DIANA PALMER
RODEO
Tytuł oryginału: That Burke Man
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Todd Burke usiadł pewniej na rozklekotanym krześle i zaczął przyglądać się uwaŜnie
otoczonemu barierką placowi, na którym odbywało się rodeo. Poprawił na głowie stetsona, a
następnie zerknął na buty i nogawki spodni. Nie pomyślał o tym, Ŝe rodeo to nie kościół. Od
wielu lat nie pracował u ojca, a ostatnie występy jeździeckie Cherry teŜ juŜ poszły w
zapomnienie.
Myśl o córce sprawiła mu wyraźną przyjemność. Ta dziewczyna naprawdę nieźle
radziła sobie z koniem. Brakowało jej tylko pewności siebie. Była Ŝona Todda nie pochwalała
tej nagłej pasji. Ale Todd był dumny z córki. Dzięki niej z mniejszą przykrością wspominał
swoje małŜeństwo zakończone sześć lat temu szybkim rozwodem. Sąd przyznał mu wówczas
opiekę nad Cherry, poniewaŜ Marie i jej nowy mąŜ byli zbyt pochłonięci interesami, Ŝeby
zająć się dziewczynką.
Obecnie Cherry była czternastoletnią pannicą i od czasu do czasu mogła mu nawet
pomóc w prowadzeniu firmy komputerowej. Jednak Todd często czynił sobie wyrzuty, Ŝe nie
poświęca córce dostatecznie duŜo czasu i uwagi. CóŜ, był przecieŜ dyrektorem firmy i nie
mógł wszystkiego zrzucać na podwładnych.
Ale praca nudziła go coraz bardziej. Miał juŜ za sobą najtrudniejszy, ale jednocześnie
najciekawszy okres. Zarobił miliony i teraz pozostawało mu odcinanie kuponów od tego, co
wypracował wcześniej. Miał nadzieję, Ŝe parotygodniowy urlop w czasie wakacji Cherry
pozwoli mu znaleźć coś nowego, ekscytującego w jego Ŝyciu i pracy, jednak szybko
stwierdził, Ŝe juŜ samo myślenie o tym za bardzo go nuŜy. Teraz czekał niecierpliwie na
występ córki. Przyjechali do Jacobsville, poniewaŜ miał tu wystąpić ulubiony jeździec
Cherry. Zresztą miasteczko połoŜone było niedaleko Victorii, gdzie znajdowała się teksaska
siedziba firmy. Nie planowali udziału dziewczynki w konkursie. Córka spytała pod wpływem
nagłego impulsu, czy moŜe wystąpić, a on w końcu się zgodził. Nie liczyli na wiele, poniewaŜ
poziom rodeo był wysoki, a Cherry mogła co najwyŜej uchodzić za zdolną amatorkę.
Głos spikera wyrwał go z zamyślenia. Usłyszał swoje nazwisko, a następnie zobaczył
postać w kapeluszu z szerokim rondem. Przez moment miał wraŜenie, Ŝe to on sam wyjechał
na arenę. Cherry miała podobną sylwetkę, zwłaszcza teraz, kiedy siedziała pochylona na
koniu. Todd obserwował jej przejazd i serce w nim zamarło. Cherry popełniała podstawowe
błędy. Oboje wiedzieli, Ŝe nie wygra rodeo, ale Todd liczył po cichu na to, Ŝe przynajmniej
nie będzie ostatnia.
-
AleŜ to kompromitujące
-
usłyszał jakiś Ŝeński głos.
-
Ta dziewczyna nigdy nie
będzie dobra. Wprawdzie zupełnie nieźle trzyma się na koniu, ale po prostu nie potrafi
jeździć. Czegoś jej brakuje.
Todd wzdrygnął się na dźwięk tego głosu. Dosłyszał w nim poczucie wyŜszości,
którego tak nie znosił. Zwłaszcza jeśli ktoś mówił o jego córce. Szybko teŜ obejrzał się, Ŝeby
sprawdzić, kto pozwala sobie na podobne uwagi. Kiedy w końcu dostrzegł tę kobietę, jego
serce zabiło mocniej.
Piękna wysoka blondynka, która tak obcesowo potraktowała umiejętności Cherry,
zaczęła mówić o sobie towarzyszącemu jej męŜczyźnie. Stwierdziła, Ŝe czuje się świetnie i Ŝe
jest u szczytu formy. Nawet noga doskwiera jej mniej niŜ zwykle. Oczywiście będzie musiała
uwaŜać na plecy, ale to juŜ drobnostka. NajwaŜniejsze, Ŝe znów pokaŜe się na rodeo.
Oparła się o barierkę i raz jeszcze spojrzała na Cherry. Dziewczynka wykonywała
zwrot. Zachowywała się tak, jakby usłyszała jej uwagę i to speszyło ją jeszcze bardziej. Jane
zrobiło się głupio. Młodociana zawodniczka najwyraźniej bała się gwałtownych manewrów.
Powiedziała o tym stojącemu obok kowbojowi, a on skinął głową. Ta Chenny czy Cherry
musiała być nowicjuszką, poniewaŜ Jane nigdy nie słyszała jej nazwiska, a przecieŜ od wielu
lat brała udział (i wygrywała!) w róŜnych zawodach.
Jane nie miała ochoty na dalsze obserwacje. Postanowiła rozprostować nogi.
Skierowała się więc do wyjścia, nie rozglądając się dokoła. Nagle na jej drodze pojawił się
ubłocony męski but. Podniosła wzrok, Ŝeby sprawdzić, co się dzieje. Dostrzegła dryblasa w
nieokreślonym wieku, o cięŜkim, stalowym spojrzeniu. Nawet nie podniósł się z krzesła.
Wyciągnął po prostu nogę i zagrodził jej przejście.
Jane otworzyła usta, Ŝeby coś powiedzieć, ale męŜczyzna odezwał się pierwszy:
-
Kto pani pozwolił krytykować tę dziewczynę?!
-
huknął na nią.
-
Wszystko
słyszałem! Taka lalunia jak pani nie powinna w ogóle zabierać głosu w tych sprawach!
Jane spojrzała na niego ze zdumieniem. Nie, ten facet równieŜ nie pokazywał się na
rodeach. A przynajmniej nie w Teksasie.
-
Kim pani jest? Modelką? Pewnie pracuje pani tutaj na rodeo, co? Jako hostessa…
Todd aŜ zaśmiał się w duchu, poniewaŜ blondynka wyglądała na zupełnie zbitą z
pantałyku. Wpatrywała się w niego z otwartymi ustami, jakby ujrzała jakieś dziwne zwierzę.
-
Czy pani w ogóle rozumie moje pytanie?
-
dodał po chwili, patrząc na nią z
politowaniem.
Jane powoli zaczynała dochodzić do siebie. Nie spodziewała się takiego ataku i
potrzebowała czasu, Ŝeby ochłonąć.
-
Doskonale rozumiem
-
powiedziała twardym, ostro brzmiącym głosem.
-
Nie mam
jednak zamiaru odpowiadać na podobne impertynencje. Chciałabym przejść.
-
Wskazała
nogę, która spoczywała przed nią niby szlaban.
-
Nie tędy.
-
MęŜczyzna zarechotał, najwyraźniej bardzo z siebie zadowolony.
-
A właśnie, Ŝe tędy.
Jane schyliła się, syknęła, poniewaŜ poczuła nagły ból w plecach, a następnie
chwyciła nogę męŜczyzny, uniosła ją do góry i pchnęła lekko. Wiedziała, Ŝe rozchwiane
krzesło nie wytrzyma tego naporu. Siedzący obok kowboje, którzy obserwowali jazdy z
kamiennymi twarzami, teraz nie potrafili ukryć rozbawienia. MęŜczyzna zaczął gramolić się z
ziemi, ale to juŜ nie interesowało Jane. Ruszyła do wyjścia, gdzie czekał jej opiekun,
pomocnik i najlepszy przyjaciel, Tim Harley.
Tim nawet nie starał się ukryć dezaprobaty, ale mimo to przyprowadził jej ulubionego
wałacha, Nawiasa. Jane zacisnęła wargi i spróbowała go dosiąść.
-
Nie powinnaś dzisiaj jeździć
-
gderał Tim.
-
Masz jeszcze czas. PrzecieŜ widzę, co
się dzieje.
-
AleŜ, Tim! PrzecieŜ nie mogłam nie przyjąć zaproszenia. Byłoby ci wstyd za mnie,
sam przyznaj
-
tłumaczyła, starając się nie myśleć o bólu.
-
Nikt nie oczekiwał, Ŝe wystąpisz
-
ciągnął Harley.
-
Wszyscy myśleli, Ŝe po prostu
pokaŜesz się na rodeo. Wiesz, jako wielokrotna zwycięŜczyni.
Jane usadowiła się w siodle. W samą porę, poniewaŜ zauwaŜyła, Ŝe zbliŜa się do niej
dryblas w szarym stetsonie. Na szczęście inni jeźdźcy juŜ ją otoczyli i ruszyła na plac. Jane
była tutaj legendą. Niestety, musiała przed rokiem zakończyć występy. Jednak wszyscy ją
jeszcze dobrze pamiętali.
-
Proszę państwa
-
rozległ się głos spikera.
-
Oto Jane Parker. Najpiękniejsza i
najlepsza. ZwycięŜczyni wielu zawodów. Obecnie, jak wiecie, nie występuje, ale wciąŜ
wspaniale trzyma się na koniu.
Jane posłała uśmiech wiwatującym tłumom. Był to prawdziwy wyczyn, zwaŜywszy,
Ŝ
e plecy bolały ją jak licho. Z trudem utrzymywała się na koniu.
Bob Harris wyszedł na plac i wręczył jej pamiątkową rozetkę.
-
Nawet nie próbuj zsiadać
-
powiedział, zasłoniwszy dłonią mikrofon.
Posłuchała jego rady.
-
Proszę państwa, proszę o chwilę uwagi.
-
Głos Boba znów rozbrzmiewał z pełną siłą.
-
Wszyscy współczujemy Jane z powodu tragicznej śmierci ojca, Orena Parkera, wspaniałego
jeźdźca i dwukrotnego mistrza świata w rzutach lassem. Organizatorzy tego rodeo chcieliby
uczcić jego pamięć. Jane, przyjmij od nas tę pamiątkową rozetkę i wiedz, Ŝe jesteśmy z tobą.
Proszę państwa, Jane Parker!
Zgromadzeni na rodeo widzowie znowu zaczęli wiwatować. Jane uniosła do góry
rozetkę, a następnie przypięła ją sobie do piersi. Bob podał jej mikrofon. Podziękowała w
krótkich, lecz serdecznych słowach za pamięć i w obawie, Ŝe za chwilę spadnie z konia,
skierowała się szybko do wyjścia.
W końcu znalazła się poza placem. Jednak tutaj czekała na nią pierwsza niespodzianka
-
nie mogła zsiąść z konia. Zaraz teŜ pojawiła się i druga w postaci gniewnego kowboja o
stalowym spojrzeniu. MęŜczyzna chwycił wędzidło i skrzywił z pogardą usta.
-
Patrzcie, patrzcie, kto by powiedział, Ŝe taka z ciebie mistrzyni.
-
Bez ogródek zaczął
jej mówić per "ty".
-
Siedzisz na tym koniu, jakbyś połknęła kij. Dawno nie widziałem kogoś,
kto jeździłby gorzej.
Uśmiechnął się do niej kpiąco, a następnie mrugnął porozumiewawczo.
-
A moŜe sędziowie zwracali uwagę na inne twoje walory, co?
Jane z pewnością kopnęłaby go w twarz, gdyby nie to, Ŝe plecy bolały ją nieludzko.
Siły opuściły ją zupełnie. Pobladła tylko z wyczerpania i złości.
-
Tfu!
-
splunął arogancki kowboj.
-
Nie wiedziałem, Ŝe jesteś taka. Zupełnie bez ikry.
-
Trzymaj się, Jane! JuŜ idę!
-
dobiegł do niej głos opiekuna.
Odwróciła się trochę, Ŝeby móc go widzieć. Biegł do niej z rozwianą brodą.
Zmarszczone czoło i grymas na twarzy powodowały, Ŝe wyglądał na starszego, niŜ był w
rzeczywistości.
-
Mam nadzieję, Ŝe odechce ci się niemądrych popisów
-
ciągnął Tim.
-
I co? Nie
moŜesz zsiąść z konia? Dobrze, zaraz ci pomogę. Tylko spokojnie. Nie musisz się spieszyć.
Tim pogładził ją delikatnie po nodze. Jane poczuła się nieco lepiej.
-
Czy zawsze trzeba jej pomagać zsiadać z konia?
-
drwił dalej nieznajomy.
-
Wydawało mi się, Ŝe gwiazdy rodeo powinny same sobie z tym radzić.
MęŜczyzna nie mówił z teksaskim akcentem. W ogóle trudno było określić, skąd
pochodzi. Tim łypnął na niego niechętnie.
-
Niech pan lepiej uwaŜa, bo napyta pan sobie biedy
-
powiedział.
-
Ludzie tutaj są
spokojni, ale pewnych rzeczy nie będą tolerować. Zwłaszcza jeśli idzie o Jane. No chodź,
myszko
-
zwrócił się bezpośrednio do swojej ulubienicy.
-
Jakoś sobie z tym poradzimy.
Nieznajomy wciąŜ patrzył na nich i chyba coś mu powoli zaczęło świtać, Po pierwsze
zauwaŜył, Ŝe twarz blondynki jest biała jak prześcieradło, a po drugie, Ŝe zaciska zęby tak,
jakby walczyła z bólem.
Stary męŜczyzna, który pomagał jej zsiąść z konia, nie wyglądał na siłacza. Był niski i
zasuszony. W zasadzie tylko jego gęsta, długa broda sprawiała wraŜenie potęŜnej. MoŜna by
pomyśleć, Ŝe naleŜała do kogoś innego.
Todd przesunął się nieco do przodu.
-
Zaraz, moŜe pomogę.
Tim zmierzył go badawczym wzrokiem i natychmiast skinieniem głowy wyraził
aprobatę. Jeśli nawet nieznajomy nie był zbyt mądry, to z całą pewnością bardzo silny.
-
Niech pan pamięta, Ŝe nie moŜe upaść
-
powiedział.
-
Inaczej nawet gorset jej nie pomoŜe.
Gorset? Tak, to wiele wyjaśniało. Todd wyczuł go pod palcami, kiedy chwycił
dziewczynę wpół. DrŜała na całym ciele. Dostrzegł teŜ łzy płynące z jej oczu.
-
Nie mogę
-
szepnęła.
-
Nie mam siły.
-
Niech pani chwyci mnie za szyję.
-
Todd natychmiast powrócił do oficjalnych form.
-
Trzeba tylko unieść nogę, reszta pójdzie łatwo.
Bruzdy na czole Tima jeszcze się pogłębiły.
-
Nie przejmuj się, Tim
-
powiedziała słabym głosem.
-
Na pewno sobie poradzę,
skoro juŜ udało mi się dosiąść konia.
Ból ponownie przeszył jej ciało. Tym razem był jeszcze silniejszy. Jednak Jane nawet
nie jęknęła. Przywarła tylko z całej siły do ciała nieznajomego, jakby to była ostatnia deska
ratunku.
-
Dokąd teraz?
-
spytał męŜczyzna, kiedy znalazła się w jego ramionach.
Tim podrapał się w czoło i rozejrzał bezradnie dokoła. Dlaczego nie pomyślał o tym
wcześniej? PrzecieŜ Jane nie będzie mogła chodzić po takiej jeździe.
-
Tam
-
powiedział w końcu, wskazując samochód z przyczepą, stojący kilkadziesiąt
metrów dalej.
Todd ruszył w jego kierunku. Drzwi do przyczepy były otwarte. Wewnątrz znajdował
się wózek na kółkach, a takŜe niewielka kanapa. Twarz jasnowłosego kowboja zasępiła się na
widok wózka.
-
Mówiłem ci, mówiłem setki razy
-
gderał Tim.
-
Popatrz, co narobiłaś. Znowu
rehabilitacja się przedłuŜy.
-
Nie, tylko nie tam
-
jęknęła dziewczyna na widok wózka.
-
Tam ci będzie najlepiej
-
mruknął Tim.
-
Nie, wolę usiąść na kanapie.
Todd przystanął zdezorientowany przed otwartym samochodem.
-
Proszę, wolę kanapę
-
powtórzyła Jane, drŜąc z bólu.
-
Zaraz dam ci środki przeciwbólowe.
Tim wskoczył pierwszy do przyczepy i zaczął myszkować w niewielkiej kuchence.
Todd posadził dziewczynę na kanapie najdelikatniej, jak potrafił.
-
Dziękuję
-
szepnęła.
-
Zdaje się, Ŝe zrobiłem z siebie strasznego idiotę
-
powiedział.
-
Ale moja córka wcale
nie jest taka zła. Dopiero zaczęła się uczyć.
Jane powoli kojarzyła fakty. Musiała chwilę pomyśleć, Ŝeby przypomnieć sobie to, co
wydarzyło się, zanim poczuła potworny ból. Po chwili jednak zrozumiała całą sytuację.
Postępowanie męŜczyzny wydało jej się bardziej racjonalne, co nie znaczyło, Ŝe je
pochwalała.
-
Przykro mi, Ŝe tak pan odebrał moją krytykę
-
powiedziała po chwili namysłu.
-
Wcale nie uwaŜam, Ŝeby pańska córka była zła. Chodzi o to, Ŝe po prostu boi się zwrotów.
To, niestety, widać. Ktoś powinien jej pomóc, Ŝeby nauczyła się radzić sobie ze strachem.
-
Umiem jeździć konno, ale to wszystko
-
stwierdził nieznajomy.
-
Nie znam się na
rodeo, mimo Ŝe w Wyoming jest ono prawie tak popularne jak w Teksasie.
-
Jesteście z Wyoming?
-
zapytała.
-
Tak. Przenieśliśmy się tu parę tygodni temu, Ŝeby… Ŝeby…
-
Nie wiedział czemu,
ale nie chciał powiedzieć tej kobiecie o rozwijającej się firmie.
-
ś
eby być bliŜej matki
Cherry. Tak ma na imię moja córka
-
dodał po chwili.
Obecność Marie w Victorii nie miała najmniejszego wpływu na tę decyzję. Zresztą nie
wiedzieli w ogóle, Ŝe tam mieszka. Ona równieŜ przeprowadziła się w te okolice zupełnie
niedawno.
Todd spojrzał na blondynkę. Wyglądała na zdziwioną jego wyjaśnieniami, ale nie
pytała o nic.
-
Och, rozwiedliśmy się jakiś czas temu
-
powiedział.
-
Matka Cherry zamieszkała w
Victorii ze swoim drugim męŜem.
Jane skinęła głową.
-
Czy pańska była Ŝona jeździ konno?
-
spytała.
-
MoŜe mogłaby uczyć Cherry.
Oczy nieznajomego pociemniały.
-
Wprost nienawidzi koni
-
odparł.
-
Od początku była przeciwna temu występowi.
Ale Cherry to uwielbia. Ćwiczyła całymi dniami.
-
No tak, zabrakło tylko kogoś, kto by jej pomógł
-
powiedziała Jane.
Zrobiło jej się smutno. Wyglądało na to, Ŝe mała wychowywała się bez matki. Jane
wiedziała, co to znaczy. Jej mama zmarła na zapalenie płuc, kiedy ona jeszcze chodziła do
szkoły.
Spojrzała na męŜczyznę. Powiedział, Ŝe pochodzą z Wyoming. To wyjaśniało,
dlaczego mówił z tak dziwnym akcentem. Ból nieoczekiwanie znowu dał znać o sobie. Jane
syknęła, nie przygotowana na nowy atak, i poczuła, Ŝe robi jej się słabo. Musiała połoŜyć się
na kanapie.
Tim wrócił po chwili z kuchni. Podał jej butelkę z colą i dwa proszki. Jane połknęła je
natychmiast.
-
Uff, zaraz będzie lepiej
-
westchnęła, opadając ponownie na wyściełane siedzenie.
-
Nic pani nie jest?
-
Nie, nie, juŜ dobrze
-
odparła.
Todd nie miał tu juŜ nic do roboty. PoŜegnał się i wyszedł z przyczepy. Po chwili
jednak dopędził go Tim.
-
Nie podziękowałem panu jeszcze za pomoc
-
powiedział.
-
Drobnostka
-
mruknął Todd.
-
Co jej się stało?
Tim westchnął cięŜko.
-
Miała wypadek samochodowy
-
wyjaśnił.
-
Jej ojciec zginął na miejscu, a Jane tkwiła
w samochodzie przez parę godzin, zanim przyszła pomoc. Lekarze myśleli, Ŝe złamała
kręgosłup.
Todd skrzywił się boleśnie, jakby przydarzyło się to jemu samemu.
-
O nie, na szczęście nie było tak źle
-
uspokoił go Tim.
-
Okazało się, Ŝe wypadł jej
dysk. To na szczęście mniej powaŜne, chociaŜ bolesne i trudne do wyleczenia. Nawet po paru
latach mogą się odzywać jakieś bóle.
-
Rozumiem.
-
Todd pokiwał głową.
Tim uśmiechnął się i pogładził swoją gęstą brodę.
-
Na szczęście Jane się nie poddała. Lekarze mówili, Ŝe nigdy nie widzieli kogoś
takiego. Tylko dzięki olbrzymiemu wysiłkowi woli udało jej się wstać tak szybko z wózka.
Ona zawsze musi być najlepsza. Ma to po ojcu. Na pewno byłby z niej teraz dumny.
Oczywiście, Jane nigdy juŜ nie weźmie udziału w zawodach.
-
Po co więc, do licha, wsiadła dzisiaj na konia?!
Tim pokiwał głową.
-
Chciała pokazać wszystkim, Ŝe się nie poddała i nie podda
-
odparł po prostu.
-
Wie
pan… Przepraszam, jak brzmi pana nazwisko, bo nie dosłyszałem?
-
Burke. Todd Burke.
-
Ja nazywam się Tim Harley. Miło mi pana poznać.
MęŜczyźni uścisnęli sobie prawice.
-
Więc wie pan, panie Burke, czasami trzeba zrobić coś głupiego, Ŝeby
zamanifestować swoją postawę. Byłem temu przeciwny, ale oczywiście rozumiem Jane.
Todd pokiwał głową. W zasadzie nie było juŜ nic do dodania. PoŜegnał się z Timem i
skierował w stronę placu, z którego odpływali kolejni widzowie. Czuł się dziwnie. Nigdy nie
spotkał tak upartej i dumnej kobiety. Nie miał wątpliwości co do tego, Ŝe za jakiś czas znowu
dosiądzie ona konia.
ś
ałował teŜ, Ŝe ich znajomość zaczęła się właśnie w ten sposób. Jasnowłosa Jane na
pewno chciała dobrze. Jej krytyka nie była przecieŜ złośliwa. Todd nie od dziś wiedział, Ŝe
jest przewraŜliwiony na punkcie córki. Cherry była przecieŜ jego jedynym dzieckiem, jedyną
radością. Chciał, Ŝeby spotykało ją wszystko, co najlepsze.
Bez trudu odnalazł córkę, która rozmawiała właśnie z jednym z młodych kowbojów.
-
Tato, widziałeś ją?!
-
wykrzyknęła.
-
Tę panią z jasnymi włosami?! To była sama
Jane Parker!
Todd spojrzał na młodego kowboja, a ten przygarbił się, zaczerwienił, a następnie
zniknął z pola ich widzenia.
-
Tak, widziałem. Zaniosłem ją nawet do samochodu.
-
Kogo? Chyba nie Jane Parker? Gdzie jest ten chłopak? Był przecieŜ taki miły.
Todd pogłaskał córkę po głowie.
-
Przykro mi, kochanie, ale zdaje się, Ŝe go spłoszyłem
-
stwierdził z westchnieniem.
-
Sama wiesz, Ŝe w takich sytuacjach zachowuję się jak słoń w składzie porcelany.
Cherry rozglądała się jeszcze przez chwilę, ale później dała temu spokój.
-
Kogo niosłeś? Nie odpowiedziałeś na moje pytanie.
-
Twoją idolkę. Jane Parker. Ma teraz jakieś problemy z plecami i nie moŜe jeździć.
Cherry zmarszczyła czoło.
-
Słyszałam, Ŝe zrezygnowała z występów, ale nie wiedziałam nic o kontuzji
-
powiedziała.
-
Przyjechałam tu specjalnie dla niej. Widziałam film z zeszłorocznego rodeo i,
mówię ci, była fan
-
ta
-
sty
-
czna!
Toddowi trudno było dzielić entuzjazm córki. Zwłaszcza po tym, co się zdarzyło.
-
No tak, ja teŜ nie wiedziałem nic o jej kontuzji
-
westchnął.
-
Wszyscy popełniamy
błędy.
Cherry spojrzała z zaciekawieniem na ojca, ale jego mina nie skłaniała do drąŜenia
tematu. Todd był chmurny i wyraźnie z czegoś niezadowolony. Po chwili jednak rozpogodził
się i połoŜył dłoń na ramieniu córki.
-
To twoje pierwsze rodeo
-
powiedział.
-
Dziwnym trafem organizatorzy nie przyznali
ci Ŝadnego trofeum, ale moŜe mógłbym ci to jakoś wynagrodzić?
Córka uśmiechnęła się i spojrzała mu prosto w oczy.
-
Naprawdę, tato? Wiesz, tak chciałabym porozmawiać z Jane Parker. MoŜesz mnie z
nią poznać?
Todd chrząknął. Czy powinien powiedzieć córce, co sądzi o jej jeździe uwielbiana
przez nią mistrzyni?
-
Jest bardzo ładna
-
dodała Cherry, nie czekając na odpowiedź.
-
Mama teŜ jest ładna,
ale nie aŜ tak.
Dziewczynka posmutniała na wspomnienie matki. Spuściła głowę i spojrzała na
czubki swoich butów do konnej jazdy.
-
Mama nie moŜe się ze mną spotkać w przyszłym tygodniu. Będzie zajęta.
Wspominała ci o tym?
-
Mhm.
Nie chciał mówić Cherry, Ŝe pokłócili się z tego powodu. Marie starała się unikać
spotkań z córką. Zwłaszcza jeśli w pobliŜu znajdował się jej nowy mąŜ, dla którego opuściła
ich sześć lat temu.
-
Zupełnie nie wiem, co ona w nim widzi
-
ciągnęła Cherry, lustrując swoje buty.
-
Ciągle mu się coś nie podoba, a poza tym nie lubi ani zwierząt, ani dzieci. Jak moŜna z kimś
takim wytrzymać?
-
Głos zaczął jej drŜeć niebezpiecznie.
Todd pogładził córkę po ramieniu. Wiedział, Ŝe mimo wielu nieporozumień wciąŜ
kocha matkę i czeka na spotkanie z nią. Nie znosiła tylko nowego męŜa Marie. Zresztą było
to uczucie odwzajemnione.
-
No wiesz, on jest bardzo inteligentny. I napisał ksiąŜkę. Podobno stała się
bestsellerem.
-
PrzecieŜ ty teŜ jesteś inteligentny i bogaty
-
argumentowała Cherry.
-
To co innego. Ja sam doszedłem do wszystkiego. Nie mam dyplomu
uniwersyteckiego.
Cherry zachichotała.
-
On teŜ nie
-
powiedziała.
-
Słyszałam, jak mama mówiła przez telefon, Ŝe nie
skończył studiów. Oczywiście on tego nie słyszał.
Todd ponownie pogładził ją po ramieniu.
-
Nie przejmuj się tym wszystkim. NajwaŜniejsze, Ŝeby mama była szczęśliwa.
-
Nie kochasz jej juŜ?
-
spytała Cherry powodowana nagłym impulsem.
Todd zafrasował się. Nigdy wcześniej nie rozmawiali tak szczerze o tym, co się stało.
Wydawało mu się, Ŝe córka nie jest na tyle dojrzała, Ŝeby móc to wszystko zrozumieć.
-
W kaŜdym razie nie tak, Ŝeby móc ponownie się z nią oŜenić
-
odparł.
-
MałŜeństwo
wymaga dobrej woli dwojga osób. Twoja mama miała juŜ dosyć czekania, kiedy wrócę z
pracy. Dlatego odeszła.
-
Mnie teŜ miała dosyć
-
szepnęła Cherry.
Twarz Todda wykrzywiła się w nagłym grymasie.
-
Nie, to nieprawda. Mama wciąŜ cię kocha… po swojemu. Powinnaś to zrozumieć.
-
Tak, rozumiem, rozumiem.
-
Cherry zaczęła kiwać głową.
-
Wiem teŜ, Ŝe powinieneś
pomyśleć o ponownym małŜeństwie. Co z tobą będzie, kiedy ja wyjdę za mąŜ? Todd stłumił
uśmiech.
-
Zostanę sam.
-
Właśnie!
-
triumfowała córka.
-
Dlatego, jeśli nie chcesz mamy, powinieneś
pomyśleć o jakiejś innej Ŝonie. JuŜ ja się tym zajmę.
-
Cherry nagle spowaŜniała.
-
Chciałabym pójść jesienią do szkoły w Victorii. Mam juŜ dosyć tego internatu.
-
Nigdy mi o tym nie mówiłaś.
-
Nie chciałam
-
przyznała niechętnie.
-
Nawet nie wiesz, jak się cieszę z tych wakacji.
Nie przeszkadza mi nawet twoja praca. I tak będziemy się widywać częściej niŜ zwykle.
Todd z trudem przełknął ślinę. Starał się nie patrzeć w szare, podobne do jego
własnych, oczy córki.
-
Więc, hm… Stwierdziłem, Ŝe naleŜy mi się dłuŜszy urlop i Ŝe… Ŝe chętnie
spędziłbym z tobą parę tygodni.
Cherry aŜ podskoczyła do góry. Wiadomość ucieszyła ją tak bardzo, Ŝe nie zwróciła
najmniejszej uwagi na ślady nieszczerości w jego głosie. Todd zastanawiał się właśnie, jak
uda mu się przetrwać bez pracy. Stwierdził jednak, Ŝe gotów jest wiele poświęcić, byle tylko
Cherry była zadowolona.
Wyglądało na to, Ŝe córka zapomniała zupełnie o Jane Parker. On jednak wciąŜ o niej
pamiętał.
-
To cudownie, tato. Będziesz moim trenerem. Pewnie nie zauwaŜyłeś, ale ciągle mam
problemy
-
paplała Cherry.
-
Zwłaszcza ze zwrotami.
Todd skinął głową.
-
Wiesz, myślę, Ŝe da się coś z tym zrobić.
-
Co?
-
Potem ci powiem
-
powiedział z tajemniczą miną.
-
Na razie chciałbym coś zjeść.
Wprost umieram z głodu.
-
Ja teŜ
-
zawtórowała mu Cherry.
-
To co? Pojedziemy moŜe do chińskiej restauracji?
-
zapytał.
-
Ś
wietny pomysł!
-
Cherry po raz kolejny podskoczyła do góry. Wsiedli do starego
forda, którego Todd wypoŜyczył po oddaniu ferrari do przeglądu. Samochód zarzęził, kiedy
Todd przekręcił kluczyk w stacyjce, w końcu jednak zapalił. Po chwili mknęli juŜ w stronę
miasteczka, zostawiając za sobą tuman kurzu.
Znalezienie chińskiej restauracji okazało się dosyć trudne, poniewaŜ w Jacobsville był
tylko jeden taki lokal. Poza tym znajdowało się tu mnóstwo barów i restauracji oferujących
potrawy z grilla czy z roŜna. Po skończonym posiłku mieli jeszcze trochę czasu na rozmowę,
a następnie znów pojechali na rodeo. Zaczynała się właśnie popołudniowa część zawodów.
Cherry miała przed sobą jeszcze jeden występ.
Tym razem obiecała, Ŝe da z siebie wszystko, ale przejazd wokół beczek znów jej nie
wyszedł. Skończyła zebrawszy słabe oklaski i skierowała się na wybieg. Todd widział, Ŝe
córka z trudem tłumi łzy.
-
No, no, nie przejmuj się
-
powiedział, chcąc ją pocieszyć.
-
Jeszcze wszystko przed
tobą.
-
Nie, to nie ma sensu
-
stwierdziła, wycierając odruchowo suche juŜ oczy.
-
Po prostu
nie umiem jeździć. Trzeba się z tym pogodzić.
Todd zatoczył ręką szeroki krąg.
-
Czy wiesz, jak wyglądałby ten plac, gdyby wszyscy rezygnowali po pierwszym
nieudanym występie?
-
spytał.
-
Być moŜe zostałoby tutaj paru zawodników, a moŜe nie
byłoby nikogo! Czy wiesz, co stałoby się ze mną, gdybym zrezygnował z pracy po pierwszej
poraŜce?
Cherry udało się jakoś uśmiechnąć.
-
Nie byłbyś potentatem komputerowym
-
stwierdziła po prostu.
-
A propos, nad czym
teraz pracujesz?
-
Nad programem dla księgowych
-
odparł, zadowolony, Ŝe córka zapomniała o
niedawnej poraŜce.
-
Ee, księgowość, nudy.
-
Cherry skrzywiła się.
-
Kto tego w ogóle potrzebuje?
Wszyscy u mnie w szkole uwaŜają, Ŝe osiągnąłeś szczyty, jeśli idzie o gry.
Todd omal nie wybuchnął śmiechem.
-
Cieszę się z tego
-
powiedział.
-
Nie mogę jednak zapominać o małych firmach,
które potrzebują tego programu. Pamiętaj, Ŝe…
Todd chciał juŜ zaczął wykład na ulubiony temat, ale przerwał mu radosny pisk
Cherry. Spojrzał na córkę, nie bardzo wiedząc, co się stało, a następnie skierował wzrok tam,
gdzie dziewczynka patrzyła z przejęciem i zachwytem.
-
To Jane Parker!
-
zawołała do ojca.
Jednak początkowy zachwyt ustąpił miejsca smutkowi. Jane Parker siedziała na
wózku inwalidzkim. Wyglądała na zmęczoną i przygnębioną. Tim wiózł ją w kierunku ich
domu na kółkach, do którego teraz doczepiono jeszcze przyczepę dla koni. Wszystko
wskazywało na to, Ŝe chcą juŜ odjechać.
Todd nie mógł na to pozwolić. JuŜ wcześniej przyszło mu do głowy, Ŝe mógłby
poprosić jasnowłosą mistrzynię, by udzieliła Cherry paru lekcji. Dzięki temu córka miałaby
znakomitą trenerkę, a Jane nowe zajęcie. Todd nie wątpił, Ŝe wszystko poszłoby doskonale.
ROZDZIAŁ DRUGI
-
Pani Parker!
-
krzyknął Todd.
Jane obejrzała się za siebie i zauwaŜyła męŜczyznę z jasnowłosą dziewczynką.
Zacisnęła dłonie na poręczach inwalidzkiego wózka. Spotkanie z Toddem Burkę było ostatnią
rzeczą, na którą miałaby ochotę.
-
Słucham?
-
spytała, siląc się na uśmiech. Nie lubiła, gdy widywano ją na wózku.
-
To moja córka, Cherry
-
przedstawił dziewczynkę.
-
Chciała panią poznać.
Jane skrzywiła się mimowolnie. Oczywiście jej nikt nie zapytał o zdanie.
-
Bardzo mi miło.
-
Co się pani stało? Czy coś panią boli?
-
dopytywała się Cherry.
-
To był wypadek,
prawda?
Jane skrzywiła się jeszcze bardziej.
-
Pani Parker rzeczywiście miała wypadek
-
odparł Todd.
-
Nie powinnaś o to pytać.
Na twarzy Cherry pojawił się rumieniec.
-
Przepraszam. Naprawdę bardzo mi przykro
-
powiedziała i nie zraŜona pierwszym
niepowodzeniem, podeszła do wózka. Kucnęła przy nim i spojrzała Jane prosto w oczy.
-
Jest
pani naprawdę wspaniała. Widziałam wszystkie kasety z pani występami. Nie mogłam
przyjeŜdŜać na rodea, ale tatuś kupił mi filmy. To było naprawdę świetne. Chciałabym tak
jeździć. Niestety, ciągle mam problemy ze zwrotami. Tatuś nie moŜe mi pomóc, bo nie jest
trenerem
-
paplała dziewczynka.
-
Czy będzie pani jeszcze mogła jeździć?
-
Cherry!
-
zagrzmiał Todd.
-
W porządku
-
powiedziała słabym głosem Jane. Oczy dziewczynki były czyste i
jasne. Nie było w nich fałszu ani zakłamania. Jane rozluźniła się trochę. Najbardziej bała się
udawanego współczucia.
-
Nie
-
odparła szczerze, po chwili zastanowienia.
-
Lekarze twierdzą, Ŝe nie będę
mogła jeździć konno. A w kaŜdym razie nie będę startować w zawodach.
-
Szkoda, Ŝe nie mogę pani pomóc
-
westchnęła Cherry.
-
W przyszłości chciałabym
zostać chirurgiem. Zdecydowałam się zdawać biologię i matematykę na egzaminie
końcowym. Tata mówi, Ŝe mogłabym potem rozpocząć naukę u Johnsa Hopkinsa. To
najlepsza akademia medyczna w kraju.
Jane uśmiechnęła się i tym razem wypadło to znacznie naturalniej.
-
Chirurgiem?
-
powtórzyła.
-
Nie znałam nikogo, kto miałby takie plany.
Cherry rozpromieniła się.
-
To teraz juŜ pani zna
-
stwierdziła.
-
Szkoda, Ŝe pani wyjeŜdŜa, bo chciałam się
poradzić w sprawie tych zwrotów. Coś mnie paraliŜuje i nie potrafię ich dobrze wykonać. To
ś
mieszne, prawda? A przecieŜ wcale nie boję się na przykład widoku krwi.
Jane skinęła głową, chociaŜ tak naprawdę nie słyszała pytania. Patrzyła na promienną
twarz Cherry i czuła się pusta w środku. Jeszcze parę lat temu przypominała tę jasnowłosą
dziewczynkę. Gdzie zniknęła radość, beztroska, olbrzymi głód Ŝycia?
-
Co? Nie, niestety
-
odparła Jane, gdy zrozumiała, Ŝe Cherry pyta ją, czy nie moŜe
dłuŜej zostać,
-
Jestem zmęczona, poza tym mamy dzisiaj wywiady…
-
Wywiady?
-
przerwała jej Cherry.
-
Dla radia czy telewizji?
Kobieta na wózku pokręciła smutno głową.
-
Nic z tych rzeczy
-
odparła.
-
Daliśmy ogłoszenie do gazet, Ŝe potrzebujemy
zarządcy na ranczu. Nie znamy się na tym z Timem. Od śmierci taty straciliśmy mnóstwo
pieniędzy
-
wyznała na koniec.
-
Mój tata zna się świetnie na finansach
-
oznajmiła z niewinną minką Cherry.
-
Naprawdę potrafi dokonać cudów. Sam prowadzi ksiąŜki swojej fir…
-
To znaczy małej firmy komputerowej, dla której pracuję
-
wpadł jej w słowo Todd.
Miał nadzieję, Ŝe córka domyśli się, o co chodzi. I rzeczywiście; co prawda była nieco
zdziwiona, ale nie powróciła juŜ do kwestii jego firmy.
Tim i Jane spojrzeli po sobie, a następnie utkwili spojrzenia w Toddzie.
-
Umie pan prowadzić księgi rachunkowe?
-
zapytał Tim, kładąc akcent na ostatnich
słowach, Ŝeby nie było wątpliwości, o co mu chodzi.
-
Jasne.
Tim pochylił się nad Jane i rzekł cicho:
-
Domek zarządcy stoi pusty, od kiedy przeprowadziliśmy się z Meg do głównego
budynku. Mogłabyś udzielać dziecku lekcji jazdy konnej, zamiast snuć się godzinami po
domu.
Cherry zastanawiała się, czy nie powinna się obrazić za "dziecko", natomiast Todd
obserwował całą scenę z nie ukrywanym rozbawieniem.
-
AleŜ, Tim! On pewnie juŜ ma pracę!
-
Mimo wysiłków Jane mówiła na tyle głośno,
Ŝ
e bez trudu ją usłyszał.
-
Pracuję w Victorii dla…
-
zawahał się
-
małej firmy. Ale mam sporo wolnego czasu.
Z przyjemnością spróbowałbym czegoś nowego.
Jane spojrzała na swoje dłonie, a następnie na stopy ustawione na podpórce przy
wózku.
-
Tak chciałabym nauczyć się porządnie jeździć
-
westchnęła, moŜe nazbyt teatralnie,
Cherry.
-
Teraz to nawet szkoda pieniędzy taty na wpisowe.
Jane podniosła wzrok. MęŜczyzna o stalowym spojrzeniu stał przed nią i czekał na
decyzję. Przy okazji nieźle się chyba bawił.
-
Nie zatrudni pana
-
stwierdził Tim.
-
Jest zbyt dumna, Ŝeby przyznać, Ŝe właśnie o
kogoś takiego jej chodziło. Woli tkwić cały dzień na ganku i uŜalać się nad sobą.
-
Do diabła!
-
warknęła Jane. Chciała wstać, ale nie mogła.
-
Widzi pan. Nie chce się poddać. MoŜe wygląda jak malowana lala, ale potrafi
walczyć. Szkoda tylko, Ŝe nie chce słuchać dobrych rad.
Todd pokiwał z uznaniem głową. Kobieta na wózku z pewnością zasługiwała na
szacunek.
-
Proponuję dwutygodniową próbę
-
powiedział w końcu.
-
Oboje zorientujemy się,
jak nam się razem pracuje. Naprawdę znam się na księgowości. Poza tym w tak krótkim
czasie nie będę mógł narobić wielu szkód.
-
I tak niewiele nam moŜe zaszkodzić
-
stwierdził Tim, kierując te słowa bardziej do
szefowej niŜ Todda.
Jane waŜyła przez chwilę w myśli wszystkie za i przeciw. Jej zaufanie wzbudził fakt,
Ŝ
e Todd ma córkę. Oznaczało to, Ŝe pragnie stabilizacji. Bała się samotnych męŜczyzn, z
których kaŜdy mógł się okazać złodziejem albo kimś jeszcze gorszym.
-
MoŜemy spróbować
-
zdecydowała w końcu.
-
Niestety, nie mieliśmy ostatnio zbyt
duŜych zysków, więc pensja będzie niska.
-
Podała sumę.
-
Do tego dochodzi zakwaterowanie
i wyŜywienie. Oczywiście zrozumiem, jeśli uzna pan, Ŝe to za mało.
Todd podrapał się w brodę.
-
MoŜe być
-
powiedział.
-
Ale pod warunkiem, Ŝe uda mi się utrzymać obecną pracę.
Mogę dojeŜdŜać do Victorii wieczorami.
Starał się nie patrzeć na córkę. Gdyby to zrobił, Cherry na pewno by się jakoś
zdradziła albo oboje wybuchnęliby śmiechem.
-
A co na to pański szef?
-
Och, to bardzo wyrozumiały człowiek
-
odparł Todd.
-
Jestem w końcu samotnym
ojcem, prawda?
Jane skinęła głową.
-
Dobrze. Musimy juŜ jechać. MoŜecie teraz załatwić swoje sprawy. Oczywiście jeśli
nie chcecie zostać jeszcze jakiś czas na rodeo.
Ojciec i córka spojrzeli na siebie.
-
My teŜ jedziemy
-
zdecydowała Cherry.
-
Mam juŜ dosyć rodeo. Jestem
zdegustowana i załamana swoim występem.
-
Nie przesadzaj
-
powiedziała Jane.
-
Strach jest czymś naturalnym. KaŜdy go
przeŜywa.
-
Pani teŜ się bała?
Jane skinęła głową. Nie dodała tylko, Ŝe pozbyła się strachu na długo przed
pierwszym występem.
-
Zaraz wszystko przygotuję
-
powiedział Tim.
-
MoŜe wydaje wam się dziwne, Ŝe
chciało nam się brać ten dom na kółkach, Ŝeby przejechać kilkanaście kilometrów, ale
chodziło o wygodę Jane.
Brodaty męŜczyzna otworzył drzwi przyczepy i pchnął w tym kierunku wózek. Todd
natychmiast pospieszył mu z pomocą.
-
Ja się nią zajmę
-
powiedział.
Tim odetchnął z ulgą. Jane nie była cięŜka, ale jego kręgosłup był w coraz gorszym
stanie. Todd uniósł jego szefową lekko jak piórko i posadził na kanapie w przyczepie.
-
Co zrobić z tym?
-
spytał, wskazując wózek.
-
TeŜ włoŜyć do środka
-
odparł Tim.
-
Później zaprowadzę go na miejsce.
Todd wstawił więc wózek do przyczepy, a potem wysłuchał dokładnych instrukcji
Tima dotyczących drogi na ranczo. Następnie samochód odjechał, a ojciec i córka długo
jeszcze patrzyli za nim.
-
Naprawdę chcesz to zrobić, tato? A co będzie, jak się Jane dowie?
-
Później będziemy się o to martwić
-
odparł Todd.
-
Prowadzenie rancza to
prawdziwe wyzwanie dla finansisty, a ty nauczysz się lepiej jeździć.
-
Po chwili dodał jeszcze
powaŜniejszym tonem:
-
Myślę, Ŝe obie strony mogą na tym skorzystać.
-
A co z firmą?
-
Cherry nie dawała mu spokoju.
-
No cóŜ, mam dobrych pracowników. Poza tym wziąłem urlop.
-
Pogłaskał
dziewczynkę po głowie.
-
Potraktujmy to jak wakacyjny wypad. Przynajmniej pobędziemy
trochę razem.
-
Ś
wietny pomysł
-
zgodziła się.
-
Potem przecieŜ będę musiała wrócić do szkoły.
Zawiesiła głos, ale ojciec nie podjął tematu. Najwyraźniej myślał o czymś innym.
-
Powinieneś być milszy dla pani Parker
-
powiedziała w końcu.
-
Obawiam się, Ŝe ona mnie nie lubi
-
odparł Todd, rozkładając ręce.
-
Ty jej teŜ nie lubisz, prawda?
-
spytała Cherry, przyglądając się mu ukradkiem.
-
Ee, nie jest tak źle
-
mruknął.
-
Dlaczego więc chcesz jej pomóc, skoro jej nie lubisz?
-
dopytywała się córka.
Todd nie znał odpowiedzi na to pytanie. Sam się zastanawiał, co w niego wstąpiło.
Jane Parker wcale mu się nie podobała. Pewnie jeszcze rok temu była trzpiotowatą panienką,
która robiła słodkie oczy do wszystkich męŜczyzn w okolicy. Jednak cóŜ, teraz dotknęło ją
nieszczęście i trzeba jej jakoś pomóc.
-
Trochę mi jej szkoda
-
powiedział bez przekonania.
Cherry skinęła głową. Najwidoczniej ta odpowiedź ją zadowoliła.
-
Mnie teŜ
-
stwierdziła.
-
Ale nie moŜemy się z tym zdradzić. Jest bardzo dumna.
Skinął głową.
-
I w gorącej wodzie kąpana
-
dodał.
-
Właśnie. Skąd my to znamy?
-
podchwyciła córka.
Todd udał, Ŝe nie zrozumiał aluzji.
Szybko dotarli do luksusowego domu, który Todd niedawno kupił w Victorii, i zabrali
się do pakowania najpotrzebniejszych rzeczy. Z trudem udało im się wyjaśnić gospodyni
imieniem Rosa, Ŝe wyjeŜdŜają.
-
Co? JuŜ?
-
dopytywała się kobieta.
-
PrzecieŜ państwo prawie tutaj nie mieszkali!
Obiecali, Ŝe wkrótce wrócą, i pomknęli wynajętym fordem w stronę Jacobsville, gdzie
mieli odnaleźć ranczo Parkerów. Udało im się to bez trudu.
Dom i obejście nie przedstawiały szczególnie budującego widoku. Rozległe pastwisko
ogrodzono płotem łatanym drutem kolczastym, co miało odstraszyć bydło. Stara stodoła miała
niewątpliwie jedną zaletę
-
tę, Ŝe stała. Dom, wokół którego rosły śliczne kwiaty, z całą
pewnością wymagał remontu, a przynajmniej odmalowania, a stara droga, biegnąca obok
wiatraka, bardziej przypominała bezdroŜe niŜ jakikolwiek uczęszczany szlak. Była
piaszczysta, nie pokryta nawet Ŝwirem, a w jej zagłębieniach zgromadziła się woda po
ostatnim deszczu.
Todd i Cherry zatrzymali forda na podwórku, za samochodem z przyczepą. Od razu
zauwaŜyli, Ŝe schodki prowadzące na ganek są spróchniałe, a jedyny nowy fragment domu to
podjazd zrobiony z desek, zapewne dla wózka. W głębi posesji znajdował się budynek, który
mógł, przy duŜej dozie optymizmu, uchodzić za garaŜ, a dalej, w bujnej, nie koszonej trawie
stał domek. Todd domyślił się, Ŝe w nim właśnie mają zamieszkać. Miał nadzieję, Ŝe jest w
nim więcej niŜ jeden pokój.
Ku ich zaskoczeniu okazało się, Ŝe to nie wszystko. Za ich domkiem znajdował się
jeszcze jeden, nowszy budynek. Znacznie mniejszy niŜ wielkie domisko przy podwórku, ale z
pewnością wygodny, zwłaszcza w lecie. Na jego ganku stały nawet fotele na biegunach.
-
Witamy
-
powiedział Tim, zbliŜając się do nich.
Todd uścisnął mu dłoń.
-
JuŜ jesteśmy
-
oznajmił, jakby nie było to oczywiste.
-
Czy tam moŜemy złoŜyć nasze rzeczy?
Todd skinął dłonią w kierunku domku, ale Tim pokręcił przecząco głową.
-
Nie, nie. Tam mieszka stary Hughes. Pomaga mi trochę przy bydle, ale juŜ niewiele
moŜe. Jest zmęczony i schorowany. Pracuje tutaj od dziecka. Dopiero za dwa lata przejdzie na
emeryturę i będzie mógł gdzieś się przenieść. Zamieszkacie tam.
Todd odetchnął, widząc, Ŝe Tim wskazuje mniejszy z dwóch domów. Jego córka
równieŜ wyraźnie poweselała.
-
Oczywiście ten dom jest trochę zaniedbany
-
ciągnął Tim.
-
Wszystko tutaj wymaga
naprawy, tylko nie ma komu jej przeprowadzić. Zatrudniamy jeszcze trzy osoby, głównie na
godziny. Ale mają dosyć pracy przy ogrodzeniu i maszynach.
Domek, w którym się znaleźli, wcale nie był w najgorszym stanie. Miał trzy sypialnie
i niewielką bawialnię, a w wyglądającej na nie uŜywaną kuchni znaleźli niewielki piecyk,
czajnik i lodówkę.
-
Mogłabym się nauczyć gotować
-
zauwaŜyła Cherry.
-
Daj spokój. Masz na to jeszcze sporo czasu
-
stwierdził Todd.
-
Oczywiście, nie musisz
-
powiedział Tim.
-
Będziecie jedli razem z nami. Ale jeśli
chcesz, moja Ŝona cię nauczy gotować. Nigdy nie mieliśmy własnych dzieci, więc Meg
chętnie zajmuje się cudzymi.
Cherry znowu poczuła się dotknięta określeniem "dziecko", ale stary brodacz patrzył
na nią z tak miłym i rozbrajającym uśmiechem, Ŝe nie potrafiła się długo gniewać. Dla kogoś
w tym wieku musiała jeszcze być oseskiem.
-
Jak czuje się pani Parker?
-
spytała w końcu.
Wesołe błyski w oczach Tima natychmiast zgasły. Stary zasępił się.
-
Kiepsko
-
mruknął.
-
PołoŜyła się, ale ciągle ma bóle. Mówiłem jej, Ŝe nie powinna
wsiadać na konia, ale mnie nie słuchała. Zawsze taka była. Od dziecka kpiła sobie ze mnie w
Ŝ
ywe oczy. Szkoda, Ŝe zabrakło jej ojca. Miał na nią dobry wpływ.
-
Dosiadanie konia rzeczywiście było niepotrzebne
-
zgodził się Todd.
-
Niepotrzebne?! Wręcz szkodliwe! A wszystko dlatego, Ŝe jakiś dureń napisał w
gazecie, Ŝe Jane pewnie zjawi się na rodeo w wózku inwalidzkim.
Rysy Todda stęŜały w nagłym przypływie złości.
-
Co to była za gazeta?
-
spytał.
-
Jakiś tygodnik, który wychodzi w Jacobsville
-
odparł Tim.
-
Nie powinna brać sobie
tego do serca. To sprawka tego dzieciaka od Sikesów. Skończył niedawno szkołę
dziennikarską i wydaje mu się, Ŝe moŜe sobie na wszystko pozwolić.
Todd zapamiętał to nazwisko. Na przyszłość.
-
Czy przyjedzie tu jakiś lekarz?
-
Oczywiście. To przyjaciel domu. Jego ojciec trzymał Jane do chrztu. Jeśli będzie
zajęty, to przyśle swoją zastępczynię, Lou. Miał tyle roboty, Ŝe musiał…
-
Ten doktor nie jest Ŝonaty?
-
Todd przerwał staremu.
Tim potrząsnął przecząco głową.
-
Nie. Kochał się kiedyś w Jane, ale po wypadku z nim zerwała. Poza tym to było
jeszcze przed Lou… A Jane nie chce się z nikim wiązać.
-
PrzecieŜ wstanie kiedyś z tego wózka.
Stary westchnął i szarpnął swoją wspaniałą brodę.
-
Jednak bóle mogą się powtarzać. Poza tym nie będzie mogła brać udziału w rodeo, a
to dla niej przecieŜ najwaŜniejsze w Ŝyciu.
-
To samo powiedziała Cherry
-
wymamrotał do siebie Todd.
Tim spojrzał na niego podejrzliwie.
-
Mam nadzieję, Ŝe nie będzie pan chciał, no… wykorzystać Jane.
Todd uśmiechnął się i potrząsnął głową. Troskliwość starego wydała mu się
wzruszająca.
-
Nie, nic z tych rzeczy. Mam za sobą nieudane małŜeństwo, a nie jestem na tyle
cyniczny, Ŝeby proponować jej chwilowy związek.
Tim odetchnął z ulgą, a następnie poklepał go po plecach, co nie było łatwe, biorąc
pod uwagę róŜnicę wzrostu.
-
Na pewno się jakoś dogadamy
-
stwierdził.
-
Cieszę się, Ŝe pan tu jest. Będę miał
teraz trochę więcej wolnego czasu. MoŜe uda mi się zreperować to i owo. Przede wszystkim
zajmę się schodami.
-
Mogę pomóc
-
zgłosił się na ochotnika Todd.
-
Znam się trochę na stolarce.
-
Naprawdę?!
-
Stary spojrzał na niego uwaŜnie.
-
To wspaniale! Mamy tu jakieś
narzędzia, bo ojciec Jane zajmował się robieniem mebli. To wszystko sam wykonał.
Z kolei Todd zdziwił się na te słowa. Zarówno kredensy, jak i szafy w wielkim, starym
domu, do którego dotarli, wyglądały na dzieło profesjonalisty.
-
No proszę!
-
powiedział, poklepując mijany stół.
-
To naprawdę świetna robota.
Weszli do salonu, w którym znaleźli Jane wraz z Cherry. Dziewczynka siedziała
wpatrzona w swoją idolkę. Jane leŜała blada na kanapie, ale chętnie odpowiadała na pytania
nieletniej amazonki.
-
To długo nie potrwa
-
powiedział Tim, gładząc Jane po ramieniu.
-
Zaraz powinien
tu być lekarz.
-
Dzięki, Tim
-
powiedziała słabym głosem.
Do tej pory starała się jakoś trzymać, ale teraz siły zaczęły ją opuszczać. Nawet
Cherry to zauwaŜyła i przestała pytać o konie.
-
Nie ma pani jakichś środków przeciwbólowych?
-
spytał szorstko Todd, chcąc
przynajmniej tonem zamaskować swój niepokój.
-
Mam
-
szepnęła zbielałymi wargami.
-
Nie działają.
-
A jak pani myśli, dlaczego?
-
Próbował utrzymać napastliwy ton, ale głos mu się
zaczął łamać. Ta Parker wyglądała naprawdę kiepsko.
-
Nie wsiadłabym na konia, gdyby nie artykuł o rodeo. Ten facet nazwał mnie kaleką.
Jane walczyła z sobą, Ŝeby nie zacząć jęczeć.
-
Dobrze, dobrze. Pojedziemy jutro z Cherry do miasteczka i kaŜemy mu zjeść to, co
napisał. Na pewno się otruje.
Na bladej twarzy Jane pojawił się na chwilę uśmiech. Po chwili ustąpił jednak
grymasowi bólu.
-
Zdaje się, Ŝe słyszę samochód
-
powiedział Tim.
-
To pewnie lekarz.
Chora wyraźnie się zmieszała. Todd spojrzał na nią, starając się zgadnąć, o czym
myśli. Jej uczucia względem doktora z pewnością nie były jednoznaczne. Czy to moŜliwe,
Ŝ
eby go jednak kochała?
Odgłosy silnika umilkły i po chwili do salonu wszedł wysoki rudzielec. Miał na sobie
szary flanelowy garnitur, krawat na gumce i, rzecz rzadka w tych okolicach, czyste, szare
buty. Doktor postawił na stoliku czarną torbę i zdjął kapelusz.
Todd obserwował go uwaŜnie.
-
Doktor Jebediah Coltrain
-
Tim przedstawił nowo przybyłego.
-
Kiedyś wszyscy
nazywali go po prostu: Rudzielec.
-
Teraz juŜ tego nie robią
-
powiedział doktor.
On równieŜ się nie uśmiechał.
-
A to Todd Burke i jego córka Cherry
-
ciągnął Tim jak wytrawny mistrz ceremonii.
-
Todd ma się zająć u nas księgowością.
Coltrain skinął głową i zwlekał chwilę, zanim uścisnął dłoń Todda. Nieco przyjaźniej
potraktował Cherry. MoŜna było nawet powiedzieć, Ŝe na jego twarzy pojawiło się coś w
rodzaju uśmiechu.
-
No słucham, co zmalowałaś tym razem?
-
zwrócił się bezpośrednio do chorej.
-
Jeździłaś konno? Mogłem się tego spodziewać. Następnym razem wezmę ze sobą wieniec
zamiast torby.
Doktor zaczął badać Jane. Jego olbrzymie łapska okazały się nadzwyczaj delikatne w
kontakcie z pacjentką. Todd obserwował z niechęcią przebieg badań.
-
NadweręŜyłaś sobie mięśnie
-
zawyrokował w końcu Coltrain.
-
Mam nadzieję, Ŝe
nie wywiąŜe się z tego stan zapalny. Czekaj, zaraz zrobię ci zastrzyk przeciwbólowy, a potem
będziesz musiała odpocząć. W najbliŜszych dniach Ŝadnych ćwiczeń. Proszę mi pomóc
-
zwrócił się do Todda.
Miał głos, który wymuszał posłuszeństwo. Todd uśmiechnął się tylko, a następnie
wziął podaną ampułkę z przezroczystą cieczą i ułamał jej czubek. Coltrain w tym czasie
przygotował strzykawkę i igłę jednorazową. Szybko odsłonił ramię Jane i zrobił jej zastrzyk.
-
Dzięki, Rudzielcu.
Lekarz wzruszył ramionami.
-
Od czego masz przyjaciół. Niedługo zaśniesz. To bardzo silny środek.
Cherry zaofiarowała się, Ŝe posiedzi z chorą. Coltrain wskazał im wzrokiem
podwórko, dając znak, Ŝe chce z nimi porozmawiać.
-
Co się stało?
-
spytał Tim, kiedy znaleźli się w końcu w bezpiecznej odległości od
salonu. Stary był naprawdę zaniepokojony.
-
Muszę ją prześwietlić
-
powiedział Coltrain.
-
NadweręŜenie mięśni to wersja
robocza. Trzeba to sprawdzić. Niepotrzebnie dosiadła konia
-
dodał poirytowany.
-
Próbowałem ją powstrzymać.
-
Tim rozłoŜył ręce.
Doktor machnął ręką.
-
PrzecieŜ wiem, Ŝe to nie twoja wina
-
powiedział.
-
Nie chcę jej dzisiaj męczyć, ale
jutro przyślę tutaj karetkę. Chciałbym, Ŝeby Jane dotarła do szpitala. NiezaleŜnie od tego, co
będzie mówić i… robić.
-
Spojrzał znacząco na męŜczyznę, którego poznał przed niecałym
kwadransem.
Todd skinął głową.
-
MoŜe pan na mnie liczyć.
Coltrain uśmiechnął się. Po raz pierwszy, od kiedy się poznali.
-
Nie chciałbym być na pana miejscu.
Usłyszeli wyraźny dzwonek. Był to stojący w przedpokoju telefon. Tim poszedł, Ŝeby
go odebrać, a następnie wrócił po Coltraina.
-
Do ciebie
-
powiedział.
Po chwili zza drzwi zaczęły docierać do nich fragmenty głośnej rozmowy.
-
Tak, ja… Nie, nic mnie to nie obchodzi… Jestem lekarzem i sam ustalam, co mam
robić… Do cholery z umową! Dobrze, jeszcze o tym porozmawiamy. No, to na razie.
Doktor wyszedł, trzaskając drzwiami, poŜegnał się i wsiadł do samochodu. Tim długo
patrzył za oddalającym się autem.
-
Nic z tego nie będzie
-
powiedział w końcu.
-
Z czego?
-
zapytał Todd.
-
Chodzi o niego i Lou. Zupełnie do siebie nie pasują. Ona ma ciągle nowe pomysły i
chciałaby wszystko robić nowocześnie, a on woli stare, sprawdzone metody. Sam nie wiem,
dlaczego jeszcze współpracują.
Todd teŜ nie wiedział. Miał jednak nadzieję, Ŝe ta współpraca potrwa długo, jak
najdłuŜej. Sam nie wiedział, dlaczego, ale nie podobał mu się sposób, w jaki Coltrain
traktował Jane.
ROZDZIAŁ TRZECI
Jane szybko zasnęła, ale poniewaŜ jęczała przez sen i przewracała się z boku na bok,
Todd zdecydował się zostać przy niej, gdy Cherry poszła do łóŜka. Wcześniej dostał od Tima
ksiąŜkę przychodów i rozchodów i teraz zabrał się do lektury. Czas mijał mu szybko. KsiąŜka
była czymś w rodzaju podręcznika, któremu nadałby tytuł "Jak nie naleŜy prowadzić rancza".
Straty i zaniedbania widać było gołym okiem.
Poza bydłem na ubój Jane miała cztery ogiery, z których kaŜdy zdobywał nagrody
przed śmiercią jej ojca. Teraz mogłyby spełniać funkcje rozpłodowe, co zwiększyłoby
dochody, ale oczywiście nikt o tym nie pomyślał. W gospodarstwie uŜywano przestarzałego
sprzętu. Gdyby zająć się jego naprawą i konserwacją, moŜna by odpisać sporą kwotę od
podatku. Tego rodzaju moŜliwości pojawiały się niemal wszędzie. Jego zdaniem ranczo miało
szansę rozwoju, a co za tym idzie i zarobkowania, tylko nikt, jak do tej pory, o tym nie
pomyślał.
Todd zdjął okulary i przetarł powieki. Przez moment miał wraŜenie, Ŝe ktoś go
obserwuje. Kiedy spojrzał na Jane, zauwaŜył, Ŝe ma otwarte oczy.
-
Nie wiedziałam, Ŝe nosi pan okulary
-
powiedziała sennym głosem.
-
Jestem dalekowidzem
-
wyjaśnił.
-
Noszę okulary tylko do pracy. Podobno mnie
postarzają.
Przez chwilę przyglądała mu się uwaŜnie. WciąŜ była senna i z trudem
powstrzymywała ziewanie.
-
A ile pan ma lat?
-
spytała w końcu.
-
Trzydzieści pięć. A pani?
-
O całe dziesięć mniej
-
oznajmiła, jak mu się zdawało, triumfalnie.
-
Nawet trudno
mi sobie wyobrazić, jaka będę w pana wieku.
Todd nie chciał ciągnąć tego tematu.
-
Lepiej się pani czuje?
-
Troszkę.
-
Jane spojrzała niechętnie na swoje nogi.
-
Po prostu nie znoszę takiego
stanu. Jestem zupełnie bezsilna. Dobrze, Ŝe juŜ nie czuję bólu.
-
To nie będzie przecieŜ trwało wiecznie
-
przypomniał jej Todd.
Jane potrząsnęła głową. Jasne włosy opadły jej na czoło i oczy. Odgarnęła je
niecierpliwym ruchem.
-
ZałoŜę się, Ŝe pan nigdy nie był w takiej sytuacji. Chodzi mi o bezsilność
-
dodała po
chwili, widząc jego zdumione spojrzenie.
Todd zmarszczył w zamyśleniu czoło.
-
Miałem kiedyś zapalenie płuc
-
mruknął niechętnie.
Nazwa choroby brzmiała niewinnie. PrzecieŜ wiele osób choruje na zapalenie płuc.
Dlatego Todd nie zwracał uwagi na swój stan, do momentu kiedy nie mógł juŜ pracować i z
trudem chodził. Lekarze kazali mu zostać w domu tylko pod warunkiem, Ŝe Ŝona się nim
zaopiekuje. A Marie miała wtedy akurat waŜne przyjęcie. Zajęła się właśnie projektowaniem
wnętrz i z jakichś względów musiała uczestniczyć w tej imprezie. Tak mu przynajmniej
powiedziała.
-
Co się stało?
-
zaniepokoiła się Jane, widząc jego minę.
-
Nie, nic. Miałem kiedyś zapalenie płuc, a Ŝona pojechała na przyjęcie
-
powiedział.
-
Nie byłoby jeszcze najgorzej, gdyby nie schowała gdzieś lekarstw. Nie mogłem ich znaleźć.
W ogóle z trudem chodziłem. Kiedy przyjechała nad ranem, miałem czterdzieści stopni
gorączki i trzeba mnie było natychmiast umieścić w szpitalu. To było czternaście lat temu.
Nieco później w tym samym roku urodziła się Cherry.
-
O BoŜe! To straszne!
-
jęknęła Jane.
-
I co? Został pan z Ŝoną?
Toddowi wydawało się, Ŝe nie powinni omawiać jego osobistych problemów. Jednak
leŜąca obok kobieta nie wyglądała na taką, która łatwo daje za wygraną. Widać było, Ŝe ten
temat ją poruszył i zaciekawił.
-
Po pierwsze, mówiłem sobie, Ŝe nie zrobiła tego specjalnie. Marie zawsze gdzieś
chowała rzeczy, a potem nie wiedziała, gdzie są. Po drugie była wtedy w ciąŜy. Gdybym
wystąpił o rozwód, na pewno nie chciałaby mieć ze mną dziecka
-
tłumaczył cierpliwie.
-
A pan chciał!
-
To było raczej stwierdzenie, a nie pytanie.
-
ZauwaŜyłam, Ŝe Cherry
jest do pana bardzo przywiązana.
-
Zawsze chciałem mieć dzieci
-
przyznał nieco zaŜenowany.
-
Sam jestem
jedynakiem. Wychowałem się na wielkim ranczu. Wiem, co to znaczy samotne dzieciństwo.
Pragnąłem mieć więcej dzieci, ale… skończyło się na jednej córce.
Jego rozmówczyni oblizała wargi. Pytanie, które chciała zadać, było bardzo osobiste.
-
Czy matka nie chciała Cherry?
-
Twierdziła, Ŝe dziecko przeszkadza jej w pracy
-
powiedział z wyczuwalnym
smutkiem w głosie.
-
Oczywiście, spotykają się. Marie lubi grać rolę dobrej, oddanej matki.
Jest projektantką wnętrz i większość jej klientów to konserwatywni Teksańczycy. Wie pani,
tacy, co lubią, Ŝeby wszystko było na swoim miejscu.
-
Czy Cherry wie…?
-
Trudno pewnych rzeczy nie zauwaŜyć. PrzecieŜ nie jest głupia. Staram się tylko
zapobiegać kolejnym manipulacjom. Nie pozwalam równieŜ, by Marie wtrącała się w
prywatne Ŝycie naszej córki. Weźmy choćby rodeo.
Jane znowu potrząsnęła głową.
-
Nie rozumiem.
-
Marie jest przeciwna występom córki.
-
Ach, a Cherry jednak jeździ!
-
Jane nie mogła powstrzymać okrzyku.
-
Wbrew temu,
co sądzi o tym matka.
Skinął powaŜnie głową.
-
To mnie przyznano opiekę nad dzieckiem.
Sytuacja powoli stawała się jasna. Samotny ojciec wychowujący córkę był wciąŜ
jednak kimś niesłychanie rzadko spotykanym i Jane chciałaby zadać mnóstwo pytań. Teraz
czuła, Ŝe jest zmęczona i senna. Pokój, w którym znajdował się Todd, zaczął od niej powoli
odpływać.
-
Tak dziwnie się czuję
-
szepnęła.
-
Nie mam pojęcia, co podał mi ten Rudzielec.
-
Wygląda na trochę narwanego
-
stwierdził niechętnie Todd.
Jane nie zwróciła uwagi na ton jego głosu.
-
Zawsze taki był
-
powiedziała.
-
Bardzo go lubię.
Lubię. Powiedziała: "lubię". To mogło znaczyć wszystko i nic. Todd zmarszczył
czoło, zastanawiając się nad znaczeniem tego słowa w wypadku Jane.
-
Lubi go pani?
-
spytał.
-
Tak, właśnie
-
odparła, starając się przemóc senność.
-
Lubię. MęŜczyźni jako tacy mnie nie interesują. Nie bawi mnie teŜ seks.
Ostatnie słowa wypowiedziała niemal szeptem, a po chwili juŜ spała. Todd przyglądał
się jej z prawdziwą przyjemnością, zastanawiając się nad sensem ostatniego stwierdzenia.
Jane była prawdziwą pięknością. Jeśli nawet nie interesowała się męŜczyznami, to męŜczyźni
z pewnością interesowali się nią. Pewnie miała jakiegoś swojego chłopaka. PrzecieŜ Tim
mówił mu o Coltrainie.
Dopiero po chwili dotarło do niego, Ŝe siedzi z otwartą ksiąŜką na kolanach. Miał
przecieŜ jeszcze sporo pracy. Lepiej będzie, jeśli zajmie się problemami rancza, a nie
intymnym Ŝyciem jego właścicielki.
Karetka pogotowia przyjechała następnego ranka dokładnie o dziesiątej. W oczach
Jane pojawił się błysk gniewu, kiedy ją zobaczyła.
-
Nie mam zamiaru, słyszycie?! Nie mam zamiaru iść do szpitala!
-
powtarzała,
patrząc na Todda rozgorączkowanym wzrokiem.
Todd został sam w domu. Tim znalazł dla siebie jakieś zajęcie na pastwisku, a Meg
zabrała Cherry na zakupy. Todd dopiero teraz przejrzał ich grę.
-
Nikt nie chce, Ŝeby pani tam została
-
przekonywał upartą rekonwalescentkę.
-
Mają
panią po prostu prześwietlić, a potem przywieźć do domu.
Jane usiadła na łóŜku. Jasne włosy rozsypały na ramionach. Todd pomyślał, Ŝe
wygląda jak nimfa przy leśnym strumyku. Jak rozzłoszczona nimfa.
-
Na pewno niczego sobie nie złamałam
-
stwierdziła autorytatywnie.
-
Nigdzie nie
jadę.
Stojący w drzwiach pielęgniarze spojrzeli na siebie, a następnie skierowali pytający
wzrok na Todda.
-
Zrobi pani to, co kazał doktor Coltrain!
-
Nigdzie nie jadę. MoŜecie zabrać te nosze
-
zwróciła się bezpośrednio do
pielęgniarzy.
-
Proszę, panowie, podejdźcie bliŜej.
-
Todd równieŜ postanowił ją ignorować.
Omal nie rzuciła się na niego z pięściami.
-
Ty!… Ty!…
-
wyrwało jej się.
Todd nie zwrócił na to uwagi. Podszedł do niej i wziął ją na ręce. Nie chciał wdawać
się w utarczki słowne. Pragnął, by Jane znalazła się jak najszybciej w szpitalu.
Początkowo chciała podrapać tego wielkiego męŜczyznę, który w tak niemiły sposób
wtargnął w jej Ŝycie. Jednak gdy poczuła tuŜ obok jego szeroki tors, stało się z nią coś
dziwnego. Zaparło jej dech w piersiach i stała się zupełnie niezdolna do działania. Trwało to
zaledwie parę sekund. Po chwili znalazła się na noszach, jeden z sanitariuszy przykrył ją
białym prześcieradłem i ponieśli ją do karetki. Jane czuła się jak dzikie zwierzę, schwytane
nagle w niewidzialne wnyki.
-
Pojadę za wami samochodem
-
rzucił Todd, zaglądając do przestronnego wnętrza
karetki.
Jane spojrzała na niego wymownie i zacisnęła usta. Sprawiło to, Ŝe stracił pewność
siebie. JuŜ wcześniej serce zabiło mu Ŝywiej, kiedy poczuł blisko siebie drobne ciało
dziewczyny. A teraz to spojrzenie zupełnie wytrąciło go z równowagi.
-
Nic mi pani nie powie?
-
spytał, odwracając od niej wzrok.
-
Nie będzie pani
krzyczeć i drapać?
-
JuŜ u mnie nie pracujesz
-
rzuciła przez zaciśnięte zęby.
Todd potrząsnął głową.
-
Nie, nie moŜe mnie pani wylać
-
powiedział z przekonaniem.
-
Niby dlaczego?
-
PoniewaŜ straci pani ranczo
-
odparł z uśmiechem.
-
Myślę, Ŝe z moją pomocą uda
się je zachować.
Jane zmarszczyła brwi. Być moŜe była zbyt porywcza, ale stać ją teŜ było na
przemyślane decyzje.
-
W jaki sposób?
-
zadała kolejne pytanie.
-
Porozmawiamy o tym po prześwietleniu
-
stwierdził, wycofując się z wnętrza
karetki. Pomógł jeszcze pielęgniarzowi zamknąć tylne drzwi, a następnie skierował się do
swego auta.
Coltrain przyglądał się uwaŜnie kliszy. Wyglądał na zadowolonego. Pionowa
zmarszczka nad jego nosem znikła teraz niemal zupełnie.
-
Mówiłam ci przecieŜ, Ŝe nic mi nie jest.
-
Jane zdecydowała się przerwać panujące w
tym sterylnym wnętrzu milczenie.
Rudzielec ze stetoskopem na szyi, wśród rozmaitych przyrządów i narzędzi, wydawał
jej się kimś innym, mało znanym. Kimś, kogo trzeba się trochę obawiać.
Coltrain oderwał wzrok od kliszy.
-
Nie powiedziałem przecieŜ, Ŝe nic ci nie jest.
-
Zrobił efektowną przerwę.
-
Na
szczęście moja diagnoza się potwierdziła i nie masz Ŝadnych złamań. Powinnaś jednak
pamiętać, Ŝe jesteś chora. Jeszcze jeden taki wyczyn, a być moŜe będziesz musiała spędzić
całe Ŝycie na wózku inwalidzkim. Czy o to ci chodzi?
Jane spuściła wzrok.
-
Nie
-
szepnęła.
-
Więc przestań się popisywać i udowadniać wszystkim, Ŝe jesteś u szczytu formy!
-
huknął Coltrain.
-
Ten reporter i tak będzie musiał odpokutować za swoje grzechy
-
dodał po
chwili z dziwnym uśmiechem.
-
Co masz na myśli?
Rudzielec poprawił stetoskop, rozejrzał się dokoła i mrugnął do niej łobuzersko.
-
Miejscowe Stowarzyszenie Jeździeckie zabroniło mu wstępu na rodeo.
Jane patrzyła na lekarza z niedowierzaniem.
-
PrzecieŜ to największa impreza sportowa w okolicy! Zwłaszcza o tej porze roku.
Skąd o tym wiesz?
-
spytała podejrzliwie.
-
No cóŜ, hm, jestem przecieŜ w zarządzie.
Dziewczyna uderzyła się otwartą dłonią w czoło.
-
AleŜ ze mnie gapa! To twoja sprawka, przyznaj się.
-
Wyciągnęła palec w kierunku
przyjaciela.
-
Nie tylko
-
odparł z powagą Coltrain.
-
Wszyscy się ze mną zgadzają. Zresztą gazeta
i tak miała kłopoty, poniewaŜ właściciele sklepu Ŝelaznego i stacji obsługi samochodów
wycofali swoje reklamy. Znasz ich pewnie. Startowałaś z ich synami w zawodach. Coś mi
mówi, Ŝe powinnaś przeczytać najnowsze wydanie gazety.
Dopiero po chwili dotarło do niej to, co powiedział. Przez chwilę patrzyła na niego
oniemiała, a potem uśmiechnęła się.
-
Mają mnie przeprosić?
-
spytała z niedowierzaniem.
-
Ty stary diable!
-
Jesteś przecieŜ moją przyjaciółką.
Wzruszenie ścisnęło jej gardło. Zdołała jedynie wykrztusić krótkie: "dzięki".
Spontanicznie rzuciła się w ramiona przyjaciela.
W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi. Todd Burke wszedł do środka bez
zaproszenia. JuŜ chciał coś powiedzieć, ale na widok połączonej w uścisku pary stanął jak
wryty. Niemal jednocześnie, tyle Ŝe drugimi drzwiami, weszła do gabinetu doktor Lou
Blakely. Lekarka zmierzyła wzrokiem doktora Coltraina i Jane, a następnie połoŜyła na
biurku jakieś papiery.
-
Mam tu wyniki badań Neda Rogersa
-
powiedziała.
-
Obawiam się, Ŝe nie są zbyt
pomyślne.
-
Nie mogła pani poczekać, aŜ skończę rozmowę z pacjentką?
-
zapytał opryskliwie
Coltrain.
Policzki doktor Blakely pokryły się rumieńcem.
-
Zrobiłam juŜ wszystko i chcę wyjść na lunch. PrzecieŜ juŜ dwunasta.
-
Dwunasta?
-
powtórzył z niedowierzaniem Coltrain.
-
A, rzeczywiście.
-
Odwrócił
się w stronę Jane.
-
No cóŜ, w zasadzie to juŜ wszystko.
-
Odwiozę ją do domu
-
wtrącił się Todd.
-
Mam parę pytań dotyczących prowadzenia
rancza. Obawiam się, Ŝe to nie moŜe czekać.
Doktor Blakely przyglądała się z uśmiechem nie znanemu męŜczyźnie. W jej oczach
pojawiło się zainteresowanie. Przez moment czekała, aŜ Coltrain ich sobie przedstawi, a
następnie sama wyciągnęła rękę do nieznajomego.
-
Doktor Louise Blakely
-
powiedziała.
-
Miło mi pana poznać, panie…
-
Nazywam się Burke, Todd Burke
-
pospieszył z wyjaśnieniami.
-
Zarządzam
ranczem pani Parker.
-
A ja jestem współpracownicą doktora Coltraina.
-
Asystentką
-
poprawił ją naburmuszony Rudzielec.
Lou spojrzała na niego z wyraźną wrogością, jednak Coltrain udawał, Ŝe jej w ogóle
nie zauwaŜa.
-
W umowie, którą podpisałam, jest wyraźnie napisane, Ŝe zatrudniają mnie jako
pańską współpracownicę, doktorze
-
przypomniała mu.
-
Przez cały rok.
Rudzielec nie zwrócił na nią większej uwagi.
-
Zadzwoń, gdybyś potrzebowała pomocy
-
powiedział do Jane.
-
ł uwaŜaj na siebie.
Na jego czole znowu pojawiła się charakterystyczna zmarszczka.
-
Dobrze, będę uwaŜać
-
obiecała Jane.
Coltrain poklepał ją po ramieniu, a następnie podszedł do biurka.
-
Teraz obejrzyjmy te wyniki
-
zwrócił się do Lou.
PoŜegnali się z lekarzami i Todd zawiózł Jane na szpitalnym wózku na parking, gdzie
stał jego samochód. Następnie pomógł jej przejść na tylne siedzenie i ruszył w stronę rancza.
Przez dłuŜszą chwilę jechali w milczeniu.
-
Czy jest pani zazdrosna z powodu Lou?
-
spytał niespodziewanie, przypominając
sobie wyraz jej twarzy, kiedy Lou i Coltrain pochylili się nad biurkiem.
-
O Rudzielca? Nie. Martwię się z powodu Lou
-
dodała.
Todd zerknął do tylnego lusterka. Jane była pochłonięta swoimi myślami. Wyglądało
na to, Ŝe mówi szczerze.
-
Lou nie potrafi sobie z nim poradzić
-
podjęła temat.
-
To dziwne, jest przecieŜ taka
niezaleŜna i stanowcza.
-
MoŜe się w nim kocha
-
podsunął Todd.
-
Mam nadzieję, Ŝe nie. Inaczej srodze się rozczaruje. Rudy to zaprzysięŜony stary
kawaler. Nie widzi niczego poza swoją pracą. Lubi kobiety, ale z Ŝadną nie potrafiłby się
związać.
Na ustach Todda pojawił się lekki uśmiech.
-
Pewnie potrafi go pan zrozumieć, bo pan teŜ taki jest, prawda?
Skinął głową.
-
Kto raz się sparzył, ten dmucha na zimne
-
stwierdził sentencjonalnie.
Zahamował gwałtownie, poniewaŜ właśnie zmieniły się światła. Było to ostatnie
skrzyŜowanie przed wyjazdem z Jacobsville.
Jane syknęła z bólu.
-
Przepraszam, powinienem bardziej uwaŜać.
-
Nie, nic się nie stało
-
szepnęła.
-
Widzi pani, mam juŜ za sobą nieudane małŜeństwo
-
Todd ciągnął zaczęty wątek.
-
Dlatego będę szczery. Nie interesuje mnie na przykład romans z panią. Chciałbym natomiast
wyprowadzić to ranczo na prostą. Ale uwiedzenie pani zupełnie nie wchodzi w grę.
Nie odpowiedziała od razu. Todd zerknął do lusterka, Ŝeby sprawdzić, co robi.
Rozczarował się jednak, poniewaŜ Jane nie łkała ani nie załamywała rąk.
-
Dziękuję za szczerość
-
powiedziała.
-
A teraz się pewnie pani na mnie obrazi
-
mruknął, skręcając w boczną drogę.
Jane nie potrafiła powstrzymać śmiechu.
-
Widzę, Ŝe naprawdę świetnie mnie pan poznał, panie Burke
-
zaszczebiotała.
-
A
poza tym ta skromność! Oczywiście, wszystkie kobiety czyhają na pana. A jeśli nie potrafią
pana usidlić, to się obraŜają.
Todd był nieco zdezorientowany. Nie spodziewał się takiej dozy sarkazmu i ironii.
-
ś
e co?
-
wyjąkał.
-
Dziękuję, Ŝe mnie pan uprzedził o swoich zamiarach
-
ciągnęła Jane.
-
Wprawdzie od
początku miałam ochotę rzucić się na pana w przypływie nagłej Ŝądzy, ale teraz, kiedy wiem,
ze romans pana nie interesuje, będę się oczywiście pilnować. Zresztą, łatwo mógłby się pan
obronić, gdybym pana molestowała.
-
Jane zatrzepotała rzęsami.
-
Musi mi pan wybaczyć, ale
taki pan ładny. A tak w ogóle nie boi się pan podróŜować sam z kobietami? Ja nie mogłabym
pana uwieść, ale inne nie będą miały podobnych skrupułów. Niech pan uwaŜa, bo łakomy z
pana kąsek.
Todd wydawał jakieś niezrozumiałe pomruki. Ta dziewczyna kpiła sobie z niego w
Ŝ
ywe oczy. Co więcej, sam to sprowokował.
-
Niech się pani nie wygłupia
-
powiedział, oglądając się za siebie.
Samochód omal nie zjechał do rowu. Jane trochę się przestraszyła, ale jednocześnie
była z siebie dumna. Burkę nie wyglądał na faceta, którego łatwo wyprowadzić z równowagi.
-
Ja się wygłupiam? PrzecieŜ oboje zgadzamy się co do tego, Ŝe jest pan wspaniały.
ś
adna kobieta nie potrafiłaby się panu oprzeć.
-
Wcale tego nie powiedziałem.
-
Ale tak pan uwaŜa!
-
wypaliła.
Przez resztę drogi milczeli. Todd czuł się jak ostatni idiota. Nie lubił kobiet tak
wygadanych jak Jane Parker. Musiał teŜ pamiętać, Ŝe, sądząc z jej reakcji na artykuł w
gazecie, łatwo ją zranić.
Zatrzymali się na podwórku i Todd wyłączył silnik. Przez chwilę siedzieli w zupełnej
ciszy.
-
Dawno się tak nie ubawiłam
-
powiedziała w końcu Jane.
-
Bardzo pana przepraszam
za te Ŝarty, ale, prawdę mówiąc, po raz pierwszy od niepamiętnych czasów czułam się tak
dobrze.
Todd odwrócił się do niej. Jego oczy przypominały lodowe sople.
-
Bardzo nie lubię, kiedy się ze mnie Ŝartuje
-
stwierdził.
-
Będzie lepiej, jeśli sobie to
pani zapamięta.
Rysy Jane stwardniały.
-
Będzie lepiej, jeśli zapamięta pan, Ŝe nie wolno do mnie mówić tym tonem!
-
oznajmiła.
Otworzyła drzwiczki i zabrała się do wysiadania. Todd chciał jej pomóc, ale pokręciła
głową.
-
Niech pan zawoła Tima z wózkiem
-
powiedziała.
-
Tak będzie lepiej.
Todd zazgrzytał zębami. JuŜ chciał rzucić jakąś niepochlebną uwagę na temat wózka,
ale w porę się opanował. Wiedział, Ŝe Jane uznałaby to za obrazę.
-
Dobrze
-
mruknął.
Wszedł do domu i zaczął szukać Tima. Znalazł go w kuchni, gdzie brodacz rozmawiał
właśnie z Ŝoną.
-
No i co?
-
zapytali jednocześnie na jego widok.
-
Wszystko w porządku.
-
To dlaczego ma pan taką ponurą minę?
-
spytał Tim.
-
Pokłóciliśmy się
-
wyznał.
Meg pokiwała tylko głową, jakby tego właśnie się spodziewała, a Tim aŜ gwizdnął.
-
To juŜ coś!
-
krzyknął.
-
Pamiętam, jak Jane wspaniale kłóciła się z Coltrainem.
Szkoda, Ŝe juŜ się nim nie interesuje. Stanowiliby idealną parę.
-
Niby dlaczego?
-
spytał naburmuszony Todd.
-
Tylko dlatego, Ŝe jest lekarzem?
-
I synem farmera
-
dodał Tim.
-
Nigdy by nie pozwolił, Ŝeby ranczo Jane tak
podupadło. Czy uda się panu jakoś podreperować nasze finanse?
Todd zastanawiał się przez chwilę nad odpowiedzią. Nie chciał wzbudzać złudnych
nadziei.
-
Myślę, Ŝe tak. Ale proszę nie oczekiwać ode mnie gotowych recept.
Tim skinął głową, a następnie ponownie spytał o Jane. Z ulgą wysłuchał tego, co
powiedział doktor. Następnie obaj męŜczyźni wyszli do przedpokoju. Todd wziął wózek i
wypchnął go na zewnątrz.
-
Dlaczego pan jej po prostu nie przeniesie?
-
spytał Tim.
Todd wzruszył ramionami.
Tim stanął w drzwiach. Z przyjemnością obserwował to, co działo się przy
samochodzie, chociaŜ zdaje się, Ŝe Jane i Todd znowu się kłócili. Przynajmniej nie myśli bez
przerwy o swoich nogach, ucieszył się stary. No i ma się czym zająć.
Kiedy znaleźli się w domu, z kuchni wyjrzała Meg.
-
Obiad za kwadrans
-
oznajmiła.
-
Mógłby pan poszukać Cherry? Ćwiczy zwroty
wokół beczek. Powinna być na padoku
-
zwróciła się do Todda.
Bez trudu odnalazł córkę na placu. Jeździła wolno wokół beczek.
-
Cześć, tato!
-
krzyknęła i pomachała ręką na jego widok.
-
Cześć. Jak leci?
-
zapytał.
-
MoŜe być. Nie lubię jeździć tak wolno, ale Jane powiedziała, Ŝe powinnam od tego
zacząć.
-
Jane? Jesteście na "ty"?
-
zdziwił się.
-
Tak. Nie mówiłam ci?
-
spytała, zatrzymując konia.
-
Co powiedział lekarz?
Todd pokiwał uspokajająco głową.
-
Wszystko w porządku
-
powiedział.
-
Chodź na lunch. Ma być gotowy za parę minut.
-
Dobrze. Zrobię tylko jeszcze jedno okrąŜenie.
Todd wsadził ręce w kieszenie i ruszył w stronę domu.
Lunch się nieco opóźniał, więc miał jeszcze chwilę na rozmowę z Timem. Następnie
poszedł do łazienki, Ŝeby się trochę odświeŜyć. Czuł się coraz bardziej głodny i z
utęsknieniem czekał na posiłek.
Cherry oczywiście się spóźniła i od razu rzuciła na jedzenie. Stanowili chyba
wspaniały widok: córka i ojciec pałaszujący obiad z apetytem.
Jane siedziała nad niemal pełnym talerzem. Przed obiadem, kiedy nikt nie słyszał,
wygłosiła jakąś sarkastyczną uwagę na temat wody kolońskiej Todda, ale teraz milczała.
To Tim pierwszy zaczął rozmowę:
-
Wiesz, Jane, pan Burke uwaŜa, Ŝe znalazł sposób na to, Ŝeby wyjść z kryzysu.
Będziemy tylko musieli zacisnąć pasa i wziąć kredyt.
Jane westchnęła głęboko.
-
Właśnie tego się obawiałam
-
powiedziała ponuro.
-
Nikt juŜ nam nie da pieniędzy.
-
Z kredytem nie będzie Ŝadnych problemów
-
rzekł pewnym tonem Todd.
Nie chciał wdawać się w wyjaśnienia, dlaczego. KaŜdy bank zdecyduje się na
poŜyczkę, jeśli on będzie poręczycielem. Todd miał zamiar wyciągnąć Jane z tarapatów.
Zwłaszcza Ŝe kwota, której w tej chwili potrzebował, była niczym w porównaniu z rocznym
dochodem jego firmy.
-
Dobrze. Ile potrzebujemy i na co wydamy te pieniądze?
-
spytała zaintrygowana
Jane.
Wyjaśnił jej wszystko pokrótce, starając się, by zrozumiała, na czym polega
skomplikowany system ulg podatkowych i inwestycyjnych. Mówił teŜ o wydzierŜawieniu
niepotrzebnych gruntów, modernizacji parku maszynowego i innych usprawnieniach.
Jane aŜ zaparło dech z wraŜenia. Wizje, jakie roztaczał Todd, zdawały się być
spełnieniem jej Ŝyczeń. Bardzo chciała, tak jak proponował, prowadzić stadninę, zamiast
hodowli bydła rzeźnego. Małe, nowoczesne ranczo było jej marzeniem. PrzecieŜ przede
wszystkim znała się na koniach!
-
Poza tym
-
ciągnął Todd
-
ma pani znane nazwisko. To wstyd, Ŝe pani tego nie
wykorzystała. Inne gwiazdy rodeo juŜ dawno zajęły się reklamą odzieŜy czy końskiego
oporządzenia. Nie myślała pani o tym?
-
W… wolałabym tego nie robić
-
odparła.
-
Dlaczego?
Jane spojrzała na talerz, z którego ubyło bardzo niewiele zupy. Wzięła łyŜkę do ręki i
zamieszała prawie juŜ chłodną ciecz.
-
Nie pozwolę, Ŝeby fotografowali mnie na wózku!
-
powiedziała.
Todd pokiwał głową.
-
Nikt nie będzie musiał tego robić
-
powiedział.
-
Po pierwsze, nie będzie pani całe
Ŝ
ycie jeździć na wózku. Po drugie, nie musi się pani wcale pokazywać. Kontrakt reklamowy
moŜe dotyczyć nazwiska, portretu, dawnych zdjęć z rodeo.
Jane przyłoŜyła dłonie do skroni i zaczęła je rozmasowywać. Ten Burke przyprawiał
ją o ból głowy.
-
Kto by tam wykorzystał do reklamy kogoś juŜ prawie nieznanego? Jest tylu nowych
zawodników.
-
Nie wygłupiaj się!
-
krzyknęła Cherry, która milczała do tej pory, poniewaŜ była
zajęta pochłanianiem przepysznej grzybowej zupy.
-
PrzecieŜ jesteś legendą! W stadninie, w
której uczyłam się jeździć, wszędzie były plakaty z twoją podobizną.
Jane otworzyła szeroko oczy. Wiedziała o istnieniu plakatów, ale nie sądziła, by ktoś
je kupował.
-
Zapomniałaś, prawda?
-
wtrącił się Tim.
-
Mówiłem ci, Ŝe musieli dodrukowywać te
plakaty, ale pewnie nie zwróciłaś na to uwagi. To było zaraz po wypadku.
-
Nie, nie zwróciłam na to uwagi
-
przyznała Jane. Następnie spojrzała na Todda.
-
Zrobię wszystko, Ŝeby uratować ranczo.
ROZDZIAŁ CZWARTY
Todd uparł się, Ŝeby jechać samemu do banku w Jacobsville. Nie chciał, Ŝeby Jane
zauwaŜyła, jak będzie załatwiał poŜyczkę.
Sprawa, jak przypuszczał, okazała się dosyć prosta. Szef banku zadowolił się jego
pisemnym poręczeniem. Potem jeszcze tylko parę telefonów i odpowiednia kwota znalazła się
na koncie Jane. Mógł nią teraz swobodnie dysponować. Przede wszystkim pomyślał o nowym
sprzęcie, a takŜe o firmie, która dokonałaby niezbędnych napraw na ranczu.
Kiedy Jane zobaczyła pierwszy rachunek, omal nie spadła z wózka. Miała ochotę
poprosić o whisky, ale w końcu uznała, Ŝe nie wypada.
-
Nie mogę sobie na to pozwolić
-
powiedziała, potrząsając świstkiem.
-
Myli się pani
-
zaoponował spokojnie Todd.
-
Konserwacja jest na dłuŜszą metę
znacznie tańsza niŜ wymiana wszystkiego.
-
A to ogrodzenie?!
-
No tak, tutaj rzeczywiście nie miałem wyboru. Musiałem zdecydować się na nowe.
Drewniane ogrodzenie ciągle trzeba łatać drutem kolczastym. To moŜe być niebezpieczne dla
zwierząt
-
tłumaczył spokojnie.
-
Poza tym zamówiłem zbiornik na wodę…
-
Cysternę
-
przerwała mu.
-
W Teksasie mówimy: "cysternę".
-
Właśnie, cysternę
-
ciągnął.
-
No i oczywiście znalazłem firmę, która dokona
naprawy dachu. Na górze pełno jest garnków i wiader do zbierania deszczówki. Jeśli nie
załatamy dziur, wkrótce cały dach przegnije i trzeba będzie go wymienić na nowy.
Jane przymknęła oczy. Na jej czole pojawiły się zmarszczki.
-
Skąd ja na to wszystko wezmę pieniądze?!
-
jęknęła.
-
Właśnie tego pytania się spodziewałem
-
powiedział Todd z uśmiechem.
Siedział swobodnie rozparty na krześle w rozpiętej, dŜinsowej koszuli, którą włoŜył
zaraz po przyjeździe z Jacobsville, i luźnych spodniach. Musiała przyznać, Ŝe wyglądał
bardzo atrakcyjnie.
-
I cóŜ?
-
ponagliła go.
-
Chcę wykorzystać dwa ogiery na rozpłód
-
odparł.
-
Za zarobione dzięki nim
pieniądze będziemy mogli załoŜyć stadninę. Później sami będziemy sprzedawali źrebięta
pełnej czy raczej czystej krwi. Nie wiem, jak się u was nazywa.
Jane chciała wygłosić komentarz na temat liczby mnogiej, której uŜywał w swoich
rozwaŜaniach Burkę, ale zamiast tego rzuciła automatycznie:
-
Pełnej angielskiej, czystej arabskiej.
-
Dopiero po chwili dotarło do niej to, co
powiedział Burke.
-
Będziemy potrzebowali lepszej stajni
-
stwierdziła, uŜywając narzuconej
przez Burke'a liczby mnogiej.
Todd skinął głową.
-
Wiem. Zbudujemy nową. Znalazłem juŜ odpowiednią ekipę wykonawczą.
-
Ale przecieŜ na to trzeba jeszcze więcej pieniędzy!
-
wykrzyknęła.
-
W tej chwili
stoimy na krawędzi bankructwa, a pan mi proponuje nowe wydatki! Pozwoli pan, Ŝe powtórzę
pytanie: skąd brać na to pieniądze?
Todd skinął głową, chcąc dać znak, Ŝe rozumie jej zastrzeŜenia. Przez chwilę milczał,
wpatrując się w okolone jasnymi włosami oblicze Jane, a następnie zaczął wyjaśnienia.
-
PoŜyczka to pierwsze źródło, ale zgadzam się z panią, Ŝe niewystarczające
-
powiedział.
-
Ogiery, to drugie. A poza tym…
-
urwał i spojrzał niepewnie na Jane.
-
Poza tym?
MęŜczyzna zaczerpnął tchu.
-
Rozmawiałem z duŜą fabryką odzieŜy z Houston. OtóŜ są zainteresowani
współpracą. Chcieliby rozpocząć promocję kowbojskich ubrań dla kobiet. Zdaje się, Ŝe
chodzi głównie o dŜinsy i kurtki dŜinsowe.
Jane z trudem przełknęła ślinę.
-
Czy wiedzą o…?
Todd nie pozwolił jej dokończyć pytania.
-
Wiedzą. Nie będą pani fotografować na wózku. To bardzo rozsądna oferta.
Todd podał wysokość proponowanego honorarium. Jane nie mogła uwierzyć własnym
uszom.
-
To chyba jakiś Ŝart
-
powiedziała niepewnie.
Burke pokręcił przecząco głową.
-
Nic podobnego. To wcale nie tak duŜo. Oczywiście, dopiero pani zaczyna.
Radziłbym dokładnie obejrzeć wszystkie rodzaje ubrań, które ma pani reklamować.
Ostatecznie będzie na nich pani nazwisko.
Jane aŜ się zaczerwieniła. Perspektywa ujrzenia swojego nazwiska na ubraniach
kowbojskich była bardzo podniecająca. I pomyśleć, Ŝe w tym będą jeździć zawodnicy na
rodeach. Nie chciała jednak popadać w przesadny optymizm. PrzecieŜ nie podpisała jeszcze
umowy.
-
Tak, nie chciałabym promować tandety.
-
To zrozumiałe
-
stwierdził.
-
Jednak wydaje mi się, Ŝe to przyzwoite
przedsiębiorstwo. Jest juŜ na rynku parę lat. Wszyscy mówili o nim pozytywnie. Zresztą sama
pani się przekona. Mają tu przyjechać w następny piątek. Przepraszam, Ŝe nie konsultowałem
z panią sprawy terminu.
Jane wyciągnęła rękę.
-
Nie szkodzi
-
odparła.
-
Mam przecieŜ masę czasu. Nie będę twierdzić, Ŝe jest
inaczej.
Todd obserwował ją uwaŜnie. Błękitne oczy lśniły dziwnym blaskiem. Blade dotąd
policzki nabrały rumieńców. Jane wyglądała na oŜywioną i zadowoloną. Piękniała z minuty
na minutę. Gwałtowny ruch piersi pod cienkim materiałem bluzki wskazywał, Ŝe jest
podniecona.
-
Niech pan przestanie grać rolę uwodziciela
-
powiedziała, zauwaŜywszy jego
spojrzenie.
-
Porozmawiajmy lepiej o interesach.
Todd uśmiechnął się do niej i przymruŜył jedno oko. Efekt był piorunujący.
-
Na pewno pani tego chce?
Jane z trudem powstrzymała drŜenie rąk.
-
Na pewno
-
odparła.
-
Wróćmy do tych ludzi z fabryki. O której mają przyjechać?
Do czwartku ustalono wszystkie szczegóły spotkania. Następnego dnia rano Jane
miała odbyć rozmowę z dwójką przedstawicieli przedsiębiorstwa. Rozpoczęły się teŜ prace na
ranczu. Od świtu towarzyszył im jęk pił i zgrzyt cięŜkich maszyn, a takŜe nawoływania
robotników.
Aby uciec od hałasu, Jane wyruszała z Cherry do letniej zagrody dla koni.
Dziewczynka robiła spore postępy, ale Todd nie miał okazji tego docenić, poniewaŜ całymi
dniami siedział w pokoju przy biurku i albo sprawdzał rachunki, albo rozmawiał przez
telefon. Jane nie mogła pojąć, jak moŜe pracować w tym hałasie. PrzecieŜ dobiegał on nawet
do pastwiska.
-
BoŜe, trudno to wytrzymać!
-
jęknęła, obserwując swoją uczennicę.
-
Któregoś dnia
kaŜę powystrzelać tych ludzi.
Cherry uśmiechnęła się do niej. Skończyła właśnie siodłać klacz, podarowaną jej
przez ojca.
-
Ale moŜe lepiej po tym, jak skończą reperować dach. Inaczej znów będzie
przeciekać
-
zauwaŜyła przytomnie i poklepała klacz po karku.
-
W końcu zdecydowałam się,
jak ją nazwać. Piórko. Dlatego Ŝe galopuje tak lekko. Jane skinęła głową.
-
To dobre imię
-
zgodziła się.
-
Powinnaś jej na więcej pozwalać. Ta klacz potrafi
sama brać najostrzejsze zakręty. Musisz jej tylko popuścić cugli.
Cherry posmutniała. Spuściła głowę i przysiadła obok Jane na wielkiej beli siana.
-
Nie mogę
-
powiedziała.
-
Staram się, ale mi nie wychodzi.
-
Boisz się, Ŝe spadniesz, prawda?
Cherry zaczęła wyskubywać siano z beli, na której siedziała. Wyglądała w tej chwili
na bardzo zakłopotaną.
-
To teŜ
-
przyznała.
-
Ale bardziej boję się o konia. Pierwszy raz, kiedy byłam na
rodeo, widziałam upadek. Koń złamał nogę. Chcieli go oddać do rzeźni, ale ubłagałam tatę i
kupił mi go. Jest teraz u krewnych w Wyoming. Od tego czasu mam problemy z szybką jazdą,
a zwłaszcza ze zwrotami.
Jane przytuliła dziewczynkę mocno do siebie. Todd o niczym jej nie powiedział.
-
Po prostu nie miałaś szczęścia
-
powiedziała.
-
Jeźdźcy kochają swoje konie i
wiedzą, jak unikać okaleczenia zwierząt. Oczywiście zdarza się, Ŝe ktoś zleci z konia. Sama
miałam złamane Ŝebro, kiedy spadłam z klaczy w czasie treningu. Jednak nigdy nie
widziałam powaŜnego wypadku w czasie rodeo. To raczej rzadkość.
-
Naprawdę?
-
spytała Cherry. Na jej twarzy pojawił się nagle promienny uśmiech.
-
MoŜesz mi wierzyć. Konie instynktownie wyczuwają, co jest dla nich najlepsze.
Zadanie jeźdźca to przede wszystkim nie przeszkadzać…
-
NiemoŜliwe!
-
przerwała jej Cherry nagłym okrzykiem.
Na jej czole pojawiły się zmarszczki. Przed oczami miała tych zawodników, których
uwaŜała za najlepszych. CzyŜby Jane miała rację? Czy wystarczyło zdać się na koński
instynkt? CzyŜby cała sprawa była aŜ tak prosta?
-
To wcale nie jest takie proste
-
dodała Jane, jakby odgadła jej myśli.
-
Trzeba
przezwycięŜyć strach i zaufać zwierzęciu.
-
Chciałabym spróbować
-
powiedziała Cherry.
Zerwała się na równe nogi i podbiegła do skubiącego trawę konia. W oczach Jane
pojawił się wyraz nostalgii i zadumy. Ona teŜ kiedyś odkrywała te proste prawdy. Kiedy to
było? Piętnaście, moŜe osiemnaście lat temu?
-
Dobrze, ale pamiętaj: nie spiesz się
-
ostrzegła swą uczennicę.
-
Musisz się równieŜ
nauczyć, Ŝe koń wyczuwa twoje nastroje. Wie, kiedy jesteś zła, zmęczona lub teŜ podniecona.
-
Co tu się dzieje?! Spotkanie na szczycie?
-
usłyszała za sobą głos Todda.
-
Widzę, Ŝe pana równieŜ hałasy wygoniły z domu
-
powiedziała.
-
Nie na długo. Zaraz muszę wracać. Mam mnóstwo roboty.
-
Tato, chcesz popatrzeć?!
-
krzyknęła do niego Cherry z końskiego grzbietu.
-
Spróbuję robić zwroty.
Todd rozłoŜył ręce.
-
Właśnie mówiłem, Ŝe jestem zajęty
-
odparł, podchodząc do córki.
-
Wyrwałem się
tylko na chwilę. Muszę wracać do pracy.
-
A ja myślałam, Ŝe jesteśmy na wakacjach
-
powiedziała półgłosem Cherry i
mrugnęła do niego.
Jane nic nie słyszała. Siedziała na sianie i mruŜąc oczy, wpatrywała się w jakiś odległy
punkt na horyzoncie.
-
Dobrze, zostanę jeszcze chwilę
-
stwierdził Todd po krótkim namyśle.
Córka uśmiechnęła się do niego.
-
Dzięki.
Podszedł do beli i usiadł obok Jane, która w ciągu ostatnich minut czyniła olbrzymie
wysiłki, Ŝeby nie zwracać na niego uwagi. Musiała jednak przyznać, Ŝe w dŜinsowej bluzie,
spodniach i w szarym stetsonie wyglądał jak prawdziwy kowboj. Miał sylwetkę urodzonego
jeźdźca. Zwłaszcza nogi, długie i mocne, doskonale by mu słuŜyły w czasie jazdy.
-
Cherry mówiła mi o koniu ze złamaną nogą
-
rzuciła w jego stronę.
-
To było bardzo
miłe z pańskiej strony.
Todd zsunął stetsona na tył głowy.
-
Miłe? Nawet nie próbowałem się sprzeciwiać. Nie potrafię się oprzeć łzom.
Jane uśmiechnęła się.
-
Dobrze o tym wiedzieć.
-
Chodziło mi o łzy Cherry
-
zreflektował się Todd.
-
Wygląda na to, Ŝe znowu nie mam szczęścia
-
powiedziała kpiącym tonem.
Todd spojrzał na nią z ukosa. Wyglądała niezwykle kusząco i bezbronnie. Ciekawe,
czy potrafiłby oprzeć się łzom Jane? Postanowił jednak nie myśleć o tym.
-
Rozmawiałem z moją byłą Ŝoną
-
oświadczył.
-
Powiedziała, Ŝe chce jednak zaprosić
Cherry do siebie. Mają się wybrać po zakupy. Dlatego będę musiał wyjechać jutro z rana.
Jednak przy odrobinie szczęścia powinienem zdąŜyć na negocjacje w sprawie reklamy.
Gdyby mi się to nie udało, proszę niczego nie podpisywać. Najpierw musi to zobaczyć
prawnik.
-
Wiem o tym.
-
To dobrze.
Radosne okrzyki Cherry przerwały im rozmowę. Dziewczynka cieszyła się,
przejechawszy parę razy wokół beczek. Robiła to wolno, ale z coraz większą wprawą.
Pomachali jej, chcąc dać znak, Ŝe patrzą.
-
Czy Cherry lubi swoją matkę?
-
spytała Jane.
-
Jako tako
-
odparł Todd.
-
Nie znosi za to ojczyma.
Jane zmierzyła go spojrzeniem. Nic dziwnego, skoro miała tak wspaniałego ojca.
-
To normalne
-
powiedziała.
-
Dzieci rozwiedzionych rodziców często chcą, Ŝeby
rodzice byli razem.
Todd pokręcił przecząco głową.
-
To nie dotyczy Cherry. Za duŜo widziała.
-
Obrócił się twarzą do Jane.
-
Czy pani
rodzice się kłócili?
Jane wyruszyła ramionami.
-
Nie mam pojęcia. Mama zmarła, kiedy zaczęłam chodzić do szkoły. W zasadzie
wychowywał mnie tata. No i jeszcze Tim i Meg
-
dodała po chwili namysłu.
-
Ś
mierć ojca musiała być wielką stratą dla pani.
Skinęła głową, nie chcąc dać poznać, jak jest wzruszona.
-
Przynajmniej zostali mi Tim i Meg
-
szepnęła.
-
Nie wiem, co bym bez nich zrobiła.
-
Mój tata zmarł dziewięć lat temu, a mama dwa lata później
-
powiedział Todd.
-
Bardzo mi ich brakuje.
-
Tak to juŜ jest
-
stwierdziła, nie chcąc poddać się fali Ŝalu.
-
Ludzie po prostu
umierają. Zawsze tak było i będzie.
Todd skinął głową.
-
Jasne. Ale tym, którzy zostają, wcale nie jest z tego powodu łatwiej.
Jane musiała mu przyznać rację. Opanowały ją czarne myśli. Nie wiadomo do czego
by doszło, gdyby nie Cherry, która podjechała do nich i zeskoczyła z konia.
-
A teraz uwaŜajcie
-
powiedziała, patrząc na nich rozognionymi oczami.
Przez chwilę szeptała coś do ucha klaczy, a następnie dosiadła jej i zaczęła ćwiczyć
zwroty. Widać było, Ŝe popuściła koniowi cugli, dzięki czemu przejazd wypadł
nadspodziewanie dobrze.
-
Brawo!
-
krzyknął Todd.
-
A widzisz, mówiłam ci! Poszło wspaniale!
-
zawtórowała mu Jane.
Cherry wyglądała na uszczęśliwioną.
-
To zasługa Jane
-
wyjaśniła ojcu.
-
Gdyby nie ona, nigdy bym się tego nie nauczyła.
Jane uśmiechnęła się pobłaŜliwie.
-
To przede wszystkim twoja zasługa
-
powiedziała.
-
PrzecieŜ ty dosiadasz konia.
Cherry jednak nie słuchała. Poklepała Piórko po karku i ruszyła w stronę placyku.
-
Poćwiczę jeszcze trochę
-
rzuciła.
-
Tylko uwaŜaj!
-
krzyknął za nią Todd.
-
Pamiętaj, co ci mówiłam! Powoli i ostroŜnie!
-
dodała Jane.
Todd spojrzał na nią. Jane miała na sobie koszulkę z krótkimi rękawami, która
wspaniale podkreślała szczupłość jej ciała i spręŜystość biustu. Zwykle blade policzki były
zaróŜowione z podniecenia. Pewnie nie zdawała sobie sprawy z tego, Ŝe wygląda piękniej niŜ
kiedykolwiek.
-
Powoli i ostroŜnie
-
powtórzył, wpatrując się w nią uporczywie.
Jane wyczuła jego spojrzenie. Podniosła wzrok i napotkała jego przenikliwe,
stalowoszare oczy. Na moment zaparło jej dech z wraŜenia.
Todd uniósł dłoń i dotknął jej policzka. Przesunął palcami wokół ust, brody, a potem
powędrował nimi nieśmiało niŜej. Jane bała się poruszyć. Miała wraŜenie, Ŝe ktoś ją
zaczarował i wystarczy jeden niepotrzebny gest lub zbędne słowo, a czar pryśnie. Todd chyba
czuł to samo. Jego palce zatrzymały się na wiotkiej szyi. Wyczuwał nimi gwałtowny puls
Jane. Jego serce biło chyba równie mocno. Cherry? Och, Cherry nie mogła ich widzieć. Jazda
pochłonęła ją niemal zupełnie. Co jakiś czas wydawała tylko radosne okrzyki.
Palce Todda przesunęły się niŜej.
-
Todd! Todd! Przyjechał szef ekipy remontowej!
-
usłyszeli głos Tima.
Spojrzeli za siebie. Rzeczywiście, Tim zbliŜał się do nich wolno.
Todd z trudem przełknął ślinę.
-
JuŜ idę!
-
odkrzyknął.
-
Mówiłem ci, Ŝe wcale nie mam ochoty na romans
-
zwrócił
się do Jane.
Odsunęła się od niego na odległość, którą zapewne u
-
znała za bezpieczną.
-
Tak, rzeczywiście. To ja rzuciłam się na ciebie! Nie wygłupiaj się lepiej!
-
Todd! Todd! Chodź juŜ!
-
nawoływał Tim.
Todd wstał i spojrzał na Jane.
-
Jeszcze pogadamy
-
rzucił z nutką pogróŜki w głosie.
-
Jeszcze pogadamy
-
zawtórowała mu.
-
Aha, moŜe od razu wyjaśnisz, od kiedy jesteś
na "ty" z moim zarządcą?!
Todd roześmiał się głośno.
-
Od dzisiaj
-
wyjaśnił.
-
Tak samo jak z tobą.
Chciał juŜ odejść, ale Jane nie miała zamiaru go tak puścić.
-
Czekaj! Ja teŜ chcę z nim porozmawiać! Ostatecznie to jest mój dom. Chciałabym
wiedzieć, co tu się będzie działo.
Todd skinął głową.
-
Myślałem o tym
-
powiedział, starając się zapomnieć, jak gładka i jedwabista jest
skóra Jane.
-
Chciałem was umówić na oddzielne spotkanie, ale moŜe tak rzeczywiście będzie
lepiej.
Powiedzieli Cherry o spotkaniu, a następnie ruszyli w stronę domu. Szef ekipy
remontowej, wyglądający bardziej na biznesmena lub przemysłowca, czekał na nich koło
swojego zielonego mercedesa.
-
Poznajcie się. Bill Hayes, Jane Parker
-
powiedział Todd.
-
AleŜ ja juŜ o panu słyszałam!
-
Jane nie potrafiła ukryć podniecenia.
-
Podobno pana
firma jest najlepsza!
-
Staramy się
-
powiedział skromnie ciemnowłosy męŜczyzna o pociągłej twarzy.
-
Ja
natomiast nie tylko o pani słyszałem, ale widziałem panią na rodeo. Wspaniałe przeŜycie! Ten
wypadek to straszne nieszczęście.
Jane nie poczuła się uraŜona, chociaŜ zwykle reagowała gwałtownie na słowa takie jak
"wypadek", czy "wózek". Widać jednak było, Ŝe Hayesowi jest naprawdę przykro.
-
No cóŜ, róŜnie w Ŝyciu bywa. Jednak trzeba jakoś Ŝyć dalej
-
odparła
sentencjonalnie.
Hayes skinął głową.
-
Racja. Myślała juŜ pani o tym, co mogłoby zastąpić rodeo w pani Ŝyciu?
-
zapytał
otwarcie i, o dziwo, tym razem Jane równieŜ nie miała o to do niego pretensji.
-
Chcę załoŜyć stadninę i mieć tu same najlepsze konie
-
powiedziała pół Ŝartem, pół
serio.
-
Wspaniały pomysł. Ja teŜ hoduję konie i uwaŜam, Ŝe nie ma nic wspanialszego
-
stwierdził Hayes.
Spojrzeli na siebie z nie ukrywaną sympatią. Mimo iŜ była wciąŜ na wózku, Jane
wyglądała naprawdę pięknie. Tylko ślepiec by tego nie dostrzegł, a Hayes najwyraźniej nie
miał problemów ze wzrokiem.
Todd musiał interweniować.
-
Hm, hm. Mieliśmy obejrzeć plany!
-
A, plany.
-
Bill spojrzał na niego z namysłem.
-
Omówiłem juŜ część spraw z pani…
księgowym
-
zwrócił się znowu do Jane.
-
Jednak to pani dom i pani musi zdecydować. Zaraz
wszystko pokaŜę.
Otworzył tylne drzwiczki samochodu i wyjął duŜą teczkę. Następnie raz jeszcze
spojrzał na Jane, a potem na Todda. Jane wskazała dłonią dom.
-
Porozmawiamy o wszystkim w salonie. Tim, czy mógłbyś poprosić Meg, Ŝeby
podała nam kawę?
-
zwróciła się do trzymającego się nieco z boku swego starego opiekuna.
-
Jasne
-
mruknął zagadnięty.
Jane zaprosiła Hayesa do salonu, sama natomiast zdecydowała, Ŝe zrezygnuje z wózka
i skorzysta teraz z kul. Todd zaoferował swoją pomoc.
-
UwaŜaj
-
powiedział, kiedy zostali sami.
-
Ten facet to kobieciarz. Poza tym jestem
przekonany, Ŝe wcale nie jest dobrym materiałem na męŜa.
-
WaŜne, Ŝe jest dobrym fachowcem
-
stwierdziła Jane i ruszyła w stronę salonu.
Hayes powitał ich juŜ w progu.
-
Zaraz pani pomogę
-
powiedział, biorąc Jane pod rękę.
-
To bardzo miło z pana strony.
-
Uśmiechnęła się do niego uwodzicielsko.
Todd zazgrzytał zębami. Tak głośno, Ŝe chyba oboje musieli go słyszeć. Los mu nie
sprzyjał. Najpierw ten rudy doktor, a teraz inŜynier
-
elegancik. Nie, Ŝeby sam miał ochotę na
romans z Jane. Ta dziewczyna znajdowała się jednak pod jego opieką i czuł, Ŝe musi ją
chronić przed niebezpieczeństwami Ŝycia.
-
Weźmy się do tych planów
-
powiedział, widząc, Ŝe Hayes znów zaczyna
komplementować Jane.
-
Plany? A tak, proszę bardzo.
Przysunęli się bliŜej do stołu i zaczęli przeglądać papiery. Naprawy domu nie budziły
Ŝ
adnych kontrowersji. Jane wiedziała, Ŝe są konieczne, zresztą ekipa juŜ i tak zabrała się do
roboty.
Po chwili dostali kawę i wspaniałą babkę upieczoną przez Meg. Jane ukroiła dwa
grube kawałki i jeden znacznie cieńszy.
-
Proszę się częstować
-
powiedziała do obu męŜczyzn.
Hayes pokazał jej plany rozbudowy stajni. To, co zobaczyła, wydało jej się
oszałamiające.
-
Czy naprawdę potrzebujemy aŜ tyle miejsca?
Hayes skinął głową.
-
Tak, jeśli myśli pani o stadninie. Wiem z praktyki, Ŝe jeśli ktoś decyduje się na
kupno konia, to musi mieć czystą i przestronną stajnię.
-
Moim zdaniem jest to konieczne
-
dodał Todd.
Jane milczała przez chwilę.
-
Sama nie wiem…
-
Nie musi pani od razu podejmować decyzji
-
powiedział Hayes.
-
Na razie zajęliśmy
się domem. Proszę się zastanowić i powiadomić mnie, co pani zamierza.
Jane potarła czoło. Koszty związane z przebudową były olbrzymie, ale dzięki
modernizacji ranczo mogłoby zacząć przynosić zyski. Chciała zaczekać do jutra. Być moŜe
uda jej się podpisać kontrakt reklamowy i dzięki temu zarobi potrzebne pieniądze.
ROZDZIAŁ PIĄTY
Jane prawie nie spała tej nocy. Cały czas zastanawiała się, co wyniknie z rozmów z
przedstawicielami firmy odzieŜowej. Todd twierdził, Ŝe same korzyści, ale ona nie była tego
taka pewna.
-
Przyjadę z powrotem, zanim się tu zjawią
-
pocieszał ją, poganiając zaspaną córkę.
-
Przestań się martwić.
Jane skinęła głową.
-
Spróbuję. Nigdy czegoś takiego nie robiłam.
-
W jej głosie wyczuwało się ślady
niepokoju.
-
Mam nadzieję, Ŝe zaproponują mi jakieś sensowne ubrania.
-
Na pewno. Inaczej cała sprawa mijałaby się z celem
-
stwierdził autorytatywnie
Todd.
-
Reklama jest po to, Ŝeby propagować dobre produkty, a nie po to, Ŝeby wypromować
złe.
Jane nie wyglądała na przekonaną. Uściskała serdecznie Cherry, Ŝycząc jej miłego
pobytu w Victorii. Obie stały się w ciągu tych paru dni prawdziwymi przyjaciółkami. Dzieliło
je niewiele ponad dziesięć lat róŜnicy wieku, a łączyła wspólna miłość do koni.
-
ś
yczę udanych zakupów
-
powiedziała na koniec Jane.
Cherry uśmiechnęła się do niej.
-
Cześć. Zobaczymy się w poniedziałek. UwaŜaj na siebie,
-
Wskazała kule.
-
ś
adnych
tańców.
Jane zaśmiała się cicho. Ostatnio stała się znacznie mniej draŜliwa na punkcie swojej
niesprawności.
-
Dobrze
-
obiecała.
Pomachała im jeszcze ręką na poŜegnanie, a następnie wróciła do domu. Todd
wyglądał na złaknionego wolności. Trudno się było oprzeć wraŜeniu, Ŝe z przyjemnością
zasiada za kierownicą starego forda. Ciekawe, czy spędzi weekend na ranczu? Wyglądał na
męŜczyznę, który lubi i umie się bawić. Poza tym jest tak przystojny, Ŝe pewnie istnieje wiele
kobiet czekających na sygnał od niego.
Jane zajrzała do gabinetu Todda. Nie dlatego, Ŝeby go jej brakowało, ale chciała
obejrzeć ksiąŜki rachunkowe. Todd w krótkim czasie doprowadził wszystkie, łącznie z
główną ksiąŜką przychodów i rozchodów, do naleŜytego porządku. Nawet ona orientowała się
teraz w prowadzonych zapisach. Wydawało się to takie proste, ale Jane wiedziała, Ŝe prostota
jest najtrudniejsza.
Ciekawe, dlaczego ktoś taki jak Todd Burke pracuje dla jakiejś firmy. PrzecieŜ
mógłby załoŜyć biuro i zarabiać dwa, a moŜe nawet trzy razy więcej. Pewnie brakuje mu
ambicji, zdecydowała po długich rozmyślaniach. Tak, to na pewno to.
Jane być moŜe zmieniłaby zdanie, gdyby zobaczyła Todda zasiadającego w
skórzanym fotelu firmy Burke
-
Hathaway Business Systems. Todd wykupił wcześniej część
firmy naleŜącą do starego Hathawaya, zdecydował jednak, Ŝe ze względów komercyjnych
pozostawi dawną nazwę.
Todd zaczął pracę od samego rana. Najpierw podyktował sekretarce kilka listów, a
następnie, wraz z nastaniem odpowiedniej pory, zadzwonił do kilku firm. Potem wydał
dyspozycje dotyczące dalszej pracy. Chciał, aby wszystkie waŜne dokumenty przesyłano mu
faksem, który zainstalował w gabinecie na ranczu. Czuł się nieco winny z tego powodu, ale
przecieŜ umawiał się z Jane, Ŝe pracę u niej będzie traktował jako dodatkową.
Nie chciał zdradzać, jaka jest naprawdę jego pozycja zawodowa, chociaŜ wiedział, Ŝe
moŜe się to kiedyś na nim zemścić. Jednak kiedy Jane wyzdrowieje, przestanie moŜe być tak
czuła na punkcie swojego czasowego kalectwa. Todd współczuł jej, ale nie był to jedyny
powód, dla którego zdecydował się pomóc dziewczynie. Paradoksalnie, sukces go zmęczył.
Czuł, Ŝe nie ma juŜ nic do roboty. Mógł teraz korzystać z owoców swojej pracy, ale jakoś go
one nie cieszyły. Kiedy więc na horyzoncie pojawiła się sprawa rancza, potraktował ją jak
wyzwanie. Dzięki niej mógł przypomnieć sobie dawne, pionierskie lata. Cieszył go element
ryzyka, chociaŜ wiedział, Ŝe dysponując odpowiednią kwotą, bez trudu poradzi sobie ze
wszystkimi trudnościami.
Tyle Ŝe nie chciał w ten sposób pomagać Jane. Jego pieniądze przypominałyby coś w
rodzaju protezy albo wózka inwalidzkiego, a on chciał, Ŝeby dziewczyna sama stanęła na
nogi. Tak w sensie dosłownym, jak i przenośnym.
Todd rozejrzał się po luksusowo urządzonym wnętrzu biura, a następnie przypomniał
sobie gabinet na ranczu. Tak, musiał przyznać, Ŝe znajdował przyjemność w jeszcze jednej
rzeczy. Tutaj był multimilionerem, a u Parkerow traktowano go jak normalnego człowieka.
Nie słyszał "ochów" i "achów" na swój temat. Co więcej, czasami wręcz dawano mu do
zrozumienia, Ŝe nie jest najmilej widzianym gościem. Ta atmosfera bez pochlebstw bardzo
mu odpowiadała. Zapomniał juŜ, na czym polegają normalne stosunki między ludźmi.
Poza tym była jeszcze jedna sprawa. Cherry wspaniale się bawiła! Od razu polubiła
Jane. Co więcej, wiele się od niej nauczyła i to nie tylko jeśli idzie o jazdę, ale i w ogólnym
sensie.
Szkoda tylko, Ŝe on nie potrafił zaprzyjaźnić się z Jane!
Todd zachmurzył się i odsunął od siebie podpisane listy, leŜące na mahoniowym
blacie biurka. Tak, szkoda, Ŝe się nie zaprzyjaźnili. Jane wyraźnie dawała mu do zrozumienia,
Ŝ
e nie traktuje go jak kogoś bliskiego. Wiedział, Ŝe robi na niej wraŜenie, ale to było za mało,
Ŝ
eby zbudować trwałe podstawy przyjaźni.
Pomyślał gniewnie, Ŝe dawno nie spotkał nikogo o takim uroku osobistym i urodzie.
Być moŜe gdyby nie zły początek, losy ich znajomości potoczyłyby się zupełnie inaczej.
Todd nieraz zastanawiał się, czy Jane miała kochanków. Nie byłoby w tym, oczywiście, nic
dziwnego. PrzecieŜ ten lekarz kręcił się przy niej od dawna. Niemniej jednak Todd wyczuwał,
Ŝ
e Jane i Coltrain nigdy nie byli ze sobą blisko.
Siedział za biurkiem pogrąŜony w myślach i nawet nie zauwaŜył, Ŝe obok zjawiła się
sekretarka.
-
Hm, przepraszam, panie Burke
-
zaczęła nieśmiało.
-
Powinien pan jeszcze podpisać
te dwie umowy. O, tu i tu
-
dodała, podsuwając mu dokumenty.
-
A, tak. Oczywiście.
-
ZłoŜył podpis w zaznaczonych miejscach.
-
Czy coś jeszcze?
-
Nie. Przynajmniej na razie.
-
Dobrze. Zajrzę do biura w przyszłym tygodniu. Gdyby musiała pani się ze mną
skontaktować, proszę skorzystać z numeru, który zostawiłem.
-
Spojrzał na nią groźnie.
-
Ale proszę pamiętać! Tylko w razie konieczności.
-
Tak, proszę pana.
-
Sekretarka posłusznie skinęła głową.
-
Prosiłbym, Ŝeby w takich wypadkach wysyłała pani faksy. Wystarczy krótkie:
"proszę o kontakt"
-
ciągnął Todd.
-
I gdyby pani mogła podpisywać się imieniem, a nie
nazwiskiem. W ten sposób wszyscy pomyślą, Ŝe jest pani moją dziewczyną.
Pani Emory zachichotała. Jednak po chwili, jak przystało na idealną sekretarkę,
opanowała się i z kamienną twarzą powiedziała:
-
Dobrze, proszę pana.
Todd odsunął od siebie papiery. Teraz miała się nimi zająć pani Emory. Pomyślał
jeszcze, Ŝe musi jej dać w przyszłym miesiącu podwyŜkę, a następnie poŜegnał się i ruszył do
drzwi.
Miał nadzieję, Ŝe nie będzie Ŝałował swojej decyzji wyjazdu do Jacobsville.
Przywitała ją jedna z wice dyrektorek firmy Slim Togs, Micki Lane. Jane od razu
polubiła tę na oko dwudziestoparoletnią kobietę o mocnym uścisku i szczerym spojrzeniu.
Jednak zaraz za nią pojawił się niejaki Rick Wardell, szef marketingu firmy. Wardell
zachowywał się protekcjonalnie, a Micki, która usiłowała protestować, zbywał głupimi
Ŝ
artami.
Jane początkowo znosiła spokojnie to, Ŝe się ją traktuje z góry. Kiedy jednak Wardell
z zadowoloną miną pogrąŜył się w wywodach na temat szczęścia, jakie ją spotkało z powodu
tej reklamy, Jane podniosła rękę do góry.
-
Stop!
-
powiedziała.
-
PrzecieŜ jeszcze nie zgodziłam się na Ŝadną reklamę.
-
Jak to?
-
Wardellowi dosłownie opadła szczęka.
-
Tak to
-
odparła Jane.
-
Nie mam zamiaru reklamować czegoś, czego jeszcze nie
widziałam.
-
Ale przecieŜ jesteśmy tacy znani!
-
Szef marketingu próbował ratować sytuację.
-
Nie dla mnie
-
stwierdziła sucho Jane.
-
Miłośnicy rodeo znają od lat mnie i moją
rodzinę. Jeśli zdecyduję się coś reklamować, na pewno wielu z nich mi uwierzy i kupi te
rzeczy. Chcę mieć pewność, Ŝe ich nie oszukam.
Wardell z trudem przełknął ślinę, a następnie połoŜył dłoń na jej ramieniu. Micki
przyglądała się temu z mściwą satysfakcją.
-
Posłuchaj, złotko
-
zaczął Wardell
-
nie rozumiesz chyba, Ŝe to uprzejmość z naszej
strony…
W oczach Jane pojawiły się błyskawice. Gdyby była zdrowa, ten Wardell juŜ by leŜał
na ziemi.
-
Nikt nie mówi do mnie "złotko", chyba Ŝe na to pozwolę
-
wysyczała przez zęby.
-
Nie jestem jakąś tam modelką!
Wardell skurczył się i zmalał. Dopiero teraz poczuł, Ŝe grunt usuwa mu się spod nóg.
Usłyszeli szum silnika i pisk opon przed domem. To Todd przyjechał swoim starym fordem.
Przez chwilę w salonie panowała cisza, jakby umówili się, Ŝe będą czekać na Todda.
Na jego widok twarz Wardella rozjaśniła się w szerokim uśmiechu.
-
Dobrze, Ŝe pan jest, Burke
-
powiedział, pewny, iŜ łączą ich więzy męskiej
solidarności.
-
Pani Parker chyba nie rozumie, Ŝe powinna być wdzięczna naszej firmie za to,
Ŝ
e wybraliśmy ją do tej promocji. MoŜe pan potrafi jej to jakoś wytłumaczyć.
Todd skinął głową.
-
Oczywiście. Jeśli przyjmiemy, Ŝe ta wdzięczność powinna być udziałem obu stron.
Wardell zachichotał nerwowo.
-
Powinien pan wiedzieć, Ŝe Jane otrzymała kilka propozycji reklamowych
-
powiedział Todd ze słodkim uśmiechem.
-
Na początek wybraliśmy pana firmę, ale to się
moŜe zmienić.
Wardell zmarkotniał i usunął się w kąt. Todd spojrzał na stojącą obok kobietę, która
wyglądała na mocno poirytowaną przebiegiem rozmowy.
-
Pani Lane?
-
spytał Todd i wyciągnął ku niej swoją dłoń.
-
Myślałem, Ŝe to pani
miała prowadzić rozmowy.
-
Miałam
-
powiedziała ponuro Micki, ściskając wyciągniętą prawicę.
-
Pan Wardell
zajmuje się u nas marketingiem i sprzedaŜą.
-
Czy chce pan nam coś sprzedać?
-
spytała Jane.
-
Nie, raczej nie.
-
Wardell zaczął się powoli wycofywać.
-
Wobec tego moŜe zostawi pan negocjacje swojej bardziej doświadczonej koleŜance
-
zaproponował przyjaźnie Todd.
Rick Wardell wyglądał na zupełnie pognębionego.
-
Tak, oczywiście.
-
Cofnął się jeszcze bardziej w stronę drzwi.
-
Miło mi było
państwa poznać
-
zwrócił się do Jane i Todda.
Dziewczyna zacisnęła tylko zęby, więc Todd musiał odpowiedzieć za nich dwoje:
-
Nam równieŜ, panie Wardell. Nam równieŜ.
-
Jeśli podpiszę umowę z pani firmą, musi w niej być zastrzeŜenie, Ŝeby ten facet nie
podchodził do mnie na odległość strzału
-
powiedziała Jane do Micki. patrząc na zamknięte
drzwi.
Micki Lane uśmiechnęła się nieco sztucznie.
-
Och, Rick ma swoje wady, ale teŜ i zalety
-
stwierdziła przepraszającym tonem.
-
Jest świetnym sprzedawcą. Potrafiłby sprzedać lód Eskimosom. Tyle Ŝe zŜera go ambicja.
WciąŜ powtarza, Ŝe chciałby robić coś ciekawszego.
Wszyscy troje roześmieli się na myśl o wysiłkach Wardella, który pewnie czekał teraz
na Micki w furgonetce firmy. Atmosfera stała się nieco lŜejsza i bardziej przyjazna.
-
MoŜe zanim zaczniemy negocjacje, pokaŜę pani nasze nowe produkty, które miałaby
pani reklamować
-
zaproponowała Micki.
-
Tak, bardzo proszę.
Jane wymieniła porozumiewawcze spojrzenie z Toddem. Rozmowa nareszcie zaczęła
przyjmować poŜądany bieg. Micki wyszła, lecz po chwili wróciła z torbą pełną ubrań.
Znajdowały się w niej bluzy z frędzlami i naszytymi cekinami, tak lubiane przez miłośników
rodeo, a takŜe nabijane ćwiekami spodnie.
-
Oczywiście nasza firma gwarantuje odpowiednią jakość
-
powiedziała Micki.
-
Wszystko jest uszyte jak trzeba, a cekiny nie blakną i trzymają się mocno.
Jane przyłoŜyła jedną z bluz do piersi.
-
Fajna
-
powiedziała.
Micki skinęła z aprobatą głową. Była ładna i drobna. Jej oliwkowa cera wskazywała
na to, Ŝe któryś z przodków pochodził z Włoch. W ciemnych oczach młodej kobiety co i rusz
pojawiały się wesołe iskierki, które zgasły jedynie w czasie tyrady Wardella.
-
Miło mi, Ŝe się to pani podoba
-
powiedziała do Jane.
-
MoŜe teraz uda nam się
spokojnie porozmawiać.
W ciągu dwóch godzin opracowali szczegóły umowy. Micki była uszczęśliwiona. Co
prawda Jane powiedziała, Ŝe chciałaby pokazać ją jeszcze swojemu prawnikowi, lecz
jednocześnie zapewniła, Ŝe jeśli nie wynikną jakieś nowe okoliczności, to natychmiast ją
podpisze.
Czarnowłosa wicedyrektor skinęła głową i uścisnęła ich dłonie.
-
To oczywiste
-
stwierdziła na odchodnym.
Todd patrzył za nią z namysłem, drapiąc się po brodzie.
-
Jest wolna
-
podsunęła mu usłuŜnie Jane.
-
A poza tym bardzo ładna.
Spojrzał na nią przeciągłe, a następnie po raz ostatni podrapał się po brodzie i wsadził
swoje olbrzymie łapska do kieszeni dŜinsów. Jane patrzyła na niego wyczekująco, on
tymczasem pokręcił przecząco głową.
-
Nie jestem zainteresowany.
-
Dlaczego?
-
spytała.
-
Nie podrywam osób, z którymi pracuję.
Jane wzruszyła ramionami.
-
Myślałam, Ŝe księgowi nie przejmują się takimi sprawami.
JuŜ chciał powiedzieć, Ŝe księgowi być moŜe nie, ale szefowie firm powinni uwaŜać
na to, co robią, ale na szczęście w porę ugryzł się w język.
-
Być moŜe kiedyś będę z nią pracował
-
powiedział po chwili.
-
Romans z przyszłą
szefową byłby powaŜnym błędem.
-
Nie mówiąc o obecnej!
-
wpadła mu w słowo.
Przyglądał jej się przez chwilę uwaŜnie. Najwyraźniej nie spodobał mu się wyraz jej
twarzy.
-
Nie masz wcale powodów do radości
-
powiedział ponuro.
Jane poczuła ukłucie w sercu. W tej jednej, jedynej chwili poczuła, Ŝe Todd być moŜe
ma rację. MoŜe rzeczywiście straci wspaniałą przygodę. Jednak szybko odegnała od siebie te
myśli.
-
Jestem potwornie zmęczona i senna
-
powiedziała, aby zmienić temat.
-
Chciałabym
trochę odpocząć.
Todd rozejrzał się dookoła.
-
MoŜesz połoŜyć się tutaj. Ja muszę teraz trochę popracować. Meg i Tim pojechali po
zakupy, tak Ŝe nikt ci nie będzie przeszkadzał.
Ekipa remontowa zakończyła chwilowo prace i przygotowywała się do następnej,
bardziej skomplikowanej fazy operacji.
-
Dobrze
-
powiedziała Jane, wyciągając się z cichym jękiem na kanapie.
-
Zdaje się,
Ŝ
e trochę nadweręŜyłam kręgosłup. Nienawidzę wózka, ale chodzenie o kulach jest bardzo
męczące.
Todd nic jej nie odpowiedział. Zresztą Jane nie czekała na odpowiedź. Zamknęła
oczy, westchnęła raz jeszcze i zasnęła mimo bólu, który ją męczył.
Wyglądała naprawdę pięknie. MoŜe nawet zbyt pięknie, jak na jego gust. Nawet teraz,
w domowym stroju i bez makijaŜu, mogłaby zdobić okładki najpoczytniejszych kobiecych
pism.
Todd odwrócił się w stronę drzwi. Nie przyjechał tu, Ŝeby podziwiać śpiące piękności.
Jeszcze tydzień lub dwa i będzie wolny. Znowu zacznie normalną pracę w swoim biurze. I
zapomni o Jane. Tak, z pewnością uda mu się zapomnieć.
W ciągu następnego tygodnia Jane zaprzyjaźniła się jeszcze bardziej z Cherry. Obie
stały się niemal nierozłączne. Najczęściej moŜna je było zobaczyć przy koniach. Cherry
doskonaliła swoją technikę jazdy, a Jane udzielała jej kolejnych rad. Jednak te rady nie były
juŜ tak potrzebne jak poprzednio. Córka Todda nareszcie przełamała wewnętrzne opory i
zaczęła jeździć śmielej i sprawniej. Jane widziała, Ŝe jej uczennica jest na właściwej drodze, i
była dumna z tego powodu.
Todd tymczasem czuł się coraz gorzej w swojej nowej pracy. Prowadzenie rachunków
i nadzorowanie remontu było łatwe. Jednak wystarczyło, Ŝeby na horyzoncie pojawiła się
Jane, a juŜ zapominał, co miał zrobić, i cały jego spokój diabli brali. Nie mógł się
skoncentrować, nie potrafił liczyć, nie nadawał się do niczego. W głowie mu się nie chciało
pomieścić, Ŝe to wszystko z powodu jednej kobiety. Dlatego kiedy ponownie przybyła Micki
Lane, z którą miał omawiać dalsze szczegóły kontraktu, postanowił wybić klin klinem i nie
licząc się z konsekwencjami, zaprosił ją na tańce.
Tańce w Jacobsville odbywały się raz w miesiącu i były doskonałą okazją do
nawiązywania towarzyskich kontaktów. Poznawało się na nich nowe osoby z miasteczka i
omawiało waŜne wydarzenia, takie jak spęd krów czy epidemię biegunki u Turnerów. Jane
bywała na nich często przed wypadkiem. Mogła pójść i teraz, traktując je jako pretekst do
spotkania ze znajomymi, ale widok tańczących par i sama nazwa "tańce" działały na nią
przygnębiająco. Kiedy Cherry wspomniała przy jakiejś okazji, Ŝe Todd wybiera się na tańce z
tą "czarnulą od spodni", Jane poczuła ukłucie zazdrości. Lubiła Micki, ale trudno ją sobie
było wyobrazić z Toddem. Starała się nie przejmować, myśląc, Ŝe skoro nie moŜe być z
ojcem, to znajdzie pociechę w towarzystwie jego córki.
Jednak ostatecznie i to się nie powiodło. Cherry przyjęła spóźnione zaproszenie matki
do Victorii i zamiast zostać w sobotę i niedzielę na ranczu, wyjechała rano autobusem.
Trudno było mieć o to do niej pretensje. Na ranczu, poza jazdą konną, nie mogła przecieŜ
liczyć na Ŝadne rozrywki. Jednak kiedy Todd i Meg oznajmili, Ŝe teŜ wyjeŜdŜają, Jane
poczuła się absolutnie pognębiona. Wszyscy ją opuścili.
Na nikim nie mogła polegać. Musiała teraz trwać jak Ŝeglarz przy sterze i nie dać po
sobie znać, Ŝe jest jej przykro.
Todd zbierał się właśnie do wyjazdu, kiedy nagle wydało mu się, Ŝe Jane jest bledsza
niŜ zwykle.
-
Nie przeszkadza ci to, Ŝe jadę do miasteczka?
-
spytał.
-
Zostaniesz tutaj całkiem
sama.
Jane wypręŜyła dumnie pierś.
-
Jestem do tego przyzwyczajona
-
powiedziała z godnością.
-
Tim i Meg lubią
odwiedzać kuzynów. WyjeŜdŜają przynajmniej raz w miesiącu.
Jednak Todd wyglądał na zakłopotanego. Wcale nie podobało mu się to, Ŝe Jane ma
zostać sama w tak wielkim domu.
-
To małe i bezpieczne miasteczko
-
tłumaczyła mu.
-
Z pewnością nikt na mnie nie
napadnie. Poza tym mam strzelbę.
-
Wskazała przedpotopowy przedmiot wiszący na ścianie.
-
To moŜe powiesz mi, gdzie są naboje do tego cudu techniki?
-
spytał złośliwie.
Jane westchnęła cięŜko.
-
Znajdę je, jeśli będą mi potrzebne.
-
Bardzo dobrze!
-
ucieszył się Todd.
-
Mam nadzieję, Ŝe złodziej będzie na tyle
uprzejmy, Ŝe poczeka. A moŜe jeszcze pomoŜe ci w poszukiwaniach.
-
Nie musisz silić się na te złośliwości
-
odparowała.
-
Mam prawie dwadzieścia sześć
lat i potrafię sobie poradzić. Idź juŜ i zajmij się swoimi sprawami. Mam ochotę na odrobinę
samotności i dobrą ksiąŜkę.
Todd wahał się jeszcze przez chwilę.
-
Co to za ksiąŜka?
-
spytał podejrzliwie.
Jane wzruszyła ramionami, ale on wypatrzył juŜ czerwony grzbiet i barwną obwolutę.
-
"Bitwa o Alamo: fakty i hipotezy"
-
przeczytał.
-
Co to za dziwactwo?
-
Po prostu lubię ksiąŜki historyczne
-
odparła.
-
Nie widzę w tym nic dziwnego.
Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Todd starał się zmusić ją, Ŝeby spuściła oczy, ale
ona patrzyła na niego dumnie.
-
Poczytałabyś lepiej coś o miłości. Tak jak wszystkie normalne dziewczyny
-
rzucił.
-
Jeśli będę miała ochotę na romans, to nie muszę zaglądać do ksiąŜek.
Todd chrząknął.
-
Pochlebiasz mi
-
powiedział prowokacyjnie.
-
Tobie? Skąd ci to przyszło do głowy?! Wcale nie ciebie miałam na myśli!
-
Naprawdę?
Pochylił się nad nią i musnął dłonią koniuszki jej włosów. Odsunęła się trochę, ale
Todd chwycił z tyłu jej szyję i przyciągnął Jane do siebie. Zobaczyła jeszcze jego
stalowoszare oczy, zanim poczuła na ustach smak męskich warg.
Chciała go odepchnąć, ale nie była w stanie. Nozdrza wypełniał jej podniecający
zapach wody kolońskiej. Czuła, Ŝe cały świat wokół zawirował. Todd zaczął pieszczotliwie
gładzić jej plecy i kark, a ona znowu nie miała siły, Ŝeby zaprotestować. Co więcej,
poddawała się tej pieszczocie, zdając sobie sprawę, Ŝe pragnie jej coraz bardziej.
W tej sytuacji mogły pomóc jedynie radykalne środki. Dlatego podniosła do góry
dłonie i… połoŜyła je na ramionach Todda. Pod palcami wyczuła jego twarde mięśnie.
Todd był coraz bardziej podniecony. To, co zaczęło się jako zamierzona prowokacja,
przybrało nagle niespodziewany bieg. Nie miał siły, Ŝeby oprzeć się coraz to nowym falom
poŜądania, a one niosły go i niosły nie wiadomo dokąd.
Jego ręka wśliznęła się pod bluzkę dziewczyny i zaczęła powolną wędrówkę. Jane
jęknęła z rozkoszy. Czuła się jak ćma, która leci na oślep w migoczący płomień świecy.
-
Nie!
-
jęknęła, kiedy ich usta oderwały się na chwilę od siebie.
Było jej słabo, lecz i dobrze zarazem. Jeszcze raz szepnęła coś, co miało być
protestem, a potem rzuciła się na oślep ku nieznanemu światłu.
Nigdy wcześniej nie doświadczyła czegoś takiego. Pocałunki gdzieś w krzakach na
wagarach wydały jej się teraz czymś zupełnie pozbawionym erotyzmu i niewinnym. Jej skóra
była jakby naładowana elektrycznymi ładunkami. Czuła kaŜde muśnięcie palców Todda.
On tymczasem dotarł do jej piersi. Jane jęknęła, gdy przeszyła ją niespodziewana
rozkosz. Następnie, nie bardzo wiedząc co robi, zaczęła rozpinać koszulę Todda. Po chwili
stał juŜ półnagi przy kanapie, a ona mogła nasycić oczy widokiem jego szerokiego torsu. To
jej jednak nie wystarczyło. Pociągnęła go ku sobie i zaczęła całować jego klatkę piersiową.
Todd jęknął podobnie jak ona przed chwilą. Nie przypuszczał, Ŝe w lej dziewczynie jest tyle
Ŝ
aru i siły.
Jej usta błądziły po ciele Todda i powoli przesuwały się niŜej. Todd gładził płowe
włosy i mruczał z ukontentowania. Jane chciała, Ŝeby znowu zaczął ją pieścić. Pragnęła
poczuć jego dłoń na swojej piersi. Wyprostowała się więc i spojrzała mu w oczy.
-
I co? Nie wiesz, co robić?
-
spytał.
-
Potrzebujesz specjalnych instrukcji?
Te pytania otrzeźwiły ją na tyle, Ŝe zdołała się od niego odsunąć. Syknęła z bólu,
czując, Ŝe coś niedobrego stało sicz jej kręgosłupem. Todd chciał jej pomóc, ale
powstrzymała go ruchem ręki. Przez moment patrzyła na niego, mrugając powiekami.
-
Nie, nie potrzebuję
-
wyrwało jej się.
Todd patrzył ze zdziwieniem na jej pałające policzki i błyszczące oczy. Jane w niczym
nie przypominała teraz tej opanowanej, chłodnej dziewczyny, z którą stykał się na co dzień.
Była rozpalona i drŜąca. I patrzyła na niego
-
czy to moŜliwe?
-
z nienawiścią.
Sięgnął po koszulę i zaczął się ubierać. Jane odwróciła wzrok. Ręce mu się trzęsły, co
doprowadzało go do pasji. W końcu udało mu się zapiąć wszystkie guziki oraz pasek
kremowych spodni, które włoŜył specjalnie na tańce. Coś takiego nie zdarzyło mu się z
Marie. Nigdy nie stracił panowania nad sobą. To równieŜ mu się nie podobało. Miał juŜ dość
Jane razem z jej ranczem.
-
I co mi teraz powiesz?
-
spytał, wlepiając w nią oczy.
-
Nie myślałaś o mnie?
Nawet na niego nie spojrzała. UłoŜyła się wygodnie na kanapie i przymknęła oczy.
Todd podszedł do drzwi.
-
Zamknę za sobą
-
powiedział.
Skinęła głową, ale i tym razem nie zaszczyciła go spojrzeniem. Wyszedł bez słowa.
Czuł, Ŝe oszalałe serce wciąŜ tłucze mu się w piersi. Czy Jane naprawdę go nienawidzi? Co
do niego czuje? Te pytania nie dawały mu spokoju.
Zamknął drzwi na klucz, a następnie podszedł do wysłuŜonego forda. Wieczór z Micki
na pewno dobrze mu zrobi. Pozwoli zapomnieć, zapomnieć, zapomnieć.
ROZDZIAŁ SZÓSTY
Jego plany spaliły jednak na panewce. To prawda, Ŝe Micki była miłą towarzyszką.
Faktem jest, Ŝe świetnie się z nią tańczyło. Jednak Todd w Ŝaden sposób nie mógł zapomnieć
o Jane. WciąŜ czuł na ustach jej ciepłe wargi i dziwił się, Ŝe tak krucha istota potrafiła
wykrzesać z siebie tyle energii.
-
To miło, Ŝe mnie zaprosiłeś
-
powiedziała Micki, z którą bez większych ceregieli
przeszedł na "ty".
-
Ale czy Jane nie miała nic przeciwko temu?
-
Jane to moja szefowa
-
mruknął ponuro w odpowiedzi.
-
No tak
-
zgodziła się Micki.
-
Jednak to, jak na ciebie patrzyła…
Todd zgubił rytm. Szybko jednak odzyskał panowanie nad sobą i kontynuował taniec.
-
Patrzyła na mnie?
-
zapytał obojętnym tonem z nadzieją, Ŝe uda mu się ukryć
podniecenie.
Micki uśmiechnęła się z ulgą.
-
No, normalnie. Myślałam, Ŝe się w tobie kocha. Wszystko wska…
-
To absurd!
-
niemal krzyknął Todd i natychmiast przerwał taniec. Policzki nagle
zaczęły go palić.
-
AleŜ dlaczego? PrzecieŜ bardzo jej pomogłeś. Jane miała, zdaje się, spore kłopoty.
Jej prawnik, pan Kemble, mówił, Ŝe uratowałeś ją od bankructwa.
-
Przesadzał
-
wtrącił Todd.
-
W kaŜdym razie jej pomogłeś
-
ciągnęła.
-
Tego nie zapomina się tak łatwo.
Micki spuściła wzrok i przez chwilę obserwowała parkiet. Stali z boku, więc nie
przeszkadzali tańczącym parom. Mogli bez przeszkód kontynuować rozmowę.
-
Poza tym Jane jest śliczna
-
zaczęła z innej beczki.
-
Nasi spece od reklamy nie mogą
wyjść z podziwu. Chcą jak najszybciej zacząć kampanię telewizyjną.
-
No owszem, nie jest brzydka
-
zgodził się Todd.
-
A poza tym bardzo skromna
-
stwierdziła Micki.
-
Rzadko spotyka się piękną
kobietę, która nie robiłaby hałasu wokół swojej urody.
Todd miał juŜ dosyć rozmowy o przymiotach Jane. Rozejrzał się po sali. Właśnie
skończył się jeden taniec i miał się zacząć drugi.
-
Zatańczymy jeszcze?
-
spytał.
Micki skinęła radośnie głową.
Todd był tego wieczoru wyraźnie nie w humorze. NieostroŜna uwaga Micki na temat
tego, Ŝe Jane prawdopodobnie się w nim kocha, wtrąciła go w otchłań niepewności. Wszystko
ś
wiadczyło przeciw tej tezie i jedyne "za" stanowiły gorące pocałunki, które wciąŜ tak dobrze
pamiętał. Jego nastrój udzielił się partnerce, więc przetańczyli kilka tańców, a następnie
odwiózł ją do domu.
Na poŜegnanie pocałował Micki. W policzek.
Kiedy wyjeŜdŜał z Jacobsville, ledwie dochodziła jedenasta. Zazwyczaj bawiłby się
jeszcze w najlepsze, tak jak kaŜdy normalny męŜczyzna. Zaklął pod nosem i zawrócił do
miasteczka. Zajrzał do baru, gdzie zamówił duŜe piwo, nad którym spędził półtorej godziny.
Następnie, kiedy uznał, Ŝe pora jest juŜ odpowiednia, znowu ruszył w drogę powrotną.
Początkowo miał zamiar pójść od razu do siebie. Zaniepokoiło go jednak zapalone
ś
wiatło na ganku i to, Ŝe przed domem nie było samochodu państwa Harleyów. Postanowił
więc sprawdzić, co się dzieje.
Wszedł na ganek i nacisnął klamkę. Drzwi nie były zamknięte. Następne równieŜ, a
takŜe kolejne. W ten sposób dotarł do sypialni, z której sączyło się mdłe światełko. Todd
pchnął uchylone drzwi i wszedł do środka.
Jane siedziała na łóŜku i czytała przy nocnej lampce. Miała na sobie satynową
piŜamkę z głęboko wyciętym dekoltem, który odsłaniał wspaniale okrągłe ramiona i duŜy
fragment piersi. Todd stał, wpatrując się niemal bez tchu w zjawisko przed sobą.
Jane wolno podniosła oczy.
-
JuŜ jesteś?
-
spytała retorycznie.
-
Co się stało?
-
dodała, widząc jego minę.
-
Dlaczego, do diabła, nikt nie zamknął drzwi?!
-
zawołał, starając się, by jego głos
brzmiał moŜliwie jak najostrzej.
-
Były otwarte? NiemoŜliwe. Sama je zamknęłam. Zapaliłam tylko światło dla Tima i
Meg.
Todd zmarszczył brwi, starając się nie patrzeć na Jane.
-
Tak, były otwarte. Poza tym Tim i Meg jeszcze nie przyjechali. MoŜe zostawili jakąś
wiadomość na sekretarce?
-
spytał na koniec.
Jane wzruszyła ramionami.
-
Nie mam pojęcia
-
odparła.
-
Po prostu wzięłam aspirynę i połoŜyłam się, bo bolały
mnie plecy.
Todd wycofał się w pośpiechu z sypialni, mrucząc pod nosem, Ŝe zaraz to sprawdzi.
Rzeczywiście, dzwonił Tim i powiedział, Ŝeby na nich nie czekać, poniewaŜ zostaną na noc u
kuzynów.
Todd potarł dłonią czoło. Czuł się jak pijany. Było to dziwne, poniewaŜ wypił tylko
jedno piwo. Myśli o półnagiej Jane powracały do niego uporczywie. W zasadzie powinien jej
powiedzieć, Ŝe Harleyowie nie wracają. A potem co? MoŜe zdjąć z niej tę piŜamkę? Czy
pozwoliłaby mu na to? Czy rzeczywiście go kocha? Co się z nim w ogóle dzieje?
Wyszedłszy z gabinetu, wymamrotał pod nosem jakieś przekleństwo. Powinien jak
najszybciej stąd uciec i wziąć zimny prysznic.
Udało mu się dotrzeć aŜ do drzwi wejściowych. Tutaj utknął, czując, Ŝe nie zdoła
przekroczyć progu domu, w którym znajduje się Jane. Po krótkiej walce wewnętrznej
zdecydował się wrócić do sypialni dziewczyny.
OdłoŜona ksiąŜka w dalszym ciągu leŜała na stoliku. Mdłe światło lampki oświetlało
Jane. Miał wraŜenie, Ŝe w tej chwili jest piękniejsza niŜ kiedykolwiek.
-
I… i co? Dzwonili?
-
spytała nieswoim głosem.
Ona teŜ pamiętała ich namiętny pocałunek. To, co się z nią działo, przypominało
gwałtowną burzę. Zniknął gdzieś instynkt samozachowawczy. W tej chwili pragnęła tylko
Todda. Chciała z nim być, czuć go obok siebie.
-
Tak. Nie wrócą na noc.
Siedziała z otwartymi oczami. Pragnęła go i bała się jednocześnie. Todd chyba to
odgadł, poniewaŜ zamknął drzwi, a następnie podszedł do łóŜka i zgasił lampkę.
W ciemności słyszeli tylko swoje oddechy. Widzieli kontury swoich ciał. Todd stał
przez chwilę przy łóŜku, jakby zastanawiając się, co dalej robić. W końcu wyciągnął dłoń w
stronę Jane. Poczuła ją na ramieniu i zadrŜała. Odetchnęła głęboko. Jednocześnie jej ciało
zachowywało się tak, jakby nie naleŜało do niej. Wygięło się w łuk, poddając się pieszczocie.
Z ust Jane wyrwał się cichy jęk rozkoszy. Todd dotknął ich swoimi wargami, a następnie
zsunął piŜamę z jej ramion i zaczął całować piersi.
Zupełnie nie przygotowana na to, Jane przeŜyła nagłą ekstazę. Wszystko wokół niej
kręciło się jak na ogromnej karuzeli. Nie miała pojęcia, co się z nią dzieje. Pragnęła tylko
jednego
-
Ŝ
eby "to" trwało wiecznie.
Reagowała jednak prawidłowo. Todd ani przez moment nie domyślił się, Ŝe brakuje
jej doświadczenia. MoŜe dlatego, Ŝe sam był zaślepiony Ŝądzą i, pomimo małŜeńskich
doświadczeń, czuł teraz coś nowego i niepowtarzalnego.
Delikatnie ułoŜył Jane na łóŜku i pozbawił satynowej piŜamki. Czuł obok siebie
drŜące z rozkoszy nagie ciało.
-
Czy jesteś zabezpieczona?
-
spytał.
-
C…co?
-
Czy bierzesz jakieś pigułki albo coś takiego?
-
dopytywał się.
-
N… nie
-
odpowiedziała słabym głosem.
Todd westchnął. Na szczęście on miał zabezpieczenie. JuŜ dawno zwątpił w sens
noszenia przy sobie prezerwatyw, a teraz
-
przydałyby się.
Jego pytanie podziałało na Jane otrzeźwiająco. Ale tylko na chwilę. Kolejne pocałunki
znowu ją oszołomiły. Todd szybko nałoŜył prezerwatywę i kontynuował pieszczoty.
-
Spokojnie, kochanie, będę bardzo ostroŜny.
UłoŜył ją tak, Ŝeby nie urazić kręgosłupa. Jane poddawała się tym zabiegom, czując,
Ŝ
e są nieuniknione. Zresztą brakowało jej woli, Ŝeby się sprzeciwić. Pragnęła Todda, albo,
mówiąc ściślej, jej ciało pragnęło go z całą mocą.
RównieŜ Todd czuł, Ŝe dzieje się z nim coś dziwnego.
Nigdy wcześniej nie doświadczył takiej Ŝądzy. Być moŜe, gdyby miał czas, Ŝeby się
nad tym zastanowić, uznałby to za niepokojące. Teraz jednak pragnął Jane, która leŜała przed
nim jak kwiat z rozchylonymi płatkami. Nie potrafił juŜ dłuŜej opierać się zewowi natury.
Starał się wejść w nią bardzo delikatnie. Wiedział, Ŝe nie będą mogli kochać się
normalnie. Nie przypuszczał jednak, Ŝe czeka go taka niespodzianka. Dopiero po chwili pojął,
co się dzieje. Rozsądek krzyczał: "Wycofać się! Wycofać!", ale on nie potrafił go juŜ
usłuchać. Jego ciało wpadło w miłosny trans. Praktycznie stracił nad nim kontrolę. Usłyszał
jeszcze krzyk bólu i pomyślał, Ŝe zawsze będzie siebie nienawidzić z tego powodu.
Oboje natychmiast osiągnęli szczyt. Jane poczuła, Ŝe boi zamienia się w rozkosz, a
potem w jeszcze większą rozkosz, później natomiast nie czuła juŜ nic. Kiedy znowu
odzyskała pełną świadomość, stwierdziła, Ŝe płacze, a plecy znowu zaczęły ją boleć. Todd
siedział tuŜ obok i scałowywał łzy z jej oczu.
-
Przepraszam, nie wiedziałem
-
szepnął.
-
Jest mi potwornie głupio.
Nic nie powiedziała, tylko zaniosła się jeszcze większym szlochem. Todd myślał, Ŝe
spali się ze wstydu. Dręczyło go ogromne poczucie winy. Sam nie wiedział, co ze sobą
zrobić.
-
Dziewczyno, przecieŜ masz dwadzieścia pięć lat
-
powiedział celowo szorstkim
tonem.
-
Na co czekałaś? Na Ślub?
Jane przełknęła łzy.
-
To nie powód do Ŝartów.
-
Rozumiem. Pochodzisz z rodziny hołdującej tradycyjnym wartościom…
-
Odczep się od mojej rodziny!
Todd zastanawiał się przez chwilę, czy wyjaśniać, Ŝe wcale nie zamierza z niej kpić.
Zamiast tego pochylił się i pocałował jej mokry policzek.
-
Było wspaniale
-
szepnął.
-
Ale bolało
-
poskarŜyła się, wiedząc, Ŝe nie jest to cała prawda.
-
Podobno zawsze boli za pierwszym razem
-
powiedział.
-
Chciałbym wynagrodzić ci
ten ból.
JuŜ miała zamiar powiedzieć, Ŝe nie potrzeba, ale nagle poczuła rękę Todda na szyi.
Dopiero teraz przypomniała sobie, Ŝe w dalszym ciągu jest naga. Chciała zakryć piersi, ale
Todd ją uprzedził i zaczął je całować. Zupełnie zapomniała o bólu kręgosłupa. Znowu
poczuła rozkosz, narastającą w miarę, jak pieszczoty Todda stawały się coraz śmielsze. Sama
nie wiedząc dlaczego, przywarła do niego całym ciałem. Zapragnęła, Ŝeby w nią wszedł
jeszcze raz. Czuła się pusta bez niego. Jednak on bardzo teraz uwaŜał. Starał sienie poddawać
fali poŜądania. Pieścił ją, trzymając swoje zmysły na wodzy.
Wystarczyło jednak, Ŝeby Jane przytuliła się mocniej, a znów stracił panowanie nad
sobą. UłoŜył ją delikatnie, jak za pierwszym razem, a Jane nie protestowała. Co więcej,
pociągnęła go ku sobie.
-
Chwileczkę, kochanie. Teraz teŜ muszę się zabezpieczyć
-
szepnął.
Ciemność ukryła jej rumieniec. Była tak zaŜenowana, Ŝe nie wiedziała, co powiedzieć.
Na szczęście nic nie musiała mówić. Po chwili znowu się połączyli. Tym razem teŜ bolało,
ale znacznie mniej, a rozkosz, która wypełniła ją niemal natychmiast, kazała zapomnieć o
bólu.
W końcu oderwali się od siebie. Todd pomógł jej ułoŜyć się wygodnie na pościeli, a
następnie połoŜył się tuŜ obok.
Jane juŜ nie płakała. Zastanawiała się nad tym, co się z nią stało.
-
Jak plecy?
-
usłyszała pytanie.
-
W porządku.
Musiała zagryźć wargi, Ŝeby znów nie wybuchnąć płaczem.
-
Jak się czujesz?
-
Dobrze.
Dotknął jej ramienia. Nawet teraz było to przyjemne. Mimo to Jane wykonała
niechętny gest.
-
Lepiej się ubierz
-
powiedziała.
-
Zaczyna robić się zimno.
Todd wstał i zaczął się ubierać. Wcześniej jednak przykrył ją kołdrą, Starała się na
niego nie patrzeć. Na szczęście Todd nie zapalał lampki. Jane ze zgrozą myślała o chwili,
kiedy będzie musiała spojrzeć mu w twarz. Jak się zachowa? Czy uda jej się ukryć wstyd? A
jeśli tak, to kosztem jakich wyrzeczeń? Te i inne pytania nie dawały jej spokoju. LeŜała
sztywno wyprostowana i patrzyła w sufit.
Todd widział, Ŝe się martwi, ale nie wiedział, jak jej pomóc. Chętnie by ją jeszcze raz
przeprosił, ale przeprosiny wydawały mu się czymś zupełnie niestosownym w obliczu tego,
co się stało. Nigdy nie znalazł się w podobnej sytuacji. Musiał przyznać, Ŝe nie wie, jak się
zachować.
Todd ubrał się w końcu i stanął przy łóŜku. Spojrzał na Jane. Co dalej?
ZauwaŜyła, Ŝe skończył się ubierać. Milczał. Co dalej? WciąŜ czekała.
Chrząknął. CzyŜby chciał to powiedzieć teraz? JuŜ najwyŜszy czas!
-
No, cóŜ… Śpij dobrze.
Wyszedł. Pragnęła go zatrzymać, ale nawet nie próbowała tego robić. To i tak nic by
nie dało. Poczuła, Ŝe znów ma mokre policzki. Nie płakała jednak tak jak przedtem. Płacz
przynosi ulgę i uspokaja. Tym razem z oczu ciekły jej po prostu dwie struŜki łez. Todd ani
razu nie powiedział, Ŝe ją kocha. Dlaczego?
Odpowiedź mogła być tylko jedna.
Kiedy obudziła się następnego dnia, cała była obolała. Otworzyła oczy, a następnie
zamknęła je, poraŜona nagłą jasnością. I właśnie w tym momencie przypomniała sobie, co się
stało. Mimo bólu usiadła na łóŜku i z wypiekami na twarzy zaczęła rozwaŜać wydarzenia
ostatniej nocy.
Jej piŜamka leŜała obok łóŜka. Krzywiąc się, wstała i przyjrzała się pościeli. No tak,
wszystko jasne. Nic się jej nie przyśniło. Szybko zdjęła prześcieradło i wraz z piŜamą
wrzuciła je do kosza na brudną bieliznę. Następnie znowu usiadła, Ŝeby trochę odpocząć.
Kiedy zebrała siły, ruszyła do łazienki, Ŝeby jak najszybciej wziąć prysznic. Przed kabiną
odstawiła kule i chwyciła się poręczy zamontowanej tutaj specjalnie dla niej. Kiedy juŜ się
wykąpała i ubrała w Ŝółty golf i dŜinsy, przyszło jej do głowy, Ŝe nie ma sensu czekać z
praniem. Zebrała brudne rzeczy, starając się ukryć nawet przed sobą prześcieradło i piŜamkę,
zaprogramowała pralkę najpierw na płukanie zimną wodą, a następnie na pranie z
gotowaniem. Meg, która pojawiła się w domu koło jedenastej, wcale nie była z tego
zadowolona.
-
Hej, to przecieŜ moja robota
-
powiedziała do Jane.
-
MoŜe przynajmniej pozwolisz
mi to rozwiesić.
Jane pomyślała, Ŝe za Ŝadne skarby nie chciałaby rozwieszać prześcieradła i piŜamki, i
skinęła energicznie głową.
-
Wzięłam się do tego, bo nie miałam czym się zająć
-
wyjaśniła z kamienną twarzą.
-
Wszyscy wyjechali, a Todd wybrał się na randkę z Micki Lane.
-
Z tą od ubrań?
-
upewniła się Meg.
-
Ta czarnulka jest bardzo ładna.
-
Mhm. I podoba się Toddowi.
Meg zerknęła podejrzliwie na Jane.
-
Myślałam, Ŝe Todd podoba się tobie
-
powiedziała bez ogródek.
-
O, tak. Jest znakomitym księgowym.
Gospodyni skinęła głową. Nie dała po sobie poznać, jakie nadzieje wiązała ze
"znakomitym księgowym". Jej osobiście wydawał się on wcieleniem męskiego ideału i nie
miałaby nic przeciwko temu, Ŝeby oŜenił się z Jane.
Tak była zajęta swoimi myślami, Ŝe nie zauwaŜyła smutku w oczach swojej
podopiecznej i chlebodawczyni.
-
No właśnie, a skoro juŜ o tym mówimy, to gdzie jest Todd?
-
spytała.
-
Od przyjazdu
nigdzie go nie widziałam.
-
Nie mam pojęcia. Nie widziałam go dzisiaj
-
odparła Jane, nie zastanawiając się nad
tym, Ŝe nie jest to zupełnie zgodne z prawdą.
-
To dziwne. O tej porze zawsze kręci się w kuchni. Lubi coś przekąsić przed
lunchem.
-
MoŜe ma randkę z Micki
-
zasugerowała Jane.
Meg podeszła do okna i wyjrzała na podwórko. Po chwili wróciła, kiwając głową.
-
No tak, nie ma jego samochodu.
Jane czuła się tak, jakby ktoś wbił jej sztylet w serce.
-
Więc jednak randka
-
szepnęła do siebie.
Meg wzruszyła ramionami.
-
A bo to wiadomo. Todd ma róŜne swoje sprawy. Nie musi się przecieŜ za kaŜdym
razem odmeldowywać.
-
Nie musi
-
zgodziła się Jane.
Nawet nie płakała. Poszła do siebie, Ŝeby poczytać. Później, przy lunchu, słuchała
sprawozdania Tima i Meg z pobytu u kuzynów. I nikt, naprawdę nikt, nie zwrócił uwagi na
to, Ŝe jest dzisiaj bledsza i mniej rozmowna. A jeśli nawet cokolwiek dostrzegł, to złoŜył to na
karb choroby.
Todd przywiózł Cherry na ranczo tuŜ przed zmrokiem. Mimo iŜ córka przekonywała
go, Ŝe doskonale sobie poradzi, zdecydował się na podróŜ do Victorii. Być moŜe jemu
równieŜ było głupio i chciał zapomnieć o tym, co się stało, pomyślała Jane. Jedno tylko się
zmieniło
-
juŜ nieodwołalnie przeszedł z nią na "ty". Jednak, ku jej zdziwieniu, wszyscy
przyjęli to jako coś naturalnego.
Spotkali się we trójkę w pokoju telewizyjnym. Jane oglądała właśnie wiadomości.
-
Jak ci się udał weekend?
-
spytała Cherry.
-
Niespecjalnie
-
odparła zagadnięta, nie wdając się w szczegóły.
-
O BoŜe! Jaka jesteś blada! Czy coś się stało?!
Jane próbowała ukryć zmieszanie. Musiała się teŜ powstrzymywać, Ŝeby nie spojrzeć
na Todda.
-
Nic takiego
-
odparła.
-
Trochę mnie bolą plecy, ale sporo dziś odpoczywałam.
-
Muszę sprawdzić obliczenia
-
powiedział Todd oficjalnym tonem.
-
Wezmę księgi
rachunkowe do siebie, jeśli pozwolisz.
Wyczuła w nim chłód i obcość. Wiedziała, Ŝe musi odpłacić tym samym, Ŝeby
przetrwać.
-
AleŜ oczywiście
-
powiedziała z wymuszonym uśmiechem.
-
Czy jedliście coś?
Cherry otworzyła juŜ usta, ale ojciec był szybszy:
-
Tak, po drodze. Teraz juŜ pójdziemy. PoŜegnaj się, Cherry.
Dziewczynka patrzyła to na Jane, to na ojca, świadoma napięcia Jakie powstało
między dorosłymi. W końcu jednak powiedziała "dobranoc" i skierowała się w stronę
wyjścia. Todd podąŜył za córką.
Jane wróciła do oglądania telewizji, ale niewiele do niej docierało. Ani razu nie
spojrzała na Todda. Ciekawe, czy tak juŜ będzie zawsze?
Robotnicy bardzo szybko uwinęli się z remontem domu i przystąpili do dalszych,
niezbędnych napraw. Wszystko szło według planu. Jane zajrzała teŜ do nowej stajni i była
zaskoczona postępem robót. Dziwiło ją równieŜ to, Ŝe jakość nie ustępuje tempu.
Nadszedł czas, kiedy mogli kupić klacze do przyszłej stadniny. Jane wybrała się razem
z Cherry i Toddem na aukcję do znanej stadniny niedaleko Corpus Christi. Dorośli zajmowali
się przeglądaniem katalogu, a Cherry zachwycała się kaŜdym koniem, którego wyprowadzano
na placyk.
Jane doskonale znała się na koniach. Nawet jej ojciec nie Ŝałował, kiedy decydował
się kierować jej radą. Todd szybko zorientował się, Ŝe najlepiej zrobi idąc w jego ślady,
dlatego głównie milczał. Szybko kupili trzy dorodne klacze i źrebaka. Todd ustalił z
właścicielem warunki transportu i w zasadzie byli juŜ wolni.
-
MoŜe wstąpimy gdzieś na lody
-
zaproponowała Cherry, ocierając pot z czoła.
-
Jest
potwornie gorąco.
Todd z trudem przełknął ślinę.
-
Dobrze. Jeśli Jane nie jest zbyt zmęczona
-
powiedział z wahaniem.
Jane skinęła głową. Po raz pierwszy zdecydowała się iść bez kul i mimo bólu czuła się
dziwnie lekko. Parę razy miała wręcz ochotę wsiąść na konia i pogalopować przed siebie.
-
Nie jestem zmęczona
-
powiedziała.
Todd skinął głową.
-
Chodźcie do samochodu. Musimy podjechać do miasteczka.
Bez trudu znaleźli małą lodziarnię otoczoną wianuszkiem samochodów. Nie tylko im
było gorąco. Todd rozejrzał się bezradnie. Wszystkie stoliki były zajęte.
-
MoŜemy na razie usiąść pod drzewami
-
powiedziała Cherry do ojca.
-
NajwyŜej
zajmiemy stolik, jak się któryś zwolni.
Todd wciąŜ nie wyglądał na przekonanego, więc córka sama podjęła decyzję.
Poprosiła o swoje ulubione lody czekoladowe, a Jane po chwili namysłu wzięła to samo.
Todd jak niepyszny powędrował do kolejki.
Męczyło go jednak nie to, Ŝe musi kupić lody obu dziewczynom. Wiedział, Ŝe postąpił
ź
le, i wciąŜ czynił sobie z tego powodu wyrzuty. Pozbawił Jane czegoś, co mogła chcieć
ofiarować swojemu przyszłemu męŜowi. Być moŜe nawet kochała się w nim na początku, ale
teraz był pewny, Ŝe go nienawidzi. Świadczył o tym jej chłodny, wyprany z emocji ton oraz
to, Ŝe w ogóle nie chciała na niego patrzeć. Czyniła to rzadko i niechętnie. Ani razu nie
spojrzała mu w oczy. To wszystko świadczyło co najmniej o wrogości.
Najbardziej martwiło go to, Ŝe Cherry wyczuwa złą atmosferę. Córka nie pytała o nic,
ale wiedział, Ŝe męczy ją zaistniała sytuacja. Kochała zarówno jego, jak i swoją nauczycielkę
i nie mogła zrozumieć, co się między nimi dzieje. Przypominało to trochę sytuację przed
rozwodem jej rodziców i było chyba równie bolesne.
Sprzedawca po raz trzeci spytał go, czym moŜe słuŜyć i Todd ocknął się z zamyślenia.
Zamówił dwie porcje lodów czekoladowych z polewą i wiórkami kokosowymi, a następnie
zaczął się zastanawiać, co wziąć dla siebie. Najchętniej zamówiłby duŜą whisky z lodem.
PoniewaŜ jednak nie podawano jej w lodziarni, wybrał lody waniliowe z likierem.
Wrócił na placyk i bez trudu wypatrzył Jane i Cherry pod jednym z drzew.
-
Nawet coś się zwolniło, ale wolałyśmy zostać tutaj
-
poinformowała go córka.
-
Tu
jest tak przyjemnie.
Todd podał im lody.
-
Proszę, to dla was.
Cherry rzuciła się na swoją porcję. Jane jadła jednak bardziej powściągliwie.
-
Pycha! Naprawdę świetne. Uwielbiam czekoladę!
-
entuzjazmowała się Cherry.
Jane skinęła głową.
-
Ja teŜ. Tylko muszę na nią uwaŜać. Jeśli zjem za duŜo albo za szybko, to boli mnie
później głowa.
-
Dlaczego nie powiedziałaś o tym wcześniej?
-
burknął Todd.
-
Kupiłbym ci coś
innego.
Spojrzała na niego, chyba po raz pierwszy tego dnia, jeśli nie liczyć przypadkowych
zerknięć, i powiedziała:
-
Lubię lody. Nikt mi nie będzie dyktował, co mam jeść, a czego nie.
Cherry, która uporała się juŜ z połową swojej porcji, szybko wtrąciła się do rozmowy:
-
Co myślisz o tym źrebaku, Jane? Wiesz, strasznie mi się podoba.
-
Co takiego?!
-
zawołał Todd, nie słysząc najwyraźniej uwagi córki.
-
Co ty sobie
wyobraŜasz?!
Twarz Jane pociemniała z gniewu. Todd wyprostował się i spojrzał na nią swoim
stalowym wzrokiem. Milczeli, ale było to bardziej wymowne, niŜ gdyby skoczyli sobie do
oczu. Cherry nie wiedziała, co robić.
-
Chyba pójdę po serwetki
-
rzuciła.
Ani ojciec, ani Jane nie zauwaŜyli tego, Ŝe odeszła. Patrzyli na siebie w napięciu jak
dwoje dzikich zwierząt. W końcu Todd rozluźnił się trochę.
-
MoŜe przestaniemy udawać, Ŝe nic się nie stało
-
zaproponował.
ROZDZIAŁ SIÓDMY
Jane poczuła jego palce na swojej dłoni. Chciała ją cofnąć, ale nic mogła. Bała się, Ŝe
jeśli Todd spojrzy jej w oczy, natychmiast odgadnie, co się z nią dzieje.
-
To nie moŜe dłuŜej trwać
-
powiedział, zastanawiając się, dlaczego odwraca od niego
wzrok.
-
WciąŜ cię pragnę. Bardziej niŜ kiedykolwiek.
Niemal czuła na twarzy jego palący oddech.
-
ś
ałuję tego. co się stało
-
powiedziała zduszonym głosem.
-
Tak, wiem. Ale nic juŜ na to nie poradzimy, I muszę ci powiedzieć, Ŝe nigdy nie było
mi tak dobrze. Myślę, Ŝe powinniśmy być razem.
Spojrzała na niego ukradkiem. Co miał na myśli? Nie, w jego oczach nie było miłości,
a tylko poŜądanie.
-
Chodzi ci o romans
-
powiedziała bardziej twierdzącym niŜ pytającym tonem.
Todd skinął głową, niszcząc w ten sposób jej marzenia o czymś więcej.
-
Nie wierzę w małŜeństwo
-
powiedział z goryczą.
-
Byłem juŜ Ŝonaty i mam przykre
doświadczenia z tego okresu. Ale wracając do nas, to sama przyznasz…
-
A co z Cherry?!
-
przerwała mu gwałtownie.
-
Ma przecieŜ czternaście lat i wie, Ŝe nie jestem mnichem
-
odparł.
-
Poza tym nie
wierzy juŜ w opowieści o księciu zakochanym przez całe Ŝycie.
Jane z trudem przełknęła ślinę. Jej oczy posmutniały. Todd wciąŜ trzymał ją za rękę.
-
Ale obawiam się, Ŝe ja wciąŜ w nie wierzę.
-
Nie wygłupiaj się! Nie chcesz chyba powiedzieć, Ŝe w naszych czasach liczysz na
trwały związek!
-
szydził.
-
Właśnie, Ŝe wierzę. Taki do grobowej deski. I… i będę wierna męŜowi.
-
Jane
uniosła dumnie głowę.
-
I oczywiście powiem mu o tym, co wydarzyło się między nami.
Todd cofnął się nieco i wyprostował.
-
Myślisz, Ŝe znajdziesz kogoś takiego?
-
spytał juŜ bez kpiny, ale z wyraźną troską.
-
Myślę, Ŝe warto szukać.
Milczeli przez chwilę. W tym czasie legły w gruzach wszelkie nadzieje Jane. Jej serce
przepełniał ból. Czy to moŜliwe, Ŝe świat trwa nadal w nie zmienionym kształcie? Świeci
słońce? Szumią drzewa? Ludzie jedzą lody i rozmawiają o jakichś nieistotnych sprawach?
Todd siedział naprzeciwko niej, zmęczony i nagle postarzały. Jane uśmiechnęła się
smutno.
-
Przykro mi, Todd. Ja nie mam za sobą nieudanego małŜeństwa i dlatego łatwiej mi
wierzyć w bajki. Nie, nie chcę się wdawać w romans. Nawet z tobą.
Jego oczy zalśniły dziwnym blaskiem. CzyŜby powiedziała mu nie zamierzony
komplement?
-
Ale podobało ci się wtedy, w nocy
-
powiedział zdławionym głosem.
Jane zebrała te resztki odwagi, które jej zostały. Nie było ich wiele.
-
Jasne, Ŝe tak. Było wspaniale. Dzięki.
Widziała, Ŝe rozzłościła go tylko tym wyznaniem. JuŜ otworzył usta, Ŝeby na nią
krzyknąć, kiedy obok pojawiła się roześmiana Cherry.
-
Mam juŜ serwetki
-
powiedziała.
-
Miło tu posiedzieć w tym cieniu. Straszny upał.
Zjedliście juŜ lody?
Oboje spojrzeli na swoje kubeczki, w których znajdowała się płynna substancja.
-
W pewnym sensie
-
powiedział Todd wstając.
-
Musimy juŜ ruszać. Mam trochę
zaległości w pracy i chciałbym to nadrobić.
-
AleŜ tato, przecieŜ…
Wystarczyło jedno jego spojrzenie, Ŝeby zamilkła. Co mogło zajść między ojcem i
Jane?
-
No dobrze juŜ, dobrze
-
powiedziała z ociąganiem Cherry.
-
MoŜemy jechać. Nie
zgłaszam Ŝadnych pretensji.
Następne dni były wypełnione pracą. Jane konferowała z Micki Lane w sprawie
kampanii reklamowej, Cherry zajmowała się jazdą, a Todd siedział całymi godzinami w
gabinecie i pracował jak wariat. Harleyowie patrzyli na to wszystko oczami zdrowych ludzi,
którym nagle kazano zamieszkać w domu wariatów. Nie protestowali jednak, a nawet moŜna
było przypuszczać, Ŝe są zadowoleni. Timowi jakby ubyło parę lat, a zawsze Ŝwawa Meg
wykonywała swoje obowiązki z energią nastolatki.
Siódmego czy ósmego dnia po pamiętnej wyprawie Micki zadzwoniła do Jane z
wiadomością, Ŝe będą musiały wybrać się do Victorii na zdjęcia. Zaproponowała, Ŝe po nią
wpadnie, ale Jane nie chciała, Ŝeby młoda wicedyrektorka spotkała się z Toddem. Tak się
szczęśliwie składało, Ŝe ostatnio zupełnie się nie widywali. Zresztą Todd spotykał się tylko z
Timem, za pośrednictwem którego omawiał z nią sprawy związane z ranczem, oraz z Meg.
Jane powiedziała, Ŝe dziękuje i poprosi kogoś, Ŝeby ją podwiózł.
-
Dobrze
-
zgodziła się Micki.
-
A jak się miewa Todd? Nie widziałam go ostatnio.
-
Jest bardzo zapracowany
-
odparła Jane rzeczowym tonem.
-
Ma huk roboty z
wykańczaniem stajni i obejścia. Poza tym kontroluje wszystkie roboty.
-
Rozumiem
-
powiedziała Micki smutnym głosem.
-
To zajmuje sporo czasu.
-
Sporo
-
zgodziła się Jane.
Znacznie więcej niŜ poprzednio, dodała w duchu. Więc pewnie to tylko pretekst?
MoŜe chodzi o to, Ŝeby jak najrzadziej się z nią widywać?
-
Dobrze, wobec tego spotykamy się w piątek
-
zakończyła Micki.
-
W piątek o dziewiątej
-
potwierdziła Jane.
Nie powiedziała o tym wyjeździe ani Toddowi, ani Cherry. Była pewna, Ŝe Tim
zawiezie ją do Victorii, jeśli go o to poprosi. Wcześniej jeszcze musiała się wybrać do doktora
Coltraina na rutynowe badania. Rudzielec opukał ją i osłuchał, zmierzył ciśnienie krwi,
zajrzał do oczu, a takŜe zrobił kilka ponurych min, zanim oznajmił, Ŝe wszystko jest w jak
najlepszym porządku.
-
To wspaniale
-
powiedziała z uśmiechem.
Coltrain zachmurzył się jeszcze bardziej.
-
Tyle tylko, Ŝe masz cienie pod oczami i jesteś blada
-
stwierdził.
-
Chodzi tu o
Burke'a?
-
To nie twoja sprawa
-
ucięła krótko.
-
AleŜ Jane, przecieŜ nie jestem ślepy.
Czerwona ze wstydu Jane odmówiła dalszej rozmowy na ten temat. W ogóle nie
chciała słyszeć o Toddzie. Pragnęła raz na zawsze wymazać go z pamięci.
-
I jeszcze jedno
-
dodał Rudzielec, kiedy zaczęła zbierać się do wyjścia.
-
MoŜesz
teraz trochę częściej chodzić.
Twarz Jane rozchmurzyła się natychmiast.
-
A jeździć?
-
No, nie przesadzaj. Musisz bardzo uwaŜać. Upadek z konia mógłby mieć fatalne
skutki.
-
Nawias mnie nigdy nie zrzucił.
-
Co nie znaczy, Ŝe nie moŜe tego zrobić.
Zapomniała, Ŝe Coltrain sam był doskonałym jeźdźcem i znał się na koniach jak nikt
inny. W czasie studiów dorabiał sobie nawet występami na rodeo, chociaŜ nigdy nie traktował
tego powaŜnie.
Lekarz zastanawiał się przez chwilę.
-
Dobrze, spróbuj jeździć. Ale bardzo uwaŜaj
-
dodał.
-
Słyszałem, Ŝe będziesz
reklamowała jakieś ubrania. Czy to prawda?
Jane uśmiechnęła się.
-
Pewnie Meg była ostatnio z wizytą u twojej matki, co?
-
spytała domyślnie.
Nie doczekała się odpowiedzi. Rudzielec wciąŜ wlepiał w nią te swoje zielone oczy.
-
Mam reklamować stroje do rodeo, głównie dŜinsowe spodnie i kurtki. Wybieram się
nawet w piątek do Victorii na zdjęcia.
Nie zrobiło to na nim specjalnego wraŜenia.
-
Jak masz zamiar tam się dostać?
-
spytał.
-
Pewnie Tim mnie zawiezie.
Coltrain pokręcił przecząco głową.
-
Ja to zrobię
-
powiedział.
-
Mam w Victorii konsylium w sprawie leukemii, którą
leczyłem tutaj. Pacjent się przeprowadził i muszę jechać.
-
Jestem umówiona na dziewiątą i mogę zostać w Victorii ładnych parę godzin
-
uprzedziła go.
-
Znajdę sobie coś do roboty
-
mruknął.
Jane rozpromieniła się na myśl o wspólnej jeździe z przyjacielem.
-
To wspaniale! Będziemy mogli sobie pogadać. Ciągle brakuje nam czasu.
-
Przyjadę do ciebie po ósmej
-
powiedział Coltrain, który równieŜ zaczął się
uśmiechać.
W tym momencie usłyszeli pukanie do drzwi i po chwili do gabinetu zajrzała doktor
Lou Blakely.
-
Przepraszam, ale pan Harris nie chce ze mną rozmawiać o swoich hemoroidach. Czy
mógłbyś…?
-
Jej spojrzenie padło na Jane.
-
Zaraz tam przyjdę
-
powiedział krzywiąc się, jakby widok Lou sprawił mu
przykrość.
-
Nie jesteś dla niej zbyt miły
-
stwierdziła Jane, kiedy lekarka zniknęła za drzwiami.
-
Tak, wiem
-
powiedział z roztargnieniem i zamyślił się na moment.
Kiedy wychodziła, wciąŜ był zamyślony i poŜegnał się z nią w roztargnieniu. Na
wszelki wypadek przypomniała mu o piątku i wyszła. Rudzielec nigdy się tak nie
zachowywał. W miasteczku był znany z pogodnego usposobienia. Jednak z jakichś względów
nie stosowało się to do Lou. Zachowywał się tak, jakby jej nie znosił. Dlaczego więc wybrał
ją do współpracy?
Poszła na parking, gdzie juŜ czekała na nią Meg z codziennymi sprawunkami. Droga
do domu zajmowała kilkanaście minut. Kiedy zatrzymały się na podwórku, wypatrująca ich
Cherry natychmiast podbiegła do samochodu. Jej policzki pałały, a oczy świeciły niczym
dwie gwiazdy.
-
Udało się! Udało!
-
krzyczała.
-
Pobiłam mój własny rekord! 1 wcale się nie bałam!
Naprawdę.
Jane wysiadła z wozu i ucałowała dziewczynkę.
-
Jestem z ciebie bardzo dumna
-
powiedziała.
-
Zobaczysz, daleko zajdziesz. Czy
raczej zajedziesz
-
dodała z uśmiechem.
W czasie lunchu omawiali najpierw sukcesy Cherry, a potem Jane nieostroŜnie
wygadała się, Ŝe ma sesję zdjęciową w Victorii.
-
To wspaniale!
-
ucieszył się Tim.
-
Ale kto cię tam zawiezie? W zasadzie mógłbym
to zrobić, chyba Ŝeby… Todd znalazł trochę czasu.
Todd siedział pochylony nad talerzem i w milczeniu jadł ziemniaki. Wyglądał jak
nieobecny, chociaŜ kiedy padło jego imię, natychmiast uniósł głowę.
-
Mogę ją odwieźć, jeśli będzie chciała
-
rzucił w przestrzeń.
-
Dziękuję, nie będzie chciała
-
powiedziała, przedrzeźniając go, Jane.
-
Ma juŜ
kierowcę.
-
CzyŜby! A kogo to?
-
spytał Tim.
Todd znowu spuścił głowę i zabrał się do jedzenia ziemniaków.
-
Rudzielec musi pojechać do Victorii w sprawach słuŜbowych
-
wyjaśniła.
-
Obiecał,
Ŝ
e zabierze mnie ze sobą.
Todd odsunął talerz.
-
Pójdę juŜ do pracy
-
oznajmił.
-
Cały dzień pilnowałem robotników. Muszę się teraz
zająć rachunkami.
Meg spojrzała z wyrzutem na prawie pełny talerz, ale nic nie powiedziała.
Przynajmniej na temat jedzenia.
-
Były jakieś pilne faksy do ciebie
-
zwróciła się do Todda.
-
Sprzątałam twój pokój i
połoŜyłam je na szafce. Od niejakiej Julii.
-
Julii? Jakiej Julii?
-
zastanawiała się głośno Cherry, nie zwaŜając na to, Ŝe ma pełne
usta.
-
Aaa!
-
Zrobiła taką minę, jakby zgadła.
Ojciec kopnął ją pod stołem w kostkę. Cherry wydała kolejny okrzyk, a następnie
przełknęła to, co miała w buzi. Dzięki temu zyskała trochę czasu i zrozumiała, co ma robić
dalej.
-
Pewnie bardzo za tobą tęskni
-
zwróciła się do ojca, uśmiechając się złośliwie.
-
Z całą pewnością
-
potwierdził Todd.
Nie wątpił, Ŝe obłoŜona pracą i nękana przez klientów Julia Emory pragnęłaby go jak
najszybciej zobaczyć. W interesie swoim i firmy.
-
Hm, muszę do niej zadzwonić. Nie przejmuj się, obciąŜę kosztami rozmówcę
-
po
raz pierwszy zwrócił się bezpośrednio do Jane.
Jane skinęła głową, nie słysząc, co do niej mówi. Więc Todd miał jakąś dziewczynę!
Nie było w tym nic dziwnego! PrzecieŜ był zupełnie normalnym i w dodatku przystojnym
męŜczyzną!
Kiedy Todd wyszedł, rozmowa potoczyła się swobodniej, jednak wszyscy mieli
wraŜenie, Ŝe jadalnia stała się nagle pusta. Tim skończył lunch i wyszedł, a Meg zebrała
resztki obiadu i zaniosła je swoim kurom.
Jane i Cherry zostały same.
-
Czy myślałaś kiedyś o tym, Ŝeby wyjść za doktora Coltraina?
-
spytała dziewczynka.
-
Kiedyś, tak
-
odparła Jane.
-
Bardzo go lubię, poza tym mieliśmy ze sobą wiele
wspólnego. Zabrakło nam tylko tego czegoś, czego potrzeba do wspólnego związku.
-
Czyli po prostu nie chciałaś z nim iść do łóŜka?
-
podsumowała córka Todda.
-
AleŜ Cherry!
-
PrzecieŜ nikt nie trzyma mnie pod kloszem. Wiem o wielu sprawach
-
powiedziała
dziewczynka tonem dorosłej osoby.
-
Jednak sama wolałabym zaczekać z tym aŜ do ślubu.
Wiesz, Ŝe niektórzy chłopcy teŜ tak myślą? Na przykład Mark, z mojej klasy, twierdzi, Ŝe
dzięki temu nie trzeba się obawiać chorób wenerycznych.
Jane wydawało się, Ŝe źle słyszy.
-
Czego?
-
Chorób wenerycznych
-
odparła ze śmiechem Cherry.
-
Nigdy o nich nie słyszałaś?
Jane odchrząknęła.
-
No tak, słyszałam. Ale prawdę mówiąc, nigdy się tym nie interesowałam. Ani
seksem
-
dodała po chwili wahania.
-
Wiesz, jakoś nigdy nie spotkałam chłopaka, który,
który…
-
szukała odpowiednich słów.
Cherry wzniosła oczy ku niebu.
-
O BoŜe! Widzę, Ŝe będę ci musiała wszystko wyjaśnić
-
powiedziała autorytatywnie.
-
Czy rodzice nie rozmawiali z tobą o tych sprawach?
Jane juŜ chciała odpowiedzieć, ale w jadalni pojawił się nachmurzony Todd.
-
Jeszcze tu jesteście?
-
spytał.
-
Cześć, tato. Właśnie rozmawiałam z Jane o seksie. Mój BoŜe, a wydawało mi się, Ŝe
to ja jestem zacofana! Dobrze, chyba odłoŜymy tę rozmowę. Pójdę teraz do stajni.
Cherry szybko opuściła jadalnię. Todd spojrzał Jane prosto w oczy.
-
Czy musisz rozmawiać o tym z Cherry? Nie lepiej zapytać mnie?
Jane poczuła, Ŝe drŜy. Zagryzła wargi, Ŝeby się opanować. Narastał w niej strach, Ŝe
Todd za chwilę to zauwaŜy.
-
Daj spokój!
-
ucięła krótko.
Ale Todd nie chciał jej dać spokoju.
-
Jane! Czego się boisz? Jest nam razem dobrze, pragniemy siebie… CzegóŜ więcej
chcieć?
-
Seks to dla mnie za mało
-
odparła.
-
Jesteś pewna?
-
spytał, biorąc ją pod brodę.
Nie doczekał się jednak odpowiedzi.
-
Tak piękna i tak naiwna
-
ciągnął.
-
Chciałabyś, Ŝebym dał ci gwiazdkę z nieba. Ale
ja mogę dać ci tylko rozkosz.
ZbliŜył swe usta do jej warg i jednocześnie chwycił ją za rękę.
-
Ani się waŜ!
-
syknęła Jane, oglądając się w stronę kuchni.
Todd przyciągnął ją lekko do siebie.
-
Nie wygłupiaj się. Meg nawet nie zwróci uwagi na to, Ŝe się całujemy. Wszyscy
przyjmą to normalnie. Wszyscy
-
oprócz ciebie.
Jego usta były coraz bliŜej. Jane chciała go odepchnąć, ale stała jak sparaliŜowana.
-
Nie potrafisz się nawet przyznać przed sobą, Ŝe mnie pragniesz
-
szepnął Todd.
-
A
przecieŜ poŜądasz mnie, pragniesz aŜ do utraty tchu.
Chciała zaprzeczyć. Pragnęła wyrwać się i uciec z jadalni. Tak się jej przynajmniej
wydawało.
Todd nie pocałował jej, chociaŜ jego usta znajdowały się parę centymetrów od warg
Jane.
-
Wiem, Ŝe mnie pragniesz
-
szeptał, a jego oddech miał w sobie woń kawy.
-
Pocałuj
mnie. Pocałuj mnie teraz.
W innych warunkach skwitowałaby śmiechem taką bezczelność. Jednak teraz jakoś
nie mogła tego uczynić. Co gorsza poczuła, Ŝe rzeczywiście ma ochotę pocałować Todda.
Tym większą, im bardziej się od niej oddalał.
W zasadzie trudno było powiedzieć, które z nich wykonało pierwszy gest. Zdaje się,
Ŝ
e z jakichś powodów Jane straciła równowagę i juŜ po chwili znalazła się w jego ramionach.
Todd zaczął ją pieścić i całować, a ona jęczała z rozkoszy. W końcu, w przypływie nie
tajonego poŜądania, przycisnął ją do siebie.
Jane krzyknęła. Nie był to jednak krzyk rozkoszy.
-
Co się stało?
-
spytał, rozluźniając uścisk.
-
Czy to twój kręgosłup?
Skinęła głową. Musiała się powstrzymywać, Ŝeby nie prosić go, by znów ją przytulił.
-
Naprawdę nie chciałem cię skrzywdzić!
Jane skinęła głową.
-
Ale skrzywdziłeś.
Todd nie wiedział, co ze sobą zrobić. Ręce zaczęły mu się trząść. Wiedział, Ŝe nigdy
by sobie nie wybaczył, gdyby coś stało się Jane.
-
Zaraz zadzwonię po lekarza
-
powiedział drŜącym głosem.
Jane pokręciła głową.
-
Nie chodzi mi o to, co stało się teraz
-
powiedziała.
-
Mam na myśli tamtą noc.
Todd odetchnął z ulgą. Jednocześnie stwierdził, Ŝe powinien jeszcze raz przeprosić
Jane. Wtedy wypadło to jakoś niezręcznie, a potem, cóŜ, starał się jej unikać.
-
Przepraszam cię, ale naprawdę nie mogłem się wtedy powstrzymać. Rzeczywiście
prosiłaś mnie, Ŝebym przestał, a ja nie mogłem. Do tej pory mam z tego powodu wyrzuty
sumienia. Ale z drugiej strony…
-
urwał na widok jej miny.
-
Z drugiej strony?
-
podchwyciła.
-
Wiesz, miałem wraŜenie, Ŝe jest ci po prostu dobrze. Byłem pewien, iŜ uwolniłaś się
od jakiegoś cięŜaru. Tak wspaniale nam było wtedy. Pomyśl, Ŝe mogłoby tak być zawsze.
Jane poczuła, Ŝe znowu zrobiło się jej gorąco. "Zawsze" znaczyło spędzenie ze sobą
kilku nocy, a "dobrze"
-
częste zaspokajanie Ŝądzy. Jak on śmiał mówić do niej w ten sposób!
I to teraz, kiedy wydało się, Ŝe ma gdzieś dziewczynę, która niczego się nie domyśla. Tylko
ona, Jane, poznała go jak zły szeląg.
-
Pocałujesz mnie?
-
spytał nagle.
-
Nie. Nie, Todd. Mam tego dość.
-
Więc czego chcesz?
Jane uśmiechnęła się smutno.
-
Chcę związku na całe Ŝycie
-
odparła.
-
I dzieci. Chcę mieć dzieci.
-
Ja juŜ mam dziecko
-
powiedział sztywno.
Spojrzała mu w oczy. Czy naprawdę jej nie rozumiał, czy teŜ nie chciał zrozumieć?
-
Chodzi mi o własne dziecko. Takie, które nigdy nie tęskniłoby za tatą.
-
Ja chcę ci dać duŜo więcej.
Jane pokręciła głową i westchnęła.
-
Seks bez miłości jest niczym.
Todd aŜ zagotował się na to stwierdzenie.
-
Zaraz zobaczymy, czy niczym, ty mała hipokrytko!
-
krzyknął i wpił się w jej wargi.
Jane nie miała czasu się bronić. Zaczęli się całować długo i namiętnie i nawet nie
zauwaŜyli, Ŝe w drzwiach pojawiła się Cherry.
ROZDZIAŁ ÓSMY
Cherry stała przez chwilę na progu, obserwując całą scenę. W końcu zauwaŜył ją Todd
i odsunął delikatnie Jane.
-
Przepraszam, szukałam Meg
-
powiedziała dziewczynka i uśmiechnęła się lekko.
-
Nie przeszkadzajcie sobie.
Jane zaczerwieniła się niczym piwonia i spuściła wzrok. Córka Todda teŜ się
zmieszała i wybiegła na podwórko. Nawet Todd nie wyglądał teraz na zbyt pewnego siebie.
-
Przepraszam
-
powiedział.
-
Zdaje się, Ŝe znów popełniłem głupstwo.
Jane nie wiedziała, o co mu dokładnie chodzi, więc pozostawiła tę wypowiedź bez
komentarza. Odsunęła się tylko od Todda i usiadła. Dopiero teraz poczuła ból kręgosłupa.
Todd patrzył na nią tak, jakby chciał powiedzieć coś jeszcze. W końcu jednak zgarnął papiery
ze stołu i zaczął się wycofywać.
-
Jeszcze raz przepraszam
-
powiedział, nawet na nią nie patrząc.
-
Zajmę się teraz
pracą.
Jane nie reagowała. Usłyszała tylko odgłos zamykanych drzwi, co napełniło ją
smutkiem. JuŜ chciała się rozpłakać, kiedy do pokoju wśliznęła się jakaś postać. Jane z
nadzieją podniosła głowę.
-
Cherry?!
-
Przepraszam, widziałam, jak ojciec wychodził. Ja naprawdę nie chciałam
-
tłumaczyła się dziewczynka.
-
O BoŜe! Nigdy nie widziałam, Ŝeby tata kogoś całował. Nawet
mamę, kiedy byłam mała.
Jane zarumieniła się aŜ po korzonki włosów.
-
Nie, Cherry. To była…
-
szukała odpowiedniego słowa
-
pomyłka.
Cherry uśmiechnęła się do niej przyjaźnie. Chciała dać do zrozumienia, Ŝe nie ma nic
przeciwko temu.
-
Ee tam
-
powiedziała.
-
Jaka pomyłka? Powiedz lepiej, czy ci się podoba?
-
Kto?
-
Tata, oczywiście
-
odparła Cherry.
-
Wszystkie moje koleŜanki się w nim kochają.
Jane pokręciła głową.
-
Nie, Cherry. Nie powinnaś z tym wiązać Ŝadnych nadziei. Przede wszystkim,
gdybym kogoś pokochała, chciałabym wyjść za niego za mąŜ, a twój ojciec nie chce słyszeć o
małŜeństwie.
-
O!
-
Mina Cherry natychmiast zrzedła.
-
Naturalnie wciąŜ jesteś moją przyjaciółką. Prawda?
Dziewczynka z trudem zdobyła się na uśmiech.
-
Jasne
-
powiedziała.
Jane spędziła w Victorii prawie cały dzień. Rudzielec odbył swoje spotkanie i czekał
na nią cierpliwie. Ona natomiast pozowała do zdjęć w róŜnych strojach firmy Slim Togs. O
dziwo, nawet jej się to spodobało. Zwłaszcza Ŝe fotograf i Micki bardzo dbali o to, Ŝeby jej
nie męczyć. Jane nawet nie zauwaŜyła, jak szybko upływa czas.
-
To chyba juŜ wszystko
-
stwierdziła w końcu Micki.
-
Jack mówił, Ŝe świetnie mu
poszło. Powinien mieć wspaniałe zdjęcia. Oczywiście skontaktujemy się z tobą, kiedy
dokonamy wyboru. Poza tym dobrze by było, gdybyś pokazała się na promocji tych nowych
ubrań w naszym sklepie i moŜe na jakimś rodeo.
-
Nie ma problemu. Fajnie mi się pozowało. A poza tym te rzeczy są naprawdę dobre
-
powiedziała Jane, przesuwając dłonią po zdobionej cekinami kurtce.
-
My teŜ jesteśmy bardzo zadowoleni ze współpracy. Jesteś urodzoną modelką
-
pochwaliła ją Micki i zamyśliła się na chwilę.
-
A co u Todda? Został na ranczu?
Jane skinęła głową.
-
Tak. Ciągle ma jakieś nowe pomysły. Moi ludzie przestali juŜ na mnie zwracać
uwagę. Słuchają tylko jego. Będę miała kłopoty z dyscypliną, kiedy wyjedzie.
-
CzyŜby miał taki zamiar?
-
spytała Micki.
-
Nie. Jeszcze nie.
Jane z trudem osiągnęła względny spokój ducha. Starała się nie myśleć o Toddzie i o
tym, co się stało. Teraz pytania Micki wytrąciły ją z równowagi.
-
Jest bardzo przystojny
-
Micki drąŜyła temat, mimo Ŝe na jej twarzy pojawiły się
ś
lady smutku.
-
Pewnie ma mnóstwo róŜnych dziewczyn.
-
Pewnie tak
-
potwierdziła Jane.
-
Niektóre nawet przysyłają mu faksy.
Micki zaśmiała się, ale wypadło to raczej ponuro.
-
Zdaje się, Ŝe nie mam Ŝadnych szans. A ty? Miałabyś na niego ochotę?
-
Przede wszystkim nie lubię kolejek
-
odparła wykrętnie Jane.
Micki smutno pokiwała głową.
-
No tak, kiedy w końcu zjawia się ktoś taki jak Todd, zawsze otoczony jest
wianuszkiem kobiet. Myślę, Ŝe w końcu zostanę starą panną.
W jej głosie było tyle smutku, Ŝe Jane poczuła, iŜ po
- -
winna ją jakoś pocieszyć:
-
MałŜeństwo to nie wszystko
-
powiedziała.
-
MoŜesz przecieŜ jeszcze zostać szefową
swojej firmy.
Micki skinęła głową, ale smutek w jej oczach wcale nie zniknął.
-
To moŜliwe
-
stwierdziła, nabrawszy powietrza w płuca.
-
Tyle Ŝe mam mały sekret.
Po prostu uwielbiam Ŝycie domowe. Gotowanie obiadów, prasowanie koszul, dzieci.
-
Chciałabyś być kurą domową?
-
spytała z niedowierzaniem Jane.
-
Oczywiście. Ale nie mów o tym nikomu, bo będą się ze mnie śmiali
-
poprosiła
Micki.
-
Wiesz, lubię moją pracę, zarabiam fantastycznie, ale raz na jakiś czas miałabym
ochotę się z kimś pokłócić.
-
Nie chcesz być sama
-
domyśliła się Jane.
-
A kto chce?
-
Czasami nie mamy wyboru.
Obie panie zamyśliły się na chwilę. Nie była to pogodna zaduma. Wręcz przeciwnie,
mimo młodego wieku myślały o starości i samotności.
Pierwsza ocknęła się Micki.
-
Wszystko będzie dobrze
-
powiedziała, nie bardzo wiedząc, czy mówi o zdjęciach,
czy teŜ ich przyszłym Ŝyciu.
-
Zadzwonię do ciebie w połowie przyszłego tygodnia. Trzymaj
się. 1 Ŝyczę miłej podróŜy.
-
Dzięki.
Jane zeszła do holu i odszukała w torebce kartkę, na której Coltrain zapisał jej swój
numer telefonu w szpitalu. Zadzwoniła do niego, Ŝeby powiedzieć, Ŝe juŜ jest gotowa.
Rudzielec pewnie zanudził się na śmierć do tej pory.
Nie pojechali jednak z powrotem na ranczo. Coltrain wysadził ją przed najlepszą
restauracją w Victorii.
-
Czas na kolację
-
oznajmił.
-
Daj spokój
-
usiłowała protestować.
-
Nie jestem odpowiednio ubrana.
-
I cóŜ z tego? Ja teŜ nie.
-
Miał na sobie sportową marynarkę i koszulę bez krawata.
-
Niech się gapią, jeśli mają na to ochotę.
Jane roześmiała się głośno. Przypomniały jej się róŜne ekstrawagancje Rudzielca
jeszcze z czasów szkolnych. Chyba przywykł do tego, Ŝe i tak się wyróŜnia z racji płomiennej
czupryny, i wygłupy stały się dla niego chlebem powszednim. Potem, na studiach, stał się
bardziej stateczny. Pewnie zrozumiał, Ŝe lekarz powinien być kimś budzącym szacunek, a nie
prowokującym do śmiechu.
-
Dobrze, idziemy
-
zdecydowała Jane.
Usiedli przy małym stoliku i zamówili kraby oraz krwiste befsztyki, a na deser
specjalność zakładu
-
lodowy torcik pokryty warstwą czekolady.
-
Będę pamiętała ten deser do końca Ŝycia
-
powiedziała, kiedy juŜ jechali do domu.
-
Dawno nie jadłam czegoś tak wspaniałego.
-
Ja teŜ
-
mruknął Coltrain.
Kiedy prowadził, skupiał się całkowicie na tej czynności. Być moŜe taki był teŜ, kiedy
operował. Zrobił specjalizację z chirurgii miękkiej, nabył biegłości w operacjach płuc, jednak
w końcu zdecydował się na prowadzenie praktyki internistycznej w rodzinnym mieście.
Dlaczego? Jane nie miała zielonego pojęcia.
-
Czy chciałbyś mieć dzieci?
-
spytała.
-
Jasne. Masz w związku z tym jakąś propozycję?
Jane zarumieniła się. Nie po raz pierwszy tego dnia.
-
Nie wygłupiaj się. Po prostu pytam.
Coltrain zerknął na nią i o mały włos nie zjechał na pobocze. Na drodze prawie nie
było ruchu. Nic im w tej chwili nie groziło.
-
Wiesz, Ŝe mówię powaŜnie. Wystarczyłoby jedno twoje słowo, a…
-
zawiesił głos.
-
Lubię dzieci i sprawdziłbym się jako mąŜ. Mamy ze sobą więcej wspólnego niŜ wielu ludzi,
którzy zdecydowali się na małŜeństwo.
-
Tak, brakuje nam tylko jednego.
Coltrain pokiwał głową, wypatrując czegoś na drodze.
-
Szkoda
-
szepnął.
Zwolnił trochę. Ręka Jane odnalazła jego dłoń, spoczywającą na dźwigni zmiany
biegów.
-
Nie przejmuj się. Zawsze będziesz moim najlepszym przyjacielem
-
próbowała go
pocieszyć.
-
Szkoda, Ŝe wolisz Burke'a.
Nie zaprzeczyła. Spuściła tylko głowę i cofnęła dłoń.
-
Ale on ma ochotę jedynie na romans i szybkie rozstanie.
-
A ty?
-
spytał Coltrain.
-
Na małŜeństwo i gromadkę dzieci
-
odparła, starając się panować nad głosem.
-
MoŜe on teŜ chce tego samego, tylko mu się wydaje, Ŝe jest inaczej.
Jane pokręciła przecząco głową i uśmiechnęła się gorzko do swoich myśli.
-
Zdaje się, Ŝe ma dosyć małŜeństwa
-
stwierdziła.
-
Nie sądzę, by ktoś taki mógł być
dobrym męŜem. A jednak…
-
nie dokończyła zdania i spuściła głowę.
Rudzielec dostrzegł nieszczęśliwą minę, a następnie połoŜył dłoń na jej udzie w geście
pocieszenia.
-
Ze względu na twoje migreny nie polecałbym ci pigułek antykoncepcyjnych
-
powiedział.
-
Są jednak inne sprawdzone metody.
-
AleŜ, Rudzielcu!
-
wykrzyknęła.
-
Nie ma się na co oburzać. Powinnaś juŜ dorosnąć. Przynajmniej zostaną ci piękne
wspomnienia. To teŜ jest coś warte.
-
Zaskakujesz mnie.
Coltrain uśmiechnął się smutno.
-
Sam siebie równieŜ
-
powiedział
-
Jednak powinnaś pamiętać, Ŝe seks jest
wspaniałym uzupełnieniem miłości. Być moŜe Burke nie chce się z tobą oŜenić, ale jestem
pewien, Ŝe cię kocha.
-
Co?!
-
Myślę, Ŝe ty równieŜ o tym wiesz
-
odparł spokojnym głosem.
-
PrzecieŜ od samego
początku był o mnie zazdrosny. Kocha cię, to jasne.
-
MoŜe chodziło mu tylko o seks?
Rudzielec skinął głową. Minęli zagrodę Desherów, znajdującą się po drodze do
rancza. Za chwilę powinni skręcić, a dalej jechać prosto przed siebie.
-
MoŜliwe, chociaŜ mało prawdopodobne
-
stwierdził po chwili namysłu.
-
Ten Burke
za bardzo się o ciebie troszczy. Ma złe doświadczenia małŜeńskie i dlatego nie chce się Ŝenić
powtórnie. Trzeba o niego walczyć, Jane. Czy jesteś na to zdecydowana?
-
Walczyć?
-
Jane zrobiła zdziwioną minę.
-
Nazywasz to walką? Nie, nie potrafię
zabiegać o względy męŜczyzn. Od tego przecieŜ jest małŜeństwo.
Rudzielec nie protestował.
-
Zgadzam się
-
powiedział.
-
Pomyśl jednak, Ŝe małŜeństwo jest tylko kwestią czasu.
On cię kocha. Poza tym mam wraŜenie, Ŝe Burkę jest bardzo konserwatywny. No i ma jeszcze
córkę, o której musi myśleć.
-
Powiedział, Ŝe nigdy się juŜ nie oŜeni.
-
Prezydent mówił, Ŝe nie zwiększy podatków.
Jane spojrzała koso na przyjaciela i wybuchnęła śmiechem, Był to pierwszy objaw
rozbawienia od chwili incydentu z Toddem.
-
Dobrze, wcale nie musisz poświęcać dla niego swoich ideałów
-
ciągnął Coltrain
ugodowym tonem.
-
Ale są chyba jakieś sposoby na zainteresowanie męŜczyzny bez
konieczności pójścia z nim od razu do łóŜka?
-
Pewnie są
-
rzuciła w przestrzeń.
Spojrzała na Coltraina. Czy to moŜliwe, Ŝeby był aŜ tak szlachetny? Nie
przypuszczała, Ŝe będzie chciał jej pomóc. W kaŜdym razie nie w tej sprawie. I to na chwilę
po tym, jak niemal się jej oświadczył. Tak, jest prawdziwym przyjacielem. Wiedziała, Ŝe
moŜe na niego liczyć.
-
Opowiedz mi o tych zdjęciach
-
poprosił, chcąc zmienić temat.
-
Nie wymęczyli cię
za bardzo?
-
SkądŜe. Było bardzo fajnie.
Jane zaczęła opowiadać o tym, co działo się w czasie sesji zdjęciowej. Nie trwało to
jednak długo, poniewaŜ juŜ po chwili znaleźli się na terenie rancza. Ściemniało się. Na ganku
przed domem paliło się światło. Jane podziękowała przyjacielowi i sama, o własnych siłach
weszła po schodkach na ganek. Tam powitał ją Todd.
-
Gdzie byłaś?
-
spytał natarczywym tonem.
-
Na kolacji z Rudzielcem.
Spojrzał na zegarek.
-
A potem?
-
Potem kochaliśmy się w samochodzie i siadły nam wszystkie cztery opony
-
wyjaśniła.
Todd zaniemówił. Przez chwilę stał jak raŜony gromem, a następnie wybuchnął
ś
miechem.
-
Doprawdy!
Jane dotknęła dłonią przodu jego białej koszuli. CzyŜby włoŜył ją specjalnie dla niej?
Od tej pory chciała być z nim absolutnie szczera.
-
Nie mogłabym się kochać z kimś innym
-
powiedziała z prostotą
-
poniewaŜ kocham
ciebie.
Serce podeszło mu do gardła. Oto stał przed nim jego ideał
-
wspaniała, kochająca
dziewczyna. Dotknął jej pszenicznych włosów, a następnie pogładził Jane po policzku.
-
Ja teŜ cię kocham
-
powiedział ku własnemu zaskoczeniu.
-
Od samego początku.
Nie mogłoby być nam ze sobą tak wspaniale, gdyby nie łączyło nas uczucie. To zupełnie
jasne.
-
Tak
-
szepnęła.
Todd przytulił ją do siebie. Chciał ją mieć przy sobie. Czuć ją tak jak pamiętnej nocy,
kiedy ziściły się jego marzenia.
-
Czy… czy zmieniłaś zdanie?
-
spytał, gładząc czule jej plecy.
-
Coltrain nie chce mi dać pigułek antykoncepcyjnych, poniewaŜ mam bóle głowy
-
powiedziała.
Todd zesztywniał. Nie mógł uwierzyć własnym uszom.
-
Co?! Rozmawiałaś z tym konowałem na temat pigułek?!
-
To raczej on ze mną rozmawiał
-
wyjaśniła Jane.
-
Wie, Ŝe cię kocham.
Gniew zaślepił go na chwilę. Puścił Jane i odstąpił od niej na krok. Wystarczyło
jednak, Ŝe na nią spojrzał, a juŜ w jego sercu pojawiły się cieplejsze uczucia.
-
Więc nie moŜesz przyjmować pigułek?
-
spytał.
-
Tak, z powodu migreny. Dlatego ciągle musielibyśmy się liczyć z tym, Ŝe mogę
zajść w ciąŜę.
-
Zabezpieczyłem się ostatnio.
-
Tak, wiem.
-
Jane skinęła głową.
-
Jednak róŜne rzeczy mogą się zdarzyć. To nie jest
stuprocentowe zabezpieczenie.
Todd musiał jej przyznać rację. Patrzył na nią i zastanawiał się, czy chciałby mieć z
nią dziecko. Nie, to byłaby katastrofa. Nie potrafiłby opuścić matki swego dziecka. Ślicznej
malutkiej blondyneczki, której mogliby urządzać przyjęcia urodzinowe, tak jak kiedyś
Cherry, albo, jeszcze lepiej, chłopca, którego nauczyliby jeździć konno, rzucać lassem i w
ogóle wielu róŜnych sztuczek.
Jane milczała.
-
Dlaczego nic nie mówisz?
-
Powiedziałam juŜ wszystko
-
odparła.
-
Nie chciałabym, Ŝebyś myślał, Ŝe pragnę cię
złapać w pułapkę.
Spojrzał w jej smutne oczy, a następnie dotknął policzka. Był mokry.
-
Marie nie chciała mieć ze mną dziecka
-
powiedział z namysłem.
-
Oboje byliśmy
wtedy pijani. Wiedziałem, Ŝe bierze pigułki, ale była na tyle roztargniona, Ŝe często o nich
zapominała. Tylko dlatego urodziła się Cherry.
-
Todd! Na miłość boską!
-
Jesteś zaszokowana?
-
spytał.
-
Niektórzy ludzie po prostu nie chcą mieć dzieci. Tak
jak moja była Ŝona
-
dodał po chwili.
-
Mam nadzieję, Ŝe nie powiedzieliście o tym Cherry!
-
Prosiłem Marie, Ŝeby tego nie robiła. Zresztą ona na swój sposób kocha córkę.
-
A ty?
Uśmiechnął się, ale bardziej do siebie niŜ do niej.
-
Jak moŜesz pytać? Pamiętam, kiedy pierwszy raz zobaczyłem tę kruszynę. AŜ trudno
uwierzyć, Ŝe wyrosła juŜ na taką pannicę.
Znowu spojrzeli sobie w oczy. Były jakby rozświetlone wewnętrznym blaskiem.
Obojgu towarzyszyły podobne myśli. ś tym Ŝe jedne dotyczyły dziecka juŜ narodzonego, a
drugie
-
tego, które dopiero mogłoby przyjść na świat. W końcu jednak Todd pokręcił głową.
-
PrzecieŜ na razie w ogóle nie powinnaś mieć dzieci
-
przypomniał jej.
-
Ze względów
zdrowotnych.
-
To przecieŜ nie będzie trwało wiecznie
-
stwierdziła.
-
Poza tym byłabym gotowa
podjąć ryzyko.
Todd znowu posłał jej spojrzenie pełne czułości. Wzruszyło go to, Ŝe właśnie z nim.
-
No, no, nie wywołuj wilka z lasu
-
powiedział pełnym ciepła głosem.
Jane pokręciła głową.
-
PrzecieŜ nic się nie stało.
Czy mu się zdawało, czy teŜ wyczuł w jej głosie nutkę rozczarowania? CzyŜby Jane
chciała zajść w ciąŜę? W jej stanie? Nie, to niemoŜliwe.
-
Odnoszę wraŜenie, Ŝe trochę tego Ŝałujesz
-
rzucił, chcąc zbadać jej reakcję. Ku jego
zaskoczeniu była ona dość gwałtowna.
-
To nie twoja sprawa! Przynajmniej nie musisz mieć wyrzutów sumienia. Będziesz
mógł wrócić do pracy w Victorii, a ja zrobię majątek na reklamie jakichś ciuchów. Oboje
będziemy zadowoleni.
-
Czy wyjdziesz za Coltraina?
-
zapytał, spuściwszy smętnie głowę.
-
Niestety, nie kocham go
-
odparła ze smutkiem.
-
Gdybym go kochała, natychmiast
bym to zrobiła.
Todd tylko pokiwał głową.
-
WciąŜ cię pragnę
-
powiedział.
-
Będę na ciebie czekał.
-
Obawiam się, Ŝe nic z tego nie wyjdzie, Todd.
Zostawiła go na ganku i weszła do środka. Teraz chciała się tylko wykąpać. Ona teŜ
go pragnęła, jednak nie darowałaby sobie, gdyby Todd musiał się z nią oŜenić z powodu
dziecka. A Ŝe oŜeniłby się, tego była zupełnie pewna. Znała się na ludziach i wiedziała, Ŝe
trudno byłoby znaleźć kogoś uczciwszego i bardziej opiekuńczego niŜ Todd Burke.
W następny piątek Todd odwiózł Cherry do matki. Sam równieŜ miał zamiar
zatrzymać się na jakiś czas w Victorii, Ŝeby załatwić najbardziej pilne sprawy zawodowe.
Poza tym chciał zapomnieć o Jane. Pragnienie, jakie odczuwał, potęgowało się, gdy była tuŜ
obok.
Pomachał córce na poŜegnanie, a następnie omal nie wjechał na wypielęgnowany
trawnik przed białym domem w stylu wiktoriańskim, w którym Marie mieszkała ze swoim
nowym męŜem, Williamem.
-
Co się stało twojemu ojcu?
-
spytała Marie córkę.
-
Wygląda na wyprowadzonego z równowagi.
-
To pewnie z powodu Jane
-
odparła Cherry.
-
Przyłapałam ich na tym, jak się
całowali. Naprawdę tak było
-
dodała, widząc wyraz niedowierzania w oczach matki.
Marie zaprowadziła ją na przestronny taras, wypielęgnowany tak, jak cała posiadłość.
Cherry spojrzała na swoje buty. No tak, znowu zapomniała je wyczyścić. Jak zwykle. I mama
będzie się gniewać, teŜ jak zwykle. Czemu wszystko w tym domu musi być takie czyste i
ładne? Dlaczego nie moŜna traktować pewnych rzeczy normalnie?
Jednak Marie się nie gniewała, a to dlatego, Ŝe nie zauwaŜyła śladów na czystej
podłodze. Myślami błądziła gdzie indziej.
-
PrzecieŜ mówił, Ŝe nie chce się Ŝenić
-
rzuciła w zadumie.
-
Zarzekał się, Ŝe nigdy w
Ŝ
yciu.
-
Nigdy nie mów nigdy
-
powiedziała Cherry, a następnie uśmiechnęła się,
zadowolona, Ŝe uniknie kazania na temat obowiązku utrzymywania domu w czystości.
-
Jane
uczy mnie jazdy. Jest wspaniała. Chciałabym być taka jak ona.
Marie poczuła kolejne ukłucie zazdrości. Tym razem było jednak o wiele boleśniejsze.
O ile mogła się juŜ nie przejmować byłym męŜem, gdyŜ nie zaleŜało jej na zdobyciu jego
miłości, o tyle, wraz z upływem lat, miłość Cherry stawała się dla niej coraz waŜniejsza.
Marie znała jeden sposób, Ŝeby ją sobie zaskarbić.
-
Jutro wybierzemy się na zakupy
-
powiedziała, klasnąwszy w ręce.
-
Co ty na to?
I tym razem reakcja córki zaskoczyła ją boleśnie. Cherry westchnęła, zrobiła znudzoną
minę, spojrzała gdzieś nad jej głową i w końcu bąknęła:
-
MoŜe być.
Marie załamała ręce.
-
W twoim wieku powinnaś przede wszystkim myśleć o strojach
-
powiedziała.
-
Chyba lubisz się ładnie ubierać, moja panno?
-
Lubię
-
potwierdziła Cherry.
-
Przynajmniej w stroje do rodeo.
Matka wzniosła oczy ku niebu, natomiast Cherry, natchniona niespodziewaną myślą,
nagle się oŜywiła.
-
Ale skoro juŜ będziemy na zakupach, to moŜe wstąpimy do księgarni
-
powiedziała.
-
Chciałabym kupić parę ksiąŜek medycznych i podręcznik do nauki jazdy konnej.
-
KsiąŜki?! PrzecieŜ to strata czasu!
-
AleŜ mamo! PrzecieŜ chcę studiować medycynę!
Marie pogładziła córkę po ramieniu.
-
Jesteś jeszcze bardzo młoda, kochanie. Na pewno zmienisz zdanie.
Cherry odsunęła się od niej.
-
Jane mówi co innego. UwaŜa, Ŝe powinnam rozwijać swoje zainteresowania. Nawet
gdybym później zdecydowała się na inne studia, to i tak co nieco zostanie mi w głowie.
-
Dosyć mam juŜ tej całej Jane! Jak ty do mnie mówisz?! Jestem przecieŜ twoją
matką!
-
oburzyła się Marie.
Cherry natychmiast spokorniała. Wbiła wzrok w podłogę i bąknęła:
-
Przepraszam, mamo.
Marie objęła córkę ramieniem.
-
Chodź, kochanie. Napijemy się herbaty. Miałam dziś od rana wiele zajęć.
Ciekawe, co robiła? zastanawiała się Cherry. Pewnie przymierzała jakąś suknię albo
układała wieczorne menu. śycie matki wydawało jej się puste. Całkowicie wypełniały je
spotkania towarzyskie i zawodowe, w czasie których robiło się to samo i wypowiadało te
same zdania.
Co innego Jane. Nawet kiedy poruszała się o kulach, zawsze starała się jakoś
urozmaicić swoje Ŝycie. A poza tym te rozmowy! Nawet w czasie zwykłej pogawędki przy
herbacie moŜna było usłyszeć coś waŜnego.
Nagle zrobiło jej się cieplej na sercu. Pomyślała, Ŝe być moŜe spotka ukochaną
nauczycielkę w czasie tego weekendu w Victorii. Wiązało się to z kontraktem reklamowym
Jane, ale Cherry nie pamiętała, o co dokładnie chodziło. NiewaŜne. NajwaŜniejsze, Ŝe będzie
mogła ją spotkać.
Cherry zaczęła rozmyślać o Jane i po jakimś czasie stwierdziła, Ŝe nic miałaby nic
przeciwko temu, Ŝeby mistrzyni rodeo została jej macochą.
Cherry nawet nie sądziła, Ŝe tak szybko ujrzy przyjaciółkę. Co prawda nie spotkała jej
w Victorii, ale Marie i William zostali w ostatniej chwili zaproszeni na waŜne przyjęcie, które
miało trwać do późna w nocy, i dlatego zdecydowali, Ŝe Cherry musi wrócić na ranczo.
Marie zadzwoniła nawet do byłego męŜa, Ŝeby go o tym uprzedzić, ale Todd załatwiał
właśnie jakieś sprawy z klientami. Nie miała wyboru. Wyprowadziła więc srebrnego
mercedesa z garaŜu i wskazała córce miejsce obok siebie. Pomyślała, Ŝe nie ma tego złego, co
by na dobre nie wyszło, i oto nadarza jej się okazja, Ŝeby przytrzeć nieco nosa uwielbianej
przez córkę kobiecie.
-
Czy ta Jane wie, jaki Todd jest bogaty?
-
spytała zdawkowym tonem.
-
Nie, tata nic jej nie powiedział
-
odparła Cherry.
-
To jest nasz sekret. Wie tylko, Ŝe
tata pracuje w firmie komputerowej w Victorii.
-
Po co ta cała mistyfikacja?
-
Tacie było Ŝal Jane
-
odparła, nie zastanawiając się, dlaczego matka wypytuje ją o
szczegóły.
-
Miała kłopoty ze zdrowiem, prawie nie mogła chodzić, a ranczo było w
opłakanym stanie. Dlatego tata przyjął tę pracę. Nie chciał jednak, Ŝeby Jane myślała, Ŝe się
nad nią lituje. To bardzo szlachetnie z jego strony, prawda?
-
Prawda, prawda
-
powiedziała z roztargnieniem Marie.
-
Mówiłaś, Ŝe to ranczo teraz
kwitnie. A skąd ta Jane wzięła na to pieniądze? Miała jakieś oszczędności?
Cherry z zapałem pokręciła głową.
-
Tata mówił, Ŝe stała na krawędzi bankructwa. To on załatwił jej poŜyczkę.
Cherry paplała przez całą drogę, a Marie skrzętnie zbierała wszystkie informacje na
temat rywalki. Tak, rywalki.
Nie potrafiła inaczej myśleć o Jane. O ile gotowa była oddać jej Todda (mimo iŜ w
głębi ducha wciąŜ sądziła, Ŝe naleŜy do niej), o tyle o córkę miała zamiar walczyć jak lwica.
-
O, konie!
-
krzyknęła Cherry.
-
Popatrz, jakie wspaniałe!
-
W zasadzie mogłabyś spędzić ze mną część wakacji.
-
Matka zignorowała pełne
entuzjazmu okrzyki.
-
Wybieramy się z Williamem do Nassau i na Jamajkę, a moŜe nawet na
Martynikę.
-
Och, byłoby fajnie
-
westchnęła Cherry.
-
Ale w sierpniu muszę przygotowywać się
do rodeo. Szkoda byłoby zaprzepaścić tyle pracy. Poza tym mam wspaniałego konia.
Nazwałam go…
-
Och, konie, konie!
-
przerwała jej matka.
-
Nic, tylko te brudne zwierzęta!
-
Konie są bardzo czyste
-
szepnęła Cherry, czując, Ŝe zbiera się jej na płacz.
Wjechały na podwórko i zatrzymały się z piskiem opon. Marie otworzyła drzwiczki
po swojej stronie. Od razu poznała Jane, która rozmawiała z jakimś zasuszonym, brodatym
staruszkiem. Naburmuszona Cherry wygramoliła się ze swego miejsca.
Jane podeszła do nich. Poruszała się wolno, lecz sprawnie. Nie miała Ŝadnego
makijaŜu, ale nie szkodziło to jej urodzie. Wręcz przeciwnie
-
podkreślało naturalną czerwień
warg i wspaniały błękit oczu. Marie od razu zrozumiała, dlaczego Todd mógł się w niej
zakochać.
-
Jane, to moja mama. Mamo, to Jane.
Marie uśmiechnęła się sztucznie.
-
Miło mi panią poznać
-
powiedziała zdawkowo.
-
Tyle o pani słyszałam.
-
Proszę mi mówić po imieniu
-
powiedziała Jane i uścisnęła jej dłoń. Następnie objęła
Cherry i ucałowała ją gorąco w oba policzki.
-
Brakowało mi ciebie
-
szepnęła.
-
Ja teŜ tęskniłam
-
powiedziała dziewczynka.
Marie zamarła. Gniew, który w niej wzbierał, nie mógł znaleźć ujścia.
-
MoŜe napije się pani herbaty?
-
zaproponowała Jane.
-
Och, mów mi Marie
-
zrewanŜowała się, z trudem starając się nadać głosowi
naturalne brzmienie.
-
PrzecieŜ jesteśmy prawie rodziną.
Jane spłoniła się, ale nic nie powiedziała. Zaprosiła matkę i córkę do salonu, a
następnie poprosiła Cherry, Ŝeby przypomniała Meg o herbacie i ciasteczkach. Dziewczynka
wybiegła w podskokach z pokoju.
Marie rozejrzała się dokoła. To, co zobaczyła, wcale jej nie zachwyciło. Stare meble w
róŜnych stylach, wyblakłe tapety, skrzypiąca podłoga. Jane poprosiła ją, Ŝeby usiadła.
-
Piękne mieszkanko
-
rzuciła Marie w stronę gospodyni.
-
Nie spodziewałam się
czegoś takiego.
-
Och, to nic nadzwyczajnego. Przede wszystkim wymaga remontu.
-
W ogóle spodziewałam się czegoś innego
-
ciągnęła Marie, nie zwaŜając na jej
słowa.
-
Zwłaszcza kiedy mój mąŜ, mój były mąŜ
-
poprawiła się ze słodkim uśmiechem
-
powiedział mi, Ŝe ma zamiar pomóc bezbronnej kalece.
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
Początkowo Jane miała wraŜenie, Ŝe się przesłyszała. Potem jednak, kiedy spojrzała w
chłodne oczy Marie, zrozumiała, Ŝe nie ma kłopotów ze słuchem.
-
Nie jestem kaleką
-
powiedziała dumnie.
-
To tylko czasowa niedyspozycja.
-
Och, przepraszam. Pewnie źle zrozumiałam. To zresztą jest bez znaczenia. Miło ze
strony Todda, Ŝe zechciał się tobą zająć. Rzadko się zdarza, Ŝeby multimilioner i właściciel
olbrzymiej firmy komputerowej poświęcał czas jakiemuś zadłuŜonemu ranczu.
Jane nie ruszała się i na moment przestała oddychać. Patrzyła tylko na rozmówczynię
nie widzącym wzrokiem.
-
Słu… słucham?
Z kolei Marie wyraziła zdziwienie, uniósłszy w górę swoje cienkie, wyskubane brwi.
-
Nie wiedziałaś? Naprawdę nie wiedziałaś?
-
dopytywała się z ironicznym
uśmieszkiem.
-
To zadziwiające. Jego zdjęcia pojawiają się regularnie w pismach
poświęconych gospodarce. No, ale pewnie nie czytasz tego rodzaju rzeczy
-
dodała,
spoglądając na leŜący na stoliku miesięcznik poświęcony hodowli koni.
-
Nie, nie czytam
-
wybąkała Jane.
-
Todd musiał się nieźle bawić, udając zwykłego księgowego
-
ciągnęła Marie,
sadowiąc się wygodniej na kanapie.
-
ChociaŜ, z drugiej strony, dziwię się, Ŝe przystał na
takie warunki.
-
Wskazała dłonią wnętrze pokoju.
-
Przywykł do luksusowego rollsa i ferrari.
No i własnego szofera.
-
Szofera?
-
powtórzyła bezwiednie Jane.
Efekty ataku przeszły najśmielsze oczekiwania Marie. Nie spodziewała się, Ŝe
właścicielka rancza będzie tak zdruzgotana. Sądziła raczej, Ŝe wiadomość o bogactwie Todda
ucieszy ją i jednocześnie skłoni do wyjaśnień.
-
Tak, moja droga. Trudno przecieŜ, Ŝeby sam prowadził.
-
Ale przecieŜ Todd zajmuje się ksiąŜkami, prowadzi rachunki…
-
usiłowała
argumentować.
Marie skinęła głową.
-
O tak, zna się na tym świetnie
-
stwierdziła.
-
Jest geniuszem w sprawach
dotyczących finansów. Zwłaszcza Ŝe nie skończył Ŝadnych studiów.
-
Ale dlaczego? Dlaczego nic mi nie powiedział?
-
Pewnie bał się, Ŝe zakochasz się w jego pieniądzach
-
odparła Marie.
-
Miał w tym
względzie pewne doświadczenia, a ty
-
coś niebezpiecznie błysnęło w oczach Marie
-
miałaś
chyba problemy finansowe.
Siedząca do tej pory sztywno Jane wstała i spojrzała groźnie na gościa.
-
Poradziłabym sobie
-
powiedziała.
-
I nie potrzebuję niczyjej litości.
-
Oczywiście, chociaŜ dzięki Toddowi wszystko poszło chyba nadzwyczaj dobrze
-
rzuciła Marie.
Jane pobladła i zacisnęła pięści. JuŜ chciała coś powiedzieć, kiedy przeszkodziły jej
odgłosy kroków za drzwiami, zza których po chwili wyłoniła się roześmiana Cherry.
-
Jane, Meg powiedziała, Ŝe jeśli chcecie…
-
Spojrzała na obie kobiety i słowa
zamarły na jej ustach.
-
C… co się tutaj stało?
Cherry skierowała oskarŜycielskie spojrzenie na matkę. Marie nie wytrzymała tego i
wstała, zakładając ręce na piersi, jakby mogło ją to chronić przed gniewem córki.
-
Co jej powiedziałaś?
-
Cherry skierowała te słowa bezpośrednio do matki.
Marie wypręŜyła pierś.
-
Tylko prawdę
-
odparła.
-
I tak by się w końcu o wszystkim dowiedziała.
-
O tacie?
Marie zdołała tylko skinąć głową. Jej pokłady pewności siebie topniały z minuty na
minutę. Zwłaszcza Ŝe Jane rzeczywiście wyglądała kiepsko. Bladość nie chciała ustąpić i
widać było, Ŝe cierpi.
-
Chyba juŜ pójdę
-
powiedziała Marie drŜącym głosem i sięgnęła po torebkę.
-
To dobry pomysł, mamo
-
stwierdziła chłodno Cherry.
-
Zanim przyjedzie tata.
Marie zagryzła wargi. O tym teŜ nie pomyślała. Jeszcze jedna komplikacja.
-
Przepraszam, nie chciałam…
-
Po prostu wyjdź
-
przerwała jej córka.
-
Im szybciej, tym lepiej.
Jane skinęła głową, chcąc dać znak, Ŝe w pełni się z tym zgadza.
-
AleŜ Cherry! PrzecieŜ jestem twoją matką!
-
wykrzyknęła Marie, czując, Ŝe twarz
oblewa jej gorący rumieniec.
-
Wiem. I wstyd mi z tego powodu
-
odparowała Cherry.
-
Nigdy nie czułam się
gorzej.
Marie wciągnęła głęboko powietrze. Policzki ją paliły, a łzy same nabiegły do oczu.
-
Ja tylko chciałam…
-
szepnęła, czując, Ŝe nie ma co liczyć na zrozumienie. I
słusznie. Cherry odwróciła się do niej plecami, a ta Jane, która ukradła jej miłość córki, nie
posunęła się co prawda do tego, ale wciąŜ stała blada jak płótno. Marie chwyciła torebkę i
wybiegła na podwórze. Gorące łzy płynęły po jej policzkach.
Jane dopiero teraz poczuła, Ŝe opuszcza ją gniew. Za to plecy znowu zaczęły ją boleć,
chociaŜ nie robiła przecieŜ niczego, co wymagałoby wysiłku. Usiadła więc cięŜko na fotelu i
spojrzała na tkwiącą przy oknie dziewczynkę.
-
Pojechała
-
rzuciła Cherry.
-
Czy to wszystko prawda?
-
spytała Jane.
-
Czy twój ojciec jest właścicielem firmy i
ma drogie samochody? I czy poświęca swój cenny czas na ratowanie mojego rancza?
-
Tak, to prawda
-
przyznała z westchnieniem Cherry.
-
Ale nie wiem, co ci mama
nagadała. W jakim świetle to przedstawiła. Obawiam się, Ŝe sama ją sprowokowałam,
opowiadając o tobie. Zdaje się, Ŝe jest po prostu zazdrosna.
Jane pokiwała smętnie głową. Dotarło do niej tylko to, Ŝe Cherry wszystko
potwierdza. Nie zastanawiała się nawet nad tym, Ŝe dziewczynka mówi wyjątkowo dojrzale
jak na swój wiek.
-
Tak, nawet coś podejrzewałam
-
powiedziała do siebie.
-
Wydawało mi się dziwne,
Ŝ
e zatrudnia się u innych, zamiast załoŜyć własną firmę. Oszukał mnie. Nabrał jak dziecko.
Cherry wyciągnęła rękę, jakby chciała dotknąć przyjaciółki, ale po chwili
zrezygnowała.
-
Naprawdę nie chciał cię skrzywdzić, Jane
-
powiedziała.
-
Chodziło mu tylko o to,
Ŝ
eby ci pomóc. Początkowo nie chciał mówić o firmie, a potem jakoś się tak ułoŜyło. Jednak
zapewniam, Ŝe mu na tobie zaleŜy.
ZaleŜy! Powiedział przecieŜ, Ŝe ją kocha! Ale nie oszukuje się tych, których się kocha.
Co więcej, pozwolił, Ŝeby ona się w nim zakochała, wiedząc, Ŝe nie ma dla nich Ŝadnej
przyszłości. Gdyby był zwykłym księgowym, moŜe by coś z tego wyszło. Jednak okazało się,
Ŝ
e jest multimilionerem! Właścicielem firmy! Po co byłaby mu dziewczyna ze wsi, która
skończyła tylko szkołę średnią i nie wie, jak się zachować w dobrym towarzystwie?
Rzeczywistość była aŜ nadto przygnębiająca.
-
Powiedz coś
-
poprosiła Cherry.
Jane nie mogła wydobyć z siebie głosu. Nagle opanowała ją myśl, Ŝe Todd wróci
jeszcze dzisiaj. Co mu powie? Jak w ogóle będzie mu mogła spojrzeć w twarz? Wszystkie te
myśli sprawiły, Ŝe jeszcze bardziej skuliła się na kanapie.
Równie nagle znalazła rozwiązanie. Rudzielec! PrzecieŜ moŜe zaprosić go na kolację i
umiejętnie rozegrać to spotkanie.
-
Proszę, nie mów ojcu o tym, co się dzisiaj wydarzyło
-
poprosiła wciąŜ stojącą przy
oknie Cherry.
-
Porozmawiam z nim później.
Twarz dziewczynki rozjaśniła się nieco. Nie był to jeszcze uśmiech, ale jego nikła
zapowiedź.
-
Mama wcale nie jest taka zła
-
wystąpiła w obronie Marie.
-
Tylko po prostu
powierzchowna i zazdrosna. Mam nadzieję, Ŝe mi wybaczysz.
Dopiero teraz Jane zrozumiała, co mogła przeŜywać biedna dziewczyna. Do tej pory
pochłaniały ją wyłącznie własne problemy.
-
AleŜ nie mam ci czego wybaczać
-
powiedziała.
Twarz Cherry znowu rozjaśniła się i tym razem był to juŜ uśmiech. Delikatny i blady,
ale uśmiech.
-
Więc ciągle jestem twoją przyjaciółką?
-
Oczywiście.
-
Dzięki Bogu!
-
Cherry odetchnęła z ulgą.
-
A juŜ się bałam, Ŝe wszystko skończone.
Jane wstała, podeszła do Cherry i objęła ją. Teraz, kiedy juŜ opadły emocje, cierpiała
znacznie mniej.
-
Co ty opowiadasz?! Wszystko będzie po staremu. Tylko, widzisz…
-
spuściła wzrok
-
mam wraŜenie, Ŝe nie pasuję do twojego ojca. Wychowałam się na ranczu. Nie mogłabym
Ŝ
yć bez koni i świeŜego powietrza.
-
AleŜ tata teŜ się wychował na ranczu
-
stwierdziła Cherry.
-
Jego rodzina pochodzi z
Wyoming.
Jane poklepała ją po ramieniu.
-
Jednak teraz go to juŜ nie interesuje. Ma na głowie inne sprawy. Zresztą widzisz
-
Jane westchnęła
-
ja i doktor Coltrain znamy się od dziecka. Dorastaliśmy tu razem. I wydaje
nam się, Ŝe do siebie pasujemy. Zaprosiłam go zresztą dzisiaj na kolację
-
skłamała na koniec.
-
Nic mi nie mówiłaś!
-
PrzecieŜ nie wiedziałam, Ŝe dzisiaj przyjedziesz
-
odparowała Jane.
Wypadło to na tyle przekonująco, Ŝe Cherry juŜ nie nalegała na wyjaśnienia.
Rzeczywiście była tu niespodziewanym gościem. Gdyby nie przyjęcie, w dalszym ciągu
znajdowałaby się w Victorii.
-
Jeśli chcesz, moŜesz zjeść z nami kolację
-
dodała Jane i z ulgą stwierdziła, Ŝe
Cherry nie ma na to najmniejszej ochoty.
-
Pewnie pojedziemy gdzieś z tatą
-
powiedziała.
Jane nie protestowała.
-
Naprawdę ci na nim nie zaleŜy?
-
spytała Cherry z Ŝałosną miną.
-
No cóŜ, jest bardzo miły
-
odparła Jane.
-
A poza tym tak wiele mu zawdzięczam.
Ostatnie zdanie sprawiło, Ŝe Cherry źle się poczuła. Zdobyła się jednak na uśmiech.
Potem szybko poŜegnała się i poszła do swojego pokoju.
Gdy tylko wyszła, Jane wybuchnęła płaczem. Nie mogła powstrzymać się nawet
wówczas, kiedy do pokoju weszła Meg z herbatą i ciasteczkami.
-
Jesteś sama?
-
spytała.
-
A gdzie, do licha, są goście? JuŜ pojechali?
W odpowiedzi Jane jeszcze bardziej zaniosła się płaczem.
-
Cherry teŜ była jakaś nieswoja. Widziałam ją, jak biegła do domku
-
powiedziała
Meg.
-
Co się tutaj, u licha, stało?
-
Wszystko
-
odparła zwięźle Jane.
-
Ten drań! Ten wąŜ z płową czupryną.
Jakkolwiek wyobraŜenie sobie węŜa z płową czupryną przekraczało moŜliwości Meg,
to jednak zaraz domyśliła się, o kim mowa.
-
Chodzi ci o Todda? Oszukał cię? A wydawało się, Ŝe jest takim dobrym księgowym!
-
Wcale nie jest księgowym!
-
zawołała Jane i znowu wybuchnęła płaczem.
Meg załamała ręce. Stanęła jej przed oczami wizja całkowitego bankructwa rancza, a
kto wie, moŜe nawet i długów.
-
Co ty powiesz! A tak mu dobrze z oczu patrzyło! Więc oszukał nas?
-
Nie nas, tylko mnie
-
odpowiedziała Jane.
-
Todd jest właścicielem olbrzymiej firmy
komputerowej i multimilionerem.
Meg najpierw stanęła jak wryta, a potem wybuchnęła śmiechem.
-
Daj spokój! Nie nabijaj się ze starej kobiety!
Zaskoczona jej reakcją Jane przestała płakać, chociaŜ na policzkach wciąŜ miała ślady
łez.
-
Wcale cię nie nabieram
-
powiedziała z urazą w głosie.
-
Ma w domu rollsa i ferrari.
Meg pokręciła przecząco głową.
-
To niemoŜliwe. Widziałaś, jak jadł moje kluski? AŜ mu się uszy trzęsły!
Jane westchnęła poirytowana tą dziwną argumentacją.
-
Powiedziała mi o tym matka Cherry. Zresztą Cherry to potwierdziła, choć
początkowo nie chciała tego zrobić.
Meg była juŜ mniej pewna siebie.
-
To po co zatrudniałby się jako księgowy?
-
rzuciła w jej stronę.
Jane zaczerpnęła głęboko powietrza. Poczuła, Ŝe znów zbiera jej się na płacz.
-
Z litości
-
odparła.
-
Z litości dla kaleki. Teraz przestało mnie juŜ dziwić to, Ŝe
dostałam tę poŜyczkę z banku.
Gospodyni pogłaskała ją po ramieniu.
-
Nie przejmuj się tym wszystkim
-
powiedziała.
-
Todd to Todd. Z pieniędzmi czy
bez.
-
Tak, tyle Ŝe nie będzie teraz wiedział, czy chodzi mi o niego, czy o jego pieniądze
-
ciągnęła Jane płaczliwym głosem.
-
Jego Ŝona mówiła, Ŝe piszą o nim w róŜnych gazetach
poświęconych gospodarce. Nie czytam ich, ale Todd moŜe o tym nie wiedzieć.
Meg pokiwała głową. Dopiero teraz pojęła złoŜoność całej sytuacji.
-
Rozumiem
-
mruknęła.
-
To jednak nie potrwa długo
-
stwierdziła Jane.
-
Mam zamiar radykalnie zmienić całą
sytuację.
-
Jak?
-
Z pomocą Rudzielca
-
odparła Jane.
-
Todd od dawna jest o niego zazdrosny.
NajwyŜszy czas, Ŝeby znalazł ku temu powody. Zaproszę go dzisiaj na kolację, Ŝebyśmy
mogli wszystko uzgodnić.
Gospodyni wpadła w popłoch.
-
Tylko nie to!
-
zaprotestowała.
-
Coltrain zasługuje na coś więcej.
-
Oczywiście
-
zgodziła się z nią Jane.
-
Wszystko odbędzie się na niby. Tylko po to,
Ŝ
eby spławić Burke'a
-
dodała.
-
Tylko Ŝeby Coltrain nie czuł się w tej roli fatalnie
-
przestrzegła ją Meg.
-
Nie będzie
-
powiedziała z całą mocą Jane.
W odróŜnieniu ode mnie, dodała w duchu.
Tak jak sądziła, Rudzielec zgodził się przyjść na kolację. Miał, co prawda, dyŜur, więc
wziął ze sobą pager, za pomocą którego moŜna go było w razie czego przywołać. Jane miała
mało czasu, dlatego upiekła kurczaka i zrobiła sałatkę warzywną. Więcej czasu poświęciła
swojej osobie. Umalowała się nawet i elegancko ubrała. Nie chciała, Ŝeby Rudzielec
zauwaŜył, co się z nią działo. Nic jednak nie potrafiło zamaskować smutku, który widniał w
jej oczach.
-
Czy to naprawdę takie waŜne, Ŝe on ma pieniądze?
-
spytał Coltrain, kiedy siedzieli
przy kawie.
-
Tak. Zwłaszcza jeśli będzie myślał, Ŝe mi na nich zaleŜy
-
odparła.
-
A to juŜ jego problem. MoŜe pozwolisz mu, Ŝeby sam sobie z tym poradził?
-
Niby dlaczego?
-
Bo on cię kocha, idiotko! Powinnaś dać mu jakąś szansę
-
powiedział Rudzielec.
-
Ten twój plan wcale mi się nie podoba.
-
Nie mam lepszego. Po co się maskował? Odpłacę mu pięknym za nadobne.
Coltrain patrzył przez chwilę na jej rozpłomienioną twarz. Nie chciał dopuścić, by
zrobiła coś, czego później będzie Ŝałować.
-
Pewnie sprawiało mu przyjemność, Ŝe pragniesz go dla niego samego
-
stwierdził.
-
Milionerzy nieczęsto mogą mieć taką pewność.
-
On teŜ nie.
-
Dlaczego?
-
PoniewaŜ mogłam o nim gdzieś przeczytać albo usłyszeć, a potem grać naiwną gęś.
Rudzielec juŜ chciał jej coś odpowiedzieć, lecz w tym momencie otworzyły się drzwi i
do środka wszedł Todd. Miał na sobie szary dwurzędowy garnitur, na nogach szyte na miarę
buty. Spojrzał najpierw na nich, a następnie na swojego rolexa. Na lewej ręce miał sygnet z
diamentem zdolnym oślepić konia. Dopiero teraz wyglądał na tego, kim był naprawdę
-
na
przemysłowego potentata.
-
Właśnie miałem zebranie, kiedy pani Emory poinformowała mnie o tym, co się stało
-
wyjaśnił, wskazując strój.
-
Znam juŜ wersję Marie i chciałbym usłyszeć twoją
-
zwrócił się
do Jane.
Coltrain chrząknął, Ŝeby przypomnieć o swoim istnieniu. Todd spojrzał na niego
swoimi stalowoszarymi oczami.
-
Widzę, Ŝe jecie kolację
-
mruknął.
-
I domyślam się z jakiej okazji.
Rudzielec aŜ otworzył usta. Ten Burke był znacznie sprytniejszy, niŜ przypuszczał.
-
MoŜe byśmy więc tak po prostu powiedzieli sobie prawdę
-
zaproponował.
-
Bez
Ŝ
adnych planów, rozgrywek czy udawania.
-
Posłał Jane znaczące spojrzenie.
-
Co wy na to?
Zacznijmy od tego, czy dobrze się pan bawił kosztem Jane?
-
zwrócił się do Todda.
-
Bawił? To chyba nie jest właściwe słowo. Pracowałem jak wół, zaniedbując bardzo
waŜne sprawy firmy.
-
Ale dlaczego?
-
nie wytrzymała Jane.
-
Bo było mi cię Ŝal. Mogłaś przecieŜ wszystko stracić mimo uporu i wielkiego hartu
ducha.
-
Mogłeś powiedzieć prawdę!
-
Po co? Byłoby ci lŜej?
-
spytał Todd.
-
Chciałem ci po prostu pomóc stanąć na nogi.
-
Ale teraz juŜ poradzę sobie sama. Nie potrzebuję niczyjej pomocy!
-
Oczywiście
-
zgodził się.
-
Wszystko juŜ jest dopracowane. I tak byś sobie poradziła,
gdybyś znalazła przyzwoitego księgowego.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu. Jane patrzyła na Todda, a on na nią lub na
Rudzielca. Czas płynął wolno. śadne z nich nie wiedziało, co począć.
-
Tak, hm, no cóŜ…
-
zaczął Coltrain, który najwyraźniej przyjął rolę mediatora.
Jednak Jane nie pozwoliła mu skończyć.
-
Co masz zamiar teraz robić?
-
spytała Todda, chcąc zakończyć całą sprawę.
-
Będę musiał zająć się swoją firmą
-
odpowiedział, nie patrząc jej w oczy.
-
Poza tym
Cherry musi wrócić do szkoły. Moja córka naprawdę wiele ci zawdzięcza. Ma teraz nawet
szansę na rodeo.
Jane pokiwała głową.
-
Tak, Cherry zawsze będzie moją przyjaciółką.
-
Cherry, a ja nie?
-
Jestem ci głęboko wdzięczna za wszystko, co dla mnie zrobiłeś
-
powiedziała
drętwym głosem.
Todd chwycił ją za rękę.
-
AleŜ Jane!
-
Czy mam wyjść?
-
spytał Rudzielec, który najwyraźniej czuł się niezręcznie w tej
sytuacji.
-
Ani mi się waŜ!
-
krzyknęła Jane, wyrywając dłoń z niedźwiedziego uścisku Todda.
-
Boisz się mnie
-
powiedział oskarŜycielskim tonem Todd.
-
Nie mam juŜ nic więcej do powiedzenia
-
stwierdziła.
-
Poza "Ŝegnaj".
Todd zwiesił smętnie głowę.
-
Cherry będzie przykro.
Usta Jane skrzywiły się w podkówkę. Po chwili jednak opanowała Ŝal.
-
Tak, wiem
-
powiedziała.
-
Mnie teŜ jest przykro.
Todd wstał i wyciągnął ku niej rękę. Skinął teŜ głową Coltrainowi.
-
Jestem głęboko wdzięczna za wszystko.
-
Za wszystko?
-
powtórzył głębokim, pełnym podtekstów tonem.
Jane zaczerwieniła się i chyba właśnie o to mu chodziło. Raz jeszcze skinął im głową i
wyszedł. Rudzielec patrzył na nią z niedowierzaniem.
-
Ty idiotko! Czy duma jest dla ciebie waŜniejsza niŜ uczucie? Do końca Ŝycia
będziesz Ŝałowała tego, Ŝe nie pozwoliłaś mu wszystkiego powiedzieć.
-
Wiem, co ma do powiedzenia
-
Ŝ
achnęła się Jane.
-
To nadęty, samolubny głupek.
-
Wydawało mi się, Ŝe mu na tobie zaleŜy.
Jane ukryła twarz w dłoniach, Ŝeby nie widział jej miny. Coś jej mówiło, Ŝe nie
wygląda teraz najlepiej. Przez chwilę walczyła z chęcią rozpłakania się na dobre, a w końcu
bąknęła:
-
W dodatku głupek z pieniędzmi.
-
Pieniądze to nie wszystko
-
rzucił Coltrain, który nie bardzo wiedział, co zrobić z
rękami. Najchętniej objąłby przyjaciółkę, Ŝeby ją jakoś pocieszyć.
-
Tak. Dla kogoś, kto je ma.
-
Posłuchaj, on teŜ jest dumny
-
Coltrain wrócił do właściwego tematu rozmowy.
-
Jeśli pozwolisz mu teraz odejść, to juŜ do ciebie nie wróci.
-
Wcale tego nie chcę.
-
Chcesz!
-
Nie chcę!
Mogli się tak spierać przez najbliŜszą godzinę. Rudzielec westchnął i podniósł się z
miejsca. Niestety, nic nie udało mu się wskórać. Jane potrafiła być uparta jak osioł.
-
Pójdę juŜ
-
rzucił.
Skinęła głową.
-
Dzięki, Ŝe przyszedłeś. Nie poradziłabym sobie bez ciebie.
-
I tak sobie nie poradziłaś
-
powiedział, czyniąc ostatni wysiłek, by jakoś do niej
przemówić.
-
Kłóciłaś się z nim tylko, zamiast po prostu porozmawiać. A teraz zostaniesz
sama.
Wzruszyła ramionami.
-
To nic nowego.
-
Twój ojciec chciałby, Ŝebyś była szczęśliwa.
-
Ale nie za wszelką cenę. Todd nie jest facetem, który mógłby się oŜenić z
dziewczyną ze wsi. Nie wiedziałabym nawet, jak się zachować w towarzystwie.
Z kolei Rudzielec wzruszył ramionami.
-
Wszystkiego moŜna się nauczyć
-
stwierdził i spojrzał na zegarek.
-
Ojej, jestem
spóźniony. No, trzymaj się. Pędzę na obchód.
PoŜegnała go, a następnie wyszła na ganek, Ŝeby zobaczyć, jak odjeŜdŜa. Po chwili
zauwaŜyła, Ŝe Todd i Cherry skończyli juŜ pakowanie i zabrali się do przenoszenia bagaŜy do
samochodu. Rzeczywiście był to rolls. Jane ukryła się w bawialni i wyjrzała zza zasłonki.
Pojechali. Dom wydawał się teraz znacznie bardziej pusty niŜ kiedykolwiek.
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
ś
ycie bez Todda i Cherry stało się nudne i męczące, ale ranczo kwitło. Jane świetnie
sobie radziła ze sprawami organizacyjnymi. Odkryła w sobie talenty, o których istnieniu
nawet nie wiedziała. Zwykle to ojciec zajmował się całym ranczem. Teraz prowadziła
rozmowy z hodowcami, podpisywała umowy, zamieszczała ogłoszenia w pismach
poświęconych hodowli koni i jeździła na aukcje. Nawet Tim był zdziwiony, skąd bierze tyle
energii.
Reklama ubrań równieŜ szła znakomicie. Firma zdecydowała się w końcu na krótki
film dla telewizji. Po pierwszych projekcjach sprzedaŜ wzrosła dwukrotnie. Okazało się teŜ,
Ŝ
e pomogło to jej w interesach. Mogła teraz liczyć na współpracę najlepszych hodowców.
Stała się popularna, Ŝeby nie powiedzieć: sławna. Uruchomiony przez Todda mechanizm sam
się napędzał i pozwalał liczyć na sukcesy w przyszłości.
Jednak Jane, mimo licznych spotkań i zajęć, prowadziła samotne Ŝycie. Nie mogła teŜ
jeździć konno. Pierwsza powaŜna próba zakończyła się kompletnym fiaskiem. Musiała
później przeleŜeć tydzień w łóŜku, kurując zbolały kręgosłup. Ale to właśnie wtedy zapisała
się na korespondencyjny kurs księgowości, dzięki któremu udało jej się nauczyć prowadzenia
ksiąg rachunkowych. Sprawę ułatwiło to, Ŝe Todd pozostawił wszystko w idealnym porządku.
Czasami myślała o nim. Zastanawiała się, czy jest zadowolony z tego, Ŝe wrócił do
swojej firmy.
Todd być moŜe był zadowolony, ale większość jego pracowników nie. Od swojego
powrotu stał się uszczypliwy i nieprzyjemny. Nic mu sienie podobało. Wszyscy pracowali
zbyt wolno. W dziale projektów nie wymyślono niczego sensownego, a w kaŜdym razie
niczego, co by mu się podobało. Programiści nie troszczyli się o sprzęt, a zwłaszcza dyskietki,
które kładziono często tuŜ obok kawy. Na argumenty, Ŝe przecieŜ zawsze tak było, Todd
zaciskał tylko gniewnie usta. Nawet jego nieoceniona sekretarka, pani Emory, podpadła mu,
kiedy nie potrafiła znaleźć jakiegoś dokumentu w ciągu piętnastu sekund. Jednym słowem
-
wszystko było źle.
Wcale nie lepiej przedstawiała się sytuacja w domu. Cherry, która po raz pierwszy
miała pójść do normalnej szkoły bez internatu, nie wiedziała juŜ, czy powinna się z tego
cieszyć. Ojcu nie podobały się jej stroje, muzyka, której słuchała, a takŜe oglądane przez nią
filmy. Doszło do tego, Ŝe Todd po emisji jakiegoś filmu zadzwonił do lokalnej stacji
telewizyjnej i ostro nawymyślał któremuś z redaktorów. Gdyby mu chociaŜ ulŜyło!
Cherry znosiła to wszystko spokojne. Jednak kiedy ojciec zabronił jej kupowania
magazynu poświęconego koniom, tylko dlatego, Ŝe ukazał się w nim artykuł o Jane, nie
wytrzymała i powiedziała, co o tym sądzi.
-
Wiesz, tato, zrobiłeś się ostatnio potwornie zgryźliwy
-
stwierdziła.
-
Ludzie boją się
do ciebie podchodzić.
Spojrzał na nią znad stron Wall Street Journal. Wyglądał na zaskoczonego tą
wiadomością.
-
Naprawdę? Boją się mnie? Chyba trochę przesadzasz. Wcale nie jestem zgryźliwy.
Cherry odchrząknęła.
-
To bardzo łagodne określenie
-
powiedziała.
-
Pani Emory uŜyła znacznie
dosadniejszego, kiedy po raz czwarty kazałeś jej przepisać list z powodu zbyt małego
marginesu. Czy rzeczywiście musiałeś go mierzyć linijką? A znowu Chris powiedział, Ŝe
zniszczyłeś jego nowy program. Dobrze, Ŝe miał go na twardym dysku.
Todd wzruszył ramionami, a następnie odłoŜył gazetę, której i tak juŜ nie czytał.
-
To nie moja wina, Ŝe wszyscy oduczyli się pracować. Mogę przecieŜ oczekiwać
odrobiny zaangaŜowania od moich pracowników! A jeśli idzie o to pismo, to…
-
Todd
poczuł, Ŝe się zapędził.
-
Właśnie! Widziałeś zdjęcie Jane? Była na rozkładówce! Wyglądała naprawdę
ś
wietnie!
-
Nie zauwaŜyłem.
-
Naprawdę? Wydawało mi się, Ŝe widziałam to pismo na twoim biurku. A było tam
naprawdę duŜe jej zdjęcie.
Todd sięgnął po "Wall Street Journal" i otworzył go ostentacyjnie.
-
Czy nie zadano ci jakiejś pracy domowej? Jak oni was uczą w tej szkole?
-
Tato, przecieŜ szkoła się jeszcze nie zaczęła!
Brwi Todda powędrowały w górę.
-
Naprawdę?
-
Mógłbyś do niej zadzwonić, wiesz
-
rzuciła jakby od niechcenia Cherry.
-
Do szkoły? Po co?
-
Miałam na myśli Jane.
Todd skrzywił się, jakby mu zaproponowała wspólny mord albo coś równie
odpychającego.
-
Do niej?! Po co?! PrzecieŜ dała mi kosza!
-
CzyŜbyś myślał o tym, Ŝeby się z nią oŜenić?
-
spytała drŜącym głosem.
-
Jane
byłaby znakomitą matką.
Todd pokręcił głową.
-
Teraz i tak za mnie nie wyjdzie. Wyraźnie mi to powiedziała. A poza tym ty masz
juŜ matkę
-
dodał po chwili namysłu.
Córka wzniosła oczy do góry.
-
Nie wiem, czy zauwaŜyłeś, Ŝe ostatnio nie rozmawiamy ze sobą. To z powodu Jane.
Todd ponownie odłoŜył gazetę i podszedł do córki. Jego cięŜka dłoń spoczęła na jej
ramieniu.
-
Ja teŜ zrobiłem jej awanturę
-
powiedział.
Cherry spojrzała błagalnie w jego oczy.
-
Zadzwoń do Jane, tato. PrzecieŜ ona szaleje za tobą, a ty… za nią.
-
Nic z tego
-
uciął krótko Todd.
-
Jane wyjdzie pewnie za tego płomiennowłosego
doktora i będą mieli mnóstwo małych rudzielców.
Cherry pokręciła głową.
-
Tak kiepsko ją znasz? No nic, widzę, Ŝe wolisz męczyć siebie oraz innych i
doprowadzić swoich pracowników do choroby nerwowej lub alkoholowej.
-
Nikt z moich ludzi nie pije
-
warknął.
-
Chris się upił. Po raz pierwszy w Ŝyciu. Po tym, jak potraktowałeś jego nowy
program
-
poinformowała go.
-
Mówi, Ŝe wyjedzie do Kalifornii, Ŝeby stworzyć program
wirtualny dla źle traktowanych pracowników. Będą oni mogli dręczyć swoich szefów, a
nawet ich zabijać.
-
Uuu! Złośliwy chłopak!
-
mruknął Todd.
-
Będę mu chyba musiał dać podwyŜkę, bo
inaczej rzeczywiście to zrobi.
Cherry uśmiechnęła się, zachęcona powrotem ojcowskiego dobrego humoru.
-
A co z Jane?
-
spytała odwaŜnie.
Todd znowu stał się ponury.
-
Nawet mi o niej nie wspominaj!
-
Tak, ona teŜ uwaŜała, Ŝe nie jest dla ciebie dość dobra.
-
Co takiego?
-
Todd spojrzał z ukosa na córkę.
-
Kiedy mama powiedziała jej o firmie i rollsie, zrobiła się biała jak papier. Mama
przekonała ją, Ŝe nie nadaje się na Ŝonę milionera.
-
Jak śmiała!
-
wrzasnął Todd.
-
Jane nadaje się do tego bardziej niŜ ona sama!
-
Nikt jej tego nie powiedział
-
ciągnęła z niewinną minką Cherry.
-
Pewnie ciągle
uwaŜa, Ŝe jest gorsza.
-
Niby dlaczego?
-
mruknął Todd.
-
No cóŜ, skończyła tylko średnią szkołę.
-
Tak jak ja.
-
Poza tym nie wiedziałaby, jak się zachować na przyjęciu.
-
Cherry zagięła drugi
palec.
-
Wiesz, jak nie znoszę przyjęć i tych wszystkich wypindrzonych paniuś z ich
widelczykami, łyŜeczkami i nie wiadomo czym.
-
Jane ma powaŜne podejście do Ŝycia. Chce je ułoŜyć raz na zawsze.
-
A ja? Myślisz, Ŝe ja nie mam? Bardzo powaŜnie potraktowałem swój związek z
twoją matką. No ale cóŜ, Jane jest inna
-
naszła go nagła refleksja.
-
Właśnie. I po namyśle muszę stwierdzić, Ŝe moŜe jednak zdecyduje się na związek z
doktorem Coltrainem
-
oświadczyła z niewinną minką Cherry.
-
PrzecieŜ go nie kocha!
-
odparował Todd.
-
Miłość to nie wszystko. Jane musi myśleć o przyszłości. Doktor Coltrain to powaŜny
partner. A poza tym szaleje za nią.
-
Cherry!
-
AleŜ tato, przecieŜ wcale nie zamierzasz się z nią Ŝenić. Więc nie powinno cię to
martwić.
-
I nie martwi!
-
warknął Todd.
-
Jak cholera!
Cherry spojrzała na niego uwaŜnie.
-
A moŜe jednak?
Wahał się przez chwilę. Przez chwilę miał zamiar skarcić córkę, ale w końcu z
cięŜkim westchnieniem zagłębił się w fotelu.
-
No dobrze, a jeśli nawet? Nie sądzę, Ŝeby Jane chciała ze mną teraz rozmawiać.
Dziewczynka zaczęła się zastanawiać. Niestety, ojciec miał rację. Jane nie będzie
odbierać telefonów od Todda, a kiedy ten przyjedzie na ranczo. zwieje gdzie pieprz rośnie.
Cherry poznała dobrze reakcje przyjaciółki.
-
Wiem! Rodeo!
-
wykrzyknęła olśniona nagłą myślą.
-
Jane na pewno przyjedzie,
Ŝ
eby mnie zobaczyć.
Todd zasępił się i potarł zmarszczone czoło. Córka z pewnością miała rację.
-
Na pewno się przebierze
-
powiedział głosem pełnym zwątpienia.
-
A poza tym
usiądzie gdzieś w tylnych rzędach. Nie wypatrzymy jej.
-
Mógłbyś poprosić Chrisa, Ŝeby ją odszukał
-
rzuciła Cherry.
-
Na pewno to zrobi.
-
Coś ty!
-
Ŝ
achnął się Todd.
-
JuŜ raczej będzie mnie przypiekał ogniem w przestrzeni
wirtualnej.
-
AleŜ tato, po podwyŜce?
Oboje roześmieli się głośno. Todd śmiał się trochę z siebie. Nie od dziś dawał się
córce wodzić za nos. Cherry natomiast śmiała się z radości. Z ulgą stwierdziła, Ŝe ojciec bez
zbędnych sporów przystał na jej plan.
-
Dobrze, porozmawiam z nią
-
powiedział w końcu Todd.
-
Ale co potem?
-
A potem będziemy Ŝyć długo i szczęśliwie.
-
Ciekawe, którzy długo, a którzy szczęśliwie
-
mruknął pod nosem Todd. Zrobił to
jednak bez przekonania. Pomysł Cherry wydawał mu się coraz bardziej kuszący.
Tego dnia, kiedy Cherry miała wystąpić na rodeo w Victorii, Meg przygotowała lekki
lunch. Mimo to Jane prawie go nie tknęła. Siedziała przy stole, dłubiąc widelcem w ryŜu.
-
To co? Pojedziesz w końcu na występ swojej uczennicy?
-
spytał Tim gderliwym
tonem, który miał zamaskować troskę.
Jane pokręciła głową.
-
Nie. Bo on tam będzie.
-
Oczywiście, przecieŜ jest jej ojcem.
Jane odsunęła od siebie kawałek marchewki unurzany poprzednio w sosie.
-
Chciałabym ją zobaczyć, ale nie mogę ryzykować spotkania
-
powiedziała.
-
Mogłabyś włoŜyć szal na głowę i okulary słoneczne
-
podpowiedziała jej Meg.
-
Na
pewno cię nie pozna. Aha, i sukienkę. PrzecieŜ nigdy nie nosisz sukienek.
Jane zastanawiała się nad tym przez chwilę. Tak, mogłaby się przebrać. I usiąść w
tylnym rzędzie. Todd na pewno będzie chciał obejrzeć Cherry z bliska.
-
MoŜe rzeczywiście pojadę
-
stwierdziła po pełnej napięcia chwili.
-
Tam będzie cały
tłum. Zresztą nie sądzę, Ŝeby w ogóle chciał mnie spotkać.
-
Jasne, Ŝe by chciał!
-
krzyknął Tim, ale w tym samym momencie Ŝonę kopnęła go
pod stołem w kostkę.
-
Au!
-
jęknął.
-
To jest, chciałem powiedzieć, na pewno by nie chciał. W ogóle nawet
by na ciebie nie spojrzał. No bo po co?
Usta Jane wykrzywiły się w podkówkę, a noga Meg jeszcze raz wylądowała na
obolałej kostce męŜa. Tim jęknął, a potem zamilkł na dobre.
-
Dobrze, pojadę
-
zawyrokowała w końcu Jane.
WłoŜyła prostą biało
-
zieloną sukienkę, sandały, a następnie związała włosy i ukryła
je pod szeroką przepaską zrobioną nie z szalika, lecz z chustki. Potem przymierzyła ciemne
okulary.
-
I jak?
-
spytała.
Meg skinęła z aprobatą głową. Jednocześnie starała się zapamiętać wszystkie
szczegóły stroju, Ŝeby móc przekazać je Cherry przez telefon.
-
Znakomicie. Na pewno nikt cię nie rozpozna.
Jane uśmiechnęła się juŜ nieco pewniej.
-
TeŜ tak pomyślałam, jak zobaczyłam siebie w lustrze
-
powiedziała.
-
Wyglądam
zupełnie inaczej. Nawet czuję się jakoś dziwnie.
Jane była skłonna przypisywać zmianę w swoim nastroju nowemu ubraniu. Nawet jej
do głowy nie przyszło, Ŝe moŜe to być spowodowane czymś innym. Na przykład perspektywą
spotkania z Toddem.
WyjeŜdŜając do Victorii, zastanawiała się nad skomplikowanymi kolejami losu.
Wiedziała, Ŝe musi unikać Todda, a jednocześnie Cherry pozostała jej przyjaciółką. Pisywały
nawet do siebie, z tym Ŝe Ŝadna nie wspominała ani słowem o Toddzie.
Kiedy przyjechali na rodeo, skończyły się właśnie wstępne uroczystości. Z trudem
udało im się znaleźć miejsce na parkingu, a następnie przeszli w stronę stadionu. Tim kupił
bilety. Jane usadowiła się w jednej z ostatnich ławek w obawie, Ŝe towarzystwo Meg i Tima
moŜe ją zdradzić. Od razu teŜ zauwaŜyła młodego człowieka, który intensywnie się w nią
wpatrywał. Niech lepiej uwaŜa. Jeśli będzie się do niej przystawiał, spadnie z bardzo wysoka.
Próbowała skoncentrować się na zawodach, ale jakoś jej się to nie udawało. Przez cały
czas wypatrywała Todda gdzieś w pierwszych rzędach. W duchu mówiła sobie, Ŝe to ze
względów bezpieczeństwa.
Na początku występowali męŜczyźni, próbujący sił w ujeŜdŜaniu i rzucaniu lassem.
Potem kobiety. Potem znów męŜczyźni. Jane nawet nie widziała tego, co działo się na
placyku. Wręczono pierwsze nagrody i ogłoszono występy juniorek. Cherry miała jechać jako
czwarta. Jane przestała rozglądać się dokoła i zaczęła śledzić przejazdy. Pierwsza dziewczyna
była dobra, ale zdenerwowana. Nic dziwnego, przecieŜ to Ŝadna przyjemność otwierać
zawody. Druga pojechała słabo, ale za to trzecia wypadła rewelacyjnie. W końcu padło
nazwisko Burke. Jane zacisnęła dłonie. Krew zaczęła jej Ŝywiej krąŜyć w Ŝyłach. Cała oblała
się rumieńcem. Wystarczył tylko rzut oka na prosto trzymającą się w siodle zawodniczkę,
Ŝ
eby moŜna było stwierdzić, iŜ Cherry jest dzisiaj nie do pobicia. Jane aŜ gwizdnęła. Jej
skołatane nerwy uspokoiły się i juŜ spokojnie obejrzała cały występ. Nawet gdyby Cherry nie
wygrała, to i tak odniosła wielki sukces.
Jednak sędziowie teŜ mieli oczy. Ogłoszono wyniki. Cherry była najlepsza. Jane
zapiekły powieki. Czuła się tak, jakby była matką dziewczyny. Jakiś męŜczyzna podszedł do
Cherry i wziął ją w ramiona. Todd!!! Kiedyś Jane teŜ była w jego ramionach. I ją teŜ przytulał
tak czule i serdecznie.
Uznała, Ŝe juŜ czas wracać do domu. Wstała i zaczęła się przeciskać do miejsc
zajmowanych przez Tima i Meg. Nie było ich tam jednak. Być moŜe poszli pogratulować
Cherry, pomyślała Jane. Wiedziała, Ŝe ona się na to nie zdecyduje. Na pewno nie przy
Toddzie.
Westchnęła cięŜko i powlokła się noga za nogą do wyjścia. Postanowiła, Ŝe zaczeka
na swoich opiekunów w samochodzie. Dopiero na parkingu przypomniała sobie, Ŝe nie ma
kluczyków i będzie musiała sterczeć na zewnątrz. Zresztą, prawdę mówiąc, miała problemy z
odnalezieniem własnego auta. Nie zdarzyło jej się to nigdy wcześniej. Zawsze miała dobrą
pamięć do miejsc i przedmiotów. Kiedy tak stała wśród samochodów, ktoś podszedł i chwycił
ją za rękę.
Znała tę dłoń. Znała tego człowieka.
Todd bez słowa zaprowadził ją do czarnego ferrari. Tutaj się zatrzymali.
-
Zdejmij te cholerne ciemne okulary
-
powiedział.
-
PrzecieŜ słońce juŜ zaszło.
Jane dosłownie zamurowało. Przez dłuŜszą chwilę nie mogła wydobyć z siebie głosu.
-
S… skąd wiedziałeś?
-
MoŜna cię było poznać choćby po tych okularach
-
powiedział.
-
Jesteś jedyną osobą,
która nosi je o zmierzchu. Ale tak naprawdę, to Cherry uknuła spisek z Timem i Meg.
-
Gdzie oni teraz są?
-
spytała poirytowana.
Todd otworzył drzwiczki i wskazał jej miejsce obok kierowcy.
-
W domu. Czekają na nas.
-
Spojrzał jej prosto w oczy.
-
Mogą sobie czekać.
Straciliśmy duŜo czasu, Jane, bardzo duŜo czasu.
Patrzyła na niego, niczego nie rozumiejąc. Wszystko działo się zbyt szybko.
-
Zaraz, chwileczkę
-
powiedziała, wciąŜ wahając się, czy wsiąść do samochodu.
Todd pochylił się i ją pocałował. Jane dotknęła warg.
-
To… to nie moŜe się udać
-
szepnęła do siebie.
Jakimś cudem usłyszał jej głos.
-
To na pewno się uda, Jane. Pobierzemy się i będziemy mieli całą gromadę dzieci.
Tak, Ŝebyśmy mogli prowadzić rodzinne ranczo.
-
AleŜ ja nie jestem wykształcona
-
wyrwało jej się.
-
Ja teŜ.
-
Ani obyta towarzysko.
-
Podobnie jak ja
-
powiedział i popchnął ją lekko w stronę otwartych drzwiczek.
-
Poza tym nie znoszę przyjęć.
-
ś
ebyś wiedziała, jak ja ich nienawidzę!
Zamknął drzwiczki i przeszedł na drugą stronę samochodu. Dzięki temu zyskała
trochę czasu. Niewiele jednak jej to dało. W dalszym ciągu nie wiedziała, co robić.
-
Tęskniłem za tobą. A ty?
-
zapytał, sadowiąc się tuŜ obok.
Jane w końcu skapitulowała.
-
Bardzo
-
przyznała.
-
Nigdy w Ŝyciu nie czułam się tak samotna.
-
Zobaczysz, jak będzie nam dobrze! Z wyjątkiem tych chwil, kiedy będziemy się
kłócić. Zdaje się, Ŝe oboje jesteśmy uparci jak osły
-
naszła go nagła refleksja.
-
A Cherry
będzie najszczęśliwszą dziewczyną w Jacobsville
-
dodał po chwili.
-
W Jacobsville? Będziemy mieszkać w Jacobsville?
-
dopytywała się.
-
Jasne. PrzecieŜ nie skończyłem jeszcze pracy na ranczu.
-
Od razu wiedziałam, Ŝe chodzi ci o moje ranczo!
-
wykrzyknęła.
-
Ty materialisto!
Todd uruchomił silnik. Nie ryczał on tak, jak w innych samochodach, ale jednocześnie
czuło się w nim olbrzymią moc. Te dźwięki przypominały pomruki tygrysa. Ruszyli bez pisku
opon, ale za to szybko. Jane pomyślała, Ŝe oto ziściły się jej marzenia i sama była zaskoczona
tym, Ŝe wszystko poszło tak gładko.
-
Tak przy okazji, powiedz, jak tam twoje ranczo. Pewnie wszystko podupada?
Jane roześmiała się, szczęśliwa, Ŝe moŜe pochwalić się sukcesem.
-
Wręcz przeciwnie
-
odparła.
-
Skończyłam kurs dla księgowych i nieźle sobie radzę.
Todd spojrzał na nią z ukosa, Ŝeby sprawdzić, czy nie Ŝartuje. Była powaŜna.
-
No i co? Wcale nie było to takie trudne, prawda?
-
O BoŜe! Todd! Dokąd jedziemy?!
Skręcili właśnie z głównej drogi na jakiś leśny trakt. Samochód podskakiwał na
wybojach. Todd zredukował prędkość i spojrzał na nią z czułością.
-
Do domu
-
odparł.
-
Ale pomyślałem, Ŝe zrobimy sobie mały przystanek.
W drodze powrotnej zrobili jeszcze kilka takich "małych przystanków".
Pobrali się parę dni później. Tim i Meg byli świadkami, a podniecona Cherry druhną.
Była to cicha ceremonia. Nie zaprosili na nią nikogo. Być moŜe dlatego nie mówiono o niej w
Jacobsville. Toddowi nie zaleŜało na rozgłosie. Miał go juŜ dosyć. A Jane, którą po
telewizyjnych reklamach równieŜ proszono o autografy, podzielała jego pogląd.
Po ślubie i weselnej kolacji wyjechali na krótki miesiąc miodowy na Jamajkę.
Nareszcie mogli być sami. Mieli do dyspozycji wspaniały, luksusowy apartament w Montego
Bay z nie mniej wspaniałym i luksusowym łóŜkiem. Todd chciał z niego skorzystać, gdy
tylko się tam zainstalowali.
-
Czy nie powinniśmy raczej pójść i obejrzeć ocean?
-
spytała Jane, oddychając
cięŜko, gdyŜ Todd zaczął ją całować w szyję.
-
Płacimy przecieŜ tak duŜo. A to, co teraz
robimy, moglibyśmy robić wszędzie.
-
No, niezupełnie
-
zaprotestował nowo poślubiony mąŜ, dotykając jej piersi.
Poczuła, Ŝe brakuje jej tchu.
-
Och, Todd
-
jęknęła.
-
To co? Idziemy?
-
spytał, odsuwając się trochę od niej. Chwyciła go mocno i zaczęła
całować. Po chwili byli juŜ zupełnie nadzy. Mimo klimatyzacji w pokoju było ciepło, więc
pościel nie była im potrzebna. Skorzystali natomiast z wielkiego, podwójnego łoŜa.
-
Chyba nie musimy
-
szepnęła mu wprost do ucha.
LeŜeli przytuleni, całując się bez przerwy. Byli tak spragnieni siebie, Ŝe nie zwaŜali na
nic. Zapomnieli nawet sprawdzić, czy zamknęli drzwi. Dopiero po jakimś czasie dotarło do
Todda, Ŝe musi uwaŜać.
-
Nie boli?
-
spytał, czując pod sobą drobne ciało Jane.
Pokręciła głową. Jej jasne włosy przypominały złotą burzę na błękitnej poduszce.
-
Nie. Czuję się coraz lepiej. Chodź do mnie.
-
Wyciągnęła ręce.
Toddowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Przywarł do niej i juŜ po chwili
tulił ja, pieszcząc plecy i pośladki.
-
Och, Todd! Tak ciebie pragnę!
Dotknął jej ud, a ona otworzyła się jak róŜa. Kochali się długo i namiętnie, w
zgodnym rytmie ciał. Nawet nie przypuszczali, Ŝe moŜe im być tak dobrze. Kochali się bez
wyrzutów sumienia, bez strachu, bez wzajemnych pretensji, wiedząc, Ŝe mają przed sobą
wspaniałą przyszłość. W końcu legli obok siebie na pościeli. Jane poczuła, Ŝe łzy spływają jej
po policzkach.
-
Mój BoŜe! Myślałam, Ŝe umrę.
-
Ze strachu?
-
Nie. Ze szczęścia
-
odpowiedziała, marszcząc brwi.
-
A ty się śmiałeś.
-
RównieŜ ze szczęścia.
-
Wobec tego moŜe spróbujemy jeszcze raz
-
zaproponowała, spuszczając wzrok.
Todd przytulił ją znowu i zaczął pieścić. Jego ręce błądziły po jej ciele. Jednak po
chwili pomyślało nieszczęsnej chorobie swojej nowo poślubionej Ŝony.
-
A jak twoje plecy?
-
spytał, odsuwając się nieco od niej.
-
Nie bolą?
-
Wręcz przeciwnie. Mam wraŜenie, Ŝe działa to na mnie terapeutycznie.
Todd natychmiast znalazł się tuŜ obok niej.
-
Zatem musimy to powtórzyć.
Znowu się połączyli i tym razem było im jeszcze wspanialej. Jane krzyczała z
rozkoszy. Nigdy dotąd nie czuła się tak pełna. A Todd nigdy nie był tak zaspokojony.
Zasnęli. Dochodziła szósta i tego dnia nie zjedli kolacji. Spali prawie dziesięć godzin i
kiedy się obudzili, złote słońce opromieniało całą zatokę. Pierwszy otworzył oczy Todd, ale
Jane, jakby to wyczuwając, obudziła się zaraz po nim.
-
Mogliśmy przynajmniej zasłonić okno
-
powiedziała.
-
Dlaczego? Tak jest bardzo dobrze.
-
Patrzył na jej nagie ciało, a w jego oczach widać
było niekłamany zachwyt.
-
Bardzo długo spałam
-
stwierdziła, zerkając na zegarek.
-
Zresztą nic dziwnego.
Przed ślubem prawie nie zmruŜyłam oka. Bałam się, Ŝe twoja była Ŝona znajdzie jakiś sposób,
Ŝ
eby nam zepsuć uroczystość.
-
Niepotrzebnie
-
stwierdził Todd.
-
Widziałaś, jak Cherry sobie z nią poradziła. Marie
była potulna jak trusia. Moja córka powinna zostać psychiatrą, a nie jakimś zwykłym
lekarzem.
-
Chciałbyś tego?
-
O BoŜe, nie!
Oboje wybuchnęli śmiechem. Ich spojrzenia spotkały się, ale Jane szybko spuściła
wzrok.
-
Na szczęście teraz jakoś się dogadały
-
szepnęła.
-
Kto?
-
Todd zdąŜył juŜ zapomnieć, o czym przed chwilą rozmawiali.
-
Cherry i Marie
-
odparła.
-
Są w dobrej komitywie.
-
Aha
-
powiedział.
-
A my jesteśmy w najlepszej z moŜliwych.
Jane skinęła głową.
-
Kocham cię
-
szepnęła.
-
Ja teŜ cię kocham.
Nawet nie zauwaŜyli, kiedy zaczęli się całować. Jane zamknęła oczy. Wyobraziła
sobie wody oceanu, opływającego ich samotną wyspę. Wody oceanu miłości.