background image

Laurie Paige 

Kochanka 

z charakterem 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Maya Ramirez wciągnęła do płuc świeże, orzeźwiające 

powietrze, po czym westchnęła głęboko. Może nie była naj­

szczęśliwszą kobietą na świecie - w ciągu ostatnich ośmiu 

miesięcy zbyt wiele niepokojących rzeczy wydarzyło się 

na ranczu Coltonów - ale przynajmniej bez lęku patrzyła 

w przyszłość. 

Łagodna klacz, zwana Rudą ze względu na rdzawy 

kolor sierści, zastrzygła nerwowo uchem. Maya poklepała 

ją po szyi i rozejrzała się dookoła, podziwiając piękne 

krajobrazy. 

Przez pierwszy tydzień lutego na północnym wybrzeżu 

Kalifornii pogoda nie dopisywała: było chłodno i deszczo­

wo. Ale wreszcie nastała upragniona zmiana: chmury znikły, 

niebo przybrało jednolity odcień błękitu, a temperatura 

w cieniu dochodziła niemal do dwudziestu stopni. 

W tak piękny, słoneczny dzień wszystko wydawało się 

możliwe. Prawie wszystko, poprawiła się w myślach Maya, 

odpędzając od siebie pszczołę. Bzycząc cicho, owad pole­

ciał w stronę pola obsianego rubinem, który powoli zaczy­

nał kwitnąć na biało, żółto i niebiesko. 

- Zobaczcie, sokół! - zawołał dziesięcioletni Joe 

Colton Junior, wskazując na skały ciągnące się wzdłuż 

zachodniej granicy rancza. 

background image

LAURIE PAIGE 

- Gdzie? Gdzie? - dopytywał się młodszy o dwa lata 

Teddy Colton; zadarł głowę, ale żadnego sokoła nie dojrzał. 

- Ojej, ty śle... - Starszy chłopiec popatrzył na Mayę 

i zreflektował się. - Tam, nad sosnami. 

Maya pogroziła mu palcem, po czym uśmiechnęła się 

przyjaźnie. Nie pozwalała swoim podopiecznym używać 

wyzwisk ani przekleństw. Chociaż jako niania zatrudnio­

na była od niedawna, opiekowała się chłopcami od sa­

mego początku; miała szesnaście lat, kiedy pani Colton 

po raz pierwszy zabrała ją z sobą do luksusowego ku­

rortu, aby zajęła się małym Joem, który liczył wówczas 

zaledwie kilka miesięcy. 

Od tamtej pory minęło dziesięć lat. 
Maya ponownie westchnęła. Zdziwiła się, czując pie­

czenie pod powiekami. Po chwili wróciła myślami do 

przeszłości. 

Czas płynął tak szybko, a zarazem tak wolno. 
Po ukończeniu szkoły średniej rozpoczęła studia me­

todą korespondencyjną, czyli przez Internet. Mieszkała 

z rodzicami na terenie posiadłości Coltonów; pomagała 

matce w prowadzeniu domu, a kiedy pani Colton uro­

dziła Teddy'ego, coraz częściej opiekowała się dwójką 

maluchów. 

W zeszłym miesiącu Meredith Colton poprosiła ją, aby 

zamieszkała w głównej rezydencji i przyjęła posadę 

opiekunki chłopców. Ich niani, jak to określiła. Maya zgo­

dziła się; potrzebowała pieniędzy. 

Znów odpędziła sprzed twarzy pszczołę. Kilka kolej­

nych spostrzegła na końskiej grzywie. Jedna usiadła zwie­

rzęciu na uchu. Klacz potrząsnęła gwałtownie łbem. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 7 

- Możemy się pościgać? - spytał Teddy, wpatrując 

się w Mayę błagalnym wzrokiem. 

Skinęła głową. 

- Dobrze, tym bardziej że jakoś dużo tu pszczół. Nie 

odpędzajcie ich, bo się rozzłoszczą. Po prostu odwróćcie 

się i jedźcie w stronę stajni, a one same odlecą. 

Chłopcy posłusznie wykonali polecenie. Kiedy odje­

chali kilka metrów, Maya pociągnęła lekko wodze. Klacz 

wymachiwała nerwowo ogonem. Po chwili obróciła się 

i ruszyła przed siebie, najpierw stępem, potem kłusem. 

Maya popatrzyła na pędzących przed nią chłopców, 

którzy pokrzykiwali wesoło. Pochyliła się nieco do przo­

du i zaciskając mocniej kolana, usiłowała zmusić klacz 

do galopu. Nie dała rady. No trudno, pomyślała, ściągając 

wodze. Koń zwolnił do stępa, a ona odprężyła się. 

Zbliżając się do padoku, klacz znów zaczęła potrząsać 

łbem i wymachiwać ogonem. Maya poklepała ją po szyi. 

- No, Ruda, co się dzieje? - spytała. - Pszczoły daw­

no odlecia... 

Nie dokończyła. Klacz zarżała głośno, podrzuciła gło­

wę i nagle, bez uprzedzenia, puściła się szaleńczym ga­

lopem w kierunku stajni. Maya z całej siły chwyciła się 

łęku; na myśl, że może spaść, ogarnęło ją śmiertelne prze­

rażenie. 

Raptowny przypływ adrenaliny sprawił, że wstąpiła 

w nią siła. Uniosła się w strzemionach; jej uda pełniły 

funkcję resorów absorbujących wstrząsy. Usiłowała ściąg­

nąć wodze, zmusić klacz, by zwolniła tempo, ale zwierzę 

gnało na oślep, głuche na rozkazy jeźdźca. 

Kilkadziesiąt metrów dalej widziała, jak chłopcy ze-

background image

LAURIE PAIGE 

skakują z koni i przyglądają się jej ze zdziwieniem. 

A potem zobaczyła, jak na konia, którego Joe zwolnił, 

wskakuje jakiś mężczyzna i gna jej naprzeciw. 

Nagle, jakieś piętnaście metrów przed nią, wyrosło 

ogrodzenie. Zdawała sobie sprawę, że klacz obarczona 

siodłem i jeźdźcem nigdy nie pokona tej przeszkody. 

- Prrr! - zawołała wystraszona i jeszcze mocniej po­

ciągnęła wodze, chcąc zmusić spanikowane zwierzę do 

skrętu. 

Słysząc za sobą tętent kopyt, obejrzała się przez ramię. 

Mężczyzna, który dosiadł wierzchowca Joego, był tuż za 

nią. Trzy sekundy później konie pędziły jeden przy dru­

gim, niemal ocierając się bokami. 

- Wysuń nogi ze strzemion! - krzyknął mężczyzna. 

- Złapię cię! 

Zrobiła, jak mówił, a on wyciągnął ręce; po chwili 

była w jego ramionach. Szarpnął wodze. Wierzchowiec 

skręcił; biegł wzdłuż ogrodzenia. Biorąc z niego przy­

kład, Ruda również skręciła. Mężczyzna nakazał swoje­

mu koniowi, aby zwolnił. W ciszy, jaka nastała, słychać 

było jedynie sapanie zwierząt i ludzi. 

Ramiona mężczyzny otaczały Mayę ciasno. Czuła się 

w nich bezpieczna. Jakby po długiej podróży wreszcie 

dotarła do celu, do ukochanego domu. 

- Cholera jasna, co ci strzeliło 'do głowy?! - ryknął 

Drake Colton. - Galopem? W twoim stanie? 

W popołudniowym słońcu jego piwne oczy błyszczały 

złością. Romantyczna iluzja pękła niczym bańka mydlana. 

- Rudą chyba użądliła pszczoła - odparła Maya. -

W ucho. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 9 

Teraz, gdy minęło niebezpieczeństwo, miała ochotę 

wybuchnąć płaczem. 

Drake trzymał ją w żelaznym uchwycie. Oddychała 

ciężko, wciąż nie mogąc dojść do siebie. Serce jej ło­

motało, a spojrzenie Drake'a, który nie spuszczał z niej 

oczu, przyprawiało ją o dreszcze. 

Usiłowała odepchnąć się, uwolnić od jego ciała, od 

złości, jaka w nim kipiała. Nie mogła. Miał w sobie coś, 

jakąś siłę czy witalność, której nie potrafiła się oprzeć. 

- Możesz mnie zestawić - rzekła, starając się zigno­

rować wewnętrzny głos, który głośno się temu sprzeci­

wiał. - Teraz już dam sobie radę. 

Nie odpowiedział i nie zastosował się do jej życzeń, 

a ją naszły wspomnienia. Przypomniała sobie, jak godzi­

nami leżała w ramionach Drake'a, jak jego ręce błądziły 

po jej ciele, a uśmiech rozjaśniał jego twarz. Zamknęła 

oczy i na moment pogrążyła się w marzeniach. W ma­

rzeniach, które - jak dobrze wiedziała - nie miały szansy 

się spełnić. 

Wkrótce dotarli do stajni. Tam Drake powoli opuścił 

Mayę na ziemię, po czym sam zsiadł z konia. 

- Teddy. Joe... odprowadźcie konie - poprosił swo­

ich braci. 

Chłopcy podeszli bliżej, wyraźnie zaniepokojeni ca­

łym zajściem, i chwycili wodze, lecz nie ruszyli się 

z miejsca. Patrzyli to na Drake'a, to na swoją nianię, 

jakby bali się zostawić ich samych. 

- Nie zrobię jej krzywdy - zapewnił ich ochrypłym 

głosem Drake, po czym dodał cicho, tak by tylko ona 

słyszała: - Chociaż mam ochotę spuścić ci lanie. 

background image

10 

LAURIE PAIGE 

- Powiedźcie Riverowi, żeby obejrzał ucho Rudej -

poleciła chłopcom Maya, nie zwracając uwagi na wypo­

wiedzianą szeptem groźbę. - Chyba coś ją ukąsiło. 

Marzenia, jakim przez chwilę się oddawała, prysły, 

znikł strach i potrzeba płaczu; ogarnął ją dziwny spokój. 

Wiedziała, że ten moment kiedyś nadejdzie. Ale nie 

spodziewała się, że nastanie tak szybko. Nie była przy­

gotowana do konfrontacji... 

Kiedy chłopcy skierowali się z końmi do stajni, Drake 

odwrócił się twarzą do Mai. Na widok jej gęstych lśnią­

cych włosów, czarnych oczu, ognistego spojrzenia, 

a przede wszystkim wielkiego brzucha poczuł niemal fi­

zyczny ból. 

- To w którym jesteś miesiącu? - warknął gniewnie. 

A przecież nie tak zamierzał rozpocząć tę rozmowę. 

Kiedy pół godziny temu przyjechał na farmę, chciał 

w sposób spokojny i racjonalny podejść do problemu 

ciąży i ojcostwa. 

- Co cię to obchodzi? - spytała tak cicho, że z tru­

dem ją usłyszał. 

Po czym odwróciła się na pięcie i odeszła. Zostawiła 

go przed stajnią, spoconego, zdyszanego, przepełnionego 

goryczą, a zarazem tkliwością. 

Stała namydlona pod prysznicem, czekając, by stru­

mień wody omył ją od stóp do głów. Kilka minut później 

wyszła z kabiny. Zaczęła się wycierać, kiedy nagle usły­

szała pukanie do drzwi. 

- Chwileczkę! 
Ogarnął ją strach, może nie tak paniczny strach jak 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 

11 

wcześniej, ale na pewno strach. Zastanawiała się, po jakie 

licho Drake wrócił na ranczo. Wprawdzie tu jest jego 

dom, lecz... 

W ciągu kilku ostatnich miesięcy zmieniły się nie tyl­

ko jej kształty; również jej nastrój podlegał nieustannym 

zmianom. Na przykład dziś po południu - to był istny 

koszmar. Kiedy Drake trzymał ją w objęciach, pilnując, 

aby nie spadła z konia i nie wyrządziła sobie krzywdy, 

czuła cały wachlarz emocji: tęsknotę, radość, smutek, żal. 

Ich serca biły jednym rytmem. Tak jak zeszłego lata. 

Ale lato minęło. Potem minęła jesień, a on wciąż nie 

dawał znaku życia. Nic dziwnego, że zaskoczył ją jego 

nieoczekiwany powrót. Sądziła, że kiedy Drake ponownie 

zawita w domu, ona już dawno będzie mieszkała gdzie 

indziej. 

„W moim życiu nie ma miejsca na żonę i rodzinę". 

Tak napisał w krótkim liście pożegnalnym. 

Przeszył ją ból, równie intensywny co tamtego ranka, 

gdy przeczytała słowa Drake'a. Ale nie miała czasu, żeby 

się nad sobą roztkliwiać. Wciągnęła szlafrok, owinęła 

ręcznikiem mokre włosy. Ręce jej drżały. 

- Maya...? 
Odetchnęła z ulgą. Głos za drzwiami należał do jej 

matki. 

Inez Ramirez od niepamiętnych czasów była gospo­

dynią Coltonów. Z kolei jej mąż, a ojciec Mai, zajmował 

się ogrodem i otaczającym dom terenem. 

- Wejdź, mamo. Drzwi są otwarte. 

Inez weszła do środka i uważnie przyjrzała się córce. 

- Teddy powiedział, że o mało nie spadłaś z konia. 

background image

12 LAURIEPAIGE 

- Ruda puściła się galopem i nie chciała słuchać żad­

nych poleceń. Chyba ją pszczoła użądliła. Ale na szczę­

ście nic się nie stało. Drake wybawił mnie z opresji. -

Uśmiechnęła się, próbując rozwiać niepokój widoczny 

w oczach matki. 

- Wiem. Aha, podobno River znalazł żądło i wyciąg­

nął je Rudej z ucha. - Zamknąwszy drzwi, Inez podeszła 

do córki i przytknęła rękę do jej czoła. - Nie kręci ci 

się w głowie? Nic cię nie boli? 

- Nic a nic. Naprawdę dobrze się czuję. 

Matka zignorowała zapewnienia córki. 

- Może powinnaś udać się do lekarza? Mogę cię pod­

rzucić do miasta... 

- Dzięki, mamo, ale naprawdę nie trzeba. Jestem 

umówiona na comiesięczną wizytę we wtorek. To tylko 

dwa dni. Nie chcę zawracać lekarzowi głowy w niedzielę. 

Inez poddała się. 
- No dobrze. Ale gdybyś poczuła się gorzej, natych­

miast mnie wołaj. Albo gdyby odeszły ci wody. 

- Zawołam. Na pewno - obiecała Maya. 

Odprowadziła matkę wzrokiem do drzwi, a potem 

przez chwilę nasłuchiwała jej kroków. Inez wróciła do 

kuchni, aby przygotować Coltonom ich wieczorny posi­

łek. 

Kiedy powiedziała rodzicom, że spodziewa się dziec­

ka, nie mogli w to uwierzyć. Ale kiedy minął pierwszy 

szok, zachowali się cudownie. Nie czynili jej żadnych 

wymówek, po prostu z góry założyli, że wkrótce poślubi 

Andy'ego Martina, który w miejscowej szkole średniej 

uczył matematyki. Kolejny, chyba jeszcze

1

 większy szok 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 13 

przeżyli, kiedy im wyznała, że Andy, z którym widywała 

się od kilku miesięcy, nie jest ojcem jej dziecka. 

Andy był jej przyjacielem, a nie kochankiem. Nigdy 

ze sobą nie spali. 

Delikatnie pogładziła się po brzuchu. Miała nadzieję, 

że Drake nie dowie się, iż od ośmiu miesięcy nosi w łonie 

jego dziecko. Cofnęła się myślami do lata, do pogodnych, 

słonecznych dni, gwiaździstych nocy i dzikiej, niepoha­

mowanej namiętności, jakiej oboje dali się ponieść. Ko­

chali się w jej łóżku, w jego łóżku, w stajni i w stodole. 

Po tym, jak kilka razy zatańczyli z sobą na przyjęciu 

urodzinowym jego ojca, Drake wymknął się do Prospe-

rino, małego miasteczka, w którym zaopatrywali się oko­

liczni ranczerzy oraz turyści z rozmieszczonych wzdłuż 

wybrzeża pensjonatów. Wrócił pół godziny później. Wi­

dząc jego ogniste spojrzenie, Maya domyśliła się, co było 

celem wyjazdu: kupno prezerwatyw. 

Ale nie kochali się tej nocy. Podczas wznoszenia to­

astu za zdrowie solenizanta ktoś strzelił do patriarchy ro­

du. Zrobił się straszliwy tumult. Do późnych godzin noc­

nych policjanci krążyli po terenie, szukali dowodów, 

wszystkim obecnym na przyjęciu gościom zadawali dzie­

siątki pytań. Przed świtem nikt nie poszedł spać. 

Ale były inne noce. 

- Wszystkim się zajmę - przyrzekł, zanim wziął ją 

w objęcia. - O nic się nie martw. 

Uwierzyła mu. Zaufała. 
Śmiać jej się chciało na myśl o tym, jaka była głupia 

i łatwowierna! I kiedy indziej może by się roześmiała, 

ale dziś była raczej w nastroju do płaczu. A na łzy nie 

background image

14 

LAUR1E PAIGE 

mogła sobie pozwolić. Co jak co, ale nie pokaże się ro­

dzicom z zaczerwienionymi oczami, dość mieli przez nią 

zmartwień. 

Zaciskając zęby, wyjęła z szafy ubranie. Posiłki jadała 

w kuchni razem z innymi pracownikami rancza. Jak po­

wiedział ktoś mądry: życie toczy się dalej. 

Nie musiała się obawiać, że spotka Drake'a. Colto-

nowie i ich przyjaciele zazwyczaj spożywali posiłki 

w elegancko urządzonej jadalni lub w oranżerii oddzie­

lającej salon od patia. Drake oczywiście jadał z nimi, 

a nie w kuchni. 

Wysuszywszy włosy, zaczesała je do tyłu i spięła 

klamrami, po czym udała się do pokoju swoich dwóch 

podopiecznych, by sprawdzić, czy są gotowi do kolacji. 

Chłopcy jadali ze służbą; tylko wtedy, kiedy matka chcia­

ła się nimi pochwalić, zapraszano ich do rodzinnego stołu. 

Maya nie miała najlepszej opinii o swojej pracodaw-

czyni, ale nigdy głośno nie komentowała jej zachowania. 

Coltonowie nie tylko płacili jej pensję, ale również op­

łacali studia. Specjalizowała się w nauczaniu początko­

wym dzieci. Liczyła na to, że za kilka miesięcy uzyska 

dyplom, a wtedy wraz ze swoim maleństwem opuści ran-

czo i rozpocznie samodzielne życie. 

Kiedy tylko pomyślała o wyjeździe, zakłuło ją serce. 

Wiedziała, że rodzice będą za nią bardzo tęsknić, po­

dobnie jak Joe Junior i Teddy. Jej również będzie ich 

brakowało. Miała jednak dwadzieścia sześć lat; nadszedł 

czas, aby uniezależniła się od rodziny. 

Kiedy weszła z chłopcami do kuchni, przy stole za­

padło milczenie. Maya rozejrzała się zdziwiona po twa-

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 15 

rzach siedzących przy stołe osób. I nagle zobaczyła twarz 

tego jednego człowieka, którego najbardziej w świecie 

pragnęła uniknąć. 

- Co ty tu robisz? 

Czując na sobie wzrok zebranych, oblała się rumień­

cem. Rany boskie, przecież Drake należy do rodziny Col-

tonów. Wolno mu było przebywać w każdej części domu 

i jeść wszędzie, gdzie miał na to ochotę. 

- Czekam na braci - odparł, nie zrażony jej tonem. -

Chciałem im podziękować za pomoc dziś po południu. 

- Jaka tam pomoc? - powiedział Joe, wzruszając ra­

mionami. - To ty uratowałeś Mayę. 

- No właśnie - poparł go Teddy. - Gnałeś na złama­

nie karku. Nauczysz mnie tak dosiadać konia? Bez użycia 

strzemion? 

Drake roześmiał się wesoło. Biel jego zębów kontra­

stowała z brązem opalonej skóry. 

- Sam się nauczysz. Musisz tylko podrosnąć z dzie­

sięć czy piętnaście centymetrów. 

Chłopcy, którzy podobnie jak wszyscy mężczyźni 

w rodzinie Coltonów byli chudzi i wysocy, usiedli po 

obu stronach swojego starszego brata. Patrzyli na niego 

z miłością i podziwem. 

Drake wstał i wyciągnął dla Mai krzesło obok Ted-

dy'ego. Kiedy ponownie zajął miejsce przy stole, chłopcy 

jeden przez drugiego zaczęli zasypywać go pytaniami. 

- Dokąd cię tym razem wysłali? 
- Do Ameryki Południowej. 

- Ale ci zazdroszczę - oznajmił Teddy. 

- Nie masz czego. - Drake poczochrał go po głowie. 

background image

16 

LAURIE PAIGE 

- Było potwornie gorąco, latały komary wielkości gołębi, 

a mnie do przeprawy przez góry dano chyba najbardziej 

kościstego osła pod słońcem. 

Podczas posiłku Drake zabawiał wszystkich śmiesz­

nymi anegdotami; ani razu nie wspomniał o niebezpie­

czeństwach, z jakimi wiąże się jego praca w elitarnej jed­

nostce komandosów. Słuchając go, Maya zastanawiała 

się, jakie nowe blizny pokrywają jego skórę. 

Przed oczami stanęło jej nagie umięśnione ciało Drake'a. 

W zeszłym roku pieściła je, dotykała, badała; odkryła każdy 

pieprzyk, każdy najdrobniejszy defekt urody, każdą szramę 

świadczącą o tym, jak niebezpieczną wykonywał pracę. 

„W moim życiu nie ma miejsca..." 

Kochał się z nią czule i namiętnie, a nad ranem, gdy 

ona jeszcze spała, śniąc o cudownej przyszłości, o ro­

dzinie, dzieciach, wspólnych radościach i smutkach, na­

pisał te słowa. Stół w kuchni nagle stał się zamazany. 

Największym wysiłkiem woli Maya zapanowała nad łza­

mi. Osiem miesięcy temu, kiedy minął pierwszy szok, 

przysięgła sobie, że nie będzie płakała w obecności in­

nych; nikt nie może widzieć jej rozpaczy. 

Jadła kolację, nie czując smaku potraw. Ilekroć nad 

pełną jasnych loków głową Teddy'ego napotykała wzrok 

Drake'a, przeszywał ją dreszcz. Obecność dawnego ko­

chanka nie wróżyła nic dobrego. 

Drake stał w ciemnym pokoju i patrzył w okna sy­

pialni po drugiej stronie patia. W okna sypialni, która 

kiedyś należała do niego, a którą dziś zajmowała Maya. 

Ponownie zalała go fala emocji. Żądza, złość, rozpacz, 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 

17 

frustracja, samotność. W ciągu ostatnich ośmiu miesięcy 

poznał wszystkie te uczucia; nachodziły go o różnych 

porach dnia i nocy, nawet wtedy, gdy przedzierał się 

przez gorącą amazońską dżunglę i powinien myśleć wy­

łącznie o czekającym go zadaniu. 

Miał do wykonania ważną misję: odbić z rąk miej­

scowych handlarzy narkotyków amerykańskiego dyplo­

matę przetrzymywanego w ich górskiej kryjówce. Pod­

czas przeprawy przez dżunglę o mało nie stracił dwóch 

świetnych żołnierzy, ale dzięki Bogu cała akcja zakoń­

czyła się sukcesem. 

Raptem zakłuło go biodro, tam, gdzie znaczyła je nowa 

blizna po ranie postrzałowej. Miał szczęście. Gdyby kula 

przeszła dwa centymetry bliżej, roztrzaskałaby mu kość 

miednicy. A wtedy nigdy nie wydostałby się z dżungli. 

Roześmiał się ponuro. Tak, wiódł zaczarowane życie. 

Można nawet powiedzieć, że był w czepku urodzony. 

Miał tylko jeden problem, a była nim Maya. 

Kiedy zobaczył ją na rozpędzonym koniu, z przera­

żenia włosy stanęły mu dęba. Niewiele się zastanawiając, 

wskoczył na wierzchowca, z którego zsiadł Joe, i pognał 

jej na ratunek. Dopiero kiedy była bezpieczna w jego 

ramionach, opuścił go strach. 

Bezpieczna? W jego ramionach? 

Jej zaokrąglony brzuch wyraźnie wskazywał na to, że 

osiem miesięcy temu nie zadbał o jej bezpieczeństwo. 

Przypomniał sobie list, który zostawił na szafce noc­

nej. Co za ironia losu! Napisał, że w jego życiu nie ma 

miejsca na żonę; zbyt wiele czasu przebywa poza domem, 

wykonując pracę, która wiąże się z ryzykiem... 

background image

LAURIE PAIGE 

No tak. A czy teraz znalazłoby się miejsce? Dla żony 

i dla dziecka? Potrząsnął głową. Nie umiał odpowiedzieć 

na to pytanie. 

Wpatrując się w okno po drugiej stronie patia, zacis­

nął zęby. Chwilę później skierował się do wyjścia. Naj­

wyższa pora, aby odbyli z sobą poważną rozmowę. Prze­

szedłszy do drugiego skrzydła domu, skręcił w długi ko­

rytarz; kilka kroków dalej zatrzymał się i zastukał do 

drzwi. 

Słysząc pukanie, Maya podskoczyła nerwowo. 

- A zmęczeni za karę nie zaznają odpoczynku -

mruknęła, siląc się na dowcip, który bynajmniej nie po­

prawił jej humoru. 

Po kolacji dopilnowała, aby chłopcy odrobili lekcje, 

a potem, kiedy leżeli w łóżkach, przeczytała im rozdział 

z powieści przygodowej. Meredith Colton nalegała, aby 

najpóźniej o dziewiątej w pokoju jej synów gaszono 

światło. Maya starała się tego przestrzegać. Niezastosowa­

nie się do życzeń pani domu groziło ostrą reprymendą. 

Wracając do swojego pokoju, niemal spodziewała się 

zastać tam Drake'a. Odetchnęła z ulgą, kiedy okazało się, 

że w środku nikogo nie ma. Przez godzinę przeglądała, 

a raczej usiłowała przejrzeć książkę, którą musiała opa­

nować do egzaminu. Niestety, nie była w stanie się sku­

pić. Parę minut po dziesiątej zaczęła szykować się do 

snu. Oczywiście powinna była się domyślić, że Drake 

nie da jej spokoju. 

Coltonów cechował upór; zawsze usiłowali dopiąć 

swego. Drake nie należał do wyjątków. 

Trudno, pomyślała, poradzi sobie. Z większymi pro-

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 19 

blemami dawała sobie radę w życiu. Z porzuceniem 

przez kochanka, ze znalezieniem listu, z odkryciem, że 

jest w ciąży i koniecznością powiadomienia o tym swo­

ich rodziców. Cóż gorszego mogłoby ją jeszcze spotkać? 

Ścisnąwszy się mocniej paskiem od szlafroka, pode­

szła do drzwi. Biorąc głęboki oddech, nacisnęła klamkę 

i wyjrzała na korytarz. 

- Muszę z tobą porozmawiać - oznajmił szeptem 

Drake. 

Miała ochotę zatrzasnąć mu drzwi przed nosem i prze­

kręcić klucz w zamku. Ale pewnie i tak potrafiłby je 

otworzyć. W końcu mieszkał w tym pokoju całymi la­

tami, dopóki nie wstąpił do sił specjalnych i nie wyruszył 

w świat. 

Zeszłego lata, kiedy leżeli przytuleni, opowiadał jej 

o swoim dzieciństwie, o młodzieńczych eskapadach, 

o tym, jak w nocy zakradał się z powrotem do łóżka, 

cicho, na palcach, tak by nikogo nie obudzić, o potężnym 

laniu, jakie kiedyś oberwał od ojca, o reakcji matki, która 

długo po tym wydarzeniu nie mogła dojść do siebie. Tak 

bardzo wzruszyły go łzy matki, że przestał wagarować 

i zaczął przykładać się do nauki. 

Teraz nie mieszkał już w Hacienda de Alegria - Do­

mu Radości - czasem tylko wpadał z wizytą. Był go­

ściem u siebie. 

Zrobiło się jej go żal. Zaskoczona własną reakcją, cof­

nęła się dwa kroki. Drake wszedł do pokoju i zamknął 

za sobą drzwi. W przyćmionym świetle jego oczy mie­

rzyły ją od stóp do głów. 

- Dobrze się czujesz? -spytał cicho. 

background image

20 

LAURIE PAIGE 

- Świetnie - burknęła. 

Zmarszczył gniewnie czoło. Rozdrażnił go jej ton. 

- Tylko kretynka wsiadałaby na konia, będąc w tak 

zaawansowanej ciąży. 

- Lekarz powiedział, że mam żyć normalnie, robić 

wszystko co do tej pory - odparła butnie. Jakim prawem 

się do niej wtrąca? - Więc jak zwykle wybrałam się 

z chłopcami na przejażdżkę... 

- Głupio postąpiłaś. Gdyby koń cię zrzucił... - Ur­

wał. Oczami wyobraźni zobaczył ją leżącą nieruchomo 

na ziemi, obolałą, może umierającą... - Psiakrew! - zde­

nerwował się. - Jeśli nie chcesz myśleć o sobie, pomyśl 

o nim. - Wskazał ręką jej brzuch. - Niedługo zostaniesz 

matką. Troska o zdrowie dziecka jest twoim obowiąz­

kiem. 

Odsunęła się. 

- Doskonale wiem, jakie mam obowiązki - rzekła 

chłodno, siadając na starym fotelu bujanym. 

Drake podszedł do biurka i wyciągnął krzesło; spo-

cząwszy na nim okrakiem, bez słowa wpatrywał się w ko­

bietę, z którą przyjechał się zobaczyć. O tym, że Maya 

jest w ciąży, dowiedział się listownie od ojca. 

Wrócił wspomnieniami do poprzedniej wizyty na ran-

czu. To było w czerwcu ubiegłego roku. Poprosił w pracy 

o dwa tygodnie urlopu i przyjechał, aby wraz z innymi 

uczestniczyć w przyjęciu wydanym z okazji sześćdzie­

siątych urodzin ojca. 

Tamten pobyt na zawsze zapadł mu w pamięć. 

Z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że ktoś usiłował 

zabić Joego. A po drugie dlatego, że kochał się z tą pięk-

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 21 

ną czarnowłosą istotą, która teraz przyglądała mu się z ta­

ką niechęcią. 

- Inez powiedziała mi, że to co najmniej ósmy mie­

siąc - dodał. 

Maya wytrzeszczyła oczy. 

- Rozmawiałeś z moją matką? 

- Owszem. Skoro ty nie chciałaś mi nic zdradzić, uda­

łem się do jedynej osoby, o której wiedziałem, że powie 

mi prawdę. Na miłość boską, dlaczego do mnie nie na­

pisałaś? - spytał, zmieniając taktykę. 

- A ty? Dlaczego nie napisałeś? 

Cios był celny. I bolesny. 
- Bo... większość czasu krążyłem po różnych bez­

drożach... - zaczął się usprawiedliwiać, ale sam słyszał, 

jak żałośnie brzmi jego wymówka. 

Maya wbiła w niego wzrok, po czym zdegustowana 

odwróciła spojrzenie. Widział, że mu nie wierzy. 

Znali się od dziecka, razem dorastali na ranczu, lecz ni 

stąd, ni zowąd Drake uzmysłowił sobie, że nie umiałby 

nakreślić jej portretu psychologicznego. Był trzy lata od 

niej starszy, wiele podróżował po świecie, ona zaś całe życie 

spędziła w Kalifornii, głównie w Prosperino i na terenie 

posiadłości jego rodziców. Więc dlaczego nagle wydało mu 

się, że z nich dwojga Maya jest starsza i dojrzalsza? 

To ciąża ją zmieniła. Zbliżające się macierzyństwo. 

Miała nie tylko nabrzmiałe piersi i wystający brzuch, ale 

i znacznie większą samoświadomość. Wyczuwał w niej 

jakąś pierwotną mądrość, nieobecną u młodej niewinnej 

dziewczyny, w której się zakochał i którą porzucił. 

- Zadania, jakie wykonuję, często są bardzo niebez-

background image

22 

LAURIE PAIGB 

pieczne - rzekł, próbując się wytłumaczyć. - Przemie­

szczam się z miejsca na miejsce. To żadne życie dla... 

Napisałem ci o tym w liście, który zostawiłem. 

- Ufałam ci. 

Te dwa proste słowa niemal zburzyły spokój, jaki 

z trudem udawało mu się zachować. Tak, zawiódł jej za­

ufanie. Wyjechał bez pożegnania, jak tchórz. 

Często zastanawiał się nad swoim postępowaniem. 

Gryzły go wyrzuty sumienia, ale przecież nie miał wyj­

ścia. Komandos żyje na krawędzi; rodzaj wykonywanej 

pracy nie pozwala mu mieć normalnego domu i rodziny. 

Wstał z krzesła i wsunąwszy ręce do kieszeni, zaczął 

chodzić tam i z powrotem, od okna do drzwi. 

- Dziecko wszystko zmienia. 

- Ono nie jest twoje. 
Zatrzymał się przed fotelem bujanym, niepewny, czy 

dobrze usłyszał. Maya również wstała. Przez chwilę pa­

trzyła mu prosto w oczy. 

- To nie jest twoje dziecko - powtórzyła. 
Cisza brzęczała im w uszach, jakby dookoła krążył 

rój rozdrażnionych pszczół. 

Tkwili naprzeciwko siebie bez ruchu, niczym dwa po­

sągi. Potem Maya uśmiechnęła się - nie z radości i nie 

dlatego, by cokolwiek ją ucieszyło. Po prostu zdała sobie 

sprawę z absurdu całej sytuacji. 

Tak, zdecydowanie sprawiała wrażenie osoby dojrza­

łej, znużonej życiem. Ten jej stosunek do świata dziwił 

Drake'a znacznie bardziej niż to, że nie zawiadomiła go 

p ciąży. Przywołał w pamięci rozmowę, jaką odbył 

z matką Mai i raptem skojarzył nazwisko: Andy Martin. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 

23 

- A czyje? - spytał. - Andy'ego Martina? 

- Mama ci tak powiedziała? 

- Tak. 

Maya uniosła dumnie brodę. 

- Pomyliła się. Dziecko jest moje. Wyłącznie moje. 

Często stykał się z ludźmi upartymi, zdesperowanymi, 

którzy nie chcą słuchać głosu rozsądku. Znalazł się w im­

pasie. 

- No jasne - burknął. - Niepokalane poczęcie. - Na 

moment zamilkł, po czym kontynuował spokojniejszym 

tonem: - Posłuchaj, to naprawdę nie ma sensu. Przyje­

chałem tu, żeby poznać prawdę. Zależy mi na tym. 

- A skąd... skąd wiedziałeś...? 

- Że jesteś w ciąży? Od mojego ojca. Napisał mi, że 

spodziewasz się dziecka; radził, abym wpadł na ranczo 

i uporządkował swoje sprawy. 

- Uporządkował swoje sprawy - powtórzyła cicho. 

- Wy, Coltonowie, lubicie, żeby wszystko stało na swoim 

miejscu, prawda? 

Miał ochotę zacisnąć ręce na jej szyi i ją udusić. Albo 

przytknąć usta do jej ust i całować tak długo, aż zacznie 

odwzajemniać jego pocałunki. Tak jak ubiegłego lata. Na 

myśl o ubiegłym lecie zrobiło mu się gorąco. Wtedy, 

w czerwcu, Maya pałała do niego takim samym pożą­

daniem, co on do niej. Była ponętna, zmysłowa, a zara­

zem niewinna. Pełna żaru, a zarazem słodyczy. 

- Wiesz, że tak nie jest. Chyba mnie znasz - powie­

dział. Z jego głosu przebijał głód, tęsknota za tym, co 

było, pragnienie, aby wskrzesić dawne namiętności. 

Odruchowo podniosła rękę do dekoltu i zacisnęła na 

background image

24 LAURIE PAIGE 

połach szlafroka, jakby bała się, że Drake nie powściągnie 

żądz i w napadzie niekontrolowanej pasji zerwie z niej 

ubranie. 

- Tak myślisz? - spytała. - Bo mnie się wydaje, że 

ani ja ciebie nie znam, ani ty mnie. 

Smutek wyzierający z jej oczu poruszył w nim jakąś 

czułą strunę. Przypomniał sobie młodą, pełną zapału 

dziewczynę, która opowiadała mu o swoich planach: po 

zdobyciu dyplomu zamierzała uczyć w szkole w Prospe-

rino, z czasem zaś chciała rozwinąć własny interes i pra­

cować z trudnymi dziećmi na Hopechest Ranch. Właśnie 

ta jej optymistyczna wizja przyszłości sprawiła, że napisał 

list, który zostawił jej na szafce nocnej. Wiedział, że ta­

kiej przyszłości, jaką ona sobie wyobrażała, nie mógłby 

z nią dzielić. 

Nieoczekiwanie ruszył do wyjścia. 

- Masz rację - powiedział. - Może rzeczywiście się 

nie znamy, co nie znaczy, że dawniej też tak było. -

Przyjrzał się jej uważnie. - Twoja mama prosiła, żeby 

cię nie denerwować. Ale mylisz się, jeśli sądzisz, że nie 

wrócę do tematu dziecka. 

Zamknął za sobą drzwi, po czym wyszedł na zewnątrz 

i skierował się ku schodom, które prowadziły w dół na 

plażę. 

Dochodziła północ. Maya krążyła po niedużej sypial­

ni, pocierając plecy. Dlaczego tak bolą? Może jednak za­

szkodziła jej dzisiejsza przejażdżka konna? Potrząsnęła 

głową, starając się odpędzić uczucie lęku i samotności. 

A także tęsknoty; odkąd Drake zacisnął wokół niej swe 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 

25 

silne ramiona, nie była w stanie skupić się na niczym 

innym. 

Zastanawiała się, ile musi minąć czasu, zanim zapo­

mni te wspaniałe chwile, jaki przeżyli razem ubiegłego 

lata? Rok? Pięć lat? Wieczność? 

Od kilku tygodni cierpiała na bezsenność; ponieważ 

- ze względu na plecy - nie mogła siedzieć długo w fo­

telu, wiele godzin spędzała na dreptaniu tam i z powro­

tem. Nie bała się przyszłości, wierzyła, że potrafi zadbać 

o siebie i o dziecko, ale czasami zdarzało się, tak jak 

tego wieczoru, że odwaga i pewność siebie ją opuszczały. 

Drake stanowił komplikację, jakiej nie brała wcześniej 

pod uwagę. Po tym, jak ją porzucił, zostawiając jedynie 

list z wyjaśnieniem, że nie jest gotów na założenie rodziny, 

postanowiła nie informować go o swojej ciąży. Nie sądziła, 

aby ta sprawa jakoś szczególnie go zainteresowała. 

Na wspomnienie tamtego poranka, kiedy otworzyła 

oczy i znalazła na szafce list, znów poczuła dojmujący 

ból. Tak ostry, że aż miała ochotę wyć. Zacisnęła zęby. 

Wiedziała, że potrafi go znieść. W ciągu ostatnich ośmiu 

miesięcy przekonała się o tym niejednokrotnie. 

Usiadłszy w fotelu, pochyliła się do przodu, by od­

ciążyć plecy. Nie ma wyjścia - musi powiedzieć Dra-

ke'owi prawdę. Chyba że znajdzie sposób, aby ją przed 

nim ukryć. 

Podniosła słuchawkę i wykręciła numer do Los An­

geles. Po kilku dzwonkach na drugim końcu linii odezwał 

się kobiecy głos. 

- Lana? Tu Maya. Chciałam cię o coś zapytać. Jesteś 

sama? Możesz swobodnie rozmawiać? 

background image

26 

LAURIE PAIGE 

- Moja mała siostrzyczka! Tak, kochanie, jestem sa­

ma. Właśnie dałam pacjentce lekarstwo i zamierzałam 

położyć się spać. O co chodzi? 

Maya wzięła głęboki oddech. 

- Drake Colton przyjechał do domu. Ojciec zawia­

domił go o... - zawahała się - o... 

- O twojej ciąży? - podsunęła Lana. 

- No właśnie. Słuchaj, wiem, że badanie DNA wy­

kazałoby, kto jest ojcem dziecka, ale czy bez zgody matki 

ktoś mógłby... hm, na przykład pobrać niemowlęciu krew 

do badania? 

- Drake chce ci odebrać dziecko? - spytała z obu­

rzeniem Lana. 

- Nie, skądże! On nawet nie wie, że jest ojcem. Ni­

komu poza tobą tego nie zdradziłam. Ale... ale podej­

rzewa, że może nim być. 

- Że może nim być?! - Lana nie kryła złości. - A to 

drań! Co on sobie myśli? Że z iloma facetami naraz ro­

mansowałaś? 

- Nieważne, co myśli. Odpowiedz na moje pytanie. 

Co z badaniem DNA? Czy ojciec ma prawo... 

- Posłuchaj, myszko. Jestem pielęgniarką, a nie prawni­

kiem, ale wydaje mi się, że tak. Że ojciec ma prawo. Wy­

starczy, że zgłosi się do sądu, a sąd wyda odpowiedni nakaz... 

- Psiakrew. Coltonów stać na najlepszych prawników 

na świecie. - Maya westchnęła głośno. Czuła się zmę­

czona zarówno fizycznie, jak i psychicznie. 

Cierpliwie słuchała zapewnień siostry, że to jej, jako 

matce, przysługuje prawo do opieki nad dzieckiem. Po kilku 

minutach pożegnała się z Laną i odwiesiła słuchawkę. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 27 

Przyszłość nagle wydała jej się bardzo ponura. 

Zaczęła czynić sobie wyrzuty. Jak mogła być tak nie­

rozsądna, tak głupia? Dlaczego uległa Drake'owi? 

W ostatnich miesiącach tysiące razy zadawała sobie te 

pytania. Znała na nie odpowiedź. Po prostu zakochała 

się. Żyła w świecie iluzji. 

Przebudzenie okazało się wyjątkowo brutalne. Uśmie­

chnęła się smętnie na myśl o tym, jaką była niepoprawną 

romantyczką. Patrzyła na świat przez różowe okulary, nie 

dostrzegając, że pomiędzy marzeniami a rzeczywistością 

istnieje ogromna przepaść. Miłość to marzenie, a bolące 

plecy i niemożność znalezienia wygodnej pozycji do spa­

nia to rzeczywistość. Drake Colton to też rzeczywistość. 

W przeciwieństwie do jej starego przyjaciela An-

dy'ego Martina, Drake ani razu nie wspomniał o mał­

żeństwie. Ciekawa była, jak by się zachował, gdyby mu 

powiedziała, że to z nim zaszła w ciążę: poprosiłby ją 

o rękę, obiecał łożyć na dziecko czy usiłował go jej za­

brać? 

Nie wiedziała, co Drake rozumie przez „uporządko­

wanie" swoich spraw. Znała go od dzieciństwa, lecz rni-

mo to nie potrafiła odgadnąć, co mu chodzi po głowie 

ani jakie ma zamiary. 

Wypuszczając głośno powietrze, podniosła się z fotela 

i znów zaczęła krążyć po pokoju. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Ręce trzymał w kieszeniach spodni, ramiona miał lek­

ko zgarbione. Wiatr znad oceanu ucichł, było więc dużo 

cieplej, niż się spodziewał. 

Wędrował kamienistą plażą, od czasu do czasu poty­

kając się o przysypany piaskiem głaz. Zawieszony na nie­

bie księżyc co rusz przysłaniały chmury, lecz Drake nie 

potrzebował światła. Tam, dokąd szedł, do swojej dawnej 

kryjówki u podnóża skał, prowadził go instynkt. 

Usiadł na skraju pieczary i potarł dłońmi twarz. 

Uwielbiał to miejsce. Właśnie tu, w tej pieczarze, spędzał 

z rodzeństwem całe dni. Tu odbywały się zabawy w pi­

ratów. Tu opowiadali sobie sekrety. I tu niecały rok temu 

kochał się z Maya. 

Ciemność ponownie wdarła się do jego duszy. Nie 

umiał z nią walczyć. Przygnębienie towarzyszyło mu nie­

mal przez całe życie - odkąd jego brat bliźniak zginął 

pod kołami samochodu. Po plecach przebiegł mu dreszcz, 

a po chwili ból ścisnął go za serce, ból równie ostry i pie­

kący jak ten, który poczuł w amazońskiej dżungli, kiedy 

trafiła go kula. 

- Drake, rodzice zabraniają nam jeździć po szosie! 

- zawołał Michael. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 29 

Drake nie zatrzymał się; dalej pedałował pod górę, 

za którą ciągnęła się droga. 

- Chodź! - krzyknął przez ramię do brata. - Poszu­

kamy grotów po drugiej stronie szosy. Przy strumyku. 

- Tata złoi nam skórę, jak się dowie. 

- A kto mu powie? Bo ja nie. No chodź, tchórzu! 

Za kilka minut wrócimy. 

Ojciec nie złoił im skóry. Jadący na Drakiem Michael 

nie zauważył samochodu, który wyłonił się zza zakrętu. 

Drake wrzasnął do brata, żeby uważał i czym prędzej 

skręcił na pobocze. Michael przyglądał mu się zdziwiony. 

Nie rozumiał, co się dzieje. Samochód zobaczył dosłow­

nie ułamek sekundy przed zderzeniem. 

Drake jęknął żałośnie. Siedział bez ruchu, wpatrując 

się w rozhukane fale zalewające brzeg. Miał wrażenie, 

że chcą go dosięgnąć, ukarać. Ojciec długo mu tłumaczył, 

że nie ponosi winy za śmierć brata. Psycholog, którego 

ojciec poprosił o pomoc, mówił mu to samo. 

Na zdrowy rozum wiedział, że mają rację. Przecież 

nie chciał, by bratu stała się krzywda. I nie on prowadził 

samochód. Ale w głębi serca... Po prostu nieustannie drę­

czyły go wyrzuty sumienia. We śnie ciągle wołał: „Uwa­

żaj, Michael!". Niestety, zawsze kończyło się tak samo. 

Poderwał się na nogi. Siedząc tu, tylko pogrążał się w roz­

paczy. 

Wróciwszy do domu, na moment przystanął na patio. 

W pokoju Mai wciąż paliło się światło. Na tle zaciągniętej 

zasłony ujrzał przesuwający się cień. 

Maya nie śpi? O tej porze? Nagle cień zatrzymał się 

i pochylił do przodu. Drake nie miał wątpliwości: Maya 

background image

30 LAURIE PAIGE 

zwija się z bólu! Ogarnęła go panika. Niewiele się na­

myślając, rzucił się pędem w stronę jej drzwi. Wpadł do 

środka bez pukania. 

- Co ci jest? Jak się czujesz? Zaczął się poród? 

Z trudem wyprostowała się. Popatrzyła na niego, jak­

by urwał się z księżyca. 

- Nie, nie zaczął się. Wyjdź stąd. 

Odgarnąwszy włosy za uszy, ponownie przytknęła rę­

ce do pleców i zrobiła parę kroków w kierunku łóżka. 

Raptem Drake doznał olśnienia. 
- Bolą cię plecy, prawda? 

Nie odpowiedziała. 
- Zostań tu - rzekł, jakby zamierzała gdzieś odejść. 

- Zaraz wrócę. 

Obejrzała się za siebie - chciała mu powiedzieć, żeby 

nie wracał, ani teraz, ani nigdy, żeby zostawił ją w spo­

koju - ale zobaczyła jedynie drzwi. Drake'a już nie było. 

Spojrzawszy na zegar, przeraziła się. Kobieta w jej 

stanie powinna się porządnie wysypiać! Zdjęła pośpiesz­

nie szlafrok, wsunęła się do łóżka, po czym zgasiła lamp­

kę. Leżąc na boku, z nogą zgiętą w kolanie - była to 

dla niej najwygodniejsza pozycja - zamknęła oczy i pró­

bowała zmusić się do snu. 

Liczyła barany. Doszła do trzystu, kiedy drzwi się 

otworzyły i światło ponownie zalało sypialnię. 

- Czego tu szukasz? - warknęła. 
- Przyniosłem maść - odparł. - Nie ruszaj się. Po­

smaruję ci plecy. 

Poderwała się. Zdumienie malowało się w jej oczach. 

- Co? Czyś ty oszalał? Nie zgadzam się! 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 31 

Wiedziała, że prędzej umrze, niż pokaże mu się w ko­

szuli nocnej opinającej brzuch wielkości piłki plażowej. 

Ściągnął z niej kołdrę i usiadł na krawędzi łóżka. 

- To ci pomoże zasnąć - powiedział. 

- Jest prawie pierwsza w nocy. 

- No właśnie. Powinnaś dawno spać. 

Delikatnie naciskając jej ramię, zmusił ją, żeby się 

położyła. Następnie otworzył słoik. Po pokoju rozeszła 

się ostra woń maści dla koni. Po chwili ramiączka koszuli 

nocnej znalazły się na wysokości łokci Mai. 

- Rozbierz się do pasa... 
- Nie! - krzyknęła przerażona. 
Czuła żar bijący od jego ciała, pamiętała jego dotyk, 

pieszczoty, pamiętała, jak strasznie za nim tęskniła, jak 

bardzo go pragnęła... Zmiana pozycji nie była najlep­

szym pomysłem. Jedwabna koszula zsunęła się. Nagle 

Maya zorientowała się, że piersi ma na wierzchu. Zakryła 

je pośpiesznie i wtuliła się w materac. 

- O, świetnie - pochwalił Drake. 

Poczuła dotyk jego ręki na swoim nagim ramieniu. 

Wolno rozsmarowywał maść po jej szyi, łopatkach, 

lędźwiach. Ponieważ zdawała sobie sprawę, że Drake nie 

odejdzie, dopóki nie zrobi tego, co postanowił, więcej 

już nie protestowała; leżała bez ruchu, spięta, z zaciś­

niętymi ustami, poddając się masażowi. Ilekroć jednak 

wsuwał dłoń pod jej koszulę, nerwowo podskakiwała. 

- Spokojnie - szepnął ochrypłym głosem. 

Zeszłego lata takim samym niskim, zmysłowym gło­

sem szeptał jej do ucha czułości i namawiał do wyzbycia 

się wszelkich zahamowań. 

background image

32 LAURIE PAIGE 

Obiema rękami gładził jej plecy, dokładnie wcierając 

maść. Koszula osuwała się niżej i niżej. Z początku za­

bieg był dość bolesny, lecz mimo to przynosił ulgę. Maya 

zamknęła oczy. Ból powoli zaczął ustępować. 

Westchnęła z ulgą; po raz pierwszy od kilku tygodni 

napięcie w mięśniach znikło. 

Drake przysunął się bliżej. 

- Jeszcze trochę - powiedział cicho. - To naprawdę 

działa... 

Mijały minuty. W pokoju panowała cisza jak makiem 

zasiał. Palce Drake'a dokonywały cudów. Ich kojący 

ucisk sprawił, że sztywność mięśni całkowicie ustąpiła. 

Maya zasnęła; odprężona i zrelaksowana, odpłynęła 

w krainę snu. 

Nie przerywał masażu. Chociaż wiedział, że ból znikł, 

nie umiał zmusić się do tego, aby wstać i odejść. Roz­

koszował się jej bliskością. Skórę miała równie gładką 

i miękką, jak w jego wspomnieniach, włosy lśniące, ciało 

ponętne. Emanowała żarem. Tak, tylko Maya potrafiła 

go rozgrzać, stopić ten sopel lodu, jaki tkwił w nim, od­

kąd samochód potrącił Michaela. 

Po kolejnych kilku minutach zakręcił wieczko, odsta­

wił słoik z maścią na szafkę, po czym zgasił światło i wy­

ciągnął się obok na łóżku. Przez szparę w zasłonie wpa­

dały srebrzyste promienie księżyca. 

Leżał bez ruchu, wpatrzony w sufit. Rozmyślał o tym, 

że w sąsiednim pokoju mały Teddy śpi w łóżku, które 

kiedyś należało do jego bliźniaka. 

Ubiegłego lata, trzymając Mayę w ramionach, opo­

wiedział jej o tamtym koszmarnym wypadku, o tym, jak 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 33 

do niego doszło, że to on, Drake, nalegał, aby przejechać 

kawałek szosą, o wyrzutach sumienia, jakie go nieustan­

nie dręczą. To on powinien był zginąć, a nie Michael. 

Maya nie przerywała mu; słuchała w milczeniu, a kiedy 

skończył, tak długo pieściła go i całowała, aż zapomniał 

o przeszłości. 

Prawdę mówiąc, oboje zapomnieli nie tylko o prze­

szłości, ale i o teraźniejszości: pogrążeni w rozkoszy, nie 

pomyśleli o tak ważnej sprawie jak zabezpieczenie przed 

ciążą. Nie przyszło mu do głowy, czym taka nieokieł­

znana namiętność może się skończyć. Jakoś nigdy nie 

zastanawiał się nad potomstwem. 

Objął Mayę w pasie i oparł rękę na jej twardym, wy­

stającym brzuchu. Ku swojemu zdumieniu poczuł, jak 

coś napiera na jego dłoń, a potem kilka razy w nią ude­

rza. Kiedy uświadomił sobie, co się dzieje, ogarnęło go 

dziwne wzruszenie. W brzuchu Mai tkwi żywa istota! 

Prawdziwe dziecko! Zdrowe i rozbrykane. 

Instynktownie wiedział, że to on je spłodził. I miał 

wrażenie, że dziecko też o tym wie. Że kopiąc nóżką, 

chce się z nim przywitać, powiedzieć: „Cześć, tato. Faj­

nie, że przyjechałeś do domu". 

Wydawało mu się, że syn lub córka porozumiewa się 

z nim telepatycznie. 

- Wiem, drobiażdżku - wyszeptał. - Gdybyśmy tyl­

ko zdołali przekonać twoją mamusię, aby wyznała nam 

prawdę, coś byśmy razem wymyślili. 

Maya poruszyła się we śnie i zamruczała coś cichutko. 

Czując dziwne kłucie w sercu, Drake dźwignął się 

z łóżka. 

background image

34 LAURIE PAIGE 

Delikatnie, by przypadkiem Mai nie zbudzić, podciąg­

nął ramiączka jej koszuli, a następnie zakrył ją kołdrą. 

Jeszcze przez chwilę przyglądał się jej z tęsknotą 

w oczach, w końcu odwrócił się i opuścił pokój. 

We własnym łóżku usiłował obmyślić najbardziej sku­

teczną strategię. Między innymi dlatego wszystkie misje, 

na które jeździł, kończyły się sukcesem - bo zawsze do­

kładnie opracowywał plan działania, z góry starał się 

przewidzieć, jakie może napotkać trudności i w jaki spo­

sób należy je rozwiązać. Tak samo zamierzał postąpić 

z Maya. Najpierw tylko musi się dowiedzieć, co ją drę­

czy. Oczywiście miała prawo być zła, że wyjechał bez 

pożegnania i nie dawał znaku życia, ale podejrzewał, iż 

w tym wszystkim chodzi o coś więcej. 

Maya obudziła chłopców, przygotowała dla nich śnia­

danie i jak zwykle wyprawiła ich do szkoły. Życie to­

czyło się dalej. Starała się pilnować, aby nic nie zakłóciło 

rytmu dnia, bo wtedy pani Meredith wpadała w szał. 

Słysząc dochodzący z salonu szum odkurzacza, zo­

rientowała się, w której części domu przebywa jej matka. 

Ogromną rezydencję Coltonów sprzątano dwa razy 

w tygodniu. Latem i na jesieni robiono generalne porząd­

ki. Tak samo jak w domu Ramirezów. 

Weszła do kuchni. Nie pomyliła się - Inez zajęta była 

gdzie indziej. W powietrzu unosił się zapach smażonego 

boczku, pewnie ktoś jadł jajecznicę, i wstawionej do pie­

karnika pieczeni. Nie była głodna, ale z powodu dziecka 

przyrządziła sobie dwie grzanki. Postawiła je na stole, 

obok szklankę mleka oraz kubek kawy. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 35 

Podnosiła do ust drugą grzankę, kiedy drzwi prowa­

dzące do ogrodu się otworzyły i w kuchni pojawił się 

Drake. W starych spranych dżinsach wpuszczonych 

w kowbojskie buty, jasnej dżinsowej koszuli i dżinsowej 

kurtce wyglądał piekielnie pociągająco. Wraz z nim do 

kuchni przywędrował zapach drzew, traw i koni. 

Nalawszy do kubka kawy, podszedł do stołu. Kiedy 

usiadł, Mayę uderzył w nozdrza jeszcze jeden zapach: 

wody kolońskiej. 

Natychmiast przypomniały się jej długie spacery po 

plaży, rozmowy, przejażdżki konne, szukanie z chłopca­

mi grotów, zbieranie w lesie jagód, a nocami... 

Otrząsnąwszy się, z cichym jękiem wróciła do rze­

czywistości. To nie ma sensu. Wspomnienia sprawiają 

ból, a w jaskrawym świetle dnia sny i marzenia się ulat­

niają. 

- Co ci jest? - spytał zaniepokojony. 

Popatrzyła na niego. I w tym samym momencie 

uświadomiła sobie, że popełniła błąd, ale było za późno. 

Siedzieli tak, mierząc się wzrokiem, przez dobrą minutę. 

W oczach Drake'a widziała dziesiątki pytań, na które nie 

mogła i nie chciała odpowiedzieć. Wreszcie odwróciła 

spojrzenie. 

- Nic - odparła. 

Skłamała. Marzyła o tym, żeby Drake wziął ją w ra­

miona i zapewnił o swojej miłości. Chciała zapomnieć 

o troskach i niepokojach, jakie towarzyszyły jej od paru 

miesięcy, o zaskoczeniu i dezaprobacie, jakie pojawiały 

się na twarzach przyjaciół i sąsiadów, kiedy dowiadywali 

się o ciąży. 

background image

36 LAURIE PAIGE 

Pragnęła rzeczy niemożliwych. 

Uśmiechnęła się w duchu. Co ona sobie w ogóle wy­

obrażała? Że w niej, córce gospodyni i ogrodnika, zako­

cha się mężczyzna z potężnego klanu Coltonów? 

- Powiedz, o czym myślisz - poprosił Drakę. 

Pokręciła głową. 

- O niczym. 

Wypiła kolejny łyk kawy. Odstawiwszy kubek, pod­

niosła szklankę; resztką mleka popiła witaminy. 

Bluzka na jej brzuchu poruszyła się. Maya na moment 

zamarła; czekała, aż dziecko przestanie kopać. Czasem 

kopało tak energicznie, że trudno to było wytrzymać. 

- Rusza się? - Drake utkwił wzrok w jej brzuchu. 

- Tak. 
Nie zniechęcił go jej ton. 

- Mogę? - spytał i nie czekając na pozwolenie, przy­

łożył dłoń. Zrobiło się jej gorąco, jakby swoim dotykiem 

rozpalił w niej ogień. - Wczoraj w nocy kopnęło mnie 

w rękę - oznajmił. 

- Co? Kiedy? 
- Jak zasnęłaś. Trzymałem rękę na twoim brzuchu. 

Poczułem kilka kopnięć. 

Rozciągnął usta w uśmiechu, ukazując rząd pięknych 

zębów, których biel kontrastowała z opalenizną twarzy. 

Wyglądał bosko. Jak Tom Cruise, kiedy posyłał z ekranu 

swój słynny zniewalający uśmiech. Nic dziwnego, że ko­

biety za nimi szalały. Za Drakiem i za Cruise'em. 

A ona niczym się od nich nie różniła. Kochała się 

w Drake'u Coltonie niemal całe życie. Któregoś roku -

miała wtedy siedemnaście lat, a on przyjechał do domu 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 37 

podczas przerwy semestralnej - wydawało jej się, że też 

coś do niej czuje. Ale potem wystraszył się i do końca 

pobytu starał się jej unikać. Cierpiała, ale czas leczył rany; 

po paru miesiącach pogodziła się z faktem, iż jej marze­

nia o wspólnej przyszłości z Drakiem nigdy się nie speł­

nią. Wiedziała, że teraz też sobie poradzi, choć tym razem 

sytuacja była znacznie bardziej skomplikowana. 

- Nie rób tego - powiedziała, strącając z brzucha je­

go dłoń. 

Wyprostował się i nie spuszczając oczu z jej twarzy, 

podniósł do ust parujący kubek. 

- Znasz płeć dziecka? - spytał po chwili. 
Cisza zdawała się ciągnąć w nieskończoność. Wresz­

cie Maya odchrząknęła, przeczyszczając gardło. 

- Dziewczynka - odparła szeptem. - Tak wykazało 

USG. 

Skinął z powagą głową. Nie umiała poznać, czy jest 

to wyraz aprobaty, czy niezadowolenia. 

Przestań, zganiła się w myślach. Dlaczego miałby 

się cieszyć czy smucić? Po pierwsze, nie wie, że to 

on jest ojcem, a po drugie, w liście, który zostawił 

przed wyjazdem, wyraźnie dał do zrozumienia, że nie 

planuje zakładać rodziny. Przynajmniej nie z nią, Maya 

Ramirez. 

- Masz zdjęcie? 
- Tak. 

- Może mi je kiedyś pokażesz... - W jego głosie po­

brzmiewała nuta zadumy. - Powiedz: wybrałaś już imię? 

Poczuła ucisk w sercu. 

- Marissa - odparła. - Marissa Ramirez. 

background image

38 LAURIE PAIGE 

Na ułamek sekundy jego twarz sposępniała. Potem 

jednak uśmiech wypłynął mu na wargi. 

- Hm, Marissa... Podoba mi się. Jeśli dopisze jej 

szczęście, może wyrośnie na tak piękną kobietę, jak jej 

mama. 

Przez chwilę pieścił ją oczami. Jego spojrzenie zda­

wało się obiecywać wszystko, o czym kiedykolwiek ma­

rzyła. Ale wiedziała, że to złudzenie. Bojąc się, że za 

moment wyleje na siebie kawę, drżącą ręką odstawiła 

kubek. 

- Muszę się uczyć - rzekła. 

Odsunąwszy krzesło, podeszła do ekspresu, dolała so­

bie kawy, po czym udała się do swojego pokoju. Nie 

wychyliła stamtąd nosa aż do obiadu. 

Słysząc, jak domownicy schodzą się do jadalni, wie­

działa, że powinna się wyłonić. Jeżeli tego nie zrobi, mat­

ka, którą niepokoił jej brak apetytu, na pewno przyjdzie 

sprawdzić, co się dzieje. Biorąc głęboki oddech, Maya 

otworzyła drzwi i ruszyła do kuchni. Drake'a na szczę­

ście tam nie było. 

- Pomóc ci, mamo? 

Inez skinęła głową. Do wyłożonego płócienną serwet­

ką koszyka wrzuciła stos domowej roboty tortilli. 

- Zanieś do jadalni - poleciła córce. - A przy okazji 

zobacz, czy nie zabraknie salsy. 

Duma nie pozwoliła Mai odmówić. Bądź co bądź sa­

ma zaproponowała pomoc. A nie musiała; nikt jej o to 

nie prosił. No cóż, pomyślała, człowiek całe życie się 

uczy. Drugi raz nie popełni tego błędu. 

- Aha, weź jeszcze masło - dodała Inez. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 39 

Zamieszawszy w garnku, skosztowała danie, po czym 

dosypała przypraw. 

Maya położyła pół kostki masła na porcelanowym ta­

lerzyku, chwyciła koszyk z plackami i skierowała się do 

jadalni. 

Może Drake ma inne zajęcia, może pojechał do mia­

sta, może... 

Niestety, los jej nie sprzyjał. 

Drake z ojcem siedzieli przy stole, pogrążeni w roz­

mowie. Na jej widok przerwali w pół słowa. Po chwili 

Joe wstał z ciepłym uśmiechem na twarzy. 

- Pięknie wyglądasz, Mayu. - Zerknął na syna. - Ko­

bieta w ciąży po prostu rozkwita. Nie sądzisz, chłopcze? 

- To prawda - przyznał Drake zmysłowym głosem. 

Oblała się rumieńcem. Podejrzewała, że kolorem przy­

pomina świeżo ugotowanego homara. 

- Nie chciałem cię peszyć, kochanie - powiedział ci­

cho Joe Colton. - Przepraszam. 

W jego spojrzeniu było tyle ciepła i przyjaźni, że mia­

ła ochotę oprzeć głowę na jego ramieniu i wybuchnąć 

płaczem. 

- Nie, nic... nic się nie stało - wydukała. 

Po chwili odważyła się spojrzeć na Drake'a. Wyraz 

twarzy miał neutralny; nie zdradzał żadnych emocji. 

- Mama prosiła, żebym wam to przyniosła... 

Postawiła koszyk z plackami i talerzyk z masłem na 

stole koło mężczyzn, pio czym sprawdziwszy, ile w sa­

laterce zostało salsy, wróciła pośpiesznie do kuchni. 

- Jeszcze to. - Inez podała jej półmisek burritos. -

Gdybyś była tak miła... Muszę przygotować resztę je-

background image

40 LAURIE PAIGE 

dzenia, bo dziewczyna, którą wynajęłam do pomocy, nie 

raczyła się pojawić. 

Mayę ogarnęły wyrzuty sumienia. Gdyby nie Drake, 

mogłaby odciążyć mamę w kuchni, zamiast cały dzień 

ukrywać się w swoim pokoju. Wprawdzie zamierzała się 

uczyć, gdyż pod koniec miesiąca czekał ją egzamin, ale 

oczywiście w ogóle nie była w stanie skupić się na nauce. 

Zaniosła do jadalni burritos. Z sympatii do Joego, któ­

ry uwielbiał ostre potrawy, Inez często serwowała me­

ksykańskie dania, mimo że Meredith ich nie znosiła. 

Postawiwszy półmisek na stole, Maya ponownie udała 

się do kuchni. Po chwili wróciła do jadalni z ryżem i fa­

solą. Rozejrzała się, sprawdzając, czy wszystko jest na 

swoim miejscu i po raz trzeci skierowała się do drzwi. 

Chociaż nie patrzyła na Drake'a, to jednak za każdym 

razem, gdy wchodziła lub wychodziła, czuła na sobie jego 

wzrok. 

- Przysiądź się do nas, Mayu - poprosił Joe. 

Z wrażenia stanęła jak wryta; nie potrafiła wykonać 

kroku. Wreszcie pokręciła energicznie głową. Zdając so­

bie sprawę, że zachowuje się jak dzikuska, spróbowała 

się uśmiechnąć i grzecznie odmówić. 

Nie zdążyła. Drake wysunął dla niej krzesło, a Joe 

delikatnie ujął ją za łokieć i zaczął prowadzić do stołu. 

- Skoro pan nalega... - powiedziała. - Ale tylko na 

chwilę. 

Joe patrzył na nią przyjaźnie i ze zrozumieniem, co 

zaś się tyczy Drake'a... nie była pewna. W jego spoj­

rzeniu kryło się coś więcej, ale co? 

- Jak twoje studia? - spytał starszy Colton. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 41 

Podsunął jej półmisek. Nałożyła sobie na talerz bur-

rito, gospodarz nałożył dwa. 

- Dobrze, dziękuję. Trafiłam na listę wyróżnionych 

studentów - pochwaliła się. 

- Podobnie jak rok temu. - Joe uśmiechnął się 

z aprobatą, po czym podał półmisek synowi. 

Na talerzu Drake'a wylądowały cztery burritos. Nie 

mieściło jej się w głowie, jak można tyle jeść i być tak 

szczupłym. Zeszłego lata głośno wyraziła zdziwienie. 

- To dlatego, że dużo myślę - odparł, szczerząc zęby. 

- I dużo czasu spędzam w ruchu. - Po czym zgarnął ją 

w ramiona i znów zaczął spalać kalorie. 

Na wspomnienie tamtych chwil zarumieniła się po 

czubki uszu. Czym prędzej wrzuciła na talerz trochę ryżu 

i fasoli. Podała miseczki dalej. Siedziała na wprost Dra­

ke'a, wiec za każdym razem, gdy podnosiła oczy, napo­

tykała jego wzrok. 

Do jadalni weszła Meredith Colton, wnosząc z sobą 

zapach drogich perfum. Nie zwracając uwagi na Mayę, 

skrzywiła się z niesmakiem na widok jedzenia, następnie 

poinformowawszy męża, że jest umówiona na lunch 

w mieście, skierowała się ku drzwiom. Na syna nawet 

nie spojrzała. 

Mai żal było Drake'a i jego rodzeństwa. Zresztą trud­

no było im nie współczuć. Jej własna matka uwielbiała 

dzieci i szczodrze okazywała im miłość. Matka Drake'a 

zaś miewała okresy, kiedy interesowała się poczynaniami 

swoich dwóch najmłodszych pociech, ale resztę dzieci 

traktowała jak powietrze. Maya nie potrafiła tego zro­

zumieć, tym bardziej że kiedyś pani Colton zachowywała 

background image

42 LAURIE PAIGE 

się całkiem inaczej: była pogodna, roześmiana, lubiła 

chodzić z mężem na spacery po plaży i szaleć z dziećmi 

w ogrodzie. 

Drake odprowadził matkę wzrokiem do drzwi. Z jego 

oczu wyzierała tęsknota. Przez chwilę wyglądał jak mały 

chłopiec, który pragnie, by go przytulono, pogłaskano po 

głowie. Parę sekund później jego spojrzenie znów stało 

się nieprzeniknione. Z małego chłopca ponownie prze­

istoczył się w mężczyznę, silnego, odważnego, zdetermi­

nowanego. W człowieka, któremu dowództwo sił specjal­

nych powierzało najbardziej niebezpieczne misje. 

Odpowiadało mu takie życie. Kochał wyzwania, lubił 

igrać ze śmiercią. Nie bał się jej, przeciwnie, stale pró­

bował się z nią zmierzyć. 

Przepełniona smutkiem, Maya jadła pośpiesznie. Przy­

puszczalnie Drake nawet nie zdawał sobie z tego sprawy, 

ale tkwiło w nim... może nie pragnienie śmierci; nie, na 

pewno nic aż tak drastycznego, raczej jakiś głęboko 

zakorzeniony mrok, jakaś niemal odwieczna boleść, któ­

rej nigdy nie zdołał pokonać. 

- Ciekaw jestem twojej opinii na temat Hopechest 

Ranch - kontynuował Joe, kiedy drzwi za żoną się za­

mknęły. - Sądzisz, że to ma sens? Że dzieci naprawdę 

czegoś się tam uczą? 

- Och, tak! - zawołała. - To fantastyczne miejsce 

i cieszy się doskonałą opinią. Program nauczania jest zna­

komity. Przynajmniej ja tak uważam - dodała szybko; 

nie chciała wypaść na osobę zarozumiałą. 

- To dobrze, bo w tym roku zamierzam przekazać 

dyrekcji więcej pieniędzy. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 43 

- Przydadzą się. Z roku na rok trafia tam coraz więcej 

dzieci. 

- Hm. - Gospodarz domu na moment się zamyślił. 

- Drake... - zwrócił się do syna. - Nie wybrałbyś się 

do Hopechest, co? Może przyszedłby ci do głowy jakiś 

pomysł. Zobaczyłbyś, czego im potrzeba. Może stajnię 

należy wyremontować? Albo zbudować nową? A może 

warto postawić większy budynek mieszkalny? 

- Zorientuję się, tato - obiecał Drake. 

- Świetnie. 

Wzruszyła Mayę duma w oczach ojca, gdy patrzył na 

syna, i zaufanie, jakim go darzył. Pomyślała sobie, że 

Drake'owi potrzebna jest czułość, uznanie; powinien wie­

dzieć, że nie tylko w pracy go cenią. 

Starczy! - nakazała sobie w duchu. Drake na pewno 

od nikogo nie oczekiwał troski, współczucia czy litości. 

Był dorosłym mężczyzną. A ktoś taki jak ona, przeży­

wający huśtawkę emocjonalną, naprawdę nie nadaje się 

ani na doradcę, ani na pocieszyciela. 

Zapamiętaj to raz na zawsze, Mayu Ramirez. Nie 

wtrącaj się; oszczędzisz sobie nerwów, a innym powo­

dów do irytacji. 

Ale do życia swojego dziecka zamierzała się wtrącać. 

Zamierzała troszczyć się o córkę, służyć jej wsparciem, 

radą, rozpieszczać ją i otaczać miłością. 

Westchnęła głośno. 
- Jak się dziś czujesz? - spytał Drake, patrząc jej pro­

sto w oczy. 

Starszy z Coltonów również wbił w nią spojrzenie. 

Czekali na odpowiedź. 

background image

44 LAURIE PAIGE 

- Dobrze - odparła cicho. 

- Plecy cię już nie bolą? 

Pytanie wydało jej się szalenie intymne. Czuła, jak 

na jej policzki znów występują rumieńce. 

- Już nie. - Odsunęła krzesło od stołu. - Przepra­

szam. Obiecałam, że niedługo wpadnę do Hopechest. 

Chwyciła talerz z prawie nietkniętym posiłkiem 

i uciekła z jadalni. 

- Niewiele zjadłaś - zauważyła Inez w kuchni. 

- Wystarczająco dużo. Muszę lecieć, mamuś. -

Cmoknęła matkę w policzek. - Kocham cię. 

- Ja ciebie też, myszko - rzekła Inez, z zatroskaniem 

przyglądając się córce. 

Przez całą drogę na ranczo, gdzie mieścił się sieroci­

niec, Maya czyniła sobie wyrzuty. Nie chciała okłamywać 

rodziców ani sprawiać im bólu. Martwili się o nią. Zro­

biliby wszystko, aby była szczęśliwa. Nie mogła im jed­

nak powiedzieć, że to Drake jest ojcem jej dziecka. 

Drake, który nie chce mieć żony, rodziny ani jakich­

kolwiek zobowiązań. Ilekroć odtwarzała w myślach treść 

jego listu pożegnalnego, dojmujący ból ściskał ją za ser­

ce. Te wszystkie pieszczoty, pocałunki, czułe słowa nic 

nie znaczyły. Nic a nic. Ale przecież nie składał jej wów­

czas żadnych obietnic... 

Starając się zapomnieć o kłopotach, skręciła na teren 

Hopechest. Mieszkały tu dzieciaki pokrzywdzone przez los. 

W porównaniu z nimi wiodła lekkie, beztroskie życie. 

- Dzień dobry, panno Ramirez! - zawołał Johnny 

Collins, podbiegając do samochodu i wyciągając ręce po 

książki. Nie pozwalał jej nic nosie. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 45 

- Dzień dobry, Johnny. 

Czternastoletni Johnny był jednym z jej ulubieńców. 

Matka uciekła z domu, kiedy syn miał kilka lat. Po ode­

jściu żony ojciec zaczął zaglądać do kieliszka. Wkrótce 

cały czas chodził pijany. Nikt mu nie chciał dać pracy. 

Johnny dodał sobie parę lat i zatrudnił się w barze szyb­

kiej obsługi. 

- Przeczytałeś książkę, którą ci zadałam w zeszłym 

tygodniu? 

Skinął głową. 

- Tak jak mi pani radziła, zapisywałem na kartce sło­

wa, których nie znałem, i przed przystąpieniem do no­

wego rozdziału sprawdzałem je w słowniku. 

- Brawo. - Weszli do sali, w której udzielała prywat­

nych lekcji uczniom mającym największe trudności z na­

uką. - Sprawdziłam twoją klasówkę. Świetnie wypadłeś, 

Johnny. Jestem pod wrażeniem. - Należała mu się po­

chwała. 

Oczy chłopca rozbłysły radością. Zauważyła na jego 

źrenicach małe złociste punkciki. Takie same złociste 

punkciki miał Drake, kiedy patrzył pod słońce. 

- No dobrze, a teraz pokaż listę słów - poprosiła, sia­

dając przy biurku. 

Przez dwie godziny pracowała najpierw z Johnnym, 

potem z grupą uczniów trochę bardziej od niego zaawan­

sowanych. O trzeciej po południu wróciła do domu, by 

zająć się dwójką najmłodszych Coltonów: przypilnować, 

aby coś zjedli i sprawdzić, czy odrobili lekcje. Pani Me-

redith miała bzika na tym punkcie. 

Kiedy dojechała na miejsce, Drake pracował na wy-

background image

46 ; LAURIE PAIGE 

biegu z młodym wałachem. Przez kilka minut stała przy 

samochodzie, obserwując mężczyznę i konia. Widząc 

cierpliwość Drake'a, delikatność, wrażliwość, a zarazem 

stanowczość, pomyślała sobie, że byłby znakomitym na­

uczycielem. Gdyby kiedykolwiek w przyszłości chciał 

poświęcić czas dzieciakom w Hopechest... 

Znów się zagalopowała. Drake naprawdę nie potrze­

buje jej rad, co ma robić ze swoim życiem, kiedy znudzą 

mu się niebezpieczne misje, podczas których może zgi­

nąć. Był dorosły i sam najlepiej wiedział, czym się chce 

zająć. 

Akurat zamierzała ruszyć do domu, kiedy stanął przy 

ogrodzeniu, twarzą w jej stronę. Skinął na powitanie gło­

wą, po czym przez dłuższą chwilę przyglądał się w mil­

czeniu, tak jak wcześniej przy stole w jadalni. W jego 

oczach była zachęta, problem w tym, że ona, Maya, nie 

potrafiła odczytać, do czego. 

Dziecko, wyczuwając jej niepokój, obudziło się i za­

częło wiercić. Speszona, odwróciła się i poczłapała do 

domu. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

- Maya, chodź z nami! - zawołał Joe Junior, kiedy 

pojawiła się w drzwiach. - Drake pokaże nam, jak się 

rzuca lassem. 

- Za kilka lat będziemy mistrzami rodeo! - poinfor­

mował ją Teddy. 

- Ciszej - upomniała ich. - Nie jesteśmy w lesie. 

Udała się do swojego pokoju; chłopcy za nią. Poło­

żywszy na krześle torbę z książkami, zdjęła skórzane 

pantofle i włożyła tenisówki. 

- A lekcje? - spytała. - Odrobione? 

Obiecali, że odrobią przed kolacją. Jeśli trzeba będzie, 

zrezygnują z oglądania telewizji. 

- W porządku. 

- Możemy? Zgadzasz się? - Joe popatrzył na nią 

z niedowierzaniem, po czym wydał z siebie dziki okrzyk 

radości. 

Po chwili, przypomniawszy sobie, że nie są w lesie, 

zasłonił ręką usta. Uśmiechając się szeroko, skinął na 

Teddy'ego i wybiegł z pokoju. 

Maya poczuła ukłucie w sercu. Drake był idealnym 

starszym bratem. Widać było, że uwielbia tych dwóch 

urwisów. To dobrze, pomyślała; potrzpbowali miłości 

i aprobaty nie tylko od niej, także od swoich bliskich. 

background image

48 

LAURIE PAIGE 

Matka chłopców... cóż, na pewno ich kocha, ale mie­

wa tak zmienne nastroje, że... Po prostu jej zachowanie 

jest trudne do przewidzenia. Ojciec też ich kocha, ale 

ma w sobie jakiś głęboko zakorzeniony smutek, który 

chłopcy instynktownie wyczuwają. Dlatego przy ojcu sta­

ją się poważni i zgaszeni. Zresztą senior rodu nie po­

święcał synom zbyt wiele czasu; zajmowały go problemy, 

które od kilku miesięcy trapiły rodzinę: a to strzelanina 

w ogrodzie, a to tajemnicze zniknięcie Emily. 

Z Drakiem chłopcy mogli poszaleć. Wszyscy na tym 

korzystali: i oni, bo przepadali za jego towarzystwem, 

i on, bo dobrze mu robiła ich obecność. Czuł się szczę­

śliwy, potrzebny, doceniany. 

Ale właściwie co ją obchodzi samopoczucie Drake'a? 

Chwyciwszy cienką kurtkę, ruszyła na dwór. Pani Me-

redith płaci jej za to, aby miała na oku swoich podopie­

cznych i pilnowała, by nie przydarzyło im się nic złego. 

Na środku padoku zobaczyła dwa kozły do rżnięcia 

drewna; w każdym tkwiła miotła udająca końską szyję 

i łeb. Naprzeciw „koni" stał Drake, który demonstrował 

chłopcom prawidłowy sposób trzymania lassa. Wyglądało 

to tak zabawnie, że mimo woli parsknęła śmiechem. 

Obejrzał się przez ramię. 

- Twój śmiech czyni dzień piękniejszym i pogodniej­

szym - oznajmił. 

Chłopcy popatrzyli to na nią, to na starszego brata 

i wreszcie na siebie. Zaczęli rechotać, po chwili jednak 

przestali; mieli ważniejsze sprawy na głowie. 

- Tak dobrze? Co, Drake? - spytał Joe. 

Maya oparła się o ogrodzenie i obserwowała, jak 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 49 

Drake uczy braci wywijania lassem. Stali ze dwa metry 

od kozła. Joe, jako starszy, szybciej pojął, o co chodzi. 

Drake kazał mu się cofnąć pięć kroków i czekać; sam 

zaczął ćwiczyć z Teddym. Pracował z nim tak długo, do­

póki Teddy również nie opanował rzutu z dwóch metrów. 

Mniej więcej po godzinie Maya zawołała: 

- Jeszcze dziesięć minut, kochani! Potem wracamy 

do domu! 

- I co robimy? - spytał Drake. 

Jego głęboki głos i lubieżny wzrok przejęły ją dresz­

czem. 

- Odrabiamy lekcje - odparła. 
Chłopcy zaczęli protestować, ale Drake przywołał ich 

do porządku. 

- Wszystkie zajęcia trzeba planować i przestrzegać 

ustalonego czasu - oznajmił. - Tak postępuje każdy żoł­

nierz, a zwłaszcza komandos. Mieliście lekcję rzucania 

lassem, a teraz pora przejść do następnego punktu pro­

gramu. Prawda, pani profesor? 

- Prawda - poparła go zaskoczona. 
- No to jazda stąd! - rozkazał braciom. 

Zszedł z padoku, zabierając z sobą rewizyty. 

Joe z Teddym wspięli się na ogrodzenie i zeskoczyli 

po drugiej stronie, tuż koło Mai. 

- Drake naprawdę jest w tym dobry - oznajmił Joe. 

- Gdyby chciał, mógłby być mistrzem rodeo. 

- Ja nim zostanę - postanowił Teddy. 

Joe pchnął go na ogrodzenie. 

-Akurat! 
- Zobaczysz! 

background image

50 

LAURIE PAIGE 

- Spokojnie, chłopcy. Znacie zasady, prawda? Po 

pierwsze, nie kłócimy się, tylko dyskutujemy. A po dru­

gie, nie wolno nikogo dźgać czy popychać. Za karę, Joe, 

pójdziesz do łóżka dziesięć minut wcześniej. 

- Ale ja nie... 

Chłopiec zamierzał się sprzeciwić, lecz w tym mo­

mencie Meredith otworzyła drzwi i zmierzyła całą trójkę 

gniewnym spojrzeniem. 

- Proszę natychmiast ściszyć głosy - rozkazała. 

- Tak jest, mamusiu - powiedzieli razem bracia. 

Maya miała ochotę przyłączyć się do nich i skulić pod 

siebie ogon. Powstrzymała się w ostatniej chwili. Mniej 

więcej rok temu uświadomiła sobie, że jeżeli nie chce, 

aby Meredith patrzyła na nią z góry, nie może okazywać 

strachu czy uległości. 

- Czy chłopcy odrobili już lekcje? - spytała ich mat­

ka, groźnie marszcząc brwi. 

- Nie, właśnie idą - odparła Maya. - Przed chwilą 

skończyli zajęcia z Drakiem. Uczył ich rzucania lassem. 

To doskonałe ćwiczenie wyrabiające koordynację wzro-

kowo-ruchową - dodała tonem nauczycielki, która wie. 

co jest dobre dla jej uczniów. Uśmiechnęła się z fałszywą 

pewnością siebie, modląc się w duchu, by Meredith nie 

zbeształa jej w obecności dzieci. Chłopcy zwykle brali 

jej stronę i wtedy wszyscy troje musieli słuchać długiego 

wykładu. 

Na szczęście Meredith skinęła głową i zawróciła do 

salonu, aby zamienić słowo z mężem. 

Maya odetchnęła z ulgą, po czyrn zagoniła chłppców 

do swojego pokoju, gdzie zazwyczaj odrabiali lekcje. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 51 

Kiedy zobaczyła, że wzięli się do pracy, zdjęła z półki 

własne książki na temat fizycznego i emocjonalnego roz­

woju dzieci w wieku od czterech do dwunastu lat i za­

częła czytać. 

Drake ściągnął ubranie, wskoczył pod prysznic, potem 

ubrał się i udał pośpiesznie do kuchni. Wsunął głowę za 
drzwi, ale Mai nie zastał. 

- Gdzie... - Zamierzał o nią spytać, ale w ostatniej 

chwili zmienił decyzję. - Gdzie są chłopcy? 

Inez Ramirez, wieloletnia gospodyni, przyjaciółka 

i powiernica Coltonów, przyglądała mu się bez słowa 

przez kilka ciągnących się w nieskończoność sekund, po 

czym oznajmiła: 

- Maya zaniosła im kolację do pokoju. Jeszcze nie 

skończyli odrabiać lekcji. 

Szkoda, pomyślał, starając się ukryć rozczarowanie. 

Dawno temu przekonał się - podobnie jak wszystkie 

dzieciaki na ranczu - że Inez potrafi czytać w cudzych 

myślach. Zawsze wyczuwała, kiedy któreś z nich coś 

przeskrobało; wchodzili do domu jak gdyby nigdy nic, 

a jej wystarczył jeden rzut oka. Kiedy teraz mierzyła go 

wzrokiem, miał wrażenie, że przenika go na wylot: wie 

nie tylko o ubiegłorocznych schadzkach, ale również 

o tym, że codziennie w nocy Maya jawi mu się w snach. 

- Dzięki, Inez - powiedział, po czym skierował się 

do salonu, w którym wcześniej zauważył rodziców. 

Znalazłszy się w zasięgu ich głosów, przystanął za 

drzwiami. 

- Och, doprawdy, Joe - oznajmiła zirytowanym to-

background image

52 

LAUR1E PAIGE 

nem Meredith. - Przecież to tylko parę tysięcy. Myślałby 

kto, że proszę cię o oszczędności całego życia. 

- Masz własne konto, na które co miesiąc wpłacam 

pokaźną sumę, oraz własne karty kredytowe. Swoje ra­

chunki płać swoimi kartami. 

- Ale znaczna część tych rachunków jest za twoje 

przyjęcie urodzinowe! 

Joe prychnął pogardliwie. Jego reakcja zaskoczyła 

podsłuchującego za drzwiami syna: jeszcze nigdy nie sły­

szał, aby ojciec zwracał się do żony w sposób tak sar­

kastyczny. 

- Które zapamiętamy do końca życia, prawda, ko­

chanie? 

- Faktycznie, nie należało ono do zbyt udanych -

przyznała cicho Meredith. - Nawet nie wiesz, jak bardzo 

się wtedy wystraszyłam. Mogłeś zginąć albo zostać ranny. 

Drake czekał na odpowiedź ojca, ale ten milczał. Po 

chwili rozległ się stukot obcasów. Meredith oddaliła się 

korytarzem do swojego pokoju. Trzasnęły drzwi. 

Mniej więcej po minucie Drake wyłonił się z jadalni. 

Ojciec stał przy oknie, z kamiennym wyrazem twarzy 

wpatrując się z zapadający mrok. Na odgłos kroków obej­

rzał się przez ramię i uśmiechnął do syna. 

Drake'owi serce zabiło mocniej. Bez względu na kło­

poty, troski czy zmartwienia, Joe zawsze miał czas dla 

dzieci, zarówno dla swoich, jak i przybranych, którym 

ofiarował uczucie i dach nad głową. Podziwiał tę cechę 

swojego ojca i starał się brać z niego przykład; oczywi­

ście własnych dzieci nie miał, ale przynajmniej młodszym 

braciom zawsze próbował poświęcić jak najwięcej uwagi. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 53 

- Jak leci, synu? 
- Dobrze, tato - odparł, po czym nagle urwał. - Cho­

ciaż nie, wcale nie tak dobrze. Nie potrafię dogadać się 
z Maya. 

Joe uniósł pytająco brwi. 

- Nie chce mi powiedzieć, kto jest ojcem dziecka -

przyznał Drake. 

- Napijesz się koniaku? - spytał ojciec. 

- Chętnie. 

Ojciec podszedł do barku, podał synowi kieliszek 

i usiadł w fotelu. Drake zajął miejsce na kanapie. Dotyk 

skóry i jej zapach podziałały na niego kojąco. 

- To takie ważne? To znaczy, kto jest ojcem? 

Drake wytrzeszczył ze zdziwienia oczy. 

- Bardzo - odparł. - Bo jeśli... jeśli okaże się, że 

ja, wówczas chciałbym postąpić, jak należy. 

- A jeśli nie ty? Czy to coś zmienia? Wiesz, Joego 

Juniora znaleźliśmy z twoją mamą na wycieraczce. Zaa­

doptowaliśmy go i wychowujemy jak własnego syna. 

Drake pokiwał z namysłem głową. Już nawet nie pa­

miętał, że jego mały braciszek to podrzutek. 

- Gdyby nic cię z Maya nie łączyło, przypuszczam, 

że na wieść o jej ciąży nie przyjeżdżałbyś do domu, 

prawda? 

Drake napotkał wzrok ojca. 

- Prawda. Podejrzewam, że to moje dziecko. Jestem 

niemal w stu procentach pewien. Ale ona nie chce tego 

potwierdzić. - Westchnął zrezygnowany. 

- Prosiłeś ją o rękę? - spytał Joe. 

Drake uśmiechnął się pod nosem. 

background image

54 

LAURIE PAIGE 

- O takich sprawach jeszcze nie rozmawialiśmy. 

- Aha, czyli nie bardzo zależy ci na małżeństwie? 

W pytaniu ojca Drake wyczuł lekką ironię. Starał się 

opanować falę emocji, jaka go zalała. 

- Nie planowałem się żenić ani zakładać rodziny. 

Wiodę mało ustabilizowane życie. 

- Mało ustabilizowane, za to dość niebezpieczne -

stwierdził Joe. - Jednakże kobiety i dzieci radzą sobie, 

kiedy ich mężowie i ojcowie spędzają dłuższy czas poza 

domem. Rodzina nie musi cierpieć z tego powodu. Jeżeli 

mąż z żoną się kochają... 

Drake wiedział, że ojciec próbuje go zmusić do spoj­

rzenia w głąb siebie, przeanalizowania swoich uczuć wo­

bec Mai. Zmrużywszy oczy, popatrzył w okno. Niebo by­

ło stalowoszare, drzewa kołysały się na wietrze. W jego 

duszy panował identyczny mrok. Czasem na moment zni­

kał, coś go rozpraszało, ale potem znów wracał. Maya 

zaś była jak słońce, promienna, ciepła, uśmiechnięta. 

Symbolizowała jasność, dobroć, szczęście, wszystko to, 

do czego on dążył, lecz co zawsze pozostawało poza jego 

zasięgiem. 

- Kolacja! - zawołała z drugiego pokoju Inez. 

Joe uważnie obserwował twarz syna. Drake był męż­

czyzną z krwi i kości. Potrzebował tego, co każdy męż­

czyzna: seksu, ale również miłości. Życie w pojedynkę, 

bez drugiej osoby, jakby mijało się z celem; wydawało 

się puste i ponure. 

Wzdychając cicho, wstał z fotela i ruszył do jadalni, 

gdzie powoli zbierała się reszta rodziny. Zajął miejsce 

u szczytu stołu, Drake po jego lewej ręce. Po prawej 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 55 

usiedli River z Sophie, która też spodziewała się dziecka. 

Joe nie mógł się już doczekać swojego pierwszego wnu­

ka. Podobał mu się dom, który River zaprojektował i zbu­

dował, ale lubił, kiedy młodzi wpadali z wizytą na lunch 

lub kolację. 

Meredith skinęła na powitanie do córki i synów, po 

czym usiadła naprzeciwko męża. 

Joe zadumał się. Wcześniej, w salonie, miał wielką 

ochotę wyjawić Drake'owi, że to nie on spłodził Ted-

dy'ego, którego przecież kochał jak własnego syna. Ale 

nic nie powiedział. Zresztą takie rzeczy powinny pozostać 

między małżonkami. 

Owszem, Meredith go zdradziła, owszem, zmieniła się 

prawie nie do poznania, ale mimo to wciąż była jego 

żoną i matką jego dzieci. A że najbardziej z nich wszy­

stkich kochała Joego Juniora i Teddy'ego, to już inna 

sprawa. 

Przepełnił go smutek. W przeciwieństwie do Drake'a, 

który walczył sam z sobą, usiłując zgłębić stan swoich 

uczuć wobec Mai, on, Joe, od samego początku wiedział, 

czego pragnie. Meredith również nie miała żadnych wąt­

pliwości. Zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia. 

Ale gdzie się podziała ta miłość? 

Opuściwszy gabinet lekarski, Maya odetchnęła z ulgą. 

Zarówno ona sama, jak i malutka Marissa cieszyły się 

doskonałym zdrowiem. Na szczęście szalona jazda na ko­

niu nie zaszkodziła dziecku. 

Wycofując się z ruchliwego parkingu przy klinice, 

o mało nie zderzyła się z Peggy Honeywell, właścicielką 

background image

56 

LAURIE PAIGE 

pensjonatu „Honeywell House". Pomachała do niej 

przyjaźnie i odczekała, aż droga będzie wolna. Rozglą­

dając się uważnie, aby nie spowodować kraksy, skręciła 

w prawo. Załatwiła kilka sprawunków, po czym pojecha­

ła do miejscowej szkoły średniej. 

Andy'ego Martina zastała w jednej z sal lekcyjnych. 

- Jak leci? - spytał, omiatając wzrokiem jej zaokrą­

gloną figurę. 

Miała wrażenie, że w ostatnim czasie wszyscy z wiel­

kim zainteresowaniem śledzą zmiany dokonujące się 

w jej wyglądzie. Czasem czuła się jak wyrzucony na pla­

żę wieloryb, wokół którego gromadzi się tłum zatroska­

nych gapiów chcących pomóc, lecz nie wiedzących, jak 

to zrobić. 

- Świetnie - odparła. Postawiwszy na biurku torbę, 

wyjęła z niej kilka kartek. - Oto ostatnie testy John-

ny'ego. Rzuć na nie okiem, dobrze? Obawiam się, że 

nie bardzo nadaję się na nauczyciela matematyki... 

Przez kilka minut Andy przeglądał zadania; przy złych 

odpowiedziach pisał na marginesach jakieś uwagi. Od 

czasu' do czasu mruczał coś pod nosem. 

Maya" czekała cierpliwie. Reakcja Andy'ego napawała 

ją optymizmem. Johnny, podobnie jak większość dzieci, 

które wychowują się same, był bystrym chłopcem. Od­

znaczał się sprytem i inteligencją, ale nigdy nie posiadł 

tak podstawowych umiejętności jak czytanie, pisanie czy 

dodawanie. 

- No dobrze. - Andy odłożył kartki na bok. - Przy­

gotuję specjalne zestawy ćwiczeń, które pomogą chłopa­

kowi w miarę szybko nadrobić zaległości. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 57 

- Naprawdę? - ucieszyła się. 

- Może wpadłbym do Hopechest w sobotę rano? Od­

powiada ci? Chciałbym najpierw sprawdzić parę innych 

rzeczy, na przykład, jak Johnny sobie radzi z czytaniem, 

z rozumieniem trudniejszych słów czy rozwiązywaniem 

innego rodzaju zadań... 

- Och, Andy, to by było cudownie. Dziękuję. Nawet 

nie wiesz, jaki ciężar spadł mi z serca. Wydaje mi się, 

że w Johnnym drzemie ogromny potencjał intelektualny. 

Jeśli mu pomożemy nadrobić braki, za kilka lat chłopak 

będzie miał szansę dostać się na studia... 

- Kto wie? - Andy spojrzał na zegarek. - Nie jesteś 

głodna? Nie wybrałabyś się na wczesną kolację? 

Kiedy zorientowała się, że jest w ciąży, zerwała z An-

dym wszelkie kontakty. Wykręcała się nawet wtedy, gdy 

zapraszał ją na spacer. Z kolei kiedy on usłyszał o jej 

ciąży, natychmiast zaproponował jej małżeństwo. 

W dodatku o nic nie pytał. 

W przeciwieństwie do Drake'a, który chciał wiedzieć, 

kiedy dokładnie zaszła w ciążę i z kim! Nigdy mu tego 

nie wybaczy. Współczuła mu z powodu śmierci brata 

i problemów nękających rodzinę, ale wobec niej zacho­

wał się nieładnie. 

- Chyba nie, Andy. Dziękuję. 

- Podobno Drake Colton wrócił do domu... 
Przez chwilę wpatrywała się w tablicę; nie chciała 

okłamywać przyjaciela, a jednocześnie trudno jej było 

pogodzić się z myślą, że okazała się tak łatwowierna. 

- Chyba przyjechał na urlop - mruknęła. 
- Mayu... 

background image

58 LAURIE PAIGE 

Poderwała się na równe nogi i uśmiechnęła szeroko. 

- Muszę już lecieć. Chłopcy zostali sami; pewnie cał­

kiem zapomnieli o odrabianiu lekcji. 

Andy odprowadził ją do samochodu i otworzył drzwi. 

- Jestem twoim przyjacielem - powiedział, ujmując 

ją za łokieć. - Pamiętaj o tym. 

Pokiwała smętnie głową. Naprawdę nie chciała spra­

wić mu przykrości. 

- Możesz do mnie przyjść lub zadzwonić, kiedy tylko 

zechcesz. Żeby pogadać, pośmiać się, popłakać. O każdej 

porze dnia i nocy. Dobrze? 

- Dzięki, Andy. 
Cmoknęła go w policzek, po czym wsiadła do samo­

chodu i szybko odjechała. Bała się, że jeszcze chwila, 

a zacznie beczeć. Na środku ulicy! Tego tylko brakowało. 

Cale miasteczko huczałoby od plotek. 

Pociągnąwszy raz czy drugi nosem, zaczęła myśleć 

o tym, co ją jeszcze dziś czeka. Przed pójściem spać musi 

dokończyć esej i wysłać go e-mailem do swojego pro­

fesora. Ale zanim zabierze się do pisania, musi najpierw 

sprawdzić, czy chłopcy odrobili lekcje, potem zagonić 

ich do łóżka. 

Boże, ależ jest zmęczona! I znów bolą ją plecy. 

A oprócz pleców riogi. Przez chwilę zastanawiała się, 

czym sobie na to zasłużyła. Co takiego zrobiła, że los 

ją tak pokarał? 

- Byłam głupia - odpowiedziała sama sobie. - I za­

kochałam się w niewłaściwym mężczyźnie - dodała 

smutno. 

Zaparkowała przed domem i powoli wygramoliła się 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 59 

z samochodu. Przez kilka następnych godzin nie miała 

chwili wytchnienia. Sprawdziła, czy Joe z Teddym od­

robili lekcje, pomogła matce przygotować kolację i na­

kryć do stołu, przypilnowała, by o dziewiątej chłopcy le­

żeli wykąpani w łóżkach, potem zasiadła do własnej pra­

cy. Drake'a widziała w przelocie. Przyjrzał się jej uważ­

nie, ale nic nie powiedział. 

A co tam! - pomyślała, wkładając świeżą koszulę noc­

ną; nie muszą rozmawiać. Nie załamie się z tego powodu. 

Skoro nie załamała się, kiedy wyjechał, zostawiając jej 

list... 

Rozległo się ciche pukanie do drzwi. 
- Nie dzisiaj! - zawołała. 

W uchylonych drzwiach pojawiła się głowa Drake'a. 

- Tego już za wiele! Od dziś będę zamykać się na 

klucz - oznajmiła gniewnie. 

- Dlaczego? Czyżby ustawiała się kolejka chętnych? 
- Czy muszę słuchać tych zniewag? - spytała, wzno­

sząc oczy do nieba. Po chwili przeniosła spojrzenie na 

intruza. - Nie muszę! Więc wyjdź, zanim zacznę krzy­

czeć. 

Popatrzył na nią ze skruchą w oczach. Przez moment 

wahał się, niepewny, czy ma wyjść, czy może jednak 

zostać, po czym tak jak to miał w zwyczaju, usiadł okra­

kiem na krześle. 

- Widziałem cię dzisiaj w miasteczku. 
- Co z tego? 

- Całowałaś się z jakimś facetem na ulicy. Co jest 

grane? 

Ściągnęła brwi. 

background image

60 LAURIE PAIGE 

- Nie mam najmniejszego pojęcia, o czym mówisz. 

- Spotykacie się? - spytał, a kiedy zdumiona wytrze­

szczyła oczy, dodał: - Czy to coś poważnego? 

Wreszcie zrozumiała, kogo Drake ma na myśli. 

- Andy to mój stary kumpel - rzekła. 

- To był Andy? - zdziwił się. - Nie poznałem go. 

- Bo ostatni raz widzieliście się w szkole. Od tamtej 

pory minęły lata. A ludzie się zmieniają. Dorastają. Przy­

najmniej niektórzy - dorzuciła kąśliwie. 

- Uważasz, że ja nie? - Roześmiał się, nic sobie nie 

robiąc z jej złośliwości. 

Dziecko fiknęło koziołka. Maya syknęła i przyłożyła 

rękę do brzucha. Bała się, że jak tak dalej pójdzie, nie 

dotrwa do wyznaczonego terminu porodu. 

- Wezmę maść - zaproponował Drake. 
- Nie... 

Zanim zdążyła zaprotestować, sięgnął po słoik. Otwie­

rając go, śmiał się cicho. 

- Co cię tak rozbawiło? - spytała. 
Czuła się gruba, niezdarna i traciła cierpliwość. 

- Ciekawe, co sobie o nas pomyśli naszą córka, jak 

tak w kółko będziemy cię smarować maścią dla koni. 

- Nic sobie nie pomyśli. Zostaw mnie. Daj mi święty 

spokój. 

- Przykro mi, nie mogę - oznajmił stanowczo. - Po­

łóż się. - Wskazał ręką łóżko. 

Westchnęła zrezygnowana i dźwignąwszy się z fo­

tela, przeszła do łóżka. Było jej wszystko jedno, jak 

wygląda. Drake i tak nie zamierza się na nią rzucić. 

Przecież go nie pociąga. Ni stąd, ni zowąd zalała ją 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 61 

fala wspomnień i łzy napłynęły jej do oczu. Osiem mie­

sięcy temu obsypywał ją pieszczotami, całował, szeptał 

do ucha czułe słówka, zapewniał o miłości. A potem na­

gle wyjechał. 

- Co ci jest? - spytał łagodnie. 
Potrząsnęła głową. Może te czułe słówka co innego 

znaczyły? Może tylko jej się wydawało, że Drake ją ko­

cha? Może mówiąc o miłości, miał na myśli sympatię, 

pożądanie, chęć bycia blisko drugiej osoby i przeżycia 

razem paru wspaniałych chwil? 

Ale nie. Na pewno nic sobie nie ubzdurała. Kochał 

ją. Widziała to, kiedy na nią patrzył; czuła, kiedy ją 

pieścił. 

- Nic. 

Położyła się na chłodnym prześcieradle i zgiąwszy 

nogę w kolanie, przewróciła się na bok. Z taką samą 

sprawnością, jaką wykazał się poprzedniego wieczoru, 

rozsmarował jej po plecach maść. Najpierw znikł ból, 

potem napięcie w mięśniach. Powolne ruchy rąk miały 

działania usypiające. Maya raz po raz zapadała w krót­

ką drzemkę. 

- Jesteś piękna - szepnął w którymś momencie. 
- Jeśli się lubi kaszaloty... 
Roześmiawszy się cicho, odstawił słoik na stół, po 

czym przysunął dłonie do jej wystającego brzucha. 

- Pozwól się dotknąć. Proszę cię. Obróć się do mnie 

przodem. 

Mówił tak błagalnym tonem, z taką pokorą w głosie, 

że nie umiała mu odmówić. Z jego pomocą przewróciła 

się na dru gi bok. Z wyrazem najwyższego skupienia na 

background image

62 LAURIE PAIGE 

twarzy wpatrywał się w jej brzuch, od czasu do czasu 

delikatnie go gładząc. 

- To istny cud - powiedział, kiedy wiercące się w jej 

brzuchu maleństwo kopnęło go piętą w rękę. 

- Masz rację - przyznała niemal bezgłośnie, jakby 

nie chciała burzyć nastroju powagi. 

Nie mogła oderwać od Drake'a oczu. Tak bardzo go 

pragnęła. Gdyby tylko ją kochał! Gdyby chciał mieć żo­

nę, rodzinę! Byliby razem tacy szczęśliwi! 

- Wprost niewiarygodne, że potrafimy stworzyć coś 

tak wspaniałego. Nigdy wcześniej nie myślałem o dzie­

ciach... 

W milczeniu słuchała, jak z zachwytem i przejęciem 

powtarza słowa o cudzie narodzin. Podniósł głowę i na­

potkał jej pytające spojrzenie. Gdy jego twarz rozjaśnił 

ciepły uśmiech, Mayę ogarnął błogi spokój. 

Ręce Drake'a gładziły jej osłonięty jedwabną koszulą 

brzuch. Razem, w ciszy, dumali nad tajemnicą poczęcia. 

Wiedziała, że do końca życia zapamięta tę chwilę. 

Łzy wezbrały jej pod powiekami. Zamknęła oczy, aby 

Drake nie widział, że płacze. 

- Mayu... - przerwał milczenie. - Powinniśmy się 

pobrać. I to jak najszybciej. Zanim jeszcze dziecko się 

urodzi. 

Jaka romantyczna propozycja, pomyślała ironicznie; 

w skali od jednego do dziesięciu przyznała jej jeden 

punkt. 

Zła na siebie za to, że znów była gotowa ulec wdzię­

kom Drake'a, odepchnęła jego dłoń. 

- Na miłość boską, a to dlaczego? - spytała, usiłując 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 63 

zachować spokój i rozsądek. - Dziecko jest wyłącznie 

moją odpowiedzialnością. Nie musisz się nami przej­

mować. 

Spodziewała się gniewnej riposty, ale pomyliła się. 

Przez kilka sekund wpatrywał się w nią w milczeniu. 

W jego ciemnych oczach migotały złociste iskierki. 

- Ale się przejmuję - rzekł w końcu. - Stworzyliśmy 

razem to życie... 

- Nieprawda. 
Wziął głęboki oddech, po czym wolno wypuścił po­

wietrze. 

- Co by wykazały testy DNA? 

Opuściła wzrok. 
- Nie wyjdę za mąż tylko po to, aby dać córce twoje 

nazwisko - oznajmiła. - Nazwisku Ramirez niczego nie 

można zarzucić. Noszę je z dumą. 

- I słusznie. Twoi rodzice to jedni z najszlachetniej­

szych ludzi, jakich znam. Ale mówimy teraz o dziecku. 

O naszym dziecku - dodał cicho, ponownie przysuwając 

dłonie do jej brzucha. 

- Nie słyszałeś, co powiedziałam? Marissa jest wy­

łącznie moim problemem i moją odpowiedzialnością. 

Tym razem jego oczy rozbłysły gniewnie. 

- Za kogo mnie masz? Naprawdę aż tak nisko mnie 

cenisz, że zamiast przyjąć moją propozycję, wolisz na­

pomnieć o tym, co nas łączyło? 

- Sama nie wiem - szepnęła. 
Czuła się rozdarta. Z jednej strony dniami i nocami 

marzyła o Drake'u, z drugiej strony rozsądek podpowia­

dał jej, aby nie robiła sobie nadziei. 

background image

64 LAURIE PAIGE 

Po jej słowach Drake zamarł bez ruchu; patrzył na 

nią tak, jakby nie wierzył własnym uszom. W tym mo­

mencie zreflektowała się, że wyrządziła mu ogromną 

przykrość. 

- Przepraszam - powiedziała szybko. - Nie o to... 

Po prostu chcę, żeby moja córka była szczęśliwa. Wy­

muszone małżeństwo nie wydaje mi się najlepszym roz­

wiązaniem. 

- Nikt na mnie nie naciska. Szedłbym do ołtarza 

z własnej nieprzymuszonej woli - zapewnił ją. 

Niewiele to pomogło, ona i tak wiedziała swoje. 

Oświadczył się, bo był człowiekiem honoru. Świetnie. 

Ona jednak nie zamierzała przyjąć oświadczyn. Może 

z czasem pokochałby dziecko, ale ją, Mayę, znienawi­

dziłby za to, że go uwięziła w klatce, której od lat się 

wystrzegał. 

- W liście pożegnalnym napisałeś, że w twoim życiu 

nie ma miejsca na żonę - przypomniała mu. 

- Człowiek w stresie wygaduje różne głupoty. Prze­

praszam, że wyjechałem wtedy bez pożegnania. Ale 

otrzymałem wiadomość telefoniczną, że jestem pilnie po­

trzebny i mam natychmiast wracać do bazy. Powinienem 

był cię obudzić, a nie wymykać się, kiedy spałaś. Za­

chowałem się kretyńsko. Jak tchórz. 

Sprawiał wrażenie, jakby mu rzeczywiście było przy­

kro. Nie wiedziała, co powiedzieć. Nic mądrego nie przy­

chodziło jej do głowy. Nie zamierzała się jednak nad nim 

litować. 

Westchnęła ciężko. Jego twarz złagodniała. Zgasiwszy 

światło, pochylił się nad łóżkiem. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 65 

- Jeszcze nie skończyliśmy tej rozmowy - rzekł. -

Zanim wyjadę z domu, powiesz mi całą prawdę. Musimy 

wszystko dokładnie omówić i ustalić, co dalej. 

Oknem wpadały promienie księżyca; w pokoju pano­

wał łagodny srebrzysty półcień. Maya z uwagą przyglą­

dała się Drake'owi. Wyczuwała w nim głęboko skrywany 

smutek, mrok, którego nic nie jest w stanie rozproszyć. 

I nagle zrozumiała, czego od niego pragnie. 

Oczywiście uczucia, ale nie tylko. Ważniejsza była 

radość. Chciała, by Drake był szczęśliwy w miłości, by 

miłość płynęła z potrzeby serca, z chęci dawania i dzie­

lenia się, a nie z obowiązku. 

Delikatnie przyłożył palce do jej powiek. 

- Śpij - szepnął. 

Po chwili już go nie było. W pokoju zrobiło się pusto; 

w jej sercu również. Nawet dziecko przestało kopać, jak­

by jego także zasmuciło zniknięcie tatusia. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

W środę rano, nie czekając, aż Inez wyłoni się z jed­

nego z pomieszczeń, które akurat sprzątała, Joe Colton 

sam otworzył drzwi. Na zewnątrz, z ponurym wyrazem 

twarzy, stał Thaddeus Law, miejscowy detektyw zajmu­

jący się sprawą ubiegłorocznej strzelaniny, jaka miała 

miejsce podczas przyjęcia z okazji sześćdziesiątych uro­

dzin gospodarza. 

Joe instynktownie nastawił się na złe wieści. 
- Wejdź, Thad - powiedział, zapraszającym gestem 

wskazując swój gabinet. - Napijesz się kawy? 

Detektyw liczył około trzydziestu pięciu lat, ale wy­

glądał znacznie starzej, jak człowiek ciężko doświadczo­

ny przez los. Śmierć żony w wypadku samolotowym 

i trudy związane z samodzielnym wychowywaniem ma­

łej córki na pewno przysporzyły mu zmarszczek. Ale nie­

dawno ożenił się po raz drugi, z Heather McGrath, która 

była osobistą sekretarką Joego, a zarazem córką jego 

przybranego brata Petera McGratha. Może więc w życiu 

detektywa wreszcie znów zaświeciło słońce. 

- Z przyjemnością - odparł. Zdjąwszy kapelusz, 

usiadł na krześle. - Co za paskudna pogoda. Zimno 

i deszcz. Gdybym mógł, najchętniej cały dzień spędził­

bym przy kominku. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 67 

Skinął głową na murowany kominek, w którym strze­

lały płomienie ognia. 

- Zapowiadali wczoraj, że w nocy nadciągnie kolejny 

zimny front. - Joe podniósł termos i nalał kawy do dwóch 

kubków. Na widok syna, który przystanął w drzwiach, sięg­

nął po trzeci kubek. - Wejdź, Drake. Znasz Thaddeusa, 

prawda? 

- Oczywiście. 

Drake uścisnął dłoń gościa; wziąwszy kubek, usiadł 

obok na krześle. 

- Masz jakieś wiadomości? 
- Owszem - odparł detektyw, po czym zwrócił się 

do Joego: - Czy twoja żona jest w domu? 

Joe nie zdziwił się, że detektyw pyta o Meredith. Po 

nieudanym zamachu na jego życie policja przesłuchiwała 

ją przez wiele godzin. Meredith była główną podejrzaną. 

Gdyby mu kiedyś powiedziano, że żona pragnie jego 

śmierci, popukałby się w czoło. Sam pomysł wydałby 

mu się absurdalny. Ale teraz... prawdę mówiąc, sam nie 

wiedział, czego się może po niej spodziewać. 

- Zaraz ją poproszę - rzekł, podnosząc słuchawkę te­

lefonu. 

Głos miała zaspany; nawet nie starała się ukryć iry­

tacji. 

Joe wyjaśnił żonie, że Thaddeus chciałby się z nią 

zobaczyć. Przez dobrych kilkanaście sekund Meredith 

milczała, wreszcie oznajmiła, że potrzebuje pięciu minut, 

by się ubrać. Siląc się na uśmiech, Joe powiadomił gościa, 

że Meredith pojawi się za dwadzieścia minut. 

Pomylił się o kwadrans. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

W środę rano, nie czekając, aż Inez wyłoni się z jed­

nego z pomieszczeń, które akurat sprzątała, Joe Colton 

sam otworzył drzwi. Na zewnątrz, z ponurym wyrazem 

twarzy, stał Thaddeus Law, miejscowy detektyw zajmu­

jący się sprawą ubiegłorocznej strzelaniny, jaka miała 

miejsce podczas przyjęcia z okazji sześćdziesiątych uro­

dzin gospodarza. 

Joe instynktownie nastawił się na złe wieści. 
- Wejdź, Thad - powiedział, zapraszającym gestem 

wskazując swój gabinet. - Napijesz się kawy? 

Detektyw liczył około trzydziestu pięciu lat, ale wy­

glądał znacznie starzej, jak człowiek ciężko doświadczo­

ny przez los. Śmierć żony w wypadku samolotowym 

i trudy związane z samodzielnym wychowywaniem ma­

łej córki na pewno przysporzyły mu zmarszczek. Ale nie­

dawno ożenił się po raz drugi, z Heather McGrath, która 

była osobistą sekretarką Joego, a zarazem córką jego 

przybranego brata Petera McGratha. Może więc w życiu 

detektywa wreszcie znów zaświeciło słońce. 

- Z przyjemnością - odparł. Zdjąwszy kapelusz, 

usiadł na krześle. - Co za paskudna pogoda. Zimno 

i deszcz. Gdybym mógł, najchętniej cały dzień spędził­

bym przy kominku. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 67 

Skinął głową na murowany kominek, w którym strze­

lały płomienie ognia. 

- Zapowiadali wczoraj, że w nocy nadciągnie kolejny 

zimny front. - Joe podniósł termos i nalał kawy do dwóch 

kubków. Na widok syna, który przystanął w drzwiach, sięg­

nął po trzeci kubek. - Wejdź, Drake. Znasz Thaddeusa, 

prawda? 

- Oczywiście. 

Drake uścisnął dłoń gościa; wziąwszy kubek, usiadł 

obok na krześle. 

- Masz jakieś wiadomości? 
- Owszem - odparł detektyw, po czym zwrócił się 

do Joego: - Czy twoja żona jest w domu? 

Joe nie zdziwił się, że detektyw pyta o Meredith. Po 

nieudanym zamachu na jego życie policja przesłuchiwała 

ją przez wiele godzin. Meredith była główną podejrzaną. 

Gdyby mu kiedyś powiedziano, że żona pragnie jego 

śmierci, popukałby się w czoło. Sam pomysł wydałby 

mu się absurdalny. Ale teraz... prawdę mówiąc, sam nie 

wiedział, czego się może po niej spodziewać. 

- Zaraz ją poproszę - rzekł, podnosząc słuchawkę te­

lefonu. 

Głos miała zaspany; nawet nie starała się ukryć iry­

tacji. 

Joe wyjaśnił żonie, że Thaddeus chciałby się z nią 

zobaczyć. Przez dobrych kilkanaście sekund Meredith 

milczała, wreszcie oznajmiła, że potrzebuje pięciu minut, 

by się ubrać. Siląc się na uśmiech, Joe powiadomił gościa, 

że Meredith pojawi się za dwadzieścia minut. 

Pomylił się o kwadrans. 

background image

68 LAURIE PAK3E 

Weszła do gabinetu, ciągnąc za sobą zapach drogich 

perfum, które dostała od męża na Gwiazdkę. Miała na 

sobie eleganckie czarne spodnie i czarną górę. Wszystkie 

jej stroje kosztowały majątek i odznaczały się elegancją. 

Bezpowrotnie minęły czasy, kiedy ubrana w dżinsy i te­

nisówki biegała roześmiana po ogrodzie, namawiając 

dzieci i męża, aby spróbowali ją złapać. 

- Kawy? - spytał Joe, usiłując odpędzić wspomnie­

nia, które coraz częściej go nachodziły. 

Dzieci dorastały, opuszczały dom, zakładały rodziny. 

Nieciekawie zapowiadała się jesień życia: smutno, pusto, 

samotnie. 

- Poproszę - rzekła Meredith. Pogardliwym wzro­

kiem zmierzyła Thaddeusa Lawa. - Co pana sprowadza? 

Ma pan jakieś wiadomości o Emily? 

- Nie, proszę pani - odparł uprzejmie detektyw. -

Przybywam w innej sprawie. 

Ani powaga w głosie gościa, ani jego imponująca po­

stura zdawały się nie robić na Meredith najmniejszego 

wrażenia. Przyjęła od męża filiżankę kawy i usiadłszy 

wdzięcznie na dwuosobowej sofie, uniosła pytająco brwi. 

Z jej zachowania przebijały wrogość i chłód. Joe obser­

wował żonę z zawstydzeniem. Dawna Meredith, kobieta, 

którą wciąż pamiętał i za którą tęsknił, była ciepła, wy­

lewna, przyjazna. 

- Pani Colton, czy orientuje się pani, gdzie obecnie 

przebywa jej siostra bliźniaczka? 

Meredith, zaskoczona pytaniem, odstawiła filiżankę 

na spodeczek, rozlewając kawę po stoliku i dywanie. 

Przez chwilę wpatrywała się w detektywa z przeraże-

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 69 

niem na twarzy, potem przerażenie ustąpiło miejsca 

wściekłości. 

- Jakim prawem grzebie pan w mojej przeszłości? -

spytała ostro, ignorując jego pytanie. 

- Dokładnie sprawdzamy życiorysy wszystkich osób, 

które mogły mieć powód, żeby popełnić zbrodnię - wy­

jaśnił spokojnie Law. - Z naszych informacji wynika, że 

pani matka urodziła dwójkę dzieci, bliźniaczki Meredith 

i Patsy. Sprawdzając dalej, odkryliśmy, że Patsy Portman 

została skazana na karę pozbawienia wolności za mor­

derstwo. W wieku osiemnastu lat zabiła mężczyznę, któ­

ry był ojcem jej dziecka. 

- Dobry Boże! - zawołał Joe, zszokowany wiadomo­

ścią. 

Odruchowo chwycił garść serwetek i zaczął wycierać 

rozlaną na stoliku kawę. Dziesiątki myśli krążyły mu po 

głowie. Nagle zerknął na Drake'a; zrobiło mu się go żal. 

To straszne, kiedy dzieci tracą zaufanie do rodziców. On 

sam od dawna nie miał już żadnych złudzeń, że Meredith 

się zmieni, ale... 

Nie było czasu, żeby się nad tym teraz zastanawiać. 

Zresztą Drake był dorosłym mężczyzną, który niejedno 

w życiu widział. Kolejny kłopot czy zmartwienie nie za­

łamie go. 

- Później - kontynuował detektyw - przeniesiono ją 

do zakładu... - tu zrobił wymowną przerwę - dla psy­

chicznie chorych. 

Joe wciągnął głośno powietrze. 

- Mamo, to prawda? - spytał z niedowierzaniem 

Drake, usiłując cokolwiek z tego zrozumieć. 

background image

70 LAUR1E PAIGE 

Obejrzawszy się przez ramię, popatrzył zaniepokojony 

na ojca, jakby bał się, czy pod wpływem tych zaskaku­

jących rewelacji Joe nie dostanie zawału. Ojciec stał przy­

garbiony, ze zrezygnowaną miną, jakby już na nic do­

brego w życiu nie liczył. Drake jeszcze nigdy nie widział 

go w takim stanie. 

- Jeśli nawet, to co? - warknęła Meredith, mierząc 

syna gniewnym spojrzeniem. - To nie ma ze mną nic 

wspólnego! 

Drake pokręcił smutno głową. Zdał sobie sprawę, że 

informacje policji są dokładne i rzetelne; nie był to zły 

sen, z którego wszyscy za chwilę mieli się obudzić. 

- Gdzie ona jest, ta siostra, o której nigdy nikomu 

nie wspomniałaś? - zapytał Joe. 

Widać było, że z trudem panuje nad emocjami. Nagle 

Meredith nie wytrzymała napięcia; załamała się. 

- Nie żyje! - Zakryła rękami twarz. - Od lat nie żyje. 

Ojciec z synem popatrzyli na detektywa, czekając na 

potwierdzenie. Ten wzruszył ramionami. 

- Pani Golton, czy ma pani jakiekolwiek potwierdze­

nie jej śmierci? Akt zgonu, dokumenty ze szpitala, za­

świadczenie o pogrzebie, cokolwiek? 

Meredith opuściła ręce. Sprawiała wrażenie osoby 

chorej, obłąkanej, która lada moment rzuci się z pazurami 

na wroga, by rozorać mu twarz. W jej oczach płonął jakiś 

dziki blask. Po chwili uśmiechnęła się triumfalnie. 

- Tak, przypomniałam sobie! - Poderwała się na no­

gi. - Mam list z kliniki St. James. Zaraz go przyniosę. 
Całe szczęście, że go nie wyrzuciłam... 

Wybiegła z gabinetu. Na wszelki wypadek detektyw 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 71 

postanowił dotrzymać jej towarzystwa. Drake zerknął na 

ojca. Po chwili obaj pognali za detektywem. 

Patrzyli mu przez ramię, kiedy wyjmował z koperty 

list, na którym figurowała nazwa kliniki. List zawierał 

wyrazy współczucia z powodu śmierci Patsy Portman. 

Nadawca wspominał o kłopotach zdrowotnych Patsy, 

o jej chorej psychice; miał nadzieję, że tam, dokąd się 

przeniosła, będzie wiodła szczęśliwsze życie niż na ziemi. 

Zgodnie z życzeniem zmarłej, jej ciało zostało poddane 

kremacji, a prochy rozrzucone nad Pacyfikiem. 

- Miała do mnie pretensje - wyznała Meredith, kiedy 

unieśli wzrok znad listu. - Podczas procesu nie chciałam 

kłamać w jej obronie. Potraktowała to jako zdradę. 

- Dlaczego nigdy nam, a przynajmniej mnie, nie 

wspomniałaś o siostrze? - spytał Joe. 

- Patsy błagała mnie o to. Po kilku miesiącach po­

bytu w klinice poprosiła rodzinę, aby wymazać ją z pa­

mięci. Aby zapomnieć o jej istnieniu. Twierdziła, że... 

że jest zerem, śmieciem, że... 

Zatkawszy cicho, Meredith wyciągnęła rękę, jakby 

chciała się czegoś przytrzymać. Drake złapał matkę, za­

nim osunęła się na podłogę. 

- Połóż ją na łóżku - polecił mu Joe. - Zaraz się 

nią zajmę. 

- Muszę zachować ten list - oznajmił detektyw, zwra­

cając się do Joego. - Dołączyć go do akt. 

Skinieniem głowy Joe wyraził zgodę, po czym przy­

krył żonę ciepłym kocem. Drake zamoczył w łazience 

ręcznik i umieścił go na czole matki. 

- Zawołam Inez. 

background image

72 

LAURIE PAIGE 

- Dobry pomysł - poparł go ojciec. - Chciałbym je­

szcze porozmawiać z Thaddeusem. 

Parę minut później, po uzyskaniu dalszych informacji 

od detektywa, Drake udał się do sypialni, by uporząd­

kować myśli. Jedna rzecz nie ulegała wątpliwości: 

w ostatnim czasie wszystkie przyjazdy do domu obfito­

wały w niespodzianki. 

Po dokładnym zastanowieniu się podjął decyzję. 

Upewniwszy się, że matka wciąż leży, a Inez siedzi na 

fotelu przy łóżku, wrócił do siebie. Na wschodnim wy­

brzeżu minęło południe. Sięgnąwszy po telefon, wykręcił 

numer kancelarii w Waszyngtonie. 

Po pierwszym dzwonku słuchawkę podniosła żona, 

a zarazem asystentka Randa Coltona. 

- Lucy? Mówi Drake. Zastałem brata? 

- Cześć, Drake. Już cię łączę. 

Lubił swoją nową bratową. Nie traciła czasu na czcze 

pogaduszki i bezsensowne pytania. 

Po chwili na drugim końcu linii usłyszał znajomy głos. 
- Hej, stary! Skąd dzwonisz? 

- Z naszego kochanego domu - odparł Drakę. -

Wiesz, dzięki policji poznaliśmy dziś z ojcem pewną dłu­

go skrywaną tajemnicę. 

- Tak? Jaką? 

- Okazuje się, że nasza matka jest osobą niesłychanie 

dyskretną i dotrzymującą przyrzeczeń. - Opowiedział 

Randowi o wizycie detektywa, o rewelacjach na temat 

siostry bliźniaczki, o liście z kliniki St. James informu-

jącyrn o śmierci Patsy Pprtman, i zasłabnięciu matki. -

I co ty na to? - spytał. 

•ś 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 73 

- To ja przysłałem ojcu list, że Emily jest cała i zdro­

wa - oznajmił Rand. 

Wiadomość ta lekko zbiła Drake'a z tropu. Jednakże 

znając brata, wiedział, że między tymi dwoma sprawami 

musi istnieć jakiś związek. 

- Rozmawiałeś z nią? 

- Tak. Prosiła, żebym nie zdradzał jej miejsca pobytu. 

Powiedziałbym ci, ale... ale nie chcę przez telefon. 

- Słusznie. - Drake przyznał mu rację. - W tym mo­

mencie do nikogo nie mam zaufania. 

- Słuchaj, stary. Pamiętasz, jak Em upierała się przed 

laty, że na miejscu wypadku były dwie mamusie, dobra 

i zła? 

Po plecach Drake'a przeszedł dreszcz. 

- Pamiętam. 
- Najnowsze rewelacje by to potwierdzały. 

Drake zaklął po nosem. 

- Psiakrew! Wierzyć się nie chce, że... - urwał. Bo 

nagle pomysł, że ktoś podszywa się pod ich matkę, wcale 

nie wydał mu się tak szalony i nierealny, jak by się mogło 

wydawać. 

- Sytuacja jak z kiepskiego filmu, prawda? - spytał 

po chwili Rand.- Dwie siostry. Bliźniaczki. Jedna dobra, 

druga zła. 

- Czyli co? Uwierzyłeś Emily? 

Rand westchnął głośno. 
- Nie do końca. Ale poprosiłem Austina McGratha, 

aby pogrzebał w przeszłości mamy. 

- Rany boskie, Rand! Wiedziałeś i nie pisnąłeś słów­

ka? - Nic dziwnego, pomyślał Drake, że po wysłuchaniu 

background image

74 

LAURIE PAIGE 

jego relacji brat wcale nie sprawiał wrażenia zaskoczo­

nego. - Wiedziałeś o bliźniaczce i o... o morderstwie? 

- A także o zakładzie dla obłąkanych - potwierdził 

Rand. - Tę informację akurat Lucy odkryła. Wprawdzie 

miałem trochę więcej czasu niż ty i ojciec, żeby się ze 

wszystkim oswoić, ale wierz mi, byłem równie zszoko­

wany jak wy. Prosiłem Austina, żeby spróbował dowie­

dzieć się czegoś więcej o Patsy Portman, na razie jednak 

nie trafił na żaden ślad. Jeśli Patsy rzeczywiście nie żyje, 

dalsze poszukiwania nie mają sensu. 

- Jeżeli nie żyje? 
Rand odpowiedział dopiero po dłuższej chwili: 
- A może to mama nie żyje? Może Patsy się pod nią 

podszyła, może zajęła jej miejsce? To by pasowało do 

wersji o dwóch mamusiach, której Emily tak kurczowo 

się trzyma. 

Teraz z kolei Drake milczał przez kilka sekund. 

- Wiesz, co by to znaczyło? - spytał wreszcie. 

- Wiem. Że mama została zamordowana. 
- To szaleństwo! Przez dziesięć lat żylibyśmy z jej 

sobowtórem? I nikt z nas by się nie zorientował? Nawet 

ojciec? Nie, to się w głowie nie mieści. 

- Niby masz rację, ale... podejrzewam, że rodzice 

od lat ze sobą nie sypiają. Już nawet nie kojarzę, kiedy 

urządzili dwie oddzielne sypialnie. 

- Na pewno przed narodzinami Teddy'ego. Pamię­

tam, że przyjechałem do domu na ferie i byłem tym fa­

ktem mocno zbulwersowany. - Drake ponownie zaklął. 

- Ja też - przyznał Rand. - Nie mogłem tego pojąć. 

W każdym razie wszystkie te najnowsze informacje wał-

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 75 

kujemy z Lucy na okrągło. Wydaje nam się, że Em wpad­

ła na jakiś trop, ale nie wiemy jaki. 

- Jeśli się nie mylę, bliźnięta jednojajowe mają iden­

tyczne DNA, prawda? 

- Zgadza się. Testy nic nie wykażą. Chyba że jedno 

z bliźniąt chorowało na coś, na co drugie nie chorowało 

i w jego krwi wytworzyły się przeciwciała. 

Przez godzinę snuli różne hipotezy i domysły, w koń­

cu doszli do wniosku, że potrzebują więcej danych. Bez 

tego ani rusz. 

- Odezwij się, jak Austin odkryje coś nowego - po­

prosił Drake. - A ja cię będę informował, co się dzieje 

w domu. 

- W porządku. 
- Wiesz, co mi nie daje spokoju? Niepewność. Cały 

czas się zastanawiam, o co w tym wszystkim chodzi. Czy 

ta kobieta, ta okrutna bliźniaczka, podszywa się pod naszą 

mamę? Czy to ona spowodowała tamten wypadek przed 

laty? Czy zabiła prawdziwą Meredith, ukryła ciało, a sa­

ma zajęła jej miejsce? 

- Emily święcie w to wierzy - odparł Rand. - W do­

datku uważa, że osoba podająca się za naszą matkę wynajęła 

płatnego mordercę, aby teraz zgładził ją, ponieważ była 

świadkiem tamtego zdarzenia i jako jedyna powątpiewa 

w tożsamość Meredith. Zdaniem Em ten sam człowiek, któ­

ry czyha na jej życie, został wynajęty do zabicia ojca. 

Drake przymknął na moment powieki i potarł palcami 

nos. 

- Chryste! Cała ta sprawa staje się coraz bardziej ko-

background image

76 LAURIE PAIGE 

- To prawda... Drake? Bądź czujny, dobrze? -

Ostrzeżenie w głosie brata przejęło go dreszczem. - Jak 

długo masz zamiar zostać na ranczu? 

- Prosiłem o dwumiesięczny urlop. W razie koniecz­

ności mogę go przedłużyć. Wiesz, że Maya jest w ciąży? 

- Ojciec mi wspomniał - przyznał z rozbawieniem 

Rand. - Wybacz, braciszku, za niedyskretne pytanie, ale 

czy to twoje dziecko? 

- Tak sądzę, ona jednak odmawia odpowiedzi na ten 

temat. Kobiety potrafią być strasznie uparte. 

- Zamierzacie się pobrać? 
- Nie wiem. Proponowałem małżeństwo. Ona uważa, 

że byłby to błąd. 

Przypomniał sobie pogodną, uśmiechniętą Mayę sprzed 

ośmiu miesięcy i natychmiast poczuł dojmujący ból. 

- Potrafię to zrozumieć - powiedział ze śmiechem 

Rand. - Słuchaj, przekaż jej ode mnie, żeby się nie wy­

głupiała. Chcę, żeby dziecko, mój bratanek lub bratanica, 

dorastało w normalnej rodzinie. 

- Bratanica. Tak wykazało badanie USG. No dobrze, 

przekażę Mai twoje dobre rady, a ty pozdrów ode mnie 

Lucy i Maksa. 

Rand obiecał, że nie zapomni, po czym bracia rozłą­

czyli się. Drake wciągnął kurtkę i wyszedł na dwór. Li­

czył na to, że spacer po plaży pomoże mu oczyścić umysł. 

Niebo było zasnute chmurami, powietrze zimne, prze­

siąknięte wilgocią. Opadającym zboczem ruszył w stronę 

skał, wokół których unosiła się gęsta mgła. Przy schodach 

prowadzących w dół na plażę omal nie potkną! się o sie­

dzącą postać. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 77 

- Cholera jasna! - wyrwało mu się. 

- Ojej, przepraszam. Nie słyszałam wcale twoich kro­

ków - powiedziała Maya, owijając się ciaśniej wełnia­

nym szalem. 

Serce zabiło mu mocniej. Usiadł obok niej na górnym 

stopniu. 

- Nic ci nie jest? 

- Nic. Chciałam odetchnąć świeżym powietrzem 

i chwilę pobyć sama... - Urwała, jakby obawiając się, 

że jej potrzeba samotności może zostać niewłaściwie od­

czytana. 

- Ja też. Mam potworny mętlik w głowie. Tyle spraw 

muszę przemyśleć, uporządkować... 

Zaczęła się podnosić. 

- W takim razie... 

Chwycił ją za ramię. 
- Nie odchodź. Chciałbym cię o coś spytać. 

Jej piękne czarne oczy popatrzyły na niego podejrzli­

wie. Kiedyś patrzyły ufnie. Ale to było dawno temu. Od 

tego czasu minęły wieki. 

- Całe życie znasz moją rodzinę... 

- Owszem. 
- Czy na przestrzeni lat zauważyłaś różnicę w zacho­

waniu mojej matki? Czy bardzo się zmieniła? 

Przez chwilę Maya przyglądała mu się w milczeniu, 

po czym wbiła wzrok w kłębiące się nad wodą opary 

mgły. 

- Każdy z wiekiem się zmienia - odparła. 

Prychnął niecierpliwie. 
- Wiem, ale na ogół zmiany są drobne. System war-

background image

78 LAURIE PAIGE 

tości pozostaje taki sam, podobnie jak usposobienie. A ja 

pytam o głębsze zmiany dotyczące charakteru, postępo­

wania. .. 

- A ty jak uważasz? Widzisz zmiany? 

Zamyślił się. 

- Widzę - przyznał. - Kiedy byłem dzieckiem, ma­

ma jeździła konno, bawiła się z nami w ogrodzie, urzą­

dzała pikniki. Później... wydaje mi się, że przestała. Ale 

sam nie wiem. Póki studiowałem, przyjeżdżałem tu tylko 

na ferie, potem też bardziej byłem gościem niż domow­

nikiem. 

Maya pokiwała głową. 
- Dawniej twoja mama rzeczywiście wydawała się 

milsza, bardziej przyjazna. Ale Lana i ja niewiele spę­

dzałyśmy z wami czasu; rodzice nie pozwalali nam pa­

łętać się po waszym domu. Zresztą dzieliły nas zbyt duże 

różnice wieku, aby dochodziło do wspólnych gier czy 

zabaw. 

- Jeśli nie liczyć meczów baseballowych - przypo­

mniał jej Drake. - Ściągaliśmy wszystkich, żeby utwo­

rzyć dwie drużyny. Nieźle sobie radziłaś. Jak na dziew­

czynę. 

Obdarzyła go uśmiechem, po czym przeniosła wzrok 

na morze. 

- Oczywiście jako osoba dorosła, w dodatku ria pen­

sji u twojej mamy, inaczej na wszystko patrzę niż wtedy, 

gdy byłam dzieckiem. Coltonowie są bogaci, wpływowi, 

mają pozycję... - Wzruszyła ramionami. 

- Naprawdę takie masz o nas zdanie? Uważasz, że 

jesteśmy bandą snobów? 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 79 

Rumieniec okrasił jej policzki. 

- Ależ skąd! - oburzyła się. - Twój ojciec jest wspa­

niałym człowiekiem. Nigdy na nikogo nie spojrzał z gó­

ry, każdego traktuje jak przyjaciela. 

- Jednakże tego samego nie da się powiedzieć o ma­

mie? - Gdy milczała, dodał: - A o mnie? Jak mnie wi­

dzisz? 

Wysunął rękę i pogładził jej włosy. Były mokre od 

wiszącej w powietrzu mgły. Miał ochotę wziąć Mayę 

w ramiona, zamknąć oczy, zapomnieć o bożym świecie, 

o kłopotach nękających jego rodzinę. Ale ona, Maya, sta­

nowiła cząstkę tych kłopotów. Najwyższym wysiłkiem 

woli zmusił się, aby cofnąć rękę. 

Obróciwszy się, popatrzyła mu prosto w oczy. 
- Jak kogoś, kto idzie wytyczoną przez siebie drogą. 

Sam, nie oglądając się na innych. 

- Samotność bywa czasem męcząca - przyznał cicho, 

zaskakując zarówno siebie, jak i ją. 

Ponownie wyciągnął rękę i delikatnie obrysował pal­

cem owal jej twarzy. Usta miała pełne. Tak bardzo go 

kusiły... 

- Mayu... 

Rozmowa z detektywem odcisnęła na nim piętno. Po­

trzebował bliskości, czułości, dobrego słowa. 

- Nie, proszę cię - szepnęła. - Nie rób tego... 
Nie umiał się powstrzymać. Wsunął rękę w jej włosy 

i przyciągnął ją do siebie. Ogień, jaki w niego wstąpił, 

zaczął rozjaśniać mrok w jego duszy, topić panujący 

w niej chłód. Powoli ogarnęło go pragnienie wyrwania 

się z klatki, w której tkwił od lat. Ale czy człowiek po-

background image

80 LAUR1E PA1GE 

grążony w przeszłości ma prawo myśleć o przyszłości? 

Czy... 

- Czego? - spytał cicho. - Nie pragnąć cię? Nie po­

żądać? Łatwiej byłoby mi odciąć sobie rękę, niż zapo­

mnieć o tobie. Wciąż pamiętam ubiegłe lato. Chcę, żeby 

wróciło. Żeby było tak jak wtedy. 

Pokręciła głową i odwróciła twarz. Drżącymi palcami 

ujął ją za brodę. Oczy lśniły jej od łez. Zacisnąwszy po­

wieki, siedziała bez ruchu, jakby nie miała dokąd uciec. 

Jakby była uwięziona między morską tonią a piekłem. 

Uświadomił sobie, że piekło reprezentuje on, Drake. 

- Boże - jęknął cicho. - Nie chciałem cię skrzywdzić. 
- Nie skrzywdziłeś. Po prostu... ja sobie wyobraża­

łam nie wiadomo co. Niepotrzebnie się łudziłam. 

Próbowała odwrócić wzrok. Ale Drake wciąż trzymał 

ją za brodę i nie puszczał. Nie zamierzał pozwolić, aby 

Maya wstała i odeszła. Muszą porozmawiać, wyjaśnić so­

bie wszystko. 

- Spisałem testament - oświadczył. - Wszystko za­

pisałem tobie i dziecku. Mam trochę własnych oszczęd­

ności, no i są pieniądze z funduszu powierniczego, jaki 

rodzice ustanowili dla każdego ze swoich potomków. 

Osiągnął cel: przykuł jej uwagę. 

- Nie chcę twoich pieniędzy! - zawołała gniewnie. 

- Jak śmiesz... Jak w ogóle mogłeś pomyśleć! Pieniądze 

niczego nie... - Z trudem zapanowała nad złością. - Nie 

potrzebuję twojego wsparcia. Sama potrafię o siebie za­

dbać. O siebie i Marissę. 

Była tak piękna, kiedy się wściekała, że nie mógł się 

pohamować. Pocałował ją. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 81 

Czuł się tak, jakby umierał, a ona była tchnieniem życia. 

Niemal bał się ją puścić, bez niej czekała go śmierć. Kiedy 

wstała, wstał razem z nią. Nie przerywał pocałunku. 

Objąwszy ją w pasie, czuł, jak ich dziecko energicznie 

wymachuje nóżkami. Cieszy się czy protestuje? Tego nie 

umiał powiedzieć, lecz tak czy owak przepełniały go ra­

dość i duma. 

Maya stała bez ruchu. A potem... wydawało mu się, 

że śni, ale nie... odprężyła się i oparła dłonie na jego 

piersi. Wcale nie po to, żeby go odepchnąć! 

Zacisnął mocniej ramiona. Tęsknił za nią od ośmiu 

miesięcy. I wreszcie, bez wyrzutów sumienia, mógł roz-. 

koszować się jej dotykiem, pocałunkami. 

Z początku chciała się sprzeciwić, ale wiedziała, że 

to nic nie da. Mężczyzną, który tuli ją do piersi, jest 

Drake. Drake, który stanowił nierozerwalną część jej ży­

cia, Drake, o którym śniła codziennie i z którym - chyba 

niesłusznie - wiązała w myślach swoją przyszłość. 

Czuła, że jej pragnie. I ona pragnęła jego. Zbyt wiele 

ich łączyło, by potrafili przejść koło siebie obojętnie. Ale 

czy pożądanie wystarczy? Czy na nim można budować 

wspólne życie? 

Brakowało jej jego silnych ramion, ognia, spojrzeń 

i dotyków, które rozpalały ją do czerwoności. 

Opierając się o ogrodzenie, rozkoszowała się pocałun­

kami. Wkrótce jednak ogarnął ją smutek. Zdała sobie bo­

wiem sprawę, że pożądanie to za mało. Nawet miłość 

Drake'a by jej nie zadowoliła. Aby mogli być razem, 

musiałby wpierw oczyścić duszę z dziwnego mroku, jaki 

ją okrywał. Musiałby wyłonić się z ciemności na światło 

background image

82 LAURIE PAIGE 

dnia. Musiałby z nadzieją i radością patrzeć w przy­

szłość. 

Łzy wezbrały jej pod powiekami. Tak bardzo chciała, 

by znów zaczął żyć pełnią życia, by pokonał wewnętrzne 

demony. By zrobił to dla siebie, dla niej i ich córeczki. 

- Wyjdź za mnie - szepnął, patrząc jej w oczy, jakby 

chciał ją zahipnotyzować i zmusić do uległości. 

Potrząsnęła głową. 

- Nie mogę. 
- Dlaczego? Dlaczego, psiakość? 

- Bo ty też powinieneś tego chcieć. 
- Chcę. 
- Tak w głębi duszy? Wątpię, Drake. 

Chwycił ją za ramiona, jakby zamierzał nią potrząs­

nąć. 

- Jeśli nie dla siebie, zróbmy to chociaż dla niej -

powiedział. Rozpaczliwie szukał jakichś argumentów. 

Patrzyła na niego z powagą, bez słowa, a on czuł, 

jak serce pęka rnu z bólu. 

- Przecież mnie pragniesz - rzekł, sięgając pod szal 

i lekko zaciskając dłonie na jej nabrzmiałych piersiach. 

Nie umiała kłamać, zresztą nie widziała powodu. 
- To prawda - przyznała. - Ale czasem człowiek pra­

gnie więcej, niż druga osoba może dać. 

- Na przykład? - spytał, całą uwagę miał jednak: sku­

pioną na zmianach, jakim uległy poszczególne części jej 

ciała. 

- Sama nie wiem - odparła, wciągając z sykiem po­

wietrze, kiedy ujął jej pierś. Poczuła, jak znów trawi ją 

ogień. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 83 

Bał się. Jeszcze na żadnej kobiecie tak bardzo mu 

nie zależało. Dlatego tak ochoczo uciekł w zeszłym roku. 

Pojechał na niebezpieczną misję. Kiedy opracowywał 

strategię, kiedy koncentrował się na pracy, udawało mu 

się nie myśleć o Mai. Ale potem w nocy wszystko znów 

wracało. 

- Przy tobie nie potrafię się skupić - rzekł. - Staję 

się rozkojarzony. W mojej pracy to niedopuszczalne. 

- W życiu brak skupienia też bywa ryzykowny. 

Faktycznie, pomyślał. Nagle uzmysłowił sobie, że pod 

wieloma względami Maya zna go lepiej niż on sam siebie. 

- Tak. Zawsze powinno się wszystko dokładnie pla­

nować. 

Pogłaskała go po policzku. 

- Biedny Drake. Czasem trzeba odpuścić. Bo życie 

to nie tylko strategia, to również uczucia. 

Zmarszczył czoło; w jego oczach pojawiło się zmie­

szanie, niepewność. 

Maya uśmiechnęła się ze smutkiem. Nie wiedziała, 

jak Drake ma tego dokonać, ale wiedziała ponad wszelką 

wątpliwość, że musi uporać się z samym sobą i własnymi 

problemami, zanim się ożeni i założy rodzinę. 

Opuścił rękę. 
- Wracaj do domu - szepnął. - Idź, bo jeszcze chwi­

la, a porwę cię do pieczary na brzegu plaży. 

- Nie porwiesz. Znam cię. Nie zrobiłbyś nic wbrew 

mojej woli. 

- Może nie musiałbym. Może znalazłbym sposób, 

aby przekonać cię... 

Pokręciła przecząco głową. 

background image

84 LAURIE PAIGE 

- Jeżeli przyjdę do ciebie, uczynię to z własnego wy­

boru. Przecież wiesz, że innej sytuacji byś nie zaakcep­

tował. 

- I tu się mylisz. 

- Odnajdź swoją duszę, Drake. A potem przyjdź do 

mnie i podziel się swoim sercem. - Uśmiechnęła się 

smutno. 

Delikatnie przytknęła usta do jego warg, tym gestem 

zapewniając go o swojej miłości, która - właśnie dziś to 

sobie uświadomiła - nigdy nie wygasła, po czym odwró­

ciła się i ruszyła schodami do ogrodu. Nie zatrzymując 

się nigdzie po drodze, udała się prosto do siebie. Jeżeli 

zamierza samotnie wychowywać dziecko, musi zdać eg­

zaminy i otrzymać dyplom. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

- Jedziesz do miasta? - spytał Drake, patrząc na Inez, 

która wyszedłszy z domu, usiłowała wciągnąć kurtkę. 

Odkąd pamiętał, w każdy czwartkowy poranek wyruszała 

do Prosperino po cotygodniowe zakupy. 

Jak zwykle obdarzyła go serdecznym uśmiechem. 

Z miejsca poczuł się lepiej. 

- Tak - odparła. - Kończy się jedzenie. A tak się 

składa, że w tym domu wszyscy się uparli, żeby jadać 

kilka razy dziennie. 

Drake zarechotał pod nosem i przytrzymał Inez kurtkę. 

- Podrzucisz mnie? 
Zmierzyła go wzrokiem, po czym skinęła głową, nie 

pytając o starego jeepa, który wzbudzał powszechny za­

chwyt. 

Razem przeszli do zaparkowanego nieopodal kilku­

letniego kombi. 

- Musimy poczekać na Mayę - oznajmiła Inez. - Ma 

parę spiraw do załatwienia w mieście, no i obiecała mi 

pomóc z zakupami. 

Serce zabiło mu tak mocno, jakby chciało wyskoczyć 

z piersi. Miał ochotę zawyć z radości. Z trudem zapa­

nował nad emocjami. Obejrzawszy się przez ramię, zo­

baczył, jak Maya wyłania się z domu i - widząc go w śa-

background image

86 LAURIE PAIGE 

mochodzie - przystaje niepewnie. Mimo dzielącej ich od­

ległości wyczuł jej niechęć. Po chwili wzięła się w garść 

i ruszyła przed siebie. 

Kiedy podeszła bliżej, wysiadł i otworzył jej drzwi. 

- Twój rydwan czeka - powiedział. 

Podziękowała skinieniem głowy i wsunęła się na sie­

dzenie. Drake usiadł przy niej. 

- Co tu robisz? - spytała, kiedy zatrzasnął drzwi. 

- Prosił, żeby podrzucić go do miasta - wyjaśniła 

córce Inez. 

- Zapnij się - powiedział Drake, opuszczając niżej 

pas bezpieczeństwa, tak by nie uciskał Mai brzucha. 

Z trudem powstrzymał się, żeby go nie pogłaskać. 

Przez całą drogę Inez nie zamykały się usta. Maya 

natomiast w ogóle się nie odzywała; siedziała milcząca 

i naburmuszona. Drake od czasu do czasu wtrącał coś 

do monologu Inez, ale nie potrafił skupić się na tym, co 

gospodyni mówi. Lewym ramieniem stykał się z prawym 

ramieniem Mai; promieniował od niej niesamowity żar. 

Wczoraj wieczorem, kiedy wróciła do swojego poko­

ju, krążył niespokojnie po domu, rozmyślając o tym, co 

mu powiedziała na schodach. 

Żeby odnalazł swoją duszę. Świetnie. Ale jak ma to 

zrobić? Gdzie ma jej szukać? Czy tkwi schowana w mro­

ku, który wypełnia go od wewnątrz? Jeśli tak, wolał się 

tam nie zagłębiać. Mrok skrywa bolesne wspomnienia. 

Czując się nieszczęśliwy, odtrącony, o północy wsiadł 

w samochód i pojechał do miasteczka. 

Wypił dwa... no dobrze, może trzy lub cztery piwa. 

Wychodząc z baru, natknął się w drzwiach na Thaddeusa 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 87 

Lawa. Detektyw najwyraźniej uznał, że Drake wypił kilka 

piw za dużo, bo uparł się, że odwiezie go na ranczo. 

Nagle przyszło mu do głowy, że może Maya wie o je­

go nocnej eskapadzie i dlatego spogląda na niego z de­

zaprobatą. 

- Wczoraj w nocy wpadłem na godzinę do mia­

steczka - rzekł, obserwując jej reakcję. - Chciałem z da­

la od domu przemyśleć parę spraw. 

- Słyszałam - oznajmiła Inez, widząc, że jej córka nie 

zamierza skomentować jego wypowiedzi. - Heather wspo­

mniała, że Thaddeus odwiózł cię do domu. Wiedziałam, że 

będziesz chciał wrócić po samochód, dlatego nie zdziwiłam 

się, kiedy poprosiłeś, żeby cię podrzucić do miasta. 

Maya akurat nakrywała do stołu w jadalni, kiedy obok 

w salonie Heather, żona Thaddeusa i asystentka Joego, 

spytała żartem Drake'a, czy go głowa nie boli po wczo­

rajszym pijaństwie. Nie twoja sprawa, pomyślała, ukła­

dając sztućce; mimo to zaniepokoiło ją, że po kilku pi­

wach chciał usiąść za kierownicą. 

- Potknąłem się przy drzwiach, więc poczciwy Thad 

uznał, że nie mogę prowadzić - wyjaśnił z lekkim roz­

bawieniem Drake. - Nie sądziłem, że facet jest tak upar­

ty. W każdym razie prościej było mu ustąpić, niż się 

z nim bić. 

- Thaddeus z natury jest niezwykle opiekuńczy -

stwierdziła Inez. - A odkąd ożenił się z Heather, tym bar­

dziej mu zależy na rozwikłaniu kłopotów nękających ro­

dzinę Coltonów. - Na moment zamilkła. - Za główny 

cel postawił sobie odnalezienie Emily. Swoją drogą, ja 

też się o nią martwię. Przecież to jeszcze dziecko. 

background image

88 LAURIE PAIGE 

Maya poczuła, jak Drake napina mięśnie, a potem 

świadomie próbuje się odprężyć. Po chwili jednak przy­

znał Inez rację, zarówno w kwestii detektywa, jak i znik­

nięcia Emily. 

Maya zerknęła na niego ukradkiem. Napotkał jej 

wzrok, po czym wyjrzał przez okno. Nie sprawiał wra­

żenia zbyt przejętego losem siostry, co było zupełnie nie 

w jego stylu. Podobnie jak detektyw, Drake również był 

niezwykle opiekuńczym człowiekiem, o wszystkich za­

wsze się martwił, a przecież Emily miała zaledwie dwa­

dzieścia lat. Opuściła ranczo tak jak stała, niczego z sobą 

nie wzięła. 

Nagle Maya doznała olśnienia. 

- Ty coś wiesz, prawda? - zapytała. 
- Wiem, że Emily nic nie zagraża. Rozmawiałem 

wczoraj z Randem. 

- Rand jest z nią w kontakcie? 

Przez chwilę Drake nic nie mówił. Jego milczenie Ma­

ya potraktowała jako brak zaufania do niej i do Inez. 

Zrobiło się jej przykro. Niepotrzebnie, bo kilka sekund 

później postanowił wyjawić im prawdę. 

- Sama do niego zadzwoniła. Rand poprosił Austina 

McGratha, żeby zajął się tą sprawą. 

- Czyli wierzysz... wierzycie w wersję Emily 

o dwóch matkach? - spytała z wahaniem Inez. 

- A ty? Wierzysz? 

Maya przeniosła spojrzenie z matki na Drake'a i z po­

wrotem na matkę; uświadomiła sobie, że oboje wiedzą 

więcej niż ona na temat dziwnych zdarzeń, jakie miały 

miejsce w ciągu ostatnich miesięcy. Ona w tym czasie 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 

89 

była skupiona na sobie, na swojej ciąży, swoich tęskno­

tach, marzeniach, żalach. 

Inez długo zastanawiała się nad odpowiedzią. 

- Ludzie zmieniają się, ale... - urwała zakłopotana. 

- Ale w przypadku mamy zmiana jest zbyt wielka? 

- dokończył za nią Drake. 

- No właśnie. Trudno jednak cokolwiek definitywnie 

stwierdzić. 

Maya zadumała się; wypowiedzi Drake'a i to, co Emi-

ly mówiła o dwóch matkach, które widziała po wypad­

ku... Hm. 

- Żeby przez tyle lat udawać kogoś innego... Mu­

siałaby mieć siostrę bliźniaczkę i w dodatku być do niej 

kubek w kubek podobna. Bo inaczej jak by zdołała oszu­

kać własnego męża i dzieci? 

- W tym problem, że miała siostrę bliźniaczkę - oz­

najmił Drake. - Taką wiadomość przekazał nam wczoraj 

Thaddeus. Mama nie zaprzecza, ale pokazała list, z któ­

rego wynika, że siostra od dawna nie żyje. 

Ta informacja zaskoczyła Mayę. No proszę! Kto by 

to pomyślał? 

- I nigdy nikomu o niej nie mówiła? 

- Nigdy. 
- Tym większy musi ło być dla was szok - rzekła 

ze współczuciem Inez. 

Maya nie wiedziała, co o tym wszystkim sądzić. Po 

prostu nie mieściło się jej to w głowie. Jak to możliwe, 

aby mąż nie rozpoznał żony albo żeby dzieci nie zorien­

towały się, że kobieta, która się nimi zajmuje, nie jest 

ich matką? 

background image

90 LAURIE PAIGE 

- Bardzo dziwna to sytuacja - przyznał Drake, zer­

kając na brzuch Mai. - Jeszcze jedna zagadka do roz­

wiązania. 

Jeszcze jedna? Maya ugryzła się w język. Nie chciała 

się kłócić, zwłaszcza przy matce. Jeżeli zagadką nazywał 

jej ciążę, jeżeli miał jakiekolwiek wątpliwości, kto jest 

ojcem dziecka, oznacza to, że nie jest gotów spojrzeć 

prawdzie w oczy i przyjąć na siebie obowiązków rodzi­

cielskich. 

Kilka razy wciągnęła głęboko powietrze, starając się 

odzyskać równowagę psychiczną i oddechem ukoić ból. 

Po chwili położyła rękę na brzuchu i zaczęła w myślach 

zapewniać córeczkę, że ją kocha i już nie może się jej 

doczekać. 

Podskoczyła zaskoczona, kiedy Drake zakrył ręką jej 

dłoń. Wpatrywał się w nią ze smutkiem w oczach, jakby 

błagał o wybaczenie. Odwróciła wzrok. 

Po dotarciu do miasteczka rozeszli się każdy w swoją 

stronę. Maya załatwiła własne sprawunki, po czym udała 

się do sklepu, w którym umówiła się z matką. Pierwszą 

osobą, którą tam zobaczyła, był Drake; gawędząc przyjaźnie 

z Inez, pomagał jej przenosić torby z zakupami do kombi. 

Musiała przyznać, że Drake nigdy się nie wywyższał, 

nie traktował jej rodziców jak służących, nie dawał im 

odczuć, że są gorsi od Coltonów. Była mu za to wdzię­

czna. Doceniała też fakt, że nie upił się poprzedniego 

wieczoru. Nie potrafiłaby żyć z pijakiem. 

Oczywiście były to takie teoretyczne rozważania, bo 

przecież żyć z Drakiem nie zamierzała. Ślub z nim ab­

solutnie nie wchodzi w grę. Za kilka dni czy tygodni 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 91 

Drake wróci do swoich niebezpiecznych misji, zapomni 

o niej i dziecku. Sumienie zaś będzie miał czyste, bo -

jakby na to nie patrzeć - postąpił szlachetnie, proponując 

jej małżeństwo. 

Przyłożyła ręce do krzyża. Jeszcze tylko miesiąc, 

a potem wszystko znów wróci na właściwe tory. 

Oczy ją piekły, ale na szczęście udało jej się poha­

mować łzy. Huśtawka nastrojów, płaczliwość... Miała 

nadzieję, że to minie, kiedy wreszcie urodzi dziecko. 

- Jedź ze mną - poprosił Drake, przerywając jej roz­

myślania. - Moim samochodem. 

- Ale ja muszę od razu wracać do domu. Niedługo 

mam egzamin i... 

- Pojedziemy prosto na ranczo - obiecał. 

Zanim zdołała się wykręcić, zobaczyła, jak Inez wsia­

da do kombi i odjeżdża. Nie pozostało jej nic innego, 

jak przyjąć ofertę Drake'a. 

- Zdaje się, że nie mam wyboru... 

- Nie gniewaj się na matkę. Obiecałem jej, że cię 

zabiorę. Chciałbym z tobą poroz... 

- Nie mam ci nic do powiedzenia - przerwała mu. 

- Przynajmniej mnie wysłuchaj. 

Z determinacją na twarzy ujął Mayę za łokieć i po­

prowadził do jeepa. Otworzywszy drzwi, pomógł jej 

wsiąść. Znów naszła ją ochota na płacz. 

Wpatrywała się prosto przed siebie. Nic nie mówiła. 

Drake również milczał. 

- Rozmawiałem z twoim ojcem - oznajmił po kilku 

minutach. - Dałem mu kopię mojego testamentu. Na 

wszelki wypadek, gdyby coś mi się stało. 

background image

92 

LAURIE PAIGE 

Na myśl o tym, że coś złego mogłoby mu się przy­

darzyć, przeszył ją ostry ból. 

- Nie stanie się - rzekła ochryple. - Jesteś ostrożny. 

Roześmiał się cierpko. 

- Nie zawsze. Twoja ciąża to najlepszy przykład. 

W aucie zapanowała cisza. 

- Mayu, wiem, że dziecko jest moje - rzekł łagodnie. 

- Nie rozumiem, skąd ta pewność! - zirytowała się. 

- W zeszłym roku, zanim przyjechałeś na ranczo, spo­

tykałam się z kimś innym. A po twoim wyjeździe... mo­

że miałam dziesiątki kochanków! 

- Może, ale dziewictwo straciłaś ze mną. 
- Skąd wiesz? 

- Wiem. Twój brak doświadczenia był rozczulający. 

Zarumieniła się po linię włosów. 
Drake skręcił z szosy w podjazd prowadzący na teren 

rancza. Zatrzymał samochód przy kępie wawrzynów 

i wierzb, które rosły przy wyschniętym strumyku. 

- Drżałaś na całym ciele - kontynuował, kładąc ramię 

na oparciu siedzenia. - Ja również. 

Posłała mu błagalne spojrzenie - nie chciała wracać 

pamięcią do tamtych cudownych chwil - ale Drake nie 

miał zamiaru się uciszyć. 

- Nigdy wcześniej nie kochałem się z żadną ko­

bietą... 

- Akurat! - prychnęła. 

Starała się zignorować tęsknotę przebijającą z jego gło­

su. Miała nauczkę. Drugi raz nie ulegnie jego wdziękom. 

- Owszem, uprawiałem seks - rzekł szorstkim tonem. 

- Istnieje jednak kolosalna różnica między miłością 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 93 

a seksem. Tego, co razem doświadczyliśmy, nigdy wcześ­

niej nie zaznałem. 

- Przestań. - Zacisnęła dłonie w pięści. - Naprawdę 

nie musisz tego mówić. 

- Muszę - powiedział cicho. - Sprawiłem ci ból, py­

tając, kiedy dokładnie zaszłaś w ciążę. Wiedziałem, że 

dziecko jest moje... po prostu chciałem to usłyszeć od 

ciebie. Mężczyźni tacy już są; czasem potrzebują potwier­

dzenia. 

Potrząsnęła gwałtownie głową. 
- Nie dziwię się, że daliśmy początek nowemu życiu 

- ciągnął, nie zwracając uwagi na jej protesty. - Coś mu­

siało się zrodzić z tak wielkiego uczucia jak nasze. I wca­

le nie żałuję tego, co się stało. Jedynie przykro mi z po­

wodu wstydu, jakiego musiałaś się... 

Napadła na niego z furią. 
- Jakie to banalne, prawda? Służąca idzie do łóżka 

z paniczem i zachodzi w ciążę. Historia jak z kiepskiego 

filmu. - Wzięła głęboki oddech. - Może jestem służącą, 

a raczej córką służącej, ale nie wstydzę się tego, co zro­

biłam. Bo nie działałam z wyrachowania, lecz z... 

- Z miłości - dokończył za nią, kiedy urwała, prze­

rażona tym, że o mało się nie zdradziła. 

- To było szaleństwo, a nie miłość - oznajmiła sta­

nowczo. - Zwykłe szaleństwo. 

Jego oczy zdawały się mówić, że wie lepiej. 
- Proszę cię, nie złość się na mnie. Chciałbym jedy­

nie, abyś wiedziała, że nie zamierzam się niczego wy­

pierać. To dziecko jest moje. I przysięgam, że uczynię 

wszystko, aby naszej córce niczego nie brakowało. 

background image

94 LAURIE PAIGE 

Ból, który zagnieździł się w jej sercu, gdy przeczytała 

pozostawiony przez Drake'a list, odrobinę zelżał. 

- I nigdy, przenigdy, nie opowiadaj mi bzdur o słu­

żącej i paniczu - dodał, marszcząc groźnie czoło. - To, 

kim jesteśmy i kim są nasi rodzice, nigdy nie miało naj­

mniejszego znaczenia. I nie sądzę, aby kiedykolwiek 

mogło mieć. 

- Wiem. Przepraszam. To było głupie z mojej strony. 

Zaskoczył ją, szczerząc zęby w uśmiechu. Po chwili 

położył rękę na jej ramieniu. 

- No dobrze, poczyniliśmy drobne postępy. Może na 

razie poprzestańmy na tym, zanim znów coś zepsujemy. 

Wciąż uśmiechając się od ucha do ucha, przekręcił 

kluczyk w stacyjce i podjechał pod dom. 

Wysiadłszy z jeepa, Maya udała się pośpiesznie do 

swojego pokoju i włączyła komputer. Dokończyła pisanie 

eseju, uważnie go przeczytała, zredagowała tekst, po 

czym wysłała pocztą elektroniczną do swego opiekuna, 

który prowadził wykłady na uniwersytecie w San Fran­

cisco. Następnie przeszła z podręcznikiem do oranżerii; 

przejrzawszy kolejny rozdział, zapełniła kilka stron no­

tatkami. 

Zmęczona, odłożyła książkę na bok, wyciągnęła się 

na leżaku i zamknęła oczy. Wkrótce zapadła w drzemkę. 

Wciąż spała, kiedy tuż przed trzecią w oranżerii po­

jawił się Drake. Usiadł na miękkiej, wygodnej sofie i pi­

jąc świeżo zaparzoną kawę, przyglądał się Mai. Brwi mia­

ła lekko ściągnięte, czoło zmarszczone, jakby niepokoiły 

ją własne sny. 

Sny... dziwna to rzecz. Jego też nękały. Najczęściej 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 

95 

śniły mu się niemowlęta oraz samochody, które z piskiem 

opon wypadały zza zakrętu, rozjeżdżając kobiety i dzieci. 

Oczywiście nietrudno odgadnąć, skąd się brały. 
Tchórz. Tak, zdawał sobie sprawę z własnego tchó­

rzostwa. Łatwiej mu było stanąć naprzeciw uzbrojonego 

wroga, niż zrobić to, czego oczekiwała od niego Maya: 
odnaleźć swoją duszę, a potem podzielić się swym ser­
cem. 

Wyciągnąwszy się na sofie, zaczął dumać o tym, jak 

by to było, gdyby się pobrali. Codziennie po pracy wra­
całby do domu. Codziennie całowałby Mayę, przytulał 

ją, każdej nocy kochaliby się, szeptali do ucha czułości. 

Hm... 

Ocknęła się ze snu i półprzytomnym wzrokiem rozej­

rzała wkoło. Obok na sofie zobaczyła Drake'a, który w tej 

samej chwili co ona otworzył oczy. Uświadomiła sobie, 

że podczas gdy spała na leżaku, on drzemał metr dalej. 

- Maya! - krzyknął po raz drugi Teddy. 
- Tu jestem! - zawołała, podnosząc się z leżaka. 

Do oranżerii wpadli dwaj najmłodsi Coltonowie. 

- Cześć, Drake. Może byś poćwiczył z nami rzucanie 

lassem? - spytał Joe Junior. 

- Nie dzisiaj - odparła szybko Maya, zanim Drake 

zdążył zareagować. - Zdaje się, chłopcy, że macie coś 

dla mnie? 

Teddy całkiem ochoczo wręczył jej kartkę z ocenami 

za pierwsze półrocze, jego brat natomiast z dobrą minutę 

szukał swojej w plecaku. Kiedy w końcu Maya rzuciła 

na nią okiem, zrozumiała, skąd ten brak entuzjazmu. 

background image

96 

LAURIE PAIGE 

- Och, Joe! - westchnęła głośno. 

Zwiesił nisko głowę. 

- Jakoś nie najlepiej mi poszło na sprawdzianie 

z matmy - powiedział. - Pomyliły mi się procenty. 

Maya poczuła, jak ciarki przechodzą jej po plecach. 

Wiedziała, że Meredith wścieknie się, kiedy na cenzurce 

syna zobaczy ocenę zaledwie dostateczną. Uważała, że 

chłopcy powinni przynosić do domu piątki, od biedy 

czwórki z plusem. 

- W takim razie musimy nad nimi popracować - oz­

najmiła, spoglądając na starszego ze swoich dwóch pod­

opiecznych. - Przyniosłeś z sobą pytania? 

- Tak... To co, pewnie mam się przebrać i wziąć do 

nauki? 

- Dobry pomysł. 

- A ja mogę zostać z Drakiem? - spytał Teddy. 

- Lepiej dotrzymaj bratu towarzystwa - powiedział 

Drake. - Mam dziś mnóstwo pracy. A rzuty lassem po­

ćwiczymy w weekend. Jeśli Maya wyrazi zgodę... 

W holu rozległ się odgłos kroków. Ciarki ponownie 

przebiegły Mai po plecach. 

- Chłopcy już wrócili? - spytała Meredith, przekra­

czając próg oranżerii. Na widok swoich najmłodszych 

pociech uśmiechnęła się promiennie i rozwarła ramiona. 

- No, na co czekacie? Dacie mamusi buziaka? Czy może 

jesteście za duzi, aby publicznie okazywać matce czu­

łość? 

Maya odsunęła się na tok. Bez słowa obserwowała 

scenkę powitalną, potem słuchała, jak chłopcy opowia­

dają, co robili w szkole. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 97 

- Czy to nie dziś były oceny semestralne? - spytała 

nagle Meredith. 

Joe z Teddym powoli skradali się w stronę drzwi; 

najwyraźniej mieli nadzieję, że uda im się wymknąć 

z oranżerii, zanim matka zobaczy ich stopnie. 

- Idźcie się przebrać, a ja zaraz do was dojdę. Naj­

pierw chcę porozmawiać z waszą nianią. 

Usiadłszy, wyciągnęła rękę po kartki z ocenami. Maya 

podała je, a chłopcy, wymieniając między sobą porozu­

miewawcze spojrzenia, pognali do swojego pokoju. 

Wstrzymując oddech, Maya czekała, aż pani Colton za­

pozna się ze stopniami synów. 

- A cóż to? - warknęła gniewnie Meredith. - Dosta­

teczny? W ogóle co to za ocena? 

- Joe twierdzi, że miał problemy z rozwiązywaniem 

zadań z procentami. Popracujemy nad nimi podczas 

weekendu i... 

Meredith cisnęła kartki na stolik. 
- Płacę ci za to, żebyś pilnowała, czy odrabiają lekcje 

i czy je rozumieją. 

- Przykro mi... - Maya starała się zachować spokoj­

ny, neutralny ton. - Obiecuję, że w ten weekend... 

- Mówiłam mężowi, że zatrudnianie osoby nie ma­

jącej odpowiednich kwalifikacji i doświadczenia to błąd, 

ale on się uparł. Nalegał, żeby dać ci szansę, bo potrze­

bujesz pieniędzy. Nie dość, że płacimy twoim rodzicom, 

i to całkiem niemało, to jeszcze... 

- Mamo - przerwał jej Drake. - Każdemu, kto pra­

cuje, należy się wynagrodzenie. A Maya zajmuje się chło­

pakami, odkąd pamiętam. Wyręczała cię, kiedy sama 

background image

98 LAURIE PAIGE 

jeszcze była dzieckiem. Moim zdaniem, doskonale wy­

wiązuje się z powierzonego jej zadania. 

Meredith zmierzyła syna zimnym wzrokiem. 

- Odkąd to znasz się na wychowywaniu dzieci? Czyż­

by w marynarce przygotowywano komandosów nie tylko 

do wykonywania tajnych misji, ale również do opieki 

nad dziećmi? 

Pogardliwym spojrzeniem powiodła po zaokrąglonym 

brzuchu Mai. Ta, zarumieniwszy się po czubki uszu, zerk­

nęła na Drake'a, który przyglądał się matce z ledwo skry­

waną niechęcią. 

Zdumiało ją, jak bardzo matka i syn są do siebie po­

dobni. Oboje mieli ciemnoblond włosy ze złocistymi pa­

semkami; pasemka na głowie Drake'a powstały od słoń­

ca, te na głowie Meredith - w eleganckim salonie fry­

zjerskim. Oboje też mieli takie same w kształcie piwne 

oczy, w których - gdy stali twarzą do słońca - migotały 

małe złote punkciki. 

Teraz, chociaż w obojgu wrzała wściekłość, starali się 

pohamować emocje; i faktycznie, ziało od nich przejmu­

jącym chłodem. Maya aż się wzdrygnęła. 

- Dawno temu kobieta, którą kochałem i bardzo po­

dziwiałem, uczyła mnie dobroci - powiedział cicho Drake. 

W oczach Meredith pojawił się błysk nienawiści; po 

chwili zgasł. 

- Jakiż wspaniałym miejscem byłby nasz świat, gdy­

by ludzie więcej jej sobie okazywali, prawda? - spytała 

głosem ociekającym ironią, po czym opuściła oranżerię. 

- Powinnam zajrzeć do chłopców - rzekła Maya, kie­

rując się w stronę północnego skrzydła domu. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 99 

Drake dopadł ją w dwóch susach. 

- Przepraszam - powiedział, delikatnie ujmując ją za 

łokieć. 

- Za co? 

Jego dotyk, ciepły i czuły, ukoił ból, jaki sprawiły jej 

przykre słowa Meredith Colton. Miała ochotę przytulić 

się do Drake'a, szukać pocieszenia w jego ramionach. 

Ale bała się; wiedziała, do czego to może doprowadzić. 

Pragnęła go z całego serca, chciała zapomnieć o prze­

szłości, znów cieszyć się jego bliskością. Westchnęła 

w duchu. Tak, to szaleństwo. 

Uśmiechnął się smutno, jakby ironicznie. 
- Nie jestem pewien - odparł. - Chyba za moją ma­

mę. Za jej obcesowość i niewrażliwość. 

- Nie przejmuj się. Jestem do tego przyzwyczajona. 

Ona... wydaje mi się, że nie chciała być nieuprzejma. 

Po prostu martwi się o chłopców. 

Drake opuścił dłoń, a Mai natychmiast zrobiło się 

zimno. 

- Nie pozwolę, aby ktokolwiek, świadomie lub nie-

zamierzenie, obrażał ciebie i nasze dziecko. 

- Ojej - zmartwiła się. - Nie chcę, żebyś z mojego 

powodu psuł sobie stosunki z rodziną. Rodzina to rzecz 

święta. 

- Teraz moją rodziną jest Marissa. 
Jego stanowczość i determinacja całkiem zbiły ją 

z tropu. W oczach Drake widziała smutek i mrok, ale 

również troskę - troskę o los ich nie narodzonego dzie­

cka. 

Ze strachu, że się zaraz roztkliwi, Maya pośpieszyła 

background image

100 

LAURIE PAIGE 

korytarzem do pokoju swoich dwóch podopiecznych. 

Chciała sprawdzić, co porabiają i dać chwilę wytchnienia 

swemu skołowanemu sercu. Bała się, że jeśli dalej będzie 

wpatrywać się Drake'owi w oczy, zrobi coś bardzo głu­

piego: na przykład rzuci mu się na szyję i zacznie błagać, 

by nie wyjeżdżał. W tym momencie zgodziłaby się na 

wszystko, wyszłaby za niego za mąż, spełniła każde jego 

życzenie. 

Przynajmniej jedno z nas powinno twardo stąpać po 

ziemi, powiedziała sama do siebie, kiedy chłopcy już spa­

li, a ona, jak co wieczór, krążyła po pokoju, trzymając 

się za obolały krzyż. Ale było to niesamowicie trudne, 

bo marzyła tylko o tym, aby wziął ją w ramiona i schro­

nił przed światem, któremu przestała ufać. 

W Missisipi kobieta, która przedstawiała się wszyst­

kim jako Louise Smith, a która dawniej znana była jako 

Patsy Portman, podskoczyła nerwowo. Gdzieś niedaleko 

znów rozległ się trzask piorunów. 

Louise wstała z łóżka, a ponieważ była chłodna lu­

towa noc i dookoła szalała burza, sięgnęła po ciepły szla­

frok. Tak ubrana podeszła do drzwi. Otworzywszy je, 

wyjrzała na zewnątrz. 

W tym momencie uświadomiła sobie, że to był sen, 

ten sam, który nachodził ją od pewnego czasu - sen 

o dziecku rozpaczliwie wołającym o pomoc. 

Wydawał się tak prawdziwy! 

Drżącą ręką zamknęła drzwi i opadła na stojący nie­

opodal fotel. 

Kim jesteś? 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 101 

Dziesiątki razy zadawała sobie to pytanie, ale nie po­

trafiła znaleźć na nie odpowiedzi. W głowie miała mętlik, 

obrazy i myśli kłębiły się niczym opary mgły. Wiedziała 

tylko, że kiedyś w jej życiu było dziecko, które w jakiś 

sposób - ale jaki? - zawiodła, a także ciemnowłosy męż­

czyzna, fontanna oraz chwile nieopisanej radości. 

Zakrywając dłońmi twarz, zaczęła szlochać. 
- Już nie mogę - szeptała. - Dłużej nie wytrzymam. 

Nie wytrzymam. 

Nazajutrz rano powtórzyła te słowa Marcie Wilkes, 

lekarce, która pomagała jej odzyskać pamięć. Z początku 

łączyły je relacje lekarz-pacjent, ale później zaprzyjaźniły 

się. Martha była cudowną kobietą, Murzynką, która do­

rastała w straszliwej biedzie, a której determinacja, aby 

osiągnąć coś w życiu, była dla Louise nieustającym 

źródłem natchnienia. 

- Odpuść sobie - poradziła jej Martha. 

- Tak po prostu? 
- Tak. Czasem umysł domaga się odpoczynku. Wy­

daje mi się, że tak się dzieje w twoim wypadku. Zdarza 

się, że pacjentowi, który zwalnia rytm i nie stara się robić 

nic na siłę, otwierają się jakieś klapki i nagle wszystko 

sobie przypomina. Może z tobą też tak będzie. 

- Wiesz, Martho, co mnie najbardziej przeraża? Że 

ktoś potrzebuje mojej pomocy, a ja jestem całkowicie 

bezradna. Wczorajszy sen różnił się od poprzednich. To 

już nie była mała dziewczynka, lecz dorosła kobieta. Ale 

ona nadal się czegoś boi. Czegoś lub kogoś. 

Martha pokiwała głową. 
- To normalne. Twój umysł próbuje się dostosować 

background image

102 

LAURIE PAIGE 

do upływu czasu. W końcu minęło wiele lat, odkąd ją 

widziałaś. 

- Mam wrażenie, że to moja córka. Czasem widzę 

ją jak przez mgłę, a kiedy indziej bardzo wyraźnie. Ma 

rude włosy, niebieskie oczy i dołeczki w policzkach. 

W jednym ze snów mówiła do mnie „mamusiu". 

- A ten brunet? 

Louise westchnęła ciężko. 

- Nie wiem - odparła. - Ale ilekroć się pojawia, 

ogarnia mnie wewnętrzny spokój; jestem szczęśliwa. Śni 

mi się również wspaniały dom, piękny ogród z fontanną, 

bezchmurne niebo, słońce. Moja wersja raju - dokończy­

ła ze śmiechem. 

- Odpuść sobie - powtórzyła Martha. 
- Chyba będę musiała, bo inaczej zwariuję. Ale wiesz, 

czasami mi się wydaje, że jestem tak blisko. Że jeszcze 

chwila, a zaraz sobie wszystko przypomnę. Na przykład 

wczoraj podczas burzy. Otworzyłam drzwi pewna, że zo­

baczę tę dziewczynkę... tę kobietę. Niestety. Dlaczego, 

Martho? Dlaczego nic nie pamiętam? 

- Jak chcesz, możemy jeszcze raz spróbować hipnozy 

- zaproponowała lekarka, ale w jej głosie pobrzmiewało 

wahanie. 

- Jakoś nie potrafię przeskoczyć tego dnia, kiedy obu­

dziłam się w klinice w Kalifornii. Nie wiem, skąd się 

tam wzięłam, skoro... 

Martha potrząsnęła głową. 
- W zeszłym tygodniu przeglądałam twoje wyniki. 

Szkoda, że te dawne zniszczył pożar, ale i tak doszłam 

do jednego wniosku. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 103 

Louise popatrzyła pytająco na lekarkę. 

- Bez względu na to, co ci dolegało w przeszłości, 

dziś już nie cierpisz na żadne rozdwojenie jaźni ani wie­

loraką osobowość. Owszem, masz amnezję, poza tym jed­

nak należysz do najbardziej zrównoważonych osób, jakie 

znam. Czasem się zastanawiam, czy twoi rodzice nie mie­

li dwóch córek, jednej chorej psychicznie, drugiej cał­

kowicie zdrowej. 

Louise uśmiechnęła się ironicznie. 

- A którą z nich jestem ja? 

- Tą zdrową, kochanie - zapewniła ją Martha. - To 

nie ulega wątpliwości. Swoją drogą ciekawe, czy moja 

teoria o bliźniaczkach może być prawdziwa... 

- Jeśli nawet mam lub miałam siostrę, nigdy mi się 

nie śniła. 

- Szkoda, że stare dokumenty spłonęły. Dużo mogły­

byśmy się z nich dowiedzieć. Gdybyśmy na przykład 

miały pewność, że urodziłaś się pięćdziesiąt dwa lata te­

mu w Kalifornii, wtedy łatwiej byłoby znaleźć jakieś in­

formacje o twojej rodzinie. 

- To dziwne, prawda? Że nawet tego nie pamiętam. 

Ani daty urodzenia, ani miejsca... 

- Cierpliwości. Nie musimy się spieszyć. Czas jest 

naszym sprzymierzeńcem. 

- No a ta ruda dziewczynka? Wczoraj wieczorem 

miałam uczucie, jakby jej zostało już bardzo niewiele 

czasu. 

- Na razie musimy zająć się tobą - oznajmiła lekarka. 

- Chciałabym, abyś świadomie próbowała się powstrzy­

mać przed rozmyślaniem o przeszłości. Masz się odprę-

background image

104 LAURIEPAIGE 

żyć, wypocząć... Co się dzieje z tym facetem, z którym 

się spotykałaś? 

- Nadal się widujemy, ale to tylko przyjaciel. Zresztą 

nie mając przeszłości, nie wiem, czy mogę mieć jaką­

kolwiek przyszłość. 

- Och, nie wygaduj bzdur. Życie toczy się naprzód. 

Wspomnienia lub ich brak nie mogą decydować o tym, 

co z nami będzie. 

W drodze do domu Louise przyznała lekarce rację: 

faktycznie trzeba patrzeć w przyszłość, a nie stale oglą­

dać się wstecz. W głębi duszy wiedziała jednak, że kiedyś 

w jej życiu był mężczyzna, którego kochała do szaleń­

stwa. I bardzo chciała go sobie przypomnieć. 

- Błagam, wróć do mnie - zwróciła się do swojego 

ciemnowłosego kochanka z przeszłości. 

A nagle zadźwięczały jej w głowie słowa Marthy, aby 

nie myślała o tym, co było. 

- No dobrze, nie wracaj - szepnęła, zapinając kurtkę, 

bo na zewnątrz hulał wiatr. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

- Nie ma czasu na ćwiczenie rzutów lassem - po­

wiedziała w sobotę rano Maya. - Lada moment zjawi się 

pan Martin. 

Chłopcy popatrzyli na nią z pretensją w oczach. Od 

wstania zachowywali się jak nieznośne, rozpieszczone ba­

chory. Nieczęsto im się to zdarzało, zwykle wtedy, gdy 

Meredith zamieniała się w czułą, kochającą mamusię, 

która na wszystko pozwala swym pociechom. Tak było 

wczoraj. Najpierw wspaniałomyślnie zgodziła się, aby 

chłopcy zjedli po kolacji podwójny deser, a potem -

przeciwstawiając się Mai, która kazała im szykować się 

spać - pozwoliła synom obejrzeć w telewizji film. Film 

kończył się dość późno, w dodatku zupełnie nie nadawał 

się dla dzieci. 

- Pójdę spytać mamusię - oznajmił Joe Junior takim 

tonem, że Maya miała ochotę mocno nim potrząsnąć. 

- Mamusia wyjechała na weekend do przyjaciół - po­

informował go ojciec, który razem z Drakiem wyłonił 

się z gabinetu - Radzę wam słuchać się Mai. Chyba że 

wolicie mieć tygodniowy szlaban na oglądanie telewizji? 

Chłopcy natychmiast przestali marudzić. 

- Nie, tatusiu. Już będziemy grzeczni. 

background image

106 LAURIEPAIGE 

Z zewnątrz doleciał odgłos podjeżdżającego pod dom 

samochodu. Maya odetchnęła z ulgą. 

- To pewnie Andy. Joe, Teddy... pouczymy się 

w moim pokoju. 

- Czy jak skończą lekcje, mogą poćwiczyć ze mną 

rzuty lassem? - spytał Drake. 

Maya napotkała jego wzrok. 

- Oczywiście. Jeżeli będą mieli ochotę. 

- Hura! - ucieszyli się najmłodsi Coltonowie. 

Przy Drake'u Maya czuła się spięta i skrępowana. Ale 

nic dziwnego; bądź co bądź nie miała doświadczenia, jak 

należy traktować dawnego kochanka. Odwróciwszy się, 

poczłapała w stronę holu, podczas gdy jej dwaj podopie­

czni ruszyli do sali lekcyjnej. Joe Senior z surowym wy­

razem twarzy odprowadził synów wzrokiem, Drake na­

tomiast pośpieszył za Maya. 

Przez chwilę, jedną krótką szaloną chwilę, chciała, że­

by wziął ją w ramiona i... i nic więcej. Po prostu, żeby 

ją mocno przytulił do piersi. 

Oczy znów zaszły jej łzami. Idąc na oślep, o mało 

nie potknęła się na schodach. Drake natychmiast złapał 

ją w objęcia. 

Poczuła się tak, jakby po długiej, najeżonej niebez­

pieczeństwami wędrówce wreszcie znalazła cudowną 

przystań. Zamknęła oczy. Ogarnęła ją tęsknota, smutek, 

żal i tysiące innych emocji. 

- Mayu... - szepnął, chyba równie nieszczęśliwy jak 

ona. 

Otarła dyskretnie łzy i spojrzała Drake'owi w oczy. 

To był błąd. Albowiem zobaczyła w nich szlachetność, 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 107 

wrażliwość i rozpacz, którą skrywał, udając pewnego sie­

bie twardziela. 

Serce łomotało jej o żebra, wywołując ból podobny 

do tego, jaki czuła, gdy słuchała opowieści Drake'a 

o śmierci jego brata bliźniaka. 

- Mayu... - powtórzył. 

Drżącą ręką pogładziła go po ramieniu. 

Nieopodal rozległ się odgłos zatrzaskiwanych drzwi. 

Maya podskoczyła nerwowo, po czym odsunęła się. 

Twarz Andy'ego rozpromieniła się na jej widok, po 

chwili jednak ujrzał Drake'a. Zacisnąwszy usta, skinął 

uprzejmie głową, choć w gruncie rzeczy miał ochotę dać 

mu w zęby. 

- Witaj, Drake. 
- Andy Martin, prawda? - spytał równie uprzejmym 

tonem Drakę. 

- Tak. Dawnośmy się nie widzieli. 
- Od szkoły średniej. Jeśli mnie pamięć nie myli, by­

łeś dwa lata niżej. 

- Trzy. Chodziłem z Maya do jednej klasy. 

- Przepraszam... - przerwała im Maya. Nie spusz­

czała oczu z Andy'ego; na Drake'a w ogóle nie patrzyła. 

- Miałeś czas przygotować kilka zadań dla Johnny'ego? 

- Tak. Zaraz je przyniosę... - Zawahał się. - Dzwo­

niła do mnie pani Colton. Podobno jej synowie potrzebują 

korepetycji? 

- Tak. Joemu kiepsko poszedł test z matematyki. Mo­

że w soboty mógłbyś również i z nimi popracować? 

- Pani Colton juz to ze mną uzgodniła - odrzekł An­

dy i uśmiechnął się przepraszająco. 

background image

108 LAURIEPAIGE 

Maya odwzajemniła uśmiech; chciała pokazać Andy'e-

mu, że nic się nie stało, w końcu matka ma prawo nie in­

formować o swoich posunięciach osoby zatrudnionej do 

opieki nad dziećmi. 

- Kto to jest Johnny? - zainteresował się Drake. 

- Jeden z dzieciaków na Hopechest Ranch - odparł 

Andy. - Od czasu do czasu pomagam Mai w jego edu­

kacji. 

Maya opowiedziała Drake'owi o Johnnym Collinsie, 

o swoich obawach i nadziejach z nim związanych. 

- A może przyjeżdżałby tu w soboty? - zapropono­

wał Drake. - Rano uczyłby się z chłopcami, a po po­

łudniu, gdyby miał ochotę, mógłby ćwiczyć z nimi rzu­

canie lassem. 

Maya zadumała się. 

- To świetny pomysł - przyznała po chwili. - Sukce­

sy w jednej dziedzinie sprawiają, że człowiek nabiera 

pewności siebie w innych dziedzinach. Johnny jest nie­

zwykle sprawny fizycznie, ma doskonałą koordynację ru­

chową, więc rzuty lassem powinien szybko opanować. 

- Świetnie. Możemy zacząć już dzisiaj. Jeżeli... 

- Zadzwonię do Hopechest - przerwała mu Maya. -

Tylko najpierw zaprowadzę Andy'ego do naszych ancy-

monków. Jesteś gotów? - spytała gościa. 

Cofnął się do samochodu po teczkę, po czym ruszył 

za Maya do pokoju, w którym czekali jego dwaj ucz­

niowie. Chłopcy przywitali nowego korepetytora mało 

entuzjastycznie. 

Zostawiając ich samych, Maya zamknęła za sobą 

drzwi. Marzyła o tym, aby choć na kilka godzin zdjęto 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 109 

z niej ciężar odpowiedzialności. Zazwyczaj nie przeszka­

dzała jej praca przez siedem dni w tygodniu, ale dziś 

potrzebowała samotności; chciała się wyciszyć, zastano­

wić nad tym, co wciąż czuje do Drake'a. Serce biło jej 

mocniej za każdym razem, gdy się pojawiał. Tak dalej 

być nie może. Powinna coś zrobić, przemówić sobie do 

rozsądku. 

Z telefonu w kuchni zadzwoniła do Hopechest, by 

spytać, czy może zabrać Johnny'ego na cały dzień. 

Uzyskawszy zgodę, pomyślała sobie, że powinna za­

wiadomić Drake'a. Znalazła go na dworze, na padoku. 

Nagromadzoną energię, jak zwykle, wydatkował w ru­

chu; dzisiejszego poranka trenował ze złocistym wała­

chem. 

Jego pracę obserwował wsparty o ogrodzenie River 

James, który pracował na ranczu jako opiekun zwierząt. 

River, przybrany syn Joego i Meredith, od roku był szwa­

grem Drake'a. Zeszłego lata ożenił się z Sophie, będącą 

wówczas w pierwszych miesiącach ciąży. Nagle ogarnęło 

Mayę pragnienie, aby porozmawiać z Sophie, poprosić 

ją o radę. Wiedziała jednak, że musi sama zdecydować 

o swojej przyszłości. 

- Świetnie sobie radzi ze zwierzętami - oznajmił 

River. 

- Jak wszyscy Coltonowie. Mają to we krwi - rzekła. 

Przez moment zastanawiała się, jakie cechy charakteru 

Marissa odziedziczy po ojcu, ale tego typu rozważania 

były zbyt bolesne. - Jak Ruda? Z uchem wszystko do­

brze? 

- Tak, o całej przygodzie pewnie już zapomniała. -

background image

110 

LAURIE PAIGE 

Popatrzył na Mayę z zatroskaniem w oczach. - A ty? Jak 

się czujesz po tej szaleńczej jeździe? 

- W porządku. Na szczęście nic złego się nie stało. 

Odruchowo przeniosła wzrok na swojego wybawcę. 

W siodle prezentował się wspaniale i sprawiał wrażenie 

szczęśliwego. Czy był równie szczęśliwy, kiedy z bronią 

w ręku przedzierał się przez dżunglę? Kiedy z naraże­

niem własnego życia odbijał zakładników? 

Czasem gdy ktoś bliski ginie, świadek zdarzenia do 

końca życia boryka się z wyrzutami sumienia. Czy dla­

tego Drake wybrał jeden z najbardziej niebezpiecznych 

zawodów na świecie? Bo nie potrafił się uporać z drę­

czącym poczuciem winy? Czy czuł się współodpowie­

dzialny za śmierć brata? 

Chwilę później podjechał do ogrodzenia. 
- To doskonały wierzchowiec - oznajmił, zwracając 

się do szwagra. - Prawdziwy dżentelmen. 

- To prawda - przyznał River. - No dobrze, teraz ja 

się nim zajmę, a ty pogadaj z Maya. Chyba ma ci coś 

do powiedzenia. 

Maya popatrzyła na niego pytająco, on jednak błysnął 

zębami w uśmiechu i przeskoczył na drugą stronę płotu. 

Drake podał mu wodze, po czym zrobił to samo co River, 

tyle że w przeciwnym kierunku. Kilka sekund później 

stał koło Mai, spoglądając na nią wyczekująco. 

- Umówiłam się, że w weekendy Johnny będzie 

przyjeżdżał na ranczo. Dziś jednak musisz go sam ode­

brać... 

- Jedź ze mną. 
- Gdzie? 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 111 

- Do Hopechest. Nawet nie wiem, jak ten młodzian 

wygląda. A jemu też będzie raźniej. 

- Nie powinnam zostawiać chłopców samych. 

Ironiczny uśmiech wykrzywił Drakę'owi usta. 

- Przez najbliższą godzinę będą pod okiem twojego 

przyjaciela korepetytora. Czasu nam wystarczy. 

Chciała spytać: na co? Ale powstrzymała się. 

Po sposobie, w jaki mierzył ją wzrokiem, wiedziała, 

że nadal jej pożąda, ale wiedziała też, że nie ma się czego 

obawiać. Tylko ktoś niespełna rozumu mógłby próbować 

ją uwieść. Wyglądała jak wielki, nadmuchany balon. I tak 

się czuła. 

- Bolą cię plecy? - spytał, gdy westchnęła. 

Potrząsnęła przecząco głową. 
- W takim razie jedziemy. 

Zawahała się. 

- Muszę uprzedzić Andy'ego. I mamę. Strasznie się 

o mnie martwi. 

- Jak my wszyscy - szepnął Drake, kiedy odeszła kil­

ka kroków. 

Obejrzała się przez ramię, po czym bez słowa ruszyła 

do kuchni. Powiedziała Inez, dokąd się wybiera i popro­

siła, aby zawiadomiła Andy'ego, gdyby o nią pytał. Parę 

minut później siedziała w jeepie, który Drake kupił przed 

laty i gruntownie wyremontował. Prawdę mówiąc, zdu­

miało ją, że nie kupił sobie jakiegoś modnego sportowego 

autka. 

- Minął prawie tydzień, odkąd jesteś w domu - za­

uważyła ni stąd, ni zowąd. 

- Co? Zastanawiasz się, kiedy zamierzam wyjechać? 

background image

112 

LAURIE PAIGE 

- Owszem. 

Wzruszył ramionami. 

- Mam dwa miesiące urlopu - odparł. - Który w ra­

zie potrzeby mogę przedłużyć. 

- W przeszłości wpadałeś do domu na tydzień, naj­

wyżej dwa. 

- Ale w przeszłości nie musiałem przekonywać do 

swoich racji ciężarnej kobiety - rzekł takim tonem, jakby 

to wszystko wyjaśniało. 

- Teraz też nie musisz. 
- Oj, muszę. - Roześmiał się cicho. 
Nie chciał sprawić jej przykrości, ale ona nerwy miała 

w strzępach. 

- Przestań - poprosiła, połykając łzy. 
- Oczywiście. Przepraszam. 
Nie rozumiała tego, co się z nią dzieje, tęsknoty, po­

żądania, jakie Drake nadal w niej budził, pragnienia, by 

znaleźć się w jego objęciach. Resztę drogi do Hopechest 

pokonali w milczeniu. Johnny czekał na werandzie przed 

biurem kierownika. 

Dokonawszy prezentacji, Maya weszła do środka. 

Każdy, kto zabierał dziecko poza teren Hopechest, musiał 

się wpisać do specjalnej księgi. Pięć minut później po­

nownie zajęła miejsce w jeepie. 

- Dzięki, że pan mnie zabiera. - Oczy Johnny'ego 

lśniły z przejęcia. - Tu by mnie tylko zagonili do ro­

boty... 

- Och, my też cię zagonimy - oznajmił Drake. -

Obiecałem Riverowi, że podczas tego weekendu wyczy­

ścimy mu stajnię. Brakuje mu ludzi do pomocy, odkąd 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 113 

jego dwóch najlepszych pracowników, facet i dziewczy­

na, zakochało się w sobie i uciekło. - Pokręcił z uśmie­

chem głową. - Ot, do czego prowadzi równouprawnienie. 

Dawniej, kiedy kowbojami byli tylko mężczyźni, takie 

rzeczy się nie zdarzały. 

Maya siedziała prosto, starając się nie dotykać Dra­

ke'a, ale było to niemożliwe; na wybojach czy zakrętach 

siłą rzeczy ocierała się o ramię, biodro czy udo. 

Kiedy dojechali na miejsce, niemal wypchnęła John-

ny'ego z jeepa, tak bardzo było jej spieszno, aby samej 

wysiąść. W kuchni przedstawiła chłopca swojej matce. 

Inez przygotowała poczęstunek: szklankę mleka i ciepłe 

bułeczki o smaku cynamonowym. Dopiero gdy Johnny 

się posilił, Maya zaprowadziła go do pokoju, w którym 

Andy pomagał w matematyce najmłodszym Coltonom. 

Uspokoiła się. Praca z dziećmi zawsze miała na nią ko­

jące działanie. W południe czuła się już normalnie, odprę­

żona, zrelaksowana. To się oczywiście zmieniło, gdy po za­

kończeniu lekcji przeszli w piątkę, ona, Andy i ich trzej 

uczniowie, do kuchni na lunch. Tam czekał na nich Drakę. 

- Drake! - zawołał Teddy, tak uradowany na widok 

starszego brata, że Mayę ze wzruszenia aż ścisnęło coś 

w gardle. - Zabierzesz nas po lunchu na padok? Johnny 

też spróbuje porzucać lassem, prawda, Johnny? - Popa­

trzył na swojego nowego przyjaciela. 

- Ciszej. Nie jesteśmy w lesie - upomniała chłopca 

Maya. 

- Godzina zabawy z lassem, potem dwie godziny 

sprzątania stajni - oznajmił Drake, szczerząc zęby od 

ucha do ucha. 

background image

114 

LAURIEPAIGE 

Boże, jaki on przystojny, pomyślała Maya. I zaraz się 

skarciła. Okropne były te jej zmiany nastroju. To wpa­

trywała się w Drake'a z uwielbieniem, to znów chciała 

uciec od niego jak najdalej. 

Próbowała się pocieszyć, że kiedy urodzi dziecko 

i obroni dyplom, wtedy zamieszka gdzie indziej i będzie 

panią samej siebie. 

Na myśl o wyjeździe z rancza od razu posmutniała. 

Ale czując na sobie uważne spojrzenie Drake'a, rozciąg­

nęła usta w uśmiechu i przystąpiła do nakładania jedze­

nia na talerze. 

Ilekroć na nią patrzył, serce biło mu mocniej. Zauwa­

żył, z jaką swobodą rozmawia z Andym Martinem, na­

tomiast wyraźnie unikała jego wzroku. Powoli narastała 

w nim złość. 

Chciał ją porwać, mieć wyłącznie dla siebie. Prze­

szkadzała mu nie tylko sympatia, z jaką odnosiła się do 

Andy'ego, ale również to, że kilkunastoletni Johnny wo­

dził za nią rozmiłowanym wzrokiem, a Joe i Teddy rywa­

lizowali o jej względy niczym dwa psiaki, które chcą, 

by je pogłaskać. 

W milczeniu obserwował towarzystwo przy stole. 

Miał wrażenie, jakby byli rodziną, on zaś intruzem lub 

outsiderem. Poza jednym cudownym tygodnieni w ze­

szłym roku właściwie zawsze czuł się samotny, tylko nie 

zawsze zdawał sobie z tego sprawę. 

Po lunchu chłopcy ruszyli biegiem na dwór, by wy-

taszczyć na środek zagrody kozły do rżnięcia drewna. 

Buzie im się nie zamykały; podnieceni, opowiadali no­

wemu przyjacielowi, jak się trzyma lasso. Drake wyszedł 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 115 

za chłopcami, świadom, że Maya z Andym pewnie nawet 

nie zauważyli jego zniknięcia. 

Po wyjściu z domu wciągnął głęboko powietrze. Co 

się z tobą dzieje, stary? - pytał sam siebie. Nie lubił 

chaosu ani niespodzianek. Zawsze wszystko miał zapla­

nowane. Do dnia, w którym otrzymał list od ojca po­

wiadamiający go o ciąży Mai. 

Usłyszawszy za sobą głosy, odwrócił się. Maya od­

prowadzała Andy'ego do samochodu. Przez chwilę stali 

koło siebie, omawiając dzisiejszą lekcję i czyniąc plany 

na następny weekend. 

Niewiele się namyślając, podszedł kilka kroków. Na­

wet na niego nie spojrzeli. 

- Spotkajmy się w środę w miasteczku - zapropono­

wał Andy. - Ustalimy dokładny rozkład zajęć dla całej 

trójki. 

- Dobry pomysł - ucieszyła się Maya. 
Na jego, Drake'a, propozycje, nigdy tak entuzjas­

tycznie nie reagowała. 

Podszedł jeszcze bliżej. 

- Skoro jesteś w trakcie robienia planów na przy­

szłość, może byś również ustaliła datę ślubu? 

Andy milczał, Maya również - po prostu oniemiała 

ze zdumienia. W ciszy, jaka nastała, Drake słyszał szum 

gałęzi kołyszących się na wietrze, odległe krzyki chłop­

ców, którzy dotarli już do zagrody, oraz łomot własnego 

serca, które usiłowało mu powiedzieć, że zachował się 

jak idiota. 

Sam o tym wiedział. Zanim jeszcze otworzył usta, był 

świadom, że powinien ugryźć się w język. 

background image

116 LAURIEPAIGE 

Zamierzał przeprosić Mayę, Andy jednak nie dał mu 

dojść do słowa. 

- Jeśli natychmiast jej nie przeprosisz, wybiję ci zęby 

- zagroził. 

Drake parsknął śmiechem; wyobraził sobie chudego 

nauczyciela, który rzuca się z pięściami na umięśnionego, 

znającego sztuki walki komandosa. 

- Ty? Ty mi wybijesz zęby? 

Andy oblał się rumieńcem, ale przyjął pozycję bojową: 

zgiął nogi w kolanach i uniósł dłonie zaciśnięte w pięści. 

Drake z przyjemnością czekał na to, co będzie dalej. 

Miał w sobie zbyt wiele nagromadzonej energii. 

Andy ruszył do ataku. Po chwili jednym zwinnym 

ruchem został powalony na ziemię. 

Satysfakcja, jaką Drake poczuł, trwała krótko. Uświa­

domił sobie, że popełnił błąd taktyczny, gdy zobaczył, 

jak Maya pochyla się nad leżącym mężczyzną, a potem 

patrzy na niego z wyrzutem w oczach. 

- Ty brutalu! 
- Przecież nie wyrządziłem mu krzywdy - powie­

dział, bo sama zdawała się tego nie zauważać. - Zresztą 

to on mnie zaatakował. 

Wyprostowała się i oparła ręce na biodrach. 
- Może. Ale ty go sprowokowałeś. 

Wyglądała tak słodko i rozkosznie, że o mało jej nie 

pocałował. Najwyższym wysiłkiem woli zdołał się po­

wstrzymać. Nie doceniła tego, podobnie jak tego, że nie 

przetrącił jej głupiemu przyjacielowi karku. 

- Bo... - Usiłował szybko coś wymyślić. - Bo on 

cię dotykał. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 117 

- Dotykał?! - krzyknęła zirytowana. - Na miłość bo­

ską! Zejdź mi z oczu! 

I tak zrobił. Uraziła jego dumę. Nie zamierzał z nią 

dalej dyskutować. Powłócząc nogami, skierował się z po­

wrotem do domu. Tak jak się spodziewał, Inez była w ku­

chni. Nalawszy sobie kubek gorącej kawy, przysiadł na 

stołku przy końcu blatu i patrzył w milczeniu, jak matka 

Mai przygotowuje rybę na kolację. 

- Problemy? - spytała. 

Skinął głową. 

- Chodzi o Mayę - rzekł przybity. - Po prostu nic 

nie idzie po mojej myśli. 

Sądził, że będzie mu wdzięczna, bądź co bądź przy­

jechał do domu, aby się nią zająć i zatroszczyć o przy­

szłość ich dziecka. A ona co? Zamiast się ucieszyć i mu 

podziękować, zareagowała na jego przyjazd furią. 

- W ogóle jej nie rozumiem - mruknął pod nosem. 

Inez posmarowała masłem filety. 
- Kobiety w ciąży często zachowują się w sposób 

nieprzewidywalny. 

- To prawda - przyznał ponuro. 
Nie mógł zapomnieć, że Maya nazwała go brutalem. 

- Wszystko przez hormony - ciągnęła Inez. - Nawet 

sobie nie wyobrażasz, co one wyczyniają z ciałem i psy­

chiką przyszłej matki. 

Znów pokiwał głową. Trochę jednak sobie wyobrażał. 

Pamiętał przecież szczupłą, idealnie zbudowaną Mayę 

sprzed roku. Dzisiejsza miała znacznie pełniejszą figurę 

i duży zaokrąglony brzuch. 

Ale to w niczym nie przeszkadzało. Nadal jej pożądał. 

background image

118 

LAURIE PAIGE 

Pod wieloma względami wydawała mu się bardziej zmy­

słowa niż dawniej. Dziecko, które nosiła w swoim łonie, 

świadczyło o szalonej namiętności, jaka ich łączyła. Tak, 

z Maya przeżył chwile szczęścia, jakiego nigdy wcześ­

niej nie zaznał. 

- Jedno wiem na pewno - podjęła po kilku sekun­

dach Inez. - Moja córka nigdy nie oddałaby się 

mężczyźnie, którego by nie kochała. 

Drake poczuł bolesny ucisk w piersi. 

- Wydają się sobie bardzo bliscy. Maya i Andy. 
- Andy to jej serdeczny przyjaciel. - Inez obtoczyła 

filety w tartej bułce zmieszanej z tartym serem, po czym 

ułożyła je na blasze. - Dobrze, jak kochankowie są rów­

nież przyjaciółmi. 

- Andy nie jest jej kochankiem! - zaprotestował 

gwałtownie Drake. 

- Ktoś nim był. 

Zrobiło mu się wstyd. Tym bardziej że Inez stwierdziła 

jedynie fakt oczywisty. 

- Przepraszam. Jesteś jej matką. Nie powinienem 

był... 

- Matka musi przeciąć przysłowiową pępowinę, kie­

dy jej córka staje się kobietą. Mimo to niełatwo patrzeć 

w milczeniu, gdy dziecko popełnia błędy. - Posłała mu 

uśmiech, mądry, lecz jakże smutny. - Przekonasz się 

o tym, kiedy będziesz miał własną córkę. 

- Marissę. Tak jej Maya zamierza dać na imię. 
- Bardzo ładnie - pochwaliła Inez. 

Zniżywszy wzrok, popatrzył na swoją dłoń; kilka dni 

temu trzymał ją na brzuchu śpiącej Mai, a maleństwo 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 119 

kopało go, jakby cieszyło się z jego powrotu do domu. 

Nagle ujrzał przed oczami twarz Michaela. Skonfundo­

wany, potrząsnął głową. W jego duszy znów zagnieździł 

się mrok. 

- Wykonuję bardzo niebezpieczną pracę - rzekł, pró­

bując się usprawiedliwić. - Miejsca, w których przeby­

wam, nie nadają się dla żony i dziecka. 

- Kobiety nie znają strachu. Od zarania dziejów wszę­

dzie towarzyszą swoim mężom - oznajmiła lekko kar­

cącym tonem Inez. - Może to tobie brakuje odwagi? 

- Ktoś musi być realistą, trzeźwo oceniać sytuację -

powiedział. Toczył walkę z samym sobą. 

- Maya należy do osób bardzo trzeźwo myślących. 
- Bo ja wiem? 

Podejrzewał, że wbrew temu, co się jej wydaje, Inez 

wcale nie zna swojej córki. Skinąwszy na pożegnanie 

głową, wyszedł z kuchni i skierował się do zagrody. Po­

trzebował ruchu; rozpierała go energia. 

Maya, jak zwykle nie zważając na swój stan, siedziała 

na najwyższej żerdzi ogrodzenia. 

- Nie spadnij - wycedził przez zęby, przeskakując na 

drugą stronę. 

- Nie ma obawy - rzekła bezbarwnym tonem, który 

świadczył o tym, że wciąż jest na niego wściekła. 

- Chcecie spróbować z konia? - zwrócił się do 

chłopców. 

Joe z Teddym zareagowali entuzjastycznie. Johnny 

nic nie powiedział. Nadzorując siodłanie trzech spokoj­

nych kuców, Drake przyglądał się nastolatkowi. Johnny 

robił dokładnie to samo co Teddy i Joe, lecz palce miał 

background image

120 LAUMEPAIGE 

sztywniejsze, ruchy mniej skoordynowane. Koń, którego 

mu przydzielono, sam wziął do pyska wędzidło i sam 

wsunął łeb w uzdę. 

- Pamiętajcie, żeby skrzyżować wodze - polecił Drake. 

Pokazał, o co mu chodzi, po czym zademonstrował, jak 

jednym płynnym ruchem wsiada się na konia. 

Uświadomił sobie, że to pierwszy kontakt Johnny'ego 

z końmi. Chłopiec posłusznie wykonywał wszystkie po­

lecenia. Kiedy siedział w siodle, trzymając wodze w jed­

nej ręce, Drake pokiwał głową z aprobatą. 

- Jak tylko zarzucicie lasso, musicie cofnąć się, żeby 

lina była mocno napięta. Następnie zeskakujecie z konia 

i nie puszczając liny, podbiegacie do złapanego zwierzęcia. 

W naszym przypadku jest to kozioł do rżnięcia drewna, 

ale pamiętajcie, że prawdziwy kowboj ma do czynienia 

z prawdziwym bykiem czy cielakiem, który próbuje się 

uwolnić. 

Czując na sobie spojrzenie Mai, tłumaczył chłopcom, 

co robią źle, pokazywał prawidłowy sposób wykonywa­

nia kolejnych czynności i z satysfakcją patrzył, jak coraz 

lepiej sobie radzą. Maya miała rację: Johnny uczył się 

szybko i odznaczał się dużą inteligencją. Może jakiś uni­

wersytet przyznałby mu stypendium sportowe? Pogada 

później o tym z Maya. 

Kiedy skończyli ćwiczenia z lassem, poszedł do swo­

jego pokoju, by wykąpać się przed kolacją. I gdy ocie­

kający wodą stał pod prysznicem, nagle coś go tknęło: 

Maya przestała mu ufać. 

W liście, który jej zostawił zeszłego lata, napisał, że 

wiedzie nieustabilizowane życie, a to wyklucza możli-

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 121 

wość założenia rodziny. Wyjaśnił, dlaczego musi wyje­

chać i dlaczego nie może jej ze sobą zabrać. 

No, dlaczego, Drake? Dlaczego? 

Pytanie dźwięczało mu w głowie. Czuł się osaczony, 

złapany w pułapkę. Cholera jasna, przecież wszystko do­

kładnie wyłuszczył. Prowadził zupełnie inny tryb życia 

niż normalni faceci. Nie mógł zapewnić kobiecie poczu­

cia bezpieczeństwa, a tym bardziej planować swojej 

przyszłości. 

Dlaczego? 

Z powodu misji, na które go wysyłano. Nigdy nie 

miał pewności, czy wróci cały i zdrowy, ba, czy w ogóle 

zdoła powrócić. Obiecał zaś sobie, że nie pozwoli, aby 

ktokolwiek go opłakiwał i cierpiał, jeżeli zginie. 

Tak jak on cierpiał po śmierci swojego brata? 

Może. Nie umiał na to odpowiedzieć. Po prostu uwa­

żał, że mężczyzna wykonujący tak niebezpieczną pracę 

nie powinien mieć żony i dzieci. Ale dziecko jest już 

w drodze. A Maya... 

Na myśl o tym, jak czule go wita, gdy wraca skonany 

z misji, zrobiło mu się gorąco. 

Raptem poczuł dojmujący ból w biodrze, tam, gdzie 

go trafiła ostatnia kula. W tym tkwił cały problem. Że 

z którejś kolejnej misji może nie wrócić. Wtedy rodzina, 

którą zostawi, pogrąży się w piekle rozpaczy. W rozpa­

czy i mroku, które on tak dobrze znał, Które stale mu 

towarzyszyły i od których udało mu się wyzwolić zale­

dwie kilka razy w zeszłym roku, kiedy kochał się 

z Mayą. 

Zalała go fala wspomnień. Miał pretensje do siebie, 

background image

122 LAURIEPAIGE 

że tak podle postąpił. Wykorzystał Mayę. Nie powinien 

był rozpalać w niej ognia czy domagać się miłości, skoro 

nie zamierzał jej odwzajemniać. 

Psiakrew! Kotłowały się w nim różne emocje. Wie­

dział, że musi coś zrobić. Pójść do Mai, porozmawiać 

z nią, powiedzieć, że... że co? 

Że facet bez przyszłości nie ma prawa angażować się 

w jakikolwiek stały związek. Powinien jej to wytłuma­

czyć. Nawet gdyby miałoby to oznaczać, że... 

Nie! Pomysł, że Maya mogłaby się związać z innym, 

jest nie do przyjęcia. Po prostu muszą dojść do porozu­

mienia. Od tego zależy przyszłość ich dziecka. Marissy. 

Tak, powinni przede wszystkim myśleć o Marissie. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Maya przejrzała pośpiesznie stos notatek. W porząd­

ku, niczego nie brakuje. Ale czy na pewno? Znów zaczęła 

kartkować strony. Na pewno. Boże, jest kłębkiem ner­

wów. 

Dziś zdaje ważny egzamin, ostatni w semestrze. Z in­

nych zajęć ocenę wystawiano na podstawie referatu czy 

krótkiego eseju, jednakże seminarium poświęcone meto­

dom badania osobowości małego dziecka kończył trudny 

egzamin pisemny, który niejednokrotnie trwał nawet 

i trzy godziny. 

Zamknąwszy skoroszyt, wsunęła go do płóciennej tor­

by; obok wrzuciła butelkę wody mineralnej i paczkę kra­

kersów z serem. Następnie skierowała się do kuchni po­

prosić matkę, aby trzymała za nią kciuki. W kuchni za­

stała Drake'a. 

Skinęła mu na powitanie tylko dlatego, że była dobrze 

wychowana. 

- Mamo, powinnam wrócić przed dziewiątą. Chłop­

com zostawiłam dokładne instrukcje. Przed kolacją od­

rabiają lekcje, potem przez godzinę oglądają telewizję, 

tym razem Teddy wybiera program. Przed pójściem spać, 

przez pół godziny, Joe czyta na głos dowolny fragment 

z jednej z książek na biurku. 

background image

124 LAURIEPAIGE 

- Pamiętam, kochanie - powiedziała Inez, mieszając sos 

w garnku. - Kiedy Joe skończy, wtedy ja obojgu czytam roz­

dział z książki Teddy'ego. O dziewiątej gaszę światło. 

- Dokąd się wybierasz? - zainteresował się Drake. 

- Do San Francisco - odparła niechętnie. 

- Maya jedzie na egzamin - wyjaśniła Inez, spoglą­

dając na córkę z zatroskaniem. - Nie podoba mi się, że 

tyle godzin będziesz sama za kierownicą. Meteorolodzy 

zapowiadają burzę. A jeśli coś się zepsuje w samocho­

dzie albo... 

- Nic się nie zepsuje - zapewniła matkę Maya. 

- Powietrze może ujść z opony, droga może być 

nieprzejezdna. Zdarza się, zwłaszcza o tej porze roku, 

że podczas gwałtownych ulew osuwają się zbocza. Jeśli 

zacznie padać, nie wracaj do domu. Przenocuj w mie­

ście. 

- Od miesiąca nie spadła kropla. Przestań się martwić, 

mamo. Nic mi nie będzie. 

- Trzymaj. - Inez podała córce plastikową torbę. -

Przygotowałam ci coś do jedzenia. Na wszelki wypadek. 

Kręcąc z rezygnacją głową, Maya wsunęła pakunek 

do torby obok skoroszytu i butelki z wodą, po czym 

cmoknąwszy matkę w policzek, ruszyła do drzwi. Drakę 

poderwał się i poszedł za nią. Niemal deptał jej po pię­

tach. 

- Czego chcesz? - spytała, przystając. 
- Zamierzasz jechać tym swoim gratem? 

- Owszem - odparła zaskoczona. 
- Wykluczone! 

- Słucham? 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 125 

- Zawiozę cię. Tylko nie kłóć się ze mną - ostrzegł, 

zanim zdążyła się sprzeciwić. - Bo to nic nie da. 

- Nie potrzebuję kierowcy. 

- Proszę cię... 

Może gdyby nie popatrzyła mu w oczy, zdołałaby po­

stawić na swoim. Ale popatrzyła. I zobaczyła w nich wy­

raz determinacji, zatroskania, a także głęboko skrywane­

go smutku, który zdawał się nigdy go nie opuszczać. 

- Naprawdę nie musisz - rzekła, starając się przemó­

wić mu do rozsądku. 

- Wiem. Ale niepokoiłbym się o ciebie. 
To jedno zdanie zmiękczyło jej serce. Nie do końca 

przekonana, czy słusznie postępuje, przeszła z nim do 

jego świeżo wyremontowanego jeepa. Kiedy opuścili te­

ren rancza, powoli zaczęła się odprężać. 

- Miło podziwiać krajobrazy zamiast wpatrywać się 

w szosę. 

Zerknął na nią spod oka. 
- To prawda. 
Wybrał szybszą drogę. Zamiast malowniczą szosą 

ciągnącą się wzdłuż wybrzeża, pojechali krętą drogą 

przez góry, która prowadziła do autostrady. Mimo to po­

dróż trwała kilka godzin. Prawie wcale się do siebie nie 

odzywali, ale to im nie przeszkadzało. Dochodziło wpół 

do dwunastej, kiedy dołączyli do sznura pojazdów suną­

cych mostem o nazwie Złote Wrota. 

Niebo było zasnute chmurami, miasto zaś okryte mgłą, 

którą chłodny wiatr przywiewał znad Pacyfiku. 

- Zjedzmy lunch w jednej z knajpek na przystani -

zaproponował Drake. 

background image

126 

LAURIE PAIGE 

- Wolałabym jechać na uniwersytet. Chcę jeszcze raz 

przejrzeć notatki. 

- W porządku. Mów tylko, gdzie mam skręcać. 

Słuchając jej wskazówek, wkrótce dowiózł ją na miej­

sce. Parking jak zwykle był zapchany, ale po paru mi­

nutach udało im się znaleźć kawałek wolnej przestrzeni. 

Maya skierowała się prosto do budynku, w którym 

miał się odbyć egzamin. Tam przysiadła w cichym kącie. 

- Zanudzisz się na śmierć - powiedziała do Drake'a. 

- Egzamin skończy się pewnie koło czwartej. 

- Nie szkodzi, mam książkę. Nie wiesz, czy gdzieś 

w pobliżu jest jakaś stołówka czy kawiarnia? 

Maya wyciągnęła torbę z jedzeniem, którą Inez dała 

jej na drogę. 

- Mama wyposażyła mnie tak, jakbym miała spędzić 

tydzień na bezludnej wyspie. Poczęstujesz się? 

- Chętnie. Kupię nam coś do picia. - Wskazał stojący 

w holu automat z zimnymi napojami. 

Ruszył przed siebie sprężystym krokiem. Maya nie 

mogła oderwać od niego oczu. Ubiegłego lata posłuchała 

głosu serca. Głupio postąpiła, lecz przysięgła sobie, że 

drugi raz tego błędu nie popełni. Nawet gdyby jej znów 

udowodnił, jakim jest wspaniałym facetem. 

A że był, nie ulegało wątpliwości. Podczas weekendu 

mnóstwo czasu poświęcił Johnny'emu i swoim młodszym 

braciom; ćwiczyli razem w zagrodzie, sprzątali stajnię, roz­

mawiali. Lubił dzieci i potrafił znaleźć z nimi wspólny ję­

zyk. W dodatku miał do nich anielską cierpliwość. 

Dzięki temu, że się nimi zajmował, mogła lepiej przy­

gotować się do egzaminu. Oczywiście starała się być 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 127 

w pobliżu i mieć chłopców na oku, by nie podpaść Me-

redith. 

Położywszy rękę na brzuchu, zaczęła się zastanawiać, 

jakim Drake byłby ojcem. Stanowczym i wymagającym, 

czy pobłażliwym i wyrozumiałym? Czułym i kochają­

cym, czy chłodnym i na dystans? Czy rozpieszczałby 

Marissę podczas krótkich wizyt w domu, a resztę czasu 

nawet o niej nie pamiętał? 

A ona, Maya? Gdyby się pobrali, czy przeistoczyłaby 

się w zrzędzącą jędzę? Czy suszyłaby mu głowę, żeby 

zmienił pracę? Czy ciągle by się denerwowała, gdy wy­

jeżdżałby na misję? A gdyby z którejś nie wrócił, co 

wtedy? 

Martwiła ją ta ciemna strona jego duszy, która stale 

pchała go w objęcia śmierci, zmuszała do ustawicznego 

podejmowania ryzyka. A przecież nie był ryzykantem ani 

poszukiwaczem przygód. Był normalnym człowiekiem, 

mającym głębokie poczucie sprawiedliwości i potrafią­

cym odróżnić dobro od zła. 

W tym tkwił problem. Gotów był się z nią ożenić, 

bo uważał, że wypada, że to jego psi obowiązek. Że musi 

naprawić krzywdę, jaką jej wyrządził. Po prostu taką miał 

naturę. I między innymi dlatego go kochała. 

Tęskniła za nim, odkąd wyjechał. Tęskniła i czekała 

na jakąś wiadomość. Drake jednak ani razu nie dał znaku 

życia. Nic więc dziwnego, że kiedy przekonała się, że 

jest w ciąży, nie napisała do niego. Duma jej na to nie 

pozwoliła. 

„W moim życiu nie ma miejsca na żonę i rodzinę". 

To jedno zdanie na zawsze wryło się w jej serce. 

background image

128 LAURIEPAIGE 

Wcześniej Drake opowiadał jej o sobie, mówił o miłości, 

zapewniał o uczuciu, a potem niespodziewane zniknął, 

zostawiając list na szafce nocnej. Zrobiło się jej żal mło­

dej, ufnej dziewczyny, którą była przed rokiem. Aż 

wzdrygnęła się na wspomnienie tamtego ranka, kiedy 

obudziła się sama w łóżku i zobaczyła leżący obok list... 

- Proszę. - Drake podał jej puszkę z napojem i słomkę. 

Ciekaw był, gdzie odpłynęła myślami. Ogarnęła go 

zazdrość. Pragnął ją mieć całą dla siebie, wiedzieć, co 

robi i o czym marzy o każdej porze dnia i nocy. Z dru­

giej strony rozum mówił mu, aby dał jej spokój. Aby 

przypomniał sobie, dlaczego nie powinni się wiązać. 

Ale było już za późno. 

Kiedy tak patrzył na jej zaokrąglony brzuch, czuł stra­

szliwą tęsknotę. Sam do końca nie był pewien, za czym. 

Za namiętnością, jaka połączyła ich zeszłego roku? 

Owszem. Za tym, aby ponownie zdobyć jej zaufanie? 

Tak. Za jej miłością? 

Zawsze wcześniej unikał myślenia o takich sprawach 

jak dom i rodzina. Wiedział, że nie jest mu to pisane. 

Uświadomił to sobie dawno temu, zanim jeszcze został 

komandosem. Przecież za nic w świecie nie chciał jej 

skrzywdzić... 

A jednak skrzywdził. 
I musi ponieść tego konsekwencje. 
Wiele lat temu, kiedy siedemnastoletnia Maya prze­

istoczyła się z roztrzepanej dziewczynki w młodą atrak­

cyjną kobietę, oczarowany wodził za nią wzrokiem. Ale 

zwyciężył rozum. Rozum kazał mu wyjechać. I tak też 

zrobił. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 129 

Szkoda, że nie posłuchał rozumu w czerwcu ubiegłe­

go roku. Teraz jest za późno. Ponownie skierował na 

Mayę wzrok. Jadła, przeglądając notatki. Ręce jej drżały. 

Nie znosiła egzaminów. 

Zdał sobie sprawę, jak wiele ich łączy. Zrozumiał, że bez 

względu na to, czy Maya zgodzi się go poślubić, czy nie, 

on musi zatroszczyć się o nią i Marissę. Dlatego też - na 

wypadek gdyby nie wrócił z kolejnej misji - wszystkie swoje 

dobra doczesne, oszczędności, pieniądze z ubezpieczenia, ca­

ły fundusz powierniczy, zapisał jej w testamencie. 

Nie patrząc na to, co wkłada do ust, zjadł kanapkę, 

kilka marchewek, jabłko. Oczami wyobraźni widział duże 

piwne oczy i buzię, podobną do Mai, ale młodszą, dzie­

cięcą, na której malował się wyraz ufności. Chciał wy­

jaśnić temu dziecku, na czym polega praca komandosa, 

z jakim wiąże się ryzykiem, ale wszystkie argumenty wy­

dawały mu się błahe i mało przekonujące. Może więc 

było w jego życiu miejsce na coś więcej niż praca i obo­

wiązki ... 

Zobaczył, że Maya siedzi z zaciśniętymi powiekami. 

Usta się jej poruszały. W skupieniu powtarzała materiał. 

- Daj notatki. Przepytam cię. 

Podała; brak sprzeciwu najlepiej świadczył o tym, ja­

ka jest przejęta egzaminem. Przez półtorej godziny za­

dawał pytania; na wszystkie odpowiadała wyczerpująco. 

- Zdasz bez problemu - oznajmił. 
- Oby. 

. Uśmiechnął się pod nosem, słysząc jej pełen obaw 

ton. Zawsze była świetną uczennicą, z entuzjazmem pod­

chodzącą do nauki. Z takim samym zapałem podchodziła 

background image

130 

LAURIE PA1GE 

również do miłości; pragnęła dać z siebie wszystko, po­

znać wszystkie odcienie rozkoszy. 

Odruchowo pochylił się i na moment przywarł ustami 

do jej miękkich, pełnych warg. 

- Powodzenia - szepnął. 

- Dzięki. 

Wzięła kilka głębokich oddechów, by się uspokoić, po 

czym zgarnąwszy notatki, ruszyła na koniec korytarza, gdzie 

w wejściu do auli tłoczyli się studenci. Drake wyciągnął 

z kieszeni książkę na temat działań marynarki podczas kilku 

poprzednich wojen i przystąpił do czytania. 

Po dwóch rozdziałach odłożył książkę na bok. Nie 

mógł się skupić, cały czas wracał myślami do Mai i do 

dziecka. Czy ich córka wyjdzie kiedyś za mąż, będzie 

miała własne dzieci? Czy będzie ją widywał? Czy... 

Na dworze rozszalała się burza; lało jak z cebra, wiał 

silny wiatr. Przy takiej pogodzie droga przez góry byłaby 

ryzykowna. O trzeciej zadzwonił do Inez i dowiedział 

się, że w Prosperino również intensywnie pada. 

- W takim razie chyba zostaniemy na noc - rzekł. 

- Może jutro się przejaśni. 

- Dobry pomysł - poparła go gospodyni. - Jazda 

podczas burzy jest zbyt niebezpieczna. 

Zarezerwował dwa pokoje w hotelu nad zatoką. Miał 

drobne wyrzuty sumienia, ale przecież ani nie zamawiał 

burzy, ani jej nie spowodował. Nawet Inez ucieszyła się, 

że w taką pogodę Maya nie będzie wracała do domu. 

Tak, nocleg w San Francisco to rozsądne wyjście. 

O tym, co będzie dalej, wolał nie myśleć. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 131 

Maya wręczyła zapisane strony stojącej przy drzwiach 

asystentce profesora, po czym wyszła z auli, szczęśliwa, 

że egzamin ma już za sobą. 

- No i jak poszło? - spytał Drakę. 

Stał z rękami w kieszeniach, niedbale oparty o ścianę. 

- Dobrze - odparła, odwracając wzrok. - Ojej, pada 

- rzekła zdziwiona, jakby dopiero teraz zauważyła trwa­

jącą od kilku godzin burzę. 

- Ano pada. Drogi mogą być miejscami nieprzejezd­

ne. Rozmawiałem z Inez. Powiedziałem jej, że zostanie­

my na noc. 

Maya przycisnęła płócienną torbę do piersi. 
- Tak chyba faktycznie będzie lepiej. 

Starała się ukryć podekscytowanie. Chciała zostać 

w San Francisco, spędzić z Drakiem kilka godzin sam 

na sam. 

Kilka godzin? Całą noc! 
Ruszyli do auta. Był uprzejmy, opiekuńczy, wskazy­

wał kałuże, które lepiej omijać, po prostu zachowywał 

się jak dżentelmen. Ale jego oczy... one mówiły własnym 

językiem. O tym, co ich kiedyś łączyło, o nie spełnio­

nych marzeniach. 

Z hotelu, który znajdował się w dzielnicy turystycz­

nej, rozciągał się wspaniały widok na zatokę, na wyspę 

Alcatraz i most Złote Wrota, który teraz, w strugach de­

szczu, był prawie niewidoczny. Pokoje mieli na siedem­

nastym piętrze; drzwi dzieliła szerokość korytarza. 

- Może być? - spytał Drake, kiedy zostali sami. 

Przez chwilę spoglądała na zatokę, potem popatrzyła 

w dół na ulicę pełną wracających z pracy ludzi. 

background image

132 

LAURIE PAIGE 

- Tak, oczywiście. 

Podszedł do okna, przy którym stała. 

- Co tam widzisz takiego ciekawego? 

- Nic. Ulicę. Ale wygląda jak na obrazie, szara, za­

mazana, z szarą i zamazaną zatoką w tle. 

- Niedługo będzie całkiem pusta. Urzędnicy wrócą 

do domu, turyści do hotelu... 

Wciągnęła głęboko powietrze, wdychając zapach wo­

dy kolońskiej. Jaka szkoda, pomyślała, że tak się poto­

czyły ich losy. Och, przestań! Dorośnij! - skarciła się 

w duchu. Z jej piersi wyrwało się westchnienie. 

- Zmęczona? - zapytał cicho. 
Podniósł ręce i zaczął masować jej ramiona, łopatki, 

kark. Czuła, jak napięcie ją opuszcza. Nie protestowała. 

Może powinna była, ale bardzo się jej nie chciało. 

Zresztą jakie to ma teraz znaczenie? 
Drake. Chłopiec, którego uwielbiała, mężczyzna, któ­

rego kochała wielką prawdziwą miłością. Człowiek ob­

darzony ogromnym poczuciem odpowiedzialności i po­

trzebą odkupienia winy za grzechy, których nie popełnił. 

Wielkoduszny, wyrozumiały dla innych, srogi i surowy 

dla siebie. 

Odwróciła się przodem. Nie potrafiła dłużej ukrywać 

swoich uczuć. Ani przed nim, ani przed sobą. 

Przełknął ślinę, po czym delikatnie pogładził Mayę 

po policzku. 

- Całymi miesiącami o tym marzyłem - rzekł. - Że 

będziemy razem, ty i ja, że będę cię dotykał... 

- Mogliśmy być razem. 

- Czasem wciąż wydaje mi się to możliwe. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 13 3 

- Ale nie jest. 

- Na pewno? 

Z oczu wyzierała mu tęsknota. Z trudem panował nad 

emocjami. Wystarczyłoby słowo, drobny nacisk... 

- Muszę odpocząć. 

Opuścił rękę i cofnął się dwa kroki. 

- Oczywiście. Przepraszam. A co z kolacją? Wolisz 

zjeść tu czy w mieście? 

Restauracja hotelowa mieściła się na ostatnim piętrze. 

Maya lubiła podziwiać stamtąd widoki. 

- Tu. Uwielbiam ten lokal. Czuję się w nim tak, jak­

bym była na czubku świata. 

- A zatem o siódmej? 

- Doskonale. 
Rozmawiali jak dwoje ludzi, którzy dopiero się po­

znali, a nie jak dawni kochankowie, którzy starają się 

zapanować nad pożądaniem. 

Po chwili Drake skinął głową i wyszedł do swojego 

pokoju. Maya dalej stała przy oknie, wpatrując się w roz­

myty krajobraz. O niczym nie myślała. Czekała - na coś 

lub na kogoś. 

Położywszy się na łóżku, zamknęła oczy. Była zmę­

czona, bardzo zmęczona. 

Nawet nie próbowała walczyć z sennością. 

Ze zdziwieniem zauważyła, że w restauracji panuje 

spory ruch. Jedną stronę sali zajmowała duża, dość ha­

łaśliwa grupa biesiadników. Na szczęście stolik, do któ­

rego zaprowadzono ją i Drake'a, stał w cichej wnęce, 

przy oknie z widokiem na zatokę. 

background image

134 LAURIEPAIGE 

- Spałaś? 

- Jak zabita. Ku własnemu zdumieniu. 

Pokiwał głową. 

- Byłaś wyczerpana. Zresztą odkąd pamiętam, zawsze 

przeżywałaś wszystkie klasówki i egzaminy. I zawsze je 

śpiewająco zdawałaś. 

Już chciała się sprzeciwić, ale po chwili wzruszyła 

ramionami. 

- To tylko świadczy o moim braku pewności siebie. 

O strachu, że zawiodę, że wypadnę poniżej oczekiwań. 

- Ręczę ci, że jeszcze nigdy nikogo nie zawiodłaś 

- powiedział z uśmiechem. 

Niby rozmawiali o nauce i egzaminach, ale w głosie 

Drake'a wyczuwała jakiś podtekst. 

Kilka minut później koło ich stolika przeszła atrakcyj­

na para. Kobieta, ubrana w wąskie czarne spodnie i opię­

tą czarną górę, miała figurę modelki. Maya popatrzyła 

na swoje granatowe spodnie i luźną, przypominającą na­

miot bluzkę. Ciekawa była, czy kiedykolwiek odzyska 

dawne kształty. 

- Siedząc tu, człowiek ma wrażenie, jakby był na wy­

spie - powiedział Drake, zmieniając temat. - Albo w ja­

kimś dziwnym miejscu zawieszonym między ziemią 

a niebem. Te samochody jeżdżące w dole wyglądają jak 

odległe pojazdy kosmiczne, prawda? 

- Masz rację. - Maya włączyła się do zabawy. -

A my przebywamy na stacji kosmicznej, która krąży po 

orbicie. 

- Ładny ten nasz wszechświat... - W jego głosie 

dźwięczała obietnica. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 135 

Po plecach przebiegł ją dreszcz. Wiedziała, że musi 

wziąć się w garść. Na szczęście na stole pojawiły się 

przystawki. Wreszcie mogła się skoncentrować najedze­

niu, nie myśleć o obietnicach, nie doszukiwać się niu­

ansów i dwuznaczności. 

Z jednej strony chciała, by posiłek skończył się jak 

najszybciej, z drugiej marzyła o tym, by trwał jak naj­

dłużej. 

Zdawała sobie jednak sprawę, że nic nie trwa wiecz­

nie. 

- Masz taką poważną minę. O czym myślisz? - spy­

tał, nawet nie patrząc na danie, które kelner przed nim 

postawił. 

Nabrała na widelec kawałek ryby. 
- Że mniej więcej za trzy miesiące czekają mnie ko­

lejne egzaminy - odparła lekkim tonem. 

- Marissa będzie już na świecie. 

Uśmiech na jej twarzy nieco przygasł. 

- Tak, to prawda. 
- Jak sobie poradzisz? 
- Noworodki przesypiają większość dnia. Będę mała 

brała z sobą na zajęcia. 

- Zamierzasz karmić ją piersią? 
- Chciałabym. Podobno tak jest lepiej dla dziecka. 

- Dobrze. Cieszę się - rzekł z powagą. 

Popełniła błąd: spojrzała mu w oczy. I niemal roz­

płakała się, widząc w nich wyraz przeraźliwej samotno­

ści. Opuściła wzrok. Nie mogła sobie pozwolić na sen­

tymenty. 

Kelner zabrał puste talerze. 

background image

136 LAURIEPAIGE 

- Chciałabym wrócić do pokoju - oznajmiła. Na de­

ser nie miała ochoty. 

Drake poprosił o rachunek. 

Kiedy zjeżdżali na siedemnaste piętro, Maya oparła 

się o ścianę. Czuła na sobie brzemię odpowiedzialności. 

Czy poradzi sobie z wychowaniem dziecka? Wiedziała, 

że wystarczy jedno słowo i Drake natychmiast przejmie 

ster: zaproponuje małżeństwo, weźmie na siebie część 

trosk i obowiązków. 

Ale duma nie pozwalała jej przystać na takie rozwią­

zanie. Sama się w to wpakowała, więc nie powinna szu­

kać pomocy u innych. Jak sobie pościelisz, tak się wy­

śpisz. 

Podziękowawszy Drake'owi za kolację, weszła do 

swojego pokoju i zamknęła drzwi. Stała bez ruchu, na­

słuchując. Czuła obecność Drake'a na korytarzu. Po 

chwili skierował się do pokoju naprzeciwko. 

Odetchnęła z ulgą. Odwróciwszy się, zobaczyła, że 

na łóżku leży biały szlafrok frotte oraz koszula nocna. 

W łazience zaś znalazła niedużą kosmetyczkę z podsta­

wowymi przyborami do kąpieli. Domyśliła się, że to 

wszystko zawdzięcza Drake'owi. 

Umywszy zęby, rozebrała się, po czym wciągnęła ko­

szulę nocną i wsunęła się do łóżka. W telewizji nadawa­

no jakiś stary film; zwykle przy takich szybko zasypiała, 

tym razem jednak leżała spięta i pobudzona. 

Minęła dziewiąta, dziesiąta, jedenasta. 

Usiadła na łóżku i włączyła lampę. Może znajdzie coś 

do czytania? Przejrzała pismo zachwalające uroki San 

Francisco, potem wbiła wzrok w okno. Deszcz mono-

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 137 

tonnie bębnił o szybę. Pomyślała sobie, że nie ma nic 

gorszego niż niemożność zaśnięcia w pokoju hotelowym, 

zwłaszcza podczas deszczu. 

Nagle rozległo się ciche pukanie. 

- Mayu, śpisz? 

Włożyła szlafrok i otworzyła drzwi. 

- Co się stało? 

Wszedł do środka. 

- Bolą cię plecy? 

- A na dworze świeci słońce? - odparła, udając roz­

bawienie. 

- Połóż się. Zrobię ci masaż. 
- To niezbyt dobry pomysł, Drake. 

Znieruchomiał, uważnie się jej przypatrując. Nie była 

w stanie ukryć strachu, rozpaczy, tęsknoty. Jej postano­

wienie, że będzie silna i niezłomna, topniało z sekundy 

na sekundę. 

- Mayu... - szepnął. - Ja tego nie planowałem. 

Potrząsnęła bezradnie głową. 

- To szaleństwo... tak bardzo pragnąć... potrzebować 

bliskości... 

Z jej oczu wyczytał więcej, niż zamierzała zdradzić; 

oprócz uporu, odwagi i wytrwałości dojrzał również lęk, 

wahanie, niepewność. 

Zadziwiła go jej ogromna odwaga, chęć polegania wy­

łącznie na sobie. Wiedział, że nie powinien czynić obiet­

nic. Zawsze przecież może zdarzyć się coś niespodzie­

wanego. Ale... 

- Nie mogę ci ofiarować tego, na czym ci najbardziej 

zależy. - Nie chciał jej okłamywać. - Jestem, jaki jestem. 

background image

138 

LAURIEPAIGE 

Postąpiła krok w jego stronę. 

- Zależy mi na tobie. To ciebie pragnę i potrzebuję 

- wyznała. - Tyle że sam o tym nie wiesz. 

Zmarszczył czoło. Objęła go za szyję; głowę położyła 

na jego klatce piersiowej. Zawahał się, ale po chwili za­

cisnął wokół niej ramiona. Westchnęła głośno, szczęśliwa 

i zmęczona. 

- Kochaj mnie. 
- Chcę tego. Nie masz pojęcia, jak bardzo. 

Podprowadził ją do łóżka; za nic w świecie by się 

teraz nie wycofał, nawet gdyby rano musiał stanąć przed 

plutonem egzekucyjnym. Pociągnęła za pasek. Drakę zsu­

nął jej z ramion szlafrok i rzucił go na fotel. 

Serce waliło mu jak szalone. Maya, kobieta jego ma­

rzeń. Piękna, ponętna Maya. 

- Daj mi na siebie popatrzeć. 

Nie zaprotestowała, kiedy zacisnął rękę na jej koszuli. 

Po chwili stała zupełnie naga. 

Uklęknąwszy, przytulił policzek do jej brzucha. My­

ślał o tym, że wspólnie stworzyli ten cud, tę małą kru­

szynę, która niedługo pojawi się na świecie. 

- Połóż się. 

Posłusznie wyciągnęła się na łóżku. Nie potrafili ode­

rwać od siebie spojrzenia. Ona, oparta o poduszki, pa-

trzyła, jak on się rozbiera, on, rozbierając się, pożerał ją 

wzrokiem. 

Zadrżała. Nie mogła się go doczekać. To był Drake, 

jej Drake, mężczyzna, którego kochała całe życie. Wie­

działa, że za dzisiejszy wieczór przyjdzie jej zapłacić wy­

soką cenę, ale trudno; chciała tego. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 139 

Gdy tylko zbliżył się do łóżka, opuściły ją lęki i wąt­

pliwości; odleciały niczym stado spłoszonych ptaków. 

- Jesteś taka piękna... 

Uśmiechnęła się. Przesadzał, ale nic nie powiedziała. 

Po chwili ujął w dłonie jej piersi. 

- Są inne. Nie tylko większe, nie tylko ciężkie, ale... 

- Ciemniejsze - rzekła, bo brodawki, dawniej jasno-

różowe, miały obecnie kolor wiśni. - Czytałam, że to 

normalne. 

Pogładził ją czule po policzku. 
- Jesteś pewna, że możemy się kochać? - spytał. - Że 

to bezpieczne? Dla was obu? 

- Tak. Byleby tylko... - Zaczerwieniła się. 

- Będę delikatny - obiecał. 

I dotrzymał słowa. Ale i w niej, i w nim narastała na­

miętność. Oddechy mieli coraz bardziej przyśpieszone... 

- Drake? Co to? - spytała nagle, wyczuwając coś, 

jakąś nierówność, której Wcześniej nie pamiętała. 

- Nic - mruknął, nie odrywając rąk od jej piersi. 

Odepchnęła go i przewróciła na bok. Chcąc nie chcąc, 

musiał jej pokazać swój nowy nabytek. Aż syknęła na 

widok blizny ciągnącej się wzdłuż biodra. 

- Byłeś ranny! 

Wzruszył lekceważąco ramionami. Taką miał pracę. 

Gdyby siedział za biurkiem, nie odnosiłby ran. 

Łzy podeszły jej do oczu. 
- To pamiątka po ostatniej misji? 

- Tak. - Uśmiechnął się rozbrajająco, chcąc rozwiać 

jej obawy. - Ale jak wiesz, te „pamiątki" nigdy nie miały 

wpływu na moją potencję. 

background image

140 LAURIE PAIGE 

Gładził ją zmysłowo po udzie. Zacisnęła rękę na jego 

dłoni i przysunęła sobie do ust. 

- Nie zniosłabym, gdybyś zginął. Cierpiałabym do 

końca życia. 

Nachmurzył się. Nic nie mówił. Ona jednak patrzyła 

mu w prosto oczy; nie zamierzała dać się zastraszyć. 

Kocham cię. Miała te słowa na końcu języka. Nie 

wypowiedziała ich na głos, ale i nie próbowała się przed 

nimi bronić. Bo faktycznie kochała go. Był miłością jej 

życia. 

- Zamykasz się - szepnęła. - Izolujesz. Nikogo do 

siebie nie chcesz dopuścić. Jeżeli jednak akceptujesz mo­

je ciało, musisz również zaakceptować moje uczucia. 

- Nie mogę. Ja nie... 

Przytknęła palec do jego warg. 
- Uważasz, że nie masz nic do zaoferowania? Masz. 

Siebie. Nie mówię o bohaterze, który walczy z wrogiem 

i wybawia z opresji niewinnych ludzi. Mówię o człowie­

ku, który ma wielkie serce, jest czuły, troskliwy, delikat­

ny. Obserwowałam cię z chłopcami. Masz w sobie tak 

ogromne pokłady dobroci, Drake. Dlaczego tego nie wi­

dzisz? 

Czuł się coraz bardziej spięty. W pokoju nastała głę­

boka cisza. 

- Mylisz się, Mayu - powiedział w końcu. - Ja je­

stem tylko twoim słabym odbiciem. - Nie pozwolił sobie 

przerwać. - To ty jesteś dobra. Reprezentujesz to 

wszystko, o co ja walczę, kiedy stawiam czoło niebez­

pieczeństwu. 

Łzy ścisnęły ją za gardło. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 141 

- Tamto się teraz nie liczy. - Starała się go pocieszyć. 

- Liczy się tylko dzisiejszy wieczór. Daj mi ten wieczór, 

Drake, a o jutro się nie martw. 

- Nie mogę ci nic obiecać. 

Potrząsnęła głową; nie zamierzała tego słuchać. Wy­

puścił z płuc powietrze, następnie zaczął całować czubki 

jej palców. 

- Przy tobie, słodka Mayu, marzę o rzeczach niemo­

żliwych. O cudach, które nie mogą się spełnić. 

- Mogą. - Przytuliła się mocno, pragnąc osłonić go 

przed bólem, do którego za nic w świecie nie chciał się 

przyznać. - Kochaj mnie, Drake. Tak bardzo cię pragnę. 

Tylko chwilę się wahał, po czym przywarł ustami do 

jej ust. Oboje zapomnieli o problemach; pozwolili, by 

zawładnęło nimi pożądanie. 

- Czy mam coś włożyć? 

- Co? - zdziwiła się. 

Popatrzył jej w oczy. 

- Nie wiem. Może czułabyś się pewniej, gdybym użył 

prezerwatywy? 

- Teraz? Po co? - spytała zaskoczona. 
- Jesteś taka niewinna. - Pokręcił głową. - Nie boisz 

się, że mógłbym cię czymś zarazić? - Nie czekając na 

odpowiedź, kontynuował: - Oczywiście nie zarażę. Od­

kąd się rozstaliśmy, nie byłem z żadną kobietą. 

- Ja też z nikim nie byłam. 

- Nie musiałaś mi tego mówić. - Zawahał się. - Je­

stem jedynym mężczyzną, z którym spałaś? 

Milczała. 

- Powiedz - poprosił cicho. 

background image

142 LAURIEPAIGE 

Pragnął to usłyszeć z jej ust. Potwierdzenia i zapew­

nienia. 

Zamknęła oczy. 

- Co chcesz usłyszeć? 

- Nic. Cieszę się, że tu jesteś. Mamy przed sobą całą 

noc. 

I to było ważne. Nie plany, strategie, kalkulacje czy 

drogi ucieczki, lecz on, ona i to, co ich łączy. 

Wiła się, jęczała z rozkoszy, a on całował ją tak, jakby 

od tego zależało jego życie. Jakby dziś miał nastąpić ko­

niec świata. Ponure wspomnienia odleciały. 

Tylko Maya potrafiła to sprawić. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Deszcz padał przez całą noc; rano wciąż siąpił. 
W drodze powrotnej niewiele w samochodzie rozma­

wiali. Maya siedziała zamyślona. Nagle przyszło jej do 

głowy, że nazwa Hacienda de Alegria nie bardzo pasuje 

do posiadłości Coltonów, albowiem radość całkiem znik­

nęła z ich życia. 

- Jakie to smutne... - zaczęła. 
Drake oderwał na moment wzrok od szarej, ponurej 

szosy. 

- Co? - zapytał. 

Wraz z nastaniem poranka przyszło opamiętanie. 

Znów trzeźwym okiem patrzyli na siebie i na rzeczywi­

stość. Wczorajsze miłosne uniesienia stanowiły wytchnie­

nie, jednorazową ucieczkę przed prozą życia. 

- Że wszystko musi się zmieniać. Na przykład twoi 

rodzice... - Ucichła, jakby nagle zdała sobie sprawę, że 

może nie jest to najlepszy temat do rozmowy. 

- Nie sądzę, aby byli ze sobą szczęśliwi. 
- Mają mnóstwo zmartwień. Najpierw strzelanina, 

potem porwanie, śledztwo, ciągłe wizyty policji... 

- Podobno kłopoty powinny zbliżać do siebie ludzi. 

Maya zignorowała ironiczny tan. 

background image

144 LAURIEPAIGE 

- Różnie to bywa. Jednych zbliżają, innych oddalają. 

Ale nie ma się czemu dziwić. Wydaje mi się, że nawet 

gdy nic złego się nie dzieje, utrzymanie małżeństwa jest 

rzeczą niesłychanie trudną. 

Przez kilka minut jechali w ciszy. 

- Parę razy usiłowałem to wczoraj powiedzieć, ale 

mi nie dałaś - oznajmił w końcu Drake. - Uważam, że 

powinniśmy spróbować. 

- Czego? Małżeństwa? 

- Tak. Przez wzgląd na Marissę. 

- To nie fair - zaprotestowała. 
- A co jest fair? 
Przeszkadzała jej nuta rezygnacji w jego głosie. 

- Posłuchaj, Drake. Dziecko potrzebuje poczucia bez­

pieczeństwa. Mała wyczułaby, gdybyśmy byli nieszczę­

śliwi. Zrobiłby się jej mętlik w głowie. 

- Dlaczego zakładasz, że bylibyśmy nieszczęśliwi? 

Wczoraj przeżyliśmy razem fantastyczny wieczór. 

Na samo wspomnienie przeszył ją dreszcz. To była 

magia, te pocałunki, delikatne pieszczoty, leciutkie muś­

nięcia. 

Tak, wczoraj byli szczęśliwi. Lecz z nastaniem świtu 

znów się pojawił chłód i dystans. Na tym polegał cały 

problem: gdy zaczynał się dzień, niczym fala przypływu 

wracały troski i kłopoty. 

Pragnęła pocieszyć Drake'a, zapewnić, że wszystko 

się ułoży, ale nie umiała. Komplikacje wydawały się 

jej nie do pokonania. Wiedziała, że wystarczy, aby sze­

pnęła jedno słowo, a Drake natychmiast przystąpi do 

działania. Do południa byliby mężem i żoną. Ale potem 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 145 

co? Czy w ich życiu zagościłaby radość, uśmiech, po­

goda? 

Serce waliło jej jak młotem. Łączyła ich szalona na­

miętność, łączyło również dziecko. Czy na dziecku i na­

miętności można zbudować trwały i szczęśliwy związek? 

Nie miała pojęcia, a nie lubiła ryzyka. 

- Chyba milej myśleć o tym, jak mogłoby być wspa­

niale, niż na własnej skórze poznać smak porażki. 

- To prawda - przyznał. 

Nie mogła znieść smutku w jego głosie. 
- Ale moi rodzice są złym przykładem - kontynuo­

wał. - Popatrz na swoich. Kochają się, mimo upływu 

tylu lat. Nigdy nie widziałem, aby kiedykolwiek krzywo 

na siebie spojrzeli, nie mówiąc już o jakichś kłótniach. 

Nie zdołała powściągnąć uśmiechu. 
- Z kłótniami to przesada, w końcu nie są święci. Raz 

tatuś skrytykował sos, że jest za ostry. Mama chwyciła 

miskę i cisnęła ją do kosza na śmieci. Nie odzywali się 

do siebie przez cały posiłek. Później, kiedy Lana i ja le­

żałyśmy już w łóżkach, słyszałyśmy, jak chichoczą we­

soło. 

Drake oderwał wzrok od szosy. 

- Pogodzili się. Dali sobie buzi i puścili urazy w nie­

pamięć - rzekł ochrypłym głosem. 

Patrzył na nią tak jak wczoraj. Jakby chciał zapamiętać 

każdy centymetr jej ciała. 

- A my, Mayu? - spytał cicho. - Czy wczoraj my 

też się pogodziliśmy? 

Pytanie zbiło ją z tropu. 

- Nie byliśmy skłóceni - odparła. 

background image

146 LAURIE PAIGE 

- Wiesz, o co mi chodzi. 

- O twoje wyrzuty sumienia? 

Zamyślił się. 

- Tak. Jak by nie było, wyjechałem. Zostałaś sama. 

I sama musiałaś stawić wszystkiemu czoło. Swoim ro­

dzicom, moim, miasteczku... 

- To teraz nie ma znaczenia. - Wzruszyła ramionami. 

- Przekonałam się, że jestem silna i trudno mnie złamać. 

Każdy dzień przynosi nowe wyzwania... 

- A czy z każdym dniem jest coraz łatwiej? 

- Tak - odrzekła, uświadamiając sobie, że to prawda. 

Przyjrzała się profilowi Drake'a. Czuła, że pytanie ma 

drugie dno. - Co cię niepokoi, Drake? Chodzi ci o mnie? 

Jeśli tak, to naprawdę nie masz powodu do obaw. Dam 

sobie radę, nawet gdybym nie miała nikogo do pomocy. 

Od dziesięciu lat systematycznie oszczędzam. Trochę się 

tego uzbierało. A kiedy uzyskam dyplom, bez trudu znaj­

dę pracę. Może nie dorobię się fortuny, ale zapewnię Ma-

rissie w miarę dostatnie życie. 

- A jeżeli będę chciał ci pomóc? 
- Jak? Przysyłając pieniądze? 

- Chociażby. 
- Dziecko potrzebuje czegoś więcej. Same pieniądze 

nie wystarczą. 

- Jestem gotów być pełnoetatowym ojcem. I mężem. 

Przełknęła ślinę. 
- To znaczy, że ja i Marissa możemy z tobą zamie­

szkać? Wszędzie z tobą jeździć? 

- Nie bardzo... - zaczął, po czym urwał. Jego przy­

stojną twarz wykrzywił grymas. - Zrozum, jeżdżę w nie-

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 147 

bezpieczne rejony świata. Czasem siedzę tam przez wiele 

miesięcy. 

- A inni? Też jeżdżą sami, bez rodzin? 

- Różnie to bywa. 

- Ale ty byś swojej rodziny nie zabierał? 

Potwierdził skinieniem głowy. 
- Facetowi, z którym współpracowałem, terroryści 

wysadzili w powietrze dom. Naprawdę lepiej, żeby żony 

i dzieci nie towarzyszyły nam podczas misji. 

- Słusznie. Jak to ująłeś w liście sprzed prawie roku: 

w twoim życiu nie ma miejsca na rodzinę - rzekła, sta­

rając się nie pokazać, jak bardzo zabolały ją te słowa. 

Przez kilka minut nie odzywał się. 

- Tak mi się wydawało - oznajmił w końcu. - Ale 

teraz musimy myśleć o dziecku. 

- Marissa jest moja, Drake. Nie próbuj mi jej odebrać. 

Wciąż mam ten list, nie wyrzuciłam go. Jeśli trzeba bę­

dzie, przedstawię go w sądzie. 

Zamiast złości poczuł tkliwość. 
- Bronisz małej jak lwica swego lwiątka - powiedział 

cicho. - Nawet do głowy mi nie przyszło, żeby was roz­
dzielać. Ty i Marissa stanowicie nierozłączną całość. 

Nie będąc pewna, jak zareagować, zamilkła. Dumała 

nad tym, o czym przed chwilą rozmawiali. Czyżby jed­

nak zaślepiała ją pycha? W przeszłości Inez często mó­

wiła jej o zgubnych skutkach nadmiernej buty. 

Ale nie chciała wychodzić za mąż tylko z powodu 

dziecka. Marzyła o prawdziwym ślubie, o wielkiej mi­

łości, o wspólnym domu i wspólnym życiu. Drake zaś 

żeniłby się z poczucia obowiązku. To jej nie wystarczało. 

background image

148 LAURIEPAIGE 

Wiedziała też, że prędzej czy później przestałoby wy­

starczać i jemu. 

Dotarli na ranczo tuż po jedenastej. Zanim wysiedli 

z jeepa, zobaczyli, jak mimo siąpiącego deszczu kilka 

osób wybiega z domu i rozjeżdża się w różne strony. 

- Coś się stało - mruknął Drake. 

Ledwo weszli, w drzwiach gabinetu pojawił się Joe. 

- Drake! Jak dobrze, że już wróciłeś. 

- Co się dzieje? 
Z salonu wyłoniła się Meredith. 

- Joe Junior znikł. Rano, kiedy Inez poszła go obu­

dzić, łóżko było puste. 

Skierowała wzrok na Drake'a, potem na Mayę i wre­

szcie na swojego męża. Maya zacisnęła zęby; wiedziała, 

co zaraz nastąpi. 

- Nie widzę powodu - ciągnęła lodowatym tonem 

Meredith - żeby płacić pensję komuś, kto lekceważy 

swoje obowiązki. 

- Co się stało? - spytał ponownie Drake. 

Joe Senior posłał żonie gniewne spojrzenie. 
- Za karę, że rozmawiał wczoraj przy stole, wysłano 

go do pokoju - wyjaśnił synowi. 

Meredith odwróciła się na pięcie i bez słowa udała 

do salonu. Przypuszczalnie chłopcom pozwolono jeść ko­

lację z dorosłymi, domyśliła się Maya. I przypuszczalnie 

starszy z nich naraził się matce. 

Stała, wpatrując się w płynące po szybie krople de­

szczu, podczas gdy Drake wyciągnął mapę i słuchał, jak 

ojciec tłumaczy mu, które tereny zostały już przeszukane. 

- Chyba wiem, gdzie mógł się ukryć - powiedziała. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 149 

Obaj mężczyźni podnieśli wzrok. 

- Jakiś czas temu pokazałam chłopcom moją dawną 

kryjówkę. Niedaleko tej nabrzeżnej pieczary. Jest tam ta­

ka skała w kształcie potężnego jaja. Wystarczy się pod 

nią wczołgać, a dalej jest pełno miejsca. Można swobod­

nie się poruszać. Jako dziecko lubiłam tam przesiadywać. 

Wyobrażałam sobie, że jestem księżniczką na zamku... 

- Sprawdzę - oznajmił Drake, kierując się do drzwi. 

- Pójdę z tobą... 

- Nie - zaprotestowali zgodnie ojciec i syn. 

- To zbyt niebezpieczne - wyjaśnił Joe. - Widocz­

ność jest niemal zerowa, a głazy są śliskie. 

Oczywiście mieli rację. Pokiwała głową. 

- No dobrze. Bądź ostrożny, Drake. 
Była wyraźnie zdenerwowana; niepokoiła się zarówno 

o niego, jak i o małego uciekiniera. 

Nigdy nie chciał, by ktokolwiek się o niego martwił; 

dlatego wiódł życie samotnika. Ale Maya nic sobie z tego 

nie robiła. A on w głębi duszy cieszył się, widząc jej 

zatroskanie. 

- Będę - obiecał. 

Włożywszy nieprzemakalny płaszcz, zbiegł schodami 

na plażę. Brzeg morza był zasnuty gęstą mleczną mgłą. 

Drake ruszył truchtem w stronę pieczary. Uważnie roz­

glądał się wokoło. Podczas burz zdarzało się, że przy­

brzeżne skały osuwały się ku morzu. 

- Joe! - wołał raz po raz. - Joe! 

Nie było żadnej odpowiedzi. 
Odnalazłszy skałę w kształcie jaja, położył się na mo­

krym piachu i wczołgał pod nią. Zobaczył sporych roz-

background image

150 LAURIEPA1GE 

miarów niszę. Joe leżał zwinięty na kocu, pogrążony 

w głębokim śnie. 

- Hej! - Drake potrząsnął brata za ramię. 

- Co? - Chłopiec poderwał się i popatrzył wokół nie­

przytomnym wzrokiem. Na widok Drake'a odetchnął 

z ulgą. - Ach, to ty. 

- Owszem, ja. Pora wracać do domu. 

Joe odsunął się od wyciągniętej w swoim kierunku 

ręki. 

- Nie chcę. 

- Wiem, stary, ale prędzej czy później będziesz mu­

siał. Maya strasznie się o ciebie martwi. 

- Powinna być wczoraj z nami, w domu - oznajmił 

z pretensją w głosie chłopiec. Warga mu zadrżała, oczy 

się zaszkliły. 

- Chodź. Ona na ciebie czeka. 

Drake wysunął się na zewnątrz i otrzepał z piachu. 

Po chwili spod skały wyłonił się Joe. Z całej siły objął 

brata w pasie. Zaskoczył - i wzruszył - Drake'a ten pro­

sty gest. W sumie niewiele czasu spędzał ze swoim młod­

szym rodzeństwem, ale i z Joem, i z Teddym czuł bliską 

więź. Było mu ich żal. Miał wrażenie, może mylne, ale 

chyba nie, że jego własne dzieciństwo było znacznie 

szczęśliwsze i weselsze. Wiele zmieniło się w ciągu 

ostatnich dziesięciu lat. 

Wrócili razem do domu. Meredith chwyciła Joego 

w ramiona; całowała go., tuliła do siebie, płakała. 

Drake z zafascynowaniem, lecz i pewną dozą cyni­

zmu obserwował scenę powitania matki - jeśli Meredith 

faktycznie była ich matką - z synem. Przy okazji musi 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 151 

spytać Mayę, czy czytała coś na temat ludzi cierpiących 

na rozdwojenie osobowości. Z drugiej strony może po­

winien uwierzyć w wersję głoszoną najpierw przez Emi-

ly, a teraz również i przez Randa, o siostrach bliźniacz­

kach. W wersję, która wydawała mu się coraz bardziej 

prawdopodobna. 

Kiedy Meredith wreszcie go puściła, Joe podszedł do 

Mai. 

- Przepraszam - odezwał się zawstydzony. 

Odgarnęła mu włosy z czoła. 

- Przeprosiny należą się rodzicom - poinstruowała 

delikatnie chłopca. - Bardzo się denerwowali. 

Joe posłusznie obrócił się twarzą do ojca i matki. Wi­

dząc to, Drake uśmiechnął się pod nosem. Mimo różnych 

zawirowań i przeciwności losu, ci dwaj, Joe i Teddy, je­

szcze wyrosną na ludzi. A wszystko dzięki Mai, dobrej, 

uczciwej, kochającej Mai, do której mieli pełne zaufanie. 

Nagle poczuł straszliwą pustkę. Maya. Będzie mu jej 

brakowało... 

- Mamo, tato, bardzo was przepraszam za to, co zro­

biłem - powiedział Joe Junior. 

- No, ja myślę! - oznajmiła gniewnie Meredith. -

Zachowałeś się jak głupi, nieodpowiedzialny szczeniak. 

Myśmy tu umierali z niepokoju, a ty... 

- Przypuszczam, że Joe to wszystko wie, Meredith 

- rzekł Joe Senior, po czym zwrócił się do syna: - Wykąp 

się, chłopcze, a potem poproś Inez o coś do jedzenia. Po 

lunchu podrzucę cię do szkoły. 

Chłopiec wybiegł z pokoju. Maya pośpieszyła za nim. 

- Pomogę mu. 

background image

152 LAURIEPAIGE 

Drake odprowadził ją wzrokiem. Nie dziwił się, że wo­

lała odejść. Meredith potrafiła być bardzo nieprzyjemna. 

- Mam wiadomość od Thaddeusa Lawa... - konty­

nuował Joe Senior, obejmując spojrzeniem zarówno żonę, 

jak i starszego syna. 

- Jaką? - spytała Meredith. - Na temat Patsy? 

Joe skinął głową. 

- Przed laty w klinice wybuchł pożar. Wzniecił go 

jeden z pacjentów. Spaliły się wszystkie dokumenty. Obe­

cny szef kliniki nie znał Patsy, ale uważa, że list, który 

ci przysłano w sprawie jej śmierci, jest autentyczny. Mu­

simy więc faktycznie przyjąć, że Patsy nie żyje, a jej 

prochy zostały rozrzucone nad Pacyfikiem. 

- Chyba nie sądzisz, że sfingowała własną śmierć! 

- oznajmiła z oburzeniem Meredith. 

Drake nie spuszczał wzroku z twarzy matki. Była 

spięta. Jej oczy, które były tego samego koloru i kształtu 

co jego własne, błyszczały gorączkowo. 

Dawno temu współpracował z człowiekiem, który 

rozbrajał bomby. Facet był uosobieniem spokoju i opa­

nowania. Któregoś dnia ten zawsze spokojny i opanowa­

ny człowiek nie wytrzymał; zagroził, że wszystkich 

w stołówce wysadzi w powietrze. Na szczęście jakoś 

udało się go wyprowadzić. 

Z ludzką psychiką czasem dzieją się dziwne rzeczy. 
- Niczego takiego nie sugeruję - powiedział Joe. -

Chodzi mi jedynie o to, że jeśli Patsy nie żyje, sprawy 

się nieco komplikują. 

- Nic się nie komplikuje! Niech się policja od nas 

odczepi! Wtedy wszystko wróci do normy! 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 153 

Z rękami zaciśniętymi w pięści maszerowała tam 

i z powrotem po pokoju. Drake westchnął. Nie rozumiał 

tej kobiety. Kiedyś przed laty była czułą, troskliwą matką, 

a dziś... Nie wątpił, że autentycznie cieszyła się, kiedy 

odnalazł Joego i przyprowadził go do domu, ale całe jej 

późniejsze zachowanie... 

- Dwie strzelaniny i porwanie nazywasz normą? -

spytał ironicznie Joe. 

Meredith prychnęła ze zniecierpliwieniem i opuściła 

salon. Odgłos jej kroków niósł się kilkanaście sekund, 

po czym nastąpiło głośne trzaśnięcie drzwiami. 

Joe Senior wpatrywał się smętnie w okno. Drake za­

stanawiał się, co ma zrobić: czy dyskretnie się wycofać, 

czy zagaić rozmowę. 

- Dziękuję, że odnalazłeś małego. 
- Okazało się to dziecinnie proste. Wystarczyło za­

stosować się do wskazówek Mai. 

Joe uśmiechnął się. 
- Dziewczyna świetnie sobie radzi z dziećmi. A jak 

jej poszło na egzaminie? 

- Myślę, że zdała na piątkę. Ale jak zwykle była po­

twornie zdenerwowana. 

- Rozmawialiście o przyszłości? - spytał ojciec. 
- Trochę. Mam nadzieję, że dojdziemy do porozu­

mienia. 

- Rodzina to ważna i pożyteczna rzecz. U boku żony 

mąż przeżywa swoje najszczęśliwsze lata. 

- Lub najsmutniejsze, jeśli małżeństwo nie należy do 

udanych. 

Popatrzyli sobie w oczy. 

background image

154 LAURIEPA1GE 

- Tak - przyznał Joe. - Wtedy życie zamienia się 

w piekło. 

Patsy odpięła brylantowe kolczyki i wrzuciwszy je do 

szkatułki - do szkatułki należącej do Meredith - zatrzas­

nęła wieczko. Nienawidziła tego życia: Joego, domu tak 

daleko od miasta i jego atrakcji, gospodyni i jej wszyst-

kowidzących oczu. Nie rozumiała, jak Meredith mogła 

tu wytrzymać. 

No ale poczciwa, powszechnie lubiana Meredith pew­

nie była zachwycona takim życiem. 

Siedząc przy biurku, Patsy zerknęła na piętrzące się 

rachunki. Miała więcej wydatków, niż się Joemu śniło. 

Detektywi nie pracują za darmo, a ona musiała wynająć 

kilku: Silasa Pike'a, który obiecał załatwić Emily, dru­

giego, który poszukiwał prawdziwej Meredith Colton, 

oraz trzeciego, który miał odnaleźć jej ukochaną córkę 

Jewell. Jewell, którą Ellis Mayfair zabrał, kiedy ona, Pa­

tsy Portman, spała po porodzie. Drań nie chciał powie­

dzieć, gdzie ukrył maleństwo, dlatego musiała go zabić. 

Głupi Pike. Kosztował ją majątek. Może zdołałaby 

wydusić więcej forsy z Grahama? Pewnie nie. Szkoda, 

że pieniądze zapłacone porywaczom są znakowane, czyli 

całkiem bezużyteczne. Nie mogła ryzykować, bo jeszcze 

się wszystko wyda. Przez moment uderzała paznokciami 

o blat biurka, po czym skrzywiła się z niesmakiem. Psia­

krew! Musi jechać do San Francisco. Paznokcie i włosy 

miała w opłakanym stanie, a w pobliskim Prosperino nie 

było ani jednej kompetentnej fryzjerki czy kosmetyczki. 

Kiedy odnajdzie córkę, wtedy wszyscy, ona, Jewell, 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 155 

Teddy i Joe Junior, przeprowadzą się do Los Angeles. 

Tak, jak tylko odziedziczy fortunę Joego Seniora... 

Nie zmienił testamentu. Nie miała co do tego żadnych 

wątpliwości. I dobrze. Niechby tylko spróbował! Potrze­

bowała pieniędzy, żeby zapewnić swoim dzieciom do­

statnie życie. 

Jej maleństwa! Kochały ją. Dzieci zawsze kochają 

matkę. Nawet bachory Meredith kochały ją, jakby to ona 

wydała je na świat. Parsknęła śmiechem. 

Ale jest sprytna! Wszystkich nabrała. 
Jednakże coraz trudniej radziła sobie z Joem. Urodze­

nie Teddy'ego było błędem. Ale skąd mogła wiedzieć, 
że po zachorowaniu na świnkę Joe stał się bezpłodny? 

Z drugiej strony, dzięki Teddy'emu miała haka na Gra­

hama, więc może dobrze się stało, że zaszła wtedy w cią­

żę. Cierpliwości, pocieszała się. Już niedługo wszystko 

się skończy. Z korzyścią dla niej. 

Najpierw tylko Pike musi załatwić Emily, a Joe od­

stawić kitę. Niczego więcej jej nie trzeba. Z fortuną Col-

tonów, otoczona trójką kochających dzieci, będzie naj­

szczęśliwszą kobietą na świecie. Zamknęła oczy i oddała 

się marzeniom. 

Drake chodził bez celu po ciemnym polu. Od rana 

atmosfera w domu była napięta. Wieczorem podczas ko­
lacji rodzice nie odezwali się do siebie słowem. 

Maya kolację zjadła z chłopcami w swoim pokoju. 

Drake postanowił się jej nie narzucać. Towarzyszył przy 

stole rodzicom, potem wyszedł na dwór, żeby udać się 

na długi spacer. Nie mógł wytrzymać w domu. 

background image

156 LAURIEPAIGE 

Przystanął na widok majaczących zarysów wiejskiego 

kościółka, do którego uczęszczał przed laty. Pod wpły­

wem impulsu skręcił w jego stronę. Na tyłach budynku 

zobaczył nieduży cmentarz. Pchnąwszy starą żelazną bra­

mę, wszedł do środka. Serce biło mu mocno. Nie za­

trzymując się, minął stare groby i dotarł do nowszej czę­

ści ciągnącej się wzdłuż szosy. 

Nie był tu od lat. Kiedyś przychodził z matką w każdą 

rocznicę śmierci brata, by położyć kwiaty na jego grobie. 

„Michael Colton. Ukochany syn i brat". 
Słowo „brat" zostało dodane specjalnie dla niego. On 

wiedział, jak bardzo go kochałeś, powtarzała mu matka. 

„Uważaj, Michael!" 

Krzyknął za późno. Nie zdołał w porę ostrzec swego 

brata. A żadne prośby czy modlitwy nie zdołały tchnąć 

życia w jego leżące na ziemi bezwładne ciało. 

Usiadł na zimnej, wilgotnej ławce i oparłszy łokcie 

o uda, wpatrywał się w nagrobek. Jakaś cząstka jego sa­

mego też tu była pochowana, razem z bratem, za którym 

wciąż tęsknił. 

- Michael - szepnął. - Zostanę ojcem. 

Nie miał pojęcia, dlaczego to powiedział. Czuł we­

wnętrzną potrzebę podzielenia się z bratem wiadomością, 

ale nie o to chodziło. Po prostu musiał zrozumieć pewne 

rzeczy, znaleźć odpowiedzi na kilka pytań. 

- Pamiętasz Mayę? - kontynuował. - Miała osiem 

lat, kiedy zginąłeś. 

Gdyby żył dzisiaj, czy kochałby ją? Tak jak on, Drake, 

ją kocha? 

- Kocham ją - szepnął. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 

157 

To wyznanie sprawiło mu ból. Jeszcze bardziej bolała 

go świadomość, że jego uczucie jest odwzajemnione. Nie 

zasługiwał na miłość. Dlatego osiem miesięcy temu 

uciekł. 

Inez ma rację. Brakuje mu odwagi. Miłość wiąże się 

z ryzykiem, ale przekonał się, że znacznie łatwiej mu 

jest narażać życie niż serce. 

Jakiż bywa pożytek z miłości? - usłyszał wewnętrzny 

glos i znów poczuł wyrzuty sumienia. Czy miłość potrafi 

uchronić człowieka przed rozpędzonym samochodem? 

Czy obroni go przed niespodziewanymi zrządzeniami 

losu? 

Czy zatem nie byłoby lepiej dla Mai i Marissy, aby 

trzymał się od nich na dystans? 

Znad wody wiał zimny wiatr. Kołysząc gałęziami 

drzew, smętnie zawodził. Drakę miał ochotę mu zawtó­

rować. 

- Ona mi jest potrzebna - wyznał cicho. - Bez niej 

życie nie ma sensu. 

Starał się być obiektywny, nie myśleć o sobie. Do­

tychczas zachowywał się samolubnie, nie zastanawiał nad 

tym, co ona czuje. Ponownie przeszył go ból. 

O ileż byłoby prościej, gdyby nie trzymał jej w ra­

mionach, nie pieścił, nie gładził po brzuchu... 

Wspomnienia napierały coraz mocniej, szukały dla 

siebie miejsca w jego sercu, spychały w odległy kąt 

wspomnienia dawniejsze. Nagle zrozumiał, że jeśli za­

przepaści szansę, druga może się nie pojawić. Samotno­

ści, któri stale mu towarzyszyła, już nikt nigdy nie za­

pełni. 

background image

158 LAURIEPAIGE 

Sfrustrowany, przerażony, bezsilny, nie mogąc sobie 

poradzić ani z przeszłością, ani z przyszłością, wstał z ła­

wki i ruszył z powrotem do domu. 

Wpadł do kuchni zdyszany, jakby uciekał przed sforą 

piekielnych bestii. Lub własnych myśli, co na jedno wy­

chodziło. 

- Napijesz się ciepłego mleka? - spytała Inez. -

Właśnie podgrzewam dla Mai. Pali się u niej światło. 

Pewnie biedaczka nie może zasnąć. Marco też cierpi na 

bezsenność. Szklanka mleka zawsze pomaga. 

Mąż Inez należał do najbardziej pogodnych, cierpli­

wych ludzi, jakich Drake kiedykolwiek spotkał w życiu. 

- A jakież to on może przeżywać rozterki duchowe? 

- zdumiał się. - Nie znam drugiej tak dobrej i niewinnej 

osoby, jak on. No, może jedną znam - dodał, myśląc 

o Mai. 

Uśmiechając się pod nosem, gospodyni nalała mleka 

do szklanki i postawiła ją koło Drake'a. 

- Kto jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamie­

niem - powiedziała cicho. - Wszyscy mamy wady i sła­

bości. Ale trzeba nauczyć się przebaczać sobie. Jest to 

jedna z najtrudniejszych rzeczy na świecie. Drugą naj­

trudniejszą jest uwolnienie się od przeszłości. 

Odgarnęła mu włosy z czoła, tak jak wcześniej Maya 

odgarnęła włosy z czoła Joego Juniora. Drake przełknął 

ślinę, po czym podniósł do ust szklankę. 

- A jeśli przeszłość tkwi w tobie? Jeżeli nie puszcza, 

nie chce odpłynąć? 

Gospodyni potrząsnęła głową. 

- Sami dokonujemy wyboru. W każdej sekundzie na-

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 159 

szego życia. Wybieramy ścieżki, którymi podążamy. 

Problem w tym, aby mądrze wybierać. - Nalała drugą 

szklankę mleka. - Zaniesiesz to Mai? 

Był wzruszony dobrocią Inez, jej rozsądkiem i zaufa­

niem, jakim go darzyła. Chociaż wiedziała, że Maya nosi 

w łonie jego dziecko, nigdy nie czyniła mu żadnych wy­

rzutów. Ani ona, ani Marco. Wierzyli, że nie skrzywdzi 

ich córki. 

Zaufanie... Dziwna to rzecz. Michael ruszył za nim 

na rowerze, wierząc, że bezpiecznie dotrą do celu. Maya 

kochała się z nim, wierząc, że wszystko będzie dobrze. 

I co? Dokąd ich to zaprowadziło? 

Wybór. Bardziej lub mniej słuszny. 

Podniósł ze stołu szklankę z mlekiem. Wiedział, co 

musi zrobić. Ale czy zdoła przekonać Mayę, że tak będzie 

najlepiej? 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Jęcząc cicho, niemal zgięła się wpół. Aż pociemniało 

jej przed oczami. Nie zważając na dyskomfort matki, 

dziecko bez przerwy wierciło się i wykonywało nowe 

ewolucje, po których ból narastał. Termin porodu był wy­

znaczony na dziesiątego marca, ale podejrzewała, że tak 

długo nie dotrwa. 

- O Jezu! 
Wciągnęła gwałtownie powietrze, czując, jak mała 

piąstka z całej siły wali ją w krzyż. Zaczęła masować 

obolałe miejsce. Nic nie pomagało. 

Puk, puk. 
Skrzywiła się. Dochodziła północ. Tylko jedna osoba 

pukałaby do drzwi o tak późnej porze. Dziecko cofnęło 

piąstkę; ból nieco zelżał. 

- Mayu? 

- Wejdź - powiedziała zrezygnowanym tonem. 

Może dłonie Drake'a znów dokonają cudu, może spra­

wcą, że ból całkiem minie, bała się jednak, że w tym 

momencie nie zdzierży silnego zapachu końskiej maści. 

- Twoja mama prosiła, żebym ci to przyniósł -

oznajmił, podając jej szklankę. 

Pociągnąwszy łyk, usiadła w fotelu bujanym. Ręka 

lekko jej drżała. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 161 

- Dzięki. 

Nie spuszczając z Mai wzroku, wysunął krzesło 

sprzed biurka i usiadł na nim okrakiem. Nie uśmiechnęła 

się; nawet nie miała siły udawać, że dobrze się czuje. 

- Co się dzieje? 

Potrząsnęła głową, że nic i ponownie zbliżyła szklan­

kę do ust. Zdaniem matki, ciepłe mleko było lekiem nie 

tylko na bezsenność, ale na wszystkie bolączki świata. 

Zanim jeszcze wypiła łyk, znów targnął nią ból. 

Odstawiwszy na bok szklankę, pochyliła się, chcąc choć 

trochę sobie ulżyć. Spomiędzy jej zaciśniętych zębów wy­

dobył się stłumiony jęk. Ustał, gdy wstrzymała oddech. 

- Mayu? - Drake poderwał się na równe nogi i de­

likatnie ujął ją za ramię. - Co się dzieje? 

- Nic. Puść - wyszeptała z trudem. 

Ucisk przybierał na sile, rozsadzał ją od wewnątrz. 

- Dziecko? - Kucnął przed nią. - Poród się zaczyna? 

- Za wcześnie - wydusiła. Nagle ból ustąpił. Wciąg­

nęła powietrze, raz, drugi, trzeci. Oddychała głęboko, ko­

rzystając z tego, że przez chwilę nic jej nie dolega. - Jest 

jeszcze za wcześnie na poród - wyjaśniła. - Do wyzna­

czonego terminu zostały mi dwadzieścia cztery dni. 

Drake wyszczerzył zęby. 

- Z tego, co wiem, dzieci nie zawsze przestrzegają 

terminów. 

- Już raz coś takiego przeżyłam. A przynajmniej coś 

w miarę podobnego - poprawiła się, bo poprzednim ra­

zem ból był znacznie słabszy. - To fałszywy alarm. 

- Aha. - Drake usiadł z powrotem na krześle. - Mo­

gę ci jakoś pomóc? Może zrobić ci masaż? 

background image

162 

LAURIE PAIGE 

- Dzięki, ale dziś nie mam ochoty. 

Czuła się dziwnie niespokojna. Korciło ją, by wstać, po­

kręcić się po pokoju. Zamiast tego wypiła pół szklanki mle­

ka. W przeszłości mleko zawsze działało na nią kojąco. 

Z sykiem wciągnęła powietrze. Znów przeszył ją ból, 

umiejscowiony niżej niż poprzedni i znacznie bardziej in­

tensywny. Miała wrażenie, jakby ten ucisk, który rozsa­

dzał ją od środka, z każdą sekundą stawał się mocniejszy. 

Drake przysiadł na podłodze i chwycił Mayę za ręce. 

- Trzymaj się mnie. 

Skinęła głową. Nie była w stanie nic powiedzieć. Ból 

przeszywał ją na wskroś. Zamknąwszy oczy, z całej siły 

ściskała dłoń Drake'a. 

- Uff! 
Wszystko znów wróciło do normy. Koszmar się skoń­

czył. Odchyliła się w fotelu i przez moment dyszała 

z wysiłku. Twarz miała zlaną potem. 

- Jakie to dziwne - szepnęła. 

- Poczekaj. 
Poczuła, jak Drake uwalnia rękę z jej uścisku. Chwilę 

później otworzył drzwi łazienki, odkręcił kran. Nim się 

zorientowała, co zamierza, był już z powrotem. Przyci­

skał jej do czoła chłodny, wilgotny ręcznik, ocierał pot 

z twarzy. 

Zabrawszy mu ręcznik, przetarła sobie szyję i kark. 
- Ile czasu może trwać taki fałszywy alarm? - spytał 

Drake, przysuwając bliżej krzesło. 

- Nie mam pojęcia - przyznała. 

Siedziała spięta, jakby na coś czekała. Czas mijał. Mi­

nuta, dwie, trzy, cztery, pięć... 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 163 

Kolejne skurcze. Pochyliła się, obiema rękami ściska­

jąc wilgotny ręcznik. 

- Spokojnie, maleńka - szepnął Drake. - Spokoj­

nie... 

- Boże, jak to boli. 

Dyszała ciężko, jęczała, kołysała się w przód i w tył, 

modląc się w duchu o chwilę wytchnienia. 

- Drake... 

- Słucham? 

- Czy mógłbyś... pójść po moją mamę? 

- Oczywiście. Za momencik. Jak tylko skończą się 

skurcze. 

Zabrawszy Mai ręcznik, wytarł jej czoło, a potem 

własne. 

- Myślisz, że to już? - spytał, kiedy znów mogła nor­

malnie oddychać. 

Była blada i wyczerpana. Ogarnęła go trwoga. Wy­

konywał różne niebezpieczne rzeczy w swoim życiu, ale 

w sprawach porodu czul się całkiem niekompetentny. Bał 

się zostawić Mayę, a zarazem bał się zostać z nią sam 

na sam. 

- Może powinienem wezwać pogotowie...? 

- Nie. Sprowadź moją mamę. Proszę cię. - Popatrzy­

ła na niego błagalnie. - Ojej! - Ponownie syknęła z bólu. 

Pochyliwszy się do przodu, objęła rękami kolana. 
Drake wybiegł z pokoju, dopadł do drzwi frontowych 

i ile sił w nogach pognał w stronę niedużego domku, 

w którym mieszkała gospodyni z mężem. W połowie 

drogi uzmysłowił sobie, że powinien był skorzystać z te­

lefonu. 

background image

164 LAURIEPAIGE 

Przeklinając pod nosem, przyśpieszył kroku. Dotarł­

szy na miejsce, zaczął walić pięścią w drzwi i wydzierać 

się na całe gardło. Wewnątrz zapaliło się światło. Po chwi­

li w progu domu stanęli małżonkowie Ramirez, Marco 

ze strzelbą w dłoni. Drake wcale się nie zdziwił na widok 

broni. Postąpiłby tak samo, gdyby w środku nocy jakiś 

szaleniec wydzierał się pod jego domem. 

- Maya? - spytała natychmiast Inez. 

Drake skinął głową. 
- Prosiła, żebyś przyszła. Ma skurcze, ale twierdzi, 

że to jeszcze nie poród. 

Gospodyni znikła wewnątrz. Marco odwiesił strzelbę. 
- Nie sądziłem, że ta pukawka jeszcze działa - po­

wiedział Drake. 

- Bo nie działa. Chwyciłem ją, bo była pod ręką -

wyjaśnił ogrodnik, uśmiechając się z zażenowaniem. -

Nie wiedziałem, kto się tak dobija, więc... - Wzruszył 

ramionami. 

- No tak. Przepraszam za hałas. Po prostu wystra­

szyłem się Maya... 

- Lepiej wróć do niej. Matka i ja zaraz przyjdziemy. 

Drake'owi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. 

Ile sił w nogach pognał z powrotem do głównego bu­

dynku. W całym domu paliły się dwa światła; jedno w ku­

chni, które zawsze zostawiano włączone na noc, drugie 

w zachodnim skrzydle. Właśnie tam się skierował. 

Kiedy wpadł do sypialni, zobaczył, że Maya ma ko­

lejne skurcze. Stanął przed nią i ujął ją za ręce. Poczuł, 

jak wbija mu w dłoń paznokcie. 

Cierpiała, a on był sprawcą jej bólu. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 165 

Nie potrafił pogodzić się z tym faktem. Czuł się win­

ny, a jednocześnie bezradny. 

- Co mam robić? Jak ci ulżyć? 

- Trzy...trzymaj mnie - wysapała. 

Usłyszał pisk opon, a po chwili dochodzący z holu 

kobiecy głos. Odetchnął z ulgą. Skurcze ustały, uścisk 

Mai zelżał. 

Odsunął się na bok, robiąc miejsce dla Inez. 

- La nińa? - spytała Inez. 

- Si - odparła Maya. Najwyraźniej uwierzyła w to, 

że rodzi. 

Marissa nie przejmowała się żadnymi terminami. Za­

mierzała przyjść na świat właśnie dziś. 

- Musimy cię zawieźć do szpitala - powiedziała Inez. 
- Nie zdążymy, mamo. Już się zaczęło. 

- Już? - przeraził się Drake. - Jesteś pewna? 
- Tak. - Maya spojrzała na matkę. - Przepraszam... 

- Nie masz za co - oznajmiła Inez. - Od początku 

świata kobiety wydają na świat potomstwo. Drake, za­

dzwoń po pogotowie. Marco - zwróciła się do męża, któ­

ry stał w drzwiach. - W szafie w kuchni znajdziesz że­

lazko. Przynieś je. Żar wysterylizuje prześcieradła. 

Drake odwiesił słuchawkę. 

- Co teraz? - spytał. 
- Pomóż Mai przejść do łóżka - poleciła mu Inez. 

- Zdejmij jej buty. Swoje też. Usiądź koło niej... 

- Mamo! - oburzyła się ciężarna. 
- Będzie ci wygodniej - wyjaśniła Inez. Pomogła 

córce położyć się na łóżku, po czym kazała Drake'owi 

uklęknąć za nią. - Wysuń ręce, żeby miała za bo chwycić. 

background image

166 LAURIE PAIGE 

Drake zajął pozycję u wezgłowia i oplótłszy Mayę ra­

mionami, delikatnie położył dłonie na jej brzuchu. 1 nagle 

ze zdumieniem poczuł, jak coś przetacza się wewnątrz 

jej brzucha, coś jakby potężna fala. 

- Możesz sapać, ile chcesz - powiedziała Inez. - Sa­

pać, dyszeć, krzyczeć. To nic wstydliwego. Rodzenie 

dzieci to ciężka praca. 

- Wiem - rzekła Maya, z trudem łapiąc oddech. 

Słyszała, jak Drake dyszy. Opierała się o niego, a on 

swoimi silnymi ramionami podtrzymywał ją w pozycji 

półsiedzącej. 

- Świetnie ci idzie - pochwaliła córkę Inez. - Właś­

nie odeszły wody. Już niedługo... 

Maya poddała się; nie próbowała walczyć z bólem. 

Sapała, zgrzytała zębami, jęczała; ilekroć trzeba było -

parła. 

Drake pomagał jej zarówno podczas skurczy, które 

coraz bardziej przybierały na sile, jak i w przerwach, któ­

re trwały coraz krócej. 

- Przyj, kochanie - zachęcała Inez. - Jeszcze trochę. 

Już widać główkę. 

Drake dyszał wraz z Maya. Kiedy wstrzymywała od­

dech, on również to robił, a kiedy parła, odruchowo także 

parł. Wspólnymi siłami starali się wydać na świat swoje 

dziecko. 

- A teraz mocno! - poleciła Inez. 

Wreszcie Marissa wyśliznęła się z łona matki i wpad­

ła prosto w oczekujące ręce swej babci. Ręce na szczęście 

bardzo kompetentne. A gdy z ust małej wydobył się 

krzyk, Drake odetchnął z ulgą. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 167 

- Udało nam się - szepnął do Mai, całując ją w spo­

coną skroń. 

Na jej usta wypełzł triumfalny uśmiech. 

- No, malutka... - Inez wytarła niemowlę ręczni­

kiem, po czym podsunęła je Drake'owi - przywitaj się 

z tatusiem. 

Usiadłszy na krawędzi łóżka, Drake wyciągnął ręce. 

Przez chwilę tkwił bez ruchu, spoglądając w wielkie nie­

bieskie oczy swojej córki. 

Płacz nagle ustał. Dziewczynka wpatrywała się 

w twarz ojca. 

- Jeszcze raz, kochanie - powiedziała Inez do Mai. 

- Trzeba wydalić łożysko. A ty... - zwróciła się do Dra­

ke'a - może byś pohuśtał maleństwo? 

Drake przesiadł się na fotel bujany. Uprzątnąwszy ce­

ratę i ręczniki, Inez umyła Mayę i pomogła jej włożyć 

czystą koszulę. Następnie uczesała córkę i odgarnęła jej 

włosy za uszy. 

- Drake, przedstaw malutką jej matce. A potem... po­

siedzisz z nią, żeby Maya mogła się zdrzemnąć? 

Skinął głową i ponownie zajął miejsce na łóżku. Po­

dając Mai niemowlę, czuł dławiący ucisk w gardle. 

Marissa była taka drobniutka, taka ufna! 

Zaufanie. Tak łatwo było je zawieść. Przez ułamek 

sekundy korciło go, by wybiec z pokoju, uciec od tych 

kobiet, ich wiary w to, że życie jest piękne, że wszystko 

się dobrze ułoży, że jutro świat wciąż będzie istniał. 

Zdał sobie jednak sprawę, że nie ma dokąd uciec. Od 

dziesięciu lat jeździ po różnych krajach i różnych kon­

tynentach. Duchy przeszłości wszędzie mu towarzyszą. 

background image

168 LAURIEPAIGE 

Dokonywanie wyboru? Jakiego wyboru? Wspomnie­

nia go prześladowały. Nie potrafił ani uwolnić się od prze­

szłości, ani jej zmienić. 

Zaprowadziwszy porządek w sypialni, Inez skierowa­

ła się ku drzwiom. W korytarzu zamieniła parę słów 

z mężem. Okazało się, że Marco nie mógł znaleźć w ku­

chni żelazka. Inez poinformowała go, że nie jest już ono 

potrzebne; mają wspaniałą wnuczkę. Tak, dopiero jutro 

będzie ją mógł zobaczyć. W miarę jak oddalali się ko­

rytarzem, ich głosy stawały się coraz cichsze. 

Maya uniosła ręcznik, odkrywając nagie ciałko. 

- Drake, podaj mi pieluchę. Leżą w dolnej szufladzie. 

- Westchnęła błogo. - Boże, jaka ona śliczna. 

Skinął głową. Z dumą, a zarazem pokorą patrzył na 

swoją malutką córeczkę, jakby nie dowierzał, że on, 

Drake Colton, mógł stworzyć coś tak niezwykłego. 

Maya założyła małej pieluszkę, potem on ubrał Ma-

rissę w śpioszki. Ruchy miał niezdarne, ale maleństwu 

to nie przeszkadzało. 

- Nasza córeczka - rzekł wzruszony, patrząc Mai 

w oczy. 

Maya wzięła głęboki oddech. 

- Tak, nasza - szepnęła w końcu, po raz pierwszy 

przyznając, że to on jest ojcem. - Drake, w szafie stoi 

kosz. Gdybyś mógł go wyjąć. Malutka chyba zasnęła. 

Postawił kosz przy łóżku. Maya ułożyła w nim dziec­

ko, przykryła je różowo-białym kocykiem, a na wierzchu 

położyła kołderkę w różyczki. 

- Ta mała istotka.... to prawdziwy cud - powiedział 

Drake głosem ochrypłym ze wzruszenia. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 169 

Maya uśmiechnęła się zadowolona. Zdławiwszy ziew­

nięcie, oparła się o poduszkę. Przez chwilę obserwował 

ją w milczeniu; wiedział, że jest zmęczona i potrzebuje 

snu. 

- Poślubisz mnie? - spytał cicho, gładząc ją lekko 

po policzku. 

Już prawie zasypiała. 

- Dla dobra dziecka? - spytała, otwierając oczy. 

- Dla dobra nas wszystkich - odparł. - Razem stwo­

rzyliśmy nowe życie. Ona... Marissa potrzebuje nas obo­

je. I ja was obie potrzebuję. 

Cisza, jaka zapanowała w pokoju, zdawała się ciągnąć 

w nieskończoność. Wreszcie Maya pokiwała wolno gło­

wą. 

- Może masz rację - szepnęła. 

- Na pewno. Wierz mi, tak będzie najlepiej. Dla na­

szej córki. I dla nas. 

Przysiągł sobie w duchu, że będzie najwspanialszym 

ojcem i mężem na świecie. Wynagrodzi Mai to, że opu­

ścił ją, kiedy go najbardziej potrzebowała. 

- Musimy się zastanowić - rzekła. - Może rano doj­

dziemy do innych wniosków... 

Widząc wyraz zatroskania w jej pięknych piwnych 

oczach, nie nalegał na definitywną odpowiedź. Po prostu 

uniósł jej dłoń do ust i złożył na niej pocałunek. 

- Zobaczysz, wszystko będzie dobrze. A teraz śpij. 

Nasza córka potrzebuje wypoczętej mamy. 

Usiadł w fotelu bujanym. Z nogami opartymi o łóż­

ko, przez kilka minut obserwował dwie śpiące postaci. 

W jego sercu zagościła błogość, jakiej nie czuł od lat. 

background image

170 LAURIEPAIGE 

Wiedział, że wraz z pojawieniem się Marissy całe jego 

życie ulegnie zmianie. 

W oddali rozległo się wycie karetki. 

Ze snu wyrwał Mayę obcy dźwięk. Natychmiast zo­

rientowała się, skąd pochodzi. Dziecko! 

Uśmiechając się do niej czule, Drake wyjął niemowlę 

z łóżeczka. 

- Dzień dobry, mamusiu - powiedział wesoło. - Zda­

je się, że nasza córka jest bardzo głodna. Pielęgniarka 

przyniosła jej butelkę z ciepłą wodą, ale maleństwo 

wyraźnie liczy na coś innego. Widać, że ma charakterek. 

- Czy...? 
- Nie martw się. Wszystko w porządku. Chcesz się 

najpierw umyć? 

Skinąwszy głową, wstała z łóżka i podreptała do ła­

zienki. Umyła się pośpiesznie. Kiedy wróciła do pokoju, 

Drake chodził od drzwi do okna, tuląc do piersi płaczącą 

kruszynę. 

Od kilku godzin przebywali w szpitalu, w wygodnym 

jednoosobowym pokoju. Od razu po przyjeździe matka 

i córka zostały zbadane przez lekarza. Obie znajdowały 

się w doskonałym stanie. 

Maya usiadła wygodnie w fotelu i wyciągnęła ręce. 

Kiedy Drake podał jej zawiniątko, rozpięła bluzkę, stanik, 

po czym - tak jak ją uczono - potarła delikatnie broda­

wką o buzię maleństwa. Marissa, wydając śmieszne 

dźwięki, poruszała komicznie głową, szukając źródła po­

karmu. Drake zaśmiał się. 

- Trzeba się najpierw przyssać - poradził córce. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 171 

Po chwili Marissa odgadła, o co chodzi, i zaczęła ssać 

tak łapczywie, jakby od dawna nic nie jadła. 

- No! - mruknął z satysfakcją jej ojciec. 

Maya odprężyła się. Pierwsze doświadczenie z kar­

mieniem miała za sobą; wcale nie okazało się tak trudne, 

jak się obawiała. 

Kiedy dziecko zasnęło najedzone, Drake też postano­

wił coś zjeść. Zostawił mamę z córką w pokoju, a sam 

udał się do bufetu. Pół godziny później był z powrotem 

u Mai. 

Jakiś czas później zajrzała do nich pielęgniarka. 

- Jaka piękna dziewczynka! Trzy kilo wagi, czterdzie­

ści osiem centymetrów wzrostu... Jadła już? 

- Tak - odparł Drake. 

Kobieta popatrzyła na świeżo upieczonych rodziców 

i skinęła z powagą głową. Zmierzyła Mai temperaturę, 

ciśnienie, obejrzała dziecko, zapisała wyniki. 

Godzinę po niej zjawił się lekarz. 

- Co? Nie mogłyśmy się doczekać rozwiązania? -

Uśmiechnął się do Mai, po czym zerknął na Drake

J

a. 

- Cześć, Drake. Wciąż służysz w siłach specjalnych? 

- Na razie jeszcze tak. 

Drake zauważył zdziwione spojrzenie Mai, ale nie by­

ło to odpowiednie miejsce ani pora, aby tłumaczyć jej, 

do jakich doszedł w nocy wniosków. 

Zbadawszy matkę i dziecko, lekarz poinformował 

Mayę, że obie mogą wracać do domu. 

- Musimy tylko wypełnić formularze... - W puste 

rubryki wpisał datę urodzin, wagę i wzrost dziecka. - Jak 

się mała będzie nazywać? 

background image

172 LAURIEPAIGE 

- Marissa Joy... - zaczęła Maya, po czym urwała. 

- Colton - dokończył Drake. - Marissa Joy Colton. 

Na twarzy Mai zakwitł rumieniec, Drake zaś poczuł, 

jak rozsadza go duma. Marissa. Jego dziecko. Jego córka. 

On i Maya dali jej życie. 

Wkrótce po dwunastej opuścili szpital. W drodze do 

domu Drake przystanął w pobliskiej kawiarence. 

- Dwie zupy, dwie sałatki i dwa kawałki szarlotki -

poprosił, pamiętając, że właśnie to Maya zamówiła, kiedy 

byli tu ostatnim razem. - Aha, i jeszcze dwie szklanki 

mleka. 

- Mayu, to twoje dziecko? - spytała kelnerka, kiedy 

postawił kosz z niemowlęciem na krześle. 

- Moje. 

- Ojej! Mogę zobaczyć? 

- Tak, ale nie podnoś jej. Jest jeszcze za mała, aby 

brać ją na ręce. 

- Oczywiście. Margaret! Chodź zobacz córeczkę Mai! 

- zawołała do innej kobiety, która wyszła z kuchni, wy­

cierając ściereczką białe od mąki ręce. - Jak ma na imię? 

- Marissa Joy. 

- Ale śliczniutka! - zapiała starsza z kelnerek, zaglą­

dając do kosza. - I jaka malutka... Kiedy się urodziła? 

- Mniej więcej dwanaście godzin temu - odpowie­

dział Drake. Nie potrafił ukryć dumy w głosie. 

Kobieta wbiła wzrok w towarzysza Mai. 

- Drake Colton, prawda? 
- Tak. 

Zmrużywszy oczy, przyjrzała mu się dokładnie, po 

czym przeniosła wzrok ńa dziecko. Czekał na kolejne 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 173 

pytanie, ona jednak pokiwała głową i uśmiechnęła się 

znacząco, jakby dokonała wielkiego odkrycia. 

Maya ponownie zarumieniła się po czubki uszu. Drake 

mrugnął do niej porozumiewawczo. Gdyby nie była taka 

uparta, już kilka dni temu mogliby wziąć ślub. 

Właściwie to czuł się żonaty. Bądź co bądź był ojcem 

Marissy, a z Mayą musiał jedynie sformalizować zwią­

zek. Zamierzał przekonać ją, aby zrobić to jak najszyb­

ciej. 

- Przyjechałem do domu, żeby powitać córkę -

oznajmił. Zależało mu na tym, aby nie było żadnych wąt­

pliwości, czyim Marissa jest dzieckiem. - I żeby ożenić 

się z jej mamą. 

Obie kelnerki wytrzeszczyły oczy. 

Zadowolony z siebie, uśmiechnął się szeroko, po 

czym zerknął na Mayę. Siedziała zamyślona. Czyżby była 

smutna? A przecież tak bardzo pragnął jej szczęścia. 

- O czym dumasz? - spytał, kiedy znów jechali sa­

mochodem. 

- O tobie - przyznała po chwili. - W szpitalu, kiedy 

lekarz spytał, czy wciąż służysz w siłach specjalnych, od­

powiedziałeś: „Na razie jeszcze tak". Jak mam to rozu­

mieć? 

- Po zakończeniu służby chcę zrezygnować z wojska. 

- Nie wierzę! 
- Ależ tak. - Uśmiechnął się, rozbawiony jej reakcją. 

- Jako człowiek żonaty chcę znaleźć pracę, która pozwoli 

mi spędzać wieczory z rodziną. 

- Nie wierzę - powtórzyła, kręcąc głową. - To ci się 

nigdy nie uda. - W jej głosie pobrzmiewała nuta paniki. 

background image

174 LAURIEPAIGE 

- Oczywiście, że się uda. - Nie umiał odgadnąć, co 

ją tak przeraziło. - Nie martw się. Nie zostaniemy bez 

grosza przy duszy. Pewna firma w Dolinie Krzemowej 

wielokrotnie zwracała się do mnie z propozycją... 

- Nie! - zawołała Maya. - Nie wyjdę za ciebie. Nie 

chcę w ten sposób! 

- Dlaczego? - Z trudem panował nad emocjami. 

- Bo mnie znienawidzisz. Będziesz nieszczęśliwy. I ja 

też. 

Wreszcie zrozumiał, o co chodzi: pomysł poślubienia 

go był dla Mai wstrętny. A zatem mylił się. Może go 

pożądała, ale nie kochała. Łączyła ich namiętność, lecz 

nie miłość. 

Zaskoczony tym odkryciem, przez resztę drogi nie 

odezwał się słowem. Przyszłość jawiła mu się ponuro. 

Samotność już go nie pociągała. Ale pewnie na nią za­

służył. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

- Jest tak piękna jak jej mama - oznajmił Joe Colton. 

Trzymając swą trzydniową wnuczkę w ramionach, 

usiadł w fotelu naprzeciwko Sophie, która też wkrótce 

miała urodzić dziecko. Marissa, która pojawiła się trzy 

tygodnie przed czasem, była pierwszą przedstawicielką 

najmłodszego pokolenia Coltonów. A właściwie pierw­

szą, w której żyłach płynęła krew Coltonów. Poza nią 

był jeszcze Maks, syn Lucy, żony Randa. 

- Wnuki... - kontynuował po chwili senior rodu. -

Swoim widokiem niech cieszą nasze oczy i radują nasze 

serca. Niech rosną duże, zdrowe, piękne i szczęśliwe. 

W oku starszego pana zakręciła się łza. Zerkając na 

zaokrąglony brzuch Sophie, Maya uświadomiła sobie, że 

w czerwcu ubiegłego roku na ranczu rozkwitała miłość; 

ona zaszła w ciążę z Drakiem, zaś najstarsza córka Col­

tonow - z Riverem Jamesem, ich przybranym synem. 

Wielokrotnie marzyła o tym, by zaprzyjaźnić się 

z Sophie, ale... Jakoś nie było to łatwe, zwłaszcza odkąd 

Meredith zatrudniła ją do opieki nad dwójką najmłod­

szych Coltonów. Miała być służącą, a nie towarzyszką 

zabaw jej córek. 

Od małego natomiast uwielbiała Drake'a. Później, kie­

dy miała siedemnaście lat, a on przyjechał do domu pod-

background image

176 

LAURIE PAK3E 

czas przerwy międzysemestralnej, nagle zaiskrzyło mię­

dzy nimi. Ponownie zaiskrzyło latem ubiegłego roku. 

Wróciła myślami do letnich miesięcy. Wtedy po raz 

pierwszy w życiu tak naprawdę się zakochała. I wtedy 

na przyjęciu urodzinowym ktoś usiłował zastrzelić Joego. 

A teraz... teraz ona, Maya Ramirez, córka gospodyni 

i ogrodnika, jest matką pierwszej wnuczki w rodzinie 

Coltonów. Wczoraj Marissa smacznie spala w ramionach 

jednych dziadków, dziś w ramionach drugiego dziadka 

- dziadka Joego. 

Siedzieli w oranżerii, gdzie było ciepło i pogodnie, 

mimo że lutowe słońce z trudem przebijało się przez za­

wieszone nad Pacyfikiem chmury. W nocy spodziewano 

się opadów deszczu. 

Drake z Riverem przeszli do stajni obejrzeć chorego 

konia, którego przypuszczalnie trzeba będzie uśpić. Życie 

i śmierć, pomyślała Maya. Ktoś się rodzi, ktoś umiera. 

Ogarnął ją smutek. 

- Owszem, niech nas radują. - Sophie roześmiała się 

wesoło. - Ale czy muszą nas tak strasznie kopać? Dla­

czego ona to robi? 

- Ty z kolei płakałaś nocami - poinformował ją oj­

ciec. - Twoja mama i ja ciągle chodziliśmy niewyspani. 

Maya zamknęła oczy. Zazdrościła Sophie i Riverowi. 

Kilka miesięcy ternu wzięli ślub; byli zakochani i razem 

snuli plany na przyszłość. 

Zaś ona i Drake!.. Po powrocie ze szpitala, spięci i źli, 

rozeszli się do swoich pokoi. On nalegał na małżeństwo, 

ale przecież wcale tego nie chciał; robił to wyłącznie 

z poczucia obowiązku. Dlatego odrzuciła jego ofertę. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 177 

Zamiast wspólnie planować przyszłość, sam uznał, co 

będzie dla nich najlepsze. Niczego z nią nie konsultował. 

Po prostu podjął decyzję, a następnie powiadomił ją, co 

zamierza uczynić. Była oburzona. Nie tak powinien wy­

glądać układ partnerski. 

Małżeństwo to sztuka kompromisu. Nikt nie powinien 

poświęcać wszystkiego dla drugiej osoby. Owszem, na­

leży dawać, ale i brać. Tego Drake najwyraźniej nie ro­

zumiał. 

Westchnęła głośno. 

- Jesteś zmęczona? - spytał Joe. - Wyciągnij się 

i zdrzemnij. Ja się małą zajmę. 

- Korzystaj, Mayu, póki możesz - poradziła jej So­

phie. - I pamiętaj: im większe dziecko, tym większe pro­

blemy. River już teraz martwi się o takie rzeczy jak rand­

ki i późne powroty do domu... 

Joe z Maya wybuchnęli śmiechem. W tej samej chwi­

li w drzwiach ukazał się Drake z Riverem. 

- Co was tak rozbawiło? - spytał Drake, siadając ko­

ło Mai. 

- Zastanawiałyśmy się, do której naszym córkom 

wolno będzie przebywać poza domem, kiedy już zaczną 

chodzić na randki - odparła Sophie. 

- Marissa na pewno nie będzie chodziła na żadne 

randki, dopóki nie skończy dwudziestu jeden lat - po­

wiedział Drake, wywołując kolejną salwę śmiechu. 

- Słusznie - poparł go River. - Oszalałbym, gdyby 

moja córka włóczyła się po nocy z facetem, którego do­

brze bym nie znal. 

Sophie wywróciła oczy do nieba. 

background image

178 LAURIEPAIGE 

- Tylko patrzeć, jak zaczną szukać dla swoich pociech 

odpowiednich mężów. 

Maya spojrzała na Drake'a. Mrużąc oczy, przyglądał 

się jej uważnie. Miała wrażenie, że szuka odpowiedzi na 

gnębiące go pytania, których nie wypowiadał na głos. 

Wydawał się znacznie bardziej spokojny i pogodzony 

z losem niż przedtem. 

- Pójdę do siebie - rzekła, wstając. Marzyła o tym, 

aby wreszcie uporządkować swoje życie, rozwikłać cały 

ten galimatias. 

Zabrawszy Joemu Marissę, skierowała się do wyjścia. 

Ledwo doszła do swojego pokoju, kiedy rozległo się pu­

kanie. Nie czekając na żadne „proszę", Drake nacisnął 

klamkę. 

- Tak ci było spieszno uciec ode mnie, że nie wzięłaś 

kosza - rzekł, stawiając nosidełko koło łóżka Mai. 

Maya zmieniła córce pieluszkę, po czym usiadła w fo­

telu bujanym i odpięła bluzkę. Nie spuszczała oczu 

z Drake'a, który stał przy oknie, wpatrując się w przy­

słonięte chmurami szczyty gór. 

- Nie uciekałam od ciebie. - Postanowiła wyznać mu 

prawdę. - Raczej od siebie. Od swoich marzeń. 

Obrócił się do niej twarzą. Nic nie mówił, ale jego 

oczy płonęły w blasku lampy, którą włączyła, żeby roz­

proszyć panujący w pokoju mrok. 

- Obserwując Sophie i Rivera - kontynuowała - po­

myślałam sobie, jak by to było miło, gdybyśmy też byli 

rodziną. 

- Możemy. Proponowałam ci to. 

Dziecko głośno ssało; po kilku minutach zasnęło 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 179 

z ustami zaciśniętymi na piersi matki. Kiedy Maya się 

poruszyła, otworzyło ślepka i znów zaczęło ssać. 

Zobaczyła, że Drake przygląda się im w milczeniu; 

z jego spojrzenia wyzierał ból. 

- Drake... - szepnęła. 

- Przestań! - warknął. - Nie chcę twojej litości. 

- A moją miłość? 

Zamurowało go. 

- To znaczy... 

- Że cię kocham. Od zawsze. Odkąd tylko pamiętam

- Więc dlaczego... - Nie potrafił dokończyć. 
- Dlaczego nie chcę cię poślubić? 
- No właśnie. 

Popatrzyła mu prosto w oczy. 

- Bo moja miłość nie wystarczy. Ja też chcę być ko­

chana. Nie chcę dzielić cię z Michaelem. 

Poderwał głowę. Na jego twarzy odmalowało się za­

skoczenie i złość, po chwili jednak ukrył emocje pod ma­

ską chłodnego opanowania. 

- Co, do diabła, przez to rozumiesz? 
- Nie chcę dzielić cię z przeszłością. 
Podjęła ryzyko. Weszła na grząski teren. I wiedziała, 

że albo pójdzie na dno, albo Drake wyciągnie do niej 

rękę. To było tak proste, a zarazem tak skomplikowane. 

Roześmiał się cierpko. 
- Każdy ma wspomnienia. To nieodłączna część nas 

samych. Nie sposób ich z siebie wyrzucić. 

- Wiem. Chodzi mi o to, że nadal żyjesz: przeszłością, 

chwilą, kiedy Michael potrącony przez samochód umie­

rał, a ty nie mogłeś mu pomoc. Uznałeś, że to twoja wina. 

background image

180 

LAURIE PAIGE 

- Na moment zamilkła. - Nie pomyślałeś o tym, że oka­

zujesz Michaelowi brak szacunku? Kiedy bierzesz winę 

na siebie, to tak, jakbyś stwierdzał, że Michael był bez­

wolnym głupkiem pozbawionym własnego rozumu. 

Siedziała na fotelu, kołysząc dziecko w ramionach, zu­

pełnie jakby prowadziła z Drakiem normalną rozmowę na 

neutralny temat. Bała się. Zdawała sobie sprawę, że może 

wszystko popsuć, ale uważała, że gra warta jest świeczki. 

- Ruszył za mną - wyszeptał Drake. Mówił tak cicho, 

że ledwo go słyszała. - Nazwałem go tchórzem. Więc 

przejechał na drugą stronę szosy. 

- Na jego miejscu zachowałbyś się tak samo - po­

wiedziała łagodnie. - Byliście dziećmi. Dzieci nie zasta­

nawiają się nad konsekwencjami. Naprawdę nie potrafisz 

wybaczyć dziecku, które popełniło błąd? 

Zacisnął dłonie. Na twarzy miał wypisane cierpienie. 

- Nie wyobrażasz sobie, co to znaczy żyć z wyrzu­

tami sumienia - rzekł. - Ze świadomością bólu, jaki 

przysporzyło się rodzinie. Z niekończącym się poczuciem 

osamotnienia. 

Miała ochotę rozpłakać się, pohamowała jednak łzy. 

- Chcę ciebie całego, Drake. Żebyś był z nami, ze 

mną i Marissą. Żebyś z własnej nieprzymuszonej woli 

ofiarował nam swoją miłość. 

- Postaram się - obiecał ochrypłym głosem. 

Wiedziała, że nie może się poddać; walczyła o ich 

przyszłość. 

- Nie interesuje mnie namiastka prawdziwego uczu­

cia. Chcę wszystko albo nic. Wybór należy do ciebie. 

Albo ja, Marissa i wspólna przyszłość, albo Michael 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 

181 

i przeszłość pełna bólu oraz wyrzutów sumienia. - Wzię­

ła głęboki oddech. - Sam musisz zdecydować. 

Dyszał jak po biegu. Ale od przeszłości nie sposób 

uciec. Trzeba ją zaakceptować, nauczyć się z nią żyć. 

Czy Maya zbyt wiele od niego wymaga? 

- Nie umiem zapomnieć przeszłości - rzekł ponuro. 

- Jak jesteś taka mądra, powiedz mi, co mam zrobić. 

Potrząsnęła głową; nie potrafiła mu pomóc. 

- Zachowujesz się podobnie jak ten psycholog, do 

którego wysyłano mnie po śmierci Michaela. Wydaje ci 

się, że wszystko wiesz, a to nieprawda. Nic nie wiesz. 

Nie przeżyłaś śmierci brata. - Skierował się ku wyjściu. 

- Ja też kochałam Michaela - rzekła cicho. - Myślę, 

że oszalałby na punkcie naszej córeczki. 

Drake na moment przystanął, po chwili jednak wy­

szedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi. 

Maya bujała się w fotelu, tuląc do siebie śpiące nie­

mowlę. Zaczęła się zastanawiać. Może popełniła błąd? 

Może powinna zaakceptować Drake'a takiego, jakim 

jest? Nie wymagać od niego rzeczy niemożliwych? 

Może powinna go poślubić, a dopiero potem siłą swo­

jej miłości sprawić, aby wyzwolił się od przeszłości? 

Z drugiej strony czuła, że jeżeli mają być małżeń­

stwem, to Drakę sam musi się ze wszystkim uporać. 

Ryzykowała. Tak jak on, gdy wyjeżdżał z misją. 
- Wróci do nas. Zobaczysz - szepnęła do dziecka, 

starając się odpędzić ponure myśli. 

Z zadumy wyrwał ją dzwonek telefonu. Pogrążona 

w smutku, niechętnie podniosła słuchawkę. 

background image

182 LAURIEPAIOE 

- Hej, Mayu. Mówi twoja starsza siostra. Kiedy za­

mierzałaś mi powiedzieć, że wreszcie zostałam ciotką? 

- Ojej, chciałam zadzwonić, ale... Przepraszam. 

- W porządku, nic się nie stało. Jak się miewa moja 

siostrzenica? 

- Dobrze. Śpi jak aniołek. I jest niebywale piękna. 

- Oczywiście. Jakżeby mogło być inaczej? - spytała 

ze śmiechem Lana. Po chwili spoważniała. - Jak Drake 

się na wszystko zapatruje? 

Maya westchnęła. 

- Uważa, że powinniśmy się pobrać. 
Wyjaśniła siostrze sytuację. Ta słuchała, nie przerywając. 

Dopiero gdy Maya skończyła, sama też westchnęła. 

- Niedługo przyjadę do domu - obiecała. - Moja pa­

cjentka czuje się coraz lepiej. Wprowadziła się do siostry. 

Jej córka mieszka niedaleko. Pielęgniarka środowiskowa 

zagląda do niej codziennie... W każdym razie, zanim się 

obejrzysz, wrócę do Prosperino. Tymczasem gdybyś cze­

goś potrzebowała, natychmiast dzwoń. Dobrze? 

- Dobrze - przyrzekła Maya. 
Odwiesiła słuchawkę. Czuła się straszliwie samotna. 

Po chwili Marissa zamlaskała przez sen. Maya uśmiech­

nęła się; maleństwo, które trzymała w ramionach, w cu­

downy sposób podnosiło ją na duchu. 

Drake ocknął się z drzemki. Wiedział, że coś mu się 

śniło, ale nie pamiętał co. Nie próbował sobie przypo­

mnieć. Zazwyczaj były to koszmary. 

Wstawszy z łóżka, ruszył do salonu. Nie zastał tam 

ojca. Nie było go też w gabinecie ani w oranżerii. Lecz 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 183 

z okna w oranżerii ujrzał Joego na patio, zajętego na­

prawą fontanny. 

Wciągnął kurtkę i wyszedł zaproponować pomoc. 

- Coś szwankuje? - spytał, zbliżywszy się na odleg­

łość dwóch kroków. 

Starszy mężczyzna poderwał głowę i uśmiechnął się 

przyjaźnie. Ciekawe, pomyślał Drake, o czym on tak du­

ma, kiedy pracuje w samotności. Po chwili sam sobie 

odpowiedział. O problemach rodzinnych. W oczach ojca 

widział z trudem skrywany niepokój. Miał wrażenie, jak­

by patrzył w głąb własnej duszy. 

- Nie, nic nie szwankuje - odparł Joe Senior. - Tak 

sobie dłubię. Starsi panowie lubią wynajdować sobie coś 

do roboty, inaczej umarliby z nudów. 

- Aha! Nareszcie wiem, co mnie czeka na starość -

oznajmił ze śmiechem Drake. 

Podniósłszy z ziemi zakończony siatką pręt, zaczął 

wydobywać z fontanny zeschłe liście, ojciec tymczasem 

oczyścił otwór, z którego wydobywa się woda. 

- To co? Odkręcamy? - spytał Joe. 

- Pewnie. 
Strumyk trysnął w górę, ze dwa metry nad ziemią za­

toczył łuk, po czyrn łagodnie opadł do okrągłego zbior­

nika, w którym leniwie pływały złote rybki. 

- Robi się coraz chłodniej - zauważył starszy pan. 

- Na wieczór zapowiadają deszcz. - Podniósłszy głowę, 

popatrzył na chmury zasnuwające popołudniowe niebo. 

- Aha - mruknął Drake. 

Myślami był przy Mai, dziecku i zmianach, jakie pod 

wpływem paru minut szaleństwa i zapomnienia mogą do-

background image

184 

LAUR1E PAIGE 

konać się w życiu człowieka. W życiu kilku osób, po­

prawił się szybko. Jego, Mai, ich córki. A nawet w życiu 

Joego i Meredith. Bądź co bądź Marissa jest ich wnu­

czką. 

Joe przysiadł na skraju fontanny. Drake oparł nogę 

o otaczający ją murek i przez chwilę spoglądał w mil­

czeniu na szary ocean. 

- Sporządziłem kodycyl - oznajmił nagle starszy 

pan. - Tak, by mój testament objął również Marissę. 

- Nie musiałeś, tato. Wszystko, co mam, zapisałem Mai. 

Pod względem finansowym obie będą zabezpieczone. 

- Nie musiałem, ale chciałem. Oboje chcieliśmy -

poprawił się. - Twoja matka i ja. 

Drake ugryzł się w język. Po co miał ojcu sprawiać 

przykrość? Podejrzewał, że matka nigdy nie zaakceptuje 

Marissy. Większość czasu zachowywała się tak, jakby nie 

akceptowała żadnych swoich dzieci. No, może poza 

dwojgiem najmłodszych. 

- Nie posiadaliśmy się z radości, kiedy ty i Michael 

się urodziliście - ciągnął ojciec, wracając myślami do 

własnych wspomnień. - Byliście tacy śliczni. I tacy mą­

drzy. Rand miał wtedy dwa latka, ciąglb zaglądał do wa­

szego łóżeczka... Rozpierała nas duma. A kiedy urodziła 

się Sophie, a po niej Amber, wydawało nam się, że ni­

czego więcej nie trzeba nam do szczęścia. 

- A potem dzieci dorosły - stwierdził Drake z nutą 

ironii w głosie. 

Joe pokiwał smętnie głową. 

- Cóż, życie toczy się dalej, choć nie zawsze tak, jak 

byśmy chcieli. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 185 

- To prawda. Na przykład Maya upiera się iść własną 

drogą. 

Starszy pan przyjrzał się uważnie synowi. Wiedział, 

że w tym dobrym, wrażliwym człowieku, który czasem 

przywdziewa maskę twardziela, tkwi mały nieszczęśliwy 

chłopiec obarczony straszliwymi wyrzutami sumienia. 

Drake zawsze był najbardziej dojrzałym i poważnym 

spośród jego dzieci; od małego czuł się odpowiedzialny 

za pozostałych członków rodziny. Śmierć brata zostawiła 

na nim niezatarte piętno. 

- Nie da się zmusić drugiego człowieka, aby postę­

pował zgodnie z naszą wolą - powiedział cicho, niemal 

wbrew sobie porównując dawną Meredith z tą dziwną 

obcą kobietą, która teraz mieszkała w jego domu. 

- Nie zamierzam Mai do niczego zmuszać, ale mamy 

dziecko. Nie wolno nam o tym zapominać. Nie chcę być 

nieobecnym rodzicem, który widuje się z córką od święta. 

- Dzieci potrzebują i ojca, i matki. 

- No właśnie. Ale kiedy powiedziałem Mai, że chcę 

ezygnować z wojska i znaleźć normalną pracę, wściek-

się na mnie. Nie podobało jej się, że bez konsultacji 

nią podejmuję tak ważne decyzje. 

Joe powściągnął uśmiech. Drake, jak to mężczyzna, 

uważał, że wszystko wie najlepiej. 

- Z tego wniosek, że Maya ma własne poglądy na 

temat małżeństwa i tego, jak powinno wyglądać. 

- Owszem - przyznał Drake. - Jest uparta jak osioł. 

Tym razem Joe nie zdołał powstrzymać uśmiechu. 
- Pamiętam kłótnię z twoją mamą. To było dawno 

temu. Nawet nie pamiętam, co przeskróbaliście. W każ-

background image

186 LAURIEPAIGE 

dym razie wysłałem was spać bez kolacji. Meredith uwa­

żała, że nie wolno dzieci karać odmawianiem im jedzenia. 

- No i na czym stanęło? 

- Na tym, że nikt nie dostał kolacji. 

- Nikt? 

- Nikt. Jedzenie, oznajmiła twoja matka, to podsta­

wowa potrzeba każdego człowieka. Podobnie jak miłość. 

Jeżeli pozbawiamy jej część rodziny, pozostała część 

również będzie jej pozbawiona. 

- Pamiętam. - Drake'owi zrobiło się ciepło na duszy. 

- W środku nocy urządziliśmy wspaniałą wyżerkę. 

- Tak. Kiedy nakryliśmy się na tym, jak oboje ukrad­

kiem zanosimy wam jedzenie, uznaliśmy, że to nie ma 

najmniejszego sensu. Połączyliśmy siły i zwołaliśmy was 

na dół na wielkie nocne obżarstwo. 

Joe odetchnął z ulgą, słysząc śmiech syna. Najbardziej 

na świecie pragnął szczęścia swoich dzieci, ale na razie 

tylko Rand i Sophie założyli rodzinę. Z drugiej strony 

małżeństwo nie zawsze musi oznaczać radość i idyllę. 

Często dumał nad tym, w którym momencie jego 

własne zaczęło się psuć. Czy wtedy, gdy Meredith 

oznajmiła, że jest w ciąży, a potem urodziła Teddy'ego? 

Nie, wcześniej, bo przecież musiała mieć kochanka, aby 

zajść w ciążę. Przed oczami stanął mu obraz Teddy'ego; 

niebieskie oczy i złociste loki chłopca nieodparcie przy­

wodziły Joemu na myśl jego brata Grahama. Przełknął 

ślinę. Chyba jego cudowna ukochana Meredith nie prze­

spałaby się ze swoim szwagrem? 

Ale z kimś się przespała. Zdradziła go. Chcąc nie 

chcąc, musiał się z tym pogodzić. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 187 

- Nie można stale rozpamiętywać rzeczy przykrych 

czy bolesnych - powiedział do Drake'a. - Musisz wy­

baczyć Mai, że nie powiadomiła cię o ciąży. Czasem du­

ma staje na przeszkodzie... 

- Nie o to chodzi, tato. Ona twierdzi, że żyję prze­

szłością, a przecież to nieprawda. Cały czas myślę 

o przyszłości, próbuję zapewnić jej i dziecku dom. Są­

dziłem, że się ucieszy, a ona... - Urwał. 

Przypomniały mu się słowa Mai, aby najpierw odna­

lazł swoją duszę, a dopiero potem podzielił się sercem. 

- Kobiety nie lubią, jak się za nie podejmuje decyzje 

- rzekł ojciec, próbując go pocieszyć. - Porozmawiaj 

z nią. A jeżeli poważnie myślisz o wystąpieniu z woj­

ska, bez trudu znajdziesz pracę w Colton Enterprises. 

- Dzięki, tato. - Drake uśmiechnął się. - Wiesz, jakoś 

nie umiem się pozbierać. Przyjechałem do domu szóstego. 

Liczyłem na to, że siódmego będę żonaty. Minęło dwanaście 

dni. Mam już córkę, ale wciąż jestem kawalerem. 

- Ale zależy wam na sobie? 
- Tak. Z całą pewnością. Po prostu inaczej zapatru­

jemy się na niektóre sprawy. Na przyszłość. 

- Porozmawiaj z nią - powtórzył Joe. - O szczęście 

trzeba walczyć. Nie pozwól, aby ci umknęło, zwłaszcza 

gdy jest na wyciągnięcie ręki. 

- Spokojna głowa, nie pozwolę - zapewnił ojca Drakę. 

Ta rozmowa podniosła go na duchu. Miał z Mayą 

dziecko; w dodatku przyznała, że go kocha; jakby tego 

było mało, łączyła ich namiętność. Musiał jedynie prze­

mówić jej do rozsądku, wyjaśnić, że resztę życia powinni 

spędzić razem. 

background image

188 

LAURIEPAIGE 

- Zaczyna padać - oznajmił Joe. - Chodźmy do 

środka. Za kilka minut mam telekonferencję z Peterem 

i Emmettem. Emmett chce, żebyśmy zwiększyli wydo­

bycie ropy, a Peter jest zdania, że to nie najlepszy po­

mysł, zważywszy na nadprodukcję w krajach OPEC. 

- Na twoim miejscu słuchałbym Petera. 

- Tak, to dobry człowiek - przyznał Joe, otwierając 

drzwi oranżerii. 

Przeszli do gabinetu na kieliszek koniaku. Rozpali­

wszy ogień w kominku, Drake wyciągnął się w fotelu. 

Wkrótce drobna mżawka zamieniła się w potężną ulewę. 

Louise Smith obudziła się zalana łzami. Na zewnątrz 

szalała burza, tak jak i poprzedniej nocy, kiedy dręczyły 

ją koszmary. Ale tym razem nie widziała we śnie małej, 

rudej dziewczynki, tylko dwóch malutkich chłopczyków, 

podobnych do siebie jak dwie krople wody. Bliźniacy. 

Podświadomie czuła, że jest ich matką. Lekarze mó­

wili jej, że przynajmniej raz w życiu rodziła. 

Boże, gdzie są jej dzieci? 

Kołysała się na łóżku, przerażona i nieszczęśliwa. Nie 

mogła tego dłużej znieść. Musi poznać swoją przeszłość 

i, bez względu na ból, stawić czoło choćby najokrutniej-

szej prawdzie. Maleństwa... jej synowie. Biedne zagu­

bione dzieci. Potrzebują jej. Mój Boże... 

- Boże, błagam - szepnęła. - Moje dzieci, mój 

mąż... 

Przytknęła rękę do ust, nagle bowiem ujrzała przed 

oczami sylwetkę ciemnowłosego mężczyzny. Na jego 

twarzy malowała się rozpacz. Wiedziała, że go sobie nie 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 189 

przyśniła. Był prawdziwy. Tak jak bliźniacy i ruda dziew­

czynka. 

A zatem... Tak, kiedyś musiała mieć męża, dom, dzie­

ci. Kiedyś kochała i była kochana. 

- Gdzie jesteście? Gdzie was szukać? - załkała. 

Odpowiedziało jej wycie wiatru. Strugi deszczu spły­

wały po oknach. Miała wrażenie, jakby świat z nią płakał, 

podzielał jej rozpacz. 

- Boże, pomóż mi ich odnaleźć! 

Bała się, że stoi na krawędzi przepaści; że lada mo­

ment znów pochłonie ją mrok i szaleństwo, z którego tak 

długo nie umiała się wyrwać. A wtedy, błąkając się po 

omacku, nigdy nie pozna prawdy, nie odnajdzie miłości, 

którą ktoś ją kiedyś darzył. 

Mąż. Bliźniacy. Rudowłosa dziewczynka, która teraz 

jest młodą kobietą. Twarze innych ludzi, zarówno dzieci, 

jak i dorosłych. Są sobie potrzebni - ona im, a oni jej. 

Grozi im wielkie niebezpieczeństwo. Czuła to. 

Tak, tylko ona może ich uratować. 
- Błagam! Ojcze wszechmogący, pomóż im! Pomóż 

nam! 

Błyskawica rozdarła niebo, a po chwili grzmot pio­

runu wstrząsnął budynkiem. 

- Joe! - zawołała nagle. 
Ale odgłosy burzy zagłuszyły jej krzyk. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

W poniedziałek, sześć dni po urodzeniu Marissy, Ma­

ya podjęła na nowo swoje obowiązki. Wyprawiwszy Joe-

go i jego młodszego brata do szkoły, przeczytała rozdział 

z książki poświęconej niemowlakom, potem zdrzemnęła 

się. Po lunchu włożyła córkę do kosza i wyszła na dwór, 

zamierzając udać się do Hopechest Ranch. 

Przed domem natknęła się na Drake'a. 
- Jedźmy razem - zaproponował. - Obiecałem ojcu, że 

rozejrzę się po terenie i zobaczę, co tam można usprawnić. 

- Powinieneś pogadać z Amber. Ona najlepiej zna sy­

tuację finansową sierocińca i wie, czego dzieciakom naj­

bardziej potrzeba. 

- Dobry pomysł. - Pomógł Mai wsiąść do jeepa, po 

czym podał jej małą. - A ty masz jakieś sugestie? 

Tych Mai nie brakowało. Hopechest spełniało wiele 

ważnych funkcji: po części było domem dla osieroconych 

dzieci, po części zakładem poprawczym, a jednocześnie 

szkołą dla młodzieży ciężko doświadczonej przez los. 

- Potrzeba właściwie wszystkiego... - Prawie nie za­

uważyła, kiedy zaparkował blisko sali, w której prowa­

dziła lekcje. - Najbardziej książek. Dzieciaki powinny 

czytać o innych dzieciach z biednych lub rozbitych ro­

dzin, które pokonują liczne przeszkody i w końcu odno-

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 191 

szą w życiu sukces. Potrzeba również kredy, węgla, bry-

stolu, farb. Przydałyby się też zeszyty z zadaniami do 

matematyki. No i wspaniale byłoby mieć programy kom­

puterowe dla samouków. 

- Żaden problem. 

Usta się jej nie zamykały, odkąd wsiadła do samo­

chodu. Teraz, widząc pobłażliwy uśmiech na twarzy Dra­

ke'a, zamilkła speszona. Przeszli razem do sali lekcyjnej. 

Kosz ze śpiącym dzieckiem postawili na biurku. 

- Pójdę pogadać z kierownikiem ośrodka. A po cie­

bie wpadnę o trzeciej. Dobrze? - spytał Drake. 

Unikając jego spojrzenia, skinęła głową. Udawała, że 

jest zajęta rozkładaniem na biurku różnych papierów. 

W drzwiach Drake spotkał Johnny'ego. Przywitali się 

przyjaźnie i umówili na weekend. Maya westchnęła. Mu­

siała przyznać, że Drake ma wspaniały kontakt z mło­

dzieżą. Był człowiekiem, z którego Johnny i dwaj młodsi 

Coltonowie śmiało mogli brać przykład. Wręcz powinni 

dążyć do tego, aby być tacy jak on. 

No, może nie całkiem tacy, pomyślała. Lepiej aby nie 

rozpamiętywali smutnych wydarzeń z przeszłości. Zwła­

szcza Johnny powinien zapomnieć o dawnych wybry­

kach i skoncentrować się na przyszłości. 

- Jak sobie poradziłeś z zadaniami od pana Martina? 

~ spytała, wyciągając z torby nową powieść. 

- Dobrze. - Johnny uśmiechnął się z zadowoleniem. 

Najwyraźniej zadania nie sprawiły mu większych trud­

ności. - To pani dziecko? - Pochylił się nad śpiącym nie-

mowlęcitem. 

- Tak. Przedstawiam ci Marissę Joy... Colton. - Za-

background image

192 LAURIEPAIGE 

wahała się, ale po chwili uświadomiła sobie, że przecież nie 

zamierza robić z tego tajemnicy. - Drake jest jej ojcem. 

- Chcecie się pobrać? 

Podejrzewała, że pytań może być więcej, ale nie była 

pewna, czy na wszystkie chce odpowiadać. 

- Rozmawialiśmy na temat małżeństwa - odparła 

zgodnie z prawdą. - Trudno podjąć decyzję. Drake jest 

komandosem. Często dostaje niebezpieczne misje. Jeździ 

po całym świecie, w miejsca, do których nie mógłby za­

brać żony i dziecka. 

- Mogłaby pani mieszkać tu, a on przyjeżdżałby po 

zakończonej misji. Miałem kumpla, którego tata służył 

w marynarce. Całe miesiące spędzał poza domem. Kum­

pel nawet się z tego cieszył. Przynajmniej rzadziej od 

starego obrywał. 

Nie tyle słowa Johnny'ego, ile ton jego wypowiedzi 

przejął Mayę dreszczem. To cud, że w tym szalonym 

świecie dzieciaki wyrastają czasem na uczciwych, porząd­

nych ludzi. Na przykład Johnny - był dobrym, mądrym, 

wesołym chłopcem. Całe szczęście, że ojciec pijak nie 

zniszczył w nim tych cech. 

- Niektórzy powinni chodzić na kursy samokontroli 

- stwierdziła ironicznie. 

Johnny wytrzeszczył oczy. 
- A są takie? Czego to ludzie nie wymyślą! Ale wie 

pani, ja to bym chciał studiować na prawdziwym uni­

wersytecie. Oczywiście w trakcie musiałbym zarabiać na 

utrzymanie, tak jak pani. Tyle że wolałbym być kowbo­

jem niż opiekunką do dzieci. 

Czuła, jak rozpiera ją radość. Tego najbardziej pragnie 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 193 

każdy nauczyciel: zaszczepić w dzieciach zamiłowanie 

do nauki. W sprawach zawodowych dokonała słusznego 

wyboru. Gorzej było z jej życiem prywatnym; tu panował 

chaos. Czasem tak bardzo pragnęła zignorować głos roz­

sądku i słuchać jedynie głosu serca. 

- No, bierzmy się do pracy - powiedziała cicho. -

Przyniosłam ci nową książkę. Bohaterowie przeżywają 

ciekawą przygodę. Chciałabym, żebyś zwrócił uwagę, jak 

zmienia się ich charakter, ich sposób postrzegania świata. 

Przez kolejne dwie godziny prowadziła lekcje. Johnny 

faktycznie odrobił zadania domowe i był świetnie przy­

gotowany. Pochwaliła go. 

- A następnym razem wymyślę coś o wiele trudniej­

szego - obiecała. 

- Strasznie jest pani groźna, pani profesor - powie­

dział Drake, wchodząc do sali. 

- Oj, groźna - przyznał ze śmiechem Johnny. 

Wziął z biurka książkę o trójce dzieci, których los 

rozdziela z rodzicami i którzy wspólnymi siłami, nigdy 

nie tracąc nadziei, odnajdują drogę do domu. 

Zaraz po wyjściu Johnny'ego obudziła się Marissa 

i zaczęła domagać się jedzenia. 

- Jak często ją karmisz? - spytał Drake. 
- Na żądanie. Tak będzie przez miesiąc, półtora, a po­

tem zamierzam ustalić jakiś porządek. Nie wiem tylko, 

czy mi się uda. 

Wyjęła dziecko z kosza, rozpięła bluzkę, wysunęła ze 

stanika pierś. Mała zaczęła ssać, jak zwykle dość głośno. 

Mniej więcej po minucie zasnęła. Maya obudziła ją lek­

kim głaskaniem po policzku. 

background image

194 LAURIEPAIGE 

Sytuacja powtórzyła się kilka razy. Za każdym razem, 

gdy Marissa zasypiała, Maya ją budziła. 

- Może już nie jest głodna? 

- Skoro domagała się jedzenia, niech je. Dzieciaki 

często zaspokajają pierwszy głód, potem zasypiają i za 

chwilę znów chcą jeść. 

- Cwaniaki. 

- Mam szczęście, że mogę ją z sobą wszędzie zabie­

rać. To straszne, kiedy matka musi na kilka godzin dzien­

nie rozstawać się z takim maleństwem. 

Drake pokiwał z namysłem głową. 

- Chciałbym, abyś mi pokazała parę rzeczy. Żebym 

umiał się zajmować małą, kiedy będzie ze mną mieszkała. 

Maya zaniemówiła z wrażenia. 

- Co... co przez to rozumiesz? - spytała w końcu. 

- To chyba normalne, że podczas wakacji i niektó­

rych świąt dzieci przebywają u ojców? 

- Owszem. - Czuła ucisk w gardle. - Chciałbyś te­

go? Żeby Marissa pomieszkiwała u ciebie? Dziecko to 

duża odpowiedzialność. Nie mógłbyś nigdzie... - Urwa­

ła. W głowie miała mętlik. 

- Wiem. 

Skończyła karmienie. Drogę do domu odbyli w mil­

czeniu. 

- Drake! - zawołał Teddy na widok starszego brata. 

- Możemy poćwiczyć rzuty lassem? 

- A lekcje odrobiliście? - spytała Maya. 

- Dlaczego zawsze musimy najpierw odrobić jakieś 

głupie lekcje? - Joe Junior był wyraźnie niepocieszony. 

- Z powodu słabych ocen z matematyki - odparł 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 

195 

Drake. - Poza tym nie mam teraz czasu. Chcę, żeby Maya 

pokazała mi, jak się kąpie Marissę, więc o ćwiczeniach 

z lassem pogadamy później. 

Joe wytrzeszczył z niedowierzaniem oczy. 

- Będziesz kąpał Marissę? Przecież to niemowlę! 

- W dodatku dziewczyna - dorzucił Teddy, jakby był 

zdegustowany tym faktem. 

- Tak się składa, że lubię dziewczyny - oznajmił 

Drake. - Zwłaszcza gdy są tak ładne, jak ich mamy. 

Maya spuściła wzrok, speszona jawnym zachwytem 

w oczach Drake'a, i czym prędzej skierowała się do sy­

pialni. 

- Możemy popatrzeć? - spytał Teddy. - Może mog­

libyśmy się na coś przydać... 

- No dobrze, chodźcie. 

Napełniła wodą plastikową wanienkę, po czym pole­

ciła swoim trzem pomocnikom, aby zanurzyli łokcie 

i sprawdzili, czy woda nie jest za gorąca. 

- Moim zdaniem jest w sam raz - oznajmił Joe. 

Pozostali dwaj pokiwali zgodnie głowami. 

Następnie rozebrała niemowlę, tłumacząc, jak się 

z nim obchodzić. 

- Lewą rękę wsuwamy pod główkę i przytrzymujemy 

za lewe ramionko, tak by maleństwo nie wyśliznęło się, 

kiedy jest mokre i namydlone. 

- No co, panowie? Poradzimy sobie? - spytał Drake. 

- No jasne - odparli pewnymi siebie głosami. 
Maya, nie do końca przekonana, czy słusznie postę­

puje, usiadła w fotelu bujanym i przez otwarte drzwi ła­

zienki obserwowała poczynania trójki Coltonów. Śmiejąc 

background image

196 LAURIEPAIGE 

się, chichocząc i wydając sobie nawzajem polecenia, umyli 

Marissę, delikatnie wytarli, posypali pudrem, ubrali. 

Drake okazał się niezwykle kompetentny. Ale nic 

dziwnego. Przez sześć dni niemal nie odstępował Mai 

na krok, uważnie śledził jej wszystkie poczynania. Czuła 

się niemal tak, jakby był jej mężem. Ale nie był... 

Zaczęła rozmyślać o przyszłości. To dobrze, że nie 

zamierza odwrócić się od córki, że chce, by spędzała 

z nim święta i wakacje. Może faktycznie dojrzał do za­

łożenia rodziny? Może miał rację, zarzucając jej prze­

sadny upór? 

Usiadłszy przy biurku, sprawdziła pocztę elektronicz­

ną, odsłuchała wiadomości nagrane na sekretarkę, rzuciła 

okiem na zeszyty swoich dwóch podopiecznych. Skoń­

czyła mniej więcej w tym samym czasie, co panowie za­

kończyli kąpanie Marissy. Malutka popatrzyła na matkę 

mądrymi oczami, po czym zamknęła ślepka i zasnęła. 

- Aniołek z niej - oświadczył Drake, spoglądając na 

swoje śpiące dziecko. 

- To prawda. 

- Mayu, czy ja też byłem aniołkiem? - chciał wie­

dzieć Teddy. 

- Ty? - Pytanie rozbawiło Mayę. - Przez pierwszy 

miesiąc płakałeś. Każdej nocy. Przez całą noc. 

Chłopiec parsknął śmiechem. 
- A Joe? 

- Joe od początku wyczuwał, że trafił do dobrego' do­

mu. Prawie nigdy nie płakał. Ale jak już zaczął, to potrafił 

wyć godzinami. - Wskazała głową drugi koniec pokoju. 

- No dobrze, bierzcie się do odrabiania lekcji. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 197 

Posłusznie zajęli miejsca przy stole i otworzyli książ­

ki. Drake usiadł w fotelu bujanym i zaczął czytać artykuł 

na temat obowiązków rodzicielskich. Maya pogrążyła się 

w lekturze książki o dorastaniu dzieci. 

Taki sielski obrazek ujrzała Meredith, kiedy pół go­

dziny później wparowała do pokoju. 

- Proszę, proszę, co za miła rodzinna scenka! 

Maya uśmiechnęła się, ignorując sarkazm w głosie 

swej pracodawczyni. Nie było sensu okazywać irytacji 

czy niezadowolenia. 

- No, moje kochane niedźwiadki - ciągnęła Mere­

dith. - Nie dacie mamie buziaka? 

Chłopcy poderwali się od stołu i rzucili w objęcia 

matki, która ich wyściskała i wycałowała. Każdemu wrę­

czyła torebkę cukierków i pozwoliła je zjeść. Maya chcia­

ła powiedzieć, że za niecałe dwie godziny będzie kolacja, 

ale ugryzła się w język. 

Od czasu przyjęcia, na którym ktoś usiłował zabić jej 

męża, Meredith wydawała się jeszcze bardziej niecierp­

liwa, nieprzyjemna i rozkojarzona niż zwykle. Ale, po­

myślała sobie Maya, może to nic dziwnego. Bądź co bądź 

strzelano do jej męża. 

Joe Senior piastował kiedyś stanowisko senatora. Poza 

tym dorobił się majątku na wydobyciu ropy. Tacy ludzie, 

choćby byli do rany przyłóż, zawsze mają wrogów. Inni 

po prostu zazdroszczą im szczęścia. 

Nagle Mayę coś tknęło. Właściwie to Meredith spra­

wiała wrażenie, jakby była zazdrosna. Nie, nie o kobiety, 

bo mąż jej nie zdradzał, ale o uczucia dzieci względem 

ojca. Bardzo dziwne... 

background image

198 

LAUR1E PA1GE 

Przypomniała sobie rozmowę, jaką odbyła z Drakiem 

na temat jego matki. Przeszył ją dreszcz. 

Kiedy o wpół do dziesiątej Maya weszła do salonu, 

Drake - z niemowlęciem na rękach - rozmawiał ze swo­

im ojcem. Obiecał popilnować dziecka, aby ona mogła 

w tym czasie zagonić chłopców do łóżka. 

- Przepraszam... - Przystanęła niepewnie. - Pomy­

ślałam, że ułożę małą do snu... 

- Wejdź, Mayu. Przysiądź się do nas na moment. My, 

mężczyźni, potrzebujemy towarzystwa kobiet, żeby cał­

kiem nie zdziczeć, prawda, synu? 

- Absolutnie, ojcze - odparł z uśmiechem Drake. 
Zmierzył ją od stóp do głów, a ona oblała się rumień­

cem. Dziś po raz pierwszy od dawna znów czuła się atrak­

cyjna. Miała na sobie długą spódnicę oraz czerwono-czar­

ną górę, strój, w którym zawsze dobrze wyglądała, a 

w który nie mieściła się od pięciu miesięcy. 

Usiadła na fotelu i westchnęła głośno. 

- Zmęczona? - spytał Joe. 

Zawahała się, jakby wstydziła się przyznać do własnej 

słabości, ale po chwili skinęła głową. 

- Najdłużej małej zdarzyło się przespać w jednym 

ciągu tylko trzy godziny. Nie sądziłam, że kilkakrotne 

wstawanie w nocy może człowieka tak wykończyć. 

W ostatnim tygodniu często się zastanawiała nad tym, 

jak sobie radziła jej mama, zajmując się wielkim domem 

Coltonów, przygotowując im posiłki, sprzątając własny 

dom, troszcząc się o męża i dwójkę dzieci. W swoich 

wspomnieniach widziała uśmiechniętą, niestrudzoną ko-

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 199 

bietę, która rzadko traciła humor i nigdy nie narzekała 

na nawał pracy. 

Nagle wystraszyła się: skoro przyznała się do zmę­

czenia i niewyspania, czy Joe nie pomyśli sobie, że ona, 

Maya, zaniedbuje obowiązki wobec jego synów. 

- Joe Junior i Teddy... nie spodziewałam się, że tak 

wspaniale przyjmą Marissę. Pomagają mi przy niej, bez 

protestu odrabiają lekcje, zachowują się bez zarzutu. 

- To dobrze. Gdyby zaczęli ci sprawiać kłopoty, masz 

mi natychmiast o tym powiedzieć. - Staiszy mężczyzna 

z namysłem spoglądał na ciemne patio. 

- Wiesz, tato, Maya powinna mieć wolne weekendy 

- oznajmił nagle Drake. - Pracuje siedem dni w tygo­

dniu. To chyba wbrew prawu. Związki zawodowe mia­

łyby coś do powiedzenia. 

- Faktycznie. - Ojciec zmrużył oczy. - Mayu, bardzo 

cię przepraszam. Mam tyle rzeczy na głowie, że po prostu... 

- Nic nie szkodzi - zapewniła go. - Jakoś sobie ra­

dzę. Czasem mama mi pomaga. Oczywiście jeśli nie jest 

zajęta sprzątaniem lub gotowaniem. Albo tata, jeśli akurat 

nie pracuje w ogrodzie. 

Raptem zdała sobie sprawę, że cała rodzina zarabia 

na swoje utrzymanie u Coltonów. Rzecz jasna, nikt ni­

kogo do niczego nie zmuszał. Rodzice mieli oferty innej 

pracy, czasem nawet goście Coltonów próbowali ich pod­

kupić, oferując wyższą pensję i lepsze warunki mieszka­

niowe, ale Inez i Marco Ramirezowie pozostali wierni 

Joemu i Meredith. 

- Rodzina to rzecz najważniejsza - mruknął Joe. -

Zawsze można liczyć na jej pomoc, wsparcie... 

background image

200 LAUR1E PAIGE 

Popatrzyła na Drake'a. Z jego oczu wyzierał smutek. 

Zapragnęła go pocieszyć, ukoić jego ból. 

- Byłeś przy mnie, kiedy Marissa się rodziła - po­

wiedziała cicho. - Pomagałeś.... 

- Ale nie było mnie, kiedy chodziłaś z brzuchem. 

- To nie twoja wina. O niczym nie wiedziałeś. Po­

winnam była cię zawiadomić, a ja... 

Urwała. Tak bardzo go kochała. Był uczciwym, po­

rządnym człowiekiem, ale również delikatnym, dobrym, 

troskliwym, który bardzo poważnie traktował swoje obo­

wiązki. 

Może tamtego dnia, kiedy zobaczyła pozostawiony 

przez niego list, zachowała się jak egoistka, myśląc wy­

łącznie o sobie. „Nie ma w moim życiu miejsca na żonę 

i rodzinę". Nie ma miejsca na żonę, było miejsce na ko­

chankę. Tak to odczytała. Słowa te nadal sprawiały jej 

ból. Potrząsnęła głową. Niczego nie żałowała. Ma cu­

downą córkę. 

Gdyby była pewna, że Drake ją kocha, przyjęłaby jego 

oświadczyny i razem staraliby się pokonać duchy prze­

szłości. Nie chciała jednak być dla niego kolejnym cię­

żarem. Czymś, co spędza sen z powiek. Małżeństwo jako 

zadośćuczynienie zupełnie jej nie interesowało. 

Myśląc o tym wszystkim, miała ochotę położyć głowę 

na kolanach i rozpłakać się jak dziecko. Oczywiście nie 

zrobiła tego. Siedziała z uśmiechem przyklejonym do list, 

słuchając, jak mężczyźni dyskutują na temat różnych 

skomplikowanych koligacji rodzinnych. 

Mniej więcej pół godziny później obudziła się Ma­

rissa. Przeciągnęła się i zaczęła szukać matczynej piersi. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 201 

Nie znalazłszy jej, wykrzywiła buzię w podkówkę i roz­

płakała się żałośnie. 

- Trzymaj, mamusiu - powiedział Drake, podcho­

dząc z dzieckiem do Mai. - Teraz twoja kolej. 

Maya wstała, zamierzając udać się do swojego pokoju, 

ale Joe dał jej znak, aby z powrotem usiadła. 

- To takie piękne... matka z dzieckiem przy piersi. 

Ze wzruszenia zawsze odbiera mi głos. 

- Mnie też - przyznał Drake. - To niesamowite, jak 

takie maleństwo zmienia nasze nastawienie do życia. 

Maya rozpięła bluzkę. Marissa uspokoiła się jak za 

dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Kiedy najadła się, 

Drake położył ją sobie na kolanach i delikatnie poklepał 

po plecach. 

- Najlepiej się jej odbija w tej pozycji - tonem znaw­

cy wyjaśnił swojemu ojcu. 

- Michael też wolał ten sposób, ty zaś lubiłeś być oparty 

o ramię, żeby móc obserwować, co się dzieje. Przyglądałeś 

się każdemu, kto wchodził do pokoju. Jak ci się dana osoba 

nie podobała, płakałeś, dopóki nie wyszła. 

Maya roześmiała się wesoło. 
- Słyszysz, maleńka? - Drake popatrzył na córkę. -

Oni śmieją się z twojego tatusia. 

Po chwili wstał. Oddając dziecko matce, niechcący 

otarł się palcem o jej pierś. Maya poczuła, jak żar roz­

chodzi się po całym jej ciele. Drake też musiał to poczuć, 

bo odskoczył jak oparzony. 

- Przepraszam - szepnął. 

Rumieniąc się po uszy, pokręciła głową, jakby go in­

formowała, że nic się nie stało. 

background image

202 

LAURIE PAIGE 

- No dobrze, kochani... - Joe podniósł się z fotela. 

- Musicie mi wybaczyć. To był długi, męczący dzień, 

a przed pójściem spać powinienem jeszcze przejrzeć kil­

ka dokumentów. 

Zostali sami. Czy o to chodziło starszemu panu? Bała 

się, zarówno własnych emocji, jak i reakcji Drake'a. Nie 

chciała jednak zachowywać się jak płocha nastolatka, któ­

ra salwuje się ucieczką. 

Przysunęła dziecko do drugiej piersi, aby dokończyć 

karmienie. 

- Chciałbym móc cię dotykać, nie przepraszając -

powiedział nagle Drake. 

Zaskoczyły ją te słowa. 
- Nie rozumiem... 

- Jako twój mąż nie musiałbym cię przepraszać, gdy­

bym niechcący otarł się o ciebie, prawda? 

Nastała cisza. Dopiero po chwili, gdy mała przyssała 

się do piersi, Maya pokiwała głową. 

- Długo zastanawiałaś się nad odpowiedzią - mruknął. 
- Nie byłam pewna, co powiedzieć. Bo nawet gdy­

byśmy byli małżeństwem, nie wiem, jakie mielibyśmy 

względem siebie prawa - przyznała. 

- Takie same, jak wszystkie małżeństwa. - Zamyślił 

się. - Lubię patrzeć, jak karmisz piersią. Przypomina mi 

się, jak cię pieściłem i całowałem. Wiem, że na razie nie 

możemy się kochać, że musi minąć ileś czasu od porodu... 

Zdumiona jego szczerością, zmarszczyła groźnie czoło. 

- W ogóle nie zamierzam się z tobą kochać, Drake. 

Wybij to sobie z głowy. 

Wcale nie żartowała. W głębi duszy jednak wiedziała, 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 203 

że gdyby wziął ją w ramiona i przytulił, nie miałaby siły 

ani ochoty, aby się wyrywać. 

- Nie wybiję. Prędzej czy później zostaniesz moją żoną. 

Nasza córka zasługuje na to, aby wychowywać się w nor­

malnym domu, mieć ojca, matkę, a także rodzeństwo. 

- Chyba oszalałeś! Naprawdę sądzisz, że ja... że my... 
- Tak. Na pewno. 

Otworzyła szeroko oczy. Nie była w stanie wydobyć 

z siebie słowa. 

- Przekonasz się - kontynuował. - Zbyt wiele nas łą­

czy. Emocje, namiętność. Potrzebujemy się, pragniemy. 

Tylko dlatego, że nie potrafię zapomnieć o przeszłości, 

chcesz mnie trzymać na dystans. Uważasz, że to spra­

wiedliwe? Mayu... 

Opuściła głowę; nie wiedziała, co powiedzieć. 
- Możemy razem budować przyszłość, razem wycho­

wywać naszą córkę. - Na moment zamilkł. - Pragnę 

mieć więcej dzieci. Z tobą. Nie wyobrażam sobie życia 

z jakąkolwiek inną kobietą. 

- Przestań, Drake. 
- Ale to prawda. Jesteś moją przyszłością. Bez cie­

bie... po prostu zginę. Jestem zmęczony mrokiem, który 

mnie otacza. Pragnę ciebie, twojej jasności, miłości, 

uśmiechu, pogody ducha. W zamian jestem gotów obie­

cać ci wszystko. 

Poczuła ucisk w gardle. 

- Cóż to? Nowy, potulny Drake? - spytała lekko 

drżącym głosem. - Czy to ten sam człowiek, którego zna­

my i kochamy? 

Ujął ją za brodę i zmusił, by spojrzała mu w oczy. 

background image

204 LAURIE PAIGE 

- Ten sam - odparł z powagą. - Mamy piękną córkę. 

Może to starczy na początek? 

- Może. 

- Więc zgadzasz się? Wyjdziesz za mnie? 

- Nie mogę. Chciałabym, ale nie mogę. Coś mnie 

powstrzymuje. Nie umiem tego wytłumaczyć. 

- W porządku. - Westchnął. - Muszę wykonać za­

danie, którego się podjąłem. To mi zajmie mniej więcej 

pół roku. W tym czasie możemy się zastanawiać, co da­

lej, robić plany na przyszłość. Będę do ciebie dzwonił, 

pisał... Dobrze? 

Skinęła głową, choć nie była pewna, na co się zgadza. 

- A do wyjazdu chcę się cieszyć tobą i Marissą, to­

warzyszyć wam na każdym kroku. 

Ponownie skinęła głową. Miłość jest znacznie silniej­

szym uczuciem niż duma czy strach. Maya wiedziała, 

że musi podjąć ryzyko; nie może zaprzepaścić szansy na 

szczęście. 

Drake przycisnął rękę do serca. 
- Ona się zgadza! - zawołał ze śmiechem. - Chyba 

śnię! 

Również się roześmiała. Może nie będzie tak źle? -

pomyślała. Może zdołają razem ułożyć sobie życie? 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

- Gdzie jesteś? - spytała Patsy Portman, która od 

dziesięciu lat przedstawiała się jako Meredith Colton. -

Najwyższy czas, abyś się odezwał. 

- Jestem w Redding - odparł Silas Pike. - Mam wia­

domość. Chce ją pani usłyszeć? 

- Oczywiście, że chcę! Znalazłeś Emily? 

- Nie całkiem... 

Patsy Portman prychnęła zniecierpliwiona. 
- Nie dostaniesz grosza więcej! Nie... 

- Niech się pani nie piekli, tylko da mi dokończyć. 

Nie znalazłem Emily, za to rozmawiałem z kierowcą cię­

żarówki, który zabrał ją autostopem. . 

- I co? 

- Podwiózł ją do Wyoming. 
- Przecież podejrzewaliśmy, że tam pojechała. 

Silas, wyraźnie z siebie zadowolony, zarechotał. 
- No właśnie. Podejrzewaliśmy. A teraz mamy do­

wody. Paru facetów z przydrożnej knajpy uczęszczanej 

przez kierowców ciężarówek pamięta, jak pytała o mia­

steczko Needle Creek. 

Dreszcz przebiegł Patsy po krzyżu. 

- Nettle, Pike, nie Needle! - Całkiem zapomniała 

o farmie McGrathów, na której Joe dorastał. Nigdy tam 

background image

206 LAURIF. PA1GE 

nie była i oczywiście nie wybierała się. W porównaniu 

z Nettle Creek Prosperino było metropolią! - Pewnie 

ukrywa się u swojego wuja Petera. 

- Pewnie tak. Czyli nie pozostało mi nic innego, jak 

pojechać do tej wiochy zabitej deskami, odnaleźć posiad­

łość McGrathów, i mamy dziewczynę. 

- To na co czekasz? - syknęła Patsy. - Jedź. I to na­

tychmiast. Sprawy nie wyglądają najlepiej. 

Detektyw obiecał zadzwonić za trzy dni. Kiedy się 

rozłączyli, Patsy schowała komórkę do kieszeni. Aparat 

nastawiony był na wibracje; dźwięk miał wyłączony, to­

też nikt z domowników nie słyszał, gdy ktoś do niej te­

lefonował. Nawet Joe nie wiedział o istnieniu tej komór­

ki. Kupiła ją na fałszywe nazwisko. 

Szczęśliwa, że udało jej się oszukać męża i jego wier­

nych sprzymierzeńców - Petera McGratha, jego córkę 

Heather, która poślubiła tego wścibskiego detektywa 

Thaddeusa Lawa, oraz tłumek dzieci Joego - zaczęła tań­

czyć po pokoju. Po paru minutach, rozładowawszy nad­

miar energii, ponownie zaczęła analizować sytuację. 

Pozostawienie Emily przy życiu było błędem. Dzie­

sięć lat temu, kiedy zepchnęła prowadzony przez Mere­

dith samochód do rowu, powinna była walnąć czymś 

dziewczynkę w łeb. Pozbyłaby się kłopotu jednym ru­

chem. 

Wtedy jednak musiała zająć się Meredith. Nie mogła 

jej po prostu zabić i pochować - gdyby ktoś odkrył ciało, 

mogłoby wyjść na jaw, że zmarła to prawdziwa Meredith 

Colton. Wpadła na genialny plan. 

Meredith, zszokowana po wypadku, nie wiedziała, co 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 207 

się z nią dzieje, kiedy Patsy zawiozła ją do kliniki, w któ­

rej sama dawniej przebywała. Do kliniki dla psychicznie 

chorych przestępców. Wszystko szło po jej myśli. 

No, może jedynie poza ciążą i urodzeniem Teddy'ego. 

W każdym razie krok po kroku realizowała swój plan 

aż do dnia sześćdziesiątych urodzin Joego. 

Tego dnia, na przyjęciu w ogrodzie, jakiś bałwan 

strzelił do Joego i pomieszał jej szyki! Joe stał z kieli­

szkiem szampana - zawierającym specjalny dodatek 

przygotowany przez nią - kiedy ktoś strzelił i chybił! Joe 

upuścił kieliszek, nie zdążywszy nawet zamoczyć ust. 

Emily zaśnie zostawiła jej wyboru. Tej kretynce ciągle 

śnił się wypadek sprzed dziesięciu lat. W dodatku bez 

przerwy upierała się, że na miejscu zdarzenia były dwie 

mamusie. W tej sytuacji było tylko jedno wyjście. Dla­

tego ona, Patsy, w końcu wynajęła Silasa Pike'a i zleciła 

mu zabójstwo. 

Wszystkie te kłopioty sprawiły, że nie miała czasu ob­

myślić nowego sposobu pozbycia się Joego ani skupić 

się na szukaniu swojej ukochanej Jewell. Zamierzała też 

rozejrzeć się za własnym domem. Może w San Franci­

sco? Widziała piękne rezydencje usytuowane nad samą 

zatoką. Dzielnica Pacific Heights też jej odpowiadała. 

Kusiłaby ją Lombard, reklamowana jako najbardziej kręta 

ulica na świecie, gdyby nie te tłumy turystów. Nob Hill, 

dzielnica popularna jeszcze kilka lat temu, teraz była cał­

kiem niemodna. 

Wzdychając ciężko, Patsy usiadła na fotelu obitym 

atłasową tkaniną. Tak. jej życie jest stanowczo zbyt skom­

plikowane. Słusznie robiła, starając się je uprościć. O ileż 

background image

208 LAUR1E PAIGE 

będzie przyjemniej, kiedy wreszcie pozbędzie się Joego 

i Emily. No i oczywiście Silasa Pike'a. 

Zaczęła się głośno śmiać. 

Emily Blair Colton stała przed lustrem, wpatrując się 

w swoje rude włosy. 

Może powinna przefarbować się na inny kolor, żeby 

trudniej ją było odnaleźć? Sympatyczny kierowca, z któ­

rym zabrała się do Wyoming, pewnie pamiętał, że wiózł 

rudą dziewczynę, ale czy umiałby ją komukolwiek wska­

zać, gdyby miała teraz blond fryzurę? 

Odwróciwszy się od lustra, zaczęła przemierzać pokój. 
Czyżby popadła w paranoję? Może łobuz, który usi­

łował ją zamordować, działał w pojedynkę? Może nie 

miał nic wspólnego ze zdarzeniem sprzed dziesięciu lat, 

ze snami, które budziły ją w nocy, a właściwie nie snami, 

bo to nie były sny, tylko wspomnienia? Tamtego dnia 

wyraźnie widziała dwie matki, jedną oszołomioną, trzy­

mającą się za rozciętą głowę, drugą szeroko uśmiechniętą, 

prowadzącą tę pierwszą do samochodu, który chwilę 

wcześniej zepchnął ich auto do rowu. 

Więcej nie pamiętała. Zemdlała na skutek odniesio­

nych ran. 

Kiedy ocknęła się w szpitalu, zobaczyła już tylko jed­

ną Meredith. Wszyscy jej tłumaczyli, że miała halucy­

nacje. W każdym razie matka już nigdy nie nazwała jej 

Wróbelkiem. Nawet nie pamiętała, że sama dała jej taki 

przydomek. 

Nie była to jedyna zmiana. Zmian było znacznie wię­

cej, ale bardziej je czuła, niż umiała opisać. Może dlatego 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 209 

nie potrafiła przekonać rodziny, że tamtego dnia stało 

się coś dziwnego. Że jakaś obca kobieta zajęła miejsce 

ich matki. 

Uwierzyła jej tylko jedna osoba - Liza Colton, jej 

siostra stryjeczna, a zarazem najlepsza przyjaciółka. Nie­

dawno zdołała przekonać również Randa, który zwrócił 

się do Austina McGratha, aby ten poszperał w przeszłości 

ich matki. Matki? Dobre sobie! Dla Emily była to kobieta 

z dręczących ją koszmarów. Kobieta bliźniaczo podobna 

do prawdziwej Meredith Colton. 

Ból przeszył jej serce. Gdzie się podziewa ta dobra, 

czuła Meredith, która adoptowała ją przed laty, ratując 

przed samotnością, strachem, sieroctwem? 

Bez względu na cenę, zamierzała poznać prawdę. Za­

dzwoni dziś do Randa. Może Austin zdobył jakieś infor­

macje? 

Włożywszy ciepłe palto, Emily wyszła do pracy. Jako 

kelnerka nie zarabiała dużo, ale przynajmniej starczało 

jej na mieszkanie. Tu, w Keyhole, czuła się w miarę bez­

pieczna. 

Rand proponował, aby zamieszkała u niego, bała się 

jednak, że tam bez trudu odnajdzie ją jej niedoszły za­

bójca. 

Podobno ktoś odebrał okup, który Joe za nią wpłacił. 

Ale kto? Trzeba mieć spory tupet, żeby domagać się pie­

niędzy, kiedy nie doszło do żadnego porwania. Ciekawe, 

co sobie taki „porywacz" myślał? Czy działał sam, czy 

może na zlecenie fałszywej Meredith? 

Tylnymi drzwiami weszła do kawiarni i powiesiła na 

wieszaku palto. Kiedy to się wszystko wreszcie zakon-

background image

210 

LAUR1E PAIGE 

czy? Kiedy będzie mogła wrócić do domu, zacząć żyć 

jak normalny człowiek? 

Na stołku przy barze siedział miejscowy policjant, To­

by Atkins. 

- Cześć - powiedział, odstawiając filiżankę z kawą. 

Był to młody przystojny blondyn, wysoki i dobrze zbu­

dowany, o ujmującym, chłopięcym uśmiechu. Właśnie dzię­

ki Toby'emu czuła się tu bezpiecznie, choć prawdę mówiąc, 

trochę jej przeszkadzało jego zainteresowanie. 

Żadne romanse czy bliższe znajomości nie wchodziły 

na razie w grę. Miała ważniejsze sprawy na głowie, na 

przykład: jak nie dać się zabić. 

Wszedłszy do kuchni, Drake zobaczył Mayę i Inez; 

pochylone nad stołem przygotowywały posiłek. Zazdro­

ścił Ramirezom; matkę i córkę łączyła prawdziwa bli­

skość, serdeczność, autentyczna sympatia, coś, czego sam 

od własnej matki nie doświadczał od wielu lat. 

Na myśl o Meredith przebiegł go dreszcz. Miał złe 

przeczucie. Nie był pewien, czy dawniej też je miewał, 

czy dopiero od czasu rozmowy z Randem. Wczoraj też 

rozmawiali. Niestety, Austin niczego nowego się nie do­

wiedział. 

Dziś była środa, pierwszy dzień marca. Na ranczo 

przybył szóstego lutego, prawie miesiąc temu. 

Maya. Co za uparte stworzenie! Nie chciała wyjść za 

niego za mąż, a on ilekroć ją widział, miał ochotę cało­

wać ją do utraty tchu. Fakt narodzin dziecka zmienił jego 

nastawienie do wielu spraw. Wprawdzie duchy przeszło­

ści nie znikły, co rusz o sobie przypominały, ale gdy teraz 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 211 

wracał do domu, do swoich dziewczyn, krok miał bar­

dziej sprężysty, energiczny. 

- Idę się przebrać - oznajmił pracującym kobietom. 

- Zobaczymy się na lunchu. 

- Dobrze. - Maya odprowadziła go wzrokiem. 

- Zobaczysz, wszystko się jeszcze ułoży - powie­

działa niespodziewanie jej matka. 

- Tak myślisz? - Nie bardzo w to wierzyła. 

Wtem przez system monitorujący zainstalowany 

w sypialni usłyszała kwilenie dziecka; zostawiwszy Inez 

w kuchni, pobiegła sprawdzić, co się dzieje. 

Marissa płakała podczas zmiany pieluszki; przestała 

dopiero wtedy, gdy Maya usiadła w fotelu i zaczęła do 

niej czule przemawiać. 

Był chłodny pogodny dzień. Tęskniła za latem, za go­

rącymi promieniami słońca. Kiedyś marzyła o tym, aby 

w czerwcu, najpiękniejszym miesiącu roku, wziąć ślub. 

Uśmiechnęła się w duchu. Ech, marzenia! Zamiast panną 

młodą została młodą mamą. 

Nakarmiwszy Marissę, położyła ją z powrotem do ko­

sza. Marco znalazł na strychu starą kołyskę. Postanowił 

ją odnowić i pociągnąć świeżą warstwą farby. Niedługo 

będziesz miała śliczne łóżeczko, szepnęła do córki. Za 

parę dni. 

Zaczęła się zastanawiać, co będzie za miesiąc; czy 

cokolwiek zmieni się w życiu jej, Drake'a i ich dziecka. 

Drakę niemal nie odstępował jej na krok; nosił małą na 

rękach, kąpał ją, przewijał. I sprawiał wrażenie szczęśli­

wego, jakby powoli wychodził z mroku, któiy od lat go 

spowijał. 

background image

212 LAURIEPAIGE 

- Mamo, zostawiam włączony mikrofon - powie­

działa przez interkom do Inez. - Idę pokazać pani Me-

redith rozwiązane przez Joego zadania z matematyki. 

Gdyby Marissa się obudziła, zawołaj mnie. 

Kiedy usłyszała zapewnienie, by się o nic nie mar­

twiła, podniosła z biurka papiery i skierowała się do wyj­

ścia. Bała się spotkania z pracodawczynią; nigdy nie wie­

działa, w jakim ta będzie humorze. 

Akurat zbliżała się do południowego skrzydła domu, kiedy 

zobaczyła, jak Drake wślizguje się do pokoju swojej matki. 

Zwolniła kroku. Nie była pewna, czy powinna prze­

szkadzać. Jednakże Meredith wyraźnie prosiła o codzien­

ne sprawozdania z postępów Joego w matematyce. Pode­

szła do drzwi. Po chwili wahania zastukała. 

Odpowiedziała jej cisza. 

Zastukała ponownie. Znów bez odpowiedzi. Zorien­

towała się, że Drake zakradł się do pokoju matki pod 

jej nieobecność. Nacisnęła klamkę. 

- Co robisz? - spytała cicho. 
Grzebał w szufladzie biurka. Na jej widok uśmiechnął 

się. 

- Przyłapałaś mnie na gorącym uczynku. Widocznie 

się starzeję. - Wzruszył ramionami. - A pytanie co robię, 

chyba nie wymaga odpowiedzi. Po prostu buszuję w rze­

czach matki. 

- Po co? 
- Może zabrakło mi dolara na lody i pomyślałem, że 

tu znajdę? 

- Akurat! 

- Nie wierzysz? 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM  2 1 3 

- Nie. Czego szukasz, Drake? Gdzie jest Meredith? 

- Pojechała do San Francisco. A ja szukam wskazówek. 

Położyła zeszyt z zadaniami do matematyki, spraw­

dzonymi przez nauczycielkę Joego, na biurku swojej pra-

codawczyni. 

- Jakich? 

- Jakichkolwiek. Sam nie wiem - przyznał. 

- Drake, czy to ma coś wspólnego z... 

- Poczekaj chwilę. Skończę i pogadamy. 

Przejrzał dokładnie biurko, sprawdził, czy nie ma 

w nim ukrytych schowków, po czym zerknął do szuflady, 

w której Meredith trzymała rachunki; aż zagwizdał na 

widok sum, jakie była winna różnym osobom. Następnie 

tak samo starannie przejrzał resztę pokoju. 

- Niczego nie ma - oznajmił w końcu. - Idziemy. 

Wziął ją za łokieć i poprowadził do swojego pokoju. 

Przestraszyła się. Spędziła tam wiele cudownych chwil. 

Bała się, że wspomnienia odżyją w jej pamięci. Ale było 

za późno. 

Zamknąwszy drzwi, oparł się o nie. 
- Droga ucieczki odcięta - zażartował. 

- Czego tam szukałeś? - spytała. 
- Dowodów na to, że Meredith Colton nie jest moją 

matką. Że nie jest tą osobą, za którą się podaje. 

Przypomniała sobie poprzednią rozmowę, kiedy spytał 

ją, czy zauważyła jakieś zmiany u Meredith. Wspomniał 

wtedy, że Meredith miała siostrę bliźniaczkę, która zmarła 

przed wieloma laty. Czyżby podejrzewał, że... 

- Chyba nie myślisz... - zaczęła. - Chyba nie są­

dzisz, że... 

background image

214 

LAURIE PAIGE 

- Że co? 

- Że jej siostra... Nie, to niedorzeczne! 

- Czy ja wiem? - Zaczął chodzić tam i z powrotem 

po pokoju. - Zastanów się, kiedy zmienił się charakter 

mamy, jej osobowość. Od razu po wypadku. 

- Wtedy, kiedy Emily widziała dwie mamusie. 

- No właśnie! 
- Rozmawiałeś o tym z Sophie lub Amber? 

- Tylko z Randem. Sama powiedziałaś, że to niedo­

rzeczne. 

- Co nie znaczy, że nie jest prawdą. 
- Więc nie masz mnie za szaleńca? 
- Absolutnie nie - odparła bez wahania. 

- Dziękuję. A z drugiej strony... jak to możliwe, że­

byśmy przez dziesięć lat byli ślepi i niczego nie zauważyli? 

- Jeśli Meredith ma siostrę, jeśli są bliźniaczkami jed-

nojajowymi... - Na moment umilkła. - Inteligentny oszust 

potrafi niepostrzeżenie przeobrazić się w dowolną postać. Oni 

są jak kameleony, przyjmują barwy ochronne, wtapiają się 

w otoczenie. Drake, co mogę zrobić? Jak mogę ći pomóc? 

- Po prostu bądź przy mnie - szepnął. 

Przysunąwszy się bliżej, wsunął ręce w jej włosy. 

Wiedziała, do czego zamierza, mimo to nie ruszyła się 

z miejsca. Przywarł ustami do jej ust. 

Drake. Ukochany Drake. 
Zarzuciła mu ręce na szyję. Przypomniało się jej 

ubiegłe lato, ich pierwszy pocałunek, towarzysząca mu 

tkliwość, nieśmiałość, niepewność, lecz i pożądanie. 

- Potrzebuję cię. - Przytulił jej głowę do swojej pier­

si. - Tak bardzo cię pragnę. Lecz ból, który we mnie 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 215 

tkwi... nie umiem się go pozbyć. - Głos drżał mu ze 

wzruszenia. 

- Nie chcę go powiększać, Drake. Chcę, żebyś był 

szczęśliwy. 

Ujmując jej twarz w swoje dłonie, pokrył ją setkami 

drobnych pocałunków. 

- Ty jesteś moim szczęściem. 

Potrząsnęła głową. W jego duszy wciąż czaił się 

mrok. Objęła Drake'a z całej siły, jakby swym ciepłem 

i miłością pragnęła rozpędzić chmury, które zawisły nad 

nim po śmierci brata. 

- Mayu, tak bardzo za tobą tęskniłem... 
- To nie ma sensu - szepnęła, gładząc go po szyi. 

- Musimy pomyśleć, zastanowić się... 

Popatrzył na nią zbolałym wzrokiem. 
- Może w tym tkwi cały problem? - spytał. - Że za 

dużo myślimy? Nie chcę myśleć, chcę cię tulić, dotykać... 

- Drake, ja nie... 

- Ciii, nic nie mów. Błagam. 
I gdy tak stała w jego ramionach, czuła, jak żal i na­

gromadzona gorycz rozpływają się. Uniosła twarz. Po­

całunek przepełnił ją błogością. Odwzajemniła go, za­

spokajając własne pragnienia i tęsknoty. 

- Pamiętam, jak jęczałaś cichutko - szepnął jej do 

ucha. - Czasem budzę się w nocy, bo wydaje

1

 mi się, że 

słyszę twój głos, a potem uświadamiam sobie, że to tylko 

sen. Bez przerwy o tobie myślę. Kiedy rozstawiam na­

miot w dżungli, kiedy odbywam ćwiczenia na pustyni, 

kiedy skaczę ze spadochronem. Zawsze i wszędzie. 

Zadrżała. 

background image

216 LAURIEPAIGE 

- To było piękne, Drake. To, co nas łączyło. Piękne, 

szalone, ale nieprawdziwe. 

- Mylisz się. Daliśmy początek nowemu życiu. Ma­

my dziecko. 

- Zachowaliśmy się nieostrożnie. To się nie może po­

wtórzyć. 

Zębami rozpiął guzik u jej bluzki, potem drugi. 

- Masz rację. Ale kiedy trzymam cię w ramionach, 

zapominam o rozsądku. Liczy się tylko ta chwila. 

Opadli na łóżko. Drake rozpiął do końca bluzkę, zsu­

nął ją z jej ramion. 

- Chcę cię czuć. Masz taką aksamitną skórę... 
Nie pozostała dłużna. Drżącymi rękami pomogła mu 

zdjąć starą flanelową koszulę. Po chwili leżeli przytuleni, 

zwróceni do siebie twarzami. 

- Pamiętasz? - szepnął. - Tak leżeliśmy po naszym 

pierwszym razie. 

- Tak, pamiętam - odparła, zagubiona we wspomnie­

niach. - Było cudownie... 

- Magicznie. 
- Też to czułeś? 

- Magię? Nadal czuję. 

- Ja też. 
Podparłszy się na łokciu, opuszkiem palca zaczął ry­

sować kółka na jej piersi. Po chwili na staniku pojawiły 

się dwie wilgotne plamki. Drake odpiął stanik. Na prawej 

brodawce osiadła kropelka mleka. Przysunął się i deli­

katnie ją zlizał. 

- Źródło życia - szepnął. - Tkwi w tobie. Nic dziw­

nego, że stworzyliśmy dziecko. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 217 

Odgarnęła mu włosy z czoła. 

- W tobie też tkwi. Dziecko jest naszym wspólnym 

dziełem. 

- Wiem. Wciąż nie mogę w to uwierzyć. 

- Uwierz. Masz w sobie pokłady ciepła i dobroci. 

Pokręcił głową, jakby nic z tego nie rozumiał. 

- Gdzie ty to widzisz? - spytał. - Bo ja tylko widzę mrok. 

Przytuliła go do siebie, pragnąc go pocieszyć. 

- Ty i malutka... - szepnął. - Jesteście jedynym jas­

nym punktem w mym życiu. 

Leżeli objęci. Pół godziny. Godzinę. Dwie. Pieścił ją, 

całował, dotykał, szeptał do ucha czułości, jakby nie mógł 

się nacieszyć jej bliskością. W jego oczach zagościł spokój. 

- Musimy się pobrać. 
- Nie teraz. 

- A kiedy? - spytał. 
- Nie wiem. 
- Zobaczysz, uda nam się. - W jego głosie brzmiała 

pewność siebie. 

Maya pokręciła głową. 
- Nie jesteś jeszcze gotowy. 
- Obiecaj mi coś - poprosił. 

- Co? 

- Że za pół roku, bez względu na to, czy będę gotowy 

czy nie, zostaniesz moją żoną. 

Starała się zignorować rozpaczliwe bicie swego serca. 

- Zgoda. Jeśli wtedy poprosisz mnie o rękę... 

- Powiemy rodzicom, że się zaręczyliśmy? 

- Wolałabym nie - odparła, nie do końca wierząc, 

że za pół roku będą małżeństwem. 

background image

218 

LAURIE PAIGE 

Przez chwilę milczał, po czym zerwał się z łóżka 

i wyciągnął rękę, by pomóc jej wstać. Ubrawszy się, opu­

ścili pokój. 

- Jeśli chodzi o twoją mamę... - zaczęła Maya. 

- Mam przeczucie, że wkrótce się wszystko wyjaśni. 

Ktoś, może Austin, może Thaddeus, znajdzie wskazówkę, 

którą reszta z nas przeoczyła. Wtedy poznamy prawdę. 

Maya pchnęła drzwi do swojej sypialni. Inez siedziała 

w fotelu bujanym, trzymając Marissę na rękach. Śpiewała 

wnuczce kołysankę po hiszpańsku. 

- Jest grzeczna jak aniołek - powiedziała, dźwigając 

się z fotela. 

Drake wziął od niej córkę i zajął zwolnione miejsce. 
- Kołysanie dziecka... to takie kojące, prawda? 

Inez przeniosła wzrok z Drake'a na Mayę i uśmiech­

nęła się szeroko. 

- Bardzo - rzekła, kierując się do wyjścia. 

Maya dostrzegła swoje odbicie w lustrze. Potargane 

włosy, rozmazana szminka, zaróżowione policzki. 

- O Boże! - jęknęła. 

- Wyglądasz jak kobieta, którą namiętnie całowano 

- powiedział z zadowoleniem Drake. 

Widząc jego zmierzwioną fryzurę i rozpiętą do poło­

wy koszulę, pomyślała sobie: a ty jak mężczyzna namięt­

nie całowany. 

- Dokąd to nas doprowadzi, Drake? - spytała, wy­

powiadając na głos swoje wahania. 

- Do ołtarza, moja droga. 

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

Maya otworzyła oczy i przeciągnęła się. Dawno nie 

czuła się tak wypoczęta. I tak szczęśliwa. 

Ostatni weekend spędzili w trójkę. Drake towarzyszył 

jej na każdym kroku. Kilka razy objął ją, pocałował, przy­

tulił. Wiele czasu poświęcał na zabawę z Marissą. Był 

miły, uczynny, roześmiany. Wspaniały kochanek i czuły 

ojciec - takiej kombinacji trudno się oprzeć. 

Wyjrzała przez okno. Zaskoczona zobaczyła błękit 

nieba. Boże, nastał poranek! Przespała całą noc! 

Zrzuciwszy kołdrę, zerwała się z łóżka. Marissa sma­

cznie spała. Wyglądała tak niewinnie. Po raz pierwszy 

od urodzenia nie domagała się karmienia o piątej rano. 

Czując, że piersi ma nabrzmiałe od mleka, Maya skie­

rowała się do łazienki. Umyła się, ubrała, po czym ruszyła 

do kuchni. Serce zabiło jej mocniej na widok Drake'a. 

Prócz niego w kuchni zastała Inez i nową dziewczynę, 

którą na kilka dni wynajęto do pomocy. 

Miała na imię Elaine; była studentką, która postano­

wiła przerwać na rok studia i w tym czasie pozwiedzać 

kraj. Po północnej Kalifornii podróżowała pierwszy raz 

w życiu. 

- Witamy w naszej części świata - powiedziała Ma­

ya, nalewając sobie kubek kawy i szklankę mleka. 

background image

220 LAUR1E PA1GE 

- Dzięki. Drake opowiadał mi o waszym wspaniałym 

wybrzeżu. Podobno najlepiej widać je z szosy stanowej, 

tyle że ta szosa jest dość kręta... 

Długonoga, opalona, bez makijażu, z jasnymi włosa­

mi sięgającymi pupy, wyglądała tak, jakby całe życie mie­

szkała w Kalifornii. Ale mówiła z typowo południowym 

akcentem. Nic dziwnego: pochodziła z Kentucky. 

Słuchając barwnych opowieści swej rówieśniczki, któ­

ra tyle w życiu widziała i tak wiele przeżyła, Maya po­

czuła się jak prowincjuszka. Ona sama najdalej na po­

łudniu była w San Francisco, a najdalej na północy -

w Ashland w stanie Oregon, dokąd pojechała na festiwal 

szekspirowski. Raz też z rodzicami wybrała się na cało­

dniową wycieczkę do Crater Lakę. To było właściwie 

wszystko. 

Kiedy Inez opuściła kuchnię, Maya poczuła się jak 

piąte koło u wozu. Drake z zainteresowaniem słuchał 

opowieści Elaine, śmiał się z jej przygód, a potem, na 

jej prośbę, opowiedział o paru własnych podróżach do 

różnych egzotycznych zakątków świata. Gadali jak dwoje 

starych przyjaciół, którzy nie widzieli się od lat. 

Maya zjadła połówkę bajgla; na nic więcej nie miała 

ochoty. Po paru minutach wstała od stołu, umieściła brud­

ne naczynia w zmywarce i wróciła do swojego pokoju. 

Tam klapnęła w fotelu i, chcąc nie chcąc, spojrzała 

prawdzie w oczy. Była zazdrosna o tę młodą beztroską 

kobietę, która przemieszczała się z miejsca na miejsce, 

wierząc, że wszędzie sobie poradzi. 

Przycisnęła rękę do nabrzmiałych, obolałych piersi. 

Ona sama nie czuła się ani młoda, ani beztroska. Już 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 221 

jako nastolatka zarabiała na życie, opiekując się dwoma 

najmłodszymi Coltonami. 

Podeszła do śpiącej córeczki. Kiedy kobieta zostaje 

matką, jej system wartości ulega zmianie. To na niej spo­

czywa ciężar odpowiedzialności. Wprawdzie Drake go­

tów był przejąć część obowiązków na siebie, ale... 

Cóż, sama sobie jest winna. Gdyby go posłuchała, by­

liby już małżeństwem. Czy wtedy patrzyłaby bez zazdro­

ści na śliczną Elaine, wolną i beztroską, która robi, co 

jej się żywnie podoba? 

„Nie ma w moim życiu miejsca na żonę..." 

Przełknęła łzy. Nie było miejsca na nią, Mayę Rami-

rez, ale to nie znaczy, że kiedyś, w bliżej nieokreślonej 

przyszłości, Drake nie spotka jakiejś ponętnej, inteligen­

tnej Elaine, którą będzie chciał poślubić. 

Pukanie do drzwi wyrwało ją z zadumy. 

- Proszę! 
Wsunął głowę do środka i przyjrzał się jej uważnie. 

- Co się stało? - Zerknął na dziecko. - Z Marissą 

wszystko w porządku? 

- Tak. Ja tylko... - Nie wiedziała, jaki podać mu po­

wód swojej nieszczęśliwej miny. - Po prostu stoję i się 

nad sobą użalam - przyznała po chwili. 

- Dlaczego? - spytał zdumiony. 

Wzruszyła ramionami; 

- Bo miło jest podróżować, wciąż poznawać nowych 

ludzi... 

Pogłaskał ją czule po twarzy. 

- Jesteś inna, Mayu. Tu jest twoje miejsce. Podejrze­

wam, że rodzice Elaine strasznie się o nią martwią. Ona 

background image

222 

LAURIE PA1GE 

zaś, jak sama wyznała, rzadko do nich dzwoni. Nie przy­

chodzi jej to do głowy. Ty byś tak nigdy nie postąpiła. 

Przypomniała sobie, że on, podobnie jak Elaine, przez 

kilka miesięcy nie dzwonił ani nie pisał. Ogarnął ją je­

szcze większy smutek. Podobno osoba zakochana ma 

ochotę śmiać się, tańczyć. A ona? 

Latem ubiegłego roku była wesoła i beztroska, żyła 

chwilą obecną, podziwiała księżyc na niebie. Teraz po­

nosi konsekwencje swej beztroski. Ma córkę, której za 

nic by nikomu nie oddała, ale i obowiązki. 

Drake delikatnie obrysował palcem jej usta. 
- Słuchając Elaine, zrozumiałem, że ona nawet nie 

zdaje sobie sprawy z własnego egoizmu. To tak jak ja. 

Wydawało mi się, że postąpiłem szlachetnie, odchodząc 

od ciebie, ale teraz sam nie wiem... 

- Może to był słuszny krok? 

- Chyba po prostu stchórzyłem. - Na moment za­

milkł. - Wiesz, Elaine oblała egzaminy i rodzice są na 

nią wściekli. Zamiast stawić czoło problemom, ruszyła 

w świat. Może ja też wolałem uciec, żeby nie myśleć 

o swoich słabościach i porażkach. 

Zmarszczyła czoło. 

- O jakich porażkach? Odnosisz same sukcesy... 

- Nieprawda. Zawiodłem cię. To moja wielka poraż­

ka. Straciłem twoje zaufanie. Kiedy mnie potrzebowałaś, 

byłem daleko. - Roześmiał się gorzko. - W tym jestem 

dobry. Innych pakuję w kłopoty, a sam umykam. 

- Nie jestem dzieckiem, Drake. Wiedziałam, na co 

się decyduję. Nie uwiodłeś mnie, do niczego nie zmu­

szałeś. To nie twoja wina, że... 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 223 

- Jak to nie moja?! - zdenerwował się. - Kochałem 

się z tobą, a potem dałem nogę, zostawiając pożegnalny 

list. Wiedziałem, że duma nie pozwoli ci się za mną uga­

niać. Że to będzie koniec naszego romansu. Chciałem 

go zakończyć. 

Odwróciła się. Nie potrafiła na niego patrzeć, gdy roz­

rywał jej serce na strzępy. 

- Uważałem, że tak będzie lepiej - dodał smętnie. 

- Myliłem się. 

- Teraz to nie ma znaczenia - powiedziała zmęczona. 

Nie zamierzała czynić mu wyrzutów. Skoro nie mogła 

być szczęśliwa, nie było sensu kontynuować dyskusji. 

- Dla mnie ma. Chcę ci wszystko wynagrodzić. Chcę, 

żeby było jak dawniej. Jak w czerwcu ubiegłego roku. 

Ból był nie do wytrzymania. Potrząsnęła głową. 
- To niemożliwe, Drake. Nie można cofnąć czasu. 

- Popatrzyła mu prosto w oczy. - Tego się nie da zrobić. 

Zacisnął zęby. Jego oczy płonęły. Nie zamierzał po­

godzić się z jej decyzją. 

- Masz rację, nie możemy cofnąć czasu - przyznał 

- ale możemy razem iść naprzód. Musimy. Mamy dziec­

ko, które potrzebuje zarówno ojca, jak i matki. 

- Możesz uczestniczyć w jej życiu. Nie będę wam 

zabraniała kontaktów. 

Zaczął krążyć po pokoju, jakby usiłował przetrawić 

to, co przed chwilą powiedziała. Wreszcie stanął przy 

drzwiach. 

- Zatem nie potrafisz mi wybaczyć? Liczyłem na to. 

Zawsze miałaś wielkie serce... - Zamilkł. - Wiesz, co 

mnie najbardziej boli? To, że zawiodłem akurat ciebie, 

background image

224 

LAURIE PAIGE 

mojego najlepszego przyjaciela. Nigdy sobie tego nie da­

ruję. 

Zanim się spostrzegła, wyszedł z pokoju. Cicho jak 

duch. 

Wzięła głęboki oddech; nie była pewna, na czym stoją 

ani jak się sytuacja dalej rozwinie. Ale na razie nie miała 

czasu się nad tym zastanawiać. Bolesny ucisk w piersiach 

przypomniał jej, że powinna nakarmić Marissę. Pochyliła 

się nad koszem. 

- Hej, malutka. Chodź do mamusi na rączki. 

Podnosząc córkę, zorientowała się, że coś jest nie tak. 

Dziecko było rozgrzane, skórę miało parzącą w dotyku. 

Otworzyło oczy, ale niemrawo, jakby było mu wszystko 

jedno, co się z nim stanie. 

Maya chwyciła leżący na komodzie termometr i przy­

łożyła maleństwu do policzka. Przerażona, przycisnęła 

Marissę do piersi i rzuciła się do drzwi. W czasie, gdy 

kłóciła się z Drakiem, ich córka leżała chora! 

- Drake! - Wybiegła na zewnątrz. - Drake, pocze­

kaj! 

Szedł przez ogród w stronę schodów prowadzących 

w dół ku plaży. Nie zatrzymał się. Silny wiatr zagłuszył 

jej słowa. Tuląc do siebie dziecko, przyśpieszyła kroku. 

Po chwili gnała niesiona strachem. 

- Drake! 

Odwrócił się. Ujrzawszy ją, zaczął biec w jej stronę. 
- Marissa... - wysapała. - Ma gorączkę. 

- Ile? 

- Czterdzieści stopni. Musimy jechać do szpitala. 

Skinął głową. Ruszyli pędem do jeepa. Drake dobiegł 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 225 

pierwszy. Przytrzymał drzwi; kiedy Maya wsiadła, za­

trzasnął je i czym prędzej usiadł za kierownicą. 

- Dlaczego mi nie powiedziałaś, że jest chora? - spy­

tał z pretensją w głosie. 

- Nie wiedziałam - przyznała. - Myślałam, że po 

prostu śpi. Zazwyczaj o piątej chce jeść, ale dziś nie do­

magała się karmienia. Kiedy wyszedłeś, postanowiłam ją 

obudzić i dopiero wtedy zobaczyłam... 

- Mogła złapać jakąś infekcję... 
- Chyba nie. Wczoraj wieczorem nic jej nie dolegało. 

Niewiele jadła, ale... Cholera, już wtedy mogła mieć go­
rączkę, a ja nie zauważyłam. Powinnam była sprawdzić 

jej temperaturę. A najpóźniej dziś rano, kiedy zobaczy­

łam, że wciąż śpi. Powinnam... 

- Przestań się zadręczać. Ja też niczego nie zauwa­

żyłem. 

Resztę drogi milczała. Drake usiłował ją pocieszyć; 

tłumaczył jej, że niczemu nie jest winna, ale nie przyj­
mowała tego do Wiadomości. Powinna była się zorien­
tować, że małej coś dolega. 

- Zapalenie gardła - oznajmił lekarz. - Niemowlę­

tom temperatura potrafi błyskawicznie wzrosnąć. Ale pro­

szę się nie martwić, waszej córeczce nic nie będzie. Mo­

żecie ją państwo zabrać do domu, jak tylko Wypełnimy 

wszystkie druczki. Pielęgniarka da wam środek na ob­

niżenie gorączki. Tak na wszelki wypadek... 

Maya słuchała, nie odrywając oczu od córki. Kiedy 

dotarli do szpitala, pediatra Marissy akurat robił obchód. 

Zbadał dziecko, pokiwał mądrze głową, po czym kazał 

background image

226 LAUR1E PAIGE 

podłączyć małą do kroplówki. Wyglądało to dość prze­

rażająco - wielka aparatura przy tak małym ciałku. W po­

łudnie lekarz ponownie zbadał dziecko i oznajmił zanie­

pokojonym rodzicom, że mogą je zabrać do domu. 

- Dziękujemy - powiedział Drake. 

Po chwili zostali sami w pokoju. Drugie łóżeczko sta­

ło puste. Maya siedziała przy Marissie, z ręką wsuniętą 

pomiędzy pręty łóżka. Gładziła córkę, która instynktow­

nie, przez sen, ściskała palec matki. 

- Pierwszy raz leży tak... nieruchomo - szepnęła 

Maya. - Wygląda niemal jakby... jakby... - Słowa „jak­

by nie żyła" nie chciały jej przejść przez gardło. 

- Po prostu odpoczywa. Nic jej nie będzie. 

- Boże! - Maya na moment zamknęła oczy. - Po­

winnam była coś wczoraj zauważyć. Nie miała apetytu. 

Pewnie bolało ją przy przełykaniu, a ja... 

Otoczył ją ramieniem. 

- Przestań. Jesteśmy tylko ludźmi, a ludzie, jak wia­

domo, bywają omylni - stwierdził, ale widział, że żadne 

argumenty do niej nie trafiają. 

- Mogła umrzeć - kontynuowała Maya. - A ja bym 

nawet nie zauważyła. Zżerała mnie zazdrość. Myślałam 

o tobie śmiejącym się z Elaine i... 

- Mój głuptasie! Nie wiesz, że jesteś jedyną kobietą, 

na której mi zależy? Że żadna inna ci nie dorównuje? 

Że poza tobą żadna się nie liczy? 

Potrząsnęła głową. 

Zmusił się, by spojrzeć prawdzie w oczy. Bał się mi­

łości, ponieważ wiedział, jak to jest, kiedy się kogoś ko­

cha, kiedy się wspólnie snuje plany na przyszłość i ma 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 227 

się wspólne marzenia, a potem nagle zostaje się samemu. 

Ból jest nie do wytrzymania. Tak, zakochał się w Mai, 

ale stchórzył. Odrzucił szansę na szczęście, bo przerażała 

go myśl o utracie jej miłości. 

- Wybacz mi - szepnął. - Błagam, wybacz mi. 

Popatrzyła na niego zdumiona. Nie wiedziała, o co 

mu chodzi. Zanim zdążyła o cokolwiek spytać, do pokoju 

weszła pielęgniarka. 

- Potrzebuję podpisu - rzekła z uśmiechem, wręcza­

jąc Drake'owi formularze, po czym pochyliła się nad łó­

żeczkiem Marissy. - Jaka śliczna dziewczynka. I pewnie 

grzeczna? 

- Bardzo - potwierdziła Maya. - Prawie w ogóle nie 

płacze. 

W drodze powrotnej na ranczo Maya nie odzywała 

się, jedynie od czasu do czasu wzdychała głośno. Drake 

zerknął na nią raz i drugi; wiedział jednak, że nie jest 

to odpowiedni moment na prowadzenie rozmowy. 

Dojechawszy na miejsce, wniósł dziecko do pokoju 

Mai. Bez słowa patrzył, jak Maya układa Marissę do ko­

sza, a kosz przesuwa w stronę biurka. Następnie opuściła 

żaluzję, tak by słońce nie wpadało do środka. 

- Zrobię nam kawy - zaproponował. 

Na widok Elaine, która pod czujnym okiem Inez obie­

rała ziemniaki, przypomniał sobie, że ani on, ani Maya 

nic od rana nie jedli. Wyjaśnił Inez, co się stało i że właś­

nie wrócili ze szpitala. Gospodyni natychmiast postawiła 

na tacy miskę z owocami, a obok talerz z kanapkami. 

- Powiedz Mai, żeby się martwiła się o chłppców. 

Zajmę się nimi, kiedy wrócą ze szkoły. 

background image

228 LAURIE PAIGE 

- Dzięki, Inez. - Wrócił pośpiesznie do sypialni. -

Przyniosłem kanapki. 

Maya wciąż kręciła się przy koszu Marissy. 

- Nie jestem głodna. 

Zrobił miejsce na biurku, postawił tacę, po czym wzią­

wszy Mayę za łokieć, posadził ją w fotelu i wręczył ka­

napkę. 

- Jedz. Musisz produkować mleko. 

Popatrzyła na niego zagniewanym wzrokiem. 

- Mówisz tak, jakbym była krową - warknęła, ale 

posłusznie zaczęła jeść. 

Po posiłku wystawił tacę na korytarz - zazwyczaj od­

niósłby ją do kuchni, ale dziś miał ważniejsze sprawy 

na głowie. Chciał odbyć z Mayą poważną rozmowę. 

Siedziała przy biurku. Włosy miała zaczesane do tyłu 

- elastyczna opaska przytrzymywała je na miejscu -

twarz czystą, pozbawioną śladu makijażu. 

- Jesteś najpiękniejszą kobietą, jaką znam - zaczął, 

przysuwając drugie krzesło. - Na ogół w okresie dojrze­

wania dziewczynki tyją albo chudną, mają trądzik, włosy 

im się przetłuszczają, a ty, sam nie wiem kiedy, z uroczego 

dziecka przeistoczyłaś się w młodą atrakcyjną kobietę. 

Spojrzała na niego, jakby oszalał, po czym przeniosła 

wzrok na dziecko. 

- Dokładnie pamiętam moment, kiedy zauważyłem 

zmianę - ciągnął. - Miałaś wtedy siedemnaście lat. Przy­

jechałem do domu, zobaczyłem cię i do końca pobytu 

przewracałem się w nocy na łóżku. Na szczęście całymi 

dniami opiekowałaś się Teddym i Joem, bo gdybym do­

rwał cię samą, chyba nie zdołałbym się oprzeć... 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 229 

Urwał. Obraz siedemnastoletniej Mai zlał się w jego 

wspomnieniach z obrazem nieco starszej Mai - tej, którą 

ujrzał rok temu na przyjęciu z okazji sześćdziesiątych 

urodzin Joego. Miała na sobie białą sukienkę, biały ko­

ronkowy żakiet i jasnoczerwone różyczki we włosach. 

Serce zabiło mu mocniej. Pamiętał ten moment. Wyszedł 

na patio, a ona układała kwiaty w wazonach wokół wiel­

kiego tortu urodzinowego. Popatrzył na nią - i wiedział. 

Już wtedy wiedział. 

- Zeszłego lata... 

Opuściła głowę, żeby ukryć swoje oczy. Często tak 

robiła, gdy nie chciała, by ktoś czytał w jej myślach. 

- Zeszłego lata nie dałem rady - kontynuował. -

Sprawa była beznadziejna. Od pierwszej chwili wiedzia­

łem, co się stanie. I nie pomyliłem się. 

Przygryzła wargę. 
- Przestań, Drake. Nie przypominaj mi, jakie popeł­

niliśmy głupstwo. 

- To nie było głupstwo, Mayu - sprzeciwił się. - To 

było piękne, magiczne przeżycie. Coś, co musiało się 

stać. Coś, co było nam pisane w gwiazdach. 

Westchnęła. Oczywiście miał rację. Nawet gdyby 

z góry wiedziała, jak się wszystko zakończy - że Drake 

wyjedzie bez pożegnania, że zostawi jej list, a oina mie­

siąc później odkryje, że jest w ciąży - nie zrezygnowa­

łaby z tych kilku wspólnie spędzonych tygodni, z jego 

gorących pocałunków, namiętnych pieszczot, miłości. 

Przysunął bliżej krzesło, tak by ich kolana się stykały. 
- Jestem w domu od miesiąca. Przyjechałem z na­

stawieniem, że za dzień, najwyżej dwa, będę żonatym 

background image

230 LA.URIE PAIGE 

mężczyzną. Wszystko miałem dokładnie zaplanowane. -

Roześmiał się cierpko. - Zorientowałem się, że mój plan 

może wziąć w łeb, kiedy zobaczyłem cię na rozpędzonym 

koniu. I faktycznie. Nic nie poszło po mojej myśli. 

- Drake, muszę się pouczyć - przerwała mu. 

- Przecież zdałaś ostatni egzamin. 

- Wiem. Ale nie chcę się z tobą kłócić. 

- Więc nie kłóć się. Po prostu wysłuchaj mnie. Miałaś 

rację, twierdząc, że nie potrafię uwolnić się od przeszło­

ści. Pogodziłem się ze śmiercią Michaela, bo musiałem, 

ale cały czas o nim myślę. Gnębią mnie wyrzuty sumie­

nia. Odzywają się zwłaszcza wtedy, gdy... 

- Gdy jesteś bliski znalezienia szczęścia - powiedzia­

ła, intuicyjnie odgadując prawdę. 

- Tak. Zeszłego roku, kiedy byliśmy razem... Jeszcze 

nigdy się tak nie czułem. Dlatego spanikowałem i uciekłem. 

Ból ścisnął ją za serce. 
- Przeżyłam szok. Obudziłam się, myśląc, że leżysz 

obok, a ciebie nie było. 

- Mówiłem sobie, że chcę ci oszczędzić bólu, ale to 

siebie chroniłem. Gdybym cię stracił... Gdybyś pojechała 

ze mną i coś by ci się stało... nie mogłem ryzykować. 

- Wyciągnął rękę i pogładził ją po policzku. - Podczas 

tej wizyty w domu jednego się nauczyłem. Trzeba zdać 

się na los. Można mieć marzenia, można snuć plany, ale 

wszystkiego nie da się przewidzieć, na przykład, że użądli 

cię pszczoła, że dziecko ci zachoruje... 

Słuchała ze smutkiem; wiedziała, co usiłuje jej po­

wiedzieć - że nie mogą być razem. Ale nie musiał mó­

wić, sama miała tego świadomość. 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 231 

- Albo że się zakochasz - dodał cicho. - Mój los zo­

stał rozstrzygnięty w zeszłym roku, kiedy wyszedłem na 

patio i zobaczyłem ciebie. Od tamtej pory towarzyszysz 

mi stale i wszędzie. Jesteś przy mnie, gdy brnę przez pu­

szczę, gdy przeprawiam się przez morza i góry. Noszę 

cię w sercu... 

- Drake, proszę cię, nie tłumacz mi. Wiem, że znów 

musisz wyjechać... 

Padł przed nią na kolana i objął ją w pasie. 

- Nie muszę. Już nigdy cię nie opuszczę. Jeśli tylko 

dasz mi drugą szansę. - Popatrzył jej głęboko w oczy. 

- Potrzebuję cię, Mayu. Jako przyjaciółkę, jako powier­

nicę, jako żonę. Proszę cię, dziel ze mną życie. Buduj 

ze mną przyszłość. 

Nie wiedziała, co się zmieniło, ale czuła, że coś jest 

inaczej niż dawniej. W oczach Drake'a wciąż czaił się 

smutek, lecz teraz przyćmiewała go nadzieja. 

- Wyzwoliłem się od duchów przeszłości - oznajmił, 

odpowiadając na pytanie, które wyczytał w jej spojrze­

niu. - Powinienem był to zrobić dawno temu. 

- Ale jak...? 

- Kiedy zaczęłaś obwiniać się za chorobę Marissy, 

uświadomiłem sobie, jakie to głupie. Człowiek nie jest 

odpowiedzialny za wszystko, co spotyka jego bliskich. 

Siedząc w szpitalu, zdałem sobie również sprawę z cze­

goś innego. To nie była moja wina, że na widok pędzą­

cego samochodu zjechałem z szosy. Zadziałał instynkt. 

A Michael, zamiast zwiać, zdrętwiał. Stał jak sparaliżo­

wany. 

Widząc straszliwe cierpienie w jego oczach, Maya 

background image

232 

LAURIE PAIGE 

zrozumiała, że Drake wreszcie żegna się z bratem. Po­

chyliwszy się, przytuliła jego głowę do piersi. 

- Nie zjechał na pobocze. Dureń stał wpatrzony w sa­

mochód, który pędził prosto na niego. Chyba... chyba 

nigdy mu tego nie wybaczyłem. Tego, że umarł. 

- Zawsze byliście razem - szepnęła. - A nagle zo­

stałeś sam. - Wyobraziła sobie, jak bardzo musiała mu 

doskwierać samotność. 

- No właśnie. - Przełknął ślinę, po czym wskazał 

głową dziecięce łóżeczko. - Daliśmy jej życie. Ona jest 

naszą przyszłością, twoją i moją. Razem stanowimy jed­

ność. Rodzinę. Pragnę mieć więcej dzieci, ale głównie 

pragnę być z tobą. 

Drżącymi rękami ujęła jego twarz. W oczach Drake'a 

migotały złociste punkciki. Wiedziała, że mówi prawdę. 

- Kocham cię z całego serca. Ponad życie. Proszę cię, 

Mayu, wyjdź za mnie. Udowodnię ci, że jesteś dla mnie 

wszystkim. 

Chciała. Tak strasznie tego chciała! 
- A co z twoją pracą? 
- Jeśli zamieszkasz ze mną w domku na terenie bazy, 

będziemy mieli pół roku na podjęcie różnych decyzji. 

Dasz radę dokończyć studia korespondencyjnie? 

- Tak. Jedynie na końcowy egzamin muszę stawić się 

osobiście. 

- W porządku. Na egzamin dowiozę cię do San Fran­

cisco choćby ze wschodniego wybrzeża. To co? Bierzemy 

ślub? 

Skinęła głową, zbyt wzruszona, by cokolwiek z siebie 

wydusić. Drake roześmiał się cicho, po czym poderwał 

background image

KOCHANKA Z CHARAKTEREM 233 

się na nogi i chwyciwszy Mayę na ręce, zaczął tańczyć 

z nią po pokoju. Kiedy zakręciło mu się w głowie, opadł 

na fotel, który zaskrzypiał głośno, jakby protestując prze­

ciwko takiemu traktowaniu. 

- Kocham cię, maleńka. 

- Ja ciebie też. - Przytuliła się mocno. - Zawsze cię 

kochałam. 

- Szczęściarz ze mnie! 

Całowali się jak para nastolatków, do utraty tchu. Pod­

niecenie wzrastało, gdy wtem rozległ się cichutki pisk, 

a po chwili potężny ryk. 

- Nasza przyszłość przemówiła - oznajmił ze śmie­

chem Drake. 

Maya zmieniła Marissie pieluszkę, a gdy Drake w za­

praszającym geście rozwarł ramiona, usiadła mu z dziec­

kiem na kolanach. 

W milczeniu patrzyli, jak mała ssie. Maya od czasu 

do czasu zerkała na mężczyznę, którego od tylu lat ko­

chała. Wiedziała, że napotkają na swojej drodze prze­

szkody, że pojawią się chwile trudne, ale że w sumie cze­

ka ich wspaniała przyszłość. 

- Uda nam się - powiedział, jakby czytał w jej my­

ślach. - Przeszłość jest ważna; z niej czerpiemy naukę 

na przyszłość. Ale najważniejsza jest teraźniejszość 

i przyszłość. 

Czuł, jak Maya odpręża się, a potem zapada w sen. 

Marissa też spała, posapując cichutko. Siedział szczęśli­

wy, wpatrzony w okno. Wtem na ścieżce prowadzącej 

do strumyka, nad którym spędził niejedno letnie popo­

łudnie, zobaczył chłopca na rowerze; do tylnego błotnika 

background image

234 

LAUR1E PAIGE 

przyczepiona była wędka. Zdumiony wyprostował się na 

fotelu i wytężył wzrok. 

Chłopiec zatrzymał się na szczycie wzgórza i wolno 

odwrócił. Drake znieruchomiał. Chłopiec uśmiechnął się; 

w jego oczach migotały złociste punkciki, ciemne włosy 

powiewały na wietrze. Pomachawszy do Drake'a, wsiadł 

z powrotem na rower i popedałował dalej; chwilę później 

znikł za wzgórzem. 

Drake poczuł ucisk w gardle. 

- Do widzenia, smyku - szepnął. - Miłego wędko­

wania. 

- Co? - spytała sennie Maya. 
- Nic. Kocham cię. 

Przytuliwszy ją mocno, poczuł, jak znikają jego 

tęsknoty, lęki i niepewności, a miłość Mai przenika go 

na wskroś, wypełniając jego serce i duszę. 

Wierzchem dłoni przetarł łzy. Przyszłość Michaela by­

ła tam za wzgórzami; przyszłość jego, Drake, była tu, 

z ukochaną kobietą i ukochaną córeczką. 

Właśnie o takiej przyszłości marzył.