background image

METSY HINGLE

Dziecko miłości

Seria wydawnicza:  Harlequin Desire (tom 299)

ROZDZIAŁ PIERWSZY

A więc wciągnięto mnie w pułapkę!

Uświadomienie  sobie  tego  faktu  otrzeźwiło  go  jak  policzek.  Wiedział  jednak,  że  na  to  nie 

zasłużył. Jacques Gaston w zamyśleniu potarł szczękę, jakby rzeczywiście ktoś go w nią uderzył.

Tym razem jednak ból sprawiła  mu nie ręka pijanego  ojca czy oburzonej kobiety, która nie 

była w stanie uwierzyć, że gotów jest dzielić się z nią łóżkiem, ale nigdy sercem. Nie, tym razem 

ten cios zainkasował od Aimee i Petera Gallagherów - dwojga ludzi, których uważał za swych 

najbliższych przyjaciół.

I stało się to z powodu Lizy O'Malley.

Lizy.

Był wściekły na siebie za swoją naiwność. Nie miał najmniejszych wątpliwości, że jego tak 

zwani  przyjaciele  wiedzieli,  że  Liza  tam  będzie.  I  wciągnęli  go  w  tę  pułapkę.  Twierdząc,  że 

Aimee z powodu ciąży nie powinna podróżować, namówili go, by zastąpił ich w pracy na rzecz 

Fundacji  Artyści  Dzieciom.  Aimee  zauważyła  nawet,  że  jego  wykłady  o  sztuce  znakomicie 

korespondować  będą  z  końcowym  etapem  zbierania  funduszy.  Jako  członek  zarządu  będzie 

musiał  poświęcić  jego  pracom  zaledwie  kilka  godzin  na  narady  i  uczestnictwo  w  paru 

dobroczynnych imprezach. Nie wspomniała tylko, że przez cały ten czas spotykał będzie Lizę.

Droga  Aimee,  mon  amie,  mówił  sam  do  siebie,  wszystkiego  się  domyślałaś,  prawda?  Jak 

wiele kiedyś mnie z Lizą łączyło.

Teraz chciałabyś to ożywić? Uchronić mnie przed samotnością, tak? Za późno. Znów jest za 

późno.

Nawet z Lizą.

background image

Szczególnie z Lizą.

Ignorując  nagły  ucisk  w  klatce  piersiowej,  Jacques  wpatrywał  się  w  kobietę,  o  której  tak 

bardzo  chciał  zapomnieć.  Zauważył  welon  złotych  włosów,  lśniących  jak  jedwab,  kiedy 

poruszała  głową,  zielone  oczy  koloru  młodych  listków  winorośli  w  należącej  do  jego  rodziny 

winnicy. W rzeczywistości była jeszcze piękniejsza niż w jego wspomnieniach.

A  wspominał  ją  przez  trzy  długie  lata.  Przez  trzy  lata  rozmyślał  o  jej  wyjątkowej  twarzy  i 

cudownym ciele. Teraz jednak Jacques wrócił pamięcią do ich ostatniej namiętnej nocy, kiedy to 

wyznała mu miłość. Do nocy, kiedy znalazł się na granicy między rajem a piekłem i kiedy przez 

chwilę wydawało mu się, że mógłby dzielić z kimś życie. Że mógłby dzielić je z nią.

Mon Dieu! Jacques starał się stłumić uczucia, które ogarnęły go na jej widok. Nie zwracając 

uwagi na przechadzających się po pokoju ludzi, podszedł do okna, by uspokoić oddech. Patrzył 

na wirujące płatki śniegu, ale wspomnienia przeniosły go w nowoorleańską jesień sprzed trzech 

lat. Ze ściśniętym gardłem wspominał tę noc, kiedy bez wyjaśnienia, jak złodziejka, wymknęła 

się z jego łóżka i życia, zabierając ze sobą kawałek jego serca.

Już się z niej wyleczyłem, przekonywał samego siebie. Odwrócił się od okna i przyglądał się, 

jak  Liza  krąży  po  pokoju  z  tym  samym  wrodzonym  wdziękiem  i  zmysłowością,  która  tak 

całkowicie  urzekła  go  przed  trzema  laty.  W  swym  miedzianozłotym  zamszowym  kostiumie 

wyglądała urzekająco.

Un fou,  zaklął w  duchu.  Ależ  z niego  idiota.  I, co  gorsza, taki, który samego siebie próbuje 

oszukać. Przez ten cały czas wcale o niej nie zapomniał.

Nagle, jakby czując na sobie jego wzrok. Liza odwróciła się. Od razu przestała się uśmiechać 

i zbladła. Sądząc po malującym się na jej twarzy zaskoczeniu, Liza O'Malley też o nim nie za-

pomniała.

Musisz to sprytnie rozegrać, Gaston. Bądź mądry i znikaj stąd natychmiast, szeptał mu jakiś 

wewnętrzny głos.

On  sam  wiedział  jednak,  że  nie  rozegra  tego  sprytnie.  Bo  musiałby  wtedy  pozbawić  się 

widoku tych czarujących zielonych oczu i tych miękkich warg.

Poczuł rosnące pożądanie. Temperatura jego krwi na pewno podniosła się o kilka stopni. Tym 

razem  jednak  nie  próbował  z  tym  walczyć.  Pamiętał  doskonale,  jak  te  oczy  ciemniały,  kiedy 

całował  delikatnie  wnętrze  jej  ud.  Przypomniał  sobie  dotyk  tych  cudownych  warg  na  swojej 

skórze.

background image

Kiedy  się  poznali,  Liza  nazwała  go  hulaką  i  żigolakiem.  Postanowił  teraz  zachować  się 

zgodnie z tamtą opinią. Uśmiechnął się do siebie i ruszył ku niej.

- Cześć, Lizo.

- Jacques.

Wymówiła  jego  imię  szeptem,  który  wywołał  dalsze  wspomnienia  i  cofnął  go  do  tamtych 

pełnych rozpaczy tygodni po jej odejściu. Przypomniał sobie, z jaką desperacją jej szukał i jak w 

końcu  doszedł  do  wniosku,  że  Liza  po  prostu  nie  chciała,  by  ją  odnalazł.  Nie  pragnęła  jego 

miłości.

I  choć  był  tego  świadomy,  upłynęły  miesiące,  zanim  przestała  go  prześladować  jej  twarz, 

brzmienie głosu, dotyk ciała. Zacisnął pięści, przypominając sobie ten straszny okres.

Żeby się uspokoić, musiał sobie przypomnieć, że przecież się z niej wyleczył. Zapomniał o jej 

zdradzie,  tak  jak  zapomniał o  tamtych  ponurych  latach  dzieciństwa  we  Francji.  Upływ  czasu 

sprawił, że ich krótki romans stał się miłym wspomnieniem, którym będzie się cieszył na starość. 

Tak było do dzisiaj.

- Co za niespodzianka - powiedziała, starając się nadać swemu głosowi chłodne brzmienie.

- Mam nadzieję, że przyjemna.

- Oczywiście - stwierdziła niepewnie, wyciągając ku niemu dłoń.

Jej  chłód  przypomniał  mu  ich  pierwsze  spotkanie,  kiedy  to  próbowała  go  zniechęcić  do 

zalotów, przybierając pozę dumnej hrabiny. Było to równie nieskuteczne postępowanie zarówno 

wtedy, jak i teraz. Jacques z uśmiechem musnął wargami wierzch jej dłoni i z satysfakcją wyczuł 

lekkie jej drżenie.

Nie pozwalając jej wyswobodzić ręki, przyciągnął Lizę bliżej do siebie. Ignorując lekki opór, 

nachylił się i pocałował ją w policzek, potem w drugi. Z zachwytem wdychał słodki zapach jej 

skóry.

Choć  chciał  ją  tym  zdeprymować,  zburzyć  ten  spokój,  którym  zasłaniała  się  przed  nim  jak 

tarczą, nagle poczuł się nieswojo. Ogarnęło go znajome gorąco.

Wiedział,  że  igra  z  ogniem,  nie  był  jednak  w  stanie  się  wycofać.  Wsunął  opadające pasmo 

włosów za jej ucho i leciutko przesunął palcem po szyi. Uśmiechnął się, czując jej coraz szybszy 

puls.

- Długo się nie widzieliśmy, ma cherie.

- Rzeczywiście - odparła drżącym głosem i odsunęła się od niego. - Co tu robisz?

background image

- Muszę się spotkać z członkami zarządu Fundacji Artyści Dzieciom.

- Ależ to niemożliwe. To spotkanie tylko dla członków zarządu.

- A więc wszystko się zgadza.

- Ale ty przecież nie jesteś członkiem zarządu.

- Jestem  - oświadczył  zdecydowanie  Jacques.  - Przynajmniej  byłem  nim  jeszcze  wczoraj 

wieczorem.

- To  niemożliwe.  Zarząd  powstał  prawie  rok  temu  i  kończymy  właśnie  kampanię  zbierania 

funduszy - wyjaśniła Liza. -Choć doceniam twoje dobre chęci i przypuszczam, że reszta zarządu 

także, ale jest już za późno, byśmy przyjmowali nowych członków, Jacques. Nawet ciebie. To na 

pewno jakaś pomyłka.

- To nie jest pomyłka, ma cherie - odparł z uśmiechem Jacques.

- Wobec  tego  nieporozumienie  - stwierdziła.  - Nie  przyjmujemy  nikogo  do  zarządu.  Jeśli 

jednak  zgłaszasz  się  na  ochotnika  do  udziału  w  jakiejś  imprezie  dobroczynnej,  chętnie 

skontaktuję cię z odpowiednią osobą. Może nawet od razu przedstawię cię Jane Burke. To ona 

jest odpowiedzialna za wszystkie akcje charytatywne.

Odwróciła się, by odejść, lecz Jacques chwycił ją za łokieć.

- Lizo, tu nie ma żadnej pomyłki. Ja jestem członkiem zarządu. Zastępuję Petera.

- Ale...

- On i Aimee nie mogą przyjechać. A wiesz, jak poważnie Peter traktuje swoje zobowiązania. 

Prosił mnie, bym go zastąpił. A ja się zgodziłem.

Nie  powiedział  jej  o  swoich  podejrzeniach,  że  przyjaciele  uknuli  to  wszystko,  żeby 

doprowadzić do tego spotkania. W oczach Lizy pojawił się strach.

- Czy coś się stało Aimee? Jakieś kłopoty z ciążą?

- Nie,  nic złego  się nie dzieje - uspokoił  ją i  lekko poklepał po ramieniu.  - Ale podobno  ta 

ciąża jest nieco trudniejsza od poprzedniej i lekarz uważa,  że Aimee nie powinna teraz podró-

żować.

- Rozumiem.

Jacques  omal  się  nie  roześmiał,  widząc,  jak  Liza  natychmiast  znów  przybiera  pozę  dumnej 

hrabiny.

background image

- To  bardzo  ładnie  ze  strony  Petera,  że  skłonił  cię,  żebyś  nam  pomógł  - mówiła  bardzo 

zasadniczym  tonem.  - Ale  to  naprawdę  nie  jest  konieczne.  Dajemy  sobie  sami  radę  ze 

wszystkim. Powiem Peterowi, że wcale nie musisz go zastępować.

Jacques wybuchnął śmiechem.

- Widzę, że zupełnie się nie zmieniłaś, ma cherie. Powiedziałbym, że jesteś jeszcze lepsza.

Liza zmarszczyła brwi.

- W czym?

- Umiesz udowodnić mężczyźnie, jak bardzo jest niepotrzebny.

- Wcale nie.

- Ależ tak. Zadzierasz do góry ten swój śliczny nosek, a w twoich oczach pojawia się chłodna 

obojętność...

- Naprawdę, Jacques, ja...

- Tak. Tak właśnie robisz.  Właśnie o tej minie mówię. Zawsze podziwiałem sposób, w jaki 

umiałaś uzmysłowić mężczyźnie, żeby się od ciebie odczepił, nawet nie otwierając tych swoich 

pięknych usteczek.

Liza zacisnęła wargi.

- To może zastosujesz się do mojej niemej prośby.

- O, na mnie twoje miny nie robią już wrażenia. Liza znów uniosła brwi.

- Kiedy miny nie pomagają, potrafisz użyć stosownych argumentów.

- Przesadzasz,  Jacques.  Masz  niesamowitą  wyobraźnię.  Może  zamiast  rzeźbić,  powinieneś 

pisać baśnie.

Jacques z uśmiechem spojrzał jej w oczy.

- Czyżbyś zapomniała, moja słodka, że moje rzeźby też czasem są obrazem moich marzeń i 

wspomnień? Ty, notabene, powinnaś czuć się współautorką mojej ulubionej pracy.

Liza  oblała  się  rumieńcem.  Przypomniała  sobie  popołudnie,  kiedy  dał  jej  pierwszą  lekcję 

rzeźby i czym się ona zakończyła. Pełnym pasji i namiętności kochaniem się.

- Widzę, że pamiętasz - rzekł, zadowolony z jej reakcji.

- A ja widzę, że wcale się nie zmieniłeś. Prawdziwy dżentelmen tak się nie zachowuje.

- Znowu  zapomniałaś  o  czymś  istotnym,  ma  cherie.  Nie  jestem  dżentelmenem.  Jestem 

Francuzem.

background image

Obrzuciła  go  lodowatym  spojrzeniem.  Jacques  parsknął  śmiechem,  a  ona  jeszcze  mocniej 

zacisnęła wargi.

- Zachowaj te swoje miny dla  kogoś innego, Lizo. Nie działały na  mnie trzy lata  temu i na 

pewno  nie  podziałają  teraz.  Stałem  się  jeszcze  bardziej,  jak  to  wy,  Amerykanie,  mówicie, 

gruboskórny.

- I bardziej zarozumiały.

- Potraktuję to jako komplement.

- Nie takie były moje intencje.

Jacques  ujął  Lizę  za  rękę  i  uniósł  jej  dłoń  do  swoich  ust.  Pocałował  jej  palce  i  z 

przyjemnością patrzył, jak pomalutku znika z jej twarzy chłodna maska.

- Widzę, iż będę się musiał postarać, żebyś zaczęła mnie inaczej traktować. Może pracując ze 

mną w zarządzie, odkryjesz, że mam także pewne zalety.

W jej oczach na moment pojawiło się coś dziwnego. Ból? Żal? Tęsknota? A może po prostu 

dostrzegł w nich odbicie swoich własnych uczuć?

- Jacques, ja...

- O, tu jesteś. Lizo. Już myślałem, że masz jakieś problemy. Słysząc ten męski głos, Jacques 

zamarł w bezruchu.

Liza wyrwała mu rękę i zwróciła się ku podchodzącemu do nich mężczyźnie.

- Przepraszam cię. Robercie. Zupełnie zapomniałam, że miałam poprosić, aby podano kawę.

- O nic się nie martw. Już to załatwiłem. Domyśliłem się, że coś cię zatrzymało.

Mężczyzna spojrzał na Jacquesa i obdarzył go promiennym uśmiechem.

- Nazywam  się  Robert  Carstairs.  Jestem  jednym  z  członków  zarządu  Fundacji  Artyści 

Dzieciom - rzekł, wyciągając ku niemu rękę.

- Jacques Gaston, nowy członek zarządu.

-  Jacques  zastępuje  Petera  - wyjaśniła  Liza,  widząc  zdziwienie  na  twarzy  Roberta.  -

Gallagherowie  nie  będą  brali  udziału  w  naszych  tegorocznych  imprezach.  Peter  poprosił 

Jacquesa, żeby go zastąpił. Są starymi przyjaciółmi.

- My też - dodał Jacques.

- Miło mi poznać przyjaciela Gallagherów i Lizy.

Garnitur  szyty  na  miarę,  wypielęgnowane  dłonie,  pochodzi  z  tak  zwanej  dobrej  rodziny, 

ocenił go szybko Jacques. I biorąc pod uwagę spojrzenie, jakim obdarzał Lizę, miałby ochotę iść 

background image

z  nią  do  łóżka.  Jacques  nie  wiedział,  czemu  tak  go  to  spostrzeżenie  zdenerwowało.  Ledwo 

powstrzymał się, by władczym gestem nie objąć Lizy i nie przyciągnąć jej do siebie.

-  Gaston  - mruknął  Carstairs.  Zmrużył  oczy  i  w  zamyśleniu  przyglądał  się  Jacquesowi.  -

Gaston. Gaston. Coś mi mówi to nazwisko.

- Może Liza wspominała, że się przyjaźnimy - zasugerował Jacques.

-  Jacques  jest  artystą  - wyjaśniła  Liza.  - Niektóre  z  jego  prac  wystawiano  w  galerii 

Gallagherów. Może je tam widziałeś.

- Oczywiście. Teraz sobie przypomniałem - uśmiechnął się Carstairs. - Jesteś rzeźbiarzem.

- Zgadza się - przyznał Jacques.

- Liza ma rację. Widziałem twoje prace. Są imponujące.

- I ja tak uważam. - Jacques nie widział powodu do okazywania fałszywej skromności.

- Jak widzisz, Jacquesowi nie brak pewności siebie - powiedziała z sarkazmem Liza.

Carstairs parsknął śmiechem.

- Nie bądź taka  krytyczna, Lizo.  Pewność siebie to nie jest zła cecha.  W twoim przypadku, 

Gaston,  jest  całkowicie  uzasadniona.  Widziałem  wiosną  twoją  wystawę  u  Gallagherów.  Była 

naprawdę imponująca. Zachwyciła mnie szczególnie jedna rzeźba, przedstawiająca nagą kobietę. 

Wspaniała.

- Dziękuję - odrzekł Jacques. - Wiem, o której mówisz. La Femme. Kobieta - przetłumaczył. -

Jedna z moich ulubionych prac.

- To pewnie dlatego nie udało mi się jej kupić.

- Nie tobie jednemu. Należy do mojej prywatnej kolekcji i nie jest na sprzedaż. Zazwyczaj jej 

nie  wystawiam.  Peter  jednak  wykorzystał  moment  mojej  słabości,  więc  się  zgodziłem,  żeby 

zaprezentowano ją na wystawie.

- Może  ja  też  trafię  na  taki  moment  i  namówię  cię,  byś  mi  ją  sprzedał.  Jak  już  mówiłem, 

byłem  nią  naprawdę  zachwycony.  Chętnie  bym  ją  włączył  do  mojej  kolekcji.  Możesz  być 

pewien, że dobrze ci za nią zapłacę.

Nawet gdyby Jacques nie czuł pogardy dla bogatych idiotów,którym wydaje się, że wszystko 

i każdy jest na sprzedaż, znienawidziłby Roberta Carstairsa za samo pożądliwe spojrzenie, jakim 

obrzucał Lizę.

- Pomyśl  o  tym  - rzekł  Robert.  Wyjął  ze  złotego  pudełeczka  wizytówkę  i  podsunął  ją 

Jacquesowi. - Daj mi znać, jeśli zmienisz zdanie.

background image

- Nie zmienię. - Jacques zignorował wyciągniętą ku niemu wizytówkę i spojrzał chłodno na 

Carstairsa. - Byłem bardzo zakochany w kobiecie, która mi do tej rzeźby pozowała.

- To rzeczywiście widać - przyznał Robert. - Ale biznes to biznes. Czasem trzeba zapomnieć 

o sentymentach.

- Racja.  Ale  dama.  która pozowała  mi  do La  Femme,  nie  miała nic wspólnego  z biznesem. 

Była dla mnie szczególną osobą.

Jacques spojrzał na Lizę. Przypomniał sobie to duszne, październikowe popołudnie w Nowym 

Orleanie, kiedy odtwarzał jej ciało w glinie. Wspominał, jak jego ręce, pokryte wilgotną gliną, 

rzeźbiły miękkie linie jej piersi, bioder, ud.

Nagle oboje znaleźli się na małym poddaszu, gdzie promienie słońca wpadały przez okienko 

w  dachu,  oświetlając  swoim  złotym  blaskiem  Lizę,  rozgrzewając  pokój  i  ich  ciała.  Liza  stała 

przed nim naga, on też zdjął koszulę.

- Jacques - szepnęła, kiedy musnął palcami jej pierś.

- Może i ja powinnam coś wyrzeźbić.

Nachyliła  się  i  zaczerpnęła  pełną  garść  miękkiej,  wilgotnej  gliny.  Powoli,  z  pełnym 

zmysłowości uśmiechem, rozsmarowywała ją na jego szyi, ramionach, piersi.

Jacques  mocno  potrząsnął  głową,  by  odpędzić  te  paraliżujące  go  wspomnienia.  Napotkał 

spojrzenie Lizy. Pożądanie, czyste i gorące, zmieniło jej oczy w bezcenne szmaragdy. Ona też 

pamiętała...

- A więc, Gaston...

Liza z trudem przełknęła ślinę. Było jej zimno i gorąco jednocześnie. Żołądek skurczył się do 

rozmiarów laskowego orzecha.

Słyszała rozmowę obu mężczyzn, ale nie była w stanie rozróżnić słów. Nie potrafiła oderwać 

wzroku od Jacquesa.

Minęły trzy lata  od  momentu, kiedy  go opuściła.  Wyjechała  do  Chicago  i rozpoczęła  nowe 

życie. Dla niego jednak czas się zatrzymał.

Jego włosy nadal  miały  kolor dojrzałej  pszenicy. Gęste i niesforne,  zaczesane były do  tyłu. 

Usta,  pełne  i  zmysłowe,  wciąż  kusiły  obietnicą  cudownych  pocałunków.  Uśmiech  też  był  cu-

downy i, jak zwykle, sprawiał, że kobiety lgnęły do Jacquesa, jak muchy do miodu.

Ale  to  jego  oczy,  brązowe  ze  złotymi  plamkami,  zawsze  najbardziej  ją  fascynowały. 

Wystarczyło, by na nią spojrzał, a wówczas mogłaby mu natychmiast ulec.

background image

Jacques, jakby wyczuwając jej myśli, spojrzał teraz na nią. Oczy błyszczały mu pożądaniem, 

kiedy przesunął nimi po jej twarzy, potem po ciele i znów spojrzał na rozchylone usta. Działały 

na nią jak fizyczna pieszczota.

Nie była w stanie oddychać ani myśleć. A na twarzy Jacquesa pojawił się uśmiech.

A niech cię diabli, pomyślała Liza i odwróciła od niego wzrok. Rozwścieczyło ją, że ten facet 

wie tak dokładnie, o czym ona myśli. Postanowiła skupić całą swoją uwagę na Robercie.

- W  każdym  razie,  gdybyś  zmienił  zdanie,  zadzwoń.  - Robert  wcisnął  Jacquesowi  do  ręki 

wizytówkę.  Potem  spojrzał  na  zegarek  i  zwrócił  się  do  Lizy. - Chyba  powinniśmy  rozpocząć 

zebranie?

- Tak, oczywiście - przyznała Liza, zaskoczona dziwnym brzmieniem własnego głosu. - Idź i 

zajmij mi miejsce. Trochę się spóźnię. Muszę jeszcze zamienić słowo z Jacquesem.

- Dobrze  - odparł  Carstairs.  - Witaj  w  zarządzie,  Gaston.  Kiedy  zostali  sami,  Liza  wzięła 

głęboki, uspokajający oddech.

- Przejdę od  razu do rzeczy, Jacques - powiedziała zdecydowanie. - Nie  ma powodu,  żebyś 

brał udział w tym zebraniu. To czysta strata czasu.

- Strata czasu? - powtórzył. - Peter i Aimee mówili, że praca w zarządzie jest bardzo ważna.

- Jest, ale...

- Wobec tego nie stracę czasu, próbując wam pomóc.

- Zanudzisz się na  śmierć  - przekonywała  go  Liza. Uśmiechnął  się,  a jej,  jak zwykle,  serce 

zaczęło szybciej bić.

- Nic, co ma związek z tobą, nie może być dla mnie nudne, ma cherie.

- Przestań tak do mnie mówić!

- Ma cherie?

- Tak - prychnęła ze złością Liza.

- To znaczy: moja droga.

- Wiem, co to znaczy. I przestań mnie tak nazywać. Wyjaśnił jej znaczenie tych słów, kiedy 

kochali się po raz pierwszy. Teraz na moment zamknęła oczy, by odzyskać panowanie nad sobą.

- Przepraszam - powiedziała już nieco spokojniej. - Po prostu bardzo mnie zaskoczyło nasze 

dzisiejsze spotkanie.

background image

- Mnie  też  - przyznał  Jacques.  - Te  pierwsze  tygodnie  po  twoim  odejściu  były  straszne. 

Wszędzie cię szukałem. Bałem się, że już nigdy cię nie zobaczę. Później, kiedy uświadomiłem 

sobie, iż nie chcesz, żebym cię znalazł, pogodziłem się z przegraną.

Liza  drgnęła.  Nie  powinna  zaboleć  ją  ta  uwaga.  Przez  całe  te trzy  lata  modliła  się,  by  nie 

cierpieć, jeśli się kiedykolwiek jeszcze spotkają.

Jej modlitwy nie zostały wysłuchane.

- Wieczorem  zadzwonię  do  Petera  i  Aimee  i  wyjaśnię  im,  że zarząd  znakomicie  daje  sobie 

radę i że mogą cię zwolnić z obietnicy pomocy - powiedziała, zmuszając się do uśmiechu. - Do 

widzenia, Jacques. Życzę ci powodzenia.

- Przynajmniej  tym  razem  zdobyłaś  się  na  pożegnanie.  Jego  słowa  były  ostre  jak  cięcie 

nożem.

- Możesz  mi  wierzyć  lub  nie,  ale  nie  chciałam  sprawić  ci  przykrości.  Prawdę  mówiąc  nie 

spodziewałam się, że moje odejście cię zaboli.

- Myliłaś się.

Ton głosu Jacquesa kazał jej zastanowić się, czy jednak nie popełniła błędu, odchodząc wtedy 

od niego. Cóż jednak mogła zrobić? Powiedzieć mu prawdę? Zresztą teraz i tak na to za późno.

- Nic nie powiesz, Lizo? Myślałem, że nigdy nie zapominasz języka w buzi. Na pewno masz 

coś do powiedzenia. Jakieś wyjaśnienie.

- Po co? Mogłabym powiedzieć: przepraszam, ale podejrzewam, że to nie wystarczy.

- Masz rację. To za mało. Szczególnie teraz, kiedy odkryłem, że mimo iż mnie wykorzystałaś 

i okłamałaś - Jacques mówił teraz szeptem, ale jego słowa brzmiały przez to jeszcze groźniej -

mimo tych wszystkich złych rzeczy, które zrobiłaś, nadal cię pożądam. Pragnę cię tak samo jak 

trzy lata temu. Może bardziej. Bo teraz już wiem, jak będzie między nami.

Nie chciała mu uwierzyć. Wiedziała, że nie może sobie na to pozwolić.

- Ty nie mnie pragniesz, Jacques. Pragniesz zemsty, bo uraziłam twoją dumę. odchodząc od 

ciebie. Chyba jednak niczego nie osiągniesz. Nie dam ci okazji do zemsty. To co było między 

nami, już dawno się skończyło. Lepiej, żebyśmy o tym zapomnieli, bo to już przeszłość.

- Wcale  nie.  I oboje  o  tym  wiemy  - rzekł,  zbliżając  się  do  niej.  - Wciąż  łączy nas  ta  sama 

gorąca, nieopanowana namiętność.

- Mylisz się.

- Czyżby?

background image

Serce zaczęło jej walić w piersi jak oszalałe, kiedy zbliżył się jeszcze bardziej. Nie odsunęła 

się  jednak,  bo  byłaby  to  oznaka  słabości.  Uniosła  więc  wyżej  głowę  i  spojrzała  mu  prosto  w 

oczy.

- Tak. Mylisz się.

- Nie sądzę.  I mimo że tak chętnie uwolniłabyś  mnie od  obietnicy danej  Peterowi i Aimee, 

zmuszony jestem odmówić. Pozostanę i tak w tym mieście jeszcze przez sześć tygodni, bo mam 

serię wykładów. Będę więc pracował z tobą i z twoimi kolegami.

- Rób, co chcesz - powiedziała.

Usłyszała z ulgą, że Robert zaczyna mówić coś do mikrofonu.

- Jak zapewne pamiętasz, zawsze robię, co chcę. - Jacques uśmiechnął się i przesunął palcem 

po  klapie  jej  żakietu.  - A  teraz  właśnie  mam  ochotę,  byśmy  jak  najczęściej  spotykali  się  na 

zebraniach zarządu fundacji.

- Nie licz na to - oznajmiła chłodno, odsuwając się od niego.

- Ależ liczę, liczę na to, ma cherie. A nawet bardzo mi na tym zależy.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

- I  proszę  nie  zapomnieć,  że  w  pierwszym  tygodniu  grudnia  zaczynamy  wysyłać  nasze 

zaproszenia  na  aukcję  i  kolację  z  tańcami  - przypomniała  Liza  członkom  zarządu,  starannie 

unikając patrzenia na Jacquesa.

Cały  czas  była  jednak  świadoma  jego  obecności.  Było  to  po  prostu  nieuniknione.  Nawet 

gdyby w  przeszłości  nic  ich  nie  łączyło,  nie można  go  było  zignorować.  Zadawał inteligentne 

pytania, miał dobre pomysły i oczarował wszystkich członków zarządu. A raczej członkinie.

- To  znaczy,  że  każdy  z  państwa  powinien  jak  najszybciej  dostarczyć  mi  swoją  listę 

potencjalnych nabywców  biletów. Oczywiście nikt z tu obecnych nie musi czekać na oficjalne 

zaproszenie.  Chętnie  już  dziś  przyjmiemy  państwa  zamówienia  na  bilety  oraz  czeki.  Proszę 

pamiętać,  że  im  więcej  biletów  sprzedamy,  tym  więcej  zbierzemy  pieniędzy  na  letni  obóz  dla 

dzieci.  - Mimo  pulsującego  bólu  głowy  Liza  zdobyła  się  na  uśmiech.  - Chcę  jeszcze  raz 

osobiście podziękować każdemu z państwa za uczestnictwo w dzisiejszym spotkaniu i za waszą 

pomoc. Do zobaczenia na przyjęciu w przyszłym miesiącu.

Rozległo  się  szuranie  krzeseł,  znak,  że  spotkanie  dobiegło  końca.  Przez  następne  dziesięć 

minut Liza uśmiechała się i z wdzięcznością przyjmowała zamówienia na bilety i czeki.

- Znakomita robota, Lizo - rzekł piętnaście minut później Robert, wręczając jej swój czek. -

Nieźle  wystartowaliśmy.  Prawie  wszyscy  obecni  zarezerwowali  stoliki  na  naszą  kolację.  Pier-

wszy raz widzę ludzi, którzy z taką ochotą rozstają się ze swymi pieniędzmi.

- Miejmy nadzieję, że reszta mieszkańców Chicago też tak samo zareaguje.

- O,  tak  - zapewnił  ją  Robert.  - Nie  mam  co  do  tego  wątpliwości,  skoro  to  ty  jesteś  za 

wszystko odpowiedzialna.

- Dziękuję.

- Co  powiesz  na  moją  propozycję  wspólnej  kolacji?  Moglibyśmy  uczcić  nasz  dzisiejszy 

sukces butelką dobrego wina i chateaubriandem.

Lizie  zrobiło  się  głupio,  że  z  powodu  Jacquesa  zupełnie  zapomniała  o  Robercie  i  jego 

zaproszeniu.

- Będziesz  na  mnie  zły,  jeśli  ci  odmówię?  Chciałabym  jeszcze  dziś  przejrzeć  notatki 

dotyczące przyjęcia. Jutro mam spotkanie z dostawcami.

- Oczywiście, że nie - odparł Robert, ale Liza dostrzegła w jego oczach wyraz rozczarowania. 

- Wszystko w porządku? Jesteś dziś jakaś nieswoja.

background image

- Po prostu strasznie boli mnie głowa i chyba byłabym kiepskim kompanem.

- Nawet  gdybyś  chciała,  nie  byłabyś  kiepskim  kompanem - rzekł  z  przekonaniem.  Na  jego 

twarzy odmalowała się troska.

- Myślę  jednak,  że  się  za  bardzo  przemęczasz.  Nie  martw  się  tym  przyjęciem.  Wszystko 

będzie dobrze. Przede wszystkim powinnaś porządnie się wyspać.

- Chyba masz rację.

- Na pewno. Może odwiozę cię do domu? Rano każę komuś odesłać ci twoje auto.

- Nie, dziękuję, dam sobie radę.

- Jesteś pewna?

- Tak.

- Trzymaj się - szepnął i lekko uścisnął jej rękę. - Zamienię jeszcze dwa słowa z Harveyem 

Adamsem i odprowadzę cię do samochodu.

Liza zastanawiała się, co się z nią dzieje. Robert Carstairs jest przecież mężczyzną, o jakim 

mogłaby  marzyć  - uprzejmym,  cierpliwym,  szczodrym.  Jeszcze  przed  tygodniem  była  gotowa 

zmienić ich przyjaźń w coś więcej. Minęły przecież ponad trzy lata od zakończenia jej związku z 

Jacquesem, dość, by się z niego wyleczyć. I wydawało jej się. że ten człowiek stał się dla niej 

kimś obojętnym.

Tak było do momentu, kiedy ujrzała go w biurze fundacji. Znów przeszły ją dreszcze, kiedy 

przypomniała sobie, z jakim żarem mówił, że nadal jej pragnie. Poczuła wtedy, że była w jego 

ramionach zaledwie wczoraj.

Nie!  krzyknęła  w  duchu.  Odetchnęła  głęboko  i  zaczęła  zbierać  papiery.  Nie  da  się  znów 

wciągnąć Jacquesowi  w  pułapkę. Nie  może sobie  na to  pozwolić.  Ma zbyt wiele do  stracenia. 

Teraz jeszcze więcej niż przed trzema laty.

Zignorowała  zupełnie  narastający  gwar.  Zazwyczaj  i  ona  uczestniczyła  w  takich 

pozebraniowych  pogaduszkach.  Lubiła  tych  ludzi,  wielu  z  nich  było  zresztą  potencjalnymi 

klientami.  Wcześniej nawet  planowała,  że  z  kilkoma  z  nich  przez  chwilkę  porozmawia.  Teraz 

jednak nie była w stanie tego uczynić. Zebrała kolejną kupkę papierów i wsunęła je do teczki. 

Szok,  jakiego  doznała,  widząc  Jacquesa,  był  jeszcze  zbyt  duży.  Wciąż  czuła  jego  obecność  w 

tym pokoju. Wiedziała, że będzie musiała stawić mu czoło. Ale jeszcze nie teraz.

- Chyba się zakochałam.

background image

Liza spojrzała znad papierów na Jane Burke, przyjaciółkę i członkinię zarządu. Niewysoka, z 

kruczoczarnymi  włosami i  ciemnymi  oczami,  Jane  stanowiła  jej  przeciwieństwo,  nie  tylko 

zresztą fizyczne. Była lekkomyślna i romantyczna.  Liza zaś ostrożna i pragmatyczna. Mimo to 

bardzo się zaprzyjaźniły.

- Znowu? - spytała lekko Liza, przyzwyczajona, że przyjaciółka równie szybko zakochuje się, 

jak odkochuje.

- Nie śmiej się, Lizo.

- W kim tym razem?

- W  nowym  członku  zarządu,  Jacquesie  Gastonie.  - Widząc  uniesione  brwi  Lizy,  dodała:  -

Tym razem sprawa jest poważna.

- Chciałabym  ci  przypomnieć,  że  to  samo  mówiłaś  trzy  tygodnie  temu,  kiedy  poznałaś 

pewnego Bobby'ego z Teksasu.

- Wiem.

- Nie zapominajmy też o Beauregardzie Jeffersonie Davisie z Missisipi.

Jane wybuchnęła śmiechem.

- Cóż mogę na to poradzić? Pociągają mnie faceci z południowym akcentem. - W tej samej 

chwili  dobiegł  je  z  głębi  sali  niski  głos  Jacquesa.  - Czy  to  coś  złego?  Wyobraź  go  sobie,  jak 

szepcze ci do ucha różne słodkie głupstewka.

Liza  nie  musiała  sobie  tego  wyobrażać.  Powróciła  pamięcią  do  nocy,  kiedy  leżała  w  jego 

ramionach  i  słuchała  opowieści  o  winnicy  we  Francji, gdzie  spędził  dzieciństwo.  Miała wtedy 

przed  oczami  uroczego  chłopczyka  z  diabelskim  uśmieszkiem,  biegającego  po  winnicy  i 

wpychającego  do  buzi  całe  garście  winogron.  Przez  moment  w  czasie  ich  krótkiego  romansu 

miała nawet nadzieję, że któregoś dnia pojadą tam razem. Tak bardzo chciała zobaczyć doliny, 

które jej opisywał.

Ale to było wówczas, zanim zdała sobie sprawę, że Jacques jej nie kocha. Że nigdy nie będzie 

kochał ani jej, ani żadnej innej kobiety. W jego życiu i sercu nie ma miejsca na miłość.

- Ciekawe,  czy  to  prawda,  co  mówią  o  Francuzach  - szepnęła  Jane.  - No,  wiesz,  że  są 

znakomitymi kochankami.

Wzrok Lizy nagle powędrował w stronę Jacquesa, otoczonego trzema członkiniami zarządu. 

Jedna  z  nich  szepnęła  mu  właśnie  coś  do  ucha,  a  on  odrzuciwszy  do  tyłu  głowę,  wybuchnął 

śmiechem. Liza natychmiast odwróciła wzrok.

background image

- Na  twoim  miejscu  nawet  nie  próbowałabym  się  o  tym  przekonać.  Szczególnie jeśli  nadal 

chcesz wyjść za mąż, mieć dzieci i zamieszkać w domku na wsi.

- Dlaczego?

- Bo  z  Jacquesem  nie  doczekasz  się  żadnej  z  tych  rzeczy.  Ma  alergię  na  samą  myśl  o 

małżeństwie czy trwałym związku.

Wiem o tym aż za dobrze, dodała w duchu. Jane zmarszczyła nos.

- Czy nie wiesz, że mężczyźni nigdy nie chcą się ustatkować? Bronią się przed tym pazurami, 

dopóki na drodze ich życia nie stanie odpowiednia kobieta.

- Mówisz o małżeństwie jak o... poskramianiu zwierzęcia. Uwierz mi, Jane. Jacques Gaston 

nie  jest  domowym  kocurem.  I  nie  liczyłabym  na  to,  że  uda  ci  się  zmienić  jego  zdanie.  Wiele 

kobiet na pewno już tego próbowało.

Ona nie była jedną z nich. Chciała tylko go kochać i pragnęła, żeby on kochał ją.

- Nie wiedziałam, że tak dobrze go znasz - powiedziała zaciekawiona Jane.

- Nie znam.

Choć byli kochankami, tak naprawdę wcale go nie znała. Była zbyt zakochana, by zauważyć, 

że pod beztroską maską, jaką prezentuje światu, kryje się smutny, samotny człowiek. Przekonała 

się o tym dopiero wówczas, kiedy na wiele rzeczy było za późno.

- Poznaliśmy się kilka lat temu w Nowym Orleanie, gdzie pracowałam dla Aimee Gallagher. 

Jacques był jednym z jej lokatorów.

- A więc jesteście starymi przyjaciółmi?

- Raczej  przeciwnikami.  Nigdy  się  ze  sobą  nie  zgadzaliśmy.  Z  wyjątkiem  tego  krótkiego 

okresu, kiedy byli kochankami.

Ale nawet wtedy różnie bywało. I mimo że się w nim zakochała, ona i Jacques nigdy się ze 

sobą nie zaprzyjaźnili. Może gdyby im się to udało, wszystko ułożyłoby się inaczej.

- Nadal tak jest.

- Przeciwnikami, mówisz? To pewnie dlatego patrzy na ciebie jak głodny kot na tłustą mysz.

Liza  podniosła  wzrok.  Napotkała  wpatrujące  się  w  nią  brązowe  oczy.  Przez  moment  nie 

mogła złapać tchu. Kiedy Jacques do niej mrugnął, odwróciła od niego wzrok.

- Nie  dopatruj  się  w  tym  zbyt  wiele.  Jacques  bardzo  poważnie  odgrywa  rolę  namiętnego 

Francuza. Uważa za swój obowiązek flirtować z każdą kobietą od lat ośmiu do osiemdziesięciu.

background image

Jane  spojrzała  uważnie  na  przyjaciółkę,  potem  wróciła  do  papierów.  Podała  Lizie  plik 

porozrzucanych na stole dokumentów.

- Mimo wszystko chętnie bym sprawdziła, czy to prawda, co mówią o Francuzach.

- A co o nich mówią? - spytał Jacques.

Liza drgnęła gwałtownie. Serce zaczęło walić jej w piersi jak oszalałe. Jane rozpromieniła się.

- Że są bardzo... francuscy - wyjaśniła szybko Liza. Poczuła, że się rumieni. - Jacques, poznaj 

Jane Burke. Jane, to Jacques Gaston.

- Witam panią, mademoiselle Burke.

Kiedy Jacques uniósł jej dłoń do ust, Jane omal nie zemdlała.

- Jane  jest  odpowiedzialna  za  pracę  naszych  woluntariuszy - mówiła  dalej  Liza.  Sama  nie 

wiedziała, co ją bardziej denerwuje: rozanielona mina przyjaciółki czy postępowanie Jacquesa.

- Mówiłam już wcześniej panu Gastonowi. że wcale nie musi zastępować Petera w zarządzie, 

i zaproponowałam, że mógłby popracować z twoimi ochotnikami.

- Ależ tak, oczywiście, miło nam będzie mieć pana wśród nas, panie Gaston.

- Mam na imię Jacques - powiedział.

- Jacques - powtórzyła z uśmiechem. - A ty mów do mnie: Jane.

- Piękne imię dla pięknej kobiety - rzekł zalotnie Jacques.

- Na  pewno  zrozumiesz,  Jane,  że  choć  pracowałbym z  tobą  z  przyjemnością,  będę  bardziej 

przydatny, pomagając Lizie w zdobywaniu funduszy.

- Jasne, rozumiem - zgodziła się Jane i oblała się rumieńcem.

- Zresztą  masz  rację.  Mimo  tego,  co  mówi  Liza,  na  pewno  przyda  jej  się  twoja  pomoc. 

Szczególnie pod nieobecność Aimee i Petera.

- Naprawdę? - Jacques przeniósł wzrok na Lizę.

- Ależ tak - zapewniła go Jane i wymieniła długą listę spraw, za które odpowiedzialna była 

Liza i w których, bez wątpienia, przyda jej się pomoc Jacquesa.

Powstrzymując się, by nie udusić obojga, Liza wepchnęła resztę dokumentów do teczki.

- Wybaczcie, ale zanim wyjdę, muszę jeszcze porozmawiać z Robertem o przyjęciu.

Dziesięć minut później, nie pozwoliwszy Robertowi odprowadzić się do auta, Liza wymknęła 

się z sali. Była szczęśliwa, że udało jej się uniknąć kolejnej konfrontacji z Jacquesem. Sądząc po 

background image

tym, że Ashley Hartmann mocno uwiesiła się jego ramienia, będzie przez resztę wieczoru bardzo 

zajęty.

Zresztą było jej to zupełnie obojętne. Znajomość z Jacquesem należy już do przeszłości. Nie 

obchodzi jej, co i z kim robi.

Dlaczego wobec tego widok tej roześmianej rudowłosej rozwódki uwieszonej u jego ramienia 

sprawia jej taki ból?

Bo jesteś idiotką, Lizo O'Malley. Jeśli chodzi o Jacquesa, zawsze nią byłaś. Liza skrzywiła się 

i ruszyła ku windom.

- Dlaczego jesteś taka smutna? Masz jakieś problemy, ma cherie?

Oparty o ścianę obok wind stał Jacques.

- Żadnych - wyjąkała z trudem. Przełożyła teczkę do drugiej ręki i nacisnęła guzik. - Dziwię 

się tylko, że tak wcześnie wychodzisz.

I w dodatku sam, dodała w myśli.

- A to czemu?

- Skoro  tak  bardzo  palisz  się  do  pracy  w  zarządzie  naszej  fundacji,  wydawało  mi  się,  że 

zechcesz skorzystać z okazji i poznać bliżej jego członków.

A szczególnie Ashley Hartmann.

- Mam  dużo  większą  ochotę  na  odnowienie  znajomości  z  osobą  odpowiedzialną  za 

gromadzenie funduszy.

Nie musiała odpowiadać, bo na szczęście nadjechała winda. Liza weszła do środka, a Jacques 

pospieszył za nią. Krótka jazda na parter trwała wieki. Choć oprócz nich było w kabinie jeszcze 

kilka osób, Liza czuła tylko obecność Jacquesa. Czuła zapach letniego słońca i wilgotnej gliny, 

sosen i mężczyzny - wszystko to, co zawsze kojarzyło jej się z Jacquesem. A wraz z zapachami 

wróciły wspomnienia - dotyku jego dłoni i ust na jej ciele.

Zacisnęła mocno oczy, by je od siebie odepchnąć.

- Lizo?

Na dźwięk jego głosu natychmiast otworzyła powieki. Zesztywniała i mocno zacisnęła palce 

na rączce teczki.

- Czy coś się stało?

- Nie - odparła szybko.

Kiedy za chwilę otworzyły się drzwi windy, błyskawicznie wybiegła do holu.

background image

- Lizo, zaczekaj.

Szła szybko korytarzem w kierunku wind do podziemnych garaży. Chciała uciec od Jacquesa 

i prześladujących ją wspomnień.

Przystanęła, kiedy Jacques chwycił ją za ramię. Delikatnie ujął ją pod brodę i zmusił, by na 

niego spojrzała.

- Co się stało? Dlaczego przede mną uciekasz?

- Wcale nie uciekam - skłamała. - Boli mnie głowa i marzę, żeby znaleźć się w domu.

Jacques zawahał się na moment.

- A więc cię odwiozę - rzekł.

Wyjął jej z ręki teczkę, ujął ją pod ramię i poprowadził ku windom.

- To bardzo miłe z twojej strony, ale dziękuję.

- Jesteś chora.

- Boli mnie głowa - sprostowała i wyrwała rękę z jego uścisku. - Naprawdę dam sobie radę. 

Poza tym mieszkam na peryferiach miasta. Dzieli nas od nich ponad godzina jazdy.

- Mnie to nie przeszkadza.

- Ale mnie tak.

- Odprowadzę cię chociaż do auta. - Jacques nie ustępował, wbrew jej protestom wchodząc za 

nią do windy.

- To naprawdę zbyteczne.

- Powiedziałem,  że  cię  odprowadzę.  Które  piętro?  Widząc  zdecydowanie  w  jego  oczach, 

uznała dalszą dyskusję za bezcelową. Sama jednak nacisnęła odpowiedni guzik.

Po  kilku  chwilach  winda  się  zatrzymała  i  Liza  wyszła  do zimnego,  mrocznego  garażu. 

Jacques szedł w milczeniu obok niej.

- No  to  jesteśmy  na  miejscu  - powiedziała  z  udawaną  beztroską,  kiedy  stanęli  obok 

ciemnoniebieskiego  auta.  Otworzyła  drzwiczki  i  pozwoliła  Jacquesowi  postawić  na  tylnym 

siedzeniu jej teczkę. - Jeszcze raz dziękuję - powiedziała.

- Nie podwieziesz mnie?

- Ale przecież... Gdzie jest twoje auto? Jacques rozpromienił się.

- Nie  mam  auta.  Peter  załatwił,  że  rano  ktoś  mnie  odebrał  z  lotniska,  a  na  zebranie 

przyjechałem taksówką. Jeszcze nie zdążyłem wynająć samochodu.

Liza zmrużyła oczy.

background image

- A co nie pozwala ci wziąć teraz taksówki?

- Może wciąż jestem tym samym artystą o wielkich ambicjach i niewielkich dochodach.

- Oboje wiemy, że to nieprawda. Uśmiech zniknął z jego twarzy.

- Masz rację. Od czasów nowoorleańskich zaczęło mi się nieźle powodzić. Może gdyby stało 

się to wcześniej, nie odeszłabyś w taki sposób.

Było  to  bardzo  bolesne  oskarżenie,  ale  Liza  nie  miała  ochoty  mu  zaprzeczać.  Lepiej,  by 

myślał, że opuściła go dlatego, że nie miał pieniędzy.

- A teraz los znowu nas ze sobą zetknął. Bardzo się cieszę, że będziemy razem pracowali.

Przeraziły ją jego słowa.

- Dlaczego to robisz, Jacques? O co ci chodzi?

- No, no. Widzę, że nadal jesteś podejrzliwa. Przecież dwoje takich starych przyjaciół jak my 

na pewno może razem pracować.

- Byliśmy kochankami, Jacques. Nie przyjaciółmi.

- Tak. Byłaś cudowną kochanką, ma cherie. - Zrobił krok w jej kierunku i uwięził ją między 

sobą  i  drzwiami  auta.  Delikatnie  przesunął  kciukiem  po  jej  policzku  i  dolnej  wardze.  - Taką 

wrażliwą.

Liza  zadrżała.  Nie  umiała  ukryć  swojej  reakcji  na  jego  dotyk.  Nie  była  nawet  w  stanie 

oderwać od niego wzroku.

- Myślałaś,  że  zapomniałem?  Chciałem.  Bóg  jeden  wie,  jak  bardzo  chciałem  o  tobie 

zapomnieć. Ale nie potrafiłem. Tak samo, jak w tej chwili nie mogę przestać cię pragnąć.

Jego oczy rozbłysły pożądaniem.

A potem pochylił głowę i jego usta spoczęły leciutko na jej wargach. Językiem obrysowywał 

ich kontur.

- Pocałuj mnie, Lizo. Posłusznie spełniła jego prośbę.

Jacques jęknął. A kiedy jego język wsunął się między jej zęby, z ust Lizy także wyrwał się 

cichutki jęk.

Potem  już  niczego  nie  słyszała,  o  niczym  nie  myślała.  Była  tylko  w  stanie  czuć.  Zacisnęła 

mocno palce na ramionach Jacquesa.

- Och, Lizo - szepnął jej prosto do ucha, po czym znów zaczął ją całować.

Mimo panującego w garażu zimna, Liza cała płonęła.

background image

Jacques ujął w dłonie jej  twarz i zmusił ją, by na niego spojrzała.  Widziała płonące  w jego 

oczach pożądanie i przeraziła się, że on ujrzy to samo w jej wzroku.

- Czujesz? On wciąż istnieje. Ten żar między nami. Nic się nie zmieniło, Lizo. Nic.

Kiedy tylko dotarły do niej jego słowa, natychmiast wróciła do rzeczywistości. Kiedy znów 

chciał ją pocałować, odwróciła głowę.

- Mylisz się, Jacques. Wszystko się zmieniło.

- Naprawdę?

- Tak.

- Nie sądzę, ma cherie. Pozwól, że ci to udowodnię.

- Nie!

W jego oczach na moment pojawiło się coś mrocznego i niebezpiecznego. Liza przez chwilę 

bała się, że Jacques zignoruje jej protest. On jednak opuścił ręce i cofnął się.

- Jeśli nadal chcesz, żebym cię podwiozła, wsiadaj - powiedziała, otwierając drzwi. Nawet na 

niego  nie  spojrzała.  Nie  była  w  stanie.  - Gdzie  się  zatrzymałeś?  - spytała,  kiedy  siedział  już 

przypięty pasami obok niej.

- W mieszkaniu Petera i Aimee. Przy...

- Wiem, gdzie to jest - przerwała mu Liza.

W  ciągu  minionych  trzech  lat  sama  często  korzystała  z  tego  mieszkania.  A  nawet  przyjęła 

propozycję Aimee i po fundacyjnym przyjęciu w przyszłym miesiącu miała zamiar przespać się 

w  ich  pokoju  gościnnym.  Teraz  było  to  oczywiście  wykluczone,  uświadomiła  sobie,  jadąc

poprzez zaśnieżone ulice. Będzie musiała znaleźć sobie coś innego. W tej jednak chwili nie było 

to jej największe zmartwienie.

Jacques  kątem  oka  spojrzał  na  Lizę  i  zauważył  zbielałe  kostki  jej  palców,  zaciśniętych  na 

kierownicy. Wiedział, że wciąż go pragnie. Tak samo namiętnie i gorąco jak przed trzema laty.

Miał zamiar nadal podsycać ten ogień.

Nie mógł przecież pozwolić, by do końca życia prześladowała go jej twarz i idiotyczna myśl, 

że  być  może  była  przed  nimi  wspólna  przyszłość.  Mylił  się.  Musiał  to  sobie  udowodnić,  bo 

inaczej nigdy już nie zazna spokoju.

Liza miała rację, oskarżając go o chęć zemsty. Bardziej jednak niż od zemsty pragnął uwolnić 

się od nadziei. I od Lizy. A stanie się tak, kiedy wypali się ogień ich namiętności.

background image

Potem  nie  będzie  już  bezsennych  nocy  spędzonych  na  marzeniu  o  niej.  Ani  idiotycznej 

nadziei,  że  jeszcze  kiedyś  usłyszy,  jak  Liza  szepcze  mu  słowa  miłości.  Ani  przeklinania  tej 

tkwiącej w głębi jego duszy mroczności, która sprawia, że nie jest w stanie zrewanżować jej się 

tym samym.

- Jesteśmy na miejscu - oznajmiła Liza, zajeżdżając przed elegancką kamienicę.

- Może wejdziesz na górę? Zapraszam na drinka.

- Nie, dziękuję. Muszę wracać do domu.

- To może zjemy jutro razem kolację, co? Omówimy nowe sposoby zdobywania funduszy i 

powspominamy dawne czasy.

- Jestem zajęta - odparła, unikając jego wzroku.

- A pojutrze?

- Mam już konkretne plany.

Zazdrość  ścisnęła  mu  gardło,  kiedy  pomyślał,  że  te  jej  plany  łączyć  się  mogą  z  Robertem 

Carstairsem.  Nie,  to  niemożliwe,  by  czuła  cokolwiek  do  Carstairsa  czy  kogokolwiek  innego, 

skoro tak zareagowała na jego pocałunek.

- Wobec tego będę musiał poczekać do wtorku. Liza, zaskoczona, spojrzała na niego pytająco.

- Nie rozumiem.

- Zgodnie  z  harmonogramem  prac,  który  rozdałaś  na  dzisiejszym  zebraniu,  we  wtorek 

będziesz  degustowała  potrawy  w  restauracji,  w  której  odbędzie  się  przyjęcie.  Musisz  przecież 

ustalić menu.

Wyciągnął  z  kieszeni  kartkę,  na  której  zakreślił  wszystkie  kolejne  pozycje,  od  testowania 

jedzenia po dostawę balonów w przeddzień imprezy, i podał ją Lizie.

- Chyba nie masz zamiaru brać w tym wszystkim udziału?

- Czemu nie? Mówiłaś, że wszyscy członkowie zarządu będą mile widziani.

- Chciałam  tylko  być  uprzejma.  Nikt  nie  musi  brać  udziału  w  takich  sprawach.  Zarząd  w 

ogóle się tym nie zajmuje. Oprócz mnie.

- I  mnie  również  - rzekł  z  uśmiechem.  Nachylił  się  ku  niej  i  pocałował  jej  wargi.  - Do 

zobaczenia we wtorek.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Jacques wyczuł obecność Lizy, zanim jeszcze weszła, i podniósł wzrok znad kieliszka wina. 

Mon  Dieu,  ależ  ona  jest  piękna,  pomyślał,  kiedy  ją  ujrzał.  Jasne,  opadające  na  ramiona  włosy 

połyskiwały  jak  złoto.  Ubrana  w  czerwoną  wełnianą  sukienkę  i  czerwone  szpilki  była 

uosobieniem słodyczy i grzechu. Kiedy szła ku niemu, prowadzona przez kelnerkę, podziwiał jej 

długie,  szczupłe  nogi.  Przypomniał  sobie,  jak  go  oplatały,  a  złote,  jedwabiste  włosy  kaskadą 

spadały na jego nagie ciało.

Poczuł nagły przypływ szalonego pożądania. Czując znajomy ból w kroczu, zacisnął mocno 

palce na nóżce kieliszka. Z Lizą zawsze tak było. Od chwili kiedy przed trzema laty zobaczył ją 

po  raz  pierwszy, zachowywał  się  jak  małolat,  który  dopiero  zapoznaje  się  z  tajemnicą  seksu  i 

pięknem  kobiecego  ciała.  Ich  romans,  jej  odejście  i  nawet  te  lata  bez  niej  nie  zmieniły  jego 

reakcji na nią.

Kiedy podeszła do stołu, Jacques wstał, modląc się, by nikt nie zauważył, w jakim jest stanie.

- Dziękuję - zwróciła się Liza do kelnerki.

- Pan Newberry za chwilę do pani przyjdzie - rzekła kelnerka. - Czy mogę tymczasem podać 

pani coś do picia?

- Polecam bordeaux - wtrącił się Jacques. - Jest prawie tak dobre, jak wino z mojej winnicy.

- Proszę o mrożoną herbatę - powiedziała z uśmiechem Liza.

- Wy,  Amerykanie,  nie  umiecie  docenić  dobrych  trunków- zauważył  Jacques,  podsuwając 

Lizie krzesło. - Witam, ma cherie - rzekł, obserwując, jak słysząc to mruży oczy. Nachylił się i 

musnął wargami jej policzek.

- Nie przyszłam tu, żeby oceniać trunki. Mam wybrać menu na przyszłomiesięczne przyjęcie. 

Naprawdę nie musiałeś mi w tym towarzyszyć.

- Ależ tak - zapewnił ją z uśmiechem. Pociągnął łyk wina i po prostu się w nią wpatrywał. 

Była taka chłodna i opanowana, że chciał chwycić ją w ramiona, pocałować i zakłócić choć na 

chwilę  ten  jej  spokój.  - Skoro  odrzucasz  moje  zaproszenia,  muszę  korzystać  z  każdej 

możliwości, byśmy mogli być razem.

- Nie ma powodu, byśmy byli razem - oznajmiła, rozkładając na kolanach serwetkę.

- Ależ  jest.  - Zaproponował  jej  pieczywo,  a  kiedy  odmówiła,  sam  wziął  kawałek  chleba  i 

zaczął smarować go masłem.

- Jak inaczej mógłbym przekonać cię, byś zmieniła zdanie?

background image

- A w jakiej konkretnie sprawie miałabym zmienić zdanie?

- W sprawie wznowienia naszego romansu, oczywiście. Liza upuściła łyżeczkę, którą chciała 

pomieszać swoją mrożoną herbatę. Nachyliła się i spojrzała mu prosto w oczy.

- Zapewniam cię, Jacques, że mowy nie ma, byśmy wznowili nasz romans.

- A ja twierdzę, że uczynię wszystko, żebyś zmieniła zdanie.

- Tracisz czas. Nie zmienię zdania. W ogóle mnie to nie interesuje.

- Trzy lata temu mówiłaś to samo - przypomniał. - Ale teraz nie musisz się już o nic martwić. 

To ja chcę uwieść ciebie.

Jacques uśmiechnął się, kiedy na jej policzkach pojawiły się rumieńce. A więc i ona pamięta 

tę chwilę, kiedy poprosiła go, by się z nią kochał.

- Nie mam najmniejszego zamiaru martwić się czymś, co nigdy się nie zdarzy.

- Ależ zdarzy się, zdarzy, moja słodka Lizo. Jestem zdecydowany cię uwieść.

Jej  oczy  rozbłysły  gniewem,  ale  zanim  zdążyła  mu  odpowiedzieć,  zjawił  się  właściciel 

restauracji i kelner z tacą pełną sałatek.

Trzydzieści minut później, kiedy byli już po głównym daniu, Jacques słuchał, jak restaurator 

zachwala swoje potrawy, lecz jego  myśli krążyły wokół przeszłości.  Wrócił do tej parnej, wil-

gotnej  nocy  w  Nowym  Orleanie,  kiedy  spacerował  wraz  z  Lizą  po  ulicach  Dzielnicy 

Francuskiej...

- Chodź, ma cherie - mówił, wciągając Lizę do klatki starej kamienicy, w której mieściły się 

ich mieszkania. - Musisz zdjąć te mokre rzeczy, zanim złapiesz grypę.

To  wystarczyło,  by  się  roześmiała,  a  jego  już  ogarnęło  pożądanie.  On,  który  w  ogóle  lubił 

kobiety i którego z wieloma łączyło coś więcej niż przelotna znajomość, nigdy jeszcze żadną nie 

był tak oczarowany.

Dopóki nie spotkał Lizy.

Z  nią  wszystko  było  nowe,  inne.  Przy  niej  czuł,  że  żyje,  zapominał  o  tkwiącej  w  nim 

mroczności.

Liza otworzyła drzwi i odwróciła się do niego. Uśmiech, który kusił go cały wieczór, zniknął 

z jej twarzy. I z oczu.

- Co się stało, ma cherie?

- Nie chcę być dziś sama - szepnęła.

background image

Był  to  szept  nieśmiały  i  zapraszający,  ale  na  niego  podziałał  tak,  jak  kobiece  paznokcie 

delikatnie  drapiące  jego  skórę.  Chciał  skorzystać  z  jej  zaproszenia, ale  wpierw  spojrzał  na  nią 

uważnie, zastanawiając się, co się z nią stało. Do tej pory zawsze mu odmawiała.  I nagle tego 

wieczora, po miesiącach słownych potyczek i odrzucania jego zalotów, zgodziła się zjeść z nim 

kolację. A teraz, sądząc po wyrazie jej oczu, ofiarowuje mu jeszcze więcej.

- Nie zmieniłeś zdania, prawda? - spytała, przerywając jego rozmyślania.

- W jakiej sprawie?

- Że mnie pragniesz.

Chciała się odwrócić, ale on chwycił ją za ramię i zmusił, by na niego spojrzała.

- Nie, Lizo. Pragnę cię.

Nie  mogąc  się  powstrzymać,  przesunął  palcem  po  jej  miękkim  policzku.  Jako  artysta 

zauważył grę cieni na wilgotnej skórze, która teraz wydawała się zupełnie przezroczysta. Za to 

oczy Lizy lśniły jak szmaragdy. Był jednak przede wszystkim mężczyzną, zauważył więc także 

bladość jej skóry oraz niepewność w oczach.

- Moje pożądanie jest jak oddychanie. Pragnę cię, nawet o tym nie myśląc.

- Więc wejdź do środka. Zostań ze mną. Spraw, żebym poczuła się kobietą.

Krew  uderzyła  mu  do  głowy,  a  on  nadal  się  wahał.  Mimo  że  przez  jego  życie  i  łóżko 

przewinęło się wiele kobiet, żadna z tych znajomości nie była przelotna. Każda z tych dam była 

dla  niego  ważna,  ale  żadna  nie  prosiła  o  więcej,  niż  mógł  jej  dać.  Przyjaźń  i  dobry  seks 

wystarczały  obu  stronom.  A  teraz  coś  mu  mówiło,  że  z  Lizą  nie  będzie  to  takie  proste.  Dla 

obojga.

Przysunęła się do niego. Dotknęła go. Poprzez wilgotną koszulę czuł ciepło jej palców, które 

sunęły po jego piersi, ramionach, szyi.

- Proszę, Jacques - szepnęła, przywierając do niego ustami.

Jacques jęknął. Otoczył  ją ramionami  i poddał  się jej pocałunkowi. Od  miesięcy wyobrażał 

sobie tę chwilę, śnił o niej, marzył.

Rzeczywistość była tysiąc razy lepsza niż marzenia.

Liza wsparła się o niego biodrami, muskając swoją kobiecą miękkością jego męską twardość. 

Przez  moment  myślał,  że  zwariuje.  Pragnął  rozebrać  ją  do  naga  i  zanurzyć  się  w  jej  słodkim 

cieple. Kiedy powtórzyła swój ruch, Jacques uderwał usta od jej warg.

- Sacre bleu!

background image

Zanurzył palce w jej włosach, zacisnął powieki i oddychał z trudem.

- Wejdź do środka - szepnęła. 

Nie oponował. Nie mógłby, nawet gdyby chciał. A nie chciał.

Kiedy tylko zamknęły się za nimi drzwi, znalazła się w jego ramionach. Zdjęła mu krawat i 

rozpięła koszulę. Kiedy sięgnęła po pasek, zwalczył na moment szalejące w nim pożądanie i po-

wstrzymał jej rękę.

- Lizo, czy wiesz, co robisz? - wyjąkał z trudem.

Spojrzał w jej pełne namiętności oczy i jego ciało ogarnęła nowa fala pożądania.

- Jesteś pewna?

- Jestem  - odparła.  - Znam  twoje  zasady,  Jacques.  Żadnych  obietnic,  żadnych  zobowiązań. 

Tylko namiętność i przyjaźń.

To było jego credo. Stanowiło broń, dzięki której chroni! siebie i innych przed tkwiącą w nim 

mrocznością.  Słysząc  je  jednak  z  ust  Lizy,  poczuł  nagle  dziwny  chłód...  i  jeszcze  mocniej 

uświadomił sobie wypełniającą go pustkę.

- Tak, ale...

Położyła mu palec na ustach i uciszyła go.

- Tak.

- Nie proszę o nic więcej. Jacques. Chcę tylko, żebyś się ze mną kochał.

Odpięła  guzik  od  jego  spodni  i  rozsunęła  zamek.  Kiedy  musnęła  palcami  jego  wyprężoną 

męskość, Jacques omal nie stracił nad sobą panowania.

Znów spojrzała mu w oczy.

- Spraw, bym uwierzyła, że jestem prawdziwą kobietą.

W  jej  spojrzeniu  była  namiętność.  Ale  i  niepewność.  Jacques  przez  ułamek  sekundy 

zastanawiał  się,  dlaczego.  Wtedy  jednak  jej  palce  znów  zaczęły  go  pieścić  i  zapomniał  o 

wszystkim, oprócz tego, że chce się z nią kochać.

- Możesz mi wierzyć, ma cherie. Jesteś prawdziwą kobietą. Nigdy w życiu żadnej kobiety nie 

pożądałem tak bardzo, jak w tej chwili ciebie.

- To mi to udowodnij.

Natychmiast spełnił  jej prośbę.  Wplótł  palce w jej włosy i  oparł ją o  drzwi. Jak spragniony 

wędrowiec  przywarł  ustami  do  jej  miękkich  warg.  Oba  języki  zaczęły  jakiś  dziki,  wspólny 

taniec.

background image

Po bardzo, bardzo długiej chwili Liza odsunęła się odrobinę i spojrzała mu prosto w oczy.

- Kochaj się ze mną, Jacques.

Zadrżał,  słysząc  jej  pełen  namiętności  głos.  Ujął  ją  pod  kolana,  wziął  na  ręce  i  zaniósł  do 

sypialni.

Maleńka  lampka  przy  łóżku  słabo  oświetlała  pokój  i  jej  blask  odbijał  się  w  kropelkach 

deszczu spływających po szybach. Na łóżku leżała gruba, kolorowa kapa. W kryształowej wazie 

pływały  gardenie,  wypełniając  pokój  swoją  słodką  wonią.  Oko  artysty  doceniło  te  wszystkie 

szczegóły, lecz najważniejsza była Liza.

Zatrzymał się obok łóżka i niechętnie wypuścił ją z objęć. Całując jej powieki, policzki i usta, 

odpiął pierwszy guzik sukni.

Z  cierpliwością,  o  którą  by  się  nawet  nie  podejrzewał,  rozpinał  kolejne  guziki  i  całował 

stopniowo odsłaniane kawałki jej ciała. Kiedy ostatni  guzik został odpięty, zsunął z jej ramion 

suknię, która z szelestem opadła na podłogę.

- Ależ jesteś piękna - szepnął i zaczął wielbić ją nie tylko słowami, ale i dłońmi i ustami.

Rozpiął jej stanik i ujął w dłonie dwie mlecznobiałe, pełne piersi. Jęknęła, kiedy wziął w usta 

nabrzmiałą sutkę.

- Jacques! - krzyknęła cichutko i wpiła paznokcie w jego ramiona.

Uniósł ją do góry, delikatnie położył na łóżku i natychmiast położył się obok. Wsunął  dłoń 

pod czarną koronkę i zanurzył palce w trójkąt jedwabistych włosów między jej nogami. Odnalazł 

po omacku ciasny, wilgotny tunel i wsunął tam najpierw jeden palec, a potem następny.

Liza jęknęła. Uniosła biodra i dostosowała ich ruch do rytmu jego pieszczoty.

- Tak, ma cherie - zachęcał ją, czując na palcach jej ciepłe, lepkie soki.

- Jacques, nie. Nie mogę. Nie chcę... bez ciebie.

- Dla mnie, Lizo. Zrób to dla mnie.

Ignorując jej błagania, doprowadził ją do ekstazy. Kiedy już nie mógł czekać dłużej, zrzucił 

resztę swego ubrania i ułożył się między jej nogami.

Zębami rozerwał foliową paczuszkę.

- To niepotrzebne - powiedziała. Wyjęła mu z rąk opakowanie i rzuciła je na podłogę.

- A zabezpieczenie? - wyjąkał z trudem, kiedy zacisnęła dłoń na jego męskości.

- Nie mogę... - przerwała na moment. - Jestem bezpieczna. Nie mogę... Nie zajdę w ciążę.

background image

Chciał  się  upewnić.  Powiedzieć,  że  nie  powinni  ryzykować.  Ale  wtedy  wprowadziła  go  w 

siebie.

- Na wszelki wypadek.

Kiedy uniosła biodra, zapomniał o wszystkim. Nie mógł już o niczym myśleć. Potrafił tylko 

czuć. Wszedł w nią głęboko.

- Jacques - szepnęła i ciasno oplotła go nogami.

- A co myśli pan o musie czekoladowym? - mówiła Liza. - A może raczej powinniśmy podać 

kompot?

Jacques wrócił do rzeczywistości. Nie miał jednak pojęcia, o czym rozmawiają.

- Jeśli żaden z tych deserów pani nie odpowiada, szef kuchni poleca także wspaniały sernik z 

truskawkami - zaproponował pan Newberry.

Jacques spojrzał na stojący przed nim mus czekoladowy i kompot. Deser. A więc rozmawiają 

o deserze.

- I jedno, i drugie wygląda wspaniale, ale może przed podjęciem decyzji spróbujemy jeszcze 

sernika - zaproponował, by zyskać na czasie.

- Ależ, Jacques, myślisz, że to konieczne? - spytała Liza. Ona z kolei chciała jak najszybciej 

zakończyć ten posiłek i spotkanie z Jacquesem. - Każdy z nich będzie znakomity. Zresztą ja i tak 

już niczego w sobie nie zmieszczę.

- Wobec tego niech pan przyniesie tylko jeden kawałek. Podzielimy się z panną O'Malley.

- Oczywiście  - ucieszył  się  restaurator  i  zanim  Liza  zdążyła  zaprotestować,  pobiegł  spełnić 

prośbę Jacquesa.

Liza  nie  była  pewna,  co  ją  bardziej  denerwuje  - intymność  propozycji  Jacquesa,  by  zjedli 

wspólnie ten kawałek ciasta, czy też jego dziwne milczenie w czasie posiłku. Od momentu kiedy

oznajmił,  że  ma  zamiar  ją  uwieść,  czuła  się  jak  mysz  czekająca  na  atak  kota.  Choć  była 

zadowolona, że nie porusza już tego tematu, jego milczenie jeszcze bardziej ją niepokoiło.

Starała się nadać ich spotkaniu jak najbardziej służbowy charakter.

- Jeśli chodzi o przystawkę, to najlepsza chyba będzie sałatka Cezara, co ty na to?

- Tak. Sałatka Cezara - odparł bez najmniejszego entuzjazmu.

Liza zawahała się na moment, a potem mówiła dalej.

background image

- A  teraz  danie  główne.  Możemy  zaproponować  do  wyboru  rybę  lub  filet  mignon.  W  ten 

sposób ci, którzy nie jadają mięsa, będą mieli alternatywę. Jak myślisz?

- Zgadzam się - rzekł Jacques, nadal nie odrywając wzroku od swojego kieliszka.

Liza zmarszczyła  brwi.  Nie  wiedziała, jak  rozumieć jego  roztargnienie.  Jacques  zawsze był 

sybarytą, cieszył się tym co je, pije i robi. Ileż to razy zachwycała się, widząc jak z najprostszego 

posiłku robi wspaniałą ucztę. Może nie pochwala jej wyboru i nie potrafi jej o tym powiedzieć?

- Jeśli uważasz,  że źle  wybrałam potrawy, to  jest  jeszcze czas,  żebyś  mi  o  tym powiedział. 

Wolę to wiedzieć teraz, zanim podejmę ostateczne decyzje.

Jacques uniósł wzrok i spojrzał na nią zdziwiony.

- Wybrałaś  znakomicie,  Lizo.  Zawsze  miałaś  dobry  gust.  Dlaczego  myślisz,  że  coś  jest  nie 

tak?

- Może dlatego, że Jacques Gaston, którego znałam, zawsze miał wilczy apetyt. Drugie danie 

ledwo tknąłeś, a deserów nawet nie spróbowałeś.

Przyglądał jej się z uwagą, a ona poczuła się jeszcze bardziej nieswojo.

- Może  nie jestem już  tym samym  Jacquesem  Gastonem.  którego znałaś. A  może to  nie na 

jedzenie mam teraz ochotę.

Liza poczuła, jak jej serce zaczęło tłuc się w piersi jak szalone. Zacisnęła palce na serwetce, 

wypiła też łyk wody.

- Jedyną  rzeczą  w  karcie  jest  jedzenie  - odparła  z  udawanym  spokojem.  - Jak  tylko 

podejmiemy decyzję dotyczącą deseru i win, będziemy mogli stąd wyjść.

Kelner postawił przed nimi talerzyk z sernikiem i dwoma widelczykami.

- Wy, Amerykanie, jesteście niemożliwi. Zawsze się dokądś spieszycie. Nie umiecie cieszyć 

się życiem i jego przyjemnościami. Na przykład teraz nie ma najmniejszego powodu do pośpie-

chu. Kiedy rozmawiałem z Aimee i Peterem...

- Rozmawiałeś z Aimee i Peterem?

- Tak.

- Kiedy?

Liza próbowała się z nimi skontaktować przez cały weekend. Bez powodzenia.

- Wczoraj  wieczorem.  Przesyłają  ci  pozdrowienia  - dodał  Jacques  z  uśmiechem.  - A  więc 

sądząc z tego, co mówiła Aimee, zrozumiałem, że jeśli ktoś organizuje tego typu imprezę, to pra-

background image

cuje nad nią od początku do końca. Nie ma powodu, byś musiała koniecznie wracać natychmiast 

do biura. W gruncie rzeczy jesteś teraz przecież w pracy.

- Jest  mnóstwo  powodów,  bym  wracała  natychmiast  do  biura.  Mam  tysiące  spraw  do 

załatwienia, łącznie z czekającym nas za kilka tygodni przyjęciem.

- I jestem pewien, że znakomicie dasz sobie ze wszystkim radę.

Jacques zanurzył widelczyk w naładowany kaloriami kremowy deser i zaoferował Lizie jego 

kawałek.

Zignorowała  jego  ofertę,  wzięła  swój  widelec  i  odkroiła  sobie  kawałek.  W  ogóle  nie  czuła 

smaku  sernika.  Przełykając  drugi  kęs,  uznała,  że  to  grzech  pochłaniać  tyle  kalorii  i  nawet  się 

nimi  nie  cieszyć.  To  wina  Jacquesa  - bo  nagle  powrócił,  kwestionując  jej  decyzje,  i  wzniecił 

dawne uczucia, bo sprawił, że znowu go pragnie, choć wie że jakikolwiek związek między nimi 

jest przecież niemożliwy.

- Peter twierdzi, że jesteś bardzo dobra w zdobywaniu funduszy.

Liza z trudem oderwała wzrok od ust Jacquesa delektującego się sernikiem.

- Oby  miał  rację.  Fundacja  Artyści  Dzieciom  to,  jak  do  tej  pory,  moje  największe 

przedsięwzięcie.

- Peter jest dobrym biznesmenem. Jestem pewien, że nie zatrudniłby cię, gdyby nie uważał, że 

dasz sobie radę.

Liza nie mogła się nie uśmiechnąć.

- Szczerze mówiąc, jestem pewna, że to Aimee go przekabaciła.

Jacques pokręcił głową.

- Nie. Peter musiał też być sam tego zdania. W interesach bywa bardzo stanowczy.

- To fakt - przyznała Liza.

Przypomniała  sobie,  z  jakim  trudem  przyjaciółka  przekonała  go,  że  kocha  go  dla  niego 

samego. To było wtedy, kiedy ona sama zakochała się w Jacquesie.

- To Peter zasugerował, że powinnam zacząć działać na własną rękę i zająć się zdobywaniem 

funduszy dla różnych instytucji.

- Kiedy to było?

- Prawie trzy lata temu.

- To znaczy wtedy, kiedy wyjechałaś z Nowego Orleanu?

- Tak.

background image

Liza odkroiła następny kawałek sernika. Skupiła się na cieście, by uniknąć dalszej dyskusji. 

Rozmowa o Nowym Orleanie i przyczynie, dla której go opuściła, była ostatnią rzeczą, na którą 

Liza miała ochotę.

- Kiedy się tu przeniosłam, znalazłam pracę polegającą na zdobywaniu funduszy dla pewnej 

organizacji charytatywnej. Później musiałam wziąć urlop, żeby...

Aż  ugryzła  się  w  język,  bo  przecież  o  mało  nie  powiedziała  mu  całej  prawdy  o  sobie. 

Odłożyła widelec i ukryła dłoń na kolanach, by opanować jej drżenie.

- Później  Peter  zaproponował,  żebym  zaczęła  sprzedawać  swoje  usługi  innym  firmom  i 

organizacjom. W zeszłym roku, kiedy wraz z Aimee powołali do życia Fundację Artyści Dzie-

ciom, zatrudnili mnie jako osobę do zdobywania funduszy.

- Ani  on,  ani  Aimee  nigdy  mi  nie  powiedzieli,  że  u  nich  pracujesz  - rzekł  Jacques.  -

Twierdzili, że nie wiedzą, co się z tobą dzieje.

- Bo nie wiedzieli... Kiedy się mną zajęli, prosiłam ich, żeby ci o mnie nie mówili.

- Dlaczego? - spytał zaintrygowany jej słowami Jacques.

- Bo  każde  z  nas  powinno  zająć  się  swoim  własnym  życiem.  Mieliśmy  różne  pragnienia  -

przypomniała mu.

- Owszem, pamiętam. Jeśli o ciebie chodzi, zapamiętałem prawie wszystko. Chociażby to, że 

kiedy ostatnio byliśmy razem, powiedziałaś, że mnie kochasz. Mówiłaś nawet o małżeństwie, o 

dzieciach.

- A ty dałeś mi jasno do zrozumienia, że nie interesuje cię żaden stały związek.

Pamiętała, jak druzgocąca była dla niej jego odmowa. Nawet zdrada jej byłego męża i rozwód 

tak  jej  nie  dokuczył.  Mimo  że upłynęły  od  tamtej  pory  trzy  lata,  było  to  wciąż  bolesne 

wspomnienie.

- To dlatego odeszłaś, cherie? Bo nie zaproponowałem ci ślubu?

- Nie,  nie  dlatego  odeszłam.  Byłeś  w  stosunku  do  mnie  uczciwy,  Jacques.  Od  początku 

wiedziałam, że mnie nie kochasz i nie interesuje cię coś tak stałego jak małżeństwo.

- Zależało mi na tobie, Lizo. Nadal mi zależy. Ujął jej dłoń i uniósł do ust.

Nagle  znów  wróciły  wszystkie  dawne  wspomnienia.  Liza  przypomniała  sobie,  co  czuła  w 

jego ramionach. Zapragnęła znów się w nich znaleźć i móc powiedzieć mu prawdę.

- To, co działo się między nami, było wyjątkowe. To wszystko może się powtórzyć. Będę tu 

do Bożego Narodzenia. Możemy...

background image

- Co możemy, Jacques? Znów się ze sobą przespać? Popatrzyła na niego z goryczą, a potem 

gwałtownym ruchem wyszarpnęła mu z ręki swoją dłoń.

- Wyjaśniłem ci, czemu przysiągłem sobie, że nigdy się nie ożenię. Miałem nadzieję, że mnie 

zrozumiałaś. Byłbym ci wierny. Nie mam w sobie nic więcej do dania.

- Bo wierzysz w te straszne kłamstwa, które naopowiadał ci ojciec - odparowała ostro. Była 

pełna złości na człowieka, który zatruł serce i rozum swego syna. - Wciąż wierzysz, że nosisz w 

sobie jakiś mroczny gen, i dlatego boisz się kogokolwiek pokochać.

- Uwierz  mi,  Lizo.  Ta  mroczność  istnieje  - nachylił  się  ku  niej  i  wyszeptał  z  naciskiem.  -

Znam ogromny ból, jaki ów gen może spowodować. Choć pragnę cię, jak nikogo do tej pory, nie 

mogę ryzykować, że tę mroczność przeniosę na kogoś innego. Nie mogę tego zrobić nawet dla 

ciebie.

Liza miała ochotę  krzyczeć. Milczała  jednak,  rezygnując  z wyjawienia  Jacquesowi  prawdy. 

Znienawidziłby ją i siebie, gdyby poznał prawdziwy powód jej odejścia przed trzema laty. Ten 

sam powód nie pozwalał jej zbliżyć się do niego teraz.

- Ale przecież nie po to  się tutaj spotkaliśmy, prawda?  Mieliśmy ustalić  menu. Masz jakieś 

uwagi dotyczące deseru?

Jacques westchnął i oparł się o krzesło.

- Sernik.

- Zgadzam się. Powiem panu Newberryemu, co zdecydowaliśmy. - Liza wstała. Marzyła, by 

znaleźć się daleko od tego człowieka i odzyskać panowanie nad sobą. - Byłabym ci wdzięczna, 

gdybyś  to  ty  zaproponował  wina.  Pan  Newberry  powie  ci,  w  jakich  granicach  finansowych 

musimy się zmieścić.

- Lizo, zaczekaj.

- Naprawdę muszę już wracać do biura, Jacques.

- Wobec tego cię odprowadzę - oznajmił zdecydowanie.

Widząc jego zaciśnięte szczęki, nie próbowała dłużej dyskutować. Pozwoliła zaprowadzić się 

do kantoru restauratora, by dokonać niezbędnych ustaleń.

Kiedy trzy  kwadranse później  wychodzili z hotelowej restauracji,  Liza z  radością wdychała 

chłodne, rześkie powietrze. Podała parkingowemu kwit i czekając, aż ów człowiek przyprowadzi 

jej auto, spojrzała na Jacquesa.

background image

- Dzięki  za  pomoc  w  wyborze  menu  i  win  - powiedziała,  zdecydowana  ograniczyć  ich 

rozmowy wyłącznie do spraw służbowych.

- Oboje  wiemy,  iż  w  sprawie  menu  nie  potrzebowałaś  mojej  pomocy  i  że  nie  dlatego  tu 

przyszedłem - rzekł z uśmiechem. - Przyszedłem wyłącznie z twojego powodu.

Widząc błysk w jego oku, Liza spuściła wzrok.

- W  każdym  razie  dziękuję  za  pomoc  - powiedziała,  przeklinając  w  duchu  opieszałego 

parkingowego.

Jacques dotknął jej wełnianego płaszcza, podniósł do góry kołnierz. Potem muskał palcem jej 

policzek, zmuszając, by na niego spojrzała.

- Nie walcz ze mną, Lizo. Nie walcz ze sobą. Dlaczego nie możemy się sobą cieszyć?

- Ja nie mogę.

- Dlaczego?

Liza spojrzała mu prosto w oczy.

- Bo... bo jest ktoś inny.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

- Nie wierzę ci - rzekł Jacques. - Nie jesteś zakochana w Carstairsie.

- Nie, nie jestem. Ale to nie o Robercie mówiłam. To... to ktoś inny.

Ogarnęła go taka zazdrość, że aż nie był w stanie oddychać.

- Kto to jest? - krzyknął, chwytając ją za ramię. Puścił ją, kiedy spojrzała na jego zaciśnięte 

palce. Zdziwiło go jego własne zachowanie. - Powiedz mi, jak się nazywa.

- Nie... nie znasz go.

Jacques  zmrużył  oczy.  Zauważył  lekkie  drżenie  jej  palców,  kiedy  nerwowo  odpinała  i 

zamykała  zatrzask  torebki.  Unikała  też  jego  spojrzenia.  Nigdy  jeszcze  nie  widział  jej 

zdenerwowanej.  Zawsze  była  bardzo  opanowana.  Przez  cały  okres  ich  znajomości  tylko  dwa 

razy okazała pewien niepokój - tamtego wieczora, kiedy postanowiła, że zostaną kochankami, i 

owej  ostatniej  nocy,  którą  spędzili  razem.  Wyraźnie  coś  ją  wtedy  niepokoiło  i  coś  starała  się

przed nim ukryć.

Tak działo się i tym razem. Jacques był tego pewien. Liza stała się tak samo spięta, jak tamtej 

ostatniej nocy. Dlaczego? Przez cały czas wiedział, że Liza ma jakieś tajemnice, i od początku 

czuł, że przed czymś ucieka. Ponieważ on sam przez całe życie uciekał przed swymi mrocznymi 

tajemnicami, nie domagał się wyjaśnień. Może to był błąd, który teraz powinien naprawić.

Kiedy parkingowy dostarczył samochód Lizy, Jacques dał mu napiwek i otworzył drzwiczki 

auta. Liza wsiadła bez słowa i zapięła pas. Jacques, oparty o dach i otwarte drzwi, nachylił się i 

spojrzał jej w twarz.

- Do widzenia, Jacques - powiedziała, wyraźnie czekając, by się odsunął.

Na próżno.

- Między nami nic się nie skończyło, Lizo. Oboje dobrze o tym wiemy.

- Powiedziałam ci, że w moim życiu jest ktoś inny.

- A ja ci powiedziałem, że w to nie wierzę.

- To twój problem. Nie mój. A teraz, jeśli nie masz nic przeciwko temu, chciałabym odjechać.

Liza uniosła dumnie głowę i patrzyła przed siebie.

- Ależ mam, mam. I to dużo, ma cherie. Jeśli nawet jest w twoim życiu jakiś mężczyzna, to na 

pewno nie został on twoim kochankiem.

- A ty skąd o tym wiesz?

Jacques uśmiechnął się, co oczywiście jeszcze bardziej ją zezłościło.

background image

- Wiem, bo nic się między nami nie zmieniło. Gdybyś była z jakimś innym  mężczyzną, nie 

pragnęłabyś mnie. A ty wciąż mnie pożądasz, Lizo, tak samo, jak ja ciebie. - Nachylił się jeszcze 

bardziej. - Nic nie zmieni tego, co jest między nami. Pogódź się z tym, Lizo. Ja już to uczyniłem. 

Nie odrzucaj drugiej szansy, którą dał nam los.

Chciał ją pocałować, ale odwróciła głowę i jego usta musnęły tylko włosy.

- Dobrze wiesz, że los nie miał z tym nic wspólnego. To sprawka Aimee.

- Los działa poprzez różne osoby - poinformował ją Jacques.

- Naszym  przeznaczeniem  jest,  byśmy  byli  kochankami.  I  będziemy  nimi.  Myśląc  inaczej, 

okłamujesz samą siebie.

Liza mocno zacisnęła palce na kierownicy.

- Łudzisz się, Jacques. Powiedziałam ci, że w moim życiu jest już ktoś inny.

- To powiedz, kto.

- Nie znasz go - powtórzyła z irytacją.

- Nie znam go czy też może on w ogóle nie istnieje? Wtedy na niego spojrzała. W jej oczach 

był wyraźny smutek.

- A jednak istnieje i to jak najbardziej - przyznała z goryczą.

- Możesz mi wierzyć.

Nie  uwierzył.  Odsunął  się  jednak  i  patrzył,  jak  odjeżdża.  Wiedział,  że  kłamie.  Znał  wiele 

kobiet i umiał odróżnić prawdziwą reakcję od udawanej.

Nie, nie ma w jej życiu innego mężczyzny.

Liza myli się,  myśląc, że między nimi  wszystko skończone.  Będą znów  kochankami. Takie 

jest ich przeznaczenie.

Przeznaczenie.

Jakże dobrze znał sens tego słowa. Jak wielki wpływ miało na jego życie. Może Liza w nie 

nie wierzy, ale on tak. To przecież przeznaczenie sprawiło, że urodził się w rodzinie Gastonów. 

A  świadomość  tkwiącej  w  nim  mroczności  kazała  mu  przysiąc,  że  na  nim  zakończy  się  to 

przekleństwo.

To przeznaczenie dało mu kiedyś Lizę i to ono zwróciło mu ją teraz. Znowu będzie jego, w 

każdym razie przez jakiś czas. A kiedy znów się rozstaną, zazna w końcu spokoju. Nie będzie 

już bezsennych nocy pełnych marzeń o pewnej blondynce o zielonych oczach i skórze pachnącej 

gardeniami. Kiedy następnym razem się rozstaną, będzie wolny.

background image

- Oprócz  tych  bukietów  moglibyśmy  cały  stół  udekorować  rzędami  świerkowych  gałązek  -

mówiła Liza kwiaciarce.

- To  dobry  pomysł.  Nadadzą  całej  sali  jeszcze  bardziej  świąteczny  wygląd  - zgodziła  się 

kobieta i zanotowała to w notesie.

- A choinka? Jaką by pani chciała? Sosnę? Jodłę? Świerk?

- Największą, jaką pani posiada.

Na dźwięk głosu Jacquesa Liza zesztywniała. Całe jej ciało przeszedł dreszcz, kiedy patrzyła, 

jak idzie przez salę w ich kierunku.

- O ile dobrze pamiętam, panna O'Malley lubi, jak czubek choinki dotyka sufitu - zwrócił się 

do kwiaciarki.

Liza z trudem  przełknęła ślinę, przypominając sobie  ich jedyne wspólne Boże Narodzenie i 

choinkę, którą koniecznie chciała kupić, a która okazała się za duża do jej małego mieszkanka. 

Był to jednak cudowny okres. Tak szaleńczo kochała wtedy Jacquesa. Po raz pierwszy od dnia 

swego  rozwodu  poczuła  się  znów  kobietą.  I  choć  nie  ofiarował  jej  miłości,  dał  jej  coś  dużo 

cenniejszego. Cud, w który już zupełnie przestała wierzyć.

- Nie  wiem,  czy  uda  się  nam  panią  zadowolić  - powiedziała  właścicielka  kwiaciarni.  - Ale 

dostaliśmy ostatnio kilka bardzo dużych srebrnych świerków.

Liza gwałtownie wróciła do rzeczywistości.

- Właściwie to zarządca hotelu obiecał sam dostarczyć choinkę do sali balowej. Nie musimy 

szukać niczego specjalnego - wyjaśniła i ze sztucznym uśmiechem zwróciła się do Jacquesa.

-  Jacques,  to  pani  Emily  Robbins,  właścicielka  kwiaciarni,  która  udekoruje  nam  salę  na 

przyjęcie. Pani pozwoli przedstawić sobie Jacquesa Gastona, jednego z członków zarządu naszej 

fundacji.

Jacques oczywiście ucałował dłoń Emily.

- Witam panią. Przepraszam za spóźnienie. Nie zanotowałem zmiany planów i poszedłem do 

pani kwiaciarni. Sprzedawczyni powiedziała mi, że znajdę panią tutaj.

Liza  wyczuła  lekką  ironię  w  jego  głosie.  Dobrze  wiedział,  że  nie  było  tu  żadnej  pomyłki. 

Specjalnie nie informowała go o swoich planach i dzięki temu przez cały tydzień udawało jej się 

go unikać.

Teraz najwidoczniej szczęście ją opuściło.

background image

- O, nic się nie stało - odparła kwiaciarka. -I proszę mówić mi po imieniu.

Liza zdziwiła się tonem jej głosu. Co się stało z tą niesympatyczną kobietą, która przez kilka 

ostatnich miesięcy tak twardo negocjowała z nią ceny? Sądząc z wyrazu jej twarzy i ona padła 

ofiarą uroku Jacquesa Gastona.

- Czy chciałby pan zobaczyć, co razem z Lizą wybrałyśmy?

- To  zbyteczne  - wtrąciła  się  szybko  Liza.  - Przy  okazji  poinformuję  pana  Gastona  o 

wszystkim.

- Ale ja chętnie to zrobię.

- Nie wątpię. Ale to naprawdę zbyteczne.

- Liza  ma  rację  - poparł  ją  z  uwodzicielskim  uśmiechem  Jacques.  - Do  tak  pięknych  pań 

muszę mieć zaufanie. Jestem pewien, że wszystko znakomicie obmyśliłyście.

Liza skrzywiła się, widząc rozpromienioną twarz kwiaciarki.

- Wiem,  że  jest  pani  bardzo  zajęta,  Emily,  więc  nie  będę  pani  zatrzymywać.  Dzięki,  że 

zgodziła się pani ze mną tutaj spotkać.

- Nie ma sprawy - odparła Emily, z trudem odwracając wzrok od Jacquesa.

Liza  oczywiście  nie  mogła  jej  za  to  winić.  Oczy  Jacquesa  wyglądały  jak  wypolerowany 

bursztyn.  Nieco  przydługie  włosy  podobne  były  do  dojrzałej  pszenicy.  Ze  swym  francuskim 

akcentem  i  uwodzicielskim  uśmiechem  Jacques  Gaston  był  mężczyzną,  któremu  naprawdę 

trudno się było oprzeć.

-  Emily  - zwróciła  się  do  kwiaciarki,  ignorując  spojrzenie  Jacquesa.  - Na  kiedy  będzie  mi 

mogła pani przygotować nowe rozliczenie?

Emily z wyraźną niechęcią wróciła do interesów.

- Muszę spytać dostawców o ceny gwiazd betlejemskich, potem jeszcze wszystko podliczyć i 

podsumować. Może umówimy się na poniedziałek rano?

- Znakomicie.

- To  dobrze.  Zadzwonię  do  pani  w  poniedziałek  i  jeśli  wszystko  będzie  w  porządku,  po 

południu przyślę umowę.

- Wspaniale. Do usłyszenia w przyszłym tygodniu.

- Jeśli będzie... będziesz miał jakieś uwagi, daj mi znać - zwróciła się Emily do Jacquesa.

- Oczywiście. - Jacques z uśmiechem przyjął jej wizytówkę.

- To już chyba wszystko - oznajmiła Liza, zamykając notes.

background image

- Wybaczcie, ale za chwilę mam tu następne spotkanie.

- Jasne - odparła Emily i wraz z Jacquesem ruszyli ku drzwiom.

Liza  próbowała  skupić  się  na  leżących  na  biurku  papierach.  Wciąż  jednak  myślała  o 

Jacquesie.  Wiedziała, jak działa jego urok. Ale to  nie sam  urok tak ją oczarował przed trzema 

laty.  Pod  maską  uwodzicielskiego,  beztroskiego  żigolaka  krył  się  człowiek  dobry  i  wrażliwy. 

Bronił się tylko przed jakimkolwiek starym związkiem. I to ją od niego odpychało.

Nie było czego żałować. Zrobiła to, co musiała. I nie powinna czuć się zazdrosna. A jednak 

była.

Odpędziła te myśli i wróciła do pracy.

Kiedy  chwilę  później  usłyszała stuknięcie  drzwi  i  ujrzała  w  nich  Jacquesa,  udawała  bardzo 

zajętą.

- Nic z tego nie będzie, ma cherie - oznajmił.

- Z czego? - spytała z udawaną nonszalancją.

- Z unikania mnie.

- Dlaczego sądzisz, że cię unikam?

Jacques  przysiadł  na  skraju  biurka  i  wziął  do  ręki  oprawioną  w  srebrną  ramkę  fotografię. 

Serce  Lizy  przestało  bić  kiedy  przez  kilka  bardzo  długich  sekund  przyglądał  się  twarzy 

jasnowłosego chłopczyka o złotych oczach.

- Może dlatego, że trzy ostatnie spotkania z programu zostały przesunięte i nawet mnie o tym 

nie poinformowałaś - rzekł, odstawiając fotografię.

- Poinformowałam  - odparła,  kiedy  jej  serce  uspokoiło  się.  - Zostawiłam  ci  wiadomość  na 

automatycznej sekretarce w mieszkaniu Petera i Aimee.

- A, tak. Właśnie. Na sekretarce u Aimee i Petera, zamiast w galerii, gdzie spędzam całe dnie. 

Wiedziałaś, że kiedy ją dostanę, będzie za późno. Na szczęście przejrzałem twoją grę, I dlatego 

dziś tu jestem.

- Oskarżasz mnie, że zmieniam terminy spotkań, żebyś nie mógł brać w nich udziału?

- Owszem.

- Czemu miałabym to robić?

- Przecież to jasne, ma cherie. Boisz się przebywać ze mną.

- No, wiesz, Jacques! Twoja pewność siebie jest porażająca. Jeśli chcesz wiedzieć, wcale się 

nie boję z tobą być. Po prostu mnie to nie interesuje.

background image

- Nie?

- Nie - odparła zdecydowanie. - Wierz mi lub nie, ale to, że te spotkania zostały przełożone, 

nie miało nic wspólnego z tobą.

- Więc  twierdzisz,  że  nie  boisz  się  tego.  co  będzie  między  nami,  jeśli  będziemy  razem 

pracować w zarządzie fundacji?

- Nie, nie boję się, bo nic nie będzie. Jacques znacząco uniósł brwi.

Liza zatrzasnęła leżący przed nią folder i złożyła na nim ręce.

- Masz na to moje słowo, Jacques. Nic się między nami nie zdarzy.

- Jesteś tego pewna?

- Całkowicie.

- A więc nie będzie problemu z twoim udziałem w małym przyjęciu, które wydaję.

Liza głośno westchnęła.

- To, że nie boję się z tobą przebywać, nie oznacza jeszcze, że mam ochotę na cokolwiek poza 

kontaktami służbowymi.

Nie widziała sensu, by przypominać mu, że istnieje w jej życiu ktoś inny. Szczególnie że nie 

mogłaby mu tego kogoś przedstawić.

- Jaka podejrzliwa.

Jacques cmoknął i pokręcił głową.

- Dziwisz się? Szczególnie po tym, co powiedziałeś o... o...

- O tym, że cię uwiodę? - roześmiał się. - Nadal mam zamiar to zrobić, ma cherie. Możesz 

być tego pewna.

Prawdziwe  jej  uczucia  zdradził  puls,  który  na  dźwięk  obietnicy  w  głosie  Jacquesa  zgubił 

rytm.

- Ale to przyjęcie nie jest częścią mojego planu. To czysto zawodowa impreza.

Liza podejrzliwie zmrużyła oczy.

- Naprawdę. Wydaję przyjęcie, żeby zawiadomić o zgłoszeniu jednej z moich prac na waszą 

aukcję. Możesz spytać Petera, jeśli mi nie wierzysz.

Dopiero  po  chwili  dotarło  do  niej  znaczenie  jego  stów.  Wiedziała  od  Petera,  że  obrazy  i 

rzeźby Jacquesa osiągają zawrotne ceny.

background image

- Czemu  nic  nie  mówisz?  Pierwszy  raz  widzę,  żeby  Liza  O'Malley  zaniemówiła.  Zawsze 

uwielbiałem  twój  cięty  języczek.  Ale  wciąż  pamiętam,  jaką  przyjemność  mi  sprawiało,  kiedy 

mogłem go uciszyć - dodał.

Liza zarumieniła się. Ona też przypomniała sobie, jak uciszał ją swymi pocałunkami.

- No? Co ty na to?

- To  bardzo  szlachetny  gest.  Naprawdę  chcesz  przeznaczyć  jedną  ze  swych  prac  na  naszą 

aukcję?

- I  w  dodatku  chcę,  żebyś  to  ty  ją  wybrała  - powiedział.  - Możesz  przeznaczyć  na  aukcję 

cokolwiek  z  galerii  Petera.  To  znaczy  wszystko  oprócz  La  Femme - uściślił,  a  w  jego  oczach 

zabłysło pożądanie. Nachylił się i opuszkiem palca pogładził Lizę po policzku. - Z tą jedną pracą 

nigdy się nie rozstanę.

Liza  natychmiast  poczuła  ten  dobrze  jej  znany  skurcz  w  żołądku.  I  niżej.  Zesztywniała  i 

odsunęła się poza zasięg jego dłoni.

- Dziękuję - wyjąkała. - Wszyscy będą zachwyceni, Jacques. Jesteś bardzo hojny. Już dzięki 

pieniądzom, jakie w ten sposób zdobędziemy, nasz obóz dla dzieci może stać się faktem.

- A więc przyjdziesz na moje przyjęcie?

- Tak. Oczywiście. Tylko powiedz dokąd i kiedy.

- Jutro wieczorem. O siódmej. Do mieszkania Gallagherów.

- Jutro wieczorem? - powtórzyła niepewnie.

- Tak. Jakiś problem?

- Nie, nie.

Wiedziała, że trudno jej będzie tak bez uprzedzenia ściągnąć panią Murphy.

- Myślałem,  że  im  szybciej  to  ogłosimy,  tym  lepiej.  Ale  jeśli  chcesz,  możemy  to  trochę 

opóźnić.

- Nie. Niech będzie jutro.

Jacques zsunął się z biurka, obszedł je i stanął obok Lizy.

- Jesteś pewna?

- Tak - zapewniła go. - Po prostu, jak ci już mówiłam, mieszkam za miastem i... staram się nie 

wracać do domu wieczorami.

- A więc możesz spędzić noc w mieszkaniu Petera - zaproponował z chytrym uśmieszkiem.

- Dziękuję, ale nie skorzystam.

background image

- Jesteś pewna, że nie zmienisz zdania? - rzekł, podchodząc jeszcze bliżej.

- Całkowicie  - powiedziała,  czując,  jak  mocno  wali  jej  serce.  Słysząc  pukanie  do  drzwi, 

Jacques zrobił krok do tyłu.

- A więc jutro wieczorem.

- Jutro wieczorem - obiecała.

Kiedy wyszedł. Liza zaczęła się modlić, by najbliższe cztery tygodnie minęły jak najszybciej, 

bo czuła, że coraz trudniej jej odmawiać Jacquesowi Gastonowi.

- Już się nie mogę doczekać tej aukcji, Jacques. Możesz być pewien, że to ja wyjdę z niej z 

twoją rzeźbą.

- Z  przyjemnością  to  zobaczę,  madame  Davis  - ucieszył  się  Jacques,  całując  dłoń  bogatej 

starszej pani.

Kiedy  zamknął  za  nią  drzwi,  w  mieszkaniu  została  już  tylko  Liza.  Poczuł  się  jak  koń 

wyścigowy  wypuszczony  z  bramki  startowej.  Wziął  głęboki,  uspokajający  odech.  Od  chwili 

kiedy zjawiła się w tym mieszkaniu, chłodna i bardzo seksowna w białym kostiumie, jego ciało 

było  w  pełnej  gotowości.  Pragnął  wziąć  ją  w  ramiona  i  zetrzeć  z  jej  twarzy  ten  obojętny, 

spokojny wyraz. Chciał w jego miejsce ujrzeć pożądanie i namiętność. Ledwo się powstrzymał,

by nie ogłosić zakończenia przyjęcia, jeszcze zanim się rozpoczęło.

Przed trzema tygodniami wierzył, że to pragnienie zemsty i pożądanie każą mu ścigać Lizę. 

Teraz już nie był tego taki pewien. Wiedział tylko, że nie zazna spokoju, dopóki Liza znów nie 

będzie jego.

Oderwał się w końcu od drzwi i ruszył na jej poszukiwanie. Znalazł ją w kuchni, wkładającą 

kieliszki do zmywarki.

Stanął  w  progu  i  podziwiał  krągłą  pupę  i  długie,  szczupłe  nogi.  Zobaczyła  go  dopiero 

wówczas, gdy sięgnęła po kolejny kieliszek. Podskoczyła jak oparzona i szkło wyśliznęło jej się 

z ręki.

- O  Boże,  Jacques,  przepraszam  - wyjąkała,  schylając  się  by  pozbierać  odłamki.  - Przez  tę 

muzykę nie słyszałam, że wszedłeś i...

- Nie przejmuj się. To był tylko kieliszek - uspokajał ją, przyklękając obok.

- Ulubiony kieliszek Aimee.

- Kupię jej taki sam - rzekł, wyjmując z ręki Lizy kawałki szkła.

background image

Liza poszła po szczotkę i śmietniczkę i w tej samej chwili ostry kawałek szkła przeciął kciuk 

Jacquesa. Trysnęła krew.

- Coś ty zrobił! - skarciła go ostro.

- Zapewniam  cię,  że  nie  zrobiłem  tego  specjalnie  - mruknął.  Podprowadziła  go  do  zlewu  i 

wsadziła jego dłoń pod strumień zimnej wody.

- Stój tu i nie ruszaj się.

Za  chwilę  wróciła  z  bandażem  i  płynem  dezynfekującym.  Zakręciła  kran,  osuszyła  ranę  i 

przycisnęła ją, by zatrzymać krwawienie.

- To tylko zadraśnięcie - poinformował ją Jacques. Otoczył Lizę ramieniem, przyciągnął do 

siebie i skradł jej pocałunek, o którym marzył przez cały wieczór. Ależ cudownie pachniała!

- Zachowuj się  przyzwoicie! - Obrzuciła  go swym chłodnym spojrzeniem  dumnej hrabiny i 

dalej zajmowała się jego ręką. - To zdecydowanie dużo więcej niż zadraśnięcie. Ale masz rację, 

rana jest niezbyt głęboka. Muszę ją jednak zabandażować, żebyś nie dostał zakażenia.

Jacques oparł się o blat kuchenny i spojrzał na Lizę z uśmiechem.

- Bardzo mi miło, że się tak mną zajmujesz, ale nie na to mam w tej chwili ochotę.

Choć rozcięty palec nieźle go bolał, Jacques nie zobojętniał na lekko kwiatowy zapach Lizy, 

dotyk delikatnych palców, bliskość jej ciała. Czekał cały wieczór, by zostać z nią sam na sam i 

znów poczuć te słodkie usta.

Nagłe pieczenie boleśnie przerwało te rozmyślania.

- Nie ruszaj się - rozkazała Liza. nakładając na ranę kolejną warstwę środka dezynfekującego. 

- Już. To powinno wystarczyć - oznajmiła, kończąc zawijanie bandaża.

Odwróciła się, by odejść, ale Jacques chwycił ją za rękę.

- Nie tak szybko, siostro.

Pieścił palcem jej nadgarstek, ciesząc się, że wyczuwa coraz szybszy puls. _.

- Powinieneś wracać do gości - przypomniała mu Liza.

- Wszyscy już wyszli.

- To i ja wychodzę.

- Nie pocałujesz mnie, żeby sprawdzić, czy nie mam gorączki?

- Takie małe skaleczenie na pewno nie wywoła gorączki.

- Nigdy  nic  nie  wiadomo.  Tak  tu  sobie  rozmawiamy,  a  może  dopadła  mnie  jakaś  straszna 

infekcja. Lepiej mnie pocałuj i sprawdź, czy jestem zdrów.

background image

Na wargach Lizy pojawił się leciutki uśmieszek.

- Nigdy nie rezygnujesz, co?

- Jeśli czegoś bardzo chcę, to nigdy. A teraz bardzo chcę, żebyś mnie pocałowała.

Uśmiech zniknął z jej warg.

- O ile dobrze wiem. temperaturę sprawdza się dotykając czoła, a nie ust.

- Wy,  Amerykanie,  jak zwykle  wszystko  pokręciliście.  Chwycił  ją  za rękę i  przyciągnął  do 

siebie. Jęknął, kiedy przywarło do niego jej miękkie,  ciepłe ciało. Spojrzała mu w oczy, kiedy 

poczuła  na  brzuchu  jego  twardą,  pulsującą  męskość.  Muskał  delikatnie  wargami  jej  usta, 

językiem obrysowywał ich kontur.

- Lizo - szepnął.

Zawahała  się,  a  on  dalej  pieścił  jej  usta.  Dopiero  kiedy  jęknęła,  mógł  wsunąć  w  nie  swój 

język. Poczuł jakiś dziwny ból w tym pustym miejscu, gdzie ludzie zazwyczaj mają serce. Tylko 

z Lizą tak się czuł.

A potem nie  był  już w  stanie w  ogóle  myśleć. Czuł  tylko, jak  kusi  go swym językiem, jak 

przywiera do niego całą sobą.

Chwycił  ją  za  biodra  i  posadził  na  blacie.  Podniósł  do  góry  jej  spódnicę  i  pieścił  miękkie 

wnętrze jej ud. Potem rozsunął jej nogi i dotarł do gorącego, wilgotnego trójkąta.

- Jacques! - krzyknęła.

- Och, cherie. Tak długo  na ciebie czekałem. Tak bardzo cię pragnąłem. Później pójdziemy 

do sypialni. Nie mogę już dłużej czekać - szepnął, próbując zdjąć jej majteczki.

- Zaczekaj! Jacques, nie. Zaczekaj! Znieruchomiał, widząc panikę w jej oczach.

- Co się stało? Co się stało, Lizo?

- To był błąd - powiedziała, obciągając spódnicę.

Zeskoczyła z blatu i zakryła twarz dłońmi. Przez chwilę oddychała głęboko, dopiero potem na 

niego spojrzała. Wciąż była w jej oczach namiętność, ale teraz także żal.

- Przepraszam  cię,  Jacques.  To  moja  wina.  Nie  powinnam  do tego  dopuścić.  Jak  mogłam 

pozwolić, żeby to zaszło aż tak daleko? Chyba nie będę zaprzeczać, że wciąż bardzo mnie po-

ciągasz.

- Pociągam? - powtórzył gniewnie, nawet nie próbując ukryć swej złości.

Liza leciutko zacisnęła wargi.

- No, dobrze. Powiem szczerze. Pragnę cię. Jesteś zadowolony?

background image

- Nie, Lizo. Absolutnie nie jestem zadowolony. Jedyną pociechą jest świadomość, że i ty nie 

jesteś szczęśliwa.

- Przepraszam cię, Jacques. Szczerze. Ale nie mogę na to pozwolić.

Liza obróciła się na pięcie i ruszyła w kierunku drzwi.

- Dlaczego? - zawołał gniewnie Jacques, idąc za nią krok w krok.

Kiedy  zdjęła  z  wieszaka  swój  płaszcz,  zupełnie  już  stracił  cierpliwość.  Ujął  ją  pod  brodę  i 

kazał na siebie spojrzeć.

- Dlaczego, Lizo? Nie kłam i nie mów, że jest w twoim życiu inny mężczyzna. Nie wierzę ci, 

bo płoniesz w moich ramionach. Niewiele brakowało, a kochalibyśmy się tam, na blacie. Oboje 

o tym wiemy.

Nie zaprzeczyła, więc mówił dalej.

- Sama  powiedziałaś,  że  mnie  pragniesz.  Wiesz,  że i  ja  cię  pragnę.  Czemu  więc  odmawiać 

sobie tej przyjemności?

Liza wyrwała się z jego uścisku.

- Bo to nie wystarczy - powiedziała. - To po prostu nie wystarczy.

- A czego ty chcesz?

- Więcej niż chcesz dać.

- To znaczy?

- To znaczy, że za trzy tygodnie stąd wyjedziesz. Wrócisz do swojego życia i ja do swojego. 

Już raz trzy lata  temu byłam taką idiotką, że pozwoliłam sobie na przelotny romans. Nie mam 

zamiaru robić tego znowu.

- Zapewniam cię, że nasz romans wcale nie był ani nie będzie przelotny.

Liza uniosła głowę i spojrzała na niego chłodno.

- Celna uwaga. Bo w ogóle nie będzie żadnego romansu.

- Ależ mylisz się, ma cherie - zawołał za nią Jacques.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Ten człowiek doprowadza ją do szału.

Liza rzuciła  ołówek  na  biurko i  spojrzała  na  pachnące  gardenie  w  złotym  koszyczku,  które 

przyniesiono tego ranka.

Wzięła do ręki towarzyszący im bilecik i jeszcze raz przeczytała dziwne słowa napisane ręką 

Jacquesa.

W ósmym dniu Adwentu twój ukochany ofiarowuje ci osiem białych gardenii...

Czy pamiętasz, cherie? Znowu może tak być... Jacques.

Jak  mogłaby  nie  pamiętać  tego  popołudnia,  kiedy  kochał  się  z  nią  na  łóżku  obsypanym 

płatkami gardenii? Ich zapach sprawił, że oboje przeżyli orgazm jeszcze bardziej niezwykle.

Dlaczego  Jacques  to  robi?  Dlaczego  tak  bardzo  się  stara,  żeby  ona  przypomniała  sobie 

wszystkie szczegóły ich romansu?

Liza westchnęła. Znała, oczywiście, odpowiedź na to pytanie - bo jej pragnie. I najwyraźniej 

ma zamiar spełnić swoją obietnicę, to znaczy ją uwieść. A po tym wieczorze, kiedy omal mu nie 

uległa, ma powody wierzyć, że mu się to uda.

I tylko siebie możesz za to winić, Lizo O'Malley.

Czuła,  jak  płoną  jej  policzki,  kiedy  przypomniała  sobie,  jak  niebezpiecznie  blisko  była 

poddania  się.  Wiedział,  że  miłe  są  jej  te  zaloty,  ponieważ  ona  też  go  pragnie.  W  gardle  jej 

zaschło,  kiedy  przypomniała  sobie,  z  jaką  złością  zareagował  na  to,  że  w  ostatniej  chwili  się 

wycofała.

Kiedy przez ponad tydzień nie dzwonił ani nie pojawił się na żadnym ze spotkań, uznała, iż 

przekonał się, że nic z tego nie będzie. Że umył ręce.

I wtedy zaczęła otrzymywać te prezenty.

Pierwszy  przyniesiono  przed  ośmioma dniami,  na  dwanaście  dni  przed  przyjęciem.  Była  to 

butelka  szampana  z  jego  rodzinnej  winnicy  we  Francji.  Nawet  nie  patrząc  na  wizytówkę 

wiedziała, że to od niego.

Następnego dnia dostała dwa kryształowe kieliszki do szampana, potem trzy srebrne miseczki 

pełne truskawek. Później cztery ciasteczka z wierszykami o zakochanych.

Każdy  z  prezentów  był  tak  dobrany,  że  łączył  się  z  jakimś  wspomnieniem  z  czasów  ich 

romansu. Także dzisiejsze gardenie.

background image

Z  bólem  serca  przypomniała  sobie  ostatni  raz,  kiedy  Jacques  dał  jej  gardenie.  To  był  ich 

ostatni wspólny dzień w Nowym Orleanie. Wspomnienie było wciąż świeże...

- Kocham cię  - szepnęła  Liza  wtulając się w  objęcia  Jacquesa.  - Jeszcze  nigdy w życiu nie 

byłam taka szczęśliwa, jak teraz... w tej chwili... z tobą.

- Nie  tylko  ty  jesteś  szczęśliwa  - rzekł,  całując  ją  znowu.  - Jesteś  taka  piękna,  ma  cherie -

szepnął. Wsunął nogę między jej uda i poczuła jego twardą męskość.

- Czasami  myślę,  że  jesteś  czarownicą,  która  rzuciła  na  mnie  urok  - mówił  dalej.  -

Choćbyśmy nie wiem jak często się kochali, nigdy nie mam dosyć. Chwilami boję się, że nigdy 

się tobą nie nasycę.

Jakby  chcąc  udowodnić  te  słowa,  odrzucił  prześcieradło  i  zanurzył  dłoń  w  miękkie, 

jedwabiste loczki między jej udami.

Liza jęknęła i na moment poddała się jego pieszczotom. Ona też znów go pragnęła. Spojrzała 

na  tego złotowłosego Adonisa, któremu oddała swoje serce i ciało. Ujęła  w dłonie jego twarz, 

przyciągnęła do siebie i pocałowała.

- Czy  to  by  było  takie  straszne?  - spytała  później.  - Gdyby to,  co  jest  między nami  się  nie 

skończyło? Gdybyśmy dalej się pragnęli... i postanowili zostać razem?

Jacques zmrużył oczy i choć się nie odsunął, wyczuła między nimi pewien dystans.

- To byłaby katastrofa. Dla nas obojga.

- Dlaczego?

- Bo jak ci już mówiłem, nie chcę się z nikim wiązać. Poza tym nie mogę bez końca siedzieć 

w Nowym Orleanie. Już i tak zostałem dłużej, niż planowałem. I na pewno nie było to rozsądne. 

Ale tak bardzo nie chciałem się z tobą rozstawać.

- To się nie rozstawaj. Zostań ze mną. Chcę, żebyś został. Jacques ujął jej dłoń i podniósł ją 

do ust.

- Może zostanę jeszcze trochę, ale potem będę musiał wyjechać. Każde z nas musi wrócić do 

swego życia.

- Ja chcę życia z tobą, Jacques.

- W  moim  życiu  nie  ma  miejsca  dla  nikogo,  Lizo.  Nawet  dla  ciebie.  A  co  z  twoimi 

podróżami? Co z firmą, którą chcesz założyć?

- Nadal mogłabym to zrobić.

background image

- Ale czy byś zrobiła? Czy podjęłabyś pracę, na przykład, w Kalifornii, gdybym ja musiał tam 

pracować? Czy zamknęłabyś firmę, by polecieć ze mną do Mediolanu, czy też spodziewałabyś 

się, że zrezygnuję z podróży i zostanę z tobą?

- Na pewno byśmy się jakoś dogadali. Jacques pokręcił głową.

- A  potem  znienawidzili,  że  jedno  dla  drugiego  musiało  zrezygnować  z  marzeń  - rzekł  i 

pocałował ją. W jego oczach był smutek i tęsknota dużo głębsza niż fizyczne pożądanie. Gdyby

tylko jej zaufał, gdyby tylko uwierzył w potęgę jej miłości. -Nie, moja Lizo. Jesteśmy do siebie 

podobni. Niezwykle samolubni, bo oboje wiemy, czego chcemy, i nie boimy się po to sięgać. A 

ja w tej chwili chcę ciebie.

Powiedz mu, szeptał w niej jakiś głos. Powiedz mu.

- Jacques, ja... - nagle zawahała się. Kiedy wyciągnął do niej ręce, powstrzymała go.

- Co takiego, ma cherie?

- Ja... dużo myślałam o przyszłości. A ty? Czy myślałeś kiedyś o przyszłości?

- Oczywiście, że myślę o przyszłości. Każdy artysta o niej myśli. Pewnego dnia będę sławny, 

Lizo.  Moje  prace  będą  wystawiane  w  najlepszych  galeriach.  Będę  zatrzymywał  się  tylko  w 

najlepszych hotelach, jadał w najlepszych restauracjach, pił najlepszego szampana. Szczególnie 

tego  produkowanego  w  winnicy  mojego  ojca  - dokończył  z  goryczą  w  głosie.  Zamilkł  i 

przeczesał palcami włosy.

- Co ci jest, Jacques?

Potrząsnął głową, jakby chciał odpędzić od siebie jakieś nieprzyjemne myśli. Kiedy znów na 

nią  spojrzał,  był  tym  samym  Jacquesem, którego  znała.  Człowiekiem  o  wielkich  marzeniach  i 

ambicjach. Malował przed nią wspaniałą przyszłość.

- Pewnego  dnia,  kiedy  stanę  się  sławny  i  bogaty,  będę  się  z  tobą  kochać  w  najdroższym 

apartamencie luksusowego hotelu. Wszędzie każę ustawić kwiaty w prawdziwych kryształowych 

wazonach, będą tam grube i miękkie dywany oraz ogromne łóżko z jedwabną pościelą. A kiedy 

położę cię na tym łóżku,  by się z tobą kochać, zamiast płatków z kilku skradzionych gardenii, 

będzie tam morze płatków z setek gardenii kupionych w najlepszej kwiaciarni w mieście.

Fakt,  że  w  jego  przyszłości  było  miejsce  i  dla  niej,  bardziej  ją  ucieszył  niż  te  erotyczne 

obrazy, które przed nią malował.

- To tylko rzeczy, Jacques. Dla mnie są zupełnie nieistotne.

- Ale dla mnie tak.

background image

Jego  odpowiedź  bardzo  ją  zabolała.  Nadal  jednak  nie  rezygnowała.  Westchnęła  i  mówiła 

dalej:

- Będziesz miał sławę, pieniądze i co dalej? Co będzie potem?

- Nie rozumiem?

- Co  będziesz  robił,  jak  spełnią  się  twoje  marzenia?  Czy...  myślałeś  o  małżeństwie?  O 

rodzinie?

Uśmiech  z  jego  twarzy  zniknął,  a  Liza,  mimo  że  w  pokoju  było  ciepło,  oblała  się  zimnym 

potem.

- Nigdy się nie ożenię, Lizo. A już na pewno nie będę miał dzieci.

- A...  a  jeśli  się  w  kimś  zakochasz?  Kiedy,  na  przykład,  dowiesz  się,  że  będziesz  ojcem?  -

mówiła przez ściśnięte gardło.

- To wykluczone. Zawsze jestem bardzo ostrożny.

- Wiem. Ale gdyby mimo wszystko to się stało? Co byś zrobił?

Przez dłuższą chwilę patrzył jej prosto w oczy.

- Domagałbym się, by kobieta usunęła ciążę - rzekł, kiedy już przestała liczyć na odpowiedź.

Liza nie była w stanie ukryć swego zaskoczenia.

- Nie zrobiłbyś tego.

- Ależ tak - zapewnił ją chłodno i zdecydowanie. - Nigdy nie sprowadzę na ten świat dziecka. 

Krew, która płynie w moich żyłach, jest skażona. Jest we mnie pewna mroczność, coś, co było w 

moim ojcu i dziadku. Mroczność, którą odziedziczyłem, ale której nikomu już nie przekażę.

-  Jacques,  to  absurdalne  - powiedziała,  choć  widziała,  że Jacques  wierzy  w  każde  swoje 

słowo. Musnęła palcem jego brodę. - Nie ma w tobie żadnej mroczności. Jesteś jednym z najle-

pszych ludzi, jakich znam. Kocham cię. Ujął jej dłoń i pocałował.

- Kochasz tę część mnie, którą pozwalam ci zobaczyć.

- Kocham ciebie.

- Uwierz  mi,  cherie.  Nie  mogłabyś  pokochać  prawdziwego  Jacquesa  Gastona.  Nie 

potrafiłabyś, skoro ja sam nim gardzę.

Chciała zaprzeczyć, lecz uciszył ją jednym spojrzeniem.

- Jest we mnie coś złego, owa mroczność, której nie widzisz i której postaram się nigdy przed 

tobą nie ujawnić. Ale ona we mnie jest. Widziałem ją, czułem. To przez nią bywam zły i jestem 

zazdrosny, kiedy inni mężczyźni na ciebie patrzą.

background image

- Nie wiedziałam, że jesteś zazdrosny.

- Zazdrosny to zbyt słabe określenie na to, co czuję, gdy widzę cię z innym mężczyzną. Kiedy 

wczoraj na przyjęciu słyszałem, jak ten mężczyzna prosił cię o numer telefonu, chciałem udusić 

go gołymi rękami. I zrobiłbym to, gdybyś mu dała.

Poznała po jego oczach, że nie żartuje.

- I choć mu odmówiłaś, także i ciebie chciałem udusić, bo się do niego uśmiechnęłaś.

Liza zadrżała i z trudem przełknęła ślinę.

- Taki  mężczyzna  jak  ja  nie  jest  w  stanie  kochać,  Lizo.  Jestem  niezdolny  do  takiego 

szlachetnego uczucia. To, co do ciebie czuję, to tylko namiętność.

Położył ją na łóżku i zaczął delikatnie całować jej piersi. Po raz pierwszy jego pieszczoty nie 

sprawiły jej przyjemności.

Kiedy rozsunął jej nogi i wsunął się między nie, zaprotestowała.

Przez chwilę myślała, że ją zlekceważy. W końcu jednak odsunął się.

- Przepraszam - rzekł z goryczą.

Zasłonił ramieniem oczy i leżał w milczeniu.  W pokoju słychać było tylko tykanie zegara i 

bicie jej serca.

- Jacques, wszystko w porządku? - zapytała, gładząc go po ramieniu.

Kiedy na nią spojrzał, w jego oczach wciąż widać było tę samą złość.

- Nie  myl  pożądania  z  miłością,  Lizo.  I  bądź  wdzięczna,  że  to,  co  do  ciebie  czuję,  to 

namiętność, a nie miłość. Bo gdybym pozwolił sobie na miłość, sprawiłbym ci tylko ból.

Pogładził delikatnie jej twarz i przytulił ją do siebie. I choć był tak blisko,  Liza czuła tylko 

chłód. Zamknęła oczy i udawała, że śpi, a on dalej gładził jej włosy. Szepnął coś po francusku.

- Spij dobrze, ma cherie - rzekł jeszcze. - Jutro czeka nas męczący dzień. Otwieramy nową 

wystawę u Petera, a potem będziemy świętować mój sukces.

Nie świętowała z nim jednak tego sukcesu. Ani żadnego następnego. Bo kiedy zasnął, wróciła 

do swego mieszkania, spakowała się i wyjechała.

Lecąc pierwszym porannym samolotem z Nowego Orleanu, pogrzebała wszelkie nadzieje na 

wspólną przyszłość z Jacquesem. Zabierała też ze sobą swoją tajemnicę.

Pogrążona  w  ponurych  myślach,  wpatrywała  się  w  koszyczek  z  gardeniami.  Gardenie  w 

zimie, pomyślała. Tylko Jacques mógł wymyślić prezent, który sam w sobie był jak cud.

background image

W żaden sposób nie dało się go jednak porównać z innym drogocennym prezentem, z innym 

cudem, jaki jej podarował. Ich ostatniej wspólnej nocy zrozumiała, że nigdy nie będzie się cie-

szył cudem, który razem stworzyli.

Ale ona tak.

Liza  z  przykrością  wspomniała  tamte  lata  pełne  rozczarowań.  Zapalenie  jajników,  pomiary 

temperatury,  zastrzyki  zapładniające,  zapalenie  błony  śluzowej  macicy  i  w  końcu  sugestia 

lekarza, by zastanowiła się nad usunięciem macicy. Napięcie, jakie powstało w jej małżeństwie z 

powodu jej niepłodności, odkrycie romansu męża, ból i upokorzenie spowodowane rozwodem, 

który  przeprowadzili,  by  mąż  mógł  poślubić  swą  ciężarną  kochankę.  A  potem,  kiedy  już 

przyzwyczaiła się do myśli, że jest tylko pustą skorupą, niezdolną do wypełnienia tej najbardziej 

podstawowej kobiecej funkcji, nagle zaszła w ciążę.

Spełnienie  jednego  marzenia  wykluczyło  jednak  inne  - to  o  wspólnym  życiu  z  Jacquesem. 

Pogodziła się z owym faktem przed trzema laty, kiedy podjęła decyzję o odejściu i zachowaniu 

w tajemnicy jego ojcostwa.

A w ciągu ostatnich kilku tygodni przekonała się, że choć Jacques nadal fizycznie jej pragnie, 

jego serce wciąż jest zamknięte w pułapce dawnych lęków. Mogła ryzykować, że odrzuci ją ale 

nie mogła narazić na to ich dziecka.

Wzięła do ręki koszyczek z gardeniami, na moment zanurzyła twarz w ich płatkach, a potem 

wyrzuciła  podarunek  Jacquesa  do  kosza.  Serce  jej  się  ścisnęło,  kiedy  patrzyła  na  połamane 

kwiatki. Zacisnęła  ręce,  powstrzymując się, by ich nie ocalić.  Dla dobra  swego syna  musi być 

silna. Jeszcze tylko tydzień i Jacques na zawsze zniknie z jej życia.

- Lizo?

Szybko przełknęła ślinę, usuwając jakąś dziwną kulę, która blokowała jej gardło.

- Tak, Mary? O co chodzi? - zwróciła się do stojącej w drzwiach asystentki.

- Dzwoni  właściciel  restauracji,  pan  Newberry.  Mówi,  że  to pilne.  Są  jakieś  problemy  z 

winami na nasze przyjęcie w przyszłym tygodniu.

- Dziękuję. Już odbieram.

Mary uważnie przyjrzała się swojej szefowej.

- Nic ci nie jest?

background image

- Nie,  wszystko  w  porządku  - skłamała  Liza,  sięgając  po  słuchawkę.  - Dzień  dobry,  panie 

Newberry. Tu Liza O'Malley.

- Dzień dobry pani. Jak to dobrze, że panią złapałem. Mam nadzieję, że nie przeszkadzam?

- Nie. Słucham. Czym mogę panu służyć?

- Jak  już mówiłem pani  asystentce, chciałbym  się dowiedzieć, jak  załatwić ten...  problem  z 

różnicą w cenie win.

Liza pamiętała,  że  zostawiła  sprawę wyboru win  w rękach Jacquesa.  Poczuła się winna, bo 

chcąc uniknąć dalszych z nim kontaktów, powiedziała mu, że nie musi konsultować z nią swojej 

decyzji.

- Jaka konkretnie jest ta różnica? - spytała.

- Pamięta  pani,  że  kiedy  mówiliśmy  o  winach,  zaproponowałem  dobre,  ale  stosunkowo 

niedrogie kalifornijskie chablis i cabernet.

- Tak,  pamiętam.  Miało  kosztować  nieco  więcej,  niż  z  początku  planowaliśmy,  ale  zarząd 

uznał,  że na  winach  nie  będziemy oszczędzać.  Myślałam,  że  pan  Gaston  zapoznał się  z  doko-

nanym przez pana wyborem i zaakceptował go.

- Owszem, zapoznał się, ale dokonał zmian.

- Ale w tych samych granicach cenowych, tak?

- Niezupełnie.

- To znaczy, że wino będzie kosztować jeszcze więcej, niż zakładaliśmy?

- Tak.

Liza była na siebie wściekła. Sama powinna się tym zająć.

Wiedziała,  że  Jacques  ma  wiełkopański  gest.  Mogła  się  spodziewać,  że  zaproponuje  wina 

dużo droższe niż te sugerowane przez pana Newberry'ego.

- O  jakiej  różnicy  mówimy?  - spytała,  rozważając  równocześnie  w  myślach  możliwości 

ewentualnego obniżenia kosztów w innych dziedzinach.

- Czterech tysięcy dolarów.

- Dobrze.  Jeśli  zrezygnujemy  z  balonów,  zaoszczędzimy  dwieście.  - Przerwała,  bo  dopiero 

teraz dotarła do niej wymieniona przez restauratora suma. - Ile pan powiedział?

- Cztery tysiące dolarów, mniej więcej.

- Ależ  to  niemożliwe - przeraziła  się.  - Przecież  cała  suma,  jaką  przeznaczyliśmy na  wino, 

była dużo niższa.

background image

- Wiem, proszę pani. I mówiłem o tym panu Gastonowi, kiedy nalegał, byśmy zamówili wina 

francuskie. Powiedział, że sam się tym zajmie i nie będzie żadnej różnicy w cenie.

- Zamówił wina francuskie?

- I szampana.

- Jakiej marki?

- Z winnicy Gaston.

Liza poczuła nagły przypływ złości. Mocno zacisnęła palce na słuchawce, żałując, że nie jest 

to szyja Jacquesa.

- Chce mi pan powiedzieć, że pan Gaston kazał panu zmienić zamówienie, wybierając trunki 

dwa razy droższe i w dodatku decydując się na szampana, a pan się ze mną nie skonsultował?

- Chciałem,  proszę  pani,  ale  pan  Gaston  zapewnił  mnie,  że  ma  pełnomocnictwo  do 

dokonywania takich  zmian.  Dodał  też,  że jest  spokrewniony z właścicielami tej  winnicy, więc 

dostanie odpowiednią zniżkę i ceny będą te same.

- Ale okazało się, że nie są.

- Właśnie.  Przed  chwilą  odebraliśmy  przesyłkę  z  dołączoną  fakturą.  Zamieszczone  na  niej 

ceny są dużo, dużo wyższe.

- Czy kontaktował się pan z panem Gastonem?

- Próbowałem, ale nie udało mi się go złapać. Wyszedł już z galerii, a numeru jego telefonu 

domowego nie mam. Sam nie wiem, co teraz robić.

- Na  pewno  nie  podamy  win  ani  szampana  zamówionego  przez  pana  Gastona.  Proszę  je 

zapakować do odesłania z powrotem.

- A co będzie z winami na przyjęcie?

- Może pan jeszcze zdobyć te, o których z początku mówiliśmy?

- Spróbuję, ale mogą być problemy. Wie pani, zbliża się Boże Narodzenie...

- Niech pan robi, co się da. Ewentualnie proszę dokonać jakichś zmian.

- A co z panem Gastonem?

- Niech się pan o niego nie martwi. Sama z nim to załatwię. I to jak, pomyślała dziesięć minut 

później,  kiedy  jak  burza wybiegła  z  biura.  Jej  celem  było  mieszkanie  Aimee  i  Petera  Gal-

lagherów.

- Otwarte! - krzyknął Jacques, przekrzykując muzykę Mozarta i nie odrywając się od pracy.

Znowu rozległo się stukanie, tym razem głośniejsze i bardziej natarczywe.

background image

- Otwarte - zawołał jeszcze raz. Spojrzał na fotografię Sary Gallagher, córki Aimee i Petera, a 

potem na popiersie, które właśnie modelował w glinie.

- Jacques?

Na dźwięk głosu Lizy jego serce natychmiast zaczęło szybciej bić.

- Jestem w pracowni - zawołał.

A  więc  gardenie  zrobiły  swoje,  pomyślał  z  uśmiechem.  Ach,  ten  język  kwiatów.  Choć 

zignorowała poprzednie prezenty, gardenii nie była w stanie zlekceważyć.

Leciutko  muskając  palcami  gliniane  policzki  rzeźby,  pogratulował  sobie  znakomitego 

pomysłu.

Odwrócił się ku drzwiom, słysząc, że  zatrzymała  się w nich.  Miała zarumienione policzki  i 

lekko potargane włosy. Wcale nie wyglądała na chłodną i opanowaną.

- Cześć, ma cherie.

- Tym razem posunąłeś się za daleko, Jacques. Zaskoczył go jej ostry ton i wyraźna złość w 

zielonych oczach.

- Nie podobały ci się gardenie?

- Nie mówię o gardeniach.

Jacques był jeszcze bardziej zdziwiony.

- I rozumiem, że o jedwabnych apaszkach także nie. No, tak, to niemożliwe - mówił bardziej 

do siebie niż do niej. - Dostarczą ci je dopiero pod koniec tygodnia.

- Jedwabne apasz... Jak mogłeś!

- Mogłem. I to  dwanaście,  wszystkie jedwabne  i  wszystkie wybrane przeze  mnie  osobiście. 

Dostaniesz je  w piątek - dodał z uśmiechem. - Widzę, że pamiętasz naszą zabawę z jedwabną 

apaszką - ucieszył się.

Liza zarumieniła się jak piwonia.

- Nie przyszłam tu dyskutować o twoich... twoich idiotycznych zalotach.

Jej  słowa  zabolały  go  jak  policzek  i  z  trudem  ukrył  rozczarowanie.  Spokojnie  okrył 

wilgotnym płótnem i plastikową płachtą rzeźbę, nad którą pracował.

- To w takim razie, po co przyszłaś? - spytał.

- Żeby  ci  powiedzieć,  iż  wiem,  co  zrobiłeś.  Wiem,  że  zmieniłeś  zamówienie  win  na  nasze 

przyjęcie dobroczynne.

background image

- Nie chciałem, żebyś tak szybko się dowiedziała - przyznał rozczarowany. Miał nadzieję, że 

dopiero na przyjęciu dowie się o jego prezencie. - Chciałem ci zrobić niespodziankę.

- I bądź pewien, że ją zrobiłeś. Jak mogłeś tak postąpić, Jacques?

- Mówiłem, że to miała być niespodzianka.

Zdziwił się, że jego odpowiedź jeszcze bardziej ją zdenerwowała.

- Wiedziałeś, iż mamy niewiele pieniędzy. Że obóz dla dzieci jest najważniejszy i przyda nam 

się każdy cent.

I choć rozumiem, że chciałeś pomóc swojej rodzinie we Francji, nie...

- Co ty opowiadasz, Lizo? Jakiej rodzinie chciałem pomóc? Nie mam rodziny we Francji ani 

nigdzie  indziej.  -  Jacques  skrzywił  się  i  wolno  wycierał  ręce.  - Zamówiłem  wino  z  winnicy 

Gaston, bo to ja jestem jej właścicielem. Odziedziczyłem ją dwa lata temu po śmierci ojca.

- Wobec tego jest jeszcze gorzej, niż myślałam - powiedziała chłodno Liza. - Wykorzystałeś 

sytuację i... i mnie.

Urażony jej zarzutem Jacques rzucił ręcznik na ziemię i zrobił krok w jej kierunku.

Mon  Dieu!  Daję  na  aukcję  jedną  z  moich  najdroższych  rzeźb.  Robię  z  siebie  idiotę, 

zasypując cię prezentami i miłosnymi liścikami. Darowuję warte tysiące dolarów wino na twoje 

przyjęcie  dobroczynne.  Wszystko  po  to,  żeby  ci  sprawić  przyjemność.  A  ty  tu  przychodzisz, 

patrzysz na mnie z góry i oskarżasz, że cię wykorzystuję?

- Po... podarowałeś to wino?

- Oczywiście, że je podarowałem - odparował Jacques. -

Wy nigdy byście sobie nie mogli pozwolić na wino z winnicy Gaston.

- Ale do przesyłki dołączona była faktura. Pan Newberry mówił...

Dopiero  teraz  dotarło  do  niego,  co  się  stało.  Liza  podejrzewa,  że  chciał  wypchać  sobie 

kieszenie  kosztem  letniego  obozu  dla  dzieci.  Że  wykorzystuje  swą  pozycję  w  zarządzie,  by 

zarobić na boku parę dolarów. Jacques aż zazgrzytał zębami.

- Faktura była niezbędna dla celników. Nie mam zamiaru domagać się zapłaty za to wino. To 

prezent ode mnie.

Liza spuściła wzrok.

- Nie wiem, co powiedzieć, Jacques. Jesteś taki hojny, a ja myślałam, że... myślałam...

- Wiem,  co  myślałaś.  Mogę  zrozumieć,  że  Newberry  się  pomylił.  Ale  ty,  Lizo?  Byłem 

pewien, że lepiej mnie znasz.

background image

Było mu bardzo przykro, że podejrzewała go o taką małostkowość.

- Przepraszam  cię,  Jacques.  Masz  rację.  Powinnam  się  domyślić,  że  to  jakieś 

nieporozumienie. Że nie mógłbyś być taki... taki wyrachowany.

Jej słowa złagodziły nieco jego złość i urazę.

- Naprawdę  mi  przykro,  Jacques  - szepnęła  Liza,  kładąc  mu  rękę  na  ramieniu.  - Mam 

nadzieję, że mi wybaczysz, iż tak cię źle oceniłam.

Odpowiedziało  jej  milczenie.  Przez  kilka  chwil  Jacques  starał  się  zwalczyć  ogarniające  go 

pożądanie.

- Wybaczę ci pod jednym warunkiem - rzekł w końcu, biorąc ją za rękę.

- Pod jakim? - spytała ostrożnie.

- Idź ze mną na to piątkowe przyjęcie.

- Obawiam się...

- Choć  raz  w  życiu  niczego  się  nie  obawiaj.  Po  prostu  chodź  ze  mną.  - Uniósł  jej  dłoń  i 

pocałował. - Chodź ze mną. Proszę.

Widząc jej wahanie, nie ustawał.

- Przecież tam przyjdzie co najmniej pięćdziesiąt osób. Na pewno będziesz bezpieczna.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Liza była pewna, że jeśli chodzi o Jacquesa Gastona, nigdy nie będzie bezpieczna. Choćby w 

tym samym pokoju znajdowały się tłumy ludzi, był dla niej jak zawsze śmiertelnie groźny.

Kiedy w piątek po obiedzie wróciła do swego biura, rzeczywiście czekały tam na nią apaszki. 

Dwanaście przepięknych, drogich apaszek z najdelikatniejszego jedwabiu.

„Pamiętasz, Lizo?", napisane było na kartce, pamiętasz ten wieczór, kiedy wymknęliśmy się z 

tamtego  nudnego  przyjęcia  i  wróciliśmy  do  twojego  mieszkania?  Miałaś  na  sobie  jedwabną 

apaszkę w kolorze kości słoniowej..."

Oczywiście, że pamiętała. A w dodatku przez resztę dnia była w stanie myśleć tylko o tym.

Kiedy przyjechał po nią do biura, żeby zabrać ją na przyjęcie, nadal pogrążona była w tych 

wspomnieniach. W ciemnoszarym garniturze, przy którym jego oczy zdawały się bardziej złote 

niż brązowe i z tym swoim uśmiechem na ustach, wyglądał oszałamiająco. Musnął na powitanie 

wargami jej usta, a ona  największym wysiłkiem  woli powstrzymała  się,  by nie  zareagować na 

jego pocałunek.

W samochodzie było jeszcze gorzej. Przez cały czas, jadąc do rezydencji Carstairsów, gdzie 

odbywało się przyjęcie, czuła jego bliskość i zapach.

Teraz  też,  mimo  wesołej  atmosfery i  tłumu  rozbawionych ludzi,  Liza była sztywna  i  spięta 

tylko dlatego, że Jacques znajdował się w tym samym pomieszczeniu.

- Czy mogę ci dolać trochę wina?

Liza  zdała  sobie  sprawę  z  obecności  Roberta  Carstairsa  dopiero  wówczas,  kiedy  stanął  tuż 

obok niej. Spojrzała na swój prawie pusty kieliszek, potem na niego.

- Dzięki, ale chyba już nie będę piła. Czeka mnie długa droga do domu.

Robert ze zdziwieniem uniósł brwi.

- Gaston cię nie odwozi?

Wiedziała,  jakie  pytanie  naprawdę  chciałby  jej  zadać,  był  jednak  zbyt  dobrze  wychowany. 

Podobnie  było  przed  tygodniem,  kiedy  poinformowała  go,  że  może  mu  zaproponować  tylko 

przyjaźń. Wyraził swoje rozczarowanie i przyjął jej wyjaśnienie, że nie jest po prostu gotowa do 

trwałego  związku.  Widziała  jednak,  że  Robert  jest  przekonany,  iż  prawdziwym  powodem  jej 

odmowy  jest  Jacques.  Biorąc  zresztą  pod  uwagę  pytania  Jane.  Robert  nie  był  jedynym,  który 

zastanawiał się, czy Liza i Jacques są kochankami.

background image

- Nie,  Jacques  nie  odwozi  mnie  do  domu  i  nie  zatrzymam  się  na  noc  w  jego  mieszkaniu. 

Przyjechał  po  mnie  do  biura  i  tam  zostawiłam  samochód.  Umówiliśmy  się,  że  po  przyjęciu 

podwiezie mnie tam i sama wrócę do domu.

- Rozumiem - rzekł. - Domyślam się, że to był twój pomysł, nie jego.

Liza poczuła,  że  się  rumieni.  Robert  był oczywiście  zbyt  spostrzegawczy,  by  nie  zauważyć 

zaborczych gestów Jacquesa, jego dłoni przytrzymującej jej łokieć, kiedy przybyli na przyjęcie, 

niewinnych muśnięć ręki, bliskości sugerowanej pociągnięciem łyka wina z jej kieliszka.

Już  wcześniej  przyznał  się  do  zazdrości,  wiedziała  więc,  że to  zachowanie  ma  być 

ostrzeżeniem dla Roberta i wszystkich innych mężczyzn. Sugerowało coś więcej niż tylko dawną 

znajomość czy bliskie stosunki służbowe. Mówiło o bliskości właściwej tylko kochankom.

- Tak. To był mój pomysł.

Robert spojrzał na Jacquesa, otoczonego grupką gości. Uśmiechał się, udając zainteresowanie 

rozmową, ale oczu nie odrywał od Lizy.

- To dziwne, że się zgodził.

- Raczej  nie  miał  wyboru  - powiedziała  Liza.  Przypomniała  sobie,  jak  niezadowolony  był 

Jacques, kiedy kazała mu przyjechać po siebie do biura i tamże odwieźć ją po przyjęciu.

- Lizo, wiem, że to nie moja sprawa, ale jeśli mylę się co do ciebie i Gastona... to znaczy, jeśli 

między  wami  nie  ma  romansu,  jak  myślałem...  to  chciałbym...  żebyśmy  my...  Przerwał  i 

zaczerpnął tchu. - Przyjaźń nie jest taka zła na początek. Mnie się nie spieszy. Dam ci tyle czasu, 

ile potrzebujesz.

Liza ujęła Roberta za rękę. Nie  mogła dawać mu fałszywej nadziei. Wiedziała, że nigdy go 

nie pokocha.

- Jesteś wspaniałym człowiekiem, Robercie. Mądrym i delikatnym. Zawsze będę cię lubiła.

- Ale zakochana jesteś w Gastonie.

- Tak - przyznała z westchnieniem. - Bardzo mi przykro. Bardziej niż podejrzewasz.

- Nie  przejmuj  się.  Domyślałem  się  tego.  Musiałem  jednak  spróbować.  - Mrugnął  do  niej, 

uśmiechnął się i uścisnął jej rękę. - A on? Co czuje do ciebie ten Francuz?

- Pragnie mnie.

Robert parsknął śmiechem.

- Tak. Sam się mogłem tego domyślić. I przyznam, że wcale mu się nie dziwię. Ale co oprócz 

tego? Mówił coś o przyszłości?

background image

- Jacques nie lubi trwałych związków. To także dlatego wszystko się między nami skończyło.

- Rozumiem. Domyślam się więc, że nie wie, iż Jack jest jego synem.

Liza na moment zaniemówiła.

- Sss...skąd wiesz? - wyjąkała po chwili.

- Sama mówiłaś, że jestem mądry. Nie trzeba być profesorem, żeby domyślić się, że coś was 

łączy,  coś  dużo  głębszego  niż  przyjaźń  z  Gallagherami.  Choć  muszę  przyznać,  że  miałem  na-

dzieję,  iż  się  mylę.  Poza  tym  znam  twego  syna.  Choć  ma  twoje  włosy  i  cerę,  to  wykapany 

Gaston.

Na samą myśl, że Jacques mógłby poznać prawdę, Liza poczuła zimny dreszcz. Przypomniała 

sobie, jak chłodne stały się jego oczy, jak pozbawiony uczuć głos, kiedy przed trzema laty zadała 

mu  to  hipotetyczne  pytanie  o  nie  planowaną  ciążę.  Odparł  bez  wahania,  że  domagałby  się  jej 

usunięcia. Nie chciał, by dziecko, którego byłby ojcem, przyszło na świat.

- Dziwi mnie, że sam się tego nie domyślił, widząc Jacka.

- Nigdy go nie widział. Właściwie to nawet nie wie, że mam syna.

Robert aż gwizdnął.

- Chyba żartujesz! Nie możesz trzymać czegoś takiego w tajemnicy, Lizo. I tak się dziwię, że 

tak  długo  ci  się  to  udawało.  Wszyscy,  którzy  cię  znają,  wiedzą  o  twoim  synu.  Aż  mi  trudno 

uwierzyć, że nikt do tej pory o nim nie wspomniał w obecności Gastona.

- Byłam bardzo ostrożna i starałam się spędzać jak najmniej czasu w jego towarzystwie.

Robert zmarszczył brwi.

- Sam nie wiem,  co o  tym myśleć. To dość niebezpieczna  gra. Co  zrobisz, kiedy się  dowie 

prawdy?

- Nie dowie się - powiedziała z udawanym przekonaniem.

- Poza tym za tydzień już go tu nie będzie. Do tego czasu po prostu będę uważać.

I opierać się Jacquesowi,  dodała w myślach. Ogarnął ją strach, że Jacques jednak dowie się 

prawdy. Nie mogła ryzykować, że odrzuci ich dziecko.

- Robercie, proszę cię, obiecaj mi, że nic mu o dziecku nie powiesz.

- Moim  zdaniem  popełniasz  błąd,  Lizo.  Na  miejscu  Gastona  chciałbym  wiedzieć,  że  mam 

syna. Byłbym cholernie zły, że już dawno mi o nim nie powiedziałaś. To mogłoby wiele zmienić

- dodał po chwili.

- Co mogłoby wiele zmienić? - spytał Jacques, stając obok Lizy.

background image

Liza zesztywniała ze strachu. Nie wiedziała przecież, ile słyszał z ich rozmowy. Przez chwilę 

nie była w stanie wydusić z siebie ani słowa.

Jacques wyjął jej z ręki pusty kieliszek i zastąpił go pełnym.

- Tonik - wyjaśnił uspokajająco.

- Dziękuję - wyjąkała w końcu.

- Co to za rzecz, która mogłaby wiele zmienić? Robert przeniósł wzrok z Jacquesa na Lizę.

- Proponowałem, byśmy ogłosili dziś wieczorem, że jako pierwszy zgłosiłem się do licytacji 

tej  rzeźby,  którą  ofiarowałeś.  Podejrzewam,  że  większość  z  tu  obecnych  stanie  do  aukcji  w

czasie  przyjęcia.  Takie  małe  przedwstępne  wyścigi  mogą  być  niezłym  pomysłem.  Wzmogą 

zainteresowanie i wywindują cenę - wyjaśnił.

Liza posłała mu pełne wdzięczności spojrzenie i odetchnęła z ulgą. Dzięki Bogu, Jacques nie 

słyszał  ich  rozmowy.  Jak  by  postąpił,  gdyby  usłyszał,  o  czym  mówili?  Co  by  zrobił,  gdy 

dowiedział  się,  że  ma  syna?  Czy  by  ją  znienawidził?  Czy  dostrzegłby  w  ich  synu  tę  samą 

mroczność, którą widzi w sobie? Na samą myśl Liza aż zadrżała.

- To chyba niezły pomysł. Co ty na to, Lizo? - spytał Jacques.

- Chy...chyba rzeczywiście.

- A więc postanowione  - ucieszył się Robert, a Liza na  moment uwierzyła, że rzeczywiście 

rozmawiali o czymś tak zwyczajnym jak aukcja.

- To  wobec  tego  ogłaszajmy  i  puszczajmy  maszynę  w  ruch  - zaproponował.  - Wybaczysz 

nam, prawda, Gastonie?

Nie czekając na odpowiedź, ujął Lizę pod ramię  i wyprowadził ją na środek sali, prosząc o 

uwagę.

Pół godziny później Liza wymknęła się z salonu Carstairsów do gabinetu. Zamknęła za sobą 

drzwi  i  oparła  się  o  nie. Odgrodziła  się  od  gwaru  głosów, brzęku  kieliszków i  talerzy  oraz  od 

Jacquesa.

Westchnęła z ulgą i przeszła przez cichy, pusty pokój.

Kochany  Robert,  pomyślała  z  uśmiechem.  Miał  rację.  Wcześniejsze  ogłoszenie,  że  chce 

włączyć  rzeźbę  Jacquesa  do  swej  kolekcji  wzmogło  zainteresowanie  innych  obecnych  na 

przyjęciu  kolekcjonerów.  Liza  już  wyobraziła  sobie  tę  zażartą  licytację  w  dniu  przyjęcia.  I 

pieniądze zdobyte dzięki niej na obóz dla dzieciaków.

background image

A to wszystko dzięki szczodrości Jacquesa. Poczuła wdzięczność i dumę, kiedy pomyślała o 

dzieciach, które skorzystają na jego bezinteresowności. Choć twierdził, że robi to dla niej, Liza 

wiedziała  swoje.  Przez  ostatnie  lata  wiele  słyszała  od  Aimee i  Petera  o  hojności  Jacquesa. 

Zresztą  sama  widziała,  z  jakim  przekonaniem  zwrócił  się  do  środków  masowego  przekazu  z 

apelem o rozpropagowanie ich aukcji.

Dlaczego więc, zastanawiała się po raz chyba setny, człowiek, który tak chętnie daje i wnosi 

tyle  blasku  w  życie  innych  ludzi,  twierdzi,  że  z  powodu  tkwiącej  w  nim  mroczności  nie  jest 

zdolny do kochania kogokolwiek?

Otrzymała tę samą odpowiedź, co przed trzema laty. Problem polega nie na tym, że Jacques 

nie potrafi kochać, lecz że nie potrafi pokochać jej. I choć wiedziała o tym od dawna, na nowo 

poczuła ból.

Podeszła do okna i zachwyciła się pięknością zimowej nocy. Na atramentowoczarnym niebie 

mrugały  gwiazdy.  Księżyc,  zawieszony  w  przestworzach  jak ogromna  szklana  kula,  dzielił  się 

swym blaskiem ze świeżym śniegiem. Za tydzień Boże Narodzenie.

A wtedy Jacquesa  już tu  nie będzie. Zaskoczyła  ją nagłość i ostrość  bólu, który przeszył ją 

wraz z tą myślą. Już dawno nie czuła się taka samotna. Czyżby przez te kilka tygodni oszukiwała 

samą siebie? Czy w głębi duszy ma .nadzieję, że Jacques tu zostanie?

- Piękny widok, prawda?

Liza drgnęła jak oparzona,  odwróciła się i ujrzała  stojącego  kilka kroków  od niej  Jacquesa. 

Była tak pogrążona w myślach, że nawet nie słyszała, kiedy wszedł.

- Tak - wyjąkała z trudem, starając się nadać swemu głosowi jak najspokojniejsze brzmienie. 

Odwróciła  się  znów  do  okna.  - To  wspaniałe  patrzeć  o  tej  porze  roku  na  świat  cały  pokryty 

śniegiem.

- Pewnie dlatego, że można podziwiać widok jak z bożonarodzeniowej pocztówki.

Liza przez chwilę zastanawiała się nad tym porównaniem.

- Tak, chyba rzeczywiście.

- A pamiętam, jak bardzo lubisz Boże Narodzenie.

Jego słowa zabrzmiały cichym szeptem tuż przy jej szyi. Stanął obok niej i ujrzała w szybie 

jego odbicie.

- Wszyscy lubią Boże Narodzenie - odparła, broniąc się przed ciepłem jego bliskości i swymi 

uczuciami do niego.

background image

- Ale nie tak jak ty. Pamiętam, jak uśmiechałaś się, kiedy zapaliliśmy lampki na choince, jak 

rozbłysły ci oczy, kiedy zobaczyłaś owiniętą w kolorowy papier paczuszkę. Żałowałem wtedy, 

że  nie  mogę  ofiarować  ci  dziesięciu  prezentów,  tylko  po  to,  by  patrzeć,  jak  rozpromienia  się 

twoja twarz, kiedy je otwierasz.

Liza  z  trudem  przełknęła  ślinę.  Serce  waliło  jej  w  piersi  jak  oszalałe.  Dostrzegła  w  jego 

oczach tęsknotę, w głosie usłyszała żal. Oderwała wzrok od jego odbicia. Nie mogła pozwolić, 

by owładnęły nią wspomnienia.

- Wcale nie chciałam tylu prezentów, Jacques. Chciała tylko jego.

- Ale ja i tak chciałem ci je dać. Pragnę, żebyś pozwoliła mi dać je tobie teraz.

Odwrócił ją ku sobie i musnął palcami jej twarz. To wystarczyło, by ogarnęła ją fala gorąca i 

tęsknoty.

- Dlaczego odesłałaś mi te apaszki, Lizo?

- Bo nie mogłam ich przyjąć.

- Przyjęłaś kwiaty i ciasteczka.

- Bo  zbyt  wiele  zachodu  by  było  z  ich  odsyłaniem.  Zresztą,  nie  mógłbyś  ich  zwrócić  do 

sklepu. Apaszki  to  co innego. Były  zbyt  drogie,  Jacques. Nie  powinieneś  mi  ich przysyłać.  W 

ogóle nie powinieneś mi niczego przysyłać. Chciałabym, żebyś przestał to robić.

- Ale ja-nie chcę. Stać mnie teraz na drogie rzeczy, nie tak jak trzy lata temu.

- A ja nie mogę ich od ciebie przyjąć.

- Dlaczego? - spytał, rozbrajając ją przy okazji drobnym gestem. Założył jej luźno opadające 

pasmo włosów za ucho muskając przy tym jego koniuszek.

Liza  poczuła  znajomy  dreszcz.  Oczy  miała  otwarte,  choć  marzyła,  by  je  zamknąć.  Stała 

sztywno wyprostowana, choć chciała się przytulić do Jacquesa.

- Bo twoje podarunki są... są zbyt osobiste.

Jacques uśmiechnął się i przesunął palcem po linii jej podbródka.

- Takie właśnie miały być.

- Ale między nami nie ma już nic osobistego.

- Kłamczucha.

By  jej  to  udowodnić,  stanął  bliżej.  Uśmiechnął  się,  kiedy  zrobiła  krok  do  tyłu  i  napotkała 

parapet.

background image

Uniosła  głowę,  zdecydowana  nie  poddać  się  temu  oszałamiającemu  uczuciu.  Jego  palce 

kontynuowały swoją leniwą podróż wzdłuż jej szyi, żeber, talii, bioder. I z powrotem.

- Nie możemy wrócić do tego, co było, Jacques.

- A kto chce wracać? - szepnął, muskając wargami jej ucho. - Mnie się bardzo podoba to, co 

jest teraz.

Liza mocno zacisnęła zęby, żeby powstrzymać jęk. Jego palce były teraz niepokojąco blisko 

jej piersi.

- Tracisz czas, Jacques - powiedziała, sama zdziwiona, że mówi tak spokojnie. - Nie zmienię 

zdania. Nie pójdę z tobą do łóżka.

- Nie?

- Nie - powtórzyła zdecydowanie.

Zbyt późno zdała sobie sprawę, że popełniła błąd. Jacques uwielbia wyzwania, szczególnie ze

strony kobiet. W dodatku jest znakomitym znawcą ich ciała i umysłu. Udowodnił jej to aż nadto 

wyraźnie przed trzema laty. Potwierdził to dodatkowo w ciągu ostatnich kilku tygodni. Przeklęła 

własną głupotę.

Jacques ujął ją pod brodę. Zauważyła w jego oczach kpiący błysk.

- Zdaje mi się, że będę się musiał bardzo napracować, żebyś zmieniła zdanie.

Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, przywarł wargami do jej ust. Wolniutko obrysowywał 

językiem ich kontur. Liza z najwyższym trudem powstrzymywała się, by nie zanurzyć palców w 

jego włosach, nie wtulić się w niego całą sobą.

- Otwórz się przede mną, moja słodka.

Jej żołądek szalał, a ona dla uspokojenia powtarzała sobie w duchu jakiś wierszyk Jacka. Nie 

mogła odpowiedzieć na jego pieszczoty. Musiała mu udowodnić, że jego pocałunek zupełnie na 

nią nie działa.

Kiedy na moment przerwał pieszczotę, odsunęła się od niego.

- Jak ci już mówiłam, tracisz czas, próbując mnie uwieść - oznajmiła chłodno. Modląc się, by 

nogi jej nie zawiodły, ruszyła ku drzwiom.

- To jeszcze nie koniec, Lizo.

- Ależ tak. Wiem, że rani to twoje ego, ale taka jest prawda. Chwyciła za klamkę i od razu 

poczuła  się  pewniej.  Musiała przekonać  Jacquesa,  że  zupełnie  jej  na  nim  nie  zależy.  Uniosła 

wysoko głowę i spojrzała na niego przez ramię.

background image

- Może  spróbujesz  z  Melanie  Stevens.  To  ta  ruda  w  czarnym  kostiumie.  Zauważyłam,  że 

przez cały wieczór nie odrywała od ciebie oczu.

A niech ją diabli. Miała rację. Rzeczywiście zraniła jego ego. Był zły i zawiedziony. Tak się 

upajał niedawnym pocałunkiem, że dopiero później zdał sobie sprawę, że Liza reagowała na jego 

pieszczoty chłodno i była obojętna jak kamień.

A  niech  ją  diabli!  Jacques  wziął  do  ręki  szklankę  whisky,  którą  zamówił  w  barze.  Spędził 

dużo  czasu  w  towarzystwie  kobiet,  wiele  z  nich  znał  blisko  i  wiedział,  jak reagują  na  coś  tak 

osobistego  jak  pocałunek.  Wolałby  dostać  w  twarz,  niż  zobaczyć  tę  jej  znudzoną  i  obojętną 

minę.

Pociągnął łyk whisky i śledził Lizę, przechadzającą się po salonie i rozmawiającą z gośćmi. 

Miał  reputację  uwodziciela  i  w  pełni  sobie  na  nią  zasłużył.  Wiele  kobiet  wylądowało  w  jego 

łóżku  - wśród  nich  Liza.  Nawet  ona,  ta  chłodna  niedotykalska,  przed  trzema  laty  uległa  jego 

czarowi. A kiedy przed tygodniem ją całował, nie była wcale taka zimna i opanowana.

Jest w jej życiu ktoś inny.

Te  słowa  cały  czas  dźwięczały  mu  w  głowie.  Nie  chciał  w  nie  wierzyć.  Liza  kłamie.  Na 

pewno.  W  ciągu  pięciu  tygodni,  od  kiedy  ich  ścieżki  znów  się  przecięły,  nie  zauważył  w  jej 

pobliżu najmniejszego śladu jakiegokolwiek mężczyzny oprócz Carstairsa. Właśnie w tej chwili 

Robert prowadził ją ku kolejnej grupce gości. Jacques poczuł paraliżujący przypływ zazdrości.

Odwrócił się gwałtownie, dopił jednym haustem whisky i przez moment zastanawiał się, czy 

nie  zamówić  następnej.  Pomyślał  o  swym  ojcu  i  przypomniał  sobie,  jak  ten  sympatyczny  z 

początku  człowiek  z  każdym  łykiem  alkoholu  stawał  się  coraz  bardziej  agresywny  i  podły. 

Jacques zdecydowanym gestem odstawił szklankę.

- Witam znowu.

Jacques odepchnął od siebie te przykre wspomnienia. Przyjrzał się właścicielce tego niskiego, 

ochrypłego głosu. Stała przed nim Melanie Stevens, owa rudowłosa, w której ramiona pchała go 

Liza.

- Witam panią, panno Stevens. Melanie była wyraźnie zdziwiona.

- Robert ledwo zdążył nas sobie przedstawić. To miło, że zapamiętał pan moje nazwisko.

- Nigdy nie zapominam nazwisk pięknych kobiet - uśmiechnął się Jacques, bo wiedział, że tak 

wypada.

background image

- Niebezpieczny z pana człowiek - oznajmiła rozpromieniona Melanie Stevens. - Na szczęście 

ja  lubię  niebezpieczeństwo.  Kiedy  będzie  miał  pan  dość  tych  hałaśliwych  bogaczy,  znam 

miejsce, gdzie można się dobrze zabawić. Co pan na to?

Jacques  wiedział,  że  jeśli  skorzysta  z  propozycji  rudowłosej  Melanie,  nie  spędzi  kolejnej 

samotnej bezsennej nocy, rzucając się w swoim łóżku.

Tyle tylko, że to nie jej  pragnął. Ani żadnej z równie seksownych blondynek  czy brunetek, 

które spotkał na swojej drodze w ciągu minionego miesiąca. Pragnął Lizy. Jego spojrzenie po-

wędrowało  w  jej  kierunku. Przekonywał  samego  siebie,  że to  sprawa  zemsty  i  zwykłej  żądzy. 

Wiedział jednak, że to nieprawda.

Przeraziła go ta myśl.

Przeniósł  wzrok  na  kobietę  stojącą  przed  nim.  Wiedział,  że  powinien  uciec,  skorzystać  z 

propozycji Melanie i zapomnieć o Lizie.

Nie mógł tego zrobić. Wbrew temu, co ludzie o nim myśleli, nigdy nie wykorzystywał kobiet. 

Nie mógł tego zrobić i tym razem.

- Jest pani wspaniałą kobietą, Melanie, i jestem przekonany, że kiedy będę już stary, pożałuję 

tego. Muszę jednak odmówić.

- Jest pan pewien?

Jacques  nie  mógł  się  nie  roześmiać.  Nie  miał  wątpliwości,  że  Melanie  Stevens  rzadko 

spotykała się z tego typu odmową.

- Raczej tak.

Melanie przechyliła lekko głowę i spojrzała w tym samym kierunku, co on - ku stojącej obok 

Roberta Lizie.

- Inne plany?

Jacques zastanawiał się przez chwilę.

- Jeśli mi się uda.

Melanie uśmiechnęła się figlarnie. Przypominała mu prężącą się do skoku kocicę.

- Hmm.  Skoro  jest  pan  zainteresowany  kimś  innym,  mogę  zrobić  nam  obojgu  przysługę  i 

sprawdzić, czy Robert nie potrzebuje pocieszenia.

Jacques z przyjemnością obserwował, jak Melanie sprytnie wyławia Roberta z grupki gości. 

Potem przyszła kolej na niego. Byli tam już ponad dwie godziny, mogli więc spokojnie wyjść, 

background image

uznał, ruszając w kierunku Lizy. Choć była zdecydowana wracać do domu, Jacques ani myślał 

jej na to pozwolić - w każdym razie nie samej.

Ależ jej pragnął! Czy możliwe, by ona tego nie odwzajemniała? Miał nadzieję, że nie. Inaczej 

by zwariował.

- A, tu jesteś, Jacques. - Jane Burke zauważyła go, gdy był już tuż obok Lizy. - Chciałabym, 

żebyś kogoś poznał...

Przedstawiony  grupie  bankierów  stojących  tuż  za  Lizą,  Jacques  nie  słysząc  nawet,  o  czym 

mówią, kiwnął kilka razy głową i szybko się wycofał. Już miał wtrącić się w rozmowę Lizy z 

pewną siwowłosą damą, którą i on wcześniej poznał, kiedy usłyszał dziwne pytanie.

- A jak się miewa Jack? Założę się, że jest wciąż tak samo przystojny.

- Nawet za bardzo. Ale miewa się dobrze - odparła Liza miękkim głosem. - Jutro wybieramy 

się na poszukiwanie choinki.

Jacques znieruchomiał i oblał się zimnym potem.

- Od dawna go już nie widziałam. Może byście wpadli kiedyś do mnie na obiad?

- Chętnie.  Może  po  świętach  - powiedziała  Liza.  - Teraz  tyle  mamy  zamieszania  z  tym 

przyjęciem, a potem nadejdzie Boże Narodzenie.

Jacques  był  zły  i  zazdrosny.  Nie  wiedział,  co  sprawiło  mu  większy  ból.  Wsunął  ręce  w 

kieszenie, powstrzymując się, by nie rzucić się na Lizę.

- Lizo - rzekł chłodno. - Jesteś już gotowa do wyjścia? Odwróciła się ku niemu i widząc jego 

minę, pobladła.

- Ja... tak. Dobranoc - zwróciła się do starszej pani. - Dziękuję, że pani przyszła.

- Nie ma za co, moja droga.  Uściskaj ode mnie  Jacka. Wyszli  w milczeniu.  Jacques bardzo 

ostrożnie  podał  jej płaszcz.  Nie  wiedział,  co  się  stanie,  gdyby  przypadkiem  jej  dotknął.  Bez 

słowa wsiedli do auta i jechali w milczeniu.

Jacques był tak zły, że nie mógł nawet na nią patrzeć.

Jack. A więc w jej życiu rzeczywiście jest inny mężczyzna i ma na imię Jack.

Zazdrość  ścisnęła  mu  gardło  i  nie  puszczała.  Zacisnął  mocno  palce  na  kierownicy  i  nie 

odrywał wzroku od jezdni.

Skręcił zbyt ostro na oblodzoną drogę wiodącą z powrotem do miasta. Liza krzyknęła, kiedy 

auto zaczęło tańczyć na szosie. Jacques zakręcił kierownicą i wcisnął hamulce. Zatrzymał samo-

chód tuż przed pniem ogromnego drzewa.

background image

- Zwariowałeś? - krzyknęła blada ze strachu Liza.

- Może - odparł ze złością. - Nie byłby to pierwszy raz, kiedy przez ciebie zwariowałem.

- Przeze  mnie?  - powtórzyła  zdziwiona.  Mocno  zacisnęła  pięści.  - Ty  draniu!  Mnie  za  to 

winisz? Mogłeś nas zabić.

Nie  zauważył  zbliżającej  się  ku  niemu  pięści.  Prawym  sierpowym  zdzieliła  go  w  szczękę. 

Jacques, oślepiony bólem i wściekłością, chwycił ją za nadgarstki i przyciągnął do siebie.

- Kim on jest, Lizo? Kim, do jasnej cholery, jest Jack?

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

- Mów - zażądał Jacques.

Liza wyrwała mu ręce. Przyglądając się jej w nikłym świetle padającym z deski rozdzielczej, 

Jacques  obserwował  jej  twarz.  Patrzył,  jak  stara  się  wyrównać  oddech  i  odzyskać  nad  sobą 

panowanie. Wkrótce była już chłodna i spokojna. A on tym bardziej wściekły.

- Do jasnej cholery, Lizo. Powiedz mk kto to jest Jack.

- Nie znasz go.

Słysząc  znów  tę  miękkość  w  jej  głosie,  poczuł  nagły  i  jeszcze  bardziej  bolesny  przypływ 

zazdrości.  Z  jego  ust  wyrwał  się  krótki,  jakby  zwierzęcy  jęk.  W  oczach  mu  pociemniało. 

Chwycił ją za ramiona, wpił palce w gruby materiał jej płaszcza.

- Spójrz na mnie, do cholery. Powiedz mi, kim on jest i kim jest dla ciebie.

Liza spojrzała na niego swymi chłodnymi, zielonymi oczami.

- Jest kimś, kogo bardzo kocham.

Jej słowa zabolały  go jak policzek.  Dużo  bardziej  niż ten,  który przed  chwilą  otrzymał. Aż 

zwinął się z bólu.

- Kłamiesz.

- Nie. To prawda, Jacques. Kocham go.

Zacisnął mocniej palce na jej ramionach. Chciał nią potrząsnąć, zmusić, by przyznała się do 

kłamstwa. Nie zrobił tego jednak, lecz odepchnął ją od siebie. Zwinął dłoń w pięść i walnął nią 

w  deskę  rozdzielczą.  Poczuł  ból,  straszny,  rozdzierający,  lecz ani  się  jednak  umywającym  do 

tego,  który  czuł  w  sercu.  Uniósł  pięść  jeszcze  raz,  gotów  do  kolejnego  ciosu.  Gotów  był  na 

wszystko, byle usunąć ten wewnętrzny ból.

-  Jacques!  - krzyknęła  Liza  i  w  porę  chwyciła  go  za  rękę.  - Przestań!  Popatrz,  co  zrobiłeś. 

Krwawisz.

- Tak, leci, ale w środku - warknął.

Kiedy  przed  trzema  laty  powiedziała  mu,  że  go  kocha,  uwierzył  jej.  Twierdziła,  że  zawsze 

będzie go kochała. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak wiele to dla niego znaczyło, jak bardzo 

liczył na  jej  miłość.  To  nieuczciwe.  Nie  miał  jej  nic  do  zaoferowania - ani  miłości,  ani nawet 

siebie. Chciał jednak, nie, musiał wiedzieć, że ona nadal go kocha.

background image

- Chyba niczego sobie nie złamałeś. Jak mogłeś zrobić coś tak idiotycznego! - Pogrzebała w 

torbie, wyjęła z niej chusteczkę i zaczęła owijać nią jego krwawiące palce. - To nawet nie jest 

twój samochód. Co powiesz w wypożyczalni, kiedy zauważą, że...

- Nic mnie nie obchodzi ani to auto, ani ludzie z wypożyczalni - mruknął i wyrwał jej rękę. -

Nie wierzę ci, Lizo. Nigdy ci nie uwierzę. Kłamiesz. Nie możesz go kochać. Mówiłaś, że zawsze 

będziesz  kochała  mnie.  - Jak  oszalały  chwycił  ją  za  klapy  płaszcza  i  przyciągnął  do  siebie.  -

Powiedz mi, że kłamiesz, Lizo. Powiedz, że nie kochasz tego Jacka.

- Aleja  go  kocham  - szepnęła.  Jej  dolna  warga  drżała  leciutko.  Jacques  zacisnął  powieki. 

Wszystko  w  nim  buzowało.  Kiedy chwilę  później  otworzył  je,  widział  przed  sobą  tylko 

błyszczącą  zieleń  jej  spojrzenia.  Nie  mógł  pozwolić  jej  odejść.  Przeklinając  w  duchu  i  ją,  i 

siebie, przyciągnął Lizę jeszcze bliżej, zaledwie na kilka centymetrów od swojej twarzy.

- Powiedz mi, Lizo. Czy twój Jack też, tak jak ja, zmienia twoją krew w ogień?

Potrząsnął nią kiedy nie odpowiedziała.

- Zmienia?

- Nie.

Był tak zły i tak załamany, że nie był nawet w stanie się tym stwierdzeniem ucieszyć.

- A kiedy cię całuje, to czujesz to samo, co będą ze mną? Gzy czujesz się wtedy tak?

- Jacques, nie...

Zdusił jej protest pocałunkiem. Miażdżył w złości jej drżące wargi, nie mogąc uwierzyć, że 

on czuje tak dużo, a ona tak niewiele. Brał, zdobywał, żądał jej reakcji.

Kiedy poczuł, że Liza drży gdy usłyszał zduszony jęk wydobywający się z jej gardła, doznał 

satysfakcji. Nie był już w stanie myśleć, lecz tylko i wyłącznie czuć.

I to Liza teraz domagała się jego pieszczot. Wplotła palce w jego włosy, gniotła wargami jego 

usta.

Ich  języki  tańczyły  wspólny,  szalony  taniec.  Chwilami  był  to  nawet  pojedynek,  w  którym 

jednak nie było zwycięzcy.

Jacques  nie  mógł  już  dłużej  czekać.  Musiał  wiedzieć,  że  Liza  należy  do  niego.  Że  między 

nimi jest tak samo, jak przed trzema laty.

Oszołomiony pożądaniem oderwał usta od jej warg i zaczął rozpinać pas bezpieczeństwa. Nie 

chciał czekać, aż znajdą się w wygodnym łóżku. Tak długo by nie wytrzymał. I tak czekał już na 

nią całe trzy lata. Drżącymi palcami walczył z zapięciem pasa.

background image

- Wiedziałem, że go nie kochasz - oznajmił triumfalnie.

- Nie rozumiem.

- Wiedziałem, że nie kochasz tego Jacka, bo nadal kochasz mnie - oznajmił, kiedy w końcu 

udało mu się rozpiąć pas. Wyciągnął ku niej ręce.

Liza powstrzymała go.

- Nie, Jacques. Zaczekaj.

- Ale, Lizo...

- Nie. Nie. Proszę.

Słysząc panikę w jej głosie, czując nagłe znieruchomienie ciała, uniósł głowę i spojrzał na jej 

twarz.  Pożądanie zniknęło.  Krew skrzepła  mu  w  żyłach,  kiedy zobaczył,  co  zrobił. Jej  piękne, 

delikatne wargi były opuchnięte. W kąciku warg połyskiwała kropelka krwi, paskudna czerwona 

plama odcinała się wyraźnie od delikatnej bieli jej skóry.

Cherie, przepraszam. - Wyciągnął rękę, by zetrzeć ten hańbiący go ślad. - Nie chciałem...

Liza  odsunęła  się  gwałtownie.  Jacques  dalej  wpatrywał  się  w  jej  twarz,  obserwując  ślady 

swojej brutalności. Zaklął w duchu, najpierw po francusku, potem po angielsku. Ukrył twarz w 

dłoniach  i  przypomniał  sobie  zapłakaną  twarz  innej  kobiety,  jej  opuchnięte  usta.  Przypomniał 

sobie też dziką furię, jaka go wtedy ogarnęła, z jaką złością oderwał ojca od służącej i pchnął go 

na ścianę.

Wraz z tym wspomnieniem wróciły do niego słowa, które wypowiedział wtedy w szale jego 

ojciec...

- Myślisz, że jesteś lepszy ode mnie - usłyszał wówczas.

- Jestem  od  ciebie  lepszy.  I  dlatego  wyjeżdżam.  Wiedział,  że  zostanie  w  tym  przeklętym 

domu jeszcze tylko jeden dzień. Po pogrzebie matki opuści go na zawsze.

- Dobrze, możesz sobie odejść. Zostaw mnie i całe dziedzictwo. Ale nie zmienisz tego, kim 

jesteś,  jaki  jesteś.  Zawsze  będziesz  Jacquesem  Gastonem,  moim  synem.  Owocem  mojego 

nasienia. Tak, mój chłopcze. To moje nasienie dało ci tę ładną twarz i silne ciało, które panie tak 

bardzo lubią. I to moje nasienie dało tę mroczność twojej duszy.

Jacques puścił koszulę ojca i pozwolił mu paść na podłogę.

- Może i jestem do ciebie podobny, ale na pewno nie jestem taki jak ty. Nigdy taki nie będę.

Etienne Gaston wybuchnął śmiechem. Spojrzał w górę na Jacquesa.

background image

- Tak  myślisz?  - Otarł  krew  z  warg  i  uśmiechnął  się.  - Popatrz  na  siebie.  Masz  zaledwie 

szesnaście lat, a już widać w tobie temperament Gastonów. Matka cię rozpieszczała i na pewien 

czas uśpiła tę tkwiącą w tobie mroczność, ale nawet ona nie mogła jej usunąć na zawsze. Nic się 

nie da zrobić. Ona wciąż w tobie jest. mój chłopcze. Zapamiętaj moje słowa. Ona, tak samo jak 

ja, jest częścią ciebie.

Jacques potrząsnął głową i odpędził od siebie to przykre wspomnienie. Ojciec miał rację. Ta 

mroczność była jego częścią, tak jak przepowiedział. Zresztą on sam też o tym wiedział. Ileż to 

razy czuł jej obecność, wstrząsany paroksyzmami gniewu? Zresztą czy przed chwilą nie dała o 

sobie znać? Przecież tylko ona mogła sprawić, że był taki brutalny.

Znów spojrzał na twarz Lizy. Ujrzał w jej oczach strach i odrazę.

- O  Boże,  Lizo.  Przepraszam  cię.  Bardzo  cię  przepraszam.  Zasmucona  Liza  prawie  nie 

słyszała jego słów.  Odwróciła  się i  próbowała  uspokoić swój  oddech.  Wiedziała, że przegrała. 

Całkowicie. Przecież teraz już nigdy nie przekona go, że nic dla niej nie znaczy. Po tym jak na 

zwyczajny pocałunek zareagowała w taki sposób, nigdy jej nie uwierzy.

- Twoje usta. Twoje piękne usta. - Chciał znów jej dotknąć, ale cofnął rękę. - Przysięgam, że 

nie chciałem zrobić ci krzywdy.

Wciąż wstrząśnięta własnym zachowaniem, Liza musnęła czubkiem języka kącik ust, potem 

dotknęła  bolącego  miejsca opuszkiem  palca.  Zarumieniła  się.  widząc  plamkę  krwi.  Zrobiło  jej 

się wstyd, że właściwie się na niego rzuciła.

- Przepraszam - rzekł znowu.

- Nie przejmuj się - mruknęła, zła na niego i na siebie. - Nic się nie stało. Oboje straciliśmy 

nad sobą panowanie. Chciałabym zapomnieć, że to się w ogóle stało.

- Ja na pewno nie zapomnę. To niemożliwe. Zachowałem się jak dzikus.

Ja też, pomyślała Liza. Pragnęła się zapaść pod ziemię.

- A więc postawiłeś na swoim, tak? - powiedziała. Była zbyt na siebie samą zła, by zauważyć 

jego cierpienie. - Chciałeś mi udowodnić, jakim wspaniałym jesteś kochankiem. Miałeś zamiar 

zmusić  mnie,  żebym  przyznała,  że  nie  spotkałam  jeszcze  kogoś  takiego.  Dobrze,  przyznaję, 

Jacques. Z nikim nie czułam tego, co z tobą. Pewnie już zawsze tak będzie. Jesteś zadowolony? 

Cieszysz się, że jesteś takim niezapomnianym kochankiem? Cieszysz się?

- Lizo...

Przerwał mu błysk latarki i stukanie w szybę.

background image

- Policja.

Jacques otworzył okno  od swojej strony i wpuścił  do auta  chłodne powietrze oraz  tańczące 

płatki śniegu.

- Macie  państwo  jakiś  problem  z  samochodem?  - spytał  policjant,  spoglądając  najpierw  na 

Jacquesa, potem na Lizę.

- Nie. Po prostu trochę za ostro wzięliśmy ostatni zakręt - wyjaśnił Jacques.

Policjant  obejrzał  dokładnie  wnętrze  wozu,  potem  jego  wzrok  spoczął  na  skaleczonej  ręce 

Jacquesa.

- Trochę się przy tym poobijaliśmy - wyjaśniła spokojnie Liza.

- Lepiej  zapnijcie  państwo  pasy  i  jedźcie  wolniej.  Prognozy mówią,  że  do  rana  spadnie  co 

najmniej piętnaście centymetrów śniegu.

- Dziękujemy panu. Będziemy uważać.

Policjant zasalutował uprzejmie i wrócił do swego samochodu.

Chwilę  później  Jacques  wjechał  z  powrotem  na  szosę.  Panującą  we  wnętrzu  auta  ciszę 

przerywało  tylko  szuranie  wycieraczek.  W  powietrzu  było  jednak  aż  gęsto  od 

powstrzymywanych uczuć i nie wypowiedzianych słów.

Liza  otuliła  się  płaszczem  i  siedziała  w  milczeniu.  Nie  była  pewna,  czy  się  cieszyć,  czy 

smucić, że Jacques nie próbuje już jej uwodzić.

Dopiero teraz, kiedy opanowała już swoje emocje, zrozumiała, jak zły jest na siebie Jacques, 

że stracił nad sobą panowanie. Czuła, że cierpi, i cierpiała wraz z nim. Nie musiał jej mówić, że 

ten dziki pocałunek wywołał w nim jakieś bolesne wspomnienia. Przerażenie, które zobaczyła na 

jego twarzy, powiedziało jej, że to, co się stało, wiązało się w jakiś sposób z mrocznością, którą, 

jak twierdził, nosił w sobie.

Po  dwudziestu  minutach  wjechali  na  parking.  Jacques  zatrzymał  mercedesa  obok  jej  auta  i 

wyłączył silnik. Odwrócił się ku niej, patrzył na nią swymi bursztynowymi oczami, ale na jego 

twarzy nie było śladu uśmiechu.

- Wiem, że możesz mi nie ufać, szczególnie po tym, co zrobiłem. Chciałbym jednak, żebyś 

przenocowała w mieszkaniu Aimee i Petera. Jazda podczas zamieci jest bardzo niebezpieczna -

mówił dalej. - Jest kilka wolnych pokoi i obiecuję ci, że jeśli zostaniesz, nic ci z mojej strony nie 

grozi.

Ból i złość na samego siebie, którą usłyszała w jego głosie, sprawiła jej ogromną przykrość.

background image

- Nie boję się ciebie, Jacques.

- A  powinnaś.  Popatrz,  co  ci  zrobiłem.  - Przez  chwilę  wpatrywał  się  w  jej  usta,  potem 

odwrócił głowę. - Przepraszam cię, Lizo. Nie chciałem cię skrzywdzić.

- Nie skrzywdziłeś mnie, Jacques. Nie mógłbyś skrzywdzić ani mnie, ani żadnej innej kobiety 

- w  każdym  razie  nie  celowo.  Ty  kochasz  kobiety.  Wszystkie  - dodała,  próbując  dowcipem 

poprawić mu humor. Na próżno. Jacques nadal był tak samo ponury. - To po prostu nie leży w 

twojej naturze, by zrobić krzywdę mnie czy jakiejś innej kobiecie.

- Tak  sobie  zawsze  mówiłem.  Dziś  okazało  się,  że  jest  inaczej.  Boże,  ależ  ty  musisz  mnie 

nienawidzić - westchnął i wierzchem dłoni potarł powieki.

Liza  chwyciła  go  za  ręce,  zmusiła,  by  znów  na  nią  spojrzał.  Pogładziła  delikatnie  jego 

skaleczone palce.

- Nie nienawidzę cię, Jacques. Nigdy nie będę mogła cię nienawidzić.

Jego oczy zasnuły się wilgotną mgiełką.

- Wobec  tego  powiedz  mi,  co  do  mnie  czujesz,  Lizo.  - Kiedy  nie  odpowiadała,  zacisnął 

mocno palce na jej rękach. - Powiedz mi, Lizo. Proszę.

- Kocham cię - przyznała.

Wiedziała, że nie ma sensu kłamać, skoro jej ciało i tak już zdradziło mu prawdę.

Jacques na moment mocno zacisnął powieki.  Liza poczuła dreszcz, jaki przeszył jego  ciało. 

Kiedy znów na nią spojrzał, jego oczy błyszczały pożądaniem.

- Marzyłem,  żebyś  znów  to  powiedziała.  Pragnąłem  cię  nawet  wtedy,  kiedy  wmawiałem 

sobie, że cię nienawidzę, bo ode mnie odeszłaś. Nigdy nie spotkałem takiej kobiety jak ty. Tak 

strasznie za tobą tęskniłem, ma cherie.

- Ja też.

- Pragnę cię, Lizo.

Jej  serce  zadrżało  z  radości.  Ileż  to  razy  marzyła,  by  powiedział  jej,  że  jej  pragnie,  że  ją 

kocha.  Nie,  chwileczkę.  Nie  powiedział,  że ją  kocha.  W  każdym razie  jeszcze  nie tym  razem. 

Ale na pewno wkrótce to nastąpi.

Jacques przyciągnął ją do siebie, szepnął coś po francusku i zaczął leciutko, delikatnie, czule 

całować.  Pieścił  wargami  jej  oczy,  policzki,  usta.  Jakby  chciał  wymazać  złe  wspomnienie 

tamtego  dzikiego  pocałunku.  Liza  wtuliła  się  w  niego,  poddała  oszałamiającej  przyjemności 

bycia po prostu w jego ramionach.

background image

- O, Lizo - wyjąkał z trudem. - Ileż my czasu straciliśmy. Nie traćmy go już więcej.

Nie. Ona też nie chciała już tracić czasu. I tak straciła przecież trzy lata. Trzy lata, które mogli 

i powinni spędzić razem. Postanowiła powiedzieć mu prawdę. Że jest ojcem jej syna.

- Jacques, ja... Musimy porozmawiać.

Z jękiem wypuścił ją z objęć i zaczerpnął powietrza.

- Porozmawiamy  w  mieszkaniu.  Choć  bardzo  cię  pragnę,  nie  będę  się  z  tobą  kochał  na 

przednim siedzeniu auta - oznajmił i włączył silnik.

- Do...dokąd jedziesz?

- Z powrotem do mieszkania Petera i Aimee.

- Nie mogę, Jacques. Muszę wracać do domu. Jacques zmarszczył brwi.

- Dlaczego? Możesz dziś spędzić tam ze mną noc. Jutro pojedziemy do ciebie po rzeczy.

- Rzeczy? - powtórzyła oszołomiona.

- Tak. Ponieważ będę tu jeszcze tylko przez tydzień, miałem nadzieję, że zechcesz go ze mną 

spędzić.

Marzenia, na które z taką nieśmiałością sobie pozwoliła, legły w gruzach.

- Rozumiem,  że  mówiąc  o  czasie,  któryśmy  zmarnowali,  miałeś  na  myśli  to,  że  nie 

wznowiliśmy naszego romansu zaraz po twoim przyjeździe do Chicago.

- Tak, oczywiście - przyznał z westchnieniem. - Jednak mamy przed sobą cały tydzień. Będę 

tu do Bożego Narodzenia.

Lizie nagle zrobiło się zimno. Odsunęła się od Jacquesa i otuliła płaszczem.

- A potem?

- A potem będziemy starali się jak najczęściej spotykać. Bywam w Chicago co najmniej raz w 

roku. - Jacques zmrużył oczy. - Co ci jest, Lizo? Mówiłaś, że mnie kochasz, a nie tego Jacka. A 

jednak...

- Nigdy nie mówiłam, że nie kocham Jacka.

Jacques mocno zacisnął wargi. Na jego policzku nerwowo drgał mięsień.

- Kochasz go? - prawie krzyknął.

- Tak. Kocham.

- Mam ci uwierzyć, że kochasz nas obu?

- To prawda.

Jacques odwrócił się od niej, chwycił kierownicę i zaklął.

background image

- To będziesz musiała wybrać. Nie będę się tobą dzielił, Lizo. Ani na moment. Albo kochasz 

mnie albo jego.

Serce  Lizy waliło  jak oszalałe.  Powiedz,  że  mnie  kochasz.  Powiedz,  że  chcesz, byśmy byli 

razem zawsze, a nie tylko czasami,  modliła się w duchu. Nie powiedział jednak żadnej z tych 

rzeczy.

- Jeśli muszę wybrać, to wybieram Jacka - powiedziała w końcu.

Jacques zaklął.

- Dlaczego?  Nie  ofiarował  ci  pierścionka.  Nawet  spotykałaś  się  z  Carstairsem,  choć  go 

rzekomo kochasz. Nie wybrałaś go zatem dlatego, że on proponuje ci małżeństwo, a ja nie.

- Nie, nie dlatego.

- A więc dlaczego? Dlaczego wybierasz jego, a nie mnie? Zabolała ją rozpacz, jaką słyszała w 

jego głosie. Z trudem przełknęła ślinę.

- Bo  daje  mi  tę  jedną  rzecz,  której ty  nie  chcesz  czy  nie  możesz  mi  dać,  Jacques.  Daje  mi 

swoją miłość.

- Zależy mi na tobie, Lizo. Liza pokręciła głową.

- To za mało, Jacques. Chcę, żebyś mnie kochał. Na tyle, by mi zaufać i wierzyć, że możemy 

zbudować sobie wspólne życie.

Widząc jego minę, zrozumiała, że przegrała. Jeszcze zanim cokolwiek powiedział.

- Wobec tego idź do swojego Jacka, cherie, bo ja nie mam w sobie miłości, którą mógłbym 

dać tobie czy komukolwiek innemu.

Słysząc  dzwonek  telefonu  Jacques  jęknął  i  naciągnął  poduszkę  na  swoją  bolącą  głowę. 

Człowiek, który był autorem powiedzenia o topieniu smutków, najwyraźniej nigdy sam tego nie 

spróbował. Jacques, po  czterdziestu ośmiu godzinach intymnej przyjaźni  z butelką whisky, nie 

czuł się ani odrobinę lepiej. Nawet gorzej, jeśli to w ogóle możliwe.

- Bogu dzięki - mruknął, kiedy telefon w końcu przestał dzwonić.

Odrzucił  poduszkę  i  spróbował  usiąść.  Skrzywił  się,  kiedy  kolejna  fala  bólu  przeszyła  mu 

głowę. Ten Amerykanin, bo na pewno był to Amerykanin, który twierdził, że „co z oczu, to i z 

serca", też nie miał pojęcia, o czym mówi. Bo choć nie widział Lizy od czterech dni, ani razu nie 

był w stanie zamknąć oczu, żeby nie ujrzeć jej twarzy.

I przez cały czas zastanawiał się, czy jest z Jackiem.

background image

Cholera.  Znał  dziesiątki  kobiet,  z  wieloma  się  kochał.  Przecież  to  niemożliwe,  by  jedna 

kobieta  tak  mu  nie  dawała  spokoju.  Nie  jemu.  Nie  Jacquesowi  Gastonowi.  Kochał  kobiety. 

Wszystko  w  nich  kochał.  Sposób,  w  jaki  pracuje  ich  umysł,  ich  ciało,  tak  różne  od  ciała 

mężczyzny. Wygląd, zapach, dotyk. I uwielbiał się z nimi kochać. Tylko że teraz wszystko się 

nagle zmieniło. Jedyną kobietą, której pragnął, była Liza. A myśl, że mógłby kochać się z kimś 

innym niż ona, zupełnie go nie cieszyła.

Ani trochę.

Niespodziewane  zaproszenie  na  kolację  ze  strony  Melanie  Stevens  też  nie  pomogło. 

Zrozumiał,  jak  bardzo  wpadł,  kiedy  po  kolacji  odrzucił  jej  wspaniałomyślną  propozycję.  To 

wtedy postanowił zaprzyjaźnić się z butelką whisky.

To też mu nie pomogło. Nic mu nie pomagało. Ani praca, ani inne kobiety, ani nawet morze 

alkoholu. Wciąż czuł ten bolesny skurcz w piersi. Jak uda mu się przeżyć to przyjęcie, nie łamiąc 

karku  chłopakowi  Lizy?  Jak  powstrzyma  się,  by  nie  błagać  jej,  by  z  nim  została,  oferując  jej 

więcej niż powinien?

Telefon znów zaczął dzwonić. Tym razem Jacques podniósł słuchawkę. Nagły ruch sprawił 

mu jeszcze większy ból.

- Tak - warknął przez zaciśnięte zęby.

- Dzień dobry panu, mówi Mary Ellen z biura pani O'Malley  - zaświergotał wesoły damski 

głosik. - Chciałam tylko panu przypomnieć o  wywiadzie,  który ma się odbyć dziś  o piętnastej 

trzydzieści w siedzibie fundacji Gallagherów.

Nie, nie może znów spotkać się z Lizą. Jeszcze nie dziś. Najpierw musi odzyskać panowanie 

nad sobą i swoimi uczuciami.

- Dziękuję za przypomnienie, ale proszę powiedzieć pani O'Malley, że nie będę mógł przyjść. 

Jestem pewien, że da sobie radę beze mnie.

- Ależ proszę pana, pan musi tam być.

- Dlaczego?

- Bo  to  wywiad  dla  lokalnej  gazety.  Chcą  porozmawiać  z  panem  i  panią  O'Malley.  Chcą 

zrobić reportaż o tym, jak razem zajmujecie się dziećmi.

Jacques westchnął głęboko. Przypomniał sobie, że już dawno go o tym informowano. Wtedy 

uważał to  za bardzo  korzystne dla fundacji  Petera i Aimee.  Kiedy  zaproponowano,  by udzielił 

background image

dzieciom  lekcji  malarstwa,  zgodził  się.  Jego  motywy  jednak  zupełnie  nie  były  altruistyczne. 

Wiedział, że da mu to jeszcze jedną okazję, by spędzić czas z Lizą.

- Panie Gaston? Słyszy mnie pan?

- Tak, słyszę.

- Co mam powiedzieć pani O'Malley?

- Proszę powiedzieć, że będę o piętnastej trzydzieści. Jacques odłożył słuchawkę i poczłapał 

do  łazienki.  Jeśli  jest na  tym  świecie  sprawiedliwość,  Liza  na  pewno  czuje  się  tak  samo 

nieszczęśliwa jak on, pomyślał.

Nie wygląda ani trochę na nieszczęśliwą, przyznał Jacques. Siedział przy stoliku, pracował z 

jakąś pięciolatką, lecz przez cały czas spoglądał na Lizę. Nie mógł sobie znaleźć miejsca, więc 

postanowił przyjść wcześniej  i  zająć się  grupką przyszłych Picassów.  Liza jednak w ogóle nie 

patrzyła w jego stronę.

On zaś nie mógł oderwać od niej oczu. Miała na sobie czerwony zamszowo-skórzany kostium 

i zamszowe kozaki i była uosobieniem wszystkich bożonarodzeniowych marzeń.

Kiedy zaśmiała się i nachyliła do jakiegoś ciemnowłosego chłopca, miękki zamsz napiął się 

na jej pośladkach. Jacques westchnął głęboko i zacisnął powieki, by odpędzić natrętne erotyczne 

myśli. Marzył, by zerwać z niej ten zamsz i odsłonić kryjącą się pod nim czerwoną koronkę.

- Panie Jacques, nic panu nie jest? - spytała mała blondyneczka, którą powinien się zajmować.

- Nie, nic, ma petite. Czemu pytasz?

- Bo miał pan taką śmieszną minę. Jacques uszczypnął małą leciutko w nos.

- Bo mam śmieszną twarz.

Dziewczynka  zaśmiała  się  i  wróciła  do  pracy  nad  obrazkiem.  A  Jacques  zajął  się 

obserwowaniem Lizy.

- Pani  Lizo,  niech  pani  popatrzy,  co  narysowałam  - zawołała  płowowłosa  dziewczynka 

siedząca przy sąsiednim stoliku. - To choinka.

- Przepiękna - oceniła Liza.

- Proszę spojrzeć na mój rysunek - dopominała się mała pracująca pod okiem Jacquesa.

Liza odwróciła się i jej wzrok na  moment padł  na Jacquesa. Spuściła szybko oczy i stanęła 

obok dziewczynki.

- Co my tu mamy, Tori?

background image

- Ja też narysowałam choinkę. I rodzinę. Widzi pani, tu jest mama, tata i mała dziewczynka. 

Moja mama mówi, że Boże Narodzenie to święto rodzinne.

Uśmiech zniknął z twarzy Lizy. Posmutniała.

- Podoba się pani mój rysunek?

- Jest  piękny  - powiedziała  cicho  Liza  i  zmusiła  się  do  uśmiechu.  - Mamie  i  tacie  też  na 

pewno się spodoba.

Jacques pragnął natychmiast wziąć ją w ramiona. Ograniczył się tylko do dotknięcia jej ręki.

- Lizo, dobrze się czujesz?

- Dobrze, dziękuję - odparła chłodno i odsunęła się od niego

- Uważam, że powinniśmy porozmawiać.

- Nie  wydaje  mi  się  to  konieczne,  Jacques.  Tamtego  wieczoru  wszystko  już  sobie 

powiedzieliśmy.  A  teraz  wybacz.  Widzę,  że  przyszedł  już  ten  dziennikarz.  Chcę  szybko 

skończyć tę rozmowę, bo mam jeszcze mnóstwo spraw do załatwienia.

Un, deux, trois...

Jacques zacisnął zęby i zaczął liczyć do dziesięciu. Choć z natury gwałtowny i impulsywny, 

przez  następne  pięćdziesiąt  minut  przejawiał  taki  spokój,  że  mógł  być  z  siebie  dumny.  Od-

powiadał  na  pytania,  pozował  z  dziećmi  do  zdjęć,  wygłosił  krótki  wykład  o  malowaniu 

akwarelami.  Słuchał,  jak  Liza  opowiada  o  zasługach  fundacji  Gallagherów  i  celach 

dobroczynnego przyjęcia. Dodał kilka własnych uwag.

Kiedy  ta  męcząca  impreza  dobiegła  wreszcie  końca,  Jacques  zdecydował  się  na  ostateczny 

ruch. Liza najwyraźniej chciała trwałego związku. To, co czuje do tego Jacka, nie jest takie silne, 

bo inaczej nadal by  go nie kochała. Postawiona  przed wyborem, zgodzi  się może na  to, co  jej 

zaproponuje.  Nie  może  zaoferować  jej  miłości.  Nawet  gdyby  był  zdolny  do  tego  uczucia,  już 

dawno przysiągł sobie, że nigdy nie zaryzykuje ewentualnych reperkusji. Nawet z Lizą.

Nie. Nie może dać jej miłości, ale może zaproponować jej swe pożądanie i wierność. To i tak 

olbrzymi krok naprzód. Chciał zaoferować coś stałego. Miał nadzieję, że jej to wystarczy.

Podszedł do niej, kiedy fotograf zaczął pakować swój sprzęt.

- Czy mogę zaprosić cię na herbatę?

Liza  zawahała  się,  a  on  nagle  poczuł  się  niepewnie.  W  zdenerwowaniu  wsunął  ręce  do 

kieszeni.  Co  za idiotyczna  sytuacja.  Rozmowy  z  kobietami nigdy  nie  sprawiały  mu  problemu. 

No, tak, ale nigdy nie spotkał takiej jak Liza.

background image

- Proszę cię, Lizo - mówił mimo to. - Bardzo chcę z tobą porozmawiać.

- Dobrze. Wezmę tylko swoje rzeczy.

- Proszę pani - powiedziała, podchodząc do nich nauczycielka dzieci. - Jakiś pan chce się z 

panią widzieć. Ten przystojny, tam przy drzwiach.

Jacques spojrzał na mężczyznę, potem na Lizę. Rozpromieniła się. Oczy jej rozbłysły. Na jej 

twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Jacques poczuł zazdrość i gniew, ale, co gorsza, także ból. A 

więc nie kłamała. Naprawdę kocha tego drugiego mężczyznę. Coś w nim umarło.

- Jacques, ja... Nie gniewasz się? To...

- Nie ma czego wyjaśniać. Idź. To nic ważnego. Liza zawahała się.

- Myślałam...

- Lizo - zawołał mężczyzna i pomachał jej ręką.

- Idź - rzekł Jacques. - Niech twój przyjaciel nie czeka. Jacques z kolei stał jak wmurowany. 

Patrzył, jak Liza biegnie ku temu mężczyźnie, rzuca  mu się w ramiona, a on unosi ją do góry. 

Potem podbiegł do nich jakiś mały chłopczyk i cała trójka ściskała się i śmiała.

Wtedy nie mógł już dłużej patrzeć, nie mógł znieść miłości błyszczącej w ich oczach. Obrazu 

idealnej rodziny, jaki tworzyli.

Pomknął do bocznego wyjścia i ledwo dobiegł do toalety. Zgięty wpół, długo wymiotował.

Oczywiście  można  za  to  winić  alkohol,  mówił  do  siebie,  przyglądając  się  w  lustrze  swojej 

wymiętej, ziemistej twarzy. Ale to nie wina alkoholu, przyznał, oblewając się lodowatą wodą. To 

przez Lizę i świadomość, że choć nie utracił jej jeszcze zupełnie, to jednak pozwolił jej odejść.

Kiedy myślał, że nie pragnie więcej, mógł ją ścigać, próbować uwieść, namawiać na romans. 

Nawet kiedy tego popołudnia obserwował ją zajmującą się dziećmi, był pewien, że wystarczy jej

romans. Dopiero kiedy ujrzał ją z tym mężczyzną i jego synkiem, zrozumiał, że Liza nigdy nie 

przystanie na to, co on może jej zaoferować.

Przycisnął mocno zwiniętą pięść do piersi. Czuł się, jakby ktoś wyrwał mu serce. Bo tak było. 

Wyrwała mu je Liza O'Malley. A on jej jeszcze w tym pomógł.

Wstrząśnięty tą myślą, chwycił za brzeg umywalki. Wydawało mu się, że jest taki sprytny, że 

może bawić się w miłość, bo nigdy nie straci serca. Nawet romansując z Lizą był przekonany, że 

nic nie ryzykuje. Przecież cały czas jej powtarzał, że może jej dać tylko swoją namiętność.

Ale namiętność,  kiedy się kończyła, nigdy  nie  była powodem  takiego  cierpienia.  Nic nigdy 

tak go nie bolało.

background image

Nie  umiał  nazwać  tego,  co  czuł  do  Lizy.  Bał  się  zbadać  to  zbyt  dokładnie.  Wiedział  tylko 

jedno - zbyt mu na niej zależy. I dlatego nie ma wyboru.

Dla dobra ich obojga musi odejść.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

- Edwardzie. - Liza objęła przystojnego blondyna. - Co ty tu robisz?

- Ej, mała siostrzyczko, czy to ładnie tak witać starszego brata?

Liza poklepała brata po ramieniu.

- Ty idioto, może nie zauważyłeś, ale nie jestem już taka mała.

- Mama mówi, że to nieładnie się przezywać.

- Twoja mama  ma rację  - zwróciła się do bratanka Liza, udając zawstydzoną. - A,  właśnie, 

gdzieście ją zgubili?

- Elise  jest  w  toalecie.  Zmienia  Mandy  pieluszkę.  Słyszeliśmy  sam  koniec  twego 

przemówienia. Niezłe, siostruniu. Naprawdę niezłe. Jestem z ciebie dumny.

- Dzięki - odparła zarumieniona Liza.

- Nie chciałem wystraszyć twego przyjaciela.

- Przyjaciela?

- Tego wysokiego faceta, z którym rozmawiałaś. Wyglądał na bardzo tobą zainteresowanego. 

Czyżby to był Robert Carstairs? Wcale mi nie pasuje do obrazu arystokraty.

Liza zupełnie zapomniała o Jacquesie. Odwróciła się, ale jego już nie było.

- Nie,  to  nie  był  Robert.  Już  się  nie  spotykamy.  No  to  powiedz  - powiedziała,  zmieniając 

temat, by nie dać mu okazji do dalszych pytań. - Co tu robicie?

Edward zawahał się. Na moment zmarszczył brwi.

- Pomyśleliśmy  sobie,  że  zorganizujemy  sobie  z  tobą  i  Jackiem  wcześniejsze 

bożonarodzeniowe przyjęcie. Mama mówi, że w tym roku nie przyjeżdżasz na święta.

- Mam teraz bardzo dużo pracy. Organizujemy ogromne przyjęcie na cele dobroczynne. Poza 

tym  to  nasze  pierwsze  święta  w  nowym  domu.  W  zeszłym  roku  mieszkaliśmy  jeszcze  w 

dawnym mieszkaniu. Chcę, żeby Jack obudził się w Boże Narodzenie w swoim własnym łóżku i 

pobiegł do  choinki,  zobaczyć, co  przyniósł  mu  Święty Mikołaj. Chcę,  żeby, tak  jak ja i ty,  na 

zawsze  zachował  te  wyjątkowe  wspomnienia  z  dzieciństwa.  - Jednak,  w  głębi  duszy,  miała 

nadzieję, że może i Jacques stanie się częścią tych wspomnień. - Przyjedziemy za to po świętach 

- dodała z uśmiechem.

- Wiem.  Ale  nas  już  tam  nie  będzie.  Dlatego  przyjechaliśmy.  Postanowiliśmy  wyruszyć 

wcześniej i najpierw zatrzymać się u ciebie. Nie masz nic przeciwko temu?

- Przeciwko? Jestem zachwycona - zapewniła go Liza.

background image

I rzeczywiście była. Kochała swą rodzinę i była z nią bardzo zżyta. Choć nie pochwalali jej 

decyzji, by nie mówić Jacquesowi o ciąży ani jej nie rozumieli, byli po jej stronie.

- Czy nasza obecność przez dzień czy dwa nie narobi za dużo zamieszania w twoim życiu?

- Zamieszania? - powtórzyła Liza.

Edward wzruszył ramionami i zajął się rozwiązanym sznurowadłem swego synka.

- No, wiesz, w twoim życiu towarzyskim.

Liza  zmarszczyła  brwi.  Podejrzewała,  że  za  tą  wizytą  coś  się  kryje.  Już  chciała  go  o  to 

zapytać, kiedy mały Eddie rzucił się ku drzwiom.

- Mama! Tu jesteśmy!

Liza spojrzała na idącą ku nim bratową. Obok niej dreptała jej mniejsza, ciemnowłosa kopia.

- Lizo, wyglądasz cudownie. Choć to właściwie nic nowego.

- Tak się cieszę, że was widzę - powiedziała Liza, przytulając bratową.

- Ja też. - W oczach Elise pojawiły się figlarne ogniki. Odsunęła się odrobinę i spojrzała na 

Lizę. - No, mów. Czy to prawda, co mówi mama? Znowu spotykasz się z tą kanalią, Gastonem?

Edward jęknął i ukrył twarz w dłoniach.

- Co to jest kanalia, ciociu Lizo? - zainteresował się czteroletni Eddie.

- To wścibski starszy brat, który, jeśli mu życie miłe, powinien zająć się swoimi sprawami.

Ale  jej  brat  ani  myślał  zajmować  się  tylko  swoimi  sprawami.  Wieczorem  w  jej  domu  i 

następnego dnia po kolacji, kiedy dzieci poszły już spać, namawiał, przekonywał, błagał. Kiedy i 

groźby nie pomogły, poddał się.

- Nie rozumiem cię, Lizo. Jak możesz znów spotykać się z tym człowiekiem i nie powiedzieć 

mu, że jest ojcem twojego syna!

- Nie gniewaj się, Edwardzie, ale to naprawdę nie twoja sprawa.

- Gów...

- Edwardzie.  Umówiliśmy  się,  że  nie  będzie  brzydkich  słów  - przypomniała  mu  żona.  -

Zapomniałeś, że w zeszłym tygodniu wezwano cię do szkoły, bo mały Eddie zaczął powtarzać to 

twoje ulubione słówko?

Edward zarumienił się i zacisnął usta.

- Popełniłaś  błąd,  nie  mówiąc  Gastonowi  nic  trzy  lata  temu,  kiedy  zaszłaś  w  ciążę.  Teraz 

popełniasz kolejny, nie informując go, że ma syna - zwrócił się znów do siostry.

background image

- Możliwe. Ale to mój błąd, Edwardzie, nie twój. Edward, wściekły, spacerował po pokoju. 

Starszy od Lizy o pięć lat zanim zakochał się w swojej żonie, był takim samym kobieciarzem jak 

Jacques. I w dodatku twierdził, że do końca życia pozostanie kawalerem. Teraz, po ślubie, całą 

swoją energię poświęcił odgrywaniu roli dobrego  męża. Najwidoczniej małżeństwo tak mu się 

spodobało, że zapragnął tego samego dla swojej siostry.

- Uwierz mi, gdyby Elise urodziła moje dziecko, na pewno chciałbym o tym wiedzieć.

- Urodziłam twoje dziecko, kochanie. Nawet dwoje - przypomniała mu Elise.

- Tak. Ale dopiero po ślubie. - Edward złożył ręce na piersi i stanął przed fotelem, na którym 

siedziała Liza. - Mężczyzna ma prawo wiedzieć, że jest ojcem i ma syna.

- Pomoc  w  poczęciu  dziecka  nie  czyni  z  mężczyzny  ojca  - odparła  Liza.  I  nie  sprawia,  że 

będzie je kochał, dodała w duchu.

- Nie. Ale trzeba przynajmniej dać mu możliwość wyboru. Brat miał rację. Jacques ma prawo 

zdecydować, czy chce być ojcem, przyznała Liza. Bardzo się jednak bała, że wiedząc o swoim 

ojcostwie, mimo wszystko odrzuci swego syna.

Następnego dnia  po  południu  Liza  pożegnała  brata  i  jego  rodzinę.  Kiedy  zamknęła  za  nimi 

drzwi, słowa Edwarda wciąż dźwięczały jej w głowie.

Jacques  zasługuje  na  to,  by  znać  całą  prawdę,  powtarzała  sobie  w  duchu.  Zresztą  tamtego 

wieczoru  po  przyjęciu  omal  mu  o  wszystkim  nie  powiedziała.  W  jej  oczach  pojawiły  się  łzy. 

kiedy przypomniała sobie tamtą straszną noc i jaką idiotką była, myśląc, że Jacques mógłby ją 

kochać. Uzbrojona w jego miłość, pokonałaby dręczące go widma, pomogła mu je zwalczyć. Ale 

on jej nie kochał. Tamtego wieczora znów się o tym przekonała.

Czując ten dobrze jej już znany ból, odsunęła się od drzwi i weszła do pokoju syna. Podniosła 

z  podłogi  misia  i  położyła  go  obok  śpiącego  dziecka.  Z  dumą  i  miłością  odgarnęła  ostrożnie 

blond loczki z jego czoła i delikatnie pocałowała Jacka. To była rozsądna decyzja. Swoje uczucia 

mogła zaryzykować, ale syna nigdy.

Słysząc dzwonek telefonu, otarła oczy i na palcach poszła do kuchni.

- Halo.

- Liza? Tu Aimee.

- Aimee! Jak się masz?

- Dobrze. Gruba, ale zdrowa. Wyglądam, jakbym połknęła piłkę.

Liza parsknęła śmiechem. Cieszyło ją szczęście przyjaciółki.

background image

- Wszystkie kobiety w ciąży tak wyglądają.

- To samo mówi ten lekarz, do którego Peter każe mi ciągle chodzić.

- A  jak  się  miewa  nasz  potwór?  - spytała  Liza,  używając  określenia,  którym  kiedyś,  przed 

laty, nazwała męża Aimee.

- Potwornie, bo ten lekarz zgodził się ze mną i pozwolił mi podróżować. Jestem zaledwie w 

piątym miesiącu, więc spokojnie możemy się gdzieś wybrać. Poza tym chcę, żeby Sara cieszyła 

się śniegiem w czasie świąt.

- Więc dokąd jedziecie?

- Do Chicago.

- Do Chicago?

- Tak.  Lekarz  mówi,  że  spokojnie  możemy  jechać.  Przyjedziemy  wcześniej,  żeby  być  na 

przyjęciu.

- Aimee. Mon amie. Jak to miło cię słyszeć. Dobrze się miewasz?

- Daj sobie spokój z tą gadką, Gaston. Coś ty zrobił mojej przyjaciółce?

Jacques wytarł ręce w ręcznik i przyglądał się skończonemu popiersiu córki Aimee. Po tym. 

jak zobaczył Lizę z tamtym mężczyzną i jego dzieckiem, wrócił do domu i pogrążył się w pracy. 

Musiał przyznać, że nie na wiele się to zdało. Ból nie ustępował.

- Rozumiem, że masz na myśli Lizę.

- Oczy wiście, że mam na myśli Lizę. Jacques, co się dzieje? Opowiadała z podnieceniem o 

pracy związanej z organizacją przyjęcia i o tym, jak znakomicie sprzedają się bilety, ale wyczu-

łam, że w głębi duszy bardzo jest nieszczęśliwa.

Jacques podszedł do  okna i  spojrzał na  zasypane  śniegiem miasto.  Nagie drzewo  ugięło się 

pod wpływem nagłego podmuchu wiatru. Przypominało mu jego samego i to, co czuł. Było tak 

samo jak on żałosne i samotne.

- Zupełnie straciła ochotę do życia.

- Naprawdę? - rzekł, podchodząc do kominka.

- Naprawdę. Jacques, co się stało? Miałam nadzieję, że pracując razem, w końcu zdacie sobie 

sprawę, co naprawdę do siebie czujecie.

Właśnie. Jacques w końcu zdał sobie sprawę, że czuje do Lizy dużo więcej niż powinien i że 

nie jest to bezpieczne. Już dawno dostrzegłby to niebezpieczeństwo, gdyby nie oślepiło go pożą-

background image

danie i pragnienie zemsty. A ponieważ tak mu na niej zależało, nie mógł prosić jej by zechciała 

dzielić z nim życie. Widział przecież jej twarz, kiedy patrzyła na syna tamtego mężczyzny. Liza 

chciała mieć dzieci, a on nie mógł jej tego umożliwić.

- Nie wiem, czemu jesteście oboje tacy uparci. Wiesz, na czym polega twój problem, Gaston? 

- Aimee  nie  czekała  na  jego  odpowiedź,  lecz  mówiła  dalej.  - Boisz  się  dorosnąć.  Udajesz 

żigolaka. A  skończy się  to  tak, że  któregoś dnia  się obudzisz i okaże się, że zostałeś sam. Już 

pora, byś się ustatkował, Jacques.

- To znaczy, co powinienem zrobić, Aimee? - warknął zniecierpliwiony.

Nie  z  powodu  przemowy  Aimee.  Przyjaźnili  się  od  lat  i  zdążył  się  przyzwyczaić  do  jej 

wykładów. Poruszyła go jej  uwaga, że  kiedyś zostanie  sam. Przez całe  życie był sam.  Tak się 

czuł w tej chwili i taka rozciągała się przed nim przyszłość - samotna, zimna, pusta. Przypominał 

samotnie rosnące drzewo. Mocno zacisnął palce na słuchawce.

- Uważasz, że powinienem się ożenić? Mieć dwoje dzieci, tak jak ty i Peter?

- Tak. Tak właśnie uważam.

- Wobec tego nie znasz mnie tak dobrze, jak ci się wydaje. Rozczarujesz się, Aimee. Nie mam 

ochoty na żadną z tych rzeczy. Liza o tym wie. To dlatego postanowiła, jak to wy, Amerykanie, 

mówicie, pójść swoją drogą.

Na ułamek sekundy, może dwa, po drugiej stronie zapanowała cisza.

- Jacques, ja...

- Twoja gospodyni mówiła, że ty i  Peter przyjeżdżacie w sobotę wieczorem, aby zdążyć na 

przyjęcie. Chcesz, żebym odebrał was z lotniska?

- Nie.  Damy  sobie  radę.  Weźmiemy  taksówkę.  I  możesz  spać  w  naszej  sypialni.  Pani 

Gunnerson przygotuje nam któryś z pokoi gościnnych.

- Dobrze  - zgodził  się  Jacques,  lecz  wcale  nie  miał  zamiaru  korzystać  z  ich  małżeńskiej 

sypialni. To on przeniesie się do pokoju gościnnego.

- Jacques, chcę ci jeszcze o czymś powiedzieć.

Jacques  wziął  do  ręki  pogrzebacz  i  czekając  na  dalszy  ciąg  przemowy  Aimee,  przesuwał 

płonące polana.

- Liza też będzie u nas nocować.

background image

Liza  mocno  trzymała  kierownicę.  Zwalniając  gaz  nacisnęła  lekko  na  hamulec  i  pokonała 

kolejny  zakręt.  Nachyliła  się  do  przodu,  bo  mimo  pracy  wycieraczek,  gęsty  śnieg  zalepiał 

przednią szybę.

Niebo  było  ciemne  i  zachmurzone.  Zanosiło  się  na  długą  śnieżycę.  Jadąc  z  tą  prędkością 

ledwo zdąży na przyjęcie. A chciała jeszcze przedtem przywitać się z Aimee.

Wiał  w dodatku  silny wiatr  i na  dworze było lodowato.  Liza  zadrżała i bardziej wzmocniła 

ogrzewanie.

Na  szczęście  po  przyjęciu  nie  będzie  musiała  wracać  do  domu.  Choć  zarząd  bez  problemu 

opłaciłby jej pokój w hotelu, nie chciała wydawać na siebie pieniędzy, które przecież przydadzą 

się  na  letni  obóz  dla  dzieci.  Teraz,  kiedy  Aimee  i  Peter  postanowili  przyjechać  na  przyjęcie, 

będzie  mogła  przenocować  w  ich  mieszkaniu.  Nie  będzie  sama  z  Jacquesem,  co,  musiała 

przyznać, byłoby i krępujące, i zarazem zbyt kuszące.

A  po  tym  wieczorze  już  pewnie  nigdy  go  nie  zobaczy.  Uświadomiwszy  sobie  ten  fakt, 

poczuła  w  gardle  jakąś  dziwną  suchość.  Wrócił  też  znajomy  ból  w  piersi.  Przycisnęła  mocno 

rękę do serca, a w jej oczach pojawiły się piekące łzy. Gdyby tylko….

Nie.  Wykrzyczała  to  słowo  w  duchu  i  powstrzymała  łzy.  Nie  może  tego  zrobić.  Nie  może 

grać dalej w tę niebezpieczną grę pod tytułem „gdyby tylko".  Wyprostowała się i odsunęła od 

siebie wszelkie myśli o Jacquesie.

Słyszała groźne  wycie  wiatru. Było jej  coraz  zimniej.  Kiedy zdjęła  rękawiczkę i przyłożyła 

rękę do otworu ogrzewczego, poczuła lodowaty powiew.

- Wspaniale - mruknęła pod nosem i mocno uderzyła ręką w kierownicę.

Nacisnęła  guzik  i  wyłączyła  i  tak  nie  działające  ogrzewanie.  Tego  jej  jeszcze  brakowało. 

Burza śnieżna, zepsute ogrzewanie i wieczór w towarzystwie Jacquesa, podczas którego będzie 

musiała  się  uśmiechać  i  udawać  szczęśliwą,  choć  w  głębi  duszy  cierpi.  Ciekawe,  co  jeszcze 

może ją spotkać?

Okazało się, że był to korek przy wjeździe do Chicago. Na miejsce dojechała półtorej godziny 

później.  Wyjęła  z  bagażnika  torbę  i  szybko  wbiegła  do  budynku.  Jadąc  windą  na  górę.  cała 

dygotała. Chyba nigdy w życiu nie było jej tak zimno. Marzyła o gorącej kąpieli.

Drzwi do mieszkania Gallagherów otworzyła sobie kluczem, który w ubiegłym roku dała jej 

Aimee.  Kiedy  wchodziła  do  środka,  powitały  ją  dźwięki  Piątej  Symfonii  Mahlera.  Spojrzała 

background image

najpierw  na  odtwarzacz,  potem  na  duże  panoramiczne  okno,  przy  którym nie  tak dawno  temu 

stała wraz z Jacquesem. Obejmował ją wtedy i obsypywał jej szyję gorącymi pocałunkami.

Odpędziła od siebie te wspomnienia i weszła w głąb mieszkania.

- Aimee? Peter? - zawołała. - Jest tu ktoś?

Powiesiła  płaszcz  i  zastukała  do  drzwi  małżeńskiej  sypialni.  Kiedy  nikt  nie  odpowiedział, 

zajrzała do środka.

- Aimee?

Słysząc  wodę  cieknącą  z  prysznica  w  przyległej  łazience,  zamknęła  drzwi.  Dobry  pomysł, 

uznała idąc w głąb mieszkania do pokoju gościnnego, z którego zazwyczaj korzystała. Przyda jej 

się gorąca kąpiel. Rzuciła torbę i torebkę obok szafy i szybko pobiegła do łazienki.

Uśmiechnęła  się,  wchodząc  do  ogromnego  jak  pokój,  wyłożonego  białymi  kafelkami 

pomieszczenia. Zawsze mówiła Aimee, że mogłaby w nim zamieszkać czteroosobowa rodzina. 

Może  trochę  przesadzała,  ale  łazienka  była  wspaniała.  Naprzeciwko  wanny  stała  ogromna, 

wyłożona  marmurem  toaletka  z  lustrem.  Na  niej  ustawiono  onyksową  rzeźbę  przedstawiającą 

parę przytulonych  kochanków.  Na  ścianie  wisiała  kolejna  rzeźba  - wizerunek  nagiej  kobiety z

kości  słoniowej,  którą  Aimee  umieściła  w  szklanym  pojemniku.  Wzrok  jednak  przyciągała 

przede wszystkim ogromna marmurowa wanna, umieszczona tuż pod dachowym okienkiem.

To właśnie o tej wannie marzyła. Liza zrzuciła buty i przeszła przez łazienkę. Odkręciła kurki 

i wrzuciła pełną garść soli kąpielowej o zapachu gardenii. Upięła włosy i błykawicznie zrzuciła z 

siebie  ubranie.  Powodowana  jakimś  impulsem  ściemniła  światło  i  zapaliła  świece,  stojące  na 

wannie i toaletce.

Weszła do parującej, pachnącej kąpieli, włączyła bicze wodne i zamknęła oczy.

Jacques  wyszedł  spod  prysznica,  zdjął  z  wieszaka  ręcznik  i  mocno  się  nim  wytarł.  Potem 

owinął się w pasie ręcznikiem i podszedł do lustra. Sczesał włosy z czoła i przyglądając się swej 

twarzy,  zauważył  ciemną  szczecinę  zarostu.  Nie  znalazł  jednak  na  toaletce  swej  elektrycznej 

maszynki do golenia. Nie było jej też w kosmetyczce.

- Kurczę - mruknął pod nosem. Spodziewając się przyjazdu Aimee i Petera musiał przenieść 

ją do gościnnej łazienki. I najwyraźniej zapomniał wziąć z powrotem, kiedy Aimee zadzwoniła z 

wiadomością, że jednak nie przyjadą.

Kiedy  przechodził  przez  salon,  na  odtwarzaczu  zmieniła  się  płyta.  Pokój  wypełniły  teraz 

dźwięki  melodyjnej  piosenki  Nata  Kinga  Cole'a  zatytułowanej  ,Będę  w  domu  na  święta". 

background image

Jacques przystanął przed drzwiami do sypialni. Dziwne, nie pamiętał, by je zamykał. Zmarszczył 

brwi,  ale  po  chwili  wzruszył  ramionami.  W  jego  obecnym  stanie  dziwne  było,  że  w  ogóle 

cokolwiek pamiętał. Nacisnął klamkę, pchnął drzwi i pomaszerował prosto do łazienki.

Dopiero  kiedy  wszedł  do  środka,  zauważył  kupkę  damskich  ubrań  na  podłodze  i  dotarł  do 

niego szum biczy wodnych.

Spojrzał na wannę i zamarł. Serce na moment przestało mu bić. Patrzył na zanurzoną po szyję 

Lizę. Miała zamknięte oczy, a w kącikach jej ust błąkał się błogi uśmieszek.

Odwróć się i wyjdź, zanim cię zobaczy.

Słyszał, jak jego mózg wydaje ten rozkaz, lecz ciało odmówiło posłuszeństwa. Stał w progu 

jak  wmurowany.  Wdychał  kuszący zapach  gardenii.  Próbował przełknąć  ślinę,  ale jego  gardło 

było  jakby  wyłożone  papierem  ściernym.  Nie  był  w  stanie  myśleć.  Przez  chwilę  nawet  nie 

oddychał.

Wtedy Liza zmieniła pozycję. Wśród kolorowych, pachnących banieczek błysnęły czubki jej 

piersi.

Jacques  poczuł  narastające  w  nim  pożądanie.  Cofnął  się  w  czasie  o  trzy  lata  - do  pewnej 

parnej  nocy  w  Nowym  Orleanie.  Do  jesiennej  ulewy,  maleńkiego  pokoiku  pachnącego  gar-

deniami, do kobiety, która kusiła go, by zaryzykował.

Jakby  wyczuwając  jego  obecność,  Liza  otworzyła  oczy.  Usłyszał,  jak  próbuje  zaczerpnąć 

tchu, zobaczył w jej oczach przerażenie. Potem obserwował, jak to przerażenie zmienia się w coś 

innego,  kiedy  jej  wzrok  zsunął  się  niżej,  na  wyraźne  wybrzuszenie  jego  ręcznika.  Szybko 

spuściła głowę.

- Cco tu robisz?

- Zapomniałem maszynki do golenia - odparł, ale nawet nie próbował jej poszukać.

- To bierz ją i wychodź. Zanim... zanim znajdą cię tu Aimee i Peter. - Poruszyła się i znów 

zatańczyły banieczki na czubkach jej piersi.

Kiedy jego oczy spoczęły na tych różowych pączkach, ogarnęła go nowa fala pożądania. Jego 

męskość niecierpliwie szturchała ręcznik. Jacques zacisnął powieki. Zacisnął też mocno pięści, 

powstrzymując  się,  by  nie  podejść  do  wanny,  nie  uklęknąć,  nie  odgarnąć  pachnącej  piany  z 

piersi Lizy i nie wziąć w usta jednej z tych sutek. Wstrząsnął nim dreszcz pożądania, silny jak 

śmiertelna gorączka, której nabawił się przed trzema laty, a na którą nie ma lekarstwa.

- Jacques, proszę.

background image

Otworzył oczy i wpatrzył się w opadające banieczki, w miękką jak płatki kwiatów skórę Lizy. 

Jej twarz zarumieniona była od gorąca, zielone oczy pociemniały.

- O co prosisz, Lizo? - spytał, zły na siebie, że wciąż tak na niego działa.

- Proszę, żebyś wyszedł, zanim przyjdzie Aimee i Peter - powiedziała. Wzięła mydło i zaczęła 

namydlać nim myjkę.

Nawet sposób, w jaki zadarła do góry nos, podziałał na niego podniecająco. Gdyby nie ból, 

który coraz mocniej odczuwał w dole brzucha, nawet pewnie by się roześmiał. Można by nawet 

podejrzewać, że swatka Aimee namówiła pogodę do współpracy.

- Nie musisz martwić się o Aimee i Petera, Lizo. Nie ma ich tutaj.

Liza uniosła nogę i zaczęła ją namydlać. Jego ciało zesztywniało.

- Ale wkrótce będą. Będzie nam obojgu głupio, jeśli cię tu zastaną.

Jej ruchy działały na niego jak zapałka na dynamit.

- Wobec tego nie musisz się martwić, cherie. Bo Aimee i Peter nie przyjadą - udało mu się 

jakoś wydukać.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Liza rzuciła okiem na Jacquesa. Udawanie obojętności drogo ją kosztowało. Czuła, że powoli 

przestaje  nad  sobą  panować.  Zmusiła  się  więc,  by  patrzeć  na  jego  twarz,  a  nie  zachwycać  się 

pięknym, nagim ciałem. Smukłym, odpowiednio umięśnionym, opalonym i pokrytym meszkiem 

ciemnoblond włosków.

Liza  przełknęła  ślinę.  Pięc  minut  temu  była  przemarznięta  do  szpiku  kości.  Teraz  miała 

wrażenie,  że  jej  skóra  płonie.  I  nie  miało  to  nic  wspólnego  z  wodą,  tylko  z  Jacquesem  i 

sposobem, w jaki ten mężczyzna na nią patrzył - jak lampart, który wreszcie osaczył swą ofiarę. 

Uniosła głowę, chcąc mu okazać, że nie czuje się onieśmielona.

- Co to znaczy, że nie przyjadą? - spytała, udając obojętność, której bynajmniej nie czuła.

- Wygląda na to, że w Nowym Orleanie też pada, a tam na południu to rzadkość, więc władze 

miasta nie umieją sobie dać z tym rady. Zamknięto lotnisko i odwołano wszystkie loty.

Kiedy  dotarło  do  niej  pełne  znaczenie  słów  Jacquesa  - że  spędzą  tę  noc  tylko  we  dwoje  -

zacisnęła mocno palce na kostce mydła. Było śliskie, więc wymknęło jej się z ręki i wylądowało 

na podłodze u stóp Jacquesa.

Potem wszystko potoczyło się jak na zwolnionym filmie.

Jacques spokojnie nachylił się, by je podnieść. Potem spojrzał na nią. Jego bursztynowe oczy 

przesunęły się z jej piersi przez szyję na usta.

Liza zadrżała. Czując się jak w pułapce, przygryzła dolną wargę. Potem Jacques podniósł sie i 

zbliżył do niej bezszelestnie, jak lampart, którego jej przypominał. Patrzyła na napięte mięśnie 

na jego ramionach, na płaski brzuch i wybrzuszoną męskość ukrytą pod ręcznikiem. Pożądanie, 

które ją ogarnęło, spłynęło ciepłą falą między jej uda.

Kiedy zatrzymał się przy wannie, Liza podniosła wzrok na jego twarz. Kości policzkowe stały 

się  wyraźniejsze,  usta,  tak  zawsze  chętne  do  uśmiechu,  zaciśnięte  w  cienką  linię.  Widziała,  z 

jakim trudem nad sobą panuje. Spojrzała w jego oczy i zobaczyła w nich gniew i siłę. A także 

pożądanie.

Powinno ją to przerazić, ale tylko jeszcze bardziej podnieciło.

- Nie patrz tak na mnie - zażądał.

- Jak?

- Jakbyś  mnie  pragnęła.  Tak  samo,  jak  ja  pragnę  ciebie.  Liza  wiedziała,  że  powinna  mu 

powiedzieć, że  się  myli,  że jest zbyt pewny siebie,  ale słowa  uwięzły jej  w ściśniętym  gardle. 

background image

Była  tylko  w  stanie  wpatrywać  się  w  niego,  wpatrywać  się  i  przypominać  sobie  to,  co  było, 

wpatrywać się i pragnąć.

Z  obawy,  że  Jacques  dostrzeże  te  uczucia,  spuściła  wzrok  na  jego  rękę,  trzymającą  mydło. 

Była silna, męska, pokryta odciskami od pracy z marmurem i gliną.

I wtedy przypomniała sobie dotyk tej ręki na swoim ciele. Ujrzała jego palce pieszczące jej 

piersi, biodra,  zanurzające się,  wślizgujące się  między  jej uda.  Takie delikatne,  a  jednocześnie 

niecierpliwe.

Cała drżąca wyciągnęła rękę po mydło. Stłumiła jęk, kiedy ich palce na moment się spotkały.

Jacques wydał z siebie krótki okrzyk - gniewu czy bólu. Nie zdążyła ochłonąć, kiedy chwycił 

ją za rękę i ukląkł przy wannie. Mydło z pluskiem wpadło do wody.

Serce waliło jej jak oszalałe. Ze strachu. Z oczekiwania. Z pożądania.

- Spójrz na mnie, Lizo. Spojrzała.

- Nie mogę dać ci tego, czego pragniesz.

- O nic cię nie proszę.

- A  właśnie,  że  tak!  - wykrzyknął  gniewnie  i  zaklął po  francusku.  Chwycił jej drugą  rękę.-

Kilka dni temu postanowiłem sobie, że choć raz w życiu zrobię coś szlachetnego. Że cię zosta-

wię, pozwolę ci odejść i znaleźć kogoś, kto da ci to, czego pragniesz.

Puścił jej nadgarstki i przesunął dłońmi po jej mokrych ramionach i szyi.

- Ale nie dotrzymam tej obietnicy. - Jedną ręką chwycił włosy na jej karku i przyciągnął Lizę 

do siebie. - Nie da się ukryć, że nie pochodzę ze szlachetnej rodziny.

W  jego  głosie  był  gniew  i  szyderstwo.  Spojrzała  w  jego  oczy  i  zrozumiała,  że  te  słowa 

skierowane były przeciw niemu samemu.

- Nie mów tak, Jacques. To nieprawda.

- Ależ prawda. Nie mogę się jej wyprzeć. Tak samo, jak nie mogę się wyprzeć, że cię pragnę. 

Pragnę cię, Lizo. Nie mogę przestać cię pragnąć.

Bicze wodne nadal cichutko szumiały. Woda wirowała wokół jej nagiego ciała, otaczając ją 

zapachem gardenii jak pajęczyną.

Położyła ręce na jego ramionach, chcąc go odepchnąć. Wiedziała, że powinna to zrobić.

- Powiedz mi, że twoje oczy kłamią, Lizo. Powiedz, że mnie nie pragniesz. Powiedz i spraw, 

żebym uwierzył.

- Nnie... nie chcę cię - skłamała. - Już ci mówiłam, że kocham Jacka - dodała z rozpaczą.

background image

Zesztywniał, jakby otrzymał policzek. Jego oczy rozbłysły gniewem. Zacisnął mocniej palce 

na jej włosach. Kiedy wygięła szyję, wykorzystał  okazję. Przywarł ustami  do jej karku, potem 

przesunął je na brodę. Jęknęła, kiedy chwycił w zęby jej dolną wargę.

Pocałunkiem zdusił jej protest. Całował ją namiętnie, długo, z wprawą świadczącą o dużym 

doświadczeniu.

Chciała,  żeby  przestał  ją  całować. Bała  się,  że  rzeczywiście  przestanie.  Rozpaczliwie  wpiła 

się palcami w jego ramiona.

- Może i go kochasz - oznajmił z triumfem. - Ale to mnie pragniesz. Mnie, Lizo. Nie jego.

Wsunął  język  między  jej  zęby,  badał  dokładnie  wnętrze  jej  ust.  Przestała  myśleć,  potrafiła 

tylko czuć.

Otoczyła go ramionami, zanurzyła palce w jego wilgotne włosy i całowała z całą tęsknotą i 

miłością nagromadzoną przez trzy samotne lata.

- Powiedz mi, że mnie nie pragniesz - rozkazał, odrywając usta od jej warg.

- N...nie mogę. Jack i ja, to nie jest tak, jak myślisz. Nie jesteśmy kochankami. On i ja...

- Nie chcę o nim słuchać. Chcę, żebyś przyznała, że to mnie pragniesz. Mnie. Powiedz to!      

- Pragnę cię, Jacques. Kocham cię.

Spojrzał na nią zwycięsko i pomógł jej wstać. Dotykał jej najpierw wzrokiem, potem rękami.

- Zachowaj  swoją  miłość  dla  siebie,  cherie.  Mnie  ona  niepotrzebna.  Chcę  tylko  twej 

namiętności.

I  tylko  tyle  mógł  jej  dać.  Świadomość  tego  rozerwała  jej  serce  na  tysiące  maleńkich 

kawałków.  Kochała  Jacquesa,  zawsze  go  kochała  i  zrozumiała  teraz,  że  nigdy  nie  pokocha 

nikogo innego. Zamknęła oczy i pozwoliła, by całował jej szyję, ramiona, piersi.

Skoro  nie  może  mieć  nic  więcej,  zadowoli  się  jego  pożądaniem.  Na  tę  jedną  noc,  ostatnią, 

weźmie  namiętność,  którą  on  jej  ofiarowuje,  a  potem  pozwoli  mu  odejść.  Kiedy  wszystko  się 

skończy, pozostaną jej wspomnienia ostatniej spędzonej z nim nocy. To i dziecko, które już jej 

dał wcześniej, wystarczy. Musi.

Liza przestała oddychać, kiedy usta Jacquesa zsunęły się na jej pępek. Wplotła palce w jego 

włosy i przyciągnęła jego twarz z powrotem do swojej.

- Jeśli  chcesz  ode  mnie  namiętności,  to  bierz  ją,  Jacques.  Bierz  ją  teraz...  zanim 

oprzytomnieję.

background image

Jacques objął ją w pasie, przyciągnął do siebie i wziął na ręce. Ociekającą wodą zaniósł  do 

sypialni. Ani na chwilę nie przestawał jej całować.

Odrzucił  kapę  na  podłogę.  Położył  Lizę  na  łóżku.  Atłasowa  pościel  była  chłodna,  ale  jej 

rozpalone  ciało  nawet  tego  nie  czuło.  Silne  ręce  Jacquesa  gładziły  jej  piersi,  muskały  biodra, 

pieściły uda. A gorące usta zdawały się być wszędzie.

Tego było za wiele.  Za  mało. Posuwał  się zbyt  szybko. Za  wolno.  Kiedy  rozsunął  jej  uda i 

wsunął w nią palec, krzyknęła.

Zdusił jej jęk ustami. Kiedy uniósł głowę, wygięła się pod nim w łuk. Czuła, że umrze, jeśli 

nie poczuje go w sobie.

- Szybciej, Jacques. Szybciej - zażądała.

- Jeszcze nie. Nie jesteś gotowa.

- Jestem. Naprawdę jestem.

Zerwała ręcznik okrywający jego biodra i sięgnęła po jego męskość.

- Nie  - mruknął,  powstrzymując  jej  rękę.  Oddychał  ciężko  jak  po  długim,  wyczerpującym 

biegu.  Zacisnął  mocno  powieki.  - Nie  dotykaj  mnie  jeszcze.  Zaczekaj  chwilę.  Tak  bardzo  cię 

pragnę. Jeśli mnie teraz dotkniesz, nie będę mógł już dłużej czekać.

- Nie chcę, żebyś czekał - powiedziała i wyswobodziła rękę.

Pieściła  aksamitny  czubek  jego  męskości  i  zachwyciła  się,  kiedy  wstrząsnął  nim  dreszcz. 

Zacisnęła wtedy na nim rękę.

Jacques  krzyknął  coś  po  francusku,  może  było  to  przekleństwo,  może  błaganie.  Przewrócił 

Lizę na plecy, rozłożył jej nogi i wszedł w nią jednym silnym ruchem.

Napełnił  ją  całą,  rozciągnął  do  granic  możliwości.  Zobaczyła  strach  i  żal  w  jego  oczach. 

Kiedy próbował się wysunąć, otoczyła go nogami i wciągnęła głębiej. Mocno zacisnęła uda.

- Sorcierel

Diablica.

Oczy mu  pociemniały,  chwycił  ją  za biodra  i  wszedł  w  nią do  końca.  Wysunął  się trochę  i 

znów zagłębił w jej gorącej, ciasnej wilgotności. I jeszcze raz. I jeszcze.

Czuła wszędzie jego ręce, jego usta, jego zęby. Brał. Ona też. Słyszała uderzanie ciała o ciało, 

ogłuszały ją ich szybkie, urywane oddechy. Czuła zapach gardenii, mydła i seksu.

Chciała, musiała zapamiętać to wszystko. Utrwalić każde doznanie, każdy dotyk i dźwięk, by 

delektować się nimi, kiedy Jacquesa już przy niej nie będzie.

background image

Jacques  znów  uniósł  biodra  i  zaczął  poruszać  się  coraz  szybciej.  Liza  przestała  myśleć. 

Chciała  i  mogła  tylko  czuć.  Kiedy  krzyknął  jej  imię,  oboje  osiągnęli  ten  wspaniały,  jedyny, 

wyczekiwany szczyt.

Stopniowo Jacques odzyskiwał zdrowy rozsądek. Wraz z nim poczucie winy. Zbyt mocno na 

nią naciskał, za szybko. Była taka ciasna, taka gorąca. A on za mało czasu poświęcił dla jej przy-

jemności. Nie czekał, aż będzie gotowa. Nie potrafił jednak się powstrzymać. Kiedy otoczyła go 

nogami, wciągnęła w swoje ciepło...

Kurczę,  jego  męskość  stwardniała  na  samą  myśl  o  tym.  Odetchnął  głęboko  i  wsparł  się  na 

łokciu, by na nią spojrzeć. Miała zamknięte oczy a na jej twarzy malował się lekki uśmieszek. 

Jednak jej wargi były opuchnięte, a na podbródku i szyi widniały wyraźne, czerwone otarcia.

- Przepraszam, cherie.

- Hmm?

- Sprawiłem ci ból - rzekł. Dopiero teraz zauważył takie same otarcia na jej piersiach.

- Ból?

Nie podobała mu się jej obojętność.

- Spójrz na mnie, Lizo.

Zamrugała powiekami i otworzyła oczy. Były zielone i rozmarzone. Jak mógł kiedykolwiek 

myśleć, że są chłodne?

- Przepraszam, jeśli byłem zbyt brutalny.

- To  chyba  ja  byłam  bardziej  brutalna  - uśmiechnęła  się  i  musnęła  palcem  lekkie 

zaczerwienienie na jego ramieniu. Miejsce, gdzie zagłębiła w pewnej chwili zęby.

Nie  zmniejszyło  to  wcale  jego  wyrzutów  sumienia.  Nigdy  z  żadną  kobietą  tak  się  nie 

zachowywał, nawet z nią.

- Nie  zamierzałem  być  niedelikatny.  Chciałem,  by  ci  było  jak  najlepiej.  Pragnąłem,  żebyś 

oszalała z rozkoszy. A to ty doprowadziłaś mnie do szaleństwa.

- Naprawdę? Cieszę się - powiedziała z pełnym zadowolenia uśmiechem. - Do tej pory, kiedy 

byliśmy razem, zawsze  czułam się taka... taka bezradna. Choć  nie chciałam ci na to pozwolić, 

doprowadzałeś  mnie  na  sam  szczyt.  A  ja  nigdy  nie  mogłam  ci  się  zrewanżować. 

Powstrzymywałeś się do momentu, kiedy to ty postanowiłeś iść na całość.

Kiedy chciał zaprotestować, położyła mu palec na ustach.

- Dziś miło mi było, że dla odmiany ty straciłeś nad sobą panowanie.

background image

- Oj, straciłem.

Był tak podniecony, że nawet zapomniał o zabezpieczeniu. Na samą myśl oblał się zimnym 

potem. Zawsze przecież o tym pamiętał. Zanim jednak zdążył ją o to zapytać, zaczęła się poru-

szać.

Aż jęknął, bo jego męskość, wciąż w niej zanurzona, zareagowała natychmiast.

- Jeśli nie przestaniesz poruszać tym swoim cudownym tyłeczkiem, znów zobaczysz, jak tracę 

panowanie - ostrzegł.

- Naprawdę?

- Naprawdę.

Jego śmiech przeszedł w jęk. Przetoczył się na plecy, pociągając ją za sobą.

- Nie powinniśmy tego robić. Chyba spóźnimy się na przyjęcie - powiedziała, nie przerywając 

rytmicznego kołysania.

- Żadne chyba. Na pewno - poinformował ją. Sięgnął po jej piersi i uniósł biodra, by wejść w 

nią głębiej.

- Bardzo? - spytała, poruszając się coraz szybciej.

- Bardzo.

Objął jej pupę i znów stracił nad sobą panowanie.

Rzeczywiście  bardzo  się  spóźnili.  A  problem  polegał  na  tym,  że  Jacques  od  razu  zaczął 

myśleć o wyjściu. Chciał mieć Lizę tylko dla siebie. Zirytowała go ta myśl i przeraziła.

Więc  zmusił  się,  by zjeść  kolację i flirtować  z  kobietami, towarzyszącymi mu  przy stoliku. 

Tylko po to, by sobie samemu udowodnić, że jeszcze potrafi to robić. Lubił kobiety, jeszcze nie 

spotkał  takiej,  która  by  mu  się  nie  podobała.  Nie  potrzebuje  żadnej  konkretnej,  by  dobrze  się 

bawić. Na pewno uda mu się przyjemnie spędzić te kilka godzin bez Lizy.

A jednak wcale nie było mu przyjemnie. Obserwował siedzącą przy sąsiednim stoliku Lizę. 

Wyglądała tak pięknie. Spięła włosy jakąś klamrą i tylko kilka pojedynczych kosmyków wiło się 

na jej szyi. Ciemnogranatowa sukienka osłaniała ją od stóp do głów jak zakonny habit. Tyle że 

żadnego  habitu  nie  uszyto  z  materiału,  który  tak  delikatnie,  ale  szczelnie  oblepiałby  piersi, 

szczupłą talię i ładnie zaokrąglone biodra. I z pewnością też żaden habit nie miał z tyłu dekoltu, 

który sięgałby tak niebezpiecznie blisko owej talii. Jacques szarpnął za kołnierzyk swej koszuli. 

Zrobiło mu się gorąco na samą myśl o aksamitnej skórze odsłoniętej przez to rozcięcie.

background image

Akurat  przechyliła  głowę  i  roześmiała  się,  słuchając  czegoś,  co  mówił  jakiś  mężczyzna. 

Jacques nie mógł już dłużej tylko na nią patrzeć. Musiał jej dotknąć. Przeprosił towarzyszące mu 

osoby i wstał od stolika.

- Zatańczysz? - spytał, stając za jej krzesłem. Spojrzała na niego przez ramię i uśmiechnęła 

się.

- Przepraszam - zwróciła się do mężczyzn siedzących obok niej.

Jacques  wziął  ją  za  rękę  i  poprowadził  na  parkiet.  Na  szczęście  orkiestra  domyśliła  się,  co 

oboje czują, i zagrała jakiś wolny kawałek.

- No wiesz, Jacques - skarciła go, kiedy wziął ją w ramiona. W jej oczach migotały wesołe, 

figlarne ogniki. - Już piąty raz prosisz mnie do tańca. Co sobie ludzie pomyślą?

- Że lubię cię trzymać w ramionach.

Obrócił ją delikatnie i przyciągnął bliżej do siebie. Przesunął ręką po nagiej skórze jej pleców.

Czuł, jak Liza drży, słyszał jej urywany oddech.  Tak bardzo podobny do  tego, jaki wydała, 

kiedy w nią wszedł. Na samo wspomnienie jego męskość zrobiła się twarda jak skała.

- Uważaj na ręce, Gaston - skarciła go, kiedy jego palce zsunęły się trochę zbyt nisko.

- Wolałbym uważać na ciebie. - Odsunął się odrobinę i spojrzał jej w twarz. - Długo jeszcze 

musimy  tu  zostać?  Chcę  patrzeć,  jak  te  cudowne  oczy  zasnuwają  się  mgiełką,  kiedy  w  ciebie 

wchodzę.

Liza zarumieniła się i oparła głowę na jego ramieniu.

- Nie możemy teraz wyjść. Aukcja potrwa jeszcze co najmniej godzinę. Potem trzeba będzie 

zebrać pieniądze i ogłosić jej wyniki.

- Może namówię tych ludzi, żeby dali jak najwięcej i jak najszybciej?

Goście byli bardzo hojni. Dali dwukrotnie więcej, niż się Liza spodziewała. Nikt jednak tak 

nie spieszył się do wyjścia, jak ona i Jacques.

Gorące spojrzenia, ukradkowe pocałunki, przypadkowe muśnięcia ręki czy uda wystawiały jej 

cierpliwość na ciężką próbę.

Kiedy tylko zamknęły się za nimi drzwi mieszkania, znów znalazła się w jego ramionach.

Gdy  zaczął  ją  całować,  od  razu  zajęła  się  guzikami  jego  marynarki.  Potem  pociągnęła  za 

rękawy i zrzuciła marynarkę na podłogę. Sięgnęła do krawata.

Jacques chwycił jej niecierpliwe palce i pocałował.

- Spokojnie, cherie. Mamy przed sobą całą noc.

background image

- Nie chcę jej zmarnować - powiedziała, z trudem rozpoznając brzmienie własnego głosu.

Była matką dwuipółletniego chłopca i z własnej woli od ponad trzech lat żyła w celibacie.

I dana mi jest tylko ta jedna noc, która będzie musiała wystarczyć na całe życie, pomyślała ze 

smutkiem.

- Zapewniam cię, że jej nie zmarnujemy - szepnął jej do ucha Jacques. Jego oddech musnął 

potem jej szyję i ramiona.

- Ale  tym  razem  nie  pozwolę,  byś  mnie  poganiała.  Chcę  żeby  to  było  dla  ciebie  coś 

wyjątkowego.

- Będzie - zapewniła go, czując, jak miękną jej kolana. Zgodziłaby się na  wszystko, byleby 

tylko nie przestawał jej dotykać i całować.

Jacques wziął ją na  ręce i zaniósł  do sypialni. Niewielka lampka  nocna oświetlała  miękkim 

światłem pokój, nadając jego oczom zachwycający połysk polerowanego bursztynu.

Kiedy  postawił  ją  obok  łóżka,  nogi  się  pod  nią  ugięły.  Oszołomiona  pożądaniem,  zaczęła 

rozpinać guziki jego koszuli.

- Cierpliwości, cherie - szepnął, znów chwytając jej palce.

- Chcę cię rozebrać.

Stanął za nią i zaczął całować jej szyję. Powoli, tak strasznie powoli, wycałował ścieżkę od 

ramienia po koniec głębokiego dekoltu.

Liza  zadrżała,  kiedy  rozsunął  suwak  i  pieścił  delikatny  kawałek  ciała  sięgający  od  talii  do 

majteczek. I z powrotem. Potem zaczął zsuwać suknię z jej ramion, całując fragment stopniowo 

odsłanianego ciała.

Kiedy  była  już  bez  sukni  i  stała  przed  nim  tylko  w  figach  i  pończochach,  drżała  cała  z 

pożądania. Znów wyciągnęła ku niemu ręce, chcąc zdjąć mu koszulę.

I znowu Jacques ją powstrzymał.

- Jeszcze nie - powiedział, kładąc ją na łóżko. Zrzucił buty, położył się obok i dalej powolutku 

doprowadzał ją do szaleństwa.

Ułożył jej ręce nad głową i wznowił tortury. Całował jej palce, nadgarstki, muskał wargami 

łokcie. Jezu, pomyślała Liza, nie miałam pojęcia, że łokcie są takie wrażliwe.

- Puszczę twoje ręce, ale obiecaj, że mnie nie dotkniesz, dopóki ci nie pozwolę.

Była  na  niego  wściekła,  że  tak  nad  sobą  panuje,  podczas  gdy  ją  opanowanie  już  dawno 

opuściło. Jacques polizał jej pachę.

background image

- Obiecaj, cherie.

- Obiecuję - powiedziała spokojnie, ale natychmiast jęknęła, kiedy jego język wsunął się w jej 

ucho. Potem przesunął się na szyję i na podbródek. Przechyliła głowę, by spotkać jego usta, lecz 

on musnął tylko językiem jej wargi. - Jeszcze nie - szepnął całując obojczyk.

Ujął  w  dłonie  jej  piersi,  drażnił  je  najpierw  palcami,  potem  językiem.  Kiedy  wziął  do  ust 

sutkę,  Liza  omal  nie  spadła  z  łóżka.  Zacisnęła  mocno  ręce  na  prześcieradle,  żeby  nie  złamać 

obietnicy i nie dotknąć go.

Potem zsunął się niżej, przez brzuch aż do rąbka jej majtek. I jeszcze niżej. Najpierw poprzez 

cienki jedwab poczuła jego oddech. Potem zaczął pieścić ją jego język.

Liza krzyknęła. Wygięła się w łuk, czując, że za chwilę osiągnie szczyt. Jego język poruszał 

się rytmicznie, mocno, zdecydowanie. Krzyknęła znów, kiedy znalazła się tam, dokąd ją prowa-

dził. Zabrakło jej tchu, kiedy Jacques, przez cienki materiał, delikatnie ugryzł jej kobiece wargi.

- O, Jacques, pospiesz się. Proszę.

Drżącymi, niecierpliwymi palcami rozpięła mu koszulę i przywarła ustami do jego sutki.

Jacques zaklął cicho. Zrzucił spodnie i położył się między jej nogami. Zsunął jej figi i wszedł 

w nią.

Jego silne, rytmiczne ruchy prowadziły ją coraz bliżej ostatecznej rozkoszy.

- Proszę  cię,  Jacques  - szepnęła,  kiedy  poczuła,  że  dłużej  już  nie  wytrzyma.  - Tym  razem 

dojdźmy tam razem.

I spełnił jej prośbę. Przyciągnął ją mocno do siebie, krzyknął jej imię i osiągnął szczyt wraz z 

nią.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Ranek  nadszedł  zbyt  szybko,  uznał  Jacques,  mrużąc  oczy  w  ostrym  świetle  słońca 

wpadającego do sypialni. Ale co to była za noc!

Zauważył puste  miejsce  obok siebie,  opadł  znów  na  poduszki  i  przeciągnął  się.  Bardzo mu 

dobrze było z Lizą przed trzema laty,  ale było to  nic w porównaniu z ostatnią  nocą. Wciągnął 

głęboko powietrze i uśmiechnął się, czując delikatny zapach gardenii.

Przyznaj się, Gaston. Wpadłeś.

Rzeczywiście, przyznał, ruszając do łazienki. Znał wiele kobiet, niektóre nawet bardzo blisko, 

ale  przy  żadnej  nie  czuł  się  tak  jak  przy  Lizie.  Odkręcił  kurek  i  wszedł  pod  gorący  strumień. 

Denerwowała go, czasami nawet budziła w nim gniew, ale równocześnie przy niej czuł się taki 

szczęśliwy, jak jeszcze nigdy. Nie potrafił wyobrazić sobie bez niej życia.

Oszołomiony  tą  myślą  zamarł  z  mydłem  w  ręku.  Aż  musiał  przysiąść  na  ławeczce  przy 

prysznicu. Wziął kilka głębokich, uspokajających oddechów. Oparł głowę o wyłożoną kafelkami 

ścianę i zamknął oczy.

Nie był zakochany w Lizie. To niemożliwe. Nigdy dotąd w nikim się nie zakochał. Zawsze 

bardzo uważał, by nie zranić czyjegoś serca i nie pozwolić, by jakaś kobieta zraniła jego.

Tylko  z  Lizą  zapomniał  o  ostrożności.  Przed  trzema  laty  i  teraz.  Woda  dalej  leciała  z 

prysznica, a on próbował uspokoić swoje przerażone serce. Imbecile'.

Był zbyt zaślepiony pożądaniem, by zauważyć, jak szybko tonie. I choć przyznawał, że mu na 

Lizie  zależy,  że  wiele  do  niej  czuje,  na  pewno  nie  jest  w  niej  zakochany.  Przeklinając własną 

głupotę, wrócił pod prysznic.

Jeszcze nie jest za późno, przekonywał samego siebie, myjąc włosy. Liza zna jego stosunek 

do miłości i trwałych związków. Nigdy jej tego nie proponował. Zresztą minionej nocy, nie tak 

jak przed trzema laty, ona także nie wspominała już o przyszłości. O nic go nie prosiła.

Jacques wyszedł spod prysznica i zaczął się golić.

A gdyby zaoferowała mu swoją miłość? Gdyby poprosiła o trwały związek, jaka byłaby jego 

odpowiedź?

Jacques  wpatrywał  się  w  swoje  odbicie  w  lustrze.  Nagle  dostrzegł  twarz  swego  ojca.  I 

przypomniał sobie jego okrutny śmiech, mocne ciosy pięści, płacz matki.

background image

Nie. Jego odpowiedź brzmiałaby: nie. Tak musi być. Ta mroczność musi umrzeć wraz z nim. 

Zależy  mu na  Lizie, wiele, bardzo  wiele  do  niej  czuje. Ale  to  nie jest  miłość.  Nie  może  na to 

sobie pozwolić. Nie wpadnie w tę pułapkę.

Jeszcze na szczęście w nią nie wpadł. I nigdy nie wpadnie.

Dwadzieścia minut później, kiedy dołączył do Lizy w salonie, przyznał, że tonie szybciej niż 

Titanic.  Postawiła  właśnie  na  podłodze  obok  drzwi  spakowaną  torbę  i  odwróciła  się,  kiedy 

zastąpił jej drogę.

- Co to znaczy, że wychodzisz?

Liza uniosła wysoko głowę. Uśmiechnęła się promiennie, ale nieszczerze.

- Nic, wracam po prostu do domu.

- Ot, tak sobie?

- Tak - odparła spokojnie. - Czy jest jakiś powód, żebym nie wracała?

- Tak. Nie. - Ogarnął go strach, a wraz z nim pojawiła się złość. - A zeszła noc?

- No  cóż,  przyjęcie  odniosło  wielki  sukces,  w  dużej  mierze  dzięki  tobie.  Nie  wiem,  jak  ci 

podzię...

- Nie mówię o tym cholernym przyjęciu! - Wściekły na siebie i na nią, chwycił ją za ramiona. 

- Mówię o nas. O tobie i o  mnie. I o tym, co zdarzyło się w nocy między nami w tej sypialni.

- Ta noc była... była cudowna, Jacques. Nie muszę ci mówić, że jesteś bardzo utalentowanym 

kochankiem. Sam dobrze o tym wiesz. - Zarumieniła się, ale nie spuściła wzroku. - Ta noc była 

dla mnie wyjątkowa. Nigdy jej nie zapomnę.

- Tylko tyle? - Puścił jej ramiona, palcami przeczesał włosy i zaczął nerwowo spacerować po 

pokoju.

To wszystko działo się zbyt szybko. Potrzebował więcej czasu. Liczył na to. Nie był jeszcze 

gotowy, by pozwolić jej odejść. Obrócił się i spojrzał na nią ze złością.

- Masz zamiar rzucić obojętnie „do widzenia, dzięki za miły wieczór" i tak po prostu wyjść?

- Bo tak będzie najlepiej. Znam twój stosunek do trwałych związków i ty chyba znasz mój. 

Oboje jesteśmy dorośli,  Jacques. Nie widzę sensu  w przeciąganiu tej sprawy i udawaniu, że ta 

noc była czymś więcej, niż była w istocie.

Z wściekłości oczy zaszły mu czerwoną mgłą.

- No to powiedz," czym była dla ciebie ta noc, Lizo?

background image

- By...była  wspaniałą  odmianą.  Mam  nadzieję,  że  dla  ciebie  także.  Ale  już  się  skończyła. 

Myślę, że lepiej będzie, jeśli się teraz rozstaniemy. Wiem, że postanowiłeś nigdy poważnie się 

nie zaangażować.

Jacques  nie  potrafił  już  niczego  ukrywać.  Podszedł  do  niej  zdecydowanym  krokiem  i 

przyciągnął ją do siebie.

- Już  za  późno.  Już  się  poważnie  zaangażowałem  - rzekł  i  pocałował  ją.  Był  to  gniewny, 

karcący pocałunek, pełen równocześnie wściekłości i strachu.

Próbowała wyswobodzić się z jego objęć, wyrwać mu swoje ręce. Jacques wzmocnił uścisk, 

lecz kiedy syknęła z bólu, natychmiast ją puścił. Na myśl, że uczynił jej krzywdę, zrobiło mu się 

bardzo przykro.

- Lizo,ja...

Oparła  dłonie  o  jego  pierś  i  przycisnęła  wargi  do  jego  ust,  tłumiąc  przeprosiny.  Zrobiła  to 

bardzo delikatnie.

- Mówiłeś coś o poważnym zaangażowaniu? - zagadnęła chwilę później.

Jacques odsunął się i potarł dłonią podbródek.

- Mówiłem, że już się zbytnio zaangażowałem.

I tak rzeczywiście było. Zaangażował się bardziej, niż przypuszczał.

- To znaczy?

Właśnie, co to znaczy? Sam nie wiedział i nawet wolał o tym nie myśleć.

- Jacques? Czy to znaczy, że mnie kochasz?

- Nie! - krzyknął przerażony. Na jego czoło wystąpiły kropelki zimnego potu.

- To, wobec tego, co?

- A skąd do cholery, mam o tym wiedzieć?

Był wściekły na siebie za to, co czuje, i na Lizę, bo przez nią to czuł. Czytał w jej oczach, że 

pragnie więcej, niż on jest w stanie jej dać. Nie potrafił jednak od niej odejść.

- To  znaczy...  to  znaczy,  że  chyba  nigdy  nie  będę  w  stanie  dać  ci  tego,  czego  pragniesz. 

Nawet na pewno. Ale... ale nie mogę pozwolić, byś, tak jak przed trzema laty, zniknęła z mojego 

życia.

- Liza przez dłuższą chwilę wpatrywała się w niego uważnie.

- Więc co zrobimy?

- A skąd, do cholery, mogę wiedzieć?

background image

Jacques  gwałtownym  gestem  przeczesał  palcami  włosy.  Był  wściekły,  że  Liza  jest  taka 

spokojna, podczas gdy on w środku aż kipi. Czy nie wie, jak mu ciężko? A przecież przysięgał, 

że  nigdy  nie dopuści,  by  czuł do  kogoś aż  tyle.  Obiecywał  sobie  że  nigdy  nie  zapragnie tego, 

czego mieć nie może.

- No to jak już będziesz zdecydowany, wiesz, gdzie mnie szukać - powiedziała Liza i sięgnęła 

po torbę.

- Stój!

Liza odstawiła torbę i zwróciła się ku niemu.

- Może...  - zaczął  i  głośno  przełknął  ślinę.  - Może  byśmy  jakiś  czas  spróbowali  razem 

zamieszkać?

- Chcesz, żebym z tobą zamieszkała?

- Tak.

Sam nie wierzył, że to powiedział.

- Może gdybyśmy przez jakiś czas pomieszkali razem, zobaczylibyśmy, czy... czy to, co jest 

między nami, jest na tyle silne, by przetrwać, czy też samo się wypali.

Zrobiło  mu  się  słabo,  przysiadł  więc  na  najbliższym  krześle.  Kiedy  doszedł  do  siebie, 

uświadomił sobie,  że  Liza nie odpowiedziała. Podniósł  wzrok i zobaczył,  że przygląda  mu się 

bardzo uważnie. Nie miał zielonego pojęcia, o czym myśli. Nie wiedział też, skąd wziął się ten 

dziwny skurcz jego żołądka.

- I co ty na to? Spróbujemy zamieszkać razem?

- Muszę się nad tym trochę dłużej zastanowić.

- Dobrze, nie spiesz się.

- Ale zanim dam ci odpowiedź, chcę żebyś kogoś poznał. Pewnie ma na myśli brata, domyślił 

się Jacques. Jak on ma na imię? Edward. Tak, Edward. Powiedziała mu już, że ten mężczyzna z 

synkiem, który odwiedził ją w czasie lekcji, to był jej brat.

- Jasne - zgodził się bez wahania. - Tylko myślałem, że twój brat już wyjechał.

- Owszem.

- To kogo mam poznać? - zdziwił się Jacques.

- Jacka.

background image

Zjeżdżając  z  autostrady  i  sprawdzając  we  wstecznym  lusterku,  czy  auto  Jacquesa  jedzie  za 

nią, nadal nie była pewna, czy nie popełnia błędu. Jeszcze rano była taka zdecydowana odejść na 

zawsze.

A  wtedy  on  zaproponował,  żeby  razem  zamieszkali.  Jak  na  człowieka  tak  niechętnego 

trwałym związkom, był to ogromny postęp. Liza z niedowierzaniem potrząsnęła głową. Nie była 

pewna, kto był bardziej zdziwiony tą propozycją - ona czy Jacques.

Uśmiechnęła  się  lekko,  przypomniawszy  sobie  zaskoczenie  na  jego  twarzy  i  jej  śmiertelną 

bladość, kiedy uświadomił sobie, co powiedział. Chyba nigdy nie widziała  go tak strapionego, 

tak  niepewnego  siebie.  Niech  Bóg  ma  ją  w  swej  opiece,  bo  postanowiła  zaryzykować  i 

powiedzieć mu prawdę.

Liza  włączyła  kierunkowskaz  i  wjechała  w  wysadzaną  drzewami,  teraz  pokrytymi  grubymi 

czapami śniegu,  uliczkę  prowadzącą do  jej  domu.  Za oknami  domów  mrugały lampki  na  cho-

inkach, przypominając, że za kilka dni nadejdzie Boże Narodzenie.

Kiedy wjechała na podjazd swego zbudowanego z cegieł domu, uśmiechnęła się, widząc na 

drzwiach ogromny, zielony wieniec z czerwoną kokardą i złotymi dzwoneczkami. Modliła się, 

dla dobra ich wszystkich, a szczególnie dla Jacka, by to, co za chwilę miało się stać, nie okazało 

się wielką, tragiczną pomyłką.

Wstawiła  auto  do  garażu,  wyjęła  z  bagażnika  torbę  i  czekała  przy  drzwiach,  aż  Jacques 

zaparkuje.  Nie  wyglądał  na  zachwyconego.  Wciąż  nie  rozumiał,  dlaczego  Liza  nie 

odpowiedziała na żadne z jego pytań i w dodatku nalegała, by przyjechali tu osobno.

Była  to  z  jej  strony  pewna  forma  obrony.  Nie  chciała,  by  podczas  jazdy  Jacques  ją 

wypytywał, ale przede wszystkim nie mogła pozbawiać go możliwości ucieczki, gdyby uznał, że 

nie chce znać ani jej, ani swego syna.

Zastanawiając  się,  jak  Jacques  zareaguje,  kiedy  dowie  się,  że  ma  dziecko,  Liza  poczuła 

nieprzyjemny  skurcz  w  żołądku.  Jacques  nie  pozwolił  jej  jednak  na  dalsze  rozmyślania. 

Szybkimi susami przebiegł przez ośnieżony trawnik i stanął obok niej.

- Dobrze, Lizo. Jesteśmy na miejscu. Teraz mów, co to za gra?

Liza otarła z twarzy kilka wilgotnych płatków śniegu i wyjęła klucz.

- To nie jest żadna gra, Jacques. Przekręciła klucz w zamku i otworzyła drzwi. Jacques wszedł 

za nią do środka.

background image

- Nie?  - Kiedy  tylko zamknęły się  drzwi,  chwycił ją  za rękę  i  obrócił  ku  sobie.  - Chciałaś, 

żebym był zazdrosny, prawda? No to udało ci się - warknął, zanim zdążyła wyprowadzić go z 

błędu.  - Jeśli  chciałaś  przekonać  się,  czy  pragnę  cię  na  tyle,  by  o  ciebie  walczyć,  to  moja 

odpowiedź brzmi: tak. Należysz wyłącznie do mnie Lizo. I gotów jestem o ciebie walczyć - z Ja-

ckiem czy kimkolwiek innym.

Liza chwyciła jego dłoń i podniosła ją do ust. W tym mężczyźnie, któremu oddała serce, była 

złość i furia. Czuła wręcz, jak z niego promieniują. Był tam jednak także strach. I to ten strach 

najbardziej ją zabolał.

- Nie  jestem  nagrodą  w  turnieju  rycerskim,  Jacques.  Nie  chcę,  byś  o  mnie  walczył.  Nie 

musisz. Kocham cię. Zawsze cię kochałam. I chcę być z tobą.

- I ja chcę ciebie, cherie - rzekł i usiłował wziąć ją w ramiona. - Ja...

Nie  powiedział,  że  ją  kocha,  tylko  pragnie.  Ukrywając  rozczarowanie,  Liza  wysunęła  się  z 

jego objęć i spojrzała mu w oczy.

- Problem polega na tym, czy kiedy poznasz powód, dla którego opuściłam cię przed trzema 

laty, nadal będziesz mnie pragnął.

- Mamusia!

Na  dźwięk  głosu  synka  Liza  szybko  odwróciła  się  ku  niemu.  Uśmiechnęła  się,  uklękła  i  w 

samą  porę  chwyciła  w  ramiona  pędzącą  w  jej  stronę  na  swych  krótkich  nóżkach  blondwłosą 

kulkę energii.

- Cześć, malutki.

Pocałowała go w czubek głowy i przytuliła do siebie. Z zachwytem wdychała zapach małego 

dziecka,  kredek  świecowych  i  czekoladowych  ciasteczek.  Kiedy  zaczął  się  wiercić,  niechętnie 

wypuściła go z ramion i wstała.

- To kto? - spytał Jack, spoglądając z zaciekawieniem na Jacquesa.

Liza zebrała się na odwagę i spojrzała na stojącego obok niej mężczyznę. Serce przestało jej 

bić, a  w  każdym razie  takie miała wrażenie.  Potarła  ręką  klatkę  piersiową,  by upewnić  się,  że 

nadal je posiada. Była pewna, że lada chwila rozpadnie się na tysiące maleńkich kawałeczków.

Twarz  Jacquesa  była  kredowobiała.  Jego  ciało  skamieniało  -z  wyjątkiem  oczu.  Spoglądały 

badawczo, uważnie, to na nią, to na Jacka.

- Kto on, mamo? - dopytywał się Jack. Liza wzięła się w garść.

background image

- To  jest...  - Przerwała  i  głośno,  z  trudem,  przełknęła  ślinę.  -  To  pan  Gaston.  Mamusi... 

przyjaciel. Jacques, to jest Jack. Mój syn.

- Piekę  ciasteczka  - pochwalił  się  Jack i  pokazał  trzymane  w  rączce  nadgryzione  ciastko.  -

Chcesz?

Jacques przez bardzo, bardzo długą chwilę stał bez ruchu. Nie mówił  ani słowa. A kiedy w 

końcu nachylił się, by spróbować wypieku Jacka, żołądek Lizy skurczył się jeszcze bardziej.

- Jack, ty wstręciuchu, gdzie jesteś?

Słysząc głos pani Murphy, Liza odetchnęła głęboko. Dopiero w tej chwili uświadomiła sobie, 

że od dobrych paru chwil wstrzymywała oddech.

- Jack tu. - Chłopczyk odwrócił się i ze śmiechem rzucił się w ramiona swojej opiekunki.

Rumiana, tęga kobieta wzięła go na ręce i czule przytuliła.

- Tak mi się wydawało, że słyszałam, jak pani wróciła, Lizo, ale wyjmowałam akurat z pieca 

piernikowe ludziki.

Pani Murphy postawiła Jacka na podłodze i wytarła w fartuch ręce.

- Nic się nie stało. Pozwoli pani, to pan Gaston. Mój znajomy.

- Miło mi - powiedziała opiekunka. Przyglądała się uważnie Jacquesowi oraz Jackowi i Liza 

była  pewna,  że  dostrzegła  między  nimi  podobieństwo.  - A  ty  co,  nicponiu?  Znowu  zwędziłeś 

ciasteczko.

- Dla niego. - Jack wskazał na Jacquesa.

- Naprawdę? - spytała pani Murphy i pytająco spojrzała na wciąż stojącego w progu Jacquesa.

Jack kiwnął głową.

- On chciał - rzekł zdecydowanie. Podbiegł do Jacquesa i objął go za nogi. - On chciał.

Na  widok  syna,  tulącego  się  do  nóg  ojca,  serce  Lizy  podskoczyło  aż  do  gardła.  Widząc 

zakłopotanie  na  twarzy  Jacquesa,  zorientowała  się,  że  nie  ma  pojęcia,  jak  się  zachować  w 

stosunku do małego.

- Jack, puść pana Gastona i chodź do mamusi, słoneczko.

- Nie - odparł syn i przytulił się mocniej do Jacquesa.

- Jack - zganiła go Liża i nachyliła się, by oderwać go od nóg Jacquesa.

- Wszystko  w  porządku,  Lizo  - rzekł,  ku  jej  zaskoczeniu,  Jacques.  Jego  palce  leciutko 

musnęły głowę syna. - Ciasteczko było pyszne, proszę pani. Nigdy nie jadłem lepszego.

Słysząc tę pochwałę, starsza pani zarumieniła się.

background image

- W kuchni mamy ich jeszcze całe mnóstwo, jeśli ma pan ochotę. Zaparzę kawę - zwróciła się 

do Lizy. - Chodź, Jack. Pomożesz mi.

Zamiast pójść z panią Murphy, jak to zazwyczaj z chęcią robił, Jack stanął przed Jacquesem i 

wyciągnął do góry ręce.

- Góry - zażądał.

- Daj mi najpierw zdjąć płaszcz, dobrze?

- Brze.

Liza odetchnęła z ulgą.

- Wiem,  że  musimy  porozmawiać,  Jacques.  Na  pewno  masz  jakieś  pytania  - powiedziała, 

biorąc od niego płaszcz.

Spojrzał na  nią i  dostrzegła w jego  oczach  gniew, zawód i strach.  Zanim  zdążył cokolwiek 

powiedzieć, Jack pociągnął go za nogawkę.

A więc to jest Jack? Ten Jack, którego tak nienawidził, którego chciał rozerwać na strzępy? 

Spojrzał  w  dół  na  małego.  Jasnoblond  włosy  przypominały  włosy  Lizy.  Ale  usta,  kości  po-

liczkowe i nos były mniejszą wersją jego własnych. A teraz w dodatku wpatrywały się w niego 

jego oczy.

- Góry - zażądał znów Jack.

Jacques nachylił się i wziął go na ręce. Małe ramionka od razu objęły ojca za szyję. Ostry ból 

przeszył jego pierś. Syn. Ma syna.

- Kuchnia jest tam - powiedziała Liza.

Jacques przeszedł  za nią  przez cały dom,  lecz w  ogóle niczego nie zauważył. Czuł  tylko tę 

małą istotkę, którą trzymał w ramionach.

- Napije się pani z nami kawy? - spytała Liza opiekunkę.

- Nie, dziękuję, kochanie. Muszę wracać do domu.

- A ciasteczka?

- Są  dla  pani  i  Jacka.  Ale  tę  ostatnią  porcję  będzie  pani  musiała  sama  polukrować.  Nie 

zauważyłam,  że  już  tak  późno.  Moja  córka  Millie  z  dziećmi  przyjeżdża,  by  zabrać  mnie  do 

siebie, a muszę się jeszcze spakować.

- To znaczy, że nie będzie tu pani na święta.

- Nie, ale wrócę zaraz po Nowym Roku.

- Dziękuję za opiekę nad Jackiem. Mam nadzieję, że nie sprawił pani kłopotu.

background image

- Absolutnie nie - zapewniła ją pani Murphy. - Pani synek jest uroczy.

- Jack, chodź, pocałuj panią Murphy na pożegnanie.

- Niech go pani zostawi - powiedziała opiekunka. - Tam,gdzie jest, jest mu dobrze. - Podeszła 

i pocałowała małego w policzek. - Miło było pana poznać, panie Gaston.

- Wzajemnie  - odparł  Jacques.  Oczywiście  zauważył,  z  jaką  czujnością  brązowe  oczy  pani 

Murphy spoglądają to na niego, to na Jacka.

- Odprowadzę panią. Mam dla pani pod choinką mały drobiazg - powiedziała Liza.

Walcząc z szalejącymi w nim uczuciami, Jacques stał pośrodku kuchni. Okiem artysty ocenił 

pomieszczenie. W porównaniu z kuchnią Gallagherów było niewielkie, lecz wygodne i ze sma-

kiem  urządzone.  Ściany  pokrywała  cytrynowożółta  tapeta  w  jasnozielone  wzorki.  Pachniało 

czekoladowymi ciasteczkami, imbirem i korzeniami. Najwyraźniejszy jednak był zapach zimo-

wego słońca, talku dla niemowląt i kredek.

Jacques  spojrzał  na  chłopca,  którego  trzymał  na  rękach,  i  zauważył  kredki  wystające  z 

kieszeni jego granatowych spodenek. Uśmiechnął się, spoglądając na drzwi lodówki. Ledwo je 

było widać pod poprzyczepianymi magnesami dziecięcymi rysunkami. Kolejny artysta, pomyślał 

z rozbawieniem i uśmiech zamarł mu na twarzy. Nie, to nie jakiś tam mały artysta. To jego syn.

W  gardle  mu zaschło  i z trudem przełknął ślinę.  To przecież rysunki jego  dziecka. To jego 

syn jest autorem tej wystawy na lodówce. Poczuł zachwyt i dumę. Ma syna. On i Liza stworzyli 

tę piękną istotkę.

A on przekazał jej przekleństwo rodziny Gastonów. Ogarnęła go kolejna fala paniki. Może się 

myli. Może chłopiec nie jest jego synem.

- Chcę  ciastko  - poinformował  go  Jack  i  wskazał  na  rządek  piernikowych  ludzików 

stygnących  na  terakotowym  blacie  przy  piekarniku.  Obok  stały  miseczki  z  czerwonym  i 

zielonym lukrem.

Nie wypuszczając chłopca z objęć, Jacques podszedł do blatu.

- Które?

- Wszystkie.

Zanim  Jacques  zdążył  go  powstrzymać,  Jack  chwycił  pełne  garście  ciasteczek  i  szybko 

odgryzł głowę jednemu z ludzików.

- Dobre? - spytał ze śmiechem Jacques.

background image

Mały  skinął  głową  i  podał  mu  pozbawionego  głowy  ludzika.  Jacques  posłusznie  ugryzł 

kawałek.

- Masz rację. Pycha.

- Może  chciałbyś  do  tego  kawy?  - spytała  od  progu  Liza.  Podprowadziła  go  do  stojącego 

przed  panoramicznym  oknem stołu.  Jacques  wyjrzał  do  ośnieżonego  ogródka,  zauważył  tam 

drabinki i dziecięcą huśtawkę.

- Usiądź, Jacques - powiedziała, stawiając na stole talerz z ciasteczkami. - Chodź do mamy, 

słonko - dodała, wyciągając ręce do synka. - Usiądziesz na swoim krzesełku i wypijesz mleczko.

Jack zlizał resztkę lukru z ludzika i sięgnął po kolejne ciasteczko. Liza chwyciła go za rączkę.

- O, nie, mój panie. Wypij mleko. Pora na drzemkę.

- Mamo, proszę. Jeszcze jedno.

Patrząc na uśmiech chłopca, tak bardzo podobny do jego własnego, Jacques zesztywniał.

- Dobrze. Ostatnie i do łóżka.

Pół  godziny  później  Jacques  spacerował  po  salonie,  czekając,  aż  Liza  położy  małego. 

Przyglądał się sięgającej sufitu choince i przypominał sobie Boże Narodzenie sprzed trzech lat. 

Tyle  jej  wtedy  o  sobie  powiedział.  Zaufał  jej  i  opowiedział  o  swoim  ojcu  i  owej  mroczności, 

którą w sobie nosi. Postanowił nigdy nie mieć dziecka. Przysięgał sobie, że nie spłodzi kolejnego 

Gastona.

A Liza go zdradziła. To przez nią złamał swoją przysięgę. Jego ojciec wygrał.

Odwrócił się ze złością i zobaczył Lizę stojącą w progu.

- Zdaje się, że nie ma wątpliwości, że to mój syn? - spytał, nie próbując nawet ukryć gniewu.

- To twój syn, Jacques. Możesz w to nie wierzyć, ale to twoja sprawa.

- Można jeszcze zrobić test na ojcostwo.

Liza  dumnie  uniosła  głowę  i  podeszła  do  kominka.  Wzięła  do  ręki  pogrzebacz  i  zaczęła 

przesuwać nim polana.

- Nie potrzebuję testu, Jacques.  W ciągu czterech lat od dnia rozwodu spałam tylko z jedną 

osobą. To byłeś ty.

- W odróżnieniu ode mnie, co? To chciałaś powiedzieć? Że spałem z wieloma kobietami?

- Tylko ty możesz na to pytanie odpowiedzieć. Wiedział, że to prawda. Sypiał od tamtej pory 

z wieloma kobietami. Ale tylko po to, by zapomnieć o Lizie. Na próżno zresztą.

background image

- Dlaczego mi nie powiedziałaś? Dlaczego mi nie powiedziałaś? - powtórzył, chwytając ją za 

ramiona.

- Próbowałam.  Tej  ostatniej  naszej  nocy.  Ale  kiedy  wspomniałam  coś  o  dzieciach, 

powiedziałeś od razu, że nie masz zamiaru się żenić ani zakładać rodziny.

- I  powiedziałem  ci,  dlaczego  - przypomniał.  - Złożyłem  przysięgę,  że  nigdy  nie  zostanę 

ojcem. Myślałem, że mnie zrozumiałaś. Powiedziałaś, że to akceptujesz.

- A miałam jakiś wybór?

- Mogłaś się zabezpieczyć.

- Wtedy już było za późno. Byłam w ciąży.

- Gdybyś mi wtedy powiedziała prawdę, moglibyśmy jakoś temu zaradzić.

- Nie  - wyszeptała  z  trudem  blada  jak  ściana  Liza.  Próbowała  się  od  niego  odsunąć,  ale 

chwycił ją mocno za ręce i zmusił, by na niego spojrzała.

- Ufałem ci. Uwierzyłem,  kiedy powiedziałaś, że jesteś bezpieczna,  a ty  mnie okłamałaś.  A 

potem znów mnie oszukałaś, nie mówiąc nic o ciąży.

- Jacques, to boli.

Zobaczył w jej oczach strach. Usłyszał przerażenie w jej głosie. Rozwścieczyło go to jeszcze 

bardziej.

- Boli? Ty nawet nie wiesz, co to jest ból, Lizo. To ja cierpię. Czuję ból, bo trzy lata temu cię 

pokochałem, a ty mnie zostawiłaś. Boli mnie, bo dałaś mi syna, którego nigdy nie chciałem. Bo 

znów cię pokochałem, choć wiem, że nigdy nie będę cię miał.

- Jacques, proszę. Puść mnie.

Dzięki niej poznał smak tego wszystkiego, czego tak bardzo pragnie, a czego nigdy nie będzie 

miał. I nienawidził jej za to, iż sprawiła, że wie teraz, czego mu brak.

- Jacques, puść mnie.

Znów pojawił się w jej oczach strach. Jacques spuścił wzrok i zobaczył czerwone ślady na jej 

rękach. Puścił ją natychmiast. Był przerażony. A więc użył swej siły przeciwko niej. Sprawdziła 

się przepowiednia ojca. Jacques usiadł na krześle i zasłonił twarz rękami.

-  Jacques?  - Liza  uklękła  obok  niego  i  odsunęła  mu  ręce  od  twarzy.  - Spójrz  na  mnie.  Nie 

okłamałam cię.  Naprawdę. Byłam pewna, że nie mogę zajść w ciążę. Przez cały okres mojego 

małżeństwa  próbowałam  i  nic.  Wycięto  mi  jeden  jajowód  i  powiedziano,  że  drugi  też  jest 

niedrożny.

background image

Mówiła dalej, choć łzy płynęły jej po twarzy. Jacques jednak widział tylko czerwone ślady na 

jej rękach.

- Kiedy  stwierdziłam,  że  jestem  w  ciąży,  uznałam,  że...  że to  cud.  Próbowałam  ci  o  tym 

powiedzieć... tamtej naszej ostatniej nocy. Ale wtedy ty zacząłeś mówić mi o swoim ojcu.

Jacques spojrzał na jej piękną twarz zalaną łzami. Łzami, których był powodem.

- Czy  mówiłem  ci,  jakim  okrutnym  człowiekiem  był  Etienne  Gaston,  Lizo?  Miał  okropny 

charakter. I ogromne pięści. Takie jak te. - Uniósł ręce do góry i pokazał jej swoje ręce. - Czy 

mówiłem  ci,  że  to  przez  tę  tkwiącą  w  nim  mroczność  używał  ich  przeciwko  mojej  matce?  I 

przeciwko  mnie.  Ale  był  przystojny  i  pełen  uroku.  Panie  go  uwielbiały.  Moja  matka  tak  go 

kochała, że nie chciała od niego odejść. Bił ją, zdradzał, a ona została z nim aż do końca. Tylko 

ja wiem, co ją zabiło.

- Twój ojciec to nie ty, Jacques.

- Jestem jego synem.  Mam jego twarz. Jego ręce. Ręce, które przed chwilą sprawiły ci ból. 

Noszę w sobie to samo ziarno mroczności.

- Nie, Jacques. Nie ma w tobie żadnej mroczności. Coś takiego w ogóle nie istnieje. Zresztą 

jesteś także synem swej matki, prawda? Mówiłeś, że była dobra i delikatna. Była artystką.

Chciał  jej  wierzyć. Bardzo  tego pragnął.  Spojrzał  jednak na  czerwone  ślady na  jej  rękach  i 

zrozumiał, że to nieprawda.

- Ale  mimo  wszystko,  Lizo,  jest  we  mnie  ta  mroczność.  Nie  ucieknę  przed  nią.  -  Jacques 

wstał i zdjął z wieszaka płaszcz. - Pojutrze wyjeżdżam.

- A  co  będzie  z  nami?  Prosiłeś,  żebym  z  tobą  zamieszkała.  Przecież  to,  że  mamy  syna, 

niczego nie zmienia.

- Zrozumiałem, że sam siebie oszukiwałem. Nic by z tego nie wyszło, Lizo. Nawet gdyby nie 

było Jacka. Ty chcesz mieć dzieci, rodzinę. Ja nie mogę ci tego dać.

- A co będzie z Jackiem? To twój syn. Czy tego chcesz, czy nie.

- Wiem. Będę ci przysyłał pieniądze, ale nie chcę, by Jack wiedział, że jestem jego ojcem.

- A więc tak to sobie wyobrażasz? Odjedziesz i będziesz udawał, że on nie istnieje? Że ja nie 

istnieję?

- Tak będzie lepiej.

- Dla kogo?

Jacques zarzucił płaszcz na ramiona. Podszedł do Lizy i otarł jej łzy z policzków.

background image

- Dla ciebie i Jacka.

Liza odskoczyła od niego jak oparzona.

- Mówiłeś, że mnie kochasz. Udowodnij to, Jacques. Zostań. Zamieszkaj ze mną i ze swoim 

synem. Potrzebuję cię. On też. Musi mieć ojca.

W jego oczach był ból i tęsknota, lecz Liza nawet tego nie zauważyła.

- Przed  trzema  laty  podjęłaś  właściwą  decyzję,  Lizo.  Jackowi  będzie  lepiej  bez  ojca,  niż  z 

takim, jak ja. Tobie też. Kocham cię. I dlatego nie chcę cię zranić.

Otworzył  drzwi  i  do  domu  wdarło  się  lodowate  powietrze.  Liza  nawet  tego  nie  poczuła. 

Liczyło się tylko zimno, które powoli ogarniało jej serce.

- Jesteś tchórzem, Jacques. Tak się boisz, że twój ojciec mógł mieć rację, iż uciekasz przed 

miłością. I przez to pozwalasz mu wygrać. Tak, Jacques. On wygra. Bo ty, jak on, też zostaniesz 

sam.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Nazajutrz rano obudził go głos Aimee z automatycznej sekretarki.

- Jacques? Jesteś tam? Odezwij się.

- Jestem, Aimee - rzekł Jacques, podnosząc słuchawkę. -Witam cię, cherie.

- Co się dzieje, Jacques?

- Nie rozumiem?

- Rozmawiałam  z  Lizą.  Jest  załamana.  Wiem,  że  powiedziała  ci  o  Jacku,  ale  ty  uciekłeś. 

Mówiła, że... że ich nie chcesz.

Jacques na moment zamknął oczy.

- Aimee, wiem, że masz dobre intencje, ale proszę, trzymaj się od tego z daleka. To sprawa 

między mną a Lizą.

- A więc to prawda. Myślałam, że ją kochasz, Jacques.

- Kocham.

- To jak możesz chcieć od niej odejść? Myślałam...

- Aimee. proszę cię. Zostaw nas w spokoju. A teraz muszę się spakować.

- A co z Bożym Narodzeniem?

- Nie rozumiem?

- Jutro  Wigilia.  Boże  Narodzenie  to  święto  rodzinne.  Jeśli  nie  chcesz  go  spędzić  z  Lizą  i 

swoim synem, to przyjedź do nas. Koniec dyskusji.  Wieczorem posłaniec dostarczy ci bilet na 

jutrzejszy samolot do Nowego Orleanu.

Nie czekając na odpowiedź, Aimee odłożyła słuchawkę.

Jacques jeszcze długo patrzył w zadumie na milczący telefon. Wciąż słyszał słowa Lizy.

Pozwoliłeś swemu ojcu wygrać. Zostaniesz sam. Kocham cię, Jacques. Zostań.

Jesteś odpowiedzialny tylko za to, co jest w tobie, kim ty jesteś i co czujesz.

Nawet  nie  próbował  jej  odpowiadać.  Wiedział,  że  Liza  ma  rację.  Jest  kopią  swego  ojca  i 

posiada jego temperament. Ale ma także serce, które jest przepełnione miłością do Lizy i synka.

Boże Narodzenie to święto rodzinne.

Aimee  ma  rację.  Boże  Narodzenie  to  święto  rodzinne.  A  on  ma  rodzinę  - swoją  własną.  I 

spędzi z nią święta. Ale najpierw musi zrobić zakupy.

Liza  przez  cały  ranek  spoglądała  na  zegar.  I  myślała  o  Jacquesie.  Wiedziała  od  Aimee,  że 

przyjął jej zaproszenie i poleci do Nowego Orleanu.

background image

O dziewiątej wyobrażała sobie, jak pakuje walizki. O dziesiątej oddawał wypożyczone auto. 

Kiedy o jedenastej trzydzieści wyobraziła sobie, jak wsiada do samolotu, w jej oczach pojawiły 

się łzy.

Poczuła,  że  musi  wyjść  z  domu,  odetchnąć  świeżym  powietrzem,  zapomnieć  o  zegarze  i 

bolesnych myślach.

- Chodź, słonko - zwróciła się do Jacka. - Pomożesz mamusi ulepić bałwana.

Ubrała szybko chłopczyka i z ulgą wybiegła na śnieg i słońce.

Choć  wiedziała,  jak  daleko  jest  lotnisko,  tocząc  ogromne  kule  wciąż  spoglądała  na  niebo. 

Była tak pogrążona w myślach, że z początku nawet nie zauważyła, że przed jej dom zajechał 

znajomy, brązowy mercedes.

- Hej,  malutki,  może  byśmy  coś  zjedli?  – zaproponowała synkowi.  Wzięła  go  na  ręce,

otrzepała ze śniegu i trzymając w objęciach weszła do domu.

Nie zdążyła jeszcze go rozebrać, kiedy zadzwonił dzwonek. Powstrzymała chcącego biec do 

drzwi Jacka, posadziła go na krześle i podała mu szklankę pełną mleka.

- Zaraz wracam.

Sama pobiegła do drzwi. Otworzyła je i serce jej zamarło. Na progu stał Jacques. Obładowany 

kolorowymi pakunkami, w czapce Świętego Mikołaja na głowie. Wydawało jej się, że śni.

- Powiedz coś, Lizo - rzekł niepewnie.

- Nie spodziewałam się, że wrócisz - wyjąkała w końcu.

- Musiałem. Nie chcę już być sam, Lizo. Nie mogę stać się takim człowiekiem jak mój ojciec. 

I nie chcę tak skończyć jak on. Żyć bez miłości.

- A więc czego ode mnie chcesz? - spytała z nadzieją.

- Pewna przyjaciółka przypomniała mi, że Boże Narodzenie to rodzinne święto. Wy jesteście 

moją rodziną. Ty i Jack. Kocham was. Mam nadzieję, że jeszcze nie jest za późno i pozwolisz, 

bym wam to udowodnił.

- A co z tą mrocznością, Jacques?

- Wciąż we mnie jest. I pewnie zawsze będzie. Ale wiem, że jest we mnie też światło. Dzięki 

wam. Twoja miłość pomoże mi przezwyciężyć mroczność. Czy... czy nadal mnie kochasz?

- Och,  Jacques.  Zawsze  cię  kochałam.  I  zawsze  będę.  Jacques  upuścił  prezenty na  ziemię  i 

wziął ją w ramiona.

background image

- Mam tu coś dla ciebie - rzekł przerywając pocałunki. Nie wypuszczając Lizy z objęć schylił 

się i podniósł z podłogi malutką, srebrną paczuszkę z czerwoną kokardką.

- Ale przecież to jeszcze nie święta - zaprotestowała.

- Wiem, ale otwórz mimo to.

Drżącymi  palcami  Liza  rozerwała  papier  i  otworzyła  małe pudełeczko.  Na  ciemnym 

aksamicie leżał złoty pierścionek z brylantem.

- To pierścionek zaręczynowy, Lizo. Kocham cię. Czy zostaniesz moją żoną?

Liza objęła go za szyję.

- Czy to znaczy, że tak? - spytał z uśmiechem.

- Przecież wiesz, że tak.

Wyciągnęła  palec  i  pozwoliła  Jacquesowi  wsunąć  na  niego  pierścionek.  Potem  znów  go 

pocałowała.

- Święty  Mikołaj!  - rozległ  się  od  progu  radosny  głos  Jacka  i  mały  pędem  rzucił  się  ku 

Jacquesowi.

A kiedy Jacques wziął w ramiona swego syna, Liza wiedziała, że pokonał swą mroczność. Ze 

tam, gdzie jest miłość, nie ma dla niej miejsca.