background image

JANE ANNE KRENTZ

BIAŁE KŁAMSTA

background image

PROLOG

Clare Lancaster siedziała w kawiarni dużej księgarni w Phoenix w Arizonie, 

czekając na swoją przyrodnią siostrę, której nigdy wcześniej nie widziała. Przed nią 
stała filiżanka zimnej już zielonej herbaty. Clare, zaintrygowana i jednocześnie pełna 

obaw, jeszcze jej nie tknęła.

Nawet gdyby nie widziała zdjęć i nie czytała artykułów o Elizabeth Glazebrook i 

jej zamożnej, wpływowej rodzinie, rozpoznałaby siostrę, ledwie weszła do środka.

I   wcale   nie   chodziło   o   rodzinne   podobieństwo.   Clare   miała   zaledwie   metr 

sześćdziesiąt i była przyzwyczajona do zadzierania głowy nie tylko w towarzystwie 
mężczyzn,   ale   i   wielu   kobiet.   Zdawała   sobie   sprawę,   że   czasami   to   sobie 

rekompensuje, tak jak Napoleon.

Przyjaciele mówili, że jest przebojowa. Ci, z którymi nie była zaprzyjaźniona, 

używali innych określeń: trudna, uparta, stanowcza, despotyczna. Niekiedy padały 
nawet słowa Jędza" czy „hetera", zwykle z ust mężczyzn, którzy przekonywali się, że 

nie tak łatwo zaciągnąć ją do łóżka, jak się spodziewali.

Elizabeth była jej całkowitym przeciwieństwem: wysoka, smukła, o długich do 

ramion   miodowych   włosach,   rozjaśnionych   słońcem   pustyni   i   dzięki   dyskretnej 
ingerencji dobrego fryzjera. Miała cudownie regularne patrycjuszowskie rysy twarzy i 

wspaniały profil.

Ale najbardziej rzucała się w oczy jej elegancja. Jeśli chodzi o ubrania, biżuterię 

i   dodatki,   Elizabeth   nie   miała   dobrego   gustu   -   miała   znakomity.   Wiedziała,   jakie 
kolory nosić, żeby podkreślić swoją urodę, i miała wyjątkowe oko do detali.

Dopóki nie wyszła za Brada McAllistera, była jedną z najlepszych projektantek 

wnętrz na południowym zachodzie. Wszystko zmieniło się w ostatnich miesiącach. 

Dobrze prosperującą firmę trafił szlag.

Elizabeth przystanęła w wejściu i zaczęła rozglądać się po kawiarni. Clare już 

miała unieść rękę, żeby przyciągnąć jej uwagę. Nie mogła przecież się spodziewać, że 
Elizabeth ją rozpozna. W końcu jej prace nigdy nie zostały opublikowane w którymś z 

ekskluzywnych magazynów, a zdjęcia z jej wesela nie trafiły do kroniki towarzyskiej. 
Bo też nigdy nie było żadnego wesela. Ale to już inna sprawa.

Zdziwiła się więc, gdy Elizabeth przerwała przeszukiwanie wzrokiem kawiarni, 

ledwie zobaczyła ją siedzącą w rogu. Ruszyła do niej przez labirynt stolików.

Moja siostra, pomyślała Clare. Poznała mnie, tak jak i ja rozpoznałabym ją, 

background image

nawet gdybym nie widziała nigdy jej zdjęcia.

Kiedy Elizabeth podeszła, dostrzegła w jej piwnych oczach kiepsko skrywane 

przerażenie.

-   Dzięki   Bogu,   że   przyszłaś   -   szepnęła   Elizabeth.   Piękna,   ręcznie   robiona 

skórzana torebka zadrżała w jej zaciśniętych palcach.

Niepewność i obawy Clare w mgnieniu oka zniknęły. Zerwała się i uściskała 

Elizabeth, jakby znały się całe życie.

- Już w porządku - powiedziała. - Wszystko będzie dobrze.

- Nie będzie - odparła Elizabeth, a z oczu pociekły jej łzy. - On mnie zabije. Nikt 

mi nie wierzy. Myślą, że oszalałam. Wszyscy mówią, że jest idealnym mężem.

- Ja ci wierzę - zapewniła Clare.

background image

ROZDZIAŁ 1

Osiem miesięcy później...

Jake Salter stał w cieniu na końcu długiej werandy i wszystkimi zmysłami - 

także tymi paranormalnymi - chłonął pustynną noc. W pewnej chwili poczuł, jak jeżą 

mu się włoski na karku. Było to pierwsze ostrzeżenie, że coś zagraża jego starannie 
opracowanej strategii.

Myśliwy w nim wiedział, że nie można zignorować tego niepokojącego uczucia.
Złowróżbna   zapowiedź   nadciągającej   katastrofy   przybrała   kształt   małego 

samochodu nieokreślonej marki, który wjechał na zatłoczony podjazd przed wielkim 
domem Glazebrooków.

Albo będzie nieprzyjemnie, albo zdarzy się coś interesującego. Z doświadczenia 

wiedział, że te dwie rzeczy często chodzą w parze.

- Chyba mamy spóźnionego gościa - powiedziała Myra Glazebrook.
- Ciekawe, kto to może być. Wszyscy, którzy zostali zaproszeni, już tu są albo 

dali znać, że nie mogą przyjść.

Jake patrzył, jak auto powoli posuwa się naprzód. Kierowca szukał miejsca 

między   drogimi   sedanami,   ciężkimi   SUV   -   ami   i   limuzynami,   parkującymi   na 
podjeździe.   Zupełnie   jak   królik   zmierzający   do   wodopoju,   do   którego   wcześniej 

ściągnęło stado pum.

Na   rozległym   okrągłym   placu   przed   wielkim   domem   nie   było   ani   jednego 

miejsca.   Tego   wieczoru   Archer   i   Myra   Glazebrookowie   wydawali   swoje   doroczne 
lipcowe przyjęcie - Galę Pustynnych Szczurów. Wszyscy, którzy liczyli się w Stone 

Canyon   w   Arizonie   i   nie   uciekli   przed   bezlitosnym   upałem   w   jakieś   chłodniejsze 
rejony, bawili się u nich.

- To pewnie ktoś z cateringu - uznała Myra, patrząc na samochód z rosnącą 

dezaprobatą.

Kierowca zrobił pełne okrążenie, ale nie znalazł wolnego miejsca. Niezrażony 

podjął drugą próbę. Myra zacisnęła szczęki.

- Ludzie z cateringu mieli parkować z tyłu. Front jest dla gości.
- Może mu nie powiedzieli - odparł Jake.

Samochód   znowu   jechał   w   ich   stronę,   światło   reflektorów   odbijało   się   od 

błyszczących błotników większych aut. Jake był już  teraz pewien, że kierowca nie 

zamierza się poddać.

background image

- W końcu dotrze do niego, że na podjeździe nie ma miejsca - powiedziała 

Myra. - Będzie musiał pojechać na tyły.

Nie licz na to, pomyślał Jake.
Nagle samochód zatrzymał się tuż za lśniącym srebrnym bmw.

Dlaczego  postanowił  zablokować  właśnie  ten?   -  zastanawiał   się  Jake.   Zbieg 

okoliczności?

Ta   strona   jego   natury,   którą   nie   chwalił   się   przed   światem,   pracowała   na 

najwyższych obrotach, więc oprócz informacji pozyskiwanych za pomocą zmysłów, 

rejestrował te odbierane w sposób pozazmysłowy. Kiedy był „rozgrzany", informacje 
docierały do niego przez pełne spektrum energii i fal dźwiękowych. Czuł odurzające 

zapachy i słyszał odległe dźwięki nocy na pustyni, których by nie zarejestrował, gdyby 
wyłączył parawrażliwą część swojej natury.

- Nie może tu zostawić samochodu - warknęła Myra. Spojrzała w głąb werandy. 

- Gdzie się podziewa parkingowy?

- Widziałem, jak parę minut temu szedł na tył domu - odparł Jake. - Pewnie 

musiał sobie zrobić przerwę. Załatwię to.

- Nie, nie trzeba. Lepiej sama się tym zajmę - odparła Myra. - Może ktoś przez 

przypadek został pominięty na liście gości. Czasami tak się zdarza. Przepraszam cię, 

Jake.

Ruszyła energicznie do wyjścia, stukając obcasami modnych szpilek.

Jake wyciszył swoje wyostrzone zmysły. Już dawno przekonał się, że ludzie, 

którzy mieli zdolności parapsychiczne i dobrze rozumieli, kim jest, denerwowali się, 

kiedy   nie   zachowywał   się   normalnie.   Reszta,   czyli   większość,   nigdy   by   się   nie 
przyznała do wiary w paranormalne zdolności, czuli jednak przy nim niepokój, choć 

nie umieli powiedzieć dlaczego. Zastanawiał się, do której grupy zaliczał się nowo 
przybyły.

Oparł się o barierkę, obracając w dłoni szklaneczkę nietkniętej whisky. Nic 

przyszedł tu dzisiaj, żeby się odprężyć i zabawić. Przyszedł, żeby wszystkimi zmysłami 

gromadzić informacje. Później ruszy na polowanie.

Drzwi małego samochodu otworzyły się i wysiadła z niego kobieta. Nie miała 

na sobie uniformu,  jaki nosili  ludzie z cateringu. Była ubrana w elegancki czarny 
kostium. Do tego czarne czółenka i duża torba na ramię.

Nietutejsza, pomyślał Jake. W lipcu w Arizonie wszyscy nosili się raczej na 

luzie.

background image

Ruszył cicho wzdłuż werandy, dotarł do plamy cienia za jednym z kamiennych 

filarów i się zatrzymał. Oparł się ramieniem o filar, czekając na rozwój wydarzeń.

Czarne czółenka stukały na płytach podjazdu, gdy kobieta szła do głównego 

wejścia. Miała nieduże, kształtne piersi, wąską talię i biodra wyjątkowo bujne jak na 

osobę jej wzrostu. Jednak Jake'owi się podobały.

Za taką kobietą facet musi się obejrzeć, nawet jeśli nie jest piękna. W każdym 

razie on musiał się obejrzeć. I to dwa razy. Duże, inteligentne oczy, patrycjuszowski 
nos,   kształtny   podbródek.   Czarne   włosy,   zebrane   w   elegancki   węzeł   z   tyłu   głowy, 

połyskiwały w świetle padającym z werandy.

Ale to nie jej wygląd pobudził wszystkie jego zmysły. Chodziło raczej o sposób, 

w jaki się poruszała, z wyprostowanymi ramionami i uniesioną głową. O jej postawę. 
Niedocenienie tej kobiety byłoby wielkim błędem.

Automatycznie skatalogował i poddał analizie dane zebrane przez zmysły, jak 

zawsze, kiedy polował.

Nie była zdobyczą. Była czymś o wiele bardziej intrygującym - wyzwaniem. 

Takiej kobiety nie da się łatwo zaciągnąć do łóżka. W jej przypadku w grę wchodziły 

szermierka słowna, negocjacje i ostatecznie wyłożenie kart na stół.

Poczuł, jak krew zaczyna szybciej krążyć mu w żyłach.

Myra   ruszyła   naprzeciw   nowo  przybyłej.  Nie   trzeba   było   nadprzyrodzonych 

zdolności,   by   wyczuć   jej   napięcie   i   rezerwę.   Już   po   pierwszych   jej   słowach   Jake 

zorientował się, że zanosi się na kłopoty.

- Co ty tu robisz, Clare? - zapytała.

A   niech   to.   Jake   odtworzył   w   myślach   informacje,   które   otrzymał   przed 

przyjazdem do Stone Canyon dwa tygodnie temu. Nie było mowy o żadnej pomyłce. 

Wiek, płeć, do tego ta wrogość Myry. Wszystko się zgadza.

To była Clare Lancaster, nieślubna córka Archera, owoc przelotnego romansu. 

Analitycy   Jones   &   Jones,   agencji   paradetektywistycznej,   która   go   wynajęła, 
oszacowali prawdopodobieństwo pojawienia się jej tutaj, kiedy będzie pracował pod 

przykrywką,   na   mniej   niż   dziesięć   procent.   Co   dowodziło,   że   nawet   zdolności 
parapsychiczne połączone z talentem do określania prawdopodobieństwa nie pozwolą 

przewidzieć zachowania kobiety. Równie dobrze można zgadywać.

Obecność   Clare   tutaj   nie   wróżyła   nic   dobrego.   Jeśli   pogłoski   o   niej   były 

prawdziwe, była jedyną osobą, która mogła go zdemaskować.

Według danych Jones & Jones miała na skali Jonesa dziesięć punktów, czyli 

background image

maksymalną wartość.

Skalę   Jonesa   opracowało   pod   koniec   XIX   wieku   Towarzystwo   Arcane, 

organizacja zajmująca się badaniami nad zdolnościami paranormalnymi. W epoce 
wiktoriańskiej wielu ludzi z całą powagą traktowało zjawiska paranormalne. Tamte 

czasy   były   złotym   wiekiem   dla   seansów   spirytystycznych,   mediów   i   pokazów 
nadprzyrodzonych zdolności.

Oczywiście przeważali szarlatani i oszuści, ale Towarzystwo Arcane istniało już 

od dwustu lat i jego członkowie wiedzieli, że niektórzy ludzie naprawdę posiadają 

nadprzyrodzone zdolności. Celem stowarzyszenia było zidentyfikowanie i zbadanie 
tych   osób.   Przez   lata   dorobiło   się   ogromnej   liczby   członków.   Byli   oni   poddawani 

testom, a potem testy przechodziły także ich dzieci.

Skala Jonesa powstała, by móc zmierzyć siłę paranormalnej energii, była stale 

uaktualniana   i   rozwijana,   w   miarę   jak   współcześni   eksperci   towarzystwa 
opracowywali nowe metody i techniki.

Z   danych   dotyczących   Clare   wynikało,   że   jej   talent   jest   niezwykle   rzadki   i 

nietypowy.   Pomiar   siły   czystej   nadprzyrodzonej   energii   to   zadanie   dość   łatwe, 

natomiast identyfikacja dokładnej natury indywidualnych zdolności bywa znacznie 
bardziej skomplikowana.

W większości przypadków zdolności nadprzyrodzone ograniczają się do sfery 

intuicji. Osoby obdarzone paranormalnym talentem często są dobrymi graczami w 

karty. Mają szczęście w grze i słyną z niezawodnego przeczucia.

Ale   zdarzają   się   wyjątki.   Członkowie   towarzystwa   określają   te   wyjątki 

terminem „egzotyk". I nie jest to komplement.

Clare Lancaster była egzotykiem. Miała nadzwyczajną umiejętność wyczuwania 

jedynej   w   swoim   rodzaju   parapsychicznej   energii   wytwarzanej   przez   kogoś,   kto 
próbował lawirować lub oszukiwać.

Innymi słowy, była ludzkim wykrywaczem kłamstw.
- Witaj, Myro - powiedziała Clare. - Widzę po twojej minie, że się mnie nie 

spodziewałaś.   No   cóż,   od   samego   początku   miałam   złe   przeczucia.   Przykro   mi   z 
powodu tego najścia.

Nie   zabrzmiało   to,   jakby   było   jej   przykro,   uznał   Jake.   Zabrzmiało,   jakby 

spodziewała się, że będzie musiała się bronić; jakby często robiła to w przeszłości i 

była przygotowana do kolejnego razu. Mała uliczna wojowniczka w konserwatywnych 
czółenkach i pogniecionym kostiumie. Dziwne, że na czole nie ma wytatuowane „Nie 

background image

igraj ze mną".

- Elizabeth cię zaprosiła? - spytała Myra.

- Nie. Dostałam maila od Archera. Napisał, że to ważne.
No proszę, robi się coraz ciekawiej, pomyślał Jake. Archer nie rozmawiał z nim 

o swojej drugiej córce i tym samym nie ostrzegł go, że może się pojawić.

Clare znienacka odwróciła głowę i spojrzała prosto w plamę cienia, gdzie się 

ukrywał. Coś ją  ostrzegło o jego obecności. Nie chciał, żeby  tak się stało. Potrafił 
wtopić   się   w   tło.   Miał   talent   drapieżnika   do   ukrywania   się   i   właśnie   to   robił 

instynktownie od paru minut.

Oprócz   garstki   innych   parawrażliwych,   obdarzonych   podobnym   talentem, 

niewiele osób mogło wyczuć jego obecność w cieniu. Czujność Clare robiła wrażenie, 
biorąc  pod  uwagę  napięcie   między   nią  a   Myrą.  Już  samo  to  napięcie  powinno   ją 

rozproszyć.

No to będą kłopoty. Nie mogę się doczekać.

- Nic mi nie wiadomo o telefonie od strażników przy bramie - powiedziała 

sucho Myra.

Clare spojrzała na nią.
- Nie martw się, ochrona nie nawaliła. Strażnik zadzwonił do domu, zanim 

wpuścił mnie za bramę. Ktoś z tej strony za mnie poręczył.

- Aha. - Myra wydawała się skonsternowana, co było do niej niepodobne. - Nie 

rozumiem, dlaczego Archer nie powiedział mi, że cię zaprosił.

- Będziesz musiała go o to zapytać - odparła Clare. - Nie przyjechałam tu, żeby 

wziąć udział w przyjęciu. Przyjechałam, bo Archer powiedział, że chodzi o coś bardzo 
ważnego. To wszystko, co wiem.

- Pójdę po niego. - Myra odwróciła się, przeszła przez werandę i zniknęła w 

otwartych drzwiach francuskich.

Clare nie poszła za nią. Zwróciła się do Jake'a.
- Czy my się znamy? - zapytała z chłodną uprzejmością; dobrze wiedziała, że 

nie.

- Nie - odparł, wyłaniając się z cienia. - Ale coś mi mówi, że się poznamy, i to 

dobrze. Jake Salter.

background image

ROZDZIAŁ 2

Kłamie, pomyślała Clark. W Pewnym sensie. Powinna być na to przygotowana. 

Zawsze   była   przygotowana   na   kłamstwo.   Ale   to   nie   było   zwykłe   kłamstwo,   lecz 
subtelna zmyłka pod płaszczykiem prawdy, coś w rodzaju triku stosowanego przez 

magików: „Widzicie monetę, a teraz nie. Ta moneta nadal jest, sprawiłem tylko, że 
zniknęła".

Był Jakiem Salterem i jednocześnie nie był.
Kimkolwiek   był,   miał   wielki   talent.   Silna,   pulsująca   energia   towarzysząca 

półprawdzie   działała   dezorientująco   i   drażniła   jej   zmysły.   Opracowała   prywatny 
system   klasyfikacji   kłamstw.   Od   gorącej   ultrafioletowej   energii   towarzyszącej   tym 

najbardziej niebezpiecznym, do chłodnej srebrzystej bieli odpowiadającej niewinnym 
kłamstewkom.

Kłamstwo   Jake'a   Saltera   generowało   energię   z   całego   spektrum,   gorącą   i 

zimną. Czuła, że Jake mógłby być wyjątkowo niebezpieczny, ale nie był, przynajmniej 

nie w tej chwili.

Receptory   postrzegania   pozazmysłowego   szalały,   działając   na   nią 

dezorientująco   na   obu   płaszczyznach,   parapsychicznej   i   fizycznej.   Podskoczyło   jej 
ciśnienie i zaczęła ciężej oddychać.

Przywykła do podobnych sensacji. Ten unikalny rodzaj wrażliwości uaktywnił 

się, kiedy była nastolatką. Od tej pory poświęciła wiele czasu i energii, by nauczyć się 

panować nad swoimi reakcjami. Niestety, jej nietypowe zdolności były połączone z 
prymitywnymi   reakcjami  typu   „walcz   lub   uciekaj".   Parapsycholog   z   Arcane,   który 

pomagał   Clare   oswoić   jej   unikalne   zdolności,   wyjaśnił,   że   talent   wyzwalający   tak 
podstawowe instynkty wyjątkowo trudno kontrolować.

Kiedy   sama   zabrała   się   do   sprawdzania   akt   genealogicznych   Towarzystwa 

Arcane,   szukając   podobnych   sobie,   odkryła   dwa   niepokojące   fakty.   Po   pierwsze, 

większość   nielicznych   ludzkich   wykrywaczy   kłamstw   pojawiających   się   wśród 
członków   towarzystwa   była   najwyżej   piątkami.   Dziesiątki   zdarzały   się   niezwykle 

rzadko.

Po drugie, prawie wszystkich z garstki wykrywaczy kłamstw sklasyfikowanych 

jako   dziesiątki   spotkał   zły   koniec,   bo   nigdy   nie   nauczyli   się   kontrolować   swojego 
talentu. Jedni wylądowali w szpitalach psychiatrycznych, inni ćpali, żeby przytłumić 

falę kłamstw nękających ich dzień po dniu, a kilkoro najmniej odpornych popełniło 

background image

samobójstwo.

Prawda jest taka, że każdy kłamie. Jeśli jesteś ludzkim wykrywaczem kłamstw, 

w dodatku dziesiątką, albo się do tego przyzwyczaisz, albo oszalejesz.

Jeśli się czegoś nauczyłam, pomyślała Clare, to właśnie kontroli.

Z wysiłkiem zebrała się w sobie, przywołując zmysły do porządku i przyjmując 

parapsychiczną pozycję obronną.

- Clare Lancaster - przedstawiła się. Była dumna, że mówi pewnie i spokojnie, 

choć w środku przeżywała mały atak paniki.

- Miło cię poznać, Clare - powiedział Jake.
Okay, teraz nie kłamał. Naprawdę było mu miło. Nawet więcej niż miło. Nie 

potrzeba   było   parapsychicznej   wrażliwości,   by   wyczuć   w   jego   słowach   męskie 
zainteresowanie. Wystarczyła zwykła kobieca intuicja. Znowu przeszedł ją dreszczyk.

Ruszył w jej stronę krokiem drapieżnika, z napełnioną do połowy szklaneczką 

w dłoni. Miała wrażenie, że prześwietla ją wzrokiem, poddając prywatnej analizie. Nie 

dziwiła się. Ona robiła to samo.

- Jest pan przyjacielem rodziny, panie Salter? - zapytała.

- Jake. Jestem konsultantem. Archer wynajął mnie jako doradcę w sprawie 

nowego planu emerytur i zasiłków w Glazebrook.

Kolejna półprawda. Facet był wyjątkowo dobry. I wyjątkowo interesujący.
Stanął w kręgu światła rzucanego przez jedną z lamp z kutego żelaza i wreszcie 

mogła mu się przyjrzeć. Miała wrażenie, że nie było to przypadkowe. Chciał, żeby mu 
się przyjrzała. Rozumiała, dlaczego. Nawet jego ubranie było mylące.

Zastanawiała   się,   czy   naprawdę   wierzył,   że   okulary   w   czarnych   oprawkach, 

szyta   na   miarę   koszula   i   spodnie   w   stylu   business   -   casual   są   wiarygodnym 

kamuflażem.

Nic   nie   mogło   ukryć   czujności   i   inteligencji   w   jego   ciemnych   oczach   ani 

zamaskować subtelnej aury kontrolowanej siły, którą emanował. Cały składał się z 
tajemnic i cieni. Postawiłaby ostatnią resztkę pieniędzy, jaka została jej na koncie, że 

tak   jak   w   przypadku   góry   lodowej,   to,   co   było   w   Jake'u   Salterze   naprawdę 
niebezpieczne, kryło się pod powierzchnią.

Nie musisz być medium, by wiedzieć, że lepiej nie natknąć się na tego faceta w 

ciemnej uliczce. Chyba że obiecał ci wyuzdany seks.

Na tę ostatnią myśl wstrzymała oddech. Zdecydowanie nie miała pociągu do 

wyuzdanego   seksu.   Właściwie   nie   przepadała   za   żadnym   rodzajem   seksu.   Seks 

background image

oznaczał   odkrycie   się   przed   kimś,   komu   ufasz,   a   będąc   ludzkim   wykrywaczem 
kłamstw,   masz   problem   z   zaufaniem.   Jeśli   już   szła   z   kimś   do   łóżka,   zawsze 

kontrolowała sytuację.

Jedną z zalet Grega Washburna było to, że oddał jej kontrolę nad fizyczną 

stroną ich związku, jak i nad każdą inną. Nigdy się nie kłócili, ich związek był prawie 
idealny. Aż do dnia, kiedy Greg zerwał zaręczyny.

- Trochę się spóźniłaś - stwierdził Jake.
- Mój lot z San Francisco był opóźniony - wyjaśniła.

- Clare.
Odwróciła się od Jake'a Saltera i uśmiechnęła do przyrodniej siostry.

- Cześć, Liz.
- Przed chwilą spotkałam mamę. - Elizabeth podeszła bliżej, jej piękna twarz 

jaśniała   zadowoleniem.   -   Powiedziała   mi,   że   tu   jesteś.   Nie   miałam   pojęcia,   że 
przyjedziesz. - Objęła Clare. - Dlaczego mnie nie uprzedziłaś?

- Wybacz - odparła Clare, ściskając siostrę. - Myślałam, że wiesz.
- Pewnie tata chciał mi zrobić niespodziankę. Wiesz, jaki on jest.

Nie bardzo, pomyślała Clare, ale nie powiedziała tego na głos. Mężczyznę, który 

był   jej   biologicznym   ojcem,   poznała   zaledwie   parę   miesięcy   temu.   Niewiele   więc 

wiedziała o Archerze Glazebrooku poza tym, że był legendą wśród biznesmenów z 
Arizony.

- Tak się cieszę, że cię widzę - promieniała Elizabeth Clare się rozluźniła. Z 

siostrą była na bezpiecznym gruncie.

-   Wspaniale   wyglądasz   -   odparła,   patrząc   na   jej   elegancką   białą   suknię.   - 

Piękna sukienka.

- Dzięki. - Elizabeth przyjrzała się siostrze. - Ty...
- Nie kończ. Wiesz, że rozpoznam kłamstwo. Elizabeth się roześmiała.

- Wyglądasz, jakbyś spędziła pół dnia w podróży.
- Szczera prawda - orzekła Clare.

Dobrze   było   widzieć   siostrę   uśmiechniętą   i   wesołą.   Osiem   miesięcy   temu 

Elizabeth była kłębkiem nerwów. Wdowieństwo niewątpliwie jej służyło.

Liz, tak jak jej matka, figurowała w rejestrze członków Towarzystwa Arcane. 

Myra miała dwa punkty w skali Jonesa, co oznaczało, że ma intuicję trochę większą 

niż przeciętna. Gdyby nie wywodziła się z długiej linii członków Arcane i nie przeszła 
testów,   pozostałaby   nieświadoma   paranormalnej   części   swojej   natury,   biorąc 

background image

przebłyski olśnienia za zwykły przypadek, jak wielu innych ludzi.

Elizabeth   była   piątką,   bardzo   wyczuloną   na   kolory,   równowagę   wizualną, 

proporcje   i   harmonię.   Dzięki   tym   zdolnościom   tak   dobrze   sobie   radziła   jako 
projektantka wnętrz.

- Tu jesteś, Clare! - ryknął Archer Glazebrook, stojąc w drzwiach. - Co tak 

długo, do cholery?

- Mój lot był opóźniony - wyjaśniła Clare.
Jej   ton   był   neutralny,   jak   zawsze,   kiedy   rozmawiała   z   wielkim   Archerem 

Glazebrookiem. Od ich pierwszego spotkania spędziła z ojcem niewiele czasu i wciąż 
jeszcze nie była pewna, co o nim myśleć.

Archer mógłby zostać obsadzony w westernie w roli starzejącego się twardego 

rewolwerowca. Miał sześćdziesiąt jeden lat, wyrazistą, ogorzałą twarz i bystre, piwne 

oczy. W jego przypadku wygląd nie był ani trochę mylący. Urodził się i wychował na 
ranczu   w   Arizonie,   niedaleko   granicy,   i   większość   życia   spędził   na   południowym 

zachodzie.

Nie uprawiał już ziemi, lecz kupował ją i sprzedawał. Był też developerem. A we 

wszystkich tych przedsięwzięciach okazał się na tyle skuteczny, że mógłby sprzedać i 
kupić wszystkich w swoim stanie.

Pewnego dnia przekaże całe imperium swojemu synowi Mattowi, ale na razie 

sam stał za sterem. Clare wiedziała, że tego lata Matt pracuje w oddziale firmy w San 

Diego.

Zapytała   kiedyś   matkę,   co   takiego   widziała   w   Archerze   Glazebrooku,   że 

zdecydowała się na jednonocną przygodę. Władza jest niesamowitym afrodyzjakiem, 
odpowiedziała Gwen Lancaster.

Archer miał władzę, nie tylko dzięki swojemu biznesowemu imperium, ale też 

na   płaszczyźnie   paranormalnej.   Pochodził   z   długiej   linii   członków   Towarzystwa 

Arcane,   a   dzięki   swoim   zdolnościom   był   świetnym   strategiem.   Wielu   ludzi   o 
podobnych talentach wiązało swoje kariery z wojskiem lub polityką. Archer wybrał 

świat biznesu. Rezultaty były oszałamiające.

Widząc go dzisiaj między członkami jego prawdziwej rodziny, Clare poczuła, 

jak wzbiera w niej dobrze znana tęsknota. Stłumiła ją za pomocą tej samej siły woli, z 
której korzystała, by kontrolować paranormalną stronę swej natury. I tak jak zawsze, 

od kiedy odkryła, że ma ojca, który nie wie ojej istnieniu, zaczęła powtarzać prywatną 
mantrę:   Daj   sobie   z   tym   spokój.   Nie   ciebie   jedną   wychowywała   samotna   matka. 

background image

Dzieciom zdarzają się gorsze rzeczy.

Jej się poszczęściło. Miała kochającą matkę i cioteczną  babkę, która świata 

poza nianie widziała. Miała znacznie więcej niż wielu ludzi.

- Wejdź do środka i zjedz coś - zarządził Archer i ruszył z powrotem do domu. 

W końcu miał swoje obowiązki jako gospodarz.

- Nie mogę długo zostać - powiedziała Clare. Archer zatrzymał się i spojrzał na 

nią ze zdumieniem.

Skonsternowana Elizabeth zmarszczyła brwi.

- Chyba nie chcesz dziś wracać do San Francisco? Dopiero przyjechałaś.
-   Nie,   nie   wracam   dzisiaj   -   odpowiedziała   pośpiesznie   Clare.   -   Zamierzam 

wrócić do domu pojutrze.

-   Nic  z  tego   -  warknął  Archer.   -  Mamy   ważne   sprawy  do   omówienia,  więc 

musisz zostać dłużej.

- Naprawdę nie mogę - odparła. - Muszę...

Nagle   znalazł   się   przy   niej   Jake,   wziął   ją   pod   rękę   i   skierował   w   stronę 

francuskich drzwi.

- Nie zaszkodzi ci, jak coś zjesz. Masz za sobą lot i długą jazdę z lotniska - 

powiedział.

Nie   była   to   propozycja,   tylko   rozkaz.   W   pierwszym   odruchu,   jak   zawsze   w 

podobnych okolicznościach, chciała zaprotestować. Zwłaszcza że wszystkim, łącznie z 

Archerem, wyraźnie ulżyło, kiedy Jake się nią zajął.

Jake musiał wyczuć jej opór. Uśmiechnął się i uniósł brwi, jakby pytając, czy 

naprawdę   chce   urządzić   scenę   z   powodu   takiej   błahostki   jak   zaproszenie   do 
szwedzkiego stołu.

A co tam. Nie miała nic w ustach od lunchu.
- No dobrze - zgodziła się.

- Gdzie będziesz nocować? - zapytała Elizabeth.
- W hotelu przy lotnisku - odparła Clare. Elizabeth była zbulwersowana.

- Ale to godzina drogi stąd.
- Wiem - powiedziała Clare.

- Zostaniesz tutaj - oznajmił stanowczo Archer. - Mamy mnóstwo miejsca.
Myra już otworzyła usta, żeby wyrazić sprzeciw, ale zaraz je zamknęła.

Clare   było   jej   żal.   Pojawienie   się   nieślubnej   córki   męża,   owocu   jego 

jednorazowej przygody sprzed lat, musiało być w pierwszej dziesiątce największych 

background image

koszmarów każdej żony.

-   Dzięki   -   powiedziała   szybko   -   ale   wolę   przenocować   w   hotelu.   Już   się 

zameldowałam i zostawiłam walizkę.

- Gdybym nie wyprowadziła się z mojego mieszkania - wtrąciła Elizabeth - 

mogłabyś zatrzymać się u mnie. Ale jak ci mówiłam w zeszłym tygodniu, mieszkam z 
rodzicami, dopóki nie kupię nowego.

- - Nie mam nic przeciwko hotelowi - zapewniła Clare. - Naprawdę. Archer 

zacisnął złowrogo szczęki, ale Jake i Clare byli już prawie przy drzwiach.

- Ma mnóstwo czasu, żeby postanowić, co zrobi - powiedział, wchodząc za nimi 

do środka. - Najpierw musi coś zjeść.

Wszystkie głowy odwróciły się w ich stronę i na ułamek sekundy w salonie 

zapadła   cisza.   Potem   znów   rozległ   się   szmer   wznowionych   pośpiesznie   rozmów, 

wypełniając ogromną przestrzeń.

Clare, choć przygotowana na dziwne reakcje, poczuła się jak rażona prądem. 

Musiała sobie przypomnieć, żeby oddychać. Jake mocniej zacisnął dłoń na jej ręce, ale 
nic nie powiedział.

Zaprowadził   ją   do   obitego   skórą   baru   na   końcu   długiego   pokoju,   zupełnie 

niespeszony ukradkowymi spojrzeniami mijanych gości.

- Najpierw coś do picia - orzekł. - Każdy, kto o tej porze roku spędził w Dolinie 

Słońca więcej niż pięć minut, potrzebuje płynów.

- Fakt, jestem trochę spragniona - przyznała.
Stanęli przy barze.

-   Proszę   gazowaną   wodę   i   kieliszek   chardonnay   dla   panny   Lancaster   - 

powiedział Jake do barmana.

- Tylko wodę - rzuciła. - Nie będę tu długo, a czeka mnie jazda powrotna na 

lotnisko.

Barman skinął głową, napełnił szklankę wodą z bąbelkami i podał Clare.
- To teraz do bufetu - zarządził Jake.

Podeszli   do   rustykalnego   stołu   z   desek,   który   wyglądał,   jakby   pochodził   z 

początku   XIX   wieku,   kiedy   Meksykanie   kontrolowali   znaczną   część   Arizony.   Był 

zapewne prawdziwym antykiem. Myra miała doskonały gust i stać ją było na to, co 
najlepsze.

Na stole stały ręcznie malowane gliniane naczynia z motywami z południowego 

zachodu.   W   miseczkach   wydrążonych   w   wielkiej   warstwowej   rzeźbie   lodowej 

background image

znajdowały  się   zimne   przystawki.   Na   drugim   końcu   w   srebrnych   naczyniach   były 
potrawy podawane na ciepło.

Clare uświadomiła sobie, że jest głodna.
- Miałeś rację - powiedziała do Jake'a. - Muszę coś zjeść.

- Polecam tortille z niebieską kukurydzą. - Podał jej talerz. - Choć nadzienie 

może być trochę za ostre dla kogoś z San Francisco.

- Najwyraźniej mało wiesz o mieszkańcach San Francisco. - Clare nałożyła na 

talerz stertę tacos i podeszła do krewetek na zimno i salsy.

Elizabeth pojawiła się, gdy sięgała po serwetkę i widelec.
- Wszystko w porządku? - spytała. Wyraźnie jej ulżyło na widok pełnego talerza 

siostry. - Ooo, super. Widzę, że jesz.

- To jedna z rzeczy, które dobrze mi idą - roześmiała się Clare. - Nie martw się 

o mnie, Liz. Wracaj do waszych gości.

-   Szkoda,   że   tata   nie   powiedział   nam,   że   przyjeżdżasz.   Inaczej   byśmy   to 

zorganizowali. - Elizabeth rozejrzała się z niepokojem. - Domyślam się, że czujesz się 
tu bardzo niezręcznie.

- Wszystko w porządku. Idź do gości. I nie martw się, skoro już tu jestem, nie 

wyjadę z miasta, zanim nie spędzę trochę czasu z tobą.

- Zajmę się nią - obiecał Jake.
Liz skinęła głową.

-   W   takim   razie   pójdę   do   gości.   Jeśli   tego   nie   zrobię,   mama   będzie 

niezadowolona. Dzięki, Jake. - Uśmiechnęła się do Clare. - Pogadamy później.

- Jasne.
Elizabeth zniknęła w tłumie.

- Może wyjdziemy na zewnątrz - zaproponował Jake. - Trochę tu tłoczno.
- Dobry pomysł - odparła Clare.

Poprowadził ją do drzwi, wychodzących na inną długą werandę, za którą był 

elegancki   basen.   Światła   pod   powierzchnią   sprawiały,   że   woda   mieniła   się 

turkusowym odcieniem.

Zeszli z werandy, przecięli patio i usiedli przy okrągłym stole nad basenem.

- Przyjemny wieczór - powiedziała Clare, biorąc kęs taco.
- Dzisiaj było czterdzieści stopni. Jutro ma być jeszcze cieplej.

- No tak, lato w Arizonie. - Upiła trochę wody i opuściła szklankę. - Wiesz, o 

czym Archer chce ze mną rozmawiać?

background image

- Nie. Nie wiedziałem nawet, że byłaś zaproszona na to przyjęcie.
Mówi prawdę. Co za interesująca odmiana.

- Było to dla ciebie spore zaskoczenie - stwierdziła. Nie lubisz być zaskakiwany, 

dodała w myślach. - I zwykle jesteś trzy kroki przed innymi.

- Najwyraźniej tym razem nawaliłem.
Uśmiechnęła się.

- Nie bądź dla siebie zbyt surowy. Mój przyjazd zaskoczył wszystkich. Wygląda 

na to, że Archer nikomu nic nie powiedział. Co, przyznaję, budzi moje zaciekawienie.

- To dlatego przyjechałaś? Z ciekawości?
- Nie. Przyjechałam, bo mama nalegała. - Uniosła brwi. - Pewnie orientujesz się 

w historii mojej rodziny?

- Owszem - przyznał. - Wiem, że wszyscy jesteście członkami Arcane.

- Ty też?
- Tak.

Skinęła   głową.   To   wyjaśniało   promieniującą   od   niego   siłę.   Wyjaśniało   też, 

dlaczego   Archer   zatrudnił   go   jako   konsultanta.   Członkowie   towarzystwa   często 

dobierali   sobie   współpracowników   spośród   innych   parawrażliwych.   To   samo 
dotyczyło przyjaciół i współmałżonków.

- Chodziło mi o dość skomplikowaną historię mojego pochodzenia, a  nie o 

nasze związki z Arcane - uściśliła.

- To też obiło mi się o uszy.
- Poznałam ich, to znaczy Archera, Myrę, Elizabeth i Matta dopiero w zeszłym 

roku. Ciągle się docieramy. Z Elizabeth świetnie mi się układa, Matt też jest przyjaźnie 
nastawiony. Ale Myrę moja obecność z oczywistych powodów drażni, więc staram się 

jej nie narzucać.

- A jak twoje stosunki z Archerem?

- W budowie.
- Dlaczego twoja matka chciała, żebyś tu dzisiaj przyjechała?

- Przed laty mama i ciocia May poprosiły mnie, żebym zaczekała, aż pójdę do 

college'u,   zanim   zdecyduję,   czy   chcę   poinformować   Archera   o   swoim   istnieniu. 

Uszanowałam ich życzenie. A gdy w końcu poszłam do college’u, postanowiłam, że nie 
będę się z nim kontaktować.

- Dlaczego?
Wahała się, niepewna, jak to ubrać w słowa.

background image

- Za każdym razem, kiedy widziałam zdjęcie Glazebrooków w jakiejś gazecie, 

wyglądali jak idealna rodzina. Zdawałam sobie sprawę, że to by się zmieniło, gdybym 

pojawiła się u ich drzwi. Jakaś część mnie nie chciała niszczyć tego, co mieli.

- Nie ma czegoś takiego jak idealna rodzina - powiedział Jake.

- Może nie. Ale Glazebrookowie naprawdę sprawiali wrażenie rodziny bliskiej 

ideału. Mimo to skontaktowałam się w zeszłym roku z Elizabeth. Teraz, gdy wszyscy 

wiedzą o moim istnieniu, mama i ciocia May uparły się, że powinniśmy zbliżyć się do 
siebie z Archerem.

- Rodziny się nie wybiera - stwierdził Jake.
Uśmiechnęła się.

-   Sytuacja   rodzinna   nie   jest   jedyną   komplikacją   w   twoim   życiu,   prawda?   - 

spytał. - Jesteś dziesiątką o bardzo rzadkim talencie.

Znieruchomiała.
- To ty wiesz?

- Że jesteś ludzkim wykrywaczem kłamstw? Tak. Zanim wziąłem tę robotę, 

zbadałem przeszłość rodziny. Wszystkiego nie wiem, ale to, co najważniejsze, tak. 

Musi ci być ciężko. Ludzie często kłamią, co?

- Właściwie cały czas.

Zastanawiała się, czy testował ją, kiedy jej się przedstawiał, czy też próbował ją 

zbić z tropu. A może kompletnie go nie obchodziło, czy wiedziała, że kłamał? Im 

dłużej   o   tym   myślała,   tym   bardziej   była   przekonana,   że   ostatnia   możliwość   jest 
prawidłowa.

~ Ile wynosi twoja wrażliwość? - zapytała.
Jake nie odpowiedział, tylko spojrzał w stronę domu.

- Cholera - zaklął cicho.
Podążyła za jego wzrokiem i zobaczyła sylwetkę chudej jak patyk kobiety na tle 

rozświetlonego domu.

Kobieta przystanęła i zaczęła się rozglądać, jakby kogoś szukała. Przy odrobinie 

szczęścia nie wpadnie na pomysł, żeby sprawdzić odległy, zacieniony brzeg basenu.

Ale   w   tym   momencie   kobieta   ruszyła   prosto   do   ich   stolika.   Co   za   pech, 

pomyślała Claie To nie był jej szczęśliwy dzień.

- Valerie Shipley - powiedział Jake.

- Wiem. Tylko tego mi brakowało. - Zrezygnowana Clare odłożyła niedojedzone 

taco.

background image

- Znasz ją? - spytał Jake.
- Widziałam ją tylko raz. Tamtej nocy, kiedy jej syn, Brad McAllister, został 

zamordowany.

- McAllister był mężem twojej siostry, prawda?

-   Tak.   -   Patrzyła   z   niepokojem,   jak   Valerie   zbliża   się   do   nich   chwiejnym 

krokiem.

- Valerie pije - powiedział cicho Jake. - I to dużo. Słyszałem, że problem zaczął 

się po śmierci jej syna.

- Elizabeth wspominała mi o tym.
Valerie zatrzymała się na brzegu basenu. W ręce trzymała kieliszek i chwiała 

się na wysokich obcasach.

Dobiegała sześćdziesiątki i miała tlenione blond włosy ścięte w elegancki bob. 

Pół roku temu była w świetnej formie i wyglądała zdrowo. Dziś czarna wieczorowa 
suknia wisiała na niej jak na wieszaku.

- Nie mogę uwierzyć, że miałaś czelność się tu zjawić, ty suko - wybełkotała 

gniewnym tonem.

Clare wstała.
- Dobry wieczór, pani Shipley - powiedziała spokojnie.

- Kto jest z tobą? - Valerie wpatrywała się w cień pod daszkiem. - To ty, Jake?
- Tak - potwierdził. - Myślę, że najlepiej będzie, jak wróci pani do środka, pani 

Shipley.

- Zamknij się. Pracujesz dla Archera. Nie będziesz mi mówił, co mam robić. - 

Valerie zwróciła się do Clare. - Masz gdzieś ból, jaki mi zadałaś, prawda? Myślisz, że 
możesz sobie przyjechać do Stone Canyon, jak gdyby nigdy nic.

Clare ruszyła powoli w jej stronę.
- Nie - szepnął Jake.

Zignorowała go i zatrzymała się nad brzegiem basenu, tuż przy Valerie.
- Przykro mi z powodu pani straty - powiedziała cicho.

-   Przykro   ci?   -   Valerie   podniosła   głos.   -   Jak   śmiesz   tak   mówić  po   tym,   co 

zrobiłaś. Zamordowałaś mojego syna i wszyscy w tym domu o tym wiedzą.

Chlusnęła zawartością swojego kieliszka w twarz Clare.
Clare zachłysnęła się, zamknęła oczy i odruchowo zrobiła krok w tył.

Kiedy uniosła powieki, zobaczyła, że Valerie idzie prosto na nią z uniesionymi 

rękami.   W   świetle   emanującym   spod   powierzchni   wody   jej   twarz   wyglądała   jak 

background image

demoniczna maska.

Jake   rzucił   się   naprzód   jak   błyskawica.   Złapał   rękę   Valerie,   zanim   zdążyła 

uderzyć, ale Clare już zrobiła kolejny krok w tył, żeby uniknąć ciosu. Obcas czarnego 
czółenka trafił w próżnię.

Wpadła do basenu z głośnym pluskiem.
Przynajmniej woda jest ciepła, myślała, idąc pod powierzchnię. Chociaż raz, 

będąc na terytorium Glazebrooków, miała fart.

background image

ROZDZIAŁ 3

Jake   patrzył   na   wykrzywioną   złością   twarz   Valerie   Shipley.   -   Dość   tego   - 

oznajmił spokojnie. - Proszę wrócić do środka. Oderwała wzrok od miejsca, w którym 
Clare wynurzyła się na powierzchnię.

- Nie wtrącaj się, Salter - syknęła. - To nie twoja sprawa. Ta dziwka próbowała 

uwieść mojego syna. Kiedy jej się nie udało, zamordowała go.

- Valerie? - Owen Shipley szedł w pośpiechu do żony. - Co się tu dzieje?
Valerie zaczęła płakać.

-   Ta   suka   wróciła.   Nie   mogę   w   to   uwierzyć.   To   niesprawiedliwe.   Schowała 

twarz w dłoniach, obróciła się chwiejnie i ruszyła w kierunku werandy.

Owen,   atletyczny   mężczyzna   tuż   po   sześćdziesiątce,   o   wyrazistej   twarzy   i 

starannie przystrzyżonych siwych włosach, zwykle wyglądał na pewnego siebie. Teraz 

był zażenowany i bezradny.

Jake'owi   zrobiło   się   go   żal.   Przed   laty   Shipley   pomagał   Archerowi   założyć 

Glazebrook Inc. Byli partnerami przez blisko trzy dekady, dopóki Archer nie odkupił 
od Owena jego udziałów. Nadal jednak przyjaźnili się i grywali razem w golfa.

Rok   temu   Owen   poślubił   Valerie.   Dla   obojga   było   to   drugie   małżeństwo. 

Poznali się przez arcanematch.com. Jake pomyślał, że autorzy strony internetowej 

Arcane, stworzonej, by pomóc samotnym członkom towarzystwa znaleźć partnerów 
wśród innych członków, nie przewidzieli, że Valerie stanie się pełnoetatową alkohol i 

czka.

- Przepraszam - powiedział Owen i spojrzał na Clare. - Nic pani nie jest?

Clare stała po ramiona w wodzie.
- Proszę się tym nie martwić, panie Shipley.

- Na pewno?
- Tak - odparła. - To był wypadek. Straciłam równowagę i wylądowałam w 

basenie.

Owen zacisnął szczęki.

- Valerie nie jest sobą od kiedy Brad został zamordowany.
- Wiem - przyznała Clare.

- Próbuję ją przekonać, żeby poddała się leczeniu, ale odmawia.
- Rozumiem.

- Dziękuję. - Owen skinął głową i obejrzał się na żonę. Valerie zniknęła w cieniu 

background image

werandy. - Lepiej zabiorę ją do domu.

Ze zwieszonymi ramionami ruszył z powrotem.

Jake zaczekał, aż odejdzie. Potem stanął na skraju basenu.
Clare odgarnęła z oczu mokre włosy i spojrzała na niego.

- Nic nie mów - powiedziała.
-   Nie   mogę   się   powstrzymać.   -   Przykucnął.   -   Ostrzegałem   cię   przed 

konfrontacją.

Skrzywiła się.

- Myślałam, że konsultanci są od tego, żeby w kryzysowej sytuacji zrobić coś 

konstruktywnego.

- Jasne. Całkiem zapomniałem.
Wstał, podszedł do przebieralni i otworzył drzwi. W środku znalazł na półce 

stos ręczników. Wziął jeden i przyniósł nad basen.

- Czy to jest wystarczająco konstruktywne? - zapytał, rozkładając ręcznik.

- Owszem.
Wzięła głęboki oddech i zanurkowała po buty. Potem podeszła do szerokich 

schodów, gdzie na nią czekał.

- W przebieralni jest szlafrok - powiedział, zarzucając jej ręcznik na ramiona.

- Dzięki.
Ściskając   ręcznik,   skierowała   się   do   przebieralni.   Jeszcze   przed   drzwiami 

ściągnęła żakiet. Cienka jedwabna bluzka, którą miała pod spodem, po przemoczeniu 
zrobiła się przezroczysta. Jake widział ramiączka koronkowego stanika.

Gdy zniknęła w schowku, zaczął się zastanawiać. Nie było już wątpliwości, że 

Clare   Lancaster   może   zagrozić   jego   starannie   opracowanemu   planowi.   Musiał 

zdecydować, co z nią zrobić, ale potrzebował więcej informacji.

Drzwi schowka się otworzyły. Clare wyszła opatulona w biały szlafrok frotte. 

Włosy owinęła ręcznikiem. W jednej ręce niosła ociekające wodą ubrania, a w drugiej 
buty.

-   Dla   mnie   przyjęcie   już   się   skończyło   -   powiedziała.   Zatrzymała   się   przy 

stoliku, żeby wziąć torebkę.

- Na to wygląda - przyznał. - Odwiozę cię do domu.
- Do hotelu - sprostowała. - Nie jestem stąd, pamiętasz?

Niezłe przejęzyczenie, pomyślał. Mówił bez zastanowienia, mając na myśli swój 

dom, czy raczej dom, który wynajął. Skąd ta pomyłka? Pewnie miała coś wspólnego z 

background image

tym, że Clare pod szlafrokiem była całkiem naga.

- Zawiozę cię do hotelu - zaproponował.

- Dzięki, ale mam samochód.
-   To   żaden   problem.   Będę   miał   wymówkę,   żeby   urwać   się   stąd   wcześniej. 

Przyjęcia mnie nudzą.

- To czemu przyszedłeś? Wzruszył ramionami.

- Archer mnie zaprosił. Jest klientem.
Posłała mu dziwne spojrzenie. Wie, że kłamię, pomyślał. Ale czuł, że nie będzie 

go z tego powodu ścigać.

Próbowała go rozpracować. W porządku. On robił to samo. Uśmiechnął się 

lekko.

- Co cię tak bawi? - zapytała poirytowana.

-   Jesteśmy   jak   szermierze   -   odparł.   -   Sprawdzamy   się   nawzajem,   szukamy 

słabych punktów. Wszystko to składa się na interesującą rozgrywkę, nie sądzisz?

Znieruchomiała.
- Nie przyjechałam tu na żadne rozgrywki.

- Wiem. Ale czasami rozgrywki same cię znajdują.
- Nie rozumiem, co masz na myśli, i... Wziął ją pod rękę.

- Wracamy do twojego hotelu.
- Mówiłam ci. Nic mi nie jest, sama mogę prowadzić.

- Bądź rozsądna. - Poprowadził ją w stronę werandy. - Jesteś przemoczona do 

suchej nitki. Miałaś męczący dzień. Zaliczyłaś spotkanie z rodzinką, kobieta, która 

wyraźnie cię nienawidzi, zrobiła ci niezłą scenę, a do tego pewnie słabo znasz okolice 
Phoenix. Pozwól więc, że cię odwiozę do hotelu.

- Nie, dziękuję.
- Jesteś uparta jak Archer.

Dotarli do werandy. Clare spojrzała na otwarte drzwi.
- Nie wrócę do środka - powiedziała. - Nie w takim stroju. Jake ujął mocniej jej 

ramię i poprowadził wzdłuż werandy.

- Pójdziemy tędy.

Obeszli   dom.   Kiedy   dotarli   na   zatłoczony   podjazd,   Jake   zobaczył 

parkingowego, który kręcił się przy wypożyczonym autku Clare.

- Zdaje się, że zablokowałam czyjś samochód - powiedziała.
- Mój.

background image

Wzdrygnęła się lekko, a potem uśmiechnęła kwaśno.
- Ciekawy zbieg okoliczności, prawda?

- Taka już moja karma.
- Wierzysz w karmę?

- Nie wierzyłem aż do dziś - przyznał. Nie podobało mu się, w jaki sposób 

parkingowy przyglądał się samochodowi Clare. - Chyba jest jakiś problem.

Podeszli   bliżej.   Jake   już   po   kilku   krokach   zauważył   pajęczynę   pęknięć   na 

przedniej szybie. Clare dostrzegła ją parę sekund później.

- O cholera - szepnęła. - Wypożyczalni się to nie spodoba. Parkingowy zobaczył 

Jake'a.

- Właśnie szedłem powiedzieć o tym szefowi.
- Co się stało? - zapytała Clare.

- Przed chwilą przyszła tu pani Shipley - wyjaśnił parkingowy pewnym tonem. - 

Spytała, który samochód przyjechał w ciągu ostatniej półgodziny. Powiedziałem jej, że 

ten.

- Boże - jęknęła Clare. - Co ona zrobiła z przednią szybą?

- Stłukła kamieniem - odparł parkingowy.
- Gdzie jest pani Shipley? - zapytał Jake.

- Przyszedł po nią mąż. Powiedział, że zabiera ją do domu. Przeprosił i kazał 

przekazać, że załatwi wszystko z wypożyczalnią.

Jake zwrócił się do Clare.
- W takim razie sprawa przesądzona. Nie wracasz sama do hotelu. - Wyjął 

kluczyki z jej dłoni. - Przestawię twój samochód, żeby odblokować mój.

Westchnęła zrezygnowana.

- Okay. Dzięki.
- Taka karma, pamiętasz? - Otworzył drzwi jej auta i wsiadł za kierownicę.

Czekała z rękami w kieszeniach szlafroka, kiedy przestawiał oba samochody. 

Potem posadził Clare na fotelu pasażera w bmw i sam zajął miejsce kierowcy.

Minąwszy podjazd, wyjechali na drogę opasującą zamknięte osiedle z polem 

golfowym. Strażnik wypuścił ich przez masywną bramę z kutego żelaza.

Clare w milczeniu wpatrywała się w odległe światła Phoenix. Wreszcie Jake 

przerwał ciszę.

-   Wiedziałem,   że   Brad   McAllister   został   zamordowany   pół   roku   temu   - 

powiedział. - Gliniarze uznali, że nakrył włamywacza w swoim domu w Stone Canyon.

background image

- Tak brzmi oficjalna wersja. - Clare nie odwróciła głowy, nadal podziwiając 

atramentowoczarne widoki. - Ale, jak może zauważyłeś, matka Brada jest przekonana, 

że to ja zamordowałam jej syna. Miała parę miesięcy na rozpowszechnienie tej teorii. 
I   chyba   z   powodzeniem,   choć   Elizabeth   mówi,   że   większość   mieszkańców   Stone 

Canyon uważa, by nie snuć domysłów w zasięgu słuchu Archera.

- To zrozumiałe, że Archer nie chce, by krążyły takie plotki. Wreszcie odwróciła 

się i popatrzyła na niego.

- Byłam przesłuchiwana przez policję - powiedziała.

- Zdziwiłbym się, gdyby cię nie przesłuchali - odparł. - To ty znalazłaś ciało.
- Tak.

Spojrzał na nią, ale Clare znowu wpatrywała się w ciemność nocy.
- To musiało być ciężkie przeżycie - rzekł cicho.

- Owszem. Milczał przez chwilę.
- Jak to się stało, że byłaś pierwsza na miejscu zdarzenia?

-  Tamtego  wieczoru przyleciałam  do  Phoenix,   żeby  spotkać się z  Elizabeth. 

Zostawiłam jej wiadomość, ale zaszło jakieś nieporozumienie i myślała, że przylecę 

dopiero   następnego   ranka.   Była   na   przyjęciu   Arts   Academy   w   Stone   Canyon. 
Pojechałam prosto do niej. Drzwi frontowe były otwarte. Weszłam i znalazłam ciało 

Brada.

Nie potrzebował nadprzyrodzonych umiejętności, żeby wyczuć ślady szoku i 

przerażenia w tych prostych, bezpośrednich słowach.

-   Archer   mówił,   że   sejf   był   otwarty   -   powiedział.   -   To   wskazywałoby   na 

scenariusz z włamywaczem.

- Owszem. Ale Valerie i tak doszła do wniosku, że to ja zabiłam Brada. Myśli, że 

miałam z nim romans i zamordowałam go, bo nie chciał odejść od Elizabeth.

- Elizabeth i McAllister byli w separacji. Domyślasz się, co mógł robić tamtego 

wieczoru u niej w domu?

- Nie - odparła.

Nie chciał zadawać kolejnego pytania, ale musiał znać odpowiedź.
- Sypiałaś z McAllisterem?

Wzdrygnęła się.
- Boże, nie. Nie pociągają mnie tacy faceci jak on. Brad McAllister był kłamcą.

- Każdy kłamie od czasu do czasu - powiedział. Łącznie ze mną, dodał w duchu.
- Tak - przyznała. - Nie mam problemu z większością kłamstw czy z ludźmi, 

background image

którzy kłamią. Do licha, sama czasem kłamię. I jestem w tym całkiem dobra. Może 
dostałam to w pakiecie razem z wykrywaczem kłamstw.

Zatkało go. Zabrało mu chwilę, nim doszedł do siebie.
- Jesteś ludzkim wykrywaczem kłamstw i nie przeszkadza ci, że większość ludzi 

kłamie? - spytał.

Uśmiechnęła się lekko.

- Powiem tak. Kiedy budzisz się pewnego ranka w wieku trzynastu lat i nagle 

odkrywasz,   że   możesz   stwierdzić,   że   wszyscy   wokół   ciebie,   nawet   ludzie,   których 

kochasz, kłamią od czasu do czasu, musisz nauczyć się patrzeć na to z odpowiedniej 
perspektywy, bo inaczej zwariujesz.

- Na czym ta perspektywa polega?
- Podparłam się Darwinem. Umiejętność kłamania jest powszechna. Wszyscy, 

których   znałam   i   znam,   ją   posiedli.   Większość   dzieciaków   zaczyna   ćwiczyć   tę 
umiejętność, ledwie opanują mowę.

- Więc doszłaś do wniosku, że musi być jakieś ewolucyjne wytłumaczenie dla 

kłamstwa?

- Właśnie tak - potwierdziła. - Umiejętność kłamania wchodzi w skład narzędzi 

potrzebnych każdemu człowiekowi do przetrwania i jest efektem ubocznym zdolności 

mówienia. W wielu sytuacjach bardzo się przydaje. Czasami człowiek musi kłamać, 
żeby chronić siebie lub kogoś innego.

- To akurat rozumiem - wtrącił.
- Czasem trzeba oszukać wroga, żeby wygrać bitwę czy całą wojnę. Czasami 

człowiek   musi   kłamać,   by   chronić   swoją   prywatność.   Ludzie   kłamią   też,   żeby 
rozładować napiętą sytuację, uniknąć zranienia czyichś uczuć czy uspokoić kogoś, kto 

jest przerażony.

- Fakt.

- Gdyby ludzie nie potrafili kłamać, prawdopodobnie nie byliby w stanie żyć w 

grupach,   w   każdym   razie   nie   na   dłuższą   metę,   ani   utrzymywać   stosunków 

towarzyskich. W ten sposób dochodzimy do sedna.

- To znaczy?

- Gdyby ludzie nie umieli kłamać, cywilizacja w znanej nam postaci nie miałaby 

racji bytu.

Gwizdnął cicho.
-   Interesujący   punkt   widzenia.   Nigdy   tego   nie   rozpatrywałem   w   tych 

background image

kategoriach.

- Pewnie dlatego, że nigdy nie musiałeś się nad tym zastanawiać. Większość 

ludzi przyjmuje umiejętność kłamania za coś oczywistego, niezależnie od tego, czy to 
aprobują czy nie.

- Ale nie ty.
- Byłam zmuszona spojrzeć na to z trochę innej perspektywy. - Przerwała na 

chwilę. - Zawsze fascynowała mnie jedna rzecz. To, że znakomita większość ludzi, 
zarówno zwykłych, jak i tych obdarzonych parawrażliwością, myśli, że wiedzą, kiedy 

ktoś   kłamie.   Tak   jest   na   całym   świecie.   Tymczasem   badania   wykazują,   że   ludzie 
potrafią   wykryć   kłamstwo   zaledwie   w   nieco   ponad   połowie   przypadków.   Równie 

dobrze można by rzucać monetą.

- A co z ekspertami? Gliniarzami i im podobnymi?

- Wcale nie są lepsi w wykrywaniu kłamców, przynajmniej nie w kontrolowanej 

sytuacji badawczej. Problem w tym, że zwykle łączą z kłamstwem takie sygnały, jak 

unikanie kontaktu wzrokowego czy pocenie się, a to często zawodzi.

- Nie ma co liczyć na nos Pinokia?

- Nie do końca - odparła. - Fizyczne objawy istnieją, ale są różne w przypadku 

różnych   ludzi.   Jeśli   znasz   kogoś   dobrze,   masz   większe   szanse   przyłapania   go   na 

kłamstwie,   w   innym   przypadku   jest   to   loteria.   Jak   powiedziałam,   kłamanie   jest 
naturalną ludzką umiejętnością i prawdopodobnie wszyscy jesteśmy w tym znacznie 

lepsi, niż chcemy się do tego przyznać.

- Powiedziałaś, że kłamstwa Brada McAllistera były innego rodzaju.

- Zgadza się.
- Co miałaś na myśli?

- Brad był kłamcą innego typu. Był ultrafioletem.
- Ultrafioletem?

- Moja osobista nazwa zła.
- Ciężkie słowo.

- Ale pasuje do Brada, wierz mi. Umiejętność kłamania to potężne narzędzie, 

choć sama w sobie ma wartość neutralną. To trochę tak jak z ogniem.

- Tak jak ogień może zamienić się w broń?
- Dokładnie. - Skrzyżowała ręce na piersi. - Dzięki ogniowi możesz ugotować 

posiłek,   ale   i   spalić   dom.   Jeśli   ktoś   ma   złe   intencje,   za   pomocą   kłamstwa   może 
spowodować olbrzymie szkody.

background image

-   Dlaczego   uważasz,   że   Brad   McAllister   był   złym   człowiekiem?   Z   tego   co 

słyszałem,   był   oddanym   mężem,   który   trwał   przy   Elizabeth,   kiedy   przechodziła 

załamanie nerwowe.

Obróciła się gwałtownie na siedzeniu.

- Ten wizerunek był największym z kłamstw McAllistera. I wkurza mnie, że 

nadal ma się dobrze, choć bydlak już nie żyje.

- Co zrobił McAllister, że tak go nienawidzisz?
- Brad nie troszczył się o Elizabeth, kiedy przechodziła załamanie nerwowe. To 

on ją w nie wpędził. Liz i ja już straciłyśmy nadzieję, że zdołamy kogokolwiek do tego 
przekonać. Łącznie z Archerem i Myrą. Dla całego Stone Canyon Brad był złotym 

chłopcem. Jake zastanawiał się nad tym przez chwilę.

- Więc jaka jest twoja teoria na temat tego morderstwa? - spytał.

-   Nie   ma   powodu   wątpić   w   policyjną   wersję   wypadków   -   odparła   Clare.   - 

Prawdopodobnie Brad faktycznie nakrył włamywacza na gorącym uczynku.

- I kto teraz kłamie? Wcale w to nie wierzysz, prawda? Westchnęła.
- Nie. Ale nie mam lepszego pomysłu.

- Żadnej teorii?
- Wiem tylko, że Brad był złym człowiekiem. Źli ludzie mają wielu wrogów. 

Może któryś z nich wytropił go i zamordował tamtej nocy.

- Ale w tej teorii brakuje motywu, poza tym, że Brad nie był miłą osobą.

- Czasami to wystarcza.
- Czasami - powtórzył.

Zapadła cisza.
- Tak na marginesie - powiedziała w końcu Clare - musimy uważać na zjazd w 

Indian School Road.

- Dlaczego?

- Bo mój motel jest przy Indian School Road - wyjaśniła.
- Mówiłaś, że mieszkasz w hotelu przy lotnisku.

- Kłamałam.

background image

ROZDZIAŁ 4

Największą zaletą motelu Desert Dawn było to, że nie starał się udawać czegoś 

innego,   niż   faktycznie   był:   podrzędnym,   tanim   przybytkiem   z   minionej   epoki. 
Piętrowy   budynek   aż   się   prosił   o   odmalowanie.   Zardzewiałe   wiatraki   buczały   w 

ciemności.

Większość roślin umarła jeszcze w prehistorii. Ocalało tylko parę odpornych 

kaktusów i jedna zwiędła palma. Litera S w czerwono - żółtym neonie trzeszczała i 
denerwująco migotała.

Clare poczuła zażenowanie, kiedy zatrzymali się na parkingu niedaleko wejścia 

do zniszczonej recepcji. Natychmiast je stłumiła.

Jake   wyłączył   silnik   i  patrzył  na   wyleniała   palmę  górującą   nad   popękanym 

chodnikiem.

- Wiesz - powiedział - gdybyś uprzedziła, że dziś przyjeżdżasz, dział podróży 

Glazebrook załatwiłby ci rezerwację w lepszym miejscu. Założę się, że znaleźliby coś, 

gdzie łazienka nie jest na korytarzu.

- Dzięki za troskę, ale mam w pokoju łazienkę. - Odpięła pas i otworzyła drzwi.

Jake wysiadł, wyjął z bagażnika jej mokre ubrania i razem ruszyli do wejścia.
- Możesz mi powiedzieć, dlaczego wybrałaś akurat to miejsce? - zapytał.

- Może nie wiesz, ale pół roku temu straciłam pracę. Nie poszczęściło mi się ze 

znalezieniem nowego zajęcia, tak więc nie śmierdzę groszem.

-   Twój   ojciec   jest   jednym   z   najbogatszych   ludzi   w   tym   stanie   -   zauważył 

delikatnie.

- Pomijając aspekt biologiczny, nie uważam Archera Glazebrooka za swojego 

ojca.

- Innymi słowy, jesteś zbyt dumna, żeby wziąć od niego pieniądze. - Pokręcił 

głową, rozbawiony. - Wy dwoje macie ze sobą naprawdę dużo wspólnego.

Pchnął brudne przeszklone drzwi. Clare weszła za nim do maleńkiej recepcji.
Recepcjonista spojrzał na jej szlafrok i turban z ręcznika.

- Wszystko w porządku, pani Lancaster? - spytał niespokojnie.
- Pływałam - odparła lakonicznie.

- Odprowadzę panią Lancaster do jej pokoju - powiedział Jake. Recepcjonista 

zmierzył go wzrokiem, a potem wzruszył ramionami.

- Okay. Tylko bądźcie cicho. Obok mieszka para ze środkowego zachodu.

background image

Clare zmarszczyła brwi.
- O czym pan mówi? Czemu mam się przejmować, że obok ktoś mieszka?

Recepcjonista przewrócił oczami.
Jake złapał ją za rękę i pociągnął do schodów.

- Co jest? - pytała zdezorientowana. - Czyja czegoś nie wiem? Odpowiedział, 

dopiero gdy weszli na piętro i ruszyli w głąb obskurnego korytarza.

- Recepcjonista myśli, że jesteś cali girl, która zabawia w motelu klientów.
- I ty niby jesteś klientem?

- Tak.
- Zdaje się, że szlafrok robi mylne wrażenie.

Zatrzymała się przed drzwiami pokoju 210. Jake wziął od niej klucz i wsunął do 

zamka.

Uchyliły się drzwi pokoju 208. Kobieta w średnim wieku z kaskiem siwiejących 

loków posłała im pełne dezaprobaty spojrzenie.

Jake skinął głową.
- Dobry wieczór pani.

Kobieta trzasnęła drzwiami. Jake słyszał za nimi odgłosy rozmowy. Wkrótce 

otworzyły   się   ponownie.   Tym   razem   wyjrzał   łysiejący   facet   z   nadwagą,   ubrany   w 

kraciaste bermudy i biały podkoszulek. Spojrzał na Clare surowym wzrokiem.

Przechyliła głowę.

- Ładny wieczór, prawda?
Facet zatrzasnął drzwi, a po chwili rozległ się dźwięk przesuwanej zasuwy.

-   Chyba   nie   tylko   recepcjonista   ma   podejrzenia   co   do   twojej   profesji   - 

powiedział Jake.

- I pomyśleć, że obecnie jestem bezrobotna.
Weszli   do   pokoju,   równie   obskurnego   jak   korytarz.   Naprzeciw   wejścia 

znajdowały się szklane drzwi rozsuwane na maleńki balkonik, z którego widać było 
mały basen. Clare włączyła słabe górne światło.

Jake spojrzał na samotną walizkę na kółkach.
- Rzeczywiście nie jesteś przygotowana na dłuższą wizytę - zauważył.

- Dam Archerowi jeden dzień na wyjaśnienie, po co mnie tu ściągnął. Spędzę 

trochę czasu z Elizabeth. Potem nie będzie powodu, żebym tu siedziała.

- Wrócisz do San Francisco?
-   Pół   roku   bezrobocia   poważnie   naruszyło   moje   oszczędności,   a   nie   chcę 

background image

pożyczać od mamy i cioci. Muszę znaleźć pracę.

Skinął głową.

- Tak będzie najlepiej.
- Dzięki za podwiezienie - powiedziała. - To był bardzo interesujący wieczór.

- Jak wszystkie randki ze mną. Uśmiechnęła się.
- O ile wiem, ty byłeś w pracy. Rozwiązywanie problemów Archera Glazebrooka 

należy do twoich obowiązków.

Delikatnie, ale stanowczo zamknęła mu drzwi przed nosem.

background image

ROZDZIAŁ 5

Jake   wrócił   do   wynajętego   domu,   wstawił   samochód   do   garażu,   wyjął   z 

bagażnika laptopa, z którym się nigdy nie rozstawał, i wszedł do środka.

Zamierzał   przeszukać   tej   nocy   kolejne   domy   należące   do   znajomych 

Glazebrookow w poszukiwaniu dowodów w sprawie, w której został tu przysłany. Od 
czasu przyjazdu do Stone Canyon udało mu się przeszukać szafy, szuflady i sejfy w 

dwunastu rezydencjach.

Pojawienie się Clare Lancaster zmieniło jego plany na wieczór. Kiedy tylko ją 

zobaczył, jego zmysły myśliwego zostały postawione w stan gotowości. Była ważna* 
Czuł to i nie tylko dlatego, że chciał ją zaciągnąć do łóżka, choć to też było istotne.

Wszedł do kuchni i położył laptopa na stole. Nalał sobie szklaneczkę szkockiej, 

usiadł i włączył komputer.

Nie chciał więcej niespodzianek.
Ściśle   tajne   akta   rodziny   Glazebrookow,   które   dostał,   zawierały   jedynie 

pobieżne informacje dotyczące Clare Lancaster.

Pochodziła z długiej linii członków Arcane, zarówno ze strony ojca, jak i matki. 

Obok   jej   numeru   na   skali   Jonesa   była   gwiazdka.   Znaczyło   to,   że   choć   została 
sklasyfikowana jako dziesiątka, jej talent był tak rzadki, że badacze nie dysponowali 

odpowiednią liczbą przykładów, by mieć pewność, że ich ocena jest precyzyjna.

W jego aktach również figurowała gwiazdka przy dziesiątce.

Clare dorastała w San Francisco wychowywana przez matkę, Gwen Lancaster, 

księgową,   i   cioteczną   babkę,   May   Flood.   Ukończyła   historię   na   Uniwersytecie 

Kalifornijskim w Santa Cruz. Wydział ten nie tylko zapewniał dobre wykształcenie, ale 
i kształtował nieco ekscentryczny pogląd na świat.

Było   to   istotne,   jako   że   Glazebrookowie   nie   mieli   tendencji   do 

ekscentryczności.   W   rodzinnej   Arizonie   byli   filarami   miejscowej   społeczności, 

prowadzili tu bowiem interesy i angażowali się w życie miasta oraz w działalność 
dobroczynną.

Pogrzebał   dokładniej   w   aktach   i   znalazł   wzmiankę   o   tym,   że   po   zrobieniu 

dyplomu Clare kilkakrotnie ubiegała się o przyjęcie do oddziału Jones & Jones na 

Zachodnim Wybrzeżu, została jednak odrzucona.

Przez   trzy   lata   pracowała   w   małej   fundacji,   a   następnie   objęła   kierownicze 

stanowisko   w   większej,   bardziej   prestiżowej   Draper   Trust,   prywatnej   fundacji 

background image

specjalizującej   się   w   pozyskiwaniu   funduszy   dla   organizacji,   które   pomagały 
maltretowanym kobietom i bezdomnym, a także działały na rzecz ochrony zdrowia we 

wczesnym dzieciństwie.

Clare świetnie sobie radziła aż do wypadków sprzed pół roku, kiedy to była 

przesłuchiwana w związku z morderstwem Brada McAllistera.

Gdy wróciła do San Francisco, wylali ją z Draper Trust. Jednocześnie zakończył 

się jej związek z Gregiem Washburnem, który również pracował na kierowniczym 
stanowisku w tej fundacji. Następne miesiące spędziła na poszukiwaniu nowej pracy, 

ale bez powodzenia.

Po raz kolejny wysłała swoje CV do Jones & Jones i znowu została odrzucona.

Jake sprawdził akta Arcane, szukając Grega Washburna. Było paru mężczyzn o 

tym nazwisku, ale żaden nie nosił imienia Gregory. Czyli Clare próbowała ze zwykłym 

facetem, pomyślał, tak jak on z Sylvią.

Oboje  wiedzieli, że  bardzo  niewielu członków  Arcane  jest  zainteresowanych 

małżeństwem z dziesiątką jakiegokolwiek typu, nie wspominając już o myśliwym czy 
ludzkim wykrywaczu kłamstw. Szukali więc partnerów spoza Arcane i oboje ponieśli 

spektakularną klęskę.

Sącząc szkocką, zastanawiał się, co robić dalej.

Postanowił poszukać informacji na temat morderstwa Brada McAllistera.
Było ich dużo - śmierć McAllistera odbiła się głośnym echem w Stone Canyon - 

ale   w   większości   całkiem   bezużytecznych   lub   bardzo   powierzchownych.   Śledztwo 
niczego nie wykazało.

Clare złożyła zeznania, nigdy jednak nie była oficjalnie podejrzana. Nie trzeba 

było dużej wyobraźni, żeby domyślić się dlaczego. Żaden gliniarz ze Stone Canyon nie 

wniósłby oskarżenia wobec córki Archera Glazebrooka bez solidnych dowodów. Byłby 
to koniec jego kariery.

Napił się jeszcze szkockiej i myślał o tym, co mu powiedziała Clare. Nazwała 

Brada złym człowiekiem i twierdziła, że to on był przyczyną załamania nerwowego 

Elizabeth.   Ciężkie   zarzuty.   No   i   pierwsza   negatywna   opinia,   jaką   usłyszał   o 
MacAlisterze. Według mieszkańców Stone Canyon Brad był idealnym mężem.

A co, jeśli Archer Glazebrook podejrzewał, że Brad maltretował Elizabeth? Jake 

nie miał wątpliwości, że byłby zdolny zastrzelić zięcia, gdyby uważał, że skrzywdził on 

jego córkę. Archer wychowywał się na ranczu i był w wojsku. Umiał obchodzić się z 
bronią.

background image

Problem w tym, że tamtego wieczoru był wraz z żoną i Elizabeth na przyjęciu 

Arts Academy. Świadków nie brakowało.

Ale z drugiej strony, czy tak trudno urwać się z tłocznego przyjęcia i zabić 

kogoś, kto znajdował się zaledwie parę kilometrów dalej?

Jake zajrzał do akt Brada McAllistera. Nie znalazł w nich nic niezwykłego.
Brad i jego matka Valerie należeli do Arcane, ale żadne z nich nie było wysoko 

notowane   w   skali   Jonesa.   Valerie   była   dwójką,   a   Brad   czwórką.   Oboje   zostali 
określeni jako posiadający „ogólną parawrażliwość", bez wyjątkowych talentów.

Członkowie towarzystwa na ogół szukali współmałżonków we własnym gronie, 

dlatego   większość   dzieci   z   tych   związków   miała   paranormalne   zdolności   różnego 

stopnia. Tak jak w wypadku innych cech, i tu genetyka odgrywała swoją rolę.

Jake   przeczytał   resztę   informacji   na   temat   McAllistera.   Brad   pojawił   się   w 

Stone Canyon parę miesięcy po tym, jak jego matka wyszła za Owena Shipleya. Nie 
był wcześniej żonaty, był dobrze wykształcony i miał smykałkę do finansów. Zanim 

został samodzielnym inwestorem, pracował w średniej wielkości biurze maklerskim, a 
przed przyjazdem do Stone Canyon zdążył zgromadzić pokaźną fortunę.

Co   nie   znaczy,   że   nie   ożenił   się   z   Elizabeth   dla   pieniędzy,   pomyślał   Jake. 

Niektórzy ludzie są nienasyceni.

Sięgnął   po   komórkę   i   wybrał   numer.   Fallon   Jones   odebrał   po   pierwszym 

sygnale.

- Mam nadzieję, że dzwonisz, bo w końcu są jakieś postępy w Stone Canyon - 

powiedział niskim, ponurym głosem.

Fallon   był   samotnikiem.   Większość   czasu   spędzał   za   swoim   biurkiem, 

pochylony nad komputerem. Trochę przypominał szalonego naukowca i nic w tym 

dziwnego,   pochodził   bowiem   w   prostej   linii   od   założyciela   Towarzystwa   Arcane 
Sylvestra Jonesa, który był alchemikiem.

Jak   większość   potomków   założyciela,   miał   wyjątkowo   wysoki   stopień 

wrażliwości paranormalnej. Posiadał także unikalny talent pozwalający mu prowadzić 

agencję   paradetektywistyczną.   Dzięki   swoim   zdolnościom   tam,   gdzie   inni   widzieli 
tylko zbieg okoliczności, on widział konkret, a tam, gdzie inni widzieli przypadek, on 

widział spisek. I nigdy się nie mylił.

Kiedy   wysyłał   swoich   agentów   na   polowanie,   zawsze   miał   ku   temu   dobry 

powód.

- Pojawiła się nowa komplikacja - odparł Jake. - Nazywa się Clare Lancaster.

background image

- Druga córka Glazebrooka? - Fallon zamilkł na chwilę. - Cholera. Chłopcy, 

którzy szacowali, czy się zjawi, powiedzieli, że to mało prawdopodobne.

- No cóż, jest tutaj. I chyba wie, że coś się kryje za moją historią.
- Nie możesz pozwolić, żeby ci przeszkodziła. Zbyt wiele od tego zależy.

-   Nie   wydaje   się   zainteresowana   zdemaskowaniem   mnie.   Mówi,   że   jest 

przyzwyczajona do tego, że wszyscy kłamią. Poza tym pojutrze ma wrócić do San 

Francisco.

- Dasz radę mieć ją pod kontrolą do tego czasu?

-   Nie   sądzę,   żeby   ktokolwiek   mógł   mieć   Clare   Lancaster   pod   kontrolą.   W 

każdym   razie   nie   na   dłuższą   metę.   Ale   przy   odrobinie   szczęścia   nie   pokrzyżuje 

naszych planów. Dzwonię, bo chciałem się o niej czegoś dowiedzieć.

- Czego?

- Natknąłem się na informację, że parę razy starała się o pracę w Jones & 

Jones.

-   Co   pół   roku,   regularnie   jak   w   zegarku.   Wytrwała   osóbka,   trzeba   jej   to 

przyznać.

- Dlaczego nie została przyjęta?
- A jak myślisz? Bo jest ludzkim wykrywaczem kłamstw i dziesiątką. Dziesiątką 

z gwiazdką.

- Ktoś z jej talentem mógłby być bardzo użyteczny w tej profesji.

-   Zapewne.   Ale   nie   dziesiątka.   Oni   są   zbyt   niestabilni.   Kiedy   pierwszy   raz 

przysłała swoje CV,  jeden z  naszych analityków sprawdził pozostałych członków z 

takimi zdolnościami. Okazało się, że w całej historii towarzystwa było ich zaledwie 
sześcioro.   Prawie   wszyscy   byli   albo   wyjątkowo   neurotyczni,   albo   całkiem   szaleni. 

Czworo popełniło samobójstwo. Ciężko sobie poradzić z takim talentem.

- Odrzuciłeś ją, bo uznałeś, że nie nadaje się do tej roboty?

- To agencja detektywistyczna, Jake - odparł Fallon. - Dobrze wiesz, że w naszej 

branży wszyscy kłamią: klienci, podejrzani, agenci.

Żaden   wykrywacz   kłamstw   z   dziesiątką   z   gwiazdką   nie   wytrzymałby   długo 

takiej presji. Stanowiłaby zagrożenie dla siebie samej i innych.

- Może jej nie doceniłeś.
-   Możliwe,   ale   muszę   chuchać   na   zimne   -   skwitował   Fallon.   -   Cokolwiek 

zrobisz, nie pozwól, żeby pokrzyżowała ci plany.

- Zobaczę, co da się zrobić.

background image

ROZDZIAŁ 6

Fallon Jones wstał zza mahoniowego biurka i podszedł do okna. Ilekroć był w 

swoim gabinecie, czuł siłę rodzinnej tradycji.

Biurko,   podobnie   jak   przeszklona   biblioteczka   i   kinkiety   z   egipskimi 

motywami,   były   w   stylu   art   deco.   Wszystkie   te   przedmioty   wchodziły   w   skład 
wyposażenia   oddziału   Jones   &   Jones   na   Zachodnim   Wybrzeżu,   otwartego   w   Los 

Angeles w 1927 roku.

Pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku Cedric Jones, jeden z wielu 

Jonesów   kierujących   tym   oddziałem,   postanowił   przenieść   biuro   do   zacisznego 
Scargill Cove na wybrzeżu północnej Kalifornii. Zabrał tam większość wyposażenia z 

Los   Angeles.   Kiedy   Fallon   objął   stanowisko   szefa,   zatrzymał   wszystko,   łącznie   z 
kinkietami.

Za   czasów   Cedrica   Scargill   Cove   było   niewielką   osadą   zamieszkaną   przez 

hipisów, artystów i innych odmieńców, szukających ucieczki przed bezwzględnością 

współczesnego   świata.   Krótko   mówiąc   -   idealne   miejsce   dla   agencji 
paradetektywistycznej.

Przez kolejne dekady niewiele się tu zmieniło, zupełnie jakby w Scargill Cove 

czas   się   zatrzymał.   Była   to   jedna   z   zalet   tego   miejsca.   Fallon   pracował   tu   sam, 

nadzorując  zespół   rozsianych   w   różnych   rejonach   kraju   detektywów,   analityków   i 
techników   laboratoryjnych   przez   Internet   i   komórkę.   Rozważał   wprawdzie 

zatrudnienie asystenta, ale na razie, nie zrobił nic w tym kierunku.

Wiedział,  co   Jake  i   pozostali   myślą   o  jego   decyzji  kierowania  agencją  z   tej 

kryjówki   na   wybrzeżu,   ale   nie   dbał   o   to.   Wszyscy   Jonesowie   mieli   zdolności 
paranormalne - takie czy inne - lecz jego talent był unikalny. Nikt go nie rozumiał. On 

też   -   przez   większość   czasu.   Wiedział   tylko,   że   aby   go   wykorzystać,   potrzebuje 
odosobnienia i spokoju Scargill Cove.

Wyjrzał   przez   okno.   Zamglony   księżyc   oświetlał   kontury   sklepu   ze   zdrową 

żywnością,   galerii   z   rękodziełem   i   garstki   innych   sklepów   składających   się   na 

minicentrum handlowe.

Był lipiec, ale nieosłonięta przed wiatrami zatoczka z kamienistą plażą i klifami 

przyciągała niewielu turystów. Ci zaś, którzy tu trafili, nigdy nie zostawali na dłużej, 
głównie dlatego, że był problem z noclegiem. Miejscowy hotelik dysponował zaledwie 

sześcioma pokojami. Turyści kręcili się więc po mieście, odwiedzając galerie sztuki i 

background image

sklepy z rękodziełem, i wyjeżdżali przed zachodem słońca, by znaleźć nocleg dalej, w 
głębi wybrzeża.

Cedric   Jones,   dziesiątka,   jeśli   chodzi   o   intuicję,   wyczuł,   że   Scargill   Cove 

pozostanie nieodkryte przez długi, długi czas. Miał rację.

Jones   &   Jones,   firma   rodzinna   z   oddziałami   w   Stanach   Zjednoczonych   i 

Wielkiej Brytanii, powstała w następstwie Pierwszego Spisku pod koniec XIX wieku. 

Wszystkimi oddziałami kierowali Jonesowie pochodzący w prostej linii od alchemika 
Sylvestra.

Poszczególne   oddziały   zajmowały   się   świadczeniem   usług   ochroniarskich   i 

detektywistycznych   -   zarówno   członkom   Arcane,   jak   i   zwykłym   ludziom,   którzy 

zdecydowali   się   szukać   pomocy   u   detektywa   z   nadprzyrodzonymi   zdolnościami. 
Jednak ci z towarzystwa, którzy znali historię J&J, wiedzieli, że głównym klientem 

firmy jest Rada Zarządzająca Arcane.

Podstawowym   zadaniem   J&J   było   strzeżenie   największego   sekretu 

towarzystwa: formuły założyciela.

Sylvester   Jones   przyrządził   eliksir,   który,   jak   twierdził,   potrafi   wyostrzyć 

zdolności nadprzyrodzone. Przez lata formuła stała się kolejną legendą Towarzystwa 
Arcane. W każdym razie dla większości członków. Ale Jonesowie i rada znali prawdę: 

formuła istniała i działała.

Jednak   eliksir   wyostrzający   zdolności   nadprzyrodzone   okazał   się   bardzo 

niebezpieczny,   a   efekty   jego   działania   -   wysoce   nieprzewidywalne.   Ci,   którzy   go 
próbowali, nabywali przerażająco silnych zdolności paranormalnych, ale też dostawali 

obsesji  na   punkcie  tego  środka,   co  sprawiało, że  zamieniali  się  w bezwzględnych, 
niezrównoważonych socjopatów.

Pomimo ryzyka w każdym pokoleniu pojawiał się w towarzystwie delikwent 

żądny władzy, zdecydowany bez względu na wszystko odtworzyć formułę założyciela. I 

właśnie wtedy do akcji wkraczało J&J.

W   wielu   przypadkach   byli   to   niegroźni   dziwacy   lub   osoby   mające   fioła   na 

punkcie legendy Sylvestra Jonesa. Tacy ludzie nigdy nie zachodzili daleko, bo J&J 
trzymało rękę na pulsie.

Ale   ostatnia   sytuacja   była   inna.   Z   informacji,   jakie   przeciekły   do   agencji, 

wynikało, że mają do czynienia z bezwzględną i wysoce zdyscyplinowaną organizacją, 

która szykuje coś na wzór Pierwszego Spisku.

Pierwszy Spisek był kolejną legendą Towarzystwa Arcane, lecz - podobnie jak w 

background image

przypadku formuły założyciela - naprawdę istniał. Zawiązał się pod koniec XIX wieku. 
Jego   celem   było   przejęcie   kontroli   nad   towarzystwem,   a   potem,   dzięki   zdobytej 

władzy, pozyskanie wpływów w kręgach biznesu i rządzie Wielkiej Brytanii.

Ślady   wskazujące   na   zawiązanie   nowego   spisku   pojawiły   się   w   ostatnich 

miesiącach. W podejrzanych okolicznościach zniknęło dwóch laborantów Arcane. Ich 
ciał   nigdy   nie   odnaleziono.   Miesiąc   temu   zaginął   kolejny   laborant.   Dwa   tygodnie 

później zaufany informator poniósł śmierć w wypadku samochodowym.

Fallon   był   też   pewien,   że   ktoś   włamał   się   do   dobrze   zabezpieczonych   akt 

komputerowych   towarzystwa.   Haker   był   na   tyle   dobry,   że   nie   zostawił   żadnych 
śladów.

Wszystko   wskazywało   na   to,   że   spisek   skoncentrował   się   na   Zachodnim 

Wybrzeżu, co oznaczało, że to on, Fallon, musi go powstrzymać. Miał tuzin agentów 

pracujących nad różnymi poszlakami, ale jego największą nadzieją był Jake.

Pojawienie się Clare Lancaster nie wróżyło dobrze.

background image

ROZDZIAŁ 7

Clare wyłączyła laptopa, wstała i podeszła do drzwi balkonowych. Nie chciały 

się przesunąć w metalowej szynie, więc oparła się o krawędź i zaczęła pchać. W końcu 
ustąpił)', walcząc z nią z głośnym skrzypieniem o każdy centymetr. Była pewna, że 

hałas słychać w sąsiednim pokoju.

Wyszła na wąski balkonik i stała, wpatrując się w mętną wodę basenu.

Właśnie   dowiedziała   się   z   Internetu,   że   Jake   Salter   był   tym,   za   kogo   się 

podawał: odnoszącym sukcesy konsultantem do spraw emerytur i zasiłków. Znalazła 

te informacje w prasie finansowej.

Była tam też wzmianka o małżeństwie Jake'a, które skończyło się rozwodem po 

niecałym roku.

Przypomniała sobie lekkie mrowienie na karku, kiedy jechali do motelu.

W   przeciwieństwie   do   większości   ludzi   Jake   nie   tylko   kłamał,   ale   żył 

kłamstwem.

background image

ROZDZIAŁ 8

Komórka zadzwoniła, kiedy Clare wychodziła spod prysznica. Szybko wytarła 

dłoń i odebrała telefon.

- To ja - usłyszała głos Elizabeth. - Co powiesz na śniadanie?

-   Świetny   pomysł   -   odparła.   -   Jestem   trochę   głodna   po   wczorajszym 

wieczornym pływaniu.

- Słyszałam o tym. I widziałam, co Valerie zrobiła z twoim samochodem. Tata 

powiedział, że Jake odwiózł cię do hotelu.

- Zgadza się.
-   Może   przyjadę   po   ciebie?   Zjemy   śniadanie   w   restauracji   przy   Camelback 

Road, a potem zabiorę cię do Stone Canyon.

Clare   obrzuciła   wzrokiem   zapuszczony   pokój.   Nie   chciała,   żeby   siostra 

zobaczyła motel Desert Dawn. Wystarczyła jej wczorajsza reakcja Jake'a. Elizabeth 
byłaby przerażona.

- Wezmę taksówkę - powiedziała szybko.
- Daj spokój. Słuchaj, jest wpół do ósmej. Godzina szczytu. Dojazd na lotnisko 

zajmie trochę czasu. Do zobaczenia za jakąś godzinę.

Clare westchnęła.

- Nie jestem na lotnisku.
Chwila ciszy.

W końcu zaskoczona Elizabeth odchrząknęła.
- Tylko mi nie mów, że wczoraj wylądowałaś u Jake'a Saltera?

- Nie. - Clare czuła, jak palą ją policzki. - Na litość boską, Liz, skąd ci przyszło 

do głowy, że pojechałam do Jake'a? Dopiero go poznałam. Przecież wiesz.

- Okay, okay, wyluzuj. Tylko pytałam. Nie chciałam cię zdenerwować.
- Nie jestem zdenerwowana.

- Jasne. Ale skoro nie jesteś u Jake'a ani w hotelu na lotnisku, to gdzie w takim 

razie?

-   Ostatnio   krucho   u   mnie   z   pieniędzmi   -   odparła   Clare.   -   Powiedzmy,   że 

zatrzymałam się w przybytku klasy ekonomicznej.

- To tata chciał, żebyś przyjechała do Arizony. Nie zapłacił ci za podróż?
- Owszem, proponował - przyznała Clare.

Elizabeth jęknęła.

background image

- A ty, oczywiście, odmówiłaś. Jesteś tak samo uparta jak on, wiesz o tym? No 

dobra, daj mi adres tego „przybytku klasy ekonomicznej".

- Co za nora - stwierdziła Elizabeth.
- Wcale nie - zaprotestowała Clare.

- Nora - powtórzyła stanowczo Liz.
Clare przypomniała sobie, że wiedziała, jaka będzie reakcja siostry na motel 

Desert Dawn. Jedyną nadzieją była zmiana tematu.

Jadły śniadanie w ogródku restauracji jednego z luksusowych pól golfowych 

niedaleko   Scottsdale.   Rząd   basenów   i   nienaturalnie   zielone   połacie   trawy   dawały 
złudzenie balsamicznego komfortu. W rzeczywistości, choć była dopiero za piętnaście 

dziewiąta,   temperatura   szybko   rosła.   Gdyby   nie   markiza,   wentylator   i   zraszacze 
rozpylające chmury maleńkich kropelek, które prawie natychmiast wyparowywały, 

siedzenie na zewnątrz byłoby nieprzyjemne.

- Może jednak dasz się namówić, żeby zatrzymać się u rodziców? - zapytała 

ponownie Elizabeth.

- Nie - upierała się Clare.

- Pamiętaj, że ja tam będę.
- To byłoby nie w porządku wobec Myry. I tak ma przeze mnie dość stresu.

Elizabeth skrzywiła się. Wiedziała, że to prawda.
- Nie martw się o mnie - dodała Clare. - Jest mi tam dobrze. Zresztą spędzę 

tam jeszcze tylko jedną noc. Nie ma co robić z tego problemu.

Pojawił się kelner.

- Pani zielona herbata - powiedział do Clare.
Spojrzała na torebkę na spodeczku. Herbata była pośledniego gatunku i mogła 

się założyć, że woda będzie letnia.

- Dziękuję. - Wyjęła torebkę z saszetki i włożyła do filiżanki.

Miała rację co do wody.
Elizabeth zaśmiała się.

- Nie powinnaś zamawiać zielonej herbaty w Arizonie. To królestwo kawy.
-   W   przeciwieństwie   do   mojego   motelu   to   elegancki   ośrodek,   goszczący 

zamożnych turystów z całego świata. Myślałam, że potrafią podać porządną herbatę.

- Przypominasz mi Jake'a. Poza tobą jest jedyną znaną mi osobą, która pije 

herbatę. Zdaje się, że on też lubi zieloną.

Clare moczyła torebkę, próbując wydusić z niej odrobinę smaku.

background image

- Co o nim myślisz? - zapytała.
-  O Jake'u?  - Elizabeth  wzruszyła ramionami.  -  Wydaje  się miły.  Musi  być 

dobry w tym, co robi, bo inaczej tata by go nie wynajął.

- Glazebrookowie za każdym razem zapraszają konsultantów na przyjęcia?

- Nic w tym niezwykłego. - Elizabeth wzięła się do jajek w koszulkach podanych 

na   grzance   z   szynką.   -   Tata   zawsze   zachęcał   swoją   wyższą   kadrę   kierowniczą   do 

udziału   w   życiu   społecznym   i   towarzyskim.   Nawet   wykupuje   im   członkostwo   w 
country klubie.

- Ale Jake jest zewnętrznym konsultantem, nie wiceprezesem.
- Tata chce, żeby w firmie traktowali go z szacunkiem - wyjaśniła Liz. - To 

znaczy, że musi mieć takie same bonusy jak wyższe kierownictwo.

- Jest w tym pewna logika. Elizabeth się uśmiechnęła.

- Skąd to zainteresowanie Jakiem Salterem?
- Sama nie wiem - odparła Clare. - Wydaje się interesujący.

Kłamczucha.   Jake   był   nie   tylko   interesujący.   Był   absolutnie   niezwykły, 

przynajmniej dla niej. Jeszcze żaden facet nie sprawił, że zjeżyły się jej włoski na 

karku, ani nie rozbudził jej kobiecości, tak jak on wczoraj.

- Zabawne - powiedziała Elizabeth. - Nigdy nie myślałam tako Jake'u. Dla mnie 

jest po prostu miłym i trochę nudnym doradcą biznesowym.

Czy my mówimy o tym samym facecie? - zastanawiała się Clare.

- Wiesz, że jest członkiem Arcane? - spytała.
- Tak. - Elizabeth zamieszała kawę. - Ale co w tym dziwnego? To normalne, że 

kiedy tata postanowił zatrudnić konsultanta, rozglądał się za kimś o paranormalnych 
zdolnościach.

- Masz rację - przyznała Clare.
- Przypuszczam, że Jake jest gdzieś w połowie skali. Piątka, może szóstka, ale 

nie więcej.

Clare siedziała nieruchomo.

- Co? - Elizabeth uniosła brwi. - Nie mów, że wczoraj próbował zaciągnąć cię do 

łóżka.

- Nie.
Clare przypomniała sobie rozmowę z Jakiem. Nie mówił, ile ma punktów w 

skali   Jonesa.   Sama   założyła,   że   dużo;   a   raczej   czuła   to   każdą   cząstką   swojego 
jestestwa.

background image

Co się tu działo? Czy to jej intuicja zawiodła, czy Jake okłamał Archera i resztę 

Glazebrooków odnośnie stopnia swoich nadprzyrodzonych zdolności? A jeśli tak, to 

dlaczego?

Może uznał, że jeśli powie prawdę, skomplikuje mu to życie. Jej dziesiątka 

nigdy   nie   ułatwiała   życia,   czy   to   towarzyskiego,   czy   to   zawodowego.   Członkowie 
towarzystwa   podchodzili   do   niej   z   pewnym   dystansem.   I   nic   dziwnego,   bo   w 

obecności   dziesiątki   ludzie   czuli  się   nieswojo.  Oczywiście  istniały  wyjątki  -   osoby, 
które pociągała siła.

Po chwili namysłu musiała przyznać, że obnoszenie się ze swoim wyjątkowym 

talentem tylko by utrudniło Jake'owi karierę.

Odpuść mu, pomyślała. Ma prawo do prywatności.
- Miałaś rację co do Valerie Shipley - powiedziała, żeby zmienić temat. - Ma 

poważny problem z piciem.

- Tak, i jest coraz gorzej. Valerie zawsze lubiła się napić, ale po śmierci Brada 

zaczęła ostro ciągnąć. Biedny Owen. Ma już tego dość. Mama mówiła, że wspominał 
jej, że chce umieścić Valerie na odwyku.

- Poparła ten pomysł?
- Oczywiście. Ale łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Zwłaszcza że Valerie nawet nie 

chce o tym słyszeć. Myślę, że jeśli nie przestanie pić, Owen się z nią rozwiedzie.

- Nikt by się mu nie dziwił - odparła Clare. - Ale wątpię, czy Valerie pomoże 

pobyt   w   klinice.   Nawet   należącej   do   Arcane.   Straciła   syna,   a   co   gorsza, 
sprawiedliwości nie stało się zadość. Morderca nie został ukarany. Wątpię, czy tego 

typu problem da się rozwiązać metodą dwunastu kroków.

- Jeśli o mnie chodzi, sprawiedliwości stało się zadość - powiedziała Elizabeth z 

niespodziewaną gwałtownością. - Szkoda, że Valerie nie wie, jakim bydlakiem był 
naprawdę Brad. Bardzo bym chciała, żeby wiedział o tym cały świat, nie tylko ty i ja.

- Ale jak powiedzieć matce, że jej zmarły syn był socjopatą? Nawet twoi rodzice 

nie uwierzyli ci, kiedy próbowałaś ich przekonać, że wyszłaś za przystojnego potwora. 

Byli pewni, że przechodzisz załamanie nerwowe.

- Brad potrafił być przekonujący. - Widelec zadrżał lekko w dłoni Liz. - Zawsze 

miał dowody na moje szaleństwo. Udało mu się przekonać nawet doktora Mowbraya, 
że jestem wariatką.

- Bydlak nieźle cię załatwił. Wszystkie te jego gadki, że cierpisz na zaburzenia 

nerwicowe, podczas których próbujesz popełnić samobójstwo. Zupełnie jak w jakimś 

background image

horrorze.

Elizabeth się skrzywiła.

- A na początku wydawał się taki idealny. Ilekroć pomyślę, jak się pomyliłam co 

do niego, robi mi się zimno.

- Nie dręcz się tym. Nie ty jedna dałaś się nabrać. Archer, Myra, Matt i wszyscy 

twoi znajomi nabrali się na jego fałszywą wspaniałą osobowość.

- Jestem pewna, że do tej pory już bym nie żyła, gdyby nie ty, Clare. - W oczach 

Elizabeth   błysnęły   łzy.   -   A   najgorsze,   że   wszyscy   oprócz   ciebie   myśleliby,   że 

popełniłam samobójstwo.

Clare dotknęła jej dłoni.

- Już w porządku - szepnęła. - Już po wszystkim. To Brad nie żyje. Tylko to się 

liczy.

-   Tak.   -   Elizabeth   wytarła   oczy   serwetką.   -   Już   go   nie   ma.   I   to   jest 

najważniejsze.   Ale   nikt   nie   zdaje   sobie   sprawy,   jakim   był   złym   człowiekiem.   Po 

pogrzebie, im częściej podejmowałam ten temat, tym bardziej rodzice mnie uciszali.

- Uznali, że dla wszystkich zainteresowanych będzie najlepiej, jak sprawa po 

prostu ucichnie. Morderstwo w rodzinie nigdy nie służy interesom, nie wspominając 
już o życiu towarzyskim.

Elizabeth pokręciła głową.
- Chodzi o coś więcej. Myślę, że mama boi się, że wszyscy w Stone Canyon 

uważają, że  jestem  niezrównoważona.  Martwi  się,  że  nie  znajdę  sobie   następnego 
męża.

Clare się uśmiechnęła.
- A szukasz męża?

- Nie. - Elizabeth się wzdrygnęła. - Minie dużo czasu, nim zacznę myśleć o 

powtórnym zamążpójściu, jeśli w ogóle.

- W końcu otrząśniesz się z tego, co ci zrobił Brad - powiedziała Clare. - Po 

prostu potrzebujesz trochę czasu.

Elizabeth odłożyła widelec.
- Właściwie to bardziej martwię się o ciebie. Zapłaciłaś bardzo wysoką cenę za 

ocalenie mnie przed Bradem. Najpierw rzucił cię narzeczony, potem straciłaś pracę. 
Obie wiemy, że stało się tak z powodu plotek, które zaczęły krążyć po morderstwie.

- Do diabła z nimi. - Clare sięgnęła po małą ceramiczną miseczkę z salsą i 

skoncentrowała   się   na   polewaniu   nią   swojej   jajecznicy.   Dopiero   po   chwili 

background image

zorientowała się, że Elizabeth się jej przygląda.

Uniosła wzrok.

- Co?
Liz   pokręciła   głową,   a   potem,   całkiem   niespodziewanie,   zaczęła   chichotać. 

Chichot zamienił się w śmiech. Zasłoniła usta dłonią, próbując stłumić ten wybuch. 
Bez powodzenia.

Clare jadła jajecznicę, czekając, aż siostra się opanuje.
W końcu Elizabeth spoważniała i sięgnęła po swoją kawę.

- Dzięki, siostrzyczko, potrzebowałam się pośmiać.
- Zawsze do usług.

- Naprawdę pogodziłaś się z tym, co się stało z twoją karierą i związkiem? - 

spytała Liz po chwili.

- Początkowo nie było mi do śmiechu, ale okazało się, że to nie koniec świata. A 

co do mojego związku, i tak miałam wątpliwości. Nie sądzę, żebyśmy z Gregiem długo 

ze sobą byli.

- Pewnie nie. Nie ufałaś mu na tyle, żeby mu powiedzieć o swoich zdolnościach.

- Rzeczywiście, był to problem.
- Nie mogłaś trzymać tego w tajemnicy do końca życia. Wcześniej czy później to 

by wypłynęło i Greg pewnie uznałby, że masz urojenia. Tak reaguje większość ludzi, 
gdy słyszy, że ktoś ma nadprzyrodzone zdolności.

- Racja. - Clare się zawahała. - Ale martwiło mnie jeszcze coś.
- Co?

- Przez cały czas trwania naszego związku ani razu się nie pokłóciliśmy.
- I co w tym złego?

- Sama nie wiem - przyznała Clare. - Ale to zaczynało być irytujące. Zawsze 

robiliśmy to, czego ja chciałam. Ja podejmowałam wszystkie decyzje. Wybierałam 

restauracje, w których jadaliśmy. Wybierałam filmy. Zawsze pozwalał mi narzucać 
tempo w łóżku. Znudziło mi się.

- No tak. - Elizabeth skinęła głową. - Ale z tym tempem w łóżku to myślałam, że 

akurat to ci odpowiadało. Mówiłaś, że lubisz mieć kontrolę w tej dziedzinie.

- Czasami po prostu chcesz, żeby ktoś inny przejął na chwilę pałeczkę.
- Naprawdę? - Elizabeth uśmiechnęła się znacząco. - Kiedy cię olśniło?

- Nie jestem pewna - przyznała Clare. - Chodzi o to, że mogę oddać dowodzenie 

tylko wtedy, kiedy całkowicie komuś ufam.

background image

- Może pamiętasz... ostrzegałam cię, że to nie najlepszy pomysł wiązać się z 

kimś, kto nigdy nie zrozumie twojej prawdziwej natury - przypomniała Elizabeth.

- Wtedy wydawało mi się, że to dobry pomysł - odparła Clare. - Ale pomijając 

moje paranormalne zdolności, po prostu nie jestem typem osoby, która potrafi oddać 

ster komuś innemu.

Elizabeth zachichotała.

-   Myślę,   że   w   twoim   przypadku   będzie   potrzebny   ktoś   na   tyle   silny,   żeby 

samemu przejąć od ciebie ster.

Clare się skrzywiła.
- Nie jestem pewna, czy mi się to podoba.

- Widzisz? Opierasz się wszystkiemu, czego pragniesz. Ta twoja mania kontroli 

pewnie ma związek z problemem z zaufaniem.

- Sytuacja bez wyjścia.
Elizabeth spoważniała.

- Ale za jedno zawsze będę nieskończenie wdzięczna twojemu wyjątkowemu 

talentowi. Nie chcę nawet myśleć o tym, co by się stało, gdybyś nie przejrzała Brada.

- Na szczęście nie musimy się już nim przejmować.
- Dzięki Bogu. Ale zaczynam się martwić Valerie.

- Myślę, że to mój widok sprawił, że straciła nad sobą kontrolę. Uspokoi się, 

kiedy wyjadę z miasta.

- Nie jestem tego taka pewna. Nie zdziwiłabym się, gdyby się okazało, że to ona 

rozpuściła plotki, przez które straciłaś pracę i narzeczonego.

- Możesz mieć rację, że to przez Valerie wylali mnie z Draper Trust - przyznała 

Clare. - Ale wątpię, czy to z powodu plotek o moich powiązaniach ze śmiercią Brada 

Greg postanowił mnie rzucić.

- Przecież spytałaś go o powód?

- Owszem - potwierdziła Clare.
- No i co ci powiedział?

- Że jest ktoś inny.
- Co było...?

- Kłamstwem - dokończyła Clare.
- Zamykam sprawę.

background image

ROZDZIAŁ 9

Po wyjściu z restauracji Clare włączyła komórkę. Na poczcie głosowej czekała 

na   nią   wiadomość   od   Jake'a.   Była   krótka   i   konkretna.   „Tu   Jake.   Daj   znać,   kiedy 
będziesz gotowa, to przyjadę i zawiozę cię do Stone Canyon".

Clare skasowała wiadomość i zwróciła się do siostry:
- A propos ludzi, lubiących trzymać ster. Myślę, że Jake Salter mógłby mnie 

wiele nauczyć.

Elizabeth wyjęła z torebki ciemne okulary.

- Czemu tak sądzisz?
- Nagrał mi wiadomość, informując mnie... nie pytając, tylko informując... że 

przyjedzie i zabierze mnie do Stone Canyon.

- Może po prostu stara się być pomocny.

- Może.
- Wyczuwam, że coś się za tym kryje.

- Ja też - przyznała Clare. - Ale nie mam pojęcia co.
Czekały chwilę, aż parkingowy przyprowadzi mercedesa Elizabeth. Liz usiadła 

za kierownicą, Clare zajęła fotel pasażera.

- Wiesz - zaczęła Elizabeth, wyjeżdżając na Camellback Road - nie sądzę, żebyś 

musiała przejmować się Jakiem Salterem. Tata mu ufa, a to dużo znaczy.

- Zapewne - odparła Clare. - Na pewno możesz podrzucić mnie do domu?

-   Tak.   Jestem   umówiona   dopiero   na   popołudnie.   Nadal   zamierzasz   wracać 

jutro do San Francisco?

- Taki mam plan.
- No cóż, gdybyś zmieniła zdanie i została jeszcze dzień czy dwa, to jutro po 

południu jestem wolna. Mogłybyśmy połazić po sklepach.

- Dzięki, Liz, ale naprawdę krucho u mnie z forsą.

- Ja stawiam.
- Naprawdę nie...

- Och, daj spokój. To ja, twoja siostra, pamiętasz? Możesz się zgodzić, żebym 

zafundowała ci parę rzeczy.

- Zobaczymy - powiedziała Clare.
Samochód stał w tym samym miejscu, w którym zostawił go Jake. Popękana 

przednia szyba błyszczała w gorącym słońcu.

background image

Clare wysiadła z mercedesa i nachyliła się do Elizabeth.
- Dzięki - powiedziała.

- Zadzwoń do mnie, jak już będziesz wiedziała, czy zostaniesz.
- Zadzwonię.

Clare zatrzasnęła drzwiczki. Elizabeth odjechała.
Otworzyły się frontowe drzwi domu i na werandę wyszedł Archer.

- Myślałem, że Jake miał cię przywieźć - oświadczył bez żadnego wstępu.
-   Byłam   na   śniadaniu   z   Elizabeth.   Zaproponowała,   że   mnie   podrzuci. 

Skorzystałam.   Po   drodze   zadzwoniłam   do   wypożyczalni.   Dostarczą   mi   zastępczy 
samochód, a ten zabiorą. Powiedzieli, że nowy będzie tu za jakąś godzinę.

- Dobrze. - Archer skinął głową. - Jest za gorąco, żeby siedzieć nad basenem. 

Chodźmy do środka.

- Myślałam, że o tej porze będziesz już w biurze.
- Czekałem na ciebie.

Nie zaszkodzi, jeśli dowiem się, o co chodzi, pomyślała Clare. Zacisnęła dłoń na 

pasku torebki i skierowała się na werandę.

- Przykro mi z powodu tej sceny, jaką urządziła ci wczoraj Valerie - powiedział 

Archer. - Ostatnio ma problem z piciem.

- Zauważyłam. Weszła za nim do domu.
- Gdzie Myra? - spytała.

- Ma zebranie zarządu Arts Academy. Jest przewodniczącą.
- Aha.

Usiedli   obok   siebie   w   skórzanych   fotelach   ustawionych   naprzeciwko   okna, 

które wychodziło na basen i odległe góry. Gosposia przyniosła mrożoną herbatę.

-   Przejdę   od   razu   do   rzeczy   -   zaczął   Archer.   -   Wiem,   że   masz   problem   ze 

znalezieniem nowej pracy.

-   W   końcu   coś   się   trafi   -   odparła,   mieszając   herbatę   długim   koktajlowym 

mieszadełkiem.

- Co na przykład?
- Słyszałam, że w Las Vegas można zatrudnić się przy sprzedaży timeshares.

- Pytałem poważnie, do cholery.
Zawahała się, a potem powiedziała:

- Planuję otworzyć własny biznes. Archer zmarszczył brwi.
- A co ty możesz wiedzieć o prowadzeniu własnego biznesu?

background image

- Niewiele. - Uśmiechnęła się lekko. - Ale słyszałam, że to niezła zabawa, więc 

pomyślałam, że spróbuję.

- Zawsze jesteś taka sarkastyczna?
- Nie, tylko kiedy czuję, że jestem pod presją.

Archer poprawił się w fotelu.
- Słuchaj, wiem, że straciłaś pracę i narzeczonego przez plotki, które rozeszły 

się po śmierci Brada.

- Na pewno mi nie pomogły.

- Myślałem, że sprawa szybko ucichnie.
- Ja też - przyznała. - Ale wyszło inaczej.

- Dlatego chcę ci zaproponować pracę - oznajmił Archer.
Zakrztusiła się mrożoną herbatą. Minęła minuta, zanim doszła do siebie.

- Nie, dzięki - powiedziała odruchowo.
-   Do   licha,   wiedziałem,   że   odmówisz.   Jesteś   cholernie   uparta.   Odstawiła 

szklankę na stolik do kawy.

- Może lepiej już pójdę.

- Najpierw mnie wysłuchaj. Przynajmniej tyle możesz zrobić.
- Przynajmniej tyle mogę zrobić? - powtórzyła z uśmiechem.

-   Jesteś   moją   córką,   do   cholery.   Nie   moja   wina,   że   o   twoim   istnieniu 

dowiedziałem się dopiero parę miesięcy temu. Twoja matka nie miała prawa trzymać 

tego w tajemnicy przede mną.

- Myślała, że tak będzie najlepiej dla wszystkich.

- Myliła się.
Clare powoli wypuściła powietrze.

- Nie przyjechałam tu, żeby spierać się o słuszność decyzji, którą moja matka 

podjęła ponad trzydzieści lat temu i na którą ja nie miałam żadnego wpływu.

- To dlaczego przyjechałaś?
- Bo mama nalegała. Archer się skrzywił.

- Mogłem się domyślić.
- Chyba powinniśmy zmienić temat.

- W porządku - mruknął Archer ponuro. - Przejdę do sedna. Myślę o założeniu 

fundacji charytatywnej i chcę, żebyś nią pokierowała.

Była zbyt zdumiona, żeby odpowiedzieć. Po prostu siedziała i wpatrywała się w 

niego.

background image

- No i? - zapytał wreszcie Archer. - Co myślisz o mojej propozycji?
- Myślę, że założenie fundacji to doskonały pomysł - powiedziała. - Masz więcej 

pieniędzy, niż potrzebujesz. Mógłbyś dzięki nim zrobić wiele dobrego.

Archer z zadowoleniem pokiwał głową.

- Zgadza się.
- I na pewno zdajesz sobie sprawę, że fundacja wymaga wielkich nakładów.

- Nie jestem głupi, Clare.
-   Naprawdę   ogromnych   -   podkreśliła.   -   Takiego   rzędu,   że   mogą   poważnie 

wpłynąć na wielkość spadku.

Pierwszy raz wydawał się rozbawiony.

- Więc jednak zaczęłaś przejmować się spadkiem? A przecież mówiłaś, że nie 

interesują cię moje pieniądze.

- I kto teraz jest sarkastyczny?
Spojrzał na nią i odparł poważnie:

- Tak, Clare, zdaję sobie sprawę, że założenie fundacji pomniejszy majątek, jaki 

zamierzam zostawić moim spadkobiercom. Ale nie martw się. Zostanie bardzo dużo i 

dla nich, i dla ich ewentualnego potomstwa. W przyszłości  Matt przejmie  firmę i 
zarobi   jeszcze   więcej   pieniędzy   dla   przyszłych   pokoleń.   Wierz   mi,   stać   mnie   na 

założenie fundacji.

- Rozmawiałeś o tym z Myrą?

- Nie. Rozmawiałem o tym z Owenem, ale poprosiłem go o dyskrecję, dopóki 

nie przedyskutuję tego z tobą.

- Po co ta tajemnica? - zapytała, wyostrzając swoje parazmysły.
- Bo najpierw chciałem zwerbować ciebie. Jego słowa pulsowały prawdą.

- Ale nie chcesz założyć tej fundacji tylko po to, żeby dać mi pracę?
- Myślałem o fundacji już od pewnego czasu.

Nie kłamie, stwierdziła. Ale też nie mówi całej prawdy.
- Od kiedy? - zapytała. Lekko drgnęły mu usta.

- Ale z ciebie sceptyczka.
- Mam problem z zaufaniem.

- Wpadłem na ten pomysł parę miesięcy temu.
- Po tym, jak dowiedziałeś się, że wylali mnie z Draper Trust i mam problem ze 

znalezieniem nowej pracy?

Archer machnął nonszalancko ręką.

background image

-   Nie   twierdzę,   że   jedno   z   drugim   nie   ma   nic   wspólnego.   Wszystko   razem 

przyszło mi do głowy parę miesięcy temu.

-   Jestem   ostatnią   osobą,   która   mogłaby   cię   zniechęcać   do   podzielenia   się 

pieniędzmi, ale naprawdę nie uważam, żeby powierzenie mi kierowania fundacją było 

dobrym pomysłem.

- A to dlaczego?

-   No   cóż,   po   pierwsze,   będziesz   chciał   rządzić   -   odparła.   -   A   ja   zawsze 

marzyłam, żeby być swoim własnym szefem.

- I będziesz. Masz duże  doświadczenie na tym polu. Będziesz  wiedziała, co 

robić.

- Nie oszukujmy się, Archer. Oboje wiemy, że poświęciłeś życie na zbudowanie 

swojego imperium i będziesz chciał mieć ostatnie słowo, kiedy przyjdzie zadecydować, 

kto dostanie twoje pieniądze i na co zostaną wydane.

Prychnął.

-   No   cóż,   to   będzie   moja   fundacja.   Chyba   powinienem   mieć   coś   do 

powiedzenia.

- Oczywiście - zgodziła się.
- Ale to nie znaczy, że nie ty będziesz nią kierować.

- Owszem - powiedziała. - Znaczy.
Irytacja wyostrzyła rysy ogorzałej twarzy Archera.

- Jakoś nie widzę, żebyś miała lepszą ofertę.
Clare poczuła ucisk w żołądku.

-   Proszę,   nie   mów   tylko,   że   to   ty   dzwoniłeś   do   wszystkich   potencjalnych 

pracodawców, z którymi kontaktowałam się przez ostatnie pół roku, ostrzegając ich, 

żeby mnie nie zatrudniali.

-   Nie,   do   diabła.   -   Archer   uderzył   dłonią   w   stolik.   -   Naprawdę   myślisz,   że 

zrobiłbym coś tak podłego, byle tylko wyszło na moje?

- Gdyby to było dla ciebie wystarczająco ważne, to tak.

Przez chwilę myślała, że Archer wybuchnie. Opanował się jednak i tylko ciężko 

westchnął.

- Matka trochę ci o mnie opowiadała, prawda? - spytał.
- Powiedziała, że potrafisz być bezwzględny. W każdym razie taki byłeś kiedyś.

- Człowiek musi być twardy, żeby zbudować taką firmę, jaką zbudowaliśmy z 

Owenem.

background image

- Nie wątpię.
- Robiłem, co musiałem - ciągnął Archer - ale miałem pewne zasady, których 

się trzymałem. I Bóg mi świadkiem, że nigdy nie wykorzystałem nikogo słabszego od 
siebie ani nikogo, kto się w tej grze nie odnajdował.

Mówił prawdę, stwierdziła Clare.
-   Wierzę   ci   -   powiedziała   spokojnie.   -   Ale   musisz   przyznać,   że   te   zasady 

pozostawiają trochę pola do manewru.

- Przyznaję. Ale nie ja dzwoniłem do pracodawców z San Francisco, żeby cię nie 

zatrudniali.

- Okay. Wierzę ci. Spojrzał na nią.

- Bądź rozsądna, Clare. Nikt nie zaproponuje ci lepszej posady.
- Wiem. Dlatego myślę o założeniu własnej firmy.

- Jak to się stało, że zaczęłaś pracować w fundacjach?
-  Początkowo  chciałam  zajmować się  czymś  innym,  ale  muszę   przyznać,  że 

praca   w   fundacjach   okazała   się   satysfakcjonującą   alternatywą.   -   Urwała.   - 
Przynajmniej tak było do niedawna.

- A co chciałaś robić na początku?
Wahała się, ale wreszcie uznała, że może mu powiedzieć prawdę.

-   Marzyłam,   żeby   pracować   dla   Jones   &   Jones.   Archer   był   wyraźnie 

zaskoczony.

- Chciałaś być paradetektywem w J&J?
-   Myślałam,   że   to   będzie   idealny   sposób   na   wykorzystanie   mojego   talentu. 

Przez kilka ostatnich lat co pół roku wysyłałam swoje CV do oddziału na Zachodnim 
Wybrzeżu.

- Domyślam się, że bez powodzenia.
- Ten dureń, który kieruje tamtejszym oddziałem, Fallon Jones, ciągle odrzuca 

moje oferty.

Archer zamrugał.

- Dureń?
- Tak, bo najwyraźniej jest zbyt głupi, żeby zdać sobie sprawę, ile mogłabym 

wnieść do J&J.

- Rozumiem.

- Za każdym razem, kiedy ubiegałam się o przyjęcie, dostawałam odpowiedź, że 

aktualnie   nie   ma   wolnych   etatów.   Nie   trzeba   być   wykrywaczem   kłamstw,   żeby 

background image

wiedzieć, że to kompletna bzdura. Fallon Jones uznał, że jestem zbyt wrażliwa do tej 
pracy.

- Jak wykorzystujesz swój talent w działalności filantropijnej?
- Jest pełno oszustów, którzy chcą tylko położyć łapę na pieniądzach fundacji. 

A ja mam unikalny talent do wykrywania oszustów. I właśnie to robiłam dla moich 
pracodawców jeszcze pół roku temu.

Archer się zamyślił.
- Chyba nie było ci łatwo z tym talentem do wykrywania kłamstw.

-   Mama   i   ciocia   May   dopilnowały,   żebym   poszła   do   naprawdę   dobrego 

parapsychologa. Doktor Oxlade nauczył, mnie jak kontrolować tę zdolność.

- A ten twój narzeczony? Był członkiem Arcane, miał jakiś paratalent?
- Nie.

- A wiedział o twoim?
- Nie.

- W takim razie lepiej ci będzie bez niego. Osoba tak silna jak ty nigdy nie 

byłaby szczęśliwa z kimś pozbawionym parawrażliwości.

Nie   odpowiedziała.   Bo   co   miałaby   powiedzieć?   Prawdopodobieństwo,   że 

znajdzie   kogoś,   kto   będzie   obdarzony   parawrażliwością   i   zechce   zaryzykować 

małżeństwo z nią, było znikome.

- Dlaczego jesteś pewna, że nie wyjdzie nam współpraca w mojej fundacji? - 

zapytał po chwili Archer.

- Intuicja. - Urwała na moment. - Jeśli twoja propozycja wynika z poczucia 

winy, to daj sobie spokój. To nie twoja wina, że nie wiedziałeś o moim istnieniu.

- Mylisz się - odparł. - Moja.

Zaskoczona, spojrzała na niego.
- Dlaczego tak sądzisz? Mama mówiła mi, że zrezygnowała z pracy i wyjechała z 

Arizony dwa dni po waszej jednorazowej przygodzie, i nigdy więcej się z tobą nie 
kontaktowała.

- Powinienem był sprawdzić, co się z nią dzieje - powiedział Archer. - Upewnić 

się, czy wszystko w porządku. Ale prawda była taka, że swoim zniknięciem ułatwiła mi 

życie. I bez tego miałem dość problemów. Skoncentrowałem się na nich.

- Jakich problemów?

- To był bardzo zły okres dla firmy. Myra i ja mieliśmy problemy małżeńskie. 

Zanim się z tym wszystkim uporałem, minął rok albo i więcej.

background image

- Więc skoncentrowałeś się na przyszłości, nie przeszłości.
- Rzadko patrzę w przeszłość - przyznał. - To nie w moim stylu. Założyłem, że 

to mało prawdopodobne, żeby twoja matka zaszła w ciążę po tym jednym razie, a 
nawet gdyby, na pewno by się ze mną skontaktowała. Większość kobiet w jej sytuacji 

liczyłaby na spadek dla dziecka. I miałaby do tego pełne prawo.

- Mama jest bardzo dumna i niezależna.

- Pamiętam. - Archer się uśmiechnął. - Właśnie to mnie w niej pociągało. No i 

to, że była świetną księgową. W każdym razie po wyjeździe nigdy się ze mną nie 

skontaktowała, więc doszedłem do wniosku, że to już koniec tej historii.

- Co się stało, to się nie odstanie. Rozumiem, że czujesz się odpowiedzialny i 

chcesz mi pomóc. Szanuję to i doceniam. Ale sama umiem o siebie zadbać.

- Nigdy nie twierdziłem, że nie umiesz. Dlaczego jednak nie chcesz przyjąć 

pracy ode mnie?

Usłyszała samochód na podjeździe.

- To pewnie facet z wypożyczalni samochodów.
- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie. Wzięła torebkę i wstała.

- Nie wyszłoby nam.
Podniósł się z fotela i spojrzał na nią.

- Zanim pójdziesz, obiecaj mi, że chociaż przemyślisz moją propozycję.
- To nie jest dobry pomysł. Wierz mi.

- Zaskoczyłem cię. Nie miałaś okazji się nad tym porządnie zastanowić.
- Nie sądzę...

- Czterdzieści osiem godzin - poprosił. - I nie wyjeżdżaj z Phoenix, zanim nie 

podejmiesz decyzji. Czy proszę o zbyt wiele?

- Dlaczego mam się nad tym zastanawiać właśnie tutaj?
- Bo jeśli wrócisz do San Francisco, łatwiej będzie ci odmówić - wyjaśnił. - Poza 

tym, czy ci się to podoba czy nie, jestem twoim ojcem. Powinnaś choć trochę się ze 
mną liczyć.

Uśmiechnęła się wbrew sobie.
- Nigdy nie przyjmujesz odmowy, co? Moje gratulacje. Szóstka z psychologii 

biznesu w sytuacji jeden na jednego.

W oczach Archera błysnęło rozbawienie.

- Dobijałem targów, kiedy ciebie nie było jeszcze na świecie.
Uświadomiła   sobie,   że   właśnie   miała   próbkę   takiego   Archera   Glazebrooka, 

background image

jakiego znała jej matka. Trzydzieści lat temu rzadko która młoda kobieta zdołałaby 
mu się oprzeć. Zawahała się. I to był błąd.

- Czterdzieści osiem godzin - powtórzył Archer. - Nie proszę o nic więcej. Po 

prostu daj mi dwa dni, żebym mógł ci przedstawić moją wizję fundacji.

- Ty naprawdę chcesz założyć fundację?
- Tak.

- W porządku - skapitulowała. - Zostanę. Możesz mnie zapoznać ze swoimi 

planami. Ale niczego nie obiecuję. Czy to jasne?

- Tak.
- Do zobaczenia, Archer.

Kilka minut później siedziała za kierownicą nowego samochodu. Odjeżdżając, 

zerknęła w lusterko wsteczne na dom, w którym dorastali jej siostra i brat.

Archer   patrzył,   jak   Clare   mija   bramę   i   wyjeżdża   na   szosę.   Przez   całe   życie 

wiedział dokładnie, do czego zmierzał. Jego cele były jasne: pieniądze, sukces, władza, 

ukochana   kobieta   i   spadkobiercy,   którym   mógłby   przekazać   to,   co   zbudował. 
Zrealizował   wszystko,   co   sobie   zaplanował,   nigdy   nie   żałując   podejmowanych   po 

drodze decyzji.

Pewne rzeczy, które kiedyś zrobił, nie napawały go dumą, ale do licha, nie był 

świętym. Święci nie budowali finansowych imperiów. I zwykle źle kończyli.

Wrócił   do   salonu   i   stał,   patrząc   na   basen.   Jak   powiedział   Clare,   nie   zwykł 

rozmyślać  o przeszłości.  Szedł  przez  życie  skoncentrowany  na   przyszłości. Ale  nie 
mógł dłużej udawać, że to, co nazywał swoim zapomnianym rokiem, nigdy się nie 

wydarzyło.

Był dwa lata po ślubie, kiedy firma, którą z takim trudem budowali z Owenem, 

zaczęła   gwałtownie   podupadać.   Pieniądze   odpłynęły   na   południe.   W   interesach 
panował zastój. Groziło im bankructwo. Ojciec Myry, senator, który od początku miał 

wątpliwości co do jej małżeństwa, zaczął robić wyraźne aluzje, że najmądrzej byłoby 
się rozwieść.

Co   gorsza,   Myra   była   bardzo   niezadowolona,   kiedy   Archer   powiedział,   że 

powinni zaczekać z dziećmi do czasu, aż firma stanie na nogi. Zrobiła się zimna i 

niedostępna. Był niemal pewien, że zaczęła szukać pociechy i zrozumienia u Owena.

Myra spotykała się z Owenem, zanim jemu udało się ją oczarować, kiedy więc 

sprawy przybrały zły obrót, zastanawiał się, czy żałuje swojej decyzji.

I właśnie wtedy, w samym środku kryzysu, wyjechał w podróż służbową ze 

background image

swoją   atrakcyjną   główną   księgową   Gwen   Lancaster.   To   Gwen,   obdarzona   silną 
parawrażliwością   i   talentem   do   odnajdowania   w   papierach   tego,   co   umykało 

większości   ludzi,   namierzyła   potencjalnego   kontrahenta.   Gdyby   Archer   zdołał   go 
namówić   do   współpracy   z   Glazebrook   Inc.,   firma   mogłaby   uniknąć   finansowej 

zapaści.

Archer dobił targu, czarując klienta strategią zagospodarowania eleganckiego 

centrum handlowego.

Wieczorem po udanych negocjacjach pili z Gwen w restauracji taniego hotelu, 

w którym się zatrzymali, za przyszłość Glazebrook Inc. Po jednym toaście następował 
kolejny i zanim Archer się zorientował, już opowiadał Gwen, że jego małżeństwo się 

sypie. Okazała mu współczucie i w końcu wylądowali razem w łóżku.

Rano Gwen pierwsza zdała sobie sprawę z ogromu pomyłki.

- Wołałeś jej imię - powiedziała, patrząc na Archera w popękanym lustrze nad 

toaletką. - Kochasz ją. Zawsze będziesz ją kochał. Wracaj do niej.

- A co z tobą? - zapytał bezradnie.
- Składam rezygnację ze skutkiem natychmiastowym - odparła. - Nie mogę 

zostać w Glazebrook. Oboje o tym wiemy.

Do Phoenix wróciła wypożyczonym samochodem. Wolała to niż lecieć z nim 

jednym samolotem. Nigdy więcej jej nie widział, choć wiedział, że wróciła do swojego 
biura, żeby zabrać rzeczy. Chodziły słuchy, że pojechała do San Francisco do swojej 

ciotki i tam szukała nowej pracy. Nie wątpił, że znajdzie dobrą posadę. Była bardzo 
zdolną księgową.

Myra zorientowała się, co się stało, już w chwili jego powrotu. Ona też była 

członkiem   Towarzystwa   Arcane,   chociaż   wolała   ten   fakt   ignorować.   Jej   ojciec, 

senator, nauczył swoją rodzinę, że wszelkie związki z grupą ludzi, którzy wierzą w 
zjawiska paranormalne, muszą pozostać tajemnicą. Elektorat nieufnie podchodził do 

polityków, którzy twierdzili, że posiadają zdolności nadprzyrodzone.

Myra natychmiast urzeczywistniła najgorszy koszmar Archera - złożyła pozew 

o   rozwód.   Przez   kolejne   miesiące   czołgał   się   przed   nią,   jednocześnie   próbując 
uśmierzyć ból pracą nad centrum handlowym.

W końcu Myra wróciła do niego - ale kiedy było już po rozwodzie. Chciała 

postawić na swoim.

Pobrali się powtórnie i dziewięć miesięcy później przyszła na świat Elizabeth. 

Mniej więcej w tym samym czasie prace nad centrum handlowym dobiegły końca. 

background image

Dotrzymali   terminu   i   zmieścili   się   w   budżecie.   Glazebrook   Inc.   wróciło   do   gry   w 
stawce inwestorów budowlanych południowego zachodu.

On zaś nie wracał do przeszłości i takie podejście dobrze mu służyło.
Wszystko zmieniło się osiem miesięcy temu. Zrozumiał, że czasem przeszłość 

wraca i wali cię prosto między oczy.

background image

ROZDZIAŁ 10

Clare   usłyszała   sygnał   swojej   komórki,   gdy   mijała   bramę   Stone   Canyon. 

Zjechała na pobocze, sięgnęła do torebki i wyjęła telefon.

- Gdzie jesteś? - zapytał Jake.

- Właśnie wyjeżdżam ze Stone Canyon nowym wypożyczonym samochodem.
- Myślałem, że uzgodniliśmy, że ja cię tam zawiozę.

- Nie przypominam sobie, żebym się na coś takiego zgodziła. Pamiętam za to 

wiadomość,   w   której   poinformowałeś   mnie,   że   przyjedziesz   i   zabierzesz   mnie   do 

Stone Canyon. Tak się składa, że jadłam śniadanie z Elizabeth. Była na tyle miła, że 
mnie tu podwiozła.

W słuchawce zapadła cisza - najwyraźniej Jake przetwarzał informacje. Nie 

wiedziała, czy jest zirytowany, rozbawiony, czy może tylko zaskoczony faktem, że nie 

przejęła się jego instrukcjami.

- Niezbyt dobrze reagujesz na propozycje, co? - zapytał w końcu.

- Z propozycjami nie miewam problemu. To na rozkazy niezbyt dobrze reaguję.
- A co z zaproszeniami? Przyjmujesz je?

Poczuła   lekkie   mrowienie   w   żołądku.   Natychmiast   je   stłumiła.   Nie   może 

zapominać,   że   Jake   pracuje   dla   Archera.   Miała   do   czynienia   z   dwoma   silnymi 

facetami, z których każdy miał swoje plany. Była delikatną kobietą z San Francisco w 
krainie kowbojów.

- To zależy od zaproszenia - powiedziała ostrożnie.
- Zjesz ze mną dzisiaj kolację? Poczuła suchość w ustach.

- Jesteś tam jeszcze? - spytał po chwili.
- Tak.

- Doczekam się odpowiedzi?
- Tak.

- Świetnie. O wpół do szóstej  przyślę po ciebie samochód do tej rudery,  w 

której się zatrzymałaś.

- Nie tak szybko - zaprotestowała. - Kiedy powiedziałam „tak", chodziło mi o to, 

że doczekasz się odpowiedzi. „Tak" nie było odpowiedzią.

- Więc jaka jest odpowiedź?
- Zanim jej udzielę, musisz dać mi słowo konsultanta, że zapraszasz mnie, bo 

sam tego chcesz, a nie dlatego, że prosił cię o to Archer.

background image

-   Słowo   konsultanta?   -   Wydawał   się   rozbawiony.   -   Daję   ci   moje   słowo,   że 

zapraszam cię, bo chcę zjeść z tobą kolację. Nie dlatego, że twój ojciec prosił mnie, 

żebym cię zabawiał.

Zabrzmiało   szczerze,   pomyślała.   Ale   nie   była   pewna.   Jej   paranormalna 

wrażliwość nie współpracowała dobrze z nowoczesną technologią. Telefony, maile i 
inne sposoby komunikacji elektronicznej pozbawiały jej talent niezawodności.

Tak czy inaczej, gdzieś głęboko w środku wezbrało w niej podniecenie. Czasami 

warto podjąć ryzyko, uznała.

- Wobec tego przyjmuję zaproszenie - odparła. - Spotkamy się wieczorem. Już 

nie mogę się doczekać.

- Ja też.
Rozłączyła się, zerknęła w lusterko wsteczne i ku swemu zdumieniu zobaczyła, 

że się uśmiecha.

A   potem   z   całym   impetem   uderzyła   w   nią   przerażająca   prawda.   Jadąc   do 

Arizony,   nie   była   przygotowana   na   randkę   z   fascynującym   mężczyzną.   Jedyne 
ubrania, jakie ze sobą wzięła, to czarny kostium, który zniszczyła kąpiel w basenie, 

dwie pary czarnych spodni i dwa T - shirty.

Musiała pójść na zakupy.

Jej telefon odezwał się ponownie dwie godziny później, kiedy wyszła z klatki 

schodowej   w   mrok   podziemnego   parkingu   centrum   handlowego.   Trochę   się 

nagimnastykowała, szukając komórki w torebce, bo była objuczona dwiema torbami z 
zakupami.

W końcu otworzyła klapkę.
- Halo? - powiedziała.

- To ja, Elizabeth. Gdzie jesteś?
- W centrum handlowym.

- Poszłaś na zakupy beze mnie? Jak mogłaś?
- To był nagły wypadek - wyjaśniła Clare. - Zostałam zaproszona dzisiaj na 

kolację.

- Kogo tu jeszcze znasz oprócz mnie? - zdziwiła się Elizabeth.

- Wychodzi na to, że Jake'a Saltera.
- O mój Boże!

- Ja w pierwszej chwili pomyślałam to samo - roześmiała się Clare. - Byłam 

pewna, że nasłał go Archer, ale Jake przysięgał, że jest inaczej.

background image

- Wierzysz mu?
-   Rozmawialiśmy   przez   telefon.   Wiesz,   że   nie   mam   pewności,   dopóki   nie 

dojdzie do bezpośredniej konfrontacji. Czyli poznam prawdę dziś wieczorem.

- Ciekawie to wszystko wygląda.

- Też tak sądzę.
- Nie pomyślałabym,, że Jake Salter jest w twoim typie.

- A jaki jest mój typ?
- W sumie racja - przyznała Elizabeth. - Rób dokładne notatki. Jutro rano chcę 

dostać pełne sprawozdanie.

- Jasne.

- Dowiedziałaś się, czego chciał tata?
- Planuje założyć fundację charytatywną. Chce, żebym nią kierowała.

- Żartujesz? Nie wspomniał ani słowem o fundacji. Ciekawe, czy mama wie.
- Powiedział, że rozmawiał o tym tylko z Owenem.

- Nic w tym dziwnego - uznała Elizabeth. - Po tylu latach wspólnego robienia 

interesów liczy się ze zdaniem Owena we wszystkim, co dotyczy pieniędzy.

Clare   szła   między   rzędami   zaparkowanych   samochodów,   próbując   sobie 

przypomnieć   kolor   wypożyczonego   auta.   Było   chyba   srebrzystoszare;   w   odcieniu 

wyjątkowo neutralnym  i  wyjątkowo  łatwym do  zapomnienia. Dlaczego nie  malują 
wypożyczanych   samochodów   na   różowo   albo   szmaragdowo,   żeby   łatwo   je   było 

zapamiętać i zlokalizować na obcych podziemnych parkingach?

- Nie jestem pewna, co kieruje Archerem - powiedziała do telefonu. - Jak wielu 

bogaczy pewnie myśli, że to doskonały sposób, żeby mieć wpływ na swoją fortunę 
nawet po śmierci.

- Tak, to by było do niego podobne.
- W takim razie mam dla niego złe wiadomości. Po śmierci założyciela tego 

typu fundacje żyją własnym życiem.

- Może myśli, że będzie mógł kontrolować przyszłość, jeśli ty będziesz kierować 

fundacją.

- Może - przyznała Clare. Dostrzegła wyglądający znajomo samochód i ruszyła 

w jego stronę.

- Co zamierzasz zrobić? - spytała Elizabeth.

- W pierwszej chwili chciałam powiedzieć, że nie ma mowy.
- Rozumiem - rzuciła Elizabeth.

background image

-   Mianując   mnie   szefową   fundacji,   chce   mi   wynagrodzić   to,   co   stało   się   w 

przeszłości. I to mi gdzieś tam w głębi przeszkadza.

- Przemawia przez ciebie duma.
- Wiem. Ale po spędzeniu dwóch godzin na terapii zakupowej i powiększeniu 

debetu na koncie, postanowiłam jeszcze to przemyśleć.

- To cudownie. Bardzo bym chciała, żebyś kierowała Fundacją Glazebrooka.

-   Nie   mówię   o   kierowaniu   fundacją   -   odparła   Clare.   -   Wiem,   że   to   by   nie 

wyszło. Archer i ja ciągle byśmy darli ze sobą koty. Myślę o założeniu własnej firmy 

konsultingowej.

- Naprawdę?

-  Później  ci o tym  opowiem.  Ale jeśli  tak  się stanie,  Fundacja Glazebrooka 

mogłaby być moim pierwszym klientem.

-   Świetny   pomysł   -   powiedziała   Elizabeth   z   entuzjazmem.   —   Tak   czy   siak, 

spędzałabyś więcej czasu w Arizonie. Mogłybyśmy się częściej widywać.

Clare  zatrzymała   się  przed   srebrzystoszarym  samochodem,   do  którego   szła. 

Tapicerka była niebieska. Dałaby sobie rękę uciąć, że w jej aucie była beżowa.

- Cholera - mruknęła.
- Co się stało? - zapytała Elizabeth.

- Nie mogę znaleźć samochodu. Tu są miliony srebrnych aut.
-   W   Arizonie   jasne   samochody   są   popularne   -   powiedziała   Liz.   -   Odbijają 

słońce. Hm, skoro dzisiaj jesz z Jakiem kolację, to znaczy, że jutro jeszcze tu będziesz.

- Obiecałam Archerowi, że nie ruszę się nigdzie przez dwa dni.

- Fantastycznie. To chodźmy jutro po południu do spa. Nie mam wprawdzie 

rezerwacji, ale jestem pewna, że uda mi się nas wkręcić.

Clare nie  wątpiła  w  to.  Kto  w  Stone  Canyon  odmówiłby  członkowi  rodziny 

Glazebrooków?

- Bardzo chętnie - odparła.
- Rano czekam na telefon i sprawozdanie z randki - powiedziała Elizabeth i 

zakończyła rozmowę.

Clare schowała telefon do torebki i ruszyła wzdłuż kolejnych rzędów prawie 

identycznych samochodów.

Zaczęła się zastanawiać, czy nie jest przypadkiem na złym poziomie. W końcu 

przypomniała sobie, że przy kluczykach ma pilota.

Sięgnęła do torebki, znalazła kluczyki i wcisnęła guzik.

background image

Dwie trzecie drogi w głąb przejścia, którym szła, zamigotały tylne światła.
- Nareszcie - mruknęła, ruszając w tamtą stronę.

W mroku za jej plecami rozległ się dźwięk pracującego silnika. Poczuła ukłucie 

niepokoju. Nie zauważyła nikogo w tej części parkingu. Świadomość, że w pobliżu 

ktoś był, a ona nie była tego świadoma, wytrąciła ją z równowagi. Właśnie tak ludzie 
padają ofiarą napadów w podziemnych garażach - nie zwracają uwagi na otoczenie.

Uspokój się. Ktokolwiek to jest, siedzi w samochodzie. Nie skrada się za tobą. 

Po prostu chce wyjechać.

Silnik znowu zaryczał.
Spojrzała przez ramię.

Zbliżał się do niej najnowszy model SUV - a. Za przyciemnioną szybą twarz 

kierowcy była tylko niewyraźną plamą.

SUV nie zwalniał. Kierowca najwyraźniej jej nie widział. Pewnie założył już 

ciemne  okulary,  przygotowując  się na   spotkanie  z  intensywnym  słońcem.   A może 

gadał przez komórkę?

W jej głowie wyświetlały się kolejne możliwości, dziwnie spokojnie, jakby nie 

działo się nic niezwykłego; jakby nie stała na drodze zbliżającego się samochodu.

- O, cholera.

Odruchowo ścisnęła mocniej torby z zakupami i skręciła w bok.
SUY też skręcił, jakby ją ścigał.

Nastolatkom czasami odbija, pomyślała.
Rzuciła   torby   i   skoczyła   w   wąską   szczelinę   między   dwoma   zaparkowanymi 

samochodami,   uderzając   w   błotnik   jednego   z   nich.   Włączył   się   alarm,   niemal 
rozsadzając jej bębenki w uszach.

SUV   ledwie   o   centymetry   minął   przednie   zderzaki   samochodów,   między 

którymi się schroniła, i z piskiem opon skręcił za najbliższy róg.

Clare stała nieruchomo, czując się jak osaczone zwierzę. Co zrobi, jeśli SUV 

wróci? Czy zdoła dotrzeć do schodów?

Na szczęście groźny pomruk potężnego silnika ucichł w oddali. Auto kierowało 

się do wyjazdu z parkingu.

Roztrzęsiona, z walącym sercem spojrzała na porzucone torby z zakupami.
Sukienka   wypadła   na   betonową   nawierzchnię,   ale   nie   wysunęła   się   z 

plastikowego pokrowca. Biustonosz bez ramiączek też nie ucierpiał. Co do butów, 
wypadły z pudełka, lecz tylko na lewym było niewielkie zabrudzenie.

background image

Torebka leżała obok przedniego koła jednego z samochodów, między którymi 

się schroniła.

Pozbierała   swoje   rzeczy,   wzięła   głęboki   oddech   i   podeszła   ostrożnie   do 

wypożyczonego samochodu. Wsiadła, upewniła się, czy wszystkie zamki są zamknięte, 

a potem siedziała w bezruchu, czekając, aż ochłonie.

Minęło  trochę czasu,  zanim  uspokoiła  się  na tyle, że  mogła prowadzić. Nie 

doświadczyła takiego strachu od czasu tamtej nocy pół roku temu, kiedy weszła do 
domu Elizabeth i znalazła ciało Brada; nocy, kiedy zastanawiała się, czy to ona miała 

być ofiarą.

background image

ROZDZIAŁ 11

Szofer zatrzymał samochód przed domem. Clare przyglądała się przez szybę 

okazałej   willi   w   hiszpańskim   stylu   kolonialnym,   bardzo   popularnym   w   tej   części 
kraju.

Przeszedł ją dreszczyk ekscytacji połączonej z niepokojem.
- Myślałam, że miał mnie pan zawieźć do restauracji - powiedziała do szofera. - 

A to prywatna rezydencja.

- Taki dostałem adres - odparł.

Wysiadł,   obszedł   samochód   i   otworzył   drzwiczki   od   strony   pasażera.   Clare 

sięgnęła po torebkę i wynurzyła się z ciemnego wnętrza auta.

Idąc   do   frontowych   drzwi,   poddała   otoczenie   szybkim   oględzinom.   Dom 

specjalnie się nie różnił od wielu innych w Stone Canyon, tyle że - inaczej niż choćby 

w   przypadku   rezydencji   Glazebrooków,   która   znajdowała   się   na   terenie   pola 
golfowego - rozciągała się za nim otwarta pustynia.

Drzwi otworzyły się, nim zdążyła zapukać. W wyłożonym płytkami holu stał 

Jake. Miał na sobie czarne spodnie i granatową koszulę z kołnierzykiem rozpiętym 

pod szyją i rękawami podwiniętymi na przedramionach. Był bez okularów.

Obejrzał ją od góry do dołu, przyglądając się eleganckiej czarnej sukience bez 

ramiączek i czarnym sandałom z lakierowanej skóry na wysokich obcasach. Jego oczy 
pociemniały   w   wyrazie   męskiej   aprobaty.   Była   prawie   pewna,   że   jego   zmysły   nie 

pozostały obojętne. Podekscytowanie, które czuła już wcześniej, przybrało na sile.

- Świetna sukienka - powiedział.

- Dzięki. Masz szczęście, że widzisz ją w jednym kawałku. - Weszła do holu. - 

Została prawie rozjechana na parkingu centrum handlowego, gdzie ją dzisiaj kupiłam.

Zamknął drzwi i odwrócił się do niej.
- Co się stało?

- Jakiś idiota w wielkim SUV - ie albo nie widział, jak szłam do swojego auta, 

albo postanowił się ze mną zabawić w uciekającego kurczaka. Musiałam uskoczyć na 

bok. Po drodze upuściłam torby z zakupami. Na szczęście nic się nie uszkodziło.

- Nic ci nie jest? - spytał z troską.

- Nie, wszystko w porządku. Po prostu najadłam się strachu.
- Naprawdę było tak blisko?

- Wtedy tak mi się wydawało, ale mogę trochę to wyolbrzymiać z perspektywy 

background image

czasu. Mam kreatywną wyobraźnię.

- Przyjrzałaś się samochodowi?

- Niedokładnie. To był jakiś nowy model i jak prawie wszystkie samochody na 

parkingu, był srebrzystoszary. - Uśmiechnęła się. - Nie przejmuj się tym, Jake. To 

pewnie jakiś nastolatek chciał się zabawić albo ktoś zagadał się przez telefon. Tak czy 
inaczej, nic mi się nie stało. - Incydent na parkingu był ostatnią rzeczą, o jakiej chciała 

rozmawiać. Zmieniła temat. - Ładny dom wynajmujesz.

Podążył za jej spojrzeniem po żółtych ścianach i belkach z ciemnego drewna, 

jakby nigdy wcześniej ich nie widział.

- Spełnia moje oczekiwania i jest niedaleko biur Glazebrook - powiedział. - 

Napijesz się wina?

- Chętnie.

Poprowadził   ją   szerokim   korytarzem   oddzielającym   salon   od   biblioteki,   a 

potem   przez   sklepione   łukowo   wejście   do*   wielkiej   kuchni   pełnej   nowoczesnych 

urządzeń.

Clare aż przystanęła. Była pod wrażeniem.

- Mógłbyś tu kręcić program kulinarny.
Otworzył drzwi chłodziarki do wina i wyjął butelkę.

- Kuchnia była jednym z powodów, dla których zdecydowałem się na ten dom.
- Lubisz gotować?

Postawił butelkę na wielkiej wysepce pośrodku kuchni i sięgnął po korkociąg.
-   Gdybym   nie   lubił,   musiałbym   codziennie   jeść   na   mieście   albo   zamawiać 

jedzenie.

- Stać cię na gosposię - zauważyła.

-   Cenię   sobie   prywatność,   zwłaszcza   w   domu.   Poza   tym   gotowanie   mnie 

odpręża.

Weszła do środka i zatrzymała się po drugiej stronie blatu.
- Ja też lubię gotować. Ale kiedy mieszka się samemu...

- Wiem. - Położył korek na blacie. - Przyjemniej jest, kiedy można się z kimś 

dzielić jedzeniem.

Nalał wino do kieliszków i podał jej jeden.
- Za dzielenie przyjemności - wzniósł toast!

- Za dzielenie przyjemności - powtórzyła z uśmiechem.
Upiła   łyk,  delektując  się   łagodnym   smakiem   białego  wina.  Kiedy   podniosła 

background image

wzrok, zobaczyła, że Jake bacznie się jej przygląda. Nagle dotarła do niej intymność 
sytuacji. Była na jego terytorium i piła wino, które jej nalał.

Podał jej swój kieliszek i powiedział:
- Weź to, a ja wezmę bruschettę.

Wyszła przez otwarte przesuwane szklane drzwi na patio przy basenie. Było z 

trzech   stron   otoczone   przez   skrzydła   domu,   a   z   czwartej   znajdowały   się   ozdobne 

ogrodzenie i brama z kutego żelaza.

Jake wyszedł za nią, niosąc drewnianą tacę.

Usiedli w fotelach. Upał zelżał i wiał lekki wietrzyk. Za ogrodzeniem z kutego 

żelaza pustynię zaczynał otulać zmierzch.

Clare jadła bruschettę, zastanawiając się, jak zwykłe grzanki z odrobiną soli, 

pokrojonymi w kostkę pomidorami i listkami bazylii mogą tak wybornie smakować.

- Wspaniałe - powiedziała. - Po prostu fantastyczne.
-   Cieszę  się,   że   ci  smakuje   -  odparł  Jake  i  spytał:  -  Jak   poszła   rozmowa   z 

Archerem?

-   Archer   ma   zamiar   założyć   fundację   i   chce,   żebym   ją   poprowadziła. 

Odmówiłam, ale zgodziłam się zostać w Arizonie jeszcze przez dwa dni. Na pewno nie 
będę kierować jego fundacją, ale mógłby mnie zatrudnić jako konsultantkę.

- Jakiego rodzaju?
-   Postanowiłam   zrealizować   projekt,   nad   którym   zastanawiałam   się   od 

dłuższego czasu.

- Chcesz założyć własną firmę konsultingową?

- Nie, zamierzam założyć agencję paradetektywistyczną. Jedną z oferowanych 

przeze mnie usług będzie wykrywanie oszustów, chcących oskubać prywatne fundacje 

i instytucje charytatywne.

- Hm - mruknął Jake.

- Dzięki za zachętę.
- Chcesz być prywatnym detektywem?

- To moje marzenie od dawna. Kilka razy ubiegałam się o pracę w oddziale 

Jones & Jones na zachodnim wybrzeżu, ale ten dureń, który jest tam szefem, nie chce 

mnie zatrudnić.

- Dureń? - powtórzył Jake.

- Fallon Jones. - Skrzywiła się. - Wiem, że Jonesowie są legendą towarzystwa, 

w każdym razie ci pochodzący w prostej linii od Sylvestra Jonesa. Ale moim zdaniem 

background image

Fallon Jones jest ograniczonym, mało elastycznym palantem, który nie rozumie, że 
nie wszyscy wykrywacze kłamstw są tacy sami.

- Hm.
- Kto jak kto, ale akurat Jones powinien być wolny od uprzedzeń. Przecież 

wielu Jonesów posiada wyjątkowe talenty, prawda?

- Prawda - przyznał Jake. - Ta rodzina nie jest wolna od egzotyków.

- No właśnie. Każdy Jones powinien mieć dystans do stereotypów o unikalnych 

talentach. Ale najwyraźniej Fallon Dureń Jones go nie ma.

- Hm. - Znowu.
Uśmiechnęła się z satysfakcją.

-   Tak   więc   założę   własną   agencję   paradetektywistyczną   i   zrobię   J&J 

konkurencję.

- Powinno być ciekawie.
-   Mam   nadzieję.   Zwolnienie   z   Draper   Trust   pokrzyżowało   moje   plany. 

Zamierzałam popracować tam jeszcze rok, żeby zebrać kapitał na otworzenie własnej 
agencji. Miałam też nadzieję, że ich przekonam, żeby zostali moim pierwszym dużym 

klientem. Ale wszystko wzięło w łeb, kiedy do kierownictwa dotarły plotki o moich 
powiązaniach z zabójstwem McAllistera. Żeby zarobić, postanowiłam od razu znaleźć 

coś nowego.

- Ale nie wyszło.

- Nie - przyznała. - Choć teraz myślę, że to nawet lepiej. Zmobilizowało mnie to 

do   skoku   na   głęboką   wodę.   -   Dokończyła   tosta.   -   A   co   do   pańskich   zawodowych 

poczynań,  panie   Salter,  poszperałam   trochę  w sieci,   żeby   się  dowiedzieć  czegoś  o 
panu.

- I dowiedziałaś się?
Odchrząknęła.

- Natknęłam się na twoją stronę internetową i znalazłam trochę informacji o 

życiu osobistym. To wszystko.

- O życiu osobistym. - Chrupał bruschettę. - Czyżby chodziło o wzmiankę o 

moim rozwodzie?

- Jak sam widzisz, mam naturalny talent do wyciągania z ludzi informacji.
- Zapewne przyda ci się jako właścicielce agencji detektywistycznej - odparł. - 

Co chcesz wiedzieć o moim rozwodzie?

- Właściwie to nie moja sprawa.

background image

- Co nie zmienia faktu, że jesteś ciekawa?
- Zastanawiałam się, czy twoja eks była parawrażliwa.

-   Nie.   -   Obrócił   kieliszek   w   dłoni,   przyglądając   się   zawartości.   -   Miałem 

nadzieję, że nie zauważy mojej małej ekscentryczności.

Spojrzała na niego badawczo.
- Nie takiej małej, prawda?

Nie odpowiedział od razu. Przez chwilę zastanawiała się, czy skłamie.
- Jestem dziesiątką - rzekł wreszcie. W końcu prawda.

- Cóż, to wiele wyjaśnia.
- Na przykład?

-   Dlaczego   pozwalasz   wszystkim   myśleć,   że   posiadasz   talent   strategiczny 

oscylujący   w   granicach   piątki.   Dziesiątki   z   talentem   dowolnego   rodzaju   zwykle 

wzbudzają w ludziach niepokój.

Wpatrywał się w nią uporczywie.

- Ciebie to nie niepokoi?
- Też jestem dziesiątką, pamiętasz? Co się stało z waszym małżeństwem?

- Jakieś trzy miesiące po ślubie zaczęła narzekać, że jestem nadopiekuńczy i 

próbuję kierować jej życiem.

-   Niech   zgadnę.   Przed   ślubem   twoja  opiekuńczość   wydawała   się   jej   bardzo 

romantyczna.

- Nie wiem. W każdym razie skarżyć się zaczęła dopiero trzy miesiące po ślubie.
- Były jeszcze jakieś zarzuty?

- Chyba wspomniała, że mam za duże wymagania.
- Zbyt duże wymagania?

- W łóżku - wyjaśnił.
- Och. - Wzięła łyk wina, przełykając z trudem. - Rozumiem.

- Cztery miesiące po ślubie zaczęła mówić, że potrzebuje więcej przestrzeni, a 

po kolejnych dwóch poszła do adwokata od rozwodów.

- Wasze małżeństwo przetrwało tylko pół roku?
- To była katastrofa od samego początku. - Napił się wina. — Powinienem mieć 

więcej rozumu. Eksperci ciągle powtarzają, że ludziom o silnej parawrażliwości nie 
układa się z partnerami, którzy nie są para - wrażliwi. Przyznaję, że chyba mają rację.

- Pewnie tak. - Skinęła głową. Wino zaczynało na nią działać. Czuła się znacznie 

bardziej odprężona i znacznie bardziej przenikliwa niż jeszcze parę minut temu.

background image

- Ale nie jestem pewna, czy twoje małżeństwo rozpadło się tylko dlatego, że 

ożeniłeś się z osobą niezależną.

Uniósł brwi.
- Masz lepszą teorię?

Przyglądała się połyskującemu basenowi.
- Jesteś typem, który zawsze trzyma ster. Nie twoja wina. To po prostu część 

twojej osobowości.

Jake milczał, więc kontynuowała temat.

- Widzę to tak: twoja była żona miała rację, twierdząc, że próbujesz kierować 

jej życiem. Ale to nie twoja postawa była problemem. Ani twoje intencje. Prawdziwy 

problem polegał na tym, że ona nie wiedziała, jak sobie z tobą poradzić.

- Naprawdę tak myślisz? - zapytał Jake dziwnym głosem.

- Prawdopodobnie nie umiała wyznaczyć granic ani, gdy zaszła taka potrzeba, 

osadzić cię w miejscu. Koniec końców, spanikowała i uciekła, a ty zastanawiałeś się, 

co, u licha, zrobiłeś nie tak.

- Wydajesz się bardzo pewna swego.

- Tak - potwierdziła autorytatywnym tonem. - Jesteś samcem alfa. Przywódcą 

stada. Problem w tym, że w dzisiejszym świecie nie ma zbyt wielu stad, które można 

by poprowadzić, więc taki samiec wykorzystuje swoje naturalne talenty inaczej. Mogą 
to być rodzina, żona, interesy, cokolwiek mu się nawinie.

Podniosła głowę, żeby zobaczyć, jak Jake przyjął jej genialne spostrzeżenia. 

Przeszedł ją zimny dreszcz na widok jego dziwnej miny.

- Skąd to wiesz? - zapytał w końcu. Odchrząknęła.
- Cóż, zwykłe przeczucie.

- Skąd to wiesz? - powtórzył.
- Że masz o wiele większy talent, niż się do tego przyznajesz? - W przyjemne 

zamroczenie winem wdarła się niepewność. - Wcale nie tak trudno się zorientować. 
Właściwie to oczywiste.

- Nie, to nie jest oczywiste. - Odstawił opróżniony do połowy kieliszek na stolik. 

- Nie ma tego w aktach Arcane, w każdym razie nie w tych ogólnie dostępnych. Jak do 

tego doszłaś?

- Zaczynam się trochę gubić. Dlaczego to taki sekret, że lubisz stać za sterem?

- Mówię o tej uwadze, że jestem samcem alfa. I nie próbuj się wywinąć. Ty 

wiesz, prawda?

background image

W końcu do niej dotarło.
- Och, rozumiem. Jesteś myśliwym. Patrzył na nią wzrokiem drapieżnika.

- Tak - przyznał.
- Właściwie nie wpadłam na to. Wiedziałam tylko, że masz wyjątkowy talent.

Zmrużył lekko oczy.
- Cóż, musisz przyznać, że to częściowo wyjaśnia twoje problemy małżeńskie. 

Wszyscy wiedzą, że bardzo trudno dobrać partnerkę myśliwemu.

- Niektórzy uważają, że to wynik naszej prymitywnej wrażliwości - rzucił ostro. 

- Że ujawniają się u nas cechy dalekich przodków.

-   Wszyscy   jesteśmy   prymitywni   pod   powierzchnią.   To   dlatego   wymyślono 

cywilizację.

- Cywilizacje nie zawsze się sprawdzają.

- Może nie, ale i tak są o wiele lepsze od tego, co mogłoby być w zamian. - 

Zmarszczyła brwi, patrząc na ostatnią kromkę bruschetty. - Będziesz jeszcze jadł?

Nie doczekała się odpowiedzi. Uniosła wzrok znad talerza i zobaczyła, że Jake 

przygląda się jej z niedowierzaniem.

- Co znowu? - zapytała.
- To ci nie przeszkadza.

- Że jesteś myśliwym? Nie. Raczej dodaje mi otuchy.
- Dlaczego?

- Bo wyjaśnia, dlaczego musisz tyle kłamać. Szanuję tajemnice, Jake, i umiem 

ich dotrzymywać. Wierz mi. Ale wracając do bruschetty...

- Częstuj się - powiedział.
- Dzięki. - Wzięła grzankę i odgryzła kawałek. - Najpierw musiałam pójść na 

zakupy, potem prawie zostałam rozjechana na parkingu, więc zupełnie nie miałam 
czasu na lunch. Umieram z głodu.

- Niedługo będzie kolacja.
- Cudownie. - Napiła się wina, dokończyła bruschettę i usadowiła się wygodnie, 

kontemplując noc zapadającą na pustyni.

- Myśliwi z dziesiątką wywołują niepokój u innych parawrażliwych - odezwał 

się po chwili Jake.

-   Chcesz   się   pozbawić   życia   towarzyskiego?   To   powiedz   ludziom,   że   jesteś 

wykrywaczem kłamstw.

- Mogłoby podziałać - przyznał.

background image

-   Myślę,   że   za   negatywne   nastawienie   do   myśliwych   odpowiedzialni   są 

Jonesowie. Ci pochodzący w prostej linii od założyciela.

- Dlaczego tak sądzisz?
- Nie wszyscy byli myśliwymi, lecz kilku tak i przez lata stali się legendami 

towarzystwa.

- Słyszałem o tym.

- Każda społeczność potrzebuje własnych legend. Ale problem z legendą polega 

na tym, że zwykle składa się z małej kropli prawdy podanej w otoczce przekłamań. Po 

jakimś czasie zostają same kłamstwa, w które wszyscy wierzą. Myśliwi dorobili się 
wyjątkowo   negatywnego   wizerunku,   bo   w   wielu   historiach   o   Jonesach   myśliwych 

występowała przemoc.

- No i?

Upiła kolejny łyk wina.
-   Myśliwi   mają   złą   sławę   przez   tych   cholernych   Jonesów.   Gdyby   zajęli   się 

robieniem jakiejś normalnej kariery, tak jak ty, zamiast ścigać czarne charaktery, nikt 
by nie miał uprzedzeń do współczesnych myśliwych.

- Nie sądzisz, że trochę upraszczasz?
- Nie, według mnie to ma sens.

Postanowił zmienić temat.
- Czy twój związek rozpadł się z powodu twojej parawrażliwości? - zapytał.

- Nie. Odwaliłam kawał dobrej roboty, ukrywając moje zdolności. Skończył się 

z powodu tego, co wydarzyło się w Stone Canyon.

- Chodzi o morderstwo McAllistera?
- Owszem. Tak między nami, myślę, że ktoś ze Stone Canyon zadzwonił do 

Grega i poinformował go, że jest związany z bezwzględną morderczynią, która lubi 
sobie pomachać siekierą.

- McAllister nie został zabity siekierą.
- Drobiazg. - Machnęła lekceważąco ręką. - Chodzi o to, że mój narzeczony miał 

dobry powód, żeby spanikować.

- Czyżby? Zmarszczyła brwi.

- Tak. Co ty byś zrobił na jego miejscu?
- Gdybym miał wątpliwości, wybrałbym się na polowanie. Jej ręka z kieliszkiem 

zamarła w połowie drogi do ust.

- Słucham?

background image

Wyprostował nogi, kontemplując lśniący basen.
- Słyszałaś.

- Wybrałbyś się na polowanie. Ale na co byś polował?
- Na odpowiedzi. - Podniósł swój kieliszek i dopił wino.

-   Odpowiedzi   nie   zawsze   są   dostępne.   Tu   jest   trochę  inaczej   niż   w  świecie 

emerytur i zasiłków. Policja myśli, że Brada zabił włamywacz. Takie zbrodnie są z 

reguły trudne do rozwiązania. Ale istnieje możliwość, że sprawca trafił do więzienia za 
jakieś inne przestępstwo.

- Wierzysz w to?
Zaczynała   mieć   problemy   z   oddychaniem.   Upiła   kolejny   łyk   wina,   żeby 

uspokoić rozedrgane nerwy.

- Wygodnie jest myśleć, że sprawca nie jest na wolności - odparła.

- Nie wyglądasz, jakby cię to uspokajało. Pewnie dlatego, że tak naprawdę nie 

wierzysz, że zabójca McAllistera siedzi w więzieniu.

Jakim cudem rozmowa zeszła na te niebezpieczne tory? Była pewna, że nie 

przez przypadek. Czas przejść do ofensywy.

- Dlaczego interesuje cię śmierć Brada? - zapytała.
- Bo ty mnie interesujesz, Clare, a to, co stało się z mężem twojej siostry, miało 

ogromny wpływ na twoje życie. Kosztowało cię utratę narzeczonego i pracy.

Nie śmiała się poruszyć.

- Dlaczego się mną interesujesz? Czy dlatego, że Archer jest twoim klientem?
- Nie, Clare - odparł z uśmiechem. - To sprawa osobista.

background image

ROZDZIAŁ 12

Incydent na parkingu był ryzykowny i potencjalnie katastrofalny w skutkach, 

pomyślała Valerie, ciągle roztrzęsiona.

Popełniła   błąd,   ulegając   impulsowi   i   korzystając   z   okazji.   To   nie   może   się 

powtórzyć.

Na szczęście nie udało się jej. A co, gdyby było inaczej? Clare byłaby martwa 

albo   poważnie   ranna,   ale   pociągnęłoby   to   za   sobą   wiele   problemów.   Choćby 
związanych z uszkodzeniem samochodu. Owen na pewno chciałby wiedzieć, co się 

stało. Na masce zostałaby krew i inne obciążające ślady.

Mogłabym zostać aresztowana, pomyślała Valerie.

Wzdrygnęła się i wychyliła jednym haustem szklaneczkę martini, osuszając ją 

do dna.

Nie śledziła Clare z zamiarem przejechania jej. Chciała po prostu ustalić, gdzie 

zatrzymała   się  w  Phoenix.   Wszyscy  wiedzieli  tylko  tyle,  że   był  to  jakiś  hotel   przy 

lotnisku.

Rano Valerie rozłożyła plan miasta, zakreśliła kółko wokół Phoenix Sky Harbor 

i obdzwoniła wszystkie hotele w promieniu trzech kilometrów od lotniska. W żadnym 
nie zameldowała się Clare Lancaster.

Przebiegła suka, pomyślała.
Pomysł,   żeby   obserwować   bramę   strzeżonego   osiedla,   gdzie   mieszkali 

Glazebrookowie, przyszedł jej do głowy, kiedy Owen powiedział, że Clare została w 
Arizonie na prośbę Archera. Wiedziała, że prędzej czy później pojawi się w ich domu, 

chociażby po to, by załatwić sprawę ze zniszczonym samochodem z wypożyczalni i 
odebrać nowy.

Pojawiła   się,   a   potem   -   ku   zaskoczeniu   Valerie   -   pojechała   do   centrum 

handlowego. Spędziła tam prawie dwie godziny, ona zaś musiała czekać w cholernym 

upale. Widok Clare niosącej torby z zakupami i zachowującej się tak normalnie, jakby 
nie zamordowała z zimną krwią Brada, sprawił, że zagotowała się z wściekłości.

Głupota, pomyślała Valerie. Co za głupota.
Napełniła   szklaneczkę,   przeszła   ostrożnie   przez   salon   i   usiadła   na   białej 

skórzanej sofie. Musiała uważać. Dwa dni temu Owen był wściekły, kiedy wylała na 
dywan karafkę martini.

Ale   tak   bardzo   potrzebowała   się   napić.   Jej   nerwy   były   w   strzępach.   Upiła 

background image

kolejny długi łyk i odstawiła szklaneczkę na stolik.

Przez   chwilę   przyglądała   się   swoim   drżącym   palcom.   Może   powinna   wziąć 

jedną z tabletek, które przepisał jej lekarz. Ostrzegł ją, żeby nie mieszała leków z 
alkoholem, ale wiedziała, że ludzie ciągle to robią. Ostatnio sama tak zrobiła, i to 

więcej niż raz. Od czasu, kiedy Brad został zamordowany, miała problemy ze snem, 
ale odkryła, że rozsądna mieszanka tabletek z alkoholem umożliwia ucieczkę w stan 

nieświadomości choć na parę godzin.

Nie,   dziś   wieczorem   nie   będzie   brała   proszków.   Nie   chciała   spać.   Musi 

pomyśleć. Zastanowić się, co zrobić z Clare Lancaster.

Zalała ją fala gniewu. Jak Clare śmiała tu wrócić po tym, co zrobiła?

Valerie upiła kolejny łyk martini i spojrzała przez przeszkloną ścianę na góry.
Nienawidziła tego miejsca. Nie cierpiała wszystkiego, co wiązało się z pustynią, 

jej   skąpej   roślinności,   kąsających   owadów   i   węży,   bezustannych   letnich   upałów   i 
intensywnego światła. Ale najbardziej nienawidziła świadomości, że zabójczyni Brada 

chodzi sobie po Stone Canyon wolna jak ptak.

Kiedy Clare zjawiła się w domu Glazebrooków, to było dla niej za wiele. Żadna 

matka, która straciła syna, nie zniosłaby podobnego afrontu.

Znów podniosła szklaneczkę, jednak tym razem się zawahała. Nie upiwszy ani 

łyka, ostrożnie odstawiła martini na stolik do kawy.

Naprawdę musi pomyśleć.

Przez jakiś czas wystarczało jej to, co robiła przez ostatnie sześć miesięcy, żeby 

zemścić   się   na   Clare.   Satysfakcjonujący   był   zwłaszcza   pierwszy   telefon   do   jej 

narzeczonego. Biedny Greg Washburn był wstrząśnięty, gdy usłyszał, że Clare miała 
romans   z   mężem   swojej   przyrodniej   siostry.   Jeszcze   bardziej   wstrząsnęła   nim 

wiadomość, że choć nie została aresztowana, najbliżsi ofiary byli pewni, że to ona 
zabiła Brada. Tego było za wiele dla przyzwoitego faceta. Nie miał wyboru, musiał 

zerwać zaręczyny.

Satysfakcjonujący był również telefon do szefa Draper Trust. Valerie podała się 

za przewodniczącą zarządu Arts Academy w Stone Canyon. Taka drobna przysługa. 
Wiadomo,   mądrej   głowie   dość   dwie   słowie...   Pracownicy   fundacji   charytatywnych 

muszą być czystsi od żony Cezara. Gdyby się rozeszło, że któryś z nich był uwikłany w 
miłosny trójkąt zakończony morderstwem, mogłoby to mieć katastrofalne skutki dla 

przyszłości fundacji. Reputacja była w tej branży wszystkim.

Przez   kolejne   miesiące   jeszcze   udoskonaliła   swoją   historię,   obdzwaniając 

background image

potencjalnych   przyszłych   pracodawców   Clare.   Nietrudno   było   przewidzieć,   gdzie 
wyśle swoje CV. Organizacji charytatywnych w rejonie San Francisco nie jest znowu 

tak dużo.

Zapewniała   kolejnych   dyrektorów   zarządów,   że   choć   nie   znaleziono 

niepodważalnych dowodów obciążających Clare, w pewnych kręgach w Stone Canyon 
powszechnie   wiadomo,   że   z   ofiarą   łączyła   ją   intymna   znajomość.   I   że   Archer 

Glazebrook   użył   swoich   wpływów,   żeby   jego   nieślubna   córka   nie   wylądowała   w 
więzieniu.   Oczywiście   zrobił   to,   bo   musiał   dbać   o   dobre   imię   swojej   rodziny.   Ale 

wszyscy i tak znali prawdę.

Telefony,   które   zniszczyły   związek   i   karierę   Clare,   dostarczyły   Valerie 

satysfakcji,   zarazem   jednak   doprowadziły   do   tego,   że   wróciła   do   Stone   Canyon. 
Wczoraj Owen powiedział jej, że Archer zamierza założyć fundację, żeby Clare miała 

pracę.

Tego już za wiele, pomyślała Valerie. Jej plan zemsty odniósł odwrotny skutek. 

Clare wyjdzie z tego nawet niedraśnięta. Będzie miała za sobą pieniądze i wpływy 
Glazebrooków.

A powinna odpokutować za to, co zrobiła Bradowi. Musi za to zapłacić.
Valerie utkwiła wzrok w górach, próbując się skoncentrować. Ostatnio trudno 

jej było zachować jasność myśli. Rozpaczliwie potrzebowała z kimś porozmawiać.

Była tylko jedna osoba, która rozumiała jej ból; jedyna na całym świecie, która 

cierpiała równie mocno jak ona, kiedy Brad został zamordowany.

Sięgnęła po komórkę.

background image

ROZDZIAŁ 13

To  sprawa  osobista.  Była  to  prawda, cała  prawda  i  tylko  prawda, pomyślał 

Jake. Miał twarde zasady, jeśli chodziło o prawdę. Kiedy pracował, nigdy nie odkrywał 
jej więcej, niż to było konieczne. Prawda często wzbudza w ludziach niepokój, a była 

to   ostatnia   rzecz,   jakiej   potrzebował   w   Stone   Canyon.   To   by   tylko   dodatkowo 
skomplikowało już i tak skomplikowaną sprawę.

Najmądrzej byłoby zdystansować się do Clare, dopóki nie dokończy tego, po co 

tu przyjechał. Ale wiedział, że to niemożliwe. Nie teraz.

Chociaż była jednym wielkim światłem ostrzegawczym, coś go do niej ciągnęło. 

Bardzo chciał sprawdzić, jak kobieta przyzwyczajona do walki o wszystko, na czym jej 

zależało, będzie się zachowywać w łóżku z facetem, który żył według takich samych 
zasad. Facetem takim jak on.

Kolacja   w   jego   domu   była   złym   pomysłem,   który,   jak   podejrzewał, 

zapoczątkował całą serię niefortunnych posunięć. Ale niczego nie żałował. To by było 

na tyle, jeśli chodzi o przezorność.

-   Już   późno.   -   Clare   odstawiła   pustą   filiżankę   i   spojrzała   na   zegarek.   - 

Powinnam wracać do motelu. Masz jeszcze tego kierowcę?

- Nie. - Wstał, walcząc z pragnieniem, żeby ją zatrzymać. - Ja cię odwiozę.

Wyprowadził   bmw   z   garażu.   Kiedy   Clare   usiadła   w   fotelu   pasażera,   poczuł 

satysfakcję. Jego kobieta w jego samochodzie. Razem odjeżdżają w nocną ciemność.

Jego kobieta? Nie powinien o niej tak myśleć.
Miał zasadę, żeby nie sypiać z kobietami związanymi ze sprawą. I co z tego? 

Zasady są po to, żeby je łamać.

Oczywiście kiedy do czegoś takiego dochodzi, wszystko się zmienia, ale co tam.

Clare niewiele mówiła, gdy jechał przez pogórze, a potem skręcił na drogę do 

Phoenix. On też prawie się nie odzywał. Dużo rozmawiali tego wieczoru. Teraz mieli 

okazję sprawdzić, czy potrafią razem milczeć.

Kiedy   wjechał   na   prawie   pusty   parking   motelu   Desert   Dawn,   znał   już 

odpowiedź na to pytanie. Milczenie nie dzieliło ich. Przeciwnie, miał wrażenie, że są 
sobie   bliżsi.   Istniała   wprawdzie   możliwość,   że   źle   odczytywał   wysyłane   przez   nią 

sygnały, jednak wątpił, aby tak było.

Zaparkował niedaleko wejścia i wszedł z Clare do środka.

Znajomy recepcjonista spojrzał znad pisma, które czytał, i posłał Jake'owi ten 

background image

sam znaczący uśmieszek co poprzednio. Jake rozważył w myślach, czy by nie skręcić 
mu karku.

- Odprowadzę panią do pokoju - powiedział tylko.
Ach, ta cywilizacja. Zero krwi, zero zamieszania, zero frajdy.

- Jasne. - Recepcjonista wrócił do lektury.
Jake wziął Clare pod rękę i poprowadził na górę, a potem słabo oświetlonym 

korytarzem do pokoju. Wkurzało go, że będzie musiał ją zostawić w tej obskurnej 
klitce.

Otworzyła drzwi, weszła do pokoju i odwróciła się do Jake'a.
- Dobranoc - powiedziała. - Kolacja była fantastyczna.

- Cieszę się, że ci smakowała. - Oparł się dłonią o framugę. - A teraz obiecaj mi, 

że jutro rano się stąd wyprowadzisz.

- Spędzę tu jeszcze tylko dwie noce - odparła. - Nie ma sensu się wyprowadzać.
- Jesteś uparta jak osioł i lekceważysz dobre rady. Podoba mi się to.

Otworzyła usta, żeby odpowiedzieć.
- Ale co za dużo, to niezdrowo - dodał, zanim zdążyła się odezwać. - Jutro rano 

masz się stąd wyprowadzić.

Spojrzała na niego.

-   Rozumiem,   że   przywykłeś   do   wydawania   poleceń,   ale   chyba   o   czymś 

zapominasz.

- O czym?
- Nie pracuję dla ciebie.

- Może to i lepiej - stwierdził. - Bo obawiam się, że musiałbym cię zwolnić.
- Za opór?

- Nie. Żeby móc zrobić to.
Nachylił się i pocałował ją. Nie objął jej, żeby mogła się cofnąć.

Ale się nie cofnęła. Jej usta były miękkie i zachęcające. Wiedziała, kim jest, i 

nie bała się go. Wydawało się nawet, że jej się to podoba.

Zalała go fala pożądania.
Wszedł do środka, nie odrywając ust od jej warg, i kopnięciem zamknął drzwi.

Objął ją i przyciągnął do siebie, żeby pogłębić pocałunek. Jęknęła cichutko i 

wczepiła palce w jego ramiona, przytulając się mocniej.

Jej   reakcja   rozgrzała   wszystkie   jego   zmysły.   Zwykle   nie   pozwalał   sobie   na 

utratę   kontroli   nawet   w   sytuacjach   intymnych,   ale   tym   razem   dał   się   ponieść 

background image

emocjom.

Przesuwał   ją   do   tyłu,   kierując   się   do   łóżka,   był   jednak   tak   pochłonięty 

całowaniem, że stracił orientację i gdy Clare zatrzymała się, za plecami miała ścianę, 
nie materac. Pragnął jej jak szaleniec. Złapał ją za nadgarstki i przygwoździł do ściany 

po obu stronach jej głowy.

W odwecie kąsała jego szyję, równocześnie przesuwając nogę w górę jego łydki, 

tak   że   przez   materiał   spodni   czuł   obcas  jej   szpilki.   To   zmysłowe   ostrzeżenie   było 
najbardziej podniecającym wyzwaniem, jakiego kiedykolwiek doświadczył.

Odpowiedział,   ujmując   jej   nadgarstki   jedną   ręką,   dzięki   czemu   drugą   miał 

wolną. Rozpuścił jej włosy i poczuł spływające po palcach jedwabiste pukle. Zebrał ich 

pełną   garść,  unieruchamiając   jej   głowę,  i   znowu   ją   pocałował,   tym   razem   głębiej, 
namiętniej. Tak bardzo pragnął ją smakować, chłonąć jej zapach.

Wierciła   się   niespokojnie,  przyparta   do   ściany,  czując  jego   erekcję.   Jęknęła 

zduszonym głosem i obcas jej szpilki znowu zaatakował jego nogę.

Przesunął   dłonią   wzdłuż   ponętnych   krągłości,   od   piersi,   przez   talię,   aż   do 

bioder. Ścisnął je, rozkoszując się miękkością kobiecego ciała.

Clare  oddychała  coraz  szybciej.   Uświadomił   sobie,   że   nie   tylko   on   płonie   z 

pożądania.

Uniósł   głowę   i   zobaczył,   że   patrzy   na   niego   oszołomionym,   zamglonym 

wzrokiem, jakby zaskoczona własną reakcją.

-   Co   jest?   -   spytał,   uśmiechając   się   lekko.   -   Nie   widziałaś   tego   pociągu 

pędzącego na nas przez cały wieczór?

- Nie o to chodzi. - Pokręciła głową jakby próbowała odzyskać jasność myśli. - 

Po prostu nie zdawałam sobie sprawy, że...

- Za to ja wiedziałem, że tak będzie - wyszeptał z wargami przy jej ustach. - 

Wiedziałem od pierwszej chwili, kiedy cię zobaczyłem.

- Naprawdę?
- Tak.

Wsunął dłoń między ścianę i plecy Clare, znalazł suwak jej seksownej sukienki i 

rozpiął   go.   Gorset   opadł   w   dół,   odsłaniając   czarny   koronkowy   biustonosz   bez 

ramiączek.

Puścił jej nadgarstki, żeby mieć obie ręce do pozbycia się biustonosza. Nowo 

odzyskaną   wolność   wykorzystała  na   zaatakowanie   drżącymi   palcami   guzików  jego 
koszuli.

background image

Zanim zdjął jej biustonosz, trzymała obie dłonie na jego nagim torsie. Kiedy 

nachylił się i zaczął pieścić ustami jej pierś, Clare zachwiała się. Noga, która wspinała 

się po jego łydce, wróciła na podłogę.

- Nie wiem, dlaczego robimy to na ścianie, skoro mamy łóżko - mruknął.

Wziął ją na ręce, zaniósł do łóżka i położywszy delikatnie na materacu, zabrał 

się   do   rozpinania   paska   od   spodni.   Clare   patrzyła   na   niego   zachęcająco,   z 

rozchylonymi ustami.

Nagle   usłyszeli   gwałtowne   pukanie   do   drzwi.   Jake   się   odwrócił.   Seksualne 

pożądanie, które naprężyło wszystkie mięśnie jego ciała, zamieniło się w inny rodzaj 
napięcia. W ułamku sekundy pragnienie, by posiąść tę kobietę, ustąpiło pragnieniu 

chronienia jej za wszelką cenę.

Chyba trochę przesadzam, pomyślał.

- Jeśli to facet z pokoju obok, to zaraz mu coś powiem - mruknął gniewnie.
- Czekaj. Sama to załatwię - szepnęła Clare. - Kto tam? - zawołała.

- Obsługa - rozległ się znajomy głos recepcjonisty. - Proszę wybaczyć to najście, 

pani Lancaster, ale zgłoszono mi, że do pani pokoju weszła jeszcze jedna osoba. Mamy 

tu taką zasadę, że pokój może zajmować tylko gość, który się zameldował. Więc albo 
wniesie pani dodatkową opłatę i zamelduje pana, który jest tam z panią, albo będę 

musiał go poprosić o opuszczenie pokoju.

- Głupia sytuacja - mruknęła Clare i dodała głośniej: - Zaszło nieporozumienie. 

Proszę zaczekać.

Wstała, zatoczyła się i byłaby upadła, gdyby Jake jej nie złapał.

- Nie powinnam była kupować tych szpilek - powiedziała.
- Nie wiem, czy ma to dla ciebie znaczenie - odparł Jake, zapinając jej sukienkę 

- ale mnie się one podobają.

- Łatwo ci mówić. To nie ty musisz w nich chodzić.

Zdjęła szpilki i boso przeszła przez pokój. Zatrzymała się z ręką na klamce, a 

gdy   Jake   skończył   zapinać   koszulę,   otworzyła   drzwi   i   spojrzała   złowrogo   na 

recepcjonistę.

-   Mój   wspólnik   niepokoił   się   o   bezpieczeństwo   w   tym   pokoju.   Chciał   to 

sprawdzić przed wyjściem.

Niezłe,   pomyślał   Jake.   Zwłaszcza   ta   nutka   irytacji   w   głosie.   I   pewnie   by 

przeszło, gdyby nie bose stopy, pomięta sukienka i potargane włosy.

- Jasne. - Recepcjonista posłał Jake'owi kolejny porozumiewawczy uśmieszek. - 

background image

Kontrola bezpieczeństwa.

Jake spojrzał na niego.

-   Zamek   w   przesuwanych   drzwiach   jest   zepsuty.   Recepcjonista   zmarszczył 

brwi.

- Nikt tego nie zgłaszał.
- Ja zgłaszam - powiedział Jake.

Clare skrzyżowała ręce na piersiach i spojrzała na sufit.
Recepcjonista   wszedł   do   pokoju   i   majstrował   chwilę   przy   przesuwanych 

szklanych drzwiach. Zasuwka wskoczyła na swoje miejsce z kliknięciem.

Popatrzył na Jake'a z triumfalnym wyrazem twarzy.

- Z zamkiem wszystko w porządku.
- Naprawdę? - Jake pokręcił głową. - Widocznie się zaciął. - Zwrócił się do 

Clare: - No, czas na mnie.

Uśmiechnęła się z lekką ironią.

- Też tak myślę.
- Zadzwonię do ciebie rano.

W jej oczach błysnęło rozbawienie.
- Zawsze tak mówicie.

- Ja nie mówię tak zawsze. Ale jeśli już, to dotrzymuję słowa.
Dotknął jej policzka, pochylił lekko głowę i pocałował ją. Nie był to zwykły 

pocałunek na dobranoc. Była to wiadomość dla recepcjonisty: Ta kobieta jest moja.

Kiedy   podniósł   głowę,   zobaczył   w   oczach   Clare   iskierkę   irytacji.   Ona   też 

zrozumiała znaczenie tego pocałunku.

Wyszedł   na   korytarz   i   zaczekał,   aż   dołączy   do   niego   recepcjonista.   Clare 

zamknęła za nimi drzwi.

Jake ruszył po schodach na dół. Recepcjonista podbiegł, żeby dotrzymać mu 

kroku.

- Po prostu wykonuję swoją pracę - powiedział przepraszająco. - W pokojach 

mogą przebywać tylko zameldowani goście. Takie są zasady.

- I bardzo dobrze.

Drzwi pokoju 208 znowu się otworzyły. Tym razem wyjrzał łysy mężczyzna. 

Spojrzał na drzwi Clare, ale kiedy zobaczył Jake'a, szybko się wycofał.

- Chyba wiem, kto złożył skargę - powiedział Jake do recepcjonisty.
Schodząc na dół, myślał o dwóch sprawach, które nie dawały mu spokoju przez 

background image

cały   wieczór.   Po   pierwsze,   dlaczego   Clare   chciała,   żeby   wszyscy   w   Stone   Canyon 
myśleli,   że   zatrzymała   się   przy   lotnisku.   Druga   sprawa   dotyczyła   zdarzenia   na 

parkingu centrum handlowego.

Rozpatrywane oddzielnie, nie budziły niepokoju, pomyślał. Każdą z nich dało 

się sensownie wytłumaczyć. Po wczorajszym napadzie wściekłości Valerie rozumiał, 
czemu Clare nie chciała ujawniać miejsca swojego pobytu. Wolała nie ryzykować, że 

Valerie pojawi się bez uprzedzenia i urządzi kolejną scenę.

Co do incydentu na parkingu, mógł go spowodować nieuważny kierowca albo 

jakiś chuligan, który uznał, że świetnie będzie napędzić strachu kobiecie.

Ale oba te zdarzenia razem budziły jego obawy. Zwłaszcza że kiedy Clare była 

tu ostatnim razem, znalazła ciało Brada.

Spojrzał na zegarek. Dochodziła pierwsza. Czas podjąć decyzję.

- Proszę mnie zameldować - powiedział do recepcjonisty. - Chcę pokój 212, jeśli 

jest wolny.

- Co?
- Proszę o pokój obok pokoju pani Lancaster, z drugiej strony. Jest wolny?

- Tak, ale...
- Biorę go.

- Hm, sam nie wiem. To niezwykła sytuacja.
- Macie jakiś problem z zameldowaniem gościa, który chce zapłacić?

- Trzeba było tak od razu...
Clare,   już   w   koszuli   nocnej,   właśnie   poprawiała   pościel   na   łóżku,   kiedy 

usłyszała kroki na korytarzu. Wiedziała, że to Jake.

Zaskoczona podbiegła do drzwi, uchyliła je i zobaczyła, jak Jake otwiera drzwi 

pokoju obok. W ręce trzymał mały worek marynarski.

- Co ty wyprawiasz? - zapytała teatralnym szeptem.

- Spędzam noc w podrzędnym motelu. - Otworzył drzwi i spojrzał na nią. - 

Miałem wprawdzie inne plany, ale słyszałem, że jest tu czysto.

- Jake, nie mówisz poważnie.
- Mówię poważnie, wierz mi. Do zobaczenia rano. - Wszedł do środka.

- Czekaj - rzuciła za nim. - O co tu chodzi?
Oparł się o framugę, skrzyżował ręce na piersi i spojrzał na nią z zagadkowym 

wyrazem twarzy.

-   Nie   podoba   mi   się,   że   tu   mieszkasz   -   odparł.   -   Ale   skoro   nie   chcesz   się 

background image

wyprowadzić, nie mam wyboru i też muszę tu zamieszkać.

- To niedorzeczne.

- Jest jeszcze jedna opcja.
- Jaka?

- Mógłbym spędzić noc w twoim pokoju, ale coś mi mówi, że nastrój się zepsuł.
Zarumieniła się. Miał rację. Chwila zapomnienia minęła, a romanse z dopiero 

co poznanymi facetami nie były w jej stylu. Nigdy nie interesowały jej jednonocne 
przygody. Kiedy jesteś owocem takiej przygody, zastanawiasz się co najmniej dwa 

razy, nim podejmiesz ryzyko. Co więcej, nie zwykła tak tracić nad sobą kontroli, jak to 
się stało parę minut temu.

- Co za przenikliwość - powiedziała, patrząc spod zmarszczonych brwi na jego 

worek marynarski. - Zawsze wozisz ze sobą podręczny bagaż?

- Byłem skautem. Poważnie podchodzę do zasady „bądź zawsze gotowy".
Nagle ogarnęła ją irytacja.

- Często to robisz?
- Żartujesz? - Zrobił urażoną minę. - Nie byłem w tego rodzaju przybytku, od 

kiedy skończyłem college.

- Nie o to pytałam i dobrze o tym wiesz.

- Prześpij się, Clare. Rano zapraszam cię na śniadanie.
- Jeszcze jedno pytanie.

Czekał.
Odchrząknęła i ściszyła głos.

- Czy myśliwi naprawdę widzą w ciemności tak dobrze jak koty i sowy, czy jest 

to częścią legendy?

Uśmiechnął się szelmowsko.
- Trzymaj się w pobliżu, to może kiedyś powiem ci, jak jest naprawdę.

Zamknął drzwi swojego pokoju.
Wróciła do siebie, przesunęła zasuwkę i oparła się plecami o ścianę. Przez parę 

minut   zastanawiała   się,   dlaczego   Jake   postanowił   mieć   na   nią  dzisiaj   oko.   Bo   na 
pewno   nie   z   powodu   miejsca,   w   którym   się   zatrzymała.   Desert   Dawn   nie   był 

wprawdzie  pięciogwiazdkowym   hotelem,   ale  nie   był   też   zapuszczoną   norą,   wbrew 
temu, co myśleli o tym inni.

Wyczuł mój niepokój, pomyślała. Nie naciskał, żeby uzyskać wyjaśnienia, na 

które   nie   była   gotowa,   postanowił   natomiast   trzymać   się   blisko,   w   razie   gdyby 

background image

potrzebowała pomocy.

Jeszcze nigdy żaden facet nie zrobił dla niej czegoś tak romantycznego. Żaden 

nawet nie próbował sprawić, żeby czuła się bezpieczna.

Wróciła do łóżka i leżała, nasłuchując stłumionych dźwięków docierających zza 

ściany dzielącej ich pokoje.

Miała mnóstwo pytań dotyczących Jake'a Saltera i tylko garstkę odpowiedzi. 

Ale jedno było pewne. Wiedząc, że Jake jest w pokoju obok, będzie spała o wiele lepiej 
niż poprzedniej nocy.

background image

ROZDZIAŁ 14

Żartujesz. - Elizabeth zdjęła maseczkę na oczy z ziołowej herbaty i odwróciła 

głowę, żeby spojrzeć na Clare. - Jake Salter zrobił ci kolację?

- Uhm. - Clare już wcześniej zdjęła swoją maseczkę. Jej waga plus przymusowa 

ciemność sprawiały, że czuła się klaustrofobicznie. - Co więcej, muszę przyznać, że 
facet potrafi gotować. Mówi, że to go odpręża.

-   Kto   by   pomyślał?   -   Elizabeth   pokręciła   głową   i   z   powrotem   nałożyła 

maseczkę. - Jake jest oryginalny, to na pewno.

- Jest zupełnie inny od wszystkich facetów, jakich znałam - zgodziła się Clare. - 

I   nie   tylko   dlatego,   że   umie   gotować.   Kiedyś   chodziłam   z   szefem   kuchni.   Bez 

porównania.

Leżały obok siebie w Pokoju Kontemplacji w spa. Pomieszczenie to służyło za 

poczekalnię klientom będącym między poszczególnymi zabiegami. Cztery pozostałe 
rozkładane fotele były chwilowo wolne.

Sufit w kształcie rotundy z wnękami na światła pomalowano w nocne niebo, z 

ukrytych głośników płynęła uspokajająca muzyka, a w powietrzu unosił się zapach 

ziołowej herbaty.

Przy wejściu dostały aksamitne szlafroki i japonki, jak wszyscy klienci spa. Do 

tej pory obie skorzystały z sauny i zaliczyły masaż całego ciała. Następna w grafiku 
Clare była wycieczka do Komnaty Tropikalnej. Już nie mogła się doczekać.

- Co było po kolacji? - zapytała Elizabeth.
- Odwiózł mnie do motelu.

- Też uważa, że to nora?
- Nie użył słowa „nora", ale nie podobało mu się - odparła Clare. - Zwłaszcza że 

nastąpiło pewne nieporozumienie.

Elizabeth znowu ściągnęła maseczkę.

- Jakie nieporozumienie?
- Kiedy Jake odprowadził mnie na górę, ludzie z pokoju obok uznali, że jestem 

cali girl, a on moim klientem.

Liz otworzyła szeroko oczy, a potem zaczęła się śmiać.

- Nie wierzę. Ty cali girl? Nie byłaś na randce od pół roku.
- Nie musisz mi o tym przypominać.

- Aż do wczoraj - dokończyła Elizabeth. - Czy Jake się do ciebie przystawiał?

background image

- Właściwie...
- A niech mnie. Przystawiał się. To jeszcze lepsze niż to, że sąsiedzi wzięli cię za 

cali girl.

- Dlaczego?

- Już ci mówiłam, Jake wydaje się taki zwyczajny. A nawet nudny. Miły z niego 

facet, ale zachowuje się jak zakonnik.

-   Nie   sądzę,   żeby   nadawał   się   na   zakonnika   -   stwierdziła   Clare.   Elizabeth 

zachichotała.

- Najwyraźniej zawróciłaś panu Salterowi w głowie.
- Coś mi mówi, że jeśli sam nie jest zainteresowany, to nic ani nikt mu w głowie 

nie zawróci.

- No dobra, dłużej nie wytrzymam. Muszę to wiedzieć. Spędziliście razem noc?

- Nie. Spałam sama.
- Twój pomysł czy jego?

- Właściwie to obsługi. Jake został poproszony o opuszczenie mojego pokoju.
Elizabeth przykryła dłonią usta, żeby stłumić śmiech.

- Nie wierzę. Ty i Jake? Boże.
- Uwierz.

-   Niesamowite.   -   Z   twarzy   Liz   zniknął   uśmiech.   -   Przy   okazji,   wczoraj 

rozmawiałam z mamą. Tata powiedział jej o swoich planach założenia fundacji, którą 

miałabyś kierować, zaraz po rozmowie z tobą.

- I jak to przyjęła?

- Obawiam się, że nie najlepiej.
-   Pewnie   martwi   się,   że   nakłady   na   fundację   wpłyną   na   wielkość   spadku 

dziedziczonego przez ciebie i Matta. Ma rację.

- Myślę, że nie tylko to ją martwi.

- Obawia się, że kiedy przyjmę  propozycję Archera, będziecie mnie częściej 

widywać?   Pewnie   prześladują   ją   przerażające   wizje,   jak   zjawiam   się   na   Święto 

Dziękczynienia i Boże Narodzenie.

- Niestety nie umie oddzielić twojego istnienia od tego, co wydarzyło się w 

przeszłości.

- Która kobieta by umiała?

- To nie w porządku. Jeśli czuje urazę do taty za to, co wydarzyło się ponad 

trzydzieści lat temu, jej sprawa. Ale nie powinna winić ciebie. To nie twoja wina, że 

background image

tata i twoja matka mieli romans.

- Właściwie to nie był nawet romans - powiedziała Clare. - Z tego, co wiem, 

była to jednorazowa przygoda, którą zgodnie uznali za fatalną pomyłkę.

-  Przykro  mi, Clare. Nie  umiem  sobie  nawet  wyobrazić,  jak  musiało ci być 

trudno   przez   te   wszystkie   lata,   kiedy   nie   znałaś   ojca   ani   rodzeństwa.   Ale   jestem 
cholernie wdzięczna losowi za to, że istniejesz. Czasami, gdy budzę się w środku nocy 

z koszmarnego snu o Bradzie, zaczynam rozmyślać, co by się stało, gdybyś się nie 
zjawiła i nie skontaktowała ze mną.

Clare położyła rękę na ramieniu siostry.
- Ale zjawiłam się i spotkałyśmy się - powiedziała miękko.

-   Dzięki   Bogu   -   szepnęła   Elizabeth.   -   Gdyby   jeszcze   mama   zechciała   mnie 

wysłuchać.   Ale   ona   ciągle   powtarza,   że   najlepiej   będzie,   jak   wszyscy   o   tym 

zapomnimy,   i   że   trzeba   żyć   dalej.   Jeszcze   nigdy   jej   takiej   nie   widziałam.   Jest 
niewzruszona. Nic do niej nie dociera.

- Odpuść, Liz. Co ma być, to będzie.
- Ocaliłaś mi życie, ale w twoim wypadku potwierdziło się przysłowie o tym, że 

każdy dobry uczynek zostanie ukarany.

- Nie ocaliłam ci życia - odparła Clare z uśmiechem. - To ty postanowiłaś mi 

zaufać   i   dzięki   temu   ocaliłaś   życie   sobie,   a   prawdopodobnie   także   Archerowi   i 
Mattowi, jeśli nasza teoria odnośnie do motywów Brada jest słuszna.

- Nasza teoria jest słuszna - powiedziała Elizabeth z naciskiem. - Wiem, że jest, 

choć nigdy nie będziemy mogły tego udowodnić.

- Pora sobie odpuścić - powtórzyła Clare.
Liz milczała chwilę. Potem zdjęła z oczu maseczkę i spytała:

- Jakie masz plany na wieczór?
Clare pomyślała o rozmowie przy śniadaniu.

- Zaprosiłam Jake' a na kolację, a on przyjął zaproszenie - odparła.
- Ty zaprosiłaś jego? No, no, robi się ciekawie.

- Właściwie to on zaprosił mnie ponownie, ale odmówiłam.
- Dlaczego?

-   Coś   mi   mówi,   że   w   przypadku   takiego   faceta   jak   on   dobrze   jest   mieć 

wyrównane rachunki. Nie chcę, by uznał, że to on decyduje w tym układzie. O ile 

jedną randkę można nazwać układem.

- Bez urazy, Clare, ale naprawdę nie sądzę, że gdybyś drugi raz pozwoliła mu 

background image

zaprosić się na kolację, uznałby, że ma nad tobą przewagę.

- To część gry, w jaką gramy - powiedziała Clare. - Trudno to wyjaśnić.

- Brzmi interesująco. Dokąd go zabierzesz?
- Jeszcze nie zdecydowałam, ale po tym, jak się wczoraj wykosztowałam na 

sukienkę i buty, na pewno nie będzie to żadna droga restauracja. Możesz coś polecić?

-   Jest   taka   mała   meksykańska   knajpka,   którą   zachwyca   się   tata.   Mają   tam 

świetną tortillę i według taty, który się na tym zna, podają najlepsze tamales z zieloną 
kukurydzą w dolinie. On i Owen często tam wpadają po golfie. Knajpka jest w Stone 

Canyon.

- Właśnie o coś takiego mi chodziło.

- Dam ci adres. Nie robią rezerwacji, więc czasami trzeba poczekać.
Za ich plecami rozległy się ciche kroki. Pojawiły się dwie pracownice spa w 

firmowych jasnozielonych uniformach i sportowych butach na miękkich podeszwach.

- Pani Glazebrook, pora zabrać się do pani twarzy – powiedziała jedna.

Elizabeth podniosła się z fotela.
- Do zobaczenia za godzinę, Clare. Miłych wrażeń w tropikach. Druga kobieta 

uśmiechnęła się do Clare.

- Proszę za mną, pani Lancaster.

Clare poszła za nią łagodnie oświetlonym korytarzem.
- Na czym dokładnie polega ta Tropikalna Komnata? - zapytała. - W broszurze 

było coś o wodospadach.

- To jedna z najpopularniejszych atrakcji - odparła pracownica spa. - Myślę, że 

się pani spodoba.

Otworzyła   drzwi   i   wprowadziła   Clare   do   tropikalnego   raju.   Duże   jacuzzi 

udające grotę otaczały palmy, paprocie i różne egzotyczne rośliny. Do jacuzzi spływał 
kaskadami wodospad, szumiąc przyjemnie. Sufit dekorowało sklepienie ze sztucznych 

ciemnozielonych liści. Nastrojowe oświetlenie sprawiało wrażenie dżungli o świcie.

- Już mi się podoba. - Clare rozwiązała pasek szlafroka. - Będzie super.

-   Proszę   się   nie   śpieszyć   i   relaksować   -   powiedziała   kobieta.   -   Ma   pani 

czterdzieści minut. Po tym czasie przyjdę i panią powiadomię. - Wyszła na korytarz, 

zamykając za sobą drzwi.

Clare   zostawiła   szlafrok   na   wieszaku   i   zeszła   po   schodkach   do   basenu   w 

sztucznej grocie. Woda była ciepła i pachnąca.

Opadła na siedzenie pod wodą i wyciągnęła ręce na boki, przygotowując się do 

background image

rozkoszowania Dobrym Życiem.

Pomyślała, że grota jest na tyle duża, by pomieścić dwie osoby. Pozwoliła sobie 

na miłą fantazję o dzieleniu tej wspaniałej tropikalnej scenerii z kimś interesującym. 
Jakiem Salterem na przykład.

Uznała, że to chyba nie najlepszy pomysł fantazjować o Jake'u. Ale fantazje 

generalnie trudno kontrolować. Właśnie dlatego nazywają je fantazjami. Cóż, dopóki 

Jake pozostanie w świecie fantazji, będzie bezpieczna.

Coś jednak podpowiadało jej, że nic związanego z Jakiem Salterem nie jest 

bezpieczne, w każdym razie nie dla niej. Zeszłej nocy igrała z ogniem. Na dzisiejszy 
wieczór planowała powtórkę. Po latach ostrożnego traktowania mężczyzn ta całkiem 

do niej niepodobna lekkomyślność sprawiła, że aż się uśmiechnęła.

Oparła   głowę   o   poduszkę   na   brzegu   i   patrzyła   na   wodospad.   Spływająca 

kaskadami woda działała kojąco, niemal hipnotycznie.

Nie miała pojęcia, ile czasu upłynęło, kiedy drzwi się otworzyły.

- Czy już minęło czterdzieści minut? - zapytała.
Nie było odpowiedzi. Clare słyszała stukające na kafelkowej podłodze podeszwy 

butów z twardej skóry.

Coś było nie tak. Wszyscy tutaj nosili albo klapki albo obuwie sportowe.

Ogarnęło jato samo uczucie paniki, jakiego doświadczyła na parkingu centrum 

handlowego. Miała wrażenie, jakby ktoś przesuwał wzdłuż jej kręgosłupa kawałkiem 

lodu.

Instynktownie odepchnęła się od krawędzi basenu i odwróciła twarzą do drzwi.

Miała ledwie ułamek sekundy, żeby zobaczyć postać w szlafroku i turbanie z 

ręcznika stojącą na drugim końcu basenu. Twarzy nie było widać spod zielonkawej, 

błotopodobnej maseczki.

Postać trzymała w rękach jakiś przedmiot. Zamachnęła się i rzuciła go z dziką 

furią.

Hantle, uświadomiła sobie Clare, i w tym samym momencie hantle uderzyły w 

poduszkę, na której jeszcze chwilę temu spoczywała jej głowa.

Przerażona, odsunęła się z pola rażenia prosto pod wodospad. Ciężki strumień 

przesłonił jej widoczność.

Wyrwała   się   spod   kaskad   spływającej   wody   i   po   omacku   przemieściła   do 

schodów,   szukając   czegoś,   czego   mogłaby   użyć   jako   broni.   Jej   dłoń   natrafiła   na 
ręcznik. Bezużyteczny. Otworzyła usta do krzyku. Postać w szlafroku obróciła się na 

background image

pięcie   i   wybiegła   z   pomieszczenia.   Clare   wyskoczyła   z   basenu,   złapała   szlafrok   z 
wieszaka i popędziła do drzwi. Na korytarzu nikogo nie było.

background image

ROZDZIAŁ 15

Zastępczyni dyrektora Karen Trent, atrakcyjna blondynka tuż po trzydziestce, 

znała się na swojej robocie. Była przejęta i wyraźnie zmartwiona.

- Jest pani całkowicie pewna, pani Lancaster? - spytała po raz trzeci Clare, 

która już się przebrała w czarne spodnie i brązowy T - shirt, patrzyła na Karen z 
drugiej strony biurka. Obok niej siedziała Elizabeth, również już w swoim ubraniu.

- Sama pani widziała te hantle w basenie - powiedziała Clare. - Skąd, pani 

zdaniem, się tam wzięły?

- Nie twierdzę, że nie mogły się komuś wymsknąć i wpaść do basenu - odparła 

Karen. - Ale jestem pewna, że nie było to celowe działanie.

Kłamie,   pomyślała   Clare,   lecz  w   tych  okolicznościach   trudno   jej   się   dziwić. 

Przyjęła   do   wiadomości,   że   coś   nieprzyjemnego   wydarzyło   się   w   Tropikalnej 

Komnacie,   ale   zamierzała   zbagatelizować   sytuację.   Wiele   osób   na   jej   miejscu 
zrobiłoby to samo. Taka sensacja w ekskluzywnym spa byłaby złą reklamą dla firmy.

- Nie była tam pani - powiedziała Clare - a ja tak. I wiem, co widziałam.
- Nie kwestionuję wydarzeń, tylko to, jak je pani interpretuje - powiedziała 

szybko Karen. - Moim zdaniem któraś z klientek przez pomyłkę weszła do Tropikalnej 
Komnaty, zmieszała się, widząc, że jest zajęta, i upuściła hantle.

To kłamstwo było zabarwione desperacją. Clare zastanawiała się, czy Karen boi 

się o swoją posadę.

- Ktoś próbował roztrzaskać mi czaszkę tymi hantlami - tłumaczyła spokojnie. - 

Proszę mi wierzyć, to nie był przypadek.

- Po co ktoś z błotną maseczką na twarzy miałby iść do siłowni po hantle? - 

wtrąciła Elizabeth, rzucając Karen gniewne spojrzenie.

-   Nasi   klienci   mogą   dowolnie   korzystać   ze   wszystkich   naszych   propozycji, 

łącznie  z   siłownią   -  odpowiedziała  zastępczyni   dyrektora.  -   Wie   pani   o   tym,   pani 

Glazebrook. Niektórym nudzi się leżenie z maseczką na twarzy. Idą wtedy do Pokoju 
Kontemplacji albo do Oazy Spokoju czy na siłownię.

- Nie zawiadomi pani policji? - spytała Clare.
- Nie widzę powodu, żeby to zrobić. - Karen rozłożyła ręce. - Oczywiście pani 

lub pani Glazebrook możecie zrobić, jak uważacie. Ale jeśli postanowicie to zgłosić, 
proszę pamiętać, że nie macie, panie, żadnych dowodów poza tymi hantlami. A jak już 

mówiłam, ich obecność w basenie można wytłumaczyć w inny sposób.

background image

To   strata   czasu,   pomyślała   Clare.   Uspokoiła   się   już   i   odzyskała   jasność 

myślenia.   Uświadomiła   sobie,   że   większość   mieszkańców   Stone   Canyon   wciąż   się 

zastanawia, czy to ona zabiła Brada McAllistera. Karen Trent kłamała, bo pewnie 
uważa ją za morderczynię.

Przeciwko nim przemawiało jeszcze coś. Clare spojrzała na Liz i dostrzegła w 

oczach siostry ponurą rezygnację. Obie wiedziały, że plotki o załamaniu nerwowym 

Elizabeth nigdy do końca nie ucichły.

Żadna   z   nich   nie   zostałaby   uznana   za   wiarygodnego   świadka.   Nazwisko 

Glazebrook zapewniłoby im uprzejme potraktowanie przez policję, ale na tym byłby 
koniec dochodzenia.

Clare wstała.
- Chodź - powiedziała do Elizabeth.

Liz podniosła się z krzesła, zła jak osa, i ruszyła za siostrą.
W   holu   założyły   ciemne   okulary   i   wyszły   na   intensywne   wczesno   - 

popołudniowe   słońce.   Z   nawierzchni   parkingu   unosiły   się   fale   gorąca,   błotniki 
samochodów błyszczały w słońcu.

W mercedesie było gorąco jak w piecu, chociaż Elizabeth włożyła za przednią 

szybę srebrną osłonę przeciwsłoneczną.

Liz usiadła za kierownicą, zdjęła osłonę i włączyła klimatyzację. Clare usiadła 

obok niej i sięgnęła po pas. Sprzączka była tak nagrzana, że aż parzyła.

- Wiesz, kto to był, prawda? - zapytała Elizabeth.
- Wiem - odparła Clare cicho. - I ty też.

- Dlatego wolałaś nie zawiadamiać policji.
- Tak. Ale nie tylko dlatego. Karen Trent miała rację, mówiąc, że nie mamy 

żadnego dowodu. Nie potrzeba mi więcej problemów z miejscowymi stróżami prawa.

- Więc co zrobimy? - spytała Elizabeth. - Ona próbowała cię zabić. Nie możemy 

puścić tego płazem.

-   Najmądrzej   byłoby,   gdybym   wyjechała   z   miasta   -   odparła   Clare.   -   Moja 

obecność działa na nią jak płachta na byka.

-   Valerie   Shipley   jest   taka   sama   jak  jej   syn   -   powiedziała   Elizabeth.  -   Jest 

wariatką.

- Zgadzam się. Ale nie udało nam się udowodnić, że Brad był świrem, i wątpię, 

żeby udało nam się tego dowieść w przypadku jego matki.

background image

ROZDZIAŁ 16

Przed   domem   Shipleyów   stał   złoty   jaguar.   Clare   zatrzymała   się   za   nim, 

wyłączyła silnik i spojrzała na drzwi frontowe rezydencji.

To, co sobie zaplanowała, pewnie nie zda egzaminu, ale nie widziała innego 

sposobu, żeby przyszpilić Valerie.

Wysiadła z samochodu i przewiesiła torebkę przez ramię. Tak mocno ściskała 

pasek, że pewnie zostawiała na skórze ślady paznokci.

Nie powiedziała Elizabeth, co zamierza, bo wiedziała, że siostra chciałaby jej 

towarzyszyć. Nie mogła ryzykować, że Valerie - gdyby jej strategia zawiodła - skieruje 
swoją wściekłość na Liz. To by tylko pogorszyło sytuację, a Elizabeth już i tak nie 

miała łatwo w tym mieście.

Zatrzymała się przed wejściem i ze ściśniętym żołądkiem, jakby spodziewała się 

ciosu, nacisnęła dzwonek.

Z holu po drugiej stronie nie dobiegły żadne kroki.

Zadzwoniła jeszcze raz.
Znowu nic.

Cofnęła   się,   nie   wiedząc,   czy   bardziej   jej   ulżyło,   czy   jest   zawiedziona. 

Odwlekanie   konfrontacji   z   Valerie   nie   poprawi   sytuacji.   Było   to   odwlekanie 

nieuniknionego.

Podeszła do złotego jaguara i zajrzała do środka.

Na podłodze po stronie pasażera leżał zmięty biały turban. Wyglądał, jakby 

ktoś pozbył się go w pośpiechu.

Clare poczuła, jak żołądek podchodzi jej do gardła. Pomyślała, że nie powinna 

być zaskoczona. Przecież spodziewała się, że napastnikiem z Tropikalnej Komnaty 

była Valerie. Mimo to znalezienie dowodu wywarło na niej duże wrażenie.

Przeszła przez podjazd do garażu na trzy samochody.

Jedne drzwi były uniesione, odsłaniając puste miejsce, pewnie na jaguara.
Weszła do środka, zdjęła okulary przeciwsłoneczne i się rozejrzała.

Drugie miejsce również było puste. Ale w głębi, na trzecim, stał srebrzystoszary 

SUV, taki sam jak ten, który prawie ją rozjechał na parkingu centrum handlowego.

Przeszedł ją dreszcz. Musiała sobie przypomnieć, że musi oddychać. Wyszła z 

garażu, zastanawiając się, co dalej.

Widziała dwa z trzech wozów Shipleyów. Owena pewnie nie było, ale Valerie 

background image

raczej tak. Dlaczego więc nie zareagowała na dzwonek?

Co może robić alkoholiczka po nieudanej próbie morderstwa?

Wraca   do   domu   i   pije   mocnego   drinka.   Albo   dwa   lub   nawet   więcej.   To 

najbardziej prawdopodobne, uznała Clare.

Spojrzała na przejście między domem a garażem i zobaczyła furtkę z kutego 

żelaza, za którą znajdowały się taras z basenem i ogród. Za ogrodem rozciągały się 

szmaragdowozielone połacie pola golfowego. Dostrzegła tylko jeden meleks. Golfiści z 
Arizony są twardzi, ale nawet im dawał się we znaki dzisiejszy upał.

Furtka   jest   pewnie   przeznaczona   dla   ogrodników   i   czyścicieli   basenów.   I 

pewnie jest tam alarm.

Ale może o tej porze jest wyłączony, zwłaszcza jeśli ktoś jest w domu.
Rozważała,   co   zrobić.   Wtargnięcie   do   domu   mogło   skończyć   się 

aresztowaniem, a nawet postrzeleniem, jako że w Arizonie prawie wszyscy mieli broń 
palną.

Podeszła do furtki i spojrzała na basen.
Ktoś był w jasnej, błyszczącej wodzie. Ale nie pływał.

Valerie   Shipley   nie   miała   na   sobie   kostiumu   kąpielowego.   Była   w   białych 

spodniach i topie bez rękawów.

Unosiła się na wodzie twarzą do dołu.
Clare pchnęła furtkę i ruszyła w stronę basenu. Położyła torebkę na krawędzi i 

weszła do wody.

Ledwie   dotknęła   ciała,   wiedziała,   że   Valerie   nie   żyje.   Aby   się   upewnić, 

sprawdziła jeszcze puls. Nie wyczuła go.

Wystarczy, pomyślała. Nic więcej nie jestem jej winna.

Wygramoliła się na brzeg i ociekając wodą, otworzyła drzwi małej przebieralni. 

W  środku   znalazła  stos  czystych  ręczników.  Wzięła  jeden  i  wytarła  ręce,  a   potem 

zadzwoniła na 911.

- Karetka jest już w drodze - zapewniła ją operatorka. - Mówiła pani, że nazywa 

się Clare Lancaster?

- Tak.

Clare Lancaster, etatowa podejrzana w Stone Canyon.
Rozłączyła   się,   wytarła   dokładniej   i   weszła   do   domu,   żeby   otworzyć   drzwi 

ekipie karetki.

Na białym stoliku obok opróżnionej do połowy karafki martini leżała komórka. 

background image

Clare   wzięła   kilka   serwetek   z   barku   i   ostrożnie   podniosła   telefon,   by   sprawdzić 
połączenia.

Niestety przez cały dzień nie było żadnych połączeń - ani wychodzących, ani 

przychodzących.

W oddali usłyszała wycie syren. Zostało jej jeszcze parę minut, więc spisała 

numery z książki telefonicznej komórki Valerie.

background image

ROZDZIAŁ 17

Nie ruszaj się z motelu - rozkazał Jake. - Przyjadę za jakieś pół godziny.

- Przykro mi - powiedziała Clare znużonym głosem - ale muszę odwołać nasze 

dzisiejsze spotkanie. Obawiam się, że nie byłabym atrakcyjną towarzyszką na wieczór.

Jake już szedł do drzwi swojego gabinetu.
-   Nawet   o   tym   nie   myśl   -   rzucił.   -   Randka   to   teraz   najmniejsze   z   twoich 

zmartwień.

- Nie jest tak źle - odparła po chwili. - Nie aresztowali mnie ani nic takiego. Na 

razie   mają   dwie   teorie.   Według   pierwszej   Valerie   upiła   się,   wpadła   do   basenu   i 
utonęła. Według drugiej popełniła samobójstwo. Zrobią autopsję, żeby sprawdzić, czy 

brała prochy.

- Już jadę.

- Wszystko w porządku, Jake, naprawdę. Elizabeth jest ze mną.
- W takim razie obie się nigdzie nie ruszajcie.

Rozłączył się i zatrzymał się przy biurku asystentki w dziale administracji.
Brenda   Wilson   spojrzała   na   niego   ze   swoją   zwykłą   poważną   miną.   Miała 

sześćdziesiąt lat i była niezamężna. Z tego, co ustalił Jake, bez reszty poświęciła się 
pracy. Już na początku ich znajomości poinformowała go z dumą, że pracuje w firmie 

od ponad trzydziestu lat. Zaczynała jako sekretarka Owena.

- Nie będzie mnie przez resztę popołudnia - powiedział jej. - Nie łącz moich 

telefonów.

- Rozumiem, panie Salter - odparła. - Domyślam się, że ma to coś wspólnego ze 

śmiercią pani Shipley?

-   Nigdy   nie   przestaniesz   mnie   zadziwiać,   Brendo.   Dowiedziałem   się   o   tym 

zaledwie pięć minut temu. A ty kiedy się dowiedziałaś?

- Cztery minuty temu, kiedy rozmawiał pan przez telefon. Zadzwoniła do mnie 

asystentka pana Glazebrooka i powiedziała o tej tragedii.

- Pan Glazebrook jest u siebie?

-   Nie,   wyszedł   tuż   przed   południem.   Powiedział,   że   jedzie   do   domu,   żeby 

popracować nad specjalnym projektem.

- Do zobaczenia w poniedziałek, Brendo.
- Udanego weekendu, sir.

- Obawiam się, że to będzie długi weekend pełen wydarzeń.

background image

- Trudno się nudzić, kiedy w pobliżu jest Clare Lancaster - powiedziała Brenda.
Tłumiona złość w jej głosie sprawiła, że zatrzymał się, odwrócił i spytał:

- Czy jest coś, Brendo, o czym według ciebie powinienem wiedzieć?
Wzięła stos wydruków i energicznie położyła na biurku, żeby je ułożyć.

- Podobno to Clare Lancaster znalazła ciało pani Shipley w basenie - odparła.
- Słyszałem o tym.

Brenda odchrząknęła.
- Dziwnym zbiegiem okoliczności to również pani Lancaster znalazła ciało syna 

pani Shipley, Brada, pół roku temu.

- O tym też słyszałem. Odnoszę wrażenie, że nie wierzysz w zbiegi okoliczności.

- Nie, sir, nie wierzę. - Brenda odłożyła idealnie wyrównany stos papierów i 

położyła na nich splecione dłonie. - Nikt tutaj w nie nie wierzy. Nie, kiedy w sprawę, 

zamieszana jest Clare Lancaster.

Cofnął się i stanął przy jej biurku.

- Nie powiem ci, co masz myśleć, Brendo - rzekł. - Ale lepiej będzie, jeśli swoje 

opinie dotyczące pani Lancaster i zbiegów okoliczności zatrzymasz dla siebie.

Brenda się spięła.
- Tak, sir.

Wyszedł, kierując się na parking. Ciekawe, co powiedziałaby Brenda, gdyby 

wiedziała, że jej wychuchane małe mieszkanko było jednym z wielu, jakie przeszukał 

podczas   swojego   krótkiego   pobytu   w   Stone   Canyon.   Niestety   nie   znalazł   tam   nic 
oprócz dowodów na to, że całe jej życie to praca i biurowe plotki.

Komórka Jake'a zadzwoniła w chwili, kiedy szedł do recepcji motelu Desert 

Dawn. Spojrzał na numer.

- Witaj, Archer - powiedział.
-   Gdzie   jesteś,   Jake?   Właśnie   rozmawiałem   z   Brendą.   Powiedziała,   że   już 

wyszedłeś i że ma to coś wspólnego z Clare.

- Brenda jak zwykle panuje nad sytuacją. - Jake zatrzymał się przed drzwiami. 

Nie chciał prowadzić tej rozmowy przy recepcjoniście. - Jestem w motelu Clare.

- Już jesteś na lotnisku? - Archer był zaskoczony. - Szybko ci poszło, zwłaszcza 

że jest piątek i godziny szczytu.

- Miałem szczęście. Nie było tak tłoczno jak zwykle.

- Słyszałeś, co się stało?
- Tak. Gdzie jesteś?

background image

- Jadę do Shipleya. Sytuacja nie jest dobra, Jake. Już miałem parę telefonów od 

lokalnej prasy.

- Nic im nie mów - doradził Jake.
-   Masz   mnie   za   głupca?   To   chyba   jasne,   że   nie   odbieram   tych   cholernych 

telefonów. Najbardziej martwi mnie, że nie udało mi się skontaktować z Clare. Nie 
odbiera komórki.

- Przekażę jej, że chcesz z nią rozmawiać.
- Jak się nazywa jej motel? Może tam ją złapię.

- Zaczęło przerywać, Archer. Nie słyszę cię. Zadzwonię do ciebie później.
- Zaczekaj, do cholery...

Jake rozłączył się i wszedł do holu. Recepcjonista podniósł wzrok.
- Kolejna noc? - zapytał.

-   Nie   -   odparł   Jake.   -   Pani   Lancaster   też   już   się   wyprowadza.   Proszę 

przygotować jej rachunek. Zaraz wyjeżdża.

- Tak, sir.
Jake wszedł na pierwsze piętro. Drzwi pokoju 210 otworzyła Elizabeth.

- Jake. - Dostrzegł w jej oczach ulgę. - Dzięki Bogu, że jesteś. Co za dzień.
Przez otwarte przesuwane szklane drzwi do środka wpadało gorące powietrze z 

dworu. Klimatyzator okienny dawał z siebie wszystko, ale była to przegrana bitwa. W 
pokoju było duszno.

Clare stała na malutkim balkoniku wpatrzona w taras i basen na dole.
- Co z nią? - zapytał cicho.

- Jest wyczerpana - powiedziała równie cicho Elizabeth.
Nagle Clare wyprostowała się, odwróciła głowę i posłała im gniewne spojrzenie.

-   Do   cholery   -   burknęła.   -   Nie   musicie   zachowywać   się   jak   na   oddziale 

intensywnej terapii i rozmawiać o mnie szeptem. Nic mi nie jest.

- Twarda sztuka, co? - rzucił Jake do Elizabeth.
- Prosto z San Francisco.

Clare prychnęła.
- Ale nie daj się jej nabrać. - Liz zamknęła drzwi. - Zgrywa twardzielkę, ale tak 

naprawdę dużo dzisiaj przeszła.

- Znalezienie ciała to nic przyjemnego - przyznał.

Elizabeth spojrzała na niego.
- Zwłaszcza jeśli to ciało - powiedziała - należy do kobiety, która próbowała cię 

background image

zabić parę godzin wcześniej.

- Myślę - odparł Jake - że musimy porozmawiać.

background image

ROZDZIAŁ 18

Powiem   ci   prawdę,   Archer.   Nie   mógłbym   cię   okłamać.   Za   długo   jesteśmy 

przyjaciółmi.   -   Owen   pochylił   się   w   skórzanym   fotelu,   oparł   łokcie   na   kolanach   i 
patrzył przez przeszkloną ścianę na lśniącą w promieniach słońca wodę basenu. - To 

okropne,   co   powiem,   ale   poczułem   ulgę,   kiedy   powiedzieli   mi,   co   się   stało.   Moją 
pierwszą myślą było, że przynajmniej nie będzie więcej scen.

- Była w koszmarnym stanie. - Archer podał Shipleyowi szklaneczkę whisky, 

którą właśnie napełnił.

Owen popatrzył na szklaneczkę w swojej dłoni, jakby ten widok był dla niego 

zaskoczeniem.

- Była moją żoną. Zawiodłem. Powinienem wysłać ją na odwyk.
- Nie bądź dla siebie zbyt surowy. - Archer usiadł naprzeciw niego. - Robiłeś, co 

mogłeś. Myra mówiła, że Valerie nawet nie chciała słyszeć o odwyku.

Owen upił odrobinę whisky.

- Wściekała się za każdym razem, kiedy próbowałem z nią o tym rozmawiać. 

Zasugerowałem, żeby spotkała się z terapeutą kimś z towarzystwa, kto rozumiałby jej 

parawrażliwą naturę i pomógł jej pogodzić się ze stratą.

Archer   nie   wiedział,   co   powiedzieć,   więc   siedział   w   milczeniu,   po   prostu 

dotrzymując towarzystwa człowiekowi, który był jego partnerem i przyjacielem od 
tylu lat.

Owen wziął kolejny łyk whisky i odstawił szklaneczkę.
- To było samobójstwo - powiedział. - Nie wypadek. Archer spojrzał na niego.

- Jesteś pewien?
-   Tak.   Mówiła   o   tym   tamtego   wieczoru,   kiedy   wepchnęła   Clare   do   basenu. 

Powiedziała, że nie jest w stanie znieść widoku zabójczyni syna. Świadomość, że Clare 
chodzi sobie po Stone Canyon jak gdyby nigdy nic, to było dla niej za wiele.

- Clare nie zamordowała Brada.
Owen westchnął.

- My to wiemy, Archer. Ale Valerie miała obsesję i podejrzewam, że zaczynała 

mieć urojenia. Szczerze mówiąc, zamierzałem cię ostrzec, że Clare może coś grozić z 

jej strony.

Archer zmarszczył brwi.

- Myślisz, że mogła być niebezpieczna?

background image

- Tak, myślę, że tak.
Rozległo się ciche piknięcie. Obaj spojrzeli na zegarek Owena. Owen wstał.

- Czas na mój zastrzyk. Zaraz wracam.
Przeszedł przez salon i ruszył korytarzem do kuchni.

Archer też się podniósł i podszedł do przeszklonej ściany, za którą widać było 

basen. Jego wewnętrzny strateg szybko ocenił sytuację Clare, która w ciągu pół roku 

znalazła aż dwa ciała.

Nie   podobał   mu   się   wynik.   Ale   w   przypadku   utonięcia   bardzo   trudno   jest 

udowodnić morderstwo. Większość dowodów rozpływa się w wodzie.

background image

ROZDZIAŁ 19

Zeszli   nad   mały   motelowy   basen   i   usiedli   na   przybrudzonych   plastikowych 

krzesłach   przy   chybotliwym   plastikowym   stoliku.   Było   wpół   do   szóstej. 
Późnopopołudniowe   słońce   schowało   się   za   budynkiem,   więc   basen   był   w   cieniu. 

Nadal było bardzo gorąco, ale wiał lekki wietrzyk.

Jake kupił w automacie obok schodów trzy butelki chłodnej wody. Postawił je 

na stoliku.

Clare wzięła jedną i się napiła. Od kiedy wyszli z jej pokoju, nie odezwała się 

ani słowem.

- No dobra - zaczął Jake. - Chcę poznać całą historię.

Clare popatrzyła na siostrę.
- Ty mu powiedz.

Elizabeth   otoczyła   dłońmi   podstawę   swojej   butelki   i   spojrzała   poważnie   na 

Jake'a.

- Wszyscy wiemy, że Valerie miała problem z piciem - zaczęła. - Chodziły też 

słuchy, że znalazła lekarza, który lekką ręką wypisywał recepty.

Jake   w   milczeniu   skinął   głową.   Już   dawno   odkrył,   że   im   więcej   ciszy   do 

zapełnienia, tym więcej ludzie mówią. Zresztą Elizabeth sprawiała wrażenie, że chce 

mówić.

W   przeciwieństwie   do   Clare,   pomyślał,   zerkając   na   nią   kątem   oka.   Miał 

przeczucie, że gdyby chciał od niej dowiedzieć się całej historii, musiałby wydzierać 
informacje kawałek po kawałku.

-   Na   przyjęciu   u   rodziców   sam   widziałeś,   że   Valerie   oskarżała   Clark   o 

zamordowanie Brada - ciągnęła Elizabeth.

- Zgadza się - powiedział Jake, sięgając po butelkę z wodą.
Elizabeth zaczerpnęła powietrza.

- Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale dziś w spa Valerie próbowała zabić Clare.
Poczuł się, jakby w środku nocy spadł w przepaść. Pod jego stopami była tylko 

pustka i ciemność.

Opuścił   butelkę   i   spojrzał   na   Clare.   Wpatrywała   się   w   basen   ze   stoickim 

spokojem. Uświadomił sobie, że czeka. Czekała, aż on powie, że coś jej się ubzdurało. 
Że   nikt   nie   próbował   jej   zabić,   że   takie   rzeczy   nie   zdarzają   się   w   eleganckich 

ośrodkach.

background image

- Opowiedz o tym - poprosił cicho.
Położyła rękę na stoliku i przez chwilę bębniła palcami.

- Chciała rozbić mi głowę - powiedziała i zamilkła.
- Clare była w Komnacie Tropikalnej - wyjaśniła Elizabeth. - Sama. Siedziała w 

basenie. Weszła tam kobieta w białym szlafroku, turbanie na głowie i z maseczką 
błotną na twarzy. Zaszła Clare od tyłu i rzuciła w nią hantlami.

-   Cholera   -   mruknął   Jake.   Nadal   spadał   w   ciemność.   Próbował   myśleć.   - 

Jesteście pewne, że to była Valerie Shipley?

Clare wzruszyła ramionami.
- Na tyle, na ile można w tych okolicznościach. Nie widziałam twarzy, bo była 

pod maseczką, ale ta kobieta była postury Valerie. Chuda. Wręcz koścista.

- Nie zapominaj o turbanie - dodała Elizabeth.

- Jakim turbanie? - zapytał Jake.
- Kobieta, która próbowała mnie zabić, miała na głowie turban z ręcznika - 

powiedziała Clare. - Kiedy pojechałam później do domu Shipleyów, znalazłam taki 
sam turban na przednim siedzeniu jaguara Valerie. Rzuciła go tam, kiedy wracała ze 

spa.

- Opowiedz mi wszystko po kolei - poprosił Jake.

Spojrzała na niego niepewnie. Obawia się, że jej nie uwierzę, pomyślał.
- Było tak, jak powiedziała Elizabeth. - Clare zacisnęła palce na butelce z wodą. 

- Siedziałam sama w basenie. Usłyszałam, jak za moimi plecami otwierają się drzwi. 
Myślałam, że przyszedł ktoś z obsługi, żeby mi powiedzieć, że mój czas się skończył. 

Ale usłyszałam stukot butów na posadzce.

- Butów? - powtórzył Jake.

-   To   były   buty   na   twardych   podeszwach,   a   wszyscy   w   spa   noszą   buty   na 

miękkich podeszwach albo klapki. W pierwszej chwili pomyślałam, że ktoś wszedł 

przez   pomyłkę,   ale   potem   ogarnął   mnie   niepokój,   jakby   miało   zdarzyć   się   coś 
strasznego.

- Włączyła się twoja intuicja - stwierdziła Elizabeth.
- Tak, i do tego te buty - powiedziała Clare.

- Mów dalej.
-   Uskoczyłam   na   środek   basenu.   Valerie   zamachnęła   się   hantlami   i   rzuciła 

nimi. Hantle odbiły się od poduszki i wpadły do wody.

- O mały włos, a rozbiłaby jej głowę - powiedziała Elizabeth. - Gdyby Clare się 

background image

nie odsunęła, byłaby martwa lub co najmniej poważnie ranna.

- Co zrobiłaś potem? - zapytał Jake, starając się zachować spokojny ton.

- Wyskoczyłam z basenu - odparła Clare. - Ale Valerie uciekła, zanim zdążyłam 

złapać ręcznik. Kiedy dobiegłam do drzwi, jej już nie było.

- Zakładam, że to zgłosiłaś - rzekł Jake. Clare i Elizabeth wymieniły spojrzenia.
- Powiedziałyśmy o tym zastępcy dyrektora - odparła Clare.

- Zadzwonił na policję? - cisnął Jake.
-   To   kobieta   -   wyjaśniła   Elizabeth.   -   Nazywa   się   Karen   Trent.   I   nie,   nie 

zadzwoniła   na   policję.   Nie   uwierzyła   nam,   kiedy   powiedziałyśmy,   co   się   stało. 
Upierała się, że błędnie interpretujemy wypadki.

- A co z hantlami?
-   Ciągle   były   w  basenie   -   odpowiedziała   Clare.   -   Ale   pani   Trent  uznała,   że 

zostały   przypadkowo   upuszczone   przez   tę   osobę,   która   przez   pomyłkę   weszła   do 
Tropikalnej Komnaty.

- Zawiadomiłyście policję? - zapytał Jake.
Clare nie odpowiedziała.

Elizabeth zacisnęła usta. Jake westchnął.
- Nie zawiadomiłyście.

-   Miałam  już   do   czynienia   z   miejscową  policją   -   powiedziała  Clare.   -   I  nie 

wspominam tego najlepiej.

- A mnie nikt by nie potraktował poważnie - dodała Liz - bo wszyscy myślą że 

przeszłam załamanie nerwowe.

Clare spojrzała na siostrę.
-  Poza  tym niczego nie  widziałaś.  W tym  czasie byłaś  na  zabiegu w innym 

pomieszczeniu. Byłoby więc tylko moje słowo przeciwko słowu Valerie.

-   Racja   -   przyznała   Elizabeth.   Zwróciła   się   do   Jake'a:   -   Policja   przyjęłaby 

zgłoszenie ze względu na tatę, ale śledztwo i tak nic by nie wykazało. Jeśli były jakieś 
dowody, to woda zmyła je z hantli.

Może   nie   wszystkie,   pomyślał  Jake.   Opadł   na   oparcie   krzesła,   wyprostował 

nogi i napił się wody.

- Myślisz, że ten SUV, który chciał cię wczoraj rozjechać na parkingu, należał 

do Valerie? - spytał po chwili.

- Widziałam dziś w garażu Shipleyów identycznego - odparła Clare.
- Pojechałaś sama do Shipleyów, żeby skonfrontować się z szaloną ogarniętą 

background image

obsesją kobietą?

Clare zamrugała., a potem gniewnie zmarszczyła brwi. Nie przyjmuje dobrze 

krytyki, pomyślał.

-   Miałam   nadzieję,   że   uda   mi   się   z   nią   porozmawiać   -   rzuciła   chłodno.   - 

Przemówić jej do rozsądku.

- Clare nie powiedziała mi o swoich zamiarach - wtrąciła Elizabeth. - Inaczej 

bym z nią pojechała.

Clare skuliła się na krześle.

- Okay, przyznaję, że pojechanie do Valerie nie było najmądrzejszą rzeczą, jaką 

w życiu zrobiłam.

Odpuścił. Krytykowanie jej nic by nie dało. Poza tym głównym powodem, dla 

którego chciał ją złajać, było to, że nie wiedział, jak inaczej rozładować napięcie, jakie 

się w nim nagromadziło. Lepiej skoncentrować się na planie działania.

- Jakie jest stanowisko policji w sprawie śmierci Valerie? - zapytał.

- Nie jestem oficjalną podejrzaną - odparła - ale poprosili mnie, żebym przez 

jakiś czas nie opuszczała Phoenix.

-   Dopóki   patolog   nie   stwierdzi,   że   było   to   przypadkowe   utonięcie   albo 

samobójstwo - wyjaśniła Elizabeth. - To nie powinno długo potrwać. Śmierć Valerie 

Shipley   wywołała   ogromne   poruszenie,   więc   policja   będzie   chciała   się   wykazać. 
Jestem pewna, że pospieszą się z autopsją.

-   Tymczasem   wygląda   na   to,   że   będę   musiała   zrobić   sobie   małe   pranie   - 

powiedziała ze znużeniem Clare. - Skończyły mi się czyste ubrania.

Elizabeth zmarszczyła brwi.
- Mogę zabrać twoje rzeczy do domu i poprosić gosposię, żeby się nimi zajęła.

- Dziękuję, ale nie trzeba. Jestem pewna, że kierownictwo motelu nie będzie 

miało nic przeciwko, jeśli powieszę parę rzeczy na balkonie.

Jake spojrzał na mały balkonik.
-   Twoja   bielizna   wisząca   na   barierce   z   pewnością   dodałaby   uroku   temu 

przybytkowi, ale znam lepsze rozwiązanie.

- Wiem. Ponowne zakupy. - Skrzywiła się. - Może do tego dojdzie, jeśli policja 

nie pozwoli mi wkrótce na wyjazd z miasta. Wolałabym jednak uniknąć dodatkowych 
wydatków. Ta podróż już i tak kosztowała mnie więcej, niż zamierzałam wydać.

-   Wyślij   rachunki   tacie   -   zasugerowała   Elizabeth.   -   To   na   jego   prośbę   tu 

przyjechałaś.

background image

- Wiem, ale mam swoje zasady - odparła Clare miękko.
- „Nigdy nie brać pieniędzy od Archera Glazebrooka" - zacytowała zirytowana 

Liz. - Tak, znam tę twoją głupią zasadę. Ale jeśli nie pozwolisz, żeby tata ci pomógł, 
będziesz musiała wziąć pieniądze ode mnie.

Clare westchnęła.
- Przy odrobinie szczęścia to nie będzie konieczne. Ciągle mam nadzieję, że za 

parę dni wrócę do San Francisco.

Jake pochylił się do przodu i położył splecione dłonie na stoliku.

- Jedno jest pewne: nie zostaniesz w tym motelu. Elizabeth się ożywiła.
- Zgadzam się z tobą, Jake. To straszna nora.

- Jest czysto - upierała się Clare.
- U mnie też - powiedział Jake.

Obie kobiety spojrzały na niego zaskoczone.
- Mam mnóstwo miejsca - wyjaśnił. - A do tego pralkę i suszarkę. W oczach 

Elizabeth błysnęła ulga.

- To nie taki zły pomysł, Clare.

Clare pokręciła głową.
- Naprawdę nie sądzę...

- To już ustalone - przerwał jej Jake.
- Raczej śmieszne - odparowała.

-   Śmieszne   byłoby,   gdybyśmy   oboje   siedzieli   w   tym   motelu,   skoro   mam 

naprawdę niezły dom z basenem i porządną kuchnią - powiedział.

Clare się zjeżyła.
- Nikt od ciebie nie wymaga, żebyś tutaj siedział.

- Nie, ale będę musiał to zrobić, jeśli nie przestaniesz się upierać - tłumaczył 

łagodnie.   -   Bądź   rozsądna.   Miałaś   potwornie   męczący   dzień.   Jesteś   wyczerpana. 

Elizabeth   i   ja   doszliśmy   do   wniosku,   że   nie   powinnaś   być   dzisiaj   sama.   Moja 
propozycja to sensowna alternatywa tego podrzędnego motelu.

Liz zwróciła się do siostry.
- Moim zdaniem powinnaś się zgodzić. Dzięki temu nie będę musiała się o 

ciebie martwić.

- No cóż - westchnęła Clare. - Zgadzam się.

Jake odetchnął z ulgą. Tę rundę wygrał.
I tyle na razie wystarczy. Odpowiedzi, których potrzebował, uzyska później, 

background image

kiedy Clare będzie na jego terytorium.

-   Spakuj   rzeczy   -   powiedział.   -   Zabieram   cię   do   siebie.   Potem   muszę   coś 

załatwić.

Coś w jego tonie musiało zaalarmować Clare. Zmarszczyła brwi.

- Co takiego?
- Przed kolacją poćwiczę trochę na siłowni spa.

background image

ROZDZIAŁ 20

Siłownię spa w Stone Canyon wypełniał modny tłumek amatorów dbania o 

kondycję   fizyczną.   Wszystkie   bieżnie,   rowerki   i   wiosła   były   zajęte   przez   ludzi   w 
eleganckich strojach sportowych.

Ubrany w szorty, wyblakły T - shirt i adidasy, Jake przeszedł przez salę do 

miejsca,   gdzie   leżały   błyszczące   hantle   różnej   wielkości.   Wybrał   ciężarek   o   wadze 

trzech i pół kilograma. Ledwie zacisnął dłoń na hantlach, przeniknęła go mroczna 
energia.   Choć   był   na   to   przygotowany,   czuł   się   jak   pod   wpływem   środków 

halucynogennych. Kosztowało go wiele wysiłku, żeby nie upuścić hantli na podłogę. 
Zacisnął   mocniej   palce,   równocześnie   otwierając   w   pełni   swoje   zmysły.   Furia, 

desperacja, przemożne pragnienie zemsty. Wielka satysfakcja. Tak blisko. Cierpienie. 
Ból. Porażka. Rozpacz. Wściekłość.

Wziął   głęboki   uspokajający   oddech   i   ostrożnie   odłożył   hantle.   W   tej   samej 

chwili   przestały   przez   niego   przepływać   fale   mrocznej   energii.   Ich   miejsce   zajęła 

zwykła złość.

background image

ROZDZIAŁ 21

Clare otworzyła walizkę i przyjrzała się swojej garderobie. Elegancka sukienka, 

którą włożyła wczoraj, nie nadawała się na dzisiejszy wieczór. Teraz była gościem 
Jake'a, a nie kobietą, z którą umówił się na randkę.

Problem polegał na tym, że nie miała w co się ubrać. Najpierw zniszczyła w 

basenie czarny kostium. Sprawdzając puls Valerie, straciła spodnie i T - shirt. Zostały 

jej tylko spodnie i T - shirt, które miała na sobie.

Podeszła   do   szklanych   przesuwanych   drzwi,   przez   które   widziała   kuchnię   i 

drugie skrzydło domu za dziedzińcem z basenem.

Jake stał przy kuchennej wysepce, zajęty przygotowywaniem kolacji. Musiał 

wyczuć, że mu się przyglądała, bo podniósł głowę i machnął do niej niedbale.

No tak, wyjątkowo trudno podejść myśliwego.

Dzisiaj to ona miała być gospodynią wieczoru. Tymczasem znów znalazła się u 

Jake'a. Będzie pić jego wino i jeść przygotowane przez niego potrawy.

Uznała, że nie ma siły analizować ewentualnych konsekwencji tej sytuacji. To 

był bardzo długi dzień. Weźmie prysznic, a potem zje kolację i pójdzie spać.

Jutro rano będzie się martwić, jak poradzić sobie z Jakiem Salterem.
Kiedy już wykąpana weszła do kuchni, Jake podał jej kieliszek wina i miseczkę 

prażonych migdałów.

- Napij się - powiedział. - I zjedz. Potrzebujesz witamin.

- Masz rację. - Usiadła przy stole i sięgnęła po garść migdałów. - I jak? Czego 

dowiedziałeś się w spa?

- Znalazłem hantle, które Valerie chciała ci rozbić głowę.
- Naprawdę? - Patrzyła na niego z podziwem. - Naprawdę udało ci się wyczuć 

na nich jej energię?

-   Tak,   potrafię   wyczuć  cudzą   energię.   -   Jake  przestał   się   krzątać  i   skubnął 

trochę migdałów. - To musiała być Valerie.

- Jak się wyczuwa taką energię?

Zastanowił się chwilę nad odpowiedzią.
- Jest surowa - rzekł wreszcie. - Elementarna. Mroczna. To jakby znaleźć się w 

sercu tornado.

- Wyczuwasz tylko energię pozostawioną w wyniku aktu przemocy czy także 

inne silne emocje?

background image

- Myśliwi wyczuwają tylko mroczną energię.
- Rozumiem. - Odchrząknęła. - Nie brzmi to zachęcająco.

-   Zapewne   nie   jest   gorsze   od   tych   ultrafioletowych   kłamstw,   o   których   mi 

mówiłaś. Przy okazji, kiedy byłaś pod prysznicem, dzwonił Archer. Mówił, że od paru 

godzin próbuje się z tobą skontaktować.

- Wiem. Widziałam jego numer w nieodebranych połączeniach.

- Oddzwonisz?
- Tak. - Niechętnie wyjęła telefon z kieszeni i wybrała prywatny numer Archera. 

- Nie przestanie wydzwaniać, dopóki z nim nie porozmawiam.

Archer odebrał po pierwszym dzwonku.

- Gdzie jesteś, do diabła?
- Z Jakiem.

- Co robicie?
- Jake przygotowuje kolację. Chwila ciszy.

- Jake przygotowuje kolację? Nie jesteście w restauracji?
- Tak, jeśli chodzi o pierwsze pytanie - powiedziała Clare. - Nie, jeśli chodzi o 

drugie. Jesteśmy u Jake'a.

Znowu w słuchawce zapadła cisza.

- Nic ci nie jest? - spytał wreszcie Archer.
- Nie. Zanim zjawił się Jake, była ze mną Elizabeth.

- Jak się nazywa twój motel? Nikt tego nie wie, nawet Brenda.
- To już bez znaczenia - odparła. - Wymeldowałam się godzinę temu. Jake 

zaproponował mi gościnę. Zgodziłam się.

- Co on sobie wyobraża, do cholery? Jeśli nie masz się gdzie zatrzymać, możesz 

przyjechać tutaj.

Uśmiechnęła się mimo znużenia.

- To nie jest dobry pomysł, Archer. Oboje o tym wiemy.
- Daj mi Jake'a. Podała telefon Jake'owi.

- Chce z tobą rozmawiać.
Jake wytarł dłonie w ścierkę i wziął telefon.

- Dzwonisz nie w porę, Archer. Jestem trochę zajęty. - Chwilę słuchał. - No tak 

- powiedział - ale ona nie chce jechać do ciebie. Wyraziła się dość jasno. Chcesz ją 

przekonywać, żeby zmieniła zdanie?

Znów przez chwilę słuchał Archera.

background image

- Taak, zauważyłem, że jest uparta. Zdaje się, że to u was rodzinne.
Porozmawiamy jutro, Archer. Wiesz, gdzie znaleźć Clare. Nie martw się, zajmę 

się nią.

Rozłączył   się  i   oddał   Clare  telefon,  który  zadzwonił  ponownie,   nim  zdążyła 

zapytać, co powiedział Archer. Spojrzała na wyświetlony numer i westchnęła.

- Cześć, mamo.

- Gdzie jesteś, skarbie? Nadal w Stone Canyon? Wszystko w porządku?
- Tak, nadal tu jestem - odparła Clare. - Sprawy trochę się skomplikowały.

Zapoznała matkę z wydarzeniami, pomijając incydenty na parkingu centrum 

handlowego i w spa. Kiedy jednak użyła słów „ciało" i „policja" w jednym zdaniu, po 

drugiej stronie rozległ się jęk.

- Znowu!

Clare musiała odsunąć telefon od ucha. Jake, który właśnie kroił pomidora, 

podniósł głowę. Wiedziała, że słyszał okrzyk Gwen.

-   Mamo,  robisz   z   tego  taką  aferę,   jakbym   ciągle  znajdowała  jakieś   ciało.   A 

znalazłam zaledwie dwa.

- Dwa w pół roku. Wiesz, jakie jest prawdopodobieństwo takiej sytuacji, jeśli 

nie   jest   się   policjantem   czy   kimś   podobnym?   Do   tego   ci   ludzie   byli   ze   sobą 

spokrewnieni.

- Spokojnie, mamo. Wiesz, że nie mam twojego talentu do rachunków.

- Czy jesteś podejrzana? - zapytała ostro Gwen.
- Nie, nie jestem - odpowiedziała spokojnie Clare.

- A co Archer na to? Wynajął ci adwokata?
-   Nie   potrzebuję   adwokata.   -   Clare   się   zawahała.   -   Przynajmniej   na   razie. 

Wszyscy myślą, że śmierć Valerie Shipley to był wypadek. Mieszanka alkoholu i leków 
uspokajających plus basen. Proszę cię, nie martw się. Jak tylko wszystko się wyjaśni, 

wracam do San Francisco.

- A co z powodem twojego przyjazdu do Arizony? Archer powiedział, dlaczego 

chciał się z tobą widzieć?

Clare uznała, że nie ma sensu tego odwlekać.

- Tak. Chce założyć fundację i chce, żebym nią kierowała.
Gwen zamilkła na chwilę.

- Miałam rację - powiedziała w końcu. - Chce wynagrodzić ci przeszłość.
- Chyba czuje się za mnie odpowiedzialny. Nie mogę znaleźć pracy, więc chce 

background image

mi jadać.

Gwen nie odzywała się.

- Mamo? Jesteś tam?
- Tak, jestem. Ale się martwię. Nie podoba mi się ta sytuacja.

-   Mnie   też   nie   -   przyznała   Clare.   -   Myślę   jednak,   że   za   parę   dni,   jak   już 

dokonają   autopsji   i   wszyscy   się   przekonają,   że   śmierć   Valerie   Shipley   nie   była 

wynikiem morderstwa, wszystko wróci do normy.

- Nadal mieszkasz w motelu?

- Nie, mamo.
-   Z   Elizabeth?   Myślałam,   że   przeniosła   się   do   rodziców   po   sprzedaniu 

mieszkania, a ty nie chcesz bywać u Glazebrooków, jeśli tylko możesz tego uniknąć.

- Tam też nie. - Clare odchrząknęła. - Zatrzymałam się u konsultanta Archera. 

Nazywa się Jake Salter.

- Mieszkasz z obcym mężczyzną?

- On nie jest obcy, mamo.
-   Ale   znasz   go   dopiero   od   paru   dni   -   wykrztusiła   Gwen,   kompletnie 

oszołomiona. - Jest żonaty?

- Nie - odparła Clare, patrząc na Jake'a - nie jest żonaty.

- Mieszkasz z nim sama?
- To skomplikowane, mamo.

- Jak go poznałaś?
- Na przyjęciu u Glazebrooków. Można powiedzieć, że przedstawił nas sobie 

Archer.

- Nieprawda - zaprotestował Jake. - Sam się przedstawiłem.

- Słyszałam - powiedziała Gwen. - Czy to on?
- Tak - potwierdziła Clare. - Przygotowuje kolację.

- Myślisz, że mądrze robisz, zatrzymując się u niego?
- Szczerze mówiąc, jestem teraz zbyt zmęczona, żeby się tym przejmować.

- Clare...
- To był bardzo długi dzień, mamo. Chcę się napić wina, zjeść kolację i pójść do 

łóżka.

Jake   polał   warzywa   oliwą   z   oliwek.   Na   jego   twarz   wypłynął   szelmowski 

uśmieszek.   Clare   uświadomiła   sobie,   że   „pójście   do   łóżka"   można   było   różnie 
zinterpretować.

background image

- Sama - dodała pośpiesznie.
- Nie bardzo mi się to podoba - podsumowała Gwen.

- Kocham cię, mamo, ale muszę już kończyć. Jestem wykończona. Pa.
Rozłączyła się i położyła telefon na stole.

-   Mam   trzydzieści   dwa   lata   -   powiedziała.   -   Nie   mogę   uwierzyć,   że   nadal 

dyskutuję z mamą o tym, gdzie będę spała. Czy faceci też prowadzą takie rozmowy ze 

swoimi matkami?

- Nie mogę odpowiadać za wszystkich facetów na świecie... - Zmiażdżył zębami 

pasek papryki. –Ale ja takich rozmów nie prowadzę.

- Szczęściarz z ciebie. Posolił warzywa.

- Co nie znaczy, że nie ma pewnych nacisków. Prawie się roześmiała.
- Jakoś nie mogę sobie wyobrazić, żeby ktoś, nawet twoja matka, mógłby na 

ciebie naciskać, Jake.

- Nigdy nie lekceważ matki, jeśli chodzi o te sprawy.

- Więc na co naciska twoja matka?
-   Chciałaby,   żebym   się   ponownie   ożenił.   Namawia   mnie,   żebym   się 

zarejestrował na arcanematch.com.

- Zrobisz to?

- Czy ja wiem? Chyba nie mam nic do stracenia, prawda?
Poczuła ukłucie w sercu. Równie dobrze mógłby jej powiedzieć, że nie widzi dla 

nich żadnej przyszłości.

- Raczej nie.

- Rejestrowałaś się tam kiedyś? - spytał.
- Tak, raz. - Upiła łyk wina i opuściła kieliszek.

- Czuję, że nie poszło tak, jak byś chciała - domyślił się Jake. - Specjaliści od 

kojarzenia z Arcane House nie znaleźli ci nikogo?

Zmarszczyła nos.
-   Cóż,   informację,   że   nie   pasujesz   do   nikogo   z   towarzystwa,   trudno   jest 

przełknąć nawet takiej optymistce jak ja.

- Nadal jesteś zarejestrowana?

- Nie. To zbyt przygnębiające dostawać od nich wiadomości w stylu: „Witaj w 

arcanematch.com, Clare Lancaster. Przykro nam, ale jeszcze nie znaleźliśmy nikogo 

odpowiedniego dla ciebie. Sprawdź później".

- Myślisz, że jeszcze kiedyś spróbujesz?

background image

- Po co? - zapytała.
- Może ci się poszczęści - odpowiedział.

- Wątpię. Poza tym chwilowo nie mam nastroju na kolejne odrzucenie.

background image

ROZDZIAŁ 22

Clare gwałtownie obudziła się ze snu, w którym Valerie Shipley ścigała ją po 

spa. W każdym pomieszczeniu znajdował się olbrzymi basen bez dna. Wiedziała, że 
musi uciekać, znaleźć wyjście, ale Valerie była coraz bliżej.

Valerie nie żyje. Uspokój się.
Ale obraz ciała Valerie w turkusowej wodzie basenu nie chciał zblednąć.

Pomyśl o czymś innym.
Przez chwilę leżała nieruchomo, zastanawiając się, co ją obudziło. W końcu 

przekręciła się na bok i spojrzała na zegarek.

Było tuż po północy.

Przypomniała sobie jak przez mgłę, że zaraz po kolacji poszła do łóżka. Zasnęła 

natychmiast,   wyczerpana   po   długim,   ciężkim   dniu.   Ale   teraz   zmęczenie   i   lekkie 

upojenie   winem   minęło.   Była   nienaturalnie   pobudzona   i   nie   mogła   sobie   znaleźć 
miejsca.

Wstała i podeszła boso do przesuwanych szklanych drzwi.
Rozsunęła zasłony i spojrzała w dół na basen, którego jedna część tonęła w 

cieniu rzucanym przez dom, a druga połyskiwała w świetle księżyca. Kiedy zauważyła 
w srebrzystej wodzie postać, wstrzymała oddech. Tylko nie to. Tylko nie kolejne ciało.

Po chwili dotarło do niej, że postać nie unosi się bezładnie na wodzie, lecz 

płynie do zacienionego końca basenu.

Jake.
Działając pod wpływem  impulsu, poszła do łazienki, włożyła szlafrok, który 

pożyczyła od Glazebrooków, i wróciła do szklanych drzwi.

Rozsunęła je i wyszła na zewnątrz.

Na dworze panowała teraz przyjemna temperatura. Kamienne płyty, którymi 

wyłożony był taras przy basenie, oddawały ciepło nagromadzone w ciągu dnia. Clare 

podeszła do krawędzi basenu.

Jake zobaczył ją i podpłynął do brzegu.

- Wszystko w porządku? - zapytał.
- Tak. Właśnie się obudziłam.

- Zły sen?
- Nic dziwnego, biorąc pod uwagę okoliczności.

- Popływaj ze mną. To pomoże ci się zrelaksować i łatwiej zaśniesz.

background image

- Nie mam ze sobą kostiumu.
-   Nie   szkodzi.   Światła   są   wyłączone.   W   nocy   nie   widać   niczego   pod 

powierzchnią.

Spojrzała na wodę. Miał rację. Nie widziała nawet zarysu jego ciała.

- Czy ja wiem... - zastanawiała się.
- Nigdy nie pływałaś nago?

- Nie.
- Spróbuj. Spodoba ci się.

Rozbawienie i zmysłowa nuta w jego głosie sprawiły, że zapragnęła znaleźć się 

w wodzie razem z nim.

- Dobrze - powiedziała. - Ale musisz się odwrócić, kiedy będę wchodzić.
- Nie miałem pojęcia, że jesteś taka wstydliwa. Udawaj, że jesteś na jednej z 

tych europejskich plaż, gdzie wszyscy chodzą nago.

- Nie wiem, czy mam aż tak bujną wyobraźnię, ale spróbuję.

Poszła w najciemniejszy koniec basenu, zdjęła szlafrok i rzuciła go na leżak.
Nie spuszczała oka z Jake'a, który stał w wodzie na drugim końcu odwrócony 

do niej tyłem.

Zaczęła schodzić po schodkach do basenu.

Jake odwrócił się, kiedy była po kolana w wodzie.
- Nie podglądaj! - krzyknęła i skrzyżowawszy ręce na piersi, zanurzyła się po 

szyję. - Obiecałeś.

- Wcale nie. - Płynął powoli w jej stronę niczym wąż morski. - Pamiętałbym tak 

głupią obietnicę.

- Ty widzisz w ciemności, prawda?

- Jestem myśliwym, więc dostałem to w pakiecie - zażartował. - Ale nie martw 

się,   pięknie   wyglądałaś,   wchodząc   do   wody.   Pomyślałem   o   Narodzinach   Wenus 

Botticellego.

Uśmiechnęła się lekko.

- Tyle że nie jestem rudowłosa.
-   Zauważyłem.   Ale   mnie   to   nie   przeszkadza.   -   Podpłynął   bliżej.   -   Wolę 

ciemnowłose, uwodzicielskie, tajemnicze kobiety.

Czy naprawdę tak ją postrzegał? Ona nigdy tak o sobie nie myślała. Owszem, 

ma ciemne włosy. Ale czy jest uwodzicielska i tajemnicza?

- Miałeś rację - powiedziała, leniwie poruszając rękami. - Jest przyjemnie.

background image

- Zwłaszcza po zmroku. - Stanął koło niej, zanurzony po klatkę piersiową w 

wodzie.

- Zawsze pływasz w nocy? - spytała.
- To moja ulubiona pora.

- Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek pływała w świetle księżyca - wyznała. Nie 

mogła oderwać wzroku od zarysu jego sylwetki. - To niezwykłe doświadczenie.

- To też - powiedział.
Wziął ją za ręce, przyciągnął do swojego nagiego torsu i pocałował.

Wiedziałam,  że  tak będzie,  pomyślała,  drżąc z  podniecenia.  I  on  też  o tym 

wiedział.

Dzikie   pożądanie,   jakie   czuła,   zaparło   jej   dech   w   piersi.   Pragnęła   Jake'a. 

Pragnęła zatracić się w jego mocnych ramionach.

Jeszcze  nikt  nie  działał  tak  silnie  na  jej  zmysły.   A może  nikomu  na   to  nie 

pozwalała? Zawsze miała problem z zaufaniem.

Ale dzisiaj puściły wszelkie tamy. Nie bała się skoczyć na głęboką wodę.
Usłyszała swój ochrypły jęk. Pochłonęły go usta Jake'a. Też jęknął, kładąc dłoń 

na jej plecach i przyciskając jej biodra do swoich.

Wtedy poczuła, że nie tylko ona nie ma stroju kąpielowego.

Jego członek napierał na nią, twardy, wygłodniały. Sięgnęła pod wodę i wzięła 

go do ręki.

- Masz się czym pochwalić - szepnęła, delikatnie zaciskając palce.
Oderwał usta od jej warg.

-   Minęło   trochę   czasu   od   ostatniego   razu   -   ostrzegł.   -   Nie   sądzę,   żebym 

wytrzymał długą grę wstępną.

- Powiedz mi, kiedy przestać. - Ujęła go pewniej.
Zaśmiał się ochryple.

- Nie krępuj się.
Pochylił głowę i pocałował dołek w jej ramieniu. Jego palce wsunęły się między 

jej   pośladki,   a   potem   obrysowały   biodra.   Kiedy   wszedł   w   nią   delikatnie   palcami, 
naparła na niego.

- Jake.
- Będziesz tego żałować? - zapytał miękko. - Bo jeśli tak, powiedz mi to teraz.

- Nie będę niczego żałować - szepnęła i pocałowała jego tors.
Wziął ją na ręce i zaniósł do schodów. Owionęło ją chłodne nocne powietrze. 

background image

Zadrżała lekko.

Postawił ją i okrył szlafrokiem. Kiedy poszedł po ręcznik, przez chwilę widziała 

go w pełnej krasie. Nie mogła się oprzeć, by nie patrzeć na jego pobudzoną męskość.

Owinął ręcznik wokół pasa, wrócił i ponownie wziął ją na ręce. Już chciała mu 

powiedzieć, że może iść sama, ale nie zrobiła tego. Czuła się cudownie i nie miało dla 
niej znaczenia, że to mężczyzna podejmuje decyzje. Pierwszy raz w życiu miała ochotę 

poddać się jego woli.

Zaniósł ją do swojej sypialni. W świetle księżyca widziała rozgrzebaną pościel. 

Krawędź kołdry opadła na dywan, prześcieradło i poduszka były pomięte. Pomyślała, 
że jego sen też nie był spokojny i pewnie dlatego wyszedł popływać.

Jake otworzył szufladę nocnej szafki i wyjął małą paczuszkę. Kilkoma szybkimi 

ruchami założył prezerwatywę i już był w łóżku, biorąc Clare w ramiona.

Zawisł nad nią, nie wypuszczając z objęć, i całował jej usta, szyję i piersi. Zsunął 

się niżej i znalazł językiem nabrzmiały guziczek między nogami.

Ogarnęła ją panika.
- Zaczekaj. - Podniosła się na łokciach. - Nigdy nikomu nie pozwoliłam. ..

Uniósł głowę.
- Dlaczego nie?

Nie mogła uwierzyć, że zadał jej to pytanie.
- To chyba nie najlepszy moment na dyskusję.

- A znasz lepszy?
- No dobrze - powiedziała, doprowadzona do rozpaczy. - To zbyt osobiste. Zbyt 

intymne.

- A próbowałaś tego kiedyś?

- Nie.
- Więc nie przemawia przez ciebie doświadczenie. Sama nie wiesz, co tracisz.

Ponownie opuścił głowę, żeby ją pieścić.
Zacisnęła   palce   na   prześcieradle,   oszołomiona   intensywnością   doznań. 

Instynktownie próbowała się odsunąć, ale Jake ściskał jej pośladki, przytrzymując w 
miejscu.

-   Tak   dobrze   smakujesz,   że   mógłbym   zjeść   cię   całą   -   wychrypiał,   całując 

wnętrze jej ud.

I nagle niczego bardziej nie pragnęła.
- Jake.

background image

Usłyszała niski, zmysłowy śmiech.
- Pasuje tu jedno stare powiedzonko - szepnął Jake, ściskając ją mocniej. - 

Rozłóż nogi i rozkoszuj się. Coś w ten deseń.

- Ty cholerny maczo, arogancki sukin...

Złapała go za włosy, chcąc go odepchnąć, ale wyszło tak, że przyciągnęła go do 

siebie.

- Odpręż się - szepnął. - Otwórz się na doznania wszystkimi zmysłami.
Tego akurat nie chciała ryzykować. Nie zniosłaby, gdyby się okazało, że nie jest 

równie mocno podniecony jak ona.

Wsunął w nią kciuki, jednocześnie pieszcząc językiem.

Była   tak   podniecona,   że   nie   potrafiła   dłużej   się   opierać.  Zrobiła   jedyne,   co 

mogła w tych okolicznościach: poddała się.

Orgazm pozbawił ją resztek kontroli. Jej zmysły szalały. Wokół skumulowała 

się energia, jej i Jake'a. Uświadomiła sobie, że on też poddał się chwili.

Wbiła pięty w materac i usłyszała krzyk rozkoszy. Własny krzyk. Nigdy nie 

krzyczała w łóżku. Ale też nigdy nie przeżyła orgazmu z mężczyzną.

Jake uniósł jej biodra i wszedł w nią mocnym, głębokim pchnięciem.
Była teraz niemożliwie wrażliwa, a on o wiele lepiej obdarzony od tej garstki 

mężczyzn, z którymi sypiała w przeszłości.

Instynktownie oplotła nogami jego biodra.

- Tak - mruknął do jej ust. - Właśnie tak. Ciasno i gorąco. Czuła, jak pod jej 

dłońmi   napinają   się   mięśnie   na   jego   plecach.   Skórę   miał   mokrą   od   potu.   Jego 

pchnięcia były mocne i szybkie.

Wreszcie dotarł na szczyt. Potem opadł na nią i powiedział:

- Wiedziałem, że tak będzie. Mówił prawdę.

background image

ROZDZIAŁ 23

Jake w końcu zareagował na jej szturchanie. Podniósł się niechętnie, otworzył 

oczy i oparł się na łokciach. Widok Clare, z potarganymi włosami i zarumienioną 
twarzą, przepełnił go satysfakcją.

- Co jest? - zapytał, całując jej nos. - Próbuję spać.
- Zauważyłam. Ale muszę wstać.

- To wstań. W czym problem?
- Nie mogę. Leżysz na mnie. Spojrzał w dół.

- Hm. Masz rację.
- Złaź.

Klapnął na plecy, podłożył rękę pod głowę i podziwiał jej słodkie krągłości, 

kiedy szła do łazienki.

- Masz naprawdę świetny tyłek! - zawołał za nią.
- Dzięki - odparła. - Twój też nie jest najgorszy. Uśmiechnął się szeroko.

- Nie mogę uwierzyć, że nigdy wcześniej nie pływałaś nago.
Po   kilku   minutach   wyszła   z   łazienki,   opatulona   w   jego   szlafrok   -   pewnie 

dlatego, że jej był wilgotny. Wyglądała, jakby należała do niego.

-   Nie   mogę   uwierzyć,   że   ci   uległam   -   powiedziała.   -   I   nie   mówię   tylko   o 

pływaniu.

Wstał z łóżka i ruszył w jej stronę.

- Wyjaśnijmy coś sobie. Nie uległaś mi. Musiałem walczyć o każdy centymetr. 

Pamiętasz naszą dyskusję na ten temat?

- Owszem, pamiętam. - Przechyliła lekko głowę. - Zdaje się, że zabrakło mi 

argumentów.

Zatrzymał się tuż przed nią i położył dłonie na ścianie po bokach jej głowy.
- Nie mogłaś oprzeć się mojej logice.

- Masz rację. Pamiętam twoje genialne argumenty typu „rozłóż nogi i rozkoszuj 

się". Jak mogłabym nie ulec takiej logice?

Uśmiechnął się leniwie.
- I jak, podobało ci się?

Patrzyła na niego przez chwilę z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- A jeśli powiem ci, że pierwszy raz nie musiałam udawać orgazmu, twoje ego 

nie rozrośnie się do niebotycznych rozmiarów?

background image

-   Nie.   -   Położył   rękę   na   sercu.   -   Oczywiście   będę   dumny,   ale   pozostanę 

skromny.

- Jakoś ci nie wierzę. Ciekawe dlaczego?
- Pewnie dlatego, że bezczelnie kłamię. Ale przeraża mnie myśl, że gdybym się 

nie pojawił, mogłabyś spędzić resztę życia, nie wiedząc, jak cudowny jest seks ze mną.

- Czy powinnam paść na kolana i ci za to podziękować? - zapytała niewinnie.

- Na samą myśl o tym robi mi się słabo.
Szturchnęła go lekko w żebra.

- Zapominasz, że rozmawiasz z kimś, kto zawsze wie, kiedy bujasz.
Roześmiał się.

- Chcesz wiedzieć, co tak naprawdę mnie przeraża?
- Co?

- Myśl, że mógłbym nigdy cię nie spotkać.
- Czy w ten sposób chcesz powiedzieć, że tobie też było dobrze?

- Nigdy nie było mi lepiej - zapewnił.
Mówił prawdę. Ona jednak pamiętała, że był jeszcze odprężony po orgazmie. 

Mógł wierzyć w to, co przed chwilą powiedział - w tym momencie, ale tylko w tym.

Ludzie uważają, że prawda nigdy nie jest tak skomplikowana jak kłamstwo. 

Mylą się.

- Skoro wszystko zostało wyjaśnione, wróćmy do twojej propozycji - powiedział 

Jake, idąc do łazienki.

- Jakiej propozycji? - zapytała.

Odkręcił kurek.
- Nie wiem, jak dokładnie miałoby to wyglądać, ale mówiłaś coś o padnięciu na 

kolana i podziękowaniu mi za najlepszy orgazm w twoim życiu.

- Już późno. Nie chcę pozbawiać cię snu.

- Nie ma problemu. Już się obudziłem.
Spojrzała w dół na jego męskość.

- Widzę - powiedziała. - Mama nauczyła mnie, jak ważne są dobre maniery.
- Dobrze wiedzieć, że jeszcze ktoś się do nich stosuje.

background image

ROZDZIAŁ 24

Krótko przed świtem poczuła, że wstał. Niemal bezgłośnie. Usłyszała odgłos 

zapinanego rozporka, a chwilę później drzwi otworzyły się cicho.

Jake wyszedł na dwór.

Zastanawiała się, czy zostawił coś przy basenie - zegarek, a może buty. Nie 

wracał dość długo, usiadła więc, żeby zobaczyć, co robi. Z łóżka miała dobry widok na 

basen i okalający go płot z kutego żelaza.

Jake stał w otwartej furtce i wpatrywał się w pofałdowany pustynny krajobraz. 

Jego nieruchoma, czujna postawa wskazywała, że coś obserwuje.

Clare wstała z łóżka, włożyła szlafrok i wyszła na zewnątrz.

Atmosfera budzącego się poranka wprawiła ją w euforię i rozbudziła jej zmysły.
Pierwszego kojota dostrzegła, kiedy znalazła się na środku patio. Kilka sekund 

później zauważyła drugiego i trzeciego. Przyglądały jej się przez długą chwilę, po czym 
z powrotem zaszyły się w zaroślach.

Podeszła do Jake'a. Objął ją i przytulił.
- Co tutaj robią? - spytała cicho.

- Polują na śniadanie.
- Mam nadzieję, że niczego nie znajdą, dopóki tu stoję.

- O tej godzinie szukają zajęcy.
- A ty co tu robisz? Znaczysz swoje terytorium?

- W pewnym sensie.
- Tylko nie sikaj na płot. Nie mam nic przeciwko brataniu się z naturą, ale 

musiałabym ci przeszkodzić.

- Byłaby świetna zabawa.

Roześmiała   się   i   przytuliła   do   niego.   Pocałował   ją,   pobudzając   do   życia 

wszystkie jej zmysły.

Kiedy w końcu uniósł głowę, jego oczy błyszczały podnieceniem.
- Wczoraj nie miałam dla ciebie kolacji - powiedziała. - Więc może za to zrobię 

ci dziś śniadanie.

- Świetny pomysł.

Gdy   jakiś   czas   później   ogolony   i   wykąpany   wszedł   do   kuchni,   głód,   który 

odczuwał, nie miał nic wspólnego z jedzeniem. Clare stała przy blacie i wbijała jajka 

do miski. Włosy spięła w kucyk i miała na sobie czarne spodnie i rdzawy T - shirt. 

background image

Wyglądała w nich dobrze. Znajomo.

Przystanął w drzwiach, napawając się jej widokiem.

Podniosła wzrok znad jajek i uśmiechnęła się nieśmiało.
- Głodny?

- Oj, tak.
- Miałam na myśli śniadanie.

- To też.
Nalał sobie herbaty do ciężkiego białego ceramicznego kubka, oparł się o blat i 

przyglądał Clare. Zauważył, że czuje się jak u siebie w domu. Spodobało mu się to.

- Chciałabym po śniadaniu skorzystać z twojej pralki i suszarki - powiedziała.

- Nie ma sprawy.
Na   kuchence   grzała   się   teflonowa   patelnia.   Clare   dodała   do   jajek   łyżeczkę 

musztardy dijon, posiekany świeży koperek i dużą porcję ricotty.

- Muszę cię o coś zapytać - oznajmił. Sięgnęła po ubijaczkę i zaczęła mieszać 

składniki.

- O co?

- Jak myślisz, kto zabił Brada McAllistera? Przestała ubijać masę.
- Mówiłam ci. Nie mam pojęcia.

- Ale chyba nie wierzysz w teorię, że przeszkodził komuś w kradzieży?
- Nie. Nie nabrałam się na to pół roku temu i nie nabiorę się teraz. Nie po tym, 

co się stało z Valerie Shipley.

- A masz własną teorię?

Włożyła   na   rozgrzaną   patelnię   kawałek   masła,   a   po   chwili   dodała   jajka. 

Wiedział, że zastanawia się, ile może mu powiedzieć.

- Powiedz prawdę, Clare - poprosił cicho. Powoli wypuściła powietrze.
- Nie wiem, kto zabił Brada, ale mogę powiedzieć ci jedno.

- Co?
- Do wczoraj byłam bardzo wdzięczna temu człowiekowi.

- Bo zabójca skutecznie rozwiązał problem Elizabeth?
- To też - przyznała. - Ale jest też inny powód.

- Jaki? Spojrzała na niego.
- Prawdopodobnie uratował mi życie. Przebiegł go dreszcz.

- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Jestem pewna, że tamtej nocy Brad zamierzał mnie zabić. Ale ktoś mu w tym 

background image

przeszkodził.

background image

ROZDZIAŁ 25

Wiedziała, że powinna się poważnie zastanowić, czy może zaufać mężczyźnie, 

który   nadal   pod   wieloma   względami   był   dla   niej   obcy.   O   swoich   najbardziej 
mrocznych obawach związanych ze śmiercią Brada nie rozmawiała z nikim, nawet z 

Elizabeth.

Czuła jednak, że za długo utrzymywała je w tajemnicy. I zdała sobie sprawę, że 

rozpaczliwie pragnie podzielić się z kimś swoimi podejrzeniami.

A właśnie Jake mógł je ocenić chłodnym okiem.

- Czasami budzę się w nocy i rozmyślam - powiedziała cicho. - Ale nikomu o 

tym nie mówiłam.

- Dlaczego Brad McAllister chciałby cię zabić?
-   Bo   to   ja   wyciągałam   Elizabeth   z   jego   szponów.   Umarł,   zanim   orzeczono 

rozwód. Wydaje mi się, że był pewien, że jeśli się mnie pozbędzie, zdoła odzyskać 
kontrolę nad Elizabeth.

- Z tego, co wiem, wszyscy uważali Brada McAllistera za świetnego faceta.
Jajka były gotowe. Wyłożyła je na talerze i dodała grzanki.

- Był manipulantem i socjopatą - odparła. - Ale był taki przystojny, czarujący i 

tak   cholernie   sprytny,   że   nikt   się   nie   zorientował.   Elizabeth   jest   pewna,   że   miał 

romans, nie udało jej się jednak tego udowodnić.

- Był członkiem towarzystwa. Archer to sprawdził.

-   Tak.   Ale   jestem   pewna,   że   kłamał   nie   tylko   na   temat   poziomu   swoich 

zdolności paranormalnych, ale i ich rodzaju. Prawdopodobnie ukrywał, że jest bardzo 

silny. Może nawet blefował na testach towarzystwa.

- Jak myślisz, jakie miał zdolności?

- Nie byłabym zaskoczona, gdyby się okazało, że był hipnotyzerem albo kimś w 

tym rodzaju. To by wyjaśniało, dlaczego udało mu się oszukać wszystkich, łącznie z 

Archerem.

Jake usiadł przy kuchennym stole.

- Ale nie ciebie.
Wzruszyła ramionami.

- Jestem inna. A Elizabeth też dała się nabierać tylko do czasu. Nawet najlepszy 

hipnotyzer nie jest w stanie utrzymywać nikogo w transie przez całą dobę siedem dni 

w tygodniu.

background image

- Więc jakim cudem udało mu się tak długo nad nią panować?
- Dzięki lekom. - Przekonał psychiatrę, że Elizabeth zaczyna tracić zmysły. Nie 

byłabym   zaskoczona,   gdyby   się   okazało,   że   wykorzystał   swój   hipnotyzerski   talent, 
żeby go nakłonić do przepisania leków. A może wcale nie musiał się wysilać. Ten 

bydlak miał niesamowitą charyzmę.

- Ale po co miałby Chcieć zrobić z Elizabeth wariatkę?

- Żeby przejąć jej majątek. Liz odziedziczy część przedsiębiorstwa Glazebrook.
- Ale dopiero po śmierci Archera. A on cieszy się doskonałym zdrowiem.

Nalała sobie herbaty i usiadła. Cieszyła się, że Jake jej słucha. Może nie jest 

przekonany, ale przynajmniej jej nie lekceważy.

- No właśnie - powiedziała. - Podejrzewamy z Elizabeth, że gdyby Brad żył, 

Archer nie zabawiłby długo na tym świecie.

- Myślisz, że zamierzał zamordować Archera?
- Tak. Oczywiście byłby to wypadek.

- Brad musiałby jeszcze poradzić sobie z Mattem - zauważył Jake. - To on 

przejmie władzę w firmie, jeśli Archerowi coś się stanie.

-   Więc  Matt  także   nie   pożyłby   długo.   Jeśli   nasza   teoria   jest   słuszna,   firma 

trafiłaby w ręce Elizabeth i Myry. A Myrę bez trudu by przekonał, żeby przekazała 

wszystko jemu. Uważała, że jest wspaniały. Zresztą wszyscy tak uważali.

- Chyba rozumiem, dlaczego nie poszłaś z tą teorią na policję - stwierdził Jake 

neutralnie.

Westchnęła.

- Gliniarze by mnie wyśmiali. A jeśli chodzi o innych członków towarzystwa... 

cóż, i tak uważają, że ludzie tacy jak ja nie są zrównoważeni psychicznie. Nie chcę ich 

utwierdzać w tym przekonaniu.

Skinął głową bez słowa i dokończył śniadanie.

- Pyszne jajka - stwierdził w końcu, odkładając widelec.
- To dzięki ricotcie.

-   Zapamiętam.   -   Sięgnął   po   herbatę.   -   Dobra,   żeby   coś   tego   zrozumieć, 

zacznijmy   inaczej.   Podobno   Brad   był   bogaty.   Dlaczego   miałby   ryzykować 

zamordowanie kilku osób tylko po to, żeby dostać firmę Glazebrooków?

Clare upiła łyk herbaty. To rzeczywiście był słaby punkt jej teorii.

- Niektórym nigdy dość - stwierdziła.
-   Fakt.   Ale   musisz   przyznać,   że   wersja,   którą   przedstawiłaś,   jest   dość 

background image

koszmarna.

- To prawda.

- Jak odnalazłaś Elizabeth?
-   Mówiłam   ci   już,   że   nigdy   nie   zamierzałam   pojawić   się   u   Glazebrooków   i 

zburzyć ich rodzinnego spokoju. Ale śledziłam ich życie z daleka, zwłaszcza Elizabeth. 
Nie mogłam się powstrzymać. Była siostrą, której nigdy nie miałam. Dosłownie.

- I co dalej?
- Reportaż z jej ślubu z Bradem McAllisterem ukazał się w Phoenix w jednym z 

magazynów   ilustrowanych.   Był   przepiękny.   Elizabeth   uroczo   wyglądała   w   ślicznej 
sukni   i   wszyscy   sprawiali   wrażenie   szczęśliwych.   Ale   kiedy   spojrzałam   na   zdjęcie 

Brada wznoszącego toast, przebiegł mnie dreszcz.

Uniósł brwi.

- Potrafisz wyczuć na podstawie zdjęcia, że ktoś kłamie?
-   Raczej   nie.   Przeraziło   mnie   to,   jak   na   nią   patrzył.   Oczywiście   reportaż 

opublikowano jakiś czas po ślubie. Gdy wysłałam maila Elizabeth, była już w depresji. 
Ale odpowiedziała mi. Napisała tylko jedno słowo.

- Jakie?
- Pomocy.

- I to wszystko?
- Tak. Natychmiast wysłałam do niej maila, że przylatuję do Phoenix z San 

Francisco   o   wpół   do   czwartej.   Odpisała,   że   będzie   na   mnie   czekać   w  księgami   w 
pasażu handlowym. Brad spędzał to popołudnie ze swoją kochanką. Dowiedział się, 

co się  stało, dopiero   gdy wrócił do domu.  A wtedy Elizabeth  i ja  byłyśmy już  na 
pokładzie samolotu do San Francisco.

- Jak znalazłaś się w Stone Canyon tej nocy, kiedy zamordowano Brada?
- Elizabeth już uwolniła się od wpływu leków i znów była sobą. Zamieszkała z 

Archerem   i   Myrą   i   postanowiła   nie   przebywać   sam   na   sam   z   Bradem   do   czasu 
zakończenia postępowania rozwodowego. Czuwałam nad wszystkim z San Francisco.

- Brad nie sprzeciwiał się rozwodowi?
- Próbował przekonywać wszystkich, że kocha Elizabeth i nie chce rozwodu, ale 

chyba   zdawał   sobie   sprawę,   że   nie   ma   szans   na   ocalenie   tego   małżeństwa. 
Przynajmniej dopóki na przeszkodzie stoję ja. Na pewno wiedział, że jeśli sytuacja 

choć trochę się zmieni, w mgnieniu oka przylecę do Arizony.

- Poznałaś go?

background image

-   Tak,   kiedy   poszłam   z   Elizabeth   na   spotkanie   z   Bradem   w   obecności   ich 

prawników.  Chciała,   żebym   z   nią   była,   na   wypadek  gdyby   Brad   próbował  jakichś 

gierek. Ale wszyscy byli grzeczni, mili i kulturalni. McAllister był zimny jak lód.

- Czy to wtedy poznałaś Archera?

-   Nie,   przyleciał   do   San   Francisco,   kiedy   dowiedział   się,   że   uwolniłam 

Elizabeth.

- Próbował cię przekonać, żebyś nie namawiała jej do rozwodu?
- Właściwie nie. Elizabeth była pewna swojej decyzji. A Archer i ja odnosiliśmy 

się wtedy do siebie z dużym dystansem.

- Opowiadaj dalej.

- Kilka tygodni później Elizabeth zaprosiła mnie na długi weekend. Miałam 

przylecieć w piątek wieczorem. Ale tego popołudnia dostała maila, że coś mi wypadło i 

przyjadę do Stone Canyon dopiero  następnego ranka. Poszła więc z  rodzicami na 
przyjęcie do Arts Academy.

- Domyślam się, że mail nie był od ciebie?
-   Nie.   Przyleciałam   zgodnie   z   planem   w   piątek   wieczorem,   wynajęłam 

samochód, przyjechałam do domu i znalazłam ciało Brada.

- A co z mailem, który rzekomo wysłałaś?

- Wyglądał wiarygodnie. Miał mój adres zwrotny.
- Myślisz, że to Brad wysłał fałszywą wiadomość, prawda?

- Tak.
- I że chciał zwabić cię do domu, żeby cię zamordować, bo wchodziłaś mu w 

paradę. - Głos Jake'a był niepokojąco chłodny.

Ścisnęła kubek z herbatą. Może jednak jej nie uwierzył. Cóż, nie ma prawa go 

winić.

- Tak - odpowiedziała.

- Ale ktoś zdążył dobrać się do niego.
- Tak.

- Dziwny zbieg okoliczności, nie sądzisz?
- Nie taki dziwny, jeśli wziąć pod uwagę, że Brad został zamordowany właśnie 

wtedy, gdy ja byłam w mieście.

- Myślisz, że ktoś chciał rzucić na ciebie podejrzenie?

- Może. Może zabójca tak obmyślił plan, żeby policja nie nabrała się na wersję o 

udaremnionej kradzieży.

background image

- Jeśli masz rację, oznacza to, że zarówno Brad McAllister, jak i jego zabójca 

wiedzieli, że przylatujesz w piątek wieczorem.

- W biurze Elizabeth na pewno nie było tajemnicą że przylatuję.
- Ale to oznacza również, że ktoś wiedział, że Brad zamierza cię zabić.

-   Tak.  Ktoś,  komu  ufał   -  przyznała.  -   Być  może  wspólnik   w  zbrodni,   który 

tamtego wieczoru go zdradził.

- Zastanawiałaś się już nad tą teorią, prawda?
- Miałam pół roku na myślenie, ale do tej pory nic nie wymyśliłam.

- Chodzi ci o śmierć Valerie?
Pokiwała głową.

- Nie obchodzi mnie, co wykaże sekcja zwłok, bo i tak nie uwierzę, że to był 

wypadek albo samobójstwo.

- Trudno udowodnić, że utonięcie jest skutkiem morderstwa.
- Wiem.

- A co z motywem? Masz jakiś?
- Co do śmierci Valerie... nie.

- Dobra, idźmy dalej. Jest możliwe, że Brad i jego wspólnik zbrodni, a potem 

zabójca, pół roku temu wiedzieli  o twoich planach. Ale wczoraj? Skąd ktokolwiek 

mógł wiedzieć, że wybierasz się do Valerie?

Wstała i podeszła do okna.

- Wydaje mi się, że tym razem znalazłam ciało po prostu przez przypadek. 

Zabójca nie musiał zawracać sobie głowy wskazywaniem na kogokolwiek. Wszyscy 

wiedzieli, że Valerie dużo pije i zażywa tabletki.

-   Dobrze,   przyjmuję   ten   tok   rozumowania.   Ale   to   ciekawe,   że   morderca 

postanowił zabić Valerie właśnie teraz, gdy jesteś w mieście.

- Też o tym myślałam. Dlaczego zabił ją właśnie wczoraj?

- I dlaczego w ogóle ją zabił?
Odwróciła się do niego.

- Miałeś rację, kiedy stwierdziłeś, że trzeba było szukać odpowiedzi pół roku 

temu - powiedziała. - Może i jest za późno, ale zamierzam zająć się rym teraz.

Zmrużył oczy.
- Obawiałem się, że to powiesz.

- Problem w tym, że nie wiem, jak się do tego zabrać. Nie mam pieniędzy na 

wynajęcie   prywatnego   detektywa,   a   nawet   gdybym   miała,   wątpię,   żeby   cokolwiek 

background image

zdziałał w Stone Canyon.

- To fakt. Nie wyobrażam sobie, żeby bywalcy klubu w Stone Canyon chcieli 

rozmawiać z detektywem, zwłaszcza jeśli będą podejrzewać, że mogą zostać wplątani 
w dochodzenie w sprawie zabójstwa.

- W rym mieście jest mnóstwo forsy, a to znaczy, że jest dużo pralni brudnych 

pieniędzy. Nikt nie będzie chciał, żeby to wyszło na jaw.

Jake zastanawiał się chwilę.
-   Może   zanim   cokolwiek   zrobisz,   powinnaś   porozmawiać   z   Archerem   - 

zasugerował.

Pokręciła przecząco głową.

-  Pół  roku  temu  powiedział,  że  chce o  wszystkim  zapomnieć.  Nie   mogę  go 

winić.

- Ale ty nie zrezygnujesz, dopóki nie poznasz prawdy?
- Nie.

- W takim razie ja ci pomogę.
- Czemu?

- Bo nie jestem w stanie odwieść cię od tego pomysłu. Nie mam wielkiego 

wyboru.

- Nie musisz mi pomagać.
- Owszem, muszę.

- Nie wiem, jak ci dziękować. - Łzy napłynęły jej do oczu.
-   Nie   dziękuj   mi   jeszcze.   Czuję,   że   otwieramy   puszkę   Pandory.   I   że   oboje 

będziemy tego żałować.

Nie  powiedział nic więcej. Wziął  ze  stołu  poranną  gazetę,  otworzył  i  zaczął 

czytać nagłówki.

- A masz pomysł, od czego zacząć? - spytała.

- Pewnie - odparł. - Najpierw dowiemy się, z kim sypiał Brad w ostatnim roku 

przed śmiercią.

background image

ROZDZIAŁ 26

Właśnie   wyjmowała   z   suszarki   spodnie   i   podkoszulek,   kiedy   zadźwięczał 

dzwonek u drzwi. Usłyszała kroki Jake'a w holu, a potem tubalny głos Archera:

- Gdzie jest Clare?

- Robi pranie - wyjaśnił Jake. - Chodźmy do kuchni. Zrobię ci kawy.
Gdy po chwili weszła za nimi do kuchni, Archer siedział przy stole, a Jake 

wsypał kawę do ekspresu.

- Dzień dobry - zwróciła się do ojca Zrobił gniewną minę, widząc ją w szlafroku.

- Wszystko w porządku? - spytał.
-   Tak   -   odparła.   -   Chcesz   pogadać   z   Jakiem   czy   omówić   plany   związane   z 

fundacją?

- Przyszedłem porozmawiać z tobą. Dlaczego, do cholery, biegasz o tej porze w 

szlafroku?

-  Bo robię  pranie.  - Pomachała podkoszulkiem.  -  Nie  spodziewałam  się,  że 

zostanę   dłużej   w   Stone   Canyon,   a   wczoraj   skończyły   mi   się   czyste   ciuchy.   Jeśli 
pozwolisz, pójdę się ubrać. Może jak wrócę, będziesz w lepszym nastroju. - Odwróciła 

się na pięcie i skierowała do drzwi.

- Nie licz na to - szepnął Jake, kiedy go mijała. Zmarszczyła brwi.

- Co to ma znaczyć? Udał, że jej nie słyszał. Odwróciła się do Archera.
- Czy czegoś tu nie rozumiem?

- Porozmawiamy, jak będziesz wyglądać przyzwoicie – burknął w odpowiedzi.
Spojrzała na szlafrok, którym była owinięta od szyi do stóp.

- Wyglądam przyzwoicie.
- Chyba powinnaś się ubrać, Clare - stwierdził Jake.

Nie spodobały jej się podteksty Jake'a i Archera, ale wiedziała, że żaden z nich 

nie ma zamiaru się tłumaczyć.

Westchnęła i poszła do swojej sypialni. Wystarczyło jej zaledwie kilka minut, 

by włożyć czystą bieliznę, podkoszulek i czarne spodnie.

Nie   do   wiary,   jak   łatwo   się   ubrać,   kiedy   ma   się   tak   niewiele   garderoby, 

pomyślała.   Ale   skoro   postanowiła   zostać   w   Stone   Canyon   dłużej,   będzie   musiała 

wybrać się na zakupy.

Uświadomiła  sobie,  że  przedłużenie  pobytu  stwarza  też inne problemy.  Nie 

chciała   omawiać  swoich   teorii   z   nikim   oprócz   Elizabeth   i   Jake'a,  potrzebuje   więc 

background image

sensownego wytłumaczenia tego, że zostaje.

Na szczęście Archer dał jej dobrą wymówkę.

Wróciła do kuchni, w której nadal panowała napięta atmosfera. O co chodzi?
- Coś nowego w sprawie śmierci Valerie? - spytała.

Archer spochmurniał jeszcze bardziej.
- Wyniki sekcji mają być we wtorek - odparł. - Ale Owen jest przekonany, że to 

wypadek albo samobójstwo.

- Zdenerwowała się, kiedy zobaczyła mnie na przyjęciu - powiedziała Clare.

-   Nie   jesteś   niczemu   winna   -   stwierdził   Archer   stanowczo.   -   Valerie   miała 

problemy ze sobą. Owen już dawno powinien był wysłać ją na leczenie.

Clare skinęła głową.
- Jake mówi, że zatrzymasz się u niego na kilka dni - zagadnął Archer.

- Tak - potwierdziła.
- Po co? - Zmarszczył brwi. - Kiedy ostatnio rozmawialiśmy, twierdziłaś, nie 

możesz się doczekać powrotu do San Francisco.

- Detektyw z tutejszej policji zasugerował mi, że powinnam zostać - wyjaśniła.

- Glinami mogę się zająć.
- Postanowiłam też rozważyć twoje plany związane z fundacją - rzuciła gładko. 

- Mogę to zrobić tutaj.

Archer nie wyglądał na zadowolonego.

-   Dlaczego   chcesz   rozważać   moją   propozycję   właśnie   tutaj?   -   spytał 

podejrzliwie.

- Znajdę jakiś hotel - odparła, starając się nie patrzeć na Jake'a.
- Zostaje u mnie - powiedział Jake. Było to stwierdzenie faktu, nie propozycja 

ani zaproszenie.

Archer i Clare spojrzeli na niego jednocześnie. Obojgu najwyraźniej odebrało 

mowę.

Jake włączył ekspres do kawy.

Jake odprowadził Archera do drzwi i wrócił do kuchni.
- Był wściekły - zauważyła Clare. - Często mu się to zdarza?

- Ma temperament - wyjaśnił Jake ostrożnie.
Oparła się na krześle i wsunęła dłonie do kieszeni spodni.

- Myślałam, że się ucieszy, że zostaję i chcę się zastanowić nad jego propozycją. 

Może zmienił zdanie, bo przesłuchiwała mnie policja? Takie rzeczy nie służą renomie 

background image

firmy.

- To nie dlatego był wściekły.

- A niby dlaczego?
- Dlatego, że jesteś tutaj.

- Tutaj?
- U mnie.

- A co go to może obchodzić?
- Jesteś jego córką - wyjaśniał Jake cierpliwie. - Ojcom zawsze trudno pogodzić 

się z tym, że ich córki sypiają z mężczyznami, o ile owi mężczyźni nie są mężami tych 
córek.

- Żartujesz.
Pokręcił głową.

- Nie możesz mieć mu tego za złe. W głębi serca obawia się, że cię wykorzystuję. 

Cholera, czułbym się tak samo, gdybym miał córkę.

- Przecież mam trzydzieści dwa lata - jęknęła.
- I o ile pamiętam, nie przeszkadza ci to tłumaczyć się matce.

- Tak, ale to moja matka.
- A Archer jest twoim ojcem.

- Jeszcze kilka miesięcy temu nie miał pojęcia o moim istnieniu.
- To niczego nie zmienia.

- Widzę, że dokładnie to sobie przemyślałeś.
- Zgadza się. Wiedziałem, że to będzie problem.

Ogarnęło ją poczucie winy.
- Może nie powinnam tu zostawać. Nie chcę narażać cię na kłopoty. Przecież 

pracujesz dla Archera.

- Zostajesz. - Usiadł i sięgnął po notatnik. - Nie ma sensu się o to sprzeczać.

Spojrzała na notes.
- Po co ci on? Masz zamiar zrobić notatki z moich teorii?

-   Nie,   listę  zakupów.  Skoro   mam   w  domu   gościa,   będę   potrzebował   więcej 

jedzenia.

background image

ROZDZIAŁ 27

Chcesz   wiedzieć,   z   kim   sypiał   Brad?   -   Elizabeth   rozparła   się   w   fotelu   z 

czerwonej   skóry,   najwyraźniej   zaskoczona   pytaniem.   -   Po   co?   Umówiły   się   w   jej 
biurze,   bo   Clare   wiedziała,   że   Liz   czułaby   się   niezręcznie,   rozmawiając   o   swoim 

związku w obecności Jake'a, a nie chciała jechać do posiadłości Glazebrooków.

Gabinet   Elizabeth   mieścił   się   w   piętrowej   galerii   handlowej,   z   mnóstwem 

sklepów z upominkami, ekskluzywnych salonów meblowych i różnych butików, które 
oferowały nietuzinkowe akcesoria dla domu.

- Bo chcę się dowiedzieć, co naprawdę się stało wtedy, kiedy zabito Brada - 

wyjaśniła Clare.

Na twarzy Elizabeth pojawił się niepokój.
- Myślałam, że zgodziłyśmy się co do tego, że lepiej milczeć na temat naszych 

teorii. Nikt nie chce ich słuchać, Clare. Ani mama, ani tata, ani gliny.

- Tak - przyznała Clare. - Od miesięcy usiłuję sobie wmówić, że Brad naprawdę 

został Zabity przez włamywacza. Ale po tym, co się stało z Valerie Shipley, dłużej tego 
nie wytrzymam. Muszę wiedzieć, co wydarzyło się tej nocy, kiedy zabito Brada.

- Zaczynam myśleć, że mama miała rację. Lepiej nie wsadzać kija w mrowisko.
- Będziemy ostrożni - oznajmiła Clare. Na chwilę zaległa cisza.

- My? - spytała podejrzliwie Elizabeth.
Clare oparła nogi na małym podnóżku stojącym przed skórzanym fotelem, na 

którym siedziała.

- Jake i ja - uściśliła. Liz otworzyła szeroko oczy.

- Jake uważa, że to dobry pomysł?
-   Nie.   Ale   wie,   że   mnie   nie   przekona,   więc   robi   to,   co   może   w   tych 

okolicznościach. Pomaga rai.

- Czemu?

- Twierdzi, że robi to dla własnego spokoju.
Elizabeth zabębniła palcami o lśniący blat biurka.

- No tak, boi się, że wpakujesz się w kłopoty. A tak przynajmniej ma jakąś 

kontrolę. Dlaczego jednak uważa, że powinien się tobą zajmować?

Clare się uśmiechnęła.
- Chyba ma naturę bestii. Elizabeth zamrugała.

- Słucham?

background image

- Powiedzmy, że należy do facetów, którzy lubią rządzić. Ale tym razem jest 

moim partnerem, chociaż może o tym nie wie. Na pewno nie jest górą.

- A tak na marginesie, to gdzie on teraz jest?
- Robi zakupy.

- Dziwne jak na faceta, który lubi rządzić, nie sądzisz?
- Jake jest nietypowym facetem. Pod każdym względem.

Elizabeth westchnęła.
- Jeśli ty i Jake zaczniecie zadawać pytania, znowu wszystkich rozjuszycie.

- Będę ostrożna.
- W tych okolicznościach będzie to raczej trudne, nie uważasz?

- Przez kilka ostatnich lat zajmowałam się fundacją charytatywną. Moja praca 

wymagała subtelności i dyplomacji.

Elizabeth pokręciła głową.
- Wiem, że jesteś niezła w wykrywaniu kantów, ale tu chodzi o morderstwo.

- Może nawet o dwa morderstwa, jeśli nie mylę się co do Valerie Shipley.
- Więc będzie to podwójnie niebezpieczne - stwierdziła Elizabeth. - Policja nie 

zdołała trafić na żaden ślad w sprawie śmierci Brada. Skąd pewność, że tobie po tak 
długim czasie uda się czegoś dowiedzieć?

- Muszę spróbować, Liz. Nie zniosę dłużej nieświadomości. Chcę prawdy.
Elizabeth pochyliła się gwałtownie.

- Czy tata wie o twoich zamiarach?
- Jake powie mu o tym jutro rano, kiedy będą grać w golfa. Postara się zrobić to 

delikatnie.

-   Tego   nie   da   się   zrobić   delikatnie.   Tata   się   wścieknie.   Nie   chce,   żeby 

ktokolwiek z rodziny wspominał o śmierci Brada.

- Wiem - przyznała Clare.

- Dlaczego tak się zawzięłaś, żeby dociekać, co się stało pół roku temu? To już 

przeszłość. Brad nie żyje i szczerze mówiąc, nie leję łez z tego powodu.

- Ja też nie. Ale mówiłam ci, czuję, że śmierć Valerie ma z tym jakiś związek.
- I co z tego? Zostaw to policji.

- Stwierdzą, że to był wypadek. Dobrze wiesz.
- Może i tak, ale co nas to obchodzi? Valerie chciała cię zabić. Dwa razy. To ona 

zniszczyła  twój związek  i  karierę.  Szczerze  mówiąc,  ulżyło mi,  że  już   jej  nie  ma  i 
wreszcie przestanie jątrzyć.

background image

- Czy ty naprawdę nie rozumiesz? Jeśli się nie mylimy, to znaczy, że Brad nie 

był przypadkową ofiarą włamywacza i Valerie też nie utonęła przypadkowo.

- Nie wmawiaj mi, że chcesz pomścić Brada i Valerie.
- Nie chcę - odparła Clare. - Ale nie podoba mi się, że morderca dwukrotnie 

wykorzystał   fakt,   że   akurat   byłam   w   mieście.   Na   pewno   wiedział,   że   wszystkie 
podejrzenia w obu przypadkach padną na mnie. Traktuje mnie jako plan awaryjny, w 

razie gdyby zaczęto zadawać pytania.

Elizabeth się skrzywiła.

- Ale w obu przypadkach nie postawiono ci żadnych zarzutów. Nie jesteś nawet 

oficjalnie podejrzana.

- Dzięki nazwisku Glazebrooków. Wierz mi, niczego nie pragnę bardziej niż 

przekonać się, że się mylę. Będę spała o wiele spokojniej, jeśli rzeczywiście tak jest.

- Czuję, że to naprawdę bardzo zły pomysł. Clare uśmiechnęła się smutno.
- Nie mój pierwszy.

- A co z tobą i Jakiem? - spytała Liz.
- Słucham?

- Nie patrz na mnie, jakbyś nie wiedziała, o czym mówię. Coś między wami jest, 

prawda? To widać.

- Zmyślasz.
- Nie - odparła Elizabeth stanowczo. - Nie zmyślam. Clare skinęła głową.

- No to masz piąty poziom wrażliwości. To znaczy niezłą intuicję.
- Sypiasz z nim, prawda?

- Powiedzmy, że znalazłam nowe hobby.
- Jakie?

- Kąpiele na golasa. Odpowiesz mi na pytanie?
- O kochankę Brada? - Elizabeth zakołysała się kilka razy w przód i w tył. - Nie 

potrafię   podać   ci   jej   nazwiska.   Zwykle   byłam   tak   nafaszerowana   lekami   i   tak   się 
bałam, że naprawdę przechodzę załamanie nerwowe, że nie obchodziło mnie, kto to 

jest. Wiedziałam tylko, że z kimś się spotyka.

- A pamiętasz, jak się o tym dowiedziałaś?

Elizabeth pomasowała kciukami skronie.
- Przestaliśmy ze sobą sypiać półtora miesiąca po ślubie. Przed ślubem i krótko 

potem był wspaniałym kochankiem. Wykorzystywał swój seksualne talenty tak samo 
jak atrakcyjny wygląd i urok osobisty.

background image

- Żeby manipulować ludźmi.
Elizabeth skinęła głową.

- Tak. Gdy przestał ze mną sypiać, zachowywał się tak, jakbyśmy utrzymywali 

całkowicie normalne stosunki. Twierdził, że zapominałam o tym, że się kochaliśmy, 

następnego ranka, bo mam jakąś blokadę psychiczną.

- Amnezję?

-   Tak.   I   zaczął   nalegać,   żebym   poszła   do   doktora   Mowbraya.   -   Elizabeth 

wzruszyła ramionami. - To było potworne. Budził mnie rano, przynosząc mi kawę do 

łóżka, i mówił, jaka namiętna byłam w nocy. A kiedy nie mogłam sobie przypomnieć, 
że się kochaliśmy, udawał dotkniętego i zmartwionego.

- Ale wiedziałaś, że z kimś sypia.
- Tak. Seks był dla niego bardzo ważny. Nie wytrzymałby długo bez niego. W 

każdym razie, jeśli nie musiał. Ale do jego śmierci nie miałam żadnego konkretnego 
dowodu. A wtedy, oczywiście, już mnie to nie obchodziło.

- Jakiego dowodu? Nigdy o nim nie wspominałaś.
- Znasz stare powiedzenie: pieniądz powie ci wszystko?

- Jasne.
-   Kiedy   Brad   został   zamordowany,   musiałam   przejrzeć   mnóstwo   jego 

papierów. Chociaż się wyprowadził, a ja wniosłam pozew o rozwód, w chwili jego 
śmierci nadal prawnie byliśmy małżeństwem.

- Pamiętam, że miałaś mnóstwo roboty, żeby uporządkować jego sprawy.
- Wszystko, co mogłam, oddałam w ręce prawnika. Większość pieniędzy Brada 

miała Valerie. Bóg mi świadkiem, że wcale ich nie chciałam. W każdym razie jeszcze 
długo potem przychodziły rachunki i salda kart kredytowych.

- Chyba zaczynam rozumieć. - Serce Clare zaczęło bić mocniej. - Trudno mieć 

romans bez wydawania pieniędzy.

- Okazało się, że Brad miał kartę kredytową, o której dowiedziałam się dopiero 

po jego śmierci, gdy zaczęły przychodzić rachunki. Moją uwagę przyciągnęła jedna 

pozycja.

- Jaka?

- Przez prawie cały czas trwania naszego małżeństwa raz, a czasem dwa razy w 

tygodniu spędzał popołudnia w spa w Phoenix. Prawdopodobnie tam spotykał się ze 

swoją kochanką.

background image

ROZDZIAŁ 28

Co, do cholery, jest między tobą i Clare? - spytał Archer. Jake wrzucił kij do 

torby i stanął za kierownicą wózka golfowego.

Spodziewał się tego  pytania  od  chwili,  gdy stanęli  nad  pierwszym dołkiem. 

Jedyną niespodzianką było to, że Archer wytrzymał z jego zadaniem aż do trzeciego 
dołka. Glazebrook potrafił być zadziwiająco subtelny w interesach, ale w kwestii więzi 

międzyludzkich na ogół wykazywał się kompletnym brakiem wyczucia.

Był wczesny niedzielny poranek i nadal panowała przyjemna temperatura, ale 

słońce szybko przesuwało się po horyzoncie. I raziło w oczy. Obaj mieli już na nosach 
okulary przeciwsłoneczne.

Od przyjazdu do Stone Canyon Jake chętnie grywał w golfa z Archerem. Nie 

tylko dlatego, że mogli wtedy spokojnie porozmawiać, ale i dlatego, że sama gra była 

interesującym wyzwaniem. Już na początku uzgodnili, że będą używali wszystkich 
zmysłów.   Dzięki   temu   mecze   stawały   się   intrygującą   potyczką   jego   talentów 

myśliwskich z wyjątkowymi zdolnościami strategicznymi Archera.

Wynik   zawsze   był   nieprzewidywalny.   Zmysł   myśliwski   Jake'a   ułatwiał 

koordynację   ruchów   i   wyczucie   uderzenia.   Archerowi   z   kolei   przydawały   się 
nadnaturalne   zdolności   do   planowania.   Na   przykład   dzisiaj.   Obaj   znaleźli   się   na 

murawie za drugim razem. Teraz chodziło  o precyzyjne  trafienie. A to zależało w 
połowie od wyczucia i koordynacji, a w połowie od strategii.

-   Chyba   nie   oczekujesz   szczegółowej   odpowiedzi   na   to   pytanie?   -   Jake 

skierował wózek na wąską ścieżkę przy polu golfowym.

- Oczekuję, do cholery. Do tej pory w ogóle nie interesowałeś się kobietami. 

Zaczynałem nawet podejrzewać, że jesteś z tych, co wolą facetów.

- Sądzisz, że to twoja sprawa?
- Ustalmy jedno. Mam w dupie, z kim sypiasz, o ile nie stwarza to problemu 

mnie albo komuś z mojej rodziny.

- Martwisz się, że mój związek z Clare może przysporzyć problemów?

-   Tak.   To   właśnie   mnie   martwi.   Wyskoczyliście   z   tym   jak   Filip   z   konopi. 

Przecież kilka dni temu Clare nawet cię nie znała. A teraz nagle z tobą mieszka.

- Czasami tak bywa.
- Myślisz, że o tym nie wiem? Na mnie też kiedyś coś spadło jak grom z jasnego 

nieba i efektem tego jest Clare. Nie chcę, żeby znalazła się w takim samym położeniu, 

background image

jak wtedy jej matka. Rozumiesz, Salter?

- Rozumiem twoją troskę.

- Nie wciskaj mi kitu, do cholery. Rozmawiamy o mojej córce.
- Szanuję twój punkt widzenia, Archer. Ale moje życie osobiste jest właśnie 

takie. Osobiste. Z nikim nie omawiam moich prywatnych sprawach.

-   No   to   teraz   zaczniesz.   Będziesz   omawiał   je   ze   mną,   dopóki   twoje   życie 

osobiste dotyczy Clare.

Jake zatrzymał wózek i chwilę siedział w milczeniu, przyglądając się sytuacji na 

polu.

- Coś ci powiem, Archer. Nie spodoba ci się to, ale może zrozumiesz, dlaczego 

Clare mieszka u mnie.

- Słucham.

-   Jest  przekonana,  że   Brad  McAllister   nie  był  ofiarą   włamywacza,  któremu 

przeszkodził w rabunku. Myśli, że zabił go ktoś, kto zaplanował to morderstwo tak, 

żeby rzucić podejrzenie na nią.

Archer zesztywniał.

- Bzdura!
- Mało tego, jest przeświadczona, że Valerie zamordował ten sam człowiek. 

Ktoś, kto wiedział, że ewentualne śledztwo znów skupi się na niej, bo i tym razem była 
w mieście.

- A niech to.
-   Postanowiła   zostać   dłużej   w   Stone   Canyon   nie   dlatego,  że   rozważa   twoją 

propozycję   pracy.   Zostaje,   bo   ma   zamiar  zbadać   okoliczności   śmierci  McAllistera. 
Chce udowodnić, że jej teoria jest słuszna.

Archer wyglądał, jakby ktoś go uderzył.
- Chce znaleźć sprawcę?

- Tak. Obiecałem, że jej pomogę.
- To dlatego jest u ciebie?

- Tak. - I dlatego, że chcę jej w moim łóżku, dodał w myśli. Ale uznał, że tego 

lepiej nie mówić głośno.

- Jasny gwint - szepnął Archer, wyraźnie oszołomiony. - Nigdy nie słyszałem 

większej bzdury.

- Ona już postanowiła. Nie jestem w stanie jej powstrzymać, ale przynajmniej 

mogę mieć ją na oku.

background image

- Tego nie brałem pod uwagę - rzekł Archer tak cicho, jakby mówił do siebie. - 

Nie   przyszło   mi   do   głowy,   że   to   może   być   ktoś   inny.   Myślałem,   że   wszystko 

rozgryzłem.

- O czym ty mówisz? - spytał Jake i nagle zrozumiał. - Cholera. Powinienem był 

się domyślić. To dlatego odsuwałeś analityków Jones & Jones od sprawy McAllistera, 
a oni przyjęli twoją wersję, bo wiedzieli, że jesteś świetnym strategiem. Uznali, że 

chodzi o coś innego.

- Jak widać, nawet najlepszemu strategowi zdarzają się pomyłki, gdy w grę 

wchodzi rodzina. - Archer wzruszył ramionami. - Wiesz, jak to jest.

- Wiem. Kiedy wszystko pasuje, przestaje się szukać innych odpowiedzi.

- Święta prawda. Kiedy Elizabeth wróciła z San Francisco i złożyła pozew o 

rozwód, była zupełnie odmieniona. A z załamania nerwowego nie wychodzi się tak 

szybko. Dotarło do mnie, że McAllister zrobił jej coś strasznego.

- Clare myśli, że mógł być świetnym hipnotyzerem. W dodatku miał lekarza, 

który faszerował Elizabeth lekami.

Archer pokiwał głową.

- Nie wiedziałem, że McAllister był hipnotyzerem, ale to by wiele wyjaśniało.
- Łącznie z tym, dlaczego nikt go nie przejrzał.

- Oprócz Clare.
- Oprócz Clare - powtórzył Jake i spojrzał na Archera. - Doszedłeś do wniosku, 

że Elizabeth nie będzie bezpieczna, dopóki ten bydlak McAllister żyje.

-   Brad   był   stanowczo   za  sprytny.   I  z   jakiegoś   powodu   upatrzył   sobie   moją 

rodzinę. Kiedy spadły mi klapki z oczu, zrozumiałem, że muszę się go pozbyć.

- A gdy okazało się, że nie żyje, uznałeś, że Clare dobrała się do niego przed 

tobą?

- Wiedziałem, że stara się chronić Elizabeth. I że nie ufa McAllisterowi.

Jake gwizdnął cicho.
-   Przez   te   wszystkie   miesiące   używałeś   swoich   wpływów,   żeby   zakończyć 

policyjne dochodzenie. Wykiwałeś też Jones & Jones.

Archer wpatrywał się w pole golfowe.

- Nie widziałem innego wyjścia - odparł.
- Myślałeś, że McAllistera zabiła Clare, więc starałeś się ją chronić.

- Tak. Przyjąłem, że zabiła McAllistera, bo sam to planowałem. Kiedy dotarło 

do   mnie,   do   czego   jest   zdolny,   uznałem,   że   to   jedyny   sposób,   żeby   już   nigdy  nie 

background image

sprawiał żadnych kłopotów mojej rodzinie. Ale myślałem o czymś, co przypominałoby 
zwykły wypadek.

Jake uśmiechnął się z uznaniem.
- Jasne. Nie wyobrażam sobie, że mógłbyś go zastrzelić. Archer uniósł brwi.

- Brałeś pod uwagę, że to ja mogę być mordercą?
- Przeszło mi to przez myśl. Archer odetchnął ciężko.

- Cóż, nie chciałem zepsuć twojego planu.
- Miałeś powody. Tak czy inaczej, znaleźliśmy się w interesującej sytuacji.

- Co rozumiesz przez słowo „interesująca"?
- Instynkt mówi mi, że morderstwo McAllistera ma związek z moją sprawą w 

Stone Canyon.

- Jak na to wpadłeś?

- Nie dawało mi to spokoju od początku, bo była to jedyna rzecz, jaka rzucała 

się w oczy. Ale J&J byli tak przeświadczeni, że nie ma żadnego związku, że zacząłem 

szukać innych możliwości. - Pokręcił głową z niesmakiem. - Strata czasu.

Archer zmarszczył brwi.

- Nic nie zwojowałeś tymi swoimi nocnymi poszukiwaniami, co?
- Nic. Ale od chwili pojawienia się Clare moje zmysły zaczęły wariować. Cały 

czas jestem napalony. Rozumiesz, co mam na myśli?

- Jasne. Choć za moich czasów nazywaliśmy to inaczej.

- Nie chodzi tylko o to, że pociąga mnie twoja córka. Nie podoba mi się jej 

związek ze śmiercią McAllistera.

- Mnie też nie. Ale co to ma do rzeczy?
-   Wszystko   sprowadza   się   do   jednego.   Biorąc   pod   uwagę   niski   wskaźnik 

przestępczości w tej dziurze, jakim niby trafem znalazłaby ciało tego bydlaka, jeżeli to 
nie ona go zamordowała?

- Właśnie - przyznał Archer. - To dlatego starałem się skierować twoją uwagę w 

inną   stronę.   Nadal   jednak   nie   widzę   żadnego   związku   między   intrygami   w   Stone 

Canyon a moją rodziną.

- Nie znam jeszcze wszystkich odpowiedzi, ale wiem, że McAllister był w to 

zamieszany.

Archer milczał chwilę, zastanawiając się.

- Instynkt? - spytał w końcu.
- Instynkt myśliwego - odparł Jake.

background image

ROZDZIAŁ 29

Clare była w kuchni, kiedy usłyszała odgłos samochodu na podjeździe. Miała 

nadzieję, że to Jake wraca z porannej rozgrywki golfa. Podeszła do drzwi i wyjrzała 
przez wizjer.

Ze lśniącego mercedesa wysiadła Myra i zdecydowanym krokiem ruszyła do 

wejścia.

Clare już chciała odejść i udawać, że nie ma jej w domu, ale w tym momencie 

zauważyła, że Myra patrzy na jej wynajęty samochód stojący na podjeździe.

Zrezygnowana otworzyła drzwi.
- Dzień dobry. - Zdobyła się na uprzejmy uśmiech. - Jeśli przyszła pani do 

Jake'a, to nie ma go w domu. Jest na polu golfowym z Archerem.

- Wiem - odparła Myra. - Przyszłam porozmawiać z tobą.

- Nie jestem pewna, czy to dobry pomysł. Chyba nie rozumiemy się za dobrze.
- Muszę z tobą porozmawiać - upierała się Myra. Clare się poddała.

- Dobrze.
Myra weszła do środka i rozejrzała się nieobecnym wzrokiem.

- Jest tu pani pierwszy raz? - spytała Clare, zamykając drzwi.
- Tak. Jake i Archer umawiali się tu kilka razy w interesach, ale ja nigdy nie 

byłam w tym domu.

- Przejdźmy do salonu. Tam będziemy mogły spokojnie porozmawiać.

Poprowadziła Myrę przez korytarz i wskazała jej jeden z foteli z ciemnej skóry.
Myra usiadła sztywno i położyła sobie torebkę na kolanach. Pewnie się martwi, 

że ją okradnę, pomyślała Clare.

Usiadła naprzeciwko niej.

- Czy chodzi o plan założenia fundacji charytatywnej?
- To był twój pomysł? - spytała Myra oskarżycielskim tonem.

- Nie. Mnie też zaskoczył. Spodziewałam się, że nie będzie pani zadowolona.
- Archer chce, żebyś ty się tym zajęła.

- Wiem - przyznała Clare.
- Przyjmiesz tę pracę?

-   Nie,   powiedziałam   Archerowi,   że   jej   nie   chcę.   Ale   rozważam,   czy   nie 

zaoferować   mu   moich   usług   jako   doradcy   do   spraw   ochrony.   -   Rzuciła   Myrze 

promienny uśmiech i w nadziei, że dowcipną uwagą rozładuje napięcie, dodała: - Za 

background image

sowitą opłatą, rzecz jasna. Glazebrookow na mnie stać.

- Rozumiem. - Myra nie wyglądała na rozbawioną. No to koniec żartów.

- Będzie pani z tym ciężko, prawda? - spytała Clare.
- Odkąd pojawiłaś się w Stone Canyon, sprawiasz tylko kłopoty.

-   Być   może.   Ale   sprawy   nie   miały   się   idealnie,   zanim   pojawiłam   się   na 

horyzoncie. Przynajmniej nie dla Elizabeth.

Myra oblała się purpurą.
- Elizabeth przeżywała poważną depresję, a ty wykorzystałaś to, żeby wtargnąć 

w nasze życie.

- Myli się pani. To Brad zatruwał Elizabeth. Ożenił się z nią tylko po to, żeby 

przejąć kontrolę nad korporacją Glazebrookow.

-   Poznaliśmy   Brada   wiele   miesięcy   przed   ślubem.   Gdyby   był   zły, 

wiedzielibyśmy o tym.

- Nikt, może z wyjątkiem Valerie, nie wiedział, do czego był zdolny. A ona, jako 

jego matka, pewnie wolała nie widzieć prawdy.

Myra zacisnęła palce na torebce.

-   Przed   ślubem   Archer   nie   tylko   polecił   wydziałowi   ochrony   korporacji 

Glazebrookow   sprawdzić   przeszłość   Brada,   ale   i   prześledził   dokumenty   rodowe   w 

Arcane House. Nie znalazł niczego, co wskazywałoby na to, że Brad McAllister nie jest 
tym, za kogo się podaje.

- Więc ktoś przeoczył kilka kwestii.
-   Masz   się   za   spryciarę,   co?   Przekonałaś   Elizabeth,   że   jesteś   jej   najlepszą 

przyjaciółką; Archer ma zamiar mianować cię szefową nowej fundacji, a teraz wdałaś 
się w romans z Jakiem Salterem, jednym z zaufanych ludzi mojego męża.

- Myro, proszę...
- Do czego ty dążysz? - wyszeptała Myra. - Nie chodzi ci tylko o pieniądze, 

prawda? Wiesz, że Archer ci je zapewni. Więc po co tu jesteś? Czego chcesz od mojej 
rodziny?

Po jej twarzy popłynęły łzy. Poszperała w torebce, znalazła chusteczkę i wytarła 

oczy.

Clare ogarnęło poczucie winy. Wstała.
- Zaraz wrócę.

Poszła do kuchni, otworzyła butelkę ulubionej wody mineralnej Jake'a, nalała 

do szklanki i wróciła do salonu.

background image

- Przepraszam - powiedziała. - Nie chciałam pani zdenerwować. Myra wzięła 

wodę, wypiła łyk i odstawiła szklankę na stolik.

- Przyrzekłam sobie, że nie będę płakać - wyszeptała.
-   Nic   się   nie   stało.   -   Clare   usiadła.   -   Jesteśmy   kobietami.   Wolno   nam. 

Domyślam się, że za każdym razem, kiedy pani na mnie patrzy, powraca bolesna 
przeszłość.

- Nie mogę winić cię za to, co twoja matka i Archer zrobili wiele lat temu - 

powiedziała Myra.

Clare posłała jej ciepły uśmiech.
-   Dziękuję   pani  za  te   słowa.  Naprawdę  nie   chciałam  burzyć  waszego  życia. 

Gdybym   nie   była   pewna,   że   Elizabeth   potrzebuje   mojej   pomocy,   nie 
skontaktowałabym się z nią.

- Nigdy nie zrozumiem, dlaczego nie chciała zaufać własnej rodzinie, własnej 

matce. Jej strach przed nami musiał być skutkiem depresji.

- Stało się tak głównie dlatego, że nikt z was nie chciał jej uwierzyć, kiedy 

próbowała powiedzieć, że Brad jest potworem.

-   To   nieprawda.   Przecież   rozmawiałam   z   jej   lekarzem.   Doktor   Mowbray 

potwierdził,   że   Liz   cierpi   na   ciężką   depresję   połączoną   z   neurozą   wywołaną   jej 

wrażliwą naturą.

- A on ma intuicję?

- Tak. Szkolił się w Arcane House. Wszystko mi wyjaśnił. Powiedział, że Brad 

robi, co może, żeby jej pomóc. Ale Elizabeth naprawdę miała urojenia. Bałam się, że 

popełni samobójstwo.

Myra znów się rozpłakała.

Nie ma sensu zaprzeczać, pomyślała Clare. Myra najwyraźniej nie potrafiła się 

pogodzić   z   rzeczywistością.   Woli   nie   wierzyć,   że   popchnęła   córkę   do   potwornego 

małżeństwa, bo dla matki to najgorszy błąd.

- Pani  Glazebrook, doskonale zdaję  sobie sprawę, że nie wniosłam do pani 

życia radości i blasku - powiedziała. - Ale przysięgam, że nie miałam zamiaru nikogo 
krzywdzić.

- To dlaczego nie wyjedziesz?
- Zamierzam wyjechać.

- Kiedy?
- Niedługo.

background image

Myra rozejrzała się po salonie.
- Dlaczego zadałaś się z Jakiem? - spytała.

- Tak wyszło.
- Takie rzeczy nie wychodzą ot tak sobie. Mężczyźni czasem w to wierzą, ale 

kobiety znają prawdę. - Myra zgniotła chusteczkę w dłoni. - Próbujesz uwieść Jake'a, 
tak jak uwiodłaś Brada?

Clare z trudem opanowała irytację.
-   Nigdy   -   odparła   -   nie   przespałam   się   z   Bradem   McAllisterem.   Był 

niebezpiecznym, mściwym kłamcą i na dodatek bardzo silnym hipnotyzerem.

Myra otworzyła szeroko oczy.

-   Nie   był   żadnym   hipnotyzerem.   Mówiłam   ci   już,   że   Archer   sprawdził   jego 

przeszłość. Brad McAllister był strategiem czwartego stopnia. Gdyby kłamał, Archer 

przejrzałby go natychmiast. Ma ósmy poziom.

-   A   ja   umiem   wykrywać   kłamstwa   na   dziesiątym   poziomie.   Rozpoznam 

każdego oszusta.

Myra wstała.

- Nikt nie umie kłamać tak dobrze jak wykrywający kłamstwa - oznajmiła.
- Nie jestem tu po to, żeby krzywdzić pani rodzinę - zapewniła Clare, również 

wstając.

-   Chcesz   zemsty,   prawda?   Za   wszystko,   czego   nie   miałaś   dlatego,   że   nie 

wychowywałaś się jako córka Archera Glazebrooka.

- To nieprawda.

- A o co innego może ci chodzić? Dlaczego usidliłaś Jake'a Saltera? Myślisz, że 

będziesz mogła go wykorzystać do swoich planów?

Clare zacisnęła dłonie w pięści.
- Dość tego, Myro - warknęła.

-   Ostrzegam   cię,   Clare   -   usłyszała   w   odpowiedzi.   -   Zrobię   wszystko,   żeby 

ratować moją rodzinę.

Myra przeszła przez pokój i skierowała się na korytarz. Clare pospieszyła za 

nią.

- Proszę mnie posłuchać. Proszę.
Myra przystanęła, odwróciła się do Clare i powiedziała:

- Chcę, żeby jedno było jasne. Nie będę stała z boku i patrzyła, jak dalej mścisz 

się na tej rodzinie.

background image

Wyszła, trzaskając drzwiami.

background image

ROZDZIAŁ 30

Jake wjechał na podjazd, wysiadł z bmw i ruszył w stronę drzwi. Otworzyły się, 

ledwie zdążył wyjąć klucz. Stała w nich Clare. W ręce trzymała szklankę mrożonej 
zielonej herbaty. Czarne spodnie, które miała na sobie, wyglądały znajomo, ale tej 

bluzki wcześniej nie widział.

Patrzył na nią stojącą w wejściu i witająca go i uświadomił sobie, że czekał na tę 

chwilę, odkąd wyszedł z klubu.

- Usłyszałam cię na podjeździe - powiedziała, unosząc szklankę. - Pomyślałam, 

że będziesz tego potrzebował po całym poranku spędzonym z Archerem.

- Chyba jesteś jasnowidzem. - Wszedł na korytarz i wziął od Clare szklankę z 

herbatą.

Zamknęła drzwi, odwróciła się do niego i spytała:

- I jak poszło? Dał ci reprymendę?
- Jasne. - Pocałował ją w usta, po czym pociągnął kilka łyków herbaty.

- No i? Co powiedziałeś?
- Potwierdziłem jego najgorsze obawy. Powiedziałem mu, że jesteś ze mną.

Jej ciemne brwi się złączyły.
- I to wszystko?

- Nie. Później naprawdę zepsułem mu dzień.
- Wygrałeś z nim w golfa? Skinął głową.

- To też.
Zmrużyła oczy.

- Co jeszcze zrobiłeś?
-  Powiedziałem Archerowi,  że chcesz  się dowiedzieć,  co stało  się z  Bradem 

McAllisterem, i że masz zamiar zostać w Stone Canyon, dopóki nie poznasz prawdy.

- Nie wiem, czy to był najlepszy pomysł.

- Cóż, Archer nie był zachwycony. Ale ma swoje powody. Wiesz, że myślał, że to 

ty zabiłaś McAllistera?

- Co?!
- Robił, co mógł, żeby zamknięto dochodzenie w tej sprawie.

- Dobry Boże. - Sprawiała wrażenie oszołomionej. - Starał się mnie chronić?
- Jest twoim ojcem. Wprawdzie późno pojawił się na horyzoncie, ale to nie 

zmienia faktu, że czuje się za ciebie odpowiedzialny. Poza tym uznał, że Brad dostał za 

background image

swoje.

- Ale teraz chyba zrozumiał, że ja nie miałam z tym nic wspólnego? Przecież nie 

szukałabym rozwiązania, gdybym była morderczynią.

- Ten fakt trochę zmienił jego teorie - przyznał Jake. - Skutek jest taki, że teraz 

spokojniej podchodzi do tego, że mieszkamy razem.

Jęknęła.

-   Krótko   mówiąc,   doszedł   do   wniosku,   że   skoro   zamierzam   wsadzać   kij   w 

mrowisko, lepiej, żebyś miał mnie na oku.

Upił kolejny łyk herbaty i odparł:
- Mniej więcej tak to ujął.

- To samo usłyszałam od Elizabeth. Że przynajmniej będziesz mógł mieć mnie 

na oku. - Minęła go i przeszła korytarzem do kuchni. - To wkurzające. Tylko Myra 

widzi wszystko inaczej.

Wszedł za nią do kuchni i usiadł przy stole, żeby dokończyć herbatę.

- Widziałaś się z nią?
- Jakąś godzinę temu. - Otworzyła lodówkę, wyjęła dzbanek z mrożoną herbatą 

i nalała sobie do szklanki. - I powiem ci jedno: jeśli uważasz, że moje teorie są z 
kosmosu, to powinieneś usłyszeć jej. Uważa, że cię opętałam i mam nad tobą władzę.

Uśmiechnął się.
- To interesujące.

Usiadła naprzeciwko niego.
-  Jest przekonana,  że  postanowiłam  zemścić się na  rodzinie  Glazebrooków, 

najpierw niszcząc małżeństwo Elizabeth, a teraz uwodząc ciebie, żebyś mi pomógł 
zrealizować mój diabelski plan.

- A powiedziała, na czym według niej miałby polegać ten diabelski plan?
- Nie. Nad tą częścią teorii jeszcze pracuje. - Wypiła trochę herbaty i odstawiła 

szklankę. - Ale niezależnie od tego, jaki to plan, jest pewna, że będzie zły dla rodziny 
Glazebrooków.

- Myrą się nie przejmuj. Kiedyś wszystko zrozumie.
- Może. A może nie. Tak czy inaczej, załatwiłam dziś jedno. Umówiłam się po 

południu   w   spa   w   Phoenix,   gdzie   według   Elizabeth   Brad   spotykał   się   ze   swoją 
kochanką.

Jake'a zmroziło. I nie miało to nic wspólnego z mrożoną herbatą.
- Co zrobiłaś?!

background image

ROZDZIAŁ 31

Jake nie podniósł głosu, ale Clare skrzywiła się odruchowo. - Pomyślałam, że w 

ten   sposób   uda   mi   się   dyskretnie   poznać   to   miejsce   -   wyjaśniła,   zaskoczona   jego 
reakcją.

- Nie jesteś tajniakiem z policji, Clare. Nie możesz pojawić się, ot tak sobie, i 

zacząć wypytywać o sensacyjne morderstwo.

Zaczął ją wkurzać. Zamiast docenić jej inicjatywę, marudził.
-   Możesz   mi   zaufać   -   zapewniła.   -   Całkiem   dobrze   sobie   radziłam   z 

wykrywaniem defraudacji i naciągaczy. Nie jestem zupełną amatorką.

- Może i nie, gdy w grę wchodzą oszustwa, ale jeśli chodzi o morderstwa, jesteś 

zupełną amatorką. Nie pozwolę ci samej jechać do spa.

- Nie martw się. Będę uważać. Co niby może mi się stać?

- Niech pomyślę. Tak, już sobie przypominam. Kiedy ostatnio wybrałaś się do 

spa, o mało nie rozbito ci głowy czterokilogramowym ciężarkiem.

Wzruszyła ramionami.
- No tak. Ale przecież ze strony Valerie już nic mi nie grozi. Poza tym w spa w 

Phoenix nikt mnie nie zna. Nigdy tam nie byłam.

- Nie masz pewności, że ktoś cię nie rozpozna.

- Zarezerwowałam wizytę na fałszywe nazwisko - wyjaśniła, dumna ze swojej 

pomysłowości. - Zapłacę gotówką. Nikt nie zobaczy karty kredytowej.

- I tak mi się to nie podoba.
- Doceniam twoją troskę.

- To nie troska - stwierdził. - To panika.
-  Doradcy  biznesowi  nie powinni   panikować  - odparła. -  Umówiłam się  na 

czwartą. Zamówiłam pięćdziesięciominutowy masaż, więc powinnam wyjść po piątej. 
Ale to dosyć daleko, więc wrócę dopiero koło szóstej.

- Umów też mnie - zażądał. - Jadę z tobą.
- To zupełnie niepotrzebne.

- Umów mnie - powtórzył. - Albo zrobię to sam.
- Dobrze już, dobrze. A na jaki zabieg cię zapisać? Masaż? Sauna?

- Wszystko mi jedno, byleby nie na depilację.
Gdy wjeżdżali na parking spa Tajemnicze Źródła, Jake ciągle był w ponurym 

nastroju.

background image

- Jeśli masz zamiar reagować tak za każdym razem, kiedy postanowię coś, co ci 

się nie podoba, to możemy mieć problem z naszym partnerstwem - dąsała się Clare.

- Ze związkiem - poprawił ją odpinając pas. Wysiadł i trochę za mocno trzasnął 

drzwiami.

- Co chcesz przez to powiedzieć? - spytała.
- Stwierdziłaś, że łączy nas partnerstwo - odparł. - A to jest związek.

- Chyba wiesz, o co mi chodzi.
-   Nie  -   oznajmił   kategorycznie.  -   Mnie  partnerstwo  kojarzy  się   wyłącznie  z 

interesami. Wybierz jakieś inne określenie. - Przerwał na chwilę. - Chyba że chcesz 
podpisać ze mną umowę.

Zamrugała, kompletnie skołowana, a potem wybuchnęła śmiechem.
-   Byłabym   kretynką,   gdybym   podpisała   z   tobą   umowę.   Jesteś   doradcą 

biznesowym. W sprawach interesów i umów nie mogę się z tobą równać.

Jego twarz przypominała kamienną maskę. Na nic się zdała odrobina humoru, 

żeby poprawić mu nastrój.

Po chwili ku jej zdumieniu kąciki ust Jake'a uniosły się w lekkim uśmiechu.

- Możesz być pewna, że wyegzekwowałbym każdy zapis - oznajmił zimnym jak 

lód tonem, który przyprawił ją o dreszcz. Nie znalazła właściwej odpowiedzi, więc 

postanowiła milczeć.

Otworzył szklane drzwi wejściowe, przytrzymał, wpuszczając ją do środka, i 

wszedł za nią do klimatyzowanej recepcji.

Zdjęła   okulary   przeciwsłoneczne   i   zmierzyła   wzrokiem   lśniące   kamienne 

podłogi, długi blat z błyszczącego granitu i dwoje nader urodziwych recepcjonistów.

Mężczyzna uśmiechnął się do niej, ukazując idealnie białe zęby.

- Czym mogę służyć?
-   Nasze   nazwisko   Smith   -   odparła  gładko   Clare,  podchodząc   do   granitowej 

lady. - Jesteśmy umówieni.

- Smith? - wymruczał Jake szeptem, który usłyszała tylko ona.

Stanęła   przy   blacie,   dziwnie   zirytowana   ciepłym,   serdecznym   uśmiechem, 

jakim   recepcjonistka   obdarzyła   Jake'a.   Na   małej   plakietce   przypiętej   na 

powiększonym biuście kobiety widniało imię „Tiffany".

- Tak, mam tutaj państwa - stwierdził mężczyzna. Na jego plakietce widniało 

imię „Harris". - Pani jest zapisana na zabieg rytualnej odnowy, a pana zapraszamy na 
masaż relaksacyjny. - Harris spojrzał na ekran komputera. - Mam tu uwagę, że prosiła 

background image

pani, żeby zabieg wykonała kobieta.

- Zgadza się.

Tiffany uśmiechnęła się promiennie do Jake'a.
- Czy ma pan jakieś życzenia, panie Smith?

- Ja...
- Pan Smith chciałby masażystę - weszła mu w słowo Clare. - Zaznaczałam to, 

rezerwując zabieg. Powiedziano mi, że będzie można skorzystać z usług mężczyzny.

Kątem oka zauważyła, że Jake się uśmiecha, wyraźnie zadowolony. Spojrzał na 

Tiffany.

- Wszystko, co każe pani Smith.

Tiffany przewróciła oczami, wyrażając współczucie dla męża pantoflarza. Clare 

miała ochotę wspiąć się na blat i ją udusić.

- Zaraz ktoś zaprowadzi państwa do szatni - poinformował Harris. - Zaczną 

państwo zabieg od przebrania się w szlafroki i klapki.

Wcisnął przycisk za blatem. Kilka sekund później pojawił się pracownik salonu.
- Proszę za mną - oznajmił.

background image

ROZDZIAŁ 32

Kosmetyczka   miała   na   imię   Anya   i   sylwetkę   godną   skandynawskiej   bogini. 

Mówiła z akcentem noszącym ślady języka wywodzącego się z kraju, który kiedyś 
znajdował się pod wpływami Moskwy. Była bardzo silna.

- Au - stęknęła Clare, kiedy zabrała się do pracy. - Nie tak mocno.
-   Chyba   nie   jest   pani   przyzwyczajona   do   zabiegów   złuszczających.   -   Anya 

pocierała energicznie prawą nogę Clare. - Jeśli chce się osiągnąć wspaniałe rezultaty, 
trzeba robić to zdecydowanie.

- Zdziera pani ze mnie całą warstwę skóry.
- Bo o to chodzi, proszę pani.

- Czuję się, jakby tarła mnie pani papierem ściernym.
- Kiedy skończę, będzie się pani czuła jak nowo narodzona - obiecała Anya. - 

Pani skóra będzie lśnić.

- W ciemności?

- Cha, cha. Ma pani poczucie humoru.
Anya   zajęła   się   drugą   nogą.   Clare   zacisnęła   zęby   i   starała   się   myśleć   o 

wspaniałym rezultacie tych tortur.

- Długo już pani... auu... tu pracuje?

-   Pięć   lat,   proszę   pani.   -   W   głosie   Anyi   pobrzmiewała   duma.   Wcierała 

gruboziarnistą miksturę w łydkę Clare. - Byłam jedną z pierwszych zatrudnionych 

kosmetyczek.

- Naprawdę? Coś podobnego. Słyszałam, że w tym zawodzie jest duża rotacja.

- To prawda, ale ja jestem tu szczęśliwa. To spa cieszy się znakomitą renomą.
- Wiem o tym. Właściwie od wielu miesięcy  czekałam na tę chwilę. Odkąd 

postanowiłam wybrać się do Phoenix.

- Pani nie jest stąd?

- Nie. Przyjechałam z San Francisco.
- Wybrała pani złą porę roku. Teraz jest bardzo gorąco.

- Zauważyłam.
-   Następnym   razem   powinna   pani   przyjechać   zimą   albo   wczesną   wiosną.   - 

Anya ugniatała kostkami palców gołą stopę Clare. - Wtedy pogoda jest o wiele lepsza. 
Właściwie idealna.

Clare nabrała gwałtownie powietrza, zastanawiając się, czy Anya przypadkiem 

background image

nie złamała jej czegoś w stopie. Kiedy ból zelżał, wróciła do rozmowy.

- Ale w sezonie chyba trudno dostać się do spa, w ręce takiej specjalistki jak 

pani - zagaiła.

- To prawda. - Anya pociągnęła ją za duży palec. - Pani stopy wymagają wielu 

zabiegów.   Radzę,   żeby   przed   wyjazdem   zafundowała   sobie   pani   jeden   z   naszych 
najlepszych kremów odmładzających do stóp.

-  Dziękuję. - Clare  wbiła  palce w brzegi łóżka, kiedy  Anya  zajęła się  drugą 

stopą.   -   Dostałam   wasz   adres   od   pewnego   mężczyzny,   którego   poznałam   kilka 

miesięcy temu na konferencji służbowej. Powiedział, że często tu bywa.

- Mamy wielu stałych klientów z Phoenix. Mówiłam już pani, że jest to słynne 

spa.

-   Może   zna   pani   tego   mężczyznę.   Nazywał   się   McAllister.   Dłonie   Anyi 

znieruchomiały.

- Pan McAllister? Chyba nic mi to nie mówi.

- Mam zdjęcie. - Clare, która celowo zostawiła szlafrok w zasięgu ręki, wyjęła z 

kieszeni zdjęcie Brada. - To on.

Anya spojrzała na fotografię.
- Ach, pan Stowe - mruknęła z wyraźną pogardą.

- Był pani klientem?
- Nie. Zawsze prosił o inną kosmetyczkę. - Znów zajęła się stopą Clare. - Nie 

obchodził mnie. Był strasznym kobieciarzem.

- Dotykał panią?

- Ale skąd! - oburzyła się Anya. - Nie pozwalam się dotykać klientom.
- Miałam na myśli to, czy sobie na coś wobec pani pozwalał. Obrażał panią 

propozycjami seksualnymi?

- Ach tak, teraz rozumiem. Już mówiłam, że nie był moim klientem, więc nie 

miał   okazji,  żeby   mnie   dotknąć.  Ale   gdyby  spróbował   czegoś  podobnego,  od  razu 
poszłabym do mojego kierownika. Jestem profesjonalistką. Nie toleruję zniewagi w 

pracy.

Clare nie wątpiła to ani przez chwilę.

-   Skoro   miał   w   zwyczaju   obrażać   profesjonalistki,   dziwne,   że   mógł   tu 

przychodzić. A może kierownictwo pilnowało, żeby zajmował się nim masażysta?

-   Pan   Stowe   zawsze   chciał   być   obsługiwany   przez   jedną   konkretną 

kosmetyczkę. Zabiegi mogła mu robić tylko ona. I jeśli mam być szczera, to, co się 

background image

działo podczas tych zabiegów, było dalekie od profesjonalizmu.

Rodney przyjrzał się zdjęciu, które podał mu Jake.

- Jest pan prywatnym detektywem? - spytał.
Rodney, wspaniale umięśniony mężczyzna dobrze po trzydziestce, początkowo 

nie był rozmowny. Dopiero kiedy Jake dał do zrozumienia, że w grę wchodzi wysoki 
napiwek, język mu się rozwiązał.

- Niezupełnie - odpowiedział Jake na jego pytanie. Wstał z łóżka do masażu i 

włożył szlafrok. - Tropię spadkobierców.

- Jak to?
-   Firmy   prawnicze   reprezentujące   wielkie   fortuny   zatrudniają   mnie,   żebym 

odnalazł nieznanych spadkobierców. Jeśli to facet, którego szukam, to odziedziczył 
pieniądze po niedawno zmarłym krewnym, którego prawdopodobnie nie znał, a może 

nawet nie wiedział o jego istnieniu.

Roney prychnął.

- Pieniądze to chyba ostatnia rzecz, jakiej potrzebuje Stowe. Powinien był pan 

widzieć   jego   ciuchy.   Marynarki   miał   prosto   z   Włoch.   Koszule   i   buty   też.   Jeździł 

porsche.

- Tak to jest - odparł Jake. - Bogaty jeszcze bardziej się bogaci, zwykle dzięki 

spadkom. Mówi pan, że nazywa się Stowe?

- Tak. - Rodney spojrzał na niego zdziwiony. - A czemu?

- Chyba zaszła jakaś pomyłka - wyjaśnił Jake. - W dokumentach podano, że 

nazywa się McAllister.

- Cóż, mogę panu powiedzieć tylko tyle, że mężczyzna ze zdjęcia nazywa się 

Stowe. Nie pomyliłbym tej marynarki z żadną inną. Oszalałem na jej punkcie.

-   Może   z   jakiegoś   powodu   zmienił   nazwisko.   Ludzie   czasami   to   robią.   Czy 

Stowe jest stałym klientem?

-   Kiedyś   był.   Ale   przestał   przychodzić   jakieś   pół   roku   temu.   -   Rodney 

zachichotał. - Nie przez przypadek.

- Co pan sugeruje?
-   Stowe   zawsze   prosił   o   Kimberley   Todd.   Baraszkowali   jak   króliki   w   sali 

oceanicznego ogrodu. Cały personel wiedział, o co chodzi. Kiedy Kim odeszła, więcej 
się nie pojawił.

- Ludzie pańskiej profesji często wdają się w takie układy?
- Ryzyko zawodowe - odparł Rodney. - Tu, w Tajemniczych Źródłach, nie jest 

background image

jeszcze tak źle. O wiele gorzej było, kiedy pracowałem w spa w Vegas. Nie uwierzyłby 
pan, co wyprawiali tam niektórzy klienci.

- Vegas to Vegas. Niektórym się wydaje, że mogą wszystko.
-   Nie   musi   mi   pan   mówić.   -   Rodney   pokiwał   głową.   -   W   Arizonie   ludzie 

zachowują się porządniej. Na ogół.

- Powiedział pan, że Stowe przestał tu bywać około pół roku temu?

Rodney znów skinął głową.
- Nie widziałem go po odejściu Kimberley. Pewnie poszedł za nią.

- Todd przeniosła się do innego spa?
- Przypuszczamy, że dlatego zrezygnowała z pracy u nas. To najczęstszy powód. 

Masażyści często zmieniają miejsce pracy. Tutaj, w Dolinie, bez przerwy ktoś otwiera 
nowe spa, odciągając najlepszych terapeutów z innych.

- Większe pieniądze?
- Im bardziej ekskluzywne spa, tym wyższe napiwki. A w tym interesie głównie 

o to chodzi.

Rodney patrzył, jak państwo Smith wyjeżdżają z parkingu. Potem wrócił do 

gabinetu, sięgnął po telefon i wybrał numer.

- Czy propozycja jest nadal aktualna? - spytał.

- Ktoś pytał o Kimbesjey Todd?
- Dwadzieścia minut temu. Dwoje ludzi. Mężczyzna i kobieta.

- Zapamiętał pan, jak wyglądali?
- Jasne. I numery rejestracyjne ich samochodu.

- Pieniądze będą czekały rano w kopercie na głównym biurku.
- Pięćset?

- Zgodnie z umową.
Rodney podał rysopisy klientów i numer rejestracji ich samochodu.

W tym interesie liczą się głównie napiwki.

background image

ROZDZIAŁ 33

Clare sięgnęła po notatnik i długopis i ułożyła się wygodnie na leżaku przy 

basenie. Gorący żar, który miejscowi nazywali słońcem, w końcu zelżał. Zapadła noc. 
Clare   pomyślała,   że   mogłaby   się   przyzwyczaić   do   noszenia   klapek   i   koszulki   po 

zmierzchu.

- Dobra, zobaczmy, co mamy. - Uderzyła w notatnik końcem długopisu. - Na 

początek nazwisko kobiety, z którą Brad spotykał się regularnie podczas małżeństwa z 
Elizabeth. Kimberly Todd.

- Która rezygnuje z pracy w Tajemniczych Źródłach akurat wtedy, gdy zabito 

Brada - dodał Jake, stawiając tacę na stoliku w patio.

- Sprytnie - orzekła Clare.
Popatrzyła   na   tacę.   Stały   na   niej   butelka   schłodzonego   chardonnay,   dwa 

kieliszki   i   kilka   miseczek   z   przekąskami.   W   zestawie   były   trzy   rodzaje   oliwek, 
krakersy, karczochy, sos parmezanowy, który Jake przygotował poprzedniego dnia, 

kawałek pysznego angielskiego cheddara, rzodkiewki, surowy biały groszek i trochę 
chrupkiego chleba na zakwasie.

Wszystkie   te   produkty   łączyło   tylko   to,   że   nie   wymagały   gotowania.   Po 

powrocie ze spa ani jej, ani Jake'owi nie chciało się przygotowywać posiłku, więc 

razem przekopali lodówkę i spiżarnię.

Jake nalał wina do kieliszków.

- Odejście Kimberly z pracy może być całkiem zrozumiałe - powiedział.
- Załamana kochanka wpada w rozpacz, kiedy dowiaduje się o śmierci swojego 

mężczyzny, rzuca pracę i wraca tam, skąd przyszła? Może. Ale czuję, że chodzi o coś 
więcej.

- Ja też. - Podał jej kieliszek wina.
- Musimy odnaleźć Kimberly Todd - oznajmiła Clare.

- To nie powinno być trudne.
-   Chyba   że   się   ukrywa,   bo   jest   potencjalnym   świadkiem,   a   może   nawet 

podejrzaną w nierozwiązanej sprawie o morderstwo.

- To by skomplikowało sytuację - przyznał Jake. - Ale znam kogoś, kto świetnie 

sobie radzi z odnajdywaniem ludzi na odległość. Zadzwonię do niego.

- To ktoś z twojego dawnego biura?

- Poniekąd.

background image

- Wybieramy się jutro z Elizabeth do doktora Mowbraya - powiedziała Clare. - 

To on leczył ją z rzekomej depresji.

- Umówiłyście się na wizytę?
- Nie. Uznałam, że będzie lepiej, jeśli go zaskoczymy. Gdyby zobaczył w grafiku 

nazwisko   Elizabeth,   mógłby   pomyśleć,   że   rozważa   podjęcie   kroków   prawnych   w 
związku z mylną diagnozą, i zadzwonić do swojego prawnika.

Jake pokiwał głową z uznaniem.
- Podoba mi się twój tok rozumowania.

- Dzięki - odparła, zadowolona z komplementu. Napił się wina i sięgnął po 

plasterek cheddara.

- Muszę przyznać, że masz smykałkę do tego rodzaju roboty.
- Mówiłam ci przecież, że zajmowałam się demaskowaniem naciągaczy. A Brad 

McAllister był właśnie naciągaczem.

-   Na   to   wygląda.   Ale   dlaczego   chciał   zadać   sobie   tyle   trudu,   żeby   przejąć 

kontrolę nad korporacją Glazebrooków? Było to co najmniej ryzykowne, a poza tym 
niepewne. Choćby samo wmawianie Elizabeth, że jest stuknięta, i planowanie kilku 

morderstw.

- Brad nie był typowym naciągaczem - wyjaśniła. - Oni zwykle działają tylko do 

chwili, gdy zdobędą pieniądze, a potem natychmiast znikają. - Odłożyła notatnik i 
długopis. - Może po prostu chciał zostać najważniejszym graczem w świecie biznesu. 

Gdyby   przejął   kontrolę   nad   korporacją   Glazebrooków,   miałby   ogromną   władzę   i 
cieszyłby się w Arizonie powszechnym szacunkiem.

- A może miał inny cel - powiedział Jake. - Cel, którego jeszcze nie znamy.
Czekała   na   niego   w   blasku   księżyca.   Podszedł   do   niej   owinięty   ręcznikiem 

wokół bioder, stanął przy łóżku i napawał się zmysłową rozkoszą, jaką dawał mu jej 
widok.

Uśmiechnęła się zapraszająco.
Jake pozbył się ręcznika, odsunął kołdrę i spojrzał na Clare. Koszula nocna 

sięgała jej ledwie za biodra. Między nogami dostrzegł ciemny, zapraszający cień.

Położył się na niej powoli, smakując ten moment wszystkimi zmysłami. Świat 

wokół niego nabrał innych wymiarów. Zaczął dostrzegać kolory, których nie umiałby 
nazwać,   i   słyszeć   dźwięki,   których   inaczej   nigdy   by   nie   usłyszał.   Jego   zmysły   się 

wyostrzyły. Jej zapach działał jak mocny afrodyzjak. Ale najbardziej podniecająca była 
świadomość, że ona pragnie jego równie mocno jak on jej.

background image

Wokół nich iskrzyło.
- Pragnę cię tak bardzo - szepnął - że chybabym zwariował, gdybym nie mógł 

cię dzisiaj mieć.

- Jake.

Objęła go i poczuł jej paznokcie na plecach. Lubił to, że zostawiała na nim 

ślady. Dzisiaj on też miał zamiar zostawić swoje. Rozpierała go potrzeba przywiązania 

jej do siebie, zapisania się w niej tak, żeby nigdy go nie zapomniała. Pragnął jej, a ona 
pragnęła jego. I tylko to się liczyło.

Chciał   znaleźć   się   w   jej   ciasnym,   wilgotnym   wnętrzu,   ale   zmusił   się,   by 

poczekać, aż będzie się pod nim wić, a jej łagodne błagania zamienią się w ostre 

rozkazy.

- Teraz - wychrypiała. - Zrób to. Teraz.

Przewrócił się na plecy, pociągając ją na siebie. Kiedy na nim usiadła, zdjął z 

niej koszulę nocną, cisnął na dywan przy łóżku i objął Clare w talii.

Dotyk wewnętrznej strony jej ud ściskających jego biodra doprowadził go na 

skraj wytrzymałości. Robił, co mógł, żeby nie stracić panowania nad sobą.

Już miał naprowadzić ją na swoją męskość, ale pochyliła się i pocałowała go w 

usta, a potem przesunęła wargi na pierś.

Był   zafascynowany  widokiem   jej  ciemnych  włosów   na   swojej   nagiej   skórze. 

Usta miała wilgotne i gorące. Zadrżał.

- Chyba wiem, do czego zmierzasz. Ale to nie najlepszy moment. Uniosła głowę 

i spojrzała na niego spoza zasłony włosów.

- Czemu?
Uświadomił sobie, że zadał jej to samo pytanie, kiedy starała się oprzeć jego 

intymnej pieszczocie. Miał ochotę się roześmiać, ale wydobył z siebie tylko ochrypły 
jęk.

- Bo już nie mogę - wyznał. - Będzie dobrze, jeśli wytrzymam na tyle, żeby w 

ciebie wejść.

- To niewystarczający powód. Masz jakieś inne wyjaśnienie?
- Myślałem, że to jest rozsądne.

- Nie. Mogę cię prosić, żebyś się po prostu położył i mi nie przeszkadzał?
- Będę musiał się zrewanżować, co?

- Oj tak.
Chwilę później objęła go ustami. Usiłował nabrać powietrza, ale miał wrażenie, 

background image

że w ciągu kilku ostatnich minut w pokoju gwałtownie spadł poziom tlenu.

Delikatnie chwycił Clare za głowę, zamierzając ją odsunąć i posadzić tam, gdzie 

chciał. Ale błądziła wokół niego językiem, równocześnie pocierając czubkiem palca 
napiętą, wrażliwą skórę u nasady jego członka.

Czuł się rozdarty pomiędzy gorącym pragnieniem, by ją posiąść, a nieznanym, 

równie palącym pragnieniem, by to ona posiadła jego.

Zwyciężyło to pierwsze. Zacieśnił uścisk na jej głowie i podciągnął ją w górę. 

Opierała się, ale wiedział, że ta erotyczna potyczka jeszcze bardziej ich podnieca.

Uniósł się, położył ją na plecach i przycisnął do łóżka.
- Słyszałaś kiedyś o teorii, że porażkę należy przyjmować z wdzięcznością?

- Słyszałam. - Jej białe zęby zalśniły, kiedy roześmiała się zmysłowo. - Ale się z 

nią nie zgadzam. A ty?

- Nie mogę powiedzieć, żebym był jej zwolennikiem.
- Mimo wszystko założę się, że lubisz różnorodność - spytała gładko.

- Różnorodność? To brzmi interesująco. Uśmiechnęła się znowu.
- O to mi chodziło. O odrobinę odmiany.

- To czemu tego nie powiedziałaś? Przewrócił się na plecy. Usiadła na nim.
Nie trwało to długo. Oboje byli u kresu wytrzymałości.

- Jake!
Poczuł jej skurcze i wiedział, że szczytuje. Chciał zanurzyć się w tym doznaniu, 

ale fale jej rozkoszy doprowadziły go do ekstazy. Potem odpłynęli beztrosko w błogi 
sen.

background image

ROZDZIAŁ 34

Więc Brad pieprzył swoją masażystkę - powiedziała Elizabeth. - Wszystko na to 

wskazuje   -   potwierdziła   Clare.   Siedziały   w   mercedesie   Liz,   zaparkowanym   przed 
dziewięciopiętrowym biurowcem ze szkła i stali, w którym mieścił się gabinet doktora 

Ronalda Mowbraya.

- A ona po prostu zniknęła, kiedy zamordowano Brada. - Elizabeth zabębniła 

czubkami palców w kierownicę. - No, no. To interesujące.

- Może nie ma w tym nic niezwykłego - odparła Clare. - Na razie niewiele 

wiemy o Kimberly Todd.

- Mylisz się. - Liz zacisnęła palce na kierownicy tak, że zbielały jej knykcie. - 

Jedno wiemy na pewno.

- Co?

- Musi być bardzo dobrą masażystką.
- Najlepszą, skoro chciał jej Brad?

- Najlepszą. - Elizabeth otworzyła drzwiczki i wysiadła z samochodu.
Clare również wynurzyła się na słońce i rozejrzała się po parku okalającym 

budynek. Był późny ranek, dochodziła dopiero jedenasta, ale od chodnika już biły fale 
gorąca.   Biurowiec,   niczym   sztuczną   oazę,   otaczały   zielone   trawniki   i   tryskające 

fontanny.

Spojrzała na siostrę ponad dachem mercedesa.

- Ładny budynek.
Elizabeth uśmiechnęła się niewyraźnie.

- Po prostu najlepszy psychiatra w mieście dla biednej, chorej psychicznie żony 

Brada McAllistera.

- Na pewno to wytrzymasz?
-   Prawdę   mówiąc,   odkąd   wpadłaś   na   ten   pomysł,   jestem   pełna   obaw   - 

przyznała Liz. - Kiedy obudziłam się dziś rano, przyjazd tutaj był ostatnią rzeczą, 
jakiej chciałam. Ale teraz, gdy już tu jestem, cieszę się, że będę mogła powiedzieć 

doktorowi Mowbrayowi, co myślę o jego zdolnościach lekarskich.

Podeszły do ciężkich szklanych drzwi.

-   Właściwie  nie   można   go   winić,   że   dał   się   oszukać   Bradowi  -   powiedziała 

Clare. - Inni też dali się nabrać.

- Słyszałam, że socjopaci potrafią oszukać nawet wykrywających kłamstwa.

background image

- Ja też o tym słyszałam. Elizabeth się uśmiechnęła.
- Ale ty się nie nabrałaś.

- Nie.
Clare   przygotowała   się   na   uderzenie   lodowatego,   chłodzonego   klimatyzacją 

powietrza i weszła za siostrą do środka.

Hol był urządzony w stylu typowym dla nowoczesnych biurowców. Ściany z 

białego szkła, intensywne światło i błyszczące podłogi z płytek sprawiały wrażenie, że 
prowadzi się tu wyłącznie wielkie i ważne interesy.

Elizabeth nie zatrzymała się przy planie. Od razu podeszła do wind i wcisnęła 

guzik.

- Gabinet doktora Mowbraya jest na czwartym piętrze. Tego chyba nigdy nie 

zapomnę.

Wsiadły   do   windy.   Clare   zauważyła,   że   Liz   kurczowo   ściska   pasek   torebki. 

Wyciągnęła   rękę   i   położyła   siostrze   na   ramieniu.   Elizabeth   uśmiechnęła   się 

niepewnie.

- Nic mi nie jest. Naprawdę.

- Wiem.
Wysiadły na czwartym piętrze i przeszły przez wyłożony dywanem korytarz, 

mijając dwa małe biura rachunkowe i kancelarię prawniczą.

- Nie widzę żadnych innych gabinetów ani przychodni - zauważyła Clare. - 

Wydawało mi się, że lekarze trzymają się razem?

- Zależy, czym się zajmują - odparła Elizabeth. - Psychologowie i psychiatrzy 

często   otwierają   gabinety   w   biurowcach   takich   jak   ten.   To   zapewnia   pacjentom 
większą prywatność.

- Fakt. Ktoś, kto wchodzi do holu na dole, może równie dobrze iść do prawnika, 

księgowego   czy   maklera.   Nie   musi   obwieszczać   całemu   światu,   że   wybiera   się   do 

psychiatry.

- Brad nie zadawał sobie trudu, by ukryć, że leczę się u psychiatry - rzekła 

Elizabeth z goryczą.

Skręciła za róg i zatrzymała się przed drzwiami z numerem 410. Clare spojrzała 

na tabliczkę na drzwiach. Widniał na niej napis „J.C. Connors, adwokat".

- Poczekaj. To nie te drzwi.

Dłoń   Elizabeth   znieruchomiała   na   klamce.   Ona   również   wpatrywała   się   w 

szyld.

background image

- To te drzwi - wyszeptała. - Jestem pewna.
Otworzyła je. Clare weszła za nią do skromnie urządzonej recepcji. Siedząca za 

biurkiem kobieta w średnim wieku piłowała paznokcie. Podniosła głowę.

- W czym mogę pomóc?

- Szukamy gabinetu doktora Mowbraya - odparła Clare.
- To nie tutaj - poinformowała recepcjonistka. - Sprawdziła pani na planie na 

dole?

Elizabeth podeszła do biurka.

- Jestem pewna, że to właściwy gabinet - powiedziała. - Pamiętam, że tutaj 

przychodziłam. Wiem, że to było tutaj.

Recepcjonistka wyglądała na zmieszaną. Sięgnęła po telefon.
-   Zadzwonię   do   kierownika.   On   na   pewno   powie   paniom,   gdzie   przyjmuje 

doktor Mowbray.

- To na pewno jest ten pokój - upierała się Elizabeth.

- Przykro mi. - Recepcjonistka rzuciła Clare błagalne spojrzenie.
- Od jak dawna pani tu pracuje? - spytała Clare, podchodząc do siostry.

Kobieta się zawahała. Po chwili w jej oczach pojawiła się ulga.
-   Pani   Connors   otworzyła   kancelarię   trzy   miesiące   temu.   I   wtedy   mnie 

zatrudniła. Może doktor Mowbray był poprzednim właścicielem.

- To wszystko wyjaśnia. - Clare się uśmiechnęła. - Moja siostra była tu ponad 

pół roku temu. Najwidoczniej doktor Mowbray przeniósł gabinet.

- Zapewne - przyznała recepcjonistka. Rzuciła Elizabeth nieufne spojrzenie. - 

Stąd całe zamieszanie.

Liz wyraźnie się rozluźniła.

-   Przepraszamy   za   kłopot.   Czy   może   wie   pani,   dokąd   przeniósł   się   doktor 

Mowbray?

- Niestety nie.
- Dziękujemy - odezwała się Clare. Wzięła Elizabeth pod rękę i poprowadziła ją 

w stronę drzwi. - Porozmawiamy z kierownikiem biurowca.

-   Ma   gabinet   na   pierwszym   piętrze   -   ochoczo   poinformowała   kobieta, 

najwyraźniej marząc, żeby pozbyć się kłopotliwych gości.

- Dziękujemy - powiedziała Clare.

Na korytarzu Elizabeth odetchnęła głęboko.
-   Przepraszam.   Ledwie   nad   sobą   panowałam.   Kiedy   recepcjonistka 

background image

powiedziała, że nigdy nie słyszała o doktorze Mowbrayu, stanęły mi przed oczami te 
wszystkie potworne miesiące z Bradem.

- Czułam, co się dzieje.
-   Przez   kilka   sekund   mogłam   myśleć   tylko   o   tym,   że   Bradowi   udało   się 

przekonać wszystkich, że mam okresy amnezji, kiedy zapominam o wszystkim i nie 
jestem w stanie sobie przypomnieć, co robiłam czy mówiłam.

- Ale teraz już wiesz, że niczego nie zapomniałaś. Pamiętałaś, gdzie znajdował 

się gabinet Mowbraya. Chodźmy poszukać kierownika.

- Po prostu zniknął - oznajmił Raul Estrada.
Kierownik   biurowca,   szczupły   mężczyzna   po   trzydziestce,   miał   na   sobie 

służbową białą koszulę i ciemne spodnie. Na jego biurku piętrzyły się stosy starannie 
ułożonych papierów, notatników i raportów. Obok nich stało zdjęcie. Przedstawiało 

dumnie uśmiechniętego Raula z ładną ciemnowłosą kobietą i dwojgiem roześmianych 
dzieci.

Clare  stłumiła  lekkie  ukłucie   zazdrości,   które  czuła,  ilekroć  widziała  zdjęcie 

szczęśliwej rodziny. Pewnie nieidealnej, pomyślała. Żadna rodzina nie jest idealna. 

Ale   w   rodzinie   Raula   było   coś,   co   mówiło   jej,   że   nawet   w   obliczu   poważnych 
problemów, poradzą sobie z tym i pozostaną razem.

- Nie zostawił żadnego adresu? - spytała.
Raul pokręcił głową.

- Zostawił tylko ogromny dług za wynajem lokalu. Staramy się go odnaleźć, ale 

bez skutku.

- A zna pan może datę jego zniknięcia? - zapytała Elizabeth. Mężczyzna patrzył 

na nią chwilę.

- To ważne, prawda?
- Bardzo ważne - potwierdziła Elizabeth. - Byłam jedną z jego pacjentek.

-   Chyba   raczej   jego   jedyną   pacjentką   -   sprostował.   Clare   zesztywniała. 

Elizabeth również.

- Jest pan tego pewien? - spytała ostrożnie Clare. Skinął głową.
- Po jego zniknięciu rozmawiałem z kilkoma innymi najemcami z tego piętra. 

Wszyscy   twierdzą,   że   Mowbray   chodził   własnymi   ścieżkami.   W   gabinecie   spędzał 
niewiele   czasu.   Przypominają   sobie   tylko   jedną   parę,   która   zjawiała   się   u   niego 

regularnie.   Domyślili   się,   że   kobieta   jest   pacjentką   Mowbraya,   a   mężczyzna   jej 
mężem.

background image

- Nie miał żadnych innych pacjentów? - spytała cicho Elizabeth.
- Głowy sobie uciąć nie dam - odparł Raul. - Ale spokojnie można powiedzieć, 

że nie miał ich wielu. Poza paniami dzisiaj nikt o niego nie pytał.

-   A   nie   przychodziła   do   niego   żadna   korespondencja?   -   zainteresowała   się 

Clare.

-  Nie.  Wygląda  to, jakby  ten  facet w ogóle nie  istniał. Zdumiona Elizabeth 

opadła na oparcie krzesła.

- Był podstawiony. Clare spojrzała na Raula.

- Bardzo by nam pan pomógł, gdyby powiedział nam pan, kiedy zniknął.
Raul   obrócił   się   na   krześle   i   zdjął   duży   skoroszyt   z   półki.   Otworzył   go   i 

przerzucił kilka kartek, aż dotarł do strony, której przyjrzał się dokładniej.

- Siedemnastego stycznia. W sobotę - powiedział. - Ochroniarz pracujący w 

weekend   zanotował,   że   Mowbray   zjawił   się   wcześnie   rano,   zabrał   kilka   rzeczy   i 
wyszedł. Od tamtej pory go nie widziałem.

- A co z meblami? - spytała Clare.
- Zostawił je. Były wypożyczone. - Raul zamknął skoroszyt. - Firma, która je 

pożyczyła,   również   szukała   Mowbraya,   bo   jest   im   winien   kilka   tysięcy   dolców. 
Pytałem kilka miesięcy temu w ich dziale księgowości, czy zdołali go znaleźć. Ale oni 

też utknęli w ślepej uliczce.

Clare, nie wiedząc, o co jeszcze można zapytać, wstała.

- Dziękujemy panu - zwróciła się do Raula. - Bardzo nam pan pomógł.
- Proszę dać mi znać, jeżeli odnajdą panie Mowbraya. - Stanął z drugiej strony 

biurka.

-   Skontaktujemy   się   z   panem,   jeśli   się   czegoś   dowiemy   -   zapewniła   go 

Elizabeth.

Clare spojrzała na zdjęcie na biurku.

- Fajne dzieciaki.
Raul się uśmiechnął.

- Dziękuję. Mój syn ma za tydzień urodziny. Wybieramy się na weekend do San 

Diego. Przynajmniej odpoczniemy od upałów. Kupiłem nowy aparat fotograficzny i 

cieszę się, że będę mógł go wypróbować.

Clare pomyślała o zdjęciach, które powstaną w weekend na plaży. Na pewno 

będzie mnóstwo obrazów dwójki szczęśliwych dzieci baraszkujących w morzu z mamą 
i tatą.

background image

Nie ma idealnych rodzin, przypomniała sobie. Ale rodzina Estradów wyglądała 

sympatycznie.

- Miłej zabawy - powiedziała.
Zanim   wróciły   do   mercedesa,   jego   wnętrze   zdążyło   zamienić   się   w   saunę. 

Elizabeth   odprawiła   rytuał   otwierania   okien,   zasłaniania   szyb,   włączania   silnika   i 
klimatyzacji.   Z   małego   pojemnika   z   lodem   stojącego   za   siedzeniem   wyjęła   dwie 

butelki wody. Jedną podała Clare, a drugą otworzyła i pociągnęła solidny łyk.

-   To   robi   się   coraz   dziwniejsze   -   stwierdziła,   patrząc   w   zamyśleniu   na 

biurowiec.

- Wręcz przeciwnie. - Clare sięgnęła po zapięcie pasa. Rozgrzana metalowa 

końcówka sparzyła ją. - Au! - Chwyciła butelkę, żeby  ochłodzić palce. - Wszystko 
zaczyna się układać w sensowną całość. Założę się, że doktor Mowbray nie był żadnym 

psychiatrą, tylko zwykłym oszustem, którego Brad dobrze znał i wynajął, żeby udawał 
psychiatrę.

Elizabeth skinęła głową.
- Pewnie tak. Ale dlaczego tak się z tego cieszysz?

- Bo to wiele wyjaśnia. - Clare w końcu zapięła pas.
- Na przykład to, że Mowbray tak szybko zrobił ze mnie wariatkę - powiedziała 

Liz. - Ciekawe, skąd brał lekarstwa?

- Nie wygłupiaj się. Każdy dzieciak może kupić za rogiem wszystko, co chce. 

Zdobycie kilku fiolek leków psychotropowych to naprawdę żaden problem.

- Masz rację. - Elizabeth wrzuciła bieg i wyjechała z parkingu. - Ciekawe, gdzie 

teraz jest Mowbray?

- Nie wiem, ale zamierzam go znaleźć.

- Ja też - oznajmiła Liz. - Powiem temu bydlakowi kilka słów.

background image

ROZDZIAŁ 35

Analitycy z Jones & Jones schrzanili robotę, pomyślał Jake. Chociaż nie była to 

wyłącznie ich wina. Dochodzenie od początku szło źle, bo Archer, starając się chronić 
Clare, skierował je na złe tory.

Wciąż nie znał zamiarów wroga. Dopóki zaś ich nie pozna, będzie polował na 

duchy w ciemności.

Zatrzymał bmw i przyglądał się staremu, opuszczonemu domowi na wzgórzu. 

Była szósta po południu. Słońce wędrowało po niebie, zalewając góry niezliczonymi 

odcieniami purpury.

Wysiadł   i   podszedł   do   starego   domu.   Podeszwy   jego   butów   prawie   nie 

zostawiały śladów na twardej, suchej ziemi.

Natknął   się   na   ten   dom   tuż   po   przyjeździe   do   Stone   Canyon.   Ze   wzgórza 

rozciągał się wspaniały widok na miasto i dolinę w oddali. Jake lubił ten widok. Lubił 
też wrażenia, jakich tutaj doznawał. Dzikie pustkowie pobudzało jego zmysły.

Usłyszał   delikatny   szelest.   Z   pobliskich   krzaków   wydostało   się   stadko 

przepiórek i pognało do bezpiecznego schronienia przy ganku.

Skupił się i chłonął niewidzialną energię pustkowia. W tym otoczeniu życie 

sprowadzało się do najbardziej podstawowych elementów. Małe stworzonka biegały, 

latały i pełzały, starając się o pożywienie albo o to, żeby nie stać się pożywieniem. Nic 
innego się nie liczyło. Jedynym celem było przetrwanie.

Przeszedł przez ruiny domu na pozostałości ganku. Przepiórki na dźwięk jego 

kroków uciekły spod przegniłych desek i schroniły się gdzie indziej.

Przystanął   i   przyglądał   się   krajobrazowi.   Przyjechał   tu,   bo   chciał   spokojnie 

pomyśleć. Przeanalizować strategię polowania.

Problemem była Clare. Instynkt nakazywał mu odsunąć ją od sprawy, żeby 

zapewnić jej bezpieczeństwo. Ale znał ją na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie zrezygnuje 

ze swoich planów. Poza tym będzie potrzebował jej pomocy. Gdyby nie ona, nadal 
kierowałby się w złą stronę.

Nadszedł czas powiedzieć jej prawdę. Fallonowi się to nie spodoba. Ale Jake 

nie   miał   wątpliwości,   że   pogodzi   się   z   jego   decyzją.   W   końcu   to   dzięki   Clare 

dochodzenie weszło na całkiem nowe tory.

Tak, trzeba ją wtajemniczyć.

Wśród głazów z lewej strony wzgórza dostrzegł błysk. Zareagował w mgnieniu 

background image

oka i to go ocaliło.

Ale nie był w stanie poruszać się na tyle szybko, by uniknąć draśnięcia.

Kula trafiła go w lewe ramię i zwaliła z nóg.
Początkowo lodowate odrętwienie zmieniło się po chwili w palący żar. Jake 

spojrzał na zranione ramię i zobaczył, że rękaw koszuli jest przesiąknięty krwią.

background image

ROZDZIAŁ 36

Wiem, że on tu jest. Chcę go zobaczyć. Domagam się informacji o jego stanie. - 

Głos Clare przebijał się przez grube szklane drzwi, które oddzielały rejestrację od sal 
szpitalnych. Jake się uśmiechnął.

- Przyszła moja Amazonka - powiedział do młodego lekarza i towarzyszącego 

mu policjanta w cywilu.

- To ta dama w poczekalni? - spytał doktor Benton, patrząc na Clare przez 

drzwi.

- Tak - potwierdził Jake.
- Nie chrzańcie mi o prywatności - piekliła się Clare. - Jestem najbliższą mu 

osobą w tym mieście.

- To pańska żona? - spytał funkcjonariusz Thompson.

- Nie - odparł Jake.
-   W   takim   razie   przyjaciółka   -   domyślił   się   policjant.   -   Wygląda   na   to,   że 

naprawdę się o pana martwi.

- Chyba tak - stwierdził Jake z zadowoleniem.

Benton otworzył drzwi i wszyscy trzej wyszli do zatłoczonej poczekalni.
Clare wciąż zażarcie dyskutowała z kobietą za biurkiem.

- Nie, nie jestem jego żoną - tłumaczyła. - Jestem przyjaciółką, tą, którą kilka 

minut temu poinformowali państwo przez telefon, że został ranny.

-   Przykro   mi,   proszę   pani   -   odparła   rejestratorka.   -   Informacji   udzielamy 

wyłącznie członkom rodziny. - Na widok Jake'a zamilkła. Na jej twarzy pojawiła się 

ulga. - Jest już pan Salter.

Clare się odwróciła.

- Jake?
- Przepraszam, że spóźniłem się na kolację, kochanie - oznajmił. - Musiałem 

zostać dłużej w pracy.

Podeszła do niego i już chciała zarzucić mu ręce na szyję, ale stanęła jak wryta, 

gdy zobaczyła wielki opatrunek na jego lewym ramieniu.

- Czy to bardzo poważne? - spytała szeptem.

- Pewnie przez jakiś czas nie będę mógł grać w golfa. - Jake'owi dopisywał 

humor. - Wyglądasz prześlicznie. To nowa bluzka?

Clare zmarszczyła brwi i odwróciła się do lekarza.

background image

- Zachowuje się dziwnie - stwierdziła.
- Całkiem możliwe - odparł Benton, krzywiąc się lekko. - Dałem mu środek 

przeciwbólowy.   Niektórzy   dziwnie   reagują   na   takie   środki.   Dobrze,   że   mi   pani 
przypomniała.   -   Wyjął   notatnik.   -   Tutaj   jest   recepta   na   antybiotyk   i   leki 

przeciwbólowe. Poczuje tę rękę, kiedy środek przestanie działać.

- Jest pan pewien, doktorze, że można go wypuścić do domu?

- Tak. - Jake zakołysał się na piętach. - Jestem gotowy.
-   Nic   mu   nie   będzie   -   uspokoił   Clare   lekarz.   -   Gdybym   miał   jakiekolwiek 

wątpliwości, zatrzymałbym go na obserwacji. Ale skoro ma się nim kto zająć w domu, 
nie widzę powodu do niepokoju. Niech pan Salter oszczędza się przez kilka dni i 

sprawdza, czy nie ma gorączki albo innych objawów infekcji. A gdyby rana zaczęła 
mocno krwawić, proszę go natychmiast przywieźć.

- Jak poważny jest uraz? - spytała Clare.
- Zwykłe draśnięcie - zapewnił Jake. - Wiesz, jak na westernach, kiedy bohater 

zostaje postrzelony z tyłu. Tyle że do mnie strzelono z przodu. No, może trochę pod 
kątem. Facet czaił się za głazami na wzgórzu.

-   Nastąpiło   lekkie   uszkodzenie   tkanek   -   wyjaśnił   Benton   -   ale   kość   jest 

nienaruszona.

- Dzięki Bogu. - Clare odetchnęła z ulgą. - Ma szwy, jak rozumiem?
- Oczywiście. Będzie musiał przyjechać za kilka dni, żeby je zdjąć. Czy do tego 

czasu to pani będzie się zajmowała zmianą opatrunków?

Jake zdał sobie sprawę, w jak paskudnym stanie jest jego lewa ręka.

- Do diabła, nie! - zaprotestował głośno. - Wyglądam, jakby pozszywał mnie 

doktor Frankenstein.

Ani Clare, ani lekarz nawet na niego nie spojrzeli.
- Tak, zajmę się opatrunkami.

- Tutaj są wskazówki, jak opatrywać ranę. - Benton podał jej kartkę i recepty, 

które właśnie wypisał.

Rzuciła okiem na listę zaleceń.
- Dostanę te lekarstwa w każdej aptece?

-   Nie   powinno   być   z   tym   problemu.   Może   je   też   pani   wykupić   w   aptece 

szpitalnej przy wyjściu.

- Tak zrobię. - Złożyła kartki i wsunęła do torebki. - Dziękuję, doktorze.
Benton uśmiechnął się szeroko.

background image

- Pan Salter - powiedział - to najciekawszy przypadek, jaki ostatnio mieliśmy. 

W   Stone   Canyon   rzadko   spotykamy   się   z   ranami   postrzałowymi.   W   Phoenix   czy 

Tucson mają je na co dzień, ale to miasto nie jest chyba kolebką przestępczości. - 
Zwrócił się do Thompsona: - Mam rację?

- Tak - potwierdził policjant i spojrzał na  Clare. - Nie mieliśmy przypadku 

postrzelenia od pół roku.

- Zgadza się, od czasu morderstwa McAllistera - zauważył genialnie Benton. - 

Ja zacząłem tu pracować już po tej zbrodni, ale ludzie ciągle o niej mówią. Wzbudziła 

chyba wielką sensację. Ale zabójcy nie schwytano, prawda?

Jake'a zaczynało denerwować to, jak Thompson patrzy na Clare.

- Sprawa jest nadal otwarta - przyznał policjant.
Benton skinął głową ze zrozumieniem.

-   Oficjalnie   uznano,   że   był   przypadkowym   świadkiem   kradzieży,   ale   o   ile 

pamiętam, krążyło mnóstwo plotek. Chyba wszyscy są pewni, że został zamordowany 

przez kochankę, która przy okazji jest przyrodnią siostrą jego żony. Zawikłany trójkąt 
miłosny.

- Chyba tak - przyznał Thompson.
-   To   tylko   dowodzi,   że   bogata   i   wpływowa   rodzina   może   być   tak   samo 

zwichrowana jak każda inna - stwierdził Benton i otworzył drzwi. - Cóż, państwo 
wybaczą. Czeka mnie długa noc. Ratowanie życia i picie kawy. Mam nadzieję, panie 

Salter, że więcej się tu nie zobaczymy.

Drzwi zamknęły się za nim z łoskotem.

Jake spojrzał na Clare. Miała zaciśnięte wargi.
Thompson wyjął z kieszeni notatnik.

- Nie zapisałem pani nazwiska.
Robi  się niebezpiecznie, pomyślał  Jake. Niemal  widział,  jak policyjny  mózg 

Thompsona pracuje na przyspieszonych obrotach.

- Clare Lancaster - odpowiedziała grzecznie.

- Tak myślałem - stwierdził Thompson. Zanotował.
- Hej - warknął Jake. - Proszę przestać. Nie zwrócili na niego uwagi.

- Podejrzewa pan, kto mógł do niego strzelać? - spytała Clare.
- Jeszcze nie - odpowiedział policjant. Zmrużyła oczy.

- To chyba powinien pan szukać?
-   Pracujemy   nad   tym.   Właśnie   skończyłem   przesłuchiwać   pana   Saltera. 

background image

Mogłaby mi pani powiedzieć, gdzie przebywała pani około szóstej po południu, pani 
Lancaster?

- Byłam w domu pana Saltera - wyjaśniła. - Gotowałam kolację.
Jake objął ją zdrową ręką.

- Mężczyzna postrzelony po ciężkim dniu pracy marzy tylko o domu i ciepłym 

posiłku. Co dziś jemy, kochanie?

- Łososia z grilla w sosie pesto - odparła.
- Wspaniale. - Mrugnął do Thompsona. - Ryby są bardzo zdrowe. Thompson 

notował, ale Jake podejrzewał, że nie rozpisuje się na temat dobroczynnego działania 
ryb.

Po chwili znów spojrzał na Clare.
- Czy był ktoś z panią w domu?

- Nie.
- Dzwoniła pani do kogoś?

- Nie.
Robi się naprawdę niebezpiecznie, pomyślał znów Jake. Thompson zapisał coś 

w notatniku.

- A czy ktoś dzwonił do pani, pani Lancaster?

-   Dzwonili   tylko  ze   szpitala   powiedzieć,  że   Jake  został   ranny   -  powiedziała 

pewnym głosem.

Jake starał się zapanować nad zmysłami i przezwyciężyć szum w głowie. Kiedy 

podniosło mu się ciśnienie, zdołał częściowo odzyskać jasność myśli.

-   Niech   pan   popatrzy,   Thompson   -   powiedział.   -   Postrzelono   mnie   z 

profesjonalnej strzelby, pamięta pan? Ma pan kulę, którą wygrzebałem z tej rany. Wie 

pan równie dobrze jak ja, że trzeba szukać faceta, który lubi polować.

Thompson skinął głową.

- Tak, wiem.
- No to proszę tego dowieść - doradził mu Jake. Thompson zmarszczył czoło.

- Dowieść czego?
-   Że   Clare   nie   ma   nic   wspólnego   z   postrzeleniem   mnie.   –   Pogłaskał   ją 

delikatnie   po   głowie.   -   Wątpię,   czy   kiedykolwiek   miała   strzelbę   w   ręce.   Prawda, 
kochanie?

Clare zesztywniała.
- Polowanie zdecydowanie mnie nie interesuje.

background image

- Widzi pan, panie Thopmson? Nie mówiłem?
Policjant prychnął drwiąco, jak każdy myśliwy, który słyszy, że nie wszyscy 

uważają strzelanie do zwierząt za najlepszy sposób na spędzenie wolnego popołudnia.

- Szkoda pani jelonków? - spytał.

-   Wiem,   że   istnieje   kilka   sensownych   argumentów   na   rzecz   polowania   - 

wycedziła   przez   zęby.   -   Na   czele   tej   listy   znajduje   się   oczyszczanie   stad   poprzez 

eliminowanie   chorych   zwierząt.   Ale   nigdy   nie   pojmę,   dlaczego   ktoś   może   chcieć 
zabijać i zjadać chore zwierzęta.

Thompson jęknął.
- To nie jedyny powód.

- Cóż, domyślam się, że chodzi też o sport - przyznała grzecznie. - Ale moim 

zdaniem strzelanie do bezbronnych zwierząt niekoniecznie jest najlepszą rozrywką 

dla cywilizowanych ludzi.

- Ona nie jest stąd - wtrącił Jake.

- Zorientowałem się.
- Przyjechała z San Francisco. - Jake znów pogłaskał Clare po głowie. - TDDZ.

- Co? - spytała groźnie. - Co niby znaczy TDDZ?
- Terytorium Dobroci dla Zwierząt - wyjaśnił. - Tak, proszę pana - zwrócił się 

do policjanta. - Spokojnie może pan przyjąć, że moja Clare jest oddaną członkinią 
lobby zagorzałych przeciwników broni, którym serce krwawi na myśl o zabijanych 

zwierzętach.

- A propos krwawienia. - Clare posłała mu lodowaty uśmiech. - Trzeba cię 

zawieźć do domu i położyć. Słyszałeś, co powiedział lekarz. Masz się oszczędzać.

- Dobrze. - Rozejrzał się dookoła. - Którędy do domu?

- Tędy. - Chwyciła go za zdrową rękę i spojrzała na Thompsona. - Możemy już 

iść? On może zemdleć w każdej chwili.

- Skąd - zaprotestował Jake. - Jestem silny jak tur. Jak zwykle.
Zawirowało mu w oczach. Clare zdążyła go podtrzymać.

- Lekarz miał rację - stwierdził Thompson. - Ten środek przeciw bólowy nieźle 

go walnął.

Clare poprowadziła Jake'a do drzwi.
- Wie pan, gdzie nas szukać, gdyby miał pan jeszcze jakieś pytania.

- Pomóc pani? - zaofiarował się policjant.
- Nie, dziękuję, dam sobie radę. Jake uśmiechnął się łagodnie.

background image

- Nie jest taka słaba, na jaką wygląda.
Dał   się   wyprowadzić   przez   szklane   drzwi   aa   korytarz.   Ledwie   docierało   do 

niego, co się dzieje, kiedy sadzała go na krześle, żeby wykupić lekarstwa w szpitalnej 
aptece.

Kilka   minut   później   posadziła   go   ostrożnie   na   fotelu   pasażera   swojego 

wynajętego samochodu.

Zamknął oczy i oparł głowę o zagłówek. Usłyszał, że drzwi od strony kierowcy 

otwierają się i zamykają, i poczuł, że Clare zapina mu pas.

- Wiesz, co myśli Thompson - powiedział, nie otwierając oczu.
- Nietrudno się domyślić. - Włączyła silnik. - Kolejne tajemnicze przestępstwo 

w porządnym miasteczku w Arizonie i co? Znów w pobliżu jest Clare Lancaster.

- Naprawdę masz pecha - stwierdził Jake.

-   Dzisiaj   to   ty   miałeś   pecha   -   odparła.   -   Ktoś   chciał   cię   zabić.   Skupił   się 

resztkami sił.

- Może to był przypadkowy niecelny strzał myśliwego.
- Nie wierzę w to i ty też nie. Postrzelono cię, bo pomagasz mi dowiedzieć się 

czegoś o życiu Brada McAllistera i o powodach jego śmierci.

Otworzył oczy.

-   Przyznaję,   że   dzisiejszy   strzał   trudno   byłoby   mi   potraktować   jako 

przypadkowy.

- Powiedziałeś policjantowi, że badamy okoliczności śmierci Brada?
- Do cholery, nie!

- Czemu?
- To dość skomplikowane.

- Coś mi się tu nie podoba. Co ma znaczyć: skomplikowane? Czas powiedzieć 

jej prawdę.

- Pracuję dla Jones&Jones - oznajmił.
- Do licha - wyszeptała Clare. - Od początku wiedziałam, że kłamiesz.

Miał wrażenie, że powinien zareagować na to oskarżenie, ale nie był w stanie 

dłużej myśleć. Więc zasnął.

background image

ROZDZIAŁ 37

Wjechała na podjazd, wyłączyła silnik i spojrzała na Jake'a. Ciągle spał.

-   Jake?   -   Pochyliła   się   i   delikatnie   potrząsnęła   go   za   ramię.   –   Obudź   się, 

jesteśmy w domu.

Uniósł lekko powieki i spojrzał na nią zdezorientowany.
- W domu?

- Tak. - Odpięła mu pas. - Dasz radę dojść do drzwi? Wziął głęboki wdech.
- Ładnie pachniesz.

-   Skup   się,   Jake.   Będziesz   musiał   mi   pomóc.   Nie   dam   rady   wnieść   cię   do 

środka.

- To bardzo źle. Byłoby śmiesznie. Jeszcze nikt nie przenosił mnie przez próg.
Wysiadła i podeszła do drzwiczek od strony pasażera. Kiedy je otworzyła, Jake 

niemal wypadł na podjazd. Ledwie zdążyła go przytrzymać.

- Czekaj, spróbujemy tak. - Wsunęła rękę między jego plecy a oparcie fotela i 

pomogła mu wysiąść.

Stanął, chwycił drzwiczki, żeby złapać równowagę i spojrzał na drzwi domu.

- Żaden problem - oznajmił. - Bułka z masłem.
- To dobrze. - Położyła sobie na ramieniu jego rękę. - Idziemy.

Już po kilkunastu krokach była zasapana, a gdy w końcu dotarli do sypialni 

Jake'a, opierał się na niej tak mocno, że bała się, że się przewróci pod jego ciężarem.

Na szczęście zdołała doprowadzić go do łóżka. Zamknął oczy, ledwo przyłożył 

głowę do poduszki.

Zdjęła mu buty i postawiła na podłodze przy łóżku. Przyglądała się chwilę jego 

zakrwawionym spodniom,   ale  postanowiła,  że nie  będzie  ich  ściągać. Zasnął i  nie 

chciała mu przeszkadzać. Nawet agent słynnej firmy Jones & Jones potrzebuje trochę 
spokoju, gdy zostaje postrzelony.

Ponownie   sprawdziła   bandaż:   nie   było   oznak   wzmożonego   krwawienia. 

Uspokojona, zgasiła lampkę przy łóżku i podeszła do drzwi.

- Clare?
Stanęła i obejrzała się za siebie.

- Tak?
- Będziesz tu rano?

- Będę.

background image

- To dobrze.
Stała   jeszcze   długą   chwilę   i   przyglądała   mu   się,   jak   śpi.   Potem   poszła   do 

kuchni, zaparzyła dzbanek herbaty, nalała sobie do kubka i wróciła do sypialni Jake'a.

Spał   jak   zabity.   Położyła   mu   dłoń   na   czole.   Było   ciepłe,   ale   gorączka   nie 

wzrosła.

Clare usiadła w fotelu przy oknie, oparła stopy na podnóżku i zaczęła rozmyślać 

o księżycowej nocy. Postanowiła, że będzie czekać na kojoty o świcie.

background image

ROZDZIAŁ 38

Szykowała   w   kuchni   śniadanie,   kiedy   usłyszała   odgłos   samochodu   na 

podjeździe, a potem pukanie do drzwi.

Kto może być tak wcześnie? - zastanawiała się, idąc na korytarz. Otworzyła 

drzwi. Stała w nich Elizabeth. Niestety, nie sama. Byli z nią Archer i Myra.

- Co tu się, do cholery, dzieje?! - ryknął Archer. - Przeczytałem w „Heraldzie", 

że ktoś strzelał do Jake'a.

- Nic mu nie jest? - spytała Liz. - Dzwoniłam do szpitala, ale powiedzieli mi, że 

już wyszedł.

- Jest w domu. - Clare cofnęła się, by wpuścić gości do środka. - Jeszcze śpi, 

więc mówcie cicho.

Myra pierwsza znalazła się w korytarzu.

-   W   „Heraldzie"   piszą,   że   według   policji   Jake'a   postrzelił   myśliwy,   który 

polował poza sezonem. Czy to prawda?

- Raczej nie - odparła Clare. Myra zmarszczyła brwi.
- Co to ma znaczyć?

- Długo by wyjaśniać.
-   A   co   z   tobą?   -   zaniepokoiła   się   Elizabeth.   -   Nic   ci   nie   jest?   Wyglądasz 

okropnie.

-  Dzięki. - Clare zdobyła się  na  blady uśmiech.  - To jedna  z  wielkich zalet 

posiadania siostry. Całkowita szczerość.

Myra rzuciła jej badawcze spojrzenie.

- Jesteś blada. Co ci jest?
- Nic takiego. - Clare zamknęła drzwi. - Po prostu nie spałam w nocy. Może 

wejdziecie do kuchni? Zrobię kawy.

Posadziła Elizabeth, Myrę i Archera przy kuchennym stole, a sama podeszła do 

blatu.

- Wyjaśnijmy to - zażądał Archer.

-   Moim   zdaniem   ktoś   usiłował   zamordować   Jake'a.   -   Clare   skupiła   się   na 

wsypywaniu kawy do ekspresu. - Pewnie ta sama osoba, która zabiła Valerie Shipley i 

Brada McAllistera.

Archer wypuścił powietrze z płuc.

- Obawiałem się, że powiesz coś takiego.

background image

- To niemożliwe - upierała się Myra. - Brad został zabity przez włamywacza. A 

utonięcie Valerie było wypadkiem. Nie widzę tu żadnego związku.

Clare włączyła ekspres. - Myślę, że jest związek, Myro - odezwał się Jake z 

korytarza.

Clare  spojrzała   na   niego.   Miał   czyste   spodnie   i   świeżą   koszulę,   której   lewy 

rękaw zwisał luźno, przykrywając opatrunek na przedramieniu.

Ale   świeże   ubrania   nie   złagodziły   ponurego   wrażenia,   bo   twarz   Jake'a 

wydawała się jeszcze groźniejsza niż zwykle z powodu ciemnego porannego zarostu.

Archer gwizdnął.
- No, no, Salter. Wyglądasz, jakbyś właśnie wrócił z walki na ringu.

- I tak się czuję.
- Bardzo boli? - spytała Elizabeth.

Potarł zarost na brodzie.
- Powiedzmy, że czuję, że to, co podał mi wczoraj lekarz, przestało działać.

- Przyniosę tabletki przeciwbólowe - powiedziała Clare.
-   Nie,   dziękuję.   -   Pokręcił   głową.   -   Muszę   myśleć   trzeźwo.   To   paskudztwo 

miesza mi w głowie.

Zawahała się, ale widząc upór w jego oczach, postanowiła odpuścić.

- Jesteś pewien, że wolno ci wstawać z łóżka? - zapytała Myra.
- Nic mi nie jest - zapewnił. - Potrzebuję tylko trochę herbaty i coś do jedzenia.

- I odpoczynku - przypomniała mu Clare. Nalała wody do czajnika. - Lekarz 

powiedział, że przez kilka dni masz się oszczędzać.

- Tak, jasne. - Usiadł przy stole.
Jego beztroska zgoda oznaczała, że nie ma zamiaru przewracać się w łóżku 

przez kolejnych czterdzieści osiem godzin. Chciała rąbnąć mu kazanie, ale nie była to 
najodpowiedniejsza   chwila,   więc   zrobiła   tylko   surową   minę.   Uśmiechnął   się   w 

odpowiedzi.

Archer spojrzał na Jake'a i zapytał:

- Naprawdę uważasz, że jest jakiś związek między tymi sprawami?
- Tak - odparł Jake.

Clare zerknęła na Myrę i Elizabeth.
Były tak samo skołowane jak ona. Najwyraźniej również nie miały pojęcia, o co 

chodzi.

-   Dobra,   panie   agencie   Jones   &   Jones   -   powiedziała.   -   Pora,   żebyś   nam 

background image

wyjaśnił, co to są te sprawy.

- Jones & Jones? - Elizabeth wyglądała na przerażoną.

Myra zbladła.
- W Stone Canyon nic nie umknie uwagi Jones & Jones - wykrztusiła.

- Wygląda jednak, że umknęło - stwierdził Jake, - Polecono mi to zbadać. Ale 

wszystko się schrzaniło.

-   To   moja   wina   -   przyznał   Archer.   -   Celowo   bagatelizowałem   sprawę 

morderstwa McAllistera.

- Nie tylko ty - powiedział Jake. - Wydział dochodzeniowy J&J również.
Clare jęknęła.

- Myśleli, że to ja zabiłam Brada?
-   Twoje   nazwisko   pojawiało   się   na   pierwszym   miejscu   listy   hipotez,   jakie 

wysunęli analitycy prawdopodobieństwa - wyjaśnił Jake.

Zmarszczyła brwi.

- A co było drugie na tej liście?
- Wersja o udaremnionej kradzieży.

- Wspaniale - mruknęła Clare. - Po prostu wspaniale. Nic dziwnego, że nie 

mogę dostać pracy w J&J.

- Chodzi o to, że Jones & Jones nie byli zainteresowani śmiercią McAllistera, 

dopóki wyglądało to tylko na zawikłany trójkąt miłosny.

Archer uniósł brwi.
- Ale biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia, myślisz, że to nie wszystko.

Jake pokiwał głową.
- Myślę, że ma to bezpośredni związek z moim śledztwem.

Clare pomyślała, że właśnie przestał być doradcą pana Blanda. Wyszedł z niego 

myśliwy, rychło w czas. Zaczął przez niego przemawiać człowiek z Jones & Jones.

- O co tu chodzi? - napadła Archera Myra.
Poruszył się niespokojnie na krześle, zerknął na Jake'a i wzruszył ramionami.

- Nie spodoba ci się to - odparł, patrząc jej prosto w oczy. - Miałem nadzieję, że 

nigdy się o tym nie dowiesz.

- No, powiedz mi w końcu! - zażądała. - Poradzę sobie ze wszystkim, jeśli będę 

wiedziała, co to jest. Nie mogę znieść tylko niepewności.

Archer uśmiechnął się ponuro.
- Wiem. Ale tym razem miałem nadzieję, że to szybko się skończy i nie będę 

background image

musiał nic mówić.

- O co tu chodzi, tato? - wtrąciła się Elizabeth.

Clare założyła ręce na piersiach i posłała obu mężczyznom gniewne spojrzenie.
- No, panowie? - rzuciła lodowato.

-   Nie   zatrudniłem   Jake'a   do   konsultacji   planu   wypłat   i   dochodów   firmy   - 

wyznał Archer. - Jones & Jones zwróciło się z prośbą, żebym zapewnił mu ochronę w 

Stone Canyon, aby mógł przeprowadzić zlecone dochodzenie.

Myra zwróciła się do Jake'a.

- Wykorzystujesz swoje zmysły? - spytała. - Podobno Jones & Jones ma wielu 

takich ludzi.

- Tak - potwierdził cicho. Myra westchnęła.
- A uważałam cię za takiego sympatycznego mężczyznę.

background image

ROZDZIAŁ 39

Nie  jestem   etatowym  agentem   Jones   &   Jones   -   wyjaśnił   Jake.   -   Firma   nie 

zatrudnia na stałe wielu ludzi. Większość pracuje na zlecenie. Ja też. Mam własną 
firmę detektywistyczną i zajmuję się dla agencji sprawami, które rada określa jako 

„sytuacje wyjątkowe". Co zwykle oznacza: zagmatwane.

- A twoja firma konsultingowa? - spytała Clare. - To tylko przykrywka?

Wzruszył ramionami.
-   Mam   dyplom   MBA,   ale   posługuję   się   nim   głównie   po   to,   żeby   móc 

bezpiecznie prowadzić dochodzenia.

Myra chwyciła rękami brzeg stołu i wpatrywała się surowo w Archera.

- Dlaczego od razu nie powiedziałeś mi, o co chodzi?
- Jones & Jones prosili mnie, żebym utrzymał prawdziwe zadanie Jake'a w 

tajemnicy.

-   Pieprzyć   J&J!   -   krzyknęła.   -   Jestem   twoją   żoną.   Powinieneś   był   mi 

powiedzieć, co się dzieje.

Zapadła cisza. Wszyscy wpatrywali się w Myrę, zaskoczeni jej wybuchem.

Pierwsza odezwała się Elizabeth:
- Boże, mamo. Dlaczego po prostu nie powiesz nam, jak się czujesz?

Archer uśmiechnął się z zakłopotaniem.
- Twoja matka rzadko traci panowanie nad sobą, ale jeśli już jej się to zdarzy, to 

jest bardzo widowiskowe.

Myra zignorowała ten komentarz.

- Nie mogę uwierzyć, że przedstawiłam cię wszystkim moim  przyjaciołom i 

znajomym jako cenionego doradcę biznesowego - zwróciła się do Jake'a.

-   Przepraszam,   Myro.   Musiałem   zostać   zaakceptowany   przez   wasze 

środowisko.

- Ale po co, na litość boską? Jakie śledztwo jest aż tak ważne, że ty i Jones & 

Jones czujecie się uprawnieni do wykorzystywania moich kontaktów towarzyskich?

- Spokojnie, kochanie, to nie tak - łagodził. Archer. - Nie wykorzystaliśmy cię.
- Ty mnie wykorzystałeś - odparowała. Clare zmarszczyła brwi.

- Moim zdaniem obaj wykorzystaliście Myrę - oznajmiła.
- Oczywiście - poparła ją Elizabeth. - Nie ma co do tego żadnych wątpliwości.

Jake  spojrzał na   Archera,  instynktownie  szukając rady  u  starszego  i  -  miał 

background image

nadzieję - mądrzejszego mężczyzny.

Ten jednak tylko westchnął i odwrócił wzrok.

Jake   zrozumiał,   że   jest   zdany   wyłącznie   na   siebie.   Clare,   Myra   i   Elizabeth 

patrzyły na niego z minami, które pasowałyby do trzech sędzi mających za chwilę 

odczytać wyrok na złodzieja damskich torebek. A przecież nie miały jeszcze ku temu 
żadnych powodów.

-   Szukam   uczestnika   nowego   spisku   Towarzystwa   Arcane   -   wyjaśnił.   Clare 

wzięła głęboki oddech i usiadła na krawędzi krzesła.

- Przecież spisek jest tylko legendą - rzuciła Myra beznamiętnie.
- Niezupełnie - odparł.

Przerażenie Clare zaczęło ustępować zainteresowaniu. Nie był tym zaskoczony. 

Lubiła teorie spiskowe.

Spojrzała na Elizabeth i Myrę, po czym znów na niego.
- Chyba nie macie wątpliwości - powiedziała - że kiedyś istniał spisek i że był 

bardzo   niebezpieczny.   Został   zawiązany   pod   koniec   XIX   wieku,   kiedy   mistrzem 
towarzystwa był Hyppolyte Jones.

- Tak - przyznała Liz. - Pamiętam tę historię. Przywódcę pierwszego spisku 

zdemaskował członek rodziny Jonesów.

- Caleb Jones - wtrącił Archer.
Myra spojrzała na niego groźnie, więc zamilkł.

- Calebowi pomogła kobieta, która później została jego żoną - dodała Clare. - 

Spisek został udaremniony, a wszystkich jego członków wyrzucono z towarzystwa.

- Organizacja pierwszego spisku bardzo przypominała to, co dziś nazwalibyśmy 

kultem - wyjaśniał Jake. - Miał kolejne stopnie wtajemniczenia, a jego przywódca był 

ogarnięty obsesją na punkcie władzy. Zwykli członkowie byli po prostu dziwakami i 
słabymi osobowościami, którymi bez trudu mógł manipulować. Kiedy spisek odkryto, 

większość z nich zniknęła.

-   Właśnie   -   wtrąciła   Myra.   -   Pierwszy   spisek   jest   teraz   tylko   legendą 

towarzystwa. A w legendzie zmyślenie miesza się z prawdą. Dla mnie cała ta historia 
jest bardzo podejrzana.

Jake spojrzał na nią.
- Nie bez przyczyny nazwano go pierwszym spiskiem.

Zacisnęła usta.
- Znam pogłoski o próbach zawiązywania nowych spisków. Ale wszyscy wiemy, 

background image

że te próby spełzły na niczym.

- Bo Jones & Jones zdążyli je w porę udaremnić - powiedział Archer.

- Jones & Jones została założona przez Caleba Jonesa i jego żonę - odparła 

Myra. - Od tamtej pory na czele różnych filii tej organizacji stoją potomkowie rodziny 

Jonesów. Którzy w większości są oryginałami.

Elizabeth się skrzywiła.

- Mamo, przestań.
Myra się zaczerwieniła.

- Przykro mi, jeśli obraziłam cię słowem „oryginał", Jake, ale wszyscy wiemy, 

jak wygląda prawda.

- Nie przejmuj się, Myro. - Przyglądał się, jak Clare nalewa wody do czajnika. 

Naprawdę   musiał   się   napić   herbaty.   -   Masz   rację.   Zresztą   teraz   mam   większe 

zmartwienia.

- Jakie? - spytała Elizabeth.

-   Co   jakiś   czas   trafia   się   w   towarzystwie   ktoś   o   słabej   psychice   i   bardzo 

wysokim poziomie wrażliwości, kto czerpie inspirację z legendy o pierwszym spisku i 

pragnie utworzyć jego nową wersję. Jones & Jones ma podstawy sądzić, że tak jest i 
tym razem.

Na twarzy Myry pojawił się wyraz rezygnacji.
- Mówisz poważnie?

Jake skinął głową.
- Nie tylko ja pracuję nad tą sprawą. W tej chwili jest to najważniejsze zadanie 

oddziału   Zachodniego   Wybrzeża.   Należy   zbadać   kilka   tropów.   Na   razie   J&J   ma 
jedynie mglisty zarys grupy, która prawdopodobnie zwerbowała w swoje szeregi kilku 

członków towarzystwa.

- I to wszystko? - Clare wyglądała na rozczarowaną. - Tylko podejrzenie spisku?

-   To   i   kilku   zaginionych   badaczy   laboratoryjnych,   zmarły   technik   i   zmarły 

informator - powiedział. - A jeśli się nie mylę, również śmierć Brada i Valerie. To jest 

naprawdę niebezpieczna sprawa, Clare.

- Tak, teraz już wierzę. Czy ten nowy spisek ma taki sam cel, jak poprzednie? 

Zdobycie formuły założyciela?

- Być może już zdobyli - odparł Jake.

- Och - westchnęła Clare.
- Znowu baśnie - mruknęła Myra.

background image

- Obawiam się, że niestety nie. Pozwólcie, że trochę przybliżę wam sprawę. Nie 

wszyscy członkowie towarzystwa wiedzą, że prowadzi ono własny program badań nad 

lekami.   Głównym   celem   jest   udoskonalenie   farmakologicznych   środków 
psychotropowych, tak żeby lepiej działały na ludzi ze zdolnościami paranormalnymi. 

Wszyscy wiemy, że znaczna część leków antydepresyjnych, uspokajających, a nawet 
przeciwbólowych powoduje nieprzewidywalne skutki uboczne u osób wrażliwych.

- To prawda - przyznała Elizabeth.
-   Towarzystwo   utrzymuje   własne   ośrodki   badawcze,   ale   pozostają   one   pod 

kontrolą agencji rządowej, która, oczywiście, pozostaje anonimowa - ciągnął Jake.

Clare się uśmiechnęła.

-   Rząd   nie   potrafi   trzymać   się   z   dala   od   badań   nad   zjawiskami 

paranormalnymi.

Jake skinął głową.
- Wszyscy wiemy, że robi to potajemnie od dawna.

- Statystycznie rzecz biorąc - zauważył Archer - w kręgach rządowych zawsze 

musi być paru ludzi, mających jakieś zdolności paranormalne. Niektórzy z pewnością 

zachęcali do badań nad psychiką.

- Od samego momentu wprowadzenia programu badawczego - podjął Jake - 

rada   zakazała   wszczynania   jakichkolwiek   prac   nad   zasadą   założyciela   i   jej 
pochodnymi.

- Ale prędzej czy później - wtrąciła Clare - trafiał się ktoś, kto uważał się za 

współczesnego alchemika i nie mógł oprzeć się tej pokusie. Mam rację?

- Tak - potwierdził Jake. - Fallon jest przekonany, że właśnie to stało się także 

tym   razem.   I   wygląda   na   to,   że   ten   odszczepieniec   zwerbował   kilku   badaczy 

towarzystwa.

Clare nalała kawy do kubków i zaniosła je na stół.

- A na jakiej podstawie Jones & Jones uznali, że spisek ma związek ze Stone 

Canyon? - spytała.

-   Informator,   przed   śmiercią,   powiadomił   jednego   z   agentów,   że   nowi 

spiskowcy prowadzą tu jakieś działania - wyjaśnił Jake. - Nie wiedział, kto jest w nie 

zamieszany, ale podejrzewał, że chodzi o kogoś z kręgu elit.

- Dlaczego do tej sprawy została wciągnięta moja rodzina? - zapytała Myra.

-   Chyba   wiem,   jak   to   się   stało   -   odparła   Clare.   -   Kiedy   Jones   &   Jones 

zorientowali   się,   że   w   tym   mieście   żyje   rodzina,   której   członkowie   mają   ścisłe 

background image

powiązania z towarzystwem, skontaktowali się z Archerem, żeby się dowiedzieć, czy 
będzie z nimi współpracował. Mam rację?

Elizabeth i Myra spojrzały na Archera.
- Mniej więcej  tak to wyglądało - przyznał. - Obiecano mi,  że nikt z  mojej 

rodziny nie zostanie zamieszany w dochodzenie i że nikomu nie stanie się krzywda. 
Musiałem tylko zapewnić przykrywkę Jake'owi.

Jake oparł się o blat.
- Kiedy Archer się zgodził, dostałem telefon z Jones & Jones.

- Dlaczego akurat ty? - spytała Clare.
- Biorąc pod uwagę, że jedną z moich przykrywek jest firma konsultingowa, był 

to logiczny wybór. - Przerwał na chwilę. - No i mam zmysł myśliwego.

Elizabeth zamrugała.

- Naprawdę? Nigdy nie znałam myśliwego.
Myra westchnęła.

- I pomyśleć, że przedstawiłam cię w klubie jako szanowanego konsultanta.
- A jaki związek z Bradem ma twoje dochodzenie? - spytała Liz.

- Nie miało żadnego. Przynajmniej na początku. Jones & Jones zwrócili uwagę 

na morderstwo, bo ofiarą był jeden z członków Arcane, w dodatku mąż członkini 

towarzystwa. Ale, jak powiedziałem, doszli do wniosku, że McAllister nie miał nic 
wspólnego ze spiskiem. Zostawili tę sprawę jako zagadkę typowo kryminalną.

- Muszę przyznać, że przyczyniłem się do tego w znacznym stopniu - dodał 

Archer.

- Bo myślałeś, że to ja zabiłam Brada - powiedziała Clare miękko. - Starałeś się 

mnie chronić przed podejrzeniem o morderstwo.

Archer pokiwał głową.
- Od tego jest ojciec.

Jake zauważył, że Myra zesztywniała. Jej twarz nabrała dziwnego wyrazu.
-   Uważałem   też,   że   nie   jest   to   sprawa   Jones   &   Jones   -   ciągnął   Archer.   - 

Pomyślałem, że jeśli zabiłaś McAllistera, to dlatego, że zagrażał Elizabeth, a nie z 
powodu jakiegoś spisku. Wtedy zacząłem zdawać sobie sprawę, że McAllister nie był 

tym, za kogo się podawał, i że naprawdę był niebezpieczny. Koniec końców uznałem, 
że dostał to, na co zasłużył.

Clare się zarumieniła.
- Dziękuję, tato.

background image

Archer uśmiechnął się szeroko.
Elizabeth wpatrywała się w ojca z niedowierzaniem.

- Nigdy nie mówiłeś, że Brad mi zagrażał.
-   Bo   chciałem   to   wszystko   jak   najszybciej   zakończyć   -   wyjaśnił.   -   Policji 

spodobała   się   wersja   o   udaremnionej   kradzieży.   Gdyby   wyszło   na   jaw,   że   istniał 
powód, aby zabić McAllistera, sprawy poważnie by się skomplikowały dla ciebie i dla 

Clare. A nie chciałem, żeby zaczęli się wam za bardzo przyglądać.

- O Boże - westchnęła Myra i położyła dłoń na piersi. –A ja byłam pewna... - 

Urwała.

Wszyscy spojrzeli w jej stronę.

- Czego byłaś pewna, mamo? - spytała Elizabeth.
Myra zwróciła się do męża.

- Myślałam, że to ty zamordowałeś Brada. Bóg jeden wie, że na to zasłużył po 

rym, co zrobił Elizabeth. Muszę przyznać, że sama zastanawiałam się, jak go zabić.

Archer uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Właśnie za to kocham twoją matkę - powiedział do Elizabeth. - Na zewnątrz 

jest damą, a w środku tygrysicą.

-   To   dlatego   przekonywałaś   mnie,   że   nie   powinnam   rozmawiać   o   moim 

małżeństwie z nikim spoza rodziny - domyśliła się Liz. Na jej twarzy malowała się 
mieszanina zaskoczenia i podziwu. - Bałaś się, że tata jest zabójcą. Starałaś się go 

chronić.

Myra skinęła głową.

-   Tak   jak   Archer   starałam   się   nie   dopuścić,   by   policja   odkryła   potencjalny 

motyw morderstwa. Ale nie chciałam, żebyś opowiadała o tym, co zrobił ci Brad, z 

jeszcze jednego powodu.

- Chyba go znam - powiedziała Clare. - Valerie Shipley.

- Tak - przyznała Myra.
- Jak to? - zdziwiła się Elizabeth. - Nigdy nic mi nie mówiłaś o Valerie, mamo.

- Było jasne, że po śmierci Brada ogarnęła ją obsesja. - Myra spojrzała na Clare. 

- Myślałam, że w San Francisco jesteś bezpieczna.

- To znaczy z dala od niej - uściśliła Clare.
- Tak - potwierdziła Myra. - Nawet gdyby Valerie chciała za tobą jechać, nie 

zdołałaby zaplanować ani podróży samolotem, ani morderstwa. Była zbyt otumaniona 
od alkoholu i pigułek. Ale Elizabeth tutaj, w Stone Canyon, byłaby całkiem bezbronna.

background image

Clare spojrzała na siostrę.
- No tak, Valerie miała ją pod nosem.

Myra skinęła głową.
-  Bałam się,  że  jeśli  Liz  będzie  opowiadać o tym,  jak źle układało jej  się z 

Bradem, Valerie zacznie się zastanawiać, czy to nie ona go zabiła.

Elizabeth uśmiechnęła się do matki.

- Starałaś się chronić nas troje, prawda?
- Próbowałam zachęcić Owena, żeby skierował Valerie na leczenie. Wreszcie się 

zgodził. Szukaliśmy odpowiedniej kliniki, kiedy zjawiła się Clare.

-   To   dlatego   wydawało   mi   się,   że   ostatnio   zbliżyliście   się   z   Owenem   - 

powiedział Archer.

Myra zmarszczyła brwi.

- Co ty, do cholery, sugerujesz?
- Nic - odparł szorstko. - Pomyliłem się.

- Czy ty naprawdę myślałeś, że Owen i ja... Och, na miłość boską, Archer!
Elizabeth się uśmiechnęła.

- Byłeś zazdrosny, tato?
Archer się zarumienił.

- No cóż, twoja matka jest piękną kobietą. Kiedyś Owen i ja lataliśmy za nią jak 

wariaci. - Spojrzał na żonę. - Widywaliście się tak często przez kilka ostatnich tygodni, 

że zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nie doszłaś do wniosku, że dokonałaś 
złego wyboru.

Myra oblała się rumieńcem. Usiłowała spojrzeć gniewnie na męża, ale Jake 

widział w jej oczach tylko ciepło.

Wziął kubek herbaty* który podała mu Clare.
- Dzięki - powiedział.

Pociągnął długi łyk. Herbata była gorąca i mocna.
- Świetna - ocenił i zwrócił się do pozostałych: - Wiemy, że Myra i Archer 

zdołali   skierować   dochodzenie   J&J   na   niewłaściwe   tory.   Jeśli   o   mnie   chodzi,   nie 
zamierzam   nikomu   wspominać   o   tym   małym   zamieszaniu,   bo   wyszedłbym   na 

kompletnego idiotę.

- To nieprawda - stwierdził Archer.

- Owszem, prawda. Ale myślmy dalej i zobaczmy, czy uda nam się ułożyć tę 

układankę.   W   świetle   niedawnych   wydarzeń   przyjmuję,   że   Brad   McAllister   został 

background image

zamordowany z powodu swoich powiązań z nowym spiskiem.

- A Valerie? - spytała Clare.

- To pytanie na razie pozostaje bez odpowiedzi. Nie sądzę, aby śmierć matki i 

syna   była   zbiegiem   okoliczności.   Wprawdzie   wszyscy   wiedzieli,   że   Valerie   zażywa 

pigułki i pije, ale jej dwie nieudane próby zabójstwa dowodzą, że nie była powiązana 
ze spiskiem.

-   Chwileczkę   -   przerwała   mu   Clare.   -   Chyba   inaczej   rozumiemy   słowo 

„nieudany".

Archer spojrzał na nią.
-   Jake'owi   chodziło   o   to,   że   żadna   próba   nie   nosiła   znamion   wyszukanej 

operacji spiskowej.

Clare spojrzała na Jake'a, szukając potwierdzenia.

- To prawda - przyznał. - Oba te zamachy należą do kategorii czynów, jakich 

można się spodziewać po osobie szalonej, działającej pod wpływem impulsu, a nie po 

wyrachowanym zabójcy.

-   Punkt   dla   was.   -   Clare   spojrzała   na   rękę   Jake'a.   -   Ale   co   z   wczorajszym 

postrzałem? Też był wynikiem działania pod wpływem impulsu?

- Jeszcze nie wiem.

- Jak to? - nie dawała za wygraną. - Ktoś strzelał do ciebie z profesjonalnej 

strzelby, na miłość boską. Nie mówimy tu o garażach czy hantlach.

- Napastnik na pewno wiedział, co robi - przyznał Jake. - Był dobrym strzelcem 

i posłużył się strzelbą na jelenie, a nie bronią, która mogłaby zasugerować policji, że 

mają do czynienia z zawodowym mordercą snującym się po okolicy. Nie, nie było to 
działanie pod wpływem impulsu, mogło jednak chodzić o wykorzystanie sposobności.

- A jest jakaś różnica? - spytała Elizabeth.
- Tak - odparł. - Napastnik ułożył sobie dokładny plan działania, ale zaczął 

podejrzewać, że ktoś może mu wejść w paradę, więc postanowił wykorzystać okazję i 
pozbyć się problemu w szybszy i skuteczniejszy sposób.

- Nie ma nic bardziej skutecznego niż strzelba - zauważył Archer. - Problem w 

tym, że w Arizonie będziesz miał od cholery podejrzanych.

- Wiem - przyznał Jake. Poczuł przyjemne łaskotanie zmysłów. - Ale patrzę na 

to   od   jaśniejszej   strony.   Dzięki   temu,   że   zostałem   postrzelony,   będę   mógł   trochę 

odpocząć.

Clare wzruszyła ramionami.

background image

- Jeśli otarcie się o śmierć jest dla ciebie sposobem na zdobycie kilka wolnych 

dni, to wolę nie wiedzieć, co uważasz za złe wieści.

- Co teraz będzie? - spytała Elizabeth.
- Mnóstwo roboty - oznajmił Jake. - Najpierw skontaktuję się z J&J i każę 

analitykom jeszcze raz zbadać sprawę morderstwa Brada McAllistera. Założę się, że za 
pierwszym razem coś przeoczyli. Pewnie nie muszę tego mówić, ale powiem. Nikt z tu 

obecnych nie może nawet pisnąć słówkiem, o czym dziś rozmawialiśmy. Jasne?

Wszyscy skinęli głowami.

Jake usłyszał dzwonek swojej komórki. Wyjął ją z kieszeni i spojrzał na numer.
-   To   Jones   &   Jones   -   powiedział.   -   Poprosiłem   Fallona,   żeby   spróbował 

zlokalizować Kimberly Todd i doktora Ronalda Mowbraya. - Odebrał telefon. - Co dla 
mnie masz, Fallon?

- O Kimberly Todd na razie tylko tyle, że nie jest zarejestrowanym członkiem 

towarzystwa. Ale Mowbraya nietrudno było odnaleźć. Ma piąty stopień wrażliwości i 

utrzymuje   się,   wyłudzając   pieniądze   od   emerytów.   Od   roku   pracuje   w   Tucson. 
Przedtem był na Florydzie. Rzadko zostaje gdzieś dłużej niż rok. Tyle wystarczy, żeby 

przyciągnąć ofiary i skłonić je do przekazania oszczędności swojego życia.

- Pod jakim nazwiskiem działa w Tucson?

- Nelson Ingle. - Fallon podyktował adres.
- Dzięki - powiedział Jake. - Szukaj dalej Kimberly Todd, To bardzo ważne.

- Będę się starał, ale wygląda na to, że zapadła się pod ziemię. Coś jeszcze?
- Nie, ale ktoś strzelał do mnie zeszłej nocy, więc chyba robimy postępy.

- Nic ci nie jest?
- Mam kilka szwów, to wszystko.

- Przysłać ci wsparcie?
-   Żeby   nasz   bohater   zastrzelił   tego,   kogo   przyślesz?   To   mała   miejscowość. 

Najpierw pogadam z tym Ingle'em. Może wtedy będę wiedział, czego potrzebuję.

- Dobra. Będziemy w kontakcie.

- Jasne. - Zauważył, że Clare wpatruje się w telefon.
-   Poczekaj   -   odezwał   się   Fallon.   -   Jeszcze   jedno.   Co   z   Lancaster?   Jakieś 

problemy?

- Nie dla mnie - odparł Jake. - Ale ty niebawem możesz mieć problemy.

- Co to, do cholery, ma znaczyć?
Jake uśmiechnął się do Clare.

background image

- Stwierdziła, że nie ma sensu starać się o pracę w J&J. Zamierza otworzyć 

własną agencję paradetektywistyczną.

- Co?!
- Coś, żeby nie musieć pracować dla ciebie.

- Chodziło jej konkretnie o mnie? - spytał Fallon.
- Powiedzmy, że twoje nazwisko i słowo „dureń" pojawia się w jednym zdaniu z 

pewną stałą częstotliwością.

- Nazwała mnie durniem? Przecież mnie nie zna.

-   Ty   też   jej   nie   znasz,   ale   nie   przeszkodziło   ci   to   odrzucać   wszystkich 

dokumentów, jakie wysyłała. To na razie tyle, Fallon. Zadzwonię do ciebie później i 

powiem ci, jak się sprawy mają.

- Poczekaj chwilę. Z tą Lancaster...

- Muszę lecieć.
- Nie rozłączaj się, do cholery, Jake...

Jake przerwał połączenie i spojrzał na pozostałych.
-  Znaleźli  Mowbraya. Jest  w Tucson  i naciąga  ludzi  pod nazwiskiem  Ingle. 

Mam zamiar go odnaleźć jeszcze dziś.

- Jadę z tobą - oznajmiła Elizabeth. Archer wstał.

- Biorę broń.
- Ja też jadę. - Myra poderwała się z krzesła. - Mam mu do powiedzenia kilka 

słów.

- Zwykle pracuję sam - próbował protestować.

- To tym razem - stwierdziła Clare - będziesz miał drużynę.
Jake   uznał,   że   nie   ma   sensu   się   spierać.   Wobec   zjednoczonej   frakcji 

Glazebrookow niewiele był w stanie zwojować. Mógł jedynie starać się utrzymać ich 
pod kontrolą.

- Dobrze. Ale przejmuję dowodzenie. Clare uśmiechnęła się przekornie.
- Jeśli chodzi o naciągaczy, to ja jestem specjalistką, pamiętasz?

background image

ROZDZIAŁ 40

Biuro   firmy   Ingle   Investmensts   mieściło   się   w   pasażu   handlowym   we 

wschodniej części Tucson. Clare popatrzyła na niskie ceglane budynki z dachami z 
czerwonej   dachówki,   zacienione   chodniki   i   niewielkie   przestrzenie   parkingowe. 

Tutejszy pasaż handlowy niczym się nie różnił od innych, jakie widziała w Arizonie.

- Niezbyt wyszukane miejsce jak na siedzibę firmy inwestycyjnej - skwitowała. 

Dostrzegła parę sklepów z ubraniami, piekarnię, lodziarnię i kilka małych jadłodajni.

- Ale i nie tanie - odparł Jake. Przyjrzał się witrynie firmy. — Zapewne Ingle 

woli nie rzucać się w oczy.

Droga z Phoenix zabrała im dobre dwie godziny. Jake dojechałby szybciej, ale 

był   ranny   w   rękę,   więc   prowadziła   Clare.   Zdawała   sobie   sprawę,   że   z   każdym 
kilometrem potęguje się w nim niespokojne wyczekiwanie. Z jej zmysłami działo się 

podobnie.

Oboje ubrali się zwyczajnie. Ona miała na sobie czarne spodnie i koszulkę. 

Jake włożył dżinsową bluzę, która zakrywała opatrunek, i spodnie khaki. Poza tym, że 
musiał trzymać lewą rękę blisko ciała, nic nie zdradzało, że jest ranny.

- Stara się robić wrażenie, że prowadzi firmę dla zwykłych ludzi stwierdziła 

Clare.

-   Jego   potencjalne  ofiary   to   osoby  starsze,  które   utrzymują   się  z   bieżących 

dochodów, a oszczędności odkładają dla dzieci. Idealnym celem jest kobieta, wdowa 

albo rozwódka. Żyje z niewielkiej emerytury i ma jakieś pieniądze z inwestycji, które 
przez lata poczyniła z mężem, albo ze sprzedaży rodzinnego domu. Kogoś takiego 

będzie szukał.

- Pieniądze ze sprzedaży nieruchomości?

Clare skinęła głową.
- Trzyma je na koncie w banku i nie chce nimi ryzykować, bo zamierza zostawić 

je w spadku dzieciom. Cel Nelsona Ingle'a to przekonanie ofiary, że u niego pieniądze 
będą równie bezpieczne. A zagwarantuje jej potrójny lub poczwórny zysk.

Jake spojrzał na nią z uznaniem.
- Mówisz, jakbyś znała Ingle'a.

Wzruszyła ramionami.
-   Ty   zajmujesz   się   tropieniem.   Ja   wyczuwam   kłamców.   A   jedno   wiemy   na 

pewno: że Nelson Ingle jest kłamcą.

background image

- Ja też cię okłamywałem.
-   Wiem.   -   Uśmiechnęła   się   blado.   -   I   byłeś   w   tym   dobry.   Trzeba   nie   lada 

talentu, żeby mnie nabrać.

- A teraz, kiedy znasz prawdę, pewnie mnie nienawidzisz? - spytał.

- Bo nie wspomniałeś, że pracujesz dla Jones & Jones?
- Tak.

- Dobry Boże. Czemu miałabym cię nienawidzić? To twoja praca. Spojrzał na 

nią poważnie.

- Ty nie miałaś się w tej pracy pojawić.
- Ale się pojawiłam. To nie twoja wina. Nic się nie stało, Jake. Rozumiem.

- Naprawdę wyznajesz specyficzną filozofię na temat kłamstwa, co?
-   Po   prostu   uważam,   że   zdolność   do   kłamstwa   jest   niezbędna   i   niekiedy 

pożyteczna. Liczą się intencje.

Uśmiechnął się.

- Co wcale nie znaczy, że zmieniłam zdanie o Fallonie Jonesie - dodała szybko.
Uśmiechnął się szerzej.

- Nie obchodzi mnie, co czujesz do Fallona, dopóki sypiasz ze mną.
- Miło mi, że jasno wyrażasz swoje zdanie. Ale dalszą rozmowę na ten temat 

powinniśmy przełożyć na bardziej odpowiednią porę. Teraz musimy dopaść jednego 
ze   złych   ludzi   i   tak   go   nastraszyć,   żeby   zdradził   nam   wszystkie   swoje   brudne 

tajemnice.

- Racja. To będzie zabawne.

- Wiesz, przypominasz mi te kojoty, które polują o świcie.
- A co, wystaje mi język? Nie cierpię, kiedy wystaje mi język. Trochę mnie to 

zawstydza.

- Nie widzę żadnego języka.

- Chwała Bogu. - Odpiął pas, otworzył drzwiczki i wysiadł. - No to do roboty.
Dołączyła do niego i razem podeszli do drzwi Ingle Investments. Jake otworzył 

drzwi.

Clare   poczuła   powiew   arktycznego   powietrza.   Zdjęła   ciemne   okulary   i 

rozejrzała się szybko.

Beżowy dywan. Kilka pejzaży Arizony na ścianach. Dwa krzesła, niski stolik, a 

na nim parę równo ułożonych gazet. Żadnej recepcjonistki.

Drzwi gabinetu były zamknięte. Dobiegały zza nich odgłosy rozmowy.

background image

Na jednym z krzeseł dla klientów siedziała starsza kobieta z hełmem gęstych 

siwych loków. Spojrzała podejrzliwie na Clare i Jake'a.

- Pan Ingle ma klientkę - oznajmiła. - Ja jestem następna.
- Dziękujemy za informację - odpowiedziała grzecznie Clare.

Kobieta uspokoiła się, widząc, że nowo przybyli nie mają zamiaru wpychać się 

do kolejki.

- Gorąco, prawda? - zagaiła.
- Nie da się ukryć - przyznała Clare.

-   Jutro  to   dopiero  będzie   skwar  -  powiedziała  kobieta.  -   Słyszałam   rano   w 

wiadomościach. Dobrze, że nie mieszkamy w Phoenix. Tam jest zawsze pięć stopni 

więcej.

- Podobno - wtrącił Jake.

Drzwi   gabinetu   się   otworzyły.   Stał   w   nich   elegancki   mężczyzna   po 

czterdziestce, który pomagał wyjść siwowłosej kobiecie poruszającej się o balkoniku.

Clare pomyślała, że to na pewno Ingle. Idealnie pasował do opisu Elizabeth: 

patrycjuszowskie rysy, tradycyjna biała koszula i krawat, pewne, spokojne  ruchy i 

jasne, otwarte spojrzenie. Krótko mówiąc, człowiek godny zaufania.

- Do widzenia, pani Donnelly - powiedział ciepłym tonem. - Miło było panią 

poznać.   Mam   nadzieję,   że   udało   mi   się   odpowiedzieć   na   pani   pytania   odnośnie 
inwestycji.

-   Tak,   panie   Ingle.   -   Kobieta   uśmiechnęła   się,   najwyraźniej   zadowolona   z 

rozmowy. - Chyba znalazłam to, czego szukałam.

-   Proszę   śmiało   dzwonić,   jeśli   będzie   pani   miała   jeszcze   jakieś   pytania   - 

zachęcił. - Jeśli nie, to widzimy się w piątek. Dokumenty będą gotowe do podpisu.

- Chcę tylko mieć pewność, że moje pieniądze będą bezpieczne - powiedziała 

pani Donnelly. - W moim wieku nie można sobie pozwolić na ryzyko, rozumie pan.

- Będą bezpieczne jak w banku - zapewnił Ingle. - A przy okazji będzie pani 

miała możliwość zarobienia co najmniej dwudziestu pięciu procent.

Było to wierutne kłamstwo.
Wszystkie   zmysły   Clare   drgnęły   pod   wpływem   przypływu   nieprzyjemnej 

energii, która zmuszała do natychmiastowej reakcji - walki lub ucieczki. Niezdrowe 
pożądanie emanujące, od Ingle'a przyprawiło ją o dreszcze.

Zapanowała nad alarmem, który włączył się w jej umyśle i groził, że zawładnie 

jej zmysłami. Walcz, nie uciekaj!

background image

Popatrzyła na Jake'a. Energia uchodziła z niego falami. No tak, nie trzeba było 

żadnego   talentu,   by   zorientować   się,   że   Ingle   bezczelnie   kłamie.   Żaden   uczciwy 

doradca   nie   mógłby   zagwarantować   dwudziestopięcioprocentowego   zysku   przy 
bezpiecznej inwestycji. Taki zysk można osiągnąć jedynie kosztem ogromnego ryzyka, 

jakiego osoba utrzymująca się ze skromnych dochodów nie byłaby w stanie podjąć.

Clare spojrzała na panią Donnelly.

- Proszę nigdy nie wierzyć komuś, kto twierdzi, że może zapewnić pani tego 

rodzaju zysk przy w miarę bezpiecznej inwestycji - powiedziała. - Ingle kłamie jak z 

nut.

Kobieta   siedząca   w   poczekalni   westchnęła   głośno.   Twarz   pani   Donnelly   się 

ściągnęła.

- O co chodzi, na litość boską?

- Proszę zostawić to mnie, pani Donnelly. - Śmiertelnie poważny Ingle zrobił 

krok w stronę Clare. - Nie wiem, kim pani jest, ale z pewnością nie ma pani prawa 

tutaj być. Dzwonię po policję.

- Proszę bardzo - odparła. - Ale najpierw porozmawia pan ze mną i z moim 

wspólnikiem.

Ingle zerknął spode łba na Jake'a, a gdy ten uśmiechnął się, zrobił krok do tyłu 

i spojrzał na Clare.

- Do cholery jasnej, kim pani jest?

Wyjęła z torebki portfel i otworzyła go, pokazując swoje prawo jazdy.
-   Clare   Lancaster,   Arizona,   Agencja   do   spraw   Defraudacji   -   oznajmiła. 

Zatrzasnęła   portfel,   zanim   Ingle   zdążył   się   mu   przyjrzeć.   -   Jesteśmy   tu,   żeby 
porozmawiać z panem o defraudacji funduszy, panie Ingle.

- Defraudacji? - powtórzyła przerażona pani Donnelly.
- O co chodzi? - Kobieta siedząca na krześle chwyciła swoją laskę i wstała z 

trudem. - Powiedzieli państwo „defraudacja"?

Zmieszanie Ingle'a przerodziło się w złość.

- W Arizonie nie ma czegoś takiego jak Agencja do spraw Defraudacji.
- W porządku - przyznała Clare. - Niech więc będzie Agencja Stanowa do spraw 

Defraudacji Uprawnień, doktorze Mowbray.

- Jak to? - odezwała się pani Donnelly. - Przecież pan Ingle nie jest lekarzem.

- Oczywiście, że nie - zgodziła się Clare. - Ale niedawno podawał się za niego w 

Phoenix.

background image

Na arystokratycznej twarzy Ingle'a pojawił się strach. Wzmianka o nielegalnej 

działalności jako psychiatry przeraziła go o wiele bardziej niż zarzut defraudacji.

-   Kim   jesteście?   -   zapytał.   Jego   wzrok   wędrował   niespokojnie   od   Clare   do 

Jake'a.

- I czego chcecie?
- Chyba powinniśmy porozmawiać o tym na osobności - doradził Jake. Spojrzał 

na dwie staruszki. - Panie wybaczą.

- Chwileczkę - sprzeciwił się Ingle. - Panie wcale nie muszą wychodzić.

Clare zrozumiała, że jest naprawdę przestraszony. Do tego stopnia, że wolał, by 

kobiety zostały. Może myśli, że ich obecność zapewni mu bezpieczeństwo.

Jake ruszył w stronę Ingle'a z wdziękiem drapieżnika zbliżającego się do ofiary. 

Clare poczuła dotyk znajomej energii, która przyprawiła ją o dreszcz.

Ingle prawdopodobnie też ją poczuł. W końcu miał intuicję. Odsunął się o kilka 

kolejnych kroków. Jake zapędził go do gabinetu.

Clare weszła za nimi i zamknęła drzwi tuż przed nosem zdumionych staruszek.
-   Nie   możecie   tego   robić   -   protestował   Ingle.   W   jego   głosie   pobrzmiewała 

panika.

- Niech pan siada - rozkazała Clare.

- To wy jesteście naciągaczami, nie ja - bronił się rozpaczliwie Ingle, - Jakim 

prawem śmieliście tu wtargnąć?

- Słyszałeś, co powiedziała ta pani - odezwał się Jake. - Siadaj.
Ingle z trudem przełknął ślinę. Odwrócił się, podszedł do biurka i usiadł ciężko.

Jake poruszał się chyba jeszcze szybciej. Clare miała wrażenie, że podszedł do 

biurka w mgnieniu oka. Chwycił Ingle'a za prawy nadgarstek.

- Żadnej broni - ostrzegł.
Otworzył szufladę, do której miał zamiar sięgnąć Ingle, i wyjął pistolet. Potem 

przeszukał   pozostałe   szuflady   i   pomacał   blat   od   spodu.   Wreszcie   odsunął   się   i 
rozkazał:

- Połóż ręce na biurku i trzymaj tak, żebym mógł je widzieć.
Clare spojrzała na niego, unosząc brwi.

- Do McAllistera nie strzelano z tego pistoletu. Nie ma na nim żadnych śladów. 

Jest czysty.

- O czym pan mówi? - jęknął Ingle. - Nie zabiłem McAllistera.
- Ale ktoś go zabił - powiedziała Clare.

background image

- Nie ja. - Ingle najwyraźniej zaczynał się poddawać. Rozłożył dłonie na biurku. 

-   W   porządku,   rozumiem,   o   co   chodzi.   Przejdźmy   do   rzeczy.   Ile   mnie   to   będzie 

kosztować?

Clare usiadła na jednym z krzeseł dla klientów i założyła nogę na nogę.

- Niewiele. Chcemy tylko odpowiedzi na pytania.
-   Brednie.   -   Ingle   trochę   się   uspokoił.   -   Od   razu   rozpoznam   szantażystów. 

Chcecie pieniędzy.

- Nie. - Uśmiechnęła się chłodno. - Tylko odpowiedzi.

- Jakich? - spytał.
- Zacznijmy od pańskiej roli doktora Mowbraya w Phoenix. Przyglądał jej się 

chwilę, po czym odwrócił się do Jake'a.

- Po pierwsze, chciałbym wiedzieć, z kim mam okoliczność.

- Jestem z Jones & Jones - odparł Jake.
- Nie zrobiłem niczego, co interesowałoby Jones & Jones - zapewnił Ingle.

- Owszem, zrobił pan - oznajmił Jake. - Inaczej nie byłoby mnie tu.
Ingle przyjrzał mu się chłodno.

- Kim pan jest? Jednym z pomyleńców, którzy pracują dla Jones&Jones?
Clare   zerwała   się   na   nogi,   minęła   Jake'a   i   przystanęła   przed   biurkiem. 

Rozłożyła dłonie na lśniącym blacie i się pochyliła.

-   Pan   Salter   nie   jest   pomyleńcem   -   powiedziała   ostro.   -   Jest   doradcą 

dochodzeniowym. Ma pan odnosić się do niego z szacunkiem. Zrozumiano?

- Cholera, wszyscy wiedzą że Jones & Jones zatrudniają dziwaków.

-   Ujmę   to   inaczej   -   przerwała   mu   Clare.   -   Jeśli   nie   będzie   okazywał   pan 

należnego szacunku panu Salterowi, dopilnuję, żeby jeszcze dziś trafił pan w ręce 

policji  razem  ze wszystkimi  dowodami,  jakich będą potrzebować, żeby  aresztować 
pana za defraudację. Pańskie zdjęcie ukaże się w wieczornych wiadomościach i w 

jutrzejszych gazetach. Zrozumieliśmy się, Ingle?

Pospiesznie skinął głową.

-   Oczywiście,   pani   Lancaster.   Jak   pani   każe.   Jestem   zaszczycony,   że   mogę 

współpracować z Jones & Jones.

Sarkazm jego stwierdzenia był oczywisty, ale postanowiła, że to zignoruje. Nie 

mieli czasu.

Zdjęła ręce z biurka i wróciła na krzesło. Kątem oka dostrzegła, że Jake jest 

wyraźnie   rozbawiony.   Zarumieniła   się.   Jakby   potrzebował,   żebym   go   broniła, 

background image

pomyślała.

-   No   więc,   co   pan   powie   o   swojej   karierze   lekarskiej,   doktorze   Mowbray   - 

zwróciła się do Ingle'a.

Mężczyzna nieco się rozluźnił. Najwyraźniej ulżyło mu, kiedy dowiedział się, że 

Clare i Jake pracują dla Jones & Jones. Czego mógł bać się bardziej niż detektywów 
Towarzystwa Arcane? - zastanawiała się Clare.

- Skontaktował się ze mną Brad McAllister i poprosił, żebym na kilka miesięcy 

wcielił się w rolę psychiatry. Powiedział, że chodzi tylko o dwa dni w tygodniu i że to 

nie przeszkodzi mi w moich interesach w Tucson.

- Znaliście się wcześniej?

- Nie - odparł Ingle i uśmiechnął się krzywo. - Nie byliśmy z tej samej ligi. 

McAllister dorobił się milionów, a ja... Chyba państwo zauważyli, że moi klienci nie 

należą do krezusów.

- Skąd McAllister wiedział, że będzie się pan nadawał do tej farsy?

Ingle wzruszył ramionami.
- Powiedział, że o mnie słyszał. Podziwiał moją pracę. Złożył mi propozycję, 

której   nie   mogłem   odrzucić.   Kiedy   wyjaśnił,   że   prowadzi   działania,   które   dotyczą 
rodziny Glazebrooków, zawahałem się. Jak mówiłem, nie obracam się w tych kręgach. 

Ale wszystko szło jak po maśle, przynajmniej z początku.

- A co stało się później? - spytała Clare.

-   Pojawiła   się   pani,   pani   Lancaster   -   odparł.   -   Porwała   pani   Elizabeth   tak 

szybko, że McAllister nie zdążył się zorientować, co się dzieje. Dopiero po jakimś 

czasie połapał się, co się stało. Moje gratulacje. Niewielu ludzi byłoby w stanie tak go 
zaskoczyć.

Clare zesztywniała.
- Rozmawiał z panem o mnie?

-   Tak   -   przyznał   Ingle.   -   Powiedział,   że   jest   pani   problemem,   którego   nie 

przewidział,   ale   w   końcu   stwierdził,   że   wie,   jak   sobie   z   panią   poradzić.   Szczerze 

mówiąc, spodziewałem się, że ulegnie pani nieszczęśliwemu wypadkowi, który będzie 
mu na rękę. Ale to McAllister zginął i pomyślałem wtedy, że pani działa szybciej niż 

on. To wszystko.

- Myślał pan, że to ja go zabiłam?

Uniósł brwi.
- To pani znalazła ciało. I miała pani motyw. Chciała pani wyrwać Elizabeth ze 

background image

szponów McAllistera. Wprawdzie nie był to motyw, o jakim mówią plotki, ale dla 
mnie był wystarczający.

- Wiedział pan, że nie mam romansu z McAllisterem.
- Wydawało mi się to raczej nieprawdopodobne.

Jake obserwował go dzikim wzrokiem.
- Wiedział pan, że pani Lancaster grozi śmiertelne niebezpieczeństwo ze strony 

McAllistera i nie zrobił pan nic, żeby ją ostrzec?

- To były tylko moje domysły. - Ingle się skrzywił. - Nie wiedziałem, co on 

naprawdę   zamierza.   Wątpię,   żeby   ktokolwiek   wiedział.   Im   dłużej   dla   niego 
pracowałem, tym bardziej docierało do mnie, że jest stuknięty.

Clare pochyliła się lekko.
- Dlaczego pan tak uważa?

-   Trudno   to   wytłumaczyć   -   skwitował.   -   Początkowo   traktował   mnie   jak 

profesjonalistę.   Mówił,   że   robimy   w   tej   samej   branży   i   że   jestem   za   dobry,   żeby 

pracować na tak niskim szczeblu. Czułem się, jakbyśmy byli równi sobie. Wiedziałem, 
że to nieprawda, ale jakoś mnie przekonał, że rzeczywiście mogę stać się kimś takim 

jak on, poważnym graczem.

- Krótko mówiąc, zbajerował pana - podsumował Jake. - Jak wszystkich.

Ingle wydął wargi.
- Stare powiedzenie mówi, że najłatwiej wcisnąć towar innemu sprzedawcy.

-   Czyli...   przekładając   to   na   nasz   przypadek...   najłatwiej   naciągnąć   innego 

naciągacza.

- Mnie bardziej odpowiada określenie „sprzedawca" - stwierdził Ingle.
- Podejrzewam, że McAllister był hipnotyzerem - ciągnęła Clare. - I to zdolnym. 

Co pan na to?

- Przeszło mi to przez myśl, gdy zobaczyłem, jak omamił wszystkich w Stone 

Canyon, łącznie z Archerem Glazebrookiem - przyznał. - Kiedyś spytałem go, jakie ma 
zdolności.

- I co panu odpowiedział? - spytał Jake.
- Twierdził, że ma intuicję, ale niezbyt silną. Czwarty stopień w skali Jonesa. I 

że jest dobry w liczbach i strategii.

-   Wszystko,   co   panu   naopowiadał,   było   prawdopodobnie   kłamstwem   - 

stwierdziła Clare. - Ale co pan sam zaobserwował?

Ingle zmarszczył czoło.

background image

- Słucham?
- Od kilku lat skutecznie naciąga pan ludzi. Bez wątpienia ma pan talent do 

interesów.

Spoważniał.

- Co pani insynuuje?
- Tylko to, że musi pan być bardzo dobrym obserwatorem ludzkiej natury. - 

Okrasiła   ton   głosu   nutą   podziwu,   jak   profesjonalista   dający   do   zrozumienia 
profesjonaliście po drugiej stronie barykady, że docenia jego zdolności. - Proszę mi 

nie powtarzać, co sam o sobie powiedział. Proszę mi powiedzieć, co pan zauważył. 
Gdyby oceniał go pan pod kątem swojego planu inwestycyjnego, jak by pan do niego 

podszedł?

- Żartuje pani? - Pozwolił sobie na ochrypły, krótki śmiech. - Nie tknąłbym go.

- Dlaczego?
Ingle zastanawiał się chwilę.

- Moje umiejętności - rzekł wreszcie - polegają na tym, że potrafię ocenić, czego 

oczekuje   potencjalny   klient,   a   następnie   przekonać   tego   potencjalnego   klienta,   że 

mogę mu to zaoferować. Nigdy nie wiedziałem, czego mógłby chcieć McAllister, i 
dlatego   nigdy   nie   brałbym   go   pod   uwagę   w   moich   planach   inwestycyjnych. 

Przetrwałem   tak   długo   dzięki   temu,   że   bardzo   starannie   dobieram   moich...   hm... 
klientów.

- A mnie wydawało się oczywiste, czego chce McAllister - stwierdziła Clare. - 

Chciał spadku swojej żony, połowy przedsiębiorstwa Glazebrooków.

- Nie wątpię, że to było jego bezpośrednim celem - przyznał Ingle. - Ale nie 

potrafiłem pojąć, po co mu to.

- Pieniądze? - spytał Jake.
-   McAllister   miał   pieniądze,   i   to   mnóstwo.   Gdyby   chciał   więcej, 

przeprowadziłby kolejny udany plan inwestycyjny. W naszych kręgach był uważany za 
prawdziwego mistrza. Znany był też z tego, że pracuje sam. Po co miałby podejmować 

ryzyko, żeby przejąć firmę Glazebrooków. Niech państwo sami pomyślą. Faszerować 
córkę znanej rodziny lekami i usiłować wmówić wszystkim, że zwariowała? Przecież to 

karkołomne.

- A jednak przekonał pana do współpracy - zauważyła Clare.

Skrzywił się.
-   Kiedy   spojrzę   wstecz,   nie   mogę   uwierzyć,   że   dałem   się   w   to   wciągnąć. 

background image

Naprawdę musiał być hipnotyzerem. I to cholernie silnym, jak pani mówi.

- Człowieka pokroju McAllistera do takiego ryzyka mogło skłonić tylko kilka 

powodów - powiedział Jake. - Pierwsze trzy to pieniądze, władza i miłość.

Ingle niemal się zakrztusił.

- Miłości może pan nie brać pod uwagę. Może mi pan wierzyć, McAllister do 

nikogo nie żywił żadnych uczuć.

- Nawet do matki, Valerie Shipley? - spytała Clare.
Ingle zamrugał i znów zaczął się zastanawiać.

- Valerie Shipley była prawdopodobnie jedyną osobą, której ufał. Ale nie sądzę, 

żeby   ją   kochał.  Ona   natomiast  za  nim  szalała.  Przyznaję,   nie  jestem  prawdziwym 

psychiatrą, ale nawet ja widziałem, że ma na jego punkcie obsesję. Zrobiłaby dla niego 
wszystko   i   on   doskonale   o   tym   wiedział.   Wykorzystywał   jej   słabość,   żeby   nią 

manipulować.

- Wiemy, że McAllister miał kochankę - oznajmiła Clare. - Masażystkę ze spa 

Tajemnicze Źródła w Phoenix.

- Nie dziwi mnie, że kogoś pieprzył. - Ingle chciał wykonać lekceważący gest, 

ale zauważył groźne spojrzenie Jake'a i szybko położył dłoń na blacie. - Ale mogę 
państwa zapewnić, że nie był w niej zakochany.

- Więc zostają nam pieniądze i władza - podsumowała Clare.
Ingle spojrzał jej w oczy.

- Nie mówię, że McAllister tego nie chciał. Na pewno chciał. Ale odniosłem 

wrażenie, że nie pragnął firmy Glazebrooków tylko dlatego, że to dochodowy interes. 

Chodziło o coś więcej. Wydaje mi się, że on potrzebował tej firmy.

- Po co? - spytała Clare.

Pokręcił głową.
- Nie mam pojęcia. Mogę tylko powiedzieć, że jeśli chodzi o McAllistera, trzeba 

byłoby przyjrzeć się wszystkiemu głębiej. A ja nie miałem ochoty patrzeć zbyt głęboko.

- Kiedy zaczął się pan niepokoić?

- Kiedy pojawiła się pani i stało się jasne, że wszystko zaczyna się walić. Dotarło 

do   mnie,   że   McAllister   nie   ma   zamiaru   zrobić   tego,   co   w   tej   sytuacji   zrobiłaby 

większość ludzi.

- Nie zakończył sprawy i nie zniknął - domyśliła się Clare.

- Właśnie. Kiedy jego żona złożyła pozew o rozwód, pomyślałem, że pryśnie. 

Tak zrobiłbym ja. Ale on...

background image

- Co? - drążyła Clare.
Ingle poruszył lekko wymanikiurowanym palcem.

- Cóż, nie powiem, że spanikował. Był na to zbyt wielkim profesjonalistą. Ale 

zrobił się bardzo nerwowy. Zupełnie jakby ogarnęła go obsesja na punkcie ratowania 

tego, co było już nie do uratowania. Wiem, że to zabrzmi dziwnie, ale wyglądało to, 
jakby...

- Jakby co? - Jake lekko zesztywniał.
Ingle rozłożył ręce.

- Jakby niepowodzenie nie wchodziło w rachubę. A to w przypadku eksperta 

nie powinno mieć miejsca. Zawsze należy być przygotowanym na porzucenie planu, 

jeśli nie wypali. To podstawowa zasada przetrwania w naszej profesji.

- Myśli pan, że mógł pracować dla kogoś? - spytała Clare. - Dla kogoś, kto nie 

dopuszczał możliwości porażki?

Ingle zmarszczył brwi.

- Trudno mi sobie wyobrazić, żeby McAllister słuchał czyichś rozkazów. Ale 

powiem wam jedno. Jeśli pracował dla kogoś, robił to dlatego, że ten ktoś mógł dać 

mu to, czego straszliwie pragnął, a czego nie mógł zdobyć sam. Jeśli to nie pani go 
zabiła, pani Lancaster...

- To nie ja.
- W takim razie mógł to być ten, o kim pani pomyślała. Ktoś, kto nie toleruje 

porażki.

- Czy to znaczy, że pan też nie nabrał się na wersję o udaremnionej kradzieży? - 

spytał Jake.

- Nie - przyznał Ingle. - Nie nabrałem się. Zamknąłem gabinet lekarski tego 

ranka, kiedy w gazetach ukazała się wiadomość o morderstwie. Wróciłem tam tylko 
po to, żeby się upewnić, że nie zostawiłem niczego, co mogłoby naprowadzić na mój 

ślad.   -   Skrzywił   się.   -   Pewnie   coś   przeoczyłem.   Możecie   mi   powiedzieć,   jak   mnie 
znaleźliście?

- Analityk J&J pana odnalazł - wyjaśnił Jake.
Ingle westchnął.

Clare wstała.
- Dobrze, to chyba wszystko - powiedziała.

Ingle przyglądał się jej niespokojnie.
- Obiecaliście, że nie pójdziecie na policję, jeśli powiem wam, co wiem.

background image

- Spokojnie. - Przewiesiła torebkę przez ramię i skinęła na Jake'a, dając mu do 

zrozumienia, że pora iść. - Nie doniesiemy na pana miejscowej policji.

-   A   co   z   Jones   &   Jones?   -   spytał   Ingle,   rzucając   niespokojne   spojrzenie 

Jake'owi.

Ten uśmiechnął się swoim szerokim, zimnym uśmiechem drapieżnika.
- O Jones & Jones niech się pan na razie nie martwi, panie Ingle. Ma pan na 

głowie pilniejszy problem.

- Co to ma znaczyć, do licha?

Clare otworzyła drzwi, pozwalając mu spojrzeć na troje ludzi w poczekalni.
- Przedstawiam panu moją rodzinę. - Wskazała Archera, Myrę i Elizabeth. - 

Fakt, że Glazebrookowie są trochę dziwni, ale mimo wszystko są rodziną, prawda?

Archer wparował do gabinetu. Myra i Elizabeth tuż za nim.

- Więc to ty jesteś tym sukinsynem, który usiłował nam wmówić, że nasza 

córka oszalała - zagadnął Archer.

-   Dzień   dobry,   doktorze   Mowbray   -   powiedziała   Elizabeth   ze   zjadliwym 

uśmiechem. - Na pewno ucieszy się pan, widząc, że cudownie ozdrowiałam.

Myra posłała Ingle'owi spojrzenie, które byłoby w stanie zmrozić cały ocean.
-   Odpoczynek   zapewniony,   od   dzisiaj   nie   będzie   pan   już   robił   interesów   w 

Arizonie.

- Chwileczkę. - Przerażony Ingle zerwał się na równe nogi. - Nie rozumie pan. 

Współpracowałem z Jones & Jones.

- No to mamy dla pana złą wiadomość - oznajmił Archer. - Nie jesteśmy z 

Jones & Jones. To sprawa osobista.

background image

ROZDZIAŁ 41

Mam nadzieję, że Archer nie zrobi Ingle'owi nic strasznego. - Clare spojrzała na 

zamknięte drzwi Ingle Investments, a potem wycofała samochód z parkingu. - Wiem, 
że   najchętniej   zgniótłby   tego   bydlaka   na   miazgę.   Rozumiem   go.   Ale   w   tej   chwili 

najmniej potrzebna nam jest uwaga policji i prasy.

- Nie martw się - uspokoił ją Jake. - Archer jest strategiem, zapomniałaś?

- I co z tego?
- Nie będzie mścił się na nim fizycznie. Przynajmniej nie do tego stopnia, żeby 

Ingle wylądował w szpitalu. Nie odda go też w ręce policji.

Clare pokiwała głową.

-   Naciągaczom   zawsze   się   udaje.   W   najgorszym   wypadku   zwijają   interes   i 

uciekają   z   kraju.   Nawet   jeśli   w   końcu   stają   przed   sądem,   wiele   ofiar   nie   chce 

zeznawać, bo czują się poniżone. Dotyczy to zwłaszcza staruszków. Boją się, że ich 
dorosłe dzieci dowiedzą się, że ich naciągnięto. - Spojrzała na Jake'a. - A co Archer ma 

zamiar zrobić?

-   Coś,   co   Ingle'a   zaboli   najbardziej   -   odparł.   -   Zmusi   go,   żeby   podał   hasła 

swoich zagranicznych kont bankowych i listę ludzi, których naciągnął tu, a potem 
zwróci im tyle pieniędzy, ile się da.

- To o wiele więcej, niż mogłaby zdziałać policja - zauważyła Clare.
- A kiedy już to zrobi, nastraszy Ingle'a.

- Jak?
-   Mówiąc   mu,   że   Jones   &   Jones   umieści   jego   nazwisko   na   liście 

obserwowanych.   Jeśli   wróci   na   dawne   ścieżki,   analitycy   szybko   się   zorientują   i 
dopilnują,   żeby   miejscowe   władze   zostały   poinformowane.   To   powinno   go 

powstrzymać przed dalszym działaniem. Ta metoda  jest  zwykle bardzo skuteczna. 
J&J stosuje ją, żeby powstrzymać osobników takich jak Ingle, którzy wykorzystują 

swoje zdolności do naciągania ludzi albo popełniania innych przestępstw.

- Nie wiedziałam, że Jones & Jones mają listę obserwowanych.

- Pewnie dlatego, że nigdy dla nich nie pracowałaś.
- Przez tego dupka Fallona Jonesa. - Stanęła na światłach i spojrzała na niego 

badawczo. - Nic ci nie jest?

- Nie. Jeszcze jestem pobudzony, to wszystko. Zaskoczyła go lekkim śmiechem.

- Zew krwi, co?

background image

- Wydaje ci się, że to zabawne?
-   Nie   jasne,   że   nie.   Przepraszam.   -   Światła   się   zmieniły.   Przejechała   przez 

skrzyżowanie. - Ale nie uważam, że to coś wielkiego.

Rozglądał się po ulicy. Nie mógł się powstrzymać. Jego zmysły nadaj były w 

stanie   najwyższej   czujności,   więc   odruchowo   zapamiętywał   szczegóły   najbliższego 
otoczenia, wypatrując zagrożenia, szukając ofiary. Wyrażenie „zew krwi" było niestety 

bliskie prawdy.

Pomyleniec.

Przypomniało mu się, jak Clare wyskoczyła w jego obronie, kiedy nazwał go tak 

Ingle. Napięcie nieco zelżało.

- A jak jest z tobą? - spytał cicho.
- Kiedy po raz pierwszy zorientowałam się, że mam zdolności paranormalne i 

obudziłam   się   w   świecie   pełnym   kłamstwa,   przeżywałam   ataki   niekontrolowanej 
paniki.

- Zanim nauczyłaś się filtrować kłamstwa?
- Tak. Eksperci Arcane mają niewielkie doświadczenie w postępowaniu z tego 

rodzaju   zdolnościami,   bo   są   zbyt   rzadko   spotykane.   Ale   w   końcu   pewien 
parapsycholog   zorientował   się,   że   moje   zmysły   są   przystosowane   do   odwiecznej 

reakcji walki albo ucieczki.

-   Jasne.   Wszystkie   kłamstwa,   nawet   te   nieszkodliwe,   stanowią   potencjalne 

zagrożenie. Reagowałaś właściwie.

- Mój terapeuta pomógł mi wypracować filtr psychiczny. Inaczej, żeby uniknąć 

kłamstw, musiałabym zostać pustelniczką.

- Cieszę się, że nie wybrałaś tej drogi. Uśmiechnęła się.

- Ja też.
- Byłaś dobra u Ingle'a.

- Nie po raz pierwszy miałam do czynienia z naciągaczem.
- To było widać. Fallon zrobił głupotę, że cię nie zatrudnił.

- Też tak sądzę.
Jake   musiał   pomyśleć,   a   myślenie   nie   szło   mu   najlepiej   przy   rozszalałych 

zmysłach. Jeden z minusów bycia łowcą.

- Wiesz - odezwał się - to ciekawe, że McAllister nie chciał odpuścić, kiedy z 

Glazebrookami poszło mu nie tak.

- Bardzo ciekawe. Ingle miał rację. Normalny naciągacz w tej sytuacji po prostu 

background image

by uciekł. Brad musiał mieć bardzo poważny powód, skoro trzymał się swojego planu, 
choć było jasne, że prawdopodobnie mu się nie uda.

- Być może przegrana nie wchodziła w rachubę. Wszystkie spiski Arcane miały 

iście   darwinowską   organizację.   Gdy   chcesz   się   wspiąć   na   wyższy   poziom,   musisz 

sprawdzić się na każdym stopniu  awansu poprzez spełnienie zadań wyznaczonych 
przez ludzi na szczycie.

- Jeśli Brad McAllister pracował dla nowego spisku, organizacja musiała mu 

nakazać, żeby przejął kontrolę nad Glazebrookami - stwierdziła Clare. - Kiedy mu się 

nie udało, został zabity. Ale jeżeli rzeczywiście tak było, to zabójca już dawno jest 
daleko.

-   Może   -   zgodził   się   Jake.   -   Ale   nie   będę   zamykał   sobie   żadnych   furtek. 

Popełniłem ten błąd na początku dochodzenia. Raz wystarczy.

- Ciągle zastanawiam się, czy Kimberly Todd też jest w to zamieszana.
- Nie tylko ty. Analitykom J&J nie udało się jej znaleźć, co może oznaczać, że 

nie   żyje   i   leży   zakopana   gdzieś   na   pustkowiu.   Część   operacji   oczyszczania   po 
nieudanym planie.

- Myślisz, że pozbyli się jej, bo wiedziała za dużo?
- Możliwe.

- Może Valerie Shipley zginęła właśnie dlatego? Słyszałeś, co powiedział Ingle. 

Była jedyną osobą, której ufał Brad. Spiskowcy mogli się obawiać, że wyjawił jej plan. 

- Clare zesztywniała. - Dobry Boże, właśnie mnie olśniło.

- Co?

- Zastanawiam się, czy niebezpieczeństwo nie grozi Owenowi Shipleyowi. W 

końcu był mężem Valerie. Spiskowcy mogą dojść do wniosku, że i on wie za dużo.

Jake pokręcił głową.
- Elizabeth była żoną Brada, ale jak dotąd nikt nie targnął się na jej życie. 

Uczestnicy spisku raczej nie będą strzelać do wszystkich mieszkańców Stone Canyon, 
którzy mieli coś wspólnego z McAllisterem. Wywołaliby zbyt wielkie zamieszanie.

- Ciebie ktoś usiłował zabić - przypomniała.
- Ja nie jestem filarem tej społeczności. Jestem tylko przyjezdnym doradcą. 

Dziś tu, jutro tam.

Rzuciła mu karcące spojrzenie.

- Wolałabym, żebyś nie mówił o tym tak beztrosko. Przecież ktoś chciał cię 

zabić.

background image

-   Przepraszam.   I   wcale   tego   nie   bagatelizuję.   Wręcz   przeciwnie.   Skoro 

próbowano mnie zabić, to znaczy, że zbliżam się do celu.

-   Ciekawe,   dlaczego   spiskowcom   tak   bardzo   zależało   na   przedsiębiorstwie 

Glazebrooków.

- To wyjątkowo dochodowe przedsiębiorstwo. A każda organizacja potrzebuje 

pieniędzy.

- Ale dlaczego Glazebrookowie? Przecież setki innych firm też przynoszą kupę 

forsy.

- Ale nie wszystkie są firmami rodzinnymi, które można przejąć bez szumu, nie 

wzbudzając podejrzeń dyrektorów, udziałowców i stróżów rządowych.

-   Rozumiem,   co   masz   na   myśli.   Nie   wierzę   jednak,   że   spiskowcy   przez 

przypadek wybrali firmę, której właściciel jest członkiem towarzystwa.

- To żadna zagadka - odparł. - Przywódca spisku wybrał firmę, którą można 

dogłębnie   przejrzeć.   Dokumenty   genealogiczne   Arcane   są   do   wglądu   wszystkich 

członków towarzystwa.

-   No   tak.   Członkowie   towarzystwa   zwykle   pobierają   się   między   sobą   i 

przyjaźnią   się   z   ludźmi   związanymi   z   towarzystwem.   Spiskowcy  mogli   udostępnić 
McAllisterowi mnóstwo materiałów, zanim podjął próbę przejęcia przedsiębiorstwa 

Glazebrooków.

- Zastanawiam się, czy nie za bardzo staramy się powiązać oba morderstwa ze 

spiskiem.

Clare zmarszczyła czoło.

- Wydawało mi się, że oboje doszliśmy do wniosku, że są z nim powiązane.
- To tylko możliwość, nie fakt. Dopóki nie wie się czegoś na pewno, trzeba 

umieć zrobić krok do tyłu i podejść do problemu od innej strony.

- Nauczyłeś się tego w Jones & Jones?

- Nie - odpowiedział - z własnego doświadczenia.
-   Dobrze,   spójrzmy   na   to   z   innej   strony.   Kto   jeszcze   miałby   powód,   żeby 

zamordować Valerie Shipley?

- Gdybyś nie była zagorzałą zwolenniczką teorii spiskowych, a ja nie byłbym 

tajnym współpracownikiem Jones & Jones oddelegowanym do wytropienia spisku, 
zupełnie inaczej tłumaczylibyśmy śmierć Valerie Shipley.

- Myślisz, że naprawdę popełniła samobójstwo?
- Istnieje taka możliwość. Ale przeoczyliśmy człowieka, który zawsze znajduje 

background image

się na czele listy podejrzanych, gdy dochodzi do morderstwa żony.

- O Boże, rzeczywiście. - Clare zacisnęła dłonie na kierownicy. - Mąż.

background image

ROZDZIAŁ 42

Jake   przyglądał   się   rezydencji   Shipleyów   zza   płytkiej   fosy.   Księżyc   świecił 

jasno, więc będzie musiał podejść do domu ze szczególną ostrożnością, ale kiedy już 
się   w   nim   znajdzie,   srebrzysta   poświata   ułatwi   mu   zadanie.   Nie   będzie   nawet 

potrzebował latarki, którą miał w kieszeni.

Clare usiłowała wybić mu z głowy zamiar przeszukania domu Shipleyów, ale 

wiedział, że rozumie równie dobrze jak on, iż to jedna z niewielu możliwości, jakie im 
zostały.

Dziś nadarzyła się idealna okazja, bo Owen został zaproszony na kolację do 

Alison   Henton,   apetycznej   rozwódki,   która   starała   się   go   podnieść   na   duchu   i 

pocieszyć. Jake widział Alison w akcji w klubie dwa tygodnie temu i wiedział, że Owen 
musiałby mieć niebywałe szczęście, aby wymknąć się przed północą.

Przeszedł fosę w bród i znowu przystanął, by się rozejrzeć. Wydawało mu się, 

że w sąsiedztwie domu nie porusza się żaden człowiek.

Instynkt ostrzegał go przed biegiem po otwartej przestrzeni, ale przezwyciężył 

tę pierwotną niechęć i ruszył do celu.

Doskonale widział w nocy. Mógł poruszać się w największych ciemnościach bez 

obawy, że wpadnie na coś czy potknie się o szlauch.

W przeciwieństwie do tego, co głosiły plotki, było to coś innego niż zdolność 

widzenia w ciemnościach. Miał oczy jak każdy człowiek, nie jak kot czy sowa. Ale 

nadzwyczajne zdolności psychiczne umożliwiały mu inne postrzeganie przedmiotów i 
stworzeń, kiedy światło było skąpe.

Zatrzymał się przy bocznych drzwiach domu. Wiedział, jak jest w środku, bo 

wypytał   wcześniej   Myrę   i   Archera,   którzy   byli   częstymi   gośćmi   w   rezydencji 

Shipleyów.

Mieli też klucz do domu i znali kod alarmu anty włamaniowe go. Owen dał 

Glazebrookom klucz i kod na wypadek, gdyby coś się stało pod jego nieobecność w 
mieście.

Jake nałożył gumowe lekarskie rękawiczki i wyjął z kieszeni klucz. Otworzył 

drzwi i wszedł szybko do środka. Instalacja alarmowa znajdowała się dokładnie tam, 

gdzie powiedział Archer.

Zamknął drzwi i wcisnął kod, wyłączając system.

Powoli przeszedł przez dom, rejestrując wrażenia.

background image

Szukał ognisk energii psychicznej, która pojawia się w miejscach, gdzie doszło 

do zbrodni. Ale nie tylko to miał nadzieję znaleźć. Był tu, żeby wykonać standardową 

pracę detektywa.

Ludzie są ludźmi, niezależnie od tego, czy posiadają zdolności paranormalne. 

Ich czynami kierują te same emocje i motywacje. Kiedy zna się plan danego człowieka 
i wie się, jak daleko jest on w stanie się posunąć, by go zrealizować, ma się wszystko, 

co potrzebne, by doprowadzić sprawę do końca.

Celem Jake'a było odkrycie planów Owena Shipleya.

Odtworzył w myślach rozmowę z Clare.
- Ale po co Owen miałby ją zabić? - spytała.

-   Przychodzi   mi   na   myśl   kilka   powodów,   poczynając   od   tego,   że   stała   się 

wstydliwym   problemem.   Była   alkoholiczką   i   jej   nałóg   robił   się   coraz   bardziej 

kłopotliwy.

- Gdyby Owen chciał się jej pozbyć, mógł po prostu się z nią rozwieść.

- A dlaczego, skoro właśnie odziedziczyła majątek syna?
- Słuszna uwaga. Z drugiej strony, nie potrzebował pieniędzy Valerie. Przecież 

jest bogaty.

- Co nie znaczy, że nie chciał być jeszcze bogatszy.

-   Sama   nie   wiem.   -   Clare   znów   nabrała   wątpliwości.   -   Morderstwo   to 

ryzykowne przedsięwzięcie.

- Pewnie. Tak jak seks z nieznajomymi. Ale ludzie robią to cały czas.
- Jest pewien problem  - odparła. - Owen ma alibi. Tego popołudnia, kiedy 

zginęła Valerie, grał w golfa.

- Grał sam, w środku popołudnia jednego z najgorętszych dni w roku.

- A dom Shipleyów jest tuż obok.
- Właśnie. Mógł przejechać wózkiem przez fosę, wejść do domu, utopić Valerie 

i wrócić na pole, żeby dokończyć grę.

Srebrzyste   światło   księżyca   wpadało   przez   okna   do   salonu.   Jake   wątpił,   by 

Owen skrywał swoje tajemnice  w miejscu,  gdzie  pojawiają  się goście  i swobodnie 
mogą   się   poruszać.   Ale   postanowił   rozejrzeć   się   po   pokoju,   zanim   przejdzie   do 

skrzydła z sypialniami.

Sprawdził barek.

Najpierw  przeszukał  szuflady   pod  małym   marmurowym  blatem.  Były   pełne 

przedmiotów   potrzebnych   do   przygotowywania   koktajli:   otwieraczy   do   butelek, 

background image

korkociągów, serwetek i łyżeczek.

Zamknął ostatnią szufladę i chwycił rączkę małej lodówki.

Przeszyły   go   fale   psychicznej   energii,   wzniecając   niewidzialny   płomień. 

Rozbudzone   zmysły   wyostrzyły   się   z   gorączkową   intensywnością.   Atmosfera 

przemocy nie była świeża, ale i nie bardzo stara. Skupił się, starając się wczuć w to, 
czego doświadczał zabójca, otwierając lodówkę.

Pragnienie. Bicie serca. Gorące, mroczne podniecenie...
Nagle   zrozumiał,   co   się   stało.   Shipley   wpadł   do   domu   z   rozgrzanego   pola 

golfowego i zastał Valerie po kilku głębszych. Może wzięła tabletkę, żeby się uspokoić 
po nieudanym zamachu na Clare w spa. Powiedział jej, że przyszedł po butelkę wody.

Pocił się, i to nie tylko z powodu upału, ale też pod wpływem wyczekiwania na 

to, co miał zamiar zrobić. Otworzył lodówkę i wyjął butelkę.

Bez wątpienia szybko dał sobie radę z Valerie. Był silnym mężczyzną, a Valerie 

była chuda i osłabiona po całych miesiącach picia.

Już po wszystkim wszedł do domu, żeby się przebrać. Zabrało mu to nie więcej 

niż kilka minut. Na pewno starannie wybrał spodnie i koszulę w tych samych kolorach 

co te, które miał na sobie, kiedy zaczynał grę. Później wrócił na pole.

Chciał dokończyć grę i wypić w klubie kilka drinków z przyjaciółmi, a potem 

zaprosić do domu znajomego. Wtedy miałby świadka, „znajdując" ciało.

Pewnie był nieźle zaskoczony tym, że Valerie znaleziono o wiele wcześniej, niż 

przewidywał.

Clare miała rację, pomyślał Jake. Valerie została zamordowana. Wiedział, że 

mordercą jest Shipley, ale na razie nie miał na to dowodów.

Aura psychiczna pozostawiona przez zabójcę była jednoznaczna niczym odcisk 

palca, ale widoczna tylko w paranormalnym świecie.

Dla Jones & Jones to wystarczy, lecz w sądzie dowody psychiczne nie na wiele 

się zdadzą.

Tak, wysoki sądzie, poszedłem do domu zmarłej kobiety i wyczułem psychiczną 

energię zabójcy. Tak, mogę go zidentyfikować, jeśli ponownie zostawi ten sam rodzaj 
energii. Ale musi być w nastroju do zabijania, jeśli wysoki sąd rozumie, co mam na 

myśli. O co chodzi, wysoki sądzie? Tak, jestem paradetektywem. Czemu wysoki sąd 
pyta?

Nie   bez   powodu   członkowie   Arcane   pragnący   wieść   normalne   życie   nie 

rozgłaszali wszem i wobec, że są powiązani z ludźmi, którzy wierzą, że mają zdolności 

background image

paranormalne. Takie rzeczy utrzymywano w tajemnicy.

Jake   musiał   znaleźć   bardziej   tradycyjny   dowód,   który   można   by   przekazać 

policji.

Wyszedł z salonu na korytarz i skierował się do innego skrzydła domu. Archer 

powiedział mu, że gabinet Shipleya znajduje się za pierwszymi drzwiami po lewej 
stronie. To miejsce wydawało się najsensowniejsze do dalszych poszukiwań.

Przystanął, gdy mijał kuchnię, bo zobaczył mały przedmiot na blacie. Telefon 

komórkowy.

Wziął   go   do   ręki   i   jego   zmysły   przeszyło   jeszcze   więcej   złowrogiej   energii. 

Shipley   dotykał   telefonu,   kiedy   był   jeszcze   pod   wpływem   morderczej   wściekłości. 

Może   Valerie,   gdy   zdała   sobie   sprawę,   że   grozi   jej   niebezpieczeństwo,   usiłowała 
wezwać   policję?   A   może   Shipley   chciał   zatrzeć   wszelkie   ślady   przychodzących   i 

wychodzących rozmów?

Jake odłożył telefon i wrócił na korytarz.

Drzwi   gabinetu   były   otwarte,   ukazując   masywne   drewniane   biurko,   kilka 

zamykanych szafek i regał na książki. Na biurku stał komputer.

Włączył go i podłączył małą przenośną kartę pamięci. Kiedy pliki widniejące na 

ekranie   kopiowały   się,   przeszukiwał   szuflady   biurka.   Nie   natknął   się   na   nic,   co 

mogłoby być jednoznacznym dowodem.

Gdy   kopiowanie   zakończyło   się,   wziął   kartę,   wrzucił   do   kieszeni   i   wyłączył 

komputer.

Wyszedł na korytarz i ruszył w kierunku głównej sypialni.

Jego   zmysły   zanotowały   lekką   zmianę   atmosfery.   Ktoś   wszedł   do   domu. 

Ktokolwiek to był, poruszał się w złodziejski sposób.

Kolejny intruz. Interesujące. Kto jeszcze miał powód, żeby tu dziś przychodzić?
Ogarnęło go drapieżne, łapczywe podniecenie. Wsunął się w zacienione wejście 

do   sypialni   i   czekał.   Intruz   mógł,   ale   nie   musiał   być   obdarzony   zdolnościami 
paranormalnymi, w obu jednak przypadkach jego obecność nie wróżyła nic dobrego. 

Adrenalina jest adrenaliną niezależnie od tego, czy człowiek jest pobudzony. A pod 
wpływem adrenaliny ludzie zabijają dość łatwo, często przypadkowo.

Jeśli intruz jest dobry, niedługo zorientuje się, że nie jest sam.
Czas zacząć polowanie.

Zrozumiał swój błąd chwilę później, kiedy jego zmysły poraziła burza doznań. 

Rozszalała energia powaliła go na kolana. Odruchowo złapał się za głowę, jakby w ten 

background image

sposób mógł zagłuszyć uderzenie.

Zalała go kolejna fala energii. Po niej nastąpiła masywna fala mroku, która 

pogrążyła go w morzu bezkresnej ciemności.

background image

ROZDZIAŁ 43

Clare ogarnął łęk, ostry i porażający niczym błyskawica. Panika uniemożliwiła 

jej reakcję obronną, zanim nawet zdążyła o niej pomyśleć.

Siedziała   na   kanapie   z   podwiniętymi   nogami,   przeglądając   listę   numerów, 

które spisała z telefonu komórkowego Valerie.

Nagle włączyły się w niej wszystkie dzwonki  alarmowe. Serce waliło jej jak 

oszalałe, dłonie zrobiły się lodowate, a w żyłach pojawiła się adrenalina. Wszystko w 
niej rozszalało się. Była gotowa uciekać, żeby się schronić, albo walczyć o życie.

Nie o swoje życie. O czyjeś. Nigdy wcześniej nie doświadczyła takiego ataku 

paniki.

Jake. Tak, teraz miała pewność. Chodzi o Jake'a. Znalazł się w potwornym 

niebezpieczeństwie. Ale przecież nie mogła tego wiedzieć. Takie rzeczy jak telepatia 

czy czytanie w myślach nie istnieją. Naukowcy towarzystwa przez dziesiątki lat badali 
mnóstwo   tego   typu   doniesień,   ale   nigdy   nie   udało   im   się   odtworzyć   tego 

doświadczenia w warunkach laboratoryjnych.

Oddychaj. Uspokój się. Martwisz się o Jake'a, który jest u Shipleyów. Stąd cały 

lęk.

Zaczęła   krążyć   po   pokoju,   starając   skupić   się   na   oddechu,   uruchamiając 

mechanizmy obronne, które przez lata udało jej się wypracować.

Odczucie  wzmożonej  czujności zniknęło  tak  szybko, jak  się  pojawiło.  Jakby 

ktoś wyłączył guzik.

Po kilku minutach poczuła się pewniej.

Spojrzała   na   zegarek.   Dochodziła   północ.   Jake'a   nie   było   od   ponad   dwóch 

godzin. Ile czasu może zabrać mu przeszukanie całego domu?

Powinien już wrócić. Wyjęła z kieszeni telefon komórkowy i spojrzała na niego, 

ale nie odważyła się zadzwonić. Jake, wchodząc do Shipleyów, na pewno wyłączył 

telefon. A jeśli zapomniał? Nie chciała ryzykować, że dzwoniąc, narazi go na kłopoty.

Może sąsiad zauważył jakiś ruch w rezydencji Shipleyów i poszedł sprawdzić, 

co się dzieje. Albo wezwał policję.

Proszę,   tylko   nie   policja,   pomyślała.   Ostatnia   rzecz,   jaka   była   im   teraz 

potrzebna, to żeby Jake został oskarżony o włamanie.

Ale coś było nie tak. Wiedziała to z całkowitą pewnością, która nie zmalała, 

choć adrenalina wywołana atakiem paniki opadła.

background image

To tylko twoja wyobraźnia, powtarzała sobie. Daj spokój. Weź się w garść.
Ale nie potrafiła zlekceważyć poczucia, że Jake ma kłopoty.

Niezależnie od tego, co twierdzą specjaliści z Arcane, każdy, kto ma choć trochę 

intuicji,   wie,   że   kiedy   dwoje   ludzi   łączą   bliskie   więzi,   zdarzają   im   się   przebłyski 

psychicznej   bliskości.   Kiedy   kochała   się   z   Jakiem,   dzieliła   z   nim   swego   rodzaju 
psychiczną bliskość. Cóż dziwnego, że wyczuła, że jest w niebezpieczeństwie?

A może źle do tego podchodzi? Może atak paniki miał związek z tym, co robiła 

kilka minut temu.

Notatnik spadł na podłogę. Podniosła go i spojrzała na numery, które zapisała. 

Kiedy znalazła komórkę u Shipleyów, nie było na niej połączeń z dnia śmierci Valerie. 

W dodatku żaden z kilku numerów zapisanych w pamięci telefonu nie wydawał się 
ciekawy.

Ale dziś, kiedy drugi raz przyjrzała się liście telefonów, jeden wpadł jej w oko. 

Valerie  musiała   dzwonić  pod   ten  numer   dość   często,  bo   wpisała  go   do   szybkiego 

wybierania.

Spokojnie,   pomyślała.   Pewnie   wiele   kobiet   ze   Stone   Canyon   ma   szybkie 

wybieranie numeru tutejszego spa.

Ale   w   Tajemniczych   Źródłach   pracowała   Kimberly   Todd,   kochanka   Brada, 

która zniknęła po jego śmierci. Wszyscy w spa byli przekonani, że przeniosła się gdzie 
indziej.

Może tak stało się naprawdę? Może przeniosła się właśnie tu, do spa W Stone 

Canyon?

Jakie były szanse? Prawdopodobnie jedna na milion, pomyślała Clare.
Położyła notatnik na ławie i znów spojrzała na zegarek. Co mogło zatrzymać 

Jake'a? Oszaleje, czekając na niego.

Za oknem w nocnej ciemności dostrzegła światła nadjeżdżającego samochodu. 

Poczuła ulgę. Jake w końcu wrócił.

Przebiegła przez korytarz i otworzyła drzwi w chwili, gdy samochód parkował 

na podjeździe.

Auto zatrzymało się, ale Jake nie wyłączył silnika ani świateł. Osłoniła oczy, 

żeby jej nie raziły.

Drzwi kierowcy otworzyły się i z samochodu ktoś wysiadł. Oślepiający blask 

świateł sprawiał, że widziała tylko zarys sylwetki. Ogarnął ją niepokój.

- Jake? Wszystko w porządku? Martwiłam się.

background image

- Obawiam się, że Jake jest ciężko ranny - oznajmił Owen Shipley. - Znalazłem 

go nieprzytomnego w moim domu, kiedy wróciłem. Jest w szpitalu. Zabiorę panią do 

niego.

Jawne kłamstwo rozpaliło jej wyczulone zmysły. Ogarnął ją kolejny atak lęku.

Zalana   falą   przerażenia   próbowała   zapanować   nad   odruchami.   Nie   mogła 

poddać się panice. Musiała panować nad sobą, żeby pomóc Jake'owi.

Nagle, znikąd, pojawiło się powalające uderzenie energii, które rozpaliło jej w 

pełni rozbudzone zmysły. Poczuła, że zapada się w otchłań i że ogarnia ją ciemność.

background image

ROZDZIAŁ 44

Delikatny   syk   w   końcu   stał   się   tak   denerwujący,   że   Clare   otworzyła   oczy. 

Dostrzegła nad sobą niesamowicie migoczące niebo. Pod plecami czuła twarde płytki. 
Po ścianach pięły się artystycznie ułożone ławki, które miały przypominać występy 

skalne.

- O, cholera - odezwała się.

- Powiedziałem to samo, kiedy przebudziłem się kilka minut temu - usłyszała 

znajomy głos. - Może nieco dosadniej.

-   Jake?   -   Usiadła   gwałtownie.   I   to   był   błąd.   Przed   oczami   zawirowało   jej 

wnętrze sauny.

- Nie denerwuj się. - Jake przykucnął za nią, przytrzymując ją. - Zamroczenie 

za chwilę minie. Przynajmniej mnie minęło. Jak się czujesz?

- Dziwnie. - Wróciła jej pamięć. Przypomniała sobie Owena, który okłamał ją 

na temat Jake'a.

- Tak się bałam, że cię zabił - wyszeptała przez ściśnięte gardło.
- Oddychaj - poradził.

Ostrożnie   zaczerpnęła   powietrza,   obawiając   się,   że   oddech   spowoduje 

rozdzierający   ból   głowy.   Ulżyło   jej,   gdy   nie   poczuła   kolejnej   fali   bólu.   Uderzenie 

energii, które poraziło jej zmysły, było gwałtowne, ale najwidoczniej nie pozostawiło 
długotrwałych skutków.

- Co Owen nam zrobił? - spytała.
- Nie wiem. Chyba zastosował jakąś sztuczkę, która na pewien czas wyłączyła 

nasze zmysły.

- Nigdy nie słyszałam o nikim, kto byłby do tego zdolny.

- W archiwach dotyczących formuły założyciela jest kilka wzmianek o czymś 

podobnym.

Zmarszczyła brwi.
-   Dokładnie   przestudiowałam   historię   towarzystwa.   Nie   mogę   sobie 

przypomnieć nic o zaćmieniu umysłowym.

- Szczegóły znajdują się w prywatnych archiwach Jonesów.

- Zwykli członkowie towarzystwa nie mają dostępu do tych dokumentów, tylko 

mistrz, rada i członkowie rodziny Jonesów. Jak do nich dotarłeś?

- To dość skomplikowane.

background image

- Sprawa J&J? Zresztą nieważne. - Rozejrzała się po saunie. - Teraz mamy na 

głowie inne zmartwienia.

- Owszem.
- Przypuszczam, że nie masz swojej komórki?

- Nie miałem, kiedy się przebudziłem. Musiał zabrać mi ją Shipley. Ty też nie 

masz swojej. Sprawdziłem.

- Niedobrze.
Wstał i zaczął się przechadzać po pomieszczeniu.

- Dochodzę do wniosku, że polowanie na spiskowców to zajęcie dla młodych. 

Ja jestem za stary na tego rodzaju rozrywki.

Mimo niewesołej sytuacji roześmiała się cicho.
- Kłamiesz jak z nut, Jake'u Salter. Polowanie na złoczyńców to sens twojego 

życia. Ty musisz na nich polować.

- Chyba tak - przyznał. - Najwyraźniej mam to we krwi.

- Tak jak ja mam we krwi wykrywanie kłamstw - odparła, wstając z trudem.
Spojrzał na nią bez słowa. Rozłożyła ręce.

- No cóż, tacy jesteśmy: para dziwaków. Nie my pierwsi i nie ostatni. Wiesz, 

warto by to wykorzystać. Moglibyśmy stworzyć niezły duet.

- Proponujesz mi współpracę?
-   A   czemu   nie?   Gdybyśmy   pracowali   razem,   moglibyśmy   oferować   nasze 

wszechstronne   usługi   doradcze   Jones   &   Jones.   Ile   jest   firm   jednocześnie 
wykrywających kłamstwa i ścigających? Pewnie ani jednej. Mamy do zaoferowania 

coś wyjątkowego.

Jake   milczał   chwilę,  a   potem   podszedł   do   Clare,   objął   ją   za   szyję   i   mocno 

pocałował.

Kiedy oderwał usta od jej ust, znów brakowało jej tchu, ale tym razem nie z 

powodu paniki.

- Cholera - powiedział. - Naprawdę podoba mi się twój sposób myślenia.

Uśmiechnęła się skromnie.
- Żyłkę do interesów mam chyba po ojcu.

- Chyba tak. - Puścił ją i zaczął wpatrywać się w sufit.
- Gdzie Owen? - spytała.

- Gdzieś tu, w budynku. Czuję go. Wydziela sporo dziwnej energii.
- Jak to „dziwnej ?

background image

- Wyczuwam, kiedy ktoś jest pobudzony. Zmysły Shipleya pracują na pełnych 

obrotach, ale fale jego energii są zniekształcone. Jakby powykręcane. Nie wiem, jak to 

wytłumaczyć.

- A co robi?

- Czeka.
- Na co?

- Cóż... - Jake nie dokończył.
Temperatura   zaczęła   gwałtownie   wzrastać.   Pojawiły   się   obłoki   pary.   Clare 

rozejrzała się bezradnie.

- Nie masz wrażenia, że robi się coraz cieplej? - spytała.

- Ktoś nas tu wrzucił, a potem włączył system wytwarzania pary. Na maksa.
- To nie wróży niczego dobrego. - Zatarła niespokojnie dłonie i rozejrzała się 

dookoła.

Czuła, że jej skóra staje się wilgotna. Jake'owi koszula przykleiła się do pleców.

- Zastanawiam się, jak gorąco może się zrobić w tym pomieszczeniu.
- Też o tym myślałem.

- Musi tu być jakiś zawór bezpieczeństwa do regulacji temperatury.
- Pewnie tak.

- Jake, co przede mną ukrywasz?
Wszedł na najwyższą ławkę i wyciągnął ręce do góry. Ledwie sięgał palcami 

ramy, na której zamocowane było wbudowane oświetlenie.

-   Kłopot   z   każdą   automatyczną   regulacją   temperatury   jest   taki,   że   prawie 

zawsze można ją usunąć lub zablokować.

- Dlaczego ktoś miałby... - przerwała, przerażona tym, co przyszło jej do głowy. 

- O Boże. Chyba nie musisz mi odpowiadać.

- Nie będę.

Skupiła się na tym, co powiedział wcześniej.
- Czego szukasz?

-   Regulacji.   Skoro   jest   tu   nowoczesna   hydraulika,   musi   być   też   regulacja 

temperatury, wentylacji i klimatyzacji.

-   No   tak.   -   Zadrżała   mimo   gorąca.   -   Chyba  nie  sądzisz,  że   Owen  zamierza 

zadusić nas parą?

- Gdybyś postawiła się na jego miejscu, dostrzegłabyś w tym scenariuszu wiele 

plusów.

background image

- Wymień te plusy.
- Kiedy rano ktoś odkryje nasze ciała, będzie wyglądało to tak, jakbyśmy umarli 

od udaru cieplnego.

- Na miłość boską! - jęknęła Clare. - Ludzie nie umierają od tego, że siedzą za 

długo w saunie.

Spojrzał na ścianę przy drzwiach.

- Jak sądzisz, po co są napisy ostrzegające, żeby nie przebywać w saunie dłużej 

niż kilka minut?

Przełknęła z trudem ślinę.
- Ale jeśli jutro rano znajdą tu nasze ciała, pierwszym pytaniem, jakie sobie 

postawią będzie: co robiliśmy w saunie po godzinach. A drugim, dlaczego po prostu 
nie otworzyliśmy drzwi i nie wyszliśmy, kiedy zrobiło się za gorąco.

-   Odpowiedź   na   pytanie   numer   jeden   prawdopodobnie   będzie   taka,   że 

zarezerwowaliśmy  sobie  specjalne  usługi,  żeby   w nocy  cieszyć się  seksem.  Bardzo 

gorącym seksem. Nikt nie zauważył, że nie wyszliśmy przed zamknięciem. A może tak 
nam było dobrze, że nie chcieliśmy, by nas znaleziono.

- A odpowiedź na pytanie numer dwa?
- Zostaliśmy tu zamknięci przypadkowo, kiedy personel zamykał spa.

- Straszne. A co z parą? Dlaczego jej nie wyłączyli?
- Usterka mechaniczna.

- Archer w to nie uwierz^.
- Jones & Jones też się nie nabiorą. Ale dla nas będzie już za późno.

- Owen na pewno zdaje sobie sprawę, że nasza śmierć zmobilizuje wszystkie 

siły Archera Glazebrooka i J&J.

- Zapominasz o jednej bardzo ważnej rzeczy.
- O jakiej?

- Tylko ty i ja wiemy, że Shipley jest spiskowcem.
Poczuła lekki błysk energii. Nie była tropicielem, ale stała się wyczulona na 

energię   Jake'a.   Wpływała   na   jej   zmysły   w   ten   sam   wyjątkowy,   intymny, 
nieporównywalny z niczym sposób, jak jego zapach i ton głosu.

Jake chwycił dłońmi ramę oświetlenia i podciągnął się na niej. Dostrzegła, że 

skrzywił się z bólu. Na lewym rękawie koszuli pojawiła się purpurowa plama.

- Twoja ręka! - zawołała Clare.
- Kilka szwów puściło - odparł. - Nic mi nie będzie.

background image

Rama   nie   była   zbyt  szeroka.   Musiał  przechylić  się   na   bok,   żeby   się   na   nią 

wdrapać.

Clare  nie   widziała   dokładnie,   co   robi,   bo   para   stała   się   gęstsza.   Ale   chwilę 

później usłyszała pomruk zadowolenia.

- Mam.
Część sufitu opadła na dół na zawiasach. Wpiął się i zniknął z pola widzenia w 

ciemnym otworze. Za nim uniósł się słup pary, wzbijając się w ciemność.

Po chwili pojawił się znowu na krawędzi włazu. Wokół prawego nadgarstka 

owiązał pasek od spodni, który zwisał w dół.

-   Chwyć   koniec   paska,   zawiąż   sobie   wokół   nadgarstka   i   mocno   trzymaj   - 

rozkazał.

Wspięła się na najwyższą ławkę, tak jak wcześniej on, i złapała koniec paska.

Podciągnął   ją   bez   trudu.   Rozgrzana   skóra   parzyła   ją   w   nadgarstek,   ale   nie 

zwracała uwagi na ból.

Na wysokości oświetlenia znalazła oparcie dla jednej nogi. To odciążyło trochę 

nadgarstek. Jake pomógł jej wślizgnąć się do otworu.

W ciemności słyszała szum systemu klimatyzacyjnego.
- Jesteś dobry - wyszeptała. - Naprawdę dobry.

- Miałem silną motywację.
Wychylił się przez otwór, chwycił właz i zamknął go jednym pociągnięciem. 

Otoczyła ich zupełna ciemność.

-   Jeśli   dopisze   nam   szczęście,   Shipley   nie   wpadnie   sprawdzić,   czy   już   się 

ugotowaliśmy - wyszeptał.

Wzruszyła ramionami.

- Daruj sobie takie wizje. Ale chyba masz rację. Na pewno zorientował się, że 

jesteś   tropicielem   i   łatwo   cię   wkurzyć.   Niebezpieczne   byłoby   otwieranie   drzwi, 

zanim... hm... zanim będziemy ugotowani.

- Powinniśmy zyskać na czasie.

- Ciekawe, dlaczego nas nie związał - zastanawiała się Clare.
- Nie chciał, żeby na ciałach znaleziono jakiekolwiek ślady przemocy.

- No tak. To nie pasowałoby do wersji wypadku.
- Właśnie. A teraz chodź za mną.

- Z chęcią, ale to się chyba nie uda. Nie widzę nic oprócz smugi światła wokół 

wejścia.

background image

- Ale ja widzę. - Objął ją w talii. - Trzymaj się mnie i przede wszystkim staraj się 

unikać hałasu. Zdejmij buty, żeby nie walić w sufit.

- Poczekaj. Co masz zamiar zrobić, jeśli natkniesz się na Owena?
- Skręcić mu kark - odparł pogodnie.

- No tak. A co z jego psychologicznymi sztuczkami?
- Powalę go, zanim się zorientuje, że jestem w pobliżu.

Podejrzewała, że pewność siebie Jake'a wynika głównie z tego, że znów był 

pobudzony.

-   Nie   obraź   się   -   szepnęła   -   ale   wydaje   mi   się,   że   powinniśmy   mieć   plan 

awaryjny.

- A masz taki?
-   Myślę   nad   nim.   Kiedy   Owen   zastosował   na   tobie   swoją   sztuczkę,   miałeś 

pobudzone zmysły?

- Tak. Dlaczego pytasz?

- Moje były na krawędzi, ale nie byłam pobudzona, przynajmniej nie w chwili, 

kiedy wysiadał z samochodu. Byłam pewna, że to ty. Potem rozpoznałam Owena i 

wyczułam, że mnie okłamał. I właśnie wtedy poczułam uderzenie czegoś, czym mnie 
powalił.

- Myślisz, że jego sztuczka działa tylko na nasze paranormalne zmysły?
- Nie przekonamy się o tym, jeśli nie sprawdzimy. Ale myślę, że to logiczne. 

Skoro jego moc powstaje w rzeczywistości paranormalnej, najbardziej działa na tę 
część naszej natury.

- Będę miał to na uwadze - odparł. - Jednak mimo wszystko wolę plan A, ten, w 

którym chwytam go za gardło, zanim zdąży się zorientować, że jestem w pobliżu.

- Nie lubisz rad, prawda?
- Nie, ale słynę z tego, że jestem rozsądny.

- To bardzo uspokajające. - Zsunęła buty i wzięła je do lewej ręki. - Jestem 

gotowa.

Ruszyła   za   Jakiem   przez   zupełną   ciemność.   Omijała   stojące   im   na   drodze 

przeszkody   tylko   dzięki   temu,   że   on   prowadził.   Kiedy   skręcili   za   wielką   pompą 

cieplną,   dostrzegła   prostokątny   strumień   światła   wskazujący   kolejny   właz.   W 
pomieszczeniu pod nim było jasno.

Jake chwycił ją mocniej za nadgarstek. Łowca wyczuł swoją ofiarę.
Przysunęli się bliżej. Teraz słyszała ściszone głosy. Owen rozmawiał z jakąś 

background image

kobietą, której głos brzmiał dziwnie znajomo.

- Myślę, że znaleźliśmy Kimberly Todd - szepnął Jake.

- Ja znam ten głos - wyszeptała w odpowiedzi. - Słyszałam go gdzieś. Dobry 

Boże, to Karen Trent.

- Kto?
-   Zastępca   kierownika   tego   spa.   Ta,   która   nie   uwierzyła,   że   ktoś   usiłował 

zmiażdżyć mi głowę hantlami.

- Myślę, że znaleźliśmy Kimberly Todd - powtórzył Jake.

- Cholera. Ona była w tym spa cały czas.
- Zrobimy tak - oznajmił. - Po pierwsze, chcę, żebyś stąd zniknęła. Otworzę 

inny właz i wypuszczę cię do pustego pomieszczenia. Masz wydostać się z budynku, 
znaleźć telefon i wezwać policję. Jasne?

- Nie powinnam zostawiać cię samego z tą dwójką.
- Dam sobie radę - zapewnił. - A pójdzie mi jeszcze lepiej, kiedy będę wiedział, 

że jesteś bezpieczna.

Przypomniała sobie, że przecież do tego jest stworzony. Pora pozwolić mu na 

polowanie.

background image

ROZDZIAŁ 45

Jake otworzył właz nad gabinetem do masażu. Chwycił Clare za nadgarstki i 

zsunął ją na tyle, by mogła stanąć na przykrytym białym prześcieradłem łóżku.

Gdy znalazła oparcie dla stóp, spojrzała w górę. Wiedział, że go nie widzi w 

gęstym mroku.

- Bądź ostrożny - poprosiła.

- Będę - obiecał. - Uciekaj stąd.
Poczekał, aż Clare otworzy drzwi i wyślizgnie się na korytarz. Potem wrócił do 

włazu i skupił się na rozmowie dwojga ludzi w pomieszczeniu pod nim.

Zdał   sobie   sprawę,   że   atmosfera   się   zmieniła.   Shipley   emanował   jeszcze 

silniejszą niszczącą energią.

- Ty bydlaku! - krzyczała Kimberley. - Co ty sobie wyobrażasz! Nie możesz 

mnie zabić!

-   Ależ   mogę   -   odpowiedział   Owen.   -   A   nawet   muszę.   Muszę   rzucić 

Glazebrookom i glinom trochę mięsa.

- Oszalałeś? Przecież mnie potrzebujesz. Mamy plan, do cholery!

- To ja mam plan - sprostował Owen. - Niestety trochę się różni od tego, o 

którym rozmawialiśmy. Popełnisz samobójstwo.

- Nikt w to nie uwierzy.
-   Wręcz   przeciwnie:   wszyscy   uwierzą,   że   po   zamordowaniu   McAllistera 

dręczyły cię wyrzuty sumienia. Broń, której użyłaś do zabójstwa, zostanie znaleziona 
w szufladzie twojego biurka. Sam ją tam włożyłem kilka minut temu.

- Nie możesz tego zrobić. - Kimberley była przerażona.
- Śmierć Valerie nadal będzie uważana za wypadek, ale zostawisz w swoim 

komputerze   list   pożegnalny   wyjaśniający   inne   zgony.   Zamordowałaś   Brada 
McAllistera, bo rzucił cię dla Clare. Nie wytrzymałaś, kiedy znów przyjechała do Stone 

Canyon. Zwabiłaś ją do spa z zamiarem zamordowania jej. Na swoje nieszczęście, 
razem z nią pojawił się Jake Salter, prawdopodobnie licząc na wspólny masaż. Nie 

miałaś wyboru i jego również musiałaś się pozbyć. Zamknęłaś oboje w saunie.

- Przecież jesteśmy wspólnikami - błagała Kimberly.

- Nastąpiła drobna zmiana planu.
- Potrzebujesz mnie.

- Już nie. A za kilka dni Archer Glazebrook, załamany śmiercią dostanie ataku 

background image

serca.   Jego   syn   Matt   zginie   w   wypadku   samochodowym,   wracając   do   domu   z 
pogrzebu   ojca.   Wtedy   Myra   i   Elizabeth   zwrócą   się   do   mnie,   starego   przyjaciela 

rodziny. Przejmę kontrolę nad firmą i zdejmę ten ciężar z ich barków.

Jake wyczuł, że w pokoju ktoś się poruszył. To Kimberly podbiegła do drzwi.

- Nie zastrzelisz mnie z drugiego końca pokoju - powiedziała. - Jeśli to zrobisz, 

nikt nie uwierzy, że popełniłam samobójstwo.

-   Jestem   przygotowany   na   wszystkie   okoliczności   -   odparł   Owen.   -   Jeśli 

zmusisz mnie, żebym zabił cię w ten sposób, zabiorę twoje ciało do sauny i upozoruję 

sytuację tak, że będzie wyglądała na walkę o broń.

Jake otworzył właz, oparł dłoń na krawędzi i wysunął się stopami do przodu.

Owen zadarł głowę, słysząc odgłos otwierającej się pokrywy. Na jego twarzy 

pojawiło się najpierw przerażenie, a potem wściekłość. Uniósł rękę, w której trzymał 

pistolet.

Jake skoczył i błyskawicznie opuścił dłoń na rękę Owena. Broń wystrzeliła w 

podłogę.

Owen odskoczył do tyłu i chwycił się biurka, żeby utrzymać równowagę.

- Ty sukinsynu - prychnął. - Chcesz wiedzieć, do czego jestem zdolny? Zaraz ci 

pokażę!

Jake'a   ogarnął   taki   ból,   że   aż   się   zachwiał.   Niełatwo   było   panować   nad 

odruchami, gdy wszystko w nim wyrywało się, by zabić.

- Clare miała rację - powiedział. - Twoja sztuczka nie działa tak dobrze, kiedy 

nie jestem pobudzony.

W szeroko otwartych oczach Owena błysnął strach.
- Nie - sapnął. - Poczekaj...

- Mimo wszystko czuję ból. A to naprawdę mnie wkurza.
Owen uniósł ręce, żeby się zasłonić. Jake posłał dwie potężne fale energii w 

środek jego piersi. Owen chwycił się za brzuch i opadł na kolana, starając się złapać 
oddech.

Jake odwrócił się i rozejrzał za drugą ofiarą. Kimberly Todd zniknęła. Broń też.
Kiedy związywał Owenowi ręce swoim paskiem, ten oznajmił:

-   Obaj   wiemy,   że   mnie   nie   zabijesz.   A   Jones   &   Jones   nie   mają   żadnych 

dowodów, które mogliby przekazać policji. To Kimberly zamordowała McAllistera.

- Ale ty zabiłeś Valerie.
- Nie masz na to żadnych dowodów.

background image

- Może i nie, ale bez problemu udowodnię, że chciałeś zabić mnie tej nocy.
-   Poczekaj.   Nie   wiesz,   co   tu   się   dzieje.   Wykorzystuję   nową   wersję   formuły 

założyciela. I ona działa. Dla ciebie też mogę zdobyć.

- Nie, dzięki.

- Nie rezygnuj tak szybko. Mogę uczynić cię członkiem nowego spisku. Formuła 

założyciela da ci niezwykłą siłę. Sprawi, że nic nie będzie w stanie cię powstrzymać.

- Wielu już tak twierdziło i wszyscy źle skończyli - odparł Jake i wyjął z kieszeni 

mały skórzany pojemnik. Wyciągnął z niego napełnioną strzykawkę.

Owen otworzył szeroko oczy.
- Co to jest? - spytał.

- Tajemnica J&J - odpowiedział Jake, wbijając mu igłę w ramię. Nacisnął tłok.
Po chwili Owen osunął się na ziemię.

Jake wyszedł na ciemny korytarz. Zmysły miał w stanie najwyższej gotowości.
Czas kontynuować polowanie.

background image

ROZDZIAŁ 46

Wydostanie się z budynku było trudniejsze, niż przypuszczała. Ciężkie szklane 

drzwi wejściowe były zamknięte. Na ścianie znajdowały się przyciski, ale Clare nie 
znała kodu.

Rozejrzała   się   za   wyjściem   awaryjnym.   Nad   kamiennym   blatem   biurka 

dostrzegła znak wskazujący drogę.

W korytarzu prowadzącym do przymierzalni usłyszała szybkie kroki. Kobieta, 

pomyślała. Kimberly. Coś poszło źle.

Podbiegła do biurka i schowała się za ladą.
Odgłosy kroków były coraz głośniejsze. Słyszała urywany oddech. Nie swój.

Ułamek   sekundy   później   Kimberly  wyłoniła   się  z   korytarza  i   skierowała  do 

wyjścia ewakuacyjnego. Skupiona na ucieczce, nie rozglądała się dookoła.

Clare chwyciła z biurka ciężki szklany pojemnik pełen broszur i cisnęła nim w 

głowę Kimberly.

Ta   w   ostatniej   chwili   wyczuła   ruch   i   próbowała   się   uchylić.   W   rezultacie 

zamierzone uderzenie stało się częściowo chybionym ciosem. Ale na tyle silnym, że 

Kimberly   zachwiała   się,   straciła   równowagę   i   padła   jak   długa.   Przedmiot,   który 
trzymała w ręce, wylądował z głuchym hukiem na płytkach.

Clare spojrzała na podłogę. Było na tyle jasno, że dostrzegła broń. Doskoczyła i 

chwyciła pistolet.

- Nie ruszaj się. Możesz mi wierzyć, że po tym, co ostatnio przeszłam, nie mam 

oporów. Bez skrupułów nacisnę spust.

Kimberly uniosła głowę rozwścieczona.
- Suka.

- Słuszny wniosek.
Z mroków korytarza wyłonił się Jake. W jednej chwili przejął panowanie nad 

sytuacją.

- Nic ci nie jest? - spytał Clare.

- Nie. A tobie?
- Wygląda na to, że miałaś rację co do sztuczek psychicznych Shipleya. Przy 

obojętnych zmysłach udało mi się złagodzić ich efekty na tyle, żeby utrzymać się na 
nogach.

Kimberly przyglądała się im.

background image

- O czym wy mówicie? Jakie sztuczki psychiczne? Jesteście bardziej szurnięci 

niż Shipley.

Clare nie zwróciła na nią uwagi i skupiła się na Jake'u.
- Co zrobiłeś z Owenem?

- Chwilowo jest nieprzytomny - wyjaśnił.
- Ale kiedy otrzeźwieje, stanie się niebezpieczny dla wszystkich ze zdolnościami 

paranormalnymi, nawet związany.

-   Na  razie  raczej  nie  -   odparł   Jake.  -  Dałem  mu  zastrzyk  z   bardzo  silnego 

środka uspokajającego. Dojdzie do siebie najprędzej za dwie doby. Jones & Jones 
zdążą ustalić, jak poradzić sobie z tą sytuacją.

- A co z Kimberly?
- Skąd wiecie, jak mam na imię? - zdziwiła się kobieta.

- Jesteśmy dobrzy - wyjaśniła Clare.
- A kim wy jesteście? - spytała.

- On jest z J&J, a ja pracuję na własną rękę.
- Co to jest J&J?

- Prywatna firma detektywistyczna - wyjaśniła Clare. Kimberly pokręciła głową.
- Cholera.

- Oddamy ją miejscowym gliniarzom, razem, z Shipleyem - powiedział Jake do 

Clare.   -   W   końcu   będą   mogli   zakończyć   dochodzenie   w   sprawie   morderstwa 

McAllistera.

- Nikt nie udowodni, że to ja zabiłam Brada - wtrąciła pośpiesznie Kimberly.

- Broń. którą Shipley włożył do szuflady pani biurka, powinna wystarczyć, żeby 

oskarżyć   panią   o   zabójstwo   -   wyjaśnił   Jake.   -   Jest   jeszcze   kwestia   dzisiejszego 

usiłowania zabójstwa Clare i mnie. Na to mamy wiele dowodów.

-   To   był   pomysł   Shipleya   -   warknęła   Kimberly.   -   Zmusił   mnie   do   tego 

wszystkiego szantażem.

- Bo wiedział, że zamordowała pani Brada? - spytała Clare. - Tym się posłużył, 

żeby zmusić panią do pomocy?

Kimberly zesztywniała. Nie odezwała się.

- Jestem pewien, że policja chętnie wysłucha pani wersji zdarzeń i porównają z 

wersją   Shipleya   -   oznajmił   Jake.   -   W   tych   kwestiach   nie   ma   to   jak   nieudana 

współpraca. Obie strony nie mogą się doczekać, żeby wychlapać wszystko, jeśli można 
w ten sposób obciążyć drugą osobę.

background image

Clare spojrzała na niego.
- Co masz zamiar powiedzieć policji?

Wzruszył ramionami.
- Że jestem prywatnym detektywem ze starej znanej firmy Jones & Jones. I że 

zostałem   wynajęty   przez   Archera   Glazebrooka,   żeby   zbadać   sprawę   śmierci   jego 
zięcia.

Clare się uśmiechnęła.
- Naprawdę jesteś niezły w mówieniu półprawd.

- Każdy ma jakiś talent.
Clare spojrzała na Kimberly.

-  A  tak z  czystej ciekawości, mogłaby  mi pani  powiedzieć, jak  zaczęła pani 

romans z McAllisterem?

Kimberly zapłakała. Wyglądało to, jakby wszystko w niej pękło.
-   Poznaliśmy   się   w   spa,   w   którym   pracowałam   -   zawodziła.   -   Zostaliśmy 

kochankami.   Zabrał   mnie   ze   sobą   do  Arizony.  Powiedział,  że   ma   tu  do  zrobienia 
wielki interes. Mówił, że zajmie mu to kilka miesięcy, a może rok albo dłużej, ale 

kiedy skończy, będziemy mogli się pobrać.

- Kiedy zorientowała się pani, że panią okłamuje?

Kimberly pociągnęła nosem.
- Zaczęłam coś podejrzewać, gdy zaczął nalegać, że o naszym związku nikt nie 

może   wiedzieć,   nawet   jego   matka   ani   wspólnik   w   interesach.   Trzymał   mnie,   po 
drugiej stronie doliny, jakby się mnie wstydził.

- To Valerie i Shipley nie wiedzieli o pani? - zdziwił się Jake.
- Z początku nie. - Głos Kimberly stał się beznamiętny. - Ale w końcu Shipley 

się   o   nas   dowiedział.   Był   wściekły   na   Brada.   Podsłuchałam   ich   kłótnię.   Shipley 
wrzeszczał na Brada, że spieprzy cały plan, wciągając mnie w to.

- Czy McAllister albo Shipley powiedzieli pani, co to za plan? - spytał Jake.
Kimberly wzruszyła ramionami.

- Chodziło o coś związanego z przejęciem korporacji Glazebrooków. - Rzuciła 

Clare oskarżycielskie spojrzenie. - Kiedy pani pojawiła się na horyzoncie i namówiła 

Elizabeth do rozwodu, Brad zaczął szaleć. Nigdy wcześniej go takiego nie widziałam. 
Ciągle  gadał  tylko  o  tym,   że   ma   zamiar  się   pani  pozbyć.   Był  pewien,   że   jak  pani 

zniknie, uda mu się ocalić plan.

- Domyśliła się pani, jak i kiedy zamierzał mnie zabić, prawda?

background image

- Nie musiałam się niczego domyślać. - Kimberly zacisnęła dłoń w pięść. - Brad 

powiedział mi, jak zamierza to zrobić. Miał taką obsesję na punkcie pozbycia się pani, 

że chciał rozmawiać o swoim planie. To wtedy dotarło do mnie, że cokolwiek robi w 
Stone Canyon, zawsze będzie to dla niego ważniejsze niż ja.

- I co się stało później?
- Spytałam go o przyszłość - wyszeptała Kimberly zdławionym głosem. - A ten 

bydlak   się   roześmiał.   Powiedział,   że   jestem   bardzo   dobra   w   łóżku,   ale   gdyby 
kiedykolwiek miał zamiar ponownie się żenić, mierzyłby nieco wyżej niż masażystka.

- Więc go pani zastrzeliła - podsumowała Clare.
- Tej nocy, kiedy chciał zabić panią - przyznała Kimberly. - Wiedziałam, że jeśli 

pani znajdzie ciało, wszyscy pomyślą że to pani jest morderczynią.

- Ale Shipley od razu domyślił się, że to pani zamordowała Brada, prawda? - 

spytał Jake.

Kimberly otarła oczy rękawem.

- Obiecał mi, że nikomu nie powie, nawet Valerie, jeśli zgodzę się mu pomóc. 

Powiedział, że zostanę jego wspólniczką. Załatwił mi nową tożsamość i polecił mnie 

kierownictwu tego spa. Od razu mnie zatrudnili.

- Nic dziwnego - orzekła Clare. - Nikt w Stone Canyon nie odmówiłby Owenowi 

Shipleyowi. Co chciał w zamian?

- Żebym zaprzyjaźniła się z Valerie. Miałam podsycać w niej nienawiść, dopóki 

nie   nadarzy   się   okazja,   żeby   się   jej   pozbyć.   Dopiero   dziś   wieczorem   w   końcu 
zrozumiałam, że się mną posłużył, żeby mieć na kogo zwalić winę, jeśli trzeba będzie 

kogoś wydać glinom.

- Dzwoniła pani do Valerie tego dnia, kiedy tutaj byłam? - dopytywała się Clare. 

- Powiedziała jej pani, że zapisałam się na kilka zabiegów i zasugerowała jej, żeby 
wpadła i spróbowała mnie zabić?

Kimberly prychnęła.
-   To   był   jej   pomysł.   Owszem,   zadzwoniłam   do   niej,   ale   tylko   dlatego,   że 

obiecałam jej wcześniej, że dam jej znać, jak się pani pojawi. Nie miałam pojęcia, co 
zrobiła, dopóki nie przyszła pani do mojego biura ze skargą, że ktoś usiłował panią 

zabić.   Od   razu   domyśliłam   się,   że   to   Valerie.   Po   pani   wyjściu   zadzwoniłam   do 
Shipleya i powiedziałam mu, że Valerie oszalała. Był w klubie. Powiedział, że się tym 

zajmie.

-   Wyszedł,   zagrał   rundę   golfa   i   zamordował   ją   -   stwierdził   Jake.   Clare 

background image

przyglądała się Kimberley.

- Dlaczego Owen nie powiedział Valerie, że to pani zabiła Brada? Odpowiedział 

jej Jake:

-   Nie   mógł.   Brad   nie   żył,   a   on   potrzebował   kogoś   do   pomocy   w   dalszych 

planach. Valerie była zbyt pochłonięta swoją rozpaczą. Została mu jedynie Kimberly. 
Musiał ją chronić, dopóki jej potrzebował.

- Kochałam Brada - powiedziała. - I myślałam, że ten bydlak też mnie kocha. 

Kłamał od samego początku.

- Tak - potwierdziła Clare. - Kłamał.

background image

ROZDZIAŁ 47

5.15, Scargill Cove

Fallon siedział przy biurku, wpatrując się w ekran komputera. Pracował nad 

sprawą Owena Shipleya, odkąd trzy godziny wcześniej obudził go Jake, informując, że 

wysyła zaszyfrowany plik w załączniku mailowym. Bez problemu złamał szyfr.

Niestety, nie znalazł tylu materiałów, ilu się spodziewał. Shipley był jedynie 

pionkiem w spisku. Ale plik zawierał trochę śladów i wskazówek. W głowie Fallona 
jak   w   kalejdoskopie   pojawiały   się   obrazy,   które   zaczęły   układać   się   w   całość. 

Niepokojącą całość.

Wstał i podszedł do okna. W dolinie pojawiły się pierwsze światła świtu. Był 

wyczerpany, ale wiedział, że długo nie zdoła zasnąć.

background image

ROZDZIAŁ 48

8.10, Portland, stan Oregon

Padało, kiedy John Stilwell Nash opuszczał swój prywatny klub. Comiesięczne 

spotkanie przy śniadaniu i przemawiający po nim gość jak zwykle byli niewiarygodnie 

nudni. Nie lubił marnować czasu na trywialne sprawy, musiał jednak dbać o swój 
wizerunek wśród przedsiębiorców z Portland.

Do klubu należało sporo miejskich i stanowych osobistości. Tylko dlatego Nash 

do niego wstąpił. Czuł satysfakcję, że może podawać rękę najważniejszym ludziom z 

regionu.   Ilekroć   jadł   obiad   w   klubie,   czuł   się   jak   rekin   wśród   drobnych   rybek. 
Rozkoszował   się   tajemnicami,   które   już   zdobył.   Wkrótce   będzie   miał   w   garści 

członków rządu, senatorów i prezydenta.

Deszcz   padał   monotonnie   i   nieprzerwanie.   Nie   lubił   tego   miasta.   Nie   lubił 

całego Północnego Zachodu. Ale instynkt podpowiedział mu, że to dobre miejsce na 
założenie organizacji. Nikt nie wpadnie na to, żeby tu, w Portland, szukać człowieka, 

który zamierza przejąć kontrolę nad Towarzystwem Arcane.

Kiedy   czekał   na   samochód,   zadzwoniła   jego   komórka.   Sprawdził   numer   i 

odebrał.

- Tak? - odezwał się.

- Operacja w Stone Canyon zakończona. Shipley został złapany zeszłej nocy.
Nasha   przeszyła   dzika   złość   myśliwego,   któremu   uciekła   ofiara.   Starał   się 

opanować   intensywne   doznanie.   Przecież   już   od   jakiegoś   czasu   spodziewał   się   tej 
wiadomości.   Wiedział,   że   w   Arizonie   sprawy   mają   się   źle.   Ale   chciał   firmy 

Glazebrooków. Byłaby idealną zdobyczą, doskonale odpowiadającą celom spisku.

Wziął kilka głębokich oddechów i poczekał, aż całkiem ochłonie.

- Jakieś ślady? - spytał, zadowolony, że jego głos brzmi spokojnie i chłodno. 

Najważniejsze   to   nie   dać   poznać   członkom   grupy,   że   targają   nim   silne   emocje. 

Uleganie emocjom jest oznaką słabości. Panowanie nad sobą to podstawa.

- Nie. Shipley jest nadal nieprzytomny. Musieli mu coś dać. Pewnie jakiś silny 

środek uspokajający.

Bez preparatu Shipley szybko pogrąży się w szaleństwie. Jones  & Jones na 

pewno podłapią jakieś strzępy planu, ale na to nie ma rady. Będzie sobie radził z 
problemami, gdy się pojawią.

- A co z Todd? - spytał.

background image

- Wie zbyt mało, żeby nam zaszkodzić.
- Shipley powinien mieć jeszcze resztkę preparatu. Miejscowe władze nie mają 

powodów, żeby się tym interesować, ale wolałbym, żeby się nie dostał w ręce J&J.

- Jakieś przypuszczenia, gdzie Shipley może go trzymać?

-   Nie.   Ale   biorąc   pod   uwagę,   że   jest   dla   niego   cenny,   pewnie   w   jakimś 

bezpiecznym miejscu. Sprawdź w piwnicy na białe wino.

-   Dom   jest   miejscem   przestępstwa.   Prawdopodobnie   nie   będzie   do   niego 

wstępu przez dzień lub dwa. Nikt nie da rady dostać się do środka, żeby go dokładnie 

przeszukać.

John poczuł kolejną falę wściekłości. Mocno ścisnął telefon.

-   Jesteś   poniekąd   odpowiedzialny   za   niepowodzenie   w   Stone   Canyon   - 

warknął. - Jeśli masz jakiekolwiek nadzieje na awans w organizacji, musisz słuchać 

rozkazów. Jasne?

- Tak, panie Nash. Jestem teraz w Phoenix. Przy porannych korkach uda mi się 

dostać do Stone Canyon za co najmniej trzy kwadranse.

- Zdobądź to przeklęte lekarstwo.

Parkingowy podstawił samochód. John zakończył rozmowę i wsiadł do auta. 

Przez chwilę siedział nieruchomo, zaciskając ręce na kierownicy. Ciągle czuł gorąco 

wywołane frustracją i złością, które w nim pulsowały, wprowadzając zamęt do jego 
zmysłów. Nie był to dobry znak. Fale nagłej, prawie niekontrolowanej wściekłości 

stawały się coraz częstsze. Zaczął podejrzewać, że są ubocznym efektem jego własnej 
wersji leku.

Na pewno działał szybciej i bez wątpienia zwiększał zakres paranormalnych 

zdolności.   Połączony   z   jego   naturalnym   talentem   tropiciela,   dawał   mu   zdolności 

hipnotyczne i strategiczne. Ale jak widać, miał też słabe strony.

Musi natychmiast wrócić do laboratorium.

background image

ROZDZIAŁ 49

8.15, Stone Canyon

Zebrali się na werandzie domu  Glazebrooków. Było dopiero  parę  minut  po 

ósmej, ale nawiewy nad głowami już działały na pełnych obrotach, łagodząc upał. Na 

stole   stały   dzbanek   mrożonej   herbaty  i   pięć   szklanek.   Myra   napełniła   je.   Podając 
szklankę Clare, uśmiechnęła się.

- Dziękuję - powiedziała Clare. Wątpiła, czy kiedykolwiek poczuje się całkiem 

swobodnie   w   samym   sercu   terytorium   Glazebrooków,   ale   musiała   przyznać,   że 

napięcie znacznie zmalało.

Jake wyszedł z domu, by dołączyć do małej grupy. Rozmawiał przez telefon 

komórkowy. Zakończył rozmowę i podszedł do stołu.

- To Fallon - wyjaśnił, siadając.

- I co tym razem miał do powiedzenia? - spytała Clare. Jake się uśmiechnął.
- Kazał cię pozdrowić.

- Tak, na pewno.
- Chyba mówił coś, że jeszcze raz zerknie na twoje ostatnie podanie. Myśli, że 

mimo wszystko nadajesz się na agenta ]&J.

- Ha! - Zemsta była słodka. - Jeśli uważa, że jestem tania, to bardzo się myli.

- Nie wiem jak, ale udało mu się złamać szyfr do pliku z komputera Owena - 

ciągnął Jake. - To był dziennik Shipleya z pracy dla spisku.

- Nieźle, co? - Clare była podekscytowana.
- Było tam sporo informacji, które przydadzą się w innych dochodzeniach J&J - 

powiedział Jake. - Ale na temat nowego spisku znalazł mniej, niż się spodziewał.

Clare przewróciła oczami.

- Jonesa trudno zadowolić.
- To nie ulega kwestii. Ale w tym przypadku rozumiem jego rozczarowanie. 

Wygląda   na   to,   że   nowy   spisek   świetnie   potrafi   strzec   swoich   tajemnic.   Niestety 
Shipley nie był w organizacji na tyle wysoko, żeby dużo wiedzieć.

- Złe wieści dla Jones & Jones - zauważył Archer.
- Fakt - przyznał Jake. - Ale Fallon twierdzi, że dziennik Shipleya zawiera sporo 

szczegółów na temat działalności w Stone Canyon. Dzięki tym informacjom będzie 
można ustalić, na jakich zasadach działa nowa organizacja i być może nawet, jakie ma 

zamiary.

background image

- Owen przez cały czas należał do spisku? - spytała Elizabeth.
- Tak - odparł Jake. - Z jego notatek wynika, że został zwerbowany półtora roku 

temu.   Jego   głównym   zadaniem   było   przejęcie   kontroli   nad   przedsiębiorstwem 
Glazebrooków. Myśleli, że zrobi to najlepiej, bo cieszy się zaufaniem Archera.

Archer się skrzywił.
- Owszem, ufałem mu. Przez prawie trzydzieści pięć cholernych lat. Ciągle nie 

mogę uwierzyć, że to on był sprawcą tego wszystkiego.

- Shipley obmyślił naprawdę sprytny plan - ciągnął Jake. - Przełożeni obiecali 

mu między innymi wejście na kolejny stopień w hierarchii.

- Ale co, do cholery, ma wspólnego spisek z moją firmą?

- Pieniądze - odparł Jake. - Duże pieniądze. Firma Glazebrooków jest kurą 

znoszącą złote jajka. Już tłumaczyłem Clare, że twoja firma ma również inne zalety. 

Jest przedsiębiorstwem prywatnym. Nie byłoby żadnych dociekliwych akcjonariuszy 
ani dyrektorów, którym trzeba by się tłumaczyć z sum wyprowadzanych na potrzeby 

nowych tajemniczych planów spisku.

Clare pokręciła głową.

- Co masz na myśli, mówiąc „tajemnicze"?
- Shipley ich nie znał - wyjaśnił. - Ale Fallon jest  przekonany, że chodzi  o 

przejęcie kontroli nad kilkoma prywatnymi przedsiębiorstwami. Miałyby się stać bazą 
ekonomiczną,   która   dostarczałaby   sporych   zastrzyków   gotówki   przez   kilka 

następnych lat.

Elizabeth zmarszczyła czoło.

-   Więc   chodzi   im   tylko   o   pieniądze?   Po   to   nie   musieli   tworzyć   tajnego 

stowarzyszenia i zabijać ludzi. Wystarczyłaby żyłka do interesów.

- To nie takie proste, jeśli chcesz stworzyć imperium dostarczające ciągłego 

strumienia funduszy, które można wykorzystać na tajne badania farmaceutyczne - 

powiedział Jake.

Wszyscy wpatrywali się w niego z otwartymi ustami. Archer gwizdnął.

- Cholera. Ci faceci nie tylko chcą zdobyć formułę założyciela.
Mają zamiar uruchomić produkcję na masową skalę.

Myra zmarszczyła brwi.
-   Nielegalną   produkcją   leków   przez   laboratorium   prowadzące   bezprawnie 

badania farmaceutyczne zainteresuje się nie tylko Arcane. Jak tylko dowie się o tym 
Biuro Federalne, dopadnie spiskowców w ułamku sekundy.

background image

- Jakkolwiek by na to spojrzeć, spiskowcy mają wiele powodów, żeby tworzenie 

swojego imperium trzymać w tajemnicy - rzekł Jake.

Archer westchnął ciężko.
- Miałem Owena za przyjaciela. Do licha, tyle razem przeszliśmy.

- Zaczął cię oszukiwać wiele lat temu - powiedział Jake. - Tego też dowiedział 

się Fallon z jego dziennika.

- Co mu zrobiłem poza tym, że pomogłem mu zarobić kupę kasy?
Clare czekała chwilę, pewna, że ktoś powie rzecz oczywistą. Ale nikt się nie 

odezwał, więc wzruszyła ramionami.

- Zabrałeś mu dziewczynę. Mama opowiedziała mi, jak to Owen starał się ją 

przekonać, żeby za niego wyszła. Ale ona wybrała ciebie.

Wszyscy spojrzeli na Myrę.

-   Nigdy   nie   kochałam   Owena   i   on   mnie   też   nie   -   powiedziała.   –   On   był 

zakochany w perspektywie ślubu z córką senatora. Myślał, że to mu umożliwi styl 

życia, o jakim marzył. Wiedziałam o tym od początku.

- To po jaką cholerę się z mm umawiałaś? - spytał Archer.

Myra uniosła brwi.
-   Żebyś   to   zauważył,   oczywiście.   Bardzo   trudno   było   zdobyć   twoje 

zainteresowanie,   Archerze   Glazebrook.   Byłeś   zbyt   zajęty   budowaniem   swojej 
wspaniałej firmy.

Clare   przez   chwilę   miała   wrażenie,   że   Archer   zacznie   wrzeszczeć.   A   on 

zaskoczył wszystkich szerokim szelmowskim uśmiechem.

- Kiedyś już to powiedziałem i powtórzę jeszcze raz. - Oparł się na krześle i 

założył palce za pasek dżinsów. - Z tą kobietą nie wygrasz.

Clare mogłaby przysiąc, że Myra się zarumieniła. Jake odkaszlnął.
-   Wracając   do   Shipleya.  Jego   zawiść   mogła   wziąć   się   z   tego,  że  nie  zdobył 

dziewczyny, ale była też podsycana świadomością, że jesteś prawdziwym geniuszem. 
Jednocześnie szaleńczo pragnął tego, co zapewniłby mu sukces firmy.

- Pieniędzy, znajomości i władzy - wtrąciła Clare. Archer pokręcił głową.
- Miał to wszystko, ale najwyraźniej mu nie wystarczało.

- Najwyraźniej - przyznał Jake. - Jego zawiść narastała przez lata.
Kiedy więc spiskowcy wyłowili go jako potencjalnego kandydata, był gotowy 

skorzystać z okazji nie tylko po to, żeby się zemścić, ale też żeby posiąść większy talent 
niż twój. Spisek dał mu rodzaj specjalnie dla niego wytworzonego środka i obietnicę 

background image

awansu w organizacji. Musiał tylko podać im na tacy przedsiębiorstwo Glazebrooków. 
Clare napiła się herbaty i odstawiła szklankę.

- A co z innymi? Jak Shipley skaptował Brada McAllistera i Valerie, matkę z 

piekła rodem?

-   Uznał,   że   najprostszą   drogą   do   zdobycia   firmy   Glazebrooków   jest 

zaaranżowanie   małżeństwa   Elizabeth,   dzięki   któremu   jej   mąż   przejąłby   udziały   w 

przedsiębiorstwie po śmierci Archera. On sam jest już po sześćdziesiątce, nie mógł 
więc kandydować do roli męża Elizabeth.

- Nie wierzę. - Liz zrobiła dziwną minę. - Traktuję go, a raczej traktowałam, jak 

wujka.

-   Shipley   opracował   strategię,   po   czym   skontaktował   się   ze   swoimi 

mocodawcami - ciągnął Jake. - Zaakceptowali jego plan. Teraz trzeba było znaleźć 

kogoś, kto mógłby uchodzić za idealnego kandydata na męża Elizabeth. Facet musiał 
podbić jej serce i zyskać przychylność rodziny. Spiskowcy pomogli Shipleyowi znaleźć 

światowej klasy naciągacza Brada McAllistera.

-   Który   nie   tylko   był   przystojny,   czarujący   i   bystry,   ale   był   też   silnym 

hipnotyzerem - wtrąciła Clare. - Założę się, że dla Shipleya była to jego największa 
zaleta.   Gdyby   urok   osobisty   nie   wystarczył,   Brad   zawsze   mógł   wykorzystać   swoje 

zdolności, żeby omamić wszystkich dookoła.

- A co Owen zaoferował Bradowi, żeby nakłonić go do współpracy? - spytała 

Myra.

- To nie Shipley przekonał McAllistera, żeby zgodził się na ten plan - wyjaśnił 

Jake - tylko przywódcy spisku.

- Rozumiem - powiedziała Elizabeth. - Złożyli Bradowi tę samą propozycję co 

Owenowi. Obiecali mu władzę i pozycję w organizacji.

- I genetycznie spreparowaną dawkę uzdalniającego środka - uzupełnił Jake. - 

Z dziennika Shipleya wynika, że Brad był hipnotyzerem ósmego stopnia, zanim zaczął 
przyjmować preparat. Potem zyskał jeszcze większe zdolności.

Elizabeth westchnęła.
- To dlatego tak dobrze wszystkimi manipulował.

-   Wszystkimi   z   wyjątkiem   Clare   -   sprostował   z   dumą   Archer.   Myra   się 

uśmiechnęła.

- Tak, wszystkimi z wyjątkiem Clare, dzięki Bogu.
Clare   poczuła   dziwny   przypływ   ciepła.   Musiała   chwycić   serwetkę   i   otrzeć 

background image

wilgotne   oczy.   Kiedy   podniosła   wzrok,   dostrzegła,   że   Jake   przygląda   jej   się   z 
rozbawieniem.

- To Brad wpadł na pomysł, żeby Shipley ożenił się z Valerie - powiedział Jake. 

- Dzięki temu on sam bez trudu dostał się do kręgów towarzyskich w Stone Canyon. 

Bycie synem żony najlepszego przyjaciela Archera było najlepszą rekomendacją.

Archer jęknął.

-   Sprawdziłem   McAllistera   na   wszystkie   strony.   W   dokumentach 

członkowskich   nie   było   nic,   co   mogłoby   wskazywać,   że   nie   jest   tym,   za   kogo   się 

podaje.   Cholera,   nie   tylko   okazał   się   czysty,   ale   arcanematch.com   podało,   że   jest 
idealny dla Elizabeth.

- I to jest dla Fallona najcięższe do przełknięcia - odparł Jake. - Spiskowcom 

udało się włamać do archiwów genealogicznych towarzystwa i do arcanematch.com i 

mogą dokonywać zmian w bazie danych.

- To będzie problem dla J&J - powiedział Archer.

- I to wielki - przyznał Jake.
- Nie rozumiem jednego - stwierdził Archer. - Dlaczego Owen nie wycofał się z 

planu po morderstwie Brada? Co miał zamiar osiągnąć?

-   Nie   miał   wyboru,   musiał   spróbować   innego   sposobu   -   wyjaśnił   Jake.   - 

Spiskowcy nigdy nie uznają porażki. Nowy plan zakładał kilka kolejnych morderstw, 
ale jak widać, Owen był na tyle zdesperowany, żeby podjąć takie ryzyko.

-   Można   powiedzieć,   że   preparat,   który   spiskowcy   mu   dali,   zadziałał   - 

podsumował Archer. - Nigdy nie znał żadnych sztuczek i na pewno nie nauczył się ich 

ode mnie. Miał tylko przeciętną intuicję i średni talent do strategii.

- Fallon jest tego samego zdania - powiedział Jake. - Nie ulega wątpliwości, że 

nowy spisek ma już gdzieś działające laboratorium.

Archer się zamyślił.

- Owen zawsze nieźle strzelał. Przypuszczam, że to on chciał cię sprzątnąć przy 

starym domu?

- Tak — potwierdził Jake. - Pojechał za mną, kiedy wyszedłem z twojego biura. 

To była rozpaczliwa próba pozbycia się mnie. Kiedy się nie udała, wymyślił genialny 

plan z sauną.

Archer uniósł brwi.

-   Skąd,   do   cholery,   wiedział,   że   miałeś   zamiar   przeszukać   jego   dom   po 

powrocie z Tucson?

background image

- Nie wiedział - odparł Jake. - Ale obserwował mój dom i czekał na sposobność, 

żeby   zabrać   mnie   i   Clare   do   spa.   Zobaczył,   że   wyjeżdżam,   i   przygotował   się   do 

natarcia. Pojechał za mną.

- Do swojego domu - wtrąciła Elizabeth. - Gdzie powalił cię swoją energią.

- Byłbym wdzięczny, gdybyście nie rozgłaszali tej historii - powiedział Jake. - 

Nie pomogłaby mi w interesach.

Elizabeth zachichotała.
-   Nie   martw   się.   Kto,   poza   kilkoma   osobami   i   Jones   &   Jones,   uwierzyłby, 

gdybyśmy mu powiedzieli, że Owen Shipley jest socjopatą o pobudzonej psychice, 
zamieszanym w spisek, który chce stworzyć tajne laboratoria, żeby opracować nowe 

wersje starej substancji alchemicznej?

Myra wzruszyła ramionami.

- W Stone Canyon nawet nie poruszajcie tego tematu. Kazano by nam zawiesić 

członkostwo   w   klubie   i   musiałabym   zrezygnować   z   moich   funkcji.   Nikt   stąd   nie 

chciałby,   żeby   przewodniczącą   zarządu   Arts   Academy   była   osoba,   która   poważnie 
traktuje spiski psychologiczne i substancje alchemiczne.

Archer pochylił się gwałtownie.
- Cholera! To te zastrzyki, które brał Owen! Założę się, że to ten preparat!

- Jakie zastrzyki? - spytał Jake.
- Kilka razy, kiedy z nim byłem, musiał zatrzymać się i zrobić sobie zastrzyk - 

wyjaśnił Archer. - Ostatni raz w dniu śmierci Valerie. Powiedział mi, że to lek na 
jakieś problemy neurologiczne. I prosił, żebym nikomu o tym nie mówił, bo musi 

dbać o swój wizerunek.

- Ciekawe, czy coś jeszcze mu zostało - zastanowił się Jake. - Fallon wiele by 

dał, żeby dostać ten preparat w swoje ręce i przebadać.

- Lodówka - powiedziała spokojnie Myra.

- O czym ty mówisz, mamo? - spytała Elizabeth.
- Byłam u Valerie któregoś popołudnia w zeszłym tygodniu - wyjaśniła Myra. - 

Owen mnie o to poprosił. Chyba starał się umocnić wrażenie, że Valerie potrzebuje 
leczenia.

- I co się stało? - spytała Clare.
-   Valerie   była   pijana,   jak   zwykle   -   powiedziała   Myra.   -   Zaproponowała   mi 

drinka, ale odmówiłam. Powiedziała, że w lodówce w kuchni jest dzbanek świeżej 
mrożonej herbaty i żebym sobie wzięła. T tak zrobiłam.

background image

Archer rzucił jej badawcze spojrzenie.
- Do czego zmierzasz, kochanie?

-   W   głębi   górnej   półki   stała   szklana   buteleczka.   Wyglądała   jak   butelka   ze 

zwykłym   lekarstwem,   ale   pamiętam,   że   wydało   mi   się   dziwne,   że   nie   ma   na   niej 

etykietki.

Jake zerwał się na równe nogi.

-   Cholera.   Muszę   się   tam   dostać,   zanim   gliny   wpadną   na   pomysł,   żeby 

przeszukać kuchnię.

background image

ROZDZIAŁ 50

Nikt nie ucieszył się, że pojawił się w domu Shipleya, ale pozwolono mu wejść 

do środka.

- Jesteśmy to panu winni - przyznał główny detektyw.

Jake   poszedł   do   kuchni   i   otworzył   lodówkę.   Nieoznakowana   butelka 

przezroczystego płynu nadal stała na górnej półce.

Wsunął   ją   do   kieszeni   i   spokojnie   wrócił   do   wyjścia.   Przed   domem   stał 

mężczyzna, który starał się uzyskać zgodę na wejście na miejsce przestępstwa.

- Moje nazwisko Taylor - powiedział. Był wyraźnie spięty. - Jestem z „Phoenix 

Star".

- Przykro mi, panie Taylor, nie możemy wpuszczać dziennikarzy - powiedział 

stanowczo młody policjant.

- Niech pan posłucha, mój wydawca naprawdę się wścieknie, jeśli nie napiszę 

tego artykułu. Niech mnie pan wpuści.

Myśliwski zmysł Jake'a obudził się: od Taylora biło napięcie. Zdecydowanie nie 

wyglądał na gnębionego wścibskiego dziennikarza.

- Przepraszam - powiedział, mijając Taylora i policjanta. Taylor odwrócił się 

gwałtownie.

- Kim pan jest?
- Znajomym rodziny - rzucił Jake od niechcenia. Clare miała rację.

Mówienie półprawd wychodzi mu całkiem nieźle.
Poszedł do samochodu i wsiadł. Taylor rzucił mu niespokojne spojrzenie, po 

czym znów zaczął błagać policjanta.

Jake   sięgnął   do   schowka,   w   którym   trzymał   mały   cyfrowy   aparat,   i   zrobił 

rzekomemu dziennikarzowi zdjęcie.

Może to bez znaczenia, pomyślał. Ale kiedy wróci do domu, wyśle je mailem 

Fallonowi. Nie zaszkodzi.

Zdjęcie   wyszło   całkiem   nieźle.   Twarz   Taylora   widać   było   bardzo   wyraźnie. 

Fallon powinien bez trudu go rozpoznać.

Przyglądał się długą chwilę fotografii i doszedł do wniosku, że nie pomylił się u 

Shipleya. Wyczuwał w Taylorze nie tylko napięcie, ale również strach.

Sięgnął po telefon i wybrał znajomy numer.

- Co masz? - spytał Fallon.

background image

-   Prawdopodobnie   spiskowcy   wysłali   kogoś,   żeby   zabrał   resztkę   preparatu, 

który   zażywał   Shipley.   Facet   twierdził,   że   nazywa   się   Taylor.   Podawał   się   za 

dziennikarza.

- A co z preparatem?

- Mam go.
- No to zarobiłeś na swoje niebotyczne honorarium.

background image

ROZDZIAŁ 51

Dwa dni później

Owen Shipley jest na obserwacji w szpitalu psychiatrycznym? - Clare odłożyła 

poranne wydanie „Stone Canyon Herald" i spojrzała na Jake'a, który właśnie skończył 

rozmowę telefoniczną.

- Wysłano go wczoraj do jednego ze szpitali w Phoenix.  - Odłożył telefon i 

ponownie   zajął   się   przewracaniem   na   patelni   naleśników.   -   Fallon   mówi,   że 
miejscowe władze są przekonane, że zwariował. Ma urojenia i jego stan się pogarsza. 

Prawdopodobnie zostanie uznany za niezdolnego do stanięcia przed sądem.

- A Fallon jak myśli? Co naprawdę się stało?

- Wstępne badania preparatu, który wziąłem z lodówki Shipleya, wykazywały, 

że   rzeczywiście   jest   skuteczny,   ale   działa   krótko.   Fallon   podejrzewa,   że   po 

gwałtownym odstawieniu wywołuje niszczące skutki. Myśli, że Shipley zaczął wpadać 
w chorobę umysłową, gdy tylko środek przestał działać. Może to wada preparatu, a 

może badacze spisku stworzyli go w taki sposób celowo, żeby ograniczyć straty, w 
razie gdyby który z ich członków wylądował w więzieniu.

Wzdrygnęła się.
- To potworne.

- Ale skuteczne. Mając kontrolę nad preparatem, kontrolują swoich ludzi. - 

Jake   zdjął   naleśniki   z   patelni   i   przełożył   na   talerze.  -   Dzięki   temu   nie   muszą   się 

martwić, że któryś z członków spisku wyjawi za dużo informacji władzom albo J&J.

- Dobrze wiedzą, jak zacierać ślady.

- Na to wygląda. J&J będzie miał sporo roboty.
Clare zastanawiała się nad tym chwilę.

-   Pewnie   będą   potrzebować   fachowej   konsultacji   tropiciela   i   wykrywacza 

kłamstw.

Jake się uśmiechnął.
- Chyba już wspomniałem, że podoba mi się twój tok myślenia.

background image

ROZDZIAŁ 52

Poczuła, że wstał tuż przed świtem. Wykorzystał swój talent tropiciela, żeby jej 

nie obudzić. Uśmiechnęła się do siebie. Mógł skradać się bezszelestnie, a ona i tak 
zawsze wyczuje, kiedy jest przy niej, a kiedy nie.

Dała mu kilka minut, żeby włożył dżinsy i wyszedł z pokoju. Skierował się do 

kuchni. Pewnie chce zaparzyć poranną herbatę. Całkiem niezły pomysł.

Poczekała, aż Jake nastawi wodę, po czym odsunęła kołdrę i wstała. Szlafrok 

wisiał na haczyku w łazience. Narzuciła go, zawiązała pasek i przeczesała szczotką 

włosy.

Kiedy weszła do kuchni, na blacie stał dzbanek świeżej herbaty. Nalała jej sobie 

do kubka, rozkoszując się delikatnym zapachem.

Komputer   Jake'a   był   włączony   i   mrugał   złowrogo   na   kuchennym   stole. 

Zastanawiała się, czego mógł szukać o tej porze.

Przez rozsunięte szklane drzwi do pokoju wpadało rześkie poranne powietrze. 

Pomyślała,  że nie  ma nic  piękniejszego   niż poranek  na  pustkowiu. A  może  ciągle 
przeżywała dreszcz uniesień zeszłej nocy.

Wyjrzała   na   zewnątrz.   Jake   stał   w   głębi   podwórka   z   kubkiem   w   ręku   i 

obserwował trzy kojoty.

Ruszyła   do   niego,   żeby   cieszyć   się   z   nim   tą   wyjątkową   porą   dnia.   Kiedy 

przechodziła obok stołu, na monitorze komputera dostrzegła znajome logo. Przeszył 

ją zimny dreszcz. Stanęła jak wryta.

„Witamy ponownie w Arcanematch.com, panie Jake'u Salter Jones. Gratulacje, 

mamy dla pana parę! Proszę kliknąć na poniższy link, żeby zobaczyć kobietę, która 
jest dla pana najlepsza". Zachwiała się pod wpływem czegoś, co można by określić 

jako   ciężkie   zamroczenie.   Przede   wszystkim   musiała   uporać   się   z   szokiem,   jaki 
wywołało prawdziwe nazwisko Jake'a. Wprawdzie na świecie jest wielu Jonesów, ale 

jeśli   chodzi   o   członków   Towarzystwa   Arcane,   to   nazwisko   zawsze   oznacza   jedno. 
Biorąc pod uwagę niebywałe zdolności nadprzyrodzone Jake'a, nie może to być zbieg 

okoliczności.   Prawdopodobnie   jest   bezpośrednim   potomkiem   Sylvestra   Jonesa, 
założyciela towarzystwa.

Nic dziwnego, że ukrywał prawdziwe nazwisko, wykonując tajną pracę w Stone 

Canyon. Ale dlaczego pozwolił, żeby dowiedziała się prawdy w taki sposób?

Pewnie   nie   wiedział,   jak   jej   powiedzieć,   że   właśnie   został   wyswatany   przez 

background image

www.arcanematch.com.  Po  namiętnych  uniesieniach  zeszłej   nocy   nie  był w  stanie 
przekazać jej tej wiadomości.

Straci Jake'a dla jakiejś nieznajomej kobiety, którą swaci wydobyli ze swoich 

cholernych plików komputerowych. To niesprawiedliwe. Byli dla siebie stworzeni. On 

na pewno to widział.

Wprawdzie   nie   potrafiła   wykrywać   kłamstw   elektronicznych,   jednak   była 

pewna, że komputery arcanematch kłamią.

Dopadł ją atak lęku, ogarniając wszystkie zmysły. Walcz albo uciekaj.

W pierwszym odruchu chciała uciekać.
Uciekaj   stąd.   Ratuj   się.   Nie   możesz   tkwić   w   tym   związku,   skoro   wiesz,   że 

znaleźli   dla   niego   kogoś   innego.   Jeśli   zostaniesz,   złamiesz   sobie   serce   na   zawsze. 
Pakuj się. Natychmiast. Gdzie są kluczyki do samochodu? Uciekaj. Ukryj się.

Po chwili do głosu doszły odruchy, które wypracowała przez lata, zagłuszając 

burzę   paniki.   Walcz.   Musisz   spróbować.   Nie   uciekaj.   W   każdym   razie   jeszcze   nie 

teraz. Warto o to walczyć.

Odwróciła   spojrzenie   od   okrutnych   słów   na   monitorze.   Jake   nadal   stał   na 

skraju swojego terytorium, tyłem do niej.

- Ci kretyńscy swaci z arcanematch.com się mylą - oznajmiła.

Zdała sobie sprawę, jak głośno to powiedziała, dopiero gdy kojoty odwróciły się 

w  jej stronę  z nastawionymi  uszami.  Jake też się  odwrócił,  ale  nieco swobodniej. 

Wpatrywały się w nią cztery pary uważnych, mądrych oczu. Pewnie próbowały ocenić, 
czy można ją uznać za ofiarę.

- Nie - powiedziała do kojotów. - Na wypadek, gdybyście się nie zorientowały, 

nie jestem śniadaniem.

Jake się uśmiechnął.
- Ale smakujesz wspaniale.

Ta uwaga rozwścieczyła ją. Podeszła do niego i zatrzymała się w odległości 

dwóch kroków.

-   Nie   waż   się   tak   do   mnie   odzywać!   -   Odruchowo   chciała   położyć   ręce   na 

biodrach, ale zdała sobie sprawę, że to niemożliwe, bo trzyma w rękach kubek. - Nie 

po tym, co zobaczyłam na ekranie twojego komputera.

Rozbawienie zniknęło z jego twarzy.

- A co zobaczyłaś?
- Ludzie z arcanematch.com piszą, że mają dla ciebie odpowiednią partię.

background image

- Tak?
- Kłamią.

Paranormalnej energii nie można dostrzec gołym okiem, ale mogłaby przysiąc, 

że nagle zaczął nią emanować. Czuła potężne fale wibrujące w powietrzu.

- Jesteś tego pewna?
- O tak. - Zrobiła krok w jego stronę. - Jestem pewna, że się mylą.

- Dlaczego?
- Bo ty należysz do mnie, dlatego. - Wyciągnęła wolną rękę. - Jesteśmy dla 

siebie stworzeni. Kocham cię. Po co ci arcanematch.com? Co ma ta kobieta, którą 
podobno dla ciebie znaleźli, czego nie mam ja?

Niebezpieczna energia, która go otaczała, zamieniła się w zmysłowe pragnienie.
- Interesujące pytanie - stwierdził.

- Odpowiedź brzmi: nic. Nie ma absolutnie nic, czego nie miałabym ja. Nie 

kłopocz się umawianiem z nią na randkę, bo będziemy na niej we troje, a nie sądzę, by 

ona była szczęśliwa, gawędząc ze mną.

- Z pewnością byłaby to nietypowa pierwsza randka - odparł.

-   Daruj   sobie   dowcipkowanie.   Ja   traktuję   to   śmiertelnie   poważnie,   Jake'u 

Salter Jones.

Kąciki jego warg uniosły się. Miał płomienie w oczach.
- Mnie?

- Ciebie. I mnie. Pasujemy do siebie. Nie widzisz?
- Widzę.

- Mało tego, nie ma najmniejszej możliwości, że ci z arcanematch.com znajdą 

kogoś, kto kochałby cię bardziej niż ja.

- Skoro tak twierdzisz... Zamarła.
- Naśmiewasz się ze mnie.

- Nie. Mówię serio.
-   Kłamca.   -   W   jej   oczach   pojawiły   się   łzy   wściekłości.   Wycelowała   palcem 

wskazującym w jego pierś. - Czemu się ze mnie śmiejesz?

- Wejdźmy do środka. - Wziął ją za rękę. - Pokażę ci. Wprowadził ją do kuchni i 

zatrzymał się przy stole, gdzie na ekranie nadal migotała porażająca wiadomość od 
arcanematch.com.

Kliknął załączony link, pod którym znajdowała się informacja o idealnej partii 

dla niego. Ze ściśniętym żołądkiem i przerażeniem w sercu patrzyła, jak na monitorze 

background image

pojawiają się informacje ze zdjęciem. Zdjęcie było zaskakująco znajome.

„Poznaj:   Clare   Lancaster   Poziom   zdolności   paranormalnych:   Dziesięć   Opis: 

Wyjątkowa intuicja na niespójną energię wytwarzaną przez zamieszanych w celowe 
kłamstwa i/lub oszustwa". Clare przestała czytać.

- To ja.
- Właśnie wydawało mi się, że dostrzegłem podobieństwo. - Jake z satysfakcją 

wpatrywał się w zdjęcie na ekranie komputera. - Wspaniała fotografia. Podoba mi się 
taka fryzura. I ten chłód wyniosłej księżniczki. Jakbyś chciała powiedzieć „nie waż się 

mnie dotknąć". Chyba podniosło mi się ciśnienie.

- Skąd wytrzasnęli to zdjęcie? - jęknęła. - Zostało zrobione w zeszłym roku do 

corocznego raportu Draper Trust. Nie wysyłałam go do arcanematch .com.

- Nietrudno było je znaleźć. Spojrzałem tylko do internetowej wersji raportu.

- To tyje wysłałeś?
-   Jasne.   -   Nalał   sobie   drugi   kubek   herbaty.   -   Przycisnąłem   Fallona,   żeby 

poprosił jednego ze swoich informatyków, by dostał się do starych formularzy, które 
wypełniałaś dla arcanematch.com kilka lat temu. Pomyślałem, że jest mi to winien.

Była oszołomiona.
- Aleja wycofałam moje zgłoszenie.

-   Kiedy   coś   już   znajdzie   się   w   Internecie,   nigdy   nie   znika   nieodwracalnie. 

Zawsze gdzieś jest.

- I komputer nas połączył?
- Na to wygląda.

- Dobry Boże. - Usiadła powoli, nie mogąc oderwać wzroku od ekranu. - Nie 

rozumiem. Zrobiłeś to, żeby dowiedzieć się, czy rzeczywiście do siebie pasujemy?

- Nie - odparł. - Ja to wiedziałem. Zrobiłem, żebyś ty miała pewność. Biorąc 

pod   uwagę   kwestie   zaufania   i   twoje   obawy,   pomyślałem,   że   przyda   się   jakieś 

obiektywne potwierdzenie.

Z każdego jego słowa biła prawda, oślepiająca i ostra jak szkło. Odebrało jej 

mowę. Nie wiedziała, czy się śmiać czy płakać. Zakryła twarz dłońmi, płacząc i śmiejąc 
się jednocześnie.

- Hej. - Jake nagle się zaniepokoił. Dotknął jej ramienia. - Co ci jest?
Nie chciałem, żebyś płakała. Cholera. To ostatnia rzecz, jakiej chciałem.

Uniosła głowę. Łzy spływały jej po policzkach, ale się uśmiechała.
- Kiedy zobaczyłam, że cię wyswatali, byłam gotowa dorwać tych palantów z 

background image

arcanematch.com, złapać ich za chude karki i udusić.

- Zauważyłem. - Wyglądał na zadowolonego.

- Teraz już wiem, że za kark powinnam złapać ciebie, chociaż nie jest chudy.
- Skoro nalegasz. Ale jeśli jesteś w nastroju do ściskania, to może wzięłabyś pod 

uwagę złapanie mnie za inną część ciała?

- Jesteś niemożliwy.

- Pewnie tak. Ale kocham cię, Clare.
W   powietrzu   znowu   pojawiła   się   czysta,   srebrzysta   energia   prawdy.   Clare 

wstała.

- Tak bardzo cię kocham.

Objął ją ciepłym, mocnym uściskiem. Pomyślała, że to właśnie jest jej miejsce. 

Że naprawdę do niego pasuje.

- A co do twojego nazwiska. Jesteś z tych Jonesów?
- Obawiam się, że tak.

- A Fallon Jones?
- To mój kuzyn. Mam ich mnóstwo.

-   Rodzinka,   co?   -   Uśmiechnęła   się.   -   W   takim   razie   będziemy   pobierać 

poczwórną stawkę za doradztwo dla J&J.

Roześmiał się.
- Negocjacje zostawiam tobie.

Chciał ją pocałować, ale położyła mu palce na ustach.
- Jeszcze jedno.

- Tak?
- Co byś zrobił, gdyby arcanematch.com nas nie połączyło?

-   Zadzwoniłbym   do   Fallona   i   powiedział   mu,   żeby   jeden   z   informatyków 

włamał się do bazy arcanematch.com i wprowadził kilka zmian do naszych danych.

- Posunąłbyś się do oszustwa, żeby mnie przekonać, żebym za ciebie wyszła?
- Bez wahania.

Poczuła gorącą i słodką falę miłości.
- Dobra odpowiedź, Jones.