background image

 

 

Michael Palmer 

 

Recepta Coreya 

(Corey prescription) 

 

Przełożyła Zofia Zinserling 

background image

 

PROLOG 

 

Lipiec 1946 
Ramirez odchrząknął z zadowoleniem i jednym haustem wychylił swoją szkocką. Już miał 

sobie nalać, po raz czwarty tego wieczoru, kiedy „Rosa T.” wzleciała na wysokiej fali i niezgrabnie 
przechyliła  się  na  lewą  burtę.  Dzięki  refleksowi,  nabytemu  z  biegiem  lat  spędzonych  na  morzu, 
zręcznie dopasował kąt nachylenia butelki i napełnił kubek, nie uroniwszy ani kropli. 

Miał  po  sześćdziesiątce,  lecz  gęsta  siwa  broda  i  duży  brzuch,  w  połączeniu  z  ciemną, 

ogorzałą cerą utrudniały określenie jego wieku. Wszyscy znajomi pamiętali bądź wyobrażali sobie 
Tomasa Ramireza wyłącznie w roli kapitana „Rosy T.” 

Frachtowiec, pierwotnie zaprojektowany i używany do transportu bananów, za jego czasów 

przewiózł wiele ciekawszych ładunków. Przed wojną Ramirez latami przemycał na nim kokainę i 
marihuanę 

do 

Stanów 

Zjednoczonych 

Kanady, 

do 

rozmaitych 

portów 

południowoamerykańskich wracał z nieoclonymi wyrobami przemysłowymi i alkoholem. 

Wkrótce  potem,  gdy  nasiliły  się  działania  wojenne  na  Atlantyku,  Ramirez  zrozumiał,  że 

jego  specjalność  wymaga  pieniędzy  i  ochrony  zarówno  ze  strony  aliantów,  jak  Niemców.  Pod 
banderą  panamską  „Rosa  T.”  dostarczała  broń  z  Niemiec  partyzantom  w  Ameryce  Środkowej  i 
Południowej,  kilkakrotnie  zaś  pod  banderą  niemiecką,  w  czarterze  u  Amerykanów,  przewoziła 
„biznesmenów”  na  wybrzeża  Norwegii.  W  sumie  od  roku  1941  do  1945  kapitan  i  frachtowiec 
odbyli  ponad  trzydzieści  rejsów  transatlantyckich,  a  podczas  paru  ostatnich  za  wysoką  opłatą 
przewieźli  niemieckich  przywódców  wojskowych  i  politycznych  do  portów  w  Brazylii  i 
Argentynie. 

Ramirez  w  pełni  zasłużył  sobie  na  międzynarodowe  uznanie  jako  człowiek,  który  dobrze 

wykonuje swoją prace i  nie pyta o ładunek, jeśli  dostaje żądaną sumę. Przez wiele powojennych 
miesięcy  jednak  czarterów  brakowało  i  nic  nie  zarabiał.  Musiał  zwolnić  prawie  całą 
dziewięcioosobową załogę, dwukrotnie zaś podjąć się legalnego, lecz źle płatnego przewozu. 

Raptem, pewnego skwarnego dnia w Panamie, wszystko się odmieniło. Ramirez znów stał 

się  wypłacalny,  skompletował  załogę  i  wywiązywał  się  z  czarteru  tak  lukratywnego,  że  dochód 
miał mu wystarczyć na wiele miesięcy. 

Tę  odmianę  losu  zawdzięczał  człowiekowi,  który  leżał  pod  pokładem  na  wąskiej  koi  w 

największej  z  trzech  małych  kajut.  Załoga  znała  tylko  jego  imię,  Nick,  on  sam  zaś  prawie  cały 
tydzień  rejsu  spędził  w  swojej  kabinie,  skąd  wychodził  raz  dziennie,  aby  zjeść  skromny 
południowy posiłek i wypić trochę czerwonego wina z Ramirezem. Wszyscy na pokładzie mylnie 
sądzili,  że  pasażera  przykuła  do  koi  morska  choroba.  W  istocie  Nicholas  Ferlazzo  prawie 
szesnaście  godzin  na  dobę  poświęcał  studiowaniu  i  uczeniu  się  na  pamięć  treści  papierów, 
dokumentów  i  książek,  otrzymanych  od  mężczyzn,  którzy  spotkali  się  z  nim  w  Panamie,  a 
przedtem zorganizowali jego podróż na północ frachtowcem Ramireza. 

Kapitan spoglądał właśnie na butelkę i zastanawiał się, czy nie wypić piątej whisky, kiedy 

jego zastępca i  jedyny stały członek załogi  zastukał  do drzwi, po czym  wetknął do kabiny twarz 
pokrytą siwym zarostem. 

– Nawiązaliśmy kontakt radiowy, panie kapitanie. Zgodnie z planem. Najdalej za godzinę... 
– Jaka jest nasza pozycja? – przerwał mu Ramirez. 
–  Około  sześćdziesięciu  mil  na  północ  od  latarni  w  Eastport,  stan  Maine.  Na  kursie  280 

stopni. 

– Zaraz będę na mostku. Co z pogodą? 
– Jest trochę mgły, ale powinniśmy się z nimi sczepić, jeśli wiedzą, co robią. 
– Jak dotąd wiedzieli – stwierdził Ramirez. 
Wiadomość  o  zbliżającym  się  spotkaniu  Ferlazzo  przyjął  bez  większych  emocji,  odłożył 

tylko mapy, które właśnie przeglądał, wyciągnął się na wznak i wpatrzył w gładką, szarą metalową 

background image

 

ścianę. Miał niewiele ponad metr osiemdziesiąt wzrostu i dziewiętnaście lat, lecz zapuszczana od 
trzech miesięcy broda trochę go postarzała. Właściwie niczym się nie wyróżniał. To znaczy niczym 
z  wyjątkiem  oczu.  Ciemne,  niemal  metalicznie  brązowe,  spoglądały  spod  grubych  brwi  i 
przymkniętych powiek tak przenikliwie, że tylko nieliczni potrafili dłużej w nie patrzeć. 

Miał tydzień, kiedy znaleziono go w starannie zszytych powijakach z tkaniny flagowej pod 

bramą  małego  sycylijskiego  klasztoru  nieopodal  Syrakuz,  jakieś  osiemdziesiąt  kilometrów  na 
południe  od  Etny.  Trafił  do  pobliskiego  sierocińca,  prowadzonego  przez  zakonnice  z  tego 
zgromadzenia, i spośród trzydzieściorga pięciorga dzieci niczym się nie wyróżniał do ukończenia 
trzeciego roku życia, kiedy to siostry znalazły go, siedzącego na uboczu i na głos czytającego bajki. 
Ze zdumieniem stwierdziły, że wcale nie umie czytać, tylko powtarza z pamięci to, co raz usłyszał. 

W wieku pięciu lat płynnie mówił po włosku i po łacinie, a zaczynał się uczyć francuskiego. 

Raz  poznane  fakty  znacznie  lepiej  zapamiętywał,  niż  rozumiał,  choć  i  to  przychodziło  mu  z 
wyjątkową łatwością. 

Pogłoska o tym zadziwiającym dziecku obiegła okoliczne wsie, a pod koniec roku 1931 z 

położonej  za  górami  pobliskiej  Ragusy  przyjechał  je  zobaczyć  Dominico  Ferlazzo.  Z  miejsca 
wyraził  chęć  zaadoptowania  chłopca  i  jego  propozycja,  poparta  dużym  datkiem  na  sierociniec, 
została  przyjęta.  Na  decyzję  sióstr  nie  miało  wpływu  to,  że  nowy  ojciec,  najbogatszy  padrone  w 
Ragusie, parę lat wcześniej wrócił z Ameryki, gdzie rzekomo popadł w tarapaty; dla nich liczyło 
się to, że był człowiekiem pobożnym i wielkim dobroczyńcą Kościoła. 

Młody  Nicholas  Ferlazzo  nie  skończył  jeszcze  szesnastu  lat,  a  już  pod  kierunkiem 

specjalnych  nauczycieli  opanował  osiem  języków  i  mówił  nimi  bez  akcentu.  Z  pomocą  innych 
instruktorów rozwinął swoje wyjątkowe umiejętności sportowe, poznał historię Włoch i Ameryki, 
stał  się  wyborowym  strzelcem  i  zgłębił  inne  dziedziny  wiedzy.  Starszy  Ferlazzo  spędzał 
niezliczone  godziny  z  synem,  który  przyjmował  i  odwzajemniał  ojcowską  miłość  z  tą  samą 
żarliwością, z jaką poświęcał się studiom. 

Nicholas  miał  prawie  piętnaście  lat,  kiedy  pierwszy  raz  przespał  się  z  kobietą,  hożą 

dwudziestodziewięcioletnią  pomocą  kuchenną.  Wkrótce  po  ukończeniu  szesnastu  lat  zabił 
pierwszego człowieka. Zrobił to na prośbę ojca, który podczas jednego z ich częstych spacerów po 
brązowych, kamienistych wzgórzach wokół Ragusy powiedział: 

– Wiesz, Nicholas, że bardzo cię kocham i że jesteś dla mnie najważniejszy na świecie. 
– I ty także jesteś całym moim światem, ojcze – odparł młodzieniec. 
–  Chciałem  to  usłyszeć,  synu...  Wiesz,  Nicholas,  że  kiedy  przed  laty  wyjeżdżałem  z 

Ameryki, byli tu ludzie, którzy chcieli mi wyrządzić wielką krzywdę. Teraz już nie ma znaczenia, 
dlaczego  pragnęli  mnie  zabić,  ale  mimo  upływu  lat  wciąż  tego  pragną.  Ostatnio  doszły  mnie 
słuchy,  że  do  Palermo  przyjechał  niejaki  Amadeo  Secchi,  a  co  więcej,  że  zamierza  mnie 
zamordować. Lat mi przybywa i nie czuję się na siłach sam przed nim obronić. 

– Opowiedz mi o tym człowieku, ojcze, to go znajdę i zabiję dla ciebie. 
–  Stanie  się  tak,  bo  musi.  Mam  w  willi  informacje  na  jego  temat.  Ale  nikt  nie  może  cię 

zobaczyć ani w jakikolwiek sposób powiązać z jego śmiercią. 

– Rozumiem, ojcze – odrzekł Nicholas. 
Trzy dni później na pustej ulicy Palermo nieznany sprawca zabił Amadea Secchiego jednym 

strzałem  w  głowę.  W  ciągu  następnych  dwóch  lat  Dominico  Ferlazzo  trzykrotnie  ponawiał  takie 
żądania  i  trzem  jego  wrogom  zadano  śmierć  w  sposób  równie  oszczędny  i  niepozostawiający 
śladów. Młody Nicholas nie poczuwał się do winy ani nie miał wyrzutów sumienia z powodu tych 
zabójstw, bo jego wychowaniem moralnym kierował wyłącznie ojciec. 

Tymczasem coraz większy nacisk kładziono na uczenie Nicholasa przedmiotów związanych 

z  życiem  w  Ameryce.  Szybko  dowiedział  się  od  swoich  preceptorów  wszystkiego,  co  im  było 
wiadomo  o  amerykańskim  rządzie,  historii  społecznej  i  historii  kultury,  gospodarce,  a  nawet 
idiomach. Wojna nie przerwała edukacji Nicholasa, miała zresztą niewielki wpływ na jego rodzinę, 
a jeśli już o to chodzi, na większość mieszkańców Ragusy. 

background image

 

W lutym 1946 roku po raz pierwszy dowiedział się, co zaplanował i przygotował dla niego 

ojciec.  Starszy  Ferlazzo  poruszył  ten  temat  podczas  kolejnej  przechadzki  po  zapylonych, 
porośniętych krzewami wzgórzach. Był jak zawsze w rozmowie z synem bezpośredni i szczery. 

– Lekarze w Palermo – powiedział, obejmując chłopca ramieniem – poinformowali mnie, że 

odrasta  mi  guz  żołądka.  Zaproponowali  kolejną  operację,  ale  nie  ma  prawie  żadnej  nadziei  na 
usunięcie  całego.  Postanowiłem  nie  poddawać  się  zabiegowi,  a  ich  zdaniem  to  kwestia  najwyżej 
paru miesięcy. 

– Czy to pewne, ojcze? Są przecież inni lekarze, do których moglibyśmy się zwrócić. Może 

w Rzymie... 

– Nie, synu – przerwał Dominico – to pewne. Wiem o tym od kilku tygodni i już zacząłem 

zabezpieczać  ci  przyszłość.  Twoja  matka  pojedzie  na  północ,  gdzie  zamieszka  u  swojej  rodziny, 
willa zostanie sprzedana. Dla mnie ważne jest teraz tylko to, żebyś mógł kontynuować studia. 

Potem Nicholas nigdy już nie był tak bliski łez. 
– Oczywiście nie przerwę nauki, ojcze. Ale willa... 
–  To  nie  jest  miejsce  dla  ciebie,  Nicholas.  Już  wiele  lat  temu  postanowiłem  urządzić  cię 

gdzie  indziej,  a  teraz,  po  wojnie,  znów  otwierają  się  przed  tobą  liczne  możliwości  w  Ameryce. 
Skontaktowałem się z twoim stryjem Peterem w Bostonie. Zgodził się zapewnić ci start w nowym 
życiu.  Jego  zdaniem  możesz  się  dostać  na  jakiś  amerykański  uniwersytet,  zna  też  bezdzietne 
małżeństwo,  które  chętnie  zaopiekuje  się  tobą  jak  własnym  synem.  Wiem,  że  to  przerażająca 
perspektywa, musisz mi jednak obiecać realizację tych planów. 

– Zrobię wszystko, o co mnie poprosisz, ojcze. Wiesz, że zawsze tak było. 
– Dobrze. Masz wyjechać latem. Peter prosił, abyś mu oddał ważną przysługę w zamian za 

to, że zatroszczy się o twoją przyszłość. Parę razy pomogłeś mi... no... rozprawić się z tymi, którzy 
chcieli  mnie  skrzywdzić,  a  teraz  twój  stryj  pragnąłby,  abyś  wyeliminował  jego  wroga.  To  mój 
jedyny  brat  i  byliśmy  sobie  bardzo  bliscy,  kiedy  mieszkałem  w  Ameryce.  Jego  wrogów  należy 
traktować  tak  jak  moich.  Po  wykonaniu  dla  niego  tej  roboty  będziesz  mógł  dalej  się  kształcić  i 
prowadzić  nowe  życie.  Do  tego  czasu  musisz  bardziej  przykładać  się  do  studiowania  zagadnień 
amerykańskich i pomóc mi w zlikwidowaniu willi. 

W  ciągu  następnych  miesięcy  stan  zdrowia  starszego  Ferlazza  szybko  się  pogarszał.  Na 

początku  kwietnia  chory  zmarł  w  obecności  syna.  Młody  Nicholas  niczym  nie  zdradzał  swych 
uczuć, tylko po pogrzebie godzinami wędrował po wzgórzach, gdzie kiedyś spacerował z ojcem. W 
czerwcu  Peter  Ferlazzo  przysłał  mu  wiadomość  wraz  z  instrukcją,  że  ma  spakować 
najniezbędniejsze rzeczy i wsiąść w Palermo na frachtowiec, odpływający do Panamy w Ameryce 
Środkowej.  Po  przybyciu  na  miejsce  odbiorą  go  przyjaciele  i  załatwią  mu  przejazd  do  Stanów 
Zjednoczonych. 

Bez płaczu i prawie bez obaw Nicholas Ferlazzo opuścił po piętnastu latach dom i udał się 

do Palermo. 

To  Ramirez  pierwszy  dostrzegł  światła  podpływającej  łodzi.  Ze  żwawością,  jakiej  trudno 

byłoby  oczekiwać  po  człowieku  tak  zwalistym,  pognał  na  dziób  „Rosy  T.”  i  wysłał  umówiony 
sygnał. Z chwilą gdy odpowiedziały mu błyski, polecił swemu zastępcy zawiadomić Nicka. 

–  Weź  to.  –  Ramirez  podał  oficerowi  krótki  rewolwer.  –  Nie  wypuszczaj  go  z  kabiny, 

dopóki  nie  dam  ci  sygnału,  że  nam  zapłacili.  Potem  płyniemy  do  Bostonu.  Jest  tam,  jak  słyszę, 
wiele pięknych kobiet, które chętnie pomogą nam wydać zarobione pieniądze. 

Oficer stał na posterunku pod drzwiami, a tymczasem Ferlazzo starannie pakował do torby 

marynarskiej  wszystkie  przestudiowane  materiały  i  skromną  garderobę.  Z  tej  samej  torby 
wyciągnął tekturowe pudełko o rozmiarach mniej więcej dwadzieścia na dwadzieścia centymetrów 
i  wysokości  dziesięciu  centymetrów.  Otworzył  je,  połączył  dwa  druciki  i  po  nałożeniu  pokrywki 
wepchnął głęboko w róg koi. Wygładziwszy cienki materac, czekał na znak. 

Przy  lekkim  kołysaniu  Północnego  Atlantyku  Ferlazzo  brał  torbę  marynarską  i  złaził  po 

sznurowej drabince na pokład niewielkiej łodzi wycieczkowej, zacumowanej do frachtowca. 

background image

 

Kapitan  Ramirez,  po  parokrotnym  przeliczeniu  otrzymanych  pięćdziesięciu  tysięcy 

dolarów, stał na mostku, kiedy łódź odcumowała i skierowała się na północny wschód. 

Na jej pokładzie, już w odległości może pół mili od frachtowca, Ferlazzo spotkał się oko w 

oko ze swymi nowymi towarzyszami. 

–  Naprawdę  zapłaciliście  mu  pięćdziesiąt  tysięcy  dolarów  za  dostarczenie  mnie  tutaj?  – 

zapytał niedowierzająco. 

Jego  gospodarz,  dystyngowany  mężczyzna  w  tweedowym  ubraniu  i  szerokim  krawacie, 

odpowiedział z uśmiechem: 

– W banknotach, których nikt nigdy nie próbowałby wydać. 
W  tym  momencie  nocne  niebo  rozjaśnił  błysk  z  południowego  zachodu.  Trzy  sekundy 

później do uszu zebranych na pokładzie łodzi wycieczkowej doleciał stłumiony huk. W odległości 
niespełna  mili  „Rosa  T.”  buchnęła  płomieniem  i  przełamała  się  na  pół.  Zatonęła  po  pięciu 
minutach. 

Nicholas  Ferlazzo  zatrzymał  się  przy  barze,  aby  nalać  sobie  szklaneczkę  chianti,  zanim 

wyciągnie się na miękkiej skórzanej kanapie i znów pogrąży w lekturze. 

background image

 

CZĘŚĆ I 
 

Kwiecień 1978 
Reasumując,  ta  56–letnia  Portugalka  zgłosiła  się  w  gabinecie  z  bólem  prawego  ramienia, 

spowodowanym,  jak  wykazało  badanie,  zapaleniem  mięśnia  trójgłowego.  Na  początek  zaleca  się 
unieruchomienie  i  aspirynę.  Ciśnienie  krwi  wynosi  210/115,  a  obie  siatkówki  wskazują  na 
długotrwale  nadciśnienie.  Niestety  nie  zdołałem  przekonać  pacjentki  o  potrzebie  ponownego 
badania i leczenia. Planuje się nawiązanie kontaktu z jej synem, który mówi po angielsku, i z jego 
pomocą podejmę dalsze kroki w sprawie uregulowania ciśnienia. Kończę dyktować... 

L.T.C. Dziękuję. 
Luke  Corey  wyłączył  dyktafon,  zamknął  oczy  i,  odchylony  do  tyłu,  pocierał  garb  nosa. 

Promień  przedwieczornego  słońca  padł  na  róg  jego  biurka,  migotliwą  smugą  położył  się  na 
wzorzystej  tapecie  gabinetu.  Coreya  zaprzątała  myśl  o  dwudziestu  dwóch  osobach,  których 
problemami zdrowotnymi zajmował się tego dnia. Przez dziesięć minut rozkoszował się ciszą, w 
czym przeszkadzał mu tylko ból w dolnej części kręgosłupa. Ostatnio te cholerne plecy zaczynały 
mu dokuczać chyba z każdym dniem wcześniej. 

– Mam trzydzieści sześć lat i połowę życia za sobą – mruknął pod nosem. 
Wstał, przeciągnął się i rozejrzał po gabinecie, trochę zagraconym, lecz emanującym miłe 

ciepło. Od czterech lat zajmował ten narożny pokój w sześćdziesięcioletnim domu, podobnym do 
innych budynków na przylądku Cod. Na umeblowanie gabinetu składało się szerokie, stare dębowe 
biurko,  bardzo  miękka  niebieska  kozetka  i  sięgający  sufitu  regał,  wypełniony  podręcznikami, 
notatnikami  i  nieoprawionymi  czasopismami.  Niskie  beżowe  krzesło  stało  na  ukos  do  krzesła  za 
biurkiem,  dzięki  czemu  Lukę  nie  musiał  robić  tego,  czego  bardzo  nie  lubił  –  rozmawiać  z 
pacjentem  siedzącym  po  drugiej  stronie  biurka.  Na  wprost  pojedynczego  okna  z  ośmioma 
szybkami wisiały na ścianie cztery certyfikaty w czarnych ramkach. 

Te  wypisane  ozdobnymi  literami  dokumenty  stwierdzały,  że  gabinet  należy  do  Lewisa 

Tylera  Coreya  III,  który  ukończył  college  w  Harvardzie  w  1963  roku,  a  szkołę  medyczną  na 
Uniwersytecie  Missisipi  w  1967.  Dwa  pozostałe  certyfikaty  poświadczały  prawo  doktora  Coreya 
do praktyki lekarskiej w stanie Massachusetts i członkostwo Amerykańskiego Zrzeszenia Lekarzy 
Rodzinnych. 

W  lewej  dolnej  szufladzie  biurka  leżał  piąty  dokument,  w  oryginalnej  kopercie  i 

nieoprawiony,  pochwała  prezydenta  Stanów  Zjednoczonych  z  lipca  1970  roku.  Na  kopercie,  w 
płaskim czarnym pudełeczku, spoczywał medal ze srebrną gwiazdą i purpurowym sercem. 

Parominutową  ciszę  przerwały  trzaski  i  długotrwałe  buczenie  leżącego  na  biurku  pagera. 

Buczenie ucichło, po czym rozległ się nosowy, niemal bezpłciowy głos szpitalnej telefonistki: 

–  Doktor  Corey  proszony  jest  o  telefon  na  oddział  nagłych  przypadków.  Doktor  Corey, 

oddział nagłych przypadków, proszę. Tu K T Y 817, koniec. 

 
Luke  stanął  przy  oknie  i  popatrzył  na  rudzika,  zapamiętale  skaczącego  po  trawniku. 

Następnie z westchnieniem rezygnacji podszedł do biurka, wyłączył pager i podniósł słuchawkę. 

– Tato, czy mogę skończyć? Ćwiczę już prawie od godziny i jestem zmęczony. 
–  Możesz  skończyć,  Luke,  jak  zagrasz  prawidłowo.  Ponad  tydzień  pracujesz  nad  tą  samą 

fugą i  wciąż popełniasz te same błędy. No, a jak tu  zostać gwiazdą fortepianowego recitalu  pani 
Hartman, jeśli się nie opanuje prostej fugi Bacha? 

– Ale, tatku, ja po prostu nie mogę. 
– Luke, wiesz, że twoja matka i ja nie chcemy słuchać, jak mówisz „nie mogę”. Więc zrób 

sobie jednominutową przerwę, a potem spróbujemy od początku. 

– Tak jest. 

background image

 

Janet  Dibbs  była  przełożoną  pielęgniarek  na  oddziale  nagłych  przypadków  szpitala  w 

Strathmore i własna praca napełniała ją uzasadnioną dumą. 

Ponieważ  Strathmore  leżało  na  przylądku  Cod,  normalna  liczba  jego  mieszkańców, 

wynosząca  dziesięć  tysięcy,  w  sezonie  letnim  wzrastała  niemal  dziesięciokrotnie.  Na  oddziale 
nagłych przypadków proporcjonalnie wzrastała liczba pacjentów, co rokrocznie pociągało za sobą 
trudności z personelem, które panna Dibbs zawsze potrafiła przezwyciężyć. Jeśli miała jakąś wadę, 
to tę, że lubiła podkreślać, jak bardzo troszczy się o chorych. 

Trzydziestojednoletnia  i  niezamężna  Janet  była  oddana  swej  pracy,  swemu  szpitalowi  i 

swoim  podopiecznym.  Głębokim  szacunkiem,  graniczącym  z  miłością,  darzyła  „dobrych 
doktorów”  –  mądrych  i  współczujących  lekarzy  –  nie  miała  natomiast  litości  dla  „konowałów”, 
którzy odbębniali robotę albo głośno wyrokowali o życiu i śmierci na podstawie nikłych objawów 
klinicznych i którym brakowało odwagi, by poprosić o pomoc. 

Kilka  razy  Janet  otwarcie  zakwestionowała  zalecenia  „konowałów”  w  obecności  innych 

członków  personelu,  a  przynajmniej  raz  doniesiono  na  nią  zwierzchniczce  pielęgniarek,  gdyż 
poprosiła  chirurga  o  ocenę  stanu  zdrowia  wyjątkowo  ciężko  chorego  pacjenta,  nie  uzyskawszy 
zgody jego lekarza. 

Prawie  od  dnia  swego  przybycia  do  Strathmore  Luke  stał  się  ulubieńcem  Janet  Dibbs.  Jej 

uczucia zrodziły się i okrzepły podczas ratowania ich pierwszego wspólnego pacjenta, mężczyzny, 
u którego nastąpiło zatrzymanie akcji serca. 

Po  zastosowaniu  elektrowstrząsów  rytm  serca  chorego  prawie  się  unormował.  Luke 

wydawał  odpowiednie  polecenia  silnym,  lecz  opanowanym  głosem,  często  akcentując  swoje 
żądania słowem „proszę” i otwarcie komentując poprawne wykonanie zabiegów przez pielęgniarki. 
Zespół, złożony z trzech pielęgniarek i dwóch lekarzy, zaczął pracować w spokojniejszym rytmie, 
gdy wtem Susan Carmichael wykrzyknęła: 

– Panie doktorze Corey, nie słyszę jego ciśnienia. Przed minutą było 90 na 60. 
– Proszę zwiększyć dopływ kroplówki. 
– Już to zrobiłam. 
– Walt, zacznij znów masaż. Panno Dibbs, proszę o wlew z dopaminy. 
– Tak, panie doktorze. Jakie stężenie? 
– Słucham? 
– Dopamina, panie doktorze. Jakie ma być stężenie? 
Przez  parę  sekund  na  sali  panowała  absolutna  cisza,  przerywana  tylko  odgłosami  masażu 

serca  i  aparatu  tlenowego.  Luke,  wpatrzony  w  podłogę,  podniósł  głowę,  lekko  ją  przekrzywił  i 
powiedział: 

– Cholera, panno Dibbs, zupełnie zgłupiałem. Czy może mi pani pomóc? 
–  Myślę,  że  800  miligramów  na  500  centymetrów  sześciennych  soli  fizjologicznej 

wystarczy. 

– Doskonale, proszę to zmieszać i podać. Wytrwałości, on sobie poradzi. 
Po dziesięciu minutach ciśnienie krwi się ustabilizowało. 
Luke nie próbował przepraszać za swoją wpadkę. Uśmiechnął się tylko gorzko i zwrócił do 

Janet Dibbs przy pozostałych członkach zespołu: 

– Dzięki za wyratowanie z opresji. Oby tylko była pani przy mnie, jak mi się coś stanie. 
– Oddział nagłych przypadków, panna Dibbs. 
 
– Janet, tu Luke. Co tam masz? 
– Pięćdziesięciopięcioletnią kobietę, która miała zapaść podczas obiadu z przyjaciółmi. Nie 

ma tu lekarza, a ty jesteś na liście nocnych dyżurów. 

– Jaki stan? 
– Nie reaguje, ciśnienie 230 na 130, oddech 30, a puls 120, regularny. Pewnie udar. 
– Źrenice? 

background image

 

– W położeniu środkowym, równe i reagujące. 
– Zrób EKG i podaj dekstran. Będę za dwie minuty. 
Luke  odłożył  słuchawkę.  Przez  chwilę  rozcierał  sobie  plecy,  narzucił  cienką  brązową 

wiatrówkę  i  wyszedł  tylnymi  drzwiami.  Zazwyczaj  na  piechotę  przebywał  te  pięćset  metrów  z 
gabinetów  lekarskich  T.  Kennera  Putnama  i  Lewisa  T.  Coreya  do  wybudowanego  przed 
piętnastoma  laty  szpitala.  Tego  wieczoru  jednak  śpieszył  się  do  nagłego  przypadku,  więc 
postanowił  pojechać  swoim  oldsmobilem  z  roku  1966,  którego  jeden  z  jego  przyjaciół  nazwał 
„Kong” po tym, jak bez zadraśnięć wyszedł ze zderzenia, kompletnie skasowawszy nowego dużego 
forda. 

Luke  lubił  starego,  masywnego  oldsa,  bo  mieścił  się  w  nim  wygodnie  mimo  swoich  stu 

osiemdziesięciu  ośmiu  centymetrów  wzrostu  i  osiemdziesięciu  ośmiu  kilogramów  wagi.  Był 
mężczyzną  przystojnym,  o  nieregularnych,  wyrazistych  rysach,  z  wyglądu  „początkującym 
rzezimieszkiem”,  jak  określiła  go  dawna  sympatia.  Ponieważ  nie  używał  grzebienia,  a  proste, 
brązowawe włosy przeczesywał palcami, zawsze wydawały się zmierzwione, niemal skołtunione. 
Z taką prezencją i głęboko osadzonymi, niebieskozielonymi oczami najwyraźniej budził instynkty 
macierzyńskie u kobiet we wszystkich kategoriach wiekowych. 

Zdawał  sobie  sprawę,  że  chcą  mu  matkować,  lecz  nie  umiał  pogodzić  się  z  faktem,  że 

niejedna  uważa  go  też  za  mężczyznę  pociągającego  fizycznie.  Tych  talentów  i  pewności  siebie, 
które wykazywał na gruncie zawodowym, brakowało mu w kontaktach z kobietami. 

Drzwiczki starego oldsa po strome kierowcy jak zawsze  nie chciały się odblokować. Luke 

sięgnął do prawej tylnej kieszeni po kluczyk, przypomniał sobie, że nigdy nie zamyka samochodu, 
uśmiechnął się do siebie, uniósł nieco klamkę i otworzył drzwiczki. 

 
– Co oznacza ta trójka z francuskiego? 
– Madame Smeeth mnie nie lubi. Chyba nie podoba jej się mój akcent. 
– Słuchaj, Luke, pani Smith od dawna uczy francuskiego i jeśli uważa, że masz zły akcent, 

to pewnie ma rację. Czy po szkole robiłeś dodatkowe ćwiczenia? 

– Nie. Trenowałem koszykówkę i... 
–  Daj  sobie  spokój  z  treningiem.  Wiesz  doskonale,  że  tegoroczne  oceny  będą  po  raz 

pierwszy brane pod uwagę. Czy mamy ci załatwić korepetycje z francuskiego? 

– Nie. To nie jest konieczne... 
– Nie sądzisz, Lew, że jesteś zbyt wymagający... 
– Margaret, wiem, że z trójkami nie można się dostać do college’u. 
– Spróbuję się poprawić w następnym okresie. 
– Dobrze, Luke... i, Luke... 
– Słucham? 
– Jestem zadowolony z tych piątek z pozostałych przedmiotów. 
 
Szpitalne  oddziały  nagłych  przypadków,  z  ich  ustawiczną  krzątaniną  i  sztucznym 

oświetleniem,  mają  jakiś  ponadczasowy  charakter.  Już  same  tylko  liczne  zegary  ścienne, 
porozwieszane  w  różnych  miejscach,  pozwalają  personelowi  snuć  domysły,  jak  mogłoby  być  w 
świecie zewnętrznym. Od pierwszych dni praktyki Luke czuł się swojsko w tym otoczeniu. 

Dwudziestego  pierwszego  kwietnia  o  godzinie  18.15  na  oddziale  nagłych  przypadków 

szpitala w Strathmore ruch był szczególnie ożywiony. Bezradne wrzaski dziecka, któremu  w sali 
numer 2 zakładano szwy, zlewały się z ciągłymi telefonami, a od czasu do czasu dolatywały zdania 
typowe  dla  oddziału  ratunkowego:  „Można  prosić  o  jak  najszybsze  przywołanie  CBC?”,  „...  cóż, 
przenieście  kogoś,  ten  człowiek  powinien  być  na  oddziale  intensywnej  opieki...”,  „Doktorze 
Clarke,  pańska  pacjentka  leży  już  w  sali  numer  5.  Jest  bardzo  zdenerwowana  tym  długim 
czekaniem...”, „Więc powiedzcie jej, niech idzie do... mniejsza z tym, sam jej powiem”. 

background image

 

Luke  wszedł  przez automatycznie rozsuwające się drzwi, rozejrzał  się dookoła i  po chwili 

ruszył  do  sali  numer  6,  zarezerwowanej  dla  najcięższych  przypadków.  Janet  Dibbs  regulowała 
dopływ  kroplówki,  druga  pielęgniarka  mierzyła  ciśnienie  trochę  za  tęgiej  kruczowłosej  kobiecie, 
która bez ruchu leżała na wąskim stole. 

Luke  obrzucił  pacjentkę  przelotnym  spojrzeniem,  po  czym  lekko  się  skrzywił  i  podniósł 

wzrok na siostrę przełożoną. 

– No więc? 
–  Od  mojego  telefonu  niewiele  się  zmieniło.  Przywieziona  karetką,  przyszli  jednak  jacyś 

przyjaciele czy krewni. Są w poczekalni. Ona nazywa się Evelyn Samuels. Pięćdziesiąt siedem lat. 
Brak karty szpitalnej, ale Hazel z recepcji chyba ją zna i twierdzi, że mieszka sama. 

Luke  szybko  badał  Evelyn  Samuels,  co  parę  sekund  zauważał  kilka  różnych  rzeczy  i 

notował je w pamięci, nie przestając rozmawiać z Janet Dibbs. 

Źrenice  4  milimetry,  lekko  reagują,  nie  ma  spontanicznych  ruchów  oczu  ani  kończyn. 

Lekkie zesztywnienie szyi. 

– Co z ciśnieniem? 
– Skoczyło aż do 250 na 140. Ale tętno spadło do 80, a oddech do 15. 
–  Wygląda  to  na  krwotok  albo  kryzys  nadciśnieniowy.  Daj  300  diazoksyny.  Rytm  serca 

regularny. Żadnych szmerów. Płuca czyste. 

– Pani Olsen, poproszę o oftalmoskop. 
– Już, panie doktorze. 
Tętno na tętnicach udowych wyczuwalne, odruch Babińskiego obustronnie dodatni. 
– Proszę oftalmoskop, panie doktorze. 
– Dzięki. Poproszę o młoteczek do badania odruchów i  sprawdzenie,  czemu  Janet  tak się 

guzdrze z diazoksyną. 

Żadnych  odruchów.  Teraz  szyja  wydaje  się  trochę  sztywniejsza.  Tętno  naszyjnych 

wyczuwalne.  Na  dnie  oka  żadnych  wylewów,  może  trochę  zamazane  krawędzie  tarczy  nerwu 
wzrokowego. Naczynia siatkówki zwężone, ale prawie w normie. 

– Diazoksyna podana, panie doktorze. 
–  Dobrze,  zdaje  się,  że  to  krwotok.  Proszę  mi  podać  półlitrową  butelkę  mannitolu  i 

sprawdzić,  czy  Lowenstein  dyżuruje  pod  telefonem.  Są  już  oznaki  wzrastającego  ciśnienia 
śródczaszkowego. 

– Mam wezwać neurologa? 
– Tylko pod warunkiem, że będzie to Lowenstein. Tamci dwaj nie byli najlepsi. Och, Janet, 

powiedz też jej bliskim, że stan jest ciężki. Poproś, niech zaczekają. Wyjdę do nich, jak tylko będę 
mógł. 

Luke  wyprostował  się  nad  stołem  i  skrzywił,  bo  po  raz  pierwszy  od  przyjścia  na  oddział 

zdał sobie sprawę z dokuczliwego bólu w plecach. Była teraz 18.45, a zanosiło się na długą noc. 
Trzeba jeszcze zrobić wieczorny obchód. 

–  Proszę,  przyniosłam  mannitol.  Doktor  Lowenstein  jest  na  zebraniu.  –  Wejście  Janet 

wyrwało Luke’a z krótkiej zadumy. 

–  Nie  podawaj  go,  dopóki  nie  zobaczymy,  co  się  dzieje  z  ciśnieniem. W  miarę  możności 

sprawdzaj  je  co  jedną,  dwie  minuty.  Chcę  porozmawiać  z  jej  rodziną.  Och,  i  proszę  o  tackę  z 
cienkimi igłami. Chyba spróbujemy pobrać płyn rdzeniowy, aby sprawdzić, czy nie ma krwotoku. 

Trzy osoby, dwóch mężczyzn i kobieta, podniosły się na widok Luke’a i z głębi zatłoczonej 

poczekalni przeszły za nim do separatki na końcu oddziału. Mężczyźni mieli poważne, zatroskane 
miny. Kobieta płakała. 

– Nazywam  się doktor  Corey. Czy ktoś  z państwa jest spokrewniony z  panią Samuels?  – 

zapytał Luke i raptem przypomniał sobie, że na palcu pacjentki nie zauważył obrączki. 

background image

 

10 

– Nie, jesteśmy tylko przyjaciółmi. Byliśmy na obiedzie u Evelyn, kiedy dostała zapaści. – 

Odpowiadał  jeden  z  mężczyzn,  w  wieku  –  jak  domyślał  się  Luke  –  od  pięćdziesięciu  pięciu  do 
sześćdziesięciu lat, siwiejący, w niebieskiej sportowej marynarce, bez krawata. 

– Czy może mi pan powiedzieć, co się właściwie stało? 
–  To  było  niewiarygodnie  nagłe  –  odparł  mężczyzna.  –  Wyglądała  doskonale  i  chyba 

świetnie się czuła, gdy wtem złapała się za głowę, pochyliła do przodu i runęła na podłogę. Ani na 
chwilę nie przestała oddychać, puls miała raczej normalny, więc wezwałem pogotowie. 

– Czy był to atak? Wie pan, czy zażywała jakieś lekarstwa? 
– Nic mi o tym nie wiadomo, a przyjaźnimy się od paru lat – odezwał się drugi mężczyzna, 

z wyglądu czterdziestopięcioletni, zadbany, wypielęgnowany, w jasnożółtym swetrze i muszce.  – 
Mogłaby to wiedzieć jej córka. Ma córkę. Wiesz, gdzie mieszka jej córka, Lii? 

– Jak ona się czuje, panie doktorze? – Kobieta imieniem Lii miała zapewne czterdziestkę, 

lecz wyglądała o dziesięć lat starzej. Była bardzo wymalowana. 

–  Naszym  zdaniem  miała  udar;  najprawdopodobniej  jakiś  krwotok.  Robimy  wszystko,  co 

się da, ale w tej chwili nie wygląda to dobrze. 

– Jej córka Karen pracuje w opiece społecznej w Nowym Jorku. Nie wiem, gdzie mieszka, 

ale  Evelyn  wciąż  o  niej  mówi.  Przyniosłam  torebkę  Evelyn.  Może  w  portfelu  znajdziemy  adres 
Karen. 

Luke brał właśnie portfel do ręki, kiedy Janet Dibbs wetknęła głowę do pokoju. 
– Panie doktorze, czy może pan przyjść natychmiast? Oddał portfel kobiecie. 
– Proszę, niech pani poszuka czegoś o jej córce. Wrócę, jak tylko będę mógł. 
Janet mówiła bez przerwy, idąc z nim szybko do sali numer 6. 
–  Lewa  źrenica  powiększyła  się,  jest  dużo  większa  od  prawej,  ciśnienie  spadło  do  stu 

dwudziestu, tętno zaledwie pięćdziesiąt i oddech też zwolniony. 

–  Podłącz  mannitol  i  przetaczaj  możliwie  szybko.  Musimy  podjąć  próbę  zmniejszenia 

obrzęku  mózgu.  Po  założeniu  kroplówki  proszę  o  podanie  jej  dwunastu  miligramów 
deksamethasonu i założenie cewnika. A jeśli to katoliczka, Janet, wezwij księdza. 

Luke  przejrzał  wyniki  badań  Evelyn  Samuels  i  utwierdził  się  w  przekonaniu,  że  ciśnienie 

śródczaszkowe rośnie dość szybko. Ponieważ nie dało się zrobić wiele więcej, pozostała mu tylko 
nadzieja, że zalecone przez niego środki zahamują proces. Przez dwie minuty stał i wpatrywał się 
w  kobietę,  która  całkowicie  zaprzątała  jego  myśli  i  pochłaniała  energię.  Zaledwie  godzinę 
wcześniej nawet jej nie znał. 

Sądząc na pierwszy rzut oka, w młodości musiała być śliczna. Mimo nadwagi twarz miała 

dość  szczupłą  i  delikatną,  co  podkreślały  czarne  włosy,  przycięte  do  ramion.  Spod  plastikowej 
maski  tlenowej  przebijała  cienka  kreska  różowawej  szminki,  a  w  każdym  uchu  tkwił  kolczyk  z 
perłą. Poza tym pacjentka nie miała żadnej biżuterii. 

Dopiero  w  tym  momencie  Luke  zauważył  jej  lewy  nadgarstek  i  zastanowił  się,  ile  razy, 

będąc lekarzem, przeoczył jakiś ważny znak szczególny, w rodzaju zniekształconej kończyny, bo 
skupiał  się  na  tym,  co  w  danej  chwili  dolegało  choremu.  Kobieta  miała  przegub  ręki  owinięty 
plastrem-przylepcem szerokości około czterech centymetrów. 

Luke już zamierzał go zerwać, gdy Janet wniosła na tacy cewnik i zabrała się do roboty. 
–  Kobieta  w  separatce  znalazła  chyba  jakieś  informacje  o  córce  tej  pani  –  powiedziała.  – 

Pójdź tam, jeśli masz ochotę. Ja dopilnuję tu wszystkiego. 

Luke  obrzucił  spojrzeniem  plaster  na  ręce,  postanowił  go  zdjąć  przy  pierwszej  okazji  i 

przeszedł  do  separatki,  gdzie  kobieta  imieniem  Lii,  już  z  suchymi  oczami  i  poprawionym 
makijażem, trzymała wystrzępiony kartonik. 

– Jest – powiedziała. – „W razie wypadku proszę zawiadomić pannę Karen Samuels, 888 

West 57th Street, Nowy Jork, 1–212–877–4982”. 

Kiedy Luke brał kartkę, jeden z mężczyzn zapytał: 
– Jak ona się czuje? 

background image

 

11 

– Niedobrze. Wciąż jest nieprzytomna, ale robimy wszystko, co w naszej mocy. 
– Myśli pan, że na coś byśmy się tu przydali? 
– Jeśli chcą państwo zaczekać, proszę bardzo, ale w takich przypadkach trudno cokolwiek 

przewidzieć.  Mogą  też  państwo  zostawić  swój  numer  telefonu.  Zadzwonię,  jak  tylko  nastąpi 
zmiana. 

– Dziękujemy, panie doktorze, tak będzie najlepiej. 
 
– Jesteś zajęty, Luke? Czy mogę wejść? Chciałabym chwilkę z tobą porozmawiać. 
– Oczywiście, mamo, właśnie kończę tę cholerną chemię. Jeszcze cztery miesiące i będzie 

po wszystkim. Przynajmniej po szkole średniej. 

– Luke, wiesz, że ciebie i Elizabeth kocham nad wszystko na świecie. 
– Naturalnie wiem o tym, mamo, i my też cię kochamy was oboje. 
– Ostatnio prawie nie rozmawiam z ojcem. 
– To przez ten przeklęty college, mamo. Tata nie potrafi chyba zrozumieć, że... 
– Wiem, co się dzieje. Luke, twój ojciec i ja jesteśmy małżeństwem od ponad dwudziestu 

lat. Ja najlepiej wiem, jaki potraf i być zawzięty i uparty. Od dnia twych narodzin chce dla ciebie 
tylko tego, co uważa za najlepsze... 

– Tak, mamo, ale to, co on uważa za najlepsze, niekoniecznie jest... 
–  Zaczekaj,  Luke.  Pozwól  mi  skończyć.  Chcę  tylko,  abyś  zrozumiał,  że  on  kocha  cię  tak 

samo jak ja. Oczywiście poczuł się dotknięty, kiedy nie skorzystałeś z możliwości wcześniejszego 
rozpoczęcia studiów na Harvardzie. To jego uczelnia. Po prostu zakładał, że... 

– Na tym polega trudność. Zawsze zakłada, nie pytając mnie o zdanie. Czasami przyłapuję 

się na tym, że nie robię czegoś, na co mam ochotę, tylko dlatego, że on na to nalega. 

– I to dotyczy również college’u? 
– No... tak czasem myślę. 
– Więc co zamierzasz? 
– Chyba od początku planowałem, że prędzej czy później przyjmę propozycję z Harvardu. 
– Jak mówiłam, twój ojciec jest uparty. Dobranoc, Luke. 
– Zrobię to tylko dlatego, że ja chcę tam studiować. Dobranoc, mamo. 
 
Po  powrocie  do  sali  numer  6  Luke  spojrzał  najpierw  na  Evelyn  Samuels,  która  leciutko 

poruszała  prawą  ręką  i  obiema  nogami,  potem  na  Janet,  wpatrzoną  w  niego  z  uśmiechem  i 
podziwem. 

– Źrenice zmalały i trochę reagują na światło – oznajmiła. – Ruchy zaczęły się jakieś dwie 

minuty temu. Jeszcze jedno cudowne wyleczenie? 

– Wątpię. – Luke znów oglądał przez oftalmoskop siateczkę tętnic i żył na dnie oka Evelyn 

Samuels. – Spróbujmy pobrać trochę płynu rdzeniowego, a później postaram się złapać jej córkę w 
Nowym Jorku. Teraz proszę o pomoc. 

We  dwoje  ostrożnie  przewrócili  pacjentkę  na  lewy  bok.  Pielęgniarka  jednym  ramieniem 

przyciągała  kolana  Evelyn,  drugim  szyję,  aby  wygiąć  jej  plecy  i  ułatwić  dostęp  do  przestrzeni 
między  kręgami.  Luke  przetarł  skórę  i  wstrzyknął  małą  ilość  nowokainy,  na  wypadek  gdyby 
pacjentka  poczuła  ból.  Następnie  zmierzył  położenie  dwóch  przylegających  do  siebie  kręgów, 
gładko  wbił  cienką  igłę  i  uśmiechnął  się  pod  nosem,  kiedy  poczuł  pierwsze,  a  następnie  drugie 
ciche pstryknięcie. Krople płynu rdzeniowego spływały szybciej niż zwykle, blado-czerwone, a nie 
krystalicznie  czyste,  jak  powinny.  Kiedy  dziesięć  skapnęło  do  małej  szklanej  probówki,  Luke 
wyciągnął igłę. 

– Zabieram to do laboratorium – powiedział. – Wygląda kiepsko. 
– Na oddziale intensywnej opieki nie ma wolnych łóżek, Luke. Możemy ją tu jeszcze jakiś 

czas zatrzymać? 

background image

 

12 

– Pewnie, dozuj mannitol mniej więcej po dwieście centymetrów sześciennych na godzinę. 

Spróbuję dodzwonić się do jej córki, potem zrobię wieczorny obchód, jeśli mi się uda. 

– Zamówić ci jakąś kolację? 
– Nie, dzięki. Przegryzę coś na jednym z pięter. Poza tym – dodał z uśmiechem – nie chcę 

jeść kolacji przed lunchem. 

Dopiero na drugim piętrze, czekając w pokoju lekarskim na połączenie z Nowym Jorkiem, 

przypomniał sobie o plastrze na nadgarstku. 

– Przykro mi, ale Karen wyjechała na weekend. Mówi jej współlokatorka Jackie. Czy mam 

coś przekazać? 

– Jackie, tu doktor Lewis Corey z przylądka Cod. Dzwonię, bo matkę Karen przywieziono 

do tutejszego szpitala. Podejrzewam rozległy zawał. 

– O mój Boże. Czy ona, to znaczy, czy będzie... 
– Nie wiem. Może mi powiesz, jak mógłbym się skontaktować z Karen? 
– Nie, nie mam pojęcia. Jest na jakiejś farmie w Connecticut. Nie znam nawet nazwisk jej 

przyjaciół, z którymi pojechała. 

–  Posłuchaj.  Może  jutro  spróbujesz  zadzwonić  do  niej  do  pracy  i  spytać,  czy  nie  wiedzą, 

gdzie jest. Powiedz jej, żeby przyjechała na przylądek Cod albo zatelefonowała do doktora Lewisa 
Coreya, numer kierunkowy 617, potem 526–2990. 

– Panie doktorze, widziałam panią Samuels tylko raz, ale była dla mnie naprawdę miła. Czy 

mógłby pan zadzwonić później i powiedzieć mi, jak ona się czuje? 

– Oczywiście, Jackie. A ty się postaraj odnaleźć Karen, dobrze? 
– Postaram się. Do widzenia panu. 
– Do widzenia. 
Nie wszyscy lekarze robią w szpitalu obchód wieczorny, tak jak poranny. Często nie jest to 

właściwie konieczne albo możliwe. Luke przywykł do wieczornych obchodów podczas praktyki w 
Szpitalu  Miejskim  w  Bostonie.  Lubił  traktować  obchody  poranne  roboczo,  wieczorne  zaś 
towarzysko:  przystawał  i  upewniał  się,  czy  pacjenci  są  przygotowani  na  noc,  odpowiadał  na 
ewentualne pytania ich bądź ich krewnych. 

Kiedy rozpoczął samodzielną praktykę i został wspólnikiem czcigodnego Kena Putnama, co 

wieczór robił obchód w szpitalu. Z biegiem lat jednak rosnąca liczba pacjentów i związany z tym 
nawał  pracy  zmusiły  go  do  ograniczenia  się  do  dwóch  obchodów  tygodniowo  albo  do 
weekendowych  dyżurów  „pod  telefonem”,  pełnionych  za  siebie,  wspólnika  i  jeszcze  jednego 
lekarza ogólnego. 

Do dziewiątej zdążył zobaczyć dziesięciu pacjentów i pozostało mu jeszcze czterech, kiedy 

poproszono  go  o  telefon  na  oddział  nagłych  przypadków.  Janet,  która  podniosła  słuchawkę,  nie 
kryła entuzjazmu. 

– Ocknęła się,  Luke. Nasza pani  się ocknęła. Najpierw spytała o Karen,  potem o lekarza. 

Ciągle coś mamrocze o kluczu. 

– Już idę. 
– Och, Luke, po co ma ten plaster na ręce? 
– Nie wiem. Czekaj, może się dowiemy. 
W  zadziwiającym  przypływie  energii  Luke  zbiegł  po  schodach  na  oddział  nagłych 

przypadków,  przeskakując  po  trzy  stopnie  na  raz.  Plecy  jakby  przestały  go  boleć,  a  utykanie, 
zawsze  trochę  widoczne  na  równych  powierzchniach,  przestało  rzucać  się  w  oczy,  gdy  złapał  za 
poręcz. 

Teraz na oddziale panował o wiele większy spokój. Luke mijał po drodze gipsownię, gdzie 

przystanął  i  pośmiał  się  w  duchu  z  ortopedy  Johna  Nowaka,  który  z  twarzą  i  ramionami 
upstrzonymi  gipsem,  nucąc  fałszywie,  wygładzał  gips  na  ręce  chłopca  w  dresie  ligi  dziecięcej. 
Nowak spojrzał na drzwi i ruchem głowy wskazał dziewięcioletniego pacjenta. 

background image

 

13 

– Zanim ten wałkoń przejdzie do ligi młodzieżowej, musimy go nauczyć, jak się robi uniki 

przed wysokimi piłkami – powiedział. – Co, Luke? – Luke uśmiechnął się do kolegi, mrugnął do 
pacjenta i przeszedł do sali numer 6. 

Janet czekała na niego przy drzwiach. 
– Jest teraz żwawsza, Luke – zapewniła. – Nadal nie rusza lewą ręką. Spytałam, dlaczego 

ma ten plaster, ale nie chce mi powiedzieć i nie pozwala go dotknąć. 

– Przysłali już wynik badania płynu rdzeniowego? 
–  Tak.  Zaczekaj.  Mam  gdzieś  tę  kartkę.  O,  jest.  –  Z  kieszeni  fartucha  wyciągnęła  plik 

papierów.  –  Włożyłam  ją  między  rozkład  dyżurów  na  oddziale  w  przyszłym  miesiącu  a  listę 
sprawunków. Cukier 50, proteiny 140, białe komórki 30, czerwonych tak dużo, że nie dało się ich 
policzyć. 

Luke  słuchał  z  lekkim  grymasem,  ale  nic  nie  mówił,  dopóki  nie  podszedł  do  Evelyn 

Samuels.  Choć  niewątpliwie  odzyskała  przytomność,  jej  wygląd  nie  napawał  go  optymizmem. 
Prócz zwiotczenia lewego ramienia zauważył wyraźne obwiśnięcie lewego policzka i zdecydowaną 
asymetrię źrenic, z których prawa była zauważalnie większa od lewej. 

Pacjentka  miała  oddech  ciężki,  płytki  i  dość  szybki,  skórę  bladą,  białą  niemal  jak  ciasto. 

Luke pomyślał, że prawie na pewno nie przeżyje tego wylewu krwi do mózgu. 

Skinieniem głowy dał znak Janet, która po czterech latach współpracy zrozumiała i wyszła 

cicho, zamykając za sobą drzwi. Luke przyciągnął stołek, po czym usiadł tak, aby Evelyn Samuels 
mogła  widzieć  jego  twarz.  Celowo  ulokował  się  z  jej  prawej  strony,  bo  wiedział,  że  na  skutek 
wylewu prawdopodobnie całe lewe pole widzenia jest zamazane. 

Przemówił  powoli,  głosem  nieco  donośniejszym  niż  zwykle.  Odpowiadała  chrypliwie  i  z 

przerwami, z trudem formułując poszczególne słowa. 

–  Proszę  pani,  jestem  doktor  Corey.  Znajdujemy  się  na  oddziale  nagłych  przypadków 

szpitala w Strathmore. 

– Doktorze... Corey. Co... co się stało? 
–  Zasłabła  pani  w  domu.  Chyba  to  był  wstrząs...  wylew.  Proszę,  niech  się  pani  nie  boi. 

Rozumie pani, co mówię? 

– Panie doktorze... Wstrząs? Czy... ja... umieram? 
Przez wiele lat szkolenia i praktyki  Luke’owi nieraz zadawano to pytanie, nigdy jednak w 

takiej sytuacji. Zawsze miał czas się wykręcić, a przynajmniej zyskać pewność, jak dużo pacjent 
naprawdę  chce  wiedzieć.  Miał  czas  na  tłumaczenie,  na  różne  „może”  i  „przypuszczalnie”, 
wnoszące  element  nadziei.  Co  nie  znaczy,  że  robił  nadzieję,  kiedy  jej  nie  było.  W  przypadkach 
zaawansowanego raka często mówił pacjentom, że nie da się zrobić nic więcej, jak tylko możliwie 
skutecznie uśmierzać ból. W tej dziedzinie medycyny, a właściwie życia, zawsze czuł się nieswojo. 
Po z górą dziesięcioletniej praktyce lekarskiej wciąż jeszcze nie potrafił rozstrzygnąć kwestii, czy 
w ogóle ma prawo okłamywać pacjenta. Niekiedy to robił. Ale tej nocy nie mógł. 

– Proszę pani, atak był ostry – powiedział. – Robimy wszystko, co w naszej mocy. Obecnie 

rokowania  nie  są  dobre.  Próbowałem  się  dodzwonić  do  Karen.  Nie  ma  jej  w  domu.  Liczę,  że 
odezwie się trochę później, może jutro. Rozumie pani? 

–  Rozumiem...  proszę...  klucz...  wszystko...  to  jest  wszystko...  proszę...  Karen...  muszę 

oddać klucz Karen... wszystko... nikomu innemu... proszę oddać go Karen... 

– Jaki klucz, proszę pani? Gdzie jest klucz? Wymawiała słowa z coraz większym trudem i 

coraz ciszej, toteż Luke musiał przyłożyć ucho do jej ust. 

– Plaster... plaster na mojej ręce. 
Prędko oderwał plaster i pod nim, na wewnętrznej stronie nadgarstka, znalazł klucz z brązu. 

Włożył  go  do  kieszeni,  plaster  wyrzucił  do  śmieci.  Kiedy  znów  odwrócił  się  do  pacjentki,  oczy 
miała zamknięte, oddech powolny i płytki. 

background image

 

14 

– Evelyn... słyszysz mnie, Evelyn? – Mówił jej niemal do ucha, trzymając ją za prawą rękę. 

–  Evelyn,  jeśli  mnie  słyszysz,  proszę,  uściśnij  moją  rękę.  –  Wciąż  oddychała  powoli,  lecz  nie 
reagowała. Luke spojrzał na zegar nad drzwiami. Była 22.15. 

Janet piła kawę przy stoliku pielęgniarek. Obok, przed pustym krzesłem, stała filiżanka dla 

Luke’a, z czarną kawą i niewielką ilością cukru. Luke usiadł i wpatrzył się w wystygły już płyn, 
jakby z niego chciał wyczytać odpowiedź. 

 
Droga Mamo i Tato, 
Po tych dwóch latach, kiedy mogłem dzwonić albo wpadać do Was, jakoś dziwnie jest pisać 

aż z Maryland. Wczoraj profesor filozofii zatrzymał mnie po wykładzie, aby zapytać, czy ten doktor 
Lewis  Corey,  właśnie  mianowany  dyrektorem  Krajowego  Instytutu  Zdrowia,  to  mój  ojciec. 
Najpierw  o  mało  go  nie  poprawiłem  i  nie  powiedziałem,  że  mój  ojciec  jest  dziekanem  w  szkole 
medycznej! Boże, tak wiele dokonałeś. 

Tutaj  idzie  mi  dość  dobrze.  Końcowe  egzaminy  za  tydzień,  jedyny,  do  którego  naprawdę 

wkuwam, to fizyka. Jest gorsza niż kiedyś francuski! 

Mam  dla  Was  złą  i  dobrą  wiadomość.  Najpierw  ta  zła.  Nie  przyjadę  w  lecie.  Projekt,  w 

którym uczestniczę w tutejszym ośrodku młodzieżowym, naprawdę rusza i obiecali płacić mi pensję, 
jeśli  będę  dalej  pracował  z  dzieciakami  w  czasie  wakacji.  Wiem,  jak  bardzo  chcieliście  mieć 
Elizabeth i mnie w domu, ale przynajmniej ona będzie z Wami. 

Teraz  dobra  nowina.  Zaczynam  całkiem  poważnie  myśleć  o  studiach  medycznych  i 

postanowiłem  zrobić  przynajmniej  kurs  wstępny.  To  znaczy,  jeśli  zdam  fizykę!  Widząc  biedę  i 
choroby dzieciaków w podupadłej części śródmieścia, postanowiłem, że spróbuję coś w tej sprawie 
zrobić. Od podjęcia teraz ostatecznej decyzji powstrzymuje mnie w pierwszym rzędzie myśl o tym, 
że będą do mnie przykładać miarę niewiarygodnych osiągnięć mojego ojca. Jeden doktor Lewis T. 
Corey na świecie to prawie aż za dużo... co, na litość, zrobiliby z dwoma! No, muszę się uczyć. 

Przy okazji informuję, że chodzę z całkiem niezwykłą 
kobietą, Sarą Rosen. Mam nadzieję, że kiedyś ją poznacie. 
Ucałowania dla Was i dla Elizabeth 
Luke 
 
Po sprawdzeniu, jak się czuje Evelyn Samuels, Janet wróciła do dyżurki pielęgniarek. 
–  Bez  większych  zmian  –  powiedziała.  –  Ciśnienie  w  dalszym  ciągu  100  na  60.  Prawa 

źrenica mniej więcej taka sama, lewa jednak wydaje się teraz szersza. Co sądzisz? 

– Nie wiem. Gdyby do rana nic się nie zmieniło, myślałem o wysłaniu jej na neurochirurgię 

w Bostonie. Ale chyba nie będziemy mieli kłopotu z podejmowaniem tej decyzji. 

– Czy wpadłeś na to, o jakim kluczu mówiła? 
– Tak, mam go. 
– Co? 
– Właśnie ten klucz miała przylepiony plastrem do ręki. 
– Klucz do czego? 
– Nie mam pojęcia. 
– Niesamowite! Chcesz powiedzieć, że przez cały czas nosiła klucz pod plastrem? 
– Tak sądzę. 
– Zagadkowe! Co zamierzasz z nim zrobić? 
– Chyba oddam go jej córce. 
Janet  na  chwilę  odwróciła  oczy  od  Luke’a  i  spojrzała  na  zegar  ścienny.  Machinalnie 

odgarnęła z czoła kosmyk brązowych włosów, oparła łokieć na ladzie, a głowę na ręce. 

– Wychodzę za piętnaście minut, Luke. Jedź ze mną. Zrobię ci jakiś obiad i... Przerwał jej z 

nutą irytacji w głosie. 

– Janet, już to przerabialiśmy ostatnim razem. Po prostu nie mogę. 

background image

 

15 

– Nic się nie musi stać. Zwyczajny miły obiadek. 
– Do diabła, Janet, proszę, nie traktuj mnie jak głupka. 
Podniósł głos na tyle, że jedna z pielęgniarek w drugim końcu oddziału oderwała wzrok od 

pracy. Janet mówiła szeptem: 

– Posłuchaj, Luke, nie chciałam cię zirytować. Ale każdemu potrzebny jest ktoś bliski, a ja 

nie  chcę,  żebyś  myślał,  że  się  czegoś  po  tobie  spodziewam.  Na  pewno  we  właściwym  czasie 
wszystko ci się jakoś ułoży. 

W jego tonie było teraz więcej zmęczenia niż irytacji. Odpowiedział już na stojąco. 
–  Posłuchaj,  doceniam  twoje  zaproszenie.  Naprawdę.  Może  następnym  razem.  Tak  czy 

owak, zamierzam jeszcze tu zostać i zobaczyć, co będę mógł zrobić dla Evelyn. 

Z tymi słowami odwrócił się i poszedł do sali numer 6. Janet patrzyła za nim, dopóki nie 

znikł jej z oczu, po czym skierowała się do świetlicy na tyłach oddziału, aby przy wyjściu podpisać 
listę. 

Kto  to  będzie,  Luke?  –  zastanawiała  się  w  duchu.  –  Nie  ty,  dziecino,  to  pewne  – 

odpowiedziała sobie na głos. – Nie ty. 

Evelyn Samuels odeszła cicho. O 1.30 Joan Porter, pełniąca nocny dyżur, obudziła Luke’a, 

który zapadł w lekki sen na małej kanapce w świetlicy. 

– Panie doktorze, od dwudziestu minut nie mogę wyczuć pulsu u pani Samuels. 
Kiedy  Luke  wstawał,  przeszył  go  ostry  ból  w  plecach,  spowodowany  tkwiącym  głęboko 

kawałkiem  metalu.  Joan  Porter,  fachowa,  choć  niezbyt  rozgarnięta  starsza  pielęgniarka, 
zareagowała po matczynemu. 

– Źle się pan czuje? Czy coś podać? 
– Nie, nic mi nie jest – odparł. – Ta kanapka nie poprawia postawy. Może jednak poproszę 

o dwie aspiryny. Łyknę je, ale najpierw zajrzę do sali. 

Od drzwi popatrzył na Evelyn Samuels. Leżała z zamkniętymi oczami, nieruchomo, tylko 

co piętnaście sekund jej pierś unosiła się w płytkim oddechu. Luke usiadł przy chorej, ujął jej dłoń 
obiema rękami i oparł na nich czoło. Po dwóch minutach przestała oddychać. Jeszcze parę minut 
siedział na sali, a następnie wolno wrócił do Joan Porter. Łyknął dwie aspiryny, które mu podała. 

– W jakim wieku są pani dzieci? – zapytał markotnie. 
– Jedno jest w college’u, June ma szesnaście lat, a najmłodsze prawie dziesięć. 
– Czy któreś z nich chce zostać lekarzem? 
– Steven, ten w college’u. Ciągle o tym mówi. Dlaczego pan pyta? 
– Ze zwykłej ciekawości – odparł Luke. – Niech pani powie Stevenowi, że zapraszam go do 

mojego gabinetu, jak tylko przyjedzie do domu. 

–  Bardzo  pan  jest  miły,  panie  doktorze.  Dziękuję.  Na  pewno  będzie  zachwycony.  Och, 

panie doktorze? Przykro mi z powodu pani Samuels. 

– Taak. – Kiwnął głową. – Mnie chyba też. 
Poczłapał  do  telefonu,  aby  zadzwonić  do  Nowego  Jorku.  Współlokatorce  Karen  Samuels 

powiedział,  że  ciało  pani  Samuels  pozostanie  w  szpitalu,  dopóki  Karen  nie  załatwi  formalności. 
Zastanawiał się, czy nie wspomnieć o kluczu, ale w ostatniej chwili się rozmyślił. 

Następnie zadzwonił do miejscowego lekarza sądowego, który zgodził się z rana zobaczyć 

ciało i wystawić akt zgonu. 

Po  podziękowaniach  i  pożegnaniu  nocnej  zmiany  pojechał  się  przespać.  Za  pięć  i  pół 

godziny miał wrócić na poranny obchód i przystąpić do całodziennej pracy. 

Piętnaście  minut  wcześniej  niż  radio  z  budzikiem  wyrwało  go  ze  snu  kilka  głośnych 

grzmotów. Przewrócił się na drugi bok i popatrzył przez okno na ścianę deszczu, znoszonego przez 
wiatr znad Green Lake w stronę domu o spadzistym, sięgającym niemal do ziemi dachu, gdzie od 
trzech lat mieszkał. Spał w większej z dwóch sypialni na poddaszu nad salonikiem i jadalnią, które 
tworzyły  literę  L.  Okno  na  wprost  łóżka  wychodziło  na  wschód,  dzięki  czemu  mógł  oglądać 

background image

 

16 

malownicze  wschody  słońca  nad  jeziorem.  Tego  piątkowego  rana  jednak  wschód  wcale  nie  był 
malowniczy. 

Rytmiczny łomot ulewy nieuchronnie wprawiał Luke’a w ciepły, pogodny nastrój. Znalazł 

w radiu muzykę kameralną. Haydn, pomyślał. Ogolił się i poddał ciężkiej próbie skompletowania 
stroju. Sara zawsze mu dokuczała, że dobiera paski do kratek i gryzące się kolory. Metodą prób i 
błędów  opracował  bezpieczny  system,  który  polegał  na  wieszaniu  strojów  w  różnych  odcieniach 
brązu z jednej strony szafy, a w odcieniach niebieskich z drugiej. 

Przypadkowa czerwona koszula albo zielony sweter nieodmiennie trafiały do szafy w holu, 

skąd wyciągał je rzadko, jeśli w ogóle to robił. Widząc potoki deszczu za oknem, Luke uśmiechnął 
się i dokonał dramatycznego wyboru rzeczy niebieskich. 

Już ubrany, podniósł zmięte spodnie, które miał na sobie poprzedniego dnia, i wysypał na 

łóżko zawartość kieszeni: dwa szpitalne pióra, portfel, bilon, trzy różowe kartki z wiadomością, że 
ktoś dzwonił, i stary zaśniedziały klucz. 

Dopiero po upływie pół minuty przypomniał sobie przebieg wczorajszych wydarzeń i wziął 

do ręki klucz. 

–  Pewnie  klucz  do  Samuelsowskich  Klejnotów  Rodzinnych  –  powiedział  na  głos,  choć 

równocześnie zauważył, że pasuje on raczej do drzwi niż do kasy pancernej. Podrzucał go w górę, 
próbował złapać za swoimi plecami, a tymczasem zastanawiał się, gdzie mógłby schować to coś, 
co jego nieszczęsna pacjentka nazwała „wszystkim”. Już miał położyć klucz w tekowym puzderku 
na komodzie, kiedy w szafie na półce, pod kilkoma innymi grami, spostrzegł krawędź składanej jak 
pudełko  szachownicy.  Ukradkowo  zerknął  przez  ramię,  otworzył  szachownicę,  włożył  klucz 
między figury i odstawił pudełko na półkę. 

W nieprzemakalnym płaszczu z kapturem wyruszył do szpitala. 
Tego  popołudnia  Janet  Dibbs  spóźniła  się  do  pracy  o  całe  godziny.  Utknęła  w  swoim 

camaro na zalanym odcinku drogi. Susan Carmichael pobiegła ją przywitać. 

– Nic ci nie jest? Nikt z nas nie pamięta, kiedy ostatni raz tak się spóźniłaś. Dzwoniłam do 

ciebie i... 

– Nie, nic mi nie jest – odparła Janet. Jej irytacja ulotniła się na widok takiego zatroskania 

personelu.  –  Nic  jeszcze  nie  zrobili  z  tą  cholerną  studzienką  na  Seaview.  Ktoś  się  kiedyś  w  tej 
kałuży utopi. 

Susan zniżyła głos do szeptu. 
– Słuchaj, przyszedł mężczyzna i pyta o tę pacjentkę doktora Coreya, którą zajmowałyśmy 

się wczoraj wieczorem. Prosiłam go, żeby zaczekał w separatce. 

– O panią Samuels? Na którą salę ją przeniesiono? 
– Chodzi o to – wyjaśniła Susan zdyszana – że zmarła około drugiej nad ranem. Na naszym 

oddziale. Nie powiedziałyśmy mu tego. 

– A kto to taki? 
–  Chyba  przyjaciel.  Podobno  był  tu  wczoraj  i  doktor  Corey  obiecał  do  niego  zadzwonić, 

jeśli jej stan ulegnie zmianie. Może zapomniał albo uważał, że jest za późno. 

–  Pewnie  śpieszyło  mu  się  do  domu  –  odparła  Janet  z  nutką  goryczy.  I  wzruszając 

ramionami,  dodała:  –  Cóż,  i  Luke’owi  wolno  coś  spieprzyć  tak  jak  każdemu  z  nas.  Jest  w 
separatce? – Susan kiwnęła głową. – Dobrze, pójdę z nim porozmawiać. 

–  To  cwaniak  –  wyrwało  się  Susan,  kiedy  Janet  wieszała  płaszcz  nieprzemakalny.  Janet 

odwróciła  się,  przygładziła  troszkę  wymięty  przód  fartucha  i  uśmiechnąwszy  się  do  przyjaciółki, 
poszła do mężczyzny. 

–  Przepraszam.  –  Natychmiast  zauważyła,  że  w  słowach  Susan  nie  było  przesady.  – 

Nazywam się Dibbs. Czy mogę w czymś pomóc? 

–  O  tak,  proszę.  Próbuję  się  dowiedzieć  o  panią  Evelyn  Samuels.  Przywieziono  ją  tu 

wczoraj  wieczorem  z...  chwileczkę.  Czy  to  nie  pani  się  nią  zajmowała?  –  Niski,  łagodny  głos 
pasował  do  elegancko  ubranego,  wykwintnego  mężczyzny.  Serce  Janet  zabiło  szybciej  na  widok 

background image

 

17 

jego  wyrazistych  rysów  i  ciemnoniebieskich  oczu.  Ma  około  czterdziestki,  pomyślała;  nie,  może 
czterdzieści  pięć  lat,  poprawiła  się  na  widok  kędzierzawych  czarnych  włosów,  przyprószonych 
siwizną. 

–  Tak  –  odparła  –  prawie  cały  wieczór  ratowaliśmy  ją  z  doktorem  Coreyem.  Robiliśmy 

wszystko, co w naszej mocy. 

Zmrużył oczy i leciutko podniesionym głosem zapytał: 
– Co pani powiedziała? 
Janet  nagle  straciła  głowę,  świadoma  własnej  nieporadności.  Usiadła  i  spróbowała  się 

opanować. 

– Przykro mi... panie... – zaczęła po chwili. 
– Spear, nazywam się Jim Spear. – Oddychał szybciej, wychylony w stronę Janet. 
–  Przykro  mi,  panie  Spear  –  podjęła.  –  Pani  Samuels  zmarła  około  drugiej  nad  ranem. 

Doktor Corey i ja robiliśmy, co się dało, aby ją uratować, ale wylew był po prostu zbyt rozległy. 

– Psia kość – syknął z zaskakującą pasją. 
– Naprawdę mi przykro. Byli państwo bardzo zaprzyjaźnieni! – spytała Janet. 
Spear  ukrył  twarz  w  dłoniach,  ale  panował  już  nad  głosem,  który  odzyskał  dawną 

łagodność. 

– Bardzo. Niedługo mieliśmy się pobrać. 
–  Och,  to  dla  pana  straszne.  –  Janet  próbowała  sobie  wyobrazić,  jakim  sposobem  Evelyn 

Samuels  złapała  mężczyznę  tak  przystojnego,  a  w  dodatku  o  tyle  od  niej  młodszego.  –  Jeśli 
mogłabym w czymś pomóc... 

– Czy zawiadomiono jej córkę? Wczoraj wieczorem daliśmy lekarzowi numer telefonu. 
– Próbował dzwonić, nie wiem jednak, czy zastał ją w domu. Może pan go spytać. 
– Spytam. To będzie okropny cios dla Karen. Były z matką bardzo zżyte. 
– Takie odniosłam wrażenie. Pani Samuels po odzyskaniu przytomności wciąż o nią pytała. 

Spear drgnął. 

– Odzyskała przytomność? – zapytał. 
– Tak, pomyśleliśmy wtedy z doktorem Coreyem, że może z tego wyjdzie. Tyle że wylew... 
– Czy coś mówiła? – przerwał jej Spear. – Pytała o mnie czy o coś? 
Janet pożałowała mężczyzny i spróbowała powiedzieć coś, co ukoiłoby jego ból. 
– Tak, słyszałam, jak wymawia pana imię. Kilka razy. Doktor Corey rozmawiał z nią dłużej 

niż ja, ale zdecydowanie słyszałam, jak pyta o pana. O pana, Karen i klucz. O niczym więcej nie 
mówiła. 

– Klucz? – Spear popatrzył w oczy Janet, której znów szybciej zabiło serce. 
– Tak, klucz przylepiony plastrem do nadgarstka. Dała go doktorowi Coreyowi z prośbą o 

doręczenie jej córce. Ale po co go tam przylepiła? 

Spear z uśmieszkiem nachylił do Janet i powiedział: 
–  Och,  ten  klucz.  Był  do  skrzynki,  którą  trzymała  pod  łóżkiem.  Pełnej  starych  pamiątek 

rodzinnych,  jak  mi  się  zdaje.  Evelyn  podchodziła  do  tych  spraw  sentymentalnie  i  zawsze 
powtarzała, że to jedyny klucz, więc nie chce go zgubić. 

Janet odwzajemniła uśmiech, przekonana, że tym razem poradziła sobie lepiej. 
–  Cóż,  u  doktora  Coreya  klucz  na  pewno  jest  bezpieczny.  Jeśli  skontaktuje  się  pan  z  jej 

córką, może pan powiedzieć, żeby zadzwoniła do jego gabinetu. – I dodała: – Ciekawa jestem, czy 
przylepi go sobie do nadgarstka jak matka? 

–  Wątpię  –  odrzekł  Spear  z  uśmiechem.  –  Karen  jest  o  wiele  bardziej  praktyczna  i  mniej 

romantyczna od Evelyn... od zmarłej. – Odwrócił oczy. 

–  Niech  pan  posłucha  –  powiedziała  Janet.  –  Teraz  muszę  wracać  do  pracy.  Gdyby  pan 

chciał jeszcze porozmawiać, o szóstej mam przerwę na kolację. 

– Miło się z panią rozmawiało, panno Dibbs... 
– Janet – wtrąciła. 

background image

 

18 

– Janet. – Obrzucił ją ciepłym spojrzeniem. – Naprawdę doceniam to, że opowiedziałaś mi 

o śmierci Evelyn, i bardzo chętnie porozmawiam z tobą kiedy indziej, ale teraz pojadę do jej domu 
i zacznę porządkować sprawy, robić przygotowania do pogrzebu. – Znowu odwrócił oczy. 

– Zawsze służę pomocą. Jestem w książce telefonicznej. – Wstała, ceremonialnie uścisnęła 

mu rękę, po czym wróciła na oddział. 

Spear  jeszcze  przez  kilka  minut  siedział  i  gratulował  sobie,  że  zdecydował  się  wrócić  do 

szpitala.  Nawet  się  nie  spodziewał  zdobyć  aż  tylu  informacji  od  tej  dobrze  zbudowanej 
pielęgniarki.  Od  2.30  rano  próbował  ustalić,  czy  Evelyn  z  kimś  rozmawiała.  To  wtedy  dyżurna 
pielęgniarka,  co  godzina  odbierająca  jego  telefony,  poinformowała  go  o  śmierci  pacjentki.  Z 
pożądliwym  uśmiechem  na zaciśniętych wargach pomyślał:  „Jak tylko  będę miał  w garści  klucz, 
przelecę pannę Janet Dibbs. Co za fantastyczne cycki!”. 

 
Kenner  Putnam  przez  ponad  dwadzieścia  lat  był  na  przylądku  Cod  lekarzem  pierwszego 

kontaktu,  zanim  nawał  pracy  i  bóle  w  klatce  piersiowej  zmusiły  go  do  poszukania  młodego 
współpracownika. Do znudzenia opowiadał historyjki o Strathmore przed wybudowaniem szpitala i 
z  trzema  zaledwie  lekarzami.  Słowa  doktora  Kena:  „Myślicie,  że  wam  ciężko...”,  stanowiły  w 
towarzystwie  sygnał  do  wysłuchania  długiej  opowieści  albo  do  opuszczenia  pokoju  pod  jakimś 
pretekstem. 

Mimo zamiłowania do tych wspominków Putnam był dociekliwym klinicystą i co wieczór 

godzinę  poświęcał  na  czytanie  czasopism  medycznych.  Był  też  najskuteczniejszym  i 
najpotężniejszym  politykiem  w  swoim  zawodzie,  dwukrotnym  prezesem  Okręgowego 
Towarzystwa Lekarskiego, często wymienianym jako kandydat na to samo stanowisko na szczeblu 
stanowym. Do jego ulubionych dewiz należała ta: „Nigdy nie rób sobie z kogoś wroga, zanim się 
upewnisz, że nie będzie ci potrzebny jako przyjaciel”. 

Nikt  ze  znajomych  Putnama  i  jego  młodego  współpracownika  nie  potrafił  w  pełni 

zrozumieć,  jakim  cudem  pozostali  w  tak  dobrych  stosunkach  zawodowych  przez  cztery  lata. 
Elegancki,  gadatliwy  Putnam  zasadniczo  się  różnił  od  Luke’a  Coreya,  posępnego  abnegata  i 
niezdary. Udało im się to jednak, głównie dzięki temu, że darzyli się szacunkiem, Luke zaś chętnie 
odciążał starszego lekarza w pracy. 

W ten piątkowy wieczór Putnam tuż przed szóstą przeszedł krótkim korytarzem do gabinetu 

Luke’a. Sprawiał wrażenie niezwykle poszarzałego i zmęczonego i rzeczywiście chwilę wcześniej 
rozpuszczał  pod  językiem  tabletkę  nitrogliceryny.  Luke  zamknął  sfatygowaną  brązową  teczkę, 
pełną  artykułów  do  przeczytania  i  historii  choroby  do  podyktowania,  po  czym  z  wyraźną  troską 
odezwał się do wspólnika: 

– Dobrze się czujesz, Ken? Wyglądasz dość mizernie. 
–  Nie  dolega  mi  nic  takiego,  czego  nie  dałoby  się  wyleczyć  mocnym  burbonem  –  odparł 

Putnam mniej zawadiacko niż zwykle. 

– Znów ta angina, prawda? Moim zdaniem, Ken, naprawdę powinieneś... 
–  Bzdura  –  przerwał  mu  Putnam.  –  Ty  się  zajmij  hydrauliką  i  ogrodem,  ja  się  zajmę 

leczeniem. 

– Ale, Ken... 
– Żadnych ale. Teraz wracaj do domu, do kobiety, z którą zamierzasz przehulać dzisiejszy 

wieczór,  a  ja  zrobię  obchód  w  szpitalu.  –  Putnam  wymówił  ostatnie  słowo  lekko  podniesionym 
głosem i umilkł na chwilę, jak zawsze, kiedy miał o coś poprosić. – Ach, mógłbyś załatwić za mnie 
jedną drobną sprawę, jeśli masz czas. Chodzi o starszą panią nazwiskiem O’Brian. Dzwonił jej syn 
i mówił, że ma torsje i bóle brzucha. Będzie ci  po drodze, a synowi jest obojętne, który z nas ją 
zbada, byleby nie musieli oddawać jej do szpitala. Zresztą chyba i tak prosił o ciebie. 

– Dobry jesteś, Putnam  – szydził  Luke. – Sprytnie się wymigałeś od  godzinnego badania 

staruszki, nawet się nie zająknąłeś. Dobra, pójdę do niej pod warunkiem, że obiecasz zrobić sobie 
EKG... 

background image

 

19 

–  Oto  adres,  młody  człowieku  –  przerwał  Putnam  i  upuścił  kartkę  na  biurko  Luke’a. 

Wychodząc z gabinetu, mówił dalej: – Jeśli wymaga hospitalizacji, po prostu ją przyślij, to się nią 
zajmę. 

– Proszę bardzo – krzyknął Luke w ślad za wspólnikiem, który otworzył drzwi i zniknął w 

chłodzie mglistego kwietniowego wieczoru. 

Westchnął,  rozbawiony  tupetem  Putnama,  wziął  teczkę  i  małą  czarną  torbę  lekarską,  po 

czym skierował się w stronę oldsmobila. 

 
– Do cholery, Liz. On nie chce, żebyśmy przyjechali, więc nawet nie będą mogli jej poznać. 

Co, u diabła, dzieje się z tym człowiekiem? I z matką. Można by oczekiwać, że przynajmniej tym 
razem mu się przeciwstawi. 

– Spokojnie, Luke. Znasz tatę. Utarłeś mu nosa, bo nie pytając ich o zdanie, oznajmiłeś, że 

pobieracie  się  z  Sarą.  Przejdzie  mu  jak  zawsze.  A  kiedy  wreszcie  poznają  Sarę,  na  pewno  ją 
pokochają. 

–  Chciałbym  ci  wierzyć.  Był  dostatecznie  rozwścieczony,  że  pojechałem  do  Missisipi, 

zamiast pójść do jego Szkoły Medycznej na Harvardzie. Nigdy nie powie tego wprost, ale wiesz, co 
moim zdaniem naprawdę go gryzie? To, że się żenię z Żydówką. Odbiło mu na tym punkcie. 

– Hej, bądź rozsądny. Jego zdaniem nie powinieneś się żenić przed rozpoczęciem studiów, i 

tyle. 

– Pewnie, jakbym go teraz słyszał. „Margaret, jeśli sądzisz, że zrobię tysiąc mil po to, aby 

włożyć idiotyczną czapeczkę, siedzieć w obcym kościele i patrzeć, jak mój syn żeni się z kobietą, 
której prawie nie zna, to się mylisz!”. 

– Proszę cię, Luke... 
–  Tak  to  wygląda,  Liz.  Nie  zamierzam  odzywać  się  do  tego  człowieka,  dopóki  mnie  nie 

przeprosi i nie zaakceptuje Sary. To moje życie i zamierzam zrobić z nim, co zechcę. 

 
Luke  z  pewnym  zdziwieniem  stwierdził,  że  zgodnie  z  tym,  co  mówił  Putnam,  do  Ruth 

O’Brian jest mu rzeczywiście po drodze. Musiał jednak trzy razy zaglądać do planu miasta, zanim 
wykombinował, jak tam dojechać. Znów zaczął mżyć deszczyk, a mgła była miejscami tak gęsta, 
że mógł posuwać się naprzód tylko wzdłuż białego pasa pośrodku jezdni. Prawie trzy kwadranse 
zajęło mu pokonanie jedenastokilometrowej odległości między gabinetem a zachodnim Strathmore. 

O 7.15 skręcił w Bayshore Drive i próbował dojrzeć we mgle numer domu. Ruth O’Brian 

mieszkała pod 285. 

Poza sezonem Bayshore, jak wiele ulic na przylądku Cod, dosłownie świeciła pustkami. W 

większości  pastelowych  domków  było  ciemno,  paliło  się  tylko  w  paru  większych,  w  których 
emerytowani  właściciele  spędzali  cały  rok.  Trzy  samotne,  oddalone  od  siebie  latarnie  nie 
rozpraszały  wieczornej  mgły  i  mroków.  Po  obu  stronach  ulicy  tylko  co  dziewiąty  albo  dziesiąty 
dom wyglądał na zamieszkany. 

Luke  już  miał  się  zatrzymać  przed  jednym  z  nich  i  zasięgnąć  informacji,  kiedy  po  prawej 

stronie jezdni wypatrzył rząd numerowanych skrzynek na listy. Z zadowoleniem znalazł na którejś 
niedbale  wymalowany  numer  285.  Po  każdej  stronie  ulicy  świeciło  się  na  ganku  jednego  domu, 
więc  wziął  torbę  lekarską  i  postanowił  zapukać  do  domu  z  prawej.  Był  to  numer  280.  Luke 
wpatrzył się przez mgłę w dom naprzeciwko, aby ustalić, czy pali się tam w oknach, czy tylko na 
ganku. 

Zapewne dlatego, że powietrze było  ciężkie, coraz głośniejszy  ryk silnika dotarł  do niego 

dopiero w chwili, kiedy  pędzący samochód zbliżył  się na odległość zaledwie paru kroków.  Luke 
nie  zdążył  ustalić,  czy  właśnie  wtedy  błysnęły  reflektory,  czy  też  on  je  dostrzegł  we  mgle. 
Uświadomił  sobie  tylko,  że  kierują  się  prosto  na  niego,  w  momencie  kiedy  o  mało  nie  został 
rozjechany. 

background image

 

20 

Zareagował tak późno, że zanim potrącił go samochód, zdążył tylko postawić prawą nogę i 

uskoczyć w stronę lewego rynsztoka. Stał niemal równolegle do chodnika, kiedy prawy reflektor 
walnął  go  w  udo  i  wyrzucił  w  górę.  Luke  ciężko  wylądował  w  błocie  przed  numerem  285, 
samochód zaś z piskiem opon przyśpieszył i odjechał. 

Przez  kilka  sekund,  zanim  naprawdę  dał  o  sobie  znać  przejmujący  ból  w  prawej  nodze, 

Luke  próbował  zorientować  się  w  sytuacji.  Jęknął  głośno,  a  równocześnie  poczuł,  że  spodnie  i 
koszula przesiąkły wodą. Płaszcz nieprzemakalny miał zadarty na piersi, lewy policzek zanurzony 
w  błocie.  Z  ogromnym  wysiłkiem  i  niemałym  bólem  przewrócił  się  na  bok,  zabłoconą  ręką 
przecierając  mokre  i  brudne  oczy.  Powoli  odzyskawszy  jasność  myśli,  spod  przymrużonych 
powiek popatrzył w ślad za samochodem, ale nie dostrzegł żadnego światła ani ruchu. 

Usiadł.  Przez  kilka  chwil  całkiem  niepotrzebnie  martwił  się  o  przemakające  w  portfelu 

papiery. I wtedy dotarło do niego, że w ręce nadal ściska torbę lekarską. Kiedy ją podniósł, okazała 
się  kompletnie  zgnieciona.  Najwyraźniej  zamortyzowała  uderzenie  błotnika,  toteż  nawet 
uśmiechnął się blado na myśl, iż zawdzięcza jej życie. 

Dźwignął się na lewej nodze, po czym bardzo ostrożnie przeniósł ciężar ciała na prawą. Ból 

przeszył  cały  jego  bok  i  nieomal  zaparł  mu  dech,  noga  jednak  się  nie  ugięła.  Wciąż  trzymając 
spłaszczoną torbę i utykając, wszedł po dwóch stopniach na ganek Ruth O’Brian. Tam żółta lampa 
rozsiewała tajemniczy blask, lecz w domu było ciemno. 

Luke dziesięć razy nacisnął dzwonek, później zaczął się dobijać. Próbował przekręcić gałkę, 

zaglądał  przez  małe  szybki  przy  drzwiach.  Wewnątrz  nikt  nie  dawał  znaku  życia.  Dom  pod 
numerem 285 przy Bayshore Drive był pusty. 

Prawie  w  szoku,  całkiem  zdezorientowany  Luke  pokuśtykał  do  oldsa  i  przez  bite  dwie 

minuty zmagał się z drzwiczkami po stronie kierowcy, zanim sobie przypomniał, jak się je otwiera. 
Teraz prócz paraliżującego bólu w prawej nodze czuł mdłości i rwanie w plecach. Po uruchomieniu 
silnika skierował się do szpitala, lecz – zważywszy na swój stan – zawrócił do domu. 

Ze  spuszczoną  głową  stał  pod  prysznicem,  obserwując  spływającą  z  ciała  krew  i  ciemne 

błoto.  Sześćdziesiąt  miligramów  kodeiny  trochę  uśmierzyło  ból  i  do  stanu  pomieszania  dodało 
uczucie  euforii.  Bolał  go  teraz  prawy  bark,  a  w  gorącej  wodzie  piekło  paskudnie  otarte  ramię  i 
dłoń. Ale zdecydowanie najbardziej ucierpiało jego prawe udo. 

Po zewnętrznej stronie nogi utworzył się brzydki czerwony obrzęk o średnicy dwudziestu 

centymetrów.  Było  kilka  małych  ranek  i  jedna  długości  pięciu  centymetrów  pośrodku 
zaczerwienienia.  Sterczał  z  niej  ostry  ułamek  szkła,  więc  przy  każdym  dotknięciu  nogę  Luke’a 
przeszywał przejmujący ból. Włókna poharatanych mięśni zwisały z rozcięcia i jak trawa morska 
kołysały się w strugach wody. 

Po zakręceniu prysznica Luke wytarł się i niezdarnie opatrzył krwawiącą ranę tamponem z 

gazy  i  plastrem.  Pierwszy  raz  zwrócił  wtedy  uwagę  na  zdjęte  i  rzucone  w  kąt  łazienki  ubranie. 
Prawa nogawka jasnoniebieskich spodni była postrzępiona, resztki materiału  przesiąknięte krwią. 
Na tym, co zostało ze spodni i koszuli, zasychała warstewka błota. Przez chwilę Luke zastanawiał 
się,  jak  zareagowałby  personel  oddziału  nagłych  przypadków  na  jego  widok,  gdyby  przyszedł  w 
tym stroju, po czym odwrócił się do muszli klozetowej i zwymiotował. 

Z wielkim trudem powstrzymał Janet Dibbs od wezwania Kena Putnama na oddział. Kiedy 

dowlókł  się  do  gabinetu  zabiegowego,  akurat  przyjmował  tam  innego  pacjenta  znakomity  młody 
chirurg, Richard Thane. Po wysłuchaniu opowieści o wypadku i ucieczce sprawcy Thane zgrabnie 
znieczulił  rany,  oczyścił  je  i  założył  szwy.  Usunięty  ze  środkowego  rozcięcia  kawałek  reflektora 
miał ze cztery centymetry średnicy. 

Prześwietlenie  nogi  i  barku  niczego  nie  wykazało.  Luke  złaził  właśnie  z  kozetki,  kiedy 

weszło dwóch policjantów. 

Roślejszy  (zapewne  dawniej  obrońca  na  boisku,  pomyślał  Luke)  przemówił  głosem 

zaskakująco wysokim jak na człowieka tej postury. 

background image

 

21 

–  Panie  doktorze  Corey,  jesteśmy  z  drogówki.  Policjant  Norton  i  policjant  Donaldson.  – 

Luke  skinął  głową,  z  uczuciem  irytacji,  a  zarazem  ulgi,  że  się  zjawili.  –  Jedna  z  pielęgniarek 
zawiadomiła  nas  telefonicznie...  o...  o  pańskim  wypadku.  Już  drugi  raz  w  tym  tygodniu  sprawca 
ucieka  z  miejsca  zdarzenia.  Bylibyśmy  zobowiązani,  gdyby  pofatygował  się  pan  z  nami  na 
komisariat celem spisania meldunku. 

–  Słuchajcie,  miałem  piekielnie  ciężki  dzień.  Czy  nie  można  zaczekać  z  tym  do  jutra? 

Zresztą co tu spisywać. – Luke’owi wyleciało z pamięci, że dom pod numerem 285 był pusty. 

– Cóż, proszę pana, łatwiej byłoby panu opowiedzieć to dziś, za świeżej pamięci. A i my 

mielibyśmy większą szansę złapania winnego. 

Zrezygnowany Luke wzruszył ramionami i z trudem włożył płaszcz. 
– Pojedziemy za panem, doktorze. – Niższy funkcjonariusz powiedział to z uśmiechem.  – 

Chcemy mieć pewność, że po tym zszywaniu będzie pan mógł prowadzić. 

Kiedy Luke, kuśtykając, skierował się do wyjścia, podbiegła Janet i chwyciła go za rękę. 
– Dobrze się czujesz, Luke? Bo może byłoby lepiej, gdybyś został dziś u mnie i pozwolił 

starej superpielęgniarce zadbać o twoje zdrowie. 

Luke popatrzył na nią. 
– Dzięki, Janet, ale nic mi nie będzie. Jestem tylko troszkę zakłopotany, bo tak mało mam 

im do powiedzenia. Nie zdążyłem nawet zobaczyć samochodu, który mnie potrącił, nie mówiąc o 
kierowcy. Ale dzięki za okazaną troskę. Nawiasem mówiąc, nie przeszkadza mi, że muszę jechać 
na komisariat, niepotrzebnie jednak dzwoniłaś na policję. 

– Skąd ci to przyszło do głowy, Luke? Do nikogo nie dzwoniłam. 
–  Mówili,  że  wezwała  ich  jedna  z  pielęgniarek,  a  tylko  ty...  Przerwał  mu  tęgi  policjant, 

wołając od drzwi: 

– Lepiej niech pan rusza, doktorze, robi się dość późno. Luke podrapał się w głowę, rzucił 

Janet zdziwione spojrzenie i w ślad za policjantem wyszedł z oddziału. 

W  roku  1972  mieszkańcy  Strathmore  dopiero  po  siedmiu  zebraniach  zgodzili  się 

przeznaczyć  fundusze  na  budowę  nowego  komisariatu.  Przeciwnicy  projektu  utrzymywali,  że 
istniejący  stupięćdziesięcioletni  budynek  w  stylu  kolonialnym,  odnowiony  i  z  dwoma  aneksami, 
„całkiem wystarcza przy naszym wskaźniku przestępczości”, ponadto, że proponowana konstrukcja 
z cegły i szkła wcale nie będzie pasować do „ogólnej atmosfery i stylu ulicy Głównej”. 

Sprawa nowego komisariatu wzbudzała żywe emocje i wyglądało na to, że przedstawiony 

projekt może zostać odrzucony. Ale na tydzień przed ostatecznym głosowaniem komendant policji 
Robert  Paradise  i  jego  ludzie  zdobyli  ogólnostanowy  rozgłos,  ujawniwszy  „największą  od  lat 
operację  narkotykową  na  tym  terenie”.  Wtedy  komendant  sam  wystąpił  z  namiętnym  apelem  na 
zebraniu  mieszkańców  miasta  i  wśród  burzliwych  oklasków  olbrzymią  większością  głosów 
zadecydowano o budowie nowego pomieszczenia dla policji. 

Po upływie jakichś dziewięciu miesięcy, kiedy wykańczano już nowoczesny komisariat w 

Strathmore,  na  22  strome  „Cape  Cod  Sentinel”  ukazał  się  artykulik,  którego  autor  dowodził,  że 
wszystkie zarzuty, wysunięte przeciw aresztowanym w czasie „wielkiej obławy”, są bezpodstawne. 
Artykuł napomykał o pewnych zawiłościach prawnych, niczego jednak nie precyzował. 

Ku zdziwieniu Luke’a, w jasno oświetlonym komisariacie powitał go komendant Paradise 

we  własnej  osobie.  Ten  weteran  drugiej  wojny  światowej,  posiadacz  odznaczeń,  piastował 
stanowisko  w  Strathmore  od  lat  dwudziestu  pięciu  i  cieszył  się  reputacją  bardzo  twardego,  lecz 
uczciwego policjanta. Choć rzadkie czarne włosy na czubku jego głowy dawno się wytarły i miał 
zaledwie  metr  siedemdziesiąt  wzrostu,  był  krzepki,  cienki  w  pasie,  a  szeroki  w  barach,  dzięki 
czemu  wyglądał  na  człowieka  zdolnego  sobie  poradzić  w  najtrudniejszych  sytuacjach.  Tego 
wieczoru ubrał się w rozpinany sweter, ciemnoczerwoną wersję stroju służbowego. 

– Chcę panu wyrazić wdzięczność za przyjście tu o tak spóźnionej porze. Pan doktor sobie 

nie wyobraża, jak nas irytują te ostatnie cholerne potrącenia i ucieczki kierowców. – Pod wpływem 
tych uspokajających słów Luke trochę się odprężył po ciężkich wieczornych przeżyciach. 

background image

 

22 

– Chętnie powiem tyle, ile będę mógł – zaczął – wszystko jednak działo się tak prędko. Czy 

zawsze jest pan na służbie o wpół do dwunastej w piątek wieczorem? 

– Czasami – po ojcowsku odparł Paradise. – Dziś przyjechałem specjalnie, kiedy chłopcy 

zawiadomili mnie, że to pan miał wypadek. Musimy się troszczyć o naszych lekarzy. 

Nigdy  nie  wiadomo,  może  będę  kiedyś  leżał  na  jakimś  stole,  a  pan  będzie  mnie  ratował, 

prawda? – Zaśmiał się rubasznie, ubawiony własnym dowcipem. – Naszym zdaniem winne są dwa 
młode pijaczki z East Portsmouth. Parę razy, kiedy o mały włos nie doszło do wypadku, podobno 
śmiali się i zachowywali tak, jakby chcieli ludziom napędzić stracha. Dwa potrącenia były raczej 
przypadkowe. 

Luke patrzył na policjanta ponuro. 
–  Panie  komendancie,  mnie  potrącono  dzisiaj  nie  przypadkiem.  Jestem  prawie  pewny,  że 

umyślnie. Zaskoczył Paradise’a. 

– Ależ, panie doktorze... Luke, prawda? Skąd ten pomysł? Luke w przypływie irytacji zajął 

z lekka obronne stanowisko. 

– Doskonale – wypalił – pozwoli pan, że powiem, co się wydarzyło, a pan sam rozstrzygnie, 

czy to był wypadek. 

– Okej, Luke, okej. Trochę się uspokój. Poślę po kawę i wtedy o wszystkim pogadamy. Jaką 

pijesz? Luke oddychał teraz z mniejszym trudem. 

– Czarną, z jedną kostką cukru. Mam zaczynać? 
– Poczekajmy, aż łykniemy trochę tego gorącego płynu, dobrze? Może opowiesz mi coś o 

sobie. Od jak dawna pracujesz ze starym Putnamem? 

–  Od  jakichś  czterech  lat.  Współpraca  układa  nam  się  doskonale.  Dużo  się  nauczyłem  – 

dodał Luke, wciąż trochę nieswój. 

– I sam wyrobiłeś sobie w tym mieście znakomitą reputację. 
– Dzięki. – Luke się uśmiechnął. – Nie pojmuję tylko, kto chciałby mi coś takiego zrobić. 
– Wolnego, Luke. – Paradise odchylił się do tyłu na krześle i dmuchał na gorącą kawę, bo 

nie dało się jej pić. – Zacznij od początku i opowiedz wszystko po kolei. 

Luke zrelacjonował wydarzenia ostatnich pięciu godzin, począwszy od wizyty, jaką Putnam 

złożył  mu  w  gabinecie.  Mówił  bez  pośpiechu,  zastanawiając  się  nad  każdym  zdaniem,  aby 
brzmiało  jak  najbardziej  rzeczowo.  W  miarę  jak  opowiadał,  utwierdzał  się  w  przekonaniu,  że 
umyślnie  próbowano  go  skrzywdzić,  może  nawet  zabić.  Ta  perspektywa  nie  tyle  napełniła  go 
strachem, ile oszołomiła i rozgniewała. O tysiące kilometrów stąd zdarzały się już sytuacje, kiedy 
inni ludzie, pozbawieni twarzy, próbowali go zabić. 

Paradise  słuchał  w  milczeniu,  wpatrzony  w  niego  brązowymi  oczami.  Poruszył  się  tylko 

raz, aby zapalić długie, cienkie cygaro, które wyciągnął z górnej szuflady biurka. Luke skończył, a 
on  jeszcze  przez  kilka  minut  siedział  zamyślony  i  spokojnie  palił  cygaro.  Wreszcie  odezwał  się 
tonem cierpliwego nauczyciela, przekonanego, że prędzej czy później zdoła wytłumaczyć uczniowi 
trudne pojęcie. 

– Twoim zdaniem, Luke, do tej pani O’Brian wezwano najpierw doktora Putnama? 
– Zgadza się, ale Ken powiedział, że chyba chodziło o mnie. 
–  Okej,  Luke,  pozwól  sobie  powiedzieć,  jak  ja  to  widzę.  Putnam  odbiera  telefon  od  tego 

mężczyzny, kiedy sam czuje się nie najlepiej. Zapisuje adres, jaki w swoim przekonaniu usłyszał, 
mając tysiąc różnych rzeczy na głowie. Jedziesz na inną ulicę, natykasz się na wariatów, którzy dla 
zabawy napędzają ludziom śmiertelnego stracha, i bęc! Lądujesz na oddziale nagłych przypadków. 

–  Proszę  posłuchać,  panie  komendancie  –  odrzekł  Luke  nieco  poirytowany.  –  Może  pan 

dowolnie potraktować podane przeze mnie fakty. Nie jestem paranoikiem, przekonanym, że ludzie 
nastają na moje życie. Ale to się zdarzyło i jak panu mówię, nieprzypadkowo. 

Paradise wpatrywał się w sufit, nie przestając mówić cierpliwym tonem zawodowca: 

background image

 

23 

–  Okej,  załóżmy,  że  masz  rację.  Musimy  jeszcze  odpowiedzieć  na  zasadnicze  pytanie: 

„Dlaczego?”.  Czy  podejrzewasz  kogoś,  kto  miałby  powód  albo  uważał,  że  ma  powód  tak  cię 
urządzić? 

Luke  wpatrywał  się  w  niego  osłupiały  i  kręcił  głową.  Coraz  trudniej  mu  było  znaleźć 

wygodną pozycję dla nogi. 

– Spróbujmy podejść do tego inaczej – ciągnął Paradise. – Czy w pracy nie wydarzyło się 

nic niezwykłego? Nie umarł nagle któryś z pacjentów czy coś w tym rodzaju? 

Luke’owi prawie natychmiast przyszła na myśl walka o życie Evelyn Samuels. 
– Poprzedniej nocy zmarła mi pacjentka. Nazywała się Samuels. Ale miała rozległy wylew i 

nie  było  szans.  –  Luke  nagle  podniósł  wzrok  na  komendanta  i  zaczął  mówić  szybciej.  –  Zaraz, 
miała ten klucz, przyklejony plastrem do nadgarstka, i mówiła o nim jak o najważniejszej rzeczy na 
świecie. I dała go mnie. 

– Co? – Paradise strzepnął popiół do popielniczki z muszli mięczaka. 
–  Klucz.  Powiedziała,  że  mam  koniecznie  oddać  go  jej  córce,  nikomu  innemu.  –  Luke 

myślał teraz bardzo szybko. 

– No, no, do czego był ten klucz? 
– Nie mam pojęcia. Jej córka wyjechała gdzieś na weekend i... nie, zaraz. – Luke wyraźnie 

oklapł. – Nikt prócz jednej siostry w szpitalu nawet nie wiedział, że go mam. To nie mogło mieć 
związku z wypadkiem. 

Paradise pochylał się nad biurkiem, jakby coraz bardziej zainteresowany. 
–  Nigdy  nie  wiadomo,  co  ludzie  potrafią  wywęszyć  w  tym  mieście.  Jeśli  klucz  był  do 

czegoś  wartościowego,  może  komuś  na  nim  zależy  i  dlatego  próbował  zrobić  ci  krzywdę.  Czy 
mógłbym zobaczyć ten klucz? 

– To zwykły stary klucz z brązu. Nie mam go zresztą przy sobie. Jest w domu. Poza tym nie 

mógł być powodem... 

–  Może  mimo  wszystko  pokażesz  go  nam  –  w pół  słowa  przerwał  mu  Paradise.  –  Mamy 

dostęp do ludzi, którzy potrafią wykombinować, do czego pasuje prawie każdy klucz. 

W tym momencie Luke ziewnął, zdając sobie sprawę ze swego kompletnego wyczerpania. 

Dochodziła północ. Wiedział też, że nieuważnie słucha komendanta. 

–  Przepraszam  pana.  Ja  naprawdę  powoli  się  wyłączam.  Spróbuję  pomyśleć,  kto  miałby 

powód mnie skrzywdzić, i zadzwonię, jeśli na coś wpadnę. 

–  Panie  doktorze,  pan  mnie  chyba  nie  zrozumiał.  Wygląda  na  to,  że  klucz  w  pańskim 

posiadaniu  może  być  ważny.  Moim  zdaniem  powinien  pan  oddać  go  mnie  i  pozwolić,  abyśmy 
stwierdzili, do jakiego zamka pasuje. Poślę z panem człowieka, który go weźmie. 

Luke, całkiem już rozbudzony, wyraźnie zaniepokoił się natarczywością przesłuchującego i 

za wszelką cenę chciał już przenieść się z komisariatu do własnego domu. 

– Chwileczkę – powiedział. – Obiecałem tej pani, że oddam cholerny klucz jej córce do rąk 

własnych. Zaczekajmy, aż wróci, dobrze? 

– Jak pan chce, panie doktorze. Ale proszę pamiętać – w głosie zabrzmiała ostrzejsza nuta... 

przestroga? – to pana potrącono. Będę się starał zrobić, co się da, i możliwie najprędzej, żeby nic 
gorszego się panu nie przytrafiło. 

Luke  miał  dość.  Komendant  jakby  nagle  zapomniał  o  swojej  teorii  na  temat  pijanych 

nastolatków i straszenia samochodem. Wstając, Luke powiedział z taką pewnością siebie, na jaką 
umiał się zdobyć: 

–  Panie  komendancie,  naprawdę  doceniam  pańskie  zainteresowanie,  słowo  daję.  Tyle  że 

przed śmiercią tej pani do czegoś się zobowiązałem. Byłoby nie w porządku, gdybym oddał klucz 
nie jej córce, lecz komuś innemu, nawet policji. Proszę okazać cierpliwość. 

– Jak pan uważa. – W głosie Paradise’a zabrzmiało zniechęcenie. 
– Dzięki, panie komendancie. Zadzwonię, jak tylko przyjdzie mi do głowy coś, co mogłoby 

się okazać ważne. – I Luke wycofał się do drzwi. 

background image

 

24 

Odwrócił  się,  po  czym,  mocno  utykając,  wyszedł  z  komisariatu.  Mówił  sobie,  że  jest 

zanadto  zmęczony,  aby  tej  nocy  się  nad  tym  zastanawiać.  Jutro,  jak  się  prześpi,  spróbuje 
zrozumieć, co się, u diabła, stało. 

 
– Chciał mnie pan widzieć, doktorze Zarrens? 
–  Ach,  tak,  Corey,  niech  pan  wejdzie  i  siada.  Woda  gotuje  się  właśnie  na  bunsenowskim 

palniku.  Mam  nadzieją,  że  lubi  pan  herbatę.  Nie  wiem,  gdzie,  u  diabła,  podział  się  słoik  z 
rozpuszczalną kawą. 

– Może być herbata. 
– Dobrze, Corey. Przeglądałem dane, które pan zestawiał od chwili rozpoczęcia w naszym 

laboratorium  eksperymentów  z  wzajemnym  oddziaływaniem  na  siebie  wirusów.  Ma  pan  szansę 
zakończyć  jeden  z  najlepszych  studenckich  projektów  badawczych  w  tej  szkole.  Sądzę,  Że  przy 
odrobinie szczęścia i ciężko pracując przez parę najbliższych miesięcy, moglibyśmy zrobić z tego 
choć jedną, a przypuszczalnie dwie publikacje. 

–  To  naprawdę  fascynujące.  Od  podjęcia  studiów  medycznych  chyba  nic  nie  inspirowało 

mnie  tak  jak  praca  pod  pańskim  kierunkiem.  Zaczynałem  szkołę  z  zamiarem  zostania  lekarzem 
pierwszego kontaktu, coraz częściej jednak myślę o wirusologii. 

– Czy pańskie badania w równym stopniu fascynują żonę? 
– Cóż, nigdy właściwie nie przyzwyczaiła się do tego, że o drugiej nad ranem wyskakuję do 

laboratorium, aby zmienić kultury komórek, ale z pewnością niewiele mniej wymaga się od lekarza 
pierwszego kontaktu. 

– Cieszy mnie taki stosunek do badań, bo w nich upatruję pańską przyszłość. Ale, Corey, 

zna mnie pan chyba dość dobrze i wie, że nie wzywam do siebie ludzi tylko po to, aby obsypywać 
ich pochwałami. Wyłonił się problem, który pan mógłby zapewne pomóc rozwiązać. 

– Jeśli chodzi o te wszystkie skażone butelki, to jak sądzę... 
– Nie, nie, Corey, niestety to nie takie proste. Chodzi o duży grant, o który ubiegamy się w 

Krajowym Instytucie Zdrowia. Podanie odrzucono. 

– Och, bardzo przykro mi to słyszeć, ale nie rozumiem, jak... 
– Corey, niewątpliwie zdaje pan sobie sprawę, jak niechętnie zwracam się do pana z taką 

prośbą,  ale  duża  część  naszych  badań,  włącznie  z  projektem,  nad  którym  pan  pracuje,  zależy  od 
tych pieniędzy. Chciałbym, żeby pan namówił ojca do ponownego rozpatrzenia naszego podania. 
Porobiłem w nim znaczące zmiany i... 

– Przykro mi, doktorze Zarrens, ale tego nie mogę zrobić. To wykluczone. Już od prawie 

dwóch lat nie widuję się ani nie rozmawiam z ojcem. Moja interwencja raczej by zaszkodziła, niż 
pomogła. 

– Corey, pan chyba nie rozumie, że i pańska przyszła praca zawisła na włosku. 
– Rozumiem, proszę pana, może aż za dobrze. Nic nie poradzę. 
– To znaczy, że pan nie chce. Cóż, Corey, jeśli w przyszłym tygodniu się pan zastanowi, 

proszę o wiadomość. W przeciwnym razie chyba powinien pan podsumować to, co dotychczas pan 
zrobił, a co my uznamy za studencki projekt badawczy. 

– Czy to wszystko, proszę pana? 
– Tak, Corey, życzę dobrego dnia. 
– Dziękuję panu za herbatę. 
 
W sobotę o 5.15 rano ból silniejszy od zmęczenia sprawił, że Luke obudził się w mrokach 

swojego pokoju. Roscoe, biały kocur, który odwiedził go przed dwoma laty, wypił miskę mleka i 
został już na zawsze, teraz leżał zwinięty przy jego prawej nodze. Ból przebiegł w dół aż do stopy, 
a kiedy Luke usiadł raptownie, poczuł jego ukłucia w setkach innych miejsc. 

Odżyły chaotyczne wspomnienia wczorajszego koszmaru, a każdemu z nich towarzyszyły 

liczne  pytania.  „Czy  to  wszystko  mogło  być  niezwykłym  zbiegiem  okoliczności?”.  Muszę 

background image

 

25 

porozmawiać  z  Putnamem.  „Jeśli  nie  Janet  dzwoniła  na  policję,  to  kto  dzwonił?”.  Muszę 
porozmawiać  z  Janet.  „Klucz?”.  Muszę  porozmawiać  z  Karen  Samuels.  „Jeśli  naprawdę  chcieli 
mnie zabić, dlaczego nie zatrzymali się i nie wrócili?”. 

Plastikowy flakonik z kodeiną stał na nocnym stoliku obok szklanki z nieświeżą wodą. Po 

zażyciu  sześćdziesięciu  miligramów  Luke  położył  się  i  czekał  na  uśmierzające  ból  ciepło.  Pół 
godziny  później  zdołał wolno  wstać  z  łóżka  i  podejść  do  okna.  Blada  niebiesko-różowa  poświata 
po  drugiej  stronie  jeziora  zapowiadała  pogodny  wiosenny  dzień,  a  na  myśl  o  tym  Luke’owi 
rozjaśniło się w głowie. 

Po  upływie  godziny  zesztywniały  wsiadł  do  oldsa  i  pojechał  do  szpitala,  gdzie  na  końcu 

podjazdu  skrzywił  się,  prawą  nogą  nacisnąwszy  hamulec.  Przedtem  nie  zauważył  szarego 
czterodrzwiowego buicka, zaparkowanego na końcu jego ulicy. 

Przed  9.30  i  przybyciem  Kena  Putnama  zdążył,  kuśtykając,  zrobić  prawie  cały  poranny 

obchód. Pacjenci wyrażali zatroskanie istotą i przyczyną jego obrażeń, ale zbywał ich uwagami w 
rodzaju:  „Nic  poważnego,  pani  Shaw,  wdałem  się  tylko  wczoraj  wieczorem  w  bójkę  z 
rozzłoszczonym samochodem”. 

Na bezpiecznych piętrach szpitalnych ulatniały się jego obawy. Nic się tu nie zmieniło, a 

choć  musiał  odpowiadać  na  krótkie  pytania  o  sińce,  chyba  nikt  nie  zwracał  na  niego  specjalnej 
uwagi. 

– Luke, mój chłopcze – wykrzyknął Putnam na korytarzu drugiego piętra.  – Co, u diabła, 

robisz w pracy po tych wczorajszych przeżyciach? 

– Można się z tego wylizać w dwa tygodnie na Wyspach Bahama. 
–  A  gdyby  tak  na  początek  zjeść  śniadanie  w  kafejce?  Opowiesz  mi  dokładnie,  co  się 

wydarzyło? – Putnam z przejęciem patrzył na świeżo obtarte grzbiety dłoni Luke’a. 

Kawiarenka  znajdowała  się  w  podziemiach.  Kobiety  ze  służby  pomocniczej,  które  ją 

prowadziły, próbowały stworzyć przytulną atmosferę, więc zawiesiły kretonowe firanki i ozdobne 
lampy, ale miejsce to nadal miało wygląd szpitalny. Ledwie usiedli przy narożnym stoliku,  Luke 
zdał  sobie  sprawę,  że  nie  jadł  od  prawie  dwudziestu  czterech  godzin,  i  z  entuzjazmem  powitał 
perspektywę śniadania, choć kodeina przestawała działać. 

Putnam  nie  pozwalał  mu  ruszyć  się  z  miejsca  i  sam  przyniósł  z  bufetu  sok,  kawę  i  dwa 

talerze z jajkami na bekonie. 

–  Przepadam  za  tym  szpitalnym  wiktem  –  oświadczył.  –  Czuję,  jak  każdy  kęs  spływa  do 

mojej lewej arterii wieńcowej. Luke jadł w milczeniu, dopóki Putnam go nie zagadnął. 

–  Chyba  ta  głupia  wizyta  domowa,  którą  miałeś  na  moją  prośbę,  okazała  się  wielką 

przygodą. 

– Jeśli można to tak nazwać – odparł Luke markotnie. – Skąd wiesz? 
– Zaraz do tego dojdziemy. Mógłbyś mi opowiedzieć, co się właściwie stało? 
Po  raz  drugi,  choć  mniej  szczegółowo,  Luke  zrelacjonował  wydarzenia,  towarzyszące 

wypadkowi.  Napomknął  o  spotkaniu  z  komendantem  policji,  lecz  przemilczał  sprawę  klucza  i 
Evelyn Samuels. 

– Wiesz – zaczął Putnam, kiedy Luke skończył. – Bob Paradise współpracuje ze mną w tym 

mieście już prawie ćwierć wieku. To chyba obdarzony największą wyobraźnią i najskuteczniejszy 
ze znanych mi policjantów, tak prostolinijny i uczciwy, jak to jest w tym zawodzie możliwe. Ale 
wiem  od  dawna,  że  jeśli  zechce,  potrafi  umilić  lub  obrzydzić  człowiekowi  życie  w  tym  mieście. 
Wyrobił  sobie  taką  pozycję,  że  do  pewnego  stopnia  kontroluje  działalność  policji  na  całym 
przylądku, nie mówiąc o Strathmore. 

– Do rzeczy, Ken. – Luke poczuł się nieswojo. Putnam po ojcowsku pokiwał głową. 
– Luke Corey, szeryf z Zachodu. Zawsze strzela prosto z biodra. 
Luke odpowiedział uśmiechem i po chwili się odprężył. 
–  Komendant  Paradise  dzwonił  do  mnie  dziś  rano  i  powtórzył  mi  waszą  wieczorną 

rozmowę. Zapewniłem go, że właściwie nie mogłem ci podać złego adresu. Paradise sprawdził ten 

background image

 

26 

dom. Należy do bankiera z Sudbury i jego żony. Przyjeżdżają tylko w sezonie. Światło na ganku 
zapala się za pomocą elektrycznego zegara. Sprawdzałem też w gabinecie i nie ma tam karty żadnej 
Ruth O’Brian. Obaj uważamy, że zastawiono coś w rodzaju pułapki. Ale nie umiem powiedzieć, 
czy na ciebie, czy na mnie. To ja odebrałem telefon, pamiętasz. 

– Tak, Ken – zgodził się Luke. – Ale wyraźnie pamiętam też, co mówiłeś: że początkowo 

proszono o mój przyjazd. 

–  Może  nigdy  nie  dowiemy  się  prawdy  –  podjął  Putnam.  –  Komendant  trochę  się 

zdenerwował  jakimś kluczem,  który podobno ty  masz. Powiedział, że nie chcesz  go oddać, więc 
nie może stwierdzić, jakie ten klucz ma znaczenie. Mówiłem ci, Luke, że Bob Paradise potrafi... 

–  Nie  powiedziałem,  że  nie  chcę  –  przerwał  mu  Luke.  –  Tylko  że  obiecałem  umierającej 

oddać go do rąk własnych jej córki. Chryste, mogę przynajmniej spełnić taką prośbę. 

Putnam westchnął głośno. 
–  Rób,  jak  uważasz,  Luke  –  powiedział.  (Czy  Paradise  nie  użył  tych  samych  słów?  – 

zastanawiał się Luke). Luke wstał pierwszy. 

– Dzięki za śniadanie, szefie – powiedział. – Naprawdę było mi potrzebne. Posłuchaj, córka 

tej pani powinna wrócić do domu za dzień, dwa i na pewno potrafi wyjaśnić sprawę klucza. Nie ma 
on przypuszczalnie nic wspólnego z tą okropną nocą. 

–  Gdybym  mógł  w  czymś  pomóc,  Luke,  zadzwoń.  Cały  weekend  spędzam  w  domu. 

Goodman  zrobi  za  nas  jutro  obchód,  więc  nie  musisz  przyjeżdżać.  –  Wychodząc  z  kawiarni, 
Putnam otoczył Luke’a ramieniem. 

Po obejrzeniu dwóch ostatnich pacjentów Luke zadzwonił na patologię i dowiedział się, że 

w szpitalnej kostnicy nie ma żadnych zwłok do odebrania. Patologa nie było, a jego sekretarka nie 
miała pojęcia, kiedy i komu wydano ciała. 

Następnie Luke poszedł do archiwum, gdzie dostał cienką kartę szpitalną Evelyn Samuels. 

Wziął  ją  do  niewielkiej  kabiny,  przeznaczonej  do  dyktowania,  i  zaczął  przeglądać,  w  miarę 
czytania robiąc notatki. 

Na pierwszej stronie takiej karty znajdują się liczne dane personalne – zdaniem wielu zbyt 

kompletne i zbyt osobiste. Fakt, że pracownik szpitala musi uzyskać i odnotować dziesiątki danych, 
zanim pacjent zdoła się doprosić o coś tak prostego, jak prześwietlenie palca, jednych zniechęcał i 
wprawiał  w  zakłopotanie,  innym  dostarczał  tematu  do  żartów.  Luke  nie  potrafił  zrozumieć, 
dlaczego  trzeba  wpisać  miejsce  urodzenia  i  wyznanie,  zanim  się  zacznie  pacjenta  leczyć  czy 
diagnozować w jakiejkolwiek części szpitala 

Rytuał  uzyskiwania  informacji  na  pierwszą  stronę  stał  się  tak  ważną  częścią  systemu,  że 

Luke  widywał  pracowników  izby  przyjęć,  wchodzących  do  gabinetu  lekarskiego  wkrótce  po 
reanimowaniu pacjenta, u którego nastąpiło zatrzymanie akcji serca, ponieważ musieli wypełnić w 
kwestionariuszu takie rubryki, jak „nazwisko panieńskie matki” i „poprzedni adres zamieszkania”. 

Tego rana był jednak wdzięczny pracownicy za dokładność. 
Widocznie wcześniej niż on rozmawiała z Evelyn Samuels i zanotowała szczegóły nieznane 

nawet jemu. 

Nazwisko:  Samuels  Evelyn  Marie,  Nazwisko  panieńskie:  DeCarlo,  Data  urodzenia:  19 

marca 1922,  Miejsce urodzenia: Boston, stan Massachusetts,  Wyznanie: katolickie, Stan cywilny: 
wdowa,  Adres:  104  Redfern  Terrace,  ForesWille,  Mass.  02543  Telefon  domowy:  442–6101 
Zawód:  artystka,  pracująca  na  własny  rachunek  Nazwisko  panieńskie  matki:  (rubryka 
niewypełniona) Najbliżsi krewni: Karen Samuels, 888 West 57th St, Nowy Jork, 1–212–877–4982 
(córka) 

Poprzednio przyjmowana do szpitala w Strathmore: nie 
Na  pozostałą  część  karty  składała  się  historia  przyjęcia  chorej  na  oddział  i  podyktowany 

przez niego opis badania, niezawierający wzmianki o plastrze na przegubie ani o kluczu. 

Luke  oddał  kartę,  po  czym  wykręcił  domowy  numer  Evelyn  Samuels.  Telefon  nie 

odpowiadał,  więc  po  chwili  poprosił  szpitalną  centralę  o  połączenie  z  nowojorskim  numerem 

background image

 

27 

Karen  Samuels.  Znowu  na  próżno.  Przechylił  się  do  tyłu,  zamknął  oczy  i  próbował  w  logiczny 
sposób  wytłumaczyć  to,  co  się  wydarzyło  w  ciągu  ostatnich  osiemnastu  godzin.  Podobnie  jak  z 
telefonami, nic z tego nie wyszło. 

Ze  szpitala  wolno  ruszył  swym  oldsem  do  domu,  nadal  krzywiąc  się  przy  każdym 

hamowaniu. Za rogiem spostrzegł ulicę, którą poprzedniego wieczoru jechał na Bayshore Drive, i 
skręcił w nią machinalnie. Tym razem nie błądził. Uliczka była przyjemna, wręcz malownicza, a po 
jej lewej stronie otwierał się między domami wspaniały widok na zatokę. Okazało się, że Bayshore 
jest krótsza, niż sobie wyobrażał. 

Numer 285 miała – niewielka kryta gontem chata, pomalowana na szaro, z łuszczącymi się 

bladożółtymi obramieniami otworów. Kałuża, gdzie minionej nocy Luke cierpiał takie katusze, już 
wyschła, a na chodniku przed domem nie pozostał żaden ślad zderzenia. „Ludzie Paradise’a dobrze 
pracują”, pomyślał. Wsiadł do oldsa i pojechał do domu. 

Okienka samochodu osłaniały przed najlżejszym powiewem, słońce w zenicie przygrzewało 

i pod wpływem tego leczniczego ciepła zachciało mu się poczytać w hamaku za domem. 

Roscoe leżał  w słońcu na słomiance przed frontowymi drzwiami.  Luke uśmiechnął  się na 

widok swojego rozleniwionego ulubieńca i nachylił się, aby go pogłaskać. Wtedy dostrzegł krew. 
Obróciwszy  kota,  któremu  głowa  opadła  do  tyłu,  zobaczył  poderżnięte  gardło  i  górny  odcinek 
przeciętej tchawicy, więc prędko go puścił i odwrócił się na pięcie. Poczuł skurcze żołądka. Ciężko 
usiadł na ganku i oddychał głęboko, dopóki nie zauważył plamy krwi na ręce. Znów, drugi raz w 
ciągu dwunastu godzin, dostał gwałtownych torsji. 

W  wandalski  sposób  potraktowano  też  wnętrze  domu.  Najwyraźniej  przeszukano  je 

dokładnie,  tłukąc,  co  popadło.  W  kuchni  z  powyciąganych  szuflad  wysypano  na  podłogę 
zawartość. Dziesiątki zgarniętych z regałów książek rozrzucono w bawialni. Podnoszono dywany, 
przewracano lampy, ciśnięto w kąt i strzaskano delikatną ceramiczną wazę, którą niegdyś tak lubiła 
jego babka. 

Luke  przez  kilka  minut  stał  nieruchomo  i  rozglądał  się  po  pokoju.  Piekąca  żółć 

nieprzyjemnie podchodziła mu do nosa, tętno w nodze pulsowało coraz szybciej. 

Jak w transie przeciął salon i po wyfroterowanych schodach wszedł na poddasze. Tam też 

zrobiono  drobiazgowe  przeszukanie,  nie  oszczędzając  niczego.  Misternie  rzeźbione  tekowe 
puzderko, które przywiózł z kraju oddalonego o trzynaście tysięcy kilometrów, niedbale rzucono na 
podłogę, od czego pękło intarsjowane wieczko. Żadna rzecz nie pozostała nietknięta. 

Powoli,  pełen  coraz  większych  obaw,  Luke  pokuśtykał  do  szafy  i  spojrzał  na  półkę.  Była 

pusta. 

Dopiero  kiedy  odrętwiały  padł  na  brzeg  łóżka,  spostrzegł  róg  szachownicy.  Widocznie 

ciśnięto ją w kąt pokoju i przysypano zawartością szuflady biurka. Luke na kolanach przełazi przez 
ten  śmietnik,  po  czym  lekko  drżącymi  rękami  podniósł  skrzyneczkę.  Była  zamknięta,  figury 
grzechotały  w  środku,  więc  się  uśmiechnął,  jeszcze  zanim  ją  otworzył.  Kilka  razy  parsknął, 
wygrzebując klucz, po czym padł na wznak i zaniósł się od śmiechu. 

– Głupie dranie – wrzeszczał – złośliwe, krwiożercze, głupie, pieprzone dranie! 
Dziesięć minut później, kiedy wciąż jeszcze leżał i na przemian to wpatrywał się w sufit, to 

wybuchał niepowstrzymanym śmiechem, zadzwonił telefon. Luke wolno uniósł i przyłożył do ucha 
słuchawkę,  lecz  milczał.  Głos  po  drugiej  stronie  rozległ  się  niemal  natychmiast.  Był  niski, 
kulturalny, o łagodnym, niemal kojącym brzmieniu. 

– Doktorze Corey. Proszę słuchać uważnie. Ma pan klucz, który należy do nas. To klucz do 

wielkiej  sumy  pieniędzy,  zabranych  nam  przez  panią  Evelyn  Samuels,  i  jesteśmy  zdecydowani... 
bardzo zdecydowani... go dostać. Przykrości, jakie spotkały pana w ciągu ostatniej doby, dowodzą 
naszej determinacji. Rozumie pan? 

Przez chwilę  Luke się wahał,  czy ma odłożyć słuchawkę, czy  w nią  wrzasnąć.  Odetchnął 

jednak głęboko i powiedział z jak największym opanowaniem: 

– Nie mam klucza. Wszystkie te świństwa zrobiliście na próżno. 

background image

 

28 

– Doktorze Corey – ciągnął głos. – Śledziliśmy każdy pański ruch. Ma pan klucz i tak czy 

inaczej nam go odda. Luke przestawał nad sobą panować. 

– Poraniliście mnie, zdemolowaliście dom, poniszczyliście rzeczy, zarżnęliście kota... 
– Przykro nam, że w tak obrazowy sposób pokazaliśmy, na co nas stać, ale brakuje mnóstwa 

pieniędzy, bardzo dużej  sumy, a pan ma klucz, który pomoże je odzyskać. Nie chcemy sprawiać 
panu  dalszych  przykrości.  Właściwie  jesteśmy  gotowi  sowicie  wynagrodzić  pana  za  współpracę. 
Przypuszczam, że za pięć tysięcy dolarów mógłby pan odkupić tych parę rzeczy, zniszczonych w 
trakcie przeszukania. 

Luke’owi rozjaśniało się w głowie i wybiegał myślami naprzód. 
– Ile pan powiedział? 
–  Pięć  tysięcy  dolarów,  doktorze  Corey,  i  jeszcze  pięćset  na  przeprosiny  za...  ach...  za 

wypadek, jaki przytrafił się pańskiemu kotu. 

– Rany boskie, tak bardzo zależy wam na tym kluczu, co? 
– Mam nadzieję, że wyraziliśmy się jasno – odrzekł głos. 
– Cóż, naprawdę go nie mam – oświadczył Luke. – W każdym razie nie w domu. 
–  Teraz  to  wiemy,  doktorze  Corey.  –  W  głosie  zabrzmiała  nuta  sarkazmu.  –  Jeśli  go  pan 

weźmie,  umówimy  się  gdzieś  na  spotkanie  i  wymienimy  go  na  pieniądze,  powiedzmy,  za  dwie 
godziny? 

– Musi to być miejsce publiczne. Przyniosę go tylko tam, gdzie będę ludzie. – Luke urwał, a 

po chwili dodał: – Biblioteka. Spotkam się z wami za dwie godziny w miejskiej bibliotece. 

– W bibliotece będzie świetnie. 
– Jeśli przyłapię kogoś  na tym, że mnie śledzi,  przysięgam,  nigdy  nie  dostaniecie klucza. 

Mam Srebrną Gwiazdę na dowód, że nie boję się takich pogróżek. Nie przestraszy mnie to, coście 
zrobili czy możecie zrobić. Wiedzcie, że oddaję klucz dla pieniędzy, a nie dlatego, że poskutkowała 
wasza obrzydliwa przemoc. Bo bynajmniej nie poskutkowała. Jasne? 

–  Jak  słońce,  doktorze  Corey.  –  Głos  nadal  był  opanowany.  –  Zobaczymy  się  za  dwie 

godziny  w  bibliotece.  I  niech  się  pan  nie  martwi,  nikt  pana  nie  będzie  śledził.  –  Po  krótkiej 
przerwie rozległ się trzask odkładanej słuchawki i sygnał. 

Luke jeszcze przez chwilę przyglądał się panującemu dokoła bałaganowi. 
– Głupie dranie – powtórzył. Wstał i zaczął się krzątać, tak planowo i zdecydowanie, jak nie 

robił tego od niepamiętnych czasów. 

Klucz był z pociemniałego brązu i prawie na pewno pasował do drzwi albo do dużej szafy. 

Wyrytą  na  nim  nazwę  firmową  Surelok  i  numer  seryjny  L4607106  Luke  zapisał  na  kawałku 
papieru, który wsunął do portfela. 

Następnie zamówił informację międzymiastową i zapytał o numer Śródmiejskiego Zajazdu 

dla  Zmotoryzowanych  w  centrum  Bostonu.  W  recepcji  kazali  mu  czekać  kilka  minut,  zanim 
powiedzieli,  że  jest  wolny  pokój  i  będzie  dla  niego  zarezerwowany  do  ósmej  wieczorem.  Podał 
nazwisko  Francisa  Sullivana,  swojego  dowódcy  kompanii  w  Wietnamie,  napadniętego  i 
zadźganego w sajgońskim zaułku. 

Starannie  włożył  klucz  między  dwa  kawałki  tektury,  okleił  je  taśmą  i  umieścił  w  dużej 

kopercie,  zaadresowanej  do  Francisa  Sullivana,  Śródmiejski  Zajazd,  dla  Zmotoryzowanych,  381 
Huntington Avenue, Boston, Mass. W górnym lewym rogu koperty napisał nazwisko swojej siostry 
i adres w Lexington, Massachusetts. 

Wreszcie  wrzucił  książeczkę  czekową  i  trochę  odzieży  do  niebieskiej  torby  sportowej  i 

potem  szukał  wśród  rzeczy  walających  się  dokoła  biurka,  aż  znalazł  mały  zwitek  znaczków.  Dla 
pewności  nakleił  aż  trzy  na  kopertę  i  włożył  ją  do  torby.  Po  raz  ostatni  ogarnął  spojrzeniem 
splądrowany  dom  i  spełniając  makabryczny  obowiązek,  wyniósł  kota  w  torbie  na  zakupy  do 
pobliskiego lasu, gdzie go pogrzebał. 

Zanim zszedł z niebieską torbą do samochodu, rozejrzał się po ulicy, aby mieć pewność, że 

nikt go nie obserwuje. 

background image

 

29 

Przed drugą ruszył w kierunku Strathmore. Przystanął przy najbliższej skrzynce pocztowej i 

wrzucił list.  W nastroju  coraz większego podniecenia i  wyczekiwania zbliżał  się do śródmieścia, 
świadomy, że prawie nie czuje bólu w nodze i w plecach. 

Umyślnie  wybierał  najdłuższe,  najprostsze  ulice  i  wciąż  sprawdzał  w  lusterku,  czy  nie 

jedzie za nim samochód. Nic nie zauważył. Następnie zatrzymał się przed supermarketem,  gdzie 
często  realizował  czeki,  i  tak  oczarował  kasjerkę,  że  niezgodnie  ze  sklepowym  regulaminem 
wypłaciła  mu  sto  dolarów.  Po  dodaniu  ich  do  posiadanych  trzydziestu  zrobił  ostatni  postój, 
zatankował starego oldsa i wolno wjechał w ulicę Główną, ale skierował się nie do biblioteki, tylko 
w  stronę  mostu  Sagamore.  Sprawdził  na  zegarku,  że  do  zaplanowanej  wymiany  pozostało 
trzydzieści pięć minut. 

background image

 

30 

CZĘŚĆ II 
 

Do  1934  roku  przylądek  Cod  był  półwyspem,  długim  mniej  więcej  na  sto  dziesięć 

kilometrów,  który  niczym  sękaty,  zakrzywiony  palec  wcinał  się  w  Ocean  Atlantycki.  Z  Nowego 
Jorku i miejscowości położonych na południu statki mogły się dostać do Bostonu tylko opływając 
dookoła  cały  przylądek,  z  Provincetown  na  czubku  palca,  i  przecinając  Cape  Cod  Bay.  W  1934 
roku Wojskowe Służby Inżynieryjne zakończyły budowę kanału Cape Cod u nasady palca i w ten 
sposób  skutecznie przekształciły półwysep w wyspę. Dwa mosty, jeden  w Bourne na zachodnim 
końcu kanału, drugi w Sagamore na końcu wschodnim, zapewniają jedyne bezpośrednie połączenie 
z lądem. 

Luke  przebył  odległość  z  centrum  Strathmore  w  równe  piętnaście  minut,  ustawicznie 

sprawdzając, czy nie wlecze za sobą ogona. Kiedy znalazł się na dojeździe do mostu, z parkingu 
przy restauracji ruszył trudny do określenia szary  sedan i  utrzymując tę  samą co  Luke prędkość, 
podążał za nim w odległości może trzystu metrów. 

Po drugiej stronie mostu opadło z Luke’a podniecenie, osłabła czujność, z jaką wpatrywał 

się w lusterko. Z oczami zmrużonymi w blasku popołudniowego słońca, padającego z lewej strony, 
odchylił się na oparcie siedzenia i rozkoszował ciepłem. Za godzinę będzie bezpieczny i odpocznie 
w Śródmiejskim Zajeździe dla Zmotoryzowanych. 

Sedan był całkowicie zasłonięty przez dużą ciężarówkę, a siedzący w nim dwaj mężczyźni 

musieli tylko od czasu do czasu zjechać w lewo, aby sprawdzić, czy Luke jest przed nimi. Dopiero 
kilka kilometrów na północ od Plymouth ciężarówka, nie sygnalizując, raptownie skręciła w prawo 
na zjazd. Kierowca sedana o mało nie pojechał za nią, ale w ostatniej chwili się połapał i prędko 
zawrócił  na  szosę.  Luke  spostrzegł  w  lusterku  właśnie  ten  nagły  ruch.  W  kierunku  północnym 
zmierzało niewiele samochodów i kiedy sedan został w tyle, Luke zaczął przezornie dodawać gazu, 
dopóki nie wydusił z oldsa setki. 

Pasażer sedana był masywny i podobny do małpy, z grubymi wargami i nisko osadzonymi 

uszami, właściwie bez szyi i czoła. Kiedy olds wyrwał do przodu, spojrzał na chudego, dziobatego 
kierowcę i odezwał się chrapliwie: 

– Rozpoznał nas, Richie, jestem pewny. Bierzmy go. 
–  Szef  mówił,  że  mamy  się  trzymać  za  tym  łachudrą  i  zobaczyć,  dokąd  jedzie  –  odparł 

Dziobaty. – Nie kazał go łapać. 

– Słuchaj, dupku – fuknął Małpolud – jeśli nas rozpoznał, to co mamy robić, jeździć za nim 

trasą  widokową?  No,  gaz  do  dechy.  Odskakuje.  –  Z  tymi  słowy  wyciągnął  ciężki  rewolwer  z 
pochwy pod kurtką i pieszczotliwie pogładził rękojeść. Dziobaty wcisnął gaz i samochód wystrzelił 
do przodu. 

Luke wcale nie był pewny, czy sedan go ściga, dopóki nie zobaczył w lusterku, jak szybko 

się  zbliża.  W  swoim  czasie  olds  zapewniał  i  wygodę,  i  prędkość,  ale  po  trzynastu  latach 
użytkowania,  z  prawie  dwustu  tysiącami  kilometrów  na  liczniku,  powyżej  stu  dziesięciu  trząsł 
niemiłosiernie. 

Lusterko  wibrowało,  toteż  Luke  ledwie  widział  jadący  za  nim  samochód,  choć  ten 

znajdował się w odległości niespełna stu metrów. W ciągu następnych sekund przychodziły mu do 
głowy  różne  sposoby  uniknięcia  niebezpieczeństwa,  ale  kolejno  je  odrzucał.  Na  jedyny  niezły 
pomysł wpadł, gdy zobaczył znak: „Parking, 1 kilometr”. Postanowił dopuścić ich jak najbliżej, po 
czym raptownie skręcić na parking. Przy odrobinie szczęścia wyprzedzaliby go z lewej strony i nie 
zdołaliby  skręcić  w  prawo.  Wówczas  mógłby  albo  wysiąść  i  uciec,  albo  się  cofnąć  i  przez 
podwójną linię przejechać na nitkę szosy prowadzącą na południe. 

Szczęście mu jednak nie dopisało, przynajmniej jeśli idzie o realizację tego planu. Parking 

pojawił się, kiedy sedan był jeszcze o jakieś dziesięć jardów z tyłu. Luke z braku innego wyjścia i 
tak  skręcił.  Wtedy  przyczepa  kempingowa,  własność  niemłodej  pary  z  New  Hampshire,  jego 

background image

 

31 

refleks  i  cud  sprawiły  coś,  czego  nie  dało  się  zaplanować.  Starsi  państwo,  przy  pobliskim  stole 
piknikowym  popijający  kanapki  mrożoną  herbatą,  przerażeni  patrzyli  na  oldsmobila,  który  z 
piskiem  opon  wjeżdżał  na  parking  i  kierował  się  prosto  na  ich  przyczepę.  Luke  instynktownie 
wyczuł, że nie może jej wyminąć, więc nacisnął hamulec, niepomny na ból nogi. 

Sedan trzymał  się tuż za nim, toteż nie miał  prawie żadnej  szansy zwolnić i  z prędkością 

osiemdziesięciu  kilometrów  na  godzinę  rąbnął  w  tył  oldsa.  Luke’owi  głowa  odskoczyła  do  tyłu, 
potem do przodu, kiedy jego samochód walnął w wóz kempingowy. 

Ten,  pozostawiony  na  luzie,  wystrzelił  do  przodu,  wjechał  na  krawężnik  i  zatrzymał  się 

zaledwie o półtora metra od swoich przerażonych właścicieli. Luke zareagował w porę, zdążył się 
przygotować na wstrząs, a nawet ręką osłonić głowę przed zderzeniem z kierownicą. Pasażerowie 
sedana  w  ogóle  nie  mieli  czasu.  Dziobaty  plasnął  twarzą  w  kierownicę,  strzaskał  sobie  nos  i 
rozwalił starą bliznę po nożu na prawym policzku. Małpolud uderzył w szybę tym, co powinno być 
czołem,  i  wybił  kilkucentymetrową  dziurę  w  bezodpryskowym  szkle,  którego  reszta  utworzyła 
pajęczynę pęknięć. 

Z  okrzykiem  zadowolenia  Luke  poklepał  tablicę  rozdzielczą,  ucałował  kierownicę  i 

pomknął na północ. Miał stłuczony prawy przedni reflektor i spore wgniecenia w tylnym zderzaku 
i bagażniku. Poza tym jego samochód wyszedł z kolizji bez szwanku. 

Zdziwiony,  że  pasażerowie  sedana  wpadli  na  jego  trop,  zastosował  dodatkowy  środek 

ostrożności i pojechał do Bostonu krętymi, gorszymi drogami, nie szosą. 

 
– Ile razy mamy wracać do tego samego, Saro? Po prostu nie mogę tego zrobić. 
–  Do  diabła,  Luke,  dlaczego  nie  potrafisz  zrozumieć,  co  czuję?  Przez  ostatnie  dwa  lata 

studiów  prawie  nie  widywałam  mojego  męża,  jeszcze  rzadziej  widywałam  go,  kiedy  odbywał 
pierwsza, połowę praktyki. Teraz mamy szansę na dwa łatwe łata w publicznej służbie zdrowia, a 
ty nie chcesz nawet złożyć podania w Krajowym Instytucie! 

– Składałem je w innych zakładach opieki zdrowotnej. Po prostu nie zostałem przyjęty. 
– Luke, twój ojciec jest dyrektorem... 
–  Proszę  cię,  Saro,  przestań.  Nie  odpowiedział  na  mój  list,  przemilczał  zaproszenie  na 

uroczystość rozdania dyplomów. Poza tym służba wojskowa to będą dobre dwa lata. Stacjonowanie 
w  południowej  Kalifornii  będzie  przygodą.  Możemy  podróżować.  A  nawet  mieć  dziecko,  jeśli 
zechcemy. 

– Wszystko to pięknie się zapowiada, pod warunkiem, że nie wylądujesz w dżungli! 
– Hej, moja ślicznotko, chodź tu, to szepnę ci do ucha, że powinnaś pójść za mną wszędzie. 
– Nie pojadę za tobą do delty Mekongu. 
–  Nie  ma  na  to  szans,  piękna  Saro.  W  wojsku  na  pierwszy  rzut  oka  poznają  nędznego 

tchórza. W Wietnamie chciałby mnie widzieć tylko Wietkong! A teraz czy wyśliźniesz się z tego 
płaszcza kąpielowego, czy też mam paść na podłogę, wrzeszczeć i płakać, i czekać? 

– Nie, tylko proszę bez złości. Masz tu płaszcz kąpielowy. I jego zawartość. Kiedy ostatni 

raz wyszłam z kłótni zwycięsko? 

– Właśnie w tej chwili, moja pani, właśnie w tej chwili. 
 
Cały  Śródmiejski  Zajazd  dla  Zmotoryzowanych  był  udekorowany  barwami  i  motywami 

nawiązującymi  do  obchodów  dwóchsetlecia  odzyskania  niepodległości.  Nawet  na  zasłonach  w 
pokoju  jaskrawy  wzór  tworzyły  czerwone,  białe  i  niebieskie  orły.  Luke  zameldował  się  jako 
Francis  Sullivan  z  Portland  w  stanie  Maine.  Ponieważ  nie  mógł  się  posłużyć  kartą  kredytową, 
zażądano od niego sześćdziesięciu dolarów z góry. 

– Już po moim obiedzie przy stoliku czwartym – mruknął pod nosem, kuśtykając po grubo 

wyściełanym korytarzu do swojego pokoju. 

Zamknął  za  sobą  drzwi  na  dwa  spusty,  wrzucił  skromną  garderobę  do  komody, 

fornirowanej  dębem,  i  zanurzył  się  w  wannie  z  ukropem,  nie  starając  się  osłaniać  szwów  na 

background image

 

32 

prawym udzie. Po kolizji na parkingu oprócz poprzednich obrażeń dokuczał mu bolesny kurcz w 
szyi,  a  na  czole  wyskoczył  guz.  Leżał  przez  godzinę  i  tylko  sztywnym  ruchem  wychylał  się  co 
pewien czas do przodu, aby dolać gorącej wody. 

 
Elizabeth Corey Butler zapakowała właśnie czteroletnią córeczkę do łóżka, kiedy zadzwonił 

telefon. Miała na sobie żółty pikowany szlafrok i poruszała się z naturalnym wdziękiem, który już 
jako podlotka czynił ją pociągającą. Przez krótki czas zajmowała się nauczaniem, ale wolała życie 
przy mężu, profesorze Instytutu Technologicznego stanu Massachusetts, i dwójce dzieci. 

Zanim Elizabeth i Paul się pobrali, przyjaciele powątpiewali, czy poważny, konserwatywny 

Butler  dotrzyma  kroku  tryskającej  energią,  pełnej  życia  Liz.  W  ciągu  siedmiu  lat  małżeństwa 
jednak ich związek się zacieśnił i w razie potrzeby oboje chętnie szli na kompromis. 

– Do ciebie, Liz – zawołał z salonu Paul. – Dzwoni Luke. Nic nie mówiłem o policji. 
Liz podbiegła zaniepokojona i chwyciła słuchawkę. 
– Luke, co z tobą? Gdzie jesteś? 
– Hej, spokojnie. Jestem zdrowy. A przynajmniej w jednym kawałku. 
– Luke, byli tu inspektorzy policji. Szukali cię. Nie chcieli powiedzieć, o co chodzi. Co się 

dzieje? Co się stało? 

– Inspektorzy policji? Z Lexington? 
– Nie, z Bostonu. Przyjechali jakąś godzinę temu, najzwyczajniej wmaszerowali do domu i 

rozsiedli się wygodnie. Na szczęście był Paul. Bo ja rozpadłabym się na kawałki. 

– Uspokój się, Liz. Wszystko jest w porządku. Dzwonię z Bostonu. Czy możesz poprosić 

Paula? 

– Oczywiście, ale o co chodzi? 
– Powiem ci za minutę, tylko daj mi Paula. 
– Słucham, Luke. O co chodzi? – Paul Butler mówił z troską, ale i z nutą irytacji w głosie. 

Mimo  iż  Luke  zżył  się  ze  szwagrem  przez  dwa  ostatnie  lata  praktyki  w  Bostonie,  dostrzegał 
rezerwę chemika i często nie umiał nawiązać z nim rozmowy. 

– Paul, czy na pewno byli z Bostonu? Chodzi mi o to, czy pokazali identyfikatory albo coś 

takiego? 

–  To  byli  dwaj  detektywi,  Luke.  O  ile  mogłem  się  zorientować,  odznaki  i  identyfikatory 

mieli prawdziwe. Zechcesz mi powiedzieć, co się dzieje? Mówili, że uciekłeś z miejsca wypadku. 
Doznałeś obrażeń? A w ogóle gdzie jesteś? 

–  Policja  bostońska?  –  Cholera,  do  kraksy  doszło  zaledwie  trzy  godziny  temu,  pomyślał. 

Kim, u diabła, są ci ludzie?... Paradise, za tym musi stać Paradise... 

– Luke, jesteś tam jeszcze? – Głos Butlera wyrwał go z oszołomienia. 
– Tak, Paul, jestem. Słuchaj, nie wiem, co się dzieje. Naprawdę nie wiem. Pacjentka dała mi 

coś przed samą śmiercią, a ktoś  bardzo się stara to  odebrać. Zdemolowali  mi dom  i nawet  zabili 
mojego cholernego kota. 

– Co? 
– Mojego kota, oni... Hej, Paul, mniejsza z tym.  Czy tobie i  Liz nic się nie stało? Grozili 

wam czy coś takiego? 

–  Nie,  powiedzieli  tylko,  że  muszą  cię  przesłuchać  w  związku  z  wypadkiem  na  szosie 

numer trzy. Miałeś wypadek? 

– Tak, no, coś w tym rodzaju. Uwierz mi, Paul, naprawdę me wiem, o co w tym wszystkim 

chodzi ani kim są ci ludzie, którzy... zaczekaj chwilę, jak, u licha, trafili do was? Nie mówili? 

– Nie, nie pamiętam, żeby mówili, jak trafili do nas. 
Ale  Luke  już  nie  słuchał.  Zastanawiał  się  pośpiesznie,  jakim  sposobem  bostońska  policja 

mogła tak prędko wpaść na trop jego siostry. Nasuwał się nieodparty wniosek, że powiedzieć o niej 
mogła tylko jedna osoba – Ken Putnam. Luke pamiętał, iż wymienił Liz jako najbliższą krewną w 

background image

 

33 

kilku  urzędowych  dokumentach,  włącznie  z  polisą  ubezpieczeniową,  którą  razem  z  Putnamem 
wykupili przed dwoma laty. 

–  Paul,  proszę  cię,  posłuchaj.  Jestem  w  Bostonie  i  nie  odniosłem  obrażeń.  Chyba  nic  nie 

szkodzi, że nie znasz dokładnego miejsca mojego pobytu. Jak tylko się dowiem, kim są ci ludzie, 
wszystko  będę  mógł  wyjaśnić.  Tymczasem  staraj  się  uspokoić  Liz.  Zadzwonię  za  dzień,  dwa. 
Dobrze? 

– Dobrze, Luke, ale gdybyśmy mogli pomóc... 
– Już pomogłeś, Paul. Mam nadzieję, że nikt więcej nie będzie was niepokoić. Odezwę się 

niebawem. 

– Powodzenia, Luke. 
– Dzięki, Paul, będę z wami w kontakcie. 
Tuż przed 13.30 Luke’a obudziła pokojówka, która weszła ze swoim wózkiem do pokoju i 

dopiero gdy stanęła nad łóżkiem, zorientowała się, że on jeszcze śpi. Telewizor był włączony jak 
prawie czternaście godzin wcześniej, kiedy Luke zapadał w drzemkę. Dziewczyna zatrzymała się 
na  chwilę,  popatrzyła  na  duży  fioletowy  siniak  na  jego  czole,  po  czym  –  gęsto  się  tłumacząc  – 
opuściła pokój. 

Przed  wstaniem  z  łóżka  Luke  zadzwonił  do  Kena  Putnama,  który  potwierdził,  że  podał 

policji  nazwisko  i  adres  jego  siostry.  Pełen  zatroskania,  z  wyjątkową  i  nietypową  skwapliwością 
zgodził się zastępować nieobecnego kolegę. 

Choć Luke nie zapoznał go ze szczegółami sobotnich wydarzeń i nie chciał zdradzić, skąd 

dzwoni,  Putnam  zaoferował  wszelką  możliwą  pomoc,  włącznie  z  finansową,  prawną  i 
schronieniem.  Luke  podziękował  mu  i  obiecał  zgłaszać  się  codziennie.  Potem  wziął  prysznic, 
ogolił się, ubrał i spróbował zadzwonić do Karen Samuels. 

Telefon  odebrała  jej  współlokatorka,  Jackie  Gallante.  Powiedziała  mu,  że  z  Karen 

nawiązano kontakt poprzedniego dnia i że prosto z Connecticut pojechała na przylądek Cod, aby 
zorganizować pogrzeb matki. 

– Czekam na wiadomość od niej, panie doktorze – powiedziała Jackie. – Myślałam nawet, 

że to ona, kiedy pan zadzwonił. Da mi znać, kiedy mam przylecieć na pogrzeb. 

– Chciałbym z nią pomówić, Jackie – rzekł. – Myślisz, że zastanę ją w domu matki? 
– Powinna tam być. Chwileczkę, panie doktorze, mam gdzieś numer... 
– W porządku. I ja go mam. Dziękuję za pomoc. 
Karen  Samuels  natychmiast  podniosła  słuchawkę  i  zaczęła  mówić,  ledwie  Luke  się 

przedstawił: 

– Och, panie doktorze, tak się cieszę, że pan dzwoni – powiedziała zdyszana. – Przyjaciele 

matki mówili mi, jak się pan starał ją ratować. Bardzo panu dziękuję. Ja... ja po prostu nie mogę w 
to wszystko uwierzyć. 

–  Współczuję  pani  z  powodu  matki,  panno  Samuels.  Robiliśmy  wszystko,  co  w  naszej 

mocy, lecz wylew był rozległy. Gdyby z tego wyszła, byłaby sparaliżowana. Trzyma się pani? 

–  Trzymam  się.  Wszyscy  tu  byli  cudowni  i  okazali  mi  wiele  serca.  Pogrzeb  odbył  się 

wczoraj, zaraz po moim przyjeździe. Zajęli się tym przyjaciele matki. Tak bardzo mi pomagają, nie 
wiem, co bym zrobiła bez... 

– Panno Samuels, czy w tej chwili jest pani sama? – zapytał z naciskiem. – To znaczy, czy 

może pani porozmawiać ze mną o pewnych sprawach, które wynikły w związku ze śmiercią pani 
matki? 

– Tak, jestem sama – odparła, nieco zdziwiona. – A o co chodzi? 
– Panno Samuels, tuż przed śmiercią pani matka odzyskała przytomność i zdążyła dać mi 

klucz, przedtem przylepiony do nadgarstka. Kazała mi obiecać, że oddam go pani do rąk własnych. 
Od tej pory ktoś czy też grupa ludzi bardzo się stara mi go odebrać. Czy domyśla się pani, do czego 
jest ten klucz albo z jakiego powodu ktoś chciał wyrządzić mi krzywdę, a potem mnie przekupić, 
aby go dostać? 

background image

 

34 

–  O  mój  Boże  –  wykrztusiła.  –  Mam  nadzieję,  że  nic  się  panu  nie  stało.  Naturalnie 

wiedziałam o kluczu. Od lat nosiła go pod tym plastrem. Ale właściwie nigdy nie wierzyłam, że to 
klucz do tak dużych pieniędzy, jak mówiła. Była artystką, panie doktorze, miała bujną wyobraźnię i 
skłonność do przesady. 

–  Panno  Samuels,  bardzo  chcę  oddać  pani  ten  klucz.  Ale  moim  zdaniem  powinniśmy  się 

przekonać,  komu  na  nim  zależy,  bo  w  przeciwnym  razie  mogłaby  pani  popaść  w  takie  jak  ja 
tarapaty. Jestem teraz w Bostonie. Czy mogłaby pani przyjechać i omówić to wszystko ze mną? 

– Dzisiaj? 
– Im szybciej się to wyjaśni, tym lepiej. Kimkolwiek są ci ludzie, mogą być bardzo groźni. 
– Panie doktorze – powiedziała z wahaniem – jest pan pewny, że... 
–  Proszę,  panno  Samuels  –  przerwał  lekko  poirytowany.  –  O  mało  mnie  nie  przejechali, 

zdewastowali mi dom. Muszę się z panią zobaczyć, i to szybko, bo inaczej źle się to skończy. No 
więc może tu pani dziś przyjechać czy nie? 

– Tak... chyba tak. Mam samochód. Gdzie przyjechać? 
Luke już miał ją skierować do Śródmiejskiego Zajazdu, kiedy pomyślał o szarym sedanie, 

jadącym za nim z przylądka. Poprosił więc, żeby odłożyła słuchawkę, i zarezerwował jej pokój w 
pobliskim Sheratonie. 

–  Wiem,  że  to  może  wyglądać  na  przesadę,  na  coś  z  sensacyjnej  powieści  –  przyznał, 

połączywszy się z nią po raz drugi – ale niech pani będzie ostrożna. Za mostem proszę zjechać z 
szosy i  kluczyć po bocznych drogach, dopóki  się pani  nie upewni, czy  nie ma pani  ogona. Mnie 
wypatrzyli wczoraj chyba na moście Sagamore. Dobry dojazd do miasta może być szosą 24. Niech 
pani weźmie mapę, może się przydać. Proszę się zameldować w Sheratonie, zadzwonię o siódmej, 
aby się umówić. 

– Dobrze – powiedziała – ale moim zdaniem ta konspiracja jest zbędna. 
– Proszę zrobić to dla mnie. 
 
Luke  przez  prawie  całe  popołudnie  oglądał  w  swoim  pokoju  mecz  Red  Sox  z  drużyną 

nowojorską,  która  dostała  tęgie  lanie.  O  piątej  wyszedł,  bo  chciał  poszukać  cichej  ulicy,  gdzie 
mógłby  się  spotkać  z  Karen  Samuels  i  mieć  pewność,  że  nikt  jej  nie  śledzi.  Jednokierunkowa 
Blacklow Street, ciągnąca się przez cztery kwartały i kilkoma przecznicami połączona z sąsiednią 
ulicą, wydała mu się idealna. Podtrzymywała go na duchu świadomość, że niedługo wyjaśnią się 
choć częściowo powody tego trzydniowego zamieszania. 

W drodze powrotnej do hotelu okrążył dwa kwartały domów, gdy wtem dostrzegł czarno-

biały wóz patrolowy, jadący Huntington Avenue mniej więcej w jego kierunku. 

– Hej, Corey – szepnął do siebie i przylepiony do bramy, obserwował ulicę. – Nie uważasz, 

że  to  już  za  wielka  paranoja?  –  Roześmiał  się  na  głos,  bo  przypomniał  sobie  krzykliwy  plakat, 
który  jego  współlokator  w  college’u  zawiesił  nad  swoim  biurkiem.  Na  purpurowym  tle 
bladozielony  napis  głosił:  „Chociaż  jesteś  paranoikiem,  NIE  oznacza  to,  że  przestali  na  ciebie 
czyhać!”. 

Luke był zadowolony, wręcz dumny z precyzji, z jaką zrealizowany został plan spotkania z 

Karen  Samuels.  Zza  rogu  czwartej  przecznicy  Blacklow  Street  patrzył,  jak  dziewczyna  pewnym 
krokiem  idzie  w  jego  stronę,  ubrana  w  zielony  płaszcz,  który  mu  opisała.  Za  nią  nie  dostrzegł 
nikogo, a kiedy się zbliżyła, przywołał ją gestem i we dwoje przeszli do następnego kwartału. 

Dopiero  w  jej  pokoju  hotelowym  odprężył  się  na  tyle,  że  dotarło  do  niego,  jaka  jest 

niewiarygodnie piękna. Długie, proste, kruczoczarne włosy, opadające kaskadą do połowy pleców, 
tworzyły idealną oprawę dla twarzy w kształcie serca i zielonych oczu ze złotymi cętkami. Bluzka 
w kolorze cytrynowym i brązowe spodnie w dyskretny sposób podkreślały chyba najlepszą figurę, 
jaką  kiedykolwiek  widział.  Jeszcze  większe  wrażenie  zrobiło  na  nim  to,  że  dziewczyna  nosi  się 
naturalnie, jakby nieświadoma własnej urody. 

 

background image

 

35 

Poczuł  ściskanie  w  gardle  i  głos  mu  się  załamał,  kiedy  wypowiedział  pierwsze  słowa.  Z 

dużym  wysiłkiem  powstrzymywał  się  od  ciągłego  patrzenia  na  nią.  Ona,  przeciwnie,  sprawiała 
wrażenie całkiem swobodnej i w trakcie rozmowy wyciągnęła się na łóżku. Stopniowo odrywał się 
myślami  od  bólu  i  przemocy,  jakich  doświadczył  w  ciągu  minionych  siedemdziesięciu  dwóch 
godzin.  Ciepło  i  piękno  kobiety,  która  przyszła  mu  pomóc,  były  znacznie  bardziej  namacalne  i 
rzeczywiste niż wszystko inne, czego doznał. 

Najpierw  niepewnie,  lecz  z  coraz  większą  ulgą  opowiadał  ze  szczegółami  o  śmierci  jej 

matki i późniejszych niezwykłych wydarzeniach. Karen słuchała uważnie, czasami kręcąc głową z 
niedowierzaniem, kiedy przedstawiał co bardziej makabryczne fragmenty tej historii. 

Pod koniec Luke się nachylił, impulsywnie ujął jej rękę w obie dłonie. 
–  No,  więc  na  tym  stoimy  –  rzekł.  –  Teraz  pani  kolej.  Niech  mi  pani  opowie  o  swojej 

ekscentrycznej matce-artystce i jej magicznym kluczu. Albo jeszcze lepiej, pozwoli mi odsapnąć po 
tym szaleństwie i opowie o sobie. 

–  Nie  ma  wiele  do  opowiadania  –  zaczęła,  leniwie  przewracając  się  na  bok.  –  Jestem 

pracownicą socjalną w Nowym Jorku, ale prawie wyłącznie do tego ograniczają się moje kontakty 
z ludźmi. Zawsze prowadziłam dość samotniczy tryb życia. Może dlatego, że jestem jedynaczką. 
Parę bliskich związków z mężczyznami, ale mało zażyłych przyjaźni z kobietami. 

– Co chce pani  przez to powiedzieć?  – zapytał.  Obraz tej ślicznej  dziewczyny, ubranej  w 

dżinsy  i  bawiącej  się  z  przyjaciółmi  na  farmie  w  Connecticut,  kilkakrotnie  stawał  mu  w  czasie 
rozmowy przed oczami. 

– Po prostu to – odparła, patrząc na niego ze zdziwieniem  – że po złym doświadczeniu z 

moją pierwszą współlokatorką w college’u nie miałam już bliskiej przyjaciółki ani współlokatorki. 

– A ja myślałem, że... – Luke urwał w pół zdania. Nagle w żołądku urósł mu olbrzymi guz. 

Nie  potrafił  się  skupić  i  uporządkować  myśli.  Kiedy  po  bardzo  długiej,  jak  mu  się  zdawało, 
przerwie  znów  zdołał  przemówić,  słowa  popłynęły  z  jego  ust  miarowo,  monotonnie.  W  żaden 
sposób nie umiał ukryć rosnącego niepokoju. Guz w żołądku stawał się coraz większy. 

– Karen, kto to jest Jackie? – zapytał. 
– Jackie? Nie znam żadnej Jackie. – Jeszcze nad sobą panowała, ale nieświadomie odsunęła 

się od niego. 

– A teraz słuchaj, i to uważnie, Karen czy kimkolwiek jesteś – powiedział, ona zaś cofała 

się przed jego głosem, z którego przebijała z trudem hamowana wściekłość. – Zadam ci parę pytań 
o matkę. Odpowiedz na nie teraz, i to zgodnie z prawdą. Jak nazywała się z domu? 

– Co to znaczy? – wykrzyknęła, już znacznie mniej opanowana. – Zwariowałeś czy co? Nie 

rozumiem, jaki... 

Luke  pochylił  się  do  przodu  i  uderzył  ją  w  twarz  z  siłą  i  gwałtownością  tak  samo 

zaskakującą dla niego, jak dla niej. 

–  Do  cholery!  –  wrzeszczał.  –  Chcę  usłyszeć  nazwisko  panieńskie  Evelyn  Samuels  albo 

dowiedzieć  się,  kim  jesteś.  Przez  tych  parę  ostatnich  dni  dużo  przeżyłem  i  przysięgam,  że  jeśli 
przyłapię cię na kłamstwie, to zabiję. 

Po jednej stronie jej bladej twarzy wystąpiła gruba czerwona pręga, a w kąciku ust pokazała 

się kropla krwi. Karen przeniosła się z łóżka na fotel i tam przycupnęła, wstrząsana łkaniem. 

– Proszę, bardzo cię proszę, nie bij – błagała. – Nie powiedzieli mi, że zrobili ci coś złego. 

Naprawdę. Nie wiem nawet, o co w tym wszystkim chodzi. Musisz mi wierzyć. 

Luke  osunął  się  na  kolana  i  ukrył  twarz  w  dłoniach.  Jego  rozkoszna  rzeczywistość  znów 

zamieniła się w koszmar, większy i straszniejszy niż kiedykolwiek. 

– Dobrze – powiedział w końcu. – Już cię nie uderzę. Ale tylko jeśli zaczniesz od początku i 

powiesz mi, kim jesteś i jak cię w to wciągnęli. 

Wierzchem dłoni otarła kącik ust i o mało nie zwymiotowała na widok własnej krwi. 
– Nazywam się Connie. Connie Evans. Jestem aktorką. Przynajmniej wtedy, kiedy pracuję. 

Ostatnio nie szło mi za dobrze. Dlatego nie mogłam odmówić temu facetowi, kiedy zaproponował 

background image

 

36 

mi pięćset dolarów za to, że tu przyjdę i wezmę od ciebie klucz. Chryste, od sześciu miesięcy nie 
zarobiłam takiej sumy. Musisz mi wierzyć, Luke, że... 

– Mów dalej – rozkazał. 
–  Ten  facet,  z  którym  spotkałam  się  raz  czy  dwa  razy,  zadzwonił  i  powiedział,  że  jeśli 

przyjadę na przylądek, bez trudu zarobię pięćset dolarów za odegranie roli. 

– Jak on się nazywa? 
–  Jim...  Jim  Spear.  Powiedział,  że  to  będzie  łatwe  i  niczym  mi  nie  grozi.  Ale  kiedy  tam 

przyjechałam, trzymali tę dziewczynę przywiązaną do krzesła i zagrozili, że jeśli nie zrobię tego, 
czego chcą, potną mi twarz. O mój Boże. Co mi teraz zrobią? Musisz mi pomóc, Luke, proszę. 

– Związaną dziewczyną była Karen Samuels? 
– T-tak. Oni czekają na wiadomość ode mnie w domu jej matki. Powiedzieli, że nigdy z nią 

nie rozmawiałeś i nie wiesz o niej nic prócz tego, że jest pracownicą socjalną z Nowego Jorku. 

– Głupie dranie – mruknął Luke.  
– Powiedziałaś „oni”. Ilu ich tam jest? 
– Tylko dwóch. Spear i mężczyzna, do którego mówił Bob. Nie znam jego nazwiska. 
– Opisz go. 
– Niski, ale naprawdę silny z wyglądu, jeśli wiesz, o co mi chodzi. Chyba po czterdziestce, 

choć nie bardzo umiem określać wiek. Taki jakby do połowy łysy, tu z tyłu – mówiąc to, wskazała 
na czubek głowy. 

– Paradise! – syknął Luke. 
– Co? 
– Nic, nic. Czy to z tobą rozmawiałem przez telefon? 
– Zmusili mnie do tego. Słowo daję. Prawdziwa Karen nie chciała im pomóc. Nie chciała 

rozmawiać ze mną ani z tobą przez telefon. Próbowała nawet kopnąć Jima Speara w... no, wiesz. A 
kiedy to zrobiła, on ją uderzył. Jeszcze mocniej niż ty mnie. 

–  Słuchaj.  –  Pożałował  tej  dziewczyny,  tak  jak  on  ofiary  czyjegoś  szaleństwa.  – 

Przepraszam,  że  cię  uderzyłem.  Wyczerpuje  się  moja  cierpliwość,  a  nie  znajduję  nikogo,  z  kim 
mógłbym otwarcie porozmawiać. Czy ludzie Speara czekają na mnie w tym hotelu? 

– Nie wiem, Luke. – Jakby się trochę uspokoiła i mówiła szczerze.  – Przyjechałam sama, 

nikt też nie kontaktował się ze mną. Miałam odebrać od ciebie klucz i zadzwonić do nich w drodze 
powrotnej na przylądek. 

– Daj mi kluczyki do swojego samochodu – rozkazał. 
– Ale jak ja... 
– Do cholery, Connie, przeprosiłem za to, że cię uderzyłem, ale zrobię to znowu, jeśli nie 

dasz mi kluczyków i nie powiesz, gdzie zostawiłaś samochód. 

Po  otrzymaniu  kluczyków  i  kwitu  parkingowego  polecił  jej  położyć  się  na  brzuchu  na 

jednym łóżku. Prześcieradło z drugiego podarł na pasy i starannie przywiązał jej kończyny do nóg 
łóżka. Choć obiecywała nie robić hałasu, jeszcze jeden kawałek płótna zużył na knebel, starając się 
w miarę możności oszczędzić jej niewygody. Na koniec przykrył ją kocem po szyję. 

–  Po  prostu  spróbuj  zasnąć  –  powiedział  i  ruszył  do  drzwi.  –  Och,  Connie  –  dodał,  gdy 

popatrzyła  na  niego  szeroko  otwartymi  oczami  –  daj  mi  znać,  gdybyś  kiedyś  potrzebowała 
referencji. Jesteś cholernie dobrą aktorką. Tylko następnym razem uważaj, jaką wybierasz rolę. 

Uchylił  drzwi  i  wyjrzał.  Korytarz  był  pusty.  Po  zawieszeniu  na  gałce  tabliczki  z  napisem 

„Nie  przeszkadzać”  Luke  zszedł  tylnymi  schodami  z  siódmego  piętra  na  parking  w  podziemiu. 
Czas znowu stawić czoło wrogowi, pomyślał, tyle że tym razem trochę bardziej planowo. 

Miejski szpital w Bostonie leżał w odległości trzech kilometrów na południe od hotelu. Jak 

wiele dużych miejskich szpitali, był zlepkiem architektonicznym. Na niewielkim obszarze budynki 
duże i  małe, nowe i stare, przeznaczone do rozbiórki i  w budowie tworzyły  skupisko, połączone 
siecią podziemnych tuneli, które pracownicy nazywali szczurzymi norami. 

background image

 

37 

Luke przez cztery lata odbywał w tym szpitalu praktykę jako jeden z ponad trzystu młodych 

lekarzy, co roku gotowych pracować z górą osiemdziesiąt godzin tygodniowo w najtrudniejszych 
warunkach  w  zamian  za  siedem  tysięcy  dolarów  i  niewymierne  korzyści  naukowe.  Stażyści  i 
lekarze  zamieszkali  w  szpitalu,  umiejący  robić  swoje  mimo  niedostatecznej  liczby  pielęgniarek, 
przestarzałego sprzętu i obstrukcjonizmu władz miejskich, często wychodzili stąd jako szczególnie 
uwrażliwieni specjaliści w swoich dziedzinach. 

Luke po raz ostatni był w szpitalu przed prawie trzema laty, lecz nie dostrzegł w nim wielu 

zmian. Volkswagena Connie zostawił na bocznej  ulicy i  wszedł  bocznymi  drzwiami do budynku, 
gdzie  lekarze  sypiali  podczas  nocnych  dyżurów,  jeśli  znaleźli  na  to  czas.  O  tej  porze,  po  21.30, 
szpital  właściwie  świecił  pustkami.  Luke  bez  trudu  znalazł  pomieszczenie  z  tłumokami  czystych 
białych kitli, dostarczonymi przez szpitalną pralnię. 

Dziesięć  minut  później,  w  białej  kurtce  i  spodniach  lekarza  zamieszkałego  w  szpitalu, 

wysiadł  z  windy  na  ósmym  piętrze  chirurgii.  Zdecydował  się  na  przyjazd  do  szpitala,  ponieważ 
musiał  mieć  jakąś  broń,  którą  mógłby  unieszkodliwić  jednego  lub  obu  mężczyzn, 
przetrzymujących Karen Samuels. Po głębszym namyśle postanowił uzbroić się w leki. 

Nie  chciał  zadać  nikomu  trwałych  obrażeń,  a  nie  byłby  zdolny  posłużyć  się  nożem  lub 

pałką. Na wojnie nosił w rejonach walk pistolet i karabin M 16, lecz strzelał z nich wyłącznie na 
strzelnicy. Zawsze uważał, że lekarzowi nie wolno z rozmysłem zamordować drugiego człowieka. 

Przyszło mu do głowy, że gdyby miał kiedyś umyślnie kogoś zabić, zrobiłby to tej nocy. 
Brał  pod  uwagę  kilka  wstrzykiwanych  leków,  których  odpowiednia  dawka  mogła 

unieszkodliwić  mężczyznę,  nie  zagrażając  jego  życiu.  Większości  z  nich  powszechnie  używali 
anestezjolodzy,  on  zaś  zdobył  pewne  doświadczenie  w  ich  stosowaniu,  kiedy  odbywał 
trzymiesięczny staż anestezjologiczny. 

Z  udawanym  zdecydowaniem  i  swobodą  wszedł  przez  drzwi  wahadłowe  na  blok 

operacyjny. Światło paliło się tylko w jednej z dwudziestu dwóch sal, oznaczonej numerem cztery: 
zespół chirurgów ratował tam człowieka z raną postrzałową. Przez zamknięte drzwi Luke słyszał 
nerwową, ożywioną rozmowę trzech lekarzy i trzech pielęgniarek. 

Czekał  kilka  minut,  wsłuchany  w  dramat,  który  się  tam  rozgrywał.  W  swoim 

zaabsorbowaniu nie zauważył nadejścia pielęgniarki, dopóki się nie odezwała. Zaskoczony, obrócił 
się w jej stronę i natychmiast poczuł przypływ adrenaliny oraz towarzyszącą mu pustkę w klatce 
piersiowej. 

Pielęgniarka  była  krępą  kobietą  o  krótkiej  szyi  i  górnej  wardze  porośniętej  dużą  ilością 

ciemnych  włosów.  Zielony  nieprzemakalny  fartuch  podkreślał  jej  tuszę.  Patrzyła  na  Luke’a  z 
zaciekawieniem i dezaprobatą. 

– Przepraszam, panie doktorze, co pan tu robi? – zapytała. 
– Jestem doktor Sullivan – odrzekł, rozpaczliwie próbując wybiec myślą naprzód i ocenić, 

jak wielkim zagrożeniem może się okazać pielęgniarka.  – Zgodnie z planem zaczynam jutro staż 
anestezjologiczny i przyszedłem się zorientować, zobaczyć, gdzie co jest. 

–  W  jakim  programie  pan  uczestniczy?  –  rzuciła  mu  wyzwanie,  podparta  pod  boki, 

rozkraczona, wpatrzona w tęczowy siniak na jego czole. 

Dłonie mu zwilgotniały; nie było odwrotu. Trudno będzie zakończyć tę rozmowę, pomyślał. 
–  Jestem  starszym  uczestnikiem  programu  praktyki  rodzinnej  –  powiedział.  –  Dlaczego 

siostra pyta? 

–  Cóż,  panie  doktorze  –  odparła.  –  Na  pewno  nie  spędził  pan  dużo  czasu  na  bloku 

operacyjnym. Nikomu nie wolno wejść na to piętro bez zielonego kitla. 

Odetchnął z ulgą. Napięcie zmalało. 
– Jezu – powiedział z uśmiechem pełnym zakłopotania. – Co za początek. Niby mam dawać 

przykład  młodszym  lekarzom,  a  wpadam  na  chirurgię  ubrany  na  biało.  Dzięki,  że  powstrzymała 
mnie siostra przed zrobieniem prawdziwego głupstwa, bo mogłem na przykład wejść prosto na salę 

background image

 

38 

operacyjną. Wskaże mi pani, gdzie jest pokój lekarzy? Naprawdę chciałbym popatrzeć, co robią z 
tym przypadkiem. 

– Drzwiami i na lewo – powiedziała już łagodniej. 
– Dzięki. A gdzie wieszają swoje rzeczy praktykanci? 
– Ich gabinet jest ostatni na prawo, za salą operacyjną. 
Z  tętnem  wciąż  przyśpieszonym  wyminął  pielęgniarkę  i  poszedł  do  pokoju  lekarzy.  W 

chirurgicznej zieleni wrócił na blok operacyjny i skierował się prosto do gabinetu anestezjologów. 
Drzwi były otwarte. Zadrżał z podniecenia, prawie natychmiast wypatrzywszy poszukiwaną rzecz 
na półce po lewej stronie starego, obdrapanego, olbrzymiego biurka. 

Stały  tam  w  rzędzie  trzy  tacki  z  rurkami,  igłami  i  dziesiątkami  ampułek  leków  w 

zastrzykach. Jak przewidywał,  na każdej  tacce znajdowało  się po kilka ampułek potrzebnych mu 
leków oraz mała płócienna torebka z laryngoskopem, używanym do przesunięcia języka pacjenta i 
odsłonięcia strun głosowych przed intubacją. Opróżniwszy taką torebkę, włożył do niej strzykawki, 
igły i po trzy ampułki każdego z wybranych leków – pancuronium i ketaminy. 

Wetknął torebkę do tylnej kieszeni zmywalnych spodni, które podciągnął jak najwyżej, aby 

koszulą  zasłonić  wypukłość.  Minął  czwartą  salę  operacyjną  i  już  znajdował  się  niespełna  sześć 
metrów  od  wyjścia,  kiedy  pojawienie  się  krępej  pielęgniarki  przyśpieszyło  bicie  jego  serca  o  co 
najmniej sześć uderzeń. 

– Doktorze Sullivan, doktor Klein mówi, że nie będzie mu przeszkadzać, jak pan wejdzie i 

popatrzy na koniec zabiegu. Proszę za mną, dam panu ochraniacze na buty i maskę. 

Przez  godzinę,  która  jemu  wydawała  się  wielokrotnie  dłuższa,  Luke  stał  za  chirurgiem  i 

wykręcał  szyję,  aby  patrzeć  w  pole  operacyjne.  Na  przemian  albo  przeklinał  siebie  za  zbytnią 
powolność w znalezieniu wymówki  i  narażenie się na tę zwłokę, albo śmiał  się z tej absurdalnej 
sytuacji.  Oto  on,  opanowany,  niepanikujący  doktor  Luke  Corey,  w  stroju  praktykanta  i  w 
odległości wielu kilometrów od domu, obserwuje operujących młodych, obcych lekarzy, podczas 
gdy wypchana lekami i strzykawkami kieszeń uciska mu prawy pośladek. 

Wreszcie,  gdy  tamci  już  mieli  zamknąć  cięcie  od  mostka  do  kości  łonowej,  odstąpił  od 

stołu, podziękował zespołowi za zgodę na obserwowanie operacji i wycofał się za drzwi. 

Piętnaście minut później wjeżdżał volkswagenem na drogę szybkiego ruchu i kierował się 

na południowy wschód, do oddalonego o sto kilometrów przylądka Cod. Elektroniczna tablica przy 
szosie wskazywała temperaturę 47 stopni Fahrenheita i godzinę 23.09. 

Luke  położył  przywłaszczony  woreczek  obok  siebie  na  przednim  siedzeniu.  W  razie 

potrzeby  miał  nadzieję  posłużyć  się  ketaminą,  jednym  ze  środków  znieczulających  o  szybszym 
działaniu, o tyle wyjątkowym, że skutecznym niezależnie od tego, czy poda się go dożylnie, czy 
domięśniowo. Wkrótce po takim zastrzyku pacjent popada w stan „dysocjacyjnego znieczulenia”, 
w  którym  zanika  uczucie  bólu,  a  wszystkie  inne  sposoby  postrzegania  zostają  zakłócone,  jak  po 
halucynogenie.  W  dwie  minuty  po  otrzymaniu  odpowiedniej  dawki  ketaminy  człowiek  staje  się 
całkiem spokojny i zasadniczo nieszkodliwy. 

Drugi  środek,  pancuronium,  nie  działa  znieczulająco.  Raczej  jak  kurara,  której  jest 

pochodną, szybko poraża wszystkie grupy mięśni. Luke wolałby go nie stosować, bo wiedział, że 
wśród grup mięśni, które zostałyby porażone, są też mięśnie oddechowe. Bez pomocy respiratora 
ktoś, komu by wstrzyknięto dość dużą dawkę pancuronium, zmarłby w przeciągu paru minut. 

Luke zabrał takie ilości obu leków, że mógłby nimi unieruchomić lub zabić kilku mężczyzn. 
Nawet  w  wieczornym  chłodzie  kierownica  pozostawała  wilgotna  od  potu,  kiedy  z 

przyjemną prędkością osiemdziesięciu kilometrów jechał na południe. 

 
14 sierpnia 1969 
Kochany Luke, 
Nigdy  jeszcze  nie  musiałam  zrobić  rzeczy  tak  trudnej  i  przykrej  jak  napisanie  tego  listu. 

Ogromnie chciałam usiąść z Tobą i  powiedzieć  Ci,  co się działo i  co czuję. Upłynęło  jednak pół 

background image

 

39 

roku, odkąd wysłali Cię do tego okropnego miejsca, a ja nawet nie mam pojęcia, kiedy wrócisz do 
domu.  Przez  te  wszystkie  wspólnie  przeżyte  lata  chyba  wyłącznie  rozmawiamy  o  tym,  o  ile lepiej 
będzie nam w przyszłym roku. Wiesz nie gorzej ode mnie, że i przed Twoim wyjazdem do Wietnamu 
nie  było  za  dobrze.  Złości  mnie,  że  nigdy  nie  potrafiłam  dzielić  się  Tobą  z  medycyną  i  Twoimi 
pacjentami, ale chyba taka już jestem. 

Luke,  należysz  do  najlepszych,  najwrażliwszych  i  najcudowniejszych  ludzi,  jakich  znam. 

Chcę, abyś wiedział, że  Cię kocham i  przypuszczalnie nigdy nie przestanę. Niestety nasza  miłość 
nie potrafi zapewne zrównoważyć tego, co w życiu straciliśmy przez ostatnich sześć lat. Ciężko mi 
było znosić wszystkie te samotne noce w czasie Twoich studiów i praktyki szpitalnej. Teraz, kiedy 
jesteś oddalony o tysiące kilometrów, odczuwam stały, przewlekły, tępy ból. 

Wystąpiłam  o  rozwód  i  wyraźnie  powiedziałam  moim  adwokatom,  że  nie  chcę  zabrać 

niczego, czego nie wniosłam do naszego małżeństwa. Więc przynajmniej nie powinno być kłótni o 
to, co kto sobie weźmie. 

Chcę też, abyś wiedział, że nie tylko rozkład naszego związku skłonił mnie do podjęcia tego 

kroku.  Poznałam  mężczyznę,  szlachetnego,  nieskomplikowanego  mężczyznę,  który  bardzo  mnie 
kocha.  Pracuje  od  dziewiątej  do  piątej  i  każdego  wieczoru  wraca  do  domu.  Jest  znacznie  mniej 
podniecający od Ciebie, ale zawsze obecny, kiedy potrzebna mi czyjaś bliskość i wsparcie. 

W  listach  do  Twoich  rodziców  i  do  Liz  próbowałam  wytłumaczyć,  co  czuję  i  dlaczego 

przeprowadzam rozwód. 

Proszę, nie próbuj odwieść mnie od tego. To tylko utrudniłoby sprawę nam obojgu.  Mam 

nadzieję,  że  wkrótce  wrócisz  do  domu  i  będziesz  mógł  ułożyć  sobie  życie.  Wiem,  że  jest  gdzieś 
kobieta,  której  wystarczy  charakteru  i  siły  na  małżeństwo  z  Tobą  i  z  medycyną.  Niestety,  ja  nie 
okazałam się taką kobietą. 

Nigdy  nie  przestaniesz  być  obecny  w  moich  myślach  i  sercu,  mam  też  nadzieję,  że  kiedyś 

będziemy mogli usiąść i porozmawiać jak przyjaciele. 

Ściskam Sara 
O  wpół  do  pierwszej  Luke  po  raz  pierwszy  przejechał  przez  Redfern  Terrace  w  mieście 

Forestville. Jak na większości bocznych ulic na przylądku Cod, parę latarni na słupach wzdłuż pasa 
drzew  służyło  raczej  do  dekoracji  niż  do  oświetlenia.  Okolica  była  zalesiona,  a  parcele  na  ogół 
duże.  Luke  nabrał  odwagi,  gdy  zauważył,  że  dom  Evelyn  Samuels  oddzielają  od  posesji  jej 
sąsiadów gęsto rosnące dęby i sosny. 

Kilkakrotnie go minął, starając się nie zmieniać prędkości, bo to mogłoby zwrócić uwagę 

osób,  które  znajdowały  się  wewnątrz.  Przed  schludnym,  białym  domem  ranczerskim  o  czarnych 
okiennicach  rozciągał  się  niewielki  trawnik,  z  rzadka  porośnięty  drzewami,  oraz  żwirowany 
podjazd, prowadzący do wiaty. Świeciło się w oknach z prawej strony domu, lewa była ciemna. 

Mały samochód, zagraniczny albo kompakt, stał pod wiatą, dwa inne po obu stronach ulicy. 

Podczas  drugiego  przejazdu  Luke  dostrzegł  słowo  POLICJA  z  boku  tablicy  rejestracyjnej 
niebieskiego,  nieoznaczonego  sedana.  Przejeżdżając  kolejny  raz,  szybko  wciągnął  powietrze  i 
zacisnął ręce na kierownicy, kiedy zobaczył wgnieciony prawy reflektor i błotnik czarnego forda, 
zaparkowanego dokładnie na wprost domu. 

Po zastanowieniu odrzucał kolejne pomysły, bo musiał ułożyć taki plan, który pozwoliłby 

mu  znaleźć  się  sam  na  sam  z  każdym  z  dwóch  mężczyzn,  przebywających  pod  numerem  104. 
Wreszcie,  nadal  niezdecydowany,  zaparkował  samochód  w  sąsiednim  kwartale  i  ostrożnie 
przeszedł  lasem  na  tyły  domu.  W  prawej  kieszeni  kurtki  miał  dwie  strzykawki,  w  każdej  zaś 
obezwładniającą dawkę ketaminy. Dwie strzykawki w lewej  kieszeni zawierały śmiertelne dawki 
pancuronium. 

Noc była chłodna i niezwykle cicha, więc Luke uważał, że ludzie w domu na pewno słyszą 

łomot  jego  serca,  który  rozbrzmiewał  mu  w  uszach  niczym  wystrzały  armatnie.  Pochylony  tak 
nisko, jak na to pozwalał ból w nodze, szybko przeciął wąski placyk za domem i przypłaszczył się 
do ściany. 

background image

 

40 

Kolejno zaglądał do okien, aż przez jedno boczne zobaczył przytulnie urządzony salonik i w 

jego polu widzenia pojawiły się równocześnie trzy osoby. Paradise i Spear grali w karty i popijali 
piwo  przy  niskim  stoliku  na  wprost  kominka  z  polnych  kamieni.  Duże,  pląsające  języki  ognia 
rzucały zniekształcone, niesamowite cienie na przeciwległą ścianę. 

Dziewczyna siedziała, toteż widział tylko tył jej głowy i ręce związane za oparciem krzesła. 

Obserwował  ją  przez  kilka  minut.  Głowę  miała  przechyloną  na  bok  i  nie  wykonywała  żadnych 
ruchów,  tylko  jej  ramiona  unosiły  się  rytmicznie.  Co  jakiś  czas  salwy  śmiechu  mężczyzn 
rozbrzmiewały w rześkim kwietniowym powietrzu. 

Luke delikatnie namacał strzykawki w kieszeni i wrócił na placyk za domem. W miarę jak 

patrzył  na  wiatę  i  las  dokoła,  kiełkujący  w  jego  głowie  plan  nabierał  coraz  bardziej  realnych 
kształtów. Pod wiatą stał w kącie prawie pełny  dwugalonowy kanister z benzyną. Na skraju lasu 
leżał duży stos chrustu, a obok tylnych drzwi domu gruby plik gazet. 

Luke  musiał  kilkadziesiąt  razy  ostrożnie  przemierzyć  placyk,  kiedy  jednak  skończył,  wał 

chrustu,  wysoki  ponad  metr,  ciągnął  się  wzdłuż  całej  tylnej  ściany.  Przy  samej  ziemi  Luke 
powtykał w niego na chybił trafił zmięte gazety. Zasapany klapnął na chłodny trawnik i siedział, z 
zadowoleniem kontemplując swoje dzieło. 

Wtem skamieniał, bo z bardzo bliska, z prawej strony, doleciało basowe, groźne warczenie. 

Na skraju lasu, w odległości niespełna trzech metrów, stal duży doberman, wychylony do przodu, z 
obnażonymi zębami i czarną sierścią lśniącą w księżycowym blasku. Co prawda Luke nie bał się 
dużych psów w sposób przesadny, ale też nigdy nie czuł się na luzie w ich obecności. Choć trudno 
wyjaśnić  dlaczego,  akurat  w  tym  momencie  nie  zląkł  się,  a  przynajmniej  nie  spanikował.  Przez 
nieskończenie  długą  chwilę  zarówno  on,  jak  piękne  zwierzę  trwali  w  całkowitym  bezruchu,  nie 
spuszczając się z oczu, niemal stykając się mgiełkami oddechów. 

W  końcu  Luke  powolnym,  płynnym  gestem  podniósł  ramię  i  wysunął  zaciśniętą  pięść  w 

stronę  psa.  Warczenie  ustało  natychmiast  i  zwierzę,  z  rozszerzonymi  nozdrzami,  zrobiło  kilka 
kroków  do  przodu,  tak  że  jego  pysk  znalazł  się  w  odległości  niespełna  metra  od  ludzkiej  ręki. 
Nagle  z  głębi  gardła  wydobył  się  upiorny  syk,  pies  cofnął  się  o  krok,  zawrócił  i  jednym  długim 
susem wpadł między drzewa. 

Parę sekund później Luke poderwał się i szybko przebiegł lasem na następną ulicę. Obszedł 

kwartał  dokoła  i  zbliżył  się  do  forda  z  przeciwnej  strony,  niewidoczny  za  nim  od  strony  domu. 
Odetchnąwszy  z  ulgą,  że  drzwiczki  są  otwarte,  zwolnił  dźwignię,  aby  podnieść  maskę.  Przez 
trzydzieści  sekund,  kiedy  ją  podnosił  i  odłączał  głowicę  rozdzielacza  zapłonu,  można  było 
zobaczyć go z okna, w którym jednak nikt się nie pokazał. 

Tą  samą  okrężną  drogą  wrócił  na  tyły  domu,  pochlapał  chrust  benzyną,  wytyczył 

nasączonymi benzyną gazetami szlak do vegi pod wiatą, a resztę paliwa rozlał pod samochodem. 

Co sił w nogach umykał przez las, kiedy wał chrustu stawał w płomieniach. 
Paradise zauważył ogień na parę sekund przed wypadnięciem okna w jadalni. Z okrzykiem 

przerażenia  skoczył  w  stronę  sięgających  do  ziemi  złotych  stor,  które  już  się  zajęły.  Fala 
nieznośnego gorąca zatrzymała go ze dwa metry od okna. Zły, lecz zdolny nad sobą zapanować, bo 
nauczył się tego w czasie wieloletniej służby w policji, zwrócił się do Speara, jakby przykutego do 
krzesła. 

– Cała pieprzona tylna ściana stoi w ogniu – wrzasnął. – Dzwoń po strażaków, 444–1122. 

Muszę się stąd wynosić przed ich przyjazdem. 

Spear się poderwał i nieprzytomnie rozejrzał dookoła. 
– Co z nią zrobimy? – krzyknął. 
– Zabierz ją do siebie – odwrzasnął Paradise, kierując się do drzwi. A w stronę Karen rzucił: 

– Jeśli będzie ci sprawiać kłopot, przestrzel jej kolano. Teraz dzwoń po tę cholerną straż. Wciąż nie 
wiemy, czy to, czego szukamy, jest w tym domu. 

Wypadł na ulicę i na pełnym gazie odjechał policyjnym wozem. 

background image

 

41 

Trzask  ognia,  pochłaniającego  już  całą  tylną  ścianę,  zmusił  Speara  do  wywrzaskiwania 

adresu  w  słuchawkę,  zanim  się  upewnił,  że  straż  go  rozumie.  Karen  Samuels  siedziała  teraz  z 
podniesioną głową i patrzyła na jego gorączkową bieganinę. Usta miała zatkane białą chustką, więc 
jej  pierś  ciężko  unosiła  się  przy  każdym  oddechu,  lecz  szaroniebieskie  oczy  skrzyły  się  raczej 
ciekawością i rozbawieniem niż strachem. 

Spear brutalnym  szarpnięciem poderwał  ją na nogi.  Nie rozwiązując rąk, skrępowanych z 

tyłu, narzucił jej na ramiona płaszcz i zapiął go z przodu. Kłąb czarnego dymu wciskał się przez 
strzaskane  okno,  a  temperatura  w  pokoju  nieprzyjemnie  rosła,  kiedy  Spear  wypychał  Karen 
frontowymi drzwiami na podjazd. Obejrzawszy się na vegę, która już stała w płomieniach, ruszył w 
kierunku forda. 

Kilku  gapiów,  na  ogół  zaspanych  i  w  szlafrokach,  sterczało  po  jednej  stronie  domu  i 

obserwowało pożar. Nikt nie zastąpił drogi Spearowi, kiedy popędzał Karen na drugą stronę ulicy i 
wciągał  na  przednie  siedzenie  forda.  Silnik  nie  chciał  zapalić,  więc  Spear  zaczął  rozpaczliwie 
kręcić  kluczykiem,  wypróbowywać  światła,  klakson  i  radio,  wszystko  naraz.  W  tym  momencie 
niebo pojaśniało jak w dzień, a ziemia dosłownie zadrżała od wybuchu vegi. 

Z  tyłu  Luke  prawie  rozpłaszczył  się  na  podłodze  pod  narzuconym  na  siebie  ciemnym 

kocem, dzierżąc w prawej ręce strzykawkę z ketaminą. 

W chwili rozbłysku i wybuchu Spear obrócił głowę w prawo. Luke szybko poderwał się za 

oparciem jego siedzenia i lewym ramieniem mocno ścisnął go za gardło. Równocześnie wbił mu 
całą igłę w nasadę szyi i nacisnął tłok. Spear nie zdołał rozluźnić uchwytu, więc zaczął gmerać pod 
marynarką,  aby  wyciągnąć  rewolwer.  Luke,  świadomy  tego,  co  się  dzieje,  przemówił  z  całą 
stanowczością, na jaką umiał się zdobyć: 

– Jeszcze nie zaaplikowałem ci śmiertelnej dawki, ale jedno naciśnięcie kciuka i jesteś trup. 

Więc połóż ręce na kierownice i tam je trzymaj. – Spear znieruchomiał, lecz nie podniósł rąk. Luke 
mocniej objął go lewym ramieniem i wrzasnął: – Połóż je tam, do cholery. Ale już! 

Spear powoli uniósł ręce. Zdał sobie sprawę z łomotania w piersiach, kiedy rytm serca stał 

się  trzykrotnie  szybszy  niż  zwykle  i  mimowolnie  zaczęła  wzrastać  liczba  oddechów.  Raptem 
ogarnęło  go  przyjemne  ciepło,  ochłonął  ze  strachu.  Poczuł,  że  jego  mięśnie  zaczynają  drgać 
rytmicznie.  Przez  szybę  obserwował  sunący  ulicą  długi,  czerwony  wóz  strażacki.  Siedział 
spokojnie,  bo  uwagę  jego  przykuwały  migotliwe  błyski  pożaru,  gra  złotych  i  pomarańczowych 
kolorów wypełniała mu głowę. 

Luke zwolnił uchwyt i wyciągnął strzykawkę, a jednocześnie sięgnął po rewolwer Speara. 
– Nie bój się, Karen – powiedział, wyjmując z jej ust chustkę. – Jestem Luke, doktor Corey. 

Wszystko będzie dobrze. Nie zrobi ci już krzywdy. 

Zaczęła coś mówić, lecz wysiadł z samochodu i na powrót wkręcił głowicę rozdzielaczą. 
Przyjechał  drugi  wóz  strażacki,  a  liczba  widzów  po  drugiej  stronie  ulicy  wzrosła  do 

kilkudziesięciu. Jeden strażak krzyknął do Luke’a: 

– Hej, bracie, co się stało? Możesz usunąć się z drogi? 
– Przewód się obluzował – odpowiedział Luke. – Już nas nie ma. 
Wśliznął  się  na  przednie  siedzenie,  a  całkowicie  uległego  Speara  zepchnął  na  Karen. 

Spearowi wszystko zaczynało się zlewać: światło, kształty, barwy i czas, na niczym nie potrafił się 
skupić. Próbował coś powiedzieć, lecz wydawał tylko niewyraźne, gardłowe dźwięki. 

Ford szybko ożył,  Luke odjechał powoli i po chwili stanął. Kluczyki wsadził do kieszeni, 

rozwiązał  Karen,  Spearowi  zabrał  portfel.  Oboje  przesiedli  się  do  volkswagena  i  ruszyli, 
pozostawiając za sobą płomienie i chaos. 

Żadne  z  nich  nie  odezwało  się  ani  słowem,  dopóki  nie  oddalili  się  od  mostu  Sagamore. 

Wreszcie, nie patrząc na nią, Luke zapytał: 

– Dobrze się czujesz? 
– Taak. Pewnie, że dobrze. 

background image

 

42 

Przez  dalsze  dziesięć  minut  jechali  w  milczeniu.  Luke  był  skrępowany  i  nie  wiedział,  co 

powiedzieć,  a  tym  bardziej,  co  zrobić.  Zgodnie  z  zegarkiem,  dawno  minęła  druga.  Siląc  się  na 
delikatność,  odchrząknął,  przeciągnął  się  i  zerknął  w  prawo.  Karen  siedziała  sztywna, 
wyprostowana, na podkulonej nodze, i obojętnym wzrokiem wpatrywała się przed siebie. Samotna 
łza spływała po jej lewym policzku. Dziewczyna sprawiała wrażenie zmęczonej i bardzo kruchej. 

Luke przełknął ślinę i znów spróbował się odezwać. 
– Przykro mi z powodu pani matki – zaczął. 
–  Dzięki.  I  mnie  też.  Niech  pan  posłucha,  panie  doktorze  –  dodała  –  potrzebuję  jeszcze 

dziesięciu minut, aby się w tym połapać. Okej? 

– Mam na imię Luke. I proszę się nie śpieszyć. Zresztą chcę odjechać trochę dalej. 
Przez  następny  kwadrans  słychać  było  tylko  uspokajający  warkot  volkswagena  i  niekiedy 

siąknięcie nosem albo  cichy szloch Karen. Nagle, po trzech głębokich wdechach, obróciła się na 
siedzeniu i oparła o drzwiczki. 

– Wiesz, muszę przyznać – powiedziała – że to dzięki tobie byłam dziś na jednej z dwóch 

czy  trzech  najbardziej  twórczych  i  wyjątkowych  randek  w  życiu.  Niewątpliwie  robisz  rzeczy... 
ach... w swoim stylu. 

Całkowicie zaskoczony, Luke odpowiedział podobnie. 
–  Myślałem,  że  to  ci  się  spodoba.  Zależało  mi,  żeby  było  proste.  Gustowne,  lecz  nie 

jarmarczne. Wiesz, nam, wiejskim chłopakom, nie tak łatwo jest wybrać odpowiedni wieczór dla 
dziewczyny  z  wielkiego  miasta.  Jeśli  naprawdę  dobrze  się  bawiłaś,  powinniśmy  zaplanować  coś 
podobnego na następny weekend; choćby splądrowanie i spalenie Rzymu. 

–  Może  wolałabym  puścić  z  dymem  Paryż  –  odparła.  –  A  skoro  już  o  tym  mowa,  czy 

naprawdę spaliłeś mój dom i wysadziłeś w powietrze samochód? 

– Wtedy wydawało się to słuszne – powiedział z zakłopotaniem. 
– I było. – Uśmiechnęła się. – Dziękuję za wydobycie mnie z tarapatów. 
– C’est rien. 
Odezwała się dopiero po paru minutach. 
– Luke, nie śpię już drugi dzień. Czy stać nas na motel? 
– Oczywiście. Chyba jest tam na prawo. 
–  Więc  jedź  –  powiedziała.  –  Tylko  uważaj.  Wszystko  tak  się  układało,  że  wcale  nie 

byłabym zdziwiona, gdybyśmy zobaczyli szyld „Motel Tabesów”, zupełnie jak w Psycho. 

– Poradzimy sobie – zapewnił. – Wystarczy mi tych magicznych zastrzyków dla Normana 

Batesa i jego matki. Ale niepokoi mnie jedno. 

– Och? Co mianowicie? 
–  Kiedy  ostatni  raz  byłem  z  tobą  w  motelu,  to  wcale  nie  byłaś  ty.  Pomóż  mi  rozproszyć 

wątpliwości. Kim jest Jackie? 

– Hm. Wdową po świętej pamięci Arim? 
– Spróbuj jeszcze raz – powiedział. 
– Mam. Pierwszą czarną zawodniczką pierwszej  ligi. Druga baza dla Dodgersów. Średnia 

życiowa odbić 280. 

– Daje ci ostatnią szansę, Karen, czy kimkolwiek jesteś. Potem śpimy w volkswagenie; ja 

na tylnym siedzeniu. 

– Dobra. – W jej głosie zabrzmiała rezygnacja. – Pewnie myślisz o mojej współlokatorce, 

Jackie Gallante. Tylko nie oczekuj po niej za dużo. Jej życiowa średnia odbić to chyba zaledwie 
około 110. 

Chichotali, kiedy ziewająca  recepcjonistka zapisywała ich nazwiska i  dawała im klucz do 

pokoju 23 w motelu Bel-Aire w Weymouth. 

Luke  stał  nad  umywalką,  szorował  sobie  twarz  i  przez  uchylone  drzwi  relacjonował 

przebieg wieczornych wydarzeń. 

background image

 

43 

– Właśnie wtedy postanowiłem spróbować i pojechałem na przylądek, aby cię wyrwać z ich 

szponów.  –  Mówiąc  to,  wszedł  do  pokoju.  Większa  część  jego  opowieści  nie  została  jednak 
wysłuchana. Ubranie Karen leżało w kącie na krześle, ona sama zaś spała smacznie. 

Luke  zgasił  światło,  wśliznął  się  pod  koc  na  drugim  łóżku  i  długo  wpatrywał  się  w  mrok 

pokoju, dopóki nie pogrążył się w mrokach snu. Godzinę później ocknął się na tyle, aby zdać sobie 
sprawę,  że  wlazła  do  jego  łóżka  i  znowu zasnęła,  przytulona  do  jego  lewego  boku.  Wsunął  rękę 
pod jej plecy, ona zaś ułożyła się w wygodnym zagłębieniu. Niebawem zapadł w głęboki sen bez 
majaków. 

Obudził się parę minut po południu i stwierdził, że jest sam. Narzuciwszy ubranie, wypadł 

na  dwór.  Karen  leżała  pod  rozłożystym  klonem,  na  trawiastym  pagórku  na  wprost  Bel-Aire. 
Wsparta  na  łokciu,  uśmiechała  się  do  niego,  kiedy  przechodził  przez  szosę.  Z  bliska  po  raz 
pierwszy zauważył, że jest dość drobnej budowy; szczupła, o jasnej karnacji, na dziewczęcy sposób 
śliczna. Włosy w kolorze jesiennego złota miała przycięte tuż nad ramionami, a w ich cieniu jej 
duże, owalne oczy były mgliście szare. Półksiężyc ciemnego siniaka pod prawym okiem wcale jej 
nie szpecił. 

Świeże  wonie  rozwijających  się  roślin  przesycały  kolejny  ciepły,  roziskrzony  wiosenny 

dzień. Promienie słońca przebijały się między listkami stuletniego klonu i rzucały krążki światła na 
ziemię. 

Kilka godzin leżeli w cętkowanym cieniu i opowiadali sobie różne historie ze swego życia. 

Nie  wspominali  o  dziwacznym  następstwie  wydarzeń,  które  przywiodły  ich  oboje  w  tak  mało 
prawdopodobne miejsce. 

Karen, jak dowiedział się Luke, była jedyną córką jedynaczki. Wychowała się w Bostonie, 

lecz  w  wieku  dwunastu  lat  wysłano  ją  do  prywatnej  żeńskiej  szkoły  w  Yermont.  Jej  ojciec  albo 
umarł, albo odszedł, kiedy była niemowlęciem, i chyba niewiele więcej o nim wiedziała. 

–  Tylko  o  moim  ojcu  nie  mogłam  swobodnie  rozmawiać  z  matką  –  powiedziała.  –  Ona 

prawie nigdy nie płakała, ale któregoś wieczoru, po tym, jak zasypałam ją dziecinnymi pytaniami o 
niego,  znalazłam  ją  rozszlochaną  na  kanapie.  Nigdy  więcej  nie  zadawałam  tych  pytań.  Może 
dlatego tak trudno mi uwierzyć, że po tylu latach nie potrafiłeś jakoś pogodzić się z ojcem. 

–  Nie  byłoby  ci  tak  trudno  uwierzyć,  gdybyś  go  znała  –  odrzekł,  skubiąc  łodygę  małego 

mlecza. – Albo może powinienem powiedzieć „znała mnie i mojego ojca”. W ciągu paru ostatnich 
lat napisałem do niego dwa razy, przesłałem wiadomości, ale nie poruszyłem poważnych tematów. 
Na  żaden  list  nie  odpowiedział  od  razu,  robił  to  dopiero  po  upływie  kilku  miesięcy.  Nigdy  nie 
napomknął,  że  pisałem,  informował  mnie  tylko  o  najnowszych  osiągnięciach  w  dziedzinie 
medycyny, do których się przyczynił, i dorzucał parę linijek o tęsknocie matki za mną. 

– Z nią też się nie widywałeś? 
–  Matkę  widywałem.  Ze  dwa  razy  na  rok  przyjeżdża  do  Lexington,  do  mojej  siostry. 

Zwykle mówiła, że głupio zachowujemy się obaj z ojcem i że wystarczy, aby jeden wyciągnął rękę 
do drugiego, a wszystko jakoś się ułoży. W końcu zmęczyło ją chyba to, że niczego nie osiąga z 
ojcem w Marylandzie, potem zaś napotyka na ten sam upór u mnie w Bostonie, bo teraz już prawie 
nigdy o tym nie wspomina. 

–  To  naprawdę  smutne  –  powiedziała.  –  Po  ukończeniu  college’u  uznałam,  że  dotąd 

trzymano  mnie  pod  kloszem,  więc  pojechałam  do  Nowego  Jorku  i  zaczęłam  pracować  w  opiece 
społecznej. Dziewięćdziesiąt procent dzieciaków, które widuję, nie ma ojca, podobnie jak ja. A ty 
go masz, on przypuszczalnie bardzo cię kocha i wiele w życiu osiągnął, tobie jednak brakuje siły, 
aby  podnieść  rękę  i  go  dotknąć.  Na  pewno  ktoś,  komu  wystarczyło  odwagi,  aby  zrobić  to,  co  ty 
zrobiłeś zeszłej nocy, jest do tego zdolny. 

– Uwierz mi – powiedział po chwili – to, co zrobiłem w nocy, było połączeniem desperacji i 

głupoty. Odwaga nie ma z tym nic wspólnego. 

– Kiedy słyszę, jaki byłeś w stosunku do ojca, prawie ci wierzę. – Przysunęła się i zaczęła 

go  całować,  najpierw  delikatnie,  potem  mocniej  i  bardziej  namiętnie.  –  Mniejsza  o  odwagę  – 

background image

 

44 

szepnęła, kiedy starał się utkwić wzrok w liściu, aby nie dostać zawrotu głowy. – Zrobiłeś dla mnie 
coś niewiarygodnego, cudownego. Zamierzam się przekonać, co w twoim życiu jest do zrobienia, i 
w miarę możności pomóc ci w tym. 

Parę minut później byli już w pokoju, nieporadnie rozbierali się nawzajem, a potem kochali. 

Ona owijała wokół niego smukłe ciało, jędrnymi piersiami ocierała się o jego tors, potem o usta. 
Czuł  podniecenie,  narastające  szybko...  za  szybko,  jak  sobie  uświadomił.  Kilka  razy  odetchnął 
głęboko i spróbował zwolnić tempo. Z kolei ona wetknęła mu język do ucha i całowała go z coraz 
większą pasją. 

Wargami  sunęła  po  jego  szyi,  po  całym  ciele.  Już  kiedy  ją  wziął,  usiłował  choć  trochę 

zapanować nad podnieceniem. Po paru sekundach jednak skończył. Zaklął, odwracając głowę. 

– Tylko nie to, do cholery. 
–  Hej,  Luke  –  szepnęła  Karen  uspokajająco.  –  Jeśli  ta  „cholera”  oznacza,  że  za  wcześnie 

miałeś  orgazm,  nie  powinieneś  się  przejmować.  Jesteśmy  dla  siebie  nowi,  całkiem  nowi.  Czego 
oczekujesz?  Ja  prawie  go  miałam,  kiedy  cię  całowałam  na  tym  pagórku.  Jesteś  piękny  dla  oka  i 
seksowny w dotyku. Ja chyba też. Pochlebia mi świadomość, że tak na ciebie podziałałam. Czy nie 
możemy poleżeć, tylko się obejmując? A kochać później. Musisz wiedzieć, że w żaden sposób nie 
mógłbyś mi sprawić rozczarowania. 

Popatrzył na nią, ale żadna odpowiedź nie przychodziła mu do głowy. 
Po  krótkiej  przerwie  znów  się  kochali  i  Luke  poczuł  radosne  odprężenie,  jakiego  nie 

doznawał  od  pierwszych  chwil,  które  spędził  z  Sarą.  Potem,  gdy  leżeli  spokojnie,  wpatrzeni  w 
siebie, Karen dotknęła jego ust palcem. 

– Doktorze Corey – rzekła – trzymaj się mnie nadal, jeśli możesz. Myślę,  że mamy sobie 

dużo do powiedzenia. 

Jeszcze później ubrała się i poszła po pastę do zębów, szampon i zimne mięso na obiad. Po 

jej wyjściu Luke poszukał czegoś do czytania. W pokoju była tylko jak zawsze Biblia gedeonitów 
oraz  przewodnik  po  przylądku  Cod  i  południowym  wybrzeżu.  „Strathmore,  Massachusetts  – 
przeczytał  Luke  –  to  zapewne  najspokojniejsze  i  najbardziej  malownicze  ze  wszystkich  miast 
górnego przylądka. Przybysz stwierdzi, że z miasta, żyjącego w gorączkowym pośpiechu, przeniósł 
się  do  bezczasowej  wioski,  kiedy  będzie  przemierzał  wąskie,  wysadzane  drzewami  ulice,  mijał 
okazałe stare domostwa, często jeszcze z epoki wielkich drewnianych żaglowców”. Roześmiał się i 
pokręcił głową, bo zakrawało to na ironię. 

Nagle do pokoju wpadła Karen. 
–  Mój  Boże,  Luke!  –  wykrzyknęła.  –  Włącz  telewizor.  Nadają  teraz  wiadomości.  – 

Wyglądała tak, jakby uszła z niej ostatnia kropla krwi, a padając na brzeg łóżka, nie panowała nad 
drżeniem. 

–  Opanuj  się  –  powiedział  uspokajającym  tonem  lekarza.  –  Po  tym,  co  przeszliśmy,  na 

pewno nie ma rzeczy, z którą we dwoje nie umielibyśmy sobie poradzić. Weź te poduszki, podłóż 
sobie pod plecy i spróbuj wziąć się w garść. Zobaczę, czy potrafię złapać wiadomości. 

–  Och,  Luke,  to  było  straszne.  –  Łkała.  –  W  sklepie  mieli  mały  telewizorek  za  ladą  i 

raptem... proszę cię, może będzie coś z Bostonu. 

– Oto główne wydarzenie wieczoru w skrócie – głos prezentera o parę sekund wyprzedził 

obraz.  –  Lekarz  z  przylądka  Cod  poszukiwany  w  związku  z  brutalnym  gwałtem  i  uduszeniem 
bostońskiej modelki. Dalsze szczegóły w wiadomościach o jedenastej. Komunikaty na bieżąco. 

Luke’owi pokój zawirował przed oczami, a żołądek podszedł do gardła. 
– O Boże, nie – powtarzał w kółko. 
– Zamordowali ją, Luke – wrzeszczała Karen histerycznie. – Zgwałcili i zamordowali. Nie 

chciała  im  pomóc,  więc  jej  grozili.  Błagała  tylko,  żeby  nie  pokaleczyli  jej  twarzy.  A  teraz  ją 
zamordowali. 

background image

 

45 

Choć sam był roztrzęsiony, Luke mocno ją obejmował. Nie znajdował najprostszych słów, 

by  ją  uspokoić.  Przypomniał  sobie  piękną  twarz  i  nieskazitelne  ciało  Connie  Evans,  w  uszach 
rozbrzmiały mu jej błagania o pomoc. 

W końcu zaczął zmieniać kanały, szukać innego programu lokalnego. Kiedy trafił na kanał 

czwarty,  obojgu  dech  zaparło.  Na  ekranie  ukazała  się  jego  fotografia  en  face,  w  mundurze, 
zrobiona  w  wojsku  tuż  przed  zwolnieniem  ze  służby.  Pełni  niedowierzania  słuchali  o  śmierci 
Connie Evans. 

– Na krótko przed południem – mówił prezenter – pokojówka odkryła ciało i powiadomiła 

kierownika  bostońskiego  Sheratonu,  który  wezwał  policję.  Ofiara  została  ciężko  pobita  i 
wykorzystana  seksualnie,  następnie  zaś  uduszona.  W  związku  z  morderstwem  poszukiwany  jest 
lekarz  z  przylądka  Cod,  doktor  Lewis  T.  Corey.  Według  źródeł  policyjnych  widziano,  jak 
trzydziestosześcioletni Corey wchodzi do hotelu z panną Evans wieczorem w dniu poprzedzającym 
jej śmierć. Nikt nie zgłosił, że widział później wychodzącego z pokoju Coreya lub ofiarę. Koroner 
George  Kimball  stwierdził,  że  zgon  nastąpił  mniej  więcej  o  trzeciej  nad  ranem.  Coreya, 
odznaczonego  weterana  wojny  w  Wietnamie,  zidentyfikowano  na  podstawie  znalezionych  w 
pokoju  odcisków  palców.  Dwudziestodwuletnią  pannę  Evans  zatrudniała  dorywczo  bostońska 
agencja modelek Diamont Girls. Ofiara mieszkała w Quincy, lecz w hotelu zameldowała się pod 
nazwiskiem Karen Samuels z Nowego Jorku. 

Pokazano ekscytującą fotografię upozowanej Connie. Wdzięcznie obracała się w lekkiej jak 

mgiełka  białej  sukni,  z  odrzuconą  do  tyłu  głową  i  rozwianymi  długimi  czarnymi  włosami.  Jej 
uśmiech przywoływał na myśl obiad przy świecach i curvoisiera przy kominku. 

– Podejrzany Corey jest lekarzem pierwszego kontaktu w Strathmore. Stan wolny. 
Ekran znów wypełniła jego fotografia w mundurze, podczas gdy głos z udaną obojętnością 

mówił dalej: 

–  Jesteśmy  z  kamerą  w  Strathmore,  gdzie  reporterka  Rhoda  Martin  zaraz  przeprowadzi 

wywiad  z  doktorem  T.  Kennerem  Putnamem,  starszym  wspólnikiem  w  miejscowym  Zespole 
Medycznym, zatrudniającym doktora Coreya. 

Na ekranie pojawiła się ładna młoda brunetka z dużym okrągłym mikrofonem w ręce oraz 

Ken Putnam, odprężony, lecz z zaciśniętymi ustami. 

– Jestem tu, na przylądku Cod, z doktorem Kennerem 
Putnamem, wspólnikiem podejrzanego o zabójstwo Lewisa Coreya. Panie doktorze, od jak 

dawna zna pan doktora Coreya? 

–  Od  ponad  czterech  lat  wspólnie  z  doktorem  Coreyem  prowadzimy  praktykę  lekarską, 

Rhodo.  –  Widać  było,  że  Putnam,  który  obycie  z  telewizją  zawdzięczał  wieloletniej  działalności 
politycznej,  zachowuje  swobodę  i  opanowanie.  Patrzył  prosto  w  kamerę  i  spokojnie  odmierzał 
słowa. 

– Kiedy ostatni raz rozmawiał pan z doktorem Coreyem? – zapytała Rhoda Martin. 
– W sobotę rano zrobiliśmy razem obchód, Rhodo. Od tego czasu się nie odezwał. 
– Czy w tę sobotę wydawał się czymś niezwykle wzburzony? 
– Właściwie nie, Rhodo. 
– Daj spokój, Ken – rzucił Luke drwiąco. – Czy to nie zbytnia poufałość? Jeszcze raz zwróć 

się do niej po imieniu, a pewnie zechce umówić się z tobą na randkę. 

– Poprzedniego dnia – ciągnął Putnam – doznał lekkich obrażeń nogi i głowy w wypadku 

samochodowym, ale poza tym był chyba w dobrym nastroju. Nie mogę uwierzyć, aby doktor Corey 
miał coś wspólnego z tą ohydną zbrodnią. Jeśli nas ogląda, proszę go, niech się sam zgłosi. 

–  Bardzo  panu  doktorowi  dziękuję.  Rozmawialiśmy  z  doktorem  Kennerem  Putnamem, 

wspólnikiem  podejrzanego  o  zabójstwo  Lewisa  Coreya.  Doktor  Putnam  zaapelował  do  doktora 
Coreya, aby skontaktował się z nim lub z policją. Z przylądka Cod mówiła dla kanału czwartego 
Rhoda Martin. 

– Dziękuję, Rhodo. Jeśli idzie o sprawy krajowe... 

background image

 

46 

Przez kilka minut żadne z nich nie mogło się odezwać. Ich krótka sielanka skończyła się jak 

nożem uciął. Na błogie pół dnia uwolnili się od koszmaru, zerwali irracjonalny łańcuch przemocy i 
zamieszkali w krainie tkliwości, słów i uczucia. 

Ten  świat  raptem  zniknął.  Jak  drobnymi  stworzonkami  morskimi,  porwanymi  falą,  znów 

miotały nimi niezrozumiałe siły, rzucały ich tam, gdzie żadne z nich nie chciało się znaleźć. 

Luke  mówił  głosem  drżącym,  załamującym  się,  coraz  cichszym;  jego  podpuchnięte  oczy 

błyszczały, ręce mocno zaciskały się na jej dłoniach. 

–  Nie  popuszczą  –  powiedział.  –  Nie  dadzą  spokoju.  A  kiedy  dostaną  to,  czego  chcą, 

rozwalą  nas  bez  chwili  namysłu.  Ta  biedna  dziewczyna  do  wczoraj  nie  wiedziała  o  naszym 
istnieniu, teraz zaś nie żyje z powodu czegoś, co jest w naszych rękach. Już czas, Karen. Nabierz 
tchu i opowiedz mi wszystko na temat klucza. Wszystko. 

Siedziała na łóżku nieruchomo, z podniesioną głową i podkulonymi nogami. Nie szlochała, 

tylko  jakby  go  nie  widząc,  wpatrywała  się  w  coraz  gęstszy  mrok.  Luke  znowu  dostrzegł  w  jej 
oczach błysk sprzeciwu, który zaczął mu się z nią kojarzyć. 

–  Luke  –  zapytała  w  końcu  –  czy  ci  ludzie  są  w  jakiś  sposób  odpowiedzialni  za  śmierć 

mojej matki? 

– Nie sądzę. Zapewne od dawna miała wysokie ciśnienie, ale nigdy nie zwróciła się z tym 

do lekarza. 

– Ten Spear, który mnie wepchnął do samochodu, wiesz, matka go kochała. Kręcił się koło 

niej  kilka  lat  i  napisała  mi,  że  w  końcu,  po  parokrotnych  oświadczynach,  zgodziła  się  wyjść  za 
niego za mąż. Była naprawdę uroczą kobietą. 

–  Bez  wątpienia  –  powiedział  Luke,  widząc,  z  jakim  trudem  Karen  nad  sobą  panuje. 

Starannie dobierał słowa. – To ona namalowała te mariny w waszym salonie? 

– Należały do jej ulubionych – odparła Karen. – Drań nie odstępował jej, bo chciał dostać 

klucz, prawda? Luke zdołał odwrócić wzrok, ale zabrakło mu słów. 

– Cieszę się, że miała taką śmierć – powiedziała Karen gwałtownie. – Bóg raczy wiedzieć, 

co by jej zrobił, gdyby dostał to, czego chciał. Żałuję, że go tam nie zabiłeś, naprawdę żałuję. 

– Proszę cię, kochanie,  posłuchaj  – odezwał  się  cicho.  –  Im  bardziej będziemy wkurzeni, 

tym  łatwiej  popełnimy  błąd.  Musisz  być  niezwykle  opanowana,  a  może  uda  nam  się  z  tego 
wybrnąć. 

Pochyliła się i mocno ścisnęła go za szyję. 
– Jeśli wyjdziemy z tego cało, ty pacanie, do końca życia będziesz miał ręce pełne roboty z 

tą oto kobietą. Jesteś na to przygotowany? 

– Zaryzykuję. No, więc ile wiesz? 
–  Mniej,  niż  mógłbyś  się  spodziewać  –  zaczęła.  –  Niemal  odkąd  sięgam  pamięcią,  matka 

nosiła  ten  klucz  przylepiony  do  kostki  albo  do  przegubu.  Prawie  na  pewno  miał  związek  z 
mężczyzną, u którego pracowała w Bostonie. 

– Opowiedz mi o nim – poprosił Luke. 
– Był jakimś biznesmenem, a ona jego sekretarką. Na imię miał Peter, ale chyba nigdy nie 

słyszałam jego nazwiska. Chociaż właściwie z nami nie mieszkał, był dla mnie niemal jak ojciec. 
Kiedy miałam sześć czy siedem lat, zaczął spędzać z nami dużo czasu. Przynosił mi prezenty, na 
moje urodziny zabierał mnie do zoo. Według mnie bardzo się z matką kochali, mimo iż wyglądał 
na znacznie starszego od niej. Umarł, kiedy miałam dziesięć albo jedenaście lat. Wtedy jedyny raz 
byłam na pogrzebie. Spear kazał spalić matkę w krematorium bez żadnego pogrzebu na dzień przed 
moim  przyjazdem  do  domu.  Jak  to  się  skończy,  chcę  jej  wyprawić  pogrzeb.  Prawdziwy,  z 
kwiatami, muzyką i wszystkimi jej przyjaciółmi, w pokoju pełnym jej obrazów. To byłoby piękne, 
prawda? 

– To będzie piękne – powiedział z naciskiem. – Twoim zdaniem klucz dał jej ten Peter? 
–  Prawie  na  pewno.  Mniej  więcej  w  rok  po  jego  śmierci  matka  wysłała  mnie  do  szkoły 

prywatnej.  Chyba  wtedy,  w  1963  roku,  miała  klucz.  Nigdy  o  tym  nie  rozmawiałyśmy,  tylko  ten 

background image

 

47 

jeden raz, kiedy przyjechałam na wakacje z college’u. Wydała na moją cześć obiad, a po wyjściu 
gości  przegadałyśmy  wiele  godzin.  Musiała  być  podchmielona,  bo  bełkotała  i  co  pewien  czas 
zalewała się łzami. Mówiła o tym, jaka jest samotna po śmierci Petera i jak on mnie kochał. Później 
powiedziała, że schował dla nas coś bardzo wartościowego i dopóki ona do tego nie zajrzy, zawsze 
będzie mieć pieniądze i poczucie bezpieczeństwa. 

Luke, wychylony do przodu, ze zdumieniem słuchał tej opowieści. 
– Potrafisz sobie wyobrazić, co to było? – zapytał. 
–  Nie.  Matka  chyba  też  nie  wiedziała.  Raz  na  miesiąc  pojawiała  się  w  domu  albo  w  jej 

samochodzie  koperta  z  pieniędzmi.  O  ile  wiem,  matka  nie  znała  ich  źródła.  Ale  ze  sprzedaży 
swoich obrazów nie mogłaby żyć i posyłać mnie do college’u. 

– Szantaż – szepnął Luke. 
– Co? 
–  Co  mogłoby  mieć  dla  kogoś  tak  wielką  wartość  pod  warunkiem,  że  pozostanie  u  niej? 

Jesteś pewna, że matka nie wiedziała, co to takiego ani skąd pochodzą pieniądze? 

– Jeśli wiedziała, trzymała to przede mną w tajemnicy, a po tej nocnej rozmowie ja chyba 

nie chciałam wiedzieć. 

– Ale musiała ci przecież powiedzieć, do czego jest klucz. Gdzie to coś jest schowane. 
– Możesz mi wierzyć lub nie, ale zanim te kreatury mnie związały i zaczęły bić, nie byłam 

nawet pewna, czy klucz ma związek z pieniędzmi, które ona dostaje. Powiedziała mi tylko coś, co 
może... zaczekaj sekundę... 

– Co to takiego, skarbie, przypomnij sobie? 
Patrzyła teraz przed siebie, w dal. Z zaciśniętymi szczękami, mrużąc oczy, wpatrywała się 

poprzez mrok w scenę z zamierzchłej przeszłości.  Głowę miała przekrzywioną, a mówiła bardzo 
wolno, jakby z wielkim wysiłkiem odgrzebywała słowa w pamięci. 

–  Tak,  to  było  tamtej  nocy  po  przyjęciu.  Płakała,  potem  się  śmiała.  Mówiła,  jaka  była 

dumna, że poszłam do college’u i że tak sprytnie wymykałam się do mojego kącika dumania, gdzie 
spędzałam długie godziny, wyglądając przez okno. Luke obserwował ją zafascynowany. 

– Później powiedziała, że mój kącik  dumania to  miejsce bardzo specjalne. Mówiła, że on 

zawsze  tam  będzie,  a  jeśli  kiedyś  popadnę  w  tarapaty,  będę  mogła  tam  pójść,  posiedzieć  sama  i 
znaleźć odpowiedzi na nękające mnie pytania. 

– Kącik dumania? – powtórzył Luke zdziwiony. Zdołała się uśmiechnąć. 
–  Tak  nazywałam  miejsce  pod  oknem  w  domu  mojej  opiekunki.  Chodziłam  tam,  kiedy 

miałam  jakieś  kłopoty.  Znajdowało  się  na  strychu,  a  okno  było  ładne,  okrągłe,  podzielone 
drewnianymi listwami jak duży szklany tort. 

– Czy to było w Bostonie? 
– Tak, o parę przecznic od naszego dawnego domu. Przesiadywałam tam po szkole, kiedy 

matka była w pracy, a czasami zostawałam na noc, kiedy szła gdzieś z Peterem. Po wyjeździe do 
internatu bywałam tam rzadko, po naszej przeprowadzce na przylądek już ani razu. 

– Kiedy się przeniosłyście? 
– Z górą dziesięć lat temu. Myślisz, Luke, że klucz pasuje do tego domu? 
– Wszystko wydaje się możliwe – odparł. – Ale skąd twoja matka mogła wiedzieć, że kącik 

dumania  będzie  tam,  ilekroć  zechcesz  do  niego  pójść?  Opowiedz  mi  o  tym  domu  i  swojej 
opiekunce. Co pamiętasz? 

–  Och,  to  był  piękny  stary  dom.  Mieszkałyśmy  w  Mattapanie,  a  on  znajdował  się  w 

podobnej dzielnicy. Moja opiekunka miała na imię Theona. Była olbrzymią Murzynką, najmilszą, 
najcudowniejszą osobą na świecie. Wiesz, gdzie jest Mattapan? 

– Tak, chyba w pobliżu Dorchester. O ile jednak pamiętam, to dość nieciekawa dzielnica. 
–  Już  wtedy  zaczynała  zmieniać  charakter.  Wydaje  mi  się,  że  właśnie  dlatego  matka 

postanowiła przenieść się na przylądek. Zresztą chciała być bliżej morza. Bardzo lubiła malować 
plażę i tereny bagniste. 

background image

 

48 

–  Zaczekaj  –  wykrzyknął  podniecony.  –  Muszę  to  sobie  uporządkować.  Twoja  matka 

sugerowała,  że  dom  tej  Theony  będzie  zawsze  dla  ciebie  otwarty?  W  jakim  wieku  jest  Theona? 
Wiesz, czy jeszcze żyje? 

–  O  tak,  dowiedziałabym  się,  gdyby  coś  jej  się  stało.  Rok  w  rok  przysyła  nam  kartkę  na 

Boże  Narodzenie.  Matka  próbowała  ją  namówić,  żeby  odwiedziła  nas  na  przylądku,  ale  chyba 
zawsze  uniemożliwiała  jej  to  choroba.  Jest  znacznie  starsza  od  matki.  Przypuszczam,  że  zanim 
podjęła się opieki nade mną, zdążyła odchować wszystkie swoje dzieci. 

– Ale dlaczego ten dom? Czy był własnością Theony? 
– Nie mam pojęcia. 
– Myślisz, że potrafiłabyś go odnaleźć? 
–  Chyba  tak.  Nad  frontowymi  drzwiami  miał  piękne  okrągłe  okno  witrażowe.  Okno  w 

moim kąciku dumania znajdowało się od tyłu. Na pewno, gdybyśmy pojechali do naszego dawnego 
domu, umiałabym stamtąd trafić. 

– Więc musimy jechać do twojego dawnego domu. Ale trzeba najpierw wziąć klucz. 
– To znaczy, że go nie masz? 
– Nie, wysłałem go na moje nazwisko do Śródmiejskiego Zajazdu dla Zmotoryzowanych i... 

cholera,  ciekawe,  czy  uznali,  że  rezygnuję  z  pokoju,  bo  nie  zgłosiłem  się  ubiegłego  wieczoru. 
Karen, musimy się dostać do telefonu. 

Budkę  telefoniczną  znaleźli  w  pobliżu.  Luke  z  ulgą  usłyszał  zapewnienie,  że  pokój  jest 

nadal  dla niego zarezerwowany. Następnie, możliwie najbardziej rzeczowym  tonem, zapytał,  czy 
nie ma korespondencji dla Francisa Sullivana. 

– Jest dla pana list, panie Sullivan. 
– Bardzo dziękuję. Wrócę z żoną do Bostonu trochę później. 
–  W  takim  razie  będzie  pan  musiał  ponownie  się  zameldować.  Jest  dodatkowa  opłata  za 

drugą osobę. 

– Doskonale. Jedno z nas przyjedzie wieczorem, zapłaci i odbierze pocztę. 
– Dziękuję, że pan zadzwonił. 
Luke  zatelefonował  też  do  siostry,  która  zgodnie  z  jego  przewidywaniami  szalała  z 

niepokoju. 

– Och, Luke, gdzie jesteś? Nic ci się nie stało? – zapytała drżącym głosem. 
– Jestem zdrowy i cały, Liz. Wiesz, że nie zrobiłem krzywdy tej dziewczynie. 
– Oczywiście, że wiem, ale byli tu dwa razy, szukali cię. Myślę, że teraz obserwują dom. 

Dzwoniła  matka.  O  tej  historii  piszą  już  waszyngtońskie  gazety.  Podobno  tata  jest  okropnie 
zdenerwowany. 

– Ciekawe, czy z mojego powodu, czy dlatego, że to zaszkodzi jego wizerunkowi. 
– Proszę cię, Luke... 
W tej chwili rozległ się cichy, lecz nieomylny trzask na linii. 
– Do diabła, Liz, założyli ci podsłuch albo inne urządzenie. Czy ty... 
– Luke, przestań! Wiesz, że nigdy nie zrobiłabym czegoś takiego. 
–  Przepraszam,  Liz,  naprawdę.  Słuchaj,  nie  załamuj  się.  Wszystko  się  jakoś  wyjaśni. 

Zadzwoń do matki i powiedz jej, że nic mi nie jest. Kocham cię, Liz. Do widzenia. 

Parę minut później, po powrocie do swojego pokoju, obejrzeli rozłożoną na łóżku zawartość 

portfela  Jima  Speara.  Oprócz  stu  pięćdziesięciu  dolarów  gotówką  interesujące  były  dwie  karty 
kredytowe  i  prawo  jazdy.  A  także  wizytówka,  na  której  Spear  figurował  jako  konsultant  w 
dziedzinie inwestycji. Luke już miał ją wyrzucić, kiedy spostrzegł zanotowany na odwrocie numer 
„Stonehill, 549–2477”. Wsunął ją wraz z innymi cennymi przedmiotami do własnego portfela. 

– Teraz musimy znaleźć bezpieczny sposób poruszania się po Bostonie. Masz jakiś pomysł? 

– zapytał. 

– Farba do włosów i wąsy? – podsunęła. 

background image

 

49 

– Może jeszcze klapka na oko i  drewniana noga  – odrzekł  niezbyt  entuzjastycznie. Nagle 

rozpogodził się i roześmiał: – Mam, to doskonałe. 

– Słucham, panie magiku. 
–  Rzecz  naprawdę  prosta  i  powinna  być  skuteczna.  Zamiast  się  maskować,  będziemy  w 

miarę możności jak najbardziej rzucać się w oczy, ale w taki sposób, że ludzie będą usiłowali na 
nas nie patrzeć. 

– Sądzisz, że siniak na twojej głowie może wpływać na ocenę sytuacji? – spytała. 
– Śmiesz kwestionować słowa pomysłodawcy i uczestnika wielkiej operacji desantowej na 

Redfern Terrace? Wstydź się. Poza tym musimy coś zrobić, a ja naprawdę nie czuję się bezpieczny, 
kiedy pomyślę, że tylko farba do włosów i sztuczne wąsy miałyby mnie chronić przed dożywotnim 
więzieniem. Albo czymś gorszym. 

– Dobra, sir Luke – powiedziała. – Jaki jest plan? 
Po upływie półtorej godziny wolno podążali Boylston Street w stronę bostońskiego parku. 

Karen, w nowo nabytym trenczu i miękkim zielonym kapeluszu, popychała na wózku Luke’a. On 
miał  na  głowie  irlandzki  sportowy  kapelusz  i  był  po  pachy  owinięty  brązowym  kocem,  niedbale 
przerzuconym  przez  oparcie  w  taki  sposób,  że  zakrywał  wymalowany  z  tyłu  napis  SZPITAL 
MIEJSKI. 

W  szpitalu  nikt  się  nie  dziwił,  kiedy  wywoziła  go  przez  ruchliwy  oddział  nagłych 

przypadków  na  jednym  z  tamtejszych  wózków.  Ten  brak  reakcji  należy  w  pierwszym  rzędzie 
przypisać  talentowi,  z  jakim  Luke  grał  pacjenta  z  porażeniem  mózgowym,  wykonując  nawet 
spazmatyczne, niekontrolowane ruchy ramionami i twarzą. 

Pomysł  Luke’a  zrodził  się  z  bliskiej  przyjaźni,  jaka  przed  paru  laty  łączyła  go  z  innym 

praktykantem.  Lekarz  ten,  Stan  Willman,  cierpiał  na  silne  porażenie  mózgowe.  Jego  zaburzenia 
ruchu  były  tak  krępujące  dla  otoczenia,  że  wiele  osób  nie  potrafiło  w  nim  dostrzec  zapewne 
najznakomitszego lekarza, jaki kiedykolwiek odbywał praktykę w miejskim szpitalu. 

–  Założę  się  o  obiad  u  Lochobera  –  powiedział  kiedyś  Luke’owi  –  że  mógłbym  przez 

tydzień nosić żywego grzechotnika na ramieniu, a ludzie by tego nie zauważyli, bo tak bardzo by 
się starali omijać mnie wzrokiem. 

Po  nieudanej  próbie  podjęcia  prywatnej  praktyki  Willman  rozpoczął  wreszcie  karierę 

wykładowcy i badacza. Luke czytał wiele ważnych prac, które wyszły z jego laboratorium. 

Zgodnie z przewidywaniami Luke’a mogli bez przeszkód poruszać się po ulicach Bostonu, 

oglądać  wystawy,  a  nawet  zjeść  obiad  pod  kawiarnianym  parasolem.  Żaden  z  policjantów, 
mijanych  po  drodze,  nie  zwrócił  na  nich  uwagi.  Dotarli  do  Śródmiejskiego  Zajazdu  dla 
Zmotoryzowanych, gdzie Karen, wchodząc frontowymi drzwiami, zdjęła płaszcz i pokazała się w 
białej, koronkowej, przezroczystej bluzce. Do tego stopnia oszołomiła niemłodego recepcjonistę, że 
dosłownie się potknął, kiedy gnał po list do jej męża. 

Parę  minut  później  zatrzymali  taksówkę  i  załadowawszy  wózek  do  bagażnika,  kazali  się 

zawieźć na Mattapan. 

 
Pochwala za Odwagę 
Odznaczenie Armii Stanów Zjednoczonych 
Srebrna Gwiazda z Dewizą Zwycięstwa 
Kapitan Lewis Tyler Corey III 
Służba Medyczna Stanów Zjednoczonych 
Waszyngton, Dystrykt Kolumbii 
8 grudnia 1970 
Po  sześciu  miesiącach  służby  w  Republice  Wietnamu  kapitan  Corey  poprosił  o 

przeniesienie  do  Medycznego  Zespołu  Reagowania  Trzeciego  Dowództwa  Grupy  w  Bien  Hoa. 
Przed  swoim  przeniesieniem  dobrze  pełnił  służbę  z  dala  od  Unii  frontu  jako  lekarz  zespołu 
Milphapp  w  sierocińcu  TayNinh.  Późnym  popołudniem  21  września  1969  Corey  ochotniczo 

background image

 

50 

poszedł  na  patrol  z  plutonem  Pierwszego  Pułku  Kawalerii  Stanów  Zjednoczonych.  Nagle  patrol 
dostał  się  pod  ciężki  ostrzał  moździerzowy.  Trzej  żołnierze  natychmiast  odnieśli  rany  i  leżeli  na 
otwartym polu. Ogień nieprzyjacielski był tak silny, że dotarcie do nich wydawało się niemożliwe. 
W obliczu tego ognia i wzmagającego się ognia zaporowego z moździerzy Corey pognał na środek 
pola i przeniósł najpierw jednego, potem drugiego z rannych w stosunkowo bezpieczne miejsce w 
otaczającej  dżungli.  Podczas  drugiej  wyprawy  raniony  w  nogę,  mimo  to,  kulejąc,  wyszedł  na 
środek  pola  po  trzecią  ofiarę.  Był  oddalony  zaledwie  o  kilka  kroków  od  bezpiecznego  miejsca, 
kiedy  w  pobliżu  rozerwał  się  pocisk  moździerzowy,  ciężko  raniąc  go  w  nogi  i  plecy  i  zabijając 
niesionego  żołnierza.  Pierwszych  dwóch  rannych  ewakuowano  razem  z  Coreyem  i  wszyscy 
przeżyli. 

Tą  śmiałą  akcją  i  całkowitym  lekceważeniem  niebezpieczeństwa  kapitan  Corey 

bezpośrednio  przyczynił  się  do  uratowania  życia  swoim  dwóm  towarzyszom.  Za  ten  bohaterski 
czyn  uchwałą  Kongresu  i  Armii  Stanów  Zjednoczonych  został  odznaczony  Srebrną  Gwiazdą  z 
Dewizą Zwycięstwa. 

background image

 

51 

CZĘŚĆ III 
 

Czterdzieści kilometrów od Bostonu, w odległym zakątku Lincoln w stanie Massachusetts, 

szary  cadillac  eldorado  z  chrzęstem  opon  sunął  po  żwirowanym  podjeździe  przez  gęsto 
zadrzewiony  teren.  Dzięki  przemyślanym  przepisom  strefowym  i  absurdalnym  cenom 
nieruchomości  Lincoln  pozostaje  jedną  z  najbardziej  ekskluzywnych  i  niedostępnych  sypialni 
Bostonu.  „W  Lincoln  nie  można  właściwie  kupić  dużej  posesji  –  często  powtarzają  klientom 
pośrednicy. – Tam trzeba się urodzić”. Cadillac przejechał podjazdem pięćset metrów, zanim dotarł 
do ciężkiej metalowej bramy, zawieszonej na dwóch kamiennych słupach, wysokości dwóch i pół 
metra i ponad metr grubości. Reflektory oświetliły wmurowaną w jeden z filarów czarną metalową 
tabliczkę z wypisaną wypukłymi złotymi literami nazwą STONEHILL. Kierowca nie pofatygował 
się,  aby  oznajmić  o  swoim  przybyciu,  nie  wysiadł  też  z  samochodu.  W  mgnieniu  oka  jednak 
wyłączono  prąd  o  napięciu  dziesięciu  tysięcy  woltów,  przebiegający  przez  bramę  i  prawie 
niewidoczne druciane ogrodzenie za kamiennymi filarami. Dwaj mężczyźni, każdy z rewolwerem 
w jednej i potężną latarką w drugiej ręce, podeszli do wozu i oświetlili najpierw kierowcę, potem 
tylne siedzenie. Zgodnie z rytuałem, kierowca opuścił szybę i podał jednemu z nich kluczyki. Ten 
po otworzeniu i zbadaniu zawartości bagażnika zwrócił kierowcy kluczyki, następnie machnięciem 
ręki zezwolił mu na przejazd. 

Jakieś  czterysta  metrów  za  bramą  las  nagle  się  rozstąpił,  ukazując  rozległy,  idealnie 

utrzymany  gazon,  otoczony  kolistym  podjazdem  wielkości  toru  wyścigowego.  Wokół  dużej, 
misternie rzeźbionej marmurowej fontanny pośrodku trawnika rosły w kilku rzędach nienagannie 
przystrzyżone  krzewy.  Na  samym  końcu  podjazdu  wznosiła  się  elegancka  rezydencja  z  białej 
cegły. Stonehill, dom wzorowany na wielu budynkach w stylu Long Island, miał szeroką werandę, 
liczne  kominy,  spadziste  dachy  i  różnorakie  intrygujące  wieżyczki.  Wyglądało  na  to,  że  w 
ogromnej  rezydencji  palą  się  dosłownie  wszystkie  światła,  jednak  prócz  cadillaca  nie  było  widać 
innych pojazdów. 

Kierowca wysiadł i po dwunastu marmurowych stopniach przemknął do drzwi frontowych 

z  wdziękiem  poruszającego  się  harmonijnie  sportowca.  Ciemny,  dobrze  skrojony  garnitur 
podkreślał  jego  bardzo  wysoki  wzrost,  wyjątkową  szerokość  barów  i  wcięcie  w  pasie.  Twarz 
gładka, bez zmarszczek, i faliste blond włosy nadawały mu wygląd filmowego idola, którym kiedyś 
tak  bardzo  pragnął  zostać.  Zatrzymał  się  tuż  przed  masywnymi  dębowymi  drzwiami,  wyjął  zza 
pasa niezwykły rewolwer o długiej lufie i zawiesiwszy go na jednym palcu, wyciągnął przed siebie 
ręce,  obrócone  dłońmi  do  góry.  Drzwi  cicho  się  otwarły,  a  on  wszedł  do  przestronnego,  jasno 
oświetlonego holu. Dwaj mężczyźni podeszli po czarno-białej mozaikowej posadzce, odebrali mu 
broń  i  marynarkę;  następnie  wprowadzili  go  do  olbrzymiego,  wyłożonego  orzechową  boazerią 
gabinetu pana Alberta Juliana. 

Gość ruszył prosto do baru i nalał sobie brandy, bo wiedział, że gospodarz każe mu czekać i 

pojawi się nie wcześniej niż za pięć minut. Rozsiadł się więc w miękkim fotelu, pociągał drinka i 
bladoniebieskimi oczami wodził po bogatym wnętrzu. 

Nazywał się Damian Steele i od lat sam pławił się w zbytkach, a choć nie miał aż takiego 

majątku  jak  Albert  Julian,  mógł  sobie  pozwolić  na  zakup  willi  w  Yirgin  Gordo,  Aspen  i  na 
hiszpańskiej  Riwierze.  W  wieku  lat  trzydziestu  dziewięciu  Damian  Steele  osiągnął  szczyt 
zawodowej kariery. Jego honoraria były tak wysokie, że wystarczały mu trzy zlecenia rocznie. Od 
prawie piętnastu lat był płatnym zabójcą i zawsze wykonywał zadania. Mimo to żadna policja na 
świecie nie miała choćby jego zdjęcia, odcisku palca czy rysopisu. 

Przestrzegał  zasady,  że  pracę  załatwia  mu  agent  w  Nowym  Jorku.  Tylko  życzenie  kogoś, 

kto  zajmował  taką  pozycję  jak  Julian,  mogło  go  skłonić  do  osobistego  stawiennictwa  celem 
omówienia szczegółów. Jego honorarium wynosiło każdorazowo sto tysięcy dolarów plus koszty, a 
mimo to oferty znacznie częściej odrzucał, niż przyjmował. 

background image

 

52 

– Witaj w Stonehill, Damianie. – Albert Julian wkroczył do gabinetu. 
Steele wstał i serdecznie uścisnął człowieka, który dał mu kilka najwcześniejszych zleceń i 

jeszcze od czasu do czasu powiększał sumę na jego koncie w banku szwajcarskim. 

– Miło mi cię widzieć, Don Alberto. Dobrze wyglądasz. 
– Zapamiętaj, Damianie, że czasy  Don Alberta dawno minęły  – powiedział  Julian. Był  w 

czerwonym jedwabnym szlafroku i poruszał się żwawo, bynajmniej nie jak siedemdziesięciolatek, 
Z  gęstymi  siwymi  włosami  i  orlim  nosem  miał  taką  prezencję,  że  dobrze  by  pasował  do  każdej 
ambasady  czy  sali  konferencyjnej.  –  Jestem  wdzięczny  za  wsparcie,  udzielone  w  tak  krótkim 
terminie. 

–  To  ja  jestem  panu  wdzięczny.  Gdyby  nie  pańska  pomoc,  może  nadal  skamlałbym  o 

epizodyczne rólki gdzieś w Hollywood. Nawiasem mówiąc, zdążyłem już dziś zająć się tą drobną 
sprawą na przylądku Cod. Nazwałbym to bardzo nieszczęśliwym wypadkiem. 

–  Wyszedłem  z  błędnego  założenia,  że  ten  niewydarzony  Spear  potrafi  zrobić  coś,  jak 

należy.  Bardzo  bym  chciał,  Damianie,  aby  mój  syn  Carl  przysłuchiwał  się  naszej  rozmowie. 
Odpowiedzialność  za  tak  dużą  organizację  zaczyna  mi  ciążyć  i  mam  nadzieję,  że  Carl  wkrótce 
przejmie moje obowiązki. 

– Jak pan sobie życzy, Don Alb... panie Julianie. Będę rad, jeśli się do nas przyłączy. 
Julian  oddalił  się  na  krótko  i  wrócił  z  synem,  młodzieńczym  odbiciem  ojca,  tyle  że 

kruczoczarnym.  Po  grzecznych  prezentacjach  nalał  trzy  drinki  i  dopiero  wtedy  rozsiadł  się  w 
dużym  fotelu  na  wprost  Steele’a.  Carl  z  uszanowaniem  zajął  miejsce  po  prawej  ręce  ojca,  na 
stojącej w pobliżu dwuosobowej edwardiańskiej kanapce. 

– Carl – zaczął Julian – chcę wyrazić zadowolenie ze sposobu, w jaki załatwiłeś tę sprawę z 

dziewczyną  w  Bostonie.  – Młodszy Julian skromnie spuścił  oczy.  –  Dopilnuj,  aby ludzie, którzy 
osobiście  wykonali  robotę,  dostali  należyte  wynagrodzenie.  Musisz  się  nauczyć  hojności  w 
stosunku do tych, którzy dobrze ci służą, a bezwzględności w stosunku do tych, którzy zawodzą. 
Damian  zechciał  nam  pomóc  w  okazaniu  niezadowolenia  panu  Spearowi.  Moim  zdaniem 
komendant policji jest dla nas na tyle cenny, że ten jeden raz możemy mu darować.  – Carl kiwał 
głową, lecz milczał. 

–  Czasy  są  ciężkie,  Damianie,  o  wiele  jednak  łatwiejsze  niż  kiedyś.  Od  lat  usiłujemy 

stworzyć  sytuację,  zapewniającą  wzrost  ekonomiczny  i  bezpieczeństwo  naszym  dzieciom  i 
wnukom. Na ogół wyeliminowaliśmy już konkurencję w różnych dziedzinach naszej działalności. 
Rodziny w Chicago, Miami, Las Yegas i na wybrzeżu są zadowolone i po raz pierwszy w historii 
żyją w zgodzie. Obecnie, w przeddzień naszego największego osiągnięcia, pojawiły się trudności. 
Ponieważ  stało  się  to  na  naszym  terenie,  inne  rodziny  patrzą  z  uwagą,  ciekawe,  jak  je 
przezwyciężymy. Dzwoniono już z Chicago i z Los Angeles, wyrażając zaniepokojenie zwłoką w 
usunięciu tego potencjalnego zagrożenia dla naszego programu. 

Steele słuchał uważnie. Jego opalona twarz była jak pozbawiona wyrazu maska. Wiedzę o 

wspomnianych  przez  gospodarza  organizacjach  miał  bardzo  powierzchowną,  słyszał,  że  w 
ostatnich latach jedno źródło władzy zdołało połączyć grupy przestępcze z całego kraju w sposób, 
którego jak dotąd nie uważano za możliwy. 

– Chyba najlepiej będzie, jeśli zapoznam cię z tłem zaistniałej sytuacji, zanim poproszę o 

znalezienie z niej wyjścia. 

– Panie Julianie – przerwał Steele. – Wie pan, że nie muszę wiedzieć więcej, niż pan chce 

mi zdradzić. Już się zobowiązałem służyć panu wszelką pomocą. 

–  Wiem,  Damianie,  wiem.  Ale  mam  nadzieję,  że  to,  co  zaraz  powiem,  utwierdzi  cię  w 

przekonaniu o potrzebie dyskretnego i skutecznego działania. Poza tym  mój syn nie bardzo się w 
tym orientuje, a chcę, aby osobiście nadzorował projekt. 

Starszy Julian wydał  synowi bardzo ważne polecenie, nawet nie skinąwszy  głową w jego 

stronę.  Carl  lekko  wychylił  się  do  przodu  i  zaczął  nerwowo  okręcać  duży  złoty  pierścionek  z 
brylantem na małym palcu lewej ręki. Jako jedynak z drugiego małżeństwa swojego ojca, czerpał z 

background image

 

53 

tego faktu korzyści i był przedmiotem uwagi, której na ogół nie poświęcano jego dwóm starszym 
siostrom. Choć w szkole średniej osiągał znacznie większe sukcesy sportowe niż naukowe, po jej 
ukończeniu  zapisano  go  do  Yale.  W  college’u  spędził  trzy  miesiące  i  doznał  poważnej  kontuzji 
kolana,  następnie  zaś  wrócił  do  domu  i  podjął  pracę  w  jednym  z  licznych  ojcowskich 
przedsiębiorstw.  Przez  ponad  dziesięć  lat  o  wiele  bardziej  interesowały  go  kobiety  i  dobre 
samochody, lepiej też radził sobie z nimi niż z interesami. 

Pewnej nocy, po kilku latach takiego obijania się, dostał porządne lanie od konkurencyjnej 

organizacji,  a  po  dłuższym  pobycie  w  szpitalu  zaczął  bardziej  się  liczyć  z  życzeniami  ojca  i 
poznawać zawiłości kierowania szeroko zakrojoną, zróżnicowaną działalnością kryminalną. Nigdy 
się nie dowiedział, że tą konkurencyjną organizacją byli w istocie ludzie jego ojca, którzy mieli mu 
pomóc w ustaleniu hierarchii wartości. 

Teraz dosłownie zadrżał z podniecenia, kiedy usłyszał, że ojciec zleca mu najważniejsze z 

zadań, co w dodatku daje szansę bliskiej współpracy z legendarnym Damianem Steele’em. „Muszę 
pamiętać i zadzwonić do tej laski z domu mody, odwołać jutrzejsze spotkanie”, pomyślał. 

Albert  Julian,  odchylony  do  tyłu,  z  rękami  splecionymi  na  brzuchu,  zabrał  głos.  Wzrok 

przenosił z twarzy Steele’a na niewielki ogień, trzaskający na kominku, i z powrotem. 

–  Pod  koniec  lat  pięćdziesiątych  i  w  początkach  sześćdziesiątych  –  zaczął  –  kilka  rodzin 

ubiegało się o kontrolę nad najpoważniejszymi operacjami finansowymi na północnym wschodzie. 
Przez jakiś czas sprawy wyglądały naprawdę źle i po każdej ze stron ginęło wielu ludzi, dobrych 
ludzi.  Każda  rodzina  miała  na  usługach  własną  grupę  polityków,  policjantów,  sędziów  i 
reporterów,  więc  nie  ulegało  wątpliwości,  przynajmniej  dla  mnie,  że  na  dłuższą  metę  wygra 
organizacja, skupiająca w swych szeregach ludzi najbardziej wpływowych i potężnych. 

Moim  zastępcą  i  najbliższym  przyjacielem  był  w  tamtym  okresie  niejaki  Ferlazzo,  Peter 

Ferlazzo, twardy, lojalny i  przez wiele lat najbardziej niezawodny z ludzi, jakich miałem. Potem 
zadał się ze swoją sekretarką i wszystko zaczęło się rozlatywać. Och, ale ona rwała oczy. Z gęstymi 
czarnymi włosami, twarzą i ciałem anioła. Miała wtedy dzieciaka, chyba nieślubnego. Pete’owi nie 
robiło to jednak różnicy. Była sporo młodsza od niego i jak się domyślam, stary zrzęda nie potrafił 
trzymać języka za zębami. Tak czy owak, wiedziała o naszej działalności tyle, że chciała, aby się 
Pete wycofał, zanim spotka go coś złego. Pewnie dzień i noc żądała od niego zerwania z rodziną; o 
ile mi wiadomo, mogła mu nawet odmawiać, dopóki jej nie posłuchał. 

Obojętne co robiła, dość, że w końcu ugiął się pod naciskiem i postanowił odejść. Napisał 

do  mnie  długi  list  z  oświadczeniem,  że  zrywa  z  Organizacją.  Dla  zapewnienia  bezpieczeństwa 
sobie  i  dziewczynie  zabrał  te  jedną  rzecz,  na  której  stratę  w  tym  momencie  najmniej  mogliśmy 
sobie  pozwolić:  spis  wszystkich  ludzi,  jakich  trzymaliśmy  w  kieszeni...  kongresmanów,  sędziów, 
pełny zestaw. Do listu dołączony był pakiet z kopiami ksiąg i  różnych dokumentów Organizacji. 
Pete chciał tylko  tego, żeby jemu  i  jego kobiecie dać spokój. Napisał, że nikt nigdy nie zobaczy 
tych nazwisk ani rachunków, dopóki nie będziemy ich niepokoić, w przeciwnym jednak razie prasa 
i inne organizacje dostaną wszystko. 

Wiem,  ze  dużo  go  to  kosztowało,  ale  jak  zawsze  musiałem  podziwiać  jego  inteligencję  i 

skrupulatność. Tak jak obiecał, nikt nie dostał tych papierów do ręki. Parę lat później dowiedział 
się,  ze  ma  raka,  i  przyjechał  złożyć  mi  wizytę.  Do  tego  czasu  pozbyliśmy  się  już  prawie  całej 
konkurencji albo ją wchłonęliśmy, tak jak teraz, ale na marginesie wciąż pozostawało paru graczy, 
którzy mnie skubali. Poszliśmy tutaj na długi spacer do lasu i wspominaliśmy dawne czasy. Mówił, 
jak  bardzo  mnie  zawsze  kochał  i  szanował  i  jak  trudno  mu  było  wycofać  się  w  taki  sposób. 
Ponieważ umierał na raka i w ogóle, wybaczyłem mu i nawet obiecałem oddać w miarę możności 
przysługę. Powiedział mi, że ta jego kobieta, ta Evelyn, wie, gdzie są nasze papiery. Jeśli obiecam 
się nią zaopiekować, on gwarantuje, że nikt ich nigdy nie zobaczy. Próbowałem ubić z nim lepszy 
interes,  ale  uparty  stary  osioł  nie  ustąpił.  Więc  po  śmierci  Pete’a  zacząłem  jej  posyłać  tysiąc 
dolców miesięcznie, a ona dotrzymała złożonej przez niego obietnicy. 

background image

 

54 

W  tym  momencie  Julian  wstał,  przeciągnął  się  i  wolno  podszedł  do  baru.  Steele  siedział, 

cierpliwie  dotykając  palcem  krawędzi  kieliszka,  natomiast  Carl  nie  potrafił  zapanować  nad 
podnieceniem, które wywołał fakt, że ojciec dopuścił go do towarzystwa i podzielił się z nim tak 
cenną informacją. 

– Ależ, ojcze  – powiedział, zrywając się z kanapki  – to  wszystko  zdarzyło się tak dawno 

temu. Nie rozumiem, jak... 

– Siadaj, Carl – warknął Julian. – Siadaj i bądź cicho. – W dalszym ciągu starannie nalewał 

trzy drinki, bo chciał, aby znów zapanował dramatyczny nastrój, wywołany jego opowieścią. Aby 
załagodzić  wybuch  syna,  jeszcze  trochę  marudził  z  dokładaniem  do  kominka  i  roznoszeniem  po 
jednym drinku, nim zasiadł w fotelu i zaczął mówić dalej. 

–  Całymi  latami  budowałem  i  umacniałem  Organizację,  próbowałem  doprowadzić  do 

zjednoczenia  i  zgody  z  innymi  rodzinami  w  kraju.  Ponieważ  Evelyn  Samuels  nie  sprawiała  mi 
kłopotów, wydawało się, że najlepiej będzie posyłać jej ten tysiąc miesięcznie i zapomnieć o całej 
sprawie. Ale jednym z punktów układu pokojowego, który pomogłem zawrzeć, był wizerunek, że 
rodziny połączą środki i wpływy, także na polityków, policjantów i innych. Chociaż wielu ludzi, 
którzy  figurowali  w  skradzionych  kartotekach,  już  nie  żyło  albo  straciło  dla  Organizacji 
przydatność, ten i ów działa nadal, wciąż sprawuje taką czy inną władzę. Ze trzy, cztery lata temu 
parę innych rodzin, zwłaszcza Moretti z Chicago i jego ludzie, zaczęło nalegać, abym podjął jakieś 
kroki w celu odzyskania tych ksiąg. 

Posłałem  Jimmy’ego  Speara  na  przylądek  Cod,  gdzie  mieszkała  kobieta.  Był  wygadany, 

lubił  szpanować,  więc  bez  większego  trudu  zbliżył  się  do  niej.  Twierdził  nawet,  że  zgodziła  się 
wyjść za niego za kilka miesięcy, i był pewny, że po ślubie zdoła się dowiedzieć, gdzie są papiery. 
Do zeszłego tygodnia właściwie niczego nie potrafił z niej wyciągnąć, ale innym rodzinom i mnie 
wystarczało, że się z nią ożeni. 

Aż  tu  parę  dni  temu  ta  Samuels  dostaje  wylewu,  doznaje  wstrząsu  czy  czegoś  takiego  i 

umiera. Od tej pory mam same kłopoty, na ogół spowodowane nieudolnością Speara. Dowiedział 
się, że tuż przed śmiercią dała temu swojemu lekarzowi klucz i kazała mu obiecać, że odda go jej 
córce do rąk własnych. 

Spear  uważał,  z  czym  się  zgadzam,  że  klucz  ma  związek  ze  schowanymi  papierami.  I  że 

córka wie, co się nim otwiera. Cóż więc idiota robi? Sam postanawia dopaść lekarza i odebrać mu 
klucz,  zanim  ten  odda  go  dziewczynie.  Ale  nie  liczy  się  z  tym,  że  lekarz  jest  kimś  w  rodzaju 
bohatera  wojennego  i  nie  da  sobie  w  kaszę  dmuchać.  W  rezultacie  traci  lekarza,  dziewczynę  i 
klucz. Tu masz rolę do odegrania ty, Damianie, i ty, Carl. 

Chcę ich dostać. Chcę ich dostać szybko i chcę ich śmierci. Ale dopiero jak się dowiecie, 

gdzie są papiery, i jak mi je oddacie. 

Mówiąc to, Julian wstał, wolno podszedł do olbrzymiego biurka z hebanu i mahoniu, z jego 

górnej  szuflady  wyjął  dużą  brunatną  teczkę.  Po  powrocie  na  swoje  miejsce  wręczył  teczkę 
Steele’owi, który znowu dał  dowód  cierpliwości i  dojrzałości, bo zamiast  ją otworzyć, czekał  na 
dalsze instrukcje. 

– Cała Organizacja będzie do twojej dyspozycji – podjął Julian. – Carl wie, kim są ci ludzie 

i co robią najlepiej. Zgodnie z naszym planem ten doktor Lewis Corey jest niby poszukiwany przez 
policję za zabójstwo dziewczyny w pokoju  hotelowym.  Nasi  przyjaciele  w policji już wiedzą, że 
dziesięć  tysięcy  dolarów  nagrody  dostanie  ten  gliniarz,  który  dopilnuje,  abyśmy  dopadli  Coreya 
pierwsi. Moi ludzie obserwują dawny dom Pete’a w Belmont, miejsce, gdzie ta Samuels mieszkała 
w Bostonie, nawet dom siostry lekarza w Lexington. Dom Samuels spłonął doszczętnie, zapewne 
podpalony  przez  Coreya,  więc  nie  ma  powodu  sądzić,  że  on  tam  pojedzie.  Świadomość,  że  jest 
poszukiwany przez policję, powinna działać hamująco. Ponieważ szuka go tylu gliniarzy i naszych 
ludzi,  ponieważ  jego  fotografia  jest  we  wszystkich  gazetach  i  w  telewizji,  spodziewam  się  go 
schwytać,  zanim  położy  łapę  na  papierach,  a  przynajmniej  zanim  wpadnie  na  pomysł,  jak  je 
wykorzystać. 

background image

 

55 

W  teczce  jest  trochę  fotografii  i  tyle  informacji  o  doktorze,  ile  zdołaliśmy  zebrać.  O 

dziewczynie mamy ich jeszcze mało, ale na moje polecenie zajmuje się tym Lopresti i jego brat. 
Mamy  wszelkie  powody  sądzić,  że  są  razem,  gdzieś  w  okolicach  Bostonu.  Policja  rozesłała  opis 
jego  samochodu,  a  kopia  tego  opisu  jest  w  teczce.  Jak  ich  schwytasz,  Damianie,  będą  twoi.  Nie 
obchodzi mnie, co zrobisz ze szczątkami. Chcę tylko dostać te papiery i wiedzieć, że żadne z nich 
już nie żyje. Jasne? 

– Zaczniemy dziś wieczorem, panie Julianie – rzekł! Steele. – Carl może jechać ze mną do 

miasta i zatrzymać się w moim hotelu. Zgadzasz się, Carl? 

– Oczywiście, Damianie, tak bliska współpraca z tobą to dla mnie zaszczyt. 
Steele skinął głową na znak, że lubi, jak mu się okazuje należyty szacunek. Zwracając się 

znowu do starszego Juliana, i pozwolił sobie nawet na uśmiech, co mu się rzadko zdarzało. 

– Rzeczywiście wygląda na to – powiedział – że są teraz w niezbyt korzystnej sytuacji. W 

porównaniu  z niektórymi  innymi sprawami, jakie wspólnie rozpracowywaliśmy w przeszłości, ta 
powinna być stosunkowo łatwa. 

– Nie oceniaj tego lekarza zbyt nisko, Damianie. Spear był głupcem, ale nie mięczakiem, a 

ten Corey załatwił jego i paru jego zbirów. 

– Nigdy nikogo nie oceniam za nisko, panie Julianie – zapewnił Steele. – To był klucz do 

mojego  sukcesu  i  sposób  na  przeżycie  tylu  lat.  Jestem  wdzięczny  za  możliwość  przysłużenia  się 
panu, Don Alberto. 

Julian  zgodził  się  na  użycie  jego  dawnego  tytułu  w  tym  kontekście  i  serdecznie  uścisnął 

najpierw Steele’a, potem swojego syna. 

– Zanim wyjedziecie, zjemy razem obiad – powiedział. – Sądzę, że Burton czeka na nas w 

jadalni. Wybrałem twoje ulubione, o ile pamiętam, wina, Damianie. 

 
Noc  była  wyjątkowo  ciemna,  niebo  pochmurne,  a  ziemia  tu  i  ówdzie  zasnuta  mgłą,  gdy 

taksówka  wolno  jechała  aleją  Blue  Hill  w  stronę  Mattapanu.  Mattapan,  wciśnięty  między 
bostońskie dzielnice Hyde Park i Dorchester, od lat stanowił główne skupisko miejscowej ludności 
żydowskiej.  Okazałe,  starannie  utrzymane  jedno  i  dwurodzinne  domy  ciągnęły  się  w  falistym 
terenie wzdłuż ulic, częstokroć osłonięte od strony chodników i jezdni wysokimi wałami porządnie 
przystrzyżonych  krzewów.  Oprócz  dużej  populacji  żydowskiej  w  dzielnicy  żyły  też  inne  grupy 
etniczne – Polacy, Niemcy, irlandzcy katolicy i mniej liczni Włosi. 

W  latach  sześćdziesiątych  dość  szybko  zaszły  tu  zmiany,  bo  wiele  starszych  rodzin 

przeniosło  się  na  przedmieścia  Newton,  Milton  i  tereny  położone  na  zachód  od  miasta,  wzdłuż 
trasy 128, gdzie było przestronniej. Pod koniec dekady na Mattapan sprowadziło się dużo czarnych 
i  nieraz  trzy  lub  cztery  rodziny  wynajmowały  mieszkania  w  domach  ongiś  jednorodzinnych. 
Wzrosła  przestępczość  na  ulicach,  liczne  zakątki  od  kilku  lat  popadały  w  ruinę.  Ale  stopniowo 
lokalne  organizacje  murzyńskie  zaczęły  tu  zapuszczać  korzenie  i  wąskie  uliczki  już  jakby 
odzyskiwały swój dawny charakter i urok. 

Karen ze zdumieniem stwierdziła, jak słabo i niewyraźnie pamięta to miejsce. Niemal przez 

godzinę wskazywała zdezorientowanemu taksówkarzowi jedną ulicę po drugiej. 

– To wszystko wygląda tak niewiarygodnie obco! – powiedziała. – Może powinniśmy dać 

spokój i wrócił tu za dnia. 

– Jeszcze piętnaście minut – szepnął Luke, obserwując przeskakiwanie cyfr na liczniku. – 

Im szybciej dowiemy się całej prawdy, tym większą mamy szansę na uratowanie własnej skóry. – 
Kapelusz miał  stale nasunięty na twarz, a ilekroć sobie przypomniał,  robił  grymas czy kurczowy 
ruch ramieniem, aby kierowca zbyt długo się w niego nie wpatrywał. 

Po kolejnych dziesięciu minutach właściwie już nie wierzył, ze Karen naprawdę coś sobie 

przypomni, gdy wtem wychyliła się do przodu i, bacznie wpatrzona w widok za oknem, krzyknęła 
do taksówkarza: 

– Tam, na prawo, ten mały park. Proszę nas tam zawieźć. 

background image

 

56 

Park  był  raczej  placykiem  zabaw,  z  drabinkami,  piaskownicą  i  wysokimi  huśtawkami  na 

metalowych palach. Karen wysiadła, podeszła do piaskownicy i popatrzyła najpierw prosto przed 
siebie, potem w górę i w dół ulicy. Następnie podbiegła do taksówki i powiedziała zdyszana: 

–  Jesteśmy  na  miejscu,  Luke.  Dom,  w  którym  mieszkałam,  znajduje  się  tam  dalej,  przy 

ulicy odchodzącej w prawo. Chyba nazywa się Alter czy Almon. 

Istotnie  była  to  aleja  Alton,  ledwie  zaś  Karen  znalazła  się  na  niej,  bez  większego  trudu 

rozpoznała  swój  dawny  dom.  W  słabym  świetle  dość  staroświeckich  latarni  ulicznych  wąski 
jednopiętrowy  dom  o  dwóch  werandach  wydawał  się  szary,  choć  był  zapewne  biały.  Kiedy 
podjechali  bliżej,  Karen  wychyliła  się  do  przodu,  gotowa  zatrzymać  kierowcę,  ale  Luke  raptem 
ścisnął ją za ramię i polecił: 

– Panie kierowco, proszę dodać gazu i stanąć tam za rogiem. 
Coraz  bardziej zdezorientowany  taksówkarz  usłuchał,  tymczasem  zaś  Luke  szepnął  jej  do 

ucha: 

– Widziałaś samochód na podjeździe sąsiedniego domu? 
– Chyba tak, a bo co? – zapytała. 
– Siedziało w nim dwóch mężczyzn. Widziałem ich wyraźnie. Ten po stronie kierowcy miał 

na głowie kapelusz, drugi palił. Po prostu sobie siedzieli. Chyba nie zauważyli taksówki, ale i tak 
powinniśmy trochę poobserwować ten róg ulicy. 

– Jesteś pewny, Luke? 
–  O  ile  w  ogóle  mogę  być  czegoś  pewny.  Myślisz,  że  trafisz  stąd  do  domu  swojej 

opiekunki?  Ktoś  musi  wiedzieć,  że  jesteśmy  razem.  Nie  wyobrażam  sobie,  aby  ten  komendant 
policji  ze  Strathmore  miał  czelność  powiedzieć  kolegom  z  Bostonu,  co  się  zdarzyło  wczoraj 
wieczorem, więc może to nie są policjanci. Może pracują dla Speara. 

Przez chwilę w milczeniu rozważała jego słowa, po czym zwróciła się do kierowcy: 
–  Proszę  jechać  tam,  w  prawo,  i  powoli.  –  A  do  Luke’a  powiedziała:  –  Szukamy  domu 

ciemnego. W każdym  razie wtedy był  ciemny.  Może ciemnoczerwony.  I miał  okrągłe witrażowe 
okno nad frontowymi drzwiami albo w ścianie z boku. Nie jestem pewna. 

Przez  następnych  dwadzieścia  minut  znaleźli  pięć  takich  domów.  Karen  wypatrzyła 

pierwszy  z  nich  niemal  natychmiast,  śmiało  wyskoczyła  z  taksówki  i  popędziła  krótkim 
chodnikiem  od  frontu.  Na  dzwonek  odpowiedział  czarnoskóry  olbrzym  w  czerwonej  trykotowej 
koszulce, która o mało nie pękała pod naporem jego klatki piersiowej. Górował nad Karen, niemal 
wypełniał  drzwi.  W  jednej  ręce  trzymał  puszkę  piwa,  w  drugiej  ogromne  cygaro.  Z  tylnego 
siedzenia taksówki Luke bez trudu słyszał jego basowy głos. 

– No i co my tu mamy? Laleczkę? Kogo szukasz? Theony? To imię murzyńskie. Szukasz 

czarnej kobiety? Żadna tu nie ma tak na imię. Może będziesz musiała poprzestać na mnie. Przecież 
mógłbym coś dla ciebie zrobić. No, dobrze już, dobrze, przepraszam. Tak sobie zażartowałem. Nie 
bądź  taka  wściekła.  Naprawdę  chętnie  bym  pomógł,  ale  nie  znam  żadnej  Theony.  Miło  mi.  Hej, 
naprawdę przepraszam, jeśli cię zdenerwowałem. 

Luke  patrzył,  jak  Karen  odwraca  się  od  olbrzyma  i  na  sztywnych  nogach  podchodzi  do 

taksówki. 

– Taka byłam pewna, że to tutaj – powiedziała i kręcąc głową, wśliznęła się na siedzenie. – 

Mówił, że nawet nie słyszał o żadnej Theonie. 

– Słyszałem, co mówił. Zauważyłaś rozmiary tej bestii? 
– Pewnie, a bo co? 
– I miałaś odwagę stawić mu czoło? Mógłby kichnięciem zmieść cię z ulicy. 
–  Och,  martwiłeś  się  o  mnie,  Luke.  Jak  to  miło  z  twojej  strony  –  powiedziała  bez  cienia 

uśmiechu. – Ale zapominasz, że pracuję w nowojorskim Wydziale Opieki Społecznej. W naszym 
biurze ktoś powiesił wyhaftowany na kanwie napis: NIE BÓJ SIĘ, RAZ KOZIE ŚMIERĆ. Zresztą 
– poważnie popatrzyła na Luke’a – jego matka siedziała w bujaku i robiła szydełkiem dywanik, ale 
ty tego nie mogłeś widzieć, bo zasłaniał ją plecami. 

background image

 

57 

Tulili się do siebie, dopóki nie przeszkodził im taksówkarz, który niespokojnie rozglądał się 

na wszystkie strony. 

–  Hej,  wy  tam  z  tyłu  –  krzyknął  przez  dziurkę  w  ochronnym  pleksiglasie  –  chyba 

powinniśmy  już  ruszać.  Tu  niebezpiecznie  jest  za  długo  stać  taksówką.  Zresztą  czy  na  pewno 
będziecie mogli zapłacić za ten kurs? 

Wyciągnęli szyje, popatrzyli na taksometr, który teraz wskazywał dobrze ponad czterdzieści 

dolarów, i zachichotali. W końcu Luke powiedział: 

– Może dziś dajmy sobie z tym spokój i zobaczmy, jak to będzie wyglądało za dnia. 
– Proszę cię, Luke, jeszcze chwilkę – błagała. – Wiem, że to gdzieś tutaj. Po prostu wiem. 
–  Dobra,  będziemy  krążyć  piętnaście  minut,  ale  tym  razem  tylko  zapiszemy  adresy  i 

wrócimy jutro. Zgoda? 

– Umowa stoi – odparła. – Proszę jechać tą ulicą w lewo. 
Cztery wytypowane przez Karen domy mieściły się w obrębie dwóch kwartałów. Wszystkie 

miały spadziste dachy,  ganeczki  od frontu i  duże okrągłe lub  owalne okna witrażowe. W drodze 
powrotnej  do  śródmieścia  Luke  podsunął  myśl,  że  może  warto  byłoby  zadzwonić  z  rana  do 
hipoteki i zapytać o nazwiska właścicieli. Podjęli tę decyzję i w milczeniu dojechali do centrum, 
gdzie  taksiarz,  najwyraźniej  niespokojny,  pomógł  posadzić  Luke’a  na  wózku.  Udobruchany 
hojnym  napiwkiem,  zatrąbił,  kiedy  ich  mijał.  Za  ten  niezbyt  udany  wypad  zapłacili  prawie 
sześćdziesiąt dolarów. 

 
Damian Steele tkwił przy oknie swojego apartamentu na czternastym piętrze Boston Plaza i 

obserwował  nocną  krzątaninę  na  ulicy  w  dole.  Dochodziła  jedenasta,  a  żaden  z  punktów 
kontrolnych nie przekazał wiadomości o ściganej parze. Steele dokładnie przejrzał zawartość teczki 
Coreya i rozłożył papiery na dużym okrągłym stole w saloniku. Czerwonymi kółkami obwiódł te 
dane, dzięki którym łatwiej byłoby mu przewidzieć ruchy Coreya. 

Był pełen podziwu dla przedsiębiorczości i operatywności Alberta Juliana. W niespełna pięć 

dni  Julian  zgromadził  ogromny  materiał  na  temat  osoby,  o  której  poprzednio  nic  nie  wiedział. 
Teczka  zawierała  odbitki  artykułów  ze  „Strathmore  Chronicie”,  świadectwa  wojskowe,  liczne 
fotografie,  szczegółową  charakterystykę  człowieka  i  jego  rodziny,  jakby  sporządzoną  przez 
psychologa, i rzeczywiście będącą jego dziełem. 

Po parokrotnym przeczytaniu papierów Steele namalował w wyobraźni względnie dokładny 

obraz  doktora  Lewisa  T.  Coreya.  Bez  trudu  zrozumiał,  dlaczego  Spear  i  jego  ludzie  nie  potrafili 
przewidzieć  i  kontrolować  jego  posunięć.  Liczne  wskazówki  znajdowały  się  w  teczce.  Corey 
zdumiewał beztroskim podejściem do własnego bezpieczeństwa i obojętnością w obliczu śmierci. 
„Zarysowuje  się  typ  człowieka  –  brzmiał  raport  –  któremu  o  wiele  bardziej  leży  na  sercu  dobro 
innych  niż  własne.  Najbardziej  logicznym  wytłumaczeniem  takiej  postawy  jest  dość  głęboka 
depresja,  zapewne  wywołana  niepowodzeniem  osobistym,  niedostatkiem  miłości  w  okresie 
dorastania albo jednym i drugim. Dokument 3 C, kopia wywiadu, przeprowadzonego przez policję 
z  ojcem  Coreya  w  Waszyngtonie,  przemawia  za  słusznością  tej  tezy.  Ojciec  nic  właściwie  nie 
wiedział o ewentualnym miejscu pobytu syna. Ponadto stwierdził, że od kilku lat ani Corey się z 
nim nie kontaktuje, ani on nie rozmawia z  synem.  Nie rozwodził się nad przyczynami tego stanu 
rzeczy, lecz w przekonaniu  przeprowadzającego  wywiad prawie na pewno powiadomiłby policję, 
gdyby  Corey  do  niego  się  odezwał.  W  trakcie  wywiadu  ani  razu  nie  próbował  przekonać 
rozmówcy, że jego syn byłby niezdolny do popełnienia zbrodni, o którą go podejrzewają. 

Za  powyższym  wnioskiem  przemawia  też  rozwód  Coreya,  przebieg  służby  i  zachowanie 

jako lekarza. Dokument  5 to kopia pochwały za odwagę, mówiącej o  »całkowitym lekceważeniu 
przez  niego  niebezpieczeństwa«.  Nie  jest  to  typowe  zachowanie  lekarzy  medycyny,  z  których 
zaledwie pięciu dostało podobne odznaczenia w czasie całej wojny wietnamskiej. 

Przez  ostatnie  cztery  lata  Corey  pracował  jako  lekarz  pierwszego  kontaktu  w  małym 

miasteczku.  Tamtejsze  źródła  (Dokumenty  2  A,  B  i  C)  używały  określeń  w  rodzaju: 

background image

 

58 

»zaangażowany«,  »samotnik«,  »surowy«,  nawet  »ponury«.  Ale  według  tych  samych  źródeł  jest 
»niezwykle  inteligentny«,  »pomysłowy«,  »łatwy  w  rozmowie«.  Jedno  ze  źródeł  stwierdza,  że 
prawie  cała  energia  tego  człowieka  wyładowuje  się  na  zewnątrz.  Nawiasem  mówiąc,  taką 
osobowość  mają  na  ogół  najlepsi  i  odnoszący  największe  sukcesy  lekarze.  Ich  poświęcenie  i 
osiągane w pracy wyniki to rezultat troski o pacjentów, nie o siebie samych. 

Reasumując, oceniany osobnik jest, jak wyraźnie stwierdzono, wyjątkowo bystry i zaradny. 

Ale  dość  trudno  przewidzieć  jego  działania,  ponieważ  brak  mu  siły  napędowej,  jaką  jest  instynkt 
samozachowawczy,  decydujący  o  postępowaniu  większości  ludzi.  Tego  rodzaju  osobowością  nie 
da  się  manipulować,  nieskuteczne  byłyby  bezpośrednie  groźby  czy  zadawanie  bólu,  ale 
przypuszczalnie coś można by osiągnąć, grożąc, że zada się ból innym osobom. W bezpośrednim 
zetknięciu osobnik ten zapewne prędzej by umarł, niż spełnił żądania, których nie mógłby przyjąć. 
Zachodzi  małe  prawdopodobieństwo,  że  niesprowokowany  użyłby  w  stosunku  do  drugiego 
człowieka siły”. 

Podczas gdy Steele stał i w zadumie wyglądał przez okno, Carl Julian leżał rozwalony na 

kanapie po drugiej stronie pokoju i czytał magazyn „Hustler”. Jak dotąd, jeśli sprawiał Steele’owi 
zawód,  to  dlatego,  że  brakowało  mu  inteligencji  i  przenikliwości,  był  natomiast  w  doskonałej 
kondycji,  zapalony  i  chętny  do  współpracy.  „Przynajmniej  nie  powinien  zawadzać”  –  pomyślał 
Steele, nadal wpatrzony w uliczną krzątaninę. Z tej wysokości, dumał, widzi ludzi trochę tak,  jak 
ich widzi w ogóle. Dla niego są to istotki podobne do owadów, pośpiesznie przemykające między 
samochodzikami  w  poszukiwaniu  małych  przyjemności,  najwyraźniej  obojętne  na  resztę 
zabieganych istotek. 

Na moment uwagę jego przykuła scena, rozgrywająca się po przeciwnej stronie ulicy, gdzie 

czterech  chamów  naśmiewało  się  z  kobiety  i  chorego,  którego  popychała  na  wózku.  Mężczyźni 
ustawili się w poprzek chodnika i naśladowali jego nerwowe ruchy. On lekko się uśmiechnął, kiedy 
kobieta po krótkim wahaniu siłą przepchnęła wózek między dwoma brutalami, o mało jednego nie 
rozjechawszy. Steele patrzył za nią, dopóki nie przecięła następnej przecznicy i nie znikła w tłumie. 
Potem  zauważył,  że  mężczyźni  chyba  się  przegrupowali  i  zaczepiają  trzy  wysztafirowane 
bywalczynie nocnych klubów. 

Z  niesmakiem  pokręcił  głową  i  wrócił  do  teczki  Coreya.  Po  raz  kolejny  przeczytał  skąpe 

dane, zebrane przez informatorów Juliana na temat  Karen Samuels. Dwadzieścia sześć lat, nigdy 
nie miała męża, musi być albo brzydka jak diabli, pomyślał, albo należeć do feministek. Lekturę 
przerwał  mu  dzwonek  telefonu.  Carl  przewrócił  się  na  bok  i  nie  wstając  z  kanapy,  podniósł 
słuchawkę. 

– To Corrigan – wyjaśnił z dłonią na mikrofonie. – Jeden z poruczników policji, kupionych 

przez ojca. Chce pan z nim mówić? 

Steele prędko wziął do jednej ręki słuchawkę, do drugiej bloczek i ołówek. 
– Tak? 
– Tu Dave Corrigan z szesnastego komisariatu, a pan kim jest? 
–  Człowiekiem,  z  którym  na  polecenie  pana  Juliana  ma  pan  współpracować,  nie  zadając 

pytań. Co pan ma, poruczniku? 

– Przepraszam, po prostu chciałem zachować ostrożność, to wszystko. 
– W porządku, więc jakie ma pan informacje? 
–  Właściwie  żadnych.  Nie  mam  nic  ważnego,  ale  pan  Julian  kazał  donosić  panu  o 

wszystkim, co się wydarzy w sprawie Coreya. 

–  Owszem.  –  Steele  starał  się  nie  okazywać  zniecierpliwienia  gadulstwem  policjanta.  – 

Chcę wiedzieć wszystko czego się pan dowie, i to natychmiast. 

– No więc to dotyczy samochodu dziewczyny zabitej przez Coreya, Connie Evans. 
–  Nie  możemy  go  znaleźć.  To  wszystko.  Nie  ma  go  przed  jej  domem  w  Quincy  ani  na 

parkingu Sheratona. Jest poszukiwany listem gończym i detektywi, którzy prowadzą dochodzenie 
w tej sprawie, mówią, że może jeździ nim Corey. 

background image

 

59 

– Opis? 
– Volkswagen typu garbus, czerwony, rok 1974, Massachusetts, numer 426–NMP. 
– Coś jeszcze? 
– Jak dotąd nic. 
– Dobra, niech mnie pan informuje o wszystkim, co wypłynie. Jeśli nikt nie odpowie pod 

tym numerem, proszę dzwonić na drugi, podany przez pana Juliana, i zostawić wiadomość. 

Po odłożeniu słuchawki Steele wręczył kartkę Carlowi. 
– Szukaliśmy nie tego samochodu. Zadzwoń na wszystkie punkty kontrolne i opisz im ten 

drugi. Corey i dziewczyna kręcą się po Bostonie, jestem pewny. 

–  Taak,  zastanawiałem  się  nad  tym  –  powiedział  Carl.  –  Skąd  ta  pewność,  że  są  tutaj? 

Gdybym ja wiedział, że jestem poszukiwany w związku z zabójstwem, byłbym już w połowie drogi 
do  Brazylii.  Mamy  prawie  setkę  ludzi  rozstawionych  na  tym  terenie.  Dlaczego  nie  w  Worcester 
albo na przylądku? 

–  Chodź  tu,  Carl,  i  spójrz  na  plan.  –  Steele  chciał  logicznym  wywodem  raczej  siebie 

utwierdzić w przekonaniu, niż oświecić Carla. – Iksami są na nim zaznaczone wszystkie miejsca, 
które,  jak  nam  wiadomo,  mają  związek  z  Coreyem  albo  z  dziewczyną;  dom  jego  siostry,  dawny 
dom  Ferlazza  w  Belmont,  dawny  dom  zmarłej  kobiety,  jego  college,  szpital,  gdzie  pracował... 
niezbyt od siebie oddalone. Liczymy na to, że policja przeczesze te tereny, których my nie możemy 
sprawdzić,  ale  oni  na  pewno  ukrywają  się  gdzieś  tutaj,  w  czyimś  domu  albo  w  motelu.  Muszą 
wiedzieć, że policja ma opis wozu Coreya, więc chyba bezpieczniej czują się w tym drugim. Nawet 
jeśli już są w posiadaniu papierów, których szuka twój ojciec, nie mają dokąd z nimi pójść. Więc 
najlepsze,  co  mogą  zrobić,  to  na  jakiś  czas  się  przyczaić  w  nadziei,  że  sprawa  przycichnie. 
Ponieważ na Coreyu ciąży zarzut zabójstwa, nie wyobrażam sobie, aby zaryzykowali i zwrócili się 
do policji, ale gdyby się na to zdecydowali, bardzo ułatwiliby nam pracę. Kapujesz? 

– Cieszę się, że to nie mnie ścigasz. 
– Ja też  – odparł Steele, nie widząc w tym  nic śmiesznego.  – A teraz przekażmy naszym 

ludziom informację o samochodzie. 

 
Karen  skorzystała  z  betonowego  pomostu,  aby  chyłkiem  dostać  się  do  garażu  pod 

Śródmiejskim Zajazdem dla Zmotoryzowanych, stamtąd zaś windą zawiozła Luke’a do ich pokoju. 
Wzięli razem prysznic i, wyciągnięci na łóżku, oglądali klucz, który zapoczątkował serię obecnych 
wydarzeń. Wieczorna gazeta donosiła na pierwszej stronie o zabójstwie Connie Evans, zamieściła 
też zdjęcie wojskowe i dyplomowe Coreya. Nowych informacji było jednak mało. 

– Klucz wygląda dość niewinnie, prawda? – zapytał. 
– Do czego, twoim zdaniem, pasuje, Luke? 
–  Chyba  do  jakichś  drzwi.  Może  jest  dowodem  w  starej  sprawie  o  zabójstwo  czy  coś 

takiego. Nie rozumiem tylko, dlaczego jest taki ważny. Mogłoby się wydawać, że wszystko, co da 
się  nim  otworzyć,  da  się  też  wyłamać,  a  przynajmniej  otworzyć  dorobionym  kluczem.  Może 
powinniśmy pójść do ślusarza i zapytać, czy po numerze seryjnym nie pozna, do czego jest klucz. 
Zanim wysłałem go tutaj, zapisałem numer, na wypadek gdyby list zaginął. Już wtedy myślałem, że 
bez ślusarza się na obejdzie. 

– Dlaczego im go nie oddałeś? – spytała. 
– Czego? 
– Klucza. Dlaczego nie oddałeś Spearowi klucza w Strathmore? 
–  Nie  wiem.  Pewnie  dlatego,  że  za  bardzo  chciałem  spełnić  życzenie  umierającej  starszej 

pani. Popatrzyła na niego z dezaprobatą. 

– Przepraszam, Karen. – Zasłonił sobie twarz. – Mówię tak dlatego, że znałem ją tylko jako 

śmiertelnie chorą kobietę. W dodatku wcale mi się nie podobało, że mną dyrygują. 

– Ale tak ryzykować życie... 

background image

 

60 

–  Uwierz  mi,  że  gdybym  miał  dość  rozumu  i  dostrzegł  grożące  mi  niebezpieczeństwo, 

pewnie już byliby w posiadaniu klucza. Ale według mnie teraz i tak nie dadzą nam spokoju, żeby 
nie wiem co, więc właściwie nie mamy wiele do stracenia, niezależnie od tego, co zrobimy. 

– Jakoś nie potrafię tak na to patrzeć. Luke, rozwiodłeś się tyle lat temu. Dlaczego drugi raz 

się nie ożeniłeś? 

– Bo jeszcze nie spotkałem odpowiedniej kobiety. Nie mam nic przeciwko temu, żeby znów 

spróbować, ale jak dotąd po prostu to mi nie wyszło. Co ma do rzeczy fakt, że nie jestem żonaty? 

–  Może  ma,  a  może  nie  ma.  –  Popatrzyła  mu  głęboko  w  oczy.  –  Bardzo  kochałeś  żonę, 

prawda? 

– Chyba tak. Ale jak mówiłaś, to było dawno temu. 
– Idę o zakład, że nie pozwoliłeś żadnej kobiecie zbliżyć się do siebie, bo się bałeś znów 

zostać zraniony. Głowę daję. 

– Jeśli to psychoanaliza, może powinienem zachować się typowo i położyć na kozetce. 
– Och, uraziłam cię. Przepraszam, Luke. Nie chciałam być wścibska. Ale po tych ostatnich 

strasznych  przejściach  stałeś  mi  się  bardzo  bliski.  Jeśli  złoszczą  cię  albo  krępują  moje  głupie 
pytania, postaram się lekko je potraktować. 

– Rzecz nie w tym, że mnie złoszczą czy krępują  – odparł. – Tylko w tym, że... – Urwał. 

Patrząc jej prosto w oczy, wyznał: – Masz rację. Czuję się skrępowany tym, co mówisz. Do diabła, 
nie  wiem,  kogo  próbuję  oszukiwać.  Zwłaszcza  teraz,  kiedy  chyba  już  niedługo  banda  zbirów 
posieka nas na drobne kawałki. Przez jakiś czas po zwolnieniu ze szpitala wojskowego w Japonii 
nie mogłem się zmusić do umawiania się z kobietami. Potem dostałem list od Sary. Wyszła za tego 
faceta i spodziewała się dziecka. Dopiero wtedy do mnie dotarło, że to koniec, i trochę zacząłem 
się  umawiać.  Wszystko  było  dobrze,  dopóki  któraś  poważnie  się  mną  nie  zainteresowała.  Wtedy 
zamykałem się w sobie. 

– Chodzi ci o seks? 
– O to też, ale nie tylko. Nie chcę opowiadać ci o okropnych scenach zerwania, jakie wtedy 

następowały. 

– Wyobrażam sobie – powiedziała. – Więc uciekłeś i ukryłeś się na przylądku Cod, co? 
–  Może.  Zdawało  mi  się,  że  powinienem  mieszkać  tam,  gdzie  życie  toczy  się  troszkę 

wolniej. Lubię leczyć, naprawdę. Był czas na grę na fortepianie, na próby malowania, na spacery 
po plaży, kiedy mi przyszła ochota. 

– Zawsze sam i zawsze bezpieczny – powiedziała. 
– Nie zawsze sam. Nadal się umawiam, jak zechcę. 
– Ale żadnych związków, co? 
Wytrzymał jej spojrzenie i tylko wzruszył ramionami. 
–  Luke  –  rzekła  w  końcu  –  musimy  się  z  tego  wywinąć.  I  wywiniemy  się.  A  kiedy  to 

zrobimy,  chcę,  abyś  mi  zaufał.  Dzielił  się  ze  mną.  Żadnych  wymagań,  żadnego  ryzyka,  tylko 
wspólnota. Myślisz, że dasz radę? 

– Myślę, że to może być pytanie akademickie, ale jeśli rzeczywiście się wywiniemy, bardzo 

bym chciał, abyś ty pierwsza spróbowała zrobić coś z tym, co ze mnie zostanie. 

Dłuższą chwilę leżeli w ciemnościach, badając się nawzajem dłońmi, wargami, ciałami. On 

odkrył  gładkie  wklęśnięcie  w  miejscu,  gdzie  jej  plecy  przechodziły  w  jędrne  pośladki,  i  wiele 
rozkosznych  minut  spędził  na  wodzeniu  palcem  po  jego  konturze.  Jej  ciepłe  wargi 
rozsmakowywały się w jego szyi, na dłużej zatrzymywały się pod lewym uchem. Zrazu pieścili się 
wolno, jakby noc miała nigdy się nie skończyć. Potem ona pokierowała nim delikatnie i kochali się 
z  takim  żarem  i  namiętnością,  jakby  nie  wierzyli,  że  dożyją  jutra.  Każdą  cząstką  ciała  jedno 
drugiemu  zadawało  pytania.  Zawsze  znajdowali  na  nie  odpowiedzi.  On  się  przekonał,  że  ona 
najbardziej lubi leżeć na boku, z podciągniętymi kolanami, grzbietem przyciśnięta do jego piersi. 
Rytm  ich  oddechów  i  poruszeń  stopniowo  zlewał  się  w  jeden,  podczas  gdy  szukali  nowych 

background image

 

61 

sposobów  sprawiania  sobie  nawzajem  przyjemności  i  je  znajdowali.  Nagle  zadygotali,  jakby  na 
chwilę połączyła się i eksplodowała cała ich energia. 

Nad miastem gruba zasłona chmur zaczęła się przerzedzać i wąski promień księżycowego 

światła wpadł przez okno do pokoju, skąpał oboje w srebrzystej poświacie. 

Dochodziło  południe,  kiedy  Luke  dodzwonił  się  do  hipoteki.  Karen  wyszła  wcześniej  i 

wróciła z kwartą mleka czekoladowego i torbą pączków, które spałaszowali, aż im się uszy trzęsły. 
Potem zaplanowali strategię na dzień bieżący. Postanowili nie kusić losu, więc Luke miał zostać w 
hotelu, a ona znaleźć ślusarza. Olśniewająca w granatowych spodniach i złotym swetrze, schowała 
klucz  do  kieszeni,  włożyła  trencz  i  zielony  kapelusz  z  szerokim  rondem,  po  czym  wypadła  z 
pokoju, zarzekając się, że nie wróci, dopóki nie odkryje sekretu klucza. 

Po jej wyjściu Luke trochę pochodził, a następnie wyciągnął się na łóżku, zamknął oczy i 

jeszcze raz przeżywał w pamięci miłosne uniesienia. Zdał sobie sprawę, że nigdy dotąd kobieta tak 
go nie podniecała, a zarazem tak nie uspokajała. Wielokrotnie wyobrażał sobie, że doznaje takich 
uczuć, ale właściwie na to nie liczył. I oto pojawia się dziewczyna, która w parę dni pomaga mu 
dotrzeć  do  miejsc  od  lat  w  jego  wnętrzu  zamkniętych.  „Chcę  mieć  okazję  ją  poznać  –  myślał.  – 
Musimy jakoś znaleźć na to czas. Jeśli ją skrzywdzą, ja... cholera. Nie mogą jej skrzywdzić”. 

Kobieta w wydziale ksiąg wieczystych, z którą połączył się za trzecim razem, przedstawiła 

się  jako  pani  Federman.  W  przeciwieństwie  do  dwóch  poprzednich  urzędniczek  była  pogodna  i 
wydawało się, że bardzo chce mu pomóc. 

– Nazywam się Frank Sullivan, proszę pani – powiedział. – Jestem tu w Bostonie, bo chcę 

kupić  parę  nieruchomości  w  okolicach  Mattapan  Dorchester.  Wczoraj  pojechałem  taksówką,  aby 
obejrzeć je bez pośrednika, ale co do czterech nie było pewności, do kogo właściwie należą. Mam 
nadzieję, że będzie pani mogła to sprawdzić, jeśli podam adresy. 

–  Chętnie  panu  pomogę  –  odparła.  –  Ale  z  zasady  nie  podajemy  takich  informacji  przez 

telefon.  Hipoteka  mieści  się  w  budynku  Stallworth,  Ingram  Street  3,  i  gdyby  pan  przyjechał  i 
wypełnił... 

– Na tym polega trudność, proszę pani. Chodzi o to, że jestem sparaliżowany od pasa w dół 

i  niełatwo  mi  poruszać  się  po  mieście  wózkiem.  Naprawdę  nie  znoszę  prosić  o  coś,  co  jest 
niezgodne z przepisami, ale gdyby mogła mi pani pomóc przez telefon, wybawiłaby mnie pani z 
kłopotu. 

–  Och,  doskonale  pana  rozumiem.  Mój  brat  od  prawie  dziesięciu  lat  jeździ  na  wózku. 

Wypadek samochodowy. Wiem, jak to utrudnia życie. W większości budynków publicznych brak 
choćby  najbardziej  podstawowych  udogodnień  dla  osób  niepełnosprawnych.  Wiem,  jak  bardzo 
Tom, to znaczy mój brat, nie lubi załatwiać spraw w mieście. 

– Więc pomoże mi pani? 
– Postaram się, panie Sullivan. Proszę mi podać adresy, które pana interesują. Oddzwonię i 

podam panu nazwiska właścicieli, jak tylko je sprawdzę. 

Z  westchnieniem  ulgi  podyktował  jej  cztery  adresy,  zapisane  przez  Karen  ubiegłego 

wieczoru, po czym usiadł i czekał na telefon. W braku czegokolwiek do czytania włączył telewizor 
i  obserwował  cierpienie,  intrygi  i  dramat  w  Szpitalu  Ogólnym.  „Jak  się  to  wszystko  skończy  – 
pomyślał  –  może  spróbuję  zrobić  z  tego  scenariusz  telenoweli.  Nie  ma  co.  –  Roześmiał  się.  – 
Powiedzieliby,  że  nawet  dla  nich  to  za  mało  prawdopodobne.  –  Spoważniał  i  smętnie  pokiwał 
głową. – A poza tym, Corey, jak się to wszystko skończy, będziesz pewnie siedział w więzieniu. I 
tylko pod warunkiem, że dopisze ci szczęście”. 

Niespełna dwie godziny później wróciła Karen i zastała go śpiącego na wznak, z poduszką 

przyciśniętą  do  twarzy.  Cicho  zamknęła  drzwi,  na  palcach  podeszła  do  komody  i  ostrożnie 
otworzyła  przyniesioną  przez  siebie  papierową  torbę.  Wyciągnęła  z  niej  dużą  butelkę  szampana, 
dwa kieliszki, okrągły ser i dwie świece. Zapaliła je, przebrała się w przezroczystą bluzkę i w pozie 
modelki stanęła przy butelce szampana. 

background image

 

62 

–  Hej-ho  –  zanuciła  –  obudź  się,  śpiący  królewiczu.  Zagadka  nietypowego  klucza  została 

rozwiązana. 

Luke,  pogrążony  w  znacznie  głębszym  śnie,  niż  sądziła,  błyskawicznie  usiadł,  z  rękami 

wyciągniętymi, jakby chciał się osłonić przed napastnikiem. Nie zwrócił uwagi na niespodziankę, 
którą przygotowała, lecz natychmiast spojrzał na zegarek. 

– Niech to diabli – powiedział. – Już czwarta trzydzieści. 
– Hej, Luke! – zawołała. – Jestem tutaj. Co się z tobą dzieje? 
– Hę? Och, cześć. – Był wyraźnie zirytowany. – Przepraszam, ale rzecz w tym, że przeklęta 

baba z hipoteki w ogóle nie oddzwoniła. 

–  No,  już  nie  musi.  Trafiłam  na  żyłę  złota.  Widzisz,  zdążyłam  nawet  kupić  to  i  owo  na 

oblewanie sukcesu. – Odstąpiła do tyłu i znów wskazała na szampana i świece. 

– Hej, to fantastyczne. Wytropiłaś numer seryjny? 
–  Tak.  Och,  Luke.  To  było  takie  podniecające.  Zeszłam  kawał  miasta,  rozglądając  się  za 

ślusarzem. Dopiero na rogu małej uliczki zobaczyłam maciupeńki sklepik z maciupeńkim szyldem 
w  witrynie  i  słowem  „Ślusarz”.  W  środku  siedział  poczciwy  mały  człowieczek  z  sumiastymi 
wąsami.  Wszędzie  piętrzyły  się  tysiące  zamków,  a  on,  jakby  w  nich  zagrzebany,  pracował  przy 
czymś  w  rodzaju  maszyny  do  kluczy.  Tak  czy  siak,  pokazałam  mu  klucz  i  spytałam,  czy  można 
jakoś  dojść,  do  czego  pasuje.  Przyjrzał  się  mu  dokładnie,  powiedział,  że  jest  stary,  a  on  nie  ma 
nawet surówki na zrobienie duplikatu. 

– Dalej, szybko – ponaglał ją Luke podniecony. – I czego się dowiedziałaś? 
– Nie chcesz nawet wysłuchać tego barwnego kontekstu? 
– Szczegóły mogą zaczekać. Do czego pasuje ten cholerny klucz? 
– Do biurowca. 
– Do czego? 
–  Biurowca.  Dla  ścisłości,  do  jednego  z  biur  na  szóstym  piętrze.  Zapłaciłam  facetowi 

dwadzieścia  pięć  dolarów,  żeby  zadzwonił  do  producentów  kluczy.  Chyba  mu  się  spodobałam. 
Trwało  to  jakiś  czas,  ale  odpowiedzieli,  że  wszystkie  klucze  z  tej  serii  sprzedano  razem  firmie 
budowlanej. Podali mu adres i potrafili nawet określić, na którym piętrze jest biuro. Więc jutro tam 
pojedziemy, otworzymy drzwi i raz na zawsze rozwiążemy zagadkę. 

– Hej, wolnego, mała. Powiedz mi, gdzie jest ten budynek. 
– W śródmieściu. Boston Place 3. 
– A ta cała historia z twoim kącikiem dumania? 
– Nie wiem. Może to, co powiedziała mi matka, nie ma żadnego związku z kluczem. 
– A jak ty sądzisz. Miała coś na myśli, mówiąc o kluczu, czy nie miała?  – W jego głosie 

zadźwięczała wyraźna nuta irytacji. 

–  Luke,  o  co  chodzi?  Czy  zdenerwowałam  cię  czymś,  co  powiedziałam  albo  zrobiłam? 

Powiedz otwarcie, zamiast się tym zadręczać. 

W  jednej  chwili  z  małej  dziewczynki  znów  przedzierzgnęła  się  w  kobietę.  Usiadła  na 

brzegu łóżka, ale nie próbowała go dotykać ani ponaglać. Wytrzymywał jej spojrzenie, jak długo 
potrafił, po czym odwrócił wzrok. 

– Nie pozwolisz mi udawać chojraka, co? – powiedział. – Przepraszam, skarbie. Ale przed 

zaśnięciem  myślałem  o  tym,  jak  cudownie  było  w  nocy.  Chyba  się  zląkłem,  że  kiedy  wreszcie 
znalazł się ktoś taki jak ty, pozostało nam zaledwie parę godzin. 

Przysunęła się bliżej i wzięła go w ramiona. Łzy wezbrały mu w oczach, a jedna spłynęła po 

policzku. 

– Nie wierzysz, że się z tego wykaraskamy, prawda? – zapytała. 
Już  miał  odpowiedzieć,  kiedy  zabrzęczał  telefon.  Luke  z  takim  pośpiechem  sięgnął  po 

słuchawkę, że o mało nie przewrócił Karen. 

– Tu Sullivan – powiedział. 

background image

 

63 

–  Panie  Sullivan,  mówi  Cecelia  Federman.  Pamięta  pan,  z  hipoteki?  Przepraszam,  że  tak 

długo to trwało, ale interesanci korzystali z paru potrzebnych mi ksiąg, więc musiałam czekać. 

–  Nie  szkodzi.  –  Spróbował  złapać  oddech.  –  Jestem  szalenie  wdzięczny  za  pomoc.  Czy 

zdołała pani ustalić nazwiska właścicieli? 

– Tak, ale żaden nie mieszka pod żadnym z tych adresów. 
– Nic dziwnego. Mam ołówek. Czy mogłaby mi pani podać nazwiska i adresy? 
Choć  pierwsze  trzy  nazwiska  nic  mu  nie  mówiły,  kolejno  je  zapisał.  Przy  czwartym  tak 

gwałtownie wciągnął powietrze, że usłyszała to Karen. Dużymi drukowanymi literami napisał: 22 
ABBOTT STREET – WŁAŚCICIELKA EYELYN D. SAMUELS. 

Kiedy odłożył słuchawkę, popatrzyli na siebie w milczeniu. Wreszcie odezwała się Karen: 
–  To  dlatego  mi  powiedziała,  że  mój  kącik  dumania  zawsze  tam  będzie.  Nie  miałam 

pojęcia, że prócz naszego domu posiada jakiś inny. 

– Jesteś pewna, że ślusarz nie wpuścił cię w maliny? 
– Najzupełniej pewna. Jak mówiłam, chyba podziałałam na jego starcze hormonki. Chyba 

naprawdę chciał mi pomóc. 

–  Nie  do  wiary  –  jęknął.  –  Przed  chwilą  nie  mieliśmy  do  czego  dopasować  klucza,  teraz 

mamy  aż  dwa  takie  miejsca.  Cóż,  wieczorem  biurowiec  odpada.  Chyba  złożymy  wizytę  twojej 
opiekunce. 

–  Chciałabym  jakoś  do  niej  zadzwonić,  powiedzieć,  kim  jesteśmy,  i  upewnić  się,  że 

zastaniemy  ją  w  domu.  Im  mniej  będziemy  musieli  się  pokazywać,  tym  lepiej.  W  dzisiejszej 
wieczornej  gazecie  znów  był  na  pierwszej  stronie  artykuł  z  twoim  zdjęciem.  Domyślam  się,  że 
lekarz medycyny, który wchodzi w kolizję z prawem, to sensacyjna wiadomość, nie sądzisz? 

– Człowiek ze stopniem naukowym jest na świeczniku. Zaraz po przyjeździe do Strathmore 

przekonałem  się,  że  niech  tylko  wyskoczy  mi  krosta  na  nosie,  wiadomość  o  tym  już  jest  w 
lokalnym szmatławcu. Cóż, nie za wiele możemy zrobić do zapadnięcia zmroku, więc może byśmy 
tak wypili szampana i oblali to, że jesteśmy razem. 

Wziął butelkę i obluzowywał korek, nie przestając mówić: 
– Wiesz, moi rodzice muszą być tym wszystkim kompletnie załamani. Chyba powinienem 

do  nich  zadzwonić,  jak  będziemy  przechodzili  koło  automatu.  Na  rozum  biorąc,  nikt  nie  ma 
stuprocentowej  pewności,  że  jesteśmy  w  Bostonie.  Jeśli  telefon  rodziców  jest  na  podsłuchu, 
mogliby  się  tego  domyślić,  nawet  po  minucie  rozmowy.  Według  mnie  najmądrzej  byłoby  się 
przyczaić, choćby do czasu, kiedy wykombinujemy, co z kluczem, albo trochę przycichnie sprawa 
zabójstwa. 

Niespodziewanie Karen zwróciła się do niego z wyrazem oszołomienia. 
– Zaraz, zaraz, w tej chwili coś sobie przypomniałam. Tak, Theona ma na nazwisko Settles. 

Jestem tego pewna. 

T. Settles spod numeru 22 na Abbott Street figurowała w bostońskiej książce telefonicznej. 

Karen wykręciła numer, dopiero po piątym dzwonku słuchawkę podniosła kobieta. 

– Halo – powiedziała Karen – czy mogę mówić z panią Theona Settles? 
– Jestem przy telefonie. A kto mówi? – Theona miała głos chropawy, ale silny, samogłoski 

zaś przeciągała jak wielu czarnych z północy. 

–  Theona.  Taka  jestem  szczęśliwa,  że  się  dodzwoniłam.  Mówi  Karen.  Karen  Samuels. 

Pamiętasz mnie? 

–  Czy  pamiętam?  Kochana  Karen,  cudownie  jest  cię  słyszeć.  Nie  widziałam  cię  już  z 

dziesięć lat albo więcej. Jak matka? 

–  Właśnie  dlatego  dzwonię,  Theono.  Mam  dla  ciebie  bardzo  smutną  wiadomość.  Matka 

miała rozległy wylew. Umarła w zeszły czwartek w szpitalu w Strathmore. 

Przez chwilę po tamtej strome panowało milczenie. Potem Theona powiedziała: 

background image

 

64 

– Cóż to była za kobieta, ta twoja matka. Czy wiesz, że przez te wszystkie lata nie chciała 

brać  ode  mnie  czynszu.  Próbowałam  jej  płacić,  ale  nie  chciała  przyjmować  pieniędzy.  A  teraz 
mówisz, że odeszła. Czy długo chorowała? 

– Nie, od lat nie była u lekarza. Po prostu zasłabła u siebie w domu i umarła parę godzin 

później.  Theono,  mam  małe  kłopoty  i  czy  chcesz  w  to  wierzyć,  czy  nie,  chyba  ty  potrafisz  mi 
pomóc. Czy mogłabym przyjść wieczorem i zobaczyć się z tobą? 

–  Oczywiście,  Karen,  to  będzie  dla  mnie  największa  przyjemność.  Mam  zebranie 

Stowarzyszenia Miejskiego do jakiejś  ósmej trzydzieści,  potem będę w domu.  Nie poszłabym  na 
zebranie, ale to ja założyłam Stowarzyszenie, więc wszyscy oczekują ode mnie rady. Przez tyle lat 
życia człowiek czegoś się uczy i chyba tę odrobinę mądrości mogę im teraz ofiarować. Mogłabyś 
przyjść około dziewiątej? Dokucza mi artretyzm w kolanie i nawet z laską ruszam się jak mucha w 
smole. Powrót do domu powinien mi zająć pół godziny. 

– Dziewiąta bardzo mi odpowiada. 
– Wiesz, jak dojechać, dziecko? 
– Chyba tak, Theono. Nie martw się, trafimy. Przyjedzie ze mną mój przyjaciel Luke. 
– Absztyfikant? 
– Tak jakby. Posłuchaj, naprawdę cieszę się, że cię zobaczę. Będziemy około dziewiątej. 
Dokładnie  o  dziewiątej  piętnaście  wysiedli  z  volkswagena  przed  domem  numer  22  na 

Abbott Street. Luke szedł w kapeluszu nasuniętym na oczy, bo zdecydował się zostawić wózek w 
pokoju hotelowym i zejść tylnymi schodami do podziemnego garażu. Bez większego trudu znaleźli 
dom, a podniecona Theona Settles na powitanie obsypała ich pocałunkami i nieomal zmiażdżyła w 
uścisku. 

Miała figurę olbrzymiej piłki plażowej. Przy wzroście zaledwie półtora metra ważyła grubo 

ponad dziewięćdziesiąt kilogramów. W niebieskiej sukience i zawiązanym na plecach fartuszku, z 
okrągłą hebanową twarzą bez zmarszczek i  młodzieńczą, anielską miną nie wyglądała na swoich 
siedemdziesiąt lat. Młodzieńczy był też jej ciepły, otwarty sposób bycia i piskliwy śmiech. 

Posadziła ich w saloniku na mocno podniszczonej kanapie, cicho weszła ze srebrną zastawą 

do herbaty na drewnianym wózku i opadła na fotel, który z biegiem lat dopasował swój kształt do 
jej figury. 

– Ostatnio nie mam okazji do częstego podejmowania gości – powiedziała. 
– Wyglądasz wspaniale, Theono – wykrzyknęła Karen. – Chyba ani trochę nie zmieniłaś się 

od czasu, kiedy wycierałaś mi nos i zmuszałaś mnie do picia mleka. 

– Ale ty się zmieniłaś!  Mój Boże, wyrosłaś na  piękną kobietę. Matka pisała mi w swojej 

ostatniej kartce o twojej pracy w Nowym Jorku i nie mogłam uwierzyć, że upłynęło już tyle czasu. 
Ale nie przyjechałaś tu słuchać mojego gadania o dawnych czasach. Powiedz Theonie, jakie masz 
kłopoty. I nie krępuj się, kochanie. Już dawno przestałam słuchać czyichś sądów. 

– Co masz na myśli? 
– Och, daj spokój. Jestem stara, ale nie ślepa. Ten twój przystojniak ma twarz, którą łatwo 

jest zapamiętać nawet z fotografii w gazetach. 

–  Luke  nigdy  nikogo  nie  skrzywdził,  Theono.  Matka  dała  mu  ten  oto  klucz,  który  musi 

pasować  do  czegoś  bardzo  ważnego,  i  od  tej  pory,  próbując  go  odebrać,  robią  z  nami  straszne 
rzeczy. 

– Hej, wolnego. Zacznij od początku i opowiedz mi wszystko po kolei. 
Karen  relacjonowała  przebieg  wydarzeń  powoli  i  możliwie  najbardziej  szczegółowo.  Od 

czasu  do  czasu  Luke  dorzucał  jakąś  informację.  Theona  przez  jakieś  pół  godziny  słuchała  w 
milczeniu, dopóki Karen nie skończyła. 

– Rzeczywiście paskudna sprawa – stwierdziła, kiedy Karen przestała mówić. – Mężczyzna, 

którego  nazywasz  Peter,  był  właścicielem  tego  domu.  Miał  w  Belmont  wiedźmowatą  żonę. 
Chodziłam do nich sprzątać. Na nazwisko mieli Ferlazzo, Peter i Julia Ferlazzo. No więc pewnego 
dnia  pan  Peter  zapytał,  czy  nie  zechciałabym  się  tu  przenieść  i  opiekować  się  tobą  w  zamian  za 

background image

 

65 

czynsz. W ten sposób się tutaj znalazłam. Twoja matka bardzo go kochała, a on kochał ją. Ale jego 
żona nie chciała słyszeć o rozwodzie i groziła, że jeśli spróbuje się z nią rozejść, ona go zniszczy. 
Starał  się jak najwięcej  czasu spędzać z twoją matką, a ja zajmowałam się tobą. Po jego śmierci 
twoja  matka  powiedziała  mi,  że  zostawił  jej  ten  dom,  a  ona  chce,  abym  dalej  w  nim  mieszkała, 
choć  już  się  tobą  nie  opiekuję.  Ciągle  planowałyśmy  spotkanie  po  waszej  przeprowadzce  na 
przylądek,  ale  zawsze  coś  stawało  na  przeszkodzie.  Cóż,  dziecko,  to  miejsce,  które  nazywasz 
kącikiem  dumania,  jest  tam  nadal.  Napijmy  się  jeszcze  herbaty,  zanim  pójdziemy  na  górę 
zobaczyć, co się tam uda znaleźć. 

 
Dla Damiana Steele’a przełom nastąpił dokładnie o dziewiątej trzydzieści. Dzień był długi, 

denerwujący, a sprawa odnalezienia Coreya i dziewczyny nie posuwała się naprzód. Carl zaczynał 
powoli  tracić  cierpliwość  i  raz  Steele,  ledwie  nad  sobą  panując,  warknął  na  niego,  aby  przestał 
wyłamywać  palce.  Po  raz  dziesiąty  przejrzał  całe  akta,  rozebrał  i  wyczyścił  zrobionego  na 
zamówienie walthera o długiej lufie. 

Carl też odczuwał zdenerwowanie i poirytowanie. Jego propozycja sprowadzenia do pokoju 

dwóch  kobiet  spotkała  się  z  kategorycznym  sprzeciwem,  ilekroć  zaś  próbował  nawiązać  z 
osławionym mordercą rozmowę, ten odpowiadał monosylabami. 

W jednej z rzadkich chwil, kiedy się rozgadał, Steele powiedział, chodząc niespokojnie: 
– Musieli zapaść się pod ziemię. Nie wierzę, że wyjechali z Bostonu, więc na pewno ukryli 

się  gdzieś  niedaleko.  Kiedy  mieliśmy  ostatnie  meldunki  od  zespołów  sprawdzających  motele  w 
rejonie siódmym? – Przerwał mu telefon. 

– Tak? 
– Czy to ten człowiek? 
– Tak. Co macie? 
–  Tu  Berggren  z  rejonu  trzeciego.  Chyba  ich  znaleźliśmy.  Volkswagen  stoi  zaparkowany 

przed domem w Dorchester, Abbott Street dwadzieścia dwa. Nie było go tam, kiedy sprawdzaliśmy 
ulicę półtorej godziny temu. 

– Jesteś pewien numeru rejestracyjnego? 
– Nie ma wątpliwości. To ten wóz. 
–  Nie  spuszczajcie  go  z  oka,  ale  nie  pokazujcie  się  w  polu  widzenia.  Już  jedziemy.  – 

Zwracając się do Carla, Steele powiedział:  – Wiedziałem. Są w Dorchester, na Abbott Street. To 
tutaj. Zaledwie o parę przecznic od dawnego domu matki. Włożyłeś sznur do samochodu? Dobrze. 
Ruszamy. 

–  Theono  –  powiedział  Luke  –  bardzo  chętnie  przegadałbym  z  tobą  całą  noc,  ale 

powinniśmy pójść na górę i zobaczyć, co tam jest ciekawego. Nie ma żadnej gwarancji, że to coś 
pomoże mnie oczyścić z zarzutu zabójstwa, ale moim zdaniem nie mamy dużo czasu. 

Okrągła, wiecznie młoda kobieta okazała się jeszcze mądrzejsza i bardziej czarująca, niż się 

Luke spodziewał. Uważnie wysłuchała każdego ich słowa i zdawała się rozumieć wszelkie niuanse 
trudnego położenia, w jakim się znaleźli. 

– To już naprawdę dno, kiedy nawet nie można ufać policji – powiedziała. – Podejrzewam, 

że na ogół policjanci są dobrzy i uczciwi, ale nie da się w porę odróżnić ich od złych. Większość 
moich ludzi nie wierzy policjantom, nawet czarnym. Mówię im, że ktoś musi na początek zaufać 
komuś drugiemu, tyle że na razie chyba nikt nie chce słuchać takiej mądrości. Wiec co zamierzacie 
zrobić z rzeczą, którą schowała Evelyn, jak już ją znajdziecie? 

– Nie wiemy – odparł Luke. – W pewnym stopniu zależy to od tego, czym ona będzie. Jeśli 

natrafimy na pieniądze albo coś w tym rodzaju, będziemy w równie wielkim kłopocie jak dotąd. Po 
pierwsze, liczymy  na znalezienie tego, zanim oni  nas znajdą, a po drugie, że to  jest dla kogoś na 
tyle ważne, że może się stać dla nas kartą przetargową. Tylko Karen i mężczyzna, któremu zależy 
na  kluczu,  wiedzą,  że  nie  byłem  z  tą  dziewczyną,  kiedy  ją  zamordowano.  A  chyba  na  niego  nie 
bardzo można liczyć. 

background image

 

66 

Kiedy  wstawali,  frontowe  i  tylne  drzwi  domu  równocześnie  otwarły  się  z  trzaskiem  i  w 

mgnieniu oka czterech mężczyzn, w tym trzech z wyciągniętą bronią, znalazło się w saloniku. Luke 
szybko  postąpił  w  stronę  frontowych  drzwi.  Zatrzymał  go  głos  wysokiego,  elegancko  ubranego 
mężczyzny, jedynego, który nie trzymał broni. 

– Jeszcze jeden krok, doktorze Corey, a panna Samuels będzie miała dziurę w stopie. 
Na dźwięk ich nazwisk Luke poczuł, że wiotczeją mu wszystkie mięśnie. Przez parę chwil 

łudził  się,  że  mogą  to  być  rabusie,  szukający  czegoś  niezwiązanego  z  nim  i  Karen.  Teraz 
znieruchomiał na parę sekund, po czym w milczeniu opadł na kanapę. 

Wysoki mężczyzna odezwał się znowu. 
–  Wy  dwaj  –  skinął  na  stojących  po  swojej  lewej  ręce  –  zaprowadźcie  tę  miłą  panią  do 

sypialni,  a  potem  zaczekajcie  w  samochodzie.  Carl  i  ja  musimy  załatwić  z  doktorem  Coreyem  i 
panną  Samuels  pewien  interes.  –  Głos  miał  cichy,  lecz  apodyktyczny  i  tak  lodowaty,  że  Luke’a 
ciarki  przeszły.  Podczas  gdy  dwaj  mężczyźni  wyprowadzali  Theonę,  Luke  siedział  nieruchomo  i 
wykonywał  ćwiczenie  umysłowe,  którymi  uspokajał  się  w  wielu  krytycznych  sytuacjach 
zawodowych.  „Głęboki  wdech,  zatrzymaj  powietrze.  Wypuszczaj  je  powoli...  rozglądaj  się 
dokoła...  skup  się...  skup  się  na...  skoncentruj...  rozluźnij...  podejmij  decyzję”.  W  kryzysowej 
sytuacji  medycznej  poleciłby  sobie  następnie:  działaj,  lecz  tu  nie  mogło  być  mowy  o  działaniu, 
przynajmniej na razie. 

Bacznym spojrzeniem, wyostrzonym przez lata przebywania na oddziałach szpitalnych i w 

gabinetach  lekarskich,  zaczął  oceniać  dwóch  mężczyzn,  rolę,  jaką  odgrywali.  Trudniej  niż 
kiedykolwiek przedtem było mu się skupić, przede wszystkim dlatego, że myślami wciąż wybiegał 
do  siedzącej  obok  niego  drobnej  kobiety.  Na  pozór  wydawała  się  niewiarygodnie  odprężona  i 
opanowana,  ale  wystarczyło  przyjrzeć  się  uważnie,  aby  zobaczyć,  jak  nagle  zesztywniała.  Z 
kamienną  twarzą  rytmicznie  pocierała  kciukami  dwa  pierwsze  palce  u  rąk.  „Nie  mogę  pozwolić, 
aby ją skrzywdzili... nie mogę”, powtarzał sobie w duchu. 

Z dużym wysiłkiem przystąpił do taksowania napastników. Od samego początku było jasne, 

który jest bardziej niebezpieczny. Ten imieniem Carl sprawiał wrażenie nieśmiałego i nie całkiem 
pewnego  siebie.  Z  szacunkiem  stał  w  niewielkiej  odległości  za  wysokim  i  jakby  czekał  na  jego 
rozkazy,  zanim  się  poruszył.  Przywódca  wyglądał  na  absolutnie  pewnego  siebie,  a  oszczędność 
jego ruchów świadczyła o wielkim opanowaniu.  Patrząc, jak z rozmysłem idzie do stołowego po 
krzesło  z  twardym  oparciem,  Luke  nie  wątpił,  że  czeka  ich  trudna  i  przypuszczalnie  bolesna 
przeprawa. 

–  Siadaj,  Carl  –  powiedział  mężczyzna,  wskazując  fotel,  który  parę  minut  wcześniej 

zajmowała  Theona.  Potem  ustawił  krzesło  na  wprost  kanapy,  w  odległości  paru  stóp  od  nich,  i 
siedział przez chwilę, przenosząc wzrok z jednego na drugie. 

– Doktorze Corey – przemówił – nazywam się Steele, Damian Steele. Najpierw chcę panu 

pogratulować  wyobraźni  i  zaradności.  W  ciągu  tych  paru  ostatnich  dni  sprawiał  nam  pan  wiele 
kłopotów. 

–  Więc  niech  pan  powie  swojemu  panu  Jimowi  Spearowi,  że  nie  zamierzamy  pomóc  mu 

bardziej niż w Strathmore – rzuciła Karen wyzywająco. 

– Odważne słowa, panno Samuels. Ale zapewniam  panią, że chociaż pan Spear pracował 

kiedyś dla nas, Firma przestała, powiedzmy, korzystać z jego usług. 

Oboje zrozumieli, co ma na myśli, i Karen znów opadła na kanapę. 
– A teraz, po dokonaniu prezentacji, uważam, że powinniśmy przejść do rzeczy. Doktorze 

Corey, proszę położyć na tym stole wszystko, co ma pan w kieszeniach. Proszę poruszać się wolno. 
Dziękuję.  Wydaje  mi  się,  że  przedmiotem  naszej  transakcji  jest  klucz,  zgodzi  się  pan?  –  Uniósł 
klucz  do  góry  i  obracał  nim  przed  ich  oczami.  –  Na  wszelki  wypadek,  Carl,  zechciej 
zinwentaryzować zawartość torebki i kieszeni płaszcza młodej damy. Nie chcielibyśmy przeoczyć 
innych kluczy, które mogliby mieć przy sobie. 

– Niepotrzebnie się pan fatyguje – powiedział Luke. – To ten klucz. 

background image

 

67 

– Luke! – Karen była zbulwersowana tym, że tak łatwo się poddał. 
– Nie mamy dobrej pozycji przetargowej. Poza tym, skoro już wzięli to, czego chcą, mogą 

się stąd wynieść i dać nam spokój. Pościg zakończony, a my przegraliśmy. I tyle. 

– Mądrze powiedziane, panie doktorze. Ale myli się pan co do jednego drobiazgu. Mamy 

klucz, to  prawda, jednak jest on tylko  połową tego, czego byśmy od pana chcieli.  Druga połowa 
dotyczy wskazania zamka, do którego pasuje ten kłopotliwy kawałek metalu. 

– Bądź rozsądny, Steele. Myślisz, że ukrywalibyśmy się tu nadal, gdybyśmy mieli pojęcie, 

do czego jest ten klucz? Na pewno Spear wiedział. Nie powiedział wam, zanim... ach... zwolniliście 
go z waszej Firmy? 

– Niestety nie powiedział. Jeśli o to chodzi, doktorze Corey, jestem skłonny panu wierzyć. 

Ale  chcę  pana  ostrzec,  że  choć  nie  jest  łatwo  mnie  rozzłościć,  ludziom  zdarza  się  paskudnie 
oberwać, kiedy coś wytrąci mnie z równowagi. Nie wykluczam możliwości, iż pan mnie okłamuje, 
i  chcę,  aby  pan  wiedział,  że  jeśli  przyłapię  pana  na  kłamstwie,  każę  panu  siedzieć  i  patrzeć,  jak 
będę  po  kawałku  odcinał  pannie  Samuels  palce.  Czy  przypomniał  pan  sobie  jakieś  dodatkowe 
informacje, które mogłyby mi się przydać? 

Luke  skrzywił  się  i  zagryzł  wargę,  aby  zachować  choć  minimum  kontroli  nad  odruchami 

żołądka i jelit. Karen poczuła zimny pot pod pachami i na skroniach. Zadrżała. 

– Nie ma nic innego  – zdołał powiedzieć  Luke.  – Musi pan wierzyć, że niczego bym  nie 

ukrywał. 

–  Doskonale,  doktorze.  Carl,  gdybyś  był  tak  dobry  i  porządnie  skrępował  tych  dwoje, 

zostawię cię tu przy nich na straży, a sam pojadę odwiedzić zaprzyjaźnionego z nami ślusarza. Och, 
i jeszcze coś, doktorze. Chcę, aby pan wiedział, że kiedy wrócę, przywiozę też wystarczającą ilość 
pentatholu. Może pan być pewny, że całkiem dobrze się nim posługuję i że ma pan czas tylko do 
mojego  powrotu,  więc  niech  pan  szuka  w  pamięci  informacji,  które  mogłyby  być  dla  mnie 
przydatne. Panna Samuels ma takie śliczne, delikatne dłonie. 

Steele przesunął swoje krzesło na drugą stronę pokoju i siedział, dopóki Carl nie skrępował 

im  rąk  w  przegubach  i  nóg  w  kostkach.  Potem  skinął  na  Carla,  żeby  ten  odprowadził  go  do 
frontowych drzwi, i tam powiedział: 

– Nie waż się tknąć dziewczyny, Carl. Przynajmniej do czasu, kiedy dowiemy się od nich 

tego, czego chcemy. Wtedy będzie twoja. 

Na  tę  obietnicę  Carl  poczuł  przypływ  krwi  w  kroczu,  bo  wyobraził  sobie  Karen  Samuels 

przywiązaną  do  łóżka  za  ręce  i  nogi,  podobnie  jak  Connie  Evans.  Z  tą  Evans  miał  orgazm  od 
samego patrzenia, jak się wyrywa i błaga, więc musiał pozwolić jednemu ze swoich ludzi, aby ją 
zgwałcił. Tym razem bardziej się opanuje, obiecał sobie. 

Obaj mężczyźni znikli im z oczu na parę sekund, a przez ten czas Luke zdołał szepnąć do 

Karen: 

– W ogóle się nie odzywaj. Ani słowem. Niezależnie od tego, co się stanie. Rozumiesz? – 

Kiwnęła głową, kiedy zaś Carl wrócił do pokoju, przysunęła się, oparła głowę na ramieniu Luke’a i 
zamknęła oczy. 

– Carl, co masz z tego wszystkiego? – zapytał Luke. 
– Niech pan słucha, doktorze Corey, proszę siedzieć i być cicho. – Luke zdał sobie sprawę, 

że  po  raz  pierwszy  słyszy  go  mówiącego.  Odchylił  się  na  oparcie,  przymknął  oczy  i  bacznie 
obserwował  każdy  ruch  Carla.  Strażnik  siedział  przez  parę  minut,  ziewnął,  wstał,  podszedł  do 
biblioteki  Theony i  zaczął  przerzucać książkę  w  broszurowej  oprawie. Wreszcie wrócił na swoje 
krzesło z talią kart i zaczął stawiać pasjansa, ziewnąwszy, jak zauważył Luke, jeszcze dwa razy. W 
głowie Luke’a stopniowo zrodził się i wykrystalizował plan. 

Dziesięć minut później Carl wstał znowu, sprawdził ich więzy i skierował się do łazienki. Z 

chwilą gdy Luke poczuł, że ich nie słyszy, zwrócił się do Karen i szepnął z możliwie największym 
naciskiem: 

background image

 

68 

–  Karen,  złotko,  słuchaj  uważnie.  Chcę,  żeby  parę  minut  po  jego  powrocie  rozbolała  cię 

głowa, tak okropnie jak nigdy. Odegraj to dobrze. A potem tylko zrób dokładnie to, co ci powiem. 
Myślisz,  że  potrafisz?  –  Skinęła  głową,  a  on  delikatnie  pocałował  ją  w  czoło.  –  Nie  dawaj  za 
wygraną, mała. To może być nasza jedyna szansa i musimy ją wykorzystać. 

Właśnie chciała coś powiedzieć, kiedy zaszumiała woda w toalecie i Carl wrócił na krzesło. 
Upłynęło  jeszcze pięć minut, zanim Karen zaczęła się wiercić, następnie łapać powietrze, 

mrugać oczami i kiwać głową. Carl popatrzył na nią, a tymczasem odezwał się Luke: 

– Co się stało, kochanie, co ci jest? – Zaczęła się skręcać i Luke ze zdziwieniem dojrzał łzy, 

napływające jej do oczu. 

–  Och,  Luke,  to  znowu  migrena  –  wykrztusiła.  –  Już  dawno  nie  miałam  tak  silnej.  Nie 

wytrzymam. Chyba zwymiotuję. 

Obserwując ją, zalaną łzami, Luke wierzył, że potrafi zwymiotować. 
– Carl – odezwał się błagalnie – ona cierpi męczarnie. Pozwól mi wstać i zobaczyć, czy w 

apteczce nie ma czegoś, co mógłbym jej dać na uśmierzenie bólu. 

– Nic z tego. Zostań na miejscu. I powiedz jej, że ma się uspokoić i zamknąć, bo inaczej ją 

zaknebluję. 

– Jeśli zwymiotuje, a będzie miała knebel, udusi się i umrze. Myślisz, że to by się spodobało 

panu Steele’owi? 

–  Pan  Steele  to  moje  zmartwienie.  Teraz  jej  powiedz,  żeby  się  uspokoiła,  dobrze?  –  Carl 

wyraźnie zaczynał się czuć nieswojo, w miarę jak jej jęki przybierały na sile. 

– Spróbuję, ale musisz mi pomóc. Zgaś światło i bądź całkiem cicho. – Trochę oszołomiony 

Carl wykonał polecenie i jako jedyne źródło światła pozostawił lampę w stołowym. 

Luke zaczął przemawiać do Karen uspokajającym, łagodnym tonem: 
– A teraz, Karen, oddychaj wolniej i słuchaj mnie uważnie. Musisz się odprężyć albo głowa 

jeszcze  bardziej  cię  rozboli.  Teraz  zamknij  oczy,  oddychaj  wolniej  i  skup  się  na  moimi  głosie. 
Niech  wszystko  inne  wypłynie  z  ciebie  i  myśl  tylko  o  moim  głosie.  Właśnie  tak.  Zrelaksuj  się  i 
opuść bezwładnie ręce na kolana. 

Kącikiem oka Luke widział, że Carl ziewa i nieświadomie opuszcza ręce na kolana. 
–  Jeszcze  mocniej  zaciśnij  oczy  i  pozwól,  żeby  ból  z  ciebie  wypłynął.  Skup  się  tylko  na 

brzmieniu mojego głosu. Już oddychasz wolniej. Wolniej. I twoje ramiona są coraz cięższe. – Jej 
oddech stawał się wolniejszy, a głowa zaczynała lekko się kiwać, podczas gdy Luke mówił dalej. – 
Słuchaj  mojego  głosu.  Nie  wolno  ci  słuchać  innych  dźwięków  prócz  mojego  głosu.  Oczy  masz 
zamknięte, powieki ciężkie. Czujesz już zmęczenie, wielkie zmęczenie. Nie chcesz niczego innego, 
tylko snu. Nie chcesz niczego prócz snu. 

Po upływie nie więcej jak pięciu minut Luke nabrał pewności, że oboje śpią. Carl stawiał 

nawet mniejszy opór, niż się Luke spodziewał, i siedział bez ruchu, z zamkniętymi oczami, równo 
oddychając. Luke nie przestawał mówić. 

– Policzę wstecz od dziesięciu. Kiedy dojdę do dwóch, Carl, będziesz mógł otworzyć oczy. 

Ale nie będziesz mógł się poruszyć ani przemówić, jeśli ci nie każę, zaczynam: dziesięć, dziewięć, 
osiem, siedem, sześć, pięć, cztery – podniecony obserwował lekkie trzepotanie powiek Carla – trzy, 
dwa – oczy całkiem się otwarły – jeden, zero. – Luke odetchnął głęboko i uśmiechnął się na widok 
Karen,  śpiącej  spokojnie  obok  mego.  Był  na  paru  kursach  hipnozy  i  często  stosował  tę  metodę, 
kiedy  pacjenci  mieli  problemy  z  nadwagą  czy  z  paleniem.  Teraz  w  milczeniu  błogosławił  liczne 
godziny spędzone na przyswajaniu jej sobie. 

Pomysł zahipnotyzowania Carla bez jego wiedzy Luke zaczerpnął z pokazu, zapamiętanego 

ze studiów. Wtedy profesor celowo zahipnotyzował nie tylko swoje medium, lecz także prawie całe 
dwa  pierwsze  rzędy  słuchaczy.  Później  wykazał,  że  studenci,  „nieumyślnie”  zahipnotyzowani, 
poprzedniej nocy spali średnio o dwie i pół godziny krócej niż ci, którzy oparli się jego metodzie. 

Luke  starannie  dobierał  słów,  pamiętając,  ze  Carl  bardzo  dosłownie  zareaguje  na  każdy 

dany mu rozkaz. 

background image

 

69 

–  Carl  –  powiedział  –  po  całym  pokoju  rozpełzły  się  długie  pnącza  winorośli,  zielone 

pnącza z dużymi liśćmi. Widzisz je?  – Carl skinął głową. – Carl, winorośl oplotła się wokół nas 
wszystkich i utrudnia nam oddychanie. – Carl zaczął oddychać z wysiłkiem. – Musisz oswobodzić 
ręce i podejść tutaj, zanim pnącza całkiem cię skrępują. – Carl uwolnił ręce i podszedł do Luke’a. – 
Teraz  musisz  rozwiązać  pędy,  które  krępują  moje  ręce.  Dobrze,  Carl.  O  to  chodziło.  Teraz 
winorośle  schną,  a  ty  możesz  śmiało  położyć  się  na  kanapie.  Dobrze,  Carl.  Wyciągnij  się,  już. 
Zamknij oczy i powiedz mi, jak się nazywasz. 

– Carl Julian. 
– A gdzie mieszkasz, Carl? 
– W Lincoln. 
Luke  chciałby  zadać  więcej  pytań,  ale  nie  mógł  tracić  cennego  czasu  na  przesłuchiwanie 

płatnego mordercy. 

– Dobra, Carl – powiedział. – Chcę, żebyś spał głębokim snem, i tylko ja mogę cię obudzić. 

Następna osoba po mnie, która się do ciebie odezwie, będzie prawdziwym aniołem, ze skrzydłami i 
aureolą. Rozumiesz? 

Carl znów kiwnął głową. 
Z kolei Luke zwrócił się do Karen: 
– Słyszysz mnie, Karen? Dobrze. Rozwiążę pnącza, którymi masz skrępowane ręce i nogi. 

Chcę, żebyś potem wstała i poszła ze mną. 

Kiedy znaleźli się w kuchni, powiedział: 
– Teraz, Karen, pstryknę palcami. Zrobię to, a ty obudzisz się taka wypoczęta i świeża jak 

nigdy. 

Obudziła się natychmiast i stała, mrugając oczami, usiłując połapać się w sytuacji. 
– W pewnym sensie przez cały czas wiedziałam, co się dzieje – rzekła – ale po prostu nie 

mogłam w to uwierzyć. Jesteś fenomenalny! Jak wpadłeś na ten pomysł? 

– Porozmawiamy później – szepnął. – Teraz trzeba działać. Nie mam pojęcia, za ile czasu 

Steele wróci. Idź i upewnij się, że Theonie nic nie jest. Ja sprawdzę naszego przyjaciela w pokoju. I 
w  miarę  możności  nie  podchodź  do  okna.  Dwóch  pozostałych  zbirów  siedzi  chyba  w 
zaparkowanym od frontu samochodzie. 

Parę minut później Theona, z latarką w ręce, kuśtykała po schodach na strych, a oni dwoje 

następowali jej na pięty. Luke’owi strych wydał się typowy: wszędzie pudła, stare meble, połamane 
ramy  od obrazów i kurz. Kurz pokrywał  wszystko.  Znajdował się tam nawet  klasyczny manekin 
krawiecki  z  drutu  i  tkaniny,  od  lat  nieużywany,  więc  zardzewiały.  W  miejscach,  gdzie  spadzisty 
dach  stykał  się  ze  ścianą,  wysokość  wynosiła  niespełna  metr.  Pośrodku  jednak,  pod  szczytem 
dachu, Luke łatwo mógł się wyprostować. 

– Nie byłam tu od dość dawna – oględnie wyraziła to Theona, kiedy omijając przeszkody, 

kierowali się na środek strychu. Jedynym stałym źródłem światła była tu goła czterdziestowatowa 
żarówka, toteż zakamarki tonęły w mroku. 

– Tam, dziecko. – Theona wskazała na tylną ścianę. 
– Tak, Luke, to moje okno. 
Szybko podszedł do okna, oglądał je przez chwilę, po czym odwrócił się do kobiet, kręcąc 

głową  z  wyraźnym  rozczarowaniem.  Okrągłe  okno,  podobne  do  opisywanego  przez  Karen, 
znajdowało się w małym, głębokim na jakieś sześćdziesiąt centymetrów wykuszu. Pod nim i pod 
ścianami  biegła  solidna  obudowana  ława,  wysoka  na  dziewięćdziesiąt  centymetrów.  Luke  bez 
trudu wyobraził sobie małą Karen, która siedzi tu z podkulonymi nogami i obserwuje, co dzieje się 
na podwórkach w dole. Sama ława nie była niczym nakryta, a o ile się zorientował, nic innego na 
strychu nie mogło ich interesować. 

Zbierał się do wyjścia, lecz Karen złapała go za ramię. 

background image

 

70 

– Zaczekaj, Luke. Jeszcze minutę. Mam uczucie, że już nigdy tego miejsca nie zobaczę. – 

Podbiegła  do  okienka  i  skuliła  się  na  ławce.  W  milczeniu  siedziała  wciśnięta  we  wnękę  i 
wilgotnymi oczami wpatrywała się w bezchmurną kwietniową noc. 

– Właśnie tak siadywała tutaj  w dzieciństwie  – szepnęła  Luke’owi Theona.  – Wyrosła na 

piękną kobietę! 

Luke  potaknął,  z  wzrokiem  wciąż  wbitym  w  scenę  przy  oknie.  Nieruchomy  profil  Karen, 

rysujący  się  na  tle  lekko  rozjaśnionego  okna,  napełniał  go  takim  samym  ciepłem,  jakie  często 
odczuwał  na  widok  niektórych  ulubionych  obrazów  w  Bostońskim  Muzeum  Sztuki.  W  końcu  z 
wysiłkiem powrócił myślami do rzeczywistości i podszedł, aby podać Karen rękę. Kiedy to robił, 
prawą nogą kopnął w podstawę ławy. 

Zdążyli  już  zejść  z  paru  pierwszych  stopni,  kiedy  zaświtało  mu  w  głowie,  że  kopnięciu 

towarzyszył taki odgłos i uczucie, jakby noga uderzyła w coś masywnego, a nie pustego, jak można 
by oczekiwać. Pod wpływem impulsu zawrócił i pognał do ławy. Opukał ją z wierzchu i z boków, 
najpierw  mocno,  potem  stosując  techniki  perkusyjne,  jakimi  posługuje  się  lekarz,  aby  określić 
wielkość  organów,  takich  jak  serce  i  wątroba.  Rezonans  nigdzie  nie  był  charakterystyczny  dla 
czegoś wypełnionego powietrzem. 

Luke przerzucił kolejno zawartość stojących obok dwóch kartonów. Kobiety obserwowały 

go  zafascynowane  i  zdezorientowane.  Nagle  z  okrzykiem  „eureka”  wyciągnął  stary  drewniany 
tłuczek do mięsa i zaczął nim walić od spodu w wystający brzeg ławy. Po minucie deska uniosła 
się  do  góry.  Luke  drżącymi  rękami  sięgnął  w  głąb  schowka,  cofnął  się  i  ukląkł  na  zakurzonej 
podłodze. 

– W głowie mi się nie mieści, że tak mało brakowało, a bylibyśmy poszli  – powiedział. – 

Karen, to jest tutaj, tak jak mówiła twoja matka. 

Mały prostokątny  sejf w zagłębieniu  pod ławą okienną obetonowano ze wszystkich stron, 

tak że tylko drzwiczki pozostały odsłonięte. 

Karen oświetliła je latarką i wykrzyknęła: 
– Czy to nie szczyt wszystkiego! Po tylu przejściach wreszcie jesteśmy u celu, a Steele ma 

ten cholerny klucz. 

– Przyjrzyj się dokładnie – powiedziała Theona, stwierdziwszy coś, co już zobaczył Luke. – 

To sejf. Zobacz uchwyt i tarczę. Nie wejdzie tam żaden klucz na świecie. 

Karen  przez  chwilę  patrzyła  na  Luke’a,  po  czym  się  odwróciła.  Napięcie  i  podniecenie, 

które  przez  ostatnie  trzy  dni  rozpalały  ich  entuzjazm,  uleciały  jak  powietrze  z  przekłutej  dętki. 
Ruchem robota Luke wypróbował gruby stalowy uchwyt sejfu. Nic nie wskazywało na luz czy błąd 
konstrukcyjny. Od odpowiedzi na pytania, nadziei na przyszłość, nawet  szansy przeżycia dzieliło 
ich  kilka  centymetrów.  Centymetrów,  które  równie  dobrze  mogłyby  być  latami  świetlnymi.  W 
końcu Luke stwierdził: 

–  Niczego  teraz  nie  zrobimy.  Połóżmy  deskę  na  miejsce  i  spływajmy,  zanim  zjawi  się 

Złotowłosy.  Ukryjemy  się  gdzieś  na  tydzień,  dwa,  a  potem  spróbujemy  tu  wrócić.  Steele  może 
mieć klucz, ale nie ma gwarancji, że zdoła znaleźć to miejsce. 

– Pewnie – powiedziała ponuro. – Nie wierzysz w to bardziej niż ja. Luke, ten człowiek na 

dole ma broń. Użyjmy jej, może uda się wziąć Steele’a przez zaskoczenie. 

–  Daj  spokój,  Karen,  Steele  to  zawodowiec.  Poza  tym,  nawet  gdybyśmy  zdołali  go 

zaskoczyć,  mocno  powątpiewam,  czy  w  razie  konieczności  mógłbym  się  tą  bronią  posłużyć. 
Myślisz, że potrafiłabyś zastrzelić kogoś z bliska? 

–  Nie  wiem,  Luke,  ale  się  nie  boję.  O  cholera,  o  czym  ja  mówię?  Nie,  nie  wiem,  czy 

mogłabym kogoś zastrzelić. 

– No więc, moim zdaniem, lepiej nie ryzykować. Przynajmniej jeśli teraz się wymkniemy, 

na pewno jeszcze przez jakiś czas będziemy żywi i cali. 

– Zaczekaj,  Luke – poprosiła, kiedy zaczął wsuwać deskę na miejsce.  – Pomyślmy o tym 

jeszcze chwilę. Niezależnie od tego, co matka i Peter schowali w sejfie, do czego jest klucz? 

background image

 

71 

– Nie wiem.  Może inne  rzeczy są ukryte w biurowcu. Może tam jest  kombinacja cyfr  do 

sejfu.  Z  pewnością  zrobiono  go  na  zamówienie,  więc  w  grę  wchodzi  niemal  każda  kombinacja: 
data urodzin, numer telefonu, coś w tym rodzaju. Tak czy owak, skarbie, nadal mam seryjny numer 
klucza, więc niewykluczone, że moglibyśmy zamówić nowy u tego twojego ślusarza. Zaniesiemy 
numer do jego  warsztatu, jak tylko znajdziemy kryjówkę. Dopóki jesteśmy na wolności  i  razem, 
mamy szansę. Do diabła, zaszliśmy tak daleko, prawda? 

Karen nie odpowiedziała na te słowa otuchy, więc Luke przestał wbijać gwoździe i obrócił 

się do niej. 

– O co chodzi? – zapytał. – Co się stało? 
– Luke, słyszałeś to, co sam przed chwilą powiedziałeś? 
– Oczywiście, powiedziałem, że dopóki jesteśmy na wolności i razem... 
– Nie, nie. Chodzi mi o kombinację do sejfu. 
– Karen, nie wiem, co próbujesz... 
– Klucz, Luke, nie rozumiesz? Powiedziałeś, że mogli zrobić każdą kombinację do sejfu... 
– Mój Boże – wykrzyknął i zaczął szukać portfela. – To pasuje, prawda? Cholera, nie mogę 

znaleźć numeru. Czy dałem go tobie? Nie, zaczekaj, chyba na tym go zapisałem. Jest tutaj, Theono, 
poświeć  z  bliska.  Bliżej,  Theono.  Jeszcze  nie  mogę  go  odczytać.  Tak,  tutaj.  L–4–6–0–7–1–0–6. 
Karen, ile jest na tarczy numerów? 

Zdjęła wierzch ławy i uklękła, aby popatrzeć, a Theona oświetliła metalową tarczę. 
– Dziewięćdziesiąt pięć, nie, jest więcej nacięć, myślę, że dziewięćdziesiąt dziewięć. Luke 

ukląkł obok niej i przytknął kartkę do tarczy. 

– No, więc skąd zaczniemy? 
– Nie widzisz teraz, Luke? Numer wygląda nawet na kombinację – powiedziała podniecona. 

„L" mogłoby oznaczać, że zaczyna się obracać w lewo. 

Kilkakrotnie obrócił tarczę w lewo i popatrzył na Karen. 
– Chyba straciłem umiejętność logicznego myślenia. Co dalej? 
–  Może  to  tylko  pobożne  życzenie,  ale  załóżmy,  że  zera  się  nie  liczą,  służą  tylko  do 

oddzielania cyfr w kombinacji? 

Starannie  wykręcił  czterdzieści  sześć,  potem  cofnął  się  w  prawo  i  zatrzymał  na 

siedemdziesięciu  jeden.  Wreszcie  znów  pokręcił  w  lewo  i  zatrzymał  się  na  szóstce.  Popatrzył 
najpierw  na  Theonę,  potem  na  Karen  i  dopiero  wtedy  złapał  za  uchwyt.  Wszyscy  troje 
równocześnie  wstrzymali  dech,  kiedy  za  niego  pociągał,  i  razem  wypuścili  powietrze,  kiedy 
uchwyt nawet nie drgnął. Dla pewności jeszcze raz wykręcił liczby, możliwie najbardziej gładko – 
z takim samym rezultatem. 

–  Tyle,  jeśli  chodzi  o  ten  pomysł.  –  Luke  pokręcił  głową  rozczarowany.  –  Zaczyna 

brakować nam czasu. Nawet jeśli kombinacja zawiera się w numerze seryjnym, cyfry mogły zostać 
połączone na tysiące sposobów. Wymyślenie jej mogłoby nam zająć wiele godzin. 

–  Luke, proszę cię, jesteśmy tak blisko. Na pewno na właściwym  tropie. Przez cały czas, 

kiedy to się działo, ani razu nie zachowywałeś się jak tchórz. Teraz mówisz tak, jakbyś umierał ze 
strachu, a zachowujesz się, jakbyś myślami błądził o tysiące kilometrów stąd. O co chodzi? 

– Zwariowałaś? Ten szaleniec może wrócić lada moment. Myślisz, że zamierzam siedzieć w 

milczeniu, kiedy będzie kroił cię na kawałki? – Te ostatnie słowa wymówił zamierającym głosem. 
–  Czy  czasem  nie  widzisz  rzeczy  takimi,  jakie  są?  –  zapytał  z  czułością.  –  Boję  się.  I  to  po  raz 
pierwszy, jak powiedziałaś. Kocham cię. Może bardziej niż kogokolwiek przedtem. Po prostu nie 
mogę się skupić na niczym innym, wciąż myślę, że ktoś cię skrzywdzi. Zaprząta mnie wyłącznie 
to, żeby się stąd wydostać i być z tobą. 

Objęła jego szyję i przytuliła głowę do piersi. 
– Luke, ja też cię kocham.  I z każdą wspólnie spędzoną chwilą bardziej. Ale chcę czegoś 

więcej niż jeden dzień czy tydzień, nie chcę też stale oglądać się do tyłu. Nasza szansa na wspólne 
życie  znajduje  się  za  tymi  drzwiczkami.  I,  do  cholery,  dla  tej  szansy  jestem  gotowa  cierpieć, 

background image

 

72 

umrzeć, może nawet zabić. Teraz przestań się o mnie martwić i skup się na tym, jak otworzyć sejf. 
Schodzę na dół po broń tego mężczyzny. Theono, ty zostań tutaj i trzymaj latarkę. Zaraz wracam. 

Pocałowała go delikatnie i zbiegła po schodach. 
Kiedy  wróciła  po  dwóch  minutach,  klęczał  nieruchomo,  z  brodą  opartą  na  splecionych 

ramionach, i wpatrywał się w żeliwne drzwiczki. 

– Czy próbował wszystkiego? – zapytała Karen Theonę.  
Ta pokręciła głową. 
– Luke? 
– Zaczekaj, mała. Jestem prawie pewny, że... Jezu drogi, mam. – Uśmiechnął się do niej. – 

Miałaś rację. Te cyfry to kombinacja. 

– Więc dlaczego to nie działało? 
– Miałaś kiedyś w szkole szafkę z taką kombinacją? 
– Oczywiście, ale nadal nie... 
– To druga cyfra. Musimy minąć pierwszą, zanim się na niej zatrzymamy. 
Starannie wykręcił cyfry po raz kolejny, robiąc pełny obrót po czterdziestu sześciu, zanim 

zatrzymał się na siedemdziesięciu jeden. Wrócił na szóstkę, złapał za uchwyt i pociągnął. Zamek 
zaskoczył natychmiast, a Luke tym samym ruchem otworzył drzwiczki. 

Wrzasnęli, kiedy oświetlił latarką wnętrze sejfu. 
– To wygląda na jakąś książkę. Jest twoja, Karen, więc ty powinnaś pełnić honory domu. 
Wilgotnymi i bynajmniej nie pewnymi rękami sięgnęła do środka. Wyciągnęła dwie rzeczy: 

jakąś księgę w sztywnej oprawie i czarną skórzaną torbę, tak wypchaną wycinkami prasowymi, że 
się nie domykała. Karen prędko zaczęła wertować księgę. 

– Pełno w niej dat i liczb, spisanych w kolumnach – powiedziała – a u góry każdej strony są 

inicjały. Sądzisz, że mają coś wspólnego z haraczami czy czymś takim? 

– Nie wiem. Ale teraz nie pora się nad tym zastanawiać. Zjeżdżajmy stąd, dobra? 
– Tak! Ty weź te rzeczy. Ja biorę broń. 
– Strzelałaś kiedyś? 
– Nie, ale zapewniam cię, Luke, że jak przyjdzie co do czego, strzelę. 
Starannie  położył  deskę  na  poprzednie  miejsce,  wziął  księgę  i  torbę,  a  zanim  zaczął 

schodzić na dół, uścisnął obie kobiety. Już w kuchni zwrócił się do Theony. 

– Czy można się stąd wydostać tylnymi drzwiami? Kiwnęła głową. 
– Tak, jest tędy przejście na następną ulicę. Poczekajcie, aż zadzwonię. 
Na pamięć wykręciła numer. 
– Halo, Charlotte? Theona Settles. Czy Junior jest w domu? Dobrze. Chcę z nim mówić. I 

proszę, pośpiesz się, to bardzo ważne. Halo, Junior, tu Theona. Potrzebuję twojej pomocy. Dobrze, 
na to liczyłam. Mam tu dwoje przyjaciół, którym trzeba pomóc w szybkim wydostaniu się z naszej 
dzielnicy.  Myślisz,  że  mógłbyś  im  dać  samochód?  Dobrze.  Ona  ma  na  imię  Karen,  on  Luke.  Są 
biali, ale mimo to przyzwoici. Nie, przyślę ich do ciebie. I słuchaj, Junior, tym dzieciakom depczą 
po  piętach  paskudne  typy.  Uważaj.  No,  tak  czy  owak,  może  powinieneś  sprawdzić,  czy  Davy  i 
George albo jeszcze inni kręcą się w pobliżu. Nie chcesz mieć kłopotów? Spodziewam się. Dzięki 
za pomoc. Będą za chwilę. 

Odłożyła słuchawkę i zwróciła się do Karen i Luke’a: 
– Wszystko jest umówione. Junior Ellis podstawi wam samochód. Jego dom znajdziecie z 

łatwością. Nie chciałam, aby ktoś podjeżdżał tu wozem i zwracał na siebie uwagę. 

– Da nam swój samochód? – zapytał Luke zdumiony. 
–  Przecież  nie  powiedziałam  swój.  Powiedziałam  samochód.  Przez  ostatnich  dziesięć  lat 

Junior Ellis nie miał chyba jednego samochodu, który nie byłby trefny. Och, ale to dobry chłopak. 
Tylko  tak  strasznie  lubi  samochody.  A  teraz  słuchajcie  uważnie.  Przejdźcie  zaułkiem  po  lewej 
stronie  podwórka  na  następną  ulicę.  Dwie  przecznice  dalej  na  lewo  skręćcie  w  Fountain  Street. 

background image

 

73 

Dom  Juniora  jest  na  tej  ulicy,  o  jakieś  dwie  przecznice  od  skrzyżowania.  Nie  znam  numeru,  ale 
Junior powinien czekać na dworze. Zapamiętaliście te wskazówki? 

– Pewnie – powiedział Luke – ale idziesz z nami, prawda? Nie zostawimy cię tutaj. 
–  Nie,  dam  sobie  rade,  dziękuję.  Jak  tylko  się  oddalicie,  wezwę  policję  i  na  naszego 

przyjaciela będzie po jego powrocie czekał miły komitet powitalny. A teraz biegnijcie. 

– To nonsens, a co będzie, jak Steele wróci, zanim... 
Zdanie pozostało niedokończone. Wszyscy troje wydali stłumiony okrzyk i odwrócili się jak 

na komendę, kiedy na ganku rozległy się kroki. 

– Szybko, zwiewajcie. Mnie nic się nie stanie. – Theona jeszcze mówiła, kiedy otwarły się 

drzwi od frontu. Ucałowali ją szybko, po czym zbiegli po paru schodach do tylnych drzwi. 

Damian  Steele  fałszywie  nucił  pod  nosem,  zbliżając  się  zamaszyście  do  domu  numer 

dwadzieścia  dwa  na  Abbott  Street.  Wieczór  miał  bardzo  udany.  Coreya  i  dziewczynę  złapał 
nadspodziewanie łatwo, a Don Alberto, uradowany tą wiadomością, obiecał dorzucić dwadzieścia 
pięć tysięcy po zakończeniu pracy. W dodatku Brian okazał się absolutnie sensacyjny. 

Pozostawiwszy Carla na straży więźniów, Steele udał się prosto do swojego apartamentu w 

Plaza, gdzie przebrał się w czarny jedwabny szlafrok i odbył dwie rozmowy telefoniczne. Najpierw 
zadzwonił do Stonehill i z ust Don Alberta usłyszał wyrazy zadowolenia, że uwinął się tak szybko, 
jak  również  troski,  że  trzeba  do  rana  czekać  na  ślusarza.  Steele  powiedział  Carlowi,  że  idzie  do 
ślusarza,  nie  miał  jednak  zamiaru  zrobić  tego  wcześniej  niż  z  rana.  Potem  zadzwonił  do  pokoju 
1208  w  tym  samym  hotelu.  Czekał  tam  Brian  Mundt,  krajowej  sławy  adwokat,  którego  Steele 
poznał  przed  dwoma  laty  w  nowojorskim  barze.  Od  tej  pory  spędzali  razem  tyle  czasu,  na  ile 
Mundt mógł się wyrwać ze swojej firmy prawniczej i z domu, od żony i trójki dzieci. Steele’owi 
tego czasu było zawsze za mało. 

Mundt podniósł słuchawkę po trzecim sygnale, a na dźwięk jego głosu serce Steele’a zabiło 

szybciej. Już prawie dwa miesiące upłynęły od ich ostatniego spotkania i Steele’owi zbierało się na 
wymioty,  ilekroć  pomyślał,  że  musi  spać  w  jednym  pokoju  z  tym  głupim,  spotniałym  kogutem, 
Carlem Julianem, gdy tymczasem Brian jest zaledwie o dwa piętra niżej. 

Mundt  wszedł  do  apartamentu  Steele’a  bez  pukania.  W  ręku  miał  walizeczkę  z  olejkami, 

wibratorami  i  innymi  przyborami,  których  obaj  lubili  używać.  Teraz,  niewiele  po  czterdziestce, 
dawny  zapaśnik  z  Michigan  był  fizycznie  bardzo  zmieniony.  W  jego  żonie  te  zmiany  budziły 
odrazę,  Steele’a  natomiast  wprawiały  w  zachwyt.  Grupy  mięśni,  niegdyś  twarde  i  wyraźnie 
zarysowane,  zmiękły  i  zlały  się  ze  sobą,  a  w  pasie  do  poprzednich  siedemdziesięciu  dziewięciu 
centymetrów przybyło prawie piętnaście nowych. 

–  Myślałem,  że  już  nigdy  nie  zadzwonisz  –  powiedział  Mundt.  –  Jeszcze  jeden  dzień 

czekania w tym pokoju, a byłbym zwariował. 

–  Przepraszam,  Brian.  Dopiero  parę  minut  temu  udało  mi  się  odczepić  od  tego  nieroba 

Juliana. Zostawiłem go na straży przy doktorze i dziewczynie. Teraz mamy zaledwie godzinkę, ale 
jutro po południu powinienem mieć wszystko zapięte na ostatni guzik. 

– Wiesz, Damian, mogłem ostatnie dwa dni spędzić w Nowym Jorku i trochę popracować. 

Chryste, ale mnie urządziłeś. 

– Skąd mogłem wiedzieć, że Don Alberto każe mi niańczyć tego dupka, swojego syna. Hej, 

nie kłóćmy się teraz, kiedy mamy tylko godzinę. Dobra? 

Mundt  kiwnął  głową  i  zaczął  się  rozbierać.  Steele  zsunął  z  siebie  szlafrok,  podszedł  do 

kochanka, jedną ręką złapał go za mięsistą część brzucha, drugą silnie uderzył w twarz. Rozpoczął 
się  rytuał.  Zanim  skończyli,  Steele  zdążył  zadać  Mundtowi  ból  dosłownie  w  każdą  część  ciała  i 
obaj całkiem opadli z sił, lecz byli zadowoleni. 

Na  drogę  powrotną  na  Abbott  Street  Steele  wybrał  garnitur  jasnobrązowy,  jeden  z 

dziesięciu  wiszących  w  szafie,  i  jasnoniebieską  koszulę  pod  kolor.  Następnie  włożył  do  kieszeni 
pudełeczko z igłami, strzykawkami i kilkoma ampułkami pentatholu sodu, po raz ostatni spojrzał 
na śpiącego Mundta i zszedł na podziemny parking. 

background image

 

74 

Pentatholu  użył  z  górą  rok  wcześniej  i  cieszył  się,  że  będzie  miał  okazję  znowu  z  niego 

skorzystać.  Ostatnim  razem,  w  Paryżu,  zorganizował  porwanie  francuskiego  ministra  obrony  i 
zastosował ten środek, aby szczegółowo dowiedzieć się o związki seksualne i nadużycia finansowe 
kilku  wpływowych  członków  francuskiego  parlamentu  i  gabinetu.  Zgodnie  ze  strategią,  przyjętą 
przez  Steele’a  wiele  lat  wcześniej,  po  uzyskaniu  od  ministra  informacji,  dokonano  na  nim 
egzekucji. Od tej zasady nie będzie odstępstwa także w przypadku tych dwojga, pomyślał. 

Zaraz  po  wejściu  frontowymi  drzwiami  do  domu  Theony  Settles  wyczuł  kłopoty. 

Pozostawieni na ulicy ludzie nie zameldowali o jakichś niezwykłych hałasach czy ruchu, ale już w 
przedpokoju nabrał pewności, że w głębi domu słyszy kroki. Zanim dotarł do saloniku, spostrzegł 
walający  się  na  podłodze  kawałek  sznura.  Instynktownie  rozpiął  marynarkę,  odsłaniając  rękojeść 
wetkniętego za pas rewolweru. 

Trochę czasu zajęło mu uporządkowanie tego, co zobaczył. Carl Julian leżał na kanapie, z 

poduszką  wepchniętą  pod  głowę.  Ręce  i  nogi  miał  mocno  skrępowane,  lecz  na  twarzy  wyraz 
błogości.  Steele  popatrzył  na  niego  stropiony  i  zdegustowany.  Potem  w  drzwiach  do  kuchni 
spostrzegł obserwującą go Theonę. 

Nie powiedział do niej ani słowa, tylko obrócił się w stronę kanapy. 
– Carl, co się, u diabła, dzieje? Gdzie Corey i dziewczyna? 
Zbliżył  się  do  Carla  i  stanął  jak  wryty,  bo  usłyszał  charakterystyczny  odgłos  zamykania 

drzwi.  Okręcił  się  na  pięcie  i  dwoma  długimi  krokami  przemierzył  odległość  do  wąskiego 
korytarzyka przy kuchni. Przywarł do futryny, z bronią gotową do strzału. 

Atak nastąpił, lecz z nieoczekiwanej strony. 
Theona zaszła go od tyłu; kiedy tak się czaił, stęknęła z bólu i całym ciężarem zwaliła się na 

niego.  To  uderzenie  rzuciło  go  na  linoleum,  a  jej  cielsko  dosłownie  go  nakryło.  Potężnymi 
ramionami młóciła go po twarzy i klatce piersiowej. Z namysłem, bez zbędnych ruchów czy utraty 
energii,  puścił  rewolwer,  przesunął  ręce  wzdłuż  jej  boków  i  objął  ją  za  grabą  szyję.  Oba  kciuki 
położył  na  twardej  wypukłości  krtani,  którą  naciskał  z  coraz  większą  siłą.  W  niespełna  dziesięć 
sekund  Theona  przestała  go  okładać,  wkrótce  też  usłyszał  chrupnięcie  zgniecionej  krtani.  Po 
dalszych  dziesięciu  sekundach  ciało  napastniczki  zupełnie  zwiotczało.  Cienka  strużka  śliny 
wypłynęła  spod  jej  grubego,  sinego,  wywalonego  języka,  wilgoć  zalała  lewe  udo  Steele’a,  gdy 
nastąpił  niekontrolowany  skurcz  pęcherza.  Steele  brutalnie  i  z  niemałym  wysiłkiem  zepchnął  z 
siebie ciało, po czym skoczył do tylnych drzwi. 

Ta fatalna w skutkach napaść dała Luke’owi i Karen dziewięćdziesiąt sekund przewagi. 
Luke odczuwał coraz dokuczliwszy ból w lewym boku, ostrzejszy niż w nogach i plecach. 

Wciągał w płuca duże hausty powietrza i choć zmuszał się do zrobienia każdego kolejnego kroku, 
nie nadążał za Karen, która już czekała na niego na rogu ulic Briar i Fountain. 

– Chodź, skarbie – zawołała – to ta ulica. Jeszcze dwie przecznice i będziemy na miejscu. 

Dasz rade. 

Odcinek do przebiegnięcia był dość długi, a jemu wydawał się bez końca. Wydostali się z 

zaułka  na  środek  ulicy  i  zaczęli  biec.  Karen,  szybka  i  zwinna, momentalnie  wyprzedziła  Luke’a. 
Nogi  rozbolały  go  po  kilku  krokach,  a  po  pokonaniu  stu  metrów  niemal  ustał.  Ból  z  niedawno 
zszytej rany w prawym udzie rozchodził się w górę. Nawet będąc w dobrej formie, Luke nie biegał 
szybko,  teraz  zaś  posuwał  się  na  rozdygotanych  nogach  zaledwie  truchtem,  pod  pachą  ściskając 
księgę i skórzaną torbę. Poruszał się niezdarnie, głowę miał spuszczoną i tylko wtedy zdawał sobie 
sprawę,  że  podąża  do  przodu,  kiedy  przecinał  mętną  plamę  światła  pod  jedną  z  rzadkich  tutaj 
latarni. 

Kiedy  się  zbliżył  do  rogu,  skinął  głową  na  znak  uznania  dla  Karen,  która  stała  i 

obserwowała  go,  wsparta  pod  boki.  Z  odległości  zaledwie  kilku  kroków  zobaczył  nagły  wyraz 
przerażenia  na  jej  twarzy.  I  raptem  rozprysło  się  tylne  okienko  samochodu,  zaparkowanego  na 
prawo od niego. 

– Uważaj, Luke – wrzasnęła Karen, wskazując ulicę za jego plecami. 

background image

 

75 

Obrócił się i zobaczył sylwetkę Damiana Steele’a, przykucniętego w pozycji strzeleckiej o 

jakieś dziesięć latarni dalej. 

– Biegnij, Karen – sapnął. – Dam sobie radę. 
Odwróciła  się  i  pomknęła  Fountain  Street,  a  on  za  nią,  lecz  coraz  bardziej  pozostawał  w 

tyle,  bo  biegł  zygzakami,  aby  utrudnić  celowanie.  W  boku  rwało  go  nieznośnie,  głowa 
podskakiwała w sposób niekontrolowany. Nagle prawa noga zahaczyła o płytką dziurę w jezdni i 
runął  na  twarz.  Upuścił  zarówno  księgę,  jak  torbę,  a  siłę  uderzenia  zamortyzował  kolanami  i 
wyciągniętymi rękami. Zdarł z nich skórę, więc nowy ból przeszył mu ramiona i nogi. 

W  niemal  kompletnych  ciemnościach,  bardzo  niespokojny,  kręcił  się  dokoła  i  po  omacku 

szukał zgubionych przedmiotów. 

Przez  kilka  sekund  wydawało  się,  że  nie  znajdzie  żadnego.  Prawie  sparaliżowany  ze 

strachu, dotknął palcami, a następnie ścisnął w dłoni skórzaną torbę. Na czworakach, nie zważając 
na pieczenie obtartych dłoni i kolan, próbował szukać księgi, kiedy dostrzegł Steele’a, oddalonego 
już  tylko  o  sześć  latarni  i  szybko  posuwającego  się  naprzód.  Poderwał  się  niezdarnie  i  pobiegł 
chwiejnym  krokiem.  Wpatrywał  się  w  mrok  przed  sobą,  nie  mógł  jednak  dojrzeć  Karen.  Coraz 
dotkliwszy ból  w nogach, boku, rękach i  kolanach sprawiał,  że każdy krok wymagał  ogromnego 
wysiłku. Chwilami Luke był pewny, że słyszy tupot ścigającego go mężczyzny. Kiedy zmuszał się 
do  zrobienia  kroku,  głowa  mu  opadała,  po  czym  znów  podskakiwała.  Wyraźnie  zwolnił  tempo  i 
oblał się zimnym potem na myśl, że Steele dopadnie go już za parę minut. 

W  rzeczywistości  Steele  nie  potrzebowałby  na  to  nawet  minuty,  gdyby  nie  zatrzymał  się 

tam, gdzie upadł Luke. Pościg podjął, mocno ściskając księgę pod prawą pachą. Został dwadzieścia 
kilka kroków w tyle, lecz nie wątpił, że bardzo prędko je nadrobi. 

Luke  zbliżał  się  do  kresu  wytrzymałości.  W  biegu  całkiem  stracił  rytm,  wymachiwał 

ramionami  i  nogami,  w  ogóle  nad  nimi  nie  panując.  Jego  rezygnację  pogłębiała  niemożność 
wypatrzenia Karen. 

Nagle do reszty zabrakło mu tchu na skutek uderzenia głową jakby w mur, który okazał się 

rosłym  czarnym  mężczyzną,  stojącym  pośrodku  drogi.  W  czarnych  spodniach  i  czarnej  kurtce 
mężczyzna  byłby  niewidoczny,  gdyby  nie  białka  jego  szeroko  otwartych  oczu.  Wzrostu  miał  co 
najmniej metr dziewięćdziesiąt, ważył sto kilkadziesiąt kilo, a wyglądał tym bardziej imponująco, 
że w prawej ręce trzymał rewolwer z krótką lufą. Na niego zderzenie tak podziałało, jakby Luke 
był  piórkiem, niesionym przez wiatr.  Luke natomiast  chrząknął,  kiedy uszło  z niego powietrze, i 
runął na ulicę. Mężczyzna wyciągnął rękę i bez wysiłku poderwał go na nogi. 

– Spokojnie, synu – szepnął gromkim głosem, bo zapewne nie umiał szeptać. – Wszystko 

będzie dobrze. Teraz możesz już nie biec. Twoja dziewczyna jest z przodu z Juniorem. Podejdź do 
niej. My się zajmiemy tym facetem, który cię goni. 

Mówiąc to, wskazał Luke’owi lśniącego srebrnego lincolna za swoimi plecami i żylastego 

Murzyna,  który  stał  niedbale  przy  drzwiczkach  po  stronie  kierowcy.  Kiedy  Luke  mijał  rosłego 
młodzieńca, kącikiem oka zauważył jakiś ruch: to jeszcze sześciu czy ośmiu mężczyzn wyłoniło się 
z cienia i stanęło obok olbrzyma. 

Steele dotarł do ludzkiej barykady niemal w tej samej chwili, w której Luke znalazł się przy 

samochodzie.  Steele,  z  rewolwerem  gotowym  do  strzału,  szybko  ocenił  sytuację,  zdjął  palec  ze 
spustu  i  wetknął  broń  za  pas.  Nie  mniej  niż  czterech  mężczyzn,  oddalonych  od  niego  o  pięć 
kroków, trzymało  broń, a on wiedział, że potrafią jej użyć. Niepostrzeżenie opuścił wzdłuż boku 
rękę,  zaciśniętą  na  księdze,  i  patrzył,  jak  Luke  siada  za  kierownicą  lincolna.  Zanim  jeden  z 
mężczyzn odezwał się do niego, zdążył zapamiętać numer rejestracyjny. 

– Takie odłożenie broni było sprytnym posunięciem, panie? 
– Davis, Bili Davis. 
– Mam nadzieję, że Mama Settles dobrze się czuje. Nie zrobił jej pan krzywdy, prawda? 

background image

 

76 

–  Czuje  się  doskonale  –  skłamał  Steele,  wciąż  desperacko  poszukując  jakiegoś  słabego 

punktu,  który  mógłby  wykorzystać.  Nie  znalazł  żadnego.  Na  pewno  trafiłby  trzech  czy  czterech, 
zanim choć jeden złożyłby się do strzału, ale gra nie była warta świeczki, odkąd miał księgę. 

Jak gdyby czytając w jego myślach, czarny olbrzym rzucił ostrzegawczo: 
– Nie wiem, jakie sztuczki pan planuje, ale dobrze radzę wybić je sobie z głowy. 
– Posłuchajcie, chłopcy – powiedział Steele, siląc się na swobodę. – Do was nic nie mam. 

To  ten  facet  w  samochodzie  ukradł  mi  forsę  i  ważne  papiery  i  już  któryś  miesiąc  próbuje  mnie 
szantażować. Nie chcę sobie napytać biedy, ale zależy mi na tych papierach i daniu mu nauczki. 
Muszę go dopaść i odebrać mu papiery. Jest to dla mnie warte, powiedzmy, pięć tysięcy dolców. 
Przepuśćcie mnie, a będziecie mogli podzielić się pieniędzmi, jak uznacie za stosowne. 

Ogromny mężczyzna przez minutę taksował go wzrokiem od stóp do głowy. Potem wolno 

opuścił rewolwer. Steele poczuł przypływ podniecenia na myśl, jak łatwe okazało się przekupienie 
tych typów. 

– Już – powiedział, sięgając do tylnej kieszeni. – Jak tylko pozwolicie mi wyciągnąć portfel, 

zaraz dostaniecie pierwszą ratę. 

–  Nie  tak  szybko,  przyjacielu  –  powstrzymał  go  głos  rosłego  mężczyzny.  –  Nie  ma  tu 

człowieka,  od  którego  coś  by  się  Mamie  Settles  nie  należało.  Masz  szczęście,  bo  nie  kazała  cię 
załatwić, prosiła tylko, żebyśmy ci nie dali zbliżyć się do Karen i jej chłopaka. Więc stój grzecznie, 
cicho  i  spokojnie.  Po  ich  odjeździe  może  pozwolimy,  żebyś  niepodziurawiony  wrócił  tam,  skąd 
przyszedłeś. 

Steele  stał  z  uczuciem  absolutnego  zawodu,  gdy  ożywał  silnik  lincolna  i  samochód  z 

dwójką  pasażerów  wolno  odjeżdżał  ulicą.  Nie  dało  się  zrobić  nic  więcej,  jak  tylko  zapamiętać 
numer rejestracyjny. 

Dopiero  kiedy  wóz  skręcił  za  następnym  rogiem  i  zniknął  im  z  oczu,  czarny  mężczyzna 

odezwał się ponownie: 

–  No,  panie  Davis,  teraz  pańska  kolej.  Jeśli  pan  delikatnie  położy  mi  na  dłoni  dziesięć 

banknotów  studolarowych,  pozwolimy  panu  zawrócić  i  pójść  tam,  skąd  pan  przyszedł.  –  Steele 
usłuchał i już się odwracał, gdy doleciało do niego ostatnie ostrzeżenie: 

– I, panie Davis, puszczamy pana wolno, bo nie mamy powodu pana zabić... na razie. Ale 

jeśli stwierdzimy, że zrobił pan Mamie Settles jakąś krzywdę, będzie pan żył tylko dopóty, dopóki 
pana nie znajdziemy. A teraz niech pan zjeżdża. Wstąpimy do Mamy za chwilę, wiec zdąży pan 
opatrzyć jej siniaki, jeśli jest potłuczona. 

W  niespełna  godzinę  później  Steele  podjeżdżał  żwirowaną  drogą  do  Stonehill.  Księga 

spoczywała  obok  niego,  Carl  Julian  zaś  leżał  wyciągnięty  na  tylnym  siedzeniu.  Kilka  uderzeń 
dłonią w twarz częściowo go rozbudziło, nadal jednak mrugał oczami i kręcił głową, jakby chciał 
odzyskać jasność umysłu. Jego mętne i chaotyczne odpowiedzi na pytania Steele’a wskazywały, że 
prawie na pewno dostał środki odurzające. 

Albert Julian znacznie więcej uwagi poświęcił księdze niż synowi, którego kazał zanieść do 

sypialni  i  trzymać  pod  strażą.  Oglądał  karty  książki,  podczas  gdy  Steele  relacjonował  przebieg 
wieczornych  wydarzeń,  kłamliwie  podając  miejsce  swego  pobytu  w  tym  czasie,  kiedy  uśpiono 
Carla. 

–  Więc  po  rozstaniu  z  tym  zespołem  rewiowym  czarnuchów  zabrałem  pańskiego  syna  i 

przyjechałem prosto tutaj. 

– Czy dokładnie rozejrzałeś się w miejscu, gdzie upadł Corey? – warknął staruch. Jego głos 

bynajmniej nie zdradzał zadowolenia z powodu odzyskanej księgi. 

– Właściwie nie – bąknął Steele, nieco zmieszany. – Już miałem książkę. Proszę posłuchać, 

niepotrzebnie martwi się pan Coreyem. Jeśli chodzi o ścisłość, jest w jeszcze gorszej sytuacji niż 
poprzednio.  Nie  żyje  kolejna  kobieta,  a  odciski  jego  palców  muszą  być  w  całym  domu.  Mam 
numer rejestracyjny samochodu, którym odjechali, i już podałem go przez telefon naszym patrolom 

background image

 

77 

i Corriganowi w komisariacie. I niech się pan nie martwi, Don Alberto, nie oczekuję zapłaty przed 
wykonaniem pracy. 

Julian nie odpowiedział, dopóki  nie przejrzał  ostatniego zapisu  w księdze. Dopiero wtedy 

popatrzył na Steele’a i pokręcił głową z wyraźnym rozczarowaniem. 

– Musisz tam wrócić, Damianie – powiedział. – Wrócić na miejsce, gdzie to znalazłeś. 
– O czym pan mówi? Co jeszcze tam jest? 
– Przez wszystkie lata mojego życia, Damianie, nigdy nie prosiłem nikogo o wybaczenie, z 

jednym tylko wyjątkiem, Matki Najświętszej, ale teraz proszę ciebie. 

Steele  w  milczeniu  obserwował  wyraźne  zakłopotanie  człowieka,  zdaniem  wielu 

najpotężniejszego na świecie. W ciągu ostatnich minut czuł szalenie przykry zapach, a teraz nagle 
zdał  sobie  sprawę,  że  wydziela  go  nogawka  spodni,  zmoczona  na  skutek  śmiertelnego  skurczu 
pęcherza czarnej kobiety. Wstrząsnął się mimo woli i skrzywił ze wstrętem. 

Wyraz jego twarzy został dostrzeżony. Julian popatrzył na niego z lekkim zdziwieniem. 
– Poczułeś się dotknięty, że proszę cię o wybaczenie? – zapytał. 
– Nie, nie, Don Alberto. Zrobiło mi się jakoś nieswojo. Proszę, niech pan mówi dalej. Co 

jeszcze jest do znalezienia? 

– Ludzie z tej księgi na ogół już nie żyją i w żadnym wypadku nie stanowią dla Organizacji 

zagrożenia. Byłem pewny, że jeśli ją odzyskasz, odzyskasz też komplet dokumentów, schowanych 
przez Petera Ferlazzo. Muszę mieć akurat te dokumenty, nie księgę. Gdyby trafiły w niepożądane 
ręce, oznaczałoby to koniec wszystkiego, nad czym tyle lat pracowaliśmy. 

– Ale dlaczego nie powiedział mi pan od razu? 
–  Proszę,  abyś  mi  wybaczył,  bo  zrobiłem  głupstwo.  Dobrze  jednak,  że  nie  mówiłem  o 

dokumentach Carlowi,  bo nie najlepiej się dziś  spisał. Po prostu  sądziłem, że im mniej  jest osób 
wtajemniczonych, tym lepiej. 

Steele w milczeniu  przeżuwał  tę nową informację. Dokumenty, niezależnie od tego jakie, 

dla  Alberta  Juliana  znaczyły  tyle,  że  przez  prawie  dwa  dziesięciolecia  płacił  za  milczenie,  nie 
mówiąc już o tym, że polecił zabić co najmniej cztery osoby. Steele uznał, iż woli nadal nic o nich 
nie wiedzieć. 

– Nie musi pan za nic przepraszać – powiedział w końcu. 
– Doktor Corey prawie na pewno nie miał takich dokumentów w chwili, gdy padał, wrócę 

tam  jednak  i  jeszcze  raz  się  rozejrzę.  Jeśli  wolno  mi  o  coś  prosić,  to  żeby  pan  dalej  strzegł 
tajemnicy  tych  papierów.  Chciałbym  wiedzieć,  co  w  nich  jest,  tylko  pod  warunkiem,  że  w  pana 
przekonaniu ma to istotne znaczenie dla mojej pracy. 

– Doskonale, Damianie. Chwilowo ja jeden będę znał sekret. Musisz jednak wiedzieć, jak 

bardzo  ważne  jest  możliwie  najszybsze  odnalezienie  dokumentów,  lekarza  i  dziewczyny.  Znowu 
dzwonili  z  Chicago.  Dali  nam  dodatkowe  dwa  dni  na  odzyskanie  papierów,  zanim  przyślą  tu 
swoich  ludzi,  aby  się  tym  zajęli.  W  żaden  sposób  nie  zdołam  ich  powstrzymać,  gdy  przyjadą,  a 
wielu czeka na taki właśnie dowód słabości i bałaganu i szykuje się do przejęcia naszych tutejszych 
operacji. 

– Znajdziemy dokumenty i tych dwoje – powiedział Steele z przekonaniem. Nagle wychylił 

się do przodu, kiwając głową i wyłamując palce, co u niego było niezwykłą oznaką ożywienia. 

– Klucz, Don Alberto, o mało nie zapomniałem o kluczu. – Wyciągnął go z kieszeni i podał 

starszemu mężczyźnie. 

Julian przez kilka chwil w zadumie dotykał klucza, po czym zacisnął go w garści i zamknął 

oczy, jakby próbując wyczuć jego znaczenie. 

– Popraw mnie, Damianie, jeśli się mylę. Twoim zdaniem Corey nie miał księgi, kiedy go 

wiązałeś i odbierałeś mu klucz. 

– Zgadza się. 
–  Potem  jakoś  wydostał  księgę  od  kobiety,  a  do  tego  klucz  nie  był  mu  potrzebny.  Może 

masz rację, przyjacielu. Może stary Peter gdzieś indziej schował papiery, których szukamy. Zostaw 

background image

 

78 

mi klucz, weź dwóch moich ludzi  i  wracaj  tam,  gdzie lekarz upuścił księgę. Ja skontaktuję się z 
naszymi ludźmi w policji i każę dokładnie przeszukać dom starej kobiety. Jutro będziemy wiedzieć 
z całą pewnością, do czego pasuje klucz. 

Tymczasem chcę, aby odnaleziono Coreya. Masz moje środki do dyspozycji. 
– Dziękuję, Don Alberto. To nie powinno potrwać długo. 
Steele  wstał  i  uległ  chwilowej  panice,  kiedy  nogawka  spodni  przylgnęła  mu  do  uda. 

Starannie maskując wstręt, odciągnął wilgotny materiał od skóry i poprzysiągł, że zatrzyma się w 
hotelu  i  najpierw  weźmie  prysznic.  A  po  zakończeniu  całej  sprawy,  pomyślał,  Carl  Julian  drogo 
zapłaci za to, że naraził mnie na takie obrzydlistwo. Zapłaci bardzo drogo. 

background image

 

79 

CZĘŚĆ IV 
 

Luke,  siedź  spokojnie  i  daj  mi  założyć  bandaż.  Słyszałam,  że  lekarze  są  najgorszymi 

pacjentami na świecie, ale do tej pory nie wiedziałam, co to znaczy. 

Górna  lampka  w  lincolnie  stanowiła  minimalne,  lecz  wystarczające  oświetlenie  i  Karen 

starannie  owinęła  mu  prawą  rękę  gazą.  Za  oknem  gałęzie  dębów  kołysały  się  niesamowicie  w 
podmuchach  porannego  wiatru  i  rytmicznie  ocierały  się  o  dach  i  szyby.  Samochód  stał 
zaparkowany przy końcu drogi gruntowej w rezerwacie Blue Hills, na południe od miasta. 

Zaledwie zdolny utrzymać kierownicę, Luke usiadł na miejscu pasażera i, osunąwszy się na 

drzwiczki, drzemał przez godzinę, zanim Karen znalazła otwartą aptekę. Ból wywołany obtarciem 
dłoni i kolan i pulsowaniem w plecach bynajmniej nie dał się porównać z cierpieniem i rozpaczą po 
stracie księgi. 

Karen,  zapewne  z  uwagi  na  jego  stan,  nie  zadawała  żadnych  pytań,  kiedy  wyznał  jej 

prawdę. Jechali w całkowitym milczeniu, dopóki nie skręcili na ten wąski trakt. 

– Cholera, ależ piecze – stękał Luke podczas przemywania zadrapań mertiolatem. 
–  Gadasz  głupstwa  –  skarciła  go  Karen.  –  Farmaceutka  powiedziała,  że  wcale  nie  będzie 

bolało. Teraz uspokój się i bądź grzeczny, a ja opatrzę ci drugą rękę. Jak się z tego wykaraskamy, 
każę  ci  dla  odzyskania  formy  biegać  po  plaży.  Kiedy  wypełnisz  przygotowany  przeze  mnie 
program treningowy, nie dogoni cię żaden rewolwerowiec na świecie. 

– Nie wykaraskamy się z tego, Karen – wymamrotał markotnie. – Jezu, ależ naknociłem. 
– Nie mów tak, Luke – zażądała aż nazbyt spokojnie. – Jesteśmy razem, mamy samochód i 

kryjówkę  w  lesie.  Zważywszy  na  to,  gdzie  byliśmy  przez  parę  ostatnich  dni,  moim  zdaniem  jest 
nieźle. Zresztą nadal mamy torbę z wycinkami prasowymi. Może dzięki nim zorientujemy się, co 
takiego ważnego było w księdze. 

– Posłuchaj – warknął – możesz przynajmniej być ze mną szczera. Z mojej winy mamy od 

zera  do  paru  szans  na  przeżycie,  a  ty  siedzisz  tu  i  traktujesz  mnie  z  góry,  jak  niegrzecznego 
chłopczyka. Możesz przynajmniej... 

–  Przestań  i  zamknij  się,  doktorze  Mądralo.  –  W  jej  głosie  dźwięczała  stanowczość  i 

tłumiona histeria, których Luke nigdy w nim nie słyszał. – Jakim prawem udzielasz mi pouczeń na 
temat  naszych  wzajemnych  stosunków?  Nie  licząc  pacjentek,  ostatnią  kobietą,  z  którą  ty  się 
dogadywałeś,  była  pewnie  twoja  matka,  a  i  z  nią  chyba  nie  za  dobrze  ci  wychodziło.  Do  diabła, 
Luke, nie będę tu siedzieć, mazgaić się, mówić, że mam stracha, że tak bardzo cię kocham i tak na 
tobie  polegam;  i  tak  bardzo  się  boję  ciebie  stracić.  Tyle  powinieneś  już  wiedzieć.  Zamiast 
wprawiać mnie w przygnębienie, powinieneś szukać wyjścia z sytuacji...  – Urwała równie nagle, 
jak zaczęła, i ujęła jego twarz w dłonie. Łzy napłynęły jej do oczu, dolna warga drżała w sposób 
niekontrolowany. – Przepraszam, Luke, że tak na ciebie naskoczyłam – załkała. – Ale przecież... 

– Taak, rzeczywiście na mnie naskoczyłaś – odparł z wyraźną irytacją. – Nie rozumiem cię, 

Karen, naprawdę nie rozumiem. Czegoś tam musi ci brakować. Oto jesteśmy na pontonie, tysiące 
kilometrów  od  lądu,  i  przebijamy  gumę.  A  ty,  zamiast  być  przygnębiona,  zaczynasz  liczyć,  że  z 
wody wynurzy się ryba ze sprzętem do łatania tratw w pysku. Co się z tobą dzieje? 

Przez  kilka  minut  patrzyła  na  niego  bez  słowa.  Wreszcie  odezwała  się  głosem  ani 

zagniewanym, ani defensywnym. Raczej zrezygnowanym. 

–  Wiesz,  czym  jest  choroba  Guilliana-Barrego,  prawda,  Luke?  –  Potaknął,  trochę  zbity  z 

tropu nagłą zmianą jej nastroju. – No więc w wieku szesnastu lat zachorowałam na to... – podjęła – 
na  postępujący  paraliż.  Najpierw  osłabły  mi  nogi  i  zaczęłam  źle  chodzić.  Później  nie  mogłam 
ruszyć  niczym  od  szyi  w  dół.  Oddychanie  wymagało  straszliwego  wysiłku.  Lekarze  mówili,  że 
muszę być podłączona do żelaznego płuca. Mówili, że gdy z czasem infekcja ustąpi, mam szansę 
wyzdrowieć. 

background image

 

80 

Dziewięć  miesięcy  przeleżałam  w  tym  żelaznym  płucu,  Luke,  widząc  matkę  i  moich 

przyjaciół  w  lusterku,  zawieszonym  tuz  nad  twarzą.  Przez  dziewięć  miesięcy  karmiono  mnie 
łyżeczką i  myto  gąbką.  Przez dziewięć miesięcy nigdy nie spałam  dłużej niż dwie, trzy  godziny. 
Przez dziewięć miesięcy często odliczałam czas w minutach. 

Prawie  całymi  dniami  tylko  tak  leżałam,  wpatrzona  w  mój  maleńki  świat,  odbity  w  tym 

małym okrągłym lusterku. Najpierw chciałam umrzeć. Chciałam odebrać sobie życie. Nie mogłam 
nawet na tyle się poruszyć, aby to zrobić! 

Potem zaczęłam się skupiać na odzyskiwaniu zdrowia. Uznałam, że jeśli mam w życiu tylko 

tę szansę, wydobrzeję i w pełni ją wykorzystam. Zrozumiałam, Luke, że nikt i nic nie może być tak 
straszne  jak  to,  co  przeżywam,  i  obiecałam  sobie,  że  jeśli  się  wyliżę,  każdą  chwilę  życia  będę 
traktować jak ostatnią. Koniec z głębokimi depresjami. Koniec z litowaniem się nad sobą. Koniec z 
biadoleniem. 

I wtedy nastąpiła poprawa. Najpierw ramiona i oddech, później nogi. Miesiące fizjoterapii; 

miesiące zastanawiania się, czy będę kiedyś  chodzić. Ale zaczęłam,  Luke.  Zaczęłam  chodzić, bo 
chciałam. 

Przez  cały  ten  czas  dużo  myślałam  o  tym,  z  jakim  mężczyzną  gotowa  byłabym  spędzić 

resztę  życia.  Ty  masz  niemal  wszystko  to,  co  spodziewałam  się  znaleźć  u  swego  partnera. 
Wszystko z wyjątkiem akceptacji i czerpania podniety z życia dniem dzisiejszym. Tu widzę pewne 
braki.  Dostrzegam  w  tym  trudność,  lecz  do  przezwyciężenia.  No,  chciałeś  poznać  przyczyny 
mojego pozytywnego nastawienia do każdej kwestii. Mogę powiedzieć tylko, że... 

– Dość, Karen – przerwał – nie mów nic więcej. Nie trzeba. Jak zwykle trafiłaś w sedno. 

Wiele lat temu przestałem wierzyć, że spotka mnie jeszcze coś dobrego. Liczyłem tylko na to, że 
będzie w mym życiu mnóstwo ludzi wdzięcznych za wyleczenie i umożliwienie im tego, na co ja 
nigdy nie miałem czasu. 

– Albo czego bałeś się spróbować – wtrąciła. 
–  W  pewnym  sensie.  A  właśnie  kiedy  znajduję  coś,  co  według  mnie  może  uzasadniać 

robienie pewnych rzeczy, być powodem, dla którego się istnieje, ludzie próbują mi to odebrać. Po 
prostu nie wiem, jak długo jeszcze wytrzymam. 

–  Luk,e  kiedy  wreszcie  zrozumiesz,  że  nie  musisz  walczyć  sam?  Nigdy  już  nie  będziesz 

musiał walczyć sam. Czy to nic dla ciebie nie znaczy? 

– Może zacznie znaczyć, kiedy uwierzę, że to prawda. Przepraszam, Karen. Z całego serca. 

Nie stawiaj na mnie krzyżyka. Przynajmniej na razie. W dalszym ciągu podtrzymuj mnie na duchu, 
a  ja  zrobię,  co  w  mojej  mocy,  abyśmy  znaleźli  dla  nas  miejsce  trochę  bezpieczniejsze  i  bardziej 
przytulne  niż  skradziony  samochód,  zaparkowany  na  końcu  jakiejś  pustej  bocznej  drogi.  A  teraz 
przejrzymy te wycinki. 

Sięgnął  po  torbę,  leżącą  na  podłodze.  Kiedy  to  robił,  Karen  zgasiła  lampkę  nad  ich 

głowami.  Pocałowali  się  i  siedzieli  po  ciemku,  objęci  ramionami.  Oddychali  coraz  wolniej,  aż 
wreszcie usnęli. 

Luke  obudził  się  po  paru  godzinach,  gdy  promienie  porannego  słońca  wlewały  się  już 

między drzewami i odbijały od pomalowanej na zamówienie srebrnej maski lincolna. 

Przez dziesięć bolesnych minut zmieniał pozycję. Z rękami i kolanami jakoś sobie poradził, 

ale  wszystkie  inne  grupy  mięśni  gniewnie  protestowały  przeciwko  jakiemukolwiek  ruchowi.  W 
lusterku zobaczył, że oprócz żółknących i zieleniejących siniaków na czole ma jeszcze zadrapanie 
na  czubku  nosa.  Patrząc  tak  na  siebie,  pomyślał  o  wywiadach  telewizyjnych  z  zawodowymi 
pięściarzami,  którzy  przegrali  walki,  bo  natrafili  na  znacznie  lepszych  przeciwników  niż  oni. 
Bandaże  z  gazy,  porządnie  założone  na  obie  ręce,  nie  osłabiały  wrażenia  porażki.  Przez  krótką 
chwilę chichotał, bo wyobraził sobie, jak zareagowałby jego bardzo poprawny partner, doktor Ken, 
gdyby  zobaczył  go  w  takim  stanie,  nie  mówiąc  już  o  wybitnym  uczonym,  doktorze  Lewisie  T. 
Coreyu. 

background image

 

81 

Dopiero w tym momencie zdał sobie sprawę, że drzwiczki po stronie kierowcy są uchylone, 

a  Karen  i  torby  z  wycinkami  nie  ma  w  polu  widzenia.  Ostrożnie  wydostał  się  przez  drugie 
drzwiczki  i  powłócząc  prawą  nogą,  pokuśtykał  przed  siebie.  Poranne  niebo  było  jasne,  lecz 
upstrzone gęstymi, szarawymi chmurami. Z zachodu dął dość rześki wiaterek, a między drzewami 
majaczył  gruby  zwał  jeszcze  bardziej złowrogich  chmur.  Za  dwie,  trzy  godziny  zerwie  się  burza, 
pomyślał Luke. Co to, u licha, za dzień? 

 
Albert  Julian  ramieniem  przyciskał  słuchawkę  do  ucha.  Siedział  z  twarzą  pozbawioną 

wyrazu, ale nawet przygodny znajomy nie miałby wątpliwości, że jest w stanie silnego wzburzenia 
i zaniepokojenia. Poranne światło sączyło się do jego gabinetu przez częściowo zaciągnięte story. 
Czasami z błyskiem odbijało od kostki lodu w szerokiej szklance burbona, którą trzymał w lewej 
ręce, zataczającej rytmiczne kręgi. 

Przez telefon więcej do powiedzenia miał niewątpliwie jego rozmówca. Julian odzywał się 

na  ogół  monosylabami  i  potakiwał.  Podczas  gdy  słuchał,  odruchowo  kreślił  geometryczne 
gryzmoły w górnej części żółtego arkusza papieru, od czasu do czasu zaś przerywał rysowanie, aby 
dopisać coś na coraz dłuższej liście u dołu stronicy. 

Była  środa  27  kwietnia,  za  kilka  minut  dziesiąta.  Don  Alberto  Juliano,  obecnie  Albert 

Julian, po raz ostatni spożywał  alkohol w godzinach porannych przed dziewięcioma laty, w dniu 
śmierci swojej żony. 

– Słusznie, padrone – mówił, panując nad rytmem i brzmieniem głosu. – W moim odczuciu 

nie trzeba zmieniać terminarza La Tartarugi... 

– Oczywiście, padrone, jaką jeszcze mogę dać gwarancję prócz mego życia... 
– Ale dlaczego?... 
– Zapewniam, że podano mu środki odurzające. Nic nie wie o La Tartarudze... 
– Ale to mój syn!... 
– Tak, padrone... 
– Steele też?... 
– Tak, padrone... 
– Daję słowo. Carl zostanie usunięty jeszcze dziś, a Steele zaraz po odzyskaniu materiału. 

Jak  mówiłem,  nie  sądzę,  aby  lekarz  i  dziewczyna  mieli  papiery.  Są  nadal  tam,  gdzie  schował  je 
Peter. Mamy klucz. Teraz nie powinno to już trwać długo. 

– Tak, mój padrone. Dzień La Tartarugi jest bliski. Nikt z nas nie sprawi ci zawodu. 
Albert Julian starannie odłożył  słuchawkę i  dłuższą chwilę siedział nieruchomo,  martwym 

wzrokiem wpatrzony w wysokie, wąskie okna po drugiej strome gabinetu. Wreszcie niczym robot 
odstawił  szklankę, położył  blok  na pobliskim stole i  podszedł do okien. Niski, szary zwał  chmur 
zakrył słońce i zdawał się dość szybko przesuwać na północny wschód. 

– II giorno per morte – wymamrotał Julian. – Dzień do umierania. Carlo, mój synu, koniec z 

tobą. Sam jesteś sobie winien. Nie mogę ci już pomóc. Nikt już nie może ci pomóc. 

Z  wilgotnymi,  błyszczącymi  oczami  poczłapał  jak  automat  do  dużego  intarsjowanego 

biurka z orzecha włoskiego i mahoniu. W tylnym prawym rogu biurka znajdował się długi, wąski 
telefon głośnikowy w drewnianej obudowie, a pod nim rząd małych dźwigienek. Julian sięgnął do 
jednej  z  nich,  ale  się  zatrzymał,  jakby  niezdolny  dalej  wyciągnąć  ręki.  Ciszę  gabinetu  zakłócało 
tylko stłumione tykanie wahadła w dużym, bogato rzeźbionym zegarze szafkowym w południowo-
wschodnim kącie pokoju. 

Julian  cofnął  się  trochę,  zdecydowanie  postąpił  do  przodu  i  nacisnął  przełącznik.  W 

niespełna minutę później drzwi się otwarły. 

Mężczyzna  wypełniał  framugę  niemal  tak  szczelnie  jak  dwuskrzydłowe  drzwi.  Za  jego 

plecami znajomi często nazywali go Człekopodobnym. Nikt, włącznie z jego panem i najbliższym 
przyjacielem,  Albertem  Julianem,  nie  mógłby  ukuć  bardziej  obrazowego  określenia.  Postać 
wzrostu stu dziewięćdziesięciu trzech centymetrów stanowiła zaledwie tło dla niezwykłego oblicza. 

background image

 

82 

Głowa, wielkością i kształtem zbliżona do piłki do koszykówki, mocno wspierała się na ramionach. 
Nie istniało nic zbliżonego do szyi. Zwaliste cielsko ważyło dobrze ponad sto trzydzieści kilo, a na 
końcu nieproporcjonalnie krótkich ramion wyrastały dłonie, w których dojrzały melon wyglądałby 
na niewiele większy od cytryny. 

Ale  jeszcze  bardziej  niż  jego  rozmiary  rzucał  się  w  oczy  absolutny  brak  owłosienia  – 

Alopecia  totalis.  Lśniąca  skóra  na  czaszce  spływała  w  dół  kilkoma  dużymi  fałdami  w  miejscu 
czoła, zakończonego dużą, dość prostą fałdą tam,  gdzie mogłyby znajdować się brwi.  Oczy były 
niewiele większe od dwóch rodzynków w morzu śmietany, a pozostałych rysów twarzy w ogóle nie 
dało się określić. 

Mężczyzna  używał  nazwiska  Victor  Barker,  chociaż  z  górą  pięćdziesiąt  lat  wcześniej 

urodził się w Palermo jako Vito Bacciarelli. Zabił ponad sto osób, mężczyzn i kobiet, zazwyczaj na 
życzenie albo dla bezpieczeństwa Don Alberta Juliana, swojego padrone od prawie trzydziestu lat. 
Jeśli  nie  miał  żadnego  specjalnie  zleconego  zadania,  nigdy  na  dłużej  niż  minutę  nie  odstępował 
Don Alberta. Kiedy Julian nacisnął przełącznik na biurku, w pokoju Victora na piętrze rozbłysło na 
pulpicie światełko i rozległ się brzęczyk, co oznaczało wezwanie do gabinetu. 

Albert  Julian  wskazał  masywną  kanapę  przy  kominku  olbrzymowi,  który  przeszedł  przez 

pokój z zadziwiającą płynnością i wdziękiem, po czym usiadł bez słowa. 

–  Victor,  rozmawiałem  z  II  Padrone  Grandę.  Niepokoi  się,  że  Carlo  przez  swoją 

nieudolność mógł zagrozić La Tartarudze. 

Człekopodobny przemówił chropawym głosem: 
– Czy mam popilnować panicza do zakończenia La Tartarugi? 
Julian przez kilka minut nie mógł się zdobyć na odpowiedź, po czym rzekł: 
– Chciałbym, żeby to było takie proste, mój przyjacielu. 
Upłynęło jeszcze sporo czasu, a żaden z nich nie odzywał się ani nie patrzył na drugiego. 

Wreszcie Victor wstał i spoglądając na wygasły kominek, zapytał po prostu: 

– Dzisiaj? 
Albert Julian lekko skłonił, a następnie odwrócił głowę. Człekopodobny  odczekał  chwilę, 

po czym ruszył do drzwi. 

–  Victor  –  zawołał  za  nim  Julian  głosem  ochrypłym  i  bezbarwnym.  –  Po  załatwieniu  tej 

sprawy  zechciej  odszukać  pana  Damiana  Steele’a.  Zostań  z  nim.  Pomagaj  mu.  Po  odzyskaniu 
dokumentów on też musi zostać zneutralizowany. 

– Z pewnością, mój padrone. Naprawdę przykro mi z powodu pana Carla. 
– Mnie też, Victor. Mnie też. 
 
Wiatr  dął  silniejszy  i  bardziej  porywisty,  kiedy  Luke  przecinał  polankę  o  jakieś  dwieście 

kroków  oddaloną  od  lincolna.  Karen  biegała  na  skraju  dość  gęstego  lasu  dębowo-klonowego, 
czasem schylała się po kamyk i  gnała z nim, aby przycisnąć kolejny wycinek prasowy. Układała 
artykuły  w  półkole,  a  patrzącemu  z  daleka  Luke’owi  wydawało  się,  że  co  najmniej  trzydzieści, 
czterdzieści ich leży już w równych rzędach na trawie. 

Spostrzegłszy  go,  Karen  stanęła  uśmiechnięta,  z  rękami  wspartymi  na  biodrach,  z 

przekrzywioną na bok głową i komiczną miną rzeczoznawcy. Luke’a uderzyła ogromna świeżość, 
energia i uroda, których nie straciła mimo wszystkich tych przejść. 

– Stój w miejscu – zawołała wesoło, podnosząc ręce, jakby po to, aby go wziąć w ramki. – 

Chcę na zawsze utrwalić tę scenę. Jeśli ty nie wyglądasz na wziętego prosto z Powrotu mumii, nie 
wiem, kto mógłby tak wyglądać. – Dalej trzymała w górze tę niby ramę i streszczała scenariusz z 
silnym  brytyjskim  akcentem:  –  A  wówczas,  gdy  piękna  lady  Karen  patrzyła  przerażona,  Ramzes 
Czwarty, zmarły przed dwoma tysiącami lat, wlókł się w jej stronę po polanie, zionąc w porannym 
powietrzu  upiornym  oddechem,  powiewając  bandażami,  podparty  pod  boki.  Krew  zastygła  w  jej 
żyłach  na  myśl,  że  przed  wypiciem  porannej  kawy  będzie  musiała  kochać  się  z  tą  obmierzłą 
kreaturą. 

background image

 

83 

Gdyby  tak  umył  zęby  albo  chociaż  zmienił  parę  tych  bandaży,  pomyślała,  kiedy  odżyło 

przelotne wspomnienie pasamonika z Liverpoolu, którego ongiś mogła poślubić. Jak się czujesz, o 
wielki Ramzesie? 

Cechowała ją ta sama co zawsze niespożyta energia. Luke zaczął wydawać pomruki, niby to 

naśladując mumię, i jeszcze wyraźniej powłóczyć prawą nogą. 

– Najpierw naleśniki, później te rzeczy – chrumknął. 
Oboje się roześmieli, ona zaś pobiegła przez wysoką trawę, aby go uścisnąć. Jej pocałunek 

był wilgotny, słodki, podniecający. Luke padł na ziemię i pociągnął Karen za sobą. Pocałowała go 
jeszcze raz i pieszczotliwie przesunęła ręką po jego ciele. 

– Mój Boże! – wykrzyknęła – mimo wszystko w tej starej mumii tli się życie. 
–  Potrzyj  mi  lędźwie,  a  pójdę  za  tobą,  dokądkolwiek  zechcesz  –  powiedział  z  okropnym 

akcentem, ni to jak Bela Lugosi, ni jak Boris Karloff. 

Trawa  była  chłodna,  z  odrobiną  wilgoci.  Nad  nimi  szare  chmury  przepołowiły  błękitne 

niebo. Przez długą chwilę leżeli, trzymając się w objęciach i czasem robiąc ruch, aby pocałować się 
w  brodę,  w  nos  albo  pogładzić  czoło.  Wreszcie  Luke,  w  przewidywaniu  zmiany  pogody, 
przewrócił się na bok, usiadł i oparł ręce na kolanach. 

– Czytałaś artykuły? O czym są? – zapytał. 
– To dziwne, Luke, naprawdę dziwne. Przeczytałam tylko dwa, ale wszystkie są o tej samej 

osobie. Mnóstwo wycinków nie ma dat, lecz najwcześniejszy datowany, jaki znalazłam, pochodzi z 
1955 roku, a ostatni z roku 1965. Jak dotąd nie mam nic późniejszego, ale chyba w tym roku umarł 
Peter.  Widocznie  zbierał  je  sam.  Jeszcze  parę  jest  w  teczce.  Chodź,  zobacz,  co  zrobiłam. 
Próbowałam ułożyć je chronologicznie. Większość wycinków jest z gazet bostońskich, ale kilka też 
z „Timesa”. To musi coś oznaczać. Najpierw popatrz, kogo dotyczą. 

Wstał  dosyć  obolały,  po  czym,  trzymając  się  za  ręce,  podeszli  do  porządnie  ułożonych 

artykułów.  Niektóre  były  tylko  fotoreportażami.  Inne  wielokolumnowymi  omówieniami,  z 
przylepionym  u  dołu  dalszym  ciągiem  z  kolejnych  stron.  Przez  dziesięć  minut  Karen  i  Luke 
przeglądali  je  na  klęczkach,  w  milczeniu.  Wszystkie  były  na  pożółkłym,  lecz  na  ogół  dobrze 
zachowanym  papierze  gazetowym.  Niekiedy  Luke  podnosił  oczy  na  Karen  i  wymieniał  z  nią 
zdziwione, zatroskane spojrzenia. 

Kolekcja  była  chronologicznym  i  szczegółowym  zapisem  początków  kariery  publicznej  i 

politycznej  mężczyzny  nazwiskiem  Nicholas  Fearing.  Tego  samego,  który  zaledwie  półtora  roku 
wcześniej wywarł tak znaczny wpływ na wybór prezydenta z listy demokratycznej. I tego samego, 
który  od  dnia  inauguracji  przez  szesnastoma  miesiącami  tak  skutecznie  pełnił  urząd 
wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych. 

Błyskotliwego,  zaradnego,  energicznego,  darzonego  wielką  sympatią  Nicholasa  Fearinga. 

Złotego Chłopaka polityki amerykańskiej. 

 
Pracownicy  wraz  z  kierownictwem  firmy  Nathan  Goldsteyn  i  Spółka,  Import,  Eksport  i 

Składowanie  szybko,  potulnie  przeszli  gęsiego  do  małego  pomieszczenia  na  końcu  korytarza. 
Firma zajmowała szóste piętro biurowca przy Boston Place pod numerem trzecim. Ruchami ludzi 
kierował przerażający olbrzym, tym straszniejszy, że ogromną głowę i twarz miał nieowłosione, a 
w prawym łapsku dzierżył pozornie dość skomplikowany pistolet maszynowy. 

Przy wejściu do windy i na schodach rozstawiono straże, a pan Nathan  Goldsteyn wbrew 

woli  asystował  przy  dokładnym,  systematycznym  przeszukaniu  całego  piętra.  Skłonił  go  do  tego 
rewolwer z długą lufą, który trzymał przy boku dobrze ubrany apollo. 

Goldsteyn  miał  nadwagę,  czerwoną  twarz  i  nawyk  odpalania  jednego  papierosa  od 

drugiego.  Chrząkał  lub  kaszlał  niemal  ustawicznie,  strząsając  popiół  na  złoto-czerwoną 
wykładzinę,  w  miarę  jak  Steele  prowadził  go  z  jednego  pokoju  do  drugiego.  Goldsteyn  klął  pod 
nosem  na  myśl  o  tym,  że  ominie  go  lunch  z  ponętną  sekretarką  Dalekowschodniej  Kompanii 
Handlowej. 

background image

 

84 

– Dziś niewątpliwie jest w spodniach – mamrotał. – I akurat zjawiają się te dupki. Zapewne 

nie będzie chciała mieć ze mną do czynienia po tym, jak ją w ten sposób wystawię do wiatru. Więc 
powrót do Shirley i kolejnego odcinka epopei „Mało podniecająca żona”. Cholera. 

– Mówił pan coś, panie Goldsteyn? – zapytał Damian Steele. 
– Nie, nie, przeklinałem tylko pana i pańskich przodków. Niech pan posłucha, blondasku, 

jeśli mi pan powie, czego szukacie, może potrafię zaoszczędzić nam wszystkim mnóstwa czasu i 
zachodu.  Już  mówiłem,  że  nie  ma  tu  gotówki.  Teraz,  jak  wiadomo,  są  wyłącznie  komputery. 
Posługuję  się  komputerami  i  kartami  kredytowymi,  toteż  zazwyczaj  nie  mam  nawet  dziesięciu 
centów na płatną toaletę. Więc dlaczego nie wsadzi pan swoich zbirów do windy i nie zjedzie na 
pierwsze piętro, żeby obrabować Lipshitza, jubilera? 

– Panie Goldsteyn  – cicho powiedział Steele  – jeśli się pan nie zamknie i  nie odsunie tej 

szafy od ściany, będę zmuszony odstrzelić panu dłoń. Czy to jasne? 

–  Jasne  jak  słońce,  ty  złodzieju  –  odrzekł  Nathan  Goldsteyn,  z  wysiłkiem  przesuwając 

mebel. 

Klucz  doskonale  pasował  do  drzwi  pomieszczeń  firmy.  Goldsteyn  siedział  za  biurkiem 

oszołomiony,  zdenerwowany,  zły,  paląc,  podczas  gdy  Damian  Steele  metodycznie  przeszukiwał 
jego  gabinet,  jak  również  starannie  przeglądał  zawartość  szuflad  biurka  i  kartotekę.  W 
poszukiwaniu  skrytki  oderwano  nawet  wykładzinę  i  opukano  deski  podłogi.  Nie  znaleziono  nic 
związanego  z  Peterem  Ferlazzo,  Nathan  Goldsteyn  zaś  twierdził,  że  nic  nie  wie  o  żadnym 
makaroniarzu. 

– Jakiego rodzaju firma była na tym piętrze, zanim pan otworzył tu biuro, panie Goldsteyn? 

– zapytał Steele, wertując papiery w segregatorach. 

– Jesteśmy tu od ośmiu, nie, od dziewięciu lat. Nie orientuję się, kto, u diabła, wynajmował 

lokal  przed  nami.  Mam  nadzieję,  że  kimkolwiek  był,  zasrana  spółka,  do  której  należy  ta  rudera, 
zapewniała mu  lepszą obsługę.  Dwa kawałki miesięcznie za tych parę lichych pokoików i  dobry 
adres. Bez dodatkowej opłaty za pieprzone karaluchy. 

– Dość tych żartów, panie Goldsteyn – powiedział Steele z wyraźną irytacją. – Niech pan 

idzie do tamtego pokoju i siedzi cicho z resztą personelu, a nikomu nie stanie się krzywda. 

Goldsteyn rozgoryczony zastosował się do polecenia. 
– Dziwna sprawa z tym kluczem, Victor – mówił Steele, przemierzając wąski pokój. 
Człekopodobny  milczał,  skinął  jednak  masywną  głową  jakby  na  znak  zgody.  Dwaj 

zawodowcy  zostali  sami  w  gabinecie  Nathana  Goldsteyna,  który  wraz  ze  swymi  pracownikami 
przebywał pod strażą w innym pokoju na końcu korytarza. 

– Jeszcze raz zastanówmy się, co wiemy o tym cholerstwie. – Steele nie oczekiwał ze strony 

Człekopodobnego  ani  pomysłów,  ani  nawet  słownej  zachęty,  mówił  tylko  na  głos  do  siebie,  co 
często mu się zdarzało.  Z niepojętych dla niego samego i nigdy nieanalizowanych przyczyn czuł 
się w towarzystwie olbrzyma niezwykle pewnie i bezpiecznie. Rzucało się w oczy, jakim sposobem 
Don  Alberto  Juliano  potrafił  sobie  zapewnić  natychmiastowy  szacunek  i  posłuch,  kiedy  Victor 
Barker bez słowa stał u jego prawego boku. 

Steele  chodził  i  mówił,  w  roztargnieniu  odliczając  kolejne  punkty  na  swoich  długich, 

wymanikiurowanych palcach. 

–  Peter  Ferlazzo  chce  się  wycofać  z  Organizacji,  więc  zabiera  i  ukrywa  papiery,  jego 

zdaniem  na  tyle  ważne  dla  Don  Alberta  i  Rodziny,  że  zapewnią  mu  dalsze  życie.  Przynajmniej 
część  dokumentów  chowa  gdzieś  w  domu  czarnej  kobiety.  Z  czasem  dowiaduje  się,  że  jest 
umierający. Zdradza sekret tej Samuels i wręcza jej klucz. Po latach, kiedy ona leży umierająca w 
szpitalu,  prosi  swojego  lekarza,  by  oddał  go  jej  córce  do  rąk  własnych.  Na  lekarza,  córkę  i  klucz 
natykamy  się  w  domu  czarnej  kobiety.  Przed  ucieczką  nie  mają  niczego.  Po  ucieczce  mają 
przynajmniej starą księgę, chociaż klucz jest u mnie. 

Idziemy  w  trop  za  kluczem  i  stwierdzamy,  że  pasuje  do  drzwi  tego  biura.  Tylko  że  tutaj 

absolutnie  nic  nie  ma  związku  z  osobami  Ferlazzo  czy  Samuels,  z  Organizacją,  z  czymkolwiek. 

background image

 

85 

Więc klucz nic nie znaczy? Ma umyślnie wprowadzać w błąd? Jeśli tak, to jaki związek ma starsza 
pani z przylądka Cod z kluczem do biura na szóstym piętrze bostońskiego budynku? Klucz nie jest 
cholerną zmyłką, zapewniam cię, Victor. Rozwiązalibyśmy tę zagadkę, gdybyśmy lepiej wiedzieli, 
jakim  człowiekiem  był  Peter  Ferlazzo  i  co  robił,  kapujesz?  Tylko  że,  moim  zdaniem,  nie  mamy 
czasu się dowiadywać. Zaczyna przychodzić mi do głowy, że w ogóle jest mało czasu. Tak, proszę 
pana, mało czasu. 

Teraz Steele przechadzał się i mówił szybciej, coraz szybciej wypowiadał na głos kolejne 

myśli.  Victor  Barker  nadal  trwał  bez  ruchu,  oczyma  jak  czarne  paciorki  prawie  niepostrzeżenie 
podążając  za  ruchami  legendarnego  mordercy.  W  duchu  zastanawiał  się  nad  tym,  jaką  metodę 
„zneutralizowania”  Damiana  Steele’a  wybierze  po  zakończeniu  wspólnej  pracy.  Ręce  albo  drut, 
zadecydował ostatecznie. 

–  Dobra,  dobra  –  mówił  Steele.  –  Cóż  to  wszystko  oznacza?  Oznacza,  Victor,  mój 

przyjacielu, że musimy  wrócić do domu  tej czarnej  kobiety. Odpowiedź  jest tam. Musi być tam. 
Oznacza  to  również,  że  według  wszelkiego  prawdopodobieństwa  nasz  doktor  i  jego  pani  mają 
dokumenty. Jeśli tak, można się spodziewać, że wkrótce gdzieś wypłyną. Może dzisiaj. Będziemy 
potrzebowali więcej ludzi, Victor. Dużo więcej. Obserwacja wspólnika doktora na przylądku Cod, 
jego siostry, nawet jego rodziców w Marylandzie. Obserwacja mieszkania dziewczyny w Nowym 
Jorku i wszystkich innych ich przyjaciół lub krewnych, o jakich zdołamy się dowiedzieć. Wkrótce 
gdzieś wypłyną. Muszą. I będą potrzebować pomocy. 

Zadzwoń do Don Alberta z zapytaniem, czy może to wszystko zorganizować. Zadzwoń też 

do  naszego  człowieka  w  bostońskim  komisariacie  policji  i  powiedz  mu,  że  za  godzinę,  najdalej 
dwie, musimy się dostać do tego domu w Mattapanie. 

Za  trzy  kwadranse  spotkamy  się  w  hotelu,  skąd  wyruszymy.  Ty  załatw  telefony,  ja  się 

zajmę naszym gospodarzem, panem Goldsteynem, i jego pracownikami. Są jakieś pytania? 

Masywne ramiona nieco uniosły się w górę, a różowa, podobna do piłki głowa obróciła się 

raz w prawo, raz w lewo. Steele skinieniem głowy i uśmiechem wyraził aprobatę, po czym ruszył 
na koniec korytarza. 

Nathan  Goldsteyn,  wywołany  za  drzwi  przez  Damiana  Steele,  skończył  właśnie  szóstego 

„cholernie leczniczego” koola, którego wziął od swojej sekretarki, jedynej oprócz niego palaczki w 
gronie dwunastu osób, stłoczonych pod strażą w pokoju biurowym. 

– Co teraz, Harpo? – zapytał już z mniejszą brawurą. – Gdzie jest Mister Clean? 
–  Panie  Goldsteyn,  albo  jest  pan  szalenie  odważny,  albo  niewybaczalnie  głupi,  nie  mam 

pewności,  jaki.  –  Steele  mówił  opanowanym,  lecz  stanowczym  głosem,  który  zawsze  robił  na 
słuchaczach  wrażenie  i  napędzał  im  strachu.  –  Tak  czy  owak,  z  jakiegoś  powodu  nie  chcę,  aby 
spotkało pana coś złego. Rozumie pan? 

Goldsteyn z trudem przełknął ślinę i kiwnął głową. Bez lekceważących uwag. 
– Jeśli się dowiem, że albo pan, albo któryś z pańskich pracowników pisnął słówko o naszej 

wizycie, odszukam was wszystkich, począwszy od pana, i uśmiercę w sposób bardziej bolesny, niż 
potrafi  pan  sobie  wyobrazić.  Moimi  źródłami  informacji  są  wszelkie  agencje,  jakie  ewentualnie 
zechciałby pan powiadomić. Ma pan jakieś pytania, panie Goldsteyn? 

Goldsteyn poczuł skurcz okrężnicy i wiedział, że musi lecieć do toalety. Przecząco pokręcił 

głową. 

– Powiedziałem: Czy ma pan jakieś pytania, panie Goldsteyn? – Każde słowo Steele’a było 

policzkiem. 

– Nie, proszę pana. Nie mam pytań. – Struny głosowe Nathana Goldsteyna były dosłownie 

sparaliżowane. 

– Znakomicie – stwierdził Damian Steele, zanim odwrócił się powoli i sprowadził z piętra 

resztę swoich ludzi. 

background image

 

86 

Nathan Goldsteyn najpierw popędził do ubikacji, potem ostrzegł  swoich pracowników, że 

każdy, kto wspomni komuś o porannym zajściu, straci pracę, zanim się zdąży obejrzeć. Można było 
powiedzieć o nim wszystko, tylko nie to, że jest niewybaczalnie głupi. 

 
Przyciśnięte  kamykami  wycinki  prasowe  zaczęły  trzepotać  jak  papierowe  ryby  na 

haczykach.  Wiatr  się  wzmógł,  pomyślał  Luke,  i  zmienił  kierunek  na  północno-wschodni.  Parę 
pierwszych  kropli  deszczu,  niesionych  podmuchem,  przeleciało  nad  polaną,  a  niebo  przybrało 
barwę ciemnoszarą. 

Nadciąga straszna burza, powiedział sobie, a jakby dla potwierdzenia jego słów rozległo się 

kilka dalekich grzmotów, z których każdy był nieco głośniejszy od poprzedniego. 

– Chyba należałoby to poskładać – zawołał Luke do Karen, pochłoniętej lekturą nowszych 

wycinków. – Natrafiłaś na jakieś wielkie rewelacje? 

Pokręciła głową i złożyła artykuły w jednym końcu półkola, obiecując sobie równocześnie, 

że  nie  da  Luke’owi  poznać,  jakie  ogarniają  zniechęcenie  i  zwątpienie.  Zaszliśmy  za  daleko, 
powtarzała  sobie,  o  wiele  za  daleko,  i  teraz  nie  możemy  przegrać.  Więc  ty,  Karen  Samuels, 
zaczerpnij tchu i weź się w garść. Ten człowiek cię potrzebuje. Potrzebuje ciebie, żeby rozumieć. 
Potrzebuje ciebie, żeby być silnym. Potrzebuje pewności, że nic, nawet życie, nie ma wartości, jeśli 
nie można cieszyć się nim we dwoje. Ty w to wierzysz, czujesz to w tej chwili. Musisz mu pomóc, 
żeby i on nie bał się tak czuć. 

Popatrzyła  na  niego.  Pochylony,  w  roztargnieniu  układał  jeden  artykuł  na  drugim.  Jego 

sińce i bandaże, jego cierpienia, fizyczne i duchowe, nagle przyprawiły ją o mdłości, wiec zaczęła 
oddychać  powoli,  głęboko,  starając  się  nie  zwymiotować  na  jego  oczach.  Z  trudem  zdołała  nad 
sobą  zapanować.  Czy  dla  nich  to  już  koniec?  Czy  wszystko  się  skończyło,  jeszcze  zanim  miało 
szansę naprawdę się zacząć? „Boże, dlaczego? – krzyknęła w duchu. – Dlaczego?”. 

Podeszła  na  sztywnych  nogach  i  podniosła  wymiętą  czarną  skórzaną  torbę.  Kiedy  się 

pochyliła, aby zebrać złożone na kupkę wycinki, parę pozostawionych w torbie artykułów spłynęło 
na ziemię i pofrunęło z wiatrem kawałeczek dalej. 

Rzuciła się w pogoń za nimi, a tymczasem Luke przemówił, nie podnosząc oczu: 
– Karen, one mają mniejszą wartość, niż sądziłem. Tamci musieli jednak szukać księgi. Nie 

tego.  To  znaczy,  nie  mamy  nawet  dowodu  na  to,  kto  zbierał  artykuły,  nie  mówiąc  już  o  ich 
znaczeniu.  Zresztą  nie  rozumiem,  jakie  mogłyby  mieć  znaczenie,  nawet  gdyby  Peter  Ferlazzo  i 
Nicholas  Fearing  byli  przyjaciółmi.  Do  licha,  ten,  kto  to  wszystko  robił,  ma  teraz  księgę,  więc 
może już nam nie zagrażają. Może dadzą nam spokój. Bo czego jeszcze mogliby od nas chcieć? Co 
o tym myślisz, Karen? 

Nie odpowiedziała. 
Z nagle ściśniętym żołądkiem odwrócił się w stronę, w której ostatnio ją widział. 
Odsapnął głośno, gdy zobaczył, że siedzi ze skrzyżowanymi nogami, kilka kroków dalej, i 

połyka jeden z artykułów. Pokiwał głową pełen rezygnacji, widząc, że go nie słyszała, a następnie 
zajął  się  składaniem  wycinków.  W  ciągu  ostatnich  paru  minut  temperatura  wyraźnie  spadła  i 
zamiast rzadkich kropli deszczu wiatr przywiał delikatny pył wodny. 

– Chodź, mała – zawołał Luke. – Lada moment zacznie się ulewa. Wracajmy do samochodu 

i zastanówmy się, co robić z resztą dnia. Wiesz, mówiłem właśnie, że teraz, kiedy już mają księgę, 
może  dadzą  nam  spokój.  Może  nawet  zaniechali  pościgu.  Oczywiście  nadal  ciąży  na  nas  zarzut 
zabójstwa, ale ktoś musi nas wysłuchać i uwierzyć naszym słowom, nie uważasz? 

Po raz drugi nie odpowiedziała na pytanie, nie potwierdziła jego domysłów. 
– Nic ci nie jest, Karen? – spytał dość zaniepokojony. 
– N-nie. Oczywiście dobrze się czuję – odparła. – Tutaj, włóż te artykuły tutaj. Po powrocie 

do samochodu pokażę ci, co znalazłam. 

– Co? No, mów. Co tam masz? 

background image

 

87 

– Powiem w samochodzie. Zaraz rozpada się na dobre. Zresztą to nie ma pewnie większego 

znaczenia. 

Ale już wiedziała, że mówi nieprawdę. 
Ostatnie  pięćdziesiąt  kroków  do  lincolna  przebiegli  w  strugach  deszczu.  Gałęzie  dębów 

trochę ich osłaniały, lecz potęgowały ciemności na drodze i niesamowity efekt częstych błyskawic. 
Kanonada  grzmotów  była  teraz  prawie  nieprzerwana.  Zmoczeni  i  zdyszani  wepchnęli  się  przez 
jedne drzwiczki do samochodu. Łoskot ulewy na dachu, niczym salwy z broni ręcznej, wtórował 
ogniowi  ciężkiej  artylerii.  Luke  na  sekundę  zamknął  oczy,  od  nowa  przeżywając  to,  czego 
doświadczył  pod  prawdziwym  ostrzałem  artyleryjskim  i  karabinowym  w  dżungli,  oddalonej  o 
tysiące lat i miliony kilometrów. 

Tam nigdy, ani razu naprawdę się nie bałem, pomyślał. Dlaczego teraz tak się pocę i trzęsę? 
Otworzył oczy i zdał sobie sprawę, że Karen obserwuje go w milczeniu. 
– Wojna? – zapytała, jakby czytając w jego myślach. 
–  Czy  tego  już  nie  za  dużo?  Wyglądasz  jak  Afrodyta,  biegasz  jak  Hermes,  a  na  dodatek 

wiesz,  co  komu  chodzi  po  głowie.  Cóż,  niech  mnie,  który  wyglądam  jak  Mars,  a  biegam  jak 
cierpiący  na  podagrę  Zeus,  wolno  będzie  zapewnić,  że  nie  umiem  odgadnąć  twoich  choćby 
najprostszych myśli, jeśli nie wyrazisz ich słowami. Więc dlaczego nie powiesz, co tam znalazłaś? 

Bez słowa wyjaśnienia podała mu kopertę, którą dla osłony przed deszczem wetknęła pod 

bluzkę. 

Koperta  była  stara,  całkiem  stara  i  pożółkła.  Ktoś  zaadresował  ją  wiecznym  piórem, 

drobnymi,  schludnymi  literami,  spośród  których  „a”  i  parę  spółgłosek  wskazywało,  że  pisać 
nauczył  się  nie  w  Stanach  Zjednoczonych.  Krótki  adres  zwrotny  brzmiał:  „D.  Ferlazzo;  Ragusa, 
Sycylia”.  Adresatem  był  „Pan  Peter  Ferlazzo,  z  listami  Northeast  Produce  Company,  3  Boston 
Place, Boston, Massachusetts, Stany Zjednoczone Ameryki, pokój 703”. 

W  dolnym  lewym  rogu  koperty  i  w  dolnym  prawym  na  jej  odwrocie  wypisano 

drukowanymi  literami  słowa  „poufne  i  osobiste”.  Znaczek  był  włoski,  stempel  lekko  zamazany  i 
wyblakły. 

Luke  podniósł  kopertę  do  lampki  i  niemal  na  pewno  odczytał  na  znaczku  datę  1946. 

Cokolwiek  znajdowało  się  w  kopercie,  przypuszczalnie  zostało  wysłane  z  górą  trzydzieści  lat 
wcześniej. 

Nie  próbował  ukryć  drżenia  dłoni,  kiedy  otwierał  kopertę  i  wyjmował  jej  zawartość. 

Dudnienie deszczu i grzmotów nie ustawało, ale Luke Corey nie zwracał na to uwagi. Nie czuł już 
dotkliwego  bólu.  Jeszcze  zanim  rozłożył  kruche,  pożółkłe  kartki,  wiedział.  W  rękach  trzymał 
powód zabójstw, terroru, całego tego koszmaru. 

List składał się z dwóch i pół starannie zapisanych stronic. W prawym  górnym  rogu miał 

datę: 4 Gennaio 1946. Poza oderwanymi rogami dwóch kartek był cały. 

Zaczynał  się  nagłówkiem  „Carissimo  Fratello”,  a  kończył:  „Con  affezione  immortale, 

Domenico”. W całym tekście, napisanym po włosku, Luke potrafił zrozumieć zaledwie parę słów. 

Spojrzał na Karen i z powątpiewaniem wzruszył ramionami. 
– Jak dobrze władasz włoskim, moja pani? – zapytał. 
– Współczesnym czy klasycznym? – Uśmiechnęła się skromnie. 
– Chcesz powiedzieć, że znasz oba? 
– Nie, w żadnym z nich ani słowa. – Odpowiedziała mu bezradnym wzruszeniem ramion i 

oboje się roześmieli. 

– Poważnie, Luke, co myślisz? 
– Myślę, że to może być ważne. Może być wszystkim. Musimy to dać do przetłumaczenia, i 

tyle. Dopóki tego nie zrobimy, niczego nie będziemy pewni. 

– Nie chodzi o list, głuptasie, tylko o fotografię. Tę fotografię. 
– Fotografię? Nie widziałem żadnej... 
– Koperta, Luke. Zajrzyj do koperty. 

background image

 

88 

Zdjęcie  wciśnięte było  w róg koperty.  O wymiarach trzy  na trzy, znakomicie zachowane. 

Najwyraźniej amatorskie, przedstawiało chłopaka, zapewne kilkunastoletniego, z wyrazem powagi 
stojącego  przed  dużą  rezydencją.  Ubrany  był  w  ciemny  golf,  który  podobnie  jak  gęste,  ciemne 
włosy tworzył oprawę wyrazistej,  dość ładnej  twarzy. Wydawało  się, że pozowanie do fotografii 
trochę chłopca krępuje. 

– Kiepska technika, ale twarz jakaś znajoma – powiedział Luke. 
– Luke, mówisz serio? – Karen ze zdumieniem kręciła głową. 
– O co ci chodzi? 
– Jeszcze raz spójrz na fotografię, doktorku. Czy pozostawia wątpliwości? 
Luke  jeszcze  przez  chwilę  patrzył  na  zdjęcie,  po  czym  szeroko  otworzył  oczy,  gdyż 

uwierzył. Karen znowu miała rację. Właściwie nie mogło być wątpliwości. Z wiekiem młodzieniec 
bardzo się zmienił, prawie wcale natomiast nie zmieniły się jego włosy, oczy, kształt ust. 

Chłopak z fotografii był wiceprezydentem Nicholasem Fearingiem. 
 
– Corey ma dokumenty, wszystkie. Teraz jestem tego pewny, Don Alberto. 
Damian  Steele  rozmawiał  przez  telefon,  wyciągnięty  na  kanapie  w  apartamencie 

hotelowym. Z aprobatą powiódł wzrokiem po swoim opalonym nagim ciele i napiął jeden, potem 
drugi  muskuł.  Brian  Mundt,  w  samych  tylko  jasnoniebieskich  jedwabnych  slipach,  siedział  pod 
przeciwległą ścianą, palił fajkę i z zadowoleniem wyglądał przez okno. Jak zwykle Damian wart 
był czekania. 

–  Proszę  pozwolić,  że  zacznę  od  początku  i  powiem,  co  zrobiliśmy,  a  pan  na  pewno  się 

zgodzi,  że  dokumenty  nie  są  już  w  schowku...  tak,  jestem  sam.  Dlaczego?  Victor?  Och,  jest  w 
swoim pokoju na końcu korytarza. Był bardzo pomocny, Don Alberto, dziękuję, że zaproponował 
mi pan jego współpracę. 

Mundt  podszedł  i  podał  drinka  Steele’owi,  relacjonującemu  spotkanie  z  Nathanem 

Goldsteynem i późniejszą wyprawę do domu Theony Settles. 

–  Zachodził  związek  między  czarną  kobietą  a  pańskim  przyjacielem  Ferlazzo. 

Stwierdziliśmy, że kurz na jej strychu nosi ślady dookoła ławki pod oknem, rozebraliśmy tę ławkę i 
znaleźliśmy sejf wpuszczony w beton, wbudowany w miejsce pod siedzeniem. To sejf Argus, firmy 
bostońskiej,  więc  Victor  i  ja  wybraliśmy  się  tam  i  przeprowadziliśmy  z  prezesem  rozmowę 
handlową. Potrzeba było pięciu tysięcy i postraszenia pewnymi nieprzyjemnościami, ale w końcu 
spojrzał  na  sprawę  z  naszego  punktu  widzenia...  to  znaczy,  z  punktu  widzenia  Victora...  i  podał 
nam kombinację. Sejf jest pusty, Don Alberto. 

Steele leżał i słuchał, a tymczasem Mundt ukląkł przy nim i zaczął masować mięśnie jego 

prawej łydki. Steele zniecierpliwiony pokręcił głową i odegnał go ruchem ręki. Zakrył słuchawkę, 
po czym szepnął z uśmiechem: 

– Nie teraz, ty idioto. – Mundt odpowiedział uśmiechem, poklepał się po nagiej pachwinie i 

wrócił na swój fotel. 

– Nie, Don Alberto, nic nie mówiłem. Klucz? Tak, i mnie nie dawało to spokoju. Na pomysł 

wpadłem dopiero po powrocie do hotelu. Pański Peter Ferlazzo był bardzo ostrożny i przebiegły. 
Posłużył  się  numerem  seryjnym,  wyrytym  na  kluczu,  i  zastosował  go  jako  kombinację  do  sejfu. 
Corey od początku musiał o tym wiedzieć i zapisać numer. Na pewno nie mylę się co do Ferlazza, 
Don Alberto. Nie wyobrażam sobie, aby mógł pan przeżyć tyle lat i zajść tak wysoko z gorszymi 
przyjaciółmi i doradcami... Nie, ani słowa o Coreyu i dziewczynie. Oni i samochód są poszukiwani 
listem  gończym,  więc  czuję,  że  niebawem  nastąpi  przełom.  Ale  chyba  ułatwiłoby  mi  sprawę, 
gdybym wiedział, co ci dwoje właściwie mają. Proszę mi powiedzieć o tych dokumentach tyle, ile 
pan  może,  aby  po  ich  złapaniu  uniknąć  dalszych  potknięć...  List  i  fotografia,  to  wszystko.  Po 
włosku? Obojętne. Nie znam ani słowa po włosku i chyba nie chcę wiedzieć, co jest w liście... Tak, 
muszą niedługo znowu wyjść z ukrycia, a kiedy to zrobią, my ich złapiemy. Zależy mi na Coreyu, 
Don Alberto, bardzo mi zależy. A to,  na czym  tak bardzo mi zależy, zawsze dostaję. Wie pan o 

background image

 

89 

tym, prawda?... Jestem mu coś winien za to, że odurzył Carla... Co?... Och, Don Alberto, bardzo 
panu współczuję. Kiedy pogrzeb?... Uszy Coreya zostaną złożone do grobu obok pańskiego syna, 
Don Alberto, obiecuję to panu. Tak, proszę pana, zadzwonię, jak tylko go złapiemy. Dziękuję panu. 

Steele  odłożył  słuchawkę,  wolno  podszedł  do  Mundta  i  zaczął  mocno  masować  szeroki 

kark. 

–  Ktoś  mnie  wyręczył  i  odpłacił  temu  dupkowi  Carlowi  Julianowi  za  kłopoty,  jakich  mi 

narobił. No dobrze, chyba dzięki temu będziemy mieli jeszcze trochę czasu dla siebie. Jesteś teraz 
zajęty? 

 
„Nic  nie  wskazuje  na  to,  że  rozległy  niż,  obejmujący  cały  północny  wschód,  będzie  się 

przesuwać.  Dopóki  więc  nie  zacznie  oddziaływać  wyż  znad  Wielkich  Jezior,  pogoda  pozostanie 
deszczowa  i  zmienna.  Zgodnie  z  lokalną  prognozą  opady  ciągłe  i  burze,  niekiedy  bardzo 
gwałtowne, utrzymają się przynajmniej przez jutrzejszą noc...”. 

Lincoln powoli zmierzał na północ, do Bostonu, zderzak w zderzak z innymi samochodami, 

stłoczonymi  na  południowo-wschodniej  drodze  szybkiego  ruchu,  bez  cienia  sympatii  nazywanej 
przez mieszkańców Nowej Anglii „drogą przez mękę” albo „największym parkingiem świata”, na 
której  ruch  dodatkowo  utrudniała  nieustanna  ulewa.  Karen  pochyliła  się  do  przodu  i  pogłośniła 
prognozę pogody. Miała na sobie nowe levisy, kraciastą koszulę i granatowy sweter, które kupiła w 
pasażu handlowym Braintree. Luke popatrzył na nią i zrobiło mu się ciepło na widok pełnych piersi 
pod opiętym swetrem. Przyszło mu do głowy, że nie znał jeszcze tak ślicznej, delikatnej i pełnej 
życia kobiety. 

– Posłuchaj, Karen – powiedział. – Mam pomysł. 
– Głupim szczęście sprzyja. – Uśmiechnęła się, a jemu serce podskoczyło w piersi. 
– Bardzo zabawne – stwierdził szyderczo i mówił dalej: 
–  Przez  parę  ostatnich  dni  coraz  łatwiej  nam  było  się  przystosowywać  do  każdej  nowej 

sytuacji, prawda? 

– I? 
– I utknęliśmy w metalowym lodowcu, posuwającym się z prędkością paru centymetrów na 

godzinę. 

– Więc? 
– Więc włączamy w tym statku automatycznego pilota, wynurzamy się na powierzchnię co 

jakieś dziesięć minut, aby sprawdzić pozycję zbiorników gazu w Dorchester, wskakujemy na tylne 
siedzenie i próbujemy pobić nowy rekord do Księgi Guinnessa. 

– No, no, panie doktorze. Może i nie za często miewasz pomysły, ale jak już, to... 
– I co powiesz? 
–  Powiem,  żebyś  patrzył  na  drogę,  a  ja  położę  ci  głowę  na  kolanach.  Nawet  jeśli  nie 

ustanowimy żadnych rekordów, przynajmniej nie wylądujemy w rowie. 

–  Nie  bądź  taka  pewna.  –  Nachylił  się  i  pocałował  jej  jasne  włosy,  kiedy  mościła  się  na 

siedzeniu i przytulała policzkiem do jego kolana. 

Wyciągał właśnie rękę, aby ściszyć radio, kiedy zaczęto nadawać wiadomość o zabójstwie 

Theony  Settles.  Z  zamkniętymi  oczami,  bez  słowa  i  bez  ruchu  przywarli  do  siebie,  podczas  gdy 
rzeczowy głos prezentera przypominał im o koszmarze. Policja znalazła ciało o trzeciej nad ranem, 
po otrzymaniu anonimowego telefonu.  Zdaniem  lekarza, który  ją zbadał, ofiara została uduszona 
jakieś  dwie  godziny  wcześniej.  Listem  gończym  poszukiwany  jest  doktor  Lewis  Corey,  którego 
odciski  palców  znaleziono  w  całym  domu  zamordowanej  kobiety.  Policja  już  poszukuje  doktora 
Coreya  w  związku  ze  zgwałceniem  i  uduszeniem  przed  trzema  dniami  w  bostońskim  hotelu 
modelki Connie Evans. 

Słuchając, Karen coraz mocniej ściskała go za prawe kolano. 
–  Przypuszcza  się,  że  Corey  podróżuje  z  kobietą,  Karen  Samuels,  lat  dwadzieścia  sześć, 

około metra sześćdziesiąt wzrostu, blondynką o niebieskich oczach. W chwili ostatniego meldunku 

background image

 

90 

jechali  kradzionym  srebrnym  lincolnem  Continental,  tablica  rejestracyjna  stanu  Massachusetts, 
numer  684–PJC.  Ten,  kto  ich  dostrzeże,  powinien  niezwłocznie  zawiadomić  policję,  a  do 
podejrzanych  zbliżać  się  z  wielką  ostrożnością.  Mogą  być  uzbrojeni  i  należy  ich  uważać  za 
wyjątkowo niebezpiecznych. 

– Ona wiedziała, Luke, prawda? – odezwała się Karen. 
– Tak, wiedziała – odparł i wyłączył radio. – Przypuszczalnie próbowała go zatrzymać, aby 

umożliwić nam ucieczkę. 

– Muszą za to zapłacić, Luke. I za tę biedną Connie również. Niech ich diabli wezmą. Była 

taką wspaniałą kobietą. – Karen usiadła i ukryła twarz w dłoniach. 

–  Po  pierwsze,  musimy  się  dowiedzieć,  kim  są  –  powiedział.  –  A  zanim  to  zrobimy, 

spieprzajmy  z  tej  drogi.  Mają  opis  samochodu.  Numery  rejestracyjne,  na  litość  boską.  Steele 
utrzymuje  bezpośredni  kontakt  z  policją,  która  robi  dokładnie  to,  co  jej każe.  Cholera.  Teraz  nie 
wchodzi  już  w  rachubę  podjęcie  ryzyka  i  oddanie  się  w  ręce  sprawiedliwości.  Odpada  kolejna 
możliwość. Według moich obliczeń zostaje tylko jedna. 

– Przetłumaczyć list i dociec, o co w tym wszystkim chodzi? 
– Owszem, ale najpierw trzeba zjechać z tej cholernej szosy. Jeśli facet z tyłu słucha w radiu 

tego samego co my, już jest po nas. Skorzystam z tamtego zjazdu i mniej uczęszczanymi drogami, 
które znam, dotrę do Cambridge. 

– Do Cambridge? 
–  Na  uniwersytet  Harvarda.  Spróbuję  znaleźć  na  italianistyce  kogoś,  kto  podejmie  się 

przetłumaczyć list. A kiedy będę tym zajęty, ty możesz rozpocząć poszukiwania w Widener. 

– Czy to biblioteka? 
–  Biblioteka  przez  duże  B,  ciemna  maso.  Ja  się  zajmę  listem,  ty  rozpracowywaniem 

Nicholasa Fearinga. 

Niezwykłym zbiegiem okoliczności pojazdy nagle przyśpieszyły, dzięki czemu Luke mógł 

zjechać  z  południowo-wschodniej  drogi  szybkiego  ruchu  na  bulwar  Morrisey,  prowadzący  do 
miasta. 

Wprawdzie prędkość nieco ograniczały pozalewane w wielu miejscach ulice, bo deszcz nie 

ustawał,  ale  już  po  upływie  półtorej  godziny  znaleźli  się  na  Massachusetts  Avenue,  w  pobliżu 
Harvard Square. 

– Myślisz, że dalsze korzystanie z tego samochodu jest bezpieczne? – zapytała Karen. 
–  Nie,  na  pewno  igramy  z  ogniem,  ale  nie  mamy  innego  wyjścia.  Niestety  nie  możemy 

złapać naszego przyjaciela Juniora i poprosić o wymianę wozu. – Z chichotem pokręcił głową. 

– Luke, tam, zjeżdżaj tam! – wykrzyknęła nagle. 
–  Gdzie,  co  widzisz?  –  Prawie  nie  panował  nad  głosem,  tak  donośnym,  że  zaskoczył  ich 

oboje. 

–  Podziemny  parking.  Wjedź  tam  –  poleciła,  wskazując  na  niski  betonowy  budynek  z 

dużym czerwono-niebieskim szyldem „Kryty parking, 3 dolary maksimum”. 

Luke ze wzruszeniem ramion, powstrzymując się od zadania setki pytań, które cisnęły mu 

się  na  usta,  skręcił  na  parking,  wziął  kwit  i  wjechał  na  górę.  Po  znalezieniu  pustego  miejsca  na 
drugim  poziomie,  wprowadził  na  nie  lincolna.  Nie  zdążył  go  jeszcze  zatrzymać,  kiedy  Karen 
wyskoczyła i pobiegła wzdłuż rzędu zaparkowanych samochodów. 

– Wróć, tygrysico, i zdradź mi, co właściwie robimy – zawołał. 
Cofnęła  się  i  popatrzyła  mu  w  twarz,  pocierając  brodę  jak  profesor,  który  szuka 

odpowiednich słów, aby wyjaśnić trudne pojęcie głupkowi. 

– Czy potrafisz ukraść zamknięty samochód? – spytała. 
– Nie, a bo co? Ty potrafisz? 
– Skądże znowu. – Przez chwilę udawała nadąsaną. – Ale chyba wiem, jak ukraść tablice 

rejestracyjne. To nie zda się na wiele, ale przynajmniej zapewni nam jakąś przewagę, której teraz 

background image

 

91 

nie mamy, prawda? – Przytaknął, rozbawiony jej zaradnością. – A samochód jest nam potrzebny, 
co? – Znów potaknął. 

– Dobra – mówiła dalej. – Ty znajdź tablice z trzema cyframi i trzema literami, podobnymi 

do naszych, a ja pójdę kupić śrubokręt i szczypce. 

– Tak, szefie, ale po co takie numery? 
–  Oj  dziecko,  dziecko.  –  Pokręciła  głową.  –  Po  to,  żeby  właściciel  tamtego  drugiego 

samochodu nie od razu zauważył nowe tablice. Bierz się do roboty. – Ruszyła w stronę schodów. 

– Jesteś naprawdę niesamowita, wiesz o tym? – krzyknął za nią. 
–  Postaraj  się  wybrać  volkswagena  –  odkrzyknęła  głośnym  scenicznym  szeptem.  – 

Właściciele  volkswagenów  raczej  nie  używają  kart  kredytowych,  więc  może  nie  tak  zaraz  będą 
patrzeć na tablice rejestracyjne. 

George  Karajanian,  sprzedawca  ze  sklepu  meblowego  przy  Central  Square,  miał  prawie 

cztery  tygodnie  później  dowiedzieć  się  od  policji,  że  tablice  rejestracyjne  nie  są  od  jego 
volkswagena. Dowiedział  się o tym  dopiero wtedy, kiedy  go zatrzymano  za zlekceważenie znaku 
„stop”, po czym przez cały wieczór wyjaśniał tę sprawę, zamiast oglądać wyścigi psów. 

Profesor  Alexander  D’Ambrosio  nadawał  ostateczny  szlif  pytaniom  egzaminacyjnym  z 

początków włoskiego, kiedy Luke zastukał do jego drzwi. 

–  Proszę  wejść  –  zawołał  D’Ambrosio,  do  pewnego  stopnia  wdzięczny  za  tę  przerwę  w 

pracy.  Był  mężczyzną  chudym,  zdaniem  Luke’a  pięćdziesięcioparoletnim.  Okulary  w 
szylkretowych  oprawkach  i  siwizna  na  skroniach  nadawały  mu  wygląd  typowego  nauczyciela 
akademickiego.  Kurze  łapki  potęgowały  wrażenie  ciepła,  jakie  emanowało  z  jego 
ciemnobrązowych oczu. Luke’owi natychmiast przypadł do serca. 

– Na pewno szuka pan italianistyki, a nie szpitala? – zapytał D’Ambrosio na widok licznych 

sińców i zabandażowanych rąk Luke’a. 

–  Wypadek  motocyklowy.  –  Luke  z  uśmiechem  wzruszył  ramionami,  w  nadziei,  że 

zachowuje  się  dość  swobodnie.  –  Rozmawiałem  z  pańską  sekretarką.  Powiedziała,  że  chyba 
mógłby mi pan pomóc. 

– Cóż, ona powinna wiedzieć. Od tak dawna jest moim Piętaszkiem, że będę musiał odtąd 

nazywać ją moją Sobótką. – Luke z pewnym wysiłkiem zdołał uśmiechnąć się bardziej promiennie. 
– Może na początek powie mi pan, z kim mam przyjemność. Nie wygląda pan na początkującego 
studenta. 

– Ani na magistranta. Odbywam praktykę lekarską w szpitalu w Cambridge. Tom Putnam. – 

D’Ambrosio  wstał,  instynktownie  wyciągając  rękę,  którą  cofnął,  bo  znów  zauważył  bandaże 
Luke’a. 

– Więc w czym mogę panu doktorowi pomóc? 
– Chciałbym prosić o przetłumaczenie listu – odrzekł Luke i zajął twarde krzesło po drugiej 

stronie biurka, nieco zmieszany i z niewiadomych przyczyn zalękniony. 

–  Na  włoski  czy  na  angielski?  – Profesor  się  uśmiechał,  a  Luke  z  cichym  westchnieniem 

zaczynał odzyskiwać panowanie nad sobą. 

–  Och,  na  angielski.  Nie  przyszło  mi  do  głowy,  że  ktoś  mógłby  prosić  o  tłumaczenie  na 

włoski. 

– Rzeczywiście mało kto o to prosi. Przepraszam za nonszalancję, panie doktorze. A więc 

co to za list. 

Luke wyciągnął kartki i podał je nad zasłanym notatkami biurkiem. 
– Znalazłem go na naszym strychu – skłamał – w kufrze ze starymi zdjęciami i papierami. 

Wszystkie napisane były po angielsku, więc naprawdę zaciekawiło mnie, czego dotyczy ten list po 
włosku. Jest chyba sprzed ponad trzydziestu lat. 

– Chyba tak – odparł D’Ambrosio z roztargnieniem. Czytał już drugą kartkę. W ciągu paru 

minut  przejrzał  cały list.  Kiedy podniósł  oczy, nie pozostała w nich ani  odrobina ciepła, którego 
miejsce, jak wyczuwał Luke, zajęło zmieszanie połączone z troską. 

background image

 

92 

– Może mi pan powiedzieć coś więcej o tym liście, panie doktorze? Na przykład, kto mógł 

być nadawcą czy adresatem? 

– Właściwie nie, proszę pana – odrzekł Luke. – Wiem tylko, że prawie cała zawartość kufra 

należała  do  dziadka  mojej  żony.  Według  niej  był  jakoś  powiązany  z  mafią.  Dlatego  tak  nam 
zależało na przetłumaczeniu listu. 

D’Ambrosio przez prawie minutę bacznie wpatrywał się ciemnymi oczami w oczy Luke’a. 

Potem z rezygnacją wyciągnął żółty bloczek z szuflady biurka i wraz z piórem podał go Luke’owi. 

–  Jest  tu  parę  słów,  które  nie  mają  angielskich  odpowiedników,  panie  doktorze.  Każde  z 

nich  zastąpię  zbliżonym  słowem  angielskim  albo  spróbuję  możliwie  dokładnie  oddać  jego  sens. 
Jeśli będę tłumaczyć za szybko i pan nie nadąży z zapisywaniem, proszę mi powiedzieć. 

– Zrobię to – obiecał Luke, znów świadomy, że profesor się w niego wpatruje. 
D’Ambrosio  zaczął  tłumaczyć  wolno,  monotonnie,  modulując  głos  nie  bardziej  niż  pisarz 

sądowy.  Luke  bez  trudu  nadążał  z  pisaniem,  lecz  w  miarę  jak  poznawał  treść  listu,  oblewał  się 
lodowatym  potem  pod  pachami  i  na  całym  ciele.  Tętno  waliło  mu  jak  szalone,  a  mimowolna 
hiperwentylacja spowodowała zawrót głowy, jeszcze zanim profesor doszedł do końca. 

Obaj siedzieli w milczeniu, kiedy Luke wczytywał się w list. Teraz wiedział już na pewno, 

dlaczego tak wiele osób zginęło, a życie jego i Karen straciło wartość szybciej niż akcje na giełdzie 
w  roku  dwudziestym  dziewiątym.  Nie  patrzył  na  D’Ambrosia,  od  czasu  do  czasu  musiał  jednak 
przerywać lekturę i zamykać oczy, bo gabinet wirował dookoła niego niepowstrzymanie. 

 
4 stycznia 1946 
Najdroższy Bracie, 
To będzie, jestem pewien, mój ostatni list do Ciebie. Bóle tak się teraz nasiliły, że muszą co 

parę godzin przyjmować leki. Lekarze proponowali mi kolejną operacją. Nie zgodziłem się na nią, 
ponieważ  właściwie  nie  ma  gwarancji  sukcesu.  Ale  jestem  gotów,  Peter.  Nadszedł  czas  i  jestem 
gotów.  Dzięki  Tobie.  Niewątpliwie  znasz  mnie  dość  dobrze  i  rozumiesz,  że  jakimś  sposobem 
pozostałbym  przy  życiu  do  chwili  zabezpieczenia  syna  i  zapewnienia  mu  przyszłości.  Teraz 
spokojnie  mogę  czekać  na  śmierć.  Dobrze  nam  się  żyło,  bracie,  przed  moją  deportacją. 
Wspomnienia  tych  lat  podtrzymywały  mnie  w  wielu  trudnych  chwilach  i  zabiorą  je  ze  sobą  do 
grobu. 

A teraz to Nicholas, Twój bratanek, mój syn, ma zacząć w Ameryce takie życie, jakiego ja 

nigdy nie mogłem prowadzić. Wysłane Ci pieniądze należy tak wydatkować: 

20 000 dolarów na załatwienie mu przejazdu i udokumentowanie nowej tożsamości. 
50  000  dolarów  dla  Nicholasa  i  jego  nowej  rodziny,  włącznie  z  jego  nauką  na 

amerykańskim uniwersytecie. 

20 000 jest dolarów dla ciebie. 
Musisz tak załatwić jego przejście do nowego życia,  aby nic nie wiązało go ze mną ani  z 

żadnym innym członkiem Rodziny. Należy mu dać szansę pójścia własną drogą. 

To błyskotliwy młody człowiek, Peter. Zdaniem niektórych geniusz. Już mówi po angielsku i 

francusku jak rodowity Anglik czy Francuz, a jego nauczyciele twierdzą. Że zadziwiająco dobry jest 
z historii i matematyki. 

Na koniec chcę Ci napisać o egzekucji, jakiej Nicholas dokona dla Ciebie i Twojego Don 

Alberta. Zgodził się to zrobić, bo ja go poprosiłem. Jak już pisałem, na moje życzenie wyeliminował 
trzech  ludzi.  Byli  nimi  Molinaro,  Secchi  i  Pająk,  których  przysłał  tu  za  mną  Provone.  Podaję  ci 
nazwiska tylko po to, abyś mógł zapewnić swojego Padrone, że robota zostanie wykonana po cichu 
i  dobrze.  W  sposób  typowy  dla  Nicholasa.  Musisz  jednak  pamiętać,  Peter,  że  ma  to  być  ostatnia 
egzekucja, o jaką się go poprosi. To moje przedśmiertne życzenie. 

Nicholas  wie,  że  ma  zostać  w  willi  po  moim  odejściu.  Będzie  czekać  i  zastosuje  się  do 

Twoich instrukcji. Do jego paszportu i innych dokumentów, jakie musisz wyrobić, dołączam kilka 
ostatnich zdjęć. Bóg z Tobą, mój Bracie. 

background image

 

93 

Z dozgonną miłością Dominico 
 
–  Fascynujące  –  powiedział  wreszcie  D’Ambrosio.  Odchylił  się  na  krześle  i  w  zadumie 

stukał  o  siebie  palcami  złożonych  rąk.  –  Czy  na  kopercie  było  jakieś  nazwisko?  Coś,  co  by 
wskazywało, kim może być ten Peter czy Nicholas? 

– Absolutnie nic. – Luke zbytnio się pośpieszył. 
– Jeśli nie zrobi to panu różnicy, chciałbym mieć odbitkę listu do własnej wiadomości i do 

celów naukowych. Może po przeprowadzeniu niewielkich badań mógłbym się czegoś dowiedzieć o 
ludziach, wspomnianych w tym niezwykłym liście. 

–  Doskonale,  zrobię  odbitkę  i  jutro  ją  przyniosę  –  bąknął  Luke,  przypomniawszy  sobie 

jednocześnie, że obok biurka sekretarki widział kserokopiarkę. 

– Znakomicie – powiedział D’Ambrosio. – Proszę ją zostawić u Barbary, jeśli mnie pan nie 

zastanie.  –  Luke  zastanawiał  się  właśnie,  dlaczego  profesor  nie  zaproponował  skorzystania  z 
tutejszej  kopiarki,  gdy  ten  wstał  i  skinął  głową  na  znak,  że  rozmowa  jest  skończona.  Luke 
podziękował,  wziął  list  wraz  z  tłumaczeniem  i  wycofywał  się  do  wyjścia,  świadomy,  że 
D’Ambrosio nie spuszcza go z oczu. 

Ledwie  się  odwrócił  i  chwycił  za  gałkę  u  drzwi,  D’Ambrosio  przemówił.  Jego  słowa, 

spokojne i niewyrażające żadnej opinii, ukłuły Luke’a boleśnie. 

–  Miło  mi  było  pana  poznać,  doktorze  Corey,  szkoda  tylko,  że  w  tak  niesprzyjających 

okolicznościach.  Luke  stał  nieruchomo,  z  zamkniętymi  oczami,  twarzą  zwrócony  do  drzwi. 
Profesor  dręczył  go,  jeszcze  przez  chwilę  zachowując  milczenie,  po  czym  zwolnił  morderczy 
uścisk. 

– Możesz się odprężyć, Lewis. Odwróć się. Nic ci z mojej strony nie grozi. 
Luke odwrócił się sztywno, z wysiłkiem wytrzymując wzrok D’Ambrosia. 
– Mówią mi Luke, proszę pana. Skąd... skąd pan... 
–  Znam  twojego  ojca,  Luke.  Zasiadaliśmy  razem  w  kilku  komitetach,  kiedy  pracował  na 

uniwersytecie.  Zawsze  lubiłem  porozmawiać  z  nim  po  zakończeniu  tych  nudnych  zebrań.  Od 
samego początku śledzę twoją sprawę w gazetach. Nie mogłem zrozumieć, jak... 

– To długa, skomplikowana historia, proszę pana – przerwał mu Luke. – Mogę pana tylko 

zapewnić  o  swojej  niewinności  i  o  tym,  że  tłumacząc  ten  list,  może  bardzo  mi  pan  pomógł  w 
dotarciu do sedna sprawy. 

– Luke, jeśli mogę jeszcze na coś się przydać... 
–  Zrobił  pan  już  nadspodziewanie  dużo  –  powiedział  Luke,  pamiętając  o  Connie  Evans  i 

Theonie Settles. – Dziękuję. 

–  Pamiętaj,  że  jeśli  będę  mógł,  chętnie  ci  pomogę  –  zawołał  D’Ambrosio,  gdy  Luke, 

kulejąc, wychodził z gabinetu. 

–  Jak  na  człowieka,  który  nie  istniał  przez  jedną  trzecią  swojego  życia,  Nick  Fearing 

znakomicie sobie poradził. – Karen, oparta o ściankę boksu w czytelni, żuła krawędź styropianowej 
filiżanki  z  niedopitą  letnią  czarną  kawą.  Na  stole,  przy  którym  siedziała,  walały  się  wyrwane  z 
bloku  żółte  kartki,  na  ogół  z  obu  stron  pokryte  ozdobnymi,  lecz  rzadkimi  gryzmołami,  jakimi 
posługiwała  się  od  czasów  college’u.  Luke  odniósł  wrażenie,  że  jest  nietypowo  rozmamłana,  z 
jasnoniebieską  połą  koszuli  wyłażącą  spod  ciemniejszego  swetra  i  opadającym  na  czoło 
kosmykiem pszenicznych włosów. 

–  Co  sądzisz  o  liście?  –  zapytał  i  wyciągnął  rękę,  aby  poprawić  jej  włosy,  ale  zaraz  ją 

cofnął, bo takie mu się podobały. 

–  Nie  ma  w  nim  chyba  żadnych  rewelacji,  może  prócz  tego  kawałka  o  morderstwie.  Na 

pewno  doskonale  pasuje  do  zebranych  przeze  mnie  informacji.  Wydaje  mi  się  coraz  bardziej 
przerażające,  ze  będąc  mordercą  i  wiceprezydentem,  Fearing  musiał  w  dodatku  mieć 
niewiarygodną organizację za sobą, albo pod sobą. Kto wie? 

– Mów dalej, mała – nalegał Luke. 

background image

 

94 

– No, więc popatrz, co nas spotkało. Jak dotąd, wiemy, że Fearing ma ludzi na przylądku 

Cod, nawet tego zdeprawowanego komendanta policji. O ile nam wiadomo, ma ludzi w bostońskim 
wydziale policji, jak też w gazetach i rozgłośniach radiowych. W domu Theony zlokalizowali nas 
w  godzinę  po  naszym  przyjeździe.  Obserwują  dom  twojej  siostry  i  przypuszczalnie  założyli  jej 
nawet  podsłuch  telefoniczny.  A  przez  cały  ten  czas  Fearing  faktycznie  przebywa  w  dalekim 
Waszyngtonie.  Mój  Boże,  Luke,  nie  wiadomo,  jak  wielkiej  sile  politycznej  stawiamy  czoło.  Ale 
właśnie teraz żadne z nas na pewno nie chce sobie tego uświadomić. 

Luke westchnął, po czym zaczął wiercić łyżeczką dziury w swojej styropianowej filiżance i 

roztrząsać  słowa  Karen.  Styropian  wprawdzie  nie  musi  się  trzymać  kupy,  ale  jej  wywód 
niewątpliwie  wiąże  się  w  logiczną  całość.  Odruchowo  wyciągnął  fotografię  młodego  Nicholasa 
Fearinga z Ferlazzo i ustawił przed nimi na stole. 

– Nie wygląda na mordercę – stwierdziła Karen w zadumie. 
– Podobnie jak Baby Face Nelson – skonstatował Luke ponuro. – Wszystko to jest bardzo 

zagmatwane. Jak, u diabła, można wybrać oszusta na wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych? Czy 
nie należałoby sprawdzać środowiska i pochodzenia osób ubiegających się o urząd? 

–  Chybaby  należało  –  powiedziała  Karen.  –  Ale  jak  usłyszysz,  czego  się  dowiedziałam, 

zapewne  nikogo  nie  będziesz  obwiniać  o  brak  podejrzliwości.  Stryja  Petera  i  jego  przyjaciół 
cechowała  wyobraźnia  i  dokładność.  Po  prostu  wszystko  zapięli  na  ostatni  guzik.  Nie  zostawili 
żadnego  śladu.  Może  tylko  list  i  zdjęcie.  A  co  za  tym  idzie,  nas.  Jak  się  czujesz  na  fałszywym 
tropie? 

– Nieźle – odparł – choć wydaje się, że jesteśmy u kresu możliwości. 
–  Rozpogódź  się,  Luke.  –  W  jej  głosie  zadźwięczała  nutka  gniewu.  –  Usiądź  wygodnie  i 

posłuchaj  skompilowanej  przeze  mnie  barwnej  biografii  cara  Nicholasa.  A  potem,  jeśli  nie 
potrafimy obmyślić kolejnego posunięcia, pozwolę ci upaść na duchu. Dobra? 

Uśmiechnął się, pocałował ją i wrócił na swoje miejsce. 
– Nicholas Mark Fearing – zaczęła – urodzony w Powell, stan Montana, 6 listopada 1928. 

Skorpion... wpadłbyś na to? Rodzice: dawno zmarły wielebny Joseph Fearing i jego równie dawno 
zmarła żona Mary. Niezły numer, Luke. Chodzi mi o to, że ci ludzie nie budzili zastrzeżeń. W 1930 
roku zacny kapłan i jego małżonka rzekomo zabrali tryskającego zdrowiem chłopaczka i wyjechali 
na  misje  do  Afryki.  Nie  mogę  znaleźć  żadnej  wzmianki  na  temat  miejsca  ich  pobytu  ani  ich 
dokonań,  niemniej  jednak  idę  o  zakład,  że  istnieje  gdzieś  barwny  opis  ich  dobroczynnej 
działalności.  Tak  czy  owak,  po  dłuższym  pobycie  na  Czarnym  Lądzie  Fearingowie  powrócili  do 
Stanów... 

– Zaczekaj – przerwał Luke. – Niech zgadnę. W 1946. 
–  Inteligentnie  i  prawidłowo,  mój  synu.  No  i  proszę.  Ot  tak  sobie  znika  siedemnaście, 

osiemnaście  lat.  –  Nieoczekiwanie  głośno  strzeliła  palcami,  co  odbiło  się  echem  od  cichych 
regałów bibliotecznych. 

– A co ze świadectwami, metrykami urodzenia? Na pewno musi być... 
– Czy mogę kontynuować, czy też ty zamierzasz się znaleźć w centrum uwagi? 
– Przepraszam – powiedział. 
– I mnie to zastanowiło, więc zadzwoniłam do ratusza w Powell w Montanie. Urzędniczka 

bynajmniej  nie  wyglądała  na  zdziwioną  moimi  pytaniami  i  wyjaśniła  mi,  ze  nie  ja  jedna  chcę 
zdobyć  dane  biograficzne,  dotyczące  najwybitniejszego  syna  ich  miasta.  Potem  wygłosiła 
częściowo  przygotowane  przemówienie,  wynosząc  pod  niebiosa  przymioty  Fearinga  i  jego 
działalność dla dobra ludzkości. Wreszcie powiedziała, że miasto jest wdzięczne wiceprezydentowi 
za hojną pomoc w odbudowie ratusza po wybuchu i pożarze, który w roku 1964 niemal doszczętnie 
zniszczył  stary  budynek  i  znajdujące  się  w  nim  archiwa.  Oczywiście  Fearing  był  wtedy  tylko 
gubernatorem Massachusetts. 

– Niewiarygodne – zdołał wykrztusić Luke. – Całkiem niewiarygodne. 

background image

 

95 

– O ile wiem, nikt z Fearingów nigdy nie wrócił do Powell. Przynajmniej do czasu, kiedy w 

sześćdziesiątym czwartym Nick pojechał tam oddać do użytku nowy ratusz. Jego rodzice nie żyli 
już  wtedy  od  jakichś  czternastu  lat.  Tragiczny  wypadek  samochodowy,  wiadomo.  Jeszcze  jeden 
fałszywy trop odpada. 

– Odwaliłaś ładny kawał roboty, moja pani – przyznał, 
– Jest więcej, ale to na ogół zwykła biografia. Nadal nie wyczuwam, jaki z niego człowiek, 

wiem tyle, co widziałam w telewizji albo czytałam w gazetach, zanim to  wszystko się stało. Jest 
uosobieniem  Amerykańskiego  Marzenia.  Ubogi  syn  ubogich  misjonarzy,  we  wczesnym 
dzieciństwie uczą go rodzice. Szkołę średnią kończy oczywiście w Lawrence, stan Massachusetts. 
Studia na Harvardzie podejmuje w 1948, dyplom robi jako jeden z najlepszych w swojej grupie w 
1951,  na  rok  przed  terminem.  Potem  prawo  na  Harvardzie.  Redaktor  „Przeglądu  Prawniczego”, 
mogłabym dodać. Później praca w prokuraturze okręgowej. Musiał działać dość skutecznie, skoro 
w  1958,  w  podeszłym  wieku  trzydziestu  lat,  mianowano  go  prokuratorem  okręgowym.  Jego 
poprzednik zmarł jakoby w trakcie pełnienia obowiązków. Hmmm. 

– Rzeczywiście hmmm – zgodził się Luke. – Co dalej? 
–  Stanowy  prokurator  generalny  od  1960  do  1962,  wicegubernator  przez  dwa  lata. 

Gubernatorem został w wieku trzydziestu sześciu lat, kiedy gubernator O’Brian objął jakąś posadę 
w  Waszyngtonie.  Reszta,  jak  powiadają,  jest  historią.  Nieustraszony  Fearing,  najtwardszy 
prokurator  generalny  w  dziejach  Stanów  Zjednoczonych;  zdeklarowany  wróg  przestępczości 
zorganizowanej;  postrach  skorumpowanych  przywódców  związkowych.  Wreszcie  startuje  w 
wyborach u boku George’a Tabora, zapewne najnudniejszego, najbardziej nieudolnego prezydenta, 
jakiego  kiedykolwiek  wybraliśmy.  W  jednym  wstępniaku  wyczytałam,  że  w  trakcie  kampanii 
Tabor nie potrafiłby chodzić, żując gumę, gdyby go Fearing nie nauczył. 

–  Ciekaw  jestem,  czy  twoja  matka  domyślała  się  zawartości  sejfu  –  powiedział  Luke  w 

zadumie. 

– Wątpię. Matka nigdy nie potrafiła trzymać buzi na kłódkę. Gdyby wiedziała, chybaby mi 

powiedziała. Ze względu na nią cieszę się, że nie wiedziała. Cóż, my wiemy. I co z tym zrobimy? 

Luke  nie  miał  okazji  odpowiedzieć  na  jej  pytanie.  Zgrabna  brunetka,  z  wyglądu  wcale 

niepodobna do bibliotekarki, podeszła do ich boksu i  oznajmiła, że bibliotekę zaraz zamykają na 
noc. 

– Chyba możemy wrócić tu jutro – rzekł Luke, kiedy zbierali notatki. 
– Po co? 
– Musimy jeszcze więcej dowiedzieć się o Fearingu. Jak dotąd mamy tylko garść domysłów 

i wyblakłą starą fotografię. Wiemy, że jesteśmy na dobrym tropie, ale jeśli spróbujemy przekonać 
kogoś  innego  na  podstawie  posiadanych  przez  nas  dowodów,  pewnie  razem  wylądujemy  w 
stanowym szpitalu w Bridgewater albo nawet gorzej. 

– Jeśli wylądowalibyśmy tam razem, nie byłoby to takie złe – zauważyła z uśmiechem. 
– Dobra. Więc znajdź teraz jakiś nocleg. W tej okolicy musi być mnóstwo pensjonatów. 
Burza ucichła i tylko wiatr zacinał drobnym deszczem, kiedy schodzili ze stopni biblioteki i 

szli  na  ukos  przez  ciemny  trawnik  Harvard  Yard.  Dokonane  w  tym  dniu  odkrycia,  myślał  Luke, 
zamiast ułatwić, jeszcze bardziej utrudniały ich sytuację i źle wróżyły na przyszłość. Ściskało go w 
gardle, w miarę jak sobie uświadamiał, że może to być ich ostatnia wspólnie spędzona noc. 

W  pensjonacie,  w  pokoju  na  drugim  piętrze,  Luke  leżał  w  mosiężnym  łóżku,  wsparty  na 

dwóch poduszkach. Kochali się kilkakrotnie w ciągu nocy i  jeszcze raz z rana, po przebudzeniu. 
Teraz spływało na niego nieznane od lat ukojenie. Z podziwem obserwował Karen, która w samych 
białych  majtkach  wykonywała  serię  ćwiczeń  rozciągających,  a  przez  następny  kwadrans  pięknie 
kontrolowanego  Tai  Chi.  Szare  poranne  światło  otaczało  aureolą  jej  ciało,  jak  znów  zauważył, 
dziecinne  i  kobiece  zarazem,  gibkie  i  muskularne,  rozwinięte  i  zmysłowe.  Takie  ciało  za 
dwadzieścia lat będzie równie ładne i ponętne jak dzisiaj. 

background image

 

96 

Uśmiechnąwszy  się,  powoli  zapadał  w  sen.  Kiedy  zamykał  oczy,  miejsce  jej  delikatnego 

piękna zajęła nagle przerażająca podobizna Damiana Steele’a. Jego kręcone blond włosy płonęły, a 
skóra miała zielonkawy odcień, od którego żołądek podchodził do gardła. Steele wykrzywiał twarz 
w  groteskowym,  złym  uśmiechu,  błyskał  przekrwionymi  oczami,  połyskiwał  bielą  zębów.  Luke, 
wstrząsany  dreszczem,  bezskutecznie  próbował  otworzyć  oczy.  Potem  twarz  wybuchnęła 
śmiechem, a ten piskliwy, szyderczy śmiech zmieszał się z sapaniem przerażonego Luke’a. Obraz 
nabrał wyrazistości, śmiech niemal ogłuszał, gdy wtem, równie nagle, jak się pojawiło, widziadło 
znikło, przy uchu Luke’a zaś rozbrzmiał cichy głos. 

–  Obudź  się,  Luke.  Luke,  nic  się  nie  stało.  Wszystko  jest  w  porządku.  –  Głaskała  go  po 

czole i ostrożnie rozprostowywała jego zaciśnięte palce. 

Otworzył  oczy,  przez  chwilę  patrzył  w  jej  twarz,  a  potem  objął  ją  i  z  całej  siły  przytulił. 

Stopniowo oddychał coraz wolniej, przestawał się trząść. Karen cofnęła się i delikatnie ujęła jego 
dłonie. 

– Lepiej? – Kiwnął głową. – Chcesz się zabrać do pracy? – Znów potaknął. – Musiałeś mieć 

okropny sen. Później mi o nim opowiesz. 

– Jaki mamy dziś dzień? – zapytał i usiadł. 
– Czwartek, Luke, dwudziestego ósmego. 
– Tydzień. 
– Co? 
– Tydzień – powtórzył.  – Tylko tyle czasu upłynęło od wylewu twojej matki. Jezu, co za 

tydzień. 

–  Jazda,  duży  chłopcze.  Ubierz  się.  Zajmiemy  się  przeszłością,  jak  tylko  uporamy  się  z 

przyszłością, dobra? 

– Prowadź – powiedział, podnosząc koszulę i spodnie, rzucone poprzedniego wieczoru na 

podłogę. 

Pod rękę wyszli w wilgoć poranka i skierowali się do Widener. Deszcz ustał, ale ze względu 

na porywy wiatru i groźbę ulewy włożyli kaptury nieprzemakalnych kurtek, nie zwracając niczyjej 
uwagi. Zgodnie z sugestią Luke’a wybrali okrężną drogę na Harvard Yard i przystawali w bramie 
mniej więcej na każdym rogu, aby mieć pewność, że nie są śledzeni. Żadne z nich nie lekceważyło 
tego środka ostrożności. 

Na stopniach biblioteki włączyli się w nieprzerwany strumień ponurych studentów, którzy z 

zaciśniętymi wargami wchodzili po mokrych od deszczu schodach. 

– Czas egzaminów końcowych – zauważył Luke, ironicznie kręcąc głową. – Wszystko i nic. 
– Co masz na myśli? – zapytała. 
– To, że dopóki  człowiek studiuje, nie widzi, jak jest w istocie bezpieczny i ograniczany, 

zwłaszcza  w  okresie  sesji  egzaminacyjnej.  –  Ściszył  głos  do  szeptu,  kiedy  przechodzili  przez 
oszklone  żelazne  drzwi.  –  Na  myśl  o  tym,  jak  małe  w  porównaniu  z  obecnymi  miałem  wtedy 
zmartwienia, chce mi się podejść do każdego z tych kujonów z osobna, porządnie nim potrząsnąć i 
powiedzieć, że o wiele więcej się nauczy, jeśli zamiast tyle czasu spędzać z nosem w zatęchłych 
książkach,  poświęci  go  na  zdobywanie  wiedzy  o  tym,  co  się  naprawdę  dzieje.  Samo  życie.  To 
powinien być program obowiązkowy. 

–  Bezwzględnie  –  przyznała.  –  A  Nickowi  Fearingowi  możemy  zlecić  napisanie 

podręcznika. 

– Wiesz, to wcale nie takie śmieszne. 
– Będzie śmieszne, Luke. Naprawdę już niedługo, po prostu wiem, że będzie. 
W ich wczorajszym boksie siedział chłopak z trądzikiem i nieprawidłowym zgryzem.  Był 

całkiem schowany za stertą książek, Luke zobaczył jednak dość, aby na głos wyrazić zdziwienie, 
dlaczego na Harvard zaczęto przyjmować dzieciaki zaraz po szkole średniej. 

Oboje  z  Karen  szli  wzdłuż  rzędu  zajętych  nisz,  aż  w  końcu  rozłożyli  notatki  na  stole  w 

jedynej wolnej. 

background image

 

97 

– Więc od czego dziś zaczynamy? – spytała Karen. 
–  Gazety  będą  chyba  najlepsze.  Ty  weź  „Timesa”,  ja  „Globe”.  Muszą  mieć  mikrofilmy 

jednego i drugiego. Może później sprawdzimy „Washington Post”. To też muszą mieć. Zacznijmy 
od ostatnich numerów i potem się cofajmy. 

– Ale czego szukamy? 
– Pewnie czegoś więcej o tym człowieku – odparł. – Powiązań. Wzorów. Wszystkiego, co 

może  łączyć  Fearinga  z  mafią.  Wszystkiego,  co  może  być  dla  nas  wskazówką,  jak  wykorzystuje 
urząd  wiceprezydenta.  Mam  to  okropne,  głupie  uczucie,  że  nie  zamierza  być  wice  przez  sześć 
następnych lat kadencji Tabora. 

– Wygląda na to, że taka cierpliwość naprawdę do niego nie pasuje, co? 
– Powiedzmy tylko, że nie chciałbym być agentem, który ubezpiecza George’a Tabora na 

życie.  Chodź,  spróbujemy  poprosić  o  pomoc  bibliotekarzy  z  księgozbioru  podręcznego.  Powiedz 
im, że zbieramy materiały do książki. 

– Świetnie. – I dorzuciła: – Możemy ją zatytułować Co się stało z małym Nickiem? 
Po  południu  mieli  już  dziesiątki  stron  notatek  i  obojgu  tak  samo  pękały  z  bólu  głowy. 

Siedzieli naprzeciwko siebie w boksie, delektowali się kanapkami z grubo krojoną pastrami, które 
Karen przyniosła od Elsie, i czekali, aż zacznie działać połknięta aspiryna. 

– Ty, mała, mów pierwsza – powiedział. – Czy jako pracownica socjalna zdołałaś dopatrzyć 

się w naszym facecie jakichś odchyleń od normy? 

– Luke, zostawmy Nicholasa Fearinga przynajmniej na czas lunchu. Czuję się tak, jakbym 

przy  tym  czytniku  usmażyła  sobie  gałki  oczne.  Przy  pierwszej  okazji  zrezygnuję  z  prenumeraty 
„Timesae. Co za dużo, to niezdrowo. 

Przez  następną  godzinę  rozwodzili  się  nad  zaletami  Bostońskiego  i  Metropolitalnego 

Muzeum Sztuki, nad korzyściami, jakie przynosi wykształcenie przygotowujące do zawodu, i nad 
najlepszymi  filmami,  jakie  w  życiu  widzieli  (Luke:  Tysiąc  clownów,  Karen:  Annie  Hali  i 
Szlachectwo zobowiązuje). 

Nagle,  w  trakcie  krótkiej  dyskusji,  poświęconej  porównaniu  opowiadań  Cheevera  i 

Faulknera, Karen umilkła, po czym rzekła z ciepłym uśmiechem: 

– Dzięki, tego mi było potrzeba. 
Uśmiechnął  się  w  odpowiedzi,  otworzył  własną  teczkę  z  notatkami  i  zaczął  przeglądać 

kartkę  po  kartce.  Zebrane  przez  niego  informacje  niewiele  wnosiły  do  tego,  co  już  wiedzieli. 
Nicholas  Fearing  był  fenomenem...  zjawiskiem.  Jeśli  w  ogóle  miał  w  sobie  coś  niezwykłego, 
zauważył Luke, to na pozór całkowity brak wrogów politycznych, a właściwie nawet krytyków w 
prasie. Zyskał powszechny poklask, „Newsweek” i „Time” zamieściły jego zdjęcia na okładkach z 
tej  racji,  że  na  przestrzeni  paru  tygodni  osobiście  zajął  się  rozstrzygnięciem  dwóch  trudnych, 
skomplikowanych sporów pracowniczych. W jednym przypadku, po zakończeniu trzymiesięcznego 
strajku  hutników,  Fearing  nie  spotkał  się  ze  strony  pracodawców  i  pracowników  z  ani  jednym 
słowem niezadowolenia z ugody, do której doprowadził. 

Karen też nie udało się znaleźć żadnych oczywistych nieboszczyków w badanych przez nią 

szafach. Spośród faktów, jakie zebrała, największe wrażenie zrobiła na obojgu liczba wniesionych 
oskarżeń  i  surowych  wyroków,  które  zapadły  przeciwko  szefom  zorganizowanych  grup 
przestępczych  na  żądanie  Fearinga,  ówczesnego  prokuratora  generalnego.  Kilka  ważnych  figur, 
nietykalnych  w  okresie  walki  Roberta  Kennedy’ego  ze  zorganizowaną  przestępczością, 
odsiadywało  długie  wyroki,  a  dwaj  spośród  ludzi  najpotężniejszych,  Sammy  Gambone  z 
Providence  oraz  Arthur  Krenz,  właściciel  największego  hotelu  i  kasyna  w  Las  Yegas,  widocznie 
woleli popełnić samobójstwo, niż być oskarżani przez Fearinga. 

– Niewiele tego, prawda? – podsumowała Karen. 
– Pozornie tak  – odparł.  – Ale kiedy mówiłaś,  wciąż mi się zdawało,  że coś słyszę, choć 

właściwie nie słuchałem. Rozumiesz? 

– Chyba... chyba tak. 

background image

 

98 

–  Pozwól,  że  dla  przykładu  opiszę  ci,  jak  większość  lekarzy  radzi  sobie  z  trudnymi 

problemami  –  podjął.  –  Po  pierwsze,  zawsze  zakładają,  że  gdzieś  jest  odpowiedź,  wyjaśnienie 
trudnego  przypadku.  Potem  zbierają  wszelkie  informacje,  które,  ich  zdaniem,  mogą  być  ważne,  i 
szukają wzorców diagnostycznych. Jeśli nic z tego nie wychodzi, zbierają więcej informacji i cały 
proces  rozumowania  zaczynają  od  nowa,  nigdy  nie  zapominając  o  podstawowej  przesłance,  że 
odpowiedź  istnieje.  Czasami  muszą  zmienić  pogląd  na  przyczynę  choroby  i  zamiast  w  jednym 
procesie,  upatrywać  jej  w  dwóch  czy  trzech  rzeczach,  które  równocześnie  się  powikłały.  Dobry 
lekarz,  jeśli  jest  na  tyle  bystry,  aby  zbierać  właściwe  informacje,  prędzej  czy  później  znajdzie 
prawidłową odpowiedź... albo przynajmniej na tyle prawidłową, że pacjent dobrze na tym wyjdzie. 

– I według ciebie odpowiedź na pytanie o Fearinga jest już w naszych notatkach? 
– Może nie cała, ale jakaś jest. Klnę się, że przez sekundę prawie ją miałem. 
– No i co dalej? Więcej informacji?  – zapytała Karen, wyczuwając w nim niedostrzeganą 

przedtem  energię  i  zdecydowanie.  Jeśli  kiedyś  znów  zachoruję,  pomyślała,  chcę,  żeby  to  on  się 
mną opiekował. Bo gdzież są ci wszyscy wielcy lekarze, kiedy ktoś ich najbardziej potrzebuje? 

–  Więcej  informacji  –  przyznał.  –  Jeszcze  dwie,  trzy  godziny.  Musi  nastąpić  przełom.  W 

pewnym momencie ktoś się zorientuje, dlaczego moja twarz wydaje mu się znajoma. A wtedy, uf, 
nie będzie już czasu. 

Po  upływie  półtorej  godziny  nastąpił  przełom,  na  który  liczyli.  Nieoczekiwanym  źródłem 

wiadomości okazała się rubryka towarzyska bostońskiego „Globe” sprzed trzech lat. Luke prędko 
przerzucał kartki, koncentrując się na pierwszych stronach i artykułach wstępnych, resztę każdego 
numeru właściwie ignorując. A tu akurat podszedł do czytnika po powrocie z toalety i spostrzegł 
twarz Fearinga na dużym grupowym zdjęciu u dołu już przejrzanej strony. 

–  Słyszę,  choć  właściwie  nie  słucham,  widzę,  choć  nie  patrzę  –  powiedział  na  głos,  raz  i 

drugi odczytując podpis pod zdjęciem i krótki towarzyszący mu tekst.  – Karen, chodź, zobacz. – 
Krzyknął za głośno. Szybko pochylił się nad czytnikiem, kiedy kilku pilnych studentów zwróciło 
twarze w jego stronę. 

– No, niech mnie... – mruknęła. Stała z rękami na ramionach Luke’a, wpatrzona w czytnik. 

– Za duży zbieg okoliczności? 

– O wiele za duży – zgodził się Luke triumfalnie. – O wiele za duży. – Teraz chichotał, a 

Karen obejmowała go za szyję i nie spuszczała wzroku z fotografii. 

Autor artykułu nazwał to polityczną galą dekady, mającą na celu zbiórkę funduszy. Wielki 

jubel po pięć tysięcy dolarów od osoby w Stonehill, domu przemysłowca Alberta Juliana. Podczas 
uroczystości  sfotografowani  zostali  kandydat  na  wiceprezydenta  Nicholas  Fearing,  jego  żona 
Angela, gospodarz Albert Julian i jego syn Carl. 

– Carl Julian, człowiek, którego kochać może tylko ojciec – zauważył Luke, przepisując do 

notesu  artykuł,  z  datą  i  numerem  strony.  Następnie  rozejrzał  się  przez  ramię  w  prawo  i  w  lewo, 
wyjął mikrofilm z czytnika i wsunął do kieszeni. 

– Panie doktorze. – W głosie Karen zabrzmiało rozczarowanie. – Mogę pogodzić się z tym, 

że jest pan gwałcicielem i mordercą, ale drobnym złodziejaszkiem? Cóż, matka zawsze mówiła, że 
nie znam się na ludziach. 

– Przynajmniej to tylko numer „Globe”, a nie czegoś ważnego, w rodzaju „Mechaniki dla 

wszystkich” – odrzekł i złożył notatki. – Chodź, zabieramy nasze rzeczy i spływamy. 

– Dokąd idziemy? – zawołała za nim. 
–  Po  garść  drobnych  i  do  telefonu.  Moim  zdaniem  ktoś  o  nazwisku  Albert  Julian 

niecierpliwie oczekuje pogawędki z nami. 

– Ależ, Luke, czy możemy mieć pewność, że ojciec jest w to wszystko zamieszany wraz z 

Carlem? 

– Carl to zbir. Wątpię, czy potrafiłby znaleźć wyjście z pokoju, gdyby w nim było więcej 

drzwi  niż  jedne.  Tu  kierowniczą  rolę  odgrywał  ktoś  potężny,  a  sama,  ty  sama  uznałaś  za  mało 
prawdopodobne,  aby  Fearing  mógł  to  robić  z  Waszyngtonu.  Musi  to  być  Albert  Julian.  Zresztą 

background image

 

99 

spójrz  –  dodał,  wyjmując  z  portfela  wizytówkę.  –  Zabrałem  ją  naszemu  przyjacielowi  Jamesowi 
Spearowi. 

– Stonehill 549–2477 – przeczytała. – Mój Boże, to dom Juliana. Numer jego telefonu? 
– Masz wątpliwości? 
– Chodźmy, kapitanie, znajdę jakąś zaciszną budkę telefoniczną. Czy  w razie gdyby  była 

dość zaciszna, moglibyśmy... 

– Innym razem, szalona kobieto. Innym razem. 
 
Albert  Julian  źle  się  czuł  od  śmierci  syna.  Zaczęły  mu  dokuczać  częste  zawroty  głowy  i 

przy kilku okazjach dostał w trakcie posiłku na tyle niespodziewanych torsji, że nie zdążył wstać 
od stołu. Trochę czasu próbował spędzać w ogrodzie, a znacznie więcej niż zwykle w długim na 
trzy  i  pół  metra  basenie  z  biczami  wodnymi.  Ale  nawet  dodanie  do  jacuzzi  dwóch  specjalnie 
zatrudnionych  najśliczniejszych  dwudziestoletnich  modelek  nie  łagodziło  objawów.  W  ciągu 
ostatnich paru lat erekcja przychodziła mu z trudem, teraz nie miewał jej w ogóle. Po raz pierwszy 
od bardzo dawna wyładował gniew i frustrację na jednej z kobiet, co jego kosztowało kilka tysięcy 
dolarów, a ją ponaddziesięciogodzinny zabieg chirurgiczny. 

Wbrew sobie Julian przy  kilku okazjach przeklinał  Don Nicholasa  Ferlazzo i  ślubowanie, 

jakie  wraz  z  innymi  głowami  Rodzin  złożył  tej  nocy  przed  prawie  dwudziestu  laty,  kiedy 
przystąpili  do  realizacji  swoich  planów.  Obecnie  musiał  złożyć  jedynego  syna  na  ołtarzu  La 
Tartarugi. 

Zaledwie parę godzin upłynęło od pogrzebu Carla. Julian leżał wyciągnięty na olbrzymim 

łożu z drewna tekowego, a do połowy opróżniony kieliszek starego koniaku stał na niskim stoliku 
obok.  Julian  próbował  zasnąć,  lecz  bezskutecznie.  Zaprzątały  go  barwne,  przykre  wspomnienia, 
związane  z  genezą  i  ewolucją  La  Tartarugi.  Wreszcie,  zmożony  alkoholem,  w  pewnym  stopniu 
ulegając  chorobliwej  fascynacji,  odprężył  się,  zamknął  oczy  i  pozwolił  obrazom  przepływać  pod 
powiekami. 

Właściwie był to poniekąd jego pomysł. Jego i Don Nicholasa. Jest rok 1957... czerwiec... 

Rodzinie  Juliano  się  nie  układa,  interesy  źle  idą.  Zdecydowany  wysiłek,  zmierzający  do 
wyeliminowania  dwóch  najbardziej  wpływowych  konkurencyjnych  Rodzin  nowoangielskich, 
doprowadził do daremnego przelewu krwi i wielkiej kompromitacji jego ludzi. Coraz trudniej było 
o  pieniądze  i  Alberto  Juliano  wiedział,  że  jest  tylko  kwestią  czasu,  kiedy  kula  mordercy  albo 
katastrofa finansowa doprowadzi jego osłabione imperium do ruiny. 

Nicholas  Fearing  dużo  wcześniej  poznał  zawiłości  i  niuanse  amerykańskiego  systemu 

gospodarczego,  prawnego  i  politycznego  i  miał  je  w  głębokiej  pogardzie.  Amerykańską  formę 
sprawowania  władzy  nazwał  „konstytucyjną  hipokryzją”;  rządzili  ludzie  umiarkowani, 
niedouczeni,  o  wąskich  horyzontach,  którzy  łatwo  dawali  sobą  manipulować  temu,  kto  miał 
pieniądze,  którzy  łatwo  przegrywali  na  sali  sądowej  i  podlegali  każdej  z  kilku  różnych  form 
kontroli. 

– Możemy mieć to wszystko, Don Alberto – powiedział. – Cały kraj. Narzędzia mamy tu w 

głowach i w naszym pragnieniu. Jest nam potrzebna tylko cierpliwość i staranne planowanie. 

Dalej chwalił swojego ojca, stryja, Juliana i innych za to, że położyli podwaliny, na których 

teraz można budować. Opowiadał się za tym, żeby Rodziny w całym kraju, zamiast sobie nie ufać 
czy ledwie się tolerować, zorganizowały się i realizowały wspólne cele. Przeciwnicy tych planów 
będą usuwani w drodze manipulacji finansowych, nacisków prawnych i tylko w razie konieczności 
siłą.  Na  początek  Don  Alberto  zwoła  najsilniejsze  Rodziny  z  całego  kraju  i  nakłoni  je  do 
współpracy obietnicami niewyobrażalnych jak dotąd bogactw i władzy dla nich, ich dzieci i dzieci 
ich dzieci. 

Początek  będzie  powolny  i  niepewny.  Każdą  Rodzinę  trzeba  będzie  stale  utwierdzać  w 

przekonaniu,  że  Don  Alberto  potrafi  zapewnić  to,  co  obiecał,  zarówno  kontrolę  nad  związkiem 

background image

 

100 

zawodowym,  jak  nad  fabryką  czy  politykiem.  W  końcu,  dzięki  planowaniu  i  manipulowaniu  pod 
kierunkiem Fearinga, obietnice zostaną spełnione. 

Zrazu nikt prócz Juliana i jego najbliższych doradców, jak podkreślał Fearing, nie powinien 

wiedzieć o jego istnieniu, zdolnościach i szybko rosnących wpływach politycznych. Z czasem tylko 
donowie organizacji uczestniczących dostąpią przywileju i poznają sekret. 

Cel:  stopniowe  opanowanie  głównych  gałęzi  przemysłu,  obu  izb  Kongresu  i  ostatecznie 

samej prezydentury. 

Mimo  licznych  obaw,  Juliano,  widząc  zdecydowanie,  jak  również  inteligencję  Fearinga, 

świadomy też własnej niepewnej sytuacji, wyraził umiarkowane zainteresowanie. Najpierw jednak 
sam wysunął parę żądań. Fearing spełnił wszystkie i w ciągu roku Don Alberto Juliano, osłabiona 
głowa  słabej  Rodziny,  przeobraził  się  w  Alberta  Juliana,  finansistę,  poważnego  przemysłowca  i 
nadzorcę wszystkich operacji Syndykatu na północnym wschodzie. 

Zmian  dokonywano  niepostrzeżenie,  po  mistrzowsku  i  nic  nie  wskazywało,  że  Fearing 

macza w tym palce. Początkowo w niektórych trudniejszych sytuacjach trzeba było uciekać się do 
szantażu,  grozić  użyciem  siły  i  stosować  przemoc.  Ale  tylko  wtedy,  kiedy  Fearing  uznał,  że 
wyczerpały się środki konwencjonalne. Manipulował ludźmi, sytuacjami, nawet całymi systemami 
gospodarczymi z wprawą arcymistrza, anonimowo grającego listownie w szachy z nowicjuszem. 

Prawie  równo  w  dwa  lata  po  wstępnych  dyskusjach  z  Fearingiem  Albert  Julian  zebrał 

szefów sześciu najpotężniejszych organizacji w kraju. Podczas tego spotkania na ustronnej wyspie 
Wielki  Kajman  na  Morzu  Karaibskim  stworzono  prawdziwe  ramy  dla  La  Tartarugi.  Fearing 
wprawdzie pozostał w Bostonie, ale utrzymywał codzienny kontakt z Julianem. Potrafił kierować 
przebiegiem  posiedzeń,  nie  zaniedbując  przygotowań  do  objęcia  urzędu  gubernatora 
Massachusetts. 

To  Don  Alberto  zaproponował  odpowiednią  nazwę  dla  ich  ruchu.  Nowy  sojusz, 

zainspirowany przez olbrzymie żółwie morskie, żyjące na tej wyspie, przybrał nazwę La Tartaruga 
– Żółw. Powolny, lecz nieubłagany. Cierpliwy i w zasadzie niezniszczalny. 

Sześć  miesięcy  później,  kiedy  wszyscy  przywódcy  organizacji  zdążyli  się  przekonać  o 

geniuszu Juliana, Fearing spotkał się z nimi po raz pierwszy i ostatni, znów na Morzu Karaibskim. 
Tam wyjaśnił, na czym polega jego zakulisowa rola. Łatwo przekonał donów i śluby La Tartarugi 
złożono i dosłownie przypieczętowano krwią. 

–  Nic  nie  może  stanąć  na  drodze  do  całkowitej  realizacji  La  Tartarugi.  Żadne  głupie 

uprzedzenia. Żadne konflikty finansowe. Żadne względy uczuciowe. Żadne więzy krwi. Wszystko 
należy podporządkować woli większości. 

Stopniowo wola większości miała się stać wolą Nicholasa Fearinga. 
Teraz, kiedy zbliżała się najważniejsza godzina La Tartarugi, od Alberta Juliana zażądano 

złożenia  największej  ofiary  w  imię  wyższych  celów...  ofiary  z  życia  jedynego  syna...  człowieka 
dość  ograniczonego,  który  popełnił  tylko  to  przestępstwo,  że  za  dużo  wiedział,  był  za  mało 
inteligentny i zupełnie nad sobą nie panował. 

A  o  śmierć  syna  Julian  uparcie  obwiniał  takie  nic  z  przylądka  Cod,  nazwiskiem  Lewis 

Corey. Julian zada ból i śmierć temu zeru i każdemu z członków jego rodziny. La Tartaruga pomści 
śmierć Carla. Linia Lewisa Coreya w męczarniach zniknie z powierzchni ziemi. 

– Mówi Burton, sir. – Trzask interkomu tuż przy głowie wyrwał Juliana z zadumy, z każdą 

chwilą boleśniejszej. 

– Tak, co jest? – zapytał, nie starając się ukryć irytacji. 
– Telefon, sir. Ten ktoś mówi,  że nazywa się doktor  Luke Corey i  że pan chciałby z nim 

porozmawiać. 

– Skąd, na litość boską, wziął mój... mniejsza z tym, Burton. Odbiorę telefon tutaj. – Wstał 

zesztywniały, powoli podszedł do marmurowej umywalki na wprost łóżka i ochlapał twarz zimną 
wodą. Następnie dopił koniak i najpierw znów się położył, a dopiero potem podniósł słuchawkę. 

– Tu Albert Julian. 

background image

 

101 

– A tu doktor Luke Corey. Wie pan, dlaczego dzwonię. – Na dźwięk cichego, opanowanego 

głosu  magnata  Luke  poczuł, że częściowo opuszcza go determinacja i  agresywność, w jakich się 
utwierdzał. 

– Niestety nie, panie Corey. Ale byłbym ciekaw, skąd pan ma mój prywatny  numer.  – A 

teraz, Corey, doktorze śmieciu, zobaczymy, czy dorównasz prawdziwemu zawodowcowi, pomyślał 
Julian. 

Luke przez chwilę nie mógł się zdecydować, toteż nie odpowiedział od razu. Obrócił się w 

ciasnej  kabinie  telefonicznej  i  obserwował  Karen,  buszującą  po  sklepie  jak  inni  klienci.  Akurat 
wtedy  spojrzała  na  niego  i  oczy  ich  się  spotkały.  Kiwnęła  głową,  on  dość  niepewnie  wzruszył 
ramionami,  ona  odpowiedziała  stanowczym  uniesieniem  kciuka.  Takiego  właśnie  wsparcia 
potrzebował. 

–  Tu  doktor  Corey,  proszę  pana  –  zaczął  z  jak  największą  mocą.  –  Pora  nie  jest  chyba 

odpowiednia  na  gierki.  Od  tygodnia  straszą  mnie  i  prześladują.  Zamordowano  dwie  dobre, 
niewinne  osoby  i  wiem,  że  znaczna,  jeśli  nie  cała  odpowiedzialność  za  to  spada  na  pana.  Wiem 
właściwie dużo więcej. Toteż albo będzie pan ze mną szczery, albo zwrócę się z tą informacją do 
władz. Czy wyrażam się jasno? 

Albert  Julian  poczuł,  że  czerwienieje.  Dobre,  niewinne  osoby,  pomyślał.  Zamordowałeś 

mojego jedynego syna, ty bezczelny gnojku. Zamordowałeś mojego syna, a teraz rzucasz te puste 
pogróżki. 

Odetchnął  głęboko,  zanim  się  odezwał,  ale  musiał  mocno  ścisnąć  słuchawkę,  aby  nie 

wypadła z trzęsącej się ręki. 

–  Może  pan  zakładać,  doktorze  Corey,  że  wiem  coś  niecoś  o  sytuacji,  w  jakiej  się  pan 

znajduje. A dlaczego zdecydował się pan zadzwonić do mnie? 

W  rzeczywistości  Luke  spodziewał  się  tylko  tego,  że  uzyska  przez  telefon  potwierdzenie 

udziału Juliana w przestępstwach. Zachęcony powodzeniem, postanowił trochę nacisnąć i zmienić 
tekst, który poprzednio omówił z Karen. 

–  Chcę  wyjechać,  proszę  pana.  W  zamian  za  milczenie  chcę  ludzi  odpowiedzialnych  za 

morderstwa,  popełnione  na  Connie  Evans  i  Theonie  Settles.  Chcę  gwarancji  bezpieczeństwa  dla 
siebie  i  Karen  Samuels.  Chcę  je  mieć  w  formie  listu,  potwierdzającego  pański  udział  w  całej  tej 
sprawie. List dostanę w zamian za informację, którą mam, a na której panu zależy. Wreszcie chcę 
pieniędzy...  dla  ścisłości,  pół  miliona  dolarów.  Po  otrzymaniu  listu,  pieniędzy  i  po  bezpiecznym 
wyjeździe z kraju  przyślę panu te materiały.  – Tętno  Luke’a zdążyło  już przekroczyć setkę, ręce 
zaczęły mu się trząść. 

– Doktorze Corey. – Julian wyraźnie podniósł głos. – Na pewno zachowuje się pan z dużą 

brawurą jak na człowieka, który nie może nawet pokazać się w miejscu publicznym, bo grozi mu 
aresztowanie  za  dwa  zabójstwa.  Co  takiego  mógłby  pan  mieć,  co  dla  mnie  byłoby  warte  pół 
miliona dolarów, nie mówiąc już o przyznaniu się do niepopełnionych zbrodni? 

–  To  kolejne  gierki,  proszę  pana.  Wiem  wszystko.  Ferlazzo,  Fearing,  Damian  Steele, 

wszystko.  –  Luke  nabrał  tchu  i  uznał,  że  równie  dobrze  może  teraz  wyłożyć  ostatnią  kartę.  Nie 
potrafił  przewidzieć,  jaki  to  odniesie  skutek.  –  Co  więcej,  mam  informacje  od  pańskiego  syna, 
Carla,  uzyskane  po  tym,  jak  go  zahipnotyzowałem.  Wystarczające,  aby  jemu  i  przypuszczalnie 
panu narobić wielkich kłopotów. 

Albert  Julian  milczał  dość  długo.  Kiedy  wreszcie  przemówił,  potok  jego  słów, 

wypowiadanych  histerycznym,  piskliwym  głosem,  świadczył,  że  już  nie  potrafi  ukrywać  swoich 
myśli ani trzymać języka za zębami. 

–  Mój  syn  Carl  nie  żyje,  ty  kanalio.  Nie  żyje  przez  ciebie.  Nie  będę  z  tobą  wchodził  w 

układy, bo chcę twojej śmierci. Zobaczę cię martwym. Nie będę z tobą wchodził w układy, bo nie 
muszę. Myślisz, że świstek papieru może La Tartarudze pokrzyżować plany? Co zrobisz ze swoim 
bezcennym papierkiem? Do kogo z nim pójdziesz? Na policję? Jest nasza. Do gazet? Też są nasze. 
Do polityków? Ha. Nie masz dokąd pójść, Corey. Nie masz dokąd. I wiesz o tym teraz. Zawrę z 

background image

 

102 

tobą  jedną  ugodę  i  obiecam,  że  umrzesz  mniej  straszną  śmiercią,  jeśli  oszczędzisz  mi  wysiłku  i 
pozwolisz się zlokalizować. To są twoje gierki. Próżne, czcze pogróżki, których w żaden sposób 
nie możesz wykonać. Prowadź swoje gierki, jak długo masz ochotę. Ale wiedz, że już przegrałeś. 
Jesteś  trup.  Nie  pogrzebią  cię,  żeby  twoje  ciało  mogły  oskubać  ptaki  i  rozszarpać  bezpańskie 
kundle. Mój jedyny syn zostanie pomszczony. 

Luke  zaniemówił  i  niemal  w  szoku  mocno  przyciskał  słuchawkę  do  ucha.  Słuchał 

mrożących krew w żyłach jęków, przerywanych piskliwym śmiechem, dopóki w końcu nie rozległ 
się trzask, a po nim nie zapadła cisza. 

Przez  kilka  minut  siedział  nieruchomo,  wpatrzony  w  słuchawkę,  aż  wreszcie  Karen 

zrozumiała, że dzieje się coś bardzo złego, i siłą otworzyła drzwi kabiny. 

– Luke, co się stało? Nic ci nie jest? – zapytała. 
– Wydostań mnie stąd – wymamrotał. – Wydostań mnie stąd teraz. 
Bez  słowa  pomogła  mu  wstać  i  wyprowadziła  go  ze  sklepu  w  chłód  szarego  popołudnia. 

Wlókł się przed siebie, prawą ręką trzymając Karen, pustym  wzrokiem  wpatrując się w chodnik. 
Ostatecznie  skręciła  na  mały,  błotnisty  plac  zabaw  i  usiadła  obok  Luke’a  na  dwóch  kłodach, 
stanowiących  część  artystycznie  ułożonej  spirali  do  wspinaczek.  Trzej  czarni  chłopcy,  którzy 
bawili się w nadrzewnym forcie, gniewnie popatrzyli na intruzów, po czym przez placyk umknęli 
na ulicę. 

Luke nieomal płakał, kiedy wreszcie zdołał przemówić łamiącym się, ochrypłym głosem. 
– Wszystko skończone, Karen – powiedział i podparł rękami czoło. – Julian zwariował. Jest 

gorzej, niż sądziliśmy. Uważa, że zabiłem mu syna. Nie spocznie, dopóki nie zginę. To kompletny 
wariat. 

–  Luke,  proszę  cię,  mów  wolniej  i  weź  się  w  garść  –  błagała.  –  Zrób  parę  głębokich 

wdechów i powiedz mi, co się właściwie stało. 

Patrzył  na  nią  przez  chwilę,  po  czym  znów  zaczął  mówić,  lecz  już  nie zalewał  się  łzami, 

tylko trząsł się od spazmatycznego szlochu i mocno ją obejmował. Zdała sobie sprawę, że po tym 
prawie ustawicznym bólu, niepewności i rozczarowaniach jest bardzo bliski załamania. 

– Kocham cię, Luke – szepnęła, delikatnie gładząc go po włosach. – Cokolwiek się stanie, 

nic tego nie zmieni. 

Dopiero  po  piętnastu  minutach  na  tyle  się  opanował,  że  mógł  dokładnie  opowiedzieć  o 

telefonicznym  pojedynku  z  Albertem  Julianem.  Słuchała  uważnie,  a  kiedy  skończył,  cicho 
gwizdnęła przez zęby. 

– Ty w to wierzysz, skarbie? – spytała chwilę później. 
– W co? – odrzekł ponuro. – W to, że kontroluje policję, gazety i polityków, czy też w to, że 

na jego życzenie ptaki oskubią mnie do kości? Po namyśle zwalniam cię od odpowiedzi na moje 
pytanie i sam odpowiadam twierdząco. Tak, wierzę we wszystko, co mówi. 

– Ale jeśli to prawda, dlaczego ci powiedział? Niby co miał na tym zyskać? 
–  Nie  zamierzał  mi  nic  mówić,  najwyżej  coś  obiecać,  żebyśmy  wyszli  z  ukrycia.  Potem 

wspomniałem Carla, a on oszalał. Wrzeszczał do telefonu. Jezu, szkoda, że go nie słyszałaś. 

– Czy nie przychodzi ci do głowy, czym jest ta La Tartaruga? – zapytała, ścierając ostatnie 

łzy z jego policzków. 

–  Nie,  zapewne  tajną  nazwą  ich  tajnej  organizacji,  całkiem  jak  w  cholernej  powieści 

szpiegowskiej.  Jakie  to  ma  znaczenie  teraz,  kiedy  jesteśmy  załatwieni?  Wie  o  tym  Julian  i  my 
wiemy. Nasza jedyna nadzieja to jeszcze raz do niego zadzwonić i próbować dobić z nim targu. 

– Uważasz to za możliwe? 
– Tylko dopóki drań nie przywoła ptaków i kundli. – Luke zadrżał. – Myśli, że zabiłem mu 

syna. Zapewne kolejny przykład działalności Steele’a. 

–  Luke,  musi  być  ktoś,  do  kogo  moglibyśmy  się  zwrócić.  Co  sądzisz  o  tym  profesorze 

italianistyki? Powiedział, że udzieliłby pomocy, gdyby mógł. 

background image

 

103 

– Karen, spójrz prawdzie w oczy. Julian ma rację. Nikt nie uwierzy ludziom ściganym za 

dwa zabójstwa. Z chwilą gdy wypuścimy z rąk list i fotografię, nic nam nie zostanie. A komu, u 
diabła, mielibyśmy je oddać? Wykładowcy z Harvardu? W jaki sposób mogłoby to nam pomóc? 
Musimy  znaleźć  kogoś  wpływowego,  kto  przynajmniej  może  nie  należeć  do  nich.  Kogoś,  kto 
pozwoli nam przedstawić sprawę, zanim nas odda w ręce policji. Skąd mamy wiedzieć, do których 
polityków,  dziennikarzy  czy  policjantów  możemy  się  zwrócić?  Jeśli  zaryzykujemy  i  źle 
wybierzemy, to koniec z nami. Kocham cię. Chcę, żebyśmy żyli. Nie mogę się zmusić do podjęcia 
takiego ryzyka, kiedy tyle jest do stracenia. Myślę, że najlepszym rozwiązaniem będzie ucieczka. 

Wstała i zrobiła parę kroków do tyłu, wpatrzona w rząd starych dwupiętrowych domów po 

jednej stronie placu zabaw. 

–  Dokąd,  Luke?  Mając  sto  dolarów  i  kradziony  samochód,  dojedziemy  najwyżej  do 

Worcester. Nie, sam mówiłeś: załóż, że jest odpowiedź... 

–  Ale  to  się  odnosiło  do  problemu  medycznego  –  zaprotestował  i  sfrustrowany  rozłożył 

ręce. – To co in... 

Nie  dokończył  zdania.  Krzyknęła  podniecona,  podbiegła  do  niego  i  uklękła  na  wilgotnej 

ziemi, opierając mu ręce na kolanach. 

– Luke, opowiedz mi o Krajowym Instytucie Zdrowia. – Patrzyła mu pod nogi. – To dość 

ważne miejsce, prawda? 

Zmieszanie,  wywołane  tym  wybuchem,  trwało  zaledwie  parę  sekund.  Nawet  się  nie 

pofatygował, aby strząsnąć z kolan jej ręce, kiedy wstawał i piorunował ją wzrokiem. 

– Oszalałaś, Karen? Nie ma najmniejszej szansy na pomoc mojego ojca. 
– Dlaczego? – Nie zanosiło się na to, że ustąpi. 
– Od lat ze sobą nie rozmawiamy. Dla niego umarłem już dawno temu. 
– Skąd wiesz, Luke? – Wstała. – To twój ojciec. 
– Co nie znaczy... 
– Sam mówiłeś, że zajmuje ważne stanowisko w Waszyngtonie – przerwała. 
– Tak, ale nie widzę, jakim... 
– I jest mało prawdopodobne, że mógłby być jednym z ludzi Fearinga, prawda? 
– Tak, ale... 
–  Nie  widzisz,  Luke,  że  może  nam  pomóc?  Kocha  cię.  Pomoże.  Musisz  tylko  z  nim 

porozmawiać.  Proszę  cię,  Luke,  zadzwoń  do  niego.  Zrób  to  teraz.  –  Jej  słowa  się  zlewały,  łzy 
prawie napływały do oczu z podniecenia. 

–  Posłuchaj,  Karen  –  powiedział  cicho  i  przyciągnął  ją  do  siebie.  –  Kocham  cię  ponad 

wszystko, co znałem dotąd, ale... 

–  Nie!  –  wrzasnęła  i  odepchnęła  go  do  tyłu.  –  Jeśli  naprawdę  się  kogoś  kocha,  nie  ma 

żadnych „ale”. Jeśli naprawdę się kogoś kocha,  wykorzystuje się każdą  szansę, podejmuje każde 
ryzyko. Zapomina o dumie i stawia wszystko na jedną kartę! Luke, to dla mnie. Dla nas. Zadzwoń 
do niego, na litość boską, zadzwoń do niego. – Łzy spływały po jej twarzy, lecz w oczach błyskała 
stal i ogień. 

Przez  kolejną  minutę  wytrzymywał  jej  spojrzenie,  potem  zaczął  się  odwracać,  w  końcu 

znów popatrzył jej w oczy. Jeszcze chwilę milczeli, zanim wolno wyciągnął do niej rękę. 

–  Chodź  –  powiedział.  –  Lewis  T.  Corey  Trzeci  zaraz  zadzwoni  do  Lewisa  T.  Coreya 

Drugiego. 

– Opowiedz mi o pracy swojego ojca – poprosiła, kiedy wracali do drugstore’u. – Czym jest 

ten cały Instytut Zdrowia? 

– Możesz mi wierzyć lub nie, ale naprawdę i ja niewiele o nim wiem. NIH... tak nazywa się 

w  skrócie...  jest  wieżą  z  kości  słoniowej  na  szczycie  wieży  z  kości  słoniowej.  Znajduje  się  w 
Bethesdzie,  tuż  pod  Waszyngtonem,  i  jest  na  tyle  duży,  że  po  przerobieniu  na  osiedle 
mieszkaniowe rozwiązałby w pewnej mierze problem zagęszczenia w mieście. Stoi tam trzydzieści, 
czterdzieści  budynków,  po  jednym  na  każdą  dziedzinę  wiedzy  medycznej,  jaką  sobie  można 

background image

 

104 

wyobrazić,  i  spory  szpital,  gdzie  wypróbowuje  się  nowe  metody  leczenia  na  pacjentach,  którym 
ośrodki medyczne nie mają już nic do zaoferowania. Teren jest piękny, atmosfera publikuj – albo –
zgiń straszna, a potencjał intelektualny imponujący. 

– I twój ojciec jest dyrektorem? 
– Tak, a w dodatku dość przyzwoitym, o ile zdołałem się zorientować. Pierwszym od z górą 

stu  lat  niewywodzącym  się  z  agencji.  Był  dziekanem  na  Harvardzie,  wiesz,  i  z  pewnością 
początkowo napotykał na trudności ze strony urażonej tamtejszej starej gwardii. 

–  Ale  ją  zawojował  tym  znanym  Coreyowskim  wdziękiem,  prawda?  –  zapytała  Karen, 

przeskakując przez szpary w chodniku. 

–  Chyba  było  to  połączeniem  odrobiny  znanego  Coreyowskiego  wdzięku  z  mnóstwem 

złośliwych Coreyowskich cięć finansowych. – Oboje się roześmieli. 

– Czy kręci się koło waszyngtońskich ważniaków? – Jeszcze dwie szpary, dwa skoki. 
– Niewątpliwie – odparł Luke. – Mój ojciec to wytrawny polityk. Zawsze nim był. Wcale 

bym się nie zdziwił, gdybym usłyszał, że w ciągu ostatnich paru tygodni jadł obiad z Taborem bądź 
z Fearingiem albo z nimi oboma. 

– A czy się nie zdziwi, jak się dowie, że w rzeczywistości jadł obiad z Nickym  Ferlazzo, 

mordercą wyjątkowym? – Zachichotała. – Myślisz, że mógłbyś go złapać w pracy? 

– Mam nadzieję, bo nie pamiętam, czy domowy telefon ma zastrzeżony. Tu nigdy nie miał 

zastrzeżonego.  Tak  czy  owak,  nie  ma  jeszcze  piątej.  Posłuchaj,  Karen.  Zamierzam  spróbować. 
Proszę cię, nie obiecuj sobie za wiele. Znam go. 

– Ufam ci, kochany – powiedziała, kiedy wchodzili do drugstore’u. – Tylko panuj nad sobą, 

wysłuchaj, co ma ci do powiedzenia, a na pewno wyniknie z tego coś dobrego. 

Bardzo  chciała  posłuchać  chociaż  części  rozmowy,  więc  nakłoniła  Luke’a,  aby  drzwi 

kabiny  zostawił  niedomknięte.  Zgodził  się  dopiero  wtedy,  kiedy  obiecała  mu  nie  przerywać,  i 
wykręcił  numer.  Karen,  oparta  o  budkę,  od  niechcenia  kartkowała  książkę  w  broszurowym 
wydaniu,  Luke  natomiast  usadowił  się  wygodnie,  bo  przewidywał,  że  będzie  go  łączyć  kilka 
telefonistek.  Nieco  zaskoczony  i  nieprzygotowany,  usłyszał  głos  tylko  jednej  sekretarki,  a  zaraz 
potem zatroskany głos ojca. 

– To naprawdę ty, Luke? Jesteś zdrowy i cały? Oboje z matką umieramy z niepokoju. 
Luke wciągnął powietrze i odetchnął z ulgą, zanim się odezwał. 
– Tak, tato, to ja, jestem zdrowy i cały. Przynajmniej na razie. 
– Mój Boże, Luke, ależ mieliśmy tydzień. Policja przychodziła do domu kilka razy. Matka 

trzyma się ostatkiem sił. Gdzie jesteś? 

–  Spokojnie,  tato.  Powiem  ci  wszystko.  Jestem  w  Bostonie.  Z  kobietą,  z  Karen  Samuels. 

Mamy  kłopoty,  wielkie  kłopoty.  –  Urwał  na  chwilę,  aby  zebrać  myśli,  lecz  ojciec  odezwał  się 
natychmiast: 

–  Luke,  musisz  pójść  na  najbliższy  komisariat.  Detektywi,  którzy  tu  byli,  twierdzili,  że 

najpewniej zostaniesz zabity, jeśli nie oddasz się w ręce policji. Idź na najbliższy komisariat, a ja 
przylecę  pierwszym  samolotem.  Weźmiemy  ci  najlepszych  prawników  i  udzielimy  wszelkiej 
pomocy. Kochamy cię, Luke. Chcemy być z tobą w tych trudnych chwilach, niezależnie od tego, 
co zrobiłeś. 

–  Tato,  ja  nic  nie  zrobiłem.  –  Zdziwiła  go  irytacja  we  własnym  głosie.  –  Przypadkowo 

wpadłem  na  trop  spisku,  który  zmierza  do  przejęcia  władzy  w  kraju.  Wiem,  że  to  brzmi 
niewiarygodnie, ale ścigają nas, ponieważ mamy dowody, że do spisku należy Nicholas  Fearing. 
Nie możemy iść na policję, bo i ona jest w to zamieszana... no, niecała, ale... 

– Uspokój się, Luke – przerwał mu ojciec. – Wiem, że to dla ciebie ciężka próba, ale musisz 

się  uspokoić  i  posłuchać.  Sądząc  po  tym,  co  mówisz,  nie  jesteś  zdrowy.  Mam  przyjaciół  w 
Bostonie, najlepszych specjalistów w swoich dziedzinach. Mogą ci pomóc, jeśli tylko powiesz mi, 
gdzie... 

background image

 

105 

–  Nie  potrzebuję  żadnego  cholernego  psychiatry,  tato.  –  Luke  siłą  powstrzymywał  się  od 

wrzasku. – Nie jestem paranoikiem i nie jestem mordercą. To, co mówię, jest prawdą. 

– Dobrze,  Luke – odparł ojciec z zawodowym  opanowaniem.  – Wierzę ci.  Więc teraz mi 

powiedz, gdzie jesteś, a ja sprowadzę ci pomoc, jak tylko... 

–  Nie.  Niepotrzebna  mi  tego  rodzaju  pomoc.  Chcę,  aby  ktoś  wpływowy,  sprawujący 

władzę, a niezamieszany w ten spisek wysłuchał mnie i przeczytał to, co mam. Tato, bynajmniej 
nie bezpodstawnie sądzę, że prezydentowi Taborowi może zagrażać wielkie niebezpieczeństwo. Na 
pewno gdybyś porozmawiał z nim albo z którymś z jego doradców, oni... 

–  Luke,  musisz  się  uspokoić  –  przerwał  mu  ojciec,  tym  razem  karcącym,  stanowczym 

tonem. – W chwili obecnej najbezpieczniejszym dla ciebie miejscem jest albo policja, albo szpital. 
Pójdź albo tu, albo tam i zadzwoń do mnie, a ja zaraz przyjadę. 

– Nie słuchasz mnie, tato. Do diabła, nigdy mnie nie słuchałeś. Dzwonię do ciebie i proszę o 

pomoc, a ty masz mi do powiedzenia tylko tyle, żebym się oddał właśnie w ręce tych ludzi, którzy 
próbują mnie dopaść. Cóż, mniejsza z tym. Dotąd radziłem sobie sam i dalej sobie poradzę. Dzięki, 
choć nie ma za co. 

Nie czekając na odpowiedź, odłożył słuchawkę. 
Ze złością otworzył drzwi kabiny i wyszedł ze sklepu, a Karen prawie pobiegła za nim. W 

końcu, kilka przecznic dalej, przystanął i obrócił się do niej. 

– Widzisz, mówiłem, że nie będzie słuchać. 
–  Może  i  nie  słuchał  –  odparowała.  –  Ale,  do  cholery,  Luke,  ty  też  nie  słuchałeś.  Nie 

mogłam uwierzyć własnym uszom. Czy zdajesz sobie sprawę, że mówiłeś jak paranoik? Choć nie 
jestem  lekarzem,  miałam  ochotę  powiedzieć,  że  należy  zamknąć  cię  w  zakładzie  dla  twojego 
własnego dobra. 

– Ale wszystko, co mówiłem, było prawdą. 
–  Wiem,  durniu.  Ale  skąd,  u  diabła,  ma  to  wiedzieć  twój  ojciec,  kiedy  ciskasz  gromy  i 

odkładasz słuchawkę? To przesądza sprawę, skarbie. Od tej pory ty zostajesz podwładnym. 

– Co to ma znaczyć? 
–  Że  ja  przejmuję  komendę.  Albo  robimy,  co  powiem,  albo  ryzykujemy  i  idziemy  na 

policję. 

– Karen, wiesz doskonale, że nie możemy... 
– A pierwsze, co powiem, to że osobiście zobaczę się z twoim ojcem. 
– Co? – zapytał z niedowierzaniem. 
– Myślisz, że uda ci się wydostać z Bostonu bocznymi drogami? 
– Tak, ale dlaczego? 
– Bo masz ruszyć do Waszyngtonu dziś wieczorem. Sam. 
Sprzeczali się prawie godzinę, zanim Luke ustąpił, widząc jej stanowczość i zdecydowanie. 

Nie chciała właściwie niczego zmienić w swoim planie, który opierał się na założeniu, iż zgodnie z 
oczekiwaniami Juliana i jego ludzi ona i Luke będą podróżować razem, jak również na fakcie, że 
nigdzie  nie  publikowano  jej  zdjęć.  Co  najważniejsze,  nie  wątpiła  w  możliwość  przekonania  jego 
ojca o prawdzie tego, co on tak nieudolnie usiłował powiedzieć. 

–  Pojadę  tam  następnym  autobusem  i  zobaczę  się  z  nim  jutro  –  oznajmiła.  –  Ty  jedź 

bocznymi  drogami,  tylko  wieczorem,  i  postaraj  się  dotrzeć  do  Waszyngtonu  pojutrze.  To  będzie 
sobota.  Wybierzemy  jakieś  miejsce  spotkania  i  jeśli  nie  zdołam  sprowadzić  tam  twojego  ojca, 
przyjdę sama. Jeśli złapie cię gdzieś policja, po prostu do niego zadzwoń. Przyjedziemy po ciebie 
oboje. Nawet w nocy NIH musi mieć możliwość skontaktowania się z nim w nagłym wypadku. 

Z równym zdecydowaniem i uporem przedstawiała mniej istotne szczegóły swojego planu. 

Luke miał wziąć oryginał listu, zdjęcie i artykuły. Ona będzie mieć tłumaczenie listu, wszystkie ich 
notatki i mikrofilm. Spotkają się w gabinecie jego ojca w NIH o ósmej wieczorem w sobotę. 

Kiedy zaparkowali samochód na Boylston Street, kilka przecznic od dworca autobusowego, 

Luke właściwie już wierzył, że jej pomysł może okazać się dobry. 

background image

 

106 

Po  całodziennej  mżawce  znowu  rozpadał  się  ulewny  deszcz,  a  oni  siedzieli  z  wilgotnymi 

oczami, trzymali się za ręce i słuchali krzepiącego bębnienia o dach lincolna. 

– Cokolwiek się stanie, Karen – powiedział Luke w końcu – chcę, abyś wiedziała, że... 
–  Hej,  wypraszam  sobie  takie  gadanie.  –  Podniosła  palec  do  ust.  –  Tylko  mnie  pocałuj. 

Będziesz  mógł  mi  powiedzieć  wszystko,  co  zechcesz,  jak  się  spotkamy  w  Waszyngtonie... 
powtórzyć to tysiąc razy, jeśli ci przyjdzie ochota. Dobrze? 

– Dobrze. 
Całowali się długo i delikatnie, po czym ona otworzyła drzwiczki i wybiegła na deszcz. On 

patrzył za nią, dopóki jej żółty płaszcz nieprzemakalny nie zniknął za rogiem Arlington Street, a 
następnie zaczął opracowywać trasę do Bethesdy. Postanowił udać się na południowy zachód, do 
Connecticut, następnie przeciąć stan Nowy Jork, wjechać w głąb Pensylwanii i dopiero tam skręcić 
na południe do Marylandu. 

Po  uruchomieniu  silnika  spojrzał  na  siedzenie,  które  dotychczas  zajmowała  Karen. 

Rewolwer Carla Juliana był starannie wetknięty między fotele. Wiedziała, że Luke nie zechce mieć 
broni, więc postanowiła nawet nie pytać. Podniósł kawałek czarnej śmiercionośnej stali, zważył w 
dłoni i ostrożnie umieścił w schowku. Przeciąwszy Clarendon Street, wyjechał z miasta w kierunku 
południowo-zachodnim. 

background image

 

107 

CZĘŚĆ V 
 

Damian  Steele  nigdy  nie  lubił  kart,  a  jeśli  chodzi  o  ścisłość,  żadnych  innych  gier.  To,  że 

okoliczności  zmusiły  go  do  gry  w  remika  z  takim  dziwolągiem  jak  Victor  Barker,  jedynie 
potęgowało jego frustrację i zniecierpliwienie. Przegrana blisko stu dolarów do Człekopodobnego 
zadała niemal śmiertelny cios samokontroli Steele’a. 

Był  późny  sobotni  ranek,  Bnan  Mundt  zaś  wyjechał  do  Nowego  Jorku  już  przed  dwoma 

dniami. Corey nie dawał nowego znaku życia i po czwartkowym telefonie do Juliana więcej się nie 
odezwał. Deszcz wciąż lał jak z cebra, a po czterdziestu ośmiu godzinach, spędzonych w pokoju 
hotelowym z Victorem, Steele nadal nie był pewny, czy olbrzym zna inne słowa niż „rermk” i „ja 
daję”. 

Kilka razy mało brakowało, a Damian byłby powiedział Albertowi Julianowi, że ponieważ 

Carl tak schrzanił robotę, on nie czuje się zobowiązany doprowadzić sprawy Coreya do końca. 

Telefon zadzwonił, kiedy wpatrywał się w pierwszą od godziny dobrą kartę. Na rutynową 

kontrolę  Juliana  było  za  wcześnie,  toteż  z  lekkim  dreszczem  podniecenia  rzucił  karty  i  po 
pierwszym dzwonku podniósł słuchawkę. Odezwał się Albert Julian. 

– Damian, Corey wyszedł z ukrycia i w zasadzie go mamy – oznajmił. 
– Hej, wolnego, proszę mi opowiedzieć, co się stało. Gdzie jest? 
–  W  Pensylwanii.  Jest  w  Pensylwanii.  Nie  wiem,  jak  się  tam,  u  diabła,  dostał,  ale  nadal 

jedzie lincolnem. Ma tablice jakiegoś ciołka z Watertown. Musiał je ukraść przed odjazdem. 

– Sprytne. – Steele lekko skłonił głowę na znak podziwu. 
– Wcale nie takie sprytne. Pozwól sobie powiedzieć, co się stało. Jest miasteczko Roseburg 

w  środkowej  Pensylwanii,  ze  sto  dziesięć  kilometrów  na  północny  zachód  od  Harrisburga. 
Wygląda  na  to,  że  sędzia  z  trzema  policjantami  urządził  kontrolę  radarową  i  łapał  samochody  z 
innych stanów, bo potrzebował pieniędzy na drobne wydatki. Sędzia, jeśli rzeczywiście jest sędzią, 
to od kilku lat jeden z naszych ludzi. 

– Niech pan mówi dalej – ponaglał Steele. 
– No więc dziś  wczesnym  rankiem gliniarz, który  nazywa się Colton, wypatrzył  lincolna, 

jadącego  sześćdziesiątką  przez  jedną  z  ich  nieoznakowanych  stref  szkolnych,  gdzie  obowiązuje 
prędkość  trzydziestu  kilometrów  na  godzinę.  Polecił  kierowcy  zjechać  na  pobocze,  poprosił  o 
prawo  jazdy  i  dowód  rejestracyjny.  Kierowca  sięga  do  schowka  i  nagle  Colton  patrzy  w  lufę 
spluwy. 

– Jakiej? 
– Jakiejś krótkiej.  Tak czy owak, Corey każe  facetowi  się cofnąć, wsiada z nim do wozu 

patrolowego,  wywozi  go  na  drogę  gruntową  i  przykuwa  kajdankami  do  drzewa.  Potem  wraca 
wozem patrolowym do lincolna, wyłącza radio, unieruchamia silnik i oddala się jakby nigdy nic. – 
Histeryczna, śpiewna nuta w głosie Juliana sprawiła, że Steele poczuł się bardzo nieswojo. 

– Był z dziewczyną? 
– Nie, sam. 
– Więc skąd pewność, że to on? 
–  Pozwól  mi  skończyć,  Damian.  Colton  prawie  przez  godzinę  obejmuje  drzewo,  zanim 

zostaje przez kogoś znaleziony. Następnie idzie do telefonu i dzwoni do sędziego, który ma nasze 
ogłoszenie  o  nagrodzie,  i  dzwoni  do  chłopaków  z  piątego  komisariatu.  To  Corey,  włącznie  z 
siniakami na twarzy. Decydującym argumentem były fałszywe tablice rejestracyjne. 

– Skąd pan wie, że go mamy? – Opowieść starszego mężczyzny zaczęła Steele’a irytować. 
–  Helikopter,  Damian.  Załatwiłem  policyjny  helikopter  z  Harrisburga.  Jakieś  piętnaście 

minut temu wypatrzyli Coreya, jadącego na południe, mniej więcej dziewięćdziesiąt kilometrów od 
granicy z Marylandem. Jedzie bardzo wolno, zatrzymuje się na terenach zalesionych i w ogóle się 
nie śpieszy. – Teraz Julian naprawdę się śmiał. 

background image

 

108 

– Gdzie jest dziewczyna? 
– Nie wiem, a bo co? 
Steele  nie  zadał  sobie  trudu,  aby  odpowiedzieć  na  pytanie.  Kartkował  dokumenty,  choć 

zawartość obu teczek znał prawie na pamięć. 

– Niech pan im każe tropić Coreya, ale go nie zdejmować – powiedział. 
– Nie zamierzałem tego robić – odparł Julian już z większym opanowaniem. 
– Co? 
–  Chcę  go,  Damian.  Chcę,  żebyście  pojechali  tam  z  Victorem  i  dostarczyli  go  mnie.  On 

mnie skompromitował w oczach innych. Bardzo. Mój odrzutowiec czeka na was na Slogan. Lećcie 
tam  i  przywieźcie  go,  najlepiej,  ale  niekoniecznie  żywego.  Będzie  na  was  czekać  radiowóz,  jak 
tylko wylądujecie. Nasi ludzie postarają się, żeby Corey możliwie najszybciej miał ogon. 

–  Doskonale.  –  Steele  z  uczuciem  pewnej  ulgi  stwierdził,  że  multimilioner  mówi  głosem 

bardziej zbliżonym do dawnego. – Niech mi pan odda jedną przysługę, zanim wyruszymy. 

Corey  zmierza  chyba  do  Waszyngtonu.  Mieszka  tam  jego  ojciec.  Niech  pan  sprawdzi,  co 

zauważyli ludzie, obserwujący dom ojca. Czy nie było jakiegoś nieoczekiwanego ruchu albo gości? 
Proszę  zadzwonić  do  mnie,  a  wtedy  wyjedziemy.  Mam  przeczucie,  że  dziewczyna  już  tam  jest  i 
czeka na Coreya. 

 
„Uda ci się, Corey. Naprawdę się uda”, pocieszał się Luke, jadąc wzdłuż Rockville Pike na 

południe,  w  stronę  Krajowego  Instytutu  Zdrowia.  Odległość  do  zjazdu  szacował  najwyżej  na 
piętnaście kilometrów. Dziesięć mil do Karen i początku końca tego koszmaru. Popatrzył na czarną 
skórzaną torbę, która wraz ze swą niewiarygodną zawartością niewinnie spoczywała  na siedzeniu 
obok.  Następnie  sięgnął  do  kieszeni  kurtki  nieprzemakalnej  i  namacał  rewolwer.  Po  tym,  co  się 
zdarzyło w Roseburgu, uznał, że schowek w niepożądany sposób ogranicza dostęp do broni. 

Ból  w  plecach  i  nogach,  nasilający  się  podczas  jazdy,  niemal  ustąpił  pod  wpływem 

podniecenia,  wywołanego  bliskością  Bethesdy.  Po  raz  pierwszy  od  wielu  godzin  Luke  mógł 
chociaż częściowo skoncentrować się na tym, co się dzieje dokoła, bo wciąż pojawiające się obrazy 
ze snów na jawie przestały być tak żywe jak przedtem.  W miarę jak ubywało  kilometrów, przed 
oczami  przesuwali  mu  się  Karen,  Fearing,  domek  rodzinny  w  New  Hampshire,  Ken  Putnam, 
Evelyn Samuels, szpital wojskowy w Tokio, ojciec i inne rzeczy. 

Dochodziła siódma wieczorem, ale wydawało się, że jest później, bo lokalnie występowały 

zamglenia, a na niebie nisko wisiały szare płachty chmur. Luke z ukłuciem zazdrości popatrzył na 
dwie roześmiane pary, najwyraźniej jadące do miasta w poszukiwaniu nocnych rozrywek. Karen, 
moja maleńka, pomyślał, jak tylko się z tego wykaraskamy, porwę cię do miasta na wieczór, który 
potrwa cały tydzień. 

Przez ostatnią godzinę czy dwie coraz silniej piekły go oczy. 
Pod wpływem nagłego impulsu skręcił w wysadzaną drzewami boczną ulicę, zaparkował i 

przejrzał  się  w  lusterku.  Jego  zdaniem,  podpuchnięte,  mocno  przekrwione  oczy  znakomicie 
pasowały do dwudniowego ciemnego zarostu. W ciągu czterdziestu ośmiu godzin, jakie upłynęły 
od  wyjazdu  z  Bostonu,  spał  trochę  lekkim  snem  w  samochodzie  albo  okolicznych  lasach,  gdyż 
drzemki  uważał  za  bezpieczniejsze  niż  zatrzymanie  się  w  motelu.  Problem  jedzenia  też 
rozwiązywał rozsądnie, kupując posiłki z automatów na stacjach benzynowych. 

– Więc od jak dawna jest pan w tym opłakanym stanie? – zapytał swego odbicia. 
Ponieważ  nie  udzieliło  odpowiedzi,  z  westchnieniem  zawrócił  na  podjeździe  i  znowu 

skierował  się  na  szosę.  Przez  kilka  nerwowych  godzin  po  zajściu  z  roseburskim  policjantem 
większą uwagę zwracał na lusterko niż na drogę przed sobą. Stopniowo, w miarę jak posuwał się w 
głąb  Marylandu,  słabła  jego  czujność,  a  miejsce  napięcia  zajmowała  euforia,  podsycana 
zmęczeniem. 

Gdyby  w  tej  chwili  popatrzył  w  lusterko,  zobaczyłby  czarnego  cadillaca  z  kierowcą  tak 

olbrzymim, że jego bezwłosa głowa zdawała się zasłaniać więcej niż pół szyby. 

background image

 

109 

Victor Barker przeklął się za niedbalstwo, wskutek którego tak blisko podjechał do Coreya. 

Zdjął  nogę  z  gazu  i  wpuścił  dwa  samochody  między  siebie  a  lincolna.  Potem  z  sąsiedniego 
siedzenia podniósł radiowy aparat nadawczo-odbiorczy. 

–  Nadal  go  mam.  Ta  sama  droga  i  kierunek  –  powiedział.  –  Jesteśmy  zaledwie  o  parę 

kilometrów od miejsca pracy jego starego. Widocznie tam jedzie. Podaj Steele’owi nasze namiary i 
miejsce przeznaczenia. Powiedz mu, że dopadnę typa, jak będę wiedział, że ma dokumenty. Podam 
moją pozycję, kiedy go zwinę. 

Kierując się w stronę wysokiej, szerokiej sylwetki Centrum Klinicznego, Luke wjechał na 

teren NIH od zachodu. Jakieś dziesięć lat wcześniej spędził tu jeden dzień u przyjaciół i pamiętał, 
że w holu jest informacja, w której zamierzał spytać o drogę do budynku administracji. Na słabo 
oświetlonym parkingu za szpitalem zobaczył niespełna dziesięć samochodów. 

Zaparkował i stał przy lincolnie, rozprostowując ręce i nogi, kiedy cadillac zatrzymał się o 

kilka miejsc dalej. 

Luke nie zauważył Victora Barkera, dopóki ten nie wysiadł z samochodu i wolno ruszył w 

jego stronę. Na sobie miał ciemny trencz, w ręce coś na kształt laski, choć właściwie nie utykał, 
tylko drobił i kolebał się jak kaczka. Łysą czaszkę nakrył rozbrajająco śmieszną kraciastą czapką, a 
wolną ręką machał do Luke’a. 

–  Młody  człowieku,  och,  młody  człowieku  –  zawołał  cichym,  piskliwym  głosem,  jak  się 

wydało Luke’owi, wyraźnie sepleniąc. – Mógłby pan pomóc staremu kalece? 

– Przykro mi, proszę pana, ale sam jestem tu gościem. – Barker wciąż się zbliżał i dopiero 

kiedy  odległość  zmalała  do  niespełna  trzech  kroków,  Luke  zdał  sobie  sprawę  z  jego  naprawdę 
imponujących  rozmiarów.  Odruchowo  ścisnął  mocniej  czarną  skórzaną  torbę,  równocześnie  zaś 
zrobił  niepewny  krok  do  tyłu.  Te  środki  ostrożności  podjął  jednak  o  wiele  za  późno.  Dla 
odwrócenia jego uwagi Barker upuścił laskę. Jeszcze nie ucichł odgłos uderzenia o płyty chodnika, 
a  już  olbrzym  dwoma  długimi,  szybkimi  krokami  zagrodził  Luke’owi  drogę.  Zanim  spadła  na 
niego łapa wielka jak młot dwuręczny, Luke kątem oka dostrzegł ruch i machinalnie zrobił unik. 
Mimo to oberwał w głowę, tuż za uchem, chociaż cios wymierzony był w skroń. Luke kilka stóp 
przeleciał w powietrzu, po czym runął na szorstki asfalt. W głowie nie zdążyło mu się rozjaśnić na 
tyle, aby mógł  pokierować swoimi  ruchami, tymczasem  zaś Człekopodobny dopadł  go, złapał  za 
gardło  i  podniósł  tak  wysoko,  że  Luke  tylko  czubkami  palców  dotykał  ziemi.  Później  powoli, 
równo,  niemal  cierpliwie,  potężne  dłonie  zaczęły  się  zwierać.  Po  paru  sekundach  Luke  przestał 
odczuwać  ból  i  strach,  ogarnięty  mglistym  uczuciem,  że  pływa.  Różowa  twarz  bestii,  oddalona 
zaledwie  o  parę  centymetrów,  wykrzywiała  się  w  groteskowym  uśmiechu.  Wreszcie  nawet  ona 
zaczęła się zamazywać. 

Jakby  z  odległości  kilku  kilometrów  Luke  dosłyszał  dziwny,  ostry  dźwięk...  wystrzał  z 

gaźnika? Odgłos petardy? Niemal w tej samej chwili imadło przestało się zaciskać na jego szyi i 
jak lalka upadł na ziemię. Człekopodobny cofnął się o dwa kroki i wciąż z uśmiechem patrzył na 
przód swojego płaszcza. W pewnym momencie spadła mu czapka i Luke odrętwiały wpatrywał się 
w potężną, lśniącą głowę. 

Dopiero  po  upływie  kilku  sekund,  zauważywszy  rewolwer  w  swojej  prawej  ręce,  zaczął 

odtwarzać  przebieg  wypadków.  Tymczasem  Barker  znów  na  niego  ruszył.  Za  drugim  razem 
wystrzał  był  o  wiele  głośniejszy,  ale  jakby  na  olbrzyma  nie  podziałał.  Luke  strzelał  jeszcze 
trzykrotnie, zatrzymując Człekopodobnego albo zmuszając go do cofnięcia się o krok. Po piątym 
strzale  zobaczył  pośrodku  czoła  małą,  ciemną  dziurkę,  która  ukazała  się  nagle,  tylko  o  ułamek 
sekundy  wcześniej  niż  strużka  krwi,  spływająca  głęboką  bruzdą.  Barker  wyglądał  na  nieco 
oszołomionego, lecz wciąż stał w odległości niespełna półtora metra, wielki i ciemny jak góra na 
tle szarego wieczornego nieba. 

Luke pociągnął  za spust kolejne dwa razy, lecz odpowiedziały mu  tylko  bezsilne trzaski z 

pustych  komór.  Niezdarnie  spróbował  się  podnieść.  Zanim  jednak  to  zrobił,  ręce  znów  zacisnęły 

background image

 

110 

mu się na szyi, miażdżyły nadwerężone mięśnie, dusiły osłabioną chrząstkę. Powróciło uczucie, że 
pływa, i tym razem zamieniło się w szarą mgłę, potem w ciemność. 

Obudził go dotkliwy ból i głód powietrza. Tylko kiedy trzymał głowę pod dziwnym kątem, 

szyja mniej pulsowała, a do płuc dostawała się wystarczająca ilość powietrza. Victor Barker leżał 
nieruchomo  na  czarnym  chodniku  tuż  obok,  niewidzącymi  oczkami  wpatrzony  w  niebo,  z  małą 
kałużą już krzepnącej krwi w jednym z nich. 

W rzeczywistości to drugi strzał, i tylko ten drugi okazał się zabójczy. Zadraśnięcie  aorty 

piersiowej, która nie wytrzymała i w końcu eksplodowała pod zwiększonym naporem krwi, kiedy 
przypuścił ostateczny atak. 

Z bolesną powolnością Luke dźwignął się niepewnie i podniósł upuszczoną torbę. Zatoczył 

pełne koło, lecz na parkingu nie dostrzegł żadnego innego znaku życia. Potem, nie patrząc więcej 
na człowieka, którego przed chwilą zabił, pokuśtykał do Centrum Klinicznego. 

Niebieskowłosa  kobieta  w  informacji  spojrzała  na  niego  ze  strachem  i  obrzydzeniem,  w 

końcu  jednak  przestała  go  przekonywać,  że  budynek  administracji  jest  zamknięty,  i  udzieliła 
wskazówek.  Szyję  i  krtań  miał  tak  obrzmiałe,  iż  mówił  ledwie  dosłyszalnym  szeptem.  Mimo  to 
musiał  pohamować  nagłą  chęć  powiedzenia  ciekawskiej  starszej  pani:  „Wszystko  w  porządku, 
dyrektor jest moim ojcem”. 

Jej  wskazówki  były  równie  dobre,  jak  maniery  kiepskie,  i  już  po  paru  minutach  Luke 

wchodził  granitowymi  schodami  do  dość  staroświeckiego  budynku  administracji.  Z  zewnątrz  nie 
zauważył, aby paliło się w pomieszczeniach innych niż dobrze oświetlony frontowy hol. Ku jego 
zdziwieniu drzwi były otwarte, co pozwalało mieć nadzieję, że Karen z ojcem już się zjawili. 

W kącie, przy nieproporcjonalnie małym  biurku, siedział strażnik  w mundurze, schowany 

za sportową kolumną „Washington Post”. 

– Przepraszam – szepnął Luke. – Mam się tu spotkać z doktorem Lewisem Coreyem. Czy 

już przyszedł? 

– Nie mogę panu pomóc  – z wyraźnym południowym  akcentem odparł  strażnik,  zerkając 

znad  gazety.  Chociaż  między  nią  a  czapką  od  munduru  Luke  mógł  zobaczyć  tylko  jego  oczy, 
zaświtała  mu  niemiła  myśl,  że  już  gdzieś  te  oczy  widział.  Zbliżył  się  na  tyle,  aby  popatrzeć  nad 
gazetą, i ledwie stłumił okrzyk, kiedy ujrzał całą twarz mężczyzny. Mimo starannie podkręconych 
wąsów  strażnik  wyglądał  wręcz  groteskowo.  Był  opuchnięty,  blady,  o  cerze  niemal  żółtej. 
Ciemnobrązowy  odcień  jego  zębów  przyprawiał  o  mdłości.  Jeszcze  większe  wrażenie  robiła 
zaogniona  blizna,  krętą  linią  biegnąca  spod  prawego  oka,  obok  kącika  ust  do  środka  brody. 
Mniejsza, choć równie barwna blizna przecinała lewy policzek i  znikała pod czubkiem wąsów. Z 
ust  sterczało  grube  cygaro,  kolorem  niemal  idealnie  dobrane  do  zębów,  a  nad  nim  kłębił  się 
gryzący dym. 

Bardzo niechętnie spotkałbym się z kotem, który mu to zrobił, pomyślał Luke i uśmiechnął 

się w duchu. 

–  Doktor  Corey  –  wychrypiał.  –  Przyszedłem  tu  na  spotkanie  z  doktorem  Lewisem 

Coreyem. 

– Nie tutaj – padła odpowiedź. 
– Cóż, zaczekam w jego gabinecie. 
– Zamknięty. – Strażnik pokręcił głową i wrócił do przerwanej lektury. 
– Niech mi pan tylko powie, gdzie jest jego gabinet, to tam zaczekam. – Teraz Luke ledwie 

mówił i odczuwał coraz większą irytację i złość, bo podejrzewał, że krtań może się całkiem zapaść. 

– Po schodach, korytarzem na prawo. Dobrze się pan czuje? 
Luke  odwrócił  się  bez  słowa  i  krótkimi  schodami  ruszył  na  górę.  W  połowie  korytarza 

zobaczył gołe nogi, wystające zza drzwi. Z dreszczem przerażenia możliwie najszybciej pokuśtykał 
w stronę nieruchomej postaci. Oparty o drzwi gabinetu jego ojca siedział niemłody mężczyzna. Był 
martwy,  rozebrany  do  bielizny,  srebrne  włosy  miał  pozlepiane  zakrzepłą  krwią.  Paradoksalnie 

background image

 

111 

pogodna  twarz  pstrzyła  się  kapkami  krwi.  Ze  strzaskanego  tyłu  czaszki  sterczały  ostre  ułamki 
kości. 

Luke’a zemdliło, kiedy się cofał i zawracał w stronę schodów. Oddalony od niego o jakieś 

dwanaście, piętnaście metrów stał strażnik z uśmiechem na twarzy. Znikły wąsy, cygaro i blizny. 
Czapka  leżała  na  podłodze  u  jego  stóp,  a  gęste,  faliste  blond  włosy  nawet  z  tej  odległości 
wyglądały na starannie uczesane. 

Obiema  rękami  mocno  trzymał  na  wysokości  pasa  ciężki  rewolwer  z  długą  lufą, 

wycelowany w Luke’a. 

Luke  bezwiednie  wymówił  nazwisko  Steele’a,  lecz  przez  opuchnięte,  niewrażliwe  struny 

głosowe tylko z sykiem wydostało się powietrze. 

– Do tej pory moi ludzie zdążyli już schwytać twojego ojca i  dziewczynę, Corey. Jest  po 

wszystkim  –  spokojnym  głosem  zawołał  Steele,  ani  na  krok  się  nie  zbliżając.  –  Z  łaski  swojej 
trzymaj  obie  ręce  tak,  żebym  je  mógł  widzieć,  i  wolno  idź  w  tę  stronę,  a  ja  przejrzę  zawartość 
twojej torby. 

Luke prawie bez obracania głowy popatrzył najpierw na martwego strażnika, potem w drugi 

koniec korytarza, gdzie czerwone światło nad wyjściem jarzyło się w odległości niespełna ośmiu 
metrów. 

Zrobił  ruch  raczej  instynktownie  niż  planowo,  w  równej  mierze  powodowany  strachem  o 

Karen, co myślą o własnej ucieczce. Obróciwszy się nagle, dał nurka w cień pod ścianą, a następnie 
poderwał  się  na  nogi,  kiedy  w  głębi  korytarza  rozległ  się  wystrzał  i  tynk  odprysnął  przy  jego 
twarzy.  Ledwie  zrobił  trzy  chwiejne  kroki  w  stronę  wyjścia,  huknął  drugi  wystrzał,  po  którym 
niemal natychmiast nieokreślony ból przeszył jego lewą nogę. 

Luke  obrócił  się  o  prawie  sto  osiemdziesiąt  stopni,  zanim  walnął  w  ścianę  i  runął  na 

podłogę.  Leżał  na  wznak,  z  zamkniętymi  oczami,  resztki  energii  zużywając  na  wciąganie 
powietrza. Oberwał tuż powyżej lewego kolana, lecz jego umysł nie potrafił już zlokalizować bólu. 
W rezultacie czuł się tak, jakby całą dolną połowę ciała przypalano mu gorącymi węglami. 

Steele podszedł korytarzem wolno, prawie od niechcenia, czerpiąc ogromną przyjemność z 

tego, co rozpościerało się przed jego oczami. Luke leżał nieruchomo, oddech miał płytki, nogawkę 
spodni  już  czerwoną  od  krwi.  Starając  się  nie  dotknąć  swojej  ofiary,  Steele  podniósł  czarną 
skórzaną  torbę  i  zbadał  jej  zawartość.  Z  zadowoleniem  pokiwał  głową,  bo  najpierw  znalazł  list, 
potem fotografię. 

– Niezły był z pana przeciwnik, doktorze Corey – powiedział, patrząc na kałużę krwi, która 

coraz  szerzej  rozlewała  się  na  płytach  podłogi.  –  W  ostatnich  dniach  nauczyłem  się  podziwiać 
pańską zaradność. Według mnie z kim innym naprawdę mógłby pan wygrać. 

Luke szklistymi oczami popatrzył w górę. Wzrok miał coraz bardziej zamglony i w cieniu 

ledwie widział twarz Steele’a, Myślał wyłącznie o Karen. Chciał błagać o jej życie, skoro już mieli 
ten  obrzydliwy  list  i  zdjęcie.  Chciał  okłamać  Steele’a,  powiedzieć,  że  w  ręce  trzyma  tylko 
duplikaty. Ale nie mógł już wydać żadnego dźwięku. 

–  Nic  pan  nawet  nie  usłyszy,  doktorze  Corey,  obiecuję  –  powiedział  Steele,  powoli 

wprowadzając rewolwer w jego pole widzenia. Luke przygryzł dolną wargę i jak zahipnotyzowany 
wpatrywał się w otwór lufy. 

To, co nastąpiło, było mieszaniną odgłosów i ruchu. Najpierw okrzyki, potem znikający mu 

z  oczu  rewolwer,  później  strzały.  Trzy?  Cztery?  I  w  końcu  głuchy  łoskot,  gdy  wysoka  postać 
wyprostowała  się  i  runęła  obok  niego  na  podłogę.  Kroki,  głosy,  raptem  nowe  twarze.  Dwóch 
mężczyzn,  młodych  mężczyzn,  z  wyciągniętą  bronią  pochylających  się  nad  nim.  Dalsze  kroki  i 
jeszcze jedna twarz, znajoma. 

Głos ojca dotarł jakby z długiego tunelu: 
– Słyszysz mnie, Luke? Żyjesz? O mój Boże. Wezwijcie karetkę! Prędko! 
Szara mgła rozwiała się na chwilę, potem zgęstniała, niemal przesłoniła zatroskaną twarz. 

Nagły dotyk ręki na ramieniu i inna twarz. Z wielkim wysiłkiem Luke zamrugał, spróbował patrzeć 

background image

 

112 

w  jeden  punkt.  Najpierw  siwe  włosy,  potem  znajome  oczy  i  orli  nos,  wreszcie  rozpoznanie. 
Prezydent George Tabor. 

– Teraz nic ci nie grozi, synu – powiedział. – Jest tu pomoc. – Raptem twarz także zaczęła 

się  rozpływać,  a  na  jej  miejscu  pojawił  się  kojący  blask,  który  jakby  emanował  z  sylwetki 
prezydenta. Luke wolno zamknął oczy i wreszcie pogrążył się w coraz gęstszej ciemności. 

Pustkę wypełnił raczej jej zapach niż dotyk. Z twarzą o kilka centymetrów oddaloną od jego 

twarzy, z policzkami lśniącymi od łez delikatnie głaskała go po czole. 

– Karen – zdołał wymówić. 
Karen zmusiła się do uśmiechu i przytknęła mu wargi do ucha. Mrok podpełzł z powrotem, 

nabrał intensywności, kiedy głosy odpłynęły dalej. 

– Skończyło się, Luke. Wszystko jest skończone. – To były ostatnie słowa, jakie usłyszał. 

background image

 

113 

EPILOG 

 

2 czerwca 1978 
Margaret,  Karen,  posłuchajcie.  Stało  się,  jak  zapowiedział  Tabor.  –  Lewis  Corey  Senior 

siedział  w  swoim  mocno  wytartym  skórzanym  fotelu  i  czytał  niedzielną  „Post”.  Poranne  słońce 
wlewało  się  przez  wykuszowe  okno  do  wyłożonego  ciemną  boazerią  pokoju,  napełniając  go 
ciepłem i życiem, których zwykle mu brakowało. 

–  Poczekaj  chwilę,  Lewis  –  zawołała  jego  żona.  –  Kawa  już  się  prawie  zaparzyła. 

Przyjdziemy  za  minutę.  Karen,  kochanie,  weź  ciasteczka  i  połóż  je  na  tej  tacy.  Znając  mojego 
męża, wiem, że jeśli za parę minut nie będzie miał audytorium, okropnie podskoczy mu ciśnienie! 

– Wyobrażam sobie – odparła Karen ze śmiechem. W długim jasnoniebieskim szlafroku i w 

puszystych żółtych rannych pantoflach cicho kręciła się po kuchni, wnosząc do niej własny rodzaj 
słońca. – Bułeczki są gotowe. Chodźmy posłuchać ostatnich wiadomości. 

Dwuosobowa damska procesja ruszyła do gabinetu, podała kawę z ciasteczkami, po czym 

zajęła wygodne punkty obserwacyjne na grubym dywanie. Chociaż Corey każde nowe wydarzenie 
traktował  jak  coś  niezwykłego,  Karen  i  Margaret  przywykły  do  niemal  codziennych  prasówek  i 
cieszyły się nieskrywanym entuzjazmem, z jakim odczytywał wiadomości. 

Na moment oderwał wzrok od gazety, aby się upewnić, że słuchaczki są na miejscu. Potem, 

bez żadnego wstępu, zaczął czytać, starannie unikając redaktorskiej intonacji czy komentarza. 

–  „Fearing  ogłasza  swoją  dymisję.  Wiceprezydent  nie  przyznaje  się  do  wykroczeń,  lecz 

ustępuje w interesie partii i jedności narodowej. 

Pod coraz silniejszym naciskiem kongresowej komisji finansów, badającej jego ewentualne 

nadużycia,  wiceprezydent  Nicholas  Fearing  ogłosił  dziś  swoją  dymisję.  Podczas  konferencji 
prasowej  w  Waszyngtonie,  stojąc  w  towarzystwie  żony  i  córek,  Fearing  nazwał  dochodzenie 
Kongresu »polowaniem na czarownice» i utrzymywał, że nie popełnił żadnego wykroczenia. 

Z  niedawnych  dochodzeń  wynika,  że  mogły  być  nieścisłości  w  zeznaniach  podatkowych 

wiceprezydenta  z  trzech  lat  poprzedzających  jego  wybór,  a  po  Kapitelu  krążą  plotki  o  licznych 
oskarżeniach,  wniesionych  przeciw  człowiekowi,  którego  większość  obserwatorów  uważała  za 
pewnego następcę prezydenta Tabora. 

Prezydent  konsekwentnie  odmawiał  komentowania  sytuacji,  lecz  na  dziś  zaplanował 

wystąpienie w telewizji krajowej o siódmej wieczorem. Zapewne wtedy przyjmie z żalem dymisję 
wiceprezydenta i przedstawi plany wyboru następcy”. 

Corey  przejrzał  artykuł  do  końca,  uznał,  że  nie  zawiera  dalszych  nowych  informacji,  i 

uroczyście odłożył gazetę. 

– Zacny stary Nick – powiedziała Karen. – Odwaliłeś kawał porządnej roboty i naprawdę 

będzie nam ciebie brakowało! Jak pan myśli, doktorze Corey, co się stanie potem? 

–  Nie  wiem,  Karen  –  odrzekł,  nabijając  fajkę  Sherlocka  Holmesa  specjalną  mieszanką 

tytoniu.  –  Jak  na  ironię  przyczyną  jego  upadku  są  te  same  manipulacje  finansowe,  za  pomocą 
których tak skutecznie niszczył innych. 

Słyszałem, że George  chce wydalić  Fearinga z kraju  za rok albo  wcześniej,  jeśli  uzna, że 

zidentyfikowano  już  większość  członków  La  Tartarugi  –  podjął.  –  Fearing  skończy  zapewne, 
pisząc książkę na pokładzie swojego jachtu u wybrzeży własnej wyspy na Morzu Egejskim. 

–  Lepsze  to  od  własnego  kraju  w  Ameryce  Północnej  –  stwierdziła  Karen.  –  Szkoda,  że 

Albert Julian tego nie doczekał i nie wziął w tym udziału. Z prawdziwą przyjemnością czytałabym 
o jego procesie w gazetach. 

– Tacy mężczyźni rzadko stają przed sądem, Karen – powiedziała Margaret Corey. – Choć 

zazwyczaj to bystry prawnik wybawia ich z opresji, a nie flakonik tabletek nasennych. 

background image

 

114 

–  Nigdy  cię  o  to  nie  pytałem,  Karen  –  odezwał  się  Corey  –  ale  jestem  ciekaw,  co 

zamierzałaś  zrobić,  gdybym  nie  chciał  się  z  tobą  zobaczyć  albo  gdyby  moje  plany  wędkarskie 
doszły do skutku i gdybym w dniu twojego przyjazdu był na rybach? 

– Co zrobilibyśmy wszyscy, gdyby pan nie dał się przekonać, nie zadzwonił do prezydenta 

Tabora i nie wezwał paru ludzi z jego ochrony? Bylibyśmy już pewnie głównym daniem na jednym 
z obiadów Fearinga w Białym Domu. 

– O co chodzi z obiadem? Nie jadłem jeszcze śniadania. 
Wszyscy troje jak na komendę zwrócili się w stronę drzwi, w których stał Luke, wsparty na 

kulach.  Gips  na  jego  lewej  nodze  pokryty  był  rysunkami  i  podpisami,  między  innymi  tylu 
najwybitniejszych w kraju polityków, że łowcy autografów skręcaliby się z zazdrości. 

– Luke, wiesz, że nie powinieneś jeszcze spacerować bez pomocy – upomniała go matka. 
– Nic mi nie jest – odparł Luke z irytacją. 
– Mimo to – dorzuciła, ściskając go, Karen – uważam, że dla odmiany powinieneś słuchać 

zaleceń lekarza. Nie chcę, abyś pod pretekstem choroby wykręcił się od udziału w ceremonii. 

– Jakiej ceremonii? 
– Ślubnej, głuptasie. 
– Czyjej? 
– Odpowiem na to pytanie – rzekła Karen – jak tylko się oświadczysz. 
– Uważasz, że dasz sobie z nią radę, Luke? – zapytał jego ojciec. 
– Cierpliwości i zrozumienia, tato – powiedział Luke.  
– Najpierw okaż jej trochę cierpliwości, potem trochę zrozumienia, a w końcu jej ustąp. To 

właściwy klucz.