background image

Madeline Harper

GWIAZDKA W ŚRODKU LATA

(Christmas In July)

background image

ROZDZIAŁ 1

Na  wyspie  było  przeraźliwie  gorąco  i  parno.  Doskwierał  upał.  Sam  Cantrell  ściągnął 

marynarkę  i  przewiesił  przez  ramię.  Nie  zważał  na  to,  że  teraz  kabura  z  pistoletem, 
zawieszona  pod  pachą,  stała  się  dobrze  widoczna.  Jednego  był  całkowicie  pewien.  Wokoło 
nie było żywej duszy. Nikt więc nie mógłby zauważyć, że jest uzbrojony. 

Sądził,  że  po  przypłynięciu  promem  do  przystani  na  Indigo  z  łatwością  załatwi  sobie 

transport w głąb wyspy. Niestety, przeliczył się, gdyż nie było tu ani żadnych taksówek, ani 
wypożyczalni  samochodów.  Ani  też  ludzi.  Cantrell  ujrzał  tylko  przed  sobą  długi  trakt 
wysypany tłuczonymi  muszlami, wokół którego  wznosiły się drzewa, obrośnięte  wilgotnym 
mchem. Do mchu i Sama lgnęły roje komarów. Opędzał się przed nimi, co chwila ścierał pot 
z czoła i szedł dalej. 

Minął zakręt. Rozluźnił krawat i przeciągnął ręką po ciemnych włosach. Zobaczył przed 

sobą tablicę z następującym napisem:

Przyprawy Życia
Teren prywatny
Obcym wstęp wzbroniony

Ruszył dalej. 
Przeciął drogę i wspiął się na wzgórze. Obszerne podwórze otaczały niskie budynki. Były 

to szklarnie należące do firmy Przyprawy Życia. 

Sam  podszedł  po  cichu  do  pierwszej  z  brzegu.  Zatrzymał  się,  oparł  plecami  o  ścianę  i 

ostrożnie zajrzał do środka. Wewnątrz nie spostrzegł nikogo. W szklarni znajdowały się tylko 
nie znane mu rośliny. 

Powoli, ukradkiem, przesuwał się od jednego okna do drugiego. Na zgiętych nogach, tak 

żeby być najmniej widocznym, przeszedł wzdłuż całej szklarni, co chwila lustrując wnętrze. 
Uświadomił sobie, że zachowuje się idiotycznie. Postanowił przestać skradać się jak złodziej. 
Podniósł głowę i wyprostował plecy. I właśnie wtedy przez okno szklarni zobaczył kobietę. 
Chodziła  między  stołami  zastawionymi  setkami  doniczek  z  przeróżnymi  roślinami. 
Przyglądał się jej przez dłuższą chwilę. Nie wyglądała na kryminalistkę. Wiedział jednak, jak 
często pozory mylą. Nie mógł dać się zwieść. 

Kobieta  była  całkiem  zwyczajna.  Ani  ładna,  ani  brzydka.  Proste,  brązowe  włosy  miała 

ściągnięte z tyłu głowy w bezpretensjonalny koński ogon. Twarz jej, pozbawiona  makijażu, 
błyszczała od panującego w szklarni gorąca. 

Sam Cantrell potrząsnął z niedowierzaniem głową. Alicia Paxton Bell, bo to z pewnością 

była  ona,  wyglądała  całkiem  inaczej,  niż  sobie  wyobrażał.  Przechodziła  powoli  wzdłuż 
rzędów  roślin.  Zatrzymała  się  na  chwilę,  gdyż  krótkimi  szortami  zahaczyła  o  wystający 
gwóźdź. 

Z  uśmiechem  na  twarzy  Sam  popatrzył  na  jej  długie  nogi.  Wyglądała  zwyczajnie,  lecz 

background image

równocześnie  seksownie.  Dziwna  to  była  kombinacja.  Nie  pasująca  do  obrazu,  który  sobie 
wytworzył.  Alicia  Paxton  Bell,  bo  to  musiała  być  ona,  w  żaden  sposób  nie  przypominała 
kobiety znanej mu z licznych prasowych fotografii.  A może to kto inny?  Przez chwilę Sam 
zastanawiał się nawet, czy trafił na właściwie miejsce. 

Jasne,  że  tak.  Był  to  przecież  teren  firmy  Przyprawy  Życia.  Kobieta  w  szklarni  to  bez 

wątpienia  Alicia  Paxton  Bell.  A  on  miał  do  wykonania  określone  zadanie  i  musiał  zacząć 
działać.  Odszedł  od  okna,  wciągnął  na  ramiona  marynarkę,  wziął  ponownie  do  ręki  lekką, 
podróżną torbę, którą na chwilę postawił i ruszył w stronę frontowego wejścia do oszklonego 
budynku. 

Postanowił nie pukać do drzwi i wślizgnąć się po cichu do środka. Zanim dotrze na drugi 

kraniec szklarni, do miejsca, w którym znajdowała się pani Bell, zdąży się dobrze rozejrzeć. Z 
chwilą  wejścia  do  środka  poczuł  natychmiastową  ulgę.  Nad  stołami  zastawionymi  setkami 
doniczek pracowały potężne wentylatory. Sam odetchnął  głęboko. Ciepławe  powietrze  było 
przesycone zapachami, których nie potrafił rozpoznać. Były to wonie ziół lub przypraw. Ale 
jakich? Nie wiedział. Dla Sama miały po prostu charakterystyczny aromat, i tyle. 

W końcu szklarni stało duże biurko. Podszedł do niego i jednym spojrzeniem omiótł to, 

co  znajdowało  się  na  wierzchu.  Jakieś  odręczne  wykazy,  spisy  roślin  i  notatki.  Postanowił 
poczekać  na  Alicie.  Szła  w  tę  stronę,  .  więc  powinna  się  wkrótce  zjawić.  Nie  trzeba  być 
detektywem, żeby to wydedukować. 

Podlewając  doniczki  z  rozmarynem,  Ali  usłyszała  jakiś  podejrzany  szmer.  Dobiegał  od 

strony wejścia  do szklarni.  Zamarła w bezruchu i  czekała. Nie spodziewała  się nikogo. Ani 
Gwen, ani Tiger nie uprzedzili jej, że do firmy zjadą dziś jacyś goście. Ktoś jednak wszedł do 
budynku.  Zastanawiała  się,  gdzie  podziały  się  psy.  Powinny  tkwić  na  posterunku.  Gwen  i 
Tiger,  pozostali  członkowie  rodziny,  znajdowali  się  w  dużym  domu.  Tak  nazywano  dom 
mieszkalny. A ich syn, Brian, grał z kolegami w piłkę. Do Ali należało więc uporanie się z 
człowiekiem, który bez upoważnienia wszedł na teren firmy. 

Ciągnąc za sobą wąż do podlewania kwiatów, Ali zaczęła ostrożnie skradać się w stronę 

wejścia do szklarni. Trzymała palec na spuście.  Wąż z wodą  pod ciśnieniem nie był bronią 
idealną, ale nic lepszego nie miała, niestety, pod ręką. 

Wychyliła się zza stołu zastawionego pustymi doniczkami. W szklarni panowała niczym 

niezmącona  cisza.  Promienie  słońca  wpadające  do  wnętrza  przez  szklany  dach  ogrzewały 
tysiące drobnych roślin.  Bazylię, oregano, rozmaryn, tymianek  i  kolendrę.  Nic niezwykłego 
tutaj się nie działo. 

I nagle zobaczyła intruza. Przyczajony, na zgiętych nogach, obchodził biurko Gwen. Był 

wysokim, ciemnowłosym mężczyzną o szerokich ramionach, które opinała marynarka barwy 
khaki.  Wyglądał  na  twardego  faceta,  nie  przebierającego  w  środkach.  Tacy  tutaj  się  nie 
pojawiali. 

Ali poczuła się nagle zagrożona. 
– Hej! – zawołała ostrym głosem. 
Mężczyzna  odwrócił  się  błyskawicznie.  Miał  zwinne,  kocie  ruchy.  Nie  namyślając  się 

wiele, Ali wycelowała w niego wylot węża i nacisnęła spust. Silny strumień wody o mało nie 

background image

powalił nieznajomego na ziemię. 

– Znajduje się pan na prywatnym terenie. Przebywanie tutaj jest zakazane prawem. Daję 

panu dziesięć sekund na wyniesienie się! – krzyknęła głośno. 

Takiego  przyjęcia  Sam  się  nie  spodziewał.  Ta  kobieta  swą  zdumiewającą  akcją  niemal 

zbiła go z nóg! Zimny prysznic  miał wprawdzie dobrą stronę, bo natychmiast  go ochłodził, 
ale takie powitanie do przyjemności nie należało. 

–  Proszę  zakręcić  kurek!  –  zawołał.  –  Poddaję  się!  Ali  zdjęła  palec  ze  spustu.  Woda 

przestała  lecieć.  Sam  otrząsnął  się  z  zimnej  kąpieli.  W  ociekającej  wodą  marynarce  i 
przemoczonej koszuli, z  włosami przylepionymi  do  głowy wyglądał  opłakanie.  Miał mokro 
nawet w butach. Nieznacznym ruchem dotknął kabury i poprawił marynarkę tak, żeby ukryć 
pistolet.  Potem  gdzieś  go  odłoży.  Nie  będzie  mu  potrzebny,  skoro  przeciw  niemu 
zastosowano tu zwykły gumowy wąż. 

–  Ma  pan  jeszcze  pięć  sekund  –  ostrzegła  kobieta,  podnosząc  wyżej  końcówkę  swej 

niekonwencjonalnej broni. 

Sam sięgnął do kieszeni w spodniach i wyciągnął w miarę suchą chusteczkę. Wycierając 

twarz, zastanawiał się, co począć dalej. Jak rozegrać tę partię?

Kobieta zaskoczyła go. Zyskała przewagę, ale nie miał najmniejszej ochoty wdawać się z 

nią  w  spory.  Rozzłoszczona,  mogłaby  wypędzić  go  z  wyspy.  A  to  równałoby  się 
niewykonaniu zadania. Do tego nie mógł dopuścić. 

– Czy pani zawsze tak serdecznie przyjmuje gości? – zapytał krzywiąc się. 
–  Nie  sądzę,  by  pan  należał  do  gości  –  odparła  lodowatym  tonem,  trzymając  wąż  w 

pogotowiu. – Czas pański się skończył. 

– Człowiek jest niewinny dopóty, dopóki mu się nie udowodni przestępstwa. Czyżby pani 

o tym nie wiedziała? Przecież równie dobrze mogłem zjawić się tutaj całkowicie legalnie... 

– Mało prawdopodobne. A jeśli nawet, to i tak nikomu do szklarni wchodzić nie wolno. 
Sam  zacisnął  zęby.  Postanowił  nie  zważać  na  determinację  widoczną  w  brązowych 

oczach kobiety. Nie lubił ludzi, którzy innym przerywali w pół słowa. 

– Może jednak zechce pani wysłuchać tego, co mam do powiedzenia?
– Jest pan z prasy? Tak? Byłam pewna, że znam wszystkie te hieny... 
– Teraz ja pani przerwę – oznajmił Sam. – Nie jestem reporterem. Jestem... 
–  Szpiclem?  Proszę  natychmiast  odsunąć  się  od  biurka!  Mój  kuzyn  Tiger  być  może 

zostawił na nim jakieś notatki. 

– Szpiclem? – powtórzył. 
Alicia Paxton Bell trafiła w dziesiątkę. Sam odruchowo zacisnął szczęki i napiął mięśnie 

twarzy. Popatrzył w zwężone oczy kobiety. Co wiedziała na ten temat?

–  Tak.  Szpiclem  –  potwierdziła.  –  Przemysłowym.  Odkąd  Przyprawy  Życia  stały  się

potężną  i  znaną  firmą,  konkurenci  starają  się  wykraść  nam  przepis  na  mieszankę  z 
piżmaczkiem. 

Usłyszawszy to wyjaśnienie, Sam odetchnął z ulgą. 
– Uważa mnie pani za szpicla od przypraw? – Roześmiał się. – To mi się nawet podoba. 

Ma pani jakiś nowy, dobry przepis na przyprawę z thymiankiem?

background image

– Nie mówi się „tymianek”, lecz „tymianek” – oświadczyła kobieta. – Widzę, że nie ma 

pan  pojęcia  o  ziołach.  Jeśli  więc  nie  jest  pan  szpiclem  konkurencji,  to  kim  pan  jest? 
Narwańcem  z  wypaczonym  poczuciem  humoru?  Proszę  pokazać  swoje  papiery.  Chcę 
wiedzieć, z kim mam do czynienia. 

– Chyba pani żartuje. 
– Nigdy nie mówiłam niczego bardziej serio. 
– Czy ta wyspa to prywatna własność, na której pani sama ustala zasady?
– Właściwie tak. Indigo należy do mego kuzyna i jego żony. I nikomu nie pozwalamy tu 

przyjeżdżać. Jakim sposobem dostał się pan na  prom? I dlaczego  kapitan Poteet zgodził się 
wysadzić pana na wyspie?

–  Jeśli  zechce  pani  łaskawie  wycelować  swoją  broń  w  inną  stronę,  zaraz  wszystko 

dokładnie wytłumaczę – powiedział Sam, siląc się na spokój. – Mam przy sobie list. – Sięgnął 
do kieszeni i wyciągnął nieco pomiętą wilgotną kopertę. – Kuzyn pani, pan Thomas Mallory, 
pisze... 

– Nikt nie nazywa  mnie tu  Thomasem – za  plecami rozmawiających odezwał się nagle 

jakiś głos. 

Sam  i  Ali  odwrócili  się  w  stronę,  z  której  dochodził.  W  drzwiach  szklarni  stało  dwoje 

ludzi. Mężczyzna i kobieta. 

Mężczyzna był w średnim wieku, niewysokiego wzrostu, łysiejący, o okrągłej twarzy, na 

której malowała się pogoda ducha. Kobieta wyglądała nieco młodziej od niego. Była niższa i 
znacznie szczuplejsza. Miała rudawe włosy i piegi na nosie. 

– Jestem Tiger. Tak mnie nazywają – przedstawił się przybyły. – A to moja żona, Gwen. 

A  pan,  jak  sądzę,  jest  przyjacielem  Billy’ego  Smithsona.  Widzę,  że  poznał  pan  już  moją 
krewną, Ali Paxton. Sam skinął w milczeniu głową. 

– Bracie, co się stało? – zapytał nagle Tiger. – Jesteś bardziej mokry niż utopiony szczur 

– stwierdził, z bliska przyjrzawszy się gościowi. – Wpadłeś pod któryś ze zraszaczy?

– Niezupełnie – wyjaśnił Sam. – Tak mnie przyjął komitet powitalny. – Spojrzał w stronę 

Ali. 

Nie mrugnęła nawet okiem. Nie była wcale speszona. Wzruszyła lekko ramionami. 
– Nie miałam pojęcia, kto to jest i po co tu łazi. Więc oblałam go wodą. 
Gwen Mallory podniosła rękę do ust, żeby ukryć uśmiech. W oczach Tigera pojawiły się 

wesołe błyski, lecz udało mu się zachować poważny wyraz twarzy. 

– Ali, kochanie – zwrócił się do nie przejmującej się niczym winowajczyni – nie wita się 

tak gości, którzy nam płacą. 

–  Nie  miałam  pojęcia,  że  wynajął  Pudełko.  Sądziłam,  że  to  jakiś  reporter  lub  szpicel  z 

konkurencyjnej firmy. Skradał się cichaczem jak złodziej. 

–  Hej,  chwileczkę  –  odezwał  się  Sam.  –  Nigdzie  się  nie  skradałem  –  zaprotestował.  –

Nawet nie wiem, jak to się robi. Po prostu zgubiłem drogę. Właśnie się rozglądałem, kiedy ta 
strażniczka – spojrzał na Ali – wycelowała we mnie strumień wody. Co to jest Pudełko?

Ali wskazała ręką biurko. 
–  Szperał  tutaj  –  powiedziała  oskarżycielskim  tonem.  Sam  uśmiechnął  się  z  niewinną 

background image

miną. 

–  Po  papierach  usiłowałem  się  zorientować,  czy  znalazłem  się  we  właściwym  miejscu. 

Sądziłem,  że  jeśli  natrafię  na  nazwisko  Mallory,  znajdę  potrzebną  wskazówkę.  Niczego  na 
biurku nie ruszałem – dodał z lekka obrażonym tonem. 

– Jasne, że nie. – Gwen przyszła z pomocą gościowi. 
– To nasza wina, że nie uprzedziliśmy Ali, iż ulokujemy pana w Pudełku. 
– A co to jest Pudełko? – ponownie spytał Sam. 
– Tak nazwaliśmy wynajęty panu domek na plaży – wyjaśnił Tiger. 
–  Całkiem  przyzwoity  –  dorzuciła  Gwen  –  ale  niski  i  z  płaskim  dachem.  Dlatego 

nazwaliśmy go Pudełkiem. Jest pan wysoki, więc pewnie będzie pan dotykał głową sufitu –
dodała, spojrzawszy na Sama. – Domek się panu spodoba. 

– Na pewno – bez przekonania przytaknął Sam. 
–  Pudełko  jest  gotowe  na  przyjęcie  gościa,  mimo  że  nie  spodziewaliśmy  się  pana  tak 

wcześnie.  Dlatego  nikt  z  nas  nie  zjawił  się  na  przystani,  żeby  pana  tu  przywieźć.  Zostanie 
nam wybaczone to zaniedbanie?

Sam szarmancko skłonił głowę przed Gwen. 
– Pani Mallory – powiedział – za ten uśmiech jestem skłonny wybaczyć pani wszystko. 
Zauważył, że po tej uwadze pani Mallory pokraśniała z zadowolenia. Kątem oka spojrzał 

na Ali. Patrzyła na niego z nie ukrywaną niechęcią. 

To zmobilizowało Sama jeszcze bardziej. 
– Kim jest ten człowiek? – spytała Ali obcesowo Gwen i Tigera. – I po co przyjechał?
–  Nazywam  się  Sam  Cantreli  –  przejął  inicjatywę,  nie  czekając  na  formalne 

przedstawienie. – Wynająłem jeden z domków na plaży. Pudełko. – Uśmiechnął się do Gwen. 
– Na cały lipiec. 

Ali zmarszczyła brwi.
–  Po  co  przyjechał  pan  na  Indigo?  I  do  tego  w  środku  lata?  Przecież  w  lipcu  jest  tu 

goręcej niż w piekle i każdy rozsądny człowiek ucieka w góry. Nas też by tu nie było, gdyby 
nie sprawy firmy. A więc?

– Pan Cantrell ma swoje powody, jestem tego pewna. 
–  Gwen  usiłowała  złagodzić  ostrą  wypowiedź  kuzynki.  –  Ali,  przestań  wreszcie 

przesłuchiwać  naszego  gościa  Nie  jest  w  sądzie.  Panie  Cantrell,  co  z  pańskim  bagażem?  Z 
pewnością przywiózł pan więcej niż tylko jedną podróżną torbę. 

– Tak. Resztę rzeczy zostawiłem na przystani. Sądziłem, że uda mi się złapać taksówkę. 
Tiger i Gwen roześmieli się wesoło, a Ali prychnęła z niesmakiem. 
–  Wezmę  furgonetkę  i  podskoczę  po  pański  bagaż  –  zaofiarował  się  Tiger.  –  Proszę 

jechać ze mną. Potem zawiozę pana od razu do Pudełka. Pewnie zależy panu na tym, żeby się 
przebrać. 

– Jestem pewna, że Pudełko panu się spodoba – dodała Gwen. – Stoi tuż nad samą wodą. 

Niedaleko domku, w którym mieszka Ali. 

– To wspaniale – mruknął pod nosem Sam. – Miałem na myśli położenie domku – szybko 

uściślił. – Z pewnością spodobają mi się zachody słońca. Lubię je obserwować. 

background image

– Muszę pana  rozczarować. Nic z tego  – wtrąciła się Ali.  – Nasze domki wychodzą na 

przeciwną stronę. 

– Wobec tego z pewnością spodobają mi się wschody słońca nad oceanem. Nimi będę się 

zachwycał – ze stoickim spokojem oświadczył nie zrażony Sam. 

Popatrzył na Ali i przez dłuższą chwilę mierzyli się wzrokiem. 
Była  wysoka,  seksowna,  atrakcyjna  i  sympatyczna  jak  kobra.  Niełatwo  będzie  podejść 

Alicię Paxton Bell, ale Samowi nie brakowało w tych sprawach cierpliwości i doświadczenia. 

Wytrzymał  dzielnie  jej  nieprzychylne,  wręcz  wrogie  spojrzenie.  Pierwsza  odwróciła 

wzrok. 

– Czeka na mnie robota – powiedziała. – Życzę udanego pobytu, panie... panie... 
– Nazywam się Cantrell. Sam Cantrell. Ali, proszę mówić mi po imieniu. 
Udała, że nie słyszy. Zwróciła się do Gwen:
– W drugiej szklarni trzeba zerwać liście bazylii. Idę to zrobić. – Odwróciła się i już jej 

nie było. 

Tiger  spojrzał  przepraszającym  wzrokiem  na  gościa.  Inicjatywę  w  rozmowie  przejęła 

Gwen. 

–  Proszę  wybaczyć  Ali.  To  naprawdę  świetna  dziewczyna  i  bardzo  nam  pomaga.  Nie 

wiem,  jak  byśmy  bez  niej  dali  sobie  radę.  Jest  może  nieco  za  porywcza.  No,  prawdę 
powiedziawszy, jest piekielnie impulsywna, to znaczy wybuchowa jak bomba, o czym chyba 
zdążył się pan już przekonać. 

– Gwen! – Tiger rzucił żonie ostrzegawcze spojrzenie. 
– Dobrze, dobrze. Wiem, że pana Cantrella nie interesują ani nasze sprawy, ani Ali. 
– Proszę mówić mi Sam – poprosił gość. 
–  Na  pewno  chciałbyś  jak  najszybciej  znaleźć  się  u  siebie  –  odezwała  się  pani  domu  z 

serdecznością typową dla mieszkańców południowych stanów. 

Prawdę  mówiąc,  rozmowa  o  Ali  bardzo  ciekawiła  Sama,  ale  wiedział,  że  zaraz  po 

przybyciu nie powinien okazywać tej damie zbytniego zainteresowania. Spokojnie poczeka na 
dogodniejszą chwilę. 

– A więc jedźmy – zaproponował Tiger. – Zabierzemy z przystani twój bagaż. Sam, na 

stacji  benzynowej  mamy  coś  w  rodzaju  sklepiku.  Będziesz  tam  mógł  zaopatrywać  się  w 
prowiant. 

– W prowiant? – zdziwił się gość. 
– Tak, w produkty spożywcze i  inne podstawowe  rzeczy. Jeśli  będzie ci  potrzebne coś, 

czego tu nie ma, zamówimy na lądzie i nam dostarczą. 

Samowi  opadły  ręce.  Liczył  na  dobre  posiłki  w  jakiejś  przyzwoitej  restauracji,  a  tu  się 

okazuje, że osobiście będzie musiał robić zakupy, i to na stacji benzynowej. 

– Czy na wyspie znajduje się wiele rodzin? – zapytał. 
–  Kilka  –  odparł  Tiger.  –  Niektóre  z  nich  są  bardzo  liczne.  Mieszka  tu  około 

pięćdziesięciu  osób.  Prawie  wszyscy  są  u  nas  zatrudnieni.  Z  wyjątkiem  członków  rodziny 
Loomisów.  Oni  prowadzą  stację  benzynową  i  pocztę.  Na  sezon  wynajmujemy  turystom 
domki  letniskowe.  Mamy  cztery.  Teraz  oprócz  Ali  i  ciebie  nie  zajmuje  ich  nikt.  Ali  nie 

background image

chciała zamieszkać z nami w dużym domu, woli mieć swobodę. 

– Sam, musisz koniecznie nas odwiedzić. Przyjdź dziś na kolację – powiedziała Gwen. –

Co wieczór będziesz mile widziany. 

– Bardzo dziękuję, chętnie skorzystam z miłego zaproszenia – odparł zadowolony Sam. 

Taki obrót sprawy bardzo mu odpowiadał. 

–  Wobec  tego  ruszajmy po  bagaż –  ponaglił  go Tiger.  –  Jest  jeszcze sporo  roboty. Nie 

mogę zostawiać jej kobietom. 

Ali ostrożnie zrywała listki bazylii. Wysuszy sieje na słońcu, a potem zmiesza z innymi 

ziołami  i  przyprawami.  W  ten  sposób  powstanie  jedna  z  renomowanych,  cenionych 
mieszanek  ziołowych,  produkowanych  przez  Przyprawy  Życia  i  opatrzonych  ich  etykietą. 
Mieszanki  te  kupowały  wszystkie  delikatesy  na  obszarze  od  Atlanty  aż  po  Boston.  A  więc 
wszędzie tam, gdzie królowała karolińska kuchnia. 

Do szklarni weszła Gwen. Usiadła przy biurku. 
– Co myślisz? – spytała Ali, która na jej widok podniosła głowę. 
– O czym?
– O nim. O Samie Cantrellu. Mało nie umarłam ze śmiechu, kiedy się dowiedziałam, jak 

urządziłaś tego człowieka. Ali, jak mogłaś zrobić coś podobnego?

– Przecież to intruz. 
– Dlatego oblałaś go wodą?
– A skąd mogłam wiedzieć, kim jest? Mógł być szpiclem lub... lub kimś jeszcze gorszym. 
Gwen roześmiała się wesoło. 
–  Przepraszam,  nie  uprzedziłam  cię,  że  wynajęliśmy  na  lato  Pudełko.  To  duże 

niedopatrzenie z mojej strony i Tigera. 

– Nieważne. Przyjechał i nic na to nie poradzę. Przecież nie mogę wygonić go z wyspy, 

choćbym bardzo tego chciała – oznajmiła Ali. 

Gwen  zaczęła  jej  pomagać  sortować  listki  bazylii.  Nie  podnosząc  głowy  znad  stołu, 

mówiła dalej o Samie:

– Zauważyłaś, że jest bardzo przystojny? I ma szalenie miłą twarz. 
– Nie zauważyłam – mruknęła Ali. Z opuszczoną głową wpatrywała się w rośliny. 
– Jak mogłaś? Ta szeroka i prężna pierś, długie nogi... 
– Gwen  Mallory co ty wygadujesz? Przywołuję cię do porządku. Takie  zachowanie nie 

przystoi zamężnej kobiecie. 

– Zamężna to nie znaczy martwa. Tak chyba brzmiało to stare powiedzenie. A facet jest 

naprawdę bardzo przystojny. Tego nie da się ukryć. 

– Uhm. 
Ali  nie  podtrzymała  tematu,  aczkolwiek  sama  zauważyła,  że  Cantrell  jest  atrakcyjnym 

mężczyzną.  Był  wysoki,  miał  zielone  oczy  i  ciemnobrązowe,  niemal  czarne  włosy.  Był 
naprawdę przystojny, lecz to nie powód, żeby tracić głowę i padać z zachwytu na jego widok, 
pomyślała z niesmakiem. Nie przestawała obrywać listków bazylii. 

– To dziwne, że jest w tak dobrej fizycznej formie – zauważyła Gwen. 
Ali podniosła głowę. 

background image

– A co w tym dziwnego? – spytała. 
– Bo kiedy Bill polecił go Tigerowi, jako przyjaciela swego przyjaciela, powiedział nam, 

że Samowi jest potrzebne jakieś spokojne miejsce na odpoczynek i rekonwalescencję. Coś mu 
się  stało,  dobrze  nie  pamiętam.  Potrącił  go  samochód  czy  miał  jakiś  inny  wypadek.  Nie 
wygląda na chorego. Mam rację?

Ali potaknęła, z przekonaniem kiwając głową. 
– Tak. Masz. 
W  chwili  gdy  jej  spojrzenie  zatrzymało  się  na  tym  mężczyźnie,  od  razu  poczuła  się 

zagrożona. Zwietrzyła niebezpieczeństwo. Pewnie dlatego natychmiast zaczęła się bronić na 
jego widok. I instynktownie posłużyła się wężem. 

– Ten człowiek nie pasuje do naszej wyspy – zauważyła z niezadowoloną miną. 
–  Przecież  przyjeżdżają  tu  różni  ludzie.  Z  całej  Karoliny.  Z  Atlanty,  a  nawet  z 

Charlestonu. 

– Gwen, ten facet jest jednak zupełnie inny – upierała się Ali. 
– Inny? Masz na myśli przystojniejszy?
Ali westchnęła. Trudno było jej precyzyjnie sformułować myśli. 
– Może dlatego, że tak dziwnie chodzi... Gwen wybuchnęła śmiechem. 
– Jeśli zauważyłaś, jak chodzi, to musiałaś mu się dobrze przyjrzeć. 
– Wyglądał podejrzanie, więc go obserwowałam. Uważnie – przyznała się Ali. 
– Powiedziałaś, że się podkradał. 
– Podkradał, węszył. A co to za różnica? W każdym razie kiedy ten face się śmieje, jego 

oczy się nie zmieniają. Pozostają zimne. Dam głowę, że cały jego męski urok to tylko gra. 

– Śmieje się cudownie... 
Ali szorstko przerwała kuzynce:
– Mówiłaś, że jak długo ma tu pozostać?
– To on mówił, nie ja – sprostowała Gwen. – Wynajął domek na cały lipiec. 
Ali  westchnęła  głęboko.  Miesiąc.  Czekał  ją  więc  długi,  gorący  i  parny  miesiąc  w 

towarzystwie Sama Cantrella mieszkającego w pobliżu. 

Zamyśliła się na chwilę. 
– Gwen – zaczęła – jest coś w tym człowieku, co... 
Do szklarni wpadły dwa  ujadające psy w towarzystwie dziesięcioletniego chłopca. Cała 

rozhasana trójka cudem nie pozrzucała ze stołów wszędzie porozstawianych doniczek. 

– A więc jesteś, Brian – powiedziała Ali. – Gdzie były psy, kiedy ich potrzebowałam?
Dwa  labradory,  mokre  i  oblepione  piaskiem,  machały  raźnie  ogonami,  ocierając  się  o 

nogi Ali. 

–  Po  skończonej  grze  poszliśmy  wszyscy  na  plażę  –  wyjaśnił  chłopiec.  –  Byliśmy  ci 

potrzebni? – zapytał i  nie  czekając na odpowiedź,  dodał:  – Mogłaś zawołać.  Max, Jinx  i ja 
zjawilibyśmy się natychmiast. Odgonilibyśmy złych ludzi. 

Psy przewróciły się na grzbiety i zaczęły radośnie tarzać się po podłodze. 
– I to mają być zwierzęta obronne – mruknęła Ali. 
– Ciii. Uważaj, bo jeszcze usłyszą – ostrzegł Brian. 

background image

– I dobrze. Może będą miały wyrzuty sumienia, że mnie nie broniły. 
– Przed złymi ludźmi? – dopytywał się chłopiec. 
– Nie ma tu złych ludzi – oznajmiła Gwen. – A teraz zabierz stąd psy, spłucz je porządnie 

wężem, a potem sam weź prysznic – poleciła synkowi. 

– Co na obiad? – chciał się dowiedzieć Brian. – Umieram z głodu. 
–  Spytaj  ojca.  On  jest  kucharzem  –  odpowiedziała  Gwen  odbiegającemu  chłopcu. 

Odwróciła  się  w  stronę  Ali.  –  To  nieładnie  wyciągać  zbyt  pochopne  wnioski  –  zganiła 
kuzynkę. 

Ali wyglądała na zmieszaną. 
–  Wiesz,  o  czym  mówię  –  ciągnęła  Gwen.  –  Chodzi  mi  o  aluzje,  że  Sam  jest  złym 

człowiekiem. To nie jest w porządku, Alicio. 

–  Tak,  Gwendolyn.  –  Ali  wiedziała,  że  kiedy  kuzynka  zwraca  się  do  niej  jej  pełnym 

imieniem, oznacza to, iż mówi serio. – Przyznaję, jestem podejrzliwa – dodała – ale mam do 
tego  pełne  podstawy  po  tej  gehennie  z  reporterami,  przez  którą  przeszłam.  Nigdy  nie 
wiedziałam, kiedy ktoś zacznie mnie znów wypytywać o Casey’a i o zaginione pieniądze. 

– Ali, kochana... 
– Świetnie wiesz, że ci cholerni reporterzy nigdy nie ustępują, nie dają za wygraną. Może 

za jakiś czas uspokoję się i znów zacznę dowierzać ludziom, ale jeszcze nie teraz. 

– Rozumiem – łagodnym tonem powiedziała Gwen. 
– To nie zmienia faktu, że Sam Cantrell bardzo mi się podoba. 
– Wygląd może być zwodniczy. – Ali nie dawała za wygraną. 
Obie kobiety zamilkły na chwilę. 
– Zastanawiam się, po co on tu naprawdę przyjechał – pierwsza odezwała się Ali. 
– Nic prostszego, jak się przekonać. Zajmij się nim. 
–  Gwen,  daj  spokój,  mam  co  innego  na  głowie.  Muszę  zaprojektować  nasze  stoisko  na 

targi  w  Atlancie,  zrobić  nowy  katalog  firmy,  opracować  broszury  informacyjne,  reklamy, 
informacje dla prasy... 

– Ale targowe Boże Narodzenie spędzisz razem z nami, w Atlancie. 
– Wiesz, jak źle się czuję podczas ferii i urlopów, ‘ odkąd... odkąd nie ma Casey’a. 
Gwen dotknęła ręki Ali serdecznym gestem. 
– To nie będzie miało nic wspólnego z wakacjami Po prostu w połowie lata zainscenizuje 

się pokaz jak na Boże Narodzenie. 

–  Gwiazdka w  lipcu  na  wystawie  handlowej  ma  te  same wady co  w  grudniu.  Nie  chcę 

uczestniczyć w takiej imprezie. 

Gwen westchnęła. 
–  Rozumiem.  Sądzę,  że  powinnaś  się  wyzwolić  nie  tylko  z  przykrych  myśli  o  Bożym 

Narodzeniu,  lecz  także  o  Samie  Cantrellu.  Mimo  twych  kąśliwych  uwag  na  temat  tego 
człowieka nadal uważam, że ma przemiły uśmiech – ciągnęła nie zrażona Gwen. – Ciekawa 
jestem, jak się prezentuje w kąpielówkach. 

– Gwen... – zaczęła ostrzegawczo Ali.
– Założę się, że ty też się nad tym zastanawiasz. Ali skrzywiła się z niesmakiem. 

background image

– Mam inne, ważniejsze rzeczy na  głowie niż rozważanie, jak Sam Cantrell wygląda w 

krótkich majtkach. 

– Poczekamy, zobaczymy – mruknęła pod nosem Gwen. 
– Czy zawsze musisz mieć ostatnie słowo? – zapytała zdesperowana Ali. 
– To wynik doświadczenia, które zdobyłam przez lata dzięki obcowaniu z tobą i Tigerem. 
Ali podniosła się ze stołka. 
–  Idę  popracować  do  biura.  Sama.  Nikt  tam  nie  będzie  mi  opowiadał  o  przystojnych, 

zielonookich facetach. 

– Nawet nie wspomniałam o zielonych oczach Sama Cantrella – zauważyła ze śmiechem 

Gwen. Speszona Ali zatrzymała się przed wyjściem i powiedziała z ponurą miną:

–  Myśl  sobie,  co  chcesz,  ale  uważam,  że  wpuszczanie  obcych  na  wyspę  jest  wielkim 

błędem. 

– Podoba mi się to, co udało mu się uzyskać do tej pory – powiedziała przekornie Gwen. 
– O czym ty opowiadasz? Do tej pory? Przecież ten facet dopiero się zjawił. 
–  Ale  już  zdążył  zrobić  na  tobie  duże  wrażenie.  Nigdy  nie  widziałam,  żeby  jakiś 

mężczyzna tak bardzo cię poruszył. 

Ali odwróciła się na pięcie i skierowała w stronę dużego domu i biura. 
– Witamy ponownie w normalnym świecie! – radośnie zawołała za nią Gwen. 

background image

ROZDZIAŁ 2

Na  wyspie  Indigo  Sam  Cantrell  bynajmniej  nie  zamierzał  zajmować  się  podziwianiem 

wschodów  słońca.  Lubił  późno  się  kłaść  i  późno  wstawać.  Słowa  Ali  jednak  widocznie 
utkwiły  mu  w  podświadomości,  gdyż  następnego  dnia  obudził  się  jeszcze  przed  świtem, 
rześki i wypoczęty. O szóstej już był na nogach. 

Co za fantastyczny widok, pomyślał, siedząc na osłoniętej werandzie i trzymając w ręku 

filiżankę  kawy.  Patrzył  na  światło  połyskujące  na  wodach  oceanu.  Barwy  zmieniały  się  od 
ciemnoczerwonej, przez pomarańczową aż do różowej, kiedy rozpoczął się świt Na południe
od Pudełka, też w pobliżu plaży, Sam dostrzegł domek, który zajmowała Alicia Paxton Bell. 
Zanim  przyjechał  na  wyspę,  starannie  przestudiował  liczne  doniesienia  prasowe  i  wywiady 
przeprowadzone z  nią w  Atlancie. Dowiedział się  w ten  sposób,  że  jest  bystra, atrakcyjna i 
wykształcona.  Po  ukończeniu  studiów  Alicia  i  jej  mąż,  Casey  Bell,  otrzymali  w  Atlancie 
intratne  posady.  Oboje  byli  zdolni  i  błyskotliwi,  więc  bez  trudu  szybko  robili  karierę.  Ali 
podjęła pracę w dziale reklamy agencji turystycznej. 

Atlanta  jest  miastem  interesującym  dla  przyjezdnych.  Może  pochwalić  się  świetną 

drużyną  baseballu,  jest  miejscem  zawodów  olimpijskich  i  ma  idealne  tereny  pod  budowę 
nowych  przedsiębiorstw  i  zakładów  przemysłowych.  W  tym  mieście  turystów  traktuje  się 
poważnie.  I  tak  traktowała  ich  Alicia  Paxton Bell.  W swej  pracy  odnosiła  sukcesy  aż  do 
wybuchu skandalu, to znaczy do dnia, w którym jej mąż opuścił swą firmę, przywłaszczając 
sobie pół miliona dolarów. 

Sam  zdawał  sobie  sprawę  z  tego,  że  informacje  z  pierwszej  ręki  są  znacznie  bardziej 

wiarygodne  niż  doniesienia  prasowe.  Miał  teraz  znakomitą  okazję,  żeby  je  uzyskać.  Został 
sąsiadem  Alicii  Paxton  Bell.  Była  to  okoliczność  nadzwyczaj  sprzyjająca.  Jednak  musiał 
przezwyciężyć niechęć Ali w stosunku do własnej osoby, żeby dowiedzieć się czegoś więcej. 

Był  to  poważny  problem.  Alicia  okazała  się  kobietą  niedostępną.  Wytworzyła  wokół 

siebie mur obronny, przez który nie sposób było się przedostać. Coś tu się jednak Samowi nie 
zgadzało.  W  Atlancie  Ali  prowadziła  niesłychanie  czynne,  światowe  życie.  Na  odludnej 
wyspie  Indigo  sprawiała  wrażenie  samotniczki.  Czyżby  tak  świetnie  się  maskowała?  Sam 
wiedział z doświadczenia, że ludzie nie są na ogół tacy, za jakich pragną uchodzić. Kobieta, 
która nie używa kremu na noc, niekoniecznie musi być skromna. 

Zawód,  który wykonywał  Sam,  sprawił,  że  stał  się on nie tylko podejrzliwy, lecz  także 

cyniczny. I bezwzględny. Nie działał w białych rękawiczkach. Ludzie jego profesji zazwyczaj 
nie obracali się wśród wyższych sfer i nie miewali do czynienia ze śmietanką towarzyską. 

Klientami Sama bywali różni ludzie. Żona bogatego faceta szantażowana przez kochanka. 

Zarząd  firmy,  której  szef  prysnął  do  Meksyku  z  pieniędzmi  przeznaczonymi  na  płace  dla 
pracowników.  Człowiek  prowadzący  nieco  wątpliwe  interesy,  który  chciał  odzyskać  pakiet 
akcji skradzionych mu z domowego sejfu. 

Sam  cieszył  się  dobrą  opinią.  Był  znany  z  zawodowej  dyskrecji.  Zazwyczaj  jedynym 

niebezpieczeństwem,  z  którym  miał  do  czynienia,  była  ewentualność  zbyt  wczesnego 

background image

ujawnienia  przez  stronę  przeciwną  działań  podjętych  przez  niego  w  imieniu  klienta.  Na 
wargach Sama pojawił się uśmiech. Ali wycelowała w niego wprawdzie potężną wodną broń, 
ale wyszedł z opresji obronną ręką. Gdy wprowadził się do Pudełka, odłożył pistolet na półkę. 
Teraz trzeba zastosować inne metody. 

Tego pięknego poranka opuścił dom, uzbrojony w sąsiedzką wymówkę. Boso, w szortach 

i bawełnianej koszulce, z filiżanką kawy w ręku, ruszył w stronę domku zajmowanego przez 
Ali.  Wysypana  piaskiem  ścieżka  prowadziła  z  plaży  wprost  do  frontowego  wejścia.  Kiedy 
jednak  Sam  dostrzegł  jakiś  ruch  i  światło  w  kuchni,  skręcił  i  poszedł  skrótem  przez 
podwórko. 

Zrobił zaledwie dwa kroki, kiedy coś ukłuło go w bosą stopę. Poczuł silny ból. 
– Cholera! – zaklął pod nosem. 
Podskakiwał na jednej nodze, przy okazji rozlewając kawę. Po chwili jednak coś użądliło 

go w drugą stopę. 

– Do diabła, co tu się dzieje?
Przez  moment  stał  nieruchomo,  zastanawiając  się,  z  jakim  wrogiem  ma  do  czynienia. 

Machając ręką, odpędzał od siebie wyimaginowane latające Bestie. 

– To coś w rodzaju ostrych rzepów – oznajmiła Ali, zjawiając się na tylnej werandzie. –

Opędzanie  się  nic  nie  pomoże.  Niech  pan  uważa.  I  nie  siada  przypadkiem  na  ziemi  –
ostrzegła. 

–  Nie  zamierzam!  –  odkrzyknął  Sam.  Nadal  podskakiwał  na  jednej  nodze,  dopóki  z 

drugiej  nie  wyciągnął  kolczastego  stwora.  Potem  to  samo  zrobił  z  drugą  stopą.  Przy  tych 
czynnościach wychlapał całą kawę z filiżanki. 

– Proszę dojść do ścieżki wysypanej piaskiem – poradziła Ali. – Wszyscy wiedzą, że tu 

nie chodzi się boso.

– Wszyscy?
–  Każdy,  kto  przyjeżdża  na  Indigo.  Czy  serdeczny  przyjaciel  Bill  nie  uprzedził  pana  o 

tym? – zapytała jadowitym tonem, lecz z niewinną miną. 

–  Nie.  Wygląda  na  to,  że  zatajono  przede  mną  wiele  rzeczy.  Okazuje  się,  że  nie  ma tu 

restauracji  ani  żadnych  barów,  taksówek,  klimatyzacji,  telewizji  kablowej,  sklepu 
monopolowego... 

– Jest pan alkoholikiem? – zapytała szybko. 
–  Co  takiego?  –  zdziwił  się  Sam.  Balansował  na  jednej  nodze,  obawiając  się  postawić 

drugą na ziemi. 

– Do rzeczy, których, jak słyszę, najbardziej panu brak, zalicza się wódka. 
– Nieznośny upał, insekty, kłujące rzepy i bardzo niski sufit z powodzeniem wystarczą, 

aby człowiek miał ochotę na kielicha. 

– Może pan podejść bliżej – z ociąganiem zaproponowała Ali. 
– Ale jak?
– Proszę iść spokojnie i mieć nadzieję, że nic się nie stanie. 
– Przypomina to spacer przez pole minowe. 
– Och, nie. Znacznie większe jest prawdopodobieństwo, że pan się pokłuje, niż że trafi na 

background image

minę. To są małe, okrągłe rzepy o kolcach ostrych jak u ostu. 

–  Już  przekonałem  się  na  własnej  skórze,  co  to  jest.  Piękne  dzięki  za  wyjaśnienia  –  z 

sarkazmem  odparł  Sam.  Zawracał  starymi  śladami.  Dzięki  tej  metodzie  udało  mu  się  wbić 
sobie w nogę tylko jeszcze jeden rzep. – Już prawie nie czuję bólu – oświadczył, wyciągając 
go ze stopy. Ruszył ścieżką w stronę tylnej werandy. 

– Coś mi się zdaje, że nasza wyspa się panu nie spodobała, panie... panie... 
Sam mógłby przysiąc, że Alicie ubawiła jego nieszczęsna przygoda. W jej oczach dojrzał 

perwersyjne zadowolenie. 

– Mam na imię Sam – przypomniał. – Mów mi, proszę, po imieniu. A co do wyspy, Ali, 

to się mylisz – dodał z krzywym uśmiechem. – Bardzo mi się podoba. Być może zdecyduję 
się tu zostać przez całe lato. 

Raźnym  krokiem  podszedł  do  Ali,  nie  spuszczając  z  niej  wzroku.  Łatwo  odzyskał 

pewność siebie, kiedy się zorientował, że przykrą przygodę z kłującymi rzepami ma już poza 
sobą. 

Zatrzymał się u stóp schodków i przyjrzał się uważnie sąsiadce. 
Rozpuszczone, proste włosy powiewały jej wokół ramion. Chyba dopiero je wysuszyła. 

Wśród  fali  połyskującej  w  porannym  słońcu  dojrzał  kilka  ciemniejszych,  wilgotnych 
pasemek. W oczach też miała złote błyski. Była ubrana podobnie jak Sam, w krótkie szorty i 
bawełnianą koszulkę. Z jedną tylko niebagatelną różnicą. On w swym stroju czuł się nieswojo 
i  wyglądał  niechlujnie,  podczas  gdy  ona  zachowywała  się  swobodnie  i  prezentowała  jak  z 
żurnala. 

Sam  nie  mógł  oderwać  od  niej  wzroku.  Zastosował  jeden  ze  swych  najlepszych 

uśmiechów. Rozbrajający. Taki, który, jak mu mówiono, był w stanie roztopić lodowiec. Nie 
zrobił jednak żadnego wrażenia na Ali. Patrzyła na gościa chłodnym wzrokiem. Spróbował z 
innej beczki. Postanowił udawać bezpośredniość. 

– Wczoraj nadepnęliśmy sobie wzajemnie na odciski – stwierdził spokojnie. 
– Dziwacznie się jakoś wyrażasz – zauważyła cierpkim tonem. 
– No, dobrze. Dajmy spokój odciskom. Jesteśmy sąsiadami i chciałbym... pragnąłbym... 
– Rozumiem. Mam ci wybaczyć. Dobrze. Przeprosiny przyjęte. 
Sam zmarszczył brwi. Coś się nie zgadzało. To Ali powinna go przeprosić. 
– Hola, droga pani – zaprotestował – przecież to ty oblałaś mnie wodą. 
– Bo wszedłeś na cudzy teren – przypomniała. 
W pierwszej chwili chciał się jakoś bronić, lecz szybko skapitulował, bo nic mądrego nie 

przyszło mu do głowy. 

– W porządku. Przepraszam za wszystko, za co uważasz, że powinienem przeprosić. 
– Przeprosiny przyjęte – powtórzyła. 
Odwróciła  się  plecami  do  gościa,  żeby  wejść  do  domku.  Sam  zrozumiał,  że  uznała 

rozmowę za definitywnie zakończoną. 

– A co będzie z cukrem? – zawołał. – Przyszedłem pożyczyć łyżeczkę. 
Ali przystanęła na werandzie. 
– Łyżeczkę cukru?

background image

–  Tyle,  żeby  starczyło  do  jednej  kawy,  nie  więcej.  Poszedłem  do  sklepiku,  ale 

zapomniałem o cukrze. Potem wybiorę się tam jeszcze raz. – Prawdę powiedziawszy, Sam nie 
używał do kawy ani cukru, ani śmietanki. Ali nie mogła jednak o tym wiedzieć, więc kłamiąc, 
czuł się bezpiecznie. – Loomisowie nie rozwożą tu chyba zakupów po domach. 

Ali się roześmiała. 
– Nie rozwożą – przytaknęła. – Wchodź do środka. Dostaniesz łyżeczkę cukru. 
Przytrzymała Samowi drzwi i zamknęła je za nim. Przechodząc obok, dotknął mimo woli 

jej  ramienia.  Pierwszy  raz  znalazł  się  blisko  tej  kobiety.  Poczuł  zapach  świeżo  umytych 
włosów. Pachniały kwiatami. Słońcem. Latem. 

Pilnuj się, bracie, powiedział w myśli do siebie. Przyjechał tu pracować, a nie na flirty. 

Alicia Paxton  Bell  działała na niego podniecająco.  Było to  odczucie podobnie  mobilizujące 
jak intelektualne dociekania. 

W domku zajmowanym przez Ali kuchnia była niemal identyczna jak w Pudełku, tyle że 

znacznie  weselsza,  przybrana  kolorowymi plakatami  oraz akwarelami.  No  i  sufit  znajdował 
się wyżej niż w domku Sama. 

– Ładnie tu. Ja... – zaczął, rozglądając się wokoło. 
–  Dziękuję.  –  Ali  nie  dała  się  wciągnąć  w  rozmowę.  Sam  był  drugim,  po  Tigerze, 

mężczyzną,  którego  przyjmowała  w  tym  domu.  Swoją  osobą  zdawał  się  wypełniać  całe 
niewielkie pomieszczenie. Ze zwichrzonymi włosami, z zaspanymi oczyma i bosymi stopami 
stwarzał  intymny  nastrój,  co  sprawiło,  że  Ali  poczuła  się  nieswojo.  W  gruncie  rzeczy 
wszystko, co dotyczyło Sama Cantrella, drażniło ją i wyprowadzało z równowagi. Uznała, że 
głupotą było wpuszczać go do domku. 

–  Proszę,  to  dla  ciebie.  –  Podała  gościowi  miseczkę  do  połowy  napełnioną  cukrem.  –

Potrzebujesz czegoś jeszcze? – spytała. 

Ich oczy się spotkały. 
–  Och,  tak,  Ali.  Różnych  rzeczy.  –  Obrzucił  ją  promiennym,  wiele  mówiącym 

uśmiechem. 

Wniebowzięty  wyraz  twarzy  Sama  obiecywał  wiele.  Ali  poczuła  przyspieszone  bicie 

serca.  Na  jej  policzki  wystąpił  rumieniec.  Zirytowana  własną  reakcją,  oderwała  wzrok  od 
nieproszonego gościa i spojrzała wymownie na zegarek. 

–  Przykro  mi.  Mogę  dać  ci  tylko  cukier.  Nic  więcej.  Zaczynam  pracę,  zanim  zrobi  się 

zbyt gorąco. A więc... 

Zrobiła dwa długie kroki w stronę drzwi, otworzyła je i stanęła w wyczekującej pozie. 
– Mam teraz cukier, ale bez kawy – oświadczył. Na potwierdzenie tych słów podniósł go 

góry pustą filiżankę. – Wszystko wylało się do drodze – wyjaśnił głosem pełnym żalu. – Czy 
mogłabyś poczęstować mnie nową?

Ali bez słowa wzięła do ręki dzbanek i napełniła filiżankę Sama, przezornie trzymając się 

od niego na odległość. 

Upił łyk gorącego płynu. 
– Świetna kawa – pochwalił. 
– Pijesz gorzką? – Ali oparła się o kuchenny blat i popatrzyła uważnie na gościa. 

background image

– Tak odparł. 
– Z mlekiem?
– Bez. 
– Bez cukru?
–  Tak.  To  znaczy  nie  –  poprawił  się  szybko.  Postawił  filiżankę  na  kuchennym  blacie  i 

wsypał do niej trochę cukru z miseczki. 

Ali podała mu łyżeczkę. Mieszał ceremonialnie, z namaszczeniem. 
–  Dziękuję.  Bardzo  dziękuję.  –  Upił  jeszcze  jeden  łyk  i  mimo  woli  skrzywił  się 

nieznacznie. – Taką kawę lubię najbardziej – łgał jak z nut. 

– Czyżby? – Ali uniosła do góry brwi ze sceptyczną miną. – A więc załatwione. Czas na 

ciebie, Sam. 

Nie pozbędzie się go tak szybko. Oparł się o blat. Trzymał w ręku filiżankę i zachowywał 

się swobodnie, niczym we własnym domu. 

– A co tu jest do roboty? – zapytał niefrasobliwie. 
– Właśnie to, co robisz – odparła Ali. – Ciesz się życiem. Odpoczywaj. Wdychaj świeże 

powietrze i wiatr od morza. Dla takich ludzi jak ty nasza wyspa jest piekielnie nudna. 

Roześmiał się cichym i miękkim głosem. 
– Jak ja? Ali, coś mi się zdaje, że o mnie myślałaś. Ja zresztą też, tyle że o tobie – dodał 

powoli. 

– Wcale nie – skłamała. – Chciałam tylko powiedzieć, że Indigo to nie Adanta. A więc 

miejsce nie dla ciebie. 

Wzruszył ramionami. 
– Skąd wiesz? Przecież wcale mnie nie znasz. Może powinnaś zadać sobie trochę trudu i 

przekonać się, jaki naprawdę jestem?  Co  powiesz na wspólną  kolację któregoś wieczora?  –
zapytał. – Zabawię się w kucharza. 

– Mam niewiele czasu na rozrywki. – Ali otworzyła drzwi. – Absorbuje mnie praca. 
– To fatalnie. Ale kto wie? Może to się zmieni. Ja mam czas. Bardzo dużo czasu. 
Sam  błysnął  uśmiechem.  Ali  miała  się  jednak  na  baczności.  Obserwowała  jego  oczy. 

Były zimne. Wyrachowane. 

Wyszedł przed dom. 
– A więc do zobaczenia. I jeszcze raz dziękuję. 
Schodził powoli po schodkach, w jednym ręku trzymając filiżankę, a w drugim miseczkę 

z cukrem. Ścieżką wysypaną piaskiem ruszył w stronę plaży i swego domku. 

Zamyślona  Ali  obserwowała  go  z  progu.  Zastanawiała  się,  jaki  cel  miała  ta  wizyta. 

Odpowiedź z pozoru była oczywista. Postanowił skorzystać z nadarzającej się okazji i bliżej 
poznać  sąsiadkę.  Wyczuła  jednak,  że  za  poranną  wizytą  Sama  kryło  się  coś  więcej.  Ten 
człowiek  zaniepokoił  ją  od  pierwszej  chwili.  Przybył  na  wyspę  dla  rekonwalescencji,  a 
wyglądał jak okaz zdrowia i z pewnością nic mu nie dolegało. 

Nalała  sobie  kawy  do  filiżanki.  Byłoby  dobrze,  gdyby  przestała  obsesyjnie  myśleć  o 

Samie i zastanawiać się, jaki jest w rzeczywistości. Nie potrafiła. Był jak ten piekielny rzep. 
Drażniący, kłujący i niemal niemożliwy do usunięcia. 

background image

Ali stała się podejrzliwa. Zachowywała się tak w stosunku do wszystkich, oprócz własnej 

rodziny. Miała pełne podstawy do takiego postępowania. Która kobieta nie broniłaby się po 
tym, gdy jej życie zostało zniszczone przez mężczyznę, który przysięgał wieczną miłość?

Ali zacisnęła odruchowo palce na filiżance. Myślami wróciła do przeszłości. Z Casey’em 

spotykała  się  jeszcze  za  studenckich  czasów.  Był  jej  chłopakiem,  jedynym  mężczyzną, 
jakiego  kiedykolwiek  kochała.  Rycerzem  bez  skazy  w  błyszczącej  zbroi.  Pokładała  w  nim 
wszystkie  dziewczęce  nadzieje.  Wiązała  z  nim  marzenia.  Byli  idealnym  małżeństwem.  Za 
takie przynajmniej uważało ich całe otoczenie. Młodzi, zamożni i zakochani w sobie. Świat 
ścielił im się do stóp. 

I nagle, jak grom z jasnego nieba, na Ali spadło nieszczęście. Jej wymarzony, ukochany 

mężczyzna  pokazał  prawdziwe  oblicze.  W  chwili  i  w  sposób,  które  całą  sprawę  czyniły 
jeszcze bardziej odrażającą. Do tego dnia życie Ali było rajem. Następnego stało się piekłem. 
Straciła  wszystko.  Ukochanego  męża.  Dom.  Posadę.  Ludzki  szacunek  i  dobre  imię. 
Dziennikarze  nie  pozostawili  suchej  nitki  na  jej  małżeństwie.  Złamana,  odarta  z  osobistej 
godności, uciekła z Atlanty i przyjechała na Indigo. 

Upiła  łyk  kawy.  Miała  teraz  gorzki  smak,  podobnie  jak  jej  myśli.  Ali  wylała  resztę  do 

zlewu i opłukała filiżankę. Postanowiła nie zawracać sobie głowy ani Casey’em, ani Samem 
Cantrellem  i  zająć  się  robotą.  Na  dziś  zaplanowała  opracowanie  broszury  reklamowej 
Przypraw  Życia  na  lipcowe  targi  w  Atlancie,  na  których  różne  firmy  wystawią  towary 
przygotowane na gorący okres przed świętami Bożego Narodzenia. 

Na myśl o tych świętach uśmiechnęła się z goryczą. Nie potrafiła uciec przed Gwiazdką. 

Po  porannej  wizycie  u  Ali  Sam  udał  się  na  poszukiwanie  dalszych  informacji.  Tatę 

Loomis,  obsługujący  stację  benzynową  i  sklepik,  rozmawiał  chętnie.  Na  każdy  temat  z 
wyjątkiem  Alicii  Paxton  Bell.  Mieszkał  na  wyspie  od  wielu  lat.  Był  chodzącą  lokalną 
encyklopedią.  Wiedział  wszystko  o  połowach  ryb,  krabów  i  krewetek.  O  przypływach, 
wiatrach i prądach morskich. Znał na pamięć historię wyspy. Pierwsi przedstawiciele rodziny 
Mallorych  przybyli  tu  około  roku  1840.  Byli  farmerami  uprawiającymi  indygo.  Ostatni  z 
rodziny, Tiger, pojawił się na wyspie przed pięciu laty. 

– Kto by pomyślał – powiedział Tatę Loomis z nieodłączną fajką w zębach – że porzuci 

praktykę adwokacką i przyjedzie na Indigo po śmierci matki? Nie miał pojęcia o uprawianiu 
ziemi ani nie znał się na żadnych ziołach. Na szczęście Gwen, córka farmera, wychowywała 
się na wsi w Karolinie Południowej. Ona nauczyła Tigera, jak uprawiać rośliny. 

– Widziałem tam jeszcze jedną młodą kobietę – powiedział Sam. – Pracowała z Tigerem i 

Gwen. Jeśli dobrze zapamiętałem, ma na imię Ali. – Upił łyk zimnego napoju, który wyjął z 
lodówki Loomisa. 

– Tak. Ali. To fajna dziewczyna. Jej matka i ojciec Tigera byli rodzeństwem. Jest więc 

jego cioteczną siostrą, czy nie tak? – Loomis nie czekał na odpowiedź. – Całe życie spędziła 
poza  wyspą.  Wcale  jej  to  nie  zaszkodziło.  –  Zaczął  się  śmiać,  tak  jakby  powiedział  jakiś 
dowcip. 

– Od dawna tu jest? – od niechcenia spytał Sam. 

background image

– Wystarczająco długo – odparł enigmatycznie Loomis. – Powiedz, synu, dlaczego się nią 

interesujesz?

– Pytam z czystej ciekawości. Przystojna kobieta. 
– Aha. Znam Ali od dawna. To wspaniała dziewczyna. Wiedzą o tym wszyscy na wyspie. 
– Jest, zdaje się wdową?
– Uhm. 
Sam nie pytał więcej, bo Tatę Loomis definitywnie uciął rozmowę:
– Rodzina Mallory to przyzwoici ludzie. Niech pan jeszcze tu wpadnie. Do widzenia. 
Kapitan Poteet też nie był skory do pogawędki o Ali. 
Dwa  razy  dziennie  przybijał  promem  do  wyspy.  Na  temat  przyczyn  jej  przyjazdu  na 

Indigo nie powiedział ani słowa. 

Sam zagadywał nawet  kobiety na przystani, lecz nie uzyskał od nich żadnej informacji. 

Chyba  wszyscy  mieszkańcy  wyspy  bardzo  lubili  Ali.  Wyrażali  się  o  niej  w  samych 
superlatywach.  Nikt  nawet  nie  wspomniał  o  Casey’u  Bellu  ani  o  tym,  że  zdefraudował  w 
Atlancie pół miliona dolarów. Ani też o tym, że policja była przekonana, iż Ali zna miejsce 
ukrycia pieniędzy. 

Zdaniem  Sama,  zachowanie  tej  kobiety  było  nadzwyczaj  podejrzane.  Wyjechała 

cichaczem z Atlanty, zostawiając dom i pracę, i zaszyła się na pustkowiu. Na wyspie Indigo. 
Czym się tutaj zajmowała poza udawaniem, że interesuje ją uprawa ziół? Co knuła?

Nie czekała na męża, to było pewne, gdyż Casey’a Bella znaleziono martwego na Santa 

Luisa, jednej z Wysp Karaibskich. Pół miliona dolarów zniknęło jak kamfora. 

Sam był przekonany, że Ali wie coś na ten temat. 

Ocierając  pot  spływający  z  czoła,  musiał  przyznać,  że  jego  pierwsza  wyprawa 

wywiadowcza  na  wyspie  okazała  się  całkowitym  niewypałem.  Nie  przejmował  się  tym,  bo 
miał w zanadrzu plan B. 

Istniały dwa podstawowe sposoby rozwiązywania zadań detektywistycznych. Za pomocą 

tak  zwanych  operacji  zewnętrznych  i  wewnętrznych.  Na  operacje  zewnętrzne  składały  się 
setki  godzin  spędzanych  na  śledzeniu,  liczne  telefony,  łapówki  dla  cwaniaków  od 
komputerów,  którzy  nielegalnie  zdobywali  potrzebne  detektywowi  informacje,  a  także 
dziesiątki rozmów z przeróżnymi informatorami. Ze wszystkimi, którzy mogli coś wiedzieć o 
podejrzanym. 

Operacje  wewnętrzne  polegały  na  infiltracji.  Na  możliwie  najbliższym  dotarciu  do 

podejrzanego oraz na poznaniu od podszewki jego życia i zwyczajów. Trzeba było otwarcie 
stawić czoło wrogowi, a kiedy nadejdzie właściwa pora, przechytrzyć go. Sam przypomniał 
sobie  pewnego  męża,  który  opróżnił  do  ostatniego  centa  konto  bankowe  bogatej  żony  i 
prysnął na zachód kraju. Śledząc los  kart kredytowych, którymi nieopatrznie posługiwał się 
podejrzany,  Sam  odnalazł  go  w  eleganckim  hotelu  w  Las  Vegas.  Postawił  facetowi  parę 
drinków,  a  nawet  grał  z  nim  w  kasynie.  Długo  w  noc  rozmawiali  o  nieszczęśliwym 
małżeństwie,  po  czym  Sam  wezwał  miejscową  policję  i  oddał  w  jej  ręce  niefortunnego 
uciekiniera.  Był  to  typowy  przykład  operacji  wewnętrznej.  Identycznie  rzecz  się  miała  z 

background image

Alicią Paxton Bell. Sam znalazł się w pobliżu podejrzanej, miał dobry pretekst, żeby się z nią 
spotykać, i wiarygodny kamuflaż. 

Teraz były mu jeszcze potrzebne sprzyjające okoliczności. 
Nie  mógł  się  zdecydować,  czy  atrakcyjność  Ali  była  plusem,  czy  minusem  w  całej 

sprawie. Niekiedy zdarzały mu się flirty z klientkami, a nawet z podejrzanymi. Czasami nie 
sposób  było  ich  uniknąć,  lecz  Sam  bardzo  dbał  o  to,  żeby  trwały  krótko  i  były 
niezobowiązujące. 

Wiódł samotne życie i chwalił sobie ten stan. Jako prywatny detektyw miał liczne okazje, 

żeby  z  boku  obserwować,  angażować  się,  kiedy  uznał  za  stosowne,  a  potem  znikać,  gdy 
przychodziła  na  to  pora.  Nie  było  żadnego  powodu,  aby  na  wyspie  Indigo  sprawy  miały 
potoczyć się inaczej. 

W  bezlitośnie  palących  promieniach  słońca  Sam  wlókł  się  w  kierunku  domu.  Dokupił 

jeszcze trochę jedzenia, mimo że nie znosił gotowania, ale nie miał innego wyjścia. Nagle za 
plecami usłyszał klakson samochodu, a zaraz potem znajomy głos Gwen:

– Cześć, Sam. Wskakuj. Podwiozę cię do domu. Jest stanowczo za gorąco na chodzenie 

piechotą. 

Zadowolony, wdrapał się do szoferki. Gwen miała na głowie duży, słomkowy kapelusz, 

osłaniający jej piegowatą twarz. Kątem oka spod szerokiego ronda spojrzała na Sama. 

–  Przy  twoim  stanie  zdrowia  taki  upał  nie  jest  z  pewnością  wskazany.  Dziwi  mnie,  że 

żona puściła cię tu samego. Powinna przyjechać i zadbać o męża. 

–  Nie  mam  żony  –  odparł  Sam.  –  Jestem  człowiekiem  samotnym.  Sądziłem,  że  o  tym 

wiesz. 

– Nie miałam pojęcia – odrzekła Gwen. Czy stale bierzesz jakieś lekarstwa? Jeśli tak, to 

będziemy mogli realizować ci recepty w Charlestonie. Często tam jeździmy. Wozimy syna na 
lekcje gry na gitarze. 

Sam zdawał sobie sprawę, że Gwen strzela na chybił trafił. Koniecznie chciała czegoś się 

o nim dowiedzieć. 

– Nie biorę lekarstw – odparł zgodnie z prawdą. – W pracy przeżyłem stres. Z powodu 

reorganizacji, nerwowej atmosfery, rozmaitych napięć i tym podobnych rzeczy. 

– Po prostu był ci potrzebny wyjazd – stwierdziła Gwen. 
Połknęła haczyk. 
–  Tak.  Osiemdziesiąt  godzin  pracy  tygodniowo  może  załatwić  nawet  najsilniejszego 

człowieka, zwłaszcza kiedy się zarządza firmą ubezpieczeniową. 

Gwen wydawała się usatysfakcjonowana odpowiedzią Sama. Chyba jej też zaimponował. 

Niech oboje z Tigerem myślą, że jest wysokiej rangi biznesmenem, a praca w towarzystwach 
ubezpieczeniowych  była  uważana  za  godną  szacunku.  Miał  nadzieję,  że  Gwen  i  Tiger 
przekażą Ali swe pozytywne opinie. 

Gwen ze zrozumieniem pokiwała głową. 
–  Taka  praca  może  zniszczyć  człowieka,  masz  rację.  Dlatego  właśnie  Tiger  porzucił 

praktykę adwokacką i przeniósł się tutaj. Oczywiście mamy teraz mnóstwo roboty. Znacznie 

background image

więcej niż przedtem, ale jest to zdrowe zajęcie. Lubimy je oboje. 

– Jestem ciekaw waszej firmy – powiedział Sam. – Te wszystkie przyprawy i w ogóle... –

Nie potrafił na poczekaniu wymyślić, co może go jeszcze interesować, ale Gwen nie zwróciła 
na to uwagi. 

– Z prawdziwą przyjemnością pokażemy firmę. Może Ali cię oprowadzi. 
Kiedy Gwen zatrzymywała ciężarówkę przed domkiem na plaży, w jej oczach pojawiły 

się  błyski.  Aha,  pewnie  zamierza  bawić  się  w  swatkę,  domyślił  się  Sam.  Wcale  mu  to  nie 
przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Nie mógłby wykoncypować niczego lepszego. 

– Świetnie. Kiedy? – zapytał ochoczo. 
– Och, niedługo – odparła Gwen i roześmiała się. Przymrużonymi oczyma popatrzyła na 

Sama. – Nudzisz się tu, prawda?

– Nie, wcale nie – zaprzeczył. – Choć trudno z dnia na dzień zmienić tryb życia i zwolnić 

tempo. Należę do ludzi, którzy zawsze są czynni. 

– Żeglujesz? – spytała Gwen. 
– Trochę... – odparł niepewnie. 
– Pod werandą swego  domku  znajdziesz  małą łódkę.  Weź  ją  na wodę i  popływaj sobie 

trochę. Przekonasz się, to wielka frajda. 

Sam wysiadł z szoferki. 
– Być może spróbuję – odparł ostrożnie. Gwen wrzuciła wsteczny bieg. 
– Uważaj na siebie. Późnym popołudniem mamy tu często sztormy. 
– Dobrze, będę uważał – obiecał. 
– Do zobaczenia. 
Sam  patrzył  na  odjeżdżającą  ciężarówkę.  Zastanawiał  się,  co  by  się  stało,  gdyby  sobie 

żeglował  przy  brzegu,  defilując  przed  oknami  Ali.  Nie  miał  w  tym  względzie  żadnego 
doświadczenia, więc... 

Pogwizdując wesoło, ruszył raźnie w stronę domku. 

„Dodaj  smaku  przyrządzanym  potrawom.  Przypraw  je” –  wystukała  Ali  na  klawiaturze 

komputera,  po  czym  spojrzała  na  ekran,  skrzywiła  się  na  widok  napisu  i  wcisnęła  klawisz 
„delete”, żeby szybko wymazać to, co napisała. 

– Brzmi okropnie – mruknęła pod nosem. 
Z  biura  firmy  przyniosła  do  domu  mały,  przenośny  komputer  i  zabrała  się  do  roboty. 

Usiadła w ulubionym miejscu.  W saloniku, frontem do okna wychodzącego na  morze.  Fale 
rozbijały  się  w  pobliżu  brzegu,  nad  nimi  wznosiły  się  mewy,  a  odpływająca  woda 
pozostawiała  na  piasku  tysiące  malutkich  skorupek.  Chwilę  później  ptaki  powracały  i 
żerowały w pośpiechu, zanim nie odgoniła ich następna fala. 

Ali  nigdy  nie  nudził  się  ten  ruchomy  obraz  morza,  niezmienny  każdego  popołudnia. 

Towarzyszyły mu letnie burze, które albo omijały wyspę, albo szybko nad nią przechodziły. 
Tak przywykła do sztormów, że przestała na nie zważać. 

„Przypraw  sobie  życie  „.  Nie,  tak  nie  może  zostać.  To  brzmi  fatalnie.  Trzeba  jakoś 

powiązać  reklamę  z  Bożym  Narodzeniem.  Przyprawy.  Zapachy.  Świąteczne  zabawy.  Nie, 

background image

niedobrze. Ali nic nie wychodziło. 

– Jak można w lipcu myśleć o Gwiazdce? – mruczała cicho do siebie. Przestała w ogóle 

lubić Boże Narodzenie. Prawdę mówiąc, stało się ono najgorszym okresem w jej życiu. Nie 
sądziła, by kiedykolwiek się to zmieniło. Zdjęła okulary do czytania i potarła czoło. Zamknęła 
oczy. Kiedy je otworzyła, spojrzała na morze. Ujrzała coś, co przyciągnęło jej wzrok. 

Wstała i podeszła do okna. W jednym miejscu na falach spostrzegła dziwne zawirowanie. 

Sięgnęła po lornetkę,  lecz zanim przyłożyła ją do  oczu, wiedziała, co się  stało.  W jej życie 
wkroczył znów Sam Cantrell. 

– Co za idiota – mruknęła pod nosem. 
Usiłował  postawić  na  wodzie  małą  żaglówkę,  którą  przewrócił  wiatr.  Na  wargach  Ali 

pojawił  się  uśmiech.  Łódka  była  lekka,  lecz  nasiąknięte  wodą  żagle  zrobiły  się  ciężkie  i 
utrudniały manewrowanie zwłaszcza komuś, kto o żeglowaniu nie miał zielonego pojęcia, to 
znaczy  Samowi.  Patrzyła,  jak  usiłuje  wdrapać  się  na  łódkę,  a  fale  i  wiatr  biorą  go  znów  w 
posiadanie. 

Ali  ruszyłaby  niezwłocznie  na  pomoc  rozbitkowi,  gdyby  groziło  mu  jakieś 

niebezpieczeństwo. Sam znajdował się w wodzie po pas i nie mógł utonąć, bez względu na to, 
czy  udałoby  mu  się  wdrapać  na  pokład  łodzi,  czy  nie.  Nadchodził  jednak  sztorm,  a  to 
oznaczało pojawienie się niebezpiecznych piorunów. Nie było rady, musiała zacząć działać. 

Z  głębokim  westchnieniem  Ali  zrzuciła  sandały,  otworzyła  drzwi  domku  i  po  piachu 

pobiegła na skraj morza. Stanęła w płytkiej wodzie i złożyła dłonie, formując z nich tubę. 

– Hej, Cantrell, wracaj do brzegu! – zawołała. – Idzie burza!
Wiatr  widocznie  zagłuszył  jej  głos,  gdyż  Sam  zdawał  się  go  nie  słyszeć.  Chyba  też  w 

ogóle nie spostrzegł Ali. 

–  Och,  do  diaska  –  warknęła  i  zaczęła  brnąć  przez  wodę.  Usiłowała  przeskakiwać 

największe fale. Wreszcie, klnąc na czym świat stoi, dała nurka pod ostatni, najwyższy zwał 
wody. Podpływając na miejsce wypadku, zobaczyła, że łódka wyrwała się z rąk Sama i ostro 
płynie w jej stronę, grożąc staranowaniem. Ali zrobiła unik. Udało się jej złapać żagiel. 

– To był kiepski pomysł! – wykrzyknęła. 
– Teraz mi to mówisz? Wywróciła się. Nie mogłem postawić jej na wodzie. 
– Stań za żaglem i pchaj go – poleciła Ali. – A ja będę ciągnęła z drugiej strony. 
Wiatr przybierał na sile. Coraz większe fale uderzały o łódkę. Ali ciągnęła żagiel dopóty, 

dopóki nie znaleźli się na płytkiej wodzie. Potem przeszła na stronę Sama, żeby pomóc mu 
pchać.  Ich  ciała  stykały  się  teraz  ze  sobą.  Sam  piersią  dotykał  pleców  Ali.  Otarł  ręką  o  jej 
biust,  sięgając  po  linę.  Wypadła  mu  z  dłoni.  Nad  ich  głowami  rozbiła  się  potężna  fala  w 
chwili, gdy błyskawica przecięła niebo. 

– Łap! – krzyknęła AU, kiedy łódka zaczęła się od nich oddalać, skacząc po wodzie. 
Po  paru  nieudanych  próbach  przytrzymali  wreszcie  żaglówkę.  I  w  tym  momencie 

przykryła  ich  następna  fala.  Porwała  łódź,  uniosła  do  góry  i  pchnęła  w  stronę  brzegu. 
Żadnemu  z  nich  nie  udało  się  utrzymać  na  nogach.  Jednocześnie  stracili  równowagę i  fala 
rzuciła nimi, podobnie jak łódką. Żaglówka osiadła wreszcie na piasku, a Ali i Sam zaczęli z 
trudem wygrzebywać się z płytkiej wody. 

background image

Padając  bez  tchu  na  mokry  piach,  Ali  poczuła,  jak  obejmują  ją  silne  ramiona.  Sam 

Cantrell  wylądował  wprost  na  niej!  Ich  nogi  stanowiły  jedną  plątaninę.  Sam  trzymał  Ali 
ramieniem, a torsem przyciskał do ziemi. Dwoje obcych ludzi znalazło się nagle w intymnej 
sytuacji. Tak blisko siebie jak kochankowie... 

Sam popatrzył z uśmiechem na Ali. 
– Dziękuję za ratunek. Chyba dziś jestem twą najlepszą zdobyczą. 
– Czym?
W oczach zapłonęły mu ogniki i chwilę później przycisnął wargi do jej ust. Poczuła słony 

smak, ale głowy nie odwróciła. 

Całował,  a  ona  oddawała  pocałunki.  Zatraciła  się  na  krótką,  ulotną  chwilę.  Poczuła 

prymitywne podniecenie. Jej ciało nagle ożyło. Pod naporem twardych warg Sama rozchyliła 
usta. 

Obmyła ich  fala. Ali  zakrztusiła się wodą  i  zaczęła  kasłać. Odsunęła  Sama i  usiadła  na 

piasku. 

– Nie masz pojęcia o żeglowaniu – stwierdziła ostrym tonem. Pragnęła zetrzeć z twarzy 

Sama głupawy, zwycięski uśmieszek i dać mu do zrozumienia, że jego pocałunek nic dla niej 
nie znaczył. 

– Nie mam – przyznał. 
– To dlaczego wypływałeś, i do tego podczas burzy?
– Wtedy nie było burzy. 
– Musiałeś przecież widzieć czarne chmury gromadzące się nad horyzontem. 
– Nie jestem meteorologiem. 
Sam pochylił się w stronę Ali. Myślała, że znów ją pocałuje. Ich nogi nadal były splątane. 

Przesunęła się i podniosła z ziemi. 

– Ani meteorologiem, ani żeglarzem. 
– Chciałem zwrócić na siebie twoją uwagę. – Stanął obok Ali. Fale obmywały im stopy. 
– I to się udało. Powinnam zostawić cię w wodzie. 
– Mogłem przecież utonąć!
– W wodzie po pas? Niemożliwe. – Ali ruszyła w stronę wyrzuconej na brzeg łódki. 
Sam poszedł za nią. 
– Z takim nowicjuszem jak ja wszystko jest możliwe. 
– Następnym razem nie pozwolę ci korzystać z naszego sprzętu wodnego. 
Ali odzyskała rezon. Doszła już w pełni do siebie. Stanęła obok żaglówki. 
– Pchaj – poleciła Samowi oschłym tonem. – Trzeba odsunąć dalej od wody, poza linię 

przypływu. Później ją sobie zabierzesz. 

Posłuchał, a potem pomógł Ali opuścić żagle. 
– W tym momencie lunął rzęsisty deszcz. 
– Uciekaj! – zawołała Ali, usiłując przekrzyczeć wiatr. 
–  Bardziej  już  nie  zmokniemy!  –  odkrzyknął  Sam.  Włosy  oblepiały  mu  głowę.  Z  nosa 

kapała woda. 

Ali spojrzała na niego. I nagle, zupełnie bezwiednie, wybuchnęła śmiechem. 

background image

– Masz talent do moknięcia. Chodź, dam ci suchy ręcznik. 

background image

ROZDZIAŁ 3

Ociekający  wodą  Sam  podążył  za  Ali  po  schodkach  i  po  chwili  oboje  znaleźli  się  pod 

dachem. Co prawda nie zaprosiła go do środka, miał jednak błogą nadzieję, że nie zamknie 
mu  drzwi  przed  nosem.  Na  zewnątrz  rozszalała  się  burza.  Ulewa  sprawiła,  że  horyzont 
zniknął i morze zlało się z niebem. 

Ali otworzyła szafę, wyjęła ręcznik i podała Samowi. 
– Wytrzyj się. Idę się przebrać. 
Stał na środku pokoju, trzymając ręcznik i pilnując się, żeby się nie odezwać. Miał ochotę 

powiedzieć Ali,  aby się  nie przebierała. Nie ściągała ani szortów, ani bawełnianej koszulki. 
Mokre ubranie przylegało do jej ciała jak druga skóra. Uwidoczniało zarys piersi, ukazywało 
sutki. 

Ali  nie  zdawała  sobie  sprawy  z  zakłopotania  Sama.  Ale  musiała  przecież  odczuć  jego 

bliskość, gdy leżeli na piasku ze splątanymi nogami, a on całował ją namiętnie.  Przystopuj, 
bracie, upomniał  siebie  Sam.  Zareagowała  odruchowo  na  pocałunek,  lecz  w  chwilę  później 
odsunęła  się,  udając,  że  nie  zrobił  na  niej  żadnego  wrażenia.  Dawała  dobry  przykład. 
Powinien zachować się tak samo. Romans nie stanowił części składowej zadania, które miał 
wykonać.  Kiedy  jednak  znajdował  się  w  pobliżu  tej  kobiety,  od  razu  silnie  odczuwał  jej 
podniecającą obecność i nie potrafił przestać myśleć o seksie. 

– Chcesz kawy? – spytała. – Możesz pić z cukrem lub gorzką. 
Sam uśmiechnął się lekko. Już wcześniej podejrzewał, że Ali rozszyfrowała jego wybieg 

z pożyczaniem cukru. 

– A może dostanę brandy? – zaryzykował. – Na te dreszcze. 
– Na jakie dreszcze? – spytała. Roześmiała się wesoło. Jej śmiech bardzo mu się podobał. 

– Przecież na dworze panuje upał. 

– Zapominasz, że jestem rekonwalescentem. No, kimś w tym rodzaju. 
Sceptycznie uniosła brwi. 
– Tak mówi Gwen. Niech będzie, dam ci brandy. Jest w szafce, obok półki z książkami. 
Sam  obserwował,  jak  AU  wychodzi  z  pokoju.  Z  tyłu  wyglądała  jeszcze  bardziej 

podniecająco. Popatrz sobie, stary, powiedział do siebie. Dobrze się przyjrzyj, bo już pewnie 
nigdy  nie  będziesz  miał  okazji  oglądać  jej  ponętnego  tyłeczka  tak  pięknie  obciągniętego 
mokrymi szortami. 

Zdjął  przemoczoną  bawełnianą  koszulkę,  wyżął  na  werandzie  i  rozłożył  do  schnięcia. 

Zarzucił  ręcznik  na  ramiona  i  wrócił  do  saloniku.  Podszedł  do  szafki  z  alkoholem.  Był  to 
staroświecki mebel, podobnie jak większość innych znajdujących się w tym obszernym, i co 
najważniejsze,  wysokim  pomieszczeniu,  w  którym  nie  bał  się,  że  rozbije  sobie  głowę.  Na 
myśl o konieczności powrotu do Pudełka westchnął głęboko. 

Nalał  dwa  kieliszki  i  postawił  je  na  szafce.  Unikając  starannie  wyplatanych  krzeseł, 

pokrytych miękkimi poduszkami, opadł ciężko na twardy stołek. Wszystkie te staroświeckie 
meble, które pewnie przechodziły w rodzinie z pokolenia na pokolenie, nie były stosownym 

background image

miejscem, gdzie mógłby złożyć ociekające wodą ciało. 

Zjawiła się AU. Była ubrana w ciężki, biały szlafrok. Uczesane mokre włosy odrzuciła na 

tył  głowy.  Wyglądała  fascynująco.  Sam  nie  mógł  oderwać  od  niej  oczu.  Tę  kobietę  trudno 
było nazwać ładną. Nie byłoby to właściwe określenie. Alicia Paxton Bell emanowała energią 
witalną i seksem. Ponadto intrygowała. Była osobą o nie dających się przewidzieć reakcjach. 

– Nie znalazłeś brandy? – spytała, widząc Sama bez kieliszka w ręku. 
Udając,  że  nie  zauważa  jego  rozbierającego  ją  spojrzenia  i  nie  dając  mu  czasu  na 

odpowiedź,  podeszła  do  szafki,  pochyliła  się  i  wyjęła  butelkę.  Podczas  ruchu  szlafrok 
rozsunął  się  na  boki  i  oczom  zachwyconego  gościa  ukazały  się  opalone  uda  i  zarys 
kształtnych  piersi.  Wstrzymał  oddech.  Czuł  się  teraz  zupełnie  jak  małolat.  Ta  kobieta 
sprawiła, że ożyły jego młodzieńcze fantazje. 

Wyprostowała się, trzymając w ręku butelkę. 
– Jest. – Aha. 
Dopiero teraz Ali zobaczyła stojące na szafce napełnione kieliszki. 
– Och, więc znalazłeś. Czemu nic mi nie powiedziałeś?
– Nie zdążyłem. A ponadto taka nachylona wyglądałaś bardzo ładnie. 
Surowe spojrzenie Ali, którym obrzuciła Sama, świadczyło o tym, że się zagalopował. 
Podała mu kieliszek. Szybko stuknął nim o drugi. 
– Za sąsiadów, którzy przychodzą na ratunek – wzniósł toast. 
– Nie byłeś w niebezpieczeństwie. Nie tonąłeś. 
–  Kto  wie,  co  mogłoby  się  stać.  –  Pociągnął  solidny  łyk  brandy.  –  Te  wszystkie  silne 

prądy podwodne, krwiożercze rekiny, śmiercionośne... 

– Śmiercionośne?
– Meduzy... 
Ali wybuchnęła serdecznym śmiechem, który tak zachwycał Sama. 
– Nigdy nie byłem z wodą za pan brat – stwierdził potulnie. – Nie sądzisz, że trzeba mnie 

pilnować? – Zrobił minę małego, bezradnego chłopczyka. 

– Może tak,  ale ja tego  robić nie będę.  Mam dziś  jeszcze dużo  pracy przy  komputerze. 

Kończ picie, Sam. 

Wiedział, że z chwilą wysączenia ostatniej kropli brandy zostanie bezlitośnie wyrzucony, 

więc pił najwolniej, jak potrafił. 

– A może uda mi się namówić cię na kolację? – zaryzykował. – Zrobiłabyś sobie krótką 

przerwę w pracy. 

– Nie, nie mogę. Przykro mi. Powiedziałam ci dziś rano, że tkwię po uszy w robocie. 
– Chcesz wyrzucić mnie z domu w tak okropną ulewę? Czy nie masz za grosz serca?
–  Spójrz  w  okno.  Deszcz  przestał  padać  i  zza  chmur  wychodzi  słońce.  Może  nawet 

powstanie tęcza na niebie. Sądzę, że uda ci się bezpiecznie dobrnąć do domu. 

– Oczywiście. 
Sam odstawił kieliszek. Po raz drugi dziś dostał kosza i został wyproszony. Odprawiony z 

kwitkiem. Taka sytuacja zaczynała być męcząca. Kiedy wreszcie uda mu się przełamać opory 
tej kobiety i  dowiedzieć  się, na czym polega jej  gra? Gdyby nawet  zaryzykował  pytania na 

background image

temat przeszłości, i tak by mu się wywinęła. Był o tym przekonany. 

Skończyła swoją brandy. Jej sztywna postawa wskazywała na to, że czeka, aż gość opuści 

dom. 

– Jeszcze raz dziękuję za ratunek. 
– Nie ma za co. To tylko zwykła usługa mieszkańca wyspy na rzecz turysty. 
– Piękne dzięki za ręcznik. – Sam zdjął go z ramion i podał Ali. 
Właśnie  wtedy  zobaczyła  dużą,  pofałdowaną  bliznę  tuż  pod  obojczykiem.  Speszona, 

szybko odwróciła wzrok. 

Biała szrama, o poszarpanych brzegach, odcinała się wyraźnie od opalonej skóry. 
– Brzydki widok – stwierdził. 
–  Nie.  To  znaczy  tak.  Przykro  mi  –  powiedziała  zmieszana,  spoglądając  mimo  woli  na 

szramę. 

– Nie ma się czym przejmować. To było dawno temu. 
Ali  odwróciła  wzrok  od  blizny  i  skupiła  go  na  twarzy  Sama.  W  zielonych,  zimnych 

oczach  dojrzała  jednak  cień  bólu,  a  zarazem  jakieś  ostrzeżenie.  Postanowiła  nie  pytać  o 
bliznę.  Ściskając  w  ręku  mokry  ręcznik,  zastanawiała  się,  o  czym  by  tu  rozmawiać  dalej  z 
Samem. 

Wybawił ją z opresji. 
– Wracaj do pracy – powiedział. 
Zabrał  z  werandy  bawełnianą  koszulkę  i  poszedł  w  stronę  domu.  Pogoda  była  znów 

piękna. Zrobiło się słoneczne popołudnie. 

Ali  usiadła  przy  biurku.  Zamiast  zająć  się  projektowaniem  kampanii  reklamowej 

Przypraw Życia, myślała o Samie Cantrellu. Epizod na plaży był tak dziwny i bezsensowny, 
że zaczęła go analizować. Najpierw mocowała się z przewróconą łódką, a potem z żeglarzem 
z  bożej  łaski.  Cała  ta  scena  odbyła  się  naprawdę,  równocześnie  jednak  wydawała  się 
nierealna. Sztuczna. Wyglądało niemal na to, że Sam od początku do końca, w najmniejszych 
niemal  szczegółach,  wyreżyserował  całe  przedstawienie,  a  ona  została  w  nie  wciągnięta. 
Wbrew woli wystąpiła jako aktorka. 

Kiedy  przyszło  jej  to  na  myśl,  z  niedowierzaniem  pokiwała  głową.  Skarciła  się  za 

bezsensowne rozważania. Znów zrobiła się zbyt  podejrzliwa. Widziała spisek tam, gdzie go 
nie było. Doszukiwała się dziury w całym. 

Gwen była pod urokiem  Sama, a Tiger uznał  go za miłego faceta. Jednak  szósty zmysł 

ostrzegał Ali. Uznała, że w Samie Cantrellu jest coś niesympatycznego. Blizna na ciele, mimo 
że dawno zagojona, wyglądała obrzydliwie. Ali nie była ekspertem, lecz gotowa byłaby dać 
głowę,  że  to  ślad  po  kuli.  Oczywiście,  mogło  istnieć  jakieś  proste,  niewinne  wyjaśnienie. 
Równie  dobrze  blizna  mogła  jednak  świadczyć  o  tym,  że  Sam  Cantrell  jest  człowiekiem 
niebezpiecznym. 

Kim  był  i  co  robił  na  wyspie  Indigo?  Ali  zaniepokoiła  jej  własna  reakcja  na  tego 

człowieka. Co w nią wstąpiło, że oddała mu pocałunek? Musiała uczciwie przyznać, że jest 
bardzo przystojnym mężczyzną. W kąpielówkach wyglądał świetnie. Tak więc nic dziwnego, 
że kiedy porwały ich fale... 

background image

–  To  był  zwykły  odruch.  I  nic  więcej  –  oznajmiła  Ali  mewie,  która  przysiadła  na 

balustradzie werandy na wprost okna. – Każda normalna kobieta tak by się zachowała. Moja 
reakcja nie znaczy nic. Absolutnie nic. 

Mewa przekrzywiła łebek, jakby nasłuchiwała. Ali patrzyła na opustoszałą plażę. 
Zazwyczaj  taki  widok  działał  na  nią  uspokajająco,  dziś  jednak  poczuła  się  samotna, 

opuszczona i smutna. 

Od  ponad  dwu  lat  żyła  sama.  Casey  był  ostatnim  i  jedynym  mężczyzną  w  jej  życiu. 

Zanim jeszcze opuścił wspólny dom w Atlancie, był tak zaabsorbowany interesami, że zaczął 
się  trzymać  z  daleka  od  jej  łóżka.  Fakt,  że  od  dawna  nie  miała  mężczyzny,  wcale  nie 
oznaczał, że wolno było puszczać wodze wyobraźni w stosunku do obcego, który pojawił się 
na wyspie. 

Ali  poprawiła  okulary  na  nosie.  Usiłowała  skoncentrować  uwagę  na  zawartości  ekranu 

komputera.  Brzydziło  ją  rozczulanie  się  nad  sobą,  lecz  jeszcze  bardziej  nie  znosiła  oznak 
własnej słabości. Sam Cantrell poruszył w niej dawno zapomniane struny, kiedy pocałował ją 
nad brzegiem morza. Obawiała się, że będzie jej trudno uporać się ze stanem wewnętrznego 
podniecenia, który wywołał. Będzie zakłócał spokój jej ducha. 

Ali  patrzyła,  jak  mewa  wraca  na  swoje  miejsce  na  poręczy  werandy,  i  udawała  przed 

samą  sobą,  że  praca  w  Przyprawach  Życia  w  pełni  ją  satysfakcjonuje,  podobnie  jak 
monotonna  egzystencja  na  Indigo.  Stała  obecność  Gwen,  Tigera  i  małego  Briana 
podtrzymywała ją na duchu, ale oni mieli własne życie. 

– A co z moim? – zapytała mewę. 
Zdawała  sobie  sprawę  z  tego,  że  w  Atlancie  pozostawała  w  cieniu  męża.  Casey, 

mężczyzna  o  bardzo  silnej  osobowości,  bez  trudu  przekonał  Ali,  że  ma  te  same  co  on 
pragnienia.  Duży  dom,  wysoki  standard  życia,  potrzeba  władzy  i  sukcesu.  Podążała 
bezkrytycznie  za  mężem,  bo  był  człowiekiem,  któremu  ufała.  Zawsze  uzyskiwał  to,  czego 
chciał.  Jej  świetna  posada  bardzo  odpowiadała  Casey’owi,  poprawiała  jego  wizerunek. 
Kosztowny samochód i stroje żony pochodzące od najlepszych projektantów mody stanowiły 
odbicie  jego  własnego  powodzenia.  Oczywiście  AU  robiła  wszystko,  żeby  podobać  się 
mężowi.  Jej  własne  marzenia  były  znacznie  skromniejsze.  Należały  do  nich: 
satysfakcjonująca  praca,  dom,  dzieci  i  życiowy  partner,  na  którym  mogłaby  całkowicie 
polegać. Obdarzyła więc zaufaniem Casey’a, a on rozbił w pył jej małżeństwo i zniszczył całą 
przyszłość. Teraz instynkt podpowiadał Ali, że powinna mieć się na baczności. Nie może dać 
się podejść i musi strzec serca przed Samem Cantrellem. 

Siedziała,  od  czasu  do  czasu  zagadując  do  mewy,  spoglądając  na  ekran  komputera  i 

usiłując skupić się na pracy. Nic z tego nie wychodziło. Zamiast wymyślać hasła reklamowe, 
wracała pamięcią do dawnych wydarzeń. Po raz pierwszy od dłuższego czasu zaczęła się bać 
przyszłości. Tego, co może ją jeszcze spotkać. 

Świt trzeciego lipca był  podobny do innych. Wstawał nowy dzień, niczym nie różniący 

się od poprzednich i tych, które nastąpią. Upalny, słoneczny i bardzo parny. Sam od rana był 
w okropnym nastroju. Od chwili przybycia na wyspę jeszcze ani razu nie miał tak wisielczego 

background image

humoru i nie był tak bardzo psychicznie rozbity. 

Spał  źle.  Przez  pół  nocy  uganiał  się  za  jaszczurką  biegającą  po  całym  domu,  także  po 

ścianach i sufitach. Wreszcie udało mu się schwytać ją do pustego pudełka i wyrzucić przed 
dom,  żeby  dołączyła  do  licznej  jaszczurczej  rodziny,  gnieżdżącej  się  w  pobliżu.  Całe  to 
zamieszanie sprawiło, że wybił się ze snu. Nie mógł zmrużyć oka i leżał do rana, wsłuchując 
się w szum wiatru w liściach palm i gałęziach sosen. 

Sam przywykł do życia w pojedynkę i chwalił je sobie. Nagle jednak, w śmiesznie małym 

domku na plaży, słuchając odgłosów nocy, poczuł się samotny. Żałował, że nie przywiózł ze 
sobą  telewizora  ani  radia.  Dotrzymywałyby  mu  towarzystwa.  Nawet  jakiś  przygodny 
znajomy, z którym można by wychylić kufel piwa, byłby mile widziany. 

Sam  zrzucił  koc  i  wrócił  pamięcią  do  wydarzeń  z  poprzedniego  dnia.  Do  kuchni  AU, 

przytulnej  i  wesołej,  skąpanej  w  promieniach  porannego  słońca.  Do  pełnych  ciepła  słów 
Tate’a  Loomisa  na  temat  tej  kobiety  i  całej  rodziny  Mallorych,  pierwszych  osadników  na 
Indigo.  Do  pomysłu  Gwen,  żeby  popływał  żaglówką,  i  uśmiechu,  który  pojawił  się  na  jej 
wargach,  gdy  usłyszała  od  Sama,  że  nie  jest  żonaty.  O  czym  zresztą  już  wcześniej  dobrze 
wiedziała. 

Na szczęście, była na tyle dyskretna, że nie zagadnęła go dlaczego. Samowi zadawano to 

pytanie  setki  razy.  Znał  na  pamięć  wszystkie  stosowne  odpowiedzi.  Nie  ożenił  się,  bo  nie 
znalazł odpowiedniej kobiety, bo wiele pracował i miał mało czasu, bo jeszcze nie był gotów 
do założenia rodziny. Prawdziwa odpowiedź istniała tylko jedna. Nie był zdolny do bliskiego 
współżycia z drugim człowiekiem. Nie potrafił przed nikim się otworzyć ani dzielić radości 
czy smutków. 

– Cantrell, jesteś samotnikiem – mruknął do siebie w ciemności. – Dlatego leżysz na tym 

cholernym, twardym łóżku i jesteś na tej zakazanej wyspie, co doprowadza cię do szału. 

Podciągnął się do pozycji siedzącej i wyjrzał przez okno. W świetle księżyca domek Ali 

odcinał się wyraźnie od ciemnego nieba. Śpi? – zastanawiał się Sam. A może, podobnie jak 
on, przewraca się z boku na bok? Wyobraził ją sobie zwiniętą na łóżku. Nie mógł zapomnieć 
dotyku  jej  ciała,  gładkości  ud,  miękkości  piersi.  Pamiętał,  jak  otwierała  usta  pod  naporem 
jego warg. Przez chwilę czuł, jak Ali odwzajemnia pocałunek, lecz zaraz potem zamyka się w 
sobie i staje się obcą, nieprzystępną i antypatyczną kobietą. Jak pierwszego dnia jego pobytu 
na  wyspie.  Alicia  Paxton  Bel.  Wielka  niewiadoma.  Zagadkowa  kobieta.  Czy  uda  mu  sieją 
rozszyfrować?

– Cantrell, musisz rozgryźć tę damę, przecież to twoja praca – upomniał samego siebie. –

W tym celu tu przyjechałeś. Myśl więc o robocie i zadaniu do wykonania, a nie o całowaniu 
się. 

Wreszcie nad ranem, zmęczony, zamknął oczy. Zapadł w płytki i krótki sen, bo obudziło 

go  słońce  prześwitujące  przez  cienkie  zasłony.  Zalało  Pudełko  oślepiającym  blaskiem 
typowego letniego poranka na wyspie Indigo. 

Sam  usiadł  na  werandzie  z  filiżanką  gorzkiej  kawy  i  czekał,  aż  Ali  wyjdzie  z  domu. 

Pojawiła się punktualnie o dziewiątej, niosąc komputer i plik wydruków. Patrzył, jak idzie do 
samochodu. Odjechała. 

background image

Upłynęło  zaledwie  parę  minut,  kiedy  znalazł  się  pod  jej  domkiem.  Wszedł  na  schodki, 

wsłuchując się w odgłosy otoczenia. Zapukał głośno do frontowych drzwi. 

– Ali, to ja. Sąsiad. Chciałbym pożyczyć... 
Oczywiście, tak jak się  spodziewał, odpowiedzi  nie było. Całą scenę odegrał  wyłącznie 

dla mew, które latały mu nad głową. 

Przeświadczony, że nikt na Indigo nie trudzi się zamykaniem domu, nacisnął klamkę. Nie 

przeliczył się. Bez trudu otworzył drzwi. 

Już  wcześniej  obejrzał  salonik,  lecz  teraz  miał  okazję  przeszukać  go  dokładniej.  Nie 

spodziewał  się  znaleźć  tutaj  zaginionych  pieniędzy,  przyklejonych  taśmą  za  obrazem  lub 
wetkniętych za poduszkę kanapy. 

Był jednak przekonany, że gdzieś w tym domu musi znajdować się klucz do rozwiązania 

zagadki. Jakiś ślad, wskazujący na to, gdzie Casey schował pieniądze. Do tej pory nie odkryto 
jego  wspólnika.  Jedyną  podejrzaną  osobą  pozostawała  żona.  W  saloniku  Sam  znalazł  tylko 
pudełko  z  dyskietkami.  Stało  na  staroświeckim  biurku  pod  oknem.  Szybko  i  sprawnie 
przerzucił dyskietki. Każda z nich była opatrzona etykietą Przypraw Życia, z wypisanym na 
niej szczegółowym tematem reklamy. 

Przeszedł do sypialni. Niemal całe pomieszczenie zajmowało duże, staroświeckie łoże z 

czterema  kolumnami.  Przykrywała  je  piękna,  równie  stara  kapa.  Sam  wsunął  pod  nią  rękę. 
Wiedział,  że  nie  kryje  nic  ciekawego.  Chciał  jednak  dotknąć  miękkiej  tkaniny,  pod  którą 
sypiała Ali. Zwinięta na łóżku, ciepła i ponętna. 

Na  nocnym  stoliku  znajdowały  się  liczne  rodzinne  fotografie.  Gwen,  Tigera  i  małego 

chłopca, a także starszej pary. Pewnie rodziców Ali, bo była do nich uderzająco podobna. W 
tej galerii postaci zabrakło jednej: Casey’a Bella. 

Poruszając się po pokoju, Sam czuł perfumy Ali. Ich zapach wisiał w powietrzu. Odurzał. 

Spojrzał ponownie na imponujące łoże i podświadomie uruchomił wyobraźnię. Wydawało mu 
się, że kocha się z Ali. Całują się namiętnie i obejmują. 

Z trudem odpędził natrętne myśli. Wyszedł z sypialni.  W pokoju gościnnym nie znalazł 

niczego interesującego. W kącie pokoju stało kartonowe pudło. Pewnie znajdowały się w nim 
osobiste rzeczy Casey’a, których Ali nie wypakowała. Powinien sprawdzić, co jest w pudle. 
Właśnie ruszał w jego stronę, kiedy usłyszał warkot silnika. Rozpoznał samochód Ali. 

Błyskawicznie wypadł z pokoju, przebiegł przez salonik i w chwili, w której pani domu 

otwierała tylne drzwi, znajdował się już na frontowej werandzie. Był bezpieczny!

Nie poszedł w stronę  Pudelka. Ruszył  w przeciwnym  kierunku. Po paru  minutach zajął 

dogodne  stanowisko  pod  grupą  sosen  rosnących  na  skraju  plaży  i  czekał.  Przecież  o 
dziewiątej Ali udała się do pracy, z komputerem i papierami pod pachą. Do licha, co się stało, 
że wróciła tak szybko?

Zanim  zdążył  wymyślić  jakąś  sensowną  odpowiedź  na  to  pytanie,  Ali  wyszła  z  domu. 

Trzymała  w  ręku  pudełko  z  dyskietkami.  Widocznie  wcześniej  zapomniała  je  zabrać.  Sam 
patrzył, jak wsiada do samochodu i odjeżdża. Zaraz potem spotkała go, już druga tego dnia, 
niespodzianka.  Ali  podjechała  pod  Pudełko,  zatrzymała  się  i  wysiadła.  Kiedy  nikt  nie 
odpowiedział na pukanie, napisała coś na kartce i wsunęła ją za drzwi. 

background image

Powinien wrócić do przerwanej roboty i nadal przeszukiwać dom Ali. Przeważyła jednak 

ciekawość. Poszedł wprost do Pudełka. Przeczytał kartkę zostawioną przez Ali. 

Sam,  jutro  z  okazji  święta  Czwartego  Lipca  urządzamy  piknik  w  dużym  domu.  Tiger  i 

Gwen chcą, żebyś się zjawił. Przyjdź, jeśli możesz, o piątej. 

Wetknął  kartkę  do  kieszeni.  Przedtem  jednak  wprawne  oko  detektywa  zauważyło 

dokonaną przez Ali  poprawkę. Najpierw napisała  „chcę”, lecz potem poprawiła na „chcą” i 
dodała „Tiger i Gwen”. Był to dobry znak. Sam uśmiechnął się pod nosem. 

Z zadowoloną miną wszedł do wnętrza domku,  przygotowany na jeszcze  jeden nudny i 

samotny  wieczór  bez  telewizora  oraz  z  kolacją  prosto  z  puszki.  Jakoś  to  przeżyje.  Do 
Czwartego Lipca pozostał  tylko jeden dzień.  A  wtedy zapłoną sztuczne  ognie i  spotkają  go 
inne atrakcje. 

–  Fajerwerki  będą  później  –  wyjaśniła  Ali,  kiedy  oboje  z  Samem  wyszli  na  obszerną 

werandę dużego domu, trzymając w rękach szklanki z lemoniadą. – Wystrzelą je w odległości 
trzech kilometrów od nas. Na plaży – ciągnęła. – Będziemy stąd mieli fantastyczny widok. 

– Będę czekał z utęsknieniem – powiedział Sam rozmarzonym głosem. 
Ali rzuciła mu krótkie spojrzenie. Wątpiła, czy mówił serio, lecz za każdym razem, kiedy 

ich  oczy  się  spotykały,  miała  świadomość,  że  między  nią  a  Samem  coś  się  dzieje.  Była 
wściekła na siebie za to, że dała się wciągnąć w przygodę na plaży i pozwoliła pocałować. 

– Ali zaczął. 
Przerwał  mu  chłopięcy  głos,  dobiegający  od  strony  trawnika.  Po  chwili  do  Sama  i  Ali 

dołączył Brian w towarzystwie swych czworonożnych przyjaciół. 

–  Patrzcie,  co  znalazłem!  –  wykrzyknął.  –  To  jest  chyba  grot  indiańskiej  strzały.  –

Pokazał kamień o trójkątnym kształcie. 

Sam uważnie obejrzał znalezisko. 
– Rzeczywiście wygląda na końcówkę strzały – potwierdził domysły chłopca. 
– Znasz się na indiańskich strzałach? – spytała zdziwiona Ali. 
Roześmiał się i oddał kamień Brianowi. 
– Nie mam o nich pojęcia, lecz chętnie czegoś się dowiem. 
– No to niech pan pójdzie ze mną. Pokażę panu moją kolekcję. 
– Sam, nie musisz – zaczęła Ali. 
– Ali, lubię takich entuzjastów jak Brian – przerwał jej i ruszył za chłopcem w głąb domu, 

po drodze mijając Gwen. 

– Dokąd poszli? – spytała, siadając obok Ali na krześle. 
– Zgadnij. 
– Do pokoju Briana oglądać jego zbiory? Ali skinęła potakująco głową. 
– Może powinnyśmy pójść na ratunek Samowi?
– Nie. Raz wystarczy. 
Gwen nie rozumiała słów Ali, ta jednak zdecydowała się przemilczeć swą wcześniejszą 

przygodę. 

background image

– Szuka na wyspie rozrywki, więc teraz ją ma – dodała złośliwie. 
– Ali, jesteś sadystką. Cieszysz się z nieszczęścia tego człowieka. 
– Być może. 
Gwen powoli sączyła lemoniadę. 
– A czy także cieszysz się nim samym? – spytała. 
– O czym ty mówisz?
– Nie mam na myśli ciała Sama... 
– Gwen, jak możesz!
– Mówię o jego osobowości. 
–  Od  chwili,  w  której  zamieszkał  w  Pudełku,  widziałam  go  zaledwie  dwa  razy.  To 

wszystko. Nie wiem absolutnie nic o jego ciele, to znaczy o jego osobowości. 

Gwen roześmiała się wesoło, Ali pozostała jednak poważna. 
– Niełatwo mnie uwieść – oświadczyła. 
– Szkoda – mruknęła Gwen pod nosem. 
– Już ci mówiłam, że nie podzielam waszych zachwytów. Jest w nim coś nieprzyjemnego. 

Ma podejrzaną przeszłość. – Nie wspomniała o szramie na ciele Sama. Uznała, że być może 
zdradziłaby w ten sposób zaufanie, jakim ją obdarzył. 

– Kiedy go widziałaś? – spytała Gwen. 
– Zainscenizował dwa spotkania. Najpierw przyszedł pożyczyć cukier do kawy, a potem 

udawał, że stracił kontrolę nad żaglówką – wyjaśniła Ali i z uśmiechem dodała: – Naprawdę 
przewrócił łódź. Pospieszyłam na ratunek. 

– Widocznie bardzo zależy mu na tym, żeby cię lepiej poznać. Oboje jesteście młodzi i 

atrakcyjni. Moglibyście dobrze bawić się we własnym towarzystwie. 

– Te spotkania z Samem sprawiają wrażenie nienaturalnych. Są jakieś takie... wydumane. 

On je inscenizuje – powiedziała Ali. 

– Och, jak możesz tak mówić! – W geście udawanej rozpaczy Gwen wyrzuciła do góry 

ręce.  W  gorącym  i  parnym  popołudniowym  powietrzu  jej  rude  włosy  skręciły  się  wokół 
twarzy, a piegi stały się bardziej widoczne. 

– Bez przerwy szukasz dziury w całym. Czy Sam zachowuje się podejrzanie?
– No... nie – niechętnie przyznała Ali. 
– Poddaję się – oświadczyła zniechęcona Gwen.  Zanim Ali zdążyła coś  powiedzieć, od 

strony kuchni rozległ się głośny brzęk. 

– Czy to jest wezwanie? Powinnam iść pomóc Tigerowi? – zapytała Gwen. Nadal powoli 

popijała lemoniadę. 

– Chyba tak. Sądząc po odgłosach, można ocenić wezwanie jako pilne. 
– Hm. – Gwen nawet się nie poruszyła. 
– Jak sądzisz, co Tiger teraz robi?
–  Wkłada  mały  garnek  do  dużego.  I,  jak  zwykła  mówić  jego  mama,  pitrasi  coś 

wyjątkowego, żeby popisać się przed gościem. 

– A więc robi to z fanfarami. 
– Znasz przecież Tigera. Nie uznaje półśrodków. 

background image

–  Gwen  odsunęła  krzesło  od  stolika  i  podniosła  się  z  miejsca.  –  Jeśli  pomogę  mu  przy 

robieniu kolacji, to czy ponownie pójdziesz Samowi na ratunek?

– Zgoda – przystała Ali. 
– I jeszcze jedno. Złotko, bądź dla niego miła. Wykaż typowo południową gościnność –

dodała przez ramię Gwen. 

Ali  stanęła  w  uchylonych  drzwiach.  Sam  z  Brianem  siedzieli  na  łóżku  i  wspólnie 

przeglądali jakiś album. Oba psy, ciężko dysząc, leżały u ich stóp. 

Ali  była  pewna,  że  Brian  pokazał  gościowi  nie  tylko  kolekcję  indiańskich  strzał,  lecz 

także  zbiór  kartek  z  fotografiami  znanych  piłkarzy  i  kolekcję  morskich  muszli.  Nie 
zauważona, nadal stała nieruchomo. Postanowiła nie włączać się do rozmowy. 

Brian  opisywał  szczegółowo  swe  skarby,  a  Sam  od  czasu  do  czasu  zadawał  mu  jakieś 

pytanie. Dobrze radzi sobie z dziećmi, musiała przyznać Ali. Brian od razu go polubił. 

Podeszła bliżej i zaczęła przysłuchiwać się rozmowie. 
– To Ali dała mi te znaczki – z zadowoleniem oznajmił chłopiec. – Zbierała, kiedy była 

dzieckiem. 

– Ładne – pochwalił Sam. – Jest ich bardzo dużo. Mnóstwo. 
Słysząc nutę rezygnacji w głosie Sama, Ali uśmiechnęła się złośliwie. 
–  Nie  musi  pan  oglądać  dziś  wszystkich  znaczków  –  zapewnił  Brian.  –  Pokażę  tylko 

najnowsze i najcenniejsze. 

–  Szczęściarz  z  ciebie,  chłopcze,  że  masz  tyle  pięknych  rzeczy.  Będąc  dzieckiem,  nie 

miałem możności kolekcjonowania niczego. 

–  Teraz  może  pan  zacząć  zbierać  –  poradził  Brian.  Ali  ponownie  się  uśmiechnęła. 

Słyszała szelest przewracanych kartek albumu. 

– O, tu są najnowsze – oświadczył Brian. – Prawie same ptaki i motyle. A także trochę 

śmiesznie wyglądających ludzi. Ali mówi, że to król i królowa... 

Zanim Brianowi udało się skończyć zdanie, Ali wkroczyła do pokoju. 
–  Samowi  należy  się  trochę  odpoczynku i  coś  do  picia.  Co  ty  na  to?  –  zwróciła się  do 

gościa. Popatrzył na nią z bezgraniczną wdzięcznością. 

–  Brian,  pokaż  Samowi  swój  nowy  aparat  fotograficzny.  Zostawiłeś  go  na  frontowej 

werandzie. Może zechcesz zrobić trochę zdjęć z naszego pikniku. 

– Klawo! – wykrzyknął chłopiec. – Dziękuję! – Zerwał się z łóżka i rzucił do drzwi. Po 

chwili  już  go  nie  było.  Psy  pognały  za  Brianem,  ślizgając  się  po  gładkich  drewnianych 
schodach. 

Ali wsunęła album na miejsce na półce. 
– Tiger już przygotował jedzenie. Przykro mi, że Brian zmonopolizował cię na tak długo. 
–  Nic  się  nie  stało.  Robię  wszystko,  żeby  wkraść  się  w  twoje  łaski.  Udało  mi  się?  –

zażartował. 

Ali  roześmiała  się  mimo  woli.  Zaczynała  przyznawać  rację  Gwen.  Sam  nie  stanowił 

zagrożenia. Interesował go tylko letni romans. 

– Nigdy nie rezygnujesz? – spytała. Szedł za nią przez hol. 
– Nigdy. 

background image

Stół rozstawiono w obszernej niszy okiennej wolno stojącego pawilonu, wychodzącej na 

skraj zatoki i niedostępnej dla komarów natrętnych o tej porze dnia. Ali siedziała na wprost 
Sama,  który  z  lubością  patrzył  na  jej  niebieskie  szorty  i  koszulkę  w  czerwonobiałe  paski, 
strój,  który  nałożyła  na  cześć  dzisiejszego  święta  narodowego.  Gwen  zajęła  miejsce  obok 
Sama,  a  Tiger  królował  u  szczytu  stołu.  Pełnił  honory  pana  domu,  namawiając  Sama  na 
jeszcze jedną porcję każdej potrawy. 

Brian zjadł szybko, wziął  aparat fotograficzny i  wraz z nieodłącznymi psami  gdzieś się 

ulotnił.  Dorośli  pozostali  przy  stole.  Sam  wychwalał  umiejętności  kulinarne  Tigera,  który 
rozwodził się nad zaletami karolińskiej kuchni. 

–  Kiedy  byłem  mały,  mama  nauczyła  mnie  gotować.  Potem  od  żony  dowiedziałem  się 

wszystkiego o ziołach i przyprawach – oświadczył. 

Słysząc pochwały z ust męża, Gwen promieniała. 
Potrawę z owoców piżmaczka z langustą podał Tiger na gorąco z białym, sypkim ryżem. 

Tak smakowała Samowi, że wziął dużą dokładkę. 

–  Lubię  ludzi,  którzy  mają  apetyt  –  oświadczył  pan  domu.  –  Niestety,  moje obie  panie 

czasami robią mi zawód i jedzą za mało – poskarżył się gościowi. 

–  Robimy  ci  zawód?  –  zdziwiła  się  Ali.  –  Jak  możesz  tak  mówić!  Przecież  przez  cały 

dzień musimy wypróbowywać przepisy... 

– Tak długo, aż całkiem mamy dość – wpadła jej w słowo Gwen. – To bardzo miło, Sam, 

mieć tu jeszcze jedną świnkę doświadczalną. 

–  Cieszę  się,  że  na  coś  wam  się  przydaję.  Czy  taki  partacz  kuchenny  jak  ja  potrafiłby 

upichcić  jakieś  smaczne  danko,  gdyby  kupił  produkowane  przez  was  mieszanki 
przyprawowe?

– Jasne – odparł Tiger. 
– Oczywiście, że nie – równocześnie odezwała się Ali. 
– Widzisz różnicę między optymistą a pesymistą w naszej rodzinie – powiedziała Gwen. 

– Odpowiedź na twoje pytanie brzmi: „tak” i „nie”. To znaczy możesz kupić przyprawy, ale 
nie potrafisz ugotować takiego jedzenia jak to... 

– Mówiłam – przerwała jej Ali. 
–  Chyba  że  kupisz  pół  kilo  krewetek  z  piżmaczkiem  i  specjalnie  sporządzoną  do  nich 

mieszankę przyprawową. Wystarczy połączyć te dwa składniki. 

– Wcale nie. Trzeba mieć jakieś kulinarne umiejętności – zaprotestowała Ali. 
– Nie masz racji – obstawała przy swoim Gwen. Sam roześmiał się głośno. 
– Nawet ja potrafię połączyć dwa składniki – powiedział, lekko szturchając Ali. 
Uznała, że jest to gest przyjacielski. W miłym, rodzinnym nastroju przestała się mieć na 

baczności. Obchodzili razem święto i każdy miał prawo dobrze się bawić. Postanowiła robić 
to co inni. 

–  Jestem  szefem  sprzedaży  i  reklamy  naszej  firmy  –  oświadczyła  z  poważną  miną.  –

Chętnie  dostarczę  ci  po  porcji  wszystkich  naszych  mieszanek.  Przyjmujemy  czeki.  Możesz 
także płacić  kartą  kredytową, pod  warunkiem,  że  przedtem  porządnie  się  wylegitymujesz  –

background image

dodała. 

W  oczach  Ali  Sam  dojrzał  wesołe  błyski.  Uznał,  że  żartuje.  Od  chwili  spotkania  u 

Mallorych  dostrzegł  nieznaczną  poprawę  w  jej  zachowaniu.  Stała  się  nieco  bardziej 
przyjacielska i mniej podejrzliwa, choć nadal była sztywna. Miał nadzieję, że i to się zmieni. 

Tuż przed  zapadnięciem  zmroku następowała  najpiękniejsza  pora  dnia.  Od oceanu  wiał 

lekki  wietrzyk,  a  żaby  i  świerszcze  rozpoczęły  wieczorną  serenadę.  Gospodarze  i  gość 
siedzieli wygodnie na werandzie, kończąc drugą butelkę wina. Gdzieś w pobliżu rozległy się 
głosy dzieci. 

– Z naszego syna wyrasta wielki kolekcjoner – powiedział Tiger. – Zbiera wszystko. 
– Nic dziwnego, jego rodzice kolekcjonują przyprawy – dodał Sam – które uprawiają w 

szklarniach. 

– Bracie, ty naprawdę musisz być kiepskim kucharzem – ze śmiechem stwierdził Tiger. –

My tu uprawiamy wyłącznie zioła. Bazylię, tymianek, majeranek, rozmaryn i szałwię, a nawet 
zioła, których używano w zeszłym stuleciu. Na przykład hyzop. 

Sam nigdy nie słyszał o hyzopie. 
–  Przypraw  nie  uprawiamy  –  wyjaśniał  dalej  Tiger.  –  Sprowadzamy  je  z  różnych 

odległych części świata, mieszamy w pracowniach z naszymi ziołami... 

– Według naszych własnych receptur dodała Gwen. 
– I wysyłamy w świat drogą morską. 
Ali  oparła  nogi  na  niskim  stołku.  Włosy  odrzuciła  na  plecy,  lecz  parę  wijących  się 

kosmyków okalało jej twarz. Wyglądała na rozluźnioną i zadowoloną. Spojrzała na Sama. 

–  Zdradzę  ci  naszą  jedną  tajemnicę  handlową.  Nazwa  Zioła  Życia  nie  odpowiadała 

klientom. Dlatego nazwaliśmy firmę Przyprawami Życia. 

–  Znacie  kogoś,  kto  nie  potrzebuje  żadnych  przypraw,  to  znaczy  czegoś  pikantnego  w 

swym życiu? – zażartowała Gwen. 

Samowi wydało się, że słowa pani domu miały jakieś ukryte znaczenie i były skierowane 

do  Ali.  Na  chwilę  ogarnęły  go  wyrzuty  sumienia,  że  oszukuje  tak  sympatycznych  ludzi, 
jakimi okazali  się Mallory’owie. Bardzo  ich polubił.  No cóż, wykonywał  swoją robotę i  na 
dalszą metę jego działalność powinna przynieść korzyść wszystkim. 

–  Stanowicie  doborowy  i  zgrany  zespół  –  stwierdził.  Jesteście  sobie  bliscy,  lojalni  i 

nawzajem pomocni, uzupełnił w myśli. 

– Troszczymy się o siebie – przyznał Tiger. 
–  I  nie  dopuszczamy  na  teren  firmy  żadnych  szpicli  od  przypraw  –  dodała  rozbawiona 

Ali. 

Sam obdarzył ją szerokim uśmiechem. Był zadowolony. Sprawy przyjmowały korzystny 

dla niego obrót. 

–  Nie  zdradzicie  mi,  co  było  w  tej  piekielnie  gorącej  i  aromatycznej  potrawie  z 

krewetkami? – zapytał. 

– Jasne, że ci powiemy – odparł Tiger. – Wszystkie składniki są wypisane na opakowaniu 

mieszanki,  ale  nie  podaje  się  ich  proporcji.  Te  karolińskie  krewetki  były  gotowane  z 

background image

dodatkiem mieszanki pieprzu i liści laurowych, czerwonej papryki, kolendry... 

–  Uff!  –  przerwał  mu  Sam.  –  Nic  dziwnego,  że  moje  kubeczki  smakowe  stanęły  na 

baczność. 

–  Poczekaj,  to  jeszcze  nie  wszystko.  Są  jeszcze  nasiona  selera,  sól,  imbir  i  kwiat 

muszkatołowy. 

– Kwiat muszkatołowy? Co to takiego?
– Rodzaj przyprawy. Pochodzi z tych samych drzew, co  gałka, to  znaczy  z korzennych 

muszkatołowców z Karaibów – wyjaśniła Gwen. – Jeśli dobrze pamiętam, sprowadza się go z 
tamtejszych wysp Windward – dodała po chwili. 

Sam starał się zachować kamienną twarz. 
– Wysp Windward? – powtórzył. 
– Tak. Jeśli mnie pamięć nie myli – odparła Gwen. – Mam rację? – zwróciła się do męża. 
Zanim Tiger zdążył otworzyć usta, AU nieoczekiwanie podniosła się z krzesła. 
–  Posprzątajmy  ze  stołu.  Trzeba  odnieść  naczynia  do  kuchni  i  zrobić  miejsce  na  deser. 

Tiger, co dziś będzie? Lody gruszkowe domowej roboty?

Sam też się podniósł i wraz z innymi zaczął zbierać talerze. Gwen i Tiger Mallory mieli 

kontakty na  wyspach  Windward. Ciało  Casey’a  Bella  znaleziono na  Santa  Luisa,  leżącej  w 
samym sercu grupy tych wysp. Czy to tylko przypadkowy zbieg okoliczności?

Była  to  pierwsza  w  miarę  konkretna  informacja,  jaką  udało  się  uzyskać  Samowi  na 

Indigo. 

background image

ROZDZIAŁ 4

Rozmowa toczyła się wokół najbliższej kampanii reklamowej Przypraw Życia. Miała się 

rozpocząć w drugiej połowie lipca na targach handlowych w Atlancie, gdzie firmie udało się 
zdobyć  własne  stoisko,  i  być  nastawiona  na  sprzedaż  gwiazdkową.  Sam  wyraził  głośno 
wątpliwość, czy środek lata nie jest zbyt wczesną porą, żeby myśleć o Bożym Narodzeniu. I 
właśnie  wtedy,  podczas  nieco  przydługiego  wywodu  Gwen  na  ten  temat,  Ali  przeprosiła 
zebranych i oświadczyła, że idzie przejść się plażą. Po kilku minutach Sam też podniósł się z 
krzesła.  Obiecał  gospodarzom  przyprowadzić  z  powrotem  Ali,  zanim  rozpoczną  się 
fajerwerki. Dogonił ją na brzegu. 

–  Nie  rozumiem,  czemu  tak  nagle  uciekłaś  –  powiedział.  –  Możesz  wyjaśnić,  o  co 

chodziło?

– Chciałam uwolnić Gwen i Tigera od własnego towarzystwa. Przynajmniej na chwilę. 
– Dlaczego?
– Chodzi o imprezę reklamową związaną z Bożym Narodzeniem. Gwen i Tiger upierają 

się, żebym pojechała wraz z nimi. 

– Chyba mają rację. Przecież do ciebie należy zajmowanie się reklamą. Niewiele się na 

tym znam, ale z tego co mówiła Gwen, zrozumiałem, że właśnie w lipcu w Atlancie kupcy 
składają zamówienia na towary, którymi zamierzają handlować w okresie przedświątecznym. 
Czy mam rację?

– Tak. Po raz pierwszy wystawiamy nasze produkty na tych targach. 
– Będziesz więc potrzebna w Atlancie. 
– Informatory i ogłoszenia reklamowe są już w robocie. Będą gotowe na otwarcie targów. 

Tiger  zademonstruje  na  stoisku  przyrządzanie  potraw  z  naszymi  mieszankami 
przyprawowymi, a Gwen zajmie się przyjmowaniem zamówień na sprzedawane produkty. 

– Ktoś chyba powinien częstować reklamowymi  porcyjkami jedzenia oraz rozmawiać z 

klientami i prasą. 

– Unikam kontaktów z reporterami – powiedziała stanowczo Ali. 
Sam zatrzymał się, żeby wysypać piasek z butów i podwinąć nogawki spodni. 
– Czy to nie jest rodzaj porażki? – zapytał. 
– Zdjęcie butów i podwinięcie spodni? – odparowała. 
Jest  bystra,  pomyślał  Sam.  Nie  daje  się  zbić  z  tropu  ani  podejść.  Ma  refleks.  Umie 

błyskawicznie zmieniać temat. 

– Nie, unikanie przedstawicieli prasy. 
–  Reporterzy  otrzymują  wszystkie  nasze  materiały  reklamowe.  Nie  muszę  więc  mieć  z 

nimi żadnych osobistych kontaktów. 

– Chyba słusznie. Ale zmieńmy temat. Nie przyszedłem tutaj, żeby rozmawiać o prasie. 
– Ja też nie. 
– Wobec tego dlaczego tu się znalazłaś?
–  Już  mówiłam.  Żeby  uciec  na  chwilę  od  rodziny.  A  ponadto  chciałam  się  ochłodzić. 

background image

Bardzo lubię być teraz nad brzegiem morza. To moja ulubiona pora. 

Nad oceanem wisiał księżyc. Lekki wietrzyk niósł z sobą aromat słonego powietrza. Ali 

popatrzyła  na  idącego  obok  mężczyznę.  Co  do  jednego  Gwen  miała  rację.  Był  bardzo 
przystojny.  Światło  księżyca  srebrzyło  jego  ciemne  włosy  i  uwypuklało  wyraziste  rysy 
twarzy. Ali szybko odwróciła wzrok. 

–  Sam,  dziękuję,  że  darowałeś  mi  bliższe  wyjaśnienia  dotyczące  tego  nieszczęsnego 

wyjazdu na targi – powiedziała po chwili. 

– To przecież twoja decyzja – odparł szybko. 
–  Wiem.  Ale  za  każdym  razem,  kiedy  o  tym  mowa,  Gwen  i  Tiger  od  razu  na  mnie 

naskakują. Cały problem polega na tym, że mają rację. Wiem, że bardzo przydałabym im się 
na targach, lecz na samą myśl o wyjeździe robi mi się niedobrze. 

– Rozumiem. Ruch samochodowy w Atlancie bywa morderczy. 
– Nie chodzi mi o Atlantę, chociaż wyjazd do tego miasta też byłby dla mnie przykry. 
Doszli do nabrzeża. Sam otarł z piasku duży głaz i wskazał Ali miejsce. Usiadł obok niej. 
– Nęka mnie myśl o Bożym Narodzeniu – ciągnęła. – Nie znoszę tego święta. Jak sobie 

pomyślę, że na targach handlowych będzie zainscenizowana gwiazdkowa atmosfera, to... to... 
mam wszystkiego  dość!  – Ali  zdała sobie sprawę,  że niepotrzebnie  mówi  Samowi o swych 
odczuciach. – Pewnie uważasz, że zachowuję się jak ostatnia idiotka – dodała. 

–  Z  upływem  lat  Boże  Narodzenie  zmienia  charakter.  Za  dużo  towarzyszy  mu  hałasu  i 

krzykliwej reklamy. Stało się świętem handlu. Rozumiem, że to cię razi. 

Spokojna odpowiedź Sama mile zaskoczyła Ali. 
–  Nie  sądziłam,  że  przyznasz  mi  rację.  Każdy  bardzo  się  dziwi,  że  nie  lubię  Bożego 

Narodzenia. 

– Nie jestem każdym – powiedział cicho, lecz dobitnie. 
Nie  spuszczał  wzroku  z  Ali.  W  świetle  księżyca  widziała  jego  twarz.  Słowa  Sama 

podziałały  na  nią  jak  pieszczota.  Zadrżała.  Miał  rację.  Nie  był  podobny  do  nikogo,  kogo 
znała. 

– A poza tym rzadko kiedy czemuś się dziwię – dodał. 
– Też nie lubisz Bożego Narodzenia?
–  Tak.  To  były  dla  mnie  smutne  święta,  zwłaszcza  w  dzieciństwie.  Miałem  ojca 

alkoholika.  Boże  Narodzenie  stanowiło  świetny  pretekst,  żeby  pił  jeszcze  więcej.  Mama, 
oczywiście, usiłowała go powstrzymać. Wybuchały nie kończące się awantury, a ja przez całe 
święta chowałem się w garażu. 

– Przykro o tym słuchać. Sam wzruszył ramionami. 
– To dawne czasy. Życie toczyło się dalej. Stałem się dojrzałym człowiekiem, ale nadal 

nie lubię Bożego Narodzenia. Najgorsza ze wszystkiego była choroba mamy. Cierpiała przez 
długi  czas.  Zmarła  tuż  przed  świętami.  Z  przykrością  o  tym  myślę,  więc  staram  się  nie 
zauważać  Bożego  Narodzenia.  Traktuję  je  jak  każdy  inny  dzień.  I  spędzam  w  barach,  w 
miejscowościach wypoczynkowych, w domach innych ludzi... 

– Nigdy nie miałeś własnej choinki? Ani pończochy z prezentami?
– Nie. 

background image

– To okropne. 
– A ty?
– Och, kiedy byłam dzieckiem, miałam zawsze wspaniałe święta. 
– Opowiedz mi o nich. 
– Wraz z ojcem własnoręcznie wycinaliśmy drzewko, a potem wspólnie je ubieraliśmy. 

Razem z mamą zrobiłyśmy kiedyś mnóstwo ozdób choinkowych. Używało się ich potem co 
roku.  Kiepsko  nam  się  powodziło,  ale  moi  rodzice  stawali  na  głowie,  żeby  w  święta  na 
niczym  nie  zbywało.  Były  to  wspaniałe  chwile.  Pełne  miłości  i  szczęścia.  Nawet  wiele  lat 
później,  po  śmierci  rodziców,  kiedy  pobraliśmy  się  z  Casey’em,  byłam  pewna,  że  Boże 
Narodzenie będzie zawsze najradośniejszym świętem. – Ali zamyśliła się na chwilę. 

– Czy rzeczywiście Boże Narodzenie rozczarowało cię? Zawiodło pokładane nadzieje? –

zapytał. 

– Tak. 
Instynkt podpowiedział  Samowi, żeby milczał. Jeśli  Ali zdecyduje się na zwierzenia, to 

tylko teraz. Przecież czekał na taką chwilę. 

–  Dwa  lata  temu  Boże  Narodzenie  stało  się  najgorszym  okresem  mego  życia.  Wtedy 

opuścił mnie mąż, a ja dowiedziałam się, że ukradł  pół miliona dolarów. Pewnie czytałeś o 
sprawie Casey’a Bella. Rozpisywały się o niej wszystkie gazety. 

Sam  musiał  powziąć  decyzję.  Albo  kłamać,  że  nie  wie  nic,  albo  powiedzieć  Ali 

półprawdę. Wybrał drugie rozwiązanie. 

– To nazwisko obiło mi się o uszy – odparł ostrożnie. 
– Mój mąż podjął pół miliona dolarów z rachunku inwestycyjnego firmy, którą zarządzał. 

Uciekł  na  Karaiby,  zostawiając  mnie  w  naszym  pięknym,  nowym  domu,  pełnym 
świątecznych  prezentów.  Z  choinką.  Z  pończochą  zawieszoną  na  gzymsie  kominka.  W 
luksusie, na  który, jak  podejrzewałam,  nie było  nas stać. Okazało się,  że  miałam rację.  Nie 
było nas stać na dwa mercedesy i członkostwo w ekskluzywnym klubie. Casey był jednak tak 
pewny siebie... 

Ali  zamilkła.  Poczuła  się  zaskoczona  własną  szczerością.  W  niewielu  słowach  opisała 

Samowi  ponury  epizod  z  własnego  życia,  związany  z  Casey’em  Bellem,  pięknym, 
złotowłosym młodzieńcem, wybrańcem fortuny, robiącym zawrotną życiową karierę. 

– A więc zostałaś sama na placu boju?
–  Tak.  Zaraz  pojawiło  się  mnóstwo  ludzi.  Policja,  prawnicy,  agenci  biura  śledczego  i 

Federalnej  Komisji  Handlu  oraz  przedstawiciele  innych  instytucji.  Jak  sępy  rzucili  się  na 
mnie, tak jakbym to ja popełniła zbrodnię. No i dobrała się do mnie prasa. Chciała zaszczuć. 
Na śmierć. 

– Więc dlatego nie lubisz reporterów – stwierdził Sam. – Sądziłaś początkowo, że jestem 

z prasy. 

–  Tak.  Już  raz  pismacy  wślizgnęli  się  na  Indigo.  Chcieli  zrobić  ze  mną  jeszcze  jeden 

wywiad.  Przecież  gdybym  wiedziała  coś  o  całej  sprawie,  powiedziałabym  policji,  a  nie 
dziennikarzom. Nie przyszło im to do głowy. 

Sam odczekał chwilę. 

background image

– Casey prysnął, a ty zostałaś. Na twoim miejscu też byłbym wściekły – powiedział. 
– Nadal jestem zła – przyznała. 
– A co z Casey’em?
– On... on nie żyje. Umarł. Bez słowa Sam popatrzył na Ali. 
–  Utonął  na  Karaibach.  U  brzegów  wyspy  Santa  Luisa.  Powiedziano  mi,  że  zamierzał 

uciec  w  jeszcze  inne  miejsce.  Tam,  gdzie  nie  obowiązywało  prawo  ekstradycji.  I  właśnie 
wtedy miał wypadek. Pływał samotnie i porwał go potężny odpływ. Prawda, że to ironia losu?

– I nikt nie wie, co stało się z pieniędzmi – odezwał się Sam. 
Ali podniosła głowę. 
– A więc czytałeś gazety? – spytała z niepokojem. 
– Taka konkluzja wydała mi się oczywista. Gdyby znaleziono pieniądze, nie musiałabyś 

tutaj się ukrywać. 

– Wcale się nie ukrywam – zaprzeczyła z urazą w głosie. – Podoba mi się na Indigo. Jest 

tu spokój i cisza. Lubię moją pracę. Żyje mi się wspaniale. 

Sam milczał. Czekał, aż Ali powie więcej. 
–  Wiem,  że  możesz  mi  nie  wierzyć.  Tu  nie  jest  źle.  Jestem  bardzo  wdzięczna  Gwen  i 

Tigerowi za to, że wzięli mnie do siebie. 

– I dlatego masz poczucie winy, nie chcąc jechać na targi do Atlanty. 
–  Gwen  twierdzi,  że  powinnam  wziąć  byka  za  rogi.  Spojrzeć  odważnie  w  przeszłość  i 

rozprawić się z nią. 

– Ali, jak wiesz, rady nic nie kosztują... Uśmiechnęła się lekko. 
Zachęcony  dobrym  nastrojem  swej  towarzyszki,  Sam  wziął  ją  za  rękę.  Była  ciepła  i 

miękka. Ali jej nie cofnęła. 

– Coś mi się zdaje, że na mnie przyszła kolej, żeby dać ci następną radę. 
– Rady nic nie kosztują – ze śmiechem powtórzyła jego słowa. Wyczuł jednak, że czeka. 
– Fakt. Chcesz usłyszeć, co mam do powiedzenia?
– Tak. 
– Gdybym był na twoim miejscu, robiłbym dokładnie to, na co mam ochotę. Nie możesz 

wykrzesać z siebie entuzjazmu do Bożego Narodzenia, więc zaniechaj prób. 

– Dziękuję. Właśnie tak mam zamiar postąpić. 
– A ponadto – ciągnął Sam, przymrużonymi oczyma przyglądając się Ali – nie potrafię 

sobie  wyobrazić,  jak  częstujesz  klientów  potrawą  z  owoców  piżmaczka  w  środku  lipca, 
ubrana w futro z renifera. 

Wybuchnęła śmiechem, który od samego początku tak bardzo podobał się Samowi. 
– Wątpię, czy będziemy występować w przebraniu. Chociaż... 
– Chociaż? – Sam lekko uścisnął ramię Ali. 
– To może dobry pomysł – odparła powoli. – Zamiast futra z renifera można by pokazać 

na przykład langustę w narciarskiej czapce z pomponem. 

– A co powiesz na krewetkę na łyżwach?
–  Ślizgający  się  krab  będzie  lepszy.  Bardziej...  zrównoważony,  bo  na  ośmiu  nogach.  –

Rozbawiona  Ali  potrząsnęła  głową.  Myślała  intensywnie.  –  Całkiem  dobry  obrazek  do 

background image

naszego  informatora  reklamowego.  W  Charleston  mieszka  świetny  grafik.  Jutro  z  samego 
rana prześlę mu faksem te pomysły. 

– Chyba żartujesz. 
– Nie! Ogromnie mi pomogłeś. Zainspirowałeś. Nie miałam żadnego pomysłu do nowego 

informatora. – Ali z wdzięcznością ścisnęła rękę Sama. 

Rozpromienił się. Zrobiło mu się ciepło na sercu. 
– Do tej pory nie byłem niczyim natchnieniem – powiedział. 
– Dziś jesteś. Moim. Poza tym pozwoliłeś mi się wygadać. Dałam upust złości na Casey’a 

i zrobiło mi to bardzo dobrze. A ponadto w ogóle nie pouczałeś, co powinnam robić. 

– W życiu mamy zbyt wiele powinności. – Nie puszczając ręki Ali, Sam pomógł jej wstać 

z kamienia. – Chodź – powiedział. – Trzeba obejrzeć fajerwerki. 

Kiedy nad ich głowami eksplodowały na czarnym niebie niebieskie, zielone i czerwone 

sztuczne ognie, Sam przypomniał sobie obietnicę daną Mallorym. 

– Przyrzekłem Gwen i Tigerowi, że wspólnie z nimi będziemy oglądać fajerwerki. 
Ali obserwowała złote i srebrne kule rozbijające się nad głowami na tysiące spadających 

gwiazd. 

– Wobec tego wracajmy. 
– Masz ochotę?
– Hm... 
– Będzie im bardzo przykro, jeśli się nie pokażemy?
– Chyba nie. Zmęczony bieganiem Brian pewnie zasnął na podłodze w pawilonie, razem 

z psami. 

– A Tiger?
–  Pozmywał  naczynia  i  wrócił  do  dużego  domu.  Niedługo  Gwen  położy  Briana  spać  i 

zabierze się do lektury najnowszego romansu. 

– To dobrze. Wobec tego sami obejrzymy sztuczne ognie. 
Potrójna  eksplozja  oświetliła  niebo.  Zielone  błyski  przemieniły  się  w  żółte,  a  potem 

czerwone, i zginęły w wodach oceanu. 

Na policzkach Ali pojawiły się rumieńce. 
– Prawda, że piękne? – powiedziała do Sama. – Takie święto mi się podoba. Te... 
– Eksplozje? – podpowiedział Sam. To słowo nabrało nagle dwojakiego znaczenia. 
– Tak. Wybuchy i światło. Och, popatrz!
Stali  z  zadartymi  głowami  i  obserwowali,  jak  na  niebie  rozkwita  amerykańska  flaga. 

Gwiazdy i paski. Czerwone i niebieskie. 

– Chyba nic ciekawszego już nie zobaczymy – oświadczyła Ali. – Fajerwerki na Indigo 

nie bywają zbytnio urozmaicone. 

– Uważam, że są nadzwyczajne – odrzekł Sam. 
– Nadzwyczajne? – Ali przekrzywiła głowę. Nie zrozumiała, co Sam miał na myśli. Lekki 

wiatr od morza zarzucił jej kosmyk włosów na twarz. Sam zsunął go delikatnie z policzka Ali. 
Wyczuwał pod palcami aksamitną skórę. 

Stali bardzo blisko siebie. Tak blisko, że owionęły go perfumy Ali. Ujął jej twarz w obie 

background image

ręce. Nachylił się. Serce biło mu jak młotem. 

– Fajerwerki to tylko początek – wyszeptał. 
Musnął  wargami  usta  AU.  Były  ciepłe  i  miękkie.  Pachniały  winem.  Objął  ją  w  pasie  i 

przyciągnął do siebie. Po chwili poczuł, jak ręce Ali przesuwają się powoli na jego ramiona. 
Zaciskają na szyi. Triumfował. Ogarnęła go radość. 

Nie  odrywał  ust  od  warg  Ali.  Wsunął  dłoń  pod  jej  bluzkę.  Czuł  pod  palcami  gładką, 

jedwabistą skórę pleców. Zrobił przy tym odkrycie, które go zachwyciło. Nie miała na sobie 
biustonosza. Z jej ust wydarł się cichy, gardłowy jęk. 

Przez  chwilę  myślał,  że  Ali  się  odsunie.  Nawet  próbowała,  lecz  trzymał  ją  mocno.  Jej 

opór  szybko  osłabł.  Zaczął  mocniej  całować  miękkie  usta.  Powoli  rozchyliła  wargi.  Poczuł 
nagle, jak przez jego napięte ciało przebiega gwałtowny dreszcz. 

Ali wiedziała, że powinna się wycofać. Nie wolno było poddawać się temu, co miało za 

chwilę nastąpić. Jej życie aż roiło się od powinności, o których przed chwilą rozmawiali. Była 
już nimi zmęczona. Nie powinna całować się z Samem Cantrellem w księżycową noc święta 
Czwartego Lipca. Nie powinna, lecz to, czego doświadczała, było nadzwyczaj przyjemne. 

Kiedy  rozchyliła  wargi,  poczuła,  jak  język  Sama  wsuwa  się  głębiej.  Pocałunek  nią 

wstrząsnął. Odczuła go każdym nerwem budzącego się ciała. Wciągnęła powietrze. Doznania 
stały  się  jeszcze  silniejsze.  Paliła  ją  skóra.  Ciało  Ali  zaczęło  domagać  się  dalszych, 
śmielszych pieszczot. 

Sam odpowiedział na wezwanie. Całował coraz namiętniej. Przesunął rękę w dół od jej 

talii i ujął pośladek. Ali się nie opierała. Przywarła do jego ciała. Przycisnął ją do siebie drugą 
ręką. 

Piersi  Ali  uniosły  się  ku  górze.  Sutki  zesztywniały.  Pod  wpływem  coraz  silniejszych 

doznań zaczynała niemal tracić przytomność. I nagle poczuła, że musi natychmiast przerwać 
to, co się dzieje. 

– Nie! – wyszeptała szorstkim z emocji głosem. 
Wysunęła  się  z  objęć  Sama.  Pozwolił  jej  na  to.  Westchnęła  głęboko  i  z  zamkniętymi 

oczyma oparła głowę na jego piersi. Oddychała szybko i nierówno. Usiłowała się opanować i 
uspokoić, ale serce waliło jak szalone. 

Podniosła  wzrok.  Popatrzyła  na  Sama.  W  jego  oczach  dojrzała  namiętność,  a 

intensywność spojrzenia sprawiła, że przez jej ciało przebiegł nagły dreszcz. 

Głos Sama brzmiał spokojnie, mimo że był przepojony pożądaniem:
– Już teraz wiesz, Ali, co miałem na myśli, mówiąc o fajerwerkach. 
Roześmiała się. Głośno. Nienaturalnie. Usiłując pokryć zmieszanie, powiedziała:
– Tak. To było duże zaskoczenie. Nie w moim stylu. Zwykle nie... Nie chciałabym, żebyś 

odniósł mylne wrażenie. 

Mówiła dokładnie to, co chciała, żeby usłyszał. Uprzytomniła sobie, że nadal opiera się o 

pierś Sama. Odsunęła się tak szybko, że aż się zachwiała. 

Przytrzymał ją. Odzyskała równowagę. 
– Nie musisz się obawiać. Wcale nie odniosłem błędnego wrażenia – odparł powoli. – To 

był tylko pocałunek. W księżycową noc. – Na wargach Sama pojawił się lekki uśmiech. – Nie 

background image

powiem, że żałuję tego, co się stało, bo byłaby to nieprawda. 

–  Też  nie  żałuję.  –  Usłyszawszy  żartobliwy  ton  Sama,  Ali  odetchnęła  z  ulgą.  Jej  głos 

odzyskał  normalne  brzmienie.  Łatwiej  oddychała.  –  Muszę  przyznać,  że  było  całkiem 
przyjemnie. 

– Powiadasz: całkiem przyjemnie? Tylko tyle? To chyba nie jest komplement pod moim 

adresem. – Sam ponownie się uśmiechnął. 

– No dobrze, więcej niż całkiem przyjemnie, ale... 
–  Wiem,  o  co  ci  chodzi.  Nie  powinniśmy  dać  się  ponieść  chwili.  Księżycowa  noc, 

fajerwerki...  To  miałaś  na  myśli?  –  Następną  uwagą  Sam  uprzedził  to,  co  Ali  chciała  mu 
oznajmić.  –  Rozumiem,  że  przez  najbliższe  dni  będziesz  zapracowana.  Zbyt  zajęta,  żeby 
spotykać się ze mną. – W jego głosie wyczuła nutę sarkazmu. 

– Tak. Chyba masz rację. Muszę się zająć informatorem reklamowym Przypraw Życia. I 

wizerunkami  morskich  stworów.  –  Ali  zrobiła  ostrożnie  krok  w  tył.  Tym  razem  Sam  nie 
usiłował jej podtrzymać. 

– Mówisz o krabie na łyżwach?
– Tak. Jeszcze raz dziękuję za dobry pomysł. Zapanowało niezręczne milczenie. 
– Mogę odprowadzić cię do domu? – po chwili zapytał Sam. 
– Dziękuję, ale chciałabym pójść sama. 
– Ali, to przecież po drodze – przypomniał spokojnie. 
– Pozwól mi iść przodem. Wtedy będę bezpieczna – odparła szybko. 
Stopniowo  odsuwała  się  od  Sama.  Była  przerażona  tym,  co  nastąpiło  między  nimi. 

Dobrze wiedziała, jak mógłby zakończyć się ten wieczór. 

Zdążyła już  ochłonąć.  Nabrać  dystansu.  Dosłownie  i  w  przenośni.  Odetchnęła  głęboko. 

Wszystko  działo  się  zbyt  szybko.  Sam  miał  rację.  Pod  wpływem  jego  pocałunku 
eksplodowały w niej kolorowe fajerwerki. Pokaz sztucznych ogni na plaży już się skończył. 
Ali nie miała jednak pojęcia, jak sobie poradzi z tym, co się w niej rozpętało. 

Stał  nieruchomo.  Patrzył  i  milczał.  Z  trudem  zwalczyła  chęć  pozostania  z  Samem.  W 

żaden sposób nie potrafiła zrozumieć własnych reakcji. Jak mogła tak bardzo zbliżyć się do 
obcego mężczyzny?

–  Dobranoc,  Sam  –  powiedziała.  Odwróciła  się  szybko,  żeby  się  nie  rozmyślić.  Kiedy 

zaczęła niemal biec wzdłuż brzegu plaży, usłyszała jego pożegnanie. 

Sam patrzył, jak Ali ucieka. Miał nieprzepartą ochotę pobiec za nią, dogonić i pocałować. 

Tym razem już by jej nie puścił. Kochałby się z nią. Powstrzymał się w ostatniej chwili. Takie 
postępowanie nie było przewidziane. 

–  Zastanów  się,  co  robisz,  idioto  –  mruknął  do  siebie.  –  Gdzie  twój  plan  działania?  –

Musiał  dowiedzieć  się,  co  Ali  wie  o  skradzionych  pieniądzach,  i  postarać  sieje  odzyskać. 
Takie  otrzymał  zadanie.  Kobieta,  którą  miał  podejść,  okazała  się  absolutnym 
przeciwieństwem  Alicii  Paxton  Bell,  którą  spodziewał  się  poznać  na  Indigo.  Zupełnie 
nieoczekiwanie pokrzyżowało to cały starannie obmyślony plan. 

Wsunął ręce do kieszeni i ruszył wzdłuż brzegu morza w stronę domku. Był przekonany, 

że w najbliższym czasie coś się wydarzy. Musi albo natrafić na jakiś ślad, albo brać nogi za 

background image

pas i uciekać z tej zakazanej wyspy. Jedno było pewne: nie może pozwolić sobie na romans z 
AU. 

Rozważał w myślach to, co mówiła mu o sobie. Może była całkowicie niewinna? Może 

jedynym jej błędem było to, że zakochała się w niewłaściwym mężczyźnie? A może on sam 
pragnął uwierzyć w jej wersję wydarzeń?

Sam Cantrell był człowiekiem, który szybko wyrabiał sobie pogląd na określone sprawy. 

Od razu wiedział, co jest czarne, a co białe. Pojawienie się Ali zakłóciło ten podział na dobre i 
złe.  Wywarła  na  nim  nieodparte  wrażenie,  pociągała  go  fizycznie  i  nic  na  to  nie  mógł 
poradzić. 

Pozostała  tylko  jedna  rzecz  do  zrobienia.  Powinien  iść  do  niej  i  wyznać  całą  prawdę. 

Powiedzieć,  kim  jest  i  po  co  przyjechał  na  Indigo.  Przed  takim  postępowaniem  mogły  go 
powstrzymać dwie rzeczy. Brak odwagi cywilnej, żeby wyjawić wszystko, lub przekonanie, 
że jest zamieszana w aferę z pieniędzmi, że tkwi w niej po uszy. 

Sam  uśmiechnął  się  do  siebie.  Ali  miała  śliczne  uszy.  Małe  i  przylegające  do  głowy, 

osłonięte kosmykami brązowych włosów, okalających twarz. 

Nagle się zatrzymał. Odczuwał pociąg fizyczny do Ali. To był niezaprzeczalny fakt. A co 

z nią? Może on jej nie interesuje? Jeśli tak jest, to wszystkie fantazje erotyczne dotyczące tej 
kobiety pozostaną nie zrealizowane. Bez względu na to, czy jest winna, czy czysta jak łza. 

Przypomniał sobie pocałunek na plaży i reakcję Ali. Była równie silna, jak jego własna. 

Coś  przyciągało  ich  do  siebie.  I  jeśli  szybko  nie  rozwiąże  zagadki  kryminalnej  dotyczącej 
Casey’a Bella, stanie się coś nieuchronnego, nieodwracalnego. Był o tym przekonany. 

Zatrzymał się. Dopiero teraz zauważył, że na mokrym piasku nie ma przed nim żadnych 

śladów.  Poszedł  za  daleko?  Popatrzył  w  stronę  lądu.  Nie  rozpoznawał  krajobrazu.  Wielki 
detektyw na tropie zbrodni zgubił się nad brzegiem morza na wyspie Indigo. Śmiechu warte. 

Piątego  lipca  było  tak  gorąco  jak  poprzedniego  dnia.  Bezchmurne  niebieskie  niebo,  z 

którego  lał  się  żar,  ogromna  wilgotność  powietrza  i  całkowity  brak  choćby  najlżejszego 
wiatru.  Sama  męczyło  podobieństwo  do  siebie  kolejnych  dni.  Stał  właśnie  przy  automacie 
telefonicznym, jedynym tego typu urządzeniu na wyspie. Automat znajdował się obok sklepu 
Tate’a Loomisa i nie był praktycznie niczym osłonięty od słońca. 

– Jeny – powiedział  Sam do słuchawki – jest tu  gorąco jak w piekle. Tak przynajmniej 

twierdził dziś rano Tatę  Loomis. Pytasz, kto to jest?  Facet mieszkający stale na  wyspie. To 
zresztą zupełnie nieważne. Gadaj, co słychać w agencji. 

Sam zmrużył oczy, bo raziło go słońce, i słuchał uważnie słów wspólnika. 
–  Wiem,  że  klient  się  niepokoi  –  odparł  po  chwili  –  ale  przebywam  tutaj  dopiero  od 

czterech dni. Nie jestem cudotwórcą. 

Odsunął od siebie słuchawkę, kiedy na linii zabrzmiał znów głos Jerry’ego Greenfielda. 
–  Przestań  prawić  mi  kazanie.  Nie  musisz  mówić  tego  wszystkiego  –  powiedział  po 

jakimś czasie. – Też lubię lekką robotę. Ale tutaj jest trudniej, niż można się było spodziewać. 
Dopiero zaczynam wkradać się w łaski tej rodziny. 

Sam ponownie przez chwilę słuchał Jerry’ego, wreszcie nie wytrzymał i wybuchnął:

background image

–  Stary,  zrozum  wreszcie,  że  to  nie  są  ludzie,  którzy  w  jeden  wieczór  zdradzą  obcemu 

wszystkie rodzinne sekrety. Możesz mieszkać niemal całe życie w Atlancie, lecz nikt nie uzna 
cię  za  południowca.  Na  wyspach  jest  jeszcze  gorzej.  Żyją  tu  specyficzni  ludzie.  Stanowią 
zamkniętą enklawę. Dowierzają tylko swoim. 

Kątem  oka  Sam  dostrzegł  Tate’a  Loomisa  stojącego  na  werandzie  przed  sklepem. 

Pomachał mu przyjaźnie ręką i dodał spokojniejszym tonem:

– Jerry, mam jedną informację, którą warto sprawdzić. Chcę, żebyś poszedł tym tropem. 

Masz pod ręką coś do pisania?

Czekał, nie spuszczając wzroku z Loomisa. 
–  Zapisuj.  Santa  Luisa.  Wyspa,  na  której  znaleziono  zwłoki  Casey’a  Bella.  Należy  do 

grupy  wysp  Windward.  Win...  Och,  sprawdź  sam  w  atlasie.  To  archipelag  wysp  między 
Gwadelupą  a  Grenadą.  Rodzina  Mallorych  prowadzi  jakieś  interesy  z  tamtejszą  firmą 
eksportującą  miejscowe  przyprawy.  Uważasz,  że  to  naciągane?  Może  i  tak,  ale  co  szkodzi 
sprawdzić? Wygląda na to, że utrzymuje z nią bliskie stosunki. Może na Santa Luisa rodzina 
Mallorych ma zaufanego partnera lub nawet przyjaciół, którym Casey Bell dał pieniądze na 
przechowanie? Tak. Strzał w ciemno. Powtarzam, chyba warto sprawdzić. Dowiedz się, kto 
na  tej  wyspie  sprzedaje  firmie  Mallorych  kwiat  muszkatołowy.  Tak,  to  przyprawa,  z  tych 
samych drzew co gałka. Z korzennych muszkatołowców. 

Przez chwilę Sam słuchał zastrzeżeń Jerry’ego. 
–  Przecież  to  mała  wyspa  –  odezwał  się  zniecierpliwiony.  –  Załatwisz  sprawę  paroma 

telefonami. Jeśli ktoś zna tam Ali Paxton Bell, Gwen lub Tigera Mallorych, być może będzie 
to ślad, który nas doprowadzi do miejsca ukrycia forsy. 

Jerry powtórzył otrzymane instrukcje. 
– Tak. Zadzwonię niebawem. Gdy tylko mi się uda. Nie miałem pojęcia,  że tu jest taki 

cholerny  prymityw.  Tak,  stary,  rozumiem.  Wiem,  że  dobrze  płacą  i  że  dostanę  znacznie 
więcej,  jeśli  uda  mi  się  wykryć  coś  konkretnego.  Nie  przejmuj  się,  zrobię  wszystko,  co  do 
mnie należy. 

Sam spojrzał w stronę sklepu. Zobaczył, że Tatę Loomis stoi nadal na posterunku. Zaklął 

pod  nosem  i  odwrócił  się  tyłem  do  niego,  tak  jakby  z  takiej  odległości  sklepikarz  mógł 
usłyszeć,  co  mówił  do  Jerry’ego.  Odpowiadając  na  pytanie  wspólnika,  odruchowo  ściszył 
głos. 

– Nie jestem pewny co do współudziału tej kobiety. Intuicja mi mówi, że o niczym nie 

wiedziała. Jest prostolinijna. Chyba przyzwoita. – Znów odsunął słuchawkę od ucha, bo Jerry 
rozpoczął następną tyradę. 

– Tak, wiem, że pozory mogą mylić. Czasami myliły. Nie tym razem. Gwarantuję. 
Czoło Sama przecięła zmarszczka. 
– Jerry, co ty wygadujesz? – warknął zirytowany. – Nie, nie wpadła mi w oko. Sądzisz, że 

spaprałbym  tak  ważną  i  dużą  robotę  dla  jakiejś  tam  baby?  Nie  jestem  amatorem  w  swoim 
zawodzie. Wiesz, że nigdy nie łączę interesów z... 

Sam zorientował się, że reaguje zbyt emocjonalnie. 
– Przepraszam za ten wybuch. To od tego piekielnego gorąca. Nie można wytrzymać na 

background image

tym  odludziu.  Żyję  tu  jak  dziki  człowiek.  Robale  wielkie  jak  ropuchy chodzą  mi  po  łóżku. 
Nie  mogę  spać.  No,  tylko  trochę  przesadziłem.  Nie,  nie  mam  gorączki.  Jestem  zdrów. 
Przynajmniej tak mi się wydaje. – Sam uśmiechnął się ironicznie. 

Objął dłońmi słuchawkę i powiedział szeptem:
– Muszę kończyć, bo jeden tutejszy facet nie spuszcza mnie z oka. Jerry, sprawdź to, co ci 

powiedziałem. Zadzwonię, kiedy będę mógł. 

Sam odwiesił słuchawkę, wytarł w szorty spocone dłonie i ruszył w stronę sklepu. Tatę 

Loomis,  stojący  nadal  na  werandzie  z  nieodłączną  fajką  w  zębach,  był  wyraźnie 
zaintrygowany rozmową telefoniczną. 

– Za gorąco, żeby wystawać na słońcu – stwierdził. 
– Musiałem skontaktować się z biurem – wyjaśnił Sam. – Dowiedzieć się, co tam słychać. 

Zawsze kiedy jestem na urlopie, od czasu do czasu dzwonię. Czy masz coś zimnego do picia?

– Jasne. Wejdź do środka i zajrzyj do lodówki. Pieniądze zostaw na kontuarze. 
Po  chwili  Sam  znalazł  się  znów  na  werandzie  z  butelką  napoju,  pokrytą  zimnymi 

kropelkami. Wychylił duszkiem. 

– Dziękuję, Tatę. 
– Nie ma za co. 
– Wczorajsze fajerwerki bardzo mi się podobały. 
– Zawsze są świetne. Słyszałem, że świąteczny wieczór spędziłeś z Gwen, Tigerem i Ali. 
– Tak. Było sympatycznie. 
–  Nic  dziwnego.  To  bardzo  przyzwoita  rodzina.  Sam  westchnął.  Gdy  chodziło  o 

Mallorych, Tatę Loomis gadał jak nakręcona katarynka. Same superlatywy pod ich adresem. 
Wstawił opróżnioną butelkę do kartonowego pudła. 

– Do zobaczenia, Tatę – pożegnał sklepikarza i ruszył w stronę domu. Z nieba nadal lał 

się żar. 

Szedł drogą pełną kurzu i marzył, żeby zjawiła się Gwen i podwiozła go do Pudełka. 
Prawdę powiedziawszy, marzył o zupełnie kim innym. O Ali. 
Chciałby ją spotkać. 
– No i co wtedy? – zapytał głośno. Coraz częściej gadał sam ze sobą. Na wyspie Indigo 

weszło mu to w zwyczaj. Zbyt wiele czasu spędzał samotnie. 

Skłamał Jerry’emu. Pierwszy raz w życiu. Zainteresował się Ali. Zawróciła mu w głowie 

od  pierwszej chwili.  Już  wtedy,  kiedy wymierzyła  w  niego  gumowy wąż.  Wówczas  jednak 
Sam sądził, że tylko wykonuje swe zawodowe, detektywistyczne zadanie. Teraz nie był tego 
wcale pewien. Cała sprawa bardzo się skomplikowała. 

Szedł  ciężko  po  piaszczystej  drodze.  Każdy  krok  wzniecał  mały  tuman  kurzu.  Wokół 

panowała niczym nie zakłócona cisza. Od czasu do czasu było tylko słychać głosy ptaków i 
szum  owadzich  skrzydeł.  Sam  znajdował  się  w  obcym  sobie  otoczeniu.  W  świecie,  który 
Alicia Paxton Bell uznała za własny. 

background image

ROZDZIAŁ 5

– Gdzie byliście przez cały czas? – spytała Gwen. Ali odchyliła się na krześle. Siedziała 

na wprost Gwen w biurze Przypraw Życia mieszczącym się w dużym domu. 

– Spacerowaliśmy nad brzegiem morza. 
– Cały czas?
–  Gwen,  o  jakim  „całym  czasie”  mówisz?  Przecież  wiesz,  że  Brian  zasnął  prawie 

natychmiast. Położyłaś go do łóżka i sama zabrałaś się do czytania powieści. 

– Być może. 
–  Tiger  został,  żeby  posprzątać  po  kolacji.  Potem,  jak  go  znam,  zdrzemnął  się  przed 

telewizorem. 

– Pewnie tak było – przyznała Gwen. 
– Nie trwało nawet godziny. 
– Godzina to wiele czasu na... 
–  Gwen,  skończ  z  tymi  domysłami.  Chodziliśmy  po  plaży,  a  potem  oglądaliśmy 

fajerwerki. To wszystko. 

– Och. – Gwen wyglądała na zawiedzioną. 
– No, może niezupełnie wszystko – uściśliła Ali. 
– Aha. – Gwen z błyskiem w oku wyprostowała się szybko na krześle. 
–  Rozmawialiśmy  o  promocji  Przypraw  Życia  i  Sam  podsunął  mi  chyba  interesujący 

pomysł. 

– Och – powiedziała Gwen. 
– Przestań wreszcie ochać i achać – żachnęła się Ali. 
– Przepraszam. Nie potrafię się powstrzymać. To wszystko jest takie ekscytujące. Pokaż 

mi ten tekst reklamowy. 

–  To  nie  tekst,  lecz  coś  znacznie  więcej.  Motyw,  który  będzie  się  przewijał  przez  całą 

naszą kampanię na Boże Narodzenie. – Ali podała Gwen kartkę papieru. 

Przez dłuższy czas Gwen przyglądała się rysunkowi. Podniosła wzrok na Ali. 
–  Słuchaj,  to  jest  fantastyczne!  Dowcipne  i  znacznie  zabawniejsze  niż  wszystko,  co 

dotychczas  robiliśmy.  Krab  na  łyżwach  jest  uroczy.  To  naprawdę  doskonały  pomysł.  I 
pomyśleć, że jego autorem jest Sam!

– On tylko wspomniał o ślizgającej się po lodzie krewetce, resztę wymyśliłam ja. 
– Musisz przyznać, że facet jest zdolny. 
– Tak. Do wielu rzeczy – mruknęła pod nosem Ali. 
– A co powiedział na widok tego rysunku?
– Wcale mu nie pokazałam. 
– Ali, jak mogłaś? Dlaczego?
– Pozwól, moja droga, że ci przypomnę, jak ciężko przez ostatnie dwa dni pracowałam. 

Pokazywanie  rysunku  Samowi  nie  było  sprawą  najważniejszą.  Najpierw  ty  i  Tiger  musicie 
wyrazić zgodę. 

background image

– Wyrażamy. 
– Nie możesz mówić w imieniu Tigera – zaprotestowała Ali. 
–  Oczywiście,  że  mogę  –  oświadczyła  Gwen.  –  Będzie  zachwycony.  –  Oddała  Ali 

rysunek. – Wróćmy do sprawy Sama. Jak rozwijają się wasze sąsiedzkie stosunki? Odnosisz 
się do niego po przyjacielsku?

– Przecież widzisz, że pracuję jak wół. Od dwóch dni do wieczora siedzę w biurze. Nie 

mam więc wiele czasu na, jak ty to nazywasz, sąsiedzkie stosunki. 

–  Widziałaś  go  przynajmniej?  –  Niezmordowana  Gwen  uparcie  zadawała  pytanie  po 

pytaniu. 

– Oczywiście. Przecież mieszka obok mnie. Widuję go rano, jak uprawia jogging. 
–  Biega?  Hm,  to  może  wyglądać  całkiem  interesująco.  Długie,  zgrabne  nogi,  szeroki 

tors... 

– Jesteś niepoprawna! Zobaczysz, powiem wszystko Tigerowi. 
Gwen roześmiała się głośno. 
– Nie musisz się fatygować. On już o tym wie. Teraz Ali wybuchnęła śmiechem. Musiała 

jednak przyznać, że Gwen ma rację. Sam Cantrell był bardzo przystojny. Miał świetne nogi i 
potężny, opalony tors. A jakie zgrabne pośladki! Stanowczo zbyt często o nim myślała. Przez 
całe dnie,  a  także  w  nocy,  kiedy  leżała  bezsennie,  wsłuchując  się  w  szum  morza. Zmieniła 
temat. 

– Jeśli już mówimy o Tigerze, to powiedz, gdzie jest?
– Jeśli już mówimy o Samie, to informuję cię, że wybrał się na połów krabów. 
– Łowi z Tigerem?
– I z Brianem. 
–  To  musi  być  ciekawy  widok.  Możesz  wyobrazić  sobie  niezdarnego  pana  Cantrella 

uganiającego się z siecią za morskimi stworami?

– Jasne, że mogę. Moja droga, on szybko się uczy. 
Niedługo powinni wrócić. Poczekaj, a sama się przekonasz, jak sobie radził. 
– Nie, Gwen, nie mogę. Muszę przesłać faksem materiały na ląd. Potem pójdę sprawdzić 

rozkład statków, później załatwię korespondencję, a następnie... 

–  Rozumiem  –  przerwała  jej  Gwen.  –  Nie  masz  czasu  dla  Sama.  Ali,  postępujesz  bez 

sensu. Przecież na przyjęciu czułaś się dobrze w jego towarzystwie. 

– Wiem, jak należy zachowywać się na przyjęciach – z godnością odparła Ali. 
– Ale potem poszliście sami – zaczęła Gwen. 
–  To  nic  nie  znaczy  –  upierała  się  Ali.  Była  zdumiona,  że  tak  gładko  kłamstwa 

przechodzą jej przez gardło. 

– Oczywiście, że nic – z ironią skomentowała Gwen. – Miłe spędzenie czasu z diabelnie 

przystojnym, seksownym facetem, który mieszka obok, nie znaczy dla ciebie absolutnie nic. 

Sam  siedział  na  werandzie  Pudełka  i  powoli  sączył  zimne  piwo.  Była  to  jedna  z 

nielicznych rzeczy,  które  Tatę  Loomis potrafił  dostarczyć.  Od  morza  wiał  lekki  wiatr.  Sam 
miał  na  sobie  bawełniane  kąpielówki,  lecz  nie  zamierzał  wchodzić  do  wody,  gdyż  się 

background image

przekonał,  że  jest  gorąca  jak  w  wannie.  I  na  pewno  nie  będzie  żeglować.  Włożył  strój 
kąpielowy  tylko  dlatego,  że  w  taki  upał  głupio  paradować  w  ubraniu.  I  tak,  mimo  że  był 
niemal nagi, czuł pot spływający po plecach. 

Po  raz  setny  zastanawiał  się,  dlaczego  panował  powszechny  pogląd,  że  w  domkach 

stawianych nad samym brzegiem morza jest zawsze chłodno, bo przewiewa je wiatr od wody. 
W  każdym  razie nie dotyczyło to  tej cholernej chałupki, w  której się znajdował. To znaczy 
Pudełka. Urlopowicze mający choć trochę oleju w głowie nie przyjeżdżali w lecie na Indigo. 
O  tej  porze  roku  wybierali  się  w  górzyste  okolice,  na  co  pierwszego  dnia  pobytu  Sama  na 
wyspie nie omieszkała zwrócić mu uwagi Alicia Paxton Bell. 

Od święta Czwartego Lipca prawie jej nie widywał. Świtem wyruszała do pracy i późno 

wracała do domu. Pocałunek nad brzegiem morza, który miał sprawić, że oboje zbliżą się do 
siebie,  wywołał  u  Ali  reakcję  przeciwną  do  zamierzonej  przez  Sama,  gdyż  wyraźnie  go 
unikała. 

– Do licha – mruknął pod nosem. – Z tego wszystkiego robi się niezły pasztet. 
Od  Jerry’ego  nie  nadchodziła  z  Atlanty wiadomość  dotycząca  wyspy  Santa  Luisa,  a  na 

Indigo nie wydarzyło się nic nowego. Podczas wyprawy na połów krabów Sam podpytywał 
Tigera i Briana o Ali. Rezultaty były nadzwyczaj mizerne. Od Tigera usłyszał zaledwie dwa 
zdania. 

– Była mężatką, została wdową. Bardzo smutna historia, nie lubimy o niej wspominać. 
Powiedziawszy te parę słów, Tiger szybko zmienił temat rozmowy. Zaczął rozwodzić się 

nad rozmaitymi sposobami połowu krabów. Dla Sama okazja przepadła. 

Przez całe popołudnie spędzone nad wodą nie udało mu się wrócić do interesującego go 

tematu. Jego podstawowe zajęcie polegało głównie na unikaniu groźnych krabich szczypców. 
Tiger i Brian świetnie sobie radzili z niebezpiecznymi bestiami. Sprawnie łowili je w sieci i 
wygarniali  do  wiadra z  wodą.  Z  Samem sytuacja  przedstawiała  się  inaczej.  Owszem,  udało 
mu  się  zarzucić  sieć  na  kraby.  Kiedy jednak  usiłował  je  wyjąć,  zaciskały  szczypce  na  jego 
ręku i walczyły uparcie lub uciekały. 

Po  całym  długim  dniu  spędzonym  nad  wodą  Sam  miał  beznadziejne  wyniki  połowu. 

Równie  kiepskie,  jeśli  szło  o  kraby,  jak  i  o  potrzebne  mu  wiadomości.  Westchnął  głęboko. 
Pociągnął jeszcze jeden łyk piwa. Podniósł głowę i popatrzył na roztaczający się przed nim 
bezmiar  wód  Oceanu  Atlantyckiego.  Właśnie  wschodził  księżyc.  Nadawał  okalającym 
piaskom niesamowity srebrzysty połysk. 

Sam musiał przyznać, że widok jest fascynujący. Siedzenie przed domem i patrzenie na

wodę zaczęło sprawiać mu przyjemność. Z chwilą zapadnięcia zmroku na werandę dotarł od 
morza lekki wiatr. Oparty wygodnie, Sam rozkoszował się chwilą. Jeszcze raz rzucił okiem w 
stronę wody. 

I wtedy zobaczył Ali. 
Podniósł się i ruszył ku plaży. 

Ciepłe  fale  obmywały  stopy,  przynosząc  ulgę.  Ali  była  zmęczona  upałem.  Odgarnęła 

włosy z karku i marzyła o odrobinie przewiewu. Ostatnio dom działał na nią przygnębiająco. 

background image

Nie mogła pracować, czytać  ani spać. Nawet przebywając nad brzegiem  wody, nadal  miała 
napięte nerwy. Ciało spalała gorączka. 

Wznoszący się i opadający ruch fal połyskujących w srebrnym świetle księżyca jeszcze 

bardziej  wzmagał  niepokój  Ali.  Obserwowała  niebo  i  zastanawiała  się,  czy  Sam  ją  teraz 
widzi. Jeśli tak, to czy przyjdzie na plażę? A może ona powinna iść do niego? Nie potrafiła 
przestać myśleć o Samie i o tym, co między nimi się rozpoczęło. Ta cała sprawa nie mogła się 
tak zakończyć. Coś musiało się jeszcze wydarzyć. 

Nie  słyszała  kroków.  Wyczuła  jednak  jego  obecność,  zanim  dotknął  jej  ramienia. 

Odwróciła się twarzą w stronę przybyłego. Serce biło jej jak szalone. Wytarła o szorty ręce, 
spocone ze zdenerwowania. 

Sam nie zdejmował dłoni z ramienia Ali. 
– Tęskniłem do ciebie – powiedział cicho. – Dlaczego ukrywałaś się przede mną?
– Ukrywałam się? – powtórzyła lekko rozedrganym głosem. Wygląd Sama znów zapierał 

dech w piersiach. W księżycowej poświacie jego twarz była dobrze widoczna. I, podobnie jak 
poprzednio,  wywierała  na  Ali  niesamowite  wręcz  wrażenie.  W  zielonych  oczach  Sama 
dojrzała niemal demoniczne błyski. 

Cofnęła się o  krok i  zatrzymała.  Identyczna scena  odbyła się już przedtem. Tym razem 

nadeszła jednak pora na coś więcej. Na szczerość. 

– Ukrywałam się – zaczęła niepewnie – bo... dobrze wiesz dlaczego!
Zamiast  odpowiadać,  wziął  Ali  w  ramiona  i  przyciągnął  do  siebie.  Jego  wargi  były 

władcze i gorące. Ali rozchyliła usta. Pragnęła, żeby ją całował. 

– W tobie tkwi jakaś niesamowita magia – szepnął jej do ucha. – Masz nieziemskie ciało. 

–  Wsunął  dłonie  pod  bluzkę.  Krew  uderzyła  mu  do  głowy.  Zaczynał  tracić  panowanie  nad 
swymi zmysłami. Zawładnęło nim pożądanie. – Jesteś czarodziejką – dodał. – A może nawet 
czarownicą. 

– Nie – zaprzeczyła szybko, między pocałunkami. – To ty jesteś czarnoksiężnikiem. 
– Jeśli rzeczywiście nim jestem – każde słowo Sam przypieczętowywał pocałunkiem – to 

pozwól, żebym roztoczył czary. 

– Sam... 
– Bądź posłuszna czarnoksiężnikowi. Ali, chcę się z tobą kochać. Przytulać cię. Całować. 

Pieścić. – Głos Sama odzwierciedlał wewnętrzną pasję. 

Ali obejmowała go mocno za szyję. Z ustami przy wargach Sama szepnęła:
– To czyste szaleństwo!
Ma rację, pomyślał. To szaleństwo. Pragnął Ali jak żadnej innej kobiety i wiedział, że już 

jej nie puści. Miał w nosie robotę, do diabła z konsekwencjami!

– Bez przerwy o tobie myślę – szepnął. – Od chwili, w której cię zobaczyłem. 
– Ja też. – Głos Ali był tak słaby, że musiał wytężyć słuch, żeby zrozumieć, co mówi. –

Przez cały czas. 

Odetchnął z ulgą. Całował teraz jej czoło i policzki, powieki, a potem uszy. Przeciągał po

nich koniuszkiem języka. Ali wiła się w jego ramionach. Jęczała cicho. Wargami odszukała 
usta Sama. Wsunęła w nie język i całowała głęboko. Przywarła całym ciałem. Zatopiła dłonie 

background image

w jego włosach. 

Bez słowa wziął ją na ręce i zaczął iść przez piasek. Wydawała się lekka jak piórko. Szedł 

szybko.  Serce  mu  waliło,  uginały  się  pod  nim  kolana.  Dotarł  wreszcie  do  schodków 
prowadzących na werandę Pudełka. 

Kiedy usiłował otworzyć drzwi, Ali wysunęła się z jego objęć. Stanęła obok. Z wargami 

nadal  złączonymi  z  ustami  Sama.  Całowali  się,  lekko  zataczając,  jakby  w  rytualnym  tańcu 
zmysłów. Pocałunek trwał wieczność. Teraz Ali przejęła inicjatywę. 

Sam zdawał sobie sprawę z tego, że zachowując się w ten sposób, nigdy nie przekroczą 

progu domku i nie dotrą do łóżka. 

– Ali zaczął. 
Blade  światło  księżyca  padało  na  jej  twarz.  Zobaczył  wyzierające  z  oczu  pożądanie. 

Zafascynowany patrzył, jak Ali osuwa się na schodki i wyciąga do niego ręce. 

Ukląkł o stopień niżej. 
– Jesteś taka piękna w blasku księżyca – wyszeptał. 
Palcami wodził po jej twarzy, szyi i linii ramion. Pomogła mu zdjąć bluzkę. Przełożyła ją 

przez głowę i rzuciła beztrosko na piasek. 

Poczuła na skórze chłodny powiew wiatru, a zaraz potem gorącą dłoń, obejmującą pierś. 

Przez  ciało  Ali  przebiegł  dreszcz  rozkoszy.  Po  chwili  usta  Sama,  wilgotne  i  zmysłowe, 
znalazły się na drugiej piersi. Wsunął palce pod pasek szortów. Rozpiął guziki. 

Kiedy  Ali  zsuwała  spodenki,  poczuła  na  udach  dotyk  szorstkich,  bawełnianych 

kąpielówek  Sama.  Chwilę  później,  pomagając  mu  je  zdjąć,  dotknęła  najczulszego  miejsca. 
Zadrżał. Był gorący i gotowy. Ali zaczęło ogarniać szaleństwo. 

– Powiedz, na co masz ochotę – poprosił Sam. 
Pochylił się i oparł dłonie po obu stronach jej obnażonego ciała. Czekała. Gotowa na jego 

przyjęcie. Nie była jednak w stanie mu odpowiedzieć. Ledwie łapała oddech. Wysunęła dłoń i 
poprowadziła Sama. Stopili się w jedno. Ich oczy spotkały się i zwarły. 

Pragnął  wziąć  tę  kobietę  delikatnie  i  powoli,  lecz  nie  potrafił.  Zawładnęła  nim 

nieokiełzana  żądza.  Wziął  ją  szybko.  Narzucił  gwałtowny,  obezwładniający  rytm.  Po  paru 
chwilach  palce  Ali  wbiły  się  w  ramiona  Sama.  Krzyknęła  w  ekstazie.  Oboje  równocześnie 
osiągnęli rozkosz. 

Na  czarnym,  aksamitnym  niebie  pojawiły  się  setki  gwiazd.  Srebrna  poświata  księżyca 

przesuwała się po wodzie. W krzakach ożyły żaby i świerszcze. Rozpoczęły nocny koncert. 

Ali  ukryła  twarz  w  zagłębieniu  ramienia  Sama.  Z  trudem  chwytała  powietrze.  Czuła 

bijące  od  niego  ciepło  i  wilgotną  skórę  przylegającą  do  własnej.  Ich  rozgrzane  ciała  nadal 
były złączone. 

Obnażona Ali leżała na drewnianych schodkach. Przykrywał ją sobą równie nagi Sam. 
– Jak się czujesz? – spytał lekko schrypniętym głosem. 
– Cudownie. Roześmiał się. 
– Leżysz na schodkach. Pewnie powbijałaś sobie drzazgi w całe ciało. – Sam zsunął się z 

Ali, położył obok i wciągnął ją na siebie, tak że znalazła się na nim. 

– Teraz ja mam drzazgi – oświadczył. 

background image

– Czujesz je? – spytała. 
– Nie – przyznał, przyciskając ją mocno do siebie. 
– Ja też nie. 
– Zamierzałem zabrać cię do łóżka. 
– Tutaj było doskonale. Znów się uśmiechnął. 
– Tak. Nawet na schodach było nam idealnie. 
– Zapomniałam o całym świecie. Czułam tylko ciebie. 
– Och, Ali. Jesteś słodka. 
Trzymał ją mocno. Była szczęśliwa, zrelaksowana. Czuła się bezpieczna, gdy tak silnie i 

opiekuńczo obejmował ją ramionami. 

– AU, noc jeszcze się nie skończyła – przypomniał. 
–  Chcę  się  z  tobą  kochać.  Tym  razem  powoli.  A  przedtem  pragnę  poczuć  na  wargach 

smak twego ciała. 

– Mówisz tak, jakbym była czymś do zjedzenia. Jakąś potrawą – zażartowała. 
– Może to seks jest przyprawą życia. Przychodziło ci to do głowy?
Popatrzyli na siebie i roześmieli się. 
– Przedtem nigdy. Dopiero teraz. 
Sam uniósł się, podpierając łokciami. Usiadł na schodku i wziął Ali na kolana. 
–  Co  powiedzą  sąsiedzi,  kiedy  zobaczą  cię  siedzącą  nago  na  progu  mego  domu?  –

zapytał. 

– Jacy sąsiedzi?
– A więc jesteśmy tu tylko we dwoje?
– Tak. 
– Co powiesz na zimny prysznic? Ochłodzimy się po to, żeby później razem się rozgrzać. 

– Sam objął dłonią pierś Ali. 

– Mam lepszy pomysł. Wykąpmy się w morzu. Ochłodzimy się po to, żeby później razem 

się rozgrzać. – Ali powtórzyła słowa Sama. 

– Dziewczyno, ciągle mnie zadziwiasz. Gwen i Tiger mieli rację. 
– Nie wierz w to, co mówią. Co ci powiedzieli o mnie? – zainteresowała się nagle. 
– Że jesteś piekielnie impulsywna. Wybuchowa jak bomba. Chyba dokładnie tak mówili, 

jeśli dobrze pamiętam. 

– Nie zaprzeczę, bo nie  chcę, żeby uchodzili  za  kłamców. – Ali  odszukała  usta Sama i 

wsunęła w nie język. – Chodźmy popływać. A zaraz potem się rozgrzejemy. – Nadal całym 
ciałem przywierała do Sama. 

Poczuł, jak wraca pożądanie. Przeciągnął dłonią po aksamitnym pośladku Ali. 
–  No,  no,  nie  wiedziałem,  że  jesteś  aż  tak  zdemoralizowana  –  zażartował,  udając 

oburzenie. – Kto by pomyślał! Taka skromna młoda dama z Południa... 

–  Sam,  kochany,  to  wyłącznie  wina  upału.  Tak  na  mnie podziałał  –  wyjaśniła  skromna 

dama z Południa głosem słodkim jak miód. 

– No cóż, nie mogę powstrzymać się od uwagi, że zajęło ci to sporo czasu. 
–  I  sporo  czasu  zajmie  mi  ochłodzenie  się.  –  Pocałowała  Sama  w  czubek  nosa.  –  Na 

background image

szczęście, przed nami jest jeszcze długa, gorąca noc. 

Pościel  mile  chłodziła  jej  rozgrzane  ciało.  Pod  sufitem  sypialni  skrzydła  wentylatora 

mieszały ciepłe powietrze.  W pokoju było prawie ciemno. Z saloniku docierało przyćmione 
światło. Gdy Sam stanął w drzwiach, Ali odruchowo zaczęła naciągać na siebie prześcieradło. 

– Zimno? – zapytał. 
Musiał  wiedzieć,  że  nadal  jest  rozgrzana.  Ale  czułaby  się  niezręcznie,  leżąc  przed  nim 

nago. Sam nie miał takich skrupułów. Podszedł nagi do łóżka, usiadł obok Ali i na nocnym 
stoliku postawił dwie szklanki i dzbanek z zimnym napojem. 

Ali potrząsnęła przecząco głową. 
– Nie, nie jest mi zimno. Chciałam tylko... 
– Wstydzisz się mnie? – Wsunął się pod prześcieradło i wyciągnął obok niej. – To chyba 

niemożliwe po tym, co działo się na schodkach. – Przeciągnął dłonią po gładkim biodrze. 

Przysunęła się bliżej. 
– Nie jestem zawstydzona, lecz, przyznaję, czuję się trochę niepewnie. – Głos Ali zadrżał 

lekko. – Jesteś pierwszym mężczyzną, z którym się kochałam od czasu... od czasu Casey’a. 

Sam objął ją ramieniem. 
– Tak bardzo się cieszę, że cię spotkałem. 
–  Ja  też.  –  Zadowolona,  odetchnęła  głęboko.  Wodziła  palcami  wzdłuż  mięśni  ramion  i 

torsu  Sama.  Dotknęła  blizny.  Położyła  na  niej  rozwartą  dłoń.  –  Powiesz  mi,  co  to  było?  –
spytała cicho. 

– Naprawdę chcesz?
–  Oczywiście.  Wiesz  o  mnie  wszystko.  Przyzwoitość  wymaga,  żebym  dowiedziała  się 

czegoś o Samie Cantrellu. 

– Chyba masz rację. Ale to przykra historia. 
– Moja też była taka, jak sobie przypominasz. 
– Przypominam – odparł powoli. – A co do rany... 
– przerwał, lecz po krótkiej chwili skończył lakonicznie:
– Pochodzi od kuli. 
Ali nerwowo przełknęła ślinę. 
– Tak przypuszczałam. Wygląda tak... tak ponuro. 
– Nie wiem, Ali, co chodzi ci po głowie, o co mnie podejrzewasz, wiedz jednak, że nie 

byłem gangsterem. Byłem jedynie młodym, niedoświadczonym policjantem, który wdał się w 
strzelaninę. Miałem diabelne szczęście, że z tego w ogóle wyszedłem. 

W głosie Sama Ali wyczuła jakieś ostrzeżenie. Wiedziała, że powinna przestać zadawać 

pytania. Nie potrafiła jednak się powstrzymać. 

– Naprawdę byłeś policjantem?
– Tak – odrzekł. – Krótko. Zaraz po zwolnieniu z wojska. Kiedy jednak wylizałem się z 

rany po postrzale, zdecydowałem się na mniej ryzykowny sposób zarabiania na życie. 

– Praca w towarzystwie ubezpieczeniowym jest spokojna – stwierdziła Ali. Była ciekawa, 

jak do niego trafił, ale nie odważyła się zapytać. 

background image

– Tylko wtedy, kiedy człowiek się nie przemęcza – odparł. 
– Przyjechałeś tu wypocząć. 
– Tak. Moja praca bywa ciężka, a czasami nudna. 
– I... 
Sam  pocałował  Ali  w  czubek  nosa.  Jej  zachętę  do  dalszych  wyjaśnień  pozostawił  bez 

komentarza. 

– A więc nie powiesz mi nic więcej o sobie. 
– Potem. Teraz nie czas na to. Mam przy sobie w łóżku długonogą, seksowną kobietę. 
– Sam... – Ali nie potrafiła ukryć ciekawości. 
– Jutro ci powiem. Przyrzekam. Jutro dowiesz się wszystkiego o Samie Cantrellu. Teraz 

myślę o czym innym. Obiecałem coś tej długonogiej, seksownej kobiecie, więc muszę się z
tego wywiązać. Co to właściwie było? Możesz mi przypomnieć?

W nikłym świetle padającym od strony saloniku w oczach Sama Ali dojrzała pożądanie. 

Ona też pragnęła go bardzo. 

–  Aha,  już  sobie  przypomniałem  –  szepnął.  –  Miałem  posmakować  twego  ciała. 

Wszędzie. – Pocałował jej usta i powoli, z rozmysłem, przesunął wargi wzdłuż rowka między 
piersiami,  zanim  zacisnął  lekko  zęby  na  wyprężonym  sutku.  –  Tak  jak  myślałem  –
powiedział. 

– Smakuje wybornie. 
Pieścił  Ali  zarówno  wargami,  jak  i  dłońmi.  Całował  wszędzie.  Aż  do  stóp.  Postanowił 

tym razem pieścić ją powoli. 

– Ali – szeptał – moja słodka Ali. Chcę być z tobą, mocno cię kochać. 
Przyciągnęła  Sama  do  siebie  i  pocałowała  w  usta.  Przesunęła  się  pod  nim,  zmieniła 

ułożenie ciała, żeby ułatwić mu wzięcie jej w posiadanie. 

Kiedy  złączyli  ciała,  jeszcze  silniej  przyciągnęła  Sama  do  siebie.  Był  zachwycony.  Ta 

kobieta  okazała  się  wszystkim,  co  kiedykolwiek  sobie  wymarzył.  Spełniała  najśmielsze 
fantazje. 

Poruszali się powoli, jakby nieco sennie. 
– Będę cię tak pieścił do rana – oświadczył Sam z ustami przy policzku AU. 
– Mam nadzieję, że dotrzymasz obietnicy – szepnęła w odpowiedzi. 
Uniosła  pośladki,  zamknęła  oczy  i  poddała  się  wszechogarniającej,  rozkosznej 

pieszczocie. 

Ali  wyszła  spod  prysznica  i  sięgnęła  po  ręcznik.  Wycierała  się  dokładnie  i  powoli. 

Zamyślona, przeżywała ponownie długą noc spędzoną z Samem. Obudziła się rano bez niego, 
w  obcym  otoczeniu.  Po  chwili  jednak  przypomniała  sobie  wszystko.  Usłyszała,  jak  Sam 
pogwizduje  wesoło  w  kuchni,  pobrzękując  naczyniami.  Uśmiechnęła  się  do  siebie  i 
postanowiła do niego dołączyć. Najpierw jednak chciała wziąć prysznic. 

Owinięta ręcznikiem, rzuciła okiem w lustro, w którym odbijała się jej sylwetka.  Wargi 

miała  obrzmiałe  od  pocałunków,  lekko  zapuchnięte  oczy,  a  na  szyi  czerwony  ślad. 
Roześmiała się głośno. Wyglądała dokładnie tak jak kobieta, która spędziła noc w ramionach 

background image

mężczyzny.  Sam  okazał  się  wspaniałym  kochankiem.  Nadzwyczajnym.  Był  przy  tym 
delikatny i czuły. Nawet w ostrym świetle budzącego się nowego dnia Ali ani przez sekundę 
nie miała wyrzutów sumienia z powodu spędzonej z nim nocy. 

Zaczęła rozglądać się za jakimś okryciem. Zajrzała do szafy. Uznała, że Sam nie wygląda 

na  mężczyznę,  który  wozi  ze  sobą  własny  szlafrok.  Musi  więc  wystarczyć  jej  koszula. 
Ściągnęła jedną z najbliższego wieszaka. 

I  właśnie  wtedy  zobaczyła  pistolet.  Wsunięty  do  kabury,  wisiał  w  głębi  szafy. 

Zmartwiała. Ogarnął  ją  nagły strach.  Dlaczego  Sam  ma broń?  Po  co  była  mu  potrzebna  na 
Indigo?  Powoli  zaczęła  odchodzić  tyłem od  szafy.  Zamknęła  drzwi.  Sam  mówił  jej,  że  był 
policjantem,  przypomniała  sobie.  Może  więc  z  tamtych  czasów  zachował  pistolet?  A  może 
wcale nie był w policji? A może... 

Nie  wiedziała,  co  myśleć.  W  każdym  razie  postanowiła  natychmiast  wyjaśnić  całą 

sprawę. Włożyła na siebie koszulę Sama i zapięła guziki. 

Otworzyła drzwi prowadzące do frontowego pokoju, którego okna wychodziły na ocean. 

Na chwilę oślepiły ją ostre promienie porannego słońca, odbijające się w falach. Zaraz potem 
zobaczyła Sama. Z obnażonym torsem, w szortach barwy khaki, stał w kuchennych drzwiach. 
Miał rozradowaną minę. W ręku trzymał miskę. Mieszał w niej jajka. 

– Dzień dobry, śpiochu – wesoło powitał Ali. – Kawa się parzy, omlet właśnie się robi. 

Czeka cię wyśmienite śniadanie – oznajmił z dumą. Popatrzył uważniej na stojącą przed nim 
kobietę. – No, może trochę przesadziłem, ale zapewniam cię, że omlety mojej roboty nadają 
się  do  jedzenia.  –  Dopiero  po  dłuższej  chwili  dotarło  do  niego,  że  Ali  jest  nienaturalnie 
sztywna i milcząca. – Wszystko w porządku? – zapytał. 

– Sama nie wiem – cicho odparła suchymi wargami. Zrobiła krok w stronę kuchni. 
– O co chodzi?
– Pożyczyłam sobie twoją koszulę. 
– Ślicznie w niej wyglądasz. 
– W szafie zobaczyłam broń – dodała szybko. Skinął głową. 
– Nie zamierzałam przeszukiwać ci kątów – zaczęła wyjaśniać. 
– Jestem tego pewien. 
– Chciałam włożyć coś na siebie. – Spostrzegła własne ubranie. Porządnie złożone, leżało 

na krześle. 

– Czemu nosisz broń? – spytała. – Przecież nie jesteś już policjantem. 
Przez  cały  czas  nie  patrzyła  Samowi  w  oczy.  Dopiero  teraz  odważyła  się  podnieść  na 

niego wzrok. To co malowało się na jego obliczu, sprawiło, że serce Ali niemal przestało bić. 
Na twarzy Sama dojrzała smutek, poczucie winy, niepewność, a nawet obawę. 

– O co chodzi? – spytała. Była przestraszona. Wszedł  głębiej do pokoju. Nadal trzymał 

miskę. Zbliżył się do Ali. Nie odrywał wzroku od jej twarzy. 

– Zamierzałem powiedzieć ci wcześniej. Powinienem to zrobić, zanim się kochaliśmy, ale 

nie potrafiłem. Postanowiłem, że dziś wszystko wyjaśnię. Pamiętasz, że obiecałem?

– Tak. Pamiętam – szepnęła. 
– Nie sądziłem, że będzie to takie trudne. 

background image

Ali  powoli  cofała  się  przed  Samem,  podobnie  jak  chwilę  przedtem  odsuwała  się 

przerażona od szafy na widok wiszącego w niej pistoletu. Chwyciła za oparcie krzesła, żeby 
nie stracić równowagi. 

– Mów – powiedziała. Miała suche wargi. 
– Byłem policjantem. Teraz już nie jestem. Jeśli o to chodzi, mówiłem więc prawdę. 
– A reszta? To kłamstwo?
– Ali, nie to co do ciebie czuję. Lecz... 
Poczuła nagle gwałtowny ból serca. Przez chwilę nie mogła oddychać. 
– Jestem prywatnym detektywem – oświadczył. Krew odpłynęła jej z twarzy. 
– Zatrudniła mnie firma, w której pracował twój mąż, po to, żebym odnalazł pieniądze. 
Ali podniosła dłoń do ust, jakby chciała stłumić krzyk. 
– A więc prowadzisz dochodzenie! Przyjechałeś, żeby mnie śledzić. Dlatego się ze mną 

kochałeś. 

Jednym skokiem Sam znalazł się obok Ali. Złapał ją za ramiona i lekko potrząsnął. 
– To nie tak. Musimy porozmawiać. Musisz mnie wysłuchać... 
Wywinęła się z jego rąk i rzuciła w stronę drzwi. Po sekundzie już jej nie było. 
Po krótkiej chwili zastanowienia Sam pobiegł za Ali. Postanowił ją dogonić. Znalazł się 

niedaleko dopiero wtedy, kiedy brzegiem plaży zbliżała się szybko do swego domu. 

– Ali! – zawołał. – Zatrzymaj się, proszę! Musimy porozmawiać!
Nie reagowała. Biegła dalej. Sam przestał wołać i przyspieszył kroku. Wreszcie udało mu 

sieją dogonić. Znalazł się o krok w tyle. Wysunął rękę w przód i złapał za powiewającą połę 
koszuli. 

Ali straciła równowagę. Przewróciła się na piasek. Sam upadł na nią. 

background image

ROZDZIAŁ 6

Sam przytrzymał mocno ręce Ali nad jej głową. Leżąc pod nim, walczyła zacięcie, lecz 

nadaremnie. 

– Wysłuchaj mnie, Ali – prosił. – Do licha, musisz mnie wysłuchać!
–  Miałeś  cały  tydzień,  żeby  powiedzieć,  kim  jesteś.  Teraz  jest  na  to  za  późno!  –  Była 

wściekła. 

– Nie chciałem nic mówić, zanim cię lepiej nie poznam. To proste. 
Spojrzała na Sama. Gdyby wzrok potrafił zabijać, już by go nie było wśród żywych. 
–  A  więc  poznałeś  mnie,  detektywie.  Ostatniej  nocy  miałeś  niezły  ubaw,  kiedy  się 

przekonałeś, jak łatwo to zrobić. 

Ali usiłowała wyrwać się Samowi, lecz trzymał ją mocno. Musiał skłonić tę kobietę, żeby 

go wysłuchała. 

– Nie miałem, jak ty to nazywasz, żadnego ubawu, gdyż ostatniej nocy nie działo się nic 

zabawnego. Gdybym ci wtedy powiedział o sobie, popsułbym nam obojgu całą przyjemność. 
Zamierzałem wyjaśnić wszystko dziś rano. Przecież zanim znalazłaś broń, obiecałem, że dziś 
dowiesz się wszystkiego. Mówiłem szczerze i zamierzałem dotrzymać słowa. 

Ali leżała spokojnie, zmęczona walką, Sam jednak nadal trzymał ją pod sobą. Bał się, że 

mu się wymknie, a on straci szansę wszelkich wyjaśnień. 

– Wynajęła mnie firma inwestycyjna Westfielda, bo chcą odzyskać pieniądze skradzione 

przez Casey’a. To wszystko. 

– Nie mam tych pieniędzy – odparła Ali przez zaciśnięte zęby. 
– W firmie o tym nie wiedzą. Byłaś przecież żoną tego człowieka, więc logika nakazuje 

od  ciebie  zacząć  poszukiwania.  Gdybym  natychmiast  obwieścił  ci,  kim  jestem  i  po  co 
przyjechałem, jeszcze mniej przyjaźnie powitałabyś mnie na wyspie. 

– I dlatego postanowiłeś mówić nieprawdę. 
–  W  moim  zawodzie  ukrywania  tożsamości  w  pewnych  przypadkach  nie  uważam  za 

kłamstwo. 

–  Niemniej  jednak  oszukiwałeś.  –  Rozzłoszczona  Ali  spojrzała  na  Sama.  –  Puść  mnie 

wreszcie. Muszę się podnieść. Twoje kości wbijają mi się w ciało. 

Sam uniósł się nieco. 
– Zostaniemy tutaj, dopóki nie skończę tego, co mam do powiedzenia. Mój przyjazd na 

Indigo  miał  charakter  czysto  zawodowy.  Stanowił  część  zadania,  którego  się  podjąłem. 
Należysz  do  ludzi  ambitnych,  umiejących  ciężko  pracować,  więc  jestem  przekonany,  że 
potrafisz  mnie  zrozumieć.  To  było  duże  zlecenie  od  bardzo  poważnego  klienta.  Dla  mojej 
agencji znaczyło wiele. Mogło nam pomóc uzyskać renomę, przebić się. Dlatego podjąłem się 
tej cholernej roboty. Nie znałem cię wtedy. 

Nic  o  tobie  nie  wiedziałem.  Sądzisz  wiec,  Ali,  że  powinienem  natychmiast  wypaplać 

wszystko  kobiecie,  której  nigdy  przedtem  nie  widziałem  na  oczy?  Nie  zadała  sobie  trudu, 
żeby odpowiedzieć. 

background image

–  Wykorzystałeś  mnie  –  oskarżyła  go.  –  Posłużyłeś  się  moją  rodziną.  Nadużyłeś  jej 

gościnności.  Jesteś  obrzydliwym,  wrednym  facetem,  Samie  Cantrell,  jeśli  tak  się  naprawdę 
nazywasz. 

– To moje prawdziwe nazwisko. Wykonywałem tylko swoją robotę. 
– Jak śmiałeś wkraść się w nasze łaski! Nie jada się przy stole wroga. 
–  Ali,  nie  jesteś  moim  wrogiem,  podobnie  jak  Tiger  i  Gwen.  Bardzo  was  polubiłem. 

Briana także. To świetny dzieciak. 

Sam na chwilę przestał mieć się na baczności. Ali wykorzystała jego nieuwagę i uwolniła 

się  zręcznie.  Cała  była  w  piasku.  Miała  go  we  włosach,  na  twarzy,  a  nawet  w  ustach. 
Wierzchem dłoni otarła wargi. Obszerna  koszula Sama, w którą była ubrana, rozchyliła się, 
odsłaniając zarys piersi.  Ali  myślała tylko o tym, żeby jak  najszybciej  podnieść  się i  uciec. 
Nie przyszło jej nawet do głowy, żeby zapiąć wszystkie guziki. 

Sam  przesunął  się  szybko  i  oplótł  nogami  ciało  Ali.  Usiłowała  się  wysunąć,  lecz  bez 

skutku. Jedną rękę uchwycił silnie w nadgarstku. 

–  Gwen  i  Tiger  zrozumieją,  kiedy  usłyszą  ode  mnie  fakty.  Ty  zrobisz  to  samo  –

oświadczył spokojnie. 

– Już podałeś mi fakty – syknęła Ali. 
– Nie wszystkie. 
–  Wystarczy! – wykrzyknęła. – Moja rodzina też  od razu zrozumie, że jesteś  łajdakiem 

wysokiej klasy. 

–  Pozwól, że  powiem  resztę,  Alicio  Paxton  Bell.  –  Sam  złapał  ją  za  drugi  nadgarstek  i 

spojrzał prosto w oczy. Ich twarze znajdowały się teraz tuż obok siebie. 

– Pamiętaj, że nie przestaniesz być główną podejrzaną, dopóki pieniądze sienie odnajdą. 

Ali,  na  Litość  boską,  przecież  byłaś  żoną  Casey’a!  Jedynym  sposobem  pozbycia  się 
przykrych  wspomnień  i  ewentualnych  oskarżeń  jest  udowodnienie  twej  niewinności.  Jeśli 
odszukamy  pieniądze,  będziesz  mogła  to  zrobić.  Chyba  że  wolisz,  aby  cień  Casey’a 
prześladował cię przez całe życie. – Sam wziął Ali za ramiona i potrząsnął nią lekko. – Czy 
naprawdę  chcesz  zawsze  uciekać  i  ukrywać  się  przed  ludźmi,  nie  stając  twarzą  w  twarz  z 
rzeczywistością, nigdy nie poznając prawdy?

– Znam prawdę. Jestem niewinna. I nie potrzebuję byłego, z bożej łaski policjanta, żeby 

tego dowieść. – Głos Ali był przesycony jadem. 

Dotknęła go do żywego. Sam opuścił ręce. Szybko skorzystała z okazji, wyzwoliła się z 

jego objęć i odsunęła. 

–  Nic  nie  wiem  o  pieniądzach,  które  zabrał  Casey  –  dodała,  jak  krab  odsuwając  się  po 

piasku na czworakach. 

Sam na kolanach podążył w jej kierunku. Oblepieni piaskiem wyglądali jak dwa dzikie, 

zacietrzewione zwierzaki, szykujące się do walki. 

– Nie wiem, gdzie są te pieniądze – powtórzyła Ali. 
– Od początku to mówiłam. Nie wyciągniesz ode mnie niczego innego, bez względu na 

to, ile razy się ze mną prześpisz. 

Sam stracił panowanie.

background image

–  Do  diabła,  czy  ty  nie  rozumiesz,  że  nie  po  to  kochałem  się  z  tobą?  –  wykrzyknął. 

Zgnębiony, usiadł na piasku. – Spotkanie ciebie, bliższe poznanie, kochanie się... Ali, to było 
dla  mnie  coś  naprawdę  wyjątkowego!  I  nie  ma  nic  wspólnego  z  Casey’em  ani  jego 
pieniędzmi. Ali podniosła się. Popatrzyła na Sama z góry, wyniośle. 

– Wszystko dotyczy pieniędzy i zdrady. I nie ma nic wspólnego z kochaniem się. 
Odwróciła  się  i  ruszyła  w  stronę  domu.  Sam  patrzył,  jak  odchodzi.  Nadal  siedział 

nieruchomo na piasku. Jeszcze nigdy w życiu nie czuł się tak fatalnie. 

–  Co  za  łajdak  z  tego  Sama  Cantrella!  –  wykrzyknęła  oburzona  Gwen.  Jej  zazwyczaj 

blada twarz poczerwieniała ze złości. – Jak mógł tak nas oszukać! To niesłychane!

Siedziała na werandzie dużego domu w starym, zielonym fotelu na biegunach. Tiger bujał 

ją  w  fotelu.  Miał  wyjątkowo  poważną  minę.  Ali  siedziała  na  schodach,  oparta  o  kolumnę 
werandy. 

– Okłamał – potwierdziła ponurym tonem. 
–  I  pomyśleć  –  ciągnęła  Gwen,  rzuciwszy  Ali  przepraszające  spojrzenie  –  że  ja  sama 

namawiałam cię do flirtowania, to znaczy do zaprzyjaźnienia się z tym człowiekiem. Dzięki 
Bogu, że miałaś tyle zdrowego rozsądku, żeby nie... – urwała nagle, widząc wyraz twarzy Ali. 

– Gwen, Sam Cantrell  to  profesjonalista. Nabrał  nas wszystkich. – Ali  otworzyła  drzwi 

prowadzące  do  wnętrza  domu  i  poszła  do  kuchni.  Słyszała  Tigera  i  Gwen.  Ożywieni, 
rozmawiali przyciszonymi głosami. 

Ali zapaliła płomień pod naczyniem z kawą. Przez okna obszernej, staroświeckiej kuchni 

wpadały promienie słońca. Od strony podwórza dobiegały głosy Briana i bawiących się z nim 
kolegów, a także było słychać poszczekiwanie psów. Po paru minutach kuchnia wypełniła się 
silnym aromatem kawy. Specjalnej mieszanki, ulubionej przez Tigera. 

Dzień  nie  różnił  się  niczym  od  pozostałych  dni  lata.  Z  tym  jednak,  że  w  życiu  Ali 

stanowił następne trzęsienie ziemi. 

Tiger i Gwen przyszli do kuchni. Zajęli miejsca przy stole. 
– Kawy? – spytała Ali. Zdołała się już opanować. 
Oboje skinęli głowami. Wyciągnęła z szafki trzy filiżanki i nalała kawę. Tiger ostrożnie 

wziął dwie z nich i zaniósł na stół. 

– Skoro już wiemy, dlaczego przyjechał, co chcesz, żebyśmy z nim zrobili? – zwrócił się 

do Ali. 

Stała nadal przy kuchennym blacie. 
– Z nim? – powtórzyła. – Co powiecie na to, aby pociąć faceta na małe kawałki i rzucić 

na pożarcie rekinom?

Podeszła do stołu i usiadła. Gwen dotknęła lekko jej ramienia. 
– Cieszę się, że tak mówisz – powiedziała. 
–  Och,  możemy  wymyślić  jeszcze  inne  rzeczy.  Wystawimy  jego  stopy  na  przynętę  dla 

krabów albo... 

– Podoba mi się ten wisielczy humor – ciągnęła Gwen. – Lepsze to niż twoja poprzednia 

koszmarna depresja związana z Casey’em. 

Ali syknęła przez zęby:

background image

– Piękne dzięki za łaskawe przypomnienie, że zadaję się z łajdakami. Jak widać, mam do 

nich  wyjątkowe  szczęście.  Twoje  słowa  są  dla  mnie  bardzo  pocieszające  –  dodała  z 
widocznym sarkazmem. 

– Och, wcale nie to miałam na myśli – zaprotestowała Gwen. – Chodzi o to, że zdrowiej, 

gdy człowiek się złości, niż gdy popada w depresję. Nie martw się, moja droga. Wymyślimy 
jakiś sposób na pozbycie się pana Cantrella. 

– Mam ochotę ostatecznie wyrównać z nim rachunki – warknęła Ali. 
Tiger pił kawę. Zadumał się. Ali spojrzała na niego. 
– Nie jesteś rozmowny – stwierdziła. Odstawił filiżankę. 
– Uważam, że powinniśmy spokojnie obgadać całą sprawę, zanim rzucimy Sama rekinom 

na pożarcie. 

– Nie stajesz chyba w obronie tego okropnego typa – żachnęła się Gwen. 
– Zbyt pochopnie wyciągasz wnioski. Jako prawnik muszę patrzeć na sprawy z różnych 

punktów widzenia. 

– Fakt – przyznała jego żona. 
–  Wobec  tego  posłuchajcie,  co  mam  do  powiedzenia.  Wynajęto  Sama,  żeby  odnalazł 

pieniądze zabrane przez Casey’a. Na dalszą metę jego detektywistyczne działanie przyniesie 
Ali bezsporne korzyści. Jeśli Sam odzyska pieniądze, jej imię będzie oczyszczone na zawsze. 

– Tutaj pieniędzy nie znajdzie – zdecydowanym głosem stwierdziła Ali. 
– Wiemy, że jest niewinna – odezwała się Gwen. 
– Tak – przyznał Tiger – lecz Sam o tym nie wie. Rozpoczynając dochodzenie, musiał od 

czegoś zacząć, znaleźć jakiś punkt zaczepienia. Przyjazd na Indigo był posunięciem logicznie 
uzasadnionym. 

Identycznie rozumował Sam. Na to wspomnienie Ali aż skręciła się ze złości. 
– Sądzę, że on już zdaje sobie sprawę z tego, iż Ali jest niewinna. Czemu więc przyznał 

się do tego, po co przyjechał i w jakim charakterze?

Ali zacisnęła wargi. Postanowiła nie pisnąć ani słowa na temat nocy spędzonej z Samem. 
– Czyżby przypuszczał, że go rozszyfrowaliśmy? – zgadywała Gwen. 
–  Może  masz  rację  –  dodał  Tiger.  –  AU,  spróbuj  potraktować  przyjazd  Sama  nie  jako 

dopust boży, lecz jako sprzyjającą okoliczność. 

– Nie mogę – mruknęła. 
– Posłuchaj, on jest z pewnością świetnym detektywem. Musi mieć dobrą markę. Jestem 

tego  pewien.  W  przeciwnym  razie  Westfield  by  go  nie  wynajął.  To  bardzo  profesjonalna  i 
poważna firma. Dochodzenie doprowadziło Sama do ciebie. 

–  Tiger, ale  na  mnie kończy się  jego  ślad.  Przyjeżdżając tutaj,  zabrnął w  ślepą  uliczkę. 

Dobrze wiesz – powiedziała Ali. 

– Nie bądź tego tak bardzo pewna. Kto wie, może uda się Samowi pobudzić twoją pamięć 

i przypomnisz sobie jakiś znaczący fakt?

– Tiger, chyba nie chcesz, żeby Ali działała ręka w rękę z tym facetem? – wtrąciła Gwen. 
– Moje panie, tylko spokój może nas uratować. Proponuję, abyśmy jeszcze nie pozbywali 

się Sama z Indigo. Może okaże się pomocny. 

background image

– Phi... – prychnęła z niedowierzaniem Ali. 
– Wykorzystał cię. Teraz my posłużymy się nim. Trzeba raz na zawsze wyjaśnić sprawę 

Casey’a. 

– Zaczynam rozumieć, o co ci chodzi – odezwała się Gwen. – Może Sam będzie w stanie 

pomóc Ali. 

– I ty też jesteś przeciw mnie?
–  Uspokój  się.  Tiger  ma  chyba  rację.  Nasz  detektyw  może  okazać  się  dla  ciebie 

prawdziwym dobrodziejem. 

– Raczej wilkiem w owczej skórze. 
– Ali, bardzo cię proszę, przemyśl całą tę sprawę – zaproponował Tiger. – Jeśli zechcesz, 

żebyśmy się go pozbyli, wystarczy, że o tym powiesz, a Sam Cantrell przejdzie do historii. 

Zaambarasowana Ali zagryzła wargę. Miała ogromny żal do Sama, lecz wypowiedziane 

przez niego słowa utkwiły jej głęboko w pamięci. Zamyślona, przyznała:

– Mówił, że jedynym sposobem na uwolnienie się od cienia Casey’a jest dowiedzenie mej 

niewinności. Gdyby udało się odnaleźć pieniądze, byłabym czysta. 

– On ma rację – stwierdził Tiger. 
– Czuję się okropnie – dodała Ali. 
– Kochanie – zwróciła się do niej Gwen – jeśli Sam Cantrell, ten wstrętny krętacz, uwolni 

cię od koszmaru, który przeżywasz, to chyba gra warta świeczki. Zdecyduj się. Życie jest zbyt 
krótkie na to, żeby tylko czekać i patrzeć, jak przemija – dodała sentencjonalnie. 

Kiedy tylko Ali zatrzymała samochód przed domem, od razu zobaczyła Sama. Siedział na 

schodkach  prowadzących  do  tylnej  werandy.  Nie  zawahała  się  ani  na  chwilę.  Równym  i 
zdecydowanym krokiem przemierzyła podwórko. Sam wstał i wyciągnął rękę, żeby dotknąć 
jej ramienia, kiedy znalazła się na schodkach. 

– Widzę, że zmądrzałeś i włożyłeś sandały, aby nie pokłuć nóg – powiedziała. 
– Ali, muszę z tobą porozmawiać. 
– Ja też mam do ciebie sprawę – oznajmiła. Zdezorientowany spokojnym zachowaniem 

Ali, wszedł za nią do kuchni. Otworzyła lodówkę i wyciągnęła z niej butelkę białego wina. 
Napełniła kieliszek i spojrzała na Sama. 

– Masz ochotę się napić?
– Tak. Chętnie. 
Może wino ułatwi rozmowę, pomyślał. 
– Przejdźmy do saloniku – zaproponowała tonem nie znoszącym sprzeciwu. 
Sam  poszedł  za  Ali,  zastanawiając  się,  co  teraz  nastąpi.  Spodziewał  się,  że  będzie 

lodowata  i  wroga.  Nie  zachowywała  się  przyjacielsko,  lecz  przynajmniej  była 
komunikatywna. Rozmawiała. Był to dobry znak. Usiadł i czekał. 

– Rozmawiałam o tobie z Gwen i Tigerem – oznajmiła. 
Jęknął w głębi duszy, lecz udało mu się zachować kamienną twarz. 
– Czy zamierzają mnie zlinczować? – zapytał. 
–  Jeśli  tego  zażądam  –  odparła  bez  chwili  namysłu.  Teatralnym  gestem  Sam  udał,  że 

background image

przeraził go lodowaty ton w głosie Ali, lecz ona nawet się nie uśmiechnęła. 

– Tiger, który był i nadal jest jednym z najlepszych prawników w całym naszym stanie, 

dał mi jedną radę – mówiła dalej. 

Sam wypił łyk wina i czekał. 
–  Zwrócił  uwagę  na  to,  że  mimo  oszustw  i  kłamstw,  którymi  nas  uraczyłeś,  możesz 

okazać się pomocny. 

– Masz na myśli odszukanie pieniędzy?
– Tak. 
– Mówiłem ci to rano. 
– Właściwy sens tych słów dotarł do mnie dopiero teraz. 
– Kiedy Tiger poparł to, co zaproponowałem?
–  Tak.  –  Ali  upiła  łyk  wina.  –  Dopóki  nie  znajdzie  się  pieniędzy,  dopóty  ludzie  będą 

mogli  bezkarnie  mnie  szkalować.  Postanowiłam,  że  spróbuję  pomóc  ci  w  dochodzeniu. 
Upłynęło już sporo czasu, więc nabrałam dystansu, a to może ułatwić spokojne zanalizowanie 
pewnych faktów. Cały ten koszmar z Casey’em chcę mieć wreszcie poza sobą. Na zawsze. 

Sam odetchnął z ulgą. A więc nie wszystko stracone, pomyślał. Nie zaprzepaścił sprawy, 

a być może także nie przegrał z Ali. 

Ona tymczasem mówiła dalej:
– Jeśli odnajdziemy pieniądze, chcę zostać uznana za niewinną. 
W sposobie sformułowania przez nią tej myśli było coś, co zaniepokoiło Sama. Wyczuła 

jego wahanie. 

– Uważasz, że jestem winna? – spytała. 
– Zależy mi tylko na ujawnieniu prawdy. Wykryciu, co naprawdę się wydarzyło. Na tym 

polega zadanie, które otrzymałem do wykonania. Dlatego tu przyjechałem. 

– A więc się dogadaliśmy – stwierdziła Ali. 
– Oprócz sprawy Casey’a jest jeszcze inna. Dotycząca dzisiejszej nocy i... nas – odezwał 

się Sam.

Potrząsnęła przecząco głową. 
– Detektywie, jesteś w błędzie. Nie ma niczego takiego jak „my”. Nie ma Sama i Ali. A 

co do wydarzeń ostatniej nocy, to zapomnijmy, że w ogóle miały miejsce. – Głos Ali załamał 
się lekko, lecz szybko nad nim zapanowała. – Oboje popełniliśmy błąd. Będzie najlepiej, jeśli 
zrzucimy winę na pełnię księżyca. 

– Błąd? Po tej nocy pozostało mi zupełnie inne wrażenie – zaoponował Sam. 
– Wobec tego mamy odmienne wspomnienia. 
– Ali, nie podoba mi się sposób, w jaki o tym mówisz. 
– Słuchaj, nie zamierzam rozmawiać na ten temat ani tym bardziej przypominać sobie, że 

zachowałam się jak ostatnia idiotka. 

– Proszę. – Wyciągnął dłoń i położył delikatnie na kolanie Ali. 
Odsunęła  się  szybko.  Sam  podniósł  się  i  stanął  obok  krzesła,  na  którym  siedziała. 

Popatrzył na nią wymownie.  Nawet się nie poruszyła. Nie  dała poznać po sobie, jak na nią 
działa bliskość Sama. 

background image

– Ali, jest coś, co nadal nas łączy. Nie możesz zaprzeczyć – powiedział cichym głosem. 
– Mnie nic nie łączy – odparła, nie spoglądając w jego stronę. – Co się stało, to się nie 

odstanie. Na tym kończy się cała sprawa. 

– Nie potrafię zapomnieć. 
Ali podniosła wzrok i kącikiem ust uśmiechnęła się krzywo. 
– Kto to mówi? – spytała szyderczo. – Przecież sam proponowałeś nie wracać do tego, co 

było. 

Zacisnął zęby. Ta kobieta zaczynała nim manipulować, a tego nie znosił. Odsunął się od 

niej. Znów usiadł na krześle. 

–  Przyjechałeś  tu  tylko  po  to,  żeby  prowadzić  dochodzenie  –  przypomniała.  –  Sam  to 

powiedziałeś. 

Przypierała go do muru. 
– Wiem, na czym stoję – ciągnęła niewzruszenie. – A jeśli ty nie wiesz, to może lepiej, 

abyś wracał do Atlanty. 

– Masz do czynienia z profesjonalistą – przypomniał zirytowany. – Jeśli  sobie życzysz, 

żeby łączyły nas tylko interesy, to nie mam nic przeciwko temu. Bardzo proszę. 

Przez  chwilę  Ali  patrzyła  podejrzliwie  na  Sama.  Trudno  było  mu  wierzyć.  Wreszcie 

wzruszyła ramionami. 

–  Twoje  słowo  to  niewiele  –  odparła  znużonym  głosem.  –  Nie  jesteś  człowiekiem, 

któremu można zaufać. 

– Sobie też nie dowierzała, lecz z całej sytuacji zamierzała wyjść obronną ręką. – No cóż, 

twoja obietnica musi mi jednak wystarczyć. A więc od czego zaczynamy?

Przypomniał sobie kartonowe pudło, które widział, myszkując po gościnnym pokoju. 
– Czy masz jakieś rzeczy, które należały do Casey’a?
– zapytał. – Mam na myśli listy lub notatki, które mogłyby posłużyć nam za wskazówkę 

co do jego zamierzeń. 

– Poliqa przeszukała wszystko, co znajdowało się w domu – odparła Ali. 
– Przywiozłaś tutaj jakieś papiery Casey’a z Atlanty?
–  Tak.  Sama  nie  wiem  dlaczego.  Może  sądziłam,  że  kiedyś  je  przejrzę,  kiedy  nabiorę 

dystansu do całej sprawy. Też chodziło mi chyba po głowie, że w rzeczach Casey’a natrafię 
na jakiś ślad. 

–  Wobec  tego  poszukamy  razem.  –  Głos  Sama  brzmiał  pewnie,  co  poprawiło 

samopoczucie Ali. Nadal jednak była wytrącona z równowagi. Zbyt wiele działo się naraz. A 
jej uczucia do tego mężczyzny zdążyły już przejść przez diametralnie różne stadia. Niepokój, 
pożądanie, a w końcu złość. 

Teraz  Ali  musiała  trzymać  na  wodzy  swoje  emocje.  Znów  czekały  ją  przykre  chwile. 

Powrót do przeszłości. 

– To może być trudne zadanie – ostrzegł Sam. 
Musiał dojrzeć niepokój w oczach Ali. Wzięła się w garść. 
–  W  gościnnym  pokoju  stoi  kartonowe  pudło  z  rzeczami  Casey’a  –  oświadczyła.  –

Proponuję tam zacząć poszukiwania. 

background image

Ali siedziała na krześle, popijając wino, podczas gdy Sam wyciągał rzeczy znajdujące się 

w  pudle.  Notatki,  fotografie,  zapiski  jeszcze  z  czasów  college’u,  kondolencje  dla  Ali  od 
rodziny i przyjaciół po śmierci Casey’a. 

– Wiem, że sprawia ci to przykrość – odezwał się po chwili Sam. 
– Nie przejmuj się mną. Jakoś sobie poradzę. – Ali uznała, że to co czuła do Casey’a, nie 

powinno obchodzić detektywa. 

Zabrał  się  do  przeglądania  fotografii.  Na  niektórych  z  nich  widniał  dom  Bellów  w 

Atlancie. Piętrowy, z  cegły, na tle tak  jaskrawozielonego trawnika,  że  aż  wyglądającego na 
sztuczny. Wokół kolistego podjazdu rosły kwitnące azalie. Dom i jego otoczenie emanowały 
elegancją.  Inne fotografie  przedstawiały Casey’a  i  Ali  siedzących  nad basenem,  w ogrodzie 
lub na przyjęciu popijających szampana. Casey był wysokim blondynem. Świetnie ubranym i 
bardzo przystojnym. Na jednym ze zdjęć obejmował Ali władczym gestem. 

– Złoty chłopiec – mruknął Sam. 
–  To  określenie  musiałeś  widzieć  w  prasie.  Tak  nazywali  go  reporterzy.  Casey’owi 

wszystko  przychodziło  z  łatwością  lub  przynajmniej  sprawiało  takie  wrażenie.  W 
rzeczywistości żyliśmy na kredyt. Nic z tego co posiadaliśmy, nie było spłacone. 

– Ale szło mu dobrze. Po jakimś czasie... 
– Po jakim? Casey nie potrafił czekać. Chciał mieć wszystko. I to natychmiast. 
–  W  jaki  sposób  go  poznałaś?  –  zapytał  Sam.  –  A  może  wolisz  nie  rozmawiać  na  ten 

temat?

– Poznaliśmy się na przyjęciu. Na pierwszym roku studiów. 
Ali opowiadała o czasach studenckich, a Sam przeglądał zawartość pudła. 
– Czy jako młody chłopak Casey wyróżniał się czymś szczególnym?
–  Och,  tak.  Miał  charyzmę  –  powoli  powiedziała  Ali.  –  Dopiero  gdy  go  poznałam, 

zrozumiałam  znaczenie  tego  określenia.  Casey’a  otaczała  aura.  Należał  do  najlepszych 
stowarzyszeń i prestiżowych klubów. 

– Czy dobrze się uczył?
– Nigdy nie miał czasu na studiowanie, ale radził sobie całkiem nieźle. Nie zdziwiłabym 

się,  gdyby  ktoś  mi  powiedział,  że  przyjaciele  pisali  za  Casey’a  prace  z  tych  przedmiotów, 
które dla niego były mało istotne z punktu widzenia zamierzonej kariery zawodowej. 

Ali podeszła do okna i popatrzyła na morze. 
–  Casey  zaplanował  nasze  życie  w  najdrobniejszych  szczegółach.  Przyjazd  do  Atlanty, 

wybór pracy, zakup eleganckiego domu, pozyskanie ustosunkowanych przyjaciół, a w dalszej 
przyszłości założenie rodziny. 

Sam dotarł  już prawie  do  dna  kartonowego pudła.  W  ciągu dwóch  godzin  przeglądania 

jego zawartości i dzięki komentarzom Ali dowiedział się sporo o Casey’u Bellu. Nie znalazł 
jednak niczego, co rzuciłoby jakiekolwiek światło na sprawę zaginionych pieniędzy. 

– Co to jest? – zapytał, wyciągając jakąś książkę. 
– Aha, już widzę. Biblia. Nie przypuszczałem, że Casey był człowiekiem religijnym. 
– Tę Biblię dostał w dzieciństwie – wyjaśniła Ali. 

background image

– Masz rację. Nie był religijny, ale lubił wszelkie ceremonie, monumentalną architekturę i 

pompę  towarzyszącą  kościelnym  uroczystościom.  Podczas  podróży  zawsze  zwiedzaliśmy 
obiekty sztuki sakralnej. 

Ali wyjęła Biblię z rąk Sama. 
– Nie mam pojęcia, dlaczego ją zatrzymałam – mówiła dalej. – Może dlatego że nie było 

komu  jej  dać”.  Casey  nie  miał  żadnych  krewnych.  Oprócz  matki.  Mieszka  w  Arizonie  w 
domu starców i nie chce, żeby ktokolwiek przypominał jej o synu. 

– A co stało się z waszymi innymi rzeczami?
– Masz na myśli dom, samochody, meble? Sprzedałam wszystko, żeby spłacić długi. Po 

Casey’u pozostało tylko to pudło. 

Sam wziął znów do ręki Biblię i zaczął przerzucać kartki. Na podłogę wypadł jakiś list. 

Podniósł go i zwrócił się do Ali:

– Mogę przeczytać? Wzruszyła ramionami. 
– Jesteś detektywem, więc chyba możesz. Rozłożył kartkę papieru i spojrzał na datę. 
– Trzynasty  grudnia. Ali,  Casey napisał  ten list  sześć dni  po swoim  zniknięciu.  Wtedy, 

kiedy jeszcze ukrywał się na Santa Luisa. – Sama ogarnęło podniecenie. 

– List długo leżał nie otwierany – wyjaśniła Ali. – Czekał na mnie, kiedy przyjechałam na 

Indigo. Casey wysłał go pod adresem Przypraw Życia. 

– A więc nigdy nie był w Atlancie?
– Masz na myśli list? Oczywiście, że nie. Przeczyta łam go dopiero parę tygodni później. 

Po pogrzebie. 

– Skąd Casey wiedział, że pojedziesz na Indigo?
– W głosie Sama przebijał sceptycyzm. 
– Bo znał mnie dobrze. Wiedział, że po tym co się stanie, ucieknę na wyspę. I tutaj będę 

szukała schronienia przed reporterami. Prawdę mówiąc, zupełnie zapomniałam o tym liście. 

Sam obracał go w dłoniach, nadal nie czytając. Obejrzał resztę rzeczy w pudle. 
– Nie ma koperty – oznajmił. 
– Oddałam znaczki Brianowi. Wyciął je, a kopertę wyrzuciłam. Nie było na niej żadnego 

adresu zwrotnego. Moje nazwisko napisano drukowanymi literami. Gwen nie zwróciła uwagi 
na ten list i dołączyła go do pliku kondolencji, które dla mnie zachowała. 

– Wyrzuciłaś kopertę, zanim pokazałaś list policji, czy przedtem? – spytał Sam. 
– Nigdy nie pokazywałam go policji – odparła powoli Ali. 
– Nigdy? – powtórzył zaskoczony. – Dlaczego?
–  Casey  już  nie  żył,  a  to  był  list  osobisty.  A  przede  wszystkim  dlatego,  że  już  nie 

potrafiłam więcej znieść. 

– Opadła ciężko na krzesło. – Zrozum, Sam, byłam wykończona. 
Popatrzył w zamyśleniu na list, a po chwili przeniósł wzrok na Ali. 
– Czytaj – poleciła. – Nic tam nie ma na temat pieniędzy. Gdybym cokolwiek znalazła, 

zawiadomiłabym natychmiast policję. To chyba oczywiste. No, czytaj wreszcie. Przekonaj się 
sam. 

W miarę czytania listu podejrzenia Sama rosły. 

background image

Tekst był długi i zawiły. W pierwszej części listu Casey wyznawał Ali swą miłość. 
Sam zaczął czytać na głos najbardziej interesujące fragmenty tekstu:
„Wiem,  że  się  uda.  Będziemy  znów  razem.  Liczę  na  to.  Nie  chciałem,  żeby  sprawy 

przyjęły taki obrót, ale wszystko dobrze się ułoży. Rozpoczniemy nowe życie. Bez ciebie nie 
miałoby sensu. Będziemy mieli wszystko, czego zapragniemy”. 

Sam podniósł wzrok i popatrzył uważnie na Ali. 
– Casey wiedział, że do niego pojedziesz i będziecie razem?
Ali ze smutkiem potrząsnęła głową. 
–  Za  późno  przekonałam  się,  że  mój  mąż  był  egoistą.  Co  gorsza,  nie  potrafił  odróżnić 

dobra od zła. Uważał, że to co robi, jest słuszne. Sądził, że ja oceniam tak samo. Był pewny, 
że  do  niego  pojadę  i  uciekniemy  na  drugi  koniec  świata.  Zmienimy  nazwisko,  a  potem 
będziemy żyli długo i szczęśliwie. 

– Wspominał o swych planach? Wymienił nazwisko, którym posłuży się na Santa Luisa?
W oczach Ali zabłysły gniewne ogniki. 
–  Mówiłam ci,  że  nic  nie  wiem!  –  Zamilkła na  chwilę.  –  Skąd dowiedziałeś  się  o  jego 

fałszywym nazwisku? – spytała podejrzliwie. 

– Wymieniano je we wszystkich gazetach. Allen Riley. Czy coś ci mówi?
–  Nie,  nic.  Oświadczyłam  to  policji,  o  czym  powinieneś  wiedzieć,  bo  pisano  w  całej 

prasie  –  odcięła  się  Samowi.  –  Daj  mi  spokój,  jestem  już  zmęczona  tymi  pytaniami.  –  Ali 
opadła znużona na oparcie krzesła. 

– Twoje wyjaśnienia są potrzebne po to, żebym mógł właściwie zinterpretować ten list. 

Stanowi dziwną mieszaninę. Jest czymś w rodzaju pamiętnika z podróży – Casey pisze, gdzie 
był, co robił i co jadł – przeplatanego wyznaniami miłosnymi pod twoim adresem. 

–  To  jedyny  list,  jaki  kiedykolwiek  do  mnie  napisał  –  oznajmiła  Ali.  –  Nie  dysponuję 

więc żadną skalą porównawczą. Przyznaję, list jest dziwny. Brzmi tak, jakby Casey planował 
powrót na Santa Luisa i zamierzał rozpocząć tam wraz ze mną nowe życie. 

– Tak – potwierdził Sam. – Czy rozmawiałaś z nim o takiej możliwości?
– Do diabła, mam dość oskarżeń! Nigdy przedtem nawet nie słyszałam o istnieniu Santa 

Luisa! Ile razy mam to powtarzać?

Sam przypomniał sobie uwagę usłyszaną u Mallorych, dotyczącą kontaktów handlowych 

z  firmą  na  wyspach  Windward,  i  własny  telefon  do  Jerry’ego.  Jeśli  Ali  mówi  nieprawdę, 
szybko wyjdzie to na jaw. 

Wstał  i  zaczął  rozcierać  uda  ścierpnięte  od  długotrwałego  siedzenia  w  niewygodnej 

pozycji na podłodze. 

– Uważam, że list stanowi istotny ślad. Najważniejszy, jakim dysponujemy. 
– Wątpię – odrzekła Ali. – Nie ma tu nawet wzmianki o pieniądzach. 
– Jestem jednak głęboko przekonany, że jeśli tam pojedziemy, dowiemy się, co się stało. 

Musimy podążyć śladami Casey’a. Ty i ja jesteśmy jedynymi ludźmi, którzy znają ten list. –
W głosie Sama przebijało podniecenie. Klucz do całej sprawy tkwił w treści listu, o którym 
nikt nie wiedział. Sam był teraz zadowolony, że Ali nie pokazała go nikomu. Nawet policji. 

– Nigdzie z tobą nie pojadę – oznajmiła. 

background image

– Wobec tego pojadę sam. 
– Ile płacą ci u Westfielda? Pytanie to zaskoczyło Sama. 
–  Dostatecznie  –  odparł  wymijająco.  –  Otrzymam  więcej,  jeżeli  odnajdę  pieniądze.  A 

czemu pytasz?

Spojrzenie, którym obrzuciła go Ali, było zimne i nieprzyjazne. 
– Dostaniesz mniej, niż gdybyś znalazł pieniądze na własną rękę i zapomniał do tego się 

przyznać. 

– Tak bym nie postąpił. 
–  Dlaczego  mam  ci  ufać?  –  zapytała  z  goryczą.  –  Mam  wierzyć  mężczyźnie,  który 

oszukuje?

–  Skłamałem,  to  fakt.  Podałem  nieprawdziwy  powód  przyjazdu  na  wyspę,  ale  jestem 

uczciwym człowiekiem – odparł. Słowa Ali ugodziły go do żywego. 

Nie  była  wcale  przekonana  co  do  prawdziwości  twierdzenia  Sama.  Świadczył  o  tym 

wyraźnie wyraz jej twarzy. 

– Posłużysz się listem, znajdziesz pieniądze i znikniesz jak kamfora, a ja zostanę z tym, 

na czym stoję – rzuciła oskarżycielskim tonem. 

Podszedł  do  Ali  i  pochylił  się  nad  nią.  Oparł  dłonie  na  poręczach  krzesła,  na  którym 

siedziała. Spojrzał jej głęboko w oczy. 

– Proponuję, żebyś ze mną pojechała – powiedział z lekkim uśmiechem. 
Czując na sobie uważne spojrzenie Sama, Ali poruszyła się niespokojnie. 
– Jeśli pojedziesz, będziesz miała na oku detektywa, do którego masz tak mało zaufania –

dodał. Wyprostował zgięte plecy. 

– Chciałabym, żeby to wszystko wreszcie się skończyło. Ale dopóki tu węszysz, dopóty 

nie będę miała chwili spokoju. – Ali westchnęła głęboko. 

– Nie ja jestem przyczyną twoich kłopotów – przypomniał Sam. – Załatwię rezerwację na 

samolot, zamówię hotel. 

Podniosła rękę. 
–  Jeszcze  nie  zgodziłam  się  na  ten  wyjazd.  Muszę  najpierw  porozmawiać  z  Hgerem  i 

Gwen. 

– Jasne, lecz mogę już przecież zacząć załatwiać sprawy związane z podróżą. W hotelu, 

oczywiście, zamówię osobne pokoje – dodał, widząc niechętne spojrzenie Ali. 

–  A  co  powiesz  także  na  osobne  samoloty?  –  Wzięła list  od  Sama.  –  Pozwól,  że  ja  go 

zachowam. Oddam ci tylko wtedy, kiedy zdecyduję się na wspólny wyjazd. 

background image

ROZDZIAŁ 7

– Czy zamierzasz nauczyć się na pamięć treści tego przewodnika? – z lekką ironią zapytał 

Sam. 

Ali spojrzała na niego wzrokiem pełnym pogardy. 
–  Przynajmniej  jedno  z  nas  powinno  coś  wiedzieć  o  Santa  Luisa  –  odparła  cierpkim 

tonem. Przesunęła okulary nad czoło. 

– Czytałaś przez całą drogę. Słowa te brzmiały jak wyrzut. 
Ali  zamknęła przewodnik  i  włożyła  do  torby.  Sam  miał  rację.  Jeszcze  przed  wyjazdem 

powzięła  mocne  postanowienie  ignorowania  jego  obecności.  Znajdował  się  obok,  w 
lotniczym fotelu. Stanowczo zbyt blisko. Ich ramiona ciągle się stykały. Uda ocierały. Ali nie 
mogła  temu  zaradzić.  Siedziała  jak  na  szpilkach.  Zbyt  dobrze  utkwiła  jej  w  pamięci  noc 
spędzona  z  tym  mężczyzną.  Od  samego  początku  wiedziała,  że  podróż  na  Santa  Luisa  w 
towarzystwie Sama nie będzie łatwa. Mimo wszystko powinna postarać sieją uprzyjemnić. 

– A więc – zaczęła Ali, przeciągając się w fotelu i jeszcze bardziej odsuwając od Sama –

czego się dowiedziałeś o celu naszej podróży?

–  Są  tam  ładne  plaże,  dobre  hotele,  bezcłowe  sklepy.  I  muszkatołowce  – wyrecytował 

jednym tchem. 

– Korzenne?
– Tak. Ali, czy prowadzicie interesy z jakąś firmą na Santa Luisa?
– Nie. Powiedziałabym przecież, gdybyśmy mieli  jakieś kontakty. Tiger  dał mi zadanie 

bojowe. Poprosił, żebym na Santa Luisa zbadała źródła ewentualnych dostaw kwiatu i gałki 
muszkatołowej. – W oczach Sama Ali dojrzała błysk zainteresowania. – Tak więc będę miała 
robotę. Mam nadzieję, że uda mi się zakontraktować przyzwoite ilości. 

–  A  więc  zamierzasz  szukać  tutaj  nowego  dostawcy  dla  waszej  firmy,  podczas  gdy 

wspólnie będziemy podążać śladami Casey’a? To interesujące – skomentował Sam. 

–  Co  w  tym  dziwnego?  Nie  ma  żadnego  powodu,  abym  nie  wykorzystała  tej  podróży 

także dla dobra firmy – odparła Ali. Wzruszyła ramionami i zaczęła wyglądać przez okno. Na 
tle turkusowego Morza Karaibskiego ujrzała zielone wyspy, okolone białymi, piaszczystymi 
plażami. Lot miał się ku końcowi. Serce Ali zaczęło bić żywiej. 

Kątem  oka  Sam  obserwował  swą  towarzyszkę.  Zastanawiały  go  ewentualne  kontakty 

między Przyprawami Życia a jakąś firmą na Santa Luisa. Ali do niczego się nie przyznała, nie 
miał jednak pewności, czy mówiła prawdę.  Wcześniej czy później sam się o tym przekona. 
Zacznie od razu prowadzić swoje dochodzenie i gdzieś na szlaku, podążając śladami Caseya, 
zetknie się z Ali, idącą własnymi drogami. 

– Jestem zdziwiony, że zdecydowałaś się lecieć ze mną – oznajmił po chwili. 
– Ja też – mruknęła. 
– Sądzę, że Tiger i Gwen uznali to za dobry pomysł. 
– Sama powzięłam decyzję. Gwen stwierdziła, że ostatnio dała mi zbyt wiele złych rad, 

więc  na  tym  poprzestanie.  Tiger,  jak  przystało  na  prawnika,  zrobił  wykład.  Wyniszczył 

background image

wszystkie za i przeciw. – AU uśmiechnęła się lekko. – No i oczywiście sprawdził ciebie. 

– Specjalnie mnie to nie dziwi – mruknął Sam. 
– Ma kontakty w Atlancie. Postanowił ustalić, dlaczego Westfield wynajął właśnie ciebie. 
– Westfield nie wiedział, co robi – skomentował z wisielczym humorem Sam. 
– Tiger zdobył też informacje o firmie Cantrella i Greenberga – ciągnęła Ali. 
– Greenfielda – poprawił Sam. 
–  I  dowiedział  się,  że  jest  to  mała,  lecz  szacowna  i  dobrze  prosperująca  agencja 

detektywistyczna. 

– Idzie nam nieźle – przyznał Sam. 
–  A  potem  Tiger  rozmawiał  ze  starym  znajomym,  pracującym  w  tamtejszej  policji  –

mówiła dalej AU. 

Sam leniwie przeciągnął się w fotelu i rozluźnił jeszcze bardziej. 
– Mam u nich dobrą reputację. 
– Na to wygląda. Kiedy opuszczałeś pracę w policji, dali ci nawet jakiś medal. 
– Dziwi cię to?
AU nie bardzo wiedziała, co odpowiedzieć. Wszystko, co dotyczyło Sama, było dla niej 

zaskakujące. 

–  Nie  chcesz  mówić,  to  nie.  Wobec  tego  pogadajmy  o  tobie.  Dlaczego  się  ze  mną 

wybrałaś?

Ali zastanawiała się chwilę nad odpowiedzią. 
–  Były  po  temu  dwa  powody.  A  nawet  trzy  –  poprawiła  się  szybko.  –  Po  pierwsze, 

postanowiłam się przekonać, czy list Casey’a naprowadzi nas na właściwy ślad i cała sprawa 
wreszcie się zakończy. Po drugie, chciałam załatwić kontrakty dla Przypraw Życia. 

– Zamierzasz więc spełnić życzenie Tigera?
– Tak. 
– A trzeci powód?
– Zdecydowałam się mieć cię na oku. Zamyślony Sam potarł podbródek. Zanosiło się na 

interesującą  podróż.  Pragnął  z  całego  serca  zawierzyć  Ali,  lecz  tkwiąca  w  nim  dusza 
policjanta nakazywała daleko idącą ostrożność. Wyglądało na to, że oboje mieli w stosunku 
do siebie podobne wątpliwości. Nie ufali sobie. 

Sam  otworzył  drzwi  i  wyszedł  na  balkon.  Skośne  promienie  popołudniowego  słońca 

przebijały się przez liście palm kokosowych i odbijały w wodzie basenu. Jacaranda Inn, hotel, 
w którym się zatrzymali, znajdował się w odległości około trzech kilometrów od głównego, a 
zarazem jedynego miasta na Santa Luisa. 

Przyjął nazwę od drzew jacarandy, których było tu mnóstwo. Okalały hotelowe pawilony. 

Sam żałował – raczej nie ze względu na siebie, lecz na Ali – że nie jest to pora kwitnienia. 
Wiosną  nagie,  bezlistne  jeszcze  gałązki  jacarandy  obsypywały  się  drobniutkim, 
bladoniebieskim kwieciem. Wszędzie sprzedawano kartki pocztowe przedstawiające te piękne 
drzewa. 

Wyspę  Santa  Luisa można by nazwać  rajem  dla  zakochanych, pomyślał  Sam, schodząc 

background image

zewnętrznymi  schodami  do  patia  należącego  do  apartamentu  Ali,  który  znajdował  się  na 
parterze, bezpośrednio pod jego pokojem. 

Nie  było  tu  nikogo. Rozsiadł  się  wygodnie  na  krześle. Postanowił  czekać  na  Ali.  Mieli 

zamiar  ruszyć  niezwłocznie  śladami  Casey’a.  Sam  zdążył  już  spenetrować  cały  hotel.  Nie 
znalazł w nim nic, co mogłoby ich zainteresować. 

Do patia weszła Ali. Przebrała się w jaskrawą, żółto-różową plażową sukienkę. Ściągnęła 

włosy na czubku głowy. Wyglądała uroczo. W jej oczach Sam dojrzał trochę smutku. 

– Ładna – powiedział, mając na myśli Ali. 
– Ładna – potwierdziła, myśląc o pogodzie. – Jest mniej wilgotno niż na Indigo i wieje 

cudowny wiaterek. 

– Aha, i na szczęście jest tu prawie pusto. 
– Chyba na Karaiby przyjeżdża się zimą – stwierdziła Ali. Zajęła krzesło obok Sama. –

Tak  zrobił  Casey.  Tyle  że  jego  pobyt  byłoby  trudno  nazwać  turystycznym  czy 
wypoczynkowym. – W głosie Ali przebijała gorycz. 

– Zajmuję jego pokój – oświadczył Sam. Spojrzała na niego ze zdziwieniem. 
– Tak – potwierdził. – Był wolny, więc go wziąłem. Czy masz coś przeciwko temu?
Wzruszyła ramionami. 
–  Co  spodziewasz  się  znaleźć  w  pokoju  Casey’a?  Pieniądze  ukryte  w  ścianie  lub  pod 

materacem?

–  Nie  dlatego  zająłem  ten  pokój.  Policja  zdążyła  go  przetrząsnąć,  a  ponadto  od  tamtej 

pory upłynęło dużo czasu. 

– A więc dlaczego?
–  Nie  umiem  powiedzieć.  Chcę  poznać  atmosferę,  jaka  otaczała  Casey’a,  wczuć  się  w 

jego położenie. 

– Nie rozumiem, dlaczego wybrał właśnie ten hotel. W czasie świąt Bożego Narodzenia 

musiało przebywać tu mnóstwo turystów. 

– To jest właśnie odpowiedź na twoje pytanie – odrzekł Sam. – Panował ogromny ruch. 

Odbywało  się  wiele  imprez.  Allen  Riley  chciał  zginąć  w  tłumie.  Nadal  nie  wiesz,  czemu 
wybrał właśnie to nazwisko?

–  Zastanawiałam  się  nad  tym  i  nie  doszłam  do  niczego.  Nie  mam  również  pojęcia, 

dlaczego zdecydował się właśnie na tę wyspę. 

Uwaga Ali zabrzmiała tak naturalnie, że aż zaskoczyła Sama. 
– Naprawdę nie domyślasz się dlaczego? – zapytał. Może Ali w końcu się przyzna, że jej 

rodzina  miała  kontakty  na  Santa  Luisa  i  że  Casey  o  nich  wiedział,  a  być  może  nawet  je 
wykorzystał. 

– Nie odparła. 
– Może wybrał tę wyspę ze względu na jej geograficzne położenie – powiedział po chwili 

namysłu. – Leży na samym końcu archipelagu Windward, nie tak znów daleko od Ameryki 
Południowej. Samolotem można stąd dostać się szybko do Montevideo lub Rio de Janeiro. 

– Lub nawet łodzią do wybrzeży Kolumbii. 
–  Tak.  Casey  mógł  opłacić  jakiegoś  miejscowego  rybaka,  żeby  go  tam  zawiózł  –  snuł 

background image

rozważania Sam. Był zadowolony, że Ali dała się wreszcie wciągnąć w rozmowę. 

– Ameryka Południowa – powtórzyła. – Brzmi sensownie. Casey wybrałby kraj, który nie 

ma ze Stanami umowy o ekstradycji. To oczywiste. Przeczekałby tam, aż sprawa przycichnie. 

– A wtedy zamierzał powrócić na Santa Luisa. Z tobą. – Sam przypomniał treść listu. 
– No i tu się znalazłam. W miejscu, w którym zginął. 
– Musi być ci przykro. 
Ali chyba go nie dosłyszała. 
– Mogło to stać się gdzieś tutaj. – Przeniosła wzrok z basenu na turkusowe morze. 
– Pewnie dlatego czujesz się fatalnie. 
– Nie, już zdążyłam odchorować śmierć Casey’a. 
– A więc masz całą sprawę poza sobą? Nic ci już nie doskwiera?
–  Doskwiera.  I  będzie  mnie  męczyć,  dopóki  nie  znajdziemy  pieniędzy.  –  Ali  wzięła 

głęboki oddech. – Powinniśmy rozpocząć nasze dochodzenie. 

– A więc wracamy do listu.  – Sam wyciągnął z  kieszeni plik notatek. –  Coś  niecoś już 

zdziałałem. 

Zdziwiło to Ali, lecz przypomniała sobie szybko, że ma do czynienia z profesjonalistą. 
– Nikt nie zapamiętał Casey’a – oznajmił. – Dopiero po jakimś czasie utożsamiono go z 

Allenem  Rileyem.  –  Sam  postanowił  powiedzieć  więcej.  –  To  fakty  z  raportu  policyjnego. 
Obsługa hotelowa nie była w stanie dorzucić nic ciekawego. Zbyt duży panował tu ruch, żeby 
mogli  zapamiętać  pojedynczego  gościa.  Tak  więc  w  hotelu  Casey  nie  pozostawił  żadnych 
śladów. 

Ali sięgnęła po list. 
–  Musimy  więc  zacząć  szukać  gdzie  indziej  –  stwierdziła.  Śledziła  wzrokiem  kolejne 

wiersze, choć tekst znała niemal na pamięć. – Wspomina restauracje, sklepy, muzeum, a także 
kościół. Od czego zaczniemy?

– Nie spieszmy się. Mamy czas. 
– Sam... 
– Zaufaj mi, Ali. Zanim zaczniemy zajmować się konkretami, musimy najpierw rozejrzeć 

się  po  okolicy,  wczuć  w  atmosferę  tego  miejsca.  Od  tego  zawsze  zaczynam  każdą  tego 
rodzaju pracę. 

– Ale już uporałeś się z hotelem – wytknęła. 
–  Nie  było  tu  wiele  do  roboty.  Sprawdziłem  jedynie  raport  z  oficjalnego  dochodzenia. 

List to zupełnie inna sprawa. Nikt oprócz nas go nie widział. Są w nim wszystkie wskazówki. 

Ali nie miała innego wyboru. 
– Dobrze. Ruszajmy. Wezmę tylko torebkę. – Wstała i spojrzała na Sama. – Czy można 

tu wypożyczyć jakiś samochód?

– Już wynająłem. Czeka na parkingu. Jej towarzysz znów okazał się szybszy. 
– Jesteś profesjonalistą. – Tym razem powiedziała to na głos. 
– Mam nadzieję, że coś to da – odparł skromnie. 

Ali była zadowolona, że Avila okazała się niezbyt rozległa. Sam zaparkował samochód w 

background image

cieniu palmowego drzewa i bez pośpiechu ruszyli w dół głównej ulicy. Szli obok siebie. AU 
usiłowała  się  zrelaksować.  W  istniejących  okolicznościach  nie  było  to  łatwe.  Zaczęła  z 
pamięci recytować fragmenty przewodnika po Santa Luisa:

– Na jednym końcu głównej ulicy mieści się siedziba władz... 
– Wątpię, czy Casey składał im wizytę – wtrącił Sam. 
– Na przeciwległym krańcu znajduje się nabrzeże – mówiła dalej Ali. – To chyba dobre 

miejsce,  żeby,  jak  ty  to  mówisz,  wczuć  się  w  atmosferę.  Postawmy  się  więc  w  położeniu 
Casey’a i postarajmy sobie wyobrazić, co robił i dokąd szedł – zawiesiła głos. 

– Tylko ty możesz to zrobić. Byłaś jego żoną – odezwał się Sam. 
Rzuciła mu nieprzyjazne spojrzenie. 
–  Jasne.  Masz  świętą  rację.  Znakomicie  znałam  Casey’a  –  wycedziła  przez  zaciśnięte 

zęby. 

–  Już  dobrze,  dobrze.  –  Sam  starał  się  złagodzić  powstałe  napięcie.  –  Wobec  tego 

zacznijmy z innej beczki. Co lubił robić? Może w ten sposób trafimy na jakiś ślad. 

–  Lubił  wydawać  pieniądze  –  bez  chwili  namysłu  odparła  Ali.  –  Wcale  nie  żartuję.  To 

było jego hobby. – Obrzuciła spojrzeniem sklepy usytuowane przy głównej ulicy. – Chodźmy 
na zakupy. 

–  Dobrze  –  przystał  Sam.  –  Zostawmy  to  jednak  na  jutro.  Będziemy  pokazywać  jego 

zdjęcie. 

– Sądzisz, że policja tego nie zrobiła?
– Zrobiła, lecz co szkodzi powtórzyć? Mamy nad nią przewagę, bo wiemy, gdzie bywał. 
Doszli  na  sam  koniec  głównej  ulicy i  znaleźli  się  na  nabrzeżu. Ali  wyprzedziła  Sama  i 

zaczęła  przyglądać  się  łodziom  rybackim  przycumowanym  w  porcie.  Ciemnoskóre  kobiety 
sprzedawały  przechodzącym  turystom  banany,  papaje,  figi  i  różne  miejscowe  korzenne 
przyprawy. 

– Pachnie tu świeżą gałką – stwierdziła Ali. – Pochodzi niemal w całości z jednej dużej 

plantacji korzennych muszkatołowców. Umówiłam się na jutro z właścicielem. 

–  Brawo,  Ali.  Ledwie  tu  przybyliśmy,  a  już  dowiedziałaś  się,  kto  jest  głównym 

plantatorem. 

–  To  moja  praca.  Ty  zajmujesz  się  czymś  innym.  Och,  spójrz  na  te  papaje!  Są  takie 

apetyczne. Kupmy je i weźmy do hotelu. Zjemy do śniadania. 

Ali  zaczęła  rozmawiać  z  kobietą  sprzedającą  owoce.  Zanim  Sam  zdążył  wyjąć  portfel, 

zapłaciła za papaje. Ruszyła żywo wzdłuż kramów. Szedł za nią krok w krok. 

– Uważasz, że w hotelu dają za mało owoców? – zagadnął. 
– Lubię wybierać sama. Popatrz tylko na to piękne mango... 
Zanim dotarli do ostatniego straganu, Ali zdążyła nabyć pokaźną ilość owoców. 
– Powinno wystarczyć na jakiś czas – oznajmiła Samowi. 
Spojrzał na zakupy i ogarnął go śmiech. 
– Jak długo zamierzasz zostać na Santa Luisa?
Ali  też  zaczęła  się  śmiać.  Napięta  atmosfera,  panująca  niemal  od  początku  podróży, 

zelżała. 

background image

– Nie zapominaj – przypomniała Ali – że na Indigo nie ma żadnego wyboru. Jemy tylko 

to, co rośnie na wyspie, oraz to, co zechce sprowadzić Loomis. Takich owoców jak tutaj nie 
widziałam od wieków. 

–  Zabawne.  Na  jednej  wyspie  jesteś  niewolnikiem,  a  na  innej  niemal  beztroską,  wolną 

turystką. 

– Nikt tu mnie nie zna. To duża różnica. 
– Ali, pamięć ludzka jest krótka. 
Zatrzymała się w pół kroku i spojrzała surowo na Sama. 
– Zamiast analizować moją osobę, zajmij się sprawą Casey’a i pieniędzy. 
Westchnął. Prysnął dobry nastrój. 
Ali rozłożyła list i zaczęła w nim czegoś szukać. 
–  Już  mam  –  oznajmiła  po  chwili.  Niebieska  Papuga.  Tak.  To  restauracja,  która  tak 

bardzo spodobała się Casey’owi. Chyba wiem, gdzie jest. Niedaleko stąd, przy bocznej ulicy. 

– I w pobliżu kościoła – dodał Sam. 
Najpierw natrafili na kościół. 
–  Pod  wezwaniem  Wszystkich  Świętych.  –  Sam  odczytał  napis  na  mosiężnej  tabliczce 

przybitej do bramy. – Zbudowano go w roku 1770. Jego losy pewnie odzwierciedlają historię 
wyspy. Ali, ty jesteś ekspertem. 

–  Wyspa  Santa  Luisa  została  odkryta  przez  Kolumba  podczas  jednej  z  jego  ostatnich 

wypraw.  Potem  Francuzi  odbili  ją  Hiszpanom,  a  jeszcze  później  Anglicy  pokonali 
Francuzów... 

Sam obserwował mówiącą Ali. Z uniesioną głową przyglądała się kościołowi. Nie mógł 

oderwać wzroku od zgrabnej sylwetki. 

– Sam – upomniała, odwracając się w jego stronę. 
– Tak. Anglicy pokonali Francuzów – powtórzył, chcąc dowieść, że słuchał uważnie. 
– Wreszcie Santa Luisa stała się częścią Wspólnoty Brytyjskiej. Przybysze brytyjskiego 

pochodzenia dołączyli do mieszkających już tu Hiszpanów i Francuzów. W roku 1950 wyspa 
uzyskała niezależność. Ma jednak nadal silne powiązania z Anglią. 

– Piękny i zwięzły wykład, pani profesor – pochwalił Sam. 
Kiedy po schodach pięli się w górę, żeby zwiedzić kościół, Sam zastanawiał się, jakby to 

było,  gdyby  oboje  stanowili  zwykłą  parę,  spędzającą  wakacje.  Cieszyliby  się  widokami  i 
własnym towarzystwem. Poczuł nagłe ukłucie w sercu. Żal. Zaprzepaścił romans z Ali. Mógł 
teraz jedynie wzdychać do nielicznych chwil radości. 

W kościele Ali zatrzymywała się przy figurach świętych i podziwiała stare witraże. Sam 

pozostał przy wejściu. Kiedy obeszła całe wnętrze i wróciła do miejsca, w którym się rozstali, 
zapytała zdziwiona:

– Nie interesuje cię zwiedzanie kościołów?
–  Ciekawi  mnie  teraz  tylko  to,  co  mogło  zainteresować  Casey’a.  Lubił  religijne 

ceremonie,  których  odbywa  się  wiele  podczas  świąt  Bożego  Narodzenia.  Zastanawiam  się 
jednak,  czy  mogła  być  jakaś  inna  przyczyna  jego  wizyty  w  tym  kościele.  W  świętych 
miejscach  przestępcy  szukają  niekiedy  schronienia.  Równie  dobrze  kościół  może  służyć  za 

background image

kryjówkę. 

– Sam... 
– Ali, ja tylko głośno myślę – zastrzegł się szybko. – Zastanówmy się wspólnie, co Casey 

mógł zrobić z tak ogromną sumą. Może dał ją komuś na przechowanie... 

– Mało prawdopodobne. Do nikogo nie miałby zaufania. 
– Oprócz ciebie. 
– Nadal mi nie dowierzasz?
– Nie, już ci mówiłem, że głośno myślę. Mógł także schować pieniądze w bezpiecznym 

miejscu. 

– Na przykład w kościele. 
– Nie przypuszczam. Tutaj bez przerwy kręcą się ludzie. –  W tym momencie usłyszeli, 

jak ktoś zaczyna grać na organach. W głębi kościoła ukazał się ksiądz. Przeżegnał się i ruszył 
w stronę ołtarza. – Nic tu nie da się ukryć – stwierdził Sam. – Chyba że w nocy. 

Wyszli  przez  boczne  drzwi  wprost  do  małego  ogrodu  pełnego  pięknych  tropikalnych 

kwiatów. Ali rzuciła okiem w stronę cmentarnego dziedzińca za kościołem. 

– Może tam... 
– Nie. Kopanie w nocy dziur w ziemi, żeby ukryć skarb, to chyba nie w stylu Casey’a. 

Mam rację?

– Tak. 
– Drogie dzieci, czy mogę być wam w czymś pomocny? – usłyszeli za plecami. 
Odwrócili się i ujrzeli zażywnego, nie pierwszej już młodości księdza. 
– Nie, ojcze. Bardzo dziękujemy – odparła Ali. – Tylko zwiedzamy kościół. 
Ksiądz skłonił się lekko. 
– Witam w parafii kościoła Wszystkich Świętych. Nazywam się Pat Anderson. Jestem tu 

proboszczem. 

Uścisnęli sobie ręce. 
– Ksiądz jest Anglikiem? – spytała Ali. 
– Nie, Irlandczykiem. Przeżyłem okres zdobywania niepodległości i jakoś się ostałem. 
– To piękne miejsce na parafię – oznajmiła Ali. 
– Można by powiedzieć, że rajskie – przytaknął proboszcz. 
Sam wysunął się naprzód. 
–  Prawdę  mówiąc,  proszę  księdza,  jesteśmy  tu  po  to,  żeby  prowadzić  dochodzenie  –

powiedział. 

– Chodzi wam o sprawę Allena Rileya?
– Skąd ksiądz wie?
Stary proboszcz uśmiechnął się lekko. 
–  Na  tej  spokojnej  wyspie  była  to  prawdziwa  sensacja.  Sprawa  dotyczyła  ogromnych 

pieniędzy, połowy miliona dolarów!

Usiedli w trójkę na marmurowej ławce stojącej w ogrodzie. 
– Powiedział ojciec policji wszystko, co wiedział na temat tej sprawy? – zapytał Sam. 
– O nic mnie nie pytali – odparł ksiądz. Zaskoczyło to Ali, lecz nie Sama. 

background image

– Przez długi  czas nie wiedziałem, kim był Allen Riley. Dopiero potem uprzytomniłem 

sobie, że widziałem go w kościele. 

– Ale nie poinformował ksiądz o tym policji? – zapytała Ali. 
– Nie było o czym – odparł Pat Anderson. – Ten człowiek przychodził tu raz czy dwa w 

okresie świąt Bożego Narodzenia. 

– Rozmawiał z księdzem? – spytał Sam. Proboszcz potrząsnął przecząco głową. 
–  Za  każdym  razem  opuszczał  kościół  przed  końcem  mszy.  Nie  był  też  u  spowiedzi. 

Wydaje mi się, że Allenowi Rileyowi po prostu podobały się nasze świąteczne obrzędy. 

– A czy to możliwe, żeby ukrył pieniądze w kościele?
Proboszcz ponownie zaprzeczył ruchem głowy. 
– Nie. Sami widzicie, że zawsze panuje tu ruch. 
– A w nocy?
– Ze względu na złodziejaszków, których na wyspie niestety nie brakuje,  kościół i  cały 

przylegający do niego teren starannie zamykamy. 

Pozostawiwszy kościół za plecami, Ali i Sam kontynuowali wspinaczkę na wzgórze. 
– Możemy chyba uznać, że w kościele Casey nie ukrył pieniędzy – powiedział Sam. 
–  Tak  –  potwierdziła  Ali.  –  Oznacza  to  jednak,  że  ponownie  znaleźliśmy  się  w  ślepej 

uliczce. 

– Nie martw się zawczasu. To dopiero początek. 
– Wątpię, czy w Niebieskiej Papudze znajdziemy coś ciekawego. 
–  W  każdym razie  miejsce to  wygląda interesująco – stwierdził Sam, kiedy znaleźli się 

przed wejściem. 

– Tak powinien wyglądać przyzwoity tropikalny bar – oznajmiła Ali. 
Wnętrze  Niebieskiej Papugi  było  ciemne. Ściany  wyłożono mahoniową boazerią.  Gości 

witała żywa papuga, umieszczona w klatce zawieszonej nad wejściem do restauracji. Gadała 
bez przerwy. Znała chyba tylko same przekleństwa. 

Dwuskrzydłowe  drzwi  prowadziły  do  przytulnego  ogródka.  Na  środku  znajdowała  się 

fontanna.  Sam  i  Ali  wybrali  stolik  umieszczony  wśród  gęstej  zieleni.  Zachodziło  słońce,  a 
powietrze było przesycone odurzającym aromatem tropikalnych kwiatów. 

Zamówili  specjalność  lokalu,  poncz  rumowy,  i  rozsiedli  się  na  wygodnych  krzesłach. 

Rozejrzeli się wokoło. Przy barku stało paru klientów, lecz w ogródku nie było nikogo. Sam i 
Ali mieli go wyłącznie dla siebie. 

– Och, marzyłam o czymś do picia. Praca detektywa budzi okropne pragnienie. Nie wiem, 

po co ci to mówię. Przecież wiesz najlepiej. 

–  Nie  mamy  tu  co  węszyć.  Posiedźmy  i  odpocznijmy  w  tym  urokliwym  otoczeniu  –

zaproponował Sam. 

– Świetnie – zgodziła się Ali. – A więc ani słowa o Casey’u. Wobec tego pogadajmy o 

panie Cantrellu. Czy możesz powiedzieć coś o sobie jako o detektywie?

– Niewiele. 
Zwężonymi oczyma Ali popatrzyła na swego towarzysza. 
– Mam pewną teorię na twój temat – oznajmiła. 

background image

– Hm. – Był zadowolony, że o nim w ogóle myślała, ale zarazem niespokojny. 
– Wybrałeś zawód dla siebie wręcz idealny. 
– Czy to jest ta teoria?
– Tak. Życzysz sobie dalszych wyjaśnień?
– Życzę. 
– Mimo że powiedziałeś, iż byłeś policjantem i jesteś detektywem, nadal o tobie nie wiem 

nic. 

– Och, przecież wiesz... 
– Tak, wiem. Potrafisz być czarujący. 
– To nie jest najlepsza rekomendacja. 
– Jesteś inteligentny. 1, oczywiście, świetnie grasz różne role. 
– To się przydaje – przyznał. 
– Ale nie lubisz mówić o sobie. Wybrałeś więc zawód najbardziej dla ciebie odpowiedni. 
– Nadal nie pojmuję, dlaczego tak sądzisz. 
–  Bo  potrafisz  szpiegować,  podpytywać  i  prowadzić  dochodzenie,  równocześnie 

pozostając w cieniu. 

–  Nie  miałem  pojęcia,  że  tak  łatwo  mnie  rozszyfrować  –  westchnął  z  udawanym 

smutkiem. 

– Oj, trudno. Zabrało mi sporo czasu uzmysłowienie sobie, jak bardzo jesteś tajemniczy. 
Sam upił łyk alkoholu i spojrzał na Ali. 
– Nadal jednak ty zajmujesz pierwsze miejsce w ukrywaniu się. 
– Sam, to był celny strzał, lecz nieco barbarzyński. 
– Och, wcale tego nie chciałem! Ale to prawda. Ostatnie dwa lata spędziłaś w ukryciu. 
Ali zacisnęła wargi. Sam zauważył, że usłyszane słowa głęboko ją dotknęły. Nie męczył 

jej dłużej. 

– Może to się zmieni – dodał lekkim tonem. 
– Jeśli znajdziemy pieniądze. Na razie jednak nic nie zdziałaliśmy – powiedziała Ali. 
– Jesteśmy tu dopiero jeden dzień, a już udało się nam stwierdzić, że pieniędzy nie ma w 

hotelu ani w kościele. 

– Ani w tej restauracji.
–  Przed  wyjściem  pogadam  z  barmanem  i  pokażę  mu  zdjęcie  Casey’a,  ale  chyba  masz 

rację. W Niebieskiej Papudze nie natrafimy na żaden ślad. Skorzystajmy przynajmniej z tego, 
co jest w stanie nam ofiarować. 

– To znaczy?
– Zjedzmy coś smacznego. Zajrzyjmy do karty. 
Godzinę  później,  po  dobrej  i  obfitej  kolacji  zakończonej  deserem  w  postaci  lodów  z 

mango, Ali i Sam obserwowali przy kawie wschodzący księżyc. 

–  Wyśmienite  jedzenie  –  oznajmiła  Ali.  –  Tiger  dałby  wiele  za  przepis  na  tę  rybę. 

Podobały mi się wszystkie egzotyczne potrawy w karcie. 

– Może powinnaś uciąć sobie dłuższą rozmowę z szefem kuchni. 
– Dobry pomysł. A ty zajmij się barmanem. 

background image

– Casey znał się na restauracjach – zauważył Sam. 
–  Tak.  Zawsze  wybierał  to,  co  najlepsze.  Dobre  jedzenie,  wyborne  wino.  W  Adancie 

byliśmy uwielbiani przez szefów sali. Casey obdarowywał całą obsługę obfitymi napiwkami. 

– Miałaś mu to za złe?
Ali otworzyła usta, żeby odpowiedzieć, lecz szybko się zreflektowała. 
–  Koniec  rozmowy  na  mój  temat.  Wiesz  już  wystarczająco  dużo  o  naszym  życiu  w 

Atlancie.  Piękny  dom,  najlepsze  restauracje...  Jakbyśmy  spali  na  pieniądzach  –  dodała  z 
goryczą.  –  Sam,  pomówmy  wreszcie  o  tobie.  Zadajesz  pytania,  lecz  nigdy  na  żadne  nie 
odpowiadasz. 

– Mów, co chcesz wiedzieć – powiedział beztroskim tonem, lecz najeżył się wewnętrznie. 

Miał się na baczności. 

– Gdzie mieszkasz w Atlancie?
– Przy ulicy Gruszkowej. 
– Sympatyczny adres. 
– Dopiero co kupiłem tam segment. Przedtem wynajmowałem umeblowany apartament. 

Ostatnio w agencji szło nam bardzo dobrze, więc... 

– Pójdzie jeszcze lepiej, jeśli odnajdziemy pieniądze. 
– Kiedy je odnajdziemy – poprawił Sam. 
– Bawiło cię meblowanie nowego mieszkania?
–  Oprócz  łóżka,  stołu  i  krzesła  mam  jeszcze  niewiele.  Nie  było  czasu,  żeby  się  tym 

zajmować. 

–  Rozumiem.  Traktujesz  mieszkanie  jako  miejsce  do  spania,  lecz  nie  jak  dom.  Mam 

rację?

– Jesteś cholernie spostrzegawcza, aż za bardzo. Nigdy nie miałem czegoś, co można by 

nazwać domem – dodał powoli. 

Ali zaczynała składać elementy łamigłówki. Miała przed sobą samotnika, który trzymając 

wszystkich  na  dystans,  spędzał  życie  na  grzebaniu  się  w  sprawach  innych  ludzi.  Wbrew 
zdrowemu rozsądkowi nadal  ją  fascynował.  Podobnie  jak pierwszego  dnia  na  Indigo, kiedy 
zobaczyła go w szklarni. 

– Nie jesteś żonaty. I nie byłeś. Mam rację? Czemu o to pyta? – zastanawiał się Sam. 
– Tak – przyznał. 
– Żyjesz z jakąś kobietą? Zawahał się nad odpowiedzią. 
–  Sam,  nie  musisz  mówić,  sama  ci  powiem.  Masz  wiele  przyjaciółek,  bo  jesteś 

seksownym facetem, wiesz, jak uwodzić kobiety i umiesz... kochać się z nimi. Nigdy jednak 
nie pozwoliłeś żadnej zbliżyć się do siebie, zamieszkać z tobą, prowadzić wspólne życie. 

–  Nie  wiedziałem,  że  jesteś  psychologiem  –  powiedział  z  krzywym  uśmiechem.  Wcale 

nie podobała mu się ta rozmowa. 

Ali uniosła brwi i uśmiechnęła się lekko. 
– Jak już trafiłam na trop, to dalej było łatwo cię rozszyfrować. 
Odsunął krzesło od stołu. Podniósł się z miejsca. 
– Przepraszam na chwilę. Pójdę teraz pogadać z barmanem. 

background image

Ali  poprawiła  się  na  krześle  i  przez  uchylone  drzwi  obserwowała  Sama.  Okazał  się 

bardzo czuły na punkcie własnego życia. I tajemniczy. Wystraszyła go aż tak, że uciekł. 

Do  Jacaranda  Inn  wracali  w  milczeniu.  Sam  pomógł  Ali  wysiąść  z  wynajętego 

samochodu, wziął ją pod rękę i poprowadził z parkingu w stronę plaży. 

Wieczór był udany, pomyślał. Znów stali się przyjaciółmi. 
– Masz ochotę się przejść? – zapytał. 
– Przepraszam, ale nie. Spacer z tobą nad brzegiem morza przy blasku księżyca byłby ze 

strony każdej kobiety posunięciem ogromnie nierozważnym. 

Podprowadził  Ali  do wejścia na patio. Uznał, że  nie powinien nalegać. Na razie będzie 

trzymał się na dystans. Przypomniał sobie inną wyspę, inny wieczór. Zapach włosów, smak 
rozgrzanej skóry, pocałunków... 

Gdyby tylko mógł teraz ją pocałować! Czubkiem palca dotknął lekko policzka Ali. 
– Słuchaj – zaczął. Odsunęła się szybko. 
– Nie, Sam. To już się nie powtórzy. Nie będzie żadnych pocałunków przy księżycu. Nie 

po to tu przyjechaliśmy. 

– To idiotyzm! – wybuchnął. – Zależy mi na tobie! Lubimy się nawzajem – zaryzykował. 

– Było coś między nami. I nadal jest. Oboje o tym wiemy. 

– Nie – zaprzeczyła szybko. 
– Ali... 
– Nie! – Tym razem aż krzyknęła. – Nie zamierzam zakochać się w tobie. Nie dopuszczę 

do tego. – Odwróciła się i wbiegła do patia. 

Sam usłyszał, jak mocuje się z drzwiami. Po chwili zniknęła w głębi domu. 
Zakochać się. A więc chodziło o miłość. 
Kiedy uświadomił to sobie, diabelnie się przestraszył. 

background image

ROZDZIAŁ 8

Następnego  ranka  Sam  wstał  wcześnie.  Zamówił  rozmowę  z  Atlantą.  Będąc  na  Indigo, 

nie doczekał się telefonu od Jerry’ego i postanowił przejąć inicjatywę. 

– A więc nic nie łączy Ali ani Przypraw Życia z handlowcami i plantatorami przypraw na 

Santa Luisa – potwierdził głośno słowa wspólnika. – A Casey’a? – zapytał. 

– Też nic go nie łączyło – zapewnił Jerry. Odkładając słuchawkę, Sam poczuł, jak kamień 

spada mu z serca. 

Późnym  rankiem  ruszyli  w  drogę.  Wypożyczonym  samochodem  jechali  wzdłuż  brzegu 

wyspy wąską i krętą szosą prowadzącą na północ od miasta. Ali umówiła się na spotkanie z 
największym plantatorem korzennych muszkatołowców. Narzekała na miejscowe drogi, więc 
Sam zaofiarował się jechać z nią jako kierowca. 

Po  jednej  stronie  wąskiej  szosy,  pod  wysokim,  urwistym  brzegiem  były  widoczne 

turkusowe  wody  Morza  Karaibskiego,  po  drugiej  zaś  wznosiły  się  łagodne  pagórki  pokryte 
roślinnością, ciągnące się  w  głąb wyspy, w stronę  pasma  górskiego, przedzielającego  Santa 
Luisa. 

Ali  była  zadowolona,  że  siedzi  na  miejscu  pasażera.  Całą  uwagę  poświęcała 

odnajdywaniu znaków drogowych i studiowała uważnie mapę. Bez przerwy jednak myślała o 
wczorajszej rozmowie z Samem. Była zła na siebie, że wspomniała o zakochaniu się. Co jej 
strzeliło do głowy? Dlaczego w ogóle to zrobiła?

Sam,  na  szczęście,  nie  nawiązał  do  tamtej  dyskusji.  Słowa  Ali  musiały  go  zaskoczyć. 

Teraz  kątem  oka  przyglądał  się  towarzyszce  podróży.  We  wnętrzu  samochodu  unosiła  się 
lekka woń jej perfum, co sprawiło, że znów zaczął snuć swoje poprzednie erotyczne fantazje. 
Wiedział, że nie przestanie pożądać tej kobiety. Z trudem wziął się w garść. Skupił wzrok na 
szosie. Była usiana ostrymi, niebezpiecznymi zakrętami, musiał więc bardzo uważać. 

Wreszcie wjechali w głąb lądu. Ali odetchnęła z ulgą. Jeszcze raz rzuciła okiem na mapę. 
– Jesteśmy na dobrej drodze. Jeśli skręcimy na lewo, chyba dotrzemy do plantacji. 
Przez cały czas nie minął ich ani jeden samochód. Jechali pustą szosą. 
– Mały tu ruch – stwierdził Sam po to, by podtrzymać rozmowę. 
Rozmyślał  o  tym, co  się  wydarzyło  wczoraj.  Był  pewny,  że  Ali  musiało  być  głupio  po 

wczorajszym  wybuchu.  Mówiła  o  zakochaniu  się.  To  nim  wstrząsnęło.  Uznał  jednak,  że 
powinien odważnie wrócić do tego tematu. 

– Sam, popatrz na te ogrodzenia i murki kamienne. Ciągną się kilometrami – powiedziała 

Ali, rozglądając się wokół drogi, w którą skręcili. – To musi być ogromna plantacja. 

Czekał na nich właściciel, pan Aguilla, rdzenny mieszkaniec wyspy. Jego przodkowie od 

wieków  mieli  tu  swoje  gospodarstwa,  które  przekształcono  ostatecznie  w  plantację 
korzennych muszkatołowców. 

– Jesteśmy najstarszymi mieszkańcami wyspy – oznajmił – nie licząc wcześniej żyjących 

tu Indian, którzy wymarli. Wielu moich ludzi pracuje tu ze mną od trzydziestu lat – dodał z 
dumą. 

background image

Wziął do ręki zdjęty wcześniej owoc muszkatołowca i przepołowił go. Oczom Ali i Sama 

ukazało  się  szarobrunatne  nasienie,  otoczone  mięsistą  warstwą  w  postaci  strzępiastej, 
pomarańczowej osnówki. 

–  Ten  miąższ  to  przyprawa.  Kwiat  muszkatołowy  –  wyjaśnił  plantator.  –  Druga 

przyprawa  tkwi  w  nasieniu.  Po  wysuszeniu  rozłupuje  się  je  i  ze  środka  wydobywa  jądro 
nazywane  gałką  muszkatołową.  Sami  zajmujemy  się  tu  wszystkim.  Suszymy  kwiaty, 
oddzielamy gałkę, mielemy, paczkujemy, a następnie wysyłamy morzem do odbiorców. 

–  Świetnie.  Bardzo  mi  to  odpowiada  –  oświadczyła  Ali.  –  Panie  Aguilla,  czy  możemy 

przejść od razu do interesów?

Ali  i  plantator weszli do  domu.  Sam pozostał na  obszernej werandzie. Panował idealny 

spokój.  W powietrzu unosił  się korzenny zapach  suszonej gałki muszkatołowej, a od strony 
drzew  dochodziły  przyciszone,  melodyjne  głosy  pracujących  tam  ludzi.  Sam  po  raz  setny 
żałował,  że  jego  pobyt  na  pełnej  uroku  Santa  Luisa  jest  związany  z  Casey’em  Bellem  i 
przeklętymi pieniędzmi, które ten zdefraudował. 

Ali i plantator dobili targu. Oboje byli zadowoleni. Gospodarz uczcił interes toastem. 
– Panie Cantreli, to sherry – odezwał się do gościa. – Pewnie woli pan coś mocniejszego. 
–  Dziękuję.  Dostosuję  się  do  państwa  –  odparł  grzecznie  Sam.  Upił  ze  szklanki  łyk 

sherry. 

– Pani Bell zna się na interesach – oświadczył plantator. 
– Tak. – Sam skinął głową. – Jest w tym bardzo dobra. 
– Przyśle próbki mieszanek wytwarzanych przez Przyprawy Życia. Jestem pewny, że uda 

mi  się  rozprowadzić  ten  towar  po  sklepach  na  wyspie  –  powiedział  Aguilla.  –  Wykwintna 
kuchnia, dla smakoszy, jest tu bardzo popularna. Santa Luisa stała się miejscem odpoczynku 
sławnych i bogatych. 

– Jadąc do pana widzieliśmy właśnie ich domy – wtrącił Sam. 
– Pośród wzgórz pobudowali prawdziwe rezydencje najbogatsi ludzie z całego świata. Ze 

Szwajcarii, Francji, Japonii i Kuwejtu. Lubią przebywać na Santa Luisa. Zwłaszcza podczas 
świąt Bożego Narodzenia. 

– A co tu robią ci sławni i bogaci? – zapytał Sam. 
– Bawią się, kupują i przeprowadzają rozmaite handlowe transakcje – wyjaśnił Aguilla. –

Czy byli już państwo w naszych sklepach?

–  Jeszcze  nie  –  odparł  Sam.  Myślał  o  bogaczach  przyjeżdżających  na  wyspę  i 

prowadzących tu interesy. Casey pojawił się na Santa Luisa z masą pieniędzy. Może majętni 
zimowi urlopowicze mieli coś, co chciał od nich kupić?

– Zdziwi się pan – ciągnął plantator – słysząc, czym się tu handluje. Oczywiście bez cła. 

Niemal wszystkim. Porcelaną, srebrem, kryształami, ubiorami pochodzącymi od najlepszych 
krawców, biżuterią... 

Biżuterią?
Zastanowiło  to  Sama.  A  może  Casey  zamienił  gotówkę  na  przykład  na  diamenty?  To 

dobry towar, łatwy do ukrycia, pomyślał, zanim odrzucił tę koncepcję. Na tak małej wyspie 
jak Santa Luisa policja z pewnością wykryłaby handel diamentami na dużą skalę. Sam czytał 

background image

raporty policji, która starannie prześledziła wszystkie bankowe transakcje. Casey mógł jednak 
prowadzić interesy na czarnym rynku. Sam brał pod uwagę rozmaite warianty. 

Wizyta  miała  się  ku  końcowi.  Plantator  odprowadził  gości  do  samochodu.  Idąc,  przez 

całą drogę rozprawiał o przyprawach. 

–  Wiesz,  moja  droga  –  zwrócił  się  do  Ali  –  wreszcie  sobie  przypomniałem,  dlaczego 

nazwa twojej firmy od razu wydała mi się znajoma. 

– Przyprawy Życia?
– Tak. Dzwonił do mnie pewien człowiek ze stanu Georgia, z miasta Atlanta. Pytał, czy 

prowadziłem  jakieś  interesy  z  Przyprawami  Życia  lub  z  Caseyem  Bellem.  Dopiero  gdy 
podpisywałem  umowę  z  Alicią  Paxton  –  uśmiechnął  się  –  zorientowałem  się,  że 
reprezentujesz właśnie tę firmę. Czy to nie dziwny zbieg okoliczności?

– Tak. Dziwny – zgodził się Sam. Kątem oka dostrzegł zaciśnięte wargi i gniewny wyraz 

twarzy Ali. 

Na pożegnanie gospodarz i goście uścisnęli sobie ręce. Ali i Sam wsiedli do samochodu. 
Poczekała, aż miną pierwszy zakręt, i głosem nie znoszącym sprzeciwu zażądała:
– Zatrzymaj wóz. 
– Po co? – Nawet nie zwolnił. – Możemy rozmawiać podczas jazdy. 
– Nie, bo zaraz oberwiesz. 
– Czym? Dostanę w głowę twoją torebką? Ali zacisnęła zęby. 
–  Znów  mnie  okłamałeś.  Oszukujesz.  Manipulujesz  moją  osobą.  To  ty  sprawdzałeś  na 

Santa  Luisa,  czy  jestem  czysta.  Mam  rację?  Powiedz,  do  diabła,  czego  chciałeś  się 
dowiedzieć. 

Sam  zatrzymał  samochód  w  cieniu  rozłożystego  drzewa  i  w  geście  poddania  uniósł  do 

góry ręce. 

– Nie bij, pozwól najpierw wyjaśnić. 
– Żadne tłumaczenie nic ci nie pomoże. 
–  Nie  zamierzam  się  tłumaczyć.  Musiałem  sprawdzić,  czy  Casey  przyjechał  na  Santa 

Luisa dlatego, że istniały powiązania między Przyprawami Życia a którymś z mieszkańców 
wyspy, czy też był to czysty zbieg okoliczności. 

– Nie miał żadnych powiązań z tą wyspą. 
– Właśnie dzisiaj się o tym dowiedziałem. 
–  Wiedziałeś  wcześniej.  Po  raz  pierwszy  usłyszałam  o  istnieniu  tej  przeklętej  wyspy 

dopiero po śmierci Casey’a. Mówiłam o tym, lecz mi nie wierzyłeś. 

– Wierzyłem, lecz jako detektyw musiałem się upewnić. 
– Jakie masz jeszcze przede mną sekrety? – cierpkim tonem spytała Ali. 
– Nie mam już żadnych – z przekonaniem w głosie odparł Sam. 
Ruszyli w dalszą drogę. 
–  Przypomnij  sobie,  jak  to  wszystko  się  zaczęło.  –  Sam  podjął  rozmowę.  –  Zostałem 

wynajęty, żeby znaleźć te piekielne pieniądze. Dopiero potem poznałem ciebie. 

– I postanowiłeś mną się posłużyć – z goryczą w głosie dodała Ali. 
Znów zatrzymał samochód. 

background image

– Zamierzasz ciągle stawać? – warknęła nieprzyjaźnie. 
– Tak. Jeśli będziesz kłóciła się ze mną. 
– Wobec tego daj mi wysiąść!
– Bardzo proszę. Wysiadaj. Ale pamiętaj, że do hotelu jest kawał drogi. Pustej. Nikt cię 

nie podwiezie. 

Ali  otworzyła  drzwi,  zawahała  się  na  chwilę,  usłyszawszy  słowa  Sama,  lecz  wysiadła. 

Ruszyła przed siebie. Dogonił ją i złapał za ramię. 

–  Jesteś  najbardziej  podniecającą  kobietą,  jaką  kiedykolwiek  spotkałem.  I  najbardziej

irytującą. 

– Dlaczego? Bo ci nie ufam? Przecież bez przerwy mnie okłamujesz!
–  Nie  okłamuję.  Tylko  trochę  opóźniam  wyjawienie  prawdy.  Ali,  wiem,  że  mi  nie 

dowierzasz. 

– Ja tobie czy ty mnie? Kazałeś partnerowi mnie sprawdzić. 
– A ty poleciłaś Tigerowi dzwonić w identycznym celu do Atlanty. Żeby sprawdzić mnie. 
Na chwilę znaleźli się w impasie. Mierzyli się wzrokiem. Wreszcie Sam spuścił oczy. 
–  Jeny  mówił,  że  między  Casey’em  a  tutejszymi  handlowcami  od  przypraw  nie  było 

żadnych powiązań. Ali, wiem, że nie miałaś nic wspólnego z kradzieżą pieniędzy. Wracajmy 
do wozu. 

Z niechęcią posłuchała. Pomógł jej wsiąść do środka. Podjęła przerwany na chwilę atak. 
–  Sam,  przyjrzyj  się  własnemu  życiu.  Jesteś  samotnikiem.  Nie  potrafisz  egzystować  w 

towarzystwie drugiego człowieka. Nie masz pojęcia, czym jest wspólne życie. 

Ali zobaczyła pobielałe nagle kostki u rąk Sama, które z całej siły zacisnął na kierownicy. 

Wiedziała, że jej słowa ugodziły go do żywego. Była zadowolona. Pragnęła zranić Sama i to 
się udało. 

– Ali, chcesz mnie zdenerwować?
– Mogłabym zapytać o to samo. 
– Nigdy jeszcze nie spotkałem takiej kobiety jak ty. 
–  Mogłabym powiedzieć  to  samo. Nigdy nie  spotkałam takiego  mężczyzny. Co  więcej, 

nie przespałam spokojnie żadnej nocy, odkąd... – urwała nagle. 

– Odkąd mnie poznałaś? – dokończył Sam. 
– Nie. 
– Odkąd się kochaliśmy?
– Nie. 
– Wobec tego, Ali, od kiedy?
– Nieważne. Nie zamierzam rozmawiać na ten temat – Sama zaczęłaś. 
Pomyślała o wszystkich nocach spędzonych bezsennie. Nie zamierzała wyznać, jak wiele 

ich było. 

– Też mnie irytujesz – oznajmiła. – Wobec tego od tej pory będziemy pracować osobno. –

Spojrzała na Sama. – Chyba że wtedy też nie będziesz mi dowierzał. 

–  Myliłem  się  –  oznajmił.  –  Wiem  teraz,  że  nie  miałaś  nic  wspólnego  z  Casey’em  i 

ukradzionymi przez niego pieniędzmi. Intuicja podpowiadała mi to już wcześniej, musiałem 

background image

jednak sprawdzić. A poza tym byłem przekonany, że to ty chciałaś mieć mnie na oku. 

–  Zmieniłam  zdanie.  Już  nie  chcę.  Nie  uciekniesz  z  pieniędzmi,  jeśli  je  znajdziesz. 

Będziesz chciał zostać sławny z tego powodu, no i oczywiście otrzymać nagrodę. Będą się o 
tobie rozpisywały wszystkie gazety, co cię uszczęśliwi. 

– Jeśli odnajdę forsę, najpierw ciebie o tym zawiadomię. 
–  Dobrze.  A  więc  wszystko  jasne  –  z  nutką  sarkazmu  stwierdziła  Ali.  –  Możemy 

przystępować do roboty. Biorę na siebie wszystkie sklepy po jednej stronie głównej ulicy. Ty 
zajmij  się  pozostałymi,  po  przeciwnej.  Wieczorem  spotkamy  się  w  hotelu  i  wymienimy 
spostrzeżenia. Przynajmniej ja przekażę ci swoje – dodała złośliwie. 

– Zrobię to samo. Nie mam więcej sekretów. 
– Czyżby?
– Ali, powinniśmy działać razem. 
– Słuchaj, muszę zostać sama. Też potrafię zadawać pytania na temat Casey’a. 
– No dobrze – zgodził się niechętnie Sam. W milczeniu wjechali do miasta. – Szczególnie 

dokładnie trzeba posprawdzać sklepy jubilerskie. Policja zajmowała się nimi, ale... 

Ali uśmiechnęła się lekko, lecz w jej głosie zabrzmiał smutek. 
–  Widziałam  błysk  zaciekawienia  w  twoim  oku,  gdy  Aguilla  wspomniał  o  tutejszym 

handlu biżuterią. 

–  Och,  dziewczyno,  doprowadzasz  mnie  do  białej  gorączki,  lecz  muszę  uczciwie 

przyznać,  że  jesteś  piekielnie  bystra.  Pogadam  w  urzędzie  miasta  i  dowiem  się,  do  kogo 
należą największe lokalne posiadłości. Może usłyszę coś ciekawego. 

– A więc do zobaczenia w hotelu. 
– Lepiej spotkajmy się przy samochodzie. Wrócimy razem – zaproponował Sam. 
– Nie martw się o mnie. Wezmę taksówkę – sucho odrzekła Ali. – Sam, zespół Cantrell i 

Paxton już nie istnieje. Chyba zresztą nigdy nie istniał. 

– Ali... 
Wysiadła z samochodu. 
– Nie czekaj na mnie. Kolację zjedz sam. Być może wrócę późno. 
Kiedy  dotarła  wieczorem  do  hotelu,  siedział  w  patiu.  Zmęczona  padła  obok  niego  na 

krzesło. 

–  Niczego  się  nie  dowiedziałam.  Swoją  drogą,  rzeczywiście  mają  tu  wspaniałe  sklepy. 

Zaczynają już nawet sprzedawać prezenty na Boże Narodzenie. 

– Zauważyłem. 
– A ty? Dowiedziałeś się czegoś?
– Jutro będę miał informacje o właścicielach luksusowych posesji na wzgórzach. Istnieje 

jedna szansa na sto, że któryś z nich był w kontakcie z Casey’em. 

– Sprzedawcy twierdzili, że w okresie świąt Bożego Narodzenia w sklepach jest tak duży 

ruch,  iż  nie  sposób  na  kogoś zwrócić  szczególną  uwagę. Oczywiście,  zapamiętaliby  klienta 
wydającego pół miliona. 

Sam skinął głową. 
– Jestem przekonany, że Casey wydał pieniądze. Ale nie w sklepie. Kupił coś cholernie 

background image

wartościowego. 

– I co zrobił potem?
– Gdzieś wysłał. 
–  Lub  nie.  –  Ali  westchnęła.  –  Sam,  coś  mi  się  zdaje,  że  szukamy  igły  w  stogu  siana. 

Może powinniśmy... 

– Powinniśmy?
– Wracać do domu i zapomnieć o całej sprawie. 
–  Nie  –  stanowczo  oznajmił  Sam.  –  Za  głęboko  w  tym  tkwię.  A  ponadto  oboje  nie 

zdążyliśmy jeszcze ustalić naszych... 

– Nic nie musimy ustalać – ucięła krótko. – Między nami wszystko skończone, Sam. 
– Nie – zaprotestował. – Nigdy nie zapomnę tego, co się stało. 
– Były także ból, złość i kłamstwa. – Cieszyła się, że w ciemności Sam nie widzi rozterki 

malującej się na jej twarzy. 

Wziął Ali za rękę. 
–  Potrzebuję  cię.  –  Milczał  przez  chwilę.  –  Miałaś  szczęście.  Przeżyłaś  miłość.  Ja  nie. 

Mnie nikt nigdy nie kochał. 

– Kochali cię rodzice. 
– Może. Nie jestem tego pewny. Mówiłem ci o nich. Ojciec nas opuścił. Nawet nie wiem, 

czy żyje. Matka umarła, kiedy skończyłem piętnaście lat. 

– Miałeś chyba jakąś rodzinę. 
–  Jak  Tiger  i  Gwen?  –  Uśmiechnął  się  cynicznie.  –  Tacy  wspaniali  krewni  się  nie 

zdarzają. Przez miesiąc byłem w rodzinie zastępczej. 

– Przez miesiąc?
– Potem uciekłem. Ulice wydawały się bardziej przyjazne niż obcy dom. 
– To było w Atlancie?
– Nie. Nie wspominałem jeszcze, skąd pochodzę. 
– O wielu rzeczach nie mówiłeś. 
– Powiem. Zaraz. Jeśli zechcesz słuchać. 
–  Tak  –  szepnęła  Ali.  –  Chcę.  –  Uścisnęła  rękę  Sama.  Przypomniała  sobie  własne 

zwierzenia nad brzegiem morza. Przedtem mówiła ona, teraz mówi on. Koło się zamknęło. 

–  Wychowałem  się  w  Filadelfii  –  zaczął  Sam.  –  Byłem  ulicznikiem.  Często  zgarniała 

mnie  policja.  Ali,  ty  i  ja  pochodzimy  z  odmiennych  środowisk,  z  diametralnie  różnych 
światów.  Zresztą  byłaś  tego  świadoma  od  samego  początku.  Od  chwili,  w  której  mnie 
ujrzałaś. Mam rację?

– Wyczuwałam, że jesteś twardszy ode mnie i że doświadczyłeś wiele. 
–  Kiedy  miąłem  siedemnaście  lat,  mój  kurator  sądowy  postawił  ultimatum.  Więzienie 

albo  służba  wojskowa.  Nie  muszę  mówić,  co  wybrałem.  Ocaliło  mnie  wojsko.  Po  raz 
pierwszy w życiu musiałem kierować się ściśle określonymi zasadami. Spodobała mi się taka 
unormowana egzystencja. 

– I dlatego zostałeś potem policjantem? – Ali zaczynała rozumieć motywy postępowania 

Sama. 

background image

– Tak. W zwariowanym świecie, który nas otacza, szukałem porządku. 
– I udało ci się. Powiodło w życiu. Sam puścił rękę Ali. 
– Na pewno jesteś głodna – powiedział. – Chodźmy na kolację. 

background image

ROZDZIAŁ 9

Ali  zatrzymała  się  pośrodku  pokoju.  Patrzyła  na  mały  barek  z  lodówką.  Postanowiła 

przygotować drinki i wraz z owocami zabrać je do patia. Usiądą obok siebie i  Sam opowie 
ciąg dalszy historii swego życia. Ali stała teraz bez ruchu, niepewna, czy powinna dopuścić 
do dalszych wyznań z jego strony. Wciągnie to ją jeszcze bardziej w życie tego człowieka. I 
w rezultacie może obrócić się przeciw niej. 

Otworzyła lodówkę.  Wsypała  kostki lodu  do szklanek  i  wlała dżin z tonikiem.  Papaje i 

mango włożyła do dużej misy. I pomyśleć, że zaledwie wczoraj na nabrzeżu kupiła te owoce. 
Wydawało się jej, że od tamtej pory zdążyły upłynąć całe wieki. 

Miskę i pełne szklanki umieściła na tacy. Zmobilizowała się. Nabrała głęboko powietrza, 

podniosła tacę i wyszła do patia. Sam przyciągnął krzesła do stolika. Jedli w milczeniu. Od 
strony hotelowego baru docierały przytłumione tony muzyki. Od czasu do czasu towarzyszyły 
im wybuchy wesołego śmiechu. Ali wydawało się jednak, że oboje z Samem znajdują się we 
własnym, małym świecie. 

– Miałaś świetny pomysł, żeby kupić te owoce – pochwalił Sam, kiedy skończyli jeść. 
– Piękne dzięki. Mów. Powiedz, dlaczego przyjechałeś do Atlanty. 
– Z wielu powodów – odparł lekkim tonem. – Bo to ładne miasto. Pełne zieleni i bardzo 

przyjazne.  Zapowiadało  dobre  warunki  życia,  jakich  nigdy  przedtem  nie  zaznałem.  Do 
Atlanty przyjechałem jednak przede wszystkim dlatego, że dostałem tam pracę. 

Ali uśmiechnęła się lekko. 
– I to dobrą pracę – powiedziała. – Musiałeś być wzorowym policjantem. Obdarowali cię 

przecież medalem. 

Rozpogodzona twarz Sama natychmiast się ściągnęła. Zesztywniał. 
– Wolałbym nie mówić na ten temat. 
Ali nie chciała zbyt mocno nalegać. Z drugiej jednak strony obawiała się, że Sam znów 

zamknie się w sobie, a do tego nie mogła dopuścić. 

– Naprawdę chcesz słuchać? – zapytał po chwili. 
– Tak. 
–  No  dobrze.  –  Odsunął  się  z  krzesłem  od  stołu.  –  A  więc,  jak  wiesz,  wiele  lat  temu 

zostałem policjantem. Uwielbiałem tę robotę. Z łatwością nauczyłem się podporządkowywać 
wszelkim  regułom  i  autorytetom.  Pomaganie  ludziom  sprawiało  mi  przyjemność.  Miałem 
ponadto  wiele  szczęścia,  bo  przydzielono  mnie  do  wspaniałego  człowieka.  Stałem  się  jego 
partnerem. Miał na imię Hank. Był moim rabinem. 

– Rabinem? – zdziwiła się Ali. 
–  Tak  się  mówi.  Stał  się  dla  mnie  mentorem,  ojcem  i  bratem  w  jednej  osobie.  Pewnej 

nocy... – Głos Sama się załamał. 

Ali siedziała bez ruchu. Milczała. 
–  Pewnej  nocy,  kiedy  patrolowaliśmy  dzielnicę,  wezwano  nas  do  rodzinnej  kłótni.  Nie 

wyglądało to na nic szczególnego. Co wieczór zdarzały się takie wezwania. Tym razem mąż i 

background image

żona  awanturowali  się  zbyt  głośno,  zakłócając  spokój  sąsiadom.  Mieszkali  nad  sklepem. 
Zaparkowaliśmy  radiowóz,  weszliśmy  po  zewnętrznych  schodach  na  piętro  i  Hank,  który 
znalazł  się  przede  mną,  zapukał  do  drzwi.  Wyskoczył  z  nich  facet  z  pistoletem  w  ręku. 
Strzelił.  Trafił  Hanka  i  zaczaj  uciekać  w  dół  schodów.  Nie  miałem  czasu  zawołać,  aby  się 
zatrzymał. Otworzyliśmy do siebie ogień. Dostałem pierwszy. 

– Stąd blizna – cicho odezwała się AM. Potwierdził skinieniem głowy. 
– Rana była paskudna, lecz Hank i napastnik zginęli. Był to jeszcze młody chłopak. Miał 

dziewiętnaście lat. 

– Ale był mordercą. Zabił twego partnera. 
– Tak. A ja zostałem uznany za bohatera. Zdjęcia w gazetach, duża nagroda. Okazałem 

się dobry w strzelaniu do kogoś, kto kłócił się z własną żoną – dodał z zaprawioną cynizmem 
goryczą. 

– Ależ, Sam, miałeś do czynienia z bardzo niebezpiecznym człowiekiem. 
– Wiem. Zabiłby każdego, kto stanąłby mu na drodze. Sęk w tym, że był jeszcze bardzo 

młody. Wymagał pomocy. Nie powinien zginąć”. 

– Hank też nie. 
– Zwłaszcza on. Bez przerwy myślałem, jak można było uniknąć tego, co się stało. Obaj z 

Hankiem daliśmy się zaskoczyć. Gdybym jednak potraktował sprawę poważniej, osłaniał go... 

– Był starszy stopniem – przypomniała Ali. 
–  Tak.  W  przeciwieństwie  do  mnie  miał  wieloletnie  doświadczenie,  lecz  zbytnio  ufał 

ludziom.  Po jego śmierci  wiedziałem, że  muszę  coś zrobić  ze  swym życiem, bo  inaczej się 
załamię. 

– No i rzuciłeś pracę w policji. 
– Tak. Nie miałem przed  sobą przyszłości. Żadnych perspektyw.  I wtedy  nagle pojawił 

się  Jeny.  Czytał  o  mnie  w  gazetach.  Jego  agencja  specjalizowała  się  w  rozwiązywaniu 
urzędniczych  przestępstw,  popełnianych  w  białych  rękawiczkach  i  związanych  często  z 
dużymi pieniędzmi. Była to czysta robota. Zgodziłem się na współpracę. Przestałem oglądać 
się wstecz oraz myśleć o Hanku i chłopaku, którego zastrzeliłem. 

– Jednym słowem, postanowiłeś zerwać z przeszłością?
W ciemnościach panujących w patiu Sam usiłował dojrzeć twarz siedzącej obok Ali. 
–  Powziąłem  postanowienie,  że  od  tej  pory  będą  się  dla  mnie  liczyły  tylko  pieniądze  i 

sukcesy  zawodowe.  Nic  więcej.  Wykonywałem,  co  do  mnie  należało.  Robiłem  to  dobrze. 
Zyskałem  partnera.  I  pieniądze.  A  ty,  Ali,  stałaś  się  główną  postacią  jeszcze  jednej 
prowadzonej przeze mnie sprawy. Kobietą, która chciała wyprowadzić mnie w pole. 

Nie odezwała się ani słowem. 
–  Już  przedtem  miałem  kilka  tego  rodzaju  spraw  –  ciągnął  Sam.  –  Były  łatwe.  Nie 

przyszło mi do głowy, że pewnego dnia w jednej z nich sam oberwę. Zostanę rozłożony na 
łopatki. 

Podniósł  się  z  krzesła  i  nie  spoglądając  w  stronę  Ali,  podszedł  do  skraju  patia.  Wbił

wzrok w otaczającą ich ciemność. 

–  Wydobyłaś  ze  mnie  odczucia  –  odezwał  się  po  chwili  nieswoim  głosem  –  o  których 

background image

przed laty postanowiłem na zawsze zapomnieć. Przez ciebie wróciłem pamięcią do bolesnej 
sprawy Hanka i zabitego młodego człowieka. Podobnie jak ty, ukryłem się przed ludźmi. 

– Nadal nosisz pistolet – przypomniała mu łagodnym tonem. 
– Bo tego wymaga moja praca. Wątpię jednak, czy kiedykolwiek jeszcze użyję broni. 
Oboje zamilkli na chwilę. 
– A więc usłyszałaś historię życia Sama Cantrella – powiedział z goryczą. – Nieciekawą. 
– Ale bardzo ludzką. – Ali wstała, podeszła do Sama i położyła mu rękę na ramieniu. –

Nie masz pojęcia, jak mi przykro. 

– Nie chcę litości. – Zesztywniał. – Nie dlatego wszystko ci opowiedziałem. 
– To nie litość – sprostowała. – Raczej smutek. I żal. 
– Też nie są mi potrzebne – mruknął. 
– A więc czego naprawdę chcesz?
– Mówiłem o sobie, bo nie powinno być już sekretów między nami. A na czym mi zależy, 

sama najlepiej wiesz. – Położył ręce na ramionach Ali i spojrzał jej w twarz. – Och, gdybyś 
mogła  zobaczyć,  jak  w  świetle  księżyca  wyglądają  teraz  twoje  oczy.  Zdradzają  cię.  Jesteś 
zmieszana i wystraszona. 

– Wystraszona? Nie – zaprzeczyła spokojnie. 
– Powinnaś obawiać się człowieka z taką przeszłością jak moja. Człowieka, który zabijał. 

Który nie wie, co to miłość. 

– Oboje sporo przeżyliśmy i zostaliśmy zranieni – powiedziała pojednawczo. – Trudno z 

tym żyć. 

– Co  to, czyżbyś znów litowała  się nade mną? Szkopuł w tym, że jestem samotnikiem. 

Być  może  moja  przeszłość  powinna  stać  się  ostrzeżeniem  dla  ciebie.  Może  nie  wolno  mi 
nawet wyobrażać sobie, że kiedykolwiek. .. – urwał. – Cholera, muszę się napić. 

– Zrobię ci jeszcze jeden dżin z tonikiem – zaofiarowała się szybko Ali. 
– Potrzebuję czegoś mocniejszego. Rzadko się zdarza, żeby człowiek aż tak się odsłonił, a 

potem przekonał, że to było bez sensu. 

– Nie było – zaprotestowała. Nie wiedziała, co dalej mówić. Pragnęła zostać teraz sama i 

spokojnie przemyśleć wszystko, co usłyszała od Sama. 

– Idę do baru – oznajmił i po chwili zapytał: – Chcesz pójść ze mną?
– Nie, ja... 
–  Rozumiem.  –  Twarz  Sama  wyglądała  jak  wykuta  z  kamienia.  Nie  było  na  niej  śladu 

emocji. – Oboje potrzebujemy teraz czasu na przemyślenia. A więc do jutra. 

Po chwili już go nie było. Zniknął w ciemnościach. 
Ali weszła do pokoju. Nie mogła zasnąć. Jeszcze  na Indigo uznała Sama za mężczyznę 

twardego  i  niebezpiecznego.  I  ta  świadomość  chroniła  ją  przed  nim,  pozwalała  zachować 
dystans. 

Okazało się jednak, że jest człowiekiem wrażliwym. Podobnie jak ona. Przypomniawszy 

sobie jego smutne dziecięce lata, rozpłakała się głośno. 

W  gruncie  rzeczy  nie  miało  większego  znaczenia  to,  jaki  był  naprawdę.  Problem  tkwił 

bowiem nie w Samie Cantrellu, lecz w Alicii Paxton Bell. Świetnie o tym wiedziała. 

background image

Następnego  dnia  rano  opuściła  hotel  i  ruszyła  do  miasta.  Sam  chyba  jeszcze  spał.  Bez 

przerwy  o  nim  myślała.  Nie  pomogły  żadne  racjonalne  argumenty  przemawiające  przeciw 
niemu. Prawda była jedna. Ali po uszy się w nim zakochała. 

Stanowili zdumiewająco niedobraną parę. Jeśli jedno robiło krok, drugie się wycofywało. 

I tak na zmianę. 

W  małej  kafejce  przy  porcie  Ali  wypiła  kawę  i  przez  jakiś  czas  obserwowała 

przycumowane w pobliżu łodzie. Zapłaciła rachunek i główną arterią miasta ruszyła w górę. 
Skręciła w małą, boczną uliczkę, której wczoraj nie zauważyła. Postanowiła przestać myśleć 
o powodach, które ją tu przywiodły, i przez krótki czas zabawić się w turystkę. Pochodzić po 
sklepach  i  kupić  prezenty  dla  bliskich.  Zbliżały  się  urodziny  Gwen,  no  i  można  już  było 
zacząć gromadzić prezenty pod choinkę. 

Santa  Luisa  stanowiła  raj  dla  kupujących.  Pełno  tu  było  przeróżnych  sklepów.  Wśród 

tych,  które  otwarto  wcześniej,  Ali  zauważyła  sklep  filatelistyczny.  Mimo  prób 
kolekcjonowania znaczków w dzieciństwie nigdy nie zainteresowała się głębiej filatelistyką. 
Postanowiła nabyć dwie ładne serie dla nowego adepta tej sztuki – Briana. 

Otworzyła drzwi do sklepu. Na dźwięk wiszącego nad nimi dzwoneczka zjawił się za ladą 

niski, zgarbiony mężczyzna. Skłonił się przed Ali. 

– Buenos  dias,  señora.  Nazywam  się Benedicto.  Miło  mi  powitać  w  sklepie  tak  ładną 

panią. 

Ali uśmiechnęła się, słysząc komplement z ust starszego pana. 
–  Ma  pan  ładne  znaczki.  Chcę  kupić  dwie  serie  dla  bratanka,  który  dopiero  staje  się 

filatelistą. 

Właściciel sklepu wyciągnął znaczki i pokazał je Ali. 
– Wezmę te – wskazała serię z piratami. – A może i te. Pan Benedicto wyciągnął jeszcze 

jedną serię. Z widokami morskimi. 

– Przepraszam, że zajmuję panu tyle czasu – tłumaczyła się AU. 
– To żaden kłopot, señora. W lecie sprzedajemy niewiele. Zimą natomiast jest taki ruch, 

że nie nadążamy z obsługiwaniem klientów. 

– Wtedy przybywa główna fala turystów. 
– Tak. Mamy tu wielu gości. Są wśród nich właściciele rezydencji na wzgórzach. Lubią 

chodzić po sklepach i robić zakupy.

– Interesują się także znaczkami? – spytała Ali. 
– Och, ciekawi ich wszystko. Bogaci kolekcjonują wiele rzeczy. Klejnoty, obrazy, rzeźby, 

znaczki, a nawet kobiety – odparł właściciel sklepu. Uśmiechnął się lekko. – Na Santa Luisa 
zawiera się wiele transakcji. Zarówno legalnych, jak i czarnorynkowych. 

Ali przypomniała sobie, co mówił Sam. Casey zamienił pieniądze na jakiś towar. Łatwy 

do przemycenia. Mógł kupić klejnoty lub, równie dobrze, zainwestować w znaczki. 

–  Słyszał  pan  może  o  jakiejś  ciekawej  transakcji,  przeprowadzonej  w  ciągu  ostatnich 

kilku miesięcy?

Pan Benedicto uśmiechnął się z zadowoleniem. 

background image

– Ja sam miałem taką. W okresie świąt Bożego Narodzenia sprzedałem bardzo kosztowny 

znaczek. 

Serce Ali zaczęło bić w przyspieszonym rytmie. 
– Za dużą sumę? – spytała. 
–  To  żaden  sekret,  więc  mogę  powiedzieć.  Za  ponad  sto  tysięcy  dolarów.  Pewna 

elegancka włoska dama kupiła go na prezent dla męża. 

Niewypał,  pomyślała  Ali.  Intuicja  mówiła  jej  jednak,  że  znajduje  się  na  właściwym 

tropie. 

– A może sprzedano jeszcze cenniejsze znaczki?
– Może – padła enigmatyczna odpowiedź. 
– Za duże pieniądze? – Ali pytała dalej. 
Pan Benedicto ściszył głos i konfidencjonalnym tonem powiedział:
–  Właśnie  usłyszałem  o  takiej  transakcji.  W  okresie  świąt  Bożego  Narodzenia  kupiono 

podobno  na  Santa  Luisa  dwa  znaczki  uchodzące  za  jedne  z  najcenniejszych  na  świecie. 
Sprzedał  je  kolekcjoner  spędzający  tu  zimy.  Dżentelmen  z  Europy,  któremu  nagle  byk 
potrzebna duża gotówka. 

– Skąd przyjechał kupiec? – spytała Ali. – Z... Ameryki?
– Nie wiem. 
– Mógł być Amerykaninem? – nie dawała za wygraną. 
– Mógł. – Pana Benedicta bawiła ta rozmowa. 
– Co to były za znaczki?
–  Mam  w  katalogu  ich  fotografie,  ale  nie  jestem  pewny,  czy  chodzi  właśnie  o  te 

egzemplarze. 

– Byłby pan uprzejmy mi je pokazać?
– Oczywiście. 
Właściciel sklepu wyciągnął z półki kilka katalogów. Wybrał jeden i otworzył go. 
– To te. 
Oczom Ali ukazały się fotografie dwóch znaczków z listu, który dostała od Caseya!
– Zamierzał po nie wrócić – szepnęła do siebie. 
– Słucham? – zapytał pan Benedicto. Ali z trudem ukryła podniecenie. 
–  Dlaczego  są  aż  tak  cenne?  –  chciała  się  dowiedzieć.  Patrzyła  na  podobiznę  królowej 

Wiktorii  i  księcia  Alberta.  Każde  z  nich  znajdowało  się  w  tropikalnym  ogrodzie  na  Santa 
Luisa. Oryginały tych znaczków były teraz w zbiorach Briana! – Czy chodzi o te kwiaty? – Z 
podniecenia drżały jej ręce. 

– Nie – odparł właściciel sklepu. – O coś innego. Bo, widzi pani, jedne znaczki mają dużą 

wartość  dlatego,  że  są  stare  i  bardzo  rzadkie,  inne  ze  względu  na  osobliwe  kształty  lub 
wyjątkową  piękność.  A  czy  słyszała  pani  o  słynnym  znaczku  poczty  lotniczej  Stanów 
Zjednoczonych?

Coś na ten temat obiło się Ali o uszy. 
– Chodzi o znaczek, na którym samolot leci do góry brzuchem? – spytała. 
– Tak. 

background image

–  Błędnie  wykonane  sztuki  zazwyczaj  niszczy  się  od  razu,  czasami  jednak  pojedyncze 

egzemplarze przedostają  się  do  ludzi.  Tak  stało  się  z  tymi  znaczkami,  które  zainteresowały 
panią.  To  niezwykłe  okazy.  Proszę  im  się  dobrze  przyjrzeć.  –  Właściciel  sklepu  podał  Ali 
szkło powiększające. 

–  Czy  zauważyła  pani,  że  Wiktoria  ma  uszy  i  oczy,  ale  nie  ma  ust?  Jest  to  jeden  z 

najrzadszych  znaczków  na  świecie.  Przedstawia  wielką  królową,  która  nie  może  nic 
powiedzieć do męża. Podobno istnieją tylko dwa lub trzy takie znaczki. W parze z podobizną 
księcia  Alberta  stają  się  bezcenne.  Nic  dziwnego,  że  ktoś  zapłacił  za  nie  podobno  aż  pół 
miliona dolarów. 

Pół miliona. 
Z twarzy Ali odpłynęła cała krew. 
Sam od początku miał rację. 
–  Czy  dobrze  pani  się  czuje?  –  spytał  zaniepokojony  pan  Benedicto,  widząc  bladość 

klientki. 

–  Dobrze. –  Ali  nabrała  głęboko  powietrza.  –  Właśnie  sobie  przypomniałam,  że  jestem 

umówiona. Muszę się  pospieszyć.  –  Wyciągnęła  portfel z  torebki. –  Zanim wyjdę,  kupię tę 
serię z piratami i... i morskie krajobrazy. – Podała pieniądze. 

–  Źle  pani  wygląda.  –  Właściciel  sklepu  był  wyraźnie  zaniepokojony.  –  Może  wezwać 

taksówkę?

– Nie, poradzę sobie. Dziękuję. Bardzo panu dziękuję. – Nagle odwróciła się, pochyliła 

nad ladą i ucałowała starszego pana w policzek. – Nigdy się pan nie dowie, jak bardzo mi pan 
pomógł. Nigdy. 

Wybiegła ze sklepu. Przy głównej ulicy zatrzymała pierwszą przejeżdżającą taksówkę. 

Ali wbiegła po schodach na balkon i otworzyła drzwi do pokoju Sama. Siedział na łóżku 

ze słuchawką w ręku. 

– Odłóż! – zawołała. – Musimy porozmawiać. 
– Właśnie czekam, aż urzędniczka z urzędu miejskiego sprawdzi coś dla mnie... 
– Nieważne. – Wyjęła Samowi słuchawkę z ręki i położyła na widełki. 
– Ali... – zaprotestował. 
– Wiem już wszystko! Wszystko! – wykrzykiwała podniecona. 
Sam westchnął głęboko. 
– Siadaj – poprosił. – Mów, co się stało. 
– Miałeś rację, twierdząc, że Casey zamienił pieniądze na coś, co łatwo ukryć. I co nie 

rzuca się w oczy. 

– Skąd wiesz? Znalazłaś coś?
–  Tak.  Znaczki.  Kupił  je  na  Santa  Luisa  u  prywatnego  kolekcjonera.  Nakleił  na  list  i 

wysłał do mnie. 

– A ty dałaś je Brianowi. 
– O Boże! – Ali zerwała się z krzesła. – Muszę natychmiast dzwonić do Tigera!
– Usiądź. Uspokój się wreszcie. I opowiedz wszystko po kolei, a ja tymczasem zamówię 

background image

rozmowę z Indigo. 

Relacjonowała  chaotycznie,  bez  ładu  i  składu.  Dobrnęła  akurat  do  końca,  gdy  Sam 

uzyskał połączenie. 

–  Halo,  Gwen.  Tu  Sam.  Nie,  wszystko  w  porządku.  Oboje  czujemy  się  dobrze.  –

Roześmiał się, wysłuchawszy dalszych słów swej rozmówczyni. Zaraz jednak spoważniał. –
Słuchaj, Gwen. To bardzo ważne. Idź, proszę, na górę do pokoju Briana i weź album z jego 
najnowszymi  znaczkami.  Chodzi  o  te,  które  pokazywał  mi  w  święto  Czwartego  Lipca. 
Poczekam przy telefonie. Potem wszystko wyjaśnię. – Oddał słuchawkę Ali i zwrócił się do 
niej: – Znaczki, których fotografie widziałaś w sklepie... 

– Tak. To te same, które są w albumie Briana. 
–  Powiedz  Gwen,  żeby  zamknęła  je  w  sejfie  Tigera.  Gdy  tylko  skończycie  rozmawiać, 

połączę się z Jerrym. Ściągniemy na Indigo specjalistów od ochrony. – Sam zamilkł na chwilę 
i spojrzał uważnie na Ali. – Jesteś przekonana, że chodzi o te same znaczki? – zapytał. 

– Będę miała pewność, kiedy Gwen opisze je dokładnie przez telefon – odparła. 

background image

ROZDZIAŁ 10

Godzinę  później  zasiedli  w  patiu  przy  drinkach  i  misce  pełnej  owoców.  W  restauracji 

hotelowej Sam zamówił kanapki i sałatkę. 

–  Jestem  za  bardzo  podekscytowana,  żeby  cokolwiek  zjeść  –  oznajmiła  Ali.  –

Znaleźliśmy pieniądze!

– Twoja robota, nie moja – sprostował Sam. – Jestem z ciebie bardzo dumny. 
– Ja znalazłam, lecz ty podpowiedziałeś, w jakim kierunku powinnam szukać. A więc to 

wspólne dzieło – stwierdziła. 

– Niech będzie – zgodził się. – Zespól Paxton i Cantrell znów działa. 
– No... – zawahała się z potwierdzeniem. 
– Pogadajmy. Mamy dużo do omówienia. 
– Hm... 
–  Zgoda.  Zrobimy  to  potem.  Przedtem  jednak  musimy  uczcić  nasze  zwycięstwo. 

Pojedziemy do miasta. 

– Świetnie! – wykrzyknęła Ali. – Od dawna nie zdarzyło mi się niczego świętować. 
– Nadal myślisz o znaczkach – stwierdził Sam. 
– Tak. Skąd Casey dowiedział się o nich?
–  Wśród  bogatych  ludzi  takie wiadomości  szybko  się  rozchodzą. Nie  masz  pojęcia,  jak 

świetnie działa w tym środowisku poczta pantoflowa. 

– Nie mogę zrozumieć, dlaczego wysłał je mnie, zamiast włożyć do portfela i udać się w 

nieznane. 

–  Nie  miał  pojęcia,  co  go  czeka  i  gdzie  ostatecznie  wyląduje.  Ty  byłaś  jedyną  osobą, 

której mógł zaufać. 

– I wiedział doskonale, że nie wyrzucę znaczków, zwłaszcza tak egzotycznych. 
–  O  mały  włos,  a  byłbym  zobaczył  te  cuda  –  powiedział  Sam.  –  Pamiętasz,  jak  Brian 

pokazywał mi swoje zbiory, a ty wpadłaś jak burza do pokoju i zabrałaś nam album?

– Bałam się, że chłopak powie, iż te znaczki przysłał mi Casey. Zacząłbyś wtedy zadawać 

pytania, a tego chciałam uniknąć. 

–  W  gruncie  rzeczy  lepiej  się  stało.  Gdybyśmy  już  wtedy  rozwiązali  całą  zagadkę,  nie 

mielibyśmy okazji poznać się bliżej. 

Ich oczy się spotkały. Serce Ali zaczęło bić szybciej. 
– Wiele bym stracił, gdybym cię nie poznał – oznajmił po prostu Sam. 
–  Ja  też  –  szepnęła  Ali.  Szybko  jednak  nadała  głosowi  normalny  ton.  –  W  jaki  sposób 

Casey zamierzał odzyskać znaczki? – spytała. 

– Poczekałby, aż sprawa przycichnie, i potem zechciałby się z tobą spotkać. Na przykład 

w Rio de Janeiro lub w jakimś europejskim kraju. Tam gdzie dałoby się upłynnić znaczki bez 
zwracania  na  siebie  zbytniej  uwagi.  Mając  furę  pieniędzy,  moglibyście  do  końca  życia 
mieszka w dowolnym miejscu na kuli ziemskiej. 

– Nigdy nie pojechałabym do Casey’a. 

background image

– On o tym nie wiedział. 
– Stał się przecież kryminalistą. 
–  Przekonanym,  że  mu  wszystko  wybaczysz,  bo  go  kochasz.  Sama  mówiłaś,  że  był 

fantastą. Gdybyś jednak nie zechciała do niego pojechać, wróciłby do kraju po znaczki. 

– W jaki sposób?
– Z fałszywym paszportem. 
Po plecach Ali przebiegły nagłe dreszcze. Zadrżała. 
–  Na  szczęście  jest  już  po  wszystkim  –  odetchnęła  z  ulgą.  –  Jerry  odda  znaczki  firmie 

Westfielda. Tam je spieniężą i wreszcie będzie spokój. 

– A ty zapomnisz o sprawie. Ale, mam nadzieję, nie o wszystkim – dodał Sam. Oboje z 

Ali byli radośni i podnieceni. – Umowa stoi. Jedziemy do miasta poszaleć. Będziesz szybko 
gotowa?

Sam  zjawił  się  pod  drzwiami  Ali  godzinę  później.  Zapukał.  Czuł  się  jak  uczniak  na 

pierwszej w życiu randce. 

– Ślicznie wyglądasz – oznajmił, gdy tylko otworzyła mu drzwi. 
Aż poczerwieniała z radości. Uniosła się na palcach i obróciła jak zawodowa modelka. 
– Podoba ci się ten strój? Naprawdę? Kupiłam tę szmatkę w hotelowym butiku. 
– Wyglądasz znakomicie. 
– Ty też. 
Sam podszedł do Ali i przesunął dłonią po jej obnażonym karku. Z wrażenia wstrzymała 

oddech. 

– Sam, musimy porozmawiać – wyszeptała. – Powinniśmy... 
– Zacząć wszystko od nowa – dokończył. 
Wziął  Ali  w  ramiona  i  przyciągnął  do  siebie.  Zaczęła  mówić,  lecz  zamknął  jej  usta 

mocnym, władczym pocałunkiem. 

Całym  ciałem  przywarła  do  Sama.  Ogarnęło  ją  podniecenie.  Kiedy  poczuła  rękę  pod 

spódniczką,  zadrżała.  Gdy  wsunął  palec  za  majteczki,  zaczęła  tracić  oddech.  A  także 
równowagę. 

Podtrzymał Ali. Pieszczoty stały się jeszcze bardziej namiętne. Jakimś cudem ze środka 

pokoju przesunęli się pod ścianę. 

–  Pragnę  całować  twe  piersi  i  ssać  sutki  –  szeptał  Sam.  –  Pragnę  znaleźć  się  w  tobie. 

Dotykać cię. Ciągle. Wszędzie. 

Słowa te działały na Ali jeszcze silniej niż pieszczoty. 
– Mam miękkie nogi – szepnęła. 
– To doskonała wiadomość. – Pocałował jeszcze mocniej. – Muszę cię mieć, Ali. 
Z trudem udało się jej zebrać myśli. 
– Mieliśmy iść do restauracji. I tam porozmawiać, uczcić... 
Sam przyciągnął ją jeszcze mocniej. Przez cienki materiał sukienki poczuła, jak bardzo jej 

pragnie.  Całował  coraz  gwałtowniej.  Zaczynała  tracić  panowanie  nad  sobą.  I  resztki 
przytomności. 

– Potem porozmawiamy – odpowiedział szeptem. – Teraz nadszedł czas działania. Jestem 

background image

człowiekiem czynu. Chyba o tym jeszcze nie zapomniałaś. 

–  Nie  zapomniałam.  –  Drżącymi  palcami  Ali  zaczęła  niezdarnie  rozpinać  suwak  przy 

spodniach Sama. 

Ich usta znów się spotkały. 
Odsunęli się od siebie, rozgrzani i zmęczeni. Potem Ali przytuliła się do Sama. 
–  Od  pierwszej  chwili,  gdy  tylko  cię  ujrzałam,  czułam,  że  jesteś  niebezpieczny. 

Przekonałam  się  o  tym  na  własnej  skórze.  Sprawiasz,  że  wyczyniam  różne  zwariowane, 
szalone rzeczy. 

–  Takie  jak  oblewanie  nieszczęśnika  strumieniem  wody  ze  szlaucha  –  przypomniał 

żartobliwie. 

– To było konieczne. Musiałam zdławić ogień w samym zarodku – wyjaśniła poważnym 

głosem. – Już wtedy miałam przeczucie, że wybuchnie. 

– I że będą fajerwerki. – Sam mocniej przytulił Ali do siebie. Nakrywała go teraz całym 

ciałem. – Wiedziałem, że jesteśmy stworzeni do tego, żeby się kochać. Od samego początku. 

Uniosła się na łokciach i popatrzyła na leżącego pod nią mężczyznę. 
– Samie Cantrell, muszę powiedzieć ci coś niezwykle ważnego. Uwielbiam twoje oczy. 

Zielone, seksowne i cholernie spostrzegawcze. – Pocałowała osłaniające je powieki. 

Sięgnął  błyskawicznie  po  AU,  lecz  okazała  się  szybsza.  Zdążyła  zsunąć  się  obok  na 

łóżko. 

– Hola, mój panie – zaprotestowała. – Nie tak szybko. Jeszcze nie rozprawiłam się z tobą. 
– Hm... Zamierzasz stosować tortury?
– Może. Takie, że zaczniesz błagać o więcej. 
– Zawsze będę to robił. Nigdy się tobą nie nasycę. 
Zaczął pieścić jej piersi. Uniosła pośladki. Po chwili przeniknął ją całą. Niemal od razu 

ogarnęła ich fala rozkoszy. 

Sam trzymał Ali w ramionach. Ich wilgotne, zgrzane ciała stanowiły jedność. 
– Kocham cię – wyszeptał. – Od pierwszej chwili w której cię ujrzałem. 
Ogarnęła ją niewypowiedziana radość. 
– Ja też, najdroższy. Ja też. 

– Jesteś rannym ptaszkiem. 
Ali  odwróciła  się  na  dźwięk  głosu  Sama.  Znajdowała  się  w  patiu.  Oparta  o  balustradę, 

syciła wzrok fascynującym widokiem oceanu. 

– Piękny dzień. Chcę się nim nacieszyć. 
Sam przeszedł przez patio i wziął AU w ramiona. Był bez koszuli. Od jego rozgrzanego 

snem ciała biło ciepło. 

– Cudowny dzień po cudownej nocy – powiedział cicho. – Ali, to wspaniałe. 
– Tak. 
– Wreszcie się zgadzamy. – Pocałował ją w czoło. – A to oznacza, że przeniesiesz się do 

mnie do Atlanty. 

Zaskoczona spojrzała na Sama. 

background image

– Najszybciej jak będzie to możliwe – dodał spokojnie. 
– Czekaj, nic jeszcze nie... 
–  To  chyba  logiczne.  Przecież  na  Indigo  pracować  nie  mogę.  Ty  natomiast  możesz 

działać na rzecz Przypraw Życia, mieszkając w Atlancie. 

– To niemożliwe. 
– Oczywiście, że możliwe. Potrzebne ci będą tylko faks i komputer. Będziesz w stałym 

kontakcie  z  Tigerem  i  Gwen,  nadal  z  powodzeniem  prowadząc  działalność  promocyjną  i 
reklamową firmy. Ali wysunęła się z ramion Sama. 

– Jeszcze o tym nie myślałam. 
– Chyba chcesz, byśmy byli razem. 
– Tak. Tylko że... 
– Twój przyjazd do Atlanty to przecież następny, logicznie uzasadniony krok. 
– Łatwo ci mówić, bo tam mieszkasz. A ja... 
– Ali, w naszym życiu już skończyła się era pobytów na romantycznych wyspach. Czas 

na normalne dni. 

– Ale Atlanta... 
– Musisz zapomnieć o przeszłości – powiedział ostrym tonem. 
Zaskoczona  Ali  podniosła  wzrok.  Sam  zdał  sobie  sprawę  z  tego,  że  odezwał  się  zbyt 

szorstko. 

– W Atlancie poczujesz się dobrze – dodał łagodniej. – Nikt więcej o nic nie będzie cię 

obwiniał. Wszyscy szybko zapomną o Casey’u. Zaczniemy nowe życie. Chcesz tego, prawda?

– Tak, ale... 
– Do licha, o co chodzi? Jeśli nie o Casey’a i pieniądze, to o co? Czy o moją przeszłość? 

– zapytał. 

– Oczywiście, że nie – odparła szybko. Za szybko. 
– Ali, mów prawdę. Bardzo cię proszę. – Sam poczuł nagle, że coś jest nie w porządku. 

Ogarnął go niepokój. 

– Dobrze, powiem. Martwi mnie twoja przeszłość. W pewnym sensie. Tak wiele straciłeś 

w życiu, że nie wiem, czy zdołam ci to jakoś zrekompensować. 

– Kochanie, nie musisz nic robić dla mnie. 
– Tak, ale... 
– Uważasz, że i tym razem źle ulokowałaś swoje uczucia? – zapytał. 
– Byłam pewna, że jeżeli odnajdziemy pieniądze, to skończą się wszystkie problemy. A 

tu... 

–  Wszyscy  ludzie  mają  problemy.  My też  będziemy je  mieli.  Kocham cię.  Chcę,  żebyś 

została moją żoną. 

Po policzkach Ali pociekły łzy. 
–  To  dzieje  się  za  szybko  –  wyszeptała  zdławionym  głosem.  –  Chcę  wracać na  Indigo. 

Potrzebuję czasu. 

Ujął w dłonie jej twarz mokrą od łez. 
– Na myślenie będziemy mieli go wiele – powiedział spokojnie. 

background image

– Sam, ja... 
– Nie wiesz, czego chcesz. Zasługujesz na to, żeby być szczęśliwa. 
– Kocham cię, Sam. 
– Wobec tego jedź ze mną do Atlanty. 
– Nie mogę. – Ali opadła na krzesło. Ukryła twarz w dłoniach. – Przynajmniej na razie. 

Wróć  ze  mną  na  Indigo  lub  przynajmniej  odwiedzaj  mnie  w  weekendy.  Sprawdzimy,  jak 
działa na nas rozłąka. 

– Proponujesz kiepski test. Życie na Indigo nie jest realne, podobnie jak na Santa Luisa. 

Dziewczyno,  czy  nie  widzisz,  że  właśnie  nadeszła  przełomowa  chwila?  To  nasza  jedyna 
szansa  wspólnej  egzystencji  w  rzeczywistym  świecie.  Zacznijmy  żyć  razem.  Na  dobre  i  na 
złe. Teraz albo nigdy. 

– Nie powinieneś tak bardzo przypierać mnie do muru. – Ali skarciła Sama. 
– To nie ultimatum, lecz logicznie uzasadniony  następny krok w naszym życiu.  Miłość 

jest aktem wiary. Ja mam do ciebie zaufanie, ale czy ty mi wierzysz?

Nie potrafiła odpowiedzieć. 
– Potrzebuję czasu. Muszę wszystko przemyśleć – powtarzała z uporem. 
– Lękasz się? – zapytał. 
– Nie. 
– Może mnie się obawiasz?
– Nie. 
–  Więc  siebie?  –  Zobaczywszy,  jak  Ali  zaprzecza  gestem,  skonstatował:  –  Boisz  się 

przeszłości. 

– Nie wiem. Kiedy wrócimy na Indigo, wtedy... 
– Nie pojadę tam z tobą w tych okolicznościach. 
– Proszę, Sam. 
– Zmienię rezerwację na samolot i polecę stąd wprost do Atlanty. Zadzwonię do Tigera, 

żeby  spakował  moje  manatki,  które  zostawiłem  w  Pudełku,  i  odesłał  je.  –  Głos  Sama  był 
chłodny i opanowany. 

– Wróć ze mną. Potem porozmawiamy. 
– Za późno na dyskusje. Nadszedł czas działania. Muszę zacząć normalne życie. Ty też 

powinnaś postąpić identycznie. Ze mną lub sama. 

Oczyma pełnymi łez Ali patrzyła, jak odchodzi. 

Widok z okna domku stojącego na wyspie Indigo nad samym brzegiem oceanu był ciągle 

taki sam. Zmieniła się jednak jego lokatorka. Wpatrywała się tępo w biegnące do brzegu fale. 
Siedziała tak godzinami, bez ruchu, nawet nie włączając komputera. 

Pod domek od strony tylnej werandy podjechała Gwen. Usłyszawszy jej głos, Ali bardzo 

się ucieszyła. 

– Wchodź do środka! – zawołała, nie ruszając się z krzesła. – Tylko udaję, że pracuję. 
– Oboje z Tigerem martwimy się o ciebie. Od powrotu z Santa Luisa ukrywasz się przed 

nami – oskarżycielskim tonem powiedziała Gwen. 

background image

– Tak – przyznała Ali. – Byłabym kiepskim kompanem. Niestety, samotność mnie męczy. 

Nigdy nie przypuszczałam, że na  Indigo poczuję  się kiedyś jak w więzieniu!  – wybuchnęła
nagle. 

Gwen usiadła obok Ali. Zamyśliła się na chwilę. 
– Tęsknisz do niego, prawda? – zapytała domyślnie. 
– Czy to takie oczywiste?
– Sądziliśmy, że z Santa Luisa wrócisz szczęśliwa, bo wyjaśniliście wszystko. A ty co? 

Przemykasz się chyłkiem, unikając ludzi, i wyglądasz jak kupka nieszczęścia. 

– Bo tak się czuję – przyznała Ali. – Chciałabym pogadać. 
– Służę swoją osobą. I dobrymi radami – ofiarowała się Gwen. 
– Rad nie potrzebuję. Tylko mnie wysłuchaj. Chodząc nerwowo po pokoju,  Ali zaczęła 

mówić o Samie. 

– Zaryzykował. Opowiedział mi o swym życiu. Były w nim bardzo nieprzyjemne, ponure 

epizody.  Zlękłam  się,  usłyszawszy  o  nich.  Sądziłam,  że  Sam  chce,  abym  zrekompensowała 
mu te ciężkie chwile. On wcale tak nie myślał. – Ali zatrzymała się nagle pośrodku pokoju. –
Czy to, co mówię, jest sensowne? – zapytała. 

– Mniej więcej – mruknęła Gwen. 
–  Chciał,  żebym  opuściła  Indigo,  pojechała  z  nim  i  zaczęła  nowe  życie.  Bo  skoro  się 

kochamy, to powinniśmy być razem, prawda?

Gwen skinęła głową. 
– A ja zachowałam się jak ostatnia idiotka. Wystraszyłam się tej propozycji. Uciekłam –

wyznała Ali. – Nie podobało mi się, że Sam stawia ultimatum. 

– A to rzeczywiście było ultimatum? – spytała zaniepokojona Gwen. 
– Teraz dopiero pojęłam, że nie. Ukazał mi tylko alternatywę. Albo będziemy razem, albo 

osobno. 

– Kochasz go?
– Tak – bez chwili namysłu potwierdziła Ali. – Uwielbiam. Od pierwszej chwili, zresztą 

dobrze o tym wiesz. Jest seksowny, zabawny, bardzo męski i silny. Podczas tych niewielu dni 
było nam... 

– Jeszcze jedno pytanie – przerwała jej Gwen. – Dlaczego nie jesteś razem z nim?
– Och, o to właśnie poszło – jęknęła Ali. – Bo co będzie, jeśli nam się nie ułoży? Jeśli 

zawiodę Sama?

–  Świat  się  nie  zawali  –  ze  stoickim  spokojem  stwierdziła  Gwen.  –  Ali,  nikt  nie  jest 

doskonały. Nie oczekuj tego od Sama. 

– Wiem. Znam dobrze jego wady. 
– To świetnie. Wobec tego następne pytanie: czy od siebie wymagasz doskonałości?
– Nie, oczywiście, że nie. To znaczy tak – szybko poprawiła się Ali. 
– A więc doszłyśmy do sedna sprawy. Nie jesteś  idealna, bo w odniesieniu do Casey’a 

popełniłaś  błąd  i  za  żadne  skarby  nie  chcesz  go  powtórzyć.  Musisz  jednak  pogodzić  się  z 
istnieniem takiej możliwości. Wszyscy są omylni. – Gwen zrobiła krótką przerwę. – Chyba że 
ci to potrzebne jako wymówka, żeby dalej ukrywać się na wyspie – dodała. – Czy tak?

background image

– Coś za dużo tych pytań – burknęła Ali. 
– Uznałam, że lepiej pytać, niż dawać dobre rady – bez chwili namysłu odparła Gwen. 
Obie kobiety wybuchnęły śmiechem. 
–  No  to  zapytam jeszcze  raz  –  odezwała  się  po  chwili  Gwen.  –  A  gdyby tak  wszystko 

udało się wam na sto dwa?

– Nie ma żadnej gwarancji, że tak będzie. 
– Ali, nikt niczego ci nie zagwarantuje. Każdy ma jakieś wątpliwości. 
– Ty ani Tiger nie mieliście. Gwen wybuchnęła śmiechem. 
– My? Wręcz przeciwnie! Czy masz pojęcie, co przeżywałam, kiedy Tiger oświadczył, że 

zwija praktykę adwokacką, zostawia dom w Charleston i wszystkich naszych przyjaciół, bo 
chce zamieszkać na Indigo, żeby się zająć Przyprawami Życia? Masz pojęcie, jak ja się wtedy 
czułam?

– Tak. Byłaś zachwycona. 
–  Och,  miałam  moc  wątpliwości.  Każda  zmiana  jest  trudna  i  niesie  z  sobą  mnóstwo 

kłopotów. 

– Lecz znałaś Tigera – przypomniała Ali. Zdawała sobie sprawę z tego, że jej argumenty 

słabną. 

– A ty znasz Sama – padła błyskawiczna riposta. 
– No, nie w pełni. 
–  Zamierzasz  lepiej  go  poznać,  tkwiąc  samotnie  na  Indigo?  –  Gwen  zaczynała  powoli 

tracić  cierpliwość.  –  Zawsze  byłaś  uparta.  Zdecyduj  się,  co  wolisz.  Ukrywać  się  tu  nadal, 
może nawet do końca życia, czy być z Samem. 

– Chce, żebym pojechała do niego do Atlanty. 
– Rozsądne rozwiązanie. 
– Ale co wtedy z Przyprawami Życia?
–  Niektórzy  twierdzą,  że  najlepszą  przyprawą  życia  jest  miłość  –  zażartowała  Gwen.  –

Mówmy jednak  poważnie.  Mieszkając  w  Atlancie,  więcej  zdziałasz  w  sprawach  promocji  i 
reklamy wyrobów naszej firmy, niż przebywając stale na wyspie. 

Zamyślona Ali usiadła przed komputerem. Gwen podniosła się z krzesła. 
–  Czas  na  mnie  –  oznajmiła.  –  Jak  wiesz,  Tiger  i  ja  wyjeżdżamy  na  targi.  Prawdziwe 

urwanie głowy, bo przedtem trzeba załatwić moc rzeczy – ciągnęła. Ruszając w stronę drzwi, 
dodała: – A poza tym obiecałam tylko słuchać, a nie dawać rady. 

– Gwen, bardzo ich potrzebuję – powiedziała Ali. 
– Wątpię. Mam propozycję. Wpadnij dziś do nas na kolację. 
– Chętnie przyjdę. Dziękuję. 
Trzydzieści  sekund  zajęło  Ali  powzięcie  następnej  decyzji.  Zerwała  się  z  krzesła  i 

pobiegła za żoną ciotecznego brata. 

– Jadę z wami na targi – oznajmiła, stając na progu. 
– Panu niech będą dzięki! – wykrzyknęła Gwen, wznosząc oczy ku niebu. Wsiadając do 

samochodu, dodała: – Tiger będzie zachwycony. 

background image

ROZDZIAŁ 11

Po czwartym sygnale telefonu  włączyła się automatyczna sekretarka. Z  bijącym sercem 

Ali wysłuchała stałego tekstu nagranego przez Sama. Miał normalny, pogodny głos, bez śladu 
smutku. Ali poczuła się niemal zawiedziona. Czyżby za nią nie tęsknił?

Zadzwoniła do niego, Ucząc, że o tej porze powinien już znaleźć się w domu. Skrzywiła 

się, usłyszawszy automatyczną sekretarkę. Byłoby jej łatwiej rozmawiać osobiście. 

– Dzień dobry –  powiedziała nienaturalnym głosem. –  Mówi Ali.  Dużo  myślałam i...  –

odchrząknęła  nerwowo  –  chcę  się  z  tobą  zobaczyć.  Muszę  przyznać,  że  w  wielu  sprawach 
miałeś rację. – Nabrała głęboko powietrza. – Posłuchałam twojej rady i przyjechałam na targi 
do  Atlanty.  Załatwię  ci  kartę wstępu.  Jeśli  zechcesz  nas  odwiedzić,  to  na  stoisku  Przypraw 
Życia zobaczysz przepięknego kraba na łyżwach. Zadzwoń. Zatrzymałam się w hotelu Zenith. 
–  Zostawiła  numer  telefonu,  mimo  że  Sam  z  łatwością  mógł  go  odszukać,  i  odłożyła 
słuchawkę. 

Modliła się teraz, żeby oddzwonił. Od tej chwili wszystko znajdowało się w jego rękach. 
W firmowym stoisku Ali zapewniała klienta:
–  Oczywiście, towar  dostarczymy  do  pańskich  sklepów już  w  październiku.  Na  pewno. 

Nie, nie będzie żadnych problemów. 

Wypisała  zamówienie,  chyba  już  setne  tego  dnia,  wręczyła  klientowi  różową  kopię  i 

obdarzyła go profesjonalnym uśmiechem. Odszedł zadowolony. 

Zaschło jej w gardle. Od rana wychwalała zalety produktów Przypraw Życia. Na stoisku 

firmy panował bez przerwy ogromny ruch. 

–  Złotko,  potrzebna  mi  jeszcze  cebula  –  zawołał  Tiger  do  żony.  Przyrządzał  próbne 

potrawy. 

– Ten człowiek nie poradziłby sobie beze mnie – stwierdziła Gwen, serdecznie ściskając 

ramię  AU.  –  A  żadne  z  nas  nie  mogłoby  egzystować  bez  ciebie.  Jestem  ogromnie 
zadowolona, że zdecydowałaś się przyjechać z nami. 

– Też się cieszę, że tu jestem. 
Na  targach  było  na  co  popatrzeć.  Bożonarodzeniowa  impreza  w  Atlancie  była  wręcz 

imponująca.  Mimo  lipcowego  upału  dzięki  klimatyzacji  w  pawilonie  panował  przyjemny 
chłód.  Wszędzie  rozstawiono  duże  sztuczne  choinki,  bogato  ozdobione,  i  rozwieszono 
jemiołę.  Z  głośników  rozlegały  się  dźwięki  popularnych  kolęd,  a  między  stoiskami  krążyli 
bez przerwy Święci Mikołajowie, wyciągając z worków prezenty i rozdając je zwiedzającym. 

Przyprawy  Życia  miały  wielu  klientów.  Odniosły  w  pełni  zasłużony  sukces.  Stoisko 

wyglądało świetnie. Przyciągało wzrok. Ali wyszła na zewnątrz, stanęła w sporej odległości i 
z dumą przyglądała się swemu dziełu. Patrzyła na barwnego, ogromnego kraba na łyżwach. 
Towarzyszyły mu trzy krewetki w mikołajowych czapkach. 

Ali czuła się doskonale. Kiedy oddała znaczki, ukazał się w prasie tylko jeden niewielki 

artykuł  na  ten  temat.  W  telewizji  nie  było  nawet  wzmianki.  Sprawa  Casey’a  Bella,  dawno 
przebrzmiała, nie interesowała już nikogo. Ali udzieliła wywiadu na temat Przypraw Życia, a 

background image

reporter ani jednym słowem nie wspomniał o Casey’u. 

Przy stoisku zaczęła tworzyć się kolejka. Ali spojrzała na zegarek. Jeśli Sam dziś się nie 

zjawi, pomyślała, to może przyjdzie jutro. A jeśli nie, ona go odwiedzi. Zobaczą się, chyba że 
wyjechał  służbowo.  Wtedy  sama  poczeka  w  Atlancie.  Tak  długo,  jak  to  będzie  potrzebne. 
Oprócz Sama nic się dla niej teraz nie liczyło. 

Ruszyła w stronę stoiska. Nagle przed sobą ujrzała potężną postać Świętego Mikołaja z 

ogromnymi,  sumiastymi  wąsami  i  w  wielkiej  czapce.  Zeszła  w  prawo,  lecz  zagrodził  jej 
drogę. Przeszła na drugą stronę, zrobił to samo. 

– Przepraszam pana – powiedziała. – Proszę mnie przepuścić. Muszę... 
Urwała, gdyż nagle znalazła się w objęciach Mikołaja. Usłyszała dochodzące ze stoiska 

wołanie Gwen:

– Tiger, popatrz! Święty Mikołaj porywa Ali!
– Proszę natychmiast mnie puścić! – Rozzłoszczona Ali wyrywała się nieznajomemu. 
Nie słuchał. Trzymając ją na rękach, szedł w stronę wyjścia z pawilonu. 
– Każę pana aresztować! Obrzydliwy maniak!
Nie  zważając  na  protesty,  Święty  Mikołaj  wyszedł  z  Ali  na  ulicę  i  wszedł  do 

mieszczącego się obok hotelu. 

Przeraziła się nie na żarty, kiedy zatrzymał się przed drzwiami jednego z pokoi i zaczął 

szukać  klucza  w  kieszeni.  Pocieszała  ją  jedynie  myśl,  że  Tiger  i  Gwen  zdążyli  już 
zawiadomić policję. 

Uporał się z zamkiem, otworzył drzwi i ciągle trzymając Ali na rękach, wszedł do pokoju. 

Swój cenny żywy łup złożył na szerokim łóżku. 

Stanął obok. Był to bardzo pięknie ubrany Święty Mikołaj. Miał największe wąsy, jakie 

Ali kiedykolwiek widziała. 

I... najbardziej zielone oczy. 
– Zupełnie zwariowałeś – odezwała się miękkim głosem. 
– To wszystko z miłości – wyjaśnił spokojnie. Ukląkł obok łóżka. 
– Och, nie mogę uwierzyć... 
– Przebrałem się, bo chcę, żebyś tę chwilę zapamiętała na całe życie. 
W rogu pokoju stała ogromna, ozdobiona żywa choinka, a pod nią leżał stos prezentów. 
– Wszystko dla ciebie – oznajmił Sam, widząc, że Ali spogląda w stronę choinki. 
– Jest przepiękna. 
–  Jeśli  myślisz, że  łatwo  zdobyć takie  drzewko  w  lipcu,  to  bardzo się  mylisz.  Niestety, 

sam jej nie wycinałem. Obiecuję jednak, że w grudniu oboje zrobimy to własnoręcznie i sami 
ubierzemy choinkę. Zapoczątkujemy nasze tradycje. 

– Widzę, że jest nawet szampan. Sam to wszystko przygotowałeś?
– Tak. Okazało się całkiem przyjemne. 
– Dlaczego wybrałeś akurat Boże Narodzenie?
– To piękne święto. Zwłaszcza dla ludzi, którzy się kochają. 
– Och, Sam. – Ali była wzruszona. Nie wiedziała co powiedzieć. 
Usiadł na brzegu łóżka i wziął ją w ramiona. 

background image

–  Pragnąłem  okazać,  jak  bardzo  cię  kocham,  nie  tylko  słowami.  O  rany,  ale  się 

zmieniłem!  Tylko  popatrz.  W  upalny,  lipcowy  dzień  Sam  Cantrell  ugania  się  po  Atlancie 
przebrany za Mikołaja, robiąc z siebie kompletnego idiotę. Czy to ten sam facet, który kiedyś 
zjawił się na Indigo?

– Nie. A kto by pomyślał, że wrócę do Atlanty, będę się do wszystkich uśmiechać, będzie 

mi się to podobało i że na dodatek będę całowała mego własnego Świętego Mikołaja?

Przyciągnęła  Sama  do  siebie  i  przywarła  wargami  do  jego  ust.  Upłynęło  sporo  czasu, 

zanim się odezwała:

– Tak bardzo się bałam, że popsułam wszystko między nami. 
– To byłoby niemożliwe. Mówiłem ci przecież, że jesteśmy dla siebie stworzeni. Pragnę 

mieć cię na zawsze. Dzielić życie i dom. To czego do tej pory nie miałem. 

–  Jesteś  wielkim  romantykiem,  który  przez  wiele  lat  udawał  cynika.  –  W  oczach  Ali 

zabłysły  łzy  radości.  –  Mój  ty  święty  –  powiedziała  czule  –  zobaczysz,  będziemy  wiedli 
wspaniałe życie.

– Nie ma lepszej pory roku, żeby je rozpocząć niż Boże Narodzenie. Nawet w lipcu!