background image

 

 

  ANNE MARIE WINSTON 

 

                                           

 

 

 Klucz do jego serca 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

- Lee! Nie ciągnij...! 

Za późno. Pięcioletni syn Deirdre Patten użył całej siły, żeby z samego 

spodu ogromnej piramidy pudełek z płatkami śniadaniowymi w 

samoobsługowym sklepie spożywczym wyciągnąć jedno pudełko. Uważnym 

okiem matki, doświadczonej w tego typu katastrofach, szybko oceniła, że jest za 

daleko od syna, aby móc go przytrzymać i uniemożliwić działanie. Z zamarłym 

sercem patrzyła, jak piramida pudeł przechyla się i zaczyna powoli opadać w 

przód. Świadoma krzywdy, jaka może spotkać chłopca, rzuciła się przed siebie. 

W tej samej chwili cała starannie zbudowana piramida płatków śniadaniowych 

runęła na podłogę. 

- Lee! Gdzie jesteś, kochanie? - Deirdre zaczęła energicznie przedzierać 

się przez stos pudełek. Spodziewając się zobaczyć małą nóżkę lub rączkę, padła 

na kolana. - Lee! 

- Hej, mamo! 

Usłyszawszy słaby głosik synka, odetchnęła z ulgą. Stanęła i zaczęła 

rozglądać się wokół siebie. Zobaczyła Lee. Znajdował się po drugiej stronie 

przejścia między stoiskami. Machał do niej ręką. Obok niego stał jakiś obcy 

mężczyzna o ciemnobrązowych włosach. Trzymał Lee za rękę. 

- Synku, nic ci się nie stało? - Deirdre przypadła do dziecka i klęcząc, 

zaczęła przesuwać dłońmi wzdłuż drobnego ciałka. - Ile razy mówiłam ci... 

- Mamo, uratował mnie ten pan. - Lee spojrzał na stojącego obok 

mężczyznę. Deirdre uprzytomniła sobie, że to on sprawił, że chłopca nie 

przygniotły spadające pudełka. Uśmiechnęła się do niego niepewnie. 

- Bardzo panu dziękuję. Jestem ogromnie wdzięczna. Lee i jego młodszy 

brat wymagają mojej bezustannej uwagi... 

Zobaczyła, jak mężczyzna uważnie się jej przygląda. 

RS

background image

 

- Dzień dobry. Czy rozmawiam z panią Patten? - zapytał. 

Pamiętała ten głos. Głęboki i lekko szorstki, a jego właściciel miał 

zwyczaj leniwie przeciągać wymawiane słowa, co niesamowicie działało na 

kobiety. Zaobserwowała to trzy lata temu na pracowniczym przyjęciu 

gwiazdkowym w Baltimore w stanie Maryland, mimo że była wtedy tak bardzo 

zgnębiona postępowaniem męża, że ledwie zdawała sobie sprawę z tego, co 

wokół się dzieje. 

Powoli podniosła się z podłogi, trzymając ręce na ramionach stojącego 

przed nią synka. 

- Dzień dobry. 

Mężczyzna wyciągnął długą, opaloną rękę. 

- Jestem Ronan Sullivan - przedstawił się. - My się już kiedyś 

spotkaliśmy. 

Deirdre poczerwieniały policzki. Skinęła głową na potwierdzenie 

usłyszanych słów i dotknęła wysuniętej dłoni. 

- Mam na imię Deirdre, ale przyjaciele nazywają mnie Dee. A to jest Lee. 

Mój drugi syn, w wózku na zakupy, to Tommy. - Cofnęła rękę. Dłoń mężczyzny 

była silna i ciepła. Przez krótką chwilę, gdy tak stali, Deirdre poczuła jakiś 

dziwny niepokój. - Ma pan wspaniały refleks. Lee mógł zrobić sobie dużą 

krzywdę. Jeszcze raz dziękuję. 

- Nie ma za co. - Ronan Sullivan przesunął palcami po czubku krótko 

ostrzyżonej główki Lee. - Zobaczyłem, co się dzieje, więc pospieszyłem mu na 

ratunek. 

- To bardzo miło z pańskiej strony. - Deirdre rzuciła okiem na sklepowy 

wózek, żeby się upewnić, czy Tommy nie wysunął się z miejsca na przedzie, 

gdzie go posadziła. Podbiegła sprzedawczyni i zaczęła ustawiać zrzucone 

pudełka. 

Ronan Sullivan zawahał się na chwilę. 

RS

background image

 

- Czy mąż pani nadal pracuje w Zakładach Stalowych Bethlehem? - 

zapytał. 

- Tak - odparła, mimo że nie miała pojęcia, czemu w ogóle Sullivan 

wspomina o jej mężu. Miała nadzieję, że zapomniał o wywołanych przez 

Nelsona poniżających ją incydentach na tamtym przyjęciu. 

- Stąd ma daleko do pracy - zauważył Sullivan. - Mieszkają państwo 

gdzieś w pobliżu? 

Deirdre na chwilę się zawahała. Nie było jednak żadnego powodu, aby 

miała utrzymywać w tajemnicy swoją osobistą sytuację. Wcześniej czy później 

będzie musiała informować o niej otoczenie. 

- Jestem po rozwodzie. Mam farmę w połowie drogi łączącej Butler i 

Frizzelburg. 

Oczy Sullivana spoglądały ciepło na Deirdre, ale nie dostrzegła w nich 

nawet cienia uśmiechu. 

- Swego czasu moi dziadkowie mieli farmę w Wirginii. Czy pani sama nią 

zarządza? 

- Nie. Większość gruntów wydzierżawiłam sąsiadowi. Prowadzę małą 

firmę, co zajmuje mi wiele czasu. 

- Co pani robi? 

Splotła przed sobą palce, lecz szybko opuściła ręce. 

- Nic specjalnego. Projektuję i wykonuję stroje dla lalek. 

- Hm. 

Deirdre nie wiedziała, co miał oznaczać ten pomruk, ale nagle poczuła się 

zaatakowana. 

- Ta praca dostarcza mi środków do życia, a ponadto umożliwia 

przebywanie w domu z chłopcami. 

- To ważne. 

- Tak. Bardzo ważne. - Spojrzała na Tommy'ego, który zaczął 

niespokojnie wiercić się w wózku, co było nieomylnym znakiem, że zamierza 

RS

background image

 

go opuścić. - Na mnie już czas. Było miło ponownie zobaczyć pana. - Skłamała. 

Ujrzenie Sullivana ożywiło falę przykrych wspomnień, o których starała się 

zapomnieć. 

- Przepraszam, zanim się rozstaniemy, proszę mi powiedzieć, czy 

przypadkiem nie zna pani w tej okolicy kogoś, kto wynająłby mieszkanie? 

Szukam czegoś dla siebie... 

- Mamo! - Lee przywarł do ręki Deirdre. - Może on się nada. Zapytaj. 

- Nie. - Kochała synków, ale były chwile, gdy myślała poważnie o tym, 

by ich gdzieś pozamykać. Na dzień, dwa lub nawet na dłużej. - Jestem pewna, 

że nie zainteresuje pana to mieszkanko. 

- Jakie? 

Sullivan patrzył na Deirdre wyczekującym wzrokiem. W jego oczach 

nagle pojawiło się zaciekawienie. 

- Nic szczególnego - powiedziała szybko. - Szukam kogoś, komu 

mogłabym wynająć mieszkanie w starym, stajennym budynku. Bardzo małe i 

typowo wiejskie. Nie będzie się nadawało. 

- Nigdy nic nie wiadomo. Mogę je obejrzeć? 

Nie. Miała ochotę się nie zgodzić. Ale uznała, że powinna być grzeczna. 

A zresztą nie było powodu do niepokoju. Cały czas myślała o wynajęciu 

mieszkania kobiecie. Ale czy mężczyzna okaże się gorszym lokatorem? Sullivan 

był człowiekiem kulturalnym. To nie Nelson, pomyślała. Jedno zgniłe jabłko nie 

musi zatruć całego koszyka owoców. Powzięła decyzję. 

- Dobrze - odparła, nie namyślając się długo. - Ale proszę nie spodziewać 

się zbyt wiele. Mieszkanko jest prymitywne. 

- Mimo wszystko chciałbym je zobaczyć. Czy jutrzejszy dzień byłby dla 

pani odpowiedni? 

- Tak. Jutro mi odpowiada. Około jedenastej?  

Pewnie o tej porze nie będzie mógł przyjechać. Powie mu, że wieczorem 

jest zajęta. I będzie zwodzić go, aż... 

RS

background image

 

- W porządku. Będę o jedenastej. 

Kilka minut później, jadąc do domu przez spokojny okręg Butler, Deirdre 

stała się kłębkiem niepokoju i niepewności. Dlaczego pozwoliła Sullivanowi 

obejrzeć mieszkanie? Nie chciała, żeby włóczył się wokół jej domu. Bez 

względu na to, jakim jest człowiekiem. Dobrym czy złym. Nie chciała 

prowadzić rozmów z żadnym mężczyzną, na nikogo spoglądać, a nawet o nikim 

myśleć. Do osobników płci odmiennej, którzy zasługiwali na jej uznanie, 

należało niewielu. Jej bracia i Jack, mąż Frannie, najbliższej przyjaciółki. Znała 

go od dzieciństwa. Innych mężczyzn nie chciała widywać. 

Zamierzała odnowić mieszkanie nad stajnią i wynająć je jakiejś kobiecie 

interesu, która wiele czasu spędzałaby poza domem. Ale lokator rodzaju 

męskiego to też nie jest zły pomysł. Prawie wcale nie musiałaby go widywać. 

Nie zdawałaby sobie sprawy z jego obecności. 

Zupełnie znienacka powrócił obraz silnej męskiej ręki, ujmującej jej dłoń. 

Od tego człowieka wprost biła energia. A ona od bardzo dawna nie znajdowała 

się w zasięgu takiego promieniowania. 

Jest tu wspaniale, uznał Ronan, zjeżdżając ze wzgórza furgonetką na bitą 

drogę prowadzącą do posiadłości Deirdre Patten. 

Idealne miejsce do pisania. W pobliżu nie krążyli żadni reporterzy ani 

wielbiciele. Mieliby kłopoty z jego odnalezieniem. 

Widok był malowniczy. Pola uprawne po prawej, a las po lewej stronie. 

Pola opadały tarasami ku szerokiej, płaskiej dolinie, którą płynął mały, kręty 

strumień. Autentycznie stary dom farmerski z kamienia był otoczony dużym 

podwórzem. Stała przy nim równie stara stodoła. Pomieszczenie obok 

wyglądało na kurnik. Przy nim znajdował się chlewik, a na końcu mniejsza i 

znacznie nowsza stajnia, pomalowana tradycyjnie na czerwono. 

We wszystkich kierunkach rozciągały się zielone pola, a wśród nich 

widniały kępy wysokich drzew i ogrodzenia porośnięte winoroślą. 

RS

background image

 

Ronan miał przed oczyma niemal widokówkę z napisem: „Ameryka, 

około roku 1950". Miejsce to było położone z dala od drogi szybkiego ruchu, 

tak że nie sposób było nawet zgadnąć, że tu zamierzał się ukryć. 

Zdjął stopę z hamulca. Furgonetka potoczyła się drogą w dół. 

Bezskutecznie usiłował wymijać najgorsze wyboje. Gdyby zdecydował się tutaj 

zamieszkać, pewnie co dwa miesiące musiałby ustawiać i naprawiać koła. W 

połowie drogi ostro zahamował. Furgonetka ślizgała się po luzem leżących 

kamieniach, by zaraz potem wpaść w dziurę, z której nie sposób było 

wyprowadzić jej na gazie. Co, do diabła...? 

Nagle na samym środku wyboistej drogi ujrzał obu małych braci 

Pattenów. Jak mieli na imię? Lee to ten od pudełek z płatkami, a jego młodszy 

brat? Czy nie Tommy? Nachylali się nad ziemią, a nad nimi wznosił się słup 

kurzu. Jeden z chłopców miał garść pełną liści. Byli tak zajęci, że żaden z nich 

nie usłyszał nadjeżdżającej furgonetki. 

W pierwszej chwili Ronan chciał przepłoszyć braci klaksonem, ale się 

rozmyślił, bo mogliby za bardzo się wystraszyć. Otworzył drzwi wozu. Zaczął 

wołać, żeby zeszli z drogi. 

I wtedy zobaczył, że ma przed sobą nie słup kurzu, lecz dymu. I 

płomienie ognia. 

Mało wiedział o dzieciach, ale był przekonany, że nikt będący przy 

zdrowych zmysłach nie pozwoliłby im tak się bawić. 

Gdy wysiadł z furgonetki i ruszył w stronę dzieci, starszy chłopiec 

podniósł wzrok. Na jego twarzy ukazał się szeroki uśmiech. 

- Hej, panie Sullivan, to działa! Proszę podejść i popatrzeć na nasz ogień! 

Jako że Ronan zamierzał zrobić dokładnie to samo, zbliżył się i ukląkł 

obok mniejszego z braci. Płomienie ognia nadal lizały suche liście. 

- Co tu robicie? 

Tommy podniósł do góry powiększające szkło. 

- W telewizji Miś Yogi i Boo-Boo rozpalali ogień pow... pow... 

RS

background image

 

- Powiększającym szkłem - podpowiedział starszy z braci. - My 

zrobiliśmy to samo! 

- Hm. Interesujący eksperyment. - Ronan wziął szkło do ręki i udawał, że 

dokładnie mu się przygląda, gdy tymczasem obserwował małe ognisko. - Ale 

nie chcecie, żeby ten ogień zrobił się bardzo duży. 

- Nie chcemy - przyznał młodszy z braci. Wyprostował się i zaczął coś 

wyciągać z kieszeni bardzo sfatygowanych i brudnych dżinsów. - Zaraz go 

zgasimy. 

Spoglądając na małą rączkę podetkniętą mu pod nos, Ronan nie mógł 

powstrzymać śmiechu. Ten mały facecik miał żółty, plastykowy pistolet na 

wodę. 

- Dobry pomysł - z poważną miną pochwalił dzieciaka, zaciskając wargi, 

aby głośno się nie roześmiać. - Ale ja znam inny sposób gaszenia tak małego 

ognia. Chcecie zobaczyć? 

- Tak! 

Kiedy się wyprostował, chłopcy cofnęli się o krok. 

- Żeby oddychać, ogień potrzebuje powietrza. Podobnie jak wy - wyjaśnił. 

- Zaraz zadepczę go i tak długo powstrzymam dopływ powietrza, aż zgaśnie. 

- Możemy pomóc? 

- Oczywiście. - Dopiero teraz Ronan zdał sobie sprawę z tego, jak wiele w 

otoczeniu jest pożywki dla ognia. - Uwaga! Raz, dwa, trzy, depczemy! 

Gdzie, do licha, jest ich matka i dlaczego pozwala malcom na tak 

niebezpieczną zabawę? 

Nie musiał długo namawiać chłopców, żeby wsiedli do furgonetki. Był to 

jeszcze jeden temat do rozmowy z beztroską rodzicielką. Wjechał na podwórze i 

zatrzymał samochód na żwirze obok starego stajennego budynku. Kiedy 

wysadzał dzieciaki z furgonetki, zobaczył zdezelowany, zielony samochód 

jadący przez wyboiste pastwisko. Kiedy zbliżył się, za kierownicą pojazdu 

RS

background image

 

Ronan rozpoznał Deirdre. Wyglądała na zdenerwowaną, a nawet przerażoną, 

dopóki nie ujrzała dzieci. Wtedy na jej twarzy pojawiła się wściekłość. 

Wyskoczyła z samochodu. 

- Gdzie byliście? - zażądała od synów wyjaśnień. - Poleciłam wam zostać 

na podwórzu. - Niecierpliwie postukiwała nogą o ziemię, czekając na 

odpowiedź. 

Zafascynowała Ronana. Przyszło mu do głowy określenie „trząść się ze 

złości". Było adekwatne do sytuacji. 

- Ale podwólko się nie pali - sepleniąc, zaczął wyjaśniać Tommy. 

- Nie chcieliśmy rozpalać wielkiego ognia - dodał Lee. 

- Ognia? - Zielone oczy Deirdre zrobiły się wielkie jak spodki. - Skąd 

wzięliście zapałki? Co podpaliliście? Czy jeszcze się pali? 

Ronan chrząknął. Sięgnął do kieszeni i podał matce chłopców 

powiększające szkło. 

- Ci dzielni i nieustraszeni skauci nie potrzebowali zapałek. Pomogłem im 

ugasić ogień. 

- Co to za żarty? - Deirdre tak ostrożnie wzięła szkło od Ronana, jakby 

mogło ją ugryźć. 

- Tym naprawdę rozpaliliście ogień? - z niedowierzaniem spytała synów. 

- Tak! - Tommy, mniej doświadczony w odczytywaniu nastrojów matki, 

aż pękał z dumy. 

Deirdre nie mrugnęła nawet okiem. 

- Czy wolno wam bawić się ogniem? 

Obu chłopcom natychmiast wydłużyły się miny. 

- Nie - odparli cieniutkimi głosikami. 

- To prawda - przyznała matka. - Jak brzmi domowa reguła dotycząca 

ognia? 

- Wtedy musi być z nami ktoś starszy. - Większy chłopczyk wyglądał na 

skarconego, ale nie okazywał skruchy. 

RS

background image

 

- A co dzieje się, kiedy nie postępujecie zgodnie z domowymi regułami? 

Obie buzie posmutniały. Chłopcy spojrzeli w stronę domu. 

- Idziemy do naszych pokoi - oświadczyli z grobowymi minami. 

- Dam wam znać, kiedy będziecie mogli wyjść! - zawołała Deirdre do 

odchodzących synów, a potem zwróciła się do Ronana: - Nie wiem, co 

powiedzieć. Wszystko wskazuje na to, że po raz drugi ratuje nas pan z opresji. 

Bardzo dziękuję. - Westchnęła, patrząc na powiększające szkło. - Oni potrafią 

robić takie rzeczy, jakie w ogóle nie przyszłyby mi do głowy. 

Ronan już dłużej nie potrafił powstrzymać uśmiechu. 

- Byli piekielnie dumni ze swego pomysłu. Deirdre wstrząsnęły dreszcze. 

- Dzięki Bogu, że akurat zjawił się pan. Pojechałam szukać ich nad 

strumieniem, bo tam uciekają najczęściej. 

Ronan roześmiał się wesoło. 

- Chłopcy nie są źli. To po prostu bardzo żywe dzieciaki. Deirdre 

westchnęła głęboko. Odgarnęła włosy z czoła. 

Zaczęła iść w kierunku stajennego budynku. Zamachała ręką. 

- Jestem pewna, że pan się rozmyśli po zobaczeniu tej rudery. 

Zamierzałam wyremontować ją i posprzątać, ale jeszcze nie miałam czasu, żeby 

do tego się zabrać. Jak już mówiłam, w mieszkanie nad stajnią trzeba włożyć 

mnóstwo pracy, żeby doprowadzić je do przyzwoitego stanu. 

- Remont mnie nie przeraża - spokojnie oświadczył Ronan. 

- No i w okręgu Butler nie znajdzie pan żadnych rozrywek. Najbliższe są 

w Baltimore. Tam kwitnie nocne życie. Przyjęcia i inne towarzyskie imprezy. 

- Na mojej liście takie rozrywki nie zajmują priorytetowej pozycji. - Samo 

wspomnienie o przyjęciach sprawiło, że Ronan przypomniał sobie dzień, gdy po 

raz pierwszy ujrzał Deirdre Patten. Wchodząc za nią do stajni, a potem po 

schodach na piętro, miał przed oczyma obraz jej twarzy. W świetle świec, 

napiętej, z przylepionym do warg wymuszonym, sztucznym uśmiechem. 

RS

background image

 

10 

Odbywało się doroczne gwiazdkowe przyjęcie dla pracowników 

administracyjnych Zakładów Stalowych Bethlehem. Zaprosiła go na nie 

kuzynka Arden. Nie miał innych planów, więc zgodził się pójść. Usadzono 

gości przy stołach, po osiem osób, według wcześniej ustalonej listy. Jemu i 

Arden przypadły miejsca w towarzystwie jednego z wiceprezesów firmy i jego 

żony, sekretarki wiceprezesa z mężem oraz Pattenów, Deirdre i Nelsona, który 

był członkiem dyrekcji. 

Wieczorem pito wiele. Zbyt wiele. Jeszcze przed zakończeniem kolacji 

Nelson Patten zaczął bełkotać i zachowywać się okropnie. Jego żona, wstydząca 

się męża, siedziała w milczeniu z oczyma utkwionymi w talerz. 

Ronana uderzyła niezwykła piękność tej kobiety. Nie mógł oderwać od 

niej wzroku. Dopiero wtedy, kiedy podniosła się zza stołu, żeby udać się do 

toalety, zobaczył, że jest w ostatnich miesiącach ciąży. Nigdy przedtem kobiet w 

tak zwanym błogosławionym stanie nie uważał za seksowne, ale gdy patrzył na 

Deirdre Patten, jego ciało zdawało się o tym zapominać. 

Mimo że nieszczęśliwa, miała uderzającą urodę. Alabastrową cerę z 

różowymi policzkami, wysokie kości policzkowe, długie rzęsy, wyraźnie 

zarysowane brwi i zielone oczy. Czarne włosy upięła na karku w klasyczny kok, 

ale wysuwające się kosmyki tworzyły wokół twarzy atrakcyjną aureolę. 

W przeciwieństwie do większości uczestniczek przyjęcia, które wystąpiły 

w balowych strojach wyszywanych cekinami, Deirdre miała na sobie zwykłą, 

czarną suknię. Ronan pamiętał, że trzymała się na dwóch cieniutkich 

ramiączkach, odsłaniając kremowy dekolt i podkreślając długą, smukłą szyję 

pani Patten. Suknia przylegała ściśle do piersi, a potem opadała nad brzuchem 

prawie do ziemi. Ronan mógł bez trudu stwierdzić, że Deirdre ma wydatny 

biust. Wówczas przypisywał go ciąży. Teraz jednak stwierdził, że natura hojnie 

obdarzyła Deirdre Patten kobiecymi wdziękami. 

Po kolacji rozpoczęły się tańce. Ronan zaprosił Arden na parkiet. Szybko 

jednak przeszła w ramiona jakiegoś młodego człowieka. Po powrocie do stołu 

RS

background image

 

11 

Ronan zobaczył, że Deirdre Patten siedzi sama, ze sztucznym uśmiechem i 

podniesioną wysoko głową. Jej mąż znajdował się na parkiecie. Zamiast tańczyć 

ze swoją piękną żoną, obłapiał lubieżnie sekretarkę. 

Przyglądając się samotnie siedzącej kobiecie, Ronan pomyślał, że ona jest 

prawdziwą damą. Przyszło mu wtedy do głowy, że gdyby była jego żoną, 

tańczyłby tylko z nią. Zwłaszcza dlatego, że była w ciąży. Każdy idiota 

wiedział, że kiedy ciało traci kształty, kobieta wymaga psychicznego wsparcia. 

Nie, nie każdy idiota. Nelson Patten o tym nie wiedział. 

Ronan zajął miejsce obok Deirdre. Niestety, nigdy nie potrafił prowadzić 

towarzyskich rozmów. Tym razem było jeszcze gorzej niż zwykle. Nie mógł 

znaleźć właściwych słów. Deirdre milczała, usiłując nie reagować na 

zachowanie się męża, który na parkiecie na oczach wszystkich niemal uprawiał 

seks. 

Po jakimś czasie wróciła do stołu rozpromieniona Arden. Szepnęła 

Ronanowi do ucha, że chłopak, z którym tańczyła, bardzo się jej podoba i może 

okazać się tym jednym, jedynym. Zapytała, czy Ronan nie ma nic przeciwko 

temu, żeby nowy znajomy odwiózł ją do domu. Usłyszawszy egzaltację w głosie 

dziewczyny, Ronan roześmiał się. Powiedział, żeby zadzwoniła do niego za 

kilka dni. Kiedy ochłonie. 

Mógł więc od razu sam opuścić przyjęcie, ale żadna siła nie byłaby w 

stanie oderwać go od stołu, przy którym siedziała samotnie Deirdre Patten. 

Wreszcie, gdy minęła północ, a jej mąż nie zjawiał się przy stole, powziął 

postanowienie. 

- Z największą przyjemnością odwiozę panią do domu - oświadczył. 

Wtedy na niego spojrzała. Miał takie uczucie, jakby dopiero teraz 

zobaczyła go po raz pierwszy. 

- Bardzo dziękuję. Ale mogę wezwać taksówkę. Jestem do tego 

przyzwyczajona. - Podniosła się z krzesła. Ronan uczynił to samo. - Dobranoc. 

RS

background image

 

12 

Nie było żadnego powodu, aby miał pozostawać dłużej, więc podążył za 

panią Patten do wyjścia. Nie miał pojęcia, kiedy spodziewa się dziecka. 

Wyglądała tak, jakby miała niebawem urodzić. Uznał, że ktoś powinien nią się 

zaopiekować. Podtrzymać, żeby nie upadła. Na górnym podeście schodów 

ofiarował jej swoje ramię. 

Zawahała się, podziękowała i wsunęła rękę w zagłębienie męskiego 

łokcia. 

Przed wytwornym hotelem, w którym odbywało się przyjęcie, portier 

zatrzymał przejeżdżającą taksówkę. Ronan pomógł Deirdre usadowić się na 

tylnym siedzeniu. Kiedy samochód zniknął za rogiem ulicy, pomyślał, że to 

piekielny wstyd, żeby taka wspaniała kobieta marnowała się jako żona łobuza 

pokroju Nelsona Pattena. 

Teraz czekał na niższym schodku, aż Deirdre otworzy drzwi prowadzące 

do pokoi mieszczących się nad stajnią. Ubrana w jasnożółtą bluzkę bez 

rękawów, wetkniętą starannie w szorty barwy khaki, niczym nie przypominała 

wytwornej damy z gwiazdkowego przyjęcia. Ale kiedy Ronan przyjrzał się 

dokładniej jej nogom i zgrabnemu tyłeczkowi oraz włosom związanym w 

koński ogon, uznał, że w tej postaci jest równie atrakcyjna jak poprzednio. 

Od chwili gwiazdkowego przyjęcia przez długie miesiące fantazjował na 

temat tej kobiety. Wyobrażał sobie, że jest razem z nią... Były to nieszkodliwe 

marzenia, gdyż nigdy nie sądził, że znów ją zobaczy. Mimo to jednak 

zastanawiał się, czy urodziła chłopca, czy dziewczynkę. No i, szczerze 

powiedziawszy, jak wygląda, gdy nie jest w ciąży. 

Teraz już wiedział. Wyglądała piekielnie atrakcyjnie. Fantastycznie. 

Nieoczekiwane spotkanie w sklepie było dla niego prawdziwym wstrząsem, 

gdyż Deirdre Patten nie będąca w ciąży wyglądała niemal dokładnie tak, jak ją 

sobie wyobrażał. 

Natychmiast ogarnęła go chęć ponownego spotkania tej kobiety i jej 

dzieciaków... Ale nie dlatego, że zależało mu na tym, aby bliżej ją poznać. 

background image

 

13 

Mimo że była obiektem jego erotycznych fantazji, nie szukał romantycznych 

związków. Była to ostatnia rzecz, o jakiej myślał. 

Ronana zainteresowali synkowie Deirdre. Niewiele wiedział o dzieciach. 

Ich bliska obecność była dokładnie tym, czego potrzebował, żeby tchnąć życie 

w pisaną właśnie książkę. Chłopcy byli wprawdzie nieco młodsi niż postacie 

dzieci, które początkowo zamierzał włączyć do głównego wątku powieści, ale 

fakt, że nie osiągnęły jeszcze wieku szkolnego, zwiększyłby walory książki. 

Miał niesamowite szczęście, że Deirdre Patten powiedziała mu o 

mieszkaniu do wynajęcia. Naprawdę szukał czegoś takiego. Bolton Hill, 

położone w centrum Baltimore, stanowiło enklawę bogactwa. Było oazą na 

terenie pełnym zbrodni i z roku na rok zmniejszało swoje rozmiary. Mimo 

przywiązania do swojej dzielnicy było mu coraz trudniej tworzyć w tym 

otoczeniu. 

Potrzebował przestrzeni. Długich spacerów z dala od hałaśliwych i 

niebezpiecznych ulic miasta. Snu nie przerywanego wystrzałami i policyjnymi 

syrenami. Pracy w spokoju, bez ciągłych nagabywań i wizyt skądinąd 

życzliwych sąsiadów, którzy pragnęli zaimponować swoim przyjaciołom tym, 

że sławny pisarz mieszka tuż obok nich. 

Ronan marzył o anonimowości. O tym, aby móc wyjść z domu i nie być 

od razu rozpoznanym przez nikogo. Pragnął znajdować się jak najdalej od 

nagabujących go kobiet, liczących na spotkanie lub nawet na romans. 

- Uprzedzałam. - Deirdre odsunęła się, żeby wpuścić Ronana do 

pierwszego z pokoi. 

Miała rację, mówiąc, że mieszkanie wymaga gruntownego remontu. 

Pokój był duży. W jednym końcu znajdował się staroświecki zlew i równie 

wiekowa lodówka. Zapewne była to swego czasu wydzielona część kuchenna. 

Ronan zobaczył zniszczoną podłogę i nie odnowione ściany. Ale dwa świetliki i 

szerokie okno sprawiały, że pomieszczenie było widne. W odległym końcu 

RS

background image

 

14 

pokoju były drzwi. Odkrył za nimi mniejszy pokój, chyba sypialnię i łazienkę. Z 

ogromną wanną na nogach i porcelanową umywalką. 

Mieszkanie przypominało wnętrze wiejskiej chaty. Ronan uznał, że po 

kilku zmianach stanie się wygodne. 

- Jest okropne - stając za jego plecami oświadczyła Deirdre. - Przed 

wynajęciem muszę je trochę oporządzić. Stajnię zbudowano znacznie później 

niż pozostałe zabudowania farmy. Jakieś sześćdziesiąt lat temu, kiedy właściciel 

hodował konie wyścigowe. W tych pomieszczeniach mieszkał stajenny. 

Ronan skinął głową i zaczął się przechadzać po pustym wnętrzu. 

Wiedział, że tu zamieszka, ale nie chciał okazać zbytniego entuzjazmu. 

Wreszcie powiedział: 

- Sądzę, że to lokum może się nadawać do użytku po małym remoncie. 

Jeśli się je odnowi, wytapetuje i być może wycyklinuje podłogi. 

- Chce pan tu zamieszkać? - spytała Deirdre z taką miną, jakby uznała, że 

Ronan nie jest przy zdrowych zmysłach. 

Roześmiał się lekko. 

- Budynek wygląda solidnie. Reszta to tylko kosmetyka. Nie będzie miała 

pani nic przeciwko temu, jeśli przeprowadzę tu mały remont? 

- Niech pan robi, co chce - odparła. - Chętnie zwróciłabym wszystkie 

poniesione koszty, ale... - Popatrzyła Ronanowi prosto w oczy. - Mam zbyt 

ograniczone finanse. 

- Potrafię to zrozumieć. 

- Potrafi pan? - Było widać, że Deirdre odetchnęła z ulgą. Na jej twarzy 

ukazał się uśmiech. 

- Mniej więcej. 

- Och, te pieniądze. - Westchnęła. - O ile łatwiejsze byłoby życie, 

gdybyśmy nie musieli stale się o nie martwić. 

- Hm. 

RS

background image

 

15 

Dla Ronana był to niebezpieczny grunt, zważywszy na ostatnio otrzymane 

gigantyczne honorarium. 

- Gdzie pan pracuje? 

Musiał na poczekaniu coś wymyślić. Przyznanie się, że jest znanym 

autorem poczytnych powieści sensacyjnych, miało dla niego w przeszłości 

bardzo przykre konsekwencje. Gdy rok temu jedną z jego natrętnych 

wielbicielek musiała zająć się policja, stał się jeszcze ostrożniejszy. 

Zachowywanie anonimowości miało tę dodatkową zaletę, że nie musiał opędzać 

się przed łowczyniami fortun i zwykłymi ciekawskimi. Już nigdy więcej nie 

przyzna się, kim jest. Na dłuższą metę tak było bezpieczniej, a życie stawało się 

mniej skomplikowane. Nazwisko Sullivan było na tyle pospolite, że nie budziło 

szczególnych skojarzeń. 

- Jestem... kimś w rodzaju dziennikarza. Wolnym strzelcem. - Nie było to 

całkowite kłamstwo. Pracując nad pierwszą powieścią, utrzymywał się z pisania 

artykułów do gazet. 

- Nie jest to zawód, który przynosi duże pieniądze. - Deirdre ze 

zrozumieniem pokiwała głową. Ku wielkiej uldze Ronana zmieniła temat. - W 

koszty wynajmu tego mieszkania jest wliczane sprzątanie. 

- Och, całkiem niepotrzebnie. Sam mogę robić tu porządek. - Gdyby pani 

Patten zobaczyła modyfikacje, jakie już zdążył zaplanować w tym wnętrzu, od 

razu dowiedziałaby się, że nie ma do czynienia z kiepsko zarabiającym 

dziennikarzem. Ronan uznał, że kiedyś będzie musiał wyjawić jej prawdę, ale 

miał nadzieję, że zmodernizowane przez niego mieszkanie będzie 

wystarczającym zadośćuczynieniem za nieszkodliwe kłamstwa, jakie jej 

zaserwował. Po jego wyjeździe nie będzie miała żadnych trudności z 

wynajęciem tego lokum. 

- Ach, nie! Nalegam... 

- Ja nalegam. Proszę, uznajmy ten temat za zamknięty - dodał 

stanowczym tonem. - Pani ma na głowie swoją firmę i nie mogę dopuścić do 

RS

background image

 

16 

tego, żeby na sprzątanie traciła pani cenny czas. Mieszkanie jest małe, więc 

łatwo sobie z nim poradzę. 

Ściągnęła brwi. Miała zmartwioną minę. 

- No, dobrze - niechętnie ustąpiła. - Jeśli jednak będzie potrzebna panu 

pomoc, proszę niezwłocznie mi o tym powiedzieć. 

- Obiecuję. Ile wynosi koszt wynajmu mieszkania? 

Wprowadził się trzy dni później. Deirdre uprzedziła go, że nie będzie jej 

przez cały dzień, gdyż zabiera synków do Pensylwanii na rodzinny zjazd. Miała 

wrócić późno, tuż przed północą.  

- Tak więc niech się pan nie wystraszy, usłyszawszy warkot mojego 

samochodu podjeżdżającego pod dom - dodała. 

Wyjazd Deirdre był Ronanowi bardzo na rękę. 

O siódmej rano opuściła dom. Gdy tylko jej samochód zniknął za 

wzniesieniem drogi, korzystając z telefonu komórkowego wezwał ekipę 

robotników, których wcześniej wynajął. Kontaktując się z firmą zajmującą się 

renowacją mieszkań, oświadczył, że zależy mu na błyskawicznym wykonaniu 

roboty. Cena nie grała roli. Kiedy na dodatek szef firmy usłyszał, że całą zapłatę 

dostanie w gotówce, stawał na głowie, żeby wywiązać się ze zleconego zadania. 

Zaczęto od okładziny do ścian. Ronan zdecydował się na jasny dąb. 

Drewno musiało wyschnąć, zanim zostanie pociągnięte farbą lub pokryte tapetą. 

Był na to tylko jeden dzień. Okładziną wyłożono zniszczone ściany. 

Po wykonaniu tej roboty w dużym pokoju ułożono dywan. W południe 

zjawił się hydraulik, żeby zainstalować prysznic i jacuzzi, a zaraz potem 

przywieziono kafelki do kuchni i łazienki. O czwartej po południu małe 

mieszkanko miało już, zdaniem Ronana, całkiem sympatyczny wygląd. Jeszcze 

pracowali elektrycy zakładający instalację do komputera, gdy przywieziono 

nowe meble. Zaraz potem zjawili się przedstawiciele innej firmy transportowej z 

rzeczami, które Ronan postanowił zabrać ze swego starego mieszkania w 

Baltimore. Później przywieziono i zamontowano w oknach żaluzje, powieszono 

RS

background image

 

17 

zasłony oraz ozdoby z wikliny i suchych kwiatów na kuchennych ścianach. 

Pasowały idealnie do wyposażenia w stylu rustykalnym. Na szczęście, okna 

stajennego budynku nie wychodziły na dom Deirdre. Wówczas Ronan musiałby 

mieć bez przerwy opuszczone żaluzje. 

Ostatni wykonawca wyjechał o dziesiątej wieczór. Ronan padł na nową, 

skórzaną kanapę i z satysfakcją rozglądał się po zmienionym do nie poznania 

wnętrzu. Zdumiewające, jak wiele mogą zdziałać pieniądze. Dopiero niedawno 

stał się bogaty i jeszcze nie przywykł do tego, że na samo wspomnienie 

dodatkowej zapłaty można było przyspieszyć każdą robotę. 

Na następny dzień zamówił pracownika firmy telefonicznej do założenia 

linii do modemu, faksu i telefonu. Potem sam wypakuje książki oraz włączy 

komputer i drukarkę... 

Usłyszał warkot nadjeżdżającego samochodu. Spojrzał na zegarek. 

Dziesiąta dziewięć.  

Uff! Ledwie udało mu się uporać z całą robotą. Deirdre uprzedziła, że 

wróci do domu dopiero przed północą. Co to za kobieta, która nie spóźnia się, 

lecz przyjeżdża znacznie wcześniej? 

Następnego dnia była niedziela. Deirdre wyciągnęła dzieciaki z łóżek i 

zawiozła je do kościoła. Potem zawróciła samochód w stronę Baltimore. Tej 

części dnia nienawidziła najbardziej. Na mocy wyroku sądowego w każdą 

niedzielę jej były mąż miał prawo widywać się z synami. Tak więc każdej 

niedzieli jechała do Frannie Ferris, najlepszej przyjaciółki, gdzie pod czujnym 

okiem pani domu lub jej męża Jacka przekazywała chłopców Nelsonowi. 

Obowiązywał go zakaz zbliżania się do byłej żony. Pod tym względem 

sędzia okazał się surowy. Oświadczył Nelsonowi, że jeśli jeszcze raz nie 

zastosuje się do tego polecenia sądu, zostanie pozbawiony prawa widywania 

dzieci. 

W głębi duszy Deirdre modliła się o ten jeszcze jeden raz... 

RS

background image

 

18 

Ze względu na karygodne zachowanie się jej byłego męża sąd postanowił, 

że przekazywanie dzieci ojcu będzie się odbywało w ściśle określonym miejscu, 

i to w obecności świadków. Za skarby świata Deirdre nie zgodziłaby się zostać 

sam na sam z Nelsonem. Podjęła wszelkie środki ostrożności, żeby móc chronić 

siebie i dzieci. Wyprowadziła się z domu i w tajemnicy przeniosła na wieś. 

Robiła wszystko, żeby Nelson nie dowiedział się, gdzie teraz mieszka. 

Odbierała korespondencję na poczcie w pobliskim miasteczku, zastrzegła numer 

telefonu, a telefon jej firmy był podawany bez adresu. Gdy z jakiegoś powodu 

Nelson musiał się z nią skontaktować, u Frannie zostawiał telefoniczną 

wiadomość. Z bólem serca Deirdre zakazała dzieciom podawania ojcu ich 

adresu i numeru telefonu, ale nie było innego wyjścia. Kiedy oświadczyła, że to 

rozwiązanie zaproponował sam sędzia, chłopcy byli tak przejęci, iż wątpiła, czy 

ojciec wyciągnie z nich te informacje, przekupując synów lodami czy jakimiś 

innymi smakołykami. 

Dzisiejsze spotkanie nie różniło się niczym od poprzednich. Nelson 

czekał na dzieci przed furtką Ferrisów. Kiedy Deirdre zatrzymała samochód, z 

domu wyszedł Jack, żeby się z nią przywitać. Pomogła wysiąść dzieciom i 

mocno je uściskała. Pożegnała synków słowami: 

- Bawcie się dobrze. 

Potem Jack wziął malców za rączki i w trójkę podeszli do wozu, w 

którym czekał ojciec. 

Każdej niedzieli, zostawiwszy chłopców z Nelsonem, Deirdre przeżywała 

katusze. Podczas trwania małżeństwa, kiedy dzieci nie było w domu, Nelson 

miewał napady wściekłości. Modliła się, żeby Lee i Tommy nigdy się nie 

dowiedzieli, do czego ich ojciec jest zdolny. 

Z daleka obserwowała synków. Zanim Jack puścił rączkę Lee, chłopczyk 

powiedział coś do ojca. Deirdre wiedziała, że prosi go, aby poszli popływać, bo 

ona sobie tego życzy. Tommy miał infekcję ucha, brał lekarstwa i nie powinien 

moczyć głowy. Ale gdyby sama poprosiła Nelsona, aby nie szli się kąpać, 

RS

background image

 

19 

natychmiast by to zrobił. Zawsze robił na przekór byłej żonie. Tym razem 

Deirdre go przechytrzyła. Po kilku tygodniach pisania do Nelsona kartek na 

temat dzieci, miętych i rzucanych bez czytania przed domem Jacka, wpadła na 

ten nowy pomysł przekazywania byłemu mężowi informacji o chłopcach. 

Stała na podjeździe i machała dzieciom, dopóki samochód Nelsona nie 

zniknął za zakrętem. Potem odwróciła się do Jacka. Usiłowała się uśmiechnąć, 

ale to nie wyszło. Za bardzo drżały jej wargi. Mąż Frannie objął ją ramieniem. 

Ruszyli w stronę domu. 

- Nie zamartwiaj się - pocieszał. - Ani się obejrzysz, a chłopcy będą z 

powrotem. 

- Wiem - odparła. - Ale jestem matką. A wszystkie matki zawsze martwią 

się o dzieci. - Co niedziela prowadzili mniej więcej takie rozmowy. Deirdre 

postanowiła zmienić temat. - Jak sobie radzicie z dwójką dzieci? - spytała. 

Pięć tygodni temu Frannie i Jack zostali powtórnie rodzicami. Urodził im 

się syn. Właściwie był to pierwszy własny potomek, gdyż córka, Aleksa, była w 

rzeczywistości osieroconą bratanicą Jacka, którą adoptowali zaraz po ślubie, 

dziesięć miesięcy temu. 

Jack zamyślił się na chwilę. 

- Chyba dobrze - odrzekł. - Ale trudno mi to ocenić. Lex była takim 

słodkim i grzecznym dzieckiem. 

Deirdre roześmiała się. 

- Mały na pewno jest miły. Żadnego z moich dzieci nigdy nie można było 

nazwać ani słodkim, ani grzecznym. 

Jack otworzył przed nią drzwi. Weszli do domu. 

- Cześć, Dee. Popatrz, Alekso, przyszła ciocia Dee-Dee. Aleksa miała 

trzynaście miesięcy. Była grubiutkim, pucołowatym niemowlakiem. 

Spojrzała na Deirdre i wyciągnęła do niej rączki. 

- Cio-Dee! 

RS

background image

 

20 

Deirdre wzięła małą w objęcia i znów poczuła wilgoć pod powiekami. 

Frannie siedziała na fotelu na biegunach z Brooksem przy piersi. Wyglądała na 

szczęśliwą młodą mamę i żonę. Dee trochę jej zazdrościła. 

- Nigdy nie zapominaj o swoim szczęściu - powiedziała, przełykając łzy. 

- Jest szczęśliwa, bo ma mnie - odezwał się Jack. Kiedy Frannie i Deirdre 

wzniosły oczy ku niebu, złapał się za serce i zatoczył w stronę drzwi. - 

Raniłyście mnie śmiertelnie. - 

Wyprostował się i ruszył ku kuchni. - Jeśli przez chwilę zniesiesz moją 

nieobecność, to pójdę skosić trawnik - powiedział do żony. 

- Idź, kochany - odrzekła Frannie. - Jeśli dobrze się spiszesz, może potem 

pozwolimy ci tu przyjść. - Obdarzyła uśmiechem Deirdre.. - Co u ciebie? Nie 

rozmawiałyśmy przez cały tydzień. 

Deirdre wzruszyła ramionami. 

- Wszystko dobrze. Dostałam duże zamówienie z muzeum lalek ze stanu 

Nowy Jork. Przez jakiś czas będę miała zapewnione utrzymanie. 

- To świetnie - ucieszyła się Frannie. - Po raz trzeci korzystają z twoich 

usług, mam rację? - Podniosła Brooksa i poklepała go po pleckach. - Chłopcze, 

ale ty jesteś ciężki! - powiedziała do niemowlaka. 

- Wdał się w tatusia - skonstatowała Deirdre. W dniu urodzin mały 

Brooks ważył ponad pięć kilogramów. Mężniał i rósł jak na drożdżach. Deirdre 

przypomniała sobie o Ronanie Sullivanie. - Znalazłam lokatora - oznajmiła 

przyjaciółce. 

- Szybko - stwierdziła Frannie. - Dopiero w zeszłym tygodniu 

zdecydowałaś się wynająć to mieszkanie. Sądziłam, że przedtem zamierzasz je 

wyremontować. 

- Tak. Remont jest niezbędny. Ale ten człowiek powiedział, że zrobi go 

sam. 

- Człowiek? Czyżby chodziło o mężczyznę? - zdziwiła się Frannie. 

- Tak. Nazywa się Ronan Sullivan. 

RS

background image

 

21 

- I...? 

- I nic. 

- Ile ma lat? 

- Jakieś trzydzieści pięć. 

- Jak wygląda? - Frannie nie spuszczała wzroku z twarzy przyjaciółki. 

Deirdre zastanawiała się przez chwilę. 

- Nie jest tak wysoki i dobrze zbudowany jak Jack, ale wyższy niż Nelson. 

Ma ciemne włosy i wydaje się sympatycznym facetem. Jego ręce są delikatne i 

ciepłe. 

- Och, jestem pewna, że na podstawie tak szczegółowego rysopisu 

byłabym w stanie zidentyfikować go w tłumie - lekko drwiącym tonem 

oświadczyła Frannie. - Dobrze się czujesz, mając na farmie mężczyznę? 

- Nie najlepiej - przyznała Deirdre. - Ale nie mogę ignorować facetów 

przez resztę życia. Pewnie zauważyłaś, że są wszędzie. 

- To dobry początek. - Frannie przyłożyła niemowlę do drugiej piersi. - 

Zobaczysz, któregoś dnia poznasz atrakcyjnego mężczyznę i uprzytomnisz 

sobie, jaka jeszcze jesteś młoda. Kto wie, może poflirtujesz ze swoim 

lokatorem? 

Słowa te zaskoczyły Deirdre, a równocześnie poruszyły. Przed oczyma 

ujrzała twarz Ronana. Chwilę później uprzytomniła sobie, że zbyt długo milczy. 

Frannie przyglądała się jej z wyraźnym zaciekawieniem. 

 

 

 

 

 

 

 

 

RS

background image

 

22 

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

W poniedziałek rano trzepała chodnik na frontowej werandzie, kiedy 

ujrzała Ronana. Wyszedł zza rogu stajni. Zobaczywszy Deirdre, ruszył w jej 

kierunku. 

- Dzień dobry. 

Nie wiedziała, co powiedzieć. Czy za każdym razem, gdy się 

przypadkiem spotkają, powinna wdawać się w pogawędkę? Przez ostatni rok 

przywykła do samotności. 

- Poszedłem na spacer wzdłuż strumienia. - Uśmiechnął się. - Jest tu 

naprawdę ładnie. Taki widok działa inspirująco. 

- Inspirująco? - Deirdre uniosła brwi. - Może to mieszkanie powinnam 

wynająć jakiemuś artyście... 

Ronan przestał się uśmiechać. Jego oczy zrobiły się czujne. 

O co mu chodzi? zastanawiała się Deirdre, zdziwiona reakcją lokatora. 

Przecież była to zwykła konwersacja. 

- Zaraz jadę na pocztę - oznajmiła. - Czy coś panu wysłać? 

- Nie, dziękuję. Może później sam się tam wybiorę. Dokąd powinienem 

jechać? 

- Jest poczta we Frizzelburgu, ale ja korzystam z innej, więc nie będę 

mogła stamtąd przywozić panu korespondencji. 

- Zgłoszę zawiadomienie o zmianie adresu i założę sobie skrytkę 

pocztową. 

- To żaden prob... 

Przerwało jej szczekanie. Coraz głośniejsze. 

- Niech pan się nie rusza! - ostrzegła szybko Ronana. - On nie lubi 

obcych.. 

Zza rogu wynurzył się wielki, kosmaty pies. Rzucił się w ich stronę. 

RS

background image

 

23 

- Murphy, stój! 

Głos Deirdre był tak ostry jak krzyk sierżanta podczas musztry, kiedy 

stanęła przed lokatorem, poskramiając czarno-białe psisko. 

Ku jej uldze, zwierzę stanęło. Z najeżoną sierścią szczekało nadal, ale 

ciszej niż poprzednio. 

- Murphy, spokój! - nakazała. - Leżeć! 

Wielki pies wykonał polecenie swej pani. Odwróciła się w stronę Ronana. 

Czuła, jak mocno bije jej serce. 

- Przepraszam. Pies na ogół przebywa za ogrodzeniem. Moi synowie 

musieli go wypuścić. 

Jak na zawołanie, zza rogu domu wypadli chłopcy. Stanęli jak wryci na 

widok matki. Potem powolnym, ociężałym krokiem ruszyli niechętnie w jej 

kierunku. 

- Mamo, przepraszam. - Lee popatrzył błagalnie na Deirdre. - 

Zapomnieliśmy, że brama jest otwarta. 

Nie lubiła karcić dzieci, ale musiały nauczyć się najpierw myśleć, a 

dopiero potem działać. 

- Pan Sullivan odbywał właśnie spacer. Jak myślicie, co zrobiłby Murphy, 

gdyby mnie tu nie było? 

Oczy Tommy'ego wypełniły się łzami. Jedna z nich popłynęła po 

policzku. 

- Mamo, proszę, nie pozwól, żeby zabrali Murphy'ego! Obiecujemy, że 

następnym razem zamkniemy bramę. 

Deirdre dostrzegła, że lokator nawet nie drgnął. Dziękowała Bogu, że 

wykazał tyle rozsądku. Mimo że pragnęła pocieszyć zmartwione dzieci, 

wiedziała, że musi je pouczyć. 

- Lepiej niech nie będzie następnego razu - oświadczyła surowym tonem. 

- Przestańcie wychodzić przez bramę. Na drugim końcu werandy są przecież 

drzwi. Jasne? 

RS

background image

 

24 

Dwie małe główki pochyliły się w przód. 

- Mamy go zabrać? - spytał Lee, wskazując psa. 

- Nie. Najpierw muszę przedstawić Murphy'ego panu Sullivanowi. - 

Podniosła ostrzegawczo rękę do góry, gdyż obaj chłopcy szykowali się już do 

ucieczki. - Macie zaraz posłać łóżka. I pozbierać ubrania, żeby nie leżały na 

podłodze. 

Deirdre nachyliła się i wzięła psa za obrożę. 

- Powinien poznać pański zapach - powiedziała do lokatora. 

- To rozsądne posunięcie - stwierdził Roman z rozbawieniem w głosie. 

Deirdre odetchnęła z ulgą. Zaraz potem zapytał: - Dlaczego chłopcy boją się, że 

ktoś zabierze im psa, jeśli go wypuszczą? 

Deirdre nie miała pojęcia, co powiedzieć. Ponieważ jednak Murphy był 

groźnym psem, Sullivan powinien zdawać sobie z tego sprawę. Podprowadziła 

do niego zwierzę, modląc się, aby zapamiętało zapach lokatora. Na szczęście, 

Ronan stał spokojnie. Nawet się nie poruszył. 

- Murphy pogryzł kiedyś człowieka. Ale nie była to jego wina. Ten 

człowiek robił mi krzywdę, a zwierzak starał się mnie bronić. W każdym razie 

mój mąż, mój były mąż, wezwał policję i oświadczył, że pies jest niebezpieczny 

i należy go uśpić. - Deirdre słyszała, jak drży jej głos. Nachyliła się i pogłaskała 

Murphy'ego po łbie. - Przyjechał strażnik i w obecności dzieci zabrał psa. 

- Nic dziwnego, że były zrozpaczone - powiedział Ronan z sympatią. 

Kiedy pies obwąchał mu ręce, podrapał go za uchem. Wielki zwierzak zamknął 

oczy i oparł się o nogi Ronana. - Ale nic mu się nie stało. 

- Odbył dziesięciodniową kwarantannę, bo chcieli się upewnić, czy nie 

jest wściekły. W tym czasie wynajęłam adwokata, aby przekonał miejscowe 

władze, że pies nie jest groźny. Murphy'ego oceniali dwaj różni treserzy i dwaj 

weterynarze. Wszyscy stwierdzili, że zwierzę ma dobry charakter i staje się 

agresywne tylko w szczególnych okolicznościach. Byli zdania, że 

prawdopodobnie Murphy ponownie rzuciłby się na kogoś, kto by mi zagrażał. - 

RS

background image

 

25 

Zamilkła na chwilę, a potem spojrzała na Ronana. - Murphy bronił mnie przed 

rękoczynami mojego byłego męża. Zwierzę zaliczono do niebezpiecznych i 

jeżeli jeszcze raz kogoś pogryzie, zostanie uśpione. Teraz Murphy nie ufa 

obcym. Ale nie wierzę, że mógłby zrobić panu krzywdę. 

Stwierdzenie Deirdre było niepotrzebne, gdyż Ronan ukląkł i nadal drapał 

psa, tym razem po skórze na żebrach. „Niebezpieczny" zwierzak ułożył się do 

góry brzuchem. 

- Chyba polubił pana - stwierdziła Deirdre. 

- Ja też go lubię. - Ronan lekko pociągnął psa za ogromną łapę. 

- Jeśli zechce pan brać psa na spacery, nie będę miała nic przeciwko temu. 

Ronan podniósł się z kolan. Murphy też wstał. Energicznie się otrząsnął. . 

- Chętnie czasami go zabiorę. Trochę ruchu chyba mu się przyda. - Ronan 

krytycznym okiem popatrzył na psa. - Przypomina wilka. Czy to husky? 

- Nie. Malamut alaskański - odrzekła Deirdre, drapiąc psa za uchem. - Psy 

husky mają niebieskie oczy, a Murphy ma ciemnobrązowe. - Spojrzała na 

zegarek. - Muszę zabrać się do pracy - oświadczyła. 

- Ja też. - Ronan nawet się nie poruszył, żeby odejść. Stał w miejscu i z 

dziwnym wyrazem twarzy przyglądał się 

Deirdre. - Polubiłem tego psa - oświadczył ponownie, a potem 

zasalutował i zawrócił w stronę stajni. 

Koniec pierwszego rozdziału. Ronan podniósł się zza biurka i przeciągnął. 

Rzucił okiem na zegarek. Wpół do piątej. Uznał, że należy mu się odpoczynek. 

Może jeszcze popracuje wieczorem. Nadrobił pisanie. Nie goniły go żadne 

terminy. 

Mieszkał na farmie zaledwie od czterech dni, a już dwaj mali chłopcy 

dostarczyli mu materiału wystarczającego do paru początkowych rozdziałów. 

Przy okazji dowiedział się, że superklej nigdy nie puszcza, że czekoladowe 

batony pozostawione w kieszeniach małych spodenek powodują w czasie prania 

RS

background image

 

26 

prawdziwą klęskę, a jeśli wykopie się martwą salamandrę, jej szkielet 

natychmiast się rozpada. 

Ronan nie potrzebował wielu faktów. Wtrącane od czasu do czasu 

starannie dobrane zdania mogły upewnić czytelnika, że autor książki dobrze zna 

opisywane postacie. Chodziło głównie o to, aby każda z nich była zarysowana 

wyraźnie i różniła się od pozostałych. Podobnie jak Lee, starsze z dwojga dzieci 

występujących w powieści Ronana miało charakter przywódcy. To od niego 

zazwyczaj pochodziły najbardziej zaskakujące pomysły. Młodsza zaś siostra 

małego bohatera, przypominająca z usposobienia Tommy'ego, była trzpiotką 

zapatrzoną w starszego brata, gotową spełnić wszelkie jego życzenia. 

No i był jeszcze pies. Ten zwierzak musiał koniecznie znaleźć się w 

powieści. Tu nazywał się Murph. Ronan myślał o nim z czułością. Nie mógł to 

być malamut. Jeszcze nie zdecydował się, czy będzie to rottweiler, czy 

owczarek. 

Myśli Ronana krążyły wokół Deirdre. Miała najładniejsze oczy, jakie 

kiedykolwiek oglądał. Jasnozielone, okolone wachlarzem długich i gęstych rzęs. 

Jak na kobietę miała mocno zarysowane brwi. Informowały otoczenie, że ich 

właścicielka nie jest łagodna jak owieczka, co sugerowała drobna postać. I 

gdyby spod gęstych brwi jej oczy rzucały wyzwanie, nikt by mu się nie oparł. 

Poza tym była piekielnie seksowna. Kusiła mężczyzn dużymi piersiami i 

zaokrąglonymi biodrami. Wąska talia aż prosiła się, aby na niej położyć dłonie. 

Hej, zwolnij, stary, nakazał sobie Ronan. Swego czasu marzył o tej 

kobiecie, ale na tym koniec. Przyjechał tu, bo miał do wykonania ściśle 

określoną robotę. A ponadto Deirdre Patten nie była osobą zamożną, a on 

przyrzekł sobie, że będzie się zadawał tylko z bogaczkami. Dzięki temu uzyska 

pewność, że nie zależy im wyłącznie na jego pieniądzach. 

Ta kobieta nie wie, że jej lokator jest bogaty. Uznał, że tak ma pozostać. 

Opuści to miejsce, gdy tylko skończy pisać książkę. Na dobrą sprawę już 

powinien zacząć przeglądać ogłoszenia, porozmawiać z agentem od 

RS

background image

 

27 

nieruchomości i rozejrzeć się za niedużym domem w podobnie odludnej 

okolicy. 

Aby mógł się do tego zabrać, była mu potrzebna gazeta. Tak więc musiał 

poczekać do jutra. Teraz miał ochotę na spacer. 

Zszedł po schodach i przez podwórze podążył w kierunku domu. 

Nazajutrz po tym, jak Deirdre pozwoliła mu zabierać Murphy'ego na spacery, 

skorzystał z okazji i od tamtej pory codziennie towarzyszył mu pies. Ronan 

okrążył dom i ścieżką wybrukowaną kamieniami podszedł do tylnego wejścia. 

Przy domu kwitły obficie peonie. Wzdłuż ogrodzenia pastwiska pięły się 

bladoróżowe róże. Niecodzienny widok przedstawiały rabaty. Fragmenty 

podwórza otoczono starymi podkładami kolejowymi, tworząc wysoko 

usytuowane grządki, na których kwitło mnóstwo przepięknych kwiatów. 

Deirdre wyjaśniła mu, że na tyłach domu nie mogła sadzić żadnych roślin 

ze względu na Murphy'ego. Wielkie psisko tak często „chrzciło" wszystko, co 

zielone, że kwiaty poginęły. Stąd wziął się pomysł z podkładami. Tak wysoko 

zwierzak nogi nie potrafił unieść. Wiele jednorocznych roślin ozdobnych rosło 

w wiszących doniczkach. 

Z głębi domu dobiegło go głośne ujadanie. Zaczął wchodzić na schodki 

werandy, kiedy ukazała się Deirdre. Ujrzawszy lokatora, wypuściła z domu psa. 

Murphy szalał z radości. Obecność gościa kojarzyła mu się ze spacerem. 

Deirdre wytarła ręce w ściereczkę. Spojrzała na Ronana z sympatią. 

Była śliczna. Po raz pierwszy zobaczył ją z rozpuszczonymi włosami. 

Mnóstwo czarnych, wijących się loków okalało uroczą twarzyczkę. Jeśli Deirdre 

się śmiała, robiła to szczerze. Na jednym policzku powstawał wtedy mały 

dołeczek. Miała różowe policzki i wargi. Była ubrana w drelichowe szorty i 

krótką koszulkę na ramiączkach. A pod nią...? Ronan wyobraził sobie obnażone, 

obfite piersi. 

RS

background image

 

28 

Zagapiony, z otwartymi ustami, musiał wyglądać jak ryba wyjęta z wody. 

Nic na to nie mógł poradzić. Odczuwał czysto fizyczne pożądanie. Speszony, 

ukrył się za Murphym. 

- Pomyślałem sobie, że zabiorę psa na spacer - powiedział. Znów utkwił 

wzrok w Deirdre. Nie odwróciła oczu. Wyczuł, że między nimi rodzi się 

intymne porozumienie. 

Przez chwilę Deirdre była podobnie oszołomiona jak Ronan. Zaraz potem 

zza jej pleców wyskoczył Tommy. Odwróciła się, żeby objąć synka. 

Odchrząknęła. Spoglądała nie na Ronana, lecz na psa. 

- Na spacer? Świetnie. 

Wpatrywał się w ruch jej warg. Dopiero potem uświadomił sobie, że 

powinien się odezwać. 

- Przyprowadzę Murphy'ego za jakąś godzinę - obiecał. - Wróci na 

kolację. 

- A cy pan już jadł? - sepleniąc, zapytał Tommy. Ronan potrząsnął głową. 

Uśmiechnął się do dziecka. 

- Jeszcze nie. Jest trochę za wcześnie. 

- Moze zje pan z nami? Właśnie piekę ciasto. - Z nadzieją w oczach mały 

chłopczyk popatrzył na matkę. - Czy wystarcy spaghetti dla pana Sullivana? - 

zapytał. 

Deirdre spojrzała na Ronana. Wyczytał odmowę na jej twarzy. Niepomny 

wszystkich wcześniejszych przyrzeczeń, skorzystał skwapliwie z nadarzającej 

się okazji spędzenia czasu w towarzystwie tej ponętnej kobiety. 

- Spaghetti? Brzmi zachęcająco - oświadczył. - Jeśli tylko twoja mama się 

zgodzi... - Zwracał się do Tommy'ego, z oczyma utkwionymi w Deirdre. 

- Zapraszamy - powiedziała, odwracając wzrok i przenosząc go za 

ogrodzenie na dalekie pola. - Będzie to rewanż za pańskie spacery z psem. 

Dla Ronana nie liczyły się żadne wyjaśnienia. Najważniejsze, że się 

zgodziła! 

RS

background image

 

29 

Kiedy Deirdre usłyszała ciężkie stąpanie Murphy'ego po drewnianej 

podłodze werandy, wiedziała, że wrócił gość. Otworzyła drzwi psu i 

przytrzymała, czekając, aż Ronan wejdzie do środka. Zobaczyła w jego rękach 

butelkę czerwonego wina. 

- Może nadać się do makaronu - oświadczył. 

- Dziękuję. 

Podał Deirdre butelkę. Rozpoznała etykietę. Wino było doskonałe. Jej 

lokator miał dobre i kosztowne upodobania. 

Ronan stanął w drzwiach i omiótł wzrokiem pomieszczenie. Było 

imponujące. Stanowiło udany rezultat usiłowań gospodyni, chcącej stworzyć 

dzieciom rajski dom. 

Obok starego, kamiennego pieca wisiały na ścianie miedziane rondle. 

Jeden róg pokoju zajmował drewniany stół ustawiony na owalnym, ręcznie 

robionym dywanie. Pod powałą, z belek podpierających sufit, zwisały pęki 

suszonych kwiatów i ziół. W drugim końcu kuchennego pomieszczenia leżały 

barwne, wiejskie chodniki. Lampy olejne, stojak z giętego metalu obwieszony 

koszykami i fotel na biegunach z pledem przerzuconym przez oparcie 

dopełniały obrazu. W tej części pomieszczenia znajdowały się urządzenia 

kuchenne. Ciemne, nie rzucające się w oczy, a przy tym bardzo nowoczesne. 

Deirdre zdążyła już nakryć stół. Ustawiła na nim stare fajanse, skarb 

odkryty w skrzyni na strychu. 

- Kolacja gotowa - oznajmiła. - Tommy, powiedz o tym bratu i umyj ręce. 

- Dobry pomysł - stwierdził Ronan, krytycznym wzrokiem obrzucając 

własne dłonie. 

- Łazienka jest tam, obok hallu, po prawej. Drewnianą łyżką, którą miała 

akurat zanurzyć w sosie do spaghetti, Deirdre wskazała kierunek. Ronan 

wyszedł zaraz po Tommym. Kiedy opuścił kuchnię, zniknęła specyficzna 

atmosfera, towarzysząca jego osobie. Śnił się Deirdre ostatniej nocy. Obudziła 

się podniecona, zastanawiając się, jak by to było, gdyby na jawie całował ją i 

RS

background image

 

30 

pieścił. Tak dziwne myśli przychodziły jej do głowy tylko dlatego, że od dawna 

prowadziła samotne życie, a Ronan Sullivan był jedynym mężczyzną kręcącym 

się w pobliżu. Od nieszczęsnego bożonarodzeniowego przyjęcia, kiedy o nią się 

zatroszczył, wiedziała, że jest miłym człowiekiem. 

Był przystojny, o czym nie powiedziała Frannie. Jego brązowe włosy 

nabierały w słońcu rudawego połysku. Miał szeroką, kwadratową twarz, często 

pokrytą zarostem, jakby zapomniał się ogolić, i głęboki dołeczek w środku 

brody. Był wysoki. I mimo że sprawiał wrażenie szczupłego, miał barczyste 

ramiona. Kiedy stanął w drzwiach, wypełnił sobą całą przestrzeń. Jego oczy 

przypominały ślepia drapieżnego kota, hipnotyzującego ofiarę. Przeszywały ją 

na wskroś. Były w stanie wydobyć na jaw każdy głęboko ukryty sekret. Stawiała 

na stole ser i sałatę, kiedy zadzwonił telefon. 

- Słucham? 

- Jak się masz, złotko? 

- Cześć, mamo. - Deirdre ramieniem przycisnęła słuchawkę do ucha i 

wróciła do przerwanych zajęć. - O co chodzi? 

- Muszę prosić cię o przysługę. A może właśnie ja ci ją robię? To zależy 

od punktu widzenia. - Matka roześmiała się. - Twój ojciec kupił bilety na jutro 

do cyrku. Mogę zaraz przyjechać po chłopców? Chciałabym, żeby u nas spędzili 

noc. Wieczorem długo się nie pobawią, ale jutro porządnie się wyśpią. Do cyrku 

pojedziemy dopiero około dziesiątej. 

Ta propozycja padła zupełnie nie w porę. Jeśli chłopcy wkrótce pojadą, 

będzie musiała zjeść kolację sam na sam z Ronanem, a to stwarzało niezręczną 

sytuację. Gwałtownie szukała w myśli jakiegoś wykrętu, aby zniweczyć plany 

matki, ale nie była w stanie wymyślić niczego sensownego. 

- Dobrze. Zaraz zapytam dzieci, czy chcą do was jechać. Kiedy 

rozmawiała przez telefon, Tommy i Lee już stali obok niej. Spytała: 

RS

background image

 

31 

- Chcecie spędzić noc z babcią i dziadkiem, a jutro pójść do cyrku? - W 

kuchni podniósł się dziki wrzask. Deirdre uspokoiła synów i powiedziała do 

matki: - Wygląda na to, że chcą. A więc do zobaczenia. 

Szybko postawiła na stole resztę potraw, wyjęła dwa kieliszki i wręczyła 

Ronanowi korkociąg. Potem zabrała się do krojenia makaronu dla dzieci na 

niewielkie kawałki. Gość sprawnie otworzył butelkę i napełnił winem kieliszki. 

- Możemy darować sobie ceremonię próbowania - oświadczył. 

Deirdre uśmiechnęła się i skinęła głową. Czuła się dziwnie, znowu 

zasiadając do stołu w towarzystwie mężczyzny, chociaż Nelson rzadko 

uczestniczył w rodzinnych posiłkach. Większość czasu spędzała tylko z 

dziećmi. 

- Dokąd chodzi pan na spacery? - zapytała gościa. - Czy ma pan już swoje 

ulubione miejsce? 

Ronan zaczął zastanawiać się nad odpowiedzią. 

- Wszyscy mamy takie miejsca. - Do rozmowy włączył się Lee. Nie 

potrafił milczeć. - Moje to wysoka skała na wzgórzu. Tam jest fort. 

- A ja lubię najbaldziej polankę wślód sosen - oświadczył jego brat. - 

Casami udajemy, ze tam mieskamy. W sałasie. 

Ronan uśmiechnął się lekko. Dopiero teraz zauważył, że Lee nie ma obu 

górnych przednich zębów. Jego młodszy brat okropnie seplenił. Ale obaj byli 

ślicznymi dzieciakami i mieli tak wiele uroku, że z powodzeniem mogliby 

występować w telewizyjnych reklamach. 

- Musicie pokazać mi fort i szałas na polance - powiedział. - Może w 

przyszłym tygodniu wybierzemy się na wspólny spacer. 

- Super! - wrzasnął Lee. Podniósł do góry zaciśniętą piąstkę. 

- Nelsonie Lee. - Deirdre wzrokiem skarciła chłopca. - Masz dobre 

maniery, więc z nich korzystaj. 

- Czy wasza mama ma też swoje ulubione miejsce? - zapytał Ronan, 

chcąc odciągnąć uwagę rozgniewanej rodzicielki od synka. 

RS

background image

 

32 

- Tak. - Lee zakołysał się na krześle. - Chodzi nad strumień. Czasami 

zdejmuje buty i brodzi w wodzie. 

- Pewnego razu zdjęliśmy wsystkie ubrania i wleźliśmy do wody - dodał 

Tommy. 

Deirdre zaczerwieniła się po korzonki włosów. Surowym tonem zwróciła 

się do syna: 

- Czy pamiętasz naszą regułę: milcz o tym, co dzieje się w rodzinie? 

Niech pan nigdy nie decyduje się na posiadanie dzieci - powiedziała do gościa. - 

Cały świat natychmiast pozna wszystkie pana domowe sekrety. 

Podniosła kieliszek i wypiła łyk wina. Ronan zauważył, że starała się nie 

patrzeć mu w oczy. 

Uznał, że w stosunkach z Deirdre zrobił dziś duży postęp. Na razie mu 

wystarczy. Wyczuwał jej zażenowanie. Zastanawiał się, czy z kimś 

romansowała po rozwodzie. Miał nadzieję, że żadnemu innemu mężczyźnie nie 

zapaliła zielonego światła, tak jak dzisiaj jemu, wyprawiając z domu dzieci, aby 

sam na sam mogli spędzić wieczór. Myślenie o tym, co może potem się stać, 

byłoby kiepskim posunięciem, uznał Ronan, poprawiając się na krześle, które 

nagle zrobiło się niewygodne, a szorty stały się zbyt ciasne. Z trudem ponownie 

skupił uwagę na jedzeniu. 

Ze względu na obecność dzieci kolacja przebiegała w wesołej, ożywionej 

atmosferze. Ronan dowiedział się, że zeszłego lata chłopcy wylądowali w 

szpitalu, po tym, jak zrobili sobie sałatkę z liści trującego bluszczu i 

spałaszowali ją poza domem. Lee z dumą pokazał gościowi wolne miejsce po 

przednich zębach. Wyjaśnił, że powstało w wyniku bliskiego spotkania z 

rozbujaną huśtawką, której w porę nie zauważył. Tommy pochwalił się małą 

blizną na boku kolana. Miał zakładane szwy po upadku z drzewa. Ronan 

dowiedział się również, że ulubionym kolorem Lee jest zielony i że Tommy 

zawsze sypia z wypchanym krokodylem, którego dostał jeszcze jako niemowlę. 

RS

background image

 

33 

- Od mojego ojca - wyjaśniła Deirdre. - Jest zoologiem i człowiekiem 

trochę... ekscentrycznym. Zna pan jeszcze kogoś, kto podarowałby dziecku w 

pieluchach wypchanego, metrowego krokodyla? 

Ronan przyznał, że to nietypowy prezent. Obserwował grę świateł i cieni 

wokół odkrytych, gładkich ramion Deirdre ubranej w lekką, letnią sukienkę. 

Wprawiały go w podziw jej dzieci. Nie potrafił pojąć, jak tej kobiecie udaje się 

samotnie wychowywać i trzymać w ryzach tę szaloną dwójkę. Sam pocił się, 

słuchając opowiadań o niezwykłych przygodach chłopców. 

Nie potrafił skupić uwagi na rozmowie. Z trudem udawało mu się nie 

wlepiać bez przerwy oczu w panią domu. Przypominała porcelanową laleczkę. 

Sama musiała zajmować się ogrodem, gdyż nie wynajmowała nikogo do 

pomocy. Mimo to jej skóra barwy kości słoniowej wyglądała tak, jakby nigdy 

nie padł na nią promień słońca. 

Wychyliła do dna swój kieliszek. Ronan napełnił go ponownie i podał 

gospodyni. Kiedy zetknęły się ich palce, poczuł na ręku gęsią skórkę i miłe, 

podniecające łaskotanie. Jeszcze bardziej ekscytująca była świadomość, że 

później, wieczorem, takie doznania staną się znacznie silniejsze. 

Tommy z dumą zaprezentował deser własnej produkcji. Było to ciasto z 

jaskrawozieloną, lukrowaną polewą, zrobione z waniliowego puddingu i 

spożywczego barwnika. Poinformował Ronana, że przepis zaczerpnął z „Ulicy 

Sezamkowej". Takie ciasto robili Bert i Ernie. Sepleniąc, chłopiec tak śmiesznie 

poprzekręcał te imiona, że Ronan uznał, iż chodzi o nie znanego mu Burtona 

Urneya. Jego zdaniem, facet powinien zdrowo oberwać za uczenie małych 

dzieci przygotowywania tak paskudnie wyglądających deserów. Przez 

grzeczność spróbował ciasta i ze zdziwieniem odkrył, że jest bardzo smaczne. 

Właśnie pałaszował drugi kawałek, gdy rozległo się szczekanie 

Murphy'ego. W drzwiach ukazała się matka Deirdre. Na widok mężczyzny 

siedzącego przy kuchennym stole córki z Tommym na kolanach i zielonym 

lukrem na policzku stanęła jak wryta. 

RS

background image

 

34 

- Dobry wieczór - powiedziała, lustrując od stóp do głów niecodziennego 

gościa. Zachowywała się dość powściągliwie, ale Ronan wyczuwał jej 

ciekawość. 

Posadził Tommy'ego na krześle, wstał i ukłonił się, przyjmując 

wyciągniętą dłoń. 

- Dobry wieczór pani. Jestem lokatorem Deirdre. Nazywam się Ronan 

Sullivan. 

Matka była wzrostu córki. Jak na osobę w jej wieku, miała doskonałą 

figurę. Kosmyki śnieżnobiałych włosów upiętych w kok okalały sympatyczną, 

żywą twarz. Tak będzie wyglądała jej córka za trzydzieści lat, ocenił Ronan. 

Deirdre dokonała wzajemnej prezentacji. 

- To jest moja mama, Maura Halleran. 

- Bardzo mi miło panią poznać - oświadczył Ronan. Starsza pani 

promiennym uśmiechem z miejsca zawojowała gościa córki. 

- Sullivan - powtórzyła. - To dobre irlandzkie nazwisko. Kiedy pańska 

rodzina tu się przeniosła? 

Ronan nie zrozumiał, o co chodzi. Spojrzał na swą rozmówczynię 

pytającym wzrokiem. 

- Z Eire - wyjaśniła. Nagle spoważniały jej zielone oczy. - Tam się 

urodziła moja babka O'Leary. Nikt z naszej rodziny nigdy na dłużej nie 

wyjeżdżał. Halleranowie opuścili... 

- Mamo! - Nie po raz pierwszy Deirdre słyszała to opowiadanie. - 

Zabieraj moje dzieci i jedź stąd, zanim wystraszysz Ronana. Jest dobrym 

lokatorem i jeśli go stracę, może mi się trafić jakiś maniak. - Pocałowała matkę 

w policzek i zagoniła chłopców do drzwi. - Lub maniaczka. Taka jak ty. Ronan 

się śmiał, kiedy malcy, wrzasnąwszy coś na pożegnanie, zniknęli za rogiem 

domu w towarzystwie babki i wypchanego krokodyla, którego Tommy 

przytaszczył ze swego pokoju. 

RS

background image

 

35 

- Nie zabrali żadnych rzeczy - zauważył Ronan. - Chyba dzieciom są 

potrzebne walizki. 

- Nie są - odparła Deirdre. - U babci i dziadka spędzą tylko jedną noc. 

Mają tam swoje ubrania. Jedyną rzeczą, którą muszą z sobą wziąć, jest 

krokodyl. 

- Aha. - Całą tę scenę postanowił zapamiętać. Nigdy nie wiadomo, kiedy 

w powieści będzie przydatne pojawienie się jakiejś babci. 

Zdenerwowana Deirdre stała na środku kuchni. 

- Siadaj - poprosił, bezwiednie przechodząc z nią na ty. - Kiedy ta dwójka 

kręci się w pobliżu, nie masz, jak sądzę, ani chwili wytchnienia. 

- To prawda. 

Ale nie usiadła. Zamiast tego zaczęła zbierać ze stołu talerze i wkładać je 

do zmywarki. 

- Przepraszam za mamę. Zawsze pasjonowała się, jak by tu powiedzieć 

najoględniej... historią Irlandii. 

- Spodobała mi się - powiedział Ronan, wstając. 

Wziął do ręki kieliszki i wstawił do zlewozmywaka. Widocznie Deirdre 

nie od razu potrafiła zdecydować się na to, by znaleźć się w jego ramionach. 

Postanowił cierpliwie poczekać. 

- Nie musisz tego robić - zaprotestowała. 

- Ty gotowałaś, więc ja powinienem pomóc w zmywaniu. A poza tym im 

szybciej uprzątnie się stół, tym wcześniej będziesz mogła usiąść i wreszcie 

swobodnie odetchnąć. 

Rzuciła mu pełne lęku spojrzenie. Nachyliła się i spod zlewozmywaka 

wyciągnęła miskę. 

- Najpierw muszę nakarmić psa. 

Na widok wypiętego, krągłego tyłeczka Ronanowi zrobiło się gorąco. 

Miał ochotę przyciągnąć do siebie Deirdre, zedrzeć z niej ubranie i kochać się z 

nią aż do utraty tchu. 

RS

background image

 

36 

Był bardzo podniecony. Cisnęły go szorty. Odwracając się plecami do 

pani domu, zobaczył wino stojące nadal na stole i, pod pretekstem sięgnięcia po 

butelkę, usiadł w wygodniejszej pozycji. Zamknął oczy i usiłował myśleć o 

własnej książce, mieszkaniu, telefonie od agenta... Byle tylko uspokoić 

podniecone ciało. 

Wziął do rąk butelkę i kieliszki. 

- Zaniosę wino na werandę. 

- Dobrze. Za chwilę tam przyjdę. 

Miał nadzieję, że Deirdre nie uczyni tego szybko. Ostatni raz reagował tak 

na kobietę, gdy miał siedemnaście lat. Wcale nie był tym zachwycony, ale 

potrafił to sobie wytłumaczyć. Od dawna myślał o Deirdre. Nigdy nie 

przypuszczał, że jeszcze kiedyś ją spotka. No i że zostanie zaproszony na 

kolację i do łóżka. Deirdre nie należała do kobiet, które zabawiałyby się z 

mężczyzną przy dzieciach śpiących za ścianą. Jemu to też by nie odpowiadało. 

Obiekt pożądliwych myśli wszedł na werandę z miską w ręku. Murphy 

tak blisko trzymał się boku Deirdre, że Ronan był przekonany, iż ją przewróci. 

W ciągu kilku sekund solidna porcja jedzenia zniknęła w psim pysku. 

Deirdre z rozczuleniem pokiwała głową. 

- Murphy, jesteś wielkim prosiakiem. Zdajesz sobie z tego sprawę? 

Wielki prosiak pomachał radośnie ogonem. Z jego gardła 

zaczęły wydobywać się dziwaczne pomruki. Odpowiadał swej pani. 

Ronan parsknął śmiechem. 

- Jest przekonany, że jeśli będzie miły, pewnego dnia się złamię i dam mu 

większą porcję - powiedziała Deirdre. 

Podeszła do Ronana. Wręczył jej kieliszek z winem. Usiadła obok niego 

na staroświeckiej, bujanej ławce. Murphy, nie doczekawszy się dodatkowego 

jedzenia, poszedł na podwórze pilnować obejścia. 

Deirdre usiadła na podwiniętej nodze. Drugą lekko uniosła. Ronan 

ostrożnie odepchnął się od podłogi, wprowadzając ławkę w ruch. 

RS

background image

 

37 

Oboje milczeli. Było po ósmej. Miał się wreszcie ku końcowi upalny, 

letni dzień. Pociemniało niebo i zaczęły rozlegać się pierwsze wieczorne 

odgłosy. Odezwał się jakiś ptak, a po chwili świerszcz. Gdzieś z oddali, od 

strony łąk, było słychać rytmiczne kumkanie żab. 

- Tutaj jest tak pięknie... - Głos Deirdre był pełen rozmarzenia. - Gdy 

chłopcy są już w łóżku, siadam wieczorem na tej ławeczce. Rozkoszuję się 

spokojem i czuję, że jestem najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem. 

Po piekle przeżytym w małżeństwie taka reakcja jest uzasadniona, uznał 

Ronan. 

- Czujesz się tu bezpiecznie - zauważył. 

- Niektórzy ludzie uważają bezpieczeństwo za coś zwyczajnego. Dla mnie 

to dar niebios. 

- W jaki sposób odkryłaś to miejsce? - zapytał Ronan, chcąc, aby Deirdre 

się zrelaksowała. 

- Mąż mojej przyjaciółki znał poprzedniego właściciela. Kiedy usłyszał, 

że szukam nowego lokum, przyszła mu na myśl ta farma. Jestem mu za to 

niezmiernie wdzięczna. Zrobiłabym dla niego wszystko, absolutnie wszystko, 

czego by tylko zapragnął. 

Wypiła wino do dna i sięgnęła po butelkę. Napełniła kieliszek. 

- Szczęśliwy facet - stwierdził Ronan. Ostatnie wyznanie Deirdre wcale 

mu się nie podobało. 

- Tak. - Nie zareagowała na jego cierpki ton. - Ożenił się z moją najlepszą 

przyjaciółką. Tak są w sobie zakochani, że obserwowanie ich staje się czasami 

krępujące. Mają drugie dziecko. Niemowlaka. 

Po tym wyjaśnieniu Ronan poczuł się od razu lepiej. 

- Czy myślałaś o ponownym małżeństwie? - zapytał. 

- Zwariowałeś?! 

RS

background image

 

38 

Zareagowała tak ostro, że o mały włos, a rozlałby wino. Bujana ławeczka 

zakołysała się na boki. Deirdre wstała, podeszła do drzwi i otworzyła je przed 

Murphym, który leżał na progu. Ronan zobaczył, że kipi ze złości. 

- Nigdy więcej nie wyjdę za mąż - oświadczyła z głębokim przekonaniem. 

- Sam widziałeś, jakiego człowieka wybrałam sobie za pierwszym razem. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

RS

background image

 

39 

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Po raz pierwszy Deirdre nawiązała do gwiazdkowego przyjęcia, na 

którym się poznali. Stała przy balustradzie. Ronan zobaczył, że drży. Nigdy 

jeszcze nie widział jej w takim stanie. Nawet na tamtym piekielnym przyjęciu, 

gdzie miała powód do zdenerwowania, zachowała całkowity spokój, zbyt 

dumna i zbyt dobrze wychowana, żeby robić sceny. 

Powoli przeszedł przez werandę. Wyjął kieliszek z rąk Deirdre i postawił 

obok swojego. A potem, kierowany odruchem, położył ręce na jej ramionach. 

Zanurzył dłonie w bujnych włosach i zaczął delikatnie masować kark. 

Gładził palcami szyję Deirdre, starając się, żeby poczuła się lepiej. 

Dopiero po dłuższym czasie zaczęła się rozluźniać. 

- Przykro mi - szepnął jej do ucha. - Pogadajmy na neutralny temat, na 

przykład o pogodzie. Albo - ujął Deirdre za łokieć i delikatnie ją obrócił - w 

ogóle zapomnijmy o rozmowie. 

W wieczornym świetle miała ciemniejsze oczy. Przesunął ręką po jej 

policzku, ujmując w dłoń piękną twarz. Milczała. Pochylił się i musnął wargami 

usta. 

Wielokrotnie w myślach całował tę kobietę, nigdy jednak nie robiło to na 

nim tak piorunującego wrażenia. Rzeczywistość przekraczała wyobrażenia. Z 

trudem się opanował. 

Drugi pocałunek był mocniejszy, mimo że Ronan nakazał sobie działać 

powoli i ostrożnie. Nie wyczuwał oporu. Przyciągnął Deirdre, tak że przywarli 

do siebie. Po raz pierwszy go dotknęła, kładąc na jego ramionach małe dłonie. 

Potem zsunęła je niżej i pozwoliła się całować. 

Czuł się jak król. Pachniała subtelnie. Aromat kwiatów stał się silniejszy, 

gdy w jej włosach zatopił twarz. Miała długie, jedwabiste loki. Pieściły mu 

twarz. 

RS

background image

 

40 

Był pewny, że jej ciało jest miękkie jak wygodna poduszka. Ale nie 

potrafił wyobrazić sobie mięśni ramion, szczupłości tułowia i podniecającego 

ruchu bioder. 

Pożądał tej kobiety. Rozpalał się coraz bardziej. 

Całował jej policzek, ucho, ramię. Głowa Deirdre opadła na bok, jak 

więdnący kwiat na zbyt długiej łodyżce. 

- Nie potrafię myśleć - wyszeptała. 

- Nie myśl - odparł równie cichym głosem. - Odczuwaj.  

Otoczył ją ramieniem. Wolną ręką zaczął zsuwać z niej sukienkę i ściągać 

w dół. Deirdre wyswobodziła ramię i znów objęła Ronana za szyję. Mógł 

rozbierać ją dalej. Miał teraz przed sobą piersi. Ujął je w dłonie, nadal całując 

Deirdre w szyję i kark. Miała na sobie tylko biustonosz bez ramiączek, zapinany 

z przodu, ekstrawagancki jak na kobietę z farmy. Wsunął palce między piersi i 

po chwili biustonosz opadł na podłogę werandy. 

Po raz pierwszy wyczuł opór. Kiedy jednak Deirdre zaczęła zsuwać ręce z 

jego szyi, objął ją mocno w talii i przytrzymał. Znów odszukał jej usta. Całował 

coraz mocniej. Dopóty, dopóki nie zaczęła odwzajemniać pieszczot. Potem 

odsunął się od niej i odchylił w tył. 

Deirdre miała pięknie zaokrąglone, duże piersi, ozdobione jasnymi 

sutkami. Ujął je w dłonie. 

Wargi Ronana rozpoczęły teraz wędrówkę. Językiem pobudzał sutki do 

życia. W pewnej chwili poczuł, że Deirdre zaczyna się cofać. Stanowczym 

ruchem nogi rozsunął jej uda i zaczął ją podniecać. 

Nie odrywając ust od piersi Deirdre, rozpiął swój pasek i spodnie. Do 

końca ściągnął sukienkę, jednym ruchem pozbawiając Deirdre również 

cieniutkiej, koronkowej bielizny. W innych okolicznościach pewnie 

zatrzymałby się na chwilę, aby podziwiać piękne, kobiece ciało, ale był tak 

bardzo pobudzony, że musiał zaspokoić zmysły. 

RS

background image

 

41 

Pożądał tej kobiety. Obrócił ją w miejscu i oparł plecami o poręcz 

werandy. Przyciągnął do siebie. Kiedy zacisnęła ręce mocniej na jego szyi, 

natarł na nią nerwowym ruchem. 

Jęknął. Po chwili wtargnął tam, gdzie zamierzał. Chciał odczekać, żeby 

oswoiła się z jego obecnością, ale niesamowite doznania zmusiły go do 

nieprzerwanej akcji. 

- Spójrz na mnie - zażądał głosem schrypniętym z wrażenia. 

Powoli uniosła powieki. W jej oczach dojrzał namiętność. Pieścił ją coraz 

gwałtowniej. Milczała przez cały czas, z głową opartą na jego ramieniu. 

Pocałował ją w czoło. Czuł się tak, jakby na tę chwilę czekał przez całe życie. 

Ale jakie były doznania Deirdre? Musiał to wiedzieć. 

- O czym myślisz? - zapytał. Po chwili powiedziała: 

- O tym, że było to najbardziej niewiarygodne przeżycie. Że wypiłam zbyt 

dużo wina. - Westchnęła. - Że znalazłam się w okropnej sytuacji. Nigdy w takiej 

nie byłam. 

Zaskoczyła Ronana. 

- Brzmi to niemal jak obraza. Co było w tym okropnego? 

- W tym nie było nic... 

- To dobrze. Też tak uważam. 

- Mówię o tym, co teraz... 

Scena była niemal surrealistyczna. Odpoczywali oboje na kołyszącej się 

ławce i rozmawiali szeptem w ciemnościach. Deirdre nie robiła nic, aby 

przerwać intymną sytuację. 

- Teraz chyba nie jest najgorzej. Przynajmniej mnie. 

- Wiesz, co mam na myśli. To zburzy nasz dotychczasowy układ. 

- Dlaczego? Co to ma wspólnego z tym, że wynajmuję od ciebie 

mieszkanie? 

- Teraz za każdym razem, gdy zobaczę ciebie, będę myślała o tej chwili. 

Nie będę mogła spojrzeć ci w oczy. 

RS

background image

 

42 

- Wcale nie musisz czuć się skrępowana. - Co, do licha, dzieje się z tą 

kobietą? Przecież tego, co się stało, nie zamierzał potraktować jak 

jednorazowego zbliżenia. 

- Nigdy nie uprawiałam przypadkowego seksu. Co ja zrobiłam 

najlepszego? O czym myślałam? 

- Nie myślałaś o niczym. To już ustaliliśmy. - Ronan zaczynał się 

irytować. Było to dla niego wspaniałe przeżycie, a ta kobieta wszystko 

niweczyła. - Jesteśmy dwojgiem dojrzałych ludzi, którym było z sobą 

doskonale. 

- To było złe - drżącym głosem oświadczyła Deirdre. 

- Nie wolno mi się tak zachowywać. Muszę myśleć o dzieciach. Nic nie 

wiem o tobie, a mimo to pozwoliłam ci... Pozwoliłam... - Nagle załamał się jej 

głos. 

- Pozwoliłaś sobie na seks - dokończył Ronan. 

- Tak - potwierdziła szeptem. 

- Chcesz, żebym zrobił badanie na obecność wirusa HIV? 

- Widocznie to, co przed chwilą przeżył, było dla niej najzwyklejszym 

seksem. Bo dla niego... Właściwie dobrze nie wiedział, czym to przeżycie 

naprawdę było. Nie zamierzał nad tym się zastanawiać. - Jest jeszcze jedno 

ryzyko, jakie podjęliśmy - dodał. Przytrzymał Deirdre, bo chciała się odsunąć. - 

Używasz środków antykoncepcyjnych? Nie sądzę, żebyś to robiła. 

W milczeniu potrząsnęła głową. 

- Daj znać, jeśli się okaże, że zaszłaś w ciążę. 

- Och, mam nadzieję, że to się nie stało! 

Wyczuł, że Deirdre oddala się od niego. Po chwili była tak osiągalna jak 

księżyc. Ronan poczuł się urażony. Zaczął się ubierać. Potem zgromadził 

porozrzucane rzeczy Deirdre i wcisnął je w jej dłonie. 

Skrzyżował ręce i oparł się plecami o balustradę werandy. I pomyśleć, że 

przed chwilą uważał się za najszczęśliwszego człowieka pod słońcem! 

RS

background image

 

43 

- Jak na kogoś, kto od początku był nastawiony na zbliżenie, zachowujesz 

się dziwacznie - oświadczył. 

Akurat wciągała sukienkę. Spojrzała na Ronana. 

- Co takiego? 

- Słyszałaś, co mówiłem. 

- Co to znaczy, że byłam nastawiona? 

Zbyt późno zorientował się, że Deirdre przeżywa szok. W jej głosie 

brzmiał rosnący gniew. Wzruszył ramionami, choć poczuł się niepewnie. 

Sytuacja nie rozwinęła się tak, jak to sobie wyobrażał. 

- W przeciwnym razie nie poprosiłabyś matki, aby na noc zabrała dzieci. 

Gdyby Ronan nie był emocjonalnie zaangażowany w istniejącą sytuację, 

pewnie zafascynowałaby go gwałtowna reakcja Deirdre. Otwierała i zamykała 

usta. Zesztywniała. Gdyby jej wzrok potrafił zabijać, już by go nie było wśród 

żywych. 

- Nie prosiłam matki, aby zabrała dzieci. To ona do mnie zadzwoniła z 

taką propozycją. Miałam ochotę odmówić, gdyż i tak całe niedziele chłopcy 

spędzają ze swoim ojcem. - Odwróciła się i z furią podeszła do drzwi. 

Otworzyła je szeroko. - Nie jesteś aż tak atrakcyjny, abym miała zamiar cię 

uwodzić. 

- Parę minut temu byłaś innego zdania. - Wiedział, że mówi paskudne 

rzeczy, ale był w paskudnym nastroju. Dla niego zbliżenie z Deirdre stanowiło 

początek czegoś, co mogło przekształcić się w sympatyczny romans. Z zasady 

wykluczał związanie się z kimkolwiek na stałe. Byłby to jednak romans 

wyjątkowy. 

Deirdre wpadła do domu i zatrzasnęła za sobą drzwi. Zaraz potem Ronan 

usłyszał, że przekręca klucz w zamku. 

Chwilę później w panującej wokół nocnej ciszy rozległy się dziwne 

odgłosy. Płakała? Poczuł się fatalnie. Ogarnęły go wyrzuty sumienia. Jeśli 

RS

background image

 

44 

rzeczywiście doprowadził ją do płaczu, nigdy tego sobie nie wybaczy. Podszedł 

do drzwi. 

- Przepraszam - powiedział. - Chodź tu. Porozmawiajmy. 

- Idź sobie! 

Naprawdę płakała. Ronan był zły, a zarazem przejęty jej reakcją. Gdyby 

wyłamał drzwi, jeszcze bardziej pogorszyłby sprawę. Kiedy schodził z werandy, 

usłyszał szczekanie Murphy'ego. To cud, że ta kobieta nie poszczuła go psem! 

W połowie drogi przez podwórze Ronan uprzytomnił sobie, że nie 

powiedział Deirdre, kim naprawdę jest. 

Ostatni raz płakała ponad rok temu. Po tym, jak usiłowała pocieszyć 

starszego synka, kiedy ojciec po raz pierwszy zapomniał o jego urodzinach. Ze 

względu na siebie ostatni raz płakała jeszcze wcześniej. 

Dzisiaj nadrabiała zaległości. Łkała i łkała, leżąc w łóżku. Głośno. Nie 

musiała tłumić płaczu poduszką. Nie było nikogo, kto by jej łkanie usłyszał. 

Nikogo. Jakie to smutne. Swego czasu była dobrym dzieckiem. Nigdy nie 

cieszyły jej nieszczęścia innych. Była dobrą córką, potem matką. Nie idealną, 

ale przyzwoitą. 

Dlaczego więc kilka lat temu jej życie stało się koszmarem? Czym na to 

zasłużyła? Co takiego uczyniła, że mężczyźni traktowali ją źle? 

Obróciła się na bok i zwinęła w kłębek. Czuła się nieszczęśliwa. Nigdy 

więcej nie dopuści do tego, aby jakiś mężczyzna zawładnął jej duszą i ciałem. 

Niespełna trzyletnie małżeństwo było prawdziwym koszmarem. Dziś pozwoliła 

się uwieść prawie obcemu człowiekowi. Oddała się seksualnej przyjemności jak 

marcowa kotka. 

Ledwie rozpoznawała samą siebie. Nic nie usprawiedliwiało takiego 

zachowania. Ale tak miło było widzieć podziw w oczach mężczyzny... Dostrzec 

pożądanie... 

Ronan Sullivan był najbardziej pociągającym mężczyzną, jakiego 

kiedykolwiek spotkała. Był grzeczny i sympatyczny. Od początku znajomości 

RS

background image

 

45 

zachowywał się idealnie. Ale gdy tylko chłopcy wraz z babcią opuścili dom, 

atmosfera zmieniła się całkowicie. 

Pocałował ją. Na to czekała. Ale nie spodziewała się, że jej reakcja na tak 

drobną pieszczotę stanie się aż tak ogromna. Ogarnął ją ogień pożądania, który 

rozpalił zmysły. 

Deirdre znów przewróciła się na plecy. Płacz nigdy jej nie pomagał. 

Przynosił tylko chwilową ulgę. Jutro też poczuje ból. Od razu weźmie się do 

pracy. Po południu przywiezie dzieci, a wieczorem zajmie się tym, co zwykle. 

Porządkami, gotowaniem i praniem. Sobotni wieczór zapowiadał się 

interesująco! 

Następnego ranka obudził ją Murphy. Ciężko dysząc, stał przy łóżku. 

Domagał się natychmiastowego wyjścia. Deirdre podniosła się z łóżka i 

wypuściła psa na podwórze. Wzięła prysznic, ubrała się i upięła włosy. 

Otworzyła lodówkę i nie widzącym wzrokiem wpatrywała się w jej 

zawartość. Orzeźwiło ją zimne powietrze. Wyjęła sok pomarańczowy. Kiedy 

przygotowywała sobie grzankę, odezwał się telefon. 

- Słucham? 

Wszyscy wiedzieli, że wstaje skoro świt, więc nie było to nic 

nadzwyczajnego. 

- Cześć, Dee. - Dzwoniła Frannie. 

- Dzień dobry. - Deirdre usłyszała płacz niemowlęcia. 

- Miałaś bezsenną noc? 

- Tak, ale tym razem powodem był Jack - radosnym głosem wyjaśniła 

przyjaciółka. - Będziesz dziś w domu? Dostałam od klientki dziwaczne 

zamówienie i potrzebuję twojej pomocy. Mogę wpaść późnym popołudniem? 

- Oczywiście. Marzę o tym, aby cię zobaczyć. Ale stawiam jeden 

warunek. 

- Jaki? 

- Musisz przywieźć niemowlaka. 

RS

background image

 

46 

- To żaden problem - oświadczyła ze śmiechem Frannie. 

- Nie odchodzę od niego ani na krok, nie licząc wypadów do sklepu. 

- Pamiętam, jak to było. - Deirdre uwielbiała opiekować się maluchami. 

Dziecko! Nagle przypomniała sobie słowa Ronana. Zamarła z 

przerażenia. Postanowiła o nim nie myśleć. Skończyła rozmowę z Frannie, 

wpuściła do domu i nakarmiła Murphy'ego, a potem weszła na oszkloną 

werandę, którą przekształciła w pracownię krawiecką. Im wcześniej skończy 

realizować zamówienie, tym szybciej dostanie zapłatę. 

Pracowała, nie robiąc przerwy na południowy posiłek. O jedzeniu 

przypomniał jej pies. Stojąc przy zlewozmywaku, obierała jabłko, kroiła na 

plasterki i od razu jadła. Myła ręce, kiedy szczekanie Murphy'ego oznajmiło 

czyjeś przybycie. 

Wyszła przed dom i zobaczyła, że Frannie zatrzymuje furgonetkę. Wokół 

samochodu biegał Murphy. Szczekał jak szalony, radośnie machając ogonem. 

Frannie wysiadła. Otworzyła tylne drzwi, żeby wyjąć dziecko. Deirdre 

zobaczyła, że w furgonetce jest jeszcze jakaś szczupła osoba o jasnych włosach. 

- Jill! Kiedy wróciłaś? - Deirdre uściskała drugą przyjaciółkę, która 

ostatnie tygodnie spędziła na morskiej wycieczce. 

- Wczoraj. Późno wieczorem. Dziś rano zadzwoniłam do Frannie i 

dowiedziałam się, że wybiera się do ciebie. Postanowiłam z nią przyjechać. - 

Puściła Deirdre i zaczęła ściskać Murphy'ego. - Cześć, psie. Przestań mnie 

obśliniać. 

- Chodźcie. 

Deirdre poczuła się nagle szczęśliwa. Zapytała Frannie, czy pomóc jej 

nieść torbę, i nagle kątem oka dojrzała jakąś postać. Spostrzegły ją także 

przyjaciółki. 

Zza stajennego budynku wynurzył się Ronan. Szedł w stronę lasu. Jill 

pomachała mu ręką. Po chwili wahania skręcił w ich stronę. 

RS

background image

 

47 

- Och! Skąd wytrzasnęłaś takie cudo? - przyciszonym głosem spytała Jill, 

otrzepując z psiej sierści turkusową bluzkę bez rękawów, która świetnie 

podkreślała jej opaleniznę. Przesunęła okulary słoneczne na czubek głowy, żeby 

móc lepiej przyjrzeć się nieznajomemu. 

- To twój lokator? - Frannie cicho gwizdnęła. - Deirdre, szczęśliwa z 

ciebie dziewczyna - dodała z westchnieniem. 

- Masz przecież męża - przypomniała Jill przyjaciółce. - Czy któraś z was 

da mi chusteczkę? Na widok tego faceta cieknie mi ślinka. 

Deirdre obrzuciła Ronana krótkim spojrzeniem. Miał na sobie szare, 

sportowe szorty z miękkiego materiału przylegającego do ciała i granatową 

bluzę od dresu, od której niezdarnie odcięto rękawy. Jak zwykle, nie był 

ogolony. Jego kasztanowe włosy połyskiwały w słońcu. Szedł w ich stronę 

zwinnie jak dziki kot. Szorty nie ukrywały imponujących zalet męskiej 

anatomii. 

Przywitał się grzecznie, lecz bez uśmiechu na twarzy. 

- Jill i Frannie, przedstawiam wam Ronana Sullivana - powiedziała 

Deirdre. - Wynajmuje mieszkanie nad stajnią. 

- Dee! - W głosie Jill zabrzmiało przerażenie. - Tam są szczury. - 

Podeszła do Ronana i z kokieteryjnym uśmiechem podała mu rękę. - Jestem 

Jillian Kerr. Jeśli to mieszkanie jest dla ciebie zbyt prymitywne, będę mogła 

załatwić ci pokój w moim domu. Zadzwoń. Z pewnością znajdę coś 

odpowiedniego. 

Ronan uniósł brwi. Wreszcie na jego twarzy ukazał się uśmiech. 

- Och, ja też jestem o tym przekonany - oświadczył. 

Jeśli chciał zrobić przykrość Deirdre, świetnie mu to wyszło. Ostatnia noc 

była dla niej czymś wyjątkowym, mimo że to on zainicjował zbliżenie. Jak mógł 

teraz tak bezczelnie flirtować z jej najlepszą przyjaciółką? Jill, jak zwykle, 

żartowała, oczarowując bez wysiłku kolejnego mężczyznę, ale Deirdre zrobiło 

RS

background image

 

48 

się przykro. Poczuła się odrzucona. Na samą myśl, że Ronan uwodzi inną 

kobietę, było jej niedobrze. Pod powiekami poczuła łzy. Odwróciła wzrok. 

- Jestem Frannie, a ten mały zapaśnik sumo to mój syn, Brooks. 

Z kamienną twarzą Ronan zwrócił się do Deirdre: 

- Idę na spacer. Mogę zabrać z sobą Murphy'ego?  

Deirdre była dziwnie milcząca. Przyjaciółki obrzuciły ją zaciekawionymi 

spojrzeniami. 

- Bardzo proszę - odparła. - Dobrze mu zrobi rozładowanie nadmiaru 

energii. 

- Mnie też. 

W głosie Ronana Deirdre nie wyczuła podtekstu, ale stanął jej przed 

oczyma umięśniony, męski tors. Wiedziała, że się czerwiem. Odwróciła się w 

stronę przyjaciółek. 

- Wejdźcie do domu - powiedziała szybko. - Dla Brooksa jest tu za 

gorąco. 

Po chwili znalazły się w kuchni. Deirdre wyciągnęła szklanki. 

- Macie ochotę na lemoniadę? Jill skinęła głową. 

- Proszę o wodę z lodem - oświadczyła Frannie. - Mam zawsze sucho w 

ustach, odkąd karmię piersią. - Odchrząknęła głośno. - Ty i twój lokator 

jesteście dla siebie uprzedzająco grzeczni. 

- Wyczułam jakieś napięcie - odezwała się Jill. - Ale chyba mi się tylko 

wydawało. 

Deirdre wpatrywała się w szklankę. 

- Na pewno - odrzekła. Jill roześmiała się wesoło. 

- Dee, nie nabierzesz nas, złotko. Wzajemne przyciąganie potrafię 

rozpoznać na milę. Co dzieje się między tobą a tym przystojniakiem? 

Nie mogła im powiedzieć prawdy, mimo że były najlepszymi 

przyjaciółkami. Wspierały ją psychicznie, kiedy załamywała się podczas 

koszmarnego rozwodu, czując, że już więcej nie będzie w stanie znieść. 

RS

background image

 

49 

- Bardzo was przepraszam - wyjąkała drżącym głosem - ale w tej chwili 

nie potrafię o tym mówić. 

W kuchni nagle zapanowała cisza. Po chwili Jill podeszła do Deirdre i 

objęła ją ramieniem. 

- W porządku, złotko. W razie gdybyś potrzebowała rady, wiesz, gdzie 

nas znaleźć. 

Frannie potwierdziła słowa Jill skinieniem głowy. Z kieszeni torby z 

pieluchami, z którą nigdy się nie rozstawała, wyjęła kartkę papieru. 

- Popatrz, bo jeszcze zapomnę, po co tu w ogóle przyjechałam. Moja 

klientka wychodzi za mąż i chce mieć dla lalki Barbie kopię swojej ślubnej 

sukni. 

Deirdre wzięła do ręki kartkę ze szkicem, przyniesioną przez Frannie. 

- Zwykle nie robię strojów dla tak małych lalek, ale tym razem spróbuję. 

To może nawet być zabawne. Z jakiego materiału ma być sukienka? 

Jill wzięła na ręce niemowlę. 

- Pogadajcie sobie o szyciu. Dla nas to czarna magia, prawda, kumpelku? 

Idziemy, Brooks. Pobawimy się sami. 

Trzy tygodnie później nowojorskie zamówienie było już prawie 

skończone. Znany w całym kraju sklep z zabawkami chciał mieć stroje dla lalek 

wystawianych w witrynie. Scena przedstawiała zimowy krajobraz z 

zamarzniętym stawem, tak że lalki musiały mieć na sobie mnóstwo różnych 

ubrań. Deirdre zrobiła nawet ze skóry malutkie łyżwy oraz poszyła pelerynki, 

mufki i czapeczki. 

Zależało jej na tym, aby wykonać to zamówienie. Nie tylko ze względu na 

pieniądze, których potrzebowała, bo za miesiąc musiała spłacić następną ratę 

hipotecznego długu. Przed zabraniem się do realizacji następnego zlecenia 

chciała uszyć ślubną sukienkę dla laleczki należącej do klientki Frannie. Będzie 

to trudna praca ze względu na małe rozmiary. Właśnie teraz było potrzebne 

Deirdre takie wyzwanie, żeby nie myślała o niczym innym. 

RS

background image

 

50 

Bez przerwy chodziła zgnębiona. Co stanie się, jeśli zaszła w ciążę? Za 

parę tygodni będzie mogła wykonać test i wtedy się dowie. Gdyby tylko przez 

ten czas potrafiła się nie martwić. 

Co zrobi, jeśli urodzi dziecko? Już i tak z trudem utrzymywała rodzinę, 

mimo że adwokatowi udało się wydusić od Nelsona zaległe alimenty. Żeby 

umocnić na rynku pozycję swojej firmy, potrzebowała jeszcze dwóch do trzech 

lat. Następne dziecko nie pozwoliłoby wprowadzić w życie żadnych zamierzeń. 

Jednego pytania Deirdre nie zadawała sobie nigdy. Nie przerwałaby ciąży. 

Urodzi dziecko i będzie kochała je jak pozostałe. Na razie jednak modliła się o 

to, żeby nie przyszło na świat. 

Z całą wyrazistością pamiętała każdy szczegół wieczoru spędzonego z 

Ronanem. Nadal nie mogła sobie wybaczyć, że okazała się tak łatwa. Było to 

określenie zarezerwowane dla innego rodzaju kobiet. Kobiet, które 

rozpoczynały wieczory w barach, a kończyły w objęciach jednorazowych 

kochanków. Łatwa. Pragnęła móc wymazać z życiorysu to okropne słowo. 

Żałowała wprawdzie tego, co stało się tamtej nocy, ale pogodziła się ze 

wspomnieniami. Dowiedziała się, że zbliżenie dwojga ludzi może być wspaniałą 

rzeczą. Na samą myśl o Ronanie ogarniało ją podniecenie. 

Prawie go nie widywała. Przychodził, żeby zabrać Murphy'ego na spacer, 

i wtedy wymieniali kilka zdawkowych słów. Czasami widziała, jak za Ronanem 

uganiają się jej synowie. Przywoływała ich, nie chcąc, aby zawracali mu głowę. 

Całymi dniami tkwił w mieszkaniu nad stajnią. Deirdre sądziła, że nie 

idzie mu praca lub że na to, co pisze, nie ma zapotrzebowania u wydawców. 

Nadal jednak regularnie płacił komorne. Uznała, że nie powinna przejmować się 

jego sprawami. 

- Hej, mamo! - Lee jak bomba wpadł do pracowni, o włos unikając 

zderzenia ze stertą materiałów. 

- Ostrożnie - ostrzegła syna. - Czego ode mnie chcecie?  

RS

background image

 

51 

W sąsiednim pokoju chłopcy oglądali jakiś film. Była zadowolona, że 

siedzą cicho. W dni, w które rozrabiali, dopiero wieczorem, po położeniu ich do 

łóżek, mogła zabrać się do roboty. Miała wyrzuty sumienia, że poświęca 

dzieciom zbyt mało czasu, ale nie było na to rady. 

- Musisz pomóc nam pokroić arbuza. - Duże, brązowe oczy synka 

prosząco wpatrywały się w matkę. 

- Jakiego arbuza? 

Bezustannie fantazjowali. Deirdre nie protestowała, jeśli to, co wymyślali, 

było w miarę bezpieczne. 

- Od Ronana. 

Chłopcy przepadali za tym człowiekiem. Im bardziej rygorystycznie 

wymagała przestrzegania przez nich zasady niewchodzenia w drogę lokatorowi, 

tym usilniej pragnęli przebywać w jego towarzystwie. Tak więc godziła się na 

to, by o nim mówili. 

Lee z niecierpliwością zaczął ciągnąć ją do wyjścia na podwórze za 

domem. Zobaczyła Ronana stojącego na werandzie z ogromnym arbuzem w 

rękach. Serce podeszło jej do gardła. 

- Dzień dobry. - Była z siebie dumna, że powiedziała to spokojnym 

głosem. 

Miał na sobie inną bluzę, też z obciętymi rękawami. Kusą. Praną ze sto 

razy i teraz nawet nie sięgającą pasa. Dostrzegła ruch umięśnionych ramion i 

linię ciemnych, skręconych włosów skierowaną w dół i ginącą w krótkich 

spodenkach. 

Deirdre ogarnęła ochota, żeby go dotknąć. Zacisnęła pięści i wbiła 

paznokcie w dłonie. 

- Cześć - powiedział na przywitanie. - Wygrałem go w sklepie przy 

drodze - wyjaśnił, spoglądając na arbuza. 

- Wygrałeś? 

RS

background image

 

52 

- Tak. Przywieziono tam całą ciężarówkę arbuzów. Ten, znacznie większy 

niż pozostałe, właścicielka sklepu przeznaczyła na loterię Towarzystwa Walki z 

Rakiem. Ja tylko kupiłem los. Z grzeczności. 

- Wygląda na to, że powinieneś częściej być grzeczny. 

- Deirdre odruchowo zdobyła się na dowcipny komentarz. 

Kiedy spotkały się ich oczy, powiedział z całym spokojem: 

- Też tak sądzę. 

Tym razem już się nie odezwała. Wyczuła podwójne znaczenie tych słów. 

- Pożyczę ci jeden z moich długich noży - oświadczyła. 

- Dziękuję, nie skorzystam. Jestem zbyt leniwy. Arbuza dałem 

Tommy'emu i Lee. 

- Ach, tak. - Deirdre odwróciła się w stronę chłopców. 

- Podziękowaliście? 

- Podziękowali - potwierdził Ronan. 

- Mamo, cy w święto cwartego lipca pójdziemy obejzeć stucne ognie? - 

zapytał Tommy. - Ciocia Jill mówiła, ze to jus niedługo. 

Deirdre skinęła głową. Miała ochotę zakończyć rozmowę. 

- Tak. Za trzy dni - powiedziała. - Pojedziemy na wzgórze, tak jak w 

zeszłym roku. Macie na to ochotę? 

- Tak - oświadczył Tommy. - I tes uządzimy sobie piknik. 

- Może pan wybrać się z nami - powiedział Lee do Ronana. - Spodobają 

się panu fajerwerki. 

- Och, chłopcy, jestem pewna, że na Święto Niepodległości pan Sullivan 

ma już inne plany - wtrąciła Deirdre. 

Popełniła błąd. Czemu nauczyła dzieci życzliwości w stosunku do 

obcych? Ponad głowami synów spojrzała na Ronana, czekając, aż potwierdzi 

podsuniętą wymówkę. 

- Nie mam innych planów - oznajmił. - Chętnie się do was przyłączę. 

 

RS

background image

 

53 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Co on sobie właściwie myśli i jak może tak się zachowywać? 

zastanawiała się Deirdre, w Święto Niepodległości krojąc dzieciom arbuza. 

Piknik z Ronanem, mimo obecności chłopców, stanie się dla niej próbą siły 

charakteru. Był ostatnią osobą, z którą chciałaby znaleźć się na łonie natury. 

Nie była to prawda. Mimo to wmawiała ją w siebie, z rozmachem krojąc 

arbuza. 

Przyznaj się, Deirdre, myślała. Ten facet trochę cię podnieca i nie ma w 

tym nic złego. Ale pragniesz, aby nie było to tylko zwykłe fizyczne pożądanie. 

Włożyła kawałki arbuza do pojemnika i umieściła go w przenośnej 

lodówce. Kobiety lubią wyobrażać sobie różne rzeczy, kiedy pojawia się 

mężczyzna. Miała niezbity dowód, że Ronan nie jest księciem z bajki, a mimo to 

co najmniej raz dziennie przyłapywała się na marzeniach. Występował jako 

drugi mąż, uwielbiający ją i jej dzieci z pierwszego małżeństwa... . 

Były to fantazje. Wczoraj przed domem wyrywała chwasty, gdy nagle 

usłyszała w pobliżu głośny brzęk. Zobaczyła w oknie stłuczoną szybę. Czyżby 

w zabawie chłopcy posunęli się za daleko? Nie sądziła, że są na tyle duzi, aby 

stłuc szybę. A poza tym jeszcze przed kwadransem bawili się na łące za tylnym 

ogrodzeniem. Zawołała synów. 

- Co się stało? - Po ich twarzach poznała, że są cali i zdrowi. - Spojrzała 

na wybitą szybę w oknie salonu. - Jak to się stało? 

Lee nabrał głęboko powietrza. 

- No... poszliśmy do domu napić się wody... 

- I zobacyliśmy wentylator - dodał Tommy. 

- Jaki wentylator? 

- Ten w salonie - wyjaśnił starszy winowajca. 

- Na suficie - dorzucił drugi. 

RS

background image

 

54 

- Zastanawialiśmy się, czy potrafi wcelować w baseballową piłkę, więc 

rzuciliśmy ją parę razy, kiedy był w ruchu. - Lee rozłożył ręce, dając do 

zrozumienia, że było to z ich strony logiczne posunięcie. 

- I wcelował! - z dumą wykrzyknął Tommy, zanim przypomniał sobie o 

opłakanych skutkach tego eksperymentu. 

Niewzruszona naukowym zacięciem chłopców, Deirdre odesłała ich za 

karę do pokoi. Gdy zniknęli, usłyszała za plecami jakiś hałas. Odwróciła się. 

Ujrzała Ronana. Pokładał się ze śmiechu. 

- Wiele się uczę, obserwując tych gagatków - oświadczył. 

Deirdre nie widziała powodu do radości. Rozbita szyba była cenna. 

Bardzo stara, z lekko pofalowanego szkła, z zatopionymi bąbelkami powietrza. 

- Osiwieję przed czterdziestką - stwierdziła grobowym głosem. 

Odchodząc, Ronan dalej się śmiał. Pewnie uważał Lee i Tommy'ego za 

sympatyczne i bystre dzieciaki, Gdyby jednak musiał przebywać z nimi pod 

jednym dachem przez okrągłą dobę, przestałby się nimi zachwycać, pomyślała 

Deirdre, kończąc napełniać wiktuałami przenośną lodówkę. 

Chłopcy byli głównym powodem tego, że nie myślała o ponownym 

małżeństwie. Bardzo ich kochała, mimo że sprawiali wiele kłopotów. Ktoś, kto 

nie byłby ich naturalnym ojcem, tak łatwo nie darowałby Tommy'emu i Lee 

wybitych szyb, wymazanych ścian, a także miniaturowych drzewek i domków 

przyklejonych superklejem do podłogi. 

Postawiła lodówkę na tylnej werandzie i wróciła do kuchni po piknikowy 

kosz. Kiedy zamykała drzwi, zjawili się chłopcy. 

- Hej, mamo, jesteś już gotowa? - zapytał Lee chyba po raz setny w ciągu 

ostatnich trzech godzin. 

Włożyła klucze do kieszeni i chwyciła lodówkę. 

- Klawo! - wrzasnął Lee i błyskawicznie zniknął, a Tommy wraz z nim. 

- Ja wezmę - powiedział Ronan, podchodząc do Deirdre. 

- Dam sobie radę - odparła. 

RS

background image

 

55 

Zagrodził drogę i wyjął z jej ręki uchwyty przenośnej lodówki. Musiała 

ustąpić, gdyż znalazł się stanowczo zbyt blisko. Wziął kosz. 

- Postawić z tyłu, w twoim samochodzie? - zapytał.  

Deirdre skinęła głową. Podeszła do furgonetki i otworzyła tylne drzwi. 

Ronan wstawił do środka obie przyniesione rzeczy. A potem jeszcze włożył 

jakąś torbę. 

- Co w niej jest? - chciała wiedzieć Deirdre. 

- Parę opakowań sztucznych ogni. Nie chciałem pokazywać ich 

chłopcom, zanim z tobą uzgodnię, czy mogę je zabrać. 

Piekielnie obawiała się takich rzeczy jak fajerwerki. Swego czasu nie 

należała do dzieci bawiących się zapałkami. Sam widok płomienia budził w niej 

strach. Wychodząc z kuchni, ani na chwilę nie zostawiała zapalonych świec. 

Wiedziała jednak, że chłopcy będą zachwyceni sztucznymi ogniami. I że Ronan 

dopilnuje, aby znajdowali się w bezpiecznej odległości. 

- Zabierz je - zgodziła się po namyśle. - Ale pod warunkiem, że dzieci nie 

będą niczego dotykać. 

- Jasne. Na to im nie pozwolę - potwierdził. - Pomyślałem sobie, że pokaz 

sztucznych ogni może zrobić im frajdę. 

- Dziękuję. 

Wzruszył ramionami. Odruchowo dotknęła jego ręki. Miał skórę pokrytą 

drobnymi włoskami. Ciepłą. 

Deirdre poczuła przypływ pożądania. Gwałtownie cofnęła dłoń, ale 

Ronan zdołał odczytać jej reakcję. To nie było w porządku, żeby działał na nią 

tak silnie, iż natychmiast zapominała o bożym świecie. 

Odwróciwszy wzrok, nawiązała do poprzedniego wątku rozmowy. 

- Doceniam to, że pomyślałeś o chłopcach.  

Naprawdę tak było. Nelson nigdy nie zrobił niczego dla synów. Była 

niemal przekonana, że zabiera ich na niedziele głównie dlatego, żeby zrobić jej 

RS

background image

 

56 

przykrość. Wiedział, że to ją denerwuje. Gdy go opuściła, zaczął dochodzić 

ojcowskich praw. 

Dopiero kiedy znalazła się za kierownicą furgonetki, uprzytomniła sobie, 

że Ronanowi bez obawy powierzyłaby dzieci. Darzyła go większym zaufaniem 

niż ich własnego ojca. 

Rozsiedli się pod wielkim dębem, stojącym samotnie na najwyższym 

wzniesieniu w całej okolicy. Trawa była soczysta i zielona, a ziemia miękka, 

gdyż lato było mokre. Z tego miejsca widzieli w dole pola rozciągające się 

wokół domu. 

Deirdre rozłożyła koc i z pojemników, które Ronan przyniósł z 

furgonetki, zaczęła wyjmować jedzenie. Nie lubił, żeby kobiety nosiły ciężkie 

rzeczy. Gdy tylko zbliżała się do lodówki, wyprzedzał ją i pytał, co przynieść. 

Dochodziła siódma wieczorem. Wszyscy usadowili się na kocu i zabrali 

do jedzenia. Deirdre przygotowała pieczone kurczaki i fasolkę na gorąco, 

trzymane w izolowanym termicznie pojemniku, a także siedmioskładnikową 

sałatkę z groszkiem. Chciała wepchnąć w chłopców trochę warzyw. Jej synowie 

byli zdania, że tylko krowy i króliki powinny żywić się zieleniną. 

Przywiozła też śmieszne figurki z galaretki, ulubione przez chłopców 

czekoladowe ciasteczka, pomidorowe chipsy i arbuza. 

Trzem przedstawicielom męskiego rodu pochłonięcie tych przysmaków 

przyszło z łatwością. Deirdre starała się jak najpóźniej dać kolację, aby nie 

musiała godzinami tkwić tu z Ronanem, ale chłopcy jednak nie byli 

przyzwyczajeni do późnych posiłków. Do zmroku pozostały im jeszcze ponad 

dwie godziny. Dopiero wtedy rozpoczynano pokaz fajerwerków w miasteczku. 

Chłopcy zajęli się badaniem dziury, którą Tommy odkrył w ziemi. Byli 

przekonani, że jest to wylot jamy świstaka. 

- Jedzenie było wyborne - oświadczył Ronan. Pozbierał papierowe talerze 

i wrzucił je do torby na śmieci, przywiezionej przez Deirdre. - Dziękuję, że 

pozwoliłaś mi przyjechać tu z wami. Wiem, nie był to twój pomysł. 

RS

background image

 

57 

Deirdre uśmiechnęła się zdawkowo, zachowując obojętny wyraz twarzy. 

W każdym razie chciała, żeby to tak wypadło. 

- Chłopcy cieszą się, że jesteś z nimi. 

- Ale ty nie. 

- Jestem zadowolona, widząc, że Tommy i Lee choć przez chwilę męczą 

kogoś innego, a nie mnie. 

Przysięgła sobie zachować dobrosąsiedzki i przyjazny ton rozmowy, 

choćby miało ją to wiele kosztować. Ronan uśmiechnął się, ale nie podtrzymał 

nowego tematu konwersacji. 

- Deirdre... 

- Słucham? 

- Chcę przeprosić cię... 

- To niepotrzebne. Nie chcę dłużej rozmawiać na ten temat. - Odwróciła 

się tak szybko, że jej włosy splecione w warkocz uderzyły ją w twarz. 

- Jest potrzebne - zaoponował Ronan. 

Mówił spokojnie, lecz w jego głosie wyczuła to samo lodowate 

brzmienie, które słyszała, gdy oznajmiał, że sam poniesie lodówkę. - 

Przepraszam, jeśli tamtego wieczoru wyciągnąłem fałszywe wnioski. Może 

uwierzyłem w to, w co pragnąłem wierzyć. 

Odwróciła się tyłem. Zależało jej na tym, aby jak najszybciej zatkać 

Ronanowi usta. Stanął przed nią. 

- Wszystko w porządku - powiedziała szybko. - Oboje popełniliśmy błąd. 

- Jesteś pewna? - Popatrzył uważnie w jej oczy. 

- W tej chwili niczego nie jestem pewna. - Przestała przejmować się tym, 

że w jej głosie brzmi desperacja. - Czy nie możemy po prostu o tym zapomnieć? 

- Ja nie potrafię. - Ronan wyciągnął rękę i czubkiem palca przesunął po 

dolnej wardze Deirdre. - A ty? 

Znajdował się zbyt blisko. Chciała się cofnąć, ale jej ciało było innego 

zdania, a stopy jakby wrosły w ziemię. 

RS

background image

 

58 

- Też nie - przyznała cicho, zamykając oczy. 

- Jak już mówiłem, jest mi przykro, że cię nie zrozumiałem, ale nie ze 

względu na to, co stało się potem. - Nadal gładził czubkiem palca wargi Deirdre, 

ale teraz od wewnętrznej, bardziej wrażliwej strony, tak że natychmiast ogarnęło 

ją podniecenie. - Mam żywo w pamięci każdą, nawet najdrobniejszą twoją 

reakcję. Myślę o tym, jak delikatną i miękką masz skórę na biuście... 

- Przestań! - powiedziała chrapliwym głosem. 

Uśmiechnął się. Tak niebezpiecznie, że dostała gęsiej skórki. 

- Chcę znowu kochać się z tobą - oświadczył. - Ale tym razem w łóżku. 

Będę godzinami pieścił każdy zakamarek twego ciała. I czuł dotyk twych dłoni. 

Gdzie tylko zechcesz. 

Odsunął palec od warg Deirdre i położył rękę na jej karku. Pociągnął za 

koniec warkocza, zmuszając, żeby odwróciła się w jego stronę. Milczała. 

- Powiedz, że też mnie pożądasz - polecił. 

Usta Ronana były tuż, tuż. Gdyby Deirdre uniosła się na palcach, od razu 

by ją pocałował. Nadal czuła rękę na karku i ciepło bijące od potężnego ciała. 

Przebiegł ją prąd. 

- Pragnę cię - wyszeptała. 

Tym razem pieścił same usta. Drażnił zębami dolną wargę, ssał skórę i 

przeciągał po niej językiem. A potem wsunął język głębiej, na znak, że bierze 

Deirdre w posiadanie. Odczuwała coraz silniejszy ból w podbrzuszu. Zamknęła 

oczy, bezwolnie poddając się pieszczotom Ronana. 

Niespodziewanie zakończył pocałunek. Lekko musnął wargami jej usta. 

Ręką leżącą na karku przesunął powoli po ramieniu Deirdre i jej piersi. Aż 

jęknęła z wrażenia. Roześmiał się gardłowo. Otworzyła oczy. Zasłaniał całe 

pole widzenia. 

- To był dopiero początek - oznajmił z błyskiem w oku. 

- Ronan! - wrzeszczał młodszy z braci. - Chodź zagrać z nami w piłkę! 

- Rzeczywistość ze snu budzi. - Ronan skrzywił się.  

RS

background image

 

59 

Powoli zniknął blask jego oczu. Zanim jednak odwrócił się i pobiegł 

przez łąkę, rzucił Deirdre długie, surowe spojrzenie. - Niech ci nie przyjdzie do 

głowy udawać, że nic się nie stało. 

Gdy grali w piłkę, Deirdre spakowała resztki jedzenia. Zostawiła tylko 

ciasteczka i miskę zielonych jabłek, które przywiozła z myślą, że chłopcy zjedzą 

je po zabawie. Przez głowę przebiegały jej różne myśli. Wreszcie usiadła na 

kocu z podciągniętymi nogami i skupiła całą uwagę na porządkowaniu 

miotających nią odczuć. 

Uznała, że są szalone. O Ronanie wiedziała tylko tyle, że jednym 

pocałunkiem był w stanie doprowadzić ją do całkowitego poddania się 

pieszczotom i błagania o więcej. Znała go od kilku tygodni. Przez ponad połowę 

tego czasu prawie ze sobą nie rozmawiali. Jak można kochać się z człowiekiem, 

z którym nigdy nie spędza się dnia, nie idzie na spacer, do kina czy do 

restauracji? 

To jednak, co oboje robili na werandzie z tyłu domu, wynagrodziło z 

nawiązką wszystkie poprzednie czynności. 

Deirdre jęknęła. Oparła czoło na kolanach. Swego czasu była młoda i 

głupia, całkowicie zaślepiona pierwszą miłością do mężczyzny, dostrzegając 

jedynie cienką warstwę jego ogłady, której szybko zaczął się pozbywać. 

Przyrzekła sobie, że od tej pory zacznie kierować się wyłącznie rozsądkiem. 

Będzie działała powoli i z rozwagą. I będzie musiała dobrze poznać mężczyznę, 

zanim z nim się zwiąże. 

Wszystko to brzmiało pięknie, ale było nierealne. 

Zakochała się w obcym mężczyźnie. Nie znała nawet daty jego urodzenia 

i drugiego imienia. Jedyną rzeczą, jaką udało się jej poznać, była własna reakcja. 

I świadomość, że kiedy ten człowiek ją pieścił, czuła się wspaniale. Tak dobrze, 

że zrozumiała, czego do tej pory brakowało w jej życiu. Ronan był tak 

przystojny i atrakcyjny fizycznie, że nie potrafiła oderwać od niego oczu. Szedł 

teraz w jej stronę, trzymając obu chłopców pod pachami. Sinieli się i krzyczeli 

RS

background image

 

60 

jak szaleni, machali nogami. Widok ten sprawił, że Deirdre odrzuciła 

wątpliwości. Była gotowa oddać serce mężczyźnie swych marzeń. 

Kiedy zaczęło się ściemniać, Ronan przyniósł swoją tajemniczą torbę. 

Deirdre jeszcze nie widziała, żeby chłopcy byli aż tak podekscytowani. I tak 

posłuszni. 

Ronan nakazał im usiąść we wskazanym miejscu, a sam w dole, na 

otwartej przestrzeni, zaczął podpalać lonty „węży", „bombek" i „słoneczek". 

Oznajmił chłopcom, że jeśli choć jeden z nich okaże się nieposłuszny, 

sztucznych ogni nie będzie. 

Dlaczego mu uwierzyli? zastanawiała się Deirdre. Gdyby ona to 

powiedziała, jeden z chłopców lub drugi nie usiedziałby na swoim miejscu i 

zacząłby pełznąć w dół, żeby lepiej widzieć, co tam się dzieje. 

Ronan przez chwilę bawił chłopców pokazem zwykłych sztucznych ogni. 

Potem wyciągnął z torby pudełko iskrzących. Wrócił na górę i stanął obok Lee. 

Deirdre ściskała rączkę Tommy'ego, kiedy powietrze przeszyły iskrzące się 

pręty. Opróżnili pudełko. Potem ogarnęły ich ciemności. 

- Będzie wam wygodniej na kocu - powiedziała Deirdre do synków. - 

Niedługo rozpoczną się fajerwerki w miasteczku. 

Padli na koc we wskazanym miejscu. Byli zmęczeni. Nawet nie 

dyskutowali z matką, która tłumaczyła, że jeśli położą się na brzuchach, będą 

mieli lepszy widok. 

Ronan się nie odzywał. Czekał, aż Deirdre ułoży dzieci. Podniosła się z 

koca. 

- Weźmy leżaki z furgonetki. Usiądziemy sobie na nich - zaproponowała. 

- Mam lepszy pomysł. 

Posadził Deirdre na kocu. Usiadł, oparł się plecami o drzewo i wciągnął ją 

między własne, zgięte nogi. 

- Oprzyj się - zaproponował. 

RS

background image

 

61 

Pozwoliła Ronanowi przysunąć ją do siebie, ale nagle uzmysłowiła sobie, 

że przy dzieciach siedzi w jego objęciach. W tej chwili czarne niebo przecięły 

pierwsze sztuczne ognie. Wielkie kule rozpadły się na tysiące złotych i 

różowych iskierek. 

- Mamo, patrz! - Lee rzucił Deirdre obojętne spojrzenie i wyciągnął rękę 

w stronę nieba. - Patrz w górę, bo znikną! 

Posłuchała synka. Ronan wykorzystał tę chwilę i przyciągnął ją jeszcze 

bliżej, tak że plecami opierała się o jego tors. Złożyła mu głowę na ramieniu. 

Chwilę później objął ją w pasie. Poczuła się bezpiecznie. Rozluźniła się. 

Położyła dłonie na ramionach Ronana i cieszyła się chwilą. 

Pokaz fajerwerków w miasteczku trwał prawie godzinę. Najpierw chłopcy 

bez przerwy wołali: 

- Och! Ach! 

Po pewnym czasie ich entuzjastyczne okrzyki zamieniły się w przeciągłe 

mamrotanie. Zasypiali. Ronan podniósł się z miejsca. Powstrzymał Deirdre, 

która chciała zrobić to samo. 

- Położę dzieciaki na tylnym siedzeniu furgonetki. Jeśli zostaną tu dłużej, 

zjedzą je komary. 

Miał rację. Deirdre była zdumiona, że o tym pomyślał. Gdy już chłopcy 

smacznie spali w furgonetce, Ronan wrócił na koc i zajął swoje poprzednie 

miejsce. Deirdre było tak dobrze, że aż ją to przerażało. Martwienie się 

postanowiła odłożyć do jutra. Teraz pragnęła cieszyć się bliskością swego 

towarzysza pod granatowym niebem. 

Wreszcie skończyły się pokazy fajerwerków. Nie było żadnego powodu, 

aby dłużej pozostawać na wzgórzu. Deirdre postanowiła podnieść się z koca. 

Łatwiej było to powiedzieć, niż wykonać. Była szczęśliwa w ciepłych 

ramionach Ronana. Odwróciła do niego głowę. 

RS

background image

 

62 

- Piękne dzięki za to, że do nas dołączyłeś. Lee i Tommy zawdzięczają ci 

wspaniałe dzisiejsze przeżycia. Będzie to dla nich niezapomniane Święto 

Niepodległości. 

- A dla ich matki? - Ronan dotknął wargami czoła Deirdre. 

Uśmiechnęła się, pełna szczęścia. 

- Też będzie niezapomniane - wyszeptała. 

- To dobrze. - Nachylił się i zaczął szukać jej ust. 

Całował ją tak jak poprzednio. Ostrożnie i powoli, czekając na jej reakcję. 

Dowiedziała się, jak bardzo podniecające mogą być pieszczoty ucha. Kiedy 

Ronan zaczął je ssać, głośno westchnęła, odsuwając się trochę. 

Jedną dłoń położył na jej piersi i kolistymi ruchami zaczął pieścić sutkę, a 

drugą ręką przesunął niżej, na brzuch i jeszcze dalej w dół, jakby chcąc odkryć, 

dokąd prowadzi szew dżinsów. 

Nie protestowała. Nie myśląc o niczym, chłonęła docierające do niej 

bodźce. W pewnej chwili wydawało się jej, że zaraz oszaleje. Przestała panować 

nad odruchami. 

Ronan jęknął, gdy odwzajemniła pieszczotę. Był podniecony. Wysunął 

dłoń spod uda Deirdre i rozpiął jej dżinsy. Jego palce odnalazły najwrażliwszy 

punkt jej ciała. Po chwili zalała ją fala rozkoszy. 

Wiła się i drżała. Kiedy minął ostatni spazm, osłabła w ramionach 

kochanka. Pocałował ją jeszcze raz. Podniecony, był na granicy wytrzymałości. 

- Musimy przestać - powiedział. 

Ledwie powstrzymał się, aby nie przewrócić Deirdre na plecy. Jęcząc, 

zacisnął zęby. 

- Teraz twoja kolej. Czyżbyś rezygnował? 

Żartobliwe pytanie Deirdre wprawiło go w stan największego 

podniecenia. Stracił nad sobą kontrolę. Mimo że półprzytomny, pamiętał o 

śpiących w pobliżu dzieciach. 

RS

background image

 

63 

Zerwał się z ziemi i pociągnął za sobą Deirdre. Po chwili znaleźli się za 

pniem wielkiego dębu. Nagle jednak uprzytomnił sobie, że nie wziął żadnego 

zabezpieczenia. Nie należało po raz drugi igrać z losem. 

- Nic z tego - mruknął rozczarowany. - Nie wziąłem niczego. 

Zaczął odwracać się od Deirdre, gdy poczuł, że ona zsuwa mu spodenki. 

Jęcząc, poddał się pieszczocie. Jeszcze nigdy nie odczuwał podobnych wrażeń. 

Po szalonej podróży zmysłów stało się to, na czym zależało im obojgu. Ciałem 

Ronana wstrząsnął spazm ostatecznej rozkoszy. 

Ciężko dysząc, usiadł pod drzewem. Zakrył ręką oczy. Słyszał, że Deirdre 

porusza się w pobliżu, ale nie miał siły nawet drgnąć. 

Po chwili podeszła i w milczeniu pomogła mu wstać. Powoli odzyskał 

siły. Z trudem się ubrał. Potem wziął Deirdre w objęcia i mocno przytulił do 

siebie. Wiedział, że po dzisiejszych przeżyciach sam stanie się odmienionym 

człowiekiem. 

Był to wspaniały seks? Bez wątpienia. Drugie zbliżenie okazało się 

jeszcze cudowniejsze niż pierwsze. Najlepsze, jakiegokolwiek doświadczył. Ale 

nie był to tylko seks, gdyż ta kobieta stała się dla niego ważna. Zależało mu na 

tym, aby zatrzymać ją przy sobie, tak aby zapomniała o wszystkich innych 

mężczyznach i zrobiła mu miejsce w swym czułym, kochającym sercu.  

Na stałe. 

Dotychczas postępował z nią zbyt ostro. Wciągnął w wir podniet 

seksualnych, nie dając szansy na zdecydowanie się, czy była gotowa na nowy 

związek. A może błędnie odczytał wysyłane przez nią sygnały? Ten sam 

niepokój powiązany z niepewnością ogarnął go już poprzednio, po pierwszym 

zbliżeniu. 

Postanowił przeprowadzić z nią poważną rozmowę. Piekielnie obawiał się 

tego, co usłyszy. 

- Jeśli uważasz, że znów powinienem cię przeprosić, wystarczy, że mi to 

powiesz. Wierz mi, naprawdę nie chciałem... Przestałem trzymać w garści... 

RS

background image

 

64 

Zaczęła radośnie chichotać. 

Zamilkł. Zdał sobie sprawę z dwuznaczności wypowiedzianych słów. 

Rozbawiły Deirdre. Tym razem jednak zawiodło go poczucie humoru. 

- Bardzo śmieszne - mruknął skrzywiony. 

Deirdre objęła go za szyję. W świetle księżyca zobaczył radosne, kocie 

oczy. Powoli poważniała. 

- Nie musisz dłużej mnie przepraszać - powiedziała cicho. Spuściła 

wzrok. Ronan zorientował się, że jest zawstydzona. - Nigdy tak się nie 

zachowywałam. Tkwi w tobie coś niezwykłego. Jesteś jak wielki, chodzący 

afrodyzjak. Od razu tracę zmysły. 

Uśmiechnął się z ulgą. 

- Powiadasz, chodzący afrodyzjak? To całkiem niezłe określenie także 

twojej osoby. Dziewczyno, co ty ze mną wyrabiasz! - Zakołysał ją lekko w 

objęciach. - I co my teraz poczniemy? 

- Nie wiem. - Deirdre podniosła wzrok. Przez jej twarz przebiegł cień. - 

To dzieje się tak szybko, że aż trudno uwierzyć... 

- Uwierz, dziecino. - Pocałował ją. Najpierw delikatnie, a potem mocno 

natarł na jej wargi. Poddała się. - Możemy spotykać się wtedy, kiedy zechcesz. - 

Zawahał się i dodał: - Ale pamiętaj. Od tej pory jesteś własnością prywatną. 

Obcym wstęp surowo wzbroniony. Każdy, kto się do ciebie zbliży, zostanie 

zastrzelony. 

Zamierzał powiedzieć to lekko, w żartobliwy sposób dając do 

zrozumienia Deirdre, że rości sobie do niej prawa. Jego głos brzmiał jednak 

poważnie i stanowczo. 

Deirdre odszukała wzrokiem twarz Ronana. Wstrzymał oddech. Obawiał 

się, że zostanie zaraz zbesztany i Deirdre nawymyśla mu od jaskiniowców. Za 

to, że za dużo sobie pozwala. 

Ona jednak nachyliła się i pocałowała go w kark. 

- W porządku. 

RS

background image

 

65 

Przez chwilę stali w milczeniu. Ronan myślał o tym, jak by to było dobrze 

kochać ją do szaleństwa i następnego ranka obudzić pocałunkiem. 

- Chodź, śpiąca królewno. Czas zabrać dzieciaki do domu. 

- Wcale nie chce mi się spać - zaprotestowała. 

Poszli do furgonetki. Tym razem za kierownicą usiadł Ronan. Ruszyli w 

drogę powrotną. 

- Może nie jesteś śpiąca - przyznał po chwili. - Ale kiedy cię całuję, 

budzisz się wspaniale. - Deirdre milczała. Ujął ją za rękę. - O czym teraz 

myślisz? 

- Nie myślę o niczym. Peszysz mnie. Roześmiał się. 

- Nie jesteś przyzwyczajona do szczerego mężczyzny? 

- Nie jestem przyzwyczajona do żadnego mężczyzny. 

W głosie Deirdre wyczuł zaniepokojenie. Był zadowolony, że już 

dojechali prawie na miejsce. Musiał jak najszybciej wziąć ją w objęcia, żeby 

zapomniała o koszmarnym byłym mężu. I po to, aby dać próbkę tego, jak od tej 

pory będzie między nimi. 

W domu trochę się posprzeczali, kiedy Deirdre wyjęła z furgonetki 

śpiącego Tommy'ego i zamierzała zanieść go do łóżka. Ronan nie chciał na to 

pozwolić. Była zbyt drobna i krucha. Mogła zrobić sobie krzywdę, niosąc na 

rękach trzyletniego synka. 

- Jest dla ciebie za ciężki. 

- Pozwól mi go nieść. Otwórz drzwi. - W ciemnościach, które rozświetlała 

tylko mała lampa wisząca na stajennym budynku, Ronan zobaczył, że Deirdre 

jest zirytowana. - Nie waży wiele. Sama świetnie sobie z nim poradzę. - 

Odwróciła się i weszła do domu. 

Poszedł za nią, wymyślając dalsze argumenty. W jego objęciach poruszył 

się Lee. Otworzył oczy. Ze zmarszczonym czołem sprawdzał, co się dzieje. 

Zobaczywszy, kto go niesie, chłopiec natychmiast się rozluźnił. Czuł się 

bezpiecznie. Ułożył głowę w zagłębieniu szyi Ronana i ponownie zasnął. 

RS

background image

 

66 

Ronan poczuł ucisk serca. Boże, jak on uwielbiał te dzieciaki! Były 

niesforne i tak piekielnie ruchliwe, że za każdym razem, gdy na nie spoglądał, 

zajmowały się zupełnie czym innym. Nie sposób było tych chłopców upilnować. 

Mimo to jednak nie wymieniłby małych Pattenów na żadne inne dzieci. 

Uświadomienie sobie tego faktu było dla Ronana dużym zaskoczeniem. 

Pomyślał, że gdyby ożenił się z Deirdre, mógłby mieć przy sobie także jej 

synów. Staliby się jego dziećmi, a kobieta, która przed chwilą zniknęła w 

drzwiach, a której pożądał aż do bólu, mogłaby zostać jego żoną. Co noc 

dzieliłby z nią łóżko, uganiałby się z chłopcami po strychu i wspólnie cieszyliby 

się, gdyby jego następna książka znalazła się w „New York Timesie" na liście 

bestsellerów. 

Deirdre była jednak przekonana, że ma do czynienia ze zwykłym 

pismakiem. I to takim, któremu kiepsko się wiedzie. Ronan skrzywił się mimo 

woli. O tym, że jest dziennikarzem nie związanym na stałe z żadną gazetą, 

powiedział jej wyłącznie z egoistycznych względów. Po to, aby zachować 

anonimowość. Do tej pory nie wyjawił prawdy, mimo że instynktownie 

wyczuwał, iż Deirdre z trudem uzna argumenty przemawiające za kłamstwem. 

Zdaniem Ronana, były to mocne argumenty. W jego życiu liczyła się 

przede wszystkim prywatność. Była niezbędnym warunkiem twórczości. W 

agencji ochrony, którą zaangażował po przykrych przeżyciach, nauczono go 

surowych reguł, jakich należało przestrzegać, aby żyć bezpiecznie. Wynajmując 

mieszkanie na farmie, nie miał pojęcia, czy mu się to uda. 

Innym argumentem był aspekt osobisty. Swego czasu zakochał się w 

kobiecie, która bardziej od niego wielbiła jego książeczkę czekową. Kiedy się 

rozstawali, pozbawiła męża prawie połowy wszystkiego, co posiadał. Sonja 

uraziła jego męską godność. Miał świadomość, że go wykorzystała. Dostał 

nauczkę na całe życie. Podobnej możliwości nie zamierzał stworzyć żadnej 

innej kobiecie. Te, które poznawał przy oficjalnych okazjach, trzymał na 

dystans. A jeśli kiedyś zdarzy mu się spotkać naprawdę interesującą kobietę, 

RS

background image

 

67 

wolałby nie zastanawiać się nad tym, czy ona pragnie jego samego, czy też 

milionów, jakimi dysponował. 

Istniała już kobieta, jakiej pragnął. Udało mu się ją znaleźć. Postanowił, 

że jutro o wszystkim jej powie. Zrobiłby to jeszcze dzisiejszego wieczoru, ale 

widział, jak bardzo Deirdre jest zmęczona. Kiedy wracali do domu, zamykały 

się jej oczy. 

Powinna zrozumieć, dlaczego wprowadził ją w błąd. Przecież nie przed 

nią ukrywał swoją tożsamość. Robił to nauczony przykrym doświadczeniem. 

Skąd mógł wiedzieć, że w jego życie wkradnie się niezwykła kobieta, 

wypełniając wraz z dzieciakami pustkę w dotychczasowej egzystencji? 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

RS

background image

 

68 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

- Dziś znów jest niedziela? Odkąd odbywają się te spotkania dzieci z 

ojcem, wydaje mi się, że niedziele są w tygodniu co najmniej dwie - z 

niezadowoleniem mamrotała pod nosem Deirdre, pakując do małych toreb 

rzeczy chłopców potrzebne na cotygodniowe wizyty u Nelsona. - Już ja policzę 

się z tym, komu zawdzięczamy dodatkowe niedziele - wyrzekała. 

Stojący w drzwiach Ronan ukradkiem obserwował Deirdre. Przed chwilą 

chłopcy doprowadzili go do matki i błyskawicznie zniknęli. Nie byli jednak 

daleko, gdyż do jego uszu dochodziły śmiechy. Z trudem opanował chęć 

wzięcia w ramiona pani tego domu i zgotowania jej gorącego powitania. 

Deirdre była napięta i nieobecna myślami. W jej oczach czaił się 

niepokój. Kiedy Ronan spytał, czy w niedzielę zgodzi się pojechać z nim i 

chłopcami do portu, powiedziała o umowie wiążącej ją z byłym mężem. Ronan 

zaofiarował się towarzyszyć Deirdre do domu Frannie i Jacka Ferrisów, gdzie 

ojciec przejmował synów. 

- Jesteście gotowi? 

Wiadomość, że dziś pojadą do miasta furgonetką Ronana, chłopcy 

powitali okrzykami radości. Jechali przypięci pasami na siedzeniu między 

kierowcą a matką. W Baltimore Deirdre wskazywała Ronanowi drogę. 

Dowiedział się, że Frannie ma pracownię sukien ślubnych. Skręcili w ulicę, przy 

której mieszkali Ferrisowie. Deirdre wskazała ładny, piętrowy dom. 

Nelson Patten już był. Siedział w samochodzie z papierosem w ustach. 

Kiedy podjechali bliżej, cisnął przez okno niedopałek. Palant, pomyślał Ronan z 

odrazą. Daje dzieciom zły przykład. 

Z domu wyszedł postawny mężczyzna. 

- To Jack Ferris - wyjaśniła Deirdre. 

RS

background image

 

69 

Na widok nieznanej furgonetki zrobił zdziwioną minę. Dopiero gdy 

dostrzegł Deirdre, na jego twarzy ukazał się szeroki uśmiech. Ronanowi rzucił 

niechętne spojrzenie. 

Albo ten facet dba o dobro Deirdre, albo ma naturę psa ogrodnika. 

Ronanowi nie spodobało się również to, że Jack zbyt długo na powitanie ściskał 

Deirdre. Obejmując synów i żegnając się z nimi, miała w oczach łzy. Ronan ze 

zdziwieniem zobaczył, jak Lee odwraca się w jego stronę i podnosi wysoko 

rączki, domagając się uściskania. Zaraz potem w jego ślady poszedł Tommy. 

Ronan nachylił się i uniósł chłopców. 

- Zachowujcie się przyzwoicie - polecił. - I bawcie się dobrze. Ale beze 

mnie niech wam nie będzie za wesoło. 

Zachichotali i zarzucili mu ręce na szyję. Postawił ich na ziemi. Kiedy 

Jack brał ich za rączki, poczuł się nieswojo. 

Z niechęcią obserwował cały rytuał. Gehennę, którą Deirdre musiała 

przechodzić co tydzień. Pociągała nosem. 

- To tylko kilka godzin - pocieszał, głaszcząc ją po plecach. - Niedługo 

zabierzesz chłopców z powrotem. 

- Wiem. - Miała smutny głos. Oparła głowę na piersi Ronana. Zaraz 

potem wzięła się w garść. Podniosła głowę. Obdarzyła uśmiechem 

podchodzącego do nich Jacka. 

- To jest Ronan - dokonała prezentacji. - Frannie już go poznała. 

- Słyszałem. - Jack wyciągnął rękę. - Jestem Ferris.  

Nie uśmiechał się. Był wysoki i barczysty, ale bez grama tłuszczu. Z 

krótko ostrzyżonymi włosami przypominał byłego żołnierza. Uścisk dłoni trwał 

długo. Mężczyźni mierzyli wzajemnie siły. 

- Wejdźcie do środka - powiedział Jack. 

- Dobrze, ale tylko na chwilę. - Deirdre uśmiechnęła się do Ronana. - 

Jedziemy na kilka godzin do portu. 

RS

background image

 

70 

Wnętrze domu Ferrisów było urządzone ze smakiem. Wszędzie 

poniewierały się dziecięce zabawki. Z piętra zeszła Frannie. Niosła niemowlaka 

płci męskiej, którego Ronan widział już wcześniej na farmie, i trzymała za 

rączkę drobniutką, jasnowłosą dziewuszkę. 

Na widok Deirdre dziecko zapiszczało radośnie. 

- Nie zwracajcie uwagi na ten bałagan. Miałam zamiar wyjść po was z 

domu, ale mały pokrzyżował mi plany - oświadczyła pani domu. - Gdyby 

zechciał poczekać jeszcze dziesięć minut, Jack miałby przyjemność zmienienia 

mu pieluchy. 

- Dobry chłopczyk - pochwalił ojciec niemowlaka, wyjmując go z rąk 

żony. - Wie, jak się zachować. 

- Jak się masz? - Frannie spojrzała na Ronana. Jej oczy były zimne i 

równie nieprzychylne jak wzrok męża. - Nie przypuszczałam, że jeszcze cię 

zobaczę. 

Kiedy się poznali, stosunki między nim a Deirdre były napięte. Widocznie 

rozmawiały na ten temat. Ronan gotów był założyć się, że swoje wątpliwości 

Frannie przekazała mężowi. 

- I ja nie sądziłem, że cię odwiedzę - odparł z uśmiechem. 

- Jedziemy z Ronanem do portu - oznajmiła Deirdre. - Zjawimy się tuż 

przed siódmą. Nie szykujcie dla nas kolacji. 

O siódmej ojciec odwoził chłopców. 

- Wróćcie wcześniej - zaproponowała Frannie. - Kolacja to żaden kłopot. 

Mielibyśmy okazję pogadać z Ronanem. 

W głosie pani Ferris Ronan wyczuł jakiś podtekst lub tylko mu się 

wydawało. Nie miał ochoty przebywać w towarzystwie przyjaciół Deirdre, 

którzy go nie akceptowali, i być na cenzurowanym. 

- Chętnie wpadniemy innym razem - powiedziała Deirdre. 

Ronan odetchnął z ulgą. Bardzo zależało mu na tym, aby spędzić z nią 

kilka godzin sam na sam. 

RS

background image

 

71 

Pojechali do portu, zaparkowali samochód i ruszyli nadbrzeżną 

promenadą. Na tarasach kawiarni siedziało pod parasolami wiele par. Rodzice 

pilnowali dzieci zafascynowane szumem wody uderzającej o obmurowanie 

portowe. Między Baltimorskim Akwarium a Centrum Naukowym stanu 

Maryland krążyli turyści. W porcie można było zwiedzać stary okręt podwodny, 

a także wynająć małą łódź wiosłową na godzinną przejażdżkę po pobliskich 

wodach. Było widać spacerowe stateczki wypełnione po brzegi pasażerami, a w 

małym amfiteatrze bawił publiczność żongler, wyczyniając przedziwne 

sztuczki. Z estrad ustawionych z okazji folklorystycznego festiwalu dobiegały 

odgłosy słowiańskiej muzyki. 

Ronan wciągnął Deirdre do pawilonu z włoskimi lodami. Jedząc je, 

oglądali sklepowe wystawy. Bez mrugnięcia okiem Deirdre mijała biżuterię i 

piękne stroje, ale gdy znaleźli się przed witryną sklepu z zabawkami, przylepiła 

nos do szyby. 

- Popatrz - powiedziała do Ronana z przejęciem w głosie. Na wystawie 

znajdowało się gigantyczne urządzenie zbudowane z plastykowych, krótkich 

rurek i innych elementów wchodzących w skład zestawu dla dzieci do 

samodzielnego konstruowania. Deirdre i Ronan zobaczyli, jak na szczycie 

pochylni sprzedawca kładzie małą kulkę. Tocząc się, odbywała szaloną podróż. 

Omijała mnóstwo przeszkód, krążyła po zakamarkach i wreszcie spadała na 

trampolinę, która wyzwalała drugą kulkę, pędzącą zygzakiem w dół. 

- Chłopcy byliby tym zachwyceni! - wykrzyknęła Deirdre. 

Ronan uśmiechnął się lekko. 

- Założę się, że od razu zmodernizowaliby całą konstrukcję. - Wziął 

Deirdre za rękę. - Kupmy im tę zabawkę - powiedział. 

Ze zdumieniem spostrzegł, że jego towarzyszka nie rusza się z miejsca. 

- Nie. Tommy i Lee nie potrzebują nowej zabawki. 

- Chodź. Przekonasz się, jak bardzo im się spodoba. Będzie ci przykro 

odejść stąd z kwitkiem. 

RS

background image

 

72 

Objął ramieniem Deirdre, która nagle zesztywniała. 

- Ronan, nie stać mnie teraz na taki zakup. 

- To żaden problem - oświadczył. - Ja płacę. 

- Nie musisz chłopcom robić prezentów. I tak cię lubią. 

- A ich mama? Też mnie lubi? 

- Pytasz, jakbyś nie wiedział - mruknęła pod nosem. 

- No to dlaczego nie chcesz, abym kupił im mały podarunek? 

- Nie nazwałabym go małym. A poza tym tylko wtedy kupuję chłopcom 

zabawki, kiedy mnie na to stać. Nie przyjmę od ciebie tak kosztownego 

prezentu. 

Do licha, czemu ta kobieta jest tak okropnie uparta? Przecież przez tę 

zabawkę nie zbankrutuje. Ale Deirdre o tym jeszcze nie wiedziała. Teraz nie 

będzie jej tego wyjaśniać. 

- W porządku. Wygrałaś. Czy mogę kupić chłopcom jakiś drobiazg? 

- Proszę. - Deirdre od razu się rozluźniła. Chwilę później zaciągnęła go do 

przystani taksówek wodnych. - Chcę zabrać cię do świetnej restauracji - 

oświadczyła. 

Ronan wolałby zabrać ją do najbliższego hotelowego pokoju i spędzić 

resztę popołudnia w klimatyzowanym pomieszczeniu, a dokładniej w łóżku. 

Byłoby to rozwiązanie najlepsze. Stan ciągłego podniecenia stawał się dla niego 

coraz bardziej uciążliwy. Musiał jednak dać Deirdre trochę czasu na 

przywyknięcie do jego obecności. Powinna poznać go na tyle dobrze, by zaufała 

mu, kiedy ujawni, kim naprawdę jest. Dopiero wtedy będzie mógł poprosić ją o 

rękę. 

Był przekonany, że już nigdy się nie ożeni. Dopóki nie poznał Deirdre. 

Pierwszy związek nie był udany. Sonja nie rozumiała jego potrzeby samotnej 

twórczej pracy. Robiła awantury, gdy nie chciał chodzić na snobistyczne 

imprezy. Stawała na głowie, aby przeprowadzili się do Los Angeles. A 

konkretnie: do Hollywood. 

RS

background image

 

73 

Deirdre była zupełnie inna. Zrozumiałaby jego potrzeby. Na pierwszym 

miejscu stawiała rodzinę. Była osobą spokojną i zrównoważoną. Sama 

pracowała twórczo i prowadziła małą firmę. 

Dzięki małżeństwu będzie mógł każdej nocy trzymać ją w objęciach. 

Zasypiałby z twarzą wtuloną w jej piersi. I budził ją na różne sposoby... Dość 

tego, upomniał samego siebie. Siedzieli w słońcu na dziobie łodzi, śmiejąc się, 

kiedy bryzgi słonej wody moczyły im ubrania. Taksówka wodna przybiła do 

brzegu. Deirdre zaprowadziła Ronana do restauracji. Francuskiej i szykownej, 

gdzie znaleźli się w otoczeniu innych par siedzących pod parasolami. Para. W 

uszach Ronana słowo to zabrzmiało odpowiednio w odniesieniu do niego i 

Deirdre. Nigdy przedtem nie czuł się częścią żadnej pary, nawet podczas 

trzyletniego małżeństwa. Zastanawiał się, czy Deirdre ma podobne odczucia. 

- Opowiedz o swoim małżeństwie - poprosił, popijając winem jedzony 

właśnie kawałek bagietki. 

- Dlaczego? - spytała zaskoczona. 

- Swego czasu musiałaś uważać męża za dość przyzwoitego faceta. 

Gdybyś wiedziała, jaki jest, z pewnością nie wyszłabyś za niego. Kiedy zmienił 

się na gorsze? 

- Nie znałam go zbyt dobrze przed ślubem - powiedziała powoli. - Był 

zatrudniony w Zakładach Stalowych Bethlehem, a ja po ukończeniu studiów 

dostałam tam pierwszą pracę. Był przystojny i grzeczny. Na młodszej asystentce 

w dziale sprzedaży zrobił duże wrażenie. Mam dyplom. Specjalizowałam się w 

zarządzaniu biznesem. Założę się, że nie przyszłoby ci to nawet do głowy. - 

Uśmiechnęła się lekko. Kiedy było jej dobrze, stawała się śliczna! Zamyślona, 

obracała w ręku widelec. Po chwili odezwała się znowu. 

- Nelson mi imponował. Jego zainteresowanie bardzo mi pochlebiało. 

Zakochałam się. Moi rodzice przeżyli szczęśliwie razem ponad trzydzieści lat i 

byłam przekonana, że małżeństwo jest zawsze najcudowniejszą rzeczą pod 

słońcem. 

RS

background image

 

74 

Przekonała się na własnej skórze, że bywa inaczej, pomyślał Ronan. 

- Ile trwało, zanim zdałaś sobie sprawę z tego, jaki jest twój mąż 

naprawdę? - zapytał. 

Uśmiechnęła się ponownie, ale tym razem z goryczą. 

- Mniej więcej dwa tygodnie po ślubie. W przeddzień powrotu z podróży 

poślubnej nakryłam go w łóżku z kobietą poznaną w barze. 

Ta informacja wstrząsnęła Ronanem. 

- Dlaczego nic nie... 

- Przekonał mnie, że to już nigdy się nie powtórzy - powiedziała Deirdre. 

- A ja mu uwierzyłam. Kilka tygodni później okazało się, że jestem w ciąży. - 

Na jej twarzy ukazało się zmęczenie. - Udawałam, że wszystko jest w porządku. 

Kiedy zaczęłam rodzić, nikt nie mógł odnaleźć Nelsona. 

- Deirdre wypiła łyk wina i w zamyśleniu popatrzyła na port. 

- Już wtedy powinnam zażądać rozwodu. Ale myśl, że mój mały 

chłopczyk będzie dorastał bez ojca... - Przełknęła ślinę. - Okazałam się 

skończoną idiotką - mruknęła ponurym głosem. 

- Nie. - Ronan wziął Deirdre za rękę. - Jesteś wspaniałą matką i chciałaś 

jak najlepiej dla swojego dziecka. 

- Wreszcie uznałam, że moje małżeństwo jest okropne, a mąż jeszcze 

gorszy. - Deirdre wróciła do przerwanego wątku. - Kiedy Lee miał sześć 

miesięcy, Nelson już nawet nie próbował ukrywać swoich romansów. Ale 

gdybym ja spojrzała na innego mężczyznę, dostałby szału. Uważał mnie za 

swoją własność. Po pikniku zorganizowanym przez firmę zrobił mi piekło za 

rzekome uwodzenie jego szefa. I nie tylko to. Wziął mnie siłą. Dzięki temu mam 

Tommy'ego. 

Deirdre odwróciła wzrok. W jej oczach ukazały się łzy. 

Ronan pogłaskał ją po ręku. Był wstrząśnięty. Po tym, co przeszła w 

małżeństwie, miała uzasadnione powody do głębokiego urazu. Aż dziwne, że 

pozwoliła mu dotykać się i pieścić, a co dopiero kochać się szaleńczo. 

RS

background image

 

75 

- Zasługujesz na lepszy los - powiedział, czując w ustach smak goryczy. 

- W końcu sama to zrozumiałam. - Wzięła ze stołu serwetkę i otarła oczy. 

- Przepraszam. To poniżające okazać się aż tak naiwną. Jeszcze gorzej jest 

uświadomić sobie, że tak długo znosiłam wszelkie upokorzenia. 

Ronan potrząsnął głową. Nie po raz pierwszy z ust kobiety słyszał takie 

słowa. Na ten temat nawet pisał. Potrafił zrozumieć motywację, która 

powstrzymywała niektóre żony przed rozwodem. 

- To było okropne - przyznał. - Podziwiam cię za to, co zrobiłaś. 

Wychowywanie dwóch łobuziaków nie jest łatwe, a ty dajesz sobie z tym radę. 

Deirdre wyczuła czułość w głosie Ronana. 

- Bywają złe dni - przyznała skrzywiona. - Ale zdążyłam się do nich 

przyzwyczaić. O dzieci dbałam zupełnie sama jeszcze wtedy, gdy byłam 

mężatką. 

Ronan zamyślił się na chwilę. 

- O ile się nie mylę, rozstaliście się zaraz po naszym spotkaniu na 

gwiazdkowym przyjęciu. 

Deirdre spłonęła rumieńcem, który ogarnął całą twarz, a nawet szyję. 

Jęknęła i ukryła twarz w dłoniach. Ronan nie miał pojęcia, co wywołało taką 

reakcję. 

- Odeszłam od Nelsona na początku marca, z jednomiesięcznym 

Tommym. I to dzięki tobie. 

- Dzięki mnie? Skinęła głową. 

- Tamtej nocy byłeś tak bardzo serdeczny... Nie zostawiłeś mnie samej 

przy stole. Chciałeś odwieźć do domu... Pomyślałam sobie wtedy, że gdybym 

była wolna, mogłabym zatańczyć z tym niezwykle atrakcyjnym mężczyzną, 

który siedział obok mnie. Poflirtować. A nawet, być może, przyjąć zaproszenie 

na kolację. - Nadal była czerwona jak piwonia. - Och, wiem, że towarzyszyła ci 

wtedy inna kobieta, ale... 

RS

background image

 

76 

- To była moja kuzynka - wyjaśnił. - Przyglądałem ci się przez cały 

wieczór, podziwiając twoją niezwykłą urodę. I pragnąłem mieć prawo 

odwiezienia cię do domu. - Zapragnął ściągnąć Deirdre z krzesła, posadzić ją 

sobie na kolanach i całować do utraty tchu. 

Rozszerzonymi oczyma wpatrywała się w jego usta. Ronan widział, jak 

falują jej piersi. 

- Nie patrz tak na mnie - powiedział głosem schrypniętym z wrażenia - bo 

zapomnę o dobrych manierach, zabiorę cię do portu, a potem do łóżka. 

- Czekam na to - powiedziała pół żartem, pół serio. 

Ronan poderwał się z miejsca. Rzucił na stolik suty napiwek i pociągnął 

Deirdre za rękę. Objęci, szli po chwili szybkim krokiem do postoju taksówek 

wodnych. Gdy tylko dopłynęli do brzegu, weszli do najbliższego hotelu. 

Ronan zaczął miotać się po pokoju. Zdarł kapę z łóżka. Deirdre czekała, 

aż ją rozbierze. 

Gdy w końcu odwrócił się w jej stronę, chciała, aby wziął ją w objęcia, 

ale nie zrobił tego. 

- Muszę dobrze ci się przyjrzeć - oświadczył. - Chcę wiedzieć, jak 

wygląda twoje ciało, abym następnym razem, gdy będziemy pieścić się na łące, 

w szafie czy w stajni, wiedział, czego dotykam, jeśli nawet nie będę miał czasu 

zedrzeć z ciebie wszystkich ciuszków... 

Deirdre ponownie spłonęła rumieńcem, ale nadal stała bez ruchu, 

pozwalając Ronanowi, aby nasycił wzrok. Podszedł blisko i rozplótł warkocz, 

tak że jej włosy opadły kaskadą na ramiona i szyję. Wyglądała ślicznie. 

Podniecająco. 

Wciągnął ją do łóżka. 

- Tym razem jestem przygotowany. - Wyjął małą paczuszkę, którą 

otworzył bez zbędnych ceregieli. 

Pieścili się powoli, coraz bardziej namiętnie. 

- Piekielnie na mnie działasz - oświadczył Ronan. 

RS

background image

 

77 

- Ty na mnie też. - W oczach Deirdre zakręciły się łzy. Zobaczywszy to, 

przerwał pieszczoty. 

- Co się stało, dziecinko? 

- Przepraszam. Ja tylko... płaczę z radości. 

Ronan odetchnął z ulgą. Tym razem było im jeszcze lepiej niż 

poprzednio. Jęcząc z rozkoszy, poszybowali w zaświaty. Potem długo leżeli w 

milczeniu. 

Ronan pomyślał, że nadeszła dogodna chwila, by powiedzieć Deirdre o 

sobie. Nie wiedział, jak zacząć. 

- Chciałbym ci coś wyznać - mówił powoli - i wiem, że na początku 

będziesz na mnie zła, ale... 

- Pozwól, że sama zgadnę - Deirdre, ziewając, przerwała Ronanowi. - 

Masz pięć żon poukrywanych w różnych częściach kraju. 

- Chodzi o coś innego. Skoro jednak zaczęłaś mówić na ten temat, 

przyznaję się do jednego małżeństwa. Trwało trzy lata. 

- To musi być magiczna liczba - oświadczyła Deirdre. - Co chciałeś mi 

powiedzieć? 

- Sonja i ja nie byliśmy zgraną parą. - Ronan nie potrafił się przyznać, że 

ta kobieta wyszła za niego dla pieniędzy, a on był tak głupi, iż w porę tego nie 

zauważył. 

- Wasz związek się rozpadł? 

- Coś w tym rodzaju. Rozwód odbył się bez rozgłosu i pomocy służb 

porządkowych. - Tyle że Sonji przypadła w udziale prawie połowa tego, co 

posiadał. 

- Miałeś szczęście. Ronan uniósł głowę. 

- Czyżbyś wzywała policję? - zapytał zdumiony. 

- Raz. - Leżąc na plecach, zaczęła chichotać, szybko jednak spoważniała. 

- Po rozwodzie Nelson nie zamierzał zachowywać się kulturalnie. Sąd mnie 

przyznał nasz dom, co doprowadziło go do szału. Co jakiś czas nachodził nas i 

RS

background image

 

78 

urządzał piekielne awantury. Ostatnim razem zabroniłam mu wstępu do środka, 

więc wyłamał drzwi. Na szczęście, zdążyłam zadzwonić do Jillian. Poznałeś ją, 

prawda? Kiedy się zjawiła, Nelson przestał szaleć i odjechał. Pewnie chciał 

zamordować mnie bez świadków. 

- Nie wygaduj takich okropnych rzeczy. 

- Przepraszam. - Pogłaskała Ronana po policzku. - Czy wiesz, czym 

rozwścieczał mnie najbardziej? - Nie czekając na odpowiedź, mówiła dalej: - 

Najgorsze ze wszystkiego były jego kłamstwa. Potem, kiedy przestał kryć się z 

tym, że ma inne kobiety, byłam już na nie przygotowana. Wiedziałam, na czym 

stoję. Ale ten pierwszy raz... był koszmarny. Nelson kłamał, przysięgając 

wierność. Tego do końca nie potrafiłam mu przebaczyć. 

- Przebaczyć? - powtórzył Ronan słabym głosem. Poczuł się nieswojo. 

Wybaczanie kłamstw przychodziło tej kobiecie z największą trudnością. 

- Tak. Po rozwodzie udało mi się zatrzeć najgorsze wspomnienia. Teraz 

martwię się tylko wtedy, kiedy Nelson przebywa z chłopcami. 

Ronan uznał, że nie jest to właściwa chwila, aby wyjawić Deirdre swoją 

tajemnicę. Będzie musiał starannie przemyśleć to, co miał do powiedzenia. I 

dobrze uzasadnić swoje postępowanie. 

- Przestańmy rozmawiać o naszych współmałżonkach - zaproponował. 

- Dobrze. Będziemy musieli czymś innym wypełnić czas. 

Zaspokojeni, parę godzin później wracali do Frannie i Jacka Ferrisów. W 

samochodzie Ronan posadził Deirdre tuż obok siebie. Położyła mu głowę na 

ramieniu. 

- Czy nie jesteśmy na to za starzy? - spytała. 

- Na co? - Ronan uśmiechnął się, nie odrywając wzroku od autostrady. 

- Na obściskiwanie się w samochodzie... 

- W tej chwili wcale nie czuję się stary. - Ujął dłoń Deirdre i podniósł do 

ust. Położył jej rękę na swoim kolanie. - Niedaleko stąd jest motel przy drodze. 

Zdążymy wykonać jeden szybki... 

RS

background image

 

79 

- Jesteś nienasycony - powiedziała rozbawiona.  

Wodziła palcami po udzie Ronana, aż jęknął i odsunął jej dłoń. 

Roześmiała się. Nienasycony. To określenie coraz bardziej zaczynało się jej 

podobać. 

- Od paru tygodni wariują moje hormony. Trochę potrwa, zanim przestanę 

o tobie myśleć. - Zaraz potem pożałował wypowiedzianych słów. Musiał je 

skorygować. - Wygląda na to, że już nie potrafię przestać o tobie myśleć. 

Powinienem ćwiczyć cierpliwość i zacząć działać na wolniejszych obrotach. 

- Wcale nie musisz ze mną się cackać - oświadczyła Deirdre. W jej głosie 

Ronan nagle wyczuł smętny ton. 

- Dlaczego? 

- Sądzę, że nasz... nasze spotkania nie będą ciągnęły się w 

nieskończoność. Po twoim wyjeździe nie będę rozpaczała. Nasze wspólne dni są 

dla mnie czymś wspaniałym. Najlepszym od... od lat. I zawsze będę ci 

wdzięczna... 

- Nie chcę twojej wdzięczności - przerwał jej Ronan. - Szczerze 

powiedziawszy, jeszcze nie mam pojęcia, czego mogę się spodziewać po tym, 

co dzieje się między nami, ale wiem jedno. Nie zamierzam pozwolić ci uciec. 

Nawet nie myśl o tym, dziecinko, że się mnie pozbędziesz. 

Deirdre nie odezwała się ani słowem. 

- Tego nie znoszę - oświadczył. 

- Czego? 

- Twojego myślenia. 

- Mojego myślenia? 

Skinął głową. Zdawał sobie sprawę z tego, jak idiotycznie zabrzmiały 

jego słowa, ale nie potrafił cofnąć kolejnej popełnionej gafy. 

- O czym teraz myślisz? Muszę to wiedzieć. 

- O niczym szczególnym. Przyszło mi tylko do głowy, że gdybyś zechciał, 

zostałbyś znakomitym dyktatorem. 

RS

background image

 

80 

Niezbyt mu się podobało to określenie. Deirdre już raz miała do czynienia 

z takim człowiekiem. Ronan miał nadzieję, że między nim a byłym mężem nie 

dostrzega żadnych podobieństw. 

- To mi nie pochlebia - powiedział niepewnym głosem. Ku zdumieniu 

Ronana, Deirdre podniosła do ust jego rękę. 

- Nie porównywałam cię z Nelsonem. Wcale nie jesteś do niego podobny. 

Zapukali do drzwi domu Ferrisów. Stanął w nich Jack. 

- Wchodźcie do środka. - Skinął wolną ręką. Na drugiej trzymał 

niemowlaka. Dziecko spało spokojnie. 

- Przyjechaliśmy trochę wcześniej - powiedziała Deirdre. 

Zanim Jack zamknął wejściowe drzwi, Ronan zdążył jeszcze nabrać do 

płuc rześkiego powietrza. Kończył się typowy dla Baltimore letni, gorący dzień. 

Kiedy znaleźli się w salonie, na ekranie włączonego telewizora toczył się mecz 

baseballowy. 

- Dopiero zaczęli grać - poinformował go Jack. - Wchodź i siadaj. 

Pooglądamy. 

- Dziękuję. - Ronan spojrzał na Deirdre. - Masz coś przeciwko temu? 

- Oczywiście, że nie - szepnęła i wargami musnęła jego usta. Spojrzała na 

Jacka. - A gdzie Frannie? 

- W pracowni. 

Poszła w głąb domu. Idąc, posłała Ronanowi buziaka. Jedna na milion! 

pomyślał z zachwytem. Jedyna kobieta, która nie ma za złe mężczyźnie, że 

ogląda mecz. 

- Jaki wynik? - zapytał pana domu. 

- Na razie jest bez punktów - poinformował Jack. - Lubisz baseball? 

- Tak. Oglądam niemal każdy mecz. - Chyba że Deirdre zaproponuje grę 

dla dwojga. Wówczas baseball odpadał. 

RS

background image

 

81 

- Ja też - przyznał Jack. - Ale odkąd zbudowali ten nowy stadion, trudno 

zdobyć przyzwoite miejsca. - Uśmiechnął się, spoglądając na trzymanego na 

ręku niemowlaka. - No i mam ostatnio mało wolnego czasu. 

Ronan nie odrywał wzroku od ekranu. 

- Dostałem karnet na cały sezon - oznajmił. - Możesz czasami z niego 

korzystać. 

- Chyba żartujesz. 

Mówienie Jackowi o tym, że ma doskonałe miejsca, sześć sztuk w loży, 

byłoby kiepskim pomysłem. Najpierw musi wyjaśnić Deirdre swoją sytuację. 

Zrobi to dziś wieczorem. 

- Nie. 

Pan domu podniósł się z miejsca. 

- Napijesz się piwa? - spytał Ronana. 

- Oczywiście - odparł gość. 

Zanim się zorientował, niemowlak już leżał na jego rękach. 

Ronan nie miał pojęcia, co zrobić, kiedy maluch zacznie płakać. Na 

szczęście Jack szybko wrócił. Przyniósł z kuchni dwa zimne piwa i torbę 

precelków. Odebrał Ronanowi niemowlę. 

- Dzięki. 

- To ja ci dziękuję - powiedział Ronan. - Trzymając tego malucha, 

spociłem się solidnie. 

- Sama myśl o ojcostwie sprawia, że od razu stajesz się nerwowy? - ze 

śmiechem zapytał Jack. 

- A jak myślisz? - odparł rozbawiony Ronan. 

Pan domu traktował go teraz lepiej niż rano. Ronan rozumiał i doceniał 

opiekuńczość Frannie i Jacka w stosunku do Deirdre, ale nie zamierzał 

występować w roli faceta, przed którym trzeba ją chronić. 

Z zainteresowaniem oglądali mecz. W pewnej chwili Ronan stwierdził, że 

jest już za dwadzieścia ósma. 

RS

background image

 

82 

- O ile wiem, chłopcy mieli wrócić o siódmej - powiedział. 

Jack spojrzał na zegarek. Zmarszczył brwi. 

- Tak. Już powinni tu być. Ronan podniósł się z miejsca. 

- Gdzie znajdę Deirdre? 

- W kuchni lub w pracowni Frannie. Chodźmy ich poszukać. 

Panie były w kuchni. Ronan zobaczył niepokój malujący się na twarzy 

Deirdre. Stanął za krzesłem, na którym siedziała, i zaczął delikatnie 

rozmasowywać jej zesztywniałe plecy. 

- Pewnie utknęli w korku - powiedział uspokajającym tonem. 

- Być może. Od ponad miesiąca Nelson coraz później odwozi chłopców. 

Do tej pory nic nie mówiłam, bo wiem, że robi mi na złość. Ale dziś spóźnia się 

za bardzo. 

Przeszła do salonu i stanęła przy frontowym oknie. Ronan zaniepokoił się. 

Może mieli wypadek? Trzeba było uzbroić się w cierpliwość. Z westchnieniem 

usiadł na kanapie. Spojrzał obojętnie na ekran telewizora. Mecz przestał go 

interesować. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

RS

background image

 

83 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Ronan podszedł do Deirdre i otoczył ją ramieniem. Drgnęła nerwowo. 

Tak była skupiona na wypatrywaniu nadjeżdżającego samochodu, że nie 

usłyszała jego kroków. 

- Jeszcze chwilę poczekamy, a potem zadzwonimy do Nelsona, dobrze? - 

zaproponował, rozcierając dłonie Deirdre. 

Skinęła głową.  

Z trudem walczyła ze łzami. Ronan nie potrafił jej pomóc. Czuł się 

całkowicie bezradny. 

W napięciu wraz z Ferrisami czekali do ósmej, reagując na odgłosy 

przejeżdżających przed domem samochodów. Niestety, żaden nie zwolnił. Tuż 

po ósmej Ronan odszedł od okna. 

- Sądzę, że należy wykonać kilka telefonów - oświadczył. - Pierwszy do 

niego do domu. 

Deirdre zadzwoniła. Odezwała się automatyczna sekretarka, proponując 

zostawienie wiadomości. Ronan przerwał połączenie. 

- Więcej nie dzwoń - powiedział. - Jeśli Nelson tam jest i tylko nie 

podnosi słuchawki, w każdej chwili może opuścić dom. Gdzie mieszka? 

Zapamiętał podany adres. 

- Zaraz wracam - oświadczył. 

- Poczekaj! Jadę z tobą - wykrzyknęła Deirdre. 

- Zostań. Gdyby przywiózł chłopców, powinnaś być na miejscu. Jeśli 

przetrzymuje ich w domu, zabiorę ich stamtąd. 

- Masz rację. - Deirdre chwiała się na nogach. 

- Wrócę najszybciej, jak to będzie możliwe - przyrzekł Ronan, całując ją 

w czoło. 

Jack oddał żonie niemowlę. Uścisnął ją lekko. 

RS

background image

 

84 

- Frannie, jadę z nim - oświadczył. - Poczekaj - powiedział do Ronana, 

dogoniwszy go na podjeździe. - Dziś rano Nelson widział twoją furgonetkę. 

Mojej nie zna, bo jest nowa. Nie będzie w stanie jej zidentyfikować. 

Wrócili półtorej godziny później z ponurymi minami. Przez otwarte drzwi 

domu wypadła Deirdre. 

- Znalazłeś chłopców? - wykrzyknęła do Ronana. 

Z jego oczu wyczytała złą wiadomość. Nie załamała się jednak. Po jej 

policzku popłynęła tylko jedna łza. 

Ronan objął Deirdre. Pienił się ze złości. Usadził ją w salonie na fotelu na 

biegunach i spojrzał jej w oczy. 

- Sądzę, że nadeszła pora, aby zawiadomić policję. 

- Och, Boże! - Drżącymi rękoma zakryła twarz. 

Jack przyniósł telefon bezprzewodowy i podał go Deirdre. 

- Czy możecie... Ja nie potrafię... 

Ronan wystukał numer podany przez Frannie. Po chwili na drugim końcu 

linii odezwał się dyżurny policjant. 

- Składam doniesienie o uprowadzeniu - powiedział Ronan. 

- Kogo uprowadzono, proszę pana? - zapytał policjant. 

- Dzieci. Moje... Mojej przyjaciółki. Zrobił to ich ojciec. 

- Te problemy należą nie do nas, lecz do sądu - wyjaśnił policjant. 

- Z kim powinienem się skontaktować? 

- Nie dysponuję taką informacją. Połączę pana z wywiadowcą. - W 

słuchawce odezwał się inny głos, tym razem kobiety. 

Po pytaniu Ronana na drugim końcu linii na chwilę zapanowała cisza. 

- Sprawy opieki nad dziećmi nie leżą w naszej gestii - poinformowała go 

policjantka. - Pańska przyjaciółka powinna skontaktować się ze swoim 

adwokatem. 

Ronan spodziewał się tego rodzaju odpowiedzi, ale jeszcze zapytał: 

- Czy istnieje w policji jakaś komórka do takich spraw? 

RS

background image

 

85 

- Chyba nie. Takie sprawy trafiają do sądu cywilnego. Tam może pan 

zgłosić się jutro. Z samego rana. - Policjantka na chwilę się zawahała. - Za pół 

godziny kończę służbę. Będę przejeżdżała w pobliżu waszego domu. Chcecie, 

abym wstąpiła? 

- Bardzo prosimy - szybko powiedział Ronan. Deirdre patrzyła na niego 

szeroko rozwartymi oczyma. 

- Trzeba skontaktować się z twoim adwokatem. - Ronan nie widział 

możliwości oględnego podania jej przykrej informacji. - W tego rodzaju 

sprawach policja nie może działać szybko. 

- Aż trudno w to uwierzyć. - Frannie serdecznie objęła przyjaciółkę. - 

Możemy jakoś wam pomóc? - spytała. 

Ronan potrząsnął głową. Ogarniał go coraz większy niepokój. 

- Dopiero po rozmowie z sędzią. 

- To znaczy, że policja nie przywiezie chłopców, dopóki sprawa nie 

znajdzie się w sądzie? 

- Nelson nie zabierze mi dzieci, prawda? - Z ust Deirdre wydarł się jęk. 

- Już je ma. - Jack stukał palcem w stół. Spojrzał na Ronana, nerwowo 

chodzącego po pokoju. - Musimy obmyślić sposób odebrania dzieciaków. 

Deirdre skuliła się. Dopiero teraz zaczęła szlochać. 

- Oni będą tak bardzo... Tommy nie zaśnie bez krokodyla... - Łkała coraz 

głośniej. - Przy nim nie boi się ciemności... 

Ronan odebrał telefon Jackowi i podszedł do Deirdre. Posadził ją na 

kanapie, objął i utulił. Marzył o tym, aby teraz stanął przed nim jej były mąż. 

- Możesz zadzwonić do adwokata Deirdre? - zapytał Frannie. 

Przełykając łzy, chwyciła książkę telefoniczną. Nakręciła znaleziony 

numer. Ronan nadal głaskał Deirdre, mając przed oczyma różne scenariusze i 

możliwości działania, które niechybnie doprowadziłyby Nelsona za kratki. 

Frannie skończyła rozmowę. Usiadła na kanapie i uspokajającym gestem 

poklepała Deirdre po ramieniu. 

RS

background image

 

86 

- Jeszcze dziś twój adwokat przygotuje odpowiednie pismo - powiedziała. 

- Jutro z samego rana złoży je w sądzie. Jeśli twój były mąż nie wywiózł gdzieś 

chłopców, wrócą do ciebie najpóźniej w ciągu kilku dni lub tygodni. 

- Tygodni?! - Deirdre jęknęła z rozpaczą. Zaraz potem zagryzła wargi. 

Usiłowała wziąć się w garść. - Dziękuję. Bardzo wam wszystkim dziękuję. 

Odezwał się dzwonek u drzwi. Ronan przypomniał sobie o policjantce, 

która obiecała, że do nich wpadnie. Po chwili Jack wprowadził do pokoju 

kobietę w ciemnych spodniach i marynarce. 

- Wywiadowca Sims - przedstawił ją zebranym. Ronan podał rękę 

policjantce. 

- Rozmawiałem z panią przez telefon - rzekł i przedstawił się. 

Kobieta skinęła głową. Pełnym współczucia wzrokiem spojrzała na 

Deirdre. 

- A więc były mąż zabrał pani dzieci - stwierdziła spokojnym tonem. - 

Ciągle słyszymy o takich przypadkach. Chciałabym pani pomóc. Sama mam 

dwójkę dzieci i wiem, jak bym się czuła, gdyby spotkało mnie coś podobnego. - 

Wyciągnęła z kieszeni kartkę papieru. - To telefon mojego przyjaciela. To 

były agent federalny. Jest na emeryturze od kilku lat, ale nadal od czasu do 

czasu lubi jeszcze popracować. Specjalizuje się w odnajdywaniu dzieci. 

- Mogę zadzwonić od razu? - Ronan wziął kartkę.  

Gdy sięgał po aparat, policjantka ostrzegawczo podniosła rękę. 

- Tak. Ale ten człowiek nie pracuje za darmo. Cena zależy od tego, ile 

czasu zajmie mu zlokalizowanie miejsca pobytu dzieci, i od tego, jak trudno 

będzie je zabrać. Musi pan liczyć się z sumą co najmniej dziesięciu tysięcy. 

- Dziesięciu tysięcy? - wykrzyknęła przerażona Deirdre. Zbladła. - Nie 

stać mnie na takie wynagrodzenie. 

- To duża suma - przyznała policjantka. - Proszę jednak zrozumieć, że ten 

człowiek musi pokryć wydatki, jakie pociąga za sobą praca tajnego agenta. - 

RS

background image

 

87 

Uścisnęła dłonie Deirdre. - Życzę odzyskania dzieci, bez względu na to, jakie 

zastosuje pani środki. Do widzenia. 

Wyszła. Deirdre wstała i zaczęła nerwowo chodzić po pokoju. 

- Powinnam sprzedać farmę - mówiła do siebie. - Czy ten agent zgodzi się 

na zapłatę ratami? 

Ronan wystukał numer otrzymany od policjantki. Wiedział, co robi. 

Później zastanowi się nad konsekwencjami. 

- Nie myśl o. pieniądzach - powiedział do protestującej Deirdre. 

Na drugim końcu linii odezwał się męski głos. Rozpoczęła się rozmowa. 

Deirdre nadal była w szoku. O wpół do czwartej nad ranem siedziała sama 

u Frannie w kuchni. Na skutek jej nalegań gospodarze położyli się o północy. 

Edwin Briggs zgodził się rozpocząć działania mające na celu odnalezienie Tom- 

my'ego i Lee. Polecił Deirdre czekać przy telefonie. W razie gdyby odezwał się 

Nelson, dzięki pewnej technicznej manipulacji byliby w stanie wykryć, skąd 

dzwoni. Deirdre podejrzewała, że nie jest to postępowanie legalne, ale wcale się 

tym nie przejmowała. Liczyło się tylko odnalezienie synków. 

Agenta wynajął Ronan. Deirdre, Frannie i Jack wpatrywali się w niego z 

największym zdumieniem, kiedy przez telefon oświadczył Briggsowi, że jeszcze 

tej nocy wręczy mu pięć tysięcy dolarów zaliczki. 

Ronan podszedł do drzwi. 

- Dokąd jedziesz? - spytała Deirdre. 

- Po pieniądze. 

- Takiej sumy nie wyjmiesz z bankomatu - stwierdził Jack. 

- Wiem. Mam gotówkę w mieszkaniu na farmie. Jeśli Briggs zjawi się 

przede mną, opowiedzcie mu wszystko, co może przydać się w tej sprawie. 

Przyjechali prawie równocześnie. Briggs był wysokim, dobrze 

zbudowanym mężczyzną o ciemnych włosach. Cichym i spokojnym. Poprosił 

Deirdre, żeby opowiedziała o zwyczajach Nelsona. Interesowały go wszelkie 

szczegóły, które zachowała w pamięci. 

RS

background image

 

88 

- Od razu zabieram się do roboty - oświadczył. - Im świeższy trop, tym 

szybciej odnajdziemy dzieci. 

- Ma pan współpracowników? - zapytał Ronan. 

- W miarę potrzeby zatrudniam kilka osób. 

Deirdre zastanawiała się, skąd Ronan ma tyle pieniędzy. W mieszkaniu 

nad stajnią trzymał pięć tysięcy gotówką. Powiedział, że większą sumę może 

jutro podjąć z banku. 

Być może były to oszczędności całego życia. Prowadził samotną 

egzystencję, więc widocznie miał niewielkie wydatki. Oczywiście, Deirdre 

zamierzała oddać mu cały dług. Wszystko... 

Zadzwonił telefon. Drgnęła nerwowo. Drżącą ręką podniosła słuchawkę. 

- Halo? 

- Mamy ich - usłyszała radosny głos Ronana. 

- Gdzie jesteście? Dzieci są całe? Kiedy...? 

- Uspokój się, proszę. Dzwonię z aparatu w wozie pana Briggsa. 

Podjeżdżamy pod jakąś górę. Będę mówił zwięźle, bo zaraz możemy stracić 

połączenie. Chłopcy są w dobrej formie. Śpią na tylnym siedzeniu. Twój były 

mąż nawet jeszcze nie wie, że zniknęli. Zabraliśmy ich z izby znajdującej się na 

tyłach rybackiej chaty, podczas gdy on spał za ścianą. Po powrocie opowiem ci 

wszystko. Całuję. 

Deirdre ogarnęła szalona radość. Poczuła nagły przypływ uczucia do 

Ronana. 

- Kocham cię - wyrwało się jej odruchowo. Niepotrzebnie. Po drugiej 

stronie linii na chwilę zapanowało milczenie. 

- Deirdre? - Głos Ronana brzmiał dziwnie niepewnie. 

- Po powrocie do domu będziemy musieli porozmawiać. Do zobaczenia. 

Rozpłakała się. Nie wiedziała, dlaczego. Czy ze szczęścia, że wracają 

dzieciaki, czy też z obawy, iż jej bezmyślne wyznanie zrujnowało 

dotychczasowe stosunki z Ronanem? 

RS

background image

 

89 

- Kto dzwonił? - spytał zaspany Jack, wchodząc do kuchni. 

- Ronan - odrzekła rozpromieniona Deirdre. - Znalazł chłopców! - Zaczęła 

skakać z radości. Jack chwycił ją i uściskał. - Są bezpieczni! 

- Bogu niech będą dzięki! - Wydał westchnienie ulgi. 

- Co tu się dzieje? - W drzwiach kuchni stanęła Frannie. 

- Najpierw słyszę dzikie okrzyki, a potem widzę, jak mój mąż obściskuje 

moją najlepszą przyjaciółkę. Flirtuje, Jak zwykle. - Potrząsnęła głową. - Mamy 

powód do radości? 

- Znaleźli chłopców! - Deirdre chwyciła Frannie za rękę. Oczy 

przyjaciółki nagle wypełniły się łzami. 

- Wreszcie i ja mogę sobie popłakać. 

Trzy godziny później, gdy niebo zaczynało jaśnieć i nastawał 

poniedziałkowy ranek, pod dom Ferrisów podjechała furgonetka. Wysiadł z niej 

Ronan. Deirdre, która wypadła na podjazd, zobaczyła, jak otwiera tylne drzwi 

wozu, nachyla się i wynosi na rękach śpiącego Lee. 

Kiedy podał go Deirdre, spotkały się ich oczy. Zanim jednak Ronan 

odwrócił się, aby zabrać Tommy'ego, ujrzała w jego wzroku coś, co, miała 

nadzieję, było wyrazem miłości. 

Jadąc do domu, wieźli chłopców między sobą. 

- Gdzie jest teraz tata? - zapytał Lee. - Mówił, że od tej pory będziemy 

stale mieszkali u niego. 

- Mnie to się nie podobało - oznajmił Tommy. Miał ochotę się rozpłakać. 

- Powiedział, ze jestem za duzy, zeby spać z zabawkami - dodał, jak zwykle 

sepleniąc. 

Deirdre przypomniała sobie o wypchanym krokodylu. Ogarnęła ją złość 

na Nelsona. Przy dzieciach musiała zachowywać spokój. 

- Tata został w swoim domku - powiedziała, mając na myśli starą rybacką 

chatę nad Potomakiem, dokąd Nelson wywiózł chłopców. O jej istnieniu 

RS

background image

 

90 

przypomniała sobie, odpowiadając na pytania Briggsa. - Niedługo będziemy w 

domu. 

Otoczyła ramieniem Tommy'ego, który siedział bliżej, i lekko go 

uścisnęła. 

- Możesz sypiać z krokodylem tak długo, jak zechcesz. Czeka na twoim 

łóżku. - Ściszyła głos. - Prosił, żeby jak najszybciej przywieźć cię do domu. 

Tommy zachichotał radośnie. Z Lee rozmowa była trudniejsza. Deirdre prawie 

słyszała, jak w jego małym, mądrym łebku poruszają się tryby. Pięciolatek 

usiłował zrozumieć to, co działo się tej nocy. Niełatwo było go zwieść. 

Otworzył buzię. 

- Mówiłem tacie, że nie wolno mu zabierać nas na noc. Oświadczył, że 

uzgodnił to z tobą. Ale tego nie zrobił. Prawda, mamo? 

- Nie zrobił - przyznała. - Musiało powstać jakieś nieporozumienie. 

- Jus nigdy więcej nie chcę z nim nigdzie jechać - zagniewanym tonem 

oznajmił Tommy. - Ksycał na mnie, kiedy powiedziałem, ze będzies wściekła, 

jeśli nas nie odwiezie spowrotem. 

Deirdre zacisnęła zęby. Policzyła do dziesięciu. 

- Jeśli nie chcesz, nie musisz spotykać się z ojcem - powiedziała do 

młodszego synka. 

- Tata zobaczył Ronana - poinformował ją Lee. - Mówił, że zamierzasz 

pozbyć się nas, bo masz nowego faceta. I że Ronan nie lubi ani mnie, ani 

Tommy'ego. A kiedy zaprzeczyłem, krzyknął: zamknij się! 

Oczy chłopców rozszerzyły się z wrażenia. ,,Zamknij się" należało do 

najbrzydszych powiedzeń, jakie znali. Jedna z domowych zasad dotyczyła 

zakazu używania brzydkich słów. 

- Tatuś to zły cłowiek - wyseplenił Tommy. 

To prawda, synku, dodała w myśli matka. Zastanawiała się nad tym, co 

powiedział Lee. Powinna na ten temat porozmawiać z Ronanem. Nie chciała, 

RS

background image

 

91 

aby chłopcy czuli się odrzuceni, bo się nim zainteresowała, a to właśnie usiłował 

wmówić im Nelson. 

Lee spojrzał na Ronana prowadzącego w milczeniu furgonetkę. 

- Wiedziałem, że nas lubisz. - Oparł głowę o jego ramię i westchnął. - 

Przyjechałeś, aby nas stamtąd zabrać. 

Ronan, któremu zadrgał na twarzy mięsień, wolną ręką przytulił chłopca 

do siebie. 

- Masz rację, kumpelku - powiedział schrypniętym głosem. - Lubię cię. 

Deirdre odchyliła się w fotelu. Dopiero teraz ogarnęło ją potworne 

zmęczenie. Dlaczego Nelson posunął się aż tak daleko? Mógł przecież 

wyrządzić dzieciom ogromną krzywdę. Dla niego chłopcy byli wyłącznie 

własnością. Dla niej i Ronana stanowili dary niebios, które należało kochać i 

otaczać czułością. Spojrzała na Ronana. Właśnie zamierzał skręcić w drogę 

wiodącą do farmy. Całą uwagę skupił na nadjeżdżających pojazdach. 

Z uwielbieniem spoglądała na jego prosty nos, wysokie czoło i kosmyk 

włosów opadający na twarz. Kochała tego człowieka. Szaleńczo. 

Żeby się pozbierać, musiała nabrać powietrza. Uznała, że później będzie 

czas na wymianę słów płynących wprost z serca i na akt miłości, w którą 

przekształcił się ich wspólny seks. 

Po południowym posiłku chłopcy zmarkotnieli. Nie mieli ochoty na 

zabawę. Deirdre poleciła im, żeby poszli do łóżek. 

- Nie musisz zasypiać - zapewniła Lee. - Tylko trochę odpocznij. Wiem, 

jesteś zbyt duży na to, aby w dzień robić sobie drzemkę. 

Kiedy po pięciu minutach zajrzała do synka, zobaczyła, że śpi w 

najlepsze, rozciągnięty na łóżku, w okropnie niewygodnej pozycji. Tommy, 

zwinięty w kłębek w swoim łóżku, jak zwykle miał przy boku ukochanego 

krokodyla. 

Śmiejąc się z rozczuleniem, Deirdre zeszła z piętra, niosąc kosz z bielizną 

do prania. Robota w pracowni mogła na nią poczekać, ale jeśli od razu nie 

RS

background image

 

92 

wrzuci ubrań do pralki, wszyscy troje będą wkrótce zmuszeni grzebać w stosie 

brudów, aby znaleźć coś w miarę czystego. 

Właśnie płynem do wywabiania plam nasączała brudne, małe podkoszulki 

przed wrzuceniem ich do pralki, gdy nagle ujrzała Ronana. Siadał za kierownicą 

furgonetki. Codziennie o tej porze jechał na pocztę i chyba też załatwiał inne 

sprawy. 

Deirdre uśmiechnęła się do siebie, biorąc do ręki papierową torbę pełną 

czekoladowych ciasteczek, które upiekła tego ranka. Gdy tylko furgonetka 

przecięła grzbiet wzgórza i zniknęła po drugiej stronie drogi, poszła do 

stajennego budynku. Zrobi Ronanowi niespodziankę, podrzucając mu 

ciasteczka. 

Na dole panował półmrok. Idąc w stronę schodów, usłyszała donośny 

dzwonek telefonu dochodzący z mieszkania Ronana. Zaraz potem jednak 

zapanowała cisza. Aparat telefoniczny musiał znajdować się blisko wyjścia. 

Deirdre usłyszała nagle dobrze znany, nagrany na magnetofon głos. 

Ronan prosił telefonującą osobę o zostawienie wiadomości automatycznej 

sekretarce. Deirdre uprzytomniła sobie, że brzydko jest podsłuchiwać cudze 

rozmowy. Zaczęła więc szybko wspinać się na schody. Zamierzała tylko 

zostawić Ronanowi ciasteczka i wrócić do pracowni. 

- Cześć, Ronan. Mam świetne wieści! Podnieś słuchawkę. - Rozmówca 

nie uznał za stosowne, żeby się przedstawić. - Do licha, rusz się wreszcie. 

Wiem, że tam siedzisz i sobie myślisz: do licha, znów dzwoni mój koszmarny 

agent! Myśl, co chcesz, ale musimy porozmawiać. To naprawdę wielka rzecz. 

Przez dłuższą chwilę mężczyzna czekał, aż Ronan podniesie słuchawkę. 

Deirdre zamarła. Poczuła, jak nagle ogarnia ją strach. Miała dziwne przeczucie, 

że jeśli natychmiast nie opuści tego miejsca, zmieni się jej życie. 

- Poddaję się - oznajmił wreszcie agent Ronana. - Jeśli naprawdę nie ma 

cię w domu, to po powrocie natychmiast zadzwoń. Mocno trzymasz się krzesła? 

Otrzymaliśmy niesamowitą propozycję... z wytwórni StarVision. Chcą robić 

RS

background image

 

93 

filmową wersję „Chłodu serca". Proponują piątala, ale ze względu na twoją 

renomę powinniśmy wytargować więcej. Zadzwoń, gdy tylko wrócisz. Trzeba 

omówić szczegóły. Ciao, kopalnio złota. 

Rozmówca odwiesił słuchawkę. Wyłączył się magnetofon. Mimo to w 

uszach Deirdre nadal rozbrzmiewały usłyszane słowa. Wytwórnia StarVision... 

filmowa wersja... kopalnia złota... 

Traciła dech. Opadła ciężko na schody. W zeszłym roku „Chłód serca" 

znajdował się na czele listy bestsellerów „New York Timesa". Była to jej 

ulubiona książka. Czytała kilka wcześniejszych powieści tego samego autora. 

Był nim niejaki R. J. Sullivan. R jak Ronan. Jej Ronan Sullivan? 

Nie, musiało chodzić o kogoś innego. Jej Ronan był dziennikarzem. Zaraz 

jednak zaczęła przypominać sobie różne drobne fakty. Ronan nigdy nie mówił o 

tym, co robi. Sądziła, że nie idzie mu pisanie i wydawcy nie kupują jego 

artykułów. 

Pieniądze. Nie miała pojęcia, ile w końcu zapłacił panu Briggsowi za 

odnalezienie dzieci. Jak na jej możliwości, musiała to być ogromna suma. Ale 

dla Ronana znaczyła chyba niewiele. Przypomniała sobie dopiero co usłyszane 

słowa agenta. Zaliczka miała wynosić piątala. Pięć milionów? Tak, teraz była 

już tego pewna. 

Ronan. Człowiek, z którym się kochała i który w jednej chwili podbił 

matczyne serce, okazując sympatię Tommy'emu i Lee, był R. J. Sullivanem, 

powszechnie znanym i cenionym autorem pięciu lub sześciu sensacyjnych 

powieści. Podczas jednej rozmowy telefonicznej zarabiał więcej, niż ona 

potrafiłaby zdobyć przez całe życie. 

Oszukiwał. Z rąk Deirdre wypadła torba. Kawałki ciastek leżały teraz u 

jej stóp. Od dnia, w którym spotkali się po latach, bez przerwy wprowadzał w 

błąd. Mówił nieprawdę na temat swojej pracy. Oszukał ją, mówiąc, że 

potrzebuje mieszkania. 

RS

background image

 

94 

Kochał się z nią w sposób szalony i namiętny, czuły i delikatny. Wszystko 

to też musiało być jednym wielkim oszustwem. Nie była przecież gwiazdą lub 

inną znakomitością. Wielkiemu R. J. Sullivanowi zachciało się po prostu seksu z 

przeciętną kobietą. 

Z ust Deirdre wydobył się głośny jęk. Zaczęła rozpaczliwie szlochać. 

Z trudem zeszła po schodach. Kiedy opuszczała stajenny budynek, jej 

ciałem wstrząsały dreszcze. Przez wiele lat płaciła za błąd, którym się okazało 

jej pierwsze małżeństwo. Wreszcie znalazła kogoś, kogo pokochała. Z 

wzajemnością. 

Była tak głupia, że po raz drugi dała się wyprowadzić w pole. Trafił się jej 

oszust. Drugi. 

Chłopcy obudzili się dwie godziny później. Dzięki przenośnemu 

monitorowi z kuchni słyszała ich ruchy na piętrze. Najpierw obudził się Lee. 

Zsunął się z łóżka. Po chwili Deirdre usłyszała, jak biegnie do pokoju brata. 

Szybko chwyciła miskę z groszkiem kupionym w pobliskim sklepie i 

wyszła na tylną werandę. Żeby ukryć spuchnięte powieki, nałożyła ciemne 

okulary. Była półprzytomna. Gdyby tylko mogła rzucić się na łóżko i zapomnieć 

o bożym świecie! 

Usiadła w fotelu na biegunach. Zza krzaka bzu wynurzył się Murphy. 

Wszedł po schodkach na werandę i ułożył się u stóp swojej pani. Och, jakże mu 

zazdrościła! Pragnęła też tak spać. 

Nie mogła pójść do łóżka. Miała dwóch synków, o których musiała się 

zatroszczyć. Dwóch małych chłopców, którzy mieli wczoraj przykre przeżycia i 

którzy jej potrzebowali. 

Miska z groszkiem pozostała nie tknięta. Deirdre siedziała, patrząc przed 

siebie nieruchomym wzrokiem. Nie widzącym nic. 

Tak miała wyglądać jej przyszłość. 

- Hej, mamo, dostaniemy po kanapce? 

- W lodówce są truskawki! - odkrzyknęła. 

RS

background image

 

95 

- Co takiego? 

- W lodówce są truskawki. 

Po chwili w drzwiach ukazał się Lee. Tuż za nim stanął Tommy, ciągnąc 

swojego krokodyla po podłodze. 

- Mamo, masz dziwny głos. Co mówiłaś? Powtórzyła swoje słowa i 

chłopcy wycofali się do kuchni. 

Lee miał rację. Miała dziwny głos. Szorstki po dwóch godzinach 

bezustannego płaczu. Ledwie wydobywający się z gardła. 

Wzięła do ręki strąk i zaczęła łuskać groszek. Odruchowo powtarzała ruch 

po ruchu, starając się o niczym nie myśleć. Chłopcy wrócili z kuchni i usiedli na 

schodkach werandy, opychając się truskawkami. 

Murphy wydał z siebie ostrzegawcze warknięcie. Informował Deirdre, że 

zza domu wyszedł Ronan. 

Deirdre wypuściła miskę. Groszek rozsypał się po podłodze, ale nawet 

tego nie zauważyła. Nie słyszała powrotu lokatora i nie była gotowa na 

spotkanie. Poczuła ucisk w żołądku. Wpadła w panikę. Jeszcze nie była w stanie 

spojrzeć mu w twarz. 

- Powiedzcie Ronanowi, że źle się czuję - zwróciła się do chłopców i 

umknęła do domu. 

Pobiegła wprost do swej sypialni. Usiadła na krawędzi łóżka i oparta 

dłonie na kolanach, żeby przestały drżeć. Było jej niedobrze. Musiała się 

uspokoić. Zaczęła oddychać głęboko i równomiernie. 

Pod żadnym pozorem nie mogła teraz oglądać Ronana. Wiedziała jednak, 

że wcześniej czy później będzie musiało do tego dojść. Znając go, mogła 

przypuszczać, że stanie się to wcześniej niż później. Prawdopodobnie jutro. 

- Nie znasz tego człowieka - mówiła do siebie z brutalną szczerością. - 

Okłamywał cię rozmyślnie. Z premedytacją. Udawał kogoś innego. A ty dałaś 

się na to nabrać. Wpadłaś. 

RS

background image

 

96 

Usłyszała kroki chłopców. Wbiegli po schodach na piętro i kierowali się 

do jej sypialni. Co powie im o Ronanie? Jak będą się czuli, gdy ich lokator stąd 

wyjedzie? 

Głęboki oddech. Jeden, drugi i trzeci. 

- Tutaj jest - oznajmił Tommy, ukazując się w drzwiach. Z tryumfem 

wskazał matkę. 

Serce Deirdre omal nie pękło na widok wchodzącego tuż za nim Ronana. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

RS

background image

 

97 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

- Dzięki, chłopcy - powiedział do dzieciaków, starając się, aby jego głos 

brzmiał normalnie. - Możecie biec na podwórze. 

Lee spojrzał niepewnym wzrokiem najpierw na gościa, a potem na matkę. 

Chłopczyk wyczuwał napiętą atmosferę. 

- Co będziecie robić? - zapytał podejrzliwie. 

- Muszę pogadać z twoją mamą, a potem, jeśli się zgodzi, zabiorę was na 

spacer nad strumień - oświadczył Ronan. 

- Klawo! - Było to ulubione słowo Lee, wyrażające wielką radość. - 

Chodź, Tommy. 

Przekupieni atrakcyjną obietnicą, chłopcy wymaszerowali z pokoju. 

Odgłosy ich kroków na schodach przypominały raczej tupot stada słoni niż 

dwojga małych dzieci. 

Spojrzał na Deirdre. Nadal siedziała na krawędzi łóżka. Wydawała się 

obca. Miała pobladłą twarz. Mimo ciemnych okularów, które włożyła, mógłby 

przysiąc, że płakała. 

- Słyszałaś, prawda? Słyszałaś to, co zarejestrowała automatyczna 

sekretarka? 

Deirdre potwierdziła jego obawy skinieniem głowy. Patrzyła tak, jakby 

obawiała się z jego strony jakiejś napaści. 

- A niech to wszyscy diabli! - Z całej siły rąbnął pięścią w solidną, 

drewnianą ramę łóżka, aż zatrzęsły się ściany. 

Deirdre drgnęła gwałtownie. Z jej gardła wydarł się chrapliwy jęk. 

- Właśnie miałem wszystko ci wyznać - oświadczył Ronan, wyginając 

palce, żeby sprawdzić, czy przy uderzeniu nie naruszył kości. 

Deirdre odwróciła głowę. Chyba przełykała łzy. 

- Porozmawiaj ze mną, dziecinko. 

RS

background image

 

98 

Jak mógł naprawić sytuację, nie wiedząc, co zabolało ją najbardziej? 

- Nie mam nic do powiedzenia - odrzekła szeptem. 

- Źle się czujesz? 

Zachorowała? Kiedy sam czuł się podle, wszystko wydawało mu się 

znacznie gorsze, niż było w rzeczywistości... 

- Nie. - Spojrzała na niego pozbawionymi wyrazu oczyma. Poczuł się tak, 

jakby wbijała mu nóż w serce. - Płakałam. Umarł ktoś, na kim bardzo mi 

zależało. 

Ronan wiedział, co Deirdre ma na myśli. 

- Pozwól mi wyjaśnić. To nie takie proste, jakby... 

- Wynoś się! - Jej chrapliwy głos był przepojony nienawiścią. - Okłamałeś 

mnie! - Spod ciemnych okularów popłynęły łzy. - Zaufałam ci, a ty mnie 

oszukałeś. 

- Dziecinko... 

Jednym susem dotarł do łóżka. Deirdre odpychała go, gdy próbował 

wziąć ją w objęcia. Podczas szamotaniny spadły ciemne okulary i rozbiły się o 

podłogę. Ronan nie dawał za wygraną. Wreszcie ustąpiła. Przestała walczyć. 

Usiadł na łóżku i posadził ją sobie na kolanach. 

Wybaczy mi, pomyślał. Będzie musiała. 

- Wcale cię nie okłamywałem. To znaczy robiłem to - poprawił się - ale 

nie w stosunku do ciebie. Przez ostatnie dwa lata starałem się unikać 

popularności. Ale i tak ciągle ktoś nachodził mnie w domu i nie dawał żyć. Nie 

masz pojęcia, jak to jest. 

Spojrzał na Deirdre, żeby zobaczyć, jaki skutek wywierają jego słowa. 

Siedziała milcząca. 

- Kilka lat temu dostawałem obsceniczne listy od jakiejś kobiety. Czyhała 

na mnie na każdym kroku. Pewnego dnia znalazłem ją we własnym łóżku! 

Miałem dość nagabywania przez obcych ludzi. Postanowiłem wynieść się z 

Baltimore... 

RS

background image

 

99 

- Mam wierzyć, że wyprowadziłeś się z luksusowego domu, aby przenieść 

się tutaj, na głuchą wieś, do stajennego budynku? 

Uderzyła go.  

Z największym zdumieniem patrzył teraz na rozgniewaną kobietę, która 

niczym nie przypominała spokojnej i łagodnej Deirdre. 

- Wziąłeś mnie za kogoś nadającego się do przelotnego flirtu - dodała 

oskarżycielskim tonem. - Postanowiłeś zabawiać się dopóty, dopóki nie zmęczy 

cię wiejska egzystencja i nie wrócisz tam, gdzie twoje miejsce. 

- To znaczy dokąd? - Ronan odzyskał wreszcie mowę.  

Ogarnęła go złość. Taka, że aż się trząsł. Ta kobieta przeinaczała każde 

jego słowo! 

- Nie tutaj. To chyba oczywiste! - warknęła zjadliwie. 

- Jak widzę, nie zamierzasz dać mi żadnej szansy. To, że miałaś złe 

doświadczenia z jednym mężczyzną, wcale nie oznacza, iż z następnym też ci 

się nie ułoży. Wczoraj powiedziałaś, że mnie kochasz. Czy to prawda? 

Deirdre przycisnęła dłoń do ust. Zaczęła cofać się, aż uderzyła plecami w 

ścianę obok drzwi. Milczała. 

- Oskarżasz mnie o kłamstwo - ciągnął Ronan. Ledwie powstrzymywał 

nerwy na wodzy. - Ale sama nie jesteś lepsza. 

Przeszedł przez pokój, żeby zajrzeć w jej piękne, zielone oczy, które 

jeszcze tak niedawno patrzyły na niego z uwielbieniem. Teraz były obce i zimne 

jak lód. 

- Miałaś ochotę na mały numerek, a ja akurat znalazłem się pod ręką. 

Mężczyźni są ci potrzebni ze względu na seks, pieniądze i pozycję społeczną. 

Pogoń za tym nazywasz miłością. 

Ronan ruszył w stronę wyjścia, zdecydowany nie oglądać się przez ramię, 

w razie gdyby Deirdre uprzytomniła sobie, że go skrzywdziła. Nadal jednak 

milczała jak zaklęta. 

RS

background image

 

100 

- I nie wtykaj nosa w moje sprawy! - wykrzyknął na odchodnym. - Jeśli 

pani gospodyni zechce zajrzeć do mojego lokum, wystarczy, że o to poprosi - 

dorzucił złośliwie. 

Kiedy zamierzał opuścić farmę? 

Od dnia, w którym zniweczył wszystkie jej marzenia, upłynęły trzy 

tygodnie. Deirdre z trudem zmuszała się do pracy. Wieczorem padała tak 

wykończona na łóżko, że nawet nie miała żadnych snów. 

Od chwili gdy rozzłoszczony Ronan wypadł z jej sypialni, nie zamienili 

ani słowa. Informacje przekazywali chłopcy. 

- Mamo, Ronan chce zabrać nas na łąkę, żebyśmy puszczali latawce. 

Możemy iść? 

- Mamo, Ronan wyjeżdża na cztery dni. Prosił, aby ci o tym powiedzieć. 

Dokąd jedzie? 

- Mamo, Ronan wziął Murphy'ego na spacer. 

- Mamo, Ronan chciał, żebym ci to dał. 

Była to koperta zawierająca miesięczny czynsz. Płacił z góry. Deirdre 

poczuła słaby przypływ radości. Czyżby zamierzał pozostać jeszcze przez 

miesiąc? 

Prowadziła monotonne życie. Opuszczała farmę tylko po to, aby zrobić 

niezbędne zakupy, jechać z chłopcami do kościoła, lekarza lub dentysty. 

Od czasu gdy Nelson wywiózł dzieci do rybackiej chaty, Lee i Tommy 

nie spotykali się z nim w niedziele. Adwokat Deirdre złożył w sądzie formalną 

prośbę o zakazanie ojcu spotkań z synami, motywując ją brakiem 

odpowiedzialności tego człowieka i jego potencjalną zdolnością do zrobienia im 

krzywdy. Sędzia postanowił, że o wszelkich następnych spotkaniach synów z 

ojcem będzie decydowała wyłącznie ich matka. 

Dopiero w połowie drugiego tygodnia od chwili ogłoszenia decyzji 

sędziego Lee uzmysłowił sobie, że w ostatnią niedzielę nie widzieli się z ojcem. 

Ulga, z jaką obaj chłopcy przyjęli zmienioną sytuację, upewniła Deirdre, że 

RS

background image

 

101 

postępuje właściwie. Wyjaśniła dzieciom, że gdy tylko zechcą zobaczyć się z 

ojcem, niech jej o tym powiedzą, a ona zaaranżuje spotkanie. 

- Ja nie zechcę - mruknął Tommy, energicznie potrząsając krótko 

ostrzyżoną główką. - Tata nie lubi mojego krokodyla. 

Lee głębiej wnikał w sedno sprawy. 

- Tata mógłby wywieźć nas z miasta? - zapytał matkę. 

- Istnieje taka możliwość - chcąc nie chcąc, musiała przyznać. - Ale ojciec 

kocha cię, słonko. Sądzi, że postępuje dobrze, mimo że tak nie jest i my o tym 

wiemy. 

- Wcale mnie to nie obchodzi - oświadczył Lee. - Mamo, bałem się taty. 

Nie chcę już nigdy więcej z nim wyjeżdżać. - Lee był małym, dzielnym 

wojownikiem i obrońcą mamy. Płakał bardzo rzadko. - Ale chciałbym jechać z 

Ronanem. 

Ostatnie słowa synka do głębi wstrząsnęły Deirdre. 

Zajmowała się szyciem, bo nie pozostawało jej nic innego. Pracowała 

mimo grypy, z której nie wyleczyła się do końca. Wykonała nowojorskie 

zamówienie i zabrała się do nowego. Dostała też pracę od Jill. Na ogół nie szyła 

ubiorów dla pojedynczych lalek, ale dla przyjaciółki zrobiłaby wszystko. Na 

wystawie swojego sklepu z zabawkami Jill zamierzała na Święto Zmarłych 

wyeksponować małego ducha i czarownicę. 

Boże Narodzenie było jeszcze odległe o pół roku, lecz sklepy 

zabawkarskie już się szykowały do wielkiej sezonowej sprzedaży. Do Deirdre 

zaczęli dzwonić obcy ludzie, którym jej zadowoleni klienci pokazali wykonane 

przez nią cudeńka. Chcieli składać zamówienia. 

Niestety, miała głowę zaprzątniętą myślami o Ronanie. 

Pierwsza myśl była przyziemnej natury. Trzeba było oddać mu pieniądze, 

które wydał na odzyskanie chłopców. Gdyby nawet musiała harować całymi 

nocami, zwróci zaciągnięty dług. Inne myśli nie były tak prozaiczne. 

RS

background image

 

102 

Deirdre odgoniła je natychmiast. Nacisnęła pedał maszyny do szycia. 

Ostrożnie podsunęła pod igłę ciemnopurpurowy aksamit, z którego miała 

powstać czapeczka dla księżniczki. 

Staroświecka maszyna stanowiła prezent maturalny od rodziców Deirdre. 

Z czasów, gdy ona sama bujała w obłokach i wśród gwiazd, przekonana, że 

należy do niej cały świat. Niestety, życie pogasiło gwiazdy i z obłoków 

ściągnęło ją na ziemię. 

Czułym ruchem pogłaskała Deirdre wysłużoną maszynę. Kojarzyła się jej 

z dobrymi czasami. Postanowiła nigdy się z nią nie rozstawać, mimo że niekiedy 

ogarniała ją chęć kupienia nowej. Nowoczesnej. Szyjącej automatycznie po 

odpowiednim zaprogramowaniu na komputerze. Oszczędzało to mnóstwo czasu 

i zapewniało żądaną dokładność wykonania. Deirdre nawet prosiła męża, aby 

kupił jej maszynę w prezencie, ale Nelson nie widział potrzeby folgowania 

zachciankom żony. A teraz? Teraz ledwie wystarczało na opłacenie rachunków 

pod koniec każdego miesiąca i odkładanie niewielkiej sumki na edukację 

chłopców. O nowoczesnej maszynie do szycia będzie mogła pomyśleć dopiero 

za kilka lat. 

A może nawet później, jeśli to, co ostatnio zaprząta jej głowę, stanie się 

rzeczywistością... 

Nie miała okresu od prawie siedmiu tygodni. Od pierwszego zbliżenia z 

Ronanem. Kupiła test ciążowy, ale nie miała odwagi go użyć. 

Może krwawienie okresowe opóźniało się dlatego, że żyła w stresie, a 

ciągłe wymioty były spowodowane grypą? Schudła o cztery kilogramy, z czego 

nawet się ucieszyła. Nie miała apetytu. Sypiała kiepsko. W nocy musiało coś ją 

dręczyć, gdyż rano budziła się z głową na poduszce zalanej łzami. 

Długie godziny przesiadywała w pracowni, coraz częściej spędzając tam 

całe noce. Nie mogła jednak dłużej udawać, że nic się nie dzieje. Jeśli była w 

ciąży, powinna jechać do lekarza i zacząć przyjmować witaminy. To dziecko, o 

RS

background image

 

103 

ile miało przyjść na świat, powinno otrzymać podobnie staranną opiekę, jak 

dwójka jego rodzeństwa. 

Następnego ranka, gdy chłopcy jeszcze spali, poszła do łazienki. 

Pracowała do drugiej w nocy. Była otępiała i bolały ją oczy. Drżącymi palcami 

rozerwała opakowanie. Przeczytała instrukcję. Spojrzała na mały patyczek. 

Zadrżało jej serce. 

Nie! Och, Boże. Proszę, tylko nie to! 

Z rozpaczą spojrzała na test ciążowy, leżący na stoliku. Dostała dreszczy. 

Wrzuciła paskudztwo do kosza na śmieci i wróciła do łóżka. 

Już dłużej nie mogła udawać. Jej ciało zachowywało się nienormalnie. 

Nie z powodu stresu ani pozostałości po grypie. 

Urodzi dziecko Ronana! 

Na myśl, że powinna powiedzieć mu o ciąży, jęknęła głośno. Jak może 

wydać na świat potomka człowieka, który czuje do niej nienawiść? Czy ona też 

nienawidziła Ronana? Nie. Czuła się tylko przez niego skrzywdzona. 

Bez względu na błąd, jaki popełniła, decydując się na krótki flirt z prawie 

nie znanym mężczyzną, będzie kochała nowe dziecko. Podobnie jak poprzednie, 

ciąża pewnie okaże się trudna przez pierwsze trzy miesiące, ale jakoś to zniesie. 

Ronan nie będzie szczęśliwy, gdy okaże się, że zostanie ojcem. Ale lubił 

dzieci. Miał wspaniały stosunek do jej synów. Deirdre była przekonana, że ich 

wspólne dziecko zawsze będzie kochane. 

Ronan znów spojrzał na kalendarz. Pierwsze sześć rozdziałów powinien 

skończyć już w zeszłym tygodniu. Jeśli nadal będzie pracował w żółwim 

tempie, nie dotrzyma żadnego terminu. 

Po raz pierwszy odczuwał ciężar tworzenia. Pisanie przychodziło mu z 

największą trudnością. Przestało być przyjemne. Nawet o pracy nad 

scenariuszem na podstawie „Chłodu serca" myślał teraz z niechęcią. 

RS

background image

 

104 

Wszystkiemu była winna Deirdre. Bezskutecznie usiłował pielęgnować w 

sobie złość do tej kobiety, ale już dawno opuścił go gniew. Pozostały tylko 

pustka, smutek i samotność. 

Miał powód, żeby się wściec. Przecież nie okłamał Deirdre celowo. Na 

początku odruchowo chronił własną prywatność, a potem było mu już trudno 

wyznać prawdę. 

I stało się! Bomba wybuchła. Na nieszczęście, Deirdre sama odkryła jego 

tożsamość. Dlaczego jednak nie obdarzyła go kredytem zaufania? Skazała bez 

rozprawy sądowej. Ronan cieszył się, że już nigdy więcej nie będzie musiał jej 

oglądać. 

Fizycznie pragnął bliskości Deirdre nawet wtedy, kiedy w Hollywood 

spotykał gwiazdy filmowe, podczas gdy jego agent negocjował warunki umowy 

na ekranizację książki. W dzień radził sobie dobrze, ale po nocach marzył o 

Deirdre. 

Od tamtej pory widział ją tylko raz, idącą do furgonetki. Gdy zabierał 

Murphy'ego na spacer, nigdy nie było jej na werandzie. Wszelkie wiadomości 

przekazywali matce chłopcy. 

Pół nocy spędzała w pracowni. Wiedział o tym, gdyż polubił nocne 

spacery. Zauważał w oknie drobną postać, zajętą szyciem. 

Nie dopuści do tego, aby ta kobieta go zniszczyła! Nigdy! 

Westchnął głęboko. Kogo chce oszukać tak idiotycznymi zapewnieniami? 

Od dnia, w którym znalazł na schodach podartą torbę z ciastkami, jego życie też 

uległo zniszczeniu. 

Deirdre była przeciwieństwem Sonji. Nie zależało jej na pieniądzach, nie 

domagała się kosztownych prezentów. Zapamiętał dzień razem spędzony w 

porcie. Zdecydowanie odmówiła przyjęcia przeznaczonej dla chłopców drogiej 

zabawki. 

Kiedy wyznała mu miłość, był dla niej jeszcze zwykłym dziennikarzem, 

któremu kiepsko się wiodło. Nie leciała więc na pieniądze. Gorzkie 

RS

background image

 

105 

doświadczenie nauczyło go jednak, że kobieta potrafi udawać miłość z 

przeróżnych powodów. Może Deirdre naprawdę wydawało się, że darzy go 

uczuciem? 

Nie. Chodziło jej wyłącznie o seks. W przeciwnym razie nie 

wykluczyłaby go ze swego życia z tak idiotycznego powodu, jakim było 

chwilowe nieporozumienie. Gdyby darzyła go miłością, nie doszłoby do 

zerwania. 

Od strony schodów dobiegł Ronana śmiech Tommy'ego i Lee. Z ulgą 

wprowadził do pamięci ostatni fragment tekstu i wyłączył komputer. Może jutro 

pisanie pójdzie mu lepiej. 

Wyszedł chłopcom naprzeciw. Stanął na górnym podeście, słuchając 

dzikich okrzyków. Malcy jak szaleni wbiegli na górę. 

- Hej, faceci, pójdziecie popływać? - zawołał. W obu parach oczu 

pojawiły się radosne błyski. 

- Taaak! - wrzasnęli i pognali do domu po ręczniki.  

Nagle Lee zatrzymał się i pędem zawrócił w stronę Ronana. 

- Byłbym zapomniał! Mama chce z tobą porozmawiać. Pyta, czy możesz 

wpaść po kolacji. 

Ronan skinął głową i Lee pobiegł za młodszym bratem. 

Czego Deirdre chciała? Zamierzała go przeprosić? Chętnie zapomniałby o 

nieszczęsnej kłótni, gdyby i ona zrobiła to samo. A może od września wymówi 

mu mieszkanie? 

Popołudnie ciągnęło się w nieskończoność. Ronan zabrał Murphy'ego na 

codzienny spacer. Zjadł samotnie ravioli z puszki. Przejrzał nadesłaną pocztę 

elektroniczną. Z trudem doczekał siódmej wieczorem. Porę tę mógł uznać za 

pokolacyjną. Przynajmniej w domu, w którym mieszkały dzieci. 

Starając się iść powoli, przemierzył podwórze i podszedł do tylnego 

wejścia. Na jego widok Murphy aż zawył z radości. Ronan zatrzymał się i 

RS

background image

 

106 

podrapał po brzuchu potężne psisko. Potem wszedł na werandę i zapukał do 

drzwi. 

- Proszę! - Głos Deirdre brzmiał prawie normalnie. 

Po chwili Ronan znalazł się w kuchni. Wygodnej i przytulnej, pięknie 

urządzonej. Uderzyła go w nozdrza mieszanina zapachów cynamonu, kwiatów 

stojących w wazonie i suszących się ziół. Pani domu stała przy zlewozmywaku, 

zwrócona tyłem do gościa. Ronan poczuł, że z wrażenia spociły mu się ręce. 

Wytarł je o spodnie. 

Najpierw zauważył, że schudła. Miała teraz modną, szczupłą sylwetkę. 

Znał kobiety, które dałyby wiele, żeby tak wyglądać. On jednak zdecydowanie 

wolał poprzednią figurę Deirdre. 

Gdy odwróciła się w jego stronę, doznał szoku. Miała zapadnięte policzki, 

zmęczoną twarz, podkrążone oczy i suche, blade wargi. Wyglądała okropnie. 

- Dobry wieczór - spokojnym głosem przywitała gościa. 

- Wolisz zostać tutaj czy przejść do salonu? 

- Tutaj - odparł. - A gdzie są chłopcy? 

- W pokoju Tommy'ego. Z klocków lego budują miasteczko. Zajmują się 

tym już od tygodnia. Tak mi się przynajmniej wydaje. 

- Jesteś chora? - zapytał odruchowo. 

Spuściła oczy. Nerwowo splatała i rozplatała palce. 

- Nie. To tylko zmęczenie. Dużo pracowałam. 

- Kiepsko wyglądasz. - Ronan nie potrafił ukryć przykrego zaskoczenia. 

Kiedy w oczach Deirdre ujrzał nagły przestrach, zaniepokoił się jeszcze 

bardziej. 

- Nic mi nie będzie. - Deirdre machnęła ręką, uznając temat za 

wyczerpany. Odgrodziła się niewidzialną barierą. 

- Chciałam porozmawiać o pieniądzach, które wydałeś tego dnia, kiedy... 

- Wiem, kiedy - przerwał jej szorstko. - Dlatego prosiłeś, żebym 

przyszedł? - zapytał rozczarowany. 

RS

background image

 

107 

- Tak - potwierdziła niemal szeptem. - Chcę ustalić termin spłacenia ci tej 

pożyczki. Oczywiście, z odsetkami. 

- To był prezent - wycedził przez zęby. 

- Nie mogę go przyjąć. Doceniam twoją... Sam wiesz, ile to dla mnie 

znaczyło... 

- Proszę cię, zapomnij o całej sprawie. Mnie nie brakuje pieniędzy. - Po 

minie Deirdre poznał, że jego wyjaśnienie wypadło niezręcznie, więc zaczął raz 

jeszcze. - Posłuchaj. Twoi chłopcy też wiele dla mnie znaczą. Cieszę się, że mo- 

głem wam pomóc. Proszę, przestań zamartwiać się tymi pieniędzmi. 

Boże, ależ była uparta! Nadal potrząsała głową. 

- Ronan, to była pożyczka. Doceniam wszystko, co zrobiłeś tamtego 

dnia... - Zamilkła nagle. 

Swego czasu Ronan poprzysiągł sobie, że już nigdy więcej nie będzie nim 

manipulowała żadna kobieta. A teraz co? Siedział przed Deirdre, zmartwiony i 

stęskniony. 

- Miło to słyszeć - oświadczył ironicznym tonem. - Wiedziałem, że 

doceniałaś to, co wtedy robiłem. Podobało ci się... jeśli mnie pamięć nie myli. 

- Ronan, proszę... - W głosie Deirdre brzmiał niepokój. - Nie musimy tak 

z sobą rozmawiać. Zwłaszcza teraz... 

- Zwłaszcza teraz? - Ronan wpadł w złość. Zamierzał zranić Deirdre 

słowami, tak jak ona to zrobiła. - Jak długo chcesz zaprzeczać, że ci się 

podobało? A może to nasze rozkoszne zbliżenie uznajmy za spłatę pożyczki? 

Deirdre tak nagle zerwała się z miejsca, że przewróciła krzesło. W oczach 

miała łzy. 

- Nie zamierzam tego słuchać. - Przełknęła ślinę. - Tak czy inaczej, 

oddam ci dług... - Wybiegła z kuchni. 

Zaskoczony i jeszcze zły, ruszył jej śladem, ale przed nosem zatrzasnęła 

mu drzwi łazienki. Słyszał, jak wymiotuje. Raz, drugi... dziesiąty. Po chwili 

usłyszał szum wody. 

RS

background image

 

108 

- Deirdre! Idę do ciebie - zagroził. 

- Zaraz wychodzę. 

- Czekam. 

Była bardziej chora, niż chciała się przyznać. Ronan poczuł wyrzuty 

sumienia. Dlaczego mówił jej tak okropne rzeczy? 

Wreszcie opuściła łazienkę. Wyglądała jeszcze gorzej niż poprzednio. 

Zastąpił jej drogę. 

- Pójdziesz do łóżka. I zostaniesz tam, aż skończy ci się ta grypa czy inna 

choroba. Zajmę się chłopcami. 

- Nie! - Usiłowała odepchnąć Ronana. On jednak wziął ją na ręce i zaniósł 

na piętro do sypialni. 

- Nie mogę iść do łóżka - protestowała. - Mam za dużo... 

- Przestań gadać. - Ile straciła na wadze? Wiele kilogramów. Była teraz 

lekka jak piórko. - Zamknij się, bo w przeciwnym razie zaknebluję cię. 

Kiedy posadził Deirdre na łóżku, bezszelestnie pojawili się obaj chłopcy. 

Byli zdziwieni i zaskoczeni. 

- Powiedziałeś do mamy: zamknij się - stwierdził Lee, spoglądając z 

wyrzutem na Ronana. 

- Nam nie wolno mówić tak bzytko - dodał Tommy. 

- Mnie też nie - przyznał Ronan. Odsunął kołdrę i położył Deirdre na 

prześcieradle. 

- Co stało się mamie? 

- Kiepsko się czuje. Ale kiedy będzie w lepszej formie, ukarze mnie za 

brzydkie gadanie. 

Chłopcy zachichotali. Pierwszy spoważniał Lee. 

- Mama od dawna czuje się źle. Zabierzesz ją do lekarza? 

- To dobry pomysł. - Ronan zdobył się na uśmiech, by nie przerazić 

dzieci. - Obiecuję, że się nią zaopiekuję. A czy wy zrobicie coś dla mnie? 

Chłopcy kiwnęli ochoczo główkami. 

RS

background image

 

109 

- Przynieście z kuchni dużą szklankę lodowatej wody dla mamy. Weźcie 

też zmoczoną ściereczkę. I ręcznik - dodał. 

- Robi się! 

Chłopcy pobiegli na dół. Ronan popatrzył na Deirdre. Nie zaprotestowała 

ani słowem. I to przeraziło go najbardziej. Musiała być ciężko chora. Położył 

rękę na pasku jej dżinsów. Zamierzał je rozpiąć. 

- Nie. 

- Chcę, aby ci było wygodniej. 

- Nie. 

Zsuwając spodnie Deirdre, starał się nie okazać przerażenia. Jeszcze 

nigdy nie widział człowieka, który wychudł na szczapę w ciągu... miesiąca! 

Rozpiął biustonosz i ściągnął go wraz z bluzką. Rozejrzawszy się po pokoju, 

zobaczył bluzę od piżamy, wiszącą wraz z szlafrokiem na kołku po wewnętrznej 

stronie drzwi. Zdjął ją i ubrał Deirdre. Nie potrafił się oprzeć i spojrzał na jej 

obnażony biust. O dziwo, wydawał się jeszcze większy i pełniejszy niż 

poprzednio. 

Ronan poczuł przypływ pożądania. Tak gwałtowny, że prawie jęknął. 

Obciągnął piżamę Deirdre. 

- Wezwę lekarza - oznajmił. 

- Nie jestem chora. - Otworzyła oczy. - Potrzebuję tylko nieco 

wypoczynku. 

- Uważam, że powinien zbadać cię twój lekarz. - Ronan nie dawał za 

wygraną. - Podaj jego nazwisko, bo w przeciwnym razie otworzę książkę 

telefoniczną i zadzwonię do pierwszego lepszego konowała. 

Deirdre milczała, ogromnymi oczyma wpatrując się w Ronana. 

Wyglądała żałośnie. Ogarnęła go litość. 

- Dziecinko - powiedział. - Nasze problemy załatwimy jutro. Jeśli 

zechcesz, dasz mi po głowie i nigdy więcej do mnie się nie odezwiesz. Ale 

teraz, proszę, pozwól wezwać lekarza. 

RS

background image

 

110 

Na twarzy Deirdre odmalowało się wahanie. Po chwili rozluźniła 

ściągnięte brwi. 

- Nie potrzebuję lekarza - oświadczyła. - Jestem w ciąży. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

RS

background image

 

111 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

Jestem w ciąży. W ciąży. W ciąży...  

Słowa te, jak beztrosko wystrzelone kule, odbijały się rykoszetem od 

ścian pokoju. Deirdre opuściła powieki. Nie chciała, żeby Ronan dostrzegł łzy 

cisnące się do jej oczu. 

Usłyszawszy oświadczenie Deirdre, Ronan zachował całkowity spokój. 

Odwrócił się od łóżka, pozbierał rozrzucone ubranie i powiesił je na kołku na 

drzwiach. Nadal stał tyłem do niej. Pomyślała, że nawet nie chce na nią 

spojrzeć. 

- Co mówi lekarz, widząc, jak bardzo chudniesz? - zapytał. 

- Nic. Nie byłam u lekarza. 

- Co takiego? - Błyskawicznie odwrócił się w jej stronę. Złość 

zniekształciła mu twarz. - Jesteś chora i do tej pory nie zasięgnęłaś lekarskiej 

porady? 

- Mam umówioną wizytę pod koniec przyszłego tygodnia. 

- Nie byłaś u lekarza, więc skąd wiesz, że jesteś w ciąży? 

- W ciąży byłam już dwukrotnie, pamiętasz? - Odwróciła głowę w stronę 

okna, tak aby Ronan nie mógł dostrzec płynących łez. Nie wierzył jej. Wątpił, 

czy rzeczywiście jest w ciąży. 

- Musisz od razu porozumieć się z lekarzem - powiedział. - Takie 

chudnięcie nie jest objawem normalnym. 

- W przeciwieństwie do porannych wymiotów. Mijają po trzech 

miesiącach. Tak samo się czułam, będąc w ciąży z chłopcami. 

- Teraz nie badał cię lekarz. Możesz się mylić... 

- Zrobiłam domowy test. 

- Wymagasz medycznej kontroli. Do kogo mam zadzwonić? 

- Do nikogo... 

RS

background image

 

112 

Ronan usiadł i zaczął wystukiwać jakiś numer. 

- Co robisz? - spytała Deirdre. 

- Telefonuję do informacji. Pojedziesz do pierwszego położnika, do 

którego się dodzwonię. 

- Poczekaj. Zadzwoń do doktora Payne'a - powiedziała. - Odbierał poród 

obu chłopców. - Niechętnie podała numer. 

- Sam będę z nim rozmawiał - oświadczył Ronan. Zachowuje się jak 

jaskiniowiec, uznała Deirdre. 

- Tak, jest umówiona na wizytę pod koniec przyszłego tygodnia - 

poinformował recepcjonistkę. - Ale czuje się bardzo źle. Chciałbym 

porozmawiać z lekarzem. Dziękuję... Dzień dobry, panie doktorze. Mówię w 

imieniu Deirdre Patten. Jest jedną z pańskich... Tak. Tak. Ale jest ciężko chora. 

Bardzo schudła. - Po dłuższej chwili Ronan zwrócił się do Deirdre: - Pan doktor 

chce wiedzieć, czy ciągle wymiotujesz. - Skinęła głową. - Jak często? Rano czy 

także w ciągu dnia? 

- Mniej więcej dziesięć razy dziennie. Nie tylko rano. 

- Ile straciłaś na wadze? - zapytał surowym tonem. 

- Prawie siedem kilogramów. 

- Siedem kilogramów. - W oczach Ronana ukazał się gniew. Znów słuchał 

w milczeniu. - Pan doktor chce wiedzieć, czy, będąc w poprzedniej ciąży, czułaś 

się tak samo źle? Mówi, że tak - oznajmił Ronan, gdy Deirdre skinęła głową. - 

Tak... Tak... Nie ma problemu... - Podał słuchawkę Deirdre. - Doktor Payne ma 

ci coś do powiedzenia. 

- Dzień dobry - usłyszała znajomy głos. - Mąż bardzo przejmuje się pani 

zdrowiem. Musi pani teraz dużo odpoczywać. Wiem, że nie chciałaby pani, aby 

dziecku stało się coś złego. 

- To oczywiste! Tylko że ja nie mogę... 

RS

background image

 

113 

- Może pani, może - przerwał jej lekarz. - Wyjaśniłem panu Pattenowi, że 

musi przetrzymać panią przez tydzień w łóżku. Aż do wizyty u mnie. Wolno 

pani wstawać tylko do łazienki. Mąż uważa, że nie będzie z tym problemu. 

To nie jest pan Patten! chciała krzyknąć Deirdre. Ale nie należało 

obarczać lekarza swoimi osobistymi kłopotami. 

- Żadnego - potwierdziła grobowym głosem. 

- To świetnie! A więc do zobaczenia w przyszłym tygodniu. Jeśli stan 

pani nie zacznie ulegać poprawie w ciągu, powiedzmy, czterdziestu ośmiu 

godzin, proszę dać mi znać. Wtedy weźmiemy panią na kilka dni do szpitala, 

aby było można kontrolować wymioty. 

Deirdre pożegnała lekarza. Oddała Ronanowi słuchawkę. 

- Już raz tak ciężko chorowałaś? - zapytał. 

- Będąc w ciąży z Tommym. No, także z Lee, ale wtedy mogłam 

pozwolić sobie na luksus leżenia w domu i obyło się bez hospitalizacji. 

- Miałaś aż takie kłopoty? 

- Owszem. - Deirdre była zmartwiona, że Ronan się o tym dowiedział. - 

Gdy pojawiają się dzieci, radzę sobie świetnie, ale przedtem jestem zupełnie do 

kitu - przyznała z niechęcią. 

- Pomagał ci mąż? 

- Nigdy go nie było. Wspierała mnie mama. Co rano na cały dzień 

zabierała Lee. Mieszkał u niej, kiedy leżałam w szpitalu. 

- Dlaczego tym razem ci nie pomaga? 

- Nie wie, że jestem w ciąży. - Deirdre z ponurą miną spojrzała na 

Ronana. - Trudno do tego się przyznać. 

- Od kiedy to trzeba wyjaśniać matkom takie rzeczy?  

Umyślnie udawał, że nie rozumie, o co jej chodzi. Deirdre była o tym 

przekonana. 

- Gdy od trzech lat nie ma się życiowego partnera. Nie tylko nastolatki 

wstydzą się przyznać matkom do niektórych rzeczy. 

RS

background image

 

114 

Ronan wetknął dłonie do kieszeni. Na jego twarzy pojawiły się głębokie 

bruzdy. 

- Przyszło ci do głowy, aby pozbyć się tego dziecka? Z rozpaczy i 

wściekłości o mało się nie zadławiła. 

- Gdyby tak było, nie doprowadziłabym się do takiego stanu - wycedziła 

przez zęby. - Nie wiedziałbyś o ciąży i nie umówiłabym się na pierwszą wizytę 

u lekarza. 

Deirdre było okropnie przykro, że Ronan posądzał ją o coś takiego. 

Odwróciła się do ściany i zaczęła przełykać łzy. 

- W porządku. - Ronan podszedł do drzwi, gdyż usłyszał na schodach 

kroki chłopców. - Pozostaniesz w łóżku aż do wizyty u lekarza. Chłopcami 

zajmę się sam. 

- Nie możesz... 

- Chcesz się założyć? Wprowadzę się do pustej sypialni. A po wizycie u 

lekarza odbędziemy następną pogawędkę. 

Na kolację Ronan zrobił zapiekankę z kurczaka według jednego z 

przepisów Deirdre. Wyjrzał przez okno na podwórze, gdzie ustawił wannę, żeby 

chłopcy mogli bawić się w kapitanów okrętów. Bez przerwy słyszał ich śmiech. 

Byli w dobrej formie. 

Z tacą, na której znajdowały się szklanka z napojem, ser, krakersy i 

gruszki zerwane w pobliżu domu, ruszył po schodach na górę. Z pokoju chorej 

został bezceremonialnie wyproszony przez Jill i Frannie, które siedziały u niej 

od godziny. Martwił się o Deirdre. Nie chciał, żeby się zmęczyła. 

Wszedł do pokoju. Natychmiast wyczuł wrogą atmosferę. A więc 

przyjaciółki dowiedziały się już o ciąży Deirdre. 

- Przyniosłem ci coś do picia - powiedział, podchodząc z tacą do jej łóżka. 

- Spróbuj zjeść kilka krakersów. 

- Dobrze, proszę siostry - zażartowała. - Są inne zalecenia? 

RS

background image

 

115 

- Tak. Wyglądasz na zmęczoną. Powinnaś się zdrzemnąć. Skończ na 

dzisiaj z przyjmowaniem gości. 

- To moja sprawa - oznajmiła Deirdre z kamienną twarzą. 

- Chcę pomóc ci - powiedział zirytowany. - Ta sytuacja dotyczy także 

mnie - przypomniał. 

- Nie jesteś mi potrzebny. Sama dam sobie radę. Moi rodzice wyjechali. 

Wracają dopiero pod koniec przyszłego tygodnia, więc nie mogę zaprosić ich do 

siebie, a przez telefon nie powiem im o ciąży. Zrobię to potem, bez ciebie. 

Ronan miał ochotę zaprotestować, lecz gdy znów w oczach Deirdre 

zobaczył łzy, dał spokój. 

- Dobrze. Rób, co chcesz. 

Teraz wszystkie trzy młode damy patrzyły na niego tak, jakby był 

uczniakiem, który wkradł się do żeńskiej szatni. 

- Muszę z tobą pogadać - oświadczyła Jill, biorąc Ronana za ramię. 

Pozwolił wyprowadzić się z pokoju. W hallu dołączyła do nich Frannie. 

Starannie zamknęła za sobą drzwi. 

- O co chodzi? - zapytał, jakby nie wiedział, co go czeka. Jill obrzuciła go 

pogardliwym spojrzeniem. 

- Zaszła w ciążę! Coś ty sobie właściwie myślał? - przystąpiła do 

frontalnego ataku. - Masz zwyczaj myśleć nie głową, lecz zupełnie inną częścią 

ciała? 

- Okropne! Okropne - powtarzała Frannie. 

- Przecież to nie koniec świata - mruknął Ronan. 

Zajął pozycję obronną. Obie kobiety zachowywały się tak, jakby Deirdre 

zapadła na śmiertelną chorobę. Niebieskie oczy Jill zabłysły wrogością. 

- Prawie koniec - warknęła. - Jesteś świrem czy tylko gigantycznym 

głupcem? Ciąża jest teraz ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuje Deirdre. 

RS

background image

 

116 

- Wiem. - Ronan zazgrzytał zębami. Miał ochotę udusić tę kobietę. - Nie 

uwzględniłem tego w moich planach - przyznał - ale sobie poradzę. Podobnie 

jak Deirdre. 

- A w jaki sposób zamierzasz dać sobie z nią radę? - spytała Frannie. Z 

pobladłą twarzą rzuciła winowajcy oskarżycielskie spojrzenie. - Dee nigdy... 

- Będzie miała dziecko - przypomniał Ronan. - A ja jestem jego ojcem i 

nie zamierzam zrezygnować z tej roli. Nie rozpłynę się w powietrzu. 

- Dajmy chłoptasiowi dwa punkty za poprawną odpowiedź - zadrwiła Jill. 

Frannie ponownie spojrzała na Ronana. 

- Dee oznajmiła przez telefon, że są dwie sprawy, o których chce nas 

poinformować. Przed chwilą prosiła, abyś ty powiedział nam o drugiej. 

Skonsternowany Ronan nabrał głęboko powietrza. Był przekonany, że tę 

wiadomość przekaże im sama Deirdre. 

- Nie jestem dziennikarzem. Piszę sensacyjne powieści. Obie kobiety nie 

spuszczały z niego wzroku. Nagle w głowie Frannie zaświtała jakaś myśl. 

- Wielkie nieba! Czy to ty jesteś tym R. J. Sullivanem? 

- Tak. 

- Niezła wiadomość. - Jill nawet nie mrugnęła okiem. - Przynajmniej 

wiemy, że przekażesz dziecku wartościowe geny. Ale jeśli sądzisz, że zaraz 

poprosimy cię o autograf, to grubo się mylisz. 

- Czy Deirdre też nie wiedziała, kim jesteś? - spytała nagle Frannie. 

Zmrużyła podejrzliwie oczy. - Mam rację? 

- Masz - niechętnie przyznał Ronan. Jill z dezaprobatą pokręciła głową. 

- Wszyscy mężczyźni to koszmarni egoiści. Egocentryczne bubki! - 

Spojrzała na Frannie. - Oprócz twojego Jacka, gdy ma dobre dni. 

- Do diabła! - Ronan miał tego dość. - Łudziłem się, że psychicznie 

wesprzecie Deirdre. Chyba zaraz was stąd wyproszę. 

- Tylko spróbuj! 

Nigdy jeszcze nie widział tak opryskliwej i niegrzecznej kobiety jak Jill. 

RS

background image

 

117 

- Wspaniale jest być ideałem - zauważył kąśliwie, z trudem panując nad 

nerwami. - Jak sądzę, w sprawach damsko-męskich żadna z was nigdy nie 

popełniła żadnego błędu. 

Zapanowała krępująca cisza. Pierwsza Jill spuściła wzrok. 

- Jesteśmy dalekie od doskonałości - stwierdziła. Wróciła myślami do 

Deirdre. - Co z nią teraz będzie? 

- Zostanie w łóżku dopóty, dopóki lekarz nie pozwoli jej wstać - 

oświadczył Ronan. 

- A potem? Wzruszył ramionami. 

- Nie mieliśmy jeszcze okazji nad tym się zastanawiać. 

- Co w przekładzie na normalny język oznacza, że Dee z tobą nie 

rozmawia - oświadczyła Jill. W jej głosie brzmiała nuta rozbawienia. 

- A więc zostajesz, czy się wynosisz? - rzeczowo spytała Frannie, kładąc 

kres dziwacznej dyskusji. 

- Zamierzam tu zostać i pomóc w wychowaniu mojego dziecka - 

oświadczył. - Najchętniej poślubiłbym jego matkę. 

Jill prychnęła z niedowierzaniem. Do Ronana znów zwróciła się Frannie: 

- Dostaniesz troje dzieci za cenę jednego. Ale pierwsza dwójka to 

piekielnie żywotne chłopaki. Wziąłeś pod uwagę ten drobny fakt? 

Ronan nie był w stanie się powstrzymać. Wybuchnął śmiechem. 

- Wziąłem - przyznał. - I pewnie przez całe życie nie będę za nimi 

nadążał, ale sądzę, że jakoś sobie poradzę. 

Jak na zawołanie na dole z hukiem otworzyły się drzwi. Do domu wrócili 

chłopcy. Ronan nagle usłyszał, że jeden z nich wyje z bólu. Bez słowa odtrącił 

przyjaciółki Deirdre i po schodach pognał w dół, do kuchni. 

- Co się stało? - zapytał na widok Tommy'ego, który płakał przeraźliwie. 

- Przygniótł sobie rękę - wyjaśnił Lee. 

- W jaki sposób? 

RS

background image

 

118 

Ronan ukląkł na podłodze. Obejrzał małą rączkę. Nie zobaczywszy krwi, 

odetchnął z ulgą. 

- Był nam potrzebny jeden kloc... 

- Podkład kolejowy? Upadł ci na rękę? 

- Na palec - wyjęczał Tommy. 

Ronan obejrzał zaczerwieniony palec. Podejrzewał, że po paru dniach 

paznokieć zrobi się czarny, a potem zejdzie. Wstał, z zamrażalnika przyniósł lód 

i owinął go w czystą ścierkę. Wziął na ręce płaczącego chłopca i usadowił się na 

fotelu na biegunach w pobliżu kominka. 

- Przyłożymy zimny okład. - Pogłaskał Tommy'ego po pleckach. - Wiem, 

że palec bardzo boli, ale nie jest złamany. - Kołysał malca w ramionach tak 

długo, aż jego płacz przekształcił się w sporadyczne pociąganie nosem. 

- Nie musimy jechać do szpitala? - zapytał zawiedziony Lee. 

- Nie musimy - odparł Ronan. - Chyba że chcesz oberwać ode mnie za 

rozwalenie ogrodzenia grządki z kwiatami, którą zrobiła twoja matka. 

- Nie chcę. - Lee z niepewną miną spojrzał na Ronana. - Zreperujemy je 

po kolacji. Jeśli dasz radę podnieść podkład. 

Usłyszawszy jakieś odgłosy, Ronan spojrzał w stronę drzwi. Zupełnie 

zapomniał o obecności w domu przyjaciółek Deirdre. Ujrzał Frannie. 

Uśmiechała się do niego życzliwie. 

- Dee drzemie - poinformowała go. - A my już idziemy... tatuśku. 

Dwa tygodnie minęły jak z bicza strzelił. Pierwsze siedem dni Deirdre 

prawie przespała. Ronan i chłopcy przynosili jej jedzenie do łóżka. Wypoczęta, 

łatwiej opierała się odruchom wymiotnym. 

W drugim tygodniu zaczęła protestować wobec narzuconych ograniczeń, 

ale Ronan był nieubłagany. Nie pozwolił jej nawet zejść na dół bez zgody 

lekarza. Po dłuższych namowach zgodził się przynieść z pracowni rzeczy 

wypisane przez nią na kartce, tak aby mogła wykonywać w łóżku drobne prace 

ręczne. Pilnował ją przy tym i zmuszał co kwadrans, aby się przespała. 

RS

background image

 

119 

W następny czwartek znów zawiózł ją do lekarza. Ubrana, czekała, aż 

Ronan pomoże jej zejść po schodach. Mogła zrobić to sama, ale nie chciała go 

denerwować. Musiała jednak przyznać, że wzięcie prysznica i ubranie się były 

wyczerpującymi czynnościami. 

Usłyszała na schodach kroki Ronana. Kiedy wszedł do pokoju, podniosła 

się z miejsca. Zastanawiała się, jak teraz ocenia jej wygląd. Będąc przed chwilą 

w łazience, praktycznie w jedynym miejscu, gdzie nie była pod stałym 

nadzorem, zobaczyła w lustrze, że nie ma już pozieleniałej twarzy. Zaczynała 

przypominać normalnego człowieka. 

A Ronan? Miał na sobie spodnie barwy khaki i kremową koszulę z 

rękawami podwiniętymi do łokci. Wyglądał zwyczajnie, a zarazem tak 

elegancko, że Deirdre zastanawiała się, jak w ogóle mogła przypuszczać, że ma 

do czynienia z dziennikarzyną ledwie wiążącym koniec z końcem. 

Taksował ją. Zwyczaj ten, którego nabrał parę tygodni temu, doprowadzał 

Deirdre do białej gorączki. Ronan traktował ją jak inwalidkę będącą pod stałą 

obserwacją, czego nie znosiła. 

- Jestem gotowa. 

- Dobrze. Więc chodźmy - powiedział i wziął ją na ręce. 

- Postaw mnie! Mówiłam ci, że potrafię zejść ze schodów. Zrobisz sobie 

coś złego. 

- Nic mi się nie stanie, a ty nie będziesz chodzić, dopóki lekarz nie wyrazi 

na to zgody - oznajmił stanowczo. 

Nie potrafiła dłużej się sprzeczać. W objęciach Ronana było jej 

doskonale. Zbyt dobrze. Uświadomiła sobie, że ma przecież do czynienia z 

oszustem. Człowiekiem, który nie zaufał jej na tyle, aby podzielić się prawdą o 

własnym życiu. Mężczyzną, którego tylko i wyłącznie interesowało poczęte 

dziecko. 

Mężczyzną, który jej nie kochał. 

Zdawała sobie z tego sprawę, ale nadal kochała Ronana. 

RS

background image

 

120 

Co takiego było w tym człowieku, że, ledwie go znając, niemal dosłownie 

rzuciła mu się w objęcia? 

U stóp schodów Ronan stanął. Deirdre poczuła na sobie jego palący 

wzrok. Jak urzeczony wpatrywał się w jej usta. 

Pocałował ją. Ale inaczej niż zwykle. Delikatnie, językiem obwodząc 

kontury warg. Drżała na całym ciele. 

Lekarz był zadowolony ze stanu zdrowia swojej pacjentki. 

Otrzymała zgodę na poruszanie się po domu. Po powrocie ubłagała 

Ronana, żeby pozwolił jej zostać w salonie na kanapie. Kiedy poszedł do kuchni 

ugotować spaghetti, zerknęła na drzwi prowadzące do pracowni. Musiała 

wyekspediować kilka wykonanych prac. Były jej potrzebne pieniądze. 

- Nawet o tym nie myśl - powiedział Ronan, stając w drzwiach. - Do 

pracowni pójdziesz najwcześniej jutro. 

- Muszę usiąść przy maszynie. Klienci zaczną się niepokoić. A poza 

tym... potrzebuję pieniędzy. 

- Przestań martwić się o finanse. Sam zajmę się wydatkami. Przecież 

wkrótce staniemy się rodziną - powiedział spokojnie. 

Doprowadzał ją do rozpaczy. Wycedziła przez zęby: 

- Nigdy więcej nie będę zależna od mężczyzny. 

- Nie chodzi o żadną zależność - zaprotestował Ronan. Deirdre ściągnęła 

brwi. Jej oczy rzucały błyskawice. 

- Doceniam twój szlachetny gest, ale z niego nie skorzystam. 

- To nie gest. Mężczyźni i kobiety od wieków tworzą partnerskie związki. 

Dlaczego mielibyśmy postępować inaczej? 

- Bo nie jesteśmy partnerami. Tylko jedno z nas zaufało drugiemu! 

- Nigdy mi nie wybaczysz. Mam rację? 

- Nie mogę - wyszeptała pobladłymi wargami. 

- Miałem wyjaśnić ci wszystko tego dnia, gdy pojechaliśmy do portu... 

Ale potem, jak wiesz, nie było okazji do szczerej rozmowy... 

RS

background image

 

121 

Miał słuszność. Rozpoczął się koszmar z uprowadzeniem chłopców. A 

następnego dnia wybrała się z tymi idiotycznymi ciastkami do jego 

mieszkania... 

- Twoje sprawy mnie nie obchodzą - oświadczyła. - Powinniśmy tylko 

ustalić, w jaki sposób zamierzasz uczestniczyć w życiu swojego dziecka. 

- Muszę wymieszać sos, bo się spali - oświadczył nagle Ronan. Miał 

chyba dość tej rozmowy. - Po kolacji pokażę ci swoje lokum, żebyś przestała 

podejrzewać, że coś tam ukrywam. 

- Chłopcy nie mogą zostać bez opieki - zaprotestowała. 

- Posadzę Murphy'ego przy drzwiach do ich pokoi. A ty na wszelki 

wypadek weźmiesz z sobą monitor. 

Wszystko obmyślił i zaplanował. Deirdre wiedziała, że na nic nie zdadzą 

się żadne protesty. Miała jedynie nadzieję, że ich dziecko nie odziedziczy po 

tatusiu jego piekielnego uporu. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

RS

background image

 

122 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

Dopiero późnym wieczorem Deirdre zgodziła się pójść do mieszkania 

Ronana. Obawiał się pokazać zmodernizowane wnętrze, lecz zależało mu na 

tym, aby Deirdre zobaczyła jego warsztat pracy. Szedł tuż za nią, gotów 

wesprzeć ją ramieniem. 

- Przestań mnie niańczyć - powiedziała. - Czuję się dobrze. Dopóki nie 

muszę się spieszyć i przemęczać. 

Uśmiechnął się z przymusem. 

- Na początku znajomości sprawiałaś wrażenie istoty łagodnej. Potem 

okazało się, że jesteś piekielnie uparta. Oby pod tym względem nasze dziecko 

nie przypominało mamusi. 

Weszli na podest na piętrze. Ronan włożył klucz do zamka. 

- Przyganiał kocioł garnkowi! - Deirdre rzuciła Ronanowi ironiczne 

spojrzenie. - Jestem tu tylko dlatego, że nie chcesz pogodzić się z odmową. Nie 

dyskutuj więc ze mną o uporze. 

Sądząc po agresywnym tonie Deirdre, Ronan nie wygrałby tej sprzeczki. 

Bez słowa otworzył drzwi. 

Szła naprzód tak ostrożnie, jakby stąpała po cienkim lodzie. Powolutku. 

- Co o tym myślisz? - zapytał. 

Milcząc, przesuwała wzrokiem po kosztownym wyposażeniu, boazerii, 

dywanie, lampach, małym, porcelanowym zlewozmywaku i błyszczących 

miedzianych naczyniach kuchennych. 

- Podoba ci się? - Zależało mu na opinii Deirdre. Dlaczego? Był to objaw 

niepokojący. Nigdy przedtem nie interesowało go zdanie innych ludzi. Nie 

potrzebował niczyich pochwał ani ocen swoich poczynań. 

RS

background image

 

123 

- Jest tu bardzo ładnie - odezwała się wreszcie. - Wykonałeś świetną 

robotę. - Głos Deirdre miał jednak beznamiętne brzmienie. - Podaj koszt 

remontu. Ustalimy wysokość moich rat. 

- Unowocześniając mieszkanie, nie liczyłem na zwrot wydatków. O ile 

dobrze pamiętam, zgodziłaś się, abym sam wykonał tu remont wedle własnych 

potrzeb. 

- Tak, ale... 

- Zrobiłem tylko to, co uznałem za konieczne. - Ronan postanowił 

przerwać tę rozmowę. - Chodź, pokażę ci, gdzie spędzam najwięcej czasu. Mam 

wszystko, co potrzebne. Odrębną linię do faksu, telefon, pocztę elektroniczną i 

komputer. 

Deirdre wzięła do ręki przycisk do papieru wykonany z ciężkiego, 

zielonego szkła. Był to prezent, który Ronan otrzymał od matki po wydaniu 

pierwszej książki. Barwy szklanych reflektorów odpowiadały czterdziestu 

odcieniom irlandzkiej zieleni. Pani Sullivan była dumna ze swego pochodzenia i 

stale przypominała o nim synowi. Ronan pomyślał, że jego matka i Deirdre 

miałyby mnóstwo wspólnych tematów do rozmowy. 

- Tego mi brakuje - z nutką żalu w głosie powiedziała Deirdre, dotykając 

obudowy komputera. - Nasz komputer zabrał Nelson i do dziś nie udało mi się 

kupić innego. A czas nagli. Chłopcy powinni już oswajać się z klawiaturą. 

Spacerując, rozglądała się po pokoju. Ronan wpatrywał się w jej szczupłe 

biodra i zaokrąglone, obfite piersi. Miał nieprzepartą chęć podejść, wsunąć palce 

w gęstą masę kędziorów i przyciągnąć Deirdre do siebie. Jego myśli zaprzątali 

jednak chłopcy, pozostawieni w domu bez opieki. 

Uprzytomnił sobie, że Deirdre wkrótce stanie się matką jego dziecka. Nie 

pierwszy raz poczuł ciężar spoczywającej na nim odpowiedzialności. Namówi 

Deirdre, żeby została jego żoną. Dziecko nie powinno być wychowywane w 

niepełnej rodzinie. A ponadto Deirdre kochała go. Odezwał się: 

RS

background image

 

124 

- Pozwalam chłopcom trochę bawić się moim laptopem. Każę przenieść 

komputer do twojego domu. Gdzie powinniśmy go postawić? 

Deirdre ze zdziwieniem popatrzyła na Ronana. 

- Niby dlaczego twój komputer miałby znajdować się u mnie? 

- Bo nadal będę tam mieszkał - oznajmił. - Uważam, że powinniśmy 

zrobić jeszcze jeden krok i się pobrać. 

Deirdre zdjęła rękę z obudowy komputera. Teraz jej oczy stały się 

podobne do przedmiotu, który niedawno podziwiała: szklanego przycisku. Tak 

szybko zmieniały wyraz i barwę, że Ronan nie potrafił odczytać z nich żadnej 

reakcji. 

- Co takiego? 

Wzruszył ramionami. Starał się udawać obojętność. 

- Urodzisz dziecko. Powinniśmy nadać mu moje nazwisko. - Deirdre bez 

słowa nadal mierzyła go wzrokiem. Podszedł więc do niej i ujął jej dłonie. - 

Deirdre, powinniśmy wziąć ślub. Twoi synowie bardzo potrzebują ojca. A ty 

będziesz chciała spędzać więcej czasu z niemowlęciem. Nie powinnaś 

zapracowywać się po to, by związać koniec z końcem. - Deirdre nadal milczała. 

Uznał więc, że trzeba zmienić taktykę. Położył rękę na piersi Deirdre i palcem 

zaczął pocierać sutkę. - Nasze ciała już się dogadały. Wiedzą, że stanowimy 

wspaniałą parę. - Deirdre zamknęła oczy, a Ronan pieścił ją dalej. - To 

nieważne, że moja sytuacja stała się w pewnym sensie przymusowa - ciągnął. - 

Im częściej myślę o małżeństwie, tym bardziej ten pomysł mi się podoba. 

Deirdre odsunęła dłoń Ronana od swojej piersi. Otworzyła oczy. 

Pociemniałe, pełne nie zaspokojonego pożądania. 

- Przymusowa? - powtórzyła tonem, w którym wyczuł tylko ciekawość. - 

Bądź uprzejmy to wyjaśnić. 

- Przecież wiesz - odparł. - Chodzi o twoją ciążę. 

RS

background image

 

125 

- Nie chcę, żebyś czuł się zmuszony mnie poślubić. Oczy Deirdre 

pojaśniały i stały się dziwnie lodowate. Ronan wyczuł nadciągające 

niebezpieczeństwo. 

- Nie o to chodzi - zaprotestował. Wpadł na nowy pomysł. - Mówiłaś, że 

mnie kochasz. A więc nie ma problemu. 

- Może. Z twojego punktu widzenia - odparła powoli. A więc zgadzała się 

na ślub! Ronan postanowił kuć żelazo, póki gorące. 

- Zaraz polecę sporządzić przedmałżeńską umowę. Będziemy mogli 

pobrać się pod koniec miesiąca. Jak ci się to podoba? 

Deirdre milczała, więc uniósł palcem jej podbródek, by spojrzała mu w 

oczy. Ale cofnęła się poza zasięg jego ręki. 

- Jak widzę, wszystko już przemyślałeś - odezwała się po chwili. Nabrała 

głęboko powietrza. - Dziękuję, ale z twojej propozycji nie skorzystam. 

Ronan poczuł nagły skurcz w gardle. Przecież nie mogła mu odmówić! 

- Dlaczego? - wyjąkał z trudem. 

Zobaczył, że po jej policzku potoczyła się łza. Dotarła do kącika drżących 

warg. Deirdre nie odpowiadała. 

- Chodzi ci o przedmałżeńską umowę? - zapytał, przekonany, że tak 

właśnie jest. - Jak rozumiem, nie chcesz podpisywać niczego, co w razie 

rozwodu może spowodować utratę przez ciebie połowy mojego majątku. 

Pobladła. Milczała nadal. Ronan wzruszył ramionami. 

- Nie mam zamiaru oddać ci po rozwodzie połowy mojej fortuny. 

Oczywiście, nie musi do niego dojść - dodał szybko. 

Potrząsnęła głową. Kiedy ponownie na niego spojrzała, ujrzał w jej 

oczach niewysłowiony smutek. 

- Odmówiłam ci z innego powodu. Ale skoro już wspomniałeś o tym 

aspekcie sprawy, oświadczam, że taka umowa byłaby dla mnie problemem. Nie 

wierzę w małżeństwo z góry zakładające na piśmie możliwość rozwodu. Nie 

opuściłabym cię nigdy. 

RS

background image

 

126 

- Skąd mam to wiedzieć? Przecież rzuciłaś Nelsona. - Ronan wiedział, że 

używa brzydkiego argumentu i zachowuje się podle. Ale Deirdre przeinaczyła 

jego słowa i zmusiła do zajęcia pozycji obronnej. O co jej właściwie chodziło? 

Usłyszawszy, co powiedział, zrobiła się blada jak ściana. Położyła rękę na 

oparciu krzesła. Ronan ruszył w jej stronę, czując, że potrzebuje wsparcia, ale 

wyrwała się z jego objęć. 

- Nie opuściłabym cię nigdy - powtórzyła - bo nigdy nie dałeś mi powodu 

do obaw o bezpieczeństwo moje i dzieci. Nie jesteś Nelsonem. 

- A więc dlaczego odrzucasz moją propozycję? 

- Jeśli sam nie wiesz, dalsza rozmowa na ten temat staje się całkowicie 

bezprzedmiotowa - powiedziała łagodnym głosem. 

Był tak zdumiony, że nawet się nie poruszył. Powtarzał w myśli usłyszane 

słowa, nie mogąc pojąć ich znaczenia. 

Deirdre odwróciła się i szybko opuściła mieszkanie, po drodze chowając 

do kieszeni dziecięcy monitor. 

- Nie odprowadzaj mnie. Dam sobie radę. 

Ronan stał bez ruchu. Nie wierzył w to, co się stało. Ta kobieta odrzuciła 

jego małżeńską ofertę! Gdyby był mniej zaskoczony, z pewnością dogoniłby ją, 

domagając się wyjaśnień. Oświadczyny były sensowne, podobnie jak 

przedmałżeńska umowa. Deirdre musiała przecież zdawać sobie z tego sprawę. 

Jeśli nie chodziło o samą umowę, to o co? Dlaczego powiedziała: nie? 

Ronana ogarnęła panika. Nie potrafił wyobrazić sobie dalszego życia bez 

tej kobiety. Szybko przyzwyczaił się do egzystencji w rodzinie, zwłaszcza zaś 

do stałej obecności dwóch sympatycznych urwisów. Świadomość, że chłopcy go 

potrzebują, sprawiała mu przyjemność. Lubił mieć Deirdre blisko siebie. 

Wiedzieć, że jest w sąsiednim pokoju, tuż za ścianą. Polubił rolę członka 

rodziny. 

No, nie zachwycało go gotowanie. Ale Deirdre chyba też nie przepadała 

za tą czynnością. Ciągle jednak marzył o tym, żeby każdej nocy dzielić z nią 

RS

background image

 

127 

łóżko. Nawet po fizycznym zaspokojeniu nadal pragnął trzymać Deirdre w 

objęciach. Była mu potrzebna. 

W stosunku do Sonji nie żywił nigdy tego rodzaju odczuć. Ciążyła mu jej 

ciągła obecność. Nie lubił, gdy go obłapiała. Wolał spać sam we własnej 

sypialni. 

Z Deirdre wszystko było zupełnie inaczej. Ciągle pragnął ją pieścić. Rano 

przyłapywał się na tym, że zaraz po obudzeniu szuka jej obok siebie. Z 

największym trudem opanowywał chęć przejścia przez hall, wsunięcia się do 

łóżka Deirdre i wzięcia jej w ramiona. 

Zamknął mieszkanie i wyszedł z budynku. Wiedział, że tej nocy nie 

zmruży oka. Nie tylko dlatego, że spał w pokoju oddzielonym zaledwie hallem 

od sypialni Deirdre. Od tygodni nie przyznawał się przed sobą do rosnącego 

uczucia. Powstałej sytuacji już dłużej nie potrafił znieść. Zależało mu na Deirdre 

znacznie bardziej niż na jakiejkolwiek innej kobiecie. Gdyby nie był tchórzem, 

mógłby nawet powiedzieć, że ją... kocha. Tak, to była prawda. Kochał tę 

kobietę! Nie miał pojęcia, kiedy pożądanie przekształciło się w uczucie, 

trwające bez względu na to, czy Deirdre była w pobliżu, czy nie. Podejrzewał, 

że zakochał się w niej jakieś trzy sekundy po tym, jak zobaczył ją w sklepie. 

Kochał Deirdre. Była mu niezbędna do życia. 

Kochał ją, lecz ona go odrzuciła. 

Nagle pojął, co chciała usłyszeć dzisiejszego wieczoru. 

Nie była jej potrzebna żadna lista praktycznych powodów zawarcia 

małżeństwa czy osobistych korzyści. 

„Jeśli sam nie wiesz, dalsza rozmowa na ten temat staje się całkowicie 

bezprzedmiotowa". 

Jak mógł nie dosłyszeć bólu, z jakim wypowiadała te słowa? Jak mógł do 

swojej piekielnej listy dołączyć argument, że jest przez nią kochany? 

RS

background image

 

128 

Potrzebowała jego miłości. Czekała na wyznanie, a on stracił okazję, żeby 

to uczynić. Jak, do licha, uda się teraz namówić tę kobietę, aby dała mu jeszcze 

jedną szansę? 

Następnego dnia Deirdre zachowywała się tak przyjacielsko i normalnie, 

jakby nic się nie stało. Ronan zauważył jednak, że unika jego wzroku. Z trudem 

powstrzymywał się, by nie mówić o małżeństwie. I o miłości. 

Czuł, że już wyczerpała się jego cierpliwość. W najbliższym czasie 

musieli odbyć decydującą rozmowę. Matka Deirdre wróciła z podróży morskiej 

i miała zabrać do siebie wnuków na wieczór i noc. Deirdre jeszcze nie przyznała 

się jej do ciąży. Ronan wiedział, że zrobi to następnego wieczoru, podczas 

kolacji jedzonej z rodzicami w mieście. Zamierzała sama obwieścić im ten fakt, 

ale Ronan zapowiedział, że wtargnie do restauracji, bo musi być przy tym 

obecny. Szybkość, z jaką Deirdre skapitulowała, oznaczała, że potrzebuje jego 

wsparcia. 

Siedziała sztywno przy frontowym oknie, wypatrując matki. Kiedy na 

drodze pojawił się samochód, wygoniła chłopców przed dom. Zabierając 

wnuków, matka pewnie uznała za dziwne, że po dwóch tygodniach rozłąki 

córka nie zaprasza jej do domu na pogawędkę, ale Deirdre mogła posłużyć się 

wymówką, że ma pilną pracę. Jutro wieczorem będą miały wiele czasu, aby 

porozmawiać. 

Pani Halleran przyjechała akurat wtedy, kiedy Ronan wycierał naczynia 

po kolacji. Powiesił ścierkę. Miał krótki oddech i nierówny puls. Poczuł 

przypływ adrenaliny. Teraz był gotów na wszystko. Mógł przenosić góry! 

Wybiegł przed dom. Dopadł Deirdre, gdy przekręcała kluczyk w stacyjce. 

- Dokąd jedziesz? 

- Do sklepu. Wiem, przez jakiś czas nie prowadziłam. Będę ostrożna. 

- Lekarz nie mówił, że możesz siadać za kierownicą. 

- Ale też mi tego nie zakazał. 

- Kiedy wrócisz... 

RS

background image

 

129 

- Pomyślałam sobie... 

- Pomyślałem sobie... Powiedzieli to równocześnie. 

- Ty pierwsza. 

- Nie ma potrzeby, żebyś dzisiaj zostawał na noc, skoro chłopcy spędzą ją 

u dziadków. A ja czuję się na tyle dobrze, że sama zajmę się śniadaniem. 

Później chętnie skorzystam z twojej pomocy. - Uśmiechnęła się nerwowo, po 

raz pierwszy spoglądając Ronanowi w oczy. 

Dawała mu odprawę. Wyrzucała go ze swego domu! 

- Nie możesz mnie wyganiać - powiedział z urazą. 

- Wcale cię nie wyganiam. Doceniam twoją pomoc. Pragnę naszego 

dziecka i wiem, że ty też chcesz je mieć. Nie musimy się spieszyć z 

uzgadnianiem dalszych spraw. Będziesz widywał dziecko w ustalonych, 

dogodnych dla ciebie terminach. 

- Chcę porozmawiać na inny temat - oświadczył Ronan. 

Wiedział, że jego głos brzmi oschle, ale nic na to nie potrafił poradzić. 

Deirdre wciąż" kroczyła błędną drogą, a on był tym już piekielnie zmęczony. - 

Kiedy wrócisz ze sklepu, usiądziemy i pogadamy o tym, co nas łączy. 

Wysłuchasz, co mam ci do powiedzenia, zanim wymyślisz sobie jeszcze coś 

nowego. 

Deirdre podniosła głowę. Na jej twarzy malowała się determinacja. 

- Ostatniego wieczoru powiedzieliśmy sobie wszystko. Nie dam się 

wciągać w dalsze, przykre dla mnie rozmowy. 

- Zagryzła wargę, która drżała lekko. - Po powrocie pójdę od razu do 

pracowni. - Włączyła silnik. - A ty wyprowadź się z mojego domu. 

Z jej domu? Ani mu się śniło. Niech Deirdre sobie jedzie. On zaś pójdzie 

teraz na długi spacer, a potem zmusi ją do rozmowy. 

Zagwizdał na Murphy'ego. Pies ruszył szybko w jego kierunku. 

- No, przynajmniej ty jesteś zadowolony, że mnie widzisz - mruknął pod 

nosem Ronan. Nawet w jego uszach słowa te zabrzmiały żałośnie. 

RS

background image

 

130 

Deirdre właśnie miała zamiar wysiąść z furgonetki z kupionym mlekiem, 

którego w gruncie rzeczy nie potrzebowała, gdy nagle usłyszała warkot silnika. 

Zaniepokojona, wytężyła wzrok. 

W zapadającym zmroku dostrzegła jakiś jasny samochód. Kiedy 

podjechał bliżej, rozpoznała kierowcę. Na widok Nelsona serce podeszło jej do 

gardła. Jej były mąż zatrzymał wóz i wysiadł. Co tu robi? Skąd dowiedział się, 

gdzie mieszka? 

Na szczęście, dzieci były poza domem. We wstecznym lusterku Deirdre 

zobaczyła Ronana oddalającego się z Murphym. To dobrze, pomyślała, wiedząc, 

jak pies nie znosi jej byłego męża. Musiała pozbyć się Nelsona, zanim stanie się 

coś złego. 

- Cześć, Deirdre. Ładnie wyglądasz. 

Usłyszawszy jego głos, dostała gęsiej skórki. Czuła odrazę do tego 

człowieka. 

- Dziękuję - powiedziała spokojnie. - Chyba zdajesz sobie sprawę z tego, 

że nie wolno ci tu przebywać. 

Nelson lekceważąco machnął ręką. 

- Tak zawyrokował tępy sędzia, który nawet nas nie zna. - Podszedł bliżej. 

Jego wzrok budził lęk. - Chcę... to znaczy chciałbym z tobą pomówić. Jeśli nie 

masz nic przeciwko temu. 

Nietypowe zachowanie byłego męża przeraziło Deirdre znacznie bardziej 

niż jego zwykła brutalność. Z dwojga złego wolałaby, żeby jej wymyślał. 

- Dobrze. 

Ruszył w stronę domu. 

- Nie - zaprotestowała Deirdre. - Porozmawiamy tutaj. Zdziwiony, uniósł 

brwi. Rzadko mu się przeciwstawiała. 

- W porządku - ustąpił. Oparł się o furgonetkę i zapalił papierosa. - Jak ci 

się wiedzie? 

- Dobrze. Czego ode mnie chcesz?  

RS

background image

 

131 

Dym gryzł Deirdre w oczy. Odsunęła się. 

- Żenię się - oznajmił Nelson. 

- Moje gratulacje. 

Deirdre chętnie skakałaby z radości, ale nagle uświadomiła sobie 

powstające zagrożenie. Mając żonę, Nelson może stać się dla sądu lepszym niż 

ona rodzicem. Co będzie, jeśli wystąpi o przyznanie mu opieki nad dziećmi? 

Ona była osobą samotną, a ponadto w ciąży z innym mężczyzną. Adwokat jej 

byłego męża od razu to wykorzysta. 

- Ma na imię Nita - ciągnął Nelson. - W niedzielę chcę przedstawić jej 

chłopców. Sądzę, że ją polubicie. 

- Jak ty to sobie wyobrażasz? 

- Przywiozę tutaj Nitę. 

- Kto ci powiedział, gdzie mieszkam? 

Uwagę Nelsona przyciągnął widok ciemnej sylwetki człowieka idącego 

przez pole. 

- Kto to? - zapytał. 

Deirdre zamarła. Tak bardzo chciała pozbyć się Nelsona przed powrotem 

Ronana! 

- Lokator - wyjaśniła. - Wynajęłam mu mieszkanie. Nelson odwrócił się i 

ruszył w kierunku stajni, której ciężkie drzwi stały otworem. 

- Poczekaj! - zawołała Deirdre. - Dokąd idziesz? 

- Chcę porozmawiać z tobą bez świadków - odparł Nelson. 

- Zostańmy w twoim samochodzie - zaproponowała. 

- Tu będzie wygodniej. - Szybkim ruchem wciągnął Deirdre do stajni i od 

środka zamknął za sobą drzwi. Przestraszyła się. Nelson miał dziwny wyraz 

twarzy. Zaciągnął się dymem z papierosa. 

- Posłuchaj - zaczął - przyznaję, byłem łajdakiem. Źle cię traktowałem. 

Zabranie dzieci było kiepskim pomysłem. Sam nie wiem, co strzeliło mi do 

głowy. Ale teraz brakuje mi chłopców. 

RS

background image

 

132 

- Możesz przyjechać tu z narzeczoną - powiedziała Deirdre, przejęta 

wyznaniem byłego męża. 

W tej chwili tuż obok stajni rozległo się wściekłe ujadanie. Murphy 

wyczuł wroga. 

- Czy ten pies może się tu dostać? - z niepokojem spytał Nelson. 

- Chyba nie. Na wszelki wypadek sprawdzę wyjście na padok. 

- Było zamknięte. 

- Dopóki nie wyjedziesz, mój lokator zatrzyma u siebie psa. 

Ujadanie Murphy'ego stawało się coraz głośniejsze. W drugim końcu 

stajni coś ciężkiego uderzyło o zamknięte drzwi. Wielki pies jak szalony biegał 

wokół budynku, usiłując dostać się do środka. 

Na czole Nelsona ukazał się pot. Deirdre zrobiło się go żal. Zrujnował 

sobie życie, stracił żonę i dzieci. I zasłużył na nienawiść psa. 

- Mój lokator powinien zaraz przyjść - powiedziała uspokajającym tonem. 

Nagle poczuła dziwny swąd. Dym. Paliło się w stajni! 

Spojrzała w stronę wejściowych drzwi i schodów prowadzących do 

mieszkania Ronana. Z przerażeniem ujrzała tam czarny dym, a także pełzające 

płomienie ognia. Nie mieli żadnej szansy wydostania się ze stajni drzwiami na 

padok. Były zamknięte od zewnątrz. 

- Ronan! - krzyknęła z całej siły. - Ronan! Pali się w stajni! - Wciągnęła 

do płuc gryzący dym. Zaczęła kasłać. Obok niej Nelson krztusił się i jęczał. - 

Kładź się! - Nie posłuchał, więc szarpnęła go za ramię. - Przy ziemi łatwiej 

oddychać. 

- To nie pomoże. Zginiemy - oświadczył ponurym tonem. Deirdre 

rozejrzała się wokoło. Wszystko, oprócz betonowej podłogi, było łatwopalne. 

- Deirdre! Gdzie jesteś? 

Mimo ujadania psa, usłyszała głos Ronana. Odetchnęła z ulgą. 

- Jesteśmy w środku! - odkrzyknęła. - Z drugiej strony. 

- Zakryjcie twarze! 

RS

background image

 

133 

Bez wahania zrobili to, co im kazał. Chwilę później gruba deska wyrwana 

z płotu rozbiła najbliżej położone okno. Świeże powietrze podsyciło ogień. 

Płomień sięgnął nóg Deirdre. Krzyknęła. 

Nagle tuż obok znalazł się Ronan. Podniósł ją z podłogi i jednym ruchem 

wyrzucił przez okno. Upadła na belę siana, którą przyciągnął. 

Stoczyła się w dół, żeby zrobić miejsce dla mężczyzn, ale żaden się nie 

pojawił. Z wybitego okna wydobywał się gęsty dym. Do Deirdre podbiegł 

Murphy. Złapał ją za spódnicę i zaczął odciągać od stajni. Chciała się uwolnić, 

lecz pies nie puszczał. Trzymał ją delikatnie zębami za ramię. 

- Ronan! - wykrzyknęła. 

Ukazał się w oknie. Właśnie pomagał Nelsonowi wydostać się przez 

futrynę, gdy Murphy zobaczył swego wroga. Z wściekłym ujadaniem rzucił się 

w jego stronę. Na widok atakującego psa Nelson wyrwał się z opiekuńczych rąk 

Ronana i cofnął. Wprost w szalejące piekło ognia. 

- Ronan! - rozpaczliwie wykrzyknęła Deirdre. 

Widoczność w stajni była bliska zeru. Żeby odnaleźć Nelsona, Ronan 

musiałby znów wejść do środka. Po krótkim wahaniu zniknął z pola widzenia 

Deirdre. Przerażona, wstrzymała oddech. Po chwili zobaczyła go ponownie. 

Wysunął się przez okno. Murphy złapał go za koszulę i kaszlącego starał się 

odciągnąć jak najdalej od stajni. 

Deirdre rzuciła się na pomoc Ronanowi. Usłyszała w oddali syrenę wozu 

strażackiego. Napinając wszystkie mięśnie, pies ciągnął Ronana po ziemi. 

Zatrzymał się dopiero na drugim końcu padoku. 

- Dość, Murphy! Dość! - zawołała Deirdre. 

Kiedy skrajnie wyczerpane zwierzę padło na ziemię, z hukiem zawalił się 

dach stajni. 

 

 

 

RS

background image

 

134 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

Następnego dnia Deirdre tak bardzo upierała się, aby jeszcze przed nocą 

opuścić szpital i wrócić do domu, że lekarz ustąpił. Narzekała, że na obserwacji 

nie zatrzymano Ronana, mimo że nałykał się znacznie więcej dymu niż ona i 

miał na ciele sporo oparzeń. 

- Ja nie jestem w ciąży - przypomniał Ronan, oparty o framugę drzwi 

szpitalnego pokoju. 

Tommy i Lee nadal przebywali pod opieką babki, której Ronan 

wyperswadował przyjazd do szpitala. Deirdre nie chciała, żeby chłopcy oglądali 

ją tu w łóżku. I okropnie się bała, aby przypadkiem nie usłyszeli jakiejś 

rozmowy nie nadającej się dla ich uszu. Zależało jej na tym, aby znajdowali się 

we własnym domu, w znajomym otoczeniu, kiedy będzie musiała powiedzieć 

im o śmierci ojca. 

Strażacy wydobyli zwęglone ciało Nelsona, gdy tylko ugasili pożar. Leżąc 

w szpitalu, Deirdre ubolewała nad stratą ojca swoich dzieci. Zastanawiała się, w 

jaki sposób powinna o tym im powiedzieć. Była wdzięczna losowi, że jej 

ostatnia rozmowa z byłym mężem odbyła się w spokojnej atmosferze. Dzięki 

temu nie będzie musiała okłamywać chłopców. 

Ronan wjechał furgonetką w boczną drogę, prowadzącą do domu. Kiedy, 

tocząc się po wybojach, auto zjechało ze wzgórza, ujrzeli przed sobą 

zabudowania farmy. Z prawej strony sterczały spalone szczątki stajennego 

budynku. Teren policja otoczyła żółtą taśmą, żeby ciekawscy nie podchodzili 

zbyt blisko pogorzeliska. 

Zginął tam człowiek. Deirdre westchnęła ciężko. Ronan ujął ją za rękę. 

- Jak się czujesz? - zapytał. 

- Dobrze. - Odchrząknęła. Jeszcze bolało ją gardło. - Ale przykro na to 

patrzeć. 

RS

background image

 

135 

- Wiem. 

Zatrzymał furgonetkę przed domem i pomógł wysiąść Deirdre. Podeszli 

bliżej ruin stajennego budynku. Mało brakowało, a sami w ogniu straciliby tutaj 

życie. 

Ronan stanął tuż za Deirdre. Na jej ramionach położył dłonie. Wiedziała, 

że jemu też było ciężko. Stracił cały warsztat pracy, z komputerem i wszystkimi 

przechowywanymi w nim informacjami. 

- Co będzie z twoją książką? I ze scenariuszem? - spytała zmartwiona. 

Poczuła, że wzruszył ramionami. 

- Większość tekstów udało mi się ocalić. Miałem je na dyskietkach w 

furgonetce - odparł spokojnie. - Z zasady sporządzam od lat dodatkowe kopie i 

przechowuję je z dala od komputera. Przyzwyczaiłem się robić to codziennie. -

Zniżył głos. - Teraz już wiem, po co. 

Deirdre potrząsnęła głową. Odetchnęła z ulgą. 

- Jak się okazuje, to doskonała metoda. Jestem bardzo zadowolona, że ją 

stosowałeś. Nic nie ocalałoby z tego potwornego ognia. 

Zapadła cisza. Pierwszy odezwał się Ronan: 

- Dlaczego? Dlaczego, na litość boską, ten człowiek nie pozwolił mi sobie 

pomóc? Żyłby do dzisiaj, tak jak my. - Mówił cicho, z niepokojem. - W pewnej 

chwili wyszarpnął rękę i cofnął się w głąb stajni. Nie udało mi się go znaleźć. 

- Westchnął. - Było tam tak ciemno, że nie widziałem absolutnie nic. 

Obawiałem się, że ja sam już nie odnajdę okna, a była to jedyna droga ucieczki. 

- Zrobiłeś wszystko, co w twojej mocy. Za śmierć Nelsona nie ponosisz 

winy. - Z piersi Deirdre wyrwało się głębokie westchnienie. - Zginął poniekąd 

przeze mnie - oświadczyła. 

- Co takiego? - Rzucił jej krótkie spojrzenie. - To śmieszne. Gdybyś nie 

wołała o pomoc, nie dotarłbym na czas. 

- Nelson piekielnie bał się Murphy'ego. Kiedy usłyszał jego ujadanie, 

zdenerwował się tak bardzo, że prawdopodobnie bezwiednie upuścił papierosa. 

RS

background image

 

136 

A potem, kiedy zobaczył przez okno, że pies ciągnie mnie po ziemi, był pewnie 

przekonany, iż zostanę zaraz rozszarpana na kawałki. 

- To nie była niczyja wina. Ani twoja, ani moja. Tylko tragiczny 

wypadek. 

Deirdre odetchnęła głęboko. Powoli skinęła głową. 

Ronan wziął ją za rękę. Przeszli przez podwórze i z tyłu domu weszli po 

schodkach na werandę. Zanim Deirdre dotknęła klamki u drzwi, przytrzymał ją 

za ramię. 

- Usiądźmy tu na minutę - zaproponował. 

Nie chciała siadać ani na sekundę. W szpitalu Ronan zachowywał się jak 

wzorowy małżonek. Kiedy robiono jej ultrasonografię, żeby się przekonać, czy 

nic nie stało się dziecku, zadawał technikowi moc pytań. Pielęgniarki brały go 

za jej męża. 

Słysząc to, Deirdre czuła się jeszcze gorzej. Uznała, że im mniej czasu 

będzie spędzała w towarzystwie Ronana, tym lepiej. Łatwiej przyzwyczai się do 

życia bez niego. 

Pociągnął ją za łokieć. 

- Muszę wypuścić Murphy'ego - powiedziała. 

- Zrobisz to za minutę. Od pierwszego wieczoru, kiedy kochaliśmy się na 

tej werandzie, bez przerwy albo ja rozumiem cię opacznie, albo ty mnie. Dziś 

musi się to skończyć. Czy pamiętasz, że wczoraj wieczorem prosiłem cię o 

rozmowę, lecz ty wpadłaś na pomysł, żeby jechać do sklepu? - Skinęła głową. 

Otworzyła usta, ale Ronan nie dał jej dojść do słowa. - Dziś ja będę mówił, a ty 

posłuchasz. Prosiłem, abyś wyszła za mnie. Odmówiłaś. Wymieniłem sporo 

różnych powodów, dla których byłoby to dla ciebie dobre rozwiązanie. - Oczy 

Deirdre wypełniły się łzami. Chciała odejść, lecz Ronan ją przytrzymał. - 

Zapomniałem jednak wymienić jeszcze jeden powód. Najważniejszy. - Deirdre 

powoli podniosła wzrok. Poczuła, jak wstępuje w nią nikła nadzieja. Ronan ujął 

ją za ręce. - Kocham cię, Deirdre - wyznał. - Powinienem powiedzieć ci to 

RS

background image

 

137 

dawno temu, ale byłem zbyt głupi, aby zrozumieć własne odczucia. Nie miałem 

pojęcia, że to, iż ciągle do ciebie tęsknię, jest oznaką miłości. Podobnie jak 

spędzanie bezsennych nocy dlatego, że nie mogę wziąć cię w objęcia. - 

Ucałował dłonie Deirdre. - Tego zabrakło w moich oświadczynach? - zapytał 

podnosząc wzrok. Nie odpowiedziała od razu. Nie była w stanie. W oczach 

Ronana wyczytała niepewność. 

- Tego zabrakło? - powtórzył pytanie. - Jeśli nie, proszę, powiedz, czego 

pragniesz, a ja spełnię twoje życzenia. Zrobię wszystko, jeśli zgodzisz się zostać 

moją żoną i będziesz kochała mnie do końca życia. 

Wreszcie Deirdre odzyskała głos. 

- Masz rację. Tego było mi brak - potwierdziła. - Nie pragnę niczego 

innego. Kocham cię. Chcę za ciebie wyjść. 

Przyciągnął ją do siebie. Przytulił. 

- Powiedz tylko, kiedy. 

Chciał ją pocałować, lecz w tej właśnie chwili usłyszeli dzwoniący w 

domu telefon. Ronan jęknął. 

- Nie odbierajmy - szepnęła Deirdre. Powoli odsunął ją od siebie. 

- Może dzwonią chłopcy. 

Szybko otworzyła drzwi i sięgnęła po słuchawkę. Murphy jak szalony 

wypadł na podwórze. 

Skończyła rozmowę i wyjrzała przez drzwi. Jej oczom ukazał się 

zdumiewający widok. Pies i Ronan tarzali się razem na werandzie! 

Deirdre poczuła się nagle bardzo szczęśliwa. Ronan naprawdę będzie do 

niej należał! Wspólnie wychowają dzieci, stworzą serdeczną, rodzinną 

atmosferę, o jakiej zawsze marzyła. 

- Dzwoniła moja mama - oznajmiła, poczekawszy, aż Ronan podniesie na 

nią wzrok. - Powiedziała, że do basenu za domem chłopcy wrzucili galaretkę. 

Po to, żeby woda stwardniała, gdyż zamierzali po niej sobie pochodzić. Mama 

RS

background image

 

138 

jest bliska histerii. Bardzo prosiła, żebym natychmiast przyjechała i zabrała ich 

do domu. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

RS

background image

 

139 

EPILOG 

 

- Lepiej włóż kuloodporną kamizelkę. - Ronan ostrzegawczo trącił Jacka 

w bok, skinieniem głowy witając kobietę idącą ku nim od strony piknikowych 

stolików. 

Jack spojrzał we wskazanym kierunku. Ujrzał Jillian Kerr w białej, 

obcisłej, plażowej sukience. Z jasnymi, rozwianymi włosami zbliżała się do 

nich, niosąc na rękach córeczkę Jacka, małą Aleksę. 

- Ciekawe, za co teraz nam dołoży - zastanawiał się na głos. Potrząsnął 

głową. - Ta kobieta ma skórę twardszą niż krokodyl i do tego gryzie. Znam 

milion facetów, którzy rozbili się o jej pancerną skorupę. 

- Niezłe określenie - cicho mruknął Ronan, gdy rzekomy krokodyl znalazł 

się w zasięgu głosu. 

- Cześć, chłopaki. 

Z bliska Jillian wyglądała znacznie gorzej niż z większej odległości. Na 

ramieniu miała czekoladowy odcisk umorusanej buzi Aleksy, a na białej 

spódnicy widniał brudny ślad małego bucika. Była okropnie potargana. 

- Cześć, Jill. - Jack był zdania, że najlepszą metodą obrony jest atak. - 

Wyglądasz dość niechlujnie - oznajmił. 

- Kiedy twój dzieciak jest w pobliżu, nie powinnam być ubrana na biało - 

powiedziała, z rozczuleniem całując w nosek Aleksę. Potem przesadnie 

westchnęła. - A zresztą to, co mam na sobie, nie ma większego znaczenia. 

Zawsze wyglądam zachwycająco. 

- Pochlebiasz sobie - oświadczył Jack, zadowolony, że do niego należy 

ostatnie słowo. 

Jillian nie wydawała się urażona. 

- Ktoś musi to robić - powiedziała żartem. Zwróciła się do Ronana: - 

Chłopcze, zaczynam cię doceniać. 

RS

background image

 

140 

Po raz pierwszy, odkąd ją poznał, ładna blondynka obdarzyła go 

naturalnym, serdecznym uśmiechem. 

- Ho, ho! - Spojrzał na Jacka. - Słyszałeś, co powiedziała ta dama? 

Zaczyna mnie doceniać. Chyba powinienem mieć się na baczności. 

Przez dziewięć miesięcy małżeństwa z Deirdre starał się unikać Jillian i ją 

ignorować. Miała temperament żmii i język sekutnicy. 

Teraz stała przed nim uśmiechnięta, a w tonie jej głosu nie było śladu 

złośliwości ani drwiny. 

- Tego dnia, którego Deirdre oznajmiła nam, że jest w ciąży, zachowałeś 

się nierozważnie. Byłeś antypatyczny. Miałam ochotę ci dołożyć... 

- Naprawdę? 

- Tak, ale dałam sobie spokój, bo wiedziałam, że w gruncie rzeczy nie 

jesteś taki zły. 

- Czyżby? - Zdziwiony Ronan uniósł brwi. 

- Dobrze wiesz, o co mi chodzi. Deirdre był potrzebny mężczyzna, który 

rozwiązuje problemy, nie uciekając się do drastycznych posunięć. Chyba cię 

polubiłam. 

- Och, czuję się zaszczycony. - Ronan jeszcze nie dojrzał do tego, aby 

przebaczyć Jill kilka piekielnie złośliwych komentarzy pod swoim adresem. Ale 

jej promienny uśmiech okazał się zaraźliwy. Nie wytrzymał i go odwzajemnił. 

Potrząsnął głową. - Jesteś przemądrzała i potrafisz dopiec człowiekowi do 

żywego. Ale mimo to chyba także cię lubię - oświadczył. 

- A więc zostajemy przyjaciółmi? - Wyciągnęła rękę. 

- Zgoda. - Kątem oka Ronan dostrzegł radość na twarzy żony. Na temat 

jego niechęci do swojej najlepszej przyjaciółki Deirdre nigdy nie powiedziała 

ani słowa, mimo ze musiało to sprawiać jej przykrość. Kiedy Ronan uścisnął 

podaną dłoń, na twarzy Jill dostrzegł podejrzaną satysfakcję. - Co teraz 

kombinujesz? - zapytał. 

Jillian zrobiła minę niewiniątka. 

RS

background image

 

141 

- Masz na myśli mnie? - Zwróciła się do Jacka: - Dawaj stówę. 

- Jesteś jej winien sto dolarów? - spytał zaskoczony Ronan. 

Jack, krzywiąc się, otworzył portfel i wyciągnął pięć dwu-

dziestodolarowych banknotów. Cisnął je Jill, która stała przed nim z 

wyciągniętą ręką. Ponurym wzrokiem spojrzał na Ronana. 

- Na twoim weselu założyłem się z tą kobietą, że będzie musiała czarować 

cię co najmniej rok, zanim zmusi, abyś się do niej uśmiechnął. 

- Pięknie wam dziękuję, chłopaki - powiedziała z zadowoleniem Jill, 

posyłając pocałunek obu mężczyznom. 

- Och, Jack, bardzo mi przykro - tłumaczył się Ronan. - Bądź co bądź 

wytrwałem dziewięć miesięcy. - Nie wytrzymał i parsknął śmiechem. - Ucałuj 

jej stopy, to może zgodzi się rozłożyć ci dług na raty. 

- Mało prawdopodobne. - Jack położył rękę na ramieniu Ronana i uścisnął 

go serdecznie. - Stary, Deirdre wygląda pięknie z waszym dzieckiem na ręku. 

- Rzeczywiście wygląda wspaniale - przyznał Ronan. Dał Jackowi 

kuksańca w bok. - Jeśli twój syn okaże się podobny do ciebie, nie pozwolę mu 

podejść ani na krok do mojej małej dziewczynki. 

- Brooks jest taki jak ja - z dumą oświadczył Jack, prężąc dumnie mięśnie. 

- Drugi syn też będzie do mnie podobny. 

- Nie ucz na syna. Urodzi się wam córka. 

Ronan spojrzał na Frannie, która właśnie dziś oświadczyła, że następny 

potomek w rodzinie Ferrisów w grudniu przyjdzie na świat. Nachyliła się nad 

Maureen leżącą w objęciach Deirdre. W następnym tygodniu, a dokładniej 

dwudziestego maja, córeczka Ronana skończy dwa miesiące. Od chwili gdy 

pielęgniarka wręczyła mu noworodka, jego życie uległo całkowitej przemianie. 

Spojrzał z uwielbieniem na malutką buźkę dziecka. 

Miał przed sobą dwie ukochane kobiety. Jego własne. 

I obie go kochały. 

RS

background image

 

142 

Odruchowo zaczął szukać wzrokiem Tommy'ego i Lee, ale nie dostrzegł 

ich nigdzie w pobliżu. Był to zły znak. Jego synowie potrafili w ciągu paru 

minut dokonać większego spustoszenia, niż uczyniłoby to trzęsienie ziemi. 

Deirdre podniosła się z krzesła. Ronan ruszył w jej stronę. Spotkali się w 

pobliżu rożna. 

- Hej, przystojniaku, umówisz się ze mną dziś wieczór na randkę? - 

zapytała męża ze śmiechem. 

- Z największą przyjemnością. - Ronan objął żonę ramieniem. Niemowlę 

znalazło się w środku, między rodzicami. - Przez sześć tygodni postu tak 

diabelnie zgłodniałem, że będę musiał nadrabiać to miesiącami. 

Deirdre uśmiechnęła się zmysłowo. 

- To bardzo dobrze - szepnęła lekko schrypniętym głosem. 

Pochylił głowę i na wargach żony złożył gorący pocałunek. To, co ich 

łączyło, nie było czysto fizycznym pożądaniem. 

Przyciągnął Deirdre do siebie. 

- Daj spokój, bo nasi przyjaciele przeżyją największy szok swego życia - 

powiedziała ze śmiechem. 

Ronan spojrzał na żonę. 

- Czy wiesz, jaki jest dziś dzień? - zapytał. 

- Dobry do kochania? 

- Dokładnie rok temu wszedłem do samoobsługowego sklepu i spotkałem 

kobietę moich marzeń. 

- Rzeczywiście! - Uśmiechnęła się promiennie. - Musimy w wyjątkowy 

sposób uczcić ten dzień. - Obdarzyła męża znaczącym spojrzeniem. 

- Myślisz tylko o jednym - powiedział rozbawiony. On też liczył godziny 

do chwili, gdy będą tylko we dwoje. Rok temu stał się najszczęśliwszym 

człowiekiem pod słońcem. Odnalazł klucz, z którego istnienia nie zdawał sobie 

nawet sprawy. Pozwolił mu otworzyć serce i napełnić je najwspanialszym 

uczuciem. Miłością Deirdre. 

RS


Document Outline