jednak kiedy zatrzymali się, by popatrzeć na widok, 

jaki się przed nimi roztaczał, Oliver odwrócił Amabel 

twarzą do siebie. 

- Kocham cię. Na pewno o tym wiesz. Kocham cię 

od chwili, w której cię ujrzałem, choć początkowo nie 
zdawałem sobie z tego sprawy. Wydawałaś mi się taka 
młoda, taka zdeterminowana, by stanąć na własnych no­
gach. Jestem od ciebie sporo starszy... Może powinnaś 

rozejrzeć się za kimś młodszym. 

- Bzdura - przerwała mu stanowczo. - Masz akurat 

tyle lat, ile potrzeba. Nie rozumiem dokładnie, co się wła­

ściwie wydarzyło, ale to nie ma teraz większego znacze­

nia. .. - Spojrzała mu w oczy. - Mam wrażenie, że zna­

my się od bardzo wielu lat. Nie wyobrażam sobie życia 

bez ciebie... 

Pocałował ją, a ona miała wrażenie, że unosi się nad 

ziemią, lekka niby ptak. 

Po dłuższej chwili wrócili do samochodu i Amabel, 

lekko ponaglana przez Olivera, opowiedziała mu 

o dwóch tygodniach spędzonych w domu. 

- Kto ci powiedział, że tu jestem? - Po wysłuchaniu 

jego odpowiedzi, odważyła się poruszyć temat, który nie 

dawał jej spokoju. - Oliver, Miriam Pottr-Stokes powie­
działa mi, że zamierzacie sie pobrać. 'Teraz wiem, że to 

nieprawda, ale dlaczego mnie okłamała. Planowaliście 

ślub, zanim mnie poznałeś? 

- Nie, kochanie. Kilka razy spędziłem z nią wieczór 

i spotykaliśmy się u wspólnych przyjaciół. Nigdy jednak 

R  S

background image

nie przyszło mi do głowy, by się z nią ożenić. Myślę, 

że chciała mnie usidlić, by zostać panią doktorową 

i wieść dostatnie życie. 

- No, to wszystko w porządku - powiedziała, nie 

kryjąc ulgi i radości. 

- Kochanie, jeśli w dalszym ciągu będziesz tak pro­

mieniała szczęściem, będę zmuszony zatrzymać samo­
chód i pocałować cię. 

Oczywiście w domu lady Haleford wszyscy przywi­

tali ich z ogromną radością. Pani Twitchett, Nelly, Oskar 
i Cyryl wybiegli na powitanie do holu. Potem przeszli 
do salonu, w którym siedziała lady Haleford. 

- Amabel, tak się cieszę, że cię znów widzę! - wy­

krzyknęła na powitanie. - Jak rozumiem, tym razem to 

tylko krótka wizyta. Mam jednak nadzieję, że odwiedzisz 
czasem starą ciotkę. Będę tęskniła za tobą i twoimi zwie­

rzętami. Na kiedy planujecie ślub? 

Amabel zarumieniła się, natomiast 01iver odpowie­

dział bez wahania. 

- Jak tylko wszystko zdołamy zorganizować, cio­

ciu. Co ty na to? 

- To dobrze. Przyjadę na ślub i oczywiście zabiorę 

ze sobą Nelly i panią Twitchett. A teraz napijemy się 

pysznej herbaty... 

Godzinę później, gdy byli już w samochodzie, Amabel 

mruknęła do Olivera. 

- Nawet nie poprosiłeś mnie o rękę... 

Spojrzał na nią z psotnym uśmiechem. 

R  S

background image

- Zrobię to, bez wątpienia. Kiedy będziemy sami. 

Czekałem na tę chwilę bardzo długo, najdroższa, ale nie 
zamierzam oświadczać ci się na autostradzie, podczas jaz­
dy samochodem. 

- Nawet nie wiem, gdzie mieszkasz.. 
- W ładnym domu przy cichej uliczce. Mam ogród 

okolony wysokim parkanem, idealny wybieg dla Oskara 
i Cyryla. Mieszkam z Batesem i jego żoną, którzy zaj­
mują się mną i Tygrysem. Teraz będą zajmowali się naszą 

piątką. 

-- To duży dom? 
- Nie, niezbyt duży. W sam raz dla mężczyzny, jego 

żony i ich dzieci. Będzie nam w nim wygodnie. 

- Ja chyba śnię. 

Amabel miała o czym myśleć. Patrzyła przez okno 

samochodu na zapadający zmierzch, podziwiając kolor 
nieba rozświetlonego blaskiem zachodzącego słońca. Od 

czasu do czasu Oliver coś mówił, a śpiące z tyła zwie­
rzęta posapywały cicho. 

Nie była pewna, czego się spodziewać. Kiedy wy­

siedli z samochodu, ujrzała rząd eleganckich domów 
z tarasami. Szerokie schody wiodły do imponujących 
drzwi wejściowych. 01iver jednak nie dał jej czasu na 
zwiedzanie. Drzwi jednego z domów były otwarte. 

W padającym z nich snopie światła widać było czyjąś 
postać. 

- jesteśmy w domu - oznajmił Oliver, ujmując ją 

pod ramię i prowadząc w stronę schodów. 

R  S

background image

Obawiała się nieco spotkania z Batesem, ale jak się 

okazało, zupełnie niepotrzebnie. Bates rozpromienił się 

na jej widok, niczym kochający wujek. Stojąca z boku 
pani Bates wyciągnęła na powitanie rękę, uśmiechając 

się równie radośnie, jak mąż. 

- Zechcą państwo pójść prosto do salonu - zaprosił 

Bates, przepuszczając ich w drzwiach. 

Kiedy weszli, z fotela podniosła się ciotka Thisbe. 
- Nie spodziewałaś się mnie tu zastać, prawda Ama-

bel? Jednak Oliver bardzo przestrzega konwenansów, zre­

sztą zupełnie słusznie. Do czasu zamążpójścia będziesz 

musiała znosić moją obecność. 

Nadstawiła policzek do pocałowania, a potem przy­

witała się z Oliverem. 

- Na pewno macie sobie wiele do powiedzenia, ale 

jest coś, co chciałbym najpierw zrobić - obwieścił i uca­

łował serdecznie ciotkę Thisbe. 

Starsza pani zrozumiała aluzję. Ruszyła w stronę drzwi. 

- Zajmę się waszymi zwierzętami - powiedziała i za­

mknęła za sobą drzwi. 

Doktor rozpiął płaszcz Amabel, rzucił go na fotel i ob­

jął narzeczoną, 

- Chcę prosić cię o rękę, ale najpierw muszę zrobić 

to... - Pochylił się i pocałował ją z pasją, o jaką go nie 
posądzała. 

- Wyjdziesz za mnie, Amabel? 
- Pod warunkiem, że zawsze będziesz całował mnie 

w ten sposób - odpowiedziała wesoło. 

R  S

background image

314 

BETTY NEELS 

-- Zawsze, kiedy tylko przyjdzie cl na to ochota, do 

końca naszych wspólnych dni, najdroższa, 

- W takim razie wyjdę za ciebie. Lubię, gdy mnie 

tak całujesz... 01iver, jak ja cię kocham! 

Odpowiedź na to wyznanie mogła być tylko jedna... 

R  S