background image

Lidia Grzegórska
Anna Kowalczyk

U PROGU ŚMIERCI

Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej

Warszawa 1986

Okładkę projektował: Jerzy Rozwadowski

Redaktor: Wanda Włoszczak

Redaktor teczniczny: Grażyna Woźniak

background image

Martwa litera prawa

Na   procesie   norymberskim   postawiono   im   zarzut,   że   z   cynicznym   wyrachowaniem   odwrócili 

humanitarne   posłannictwo   medycyny,   której   głównym   zadaniem   była   i   jest   troska   o   zdrowie   i   życie 
człowieka. Zarzut ciężki, ale w pełni uzasadniony i potwierdzony licznymi przykładami. Kończąc uczelnie i 
szkoły   specjalistyczne,   składali   przecież   ślubowanie,   komu   mają   służyć   i   co   będzie   ich   najwyższą 
powinnością zawodową. Do szlachetnej misji zobowiązywały ich tytuły personelu lekarskiego i sanitarnego, 
nabyta wiedza i etyka. Biały kitel miał wzbudzać zaufanie, koić cierpienia, krzewić wiarę w możliwą do 
odzyskania   radość   życia,   bo   z   tym   kolorem   łączą   się   zwykle   takie   skojarzenia,   znane   każdemu   od 
najmłodszych lat. To wszystko okazało się jednak mitem w zestawieniu z okrutną rzeczywistością za drutami 
obozów koncentracyjnych i obozów zagłady.

Na terenie okupowanej Polski hitlerowcy utworzyli sześć głównych ośrodków masowej eksterminacji i 

niewolniczej pracy: Oświęcim, Majdanek, Treblinka, Bełżec, Sobibór i Stutthof, nie licząc wielu innych, 
porównawczo mniejszych, choć w jednakowym stopniu zasługujących na miano kaźni. Z tych wszystkich 
obozów najbardziej ponurą sławę zdobył Oświęcim,  zamieniony  w  gigantyczną  „fabrykę śmierci” z ciągle 
doskonaloną techniką zabijania i palenia ofiar. Do jego komór gazowych kierowano transporty ludzi z całej 
Europy, skazanych na przymusowe wysiedlenie, ograbienie i unicestwienie z rozkazu władz hitlerowskich. 
Jadąc w zaplombowanych wagonach do Oświęcimia, nie mieli żadnej nadziei. Prosto z rampy kolejowej byli 
pędzeni   do   miejsca   stracenia.   Selekcję   prowadzono   pobieżnie   bądź  —   najczęściej  —   w   ogóle   jej   nie 
prowadzono, skoro tak czy inaczej  na wszystkich  ciążył  nieodwołalny wyrok śmierci. Potwierdził to w 
swych zeznaniach obozowy lekarz SS, profesor doktor Hermann Kremer, który osobiście brał udział w tzw. 
akcjach specjalnych, czyli przyjmowaniu transportów i kierowaniu ich do komór gazowych, także w porze 
nocnej, kiedy w masie ludzi nie można było odróżnić ani jednej twarzy.

Nieco dokładniejsza selekcja obejmowała tylko więźniów z wyrokiem czasowego pobytu w obozie lub 

bez wyroku, aresztowanych pod byle jakim pretekstem bądź zatrzymanych podczas łapanek ulicznych. Im 
także nie czyniono złudzeń, że kiedykolwiek wyjdą na wolność, ale wyniszczanie tych ludzi przebiegało 
inaczej i trwało dłużej. Stanowiąc niewolniczą siłę roboczą, byli potrzebni do wykonywania najcięższych 
prac, podlegali ponadto sadystycznej „edukacji”, która — według głoszonych przez hitlerowców sloganów 
— miała ich nauczyć przede wszystkim posłuszeństwa i całkowitego podporządkowania się decyzjom władz 
niemieckich.   Za   drutami   więzień   był   tylko  „żywym   numerem”,   jeśli   szczęśliwie   ominęła   go   śmierć 
bezpośrednio   po   przekroczeniu   obozowej   bramy.   Wstępna   selekcja   była   każdorazowo   osobliwą   loterią, 
jednym ruchem palca lekarza SS rozstrzygał się wybór: komora gazowa czy życie.

Dla   stworzenia   pozorów   wewnętrznego   porządku   komenda   obozu   dysponowała   własnymi 

regulaminami, które w szczegółowo rozpisanych punktach określały wszystkie nakazy i zakazy obejmujące 
więźniów.   W   osobnej   instrukcji   ujęto   zadania   i   obowiązki   służby   zdrowia   SS.   Wynikało   z   nich,   że 
przybywających do obozu należy dokładnie badać, a podejrzanych o choroby natychmiast umieszczać w 
szpitalu, poddawać obserwacji i leczyć. Okresowym badaniom profilaktycznym powinien podlegać personel 
zatrudniony   w   kuchniach   i   magazynie   żywnościowym.   Więźniowie   chorzy   mogli   zgłaszać   swoje 
dolegliwości   na  porannym apelu  i korzystać   z  doraźnej  pomocy  lekarskiej   bądź  też  —  w przypadkach 
poważniejszych — należało kierować ich do szpitala. Do obowiązków lekarzy obozowych należała troska o 
przestrzeganie   warunków   higienicznych   w   barakach   mieszkalnych   i   kuchni,   kontrola   jakości   artykułów 
żywnościowych   i   posiłków.   O   dostrzeżonych   brakach   i   nieprawidłowościach   na   bieżąco   miał   być 
informowany komendant obozu. Naczelny lekarz wewnętrznej służby zdrowia był jego doradcą do spraw 
medycznych, sanitarnych i higienicznych.

Z takiego ujęcia wyłaniał się obraz zgoła krzepiący, istota problemu tkwiła jednak w tym, że między 

zapisem a rzeczywistością znajdowała się przepaść. Instrukcja służby zdrowia była od początku do końca 
kamuflażem,  obliczonym   na   oszukanie   światowej   opinii   publicznej,   zaniepokojonej   losem   więźniów   w 
obozach  koncentracyjnych.  Dla  nich  samych  te  wszystkie   uprawnienia   i obietnice,  przełożone   na  język 
urzędowego   dokumentu,   pozostawały   jedynie   martwą   literą,   pustosłowiem   bez   żadnego   pokrycia,   jak 
bowiem przedstawiały się te sprawy w praktyce?

Przywożonych transportami do obozu ludzi umieszczano po 700 do 1000, nierzadko nawet 1200, w 

blokach obliczonych  na  około  400 osób.  Po odliczeniu przestrzeni  przeznaczonej  na pomieszczenia  dla 
starszego blokowego i kapo oraz na magazyn żywnościowy na jednego więźnia przypadało około 0,28 m

powierzchni i około 0,75 m

3

 powietrza.

O ile w Oświęcimiu, gdzie murowane bloki wyposażone były w piece, więźniowie radzili sobie jakoś z 

background image

ogrzewaniem   pomieszczeń,   to   w   barakach   obozu   w   Brzezince   sytuacja   pod   tym   względem   wyglądała 
tragicznie. Prymitywne piece blaszane, z ciągami kominowymi prowadzącymi wzdłuż całego baraku, nie 
były   w   stanie   ogrzać   wnętrza,   do   którego   przez   szpary   w   deskach   wdzierały   się   wilgoć   i   chłód.   W 
początkowym okresie w blokach mieszkalnych nie było podłóg. Więźniowie spali na siennikach rozłożonych 
na ziemi (pięciu na dwóch siennikach), przykryci strzępami koca, który służył dwóm lub trzem osobom.

W późniejszym okresie w obozie macierzystym założono instalację wodną i klozety, ale w Brzezince 

urządzeń tych aż do końca istnienia obozu nie uruchomiono w pełni.

Obóz męski w Brzezince podzielony był na odgrodzone od siebie drutem odcinki (po 32 baraki) i na 

każdym z nich znajdowały się trzy baraki-ustępy. Czas korzystania z tych prymitywnych urządzeń był ściśle 
regulowany i kontrolowany przez funkcyjnych ze specjalnego komanda. Ponieważ przeciętnie około 30% 
więźniów chorowało na biegunkę głodową, to niedostateczne wyposażenie w klozety stało się dla nich jedną 
z   wielu   udręk   obozowego   życia.   Musieli   oni   przedwcześnie   ustęp   opuszczać   i   ustawiać   się   w   kolejce 
ponownie. Papieru oczywiście nie było. Więźniowie używali więc kawałków szmat wyrywanych z bielizny, 
jeśli taką posiadali.

Odzież wydawana więźniom nie chroniła ich przed zimnem i wilgocią. Zarówno ci, którzy pracowali 

pod dachem, jak i zatrudnieni na wolnym powietrzu, otrzymywali drelichowy pasiak i musieli go nosić bez 
względu na stan pogody. Jeśli chodzi o obuwie, to nie odpowiadało ono zupełnie wymaganiom higieny. 
Większość   więźniów   pracowała   w   drewniakach,   które   wywoływały  bolesne   otarcia   nóg.   Do   otarć   tych 
dołączały się zakażenia i stany ropne, które stanowiły duży odsetek schorzeń chirurgicznych.

Bielizna pościelowa i osobista więźniów, jeśli taką posiadali, była rzadko i nieregularnie zmieniana. 

Bieliznę   tę   prano   niedokładnie   i   zdarzało   się   często,   że   więzień   otrzymywał   bieliznę   zawszoną.   To 
powodowało, iż w obozie szerzyła się wszawica i świerzb.

Z autentycznych dokumentów niemieckich, a przede wszystkim z ksiąg Instytutu Higieny w Rajsku, 

wynika,   że   żywność   wydawana   więźniom   obozu   koncentracyjnego   w   Oświęcimiu   ani   pod   względem 
jakościowym,   ani   ilościowym  nie   odpowiadała  podstawowym  normom  żywienia.   Mięso  dostarczane  do 
kuchni więziennej było często zepsute, pokryte pęcherzami, gnijące, w wielu wypadkach zaopatrzone w 
stemple oznaczające, że nie nadaje się do spożycia. Była to zwykle konina, łby bydlęce, krew zwierzęca oraz 
inne produkty o niskiej wartości.

Ziemniaki i brukiew nadchodziły do kuchni w stanie zgniłym.
W 1944 roku zaczęto więźniom wydawać konserwy, ale i one bardzo często były zepsute.
Do   przyrządzenia   pożywienia   w   kuchni   obozowej   wykorzystywano   produkty   znalezione   podczas 

sortowania rzeczy odebranych więźniom kierowanym do obozu. Nic więc dziwnego, że w zupie znajdowano 
guziki, żyletki, sznurowadła itp. Warto zaznaczyć, że wszystko to, co było smaczne i jadalne, władze obozu 
konfiskowały natychmiast i w formie darów wysyłały swoim bliskim w głąb Rzeszy.

Wydawane więźniom pożywienie było mało  wartościowe pod względem kalorycznym i wyjątkowo 

ubogie   w   witaminy.   Ponadto   niewielkie   obozowe   racje   nigdy   nie   docierały   w   całości   do   więźniów. 
Uszczuplane   były   przez   esesmanów   oraz   więźniów   funkcyjnych,   przez   których   ręce   produkty   te 
przechodziły.   Nic   więc   dziwnego,   że   w   ciągu   krótkiego   czasu   organizmy   ludzi   przebywających   w 
Oświęcimiu ulegały znacznemu wyniszczeniu.

Niedostateczne   odżywianie   powodowało   zmniejszenie   odporności   ustroju,   a   co   za   tym   idzie  — 

kolosalną   zapadalność   na   najrozmaitsze   schorzenia.   Nagminną   chorobą   była   choroba   głodowa, 
charakteryzująca się obrzękami ogólnymi (zaczynały się od kończyn dolnych i posuwały coraz wyżej) lub 
występująca   w   postaci   suchej   (głodujący   wyglądał   jak   szkielet   z   naciągniętą   nań   skórą;   ludziom   tym 
wiotczały mięśnie, twarz przybierała wyraz maski, robiła się ziemistoszara, oczy o rozszerzonych źrenicach 
były zapatrzone w dal; tacy ludzie źle widzieli i słyszeli; tok myślenia i wszystkie inne reakcje były u nich 
zwolnione;   zachowanie   ich   charakteryzowało   się   apatią   i   sennością;   stąd   nazywano   ich   później 
„muzułmanami”).

Przy olbrzymiej zapadalności na choroby i śmiertelności wśród więźniów opieka lekarska w obozie była 

niedostateczna.   W   początkowym   okresie   Niemcy   w   ogóle   nie   zorganizowali   szpitala   obozowego,   a 

background image

przebywającym w obozie lekarzom-więźniom nie wolno było wykonywać swojego zawodu. Stan ten zmienił 
się dopiero wiosną 1942 roku w związku z rosnącym zapotrzebowaniem na siłę roboczą dla przemysłu 
wojennego Rzeszy. Wówczas wprowadzono oficjalne pojęcie lekarza-więźnia.

W 1940 roku zorganizowano szpital obozowy, który zajmował powierzchnię dwu parterowych bloków. 

Stan liczebny więźniów wynosił około 500 000 osób, z których przeciętnie około 1000 kwalifikowało się do 
leczenia szpitalnego, najczęściej z powodu zupełnego wyczerpania oraz na skutek pobicia przez esesmanów 
i funkcyjnych. Chorych stłaczano po kilku na jednym sienniku.

Ilości   leków   wydzielane   dla   szpitala   więziennego   miały   znaczenie   symboliczne.   Miesięczny   ich 

przydział   nie   wystarczał   nawet   na   jeden   dzień.   Tak   samo   było   z   opatrunkami.   Podkreślić   należy,   że 
przywożone przez ludzi z całej Europy lekarstwa były zabierane dla Niemców.

W   początkowym   okresie   w   szpitalu   nie   było   żadnych   narzędzi.   Później,   dzięki   pomysłowości   i 

zapobiegliwości   lekarzy-więźniów,   zorganizowano   kilka   noży,   pincet   i   kocherów,   które   stanowiły   cały 
zestaw do dokonywanych po kryjomu nawet poważnych zabiegów chirurgicznych. Dopiero pod koniec 1941 
roku, kiedy rozszerzono nieco powierzchnię obozowego szpitala, lekarz SS doktor Entress, chcąc uczyć się 
chirurgii,   zorganizował   salę   operacyjną.   Wyposażenie   jej   było   prymitywne   i   dopiero   później   sami 
więźniowie zaopatrzyli ją w odpowiednie przyrządy, pochodzące z bagaży wymordowanych transportów. 
Bloków szpitalnych nie wyposażyli Niemcy w żadne urządzenia sanitarne i higieniczne.

W pierwszym okresie istnienia szpitala właściwie w nim nie leczono. Była to instytucja, mająca na celu 

wystawianie fikcyjnych historii chorób i zaświadczeń zgonu.

W obozie systematycznie prowadzono akcję „oczyszczania” z elementu nieproduktywnego. Polegało to 

na   wybieraniu   z   masy   więźniów   ludzi   (tak   zwane   selekcje),   których   na   ogół   wysyłano   do   gazu.   Nie 
kierowano się przy tym wynikami badań lekarskich, lecz po prostu lekarz SS decydował „na oko”, kto jest 
zdrowy i nadaje się do pracy, a kto chory, więc zbyteczny. Zresztą w ten sposób postępowali Niemcy nie 
tylko z ludźmi chorymi, lecz również z transportami zwożonymi z całej Europy, kiedy to już na rampie 
kolejowej wskazywano tych, którzy mieli zginąć w komorach gazowych.

Równie  tragiczny los  zgotowano  więźniom chorym na tyfus. Pod pozorem zwalczania tej  choroby 

kierownictwo obozu postanowiło zniszczyć roznosicielki tyfusu, to jest wszy, wraz z zakażonymi ludźmi. 
Podstawą tej niszczycielskiej akcji był zaszyfrowany tajny rozkaz z grudnia 1941 roku.

Innym przykładem zabijania ludzi było uśmiercanie za pomocą zastrzyków  — trucizn. Początkowo 

wstrzykiwano więźniom wodę utlenioną, benzynę, ewipan i fenol. Później stosowano wyłącznie fenol. W 
pierwszym okresie były to zastrzyki dożylne, potem dosercowe.

Lekarze niemieccy wbrew w całym cywilizowanym świecie przyjętym zasadom i obowiązującej stan 

lekarski  etyce   nie   leczyli chorych,   wiadomo  natomiast,  że   bez   wskazań  lekarskich   dokonywali   na   nich 
zabiegów,   których   rodzaj   i   okoliczności,   w   jakich   były   przeprowadzane,   dowodzą,   że   miały  charakter 
eksperymentów   nienaukowych.  Wysyłali   na  śmierć   tysiące  ludzi,  nakazywali   pisanie  sfingowanych kart 
chorobowych, podawali fałszywe przyczyny śmierci.

Akcja   biologicznego   niszczenia   więźniów   odbywała   się   przez   sterylizację,   kastrację   i   podawanie 

środków narkotycznych,  które miały wprowadzać w stan silnego  podniecenia maniakalnego. Stosowano 
silnie działające środki toksyczne, naświetlanie promieniami Rentgena — u mężczyzn jądra, u kobiet jajniki, 
dokonywano   również   zabiegów   chirurgicznych   na   ludziach   całkowicie   zdrowych,   nie   wymagających 
interwencji chirurga.

Warto tu podkreślić, że stosowanie zastrzyków z fenolu w mięsień sercowy w początkowym okresie 

stanowiło również formę eksperymentu. Ponieważ jednak śmierć zadawana w ten sposób była dość prostym 
i monotonnym zabiegiem, przestały te iniekcje pełnić rolę doświadczenia i stały się jednym ze sposobów 
łatwego zabijania.

Nie   sposób   wymienić   wszystkich   metod,   jakimi   dysponowała   armia   oprawców   w   białych   kitlach. 

Prześcigając się w pomysłach zabiegali oni o uznanie w oczach mocodawców, a co za tym idzie, walczyli, 
być może, o czołowe miejsca w hierarchii przyszłego narodu panów.

Ten, którego dosięgła kara

Lekarz SS Horst Fischer studia lekarskie ukończył w 1937 roku na Uniwersytecie w Berlinie. Tytuł 

doktora  medycyny  uzyskał  w roku  1941.  W  związku  z doktoratem  podpisał  następujące   przyrzeczenie: 
„Uroczyście przyrzekam i obiecuję, że zawsze będę głęboko poważał wiedzę medyczną i, ile mi tylko sił 

background image

starczy, będę o nią walczył, a także wypełnię z wiernością i sumiennie obowiązki lekarskiego stanu wobec 
żądających mojej pomocy, jak też w stosunku do kolegów-lekarzy w myśl idei humanistycznej”.

W listopadzie 1933 roku wstąpił do SS. W maju 1937 roku był już członkiem NSDAP. W roku 1940 

przeszedł w Stralsundzie ośmiotygodniowe przeszkolenie wojskowe. Tutaj też poznał swojego przyszłego 
przełożonego w Oświęcimiu, lekarza SS doktora Eduarda Wirthsa. W kwietniu tego samego roku został 
untersturmführerem.  Krótko   przebywał   w   Pradze,   Bernie,   Berlinie,   a   następnie   w   oddziale   dywizji   SS 
„Wiking” w Wiedniu.

W czerwcu 1941 roku przeniesiono go do Lublina, po czym wziął udział w ataku na Związek Radziecki. 

Awansował   i   w   styczniu   1942   roku   został   obersturmführerem  —   jednocześnie   był   lekarzem   oddziału 
pancernego.   Kilkakrotnie   zmieniał   miejsce   pracy,   aż   6   listopada   1942   roku   trafił   do   obozu   zagłady  w 
Oświęcimiu.   Tu   spotyka   dawnego   znajomego  —   doktora   Wirthsa.   Pełni   różne   funkcje   i   po   kolejnym 
awansie, tym razem na hauptsturmführera, zostaje zastępcą lekarza garnizonu. W tym samym czasie jest 
lekarzem obozu macierzystego Oświęcim I i III.

Zadaniem Fischera jako lekarza obozowego było kierowanie szpitalem dla więźniów, nadzorowanie 

pracy   lekarzy-więźniów   i   sanitariuszy-więźniów   oraz   kontrolowanie   pomieszczeń   więziennych,   kuchni, 
urządzeń sanitarnych  i stanu higienicznego obozu. Podlegali mu również sanitariusze SS. Podczas swej 
działalności w Oświęcimiu Fischer  „troszczył się” szczególnie o  „obniżenie statystyki chorych”. Ta jego 
dbałość   znajdowała   wyraz   w   regularnych   selekcjach,   po   których   część   chorych   wędrowała   do   komór 
gazowych lub umierała na skutek dosercowych zastrzyków z fenolu.

To mu jednak nie wystarczało i w swojej nadgorliwości skazywał na zagładę nie tylko chorych, lecz 

także więźniów pracujących na terenie obozu. Według opinii przełożonych „wypełniał bez reszty” wszystkie 
powierzone mu zadania służbowe. Doktor Wirths stwierdził między innymi:  „Wydaje się odpowiedni do 
przyszłych ważniejszych lub zakrojonych na szerszą skalę zadań”.

Nic więc dziwnego, że obok osławionego doktora Mengele miał najwyższy stopień wojskowy wśród 

lekarzy SS. Upust swemu okrucieństwu dawał na ogół wtedy, gdy jako zastępca lekarza garnizonowego 
zastępował doktora Wirthsa lub innych lekarzy obozowych — był wówczas tym najważniejszym, od którego 
woli zależała egzystencja więźniów.

Pod nieobecność szefa układał plany „służby na rampie” i sam brał w niej udział, a także ją nadzorował. 

Włączył się również czynnie w nadzór pracy „dezynfektorów” i całego procesu niszczenia.

W czasie selekcji na rampie dochodziło do wstrząsających scen. Rozdzielanie rodzin odbywało się 

wśród płaczu oraz krzyku kobiet, którym siłą odbierano dzieci lub odrywano od mężów. Nic nie wzruszało 
Fischera.   Kiedy   zdarzyło   się,   że   dwudziestoletnia   dziewczyna   nie   chciała   odejść   od   matki 
wyselekcjonowanej   do   gazu,   doktor   Fischer   zniecierpliwionym   gestem   i   ją   skazał   na   zagładę.   Równie 
okrutną decyzję podjął w stosunku do pięcioletniego chłopca, który przybył na rampę ze swym ojcem. Ojca 
uznano za „zdolnego do pracy”, a chłopca skierowano do gazu.

„Służbę na rampie” pełnił Fischer od wiosny 1943 roku do maja 1944, co tydzień przez 24 godziny, 

czyli dwa razy w tygodniu przez 12 godzin. W tym czasie wyselekcjonował do gazu około 100 tysięcy 
istnień ludzkich. Za te barbarzyńskie praktyki władze obozowe nagradzały go dodatkowymi przydziałami 
kiełbasy, rumu bądź wódki.

Jesienią 1943 roku do Oświęcimia przybył duży transport deportowanych z Norwegii. Powiedziano im, 

że idą do kąpieli. Doktor Fischer, mający wówczas służbę przy krematorium, zauważył, iż część więźniów 
skazanych na śmierć zorientowała się, jaki czeka ich los, i chciała ratować się ucieczką. Wyprowadzony z 
równowagi zaskakującą niesubordynacją skazanych wyciągnął pistolet i zaczął na oślep strzelać. Obecni 
przy tym esesmani poszli za jego przykładem. Zastrzelono wówczas około dwudziestu więźniów, resztę 
zagazowano.

Jako lekarz obozowy miał doktor Fischer obowiązek brać udział w karaniu więźniów chłostą. Własnym 

podpisem   wyrażał   też   zgodę   na   wykonanie   tej   cielesnej   kary.   Bardzo   często   nie   widział   on   nawet 
delikwentów, którym kara miała być wymierzona, ale w kilkudziesięciu przypadkach był obecny przy jej 
wykonywaniu.   A powody stosowania   chłosty były zawsze  błahe.   Jednemu  z  więźniów   wymierzono  10 
uderzeń kijem za zrobienie z ręcznika — własności obozowej — onuc do obolałych, opuchniętych nóg.

Tylko   w   bardzo   niewielu   przypadkach   udawało   się   obozowemu   ruchowi   oporu   uratować   więźnia 

skazanego na śmierć przez Fischera. Chociaż bywało i  tak,  że on sam „ratował” życie więźnia. Ale tylko 
wtedy, gdy człowiek był chory, a jego schorzenie zainteresowało doktora. Gdy zainteresowanie minęło, los 
więźnia był przesądzony.

W pamięci tych, którzy obóz przeżyli, Fischer zapisał się jako ludobójca. Na szczęście zalicza się do 

oprawców, którzy za swoje zbrodnie ponieśli zasłużoną karę.

Większość  przedstawicieli  „służby zdrowia'”  obozu zagłady Oświęcim-Brzezinka  została  po wojnie 

background image

schwytana i osądzona. Wśród nich znalazł się doktor Fischer. Sąd Niemieckiej Republiki Demokratycznej 
wymierzył mu karę śmierci. Wyrok został wykonany.

Morderca, którego szuka świat

Z   rzuconego   przez   Alfreda   Rosenberga,   głównego   ideologa   NSDAP,   hasła  „walki   o   czystość 

niemieckiej krwi” zrodziła się zbrodnicza myśl całkowitego wytępienia ludności żydowskiej w Rzeszy, a 
później   w   krajach   okupowanych.   Tym   samym   motywem   kierowali   się   hitlerowcy   w   odniesieniu   do 
Cyganów, przewidując jednak inną taktykę działania. Jej pierwszym etapem, zapoczątkowanym w 1937 
roku,   było   zgromadzenie   całej   ludności   cygańskiej   w   kilku   tak   zwanych   obozach   mieszkalnych, 
rozmieszczonych   w   południowych   Niemczech.   Każdy   z   nich   tworzył   obszar   zamknięty   z   zakazem 
kontaktowania się z miejscową ludnością niemiecką. Cyganie mogli zajmować się rzemiosłem i uprawą 
działek, aby w ten sposób zdobyć środki na własne utrzymanie. W obozach tych wprowadzono badania 
antropologiczne   w   celu   wyłonienia   potomków,   wywodzących   się   w   prostej   linii   ze   szczepów 
indogermańskich.  Tylko  oni mieli być  w przyszłości  skierowani do rezerwatów. Pozostałych hitlerowcy 
zamierzali zlikwidować.

Drugi   etap   tej   akcji   rozpoczął   się   w   połowie   1942   roku,   kiedy   z   rozkazu   naczelnych   władz   SS 

przystąpiono do wywózki wszystkich Cyganów do Oświęcimia. Przymusowa ewakuacja objęła najpierw 
ludzi z obozów mieszkalnych w Niemczech, a później z obszarów okupowanych.

Kierowanych   do   obozów   Cyganów   informowano,   że   jadą   do   specjalnego   ośrodka,   aby   przejść 

przeszkolenie zawodowe. Jechali więc z całymi rodzinami, z całym ruchomym dobytkiem, niekiedy nawet z 
wozami mieszkalnymi. Niczego im nie odbierano. Na terenie obozu chodzili we własnej odzieży, nie ścinano 
im włosów, nie stosowano żadnych represji, takich jak bicie, karne apele, zamykanie w bunkrze, nie byli 
zmuszani do pracy jak inni więźniowie. Jeżeli byli zatrudniani to wyłącznie przy pracach porządkowych na 
terenie własnego obozu i przy zbieraniu ziół na zupę. Pełnili też pewne funkcje administracyjne.

Wśród internowanych Cyganów znajdowała się liczna grupa obywateli niemieckich, którzy ze względu 

na swe pochodzenie zostali wycofani z formacji frontowych armii i zatrzymani w obozie. Niektórzy z nich 
mieli odznaczenia wojskowe za walki w armii niemieckiej. Ponadto była duża liczba Cyganek z dziećmi, żon 
Niemców „czystej rasy”, niejednokrotnie czynnych żołnierzy Wehrmachtu.

Łącznie do Oświęcimia przywieziono ponad 20 tysięcy Cyganów.
Po upływie pewnego czasu ci ufni i pogodni z natury ludzie zaczęli dotkliwie odczuwać skutki i tak 

złagodzonego dla nich życia obozowego. Zaczęły chorować dzieci, a później dorośli. Władze niemieckie 
zorganizowały więc „szpital” dla chorych Cyganów. Przybywającym do szpitala odbierano odzież osobistą, a 
w zamian dawano koszule nocne, które były czymś pośrednim między męską tuniką a łachmanem. Na nogi 
chorzy dostawali drewniane trepy, których często brakowało i wówczas chodzili boso. Warunki sanitarne w 
szpitalu, tak jak w całym obozie, były fatalne, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę założenie, że nie był to 
ponoć obóz zagłady, ale miejsce pobytu internowanych rodzin. Cyganów zaczęły nękać, tak jak wszystkich 
więźniów, typowe obozowe choroby i głód.

Z   pamiętników   Rudolfa   Hoessa   wiemy   dziś,   że   na   specjalny   rozkaz   naczelnego   dowódcy   SS   H. 

Himmlera, znany tylko jemu i niektórym lekarzom SS, mieli oni w „dyskretny sposób” likwidować chorych 
Cyganów, a zwłaszcza dzieci.

Głównym wykonawcą tego podstępnego i wyrafinowanego planu został doktor Mengele. Jako naczelny 

lekarz obozu i szpitala cygańskiego stosował on swoiste metody pracy. Podczas inspekcji obozu traktował 
Cyganów   łagodnie   i   uprzejmie.   Jego   popularność   wśród   cygańskiej   społeczności   wzrosła,   kiedy 
zorganizował ogródek dziecięcy, tzw. Kindergarten. Przebywało tam kilkaset dzieci, od wieku niemowlęcego 
do szóstego roku życia, którymi opiekowały się specjalnie przez Mengelego dobrane więźniarki. Dzieci 
przebywały w ogródku w godzinach od 8 do 14 i dostawały tam specjalne wyżywienie. Otrzymywały kaszkę 
na mleku z cukrem i masłem, biały chleb, zupy na mięsie, dżem, czekoladę. Oczywiście tylko część tych 
produktów docierała do dzieci, gdyż jako atrakcyjne rozkradali je z magazynu esesmani.

Patrzącym z boku na te poczynania mogło się wydawać, iż „dobry doktor” chciał polepszyć byt dzieci z 

obozu  izolacyjnego.  Prawda  była  zupełnie   inna.  Był   to jedynie  fragment  perfidnego  planu  mordercy  w 
białym kitlu. Mengele na zlecenie władz nazistowskich pisał pracę naukową i potrzebował żywego materiału 
doświadczalnego.   Interesowały   go   bliźnięta   o   różnym   zabarwieniu   tęczówek   i   dzieci   z   wrodzonymi 
anomaliami. Cynizm tego zbrodniarza osiągnął granice trudne do wyobrażenia dla normalnego człowieka. 
Te małe istoty, które były dla niego jedynie królikami doświadczalnymi, potrafił brać na ręce, przynosić im 
słodycze i zabawki (oczywiście zabrane osobom z transportów skierowanych do gazu), a później, kiedy już 

background image

przeprowadził   doświadczenia,   osobiście   strzelał   do   swoich  „ulubieńców”   i   kazał   przeprowadzać   sekcje 
zwłok dla celów „naukowych”.

Realizując   rozkaz   Himmlera,   dotyczący   likwidacji   Cyganów,   Mengele   wszystkich   chorych   i 

podejrzanych o chorobę, np. o dur wysypkowy, posłał do komór gazowych. Przy tej okazji włączył do 
transportu niektórych chorych na gruźlicę i czerwonkę. Z jego to polecenia kancelaria obozu wykreśliła z 
ewidencji zagazowanych Cyganów jako zmarłych śmiercią naturalną. Daty zgonów rozkładano na różne 
terminy.

Wysyłanie   do  gazu   chorych   na   dur   wysypkowy  nie   zapobiegło   epidemii   w   obozie   cygańskim,   ale 

Mengele   nie   powtórzył   już   selekcji   dotkniętych   tą   chorobą.   Zarządził   natomiast   akcję  „odwszania”   w 
szpitalu i barakach mieszkalnych. W szpitalu odbywało się to w ten sposób, że ciężko chorych wyrzucano z 
łóżek, kazano siadać na  „kominie-piecu”, a koce i sienniki oddawano do dezynfekcji, która trwała przez 
wiele   godzin.   Prycze   zmywano   specjalnym   roztworem.   Niektórzy  ten  „zabieg   higieniczny”   przypłacali 
życiem.

Wkrótce Cyganie zorientowali się, jakie metody stosuje Mengele, i zdali sobie sprawę z zagrażającego 

im niebezpieczeństwa. I tak chorzy na gruźlicę, z których część po ujawnieniu tego faktu została wysłana do 
gazu, przestali mówić o swoich dolegliwościach.

Innym przykładem bestialskich metod leczenia była likwidacja szerzącego się świerzbu. Jakkolwiek w 

aptece   obozowej   znajdowały   się   duże   zapasy   doskonałego   bayerowskiego   leku  —   mitigalu,   Mengele 
stosował specyficzny sposób kuracji. Była to kąpiel w zimnych roztworach kwasu solnego i tiosiarczanu 
sodu. Płyny wlewano do cementowych kadzi i zanurzano w nich delikwentów. Skutki były oczywiste. Rosła 
liczba zgonów. Umierały zwłaszcza dzieci.

I tak szybko topniała liczba  „mieszkańców” obozu cygańskiego. Na początku 1944 roku było ich już 

tylko 6,5 tysiąca. W sierpniu obóz zlikwidowano. Doktor Mengele dokonał swego dzieła. Oprawca ten do 
dziś poszukiwany jest przez Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości. Narody Europy wierzą, że nastąpi 
moment, w którym zostanie on rozliczony ze swoich zbrodni.

Wielka epidemia

Dur   wysypkowy,   którego   pierwsze   przypadki   zanotowano   w   Oświęcimiu   pod   koniec   1941   roku, 

przybrał ogromne rozmiary. Epidemia szerzyła się we wszystkich trzech obozach (Oświęcim, Brzezinka, 
Buna)   i   w   podobozach,   a   nawet   dotknęła   żołnierzy   SS   i   ludność   cywilną   w   okolicach   Oświęcimia. 
Chorowały dziesiątki tysięcy więźniów. W pewnym okresie wskaźnik śmiertelności w obozach podniósł się 
przeszło pięciokrotnie.

Władze SS pod pozorem tłumienia epidemii duru wymordowały chorych i rekonwalescentów, kierując 

ich   do   komór   gazowych   lub   na   zastrzyki   fenolu.   Przy   okazji   realizowano   zbrodnicze   doświadczenia 
pseudolekarskie, mające na celu ustalenie okresu inkubacji duru oraz określenia, kiedy krew chorych na dur 
jest   najbardziej   zakaźna.   Stosowano   więc   sztuczne   zakażenia   więźniów   zdrowych,   prowadzono 
eksperymentalne   badania   wartości   różnych   szczepionek   i   wypróbowywano   różnego   rodzaju   leki.   Nie 
pomyślano  natomiast  o  tym,   lub raczej  uważano  to za  zbyteczne,  aby zastosować  jakiekolwiek  zabiegi 
obowiązujące   w   czasie   epidemii,  zarówno   profilaktyczne,   w   stosunku   do   zdrowych,   jak   i   lecznicze   w 
stosunku do chorych. Brakowało mydła i ciepłej wody, przeprowadzane dezynsekcje i dezynfekcje były 
niedokładne   i   powierzchowne.   Wszelkie   wysiłki   składającej   się   z   więźniów   służby   zdrowia   w   tych 
antysanitarnych warunkach nie mogły dać żadnego rezultatu.

Lekarze-więźniowie   i   sanitariusze   nie   mieli   żadnego   wpływu   na   to,   co   czynią   ich   niemieccy 

zwierzchnicy. Nie mogli nawet marzyć o wytępieniu w obozie wszy, przeprowadzeniu masowych szczepień 
ochronnych, przyjęciu do szpitala wszystkich chorych na dur, izolowaniu chorych na inne choroby, wreszcie 
o dostarczeniu więźniom odzieży i mydła.

W małych grupach więźniarskich można było prowadzić półoficjalnie kontrolę odzieży, wyszukiwać i 

tępić wszy, namawiać do kąpieli czy dezynsekcji. Drogą nielegalną, przez ruch oporu, z narażeniem życia, 
sprowadzano   szczepionkę   przeciw   durowi   wysypkowemu,   która,   choć   dość   trudna   w   użyciu   (potrójne 
szczepienie), uratowała kilka tysięcy istnień ludzkich.

Niezwykłe   wysiłki   czynili   wszyscy  więźniowie,   aby  pomóc   dotkniętym   chorobą.   Służba   sanitarna, 

prawie wyłącznie polska, walczyła o życie każdego, kto trafił do szpitala. Nie dysponując odpowiednim 
zasobem lekarstw, starano się troską o pielęgnację chorego nadrobić te braki. „Organizowano” więc z kuchni 
możliwie dużo „herbaty” i potajemnie gotowano ją w salach chorych, żeby tylko odwodnionym organizmom 
zapewnić   płyn.   Apteka   robiła   potajemnie   glukozę   z   cukru   gronowego,   nielegalnie   przesyłanego  „drogą 

background image

umowną” w paczkach z  „wolności”. Starano się utrzymać maksymalną czystość w salach, we własnym 
zakresie prać koce, myć pacjentów w łóżkach. Wprowadzano na własną rękę dyżury lekarsko-pielęgniarskie 
w nocy. Chorym po kryzysie dostarczano dodatkowe racje żywnościowe. „Organizowano” w porozumieniu z 
przyjaciółmi z kuchni dodatkowe zupy, biały chleb, czasem udawało się zdobyć cebulę, czosnek czy jajko.

Niełatwo   było   przetrzymać   w   szpitalu  „ozdrowieńca”,   trudniej   zmienić   mu   pracę   na   lżejszą,   ale 

najtrudniej uchronić przed wybiórką na fenol czy gaz. Chorzy panicznie bali się małej salki (nr 1) w bloku 
20, w której wykonywano prawie codziennie egzekucje za pomocą fenolu.

Prawie wszyscy lekarze i pielęgniarze zarazili się durem wysypkowym.  Wielu z nich umarło. Nikt 

jednak nie opuścił posterunku.

Wielkość   polskiej   obozowej   służby   medycznej,   a   szczególnie   lekarzy-więźniów,   ich   bezgraniczne 

poświęcenie dla współtowarzyszy niedoli, zastygły w źrenicach tych, którzy umęczeni niewolą i cierpieniem 
nigdy już nie przemówią.

Królik doświadczalny

(Tadeusz Szymański, były więzień obozu koncentracyjnego Oświęcim-Brzezinka, numer obozowy 

20034)

W lecie 1942 roku przy pracy w ogrodnictwie zwichnąłem sobie palec prawej ręki. Ręka mi spuchła i 

czułem dotkliwy ból. Koledzy doradzili mi, abym udał się do bloku 28 i poprosił o pomoc lekarską. Tak też 
uczyniłem.   Gdy   wychodziłem   z   ambulatorium   z   nastawionym   palcem,   zatrzymał   mnie   nie   znany   mi 
esesman.   Zapisał   mój   numer   (20034)   i   kazał   następnego   dnia   zgłosić   się   do   ambulatorium.   Polecenie 
wykonałem, jednak esesman nie interesował się wcale moim palcem. Po sprawdzeniu numeru dołączył mnie 
do czekającej już grupy więźniów i zaprowadzono nas do innego bloku.

Przez  cały  czas  pilnie   nas  strzeżono;   nie  pozwalano  nawet  na  oddalanie   się  do  ustępu.  „Opiekun” 

wstrzyknął każdemu z nas w rękę jakiś płyn koloru brudnoczerwonego o żółtym odcieniu. Strzykawka 
zawierała około 2 cm

3

 tego płynu.

Po wykonaniu zabiegu  esesman  wręczył moją  kartotekę  sanitariuszowi-więżniowi,  który polecił mi 

zgłosić się po apelu wieczornym. O całej sprawie opowiedziałem najbliższym kolegom. Po mojej relacji 
jeden   z   nich   udał   się   do   szpitala   obozowego   i   po   powrocie   oświadczył  mi,   że   nie   muszę   już   iść   do 
ambulatorium, ponieważ udało mu się wycofać moją kartotekę. Chociaż zasypywałem go pytaniami, nie 
powiedział nic ponadto, że zorganizuje dla mnie lekarstwa, które zneutralizują działanie wstrzykniętego 
płynu. Słowa dotrzymał. Zaopiekował się mną lekarz-Polak.

Pomimo   tej   pomocy  po   paru   dniach   przyszła   gorączka   i   straciłem   przytomność.   Znalazłem   się   w 

szpitalu obozowym. Kiedy odzyskałem świadomość, dowiedziałem się, że jestem chory na dur wysypkowy. 
Opiekujący się mną lekarz ostrzegł mnie, abym nie ujawniał faktu, że otrzymałem jakikolwiek zastrzyk 
wykonany   przez   esesmana.   Wkrótce   przekonałem   się,   że   miał   rację.   Byłem   wyjątkowo   dokładnie 
przepytywany na temat mojego przypadku chorobowego przez służbę medyczną SS. Bałem się tych rozmów, 
a największy lęk ogarniał mnie wtedy, kiedy podczas obchodu nie było polskiego lekarza, znającego moją 
historię   choroby.   Przy  najbliższej   okazji   podzieliłem  się   z   nim  moimi  obawami   i   zaproponowałem,   by 
wypisał   mnie   ze   szpitala.   Doktor   stanowczo   się   temu   sprzeciwił.   Uznał,   że   nagłe   opuszczenie   szpitala 
mogłoby zwiększyć zainteresowanie moim przypadkiem, a to miałoby groźne następstwa. Przyrzekł jednak, 
że jeśli nadarzy się jakakolwiek okazja, wypisze mnie.

Wkrótce   zauważyłem   ogromny   popłoch   wśród   personelu   lekarskiego.   Wówczas   to   zaufany  lekarz 

powiedział mi, iż jutro opuszczę szpital, mimo że jestem jeszcze bardzo słaby.

Następnego dnia o świcie zdenerwowany doktor wyjaśnił mi, że w nocy zabrano ze szpitala kartoteki i 

spisy chorych, już nikt nie może opuścić tego miejsca. Wkrótce wiedzieli o tym wszyscy. Blady strach padł 
na chorych. Ci, którzy byli przytomni, zdawali sobie sprawę, że te przygotowania są zapowiedzią czegoś 
najgorszego. Nikt jednak nie przypuszczał, że będzie to akcja zakrojona na tak wielką skalę. Ta selekcja 
miała   służyć   nie   tylko   zagazowaniu   chorych   na   dur,   ale   wymordowaniu   również   rekonwalescentów   i 
zupełnie   przypadkowych   więźniów.   Epidemia   stała   się   pretekstem   do   wymordowania   tysięcy  ludzi.   Ja, 
dzięki pomocy przyjaciół, uniknąłem tego tragicznego losu.

background image

Droga przez komin

(Alfred Wóycicki, numer obozowy 39247)

Już wiele godzin przerażony, sparaliżowany strachem więzień (nr obozowy 39247) obserwuje przez 

okno swego baraku dziedziniec obozu. Jest niemym świadkiem jednej z najbardziej bestialskich akcji  — 
selekcji do gazu. Przed barakiem stoją wielkie, ciężarowe samochody. Więźniowie znają je dobrze. Skazańcy 
są nadzy i bosi. Jedni idą o własnych siłach, innym pomagają współtowarzysze niedoli. Ofiary sprawiają 
wrażenie świadomych swego losu. Okrzykami, błaganiami o litość, urywkami modlitwy przerywają wiszącą 
nad obozem śmiertelną ciszę.

Lecz jęki i błagania wywołują jedynie zniecierpliwienie i gniew oprawców. Broniących się uspokajają 

kopniakami, biciem i krzykiem, wtłaczają ich do bud mających jechać do miejsc stracenia. Obserwujący 
więzień z niepokojem szuka wśród skazańców znajomych twarzy. Przed kilkoma godzinami dotarła do niego 
wiadomość, że w ramach tej  „likwidacji tyfusu” mają być również straceni polscy lekarze, pielęgniarze, 
sanitariusze i inni członkowie obsługi bloku jako... ewentualni nosiciele zarazków duru. Na szczęście nie 
znajduje nikogo znajomego. Nie ma jednak pewności, gdyż wśród setek skazańców mógł kogoś nie dostrzec.

Nagle uwagę jego przykuwa postać chudego, skulonego starca, który nie może iść o własnych siłach, 

więc podtrzymują go współtowarzysze. Obserwator wywnioskował, że starzec musi cieszyć się ogromnym 
szacunkiem, gdyż otaczający go ludzie zajmują się nim z wyjątkową troską.

Już w samochodzie ten chuderlawy staruszek mocnym głosem zaintonował pieśń, którą podchwycili 

inni. Ponury, śpiewający korowód ruszył ku bramie.

Przez wiele godzin więźniowie obserwowali unoszący się nad kominem krematorium dym.

Niezwykła historia

(Stanisław Głowa, były więzień obozu koncentracyjnego Oświęcim-Brzezinka, numer obozowy 

20017)

Nasilenie epidemii było straszne. Liczba chorych rosła z każdą godziną, śmiertelność była niezwykle 

wysoka. Mimo usilnych zabiegów lekarzy-więźniów i służby sanitarnej epidemii nie udało się opanować.

O likwidacji duru myślały też najwyższe władze w Berlinie i przesyłały do obozu ciągle nowe rozkazy. 

Wysyłane   z   obozu,   najczęściej   fałszywe,   meldunki   mające   świadczyć   o   opanowaniu   epidemii   tylko 
przewlekały sprawę. Wreszcie zniecierpliwieni dysponenci z Berlina przysłali rozkaz, mówiący, że obóz w 
Oświęcimiu ma być wolny od epidemii w jak najkrótszym czasie, bez względu na środki i sposoby użyte do 
tego   celu.   Władze   obozowe   miały   więc   teraz   rozwiązane   ręce   i   skwapliwie   przystąpiły   do   realizacji 
odgórnego rozkazu. Zaczęto niszczyć nie przyczynę epidemii, lecz jej ofiary.

Pospiesznie sporządzano listy skazanych z bloków: 13, 20, 21 i 28. Znaleźli się na nich wszyscy chorzy 

i rekonwalescenci. Zatwierdził je do „realizacji” szef oddziału politycznego, Grabner.

Jako jedni z pierwszych o planowanej akcji dowiedzieli się więźniowie, wchodzący w skład służby 

medycznej, do której i ja należałem.

Według początkowych założeń mieliśmy być zgładzeni wszyscy. Po długich rozmowach i naradach 

polscy lekarze postanowili porozmawiać z doktorem Entressem i przekonać go o bezsensowności tej decyzji. 
Pierwsze kroki w tym kierunku nie dały żadnych rezultatów. Nie rezygnowano jednak z wysiłków mających 
na celu zmianę zarządzenia; oczywiście były to wysiłki na miarę naszych możliwości. Nadzieje były nikłe, a 
dzień likwidacji zbliżał się nieubłaganie.

Na dwa dni przed wyznaczonym terminem dowiedziałem się, że naciskany Entress  „wytargował” u 

Grabnera   lekarzy.   Reszta   służby  medycznej,   wśród   tej   grupy  byłem   i   ja,   przeżywała   tragiczne   chwile. 
Wiedzieliśmy, że będziemy musieli rozstać się z wieloma bliskimi ludźmi, zdawaliśmy też sobie sprawę, że 
czeka nas śmierć. Ja snułem się po bloku jak cień, choć na śmierć byłem przygotowany. Wreszcie 28 sierpnia 
dotarła   do   nas   wieść   o  wyłączeniu   również   personelu   pielęgniarskiego,   do   którego   się   zaliczałem.  Nie 
stanowiło to dla mnie żadnej pociechy i nie przyniosło mi ulgi. Cóż bowiem znaczyło ocalenie kilkunastu 
czy kilkudziesięciu osób wobec skazania na śmierć setek niewinnych ludzi. Zazdrościłem tym wszystkim 
pogrążonym w niewiedzy, że wyjadą w ostatnią podróż nieprzytomni i nieświadomi tego, co się wokół nich 
dzieje.

Wreszcie nadszedł tragiczny ranek 29 sierpnia 1942 roku. Dzień zapowiadał się piękny. Jak na ironię od 

rana   świeciło   słońce.   O   godzinie   czwartej,   jak   zresztą   każdego   dnia,   byłem  już   na   nogach.   Zgodnie   z 
wcześniejszym poleceniem musieliśmy przygotować chorych i ich karty, a tych, którzy nie byli już w stanie 
chodzić o własnych siłach, znieść na podwórze między bloki 20 i 21.

background image

O   godzinie   siódmej,   po   apelu   porannym,   między   wspomnianymi   blokami   zapanował   ruch.   Na 

wyznaczonym   miejscu   zbiórki   zjawili   się   kolejno:   hauptscharführer   Klehr,   następnie   Scherpe   i   Hantel. 
Wreszcie   nadjechał   doktor   Entress.   Na   placu   znajdowały   się   setki   ludzi.   Panowała   atmosfera   grozy   i 
niepewności.

Formalności   trwały   krótko.   Do   samochodu   załadowano   pierwszą   partię   skazańców.   Wśród   nich 

dostrzegłem same znajome twarze z bloku 20.

Słońce piekło coraz mocniej, a serce ściskało się z bólu.
Przy pierwszych „załadunkach” esesmani wykazywali wyjątkową gorliwość — bili, popychali i kopali 

więźniów.   Później,   nieco   znużeni   powtarzanymi   czynnościami,   osłabli   w   swoich   zapałach.   Tę   sytuację 
postanowiliśmy wykorzystać my, którym wyznaczono straszną rolę świadków i pomocników. Nikogo nie 
można było wyrwać ze szponów oprawców, jednak istniały możliwości porozumienia się z wywożonymi. 
Do mnie  w pewnym momencie  zwrócił  się  jeden  ze  skazańców  ze słowami:  „Słuchaj,  w bloku  numer 
dwadzieścia osiem leży obiecujący młody adwokat z Krakowa”, i podał mi jego numer. „Pomóżcie mu w 
jakiś sposób”, dodał. Te słowa potraktowałem jak testament wypowiadającego się po raz ostatni w życiu 
człowieka. Postanowiłem za wszelką cenę spełnić to życzenie.

Przeprowadziłem błyskawiczną naradę z kolegami sanitariuszami. Ktoś znał blokowego z 28. Dawało to 

nadzieję, że jeśli chory nie został już wywieziony, to może uda się go uratować. Przy pierwszej nadarzającej 
się okazji kilku z nas, korzystając z panującego chaosu, wyrwało się do bloku 28. Młody adwokat był tam 
jeszcze, lecz znajdował się w stanie bardzo ciężkim. Trawiony gorączką, nie wiedział, co się wokół niego 
dzieje. Chwyciliśmy go za ręce, znieśliśmy na parter i schowaliśmy w skrzyni przeznaczonej do składania 
zwłok.   Była   to   jedyna   kryjówka,   jaką   mogliśmy  znaleźć.   Skrzynię   zamknąłem,  a   klucz   schowałem  do 
kieszeni.

Wróciliśmy na miejsce akcji, która trwała jeszcze wiele godzin. W końcu korowód śmierci zamknął już 

ostatni tego dnia transport. Lekarze i funkcyjni opuścili plac. Obóz wracał do codziennego życia.

Cały   czas   trapiły   mnie   myśli,   co   dzieje   się   z   moim   podopiecznym   ukrytym   w   dusznej   skrzyni. 

Momentami ogarniał mnie lęk, że ten biedak już nie żyje.

Niestety, dopiero wieczorem dotarłem do bloku 28. Z drżeniem rąk otworzyłem skrzynię-kryjówkę. I 

nagle wielka ulga, wprawdzie nieprzytomny, ale żywy.

I wówczas ja  — mały człowieczek  — biorę na plecy wielkiego, ciężkiego mężczyznę i niosę go na 

piętro, na jego łóżko.

Po kilku dniach uratowany odzyskał przytomność i dowiedział się o swojej niezwykłej historii. Kiedy 

po raz pierwszy mogliśmy spotkać się, radości i łzom wzruszenia nie było końca. Znalazłem w nim jeszcze 
jednego, wielkiego przyjaciela.

Wkrótce okazało się, że uratowanych było więcej. Stało się tak dlatego, że w tym morzu śmierci każde 

ocalone ludzkie istnienie było wartością bezcenną dla ratowanego i ratującego.

I wspaniałe było to, że pomagając innym, człowiek zapominał o tym, że ceną za taki czyn jest jego 

własne życie.

Brzezinka kaźnią kobiet

Odbytem   świata   nazwał   obóz   kobiecy   w   Brzezince   lekarz   SS   hauptscharführer   Thilo   w   swojej 

wypowiedzi   skierowanej   do   J.   Kremera,   a   ten   umieścił   owo   określenie   w   swoich   pamiętnikach   jako 
najbardziej trafne.

W   pełni   ono  oddaje   warunki,   w   jakich   wegetowały  kobiety-więźniarki.   Cuchnące   powietrze,   brud, 

błoto, pchły, wszy i inne robactwo oraz szczury, wszystko to sprawiało, że można było określić Brzezinkę 
jako „anus mundi”.

Szóstego   sierpnia   1942   roku   przeniesiono   kobiecy   obóz   z   obozu   macierzystego   Oświęcim   I   do 

Brzezinki i umieszczono na odcinku B Ia, który poprzednio zajmowali jeńcy radzieccy, wyniszczeni przez 
zarazę,   ciężką   pracę   fizyczną   i   głód.   Tych,   co   pozostali   przy   życiu,   zagazowano   w   komorach 
krematoryjnych.

Ziemia, spękana od słońca upalnego lata, utrwaliła na swej powierzchni odbicie tysięcy stóp, które 

mieszały tę gliniastą glebę, zanim przybyły tu kobiety. Obóz jeniecki, zajmujący powierzchnię około 10 ha, 
wyglądał jak ogromny, stratowany plac targowy. Wszystko wokół, ziemia i baraki, zlewało się w jeden szary 
kolor. Gdzieniegdzie tylko widniały żałosne kępki trawy. Po lewej stronie obozowej drogi stało w trzech 
rzędach piętnaście murowanych budynków stajennych; po prawej stronie były drewniane baraki malowane 
na zielono — jedyna miła dla oka barwa w tym smutnym pejzażu.

background image

Do   tych   samych   baraków,   w   których   wyginęli   jeńcy   radzieccy,   wprowadzono   przeszło   piętnaście 

tysięcy kobiet. W kojach leżały sienniki, będące siennikami tylko z nazwy. W istocie były to brudne, podarte 
papierowe worki wypełnione słomą startą na pył.

Wszystkie więźniarki były brudne, zawszone i zapchlone już w poprzednim obozie, ale to, co zastały w 

murowanych stajniach, przekraczało wszelkie pojęcie o brudzie i insektach. Ogromne, wygłodniałe wszy 
łaziły po siennikach jak mrówki po rozkopanym mrowisku.

W barakach wszystko było wilgotne, klepisko uginało się pod drewnianymi trepami, sienniki cuchnęły 

pleśnią i ludzkim potem. W deszczowe dni przez uszkodzony dach ciekła woda. Brzezinka w porównaniu z 
obozem macierzystym stała się prawdziwym piekłem.

W kilka dni po wprowadzeniu więźniarek do owych baraków obóz kobiecy zaatakowały epidemie duru 

brzusznego i wysypkowego, biegunki, świerzbu i malarii.

Kobiecy szpital w Brzezince, jak wszystkie inne na terenie Oświęcimia, był szpitalem tylko z nazwy. 

Przeznaczono nań sześć drewnianych baraków z dwupiętrowymi pryczami ustawionymi tak ciasno, że tylko 
bokiem można się było między nimi przecisnąć. Baraki szpitalne miały tylko jeden plus w porównaniu z 
pozostałymi: wolno tu było chorować leżąc, co dawało nadzieję przetrwania. Niejednokrotnie nadzieja ta 
okazywała się złudą, ponieważ i tu anioły śmierci wybierały rekonwalescentki do gazu.

Leczenie   w   szpitalu   polegało   jedynie   na   walce   organizmu   z   chorobą,   a   zatem   tylko   organizmy 

najsilniejsze wychodziły zwycięsko z tych zmagań. Słabsze ginęły w ciągu kilku dni.

W przedniej części baraku ulokowano chore, które siadały o własnych siłach, w tylnej części, na gołych 

deskach,  leżały dogorywające  półtrupy.  Nieprzytomne  kobiety załatwiały naturalne  potrzeby pod siebie, 
toteż kał i mocz spływał na chore leżące niżej.

Śmierć zbierała tutaj wyjątkowo obfite żniwo. Umierało 200 do 300 kobiet dziennie.
Szpital pozbawiony był wody, nawet do picia, nie mówiąc już o tym, że chore nie były myte przez cały 

okres choroby. Kobiety te były szczęśliwe, że są pod dachem, że wolno im leżeć, nie miały żadnych życzeń. 
Ciężko   chore,   nieprzytomne,   jęczały   głośno,   wymachiwały   gołymi   wychudłymi   ramionami   do   swych 
gorączkowych majaków.

Do szpitala nikt nie zgłaszał się dobrowolnie, ponieważ oznaczało to selekcję i śmierć w komorze 

gazowej. Mimo to przynoszono tu dziennie setki kobiet zbieranych z placyków między blokami. Były to 
przeważnie ciężko chore, takie, dla których nie miało już żadnego znaczenia to, gdzie im przyjdzie umierać. 
We   wszystkich   blokach   panował   nieopisany   chaos,   wszystko   trzeba   było   zdobywać.   Chore   dręczone 
gorączką miały tylko jedno marzenie, zaspokoić pragnienie. Służba medyczna w miarę swoich możliwości 
nawiązywała   kontakty  z   personelem   zatrudnionym   w   obozowej   kuchni   i   zdobywała   dodatkowe   porcje 
płynów.   Była   to   zazwyczaj   obrzydliwa   lura  —   herbata   z   ziół.   Poranna   kawa   lub   wieczorna   herbata 
niejednokrotnie nie docierały do bloków. Na dyżurne wyznaczone do noszenia kotłów z płynami napadały 
częstokroć  „bojówki”, składające się ze spragnionych wody więźniarek. Dochodziło wówczas do walki, 
która kończyła się wylaniem zawartości. W ten sposób kilkadziesiąt więźniarek pozbawiano należnej im 
skąpej porcji płynu.

Przed barakiem szpitalnym o każdej porze dnia i nocy leżały sterty trupów. Były to nagie szkielety 

ludzkie, ziemistego koloru, niejednokrotnie poszarpane przez szczury. Jeśli obozowa pisarka nie odnotowała 
natychmiast numeru zmarłej, a trup leżał kilka godzin, nie udawało się już ustalić, kto umarł. Dochodziło do 
tragicznych pomyłek. W kartotekach uśmiercano osoby żyjące, a rodziny zawiadamiano o zgonach.

Dodatkowym lękiem przed pójściem do szpitala napawała chore fama krążąca po obozie, że lekarze SS 

dokonują różnego rodzaju eksperymentów na więźniach.

Trzydziestego   maja   1942   roku   profesor   Carl   Clauberg   zwrócił   się   do   Himmlera   z   propozycją 

wykonywania eksperymentów sterylizacyjnych na więźniarkach z obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. 
W piśmie zawarto również prośbę o dostarczenie odpowiednich do tego celu urządzeń.

W   lipcu   tegoż   roku   Himmler   zwołał   konferencję   z   udziałem   brigadeführera   profesora   doktora 

Gebhardta   i   brigadeführera   Glücksa.   Zaproszony   na   nią   został   również   profesor   doktor   Clauberg. 
Konferencja   miała   charakter   poufny,   jej   uczestnicy  zostali   zobowiązani   do   zachowania   tajemnicy,   a   jej 
wynikiem była całkowita aprobata planów Clauberga. Himmler wyraził też życzenie, by informować go o 
przebiegu i wnioskach płynących z eksperymentów, które w gruncie rzeczy stanowiły jeszcze jedną formę 
zabijania więźniów.

Szczególnie złą sławą okrył się blok X, który znajdował się w głównym lagrze męskim, przeznaczonym 

jednakże   tylko   dla   kobiet.   Mieściła   się   w   nim   placówka   doświadczalna  —   blok   otoczony   był   przez 
funkcyjnych z bronią, a to, co się tam działo, okrywano najgłębszą tajemnicą. Tu eksperymentowali lekarze 

background image

SS: wspomniany już profesor Carl Clauberg, doktor Horst Schumann, doktor Edward Wirths i doktor Bruno 
Weber.   W   bloku   tym   w   dwóch   dużych   salach   przebywało   około   400  kobiet.  „Zużyty  materiał”   ludzki 
odsyłano co pewien czas do obozu, zastępując go „nowym materiałem”, ze świeżo przybyłych transportów. 
Każdy z wymienionych oprawców osobiście wybierał sobie ofiary do eksperymentów. Największa grupa 
„należała” do Clauberga. On właśnie i Schumann byli głównymi eksperymentatorami. Pracownia Clauberga 
składała   się   z   gabinetu   ginekologicznego   i   rentgenologicznego.   Carl   Clauberg   w   swoich   badaniach 
największą uwagę skupił na kobietach zamężnych. Jego pseudonaukowy eksperyment polegał na tym, że 
wybranym  kobietom wprowadzał  do  szyjki  macicy specjalny  płyn.  Po tym zabiegu  wykonywał   zdjęcie 
radiologiczne organów rodnych. Wstrzykiwanie powtarzało się w odstępach kilkutygodniowych, zawsze ze 
zdjęciem   rentgenowskim.   Celem   było   wywołanie   odczynu   zapalnego   w   jajowodach,   prowadzącego   do 
uniedrożnienia i w wyniku tego do bezpłodności.

Schumann   natomiast   interesował   się   głównie   młodymi   dziewczętami,   które   okaleczał   poprzez 

sterylizację promieniami X i usuwanie jajników.

Pod koniec 1943 roku do obozu przybyły młode Greczynki. Jak spłoszone zwierzątka kuliły się na 

pryczach, na twarzach ich malował się lęk i nieufność wyzierała z ciemnych, aksamitnych oczu. Były ładne i 
bardzo młode. Nie zdążyły jeszcze nasycić się pięknem normalnego życia w Grecji — w kraju, w którym się 
urodziły i wyrosły. Prosto z transportu, jak setki innych dziewcząt z całej Europy, dostały się w łapy Horsta 
Schumanna. Po eksperymentach tego zwyrodnialca niewiele pozostało z ich młodości i urody.

Doświadczenia Edwarda Wirthsa polegały na poszukiwaniu przypadków raka macicy, natomiast Bruno 

Weber specjalizował się w łączeniu różnych grup krwi na żywych organizmach.

W ten oto sposób hitlerowscy eksperymentatorzy, lekarze, dotrzymywali kroku swym ideologom  — 

pomagali im znaleźć najlepsze metody realizowania programu ludobójstwa.

Raport położnej

(Stanisława Leszczyńska, była więźniarka obozu koncentracyjnego Oświęcim-Brzezinka, numer 

obozowy 41335)

Tak się złożyło w moim życiu, że zawód położnej wykonywany przez wiele lat na wolności przyszło mi 

wykonywać   przez   okres   dwu   lat   jako   więźniarce   Oświęcimia.   Nigdy   nie   przypuszczałam,   że   zawód 
związany z radością powitania nowego życia może budzić uczucie przerażenia. A przecież bywało i tak, że 
modliłam się, by mający narodzić się nowy człowiek nigdy nie przyszedł na świat. Brzmi to być może jak 
herezja. Jednak obraz obozowego życia był tak tragiczny, że to, o czym myślałam, nie kłóciło się z moim 
sumieniem. Wśród licznych transportów kobiet, które przybywały do Oświęcimia, nie brakowało niestety 
kobiet w ciąży.

Funkcję położnej pełniłam kolejno w trzech blokach. Były to zbudowane z desek baraki o długości 40 

metrów, z licznymi szczelinami wygryzionymi przez szczury. Teren obozu był niski i gliniasty, toteż gdy 
padał deszcz, spływająca do wnętrza baraków woda sięgała kilkunastu centymetrów. W baraku, po obu jego 
stronach,   wznosiły   się   trzypiętrowe   prycze.   Na   każdej   z   nich,   na   brudnym   sienniku,   pełnym   śladów 
zaschniętej krwi i kału, zmieścić się musiały trzy lub cztery kobiety. Było ciasno, chore musiały opuszczać 
nogi poza prycze lub trzymać kolana pod brodą. Było także twardo. Starta na proch słoma dawno przestała 
spełniać swoją rolę i chore kobiety leżały na gołych niemal deskach.

Pośrodku, wzdłuż baraku, ciągnął się piec zbudowany z cegieł, z paleniskami na krańcach. Służył on 

jako miejsce odbywania porodów, żadnego bowiem urządzenia do tego celu nie przeznaczono. W piecu tym 
palono niezmiernie rzadko, w ciągu roku zaledwie kilka razy, nic więc dziwnego, że zimą w baraku panował 
przejmujący chłód, którego widoczną oznaką były sople lodu zwisające z sufitu. Mimo to trzydzieści pryczy 
znajdujących się najbliżej pieca stanowiło tzw. sztubę położniczą.

W bloku panował zaduch, było brudno i wszędzie pełzało robactwo. Najbardziej niebezpieczne były 

grasujące   w   nocy  szczury.   Zdarzało   się,   że   atakowały  opadłe   z   sił   i   nie   mogące   się   poruszać   kobiety. 
Wypasione na ludzkich zwłokach nie bały się ludzi, a odpędzane kijami przez dyżurujące w nocy zdrowsze 
kobiety chowały tylko łby, wbijały pazury w prycze i szykowały się do nowego ataku. Ofiarami szczurów i 
robactwa stawały się nie tylko chore kobiety, ale i nowo narodzone dzieci. Chore, wyczerpane głodem i 
zimnem, udręczone torturami i chorobą, szybko umierały. Ogólna liczba chorych w bloku wynosiła od 1000 
do   1200   osób.   Spośród   nich   umierało   każdego   dnia   kilkanaście.   Ciała   wyniesione   przed   blok   były 
codziennym niemym raportem przeżytej tragedii.

W tych warunkach los położnic był opłakany, a rola położnej niezwykle trudna. Sytuację pogarszał fakt, 

iż brakowało środków aseptycznych, materiałów opatrunkowych i leków — całkowity przydział leków dla 

background image

bloku wynosił zaledwie kilka aspiryn dziennie.

Początkowo   byłam  zdana   wyłącznie   na   własne   siły.   Nawet   w   przypadku   powikłań,   wymagających 

interwencji lekarza specjalisty, nie miałam prawa zwrócić się o pomoc do lekarzy Niemców. Rhode, Koenig 
i Mengele nie mogli przecież „zbrukać” się niosąc pomoc ludziom niższej rasy.

W późniejszym okresie korzystałam kilkakrotnie z pomocy polskich lekarek pracujących na innych 

oddziałach.

Głównym schorzeniem atakującym kobiety była czerwonka. Spośród innych ciężkich chorób panowały 

dury:   brzuszny  i   wysypkowy,   oraz   złośliwa   pęcherzyca.   Pojawienie   się   na   ciele   chorej   kilku   ropnych 
pęcherzy — w przybliżeniu wielkości talerza — powodowało śmierć.

Przypadki duru wysypkowego w miarę możliwości ukrywano przed lekarzem obozowym (zwykle na 

karcie chorobowej pisało się „grypa”), ponieważ chore na dur były natychmiast kierowane do krematorium. 
W zasadzie nikomu nie udało się uniknąć tej choroby. Wszawica była tak olbrzymia, że zarażenie durem 
było po prostu nieuniknione.

Jak już wspomniałam, chore rodziły na piecu. Przyjęłam tam blisko trzy tysiące porodów. Na oddziale 

brakowało   wody,   toteż   pranie   niemowlęcych   pieluszek   nastręczało   wiele   trudności,   zwłaszcza   wobec 
surowego zakazu opuszczania bloku. Wyprane pieluszki kobiety suszyły na własnych plecach lub udach, 
rozwieszanie ich bowiem w widocznych miejscach było zabronione.

Nowo narodzone maleństwa nie otrzymywały żadnych przydziałów żywności, nawet kropli mleka.
Najtragiczniejszy   los   spotkał   dzieci   urodzone   w   obozie   oświęcimskim   do   maja   1943   roku. 

Wymordowane  zostały  w  okrutny sposób:  topiono  je  w beczułce.  Zajmowały  się  tym  „siostra”   Klara  i 
„siostra” Pfani. Pierwsza była z zawodu położną i dostała się do obozu za dzieciobójstwo. Ona nie odbierała 
porodów, albowiem jako zbrodniarka była pozbawiona prawa wykonywania swego zawodu. Zlecano jej 
czynności, do których się bardziej nadawała. Powierzono jej także kierowniczą funkcję, tzw. blokowej. Do 
pomocy otrzymała niemiecką ulicznicę — rudą i piegowatą „siostrę” Pfani. Po każdym porodzie z pokoju 
tych  kobiet  dochodził  głośny plusk  i bulgot  wody.  Wkrótce potem matka  mogła zobaczyć  ciało swego 
dziecka rzucone przed blok i szarpane przez szczury.

W maju 1943 roku sytuacja niektórych dzieci uległa zmianie. Niebieskookie i jasnowłose odbierano 

matkom   i   wysyłano   do   Nakła   w   celu   wynarodowienia.   Przejmujący   płacz   matek   żegnał   odjeżdżające 
transporty niemowląt. Myśląc o możliwościach odzyskania tych dzieci w przyszłości, o przywróceniu ich 
matkom, stosowałam specjalny sposób oznaczania tatuażem niemowląt. Niejedną kobietę pocieszała myśl, 
że odnajdzie kiedyś swoje utracone dziecko.

W obozie koncentracyjnym wszystkie dzieci  — o dziwo — rodziły się żywe i dobrze wyglądały. Na 

przekór nienawiści i eksterminacji natura walczyła o swe prawa.

Obóz przeżyło zaledwie trzydzieścioro dzieci, kilkaset przewieziono do Nakła, przeszło 1500 utopiły 

Klara i Pfani, a ponad 1000 zmarło z głodu i zimna.

Ludzkie protezy wędrują do Rzeszy

Z początkiem lat czterdziestych  — mimo ostrożności władz SS  —  świat zaczął dowiadywać się o 

okropnościach życia i rozbudowywaniu machiny masowego niszczenia w obozie oświęcimskim. Dlatego też, 
aby   znaleźć   argumenty   dla   goebbelsowskiej   propagandy,   utworzono   kilka   obozowych   poradni 
specjalistycznych. Między innymi należało do nich ambulatorium dentystyczne. Zlokalizowano je w bloku 
21, po prawej stronie korytarza, który zarazem stanowił poczekalnię.

Oddział   ten   zajmował   dwie   izby.   Jedna,   większa,   była   przeznaczona   na   gabinet   zabiegowy,   druga, 

mniejsza,   na   protezownię.   Gabinet   dentystyczny   wyposażony   był   w   sprzęt   skonfiskowany   śląskiemu 
lekarzowi-dentyście pochodzenia żydowskiego. W gabinecie znajdował się również aparat Roentgena oraz 
dwa fotele dentystyczne. Fotele stały przy dwóch szerokich oknach wychodzących na budującą się pralnię i 
wejście   do   bloku   11.   To   pozwalało   personelowi   więziennemu   zaobserwować   wiele   szczegółów 
pieczołowicie   ukrywanych   przez   esesmanów.   Niejednokrotnie   widzieli,   kto   został   wprowadzony   i 
wywieziony po rozstrzelaniu z bloku 11. Początkowo oprawcy czynili to w biały dzień, później stosowali te 
makabryczne praktyki po apelu wieczornym.

Protezownia   mieściła   się   w   mniejszej   izbie.   Głównym   zajęciem  zatrudnionych   tam  więźniów   była 

praca, która wywoływała grozę i przerażenie. Do tego małego pomieszczenia  dostarczano walizy pełne 
protez wyjętych z ust skazanych na śmierć w krematorium. Więźniowie protezy te musieli czyścić, sortować 
i kompletować. Po wykonaniu tych czynności zawartość waliz odsyłano do rewiru SS, a stamtąd do Berlina.

Podobnie jak oświęcimski szpital ta poradnia specjalistyczna miała swojego szefa. Byli nimi kolejno 

background image

stomatolodzy hauptsturmführer Teuber i Frank. Zastępcą kolejnych szefów był podoficer Mann (sudecki 
Niemiec). Więźniowie funkcyjni przychodni za pomocą łapówek w postaci żywności dostarczanej przez tak 
zwaną   organizację   gospodarczą   starali   się   zapewnić   sobie   przychylność   Manna.   Było   to   konieczne, 
ponieważ poradnia służyła jako miejsce spotkań, kontaktów i wymiany informacji między obozem głównym 
i podobozami.

Początkowo w poradni  wykonywano  proste  zabiegi, takie  jak ekstrakcja  czy wypełnianie ubytków. 

Później   uzyskano   zgodę   na   wykonywanie   wszystkich   zabiegów   stomatologicznych,   łącznie   z   chirurgią. 
Kierownictwo   szpitala   wydzieliło   nawet   kilkanaście   łóżek   dla   ciężkich   przypadków   chirurgiczno-
-stomatologicznych.

Najgorszym okresem dla poradni stomatologicznej w obozie oświęcimskim były lata 1942 i 1943. W 

tym czasie docierało tu najwięcej chorych z różnego rodzaju złamaniami szczękowymi. Nie należały do 
rzadkości również rany postrzałowe szczęki i żuchwy oraz ropowice, szczękościski, a nawet raki wodne 
występujące   przeważnie   u   wyniszczonych   głodem.   Złamania   i   rany   postrzałowe   były   konsekwencją 
bestialstwa   hitlerowskich   oprawców,   którzy  w   ten   sposób   karali   więźniów   za   najmniejsze   wykroczenia 
obwarowane regulaminem obozowym. Bywało, że okaleczony trafiał po prostu na „zły dzień” esesmana.

Pewnego   dnia   w   1942   roku   po   wieczornym   apelu   do   poradni   przywleczono   radzieckiego   jeńca, 

postrzelonego   rzekomo   podczas   próby   ucieczki.   Kula   strzaskała   mu   szczękę,   uszkadzając   podbródek. 
Krwawy wylew spowodował tak ogromny obrzęk szyi, że wyrównała się ona z klatką piersiową. Leczenie 
było długie i skomplikowane. Dopiero po upływie czterech miesięcy więzień został wypisany ze szpitala.

Szereg zabiegów stomatologicznych i protetycznych personel, składający się z więźniów, wykonywał 

nieoficjalnie. Również nieoficjalnie zdobywał potrzebne lekarstwa, materiały opatrunkowe i przyrządy. Było 
to możliwe dzięki dobrej organizacji na linii poradnia — apteka SS, gdzie również zatrudniano więźniów, 
głównie Polaków.

Program zajęć w poradni dostosowany był do zajęć obozowych: pobudka o godzinie piątej, następnie 

apel   poranny.   W   pierwszych   latach   istnienia   obozu   apele   dla   pracowników   szpitala   odbywały   się   na 
dziedzińcu przed szpitalem, a już od roku 1942 zbierano się oddziałami w blokach, co było niewątpliwie 
wielką  ulgą,  zwłaszcza   w  okresie   deszczów  i  mrozów.  Zajęcia   ambulatoryjne   zaczynały  się   o godzinie 
siódmej i trwały do godziny dwunastej, następnie od czternastej do osiemnastej.

Do ambulatorium można było się dostać tylko po uprzednim zgłoszeniu się u blokowego (po apelu 

wieczornym)  lub u kapo danego komanda (w czasie pracy), którzy wystawiali odpowiednie przepustki. 
Każdy   chory   rejestrowany   był   w   specjalnej   książce.   Odnotowywano   w   niej   numer   więźnia,   blok, 
ewentualnie   komando,  z  którego  wyszedł  w  czasie  pracy,   oraz  rodzaj  dokonywanego  zabiegu.  Terminy 
kolejnych zabiegów wyznaczano już bezpośrednio w ambulatorium — choremu wypisywano odpowiednie 
kartki z datą ponownego zgłoszenia się. Ponieważ były one w zasadzie respektowane przez władze obozu, 
więzienny personel umożliwiał w ten sposób chwilę odpoczynku szczególnie wycieńczonym lub pracującym 
w wyjątkowo ciężkich komandach. Te krótkie momenty wytchnienia dodawały sił do przetrwania i dalszej 
ciężkiej pracy. Mimo iż zabiegi w ambulatorium wykonywano bardzo często w obecności Niemców, którzy 
pilnowali, by nie dochodziło do porozumiewania się więźniów z podobozów i obozu głównego, jednak 
często udawało się uśpić ich czujność. Niejednokrotnie przekazywano tu sobie odzież, żywność i lekarstwa. 
Tutaj też wymieniano różne wiadomości i informacje na temat życia więźniów w całym obozie.

Warunki pracy w poradni stomatologicznej były bez porównania lżejsze niż inne wymyślone przez 

esesmanów   roboty   na   terenie   obozu   i   poza   jego   drutami.   Więźniowie   tam   zatrudnieni   mieli   większe 
możliwości rozszyfrowania planów władz obozowych, mogli też zorientować się, jak wygląda pełny obraz 
rozgrywającego się w obozie dramatu. Ten nieliczny personel, wspierając całą więzienną służbę medyczną 
obozu oświęcimskiego, ofiarnie i z narażeniem życia niósł pomoc wszystkim jej potrzebującym, nie bacząc 
na cenę, jaką sam mógł za to zapłacić.

Ze wspomnień sanitariusza

(Jan Wolny, były więzień obozu koncentracyjnego Dachau — nr 834, i Oświęcim-Brzezinka — nr 

15496)

Po rocznym pobycie w Dachau, któregoś majowego dnia 1941 roku, tuż po śniadaniu, na które dano 

nam jak zwykle napar z cuchnących ziół z obozowej plantacji, po apelu rannym, zupełnie niespodziewanie 
zebrano   nas,   pielęgniarzy  —   Polaków,   przebrano   w   najgorsze  łachmany   i   dołączono   do   transportu 
ruszającego w niewiadomym kierunku.

Zanim wepchnięto nas do bydlęcych wagonów, esesmani zdążyli wymierzyć nam sporą porcję razów i 

background image

kijów. Stłoczeni po czterdziestu w jednym wagonie, w zaduchu, jechaliśmy prawie trzy doby. Co pewien 
czas na postojach doczepiano do naszego składu dodatkowe wagony z więźniami. Działo się to wszystko 
przy akompaniamencie strzelaniny, bicia, krzyków i przekleństw.

Wczesnym rankiem kolejnego dnia podróży, ledwo żywi ze zmęczenia i strachu, osłabieni i głodni, 

dotarliśmy na miejsce przeznaczenia, którym była oświęcimska bocznica kolejowa. Wyładowano nas pod 
gradem uderzeń, wśród krzyków, szczuto nas psami, bito i kopano, gdzie popadło. Z wagonów wyrzucano 
zmarłych   lub   zabitych   w   czasie   podróży.   Ustawieni   w   piątki   staliśmy  na   bocznicy  przez   kilka   godzin. 
Pilnujący nas esesmani, znudzeni, przy najmniejszej niesubordynacji wymierzali nam bolesne kary. Kilku 
więźniów zostało po prostu rozstrzelanych.

Ci z nas, którzy mieli za sobą dłuższy pobyt w więzieniach i obozach koncentracyjnych, byli bardziej 

czujni i zdyscyplinowani, toteż z trudnych sytuacji łatwiej wychodzili cało. Przebiegłość, nieufność i dystans 
wobec katów stanowiły rodzaj samoobrony przed biciem. Esesmani bowiem, zapytani o cokolwiek przez 
niedoświadczonych więźniów, natychmiast wyładowywali na nich swój gniew.

Wreszcie pognano nas w głąb obozu. Teraz już wiedzieliśmy wszyscy, że znajdujemy się w osławionej 

kaźni narodów Europy, o której część z nas wiedziała i słyszała od więźniów przeniesionych stąd do Dachau.

Padał deszcz, ziemia była rozmokła i błotnista. Ujrzeliśmy pracujących przy budowie dwóch dużych 

bloków   nieprawdopodobnie   wychudzonych   więźniów.   Mimo   przejmującego   zimna   ubrani   byli   tylko   w 
cienkie,   podarte   pasiaki,   a   na   gołych   nogach   mieli   drewniaki.   Pracowali   szybko,   popędzani   biciem   i 
krzykami esesmanów i „kapów”. Poplamieni krwią i błotem, resztkami sił pchali wyładowane gliną i cegłą 
taczki lub wagoniki.

Nie   mogłem  wówczas   zrozumieć,  dlaczego   ci   słabi   ludzie   skaczą   z   pierwszego   piętra   budowli   na 

ziemię. Dopiero później zauważyłem, że po zaniesieniu cegieł na piętro musieli to zrobić, aby nie tarasować 
prowizorycznych schodów. Byli potłuczeni, niektórzy łamali kości. W pobliżu leżało kilkanaście trupów.

W głębi obozu duże grupy więźniów ćwiczyły morderczą, bezproduktywną gimnastykę, zwaną „tańcem 

aniołów”, którą już poznałem w poprzednim obozie. Było to kilkugodzinne czołganie się, skakanie żabką, 
turlanie po ziemi, tańczenie aż do zawrotu głowy i inne męczarnie.

Znów rozpoczęło się koszmarne czekanie nago na polu, tym razem na kąpiel. W łaźni esesmani dla 

zabawy puszczali na nas na przemian raz zimną, raz wrzącą wodę. Na protesty więźniów reagowano biciem i 
krzykiem. Potem nastąpiła  „ceremonia” strzyżenia, która dostarczyła również wielu powodów do szykan i 
bólu.

Wreszcie otrzymaliśmy obozową odzież, najczęściej zupełnie niedopasowaną. Próby wymieniania się 

między sobą powodowały kolejne ataki wściekłości naszych „opiekunów”. W końcu spisano nas i opatrzono 
numerami obozowymi. Ja otrzymałem pięciocyfrowy numer — 15496.

Grupę dziesięciu sanitariuszy z Dachau skierowano do bloku nr 28, w którym mieścił się obozowy 

szpital.

Po   wieczornym   apelu   przystąpiono   do  przydzielania   nam  pracy.   W   obecności   lagerältestera   Hansa 

Bocka i blockältestera Petera Welscha, kryminalisty z czarnym trójkątem, przemówił do nas — nowicjuszy 
— pisarz ambulansowy, Alfred Stössel. W ordynarnych słowach zapowiedział nam, że nie jesteśmy ludźmi, 
że dopilnuje osobiście, by nie zabrakło nam parszywej roboty, do której jesteśmy przeznaczeni, a w razie 
nieposłuszeństwa droga stąd jest tylko jedna  — przez komin. Bock i Welsch, uśmiechając się drwiąco, 
potakiwali głowami. Po tym szczególnym exposé nawet najtwardszym zrzedły miny.

Pracę przydzielał nam doktor Dering. Mnie wraz z dwoma kolegami kazano zgłosić się po rannym 

apelu do pracy w ambulatorium. To, co tam zastaliśmy, wywarło na nas przygnębiające wrażenie. W obozie 
koncentracyjnym w Dachau, mimo że był on też miejscem zagłady, panował znacznie większy porządek. 
Tam   funkcyjnymi   byli   więźniowie  —   komuniści   niemieccy.   Nie   pozwalali   oni   okradać   i   bić 
współtowarzyszy niedoli.

Po czterech miesiącach pracy w ambulatorium przeniesiono mnie do sali trzeciej w bloku nr 21. Było w 

niej 37 łóżek, a na nich około pięćdziesięciu ciężko chorych. Od tego momentu do moich obowiązków 
należało prowadzenie kart chorobowych, robienie opatrunków w sali, podawanie lekarstw, wykonywanie 
zastrzyków, a także rozdzielanie żywności. Po apelach wieczornych musiałem jeszcze robić opatrunki w 
ambulatorium bloku nr 28 lub na terenie obozu w blokach roboczych. Ten rodzaj zajęć pozwalał mi na dość 
swobodne   poruszanie   się   po   terenie,   a   to   stwarzało   możliwość   organizowania   i   dostarczania   leków, 
żywności,   bielizny   i   pościeli   dla   chorych,   do   których   miałem   dostęp.   Mogłem   również   przekazywać 
informacje o sytuacji na terenie obozu oraz wiadomości poszukującym się rodzinom lub znajomym. Poza 
tym byłem tak samo jak inni więźniowie skazany na różnego rodzaju szykany i niespodziewaną śmierć. Nie 
wierzyłem, że uda mi się przeżyć oświęcimskie piekło. Zdarzało się, że byłem świadkiem ludzkich tragedii i 
nie wiedziałem, czy w danym momencie sam nie stanę się ofiarą.

background image

Pod   koniec   marca   po   rannym   apelu   Bock   dołączył  mnie   do   grupy  sanitarnej,   która   miała   być   do 

dyspozycji esesmana Kaduka. Po dwugodzinnym oczekiwaniu usłyszeliśmy krzyk zbliżającego się do nas 
osławionego sadysty i mordercy.

Oswald   Kaduk   wrzasnął   w   języku   niemieckim:  „Gdzie   są   sanitariusze?”   Zamarliśmy   ze   strachu, 

staliśmy jak sparaliżowani, nie mogliśmy ruszyć z miejsca nawet wtedy, gdy Kaduk rozkazał nam biec w 
stronę bramy głównej. Dopiero jego kij oderwał nasze drewniaki od ziemi. Biegliśmy więc, a on jechał obok 
nas   na   rowerze   i   okładał   nas   kijem.   Wkrótce   dobiegliśmy   pod   blockführerstubę.   Tu,   między   drutami 
wysokiego napięcia, mieliśmy czekać. Więźniowie powracający z pracy spoza terenu obozu przyglądali się 
nam z litością i współczuciem.

Wymienialiśmy spojrzenia i gesty ze współtowarzyszami. Wiedziałem, że wszyscy myślimy o jednym, 

że zastanawiamy się, jaką zgotowano nam śmierć za urojone przewinienie. Po upływie około trzech godzin 
oczom naszym ukazał się pluton egzekucyjny. Składał się z około trzydziestu esesmanów. Wszyscy byli w 
hełmach.  Esesmani   weszli   do  dołów  żwirowni   i  ustawili   się   w  dwuszeregu   tyłem  do  blockführerstuby, 
twarzami w stronę skarpy wykopu. Wesoło rozmawiali, śmiali się rubasznie i palili papierosy. Wkrótce przy 
żwirowni zaroiło się od esesmańskich mundurów. Wśród przybyłych nie zabrakło również wysokich rangą. 
Poznaliśmy Hössa i Entressa. Zorientowaliśmy się, że nasi oprawcy przygotowują wielką egzekucję.

Wkrótce ujrzeliśmy skazańców. Wśród nich uwagę zwracały dwie bardzo młode kobiety i dziewczynka 

nie mająca więcej niż 12 lat. Kazano im wszystkim położyć się twarzą do ziemi, a my musieliśmy opuścić 
miejsce   między  drutami   i   stanąć   w   dołach,   z   lewej   strony  plutonu   egzekucyjnego.   Jeden   z   oprawców, 
zwracając się do nas po polsku,  oznajmił, że tych, którzy zostaną zastrzeleni, mamy szybko zabierać i 
ładować na wozy. Leżących, ciągle jeszcze żywych, skazańców odliczano po pięciu i doprowadzano do 
stołu, przy którym zasiedli: szef oddziału politycznego Grabner, komendant obozu Höss i trzech cywilów. 
Krótko  sprawdzano  tożsamość  i wygłaszano   formułkę  o  karze  śmierci  za  popełnienie  „ciężkiej  zbrodni 
przeciwko Rzeszy”. Po tej „formalności” ustawiano ich w szeregu, zawiązywano oczy opaską, a oddalony o 
20 metrów pluton egzekucyjny oddawał serię strzałów.

Staliśmy jak rażeni piorunem, z nogami wrośniętymi w ziemię. Oprzytomnieliśmy dopiero na krzyki 

Kaduka i innych oprawców: „Prędko, brać ich! Ładować na wóz!” Trzymani pod lufą pistoletu jednego z 
popędzających  mechanicznie  wykonywaliśmy rozkazy.  Do zastrzelonych podszedł  Entress  i wprawnymi 
ruchami podnosił ich powieki, by sprawdzić, czy na pewno nastąpił zgon. Każdego zamordowanego dwóch 
sanitariuszy niosło za ręce i nogi do wozu. Jeden z sanitariuszy stał na wozie i układał trupy.

Najbardziej   wstrząsającą   sceną   był  moment,   kiedy  do   stołu   podeszły  owe   kobiety  i   dziewczynka. 

Płacząc prosiły o darowanie im życia. Wtedy któryś z esesmanów podszedł do jednej z kobiet, uderzeniem 
kolby w głowę ogłuszył ją i osobiście dowlókł pod skarpę. Druga kobieta i dziewczynka zaprzestały próśb i 
same poszły na wyznaczone im miejsce. Ze ściśniętymi bólem sercami odwróciliśmy głowy.

Natychmiast po strzałach podbiegliśmy do nieszczęsnych, a martwą dziewczynkę delikatnie podaliśmy 

stojącemu na wozie. Małej krew sączyła się z ust, a z oczu spływały łzy.

Esesmani   uczestniczący   w   egzekucji   dobijali   ofiary   strzałem   w   ucho.   Wykonywali   to   zajęcie   z 

uśmiechem na ustach, a kiedy wracali spod skarpy, sprawiali wrażenie zadowolonych z udanego polowania 
myśliwych.

Po   egzekucji   musieliśmy   zaciągnąć   zwłoki   do   krematorium   i   rzucić   je   na   duży   stos.   W   drodze 

powrotnej Kaduk pod groźbą śmierci nakazał nam zachowanie w tajemnicy tego, czego byliśmy świadkami. 
Mimo ostrzeżenia powiedzieliśmy o tej zbrodni zaufanym współtowarzyszom.

Podobnych dramatów ja i moi koledzy sanitariusze przeżyliśmy wiele. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, 

że jesteśmy zupełnie bezsilni, i tym większa była nasza gorycz. W takich jak ten i podobnych przypadkach 
nie byliśmy w stanie w żaden sposób wyrwać z rąk zwyrodnialców ani jednej ofiary. Z tym większym 
zapamiętaniem   i   heroizmem   staraliśmy   się   czynić   jak   najwięcej   na   swoim   małym   podwórku,   by 
przechytrzyć tych, którzy po trupach całej Europy kroczyli do zwycięstwa.

Moja oświęcimska gehenna trwała trzy lata i sześć miesięcy. Obliczyłem, że robiąc po 35 opatrunków 

dziennie wykonałem ich 46200.

U progu śmierci

(Roman Obydziński, były więzień obozu koncentracyjnego Oświęcim-Brzezinka, numer obozowy 

292)

Byłem wówczas ciężko chory, trawiony gorączką. Obok mnie, na tym samym łóżku w bloku nr 20, leżał 

jeszcze jakiś człowiek.

background image

Kryzys powoli mijał i wracała mi częściowa świadomość, a wraz z nią budziła się nadzieja, że jeszcze 

nie nadszedł kres moich dni. W miarę  możliwości ukradkiem obserwowałem, co działo się wokół. Ten 
względny spokój nie trwał jednak długo.

Któregoś dnia kazano mi i kilkunastu innym chorym wstać z łóżek. Staliśmy w krótkich koszulach 

przed drzwiami i czekaliśmy na swój los. Pilnujący nas esesman co jakiś czas kierował jednego z chorych do 
dalszych pomieszczeń. Korzystając z jego nieuwagi, podkradłem się do drzwi i dostrzegłem za nimi parawan 
z koców. Byłem tak zaintrygowany tym, co dzieje się za tą osłoną, że pokonując strach uchyliłem rąbek 
koca.   Zobaczyłem   esesmana   w   białym   kitlu   i   jeszcze   kogoś   drugiego.   Sadzali   właśnie   na   taborecie 
wprowadzonego uprzednio chorego. Inny mężczyzna stał za plecami siedzącego i przytrzymywał mu ręce. 
Jeszcze  moment,  esesman wziął  strzykawkę i skierował  ją w klatkę  piersiową delikwenta.  Natychmiast 
wycofałem się na korytarz. W pierwszym odruchu pomyślałem, że taki zastrzyk w klatkę piersiową musi być 
bardzo bolesny. Ogarnięty panicznym strachem ustawiłem się na końcu kolejki. Dziwnym wydawał mi się 
fakt, że żaden z chorych po otrzymaniu zastrzyku nie wyszedł z tamtego pomieszczenia.

Strach paraliżował mnie coraz bardziej. Tysiące myśli  kłębiło się w głowie. Stojący przede mną w 

kolejce zadawali mi jakieś pytania, ale nie docierały one do mojej świadomości. W końcu zorientowałem się, 
że chcą oni wiedzieć, co zobaczyłem za drzwiami. Nie chciałem straszyć  współtowarzyszy niedoli,  ale 
czułem, że muszę im odpowiedzieć. Rzuciłem więc krótko: „Robią jakieś zastrzyki”. Nagle z drugiego końca 
korytarza usłyszałem swój numer, a następnie polecenie: „Masz natychmiast zameldować się u blokowego”.

Sanitariusz, mój serdeczny przyjaciel, chwycił mnie mocno za rękę i pociągnął gwałtownie ku wyjściu.
Po tym,  co usłyszałem od niego, straciłem przytomność. Kiedy się ocknąłem,, zrozumiałem, czego 

byłem świadkiem i niedoszłą ofiarą. Uświadomiłem sobie, że tak jak i moi współtowarzysze miałem być 
zabity za pomocą zastrzyku.

Choroba mijała, ale ciągle jeszcze byłem bardzo słaby. Dodatkowe przeżycia spowodowały nawroty 

silnej   gorączki.   Odczuwałem   straszne   pragnienie.   Polski   personel   medyczny,   wiedząc,   że   zostałem 
uratowany od okrutnej śmierci, zajmował się moją osobą bardzo troskliwie. Wkrótce dostałem pierwszą 
porcję chleba (nawet białego!) i herbatę. Siły powoli wracały, wracała też wrażliwość. Zacząłem zwracać 
uwagę, jak bardzo gryzły mnie wszy.

Tak minęło kilka dni.
Nadszedł dzień 29 sierpnia 1942 roku. Byłem już tak silny, że mogłem samodzielnie zejść z łóżka. 

Cieszyłem się z przyniesionego mi wczoraj przez kolegów ubrania, surowego ogórka, ziemniaka i odrobiny 
prawdziwego masła. Pokroiłem ziemniaka, rozpuściłem masło i zabrałem się do obierania ogórka. Wtedy 
dobiegły mnie głośne wołania. Wynikało z nich, że wszyscy mają zejść na dół i opuścić barak. Zdrowsi 
schodzili sami, słabych sprowadzano, a ciężko chorych znoszono na noszach lub razem z siennikami.

Zszedłem na podwórze, które mieściło się między blokami 21 i 20 a bramą o wysokiej siatce. Chorych 

na noszach i siennikach ułożono koło bramy, a tych, którzy zeszli sami, ustawiono po przeciwnej stronie 
podwórza. Na środku placyku, między drzwiami bloków, postawiono stolik i kilka taboretów.

Orkiestra obozowa kończyła swój poranny koncert. Komanda wychodziły do pracy.
Wkrótce w drzwiach bloku 21 pojawili się esesmani. Kilku z nich usiadło przy stole. Reprezentanci 

władzy obozowej zaczęli wywoływać chorych według numerów. Nikt z nas nie wiedział, o co tym razem 
chodzi.   Wywoływany   zbliżał   się   do   stolika,   czyli   stawał   przed   komisją,   która   kwalifikowała,   ale   nie 
wiadomo do czego.

Miałem numer obozowy 292, zostałem więc wywołany jako jeden z pierwszych. Podchodząc do stolika, 

starałem się udawać zdrowego. Żywo i dziarsko, na ile mi siły pozwalały, przemaszerowałem przed komisją. 
Otrzymałem kartę ewidencyjną i skierowano mnie pod bramę zamkniętą na kłódkę. Kiedy stało już nas tam 
kilkudziesięciu, przed bramę zajechało auto ciężarowe, zwane popularnie „smokiem”. Dotychczas wożono 
nim chleb, więc właśnie chleba się spodziewaliśmy.

Tymczasem któryś z esesmanów otworzył bramę i zobaczyliśmy puste auto, do którego kazano nam 

wstadać. Intuicyjnie wyczuwałem, że jest to jakaś zasadzka. Postanowiłem do tego auta nie wchodzić.

Przy bramie było już tłoczno, tylu tu skierowano chorych więźniów. Niektórzy zaczęli już wsiadać do 

samochodu. Ja stałem dotychczas nieco z boku, a teraz zacząłem wolniutko przemieszczać się pod ścianę 
baraku, w pobliżu której już wcześniej zauważyłem właz do kanału kloacznego przykryty betonową płytą. 
Zbliżyłem się do włazu i próbowałem podważyć płytę. Była jednak zbyt ciężka. Moje manewry dostrzegli 
dwaj stojący w pobliżu więźniowie.  Porozumieliśmy się spojrzeniami. Potem wszystko  rozegrało się w 
ułamkach sekund. Dwaj mężczyźni podeszli do mnie, chwyciliśmy płytę, przesunęliśmy ją nieco, zsunęliśmy 
się w dół i zamknęliśmy za sobą klapę. W środku było ciemno i niesamowicie cuchnęło. Kucnęliśmy w tej 
śmierdzącej jamie i zastanawialiśmy się, co stanie się z nami, jeśli nas odkryją. Odpowiedź była jasna. 
Czekała nas śmierć. Przerwaliśmy szepty, skoncentrowaliśmy uwagę na tym, co działo się nad nami. Ciągle 

background image

było słychać manewrujące auto — „smoka”, którym esesmani wywozili kolejne partie więźniów.

W kanale robiło się coraz duszniej, nie mieliśmy czym oddychać.
Moi koledzy nie wytrzymali nerwowo. Kiedy po raz któryś ucichł warkot „smoka”, unieśli płytę. Nikt 

nie zauważył naszych manewrów. Znów znaleźliśmy się wśród strwożonych i milczących postaci.

„Smok” powrócił, by zabrać nowy transport więźniów. Ogarnięty paniką myślałem gorączkowo nad 

inną drogą ucieczki. Postanowiłem w końcu przecisnąć się między więźniami, ominąć auto i uciec w głąb 
obozu. Ten pomysł nie był jednak najlepszy. Jeden z funkcyjnych zauważył moje manewry i uderzeniem kija 
przez plecy zawrócił mnie z obranej drogi. Zrozumiałem, że nie mam innego wyjścia, muszę wrócić do 
kanału. Teraz sam poradziłem sobie z betonową płytą i szybko wśliznąłem się do środka. Klapę zasunąłem 
dźwigając  ją  na  głowie.  Aby  móc  nadsłuchiwać,  co  się  dzieje  na  zewnątrz,  musiałem stać  na  zgiętych 
nogach, co było niewygodne i bardzo męczące. W samotności ogarnęły mnie niespokojne myśli. W miarę 
upływu czasu zaczynałem wątpić, czy siedząc tutaj zdołam uratować życie.

Obliczyłem, że auto powróciło już po raz piąty. Usiłowałem odsunąć nieco klapę, aby zorientować się, 

jak przebiegają wypadki. Po kilku próbach z trudem mi się to udało. Dostrzegłem przy drzwiach bloku 21 
zwartą grupkę osób w czystych drelichach. Byli to sanitariusze z bloku 20.

Patrzyłem przez gąszcz nóg na środek podwórka i zobaczyłem esesmana.
Nie mogłem już dłużej utrzymać ciężkiej klapy i znów schowałem się w kanale.
„Smok” powrócił jeszcze szósty i siódmy raz.
Klęknąłem, by spokojnie pomyśleć o sposobie ratunku. Na zewnątrz było coraz ciszej, a wkrótce doszły 

do mnie dźwięki orkiestry obozowej. Chciałem już wyjść, ale powstrzymał mnie warkot powracającego auta. 
Orkiestra   ciągle   grała.   Wywnioskowałem   z   tego,   że   komanda   wracają   z   pracy   i   będzie   apel.   To 
zadecydowało, że postanowiłem zaryzykować i opuścić swą kryjówkę  — brak na apelu choćby jednego, 
żywego czy umarłego, więźnia stawia na nogi cały obóz. Poza tym bałem się, że w końcu esesmani znajdą 
mnie i zamęczą na śmierć. Zdjąłem bluzę, zwinąłem w kłębek, położyłem na głowie i uniosłem klapę. 
Usunąwszy ją na bok, ostrożnie wychyliłem głowę. Esesmanów już nie było. Cicho zawołałem:  „Jest tu 
ktoś?”, i usłyszałem: „Można wyjść”. Wychyliłem się bardziej i zobaczyłem pasiak, a potem znajomą twarz. 
Z  pomocą   kolegi-więźnia   wygramoliłem się   na  górę.   Jeszcze  nie   byłem pewny,   czy  niebezpieczeństwo 
naprawdę minęło. Nie wiedziałem, jak wyjść z tego podwórka-klatki, ponieważ bramę zamknięto na kłódkę. 
Kolega   wzrokiem   wskazał   mi   beczkę   od  „herbaty”.   Energicznie   chwyciłem   ją,   podniosłem   do   góry   i 
wyszedłem przez drzwi i korytarz bloku 20 w głąb obozu.

Już w obozie dowiedziałem się, że chorych z bloku 20 wywieziono do gazu. Akcja ta objęła wszystkich 

bez wyjątku. Nie miała znaczenia ani narodowość, ani wiek, ani stan zdrowia. Mimo to w nie znanych mi 
okolicznościach uratowało się kilka osób.

Preparat „nr 101”

Obóz koncentracyjny w Mauthausen (w pobliżu Linzu, w Austrii Górnej) został założony już w 1938 

roku i wkrótce zasłynął ze swych kamieniołomów. W roku 1940 powstał największy jego podobóz, filia 
obozu   Mauthausen,   w   Gusen,   gdzie   więźniowie,   przeważnie   Polacy,   musieli   pracować   przy   budowie 
podziemnych zakładów zbrojeniowych.

Transporty  przybywające   do   Mauthausen   składały  się   przeważnie   z   osób,   które   przebywały  już   w 

więzieniu i przeszły tortury gestapowskich przesłuchań, a więc krańcowo wyniszczonych i osłabionych. 
Ludzie ci, kierowani natychmiast do pracy w kamieniołomach lub karnej kompanii, źle ubrani, głodni i bici, 
szybko zapadali na zdrowiu i tracili siły, a zatem stawali się „muzułmanami”.

W ostrym klimacie podalpejskim, przy ciężkiej pracy w kamieniołomach, gdzie tumany unoszącego się 

pyłu   utrudniały  oddychanie,   duża   liczba   więźniów   chorowała   na   nieżyty  dróg   oddechowych   oraz   była 
skłonna do zapaleń odoskrzelowych płuc i opłucnej. W tych warunkach niemal powszechną chorobą była tu 
gruźlica płuc.

W opinii władz obozowych słowo „gruźlica” łączyło się z pojęciem niezdolności do pracy fizycznej, a 

każdy wychudzony i zagłodzony więzień był o nią posądzony. A przecież tacy więźniowie stanowili w 
obozie ogromną większość. W pierwszym okresie istnienia obozu, kiedy do służby zdrowia kierowano ludzi 
nie mających z medycyną nic wspólnego, rozpoznanie gruźlicy należało do obowiązków  „kapo rewiru” i 
jego pomocników. Ci „specjaliści” stawiali  „diagnozę” na podstawie zewnętrznego wyglądu badanego, co 
następnie na oko zatwierdzał lekarz SS, któremu pokazywano wybranych.

Chorych na gruźlicę nazywano potocznie inwalidami i nie było dla nich ratunku. Inwalidzi nie nadawali 

się do pracy, należało ich zatem zlikwidować. Ludzie uznani przez kapo i funkcyjnych za gruźlików  — 

background image

wystarczyło, by więzień nie podobał im się z wyglądu i już był kwalifikowany jako chory — kierowani byli 
do baraku 32, zwanego blokiem inwalidzkim, gdzie czekali na likwidację. Mordowanie ich odbywało się w 
różny sposób, na ogół były to akcje jak gdyby żywiołowe. Likwidacja chorych w szpitalu miała już charakter 
zorganizowany.

W pierwszym okresie istnienia obozu przebywający w  „rewirze” byli umieszczani w bloku 31 lub w 

wydzielonym miejscu w bloku 29. Czekający tam na likwidację leżeli nago na podłodze i nie otrzymywali 
jedzenia. Przeważnie umierali z głodu i wycieńczenia.

Na rozkaz naczelnego lekarza Mauthausen oraz podległych mu lekarzy SS, kierujących szpitalem w 

Gusen,   codziennie   po   przyjęciu   nowej   partii   chorych   lub   po   wieczornym   apelu   wykonywano 
„szprycowanie”. Zabieg polegał na tym, że więźnia skazanego na śmierć przyprowadzano lub przynoszono 
do sali opatrunkowej, kładziono go na stole operacyjnym i wstrzykiwano mu do serca 100—250 g benzyny 
lub   wody   utlenionej.   Czynność   tę   wykonywali   osobiście   sanitarni   podoficerowie   SS,   tzw.   SDG,   lub 
„kapowie” — Sach, Roth i sztubowy Käfferbeck. W ten sposób zabijano kilkanaście osób dziennie. Gdy 
zebrała się większa liczba skazańców i stosowane metody okazały się niewystarczające, przystąpiono do 
masowych egzekucji.

Jedną z tego typu akcji było wymordowanie w wigilię 1941 roku kilkudziesięciu chorych w bloku 31. 

Późnym   wieczorem   po   apelu   wyprowadzano   pojedynczo   chorych   z   sali.   W   drzwiach   stał  „sztubowy” 
Käfferbeck z pomocnikiem. Jeden silnym uderzeniem drewnianej pałki w głowę ogłuszał wychodzącego, 
drugi wprawnym ruchem zanurzał głowę nieszczęśnika w stojącej obok beczce z wodą. Ofiary odrzucano na 
bok. Sterta rosła w szybkim tempie. Egzekucję nadzorowali sanitarni podoficerowie SS oraz kapo Roth.

Inną, równie okrutną akcję przeprowadzono wczesną wiosną roku 1942. Na rozkaz ówczesnego lekarza 

SS, hauptsturmführera Kiesewettera, zaaplikowano siedemdziesięciu chorym w bloku 27 roztwór cyjanku 
potasu w lurze zwanej kawą.

Gruźlicy, których nie kierowano do szpitala, gromadzeni byli w baraku 32, tzw. inwalidzkim. Czekający 

tu na śmierć leżeli stłoczeni po kilka osób na pryczy lub na gołej podłodze. Tych, co mogli jeszcze stać, 
ustawiano w szeregach przed blokiem i trzymano tam całymi godzinami bez względu na porę roku i pogodę. 
„Inwalidzi” dostawali zmniejszoną ilość zupy, a blokowy i jego pomocnik, uznawszy, że i tak muszą umrzeć, 
przestali wydawać im chleb. Obaj, blokowy Karl Schrögler i jego pomocnik Seppe, uśmiercali ich, topiąc w 
beczce z wodą. Stosowali też inne, równie okrutne metody.

Bardzo wielu chorych zginęło w czasie tak zwanej dezynsekcji obozu jesienią 1941 i zimą 1942 roku. 

Na zlecenie władz obozowych firma Slupecky z Linzu przeprowadziła odwszanie. Wszystkich więźniów 
obozu o godzinie czwartej rano spędzono nago na plac apelowy. Chorych ze szpitala, nie mogących poruszać 
się   o   własnych   siłach,   wyniesiono   na   noszach.   Do   uszczelnionych   baraków   mieszkalnych,   w   których 
zostawiono pościel, bieliznę i ubrania więźniów, wpuszczono cyklon. Ciała nagich ludzi wystawione były na 
działanie   dotkliwego   zimna,   a   potem   prażącego   słońca.   Wieczorem   wszyscy   musieli   przejść   osobistą 
dezynsekcję, polegającą na zanurzeniu w żrących dezynfekcyjnych płynach. Wyczerpani, osłabieni ludzie 
leżeli   pokotem  na   placu   apelowym.   Wielu   z   nich   nie   przeżyło   tego   strasznego   dnia,   wielu   zapadło   na 
zapalenie płuc i przeziębienia.

W czasie dezynsekcji przeprowadzonej 2 marca 1942 roku zagazowano w bloku 16 wszystkich jeńców 

radzieckich (było ich 164) oraz około 300 inwalidów z bloku 32.

Największą zorganizowaną akcją masowego mordu gruźlików była zsyłka chorych do tak zwanego 

sanatorium. Akcję tę poprzedzono małoobrazkowymi prześwietleniami rentgenowskimi wykonanymi przez 
ekipę pracowników SS przybyłą z Linzu. Badania te objęły wszystkich więźniów znajdujących się wówczas 
w obozie (około pięciu tysięcy). Potem przyszło   zarządzenie   zorganizowania   transportu dwóch tysięcy 
osób celem wysłania ich do sanatorium. Według zapewnień władz obozowych chorzy w sanatorium mieli 
być zwolnieni od pracy, otrzymywać lepsze jedzenie i być leczeni. Wśród tych dwóch tysięcy znajdowali się 
wszyscy leżący w szpitalu, słabi i wychudzeni z innych bloków oraz pewna liczba imiennie wyznaczonych 
przez władze niemieckie.

Wybranych podzielono na cztery grupy i rozmieszczono w czterech oddzielnych barakach: 20, 21, 22, 

23, gdzie mieli czekać na zapowiedziany wyjazd.

Mijały  tygodnie,   a   transport   nie   odjeżdżał.   Ludzie   ci,   jako   element   bezproduktywny,   otrzymywali 

zmniejszone porcje jedzenia i nie wolno im było opuszczać baraków. Siedzieli więc skuleni, trzęsący się z 
zimna przy otwartych oknach (tak zarządzili funkcyjni). Umierali masowo. Trupy wywlekano przed baraki.

Transport inwalidów do obiecanego sanatorium wysłano dopiero na początku 1942 roku. Ponieważ 

zgromadzeni uprzednio codziennie masowo umierali, na ich miejsce przysyłano nowych, wybieranych z 
innych bloków i rewiru.

W dniu  „wyjazdu” na plac apelowy zajechało kilka karetek więziennych, do których upychano tylu 

background image

ludzi, ilu się tylko zmieściło. Na końcu wrzucono również trupy. Karetki wracały w ciągu dnia kilkakrotnie.

Po   kilku   dniach   do   obozu   dotarła   wieść,   że  „pensjonariusze”   zostali   przewiezieni   do   Hartheim, 

miejscowości odległej o 10 km od Linzu, do zakładu masowego uśmiercania. Wszyscy zostali zagazowani.

W  połowie  1942 roku,  gdy w Gusen zaczęto  tworzyć  ośrodek  przemysłu  zbrojeniowego, budować 

fabryki   broni   i   części   do   samolotów,   zrezygnowano   z   masowego   mordowania   więźniów.   Niemcom 
potrzebna była siła robocza.

W tym okresie zmieniła  się również sytuacja  w szpitalu  obozowym,  ale pracujący w nim lekarze-

-więźniowie zdawali sobie sprawę, że nagła zmiana postępowania z chorymi i zaprzestanie mordowania 
gruźlików nie były podyktowane względami humanitarnymi — chodziło o sprawdzenie na ludziach nowego 
preparatu zaszyfrowanego jako „nr 101”.

Chorych na gruźlicę płuc zaczęto teraz kłaść w izbie B bloku 29, a pomieszczenie dla nich nazwano 

„oddziałem   gruźliczym”.   Chorym   poprawiono   nieco   wyżywienie   i   zaczęto   im   podawać   wspomniany 
preparat. Środek ten w postaci ciemnoczerwonych, drobnych granulek, gorzki w smaku, przetrzymywany w 
ciemnych butelkach półlitrowych i litrowych był przechowywany i wydzielany przez lekarza SS. Chorzy 
otrzymywali preparat „nr 101” po łyżce stołowej trzy razy dziennie. Wszyscy, którym go podawano, musieli 
mieć wykonane badanie plwociny na prątki Kocha, odczyn opadania krwinek, morfologię krwi oraz analizę 
moczu.  „Leczeni” byli jedynie prątkujący z radiologicznie stwierdzonymi zmianami w płucach. Badania 
laboratoryjne i zdjęcia powtarzano w odstępach trzytygodniowych. Skrzętnie zapisywano w kartach choroby 
ciepłotę, ciężar ciała oraz uwagi o samopoczuciu chorego.

Przy  okazji   tworzenia  „oddziału   gruźliczego”   kierownikami   oddziałów   szpitalnych   zostali   lekarze-

-więżniowie, specjaliści, którzy do tego czasu pracowali jako sprzątacze i sanitariusze. Praca tego personelu 
lekarskiego była bardzo ciężka, odpowiedzialna i niebezpieczna.

Jako fachowcy lekarze zorientowali się szybko, że preparat „nr 101” nie wywiera korzystnego wpływu, 

że nie leczy gruźlicy. Przeciwnie. Powodował mdłości, wymioty, bóle głowy, biegunki, łamanie w kościach i 
brak łaknienia.

W ścisłej tajemnicy przed lekarzem SS, hauptsturmführerem Bömichenem, który przeprowadzał ten 

eksperyment,   zaprzestano   jego   podawania   i   zaczęto   leczyć   chorych   metodami   ogólnie   przyjętymi   w 
medycynie. W zależności od stadium choroby i rodzaju przypadku więźniowie-chirurdzy zakładali odmy 
opłucne, wycinali żebra oraz przecinali nerw błędny. Osiągali wyniki graniczące z cudem, jak na warunki, w 
jakich pracowali.

Bömichenenowi,   który   był   zbyt   leniwy,   by   czuwać   nad   przebiegiem   leczenia   i   badać   chorych, 

wmówiono z łatwością, iż poprawa stanu zdrowia gruźlików jest wynikiem stosowania owego preparatu. Od 
zadowolonego z uzyskanych wyników lekarza SS udawało się niekiedy otrzymać dodatkowe przydziały 
witamin   oraz   zastrzyków   chlorku   wapnia   i   glukozy,   które   podawano   chorym.   Podwójnie   prowadzona 
dokumentacja, podwójne wyniki badań dawały całej akcji szansę powodzenia.

Mimo przeciwdziałania  ze strony obozowej służby zdrowia eksperymentom z preparatem  „nr 101” 

zostało poddanych około 300 gruźlików. Wyniki badań przesyłano władzom do Berlina. Po upływie roku 
przyszło zarządzenie, by „oddział gruźliczy” rozwiązać, silniejszych więźniów skierować do pracy, a resztę 
zlikwidować.

Po   zlikwidowaniu   oddziału   i   ponownym   zaleceniu   zabijania   gruźlików   praca   lekarzy   szpitalnych 

przybrała inne formy. Przypadki gruźlicy ukrywano przed władzami, a chorych w tajemnicy leczono. Kiedy 
ich stan zdrowia poprawiał się, załatwiano im lżejszą pracę i otaczano opieką tajnej organizacji obozowej. 
Dzięki temu uratowano wiele istnień ludzkich, a wielu więźniów chorych na gruźlicę przeżyło obóz i po 
wyzwoleniu wróciło do swoich domów.

Łódzcy „terminatorzy”

Sytuacja   ludzi   masowo   przywożonych   do   obozów   koncentracyjnych   właściwie   wszędzie   była   taka 

sama. Bez względu na to, czy znajdowali się w Oświęcimiu, Majdanku, Gross-Rosen czy Buchenwaldzie. O 
tych obozach wiemy już prawie wszystko.

Niewiele   jednak   osób   wie,   że   istniał   na   terenie   Polski   obóz   przeznaczony  wyłącznie   dla   dzieci   i 

młodzieży,   który   swym   regulaminem   i   wyrafinowanym   systemem   kar   mało   się   różnił   od   obozów 
koncentracyjnych dla dorosłych. Mieścił się on w Łodzi na terenie wydzielonym z getta. W okresie od 10 
grudnia 1942 roku do 18 stycznia 1945 roku nosił on urzędową nazwę „Polen — Jugendverwahrlager der 
Sichercheitspolizei in Litzmannstadt” (prewencyjny obóz policji bezpieczeństwa dla młodzieży polskiej). 
Jakkolwiek oficjalnie podaje się, że istniał on od 10 grudnia 1942 roku, to w rzeczywistości funkcjonował od 

background image

roku 1941.

Obóz   założony   został   przez   niemiecką   policję   bezpieczeństwa   Głównego   Urzędu   Bezpieczeństwa 

Rzeszy i więziono w nim dzieci w wieku od 2 do 17 lat przywożone nie tylko z obszaru Polski, lecz także z 
innych terenów okupowanych przez hitlerowską Rzeszę. Obóz był hermetycznie zamkniętym obiektem, nie 
mającym   żadnego   kontaktu   ze   światem   zewnętrznym.   Niezależnie   od   tego,   że   otoczony   był   dobrze 
strzeżonym gettem, dodatkowo odizolowano go od otoczenia wysokim płotem z drutem kolczastym. Po 
pierwszej  próbie  ucieczki  wzniesiono  wieżyczki  z reflektorami  i karabinami maszynowymi.  Ucieczka z 
obozu była prawie niemożliwa, bo nawet ci, którym udało się wydostać z obozu, byli zatrzymywani w 
getcie.

Już z tego faktu, jak pilnie był strzeżony, można wnioskować, że hitlerowcom bardzo zależało na tym, 

aby o jego istnieniu i roli, jaką spełniał, świat się nie dowiedział.

Do obozu wiodła jedna brama, mieszcząca się przy ulicy Przemysłowej, a jego teren podzielony był na 

część chłopięcą i dziewczęcą. W części pierwszej więziono chłopców w wieku od 8 do 17 lat, w drugiej 
dziewczęta   (8—17   lat)   oraz   dzieci   obojga   płci   (od   2   do   8   lat).   Obóz   miał   swoje   filie,   tak   zwane 
arbeitsbetrieby,   do   których   między   innymi   należał   folwark   Dzierżążnia   (około   15   km   od   Łodzi).   W 
Dzierżążni przebywały dziewczęta silne fizycznie, które były zatrudniane przy pracach rolnych oraz przy 
bydle. Zajęcia te, ciężkie i wyczerpujące, trwały najmniej dwanaście godzin na dobę. Więźniarki musiały 
wstawać o godzinie czwartej rano i jeśli zdarzyło się, że któraś zaspała, czekała ją ciężka kara.

Po   obozie   w   Łodzi   nie   zostały   prawie   żadne   dokumenty.   Jedynym   źródłem   informacji   o   nim   są 

wspomnienia i relacje więźniów (nielicznych), którzy ocaleli.

W obozie dokonywano selekcji dzieci „rasowo przydatnych” i umieszczano je w „domach rasy” w celu 

zniemczenia.  Pozostałe   dzieci   wychowywano   zgodnie   z   polityką   nazistowską,   według   wskazań   samego 
reichsführera SS. W jego osobistym rozkazie z 6 stycznia 1943 roku nakazuje on:

„W obozach zbiorowych dla dzieci i nieletnich projektowanych przez Główny Urząd Gospodarki SS 

należy przeprowadzać przegląd rasowy i polityczny.

Bezwartościowe pod względem rasowym jednostki młodzieży płci męskiej i żeńskiej należy przekazać 

do   przedsiębiorstw   gospodarczych   obozów   koncentracyjnych   jako   terminatorów.   Dzieci   te   należy 
wychowywać, a wychowanie to ma polegać na przyuczaniu do posłuszeństwa, pilności, bezwarunkowego 
podporządkowania się i uczciwości wobec niemieckich panów.

Muszą umieć liczyć do stu, poznać znaki ruchu drogowego i być przygotowane do swoich zawodów 

jako robotnicy rolni, ślusarze, kamieniarze, stolarze itd. Dziewczęta należy wyszkolić na robotnice, prządki, 
trykociarki i nauczyć innych podobnych zawodów.”

Do Łodzi napływały wciąż nowe transporty dzieci. Każdemu nowo przybyłemu dziecku zdejmowano 

odciski palców, robiono zdjęcia en face i z profilu, spisywano dane osobowe i nadawano numer obozowy. 
Odtąd „terminator” nie miał nazwiska, był tylko numerem. „Numer” otrzymywał koc, ręcznik, miskę i był 
kierowany „na sztubę”, gdzie „wychowawca” przydzielał mu pracę.

Przez   pewien   czas   młodociani   więźniowie   chodzili   we   własnej   odzieży;   później   wydawano   im 

drelichowe, więzienne ubrania koloru szarego i trepy parciane na drewnianych spodach. Zarówno ubranie, 
jak i trepy były najczęściej za duże. W maju zabierano trepy do magazynu i do października dzieciaki 
chodziły  boso.   Początkowo   spały  na   siennikach,   później   dla   tych   z   nowych   transportów   sienników   nie 
starczało.

Rozbudowa obozu nie nadążała za potrzebami, toteż postanowiono wprowadzić dla młodych więźniów 

pracę na dwie zmiany, po 12 godzin. Pracowali w dzień i w nocy przy świetle reflektorów. Budowali drogi, 
niwelowali teren, karczowali drzewa, wznosili baraki i inne obiekty, a wśród nich karcer.

Tak   więc   dzieci   własnymi   rękami   zbudowały   obóz,   miejsce   swojej   kaźni   i   zagłady.   Do   pracy 

przystępowało każde dziecko zaledwie zdołało ukończyć osiem lat życia.

Ociągających  się  w  pracy  lub  zbyt  słabych  bito  kijami   i  specjalnymi  pejczami.  Wiele   dzieci  takie 

okrutne   traktowanie   przypłaciło   życiem.   Bezbronne   ofiary   wprzęgano   do   walca,   którym   ubijano 
powierzchnię dróg, do wozu naładowanego gliną lub gruzem, na którym siedział esesman i poganiał ich 
batem.

W miarę rozbudowy obozu otwierano wciąż nowe warsztaty: szewski, krawiecki, malarski, stolarski, 

ślusarski, koszykarski, prostowania igieł i dekarsko-porządkowy.

Przy   tej   morderczej   pracy   dzieci   otrzymywały   nie   wystarczające   do   zaspokojenia   głodu   racje 

żywnościowe. Na śniadanie i kolację wydawano „pajdkę” chleba (100—150 g) i pół litra czarnej, gorzkiej 
kawy, tylko czasem posłodzonej sacharyną. Na obiad  — litr zupy z brukwi, liści z buraków lub kapusty, 
często z piaskiem i robakami. Kiełbasy, masła, margaryny nie dawano nigdy; niekiedy trafiała się łyżka 
marmolady. Jeszcze gorszy był los tych, których kierowano do  „izby chorych”. Ci biedacy otrzymywali 

background image

zaledwie pół racji żywnościowej. Dlatego zgłaszali się tam tylko ciężko chorzy.

Karę częściowego lub całkowitego pozbawienia posiłków stosowano w łódzkim obozie za najmniejsze 

przewinienie: za niewykonanie normy (wszelkie prace były znormowane), ociąganie się w pracy, złe jej 
wykonanie, zaśnięcie na nocnej zmianie, za zbyt późne lub niedbałe kłanianie się  „panom” i „paniom”, 
wreszcie za moczenie się. W związku z tym mali więźniowie cierpieli ustawiczny głód. I te głodujące dzieci 
upokarzano w najbardziej wyrafinowany sposób. Bywało, że  „wachman”, chcąc się rozerwać i zabawić, 
proponował pajdkę chleba za pięć lub dziesięć kijów, które wymierzy dziecku. Chętnych znajdowało się 
zawsze wielu. Głód był silniejszy od bólu.

Ciężka, wyczerpująca praca, bicie i głód szybko wyniszczały młode organizmy. Po kilku miesiącach 

pobytu   w   obozie   zdrowe   dzieci   zamieniały   się   w   kościotrupy   o   zapadniętych,   przerażonych   oczach   i 
szaroziemistej cerze.

Wygłodniali chłopcy, podpatrzywszy, że młodzi mieszkańcy getta polują na ptaki, zaczęli robić to samo, 

by zdobyć coś dodatkowego do jedzenia. Prześcigali się w zdobywaniu akcesoriów do wykonywania proc i 
różnego   rodzaju   sideł.   Stanowiło   to   pewien   rodzaj   dosyć   niebezpiecznej   zabawy,   ale   nie   rozwiązywało 
problemu głodu. Za takie polowania czekała ich bardzo surowa kara. Wygłodniałe dzieci prosiły o chleb 
sąsiadów z getta, ale stamtąd padały podobne prośby.

Również stan sanitarny obozu był godzien pożałowania. Mycie bez względu na porę roku odbywało się 

na   dworze,   pod   pompą   lub   w   miednicy.   Mydłem   mył   się   tylko   ten,   kto   je   dostał   w   paczce,   a   paczki 
otrzymywało niewielu. Prawie do wiosny 1944 roku nie było stale czynnej łaźni i pomieszczeń do parowania 
zawszonej odzieży. W tej sytuacji na terenie obozu panował brud i panoszyło się robactwo, które było 
dodatkowym utrapieniem więzionych dzieciaków. Na domiar złego za wszy i brud dzieci karane były chłostą 
i pozbawieniem posiłku.

Choroby dziesiątkowały młodocianych więźniów. Dzieci chorowały na zapalenie płuc, zapalenie opon 

mózgowych, gruźlicę płuc, owrzodzenia na ciele i w jamie ustnej, świerzb, wrzody w gardle, szkorbut i 
krwawą biegunkę, a nawet paraliż dziecięcy. Wielu chorych wywożono do „szpitala” w Radogoszczy, skąd 
najczęściej nie wracali.

W tych antysanitarnych warunkach, przy panującym głodzie,  w listopadzie 1943 roku wybuchła w 

obozie epidemia duru wysypkowego i brzusznego. Początkowo władze obozowe zataiły ten fakt, próbując 
zlikwidować chorobę bez izolowania i okresu kwarantanny. Na dłuższą metę nie dało się jednak tego ukryć. 
Epidemia przybierała coraz większe rozmiary.

Lekarza na terenie obozu dłuższy czas nie było, a później, kiedy zarządzający obozem nie mogli sobie 

poradzić   z   szalejącą   epidemią   i   innymi   chorobami,   zatrudniono   pediatrę   z   getta.   Lekarz   ten,   mimo 
poświęcenia i wysiłku, niestety niewiele mógł zrobić dla cierpiących, nie dysponował bowiem żadnymi 
lekarstwami. Na skutek masowych zgonów ogłoszono kwarantannę obozu. Wielu chorych wywieziono do 
szpitala w getcie. Los ich pozostał nieznany.

Panią   życia   i   śmierci  w   łódzkim  obozie   była   kierowniczka   części   dziewczęcej,   która   jednocześnie 

sprawowała   nadzór   nad   izbami   chorych   oraz   prowadziła   ambulatorium.   Bayerowa,   bo  tak   brzmiało  jej 
nazwisko, ciągle powtarzała dzieciom, że najważniejsi są żołnierze na froncie, a one, czyli dzieci, mogą 
zdychać. Toteż zgłaszający się do niej chory po zarejestrowaniu w książce najczęściej dostawał batem i 
wracał na „sztubę” lub do warsztatu, gdzie również okładano go kijem za „symulowanie choroby”. Metody 
„leczenia” stosowane przez Bayerową były okrutne i sadystyczne.

Któregoś dnia do izby chorych przyniesiono pobitą za kradzież chleba dziesięcioletnią dziewczynkę. 

Dowiedziawszy  się,   za   co   mała   otrzymała   chłostę,   Bayerowa   kazała   wywlec   ją   na   śnieg   i   wyznaczyła 
dodatkową porcję batów. Dziewczynka straciła przytomność, ale „opiekunka” kazała ocucić ją zimną wodą i 
bić dalej. Finał mógł być tylko jeden. Dziecko zmarło nie odzyskawszy przytowności.

A oto kolejny przykład. Do ambulatorium zgłosił się chłopiec, któremu w zaropiałej nodze zalęgły się 

robaki. Bayerowa zarządziła kąpiel chorej nogi w lizolu. Na skutek bólu młody chłopak wpadł w szał i rozbił 
szyby. Esesmani za to wykroczenie zakatowali go na śmierć.

W maju 1944 roku wybuchła epidemia jaglicy. W pierwszym okresie chorobę zlekceważono. Bayerowa 

kazała,   by  dotknięci   tym   schorzeniem  przemywali   oczy  moczem.   Wielu   tak   czyniło.   Robiono   również 
okłady   z   chleba   i   pajęczyny.   Później   chleb   zjadano.   Kiedy   choroba   ogarnęła   cały   obóz,   próbowano 
zastosować bardziej radykalne sposoby,  ale rezultaty były nikłe. Wielu młodych, którzy zdołali przeżyć 
obóz, leczyło się jeszcze po wyzwoleniu.

Kolejną dolegliwością, która zaczęła męczyć młodsze dzieci, było bezwiedne oddawanie moczu. Za 

moczenie się karano chłostą (od 10 do 25 kijów) i pozbawiano posiłków. Ponadto odbierano sienniki tym, 
którzy je mieli. Moczące się dzieci budzono w nocy co dwie godziny, a nawet częściej. Mimo to moczyły się 
one dalej. Władze obozu uznały to za akt nieposłuszeństwa i dzieci te umieszczono w specjalnym budynku, 

background image

początkowo   tylko   w   jednej  „sztubie”,   później   przeznaczono   dla   nich   cały  blok.   Budynek   ten   był  stale 
zapełniony.   Dzieci   spały  na   gołych   deskach.   Do  przykrycia   miały  jeden   koc   na   kilkoro,   toteż   spały  w 
ubraniach i bieliźnie. W mokrej odzieży chodziły do pracy. Gnijące deski prycz nigdy nie wysychały.

Ofiary tej przypadłości ciągle cuchnęły, wyznaczano im więc zajęcia na powietrzu. Pracowały tak latem 

i zimą. Dostawały one obrzęków na całym ciele i masowo umierały. Puchły do tego stopnia, że nie mieściły 
się w ubrania. Dzieci, które nie mogły już chodzić, marły śmiercią głodową, a niektóre dobijali esesmani.

Zgromadzone w obozie dzieci cierpiały nie tylko z powodu głodu i chorób, ale poddawane były również 

torturom fizycznym i psychicznym. Postrachem były apele ogólne, na których wymierzano kary chłosty. 
Często   wyznaczona   kara   była   dzielona   na   porcje,   tak   na   przykład   przy   karze   pięćdziesięciu   kijów 
natychmiast wymierzano dwadzieścia pięć, a następnego dnia pozostałe. Bity musiał zazwyczaj liczyć razy, 
a gdy się pomylił rozpoczynano chłostę od początku.

Apele ogólne trwały po kilka godzin, bez względu na porę roku. Wykonawcami kar byli esesmani. Do 

najokrutniejszych należał August. Choć obowiązywał zwyczaj, że każdy  „wychowawca” wymierza karę 
swoim podopiecznym, August bił najczęściej i kogo popadło. On też w perfidny sposób dążył do skłócenia 
małych więźniów między sobą. Kazał, by jeden z nich bił drugiego. Jeśli wymierzający karę czynił to zbyt 
słabo, wtedy z bijącego stawał się natychmiast bitym. Początkowo dzieci oszczędzały się nawzajem, ale 
wprawne oko Augusta szybko wyławiało te „oszustwa”. Toteż z czasem każdy wolał bić, niż być bitym.

Kolejnym   sposobem   deprawowania   dzieci   było   nakłanianie   ich   do   donosicielstwa.   Nagrodę   za   te 

„usługi” stanowiła pajda chleba lub porcja zupy. Chociaż ofiary tych „metod wychowawczych” były jeszcze 
bardzo   młode,   z   zapłaty  tej   korzystało   niewielu.   Ci   natomiast,  którzy  ulegli   pokusie,   byli   karani   przez 
kolegów i szybko rezygnowali z propozycji esesmanów.

Dla więźniów karanych przez „wychowawców” kilkakrotnie stworzono specjalny blok karny (Haus 3). 

W zależności od stopnia przewinienia oznaczano ich czerwoną farbą olejną. Pasy malowano na spodniach, 
rękawach, plecach i piersiach. Te barwne plamy na odzieniu więźniów dostarczały esesmanom powodu do 
śmiechu   i   żartów.   Napiętnowanych   czerwoną   farbą   nazywali  „generałami”.   Droga   do   bloku   karnego 
prowadziła najczęściej przez apel ogólny i karcer, który składał się z siedmiu cel. Pomieszczenia te ociekały 
wodą i tylko dwa z nich posiadały prycze. Jedno z nich przeznaczone było na trupiarnię. Skazany na karcer 
dzieciak spał na betonie, a często po prostu w wodzie. Przebywający w karcerze dostawali raz dziennie chleb 
z   wodą   i   co   trzeci   dzień   ciepłą   zupę.   Wielu   z   tych,   którzy  przeszli   przez   karcer,   trafiało   na   blok   dla 
moczących się. Resztę kierowano do bloku karnego.

„Generałom” z bloku karnego nie wolno było chodzić, musieli cały czas biegać. Często otrzymany 

posiłek musieli spożywać skacząc  „żabką”. W nocy urządzano tym nieletnim alarmy i niejednokrotnie w 
czasie ich trwania dochodziło do masakry.

Stosowano zbiorową odpowiedzialność. Za „przewinienie” jednego karano cały blok po to, by skłócić 

małych więźniów między sobą.

Utrzymywani w atmosferze strachu, terroru i ciągłej udręki, niepomni na konsekwencje, więźniowie 

próbowali ucieczki z tego piekła.

Dwudziestego kwietnia 1943 roku, korzystając z tego, że esesmani opijali urodziny swego wodza  — 

Adolfa Hitlera, siedemnastoletni chłopak, więzień nr 313, wydostał się przez płot do getta. Gdy nieobecność 
chłopca   została   dostrzeżona,   wszczęto   alarm   i   zaczęły   się   poszukiwania.   Nie   trwały   one   długo. 
Doprowadzony  na   wartownię   chłopak   został   pobity  do  krwi.   Przestrzeń   dzielącą   wartownię   od  karceru 
(około 200 m ścieżki wysypanej ostrym żwirem) musiał przebyć na kolanach, bity kijami i kopany przez 
„wachmanów”. W widowisku tym uczestniczył cały obóz.

Próby ucieczki zdarzały się często, lecz do roku 1943 żadna się nie powiodła. W trakcie jednej z nich 

trzej chłopcy zostali zastrzeleni.

Latem  1944  roku   obóz   obiegła   wieść,   że   jeden   z   więźniów   zdołał   ujść   z   łap   oprawców.   Był   nim 

chłopak, który z powodu zapalenia opon mózgowych został przewieziony do szpitala poza teren obozu. Tę 
okazję  wykorzystała  natychmiast  organizacja  podziemna  i przy jej pomocy udało się  chłopcu  odzyskać 
wolność.

Do Polen-Jugendverwahrlager przywożono dzieci i młodzież z różnych obozów koncentracyjnych i 

więzień. Zdarzało się również, że z obozu łódzkiego mali więźniowie trafiali do innych obozów zagłady. 
Zwolnień z obozu w zasadzie nie stosowano. Dopiero 9 maja 1944 roku zwolniono kilkunastu więźniów, 
między innymi więźniarkę nr 4, którą jednak ponownie osadzono w obozie za przeniesienie grypsów na 
wolność.

Ogółem w okresie istnienia obozu zwolniono nie więcej niż 80—100 więźniów.
Przez obóz w Łodzi przeszło około dwunastu tysięcy dzieci. W chwili wyzwolenia było w nim zaledwie 

600—800 młodocianych, a wśród nich wielu ciężko chorych, którzy wkrótce zmarli. Wielu z tych, którzy 

background image

zostali uratowani, nie miało lub nie wiedziało, dokąd pójść.

Od Stutthofu do Sandbostel

(Jan Nowicki — więzień numer 45032)

Osiemnastego maja 1940 roku zostałem schwytany w łapance i wywieziony na przymusowe roboty do 

Prus Wschodnich. Miałem wówczas 16 lat. Miejscowość nazywała się Schönwald. Wraz z dwunastoma 
towarzyszami różnych narodowości byliśmy zatrudnieni przy wyrębie  lasów. Pracowaliśmy od świtu do 
nocy. Nie mogąc znieść ciężkich warunków i niewolniczej pracy, po upływie kilku miesięcy zaplanowaliśmy 
ucieczkę.

Nasze rozmowy podsłuchiwał, jak się później okazało, nadzorca, zniemczony Mazur, który skrzętnie 

ukrywał przed nami swoją znajomość języka polskiego i rosyjskiego.

Pewnego dnia nadzorca ciężko pobił jednego z naszych kolegów, za którym wszyscy solidarnie się 

ujęliśmy.   Epilogiem   tego   incydentu   był   donos   do   gestapo   o   naszych   planach.   Zostaliśmy   uwięzieni   i 
poddano nas okrutnemu śledztwu. Po kilkunastu dniach bicia i tortur zostaliśmy dołączeni do transportu 
kierowanego  do Stutthofu.   Po  krótkim pobycie  w  tym  obozie  wraz  z  grupą  około  sześciuset  więźniów 
zostałem wysłany do podobozu w Policach.

Police to niewielka miejscowość położona w odległości około 15 km na północny zachód od Szczecina. 

Przed rokiem 1939 mieściła się tutaj mała fabryka chemiczna. Podczas wojny Niemcy rozbudowali zakład i 
w ten sposób powstał duży kombinat chemiczny, produkujący benzynę syntetyczną. Kombinat o nazwie 
Chemische   Werke   Hydropetroleum   Industrie   Gesellschaft,   w   skrócie   Hydrierwerke,   służył   gospodarce 
wojennej i był oparty wyłącznie na niewolniczej pracy więźniów.

Podobóz   Police   oddalony  był  o   2   km  od  wspomnianego   kombinatu.   Był   to   obóz   letni,   w   którym 

przebywałem do września 1944 roku. Za bramą obozu, będącego częścią składową SS-Sonderlager Pölitz bei 
Stettin Aussenlager Stutthof, znajdował się plac apelowy, a cały teren został otoczony wysokim płotem z 
drutu kolczastego. Na rogach stały wieże strażnicze. W późniejszym okresie postawiono drugi rząd drutów 
kolczastych, pomiędzy którymi biegały psy. Na drutach wisiały gęsto rozmieszczone lampy elektryczne.

Niedaleko   bramy   stał   barak,   w   którym   mieściła   się   izba   przyjęć   chorych   oraz   pomieszczenia   dla 

więźniów funkcyjnych. W izbie przyjęć urzędował lekarz obozowy, doktor Bolesław Kaczyński. Na prawo 
od baraku funkcyjnego mieściły się dwa baraki, blok 1 i blok 2, zbudowane z surowych desek, bez dachu, 
pokryte plandeką. Nieco dalej znajdowało się pięć dużych namiotów, z których jeden był przeznaczony na 
obozowy „rewir”.

Wewnętrzne   urządzenia   obozowe  —   baraki,   umywalnie   i   latryny   —   były   bardzo   prymitywne. 

Umywalnia   znajdowała   się   pod   gołym   niebem.  Były  to   po   prostu   rury  wodociągowe,   z   których   woda 
spływała do drewnianych koryt. Latryna mieściła się w kącie obozu, obok wieży strażniczej. Był to dół, nad 
którym przerzucono dwa drągi, do siadania i do oparcia. Całość ogrodzona była z trzech stron surowymi 
deskami. Latrynę stale obserwowali strażnicy SS, pełniący dyżur w narożnej wieży.

Bloki 1 i 2 były pozbawione okien, a w ścianach z desek widniały szerokie szpary. Wejścia znajdowały 

się z dwóch przeciwnych stron owych baraków. Wewnątrz, po jednej stronie, stały trzypiętrowe prycze, a z 
drugiej znajdowały się stoły i przejście z jednego końca baraku na drugi. Zamiast podłogi było klepisko.

Na noc rozbieraliśmy się i układaliśmy ubrania w kostkę na długich stołach. Pozostawaliśmy tylko w 

koszulach. Do przykrycia służyły koce. Zdarzało się jednak, że kocy było za mało i kradziono je sobie 
wzajemnie. A trzeba wiedzieć, że za brak koca blokowy wymierzał karę chłosty. Wędrowały więc one z rąk 
do rąk, z pryczy na pryczę, i toczyła się o nie ciągła walka między nami. Te nocne dramaty nasilały i 
potęgowały codzienną obozową gehennę.

W nocy do latryny musieliśmy wychodzić w samych koszulach. Przed wyjściem do prowizorycznej 

ubikacji obowiązywało meldowanie się postenowi, dyżurującemu w narożnej strażnicy. W odległości około 
10   m   od   strażnicy   więzień   zatrzymywał   się,   stawał   wyprężony   na   baczność   i   meldował   w   języku 
niemieckim:

— Panie posten, proszę o zezwolenie do ubikacji!
Jeżeli więzień zameldował nieprzepisowo, posten nakazywał marsz biegiem do baraku i z powrotem do 

ponownego   meldowania.   Posteni   często   urządzali   sobie   drwiny   z   więźniów   i   kazali   meldować   się 
kilkakrotnie. Dłużej zajmujących latrynę wypędzano kijami. Szczególnie dotkliwie odczuwali to więźniowie 
chorujący na biegunkę.

Dzień pracy rozpoczynał się o godzinie piątej rano. Po pobudce blokowi, sztubowi i inni funkcyjni, 

krzycząc i bijąc, gnali więźniów do prowizorycznej umywalni. Odbywała się tam formalna walka o to, by 

background image

docisnąć się do wody. W powietrzu świstały pałki funkcyjnych, godząc w plecy tych, którzy nie mogli 
docisnąć się do rur z cieknącą wodą. Mydła oczywiście nie było.

W jakiś czas po przybyciu pierwszego transportu do Polic pojawiły się pierwsze przypadki zachorowań. 

W kilka tygodni później „rewir” obozowy, mieszczący się wówczas w jednym namiocie, był przepełniony. 
Początkowo były to przypadki osłabienia wskutek ciężkiej pracy oraz okaleczenia ciała od razów pałek 
„kapów”.   W   obozie   panowała   wszawica,   a   ponieważ   w   czasie   naszego  „turnusu”   letniego   raz   tylko 
przeprowadzono odwszenie odzieży, zaczęły się szerzyć inne choroby. Wkrótce chorzy nie mieścili się w 
niewielkim namiocie. Ci, którzy nie dostali się do „rewiru”, musieli wychodzić do codziennej pracy.

Warunki panujące w szpitalu w Policach były o wiele gorsze niż w obozie macierzystym Stutthofie. W 

okresie nasilania się chorób, zwłaszcza pod koniec sierpnia i na początku września 1944 roku, na jednym 
łóżku w „rewirze” leżało po trzech więźniów. Chorzy na różę przebywali razem z chorymi na dur i durchfall. 
Ponieważ brakowało podstawowych leków, a o aseptyce nie było nawet mowy, z dnia na dzień powiększała 
się liczba śmiertelnych wypadków. Mimo tej sytuacji chorzy i wyniszczeni fizycznie więźniowie starali się 
dostać na „rewir”, gdyż tylko tam mogli trochę odpocząć od ciężkiej pracy, w czasie której byli dotkliwie 
bici, a  często  i zabijani  przez  funkcyjnych. Dotyczyło  to szczególnie  tych, którzy wychodzili do pracy 
trawieni gorączką, byli słabi i przez to mało wydajni, co doprowadzało nadzorców do wściekłości.

Po porannym apelu, podczas formowania się komand roboczych, chorzy ustawiali się w kolejce przed 

namiotem  lekarza,   chcąc   uzyskać   skierowanie   na  „rewir”.   Byli   oni   solą   w   oku   lagerältestera   Wacława 
Kozłowskiego, który posługując się kijem zakończonym żelazem z pasją rozganiał stojących w kolejce. Bił, 
gdzie popadło, używając przy tym wulgarnych wyzwisk. Był on zmorą chorych i zdrowych.

Pewnego dnia w czasie niespodziewanego „nalotu” Kozłowskiego jeden z jego ciosów ugodził mnie w 

lewą skroń. Straciłem przytomność i odzyskałem ją w  „rewirze”. Nie było to moje ostatnie bezpośrednie 
zetknięcie się z tym oprawcą. Innym razem podczas pracy przy budowie bunkra uznał on, że pracuję zbyt 
wolno, i wymierzył mi kilka ciosów kijem z żelaznym końcem. Jeden z ciosów trafił w moją nogę. Przez 
jakiś   czas   chodziłem   do   pracy  kulejąc,   ale   rana   jątrzyła   się   coraz   bardziej.   Okręcałem   nogę   workiem, 
ponieważ nie mogłem nałożyć drewnianego sabota. Worek miał jednocześnie chronić ranę przed brudem i 
pyłem w czasie pracy przy przenoszeniu cementu i marszu po piaszczystej drodze. W końcu ból stał się nie 
do wytrzymania. Na chorej nodze utworzyła się potężna flegmona. O dalszej pracy nie było mowy. Po kilku 
próbach udało mi się dostać na „rewir”. Nie było tu prawie żadnych leków, brakowało nawet bandaży. Rany 
owijano gazą lub okręcano taśmą papierową. „Rewir” pękał w szwach.

Z   biegiem   czasu   coraz   liczniejsze   były  przypadki   zachorowań   na   dur,   czerwonkę,   zapalenie   płuc, 

gruźlicę, zdarzały się flegmony o znacznie rozwiniętym stanie ropnym, choroby głodowe, puchlina, stany 
skrajnego wycieńczenia i wyniszczenia, a także poważne uszkodzenia kości i ciała spowodowane biciem 
przez katów obozowych. Najbardziej wycieńczonych nazywano w Policach „kryplami”. Był to odpowiednik 
oświęcimskiego określenia „muzułman”.

W czasie ciepłych dni gorączkujący pocili się niepomiernie. Pod plandeką namiotu szpitalnego panował 

zaduch nie do wytrzymania. Odór kału mieszał się ze smrodem ropiejących flegmon. Więźniowie chorzy na 
durchfall   załatwiali   potrzeby   fizjologiczne   pod   siebie.   Spłukiwane   przez   chorych   koce   suszyły   się   na 
łóżkach, co powodowało jeszcze większą duchotę.

Mimo   usilnych   starań   doktora   Kaczyńskiego  „rewir”   stawał   się   pomału,   ale   systematycznie, 

wykańczalnią przebywających tu więźniów.

Z powodu ciągłego głodu u wielu więźniów występowała dziwna choroba powodująca zmiękczenie 

kości.   Wystarczyło   jedno   uderzenie   kijem   a   więzień   tracił   przytomność.   Tymczasem   bicie   było   tu   na 
porządku dziennym. Bili funkcyjni, wywodzący się przeważnie z niemieckich kryminalistów noszących w 
obozie zielone trójkąty, bili również esesmani. To, oprócz chorób, głodu i pracy ponad siły, było jedną z 
największych udręk. Więźniowie byli bici za najmniejsze przewinienie, z błahych powodów i bez powodu, 
w czasie pracy, marszu czy apelu, przy wydawaniu posiłków, rannym wstawaniu i wieczornym rozbieraniu, 
a nawet wtedy, kiedy leżeli na pryczach w czasie „spoczynku” nocnego.

Gdy stan mojej  nogi nieco się polepszył, musiałem wrócić do pracy na terenie Hydrierwerke przy 

budowie potężnych, masywnych bunkrów. Pracowaliśmy na dwie zmiany, dzienną i nocną. Dźwigaliśmy 
worki   z   cementem,   nosiliśmy   żelazne   pręty,   pchaliśmy  wózki,   tzw.   lorki,   z   rozdrobnionym   cementem, 
piachem   lub   żwirem.  Szuflowaliśmy  bez   przerwy  piasek,   żwir   i   cement   oraz   wyładowywaliśmy   różne 
materiały. Poza tą ciężką pracą trafiała się niekiedy lżejsza, na przykład sczepianie za pomocą obcęgów i 
drutu prętów żelaznych stanowiących szkielet bunkra. „Kapowie”' bez przerwy poganiali nas, nie pozwalali 
nawet na chwilę wytchnienia. Tempo pracy było mordercze, a wypadki utraty przytomności  — a nawet 
śmierci — częste. Codziennie więźniowie wlekli słabszych współtowarzyszy z pracy do obozu.

W Stutthofie zdarzało się, że więźniowie niekiedy pozorowali pracę, w Policach ze względu na liczny i 

background image

stały nadzór funkcyjnych i esesmanów było to niemożliwe.

Przez kilkanaście tygodni wypadło mi pracować na nocnej zmianie. Wszyscy więźniowie nosili pasiaki. 

Włosy mieli krótko przystrzyżone, z pięciocentymetrowym, dokładnie wygolonym paskiem pośrodku głowy. 
Pracujący na nocnej zmianie byli oznakowani dodatkowo wielkim poprzecznym krzyżem malowanym farbą 
fosforową na plecach.

Teren Polic był bardzo często bombardowany przez eskadry samolotów alianckich. Dla zamaskowania 

terenu budowy Niemcy stosowali zasłony dymne. Co sto metrów stały beczki z grubej blachy wypełnione 
jakimś płynem, który po zapaleniu dymił obficie. W pobliżu tych beczek tkwiły maleńkie baraki, w których 
dyżurowali jeńcy włoscy zajmujący się zadymianiem terenu. Z chwilą gdy zabrzmiała syrena zwiastująca 
nalot, esesmani zarządzali krótki apel, podczas którego w pośpiechu grupowano więźniów i goniono do 
pobliskich, nieco górzystych, terenów leśnych oddalonych o około 6 kilometrów. Działo się to zarówno 
podczas dziennych, jak i nocnych nalotów. W nocy był to widok niesamowity. Nie widać było biegnących 
sylwetek, tylko duże fosforyzujące krzyże.

Wykonywaliśmy pracę ponad siły, a otrzymywaliśmy bardzo małe racje żywnościowe i ciągle byliśmy 

głodni. Nic więc dziwnego, że myśleliśmy tylko o tym, aby zdobyć coś do jedzenia. W czasie jednego z 
nalotów zdarzył się incydent, którego kilku z nas omal nie przypłaciło życiem. Gdy wracaliśmy z lasu po 
nalocie, zauważyliśmy ustawione wzdłuż krawężnika pojemniki po zupie, których wskutek alarmu robotnicy 
tu pracujący nie zdążyli sprzątnąć. Z opowiadań innych więźniów wiedzieliśmy, że na ich dnie można było 
znaleźć resztki pożywienia. Dla nas, „kryplów”, taka zupa była czymś wyjątkowym.

Kiedy więc nasza kolumna zbliżyła się do tych pojemników, kilkunastu więźniów rzuciło się do nich. Ja 

także znalazłem się w tej grupie. Powstało zamieszanie i chaos. Poleciały z brzękiem pokrywy. Zanurzaliśmy 
ręce w pojemnikach i z ich dna wyciągaliśmy gęstą zawartość. Ci, którzy trafili na pusty pojemnik, z dzikim 
pośpiechem pędzili do następnego. Mijały sekundy.

Esesmani w końcu zorientowali się w sytuacji. Na pierwszych schwytanych padły razy i kopniaki. Ja 

nie zwracałem uwagi na to, co dzieje się obok, dopóki nie poczułem dotkliwego bólu w okolicy szczęki. 
Dopiero   w   tym   momencie   zdałem   sobie   sprawę   z   sytuacji   i   dołączyłem   do   kolumny  więźniów.   Przez 
moment spoglądałem na współtowarzyszy leżących na ziemi i chlipiących rozlaną zupę oraz na kończących 
swą zbójecką akcję Niemców.

Naloty odbywały się często. Podczas jednego z nich bomby spadły w pobliżu kombinatu i eksplozje 

zniszczyły druty w pobliżu bloków 1 i 2. Władze obozowe zaczęły się obawiać, że więźniowie wykorzystają 
ten fakt i zaczną próbować ucieczki. Wypędzono więc wszystkich na plac apelowy i kazano ustawić się w 
wielki czworobok. Przez całą noc musieliśmy siedzieć w miejscu, nikomu, pod groźbą śmierci, nie wolno 
było się podnieść. Na rogach czworoboku zawieszono na kijach małe, przyciemnione lampy. „Czworoboku” 
pilnowali gęsto ustawieni, uzbrojeni esesmani, kapo i funkcyjni. Tak było przez cztery noce, do momentu 
zasypania lejów po bombach i naprawienia ogrodzenia.

Pewnego dnia, gdy formowano komanda do pracy, zostałem przydzielony do małej sześcioosobowej 

grupy. Eskortowało nas tylko dwóch esesmanów. Po drodze przyłączył się do nas Niemiec w cywilnym 
ubraniu i wskazał nam drogę do jednego z pobliskich zagajników. Tam cywil wykreślił duży prostokąt i 
według tego oznaczenia kazał nam kopać dół. Chociaż nie zamieniliśmy między sobą ani słowa, ukradkowe 
spojrzenia świadczyły, że wszyscy myślą o tym samym. Byliśmy przekonani, że kopiemy grób dla siebie. 
Gdy dół osiągnął półmetrową głębokość, Niemiec wstrzymał kopanie. Wyjaśniono nam, że w tym miejscu 
znajduje się bomba-niewypał i mamy ostrożnie kopać dalej. Nie byliśmy specjalistami. Myśl o eksplozji 
paraliżowała nasze ruchy. Gdy głębokość dołu zakryła nas po czubki głów, natrafiliśmy na bombę. Trzem 
kazano wyjść z dołu. Ja znalazłem się w trójce, która miała odgrzebać do końca wystającą już z ziemi 
bombę. Pot zalewał nam oczy. Esesmani i komenderujący nami Niemiec przezornie oddalili się od wykopu. 
Zostaliśmy sami. Powoli i ostrożnie obnażaliśmy z ziemi śmiercionośny ładunek. Z daleka dobiegł nas 
warkot   nadjeżdżającego   samochodu   i   krzyki   Niemców.   Kazano   nam   opuścić   dół.   Odczuliśmy   to   jak 
darowanie nam życia. Gdy odeszliśmy od tego strasznego miejsca, ujrzeliśmy wysiadających z samochodu 
ludzi i domyśliliśmy się, że są to specjaliści od unieszkodliwiania niewypałów.

Nasze małe komando odkopało jeszcze sześć niewypałów. Sześciokrotnie przeżywaliśmy grozę śmierci, 

mogącej   nadejść   w   każdej   sekundzie.   Za   tę   pracę   każdego   dnia   otrzymywaliśmy   dodatkowe   porcje 
„fabrycznej” zupy. Ta skromna porcja stanowiła dla nas niemałe zadośćuczynienie za niebezpieczną pracę. 
Była to „wyjątkowa” okazja otrzymania zapłaty za szansę „łatwej” śmierci.

W listopadzie 1944 roku przygotowano transport więźniów ze Stutthofu do Gdyni. I ja znalazłem się w 

tym transporcie. W podobozie w Gdyni rozpoczął się kolejny etap mojej obozowej epopei.

Baseny   portowe   Gdyni   znajdowały   się   pod   ustawicznym   ogniem   artyleryjskim   i   lotniczym. 

Eksplodujące pociski, bomby i setki odłamków mogły w każdej sekundzie ugodzić zarówno we wroga, jak i 

background image

w tych, którzy — wycieńczeni i odziani w pasiaki — spodziewali się szybkiego wyzwolenia.

Była połowa marca  1945 roku. Władze obozowe usiłowały ewakuować drogą morską kilka tysięcy 

więźniów ze Stutthofu, którzy już od kilku miesięcy przebywali na  „komandzie” w Gdyni. W tym czasie 
zbliżała się zwycięska ofensywa 2 Frontu Białoruskiego.

Byłem o krok od wolności, gdy przeznaczono mnie do ewakuacji drogą morską z Gdyni do Hamburga. 

Przez   pierwsze   dwa  dni   goniono   nas   do  portu   pasażerskiego,   skąd   odpływały  duże   statki   przepełnione 
uciekinierami. Do okrętów stojących w porcie upychano liczne oddziały wojsk niemieckich przemieszane z 
ludnością cywilną. Stłoczona i bita przez funkcyjnych i esesmanów masa więźniów oczekiwała na swoją 
kolej. Statki zapełniały się szybko i dla nas ciągle nie było miejsca. Wcale się tym nie martwiliśmy.

Ewakuacja   naszego   gdyńskiego  „komanda”   doszła   do   skutku   dopiero   trzeciego   dnia   po   południu. 

Popędzono nas tym razem do portu towarowego, dokąd droga wiodła pod ciągłym ogniem artyleryjskim i 
lotniczym. Co kilkanaście minut nadlatywały eskadry bombowców, a rozstawione za Gdynią „katiusze” siały 
ogniem po całym porcie. Ładowanie na okręty odbywało się w pośpiechu. Esesmanów i ewakuowane drogą 
morską wojsko ogarnęła panika. Całe nasze gdyńskie „komando” stłoczono na dwóch niewielkich statkach 
towarowych.

Znalazłem się w grupie, którą wpychano pod pokład statku. W pomieszczeniu tym znajdowały się już 

różne auta osobowe i ciężarowe. Dostawaliśmy się tam przez okrągły właz, od którego w dół prowadziła 
drabinka z żelaznych prętów. Przy wchodzeniu do włazu  „pomagali” nam esesmani. Popychali więźniów 
kolbami karabinów, a ci lecieli  w kilkumetrową przepaść na dno statku. Na dole, przy samej drabinie, 
utworzyła się sterta zepchniętych ludzi. Byli to chorzy z „rewiru”, którzy po takim „lądowaniu” nie mogli 
wydostać się spod spadających na nich ciał. Część nigdy nie wydostała się z tej masy. Zginęli przyduszeni 
przez innych. Zwłoki wydobyto spod pokładu i wyrzucono za burtę, gdy statek wypłynął na pełne morze.

Esesmani ze swymi bagażami rozlokowali się na górnym pokładzie.
Wewnątrz tej pływającej  „trumny” panował mrok. Jedynie w górze, nad naszymi głowami, świeciła 

mała lampa, która swym skąpym blaskiem przebijała mroczne wnętrze. Gdy wzrok przyzwyczaił się do 
ciemności, można było dostrzec pełzające, skurczone postacie poszukujące czegoś do jedzenia. Podobne 
były do wygłodniałych zwierząt węszących za żerem.

Siedzieliśmy w niepewności i lęku jak stado wychudłych szczurów. W czasie sześciodniowej, pełnej 

udręk podróży cierpieliśmy głód jeszcze większy niż w Policach. Myśl o jedzeniu nie opuszczała nas nawet 
na moment. Głód zabijał wszystkie  inne uczucia. Ci, którzy mieli choć kawałek chleba, strzegli go jak 
drogocenny skarb. Pokruszony w kawałki, by lepiej można go było ukryć, chowali pod zawszoną, cuchnącą 
od brudu koszulę, gdzie przylegał do kości powleczonych skórą. Wychudła ręka wyciągała zza pazuchy 
kawałek tego przysmaku tylko wtedy, gdy nie patrzyły niczyje oczy.

Każdego dnia podróży umierało kilkudziesięciu więźniów. Ich zwłoki pochłaniało morze. Prawie żaden 

z chorych nie doczekał celu podróży. Od czwartego dnia ludzie zaczęli padać jak muchy. Tylko ci, którzy 
jeszcze   na   lądzie   zdołali   w   jakiś  „tajemniczy”   sposób   „zorganizować”   trochę   chleba,   mieli   szansę 
przetrwania.

Któregoś dnia, dłużącego się niepomiernie jak wszystkie inne, wpadło do naszej mrocznej jaskini trochę 

słońca. Oczy wszystkich więźniów uniosły się w górę, skąd przez mały okrągły otwór zaczęło schodzić w 
dół kilku esesmanów. Z krzykiem i wrzaskiem zaglądali do samochodów, wdrapywali  się na platformy 
ciężarówek, zrzucali z nich na wpół przytomnych więźniów. Okazało się, że szukają swoich bagaży, które 
zginęły im z górnego pokładu w czasie ostatniej nocy.

W trakcie tych poszukiwań wyszło na jaw, że silniejsi, ale zamroczeni głodem więźniowie znaleźli 

drugie wyjście, które znajdowało się na rufie statku, i przedostali się na górny pokład. Tam znaleźli jakieś 
bagaże, chwycili je i ściągnęli w dół, do swego legowiska, by dokładnie przeszukać. W bagażach nie było 
nic do jedzenia, leżały więc w jakimś kącie i nikt się nimi nie interesował. Wściekli właściciele, jakby 
zapomnieli o obecności więźniów, osobiście ładowali swe skarby do waliz, wydzierając je sobie nawzajem.

Piątego   dnia   podróży  przeżyliśmy   niezwykłe   odwiedziny.   Do   naszej   trupiarni   zeszli  „kapowie”   w 

asyście dwóch esesmanów, a po chwili przez otwór włazu spuszczono dwa kosze wypełnione chlebem. Nie 
wierzyliśmy   własnym   oczom.   Każdy   z   nas   otrzymał   po   pół   bochenka   chleba.   W   trakcie   rozdzielania 
pieczywa spuszczono również kocioł, jak się okazało, z zupą. Oniemieliśmy ze zdumienia i radości. Zupę — 
najprawdziwszą   zacierkę  —   jedni   pili   z   własnych   zardzewiałych   puszek,   które   zachowali   na   wszelki 
wypadek, drudzy, ci nie mający naczyń, z otrzymanych blaszanych kubków. Kto wypił zupę, brał się do 
jedzenia chleba. I ten chleb stał się przyczyną śmierci kilkunastu towarzyszy niedoli. Stare wygi obozowe, 
mimo   niebywałego   głodu,   jedli   powoli   i   tylko   część   otrzymanej   porcji.   Resztę   chowali   na   później   w 
zakamarkach brudnego odzienia. Ci przeżyli.

Szóstego   dnia   dobiliśmy   do   portu   w   Hamburgu.   Oddychaliśmy   wreszcie   świeżym   powietrzem,   o 

background image

istnieniu którego już wątpiliśmy. Popędzono nas przez zburzony most do leżącego w gruzach i tonącego w 
ciemnościach   miasta.   Zatrzymaliśmy   się   przed   pięciopiętrowym   budynkiem   fabrycznym,   który   był 
odgrodzony od ulicy kolczastym drutem. Za drutami kręciło się kilku więźniów w pasiakach. Okazało się 
później, że stanowili oni „komando” podległe obozowi w Neuengamme.

Otworzyła   się   kolczasta   brama   i   po   krótkim   apelu   wpędzono   nas   do   budynku.   Podczas   częstych 

alarmów lotniczych wszystkich więźniów znajdujących się w tym gmachu zganiano do piwnic.

Pracowaliśmy głównie przy zasypywaniu lejów po bombach, oczyszczaniu ulic z gruzów, usuwaniu 

zniszczonych  szyn tramwajowych.  Praca w mieście miała  swoje dobre strony.  Zdarzało  się, że podczas 
oczyszczania  „rejonu”   z  gruzów  znajdowaliśmy  jedzenie.  Najczęściej   w  piwnicach  zburzonych  domów. 
Skutkiem tych „uczt” było nasilenie się biegunki.

Mijały dni i tygodnie. Gasły nadzieje na przetrwanie. Wolność ciągle nie nadchodziła.
Któregoś dnia na terenie naszego podobozu zawrzało. Gorączkowy ruch funkcyjnych i ich bieganina 

świadczyły  o   przygotowaniach   do  jakiejś   akcji.   Zarządzono   apel.   Ustawiono   nas   piątkami,  rozdzielono 
prowiant w postaci pół bochenka chleba i kawałka kiełbasy. Eskortowani przez żołnierzy Wehrmachtu i 
esesmanów  ruszyliśmy przez  ruiny  Hamburga.  Na  skraju  miasta  dołączyło  do  nas   kilkuset   więźniów   z 
innego   podobozu.   Doprowadzono   nas   do   podmiejskiego   węzła   kolejowego   i   wtłoczono   do   płytkich 
odkrytych wagonów. Pociąg ruszył w nieznanym kierunku. Po kilku godzinach jazdy, przerywanej częstymi 
postojami, pociąg nasz zatrzymał się w polu w pobliżu jakiejś stacyjki. Rozpoczął się uciążliwy marsz. 
Kolumna   chorych   więźniów   posuwała   się   w   nieładzie   polną,   piaszczystą   drogą.   Szliśmy   już   nie   w 
tradycyjnych obozowych piątkach, lecz rozsypaną na szerokość drogi długą tyralierą. Dla wielu była to 
ostatnia droga w ich życiu. Co pewien czas padał ktoś na ziemię i esesmani dobijali go.

Gdy   w   oddali   zamajaczyło   osiedle   licznych   baraków,   otoczone   drutem   kolczastym   i   okolone 

wieżyczkami strażniczymi, owładnął nami gwałtowny strach. Zbliżaliśmy się do bram kolejnego obozu.

Był to Stalag X-B, mieszczący się między Bremą a Hamburgiem, w miejscowości Sandbostel.
Wyczerpani do utraty przytomności, zajęliśmy wolne baraki, w których stały dwupiętrowe prycze z 

gołymi siennikami.

Tu,   w   tym   ostatnim   miejscu   mojej   tułaczki,   działy   się   koszmarne   sceny.   Były   to   niewątpliwie 

najtragiczniejsze dni za drutami hitlerowskich kombinatów śmierci. Od chwili zamknięcia nas w obozie w 
Sandbostel nie dawano nam nic do jedzenia i picia. Pozostawiono nas na pastwę głodowej śmierci. Ci, którzy 
mogli jeszcze utrzymać się na nogach, włóczyli się po obozie szukając pożywienia i napoju. Zdobywali 
czasem jakiś ochłap podrzucony przez jeńców przebywających w sąsiadującym z naszym obozie. Ci, którzy 
zdołali   przechować   coś   z   jedzenia   otrzymanego   w   Hamburgu,   stali   się   ofiarami   napaści   innych,   nie 
posiadających takich zapasów. Odbywała się też wymiana chleba na wodę.

Od przybycia do Sandbostel śmiertelność wśród więźniów rosła z każdym dniem. Początkowo zwłoki 

zmarłych wywożono drabiniastym wozem do pobliskiego dołu kloacznego, później zaniechano tej „ostatniej 
posługi” i na całym terenie obozowym ziemia usiana była nagimi trupami, gdyż żywi ściągali odzież ze 
zmarłych i wkładali na siebie dwa, trzy pasiaki, jeden na drugi, aby było cieplej.

Z zawrotną szybkością szerzyły się choroby. W ostatnich dniach przed wyzwoleniem więcej widać było 

nagich zwłok, niż snujących się po obozie więźniów. Żywi leżeli razem z umarłymi, gdyż nie miał ich kto 
wynieść na zewnątrz.

Jeńcy  wojenni   przebywający  po   drugiej   stronie   drutów   zdawali   sobie   sprawę   z   tragicznej   sytuacji 

więźniów i wystąpili do władz obozowych o umożliwienie przyjścia więźniom z pomocą. Zdecydowana 
postawa   i   solidarność   jeńców   wszystkich   narodowości   sprawiła,   że   władze   obozowe   zaczęły  się   lękać 
odpowiedzialności   za   spowodowanie   śmierci   głodowej   tylu   ludzi.   Zezwolono   więc   wyznaczonej   grupie 
jeńców   na   wchodzenie   na   teren   obozu   i   dostarczanie   umierającym   skromnych   racji   żywnościowych, 
pochodzących   z   porcji,   które   oni   sami otrzymywali. Oprócz żywności z obozu jenieckiego nadeszła 
również pomoc lekarska.

Leżałem razem z konającymi, trawiony gorączką. Był to dur. Dręczyło mnie niezmierne pragnienie. 

Przeważająca część żyjących znajdowała się w podobnym jak ja stanie. Niektórzy byli w agonii. Jeniecka 
pomoc lekarska trwała bardzo krótko, gdyż zaraz po nawiązaniu z nami kontaktów część jeńców otrzymała 
rozkaz wymarszu.

Pewnego dnia, tuż przed wyzwoleniem, obóz w Sandbostel opuścili również esesmani — bezpośredni 

sprawcy naszej tragedii. Uciekli także ci funkcyjni, którzy mieli na sumieniu współudział w pogłębianiu 
piekła   obozowego   i   znęcaniu   się   nad   nami.   Pozostali   tylko   żołnierze   Wehrmachtu.   Wiadomość   o   tym 
rozeszła  się szybko po wszystkich  barakach,  lecz trafiała do świadomości tylko nielicznych. Większość 
dogorywała na swych pryczach.

Wreszcie nadszedł dzień, w którym usłyszeliśmy warkot samochodów i terkot karabinów maszynowych 

background image

w pobliżu naszych baraków. Kilku więźniów wyszło na plac apelowy. Niebawem, usłyszeliśmy nieludzki 
niemal krzyk. W pierwszej  chwili wydawało nam się, że to Niemcy zamordowali  tych, którzy opuścili 
baraki.

Wkrótce wyjaśniło się, że był to okrzyk szalonej, dzikiej radości. Gdy dowiedzieliśmy się, że w pobliżu 

drutów   pojawiły   się   oddziały   alianckie,   wyczołgaliśmy   się   przed   baraki,   by   na   własne   oczy   ujrzeć 
zwiastunów wolności.

Wkrótce do obozu przyjechały wojskowe karetki Czerwonego Krzyża z lekarzami, służbą sanitarną i 

lekarstwami.

Mnie, wraz z innymi więźniami, zabrano do szpitala polowego. Mimo wyjątkowo troskliwej opieki, 

starań i pełnego poświęcenia ze strony lekarzy i pielęgniarek wielu oswobodzonych więźniów nie udało się 
uratować.

Ja miałem to szczęście, że pomoc nie przyszła za późno. Liczyłem wówczas dwadzieścia jeden lat, 

miałem 168 cm wzrostu, a ważyłem zaledwie 29 kilogramów.

Numer 9225 wraca do nazwiska

(Adolf Gawolewicz — więzień numer 9225)

Jest   przełom   kwietnia   i   maja   1945   roku.   Rozpocząłem   właśnie   pobyt   w   prawdziwym   szpitalu 

zorganizowanym   przez   angielską   administrację   wojskową   w   zabudowaniach   pokoszarowych   w   Bergen 
Belsen, Zaskakujące, że w ludziach, po których przetoczył się ciężki czołg lagrowej wojny, ledwo tlące się 
iskierki życia nadspodziewanie szybko rozpaliły się w wielką siłę witalną. U tych — co chcieli i mogli jeść. 
Jedzenie — nie jakieś tam wymyślne smakołyki, ale jedzenie jako takie, byle dużo i gęste, oto w zasadzie 
jedyny i istotny temat rozmów w „mojej” sali.

Przebywa   tu  towarzystwo  w  pełni   międzynarodowe.   Jest  Grek,  Azerbejdżanin,  Hiszpan,   Niemiec i 

dwóch Polaków. Jesteśmy ubrani w nowiusieńkie pasiaki.  Naczelną  pielęgniarkę, Angielkę,  nazwaliśmy 
Lady.  Być   może   tytuł   ten   istotnie  jej   przysługiwał,  o  czym  oczywiście   nie  wiedzieliśmy.   Dla  nas  była 
ucieleśnieniem  powieściowych   wzorów:   chuda,   wysoka,   w   nieokreślonym   wieku.   Darzyła   nas   chłodną, 
rozumną życzliwością, a może tylko fachową uprzejmością. Któż mógłby to odgadnąć? Nie była jednak 
niesympatyczna i potrafiła się uśmiechać.

Któregoś   majowego   przedpołudnia   błogą   ciszę   naszej   rekonwalescencji   przerwała   nagła   kanonada 

artylerii, a później innych rodzajów broni. Ktoś krzyknął:

— Jak nas teraz szkopy odbiją, to się cholernie głupio skończy!
Pukanie do drzwi i na salę wchodzi uśmiechnięta Lady.
— Panowie, koniec wojny! To są saluty na cześć zwycięstwa! Na cześć pokoju!
Zerwaliśmy się z łóżek. Padaliśmy sobie w ramiona.
Hiszpan, niespełna dwudziestoletni chłopak, nie zna żadnego języka oprócz ojczystego. Jednak nasza 

euforia jest tak oczywista, że nie ma wątpliwości, co ona oznacza.

Na sali panuje swoiste  obozowe esperanto. Język ten wystarcza  do wyrażenia  naszej  wdzięczności 

wyzwolicielom. Nasz szał radości stara się opanować chłodna Lady i inne zwabione krzykami pielęgniarki. 
Usiłują przemówić nam do rozsądku, tłumaczą, że jesteśmy zbyt słabi i takie ekscytacje mogą zaszkodzić 
naszemu zdrowiu. Powoli wracamy do łóżek.

Zbliża się godzina obchodu lekarskiego i wymagana jest pewna doza dyscypliny. Tego dnia podczas 

obchodu odczytują z mojej karty ewidencyjnej adnotację wskazującą na rozpoznanie czynnej gruźlicy płuc. 
Informację tę przyjmuję niemal z zadowoleniem. Mam bardzo dobrą chorobę jako podstawę do starań o 
lepsze wyżywienie. Podobno na jednej z sal chorzy na płuca dostają dodatkowe porcje. A ja ciągle przecież 
jeszcze myślę o jedzeniu w kategoriach obozowych.

Tak, doskonale  —  myślę podniecony.  — Mam teraz konkretny, umotywowany wniosek dla mojego 

Belga.

„Mój Belg” — to sprawujący funkcję lekarza salowego student ostatniego roku medycyny. Przybył tu 

jako ochotnik na coś w rodzaju praktyki wakacyjnej. Chciałbym tu wyjaśnić,  że z przyszłym lekarzem, 
dzięki znajomości francuskiego, dość szybko znalazłem wspólny język, co pomogło nam dowiedzieć się 
czegoś o sobie nawzajem. Kiedy powiedziałem mu, że jestem absolwentem Uniwersytetu Jagiellońskiego, 
popatrzył na mnie z podziwem i oświadczył, że zna chlubne tradycje tej uczelni. Nie ukrywam, że sprawiło 
mi   to   jako   Polakowi   dużą   radość   i   satysfakcję.   Tak   więc,   wykorzystując   nić   przyjaźni,   po   starannym 
przemyśleniu jak najbardziej sugestywnego „wystąpienia”, zaatakowałem Belga:

— Panie doktorze, mój apetyt pozostaje w absolutnej dysproporcji z wydawanymi nam racjami. Wydaje 

background image

mi  się, że dodatkowe porcje z pewnością postawiłyby mnie na nogi. Proszę się nie gniewać, ale wiem 
skądinąd, że inni chorzy na płuca już takie dodatki otrzymują.

Belg ze zrozumieniem kiwał głową i spokojnie czekał, aż zakończę swój wywód.
Jego odpowiedź wprawiła mnie w osłupienie. A brzmiała ona mniej więcej tak:
—   Proszę   pana,   stan   pańskiego   zdrowia,   tak   ze   względu   na   czynną   gruźlicę   płuc,   jak   i   świeżo 

rozpoczętą rekonwalescencję po paratyfusie, wymaga czegoś zupełnie innego. Powietrze, dobry klimat, oto, 
czego pan najbardziej potrzebuje.

„Mój  Belg”  najwidoczniej   oszalał!   Ja   wiedziałem swoje.   Jedzenie,   dużo  jedzenia,   to  jest   dla   mnie 

lekarstwo.

Tego dnia nie rozmawialiśmy więcej na ten temat.
Następnego ranka na salę wkroczył niezwykły orszak: naczelny lekarz w towarzystwie Lady i mojego 

Belga oraz jeszcze dwie osoby z personelu. Belg raźnym krokiem prowadzi całą świtę prosto do mojego 
łóżka. Bez żadnych wstępów lekarz naczelny zwraca się do mnie z pytaniem:

— Czy chciałby pan pojechać na leczenie do Szwecji?
Mój mózg błyskawicznie rejestruje przesłanki tej decyzji. Szwedzi  — myślę sobie  — od blisko stu 

pięćdziesięciu lat nie prowadzą żadnych wojen... Mają na pewno dużo jedzenia... I już wiem.

— Tak jest, panie doktorze, bardzo chętnie pojadę do Szwecji.
Orszak  opuszcza  salę.  Śledzę   ich   wzrokiem.   W  drzwiach   odwraca   się   w moją   stronę  zadowolony, 

uśmiechnięty Belg. Puszcza do mnie duże, perskie oko.

Mój   przyjaciel   sądził   zapewne,   że   przekonał   mnie   o  konieczności   wyjazdu   ze   względu   na   zmianę 

klimatu. Prawda była zupełnie inna. Ja tylko pragnąłem najeść się do syta, a właśnie Szwecja wydawała mi 
się wymarzonym miejscem do tego celu.

Nadszedł   czerwiec,   a   z   nim   termin   wyjazdu   do   Szwecji,   zbiegający   się   dokładnie   z   rocznicą 

opuszczenia przeze mnie Auschwitz z transportem do Buchenwaldu.

Byłem w grupie prawie czterystu osób, wybranych z kilkudziesięciu tysięcy. Wraz ze mną wyruszał w 

tę podróż Grek z mojego pokoju. Z nie znanych mi powodów wyposażenie podróżników było bardzo różne. 
Ja i Grek znaleźliśmy się w grupie, której nie przydzielono ani nowego płaszcza, ani butów, ani też nakryć 
głowy. Otrzymaliśmy jedynie nową, ciepłą bieliznę. Wydawać by się mogło, że odczuwane w tym momencie 
poczucie krzywdy jest być może śmieszne. Jednakże moje, jeszcze ciągle muzułmańskie, serce było bardzo 
czułe   na   taką  „niesprawiedliwość”.   Żal   złagodziła   Lady,   gdy,   dokonując   ostatniego   przeglądu 
ekspediowanych, zlustrowała mnie fachowym okiem i własnoręcznie odziała moje stopy w dodatkową parę 
skarpet.

W   Lubece   transport   nasz   został   przejęty  przez   Szwedzki   Czerwony  Krzyż.   I   tu   rozegrał   się   mały 

dramat, który wszystkich nas, bez względu na zakres osobistych strat, przejął grozą. Na ogromnych stosach 
płonęły owe wspaniałe ubrania, buty, bielizna, nie zjedzone czekolady i nie wypalone papierosy.

Szwedzi   przyjmowali   nas   takich,   jakich   nas   mama  urodziła.   Pozwolili   oddać   do  dezynfekcji   tylko 

niektóre osobiste rzeczy. O naiwni! Któż po latach lagrów posiadał naprawdę osobistą rzecz. Oczywiście, 
niektórzy   mieli   jakieś   pióro,   zegarek,   ale   były   to   przedmioty  „zorganizowane”   głównie   z   rozbitych 
magazynów w Bergen Belsen. Ja zapakowałem do woreczka otrzymany od Anglika aparat do golenia oraz 
luserko  zrobione  z  odłamków dużego  lustra  — prezent  od austriackiego   pielęgniarza.  Na szyi pozostał 
zawieszony przez Anglików znak rozpoznawczy.

Zabiegi dezynfekcyjne odbywały się w namiotach, dokąd chorych noszono z żenującą nas ostrożnością. 

W pamięci wciąż mieliśmy „piątki” poganiane pejczem pod ukrop lub lodowatą wodę. Na handlowym statku 
zaadaptowanym do transportu chorych nastrój był minorowy. Bo jak tu się cieszyć, skoro na stosach spłonęły 
takie   wspaniałe   rzeczy,   a   do   jedzenia   dostaliśmy   tylko   kubek   rzadkiej   zupy   mlecznej   i   po   sucharku? 
Chodziło podobno o to, że przed morską podróżą należy tylko lekko się posilić.

— Do diabła z tym  — powiedział Grek.  — Niemcy nas głodzili, Anglicy nie nakarmili porządnie, a 

teraz Szwedzi wcale nie będą lepsi.

Jedzenie jest to ciągle coś, o czym zapomnieć nie jesteśmy w stanie.
O zmierzchu budzi nas radosny okrzyk Edka (jest nas tu kilku Polaków).
— Panowie, rany boskie, tu stoją całe worki sucharków i nikt ich nie pilnuje!
Powstaje zamieszanie. Pierwsi poderwali się Polacy, którzy zrozumieli, o co chodzi. Inni zorientowali 

się po chwili, gdy wrócił pierwszy niosący całą garść sucharów. Ci, co potrafili zejść z piętrowych łóżek oraz 
przebrnąć przez schodki i jakieś korytarzyki, urządzali do świtu  „wędrówkę ludów”. Należałem do tych, 
którzy o własnych siłach nie mogli podjąć się takiej eskapady.

background image

Edek przyniósł mi kilkanaście sucharów. Kiedy wrócił ostatni raz powiedział:
— Już do końca życia nie tknę żadnego sucharka. Zjadłem tego chyba ze sto osiemdziesiąt sztuk.
I raczej dotrzymał słowa. W każdym razie później, w Szwecji, wspomnienie o sucharkach kwitował 

dziwnym grymasem twarzy.

Nasza podróż trwała dość długo. Płynęliśmy po pełnym jeszcze min Bałtyku, co wymagało ostrożności.
Ale oto nadszedł przepiękny, słoneczny, czerwcowy dzień i kres naszej morskiej podróży.
Molo w Göteborgu. Leżymy na ustawionych w równych, długich rzędach noszach. Oczy robią nam się 

okrągłe ze zdumienia. To chyba sen! Mnóstwo czyściutkich, elegancko ubranych ludzi. Zwraca uwagę duża 
liczba kobiet. Kobiety? Nie, to anioły! Z jasnymi włosami, polakierowanymi paznokciami, w powiewnych 
sukienkach i błyszczących pończochach na nogach.

Jak piękna jest wolność, jaki piękny świat.
Wśród   sióstr   Czerwonego   Krzyża,   bo   tych   jest   oczywiście   najwięcej,   wyraźnie   można   odróżnić 

profesjonalistki od tych, które zostały niejako zwerbowane do tej „akcji”. Są dziennikarze, fotoreporterzy i 
mieszkańcy miasta, którzy przyszli nas po prostu zobaczyć.

— Traktują nas jak jakieś egzotyczne okazy, skoro zrobiło się takie zbiegowisko  — syknął złośliwie 

Tadek. — Lepiej daliby nam coś do jedzenia, zamiast się gapić.

Ta rzeczowa uwaga współtowarzysza sprowadza nasze odczucia na realne, przyziemne tory. Otóż to, 

jesteśmy głodni. Śniadanie nie wprawiło nas w szampańskie humory. Było skromne. Takie samo jak w 
Lubece.   Kubek   rzadkiej,   mlecznej   zupy  na   grysiku,   a   do   tego   kromeczka   słodkiej,   bielusieńkiej   babki 
posmarowanej masłem. Jak się później okazało, ta słodka babka to tutejszy najzwyklejszy chleb.

Tymczasem moje myśli zaprząta jedna natrętna myśl — jak wyłudzić jeszcze jedną śniadaniową porcję? 

Rozważania nad tą nader istotną kwestią przerwała najwyraźniej do mnie skierowana sentencja:

— Życie może być piękne, radosne, a na świecie jest całe mnóstwo dobrych, uczynnych, życzliwych 

ludzi. Nieprawdaż?

Autorką tej złotej myśli była kobieta ubrana w nieskazitelnie biały, skrojony na miarę kitel. Kobietę tę 

od razu uznałem za... damę. Wrażenie to potęgowała kunsztowna fryzura i buzia upiększona dyskretnym 
makijażem. Jednak złota myśl ładnej pani nie padła na właściwą glebę. Rozżaliła mnie tylko.

— Dziewczyno — odpowiedziałem rozdrażniony  — cóż pani może  wiedzieć  o złych  lub dobrych 

ludziach? Jaką zna pani miarę dobrego i złego?

Twarz kobiety spochmurniała.
— Cokolwiek wiem o waszych przeżyciach. Ale może pan mi powiedzieć, że ktoś, kto waszej gehenny 

nie przeżył, nigdy jej nie zrozumie. I zgadzam się z tym. Rozmiarów swego bólu nikt nie jest w stanie 
przekazać drugiej osobie. Musicie starać się o tym zapomnieć, a ja i inni chcemy wam w tym pomóc.

I nagle zrozumieliśmy, że spotkały się dwa różne światy i dalsza rozmowa nie ma sensu.
Pani Gudrun, bo tak nazywała się moja nowa znajoma, wsunęła rękę do kieszeni, wyjęła tabliczkę 

czekolady i położyła bez słowa na moich kolanach.

Chorzy, których stan zdrowia na razie nie pozwalał na dalszy transport — a tacy wśród nas stanowili 

ogromną większość  — zostali skierowani do Moelndal. W miasteczku tym, położonym przy Göteborgu, 
stanowiącym   niemal   jego   przedmieście,   zaadaptowano   na   cele   prowizorycznego,   przejściowego   szpitala 
budynek szkolny.

Mieszkańcy Moelndal witali nas tłumnie i serdecznie. Zewsząd rozlegały się okrzyki.
— Bądźcie pozdrowieni!
— Witajcie u nas!
— Wracajcie szybko do zdrowia!
Wszyscy przenoszeni z samochodów sanitarnych byli bardzo wzruszeni i na zawsze zapamiętali ten 

barwny, życzliwy tłum ustawiony w nieregularny szpaler. Nie skończyło się na pierwszych powitaniach. 
Później, kiedy rozlokowano nas w budynku szkolnym, ubrano w bieliznę i piżamy, nakarmiono, gdy trochę 
odpoczęliśmy, dopuszczono przed okna mieszkańców miasteczka.

Nie istniały żadne bariery językowe. Rozmowy toczyły się za pomocą najróżnorodniejszych słów i 

gestów. Ludzie rzucali nam przez okna czekolady, pomarańcze i inne smakołyki.

Wróciło natrętne widmo obozu. Gdyby przed kilkunastu tygodniami jakaś litościwa ręka rzuciła do 

baraku wiązkę buraków czy brukwi — pomyślałem — ci ludzie stoczyliby o te skarby zażarty, a częstokroć 
śmiertelny  bój.   Teraz   przez   okna   wpadają   czekolady  i   pomarańcze,   a   ci   sami  ludzie   częstują   się   nimi 
nawzajem z życzliwym uśmiechem. Dane nam było poznać w niedawnej przeszłości, jak bardzo można 
upodlić istotę ludzką, jak można doprowadzić do tego, by zatraciła granicę człowieczeństwa i była zdolna do 
walki na śmierć i życie o kawałek czegoś do jedzenia. Jak więc nikła jest owa granica, którą przekracza 
człowiek, by znów stać się człowiekiem.

background image

Wiwatom przed naszymi oknami nie było końca. Jeden z polskich kolegów chwycił gitarę — skąd on u 

licha w parę godzin po przybyciu wytrzasnął ten instrument  — i zaczął grać i śpiewać. Pomagaliśmy mu 
mruczandem. Koncert ten był niejako formą rewanżu za serca i dobroć tych ludzi.

Szwedzi   byli   zaskoczeni.   Spodziewali   się,   że   chorzy   i   tak   ciężko   doświadczeni   przez   los   będą 

przeraźliwie smutni, apatyczni, zrezygnowani. Kiedyś później usiłowaliśmy im wytłumaczyć, że właśnie 
człowiek, który poznał prawdziwy smutek, potrafi się cieszyć naprawdę, a pogoda ducha jest najlepszą, a 
czasem jedyną formą obrony.

Rozpoczął się wspaniały okres rekonwalescencji psychicznej i fizycznej. Miarą czasu stały się godziny 

wydawania posiłków. Bystre i inteligentne siostry zapytane o godzinę (nie mieliśmy przecież zegarków) 
odpowiadały niezmiennie:

— Za pięć godzin kolacja, za dziewięć godzin śniadanie.
Nie   żałowano   nam   już   jedzenia.   Nasi   opiekunowie   zdawali   sobie   sprawę,   że   zostaliśmy   wyrwani 

śmierci głodowej.

U ogromnej większości chorych obfita, ale lekka dieta dawała szybkie rezultaty. Już w ciągu pierwszych 

tygodni   przybywaliśmy  na   wadze   po   kilka   kilogramów.   Lekarzy  szwedzkich   zainteresowały  te   reakcje 
organizmu po przebytej chorobie głodowej. Większość pacjentów stosunkowo szybko wracała do niezłej 
kondycji fizycznej. Większość, to nie znaczy wszyscy.

Pierwszym z naszego grona, o którego upomniała się nasza stara znajoma  — kostucha — był Polak 

Michał Ł., rolnik z centralnej Polski. Stało się to w czasie następnego etapu naszej wędrówki. Szwedzi, 
którzy  chcieli   zapobiec   tworzeniu  „getta”   byłych   więźniów   koncentracyjnych,   rozesłali   nas   do   różnych 
sanatoriów i zakładów leczniczych na terenie całego kraju. Michał zmarł w sanatorium w Boras. Znajdowało 
się tu, jak w każdym ze szwedzkich sanatoriów, kilku Polaków. Śmierć obozowego kolegi zapisała się na 
trwałe w mojej pamięci. Był to bowiem pierwszy przypadek, kiedy śmierć zabrała jednego z prawie cudem 
uratowanych.   Zmarł   na   progu   wolności   i   lepszego   życia.   Wycieńczony   organizm   nie   zdołał   się 
zregenerować, a zgon ten powiększył listę hitlerowskich zbrodni.

Pogrzebowi Michała towarzyszyło duże zainteresowanie i ogromne współczucie ze strony Szwedów. 

Licznie zgromadzeni dawali wyraz swemu głębokiemu żalowi, że oto zmarł człowiek, którego los powierzył 
ich opiece.

Ta nieoczekiwana śmierć mocno nas przygnębiła. Uświadomiliśmy sobie, że być może długo jeszcze 

będziemy płacili za przeżyte choroby, głód i cierpienia.

W kilka tygodni później zmarł Eugen, kolega, którego poznałem dopiero w Szwecji i bardzo się z nim 

zaprzyjaźniłem. Eugen umierał długo. Przychodziliśmy do separatki, w której leżał, i usiłowaliśmy wnieść 
trochę   humoru   w   ostatnie   chwile   jego   życia.   Był   podłączony   do   butli   z   tlenem,   wiedział,   że   umrze. 
Rozdzielił   pomiędzy   nas   swój   skromny   dobytek.   Wkrótce   było   po   wszystkim.   Gdybyśmy   potrafili, 
zapłakalibyśmy.

Doktor Törnll, naczelny lekarz sanatorium, na przełomie września i października 1945 roku zawiadomił 

mnie, że powinienem poddać się zabiegowi chirurgicznemu, polegającemu na resekcji kilku żeber. Zabieg 
miał być wykonany za kilka miesięcy, kiedy pozwoli na to kondycja fizyczna. Interesowało go, czy wyrażę 
zgodę na tę operację. Wyraziłem. Przez okres pięciu miesięcy poprzedzających tę operację starałem się nie 
myśleć o tym, co mnie czeka. Do separatki numer 7 w szpitalu chirurgicznym przeniosłem się dopiero w 
lutym 1946 roku. Kilka dni wcześniej dowiedziałem się o dokładnej dacie zabiegu. Przewidziane były dwie 
operacje w pewnych odstępach czasu. W pierwszej  — resekcja części trzech żeber, w drugiej — dalszych 
czterech.

Na   pierwszą   operację   szedłem   w   bardzo   buńczucznym   nastroju.   Nie   chciałem   wyrazić   zgody   na 

uśpienie, zażyczyłem sobie tylko miejscowego znieczulenia.

Kiedyś na bloku 20, w roku 1943, Jurek B. wywróżył mi z ręki, że obóz przeżyję, ale później życie 

moje będzie bardzo poważnie zagrożone. Nie wiem, dlaczego uwierzyłem w tę wróżbę, ale wiara ta była 
powodem,   że   protestowałem   przeciwko   narkozie.   Jednakże   chirurg   stwierdził,   że   zabieg   jest   trudny,   a 
uśpienie konieczne. Rozsądek zwyciężył chiromancję.

Nadspodziewanie   szybko   obudziłem   się   z   narkotycznego   snu.   Niemiłosierny   ból,   zwłaszcza   przy 

zmianie opatrunku, gdy sączek drażnił świeże rany, i sprawił, że zacząłem myśleć, że być może przyszedł i 
mój   koniec.   Próbowałem   podsumowywać   swoje   życie.   Pragnąłem   filozoficznych   uogólnień.   W   końcu 
podzieliłem się swoimi obawami z kolegami.

— Popatrzcie, tyle wytrzymałem i teraz właśnie muszę się wykończyć.
Koledzy pocieszali.
— Stary, wiadomo, że nikt się z tego nie wyłga. Ale może nie przyszła jeszcze twoja pora.
Ja jednak byłem niespokojny. Słyszałem tłumione szepty kolegów i lekarzy, widziałem ich ukradkowe 

background image

spojrzenia. Czułem się bardzo źle.

Jednak   los   i   tym   razem   okazał   się   dla   mnie   łaskawy.   Nie   tylko   żyłem,   ale   kryzys   szybko   mijał. 

Cieszyłem się i ja, i moi koledzy. Na następną operację jechałem w łóżku na kółkach potulny jak baranek. 
Radowałem się na samą myśl o narkozie.

Wkrótce mogłem już przesłać wiadomość matce, że „drobny zabieg chirurgiczny”, którym tłumaczyłem 

opóźnienie mojego powrotu do kraju, już mam poza sobą.

Zdrowie i siły wracały.  Zawdzięczałem to znakomitej opiece  i doskonałej terapii,  w ramach której 

pozwolono   nam   na   przyjęcie   zaproszeń   do   kilku   szwedzkich   domów.   Po   raz   pierwszy   od   pięciu   lat 
przekroczyłem próg zwyczajnego ludzkiego domu. Należał on do rodziny państwa Egg. Ten zwyczajny dom, 
zamieszkany   przez   jedną   rodzinę,   wywołał   niesamowite   skojarzenie.   Mógł   pomieścić   co   najmniej 
dwustuosobowe komando. Drugie skojarzenie było krańcowo inne. Dom — to przecież Polska. Niech będzie 
mały, zupełnie malutki, ale w rodzinnym kraju, w gronie najbliższych. Po tej wizycie podzieliliśmy się 
wrażeniami i okazało się, że wszyscy czuliśmy tak samo. Było to niesamowite. Zaczęliśmy zastanawiać się, 
czy  potrafimy  kiedyś   jeszcze   wrócić   do  normalnego  życia   i   myśleć   kategoriami   ludzi   nie   obciążonych 
koszmarem obozowych przeżyć.

W miarę upływu czasu leniwy rytm sanatoryjnego życia zaczynał ulegać stopniowemu przyspieszeniu. 

Zbliżał  się  dzień,  którego   tak   bardzo   oczekiwałem. Dzień  powrotu  do  ojczyzny.   Aż  nadszedł.  Szwedzi 
pożegnali mnie tak, jak żegna się u nich przyjaciół, których chce się wyróżnić. Uroczyście i z pompą. W 
sanatorium urządzono  wieczór  pożegnalny,  który zamienił  się  niemal  w manifestację  szwedzko-polskiej 
przyjaźni.   Na   mojej   szyi   zawisł   wieniec   z   kwiatów,   a   na   dworzec   odprowadzało   mnie   prawie   całe 
„chodzące” sanatorium.

W pociągu, a później na promie „Drottning Victoria” jestem sam. Sam po raz pierwszy od sześciu lat. 

Nikt nie podgląda moich mniej lub bardziej intymnych zajęć, nikomu nie muszę tłumaczyć i wyjaśniać, 
dlaczego coś robię lub czegoś nie robię. Co więcej, nikt nie ma prawa mi rozkazyvyać, abym na przykład o 
określonej godzinie kładł się spać, ubierał się, mył, jadł, spacerował. Co za wspaniałe uczucie!

Tak — myślę sobie — ale jakże mój los jest obojętny wszystkim współpasażerom. Wracam do kraju. 

Czy znajdę wspólny język z dawnymi przyjaciółmi, czy potrafię pozyskać nowych?

Na   tych   i   podobnych  rozważaniach   minęła   mi   podróż.   Na  horyzoncie  „zamajaczył”   skrawek   lądu. 

Steward odpowiada na pytanie któregoś z podróżnych: det heter Hel. Gdzieżbym kiedyś mógł przypuszczać, 
że w języku szwedzkim usłyszę zapowiedź zbliżania się ojczystej ziemi, że tak okrężną drogą powrócę do 
niej z K. L. Auschwitz.

W Gdańsku wita mnie brat:
— A jednak prawdę powiedziała matce wróżka, że wrócisz na białym koniu.
Prom był bielusieńki jak śnieg.

W tomiku wykorzystano relacje  więźniów obozów koncentracyjnych  zamieszczone  w  „Przeglądach 

Lekarskich” z lat 1964—1968 (Organ Krakowskiego Oddziału Polskiego Towarzystwa Lekarskiego).

background image

WYKAZ „TYGRYSÓW” KTÓRE UKAZAŁY SIĘ W LATACH 1981—1985

1981

J. GARAS  Czołówka ląduje w mroku
L. GRZEGÓRSKA, A. KOWALCZYK  Przystanek Auschwitz
R. SZUBAŃSKI  Rafinerie płoną o zmierzchu
Z. JANKIEWICZ  Zbrodnie czarnych krzyży
J. MARCINIAK  Ostry kąt uderzenia
J. GRABIŃSKI  Szalony lot (wyd. 2)
K. SZELĄG  Batalion śmiałych
A. JANCZAK  „Zefiry” nad kanałem
B. JAGIELSKI  Ognie na bagnach
W. MALTEN  Decydująca runda
A. KUCZERA  Na pokładzie „Błyskawicy”
M. A. KOWALSKI  Droga wiodła przez Węgry
J. TOBIASZ  Bomba dla gauleitera
J. DOMAŃSKI  Samotni w mroku
Z. DAMSKI  Atakuje was „Piorun”
E. WALCZUK  Zwiadowczym szlakiem
W. WILCZEK  Na spotkanie konwoju
R. SZUBAŃSKI  Przyczółek straconej szansy
St. MAJEWSKI  Diabły Adriatyku
W. FUGLEWICZ  Zagłada czwartej floty

1982

J. MALCZEWSKI  Bój pod Rietschen
I. CZYŻEWSKI  Nocne zjawy
A. ŚMIRSKI  Śmierć przychodzi z gór
Z. SZYMANOWSKI  Gorący las
J. BESALA  W pajęczynie podsłuchów
W. MALTE'N  Piekło Iwo-dzimy
Z. ZGÓRECKI  Z ostatnim rozkazem
K. SZELĄG  Na pancerzach do Belgradu
K. HOFFMAN  Na ścieżkach pożogi
W. FUGLEWICZ  Kurs bojowy Praha
T. KONECKI  Sygnał „Stal”
W. KRÓL  Mustangi nad kontynentem
R. BRZESKI  Enigma ląduje w Normandii
Z. DAMSKI  382 dni „Kujawiaka”
A. FRYSZKIEWICZ  „Wieniec” dla wroga
R. SZUBAŃSKI  Upadek Corregidoru
M. ŚLIFIERZ  Cień swastyki nad Bosforem
A. KRAWCZYK  Operacja „Drawa”
A. WÓJTOWICZ  Sercem zbrojne
J. MALCZEWSKI  Różan broni się jeszcze
B. GACZKOWSKI  Z polowego lotniska
L. GRZEGÓRSKA, A. KOWALCZYK  Światło w mroku

1983

Cz. STEMPNIEWICZ  Tron dla faworyta
Z. KOZAKIEWICZ  Odejście na rozkaz

background image

S. JANKOWSKI  „Monte”
K. SZELĄG  Alarm dla Belgradu
A. GŁOWACKI  Brandenburski węzeł
R. SZUBAŃSKI  Osaczona wyspa
A. BŁAŻEJ  Ślady na granicy
B. JAGIELSKI  Przeprawy leśnych ludzi
J. RAKOWSKI  Pod osłoną nocy
Z. DAMSKI  Tak zginął ORP „Orkan”
A. FRYSZKIEWICZ  Chindici atakują z dżungli
M. GOLIK  Przed zamkniętym semaforem
B. ZAKRZEWSKI  Orlęta bez skrzydeł
E. OBERTYŃSKI  Statek wierny banderze
B. KAZNOWSKI  Krach pruskiej twierdzy
T. PLĄSKOWSKI  Strzały na Podhalu
J. MAGNUSKI  Ruchome twierdze (wyd. 2)
K. WÓJTOWICZ  Dziewczęta w rogatywkach (wyd. 2)
E. WALCZUK  Na gruzach Berlina

Rok 1984

M. JARKOWSKA  Ochotnicza warszawska
Cz. PODGÓRSKI  Przed pierwszym strzałem
T. KONECKI  W celowniku Ferdynandy
R. BRZESKI  Strzał w próżnię
R. SZUBAŃSKI  Samotni przeciw Kriegsmarine
Z. DAMSKI  Ostatnia wachta „Gryfa” (wyd. 2)
F. SIKORSKI  Ryngraf z trupią czaszką (wyd. 2)
H. KAWKA  Na obcej ziemi
Z. ZONIK  W szponach przymusu
W. KRÓL  Dębliniacy z kodem „PK”
A. GŁOWACKI  Czerniaków wzywa
E. WAWRZYNIAK  Diabla Góra
J. MARCINIAK  Ognie na hałdach
J. MALCZEWSKI  Przed nami Bzura
Z. KOZAKIEWICZ  Powrotny rajd
B. GACZKOWSKI  Północna fala

1985

J. DYSKANT  Na falach Amuru
B. SZUMSKI  Przedmurze Starówki
M. JANISŁAWSKI  Kryptonim „Pomorze”
T. KONECKI  Krymska pułapka
B. KAZNOWSKI  Gdzie rodzą się cyklony
A. R. JANCZAK  Cel na dzisiejszą noc
W. KRÓL  Zgłaszam zestrzelenie Me-262
A. PRZEKOP, K. WÓJTOWICZ  Mgły nad jeziorem
J. SERGIUSZ  Śmierć podaje dłoń
W. FUGLEWICZ  Minuta nad twierdzą (wyd. 2)
B. JAGIELSKI  Z ćwiczeń do boju
St. POKORNY  Czołgi pod Mokrą (wyd. 2)
K. PRZYTOCKI  Rajd ku morzu (wyd. 2)
J. MALCZEWSKI  Bzura – rzeka dramatu
R. SZUBAŃSKI  Klęska konwoju PQ-17