background image
background image

Carlos Ruiz Zafón

 wiat!a wrze"nia

Tytu  orygina u: Las luces de septiembre

Projekt ok adki: Karolina Micha owska-Filipowicz

Redaktor: Redaktornia.com

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Konwersja do formatu EPUB: Robert Fritzkowski

Korekta: Redaktornia.com

© Carlos Ruiz Zafón 1995. All rights reserved

© Projekt ok adki i ilustracja na ok adce: Opalworks

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2011

© for the Polish translation by Katarzyna Okrasko

and Carlos Marrodán Casas

ISBN 978-83-7758-014-1

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2011

Wydanie I

background image

Drogi Czytelniku,

!wiat a wrze"nia by y moj! trzeci! powie"ci!; ukaza y si# po raz pierwszy w Hiszpanii w 

1996 roku. Czytelnicy, którzy znaj! mnie przede wszystkim jako autora Cienia Wiatru i Gry 
Anio a
, mog! nie wiedzie$, %e moje pierwsze cztery powie"ci wydano w kategorii literatury 
m odzie%owej. Cho$ powsta y z my"l! o m odzie%y, mia em nadziej#, %e przypadn! do gustu 
wszystkim czytelnikom, bez wzgl#du na wiek. Przy"wieca a mi ch#$ napisania ksi!%ek, które 
pragn! bym przeczyta$ nie tylko w dzieci&stwie, ale równie% jako nastolatek, m ody, 
dwudziestotrzyletni m#%czyzna, czterdziestolatek czy osiemdziesi#cioletni starszy pan.
 

Nadszed  wreszcie czas, gdy po latach trudnych batalii o prawa autorskie ksi!%ki mog y 

zosta$ udost#pnione czytelnikom na ca ym "wiecie. Mimo %e od pierwszego wydania min# o wiele 
lat, powie"ci wci!% ciesz! si# popularno"ci! zarówno w"ród m odych, jak i starszych odbiorców, co 
mnie ogromnie cieszy. S!dz#, %e istniej! historie o uniwersalnym wyd'wi#ku, dlatego mam 
nadziej#, i% doro"li czytelnicy moich pó'niejszych ksi!%ek zechc! si#gn!$ równie% po te, które 
opowiadaj! o magii, mrocznych tajemnicach i przygodach.
 

Wszystkim za" nowym czytelnikom chcia bym %yczy$ wielu wspania ych przygód w 

"wiecie literatury.

 

Z %yczeniami bezpiecznej podró%y

 

Carlos Ruiz Zafón

 

luty 2010

background image

* * *

 

Kochana Irène!
(wiat a wrze"nia nauczy y mnie wspomina$ "lady Twoich kroków rozmywane przez wody 

przyp ywu. Ju% wtedy wiedzia em, %e nadchodz!ca zima zatrze ca kowicie mira% owego lata, które 
sp#dzili"my razem w B #kitnej Zatoce. Zdziwi aby" si#, widz!c, jak niewiele si# tutaj od tamtego 
czasu zmieni o. Wie%a latarni morskiej wci!% wznosi si# niczym wartownik po"ród mgie , a szosa 
biegn!ca wzd u% Pla%y Anglika jest coraz mniej ucz#szczana i powoli zaczyna przypomina$ wiejsk!
drog# wij!c! si# donik!d po"ród piasków.
 

Ruiny Cravenmoore, nieme i osnute ca unem mroku, nadal zarysowuj! si# nad g#stwin!

lasu. Gdy wyp ywam na wody zatoki (cho$ szczerze mówi!c, czyni# to coraz rzadziej), widz#
pot uczone szyby w oknach skrzyd a zachodniego b yskaj!ce we mgle niczym fantasmagoryczne 
sygna y. Czasami, sprowadzony na manowce przez wspomnienie owych dni, podczas których 
przecinali"my wody zatoki, wracaj!c o zmierzchu do przystani, mam wra%enie, i% znowu widz#
migaj!ce w ciemno"ci "wiat a. Chocia% wiem, %e nikogo tam nie ma. Nikogo.
 

Pewnie jeste" ciekawa, co sta o si# z Domem na Cyplu. No wi#c stoi na swoim miejscu, 

odosobniony, i spogl!da z kraw#dzi klifu na bezkresny ocean. Zesz ej zimy sztorm zniszczy  resztki 
pomostu przy pla%y. Maj#tny jubiler przyby y z miasta, którego nazwy ju% nie pami#tam, skusi  si#
niemal, by go kupi$ za "mieszn! kwot#, ale zachodnie wiatry i huk fal roztrzaskuj!cych si# o ska y 
odwiod y go ostatecznie od tego zamys u. Sól morska dokonuje spustosze& w bia ym drewnie 
domu. Sekretna "cie%ka prowadz!ca ku zatoce zaros a g#stwin! nie do przebycia.
 

Od czasu do czasu, kiedy pozwala mi na to moja praca na nabrze%u, wsiadam na rower i 

jad# na cypel, by ogl!da$ zachód s o&ca z ganku wisz!cego nad przepa"ci! klifu, i nikogo tu nie ma 
poza mn! i stadem mew, które osiedli y si# tutaj niczym dzicy lokatorzy, nikogo nie prosz!c o 
pozwolenie. Patrz# stamt!d na ksi#%yc, który unosz!c si# nad widnokr#giem, kre"li srebrn! girland#
prowadz!c! do Groty Nietoperzy.
 

Pami#tam, %e opowiedzia em Ci fantastyczn! histori# okrutnego korsarza, którego statek 

pewnej nocy w 1746 roku zosta  wessany przez grot#. K ama em. Nie by o nigdy przemytnika ani 
porywczego bukaniera, który by si# odwa%y  zapu"ci$ w mroki owej jaskini. Na swoj! obron#
mog# tylko powiedzie$, %e by o to jedyne k amstwo, jakie ode mnie us ysza a". Zreszt! pewnie 
wiedzia a" o tym od samego pocz!tku.
 

Dzi" rano, kiedy wyci!ga em sieci zarzucone tu% przy ska ach, znowu mi si# to przydarzy o. 

Przez sekund# wydawa o mi si#, i% widz# Ciebie, jak wychodzisz na ganek Domu na Cyplu, by w 
milczeniu patrze$ na horyzont. Kiedy mewy wzbi y si# do lotu, zrozumia em, %e nikogo tam nie ma. 
A w dali, wy aniaj!c si# spo"ród mgie , majaczy o Wzgórze (wi#tego Micha a, niczym ulotna 
wyspa zakotwiczona przez przyp yw.
 

Czasami mam wra%enie, %e wszyscy uciekli gdzie" daleko od B #kitnej Zatoki i tylko ja 

zosta em schwytany w pu apk# czasu, nadaremnie oczekuj!c, %e purpurowy przyp yw wrze"nia 
przywróci mi co" wi#cej ni% tylko wspomnienia. Nie zwa%aj zanadto na to, co mówi#. Morze takie 
ju% jest, po jakim" czasie oddaje wszystko, szczególnie za" wspomnienia.
 

Wydaje mi si#, %e to ju% setny list, który wysy am na Twój ostatni paryski adres, jaki uda o 

mi si# zdoby$. Czasami zastanawiam si#, czy którykolwiek z tych listów do Ciebie dotar , czy mnie 
jeszcze pami#tasz i czy pami#tasz ten "wit na Pla%y Anglika. Mam nadziej#, %e tak rzeczywi"cie jest, 
mam nadziej#, %e %ycie pozwoli o Ci uciec daleko st!d i daleko od tego wszystkiego, co przynios a 
wojna.

background image

)ycie by o wówczas znacznie prostsze, pami#tasz? Pewnie si#  udz#, na pewno tego nie 

pami#tasz. Coraz cz#"ciej zaczynam dopuszcza$ my"l, %e tylko ja, naiwny g upek, %yj#
wspomnieniem wszystkich dni 1937 roku i ka%dego z nich z osobna, dni, kiedy by a" jeszcze tutaj, 
przy mnie*

background image

1. Niebo nad Pary%em

Pary#, 1936

 

Ci, co pami#taj! ow! noc, kiedy zmar  Armand Sauvelle, zarzekaj! si#, %e purpurowy b ysk 

przeci!  sklepienie nieba, pozostawiaj!c po sobie "lad %arz!cych si# popio ów; b ysk, którego Irène, 
córka zmar ego, nigdy nie widzia a, ale który pojawia  si# w jej snach przez wiele lat.
 

By  mro'ny zimowy "wit i szyby sali numer czterna"cie szpitala Saint George pokry a 

delikatna warstewka lodu, przez któr! wida$ by o rozmywaj!ce si# w z ocistym pó brzasku 
akwarele miasta.

)ycie Armanda Sauvelle'a zgas o cichutko, bez westchnienia skargi. Jego %ona Simone i 

córka Irène unios y wzrok, gdy pierwsze b yski dnia zacz# y pru$ fastrygi nocy, rozsypuj!c po sali 
szpitalnej niteczki "wiat a. Jego syn Dorian drzema  na krze"le. Sal! zaw adn# o przejmuj!ce 
milczenie. Nie trzeba by o s ów, %eby zrozumie$, co si# sta o. Po sze"ciu miesi!cach bezlitosny 
upiór choroby, której nazwa nigdy nie przesz a Armandowi Sauvelle'owi przez gard o, pokona  go. 
Najzwyczajniej w "wiecie.
 

Tak zacz!  si# rok, który w pami#ci rodziny Sauvelle'ów mia  si# zapisa$ jako najgorszy w 

jej historii.

 

* * *

 

Armand Sauvelle zabra  do grobu swój urok i zara'liwy "miech, ale w t# ostatni! drog# nie 

wyruszy y z nim bynajmniej jego rozliczne d ugi. Rych o kohorty wierzycieli i wszelkiego rodzaju 
dyplomowanych s#pów w surdutach zacz# y n#ka$ niezapowiedzianymi wizytami siedzib#
Sauvelle'ów przy bulwarze Haussmanna. Po pocz!tkowych, pe nych ch odu i typowej dla 
kauzyperdów kurtuazji wizytach nast!pi y zawoalowane gro'by. A po nich przyszed  czas na 
egzekucje komornicze.
 

Renomowane szko y i nienagannie skrojone stroje musia y zosta$ zast!pione pracami 

zleconymi i skromniejszym przyodziewkiem dla Irène i jej m odszego brata. To by  pocz!tek 
zawrotnego zej"cia Sauvelle'ów na ziemi#. Najdotkliwiej odczu a to Simone. Cho$ znów zacz# a 
pracowa$ jako nauczycielka, jej zarobki by y o wiele za niskie, by sprosta$ p yn!cym zewsz!d 
roszczeniom. Co chwila pojawia a si# kolejna umowa wierzytelno"ci, kolejny weksel podpisany 
przez Armanda, kolejna czarna dziura d ugów*
 

W owym to czasie ma y Dorian nabra  podejrze&, %e po ow# mieszka&ców Pary%a stanowi!

adwokaci i lichwiarze, specyficzny gatunek szczurów, zamieszkuj!cych nie w kanalizacji, ale na 
powierzchni. Wówczas równie% Irène, w tajemnicy przed matk!, podj# a prac# fordanserki. 
Najcz#"ciej ta&czy a z m odymi, przera%onymi %o nierzami, za par# groszy (które o "wicie wrzuca a 
do blaszanego pude ka trzymanego przez Simone pod zlewozmywakiem w kuchni).
 

Rodzina Sauvelle'ów odkry a równie%, i% liczne dot!d zast#py przyjació  i osób, na których 

mo%na by o polega$, zacz# y nagle topnie$ niczym szron w pierwszych promieniach s o&ca. 
Niemniej gdy nadesz o lato, Henri Leconte, stary przyjaciel Armanda Sauvelle'a, zaproponowa 
rodzinie przeprowadzk# do ma ego mieszkanka znajduj!cego si# nad sklepem z artyku ami 
malarskimi, który prowadzi  na Montparnassie. Zgodzi  si#, by zap acili mu czynsz, kiedy finanse 
im na to pozwol!, na razie w zamian poprosi  tylko, by Dorian pomaga  mu jako ch opak na 
posy ki, bo jemu nogi odmawia y ju% niestety pos usze&stwa. )adne s owa nie by y zdolne odda$

background image

wdzi#czno"ci, jak! odczuwa a Simone wobec starego sklepikarza, cho$ Leconte i tak jej nigdy nie 
oczekiwa . W "wiecie pe nym szczurów spotkali anio a.
 

Kiedy na ulicach pojawi y si# pierwsze oznaki nadchodz!cej zimy, Irène sko&czy a 

czterna"cie lat, cho$ czu a si#, jakby mia a dwadzie"cia cztery. Ten jeden raz, za pieni!dze zarobione 
na dancingu, kupi a tort, by uczci$ urodziny z matk! i z bratem. Tego dnia odczuli szczególnie 
bole"nie brak ojca. Ca a trójka zdmuchn# a razem "wieczki na torcie w male&kim saloniku 
mieszkania na Montparnassie, %ycz!c sobie, by razem z p omykami "wieczek zgas o równie%
widmo niedoli prze"laduj!ce ich od wielu miesi#cy. Tym razem ich %yczenie mia o si# spe ni$. 
Jeszcze o tym nie wiedzieli, ale ów ponury rok dobiega  w a"nie ko&ca.

 

* * *

 

Kilka tygodni pó'niej "wiate ko nadziei nieoczekiwanie zab ys o dla rodziny Sauvelle'ów. 

Dzi#ki rozleg ym znajomo"ciom monsieur Leconte'a pojawi a si# oferta godziwej pracy dla ich 
matki w ma ym miasteczku B #kitna Zatoka le%!cym na pó nocnym wybrze%u, daleko od szaro"ci 
Pary%a, daleko od smutnych wspomnie& ostatnich dni Armanda Sauvelle'a. Zamo%ny wynalazca i 
fabrykant zabawek Lazarus Jann poszukiwa  ochmistrzyni, która zaj# aby si# zarz!dzaniem jego 
rezydencj! w lesie Cravenmoore.
 

Wynalazca mieszka  w przestronnym pa acu, do którego przylega a stara, nieczynna ju%

fabryka zabawek. )y  tam tylko z %on! Alexandr!, cierpi!c! na nieuleczaln! chorob# i od 
dwudziestu lat przykut! do  ó%ka. Wynagrodzenie by o hojne, a poza tym Lazarus Jann oferowa 
mo%liwo"$ zamieszkania w niewielkim Domu na Cyplu wzniesionym na klifie, po drugiej stronie 
lasu Cravenmoore.
 

W po owie czerwca 1937 roku monsieur Leconte po%egna  rodzin# Sauvelle'ów na szóstym 

peronie dworca Austerlitz. Simone i jej dwoje dzieci zaj#li miejsca w poci!gu, który mia  ich 
zawie'$ na wybrze%e Normandii.
 

Stary Leconte, obserwuj!c znikaj!ce w oddali "wiat a ostatniego wagonu, u"miechn!  si# w 

duchu, przeczuwaj!c, %e historia Sauvelle'ów, ich prawdziwa historia, dopiero si# rozpocz# a.

background image

2. Geografia i anatomia

Normandia, lato 1937

 

Pierwszy dzie& pobytu w Domu na Cyplu Irène i jej matka sp#dzi y na porz!dkowaniu 

miejsca, które mia o sta$ si# ich siedzib!. Dorian w tym czasie odkrywa  swoj! now! pasj#: 
geografi#, a dok adniej rysowanie map. Syn Simone Sauvelle, uzbrojony w kredki i zeszyt 
podarowane mu przez Henriego Leconte'a w przeddzie& wyjazdu, zaszy  si# po"ród ska , na samym 
ich szczycie, sk!d móg  podziwia$ niezwyk y widok.
 

Miasteczko z male&kim portem rybackim wznosi o si# w samym "rodku wybrze%a 

okalaj!cego du%! zatok#. W kierunku wschodnim ci!gn# a si# bezkresna piaszczysta pla%a, per owa 
pustynia przegl!daj!ca si# w morzu, znana jako Pla%a Anglika. Nieco dalej ostroga cypla wbija a si#
w wod# niczym ostre szpony. Dom Sauvelle'ów wznosi  si# na samym kra&cu cypla, 
oddzielaj!cym B #kitn! Zatok# od nast#pnego akwenu zwanego przez miejscowych Czarn! Zatok! - 
ze wzgl#du na jej ciemne i g #bokie wody. W oddali, jakie" pó  mili od wybrze%a, Dorian dostrzeg 
wysepk# z latarni! morsk! wy aniaj!c! si# ze zwiewnej mgie ki. Spogl!daj!c znów w stron# l!du, 
ch opiec widzia  swoj! matk# i siostr# Irène siedz!ce na ganku Domu na Cyplu.
 

Ich nowy dom, dwupi#trowy budynek z pomalowanego na bia o drewna, sta  na zboczu 

klifu niczym zawieszona nad przepa"ci! skalna pó ka. Za nim rozci!ga  si# g#sty las, a znad 
wierzcho ków drzew wyziera a majestatyczna sylwetka rezydencji Lazarusa Janna, Cravenmoore.
 

Cravenmoore przypomina o w a"ciwie pa ac, a mo%e ma ! katedr#. Ta pl!tanina  uków, 

 #ków przyporowych, te wie%e i kopu y wyrastaj!ce chaotycznie ze szpiczastego dachu musia y by$
wytworem tyle% ekstrawaganckiego, co udr#czonego umys u. Konstrukcj# wzniesiono na planie 
krzy%a, cho$ obrós  on w przeró%ne boczne skrzyd a. Dorian przyjrza  si# uwa%nie z owrogiej bryle 
rezydencji Lazarusa Janna. Legion gargulców i wyrze'bionych w kamieniu anio ów strzeg  fasady, 
podobny zgrai duchów zastyg ych w oczekiwaniu na ciemno"ci nocy. Zamykaj!c zeszyt, by zej"$ z 
powrotem do Domu na Cyplu, ch opiec zacz!  si# zastanawia$, kto móg  obra$ sobie podobne 
miejsce za siedzib#. Mia  si# tego dowiedzie$ jeszcze tego samego wieczoru, ca a rodzina zosta a 
bowiem zaproszona na kolacj# w Cravenmoore - kurtuazyjny gest powitalny ich nowego 
dobroczy&cy, Lazarusa Janna.

 

* * *

 

Pokój Irène wychodzi  na pó nocny zachód. Z okna wida$ by o wysepk# z latarni! i plamy 

"wiat a rzucane przez s o&ce na fale oceanu, roziskrzone laguny srebra. Po miesi!cach sp#dzonych 
w male&kim paryskim mieszkanku dysponowanie pokojem tylko dla siebie wydawa o si# jej 
nadmiernym, niezas u%onym luksusem. A ju% czym" wr#cz osza amiaj!cym by a mo%liwo"$
zamkni#cia drzwi, by nacieszy$ si# chwilami samotno"ci.
 

Przygl!daj!c si#, jak zachodz!ce s o&ce barwi morze na kolor miedzi, Irène zastanawia a si#

nerwowo, co ma za o%y$ na pierwsz! kolacj# z Lazarusem Jannem. Po dawnej, przebogatej 
garderobie zosta o w a"ciwie ju% tylko wspomnienie. Czu a si# zaszczycona zaproszeniem do 
rezydencji Cravenmoore, ale jednocze"nie u"wiadomi a sobie, %e nie ma odpowiedniego stroju na 
tak od"wi#tn! okazj#: wszystkie sukienki wydawa y si# jej najzwyklejszymi  achmanami. 
Przymierzywszy dwa jedyne stroje, które jako tako nadawa y si# na tak uroczysty wieczór, Irène 
zda a sobie spraw# z nowego, nieprzewidzianego problemu.

background image

 

Od kiedy sko&czy a czterna"cie lat, jej cia o jakby postanowi o zaokr!gli$ si# w pewnych 

miejscach, w innych za" wr#cz przeciwnie. Teraz, licz!c sobie niespe na lat pi#tna"cie i spogl!daj!c 
w lustro, widzia a, %e nie sposób uciec przed prawami natury. Jej zarysowuj!ca si# kobieca 
sylwetka nie pasowa a do prostego kroju skromnych, znoszonych ubra&.
 

Tu% przed zmierzchem niebo nad B #kitn! Zatok! migota o szkar atnymi odblaskami, kiedy 

Simone Sauvelle zapuka a delikatnie do sypialni Irène.
 

- Prosz#.

 

Simone zamkn# a za sob! drzwi. Wystarczy o jej jedno spojrzenie, %eby si# domy"li$, w 

czym tkwi problem. Wszystkie ubrania Irène le%a y na  ó%ku. Jej córka, w samej bieli'nie, 
przygl!da a si# przez okno dalekim "wiat om statków. Simone spojrza a na swoj! dorastaj!c! córk#
i u"miechn# a si# w duchu.
 

- Czas mija, a my tego nie zauwa%amy, co?

 

- Wszystkie s! na mnie za ma e. Tak mi przykro - odpar a Irène. - Naprawd# próbowa am.

 

Simone podesz a do okna i przytuli a córk#. (wiat a miasteczka odbija y si# niczym barwne 

lampiony w wodach zatoki. Przez chwil# obie kontemplowa y poruszaj!ce widowisko zmierzchu 
zapadaj!cego nad B #kitn! Zatok!. Simone pog adzi a córk# po twarzy i u"miechn# a si#.
 

- Mam przeczucie, %e to miejsce przypadnie nam do gustu. A ty, co my"lisz? - spyta a.

 

- A my? Czy my mu przypadniemy do gustu?

 

- Lazarusowi?

 

Irène przytakn# a.

 

- Przecie% jeste"my przeurocz! rodzin!. B#dzie za nami przepada  - odpowiedzia a Simone.

 

- Jeste" tego pewna?

 

- Nie mamy innego wyj"cia, córeczko.

 

Irène wskaza a na swoj! garderob#.

 

- Przymierz jedn! z moich sukienek - powiedzia a z u"miechem Simone. - Co" mi si#

wydaje, %e b#d! na tobie le%e$ lepiej ni% na mnie.
 

Irène lekko poczerwienia a.

 

- Przesadzasz - próbowa a nie zgodzi$ si# z matk!.

 

- Poczekamy, zobaczymy.

 

* * *

 

Wyrazem twarzy, który Dorian przybra  na widok siostry, gdy ta pojawi a si# na schodach 

wystrojona w sukni# matki, wygra by niejeden konkurs na g upie miny. Irène natychmiast wbi a 
swe zielone oczy w brata i gro%!c mu palcem wskazuj!cym, ostrzeg a go stanowczo:
 

- Ani s owa.

 

Oniemia y Dorian przytakn! , nie mog!c oderwa$ oczu od tej nieznanej mu kobiety, która 

nie do"$, %e mia a rysy twarzy jego siostry, to jeszcze odezwa a si# jej g osem. Simone, na widok 
jego nieopisanego zdziwienia, z trudem powstrzyma a u"miech. Z uroczyst! powag! poprawi a mu 
muszk#, a potem po o%y a d o& na ramieniu.
 

- )yjesz otoczony kobietami, synu. Przyzwyczajaj si#.

 

Dorian, tyle% zdziwiony, co zrezygnowany, raz jeszcze przytakn! . Kiedy wisz!cy na 

"cianie zegar wydzwoni  godzin# ósm!, wszyscy Sauvelle'owie, od"wi#tnie ubrani, gotowi ju% byli 
na czekaj!ce ich uroczyste spotkanie. A poza tym umierali ze strachu.

 

* * *

 

W kierunku morza ci!gn# a delikatna bryza, poruszaj!c li"$mi le"nej g#stwiny otaczaj!cej 

background image

Cravenmoore. Ich szelest towarzyszy  odg osom kroków ca ej trójki pod!%aj!cej "cie%k!, która 
przecina a las niczym tunel wyci#ty w nieprzebytej puszczy. Blada po"wiata ksi#%yca z trudem 
przebija a si# przez mroczn! pow ok# nad ich g owami. G osy niewidzialnych nocnych ptaków 
dochodz!ce z koron stuletnich olbrzymów rozbrzmiewa y niepokoj!c! litani!.
 

- Strasznie tu, a% mnie ciarki przechodz! - szepn# a Irène.

 

- Nie wyg upiaj si# - natychmiast uci# a jej matka. - To zwyk y las. Idziemy.

 

Zamykaj!cy grupk# Dorian w milczeniu wpatrywa  si# w le"ne cienie. Wyrastaj!ce z 

ciemno"ci kszta ty w jego wyobra'ni przeradza y si# natychmiast w czyhaj!ce wokó  diaboliczne 
stworzenia.
 

- W "wietle dnia to tylko zaro"la i drzewa - doda a na ca y g os Simone Sauvelle. Ulotny 

czar, którym Dorian zaczyna  si# ju% delektowa$, prys  jak ba&ka mydlana.
 

Po paru minutach nocnego spaceru, które Irène d u%y y si# w niesko&czono"$, wyros a 

przed nimi majestatyczna i strzelista sylwetka Cravenmoore podobnego wy aniaj!cemu si# z mg y 
ba"niowemu zamkowi. Z ogromnych okien rezydencji Lazarusa Janna pada y snopy z otawego 
"wiat a. Na ja"niejszym tle nieba odcina y si# sfory gargulców. Dostrzegli równie% fabryk#
zabawek przylegaj!c! do budynku.
 

Stan!wszy na skraju lasu, ca a trójka Sauvelle'ów próbowa a obj!$ wzrokiem ogrom 

rezydencji fabrykanta zabawek. W tym samym momencie podobny do kruka ptak poderwa  si# z 
zaro"li, dziwnie trzepocz!c skrzyd ami, i zacz!  kr!%y$ nad ogrodem okalaj!cym Cravenmoore. 
Zatoczywszy kilka kó ek nad kamienn! fontann!, wyl!dowa  w ko&cu u stóp Doriana. Z o%y 
skrzyd a, ko ysa  si# przez chwil# na boki, po czym po o%y  si# i znieruchomia . Ch opiec kl#kn!  i 
powoli wyci!gn!  ku niemu praw! r#k#.
 

- Lepiej uwa%aj - ostrzeg a go Irène.

 

Dorian, nie zwa%aj!c na s owa siostry, pog aska  kruka po skrzydle. Ptak ani drgn! . 

Ch opiec wzi!  go w r#ce i roz o%y  mu skrzyd a. Na jego twarzy pojawi  si# wyraz ca kowitego 
zaskoczenia. Odwróci  si# ku Irène i Simone.
 

- On jest z drewna - wyszepta . - To zabawka mechaniczna.

 

Wszyscy troje spojrzeli na siebie w milczeniu. Simone westchn# a i niemal rozkazuj!co 

rzek a:
 

- Zachowujemy spokój. I u"miechamy si#. Musimy zrobi$ dobre wra%enie, zgoda?

 

Dzieci przytakn# y. Dorian z powrotem po o%y  ptaka na ziemi. Simone Sauvelle 

u"miechn# a si# lekko i na jej znak ca a trójka zacz# a wspina$ si# po schodach z bia ego marmuru 
wiod!cych ku ogromnym drzwiom z br!zu, za którymi kry  si# sekretny "wiat Lazarusa Janna.
 

Drzwi Cravenmoore rozwar y si# przed nimi same. Nie musieli nawet u%y$ odlanej z br!zu 

ko atki w kszta cie g owy anio a. Z wn#trza domu emanowa a z ocista po"wiata. Na tle tej jasno"ci 
wida$ by o nieruchom! sylwetk#. Posta$ nagle o%y a i poruszy a g ow!. Jednocze"nie da o si#
s ysze$ delikatny terkot. Twarz wy oni a si# z cienia. Na przybyszy spogl!da y martwe oczy, 
zwyk e szklane kule wci"ni#te w mask# pozbawion! jakiegokolwiek wyrazu. Jedynie usta 
wykrzywia  przera%aj!cy u"miech.
 

Dorian prze kn!  "lin#, a kobiety cofn# y si# z wra%enia. Posta$ wyci!gn# a ku nim r#k#, po 

czym znieruchomia a.
 

- Mam nadziej#, %e Christian pa&stwa nie przestraszy . To stara i niedopracowana 

konstrukcja.
 

Sauvelle'owie odwrócili si# i spojrzeli w dó  schodów, sk!d dobiega  g os. Mi a i 

sympatycznie starzej!ca si# twarz u"miecha a si# do nich nieco  obuzersko. Elegancko ubrany 
m#%czyzna mia  niebieskie oczy, które b yszcza y pod przyprószonymi siwizn! i starannie 

background image

uczesanymi w osami. Podpieraj!c si# nieznacznie hebanow! lask! z wielobarwn! ga k!, podszed 
do nich i uk oni  si# z szacunkiem.
 

- Nazywam si# Lazarus Jann i odnosz# wra%enie, %e jestem pa&stwu winien przeprosiny - 

powiedzia .
 

G os mia  ciep y, %yczliwy, jeden z tych g osów obdarzonych uspokajaj!c! moc! i rzadko 

spotykan!  agodno"ci!. Du%e oczy Lazarusa Janna, przyjrzawszy si# dok adnie Irène i Dorianowi, 
spocz# y wreszcie na twarzy Simone.
 

- Wracam w a"nie ze swojej codziennej wieczornej przechadzki po lesie i niestety spó'ni em 

si#. Madame Sauvelle, o ile si# nie myl#*
 

- Bardzo mi mi o.

 

- Mam na imi# Lazarus.

 

Simone skin# a g ow!.

 

- Pozwoli pan, %e przedstawi#. Moja córka Irène. A to mój syn Dorian, nasz beniaminek.

 

Lazarus Jann z rewerencj! u"cisn!  d onie obojgu. Mia  zdecydowany i mi y u"cisk, a 

u"miech zara'liwy.
 

- No dobrze. Co do Christiana, nie ma najmniejszych powodów, %eby si# go ba$. Trzymam 

go na pami!tk# mojego pionierskiego okresu. Wiem, wiem, jest toporny, a i wygl!d ma ma o 
przyjazny.
 

- Czy to jest maszyna? - pospieszy  z pytaniem zafascynowany Dorian.

 

Karc!ce spojrzenie Simone nadesz o zbyt pó'no. Lazarus u"miechn!  si# do ch opca.

 

- Tak, mogliby"my tak to uj!$. Z technicznego punktu widzenia Christian jest automatem.

 

- Sam pan go skonstruowa ?

 

- Dorian. - Simone upomnia a syna.

 

Lazarus znów si# u"miechn! . Wida$ by o, %e %adn! miar! nie mia  za z e ch opcu jego 

dociekliwo"ci.
 

- Tak. Skonstruowa em Christiana i wiele innych automatów. To jest, a w a"ciwie by a, 

moja praca. No dobrze, ale wydaje mi si#, %e kolacja na nas czeka. Mo%e porozmawiamy o tym 
wszystkim przy suto zastawionym stole i w ten sposób poznamy si# lepiej?
 

Poczuli smakowity zapach pieczeni. Nie trzeba by o wró%ki z kryszta ow! kul!, %eby 

odgadn!$, o czym wszyscy w tym momencie pomy"leli.

 

* * *

 

Zaskakuj!ce powitanie Christiana czy gro'ny wygl!d gmachu Cravenmoore by y niczym w 

porównaniu z wra%eniem, jakie wywar o na Sauvelle'ach wn#trze posiad o"ci Lazarusa Janna. Ca a 
trójka, ledwo przekroczywszy próg domu, poczu a si# przeniesiona w fantastyczny "wiat, którego 
istnienia nie potrafiliby nawet sobie wyobrazi$.
 

Olbrzymie kr#cone schody zdawa y si# wspina$ bez ko&ca. Sauvelle'owie, uniós szy 

wzrok, ujrzeli, i% prowadz! one na szczyt g ównej wie%y Cravenmoore, a ich zwie&czeniem jest 
latarnia, z której s!czy si# mg awe, anemiczne "wiat o. W tej widmowej po"wiacie rozchodz!cej si#
po pomieszczeniu oczy ca ej trójki odkry y i"cie muzealne zbiory mechanicznych stworze&. Tarcza 
wielkiego "ciennego zegara, obdarzonego oczami i wykrzywionego w groteskowym grymasie, 
u"miecha a si# do odwiedzaj!cych. Tancerka w zwiewnej sukni wirowa a w samym "rodku 
owalnego pomieszczenia, gdzie ka%dy przedmiot, ka%dy najdrobniejszy szczegó  stanowi  cz#"$
"wiata powo anego do %ycia przez Lazarusa Janna.
 

Klamki by y u"miechni#tymi twarzami, które puszcza y oko, kiedy si# je nacisn# o. 

Ogromna, fantastycznie opierzona sowa wytrzeszcza a szklane 'renice, powoli unosz!c skrzyd a. 

background image

Dziesi!tki, a mo%e i setki miniatur i zabawek sta y na pó kach i w gablotach. )ycia by nie starczy o, 
by zapozna$ si# z ka%d! z nich. Ma y psotny szczeniaczek merda  ogonkiem i szczeka  na widok 
przebiegaj!cej przed nim metalowej myszki. Zwieszona z niewidocznego sufitu karuzela wró%ek, 
smoków i gwiazd kr#ci a si# w pustce wokó  zamku unosz!cego si# po"ród bawe nianych 
ob oczków w rytm pobrz#kiwania dalekiej pozytywki*
 

Gdziekolwiek kierowali swoje spojrzenia, odkrywali nowe wspania o"ci, nowe 

niewyobra%alne artefakty, coraz przemy"lniejsze i bardziej zdumiewaj!ce. Przez wiele minut stali 
tak niemal sparali%owani i ca kowicie zauroczeni, nie"wiadomi rozbawionego wzroku, jakim patrzy 
na nich Lazarus.
 

- To nieprawdopodobne* - wykrztusi a w ko&cu Irène, nie mog!c uwierzy$ w asnym 

oczom.
 

- To dopiero westybul. Ale rad jestem, %e si# wam podoba - powiedzia  Lazarus, prowadz!c 

ich do przestronnej jadalni Cravenmoore.
 

Dorian zapomnia  j#zyka w g#bie i przygl!da  si# wszystkiemu oczami jak spodki. Irène i 

Simone, równie poruszone, usilnie stara y si# nie ulec hipnotycznemu transowi, w jaki wprowadza 
je dom.
 

Jadalnia, w której podano kolacj#, by a, o ile to w ogóle mo%liwe, jeszcze wspanialsza ni%

westybul. Czu o si#, %e wszystko, od kieliszków pocz!wszy, poprzez sztu$ce a% po galowy serwis i 
puszyste kobierce, przynale%y do królestwa Lazarusa Janna. )aden z przedmiotów nie zdawa  si#
pochodzi$ z szarej, obrzydliwie normalnej rzeczywisto"ci, któr! zostawili za sob!, przekraczaj!c 
próg rezydencji. Mimo ca ego przepychu uwag# Irène przyku  od pierwszej chwili ogromny portret 
wisz!cy nad kominkiem, w którym p omienie bucha y ze smoczych paszcz. Obraz przedstawia 
dam# ol"niewaj!cej urody ubran! w bia ! sukni#. W oczach pi#knej kobiety czu$ by o si #
przekraczaj!c! granic# mi#dzy malarskim kunsztem a rzeczywisto"ci!. Przez chwil# Irène czu a, %e 
zaraz ca kowicie ulegnie magnetycznemu czarowi tego spojrzenia.
 

- To moja ma %onka, Alexandra* Kiedy jeszcze cieszy a si# dobrym zdrowiem. Cudowne 

dni* - rozleg  si# za jej plecami g os Lazarusa, melancholijny i jakby pogodzony z losem.

 

* * *

 

Kolacja przy "wiecach przebiega a w mi ej atmosferze. Lazarus Jann okaza  si# znakomitym 

gospodarzem, który szybko zaskarbi  sobie sympati# Irène i Doriana zabawnymi anegdotami i 
opowie"ciami. Powiedzia  im, %e wszystkie podane wspania o"ci to dzie o Hannah, dziewczyny w 
wieku Irène, pe ni!cej jednocze"nie obowi!zki kucharki i pokojówki. Pierwsze lody zosta y 
prze amane ju% po kilku minutach. Wszyscy brali udzia  w o%ywionej konwersacji, któr! fabrykant 
zabawek potrafi  kierowa$ z nader subteln! maestri!.
 

Kiedy przyst!pili do drugiego dania, pieczonego indyka, specjalno"ci Hannah, 

Sauvelle'owie mieli wra%enie, %e przebywaj! w towarzystwie starego znajomego. Simone z ulg!
skonstatowa a, i% sympatia jej dzieci do Lazarusa jest odwzajemniona, a i ona sama nie mo%e si#
oprze$ urokowi nowego pryncypa a.
 

Nie przestaj!c sypa$ anegdotami, Lazarus udzieli  im wyczerpuj!cych informacji 

zwi!zanych z domem i z charakterem obowi!zków Simone. W pi!tek wieczór Hannah mia a wolne 
i nocowa a u swojej rodziny w miasteczku. Mieli j! pozna$ nazajutrz, kiedy stawi si# w rezydencji 
do pracy. Nie licz!c Lazarusa i jego %ony, Hannah by a jedynym mieszka&cem Cravenmoore. Ona 
pomo%e im si# tutaj zaaklimatyzowa$ i gotowa jest wesprze$ ich we wszystkich problemach, jakie 
mog! si# pojawi$ w pierwszych dniach ich pobytu.
 

Przy deserze, zjawiskowej tarcie z malinami, Lazarus przeszed  do wyja"nienia, czego od 

background image

ka%dego z nich oczekuje. Aczkolwiek fabryka jest ju% zamkni#ta, on nadal, od czasu do czasu, 
pracuje w swoim warsztacie zabawek. Podkre"li  z ca ! stanowczo"ci!, %e pod %adnym pozorem nie 
wolno im przekracza$ progu fabryki. Zakaz dotyczy  równie% wy%szych pi#ter, a ju% szczególnie 
pomieszcze& zachodniego skrzyd a, w których mie"ci y si# pokoje jego ma %onki.
 

Od ponad dwudziestu lat Alexandra Jann cierpia a na dziwn! i nieuleczaln! chorob#, która 

przyku a j! do  ó%ka. )ona Lazarusa nie rusza a si# ze swojej sypialni znajduj!cej si# na trzecim 
pi#trze zachodniego skrzyd a. Jedynie jej m!%, dogl!daj!cy jej w chorobie, mia  tam prawo wst#pu. 
Fabrykant zabawek opowiedzia  im, %e %ona, jeszcze jako pe na %ycia m oda kobieta, nabawi a si#
tajemniczej przypad o"ci podczas jednej z podró%y, któr! odbywali przez kraje Europy (rodkowej.
 

Nieuleczalna jak na razie choroba powoli, acz systematycznie odbiera a jej si y, do tego 

stopnia, i% po jakim" czasie nie mog a sama chodzi$ ani utrzyma$ niczego w r#kach. Po up ywie 
sze"ciu miesi#cy jej stan drastycznie si# pogorszy . By a ju% tylko cieniem tej pi#knej kobiety, z 
któr! o%eni  si# zaledwie kilka lat wcze"niej. Po roku od zara%enia zacz# a zanika$ pami#$ chorej. Po 
kilku tygodniach z trudno"ci! rozpoznawa a nawet w asnego ma %onka. W tym okresie nie mog a 
ju% mówi$, a jej oczy, poza straszliw! pustk!, przesta y cokolwiek wyra%a$. Alexandra Jann mia a 
wówczas dwadzie"cia sze"$ lat. Od tamtego czasu nigdy ju% nie opu"ci a Cravenmoore.
 

Go"cie wys uchali poruszaj!cej opowie"ci Lazarusa w milcz!cym skupieniu. Fabrykant nie 

zdo a  ukry$ emocji wywo anych nawiedzaj!cymi go wspomnieniami, wieloletni! samotno"ci! i 
cierpieniem. Nie chc!c jednak przyt acza$ go"ci swoim smutkiem, szybko pocz!  rozp ywa$ si# w 
pochwa ach nad deserem. Gorycz jego spojrzenia nie usz a jednak uwadze Irène.
 

Dziewczyna bez trudu potrafi a sobie wyobrazi$, dlaczego wybra  si# w t# swoj! szczególn!

podró% donik!d. Pozbawiony tego, co najbardziej kocha , Lazarus schroni  si# w "wiecie fantazji, 
tworz!c setki istot i przedmiotów, by wype ni$ jako" dr#cz!c! go samotno"$.
 

S uchaj!c opowie"ci fabrykanta zabawek, Irène nagle zrozumia a, %e ów "wiat rozbuchanej 

wyobra'ni zaludniaj!cej Cravenmoore to znacznie wi#cej ni% tylko zabawny kaprys geniusza. Ona, 
która na w asnej skórze odczu a, co to znaczy straci$ kogo" bliskiego, patrzy a teraz na 
Cravenmoore jak na mroczne odzwierciedlenie labiryntu samotno"ci, w którym Lazarus %y  przez 
ostatnie dwadzie"cia lat. Ka%dy z mieszka&ców owego cudownego "wiata, ka%dy obecny w nim 
twór, by  po prostu  z! przelan! w milczeniu.
 

Gdy kolacja mia a si# ku ko&cowi, Simone Sauvelle dok adnie ju% wiedzia a, jaki jest zakres 

jej obowi!zków w rezydencji. Charakter jej pracy nie odbiega  od funkcji ochmistrzyni i niewiele 
mia  wspólnego z jej w a"ciwym zawodem nauczycielki. Niemniej gotowa by a wype nia$ nowe 
obowi!zki najlepiej, jak potrafi a, by zagwarantowa$ godziw! przysz o"$ swoim dzieciom. Simone 
mia a: nadzorowa$ prac# Hannah i ludzi zatrudnianych dorywczo, administrowa$ rezydencj!, 
zajmowa$ si# zaopatrzeniem, utrzymuj!c kontakty z dostawcami i kupcami z miasteczka, prowadzi$
stosown! korespondencj# i dba$ o to, by nikt ze "wiata zewn#trznego nie zak óca  fabrykantowi 
jego dobrowolnego odosobnienia. Oprócz tego do jej zada& nale%a  równie% regularny zakup 
ksi!%ek do biblioteki Lazarusa. Pryncypa  podkre"li , %e to jeden z najwa%niejszych obowi!zków 
Simone. Przy okazji wyra'nie da  do zrozumienia, %e to w a"nie jej wykszta cenie i zawód 
zadecydowa y o tym, i% ostatecznie wybra  j! spo"ród wielu innych kandydatek z wi#kszym 
do"wiadczeniem na tym stanowisku.
 

Ze swej strony Lazarus oferowa  im mieszkanie w Domu na Cyplu oraz pensj# bardziej ni%

godziw!. Jednocze"nie zobowi!za  si# pokrywa$ koszty nauki Irène i Doriana od nowego roku 
szkolnego. Gwarantowa  równie% sfinansowanie studiów obojga, je"li wyka%! ku temu zdolno"ci i 
wol#. Irène i Dorian mogli pomaga$ matce, pod jednym wszak%e warunkiem: musz! przestrzega$
%elaznej zasady nieprzekraczania granic wyznaczonych przez Lazarusa.

background image

 

Simone Sauvelle, dotkliwie do"wiadczonej ostatnimi miesi!cami n#dzy i n#kania przez 

wierzycieli, oferta Lazarusa zda a si# b ogos awie&stwem niebios. Nie by o lepszego miejsca na 
ziemi ni% B #kitna Zatoka, by rozpocz!$ ze swoimi dzie$mi nowe %ycie. O lepszej pracy te% nie 
mog a marzy$ i wszystko wskazywa o na to, %e Lazarus b#dzie pracodawc! hojnym i  askawym. 
Szcz#"cie musia o pr#dzej czy pó'niej si# do nich u"miechn!$. Los chcia , %eby sta o si# to w tym 
ustroniu i po raz pierwszy od d u%szego czasu Simone by a gotowa zgodzi$ si# na jego wyroki. O 
ile instynkt jej nie zawodzi , a nie zwyk  tego czyni$, domy"la a si#, %e fabrykant obdarza j! i jej 
dzieci szczer! %yczliwo"ci!. Mog a za o%y$, %e ich obecno"$ w Cravenmoore i ich towarzystwo z 
czasem z agodz! dotkliwe osamotnienie, w jakim zdawa  si# %y$ fabrykant zabawek.
 

Przy kawie Lazarus obieca , %e pewnego dnia wprowadzi absolutnie zauroczonego Doriana 

w arkana konstrukcji automatycznych zabawek. Oczy Doriana natychmiast rozb ys y entuzjazmem. 
W tej samej chwili spojrzenia Lazarusa i Simone spotka y si# na chwil# w migoc!cym "wietle 
"wiec. Simone dostrzeg a w nich tak dobrze jej znane pi#tno samotno"ci. Dwa dryfuj!ce na pe nym 
morzu statki. Fabrykant zabawek odwróci  wzrok i wsta  w milczeniu, tym samym daj!c do 
zrozumienia, %e kolacja dobieg a ko&ca.
 

Potem odprowadzi  ich do drzwi, po drodze zatrzymuj!c si# co jaki" czas, by obja"ni$

mijane cude&ka. Irène i Dorian s uchali wszystkiego z niek amanym zadziwieniem. Pod dachem 
Cravenmoore nagromadzi o si# tyle wspania o"ci, i% nie starczy oby stu lat, by nacieszy$ nimi oko. 
Opuszczaj!c ju% westybul, Lazarus zatrzyma  si# przed czym", co wygl!da o na skomplikowany 
mechanizm skonstruowany ze zwierciade  i soczewek, i spojrza  tajemniczo na Doriana. Bez s owa 
wyja"nienia wsun!  r#k# w szpaler luster. Zwierciadlane odbicie r#ki po chwili ca kowicie si#
rozmy o. Lazarus u"miechn!  si#.
 

- Nie we wszystko, co widzisz, powiniene" wierzy$. Obraz rzeczywisto"ci, jaki podsuwaj!

nam nasze oczy, jest tylko iluzj!, efektem optycznym - powiedzia . - (wiat o jest wielkim oszustem. 
Daj mi r#k#.
 

Dorian pos usznie wyci!gn!  d o& ku fabrykantowi zabawek i pozwoli  mu wsun!$ j! w 

szpaler zwierciade . Ze zdumieniem patrzy , jak odbicie jego r#ki znika. Spojrza  na Lazarusa 
pe nym w!tpliwo"ci wzrokiem.
 

- Znasz zasady optyki, prawa rz!dz!ce "wiat em? - spyta  gospodarz.

 

Dorian pokr#ci  g ow!. W tym momencie nie wiedzia  nawet, gdzie znajduje si# jego prawa 

r#ka.
 

- Tak naprawd# magia jest tylko ga #zi! fizyki. Jak u ciebie z matematyk!?

 

- Jako tako, poza trygonometri!.

 

Lazarus u"miechn!  si#.

 

- Od tego zaczniemy. Fantazja to liczby, Dorianie. W tym tkwi ca a sztuczka.

 

Ch opak przytakn! , nie bardzo wiedz!c, o czym Lazarus mówi. Gospodarz, doszed szy do 

progu, przepu"ci  swoich go"ci. W tym w a"nie momencie Dorianowi zda o si#, %e widzi rzecz 
zupe nie niemo%liw!. Gdy ca a grupka znalaz a si# w kr#gu "wiat a jednej z migoc!cych latarni, na 
"cian# pad y cienie ich sylwetek. Trzech sylwetek, bowiem w"ród nich brakowa o cienia Lazarusa, 
jakby jego obecno"$ by a tylko fatamorgan!.
 

Kiedy Dorian si# odwróci , napotka  badawcze spojrzenie Lazarusa. Ch opiec prze kn! 

"lin#. Fabrykant zabawek, u"miechaj!c si# kpiarsko, uszczypn!  go lekko w policzek.
 

- Nie we wszystko, co widz! twoje oczy, powiniene" wierzy$*

 

Dorian wyszed  na zewn!trz za matk! i siostr!.

 

- Dzi#kujemy za wszystko. )yczymy dobrej nocy - po%egna a si# Simone.

 

- Ca a przyjemno"$ po mojej stronie. I mówi# to szczerze - odpar  serdecznie Lazarus i 

background image

u"miechaj!c si#, uniós  r#k# w ge"cie po%egnania.

 

* * *

 

Zbli%a a si# pó noc, kiedy Sauvelle'owie zag #bili si# w las w drodze do swojego nowego 

domu.
 

Dorian szed  w milczeniu, nie mog!c wci!% otrz!sn!$ si# z wra%enia, jakie zrobi a na nim 

rezydencja Lazarusa Janna. Irène sz a zatopiona we w asnych my"lach, nie zwracaj!c uwagi na 
"wiat zewn#trzny. Simone za" odetchn# a z ulg!, dzi#kuj!c Bogu za szcz#"cie, które ich spotka o.
 

W pewnej chwili odwróci a si#, by raz jeszcze spojrze$ na nikn!c! w oddali sylwetk#

Cravenmoore. W ca ym budynku by o o"wietlone tylko jedno okno: na trzecim pi#trze zachodniego 
skrzyd a. Za firankami wida$ by o nieruchom! posta$. W tym samym momencie "wiat o w oknie 
zgas o i ca y budynek pogr!%y  si# w ciemno"ciach.

 

* * *

 

Irène, znalaz szy si# w swojej sypialni, zdj# a sukienk# matki i starannie powiesi a j! na 

oparciu krzes a. Z s!siedniego pokoju dochodzi y g osy Simone i Doriana. Dziewczyna zgasi a 
"wiat o i po o%y a si# na  ó%ku. Niebieskie cienie kr!%y y w ta&cu po suficie jak korowód 
podryguj!cych widm. Szum fal rozbijaj!cych si# o ska y przechodzi  w szept przetykany cisz!. 
Irène zamkn# a oczy i usi owa a zasn!$. Nadaremnie.
 

Trudno jej by o uwierzy$, %e nie b#dzie musia a ju% wraca$ do skromnego paryskiego 

mieszkanka ani do tego obrzydliwego dancingu, by zarobi$ kilka n#dznych monet, jakie mogli jej 
zap aci$ równie biedni jak ona %o nierze. Wiedzia a, %e cienie wielkiego miasta nie zdo aj! jej tu 
dosi#gn!$, ale odleg o"$ nie jest przeszkod! dla pami#ci. Wsta a i podesz a do okna.
 

W oddali majaczy a wie%a latarni morskiej. Irène skupi a wzrok na wysepce osnutej 

po yskuj!c! mgie k!. Ciemno"ci przeci!  b ysk "wiat a, przypominaj!cy puszczonego z oddali 
zaj!czka. Par# sekund pó'niej b ysk znowu przeci!  noc, by natychmiast zgasn!$. Irène ze 
zdziwieniem dostrzeg a stoj!c! na ganku matk#. Simone, narzuciwszy na ramiona gruby sweter, 
patrzy a w morze. Irène nie musia a widzie$ jej twarzy, by domy"li$ si#, %e matka p acze i %e obie 
d ugo nie b#d! mog y zasn!$. Tej pierwszej nocy w Domu na Cyplu, na pocz!tku drogi, która 
zdawa a si# prowadzi$ ku szcz#"ciu, bole"nie jak nigdy dot!d odczuwa y brak Armanda Sauvelle'a.

background image

3. B #kitna Zatoka

 

Ze wszystkich poranków jej %ycia, w oczach i w pami#ci Irène %aden nie by  tak s oneczny 

jak ów poranek dwudziestego drugiego czerwca 1937 roku. Morze rozb yskiwa o jakby usiane 
diamentami. A niebo* Dot!d, %yj!c w mie"cie, nie potrafi a nawet sobie wyobrazi$, %e niebo mo%e 
by$ a% tak przejrzyste. Irène mog a teraz ze swojego okna ujrze$ wysepk# z latarni! w ca ej 
okaza o"ci, podobnie jak niewielkie ska y wy aniaj!ce si# z wód zatoki niczym grzebie&
podwodnego smoka. Rozci!gaj!ce si# za Pla%! Anglika miasteczko, ze swoimi domkami równo 
ustawionymi wzd u% g ównej ulicy, wygl!da o jak obrazek pokryty mgie k! unosz!c! si# znad 
rybackiego portu. Przymkn!wszy nieco oczy, mog a zobaczy$ raj wymalowany przez Claude'a 
Moneta, ulubionego malarza jej ojca.
 

Irène otworzy a okno na o"cie%, wpuszczaj!c do pokoju powiew morskiej bryzy 

przesyconej zapachem soli. Mewy maj!ce gniazda na ska ach odwróci y  ebki, by przyjrze$ si# jej z 
ciekawo"ci!, z jak! patrzy si# na nowych, dopiero co przyby ych s!siadów. Irène spostrzeg a, %e 
Dorian ju% zaj!  swoje ulubione miejsce pomi#dzy ska ami, fantazjuj!c, my"l!c o niebieskich 
migda ach, zaprz!tni#ty Bóg jeden wie czym*
 

Dziewczyna, zastanawiaj!c si# ju%, w co ma si# ubra$, by jak najrado"niej rozpocz!$ ten 

bajkowy dzie&, us ysza a dochodz!cy z parteru nieznany sobie, trajkocz!cy i radosny g os. 
Ws uchuj!c si# w nawa nic# s ów, zdo a a równie% us ysze$ spokojny i  agodny tembr g osu matki 
rozmawiaj!cej, a w a"ciwie usi uj!cej wtr!ci$ jedno, najwy%ej dwa s owa w chwilach, gdy jej 
rozmówczyni nabiera a oddechu.
 

Ubieraj!c si#, Irène próbowa a odgadn!$, jak wygl!da w a"cicielka niemilkn!cego g osu. 

Od ma ego do jej ulubionych zabaw nale%a o wyobra%anie sobie danej osoby wy !cznie na 
podstawie g osu. Zamkn!$ oczy, ws ucha$ si# uwa%nie i odgadn!$, jakiego jest wzrostu, ile wa%y, 
jak! ma twarz, charakter*
 

Tym razem intuicja podpowiada a jej, %e to m oda, niewysoka dziewczyna, nerwowa i 

ruchliwa, brunetka o najprawdopodobniej ciemnych oczach. Irène, maj!c w g owie ten obraz, 
postanowi a zej"$ na dó . Chcia a zaspokoi$ swój poranny g ód, jedz!c porz!dne "niadanie. Przede 
wszystkim jednak chcia a zaspokoi$ swoj! ciekawo"$ dotycz!c! w a"cicielki owego g osu.
 

Wszed szy do saloniku na parterze, przekona a si#, nie bez satysfakcji, %e pomyli a si# tylko 

co do jednego: w osy dziewczyny mia y kolor s omkowy. Poza tym strza  w dziesi!tk#. W ten oto 
sposób Irène pozna a Hannah, jeszcze zanim j! zobaczy a.

 

* * *

 

Simone Sauvelle do o%y a wszelkich stara&, by zrewan%owa$ si# Hannah równie pysznym 

"niadaniem za wy"mienit! kolacj#, któr! ta przygotowa a dla nich ubieg ego wieczoru. Dziewczyna 
poch ania a je z pr#dko"ci! jeszcze wi#ksz! ni% ta, z jak! wyrzuca a z siebie s owa. Simone i Irène, 
zalane wartkim strumieniem anegdot, plotek i wszelkiego rodzaju historyjek na temat miasteczka i 
jego mieszka&ców, ju% po kilku minutach mia y wra%enie, %e znaj! Hannah od zawsze.
 

Chrupi!c grzank# za grzank!, Hannah przedstawi a im w telegraficznym skrócie swoj!

biografi#. W listopadzie mia a sko&czy$ szesna"cie lat; jej rodzice - ojciec rybak, matka piekarka - 
mieli w miasteczku domek; mieszka  z nimi jeszcze jej kuzyn, Ismael, który kilka lat temu straci 
rodziców i pomaga  stryjkowi, to znaczy ojcu Hannah, w pracy. Ju% nie chodzi a do szko y, bo ta 
j#dza Jeanne Brau, czyli dyrektorka szko y, zaszufladkowa a j! jak! t#p! i ograniczon!. Mimo 
wszystko Ismael uczy  j! czyta$, a jej znajomo"$ tabliczki mno%enia poprawia a si# z miesi!ca na 

background image

miesi!c. Jej ulubionym kolorem by  %ó ty. Kolekcjonowa a muszle, które zbiera a zazwyczaj na 
Pla%y Anglika. Najbardziej na "wiecie lubi a s ucha$ radiowych powie"ci w odcinkach. Uwielbia a 
te% te letnie wieczory, kiedy do miasta zje%d%a a orkiestra objazdowa i mo%na by o pój"$ pota&czy$
na rynku. Nie u%ywa a perfum, lubi a za to szminki*
 

S uchanie Hannah by o tyle% zabawne, co m#cz!ce. Zmiót szy ca e swoje "niadanie i 

dojad szy resztki "niadania Irène, Hannah na chwil# zawiesi a g os. W domu zapad a cudowna 
wprost cisza. Nietrudno zgadn!$, %e nie trwa a d ugo.
 

- Mo%e wybierzemy si# razem na spacer? Poka%# ci miasteczko - zaproponowa a Hannah 

najwyra'niej podekscytowana perspektyw! oprowadzenia nowej kole%anki po B #kitnej Zatoce.
 

Irène spojrza a pytaj!co na matk#.

 

- (wietny pomys  - powiedzia a po chwili.

 

- Prosz# si# nie martwi$, prosz# pani, przyprowadz# córk# z powrotem ca ! i zdrow!.

 

Irène po%egna a si# z matk! i obie dziewczyny pobieg y do drzwi, wypad y na zewn!trz i 

ruszy y ku Pla%y Anglika. Do Domu na Cyplu powoli powraca  spokój. Simone wzi# a fili%ank#
kawy i wysz a na ganek, by nacieszy$ si# tym tak mi o zapowiadaj!cym si# porankiem. Dorian 
pomacha  jej ze swojego zak!tka na ska ach.
 

Simone skin# a mu r#k!. Dziwny ch opak. Zawsze sam. Jakby nie interesowa o go zupe nie 

towarzystwo przyjació , a mo%e po prostu nie wiedzia , jak zaskarbi$ sobie sympati# rówie"ników. 
)yje we w asnym "wiecie, co" tam rysuje w tych swoich zeszytach, nigdy nie wiadomo, o czym 
w a"ciwie rozmy"la. Dopijaj!c kaw#, Simone jeszcze raz spojrza a na Hannah i swoj! córk#, id!ce 
w kierunku miasta. S!dz!c po gestykulacji, Hannah trajkota a nieustannie. Bóg dzieli nierówno. 
Jednym daje wszystko, drugim fig# z makiem*

 

* * *

 

Niemal ca y miesi!c zabra o rodzinie Sauvelle'ów zapoznanie si# z sekretami i wszelakimi 

niuansami %ycia codziennego w male&kim portowym miasteczku. Pierwsza faza - szok kulturowy i 
dezorientacja - trwa a ponad tydzie&, w czasie którego cz onkowie rodziny odkryli, %e poza 
dziesi#tnym systemem metrycznym wszystko inne, jak na przyk ad obyczaje czy regu y wspó %ycia 
spo ecznego, by o ca kowicie odmienne od norm paryskich. Przede wszystkim poczucie czasu. W 
Pary%u "mia o mo%na by zaryzykowa$ twierdzenie, %e na tysi!c mieszka&ców przypada o tysi!c 
zegarków, tyranów programuj!cych wszystkim %ycie z i"cie wojskowym rygorem. W B #kitnej 
Zatoce jedynym zegarem by o s o&ce. Tak jak jedynymi samochodami by y auta doktora Giraud, 
Lazarusa i pojazd %andarmerii. I nie by o* Ró%nice da o si# wylicza$ bez ko&ca, cho$ w istocie nie 
kry y si# one w liczbach, lecz w obyczajach.
 

Pary% by  miastem anonimowych ludzi, miejscem, w którym mo%na by o przez lata %y$

obok siebie, drzwi w drzwi, i nie wiedzie$, jak si# nazywa twój s!siad. W B #kitnej Zatoce wprost 
przeciwnie, ka%de kichni#cie czy podrapanie si# w nos by o natychmiast powszechnie 
komentowane, jak miasteczko d ugie i szerokie, i to przez kilka dni. Tu ka%de przezi#bienie by o 
wiadomo"ci!, a wiadomo"ci by y bardziej zara'liwe ni% przezi#bienia. Nie wychodzi a tu %adna 
lokalna gazeta, bo i po co.
 

To Hannah podj# a si# misji wprowadzenia ich w %ycie, histori# i cuda miasteczkowej 

spo eczno"ci. Niewiarygodna pr#dko"$, z jak! dziewczyna wystrzeliwa a z siebie s owa, pozwoli a 
jej w ci!gu kilku zaledwie spotka& przekaza$, w skomprymowanej formie, tyle informacji i plotek, 
i% w zupe no"ci wystarczy yby na poka'nych rozmiarów i ca kiem wyczerpuj!cy przewodnik 
encyklopedyczny. Sauvelle'owie dowiedzieli si# wi#c, %e proboszcz miejscowej parafii, ksi!dz 
Laurent Savant, organizowa  zawody w nurkowaniu i biegi marato&skie i %e oprócz nieustannego 

background image

narzekania z ambony na lenistwo parafian i unikanie przez nich porannej gimnastyki przejecha  na 
rowerze wi#cej kilometrów, ni% pokona  Marco Polo podczas wyprawy. Dowiedzieli si# równie%, 
%e lokalne w adze w ka%dy wtorek i czwartek o godzinie trzynastej odbywaj! swe robocze zebrania, 
podczas których Ernest Dijon, przypuszczalnie do%ywotni burmistrz, ciesz!cy si# matuzalemowym 
wiekiem, zaj#ty jest  obuzerskim podszczypywaniem poduszki swego fotela pod sto em, 
przekonany, %e to masywne udo Antoinette Fabré, ksi#gowej ratusza i starej panny zaprzysi#g ej 
jak ma o która.
 

Hannah zasypywa a ich w ci!gu minuty kilkoma opowie"ciami tego rodzaju, co w du%ej 

mierze mia o zwi!zek z tym, %e jej matka, Élisabeth, prowadzi a miejscow! piekarni#, która 
jednocze"nie pe ni a funkcj# agencji informacyjnej, s u%by wywiadowczej i k!cika z amanych serc 
w B #kitnej Zatoce.
 

Sauvelle'owie szybko zrozumieli, %e miasteczkowa ekonomia jest specyficzn! mutacj!

gospodarki rynkowej, znacznie odbiegaj!c! od modelu kapitalizmu paryskiego. Wbrew pozorom 
to, co wydawa o si# zaj#ciem g ównym, w rzeczywisto"ci stanowi o zaj#cie poboczne: w piekarni 
sprzedawano pieczywo, co oczywiste, ale by a ona równie% swego rodzaju zal!%kiem "rodków 
masowego przekazu, a monsieur Safont, szewc, by  te% rymarzem - ale magnesem, który 
najbardziej przyci!ga  klientów, by o jego pó sekretne zaj#cie astrologa i wró%bity*
 

Przyk ady tego wykonywania kilku zawodów naraz mo%na by mno%y$. )ycie wydawa o si#

proste i spokojne, cho$ w rzeczywisto"ci kry o wi#cej niespodzianek ni% sklep z akcesoriami 
magicznymi. Najwa%niejsze by o zacz!$ %y$ w zgodzie ze specyficznym rytmem miasteczka, 
ws uchiwa$ si# w to, co mówi! jego mieszka&cy, i podda$ si# wszystkim rytua om inicjacyjnym, 
przez które musia  przej"$ ka%dy nowo przyby y, by sta$ si# pe noprawnym obywatelem B #kitnej 
Zatoki.
 

Dlatego te% Simone, za ka%dym razem, gdy zachodzi a do miasteczka, by odebra$ listy i 

przesy ki, zagl!da a do piekarni, by poszerzy$ swoj! wiedz# o przesz o"ci, tera'niejszo"ci i 
przysz o"ci. Panie z B #kitnej Zatoki przyj# y j! serdecznie i rych o zacz# y bombardowa$ pytaniami 
dotycz!cymi jej tajemniczego pryncypa a. Lazarus trzyma  si# na uboczu, stroni  od ludzi i rzadko 
bywa  w miasteczku. Jakby tego by o ma o, otaczaj!c! go aur# tajemniczo"ci pot#gowa y jeszcze 
otrzymywane przeze& regularnie, co tydzie&, stosy ksi!%ek.
 

- No niech sama pani pomy"li, pani Simone - powiedzia a jej przy jakiej" okazji Pascale 

Lelouch, aptekarzowa - samotny m#%czyzna, no dobrze, praktycznie samotny* w takim domu* z 
tak! ilo"ci! ksi!%ek*
 

Wobec tak przenikliwie odkrywczych uwag Simone nauczy a si# potakiwa$ z u"miechem, 

bez s owa komentarza. Jak zwyk  mawia$ jej zmar y m!%, szkoda czasu na jakiekolwiek próby 
zmieniania "wiata, wystarczy uwa%a$, by "wiat nie zmieni  ciebie.
 

Nauczy a si# równie% spe nia$ wszelkie ekstrawaganckie wymagania Lazarusa dotycz!ce 

korespondencji. Poczta osobista mia a by$ otwierana nast#pnego dnia po jej otrzymaniu i nale%a o 
odpowiada$ na ni! bez zw oki. Poczta o charakterze handlowym i oficjalne pisma winny by$
otwieranie zaraz po otrzymaniu, ale pod %adnym pozorem nie nale%a o odpowiada$ na nie przed 
up ywem tygodnia. I rzecz najwa%niejsza, ka%d! przesy k# z Berlina, której nadawc! by by niejaki 
Daniel Hoffmann, nale%a o wr#czy$ Lazarusowi osobi"cie. Nikt, pod %adnym pozorem, nie 
powinien jej otwiera$. Simone uzna a, %e nie jej spraw! by o dociekanie przyczyn tych, tak 
szczegó owych, rozporz!dze&. Do"$ szybko przekona a si#, %e po pierwsze, lubi to miejsce, a po 
drugie, %e mieszkanie z dala od Pary%a mo%e wyj"$ jej dzieciom jedynie na zdrowie. Bez s owa 
sprzeciwu dostosowa a si# wi#c do rygorystycznego regulaminu otwierania korespondencji i 
udzielania na ni! odpowiedzi.

background image

 

Dorian z kolei stwierdzi , %e nawet jego nowo odkryta pasja kartograficzna pozostawia mu 

jeszcze sporo wolnego czasu, który móg  sp#dza$ w towarzystwie ch opaków z miasteczka. Nikt z 
nich nie zwa%a  na to, czy jest tu nowy, czy nie, albo czy jest dobrym p ywakiem, czy nie (a nie by 
nim, ale jego nowi przyjaciele szybko zaj#li si# jego odpowiedni! edukacj!). Nauczy  si#, %e 
petanka to zaj#cie dla obywateli bli%szych emeryturze, uganianie si# za dziewczynami za" to zaj#cie 
dla pi#tnastolatków zadzieraj!cych nosa, ofiar burz hormonalnych atakuj!cych cer# i zdrowy 
rozs!dek. W jego wieku natomiast trzeba by o cieszy$ si# rowerem, fantazjowa$ i uwa%nie 
przygl!da$ si# "wiatu, w nadziei, %e "wiat wreszcie zauwa%y ciebie. I czeka$ z niecierpliwo"ci! na 
niedzielne wieczory. Na kino. W ten oto sposób Dorian odkry  swoj! now! skryt! mi o"$, przy 
której kartografia odchodzi a w zapomnienie niczym nauki Ptolemeusza. W %yciu Doriana pojawi a 
si# Greta Garbo. Boska istota. Na samo jej wspomnienie w porze obiadowej Dorianowi odbiera o 
apetyt, cho$ tak naprawd# by a to trzydziestoletnia* staruszka.
 

Podczas gdy Simone zaj#ta by a swoimi obowi!zkami, a Dorian bi  si# z my"lami, czy jego 

fascynacja tak star! kobiet! nie ociera si# przypadkiem o perwersj#, Irène przyj# a na siebie ca !
nawa nic# s ów niezmordowanej Hannah. M oda kucharka codziennie recytowa a jej list#
ch opaków nie tylko do wzi#cia, ale i cechuj!cych si# jako takim obyciem. Hannah s!dzi a, %e je"li 
w ci!gu dwóch pierwszych tygodni pobytu w miasteczku Irène nie zacznie niewinnie flirtowa$ z 
którym" z nich, ch opcy zaczn! uwa%a$ j! za dziwol!ga. Sama Hannah musia a jednak przyzna$, %e 
o ile w kategorii +pi#kny tors, by o w czym wybiera$, o tyle w kategorii +pi#kny umys , w a"ciwie 
nie mia  kto startowa$. W ka%dym razie Irène nie mog a si# op#dzi$ od zalotników, czego 
przyjació ka szczerze jej zazdro"ci a.
 

- Dziewczyno, gdybym mia a takie powodzenie jak ty, to ju% by abym Mat! Hari - mawia a 

Hannah.
 

Irène, spogl!daj!c na kr#c!c! si# w pobli%u, niby przypadkiem, chmar# ch opaków, 

u"miecha a si# z zak opotaniem.
 

- Nie bardzo wiem, czy w ogóle mnie to interesuje* Wygl!daj!, jakby byli jacy"

g upkowaci*
 

- G upkowaci? - wybucha a Hannah, nie pojmuj!c, jak mo%na tak marnowa$ okazje. - Jak 

chcesz us ysze$ co" ciekawego, to pójd' sobie do kina albo ksi!%k# poczytaj.
 

- Zastanowi# si# - "mia a si# Irène.

 

Hannah kr#ci a g ow! z niedowierzaniem.

 

- Marny twój los, spotka ci# to samo, co spotka o mojego kuzyna Ismaela - o"wiadcza a 

wówczas.
 

Z ma o sk adnych opowie"ci swej przyjació ki Irène zdo a a zrozumie$, %e Ismael ma 

szesna"cie lat i %e po "mierci rodziców zosta  przygarni#ty przez rodzin# Hannah. Pracowa  na 
kutrze razem ze stryjem, ale jego prawdziw! pasj! by o %eglowanie w samotno"ci. Sam zbudowa 
sobie  ód' %aglow! i nada  jej nazw#, której Hannah nigdy nie potrafi a zapami#ta$.
 

- Co" greckiego, wydaje mi si#.

 

- A gdzie teraz jest twój kuzyn? - spyta a Irène.

 

- Na morzu. Latem rybacy wyp ywaj! na pe ne morze. Ismael i tata s! na +Estelle,. Wróc!

dopiero w sierpniu - wyja"ni a Hannah.
 

- Ci#%ko chyba tak %y$. Tyle czasu na morzu, z dala od rodziny*

 

Hannah wzruszy a ramionami.

 

- Gdzie" pracowa$ trzeba*

 

- Ale praca w Cravenmoore to chyba nie jest szczyt twoich marze&, co? - zapyta a Irène.

 

Hannah spojrza a na ni! z niejakim zaskoczeniem.

background image

 

- No wiesz, nie moja sprawa* rzecz jasna - zacz# a t umaczy$ si# Irène.

 

- No przesta&, mo%esz pyta$, o co tylko chcesz - powiedzia a Hannah z u"miechem. - Masz 

racj#, ta praca nie bardzo mi si# podoba.
 

- Ze wzgl#du na Lazarusa?

 

- Nie. Lazarus jest bardzo mi y i obszed  si# z nami bardzo  askawie. Kiedy tata mia 

wypadek ze "rub! okr#tow!, ju% dawno temu, to on zap aci  za operacj#. Gdyby nie Lazarus*
 

- No to co ci przeszkadza?

 

- A bo ja wiem? To miejsce. Te maszyny* Pe no tam maszyn, które ni st!d, ni zow!d 

zaczynaj! patrze$ na ciebie.
 

- Przecie% to tylko zabawki.

 

- Spróbuj tam sp#dzi$ chocia% jedn! noc. Ledwo zamykasz oczy, a tu: tik-tak, tik-tak* - 

Obie spojrza y na siebie uwa%nie.
 

- Tik-tak, tik-tak? - zawtórowa a Irène.

 

Hannah u"miechn# a si# sarkastycznie.

 

- Ze mnie jest tchórz, tego si# nie da ukry$, ale ty jeste" na prostej drodze do 

staropanie&stwa.
 

- Uwielbiam stare panny - odpar a Irène.

 

* * *

 

I tak, niedostrzegalnie prawie, mija  dzie& za dniem i ani si# obejrzeli, jak nadszed  sierpie&. 

A z nim nadesz y równie% letnie ulewy i burze, raczej przelotne, trwaj!ce co najwy%ej dwie 
godziny. Simone by a ca kowicie poch oni#ta swoimi obowi!zkami, Irène przyzwyczaja a si# do 
Hannah. A Dorian uczy  si# oczywi"cie nurkowania, nie przestaj!c kre"li$ w wyobra'ni map 
sekretnej geografii Grety Garbo.
 

Pewnego sierpniowego dnia, z tych poprzedzonych nocn! ulew!, która zostawia a po sobie 

chmury w kszta cie zamków p yn!cych po o"lepiaj!co lazurowym niebie, Irène i Hannah 
postanowi y uda$ si# na spacer po Pla%y Anglika. Min# o ju% pó tora miesi!ca od przybycia 
Sauvelle'ów do B #kitnej Zatoki. Wszystko zdawa o si# wskazywa$, %e nie czekaj! tu ich ju% %adne 
niespodzianki. Wkrótce mieli si# jednak przekona$, %e jest zupe nie inaczej.

 

* * *

(lady stóp biegn!ce wzd u% linii brzegu przypomina y w po udniowym s o&cu ciemne 

% obienia na o"lepiaj!cej biel! powierzchni, a maszty w porcie ko ysa y si# w oddali niczym 
rozedrgane mira%e.
 

Siedz!c na zbutwia ych szcz!tkach  odzi, która osiad a na zawsze na tej bezkresnej mieli'nie 

drobniusie&kiego piasku, Irène i Hannah odpoczywa y otoczone przez stadko ma ych niebieskich 
ptaków, maj!cych gniazda gdzie" na pla%y, pewnie po"ród bia ych wydm.
 

- Czemu ta pla%a nazywa si# Pla%! Anglika? - zapyta a Irène zapatrzona w pagórki piasku 

rozpo"cieraj!ce si# pomi#dzy miasteczkiem a cyplem.
 

- Przez ca e lata mieszka  tu w swojej chatce stary Anglik, który by  malarzem. Biedak mia 

wi#cej d ugów ni% p#dzli. Dawa  mieszka&com miasteczka swoje obrazy w zamian za jedzenie i 
ubrania. Zmar  trzy lata temu. Pochowano go tu, na pla%y, gdzie sp#dzi  prawie ca e swoje %ycie - 
wyja"ni a Hannah.
 

- Gdybym mog a wybiera$, te% chcia abym zosta$ pochowana w takim miejscu jak to.

 

- Przyjemne my"li chodz! ci po g owie, nie ma co - powiedzia a Hannah nie bez wyrzutu.

 

- Bynajmniej mi si# nie spieszy - zaznaczy a Irène, zauwa%aj!c niewielk! %aglówk#, która 

background image

pojawi a si# na wodach zatoki, jakie" sto metrów od brzegu.
 

- No tak - mrukn# a Hannah. - Znów si# zjawi , nasz samotny %eglarz. Nawet jednego dnia 

nie móg  wytrzyma$ bez tej swojej  ajby.
 

- O kim mówisz?

 

- Ojciec i kuzyn wrócili wczoraj z po owu - wyja"ni a Hannah. - Ojciec jeszcze "pi, ale 

ten* Nie ma dla niego ratunku.
 

Irène znów poszuka a wzrokiem %aglówki.

 

- To mój kuzyn, Ismael. Pó  %ycia sp#dza na tej  odzi, przynajmniej kiedy nie pracuje z 

ojcem w porcie. Ale to dobry ch opak. Popatrz na ten medalion.
 

Irène uwa%nie przyjrza a si# medalionowi na z otym  a&cuszku wisz!cemu na szyi 

kole%anki. Przedstawia  s o&ce, które zachodzi o do morza.
 

- To prezent od Ismaela.

 

- Prze"liczny - powiedzia a Irène z niek amanym podziwem.

 

Hannah wsta a i wyda a z siebie okrzyk, który sprawi , %e stadko ptaków, niczym 

wystrzelone z procy, pofrun# o na drugi kraniec pla%y. Niewyra'na sylwetka sternika pomacha a 
im, a  ód' skierowa a si# w stron# brzegu.
 

- Przede wszystkim nie pytaj go o jacht - ostrzeg a Hannah. - A je"li sam zacznie o nim 

mówi$, pod %adnym pozorem nie pytaj, jak go zrobi . Mo%e o tym gada$ ca ymi godzinami*
 

- To pewnie rodzinne*

 

Hannah pos a a jej w"ciek e spojrzenie.

 

- Chyba zostawi# ci# tu sam! na pla%y, na po%arcie krabom.

 

- Przepraszam.

 

- Wybaczam. Ale je"li my"lisz, %e jestem gadu !, poczekaj tylko, a% poznasz moj! matk#

chrzestn!. Przy niej ca a reszta rodziny to po prostu niemowy.
 

- Na pewno j! polubi#.

 

- Na pewno* - odpar a Hannah, niezdolna powstrzyma$ zgry'liwego u"mieszku.

 

* * *

 

Jacht Ismaela stan!  w linii wiatru, %agiel zacz!   opota$. Ismael szybkim ruchem go opu"ci 

i skierowa  dziób  odzi w stron# pla%y. Wida$ by o, %e jest wytrawnym %eglarzem. Po chwili 
spokojnie dobi  do brzegu. Wyskoczywszy na l!d, obrzuci  Irène spojrzeniem od stóp do g ów. I 
cho$ stara  si# to zrobi$ od niechcenia i jakby przelotnie, nie potrafi  od niej oderwa$ wzroku. 
Hannah, przedrze'niaj!c jego g upaw! min#, natychmiast ich sobie przedstawi a, w 
charakterystycznym dla siebie stylu.
 

- Ismaelu, to moja przyjació ka Irène - zacz# a nadzwyczaj uprzejmie. - Ale nie musisz gapi$

si# na ni! jak ciel# na malowane wrota.
 

Ch opak da  sójk# w bok swojej kuzynce i wyci!gn!  r#k# do Irène.

 

- Cze"$.

 

Lapidarnemu pozdrowieniu towarzyszy  nie"mia y i szczery u"miech. Irène u"cisn# a r#k#

ch opca.
 

- Spokojnie, dziewczyno, on naprawd# umie mówi$, tylko teraz go zatka o. W ten sposób 

chce ci oznajmi$, %e jest tob! oczarowany i tak dalej, i tym podobne.
 

- Moja kuzynka tak du%o gada, %e czasami boj# si#, %e w s owniku zabraknie dla niej s ów - 

odezwa  si# Ismael. - (miem s!dzi$, %e ju% zd!%y a ci# uprzedzi$, by" nie pyta a mnie o jacht.
 

- Szczerze mówi!c, nie zd!%y a - sk ama a na wszelki wypadek Irène.

 

- Akurat. Hannah my"li, %e to jedyny temat, na jaki potrafi# i chc# rozmawia$.

background image

 

- O sieciach i takielunkach te% potrafisz nie'le nawija$, ale przy %aglówce wysiadaj!.

 

Irène przys uchiwa a si# rozbawiona wymianie uszczypliwo"ci mi#dzy Hannah a Ismaelem. 

Wida$ by o, %e lubi! si# sprzecza$. Nie robili tego, %eby sprawi$ sobie przykro"$, ale %eby ubarwi$
nieco szar! codzienno"$.
 

- S ysza em, %e wprowadzili"cie si# do Domu na Cyplu - powiedzia  Ismael.

 

Irène przyjrza a si# ch opcu i spróbowa a na w asny u%ytek opisa$ go sobie. Szesnastolatek, 

i na tyle wygl!da ; po skórze i w osach wida$ by o, %e du%o czasu sp#dza na morzu. Dzi#ki ci#%kiej 
pracy w porcie by  krzepki i postawny. Ramiona i d onie pe ne by y drobnych blizn, rzecz rzadka w 
Pary%u. Na prawej nodze, od kolana ku kostce, ci!gn# a si# blizna d u%sza i wyra'niejsza. Irène 
zastanawia a si#, gdzie te% móg  zdoby$ takie trofeum. Na koniec spojrza a mu w oczy, które ju% od 
pierwszej chwili wyda y jej si# niezwyk e. Du%e i jasne. Ich smutnawe, przenikliwe spojrzenie 
sprawia o wra%enie, jakby kry o jak!" tajemnic#. Oczy Ismaela przypomina y Irène spojrzenia tych 
bezimiennych %o nierzy, z którymi ta&czy a po trzy minuty w rytm rz#polenia podrz#dnej orkiestry - 
spojrzenia, za którymi czai y si# strach, smutek i gorycz.
 

- Kochanie, uszczypn!$ ci#? - Hannah wyrwa a j! z zamy"lenia.

 

- Pó'no si# zrobi o. Mama pewnie si# martwi.

 

- Mama pewnie jest wniebowzi#ta, %e ma chwil# spokoju, ale skoro si# spieszysz - 

odpowiedzia a Hannah.
 

- Mog# ci# podrzuci$ - zaoferowa  si# Ismael. - Przy Domu na Cyplu jest male&ka przysta&, 

w której mog# zacumowa$.
 

Irène spojrza a pytaj!co na Hannah.

 

- Je"li odmówisz, z amiesz mu serce. Mój kuzyn nie zaprosi by na swoj!  ódk# nawet Grety 

Garbo.
 

- A ty nie pop yniesz? - zapyta a Irène, nieco zaniepokojona.

 

- Nawet za ci#%kie pieni!dze nie wsiad abym na ten wrak. A poza tym mam dzi" wolne, a na 

placu s! ta&ce. Na twoim miejscu zastanowi abym si# dwa razy. Na sta ym l!dzie  atwiej o dobr!
parti#. I mówi ci to córka rybaka. Ale nie s uchaj mnie. Id' z nim. A ty, panie marynarzu, uwa%aj na 
moj! przyjació k#. Ma dotrze$ na miejsce ca a i zdrowa, zrozumiano?

 

* * *

-ód' odbi a od brzegu i skierowa a si# ku cyplowi. Dziób  odzi, na której burcie widnia 

napis +Kyaneos,, zacz!  pru$ przybrze%ne fale.
 

Ismael, wci!% u"miechaj!c si# nie"mia o do dziewczyny, na stoj!co wykonywa 

poszczególne manewry. Usiad , dopiero gdy wyp yn#li na wody zatoki. Irène, zaj!wszy miejsce na 
 aweczce, nie broni a si# przed pryskaj!cymi jej na twarz kroplami wody. -ód' oddala a si# od 
brzegu tak szybko, %e Hannah wkrótce przeistoczy a si# w niewielk! posta$ machaj!c! do nich z 
daleka. Pr#dko"$, z jak! jacht sun!  po zatoce, i odg os rozcinanej przez dziób wody, wprowadzi y 
Irène w dziwny stan: nagle bez %adnego powodu zachcia o jej si# "mia$.
 

- Pierwszy raz? - zapyta  Ismael. - To znaczy chc# zapyta$, czy pierwszy raz na jachcie?

 

Irène przytakn# a.

 

- Nie ma si# z czym równa$, co?

 

Dziewczyna znów przytakn# a i wci!% si# u"miechaj!c, nie odrywa a oczu od du%ej blizny 

na nodze Ismaela.
 

- Konger - powiedzia  ch opak. - To d uga historia.

 

Irène unios a wzrok i przyjrza a si# wy aniaj!cej si# co chwila zza drzew lasu sylwetce 

Cravenmoore.

background image

 

- Co oznacza nazwa twojej  odzi?

 

- To po grecku. +Kyaneos,: od niego pochodz! nasze cyjan i cyjanit* - odpowiedzia 

Ismael enigmatycznie.
 

Irène zmarszczy a jeszcze bardziej brwi, nic nie rozumiej!c.

 

- Grecy u%ywali tego s owa, %eby opisa$ ciemnoniebieski kolor, kolor morza. Kiedy Homer 

mówi o morzu, porównuje jego barw# z ciemnym winem. U%ywa  tego w a"nie s owa: kyaneos.
 

- A jednak potrafisz rozmawia$ o czym" wi#cej ni% tylko o  ódce i sieciach.

 

- Staram si#.

 

- A kto ci# tego nauczy ?

 

- )eglowania? Sam si# nauczy em.

 

- Nie, nie, tego o Homerze.

 

- Mój ojciec pasjonowa  si# histori!. Wci!% mam jego ksi!%ki*

 

Irène si# nie odzywa a.

 

- Hannah na pewno powiedzia a ci, %e moi rodzice nie %yj!.

 

Irène przytakn# a tylko g ow!, wpatruj!c si# zauroczona w znajduj!c! si# kilkaset metrów 

dalej latarni# na wysepce.
 

- Nie dzia a ju% od wielu lat. Zast!pi a j! latarnia portowa w B #kitnej Zatoce - wyja"ni  jej.

 

- Nikt ju% nie przyp ywa na wysp#? - zapyta a Irène.

 

Ismael pokr#ci  g ow!.

 

- Czemu?

 

- A lubisz opowie"ci o duchach? - odpowiedzia  pytaniem na pytanie.

 

- To zale%y*

 

- W miasteczku s! tacy, co wierz!, %e wysepka z latarni! jest zaczarowana czy co" w tym 

stylu. Wie"$ niesie, %e wiele lat temu uton# a tam jaka" kobieta. Niektórzy zarzekaj! si#, %e widzieli 
tam "wiat a. No có%, tu, na wybrze%u ka%de miasteczko ma swoje klechdy, wi#c i nasze nie mog o 
by$ gorsze.
 

- (wiat a?

 

- (wiat a wrze"nia - odpowiedzia  Ismael, kiedy zacz#li op ywa$ cypel. - Legenda, 

powiedzmy, %e to legenda, g osi, i% wiele lat temu, pod koniec lata, kiedy odbywa a si# doroczna, 
ko&cz!ca sezon maskarada, ludzie ujrzeli kobiet# w przebraniu, która wsiad a w porcie na jacht i 
odbi a od brzegu. Niektórzy utrzymuj!, %e mia a na wysepce potajemn! randk# z kochankiem, inni 
twierdz!, %e ucieka a, pope niwszy jak!" straszliw! zbrodni#. Sama widzisz, %e wersji jest du%o i 
ka%da w gruncie rzeczy mo%liwa, ale najwa%niejsze, %e nikt wie, kim naprawd# by a ta kobieta. Jej 
twarz zakryta by a mask!. Podczas gdy p yn# a przez zatok#, rozp#ta a si# gwa towna burza, która 
znios a  ód' w stron# ska . -ód' si# roztrzaska a, a tajemnicza kobieta bez twarzy uton# a. Jej cia a 
nigdy nie odnaleziono. Par# dni pó'niej morze wyrzuci o na brzeg zniszczon! mask#. Od tamtej 
pory ludzie gadaj!, %e w ostatnie dni lata, o zmierzchu, na wyspie pojawiaj! si# "wiat a*
 

- Duch tej kobiety*

 

- W a"nie, usi uj!cej doko&czy$ podró%. Tak mówi!*

 

- A to prawda?

 

- To historia o duchach. Albo si# w ni! wierzy, albo nie.

 

- A ty w ni! wierzysz? - nie ust#powa a Irène.

 

- Ja wierz# tylko w to, co widz#.

 

- )eglarz niedowiarek.

 

- Co" w tym stylu.

 

Irène znów obrzuci a wysepk# wzrokiem. Fale rozbryzgiwa y si# o ska y. (wiat o, 

background image

przechodz!c przez zbite szyby latarni, rozszczepia o si# w t#cz# zanikaj!c! w wodnej zas onie 
tworzonej przez krople rozbijaj!cych si# fal.
 

- By e" tam kiedykolwiek? - zapyta a.

 

- Na wysepce?

 

Ismael zmieni  kierunek, %eby okr!%y$ cypel; pop yn!  kawa ek z wiatrem, zrobi  zwrot i 

skierowa  dziób pod wiatr, w stron# przystani.
 

- Mo%e chcia aby" si# tam wybra$? - zaproponowa .

 

- A mo%na?

 

- Wszystko mo%na. To tylko kwestia odwagi - odpar  Ismael, u"miechaj!c si#

prowokacyjnie.
 

Irène wytrzyma a jego spojrzenie.

 

- Kiedy?

 

- W sobot#. Na mojej  odzi.

 

- Sami?

 

- Sami. Chyba %e si# boisz*

 

- Nie boj# si# - uci# a natychmiast Irène.

 

- No to w sobot#. Przyp yn# po ciebie przed po udniem.

 

Irène odwróci a g ow#, by spojrze$ w stron# brzegu, na wznosz!cy si# nad klifem Dom na 

Cyplu. Dorian gapi  si# na nich z ganku, nawet nie próbuj!c kry$ swej ciekawo"ci.
 

- To mój brat, Dorian. Mo%e wejdziesz, poznasz moj! mam#.

 

- Kiepsko wypadam na rodzinnych prezentacjach.

 

- Co si# odwlecze, to nie uciecze.
-ód' wp yn# a do male&kiej zatoczki w"ród ska  u podnó%a Domu na Cyplu. Ismael z 

niezwyk ! wpraw! opu"ci  %agiel, by  ód' si ! inercji pokona a odleg o"$ dziel!c! j! od przystani. 
Chwyci  cum# i wyskoczy  na pomost, przytrzymuj!c dziób. Przycumowawszy  ód', wyci!gn! 
d o& ku Irène.
 

- A tak w ogóle to Homer by  "lepy, wiesz? Sk!d móg  wiedzie$, jakiego koloru jest morze? - 

spyta a Irène.
 

Ismael wzi!  j! za r#k# i mocno trzymaj!c, pomóg  jej zeskoczy$ na pomost.

 

- Jeszcze jeden argument, %eby wierzy$ tylko w to, co si# widzi - odpowiedzia  ch opak, 

wci!% nie wypuszczaj!c jej d oni.
 

Irène przypomnia y si# s owa Lazarusa wypowiedziane pierwszego wieczoru w 

Cravenmoore.
 

- Czasem wzrok nas zwodzi - stwierdzi a.

 

- Ale nie mnie.

 

- Dzi#kuj# za wycieczk#.

 

Ismael u"miechn!  si#, puszczaj!c wreszcie jej d o&.

 

- Do zobaczenia w sobot#.

 

- Do zobaczenia.

 

Ismael, trzymaj!c cum# w r#ku, odrzuci  dziób na wod#, wskoczy  na  ódk# i szybko 

podniós  %agiel. Z apawszy wiatr w %agle, wyp yn!  z zatoczki. Po chwili +Kyaneos, skierowa  si#
z powrotem ku portowi B #kitnej Zatoki.
 

Irène jeszcze przez chwil# sta a na pomo"cie, obserwuj!c, jak bia y %agiel maleje w oddali. 

Dopiero po jakim" czasie zda a sobie spraw#, %e wci!% si# u"miecha, a w d oniach czuje dziwne 
mrowienie. Ogarn# o j! przekonanie, %e czekaj!cy j! tydzie& b#dzie bardzo, ale to bardzo d ugi.

background image

4. Tajemnice i cienie

 

W B #kitnej Zatoce istnia y jakby tylko dwie pory roku: lato i ca a reszta. Latem mieszka&cy 

miasteczka pracowali trzy razy wi#cej ni% zwykle, na potrzeby okolicznych kurortów zape niaj!cych 
si# turystami, którzy przybywali tu z wielkich miast, by nacieszy$ si# pla%!, s o&cem i nud!, za 
któr! s ono zap acili. Od trzech d ugich wakacyjnych miesi#cy zale%a  los piekarzy, sklepikarzy, 
restauratorów i wszelkich innych zawodów na wybrze%u Normandii. Podczas tych trzynastu czy 
czternastu tygodni mieszka&cy B #kitnej Zatoki zamieniali si# w pracowite mrówki, by przez reszt#
roku spokojnie pró%nowa$ jak koniki polne. Szczególnie za" pracowite by y pierwsze dni sierpnia, 
kiedy ruch turystyczny si#ga  szczytu i ci#%ko by o sprosta$ gwa townemu wzrostowi 
zapotrzebowania na wszystko.
 

Jednym z niewielu, którzy nie podlegali temu rytmowi, by  Christian Hupert. Jak pozostali 

szyprowie, musia  by$ mrówk! przez dwana"cie miesi#cy w roku. I zawsze z pocz!tkiem lata stary 
rybak dochodzi  do tych samych gorzkich wniosków, widz!c, jak pró%nuj!cy dot!d s!siedzi rzucaj!
si# w wir pracy. Stwierdza , %e pope ni  kardynalny b !d i %e lepiej by oby zerwa$ z wielowiekow!
rodzinn! tradycj! i za o%y$ hotelik, sklepik czy cokolwiek innego. By$ mo%e wówczas jego córka 
Hannah nie musia aby przez ca y tydzie& us ugiwa$ w Cravenmoore, a on sam mo%e w ko&cu 
zacz! by widywa$ swoj! %on# d u%ej ni% trzydzie"ci minut dziennie, pi#tna"cie o "wicie, pi#tna"cie o 
zmierzchu.
 

Ismael przygl!da  si# stryjowi. Pracowali razem przy naprawie pompy ss!cej na  odzi. 

Zas#piona twarz rybaka zdradza a, o czym my"li.
 

- Móg by" otworzy$ warsztat szkutniczy - zasugerowa  Ismael.

 

Stryj w odpowiedzi mrukn!  co" pod nosem.

 

- Albo sprzeda$ kuter i zainwestowa$ w sklep pana Didier. Od sze"ciu lat próbuje ci# do 

tego nak oni$ - ci!gn!  ch opiec.
 

Stary rybak przerwa  prac#, by bacznie przyjrze$ si# ch opcu. Trzyna"cie lat ojcowania mu 

nie zdo a o zatrze$ tego, co najbardziej go w ch opcu dra%ni o, cho$ jednocze"nie w nim to lubi : 
uderzaj!cego i jakby rosn!cego z roku na rok podobie&stwa do ojca,  !cznie z pewnymi cechami 
charakteru, jak na przyk ad udzielanie rad, o które nikt go nie prosi .
 

- Mo%e ty powiniene" si# nad tym zastanowi$ - odpar  Christian. - Ja zbli%am si# ju% do 

pi#$dziesi!tki. W moim wieku nie zmienia si# zawodu.
 

- No to dlaczego narzekasz?

 

- A znasz takiego, co nie narzeka?

 

Ismael wzruszy  ramionami. Obaj znowu nachylili si# nad pomp!.

 

- Dobra, nie powiem ju% s owa na ten temat - wymamrota  Ismael.

 

- Akurat. Dokr#$ ten napr#%nik.

 

- Ten napr#%nik nadaje si# na z om. Powinni"my wymieni$ pomp#. Którego" dnia mo%e 

nam sprawi$ niemi ! niespodziank#.
 

Hupert u"miechn!  si# swoim najprzyjemniejszym u"miechem, zarezerwowanym dla 

nabywców na targu rybnym, w adz portowych i wszelkiej ma"ci naiwniaków.
 

- Ta pompa nale%a a do mojego ojca. A przedtem do mojego dziadka. A przedtem*

 

- W a"nie o tym mówi# - nie pozwoli  mu doko&czy$ Ismael. - Wi#kszy by by z niej 

po%ytek w muzeum rybo ówstwa.
 

- Gadaj zdrów.

 

- Dobrze wiesz, %e mam racj#.

background image

 

Wyprowadzanie stryja z równowagi by o jedn! z jego ulubionych rozrywek. Ust#powa o 

jedynie %eglowaniu na w asnej  odzi.
 

- Nie mam zamiaru kontynuowa$ dyskusji na ten temat. Dosy$. Koniec. Kropka.

 

Dla podkre"lenia swojej stanowczo"ci przy trzech ostatnich s owach dokr#ci  "rub#, 

u%ywaj!c ca ej swojej si y.
 

Nagle z wn#trza pompy dobieg  podejrzany trzask. Hupert u"miechn!  si# do ch opca. 

Chwil# pó'niej cz#"$ napr#%nika, który przed chwil! dokr#ca , wystrzeli a jak z katapulty i 
przelecia a nad ich g owami, ci!gn!c za sob! t ok, komplet nakr#tek i niezidentyfikowane %elastwo. 
Stryj i bratanek "ledzili trajektori# z omu, dopóki ten nie wyl!dowa  z hukiem na pok adzie 
s!siedniego kutra nale%!cego do Gérarda Picaud. Picaud, by y bokser o postawie byka i ptasim 
mó%d%ku, rzuci  okiem na cz#"ci, które spad y mu na pok ad, a nast#pnie uniós  wzrok ku niebu. 
Hupert z Ismaelem wymienili znacz!ce spojrzenia.
 

- Wydaje mi si#, %e na jedno wysz o - wyrazi  swoje zdanie Ismael.

 

- Jak b#d# chcia  us ysze$ twoj! opini#*

 

- To o ni! poprosisz. Wiem. A przy okazji, zastanawia em si# w a"nie, czy sprawi oby ci 

k opot, gdybym w najbli%sz! sobot# wzi!  wolne. Mam do zrobienia par# drobnych napraw na 
swoim jachcie*
 

- A czy te drobne naprawy nie s! przypadkiem blondynk! metr siedemdziesi!t o zielonych 

oczach? - rzuci  od niechcenia Hupert, u"miechaj!c si# chytrze do swojego bratanka.
 

- Plotki szybko si# rozchodz! - powiedzia  Ismael.

 

- Lotem b yskawicy, drogi ch opcze, zw aszcza je"li twoja kuzynka we'mie sprawy w 

swoje r#ce. A jak ma na imi# m oda dama?
 

- Irène.

 

- No tak.

 

- Co tak?

 

- Poczekamy, zobaczymy.

 

- Jest mi a i tyle.

 

- +Jest mi a i tyle, - powtórzy  Hupert, przedrze'niaj!c ton ch odnej oboj#tno"ci bratanka.

 

- Wiesz co, daj spokój. To nie jest dobry pomys . Nie chc# ju% wolnego w sobot# - 

rozmy"li  si# Ismael.
 

- (wietnie si# sk ada, bo trzeba wyczy"ci$ zenz#. Nie zagl!da e" tam od ostatniego po owu. 

Zaczyna "mierdzie$ jak diabli.
 

- Zrobi si#.

 

Hupert roze"mia  si#.

 

- Jeste" równie uparty jak twój ojciec. Podoba ci si# ta dziewczyna czy nie?

 

- Hmm.

 

- Ty, Romeo, mo%e by"  askawie wydawa  artyku owane d'wi#ki. Jestem jednak od ciebie 

znacznie starszy. Podoba ci si# czy nie?
 

Ch opak wzruszy  ramionami. Zrobi  si# na twarzy czerwony jak pomidor. Wreszcie 

wykrztusi  z siebie co" zupe nie niezrozumia ego.
 

- Ja"niej, prosz# - nie odpuszcza  stryj.

 

- Powiedzia em, %e tak. Chyba tak. Prawie jej nie znam.

 

- To wi#cej, ni% ja mog em powiedzie$ o twojej stryjence po tym, jak pierwszy raz j!

zobaczy em. A Bóg mi "wiadkiem, %e to "wi#ta kobieta.
 

- Jak wygl!da a za m odu?

 

- Nie zaczynaj, albo ca ! sobot# przesiedzisz w zenzie - pogrozi  Hupert.

background image

 

Ismael pokiwa  g ow! i zacz!  zbiera$ narz#dzia. Stryj czy"ci  sobie d onie ze smaru, 

obserwuj!c swojego pomocnika k!tem oka. Ostatnia dziewczyna, która wzbudzi a zainteresowanie 
ch opaka, mia a na imi# Laura i by a córk! komiwoja%era z Bordeaux. Ale by o to ju% dwa lata 
temu. Do tej pory morze i samotno"$ na morzu wydawa y si# jedyn! mi o"ci! jego bratanka. Ta 
dziewczyna musia a mie$ w sobie co" niezwyk ego.
 

- Do pi!tku zenza b#dzie wyczyszczona - obieca  Ismael.

 

- Nie b#d# ci przeszkadza$.

 

Kiedy obaj zeskoczyli o zmierzchu na nabrze%e, by wróci$ do domu, ich s!siad Picaud 

wci!% przygl!da  si# tajemniczym cz#"ciom, zastanawiaj!c si#, czy tego lata z nieba pada$ b#d!
"ruby, czy te% mo%e Pan Bóg zsy a mu jaki" znak.

 

* * *

 

Kiedy nasta  sierpie&, Sauvelle'owie mieli wra%enie, %e mieszkaj! w B #kitnej Zatoce co 

najmniej od roku. Ci, co nie zdo ali ich jeszcze pozna$ osobi"cie, byli znakomicie poinformowani o 
ich %yciu dzi#ki sztuce elokwencji Hannah i jej matki, Élisabeth Hupert. Dzi#ki dziwnemu zjawisku 
z pogranicza magii i poczty pantoflowej wiadomo"ci dociera y do piekarni, wyprzedzaj!c samo 
zdarzenie, którego dotyczy y. Bagietki i naj"wie%sze wiadomo"ci, od "witu do zmierzchu. W ten oto 
sposób jedynymi mieszka&cami B #kitnej Zatoki, którzy do pi!tku nie zostali powiadomieni, %e 
pono$ co" zaiskrzy o pomi#dzy Ismaelem Hupertem a Irène Sauvelle, by y ryby i sami 
zainteresowani. Niewa%ne, czy rzeczywi"cie co" si# mi#dzy nimi wydarzy o. Krótki rejs z Pla%y 
Anglika do Domu na Cyplu ju% znalaz  si# w anna ach owego lata 1937 roku.
 

Pierwsze dni sierpnia w B #kitnej Zatoce min# y rzeczywi"cie jak z bicza trzas . Simone w 

ko&cu zdo a a w pe ni zapanowa$ nad swoimi obowi!zkami w Cravenmoore. Lista spraw 
niecierpi!cych zw oki by a bardzo d uga. Ju% samo odnowienie kontaktów ze sklepikarzami i 
hurtownikami, uporz!dkowanie rachunkowo"ci i prowadzenie korespondencji Lazarusa 
wystarcza y, by wype ni$ jej dzie&, prawie nie zostawiaj!c czasu na spanie i oddychanie. Dorian, 
wyposa%ony w rower, który Lazarus sprezentowa  mu w pierwszych dniach pobytu, przeistoczy 
si# w pos a&ca. Po paru dniach zna  ka%dy kamie& i ka%d! wyrw# na drodze do miasteczka.
 

Codziennie rano Simone zaczyna a swój dzie& pracy od udzielania odpowiedzi na listy i 

dok adnego segregowania przys anej korespondencji, "ci"le stosuj!c si# do wskazówek Lazarusa. 
(ci!gawka, z o%ona na pó  kartka, s u%y a w ka%dej chwili za ratunek, na wypadek gdyby zdarzy o 
jej si# zapomnie$ którego" z dziwnych polece& pryncypa a. Ci!gle mia a w pami#ci swój trzeci 
dzie& pracy, kiedy niewiele brakowa o, by odruchowo otworzy a jeden z listów nadanych z Berlina 
przez Daniela Hoffmanna. W ostatniej chwili przypomnia a sobie, %e przecie% nie wolno jej tego 
robi$.
 

Przesy ki od Hoffmanna nadchodzi y zazwyczaj co dziewi#$ dni, z punktualno"ci! niemal 

idealn!. Pergaminowe koperty zawsze by y opatrzone lakow! piecz#ci! z herbem w kszta cie +D,. 
Simone bardzo szybko nauczy a si# oddziela$ je od pozosta ych przesy ek, nie przyk adaj!c ju%
wagi do szczególno"ci tematu. W pierwszych dniach sierpnia jednak sta o si# co", co sprawi o, i%
znów poczu a si# zaintrygowana korespondencj! swego pryncypa a z tajemniczym panem 
Hoffmannem.
 

Simone wesz a wczesnym rankiem do gabinetu Lazarusa, by zostawi$ na jego biurku 

najnowsze faktury i rachunki. Lubi a robi$ to z samego rana, zanim fabrykant zabawek uda si# do 
swojego studia, %eby nie musie$ odrywa$ go od zaj#$. Armand mia  w zwyczaju rozpoczyna$ swój 
dzie& pracy od przegl!dania faktur. Przynajmniej dopóki zdrowie mu na to pozwala o.
 

Owego ranka w gabinecie Lazarusa unosi  si# zapach tytoniu, który zdradza , %e fabrykant 

background image

zabawek pracowa  do pó'na w nocy. Simone, odk adaj!c dokumenty na biurko, zauwa%y a jaki"
dziwny kszta t, tl!cy si# po"ród popio ów. Zaciekawiona podesz a do kominka i poruszy a 
pogrzebaczem dogasaj!ce resztki, które okaza y si# stert! przewi!zanych papierów niestrawionych 
do ko&ca przez ogie&. Poczu a si# g upio, myszkuj!c w tych popio ach, i ju% mia a wychodzi$ z 
pokoju, gdy dostrzeg a na jednej z kartek lakow! piecz#$ z liter! +D,. Wi#c by y to listy. Lazarus 
wrzuci  w ogie& listy od Daniela Hoffmanna. Nie mój interes, pomy"la a Simone, nic mnie nie 
obchodzi, dlaczego to zrobi . Od o%y a pogrzebacz i przyrzek a sobie nigdy wi#cej nie wtyka$ nosa 
w osobiste sprawy pryncypa a.

 

* * *

 

Deszcz szemrz!cy o szyby zbudzi  Hannah ze snu. By a pó noc. Pokój ton!  w b #kitnym 

pó mroku, a "wiat a dalekiej burzy, która rozszala a si# nad morzem, zmienia y pomieszczenie w 
chi&ski teatr cieni. Metaliczne tykanie jednego z mówi!cych zegarów Lazarusa - oczy na wiecznie 
u"miechni#tej twarzy, spogl!daj!ce to w jedn!, to w drug! stron# bez chwili przerwy - dochodzi o 
uporczywie ze "ciany. Hannah westchn# a. Nienawidzi a nocy w Cravenmoore.
 

W "wietle dziennym dom Lazarusa Janna zdawa  si# przeogromnym muzeum cudów i 

osobliwo"ci. Jednak wraz z nadej"ciem nocy setki mechanicznych istot, maskowate twarze 
zabawek i automatów zmienia y si# w widmow! faun#, która nigdy nie spa a, zawsze czujna, 
u"miechni#ta, bacznie obserwuj!ca wszystko niewidz!cymi oczyma.
 

Lazarus sypia  w jednym z pokojów zachodniego skrzyd a, przyleg ym do sypialni %ony. 

Poza gospodarzami i sam! Hannah w domu zamieszkiwa y setki tworów skonstruowanych przez 
fabrykanta, które zajmowa y ka%dy wolny k!t. W ciszy nocy Hannah s ysza a wyra'nie 
rozbrzmiewaj!ce w ca ym mieszkaniu echo spr#%yn i trybików. Czasem, kiedy nie mog a zasn!$, 
godzinami wyobra%a a sobie, jak w ciemno"ciach "wiec! szklane oczy nieruchomych automatów.
 

Ledwo zacz# a znowu zapada$ w sen, us ysza a po raz pierwszy ów d'wi#k - t umiony 

przez deszcz regularny turkot. Wsta a i cichutko podesz a do okna, staraj!c si# nie przekroczy$
obr#bu plamy padaj!cego z zewn!trz "wiat a. Gmatwanina wie%,  uków i strzelistych dachów 
Cravenmoore jakby kurczy a si# pod nawa nic! wody. Z wilczych pysków gargulców wyp ywa y 
czarne kaskady. Serdecznie nienawidzi a tego miejsca*
 

Irytuj!cy d'wi#k znowu dotar  do jej uszu. Hannah, szukaj!c 'ród a tego odg osu, 

zatrzyma a wzrok na rz#dzie okien zachodniego skrzyd a. Wygl!da o na to, %e na drugim pi#trze 
wiatr otworzy  jedno z nich. Firanki  opota y niczym %agle w deszczu, a skrzyd a okna trzaska y raz 
za razem. Dziewczyna uzna a, %e ma pecha. Na sam! my"l o tym, %e musi wyj"$ na korytarz i 
przej"$ przez ca y dom do jego zachodniej cz#"ci, dosta a g#siej skórki.
 

Szybko, %eby strach jej ca kiem nie sparali%owa , w o%y a szlafrok i kapcie. By o ciemno, 

wi#c zapali a "wieczki w kandelabrze. Migotanie p omyków otoczy o j! miedzian! aureol!. Hannah 
dotkn# a zimnej klamki drzwi sypialni i prze kn# a "lin#. Skrzyd a okna w ciemnym pokoju nadal 
uparcie uderza y o "cian#. Czeka y na ni!.
 

Wysz a, zamkn# a za sob! drzwi do sypialni i spojrza a w g !b nieko&cz!cego si#, ciemnego 

tunelu korytarza. Zag #bi a si# w niego, unosz!c kandelabr. Sz a szpalerem wisz!cych w pustce i 
pogr!%onych w letargu zabawek Lazarusa. Hannah przyspieszy a kroku, staraj!c si# nie rozgl!da$
na boki. Na drugim pi#trze Lazarus przechowywa  swoje najstarsze automaty, poruszaj!ce si#
niezdarnie, o przejaskrawionych i nierzadko przera%aj!cych rysach twarzy. Prawie wszystkie 
pozamykano w oszklonych gablotach. Zdarza o si#, %e o%ywa y w nich nagle, bez ostrze%enia, 
pos uszne jakiemu" wewn#trznemu mechanizmowi, który budzi  je z ich snu ruchomych lalek.
 

Hannah min# a Madame Sarou, wró%k#, która tasowa a w swych bia ych d oniach karty do 

background image

tarota, wybiera a jedn! z nich i pokazywa a widzowi. Dziewczyna nie mog a oprze$ si# pokusie i 
spojrza a na upiorn! twarz wystrugan! w drewnie. Oczy Cyganki otworzy y si#, a jej d onie 
wyci!gn# y ku dziewczynie kart#. Hannah zamar a. Na karcie widnia a spowita w p omienie posta$
czerwonego diab a.
 

Par# metrów dalej tors cz owieka o wielu maskach kiwa  si# z boku na bok. M#%czyzna co 

jaki" czas ods ania  swoje niewidzialne oblicze, odkrywaj!c mask# za mask!. Hannah szybko 
odwróci a wzrok i przyspieszy a kroku. Za dnia przechodzi a tym korytarzem setki razy. To by y 
tylko maszyny, nie %ywe istoty; nie zas ugiwa y na jej uwag#, a tym bardziej na jej strach.
 

Powtarzaj!c t# my"l dla dodania sobie otuchy, skr#ci a w korytarz prowadz!cy do 

zachodniego skrzyd a. Miniaturowa orkiestra Maestra Firettiego siedzia a przy "cianie pogr!%ona w 
bezruchu. Po wrzuceniu monety figurki orkiestry gra y szczególn! wersj# _Marsza tureckiego 
_Mozarta.
 

Hannah dotar a do ko&ca korytarza i zatrzyma a si# przed drzwiami z rze'bionego drewna 

d#bowego. Ka%de z drzwi Cravenmoore ozdobione by y innym reliefem ilustruj!cym któr!" z ba"ni 
braci Grimm: od Jasia i Ma gosi poprzez Muzykantów z BremyKopciuszka po Czerwonego 
Kapturka
. W oczach dziewczyny ca a ta ba"niowa ornamentyka by a przera%aj!ca. Nigdy nie 
przekroczy a progu tego pokoju, tak jak i nie zajrza a do wielu innych pomieszcze& ogromnej 
rezydencji. I do wielu nie zajrzy, chyba %e zmusz! j! okoliczno"ci.
 

Z wn#trza dobiega   omot otwartego okna. Na skórze poczu a zimny powiew nocnego 

wiatru wydobywaj!cy si# ze szpar w drzwiach. Hannah jeszcze raz rozejrza a si# po korytarzu. 
Szklane oczy muzyków orkiestry wpatrywa y si# w ciemno"ci. Us ysza a wyra'nie odg os deszczu 
bij!cego o dach Cravenmoore, jakby nad jej g ow! chrobota y tysi!ce szczurzych pazurków. 
Dziewczyna westchn# a ci#%ko, nacisn# a klamk# i wesz a do "rodka.
 

Gwa towny podmuch lodowatego powietrza zawirowa  wokó  niej, zgasi  p omyki "wiec i z 

hukiem zatrzasn!  drzwi za jej plecami. Przesi!kni#te deszczem firanki ci#%ko powiewa y. Hannah 
rzuci a si#, by wpierw zamkn!$ skrzyd a okna, a nast#pnie dok adnie je docisn!$ i mocno 
przekr#ci$ klamk#. Nerwowo odszuka a w kieszonce szlafroka pude ko zapa ek, po czym dr%!cymi 
r#kami zapali a "wieczki. W "wietle kandelabru otaczaj!ce j! ciemno"ci o%y y, ukazuj!c oczom 
Hannah pokój, który wygl!da  na sypialni# dziecka. Ma e  ó%eczko obok biurka. Pó eczka z 
ksi!%kami, dzieci#ce ubranka z o%one na krze"le. Para bucików starannie u o%ona pod  ó%kiem. 
-a&cuszek z krzy%ykiem zawieszony na pr#cie u wezg owia. Hannah przesz a si# po pokoju. W 
jego atmosferze, w meblach i przedmiotach, by o co" dziwnego, co" deprymuj!cego, czego Hannah 
nie potrafi a do ko&ca okre"li$. Rozejrza a si# raz jeszcze po tej dzieci#cej sypialni. W Cravenmoore 
nie by o dzieci. Nigdy ich nie by o. Wi#c po co ten pokój?
 

Nagle dozna a ol"nienia. Zrozumia a, co j! od pocz!tku uderzy o. Wcale nie porz!dek ani 

czysto"$, ale co" tak oczywistego, tak prostego, %e a% umyka o uwadze. By  to rzeczywi"cie pokój 
dziecinny. Ale czego" tu brakowa o. Brakowa o zabawek. W ca ym pomieszczeniu nie by o ani 
jednej zabawki.
 

Hannah unios a "wiecznik, by przypatrzy$ si# "cianom. Wisia y na nich wycinki z gazet. 

Dziewczyna odstawi a kandelabr na biureczko i podesz a do "ciany pokrytej mozaik! starych 
wycinków i fotografii prasowych. Jedna z nich szczególnie zwraca a uwag#. Przedstawia a kobiet#
o ostrych, wyrazistych rysach twarzy. W spojrzeniu jej czarnych oczu czai a si# gro'ba. Ta sama 
twarz pojawia a si# na innych zdj#ciach. Hannah zbli%y a twarz do fotografii tajemniczej damy 
trzymaj!cej w ramionach dziecko.
 

Pó'niej przebieg a wzrokiem "cian#, czytaj!c nag ówki starych artyku ów, wisz!cych obok 

siebie bez  adu i sk adu. Notki o straszliwym po%arze w jednej z paryskich fabryk, podczas którego 

background image

znikn!  m#%czyzna o nazwisku Hoffmann. Nazwisko tej postaci obsesyjnie powtarza o si# w 
wi#kszo"ci wycinków wisz!cych niczym klepsydry na cmentarnym murze. A w samym "rodku, 
otoczona dziesi!tkami nieczytelnych skrawków gazet, wisia a pierwsza strona dziennika z 1890 
roku. A na niej twarz dziecka. Jego oczy pe ne by y przera%enia. Oczy maltretowanego zwierz#cia.
 

Zdj#cie wywar o na niej ogromne wra%enie. Z wyrazu twarzy tego sze"cio-, mo%e 

siedmioletniego ch opca mo%na by o wywnioskowa$, %e by  "wiadkiem niezrozumia ego dla&, 
potwornego zdarzenia. Hannah poczu a przeszywaj!cy ch ód, zimno promieniuj!ce z niej samej. 
Próbowa a odczyta$ niewyra'ny tekst towarzysz!cy fotografii. +Odnaleziono o"mioletnie dziecko, 
które sp#dzi o samotnie siedem dni w ciemnej piwnicy,. Hannah przyjrza a si# twarzy ch opca. W 
jego rysach by o co" znajomego. W jego oczach mo%e*
 

W tej samej chwili Hannah zda o si#, %e s yszy czyj" g os, szept za swoimi plecami. 

Odwróci a si#, ale nikogo nie zobaczy a. Odetchn# a z ulg!. W purpurowej po"wiacie rzucanej 
przez kandelabr unosi y si# tysi!ce drobinek kurzu. Podesz a do jednego z okien i palcami 
delikatnie odsun# a mu"lin firanki przys aniaj!cej szyb#. Las ton!  we mgle. W oknach pracowni 
Lazarusa, na kra&cu zachodniego skrzyd a, by o jasno. Zarys jego postaci odcina  si# na tle 
z ocistego "wiat a dr%!cego za firankami. Przez szpar# mi#dzy nimi przedar  si# w!ski snop, kre"l!c 
na pod odze smug# jasno"ci.
 

Znowu us ysza a g os, tym razem wyra'niejszy i bli%szy. Szepta  jej imi#. Hannah 

odwróci a si# i po raz pierwszy zauwa%y a blask, jaki bi  z ma ego kryszta owego flakonika. Czarna 
jak obsydian buteleczka, spowita wielobarwnym poblaskiem, sta a w male&kiej niszy.
 

Dziewczyna ostro%nie podesz a do niej i przyjrza a si# flakonikowi. Na pierwszy rzut oka 

przypomina  fiolk# perfum, ale Hannah nigdy nie widzia a równie pi#knego przedmiotu ani równie 
misternie r%ni#tego kryszta u. Korek w kszta cie pryzmatu mieni  si# wszystkimi kolorami t#czy. 
Hannah poczu a, %e nie oprze si# pokusie, by si#gn!$ po ten przedmiot i palcami pog adzi$ kryszta 
wabi!cy niezwyk ymi liniami.
 

Z wyj!tkow! ostro%no"ci! wzi# a flakonik w obie d onie. Wa%y  wi#cej, ni% si#

spodziewa a. I by  lodowaty, do tego stopnia, %e dotkni#cie go sprawia o ból. Unios a go na 
wysoko"$ oczu, by przyjrze$ si# jego zawarto"ci, ale w pierwszej chwili dostrzeg a tylko 
nieprzeniknion! czer&. Trzymaj!c go pod "wiat o, Hannah dozna a jednak wra%enia, %e w "rodku 
co" zafalowa o. G#sta, ciemna ciecz, mo%e perfumy*
 

Dr%!cymi palcami dotkn# a ozdobnego korka. We flakoniku co" jakby si# poruszy o. 

Hannah zawaha a si# na chwil#. Doskona o"$ opakowania zdawa a si# obiecywa$ najbardziej 
osza amiaj!cy zapach, jaki tylko mog a sobie wyobrazi$. Spróbowa a wyci!gn!$ korek. Czer&
wewn!trz flakonika znów si# wzburzy a, jednak Hannah nie zwraca a ju% na to uwagi. W ko&cu 
korek ust!pi .
 

Nieokre"lony d'wi#k, syk ulatniaj!cego si# spr#%onego gazu, wype ni  pokój. W jednej 

chwili k #by wydostaj!cej si# z flakonu czerni unios y si# w powietrzu, rozlewaj!c si# niczym 
plama atramentu. Hannah poczu a, jak ca ym jej cia em wstrz!sa dreszcz, a szept g osu osacza j! ze 
wszystkich stron. Flakonik w jej d oniach by  teraz przezroczysty i zrozumia a, %e cokolwiek by o 
jego zawarto"ci!, uwolni o si# dzi#ki niej. Odstawi a flakonik na miejsce. Nurt zimnego powietrza 
zaw adn!  pokojem, gasz!c po kolei wszystkie "wiece. Im bardziej pokój pogr!%a  si# w mroku, 
tym bardziej odczuwalna stawa a si# w nim czyja" obecno"$. Po ciemniej!cych "cianach rozlewa 
si# zarys bezkszta tnej postaci.
 

Cie&.

 

Hannah powoli zacz# a cofa$ si# ku wyj"ciu. Po omacku próbowa a natrafi$ na klamk#, by 

w ko&cu poczu$ jej ch ód. Ostro%nie j! nacisn# a i delikatnie otworzy a drzwi, gotowa rzuci$ si#

background image

natychmiast do ucieczki. Co" sz o w jej stron#, czu a to wyra'nie.
 

Dziewczyna stara a si# szybko zatrzasn!$ za sob! drzwi, ale  a&cuszek, który mia a na szyi, 

zaczepi  si# o jeden z wystaj!cych elementów p askorze'by. Jednocze"nie za jej plecami rozleg  si#
z owrogi i pora%aj!cy syk. Syk du%ego w#%a. Hannah poczu a, %e  zy przera%enia zaczynaj!
sp ywa$ jej po policzkach. -a&cuszek p#k , a dziewczyna us ysza a, jak medalik spada na pod og#. 
Oswobodziwszy si#, stan# a przed otwieraj!cym si# przed ni! cienistym tunelem. Na jego ko&cu 
wida$ by o otwarte drzwi wiod!ce ku schodom do nast#pnego skrzyd a. Znów rozleg  si# ponury 
gwizd. Ca kiem blisko. Dziewczyna pobieg a w stron# schodów. W chwil# pó'niej us ysza a znany 
ju% jej d'wi#k ust#puj!cej klamki. Tym razem nie potrafi a jednak powstrzyma$ przera%enia. Z g #bi 
piersi wyrwa  jej si# %a osny j#k. Z trwog! rzuci a si# schodami w dó .
 

Mimo %e dysz!c i usi uj!c nie straci$ równowagi, przeskakiwa a po trzy stopnie, wydawa o 

jej si#, %e nigdy nie pokona tych schodów i nie dobiegnie na parter. Kiedy dotar a wreszcie do 
drzwi prowadz!cych na ty y ogrodu Cravenmoore, mia a poobijane kostki i kolana, ale bólu prawie 
nie czu a. Rozsadzaj!ca jej %y y adrenalina podrywa a j! do coraz szybszego biegu. Nigdy 
nieu%ywane drzwi by y zamkni#te. Hannah z ca ej si y rozbi a  okciem szybk#, wystawi a r#k# i 
szarpn# a klamk# z zewn!trz. Dopiero gdy dobieg a do ton!cego w mroku ogrodu, poczu a ran# na 
ramieniu.
 

Nie zatrzymuj!c si#, bieg a ku "cianie lasu. Ch ód nocy okr#ca  si# wokó  niej, przylepiaj!c 

do jej cia a szlafrok mokry od potu. Na linii drzew, tu% przed "cie%k! przecinaj!c! las Cravenmoore, 
Hannah obejrza a si# za siebie, by sprawdzi$, czy jej prze"ladowca zdo a  ju% dotrze$ do pierwszych 
cieni ogrodu. Nie dostrzeg a najmniejszego "ladu zjawy. Odetchn# a g #boko. Zimne powietrze 
pali o jej gard o i ostro k u o w p uca. Ju% szykowa a si# do podj#cia biegu, gdy ujrza a sylwetk#
przylepion! do fasady Cravenmoore. Z czerni budynku oderwa o si# jakie" cia o, by zej"$
pomi#dzy gargulcami, pe zn!c niczym gigantyczny paj!k.
 

Hannah rzuci a si# w ciemno"$ labiryntu, który mia  j! poprowadzi$ na drug! stron# lasu. 

Spomi#dzy koron drzew wy ania  si# ksi#%yc, barwi!c mgie k# na niebiesko. Wiatr wznieca  wokó 
niej szeleszcz!ce g osy tysi!ca li"ci. Drzewa sta y szpalerem skamienia ych widm wyci!gaj!cych ku 
niej swoje rozczapierzone szpony. Bieg a rozpaczliwie w stron# "wiat a prowadz!cego j! ku 
wyj"ciu z tego fantasmagorycznego tunelu, bramy do jasno"ci, która zdawa a si# oddala$ od niej, 
im wi#cej wysi ku wk ada a w to, by si# do niej zbli%y$.
 

Z le"nych zaro"li zacz!  dobiega$ narastaj!cy ha as. Cie& przemierza  g#stwin#, niszcz!c 

wszystko, co znalaz o si# na jego drodze, "mierciono"ny "wider przebijaj!cy "cie%k# do niej. Krzyk 
uwi!z  Hannah w gardle. Ga #zie drzew i krzaków poci# y jej d onie, ramiona i twarz dziesi!tkami 
krwawych pr#g. Goni a resztkami si , zm#czenie, niczym drewniany m otek, wali o j! w skronie, 
otumaniaj!c ca kowicie i podszeptuj!c, by mu si# podda a, by po o%y a si# na ziemi i poczeka a*
Ale nie mog a tego zrobi$. Musia a ucieka$. Jeszcze tylko par# metrów i wybiegnie na drog#
prowadz!c! do miasteczka. Na pewno nadjedzie jaki" samochód, na pewno kto" si# zatrzyma i jej 
pomo%e. Jeszcze tylko kilka sekund, chwila, wystarczy wyj"$ z lasu, %eby znale'$ ratunek.
 

Dalekie "wiat a samochodu jad!cego wzd u% Pla%y Anglika omiot y mroki le"nej g#stwiny. 

Hannah krzykn# a rozpaczliwie, prosz!c o pomoc. Przez ga #zie i zaro"la zdawa a si# nadchodzi$ za 
jej plecami tr!ba powietrzna. Hannah unios a wzrok ku kopule ga #zi os aniaj!cych twarz ksi#%yca. 
Cie& powoli si# rozpe z . Dziewczyna jedynie j#kn# a po raz ostatni. Cie& w wolno opadaj!cych 
kroplach niczym ci#%kie smugi smo y okry  Hannah. Dziewczyna zamkn# a oczy i przywo a a 
twarz swojej gadatliwej i wiecznie u"miechni#tej matki.
 

Chwil# pó'niej poczu a zimny oddech cienia na swojej twarzy.

background image

5. Zamek po"ród mgie 

 

P ótno %agla  odzi Ismaela rozdar o, o umówionej godzinie, mu"lin mgie ki ocieraj!cej si#

nieledwie o lustro wody zatoki. Irène i jej matka, siedz!c na ganku i pij!c kaw# z mlekiem, 
wymieni y spojrzenia.
 

- Nie ma chyba potrzeby, bym uprzedzi a ci#* - zacz# a Simone.

 

- Nie ma takiej potrzeby - odpar a Irène.

 

- Kiedy ostatnio rozmawia y"my na temat m#%czyzn? - spyta a matka.

 

- Kiedy sko&czy am siedem lat i Claude, tamten ch opak z podwórka, namówi  mnie, %ebym 

odda a mu swoj! spódniczk# w zamian za jego spodnie.
 

- Niez e zió ko.

 

- Przecie% on mia  tylko pi#$ lat, mamo.

 

- No to pomy"l, jacy potrafi! by$, gdy maj! pi#tna"cie.

 

- Szesna"cie.

 

Simone westchn# a. Szesna"cie lat. Mój Bo%e. Jej córka mia a zamiar uciec ze starym 

wilkiem morskim.
 

- To znaczy, %e mówimy o ca kiem doros ym cz owieku.

 

- Przecie% on jest tylko pó tora roku starszy ode mnie. To %adna ró%nica.

 

- Ty jeste" jeszcze dzieckiem.

 

Irène u"miechn# a si# wyrozumiale. Zaprowadzanie wojskowej dyscypliny nie by o 

najsilniejsz! stron! Simone Sauvelle.
 

- Spokojnie, mamo. Wiem, co robi#.

 

- I tego w a"nie si# boj#.
-ód' wp yn# a do zatoczki. Ismael pomacha  r#k! na powitanie. Simone przypatrywa a si#

ch opcu z jedn! brwi! uniesion! na znak czujno"ci.
 

- A nie by by  askaw wej"$ tu, %eby" mog a mi go przedstawi$?

 

- Mamusiu*

 

Simone pokiwa a g ow!. W ka%dym razie nie  udzi a si#, %e jej fortel b#dzie skuteczny.

 

- Czy jest co", o czym powinnam ci jeszcze powiedzie$? - zapyta a Simone, ewidentnie 

podaj!c ty y.
 

Irène poca owa a j! w policzek.

 

- Powinna" %yczy$ mi mi ego dnia.

 

Nie czekaj!c na odpowied', Irène zbieg a ku przystani. Simone patrzy a, jak jej córka 

chwyta d o& nieznanego jej ch opca (który, w jej podejrzliwych oczach, z ch opca ju% niewiele mia ) 
i wskakuje na pok ad. Kiedy Irène odwróci a g ow#, by j! pozdrowi$, matka u"miechn# a si#
wymuszenie i w odpowiedzi równie% pomacha a r#k!. Patrzy a, jak odp ywaj! w g !b zatoki w 
blasku promiennego i uspokajaj!cego s o&ca. Siedz!ca na por#czy mewa, by$ mo%e jeszcze jedna 
matka, która prze%ywa trudne chwile, przygl!da a jej si# z rezygnacj!.
 

- To niesprawiedliwe - powiedzia a Simone do mewy. - Kiedy si# rodz!, nikt ci# nie 

uprzedza, %e b#d! robi$ to samo co ty, kiedy by a" w ich wieku.
 

Ptak, ca kowicie oboj#tny na tego typu refleksje, poszed  w "lady Irène i odlecia . Simone 

skwitowa a u"miechem swoj! naiwno"$ i opu"ci a ganek, by uda$ si# do Cravenmoore. Praca jest 
najlepszym lekarstwem, powiedzia a sobie w duchu.

 

* * *

background image

 

Odp yn#li na tyle daleko, i% w pewnym momencie brzeg zamieni  si# w bia ! kresk#

zawieszon! mi#dzy niebem a morzem. Wiatr wia  ze wschodu. Dziób +Kyaneosa, pru  tak 
krystalicznie czyst! wod#, i% wida$ by o dno mieni!ce si# szmaragdowymi odblaskami. Irène, 
której jedynym do"wiadczeniem %eglarskim by a wczorajsza przeja%d%ka, z otwartymi ustami 
przygl!da a si# hipnotyzuj!cej urodzie zatoki widzianej od strony morza. Dom na Cyplu sta  si#
ma ! bia ! plamk! po"ród ska , kolorowe budynki miasteczka migota y za" w rozrzedzonym 
powietrzu unosz!cym si# nad wod!. W dali wida$ by o zbieraj!ce si# na widnokr#gu chmury 
burzowe. Irène zamkn# a oczy i ws ucha a si# w szum otaczaj!cego j! morza. Kiedy je ponownie 
otworzy a, nic si# wokó  niej nie zmieni o. To nie by  sen.
 

Po obj#ciu kursu Ismaelowi nie pozostawa o w a"ciwie nic innego, jak tylko gapi$ si# na 

Irène, która zachowywa a si#, jakby rzucono na ni! jakie" morskie czary. Metodycznie i 
skrupulatnie rozpocz!  obserwacj# od bladych kostek dziewczyny, nast#pnie wspi!  si# powoli 
wzrokiem, by zatrzyma$ si# w po owie ud Irène, na granicy ustanowionej najbezczelniej przez 
spódnic#. Niezra%ony przyst!pi  do spokojnej oceny nader wdzi#cznego i mi ego dla oka smuk ego 
tu owia dziewczyny. Mog o to dla niego trwa$ wieczno"$ i pewnie nawet trwa o d ugo i trwa oby 
d u%ej, gdyby nagle jego oczy nie zetkn# y si# z oczami Irène, co uzmys owi o Ismaelowi, %e jego 
bezczelne taksowanie nie przesz o niezauwa%one.
 

- O czym my"lisz? - spyta a dziewczyna.

 

- O wietrze - sk ama  bez %enady Ismael. - Zaczyna si# zmienia$, odkr#ca na po udnie. Przed 

burz! tak zazwyczaj bywa. Pomy"la em sobie, %e pewnie chcia aby" najpierw op yn!$ cypel. Tam 
s! pi#kne widoki.
 

- Jakie widoki? - zapyta a niewinnie Irène.

 

Teraz ju% nie ma w!tpliwo"ci, pomy"la  Ismael; dziewczyna kpi a z niego w %ywe oczy. 

Puszczaj!c mimo uszu docinki swojej pasa%erki, skierowa   ód' w stron# pr!du op ywaj!cego klif, 
oko o mili od cypla. Gdy tylko wyp yn#li za cypel, ich oczom ukaza a si# ogromna, ca kowicie 
pusta, dzika pla%a ci!gn!ca si# a% ku mgie kom spowijaj!cym Wzgórze (wi#tego Micha a.
 

- To Czarna Zatoka - obja"ni  Ismael. - Nosi tak! nazw#, bo jej wody s! znacznie g #bsze od 

B #kitnej Zatoki, która jest w a"ciwie morsk! p ycizn!, o kilkumetrowej zaledwie g #boko"ci. 
Mielizna, rzec by mo%na. -awica.
 

Irène ca a ta terminologia morska niewiele mówi a, ale roztaczaj!cy si# przed ni! rzadkiej 

urody widok powodowa , %e dostawa a g#siej skórki. Jej wzrok zatrzyma  si# na miejscu, które 
wygl!da o jak wy% obiona w skale grota, otwarta ku morzu gardziel.
 

- To laguna - powiedzia  Ismael. - Jest jak owal os oni#ty od pr!du i po !czony z morzem 

male&kim przesmykiem. A po drugiej stronie znajduje si# Grota Nietoperzy. W tym tunelu 
wg #biaj!cym si# w ska #, widzisz? Pono$ w roku tysi!c siedemset czterdziestym szóstym sztorm 
wyrzuci  na te ska y piracki galeon. Szcz!tki okr#tu i piratów wci!% tam s!.
 

Irène spojrza a na& z niedowierzaniem. Ismael mo%e i by  dobrym sternikiem, ale w 

k amaniu z trudem  apa  si# na majtka.
 

- To szczera prawda - brn!  dalej Ismael. - Czasem tam nurkuj#. Jaskinia prowadzi g #boko 

w ska # i nie ma ko&ca.
 

- Zabierzesz mnie tam? - zapyta a Irène, udaj!c, %e "wi#cie wierzy w idiotyczn! histori# o 

rzuconym na ska y statku pirackim.
 

Ismael lekko si# zaczerwieni . To brzmia o jak zaproszenie do dalszego ci!gu. Jak 

zobowi!zanie. Jednym s owem, kry o si# w tym niebezpiecze&stwo.
 

- Tam jest mnóstwo nietoperzy. St!d nazwa zreszt!* - ostrzeg  ch opak, nie znajduj!c 

innego, bardziej odstr#czaj!cego argumentu.

background image

 

- Uwielbiam nietoperze. Lataj!ce myszki - odgryz a si# Irène, gotowa nadal pokpiwa$ z 

ch opaka.
 

- Kiedy tylko zechcesz - odpar  Ismael, rezygnuj!c z dalszego oporu.

 

Irène u"miechn# a si# ciep o. Ten u"miech ca kowicie zbi  z panta yku Ismaela. Przez dobr!

chwil# nie móg  si# zorientowa$, jaki jest kierunek wiatru i do czego w a"ciwie s u%y rumpel. A 
najgorsze, %e dziewczyna zdawa a si# domy"la$, %e co" jest z nim nie tak. Najwy%szy czas zrobi$
zwrot. Odpadaj!c od wiatru, tak szybko luzowa  grot, %e po zwrocie, zanim skontrowa ,  ód' si#
przechyli a. Fale nieomal musn# y twarz Irène. Ch odne j#zyki. Dziewczyna pisn# a, nie przestaj!c 
si# "mia$. Ismael odpowiedzia  u"miechem. Nie potrafi  jeszcze wyczu$, co takiego specjalnego w 
niej jest, ale wiedzia  na pewno, %e nie potrafi od niej oderwa$ wzroku.
 

- P yniemy na latarni# - oznajmi .

 

Kilka sekund pó'niej +Kyaneos,, prowadzony niewidzialn! d oni! wiatru, prze"lizgn!  si#

nad grzbietami fal. Ismael poczu , jak Irène chwyta si# jego d oni. Zdawa o si#, %e  ód' zaraz wzbije 
si# w powietrze, zostawiaj!c za sob! warkocz bia ej piany. Irène spojrza a na Ismaela, 
spostrzegaj!c, %e ch opak na ni! patrzy. Przez chwil# jego oczy zatopi y si# w jej oczach, a Irène 
poczu a, jak ch opak delikatnie "ciska jej d o&. (wiat nigdy nie by  tak daleko.

 

* * *

 

W po udnie owego dnia Simone Sauvelle przekroczy a próg osobistej biblioteki Lazarusa 

Janna, znajduj!cej si# w ogromnej owalnej sali w samym sercu Cravenmoore. Bezkresny kosmos 
ksi!%ek wznosi  si# nieprawdopodobn! spiral! ku "wietlikowi z barwionego szk a. Tysi!ce 
nieznanych i tajemniczych "wiatów wspó istnia y w tej bezmiernej katedrze ksi!%ek. Przez chwil#
Simone z nieukrywanym zadziwieniem przygl!da a si# wizji rozci!gaj!cej si# przed jej oczyma, nie 
mog!c oderwa$ wzroku od mgie ki unosz!cej si# ku sklepieniu. Dopiero po kilku minutach zda a 
sobie spraw#, %e nie jest tu sama.
 

Przy biurku, w kr#gu padaj!cego bezpo"rednio ze "wietlika "wiat a, siedzia a posta$ w 

eleganckim garniturze. Us yszawszy kroki Simone, Lazarus odwróci  si# i u"miechn!  do niej 
ciep o i serdecznie, zamykaj!c roz o%on! przed sob! ksi!%k#, stary, oprawiony w czarn! skór#
egzemplarz.
 

- Ach, to pani, madame Sauvelle. Witam w moim male&kim zaciszu - odezwa  si#, wstaj!c.

 

- Nie chcia am przeszkadza$*

 

- Nie, sk!d%e, bardzo jestem rad, %e pani si# tu zjawi a - odpar  Lazarus. - Chcia em z pani!

omówi$ kwesti# zamówienia, które chc# z o%y$ firmie Arthur Francher*
 

- Arthur Francher w Londynie?

 

Twarz Lazarusa poja"nia a.

 

- Zna pani t# firm#?

 

- Mój m!% zazwyczaj kupowa  tam ksi!%ki podczas swych wyjazdów. Burlington Arcade.

 

- No i mia em racj#, %e do tego typu obowi!zków lepszej osoby od pani nie znajd# - 

stwierdzi  Lazarus, przyprawiaj!c Simone o rumie&ce. I doda : - Mo%e omówimy to przy fili%ance 
kawy?
 

Simone nie"mia o przytakn# a. Lazarus ponownie si# u"miechn!  i odstawi  gruby tom, 

który przed chwil! zamkn! , na miejsce, pomi#dzy setki innych podobnych tomów. Simone, 
przygl!daj!c si# Lazarusowi, nie mog a nie spojrze$ na grzbiet odk adanej ksi!%ki i widniej!cy na 
nim ozdobnie wykaligrafowany tytu  sk adaj!cy si# z jednego wyrazu, z jednego nic niemówi!cego 
i nieznanego s owa:

Doppelgänger

background image

 

* * *

 

Tu% przed po udniem Irène dostrzeg a przed dziobem wysepk# z latarni!. Ismael postanowi 

op yn!$ wysepk#, by przybi$ do brzegu w male&kiej zatoczce wy% obionej w skale przez morze. 
Irène zd!%y a ju% w trakcie rejsu uzyska$ od Ismaela szereg informacji o sztuce %eglowania i o 
w a"ciwo"ciach wiatru. Dzi#ki temu mog a wykona$ kilka polece& swego sternika, pomagaj!c 
Ismaelowi w niezb#dnych manewrach, które mia y na celu przep yni#cie skalistego przesmyku i 
dotarcie do starej przystani niedaleko latarni.
 

Wysepka by a go ! ska ! wy aniaj!c! si# z wód zatoki, zamieszkiwan! jedynie przez koloni#

mew. Niektóre z nich z ciekawo"ci! przygl!da y si# intruzom. Reszta wola a zerwa$ si# do lotu. 
Oczy Irène, pod!%aj!c za ich niezdarnym odlotem, natkn# y si# na stare drewniane baraczki, 
zniszczone przez sztormy i zaniedbanie.
 

Przeszklona laterna wie&czy a smuk ! wie%# latarni, u której stóp znajdowa  si# male&ki 

parterowy budynek, dawny dom latarnika.
 

- Poza mn!, mewami i czasem jakim" krabem nikt tu nie zagl!da od wielu lat - powiedzia 

Ismael.
 

- Nie licz!c oczywi"cie pirackiego statku widma - za%artowa a Irène.

 

Ch opak szybko przebieg  na dziób i chroni!c go, zeskoczy  na pomost  odzi. Irène posz a 

w jego "lady. Zacumowawszy +Kyaneosa,, Ismael wzi!  koszyk z wiktua ami przygotowany przez 
ciotk# "wi#cie przekonan!, %e piractwo piractwem, ale do aborda%u panny nie mo%na przyst!pi$ z 
pustym %o !dkiem, a instynkty nale%y zaspokaja$ wed ug hierarchii potrzeb.
 

- Chod'. Je"li lubisz opowie"ci o duchach, to ta na pewno ci# zainteresuje*

 

Ismael pchn!  drzwi i da  znak Irène, by "mia o sz a za nim. Po przekroczeniu progu 

dziewczyna poczu a si#, jakby nagle znalaz a si# w czasoprzestrzeni sprzed kilkudziesi#ciu lat. 
Wszystko spoczywa o nietkni#te pod warstw! mgie ki odk adanej przez wilgo$ rok po roku. 
Dziesi!tki ksi!%ek, przeró%ne przedmioty i meble. Wszystko wygl!da o tak, jakby latarnik zosta 
nagle porwany o "wicie przez jak!" si # nieczyst!. Irène, zafascynowana widokiem, spojrza a na 
Ismaela.
 

- To jeszcze nic, poczekaj, a% wejdziemy na latarni# - powiedzia  ch opak.

 

Wzi!  j! za r#k# i poprowadzi  ku spiralnym schodom prowadz!cym na latern#. Irène z 

jednej strony czu a si# jak intruz, który nieproszony wtargn!  do cudzego mieszkania, z drugiej 
strony jednak jak poszukiwacz przygód pod!%aj!cy tropem tajemnicy, któr! lada chwila odkryje.
 

- A co si# sta o z latarnikiem?

 

Ismael zastanawia  si# chwil#, jakby próbowa  sobie przypomnie$. Wreszcie odpowiedzia :

 

- Pewnej nocy wsiad  do swojej  ódki i odp yn! . Tak jak sta . Niczego ze sob! nie zabra .

 

- A dlaczego tak zrobi ?

 

- Nigdy tego nie wyjawi  - odpar  Ismael.

 

- A ty jak my"lisz? Dlaczego uciek ?

 

- Ze strachu.

 

Irène prze kn# a "lin# i zacz# a rozgl!da$ si# niespokojnie, jakby spodziewa a si#, %e zaraz 

po schodach zacznie j! goni$, niczym "wietlisty demon, widmo owej topielicy i rzuci si# na ni! z 
wyci!gni#tymi szponami, z twarz! bia ! jak porcelana, z dwiema czarnymi obwódkami wokó 
p on!cych oczu.
 

- Tu nikogo poza nami nie ma, Irène. Jeste"my ca kiem sami - powiedzia  Ismael.

 

Dziewczyna przytakn# a bez wi#kszego przekonania.

background image

 

- Tylko mewy i kraby, tak?

 

- W a"nie.

 

Schody prowadzi y na górn! platform# latarni, z której, niczym z wie%y stra%niczej, 

rozci!ga  si# widok na ca ! B #kitn! Zatok#. Irène i Ismael wyszli na zewn!trz. Rze"ki wiatr i 
"wiat o s oneczne natychmiast rozgoni y najmniejszy cho$by cie& zjawy pokutuj!cej we wn#trzu 
latarni. Irène g #boko odetchn# a i da a si# porwa$ urzekaj!cemu widokowi, jaki mo%na by o 
ogl!da$ jedynie z tego miejsca.
 

- Fajnie, %e mnie tu zabra e", dzi#kuj# - szepn# a.

 

Ismael pokiwa  g ow!, jakby od niechcenia, unikaj!c zarazem jej wzroku.

 

- Mo%e co" przek!simy? Umieram z g odu - stwierdzi .

 

I tak oto oboje usiedli na skraju platformy i z nogami zwisaj!cymi w powietrzu zacz#li 

opró%nia$ koszyk piknikowy. Ani jedno, ani drugie nie by o tak naprawd# zbyt g odne, ale jedzenie 
zajmowa o r#ce i g owy.
 

W oddali miasteczko spa o w s o&cu popo udnia najzupe niej oboj#tne wobec tego, co si#

dzia o na tej wysepce z dala od wszystkich i wszystkiego.

 

* * *

 

Przy trzeciej fili%ance kawy Simone nadal gaw#dzi a z Lazarusem nie"wiadoma, %e zrobi o 

si# ju% ca kiem pó'no. Rozmowa, która rozpocz# a si# od kurtuazyjnej wymiany uprzejmo"ci, 
szybko zacz# a dotyka$ powa%niejszych tematów, takich jak ksi!%ki, podró%e, drogie ich sercom 
wspomnienia. Min# o zaledwie kilka godzin, a Simone ju% mia a wra%enie, %e zna swojego 
pryncypa a od lat. Stwierdzi a ze zdumieniem, %e po raz pierwszy od miesi#cy odwa%y a si#
odnale'$ w pami#ci sceny i obrazy z ostatnich dni %ycia Armanda, a opowiadanie o nich przynios o 
jej niespodziewan! zupe nie ulg#. Lazarus s ucha  bardzo uwa%nie, nie przerywaj!c jej zwierze&
%adnym zb#dnym komentarzem. Wiedzia , kiedy nale%y taktownie zmieni$ temat, a kiedy pozwoli$, 
by strumie& wspomnie& p yn!  swobodnie.
 

Z trudem przychodzi o jej my"le$ o Lazarusie jako o pryncypale. Teraz fabrykant zabawek 

wydawa  si# jej raczej przyjacielem, dobrym przyjacielem. Tego popo udnia Simone zrozumia a - i 
poczu a wówczas wyrzuty sumienia i niemal dzieci#cy wstyd - %e w innych okoliczno"ciach, gdyby 
%ycie potoczy o si# inaczej, to niezwyk e zupe nie porozumienie, jakie nawi!za o si# mi#dzy nimi, 
mog oby sta$ si# zal!%kiem czego" wi#cej. Ale nad ni! wisia  cie& wdowie&stwa i przesz o"ci, która 
nie dawa a o sobie zapomnie$, atmosfer# Cravenmoore za" przesyca a niewidzialna obecno"$ chorej 
ma %onki Lazarusa. W innych okoliczno"ciach* Gdyby %ycie potoczy o si# inaczej*
 

Podczas tej kilkugodzinnej pogaw#dki Simone wyczyta a w oczach Lazarusa, %e podobne 

my"li chodzi y po g owie i jemu. Wyczyta a w nich jednak tak%e, %e m#%czyzna zamierza dochowa$
wierno"ci swojej %onie i %e przysz o"$ ma im do zaoferowania jedynie przyja'&. Prawdziw!, 
g #bok! przyja'& podobn! do niewidzialnego mostu pomi#dzy dwoma samotnymi "wiatami, które 
dzieli  ocean bolesnych wspomnie&.
 

Z ociste "wiat o, zapowiadaj!ce zmierzch, wpada o teraz do gabinetu Lazarusa, 

rozpo"cieraj!c pomi#dzy nimi siatk# s onecznych refleksów. Lazarus i Simone przez chwil# patrzyli 
na siebie w milczeniu.
 

- Czy mog# zada$ panu osobiste pytanie?

 

- Oczywi"cie.

 

- Dlaczego zdecydowa  si# pan zosta$ fabrykantem zabawek? Mój zmar y m!% te% by 

in%ynierem, do"$ utalentowanym. Ale pa&skie prace s! "wiadectwem naprawd# niepospolitego 
talentu. Wie pan lepiej ode mnie, %e wcale nie przesadzam. Czemu w a"nie zabawki?

background image

 

Lazarus u"miechn!  si# bez s owa.

 

- Nie musi pan odpowiada$ - doda a Simone.

 

Fabrykant wsta  i podszed  do okna. Bursztynowe "wiat o zala o jego sylwetk#.

 

- To d uga historia - zacz! . - Kiedy by em jeszcze dzieckiem, moja rodzina mieszka a w 

Pary%u, w starej dzielnicy Les Gobelins. Zna pani pewnie te okolice, uboga dzielnica starych, 
ponurych kamienic. Szara, widmowa cytadela, w!skie, n#dzne zau ki. W czasach mojego 
dzieci&stwa miejsce to wygl!da o chyba jeszcze gorzej ni% dzi", o ile to w ogóle mo%liwe. Moja 
rodzina zajmowa a male&kie mieszkanie w rozpadaj!cym si# budynku przy rue des Gobelins. Cz#"$
elewacji grozi a zawaleniem i wspiera a si# na stemplach, ale %adna z mieszkaj!cych tu rodzin nie 
mog a pozwoli$ sobie na przeprowadzk# w jakie" bardziej przyjazne miejsce. Do dzi" pozostaje dla 
mnie zagadk!, jak zdo ali"my si# tam wszyscy pomie"ci$, moi trzej bracia, ja, moi rodzice i wujek 
Luc* Ale zaczynam odbiega$ od tematu.
 

By em samotnym ch opcem. Zawsze. Wi#kszo"$ ch opaków z mojej ulicy interesowa a si#

rzeczami, które mnie nie obchodzi y wcale. Nie zna em te% nikogo, z kim móg bym porozmawia$ o 
tym, co zajmowa o mnie. Na szcz#"cie nauczy em si# czyta$. Ta umiej#tno"$ by a dla mnie 
prawdziwym wybawieniem, od tej pory moimi przyjació mi sta y si# ksi!%ki. Moja matka na pewno 
by si# tym zmartwi a, ale w nat oku innych trosk nie zdo a a chyba nawet tego zauwa%y$. Zawsze 
uwa%a a, %e zdrowe dzieci&stwo polega na bieganiu po ulicach i %e tam w a"nie, od towarzyszy 
zabaw, mo%emy nauczy$ si# wszystkiego, co w %yciu najwa%niejsze.
 

Mój ojciec natomiast czeka  cierpliwie, a% osi!gniemy odpowiedni wiek, by zacz!$ zarabia$

pieni!dze, tak w naszym domu potrzebne.
 

Inni mieli jeszcze mniej szcz#"cia. Na naszej klatce schodowej mieszka  pewien ch opiec, 

nazywa  si# Jean Neville. Jean i jego owdowia a matka gnie'dzili si# w ciasnym mieszkanku na 
parterze, tu% przy wej"ciu do budynku. Ojciec ch opca nie %y  od lat. Zmar , nabawiwszy si# jakiej"
choroby od przebywania w"ród toksycznych wyziewów w fabryce glazury, w której pracowa 
przez ca e %ycie. Podobno cz#sto tak bywa. Dowiedzia em si# tego wszystkiego, gdy% z czasem 
zosta em przyjacielem ma ego Jeana, jedynym, jakiego mia . Jego matka, Anne, nie pozwala a mu 
wychodzi$ z budynku dalej ni% na podwórko. Jego dom by  wi#zieniem.
 

Osiem lat wcze"niej Anne Neville urodzi a bli'ni#ta w starym szpitalu Saint Christian na 

Montparnassie. Jeana i Josepha. Joseph przyszed  na "wiat martwy. Przez osiem lat swego %ycia 
Jean boryka  si# nieustannie z poczuciem winy. Uwa%a , %e jest odpowiedzialny za "mier$ swojego 
brata. A s!dzi  tak przez swoj! matk#, która dzie& w dzie& przypomina a mu, %e to z jego winy 
Joseph przyszed  na "wiat martwy. Co wi#cej, uparcie powtarza a, i% zabi  cudownego ch opca, 
który bardziej ni% on zas ugiwa  na to, by %y$. Nic z tego, co robi  czy mówi  Jean, nie zdo a o 
wzbudzi$ ciep ych uczu$ jego matki.
 

Anne Neville przy "wiadkach okazywa a swojemu dziecku typowe oznaki matczynej troski 

i przywi!zania. Ale w samotno"ci ich klitki rzeczywisto"$ by a zupe nie inna. Anne co dzie&
powtarza a t# sam! litani#. Jean jest leniwy. Prawdziwy z niego obibok. Jego wyniki w nauce 
pozostawiaj! wiele do %yczenia. Nic dziwnego, skoro nie ma za grosz zdolno"ci. Do niczego. W 
dodatku straszny z niego niezdara. Jego przyj"cie na "wiat by o jedn! wielk! omy k!. Joseph to 
zupe nie inna historia, on by by zupe nie inny. By by wspania ym ch opcem, zdolnym, bystrym*
By by tym wszystkim, czym Jean nie zdo a zosta$. Nigdy.
 

Ma y Jean od najwcze"niejszego dzieci&stwa rozumia , %e to on powinien by  umrze$ w 

owej mrocznej szpitalnej sali. )e zaj!  cudze miejsce. Wszystkie zabawki, które Anne troskliwie 
przechowywa a dla przysz ego dziecka, sko&czy y w p omieniach piecyka w tydzie& po tym, jak 
wysz a ze szpitala. Jean nigdy nie mia  ani jednej zabawki. Matka mu na to nie pozwala a. Przecie%

background image

nie zas ugiwa  na nie.
 

Której" nocy ch opiec zbudzi  si# ze snu z krzykiem. Matka podesz a do jego  ó%ka i 

spyta a, co si# sta o. Jean, przera%ony, wyzna , %e "ni a mu si# zjawa, z y duch, który goni  go przez 
nieko&cz!cy si# tunel. Anne nie waha a si# ani przez chwil#, wyja"ni a mu, %e ów sen by  znakiem. 
Zjawa, która mu si# przy"ni a, to cie& zmar ego brata, który poprzysi!g  zemst#. Jean musi si#
bardziej stara$, s ucha$ matki we wszystkim, nie sprzeciwia$ si# jej poleceniom, jednym s owem 
by$ lepszym synem, w przeciwnym bowiem wypadku duch brata przyjdzie po niego i zabierze ze 
sob! do piekie . Mówi!c to, Anne zaci!gn# a syna do piwnicy i zostawi a go tam samego przez 
dwana"cie godzin, by dog #bnie przemy"la  to, co mu przed chwil! powiedzia a. Zrobi a to 
wówczas po raz pierwszy. Ale nie ostatni.
 

Rok pó'niej, kiedy ma y Jean opowiedzia  mi o wszystkim pewnego popo udnia, w osy 

zje%y y mi si# na g owie. Zapragn! em jako" pomóc temu ch opcu, pocieszy$ go, z agodzi$ jego 
cierpienie. Jedyne, co przysz o mi do g owy, to wyj!$ z mojej skarbonki pracowicie usk adane 
oszcz#dno"ci i pój"$ do sklepu z zabawkami pana Giradota. Nie uzbiera o si# tego zbyt wiele, 
starczy o tylko na u%ywan! marionetk#, poruszanego sznurkami kartonowego anio a. Zapakowa em 
go w b yszcz!cy papier i nast#pnego dnia poczeka em, a% Anne Neville wyjdzie po zakupy. 
Zapuka em do drzwi kolegi, powiedzia em, %e to ja, Lazarus. Jean po chwili otworzy . Wr#czy em 
mu paczk#. Powiedzia em, %e to prezent, i odszed em.
 

Nie widzia em go przez kolejne trzy tygodnie. Pomy"la em, %e cieszy si# pewnie swoim 

prezentem. Ja przez d ugi czas nie mia em si# cieszy$ swoimi oszcz#dno"ciami. Dowiedzia em si#
pó'niej, %e %ywot owego anio a by  krótki: jeszcze tego samego dnia sko&czy  w p omieniach. Anne 
go znalaz a. Zapyta a syna, sk!d wzi!  marionetk#, a Jean, nie chc!c mnie w to miesza$, powiedzia , 
%e zrobi  j! sam.
 

Kara, która tym razem spad a na Jeana, by a jeszcze surowsza ni% wszystkie poprzednie. 

Anne wpad a w sza , zawlok a syna do piwnicy i zamkn# a go tam, gro%!c, %e z owieszczy cie& na 
pewno po niego przyjdzie i zabierze go ze sob!.
 

Jean Neville sp#dzi  w piwnicy ca y tydzie&. Matka wda a si# w jak!" sprzeczk# na targu w 

Les Halles i policja zamkn# a j!, wraz z innymi, we wspólnej celi. Znalaz szy si# na wolno"ci, przez 
kilka dni w óczy a si# po ulicach.
 

Kiedy wróci a wreszcie do domu, nikogo tam nie by o. Drzwi piwnicy si# zaci# y i s!siedzi 

pomogli Anne je wywa%y$. Piwnica by a pusta. Ani "ladu Jeana*
 

Lazarus zawiesi  g os. Simone czeka a cierpliwie, a% fabrykant zabawek zako&czy swoj!

opowie"$.
 

- Nikt wi#cej nie zobaczy  Jeana Neville'a w naszej dzielnicy. Ci, którzy dowiedzieli si# o 

ca ej tej historii, uznali, i% ch opiec najpewniej wydosta  si# z piwnicy, by$ mo%e kana ami, i 
postanowi  uciec jak najdalej od matki. Ja równie% s!dz#, %e tak w a"nie si# sta o, aczkolwiek je"li 
zapyta aby pani jego matki, która przez ca e tygodnie, miesi!ce nawet rzewnymi  zami p aka a po 
stracie syna, powiedzia aby, %e cie& zabra  go ze sob!* Wspomnia em wcze"niej, %e by em bodaj 
jedynym przyjacielem Jeana Neville'a. Cho$ gwoli prawdy* W a"ciwie to on by  moim jedynym 
przyjacielem. I, ju% po latach, przyrzek em sobie, %e zrobi# wszystko, co w mojej mocy, %eby %adne 
dziecko wi#cej nie musia o %y$ jak Jean, bez jednej chocia%by zabawki. )eby koszmar, który 
zmieni  dzieci&stwo mojego przyjaciela w piek o, nie przydarzy  si# ju% nikomu. Do dzi" my"l# o 
nim, zastanawiam si#, gdzie te% mo%e si# podziewa$. Pewnie ca a ta opowie"$ wydaje si# pani 
dziwna*
 

- Bynajmniej - odpar a Simone, ukrywaj!c twarz w cieniu.

 

Potem wysz a z niego i u"miechn# a si# serdecznie do Lazarusa.

background image

 

- Robi si# pó'no - powiedzia   agodnie fabrykant zabawek. - Musz# zajrze$ do %ony.

 

Simone pokiwa a g ow!.

 

- Jestem niezwykle wdzi#czny za pani przemi e towarzystwo, madame Sauvelle - 

powiedzia  Lazarus. Potem uda  si# do swoich pokoi.
 

Simone odprowadzi a go wzrokiem. Samotno"$ tworzy dziwne labirynty.

 

* * *

 

S o&ce powoli zaczyna o chyli$ si# ku zachodowi, a soczewki latarni rzuca y na zatok#

z ociste i szkar atne refleksy. Wiej!ca od morza bryza by a teraz ch odniejsza. Po b #kitnym niebie 
od czasu do czasu przep ywa y delikatne ob oczki niczym sterowce z bia ej bawe ny. Irène le%a a 
oparta lekko na ramieniu Ismaela. Nie odzywa a si# ani s owem.
 

Ch opak nie"mia o obj!  j! ramieniem. Irène spojrza a na niego. Jej usta by y otwarte, 

dr%a y. Ismael poczu   askotanie w %o !dku i dziwne dudnienie w uszach. To jego w asne serce 
wali o mu jak m otem. Ich usta niepewnie zbli%y y si# do siebie. Dziewczyna przymkn# a oczy. 
Teraz albo nigdy, pomy"la  Ismael. I wybra  teraz. Jego wargi dotkn# y warg Irène. Nast#pne 
dziesi#$ sekund zda o si# ca ! wieczno"ci!.
 

Pó'niej Irène i Ismael, le%!c w milczeniu, obj#ci na wie%y latarni morskiej, poczuli, %e nie 

ma ju% mi#dzy nimi %adnych barier, %e ka%de spojrzenie, ka%dy gest s! s owami w im tylko znanym 
j#zyku. Gdyby to zale%a o od nich, pozostaliby tam do dnia S!du Ostatecznego.

 

* * *

 

- Gdzie chcia by" by$ za dziesi#$ lat? - zapyta a niespodziewanie Irène.

 

Ismael zamy"li  si# nad odpowiedzi!. Pytanie nie nale%a o do  atwych.

 

- Trudno powiedzie$. W a"ciwie sam nie wiem.

 

- Co chcia by" robi$? Chcesz pój"$ w "lady stryjka?

 

- To chyba nie by by najlepszy pomys .

 

- Wi#c nie chcesz by$ rybakiem. Ale masz jakie" inne plany? - dr!%y a dziewczyna.

 

- Nie wiem, to pewnie g upstwo*

 

- Ale co w a"ciwie?

 

Ismael milcza  d ugo. Irène spokojnie czeka a na odpowied'.

 

- My"la em o serialach radiowych. Chcia bym je pisa$ - wydusi  w ko&cu Ismael.

 

Wi#c odwa%y  si# wreszcie powiedzie$ to g o"no.

 

Irène u"miechn# a si# do niego swoim tajemniczym, nieodgadnionym u"miechem.

 

- A jakie seriale?

 

Ismael spojrza  na ni! uwa%nie. Nigdy o tym z nikim nie rozmawia  i teraz te% wcale nie czu 

si# pewnie. Przesz o mu przez my"l, %e o wiele bezpieczniej by oby zwin!$ %agle i wróci$ do 
swojego portu.
 

- Kryminalne, przygodowo-sensacyjne - odpar  w ko&cu niepewnie.

 

- My"la am, %e takie rzeczy nie robi! na tobie wra%enia.

 

- )eby o nich pisa$, wcale nie musz! na mnie robi$ wra%enia - zaoponowa  Ismael. - Od 

jakiego" czasu zbieram wycinki z gazet o takim cz owieku, wiesz, nazywa si# Orson Welles. Marz#
o tym, %eby kiedy" z nim pracowa$*
 

- Orson Welles. Nie mam poj#cia, kto to, ale domy"lam si#, %e nie b#dzie  atwo do niego 

dotrze$. A masz ju% jaki" pomys ?
 

Ismael pokiwa  g ow!.

 

- Musisz mi obieca$, %e nikomu nic nie powiesz.

background image

 

Dziewczyna z ca ! powag! unios a d o&. Zachowanie Ismaela zdawa o si# jej troch#

dziecinne, ale ca a ta historia bardzo j! zaintrygowa a.
 

- Chod' ze mn!.

 

Ismael poprowadzi  j! z powrotem od mieszkania latarnika. Ju% wewn!trz ch opiec z 

oczyma b yszcz!cymi z podniecenia podszed  do stoj!cego w k!cie kufra i go otworzy .
 

- Kiedy dotar em tu po raz pierwszy, odkry em resztki jachtu tej kobiety, która pono$

utopi a si# tu dwadzie"cia lat temu - powiedzia  tajemniczym tonem. - Pami#tasz histori#, któr! ci 
opowiada em?
 

- (wiat a wrze"nia - wyrecytowa a Irène. - Tajemnicza dama znikaj!ca podczas burzy*

 

- W a"nie. A wiesz, co znalaz em we wraku jachtu?

 

- Co?

 

Ismael w o%y  r#k# do kufra i wyj!  z niego niewielki notatnik oprawny w skór#, ukryty 

wewn!trz metalowego pude ka przypominaj!cego pude ko cygar.
 

- Woda rozmy a atrament w niektórych miejscach, ale s! strony jeszcze ca kiem czytelne.

 

- To zeszyt? - zapyta a zaintrygowana Irène.

 

- I to nie byle jaki zeszyt - wyja"ni  Ismael. - To pami#tnik. Jej pami#tnik.

 

* * *

 

Tu% przed zmierzchem +Kyaneos, odbi  od brzegu i skierowa  si# ku Domowi na Cyplu. 

Purpurowe s o&ce, rozgrzana do czerwono"ci kula, chowa o si# powoli za horyzont. Irène patrzy a 
w milczeniu na steruj!cego Ismaela. Ch opiec u"miechn!  si# do niej, po czym spojrza  znów na 
%agle, skupiony na wietrze, który zaczyna  zmienia$ kierunek na zachodni.
 

Do tej pory Irène ca owa a si# z dwoma ch opakami. Pierwszy raz z bratem szkolnej 

kole%anki, by  to w a"ciwie eksperyment. By a ciekawa, co si# wtedy czuje. Ale nie poczu a nic 
wielkiego. Drugi ch opak, Gérard, by  jeszcze bardziej wystraszony ni% ona, wi#c do"wiadczenie to 
nie zmieni o wcale jej przekonania, %e ca a sprawa jest mocno przereklamowana. Ale poca unki 
Ismaela by y zupe nie inne. Kiedy dotkn# a jego ust, poczu a co" jakby rozchodz!cy si# po ca ym 
ciele pr!d. Mia  inny dotyk. Inny zapach. Wszystko w nim by o inne.
 

- O czym my"lisz? - zapyta  Ismael na widok jej zadumanej miny.

 

Irène unios a brew, ale nie odpowiedzia a.

 

Ismael wzruszy  ramionami i prowadzi   ód' dalej w kierunku cypla. Stado ptaków 

odprowadzi o jacht a% do skalnej przystani. (wiat a domu rzuca y na zatoczk# ta&cz!ce refleksy. 
Migoc!ce w oddali miasteczko odbija o si# w wodzie feeri! ró%nobarwnych plam.
 

- Zrobi o si# zupe nie ciemno - powiedzia a Irène zatroskanym tonem. - Nic ci si# nie stanie, 

prawda?
 

Ismael u"miechn!  si#.

 

- +Kyaneos, zna drog# na pami#$. Oczywi"cie, %e nic mi si# nie stanie.
-ód' dobi a delikatnie do przystani. Krzyk mew dochodz!cy ze ska  klifu od czasu do czasu 

rozdziera  cisz#. Ciemnogranatowa wst#ga opasywa a coraz cia"niej ja"niejsz! lini# horyzontu, zza 
chmur wyziera a md a po"wiata ksi#%yca.
 

- Pó'no ju% - zacz# a Irène.

 

- Tak*

 

Dziewczyna wyskoczy a na brzeg.

 

- Wezm# ze sob! dziennik. B#d# go strzec jak oka w g owie.

 

Ismael przytakn!  w milczeniu. Irène roze"mia a si# nerwowo.

 

- Dobranoc.

background image

 

Spojrzeli na siebie w pó mroku.

 

- Dobranoc, Irène.

 

Ismael zwolni  cum#.

 

- Pomy"la em, %e jutro wybior# si# do laguny. Chcia aby" pop yn!$ ze mn!?

 

Przytakn# a. -ód' odbija a od brzegu.

 

- Przyp yn# po ciebie.

 

Sylwetka +Kyaneosa, znikn# a w ciemno"ciach. Irène patrzy a za nim dopóty, dopóki 

nocny mrok ca kiem go nie wch on! . Potem, prawie unosz!c si# nad ziemi!, pobieg a do Domu na 
Cyplu. Na ganku czeka a na ni! matka. Nie trzeba by o by$ Sherlockiem Holmesem, by odgadn!$, 
%e Simone nie tylko widzia a, ale pewnie i s ysza a ca y epizod na nabrze%u.
 

- Uda a si# wyprawa? - zapyta a.

 

Zmieszana Irène prze kn# a "lin#. Simone u"miechn# a si# chytrze.

 

- Mo%esz mi chyba opowiedzie$.

 

Irène usiad a obok matki, która obj# a j! ramieniem.

 

- A ty? - zapyta a dziewczyna. - Jak tobie min!  dzie&?

 

Simone, na wspomnienie popo udnia sp#dzonego w towarzystwie Lazarusa, westchn# a 

ci#%ko.
 

Przytuli a si# mocniej do córki i u"miechn# a si# do swoich my"li.

 

- To by  dziwny dzie&, Irène. Chyba si# starzej#.

 

- G upstwa gadasz.

 

Dziewczyna spojrza a matce w oczy.

 

- Co" nie tak, mamo?

 

Simone u"miechn# a si# z trudem i bez s owa pokr#ci a g ow!.

 

- Po prostu t#skni# za twoim ojcem - powiedzia a po chwili, a po jej policzku pop yn# a  za.

 

- Tata odszed  - powiedzia a Irène. - Musisz pozwoli$ mu odej"$.

 

- Nie wiem, czy potrafi#.

 

Irène obj# a j! i us ysza a, %e matka szlocha.

background image

6. Pami#tnik Almy Maltisse

 

Nast#pny poranek wsta  ca y zasnuty mg !. Pierwsze "wiat a brzasku zaskoczy y Irène, 

zatopion! w lekturze odkrytego przez Ismaela pami#tnika. Zwyk e zaintrygowanie towarzysz!ce jej 
na pocz!tku lektury zmieni o si# tej nocy, która min# a dla Irène niepostrze%enie, w ciekawo"$
niemal obsesyjn!. Od pierwszych linijek rozmazana przez czas kaligrafia owej tajemniczej damy, 
ofiary morskiej toni, sta a si# dla dziewczyny hipnotyzuj!cym zupe nie rebusem, zagadk! zdaj!c!
si# nie mie$ rozwi!zania, która sprawi a, %e zm#czenie i senno"$ pierzch y bez "ladu.

$Dzi" po raz pierwszy ujrza am twarz cienia. Patrzy a na mnie z ciemno"ci, wyczekuj%ca 

i nieruchoma. Dobrze wiem, co czai si& w tych oczach, owa si a, która utrzymuje go przy #yciu - 
si a nienawi"ci. Czu am wyra'nie jego obecno"( i zrozumia am, #e pr&dzej czy pó'niej nasze dni w 
tym miejscu zmieni% si& w koszmar. Dopiero teraz u"wiadomi am sobie, jak bardzo potrzebuje 
pomocy i #e cokolwiek mia oby si& sta(, nie mog& zostawi( go samego$
 

Tajemniczy g os tej kobiety zdawa  si# mówi$ do Irène szeptem, strona po stronie 

wyznawa  jej bez %adnych zahamowa& najskrytsze sekrety, które przez lata le%a y zapomniane na 
dnie kufra. Nie min# o jeszcze sze"$ godzin, od kiedy Irène zanurzy a si# w lekturze pami#tnika, a 
nieznana dama zd!%y a si# przeistoczy$ w niewidzialn! przyjació k#, w g os dochodz!cy z 
przesz o"ci, który nie znajduj!c innej pociechy, wybra  w a"nie j!, by zwierzy$ jej si# ze swych 
najintymniejszych trosk, wspomnie& i zagadki owej wrze"niowej nocy, nocy jej "mierci w 
lodowatych wodach obmywaj!cych wysepk# z latarni!.

$I znowu to si& sta o. Tym razem z moimi ubraniami. Dzi" rano, kiedy uda am si& do 

mojej garderoby, zobaczy am, #e drzwi do szafy s% otwarte, a wszystkie moje suknie, te suknie, 
którymi obdarowywa  mnie przez te wszystkie lata, zasta am porozrzucane wsz&dzie, ca e w 
strz&pach, jakby poci& y je ostrza setek no#y. Tydzie) temu zniszczy  mój pier"cionek zar&czynowy. 
Znalaz am go na pod odze. Nie by o co zbiera(. Reszta mojej bi#uterii znikn& a. Porysowa  lustra 
w mojej sypialni. Z ka#dym dniem jego obecno"( staje si& bardziej namacalna, a furia bardziej 
wyczuwalna. Na razie niszczy po kolei wszystkie moje rzeczy. Pó'niej zakatuje mnie. To tylko 
kwestia czasu. To mnie przecie# nienawidzi. To mojej "mierci pragnie. Nie ma tu miejsca dla nas 
obojga$

(wit pokry  miedzianym kobiercem morskie fale, kiedy Irène dotar a do ostatniego s owa 

pami#tnika. Pomy"la a, %e po raz pierwszy w %yciu pozna a kogo" tak dobrze. Nigdy nikt nie mia 
odwagi wyzna$ jej swych najskrytszych sekretów z tak! szczero"ci!, z jak! przeczytany w a"nie 
pami#tnik ujawnia  najbardziej osobiste my"li tej kobiety, której, paradoksalnie, nigdy nie widzia a 
na oczy. Kobiety, która zgin# a dawno temu, zanim Irène przysz a na "wiat.

$Nie mam z kim porozmawia(, nie mam komu si& zwierzy( z trwogi, która ogarnia mnie 

dzie) po dniu. Czasami marz& o tym, by cofn%( czas i przekre"li( to wszystko, co dot%d prze#y am. 
W takich chwilach w a"nie rozumiem, #e mój l&k i mój smutek s% niczym w porównaniu z jego 
l&kiem i smutkiem, #e on mnie potrzebuje, #e bez mojego "wiat a jego "wiat o zga"nie na zawsze. 
Prosz& tylko Boga, by da  nam si &, by pozwoli  nam prze#y( i uciec przed cieniem 
rozpo"cieraj%cym si& nad nami. Mam wra#enie, #e ka#da linijka, któr% pisz& w tym pami&tniku, 
b&dzie moj% ostatni%
.
 

Irène poczu a, %e zaraz si# rozp acze, nie bardzo wiedzia a dlaczego. W otaczaj!cej j! ciszy 

zap aka a na wspomnienie tej niewidzialnej damy, która poruszy a jak!" nieznan! dot!d strun# w jej 
duszy. Dopiero teraz zauwa%y a, %e na górze pierwszej strony widniej! imi# i nazwisko, które by$
mo%e zdradza y to%samo"$ autorki pami#tnika:

background image

Alma Maltisse

 

Po chwili Irène ujrza a, jak %agiel +Kyaneosa, rozdziera mgie k#, p yn!c ku Domowi na 

Cyplu. Wzi# a pami#tnik i nieomal%e na paluszkach wysz a na kolejn! randk# z Ismaelem.

 

* * *

 

Po kilku zaledwie minutach  ód' op yn# a cypel i znalaz a si# na wodach Czarnej Zatoki. 

(wiat o poranka rzuca o cienie na wysokie "ciany normandzkich klifów stawiaj!cych czo o wodom 
oceanu. Padaj!ce na wod# promienie s o&ca odbija y si# od spienionej powierzchni o"lepiaj!cymi 
odblaskami lej!cego si# srebra. -ód' p yn# a ostrym kursem na wiatr, kil niczym sztylet rozcina 
wod#. Dla Ismaela by  to tylko kolejny rejs, dla Irène wci!% jeszcze cudowna przygoda.
 

W oczach pocz!tkuj!cej %eglarki owo zapieraj!ce dech w piersiach widowisko by o jak 

obietnica tysi!ca fascynuj!cych przygód i tajemnic, jakie czeka y na odkrycie w wodach oceanu. 
Ismael, ze sterem w r#ku, u"miechni#ty jak rzadko, trzyma  kurs jachtu na lagun#. Irène, niekryj!ca 
swego zauroczenia morzem, zacz# a relacjonowa$ Ismaelowi wszystko, czego dowiedzia a si# z 
pierwszej lektury pami#tnika Almy Maltisse.
 

- To oczywiste, %e pisa a ten pami#tnik tylko dla siebie - zauwa%y a Irène. - Zastanawia 

mnie, dlaczego przez ca y czas unika imion, nie podaje ani jednego. Jakby ludzie, w"ród których 
%yje, byli ca kowicie anonimowi.
 

- Nie da si# go czyta$ - stwierdzi  Ismael, który ju% dawno temu uzna , %e nie zdo a 

przebrn!$ przez te zapiski.
 

- Nieprawda - zaoponowa a Irène. - Problem w tym, %e aby go zrozumie$, trzeba by$

kobiet!.
 

Ismael mia  ju% na ko&cu j#zyka jak!" ci#t! replik# wobec insynuacji swego za oganta, ale z 

niewiadomych przyczyn wola  zamilcze$ i si# wycofa$.
 

W pewnym momencie Ismael zmieni  kurs i skierowa  si# ku w!skiemu przesmykowi. 

Bardzo szybko tam dotarli, przep yn#li pomi#dzy ska ami i znale'li si# na spokojnych wodach 
laguny. Zatoczka, maj!ca zaledwie kilka metrów g #boko"ci, by a ogrodem przejrzystych 
szmaragdów, a piaszczyste dno migota o niczym bia y welon. Irène z otwartymi ustami podziwia a 
kryj!ce si# na dnie laguny cuda. -awica ryb podobnych do migocz!cych srebrnych rzutek ta&czy a 
pod kad ubem +Kyaneosa,.
 

- To niewiarygodne - wyj!ka a Irène.

 

- To laguna - sprostowa , pragmatyczny jak zwykle, Ismael.

 

Potem, zanim Irène zd!%y a otrz!sn!$ si# z hipnotycznego wra%enia, jakie wywiera o na niej 

to miejsce, ch opak opu"ci  %agiel i zacumowa   ód'. +Kyaneos, ko ysa  si# teraz  agodnie niczym 
li"$ na powierzchni ka u%y.
 

- No dobra. To chcesz zobaczy$ t# jaskini#?

 

Zamiast odpowiedzi Irène u"miechn# a si# do niego wyzywaj!co i bez s owa zdj# a 

sukienk#. Oczy Ismaela zrobi y si# wielkie jak spodki. To, co ujrza  przed sob!, przeros o jego 
naj"mielsze oczekiwania. Irène, w o wiele bardziej sk!pym, ni% si# spodziewa , kostiumie 
k!pielowym, tak krótkim, %e jej matka nigdy nie zgodzi aby si# przyzna$, i% zas uguje na t# nazw#, 
roze"mia a si# na widok g upiej miny Ismaela. Pozwoli a mu nacieszy$ oczy swoim widokiem, ale 
nie za d ugo, kilka zaledwie sekund, i wskoczywszy do wody, znikn# a pod po yskuj!c! tafl!. Ta 
dziewczyna by a dla niego zdecydowanie za szybka. A mo%e to on nie nad!%a . Nie zastanawiaj!c 
si# dwa razy, skoczy  za ni!. Pilnie potrzebowa  och ody.
 

Ismael i Irène podp yn#li do wej"cia do Groty Nietoperzy przypominaj!cego tunel 

background image

prowadz!cy w g !b wykutej w skale katedry. Poczuli, jak op ywa ich zimny pr!d wydostaj!cy si# z 
groty. Wn#trze podwodnej jaskini mia o kszta t kopu y, z której zwiesza y si# setki stalaktytów 
podobnych do skamienia ych lodowych  ez. Odbijaj!ce si# od wody "wiat o ods ania o tysi!ce 
zakamarków po"ród ska , a piaszczyste dno delikatnie fosforyzowa o, jakby rozci!ga  si# na nim 
"wietlisty kobierzec.
 

Irène zanurkowa a i otworzy a pod wod! oczy. (wiat migotliwych odb ysków, zaludniony 

przez niesamowite, fascynuj!ce stworzenia, falowa  przed ni! w zwolnionym tempie. Ma e  awice 
rybek migota y o"lepiaj!co, jakby puszcza y wielobarwne zaj!czki. Ze ska  zwisa y t#czowe ro"liny. 
Male&kie kraby biega y po piaszczystym dnie. Dziewczyna trzyma a g ow# pod wod!, wpatruj!c 
si# w faun# zamieszkuj!c! jaskini#, a% poczu a, %e brakuje jej tchu.
 

- Uwa%aj, bo jak tak dalej pójdzie, wyro"nie ci rybi ogon i zmienisz si# w syren# - 

za%artowa  Ismael.
 

Ona u"miechn# a si# tylko i w md ym "wietle jaskini poca owa a go.

 

- Ju% jestem syren! - szepn# a, kieruj!c si# w g !b Groty Nietoperzy.

 

Ismael mrugn!  okiem do kraba, który obserwowa  ca ! scen# ze skalnej "ciany ze stoickim 

spokojem i antropologiczn!, rzec by mo%na, ciekawo"ci!. Pe ne %yciowej m!dro"ci spojrzenie 
skorupiaka by o jednoznaczne. Irène znów sobie z niego kpi a.

 

* * *

 

Nie ma jej ju% ca y dzie&, pomy"la a Simone. Hannah nie tylko nie stawi a si# w pracy, ale i 

nie dawa a %adnego znaku %ycia. Simone zacz# a si# zastanawia$, czy chodzi tylko o zwyk e 
uchybienie natury dyscyplinarnej. Mia a nadziej#, %e tak w a"nie jest. Odczeka a ca e niedzielne 
popo udnie, licz!c na jak!" wiadomo"$ od dziewczyny. Pewnie musia a uda$ si# do domu. Jaka"
ma a niedyspozycja. Nieprzewidziana sprawa wymagaj!ca pilnego za atwienia. By a sk onna 
zaakceptowa$ ka%de wyja"nienie. Po godzinach oczekiwania uzna a wreszcie, %e nie mo%e d u%ej 
odk ada$ tego problemu na pó'niej. Ju% mia a zatelefonowa$ do rodziców Hannah, kiedy rozleg  si#
dzwonek. W s uchawce odezwa  si# nieznajomy g os, którego ton nie by  bynajmniej uspokajaj!cy.
 

- Dzie& dobry, pani Sauvelle. Nazywam si# Henri Faure. Jestem szefem %andarmerii w 

B #kitnej Zatoce - oznajmi , a ka%de jego s owo zda o si# Simone ci#%kie niczym g az.
 

Po obu stronach linii zapad a pe na napi#cia cisza.

 

- Jest pani tam? - zapyta  %andarm.

 

- Tak, s ucham.

 

- Musz# przekaza$ pani z ! wiadomo"$*

 

* * *

 

Dorian uzna  swój dzie& pracy za zako&czony. Wszystkie zadania, które powierzy a mu 

Simone, zosta y skrz#tnie wykonane, a perspektywa wolnego popo udnia przedstawia a si# nader 
obiecuj!co. Kiedy dotar  do Domu na Cyplu, okaza o si#, %e Simone nie wróci a jeszcze z 
Cravenmoore, a Irène w óczy a si# gdzie" pewnie z tym swoim nowym narzeczonym. Dorian, 
wypiwszy duszkiem dwie szklanki mleka, rozejrza  si# po domu, który pod nieobecno"$ obydwu 
kobiet wyda  mu si# nagle przera'liwie cichy. Poczu  si# nieswojo. Dla kogo" przyzwyczajonego 
do towarzystwa znalezienie si# w pustym domu bywa do"wiadczeniem niezbyt przyjemnym.
 

Pomy"la , %e skoro do zmroku zosta o jeszcze kilka godzin, móg by zrobi$ sobie wycieczk#

do lasu Cravenmoore. W dziennym "wietle, tak jak mówi a Simone, tajemnicze cienie okazywa y 
si# tylko drzewami, listowiem i zaro"lami. Dodaj!c sobie odwagi t! my"l!, ch opak zag #bi  si# w 
g#sty, poprzecinany labiryntem "cie%ek las, rozci!gaj!cy si# pomi#dzy Domem na Cyplu a 

background image

rezydencj! Lazarusa Janna.
 

Po dziesi#ciu minutach przechadzki zauwa%y  nagle dziwne "lady prowadz!ce ze skalistego 

wybrze%a w g !b lasu i znikaj!ce niespodziewanie przy wej"ciu na polan#. Ch opiec ukl#kn!  i 
dotkn!  "ladów, a w a"ciwie bezkszta tnych wg #bie& w le"nej "ció ce. Cokolwiek je zostawi o, 
musia o sporo wa%y$. Dorian raz jeszcze zbada  ostatni odcinek owego tajemniczego tropu a% do 
miejsca, w którym "lady si# urywa y. Je"li mia  wierzy$ temu, co widzia , id!ca t#dy osoba, a mo%e 
zwierz#, zatrzyma o si# tu i* wyparowa o.
 

Uniós  wzrok i spojrza  na drgaj!c! w koronach drzew Cravenmoore siatk# cieni i 

prze"witów. Jeden z ptaków Lazarusa przelecia  z ga #zi na ga !'. Ch opakowi ciarki przesz y po 
plecach. Czy w tym lesie nie by o ani jednego %ywego zwierz#cia? Czy czai y si# tu tylko te 
mechaniczne istoty, które wyskakiwa y nagle z cienia, by równie nagle znikn!$, nigdy nie 
zdradzaj!c, sk!d w a"ciwie przychodz! ani dok!d zmierzaj!? Dorian spojrza  teraz na pnie 
pobliskich drzew. Na jednym z nich ujrza  bruzd#. Podszed  do pnia i dotkn!  wg #bienia. Co"
wyci# o w drewnie g #bok! ran#. Pó'niej zobaczy  kolejne szramy, którymi przeorany by  pie& a%
do samej korony. Ch opak prze kn!  "lin# i postanowi  zmyka$ st!d jak najpr#dzej.

 

* * *

 

Ismael poprowadzi  Irène do znajduj!cej si# w samym sercu groty niewielkiej ska y, która 

wystawa a nieco nad powierzchni# wody. Po o%yli si# na skale, by chwil# odpocz!$. (wiat o 
padaj!ce od wyj"cia z jaskini rzuca o na jej "ciany ko ysz!ce si# w dziwnym ta&cu cienie. Woda w 
grocie by a cieplejsza ni% w lagunie i unosi a si# nad ni! kurtyna pary.
 

- Jest jakie" inne wej"cie do tej groty? - zapyta a Irène.

 

- Tak, jest jeszcze jedno, ale niebezpieczne. Bezpiecznie mo%na si# tu dosta$ tylko od strony 

morza, z laguny.
 

Dziewczyna zapatrzy a si# na spektakl md ego "wiat a ods aniaj!cego zakamarki jaskini. 

Miejsce niew!tpliwie mia o niepowtarzalny, magiczny wr#cz urok. Przez chwil# Irène odnios a 
wra%enie, %e znalaz a si# w ogromnej sali wykutego w skale pa acu, w sali rodem z ba"ni, do której 
trafi$ mo%na tylko we "nie.
 

- To zupe nie wyj!tkowe miejsce - powiedzia a.

 

Ismael przytakn! .

 

- Czasami przyp ywam tu tylko po to, %eby usi!"$ na jednej z tych ska  i popatrze$, jak 

"wiat o mieni si# ró%nymi kolorami pod wod!. To moje prywatne sanktuarium.
 

- Z dala od "wiata, co?

 

- Tak daleko, jak tylko si# da.

 

- Nie lubisz towarzystwa, prawda?

 

- Zale%y jakiego - odpar , u"miechaj!c si#.

 

- Czy mam to potraktowa$ jak komplement?

 

- Mo%e.

 

Ismael odwróci  wzrok i spojrza  w kierunku wej"cia do groty.

 

- Powinni"my ju% i"$. Nied ugo b#dzie przyp yw.

 

- A czemu musimy i"$?

 

- Przyp yw wpycha do jaskini masy wody. Grota wype nia si# a% do samego sklepienia. To 

"miertelna pu apka. Je"li nie wydostaniesz si# st!d w por#, utopisz si# jak jaki" szczur.
 

Nagle ca a magia tego miejsca wyda a si# Irène z owieszcza. Oczyma wyobra'ni ujrza a, jak 

jaskinia wype nia si# lodowat! wod!, odcinaj!c! drog# ucieczki.
 

- Mamy du%o czasu - uspokoi  j! Ismael.

background image

 

Irène, niewiele my"l!c, skierowa a si# ku wyj"ciu z jaskini; nie zatrzyma a si#, dopóki nie 

poczu a na skórze promieni s o&ca. Ismael patrzy  na ni!, kiedy p yn# a tak co si  w r#kach i 
nogach, i u"miechn!  si# do siebie. I tak by a odwa%na. Bez dwóch zda&.
 

Droga powrotna up yn# a w milczeniu. S owa pami#tnika rozbrzmiewa y raz po raz w 

uszach Irène niczym echo, które uparcie nie chce umilkn!$. S o&ce ca kiem schowa o si# za grub!
zas on! chmur, które zasnu y niebo, nadaj!c morzu pos#pny, stalowoszary kolor. Wiatr zrobi  si#
przenikliwie zimny, Irène znów w o%y a sukienk#. Tym razem Ismael nie spojrza  nawet, jak si#
ubiera, niechybny znak, %e ton!  we w asnych rozmy"laniach, trudno powiedzie$ o czym.
 

Kiedy +Kyaneos, op ywa  cypel, zapada  ju% zmierzch. W oddali majaczy a wysepka z 

latarni!, ton!ca we mgle. Ismael skierowa   ód' ku przystani i ze zwyk ! dla siebie wpraw!
zacumowa  j!, chocia% my"lami nadal by  tysi!ce kilometrów stamt!d.

)egnaj!c si#, Irène wzi# a ch opca za r#k#.

 

- Dzi#kuj# za to, %e zabra e" mnie do groty - powiedzia a i wyskoczy a na brzeg.

 

- Zawsze mi dzi#kujesz, nie musisz tego robi$. To raczej ja ci dzi#kuj#, %e ze mn!

pop yn# a".
 

Irène z trudem przysz o oprze$ si# pokusie, %eby go zapyta$, kiedy si# znów zobacz!. 

Intuicja podpowiada a jej jednak, %e lepiej tego nie robi$. Ismael odwi!za  cum# i +Kyaneos, odbi 
od brzegu.
 

Dziewczyna jeszcze przez chwil# sta a na kamiennych schodkach klifu, patrz!c za  odzi!

oddalaj!c! si# w kierunku "wiate  nabrze%a i eskortowan! przez stado mew. +Kyaneos, sun!  do 
miasteczka po falach uk adaj!cych si# w srebrzysty dywan.

 

* * *

 

Wszed szy do domu, Irène od razu poczu a, %e co" jest nie tak. Panowa  tu jaki" niezwyk y 

porz!dek, niecodzienny spokój, podejrzana cisza. (wiat a w znajduj!cym si# na parterze salonie 
nie"mia o próbowa y rozproszy$ mroki pochmurnego wieczora. Dorian, siedz!c na jednym z foteli, 
wpatrywa  si# w milczeniu w buzuj!cy w kominku ogie&. Odwrócona plecami do drzwi Simone, z 
kubkiem wystyg ej kawy w d oniach, spogl!da a w morze. S ycha$ by o tylko wiatr kr#c!cy 
chor!giewk! na dachu.
 

Irène i Dorian spojrzeli na siebie bez s owa. Irène podesz a do matki i po o%y a jej d o& na 

ramieniu. Simone Sauvelle odwróci a si#. W oczach mia a  zy.
 

- Co si# sta o, mamo?

 

Simone obj# a córk#. Irène dotkn# a jej d oni. By y zimne. Dr%a y.

 

- Hannah - wymamrota a Simone.

 

D ugo nie mog a wydusi$ z siebie nic wi#cej. Wiatr stuka  okiennicami Domu na Cyplu.

 

- Nie %yje - powiedzia a w ko&cu.
(wiat wokó  Irène run!  niczym domek z kart.

background image

7. Droga cieni

 

Droga biegn!ca wzd u% Pla%y Anglika rozb yskiwa a ostatnimi "wiat ami zmierzchu, wij!c 

si# szkar atn! serpentyn! w kierunku miasteczka. Irène, peda uj!c na rowerze brata, odwróci a na 
chwil# g ow#, by spojrze$ jeszcze w stron# Domu na Cyplu. S owa Simone i przera%enie w jej 
oczach na widok wybiegaj!cej z domu córki nie dawa y Irène spokoju, ale obraz Ismaela 
%egluj!cego ku czekaj!cej na& wiadomo"ci o "mierci Hannah by  silniejszy od wyrzutów sumienia.
 

Simone wyja"ni a jej, %e kilka godzin temu dwóch turystów natrafi o na cia o Hannah tu%

przy lesie. Wszyscy ci, którzy znali nieustannie trajkocz!c! dziewczyn#, przyj#li wiadomo"$ o jej 
"mierci z niedowierzaniem, z nieukrywanym smutkiem i z bólem. Ale poza informacj!, %e matka 
Hannah, Élisabeth, na wie"$ o "mierci córki dozna a szoku i znajduje si# pod opiek! doktora 
Giraud, który zaaplikowa  jej silne "rodki uspokajaj!ce, nikt nic wi#cej nie wiedzia .
 

Teraz, po wielu latach, znowu zacz# y chodzi$ s uchy o pasmie zbrodni, które dawno temu 

wstrz!sn# y ca ! okolic!. Byli i tacy, co w obecnym nieszcz#"ciu chcieli dopatrzy$ si# kolejnej 
ods ony makabrycznego  a&cucha niewyja"nionych morderstw, do których w latach dwudziestych 
dosz o w lesie Cravenmoore.
 

Inni woleli jednak wstrzyma$ si# z wypowiadaniem jakiegokolwiek zdania do momentu 

ujawnienia wi#kszej liczby szczegó ów dotycz!cych okoliczno"ci tragedii. Ale miast informacji 
mno%y y si# plotki, narasta y domys y, rozpowiadano pog oski zaciemniaj!ce jedynie spraw#
przyczyn "mierci dziewczyny. Obaj tury"ci, którzy podczas wycieczki natkn#li si# na zw oki, od 
wielu godzin przebywali na posterunku %andarmerii, gdzie sk adali zeznania. W drodze za"
znajdowa o si# ju% - pono$ - dwóch "ledczych z La Rochelle. I tyle o "mierci Hannah wiedziano na 
pewno. Wszystko inne by o zagadk!.
 

Peda uj!c ile si  w nogach, Irène dotar a do miasteczka, w chwili gdy kula s o&ca zanurzy a 

si# ca kowicie za widnokr#giem. Na ulicach by o pusto, nie licz!c kilku przechodniów 
pod!%aj!cych w milczeniu niczym cienie bez swych panów. Dziewczyna opar a rower o star!
latarni# o"wietlaj!c! wylot zau ka, przy którym sta  dom stryjostwa Ismaela. By  to skromny, 
bardzo zwyczajny budynek, domek rybacki nad zatok!. Go ym okiem wida$ by o, %e "ciany od 
wielu lat nie widzia y p#dzla i farby lub przynajmniej wapna, a ciep e "wiat o latar& wydobywa o 
wszystkie "lady, jakie zostawi y na murach morskie wiatry i sól.
 

Irène, czuj!c, jak "ciska j! w %o !dku, podesz a do drzwi, lecz zawaha a si#, czy zapuka$. 

Jakim prawem w a"ciwie mia a czelno"$ w takim momencie wtr!ca$ si# do czyjego" bólu? O co jej 
w a"ciwie chodzi?
 

Stan# a nagle w miejscu, niezdolna ruszy$ do przodu ani cofn!$ si#, targana w!tpliwo"ciami 

z jednej strony, z drugiej za" potrzeb! ujrzenia Ismaela i towarzyszenia mu w takiej w a"nie chwili 
jak ta. W tym momencie otworzy y si# drzwi do domu. Za%ywna i pe na powagi posta$ doktora 
Giraud ruszy a ku wylotowi zau ka. (wiec!ce oczy lekarza dostrzeg y zza szkie  okularów stoj!c!
w pó mroku Irène.
 

- Jeste" córk! madame Sauvelle, o ile si# nie myl#?

 

Dziewczyna przytakn# a.

 

- Ismaela nie ma w domu, bo pewnie chcia a" si# z nim zobaczy$ - poinformowa  j! doktor 

Giraud. - Jak tylko dowiedzia  si# o swojej kuzynce, wsiad  na  ód' i odp yn! .
 

Lekarz zauwa%y , %e twarz dziewczyny mocno poblad a.

 

- To dobry %eglarz. Wróci.

 

* * *

background image

 

Irène stan# a na ko&cu ostrogi mola. Samotny %agiel +Kyaneosa, odcina  si# od nadwodnej 

mgie ki o"wietlony przez ksi#%yc. Dziewczyna usiad a na brzegu, obserwuj!c, jak  ód' Ismaela 
obiera kurs na wysepk# z latarni!. Z wybranej przeze& samotno"ci nic ju% nie mog o go uratowa$ i 
nikt nie móg  pospieszy$ z pomoc!. Irène poczu a, jak bardzo chce wskoczy$ do jakiej"  ódki 
wios owej i pop yn!$ za ch opcem a% na kres jego tajemnego "wiata, wiedzia a jednak, %e wszelki 
wysi ek jest ju% daremny.
 

U"wiadamiaj!c sobie, %e rzeczywista waga tego, co si# naprawd# sta o, zaczyna do niej 

dociera$ dopiero teraz, poczu a, jak jej oczy nape niaj! si#  zami. Kiedy +Kyaneos, znikn!  w 
ciemno"ciach, wsiad a na rower i rozpocz# a drog# powrotn! do domu.
 

Jad!c wzd u% pla%y, wyobrazi a sobie Ismaela siedz!cego w milczeniu na wie%y latarni 

morskiej. Przera'liwie samotnego. Przypomnia a sobie, jak cz#sto wybiera a si# w t# podró% w g !b 
w asnej duszy, i przyrzek a sobie, %e cokolwiek si# wydarzy, nie pozwoli na to, by ch opak 
zab !dzi  na tej drodze pe nej cieni.

 

* * *

 

Tej nocy kolacja trwa a krótko. Rytua  milcze& i unikaj!cych si# nawzajem spojrze& zast!pi 

zazwyczaj panuj!c! przy stole atmosfer#, a ca a trójka, niby spo%ywaj!c wieczorny posi ek, my"la a 
wy !cznie o tym, by jak najszybciej uda$ si# do swych pokojów. O jedenastej w nocy w ca ym 
domu panowa a cisza jak makiem zasia  i zapalone by o jedno tylko "wiat o: lampka nocna Doriana.
 

Do pokoju ch opca wpada a przez otwarte okno ch odna bryza. Dorian, wyci!gni#ty na 

 ó%ku, s ucha  ze wzrokiem b !dz!cym w mroku przedziwnie nieokre"lonych g osów lasu. Tu%
przed pó noc! zgasi  lampk# i podszed  do okna. Ciemne fale li"ci przetacza y si# przez g!szcz. 
Wyt#%y  wzrok, usi uj!c przebi$ si# przez wiruj!cy w listowiu korowód cieni. Niemal fizycznie czu 
czyj!" obecno"$.
 

Za lasem wida$ by o nieregularn! bry # Cravenmoore i %ó tawy prostok!t w ostatnim oknie 

skrzyd a zachodniego. Nagle z zaro"li unios a si# migotliwa i z otawa aureola. (wiat a w lesie. 
(wiat a lampki lub latarki w le"nej g#stwinie. Ch opak prze kn!  "lin#. Krótkie b yski pojawia y si#
to tu, to tam, przesuwaj!c si#, kr!%!c, cofaj!c si# pomi#dzy drzewami.
 

Minut# pó'niej, w skórzanych butach i opatulony w gruby sweter, Dorian zszed  na 

palcach, najostro%niej, jak móg , po schodach i ostro%nie otworzy  drzwi na ganek. Noc by a zimna 
i s ycha$ by o huk fal rozbijaj!cych si# u stóp klifu. Oczy ch opca pod!%y y za rysowanym przez 
promienie ksi#%yca szlakiem, srebrn! wst#g! wij!c! si# ku "cianie lasu. (ciskanie w %o !dku 
przypomnia o ch opcu ciep y azyl pokoju. Dorian westchn! .

(wiat a przek uwa y opary przy brzegu lasu niczym bia e szpileczki. Ch opak uwa%nie 

stawia  ka%dy krok, ale ani si# spostrzeg , kiedy poczu , %e otoczony ju% jest przez le"ne cienie, a 
Dom na Cyplu zdawa  si# znajdowa$ daleko, strasznie daleko.

 

* * *

)adna, cho$by i najmroczniejsza ciemno"$ i %adna, cho$by i najcichsza cisza nie mog yby 

tej nocy z o%y$ Irène zbawczym snem. Wreszcie oko o pó nocy podda a si# i zapali a ma ! lampk#
na nocnym stoliku. Pami#tnik Almy Maltisse le%a  obok male&kiego medalionu, który Irène kilka 
lat temu dosta a w prezencie od ojca: wygrawerowany w srebrze wizerunek anio a. Irène wzi# a 
pami#tnik i otworzy a na pierwszej stronie.
 

Wysz a jej naprzeciw p ynna i kr!g a kaligrafia. Stroniczka w tonach wyblak ej ochry 

podobna by a faluj!cym  anom %yta. Nie spiesz!c si#, powoli przemierzaj!c linijk# za linijk!, Irène 

background image

rozpocz# a po raz wtóry podró% do skrywanej pami#ci Almy Maltisse.
 

Ledwie odwróci a pierwsz! stron#, a urok s ów porwa  j! z sob! daleko st!d. Nie s ysza a 

ju% huku fal ani wiatru w lesie. My"lami by a w zupe nie innym "wiecie*

$W nocy s ysza am ich k ótni& w bibliotece. On krzycza  i b aga , by zostawi  go w spokoju 

i znikn%  z tego domu na zawsze. Powiedzia , #e nie ma najmniejszego prawa wyczynia( z naszym 
#yciem tego, co wyczynia. Nigdy nie zapomn& jego "miechu, tego zwierz&cego wycia pe nego 
w"ciek o"ci i nienawi"ci, który rozleg  si& za murami. *omot tysi&cy spadaj%cych z pó ek ksi%#ek 
rozszed  si& po ca ym domu. Z dnia na dzie) jest coraz bardziej rozsierdzony. Od chwili kiedy 
uwolni am t& besti& z jej kryjówki, ro"nie nieustannie w si &.

On ca y czas pe ni stra# przy moim  ó#ku. Wiem, i# l&ka si&, #e je"li zostawi mnie sam%, 

cho( na chwil&, cie) przyjdzie po mnie. Od wielu ju# dni nie dzieli si& ze mn% swoimi my"lami, ale 
nie jest mi to potrzebne. Nie "pi ju# od tygodni. Ka#da noc to okrutne i nieko)cz%ce si&
oczekiwanie. Po ca ym domu rozstawia setki "wiec, usi uj%c o"wietli( ka#dy k%t i zakamarek, tak by 
nigdzie nie by o ani odrobiny ciemno"ci, w której cie) móg by si& schroni(.

Czasem nawiedzaj% mnie my"li, #e to wszystko przeze mnie, #e gdybym znikn& a, jego 

przekl&ty los znikn% by razem ze mn%. By( mo#e w a"nie tak powinnam zrobi(, porzuci( go i wyj"(
na nieuniknione spotkanie z cieniem. Tylko to przyniesie nam spokój. Przed podj&ciem tego kroku 
wstrzymuje mnie jedynie to, #e nie potrafi& znie"( my"li o porzuceniu go. Bez niego nic nie ma 
sensu. Ani #ycie, ani "mier($
 

Irène unios a wzrok znad pami#tnika. K #bek w!tpliwo"ci Almy Maltisse z jednej strony j!

zdumiewa , z drugiej za" zdawa  si# jej niepokoj!co bliski. Kreska oddzielaj!ca win# i ch#$ %ycia 
zdawa a si# cieniutka niczym zatrute ostrze. Irène zgasi a "wiat o. Obraz wci!% tkwi  w jej g owie. 
Zatrute ostrze.

 

* * *

 

Dorian wszed  do lasu, pod!%aj!c za b yskaj!cymi spomi#dzy zaro"li "wiate kami, które 

w a"ciwie mog y si# znajdowa$ w ka%dym miejscu w g#stwinie. Zwil%one mgie k! li"cie 
przeistacza y si# w wachlarze nieuchwytnych mira%y. Odg os jego w asnych kroków by  jak 
pu apka zastawiana na siebie samego. W ko&cu nabra  g #boko powietrza i przypomnia  sobie, po 
co tu przyszed : nie wyjdzie st!d, dopóki nie sprawdzi, co takiego chowa si# w tym lesie. To 
wszystko, nic wi#cej.
 

Zatrzyma  si# tu% przed polank!, dostrzeg szy jakie" "lady, niewyra'ne ju% i nieco zatarte. 

Podszed  do rozdrapanego pnia i dotkn!  bruzd. Wyobrazi  sobie zwierz# wspinaj!ce si# p#dem na 
drzewo, uciekaj!ce niczym diabe  przed wod! "wi#con!. Par# sekund pó'niej trzask  amanej ga #zi 
za jego plecami u"wiadomi  mu, %e w pobli%u kto" si# znajduje. Albo co".
 

Dorian skry  si# i przykucn!  za krzakiem. Ostre ga #zie k u y go jak szpilki. Wstrzyma 

oddech i zacz!  si# modli$, by ten, kto czai si# nieopodal, nie us ysza   omotania jego serca, jemu 
samemu dudni!cego w skroniach. Niebawem migoc!ce "wiat a, które przedtem widzia  z daleka, 
nagle zacz# y si# zbli%a$, prze"wiecaj!c przez zaro"la. Zawieszone w powietrzu pasemka mg y 
nabra y czerwonawego po ysku.
 

Rozleg  si# odg os deptanych li"ci i ga #zi. Kroki nieuchronnie zbli%a y si# do kryjówki 

ch opca. Dorian zamkn!  oczy i zamar  w bezruchu. Kroki ucich y. Dorianowi zabrak o tchu, ale w 
tym momencie by  "wi#cie przekonany, %e mo%e nie oddycha$ i dziesi#$ lat. Kiedy poczu , %e 
jednak zaraz rozsadzi mu p uca, dwie d onie rozchyli y ga #zie krzaka, za którym si# chowa . 
Ch opcu kolana zacz# y si# trz!"$ jak galareta. (wiat o lampki o"lepi o go. Po chwili, która d u%y a 
mu si# w niesko&czono"$, kto" postawi  lampk# na ziemi i ukl#kn!  przy nim. Twarz wydawa a si#

background image

ch opcu znajoma, ale przera%enie parali%owa o go do tego stopnia, %e nie by  w stanie jej rozpozna$. 
M#%czyzna u"miechn!  si#.
 

- Czy mo%na wiedzie$, co tu w a"ciwie robisz o tej porze? - rozleg  si# mi y i  agodny g os.

 

W ko&cu do Doriana dotar o, %e kl#czy przed nim Lazarus. Dopiero wtedy g #boko 

odetchn! . A i tak dobr! chwil# trwa o, zanim r#ce przesta y mu dr%e$.
 

W tym czasie Lazarus zaprowadzi  go do pomieszczenia przylegaj!cego do fabryki 

zabawek, po czym niespiesznie przygotowa  dwie fili%anki gor!cej czekolady. Kiedy wydawa o si#, 
%e ch opiec ju% och on! , Lazarus poda  mu fili%ank# i usiad  naprzeciwko.
 

Nie bacz!c na maniery, trzymali fili%anki w obu d oniach i siorbali czekolad#, od czasu do 

czasu spogl!daj!c na siebie. Wreszcie Lazarus si# roze"mia .
 

- (miertelnie mnie przestraszy e", synu - powiedzia .

 

- Pociesz# pana, pa&ski strach jest niczym w porównaniu ze strachem, jakiego ja si#

najad em - odpar  Dorian, czuj!c, jak gor!ca czekolada rozlewaj!ca si# w %o !dku przynosi mu 
b ogi spokój.
 

- W to akurat nie w!tpi# nic a nic - za"mia  si# Lazarus. - A teraz przyznaj si#, co tam 

robi e"?
 

- Zobaczy em "wiat a.

 

- Zobaczy e" moj! lamp#. I dlatego wyszed e"? W "rodku nocy? Zapomnia e", co si# sta o 

Hannah?
 

Dorian prze kn!  "lin#. Odniós  wra%enie, %e po yka kul#. Du%! kul# bilardow!.

 

- Nie zapomnia em.

 

- I s usznie. Musisz o tym pami#ta$. -a%enie tutaj po ciemku jest niebezpieczne. Od kilku 

ju% dni mam wra%enie, %e kto" kr#ci si# po lesie.
 

- Pan te% widzia  "lady?

 

- Jakie "lady?

 

Dorian zwierzy  mu si# ze swych obaw i niepokojów. Opowiedzia  Lazarusowi o tym, %e 

wydaje mu si#, i% w lesie kto" jest. Z pocz!tku nie by  pewien, czy potrafi wyrazi$ wszystkie swoje 
domys y, ale Lazarus wzbudza  w nim tyle zaufania, %e bez problemu rozwi!za  mu si# j#zyk. 
Lazarus przys uchiwa  si# z uwag! opowie"ci ch opca, nie kryj!c pewnego zdziwienia, nawet 
u"miechaj!c si# od czasu do czasu przy najbardziej nieprawdopodobnych szczegó ach.
 

- Cie&, powiadasz? - w pewnym momencie zapyta  z pow!tpiewaniem Lazarus.

 

- Pan nie wierzy w ani jedno moje s owo - powiedzia  rozgoryczony Dorian.

 

- Ale% nie, sk!d%e. Wierz# ci. A przynajmniej próbuj# ci wierzy$. Sam musisz jednak 

przyzna$, %e to wszystko, co mi opowiadasz, jest do"$* szczególne.
 

- Ale pan te% co" zobaczy . I dlatego wyszed  pan do lasu. Mam racj#?

 

Lazarus u"miechn!  si#.

 

- Zgadza si#. Te% wydawa o mi si#, %e co" widz#, ale chyba nie jestem tak spostrzegawczy 

jak ty.
 

Dorian dopi  swoj! czekolad#.

 

- Napijesz si# jeszcze? - zaproponowa  Lazarus.

 

Ch opak skin!  g ow!. Dobrze si# czu  w towarzystwie fabrykanta zabawek. My"l o tym, %e 

mo%e wypi$ jeszcze jedn! fili%ank# czekolady w "rodku nocy, wyda a mu si# zapowiedzi!
ekscytuj!cej i pouczaj!cej przygody.
 

Rozgl!daj!c si# po pracowni, w której si# znajdowali, Dorian dostrzeg  na jednym ze 

sto ów okryty p ótnem zarys sylwetki sporych rozmiarów.
 

- Pracuje pan nad czym" nowym?

background image

 

Lazarus przytakn! .

 

- Chcesz zobaczy$?

 

Oczy ch opca rozb ys y nieukrywanym przej#ciem. Nie musia  odpowiada$.

 

- Musisz mie$ na uwadze, %e jeszcze nad tym pracuj#* - powiedzia  Lazarus, podchodz!c 

do p ótna i unosz!c lampk#.
 

- To automat? - spyta  ch opiec.

 

- Na swój sposób tak. W rzeczywisto"ci ta praca jest nieco ekstrawagancka, tak mi si#

przynajmniej wydaje. Od lat ten projekt chodzi mi po g owie. Pomys  podsun!  mi ch opiec mniej 
wi#cej w twoim wieku, dawno temu.
 

- Przyjaciel?

 

Lazarus u"miechn!  si# melancholijnie.

 

- Gotów? - spyta .

 

Dorian skwapliwie przytakn! . Lazarus poci!gn!  za p ótno okrywaj!ce prac#. Dorian 

odskoczy  przera%ony.
 

- To tylko maszyna, Dorianie. Nie musisz si# jej ba$.

 

Dorian przyjrza  si# tej majestatycznej postaci. Lazarus skonstruowa  metalowego anio a, 

dwumetrowego nieomal%e olbrzyma z dwoma ogromnymi skrzyd ami. Spod kaptura l"ni a 
wycyzelowana w stali twarz. Mia  ogromne r#ce. G owa Doriana zmie"ci aby mu si# w d oni.
 

Lazarus przekr#ci  co" u podstawy g owy anio a i mechaniczny stwór otworzy  oczy, dwa 

rubiny rozpalone niczym %ar. Patrzy y na&. Tylko i wy !cznie na Doriana.
 

Dorian poczu , jak skr#caj! mu si# wn#trzno"ci.

 

- Niech go pan wy !czy, b agam* - poprosi .

 

Lazarus spostrzeg  przera%ony wzrok ch opca i b yskawicznie zarzuci  p ótno na automat.

 

Po znikni#ciu demonicznego anio a Dorian westchn!  z ulg!.

 

- Przykro mi - powiedzia  Lazarus. - Nie powinienem by  ci go pokazywa$. To tylko 

maszyna, Dorianie. Zwyk y metal. Zabawka. Nie pozwól, %eby jej widok wzbudza  w tobie strach.
 

Ch opiec, cho$ niech#tnie i bez przekonania, jednak przytakn! .

 

Lazarus szybko pocz#stowa  go kolejn! fili%ank! dymi!cej czekolady. Dorian napi  si#

g#stego i przywracaj!cego si y p ynu. Fabrykant zabawek ca y czas uwa%nie mu si# przygl!da . Po 
kilku  ykach ch opiec uniós  wzrok znad fili%anki i spojrza  na Lazarusa. Obaj si# u"miechn#li.
 

- Ale si# przestraszy e", co? - stwierdzi  Lazarus.

 

Dorian zachichota  nerwowo.

 

- Pewnie my"li pan, %e jestem tchórzem.

 

- Wprost przeciwnie. Niewielu odwa%y oby si# wyj"$ do lasu po tym, co spotka o Hannah.

 

- A co si# sta o? Jak pan my"li?

 

Lazarus wzruszy  ramionami.

 

- Trudno powiedzie$. S!dz#, %e musimy poczeka$ na wyniki policyjnego "ledztwa.

 

- No tak, ale*

 

- Ale co?

 

- A je"li w lesie rzeczywi"cie co" si# kr#ci? - nie dawa  za wygran! Dorian.

 

- Cie&?

 

Dorian przytakn!  z powag!.

 

- Wiesz, co to jest Doppelgänger? - spyta  Lazarus.

 

Ch opak zaprzeczy . Fabrykant zabawek spojrza  na niego k!tem oka.

 

- To niemieckie s owo - wyja"ni . - Oznacza ono cie&, który z jakiego" powodu oderwa  si#

od swojego w a"ciciela. Opowiedzie$ ci ciekaw! histori# z tym zwi!zan!?

background image

 

- Tak, bardzo prosz#*

 

Lazarus usiad  wygodnie naprzeciwko ch opca i wyj!  d ugie cygaro. Dzi#ki obejrzanym 

filmom Dorian wiedzia , %e ów przedmiot o kszta cie torpedy nosi nazw# cygara hawa&skiego i %e 
poza tym, i% kosztuje fortun#, po zapaleniu wydziela nieprzyjemny i dusz!cy zapach. Oprócz Grety 
Garbo ulubionym bohaterem jego niedzielnych seansów filmowych by  Groucho Marx. Zwykli 
ludzie znali zapach cygara tylko z ekranów. Lazarus przyjrza  si# dok adnie trzymanemu w r#ku 
cygaru i nieoczekiwanie schowa  je, gotów rozpocz!$ swoj! opowie"$.
 

- Do rzeczy wi#c. Histori# t# opowiedzia  mi dawno temu jeden z moich kolegów. Jest rok 

tysi!c dziewi#$set pi#tnasty. Miejsce akcji: Berlin*
 

Ze wszystkich berli&skich zegarmistrzów nikt tak nie d!%y  do perfekcji, nikt nie by  tak 

skrupulatny w swej robocie jak Hermann Blöcklin. Wystarczy rzec, %e jego obsesyjne próby 
tworzenia coraz precyzyjniejszych mechanizmów doprowadzi y go do opracowania teorii o 
zwi!zkach pomi#dzy czasem a pr#dko"ci! "wiat a. Blöcklin mieszka  na Heinrichstrasse, w ma ym 
pe nym zegarów mieszkanku na ty ach swego warsztatu. By  samotnikiem. Nie mia  rodziny. Nie 
mia  przyjació . Jego jedynym towarzyszem by  stary kot Salman, który potrafi  godzinami le%e$ u 
jego boku, podczas gdy Blöcklin oddawa  si# wy !cznie swoim poszukiwaniom. Z biegiem czasu 
sta y si# one jego obsesj!. Zdarza o mu si# cz#sto ca ymi dniami nie otwiera$ dla klientów swego 
warsztatu. Potrafi  pracowa$ bez spoczynku dwadzie"cia cztery godziny na dob# nad projektem 
swych marze&: nad zegarem doskona ym, uniwersaln! maszyn! mierz!c! czas.
 

Nad Berlinem od wielu dni szala a "nie%yca. Mróz nie odpuszcza . Zegarmistrza odwiedzi 

dziwny klient, elegancki m#%czyzna, który przedstawi  si# jako Andreas Corelli. Ubrany by  w 
szykowny bia y garnitur. Mia  d ugie, jedwabiste i przyprószone srebrem w osy. Ciemne okulary 
przys ania y mu oczy. Blöcklin poinformowa  przybysza, %e zak ad jest nieczynny, ale Corelli 
nalega , podkre"laj!c, %e przyjecha  z bardzo daleka tylko po to, %eby si# z nim spotka$. Wyja"ni 
mu, %e dok adnie wie o jego pracach, i na poparcie tego opisa  mu ze szczegó ami niektóre z nich, 
co wprawi o w niepomierne zdumienie zegarmistrza, przekonanego, %e jego odkrycia stanowi!
pilnie strze%on! tajemnic#.
 

Nie mniej dziwne by o zamówienie Corellego. Blöcklin mia  skonstruowa$ zegarek, 

specjalny zegarek. Wskazówki mia y si# kr#ci$ w odwrotnym kierunku. Corelli wyja"ni 
zegarmistrzowi, %e cierpi na "mierteln! chorob# i ma przed sob! tylko kilka miesi#cy %ycia, dlatego 
te% chce mie$ zegarek, który odlicza by mu godziny, minuty i sekundy, jakie zosta y mu do dnia 
"mierci.
 

Ekstrawaganckiemu zamówieniu towarzyszy a nader hojna oferta zap aty. I nie tylko, bo 

Corelli przyrzek  ponadto, %e przeka%e Blöcklinowi "rodki pozwalaj!ce na do%ywotnie 
finansowanie jego bada&. W zamian domaga  si# tylko po"wi#cenia kilku tygodni na stworzenie 
wspomnianego wynalazku.
 

Blöcklin, rzecz oczywista, przysta  na propozycj#. Przez dwa tygodnie nie zajmowa  si#

niczym innym jak tylko realizacj! niecodziennego zlecenia. Siedzia  jak zwykle w swoim 
warsztacie, kiedy do drzwi ponownie zapuka  Andreas Corelli. Zegarek by  ju% gotów. Corelli, 
u"miechaj!c si#, obejrza  go dok adnie i nie szcz#dz!c s ów pochwa y dla kunsztu zegarmistrza, 
stwierdzi , %e w pe ni zas u%y  na ustalon! zap at#. Zm#czony, lecz szcz#"liwy Blöcklin wyzna  mu, 
%e w to zlecenie w o%y  ca ! swoj! dusz#. Corelli przytakiwa  ze zrozumieniem. Nakr#ci  zegarek. 
Wskazówki ruszy y. Wr#czy  Blöcklinowi sakw# z otych monet i po%egna  si#.
 

Zegarmistrz, nie posiadaj!c si# ze szcz#"cia,  apczywie przelicza  z ote monety. W pewnym 

momencie dostrzeg  swoje odbicie w lustrze: nagle postarza !, zniszczon! twarz. Za du%o pracowa . 
Postanowi  da$ sobie par# dni wolnego, by odpocz!$ i odzyska$ si y.

background image

 

Nast#pnego dnia promienie o"lepiaj!cego s o&ca wdar y si# przez okno mieszkanka 

Blöcklina. Zegarmistrz, wci!% zm#czony, podszed  do umywalki i znowu spojrza  w lustro. Tym 
razem jednak zmartwia  ca y. Wieczorem, kiedy k ad  si# do  ó%ka, jego twarz by a twarz!
m#%czyzny licz!cego sobie czterdzie"ci par# lat, zm#czonego, owszem, i przepracowanego, niemniej 
cz owieka jeszcze m odego. Dzi" mia  przed sob! cz owieka dobijaj!cego sze"$dziesi!tki. 
Przera%ony wyszed  do parku, by zaczerpn!$ powietrza. Wróciwszy do zak adu, przejrza  si#
znowu. Z lustra patrzy  na& starzec. Kiedy spanikowany wybieg  na ulic#, wpad  na s!siada, który 
zapyta  go, czy widzia  mo%e zegarmistrza Blöcklina. Hermann rzuci  si# do ucieczki.
 

T# noc sp#dzi  w cuchn!cej knajpie w otoczeniu przeró%nej ma"ci m#tów i szumowin. By o 

mu wszystko jedno, gdzie i z kim b#dzie, byle nie zosta$ samemu. Czu , jak z ka%d! minut! jego 
skóra pokrywa si# dziesi!tkami zmarszczek. Mia  wra%enie, %e ko"ci zaraz mu si# rozpadn!, a 
oddech staje si# coraz ci#%szy.
 

Zbli%a a si# pó noc, kiedy jaki" nieznajomy zapyta  go, czy mo%e si# przysi!"$. Blöcklin 

spojrza  na&. By  to elegancki, przystojny, niespe na dwudziestoletni m odzieniec. Nie zna  go, 
chocia% ciemne okulary przys aniaj!ce twarz wyda y mu si# znajome. Serce skoczy o mu do gard a. 
Corelli*
 

Andreas Corelli usiad  naprzeciwko i wyj!  zegarek wykonany przez Blöcklina kilka dni 

temu. Zrozpaczony zegarmistrz zapyta  go, czy wie co" o przypad o"ci, która zacz# a go n#ka$. 
Dlaczego starzeje si# z sekundy na sekund#? Corelli pokaza  zegarek - wskazówki powoli kr#ci y 
si# w kierunku odwrotnym ni% zazwyczaj - i przypomnia  mu jego w asne s owa o tym, %e w o%y 
w t# robot# ca ! swoj! dusz#. Z tego te% powodu jego cia o i dusza starzej! si# z ka%d! minut!.
 

Blöcklin zdj#ty ob #dnym przera%eniem zacz!  b aga$ Corellego o pomoc. Powiedzia , %e 

gotów jest zrobi$ wszystko, odda$ cokolwiek w zamian za odzyskanie m odo"ci i w asnej duszy. 
Corelli u"miechn!  si# i spyta , czy aby jest tego ca kiem pewien. Zegarmistrz nie zawaha  si#: 
gotów jest na wszystko.
 

Corelli odpar  wówczas, %e odda zegarek, a wraz z nim dusz# zegarmistrza, w zamian za 

co", czego u%yteczno"$ i tak jest mocno w!tpliwa: za jego cie&. Blöcklin zdumiony zapyta , czy to 
jedyna cena, jak! ma zap aci$. Corelli przytakn!  i Blöcklin przysta  na propozycj#.
 

Niedawny klient Blöcklina wyj!  wówczas szklany flakonik, odkorkowa  go i po o%y  na 

stole. Blöcklin os upia y patrzy , jak jego cie&, porwany jakby przez wir powietrza, zostaje wessany 
do flakonu. Corelli po%egna  si# z Blöcklinem, wsta  i odszed .
 

Gdy tylko znikn!  w mrokach nocy, wskazówki zegarka w r#kach Blöcklina zacz# y si#

kr#ci$ w prawid owym kierunku.
 

Kiedy Blöcklin o "wicie wróci  do domu, jego twarz by a znowu twarz! m odego 

cz owieka. Zegarmistrz odetchn!  z ulg!. Niemniej czeka a go pewna niespodzianka. Jego kot 
Salman nie wyszed  mu na spotkanie. Zegarmistrz szuka  go po ca ym domu. Wreszcie go odnalaz . 
W osy stan# y mu d#ba z przera%enia. Zwierz# wisia o w jego warsztacie powieszone na kablu od 
lampy. Stó  by  przewrócony, a narz#dzia rozrzucone po pod odze. Jakby tr!ba powietrzna przesz a 
przez zak ad, niszcz!c wszystko, co napotka a na swej drodze. Ale to jeszcze nie koniec. (ciany 
by y pomazane. Kto" nabazgra  na nich niezrozumia e s owo:

Nilkcölb

 

Zegarmistrz przyjrza  si# obrzydliwemu napisowi. Dopiero po jakim" czasie zrozumia  jego 

znaczenie. To by o jego w asne nazwisko, napisane na wspak. Nilkcölb. Blöcklin. Jaki" szepcz!cy 
g os rozleg  si# za jego plecami i kiedy Blöcklin odwróci  si#, stan!  twarz! w twarz z samym sob!, 
ze swym ciemnym odbiciem, diabolicznym mira%em w asnej twarzy.

background image

 

I wtedy zrozumia . Mia  przed sob! swój w asny cie&. Prowokacyjnie przygl!daj!cy mu si#

cie&. Chcia  go z apa$, ale cie& za"mia  si# jak hiena i czmychn! . Blöcklin zatrwo%ony zobaczy , jak 
cie& wymyka si# z zak adu, trzymaj!c d ugi nó%, i znika w pó mroku.
 

Tej samej nocy dosz o do pierwszego morderstwa na Heinrichstrasse. Wielu "wiadków 

potwierdzi o w swych zeznaniach, i% widzieli zegarmistrza Blöcklina, jak z zimn! krwi! zadaje 
ciosy no%em %o nierzowi, który o "wicie mia  nieszcz#"cie znale'$ si# w zau ku. Policja 
zaaresztowa a podejrzanego i podda a przes uchaniom. Nast#pnej nocy, podczas gdy Blöcklin nadal 
przebywa  w areszcie, dokonano dwóch kolejnych morderstw. Po mie"cie rozesz y si# plotki o 
tajemniczym mordercy czyhaj!cym po zmroku w berli&skich zau kach na swoje ofiary. Blöcklin 
usi owa  wyja"ni$ "ledczym, o co w tym wszystkim chodzi, ale nikt go nie s ucha . Dziennikarze 
snuli przeró%ne domys y, postawili nawet hipotez#, %e morderca noc w noc wymyka si# ze swojej 
pilnie strze%onej celi, by dokona$ przera%aj!cych zbrodni, jakich Berlin do tej pory nie zna .
 

Strach przed cieniem z Berlina parali%owa  miasto przez dwadzie"cia pi#$ dni. Koniec tej 

przedziwnej sprawy by  równie nieoczekiwany i niewyt umaczalny co i jej pocz!tek. O "wicie 
dwunastego stycznia tysi!c dziewi#$set szesnastego roku cie& Hermanna Blöcklina w"lizgn!  si# do 
ponurego wi#zienia tajnej policji. Wartownik, który pe ni  stra% przy celi, zezna  pod przysi#g!, i%
widzia , jak Blöcklin zacz!  mocowa$ si# z jakim" cieniem i %e w pewnym momencie bójki 
zegarmistrz zada  cieniowi cios no%em. O "wicie zmiennik stra%nika natrafi  w celi na cia o 
Blöcklina z ran! w sercu.
 

Par# dni pó'niej zg osi  si# niejaki Andreas Corelli z propozycj! op acenia kosztów 

pochówku Blöcklina na berli&skim cmentarzu. W ostatniej drodze towarzyszyli zegarmistrzowi 
jedynie grabarz i ów dziwny osobnik w ciemnych okularach.
 

Seria morderstw na Heinrichstrasse pozostaje wci!% niewyja"niona, a policja berli&ska 

dot!d nie zamkn# a akt sprawy*
 

- Jejku - j#kn!  Dorian, gdy Lazarus sko&czy  sw! opowie"$. - To si# wydarzy o naprawd#?

 

Fabrykant zabawek u"miechn!  si#.

 

- Nie, ale by em pewien, %e ta historia bardzo przypadnie ci do gustu.

 

Dorian zatopi  wzrok w swojej fili%ance. Zrozumia , %e Lazarus specjalnie wymy"li  dla 

niego t# historyjk#, %eby móg  nieco zapomnie$ o strachu, którego si# najad  za spraw!
mechanicznego anio a. Niez y fortel, ale jednak tylko fortel. Lazarus poklepa  go pocieszaj!co po 
ramieniu.
 

- Odnosz# wra%enie, %e jest ju% za pó'no na zabawy w detektywów - stwierdzi . - Chod', 

odprowadz# ci# do domu.
 

- A nie powie pan nic mojej mamie? - zapyta  b agalnym tonem Dorian.

 

- Nie powiem, ale pod jednym warunkiem: przyrzeknij mi, %e nigdy ju% nie b#dziesz noc!

chodzi  do lasu, przynajmniej dopóki nie wyja"ni si# sprawa Hannah*
 

Spojrzeli sobie g #boko w oczy.

 

- Umowa stoi - zgodzi  si# ch opiec.

 

Lazarus u"cisn!  mu d o&, jakby w a"nie dobili targu, a nast#pnie, z tajemniczym 

u"miechem na ustach, podszed  do szafy i wyci!gn!  drewnian! skrzyneczk#. Wr#czy  j!
Dorianowi.
 

- Co to jest? - spyta  zaintrygowany ch opiec.

 

- Niespodzianka. Otwórz.

 

Dorian podniós  wieczko. W "wietle lamp zab ys a srebrna figurka wielko"ci jego d oni. 

Dorian spojrza  pytaj!co na Lazarusa. Fabrykant zabawek, zamiast wyja"ni$ mu, w czym rzecz, 
powiedzia :

background image

 

- Pozwól, %e zademonstruj# ci, jak to dzia a.

 

Wyj!  ze skrzynki figurk# i postawi  j! na stole, po czym delikatnie nacisn! . Figurka jakby 

o%y a. Rozpostar a skrzyd a. To by  anio . Podobny do tego, którego Dorian przed chwil! widzia , 
ale w mniejszej skali.
 

- Takiego ma ego chyba si# nie boisz?

 

Zachwycony Dorian przytakn! .

 

- Wobec tego to jest twój anio  stró%. B#dzie ci# chroni$ przed cieniami*

 

Lazarus odprowadzi  Doriana do Domu na Cyplu, t umacz!c mu po drodze wszelkie tajniki 

projektowania i konstruowania automatów i innych mechanizmów, których stopie&
skomplikowania i przemy"lno"$ wyda y si# Dorianowi bli%sze sztuce czarnoksi#skiej ni% naukom 
technicznym. Lazarus wiedzia  wszystko i zna  odpowiedzi na najtrudniejsze i najbardziej 
podchwytliwe pytania. Nie sposób by o go zagi!$. Kiedy wychodzili z lasu, Dorian by  ju% ca kiem 
zauroczony swoim nowym przyjacielem.
 

- Nie zapominaj o naszej umowie - powiedzia  na po%egnanie Lazarus. - )adnych nocnych 

wycieczek.
 

Dorian przytakn!  i skierowa  si# w stron# domu. Fabrykant zabawek nie ruszy  si# z 

miejsca, dopóki ch opak nie dotar  do swego pokoju i nie pomacha  mu z okna. Lazarus te% mu 
pomacha  i zag #bi  si# w cieniach lasu.
 

Dorian po o%y  si# do  ó%ka. U"miech nie schodzi  mu z ust. Wszystkie troski i l#ki ulotni y 

si# jak za dotkni#ciem czarodziejskiej ró%d%ki. Ch opiec otworzy  skrzyneczk# i wyci!gn!  z niej 
podarowanego mu przez Lazarusa mechanicznego anio a. By a to arcyprecyzyjna i przedziwnej 
urody robota. Skomplikowana konstrukcja przywodzi a na my"l fascynuj!ce nauki tajemne. Dorian 
postawi  go na pod odze przy  ó%ku i zgasi  "wiat o. Lazarus jest geniuszem. Oto w a"ciwe s owo. 
Dorian s ysza  je setki razy, zawsze zdziwiony, %e u%ywa si# go w sytuacjach, kiedy obdarzeni tym 
mianem %adn! miar! do niego nie dorastaj!. A on pozna  w a"nie prawdziwego geniusza. Co 
wi#cej, zaprzyja'ni  si# z nim.
 

Fal# entuzjazmu bardzo szybko wypar a narastaj!ca senno"$. Nagle Doriana ogarn# o 

zm#czenie. Wyobrazi  sobie, %e zostaje uczniem Lazarusa i dziedzicem jego wiedzy, konstruuje 
maszyn# tropi!c! i  owi!c! cienie, dzi#ki czemu uwalnia "wiat od gro'nej organizacji przest#pczej.
 

Dorian ju% spa , kiedy stoj!ca na pod odze figurka ni st!d, ni zow!d zacz# a powoli 

rozpo"ciera$ skrzyd a. G owa metalowego anio a przekr#ci a si# na bok, a r#ka unios a si#. Jego 
czarne oczy, dwie obsydianowe  zy, zab ys y w ciemno"ciach.

background image

8. Zagadka

 

Ju% trzeci dzie& Irène próbowa a dowiedzie$ si# czegokolwiek o Ismaelu, bez skutku. Nikt 

w miasteczku nie umia  jej pomóc. Ch opak znikn!  bez "ladu. Znikn# a równie% jego  ód'. Przez 
wybrze%e Normandii przechodzi  front burzowy, zaci!gaj!c niebo nad zatok! grub! warstw!
popielatych chmur, i nie zanosi o si# na to, by pogoda przez najbli%sze dni mia a si# poprawi$.
 

Ulice miasteczka zdawa y si# pogr!%one w letargu w ów d%d%ysty poranek, gdy Hannah 

odby a swoj! ostatni! drog# na male&ki cmentarz usytuowany na szczycie wzgórza znajduj!cego 
si# na pó nocnym wschodzie B #kitnej Zatoki. Kondukt odprowadzi  j! do cmentarnej bramy. 
Ko&cowa cz#"$ ceremonii pogrzebowej, na %yczenie rodziny, odby a si# ju% tylko w gronie 
najbli%szych zmar ej, podczas gdy mieszka&cy miasteczka rozchodzili si# do swych domów, w 
milczeniu wspominaj!c dziewczyn#.
 

Orszak z wolna rozprasza  si# w deszczu, a Lazarus zaproponowa , %e odwiezie Simone i jej 

dzieci do Domu na Cyplu. W tym w a"nie momencie Irène dostrzeg a samotn! posta$ Ismaela na 
skalistym wierzcho ku klifu wznosz!cego si# tu% przy cmentarzu. Ch opak wpatrywa  si# w 
o owiane morze. Wystarczy a krótka wymiana spojrze& mi#dzy Irène a matk!. Simone skin# a 
g ow!, pozwalaj!c córce odej"$. Gdy samochód Lazarusa oddala  si# od kapliczki "wi#tego 
Rolanda, Irène ju% wspina a si# "cie%k! prowadz!c! na szczyt klifu.
 

Na horyzoncie wida$ by o zapowied' zbli%aj!cej si# burzy, która rozcina a niebo bia ymi 

ostrzami b yskawic. Pod"wietlane fioletowym "wiat em chmury wygl!da y jak k #by dymu po 
eksplozji. Dziewczyna dotar a do Ismaela siedz!cego na skale ze spojrzeniem zagubionym w falach 
oceanu. W oddali wysepka z latarni! i cypel gin# y we mgle.

 

* * *

 

Gdy wrócili do miasteczka, Ismael niepytany opowiedzia  Irène, co robi  przez ostatnie trzy 

dni. Zacz!  swoj! opowie"$ od chwili, kiedy dotar a do niego wiadomo"$ o "mierci Hannah.
 

Odp yn!  na +Kyaneosie, w stron# wysepki z latarni!, usi uj!c uciec przed rozpacz!, cho$ i 

tak nie by o od niej ucieczki. Po d ugiej nocy nasta  wreszcie "wit, który pozwoli  mu 
uporz!dkowa$ nat ok my"li i skoncentrowa$ si# na jednym zadaniu, jedynym "wiate ku w tym 
mrocznym tunelu: musi odnale'$ sprawc# tragedii i wymierzy$ mu sprawiedliwo"$. Pragnienie 
zemsty wydawa o si# jedynym lekarstwem zdolnym ukoi$ ból.
 

Dotychczasowe ustalenia %andarmerii nie przekonywa y go zupe nie. Nadzwyczajna 

dyskrecja, z jak! w adze lokalne prowadzi y "ledztwo, wyda a mu si# co najmniej podejrzana. 
Nast#pnego dnia rano Ismael postanowi  wszcz!$ dochodzenie na w asn! r#k#. Za wszelk! cen#. W 
tej grze trzeba by o zapomnie$ o jakichkolwiek zasadach. Tej samej nocy w ama  si# do pracowni 
doktora Giraud. Pos uguj!c si# w asnym sprytem i paroma narz#dziami, zdo a  pokona$ k ódki i 
 a&cuchy broni!ce mu dost#pu.
 

Irène s ucha a, ju% to z niedowierzaniem, ju% to z niepomiernym zdziwieniem, jak Ismael 

dotar  do prosektorium i odczekawszy w oparach formaliny i w widmowym pó mroku, a% doktor 
Giraud pójdzie do domu, odszuka  w kartotece doktora teczk# z dokumentami dotycz!cymi "mierci 
Hannah.
 

Sk!d u niego tyle zimnej krwi niezb#dnej, by zdoby$ si# na podobny wyczyn, trudno by o 

stwierdzi$, bo na pewno nie doda y mu odwagi le%!ce na sto ach dwa trupy przykryte p ótnem. 
By y to zw oki dwóch nurków, których ubieg ej nocy porwa  zdradliwy pr!d w przesmyku La 
Rochelle, kiedy próbowali wydoby$  adunek rozbitego dawno temu o podwodne ska y %aglowca.

background image

 

Irène, blada jak porcelanowa figurka, wys ucha a mrocznej opowie"ci od pocz!tku do 

ko&ca, ze wszystkimi makabrycznymi szczegó ami,  !cznie z tym, jak Ismael potkn!  si# o stó  do 
sekcji zw ok. Odetchn# a z ulg! dopiero wtedy, kiedy narrator opowie"ci znalaz  si# poza murami 
pos#pnego budynku. Ismael szybko schroni  si# w swej  odzi, by tam przez kilka godzin wertowa$
zebrane w teczce dokumenty, usi uj!c przebi$ si# przez g!szcz s ów i medyczny %argon doktora 
Giraud.
 

Irène prze kn# a "lin#.

 

- I co jej si# sta o? - wydusi a z siebie.

 

Ismael spojrza  Irène prosto w oczy. Dziewczyna dostrzeg a w jego oczach dziwny b ysk.

 

- Nie wiedz!, co si# sta o. Ale wiedz!, dlaczego umar a. Wed ug raportu oficjalnym 

powodem "mierci jest zatrzymanie akcji serca - zacytowa . - Ale w ko&cowych wnioskach Giraud 
stwierdza, %e w jego mniemaniu Hannah zobaczy a w lesie co", co wywo a o u niej atak paniki.
 

Panika. Raz i drugi to s owo rozbrzmia o w g owie Irène. Jej przyjació ka Hannah umar a ze 

strachu i to co", czego si# przestraszy a, cokolwiek to jest, nadal przebywa w lesie.
 

- To by a niedziela, prawda? - zapyta a Irène. - Tego w a"nie dnia co" si# musia o sta$*

 

Ismael pokiwa  g ow!. Nie by o w!tpliwo"ci, %e ch opak doszed  do tego samego wniosku 

znacznie wcze"niej ni% Irène.
 

- Albo w nocy z soboty na niedziel# - zasugerowa .

 

Irène spojrza a na niego pytaj!co.

 

- Hannah sp#dzi a t# noc w Cravenmoore. Nast#pnego dnia "lad po niej zagin! . A potem 

znaleziono jej zw oki w lesie - podsumowa  ch opak.
 

- Masz jakie" podejrzenia?

 

- By em w lesie. S! "lady. Po amane ga #zie. Dosz o do jakiej" walki. Kto" "ciga  Hannah. 

Od rezydencji.
 

- Od Cravenmoore?

 

Ismael znów przytakn! .

 

- Musimy si# dowiedzie$, co takiego si# sta o przed jej znikni#ciem. By$ mo%e to wyja"ni, 

kto "ciga  j! w lesie.
 

- A jak mamy si# tego dowiedzie$? Przecie% policja* - zacz# a Irène.

 

- Jest tylko jeden sposób.

 

- Cravenmoore - szepn# a Irène.

 

- Otó% to. Dzi" w nocy.

 

* * *

 

Zmierzch rozdziera  miedzianymi szczelinami burzowe chmury nadchodz!ce znad 

horyzontu. Noc, rozpo"cieraj!c cienie nad zatok!, pozostawia a jednak na sklepieniu nieba lufcik 
jasno"ci, dzi#ki któremu mo%na by o podziwia$ kr!g "wiat a roztaczany przez dope niaj!cy si#
ksi#%yc. Srebrnawa po"wiata rysowa a wzorzyste odblaski w pokoju Irène. Dziewczyna na chwil#
unios a wzrok znad pami#tnika Almy Maltisse i spojrza a na cia o niebieskie %yczliwie u%yczaj!ce 
jej poblasku. Za dwadzie"cia cztery godziny b#dzie pe nia. Trzecia pe nia lata. Noc ulicznej 
maskarady w B #kitnej Zatoce.
 

Ale teraz, w tym momencie, ksi#%yc nabra  dla niej innego znaczenia. Niebawem dojdzie do 

jej sekretnego spotkania z Ismaelem na progu lasu Cravenmoore. Zamiar zapuszczenia si# w t#
nieprzebyt! g#stwin# wyda  jej si# teraz pomys em niezbyt rozs!dnym. A w a"ciwie, nazywaj!c 
rzecz po imieniu, ca kowit! g upot!. Z drugiej jednak strony nie mog a przecie% zawie"$ Ismaela, 
tym bardziej %e wspar a nie tak dawno pomys  ch opca, by uda$ si# do rezydencji Lazarusa Janna i 

background image

tam próbowa$ odnale'$ odpowiedzi, które wyja"ni yby zagadk# "mierci Hannah. Nie potrafi a 
jako" uporz!dkowa$ swoich my"li, wi#c wzi# a pami#tnik Almy Maltisse i schroni a si# w jej 
wyznaniach.

$Od trzech dni nie mam o nim #adnych wie"ci. Bez s owa wyjecha  o pó nocy, 

przekonany, #e je"li oddali si& ode mnie, cie) pod%#y za nim. Nie chcia  mi powiedzie(, dok%d si&
udaje, ale mam podejrzenia, #e znalaz  schronienie na wysepce z latarni%. Zawsze tam ucieka  w 
poszukiwaniu spokoju, teraz za" odnosz& wra#enie, #e tym razem wybra  to miejsce jak 
przera#one dziecko, które ma stawi( czo o swemu koszmarowi. Jego nieobecno"( zmusi a mnie 
jednak do podania w w%tpliwo"( wszystkich moich dotychczasowych przekona). Przez te trzy dni 
cie) si& nie pojawi . Nie ruszy am si& z sypialni, otoczona "wiat ami, "wiecami i lampkami 
oliwnymi. W ca ym domu by o jasno, "wiat o dociera o do ka#dego, nawet najmniej dost&pnego 
zakamarka. Trudno by o mi zasn%(.

Gdy pó'n% noc% pisz& te s owa, mog&, mimo lekkiej mg y, dostrzec przez okno wysepk& z 

latarni%. Po"ród ska  migoce "wiate ko. Wiem, #e to on, odosobniony w wi&zieniu, na które sam si&
skaza . Nie mog& tu zosta(. Ani godziny d u#ej. Temu koszmarowi musimy przeciwstawi( si&
razem i tylko razem. A je"li w tej walce przyjdzie zgin%(, to te# powinni"my zgin%( razem.

Ma o mnie obchodzi, czy ten ob &d b&dzie trwa  jeden dzie) wi&cej, czy jeden dzie) mniej. 

Jestem przekonana, #e cie) nie da nam spokoju. Jeszcze jeden taki tydzie) jak ten ostatni by by 
ponad moje si y. Moje sumienie jest czyste, a moja dusza pogodzona sama z sob%. Strach, który 
odczuwa am wcze"niej, ust%pi  teraz miejsca zm&czeniu i brakowi nadziei.

Jutro, podczas gdy ca e miasteczko bawi( si& b&dzie na rynku na balu maskowym, 

poszukam w porcie jakiej"  ódki i pop yn& do niego. Nie obchodz% mnie konsekwencje. Gotowa 
jestem je ponie"(. Wystarczy mi, #e b&d& u jego boku, #e b&d& mog a s u#y( mu pomoc%, do 
samego ko)ca.

Co" mi podpowiada, #e by( mo#e mamy jeszcze jak%" szans&, by znowu zacz%( #y(

normalnie, szcz&"liwie, spokojnie. Niczego wi&cej nie pragn&$
 

Odg os rzuconego o szyb# kamyczka wyrwa  Irène z lektury. Zamkn# a pami#tnik i 

wyjrza a przez okno. Ismael czeka  na ni! przy drodze do lasu. Gdy wk ada a gruby we niany 
sweter, ksi#%yc powoli chowa  si# za chmury.

 

* * *

 

Irène bacznie przyjrza a si# matce ze szczytu schodów. Simone, nie pierwszy zreszt! raz, 

zapad a w sen, siedz!c w swym ulubionym fotelu, przy oknie wychodz!cym na zatok#. Na podo ku 
sukni le%a a ksi!%ka, a okulary do czytania zsun# y si# z nosa Simone i zwisa y na  a&cuszku 
niczym przewrócone na górce saneczki. W k!cie drewniane radio z rze'bionymi motywami 
secesyjnymi szepta o kolejny odcinek mro%!cego krew w %y ach serialu kryminalnego. Maj!c 
nadziej#, %e szmer radia przyt umi jej kroki, Irène przemkn# a na paluszkach przed matk! i wesz a 
do kuchni, z której mo%na by o wyj"$ do ogrodu na ty ach. Ca a operacja trwa a nie d u%ej ni%
pi#tna"cie sekund.
 

Ismael czeka  na ni!, ubrany w skórzan! kurtk#, robocze spodnie i buty, które wygl!da y 

tak, jakby przeszed  w nich do Stambu u i z powrotem, i to nie jeden raz. Nocna bryza nawiewa a 
zimn! mg # nad zatok#, rozwieszaj!c nad lasem mleczne girlandy.
 

Irène zapi# a sweter a% pod sam! szyj# i w odpowiedzi na pytaj!ce spojrzenie ch opca 

przytakn# a tylko w milczeniu. Nie zamieniwszy ani s owa, weszli na "cie%k# prowadz!c! w g !b 
lasu. W ciemno"ciach rozbrzmiewa y niepokoj!ce, tajemnicze d'wi#ki. Ga #zie poruszane wiatrem 
zag usza y ryk fal rozbijaj!cych si# o klif. Irène sz a z Ismaelem przez ciemn! g#stwin#. Zza 

background image

zwa ów p#dz!cych po niebie chmur od czasu do czasu wygl!da  ksi#%yc, spowijaj!c drzewa 
upiornym, pulsuj!cym poblaskiem. W po owie drogi Irène wzi# a Ismaela za r#k# i nie wypuszcza a 
jej a% do chwili, gdy wyros a przed nimi masywna bry a Cravenmoore.
 

Na znak ch opca zatrzymali si# za pniem drzewa "miertelnie ranionego piorunem. Na kilka 

sekund ksi#%yc rozdar  g#st! kurtyn# aksamitnych chmur. Jego promienie pad y na elewacj#
Cravenmoore, wydobywaj!c z ciemno"ci reliefy i wie%yczki rezydencji przypominaj!cej 
chimeryczn!, z owrog! katedr# zagubion! w sercu zakl#tego lasu. Potem ulotna wizja zgas a i 
trójk!t z ocistego "wiat a rozla  si# u stóp budowli. W g ównych drzwiach ukaza a si# posta$
Lazarusa Janna. Fabrykant zamkn!  za sob! drzwi, zszed  po schodach i skierowa  swe kroki na 
"cie%k# biegn!c! skrajem lasu.
 

- To Lazarus. Wychodzi na swoj! conocn! przechadzk# - wymamrota a Irène.

 

Ismael przytakn!  bez s owa i przytrzyma  dziewczyn#, nie spuszczaj!c z oka fabrykanta 

zabawek, który szed  teraz w stron# lasu, prosto na nich. Irène spojrza a pytaj!co na Ismaela. 
Ch opak westchn!  i nerwowo rozejrza  si# wokó . Kroki Lazarusa rozbrzmiewa y coraz bli%ej. 
Ismael chwyci  Irène za rami# i popchn!  j! w stron# pnia martwego drzewa.
 

- Do "rodka. Szybko - wyszepta .

 

We wn#trzu pnia unosi  si# ci#%ki zapach wilgoci i zmursza ego drewna. Z zewn!trz, przez 

niewielkie otwory na ca ej d ugo"ci martwego pnia, s!czy o si# md e "wiat o, rysuj!c co" na kszta t 
"wietlnej drabiny wspinaj!cej si# a% pod sklepienie tej niby-pieczary. Irène spojrza a w gór#. Ciarki 
przesz y jej po plecach. Dwa metry nad sob! ujrza a rz!d l"ni!cych punkcików. Oczy. Z jej gard a 
wyrwa  si# niemy krzyk - Ismael zd!%y  zas oni$ jej usta d oni!. Ch opak trzyma  j! mocno, nie 
pozwalaj!c jej wyswobodzi$ si# z u"cisku.
 

- To tylko nietoperze, na lito"$ bosk!. Sied' spokojnie - szepn!  jej do ucha.

 

Kroki Lazarusa okr!%y y pie& i skierowa y si# w g#stwin#.

 

Ismael nie zdj!  r#ki z ust Irène, dopóki kroki fabrykanta zabawek nie umilk y zupe nie. 

Niewidzialne skrzyd a nietoperzy poruszy y si# w ciemno"ci. Irène poczu a na twarzy zimny 
powiew i kwa"ny odór zwierz!t.
 

- A my"la em, %e nie boisz si# nietoperzy - powiedzia  Ismael. - No dobra, idziemy.

 

Irène posz a za nim przez ogród Cravenmoore. Obeszli rezydencj#, chc!c dosta$ si# do niej 

od ty u. Irène ca y czas powtarza a sobie, %e nikogo nie ma w domu. Nikt nie mo%e ich 
obserwowa$, to tylko z udzenie.
 

Dotarli do skrzyd a s!siaduj!cego z dawn! fabryk! zabawek i stan#li przed drzwiami, które, 

jak im si# wydawa o, prowadzi y do warsztatu albo sali monta%owej. Ismael wyj!  z kieszeni 
scyzoryk i otworzy  go. Ostrze zab ys o w ciemno"ci. Ch opiec wpierw delikatnie dotkn!  zamka 
palcami, a pó'niej wsun!  ko&cówk# ostrza.
 

- Odsu& si# troch#. Potrzebuj# wi#cej "wiat a.

 

Irène cofn# a si# kilka kroków. Spróbowa a przebi$ wzrokiem panuj!ce w fabryce zabawek 

ciemno"ci. Szyby zdawa y si# przydymione wieloletnim opuszczeniem i nie sposób by o dostrzec, 
co kryje si# za nimi.
 

- No dalej, dalej - mamrota  pod nosem Ismael, mocuj!c si# z zamkiem.

 

Irène spojrza a na niego, staraj!c si# nie zwraca$ uwagi na wewn#trzny g os, który mówi 

jej, %e w amywanie si# na teren cudzej posiad o"ci nie jest najlepszym pomys em. W ko&cu zamek 
ust!pi  z cichutkim trzaskiem. U"miech rozja"ni  twarz Ismaela. Drzwi uchyli y si# na kilka 
centymetrów.
 

- Bu ka z mas em. - Ismael popchn!  drzwi.

 

- Musimy si# pospieszy$ - powiedzia a Irène. - Lazarus pewnie nied ugo wróci.

background image

 

Ismael wszed  do "rodka. Irène westchn# a g #boko i posz a za nim. W bladym "wietle 

wpadaj!cym do wn#trza wznosi y si#, niczym bia e opary, g#ste tumany kurzu. Pomieszczenie 
przesycone by o ostrym chemicznym zapachem. Kiedy Ismael zamkn!  drzwi za swoimi plecami, 
oboje znale'li si# w "wiecie nieprzeniknionych, tajemniczych cieni. Dawna fabryka zabawek 
Lazarusa Janna wydawa a si# spa$ wiecznym snem.
 

- Nic nie widz# - szepn# a Irène, z ca ych si  powstrzymuj!c si#, by nie rzuci$ si# do 

natychmiastowej ucieczki.
 

- Musimy poczeka$, a% nasze oczy przyzwyczaj! si# do ciemno"ci. To potrwa tylko chwil# - 

powiedzia  Ismael zupe nie bez przekonania.
 

Jednak chwila min# a i wbrew zapewnieniom Ismaela nic si# nie zmieni o. Zas ona czerni 

przys aniaj!ca fabryk# Lazarusa wcale si# nie rozproszy a. Irène usi owa a odgadn!$, w któr!
stron# powinni si# skierowa$, kiedy zauwa%y a nieruchom!, majestatyczn! posta$ stoj!c! zaledwie 
kilka metrów przed nimi.
 

Serce podskoczy o jej do gard a.

 

- Ismaelu, kto" tu jest* - wyj!ka a, z ca ej si y wczepiaj!c si# w rami# ch opca.

 

Ismael spróbowa  przenikn!$ wzrokiem pó mrok i prze kn!  "lin#. W powietrzu unosi a si#

posta$ z rozwartymi ramionami. Sylwetka ko ysa a si# powoli, jak wahad o, a na plecy sp ywa y jej 
d ugie w osy. Ch opak si#gn!  dr%!cymi palcami do kieszeni kurtki i wyj!  pude ko zapa ek. 
Unosz!ca si# posta$ nie wykonywa a %adnego ruchu jak %ywy pos!g gotów skoczy$ na nich, gdy 
tylko pojawi si# p omyk.
 

Ismael potar  zapa k# o drask#. Wybuch p omienia o"lepi  ich na chwil#. Irène z apa a 

Ismaela za rami#.
 

W chwil# pó'niej to, co ukaza o si# jej oczom, "ci# o jej krew w %y ach. Poczu a, %e mi#"nie 

odmawiaj! jej pos usze&stwa. Przed ni! ko ysa o si# w migotliwym p omyku zapa ki cia o jej matki, 
Simone, zwisaj!c z rozpostartymi ramionami z sufitu.
 

- Mój Bo%e*

 

Posta$ zacz# a obraca$ si# powoli wokó  w asnej osi, ukazuj!c po chwili sw! drug! stron#. 

W nik ym "wietle b ysn# y kable i trybiki. Twarz podzielona by a na dwie po ówki. Tylko jedna z 
nich by a doko&czona.
 

- To po prostu maszyna, najzwyczajniejsza w "wiecie maszyna - odezwa  si# Ismael, 

usi uj!c uspokoi$ Irène.
 

Irène odwa%y a si# spojrze$ na makabryczn! podobizn# Simone. To by y jej rysy. Jej 

w osy, ten sam kolor oczu. Najdrobniejszy szczegó  jej skóry, ka%dy rys jej twarzy zosta y 
odtworzone w masce pozbawionej wyrazu i przyprawiaj!cej o dreszcze.
 

- Co si# tutaj dzieje? - ledwie wykrztusi a.

 

Ismael wskaza  na co", co wygl!da o jak drzwi wej"ciowe w g #bi warsztatu.

 

- Chod'my tamt#dy - wskaza , odci!gaj!c Irène od tego miejsca i pos#pnej postaci wisz!cej 

w powietrzu.
 

Oszo omiona dziewczyna ruszy a za nim, wci!% nie mog!c otrz!sn!$ si# z tego, co przed 

chwil! widzia a.
 

P omyk trzymanej przez Ismaela zapa ki zgas  chwil# pó'niej i ponownie oboje znale'li si#

w ca kowitej ciemno"ci.
 

Gdy tylko dotarli do drzwi prowadz!cych do wn#trz Cravenmoore, kobierzec cieni, który 

wcze"niej rozpostar  si# u ich stóp, zwin!  si# po ich przej"ciu jak p atki czarnego kwiatu i 
nabieraj!c masy, zacz!  przesuwa$ si# po "cianach. Cie& skierowa  si# ku sto om warsztatu. Jego 
czarny "lad pad  na bia e p ótno os aniaj!ce posta$ owego mechanicznego anio a, którego Lazarus 

background image

pokaza  poprzedniej nocy Dorianowi. Powoli cie& wcisn!  si# pod materia , po czym jego masa jak 
para przedosta a si# poprzez spojenia do metalowej konstrukcji.
 

Znikn!  wewn!trz metalowego anio a. Niebawem warstwa szronu zacz# a rozprzestrzenia$

si# i pokrywa$ cia o maszyny, tworz!c lodow! paj#czyn#. Po chwili oczy anio a otworzy y si#
ostro%nie. W ciemno"ci b ys y dwa %arz!ce si# rubiny.
 

Olbrzymia posta$ powoli usiad a i rozpostar a swoje skrzyd a. Nast#pnie stan# a na ziemi 

wpierw jedn! nog!, potem drug!. Pazury porysowa y drewniany blat sto u. W sie$ niebieskawego 
"wiat a unosz!cego si# w powietrzu wpad a spirala dymku po zapa ce rzuconej przez Ismaela na 
pod og#. Anio  postawi  pierwsze kroki i poczuwszy si# pewnie, znikn!  w mroku, pod!%aj!c 
"ladem Ismaela i Irène.

background image

9. Nocne metamorfozy

 

Daleki odg os uporczywego stukania wyrwa  Simone ze "wiata wiruj!cych w ta&cu akwarel 

i ksi#%yców stapiaj!cych si# w monety z p ynnego srebra. Po chwili ciszy stukot rozleg  si# znowu, 
tym razem ca kowicie wybijaj!c Simone ze snu i u"wiadamiaj!c jej, %e raz jeszcze sen okaza  si#
jednak silniejszy i od niej, i od usilnej ch#ci dotarcia do ko&ca rozdzia u przed pó noc!. Gdy si#ga a 
po swoje okulary do czytania, znowu us ysza a ów natarczywy d'wi#k, ale tym razem zdo a a go 
rozpozna$ i zlokalizowa$. Kto" delikatnie puka  kostkami palców w okno wychodz!ce na ganek. 
Simone wsta a i pozna a u"miechaj!c! si# zza szyby twarz Lazarusa. Poczu a, jak nagle jej policzki 
si# czerwieni!. Podchodz!c do drzwi, rzuci a okiem na swoje odbicie w lustrze wisz!cym w 
przedpokoju. Zgroza.
 

- Dobry wieczór, madame Sauvelle. Mo%e przyszed em nie w por#* - odezwa  si# Lazarus.

 

- )adn! miar!. Ja* Szczerze mówi!c, czyta am ksi!%k# i wstyd si# przyzna$, ale zasn# am.

 

- To oznacza, %e powinna pani natychmiast wzi!$ si# do czytania innej ksi!%ki - skwitowa 

Lazarus.
 

- Te% tak s!dz#. Ale prosz# wej"$.

 

- Nie chcia bym przeszkadza$.

 

- Prosz# nie mówi$ g upstw. Zapraszam do "rodka.

 

Lazarus skin!  grzecznie g ow! i wszed  do domu. Szybko omiót  oczami pomieszczenie.

 

- Nigdy Dom na Cyplu nie wygl!da  lepiej - stwierdzi . - Gratuluj#.

 

- To zas uga Irène. To ona jest nasz! dekoratork!. Poda$ herbaty? Mo%e kawy?

 

- My"l#, %e herbata by aby w sam raz, ale*

 

- )adnego ale. Ja te% z przyjemno"ci! si# napij#.

 

Ich spojrzenia zetkn# y si# przez u amek sekundy. Lazarus ciep o si# u"miechn! . Simone, 

speszona nagle, uciek a wzrokiem w bok i skupi a si# na zaparzaniu herbaty.
 

- Pewnie zastanawia si# pani nad powodem mojej wizyty - zacz!  fabrykant zabawek.

 

Nie inaczej, odpar a w my"lach Simone.

 

- No có%, co wieczór przechadzam si# po lesie, nierzadko dochodz!c do ska  nadmorskich. 

Te spacery pomagaj! mi si# zrelaksowa$ - dobieg  do niej g os Lazarusa.
 

Mi#dzy nimi zapad a chwila ciszy, zm!conej jedynie d'wi#kiem wody nalewanej do 

imbryczka.
 

- Czy s ysza a pani o dorocznym balu maskowym w B #kitnej Zatoce, madame Sauvelle?

 

- W ostatni! pe ni# sierpnia* - przypomnia a sobie madame Sauvelle.

 

- Otó% to. Zastanawia em si#* Prosz# przyj!$ do wiadomo"ci, %e moja propozycja do 

niczego pani nie zobowi!zuje, w przeciwnym razie nie odwa%y bym si#, to znaczy, nie wiem, czy 
wyra%am si#*
 

Lazarus sprawia  wra%enie stremowanego uczniaka. Ona u"miechn# a si# %yczliwie.

 

- Zastanawia em si#, czy by aby pani tak mi a i raczy a przyj!$ zaproszenie do 

towarzyszenia mi na tegorocznym balu - wyrzuci  w ko&cu z siebie.
 

Twarz Simone spowa%nia a. U"miech Lazarusa prys  w mgnieniu oka.

 

- Przepraszam. Nie powinienem by  wyst#powa$ z tak! propozycj!. Prosz# mi wybaczy$

moj! "mia o"$*
 

- Z cukrem czy bez cukru? - uci# a Simone bez cienia osch o"ci.

 

- Prosz#?

 

- Herbat#. Z cukrem czy bez?

background image

 

- Dwie  y%eczki prosz#.

 

Simone kiwn# a g ow! i powoli wsypa a do jego fili%anki dwie  y%eczki, po czym poda a 

Lazarusowi herbat# i u"miechn# a si# do&.
 

- Mo%e urazi em pani!*

 

- Nie, sk!d%e. Po prostu nie jestem przyzwyczajona, by zapraszano mnie na ta&ce. Ale z 

wielk! przyjemno"ci! b#d# panu towarzyszy$ - odpowiedzia a Simone zaskoczona podj#t! przez 
siebie decyzj!.
 

Twarz Lazarusa rozpromieni a si# w szerokim u"miechu. Przez chwil# Simone poczu a si#, 

jakby uby o jej trzydzie"ci lat, cho$ zaraz nasz y j! w!tpliwo"ci, czy aby takie wra%enie nie jest tyle%
mi e, co "mieszne. Zda a sobie spraw#, %e ogarnia j! niebezpieczne oszo omienie, silniejsze od 
wstydu, pow"ci!gliwo"ci i wyrzutów sumienia. Zapomnia a ju%, jak pokrzepiaj!co dzia a 
"wiadomo"$, %e kto" zwraca na ni! uwag#.
 

Dziesi#$ minut pó'niej oboje kontynuowali rozmow#, ale ju% na ganku Domu na Cyplu. 

Morska bryza ko ysa a wisz!cymi lampkami naftowymi. Lazarus, siedz!c na drewnianej por#czy, 
spogl!da  na faluj!ce korony le"nych drzew i czarne szemrz!ce morze.
 

Simone patrzy a na twarz fabrykanta zabawek.

 

- Bardzo si# ciesz#, %e dom przypad  pa&stwu do gustu - powiedzia  Lazarus. - Czy dzieci 

przystosowa y si# jako" do %ycia w B #kitnej Zatoce?
 

- Nie mam powodów, %eby si# skar%y$. Wprost przeciwnie. Irène nawet znalaz a sobie 

absztyfikanta w miasteczku. Ismael. Zna go pan?
 

- Ismael* tak, oczywi"cie. Mówi!, %e to porz!dny ch opak - odpar  Lazarus z pewn!

rezerw!.
 

- Tak! mam nadziej#. Aczkolwiek wci!% czekam, a% córka mi go przedstawi.

 

- Dzieciaki takie s!. Prosz# postawi$ si# w ich sytuacji* - jakby usprawiedliwiaj!co mówi 

Lazarus.
 

- Chyba pope niam ten sam b !d co wszystkie matki: o"mieszam si#, zachowuj!c si#

nadopieku&czo wobec mojej nieomal pi#tnastoletniej ju% córki.
 

- No có%, to ca kiem naturalne.

 

- Nie s!dz#, by podziela a t# opini#.

 

Lazarus u"miechn!  si#, ale nic nie powiedzia .

 

- Wie pan co" o tym ch opcu? - zapyta a Simone.

 

- O Ismaelu?* Prawd# mówi!c, niewiele* - zacz! . - Wiem, %e jest dobrym %eglarzem. 

Zdaje si#, %e ma opini# ch opca skrytego i w a"ciwie odludka, unikaj!cego kontaktów z lud'mi. Ale 
prosz# wzi!$ poprawk# na to, %e ja %yj# nieco na marginesie lokalnej spo eczno"ci* Niemniej 
uwa%am, %e nie ma pani najmniejszych powodów do niepokoju.

 

* * *

 

Echo g osów wspina o si# do okna sypialni niczym kapry"na spirala dymu z niedbale 

zgaszonego papierosa; nie sposób by o je ignorowa$. Szum morza nie zag usza  do ko&ca s ów 
Lazarusa i Simone rozmawiaj!cych na ganku, chocia% Dorian w gruncie rzeczy wola by, by 
rozmowa ta nigdy nie dotar a do jego uszu. W ka%dym zdaniu, w ka%dej zmianie intonacji by o co", 
co go niepokoi o. Co", z czego nie do ko&ca zdawa  sobie spraw# i czego nie potrafi by nazwa$, 
jaka" niewidzialna obecno"$, która zdawa a si# przesyca$ t# konwersacj# od samego pocz!tku.
 

By$ mo%e chodzi o tylko o to, %e s ysza , jak jego matka gaw#dzi z wyra'n! przyjemno"ci!

z innym m#%czyzn!, chocia% m#%czyzn! tym by  Lazarus, którego Dorian uwa%a  przecie% za 
przyjaciela. Mo%e przeszkadza a mu za%y o"$, z jak! oboje wydawali si# rozmawia$. A mo%e, 

background image

pomy"la  w ko&cu Dorian, chodzi o o zwyk ! zazdro"$ i niedorzeczne przekonanie, %e jego matka 
nie powinna ju% nigdy w %yciu czerpa$ przyjemno"ci z przebywania z innym m#%czyzn!. 
Przekonanie skrajnie egoistyczne. Egoistyczne i niesprawiedliwe. W ko&cu Simone by a nie tylko 
jego matk!, by a te% kobiet! z krwi i ko"ci i oprócz towarzystwa swoich dzieci potrzebowa a 
przyjació . Czyta  o tym w ksi!%kach. Dorian jeszcze raz powtórzy  ca e rozumowanie od pocz!tku. 
W teorii wszystko si# zgadza o. W praktyce - ju% nie bardzo.
 

Nie"mia o, nie zapalaj!c w pokoju "wiat a, Dorian podszed  do okna i ukradkiem wyjrza  na 

ganek. +Egoista i w dodatku szpieg,, przebieg o mu przez my"l. Znalaz  si# teraz w nader 
dogodnym miejscu do szpiegowania. Ujrza  cie& swojej matki na pod odze ganku. Zobaczy  te%
Lazarusa, który sta , wpatruj!c si# w czarne, nieprzeniknione morze. Dorian prze kn!  "lin#. 
Podmuch wiatru poruszy  zas onami, za którymi skry  si# ch opiec; Dorian instynktownie cofn!  si#
kilka kroków. G os jego matki wypowiedzia  jakie" niezrozumia e s owa. +Nie powinienem wtyka$
nosa w nie swoje sprawy,, pomy"la  zawstydzony.
 

Ju% mia  odej"$ bezszelestnie od okna, kiedy dostrzeg  k!tem oka jaki" ruch. Odwróci  si#

natychmiast w tym kierunku, czuj!c, jak w osy je%! mu si# na g owie. Pokój pogr!%ony by  w 
ciemno"ciach tu i ówdzie porozcinanych snopami b #kitnego "wiat a s!cz!cego si# przez faluj!ce 
zas ony. Powoli namaca  nocny stolik, chc!c zapali$ lampk#. Drewno by o zimne. Jego palce przez 
kilka sekund nie mog y znale'$ w !cznika. Kiedy wreszcie na niego natrafi , natychmiast go 
nacisn! . Metalowy drucik %arówki rozb ys  przez chwil# w!t ym "wiat em, po czym zgas  z 
przeci!g ym westchnieniem. Mglisty odb ysk o"lepi  go na chwil#. Potem ciemno"$ zg#stnia a 
jakby jeszcze bardziej, zmieniaj!c si# w otch a& czarnej wody.

+)arówka si# przepali a - pomy"la . - To nic niezwyk ego. Metal, z którego wykonany jest 

%arnik, wolfram, ma ograniczony czas pracy. Uczy em si# o tym w szkole,.
 

Ale wszystkie te uspokajaj!ce argumenty rozwia y si# jak dym, gdy Dorian znów zauwa%y 

to poruszenie po"ród ciemno"ci. Zda o mu si#, %e cienie nagle o%y y.
 

Zrobi o mu si# zimno. Przed nim sta  jaki" ciemny kszta t, który wyra'nie si# porusza . 

Czarna nieprzejrzysta posta$ zatrzyma a si# na "rodku pokoju. +Obserwuje mnie,, powiedzia 
Dorianowi jaki" wewn#trzny g os. Potem cie& znów zacz!  i"$ ku niemu i Dorian przekona  si#, %e 
to nie pod oga si# trz#sie, tylko jego kolana. Parali%owa  go strach na my"l o tym, %e ta czarna 
zjawa, krok po kroku, podchodzi coraz bli%ej.
 

Dorian cofa  si#, dopóki nie stan!  w kr#gu bladego "wiat a przedzieraj!cego si# przez 

zas ony. Zjawa nie o"mieli a si# go przekroczy$. Ch opak czu , %e zaraz zacznie zgrzyta$ z#bami, 
wi#c z ca ej si y zacisn!  szcz#ki i opar  si# pokusie, by zamkn!$ oczy. Nagle w sypialni rozleg  si#
jaki" g os. Dorian ze zdumieniem stwierdzi , %e to on sam przemówi . W dodatku pewnym tonem, 
bez krzty l#ku.
 

- Wyno" si# st!d! - wymamrota  Dorian w kierunku ciemno"ci. - Wynocha, powiedzia em!

 

W odpowiedzi us ysza  straszliwy d'wi#k, który wydawa  si# echem dalekiego "miechu, 

okrutnego i do szpiku ko"ci z ego. W tej samej chwili rysy twarzy cienia ukaza y si# na moment w 
mroku niczym mira% nad obsydianow! toni!. Czarne jak smo a. Demoniczne.
 

- Wyno" si# st!d! - powtórzy  Dorian.

 

Czarna chmura rozwia a si# na jego oczach i cie& niczym roz%arzony ogon komety przelecia 

przez ca y pokój ku drzwiom, by tam przeistoczy$ si# w fantasmagoryczn! spiral#, która wkr#ci a 
si# w dziurk# od klucza. Mroczne tornado niesione przez niewidzialn! si #.
 

Dopiero wtedy druciki %arówki ponownie roz%arzy y si# i tym razem ciep e "wiat o zala o 

pokój. O"lepiony nag ym rozb yskiem Dorian chcia  wrzasn!$, ale krzyk przera%enia uwi!z  mu w 
gardle. Najszybciej, jak móg , rozejrza  si# dok adnie po ca ym pokoju. Po zjawie, któr! widzia  lub 

background image

zdawa o mu si#, %e widzia  par# sekund wcze"niej, nie by o najmniejszego "ladu.
 

Dorian zaczerpn!  powietrza i ruszy  ku drzwiom. Po o%y  d o& na klamce. By a zimna jak 

lód. Zebrawszy resztki odwagi, otworzy  drzwi i rozejrza  si# po korytarzu. Pusto.
 

Cofn!  si# i ostro%nie zamkn!  drzwi. Podszed  do okna. Na dole, w ganku, Lazarus %egna 

si# z jego matk!. Fabrykant zabawek nachyli  si# i poca owa  Simone w policzek. Poca unek by 
krótki, mu"ni#cie w a"ciwie. Dorian poczu , jak %o !dek kurczy mu si# do rozmiarów groszku. 
Chwil# pó'niej m#%czyzna podniós  w ciemno"ciach wzrok i u"miechn!  si# do Doriana. Serce 
skoczy o ch opcu do gard a.
 

Fabrykant zabawek powoli oddala  si# w stron# lasu osrebrzonego "wiat em ksi#%yca. I 

cho$ Dorian usilnie wyt#%a  wzrok, nie uda o mu si# dostrzec cho$by "ladu cienia Lazarusa. Chwil#
pó'niej m#%czyzna znikn!  w ciemno"ciach.

 

* * *

 

Pokonawszy d ugi korytarz  !cz!cy fabryk# zabawek z domem fabrykanta, Ismael i Irène 

znale'li si# w samym "rodku rezydencji Cravenmoore. Noc! pa ac Lazarusa sprawia  wra%enie 
mrocznego labiryntu, którego korytarze zaludnione dziesi!tkami mechanicznych istot rozga #zia y 
si# niczym macki faluj!ce we wszystkich kierunkach. Z latarni wie&cz!cej spiralne schody w 
centrum budynku pada o "wiat o podobne do m%awki purpurowych, z ocistych i niebieskich 
refleksów, które sp ywa y ku wn#trzu Cravenmoore jak odpryski kalejdoskopu.
 

Pogr!%one w letargu sylwetki automatów, zastyg e twarze na tle murów nasuwa y Irène 

my"l o magicznym zakl#ciu, które, rzucone na wszystkich mieszka&ców pa acu, uwi#zi o ich w 
zaczarowanym "nie. Bardziej przyziemny Ismael dostrzega  w nich jedynie wytwory 
pogmatwanego niespokojnego umys u, który powo a  je do %ycia. Ale wcale go to nie uspokaja o, 
wr#cz przeciwnie, w miar# jak zag #biali si# w zakazan! cz#"$ rezydencji Lazarusa Janna, coraz 
wyra'niej odczuwali jego niewidzialn! obecno"$. Osobowo"$ fabrykanta zabawek odcisn# a swoje 
pi#tno w ka%dym szczególe tej barokowej konstrukcji: od sklepienia ozdobionego freskami 
przedstawiaj!cymi scenki s ynnych ba"ni po mozaik# na pod odze: bezkresn! szachownic#
tworz!c! hipnotyczn! sie$ i zwodz!c! wzrok szalonym efektem optycznym. Przemierzanie 
pomieszcze& Cravenmoore podobne by o zag #bianiu si# w fascynuj!cy i zarazem straszny sen.
 

Ismael zatrzyma  si# u podnó%a schodów i przygl!daj!c si# badawczo ka%demu niemal 

stopniowi, wspi!  si# wzrokiem po spirali gin!cej pod sklepieniem. W tym czasie Irène zauwa%y a, 
%e jeden ze skonstruowanych przez Lazarusa zegarów, obdarzony twarz! w kszta cie s o&ca, 
otwiera oczy i u"miecha si# do nich. W chwili gdy wskazówki zetkn# y si# na godzinie dwunastej, 
s oneczny cyferblat ust!pi  miejsca tarczy ksi#%yca promieniuj!cej widmowym "wiat em. Zegar 
toczy  ciemnymi, l"ni!cymi oczyma z lewa na prawo i z prawa na lewo.
 

- Idziemy na gór# - szepn!  Ismael. - Sypialnia Hannah jest na drugim pi#trze.

 

- Ty wiesz, ile tu jest pokoi? Dziesi!tki! Sk!d mo%emy wiedzie$, który z nich zajmowa a?

 

- Hannah opowiada a mi, %e jej sypialnia znajdowa a si# na ko&cu korytarza i wychodzi a na 

zatok#.
 

Irène przytakn# a, cho$ nie do ko&ca by a pewna, czy te informacje im wystarcz!. Ch opak 

zdawa  si# równie przyt oczony atmosfer! miejsca jak ona, chocia% nie przyzna by si# do tego 
nawet na m#kach. Raz jeszcze spojrzeli na zegar.
 

- Ju% pó noc - powiedzia a Irène. - Lazarus chyba zaraz wróci.

 

- No to w drog#.

 

Schody wspina y si# wymy"ln! spiral! zdaj!c! si# zaprzecza$ prawu ci!%enia, jakby to by y 

nie schody, ale katedralne  uki spotykaj!ce si# na sklepieniu. Wbiegaj!c szybko po stopniach, 

background image

dotarli na pierwsze pi#tro. Ismael chwyci  Irène za r#k# i poci!gn!  j! za sob!. Im wy%ej szli, tym 
bardziej "ciany zdawa y si# zaw#%a$ wokó  nich, wywieraj!c wra%enie, %e oboje wchodz! w 
gardziel kamiennego potwora, co jeszcze pot#gowa o odczuwan! przez nich klaustrofobi#.
 

- Jeste"my ju% blisko - powiedzia  ch opak, nieomylnie odczytuj!c pe ne przera%enia 

milczenie Irène.
 

Po trzydziestu sekundach, które d u%y y im si# w niesko&czono"$, dotarli do drzwi 

prowadz!cych na drugie pi#tro rezydencji i wydostali si# wreszcie z przyt aczaj!cej klatki 
schodowej. Przed nimi rozci!ga  si# g ówny korytarz wschodniego skrzyd a. Horda 
znieruchomia ych postaci czai a si# w cieniu.
 

- Powinni"my si# rozdzieli$ - odezwa  si# Ismael.

 

- Wiedzia am, %e to zaproponujesz.

 

- Ale pozwol# ci wybra$, któr! cz#"$ chcesz zbada$ - spróbowa  za%artowa$ Ismael.

 

Irène si# rozejrza a. Spojrza a najpierw na wschód - na trzy zakapturzone postacie 

nachylaj!ce si# nad ogromnym kot em. Czarownice. Dziewczyna wskaza a w przeciwnym 
kierunku.
 

- Id# tam.

 

- To tylko maszyny, Irène - próbowa  j! uspokoi$ Ismael. Zwyk e zabawki. Nie ma w nich 

%ycia.
 

- Rano mo%e b#d# sk onna w to uwierzy$.

 

- Dobrze, ja pójd# w tamt! stron#. Spotykamy si# tutaj za pi#tna"cie minut. Je"li niczego nie 

uda nam si# znale'$, trudno. Pójdziemy sobie st!d - zapewni . - Obiecuj#.
 

Dziewczyna pokiwa a g ow!. Ismael wr#czy  jej pude ko zapa ek.

 

- Mog! ci si# przyda$.

 

Irène schowa a je w kieszeni swetra i spojrza a jeszcze raz na Ismaela, który poca owa  j!

delikatnie w usta.
 

- Powodzenia - wyszepta .

 

Zanim zd!%y a cokolwiek powiedzie$, ch opak oddali  si# w g !b korytarza ton!cego w 

ciemno"ciach. +Powodzenia,, pomy"la a Irène.
 

S ysza a oddalaj!ce si# za jej plecami odg osy kroków. Nabra a powietrza i ruszy a w 

przeciwn! stron# korytarzem przecinaj!cym centraln! o" rezydencji, który rozga #zia  si# przy 
g ównych schodach. Irène l#kliwie spojrza a w otch a& dolnych pi#ter. Padaj!cy z latarni 
umieszczonej na samym szczycie snop "wiat a rozszczepia  si#, tworz!c t#cz# osuwaj!c! si# w 
ciemno"ci.
 

Z miejsca, w którym sta a Irène, jedna odnoga korytarza bieg a na po udnie, druga na 

zachód. Okna cz#"ci zachodniej by y jedynymi, które wychodzi y na zatok#. Dziewczyna bez chwili 
wahania skierowa a si# w t# stron#, zostawiaj!c za sob! dodaj!c! otuchy jasno"$ latarni. Do"$
szybko dostrzeg a przecinaj!c! korytarz niemal przezroczyst!, jakby zrobion! z gazy zas onk#, 
która ewidentnie oddziela a zupe nie odmienne od reszty pa acu pomieszczenie. Nigdzie nie by o 
wida$ jakiejkolwiek mechanicznej postaci. Na samej górze zas onki widnia  ozdobny haft, jakby 
iluminacja litery A.
 

Irène delikatnie odci!gn# a zas onk# i przekroczy a t# dziwn! granic#, która zdawa a si#

rozdziela$ zachodnie skrzyd o. Zimny powiew musn!  jej twarz. Dziewczyna dostrzeg a, %e "ciany 
s! g#sto pokryte przeró%nymi drzeworytami. Przyjrzawszy si# dok adnie, zauwa%y a równie% troje 
drzwi. Dwoje po bokach i trzecie, najwi#ksze z nich, na ko&cu korytarza. Na tych ostatnich 
widnia a ta sama litera co na zas once.
 

Irène ostro%nie skierowa a si# ku drzwiom w g #bi. Na osaczaj!cych j! z obu "cian reliefach 

background image

widnia y niezrozumia e sceny z dziwnymi istotami. Ka%da z tych scen  !czy a si# z nast#pn!, co 
tworzy o ocean jakich" hieroglifów, których znaczenie ca kowicie jej umyka o. Irène, dochodz!c do 
drzwi na ko&cu korytarza, z ka%dym krokiem nabiera a pewno"ci, %e Hannah nie mog a zajmowa$
pokoju w tej cz#"ci domostwa. Dziwny urok tego miejsca by  jednak silniejszy od ponurej 
atmosfery zakazanego sanktuarium, jak! si# tu oddycha o. W powietrzu da o si# wyczu$ czyj!"
blisk!, namacaln! nieomal obecno"$.
 

Irène poczu a, jak jej puls przyspiesza, gdy k ad a dr%!c! d o& na klamce. Co" j! zatrzyma o. 

Przeczucie. Mia a jeszcze czas, by si# cofn!$, do !czy$ do Ismaela i uciec z tego domu, zanim 
Lazarus odkryje ich naj"cie. Ga ka klamki wpierw "lizga a si# w palcach, ale wreszcie delikatnie si#
obróci a. Irène zamkn# a oczy. Nie powinna tam wchodzi$. Wystarczy si# cofn!$ i zawróci$. Nie 
powinna ulega$ tej irrealnej atmosferze, tej atmosferze ze snu, podszeptuj!cej jej, by pchn# a drzwi i 
przekroczy a próg, nieodwracalnie. Dziewczyna otworzy a oczy.
 

Droga do powrotu przez pó mrok korytarza sta a otworem. Irène obejrza a si# i westchn# a. 

Jej wzrok zatrzyma  si# na chwil# na refleksach barwi!cych zas onk#. W tym samym momencie za 
mgie k! zas onki wyrós  zarys ciemnej sylwetki.
 

- Ismael? - szepn# a Irène.

 

Sylwetka sta a przez chwil# bez ruchu, po czym bezg o"nie ponownie odsun# a si# w cie&.

 

- To ty, Ismaelu? - znowu spyta a Irène.

 

Trucizna paniki zacz# a powoli przenika$ do jej %y . Nie odwracaj!c wzroku od zas onki, 

pchn# a ga k# klamki, wesz a do "rodka i zamkn# a za sob! drzwi. W pierwszej chwili szafirowe 
"wiat o wpadaj!ce przez ogromne, wysokie i w!skie okna o"lepi o j!. Podczas gdy jej 'renice 
przyzwyczaja y si# do zwiewnej jasno"ci pomieszczenia, Irène spróbowa a, mimo dr%!cych palców, 
zapali$ jedn! z zapa ek, które da  jej Ismael. Miedziany p omyczek pomóg  jej ujrze$ pa acowy 
salon, którego rozmiary i przepych wygl!da y jak przeniesione prosto ze stronic ba"ni.
 

Sufit zwie&czony labiryntem kasetonów wirowa  zawrotnie nad "rodkiem salonu. W k!cie 

okaza y baldachim u o%ony ze sp ywaj!cych d ugich z otawych welonów os ania   o%e. W "rodku 
pomieszczenia marmurowy stó  podtrzymywa  ogromn! szachownic# z ustawionymi na niej 
bierkami ze szk a. W przeciwleg ym kra&cu pokoju Irène odkry a jeszcze jedno 'ród o "wiat a 
wspó tworz!ce panuj!c! tu t#czow! atmosfer#: gardziel kominka, w którym p on# y grube pnie. 
Nad kominkiem wisia  ogromny portret. Z bladego oblicza, obdarzonego niespotykanie delikatnymi 
rysami, spogl!da y g #bokie i smutne oczy kobiety o urzekaj!cej urodzie. Dama na portrecie 
spowita by a w d ugie bia e szaty. Za ni! da o si# dojrze$ wysepk# z latarni!.
 

Irène podesz a powoli do kominka, os aniaj!c d oni! p omie& zapa ki. Ledwie stan# a pod 

portretem, gdy zapa ka zacz# a parzy$ j! w palce. Dmuchaj!c na palce, dziewczyna dostrzeg a 
stoj!cy na biurku "wiecznik. W a"ciwie nie by  jej potrzebny, ale mimo wszystko zapali a "wiec#
kolejn! zapa k!. Ponownie znalaz a si# w kr#gu roztaczanej przez p omyk jasno"ci, w której 
dostrzeg a le%!c! na biurku otwart! ksi!%k!.
 

Oczy Irène rozpozna y znany ju% jej charakter pisma, widniej!cy na pergaminowym niemal 

papierze pokrytym warstewk! kurzu utrudniaj!cego odczytanie skre"lonych tam s ów. Irène 
dmuchn# a delikatnie; chmura tysi#cy "wiec!cych drobinek wzbi a si# w powietrze i opad a na blat. 
Dziewczyna wzi# a otwart! ksi!%k# do r#ki i przerzuci a strony na pocz!tek. Przybli%y a tekst do 
"wiat a, by u atwi$ sobie przeczytanie napisu ze z oconych liter. W miar# jak dociera o do niej, co 
ów napis rzeczywi"cie oznacza, czu a, jak sztywnieje jej kark, a po plecach zaczynaj! rozchodzi$ si#
lodowate szpileczki dreszczy.

Alexandra Alma Maltisse

background image

Lazarus Joseph Jann

1915

 

Jedno z pal!cych si# w kominku polan trzasn# o, wyrzucaj!c z siebie male&kie iskry, które 

zgas y, spad szy na pod og#. Irène zamkn# a ksi!%k# i od o%y a j! na biurko. I wtedy zda a sobie 
spraw#, %e z drugiego kra&ca pokoju, zza nieznacznie powiewaj!cych zas on baldachimu, kto" si#
jej przygl!da. Dostrzeg a zarys le%!cej na  ó%ku postaci. By a to sylwetka kobiety. Irène ruszy a ku 
 ó%ku. Kobieta unios a d o&.
 

- Alma? - szepn# a Irène przestraszona w asnym g osem.

 

Dziewczyna pokona a przestrze& dziel!c! j! od  ó%ka. Serce bi o jej mocno, oddycha a z 

trudem. Dotkn# a zas on. W tej samej chwili przez pokój przeszed  zimny powiew. Zas onki 
baldachimu zafalowa y delikatnie. Irène odwróci a si# w stron# drzwi. Przez szpar# w drzwiach 
rozlewa  si# po pod odze cie&, niczym ka u%a czarnego atramentu. Rozleg  si# d'wi#k nie z tego 
"wiata, g os odleg y i pe en nienawi"ci, jakby szepc!cy co" w ciemno"ciach.
 

W u amek sekundy pó'niej drzwi otworzy y si# pod naporem ogromnej si y i z hukiem 

trzasn# y o "cian#, wypadaj!c nieomal z zawiasów. Kiedy z pó mroku wy oni y si# szpony, d ugie i 
ostre jak stalowe kolce, Irène wrzasn# a wniebog osy.

 

* * *

 

Ismael zacz!  ju% podejrzewa$, %e pope ni  jaki" b !d, staraj!c si# zlokalizowa$ pokój 

Hannah. Dziewczyna opowiada a mu wiele razy o tym domu, a on naszkicowa  sobie w wyobra'ni 
plan Cravenmoore. Kiedy jednak znalaz  si# w "rodku, labiryntowa konstrukcja rezydencji wyda a 
mu si# niemo%liwa do rozszyfrowania. Wszystkie pokoje, które próbowa  otworzy$, by y 
zamkni#te na cztery spusty. Nie uda o mu si# przechytrzy$ ani jednego z zamków, a nieczu y na 
jego pora%k# zegarek odmierza  nieub aganie czas.
 

Pi#tna"cie minut up yn# o i ch opak zrozumia , %e nic ju% nie zdo a wskóra$. Perspektywa 

zaprzestania poszukiwa&, przynajmniej tej nocy, wydawa a mu si# coraz bardziej kusz!ca. 
Wystarczy  jeden rzut oka na t# pos#pn! sceneri#, by znale'$ tysi!c usprawiedliwie& dla decyzji o 
odwrocie. Ju% podj!  postanowienie o opuszczeniu siedziby Lazarusa, kiedy rozleg  si# krzyk Irène. 
Do uszu Ismaela dotar  jak z g #bi studni, st umiony i g uchy, odbijaj!cy si# zwielokrotnionym 
echem. Ismael poczu , %e adrenalina rozpala mu %y y, i rzuci  si# co si  w nogach ku przeciwleg emu 
kra&cowi monumentalnego korytarza.
 

Biegn!c przez ten mroczny tunel, nie zwraca  uwagi na rozmyte kszta ty przesuwaj!ce si#

mu przed oczyma. Przeci!  stref# widmowej po"wiaty rzucanej przez latarni#, min!  gmatwanin#
korytarzyków wokó  g ównych schodów. Kafelki na pod odze wydawa y si# wyd u%a$ pod jego 
stopami. Mia  wra%enie, %e koniec korytarza, zamiast si# przybli%a$, ucieka przed nim coraz 
szybciej.
 

Znów us ysza  krzyki Irène, tym razem znacznie wyra'niej. Przebieg  pod przezroczystymi 

zas onkami i dostrzeg  w ko&cu drzwi prowadz!ce do pokoju po o%onego na kra&cu zachodniego 
skrzyd a. Nie zastanawiaj!c si# ani chwili, Ismael pogna  w tamt! stron#, nie"wiadom, co czeka go 
za drzwiami.
 

Wbieg  do ogromnego pokoju o"wietlonego %arem tl!cych si# w kominku polan. Widok 

Irène, której posta$ odcina a si# na tle wielkiego okna zalanego b #kitn! po"wiat!, uspokoi  go. Ale 
tylko na krótk! chwil#, gdy% zaraz dostrzeg  w oczach dziewczyny "miertelne przera%enie. Wtedy 
instynktownie odwróci  si# i to, co ujrza  przed sob!, sprawi o, %e zrobi o mu si# ciemno przed 

background image

oczyma, a ca e jego cia o sparali%owa  strach. Przez moment nie by  zdolny wykona$ najmniejszego 
ruchu.
 

Wy aniaj!ca si# z cienia olbrzymia posta$ rozpostar a gigantyczne skrzyd a przypominaj!ce 

skrzyd a nietoperza. A mo%e demona.
 

Anio  wyci!gn!  dwoje pot#%nych ramion. Palce mia  d ugie i ciemne, zako&czone l"ni!cymi 

stalowymi szponami, które rozb ys y przed jego przys oni#t! kapturem twarz!.
 

Ismael cofn!  si# o krok w stron# kominka, anio  za" uniós  g ow#, ukazuj!c w "wietle 

p omieni swoje oblicze. Jego rysy nie by y rysami twarzy zwyk ej maszyny. We wn#trzu tej 
piekielnej marionetki co" si# kry o. Jaka" namacalna niemal, z a istota. Ch opak musia  u%y$ ca ej 
si y woli, %eby nie zamkn!$ oczu. Potem chwyci  niezaj#ty przez p omienie koniec %arz!cego si#
polana. Wymachuj!c nim przed twarz! anio a, wskaza  Irène drzwi.
 

- Zacznij, bardzo powoli, i"$ w t# stron# - powiedzia .

 

Dziewczyna by a jednak w takim szoku, %e w ogóle nie zareagowa a na jego s owa.

 

- Rób, co ci mówi# - poleci  jej Ismael energicznie.

 

Ton jego g osu przebudzi  Irène z letargu. Ca a dr%!c, pokiwa a g ow! i przesz a kilka 

kroków w kierunku drzwi. Wtedy posta$ anio a zwróci a si# ku niej niczym uwa%ny, cierpliwy 
drapie%ca czatuj!cy na swoj! zdobycz. Irène poczu a, %e stopy wrastaj! jej w pod og#.
 

- Nie patrz na niego! Id' dalej - powiedzia  Ismael, nie przestaj!c grozi$ anio owi p on!cym 

polanem.
 

Irène zrobi a kolejny krok. Przera%aj!ca istota pochyli a g ow# w jej kierunku. Dziewczyna 

a% j#kn# a.
 

Ismael, wykorzystuj!c nieuwag# przeciwnika, uderzy  go polanem w g ow#. Posypa  si#

deszcz czerwonych iskier. Zanim ch opiec zd!%y  cofn!$ r#k#, szpony anio a zacisn# y si# na 
drewnie, a d ugie, pi#ciocentymetrowe pazury, ostre jak rze'nickie no%e, zmia%d%y y je w py  na 
oczach Ismaela. Anio  ruszy  w jego stron#. Ch opiec poczu , jak pod oga wibruje pod ci#%arem 
napastnika.
 

- Jeste" tylko przekl#t! maszyn!. Cholern! kup! z omu - wymamrota  Ismael, staraj!c si#

przezwyci#%y$ parali%uj!cy l#k, jaki wzbudza y w nim szkar atne oczy b yszcz!ce pod kapturem.
 

Demoniczne 'renice automatycznej istoty zw#%a y si# powoli, a% zmieni y si# w krwawe 

punkciki na czarnych jak smo a t#czówkach. Oczy tygrysa. Anio  post!pi  kolejny krok w stron#
ch opca. Ismael zrobi  szybkie rozeznanie w sytuacji: od drzwi dzieli o go jakie" osiem metrów. Nie 
mia  szans, by uciec. Ale Irène tak.
 

- Kiedy dam ci znak, biegnij do drzwi. I nie zatrzymuj si#, dopóki nie wydostaniesz si# z 

domu.
 

- Nie ma mowy.

 

- Nie czas na dyskusje - uci!  Ismael, nie spuszczaj!c anio a z oka. - Biegnij!

 

Ch opak kalkulowa  w my"lach, ile czasu zajmie mu dobiegni#cie do okna, by spróbowa$

ucieczki fasad! budynku, kiedy sta o si# co" zupe nie nieoczekiwanego. Irène, zamiast rzuci$ si# ku 
drzwiom do ucieczki, chwyci a p on!ce polano i stan# a przed anio em.
 

- Spójrz na mnie, ty potworze - krzykn# a, podpalaj!c p omieniem polana peleryn#

okrywaj!c! anio a i wywo uj!c tym wrzask w"ciek o"ci skrywaj!cego si# wewn!trz cienia.
 

Ismael, ca kowicie zdezorientowany, skoczy  ku Irène i pchn!  j! na pod og#, w ostatniej 

chwili ratuj!c j! przed pi#cioma ostrzami, które "wisn# y w powietrzu, chybiaj!c celu. Peleryna 
anio a p on# a, upodabniaj!c jego ogromn! sylwetk# do ognistej spirali. Ismael z apa  Irène za rami#
i pomóg  jej wsta$. Ruszyli biegiem ku wyj"ciu, ale anio , zerwawszy z siebie p on!ce okrycie, 
przeci!  im drog#. Spod p omieni wy oni a si# poczernia a stal zbroi.

background image

 

Ismael, ani przez chwil# nie puszczaj!c d oni dziewczyny (chcia  w ten sposób zapobiec jej 

kolejnym bohaterskim odruchom), poci!gn!  j! ku oknu. Woln! r#k! z apa  za krzes o i rozbi  nim 
szyb#. Deszcz szklanych od amków spad  na nich, a zimny wiatr uniós  zas ony a% pod sufit. Czuli 
za swoimi plecami kroki zbli%aj!cego si# anio a.
 

- Szybko! Skacz na gzyms! - krzykn!  ch opak.

 

- Co? - z niedowierzaniem j#kn# a Irène.

 

Nie bawi!c si# w jakiekolwiek wyja"nienia, Ismael wypchn!  Irène na zewn!trz. 

Dziewczyna niemal przelecia a przez dziur# obramowan! szklanymi drzazgami, zatrzymuj!c si# w 
ostatniej chwili nad przepa"ci!. Serce jej zamar o. By a pewna, %e zaraz jej cia o runie w otch a&. 
Ale Ismael, nawet na sekund# nie pu"ciwszy jej r#ki, natychmiast wyci!gn!  Irène na w!ziutki 
gzyms biegn!cy przez ca ! fasad# niczym korytarz po"ród chmur. B yskawicznie doskoczy  do niej 
i popchn! , by zacz# a si# przesuwa$. Wiatr osuszy  mu pot sp ywaj!cy po twarzy.
 

- Nie patrz w dó ! - krzykn! .

 

Zd!%yli przesun!$ si# po gzymsie zaledwie metr, gdy z rozbitego okna wychyli  si# szpon 

anio a; ostre pazury wry y si# w kamie&, zostawiaj!c za sob! cztery d ugie bruzdy i fajerwerk 
iskier. Nie mog!c zapanowa$ nad dr%eniem nóg, Irène krzykn# a, czuj!c, %e lada chwila straci 
równowag#.
 

- Nie mog# i"$ - wydusi a z siebie. - Jeszcze jeden krok i spadn#.

 

- Mo%esz. I zrobisz to. Teraz - pop#dzi  j!, chwyciwszy jeszcze mocniej za r#k#. - Je"li 

spadniesz, to razem ze mn!.
 

Dziewczyna spróbowa a si# u"miechn!$. Nagle, par# metrów w bok od nich, jedno z okien 

eksplodowa o tysi!cami od amków szk a. W "lad za wybuchem wy oni y si# szpony anio a, a w 
sekund# pó'niej ca e cia o potwora, które natychmiast przywar o do fasady jak paj!k.
 

- Mój Bo%e* - j#kn# a Irène.

 

Ismael poci!gn!  j! za r#k#, usi uj!c zawróci$. Anio  zacz!  pe zn!$ ku nim; jego posta$

mo%na by o wzi!$ za jeszcze jednego diabolicznego gargulca podpieraj!cego najwy%szy fryz fasady 
Cravenmoore.
 

Ch opak b yskawicznie rozejrza  si# wokó  siebie. Stwór powoli przesuwa  si# w ich 

kierunku.
 

- Ismael*

 

- Widz#, widz#!

 

Ch opak oceni  szanse na prze%ycie, gdyby skoczyli z tej wysoko"ci. Zerowe, a i to przy 

du%ej dozie optymizmu. Powrót do pokoju przez okno zaj! by zbyt wiele czasu. Anio  spad by na 
nich, nim zd!%yliby zawróci$. Wiedzia , %e na podj#cie jakiejkolwiek decyzji ma zaledwie par#
sekund. Irène trz#s a si# ca a; jej d o& "cisn# a jeszcze mocniej jego r#k#. Ismael rzuci  ponownie 
wzrokiem na anio a, pe zn!cego w ich stron# powoli, ale skutecznie. Ch opak prze kn!  "lin# i 
spojrza  w drug! stron#. Nieopodal po fasadzie bieg y w dó  rynny. Po owa mózgu Ismaela zaj#ta 
by a pytaniem, czy wytrzymaj! one ci#%ar dwóch cia , podczas gdy druga po owa rozwa%a a 
wszystkie mo%liwe sposoby z apania si# grubej rury, ostatniej drogi ucieczki.
 

- Z ap si# mnie mocno - szepn!  wreszcie.

 

Irène spojrza a na&, a pó'niej w dó , w przepa"$, i odgad a jego zamiary.

 

- Nie, na mi o"$ bosk!!

 

Ismael pu"ci  do niej oko.

 

- Mi ej podró%y - szepn! .

 

Pazury anio a "wisn# y i wbi y si# cztery centymetry od twarzy Irène. Dziewczyna 

krzykn# a, przycisn# a si# jeszcze mocniej do Ismaela i zamkn# a oczy. Spadali w zawrotnym 

background image

p#dzie. Kiedy Irène otworzy a oczy, oboje wisieli w pustce. Ismael zje%d%a  po rynnie i nie mia 
w a"ciwie %adnego wp ywu na pr#dko"$, nie mówi!c o hamowaniu. )o !dek podszed  mu do 
gard a. Nad nimi anio  zacz!  na przemian szarpa$ rur! i przygniata$ j! do "ciany. Ismael czu , jak 
coraz bardziej piek! go d onie i ramiona w miejscach po zdartym naskórku. By  pewien, %e 
pieczenie przejdzie zaraz w ból nie do wytrzymania. Anio  zacz!  schodzi$ w ich kierunku, usi uj!c 
trzyma$ si# rynny* Ci#%ar jego cia a poci!gn!  go w dó , odrywaj!c od "ciany.
 

Metalowa masa potwora run# a w otch a&, ci!gn!c za sob! ca ! rur#, która zacz# a, z 

trzymaj!cymi si# jej jeszcze Ismaelem i Irène, wygina$ si# niczym ogromny  uk ku ziemi. Ch opak 
próbowa  nie straci$ nad tym wszystkim kontroli, ale ból i pr#dko"$, z jak! spadali, by y silniejsze 
od jego stara&.
 

Rura wy"lizgn# a si# z jego ramion i oboje zacz#li spada$ ku ogromnemu stawowi 

okalaj!cemu zachodnie skrzyd o Cravenmoore. Z w"ciek ym impetem zderzyli si# z lodowatym 
lustrem czarnej wody. Bezw ad upadku poci!gn!  ich na muliste dno. Irène poczu a, jak zimna 
woda wdziera si# jej przez nos i pali w gard o. Nie mog a powstrzyma$ kolejnego ataku paniki. 
Rozwar a powieki pod wod!, ale piek!ce oczy pozwoli y jej jedynie zobaczy$ mroczn! to& i 
p yn!c! obok niej posta$: Ismaela. Ch opak z apa  Irène i poci!gn!  ku powierzchni. Znalaz szy si#
na niej, zach ysn#li si# powietrzem.
 

- Szybko - ponagli  Ismael.

 

Irène dostrzeg a rany na jego d oniach i r#kach.

 

- Nic takiego - sk ama  Ismael, wyskakuj!c na brzeg.

 

Irène posz a w jego "lady. Ociekali wod!. Przemoczone ubrania szybko sztywnia y w 

ch odzie nocy, oblepiaj!c ich niczym skorupa szronu. Ismael rozejrza  si# wokó .
 

- Widzisz go? - spyta a Irène.

 

- Mo%e przy upadku jednak*

 

Co" poruszy o si# w zaro"lach. Natychmiast rozpoznali p on!ce szkar atem oczy. Anio  tam 

by  i to co", co wprawia o go w ruch i nim zawiadywa o, nie mia o najmniejszego zamiaru pozwoli$
im uj"$ z %yciem.
 

- Uciekajmy!

 

Oboje rzucili si# ku "cianie lasu. Mokre ubrania utrudnia y bieg. Zimno zaczyna o przenika$

ich ko"ci. Doszed  ich hurgot szamoc!cego si# w zaro"lach anio a. Ismael z ca ej si y poci!gn! 
dziewczyn# za sob!, w g !b lasu, tam gdzie mg a zaczyna a ju% g#stnie$.
 

- Gdzie mnie ci!gniesz? - j#kn# a Irène, widz!c, %e chroni! si# w nieznanej jej cz#"ci lasu.

 

Ismael, miast udzieli$ odpowiedzi, szarpn!  jej r#k# jakby w akcie ostatecznej desperacji. 

Irène czu a, jak zaro"la ostro tn! jej kostki, a mi#"nie odmawiaj! ju% pos usze&stwa ze zm#czenia. 
Wiedzia a, %e nie da rady biec dalej. By a u kresu si . Lada chwila potwór dopadnie ich w "rodku 
lasu i rozszarpie swoimi pazurami.
 

- Nie mog# ju%*

 

- Mo%esz!

 

Ismael ci!gn!  j!. G owa skaka a jej na wszystkie strony. S ysza a trzask  amanych ga #zi 

tu% za plecami. Przez chwil# my"la a, %e zaraz zemdleje, ale bolesne uk ucie w nodze ocuci o j!
natychmiast. Szpony anio a przebi y si# przez zaro"la i jeden z pazurów rozci!  udo dziewczyny. 
Irène krzykn# a. Za szponami natychmiast pojawi a si# twarz potwora. Irène usi owa a zamkn!$
oczy, ale nie mog a oderwa$ wzroku od napastnika.
 

W tej samej chwili dotarli do ukrytego za g#stwin! zaro"li ma ego wej"cia do groty. Ismael, 

przebijaj!c si# przez krzaki, poci!gn!  Irène za sob! do "rodka. Zrozumia a, %e ch opiec od pocz!tku 
ci!gn!  j! w a"nie w ten le"ny zak!tek. Do jaskini. Czy%by wierzy , %e anio  mo%e w pewnym 

background image

momencie da$ im spokój? Jakby na potwierdzenie swych obaw Irène us ysza a ostry zgrzyt 
pazurów o ska #. Ismael, przeci!gn!wszy dziewczyn# przez w!sk! gardziel, zatrzyma  si# przed 
dziur! w ziemi, prowadz!cym w pustk# otworem, z którego wydobywa  si# powiew wiatru o 
s onym zapachu i niespokojny szum. Woda. Morze.
 

- Skacz! - rozkaza  ch opak.

 

Irène spojrza a ku czarnej dziurze. Droga prowadz!ca prosto do piek a wygl!da a pewnie 

znacznie przyjemniej ni% to, co si# otwiera o pod jej nogami.
 

- Co tam jest?

 

Ismael westchn!  wyczerpany. Anio  zbli%a  si# nieub aganie. Jego kroki s ycha$ by o tu%-

tu%.
 

- To jedno z wej"$ do Groty Nietoperzy.

 

- To jest to drugie wej"cie? Twierdzi e", %e jest bardzo niebezpieczne!

 

- Nie mamy wyboru*

 

Ich spojrzenia spotka y si# w pó mroku. Kilka metrów od nich rozleg  si# szcz#k szponów. 

Ismael kiwn!  g ow!. Dziewczyna z apa a jego r#k# i z zamkni#tymi oczyma skoczy a w pustk#. 
Anio  pokona  wej"cie do jaskini i wpad  z ca ym impetem do "rodka.
 

Lot w ciemno"ciach nie mia  ko&ca. Kiedy w ko&cu zanurzyli si# w morzu, tysi!ce 

lodowatych szpileczek przeszy y ich cia a. Wynurzywszy si# z wody, zobaczyli, jak z otworu 
widniej!cego w górze groty ledwo s!czy si# niteczka "wiat a. Falowanie przyp ywu pcha o ich ku 
"cianie ostro naje%onych ska .
 

- Gdzie on jest? - zapyta a Irène, staraj!c si# opanowa$ dygot, w który wpad o ca e jej cia o 

pod wp ywem lodowato zimnej wody.
 

Obj#li si# w milczeniu i trwali tak przez chwil#, czekaj!c na moment, kiedy z wody wy oni 

si# ten piekielny twór i w ciemno"ciach morskiej jaskini odbierze im %ycie. Ale ten moment nie 
nadchodzi . Ismael pierwszy zda  sobie spraw#, %e ju% nie nadejdzie.
 

Szkar atne oczy anio a "wieci y na dnie jaskini. Ogromny ci#%ar potwora uniemo%liwia  mu 

wyp yni#cie na powierzchni#. Ryk "lepej furii dotar  do nich poprzez wod#. Si a, która wprawia a 
w ruch anio a, skr#ca a si# ze w"ciek o"ci, zdaj!c sobie spraw#, %e mordercza kuk a wpad a w 
pu apk# i sta a si# zupe nie bezu%yteczna. Ta kupa z omu nigdy nie zdo a wyp yn!$ na 
powierzchni#. W a"nie zosta a skazana na wieczny spoczynek na dnie groty, póki morze nie 
przeistoczy jej w stert# zardzewia ego %elastwa.
 

Ismael i Irène patrzyli, jak blask tych potwornych oczu niknie powoli, by wreszcie zgasn!$

w wodzie na zawsze. Ismael westchn!  z ulg!. Irène p aka a w milczeniu.
 

- Sko&czy o si# - szepta a, dygoc!c. - Sko&czy o si#.

 

- Niestety nie - powiedzia  Ismael. - To tylko maszyna, bezwolna maszyna. Ona nie rusza a 

si# sama z siebie. Co" ni! porusza o. To, co chcia o nas zabi$, wci!% tam jest*
 

- Ale co to jest?

 

- Nie wiem.

 

W tej chwili na dnie groty nast!pi a eksplozja. K #by czarnych b!belków unios y si# ku 

powierzchni, a wyp yn!wszy, stopi y si# w czarn! zjaw#, która wpe z a po skalistej "cianie ku 
wyj"ciu w kopule groty. Cie& zatrzyma  si# i obróci  w ich stron#.
 

- Odchodzi ju%? - zapyta a Irène z nadziej!.

 

Ca a grota wype ni a si# okrutnym i jadowitym "miechem. Ismael powoli pokr#ci  g ow!.

 

- Pozwala nam tu zosta$ - odpar  - %eby przyp yw doko&czy  dzie a*

 

Cie& znikn!  w górnym wej"ciu do groty.

 

Ismael westchn!  i poprowadzi  Irène ku ma ej wystaj!cej z wody skale, na której mie"cili 

background image

si# oboje. Pomóg  dziewczynie si# wspi!$, a nast#pnie obj!  j! ramieniem. Byli poharatani, trz#"li 
si# z zimna, ale si  starczy o im tylko na to, by po o%y$ si# na skale i g #boko pooddycha$. W 
pewnej chwili Ismael poczu , %e woda znów oblewa jego stopy. Zrozumia , %e zacz!  si# przyp yw. 
To nie prze"laduj!cy ich stwór wpad  w pu apk#, ale oni znale'li si# w potrzasku*
 

Cie& odda  ich na  ask# "mierci powolnej i strasznej.

background image

10. W pu apce

 

Wdzieraj!ce si# do Groty Nietoperzy morskie fale rycza y z owrogo. Zimne pr!dy Czarnej 

Zatoki wp ywa y skalnymi kana ami, wype niaj!c pogr!%on! w ciemno"ciach jaskini#
przera'liwym, dudni!cym echem. Wej"cie do groty od strony l!du znajdowa o si# wysoko nad 
nimi, dalekie i nieosi!galne, podobne do oka kopu y. Przez kilka zaledwie minut poziom wody 
podniós  si# zauwa%alnie. Irène u"wiadomi a sobie, %e powierzchnia ska y, na której schronili si#
niczym rozbitkowie, kurczy si# nieub aganie, centymetr za centymetrem.
 

- Przyp yw - wymamrota a.

 

Przygn#biony Ismael pokiwa  g ow! w milczeniu.

 

- Co si# z nami stanie? - zapyta a Irène, domy"laj!c si# odpowiedzi. Mia a nadziej#, %e 

ch opak, niewyczerpane 'ród o pomys ów, wyci!gnie w ostatniej chwili z r#kawa jaki" trik, który 
pozwoli im wyj"$ ca o z opresji.
 

Ismael pos a  jej pos#pne spojrzenie. Nadzieja Irène rozwia a si# w jednej chwili.

 

- Podczas przyp ywu woda blokuje wej"cie do jaskini - wyja"ni  Ismael. - Pozostaje ju%

tylko otwór w sklepieniu. Ale st!d, z do u, nie sposób si# tam dosta$.
 

Ch opak zawiesi  g os. Jego twarz skry a si# w ciemno"ciach.

 

- Jeste"my w pu apce - zawyrokowa .

 

My"l o narastaj!cym powoli przyp ywie, który sprawi, %e uton! w tej lodowatej wodzie jak 

szczury, zmrozi a Irène krew w %y ach. W czasie ucieczki przed mechanicznym anio em szalej!ca w 
jej %y ach adrenalina kompletnie zm!ci a jej zdolno"$ logicznego rozumowania. Teraz, kiedy dr%a a 
z zimna w ciemno"ciach, perspektywa powolnej "mierci wydawa a si# prawdziwym koszmarem.
 

- Musi istnie$ jaki" sposób, by si# st!d wydosta$ - upiera a si#.

 

- Nie ma.

 

- I co teraz zrobimy?

 

- Na razie nic. Poczekamy*

 

Irène zrozumia a, %e nie powinna naciska$ na Ismaela. Ch opiec o wiele lepiej ni% ona 

zdawa  sobie spraw# ze zdradliwej natury tej groty. I pewnie ba  si# jeszcze bardziej od niej. 
Zastanowiwszy si# chwil#, dosz a do wniosku, %e zmiana tematu rozmowy zrobi aby dobrze im 
obojgu.
 

- Wiesz co* Kiedy byli"my jeszcze w Cravenmoore - zacz# a - i gdy wesz am do tego 

pokoju, zobaczy am tam co". To ma zwi!zek z Alm! Maltisse.
 

Ismael spojrza  na ni! z niedowierzaniem.

 

- Wydaje mi si#* Wydaje mi si#, %e Alma Maltisse i Alexandra Jann to jedna i ta sama 

osoba. Alma Maltisse to nazwisko panie&skie Alexandry, nazywa a si# tak, zanim wysz a za 
Lazarusa - wyja"ni a Irène.
 

- To niemo%liwe. Alma Maltisse uton# a, p yn!c do wysepki z latarni! wiele lat temu - 

zaoponowa  Ismael.
 

- Ale nigdy nie odnaleziono jej cia a*

 

- To niemo%liwe - upiera  si# ch opiec.

 

- Tam, w tamtym pokoju, widzia am jej portret i* kto" le%a  na tamtym  ó%ku. Kobieta.

 

Ismael przetar  oczy. Próbowa  zebra$ my"li.

 

- Poczekaj. Przypu"$my, %e masz racj#. Za ó%my, %e Alma Maltisse i Alexandra Jann to ta 

sama osoba. W takim razie kim jest kobieta, któr! widzia a" w Cravenmoore? Kim jest kobieta 
zamkni#ta przez te wszystkie lata w niedost#pnym pokoju i udaj!ca %on# Lazarusa?

background image

 

- Nie mam poj#cia. Im wi#cej si# dowiadujemy, tym mniej z tego wszystkiego rozumiem - 

przyzna a Irène. - I jeszcze jedna rzecz nie daje mi spokoju. Ta posta$, któr! widzieli"my w fabryce 
zabawek. Imitacja mojej matki. Kiedy o tym pomy"l#, w osy mi si# je%! na g owie. Lazarus 
konstruuje zabawk# o twarzy mojej matki*
 

Zimna fala zala a im kostki. Odk!d tu weszli, woda podnios a si# co najmniej o dwadzie"cia 

centymetrów. Spojrzeli na siebie zrozpaczeni. Morze znów zarycza o i kolejna fala przela a si# przez 
wej"cie do jaskini. Zanosi o si# na bardzo d ug! noc.

 

* * *

 

Pó noc zasnu a klify mg !, która wspina a si# stopie& za stopniem z przystani do Domu na 

Cyplu. Lampa naftowa dopala a si# powoli na ganku, nadal ko ysz!c si# na wietrze. Nocn! cisz#
zak óca  tylko szum morza i szelest ga #zi w lesie. Dorian le%a  w  ó%ku, trzymaj!c na piersiach 
szklank#, w której umie"ci  zapalon! "wieczk#. Nie chcia , by jego matka zorientowa a si#, %e nie 
zgasi  jeszcze "wiat a, a po ostatnich wydarzeniach zupe nie straci  zaufanie do swojej nocnej 
lampki. P omyk ta&czy  w rytm jego oddechu jak duszek ognia. W jego migotliwym "wietle raz po 
raz ukazywa y si# Dorianowi jakie" niepokoj!ce kszta ty. Ch opiec westchn! . Tej nocy za nic w 
"wiecie nie zdo a zmru%y$ oka.
 

Po%egnawszy si# z Lazarusem, Simone zajrza a do sypialni syna, by sprawdzi$, czy 

wszystko w porz!dku. Dorian skuli  si# pod ko dr! w ubraniu, odgrywaj!c opanowan! do perfekcji 
scenk# pod tytu em +i zasn!  snem sprawiedliwego,, wi#c matka odesz a zadowolona do swojego 
pokoju, by zrobi$ to samo. Od tego czasu up yn# y ju% ca e godziny, a mo%e nawet lata, my"la 
Dorian. Tej ci!gn!cej si# w niesko&czono"$ nocy wielokrotnie przekona  si#, i% sta  si# istnym 
k #bkiem nerwów. Ka%dy szelest, szmer, ka%dy cie& sprawia y, %e serce bi o mu m otem w 
piersiach.
 

P omyk "wiecy zacz!  si# powoli dopala$, zmieniaj!c si# w male&k! b #kitn! ba&k#, której 

"wiat o nie mog o ju% przedrze$ si# przez mrok. W jednej chwili ciemno"ci na powrót zagarn# y 
obszar, z którego wcze"niej tak niech#tnie si# wycofa y. Dorian s ysza , jak krople gor!cego wosku 
spadaj!, by zastygn!$ na dnie szklanki. Zaledwie kilka centymetrów od g owy ch opca z nocnego 
stolika spogl!da  na niego o owiany anio  podarowany mu przez Lazarusa. +Dosy$ tego,, pomy"la 
Dorian zdecydowany zastosowa$ jedn! ze swych ulubionych taktyk w walce z bezsenno"ci! i 
nocnymi koszmarami, a mianowicie co" przek!si$.
 

Odkry  si# i wsta  z  ó%ka. Za ka%dym razem, gdy próbowa  przemkn!$ si# bezszelestnie 

przez Dom na Cyplu, pod jego stopami zaczyna y rozlega$ si# trzaski, jakby st!pa  po pe nym 
drobnych ga !zek runie le"nym, postanowi  wi#c nie wk ada$ butów. Uzbrojony w t# resztk#
odwagi, jaka mu jeszcze pozosta a, przeszed  na palcach przez sypialni#. D ug! chwil# zabra o mu 
otwarcie drzwi w taki sposób, by nie zbudzi$ matki nocnym koncertem zardzewia ych zawiasów. 
Na szcz#"cie si# uda o. Bardzo ostro%nie wyjrza  z pokoju, by zrobi$ rozeznanie w sytuacji. 
Korytarz ton!  w ciemno"ciach, a schody rzuca y na "cian# cie& podobny do klawiatury pianina. 
Panowa  tu absolutny spokój. Najmniejszego ruchu. Ani jeden py ek nie drgn!  w powietrzu. 
Dorian cicho zamkn!  za sob! drzwi i przekrad  si# do schodów, przechodz!c przed drzwiami 
sypialni Irène.
 

Siostra bardzo wcze"nie posz a dzi" spa$, t umacz!c si# niezno"nym bólem g owy. Dorian 

pomy"la , %e pewnie czyta co" ukradkiem albo wypisuje jakie" mi osne brednie do tego swojego 
ukochanego %eglarza, z którym sp#dza a ostatnio dwadzie"cia pi#$ godzin na dob#. Odk!d ujrza  j!
po raz pierwszy w sukni Simone, wiedzia , %e po Irène mo%na si# spodziewa$ ju% tylko jednego: 
problemów. Schodz!c po stopniach ciszej ni% india&ski zwiadowca, Dorian obieca  sobie solennie, 

background image

%e je"li kiedykolwiek si# zakocha, nie b#dzie si# zachowywa  w tak %a osny sposób. Kobiety 
pokroju Grety Garbo nie zaprz!ta y sobie g owy bzdurami. Ani kwiatami, g upkowatymi minami, 
t#sknymi westchnieniami. Mo%e i by  tchórzem. Ale na pewno nie tchórzem sentymentalnym, co to, 
to nie.
 

Znalaz szy si# na parterze, Dorian zauwa%y , %e dom otulony jest zas on! mg y, tak g#st!, %e 

przys ania a widok ze wszystkich okien. U"mieszek, który rozja"ni  mu twarz, kiedy zacz!  snu$
swoje z o"liwe insynuacje na temat siostry, ulotni  si# bez "ladu. +To tylko skondensowana para 
wodna - pomy"la . - Skondensowana para wodna, która si# przemieszcza. Fizyka dla 
pocz!tkuj!cych,. Ta naukowa perspektywa pozwoli a mu si# uspokoi$ i zapomnie$ na chwil# o 
mgle, która wciska a si# do "rodka przez szpary w oknach. Ruszy  do kuchni. Tam przekona  si#, 
%e romans Irène z Kapitanem Gromem mia  te% swoje dobre strony - odk!d zacz# a si# z nim 
spotyka$, siostra Doriana ani razu nie zbli%y a si# do pude ka wy"mienitych szwajcarskich 
czekoladek, które Simone trzyma a w drugiej szufladzie kredensu.
 

Oblizuj!c si# jak kot, ch opiec ugryz  pierwsz! czekoladk#. Cudowna truflowo-kakaowo-

migda owa fala rozla a mu si# w gardle. Uwa%a  czekolad# za drugi, po kartografii oczywi"cie, 
najznakomitszy wynalazek rodzaju ludzkiego. A najbardziej j! lubi  w a"nie w postaci czekoladek. 
+Zmy"lny naród, ci Szwajcarzy - przysz o Dorianowi do g owy. - Zegarki i czekoladki. Precyzja i 
przyjemno"$. Wiedz!, co w %yciu wa%ne,. Nag y ha as wyrwa  go brutalnie z tych s odkich 
rozwa%a& teoretycznych. Dorian, us yszawszy go raz jeszcze, zamar  ze strachu, a kolejna 
czekoladka wy"lizgn# a mu si# z r!k. Kto" puka  do drzwi.
 

Dorian spróbowa  prze kn!$ "lin#, ale kompletnie zasch o mu w gardle. Dwa kolejne 

uderzenia rozleg y si# jeszcze wyra'niej ni% przedtem. Dorian wszed  do salonu z oczyma 
utkwionymi w drzwi. Pasemka mg y prze"lizgiwa y si# przez próg. Kto" znów zapuka . Dorian 
zamar  w bezruchu, niezdecydowany, co powinien zrobi$.
 

- Kto tam? - zapyta   ami!cym si# g osem.

 

Zamiast odpowiedzi jeszcze raz us ysza  pukanie. Ch opiec podszed  do okna, ale mg a by a 

tak g#sta, %e nie móg  przez nie wyjrze$. Na ganku nie s ycha$ by o %adnych kroków. Tajemniczy 
go"$ widocznie ju% sobie poszed . Pewnie jaki" zb !kany w#drowiec. Ju% mia  wraca$ do kuchni, 
kiedy ów d'wi#k rozleg  si# znowu. Tym razem pukano w okno, jakie" dziesi#$ centymetrów od 
jego twarzy. Serce skoczy o mu do gard a. Zacz!  cofa$ si# powoli w g !b salonu, a% dotkn! 
plecami jednego ze stoj!cych w nim krzese . Potem chwyci  instynktownie "wiecznik i potrz!sn! 
nim przed sob!.
 

- Odejd' - wyszepta .

 

Przez u amek sekundy zdawa o mu si#, %e za szyb! zamajaczy a jaka" twarz. Po chwili okno 

otworzy o si# na o"cie%, jakby uderzy  w nie huragan. Pokój zala a fala zimna, pó'niej za"
zdumiony Dorian ujrza  rozpe zaj!c! si# po pod odze czarn! plam#.
 

Cie&.

 

Plama zatrzyma a si# tu% przed nim, a potem zacz# a unosi$ si# znad pod ogi i nabiera$

kszta tu niczym marionetka z czarnej mg y poruszana niewidzialnymi sznurkami. Dorian spróbowa 
uderzy$ j! "wiecznikiem, ale metal przechodzi  przez intruza jak przez dym. Ch opak cofn!  si#
przera%ony, a cie& rzuci  si# na niego. Dwie bezforemne d onie chwyci y go za gard o; poczu  na 
skórze ich lodowaty u"cisk. Przed jego oczyma z bezkszta tu zacz# y si# formowa$ rysy twarzy. 
Strach przenikn!  Doriana do szpiku ko"ci. Zaledwie kilkana"cie centymetrów od swojej g owy 
ujrza  oblicze ojca. Armand Sauvelle u"miechn!  si# do niego wilczym, okrutnym, pe nym 
nienawi"ci u"miechem.
 

- Witaj, Dorianie. Przyszed em po mam#. Zaprowadzisz mnie do niej? - wysycza  cie&.

background image

 

Ton tego g osu obj!  mu mrozem serce. To nie by  g os jego ojca. Te demoniczne, p on!ce 

'renice nie by y oczyma jego ojca. Nie mówi!c ju% o d ugich, ostrych z#bach* To nie móg  by$
Armand Sauvelle.
 

- Ty nie jeste" moim ojcem!

 

Wilczy u"miech cienia prys  jak ba&ka mydlana, a jego rysy stopi y si# jak ciep y wosk.

 

Zwierz#cy ryk nienawi"ci i furii rozdar  powietrze i jaka" niewidzialna si a cisn# a ch opcem 

na drugi kraniec pokoju. Dorian uderzy  w fotel, który przewróci  si# na pod og#.
 

Odurzony ciosem podniós  si# z wysi kiem i zd!%y  zobaczy$, jak cie& - obdarzona 

w asnym %yciem, wpe zaj!ca po schodach ka u%a smo y - pokonuje stopie& za stopniem.
 

- Mamo! - krzykn!  Dorian, rzucaj!c si# w stron# schodów.

 

Cie& zatrzyma  si# na chwil# i wbi  w niego wzrok. Jego obsydianowe usta wymówi y 

bezg o"nie jedno tylko s owo. Dorian.
 

Wszystkie szyby wylecia y z okien, opadaj!c na pod og# deszczem "mierciono"nych 

od amków, a do Domu na Cyplu wtargn# a mg a. Cie& odwróci  si# i znów zacz!  i"$ na gór#. 
Dorian pobieg  za nim, za t! widmow!, unosz!c! si# nad pod og! sylwetk!, która nieub aganie 
kierowa a si# do sypialni Simone.
 

- Nie! - krzykn!  ch opak. - Zostaw w spokoju moj! matk#!

 

Cie& u"miechn!  si# i chwil# pó'niej masa czarnej pary zawirowa a niczym tornado, które 

przez dziurk# od klucza przecisn# o si# do sypialni Simone. Na sekund# w domu zaleg a 
przera'liwa cisza.
 

Dorian pobieg  w kierunku sypialni, ale zanim do niej dotar , drzwi wylecia y z framug z 

niespotykanym impetem, jakby w pokoju Simone wybuch a bomba, i roztrzaska y si# o "cian# w 
ko&cu korytarza. Ch opak ledwo zd!%y  przed nimi uskoczy$.
 

Kiedy wsta  z pod ogi, ujrza  przed sob! widok rodem z najgorszego koszmaru. Cie& biega 

po "cianach sypialni Simone. Cia o jego matki, pogr!%onej w g #bokim "nie, rzuca o na "cian# swój 
w asny cie&. Dorian patrzy , jak czarna posta$ ze"lizguje si# na  ó%ko, a usta widma zbli%aj! si# do 
ust jego matki. Simone rzuca a si# na  ó%ku, z tajemniczych powodów nie mog!c si# przebudzi$ ze 
snu. Czarne szpony unios y j! razem z prze"cierad em. Dorian zagrodzi  drog# cieniowi, ale po raz 
kolejny wybuch niepohamowanej furii wyrzuci  go z pokoju. Widmo z Simone w ramionach 
rzuci o si# p#dem w dó  schodów. Dorian, walcz!c z zamroczeniem po kolejnym upadku, wsta  i 
zacz!  schodzi$ na parter. Cie& si# odwróci . Przez chwil# spogl!dali na siebie badawczo.
 

- Wiem, kim jeste" - wyszepta  ch opiec.

 

Z czarnej mg y wy oni o si# nowe, nieznane ch opcu oblicze: rysy m odego, eleganckiego 

m#%czyzny o b yszcz!cych oczach.
 

- Nic nie wiesz - zaprzeczy  cie&.

 

Dorian patrzy , jak widmo omiata spojrzeniem pokój, a potem zatrzymuje wzrok na 

drzwiach prowadz!cych do piwnicy. Drzwi ze starego drewna otworzy y si# niespodziewanie, a 
ch opiec poczu , jak jaka" niewidzialna si a, której nie sposób si# przeciwstawi$, popycha go w 
tamt! stron#. Potoczy  si# po schodach ku nieprzeniknionym ciemno"ciom. Drzwi zamkn# y si# za 
nim niczym ci#%ka kamienna p yta.
 

Dorian zrozumia , %e za chwil# straci przytomno"$. Przedtem us ysza  jeszcze, jak cie&

"mieje si# po"ród mg y, niczym hiena unosz!c jego matk# w las.

 

* * *

 

Wody przyp ywu zalewa y coraz wi#ksz! cz#"$ jaskini. Irène i Ismael czuli, jak z ka%d!

chwil! "miertelny kr!g nieub aganie zaciska si# wokó  nich. Irène nie pami#ta a ju%, kiedy kolejna 

background image

fala zmy a ich ze ska y, która przez jaki" czas s u%y a im za schronienie. Teraz nie mieli pod stopami 
dna. Byli zdani na  ask# przyp ywu i na swoje w asne si y. Zimno ch osta o j!, powoduj!c 
przenikliwy ból mi#"ni, mia a wra%enie, %e wbijaj! si# w nie tysi!ce igie ek. Zacz# a traci$ czucie w 
d oniach. O owiane szpony zm#czenia zdawa y si# chwyta$ j! za kostki i ci!gn!$ na dno. Jaki" g os 
szepta  jej do ucha, by si# podda a, by nie walczy a d u%ej z tym b ogim snem, który czeka  na nich 
pod wod!. Ismael z trudem utrzymywa  dziewczyn# na powierzchni i czu , jak jej cia o dr%y w jego 
ramionach. Na jak d ugo starczy mu si ? Nie wiedzia . Nie mia  te% poj#cia, ile czasu brakowa o 
jeszcze do "witu, do chwili, gdy przyp yw zacznie si# cofa$.
 

- Nie opuszczaj ramion. Ruszaj si#. Musisz za wszelk! cen# si# rusza$ - j#kn! .

 

Irène, ledwo przytomna, pokiwa a g ow!.

 

- Spa$ mi si# chce - powiedzia a, a ch opak zrozumia , %e Irène zaraz zemdleje.

 

- Nie! Nie mo%esz teraz zasypia$! - krzykn! , potrz!saj!c ni! zdecydowanie.

 

Szeroko otwarte oczy Irène spogl!da y na niego, wcale go nie widz!c. Ismael uniós  r#k#, 

by dotkn!$ skalnego sufitu, ku któremu wynios y ich fale. Wewn#trzny pr!d oddala  ich od otworu 
w kopule i popycha  w g !b pieczary, coraz dalej od jedynej drogi ucieczki. Pomimo i% rozpaczliwie 
stara  si# utrzyma$ pod otworem, nie mia  czego si# z apa$. Woda zacz# a dociera$ pod samo 
sklepienie jaskini. I chocia% zosta a ju% tylko w!ska szpara, pozwalaj!ca im oddycha$, kolejne fale 
nieub aganie wlewa y si# do groty.
 

Na chwil# twarz Irène zanurzy a si# pod wod!. Ismael szybko chwyci  dziewczyn# i 

przyci!gn!  do siebie. By a ca kiem oszo omiona. Ch opak dobrze wiedzia , %e niejeden silniejszy 
od niej m#%czyzna, zdany na  ask# morza, poddawa  si#. Obezw adniaj!ce zimno mog o pokona$
ka%dego. Zabójcza woda wpierw parali%owa a mi#"nie, a nast#pnie m!ci a umys , cierpliwie 
czekaj!c, a% ofiara sama pójdzie w obj#cia "mierci.
 

Ismael potrz!sn!  dziewczyn! i obróci  j! ku sobie. Papla a co" bez  adu i sk adu. Ismael, 

niewiele si# zastanawiaj!c, uderzy  j! mocno w twarz. Irène otworzy a oczy i wyda a histeryczny 
pisk. Przez chwil# nie wiedzia a, gdzie jest. W ciemno"ciach, w lodowatej wodzie, czuj!c, %e 
trzymaj! j! czyje" r#ce, uzna a, %e "ni jej si# najgorszy z koszmarów. Pó'niej wszystko jej si#
przypomnia o. Cravenmoore. Anio . Grota. Ismael przytuli  j! delikatnie. Nie potrafi a powstrzyma$
 ez,  ka a jak wystraszona dziewczynka.
 

- Nie pozwól mi tutaj umrze$ - szepn# a.

 

Ch opiec poczu  si#, jakby otrzyma  cios zatrutym sztyletem.

 

- Nie umrzesz tutaj. Przysi#gam ci. Nie dopuszcz# do tego. Lada chwila zacznie si# odp yw, 

a grota nie b#dzie ca kiem zalana* Musimy tylko wytrzyma$ jeszcze troch#. Tylko troszeczk#. Na 
pewno si# st!d wydostaniemy.
 

Irène przytakn# a i przytuli a si# do niego jeszcze mocniej. Gdyby tylko Ismael wierzy  w 

swoje s owa równie mocno, jak wierzy a w nie jego towarzyszka niedoli.

 

* * *

 

Lazarus Jann powoli pokonywa  stopnie g ównych schodów rezydencji Cravenmoore. 

Aura czyjej" dziwnej obecno"ci unosi a si# w "wietle lampy umieszczonej na szczycie. Móg 
poczu$ j! w zapachu powietrza, w ruchu drobinek kurzu, które  !czy y si# w sie$ srebrzystych 
nitek, gdy "wiat o wydobywa o je z mroku. Dotar szy na drugie pi#tro, szybko spojrza  na 
znajduj!ce si# za zas onkami drzwi w ko&cu korytarza. By y otwarte. R#ce zacz# y mu dr%e$.
 

- Alexandra?

 

Ch odny podmuch wiatru zatrzepota  zas onami. Lazarusem zaw adn# y jak najgorsze 

przeczucia. Zamkn!  oczy i przy o%y  r#k# do serca. Dojmuj!cy ból przeszy  mu pier" i 

background image

promieniowa  ku prawemu ramieniu niczym p on!cy lont, znieczulaj!c po drodze ka%dy 
najmniejszy nerw.
 

- Alexandra? - j#kn! .

 

Rzuci  si# biegiem ku drzwiom i stan!  w progu. Rozejrza  si# po pokoju, przypatruj!c si#

"ladom walki, rozbitym szybom, przez które wpe za a zimna mg a sun!ca od lasu. Zacisn!  d o& z 
ca ej si y, wbijaj!c sobie paznokcie w skór#.
 

- A %eby ci#*

 

Otar  zimny pot z czo a, podszed  do  ó%ka i z niezwyk ! delikatno"ci! rozsun!  zas ony 

baldachimu.
 

- Przykro mi, kochanie* - powiedzia , siadaj!c na brzegu  ó%ka. - Bardzo mi przykro*

 

Dziwny d'wi#k przyku  jego uwag#. Drzwi do pokoju niespodziewanie zacz# y powoli 

otwiera$ si# i zamyka$. Lazarus wsta  i ostro%nie do nich podszed .
 

- Jest tam kto? - spyta .

 

Nie otrzyma  odpowiedzi, ale drzwi znieruchomia y. Lazarus wyszed  za próg, stan!  i 

rozejrza  si# po korytarzu. Kiedy us ysza  szmer, by o ju% za pó'no. Uderzenie w kark zwali o go z 
nóg. Na wpó  przytomny poczu , %e czyje" r#ce wlok! go po pod odze korytarza. Zdawa o mu si#, 
%e jak przez mg # widzi Christiana, maszyn# pilnuj!c! g ównych drzwi. Twarz automatu obróci a 
si# ku Lazarusowi. Oczy Christiana ja"nia y okrutnym b yskiem.
 

W chwil# pó'niej Lazarus straci  przytomno"$.

 

* * *

 

Ismael, zauwa%ywszy, %e spychaj!ca ich dot!d w g !b groty woda przesta a ju% napiera$, 

domy"li  si#, %e nachodzi "wit. Niewidzialna si a wt aczaj!ca przez ca ! noc ogromne masy wody 
zacz# a powoli s abn!$, pozwalaj!c Ismaelowi przeci!gn!$ Irène w najwy%sz! cz#"$ groty, gdzie 
morze pozostawi o jeszcze odrobin# powietrza. Kiedy poblask jasno"ci migoc!cy na piaszczystym 
dnie rozci!gn!  si# w "cie%ynk# bladego "wiat a prowadz!c! ku wyj"ciu z groty i zacz!  si# odp yw, 
Ismael wyda  z siebie okrzyk rado"ci, którego nikt, nawet towarzysz!ca mu dziewczyna, nie móg 
us ysze$. Ch opiec wiedzia , %e z chwil! gdy lustro wody zacznie opada$, grota sama wska%e im 
drog# wyj"cia do laguny, na powietrze.
 

Irène utrzymywa a si# na powierzchni, od kilku ju% chyba godzin, wy !cznie dzi#ki pomocy 

Ismaela. Nie mog!c ca kowicie si# przebudzi$, wci!% balansowa a na granicy snu i jawy. Drgawki 
ju% nie targa y jej cia em; po prostu unosi a si# na wodzie niczym martwy przedmiot. Ismael, 
czekaj!c, a% odp yw otworzy im drog#, zda  sobie spraw#, %e gdyby go tu nie by o, Irène zmar aby 
ju% kilka godzin temu.
 

Podtrzymuj!c j! na powierzchni i szepc!c s owa otuchy, których dziewczyna i tak nie mog a 

zrozumie$, Ismael przypomnia  sobie przeró%ne historie opowiadane przez rybaków i marynarzy o 
spotkaniach ze "mierci! i o tym, %e je"li kto" uratowa  %ycie drugiemu cz owiekowi na morzu, ich 
dusze by y ju% na zawsze z !czone niewidzialn! wi#zi!.
 

Woda opad a na tyle nisko, %e Ismael zdo a  przenie"$ Irène ku lagunie, opuszczaj!c 

ostatecznie grot#. (wit na horyzoncie zaplata  bursztynowy warkocz, kiedy Ismael dowlók 
dziewczyn# na brzeg. Pó przytomna Irène otworzy a oczy i ujrza a nad sob! u"miechni#t! twarz 
Ismaela.
 

- )yjemy - szepn! .

 

Irène zamkn# a powieki ca kiem wyczerpana.

 

Ismael raz jeszcze uniós  wzrok i spojrza  na rozgrywaj!ce si# w tej chwili widowisko 

"wiate  brzasku nad "cian! lasu i klifem. Nigdy w %yciu nie widzia  nic równie pi#knego. A pó'niej 

background image

wyci!gn!  si# obok Irène na bia ym piasku i pozwoli , by wreszcie zmog o go zm#czenie. Z tego 
snu nic nie mog o ich zbudzi$. Po prostu nic.

background image

11. Twarz skryta pod mask!

 

Gdy Irène si# obudzi a, zobaczy a wpatruj!ce si# w ni! nie bez ciekawo"ci czarne oczka. 

Wzdrygn# a si#, a sp oszona mewa wzbi a si# do lotu. Irène poczu a, %e ma pop#kane i obola e 
wargi, zesztywnia e mi#"nie. Piek a j! skóra na ca ym ciele. By a kompletnie wycie&czona, a w 
g owie mia a pustk#. Ogarn# y j! md o"ci, kr#ci o jej si# w g owie. Gdy próbowa a wsta$, zda a 
sobie spraw#, %e jej skór# pal! promienie s o&ca. W ustach poczu a nag y gorzki smak. Niewyra'ny 
obraz niewielkiej zatoczki po"ród ska  zawirowa  jej w oczach niczym karuzela. Nigdy nie czu a si#
tak 'le.
 

Po o%y a si# z powrotem i dopiero w tym momencie dostrzeg a le%!cego obok Ismaela. W 

pierwszym odruchu pomy"la a, %e ch opak nie %yje, ale na szcz#"cie us ysza a jego przyspieszony 
oddech. Przetar a oczy, usi uj!c jak najszybciej doj"$ do siebie, po czym przy o%y a d o& do szyi 
Ismaela. Uda o jej si# wyczu$ puls. Irène pog adzi a ch opca po twarzy. Chwil# pó'niej otworzy 
oczy.
 

- Wygl!dasz okropnie - wymamrota , u"miechaj!c si# z wysi kiem.

 

- Szkoda, %e siebie nie mo%esz zobaczy$ - odpar a dziewczyna.

 

Wstali i niczym dwoje rozbitków wyrzuconych na brzeg przez sztorm chwiejnym korkiem 

schronili si# w cieniu resztek pnia, który zwali  si# na klif. Mewa czuwaj!ca nad ich snem znów 
przysiad a na piasku, ciekawa dalszego ci!gu tej historii.
 

- Która mo%e by$ godzina? - zapyta a Irène, staraj!c si# ignorowa$ pulsuj!cy w skroniach 

ból.
 

Ismael wyci!gn!  ku niej r#k# z zegarkiem. Pod szkie kiem chlupota a woda, a urwany 

sekundnik wygl!da  jak skamienia y w#gorz w akwarium. Ch opak zrobi  daszek z d oni i spojrza 
na s o&ce.
 

- Po udnie ju% min# o.

 

- Jak d ugo spali"my? - zapyta a.

 

- Za krótko - odpar  Ismael. - Je"li o mnie chodzi, móg bym spa$ przez ca y tydzie&.

 

- Nie mamy na to czasu - ponagli a go Irène.

 

Ismael przytakn!  i zacz!  bacznie przygl!da$ si# ska om, szukaj!c sposobu, %eby si# st!d 

wydosta$.
 

- Ci#%ka sprawa. Ja znam t# lagun# tylko od strony morza* - zacz! .

 

- A co jest za tymi ska ami?

 

- Las, przez który wczoraj uciekali"my.

 

- Wi#c na co czekamy?

 

Ismael nie odrywa  wzroku od klifu. Przed nimi wznosi a si# stroma kamienna ska a. 

Pokonanie jej wymaga o czasu, nie mówi!c ju% o tym, %e po drodze mog a ich spotka$ niejedna 
bolesna lekcja z prawa ci!%enia, gro%!ca po amaniem ko"ci. W oczach mign!  mu obraz jajka 
roztrzaskuj!cego si# o ziemi#. +(wietne zako&czenie,, pomy"la .
 

- Umiesz si# wspina$? - zapyta  Ismael.

 

Irène wzruszy a ramionami. Ch opak rzuci  okiem na jej bose stopy ca e w piasku, na 

niczym nieos oni#te ramiona i nogi*
 

- Uprawia am w szkole gimnastyk# i ca kiem nie'le sobie radzi am ze wspinaniem po linie - 

odpar a. - To chyba co" podobnego.
 

Ismael westchn! . K opotów, miast ubywa$, ci!gle przybywa o.

 

* * *

background image

 

Przez kilka sekund Simone Sauvelle znowu mia a osiem lat. Znowu ujrza a owe srebrzysto-

miedziane "wiat a kre"l!ce kapry"ne pasemka dymu. Znowu poczu a intensywny zapach topi!cego 
si# wosku, us ysza a rozchodz!ce si# w pó mroku szepty, ujrza a hipnotyczny taniec setek 
p omyków nad "wiecami w owym pa acu pe nym tajemnic i czarów, jednym z 
najintensywniejszych wspomnie& z dzieci&stwa - w katedrze Saint Étienne. Ale magiczna chwila 
trwa a zaledwie kilka sekund. Potem czar prys .
 

W miar# jak jej zm#czone oczy przyzwyczaja y si# do otaczaj!cego j! pó mroku, Simone 

u"wiadamia a sobie, %e "wiece pal! si#, owszem, ale nie w %adnej kaplicy, %e ta&cz!ce na "cianach 
plamy "wiat a to tylko stare fotografie, a docieraj!ce do jej uszu szepty rozlegaj! si# jedynie w jej 
g owie. Wnet poj# a, %e nie znajduje si# w Domu na Cyplu i %e nigdy przedtem tu nie by a. 
Usi owa a uporz!dkowa$ w pami#ci przebieg ostatnich godzin. Pami#ta a rozmow# z Lazarusem na 
ganku. Pami#ta a, %e przygotowa a sobie przed spaniem kubek ciep ego mleka, i pami#ta a ostatnie 
s owa z ksi!%ki, któr! czyta a do poduszki.
 

Potem zgasi a "wiat o. Jak przez mg # przypomnia a sobie, %e chyba "ni y jej si# krzyki 

dziecka, a pó'nej %e nagle przebudzi a si# w "rodku nocy po"ród biegaj!cych po "cianie cieni. 
Wszystko inne w jej pami#ci jawi o si# jak kreski niedoko&czonego rysunku. Pod palcami poczu a 
bawe nian! tkanin#. Ze zdziwieniem stwierdzi a, %e wci!% jest w koszuli nocnej. Wsta a i zbli%y a 
si# do "ciany, w której odbija o si# "wiat o wielu bia ych "wiec powtykanych starannie w ramiona 
"wieczników obros ych stru%kami zastyg ego wosku.
 

S ycha$ by o syk p omyków. To w a"nie ten d'wi#k skojarzy  jej si# wcze"niej z 

szepcz!cymi g osami. Na widok z ocistej aureoli p on!cych "wiec zacz# a odzyskiwa$ pami#$. 
Wspomnienia wraca y jej jedno po drugim niczym pierwsze krople deszczu o "wicie. W tym 
momencie struchla a ze strachu.
 

Przypomnia a sobie lodowaty dotyk niewidzialnych d oni ci!gn!cych j! gdzie" przez noc. 

Przypomnia a sobie g os szepcz!cy jej do ucha i swoje daremne próby wyrwania si# ze snu 
obezw adniaj!cego ka%dy mi#sie&. Przypomnia a sobie przelewaj!c! si# czarn! magm#, która 
unosi a j! przez las. Przypomnia a sobie, jak ów cie& nie z tego "wiata wymówi  jej imi#, a ona, 
sparali%owana strachem, zrozumia a, %e nie jest to senna mara. Simone zamkn# a oczy i gwa townie 
zas oni a sobie usta d oni!, by st umi$ krzyk.
 

Natychmiast pomy"la a o dzieciach. Co si# dzieje z Irène i z Dorianem? Czy s! w domu? 

Czy to widziad o porwa o równie% jej dzieci? Ka%da próba odpowiedzi przynosi a jedynie coraz 
wi#kszy strach i rozdzieraj!cy ból. Rzuci a si# w kierunku drzwi i zacz# a si# z nimi mocowa$, 
krzycz!c i j#cz!c, póki nie pokona y jej zm#czenie i rozpacz. Stopniowo ch odny spokój przywróci 
j! do rzeczywisto"ci.
 

Zrozumia a, %e zosta a uwi#ziona. Ten, kto porwa  j! w "rodku nocy, zamkn!  j! w tym 

miejscu. Przypuszczalnie porwa  te% jej dzieci. I nie czas by o teraz zastanawia$ si#, czy zrani  je lub 
wyrz!dzi  im krzywd#. Je"li chcia a co" dla nich zrobi$, musia a za wszelk! cen# unika$ popadania 
w panik# i zacz!$ panowa$ nad swoimi my"lami. Powtarzaj!c sobie te s owa, Simone zacisn# a 
pi#"ci. Nie otwieraj!c oczu, zacz# a g #boko oddycha$; poczu a, jak serce powoli odzyskuje swój 
normalny rytm.
 

Po jakim" czasie otworzy a oczy i rozejrza a si# uwa%nie po pokoju. Im szybciej zrozumie, 

co takiego si# dzieje i o co w tym wszystkim chodzi, tym szybciej b#dzie mo%na st!d wyj"$ i ruszy$
na pomoc Irène i Dorianowi.
 

Najpierw jej wzrok pad  na ma e, skromne meble. Zwyczajne, rzec by si# chcia o, biedne 

mebelki. Znajdowa a si# w dzieci#cym pokoju, ale intuicja podpowiada a jej, %e ju% od dawna nie 

background image

mieszka o w nim %adne dziecko. Z ka%dego zakamarka tego miejsca emanowa a staro"$. Simone 
usiad a na  ó%eczku i rozejrza a si# raz jeszcze po pokoju. Brakowa o w nim niewinno"ci. 
Wyczuwa o si# tu jedynie mrok. Z o.
 

Powolna trucizna strachu zacz# a kr!%y$ w jej %y ach, ale Simone, ignoruj!c to uczucie, 

wzi# a jeden ze "wieczników i podesz a do "ciany. Bezlik fotografii i wycinków prasowych tworzy 
kola%, którego kraniec gin!  w pó mroku. Odnios a wra%enie, %e wszystkie one zosta y 
rozmieszczone na "cianie wed ug jakiego" klucza. Ponure muzeum wspomnie& rozk ada o si# przed 
jej oczyma niczym wachlarz. Wycinki a% si# prosi y, by ka%demu z osobna i wszystkim razem 
nada$ jaki" sens. Jakby by y g osem z dalekiej przesz o"ci b agaj!cym o wys uchanie. Simone 
zbli%y a "wiecznik do "ciany i pozwoli a, by przed jej oczami pop yn!  strumie& fotografii, rycin i 
s ów.
 

Spo"ród dziesi!tków wycinków wy owi a wzrokiem znajome nazwisko: Daniel Hoffmann. 

Na widok tych s ów pami#$ Simone przebudzi a si# b yskawicznie. Tajemnicza posta$ z Berlina. 
Korespondencj# od niego mia a przekazywa$ do r!k w asnych Lazarusa, fabrykant zabawek uczula 
j! na to od samego pocz!tku. Sam za", jak przekona a si# kiedy" przypadkiem, wrzuca  jego listy w 
ogie&. Co" jednak szwankowa o w ca ej tej historii. M#%czyzna b#d!cy bohaterem tych notatek nie 
mieszka  wcale w Berlinie i w dodatku, s!dz!c z daty ich publikacji, dzi" musia by by$ w wieku 
nieprawdopodobnie s#dziwym. Zaintrygowana Simone zacz# a czyta$ teksty notek.
 

Hoffmann z jednego z wycinków by  cz owiekiem bogatym, bajecznie bogatym. Kolejna 

notatka, umieszczona kilka centymetrów dalej, informowa a o po%arze w fabryce zabawek. 
Hoffmann zgin!  w p omieniach. Ogie& strawi  budynek na oczach t umu "wiadków tego i"cie 
dantejskiego widowiska. W"ród nich o"mioletni ch opiec spogl!da  w obiektyw przera%onym 
wzrokiem.
 

To samo spojrzenie zobaczy a na innej fotografii. Tym razem towarzysz!ca jej notka 

dotyczy a historii dziecka, które sp#dzi o siedem dni zamkni#te w piwnicy, zupe nie samo w 
przera'liwych ciemno"ciach. Uwolnili je policjanci, którzy znale'li przedtem zw oki matki w 
mieszkaniu. Twarz ch opca, który mia  oko o siedmiu, o"miu lat, mimo ogromnego l#ku w oczach 
pozbawiona by a jakiegokolwiek wyrazu.
 

Ciarki przesz y jej po plecach, kiedy kawa ki owej mrocznej  amig ówki zacz# y sk ada$ si#

w ca o"$. Zbli%y a twarz do kolejnych fragmentów, które przyci!ga y j! z hipnotyczn! moc!. 
Wycinki uporz!dkowano chronologicznie. Wiele z nich opowiada o o postaciach, o których Simone 
w %yciu nie s ysza a. Jej szczególn! uwag# zwróci a dziewczyna niezwyk ej urody, Alexandra 
Alma Maltisse, dziedziczka stalowych potentatów, któr! magazyn z Marsylii opisywa  jako 
narzeczon! m odego i wielce utalentowanego in%yniera, konstruktora zabawek Lazarusa Janna. 
Obok tego wycinka znajdowa  si# cykl zdj#$ ukazuj!cych ol"niewaj!c! par# przekazuj!c! w darze 
zabawki jednemu z sieroci&ców na Montparnassie. Oboje promienieli rado"ci!. +Postanowi em 
sobie solennie, %e ka%de dziecko w tym kraju, niezale%nie od swojej sytuacji, b#dzie mia o 
przynajmniej jedn! zabawk#,, mówi  in%ynier.
 

Kolejna notka dotyczy a "lubu Lazarusa Janna i Almy Maltisse. Oficjalne zdj#cie 

zar#czynowe zrobiono u podnó%a schodów Cravenmoore.
 

M ody, tryskaj!cy energi! Lazarus obejmowa  swoj! narzeczon!. Tego obrazka jak ze snu 

nie m!ci a ani jedna chmurka. Przedsi#biorczy in%ynier naby  w a"nie luksusow! posiad o"$, w 
której zamierza  osi!"$ ze swoj! ma %onk!. Wiadomo"$ ilustrowa y liczne zdj#cia Cravenmoore.
 

Kola% zdj#$ i notek prasowych wydawa  si# ci!gn!$ bez ko&ca i nieustannie przybywa o w 

nim wydarze& i postaci. Simone zatrzyma a si# i wróci a do pocz!tku. Zagubiona i przera%ona twarz 
tego ch opca nie dawa a jej spokoju. Spojrza a g #boko w jego zrozpaczone oczy. Powoli zacz# a 

background image

rozpoznawa$ to samo spojrzenie, które obudzi o w niej tyle nadziei, dzi#ki któremu zacz# a marzy$
o nowej przyja'ni. Nie patrzy  na ni! %aden Jean Neville, o którym opowiedzia  jej kiedy" fabrykant 
zabawek. Zna a te oczy, zna a je bardzo dobrze. Patrzy  na ni! Lazarus Jann.
 

Jej serce "cisn!  nag y smutek. Westchn# a g #boko i zamkn# a oczy. Z jakiego" powodu, 

jeszcze zanim za jej plecami rozleg  si# g os, wiedzia a, %e w pokoju jest kto" jeszcze.

 

* * *

 

Kiedy Ismael i Irène dotarli na szczyt klifu, by o ju% pó'ne popo udnie. Po karko omnej 

wspinaczce pozosta y im bolesne zranienia i niezliczone otarcia na ramionach i nogach. Musieli 
zap aci$ t# cen# za przej"cie wzbronion! "cie%k!. Ismael spodziewa  si#, %e droga b#dzie trudna, ale 
rzeczywisto"$ przeros a jego naj"mielsze wyobra%enia. By  pe en podziwu dla Irène, która ani razu 
nie poskar%y a si# na ból, w dodatku wykaza a si# niespotykan! wprost odwag!.
 

Wspina a si# po ska ach, po których nikt przy zdrowych zmys ach nie o"mieli by si#

wspi!$. Kiedy wreszcie stan#li na skraju lasu, Ismael bez s owa przytuli  j! do siebie. Nie 
wystarczy oby wody w ca ym oceanie, %eby ugasi$ ogie&, który tli  si# w tej dziewczynie.
 

- Zm#czona?

 

Nie mog!c z apa$ tchu, Irène pokr#ci a g ow!.

 

- Mówi  ci ju% kto", %e jeste" najbardziej upart! istot! na ca ej planecie?

 

Dziewczyna u"miechn# a si# z wysi kiem.

 

- Nie znasz jeszcze mojej matki.

 

Zanim zd!%y  odpowiedzie$, poci!gn# a go za r#k# w stron# lasu. Za ich plecami zia a 

gro'na przepa"$, a na jej dnie po yskiwa o morze.
 

Gdyby wcze"niej kto" powiedzia  mu, %e zdo a wspi!$ si# po tych ska ach, nie uwierzy by 

za nic w "wiecie. Natomiast je"li chodzi o Irène, od dzi" gotów by  uwierzy$ we wszystko.

 

* * *

 

Simone powoli odwróci a si# ku cieniom. Czu a obecno"$ intruza; mog a nawet us ysze$

szmer jego urywanego oddechu, ale nie mog a go zobaczy$. Po"wiata p omieni odbija a si# od 
nieprzeniknionego halo, poza którym pokój przeistacza  si# w rozleg ! scen# pozbawion! g #bi. 
Simone usi owa a przenikn!$ wzrokiem pó mrok skrywaj!cy go"cia. Zaw adn!  ni! dziwny spokój, 
odzyska a zaskakuj!c! jasno"$ my"li. Jej zmys y zdawa y si# odbiera$ ka%dy, najmniejszy cho$by 
szczegó  z pora%aj!c! precyzj!. Umys  jej rejestrowa  ka%dy ruch powietrza, najs abszy d'wi#k, 
najmniejszy b ysk "wiat a. I tak chroniona przez ów dziwny stan spokoju milcza a, stoj!c na wprost 
ciemno"ci i czekaj!c, a% go"$ da jaki" znak.
 

- Nie spodziewa em si# pani tutaj - wreszcie rozleg  si# g os w ciemno"ciach, g os s aby, 

daleki. - Boi si# pani?
 

Simone przecz!co pokr#ci a g ow!.

 

- I s usznie. Nie powinna si# pani ba$. Nie powinna pani czu$ strachu.

 

- Nie ma pan zamiaru wyj"$ z ukrycia, panie Lazarusie?

 

Po jej pytaniu zapad a cisza. Oddech Lazarusa sta  si# g o"niejszy.

 

- Wol# pozosta$ tu, gdzie jestem - odpar  wreszcie.

 

- Dlaczego?

 

W pó mroku co" b ysn# o. Iskierka, niedostrzegalny prawie odblask.

 

- Mo%e pani spocznie, madame Sauvelle?

 

- Dzi#kuj#, postoj#.

 

- No có%, skoro tak pani wygodniej - skwitowa  m#%czyzna, po czym znów zamilk  na 

background image

chwil#. - Niew!tpliwie zastanawia si# pani, co takiego si# wydarzy o?
 

- Mi#dzy innymi - uci# a Simone z lekk! irytacj! w g osie.

 

- Wobec tego mo%e najpro"ciej b#dzie, je"li zada mi pani wszystkie nurtuj!ce pani! pytania, 

a ja spróbuj# udzieli$ na nie odpowiedzi.
 

Simone prychn# a ze z o"ci!.

 

- Mam tylko jedno pytanie: gdzie jest wyj"cie? - sykn# a.

 

- Obawiam si#, %e akurat na to pytanie nie mog# w a"nie odpowiedzie$. Jeszcze nie teraz.

 

- A dlaczego?

 

- To kolejne pytanie z listy?

 

- Gdzie jestem?

 

- W Cravenmoore.

 

- A jak si# tu znalaz am i dlaczego?

 

- Kto" pani! sprowadzi *

 

- Pan?

 

- Nie.

 

- Wi#c kto?

 

- Kto", kogo pani nie zna* chwilowo.

 

- Gdzie s! moje dzieci?

 

- Nie wiem.

 

Simone z twarz! poczerwienia ! od z o"ci skierowa a si# ku cieniom.

 

- Ty przekl#ty bastardzie!*

 

Ruszy a w stron#, sk!d dochodzi  g os. Jej oczy zdo a y wypatrzy$ sylwetk# siedz!c! w 

fotelu. Lazarus. Ale w jego twarzy by o co" dziwnego. Simone zatrzyma a si#.
 

- To maska - poinformowa  Lazarus.

 

- A po co maska? - zapyta a, czuj!c, %e spokój, którego zacz# a do"wiadcza$, gwa townie 

si# ulatnia.
 

- Maski ujawniaj! prawdziw! twarz kryj!cej si# za nimi osoby*

 

Simone stara a si# zapanowa$ nad sob!. Poddanie si# z o"ci do niczego nie doprowadzi.

 

- Gdzie s! moje dzieci? Prosz#*

 

- Powiedzia em ju%. Nie wiem, madame Sauvelle.

 

- A co ze mn!? Co pan zrobi ze mn!?

 

Lazarus rozwar  jedn! ze swych d oni, okryt! satynow! r#kawiczk!. Powierzchnia maski 

zal"ni a znowu. To w a"nie ten b ysk Simone widzia a przedtem.
 

- Nie wyrz!dz# pani krzywdy. Nie musi si# pani mnie ba$, Simone. Prosz# mi zaufa$.

 

- Nie wydaje si# panu, %e ta pro"ba jest troch# nie na miejscu?

 

- Dla pani dobra. Usi uj# pani! chroni$.

 

- Przed kim?

 

- Niech pani spocznie, prosz#.

 

- Co tu si#, do diab a, dzieje? Dlaczego nie chce mi pan powiedzie$, co si# tu dzieje?

 

Simone poczu a, %e jej g os powoli zaczyna si#  ama$ i przybiera$ dzieci#ce tony. 

Rozpoznaj!c pierwsze objawy paniki, zacisn# a pi#"ci i g #boko odetchn# a. Cofn# a si# o kilka 
kroków i usiad a na jednym z krzese  stoj!cych wokó  pustego sto u.
 

- Dzi#kuj# - odezwa  si# cichutko Lazarus.

 

Kobieta w milczeniu uroni a  z#.

 

- Przede wszystkim chcia bym, %eby dowiedzia a si# pani, i% jest mi niewymownie przykro, 

%e zosta a pani w to wszystko wpl!tana. Nie s!dzi em, %e kiedykolwiek mo%e doj"$ do czego"

background image

takiego - o"wiadczy  fabrykant zabawek.
 

- Dziecko o imieniu i nazwisku Jean Neville nigdy nie istnia o, nieprawda%? - spyta a 

Simone. - To pan by  tym dzieckiem. Historia, któr! mi pan opowiedzia * by a prawdziwa po 
cz#"ci i pokrywa a si# z pa&skim w asnym %yciem.
 

- Widz#, %e zapozna a si# pani z moj! kolekcj! wycinków. Przypuszczalnie doprowadzi o to 

pani! do wysnucia paru interesuj!cych, niemniej mylnych wniosków.
 

- Jedyny wniosek, który wysnu am, panie Jann, to %e jest pan chorym cz owiekiem, 

potrzebuj!cym pomocy. Nie wiem, jak zdo a  mnie pan tu przynie"$, ale zapewniam pana, %e je"li 
uda mi si# st!d wyj"$, skieruj# swoje pierwsze kroki na posterunek %andarmerii. Porwanie jest 
czynem karalnym*
 

Natychmiast zda a sobie spraw# z groteskowo"ci i absurdalno"ci swoich w asnych s ów.

 

- Czy to znaczy, %e ma pani zamiar z o%y$ wymówienie, madame Sauvelle?

 

Ta rzadka u Lazarusa ironiczna nutka wyda a si# Simone podejrzana. Jej pryncypa , na ile 

go zna a, nigdy nie pozwoli by sobie na taki komentarz. Cho$ na dobr! spraw# wcale go tak dobrze 
nie zna a.
 

- Znaczy, co znaczy - odpowiedzia a sucho.

 

- (wietnie. Wobec tego, zanim uda si# pani na posterunek %andarmerii, czemu nie b#d# si#

przeciwstawia$, pozwoli pani, %e uzupe ni# o kilka niezb#dnych szczegó ów histori#, któr! z 
pewno"ci! stara si# pani uporz!dkowa$ sobie w g owie.
 

Simone przygl!da a si# zimnej, pozbawionej jakiegokolwiek wyrazu masce, porcelanowej 

twarzy, z której ust wydobywa  si# beznami#tny, jakby dochodz!cy z daleka g os. W oczach mog a 
dostrzec tylko ciemno"$.
 

- Sama si# pani przekona, moja droga Simone, %e jedyny mora , jaki mo%na wysnu$ z tej 

historii, tak jak i z ka%dej innej, brzmi: w prawdziwym %yciu, w odró%nieniu od fikcji, nic nie jest 
tym, czym si# wydaje*
 

- Czy mo%e mi pan co" przyrzec? - przerwa a mu.

 

- O ile b#dzie to w mojej mocy*

 

- Prosz# mi obieca$, %e je"li wys ucham pa&skiej historii do ko&ca, pozwoli mi pan st!d 

odej"$ z moimi dzie$mi. Przysi#gam, %e nie zg osz# si# na policj#. Zabior# Irène i Doriana i 
wyjedziemy z miasteczka. Znikniemy st!d na zawsze.
 

Maska przez jak!" chwil# nie odpowiada a.

 

- Naprawd# tego pani pragnie?

 

Przytakn# a, powstrzymuj!c  zy.

 

- Rozczarowuje mnie pani, Simone. S!dzi em, %e jeste"my przyjació mi. Dobrymi 

przyjació mi.
 

- B agam*

 

Maska zacisn# a pi#"$.

 

- No có%. Je"li tak bardzo chce pani by$ ze swoimi dzie$mi, to oczywi"cie spe ni# pani 

%yczenie. W odpowiednim czasie*

 

* * *

 

- Pami#ta pani swoj! matk#, madame Sauvelle? W sercu wszystkich dzieci jest szczególne 

miejsce dla tych, które wyda y je na "wiat. Male&kie "wiate ko, które nigdy nie ga"nie. Gwiazdka 
na firmamencie. A ja przez wi#kszo"$ swego %ycia próbowa em zgasi$ to "wiate ko. Ca kowicie o 
nim zapomnie$. Ale nie jest to  atwe. Prosz# mi wierzy$. Mam nadziej#, %e zanim os!dzi mnie pani i 
wyda wyrok, wys ucha mnie pani do ko&ca. B#d# si# streszcza . Dobre opowie"ci nie potrzebuj!

background image

zbyt wielu s ów*
 

Przyszed em na "wiat noc! dwudziestego szóstego grudnia tysi!c osiemset 

osiemdziesi!tego drugiego roku, w starej kamienicy w najciemniejszym zau ku paryskiej dzielnicy 
Les Gobelins. W ponurym, odpychaj!cym miejscu, bez dwóch zda&. Czyta a pani Victora Hugo, 
madame Sauvelle? Je"li tak, to dobrze pani wie, co mam na my"li. Tam w a"nie moja matka, której 
asystowa a tylko s!siadka Nicole, urodzi a mnie. Panowa o takie zimno, %e nie by em w stanie 
wyda$ swojego pierwszego krzyku. Wrzasn! em dopiero po kilku minutach, rzecz niespotykana u 
noworodków. Moja matka w pierwszym momencie przekonana by a, %e urodzi em si# martwy. 
Kiedy okaza o si#, %e jednak %yj#, nieszcz#sna uzna a to za cud i postanowi a, odwo uj!c si# do 
ewangelicznej opowie"ci o -azarzu, da$ mi na imi# Lazarus.
 

Moje dzieci&stwo jawi mi si# w pami#ci jako krzyki dochodz!ce z ulicy i ci!gn!ce si# w 

niesko&czono"$ choroby mojej matki. Nicole bra a mnie na kolana i t umaczy a, %e moja mama jest 
bardzo chora i nie mo%e si# mn! zajmowa$, %e powinienem by$ grzeczny i i"$ si# bawi$ z innymi 
dzie$mi na podwórku. Siedzenie na kolanach tej dobrej kobiety to jedno z moich pierwszych 
wspomnie&. S!siadka mia a na my"li grup# obdartych dzieciaków %ebrz!cych od wschodu do 
zachodu s o&ca, które przed uko&czeniem siedmiu lat wiedzia y ju%, %e aby prze%y$ w tej dzielnicy, 
trzeba zosta$ albo policjantem, albo z odziejem. Chyba nie musz# wyja"nia$, która z mo%liwo"ci 
wydawa a im si# atrakcyjniejsza.
 

Jedynym "wiate kiem nadziei, jakie pami#tam z tych mrocznych dni mojego dzieci&stwa, 

by  tajemniczy m#%czyzna, g ówny bohater naszych marze&. Nazywa  si# Daniel Hoffmann i dla 
nas wszystkich by  symbolem fantazji, do tego stopnia, %e wielu z nas w ogóle w!tpi o w jego 
istnienie. Jak wie"$ g osi a, Hoffmann pojawia  si# na ulicach Pary%a w przeró%nych przebraniach, 
podaj!c si# za rozmaite postacie, by rozdawa$ ubogim dzieciom zabawki, które sam konstruowa  w 
swojej fabryce. Wszystkie paryskie dzieciaki s ysza y o nim i marzy y, %e kiedy" mo%e szcz#"cie si#
do nich u"miechnie i spotkaj! Hoffmanna.
 

By  on w adc! magii i wyobra'ni. Fascynacj# jego osob! jedno tylko mog o pokona$: wiek. 

W miar# jak dzieciaki dorasta y, a si a ich wyobra'ni zanika a, nazwisko fabrykanta zabawek 
powoli zaciera o si# w ich pami#ci. Wreszcie przychodzi  taki dzie&, kiedy s ysz!c z ust w asnych 
dzieci jego imi# i nazwisko, nie potrafi y przypomnie$ sobie, o kim mowa*
 

Nie by o pot#%niejszego producenta zabawek od Daniela Hoffmanna. By  w a"cicielem 

wielkiej fabryki w Les Gobelins. Swoim wygl!dem przypomina a ogromn! katedr# wznosz!c! si#
po"ród mroków tej pos#pnej, naje%onej niebezpiecze&stwami dzielnicy n#dzy. Wyrastaj!ca z 
samego centrum budynku strzelista wie%a wbija a si# w chmury. Codziennie o "wicie i o zmierzchu 
rozlega o si# z niej bicie dzwonów. Ich echo nios o si# po ca ym mie"cie. Wszystkie dzieciaki w 
dzielnicy zna y ten budynek, doro"li jednak nie mogli go zobaczy$, przekonani, %e na tym terenie 
rozci!ga si# bagno, nieprzebyte ugory w samym sercu mrocznej metropolii.
 

Nikt nie zna  prawdziwej twarzy Daniela Hoffmanna. Pono$ konstruktor zajmowa 

najwy%sze pi#tro na wie%y, z której wychodzi  tylko i wy !cznie po to, by w przebraniu przechadza$
si# o zmierzchu po ulicach Pary%a i rozdawa$ zabawki do"wiadczonym przez los dzieciom. W 
zamian %!da  od dzieciaków tylko jednego: obietnicy wiecznej mi o"ci i bezgranicznego 
pos usze&stwa. Ka%de dziecko bez wahania odda oby mu swoje serce. Nie wszystkie jednak mia y 
szcz#"cie go rozpozna$. Opowiadano, %e mia  do dyspozycji setki przebra& i masek, pod którymi 
si# ukrywa . Byli nawet tacy, którzy twierdzili, i% Daniel Hoffmann nigdy nie u%ywa  dwa razy tego 
samego przebrania.
 

Wró$my jednak do mojej matki. Choroba, o której mówi a Nicole, wci!% jest dla mnie 

tajemnic!. Sk onny jestem twierdzi$, %e niektórzy ludzie, podobnie jak niektóre zabawki, 

background image

przychodz! na "wiat ze skaz!. W pewnym stopniu jeste"my podobni do zepsutych zabawek, nie 
s!dzi pani? W ka%dym razie przypad o"$ mojej matki sko&czy a si# stopniow! utrat! w adz 
umys owych. Kiedy cia o choruje, tak%e i umys  zaczyna niedomaga$. Samo %ycie.
 

W ten oto sposób dorasta em, maj!c samotno"$ za jedynego towarzysza. Podobnie jak inne 

dzieci, marzy em, %e którego" dnia sam Daniel Hoffmann przyjdzie mi z pomoc!. Pami#tam, %e co 
noc, zanim poszed em spa$, modli em si# do mojego anio a stró%a, by fabrykant zabawek pojawi 
si# na mej drodze. Modli em si# o to co noc. My"l#, %e to w a"nie za spraw! opowie"ci o 
Hoffmannie zacz! em sam konstruowa$ zabawki.
 

U%ywa em do tego odpadów znajdowanych na "mietnikach. Tak zbudowa em swój 

pierwszy poci!g i swój pierwszy trzypi#trowy zamek. Po nich zrobi em jeszcze kartonowego 
smoka i machin# lataj!c!, a prosz# pami#ta$, %e wtedy aeroplany nie by y tak powszechnym 
widokiem jak dzi". Ale moj! ulubion! zabawk! by  Gabriel. Anio . Cudowny anio , którego 
zrobi em w asnymi r#kami, by chroni  mnie przed ciemno"ci! i niebezpiecze&stwami losu. 
Skonstruowa em go z prasowalnicy i najprzeró%niejszego %elastwa, które zdoby em w opuszczonej 
tkalni dwie ulice od domu. Jednak %ywot Gabriela, mojego anio a stró%a, by  krótki.
 

Tego samego dnia, kiedy matka odkry a mój arsena  zabawek, Gabriel zosta  skazany na 

"mier$.
 

Matka zawlok a mnie do piwnicy i tam, rozgl!daj!c si# nerwowo dooko a, jakby w obawie, 

%e kto" czai si# w ciemno"ci, wyja"ni a mi szeptem, i% we "nie przemówi  do niej tajemniczy g os. 
Ów g os wyjawi  jej nast#puj!cy sekret: otó% zabawki, wszystkie zabawki, by y wynalazkiem 
samego Lucyfera, który zamierza  pos u%y$ si# nimi po to, by doprowadzi$ do zguby dzieci z 
ca ego "wiata. Tej samej nocy Gabriel wraz z reszt! moich zabawek wyl!dowa  w p omieniach 
piecyka.
 

Musia em by$ "wiadkiem tego wydarzenia, sam upewni$ si#, %e sp on# y do cna. Moja 

matka bardzo na to nalega a. Mówi a, %e w przeciwnym razie cie& mojej przekl#tej duszy przyjdzie 
po mnie. Na ten cie& sk ada y si# wszystkie plamy na moim honorze, moje z e uczynki i s abo"ci. 
Wed ug jej s ów ten cie& nie odst#powa  mnie na krok - mroczne odbicie tego, jak bezlito"nie si# do 
niej odnosi em, jak podle post#powa em.
 

Mia em wtedy zaledwie siedem lat.

 

W tym samym mniej wi#cej czasie choroba mojej matki si# nasili a. Zacz# a zamyka$ mnie 

w piwnicy, gdzie jej zdaniem cie& nie móg  mnie odnale'$. Podczas tych d ugich godzin 
sp#dzonych w piwnicy powstrzymywa em oddech, obawiaj!c si#, %e us yszy mnie cie&, to 
przekl#te odbicie grzesznej duszy, i zabierze mnie ze sob! prosto do piek a. Pewnie to wszystko 
wydaje si# pani "mieszne, a w najlepszym razie smutne, madame Sauvelle, ale dla takiego ma ego 
ch opca by  to koszmar; koszmar, który musia  prze%ywa$ codziennie.
 

Nie b#d# pani zanudza$, mno%!c ponure szczegó y. Do"$ powiedzie$, %e którego" dnia, po 

tym jak po raz kolejny zosta em zamkni#ty w piwnicy, moja matka ostatecznie postrada a zmys y, a 
ja sp#dzi em ca y tydzie& uwi#ziony w ciemno"ciach. Pewnie ju% pani przeczyta a wycinek na ten 
temat. To jedna z tych wiadomo"ci, które dziennikarze z upodobaniem zamieszczaj! na pierwszych 
stronach gazet. Z e wie"ci, zw aszcza za" te odra%aj!ce i makabryczne, otwieraj! z zadziwiaj!c!
skuteczno"ci! portfele czytelników. Mog# chyba "mia o zaryzykowa$ twierdzenie, i% zastanawia si#
pani, co robi dziecko przez siedem dni i siedem nocy w ciemnej piwnicy.

(miem s!dzi$, i% nie wie pani, %e cz owiek przez par# godzin pozbawiony "wiat a traci 

poczucie czasu. Godziny staj! si# minutami, sekundami. A mo%e by$, %e i tygodniami. Czas i 
"wiat o s! ze sob! "ci"le powi!zane. W moim przypadku najistotniejsze jest, %e w tym czasie 
wydarzy o si# co" zupe nie nadzwyczajnego. Cud. Drugi cud w moim %yciu, na dobr! spraw#, po 

background image

tych kilku minutach zawieszenia mi#dzy %yciem a "mierci!, tu% po moim przyj"ciu na "wiat.
 

Moje b agania zosta y wys uchane. Nie na darmo modli em si# tak %arliwie. By$ mo%e to 

tylko szcz#"cie, by$ mo%e przeznaczenie*
 

Odwiedzi  mnie Daniel Hoffmann. Przyszed  w a"nie do mnie. Spo"ród ca ej paryskiej 

dzieciarni tej nocy to ja zosta em jego wybra&cem. Wci!% mam w uszach to delikatne pukanie w 
kratk# wychodz!cego na ulic# otworu wentylacyjnego. By  dla mnie za wysoko, ale g osowi, który 
stamt!d dobiega , mog em odpowiedzie$. W %yciu nie s ysza em równie  agodnego i cudownego 
g osu. G osu, który rozprasza  ciemno"ci i sprawia , %e strach biednego dzieciaka znika  jak "nieg w 
promieniach s o&ca. I nie uwierzy pani, ale Daniel Hoffmann zawo a  mnie po imieniu.
 

A ja otworzy em mu drzwi swego serca. I w tym momencie piwnica rozb ys a nieziemskim 

"wiat em, i zjawi  si# w niej Hoffmann w ol"niewaj!cym bia ym stroju. Brak mi s ów, pani Simone. 
To by  anio , prawdziwy "wietlisty anio . Nigdy nie widzia em kogo", kto otoczony by by tak 
niezwyk ! aur! pi#kna i spokoju.
 

Tamtej nocy, maj!c Daniela Hoffmanna równie blisko, jak mam dzi" pani!, odby em z nim 

d ug! rozmow#. Nie musia em opowiada$ mu o Gabrielu i o innych moich zabawkach - wiedzia  o 
wszystkim. Musz# pani powiedzie$, %e Hoffmann by  w ogóle "wietnie poinformowany. Zna 
wszystkie opowie"ci o cieniu, którymi zadr#cza a mnie moja matka. Wszystkie, co do jednej. 
Wyznawszy mu, %e ten cie& naprawd# mnie przera%a , poczu em ulg#. Nawet sobie pani nie 
wyobra%a, ile wspó czucia by o w tym cz owieku. Cierpliwie wys ucha  tego wszystkiego, co mi 
si# przydarzy o. Czu em, jak bliski mu jest mój ból i moje cierpienie. Szczególnie dobrze za"
rozumia  najstraszliwszy z moich l#ków: cie&. Mój w asny cie&, tego z owrogiego ducha, który nie 
odst#powa  mnie na krok i bra  na siebie ca e z o, jakie we mnie by o*
 

To Daniel Hoffmann wskaza  mi, co powinienem zrobi$. Prosz# postawi$ si# w mojej 

sytuacji, do tej pory by em tylko biednym ignorantem. Co ja mog em wiedzie$ o cieniach? Co 
mog em wiedzie$ o tych tajemniczych duchach nawiedzaj!cych ludzi w snach, by mówi$ o 
przesz o"ci i przepowiada$ przysz o"$? Nic a nic.
 

Ale on wiedzia . Wiedzia  wszystko. I gotów by  mi pomóc.

 

Tamtej nocy Daniel Hoffmann ukaza  mi przysz o"$. Powiedzia , %e przeznaczone mi jest 

zosta$ dziedzicem jego imperium. Wyja"ni  mi, %e pewnego dnia przejm# ca ! jego wiedz#, ca ! jego 
sztuk#, a otaczaj!cy mnie "wiat n#dzy zniknie na zawsze. Ofiarowa  mi przysz o"$, o której nawet 
nie "mia em marzy$. Wielk! przysz o"$. Ja nie wiedzia em, co to jest. A on mi to podarowa . W 
zamian prosi  mnie tylko o jedno. O ma e, nieznacz!ce przyrzeczenie. Mia em odda$ mu swoje 
serce. Tylko jemu i nikomu wi#cej.
 

Fabrykant zabawek zapyta  mnie, czy rozumiem, co to znaczy. Bez wahania 

odpowiedzia em mu, %e rozumiem. )e bez namys u oddam mu swoje serce. By  jedynym 
cz owiekiem, który nie potraktowa  mnie 'le. Jedynym cz owiekiem, dla którego co" znaczy em. 
Powiedzia  mi, %e je"li tylko tego pragn#, bardzo szybko opuszcz# to miejsce, %e nigdy nie wróc#
do tego domu, do tej dzielnicy i %e nigdy ju% wi#cej nie zobacz# swojej matki. I wreszcie powiedzia 
mi rzecz najwa%niejsz!: %e ju% nigdy nie b#d# musia  ba$ si# cienia. Je"li zrobi# to, o co mnie prosi, 
czeka mnie "wietlana przysz o"$.
 

Zapyta , czy mu ufam. Przytakn! em. Wówczas wyj!  kryszta owy flakonik, niewiele 

ró%ni!cy si# zapewne od pani flakoników z perfumami. U"miechaj!c si#, wyci!gn!  korek. Na 
moich oczach sta o si# co" niesamowitego. Mój cie&, moje odbicie na "cianie, zmieni  si# w 
ta&cz!c! plam#. W chmur# ciemno"ci, która zosta a wessana do flakonika i na zawsze uwi#ziona w 
jego wn#trzu. Daniel Hoffmann zatka  naczynie i poda  mi je. Kryszta  by  zimny jak lód.
 

Wyt umaczy  mi, %e od tej pory moje serce nale%y do niego i %e niebawem wszystkie moje 

background image

problemy znikn!, o ile nie z ami# przyrzeczenia. Powiedzia em mu, %e nie móg bym tego zrobi$. 
U"miechn!  si# do mnie sympatycznie i wr#czy  mi prezent. Kalejdoskop. Poprosi  mnie, bym 
zamkn!  oczy i z ca ych si  pomy"la  o czym", czego pragn# najbardziej na "wiecie. Zacisn! em 
powieki, a on ukl!k  przede mn! i poca owa  mnie w czo o. Kiedy otworzy em oczy, ju% go nie 
by o.
 

Tydzie& pó'niej policja, po otrzymaniu sygna u od anonimowego informatora o tym, co 

dzieje si# w moim domu, uwolni a mnie z mojego piwnicznego wi#zienia. Moja matka nie %y a*
 

Kiedy prowadzono mnie do komisariatu, wokó  nas zaroi o si# od wozów stra%ackich. W 

powietrzu czu$ by o sw!d spalenizny. Policjanci, z którymi szed em, zboczyli z drogi i wtedy to 
zobaczy em: wznosz!ca si# na horyzoncie fabryka Daniela Hoffmanna sta a w p omieniach 
najstraszliwszego po%aru, jaki kiedykolwiek wybuch  na ulicach Pary%a. Ludzie, którzy nigdy 
wcze"niej nie zwrócili na ni! uwagi, stali teraz i patrzyli na ogie& trawi!cy "wi!tyni# zabawek. I 
wszyscy wówczas przypomnieli sobie imi# i nazwisko bohatera swoich dzieci#cych marze&, 
Daniela Hoffmanna. Pa ac w adcy imperium p on! *
 

P omienie i k #by czarnego dymu bi y w niebo przez trzy dni i trzy noce, jakby bramy 

piekie  rozwar y si# w samym sercu miasta. By em tam i widzia em to na w asne oczy. Dopiero po 
paru dniach, kiedy z budynku ogromnej fabryki pozosta y ju% tylko zgliszcza, gazety zamie"ci y o 
tym informacj#.
 

Z czasem odpowiednie w adze odnalaz y jakiego" dalekiego krewnego mojej matki, który 

podj!  si# trudu wychowania mnie. Przeprowadzi em si# do mojej nowej rodziny w Cap d'Antibes. 
Tam dorasta em, tam chodzi em do szko y. Wiod em normalne %ycie. Szcz#"liwe. Dok adnie takie, 
jakie obieca  mi Daniel Hoffmann. Nawet pozwoli em sobie, na w asny u%ytek, zmodyfikowa$
nieco swój %yciorys: zreszt! opowiedzia em pani kiedy" t# histori#.
 

W dniu osiemnastych urodzin otrzyma em list. Wys ano go z Montparnasse'u. Na stemplu 

pocztowym widnia a data sprzed o"miu lat. Mój stary przyjaciel donosi  mi, %e kancelaria notarialna 
niejakiego Gilberta Travanta w Fontainebleau jest w posiadaniu aktu w asno"ci rezydencji na 
wybrze%u Normandii. W dniu osi!gni#cia pe noletno"ci stawa em si# jej w a"cicielem. List 
podpisany by  inicja em +D,.
 

Ale musia o up yn!$ kilka lat, zanim osiad em w Cravenmoore. Zdaniem moich 

wyk adowców by em wielce obiecuj!cym in%ynierem. Moje projekty zabawek przewy%sza y 
wszystko, co zaprojektowano do tej pory. Szybko zrozumia em, %e nadszed  wreszcie czas, by 
uruchomi$ w asn! fabryk#. W Cravenmoore oczywi"cie. Wszystko toczy o si# zgodnie z 
nakre"lon! mi przez Daniela Hoffmanna wizj! przysz o"ci. Wszystko. Dopóki nie zdarzy  si#
wypadek. Sta o si# to trzynastego lutego w Porte de Saint Michel. Nazywa a si# Alexandra Alma 
Maltisse i by a najpi#kniejsz! istot! na "wiecie.
 

Przez te wszystkie lata przechowywa em starannie ów flakonik, który Daniel Hoffmann 

przekaza  mi w piwnicy przy rue des Gobelins. Przez ca y czas by  równie zimny jak owej 
pierwszej nocy. Sze"$ miesi#cy pó'niej z ama em przyrzeczenie z o%one Danielowi Hoffmannowi i 
odda em swoje serce tej dziewczynie. O%eni em si# z ni!. By  to najszcz#"liwszy dzie& w moim 
%yciu. W noc przed "lubem, który mia  si# odby$ w Cravenmoore, uda em si# na skalisty cypel, 
wzi!wszy z sob! flakonik z moim cieniem. I tam, skazuj!c go na wieczne zapomnienie, rzuci em w 
ciemn! kipiel.
 

Jak ju% mówi em, nie dotrzyma em obietnicy*

 

* * *

 

S o&ce zacz# o si# powoli chyli$ ku zachodowi, kiedy Ismael z Irène zobaczyli wreszcie 

background image

przebijaj!c! zza drzew tyln! elewacj# Domu na Cyplu. Zdawa o si#, %e zm#czenie, które dot!d 
odczuwali, opu"ci o ich teraz, jakby w oczekiwaniu na odpowiedniejszy moment, by znienacka 
znów ich dopa"$. Ismael s ysza  o tym dziwnym zjawisku, o rodzaju specyficznego oddechu, jaki 
 apali sportowcy, przekraczaj!c próg skrajnego zm#czenia. Od tego momentu cia o potrafi o 
pod!%a$ dalej bez oznak wyczerpania. Rzecz jasna, dopóki ostatecznie nie odmówi o 
pos usze&stwa. Kiedy by o ju% po wszystkim, zm#czenie znów dawa o o sobie zna$. Po%yczka od 
mi#"ni, by tak rzec.
 

- O czym my"lisz? - zapyta a Irène na widok zafrapowanej miny ch opca.

 

- O tym, %e co" bym zjad .

 

- Ja te% jestem g odna. To dziwne.

 

- Wr#cz przeciwnie. Nic tak nie zaostrza apetytu jak porz!dny strach - za%artowa  Ismael.

 

Wydawa o si#, %e w Domu na Cyplu panuje spokój, nie by o "ladu jakichkolwiek 

nieproszonych go"ci. Dwie girlandy susz!cego si# prania powiewa y na wietrze. Ismael spojrza 
k!tem oka na co", co bez w!tpienia by o bielizn! Irène. Przed oczyma stan!  mu obraz dziewczyny 
w samej tylko bieli'nie.
 

- Dobrze si# czujesz? - zapyta a Irène.

 

Ch opak prze kn!  "lin# i przytakn! .

 

- Jestem tylko g odny i zm#czony. Poza tym wszystko w porz!dku.

 

Irène pos a a mu tajemniczy u"miech. Ismaelowi przysz o do g owy, %e by$ mo%e wszystkie 

kobiety posiad y umiej#tno"$ czytania w my"lach, po chwili uzna  jednak, %e z pustym %o !dkiem 
lepiej nie zag #bia$ si# w podobne rozwa%ania.
 

Dziewczyna spróbowa a otworzy$ tylne drzwi do domu, ale stwierdzi a, %e kto" zamkn!  je 

od wewn!trz. U"miech na jej twarzy natychmiast ust!pi  miejsca grymasowi zdziwienia.
 

- Mamo? Dorian? - zawo a a, cofaj!c si# i przygl!daj!c oknom z wy%szego pi#tra.

 

- Spróbujmy od frontu - zaproponowa  Ismael.

 

Irène posz a za nim, okr!%aj!c dom a% do ganku. Nagle stan#li jak wryci przed 

rozci!gaj!cym si# u ich stóp dywanem szklanych od amków. Ich oczom ukaza y si# zniszczone 
drzwi i powybijane okna. Na pierwszy rzut oka sprawia o to wra%enie, jakby eksplozja gazu 
wyrwa a drzwi z zawiasów i rozbi a w drobny py  wszystkie szyby. Irène usi owa a powstrzyma$
rosn!c! w %o !dku kul# lodu. Bezskutecznie. Spojrza a przera%ona na Ismaela i ruszy a w stron#
wej"cia. Powstrzyma  j! bez s owa.
 

- Madame Sauvelle? - krzykn!  z ganku.

 

Jego g os rozszed  si# po ca ym domu. Ismael ostro%nie wszed  do "rodka i rozejrza  si#. 

Irène posz a jego "ladem. Tak ci#%kiego westchnienia nigdy jeszcze z siebie nie wyda a.
 

Okre"lenie +dewastacja, do pewnego stopnia jedynie oddawa o stan zniszcze&, w jakim 

zastali dom. Ismael nigdy dot!d nie widzia  efektów tornada, ale wyobrazi  sobie, %e po przej"ciu 
straszliwej wichury zniszczenia s! jednak znacznie mniejsze od tych, na które w a"nie spogl!da .
 

- Mój Bo%e*

 

- Uwa%aj na szk o - ostrzeg  ch opak.

 

- Mamo!

 

Krzyk potoczy  si# po ca ym domu niczym duch b !kaj!cy si# od pokoju do pokoju. Ismael, 

ani na chwil# nie puszczaj!c Irène, podszed  do schodów i spojrza  w gór#.
 

- Wejd'my tam - powiedzia a dziewczyna.

 

Zacz#li wchodzi$ powoli, rozgl!daj!c si# uwa%nie po tym wszystkim, co pozostawi a po 

sobie niewidzialna si a. Irène pierwsza dostrzeg a brak drzwi w pokoju Simone.
 

- Niemo%liwe! - wyszepta a.

background image

 

Ismael szybko znalaz  si# na progu sypialni i zajrza  do "rodka. Pusto. Obeszli wszystkie 

pokoje na pi#trze. Pusto wsz#dzie.
 

- Gdzie oni si# mogli podzia$? - spyta a dziewczyna dr%!cym g osem.

 

- Nie mam poj#cia. Tu w ka%dym razie nikogo nie ma. Wracamy na dó .

 

Z tego, co zd!%y  zobaczy$, wygl!da o na to, %e w domu wywi!za a si# gwa towna walka. 

Ale swoje spostrze%enia i wnioski wola  na razie zachowa$ dla siebie, tym bardziej %e zacz# y w 
nim narasta$ ponure podejrzenia. Zszokowana wci!% Irène p aka a u podnó%a schodów. +Jeszcze 
troch#, a wpadnie w histeri#,, pomy"la  Ismael. Musia  szybko co" wymy"li$, by temu zapobiec. W 
g owie zawirowa a mu karuzela pomys ów. Co jeden, to gorszy. Nagle do ich uszu dotar   omot. A 
po nim zapad a martwa cisza.
 

Irène unios a g ow# i zap akanymi oczyma spojrza a pytaj!co na Ismaela, by si# upewni$, 

czy on te% s ysza  ten ha as. Ch opak przytakn! , przyk adaj!c palec do ust. Krótkie metaliczne 
uderzenia rozleg y si# ponownie w ca ym domu. Ismael zacz!  si# gor!czkowo zastanawia$, co mu 
ten przyt umiony d'wi#k przypomina. Co" w "rodku wali o o metal. A mo%e kto". Rytmiczne 
walenie si# powtórzy o. Ismael poczu , jak pod stopami lekko wibruje mu pod oga. Jego wzrok 
zatrzyma  si# na zamkni#tych drzwiach w korytarzu, który prowadzi  do kuchni.
 

- Co jest za tymi drzwiami?

 

- Schody do piwnicy* - odpar a Irène.

 

Ch opak podszed  do drzwi i przy o%y  do nich ucho. Znów us ysza   omot uderze&. 

Nacisn!  klamk#, ale ta by a zablokowana.
 

- Jest tam kto? - krzykn! .

 

Z piwnicy dobieg  odg os kroków stawianych na schodach.

 

- Uwa%aj - ostrzeg a Irène.

 

Ismael cofn!  si#. Na chwil# stan!  mu przed oczyma obraz wy aniaj!cego si# z piwnicy 

anio a. Za drzwiami odezwa  si# s abo s yszalny, dr%!cy g os. Irène dopad a do drzwi.
 

- Dorian!

 

W odpowiedzi g os wymamrota  co" niezrozumia ego.

 

Irène spojrza a na Ismaela i przytakn# a.

 

- To mój brat.

 

Ch opak na w asnej skórze przekona  si#, %e wywa%enie drzwi czy nawet ich rozwalenie jest 

przedsi#wzi#ciem znacznie bardziej skomplikowanym, ni% mog oby to wynika$ z seriali radiowych. 
Dobry kwadrans zaj# o im znalezienie w kuchennej spi%arni metalowego pr#ta i wywa%enie nim 
drzwi. Ismael, zlany potem, cofn!  si#, a Irène zwie&czy a jego trud, jednym pchni#ciem otwieraj!c 
drzwi. Zamek, bezkszta tna pl!tanina drzazg i pordzewia ego mechanizmu, spad  na pod og#. 
Ch opakowi ten widok przywiód  na my"l je%a.
 

Chwil# pó'niej z ciemno"ci wy oni  si# blady Dorian o st#%a ej ze strachu twarzy. R#ce mu 

dr%a y. Niczym przera%one zwierz!tko wtuli  si# w ramiona siostry. Irène spojrza a na Ismaela. 
Wida$ by o, %e brat Irène ma za sob! potworne prze%ycia. Dziewczyna ukl#k a przed nim i wytar a 
mu brudn!, zlan!  zami twarz.
 

- Wszystko w porz!dku? - zapyta a spokojnie, staraj!c si# sprawdzi$, czy ch opak nie jest 

ranny lub pot uczony.
 

Dorian pokiwa  g ow!.

 

- A wiesz, gdzie jest mama?

 

Podniós  g ow#. W oczach wida$ by o przera%enie.

 

- Dorian, to bardzo wa%ne. Gdzie jest mama?

 

- Zabra  j! ze sob!* - wymamrota .

background image

 

Ismael zastanawia  si#, ile czasu ch opiec sp#dzi  w ciemnej piwnicy.

 

- Zabra  j! ze sob!* - powtórzy  Dorian, jakby znajdowa  si# w hipnotycznym transie.

 

- Kto j! zabra ? - spyta a Irène z trze'wym spokojem. - Kto zabra  mam#?

 

Dorian spojrza  wpierw na siostr#, pó'niej na Ismaela i u"miechn!  si# s abiutko, jakby 

pytanie, które us ysza , by o absurdalne.
 

- Cie& - odpar . - Zabra  j! cie&.

 

Ismael i Irène spojrzeli na siebie wymownie.

 

Dziewczyna westchn# a g #boko i po o%y a d onie na ramionach brata.

 

- Dorianie, musisz zrobi$ co" bardzo wa%nego. Rozumiesz?

 

Dorian przytakn! .

 

- Musisz pojecha$ do miasteczka na posterunek %andarmerii. Powiedz komisarzowi, %e w 

Cravenmoore wydarzy  si# straszny wypadek. )e mama jest ranna. Niech przyjad! jak najszybciej. 
Zrozumia e"?
 

Dorian przygl!da  si# siostrze zdezorientowany.

 

- Nie wspominaj o cieniu. Mów tylko to, co ci przed chwil! powiedzia am. To bardzo 

wa%ne. W przeciwnym razie nikt ci nie uwierzy. Powiedz tylko o wypadku.
 

Ismael przytakn! .

 

- Musisz to zrobi$ dla mamy i dla mnie. Rozumiesz?

 

Dorian spojrza  na Ismaela, a pó'niej na swoj! siostr#.

 

- Mama mia a wypadek w Cravenmoore i jest ranna. Potrzebuje natychmiastowej pomocy - 

wyrecytowa  mechanicznie ch opak. - Ale mamie nic nie jest, prawda?
 

Irène u"miechn# a si# do& i przytuli a go.

 

- Kocham ci# - szepn# a mu do ucha.

 

Dorian poca owa  siostr# w policzek, pozdrowi  Ismaela i ruszy  na poszukiwanie swojego 

roweru. Znalaz  go przy ganku. Prezent od Lazarusa by  jedn! wielk! kup! z omu. Ch opak 
wpatrywa  si# w szcz!tki swojego roweru, podczas gdy Ismael i Irène, stan!wszy na ganku, 
zdumieni przygl!dali si# znalezisku.
 

- Komu si# chcia o tak rozwala$ rower? - dziwi  si# Dorian.

 

- Pospiesz si# lepiej, Dorianie - przynagli a go Irène.

 

Ch opak bez namys u rzuci  si# biegiem. Irène i Ismael patrzyli z ganku, jak znika. S o&ce 

powoli zanurza o si# w zatoce niczym krwawy balon, barwi!c wody swoim szkar atem. Oboje 
spojrzeli na siebie. Nie musieli nic mówi$. Wiedzieli, co ich czeka za g#stwin! lasu, w samym sercu 
ciemno"ci.

background image

12. Doppelgänger

 

Nigdy przed o tarzem nie sta a pi#kniejsza panna m oda - powiedzia a maska. - Nigdy.

 

Do uszu Simone dociera  cichy lament "wiec p on!cych w pó mroku i szept wiatru 

ocieraj!cego si# o zast#py gargulców strzeg!ce wie% Cravenmoore. Odg osy nocy.
 

- (wiat o, które Alexandra wnios a w moje %ycie, usun# o z mej pami#ci wszystkie bolesne 

wspomnienia dzieci&stwa. (miem s!dzi$, %e ma o który "miertelnik zdo a  zazna$ w %yciu 
podobnego szcz#"cia i spokoju. W pewnym sensie przesta em by$ tym ch opakiem z 
najn#dzniejszej dzielnicy Pary%a. Zapomnia em, co to znaczy by$ zamkni#tym na d ugie godziny w 
ciemno"ciach. Wymaza em z pami#ci t# piwnic#, gdzie zawsze wydawa o mi si#, %e s ysz# g osy, 
gdzie g os mojego sumienia przypomina  mi o cieniu, który choroba mojej matki wypu"ci a z 
piekielnych czelu"ci. Prze"laduj!cy mnie latami koszmar wygna em precz. W tym koszmarze z 
piwnicy naszego domu przy rue des Gobelins schody prowadzi y wprost do Styksu. To wszystko 
nale%a o ju% do przesz o"ci. A wie pani dlaczego? Dlatego %e Alexandra Alma Maltisse, mój 
prawdziwy anio , nauczy a mnie, %e wbrew temu, co matka powtarza a mi przez ca e dzieci&stwo, 
nie jestem z ym cz owiekiem. Rozumie pani? Nie jestem z ym cz owiekiem. )e jestem taki jak inni. 
Jak ca a reszta. )e jestem niewinny.
 

G os Lazarusa zamilk  na chwil#. Simone wyobrazi a sobie  zy p yn!ce po zamaskowanej 

twarzy.
 

- Razem odkrywali"my Cravenmoore. Wiele osób s!dzi, %e to ja jestem autorem tego 

wszystkiego, co si# tu znajduje, ale to nieprawda. Tylko znikoma cz#"$ jest dzie em moich r!k. Ca a 
reszta, te korytarze pe ne cudów, których mechanizmów ja sam nie jestem w stanie do ko&ca 
zrozumie$, ju% istnia y, kiedy tu zamieszka em. Nigdy si# nie dowiem, od jak dawna si# tu znajduj!. 
Kiedy" by em przekonany, %e przede mn! byli inni. Czasem, kiedy zatrzymuj# si# w nocy i 
zaczynam nas uchiwa$, wydaje mi si#, %e docieraj! do mnie echa innych g osów, innych kroków 
rozlegaj!ce si# w korytarzach tego pa acu. Nieraz my"l#, %e czas zatrzyma  si# w ka%dym pokoju, w 
ka%dym pustym korytarzu i %e wszystkie twory zamieszkuj!ce to miejsce by y niegdy" istotami z 
krwi i ko"ci. Jak ja.
 

Ju% dawno przesta em si# przejmowa$ tymi tajemnicami i nie dziwi o mnie nawet to, %e po 

miesi!cach mieszkania w Cravenmoore ci!gle jeszcze odkrywa em pomieszczenia, w których nigdy 
przedtem nie by em, nowe korytarze prowadz!ce do nieznanych mi cz#"ci* Wierz#, %e s! takie 
miejsca, nieliczne wielowiekowe pa ace, b#d!ce czym" wi#cej ni% zwyk ! budowl!. )ywe, 
obdarzone dusz! i maj!ce swój szczególny sposób porozumiewania si# z nami. Cravenmoore jest 
jednym z takich miejsc. Nikt nie wie, kiedy je wzniesiono. Kto je zbudowa  ani dlaczego. Ale kiedy 
ten dom do mnie mówi, zamieniam si# w s uch*
 

Pó'n! wiosn! tysi!c dziewi#$set szesnastego roku, w pe nym rozkwicie naszego szcz#"cia, 

co" si# wydarzy o. Prawd# mówi!c, zacz# o si# to ju% rok wcze"niej, ale ja nie mia em o tym 
poj#cia. Nazajutrz po naszym "lubie Alexandra wsta a o "wicie i uda a si# do salonu owalnego, 
%eby raz jeszcze nacieszy$ oczy setkami prezentów "lubnych. Spo"ród wszystkich jej uwag#
zwróci a szkatu ka r#cznej roboty. Cacko. Zauroczona Alexandra otworzy a j!. W "rodku by 
bilecik i kryszta owy flakonik. Na bileciku, adresowanym do niej, napisane by o, %e jest to prezent 
specjalny. Niespodzianka. )e we flakoniku znajduj! si# moje ulubione perfumy, perfumy, których 
u%ywa a moja matka, i %e powinna go trzyma$ w ukryciu i otworzy$ dopiero w dniu pierwszej 
rocznicy naszego "lubu. I %e mia  to by$ sekret pomi#dzy ni! a moim przyjacielem z dzieci&stwa, 
podpisanym pod bilecikiem Danielem Hoffmannem*

background image

 

Zastosowawszy si# "ci"le do pro"by nadawcy, Alexandra, przekonana, i% w ten sposób 

uczyni mnie szcz#"liwszym, trzyma a prezent w ukryciu przez nast#pne dwana"cie miesi#cy. Gdy 
nadszed  dzie& naszej pierwszej rocznicy, wyj# a flakonik ze szkatu ki i otworzy a go. Nie musz#
chyba mówi$, %e nie by o w nim %adnych perfum. By  to ten sam flakonik, który ja wrzuci em do 
morza dzie& przed naszym "lubem. Od chwili, gdy Alexandra go odkorkowa a, nasze %ycie 
zmieni o si# w koszmar*
 

Zacz! em otrzymywa$ korespondencj# od Daniela Hoffmanna. Co dziwne, pisa  do mnie z 

Berlina, gdzie, jak sam mówi , organizowa  wielkie przedsi#wzi#cie, które pewnego dnia mia o 
zmieni$ "wiat. Odwiedza  miliony dzieci i wr#cza  im podarunki. Miliony dzieci, które pewnego 
dnia mia y stworzy$ najwi#ksze wojsko, armi#, jakiej nie widzia  "wiat. Wci!% nie rozumiem, co 
mia  na my"li*
 

W jednej z pierwszych paczek, jakie od niego otrzyma em, przys a  mi ksi!%k#, bardzo stary 

oprawny w skór# tom. Na grzbiecie widnia o s owo: Doppelgänger. Wie pani, co to takiego 
Doppelgänger? Oczywi"cie, %e pani nie wie. Legendy i magia nikogo dzi" ju% nie interesuj!. To 
s owo pochodzenia germa&skiego, oznacza ono cie&, który odrywa si# od swojego w a"ciciela i 
zwraca przeciwko niemu. To tylko pocz!tek, oczywi"cie. I tak te% by o w moim przypadku. 
Najistotniejsz! cz#"ci! ksi!%ki, jej esencj!, jest podr#cznik o cieniach. Antykwaryczna pere ka. 
Kiedy przyst!pi em do jego lektury, ju% by o za pó'no. Co" ju% wzrasta o w ukryciu, chroni!c si# w 
ciemno"ciach tego domu; dzie& po dniu, miesi!c po miesi!cu, niczym jajo w#%a czekaj!ce na 
wyklucie.
 

W maju tysi!c dziewi#$set szesnastego roku zacz# o si# ze mn! dzia$ co" dziwnego. 

(wiat o, które wnios a ze sob! Alexandra, powoli gas o. Niebawem powzi! em pierwsze 
podejrzenia. Cie& chyba rzeczywi"cie istnia . Ale i tak ju% by o za pó'no. Po pierwszych atakach 
ko&czy o si# jedynie na strachu. Ubrania Alexandry by y niszczone. Drzwi z trzaskiem zamyka y 
si# za ni!, a ró%ne przedmioty spada y popychane przez niewidzialne r#ce. G osy w ciemno"ciach. 
To by  zaledwie pocz!tek*
 

W tym domu istniej! tysi!ce zakamarków, idealnych kryjówek dla cienia. Zrozumia em 

wówczas, %e miejsce to jest dusz! swojego twórcy, Daniela Hoffmanna, i %e cie& b#dzie w tym 
budynku rós , z ka%dym dniem staj!c si# coraz silniejszy. A ja wprost przeciwnie, b#d# traci  si y. 
Ca a tkwi!ca we mnie moc przejdzie z czasem na niego, co oznacza o, %e ja, wracaj!c do ciemno"ci 
mojego dzieci&stwa w Les Gobelins, w ko&cu stan# si# cieniem, on za" mistrzem.
 

Postanowi em zamkn!$ fabryk# zabawek i wróci$ do mojej dawnej obsesji. Chcia em 

o%ywi$ Gabriela, owego anio a stró%a, który chroni  mnie w Pary%u. Wracaj!c do dzieci&stwa, 
wierzy em, %e je"li zdo am go o%ywi$, on obroni mnie i Alexandr# przed cieniem. I tak oto 
zaprojektowa em mechaniczn! istot#, obdarzon! moc!, której si a przekracza a moje naj"mielsze 
marzenia. Stalowego kolosa. Anio a, który mia  by$ wybawieniem od dr#cz!cego mnie koszmaru.
 

Jaki% ja by em naiwny! Ledwie owa istota zdo a a sama ruszy$ si# ze sto u w moim 

warsztacie, natychmiast zosta em pozbawiony jakichkolwiek z udze&, jakie %ywi em, roj!c o jego 
"lepym wobec mnie pos usze&stwie. Bo nie mnie s ucha , tylko tego drugiego. Swojego mistrza. 
On za", cie&, nie móg  istnie$ beze mnie, bo to ja by em 'ród em, z którego czerpa  swoj! si #. 
Anio  nie tylko nie uwolni  mnie od poniewierki, ale zosta  najgorszym z moich stró%ów. Stró%em 
tego strasznego sekretu, na który skazany by em do ko&ca dni moich, stró%em, który natychmiast 
zareaguje, je"li co" lub kto" temu sekretowi zagrozi. I zareaguje bezlito"nie.
 

Ataki na Alexandr# nasili y si#. Cie& by  coraz pot#%niejszy i z dnia na dzie& coraz 

gro'niejszy. Postanowi  ukara$ mnie, ka%!c cierpie$ mojej %onie. Odda em Alexandrze serce, które 
ju% nie do mnie nale%a o. Ten b !d mia  si# okaza$ nasz! zgub!. Kiedy by em ju% bliski postradania 

background image

zmys ów, nagle ol"ni o mnie, %e cie& dzia a jedynie wówczas, kiedy ja jestem w pobli%u. Nie móg 
%y$ z dala ode mnie. Postanowi em wobec tego opu"ci$ Cravenmoore i schroni$ si# na wysepce z 
latarni!. Tam nikogo nie móg  skrzywdzi$. Wy !cznie ja powinienem zap aci$ za swoj! zdrad#. Ale 
nie docenia em si y Alexandry. Jej mi o"ci do mnie. Pokonuj!c strach i ryzykuj!c %ycie, pospieszy a 
do mnie z pomoc! w noc ulicznego balu maskowego. Ale gdy  ód', przep yn!wszy zatok#, dotar a 
do brzegu wysepki, cie& spad  na ni! i poci!gn!  j! w g #biny. Jeszcze mam w uszach jego "miech, 
kiedy wynurzy  si# spo"ród fal. Nast#pnego dnia schroni  si# w tym kryszta owym flakonie. 
Zobaczy em go znowu dopiero po dwudziestu latach*
 

Simone, dr%!c, wsta a z krzes a i zacz# a powoli cofa$ si#, krok po kroku, a% dotkn# a 

plecami "ciany. Dalsze wys uchiwanie tego cz owieka* tego ci#%ko chorego cz owieka by o ponad 
jej si y. Tylko z o"$ i gniew trzyma y j! na nogach i nie pozwala y ulec panice, któr! wzbudza a w 
Simone owa zamaskowana posta$ i jej opowie"$.
 

- Droga pani, nie, nie* Prosz# nie pope nia$ tego b #du* Czy pani nie rozumie, co si#

dzieje? Kiedy przyby a tu pani ze swoimi dzie$mi, nie potrafi em zapobiec temu, %e moje serce 
zwróci o szczególn! uwag# na pani!. Nie uczyni em tego "wiadomie. Nawet nie zdawa em sobie 
sprawy z tego, co si# dzieje. A kiedy zrozumia em, by o ju% za pó'no. Usi owa em st umi$ to 
zauroczenie, konstruuj!c maszyn# na pani podobie&stwo*
 

- Prosz#?

 

- Wierzy em* Ledwie pani przyjecha a, ledwie pani obecno"$ zacz# a przywraca$ temu 

miejscu %ycie, a cie&, który przez dwadzie"cia lat spoczywa  w tym przekl#tym flakonie, przebudzi 
si# ze swego letargu. Szybko znalaz  sobie odpowiedni! ofiar#, która go uwolni a*
 

- Hannah* - szepn# a Simone.

 

- Dobrze wiem, co teraz pani czuje i co pani my"li. Prosz# mi wierzy$. Ale tu nie ma %adnej 

drogi ucieczki. Zrobi em wszystko, co w mojej mocy* Musi mi pani uwierzy$*
 

Posta$ w masce wsta a i ruszy a w stron# Simone.

 

- Ani kroku dalej! - krzykn# a Simone.

 

Lazarus zatrzyma  si#.

 

- Nie mam zamiaru pani skrzywdzi$. Jestem pani przyjacielem. Prosz# si# ode mnie nie 

odwraca$.
 

Simone poczu a fal# nienawi"ci wzbieraj!c! w niej z najg #bszych zakamarków duszy.

 

- Zamordowa  pan Hannah*

 

- Simone*

 

- Gdzie s! moje dzieci?

 

- One same wybra y swój los*

 

Lodowy sztylet rozdar  jej dusz#.

 

- Co* co pan z nimi zrobi ?

 

Lazarus uniós  d onie w r#kawiczkach.

 

- Nie %yj!*

 

Zanim zdo a  do ko&ca wypowiedzie$ swoje s owa, Simone wyda a okrzyk w"ciek o"ci i 

chwyciwszy ze sto u "wiecznik, zamierzy a si# nim na stoj!cego przed ni! m#%czyzn#. Podstawka 
"wiecznika roztrzaska a si# z hukiem w samym "rodku maski. Porcelanowa twarz p#k a na tysi!c 
od amków, a kandelabr spad  w pó mrok. Niczego tam nie by o.
 

Sparali%owana Simone skupi a wzrok na czarnej masie unosz!cej si# przed ni!. Posta$

zdj# a z d oni bia e r#kawiczki, spod których wyjrza a jedynie ciemno"$. I dopiero z t! chwil!
Simone mog a dostrzec owo demoniczne oblicze kszta tuj!ce si# przed ni!, chmur# rosn!cych 
powoli cieni, które sycza y jak rozdra%niony w!%. Piekielny wrzask rozdar  uszy Simone, wycie, 

background image

które zgasi o wszystkie p omienie w pokoju. Po raz pierwszy i ostatni Simone us ysza a prawdziwy 
g os cienia. W tej samej chwili chwyci y j! ostre szpony i zawlok y ku ciemno"ciom.

 

* * *

 

W miar# jak zanurzali si# w las, Irène i Ismael spostrzegli, %e delikatna mgie ka spowijaj!ca 

ga #zie zaczyna nabiera$ z ocistego poblasku, jakby para wodna wch ania a w siebie t# dziwn!
po"wiat# bij!c! zapewne od Cravenmoore. Otaczaj!cy ich krajobraz stawa  si# coraz bardziej 
nierzeczywisty i gro'ny. Kiedy stan#li na skraju lasu, ich oczom ukaza o si#, bynajmniej nie 
uspokajaj!ce, wyja"nienie tego dziwnego zjawiska. We wszystkich oknach rezydencji pali y si#
niezwykle jasne "wiat a, które upodabnia y gigantyczny budynek do statku widma, wynurzaj!cego 
si# nagle z morskich odm#tów.
 

Irène i Ismael zatrzymali si# przy bramie zwie&czonej ostrymi grotami, strzeg!cej wej"cia do 

ogrodu. Przez d ug! chwil# jak zahipnotyzowani wpatrywali si# w niecodzienny widok. Otoczona 
tym nieziemskim nimbem bry a Cravenmoore wydawa a si# jeszcze bardziej z owroga. Twarze 
dziesi!tków gargulców wy ania y si# z ciemno"ci niczym oblicza koszmarnych wartowników. Ale 
nie dlatego si# zatrzymali. W powietrzu wisia o co" jeszcze bardziej przera%aj!cego, jaka"
niewidzialna obecno"$. Z wn#trza budynku dochodzi y odg osy dziesi!tków, setek wprawionych w 
ruch automatycznych zabawek: zniekszta cone melodie pozytywek, harmider mechanicznych 
"miechów, które miesza y si# z poszumem wiatru.
 

Przez chwil# stali tak, zas uchani w muzyk# Cravenmoore, a potem ruszyli ku g ównemu 

wej"ciu, jakby chc!c dotrze$ do 'ród a tej kakofonicznej symfonii. Przez drzwi otwarte teraz na 
o"cie% s!czy y si# z ociste opary. W g #bi zobaczyli cienie pulsuj!ce i podryguj!ce w takt tej 
piekielnej melodii. Irène instynktownie chwyci a Ismaela za r#k#. Ch opiec spojrza  na ni!
badawczo.
 

- Jeste" pewna, %e chcesz tam wej"$? - zapyta .

 

W jednym z okien ukaza a si# wiruj!ca wokó  w asnej osi baletnica. Irène spu"ci a wzrok.

 

- Nie musisz ze mn! i"$. W ko&cu to moja matka*

 

- Niezwykle kusz!ca oferta. Nie powtarzaj mi jej dwa razy - za%artowa  Ismael.

 

- Dobrze - zgodzi a si# Irène. - Niech si# dzieje, co chce*

 

- Niech si# dzieje.

 

Zacz#li si# wspina$ po schodach prowadz!cych do Cravenmoore, staraj!c si# nie zwraca$

uwagi na "miechy, muzyk#, "wiat a i makabryczny taniec automatów. Gdy tylko przekroczyli próg 
rezydencji, do Ismaela dotar o, %e wszystko, co widzieli dotychczas, to jedynie uwertura. Ch opca 
przera%a y nie wynalazki Lazarusa ani nawet ten ogromny anio . W tym domu by o co" innego. 
Czyja" obecno"$, tak wyra'nie wyczuwalna. Promieniuj!ca nienawi"ci! i w"ciek o"ci!. I w jaki"
niewyt umaczalny sposób Ismael zrozumia , %e ten kto" na nich czeka.

 

* * *

 

Dorian przez d ug! chwil# dobija  si# do drzwi posterunku. Nie móg  z apa$ tchu, mia 

wra%enie, %e nogi za chwil# odmówi! mu pos usze&stwa. Gna  tu jak szalony, najpierw przebieg 
przez las i znalaz szy si# na Pla%y Anglika, ruszy  co si  w nogach d u%!c! si# w niesko&czono"$
"cie%k! prowadz!c! skrajem pla%y do miasteczka. S o&ce zacz# o chowa$ si# za horyzont, a on nie 
zatrzyma  si# ani razu, wiedzia  bowiem, %e je"li przystanie cho$ na chwil#, za %adne skarby nie 
zdo a ruszy$ si# z miejsca przez najbli%szych dziesi#$ lat. Mia  w g owie tylko jeden obraz, który 
dodawa  mu si : ów cie& unosz!cy jego matk# w mrok. Samo jego wspomnienie wystarcza o, by 
dobiec na sam koniec "wiata.

background image

 

Kiedy drzwi posterunku %andarmerii otworzy y si# w ko&cu, stan!  w nich brzuchaty agent 

Jobart. Male&kie oczka %andarma spojrza y badawczo na ch opca, który wygl!da  tak, jakby mia  za 
chwil# zemdle$. Dorian odniós  wra%enie, %e stoi twarz! w twarz z ogromnym nosoro%cem. 
)andarm u"miechn!  si# ironicznie i profesjonalnym gestem schowa  kciuki do kieszeni. Na jego 
twarzy pojawi  si# grymas pod tytu em: nie-za-pó'no-troch#-na-wizyty? Dorian westchn! . Chcia 
prze kn!$ "lin#, ale kompletnie zasch o mu w gardle.
 

- No wi#c? - niemal zaszczeka  Jobart.

 

- Wody*

 

- To nie bar, mój drogi.

 

Ta próbka zjadliwej ironii mia a zapewne by$ "wiadectwem niepospolitego instynktu i 

zimnej krwi typowych dla wytrawnego "ledczego. Mimo wszystko Jobart wpu"ci  ch opca do 
"rodka i nala  mu szklank# wody. Dorian nigdy by si# nie spodziewa , %e zwyk a woda mo%e mie$
tak wspania y smak.
 

- Jeszcze.

 

Jobart poda  mu kolejn! szklank#, tym razem posy aj!c mu spojrzenie Sherlocka Holmesa.

 

- Nie ma za co.

 

Dorian opró%ni  szklank# i popatrzy  na policjanta. W jego g owie zabrzmia y s owa siostry, 

które wyrecytowa  bezb #dnie.
 

- Moja matka mia a powa%ny wypadek. W Cravenmoore. Jest ranna.

 

Jobart potrzebowa  kilkunastu sekund, by przetworzy$ tyle informacji naraz.

 

- Jaki rodzaj wypadku? - zapyta  dociekliwym tonem.

 

- Niech pan si# ruszy! - wybuchn!  Dorian.

 

- Jestem tylko ja. Nie mog# opu"ci$ posterunku.

 

Ch opak ci#%ko westchn! . Spo"ród wszystkich kretynów "wiata akurat jemu musia  si#

trafi$ wzorzec z Sèvres.
 

- Niech pan wezwie kogo" przez radiotelefon. Niech pan co" zrobi! Szybko!

 

Wida$ w tonie, jak i w spojrzeniu Doriana by o do"$ determinacji, skoro Jobart zdo a 

jednak ruszy$ swój szacowny ty ek i podej"$ do stanowiska radiotelegrafisty. Ale zamiast od razu 
w !czy$ radiostacj#, odwróci  si# do ch opca z podejrzliwym i niezdecydowanym wyrazem twarzy.
 

- Niech pan dzwoni! Ju%!

 

* * *

 

Lazarus ockn!  si# gwa townie, czuj!c przeszywaj!cy ból w karku. Dotkn!  bol!cego 

miejsca i poczu  otwart! ran#. Jak przez mg # przypomnia a mu si# twarz Christiana w korytarzu 
zachodniego skrzyd a. Automat uderzy  go i pewnie tutaj zawlók . Lazarus si# rozejrza . By  w 
jednym z tak wielu nieu%ywanych pokoi Cravenmoore.
 

Wsta  powoli, usi uj!c zebra$ my"li. Ledwo stan!  na nogach, poczu  nieludzkie zm#czenie. 

Zamkn!  oczy i zacz!  g #boko oddycha$. Gdy po jakiej" chwili uspokoi  mu si# oddech, otworzy 
oczy. Jego uwag# zwróci o ma e lustro wisz!ce na jednej ze "cian. Podszed  do niego, by spojrze$
na swoje odbicie.
 

Nast#pnie, podszed szy do male&kiego okienka, z którego wida$ by o g ówn! fasad#, 

zauwa%y  dwie postacie przechodz!ce przez ogród. Zmierza y ku wej"ciu.

 

* * *

 

Ismael i Irène przekroczyli próg rezydencji i pod!%yli ku 'ród u p yn!cego z g #bi domu 

"wiat a. Niczym podmuch lodowatego wiatru dotar a do nich katarynkowa muzyka karuzeli i 

background image

metaliczny terkot tysi#cy nagle obudzonych z mechanicznego snu zabawek wisz!cych na "cianach, 
w powietrzu, pouk adanych na pó kach. W witrynach o%y o panoptikum przedziwnych stworze&. 
Gdziekolwiek si# spojrza o, natrafia o si# na jeden z uruchomionych wynalazków Lazarusa. Zegary 
z twarzami miast tarcz, lalki poruszaj!ce si# lunatycznym krokiem, widmowe oblicza 
przypominaj!ce zg odnia e bestie*
 

- Ale tym razem si# nie rozdzielajmy - powiedzia a Irène.

 

- Nawet mi to przez my"l nie przesz o - odpar  Ismael przyt oczony og uszaj!cym hurkotem.

 

Zd!%yli przebiec zaledwie kilka metrów, kiedy g ówne drzwi z hukiem zamkn# y si# za ich 

plecami. Irène krzykn# a i kurczowo z apa a si# ch opca. Jak spod ziemi wyros a przed nimi 
ogromna posta$. Jej twarz przys oni#ta by a mask! demonicznego klowna. Dwie zielone 'renice 
b yszcza y w otworach na oczy. Irène i Ismael cofn#li si#. W d oniach olbrzyma b ysn!  nó%. W 
oczach Irène stan!  nagle obraz mechanicznego majordomusa, który otworzy  im drzwi podczas 
pierwszej wizyty w Cravenmoore. Christian. Tak si# nazywa . Automat zamierzy  si# na nich.
 

- Christianie, nie! - krzykn# a Irène. - Nie!

 

Majordomus zatrzyma  si#. Nó% wypad  mu z r!k. Ismael spojrza  na dziewczyn#, nic z tego 

wszystkiego nie rozumiej!c. Znieruchomia a posta$ przygl!da a im si#.
 

- Szybko! - ponagli a ch opca Irène, ruszaj!c w g !b domu.

 

Ismael pobieg  za ni!, zd!%ywszy podnie"$ z ziemi upuszczony przez Christiana nó%. 

Dogoni  Irène przy schodach wznosz!cych si# ku majacz!cej w górze kopule. Irène rozejrza a si#
niezdecydowana.
 

- W któr! stron# idziemy? - spyta  Ismael, ca y czas nerwowo ogl!daj!c si# za siebie.

 

Irène ci!gle nie potrafi a si# zdecydowa$, któr! z dróg w labiryncie Cravenmoore wybra$.

 

Nagle poczuli pr!d lodowatego powietrza dochodz!cy z jednego z korytarzy. Jednocze"nie 

us yszeli jakby dobywaj!cy si# z dna studni g os:
 

- Irène*

 

Dziewczyna poczu a, %e nerwy zaraz odmówi! jej pos usze&stwa. G os rozleg  si#

ponownie. Zatrzyma a wzrok na skraju jednego z korytarzy. Ismael spojrza  w tym samym 
kierunku i zobaczy  j!. Simone, unosz!c si# nad ziemi!, otoczona p aszczem mgie ki, p yn# a ku 
nim, wyci!gaj!c ramiona. W oczach czai  si# demoniczny b ysk. Jej sinawe wargi rozchyli y si#. 
B ysn# y ostre k y.
 

- Mama? - j#kn# a Irène.

 

- To nie jest twoja matka! - krzykn!  Ismael i odsun!  j! z drogi zbli%aj!cego si# widma.

 

Snop "wiat a, który pad  nagle na twarz Simone, ujawni  ca ! szkaradn! groz# tej postaci. 

Ismael popchn!  dziewczyn# na pod og#, %eby uchroni$ j! przed szponami automatu. Ten zawróci , 
szykuj!c si# do kolejnego ataku. Teraz Ismael zobaczy  wyra'nie, %e twór ma tylko pó  twarzy. 
Druga po owa by a metalow! mask!.
 

- To ta kuk a, któr! ju% widzieli"my. To nie jest twoja matka - powiedzia  ch opak, próbuj!c 

wyrwa$ Irène z hipnotycznego transu, w jaki wprawi  j! widok zjawy. - To co" nimi porusza, jakby 
by y marionetkami.
 

W automacie rozleg  si# metaliczny trzask. Szpony potwora ruszy y z niebywa ! pr#dko"ci!

w ich stron#. Ch opak z apa  Irène i rzuci  si# do ucieczki, nie maj!c najmniejszego poj#cia, dok!d 
ma w a"ciwie ucieka$. Co si  w nogach pobiegli w g !b korytarza. Raz po raz, to z jednej, to z 
drugiej strony otwiera y si# nagle jakie" drzwi. Zabawki Lazarusa skaka y na nich z sufitu.
 

- Szybko! - krzykn!  Ismael, s ysz!c za plecami szcz#k stalowych pazurów.

 

Irène spojrza a za siebie. Wilcze k y tej monstrualnej kopii jej matki niemal musn# y jej 

twarz. Pi#$ b yszcz!cych ostrzy rozci# o powietrze na wysoko"ci oczu dziewczyny. Ismael 

background image

poci!gn!  j! mocno za r#k#. Znale'li si# wewn!trz du%ego pokoju ton!cego w pó mroku.
 

Dziewczyna upad a na pod og#. Ismael zatrzasn!  za sob! drzwi. Szpony automatu wbi y 

si# w nie niczym groty "mierciono"nych strza .
 

- Mój Bo%e* - westchn# a dziewczyna. - Tylko nie to.

 

Unios a wzrok. By a blada jak "ciana.

 

- Nic ci nie jest? - zapyta  Ismael.

 

Pokr#ci a g ow! bez przekonania i rozejrza a si#. Pó ki z ksi!%kami ci!gn# y si# w 

niesko&czono"$. Do tysi#cy woluminów pokrywaj!cych wysokie "ciany wiód  labirynt w!skich 
galeryjek i drabinek.
 

- Jeste"my w bibliotece Lazarusa.

 

- Mam nadziej#, %e istnieje jakie" inne wyj"cie, bo ja nie mam zamiaru wraca$ t! sam! drog! - 

powiedzia  Ismael, wskazuj!c kciukiem drzwi.
 

- Musi by$. My"l#, %e jest, nie mam tylko poj#cia gdzie - odpar a Irène, id!c w g !b 

ogromnej biblioteki, podczas gdy Ismael zastawia  drzwi krzes ami.
 

Je"li te drzwi wytrzymaj! chocia% dwie minuty, powiedzia  sobie w duchu, to zaczn#

wierzy$ w cuda, bezwarunkowo. Za plecami us ysza  g os Irène. Odwróci  si# i zobaczy , jak 
dziewczyna przy stole bibliotecznym przerzuca strony ksi!%ki, która wygl!dem swym 
przypomina a jaki" antykwaryczny egzemplarz.
 

- Tu co" jest - powiedzia a.

 

W Ismaelu zakie kowa y jak najgorsze podejrzenia.

 

- Zostaw t# ksi!%k#.

 

- Dlaczego? - zapyta a zdezorientowana Irène.

 

- Od ó% j!.

 

Dziewczyna zamkn# a pos usznie ksi!%k#. Blask ognia w kominku roz"wietli  z ote litery na 

ok adce: Doppelgänger.
 

Ledwie Irène odesz a od biurka, poczu a, jak pod jej stopami zaczyna dr%e$ ca a pod oga w 

bibliotece. P omienie w kominku przygas y, a niektóre tomy stoj!ce na pó kach zadr%a y. 
Dziewczyna podbieg a do Ismaela.
 

- O co tu chodzi*? - zapyta  ch opak, równie% czuj!c ów rumor dobiegaj!cy jakby z 

najg #bszych zakamarków domu.
 

W tym momencie ksi!%ka, któr! Irène od o%y a na biurko, gwa townie otworzy a si# i 

rozwar a w po owie. P omienie ca kiem zgas y zdmuchni#te lodowatym powiewem. Ismael obj! 
Irène i przytuli  do siebie. Pojedyncze ksi!%ki zrzucane przez niewidzialne r#ce zacz# y spada$ z 
rega ów.
 

- Tu poza nami jest kto" jeszcze - szepn# a dziewczyna. - Czuj# go*

 

Kartki ksi!%ki, jedna po drugiej, zacz# y powoli przewraca$ si# w podmuchach wiatru. 

Ismael spojrza  uwa%nie na stronice starego tomu jarz!ce si# w asnym "wiat em i zauwa%y , %e litery 
rozp ywaj! si# i jakby paruj! jedna po drugiej, tworz!c czarn! chmur# nad ksi!%k!. Ta bezkszta tna 
masa wsysa a s owo po s owie, zdanie po zdaniu.
 

G#stniej!cy ob ok skojarzy  si# Ismaelowi z wisz!cym w powietrzu widmem z atramentu.

 

W k #bi!cej si# czarnej chmurze zacz# y powoli kszta towa$ si# zarysy r!k, nóg, tu owia. Z 

cienia wy ania a si# nieprzenikniona twarz.
 

Ismael i Irène, sparali%owani przera%eniem, patrzyli na zjaw# i pojawiaj!ce si# wokó  niej 

inne kszta ty, inne cienie o%ywaj!ce spo"ród stronic ksi!%ek, które przed chwil! spad y z pó ek. 
Przed ich pe nymi niedowierzania oczyma zacz!  stopniowo formowa$ si# legion cieni. Cieni dzieci, 
starców, dam odzianych w przedziwne stroje* Wszyscy wygl!dali niczym schwytane duchy, zbyt 

background image

s abe, by ostatecznie przybra$ jak!" konkretn! form#. Twarze w agonii, jakby budz!ce si# z letargu, 
bezwolne. Przygl!daj!c si# im, Irène odnosi a wra%enie, %e ma przed sob! dusze dziesi!tków osób 
schwytanych w pu apk# przera%aj!cego zakl#cia. Wyci!ga y ku niej r#ce, b agaj!c o pomoc, ale ich 
palce rozszczepia y si# w ulotnych mira%ach. Czu a niemal fizycznie dr#cz!cy ich koszmar, ich 
ponury czarny sen.
 

Przez kilka sekund trwania tej wizji zastanawia a si#, kim s! te zjawy i jak si# tu znalaz y. 

Czy tak jak i ona zawita y tu kiedy" nierozwa%nie? Przez chwil# s!dzi a nawet, %e mo%e po"ród tych 
nocnych mar i duchów przekl#tych uda jej si# rozpozna$ swoj! matk#. Ale wystarczy  ledwie 
dostrzegalny gest cienia, a mgliste cia a zbi y si# w czarn! wiruj!c! mas#, która przelecia a przez 
ca y pokój.
 

Cie& rozwar  si# i wessa  po kolei wszystkie dusze, odbieraj!c im resztki tl!cych si# w nich 

si . Wszystko odbywa o si# w "miertelnej ciszy. Sko&czywszy t# swoist! egzekucj#, cie& otworzy 
oczy. Dwie krwawe aureole przeszy y ciemno"$.
 

Irène chcia a krzykn!$, ale jej g os zosta  zag uszony przez brutalny  omot, który wstrz!sn! 

Cravenmoore. Wszystkie okna i drzwi zacz# y zamyka$ si# z hukiem p yt nagrobnych. Ismael, 
s ysz!c rozchodz!ce si# po ca ej rezydencji cmentarne echo, pomy"la , %e w a"nie znikaj! resztki 
nadziei na wydostanie si# st!d.
 

Z wysoko po o%onego sufitu ma a stru%ka jasno"ci przeciska a si# przez szczelin#, lu'no 

zwisaj!ca niteczka "wiat a spod tego sklepienia cyrkowego namiotu. Oczy Ismaela chwyci y si# tej 
niteczki. Ch opak, nie zwlekaj!c, z apa  Irène za r#k# i po omacku poci!gn!  w przeciwleg y kraniec 
pokoju.
 

- Mo%e tam jest drugie wyj"cie - wysapa .

 

Irène pod!%y a wzrokiem za palcem wskazuj!cym Ismaela. Dostrzeg a pasemko "wiat a, 

które zdawa o si# pada$ przez dziurk# od klucza w zamku. Biblioteka zbudowana by a z 
koncentrycznych owali, przez które przebiega  w!ziutki korytarzyk wznosz!cy si# spiralnie wzd u%
"ciany i prowadz!cy do ró%nych galerii odchodz!cych od niego. Simone opowiada a jej kiedy" o 
tym architektonicznym kaprysie: id!c tym korytarzem do ko&ca, dociera o si# niemal na trzecie 
pi#tro. Co" w rodzaju wie%y Babel z drzwiami w "rodku, pomy"la a. Tym razem to ona 
poprowadzi a Ismaela w stron# korytarza, a gdy ju% tam dotarli, pod!%yli nim bez zw oki.
 

- Wiesz, dok!d to prowadzi? - spyta  ch opak.

 

- Spokojnie, trzymaj si# mnie.

 

Ismael bez namys u ruszy  za ni!. W miar# zag #biania si# w korytarz czu , %e równomiernie 

id! coraz bardziej pod gór#. Zimny pr!d powietrza owia  mu plecy. Gdy spojrza  do ty u, zobaczy 
rozrastaj!c! si# na pod odze g#st! czarn! plam#. Cie& mia  niemal sta ! konsystencj# i tylko jego 
obrys zdawa  si# zlewa$ z mrokiem. Widmowa plama rozprzestrzenia a si# niczym ka u%a g#stego i 
b yszcz!cego oleju.
 

Po paru sekundach owa masa p ynnej czerni dotar a do jego stóp. Ismael poczu , jak tamuje 

mu oddech, tak samo jak wtedy, kiedy wpada si# nieoczekiwanie do lodowatej wody.
 

- Szybko! - krzykn! .

 

Tak jak przypuszczali, pasemko "wiat a pada o z dziurki od klucza w drzwiach znajduj!cych 

si# zaledwie kilka metrów od nich. Ismael przyspieszy  i na krótk! chwil# uda o mu si# oderwa$ od 
depcz!cego mu po pi#tach cienia. Szanse, %e w a"nie te drzwi b#d! otwarte, uznawa  za bliskie zeru. 
Ca y wysi ek na nic, je"li oka%e si#, %e nigdzie nie prowadz!.
 

Irène palcami opuka a zamek, szukaj!c klamki lub innego sposobu, by otworzy$ drzwi. 

Ismael odwróci  si#, chc!c sprawdzi$, jak daleko od nich jest cie&, i jego oczy natrafi y na 
wznosz!c! si# przed nim czarn! kolumn#, rze'b# z g#stego gazu powoli nabieraj!c! kszta tów. 

background image

Lepka, smolista twarz zmaterializowa a si#. Ismael nie wierzy  w asnym oczom. Przetar  je szybko. 
Zamruga . Twarz nie znika a. Jego w asna twarz.
 

Jego ciemne odbicie u"miechn# o si# z o"liwie, a spomi#dzy ust wysun!  si# j#zyk w#%a. 

Ch opak odruchowo wyci!gn!  nó% odebrany automatowi w westybulu i skierowa  ostrze w stron#
cienia. Smolista breja dmuchn# a w stron# broni. Nó% od ostrza po r#koje"$ pokry  si# siateczk!
szronu i drzazgami lodu. Ismael poczu , jak zmro%ony metal parzy mu d o&. Mróz, lodowaty mróz 
pali  jak ogie&, je"li nie bardziej.
 

Ch opak by  pewny, %e zaraz wypu"ci bro& z r#ki, uda o mu si# jednak wytrzyma$

szarpi!cy ból przedramienia i wyprowadzi$ uderzenie prosto w twarz cienia. Uci#ty j#zyk spad  pod 
nogi Ismaela. Kawa ek czarnej masy natychmiast owin!  si# wokó  kostki ch opca niczym druga 
skóra i zacz!  powoli wspina$ si# po nodze. Lepki i zimny dotyk tej masy przyprawi  Ismaela o 
md o"ci.
 

W tej samej chwili us ysza  za swymi plecami trzask zamka, z którym zmaga a si# Irène. 

Szybko odwróci  g ow#. Przed nimi otworzy  si# tunel "wiat a. Dziewczyna natychmiast 
przeskoczy a próg. Ismael od razu pod!%y  za ni!, zamykaj!c za sob! drzwi, by odci!$ drog#
swemu prze"ladowcy. Kawa ek, który oderwa  si# od cienia, wspi!  si# po  ydce ch opca, 
przybieraj!c posta$ ogromnego paj!ka. Ch opak poczu  w nodze przeszywaj!cy ból. Krzykn! . 
Irène spróbowa a strzepn!$ paj!ka, ten za" odkr#ci  si# i skoczy  na ni!. Irène wyda a krzyk 
przera%enia.
 

- We' go!

 

Ismael zdezorientowany rozejrza  si# i odkry  'ród o "wiat a, które ich tu przywiod o. W 

g !b pó mroku prowadzi  niczym widmowa procesja rz!d p on!cych "wiec.
 

Ch opak z apa  jedn! z nich i przybli%y  p omie& do paj!ka zmierzaj!cego ju% ku gard u 

Irène. Poczuwszy blisko"$ ognia, stwór sykn!  z w"ciek o"ci i bólu i rozpad  si# w deszcz czarnych 
kropel. Ismael odrzuci  "wiec# i odsun!  Irène jak najdalej od spadaj!cych na ziemi# fragmentów, 
które potoczywszy si# po pod odze jak krople rt#ci, po !czy y si# w jednolit! mas#, ta za" podpe z a 
do drzwi i znikn# a w szczelinie.
 

- Ogie&. Boi si# ognia* - powiedzia a Irène.

 

- No to mu tego ognia nie po%a ujemy.

 

Ismael podniós  "wieczk# i postawi  przy drzwiach. Irène rozgl!da a si# po pomieszczeniu, 

do którego trafili. Przypomina o ono pusty, pozbawiony mebli przedpokój, pokryty wieloletni!
warstw! kurzu. Przypuszczalnie pomieszczenie s u%y o w swoim czasie jako sk adzik lub 
dodatkowy magazyn dla biblioteki. Dok adnie si# jednak przyjrzawszy, stwierdzi a, %e pod sufitem 
co" jest. System ma ych rur. Irène chwyci a jedn! ze "wiec i unosz!c j! wysoko nad g ow!, 
o"wietli a pomieszczenie. W blasku p omienia b ysn# y glazury i mozaiki, którymi wy o%one by y 
"ciany.
 

- Gdzie my, do diab a, jeste"my? - zapyta  Ismael.

 

- Nie wiem* to wygl!da* to wygl!da jak prysznice*
(wiat o "wiecy wydoby o metaliczne zraszacze, sie$ setek otworków w kszta cie 

dzwonków zwisaj!cych z rurek. Wszystkie by y zardzewia e i pokryte paj#czynami.
 

- Cokolwiek to jest, to i tak od wieków*

 

Nie zd!%y  doko&czy$ zdania, kiedy rozleg  si# metaliczny zgrzyt,  atwo rozpoznawalny 

d'wi#k odkr#canego kurka, ca kiem prze%artego rdz!. W "rodku, tu% przy nich.
 

Irène skierowa a "wiec# ku "cianie wy o%onej glazur!. Oboje zobaczyli, jak dwa kurki 

powoli si# przekr#caj!.
 

Przez "ciany przechodzi o g #bokie dr%enie. Po kilku sekundach milczenia oboje zdo ali 

background image

umiejscowi$ ów d'wi#k, odg os czego", co przepycha o si# przez rury nad ich g owami. Co"
szuka o drogi w w!skich rurach.
 

- On tam jest! - krzykn# a Irène.

 

Ismael przytakn! , nie odrywaj!c oczu od zraszaczy. Po chwili nieprzenikniona masa 

zacz# a przeciska$ si# przez otwory. Irène i Ismael cofn#li si# powoli, nie odrywaj!c oczu od cienia 
kszta tuj!cego si# powolutku przed nimi, niczym kopiec usypywany przez spadaj!ce w klepsydrze 
ziarenka piasku.
 

W ciemno"ciach zarysowa a si# para oczu. Twarz Lazarusa u"miechn# a si# do nich z 

sympati!. Wizja koj!ca, gdyby nie zdobyta ju% przez nich wiedza, %e to nie z Lazarusem maj! do 
czynienia. Irène zrobi a krok w jego stron#.
 

- Gdzie jest moja matka? - zapyta a wyzywaj!co.

 

Rozleg  si# g #boki, ma o cz owieczy g os.

 

- Jest ze mn!.

 

- Odsu& si# od niego - powiedzia  Ismael.

 

Cie& wbi  oczy w ch opca. Ten jakby zacz!  wpada$ w trans. Irène potrz!sn# a Ismaela za 

rami#, chc!c go odsun!$ od cienia, ale ch opiec by  niezdolny do jakiejkolwiek reakcji. Dziewczyna 
stan# a mi#dzy nimi i uderzy a Ismaela po twarzy. Oprzytomnia . Twarz cienia przemieni a si# w 
mask# w"ciek o"ci i dwoje d ugich ramion wyci!gn# o si# ku ch opcu i dziewczynie. Irène pchn# a 
Ismaela na "cian#, schylaj!c si# jednocze"nie, by nie wpa"$ w szpony cienia.
 

W tym momencie otworzy y si# drzwi, przez które wla a si#  una "wiat a. W progu stan! 

m#%czyzna i wysoko uniós  lamp# naftow!.
 

- Id' precz! - krzykn! .

 

Irène natychmiast rozpozna a g os Lazarusa Janna, fabrykanta zabawek.

 

Cie& zawy  z w"ciek o"ci!. Jedna ze "wiec zgas a. Lazarus ruszy  w jego stron#. Irène 

zdawa o si#, %e fabrykant zabawek, odk!d widzia a go po raz ostatni, bardzo si# postarza . Jego 
przekrwione oczy wskazywa y na skrajne zm#czenie. By y to oczy osoby wycie&czonej przez 
okrutn! chorob#.
 

- Id' precz! - krzykn!  ponownie.

 

W k #bi!cej si# postaci cienia mign# a demoniczna twarz, po czym widmo przeistoczy o si#

w ob ok gazu, który zacz!  przeciska$ si# przez szpary w pod odze. Ostatnie opary znikn# y przez 
szczelin# w "cianie. Ucieczce towarzyszy y "wist, wycie i d'wi#ki podobne odg osom wiatru 
bij!cego w okna.
 

Lazarus przypatrywa  si# przez chwil# owej szczelinie, po czym skierowa  swe spojrzenie 

ku Ismaelowi i Irène.
 

- A wy co tu robicie? - zapyta , nie kryj!c z o"ci.

 

- Przysz am po swoj! mam# i nie odejd# st!d bez niej - o"wiadczy a Irène, bez zmru%enia 

wytrzymuj!c owo przejmuj!ce i natarczywe spojrzenie.
 

- Nie masz poj#cia, przeciwko komu wyst#pujesz* - odpar  Lazarus. - Szybko, t#dy. On 

zaraz wróci.
 

Lazarus poprowadzi  ich przez drzwi.

 

- Co to by o? Co takiego widzieli"my? - spyta  Ismael.

 

Lazarus spojrza  na& badawczo.

 

- To by em ja. To mnie widzia e"*

 

* * *

 

Id!c za Lazarusem, zag #bili si# w kr#ty labirynt tuneli, który zdawa  si# prowadzi$ przez 

background image

podziemia Cravenmoore, szlakami równoleg ymi do korytarzy i galeryjek. Po obu stronach drogi 
widnia y zamkni#te drzwi, wej"cia do dziesi!tków pokoi i sal rezydencji. Echo ich kroków g ucho 
odbija o si# od "cian w!skiego przej"cia, jakby pod!%a o za nimi niewidzialne wojsko.
 

Z lampy Lazarusa pada  na "ciany tunelu pier"cie& bursztynowego "wiat a. Ismael widzia 

swój cie& i cie& Irène. Sylwetka Lazarusa nie rzuca a cienia. Fabrykant zabawek zatrzyma  si# przed 
wysokimi i w!skimi drzwiami, wyci!gn!  klucz i przekr#ci  go w zamku. Rzuci  okiem za siebie, w 
g !b korytarza, i da  gestem zna$, by weszli.
 

- Prosz# t#dy - powiedzia  zdenerwowany. - Na razie si# nie pojawi, przynajmniej przez 

kilka minut*
 

Ismael i Irène spojrzeli na siebie zaskoczeni.

 

- Nie macie wyboru, musicie mi zaufa$ - ostrzeg  ich Lazarus.

 

Ch opak westchn!  i poszed  w g !b pokoju. Irène ruszy a za nim. Lazarus zamkn!  za sob!

drzwi. W "wietle lampy ukaza a si# "ciana pokryta ogromn! liczb! fotografii i wycinków. W k!cie 
sta o ma e  ó%ko i puste biurko. Lazarus wpierw postawi  lamp# na pod odze, a potem zaj!  si#
obserwowaniem m odych ogl!daj!cych przymocowane do "ciany zdj#cia i materia y prasowe.
 

- Powinni"cie opu"ci$ Cravenmoore jak najszybciej.

 

Irène odwróci a si# do&.

 

- To nie o was mu chodzi - doda  fabrykant zabawek - ale o Simone.

 

- Ale po co? Po co mu Simone?

 

Lazarus spu"ci  wzrok.

 

- Chce j! zniszczy$. )eby mnie ukara$. I nie zawaha si#, %eby i was zniszczy$, je"li staniecie 

mu na drodze.
 

- Co to wszystko znaczy? I co nam pan chce przez to powiedzie$? - zapyta  Ismael.

 

- Wszystko, co mia em wam do powiedzenia, ju% wam powiedzia em. Musicie st!d ucieka$. 

Wcze"niej czy pó'niej on tu wróci, a ja ju% nie b#d# móg  pospieszy$ wam z pomoc!.
 

- Ale kto ma wróci$?

 

- Widzia e" go na w asne oczy.

 

W tym momencie rozleg  si# daleki, dochodz!cy z g #bi domu huk. I nie przesta  si#

rozlega$. Zbli%a  si#. Irène wstrzyma a oddech i spojrza a na Ismaela. Kroki. Jeden za drugim, jak 
wystrza y, coraz bli%ej. Lazarus u"miechn!  si# k!cikiem ust.
 

- Ju% idzie - oznajmi . - Macie coraz mniej czasu.

 

- Gdzie jest moja matka? Gdzie j! zabra ? - nie rezygnowa a dziewczyna.

 

- Nie wiem. A nawet gdybym wiedzia , nie na wiele by si# to zda o.

 

- Pan skonstruowa  t# maszyn# z jej twarz!* - oskar%ycielsko odezwa  si# Ismael.

 

- Wydawa o mi si#, %e to mu wystarczy, ale on chcia  wi#cej. On chcia  jej.

 

Piekielne kroki dotar y ju% do drzwi wiod!cych do przyleg ego korytarza.

 

- Za tymi drzwiami - wyja"ni  Lazarus - jest galeryjka prowadz!ca do g ównych schodów. 

Je"li zosta a wam cho$ odrobina rozs!dku, uciekajcie st!d jak najpr#dzej i jak najdalej od tego 
domu. Na zawsze.
 

- Nigdzie si# nie ruszymy - odpar  Ismael. - Nie ruszymy si# bez Simone.

 

Drzwiami, przez które si# tu dostali, wstrz!sn# o uderzenie. W chwil# pó'niej przez 

szczelin# przy pod odze zacz# a wlewa$ si# czarna breja.
 

- Zwiewamy! - krzykn!  Ismael.

 

Cie& owin!  si# wokó  lampy i roztrzaska  szk o. P omie& zgas  od lodowatego powiewu. 

Lazarus w ciemno"ciach patrzy , jak ch opak i dziewczyna uciekaj! przez drugie drzwi. Obok niego 
stan# a czarna posta$.

background image

 

- Zostaw ich w spokoju - szepn!  Lazarus. - To tylko dwójka dzieciaków. Pozwól im odej"$

w spokoju. Mo%esz przecie% wzi!$ mnie. Zrób to wreszcie. Przecie% o to ci zawsze chodzi o.
 

Cie& si# u"miechn! .

 

* * *

 

Korytarzyk, w którym si# znale'li, przecina  centraln! o" Cravenmoore. Irène rozpozna a t#

enklaw# korytarzy i poprowadzi a Ismaela ku podstawie kopu y. Przez ogromne szyby wida$ by o 
ob oki, olbrzymy z czarnej bawe ny p yn!ce niebem. Z wie&cz!cej szczyt kopu y latarni, kszta tem 
podobnej do ogromnego t oka, pada o hipnotyczne halo kalejdoskopowych blasków.
 

- T#dy - wskaza a dziewczyna.

 

- T#dy? To znaczy któr#dy? - zapyta  zdenerwowany Ismael.

 

- Chyba wiem, gdzie j! trzyma.

 

Ismael spojrza  za siebie. Korytarz ton!  w ciemno"ciach i nic w nim nie wskazywa o na 

jakikolwiek ruch, cho$ ch opak wiedzia , %e cie& mo%e, zupe nie przez nich niezauwa%ony, 
przemieszcza$ si# w tamtym kierunku.
 

- Mam nadziej#, %e wiesz, co robisz - powiedzia , pragn!c za wszelk! cen# oddali$ si# st!d 

jak najszybciej.
 

- Id' za mn!.

 

Irène skierowa a si# ku jednemu ze skrzyde  ocienionych pó mrokiem. Ismael pod!%y  za 

ni!. (wiat o latarni powoli przygasa o, a sylwetki mechanicznych stworze& tworz!cych szpaler 
przekszta ci y si# w ledwie rozpoznawalny zarys. G osy, "miechy i terkot setek mechanizmów 
t umi y odg os kroków Ismaela i Irène. Ch opak raz jeszcze si# odwróci , by spojrze$ na wlot do 
tunelu, w który si# teraz zag #biali. Da o si# odczu$ podmuch zimnego powietrza. Ismael, 
rozejrzawszy si#, rozpozna  lekko dr%!ce mu"linowe firanki, z wyszytym na nich i powoli 
faluj!cym inicja em.

A

 

- Jestem przekonana, %e tu j! przetrzymuje - powiedzia a Irène.

 

Za firankami w g #bi korytarza wida$ by o rze'bione w drewnie drzwi tarasuj!ce przej"cie.

 

Poczuli kolejny powiew zimnego powietrza, który poruszy  zas onkami.

 

Ismael sta  spi#ty do granic wytrzyma o"ci i wyt#%aj!c wzrok, stara  si# przenikn!$

ciemno"$.
 

- Co si# dzieje? - spyta a Irène, dostrzeg szy rosn!c! niepewno"$ ch opca.

 

Ismael szykowa  si# ju% do odpowiedzi, ale zrezygnowa . Pod!%y a za jego wzrokiem. 

Zwyk y punkcik "wiat a na ko&cu tunelu. A wokó  ciemno"ci.
 

- On tam jest - powiedzia  Ismael. - Obserwuje nas.

 

Irène chwyci a si# jego ramienia.

 

- Nie czujesz tego?

 

- Uciekajmy st!d, Ismaelu.

 

Przytakn! , ale jego my"li by y zupe nie gdzie indziej. Irène wzi# a go za r#k# i poci!gn# a 

za sob! do drzwi. Ismael szed , nie przestaj!c patrze$ za siebie. W ko&cu, kiedy dotar szy do 
wyj"cia, zatrzyma a si#, oboje spojrzeli na siebie. Ismael bez s owa po o%y  r#k# na ga ce klamki i 
powoli j! przekr#ci . Zamek ust!pi  z lekkim metalicznym trzaskiem. Drzwi otworzy y si# same pod 
naporem w asnego ci#%aru.
 

W pokoju unosi a si# bladoniebieska mgie ka, gdzieniegdzie tylko rozwiewana szkar atnym 

blaskiem p omieni.

background image

 

Irène stan# a na "rodku pokoju. Od jej poprzedniego pobytu nic si# nie zmieni o. Ogromny 

portret Almy Maltisse l"ni  nad kominkiem, a w rzucanych przez niego odblaskach to wy ania  si#, 
to chowa  zarys cienkich jedwabnych zas on zwisaj!cych przy baldachimie  o%a. Ismael zamkn! 
dok adnie drzwi za sob! i poszed  za Irène.
 

Dziewczyna wyci!gn# a r#k#, by go zatrzyma$, i jednocze"nie wskaza a fotel ustawiony 

przodem do kominka. Z jednego z opar$ zwisa a blada r#ka. Wygl!da a niczym zwi#d y kwiat.
 

Wokó  wisz!cej bezw adnie d oni b yska y od amki st uczonego kieliszka, stercz!ce z g adzi 

rozlanego p ynu, per y na zwierciadle. Irène poczu a, %e serce zaraz wyskoczy jej z piersi. Pu"ci a 
d o& Ismaela i ostro%nie zbli%y a si# do fotela. Migaj!ca  una p omieni o"wietli a pod u%n! twarz: 
twarz Simone.
 

Irène ukl#k a przy matce i uj# a jej d o&. D ugo nie mog a wyczu$ t#tna.

 

- Mój Bo%e*

 

Ismael szybko podszed  do biurka i wzi!  stamt!d male&k! srebrn! tac#. Wróci  do fotela i 

przy o%y  j! do twarzy Simone. Powierzchnia tacy zamgli a si# nieznacznie. Irène odetchn# a z ulg!.
 

- )yje - powiedzia  Ismael, przygl!daj!c si# twarzy kobiety, w której zdawa  si# dostrzega$

twarz dojrzalszej i m!drzejszej Irène.
 

- Musimy j! st!d wyci!gn!$. Pomó% mi!

 

Stan#li z dwóch boków Simone i otoczywszy j! ramionami, spróbowali unie"$ z fotela.

 

Zd!%yli j! podnie"$ zaledwie kilka centymetrów, kiedy w pokoju rozleg  si# przenikliwy 

szept, od którego ciarki przesz y im po plecach. Rozejrzeli si# wokó  przera%eni. Cienie ich 
sylwetek drga y na "cianach w "wietle p omieni.
 

- Nie tra$my czasu - przynagli a ch opca Irène.

 

Ismael ponownie chwyci  Simone, ale znów us yszeli ów szept, rozlegaj!cy si# jeszcze 

bli%ej. Ch opakowi tym razem uda o si# wychwyci$, sk!d dochodzi. Spojrza  na portret. W jednej 
chwil pokrywaj!ca obraz czarna zas ona zmieni a si# w plam# p ynnej ciemno"ci, która zacz# a 
rosn!$ i p#cznie$. Wyci!gn# a ku nim d ugie ramiona zako&czone ostrymi jak sztylety szponami.
 

Ismael cofn!  si#, ale cie& z koci! zwinno"ci! zeskoczy  ze "ciany i przemkn!wszy si# w 

pó mroku, stan!  za jego plecami. Przez chwil# ch opak widzia  tylko ciemne odbicie swojej 
sylwetki na pod odze. Potem z zarysu jego postaci wy oni a si# inna, która uros a i w ko&cu 
po kn# a jego cie&. Ch opak poczu , %e nieprzytomna Simone wy"lizguje mu si# z r!k. Jaka"
lodowata d o& z apa a go za szyj# i rzuci a z impetem o "cian#.
 

- Ismael! - wrzasn# a Irène.

 

Cie& odwróci  si# do niej. Dziewczyna pobieg a w drugi koniec pokoju. Ta&cz!ce pod jej 

stopami ciemne sylwetki zamkn# y si# wokó  niej, rysuj!c "mierciono"ny kwiat. Poczu a zimny 
dotyk cienia, który obejmowa  j! powoli, parali%uj!c wszystkie mi#"nie. Próbuj!c si# wyszarpn!$ z 
tego lodowatego u"cisku, Irène zauwa%y a, jak z sufitu odrywa si# ciemna bezkszta tna masa, z 
której zaczyna si# wy ania$ znajoma twarz. Twarz Hannah. Ale ten nowy twór spojrza  na Irène z 
nienawi"ci!, a jego usta rozchyli y si# w z owrogim u"miechu, ukazuj!c d ugie l"ni!ce k y.
 

- Ty nie jeste" Hannah - powiedzia a Irène s abym g osem.

 

Cie& uderzy  j! w twarz, rozcinaj!c skór# na policzku. Z rany pop yn# o kilka kropli krwi. 

Cie& natychmiast wych epta  je  apczywie. Irène ogarn# y md o"ci. Potwór zbli%a  si# do niej 
nieuchronnie, machaj!c na wysoko"ci jej twarzy d ugimi ostrymi pazurami.
 

Ismael, jeszcze oszo omiony uderzeniem o "cian#, us ysza  metaliczny, chrapliwy g os. 

Zobaczy , jak stoj!cy w samym "rodku pokoju cie& trzyma Irène w u"cisku, gotów j! zabi$. 
Ch opak wrzasn!  i rzuci  si# na napastnika, ale jego cia o przenikn# o przez czarne opary, które 
rozsypa y si# na tysi!c drobniutkich kropelek i opad y na pod og# niby deszcz p ynnego w#gla. 

background image

Ismael podniós  Irène z ziemi. Kropelki tymczasem zacz# y si# znów  !czy$ w ca o"$. Czarna masa 
zawirowa a niczym tornado, porywaj!c z miejsca pobliskie meble i miotaj!c nimi jak 
"mierciono"nymi pociskami o "ciany i okna.
 

Irène i Ismael rzucili si# na pod og#. Biurko uderzy o w jedno z okien, t uk!c szyb# na 

drobniusie&kie od amki. Ismael os oni  Irène w asnym cia em przed tym gradem szk a. Kiedy 
podniós  wzrok, ciemny wir zacz!  si# przepoczwarza$ w now! posta$. Wyros y jej dwa wielkie 
skrzyd a. Cie& sta  przed nimi jeszcze pot#%niejszy i straszliwszy ni% przedtem. Wyci!gn!  jedn! ze 
swych d oni, na której ukaza a si# para oczu i usta.
 

Ismael znów si#gn!  po nó% i stan!wszy przed Irène, pogrozi  nim cieniowi. Potwór zacz! 

si# zbli%a$ do ch opca. Jego szpony zacisn# y si# na ostrzu. Ismael poczu  lodowaty pr!d 
wspinaj!cy mu si# po palcach, a potem po ramieniu, parali%uj!cy wszystkie mi#"nie.
 

Nó% spad  na pod og#, a cie& otoczy  Ismaela. Irène rzuci a si# ku niemu, ale by a bezsilna. 

Potwór ci!gn!  ch opca prosto w ogie&.
 

Wtedy drzwi do pokoju si# otworzy y. W progu ukaza a si# posta$ Lazarusa Janna.

 

* * *

 

Pasa%erowie samochodu %andarmerii, który otwiera  kolumn#, jako pierwsi dostrzegli 

widmowe "wiat o przes!czaj!ce si# przez le"n! g#stwin#. Wóz doktora Giraud i karetka wezwana z 
przychodni w La Rochelle p#dzi y za nim szos! wiod!c! wzd u% Pla%y Anglika.
 

Dorian, siedz!cy obok szefa %andarmerii, Henriego Faure'a, spojrza  zaniepokojony na 

wy aniaj!c! si# zza lasu spowit! mg ! sylwetk# Cravenmoore, otoczon! zielonkawym nimbem 
niczym upiorna, gigantyczna karuzela.
 

Komisarz zmarszczy  brwi. Przez pi#$dziesi!t lat, które sp#dzi  w tym miasteczku, nigdy nie 

widzia  niczego podobnego.
 

- Szybciej! - ponagli  Dorian.

 

Komisarz spojrza  na ch opca. Przyspieszaj!c, zacz!  si# zastanawia$, czy historia o 

rzekomym wypadku ma w ogóle cokolwiek wspólnego z prawd!.
 

- Jest co", o czym zapomnia e" nam powiedzie$?

 

Dorian milcza , z nieprzeniknionym wyrazem twarzy patrz!c na Cravenmoore.

 

Komisarz ruszy  pe nym gazem.

 

* * *

 

Cie& odwróci  si# i ujrzawszy przed sob! Lazarusa, wypu"ci  Ismaela z r!k. Ch opiec spad 

na pod og# i krzykn!  z bólu. Irène pobieg a ku niemu, by pomóc mu si# podnie"$.
 

- Zabierz go st!d - powiedzia  Lazarus, id!c zdecydowanym krokiem w kierunku cienia, 

który zacz!  si# cofa$.
 

Ismael poczu  piek!cy ból w ramieniu. J#kn! .

 

- Nic ci nie jest? - zapyta a dziewczyna.

 

Ch opiec wymamrota  co" zupe nie niezrozumia ego, potem z trudem wsta  i pokr#ci  g ow!. 

Lazarus spojrza  na niego i zdecydowanym tonem powiedzia :
 

- Wynie"cie j! st!d i uciekajcie!

 

Cie& sycza  przed nim niczym osaczony w!%. Nagle czmychn!  na "cian# i schroni  si# z 

powrotem w portrecie.
 

- Ile razy mam powtarza$, %eby"cie sobie st!d poszli? - krzykn!  Lazarus.

 

Irène z Ismaelem podnie"li z trudem Simone i zacz#li j! wlec ku wyj"ciu. Kiedy byli ju%

przy drzwiach, Irène spostrzeg a k!tem oka, jak Lazarus zbli%a si# do  ó%ka z baldachimem i z 

background image

niebywa ! delikatno"ci! rozchyla zas ony. Za nimi ukaza a si# kobieca posta$.
 

- Poczekaj - wyszepta a Irène, a serce podskoczy o jej do gard a.

 

To musia a by$ Alma. Dziewczyna wzruszy a si#, widz!c  zy p yn!ce po policzkach 

Lazarusa. Fabrykant zabawek obj!  Alm#. Irène nigdy w %yciu nie widzia a równie czu ego 
u"cisku. Ka%dy ruch, ka%dy gest Lazarusa zdradza y niespotykane oddanie i mi o"$ - mi o"$, która 
przetrwa a ca e %ycie. Ramiona Almy otoczy y Lazarusa i przez chwil# oboje trwali w magicznym 
u"cisku, nie zwa%aj!c na to, co si# dzieje wokó . Irène poczu a, %e zbiera si# jej na p acz. Ale nie 
mia a czasu, by si# rozklei$, gdy% jej oczom ukaza  si# nowy przera%aj!cy widok.
 

Czarna plama zeskoczy a z portretu i zacz# a bezszelestnie podkrada$ si# do  o%a. 

Dziewczyna a% zadr%a a ze strachu.
 

- Lazarusie! Uwaga!

 

Fabrykant zabawek odwróci  si#. Stoj!cy przed nim cie& a% rykn!  z w"ciek o"ci. Lazarus 

wytrzyma  spojrzenie tej piekielnej istoty. Na jego twarzy nie by o najmniejszych oznak strachu. 
Potem spojrza  na Irène i Ismaela wzrokiem, którego znaczenia nie zrozumieli od razu. Kiedy Irène 
poj# a w ko&cu, co zamierza zrobi$, rzuci a si#, by go powstrzyma$.
 

- Nie! - krzykn# a. Ismael obj!  mocno dziewczyn#, nie pozwalaj!c, by podbieg a do  ó%ka.

 

Fabrykant zabawek podszed  do cienia.

 

- Drugi raz mi jej nie zabierzesz!

 

Cie& uniós  szpony, gotów rzuci$ si# na swego w a"ciciela. Lazarus wsun!  d o& do 

kieszeni marynarki i wyci!gn!  z niej l"ni!cy przedmiot. Rewolwer.

(miech cienia, podobny do chichotu hieny, zadudni  w ca ym pokoju.

 

Lazarus nacisn!  spust. Ismael przygl!da  si# scenie, nic nie rozumiej!c. Fabrykant zabawek 

u"miechn!  si# z wysi kiem. Rewolwer wypad  mu z r!k. Na jego piersi ukaza a si# czerwona 
plama, która zacz# a rozlewa$ si# po koszuli. Krew.
 

Cie& wyda  z siebie przeci!g e, rozpaczliwe wycie, od którego a% zatrz#s y si# "ciany w ca ej 

rezydencji. Okrzyk trwogi.
 

- O mój Bo%e - j#kn# a Irène.

 

Ismael chcia  podbiec do Lazarusa i udzieli$ mu pomocy, ale ten pokr#ci  g ow!.

 

- Nie. Zostawcie mnie z ni! sam na sam. Id'cie st!d wreszcie* - wyszepta . Z k!cika ust 

pop yn# a mu stru%ka krwi.
 

Ismael, podtrzymuj!c Lazarusa, pomóg  mu usi!"$ na  ó%ku. Spojrza  k!tem oka na 

wezg owie, uderzy  go widok bladej, smutnej twarzy. Twarzy Almy Maltisse. Jej zamglone oczy 
spojrza y na niego przeci!gle niewidz!cym wzrokiem, pogr!%one we "nie, z którego nigdy nie 
mia y si# przebudzi$.
 

Ismael mia  przed sob! maszyn#.

 

Przez te wszystkie lata Lazarus opiekowa  si# automatem, podtrzymuj!c w ten sposób 

pami#$ o swojej %onie, któr! odebra  mu cie&.
 

Ismael cofn!  si# przera%ony. Lazarus spojrza  na niego b agalnym wzrokiem.

 

- Chc# zosta$ z ni! sam, prosz#.

 

- Ale to tylko* - zacz!  Ismael.

 

- Ona jest wszystkim, co mam*

 

Ch opak poj!  teraz, dlaczego nigdy nie znaleziono cia a kobiety, która uton# a w pobli%u 

wysepki z latarni! podczas owej s ynnej burzy. Lazarus wy owi  je i przywróci  do %ycia, takiego 
%ycia, jakie potrafi  mu da$. )ycia mechanicznego. Niezdolny stawi$ czo a utracie %ony, stworzy  jej 
kopi#, to budz!ce lito"$ widmo, z którym sp#dzi  ostatnie dwadzie"cia lat. Ale patrz!c w oczy 
konaj!cego Lazarusa, Ismael zrozumia , %e w pewnym sensie fabrykant zabawek osi!gn!  swój cel. 

background image

Alma Maltisse %y a, przynajmniej w sercu swojego ukochanego.
 

Fabrykant zabawek pos a  ch opcu ostatnie, pe ne cierpienia spojrzenie. Ismael pokiwa 

g ow! i cofn!  si# do miejsca, gdzie czeka a Irène. Dziewczyna zobaczy a, %e jest blady jak "mier$.
 

- Co si#*?

 

- Idziemy st!d. Szybko - przerwa  jej Ismael.

 

- Ale*

 

- Wychodzimy!

 

Podnie"li z wysi kiem nieprzytomn! wci!% Simone i skierowali si# ku wyj"ciu. Drzwi 

zatrzasn# y si# za nimi z hukiem. W pokoju zostali Lazarus, jego %ona i cie&. Irène i Ismael starali 
si# jak najszybciej wybiec z budynku. Dopadli do g ównych schodów, a w ich uszach ca y czas 
d'wi#cza o nieludzkie wycie dobiegaj!ce z pokoju, który przed chwil! opu"cili. By y to krzyki 
cienia.

 

* * *

 

Lazarus Jann podniós  si# z wysi kiem z  ó%ka i na chwiejnych nogach stan!  twarz! w 

twarz z cieniem. Widmo spojrza o na niego z rozpacz!. Male&ki otwór, który pozostawi a w ciele 
Lazarusa kula, rós  z ka%d! sekund! i po%era  tak%e jego cie&. Przera%ony stwór próbowa  znale'$
schronienie w obrazie, ale tym razem Lazarus wyj!  z kominka szczap# i podpali  p ótno.
 

Ogie& rozprzestrzeni  si# po obrazie jak fale po stawie. Cie& krzykn! . W mroku biblioteki 

tymczasem strony czarnej ksi#gi zacz# y krwawi$. Potem buchn# y z nich p omienie.
 

Lazarus powlók  si# z powrotem do  ó%ka, ale cie&, za"lepiony nienawi"ci!, rzuci  si# za 

nim, siej!c p omienie i %ar. Baldachim nad  ó%kiem zaj!  si# w jednej chwili, potem j#zyki ognia 
rozpe z y si# na sufit i pod og#, poch aniaj!c z furi! wszystko, co napotka y na swej drodze. W 
jednej chwili pokój zmieni  si# w istne piek o.
 

P omienie obj# y jedno z okien, a nieliczne szyby, które nadal by y ca e, eksplodowa y teraz 

na setki od amków. Do "rodka wdar  si# podmuch zimnego nocnego powietrza. Drzwi pokoju 
wypad y z futryny i niczym p on!cy pocisk przelecia y korytarzem. Ogie& jak plaga, której nie 
sposób opanowa$, rozprzestrzenia  si# powoli, ale nieub aganie, by wkrótce wzi!$ w swoje 
posiadanie ca ! rezydencj#.
 

Przedzieraj!c si# przez p omienie, Lazarus si#gn!  po kryszta owy flakonik, w którym cie&

mieszka  przez ca e lata, i uniós  go w d oniach. Krzycz!c rozpaczliwie, mroczny upiór wskoczy  do 
swojej kryjówki. Na szkle pokaza a si# natychmiast paj#czyna lodu. Lazarus zakorkowa  naczynie i 
spojrzawszy na nie po raz ostatni, rzuci  w ogie&. Flakonik p#k  na tysi!ce kawa ków. W tej samej 
chwili cie&, niczym gasn!cy oddech kl!twy, odszed  na zawsze. Fabrykant zabawek poczu , %e i z 
niego powoli uchodzi %ycie.

 

* * *

 

Kiedy Ismael i Irène wydostali si# wreszcie g ównym wej"ciem, nios!c na r#kach wci!%

nieprzytomn! Simone, p omienie dosi#g y ju% okien na trzecim pi#trze. W ci!gu zaledwie kilku 
sekund szyby zacz# y eksplodowa$, jedna po drugiej, zasypuj!c ogród deszczem p on!cych 
od amków. Ismael i Irène pobiegli na skraj lasu i dopiero tam, zatrzymawszy si# pod drzewami, 
odwa%yli si# spojrze$ za siebie.
 

Cravenmoore sta o w p omieniach.

background image

13. (wiat a wrze"nia

 

Owej pami#tnej nocy roku 1937 wszystkie cudowne istoty zamieszkuj!ce siedzib# Lazarusa 

Janna po kolei pad y pastw! bezlitosnych p omieni. Wskazówki mówi!cych zegarów roztopi y si#
w strugi p ynnego o owiu. Baletnice i orkiestry, magowie i czarownice, szachi"ci i inne 
mechaniczne cacka znikn# y na zawsze. Pi#tro za pi#trem, pokój za pokojem duch zniszczenia 
zagarn!  wszystko, co kry o w sobie to magiczne i przera%aj!ce miejsce.
 

W kilkana"cie minut ca e bezkresne królestwo wyobra'ni zmieni o si# w zgliszcza. W 

p omieniach tego piek a, które rozgorza o na nocnym niebie krwaw!  un!, znikn# y na zawsze 
wycinki prasowe i fotografie, latami tak pieczo owicie gromadzone przez Lazarusa Janna. Kiedy na 
miejsce dotar y wreszcie samochód %andarmerii, karetka i wóz doktora Giraud, zl#knione oczy 
ch opca ze zdj#cia zamkn# y si# na zawsze w owym pokoju dziecinnym, w którym nigdy nie by o 
zabawek.
 

Ostatnie chwile Lazarusa i jego %ony mia y pozosta$ w pami#ci Ismaela na ca e %ycie. Zanim 

wyszed  z pokoju, ch opiec zobaczy  jeszcze, jak fabrykant zabawek ca uje w czo o Alexandr#
Alm# Maltisse. Przysi!g  sobie wówczas, %e do ko&ca swych dni nie zdradzi nikomu ich sekretu.

 

* * *

 

W pierwszych "wiat ach brzasku mo%na by o dostrzec chmur# popio ów p yn!c! ku 

horyzontowi nad purpurowymi wodami zatoki. Pla%# Anglika zasnuwa a jeszcze poranna mg a, 
kiedy ruiny Cravenmoore zacz# y si# wy ania$ z ciemno"ci ponad koronami drzew. Szary dym 
anemicznie unosi  si# ku niebu cienkimi serpentynami, przetykaj!c chmury "cie%kami ciemnego 
aksamitu, omijanymi z daleka przez stada kieruj!cych si# na zachód ptaków.
 

Kurtyna nocy unosi a si# powoli. Poranna bryza rozwiewa a leniwie pasma rdzawej 

mgie ki, która jeszcze przed chwil! przys ania a ca kowicie widok na wysepk# z latarni!.
 

Irène i Ismael sp#dzili ostatnie minuty tej d ugiej nocy, siedz!c na bia ym piasku pustej 

zupe nie pla%y. Trzymaj!c si# za r#ce, patrzyli w milczeniu na pierwsze ró%owe promienie s o&ca 
przebijaj!ce si# przez chmury i kre"l!ce na wodach "cie%k# "wietlistych pere . Wie%a latarni 
wychyn# a zza mg y, ciemna i samotna. Irène u"miechn# a si# smutno, zrozumiawszy, i% owe 
tajemnicze "wiat a, które miejscowi widywali od lat, ju% nigdy nie rozb ysn! w oddali. Tego 
poranka "wiat a wrze"nia zgas y na zawsze.
 

Nic, nawet wspomnienie wydarze& tego lata, nie mog o ju% zatrzyma$ duszy Almy 

Maltisse. Zatopiona w tych rozmy"laniach Irène spojrza a na Ismaela. Zobaczy a, %e  zy nap ywaj!
mu do oczu, ale zrozumia a, %e ch opak nie pozwoli sobie na p acz.
 

- Wracamy do domu - powiedzia .

 

Irène przytakn# a. Wstali i ruszyli w stron# Domu na Cyplu. Podczas tej drogi przez g ow#

Irène przemkn# a tylko jedna my"l. Na tym "wiecie cieni i "wiate  wszyscy, ka%dy z nas, musimy 
odnale'$ swoj! w asn! drog#.
 

Kilka dni pó'niej, kiedy Simone opowiedzia a im prawdziw! histori# Lazarusa Janna i 

Almy Maltisse, któr! pozna a z ust cienia, wszystkie cz#"ci  amig ówki zacz# y wreszcie do siebie 
pasowa$. I chocia% poznali w ko&cu ca ! prawd#, by o ju% za pó'no, by odmieni$ bieg wydarze&. 
Z y los prze"ladowa  Lazarusa przez ca e %ycie, od tragicznego dzieci&stwa do samej "mierci. 
(mierci, któr! on sam uzna  za jedyne wybawienie. Nie pozosta o mu nic innego jak wyruszy$ w 
ostatni! drog# na spotkanie z Alm! Maltisse tam, gdzie nie móg  ich dosi#gn!$ ani jego w asny 
cie&, ani kl!twa owego tajemniczego w adcy cieni, przedstawiaj!cego si# jako Daniel Hoffmann. 

background image

Nawet on, ca a jego tajemna wiedza i magiczne sztuczki, nie by  zdolny zniszczy$ tego uczucia, tej 
mi o"ci po grób, która po !czy a Lazarusa i Alm#.

background image

* * *

Pary#, 26 maja 1947 roku

 

Kochany Ismaelu!

 

Od mojego ostatniego listu up yn# o tak wiele czasu. Zbyt wiele. W ko&cu, niespe na 

tydzie& temu, zdarzy  si# cud. Wszystkie listy, które przez tyle lat wysy a e" na mój stary adres, 
dotar y do mnie dzi#ki uprzejmo"ci mojej s!siadki, poczciwej, prawie dziewi#$dziesi#cioletniej 
staruszki, która przechowywa a je w nadziei, %e którego" dnia kto" si# po nie zg osi.
 

Od kilku dni czytam je i czytam, raz, drugi, trzeci, i nie mog# si# od nich oderwa$. 

Przechowuj# je niczym najcenniejszy skarb. Nie jest  atwo wyja"ni$ powody mojego milczenia, tak 
d ugiej nieobecno"ci. Zw aszcza Tobie, Ismaelu. Zw aszcza Tobie.
 

Tych dwoje dzieciaków na pla%y nie mog o nijak wyobrazi$ sobie, %e tego poranka, kiedy 

zgas  na zawsze cie& Lazarusa Janna, nad "wiatem zacz# y si# zbiera$ inne, znacznie bardziej 
upiorne cienie. Cienie nienawi"ci. Domy"lam si#, %e przez te lata ka%de z nas nieraz wspomina o 
Daniela Hoffmanna i jego tajemnicze berli&skie +przedsi#wzi#cie,.
 

Kiedy straci am z Tob! kontakt, podczas tej strasznej wojennej zawieruchy, napisa am do 

Ciebie setki listów, które nigdy nigdzie nie dotar y. Do tej pory zastanawiam si#, gdzie si# podzia y, 
gdzie si# podzia y wszystkie te s owa, wszystkie rzeczy, które pragn# am Ci opowiedzie$. Chc#, 
%eby" wiedzia , %e przez ca y ten mroczny, ponury czas Twoje wspomnienie, pami#$ o tamtym lecie 
w B #kitnej Zatoce, dodawa y mi si , by prze%y$ ka%dy kolejny dzie&.
 

Wiesz ju% pewnie, %e Dorian zaci!gn!  si# na ochotnika i s u%y  w pó nocnej Afryce przez 

dwa lata. Wróci  stamt!d ze stert! pobrz#kuj!cych medali i z ran!, przez któr! b#dzie utyka  do 
ko&ca %ycia. Ale i tak mo%e uwa%a$ si# za szcz#"liwca. Przecie% wróci . Ucieszysz si# zapewne na 
wie"$ o tym, %e znalaz  wreszcie prac# w instytucie kartograficznym marynarki handlowej i %e w 
wolnych chwilach - a jego narzeczona Michelle zostawia mu ich niewiele (powiniene" j! zobaczy$) - 
przemierza "wiat ze swoim cyrklem.
 

Je"li chodzi o moj! matk#, có% nowego mog# Ci powiedzie$? Zazdroszcz# jej si y i hartu 

ducha, dzi#ki którym przetrwali"my wszyscy tyle %yciowych zakr#tów. Lata wojny by y dla niej 
ci#%kie, mo%e jeszcze ci#%sze ni% dla nas. Nigdy o tym nie mówi, ale czasami, kiedy patrz# na ni!, 
jak siedzi przy oknie i w milczeniu spogl!da na przechodniów, zastanawiam si#, o czym ci!gle 
rozmy"la. Nie chce ju% wychodzi$ z domu i sp#dza ca e godziny, za jedyne towarzystwo maj!c 
ksi!%k#. Mam wra%enie, %e przesz a na drug! stron# mostu, a ja nie mog# pój"$ za ni!* Czasem 
widz#, jak ogl!da stare zdj#cia taty i p acze.
 

U mnie wszystko w porz!dku. Miesi!c temu odesz am ze szpitala Saint Bernard, w którym 

pracowa am przez te wszystkie lata. Maj! go wyburzy$. Mam nadziej#, %e wraz z nim znikn!
wspomnienia cierpie& i potworno"ci, które widzia am tam podczas wojny. My"l#, %e ja te% nie 
jestem t! sam! osob!, Ismaelu. Co" we mnie p#k o.
 

Widzia am na w asne oczy rzeczy, których nigdy nie spodziewa am si# ujrze$* (wiat jest 

pe en cieni, Ismaelu, cieni o wiele gorszych od istoty, z któr! walczyli"my tamtej nocy w 
Cravenmoore. Cieni, przy których twory Daniela Hoffmanna s! tylko dziecinn! zabawk!. Cieni 
mieszkaj!cych w ka%dym z nas.
 

Czasami ciesz# si#, %e tata tego nie do%y . Nie my"l tylko, %e sta am si# sentymentalna. Nic z 

tych rzeczy. Kiedy czyta am Twój ostatni list, serce a% skoczy o mi w piersi. Poczu am si# tak, 

background image

jakby po dziesi#ciu deszczowych, pochmurnych latach wysz o wreszcie s o&ce. Znalaz am si# znów 
na Pla%y Anglika, na wysepce z latarni!, p ywa am po wodach zatoki na pok adzie +Kyaneosa,. 
Zawsze b#d# wspomina$ owo lato jako najwspanialszy czas mojego %ycia.
 

Wyznam Ci sekret. Wiele razy podczas d ugich wojennych nocy, podczas gdy wystrza y i 

krzyki rozbrzmiewa y w ciemno"ciach, wraca am my"lami tam, na wysepk# z latarni!, do Ciebie. 
Szkoda, %e nie zostali"my tam na zawsze. Szkoda, %e ten dzie&, który sp#dzili"my razem na 
wysepce, nie trwa  ca e %ycie.
 

Pewnie zastanawiasz si#, czy wysz am za m!%. Odpowied' brzmi: nie. Chocia%

pretendentów mi nie brakowa o, nie my"l sobie. Nadal jestem m oda, nadal mam powodzenie. 
Mia am kilku narzeczonych. Przychodzili, odchodzili. Czas wojny by  zbyt ci#%ki, by przej"$ przez 
niego samotnie, a ja nie jestem tak silna jak matka. Ale nic wi#cej. Nauczy am si#, %e samotno"$ jest 
czasem drog!, która pozwala osi!gn!$ wewn#trzny spokój. A ostatnio pragn# am tylko tego - 
spokoju.
 

I to ju% wszystko. A mo%e nic. Jak mam Ci wyt umaczy$ moje uczucia, opowiedzie$

wszystko, co spotka o mnie przez te lata? Chcia abym jednym ruchem wymaza$ na zawsze pami#$
o nich. Chcia abym, by moim ostatnim wspomnieniem by  ów "wit na pla%y. Chcia abym odkry$, 
%e ostatnie dziesi#$ lat by o tylko z ym snem, z którego w a"nie si# przebudzi am. Chcia abym znów 
by$ nastolatk! i nie rozumie$ otaczaj!cego mnie "wiata, wiem jednak, %e to niemo%liwe.
 

Nie b#d# ju% wi#cej pisa$. Marz# o tym, by nast#pnym razem porozmawia$ z Tob!

naprawd#, a nie na papierze.
 

Za tydzie& mama wyjedzie do Aix-en-Provence, %eby sp#dzi$ par# miesi#cy ze swoj!

siostr!. Tego samego dnia ja wróc# na dworzec Austerlitz i wsi!d# do poci!gu jad!cego do 
Normandii, tak jak dziesi#$ lat temu. Wiem, %e b#dziesz na mnie czeka , i wiem, %e bez trudu Ci#
rozpoznam, rozpozna abym Ci#, nawet gdyby min# o sto lat. Jestem tego pewna.
 

Wieki temu, podczas jednej z najczarniejszych wojennych nocy mia am sen. Sz am w nim z 

Tob! po Pla%y Anglika. S o&ce zachodzi o, zza mg y prze"witywa a wysepka z latarni!. Wszystko 
by o takie jak dawniej: Dom na Cyplu, zatoka, nawet ruiny Cravenmoore góruj!ce nad lasem. 
Wszystko oprócz nas. My byli"my par! staruszków. Ty nie mia e" ju% si , by %eglowa$, ja mia am 
w osy bia e jak mleko. Ale byli"my razem.
 

Od tamtej nocy wiedzia am ju%, %e którego" dnia, niewa%ne kiedy, nadejdzie nasz czas. )e 

gdzie" daleko "wiat a wrze"nia zapal! si# dla nas i %e wtedy %aden cie& nie stanie nam ju% na 
drodze.
 

I %e b#dziemy razem, na zawsze.

background image

 

MUZA SA

 

00-590 Warszawa

 

ul. Marsza kowska 8

 

tel. 22 6297624, 22 6296524

 

e-mail: info@muza.com.pl

 

Dzia  zamówie&: 22 6286360

 

Ksi#garnia internetowa: www.muza.com.pl

 

Konwersja do formatu EPUB: MAGRAF s.c., Bydgoszcz

background image