background image

WILLIAM S. BURROUGHS

NAGI LUNCH

background image

WSTĘP

CHOROBA I DELIRIUM: ŚWIADECTWO

Wyzdrowiałem w wieku czterdziestu pięciu lat: ocknąłem się jak ze snu, spokojny i 

zdrowy na ciele i umyśle, jeśli nie liczyć  nadwerężonej wątroby i trupiego wychudzenia, 

powszechnego u tych, co przeżyli... Większość ocalałych ma bardzo mętne pojęcie, co się z 

nimi   działo.   Ja,   zdaje   się   (dokładnie   tego   nie   pamiętam),   prowadziłem   w   delirium 

szczegółowe notatki, które opublikowałem później pod tytułem “Nagi lunch". Sens tytułu, 

podsuniętego   przez   Jacka   Kerouaca,   pojąłem   dopiero   niedawno,   już   po   wyzdrowieniu. 

Znaczy   on   dokładnie   to,   co   znaczy:   NAGI   LUNCH   —   chwila,   gdy   siedzący   przy   stole 

zastygają   nad   tym,   co   mają   na   widelcach.   Choroba   to   narkomania:   byłem   narkomanem 

piętnaście lat. Mam tu na myśli uzależnienie od opiatów (poczynając od opium, a kończąc na 

syntetykach w rodzaju Demerolu czy Palfium). Stosowałem wszystko — morfinę, heroinę, 

Dilaudid,   Eukodal,   Pantopon,   Diokodid,   Diosan,   opium,   Demerol,   Dolofen,   Palfium   — 

wprowadzając je  do swojego organizmu na wszelkie możliwe sposoby: doustnie, dożylnie, 

domięśniowo, doodbytniczo. Igła wcale nie jest najważniejsza. Czy łykasz narkotyki, czyje 

wąchasz, czy wsadzasz je sobie w tyłek, skutek jest zawsze taki sam: uzależnienie. Mówiąc o 

narkotykach,   nie   mam   na   myśli   keifu,   marihuany,   pochodnych   haszyszu,   meskaliny, 

Bannisteria caapi, LSD-6, świętych grzybków czy innych halucynogenów... Brak dowodów, 

że   nadużywanie   halucynogenów   prowadzi   do   zależności   fizycznej.   Działają   one   zupełnie 

inaczej niż pochodne morfiny.  To, że nie rozróżnia się tych dwóch klas narkotyków, jest 

pożałowania godnym skutkiem nadgorliwości państwowych służb do walki z narkotykami w 

USA i innych krajach.

W ciągu piętnastu lat uzależnienia dobrze poznałem działanie wirusa maku. Tworzy 

on piramidy, których wyższe poziomy pożerają niższe (to nie przypadek, że szefowie tego 

interesu   są   zawsze   grubi,   a   narkomani   chudzi).   Istnieje   wiele   piramid   uzależnienia 

pasożytujących na narodach świata, wszystkie oparte na podstawowych zasadach monopolu:

background image

1. Nigdy nie dawaj niczego za darmo.

2. Nigdy nie dawaj więcej, niż musisz 

   (staraj się zawsze, żeby kupujący był głodny, i każ mu czekać)

3. Zawsze wszystko odbierz, jeśli tylko możesz.

Dealerzy   zawsze   wszystko   odbierają.   Narkoman   potrzebuje   coraz   więcej   i   więcej 

maku, by utrzymać ludzką postać... by wykupić się małpie.

Mak to archetyp  monopolu  i opętania.  Narkoman  może  się bronić, ale  nogi i tak 

poniosą   go   tropem   maku,   aż   wróci   do   nałogu.   Mak   można   dzielić   na   dawki:   daje   się 

dokładnie zważyć. Im więcej maku bierzesz, tym mniej go masz; im więcej go masz, tym 

więcej bierzesz. Halucynogeny uchodzą za święte wśród ludów, które się nimi posługują — 

istnieją kulty peyotlu i banisterii, kulty haszyszu i kulty świętych grzybów meksykańskich, 

pozwalających ujrzeć Boga — ale nikt nigdy nie twierdził, że mak jest święty. Nie istnieją , 

kulty opium.  Opium jest wulgarne i wymierne jak forsa. Słyszałem,  że w Indiach istniał 

niegdyś łagodny narkotyk nie wywołujący uzależnienia. Nazywał się soma i przedstawiano 

go   w   postaci   pięknej   błękitnej   fali.   Jeśli   soma   kiedykolwiek   istniała,   wnet   pojawili   się 

dealerzy,   którzy   zamknęli   ją   w   ampułkach,   zmonopolizowali   i   zaczęli   sprzedawać   jako 

pospolity stary mak.

Opiaty to produkt idealny... najwyższa forma towaru. Nie potrzebują reklamy. Klient 

będzie się czołgać w rynsztoku i żebrać, żeby kupić... Handlarz maku nie sprzedaje produktu 

konsumentowi,   tylko   konsumenta   produktowi.   Nie   ulepsza   i   nie   upraszcza   produktu. 

Degraduje i upraszcza klienta. Płaci swoim pomocnikom makiem.

Wirus maku pozwala zrozumieć istotę “zła": algebrę głodu. Istota zła tkwi w głodzie 

totalnym.   Narkoman   to   człowiek   odczuwający   totalny   głód   narkotyku.   W   pewnych 

warunkach głód nie zna absolutnie żadnych granic ani nie podlega żadnej kontroli. Motto 

głodu totalnego brzmi: “Nie będziesz?" Ależ będziesz. Będziesz kłamał, oszukiwał, donosił 

na przyjaciół, kradł, zrobisz wszystko, by zaspokoić głód. Bo znajdziesz się w stanie totalnej 

choroby, totalnego opętania, i nie będziesz mógł postępować inaczej.  Narkomani to chorzy 

ludzie, którzy nie mogą postępować inaczej. Wściekły pies nie może nie kąsać. Kaznodziejski 

ton niczemu nie służy, chyba że chcemy tworzyć pożywkę dla wirusa maku. A mak to wielki 

biznes. Przypominam sobie rozmowę z pewnym Amerykaninem, który pracował w Meksyku 

w Komitecie do Walki z Ospą. Sześćset dolarów miesięcznie plus zwrot kosztów.

background image

— Jak długo będzie jeszcze trwać epidemia? — spytałem.

— Dopóki uda się ją podtrzymać... Tak... Może później wybuchnie w Kolumbii? — 

dodał w rozmarzeniu.

Aby   zmienić   lub   zniszczyć   piramidę   liczb,   trzeba   zmienić   albo   usunąć   liczbę   w 

najniższym rzędzie. Aby zniszczyć piramidę maku, należy zacząć od najniższego poziomu — 

narkomana na ulicy — i przestać walczyć  z wiatrakami, polując na tak zwanych szefów, 

których   w   każdej   chwili   mogą   zastąpić   inni.   Jedynym   constans   w   równaniu   maku   jest 

narkoman na ulicy, który musi brać, żeby żyć. Kiedy nie będzie narkomanów kupujących 

narkotyki, skończy się handel narkotykami. Dopóki istnieje głód maku, dopóty ktoś go będzie 

zaspokajał.

Narkomanów można wyleczyć albo poddać kwarantannie jak chorych na tyfus — to 

znaczy   racjonować   im   morfinę   pod   nadzorem   lekarskim.   Kiedy   to   się   stanie,   piramidy 

narkotykowe   świata   runą.   O   ile   wiem,   jedynym   krajem   stosującym   ową   metodę   walki   z 

narkomanią jest Anglia. W Wielkiej Brytanii jest około pięciuset narkomanów poddanych 

kwarantannie.   Gdy   minie   pokolenie,   gdy   narkomani   poddani   kwarantannie   wymrą   i 

naukowcy   wynajdą   środki   przeciwbólowe   nie   oparte   na   morfinie,   wirus   maku   stanie   się 

czymś w rodzaju wietrznej ospy: zamkniętym rozdziałem, ciekawostką medyczną.

Istnieje już szczepionka, która może relegować wirusa maku w odległą przeszłość. 

Jest to kuracja apomorfinowa wynaleziona przez lekarza angielskiego, którego nazwiska nie 

mogę tymczasem ujawnić, gdyż czekam na zgodę na wykorzystanie fragmentów jego książki 

opisującej   trzydziestoletnie   doświadczenia   w   leczeniu   narkomanów   i   alkoholików. 

Apomorfina to pochodna morfiny powstająca przez podgrzewanie morfiny z kwasem solnym, 

odkryta dawno temu i nie mająca żadnych właściwości narkotycznych ani przeciwbólowych. 

Przez   długie   lata   stosowano   ją   jedynie   w   zatruciach   jako   środek   wymiotny.   Działa   ona 

bezpośrednio   na   tyło   mózgowie.   Odnalazłem   tę   szczepionkę   na   końcu   drogi,   w   fazie 

terminalnej.

Mieszkałem w nędznej klitce w tubylczej dzielnicy Tangeru. Nie kąpałem się od roku, 

nie zmieniałem odzieży ani nie zdejmowałem jej, chyba żeby wbić igłę w szare, drewniane, 

włókniste ciało, co powtarzało się co godzina. Nigdy nie porządkowałem ani nie odkurzałem 

pokoju. Puste pudełka po ampułkach i śmieci sięgały aż do sufitu. Już dawno wyłączono 

elektryczność   i   wodę,   bo   nie   płaciłem   rachunków.   Nie   robiłem   absolutnie   nic.   Mogłem 

wpatrywać się przez osiem godzin w czubek własnego buta. Podrywałem się do działania 

tylko wtedy, gdy pojawił się głód morfiny. Kiedy odwiedzał mnie przyjaciel — a zdarzało się 

to nieczęsto, bo kto miał mnie odwiedzać? — siedziałem apatycznie, nie troszcząc się, czy 

background image

wkracza w moje pole widzenia, czy je opuszcza — szary ekran stawał się coraz  bledszy i 

coraz   bardziej   pusty.   Gdyby   padł   nagle   trupem,   siedziałbym   bez   ruchu   wpatrując   się   w 

czubek buta i czekając, aż będę mógł przejrzeć mu kieszenie. Nie będziesz? Ale przecież 

nigdy nie miałem dość morfiny — nikt nigdy nie ma dość morfiny. Dwa gramy  dziennie i 

ciągle było mi za mało. Czekałem godzinami przed apteką. Handel morfiną opiera się na 

zwłoce. Dealer zawsze się spóźnia. To nie przypadek. W świecie maku nie ma przypadków. 

Narkoman uczy się bez przerwy, co się stanie, jeśli nie zaliczy swojej działki morfiny. Szykuj 

forsę albo zdychaj. I nagle dawki zaczęły rosnąć. Trzy, cztery gramy dziennie. I ciągle było 

mi mało. A na dodatek nie miałem pieniędzy.

Stałem na ulicy z ostatnim czekiem w ręku i zdałem sobie sprawę, że to mój ostatni 

czek. Poleciałem najbliższym samolotem do Londynu.

Lekarz wyjaśnił mi, że Apomorfina działa na tyło mózgowie, regulując metabolizm i 

niszcząc enzymatyczne mechanizmy uzależnienia. Po czterech, pięciu dniach, gdy przemiana 

materii wraca do normy, można odstawić apomorfinę i stosować ją jedynie w razie powrotu 

do   nałogu.   (Nikt   nie   odurza   się   apomorfiną.   Nie   odnotowano   ani   jednego   przypadku 

uzależnienia   od   apomorfiny).   Zgodziłem   się   na   terapię   w   klinice.   Przez   pierwszą   dobę 

zachowywałem się jak chory umysłowo, podobnie jak wielu narkomanów przeżywających 

ostry zespół odwykowy. Po dwudziestu czterech godzinach podawania Apomorfiny delirium 

minęło. Lekarz pokazał mi historię choroby. Otrzymywałem mikroskopijne dawki morfiny, 

które w żaden sposób nie tłumaczyły braku ostrzejszych objawów głodu, jak kurcze nóg i 

żołądka,   gorączka   czy   mój   własny   szczególny   symptom,   tak   zwane   “zimne   palenie"   — 

uczucie, że po skórze biegają tysiące mrówek. Każdy narkoman ma własne indywidualne 

objawy,   które   nie   dają   się   przewidzieć.   Brak   gwałtownych   symptomów   głodu   mogła 

wytłumaczyć jedynie apomorfina.

Przekonałem się, że kuracja apomorfinowa jest naprawdę skuteczna. Po ośmiu dniach 

opuściłem klinikę; jadłem i spałem normalnie. Przez dwa lata nie brałem narkotyków  — 

ostatni raz miałem tak długą przerwę przed dwunastu laty. Wskutek choroby i bólu wróciłem 

do nałogu na kilka miesięcy. Kolejna kuracja umożliwiła mi napisanie tego tekstu.

Kuracja   apomorfinowa   różni   się   jakościowo   od   innych   metod.   Wypróbowałem   je 

wszystkie.   Nagłe   odstawienie,   stopniowe   odstawianie,   kortyzon,   środki   antyhistaminowe, 

trankwilizatory, terapia snem, tolserol, rezerpina. Żadna z owych kuracji nie zakończyła się 

powodzeniem:   wracałem   do   nałogu   przy   pierwszej   sposobności.   Mogę   definitywnie 

stwierdzić, że dopóki nie poddałem się  kuracji apomorfinowej, nie byłem nigdy wyleczony 

pod względem metabolicznym. Przytłaczające statystyki ośrodka w Lexington, świadczące o 

background image

częstym  powrocie do nałogu, doprowadziły lekarzy do przeświadczenia, że narkomania z 

natury jest nieuleczalna. W Lexington stosuje się kurację polegającą na zastąpieniu morfiny 

dolofiną; nigdy nie używano tam apomorfiny. W istocie rzeczy kuracji tej z reguły się nie 

docenia.   Nie   prowadzi   się   żadnych   badań   nad   pochodnymi   apomorfiny   lub   preparatami 

syntetycznymi.   Nie   ulega  wątpliwości,   że   można   wyprodukować   substancje   działające 

pięćdziesiąt razy silniej od apomorfiny i wyeliminować efekty uboczne w postaci wymiotów.

Apomorfina   to   regulator   fizyczny   i   psychiczny,   który   można   odstawić,   gdy   tylko 

spełni swoje zadanie.  Świat zalewają  środki uspokajające i stymulujące,  a ten unikatowy 

specyfik nie wzbudza większego zainteresowania. Żadna z wielkich firm farmaceutycznych 

nie   prowadzi   nad   nim   badań.   Sądzę,   że   badania   naukowe   nad   syntezą   apomorfiny   i   jej 

pochodnymi   otworzą   w   medycynie   nowe   horyzonty,   wykraczające   daleko   poza   problem 

narkomanii.

Hałaśliwa   grupka   przeciwników   szczepień   ochronnych   zwalczała   gwałtownie 

szczepienia przeciwko ospie wietrznej. Niewątpliwie ludzie niezrównoważeni psychicznie lub 

mający w tym osobisty interes podniosą krzyk protestu, gdy odbierze im się przemocą wirusa 

narkotyków.   Narkotyki   to   wielki   biznes:   kręci   się   wokół   niego   mnóstwo   maniaków   i 

manipulatorów.   Nie   powinno   im   się   pozwalać   na   wtrącanie   się   do   pracy   lekarzy.   Wirus 

narkotyczny to w tej chwili światowy problem zdrowotny numer jeden.

Ponieważ “Nagi lunch" traktuje o problemach zdrowia i choroby, jest z konieczności 

brutalny,   obsceniczny   i   niesmaczny.   Chorobie   towarzyszą   często   odrażające   objawy, 

niestrawne dla słabszych żołądków.

Niektóre   partie   książki,   określane   jako   pornograficzne,   są   w   istocie   pamfletem 

przeciwko karze śmierci na kształt “A Modest Proposal" Jonathana Swifta. Mają za zadanie 

pokazać, że kara śmierci to lubieżny,  barbarzyński, niesmaczny anachronizm. Jak zawsze 

lunch jest nagi. Skoro kraje cywilizowane chcą wrócić do obrzędów druidów, którzy wieszali 

ofiary w świętych gajach, albo karmić swoich bogów ludzką krwią, niech widzą, co naprawdę 

jedzą i piją. Niech zobaczą, co się znajduje na końcu długiej gazetowej łyżki.

Piszę   to   w   chwili,   gdy   prawie   skończyłem   dalszy   ciąg   “Nagiego   lunchu". 

Matematyczną ekstrapolację algebry głodu poza wirus narkotyczny. Istnieje wiele rodzajów 

uzależnień i wszystkie podlegają pewnym ogólnym prawidłom. Jak powiedział Heisenberg: 

“Nie jest to może najlepszy z możliwych światów, lecz zapewne najprostszy". Jeśli się go r o 

z u m i e.

background image

POSTSCRIPTUM... NIE BĘDZIESZ?

A mówiąc w swoim imieniu — jeśli człowiek mówi inaczej, równie dobrze może 

zacząć szukać swego protoplazmatycznego tatusia albo komórki macierzystej — nie chcę już 

słuchać   tych   starych   ćpuńskich   bałachów.   Mówiono   to   już   miliony   razy   i   nie   ma   sensu 

cokolwiek powtarzać, bo w świecie ćpunów nic się nigdy nie dzieje. Jedynym pretekstem dla 

tego nużącego konania jest KOP, gdy obwód maku zostaje przerwany przez brak forsy i skóra 

zdycha od przedawkowania czasu. Narkoman na głodzie nie ma wyboru i musi tylko wąchać i 

słuchać... Uważaj na samochody...

Ćpuni zawsze narzekają na zimno, stawiają kołnierze czarnych płaszczy i chwytają się 

za zwiędłe szyje. To zwykłe oszustwo. Narkoman nie chce, żeby mu było ciepło, chce czuć 

zimno,   potrzebuje   zimna   jak   towaru:   nie   na   zewnątrz,   ale   w   środku,   żeby   siedzieć   z 

kręgosłupem   sztywnym   jak   zamarznięty   podnośnik   hydrauliczny,   z   metabolizmem 

zbliżającym   się   do   zera   absolutnego.   Narkomanom   w   fazie   terminalnej   zanika   zupełnie 

perystaltyka   jelit   i   defekacja   jest   możliwa   tylko   po   interwencji   chirurgicznej...   Tak   oto 

wygląda życie w Lodowym Pałacu. Po co się ruszać i tracić CZAS?

Miejsce dla jeszcze jednej, sir.

Niektórzy dostają kopy termodynamiczne. Wymyślili termodynamikę... Nie będziesz?

I   to   jest   rzecz   wiadoma   jak   to,   że   lubię   wiedzieć,   co   jem,   i   vice   versa,   mutatis 

mutandis, jak tam pasuje. Restauracja “Nagi Lunch"... Wchodźcie bez wahania... Dla starych i 

młodych, dla ludzi i zwierząt. Najlepiej wziąć trochę wężowego sadła, naoliwić tryby i puścić 

w   ruch   wesołą   maszynkę.   Po   czyjej   jesteście   stronie?   Hydrauliki?   A   może   chcecie   się 

rozejrzeć z Uczciwym Billem?

Więc tak wygląda światowy problem zdrowotny, o którym pisałem we wstępie. Droga 

przed nami, moi przyjaciele. Czy ktoś coś mówi o brzytwie i oszuście, co wymyślił Billa? Nie 

będziesz? Brzytwa należała do gościa nazwiskiem Ockham i wcale się nią nie pokaleczył. 

Ludwig   Wittgenstein,   “Tractatus   Logico-Philoso-phicus":   “Jeśli   twierdzenie   jest 

niepotrzebne, nic nie znaczy".

A co jest bardziej niepotrzebne niż mak, jak się go nie potrzebuje?

Odpowiedź: Ćpuny, kiedy nie ćpają.

Mówię   wam,   chłopcy,   słyszałem   kilka   nudnych   gadek,   ale   żadna   inna   GRUPA 

ZAWODOWA   nie   potrafi   nawet   się   zbliżyć   do   termodynamicznego   narkomańskiego 

background image

SPOWOLNIENIA.   Ćpuny   uzależnione   od   heroiny   nie   mówią   niczego   ciekawego.   Ale 

palacze opium są aktywniejsi, bo ciągle mają namiot i lampę... i może narządy, niczym gady 

w stanie hibernacji, utrzymujące temperaturę  na poziomie rozmowy: Jak nisko upadły inne 

ćpuny, gdy tymczasem my mamy namiot i lampę, namiot i lampę; tu jest miło i ciepło, miło i 

ciepło, a NA DWORZE JEST ZIMNO... Chłopcy z pompkami nie przeżyją dwóch lat, nawet 

pół roku, zeszli zupełnie na psy. Ale MY nigdy nie zwiększamy DAWKI... nigdy — nigdy, 

tylko   tego   wieczoru,   bo   to   SPECJALNA   OKAZJA,   a   chłopcy   z   pompkami   zdychają   z 

zimna...   Nigdy,   nigdy,   nigdy   nie   będziemy   jeść...   Przepraszani   na   chwilę:   pojadę   na 

wycieczkę do KIESZONOWEGO ŹRÓDŁA ŻYWYCH KROPEL. Kulki opium wepchnięte 

palcem do tyłka, hemoroidy i gówno.

Miejsce dla jeszcze jednej, sir.

Cóż, gdy ruszy ta płyta w miliardowym roku świetlnym i nigdy taśma się nie zmieni, 

my, normalni ludzie, ostro się za ćpunów weźmiemy.

Jedyny   sposób   zabezpieczenia   się   przed   tą   straszliwą   groźbą   to   zamieszkać   z 

Charybdą... Dobre traktowanie, synu... Cukierki i papierosy.

Przeżyłem piętnaście lat pod tym namiotem. Wchodziłem, wychodziłem, wchodziłem, 

wychodziłem, wchodziłem, WYCHODZIŁEM. Wreszcie wylazłem na dobre. Więc słuchajcie 

wujaszka   Billa   Burroughsa,   co   wynalazł   arytmometr   z   podnośnikiem   hydraulicznym   — 

można szarpać dźwignię we wszystkie strony, a dla danych współrzędnych wynik jest zawsze 

taki sam. Wcześnie pobierałem nauki... Nie będziesz?

Makowe   dzieci   wszystkich   krajów,   łączcie   się!   Nie   mamy   nic   do   stracenia   prócz 

dealerów. A ONI są nam NIEPOTRZEBNI.

Spójrzcie,   SPÓJRZCIE   na   makową   drogę,   nim   nią   pójdziecie   do   FATALNEGO 

KOŃCA...

Mądre słowo.

William S. Burroughs

background image

REFLEKSJE O ŚWIADECTWIE

Kiedy   twierdzę,   że   nie   pamiętam   pisania   “Nagiego   lunchu",   jest   to   oczywiście 

metafora;   istnieją   różne   sfery   pamięci.   Morfina   jest   środkiem   przeciwbólowym,   zagłusza 

również ból i przyjemność  płynące  ze świadomości.  Czasami  narkoman  świetnie pamięta 

fakty,   lecz   jego   pamięć   emocjonalna   jest   fragmentaryczna,   a   w   przypadku   ciężkiego 

uzależnienia wręcz zerowa.

Kiedy piszę: “Wirus narkomanii to najważniejszy problem zdrowotny współczesnego 

świata",   mam   na   myśli   nie   tylko   negatywny   wpływ   morfiny   na   zdrowie   jednostki   (przy 

ostrożnym dawkowaniu bywa on minimalny),  lecz także histeryczne reakcje społeczeństw 

nastawionych   przez   środki   masowego   przekazu   i   służby   państwowe   zwalczające   handel 

narkotykami.

Problem narkomanii w swojej obecnej formie powstał w USA ; z uchwaleniem w 

tysiąc   dziewięćset   czternastym   roku   Ustawy   antynarkotykowej   Harrisona.   Histeria 

skierowana przeciwko narkotykom objęła obecnie cały świat i jest śmiertelnym zagrożeniem 

swobód jednostki i praworządnego wymiaru sprawiedliwości.

William S. Burroughs Październik 1991

background image

Czuję,   że   się   zbliżają,   szykują,   rozstawiają   kapusiów   po   peronach   jak   diabelskie 

pionki, mruczą nad łyżką i pompką, które wyrzucam na stacji metra Washington Square. 

Przeskakuje   bramkę,   zbiegam   dwa   piętra   w   dół   żelaznymi   schodami   i   łapię   pociąg   do 

centrum... Drzwi przytrzymuje mi młody, przystojny goguś jak z reklamy pasty do zębów — 

krótkie włosy, renomowany uniwersytet, niezła robota w biurze. Najwyraźniej uważa mnie za 

egzotyczny   okaz   robaka.   Znacie   takich   fagasów   —   spoufalają   się   z   barmanami   i 

taksówkarzami, świetnie się znają na futbolu, zaraz przechodzą z wami na “ty" i klepią was 

po   ramieniu.   Prawdziwy   dupek.   I   nagle   na   peronie   pojawia   się   tajniak   z   brygady 

antynarkotykowej w białym trenczu. (Wyobrażacie sobie śledzenie kogoś w białym trenczu? 

— chyba próbuje udawać pedała). Już słyszę, jak mówi, trzymając w lewej ręce mój aparat, a 

w prawej spluwę:

— Chyba coś ci wypadło, kolego. Ale pociąg już odjeżdża.

— Siemasz, bucu! — ryczę do tajniaka, pokazując mu wała.

Patrzę frajerowi w oczy, zauważam bielutkie zęby, opaleniznę z Florydy, elegancką 

koszulę i garnitur oraz rekwizyt w postaci ilustrowanego tygodnika. 

— Czytam tylko felieton!...

Dupek chce się spoufalić... Mówi, że od czasu do czasu podpala trawkę i mają zawsze 

pod ręką dla kumpli z branży.

— Dzięki, synu — mówię. — Jesteś w porządku. Rozpromienia się głupkowato jak 

podświetlona szafa grająca po wrzuceniu monety.

— Zakapował mnie jeden taki — mówię ponuro. Przysuwam się bliżej i kładę swoje 

brudne   ćpuńskie   paluchy   na   jego   czyściutkim   garniturku.   —   Jesteśmy   braćmi,   stary: 

połączyła nas ta sama brudna igła. Pora, żeby dostał gorącego kopa

1

, mówię ci w zaufaniu.

—   Widziałeś   kiedyś   gorącego   kopa,   synu?   Załatwiliśmy   raz   gościa   w   Filadelfii. 

Założyliśmy w jego pokoju lustro weneckie i kazaliśmy sobie płacić dziesiątkę za wstęp. Nie 

zdążył nawet wyciągnąć igły. Żaden nie zdąży, jak szpryca jest w porządku. Tak ich właśnie 

znajdują, z pompką pełną zakrzepłej krwi zwisającą z sinego ramienia. Wyraz jego oczu, jak 

poczuł, co jest grane... O, synu, to było coś...

Pamiętam,   jak   chodziłem   z   Czajnikiem,   najlepszym   fachowcem   w   branży.   W 

Chicago... Skubaliśmy pedziów w parku Lincolna. Pewnego wieczoru Czajnik przy łazi do 

1 Gorący kop to działka zatrutego towaru sprzedawana narkomanowi, którego chce się 
zlikwidować. Często podawana kapusiom. Zwykle strychnina, smakująca i wyglądająca jak 
autentyczny towar

background image

roboty   w   kowbojskich   butach,   w   czarnej   kamizelce   z   wielką   gwiazdą   szeryfa   i   lassem 

przewieszonym przez ramię. “Co z tobą? — pytam. — Mózg ci się zlasował?"

Patrzy na mnie i mówi: “Do roboty, chłopie". Wyciąga stary zardzewiały rewolwer, a 

ja zwiewam przez park, słysząc kule gwiżdżące dokoła mnie. Nim go gliny dopadły, załatwił 

trzech   pedałów.   Och,   zapracował   na   swoją   ksywkę...   Zauważyłeś,   jak   często   skubacze 

przejmują słowa od gejów? Na przykład “pobór", jak się chce powiedzieć, że się robi w tym 

samym fachu?

“Bierz ją!" 

“Bierz tego ćpunaka!"

“Smutny Bóbr uwodzi go za szybko!"

Pantofel (zdobył tę ksywkę, skubiąc fetyszystów w sklepach z butami) mówi: “Daj 

frajerowi towaru, a wróci, błagając o jeszcze".

Jak Pantofel widzi frajera, zaczyna ciężko dyszeć. Puchnie mu twarz, a wargi robią się 

sine jak u podnieconego Eskimosa. Później powoli, powolutku idzie na gościa i obmacuje go 

długimi przegniłymi palcami.

Froin wygląda jak wiejski chłopaczek, uczciwość płonie mu na twarzy jak błękitny 

neon. Zszedł prosto z okładki ilustrowanego tygodnika i zamarynował się w towarze. Frajerzy 

nigdy mu się nie narowią, a ludzie zawsze mają dla niego drzazgę. Pewnego dnia Błękitny 

Chłopiec zaczyna schodzić na psy; nawet szpitalny sanitariusz wyrzygałby się na jego widok. 

Wariuje w końcu, biega po pustych barach i stacjach metra, wrzeszcząc: “Wróć, chłopcze! 

Wróć!"   Podąża  za   swoim   chłopcem   do   East   River,   wśród   prezerwatyw,   skórek   od 

pomarańczy,   gazet   unoszonych   przez   wiatr,   ku   czarnej   rzece,   na   której   dnie   spoczywają 

gangsterzy   zalani   cementem   i   sprasowane   pistolety,   których   nie   zbadają   już   eksperci   od 

balistyki.

“Co za model! Muszę o nim opowiedzieć chłopakom w klubie!" — myśli goguś. To 

kolekcjoner modeli, więc wycyganiam od niego dziesiątkę i umawiam się z nim, żeby mu 

sprzedać trochę “trawki", jak ją nazywa. “Wcisnę mu kocimiętkę" — myślę. (Przypis: Palona 

kocimiętka pachnie jak marihuana. Często sprzedaje się ją naiwniakom). 

— Cóż, wzywają mnie obowiązki — mówię, klepiąc się przedramieniu. — “Sądź 

sprawiedliwie, a jak nie możesz, kieruj się swoim widzimisię", jak powiedział jeden sędzia 

drugiego.

Włażę do baru i zastaję tam Billa Gainsa, okutanego w cudzy płaszcz; wygląda jak 

chory na reumatyzm bankier z tysiąc dziewięćset dziesiątego roku. Stary Bart, obdarty i nie 

background image

rzucający się w oczy, ugniata brudnymi paluchami makowe ciasto.

Bili   zajmował   się   paroma   moimi   klientami   z   przedmieść,   a   Bart   znał   kilku 

zabytkowych gości z epoki palenia chmielu: widmowych odźwiernych, szarych jak popiół, 

fantazmatycznych   dozorców   zamiatających   starczymi   dłońmi   zakurzone   przedsionki, 

kaszlących   i   plujących   o   świcie   chorym   na   mak,   emerytowanych   paserów   w   teatralnych 

hotelikach,   Pantoponową   Różę,   starą   burdelmamę   z   Peorii,   stoickich   chińskich   kelnerów 

nigdy nie  okazujących  cierpienia.   Odszukiwał  ich,   powolny i  cierpliwy,   i wsączał   w  ich 

bezkrwiste ramiona kilka godzin ciepła.

Raz zrobiłem z nim małą rundkę. Starzy ludzie jedzą bez odrobiny poczucia wstydu; 

człowiekowi chce się rzygać, jak na nich patrzy. Stare ćpuny zachowują się tak samo. Piszczą 

i skomlą na widok towaru. Po brodach cieknie im ślina, burczy im w brzuchu, aż człowiek 

spodziewa  się,   że   za   chwilę   zmienią   się   w   wielką   amebę   i   pochłoną   towar.   Doprawdy, 

niesmaczne.

“Cóż, moi chłopcy będą kiedyś tacy sami — pomyślałem filozoficznie. — Czy życie 

nie jest dziwne?"

Wracam   do   centrum   przez   stację   Sheridan   Square,   na   wypadek   gdyby   tajniak 

przyczaił się w schowku na szczotki.

Nie mogło to trwać długo. Wiedziałem, że depcą mi po piętach, że uprawiają swoją 

złą gliniarską magię, że zamykają moje laleczki w Leavenworth. “Nie ma sensu wbijać w 

niego igieł, Mikę".

Słyszałem, że za pomocą lalki złapali Chapina. W piwnicy komisariatu siedział stary 

gliniarz i dzień w dzień wieszał lalkę przedstawiającą Chapina. A kiedy Chapin zadyndał w 

Connecticut, znaleźli tego starego eunucha ze złamanym karkiem.

Spadł ze schodów — mówili. Znacie te gliniarskie bałachy.

Mak otacza magia, zaklęcia, przesądy. W Mexico City trafiłem na dealera zupełnie na 

ślepo. “Następna ulica w prawo... teraz w lewo, teraz znowu w prawo". Był na miejscu: 

bezzębna twarz starej baby i puste oczy.

Ten dealer nuci melodyjkę, którą podchwytuje każdy, kto go mija. Jest taki szary, 

widmowy   i   anonimowy,   że   klienci   go   nie   widzą   i   myślą,   że   to   oni   sami.   Podśpiewują 

“Smiles", “I'm in the Mood for Love", “They Say We're Too Young to Go Steady" albo inną 

piosenkę   przypadającą   na   dany   dzień.   Czasami   biegnie   za   nim   z   pięćdziesięciu 

szczuropodobnych piszczących ćpunów, a dealer to facet siedzący na plecionym foteliku i 

karmiący łabędzie, tłusta ciota spacerująca z chartem afgańskim, stary pijak sikający pod 

latarnią, radykalny student żydowski rozdający ulotki na Washington Sąuare, chirurg drzew, 

background image

dezynsektor,   reklamowy   goguś   będący   po   imieniu   z   barmanem.   Światowa   organizacja 

ćpunów, nastrojonych na zgniłą nutę maku, dygocących rankiem z zimna w umeblowanych 

pokojach.   (Starzy   narkomani   wdychający   czarny   dym   na   tyłach   chińskich   pralni   i   Mała 

Melancholiczka zdychająca z przedawkowania czasu albo odstawienia oddechu). W Jemenie, 

Paryżu, Nowym Orleanie, Mexico City, Istambule

2

  — trzęsąc się na głodzie, obrzucają się 

ćpuńskimi   wyzwiskami,   których   nikt   nigdy   nie   słyszał,   a   dealer   wychylił   się   z 

przejeżdżającego walca parowego...  

Żywi i martwi, wieszaku, w ciągu i znowu na wieszaku, idą na ślepo za towarem, a 

dealer je kurczaka po chińsku przy Dolores Street, wygoniony z Placu Giełdowego przez 

wyjącą watahę ludzi

3

Stary Chińczyk nabiera wody z rzeki do zardzewiałe puszki, zmywa czarną smołę

4

Cóż, gliniarze mają moją łyżkę i pompkę: tropią mnie telepatycznie, używając do tego 

Ślepego   Willy'ego.   Willy   ma   krągłe   usta   okolone   wrażliwymi,   sterczącymi   czarnymi 

włoskami. Jest ślepy po postrzale w oczy, ma nos i podniebienie wyżarte od hery i wyczuwa 

towar na odległość. Podąża moim tropem przez całe miasto, a gliniarze wpadają do jakiegoś 

pokoju, z którego akurat się wyprowadziłem.

— W porządku, Lee! Wyłaź! Wiemy, że tam jesteś!...

Willy jest podniecony i słychać go stale w mroku (funkcjonuje tylko nocą): skomli, 

wydymając żarłoczne wargi. Jak robią nalot, traci panowanie nad sobą i wygryza dziurę w 

drzwiach. Gdyby gliniarze go nie powstrzymywali, wysysałby soki z każdego ćpuna, którego 

załatwił.

Wszyscy   wiedzieli,   że   napuścili   na   mnie   Ślepego.   A   gdyby   moi   młodzi   klienci 

pojawili   się   kiedykolwiek   w   sądzie   (“Zmuszał   nas   do   okropnych   czynów   lubieżnych   w 

zamian za towar"), pożegnałbym się na zawsze z miastem.

Więc robimy zapas hery, kupujemy używanego studebakera i jedziemy na zachód.

Czajnik skończył jako schizol:

—   Stałem   poza   sobą,   próbując   podtrzymać   siebie   widmowymi   palcami...   Jestem 

widmem i marzę o tym, o czym marzy każde widmo: o ciele. Długo płynąłem przez bez-

wonne aleje przestrzeni, gdzie nie ma życia, tylko brak koloru i brak zapachu śmierci... Nikt 

nie może go poczuć przez różowe jelita pokryte krystaliczną koronką, przez gówno czasu i 

krwiste filtry ciała.

2

 W Istambule burzy się w tej chwili slumsy narkomanów. Jest tam więcej uzależnionych od

 

heroiny niż w 

Nowym Jorku

Ludzie to w nowoorleańskim slangu gliny narkotyków

Smoła to popiół po wypalonym opium

background image

Stał w mrocznej sali rozpraw, z twarzą rozdzieraną przez larwalne żądze mrowiące się 

w   ektoplazmatycznym   ciele   narkomana   (dziesięć   dni   na   głodzie   do  pierwszej   rozprawy), 

ciele, co zanika po pierwszym cichym dotknięciu hery.

Widziałem to na własne oczy. Stracił pięć kilogramów w dziesięć minut, stojąc ze 

strzykawką w jednej ręce i podtrzymując spodnie drugą. Wokół jego niknącego ciała płonęła 

zimna   żółta   aureola,   w   pokoju   hotelowym   w   Nowym   Jorku...   Nocny   stolik   zaśmiecony 

pudełkami-cukierków, kaskady niedopałków wylewające się z trzech popielniczek, mozaika 

bezsennych nocy i wilczych głodów ćpuna kurującego swoje delikatne ciało.

Sąd federalny skazuje Czajnika na mocy Ustawy o linczu i wysyła do specjalnego 

federalnego   zakładu   psychiatrycznego   dla   widm:   precyzyjna,   prozaiczna   wymowa 

przedmiotów...   miednica...   drzwi...   ustęp...   kraty...   oto   one...   to   właśnie   to...   same   linie 

proste... nic poza... ślepa uliczka... i ślepa uliczka w każdej twarzy...

Zmiany fizyczne były z początku powolne, później nagle przyśpieszyły:  odpadanie 

wiotkich tkanek, zanik ludzkich rysów... W krainie całkowitej ciemności usta i oczy stają się 

jednym organem, który kłapie przezroczystymi zębami... Żaden organ nie ma stałej funkcji 

ani miejsca... Wszędzie kiełkują narządy płciowe... Odbytnice otwierają się i zamykają... Całe 

ciało zmienia barwę i gęstość...

Froin staje się niebezpieczny wskutek swoich ataków. Tuż Filadelfią zaczął się ścigać 

z samochodem  policyjnym:  liarze  tylko  zerknęli  na jego gębę i natychmiast  nas zwinęli. 

Siedemdziesiąt dwie godziny w celi z pięcioma ćpunami na głodzie. Nie chciałem pokazywać 

im swoich zapasów; Znaleźliśmy się w oddzielnej  celi dopiero po długich korowodach z 

klawiszem,   który   wziął   kupę   szmalu.   Zapobiegliwi   narkomani,   nazywani   wiewiórkami, 

gromadzą zapasy na wypadek zwinięcia przez gliny. Ja przed każdą szprycą strząsam kilka 

kropel   towaru   do   kieszeni   kamizelki   i   podszewka   jest   sztywna   od   hery.   W   bucie   mam 

plastikową pompkę, a w pasku od spodni agrafkę. Wiecie, to się zwykle opisuje: “Chwyciła 

zardzewiałą agrafkę pokrytą zakrzepłą krwią, wydłubała wielką dziurę w udzie i wbiła w nią 

strzykawkę. Ale potworny głód spowodował, że trzęsły jej się ręce i strzykawka pękła jej w 

nodze (głód owada na pustyni). Co ją to obchodzi? Nie zadaje sobie trudu wyjąć z rany 

odłamków   szkła   i   patrzy   na   swoje   zakrwawione   udo  pustymi   oczyma   rzeźnika.   Co   ją 

obchodzi   bomba   atomowa,   pluskwy,   czynsz,   fundusz   inwestycyjny   pragnący   posiąść   z 

powrotem jej kryminogenne ciało... Słodkich snów, Pantoponowa Różo.

W rzeczywistości trzeba chwycić skórę palcami i przekłuć prędko igłą. Potem wbija 

się pompkę nad dziurą, a nie pod nią, i wstrzykuje powoli roztwór, żeby nie tryskał na boki... 

background image

Kiedy chwyciłem skórę Froina, uniosła się sztywno jak wosk i zastygła, a z dziury wypłynęła 

kropla ropy. Nigdy nie dotykałem żywego ciała tak chłodnego jak ciało Froina w Filadelfii...

Postanowiłem się od niego odczepić, nawet gdybym musiał urządzić duszonkę. (To 

wiejski zwyczaj angielski mający na celu eliminację starców przykutych do łóżka. Rodzina, 

której się to przytrafiło, urządza tak zwaną duszonkę: staruszka przykrywa się poduszkami, a 

potem wszyscy siadają na nich i gawędzą). Froin staje się powoli ciężarem i powinien trafić 

między drzewa. (Zwyczaj afrykański. Starców wyprowadza się tam do dżungli i zostawia).

Ataki Froina stają się coraz częstsze. Gliniarze, portierzy, sekretarki warczą na jego 

widok. Jasnowłosy Bóg stał się pariasem, wcieleniem ohydy.  Skubacze się nie zmieniają, 

tylko pękają, wybuchają — eksplozje materii w chłodnej przestrzeni międzygwiezdnej — 

odpływają   jako   kosmiczny   pył,   pozostawiając   puste   ciała.   Męskie   prostytutki   świata,   nie 

potrafiące   poderwać   tylko   jednego   klienta:   siebie.   Zostawiłem   Froina   stojącego   na   rogu: 

slumsy z czerwonej cegły,  płaty kopciu wirujące na niebie. “Idę obrobić jednego frajera. 

Niedługo wrócę z dobrym  towarem...  Nie, zaczekaj  tutaj  — nie chcę, żeby cię widział". 

Czekaj na mnie na tym rogu, czekaj w nieskończoność. Żegnaj, Froinie, żegnaj, synu... Dokąd 

idą, gdy odchodzą, pozostawiając za sobą puste ciało?

Chicago:   niewidzialna   hierarchia   odmóżdżonych   makaroniarzy,   zapach   zwiędłych 

gangsterów, trupioblade widma przy North i Halstead, Cicero, Park Lincolna, dealerzy snów, 

przeszłość nawiedzająca teraźniejszość, stęchła magia szaf grających i moteli.

Do   wnętrza   kontynentu:   anteny   telewizyjne   na   bezsensownym   niebie.   Ludzie 

cmokający nad dziecinnymi łóżeczkami w domach odpornych na życie. Tylko młodzi są w 

miarę, a nie są zbyt  długo młodzi. (W barach East Saint Louis leży martwa granica, dni 

przejażdżek łodzią). Illinois i Missouri, miazmaty budowniczych kopców, pokorne modły do 

Źródła Pożywienia, okrutne i odrażające obrzędy, wstrętny kult Boga Stonogi sięgający od 

Moundville do księżycowych pustyń na wybrzeżach Peru.

Ameryka nie jest młoda: była stara, zdeprawowana i zła jeszcze przed pionierami, 

przed   Indianami.   Zło   tylko   czekało.   I   zawsze   gliniarze:   grzeczni   policjanci   stanowi, 

wykształceni  w  college'u,   uprzejmie  proszący  o dokumenty,   elektroniczne   oczy  taksujące 

samochód   i   bagaż,   odzież   i   twarz;   wrzeszczące   fiuty   z   wielkich   miast,   prowincjonalni 

szeryfowie mówiący cichym tonem z czymś  czarnym i groźnym w starych oczach barwy 

spłowiałej flanelowej koszuli...

I   zawsze   kłopoty   z   autami:   w   Saint   Louis   przehandlowaliśmy   studebakera   model 

tysiąc dziewięćset czterdzieści dwa (miał wadę konstrukcyjną, podobnie jak Froin) za starą 

limuzynę Packarda. Zagrzała jej się chłodnica i ledwie dojechaliśmy do Kansas City. Potem 

background image

kupiliśmy forda, ale strasznie żarł benzynę, więc zamieniliśmy go na dżipa, który z kolei nie 

wytrzymał tempa (dżipy są do niczego na autostradzie), aż w  końcu wróciliśmy do starego 

forda V-8. Nie ma lepszego wozu, żeby gdzieś dojechać, choć żre benzynę Jak cholera.

Amerykańska nuda, najgorsza nuda na świecie, gorsza niż w Andach, w wysokich 

górskich   miasteczkach,   zimny   wiatr   wiejący   ze   szczytów,   powietrze   rzadkie   jak   śmierć, 

miasta nad rzekami w Ekwadorze, malaria szara jak towar pod czarnym stetsonem, strzelby 

ładowane od przodu, sępy na grząskich ulicach — gorsza od nudy, gdy schodzisz z promu do 

Malmö w Szwecji i już po chwili masz dość: odwrócone oczy przechodniów i cmentarz w 

środku miasta (w Szwecji miasta buduje się wokół cmentarzy) i nic do roboty po południu, 

ani baru, ani kina, więc wypaliłem ostatnią porcję herbaty z Tangeru i powiedziałem: “K. E., 

natychmiast wracamy na prom".

Ale nie ma gorszej nudy niż w Stanach. Nie wiadomo, skąd się bierze. Jeden z barów 

na   końcu   podejrzanej   ulicy   —   każda   ulica   ma   własny   bar,   aptekę,   sklep   z   alkoholem. 

Wchodzisz do środka i nuda wali cię po gębie. Tylko skąd się bierze? Co jest jej źródłem?

Nie barman, nie klienci, nie stołki pokryte  kremowym  plastikiem, nie przyćmiony 

neon. Nawet nie telewizor.

A nałóg narastał wraz z nudą: braliśmy coraz więcej, żeby wytrzymać. A na dodatek 

kończył nam się towar. W końcu utknęliśmy w nędznym miasteczku, pijąc syrop od kaszlu. 

Wyrzygaliśmy   syrop  i   jechaliśmy  coraz  dalej  —  zimny  wiosenny  wiatr   świszczał  wokół 

naszych spoconych, dygocących ciał: kiedy kończy się towar, zawsze pojawia się zimno... 

Naprzód przez nagi pejzaż, zdechłe pancerniki na szosie, sępy nad bagnami, karpy cyprysów. 

Motele ze ścianami z dykty, piece gazowe, cienkie różowe koce.

Wędrowni skubacze i ćpuni wykończyli kruków Teksasu...

Nikt zdrowy na umyśle nie zaryzykowałby wpadki w Luizjanie. Stanowa ustawa o 

zwalczaniu narkomanii.

Wreszcie   przyjechaliśmy   do  Houston,  gdzie  znałem  aptekarza.  Nie  byłem  tam  od 

pięciu lat, ale popatrzył na mnie, ocenił szybko sytuację, kiwnął głową i powiedział:

— Poczekaj za ladą...

Usiadłem i wypiłem filiżankę kawy. Po chwili aptekarz wrócił, usiadł koło mnie i 

spytał:

— Czego chcesz?

- Litr nalewki opiumowej i sto tabletek Nembutalu.

Kiwnął głową.

— Przyjdź za pół godziny. Wreszcie wręczył mi paczkę i rzekł:

background image

— Piętnaście  dolarów... Uważaj  na siebie... Wstrzykiwanie  nalewki opiumowej  to 

ciężka sprawa: najpierw trzeba odparować alkohol, wytrącić kamforę i odciągnąć pompką 

brązowy płyn. Na dodatek musisz trafić prosto w kanał, bo inaczej robi się wrzód, a zresztą 

zwykle i tak się robi. Najlepiej jest pić... Więc przelewamy opium do starej butelki i ruszamy 

do Nowego Orleanu. Mijamy fosforyczne jeziora, pomarańczowe pochodnie płonącego gazu, 

bagna,   wysypiska   śmieci,   aligatory   pełzające   po   potłuczonych   butelkach   i   blaszanych 

puszkach,   neonowe   arabeski   moteli,   alfonsów   obrzucających   wyzwiskami   przejeżdżające 

samochody...

Nowy   Orlean   to   umarłe   muzeum.   Obchodzimy   Plac   Giełdowy   i   natychmiast 

znajdujemy dealera. To niewielka dziura i gliny dobrze wiedzą, kto handluje, więc dealer 

kładzie na nich laskę i sprzedaje wszystkim, jak leci. Robimy zapas hery i przeskakujemy do 

Meksyku.   Lakę   Charles,   kraina   martwych   szaf   grających,   południowy   kraniec   Teksasu, 

szeryfowie nienawidzący czarnuchów taksują nas wzrokiem i sprawdzają papiery wozu. Po 

przetoczeniu granicy meksykańskiej coś opada z człowieka: pejzaż uderza cię prosto między 

oczy: pustynie, góry, sępy kołujące wysoko na niebie. Inne latają tak blisko, że słychać lichy 

szelest   skrzydeł.   Kiedy   coś   zauważą,   nurkują   w   dół   (druzgocąco   błękitnego   nieba... 

Jechaliśmy przez całą noc, dotarliśmy o świcie do ciepłej mglistej doliny: ujadające psy i 

szum płynącej wody.

— Thomas i Charlie — powiedziałem.

— Co takiego?

— Tak się nazywa to miasteczko. Poziom morza. Wjeżdżamy stąd na trzy tysiące 

metrów.

Wziąłem  w   kanał   i  poszedłem  spać  na   tylnym   siedzeniu.   Była  dobrym   kierowcą: 

zauważyłem to, jak tylko dotknęła kierownicy.

W Mexico City Lupita siedzi niczym Matka Ziemia Azteków i rozdaje papierki z 

towarem.

—   Handel   to   większy   nałóg   niż   branie   —   mówi   Lupita.   Nieuzależnieni   dealerzy 

wpadają w nałóg ocieractwa, podobnie jak gliniarze. Na przykład Bradley Kupiec. Najlepszy 

agent   wydziału   do   walki   z   narkotykami.   Każdy  wziąłby   go   za   ćpuna.   Może   podejść   do 

dealera i natychmiast go załatwić. Jest taki widmowy, szary i anonimowy, że dealer później 

go nie pamięta. Więc Bradley załatwia jednego po drugim...

Cóż,   Bradley   wygląda   coraz   bardziej   jak   ćpun.   Nie   może   pić.   Nie   może   jeść. 

Wypadają mu zęby. (Kobiety w ciąży tracą zęby, karmiąc cudze dziecko, a ćpuny tracą żółte 

kły, karmiąc małpę). Cały czas ssie cukierki.

background image

— Doprawdy, czuję niesmak, gdy patrzę na Bradleya, jak ssie te okropne cukierki — 

mówi jeden z gliniarzy.

Bradley robi się szarozielony. Jego organizm produkuje własny towar czy coś w tym 

stylu. Można powiedzieć, że nosi w sobie własnego dealera.

— Mam ich wszystkich w dupie — mówi. — Jestem jedynym samowystarczalnym 

facetem w mieście.

Po jakimś czasie czuje w kościach czarny wicher. Łapie młodego ćpuna i wręcza mu 

papier.

— W porządku — mówi chłopiec. — Czego chcesz?

— Po prostu poocierać się o ciebie i zaspokoić.

— Och... Cóż, dobra... Ale nie możesz tego zrobić jak człowiek?

Później chłopak siedzi z dwoma kolesiami.

—   Najbardziej   niesmaczna   rzecz,   jaką   kiedykolwiek   przeżyłem   —   powiada.   — 

Zmienił się w kupę galarety i otoczył  mnie ze wszystkich  stron. Na koniec pozieleniał  i 

domyśliłem się, że ma orgazm... O mało się nie porzygałem... Śmierdział jak stara zgniła 

marchew.

— Łatwo go zaliczyłeś. Chłopiec wzdycha z rezygnacją.

— Tak, chyba można się przyzwyczaić do wszystkiego. Umówiłem się z nim na jutro.

Bradley   jest   w   coraz   gorszym   stanie.   Musi   się   ładować   co   pół   godziny.   Łazi   po 

komisariatach i przekupuje klawiszy, żeby go wpuszczali do cel pełnych ćpunów. Dochodzi 

do tego, że nic go nie może zaspokoić. W końcu wzywa go nadinspektor:

—   Bradley,   krążą   o   panu   pewne   pogłoski...   dla   pańskiego   własnego   dobra   mam 

nadzieję, że to tylko pogłoski... tak niewiarygodnie obrzydliwe, że... Żona Cezara... hm... Cóż, 

wydział musi być  poza wszelkimi podejrzeniami...  a już na pewno takimi podejrzeniami. 

Przynosi   pan   wstyd   całej   naszej   profesji.   Jestem   gotów   przyjąć   pańską   natychmiastową 

dymisję.

Bradley rzuca się na podłogę i czołga w stronę nadinspektora.

—  Nie,  szefie,   nie...  Wydział   to  całe  moje   życie!...  Całuje  nadinspektora  w   rękę, 

wpychając sobie jego palce ust (nadinspektor czuje bezzębne dziąsła), i skarży się, stracił 

zęby “fsłuspie".

— Błagam, szefie, będę wycierał panu tyłek, mył pańskie brudne kondomy, czyścił 

buty własnym nosem...

— To doprawdy niesmaczne! Nie ma pan dumy? Budzi pan we mnie wstręt. Jest w 

panu coś, hm,  zgniłego, i śmierdzi  pan jak pryzma  kompostu. — Nadinspektor unosi do 

background image

twarzy perfumowaną chusteczkę. — Proszę natychmiast opuścić ten gabinet.

Zrobię   wszystko,   szefie,   wszystko!   —   Na   zużytej,   zielonkawej   twarzy   Bradleya 

pojawia się straszliwy uśmiech. — jestem ciągle młody, szefie, i silny, jak się rozgrzeję.

Nadinspektor wymiotuje w chusteczkę i wskazuje wiotką dłonią drzwi. Bradley wstaje 

i patrzy na szefa z rozmarzeniem. Jego ciało zaczyna się wyginać, płynie do przodu...

— Nie! NIE!!! — wrzeszczy nadinspektor.

— Mniam, mniam, mniam...

Po godzinie znajdują Bradleya drzemiącego w fotelu nadinspektora, który zniknął bez 

śladu. Sędzia:

— Wszystko wskazuje na to, że w jakiś niewiarygodny sposób... eee... zasymilował 

pan nadinspektora. Niestety, nie ma na to żadnych dowodów. Zaleciłbym umieszczenie pana 

w   specjalnym   zakładzie,   ale   nie   znam   miejsca   odpowiedniego   dla   człowieka   pańskiego 

pokroju. Dlatego muszę wypuścić pana na wolność.

—   Powinno   się   go   trzymać   w   akwarium   —   mówi   policjant,   który   dokonał 

aresztowania.

Bradley   sieje   trwogę   w   całym   mieście.   Znikają   ćpuny   i   agenci.   Przypomina 

nietoperza-wampira:   wydziela   wilgotną   zieloną   mgłę,   która   znieczula   ofiary   i   czyni   je 

bezsilnymi. Załatwiwszy kogoś, kryje się gdzieś na kilka dni jak nażarty boa dusiciel. W 

końcu przyłapują go, gdy trawi szefa biura do walki z narkotykami, i niszczą miotaczami 

płomieni. Komisja dochodzeniowa wydaje werdykt, że było to uzasadnione, gdyż Bradley 

przestał być człowiekiem i stanowił zagrożenie dla całej branży narkotykowej.

W Meksyku trzeba znaleźć miejscowego ćpuna mającego prawo kupić legalnie co 

miesiąc pewną ilość towaru. Naszym dealerem okazał się Stary Ike, który spędził większość 

życia w Stanach.

— Podróżowałem z Irene Kelly, fajną babką. W Butte w stanie Montana dostała świra 

od kokainy i zaczęła biegać po hotelu wrzeszcząc, że chińscy policjanci gonią ją z tasakami 

do mięsa. Znałem raz gliniarza z Chicago, co wąchał kokainę. On też zwariował i zaczął 

ryczeć, że gonią go federalni. Wypadł na podwórko i wsadził łeb do kubła od śmieci. “Co 

robisz?" — pytam, a on na to: “Spadaj, bo cię kropnę. Dobrze się schowałem".

Bierzemy teraz kokę. Wal prosto w kanał, synu. Czujesz ją, czystą i zimną, a potem 

czysta rozkosz płynąca przez mózg, gdy zapalają się połączenia kokainowe. Twoja głowa 

eksploduje.   Po   dziesięciu   minutach   potrzebujesz   następnej   szprycy...   pójdziesz   po  nią   na 

piechotę na drugi koniec miasta. Ale jak nie możesz zdobyć koki, jesz, śpisz i zapominasz o 

wszystkim.

background image

To głód samego mózgu, bez czucia i bez ciała, widmowy głód, zgniła ektoplazma 

wypluta przez starego ćpuna kaszlącego o świcie.

Pewnego ranka  budzisz się, bierzesz  i  czujesz robaczki  pod skórą. Drzwi  blokują 

gliniarze z tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego, faceci z czarnymi wąsami, wykrzywionymi 

twarzami   i   odznakami   z   błękitnej   emalii   i   złota.   Gramolą   się   przez   okna...   Przez   pokój 

maszerują ćpuny,  śpiewając muzułmańską  pieśń pogrzebową, niosą ciało Billa  Gainsa ze 

stygmatami płonącymi widmowym błękitnym ogniem. Paranoidalni detektywi wąchają twój 

nocnik.

Świr   kokainowy...   Usiądź   wygodnie,   odpręż   się   i   strzel   sobie   porządną   działkę 

dobrego maku.

W Cuernavaca, a może Taxco? Jane spotkała alfonsa grającego na trąbce i utonęła w 

kłębach dymu herbacianego. Alfons był artystą i filozofem — degradował kobiety, zmuszając 

je do przyjmowania swoich teorii. Nieustannie je wykładał... a potem odpytywał dziewczynki 

i groził, że odejdzie, jeśli nie przytoczą z pamięci ostatniego wygłoszonego przezeń steku 

bzdur.

— Posłuchaj, mała: chcę cię czegoś nauczyć. Jeśli cię to nie interesuje, to nie moja 

sprawa.

Był  rytualnym  palaczem herbaty,  bardzo purytańsko nastawionym  do opiatów, jak 

niektórzy   herbaciarze.   Twierdził,   że   herbata   pozwala   mu   nawiązać   kontakt   z   wyższymi, 

uduchowionymi sferami bytu. Wiedział absolutnie wszystko: jaki rodzaj bielizny jest zdrowy, 

kiedy pić wodę, jak podcierać tyłek. Miał czerwoną lśniącą gębę, wielki spłaszczony nochal i 

małe czerwone oczka, które zapalały się, gdy patrzył na dziewczynkę, i gasły, kiedy patrzył 

na cokolwiek innego. Był bardzo szeroki w barach; wydawał się prawie garbaty. Zachowywał 

się,   jakby   inni   mężczyźni   nie   istnieli;   zwracał   się   do   kelnerów   w   restauracjach   za 

pośrednictwem kobiet. Żaden mężczyzna nie wdarł się nigdy do jego tajemnego sanktuarium.

Alfons przyniósł cybuchy z herbatą. Zaciągnąłem się trzy razy, a Jane spojrzała na 

niego i zamarła. Zerwałem się na równe nogi, wrzasnąłem: “Boję się!" i wybiegłem z domu. 

Wypiłem piwo w małej restauracyjce — ozdobny szynkwas, wyniki ligi piłkarskiej, plakaty 

korridy — i złapałem autobus do miasta.

W rok później usłyszałem w Tangerze, że Jane nie żyje.

background image

BENWAY

Zostałem asystentem doktora Benwaya z firmy Islam S. A.

Doktora Benwaya wysłano jako doradcę do Freelandii, republiki wolnej miłości i łaźni 

publicznych. Mieszkańcy są uprzejmi, uczynni, uczciwi, tolerancyjni i nade wszystko czyści. 

Jednakże obecność Benwaya  wskazuje, że nie wszystko jest tam w porządku: Benway to 

manipulator   i   koordynator   systemów   znaków,   ekspert   w   dziedzinie   przesłuchań,   prania 

mózgów i warunkowania. Nie widziałem Benwaya od czasu jego pośpiesznego wyjazdu z 

Annexii, gdzie doprowadził kraj do totalnej demoralizacji. Pierwszą decyzją Benwaya była 

likwidacja obozów koncentracyjnych oraz zakaz masowych aresztowań i tortur, chyba że z 

rzadka, w pewnych szczególnych okolicznościach.

— Nie znoszę brutalności — mawiał. — Jest nieskuteczna. Jednakże długotrwałe złe 

traktowanie, jeśli stosować je zręcznie, wywołuje lęk i poczucie winy. Należy pamiętać o 

kilku naczelnych zasadach. Obiekt nie może uważać złego traktowania za antyhumanitarny 

atak na swoją indywidualną tożsamość. Musi czuć, że zasłużył na wszystko, co go spotyka, 

bo dopuścił się czegoś strasznego (choć bliżej nie sprecyzowanego). Nagi przymus należy 

zamaskować   arbitralną,   skomplikowaną   biurokracją,   aby   obiekt   nie   miał   bezpośredniego 

kontaktu z przeciwnikiem.

Obywatele Annexii musieli stale nosić przy sobie całą teczkę dokumentów. Obywatela 

można było zatrzymać  na ulicy o każdej porze dnia i nocy;  inspektorzy,  występujący po 

cywilnemu,   w   rozmaitych   mundurach,   często   w   kostiumie   kąpielowym   albo   piżamie, 

niekiedy   nago,   tylko   z   identyfikatorem   przyczepionym   do   lewego   sutka,   sprawdzali 

poszczególne dokumenty i stemplowali je. W trakcie późniejszej kontroli obywatel musiał 

okazywać prawidłowo wbite stemple z ostatniej inspekcji. Jeżeli inspektor zatrzymał większą 

grupę ludzi, sprawdzał i stemplował tylko kilku jej członków. Pozostali trafiali później do 

aresztu,   gdyż   nie   mieli   ostemplowanych   dokumentów.   Areszt   nazywano   “zatrzymaniem 

tymczasowym";   więzień   mógł   wyjść   na   wolność   dopiero   wtedy,   gdy   jego   zeznanie 

wyjaśniające, podpisane, uwierzytelnione i prawidłowo ostemplowane, zostało przyjęte przez 

wicedyrektora Departamentu Wyjaśnień. Ponieważ dygnitarz ów pojawiał się w biurze bardzo 

rzadko, a zeznanie wyjaśniające należało dostarczyć osobiście, aresztowani spędzali tygodnie 

i miesiące w nie ogrzewanych poczekalniach pozbawionych krzeseł i toalet.

background image

Dokumenty wypisywane  kiepskim atramentem blakły,  upodabniając się do starych 

kwitów z lombardu. Nieustannie trzeba było wyrabiać nowe. Obywatele biegali jak szaleni z 

jednego urzędu do drugiego, usiłując dotrzymać nierealnych terminów.

Z miasta usunięto ławki, wyłączono fontanny, zniszczono kwiaty i drzewa. Na dachu 

każdego bloku mieszkalnego (wszyscy mieszkali w blokach) umieszczono wielkie dzwonki 

elektryczne, które wydzwaniały kwadranse. Ich wibracje wyrzucały ludzi z łóżek. Przez całą 

noc po niebie błądziły światła reflektorów (nikt nie miał prawa instalować abażurów, zasłon, 

okiennic ani żaluzji).

Nikt   na   nikogo   nie   patrzył   z   powodu   surowego   zakazu   czynienia   komukolwiek 

dwuznacznych  propozycji  seksualnych.  Zamknięto  kawiarnie i bary.  Alkohol można  było 

nabyć  tylko  za specjalnym  zezwoleniem;  trunek uzyskany w  ten sposób nie mógł  zostać 

sprzedany, podarowany ani w żaden sposób przekazany komukolwiek innemu, przy czym 

obecność   drugiej   osoby   w   pomieszczeniu   stanowiła   dowód   spisku   mającego   na   celu 

nielegalny obrót alkoholem.

Nikomu   nie   pozwalano   ryglować   drzwi,   a   policja   dysponowała   kluczami   do 

wszystkich mieszkań w mieście. Policjanci wpadali do mieszkania w towarzystwie telepaty i 

zaczynali rewizję.

Telepata  wskazywał  policjantom to, co człowiek starał się ukryć:  tubkę wazeliny, 

gruszkę   do   lewatywy,   chusteczkę   pokrytą   spermą,   broń,   nielegalnie   zdobyty   alkohol. 

Podejrzanych  poddawano wyjątkowo upokarzającym  przeszukaniem, którym  towarzyszyły 

ironiczne,  uwłaczające   uwagi.   Mężczyzn   rozbierano   do   naga   i   smarowano   im   odbytnice 

wazeliną; wielu okazywało się utajonymi homoseksualistami. Policjanci przyczepiali się do 

pierwszego lepszego przedmiotu, na przykład wycieraczki do stalówek.

— Do czego to niby służy?

— Wycieram tym stalówki.

— Aha, wycierasz stalówki.

— Wszystko jasne...

— To chyba wystarczy. Idziemy.

Po kilku miesiącach obywatele chowali się po kątach jak znerwicowane koty.

Policja Annexii tropiła również agentów, sabotażystów i dysydentów politycznych. 

Oto poglądy Benwaya na temat przesłuchiwania podejrzanych:

— Na ogół unikam tortur — mobilizują one opór — ale groźba ich zastosowania 

bywa użyteczna, gdyż wywołuje u obiektu pożądane poczucie beznadziejności i wdzięczności 

wobec śledczego, który unika takich  środków. Tortury można  stosować z korzyścią,  gdy 

background image

obiekt przyjmuje je jako zasłużoną karę. Opracowałem kilka procedur dyscyplinarnych tego 

typu. Jedna z nich to tak zwana “tablica rozdzielcza". W zębach obiektu mocuje się wiertła 

elektryczne, które mogą być w każdej chwili włączone; w odpowiedzi na dzwonki i światełka 

obiekt ma naciskać przełączniki na tablicy rozdzielczej. Za każdym razem gdy popełnia błąd, 

wiertła   włączają   się   na   dwadzieścia   sekund.   Sygnały   stopniowo   przyśpieszają,   aż   obiekt 

przestaje   sobie   radzić.   Po   półgodzinie   przy   tablicy   załamuje   się   niczym   przeciążony 

komputer.

Badanie komputerów rzuca więcej światła na funkcjonowanie mózgu niż introspekcja. 

Ludzie Zachodu eksternalizują samych siebie w formie urządzeń technicznych. Ładowałeś 

kiedyś   kokainę   prosto   w   kanał?   To   czysta   rozkosz,   której   doświadcza   się   mózgiem, 

bezpośrednia   stymulacja   ośrodków   przyjemności.   Przyjemność   morfiny   odczuwa   się 

trzewiami. Po szprycy wsłuchujesz się w siebie. Ale kokaina to elektryczność przepuszczona 

przez mózg, potrzeba bez ciała i bez uczuć. Mózg naładowany kokainą to zwariowana szafa 

grająca błyskająca błękitnymi i różowymi światełkami w elektrycznym orgazmie. Komputer 

mógłby  odczuwać   przyjemność  z  kokainy,  pierwsze  ohydne   mrowienie  owadziego   życia. 

Głód  kokainy trwa tylko kilka godzin, dopóki utrzymuje się pobudzenie drażnionych przez 

nią   nerwów.   Oczywiście   taki   sam   efekt   mógłby   wywołać   przepływający   przez   nie   prąd 

elektryczny...

Po pewnym czasie nerwy się zużywają, podobnie jak żyły, i narkoman musi znaleźć 

nowe. Żyły powoli się regenerują; zręcznie je zmieniając, ćpun może sobie jakoś poradzić. 

Ale komórki mózgowe niestety się nie regenerują i jak się skończą, ćpun jest naprawdę w 

pieprzonej sytuacji.

Tłum   nagich   idiotów   sięgający   aż   do   widnokręgu:   kucają   w   skwarze   na   starych 

kościach,   ekskrementach,   zardzewiałym   żelastwie.   Kompletna   cisza   —   zniszczono   ich 

ośrodki   mowy   —   słychać   tylko   syk   iskier   i   przypalanego   mięsa,   gdy   przykładają   sobie 

elektrody   do   kręgosłupów.   W   nieruchomym   powietrzu   wisi   biały   dym.  Grupka   dzieci 

przywiązała idiotę drutem kolczastym do słupa, rozpaliła mu ognisko między nogami i patrzy 

ze zwierzęcą ciekawością na płomienie liżące go po udach. Owadzie podrygi ciała w ogniu.

Wróćmy   do   tematu.   Dopóki   nie   uzyskamy   głębszej   wiedzy   o   elektronice, 

podstawowym narzędziem sędziego śledczego pozostają narkotyki. Barbiturany są naturalnie 

bezużyteczne.   Każdy,   kogo   można   złamać   takimi   środkami,   ulegnie   również   dziecinnym 

metodom   stosowanym   w   amerykańskich   komisariatach   policji.   Skopolamina   ułatwia 

przełamanie oporu, ale niszczy pamięć: agent może chcieć wyjawić swoje tajemnice, lecz nie 

potrafi   ich   sobie   przypomnieć   albo   miesza   rzeczywistość   z   fikcją.   Niezłe   rezultaty   dają 

background image

meskalina, harmalina, LSD-6, bufotenina i muskaryna. Bulbokapnina wywołuje stan podobny 

do   katatonii...   Obserwowano   przypadki   automatycznego   posłuszeństwa.   Bulbokapnina   to 

depresor tyłomózgowia: prawdopodobnie inaktywuje ośrodki ruchowe w podwzgórzu. Inne 

narkotyki wywołujące eksperymentalną schizofrenię — meskalina, harmalina, LSD-6 — są 

stymulatorami  tyłomózgowia. W schizofrenii tyłomózgowie jest na przemian pobudzane i 

pozbawiane   bodźców.   Po   katatonii   następuje   często   okres   pobudzenia   i   aktywności 

motorycznej,   kiedy   wariat   biega   po   oddziale,   sprawiając   kłopoty   personelowi.   Otępiali 

schizofrenicy   nie   chcą   się   w   ogóle   ruszać   i   spędzają   czas   leżąc   w   łóżku.   Za   przyczynę 

schizofrenii  uważa się często zaburzenia  mechanizmów  regulacyjnych  zlokalizowanych  w 

podwzgórzu   (myślenie   przyczynowo-skutkowe   kiepsko   opisuje   procesy   metaboliczne   — 

ograniczenia istniejącego języka). Automatyczne posłuszeństwo najskuteczniej wywołuje się 

za pomocą bulbokapniny podawanej na przemian z LSD-6 i wzmocnionej kurarą.

Istnieją inne metody. U badanego można wywołać głęboką depresję, podając mu przez 

kilka dni duże dawki amfetaminy. Można wywołać psychozę, podając duże dawki kokainy 

lub   Demerolu   albo   odstawiając   nagle   barbiturany.   Obiekt   można   uzależnić   od 

dihydroksyheroiny,   a   później   nagle   ją   odstawić   (ta   pochodna   morfiny   jest   pięciokrotnie 

silniejsza od heroiny, toteż objawy głodu są również ostrzejsze).

Istnieją różnorakie “metody psychologiczne", na przykład przymusowa psychoanaliza. 

Badanego zmusza się do wolnych skojarzeń przez godzinę dziennie (jeśli czas nie odgrywa 

roli).   “Nie   bądź   taki   negatywny,   chłopcze.   Tatuś   był   brzydki?   Pobawmy   się   w   tablicę 

rozdzielczą".

Przypadek   pewnej   agentki,   która   zapomniała   swojej   prawdziwej   tożsamości   i 

uwierzyła w fikcyjną — przebywa ona ciągle w Annexii — podsunął mi inną sztuczkę. Agent 

powinien zaprzeczać, że jest agentem, i upierać się przy swojej legendzie. Więc dlaczego nie 

posłużyć   się   psychologicznym   dżu-dżitsu   i   nie   wziąć   tego   za   dobrą  monetę?   Czemu   nie 

sugerować, że fikcyjna tożsamość jest prawdziwa i że nie ma żadnej innej? Autentyczna 

tożsamość   agenta   staje   się  wówczas   częścią   jego   podświadomości,   czyli   nie   podlega 

świadomej   kontroli   i   można   ją   odkryć   w   stanie   hipnozy.   Normalnego   heteroseksualnego 

mężczyznę   można   uczynić   w   ten   sposób   pedałem...   wzmocnić   latentne   skłonności 

homoseksualne,   pozbawić   kobiet   i   poddać  stymulacji   homoseksualnej.   Później   narkotyki, 

hipnoza i...

Benway skinął wymownie dłonią.

—   Badanych   można   poddawać   upokorzeniom   seksualnym.   Nagość,   stymulacja 

afrodyzjakami, nieustanny nadzór, by nie dopuścić do masturbacji (w razie erekcji podczas 

background image

snu włącza się automat, który wyrzuca badanego z łóżka do basenu z lodowatą wodą, co 

redukuje   do   minimum   liczbę   polucji).   Można   zahipnotyzować   księdza   i   powiedzieć,   że 

zjednoczy się wkrótce z Barankiem — a później wprowadzić mu do odbytu penis starego 

tryka. Śledczy uzyskuje w ten sposób kontrolę hipnotyczną — badany przybiegnie do nogi na 

jedno gwizdnięcie, będzie srał na podłogę, jeśli się powie: “Sezamie, otwórz się!" Naturalnie 

upokorzenia   seksualne   zupełnie   nie   działają   na   jawnych   homoseksualistów.   Pamiętam 

jednego chłopca, którego uwarunkowałem, by robił kupę na mój widok. Później myłem mu 

tyłek i przelatywałem go. Doprawdy, smakowite. Był zresztą ślicznym chłopcem. Czasami 

wybuchał płaczem, bo nie mógł powstrzymać ejakulacji, jak go pieprzyłem. Cóż, wyraźnie 

widać, że istnieją niezliczone możliwości, niczym kręte ścieżki w wielkim pięknym ogrodzie. 

Badałem te sprawy bardzo pobieżnie na życzenie bonzów partyjnych. Cóż, son cosas de la 

vida.

Docieram   do   Freelandii,   czystej   i   nudnej,   mój   Boże.   Benway   kieruje   Centralnym 

Ośrodkiem Warunkowania. Pytam o kogoś.

— El Hassein został latahem, eksperymentując z automatycznym  posłuszeństwem. 

Męczennik nauki...

(Latahowie występują w Azji Południowo-Wschodniej. Chociaż zdrowi na umyśle, 

imitują każdy ruch przechodnia na ulicy, gdy przyciągnie się ich uwagę pstrykając palcami 

lub   wydając   głośny   okrzyk.   Postać   mimowolnej   hipnozy.   Niekiedy   ranią   się,   próbując 

naśladować ruchy kilku ludzi naraz).

— Przerwij mi, jeśli usłyszysz atomowy sekret...

Twarz Benwaya zachowuje swoją formę, choć może lada chwila ulec niewymownemu 

rozszczepieniu lub metamorfozie. Przypomina trochę rozmazaną fotografię.

— Chodź — mówi Benway. — Oprowadzę cię po ośrodku.

Idziemy długim białym korytarzem. Głos Benwaya przenika do mojej świadomości z 

nieokreślonego miejsca... bezcielesny, niekiedy głośny i wyraźny, niekiedy ledwie słyszalny, 

niczym muzyka zagłuszana przez wiatr...

— Izolowane społeczności, jak tubylcy z Archipelagu Bismarcka. Nie istnieje w nich 

jawny   homoseksualizm.   Przeklęty   matriarchat.   Wszystkie   matriarchaty   są   anty 

homoseksualne,   konformistyczne   i   nudne.   Jeśli   znajdziesz   się   w   społeczności   opartej   na 

matriarchacie, idź do najbliższej granicy, ale nie biegnij. Jak zaczniesz biec, prawdopodobnie 

zastrzeli   cię   jakiś   sfrustrowany   gliniarz,   latentny   pedał.   Czy   warto   tworzyć   przyczółki 

homogeniczności   w   ruinach   takich   jak   Europa   Zachodnia   czy   USA?   Kolejny   pieprzony 

matriarchat,  pomimo  Margaret Mead... Same kłopoty.  Walka na skalpele z kolegą w sali 

background image

operacyjnej. Moja asystentka pawianica skoczyła  na pacjenta i rozszarpała go na strzępy. 

Podczas   bójki   pawiany   atakują   zawsze   najsłabszego.   Całkiem   słusznie.   Nie   wolno   nigdy 

zapominać   o   naszym   wspaniałym   małpim   rodowodzie.   Moim   przeciwnikiem   był   doktor 

Browbeck.   Emerytowany   specjalista   od   aborcji   i   handlarz   narkotyków   (ukończył   kurs 

weterynaryjny), powołany z powrotem do służby wskutek braku personelu. Cóż, doktorek 

spędził cały ranek w kuchni szpitalnej, podszczypując pielęgniarki i wdychając gaz świetlny, 

a tuż przed zabiegiem wziął ukradkiem dla kurażu podwójną działkę gałki muszkatołowej.

W   Anglii,   a   zwłaszcza   w   Edynburgu   ludzie   odurzają   się   gazem   świetlnym 

przepuszczonym   przez   mleko   w   proszku.   Wyprzedają   się   ze   wszystkiego,   żeby   płacić 

rachunki   za  gaz,  a jak przychodzi  wreszcie  inkasent,   by go  zamknąć,  wrzeszczą   na całe 

miasto. Człowiek mający ochotę na gaz mówi: 

"Czuję na plecach ten stary piec".

Gałka   muszkatołowa.   Cytuję   z   artykułu   autora   w   “Brytyjskim   Przeglądzie 

Narkotycznym" [por. Dodatek]:

“Skazańcy i marynarze odurzają się niekiedy gałką muszkatołową, łykając ją z wodą. 

Sensacje są dość podobne jak po marihuanie, choć towarzyszą  im ból głowy i nudności. 

Indianie południowoamerykańscy stosują kilka narkotyków z rodziny gałki muszkatołowej. 

Zwykle wąchają sproszkowaną roślinę. Czarownicy zażywający gałkę muszkatołową wpadają 

w trans pozwalający przepowiadać przyszłość".

— Miałem kaca po yage i nie chciałem słuchać idiotyzmów Browbecka. Na początku 

powiedział, że powinienem ciąć na plecach, a nie na brzuchu, bo rozlanie się pęcherzyka 

żółciowego   zepsuje   mięso.   Myślał,   że   patroszy   kurczaka.   Kazałem   mu   iść   do   kuchni   i 

wsadzić z powrotem łeb do pieca, a on miał czelność odepchnąć moją rękę, co doprowadziło 

do   przecięcia   tętnicy   udowej   pacjenta.   Tryskająca   krew   oślepiła   anestezjologa,   który 

wrzeszcząc  wybiegł z sali operacyjnej. Browbeck usiłował kopnąć mnie w podbrzusze, ale 

wykastrowałem go skalpelem. Czołgał się po podłodze, dźgając mnie w nogi. Yioletta — 

moja asystentka pawianica, jedyna kobieta, na jakiej mi kiedykolwiek zależało — dostała 

prawdziwego szału. Wszedłem na stół operacyjny i już miałem skoczyć obiema nogami na 

Browbecka, gdy wpadli policjanci.

Cóż,   bójka   w   sali   operacyjnej,   “nieprawdopodobne   wydarzenie",   jak   określił   to 

dyrektor. Zupełnie mnie to wykończyło. Atakowano mnie ze wszystkich stron. Ukrzyżowanie 

— oto jedyne właściwe słowo. Oczywiście popełniłem w życiu kilka głupot, ale kto ich nie 

popełnia? Kiedyś ja i anestezjolog wypiliśmy cały eter i pacjent wstał ze stołu; innym razem 

oskarżono mnie o kradzież kokainy i uzupełnienie braku proszkiem do mycia ustępów. Tak 

background image

naprawdę zrobiła to Yioletta. Oczywiście musiałem ją osłaniać...

Na  koniec  wylali  nas   ze  szpitala.   Yioletta   nie  była   naturalnie  prawdziwą  lekarką, 

podobnie   jak  Browbeck;   zakwestionowano   nawet  mój   dyplom.  Ale   Yioletta  znała  się   na 

medycynie lepiej niż stu profesorów. Miała niesłychaną intuicję i poczucie obowiązku.

Siedziałem bezczynnie w swoim mieszkaniu, bez dyplomu. Czy powinienem zmienić 

fach?   Nie,   mam   medycynę   we   krwi.   Utrzymałem   pewność   ręki,   dokonując   aborcji   po 

zaniżonych   cenach   w   toaletach   na   stacjach   metra.   Upadłem   tak   nisko,   że   zaczepiałem 

ciężarne kobiety na ulicach. Kompletny zanik etyki. Wreszcie spotkałem wspaniałego faceta, 

Placentę Juana, który dorobił się na młodych cielętach podczas wojny. Cielę może zostać 

zarżnięte,   dopiero   gdy   osiągnie   wiek   sześciu   tygodni.   Wcześniej   grożą   za   to   wysokie 

grzywny.  Cóż, Juanito miał  flotyllę  frachtowców  pływających  pod banderą abisyńską dla 

uniknięcia   kłopotów.   Dał   mi   posadę   lekarza   okrętowego   na   pokładzie   “Filariasis", 

najbrudniejszej   łajby,   jaka   żeglowała   kiedykolwiek   po   morzach.   Jedną   ręką   operowałem, 

drugą odganiałem szczury, a z sufitu spadały pluskwy i skorpiony.

Po  co  komu   homogeniczność?  Można  ją  osiągnąć,   ale   to  kosztuje.   Wyszło  mi   to 

bokiem... Oto jesteśmy... Ulica Nudy.

Benway   kiwa   dłonią   i   otwierają   się   drzwi.   Przechodzimy   przez   próg   i   drzwi   się 

zamykają. Długa, nieskazitelnie czysta sala: nierdzewna stal, lśniące białe kafelki, łóżka pod 

jedną ścianą. Nikt nie pali, nikt nie czyta, nikt nie rozmawia.

— Chodź i przypatrz im się — mówi Benway. — Nie krępuj się.

Podchodzę i staję naprzeciw mężczyzny siedzącego na łóżku. Patrzę mu w oczy. Są 

kompletnie puste.

—   NUM   —   mówi   Benway.   —   Nieodwracalne   uszkodzenie   mózgu.   Nadmiar 

wolności, można powiedzieć... Ciężar dla naszego ośrodka.

Przesuwa ręką przed oczami mężczyzny.

—   Tak,   ciągle   mają   odruchy.   Popatrz.   Wyciąga   z   kieszeni   tabliczkę   czekolady, 

rozwija   z   cynfolii   odsuwa   mężczyźnie   pod   nos.   Mężczyzna   wącha.   Zaczyna   poruszać 

szczękami i wykonywać ruchy chwytne. Ślina cieknie mu z ust i wisi na podbródku. Burczy 

mu w brzuchu. Cały zaczyna się wić. Benway robi krok do tyłu i unosi czekoladę. Mężczyzna 

pada na kolana, odrzuca głowę do tyłu i szczeka. Benway rzuca czekoladę. Mężczyzna usiłuje 

chwycić ją zębami, pudłuje, chodzi na czworakach, wydając skomlące dźwięki. Wczołguje się 

pod łóżko, odnajduje czekoladę i wpycha sobie obiema rękami do ust.

— Boże! Ci kretyni nie mają cienia wstydu! Benway wzywa sanitariusza, który siedzi 

na końcu sali, czytając tom dramatów J. M. Barriego.

background image

— Zabierz stąd tych kretynów. Są tylko ciężarem. Odstraszają turystów.

— Co z nimi zrobić?

— Skąd u licha mam wiedzieć? Jestem naukowcem, zajmuję się czystą nauką. Po 

prostu zabierz ich stąd. Nie mogę na nich patrzeć. Są ohydni.

— Ale jak to załatwić?

—   Drogą   służbową.   Zatelefonuj   do   koordynatora   okręgowego   czy   jak   się   teraz 

nazywa... co tydzień nowy tytuł. Wątpię, czy w ogóle istnieje.

Doktor   Benway   przystaje   koło   drzwi   i   ogląda   się   na   mężczyznę   z   uszkodzeniem 

mózgu.

— Jedna z naszych porażek — mówi. — Cóż, wypadek przy pracy.

— Czy kiedykolwiek dochodzą do siebie?

— Nigdy, ach, nigdy nie dochodzą do siebie! — nuci cicho Benway. — Następny 

oddział jest bardzo interesujący.

Pacjenci stoją grupkami, rozmawiając i plując na podłogę. W powietrzu wisi szara 

mgiełka morfiny.

— Widok, od którego serce rośnie — mówi Benway. — To narkomani czekający na 

dealera. Pół roku temu wszyscy byli schizofrenikami. Niektórzy spędzili wiele lat w łóżkach. 

Popatrz tylko na nich.

W   całej   swojej   praktyce   nie   widziałem   nigdy   narkomana   będącego   jednocześnie 

schizofrenikiem,  a   narkomani   należą  zwykle   do  typu   schizoidalnego.   Jak  się   chce  kogoś 

wyleczyć,  trzeba  się  dowiedzieć,  kto jest zdrowy.  Więc  kto nie  ma  schizofrenii?  Ćpuny. 

Nawiasem mówiąc, w Boliwii istnieje pewien górski obszar, gdzie nie występują psychozy. 

Chciałbym  tam pojechać, nim mieszkańcy się zdegenerują: dokona tego nauka czytania i 

pisania,   reklamy,   telewizja,   bary.   Chętnie   zbadałbym   ich   metabolizm:   dieta,   narkotyki, 

alkohol, seks i tak dalej. Kogo obchodzi, co myślą? Pewnie te same nonsensy co inni.

Dlaczego   narkomani   nie   chorują   na   schizofrenię?   Jeszcze   nie   wiem.   Schizofrenik 

może ignorować głód i zagłodzić się na śmierć, jak się go nie karmi. Narkoman nie może 

ignorować głodu heroiny. Nałóg zmusza do kontaktów z ludźmi.

Ale   to   tylko   jeden   punkt   widzenia.   Meskalina,   LSD-6,   rozłożona   adrenalina, 

harmalina   wywołują   zaburzenia   podobne   do   schizofrenii,   więc   schizofrenia   to 

prawdopodobnie psychoza metaboliczna. Schizofrenicy produkują własny narkotyk, mają w 

sobie dealera, można powiedzieć. (Zainteresowanych czytelników odsyłam do Dodatku).

W   terminalnej   schizofrenii   tyłomózgowie   ulega   trwałemu   zahamowaniu,   a 

przodomózgowie prawie nie działa, gdyż przodomózgowie aktywizuje się w odpowiedzi na 

background image

stymulację płynącą z tyłomózgowia.

Morfina działa na tyłomózgowie podobnie jak schizofrenia. (Proszę zwrócić uwagę na 

podobieństwo   między   objawami   głodu   a   odurzeniem   yage   czy   LSD-6).   Ostatecznym 

skutkiem zażywania morfiny, a zwłaszcza dużych dawek heroiny jest trwałe zahamowanie 

tyłomózgowia i stan podobny do terminalnej schizofrenii: całkowity zanik uczuć, autyzm, 

otępienie. Narkoman może osiem godzin gapić się w ścianę. Jest świadomy otoczenia, ale nie 

budzi ono w nim żadnych emocji ani w ogóle go nie interesuje. Przypominanie sobie okresu 

ciężkiej narkomanii jest jak odtwarzanie wstecz taśmy magnetofonowej z zapisem wydarzeń 

doświadczanych jedynie przez przodomózgowie. Prozaiczne konstatacje faktów. “Poszedłem 

do sklepu i kupiłem kilo cukru. Wróciłem do domu i zjadłem pół pudełka. Strzeliłem sobie 

dwieście miligramów". W owych wspomnieniach uderza zupełny brak nostalgii. Jednakże 

kiedy tylko zmniejszają się dawki morfiny, w organizmie pojawia się substancja stymulująca.

Jeśli przyjemność to rozładowanie napięcia, morfina rozładowuje napięcie związane z 

życiem. Odłącza podwzgórze, ośrodek energii psychicznej i libido.

Niektórzy   z   moich   uczonych   kolegów   (bezimienne   dupki)   sugerują,   że   morfina 

stymuluje bezpośrednio ośrodek orgazmu w mózgu. Sądzę, że w istocie rzeczy zaburza cykl 

polegający   na   narastaniu   i   rozładowywaniu   napięcia.   Ćpun   nie   potrzebuje   orgazmu. 

Narkoman nie odczuwa nudy, świadczącej zawsze o nie rozładowanym napięciu. Może się 

gapić przez osiem godzin na własny but. Jedyną rzeczą, która podrywa go do działania, jest 

głód narkotyczny.

Na   dalekim   krańcu   sali   sanitariusz   unosi   metalową   żaluzję   i   chrząka   jak   wieprz. 

Narkomani biegną w jego stronę, śliniąc się i mlaskając.

— Mądry facet — mówi Benway. — Żadnego szacunku dla godności ludzkiej. Teraz 

pokażę panu oddział dla lekkich zboczeńców i kryminalistów. Tak, kryminaliści są u nas 

uznawani za zboczeńców. Nie walczą z prawami Freelandii. Chcą po prostu obejść kilka 

paragrafów.   Odrażające,   lecz   niezbyt   groźne.   Korytarzem   prosto...   Ominiemy   oddziały 

dwadzieścia trzy, osiemdziesiąt sześć, pięćdziesiąt siedem i dziewięćdziesiąt siedem... oraz 

laboratorium.

— Czy homoseksualiści są również uznawani za zboczeńców?

—   Nie.   Proszę   pamiętać   o   Archipelagu   Bismarcka.   Nie   ma   tam   jawnego 

homoseksualizmu.   Dobrze   funkcjonujące   państwo   policyjne   nie   potrzebuje   policji. 

Homoseksualizm   po   prostu   nie   przychodzi   nikomu   do   głowy...   W   matriarchacie 

homoseksualizm   to   przestępstwo   polityczne.   Żadna   społeczność   nie   toleruje   otwartego 

odrzucenia  swoich   podstawowych   praw. Nie  żyjemy   w  matriarchacie,  inszallah.  Zna  pan 

background image

eksperymenty ze szczurami, które poddawano elektrowstrząsom i oblewano zimną wodą, gdy 

zbliżały   się   do   samic?   Wszystkie   stały   się   pedałami.   Właśnie   taka   jest   etiologia 

homoseksualizmu. Kiedy pracowałem krótko jako psychoanalityk, jeden z pacjentów zaczął 

szaleć z miotaczem płomieni, dwóch popełniło samobójstwa, a jeden zdechł na kozetce jak 

szczur tropikalny (szczury tropikalne zdychają, gdy nagle znajdą się w sytuacji bez wyjścia). 

Rodzina zaczęła się mnie czepiać, a ja powiadam: “Cóż, wypadek przy pracy. Wynieście stąd 

tego sztywniaka. Źle działa na moich żywych pacjentów". Zauważyłem, że wszyscy pacjenci 

homoseksualiści objawiają silne podświadome ciągotki heteroseksualne, a wszyscy pacjenci 

heteroseksualni podświadome ciągotki homoseksualne. Kręci się od tego w głowie, nie?

— I co z tego wynika?

— Wynika? Nic. To po prostu luźne spostrzeżenie. Jemy lunch w gabinecie Benwaya, 

gdy nagle dzwoni telefon.

—   Co   takiego?...   Potworne!   Fantastyczne!...   Kontynuujcie   i   czekajcie.   Odkłada 

słuchawkę.

— Natychmiast przyjmuję posadę w Islam S.A. Zdaje się, że komputer oszalał, grając 

w   sześciowymiarowe   szachy   z   technikiem,   i   uwolnił   wszystkich   pacjentów.   Musimy   się 

wycofać na dach. Wygląda na to, że czeka nas ewakuacja helikopterem.

Z dachu Ośrodka Warunkowania rozciąga się straszliwy widok. Przed kawiarniami 

stoją pacjenci z nieodwracalnym uszkodzeniem mózgu, nici śliny wiszą im na podbródkach, 

w brzuchach burczy; inni ejakulują na widok kobiet. Latahowie z małpim uporem naśladują 

przechodniów. Narkomani splądrowali apteki i szprycują się na każdym rogu... W parku w 

malowniczych pozach stoją katatonicy... Ulicami biegają pobudzeni schizofrenicy, wydając 

nieartykułowane, nieludzkie okrzyki. Grupa częściowo uwarunkowanych pacjentów otoczyła 

wycieczkę   złożoną   z   homoseksualistów:   na   twarzach   pacjentów   błąkają   się   odrażające, 

dwuznaczne uśmiechy.

— Czego chcecie? — warczy jeden z pedałów.

— Zrozumieć was.

Grupa wyjących simopatów huśta się na żyrandolach, balkonach i gałęziach drzew, 

srając i sikając na przechodniów. (Simopata — zapomniałem fachowej nazwy choroby — to 

osoba przekonana, że jest małpą. Szczególnie często zdarza się to poborowym, ale przechodzi 

im, gdy tylko wyjdą z wojska). Po ulicach biegają furiaci, szablami ucinając ludziom głowy; 

na ich nieobecnych twarzach igra rozmarzony uśmiech... Maniacy seksualni trzymają się za 

penisy   i   krzykiem   błagają   turystów   o   pomoc...   Arabscy   demonstranci   wrzeszczą   i   wyją, 

background image

kastrując, patrosząc, ciskając butelki z benzyną... Chłopcy robią taneczne striptizy z jelitami, 

kobiety  wpychają w siebie ucięte genitalia, rzucają się na wybranych mężczyzn... Fanatycy 

religijni  przemawiają  do  tłumu  z  helikopterów,   ciskając   w   dół  deszcz   kamiennych   tablic 

zapisanych bezsensownymi przesłaniami... Ludzie przebrani za lamparty rozdzierają innych 

na   strzępy   stalowymi   szponami,   rycząc   i   chrząkając...   Członkowie   Towarzystwa 

Kanibalistycznego Kwakiutlów odgryzają nosy i uszy...

Koprofag   prosi   o   talerz,   sra   na   niego,   zjada   gówno   i   krzyczy:   “Mniam-mniam! 

Pycha!"

Batalion   rozszalałych   nudziarzy   włóczy   się   po   ulicach   i   foyer   hotelowych   w 

poszukiwaniu   ofiar.   Intelektualny   awangardzista   (“Jedynymi   tekstami   godnymi   uwagi   są 

czasopisma naukowe") dał komuś zastrzyk z bulbokapniny i ma zamiar przeczytać mu artykuł 

na   temat   wykorzystania   neohemoglobiny   w   leczeniu   granulomy   rozsianej.   (Artykuł   to 

oczywiście bełkot, który spreparował i wydrukował).

Jego   pierwsze   słowa:   “Jestem   waszym   autorytetem,   do   czego   predysponuje   mnie 

inteligencja". Złowieszcze słowa, mój chłopcze... Kiedy je usłyszysz, natychmiast uciekaj.

Anglik   z   kolonii,   wspomagany   przez   pięciu   młodych   policjantów,   więzi   kogoś   w 

barze klubu: “Zna pan Mozambik?" — pyta i rozpoczyna nie kończącą się opowieść o swojej 

jej malarii. “Więc lekarz powiedział mi tak: «Mogę panu doradzić tylko jedno: wyjechać stąd. 

Inaczej   —   pochowam   pana».   Prowadził   również   przedsiębiorstwo   pogrzebowe.   Dorabiał 

trochę na boku, od czasu do czasu grzebiąc któregoś ze swoich pacjentów". Po trzecim dżinie 

przerzuca się na dyzenterię. “Zdumiewająca biegunka. Jasnożółta, o zmiennej konsystencji".

Podróżnik w korkowym hełmie trafił kogoś z dmuchawki. Ciernie, którymi strzela, są 

zatrute kurarą. Robi ofierze sztuczne oddychanie. (Kurarą paraliżuje płuca. Nie ma innego 

działania toksycznego i ściśle biorąc nie jest trucizną. Jeśli zastosuje się sztuczne oddychanie, 

ofiara nie umrze. Kurarą jest błyskawicznie wydalana przez nerki).

— Był to rok zarazy bydlęcej, gdy wszystko wymarło, nawet hieny... Zostałem sam na 

pustkowiu,   zupełnie   bez   towaru.   Kiedy   zrzucono   mi   go   na   spadochronie,   czułem 

niewysłowioną wdzięczność... Jeszcze nigdy nikomu tego nie opowiadałem...

Jego głos odbija się echem w ogromnym pustym foyer hotelowym. Secesja: czerwony 

aksamit, plastikowe palmy, złocenia i rzeźby.

—   Jako   jedyny   biały   zostałem   przyjęty   do   osławionego   Stowarzyszenia   Aguti   i 

uczestniczyłem w jego straszliwych obrzędach. Członkowie Stowarzyszenia Aguti wyszli na 

ulicę, by odbyć rytuał Chimu. (Peruwiańscy Indianie Chimu oddawali się chętnie pederastii i 

urządzali krwawe walki z maczugami, kończące się niekiedy kilkuset ofiarami śmiertelnymi). 

background image

Młodzież, szydząc z siebie i okładając się nawzajem maczugami, wymaszerowuje na pole. 

Zaczyna się bitwa.

Drogi czytelniku, ohyda tego widoku nie da się opisać! Kim jest ten skulony sikający 

tchórz,   złośliwy   niczym   mandryl,   stale   zmieniający   panów?   Kto   sra   na   pokonanego 

przeciwnika,   który   konając   zjada   gówno   i   krzyczy   z   rozkoszy?   Kto   wiesza   biernego 

homoseksualistę   i   łapie   jego   spermę   ustami   niczym   wściekły   pies?   Łagodny   czytelniku, 

chętnie bym ci tego oszczędził, ale moje pióro jest obdarzone własną wolą. O Chryste, co za 

widok! Czy język lub pióro może opisać te bezeceństwa? Bestialski młody chuligan wyłupił 

swojemu koledze oko i pieprzy go w mózg. “Ma uwiąd mózgu i jest suchy jak cipa starej 

baby".

— Pieprzę tę starą cipę, jak w krzyżówce, co mi wynika, jak mi wynika? Już, mój 

stary, czy jeszcze nie? Nie mogę cię wypieprzyć, Jack, bo zostaniesz niedługo moim ojcem i 

lepiej by ci było poderżnąć gardło i wypieprzyć moją matkę, niż wypieprzyć ojca albo vice 

versa, mutatis mutandis i podciąć gardło matce, świętej cipie, choć to najlepszy sposób, żeby 

zamknąć   jej   gębę.   Chodzi   o   to,   że   gość   nie   wie,   że   ma   dać   dupy   “wielkiemu   białemu 

tatusiowi" czy przelecieć staruchę. Dajcie mi dwie cipy i stalowego fiuta, trzymajcie swoje 

brudne   paluchy   z   dala   od   mojego   słodkiego   tyłka.   Czy   myślicie,   że   jestem   pawianem, 

uchodźcą z Gibraltaru? Mężczyznę i kobietę wykastrował. Kto nie rozróżnia płci? Poderżnę ci 

gardło, ty biały skurwysynu. Stań otwarcie jak mój wnuk i spotkaj się ze swoją nie narodzoną 

matką   w   wątpliwej   walce.   Zamęt   spieprzy   mu   arcydzieło.   Poderżnąłem   dozorcy   gardło 

całkiem przez pomyłkę, był takim paskudnym starym fiutem. W pierdlu wszystkie fiuty są 

takie same.

Wróćmy   na   pole   poległych.   Młodzieniec   odbywa   stosunek   płciowy   z   kolegą,   a 

tymczasem kolejny młodzieniec kastruje pierwszego, jednakże natura nie znosi próżni i drugi 

młodzieniec ejakuluje do Czarnej Laguny, gdzie niecierpliwe piranie rozrywają na strzępy 

jeszcze   nie   narodzone   dziecko,   którego   narodziny   —   w   świetle   pewnych   dobrze 

udokumentowanych faktów — są mało prawdopodobne.

Kolejny nudziarz nosi walizkę pełną nagród i medali, pucharów i proporczyków:

— Zdobyłem tę nagrodę w konkursie na najzmyślniejsze akcesorium seksualne. Było 

to w Jokohamie. (Trzymajcie go, jest w desperacji!) Cesarz wręczył mi nagrodę osobiście i 

miał łzy w oczach, a pozostali uczestnicy ceremonii wykastrowali się nożami do harakiri. Ten 

proporczyk   wygrałem   podczas   konkursu   na   największego   podleca   podczas   mityngu 

Anonimowych Ćpunów w Teheranie.

— Zastrzelił fagasa mojej żony kamieniem nerkowym wielkim jak brylant Hope. Daję 

background image

jej pół tabletki Yagantiny i mówię: “Nie spodziewaj się zbyt wielkiej ulgi..." “Zamknij się 

już... Chcę się rozkoszować lekarstwem".

— Ukradł kulkę opium z tyłka mojej babki. Hipochondryk łapie przechodnia na lasso, 

zakłada mu kaftan bezpieczeństwa i zaczyna gadać o swoich wrzodach:

— Paskudna, cuchnąca ropa... Poczekaj, aż zobaczysz. Rozbiera się, pokazuje blizny 

pooperacyjne i chwyta palec opierającej się ofiary:

— Czujesz w moim kroczu tę opuchliznę? Cierpię na limfogranulomę... A teraz chcę, 

żebyś dokonał palpacji moich hemoroidów.

Mowa o limfogranulomie, zwanej “bubą", wirusowej chorobie wenerycznej pospolitej 

w Etiopii. “Nie bez kozery nazywają nas brudnymi  Etiopczykami" — śmieje się etiopski 

najemnik, jadowity jak królewska kobra, uprawiający stosunek pederastyczny z faraonem. 

Starożytne papirusy egipskie zawsze nazywają ich brudnymi Etiopczykami.

Zaczęło się w Addis Abebie, ale mamy dwudziesty wiek i globalną wioskę. Buby 

puchną   w   Szanghaju   i   na   Bahamach,   w   Nowym   Orleanie   i   Helsinkach,   w   Seattle   i   w 

Kapsztadzie. Ale nie masz jak ojczyzna i choroba wyraźnie upodobała sobie Murzynów, co 

jest świetnym argumentem dla rasistów. Ale podobno czarownicy Mau Mau z kultów voodoo 

szykują już specjalną chorobę weneryczną dla białych. Zresztą biali wcale nie są odporni: 

pięciu marynarzy brytyjskich zaraziło się w Zanzibarze, a w okręgu Dead Coon w stanie 

Arkansas (“Najczarniejsza ziemia, najbielsi ludzie w USA — czarnuchu, niech nie padnie tu 

na ciebie promień słońca") koroner dostał buby z przodu i z tyłu. Kiedy choroba wyszła na 

jaw, czujni sąsiedzi spalili go żywcem w wychodku. “Posłuchaj, Ciem, myśl o sobie jak o 

krowie z pryszczycą albo kogucie chorym na zarazę". “Nie podchodźcie za blisko, chłopcy. 

Jego jelita mogą wybuchnąć w ogniu". Jednym słowem, bakterie buby przenoszą się łatwo z 

miejsca   na   miejsce,   w   odróżnieniu   od   pewnych   nieszczęśliwych   wirusów,   trawiących 

bezczynnie   czas   w   brzuchu   kleszcza   albo   w   ślinie   zdychającego   szakala,   który   wyje   do 

księżyca na pustyni. Po infekcji pierwotnej choroba atakuje gruczoły chłonne krocza, które 

puchną i pękają, po czym przez miesiące i lata sączy się z nich cuchnąca wydzielina złożona z 

krwi, ropy i limfy. Częstym powikłaniem jest słoniowacizna genitaliów; odnotowano również 

przypadki gangreny, w której zalecano amputację pacjenta od pasa w dół. U kobiet dochodzi 

zazwyczaj do infekcji wtórnej odbytu. Mężczyźni uprawiający bierne stosunki pederastyczne 

z zainfekowanymi partnerami pawianami mogą także się zarazić. Po początkowej opuchliźnie 

i wycieku ropnym — mogą one pozostać nie zauważone — rozwija się zwężenie odbytu 

wymagające interwencji chirurgicznej, chyba że nieszczęsny pacjent pierdzi i sra przez usta, 

co prowadzi do zgniłego oddechu i niepopularności wśród wszystkich egzemplarzy homo 

background image

sapiens, niezależnie od płci, wieku i stanu. Pewnego ślepego pedała opuścił nawet jego pies 

przewodnik. Do niedawna nie było żadnej skutecznej metody leczenia. “Leczenie objawowe" 

—   w   żargonie   lekarskim   oznacza   to,   że  choroba   jest   nieuleczalna.   Obecnie   w   wielu 

przypadkach   uzyskuje   się   poprawę   po   zastosowaniu   końskich   dawek   aureomycyny, 

teramycyny   i   innych   antybiotyków.   Mimo   to   znaczny   odsetek   chorych   jest   oporny   na 

wszelkie kuracje... A więc, chłopcy, gdy czujecie na jajach czyjś gorący język, który wnika 

wam do tyłka jak płomień palnika acetylenowego — wedle słów I. B. Watsona: “Myślcie!" 

Przestańcie dyszeć i dokonajcie palpacji, a jeśli wyczujecie bubę, otoczcie się murem chłodu i 

powiedzcie   lodowatym   tonem:   “Myślisz,  że   chcę   się   zarazić   twoją   okropną   chorobą?! 

Bynajmniej!"

Chuligańscy   fanatycy   rock   and   rolla   szturmują   ulice   wielkich   miast.   Wpadają   do 

Luwru i oblewają kwasem twarz Mony Lizy. Otwierają ogrody zoologiczne, domy wariatów, 

więzienia, przebijają młotami pneumatycznymi rury wodociągowe, rąbią podłogi w toaletach 

samolotów  pasażerskich,   strzelają  do latarni  morskich,   podpiłowują  liny wind,  aż  zostaje 

tylko   cienki   drucik,   zamieniają   wodociągi   z   kanalizacją,   wrzucają   do   basenów   rekiny, 

płaszczki,   węgorze   elektryczne   i   candiru   (candiru   to   niewielka   rybka   o   grubości   sześciu 

milimetrów i długości pięciu centymetrów, zamieszkująca niektóre rzeki w Amazonii; wbija 

się ona w penis, odbytnicę albo babską cipę faute de mieux i więźnie tam dzięki kolczastym 

skrzelom, choć nie wiadomo, w jakim celu, bo nikt jeszcze się nie odważył zbadać cyklu 

życiowego   candiru   in   situ),   w   marynarskich   strojach   zatapiają   “Queen   Mary"   w   Zatoce 

Nowojorskiej, porywają samoloty i autokary, wpadają w białych kitlach do szpitali z piłami, 

toporami   i   skalpelami   metrowej   długości,   odłączają   chorym   respiratory   i   naśladują   ich 

duszenie   się,   tarzając   się   po   podłodze   z   oczami   w   słup,   robią   zastrzyki   pompkami   od 

rowerów, odłączają sztuczne nerki, przepiłowują kobietę na pół ogromną piłą, wpędzają do 

gmachu   giełdy   ogromne   stado   świń,   srają   na   podłogę   ONZ   i   podcierają   się   traktatami, 

paktami, sojuszami, samolotami, samochodami, konno, na wielbłądach, słomach, traktorach, 

rowerach i walcach parowych, pieszo, na nartach, sankach, o kulach i na szczudłach turyści 

szturmują granice, żądając azylu politycznego z powodu “potwornych warunków panujących 

we Freelandii", a Izba Handlowa na próżno usiłuje zdusić sprawę w zarodku: “Spokojnie. To 

tylko kilku szaleńców, którzy się wyrwali z szalonego kraju".

background image

JOSELITO

Joselito, pisujący kiepskie wiersze o tematyce społecznej, zaczyna kaszleć. Niemiecki 

lekarz zbadał chłopca, dotykając jego żeber smukłymi, delikatnymi palcami. Lekarz był także 

skrzypkiem, matematykiem, mistrzem szachowym i doktorem prawa międzynarodowego  z 

prawem   występowania   w   toaletach   Hagi.   Obrzucił   brązową   pierś   Joselito   twardym, 

nieobecnym wzrokiem. Popatrzył na Carla i uśmiechnął się — porozumiewawczy uśmiech 

wykształconego mężczyzny — po czym uniósł brwi, mówiąc bez słów: To głupi chłop, więc 

ukryjmy to przed nim, bo inaczej zesra się ze strachu. Koch, paskudne słowo, prawda?

— Catarro de los pulmones — rzekł na głos.

Carl rozmawiał z doktorem przed domem, w wąskim krużganku. Deszcz padający na 

ulicę ochlapywał mu nogi, a w oczach doktora odbijały się schody, ganki, murawy, podjazdy, 

korytarze i ulice świata... duszne niemieckie alkowy, regały do sufitu, złowróżbna woń uremii 

sącząca się spod drzwi, podmiejskie trawniki przy dźwiękach zraszacza w spokojnej dżungli 

pod   cichymi   skrzydłami   moskitów.   (Uwaga:   To   nie   figura   retoryczna.   Moskity   są 

rzeczywiście   ciche).   Dyskretne   sanatorium   w   Kensington,   puszyste   dywany,   fotel   obity 

brokatem i filiżanka herbaty, nowoczesny szwedzki salon z hiacyntami w żółtej czarze, a na 

zewnątrz   porcelanowo   błękitne   północne  niebo   i   płynące   obłoki   pod   kiepską   akwarelą 

umierającego studenta medycyny.

— Chyba schnaps, Frau Underschnitt.

Doktor rozmawiał przez telefon, patrząc na szachownicę.

— Dość poważne zmiany... nawet bez badania fluoroskopowego. — Podnosi skoczka, 

a następnie odstawia go z namysłem na to samo miejsce. — Tak... oba płuca... bez cienia 

wątpliwości.   —   Odkłada   słuchawkę   i   zwraca   się   w   stronę   Carla.   —   Zauważyłem,   że 

zdumiewająco szybko goją im się rany i rzadko dochodzi do zakażenia. Nasza domena to 

płuca: zapalenie i oczywiście nasz stary wierny przyjaciel. — Doktor chwyta Carla za fiuta, 

podskakuje śmiejąc się ochrypłym chłopskim śmiechem i ciągnie gładko w swojej dziwnie 

pozbawionej akcentu, bezcielesnej angielszczyźnie: — Nasz stary przyjaciel prątek Kocha. — 

Trzaska obcasami i kłania się. — Inaczej chłopi mnożyliby się jak króliki, nie? — Chichoce 

jak hiena, zbliżając twarz do twarzy Carla, który cofa się ku szarej ścianie deszczu.

— Jest jakieś miejsce, gdzie można by go wyleczyć?

background image

—  Zdaje  się,   że  w   stolicy  okręgu  jest   sanatorium.   —  Doktor   przeciąga  lubieżnie 

słowa. — Napiszę panu adres.

— Chemioterapia?

Głos Carla brzmi głucho i ciężko w wilgotnym powietrzu.

— Kto wie? To głupi chłop, a najgorsi są ci, co liznęli trochę nauki. Nie powinno im 

się   pozwalać   uczyć  się   czytać,   a  także  uczyć   się  mówić.   Nie  ma   potrzeby  zabraniać  im 

myślenia: zadbała o to sama Natura.

Oto adres — szepce doktor, nie otwierając ust.

Upuszcza   na   dłoń   Carla   papierową   kulkę.   Jego   palce,   lśniące   od   brudu,   dotykają 

rękawa gościa.

—  Jest  jeszcze  kwestia   mojego  honorarium.  Carl   wsuwa  mu   złożony  banknot...   i 

doktor rozpływa się w szarym zmierzchu, niechlujnym i lękliwym jak stary ćpun. Carl spotkał 

się   z   Joselito   w   wielkim,   czystym,   jasno   oświetlonym   pokoju,   z   osobną   łazienką   i 

cementowym balkonem. W chłodnym, pustym pokoju nie ma o czym rozmawiać: hiacynty 

wodne rosnące w żółtej czarze, porcelanowo błękitne niebo, płynące obłoki, strach zapalający 

się i gasnący w oczach. Kiedy się uśmiechał, strach odlatywał strzępami jasności, krył się w 

wysokich chłodnych rogach pokoju. Co mogłem powiedzieć, czując wokół śmierć, widząc 

ulotne obrazy pojawiające się przed zaśnięciem?

— Wyślą mnie jutro do nowego sanatorium. Przyjedź mnie odwiedzić. Będę tam sam.

Rozkaszlał się i zażył tabletkę kodeiny.

— Wiem, doktorze, to znaczy, dowiedziałem się, czytałem i słyszałem — nie jestem 

fachowcem   ani   go   nie   udaję   —   że   leczenie   sanatoryjne   w   dużej   mierze   zastąpiono,   a 

przynajmniej uzupełniono chemioterapią. Czy wyrażam się ściśle? Proszę mi powiedzieć z 

całą otwartością, jak człowiek człowiekowi, jakie jest pańskie zdanie o zaletach i wadach 

leczenia sanatoryjnego i chemioterapii? Czy jest pan zwolennikiem którejś z owych metod?

Brązowa indiańska twarz lekarza jest beznamiętna jak twarz dealera.

— Pełna nowoczesność, jak pan widzi. — Wyciąga siną dłoń, świadczącą o chorobie 

układu krążenia. — Łazienka... bieżąca woda... kwiaty... wszystko. — Kończy z triumfalnym 

uśmiechem: — Napiszę panu list.

— List? Do sanatorium?

Doktor mówi z krainy czarnych skał i wielkich fosforyzujących brunatnych lagun.

— Umeblowanie... nowoczesne i wygodne. Naturalnie też pan tak uważa.

Carl nie zauważył sanatorium, zamaskowanego fałszywą fasadą z zielonej sztukaterii. 

Na szczycie widać skomplikowany neon, martwy i złowieszczy na tle nieba, czekający na 

background image

zmrok.   Sanatorium   wzniesiono   na   wielkim   wapiennym   wzgórzu   porośniętym   drzewami 

owocowymi i winoroślą. W powietrzu czuć było ciężką woń kwiatów.

Commandante siedział przy długim stole pod ścianą winorośli. Nie robił absolutnie 

nic.   Wziął   od   Carla   list   i   przeczytał   go,   poruszając   bezgłośnie   wargami.   Nadział   list   na 

gwóźdź nad ustępem i zaczął pisać w księdze pełnej liczb. Pisał i pisał.

W  głowie  Carla  eksplodowały cicho   ułamki   obrazów. Nagle  ujrzał  samego   siebie 

siedzącego w jadalni. Przedawkowanie heroiny. Potrząsnęła nim gospodyni, która podsuwała 

mu pod nos filiżankę gorącej kawy.

Przed domem handluje stary ćpun przebrany za świętego Mikołaja.

— Walczcie z gruźlicą, chłopcy! — szepce bezcielesnym głosem narkomana. Chór 

Armii   Zbawienia   złożony   z   homoseksualistycznych   trenerów   piłkarskich   śpiewa:   “In   the 

Sweet Bye and Bye".

Carl wraca na ziemię: wizja urywa się.

— Oczywiście mógłbym go przekupić.

Commandante stuka w stół palcem i nuci “Corning Through the Rye". Daleko, później 

blisko, niczym syrena przeciw-mgielna na ułamek sekundy przed straszliwym zderzeniem.

Carl wyciąga z kieszeni banknot... Commandante stoi koło ogromnej ściany szafek i 

skrytek. Patrzy na Carla chorymi, umierającymi oczyma, w których odbija się twarz śmierci. 

Wciąż czuć zapach kwiatów, a banknot wystaje do połowy z kieszeni. Carlowi robi się nagle 

słabo, wstrzymuje oddech, zastyga mu krew w żyłach. Jest w wielkim stożku lecącym spiralą 

w dół ku czarnej otchłani.

— Chemioterapia?

Krzyk wydobywający się z jego ciała płynie przez puste szatnie i koszary, stęchłe 

hotele   w   uzdrowiskach,   widmowe,   rozkasłane   korytarze   sanatoriów   przeciwgruźliczych, 

mruczące,   szare   domy   dla   starców,   wielkie,   zakurzone   magazyny,   zrujnowane   portyki   i 

brudne arabeski, żelazne pisuary przeżarte przez mocz miliona krasnoludków, opuszczone, 

zarośnięte   zielskiem   wychodki   z   zapachem   rozkładających   się   gówien,   melancholijny 

drewniany fallus na grobie umierającego narodu, rozlewiska brunatnej rzeki z dryfującymi 

drzewami. W gałęziach kryją się zielone węże, smutnookie  lemury obserwują brzeg, a w 

powietrzu   słychać   szelest   sępich   skrzydeł.   Na   drodze   leżą   podarte   prezerwatywy   i   puste 

pojemniki po heroinie.

— Moje meble.

Twarz Commandante płonie niczym stopiony metal. Jego oczy gasną. W pokoju czuć 

powiew ozonu.

background image

— Wszystko nowoczesne, znakomite...

Kiwa idiotycznie głową i z ust cieknie mu ślina. O nogawkę spodni Carla ociera się 

żółty kocur i wybiega na betonowy balkon. Po niebie płyną obłoki.

— Mógłbym wycofać swój depozyt. Otworzyć gdzieś niewielki interes. Kiwa głową i 

uśmiecha się jak nakręcana zabawka.

— Joselito!!!

Chłopcy unoszą głowy znad gry w kulki, znad kapsli i świecidełek, a imię odbija się 

echem po ulicy i powoli cichnie.

— Joselito!... Paco!... Pepel. Enrique!...

W ciepłym nocnym powietrzu rozlegają się melancholijne chłopięce okrzyki. Neon 

porusza się niczym drapieżnik i wybucha błękitnym płomieniem.

background image

CZARNE MIĘSO

— Jesteśmy kumplami, co?

Młody pucybut uśmiechnął się uwodzicielsko i spojrzał Żeglarzowi prosto w oczy, 

oczy martwe, podwodne, pozbawione ciepła, żądzy,  nienawiści czy innych emocji, jakich 

chłopiec sam doświadczył albo widział u znajomych ludzi, oczy zimne i napięte, bezosobowe 

i drapieżne.

Żeglarz pochylił się i dotknął palcem przedramienia chłopca.

— Gdybym miał takie żyły, synu, nieźle bym się zabawił! — odezwał się martwym 

szeptem narkomana.

Roześmiał   się   czarnym   owadzim   śmiechem,   który   zdawał   się   służyć   orientacji   w 

przestrzeni niczym pisk nietoperza. Zaśmiał się trzy razy. Umilkł i znieruchomiał, wsłuchując 

się   w   siebie.   Jego   anteny   radarowe   odebrały   niemy   sygnał   maku.   Wygładziły   mu   się 

zmarszczki na twarzy: żółtej, woskowej, ze sterczącymi kośćmi policzkowymi. Odczekał pół 

papierosa. Potrafił czekać. Ale w jego oczach płonął odrażający suchy głód. Odwrócił powoli 

głowę w stronę mężczyzny,  który wszedł przed chwilą  do kawiarni.  Gruby siedział  przy 

stoliku, omiatając salę pustym wzrokiem kameleona. Spojrzawszy na Żeglarza skinął leciutko 

głową. Mógł to zauważyć tylko głodny ćpun.

Żeglarz  wręczył  chłopcu  monetę.  Podszedł chwiejnie do stolika Grubego i usiadł. 

Długo milczeli. Kawiarnia znajdowała się w kamiennej rampie na dnie głębokiego wąwozu z 

białych   cegieł.   Wokół   majaczyły   twarze   Miasta,   nieme   jak   ryby,   splamione   ohydnymi 

nałogami i owadzimi żądzami. Oświetlona kawiarnia była dzwonem nurkowym z przerwaną 

liną, osiadłym w czarnej głębi oceanu.

Żeglarz polerował sobie paznokcie na klapach kraciastej marynarki i pogwizdywał 

przez lśniące żółte zęby.

Kiedy się poruszał, jego odzież wydzielała zgniły odór, stęchłą woń pustej szatni. 

Patrzył na swoje paznokcie z fosforyczną intensywnością.

— W porządku, Gruby. Mogę dostarczyć dwadzieścia. Naturalnie potrzebuję zaliczki.

— Z góry?

—   Nie   noszę   w   kieszeni   dwudziestu   jajek.   Zwykły   rosół   w   galarecie.   Wystarczy 

potrząsnąć.  —  Żeglarz   patrzył   na  swoje  paznokcie,  jakby  studiował   mapę.  —  Wiesz,  że 

background image

zawsze wszystko gra.

— Załatw trzydzieści. Jutro o tej porze dostaniesz dziesięć tubek zaliczki.

— Potrzebuję jednej teraz, Gruby.

— Idź na spacer, to ją dostaniesz.

Żeglarz   popłynął   w   stronę   placu.   Ulicznik   zakrył   mu   twarz   gazetą   i   podał   pióro. 

Żeglarz kroczył dalej. Wyciągnął pióro i złamał w grubych różowych palcach. Wyciągnął 

ołowianą   tubkę   i   odciął   koniec   niewielkim   nożykiem.   Z   tubki   wypłynęła   czarna   mgła   i 

zawisła w powietrzu niczym gotujące się futro. Twarz Żeglarza rozmyła się. Jego falujące 

wargi popłynęły do przodu i ssały czarny dym, drżąc z naddźwiękowej rozkoszy, po czym 

eksplodowały falami czerni i różu. Twarz staje się z powrotem nieznośnie ostra i wyraźna; 

płonie w niej żółte piętno morfiny: rozdzierający krzyk miliona ćpunów.

— Starczy na miesiąc — zdecydował, spojrzawszy w niewidzialne lustro.

Ulice Miasta biegną w dół w głębokich wąwozach w stronę ogromnego, mrocznego 

placu w kształcie nerki. W murach znajdują się otwory prowadzące do mieszkań i kawiarni — 

niektóre sięgają zaledwie kilka metrów w głąb, inne to istne labirynty sal i korytarzy.

Na wszystkich poziomach krzyżują się mosty, kładki, kolejki linowe. Przechodniów 

potrącają w milczeniu  młodzi  katatonicy,  przebrani w kobiece  suknie uszyte  z worków i 

zbutwiałych szmat, z twarzami umalowanymi jaskrawo i wulgarnie, by ukryć ślady bicza i 

arabeski otwartych, ropiejących blizn.

Dealerzy  Czarnego  Mięsa,  czyli  gigantycznych   stonóg morskich  dochodzących   do 

dwóch   metrów   długości   i   łowionych   wśród   czarnych   kamieni   na   dnie   fosforycznych 

brunatnych lagun, sprzedają sparaliżowane skorupiaki w zakamuflowanych zakątkach placu, 

widocznych jedynie dla zjadaczy mięsa.

Osobnicy o rzadkich, niewyobrażalnych zawodach, gwarzący po etrusku, narkomani 

uzależnieni od jeszcze nie zsyntetyzowanych narkotyków, czarnorynkowi handlarze z okresu 

trzeciej wojny światowej, poborcy podatków od wrażliwości telepatycznej, osteopaci ducha, 

detektywi   prowadzący   śledztwa   w   sprawie   przestępstw   ujawnionych   przez   ślepych 

paranoidalnych szachistów, doręczyciele fragmentarycznych nakazów aresztowania spisanych 

hebefreniczną stenografią i zawierających oskarżenia o niewyobrażalne okaleczenia ducha, 

urzędnicy   nie   istniejących   jeszcze   państw   policyjnych,   dealerzy   rozkosznych   snów   i 

wspomnień   wypróbowanych   na   wyczulonych   komórkach   głodu   morfinowego   i 

przehandlowanych   za   surowce   woli,   miłośnicy   ciężkiego   fluidu   zapieczętowanego   w 

przejrzystym bursztynie marzeń.

background image

Przy placu znajduje się Kawiarnia Spotkań, labirynt kuchni, restauracji, gabinetów 

sypialnych,   niebezpiecznych   żelaznych   balkonów   i   suteren   połączonych   z   podziemnymi 

łaźniami.

Na stołkach barowych pokrytych białą satyną siedzą nadzy mugwumpowie i ssą przez 

alabastrowe słomki barwne, przejrzyste syropy. Mugwumpowie nie mają wątrób i żywią się 

wyłącznie cukrem. Wąskie, fioletowobłękitne wargi zakrywają dzioby z czarnej kości; są one 

ostre jak brzytwa i mugwumpowie często rozszarpują się wzajemnie w walce o klientów. Ich 

penisy   wydzielają   w   stanie   erekcji   fluid,   który   wywołuje   uzależnienie   i   przedłuża   życie, 

spowalniając metabolizm. (Wszystkie środki przedłużające życie wywołują uzależnienie, tym 

silniejsze, im skuteczniej przedłużają życie). Osobnicy uzależnieni od fluidów mugwumpów 

to   gady.   Kilku   z   nich   płynie   nad   krzesłami,   poruszając   giętkimi  kośćmi   obleczonymi   w 

różową   skórę.   Za   uszami   mają   wachlarze   zielonych   chrząstek   porośniętych   sterczącymi 

włoskami,  którymi   absorbują  fluid.  Wachlarze,  poruszające  się  od czasu  do  czasu,  jakby 

muskały je niewidzialne prądy powietrza, służą także do porozumiewania się, choć ich mowę 

rozumieją tylko gady.

Podczas   Biennale   Paniki,   gdy   Miasto   szturmuje   brutalna   Policja   Snów, 

mugwumpowie chronią się w najgłębszych zakamarkach murów i trwają całymi tygodniami 

w letargu. Panuje wtedy szary terror, a gady biegają coraz szybciej i szybciej, przelatują obok 

siebie   z   prędkością   naddźwiękową,   a   ich   elastyczne   czaszki   wyginają   się   w   czarnych 

wichrach owadziej męki.

Policjanci  snów  zmieniają się w krople zgniłej  ektoplazmy,  które stary kaszlący i 

plujący ćpun zmiata o świcie do rynsztoka. Mugwump przybywa z alabastrowymi naczyniami 

fluidu i gady uspokajają się.

Powietrze jest znów nieruchome i czyste jak gliceryna.

Żeglarz zauważył gada. Usiadł obok i zamówił zielony syrop. Gad miał małe, krągłe 

usta porośnięte brązową szczeciną i puste zielone oczy, prawie zasłonięte cienką membraną 

powiek. Obecność Żeglarza dotarła do niego dopiero po godzinie.

—   Jest   coś   dla   Grubego?   —   spytał   Żeglarz,   a   jego   oddech   poruszył   włoski   na 

wachlarzu gada.

Podniesienie trzech różowych przezroczystych palców porośniętych czarnym futrem 

zajęło gadowi dwie godziny.

Kilku zjadaczy mięsa leżało wśród wymiocin, nie mając siły się poruszyć. (Czarne 

Mięso to rodzaj udoskonalonego sera, tak pysznego i wywołującego mdłości, że zjadacze 

jedzą, wymiotują, znów jedzą, dopóki nie opadną z sił).

background image

Do   kawiarni   wślizgnął   się   wymalowany   młodzieniec   i   chwycił   jeden   z   wielkich 

czarnych szponów wydzielających słodki, mdlący zapach.

background image

SZPITAL

Zapiski z detoksykacji. Paranoja wczesnego głodu... Wszechobecny smutek... Ciało 

martwe, ciastowate, bezbarwne.

Koszmary głodowe. Kawiarnia z lustrami na ścianach. Pusto... Czekam na coś... W 

bocznych drzwiach pojawia się mężczyzna... Smukły, niski Arab ubrany w brązową dżelabę, 

z   szarą   brodą  i   szarą   twarzą...   Trzymam  w   ręku  dzban   wrzącego  kwasu...  Czując   napad 

przemożnego głodu, chlustam mu nim w twarz...

Wszyscy wyglądają jak narkomani...

Krótki   spacer   w   ogrodzie   szpitala...   Pod   moją   nieobecność   ktoś   używał   moich 

nożyczek: są poplamione jakąś lepką rdzawą mazią... Niewątpliwie jakaś baba przycinała 

sobie podpaskę...

Na   schodach   tłoczą   się   koszmarni   Europejczycy,   zatrzymują   pielęgniarkę,   gdy   ja 

czekam na lekarstwo, wylewają szczyny do umywalki, w której się myję, siedzą godzinami w 

toalecie — prawdopodobnie szukają palcem brylantów schowanych w tyłku...

W   istocie   rzeczy   do   sali   obok   wprowadził   się   cały   klan   Europejczyków...   Jakaś 

staruszka czeka na operację, a jej córka kładzie się na łóżku obok, żeby stara rura miała dobrą 

opiekę. Dziwni goście, przypuszczalnie krewni... Jeden z nich nosi zamiast okularów lupy 

używane przez jubilerów do badania kamieni... Chyba były szlifierz diamentów... człowiek, 

co   zniszczył   diament   Throckmorton   i   wyleciał   z   pracy...   Grupa   jubilerów   w   białych 

fartuchach stoi, spoglądając z podziwem na mistrza... Najdrobniejszy błąd może spowodować 

zniszczenie   kamienia   i   dlatego   sprowadzili   eksperta   specjalnie   z   Amsterdamu...   Mistrz 

kołysze   się,   pijany   w   sztok,   i   ogromnym   młotem   pneumatycznym   miażdży   diament   na 

proszek...

Nie znam tych facetów... Dealerzy morfiny z Aleppo?... Dostawcy cieląt z Buenos 

Aires? Przemytnicy diamentów z Johannesburga?... Handlarze niewolników z Somalii? Co 

najmniej kooperanci...

Ciągłe sny o morfinie: szukam pola maku... Podejrzane typy w czarnych stetsonach 

kierują mnie do bliskowschodniej kawiarni... Jeden z kelnerów  handluje jugosłowiańskim 

opium...

Kupuję działkę heroiny od malajskiej lesbijki w białym trenczu... Zaszywam się w 

tybetańskim dziale muzeum. Lesba usiłuje ukraść mi herę...

background image

Szukam miejsca, żeby się naćpać...

Punkt krytyczny to nie wczesna faza ostrego głodu, tylko chwila, gdy organizm jest 

bliski uwolnienia się od morfiny... Koszmarna panika komórek, życie zawieszone między 

dwoma sposobami istnienia... Potrzeba morfiny nabiera wówczas wręcz halucynogennej siły: 

człowiek  przypadkiem natyka  się na narkotyki...  Spotykasz  starego ćpuna, owrzodziałego 

sanitariusza, kruka handlującego receptami...

Strażnik  w mundurze  z ludzkiej  skóry:  czarna  kurtka  z dziwacznymi  guzikami  ze 

spróchniałych   żółtych   zębów,   elastyczna   rdzawa   koszula,   spodnie   w   kolorze   opalenizny 

nordyckiego   nastolatka,   sandały   ze   zgrubiałej   skóry   stóp   malajskiego   farmera, 

popielatobrązowa apaszka na szyi. (Kolor popielatobrązowy to szarość pod brązową skórą. 

Popielatobrązowi bywają Mulaci, jakby barwy się oddzieliły niczym oliwa od wody...)

Strażnik to elegant, bo nie ma nic do roboty i przeznacza całą swoją gażę na odzież: 

przebiera   się   trzy   razy   dziennie   przed   ogromnym   lustrem.   Ma   przystojną 

południowoamerykańską   twarz   z   cienkim   wąsikiem,   małe   czarne   oczka,   puste,   pazerne, 

owadzie oczy bez powiek.

Kiedy docieram do granicy, strażnik wybiega z chaty z ramą lustra na szyi. Usiłuje ją 

zdjąć... Jeszcze nigdy się nie zdarzyło, by ktokolwiek przekroczył granicę... Zaniemówił... 

Otwiera usta, bezgłośnie poruszając językiem. Pusta młoda twarz i otwarte usta z drgającym 

językiem   są   niewiarygodnie   ohydne.   Strażnik   unosi   rękę.   Całym   jego   ciałem   wstrząsają 

drgawki.   Podchodzę  i  odpinam  łańcuch  wiszący  w  poprzek   drogi.  Upada  z   metalicznym 

brzękiem na kocie łby. Przechodzę na drugą stronę. Strażnik stoi z tyłu we mgle, spoglądając 

za mną. Później wiesza łańcuch na dawnym miejscu, wraca do chaty i zaczyna się szarpać za 

wąsik.

Przynoszą   tak   zwany   lunch...   Jajko   ugotowane   na   twardo...   Po   zdjęciu   skorupki 

ukazuje się coś, czego jeszcze nie widziałem... Małe, żółtobrązowe jajeczko, może złożone 

przez dziobaka. Prawie całe wnętrze pomarańczy wypełniała olbrzymia glista... Dostała się 

tam zaraz na początku... W Egipcie występuje czerw, który zagnieżdża się w nerce i rośnie do 

ogromnych rozmiarów. W końcu nerka staje się tylko skorupką otaczającą czerwia. Odważni 

smakosze   przedkładają   czerwie   nad   wszelkie   inne   potrawy.   Są   ponoć   niewiarygodnie 

smakowite...   Na   handlu   czerwiami   zbił   fortunę   koroner   z   Interzone   znany   jako   Ahmed 

Patolog.

Naprzeciwko mojego okna jest szkoła; podglądam chłopców przez lornetkę polową... 

Są   tak   blisko,   że   mam   wrażenie,   że   mógłbym   ich   dotknąć...   Noszą   szorty...   W   chłodny 

wiosenny ranek widzę na ich nogach gęsią skórkę... Płynę przez lornetkę na drugą stronę 

background image

ulicy, duch w porannym słońcu, rozdarty bezcielesnym pożądaniem.

Czy opowiadałem wam kiedyś, jak ja i Marv zapłaciliśmy dwóm chłopcom arabskim 

sześćdziesiąt centów za pieprzenie się na naszych oczach?

— Myślisz, że to zrobią? — pytam Marva.

— Chyba tak. Są głodni — odpowiada.

— Bardzo dobrze — mówię.

Czuję się trochę jak lubieżny staruch, ale son cosas de la vida, jak powiedział Sobera 

de la Flor, gdy policjanci aresztowali go za to, że rozwalił pewną cipę, zawiózł jej trupa do 

Bar o Motel i przeleciał...

— Nie chciała dawać — rzekł. — Miałem tego dość.

(Sobera de la Flor był meksykańskim kryminalistą skazanym za kilka bezsensownych 

morderstw).

Ubikacja jest zamknięta od trzech godzin... Chyba zmienili ją na salę operacyjną...

PIELĘGNIARKA: Nie czuję tętna, doktorze.

DOKTOR BENWAY: Chyba blok serca...

PIELĘGNIARKA: Adrenalina, doktorze?

DOKTOR BENWAY: Zużył ją nocny portier; ciągle się nią szprycuje. (Rozgląda się i 

bierze gumową przepychaczkę do zlewów... Zbliża się do pacjentki..) Proszę otworzyć klatkę 

piersiową,  doktorze  Limpf.  (Zwraca się  do swojego  przerażonego asystenta...)  Wykonam 

masaż serca.

(Doktor   Limpf   wzrusza   ramionami   i   rozpoczyna   cięcie.   Doktor   Benway   myje 

przepychaczkę, zanurzając ją w klozecie i spuszczając wodę...)

PIELĘGNIARKA: Nie powinniśmy jej wysterylizować, doktorze?

DOKTOR BENWAY: Bardzo możliwe, ale nie ma czasu.  (Siada na przepychaczce  

odwróconej   do   góry   nogami   i   patrzy   na   asystenta).  Wy,   młodzi,   nie   potraficie   wyciąć 

pieprzyka bez elektrycznego skalpela z automatycznym drenowaniem i szyciem... Niedługo 

zaczniemy   operować   przyciskając   guziki.   Chirurgia   przestaje  być   sztuką...   Cała   wiedza   i 

doświadczenie...   Czy   opowiadałem   wam   kiedyś,   jak   usunąłem   wyrostek   za   pomocą 

zardzewiałej  puszki  po sardynkach?  A  raz  nie miałem  w  ogóle narzędzi  i usunąłem  guz 

macicy własnymi zębami. Było to w górnym Effendi, no i...

DOKTOR LIMPF: Klatka piersiowa otwarta, doktorze.

(Doktor   Benway   wsadza   przepychaczkę   w   otwartą   klatkę   piersiową   i   zaczyna 

poruszać w górę i w dół. Lekarzy, pielęgniarkę i ściany zalewa krew... Przepychaczka wydaje 

background image

okropne mlaszczące odgłosy).

PIELĘGNIARKA. Chyba nie żyje, doktorze.

DOKTOR BENWAY: Cóż, wypadek przy pracy. (Przechodzi przez salę ku szafce na 

leki).  Jakiś   zasrany   ćpun   rozcieńczył   moją   kokainę   proszkiem   do   szorowania   ustępów! 

Siostro! Proszę posłać chłopca po nową porcję!

Doktor Benway operuje w sali pełnej studentów:

— A teraz, chłopcy, zobaczycie operację, która nie zdarza się często, zresztą nie bez 

powodu... Nie ma absolutnie żadnej wartości medycznej. Nikt nie wie, jaki był pierwotnie jej 

cel ani czy w ogóle miała jakiś cel. Osobiście sądzę, że od początku była to sztuka dla sztuki. 

Podobnie jak toreador dzięki swoim umiejętnościom i zręczności unika niebezpieczeństwa, 

które   sam   sprowokował,   podczas   tej   operacji   chirurg   celowo   naraża   pacjenta   na 

niebezpieczeństwo, a później, z niewiarygodną szybkością i zręcznością w ostatnim ułamku 

sekundy ratuje mu życie... Czy widzieliście kiedyś  popis chirurgiczny doktora Tetrazzini? 

Celowo   użyłem   słowa   “popis",   bo   jego   operacje   były   prawdziwymi   popisami.   Od   drzwi 

rzucał   w   pacjenta   skalpelem,   a   potem   tanecznym   krokiem   wkraczał   na   salę.   Był 

niewiarygodnie szybki. “Nie daję im czasu umrzeć" — mawiał. Nowotwory doprowadzały go 

do szału. “Pieprzone zbuntowane komórki!" — ryczał, atakując guz niczym nożownik.

(Z widowni zeskakuje na dół młody człowiek, wyciąga skalpel i zbliża się do pacjenta).

DOKTOR BENWAY: Espontaneo! Powstrzymajcie go, bo wypatroszy mi pacjenta!

(Espontaneo  to   termin   z   korridy.   Oznacza   on   widza,   który   zeskakuje   na   arenę, 

wyciąga ukrytą muletę i kilkakrotnie atakuje byka, po czym odciąga go służba porządkowa).

(Sanitariusze szamocą się z espontaneo i wyrzucają go w końcu z sali. Anestezjolog 

wykorzystuje zamieszanie i wyrywa pacjentowi duży złoty ząb...)

Mijam pokój numer dziesięć, skąd wczoraj mnie przenieśli... Chyba poród... Miednice 

pełne   krwi,   waty   i   nie   zidentyfikowanych   kobiecych   wydzielin:   wystarczyłoby   tego,   by 

zanieczyścić   kontynent...   Jeśli   ktoś   przyjdzie   mnie   odwiedzić   w   starej   sali,   pomyśli,   że 

urodziłem potwora, a Departament Stanu próbuje to zatuszować...

Muzyka z “I Am an American"... Starszy mężczyzna w prążkowanych spodniach i 

surducie   dyplomaty   stoi   na   podium   owiniętym   amerykańską   flagą.   Strupieszały   tenor   w 

gorsecie śpiewa hymn przy akompaniamencie orkiestry symfonicznej. Sepleni lekko...

DYPLOMATA  (czytając z wielkiego zwoju taśmy telegraficznej, która wydłuża się 

coraz bardziej i oplątuje mu stopy): Kategorycznie zaprzeczamy, by jakikolwiek mężczyzna 

będący obywatelem Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej...

TENOR: Oh thay can you thee...

background image

Głos mu się łamie i przechodzi w falset.

W pokoju kontrolnym technik miesza dwuwęglan sodu i beka, osłaniając usta ręką.

— Ten przeklęty tenor to zupełne gówno! — mruczy kwaśno. — Mikę! — Znów beka 

donośnie. — Zdejmij tego starego fiuta z wizji i daj mu zakaz wstępu. Jest już załatwiony... 

Zamiast niego niech śpiewa Liz, ta kulturystka po zmianie płci... To przynajmniej zawodowy 

tenor...   Kostium!   Skąd   mam,   kurwa,   wiedzieć?!   Nie   jestem   żadnym   zasranym 

kostiumologiem!... Co takiego?! Cały dział kostiumów zlikwidowano z powodu podejrzeń o 

to, że spenetrowały go obce wywiady?! Czy jestem ośmiornicą?! Pomyślmy... A może coś 

indiańskiego? Pocahontas albo Hajawata?... Nie, to się nie nadaje. Niektórzy goście mówią, 

żeby oddać Indianom, co im się należy... Mundur z wojny secesyjnej, kurtka z Północy i 

portki z Południa, by pokazać, że zapanował pokój? Nie, to też do chrzanu... Już wiem: 

umieśćcie ją w jakimś pomniku, żeby nikt nie musiał na nią patrzeć...

Lesbijka, ukryta w Łuku Triumfalnym z papier-mâché, nabiera powietrza w płuca i 

wydaje z siebie gromkie beknięcie.

— Oh say that Star Spangled Banner yet wave...

W Łuku Triumfalnym  pojawia się wielka szczelina. Dyplomata przykłada dłoń do 

czoła...

DYPLOMATA:   By   jakikolwiek   mężczyzna   będący   obywatelem   Stanów 

Zjednoczonych Ameryki Północnej urodził na terenie Interzone albo w jakimkolwiek innym 

kraju...

— O'er the land of the FREEEEEEEEEEE... 

Dyplomata porusza ustami, ale nikt nie słyszy jego słów. Technik zasłania sobie uszy.

— Matko Boska! — krzyczy. Talerz zaczyna wibrować niczym żydowska harfa, nagle 

wylatuje mu z ust... Zirytowany technik chce go chwycić, pudłuje i zakrywa ręką usta.

Łuk Triumfalny pada z trzaskiem i ukazuje się lesbijka; stoi na piedestale, ubrana 

tylko w kostium z lamparciej skóry... Uśmiecha się głupkowato i napina potężne mięśnie. 

Technik   chodzi   na   czworakach   po   podłodze   reżyserki   szukając   talerza   i   wykrzykuje 

niezrozumiałe rozkazy: “Sdjońdź-jozwizji!"

DYPLOMATA  (ocierając   pot   z   czoła):   Jakąkolwiek   istotę   pozbawioną   cech 

ludzkich...

— And the Home of the brave.

Dyplomata szarzeje na twarzy. Chwieje się, potyka o taśmę, opiera się o barierkę, a z 

jego oczu, nosa i warg cieknie krew. Umiera z powodu krwotoku mózgu.

DYPLOMATA  (ledwo   słyszalnym   szeptem):  Departament   Stanu   zaprzecza... 

background image

Nieamerykański... Został zniszczony... Nigdy nie istniał...

W reżyserce wybuchają tablice rozdzielcze... Wszędzie dochodzi do krótkich spięć. 

Technik, nagi, poparzony, słania się na nogach niczym uczestnik Götterdämmerung i krzyczy: 

“Sdjońdźjozwizji!" (Ostatni wybuch zmienia go w zwęgloną plamę na podłodze).

Gave proof throught the night

That ourflag was still there...

background image

ZAPISKI ĆPUNA

Co dwie godziny strzelam sobie Eukodal, wpychając igłę prosto w kanał: mam tam 

otwartą ranę, przypominającą czerwone rozdziawione usta, spuchnięte i lubieżne. Po każdej 

szprycy wypływa z nich powoli kropelka krwi i ropy...

Eukodal to pochodna kodeiny — dihydroksykodeina.

Eukodal przypomina bardziej kokainę niż morfinę... Jak się strzela kokainę w kanał, 

ma   się   w   głowie   czystą   rozkosz...   Po   dziesięciu   minutach   potrzeba   następnej   szprycy... 

Rozkosz   morfiny   odczuwa   się   trzewiami...   Po   strzale   człowiek   wsłuchuje   się   we   własne 

ciało...   Dożylna   kokaina   to   elektryczność   przepuszczona   przez   mózg,   bezpośrednia 

stymulacja ośrodków  przyjemności...  Kokaina nie wywołuje  objawów głodu. To potrzeba 

mózgu — bez ciała, bez uczucia. Widmo głodu. Głód kokainy trwa zaledwie kilka godzin, 

dopóki utrzymuje się stymulacja drażnionych przez nią nerwów. Później o wszystkim się 

zapomina. Eukodal to  jakby połączenie morfiny i kokainy.  Zawsze ktoś wynajdzie jakieś 

świństwo. Eukodal, podobnie jak morfina, jest sześciokrotnie silniejszy od kodeiny. Heroina 

jest   sześciokrotnie   silniejsza   od   morfiny.   Dihydroksyheroina   powinna   być   sześć   razy 

silniejsza od heroiny. Niewykluczone, że można zsyntetyzować tak silny narkotyk, że jeden 

zastrzyk wywoływałby uzależnienie na całe życie.

background image

ZAPISKÓW ĆPUNA CIĄG DALSZY

Biorąc igłę, odruchowo sięgam lewą ręką po opaskę uciskową. To znak, że trafię w 

jedyną nadającą się do użytku żyłę w lewym ramieniu. (Opaskę zakłada się zazwyczaj na tę 

właśnie rękę, którą się po nią sięga). Igła wchodzi w żyłę na granicy zrostu. Macam dokoła. 

Nagle do strzykawki tryska kolumna krwi, przypominająca przez chwilę czerwony sznurek.

Ciało   wie,   w   które   kanały   można   trafić,   i   przekazuje   tę   wiedzę   spontanicznymi 

ruchami w trakcie przygotowań do zastrzyku... Niekiedy igła zachowuje się niczym różdżka 

poszukiwacza wody. Czasami muszę czekać na znak. Ale jak już nadejdzie, zawsze trafiam 

na krew.

Na dnie pompki rozkwitła czerwona orchidea. Zawahał się sekundę, po czym nacisnął 

tłoczek i patrzył, jak ciecz znika w żyle, jakby wsysana przez złaknioną krew. W strzykawce 

pozostała   lśniąca,   cienka   warstewka   krwi;   biały   papierowy   kołnierz   nasiąknął   krwią   jak 

bandaż. Wyciągnął rękę i napełnił pompkę wodą. Kiedy wyrzucił ją ze strzykawki, trafił go w 

brzuch, miękki słodki cios.

Popatrzcie   na   moje   zaświnione   spodnie,   nie   zmieniane   od   miesięcy...   Mijają   dni, 

nawleczone   na   długą   krwawą   nić   w   strzykawce...   Zapominam   o   seksie,   o   ostrych 

przyjemnościach ciała: szare makowe widmo. Hiszpańscy chłopcy nazywają mnie El Hombre 

Invisible — Niewidzialny Człowiek.

Co rano dwadzieścia pompek. Morfina pozbawia człowieka tłuszczu, pozostawiając 

same mięśnie. Narkoman potrzebuje mniej tkanek... Czy dałoby się wyodrębnić z morfiny 

molekułę usuwającą tłuszcz?

Coraz więcej zakłóceń w aptece, trzaski jak w słuchawce telefonu... Strawiłem cały 

dzień, żeby zarobić na dwa pudełka Eukodalu...

Kończą mi się żyły i pieniądze...

Biorę dalej. Zeszłej nocy obudziłem się, czując, że ktoś ściska mnie za rękę. Była to 

moja   druga   ręka...   Zasypiam   czytając   i   słowa   nabierają   zaszyfrowanych   znaczeń...   Mam 

obsesję   szyfrów...   Człowiek   zaraża   się   serią   chorób,   które   stają   się   zaszyfrowaną 

wiadomością...

Szprycuję się przed D. L. Szukam żyły w swojej brudnej nagiej stopie... Narkomani 

nie   znają   wstydu...   Są   odporni   na   wstręt   innych.   Wątpię,   czy   można   czuć   wstyd   przy 

nieobecności libido... Wstyd ćpuna zanika wraz z ograniczeniem stosunków towarzyskich, 

background image

które   także   zależą   od   libido...   Narkoman   traktuje   swoje   ciało   jako   instrument   do 

absorbowania substancji, którą żyje; ocenia własne tkanki zimnymi dłońmi handlarza koni. 

“Tu nie ma sensu strzelać". Nad zniszczoną żyłą mrugają martwe rybie oczy.

Zażywam nową pigułkę nasenną o nazwie Soneryl... Nie wywołuje ona senności... Nie 

ma fazy przejściowej między snem a jawą, wpadasz nagle w sam środek snu... Byłem przez 

dwa lata w obozie pracy i cierpiałem na charłactwo...

Prezydent to ćpun, ale nie może brać otwarcie ze względu na swoją pozycję, więc 

załatwia   to   przeze   mnie...   Od   czasu   do   czasu   nawiązujemy   kontakt   i   ładuję   mu   baterie. 

Postronnemu   obserwatorowi   mogłoby   się   to   wydać   praktykami   homoseksualnymi,   ale 

przyjemność   nie   ma   charakteru   erotycznego,   a   do   orgazmu  dochodzi   w   chwili,   gdy   się 

rozłączamy   i   ładowanie   baterii   się   kończy.   Stykamy   się   penisami   w   stanie   erekcji   — 

stosowaliśmy ową metodę na początku, lecz punkty styczności zużywają się tak samo jak 

żyły.  Teraz muszę czasem wsunąć penis pod jego lewą powiekę.  Oczywiście mogę także 

ładować mu baterie osmotycznie, co jest odpowiednikiem zastrzyku podskórnego, ale jest to 

przyznaniem się do klęski. Metoda osmotyczna wprawia prezydenta w wielotygodniowy zły 

humor, co może łatwo doprowadzić do zagłady atomowej. Prezydent płaci wysoką cenę za 

swój ukryty nałóg. Jest bezbronny i zależny jak nie narodzone dziecko. Narkoman ukryty 

cierpi na subiektywne koszmary i dręczy go nieme szaleństwo protoplazmy, odrażający ból 

kości. Napięcie narasta i jego ciałem targa w końcu czysta energia: przypomina to konwulsje 

człowieka   porażonego   przez   prąd   elektryczny.   Jeśli   odebrać   narkomanowi   ukrytemu 

możliwość ładowania baterii, dostaje on tak gwałtownych drgawek, że ciało odpada mu od 

kości i umiera jako szkielet usiłujący popędzić prosto na najbliższy cmentarz.

Stosunki   między   NU   (narkomanem   ukrytym)   a   ŁB   (ładowaczem   baterii)   są   tak 

napięte,   że   obaj   mogą   znieść   swoje   towarzystwo   tylko   na   krótko   —   to   znaczy,   poza 

momentami ładowania baterii, gdy ładowanie odsuwa w cień wszelki kontakt osobisty.

Czytam gazetę... Coś na temat zabójstw trzech osób przy rue de la Merde w Paryżu: 

“Porachunki..." Obsuwam się... “Policja zidentyfikowała sprawcę... Pepe El Culito... Mały 

Dupek, czułe zdrobnienie". Czy naprawdę to napisano?... Usiłuję skupić wzrok na słowach... 

Oddzielają się, tworząc bezsensowną mozaikę...

background image

IDŹ DO DOMU ŁAZARZU!

Grzebiąc w spłowiałej taśmie na pograniczu poranka, w sennej szarej krainie pełnej 

ziewnięć i pustych odorów, Lee zauważył, że młody ćpun stojący w jego pokoju o dziesiątej 

rano wrócił z dwumiesięcznego obozu płetwonurków na Korsyce i przestał brać... “Przyszedł 

się pochwalić swoim nowym ciałem" — zdecydował Lee, wstrząsany poranną narkomańską 

febrą.  Wiedział, co widzi — o tak, dziękuję, Miguelu — trzy miesiące wcześniej, siedząc w 

Metropolu nad zakalcowatą żółtą ekierką, którą w dwie godziny później otruł się kot, doszedł 

do   wniosku,   że   zobaczenie   się   z   Miguelem   o   dziesiątej   rano   nie   wymaga   nieznośnego 

naprawiania błędu (“Co to za pieprzona farma?!"), co pociągałoby za sobą także fotografię 

Miguela w postaci ogromnego zwierzęcia na szczycie walizki.

—   Wyglądasz   cudownie   —   powiedział   Lee,   wycierając   brudną   serwetką   bardziej 

oczywiste oznaki niesmaku.  Widział  w twarzy Miguela szary szlam morfiny i patrzył  na 

wyświechtane ubranie: wyglądało na to, że jego właściciel krążył latami po zaułkach czasu i 

nie miał przestrzeni, by się wyczyścić...

— Poza tym do chwili, gdy mogłem naprawić błąd... Idź do domu, Łazarzu... Zapiać 

dealerowi i idź do domu... Po co mam widzieć twoje pożyczone mięso?

— Cóż, lepiej, że nie bierzesz... Poczęstuj się. Miguel pływał po pokoju, przebijając 

ryby dłonią...

— Pod wodą w ogóle się o tym nie myśli.

— Wyszło ci na zdrowie — powiedział Lee, z rozmarzeniem gładząc bliznę po igle na 

wierzchu   dłoni   Miguela,   podążając   powolnymi   okrężnymi   ruchami   wzdłuż   gładkich 

fioletowych zgrubień na ciele...

Miguel podrapał się po wierzchu dłoni... Wyjrzał przez okno... Poruszył się lekko, 

czując elektryczny dreszcz głodu... Lee siedział i czekał.

— Jeden krótki strzał jeszcze nikomu nie zaszkodził, synu.

— Wiem, co robię.

— Zawsze się wie.

Miguel wyciągnął pilnik do paznokci.

— To zbyt męczące — powiedział Lee z zamkniętymi oczyma.

— Ach, dzięki, było cudownie.

Spodnie  Miguela  opadły  na kolana.   Stał  w  zdefasonowanym  płaszczu   ciała,   które 

zmieniło barwę z "brunatnej na zieloną, aż wreszcie stało się bezbarwne i zaczęło kapać na 

podłogę.

background image

Oczy Lee poruszyły się w cieście twarzy... lekki, chłodny, szary błysk.

— Posprzątaj — rozkazał. — Dość tego brudu.

— Jasne, jasne... — Miguel przelał się na śmietniczkę.

Lee schował paczuszkę heroiny.

Lee brał od trzech dni, oczywiście z pewnymi... hm... przerwami, aby podsycić ogień, 

który płonął w jego żółtoróżowobrunatnym galaretowatym ciele. Z początku ciało było po 

prostu miękkie, tak miękkie, że drobinki kurzu, przeciągi i szeleszczące płaszcze przecinały je 

do   kości,   choć   bezpośredni   kontakt   z   drzwiami   lub   fotelami   nie   sprawiał   bólu.   W   tym 

miękkim, niepewnym ciele nie goiła się żadna rana... Wokół nagich kości owijały się długie 

białe macki pleśni. Stęchła woń zwiędłych jąder przypominała szarą mgiełkę...

Podczas pierwszego poważnego zakażenia  z termometru  wystrzeliła  kulka wrzącej 

rtęci: pielęgniarka, ugodzona w głowę, padła trupem z nieartykułowanym wrzaskiem. Doktor 

spojrzał na Lee i zatrzasnął stalowe okiennice życia. Nakazał natychmiast usunąć ze szpitala 

płonące łóżko i leżącego na nim pacjenta.

— Chyba wytwarza własną penicylinę! — warknął.

Ale infekcja wypaliła zgniliznę...  Lee stał się półprzeźroczysty...  nie niewidzialny, 

lecz   trudny   do   zauważenia.   Jego   obecność   nie   zwracała   szczególnej   uwagi...   Ludzie 

postrzegali go jako odbicie, cień: “Gra świateł albo neon".

Lee poczuł pierwsze objawy zimnego palenia. Łagodnie wypchnął ducha Miguela do 

hallu.

— Jezu! — zawołał Miguel. — Muszę iść! — Wybiegł.

Z   rozjarzonego   rdzenia   mózgu   Lee   strzeliły   różowe   błyskawice   histaminy   i 

wylądowały na bolesnych obrzeżach. (Żelazne ściany pokoju, pokryte wrzodami kraterów, 

były niepalne). Strzelił sobie długo przed czasem.

Postanowił odwiedzić kumpla, N.G. Joego, który przeszedł na wieszak po bang-utot

5 

w Honolulu.

5 Bang-utot znaczy dosłownie: “wstawać i jęczeć"... Śmierć podczas koszmaru sennego... Przytrafia się to 
mężczyznom z Azji Południowo-Wschodniej... W Manili notuje się około dwunastu przypadków bang-utot 
rocznie. Jeden z ludzi, którzy wyzdrowieli, twierdził, że na jego piersi siedział mały człowieczek, który 
próbował go udusić. Ofiary często przeczuwają własną śmierć i wyrażają lęk, że ich penisy wnikną w głąb ciała. 
Czasami trzymają je kurczowo, błagając histerycznie, by do tego nie dopuszczono. Za szczególnie niebezpieczne 
uważa się erekcje występujące we śnie... Ktoś wymyślił specjalne urządzenie zapobiegające erekcji we śnie, lecz 
i tak zmarł na bang-utot. Najdokładniejsze sekcje zwłok ofiar bang-utot nie doprowadziły do wykrycia 
organicznej przyczyny zgonu. Często widoczne są cechy uduszenia [czym spowodowanego?], czasem stwierdza 
się nieznaczne krwawienia z trzustki i z płuc, zbyt nikłe jak na przyczynę zgonu i o niejasnej etiologii. Autor 
podejrzewa, że zgon wywołuje nieprawidłowe ukierunkowanie energii seksualnej prowadzące do erekcji płuc i 
uduszenia... [Por. artykuł doktora Nilsa Larsena “Mężczyźni dotknięci śmiertelnym snem" w “Saturday Evening 
Post" z 3 XII 1955 roku, a także artykuł Erle'a Stanleya Gardnera w “True Magazine"].

background image

N.G. żył w ciągłym strachu przed erekcją, więc brał coraz więcej

6

Elektroda przymocowana do jąder zaświeciła krótko.

N.G.   obudził   się,   czując   swąd   palonego   mięsa,   i   sięgnął   po   strzykawkę.   Przyjął 

pozycję płodową i wbił igłę w kręgosłup. Wyciągnął igłę z westchnieniem rozkoszy i zdał 

sobie sprawę, że w pokoju jest Lee. Z prawego oka Lee wypełznął długi ślimak bez skorupy i 

napisał na ścianie fosforyzującą wydzieliną: “W Mieście jest Żeglarz i kupuje CZAS".

Czekam   na   otwarcie   apteki   o   dziewiątej   rano.   Dwóch   arabskich   chłopców   toczy 

pojemniki na śmieci ku wysokiej ciężkiej drewnianej bramie w białej ścianie. Jeden pochyla 

się, wypinając szczupły, młodzieńczy tyłek. Spogląda na mnie pustym, spokojnym wzrokiem 

zwierzęcia. Budzę się wstrząśnięty, jakbym nie przyszedł na popołudniową randkę, choć się z 

nim umówiłem.

—   Spodziewam   się   dodatkowych   równań   —   mówi   inspektor   do   reportera 

przeprowadzającego wywiad. — Inaczej pojawią się... — Unosi nogę w typowym nordyckim 

geście.   —   Inaczej   pojawią   się   niewiadome.   Ale   może   wystarczy   nam   komór 

dekompresyjnych.

Inspektor rozpina rozporek i zaczyna  szukać mend, smarując się maścią z małego 

glinianego naczyńka. Najwyraźniej wywiad dobiegł końca.

— Nie idziesz? — woła. — Cóż, jak powiedział jeden sędzia do drugiego: “Sądź 

sprawiedliwie, a jak nie możesz, kieruj się swoim widzimisię". Przykro mi, ale nie mogę się z 

panem pożegnać. — Unosi prawą dłoń pokrytą śmierdzącą żółtą maścią.

Reporter pędzi do przodu i ściska obiema rękami dłoń inspektora.

— Bardzo się cieszę, że pana poznałem, inspektorze, niewymownie się cieszę! — 

woła, po czym  zdejmuje rękawiczki, zwija w kulę i ciska do kosza na śmieci. — Zwrot 

kosztów — dodaje z uśmiechem.

Powszechnie wiadomo — i jest to nudny, oklepany banał — że ćpun, który przestał brać z

 

powodu choroby, 

po wyzdrowieniu bierze coraz więcej i więcej

background image

STRYSZEK HASSANA

Złoto i czerwony aksamit. Rokokowy bar z różową muszlą koncertową. W powietrzu 

unosi się słodki mdlący zapach, coś w rodzaju sfermentowanego miodu. Mężczyźni i kobiety 

w strojach wieczorowych sączą kolorowe syropy przez alabastrowe rurki. Na stołku barowym 

pokrytym   różowym   jedwabiem   siedzi   nagi   bliskowschodni   mugwump   i   wylizuje   długim 

czarnym językiem ciepły miód z kryształowego pucharu. Ma kształtne, pięknie uformowane 

genitalia: obrzezany fiut, czarne lśniące włosy łonowe. Jego cienkie, sine wargi przypominają 

napletek,  a w pustych oczach widać owadzi spokój. Nie ma wątroby i żywi się wyłącznie 

słodyczami. Kładzie na leżance smukłego jasnowłosego chłopca i rozbiera go fachowo.

— Wstań i odwróć się — rozkazuje telepatycznymi  piktogramami. Wiąże chłopcu 

ręce na plecach czerwonym jedwabnym sznurem. — Dziś wieczorem idziemy na całość.

— Nie, nie! — krzyczy chłopiec.

— Tak, tak.

Fiuty   ejakulują   w   niemym   TAK.   Mugwump   rozsuwa   jedwabną   kurtynę,   za   którą 

widać szubienicę z drzewa tekowego na tle podświetlonej czerwonej kotary. Szubienica stoi 

na platformie ozdobionej azteckimi mozaikami.

Chłopiec pada na kolana, jęcząc: “AAAAAAAA!...", srając i sikając ze strachu. Czuje 

ciepłe gówno między swoimi udami. Jego wargi i gardło wypełnia wielka fala ciepłej krwi. 

Kurczy się, przyjmuje pozycję płodową, a na jego twarz strzyka sperma. Mugwump zanurza 

dłoń w alabastrowej czarze z ciepłą perfumowaną wodą, w zadumie myje mu tyłek i fiuta, po 

czym wyciera go miękkim błękitnym ręcznikiem. Ciało chłopca owiewa ciepły wiatr, igrając 

jego włosami.  Mugwump wsuwa chłopcu rękę pod pierś i stawia go na nogi. Wykręca mu 

ramiona do tyłu i prowadzi po schodkach. Staje przed nim, trzymając w dłoniach pętlę.

Chłopiec spogląda w oczy mugwumpa, puste niczym zwierciadło z obsydianu, kałuże 

czarnej posoki, dziury w ścianie wychodka, przez które widać Ostatnią Erekcję.

Stary   wychudzony   śmieciarz,   z   twarzą   żółtą   jak   chińska   kość   słoniowa,   dmie   w 

pogięty miedziany róg, budząc hiszpańskiego alfonsa ze stojącym fiutem. W kurzu, gównie, 

wśród zdechłych kotów wlecze się kurwa, niosąc usunięte płody, dziurawe prezerwatywy, 

zakrwawione podpaski, gówna owinięte w kolorowe komiksy.

Ogromna niema zatoka. Fosforyczny blask wody. Na zadymionym horyzoncie płoną 

background image

pochodnie gazu. Smród nafty i śmieci. W czarnej wodzie pływają chore rekiny, bekają siarką 

ze   zgniłych   wątrób,   nie   zwracając   uwagi   na   zakrwawionego,   zmiażdżonego   Ikara.   Nagi 

Mister  America,  płonący z  samouwielbienia,  krzyczy:  “W moim  tyłku  jest  ładniej  niż  w 

Luwrze! Pierdzę ambrozją i sram czystym złotem! Z fiuta tryskają mi diamenty w porannym 

słońcu!" Skacze z bezokiej latarni morskiej, onanizuje się przed czarnym lustrem, płynie wraz 

z   zaszyfrowanymi   prezerwatywami   i   mozaiką   tysiąca   gazet   przez   zatopione   miasto   z 

czerwonej cegły, aż wreszcie ląduje w czarnym szlamie wśród blaszanych puszek, butelek po 

piwie, zacementowanych  gangsterów i zmiażdżonych,  bezużytecznych  pistoletów, których 

nie mogą już zbadać eksperci od balistyki. Czeka ze skamieniałymi lędźwiami na powolny 

striptiz erozji.

Mugwump zakłada chłopcu pętlę na szyję i zaciska pieszczotliwie węzeł za lewym 

uchem. Chłopiec ma skurczony penis i napięte jądra. Patrzy prosto przed siebie i oddycha 

głęboko. Mugwump okrąża go, pieszcząc mu genitalia szyderczymi hieroglifami. Staje za nim 

i wsadza mu fiuta w tyłek. Kręci powoli biodrami.

Goście trącają się łokciami i chichocą.

Raptem mugwump spycha chłopca w przepaść, wyciągając z niego fiuta. Kładzie mu 

dłonie na biodrach, unosi stylizowane hieroglify rąk i łamie ofierze kark. Ciałem chłopca 

wstrząsa dreszcz. Jego penis unosi się, a wraz z nim miednica, i natychmiast dochodzi do 

wytrysku.

Pod powiekami eksplodują zielone iskry. Po kręgosłupie spływa do lędźwi słodki ból 

podobny do bólu zęba. Całym ciałem szarpie spazm rozkoszy. W chwili ostatniego skurczu na 

tle czerwonej kotary przelatuje kropla spermy, przywodząca na myśl spadającą gwiazdę.

Chłopiec   spada   z   cichym   plaśnięciem   przez   labirynt   tanich   zaułków   i   sprośnych 

fotografii.

Z   tyłka   wylatuje   mu   twarde   małe   gówienko.   Jego   smukłym   ciałem   wstrząsają 

pierdnięcia. Nad wielką rzeką w dżungli wybuchają zielone sztuczne ognie. Słyszy cichy 

warkot motorówki o zmroku... Pod niemymi skrzydłami nioski ta.

Mugwump znów wkłada fiuta w tyłek chłopca, który wije się niczym ryba przebita 

ościeniem. Mugwump kołysze się płynnie w obie strony. Z rozchylonych warg konającego 

chłopca   cieknie   na   podbródek   krew.   Nasycony   mugwump   odsuwa   się   z   wilgotnym 

mlaśnięciem.

Klitka bez okien z niebieskimi ścianami. Brudna różowa zasłona zamiast drzwi. Po 

ścianach pełzają czerwone pluskwy, zbierają się po kątach. Na środku pokoju siedzi nagi 

background image

chłopiec i gra na dwustrunnym ouad. Drugi leży na łóżku, pali keif i wydmuchuje kółka z 

dymu,   usiłując   trafić   w   swojego   stojącego   fiuta.   Stawiają   tarota   o  to,  kto   kogo  przeleci. 

Oszukują.   Walczą.   Staczają   się   na   podłogę,   warczą   i   plują   niczym   młode   zwierzęta. 

Przegrany   siedzi   na   podłodze,   wsparłszy   podbródek   na   kolanach,   liże   rozciętą   wargę. 

Zwycięzca zwija się w kłębek na łóżku i udaje, że śpi. Jak tylko zbliża się doń pierwszy 

chłopiec, usiłuje go kopnąć. Ali chwyta go za kostkę i obejmuje łydkę ramieniem. Chłopiec 

wierzga desperacko, usiłując kopnąć Alego w twarz. Ali chwyta drugą kostkę i przewraca 

chłopca na brzuch. Pluje sobie na fiuta i wsuwa go w tyłek chłopca. Ich usta wgryzają się w 

siebie, aż pojawia się krew. Ostra stęchła woń odbytnicy. Nimum wchodzi w ciało jak klin, 

długie gorące skurcze w trakcie ejakulacji. (Autor zaobserwował, że fiuty Arabów są często 

szerokie i mają kształt klina).

Satyr i nagi grecki chłopiec tańczą podwodny balet w akwalungach w gigantycznej 

wazie z przezroczystego alabastru. Satyr chwyta chłopca i odwraca go tyłem. Poruszają się 

gwałtownie. Chłopiec wypuszcza z ust strumień srebrzystych bąbelków. Biała sperma tryska 

do zielonej wody i krąży leniwie wokół splecionych ciał.

Murzyn kładzie na hamaku prześlicznego młodego Chińczyka. Unosi mu nogi, opiera 

je sobie na barkach, wsuwa fiuta do jego jędrnej pupy i kołysze łagodnie hamakiem. Chłopiec 

krzyczy — dziwny, wysoki lament nieznośnej rozkoszy.

Jawajski tancerz zajmuje miejsce na ozdobnym kręconym fotelu i sadza rytualnie na 

swoim  fiucie  amerykańskiego  chłopca   — rude  włosy,  jasnozielone  oczy.  Chłopiec  siedzi 

twarzą do tancerza, który wprawia fotel w ruch wirowy. “Aaaaaaaaaa!" — krzyczy chłopiec, 

gdy jego sperma tryska na chudą brunatną pierś tancerza. Jedna z kropel trafia Jawajczyka w 

kącik warg. Chłopiec wpycha mu ją palcem do ust i śmieje się: “To jest prawdziwe ssanie!"

Dwie   Arabki   ze   zwierzęcymi   twarzami   ściągnęły   szorty   z   młodego   jasnowłosego 

Francuza. Pieprzą go czerwonymi gumowymi penisami. Chłopiec warczy, gryzie i kopie, aż 

wreszcie wybucha płaczem, gdy jego fiut się unosi i dochodzi do wytrysku.

Twarz   Hassana   puchnie   od   krwi.   Jego   wargi   stają   się   sine.   Zdejmuje   ubranie   z 

banknotów i ciska do otwartego skarbca, który zamyka się bezszelestnie.

— Pełna wolność, chłopcy! — krzyczy, imitując teksański akcent. Tańczy w stetsonie 

i kowbojskich butach taniec fluidystów, po czym kończy groteskowym kankanem do melodii 

“She Started a Heat Wave".

— Wszystko dozwolone! Nie ma zamkniętych dziur!

Pary latające na sztucznych skrzydłach kopulują w powietrzu, skrzecząc jak sroki.

Aerialiści onanizują się nawzajem pod sufitem.

background image

Ekwilibryści   zręcznie   się   odsysają,   balansując   na   tyczkach   i   trapezach   wiszących 

wysoko w górze. Ciepły wiatr przynosi zapach mglistej dżungli.

Z   świetlików   w   dachu   spadają   setki   chłopców,   dygocąc   i   wierzgając   nogami   na 

końcach lin. Wiszą na różnych poziomach, niektórzy pod sufitem, inni kilka centymetrów nad 

podłogą.   Prześliczni   Balijczycy   i   Malajowie,   Indianie   meksykańscy   z   gniewnymi, 

niewinnymi   twarzami   i   jasno-czerwonymi   dziąsłami,   Murzyni   (z   pozłacanymi   zębami, 

paznokciami u rąk i nóg i włosami łonowymi), gładcy, porcelanowi Japończycy, weneccy 

młodzieńcy   z   tycjanowskimi   fryzurami,   Amerykanie   z   jasnymi   i   kruczymi   kędziorami 

opadającymi   na   czoło   (goście   odsuwają   je   czule),   ponurzy   jasnowłosi   Polaczkowie   ze 

zwierzęcymi brązowymi oczyma, arabscy i hiszpańscy ulicznicy, różowi, delikatni Austriacy 

z puszystym  meszkiem włosów łonowych,  cynicznie  uśmiechnięci Niemcy,  których  jasne 

oczy krzyczą: “Heil Hitler!", gdy otwiera się pod nimi zapadnia. Solubisi srają ze strachu i 

skomlą.

Ordynarny bogacz w otoczeniu gromadki uśmiechniętych jasnowłosych kochanków 

żuje hawańskie cygaro na plaży na Florydzie.

—   Miał   lataha   przywiezionego   z   Indochin.   Postanowił   go   powiesić   i   przesłać 

kumplom   film   na   gwiazdkę.   Więc   umocował   dwa   sznury,   jeden   rozciągliwy,   drugi 

autentyczny. Ale latah wstał w nocy i podmienił sznury. Nadszedł ranek. Facet włożył sobie 

na szyję jedną pętlę, a latah, jak to latahowie, drugą. Kiedy zapadnie się otworzyły, gość 

powiesił się naprawdę, a latah na rozciągniętej gumie naśladował każdą konwulsję i spazm. 

Tak to już bywa.

— Ten sprytny młody latah ma niezłe oko. Pracuje w mojej fabryce przy wysyłce 

towarów.

Azteccy kapłani zdejmują błękitną pierzastą szatę z nagiego młodzieńca. Kładą go na 

wznak na wapiennym ołtarzu, po czym zakładają mu na głowę czaszkę z kryształu górskiego, 

mocując  półkule   z tyłu   i z  przodu  kryształowymi   śrubami.   Na czaszkę  spada  wodospad, 

łamiąc chłopcu kark. Ejakuluje on w tęczy na tle zachodzącego słońca.

Powietrze wypełnia ostry zapach nasienia. Goście gładzą wstrząsanych  drgawkami 

chłopców, ssą ich fiuty, wiszą im na tyłkach niczym wampiry.

Nadzy ratownicy niosą żelazne płuca pełne sparaliżowanych młodzieńców.

Z   ogromnych   pasztetów   wypełzają   ślepi   chłopcy,   z   gumowej   cipy   wyskakują 

zdemenciali schizofrenicy, z czarnego stawu wychodzą młodzi ludzie cierpiący na straszliwe 

choroby skórne (leniwe ryby ogryzają żółte bobki unoszące się na powierzchni).

Mężczyzna w białej muszce i koszuli z gorsem, od pasa w dół nie ma na sobie nic 

background image

prócz   czarnych   podwiązek,   rozmawia   uprzejmie   z   królową   pszczół.   (Królowe   pszczół   to 

staruchy,   które   otaczają   się   młodymi   chłopcami,   tworząc   rój.   Jest   to   złowroga   praktyka 

meksykańska).

— A gdzie posąg?

Mówi   tylko   połowa   twarzy,   drugą   wykrzywia   Tortura   Miliona   Luster.   Dziko   się 

masturbuje. Królowa pszczół prowadzi dalej rozmowę, niczego nie zauważając.

Kozetki, fotele, cała podłoga zaczyna wibrować, a goście zmieniają się w rozmazane 

szare duchy krzyczące z bólu.

Dwóch   chłopców   onanizuje   się   pod   wiaduktem   kolejowym.   Nadjeżdża   pociąg,   a 

łoskot przenika ich ciała i wywołuje ejakulację. W dali cichnie gwizd lokomotywy. Kumkają 

żaby. Chłopcy zmywają nasienie z chudych brązowych podbrzuszy.

Przedział kolejowy: dwóch wygłodzonych ćpunów jadących do Lexington zdziera z 

siebie  spodnie, dygocąc  z pożądania.  Pierwszy namydla  sobie  fiuta  i okrężnymi  ruchami 

wpycha drugiemu w tyłek. “Jeeeeeeeezu!" Obaj natychmiast mają wytrysk. Odsuwają się od 

siebie i wciągają spodnie.

— Stary kruk z Marshall prosi o nalewkę i oliwę.

—   Obolałe,   krwawiące   hemoroidy   staruchy   wrzeszczą   za   czarnym   gównem... 

Doktorze, przypuśćmy,  że to twoja matka, że wije się ohydnie, gwałcona przez pijawki... 

Wyłącz te biodra, matko, budzisz we mnie niesmak.

— Zatrzymujemy się tutaj.

Pociąg pędzi z rykiem przez zadymioną czerwcową noc, W dali lśnią neony.

Obrazy mężczyzn i kobiet, chłopców i dziewcząt, zwierząt, ryb, ptaków, salę przenika 

rytm   kopulującego   wszechświata,   wielki   melancholijny   przypływ   życia.   Drżący, 

bezdźwięczny szum głębokiego  lasu — nagła  cisza  miast,  gdy ćpun wali sobie  w kanał. 

Chwila bezruchu i zdziwienia. Molekuły cholesterolu odrywające się od ścian żył. 

— To twoja robota, A. J. ! — wrzeszczy Hassan. 

Zepsułeś mi przyjęcie! 

A. J. spogląda na niego z twarzą odległą jak wapień. 

— Dupa do góry, fluidy styczny dupku!

Do środka wpada horda Amerykanek oszalałych z żądzy. Wilgotne cipy z farm, ranch, 

fabryk, burdeli, klubów, kamienic, willi, moteli, jachtów i koktajlbarów zdzierają z siebie 

ubrania do konnej jazdy, kostiumy narciarskie, suknie wieczorowe, dżinsy, spódnice-spodnie, 

trykoty, kostiumy kąpielowe i kimona. Krzyczą i wyją, skaczą na gości niczym wściekłe suki. 

Szarpią   powieszonych   chłopców,   krzycząc:   “Czarodzieju!   Skurwysynu!   Ruchaj   mnie! 

background image

Ruchaj! Ruchaj!"

Goście uciekają z krzykiem,  kluczą między powieszonymi  chłopcami, przewracają 

żelazne płuca.

A. J.: Wezwijcie moją gwardię szwajcarską! Brońcie mnie przed tymi lisicami! Pan 

Hyslop, sekretarz A. J., unosi głowę znad komiksu.

— Gwardia szwajcarska uległa fluidyzacji!

(Fluidyzacja polega na rozpadzie białek,  które zmieniają  się w ciecz  absorbowaną 

przez   cudzą   protoplazmę.   W   tym   przypadku   absorbentem   był   zapewne   Hassan,   sławny 

fluidyzator).

A. J.: Pieprzone skurwysyny! Czym jest człowiek bez swojej gwardii szwajcarskiej?! 

Stańmy plecami  do ściany,  dżentelmeni! Stawką są nasze fiuty!  Odeprzeć abordaż, panie 

Hyslop, i rozdać załodze broń krótką!

A. J. wyciąga z rozmachem kordelas i zaczyna ścinać głowy Amerykankom. Śpiewa 

soczystym barytonem:

Piętnastu żeglarzy poszło na sprawunki!

Pijmy rum! Jo-ho-ho!

Resztą zajęli się diabli i trunki!

Pijmy rum! Jo-ho-ho!

Pan Hyslop, znudzony i zrezygnowany:

— O Boże! Znowu zaczyna!

Apatycznie powiewa piracką flagą z trupią czaszką.

A. J. otoczony przez przeważające siły, odrzuca głowę do tyłu i chrząka jak wieprz. 

Natychmiast   przybywa   mu   na   pomoc   tysiąc   Eskimosów   w   stanie   rui,   z   nabrzmiałymi 

twarzami, z płonącymi, przekrwionymi oczyma, z sinymi wargami. Chrząkając i popiskując 

rzucają się na Amerykanki.

(Eskimosi przechodzą w lecie okres rui, gdy oddają się zbiorowym orgiom. Puchną im 

wówczas twarze i sinieją wargi).

Ze ściany wyrasta głowa faceta z półmetrowym cygarem w zębach.

— Zakładacie cyrk?

Hassan załamuje ręce.

— Jatka! Odrażająca jatka! Na Allacha, nigdy nie działem czegoś równie ohydnego!

Patrzy na A. J., który siedzi na skrzynce z papugą na ramieniu, z czarną opaską na 

background image

oku, i popija rum z kufla, obserwując horyzont przez ogromny mosiężny teleskop.

HASSAN:   Wynoś   się   i   nigdy   nie   zaciemniaj   mojego   stryszka,   ty   faktualistyczna 

świnio!

background image

KAMPUS UNIWERSYTETU INTERZONE

Osły,   wielbłądy,   lamy,   riksze,   chłopcy   pchający   z   wysiłkiem   wozy   z   towarami   i 

wybałuszający   oczy   pulsujące   czerwono   ze   zwierzęcą   nienawiścią.   Między   katedrą   a 

studentami chodzą stada owiec, kóz i długorogich wołów. Studenci siedzą na zardzewiałych 

parkowych   ławkach,   wapiennych   głazach,   leżakach,   skrzynkach,   żelaznych   beczkach   po 

benzynie, pieńkach, brudnych skórzanych pufach, spleśniałych materacach gimnastycznych. 

Noszą levisy, dżelaby, pantalony, piją wódkę z glinianych czarek i kawę z blaszanek, palą 

marihuanę w skrętach z papieru pakowego i losów loteryjnych... szprycują się za pomocą 

agrafek i pompek, czytają programy wyścigów konnych, komiksy, kodeksy Majów...

(Na rowerze nadjeżdża  profesor, ciągnąc  za sobą bycze  łby nawleczone  na sznur. 

Wchodzi na katedrę, trzymając się za krzyż. Nad jego głową wisi na dźwigu rycząca krowa).

PROFESOR: Pieprzyła mnie zeszłej nocy armia sułtana. Nabawiłem się dyskopatii w 

służbie Królowej Cioty... Nie mogę się uwolnić od tej starej rury. Potrzebuję neuroelektryka, 

aby odłączył jej po kolei synapsy, i chirurga, który wyprułby jej flaki...

(Spogląda na bycze łby, nucąc melodie z lat dwudziestych).

Mam   napad   chandry,   chłopcy...   Chodźcie   ulicami,   jedząc   różową   watę   cukrową... 

Łaskoczcie się, podglądając dziewczyny... Bijcie konia w diabelskim kole, strzykając spermą 

na   czerwony   księżyc   wschodzący   nad   dymiącą   stalownią   po   drugiej   stronie   rzeki.   Przed 

starym   sądem   wisi   na   drzewie   Murzyn...   Piszczące   kobiety   łapią   jego   spermę   zębami 

łonowymi...

(Mąż   spogląda   nań   zmrużonymi   oczyma   koloru   spłowiałej   flanelowej   koszuli... 

“Podejrzewam, że to czarnuch, doktorze".

Doktor wzrusza ramionami.

— To stara zabawa żołnierska, synu. Łapanie fasoli... Teraz, gdy już rozumiesz...)

Doktor Parker strzela sobie heroinę na zapleczu apteki: dwieście miligramów.

— Zawsze jest wiosna — mruczy.

Zboczeniec Benson, nazywany Ręce, siedzi w szkolnej ubikacji: typowa  querencia

(Querencia to termin z korridy... Byk staje w wybranym miejscu areny, a toreador musi się 

zbliżyć albo wywabić go na środek: jedno z dwojga). Szeryf A. Q. Larsen mawia: “Musimy 

go wywabić z querencji..." Stara Mama Lottie spała dziesięć lat z martwą zapeklowaną córką 

i obudziła się drżąc z zimna we wschodnim Teksasie... Sępy nad czarnymi bagnami i karpy 

background image

cyprysów...

A teraz, dżentelmeni (ufam, że nie ma tu żadnych transwestytów, che, che), jesteście 

dżentelmenami   na   mocy   ustawy   Kongresu,   pod   warunkiem   że   można   ponad   wszelką 

wątpliwość ustalić waszą płeć. A więc, dżentelmeni, prezentujemy broń krótką. Powszechnie 

wiadomo, że broń musi być zawsze nasmarowana i gotowa do akcji od przodu i od tyłu.

STUDENCI: Słuchajcie! Słuchajcie!  (Leniwie rozpinają rozporki. Jeden ma wielką  

erekcję).

PROFESOR: A teraz, panowie, na czym to ja skończyłem?

Ach, prawda, Mama  Lottie...  Obudziła się dygocąc w łagodnym  różowym  świetle 

poranku, różowym  jak świeczki na torcie urodzinowym  małej  dziewczynki, różowym jak 

wata   cukrowa,   różowym   jak   morska   muszla,   różowym   jak   fiut   pulsujący   w   czerwonym 

świetle... Mama Lottie... Hmmmmmmmm... Jeśli nie przestanie być taka rozlazła, ulegnie 

starości i dołączy do córki w formalinie.

Pieśń   o   Starym   Żeglarzu   Coleridge'a...   Chciałbym   zwrócić   panów   uwagę   na 

symboliczny walor samego Starego Żeglarza.

STUDENCI: Samego — mówi.

Chce w ten sposób zwrócić uwagę na własną mało apetyczną osobę.

To bardzo ładnie z pańskiej strony, profesorze.

Stu młodocianych przestępców... Szczęk otwieranych noży sprężynowych.

PROFESOR:   O,   krucafiks!  (Rozpaczliwie  usiłuje   się   przebrać   za   starą   kobietę   w  

wysokich czarnych szpilkach i z parasolką...) Gdyby nie lumbago, które nie pozwala mi się 

zgiąć, odwróciłbym się i nadstawił swoją słodką pupkę jak pawian... Kiedy słabszy pawian 

zostanie zaatakowany przez silniejszego, albo a) nadstawia tyłek, panowie, by odbyć bierny 

stosunek   homoseksualny   (che,   che),   albo   b)   jeśli   jest   bardziej   ekstrawertyczny   i   dobrze 

przystosowany, atakuje jeszcze słabszego pawiana, o ile zdoła takiego znaleźć.

Złachmaniała deklamatorka w pogniecionym stroju z tysiąc dziewięćset dwudziestego  

roku wlecze się ponurą oświetloną neonami ulicą w Chicago... W powietrzu wisi martwy  

ciężar przeszłości. Deklamatorka (puszkowany tenor): Znajdź najsłabszego pawiana!

Saloon   na   Dzikim   Zachodzie:   Pawian   pedał   ubrany   w   błękitną   sukienkę   małej  

dziewczynki śpiewa zrezygnowanym tonem na nutę ,"Alice Blue Gown": Jestem najsłabszym 

pawianem.

Profesora oddziela od młodzieży pociąg towarowy... Kiedy odjeżdża, mają obwisłe 

brzuchy i odpowiedzialne posady...

background image

STUDENCI: Chcemy Lottie!

PROFESOR: To było w innym kraju, dżentelmeni... Jak już mówiłem, gdy jedna z 

moich osobowości rozszczepiennych tak brutalnie mi przeszkodziła... Natrętne małe bestie... 

Wyobraźmy   sobie   Starego   Żeglarza   bez   kurary,   lassa,   bulbokapniny   czy   kaftana 

bezpieczeństwa,   a   jednak   zdolnego   zainteresować   publiczność...   Na   czym   polega   ta 

zagadkowa sztuczka? Che, che! W odróżnieniu od zwykłych artystów nie zatrzymywał byle 

kogo, by go zanudzać i dręczyć... Zatrzymywał tych, co nie mieli wyboru i musieli słuchać 

dzięki   już   istniejącej   relacji   między   Żeglarzem   (jakkolwiek   starym)   a   tym,   no,   Gościem 

Weselnym...

To, co Żeglarz mówi naprawdę, nie ma znaczenia... Może mówić od rzeczy, kląć, 

bredzić jak zdemenciały staruch... Ale z Gościem Weselnym dzieje się to samo co w trakcie 

psychoanalizy. Jeśli wolno mi uczynić małą dygresję... Mój znajomy psychoanalityk mówi 

przez cały czas do pacjentów, którzy cierpliwie go słuchają albo nie... Snuje wspomnienia... 

Opowiada sprośne kawały (z brodą), dochodzi do szczytów idiotyzmu, o jakich prezesowi 

sądu nawet się nie śniło... Udowadnia w ten sposób, że na poziomie słownym nie da się 

niczego osiągnąć... Doszedł do tej metody zauważywszy, że słuchacz — psychoanalityk — 

nie czyta w myślach pacjenta... To pacjent — mówiący — czyta w myślach psychoanalityka... 

Pacjent   ma   nadnaturalną   świadomość   jego   snów   i   zamiarów,   gdy   tymczasem   analityk 

porozumiewa się z pacjentem wyłącznie przodomózgowiem... Metodą tą posługuje się wielu 

agentów: są nadętymi nudziarzami i kiepskimi słuchaczami...

Panowie, rzucę wam perłę: Mówiąc można zdobyć więcej informacji o drugiej osobie 

niż słuchając.

Wieprze pędzą do przodu, a profesor wypełnia koryto perłami...

— Nie jestem godzien jeść nóg tego kolosa — mój najtłustszy wieprz.

— I tak są gliniane.

background image

 

DOROCZNE PRZYJĘCIE A.J.

A. J. zwraca się w stronę gości.

— Cipy, fiuty, biseksy, jako międzynarodowy impresario filmów pornograficznych 

telewizji kablowej przedstawiam wam Wielkiego Slashtubitcha!.

Wskazuje   czerwoną   aksamitną   kurtynę   wysokości   dwudziestu   metrów.   Kurtyna 

rozsuwa się przy akompaniamencie gromu i ukazuje się Wielki Slashtubitch. Ma ogromną, 

nieruchomą twarz kojarzącą się z urną pogrzebową Chimu. Nosi frak, błękitną pelerynę i 

monokl. Wielkie szare oczy z maciupeńkimi czarnymi źrenicami, które wydają się wypluwać 

igiełki.   (Jego   spojrzenie   może   wytrzymać   jedynie   koordynator   faktualistów).   Kiedy   się 

rozgniewa,   strzela   monoklem   przez   pokój.   Niejeden   nieszczęsny   aktor   poznał   lodowate 

niezadowolenie Slashtubitcha: “Wynoś się z mojego atelier, ty oszuście! Chciałeś mi wcisnąć 

lipny orgazm?! WIELKIEMU SLASHTUBITCHOWI?! Znaczysz dla mnie mniej niż palec u 

nogi! Idiota! Bezmyślny dureń! Bezczelny łotr! Idź sprzedawaj swoją dupę gdzie indziej i 

wiedz, że praca dla Slashtubitcha wymaga szczerości i oddania! Żadnych nędznych sztuczek, 

fałszywych jęków, gumowych bobków, flakoników mleka ukrytych w uchu i zastrzyków z 

johimbiny!"  (Johimbina,  otrzymywana  z kory drzewa rosnącego  w Afryce  Środkowej, to 

najbezpieczniejszy   i   najbardziej   skuteczny   afrodyzjak.   Działa   rozszerzające   na   naczynia 

krwionośne, zwłaszcza w okolicach genitaliów).

Slashtubitch strzela monoklem. Odpływa on poza pole widzenia i wraca jak bumerang 

do   jego   oka.   Slashtubitch   robi   piruet   i   znika   w   błękitnej   mgle,   zimnej   jak   skroplone 

powietrze... Cięcie...

Na ekranie. Rudy, zielonooki chłopiec, biała skóra z nielicznymi piegami... Całuje 

chudą brunetkę w spodniach. Stroje i fryzury nawiązują do egzystencjalistycznych barów w 

wielkich   miastach.   Siedzą   na   niskim   łóżku   przykrytym   białym   jedwabiem.   Dziewczyna 

rozpina chłopcu spodnie i wyjmuje delikatnie jego fiuta, małego i bardzo twardego, z lśniącą 

perłową kropelką na czubku. Pieści łagodnie napletek.

— Rozbierz się, Johnny.

Chłopiec zdejmuje prędko ubranie i staje nagi z pulsującym fiutem. Brunetka nakazuje 

mu gestem, by się odwrócił, i chłopiec robi piruet z ręką na biodrze, parodiując modelkę. 

Dziewczyna zdejmuje koszulę. Ma małe sterczące piersi ze stwardniałymi sutkami. Ściąga 

majteczki.   Jej   włosy  łonowe   są  czarne   i   lśniące.   Chłopiec   siada   koło   niej   i  sięga   ku   jej 

piersiom. Dziewczyna chwyta go za rękę.

background image

— Chcę cię ruchać, kochanie — szepce.

— Nie, nie teraz.

— Proszę!

— No dobrze. Pójdę umyć sobie tyłek.

— Nie, sama go umyję.

— E, wcale nie jest brudny!

— Ależ jest! No chodź, Johnny. Prowadzi go do łazienki.

— W porządku, stań na czworakach.

Chłopiec klęka i opiera podbródek na macie na podłodze.

—   Allach   —   mówi.   Ogląda   się   i   uśmiecha   do   dziewczyny.   Myje   mu   ona   pupę 

mydłem i gorącą wodą, a później wsadza palec do środka.

— Boli?

— Nieeeeeeeeee.

— Chodź, maleńki. 

Dziewczyna prowadzi go do sypialni. Chłopiec kładzie się na wznak i zarzuca nogi do 

tyłu, chwytając je pod kolanami. Dziewczyna klęka i gładzi jego uda i jądra, przesuwa palce 

wzdłuż   krocza.   Rozsuwa   pośladki,   pochyla   się   i   zaczyna   lizać   odbytnicę,   kręcąc   powoli 

głową. Liże coraz głębiej i głębiej. Chłopiec zamyka oczy i wije się. Dziewczyna liże go po 

kroczu.   Małe,   twarde   jądra...   Na   czubku   obrzezanego   fiuta   lśni   perłowa   kropelka.   Usta 

dziewczyny obejmują czubek fiuta. Ssie rytmicznie, zatrzymując się u góry i kręcąc głową. 

Bawi  się  łagodnie  jego  jądrami,   wsuwa środkowy i  wskazujący palec   w  głąb  odbytnicy. 

Kiedy przesuwa usta w dół, szyderczo łaskocze chłopca w prostatę. Chłopiec uśmiecha się i 

pierdzi. Dziewczyna ssie jego fiuta w szaleńczym tempie. Ciało chłopca zaczyna się kurczyć: 

każdy   następny   skurcz   trwa   nieco   dłużej.   “liiiiiiiiiii!"   —   krzyczy   chłopiec   z   napiętymi 

mięśniami, gdy z jego fiuta tryska gorąca sperma. Dziewczyna łyka ją łapczywie. Chłopiec 

opuszcza nogi na łóżko. Przeciąga się i ziewa.

Mary przypina gumowy penis. 

— Stalowy Dan Trzy z Jokohamy — mówi, gładząc goj Przez pokój tryska białe 

mleko.

— Niech mleko będzie pasteryzowane. Nie chcę, żebyś mnie zaraziła jakąś okropną 

krowią chorobą, na przykład pryszczycą...

—   W   Chicago,   kiedy  byłam   Liz   Transwestytą,   zajmowałam   się   dezynsekcją. 

Zalecałam   się   do   ładnych   chłopców,   bo   czułam   dreszczyk   emocji,   gdy   mnie   bito   jako 

mężczyznę. Później złapałam jednego z nich, obezwładniłam nadźwiękowym judo, którego 

background image

nauczyłam   się   od   starego   mnicha   zen  lesbizmu.   Związałam   chłopaka,   zdarłam   z   niego 

brzytwą   ubranie   i   wyruchałam   stalowym   Danem   Jeden.   Tak   się   cieszył,   że   go   nie 

wykastrowałam, że piszczał z rozkoszy.

Stalowego Dana Jeden zmiażdżyła ciota z Madras. Najmocniejszy uchwyt waginalny, 

jakiego kiedykolwiek doświadczyłam. Mogła sprasować ołowianą rurkę. Była to zresztą jej 

ulubiona sztuczka.

— A Stalowy Dań Dwa?

—   Pożarty   przez   wygłodzone   candiru   w   Baboonsasshole.   I   nie   mów   tym   razem 

“liiiiiiiiiiiii..."

— Dlaczego nie? To prawdziwie chłopięce.

— Burdelmama pomaca ci jaja, bosonogi chłopcze. Johnny spogląda na sufit z rękoma 

pod głową i pulsującym fiutem.

— Więc  co mam  robić?  Nie mogę  srać z tym  sztucznym  kutasem.  Ciekawe, czy 

można jednocześnie śmiać się i mieć orgazm? Pamiętam, podczas wojny w Kairze, ja i mój 

kumpel Lu, dżentelmeni na mocy ustawy Kongresu... nic innego nie mogłoby nas zrobić 

dżentelmenami... zaczęliśmy tak się śmiać w Jockey Clubie, żeśmy się zupełnie obsikali, a 

kelner   powiedział:   “Wynoście   się   stąd,   przeklęte   ćpuny!"   Cóż,   skoro   mogę   szczać   ze 

śmiechu, mogę chyba także ejakulować ze śmiechu. Więc powiedz coś naprawdę śmiesznego, 

jak będę się zbliżał do orgazmu. Poznasz to po lekkim drżeniu prostaty...

Mary nastawiła płytę, metaliczny kokainowy bebop. Smaruje się, unosi nogi chłopca i 

wsuwa mu fiuta w tyłek, kręcąc biodrami. Porusza się powoli i trze stwardniałymi sutkami o 

pierś chłopca. Całuje go w szyję, podbródek i oczy. Johnny wsuwa dłonie pod jej pośladki i 

wciska ją głębiej w siebie. Mary obraca się coraz szybciej i szybciej. Johnny dygoce i wije się 

w konwulsjach. “Szybciej! — mówi Mary. — Mleko stygnie". Johnny nie słyszy. Mary całuje 

go w usta. Ich twarze się zlewają. Sperma Johnny'ego trafia Mary w pierś — lekkie, gorące 

liźnięcia.

W drzwiach stoi Mark. Ma na sobie czarny golf. Chłodna, przystojna, narcystyczna 

twarz. Zielone oczy i czarne włosy. Spogląda szyderczo na Johnny'ego, z głową przechyloną 

na bok, z rękami w kieszeniach marynarki — taneczna gracja oprycha. Kiwa rozkazująco 

głową i Johnny idzie do sypialni. Podąża za nim naga Mary. “W porządku, chłopcy — mówi, 

siadając na różowej jedwabnej sofie. — Do roboty!"

Mark rozbiera się powoli, kręcąc biodrami. Wije się w szyderczym tańcu brzucha: 

zdejmuje golf i obnaża piękny biały tors. Johnny, ze skamieniałą twarzą, z przyśpieszonym 

oddechem, z wyschniętymi wargami, bierze jego ubranie i rzuca na podłogę. Mark zdejmuje 

background image

szorty.   Stoi   nagi,   z   uniesionym   fiutem   i   mierzy   Johnny'ego   wzrokiem   od   stóp   do   głów. 

Uśmiecha się i oblizuje wargi.

Mark klęka na jedno kolano i zarzuca sobie Johnny'ego na plecy. Wstaje i ciska go 

dwa metry na łóżko. Johnny pada na wznak i podskakuje. Mark podbiega, chwyta kostki 

Johnny'ego i unosi mu wysoko nogi. Szczerzy zęby w uśmiechu.

— W porządku, Johnny. — Powoli i spokojnie, niczym dobrze naoliwiona maszyna, 

wpycha fiuta w tyłek Johnny'ego. Chłopiec wzdycha głęboko, wijąc się z rozkoszy. Mark 

wkłada mu ręce pod łopatki i nabija głęboko na penis, który schował się cały.  Świszczę 

głośno przez zęby. Johnny krzyczy jak ptak. Mark całuje Johnny'ego w usta, bez uśmiechu, z 

twarzą niewinną i czystą, gdy wstrzykuje gorącą spermę w drżące ciało chłopca.

Przenika go łoskot pędzącego pociągu, gwizd lokomotywy... syrena okrętowa, syrena 

przeciwmgielna, sztuczne ognie rozbłyskujące nad gładkimi lagunami... labirynt sprośnych 

fotografii... nad zatoką powitalny wystrzał armatni... w białym korytarzu szpitalnym rozlega 

się krzyk, leci wzdłuż pylnej drogi między palmami, gwiżdże nad pustynią jak   pocisk (w 

suchym powietrzu szeleszczą skrzydła sępów); tysiące chłopców ejakulują jednocześnie w 

przybudówkach,   ponurych   toaletach   internatów,   strychach,   suterenach,   ambonach 

myśliwskich, diabelskich młynach, opuszczonych domach, wapiennych jaskiniach, łodziach 

wiosłowych,   garażach,   stodołach,   w   glinianych   ścianach   zrujnowanych,   wietrznych 

przedmieść (zapach wysuszonych ekskrementów)... czarny pył owiewający chude miedziane 

ciała...   poszarpane   majtki   opuszczone   do   popękanych   nagich   stóp   broczących   krwią... 

(miejsce, gdzie sępy walczą o rybie łby)... koło lagun w dżungli, drapieżne ryby atakują białą 

spermę unoszącą się na czarnej wodzie, pchły piaskowe gryzą miedzianoskóry tyłek, wyjąc 

jak wiatr w koronach drzew (kraina wielkich brunatnych  rzek, którymi  płyną  wyrwane  z 

korzeniami drzewa, zielone węże wśród gałęzi, zadumane lemury obserwują brzeg smutnymi 

oczyma),  czerwony samolot kreśli arabeski na błękitnym  niebie, atak grzechotnika, kobra 

unosi się, otwiera kaptur, pluje białym jadem, perły i odłamki opali spadają cichym deszczem 

w powietrzu czystym jak gliceryna. Czas trzęsie się jak popsuta maszyna do pisania, chłopcy 

się starzeją, młodzieńcze biodra drżące od spazmów rozkoszy wiotczeją i flaczeją. W szopie, 

na ławce, w parku, przy kamiennym murze w hiszpańskim słońcu, na zarwanym łóżku w 

pokoju umeblowanym (slumsy z czerwonej cegły w czystym świetle zimowego słońca), drżąc 

i podrygując w brudnej bieliźnie, szukając głodnej żyły o świcie, bełkocąc i plując śliną w 

arabskiej   kafejce   —   Arabowie   szepcą:   “Medżub"   i   odsuwają   się.   (Medżub  to   rodzaj 

muzułmańskiego fanatyka religijnego: często cierpią oni na padaczkę). “Muzułmanie mają 

krew   i   spermę...   Patrzcie,   patrzcie,   krew   Chrystusa   płynie   po   spermamencie!"   —   wyje 

background image

medżub... Wstaje krzycząc i z penisa tryska mu czarna krew: Ostatnia Erekcja, biały posąg, 

który   przekroczył   Wielką   Granicę,  przekroczył   niewinny   i   spokojny   jak   chłopiec 

przechodzący   przez   ogrodzenie,   by   łowić   ryby   w   zakazanym   stawie.   Po   chwili   złowił 

wielkiego suma... Z małej czarnej chatki wybiegł przeklinając starzec z widłami, a chłopiec 

uciekł ze śmiechem przez pola Missouri... Znalazł piękny różowy grot strzały i schował do 

kieszeni, biegnąc z młodzieńczą gracją... kości i mięśnie... (kości łączą się z ziemią, leży 

martwy ze strzelbą u boku koło drewnianego płotu, krew wsiąka w zimowe rżyska Georgii...) 

Sum płynie za nim... Chłopiec podbiega do płotu i przerzuca suma na zakrwawioną trawę... 

Sum wije się i piszczy... Chłopiec przeskakuje przez płot. Chwyta suma i biegnie czerwoną 

glinianą drogą w szpalerze dębów zrzucających czerwonobrązowe liście w jesiennym wietrze, 

zielonych, pokrytych rosą w lecie o poranku, czarnych na tle przejrzystego zimowego nieba... 

Starzec miota za nim przekleństwa... Z ust wylatują mu zęby i gwiżdżą nad głową, chłopca, 

który szarpie się do przodu ze ścięgnami napiętymi na szyi jak stalowe druty, nad  płotem 

tryska   czarna   krew   i   chłopiec   pada   na   trawę   jak   bezcielesna   mumia.   Między   ;żebrami 

wyrastają mu ciernie, w chacie pękają szyby, zakurzone odłamki szkła w czarnym kicie... po 

podłodze   -biegają   szczury   i   w   letnie   popołudnia   chłopcy   biją   konia   w   ciemnej   stęchłej 

sypialni, jedząc jagody wyrastające z jego ciała, ćmy z gęstym fioletowym sokiem...

Stary ćpun znalazł żyłę... krew rozkwita w pompce niczym chiński kwiat... ładuje herę 

w kanał i w jego zniszczonej twarzy lśni niewinnie chłopiec, który bił konia pięćdziesiąt lat 

temu, a wychodek wypełnia się słodką orzechową wonią młodzieńczej żądzy... ?

Ile lat nawleczonych na igłę krwi? Siedział z dłońmi na kolanach, patrząc na zimowy 

świt pustym wzrokiem maku. Stara ciota wierci się na kamiennej ławce w parku Chapultepec, 

gdy obok przechodzą indiańscy chłopcy obejmując się za szyje albo w talii, i wysila konające 

ciało, by dosięgnąć młodych pośladków i ud, jędrnych jąder i ejakulujących fiutów. 

Mark i Johnny siedzą naprzeciwko siebie na fotelu wibracyjnym, Johnny nadziany na 

fiuta Marka.

— Gotowe, Johnny? 

— Włączaj.

Mark wciska guzik i fotel zaczyna wibrować... Marie przekrzywia głowę, spoglądając 

na Johnny'ego z nieobecną twarzą, z oczyma chłodnymi i szyderczymi... Johnny krzyczy i 

jęczy... Jego twarz rozpada się, jakby roztopiona od środka... Krzyczy jak mandragora, mdleje 

w   chwili   wytrysku,   opada   bezwładnie   na   pierś   Marka   jak   drzemiący   anioł,   Mark   w 

zamyśleniu   klepie   Johnny'ego   po   plecach...   Sala   podobna   do   gimnastycznej...   Podłoga 

wyłożona   gumową   pianką  przykrytą   białym   jedwabiem...   Jedna   ze   ścian   jest   ze   szkła... 

background image

Wschodzące słońce wypełnia salę różową poświatą. Mary i Mark wprowadzają Johnny'ego z 

rękoma  związanymi  na plecach.  Johnny spostrzega  szubienicę  i chwieje się na  nogach z 

głośnym   jękiem:   “Ooooooooch".   Opuszcza   głowę   i   uginają   się   pod   nim   kolana.   Tryska 

sperma,   lecąc   łukiem   przed   jego   twarzą.   Mark   i   Mary   robią   się   nagle   niecierpliwi   i 

podnieceni...   Wpychają   Johnny'ego   na   szafot,   pokryty   spleśniałymi   pasami   do 

podtrzymywania jąder i przepoconymi koszulami. Mark poprawia pętlę.

— No, jazda!  Zaczyna spychać Johnny'ego z szafotu.  Mary:

— Nie, ja to zrobię.   Kładzie dłonie na pośladkach Johnny'ego, opiera mu czoło na 

piersi i uśmiecha się do niego. Wreszcie cofa się i spada wraz z nim w pustkę... Jego twarz 

puchnie od krwi... Mark przysuwa się i zręcznie łamie Johnny'emu kark... Odgłos pękającej 

gałęzi owiniętej mokrym ręcznikiem. Ciałem Johnny'ego wstrząsa dreszcz... Jedna z jego nóg 

dygoce jak zraniony ptak... Mark naśladuje konwulsje Johnny'ego, zamyka oczy i wysuwa 

język... Penis Johnny'ego unosi się i Mary wsadza go do swojej cipy, wijąc się w płynnym 

tańcu   brzucha,   jęcząc   z   rozkoszy...   Oblewa   się   potem,   a   na   twarz   opadają   jej   wilgotne 

pasemka włosów.

— Odetnij go, Mark! — krzyczy.  Mark wyciąga scyzoryk,  przecina linę i kładzie 

Johnny'ego na wznak. Mary leży na nim... Odgryza mu wargi, nos, wysysa oczy... Odrywa 

wielkie kawałki policzków... Wreszcie rzuca się na jego penis... Mark zbliża się do niej, a ona 

unosi   wzrok   znad   nagryzionych   genitaliów   Johnny'ego.   Twarz   ma   zakrwawioną, 

fosforyzujące oczy... Mark kopnięciem przewraca ją na plecy... Skacze na nią i pieprzy jak 

szalony... Turlają się po całej sali, skaczą wysoko w powietrze niczym ryby na patelni...

— Pozwól mi się powiesić, Mark... Pozwól mi się powiesić... Proszę, Mark, pozwól 

mi się powiesić!

— Jasne, mała.

Stawia ją brutalnie na nogi i wykręca jej ręce do tyłu.

— Nie, Mark! Nie! Nie! Nie! — krzyczy Mary, sikając i srając ze strachu. Mark 

ciągnie ją ku szafotowi. Pozostawia ją związaną na stosie używanych kondomów, przeciąga 

linę przez salę, po czym wraca, niosąc pętlę na srebrnej tacy. Stawia Mary na nogi i zaciska 

pętlę. Wsadza w nią fiuta, tańczy wokół szafotu i rzuca się w próżnię, “liiiiiiii!" — krzyczy, 

potrącając Johnny'ego. Mary pęka  kręgosłup. Jej ciałem wstrząsa potężny dreszcz. Johnny 

spada na podłogę i stoi czujny niczym młode zwierzę.

Skacze wokół pokoju. Z krzykiem tęsknoty, od której pęka z hukiem szklana ściana, 

rzuca   się w  pustkę.  Leci   tysiąc  metrów  w  dół,  bijąc  konia,  otoczony kroplami  spermy... 

Wrzeszczy wśród druzgocąco błękitnego nieba, gdy wschodzące słońce pali jego ciało jak 

background image

benzyna; mija wielkie dęby i cyprysy, po czym roztrzaskuje się wśród czerwonych bryzgów 

na zrujnowanym placu wyłożonym wapiennymi płytami. Między kamieniami rosną chwasty i 

pnącza, a w białym wapieniu tkwią zardzewiałe żelazne bolce o grubości metra, brązowe jak 

gówno...

Johnny   polewa   Mary   benzyną   z   obscenicznej   wazy   Chimu   z   białego   jadeitu... 

Namaszcza   własne   ciało...   Obejmują   sięf   padają   na   podłogę   i   turlają   pod   wielkie   szkło 

powiększające w dachu... Wybuchają płomieniem z krzykiem, od którego pęka szklana tafla, 

staczają się w pustkę, pieprzą się i krzyczą w locie, wybuchają krwią, ogniem i kopciem 

osiadającym na brązowych kamieniach pod pustynnym  niebem. Johnny skacze w męce po 

pokoju.   Z   okrzykiem,   od   którego   pęka   szkło,   staje   z   rozkrzyżowanymi   rękoma   przed 

wschodzącym słońcem, a z jego fiuta tryska krew... Biały marmurowy bóg zmienia się w 

konwulsjach w starego medżuba wijącego się w gównie i odpadkach pod glinianą ścianą w 

blasku   słońca,   które   rani   i   garbuje   skórę...   Jest   chłopcem   śpiącym   pod   murem   meczetu, 

ejakuluje w tysiące cip, różowych i gładkich niczym  muszle, czując rozkoszne łaskotanie 

włosów łonowych wślizgujących się do penisa.

John i Mary w pokoju hotelowym (muzyka z “East Saint Louis Toodleoo"). Ciepły 

wiosenny wiatr powiewa spłowiałymi różowymi zasłonami w otwartym oknie... Na pustych 

parkingach kumkają żaby... wokół rośnie kukurydza, a chłopcy łapią niewielkie zielone węże 

pod popękanymi wapiennymi stelarni poplamionymi gównem i oplecionymi zardzewiałym 

drutem kolczastym...

Błyska i gaśnie neon — zielony chlorofil, fiolet, pomarańcz.

Johnny wyciąga pincetą candiru z cipki Mary... i wrzuca do butelki mescalu, gdzie 

zmienia się ona w glistę... Daje jej natrysk  z tropikalnego  zmiękczacza kości, a jej zęby 

pochwowe wypływają z krwią i cystami... Jej cipka jest świeża i czysta jak wiosenna trawa... 

Johnny liże ją, na początku powoli, a później z narastającym podnieceniem rozchyla wargi 

sromowe i wsuwa język do środka, czując ostre, łaskoczące włosy... Mary leży na wznak z 

rozrzuconymi   ramionami   i   sterczącymi   piersiami,   przebita   gwoździami   neonów...   Johnny 

pełznie ku jej głowie, a na czubku jego fiuta lśni opałowa kropelka. Przebija fiutem włosy 

łonowe i wpycha go aż do końca, wessany przez głodne ciało... Jego twarz puchnie od krwi, 

pod powiekami wybuchają zielone fajerwerki i leci w przepaść przez krzyczące dziewczęta...

Wilgotne włosy na jądrach wysychają w ciepłym wiosennym wietrze. Stroma dolina 

w   dżungli,   pnącza   wspinają   się   ku   oknu.   Johnny'emu   puchnie   penis   i   wyrastają   z   niego 

background image

wielkie pąki. Z cipki Mary wychodzi długi korzeń powietrzny i szuka ziemi. Ciała rozkładają 

się wśród zielonych eksplozji. Kamienna chata popada w ruinę. Chłopiec to wapienny posąg; 

z jego fiuta wyrasta roślina, usta ma lekko rozchylone jak ćpun po strzale.

Beagle zawinął herę w bilet loteryjny.

— Ostatnia szpryca — jutro leczenie.

Daleka droga. Częste erekcje i upadki.

Długo wędrowaliśmy przez góry do oazy palm daktylowych, gdzie arabscy chłopcy 

srają do studni i tańczą rock and roiła na piaskach nadmorskich, jedząc hot dogi i wypluwając 

samorodki złotych zębów.

Bezzębni,   z   żebrami   jak   tarka,   na   której   można   by   uprać   brudne   ubranie,   wyszli 

dygocąc z katamarana na Wyspie Wielkanocnej i ruszyli ku brzegowi na nogach sztywnych 

jak   szczudła...   Kiwali   głowami   na   wystawach...   Sprzedali   smukłe   ciało   za   tłuszcz   braku 

głodu...

Palmy daktylowe uschły, studnię wypełniły wysuszone ekskrementy i mozaika tysiąca 

gazet:

“Rosja  zaprzecza...   Minister  spraw   wewnętrznych  jest  głęboko   zaniepokojony...   O 

dwunastej zero dwa otwarto zapadnię. O wpół do pierwszej lekarz wyszedł na ostrygi. Wrócił 

o drugiej i dobrodusznie poklepał powieszonego po plecach.

— Co takiego!? Jeszcze pan żyje?! Muszę pana pociągnąć za nogi! Cha-cha! Nie 

mogę pozwolić, żeby się pan dusił w tym tempie: dostałbym naganę od prezydenta. Gdyby 

karawan zabrał pana żywego, byłaby to prawdziwa hańba. Jaja by mi odpadły ze wstydu; 

zostałbym uznany za dupę wołową. Raz! Dwa! Trzy! Ciągniemy!"

Szybowiec zniża lot, cichy niczym erekcja, cichy jak pokryte smalcem szkło stłuczone 

przez   młodego   złodzieja   o   rękach   starej   kobiety   i   pustych   oczach   ćpuna.-..   Włamywacz 

wchodzi bezszelestnie do domu, stąpając po naoliwionych kryształach, w kuchni tyka głośno 

zegar, gorący przeciąg rozwiewa mu włosy, jego głowa eksploduje, trafiona grubym śrutem... 

Stary człowiek wyrzuca ze strzelby czerwoną łuskę i wykonuje piruet.

— Do kroćset, to nic wielkiego... Nabój w lufie... Pieniądze w banku... Jeden strzał 

prosto w głowę i padł w sprośnej pozycji... Słyszysz mnie, chłopcze?

Sam byłem kiedyś młody i słyszałem syreni śpiew łatwych pieniędzy, kobiet i jędrnej 

chłopięcej pupy. Nie podniecaj mnie, na litość boską, bo opowiem historię, od której fiut ci 

stanie, tęskniąc za różową młodą cipką albo śliczną melodią wygrywaną na twoim fiucie 

przez   chłopięcy tyłek...   W  jądrach  zbierają  się  ostre  diamenty,   nieubłagane  jak kamienie 

background image

nerkowe... Przepraszam, że musiałem cię zabić... Stara Szara Kobyła nie jest już  taka jak 

dawniej...   Stary   lew   z   dziurami   w   zębach   potrzebuje   pasty   “Amident",   by   mieć   świeży 

oddech... Stare lwy lubią pożerać chłopców... Czy można je za to winić? Chłopcy w szpitalu 

Świętego Jerzego są tacy słodcy, tacy zimni, tacy piękni... Nie dostawaj rigor mortis, synu. 

Okaż trochę szacunku staremu fiutowi... Sam możesz się kiedyś stać nudną starą pierdołą... 

Ach, chyba nie... Podobnie jak bosonogi bezwstydny kochanek Housmana, nastąpiłeś zimną 

stopą na silos przemian... Ale nie można zabijać chłopców z Shropshire... Wieszano go tak 

często,  że się opiera jak gonokok wykastrowany przez penicylinę,  nabiera ohydnej  siły i 

rozmnaża w postępie geometrycznym... Więc głosujmy za uniewinnieniem i połóżmy kres 

tym bestialskim pokazom, za które szeryf każe sobie płacić po funcie.

Szeryf:   Ludzie,   spuszczę   mu   gacie   za   jednego   funta!   Zbliżcie   się!   To   poważny 

eksperyment   naukowy   dotyczący   lokalizacji   centrum   życia.   Jego   fiut   ma   ćwierć   metra 

długości, panie i panowie, możecie sami go zmierzyć! Tylko jeden funt albo trzy dolary za 

zobaczenie młodego chłopca osiągającego trzykrotnie orgazm — nigdy nie zniżam się do 

wieszania eunuchów — zupełnie wbrew własnej woli! Kiedy pęknie mu stos pacierzowy, na 

pewno obryzga was spermą!

Chłopiec stoi na zapadni, przestępując z nogi na nogę.

— Boże! Ile trzeba znieść w tym biznesie! Na pewno jakiś wstrętny staruch za chwilę 

się podnieci!

Zapadnia się otwiera, lina śpiewa jak wiatr w drutach telegraficznych, kręgosłup pęka 

wydając głośny czysty ton chińskiego gongu.

Chłopiec odcina się nożem sprężynowym i goni wrzeszczącego pedała. Pedał wpada 

przez szklane drzwi do kina porno i rypie Murzyna szczerzącego zęby. Cięcie. 

(Mary, Johnny i Mark kłaniają się z pętlami na szyjach. Nie są tak młodzi jak na  

filmach pornograficznych... Wyglądają na zmęczonych i przygnębionych).

background image

SESJA MIĘDZYNARODOWEGO KONGRESU 

TECHNOPSYCHIATRYCZNEGO

Doktor   Schafer,   znany   jako   Mały   Lobotomista   wstaje   i   patrzy   na   uczestników 

kongresu lodowatym, błękitnym wzrokiem.

—  Panowie,   ludzki  system   nerwowy  można  zredukować,,  do  stosu  pacierzowego. 

Mózg   podzieli   los   zanikających   gruczołów,   zębów   mądrości,   wyrostka   robaczkowego... 

Przedstawiam panom swoje arcydzieło: “Amerykanina uwolnionego od lęku".

Grzmią trąby: Dwóch murzyńskich tragarzy wnosi nagiego Amerykanina i ciska na 

podium ze zwierzęcą brutalnością... Amerykanin wije się... Jego ciało zmienia się w lepką, 

przezroczystą galaretę, a po chwili z zielonej mgły wyłania się monstrualna czarna stonoga. 

Salę wypełniają fale smrodu, rozdzierającego płuca i wywołującego torsje... Schafer załamuje 

ręce i szlocha:

— Clarence! Jak mogłeś mi to zrobić?! Niewdzięcznicy! Przeklęci niewdzięcznicy!...

Przerażeni uczestnicy kongresu pomrukują:

— Obawiam się, że tym razem Schafer trochę przeholował...

— Ostrzegałem...

— Schafer to błyskotliwy facet, alej

— Zrobi wszystko dla reklamy...

— Panowie, to potworne, nieprawe dziecię zboczonego umysłu doktora Schafera nie 

może ujrzeć światła dziennego... Wypełnimy bez wahania swoją powinność...

— To dziecię już ujrzało światło dzienne — mówi jeden z murzyńskich tragarzy.

— Trzeba wyplenić wszystko, co nieamerykańskie — mówi gruby, podobny do żaby 

lekarz z Południa, popijając wódkę z glinianej czary. Zbliża się chwiejnym krokiem, po czym 

staje jak wryty, przerażony ogromnymi rozmiarami i groźnym wyglądem stonogi.

— Dawać benzynę! — ryczy. — Spalimy to draństwo jak czarnucha!

— Ja nie zamierzam przykładać do tęga ręki — odzywa się młody lekarz zażywający 

LSD-25. — Pierwszy lepszy prokurator z łatwością...

Cięcie. Na ekranie pojawia się sala sądowa.

PROKURATOR: Czcigodni przysięgli! Ci pseudouczeni twierdzą, że niewinna istota 

ludzka, którą tak lekkomyślnie zamordowali, zmieniła się nagle w ogromną czarną stonogę i 

że musieli zniszczyć owo monstrum, by nie zdążyło się rozmnożyć... Czyż mamy słuchać w 

background image

milczeniu  tych  bredni?! Czyż  mamy  dać  wiarę tym  obrzydliwym  łgarstwom?  Gdzież  się 

podziała owa zdumiewająca stonoga?!

“Zniszczyliśmy   ją"   —   mają   czelność   odpowiadać...   Chciałbym   przypomnieć, 

czcigodni hermafrodyci przysięgli, iż ten potwór (wskazuje doktora Schafera) nie pierwszy 

już raz staje przed sądem pod zarzutem niewyobrażalnej zbrodni: gwałtu na mózgu... Czyli 

mówiąc prostą angielszczyzną (bije pięścią w barierkę lawy przysięgłych  i podnosi głos), 

przymusowej lobotomii!...

(Przysięgli wstrzymują oddech... Jeden umiera na zawał... Trzech wije się na podłodze  

w paroksyzmach orgazmu... Prokurator ciągnie dramatycznie:)

To   on,   on,   nikt   inny,   doprowadził   całe   regiony   naszego   pięknego   kraju   do 

kompletnego zidiocenia... To właśnie on wypełnił ogromne magazyny bezradnymi matołami, 

którzy nie są w stanie się o siebie troszczyć... Ten cyniczny pseudo naukowiec nazywa ich 

szyderczo “trutniami"... Panowie przysięgli, lekkomyślne zabójstwo Clarence'a Cowiego nie 

może   pozostać  nie  ukarane  —  owa  potworna  zbrodnia  woła  o pomstę  do  nieba,  woła  o 

sprawiedliwość!

Stonoga biega wokół, podniecona.

— O kurwa, ta gnida jest głodna! — krzyczy jeden z tragarzy.

— Ja się stąd zmywam!

Uczestnicy kongresu wpadają w panikę. Szturmują wyjścia, krzycząc i rozpychając się 

łokciami...

background image

RYNEK

Panorama stolicy Interzone. Pierwsze takty “East Saint Louis Toodleoo"... czasem 

głośne i wyraźne, później ciche i niedosłyszalne jak muzyka na wietrze...

Pokój   drży   i   wibruje.   W   twoim   ciele   płynie   krew   wielu   ras:   Murzynów, 

Polinezyjczyków, Mongołów, pustynnych nomadów, bliskowschodnich poliglotów, Indian — 

ras, które jeszcze się nie narodziły. Migracje, niewiarygodne

wędrówki przez pustynie, dżungle i góry (stupor i śmierć w odległej górskiej dolinie, 

gdzie   z   genitaliów   wyrastają   rośliny,   a   ogromne   skorupiaki   rozmnażają   się   w   ciele   i 

wychodzą na zewnątrz), podróż katamaranem przez Pacyfik na Wyspę Wielkanocną. Miasto 

Uniwersalne, gdzie na ogromnym niemym rynku wystawiono na sprzedaż wszystkie ludzkie 

możliwości.

Minarety,   palmy,   góry,   dżungle...   Leniwa   rzeka   pełna   złowrogich   ryb,   ogromne 

zaniedbane parki, gdzie chłopcy leżący w trawie grają w tajemnicze gry. W mieście nie ma 

zamkniętych drzwi. W każdej chwili ktoś może wejść do twojego pokoju. Szefem policji jest 

Chińczyk dłubiący w zębach i słuchający donosów wariata. Od czasu do czasu wyjmuje z ust 

wykałaczkę i spogląda na jej koniec. W drzwiach siedzą hipsterzy z gładkimi miedzianymi 

twarzami, bawiąc się ludzkimi głowami na złotych łańcuchach. Ich puste twarze są owadzio 

spokojne.

Za nimi w otwartych drzwiach widać stoły, przepierzenia, szynkwasy, kuchnie, łaźnie, 

kopulujące   pary   na   mosiężnych   łożach,   tysiące   skrzyżowanych   hamaków,   narkomanów 

szykujących się do strzału, palaczy opium i haszyszu, ludzi siedzących, gadających, tonących 

w dymie i parze.

Karciane stoły, gdzie gra się o niewiarygodne stawki. Od czasu do czasu któryś z 

graczy zrywa się z rozpaczliwym okrzykiem, przegrawszy młodość albo stawszy się latahem 

przeciwnika. Ale bywają stawki wyższe niż młodość lub stanie się latahem, stawki znane 

tylko dwu graczom na świecie.

Wszystkie domy w Mieście są połączone. Domy z darni — w drzwiach mrugają w 

dymie  wysocy Mongołowie górscy;  domy z bambusa, lepianki,  domy z czerwonej cegły, 

domy   polinezyjskie   i   maoryskie,   drewniane   domy   o   długości   trzydziestu   metrów,   gdzie 

mieszka całe plemię, domy na drzewach i łodziach, domy z kartonów i blachy falistej, w 

których siedzą starcy odziani w przegniłe szmaty i gotują mięso z puszek, wielkie zardzewiałe 

background image

żelazne   rusztowania   wznoszące   się   sześćset   metrów   nad  bagnami   i   wysypiskami   śmieci, 

niebezpieczne wielopoziomowe konstrukcje, hamaki kołyszące się nad przepaścią.

Ku nieznanym krainom wyruszają ekspedycje w nieznanych celach. Na tratwach ze 

starych skrzynek związanych  przegniłymi  linami nadpływają obcy, wypełzają z dżungli z 

oczami   zapuchniętymi   od   ugryzień   owadów,   schodzą   z   gór  na   popękanych   krwawiących 

stopach ku brudnym przedmieściom, gdzie rzędy ludzi oddają kał pod ścianami lepianek, a 

sępy   biją   się   o   rybie   głowy.   Lądują   w   parkach   na   połamanych   spadochronach...   Pijany 

policjant odprowadza ich do wielkiego szaletu, by się zameldowali... Wypełnione formularze 

wiesza na gwoździach i używa jako papieru toaletowego.

Nad   Miastem   unoszą   się   zapachy   kuchenne   wszystkich   krajów,   mgiełka   opium   i 

haszyszu, czerwony dym yage, zapach dżungli, słonej wody, gnijącej rzeki, wyschniętych 

ekskrementów, potu i genitaliów.

Piskliwe flety górskie, dżez, bebop, jednostrunne instrumenty mongolskie, cygańskie 

dzwonki, afrykańskie bębny, arabskie kobzy...

W   Mieście   dochodzi   okresowo   do   rozruchów   i   sępy   pożerają   na   ulicach   nie 

pogrzebane trupy. Albinosi mrugają na słońcu. Chłopcy siedzący na drzewach onanizują się 

leniwie. Ludzie zżerani przez nieznane choroby obserwują przechodniów złymi,  mądrymi 

oczyma.

W Rynku znajduje się Kawiarnia Spotkań. Ludzie o tajemniczych, niewyobrażalnych 

zawodach,  gwarzący po etrusku, narkomani  uzależnieni  od jeszcze  nie zsyntetyzowanych 

narkotyków,   dealerzy   zupy   harmalinowej,   wyciągu   z   morfiny   zmieniającego   ludzi   w 

warzywa, płynów do wyrobu latahów i tytoniowych leków zapewniających długowieczność, 

czarnorynkowi   handlarze   z   okresu   trzeciej   wojny   światowej,   poborcy   podatków   od 

wrażliwości   telepatycznej,   osteopaci   ducha,   detektywi   prowadzący   śledztwa   w   sprawie 

przestępstw   ujawnionych   przez   ślepych   paranoidalnych   szachistów,   doręczyciele 

fragmentarycznych   nakazów   aresztowania   spisanych   hebefreniczną   stenografią   i 

zawierających   oskarżenia   o   niewyobrażalne   okaleczenia   ducha,   widmowi   biurokraci, 

urzędnicy nie istniejących jeszcze państw policyjnych, karlica lesbijka, która doprowadziła do 

perfekcji   stosowanie   bangutot,   śmiertelnej   erekcji   płuc   atakującej   śpiącego   wroga, 

sprzedawcy zbiorników genitalnych  i maszyn  relaksujących, dealerzy rozkosznych snów i 

wspomnień   wypróbowanych   na   wyczulonych   komórkach   głodu   morfinowego   i 

przehandlowanych za surowce woli, lekarze wyćwiczeni w leczeniu chorób drzemiących w 

czarnym pyle zburzonych miast, złośliwiejących w białej krwi niewidomych glist pełznących 

powoli ku powierzchni skóry, chorób dna oceanu i stratosfery, chorób laboratorium i wojny 

background image

nuklearnej... Miejsce, gdzie nieznana przeszłość i nadchodząca przyszłość spotykają się w 

niemej wibracji... Byty larwalne czekające na Żywego...

(Opis   Miasta   i   Kawiarni   Spotkań   powstał   w   stanie   odurzenia   yage...   Yage, 

ayuahuasca, pilde, natima to indiańskie nazwy Bannisteria caapi, szybko rosnącego pnącza 

występującego w Amazonii. Por. uwagi o yage w Dodatku).

background image

ZAPISKI PO YAGE

Obrazy spadają powoli jak ciche płatki śniegu... Spokój... Przestaję się bronić... Jestem 

otwarty na wszystko... Strach nie wchodzi w rachubę... Przepływa przeze mnie przepiękny 

błękitny   potok...   Widzę   archaiczną   roześmianą   twarz   podobną   do   maski   polinezyjskiej... 

Sino-błękitna twarz nakrapiana złotem...

Pokój   wygląda   jak   bliskowschodni   burdel   z   niebieskimi   ścianami   i   secesyjnymi 

lampami   w   czerwonych   abażurach...   Czuję,   jak   zmieniam   się   w   Murzynkę,   jak   czerń 

wypełnia po cichu moje ciało... Ataki pożądania... Moje

nogi nabierają krągłych polinezyjskich kształtów... Wszystko drży od ukradkowego 

życia... Pokój jest Bliskim Wschodem, Afryką, Polinezją, znajomym miejscem, którego nie 

mogę sobie przypomnieć... Yage to podróż w czasoprzestrzeni... Pokój drży i wibruje... W 

moim   ciele   płynie   krew   wielu   ras:   Murzynów,   Polinezyjczyków,   Mongołów,   pustynnych 

nomadów,   bliskowschodnich   poliglotów,   Indian   —   ras,   które   jeszcze   się   nie   narodziły... 

Migracje, niewiarygodne wędrówki przez pustynie, dżungle i góry (stupor i śmierć w odległej 

górskiej dolinie, gdzie z genitaliów wyrastają rośliny, a ogromne skorupiaki rozmnażają się w 

ciele i wychodzą na zewnątrz), podróż katamaranem przez Pacyfik na Wyspę Wielkanocną...

(Przychodzi mi do głowy, że początkowe mdłości po yage to choroba lokomocyjna w 

pierwszej fazie odlotu...)

“Czarownicy posługują się yage, by przepowiadać przyszłość, odszukiwać zgubione 

lub   skradzione   przedmioty,   diagnozować   i   leczyć   choroby,   wykrywać   sprawców 

przestępstw". Indianie (kaftan bezpieczeństwa dla Herr Boasa — dowcip zawodowy: nic tak 

nie wkurza antropologa jak człowiek prymitywny)  nie uważają śmierci za przypadek, nie 

zdają   sobie   sprawy  z  własnych   skłonności   autodestrukcyjnych   i   nazywają   je  pogardliwie 

“naszymi nagimi kuzynami", a może czują również, że owymi impulsami manipulują obce, 

złowrogie siły,  toteż  każdy zgon uważany jest za morderstwo. Czarownik zażywa  yage  i 

odkrywa   tożsamość   zabójcy.   Łatwo   się   domyślić,   że   deliberacje   czarowników   w   trakcie 

czynności śledczych mogły niekiedy niepokoić ich pobratymców.

— Miejmy nadzieję, że stary Ksiuptutol nie zwariuje i nie wskaże któregoś z naszych, 

chłopcy.

— Strzel sobie kurary i odpręż się... Wszystko załatwione...

— A jak odbije mu szajba? Bierze natimę od dwudziestu lat i śni na jawie... Wierz mi, 

szefie, ten towar to prawdziwa trucizna... Mózg się od tego lasuje...

background image

— Ogłosimy, że Ksiuptutol utracił zdolność sprawowania urzędu...

Ksiuptutol wychodzi chwiejnym krokiem z dżungli i mówi, że mordercami są Indianie 

z   Tzipine,   co   nikogo   nie   dziwi...   Wierzcie   staremu   Brujo,   kochani,   Indianie   nie   lubią 

niespodzianek...

Przez   Rynek   przechodzi   kondukt   pogrzebowy.   Czarna   trumna   ze   srebrnymi 

inskrypcjami   niesiona   przez   czterech   tragarzy.   Procesja   żałobników   śpiewających   pieśń 

pogrzebową... Ciem i Jody stają koło trumny, z której wylatuje trup wieprza... Jest ubrany w 

dżelabę, z pyska sterczy mu fajka z keifem, w racicy trzyma plik sprośnych fotografii, na szyi 

wisi mezuza... Napis na trumnie: “Najszlachetniejszy z Arabów".

Śpiewają   ohydną   parodię   arabskiej   pieśni   pogrzebowej.   Jody   potrafi   naśladować 

Chińczyka — robi to wstrząsające wrażenie. Doprowadził kiedyś do pogromu cudzoziemców 

w Szanghaju; zginęło trzy tysiące osób.

— Wstań, Gertie, okaż szacunek miejscowym żółtkom.

— Chyba rzeczywiście powinienem.

—  Mój  drogi,  pracuję  nad cudownym  wynalazkiem...  chłopcem,  który znika,  gdy 

osiągasz orgazm, i pozostawia po sobie woń palonych liści i odgłos odjeżdżającego pociągu.

— Uprawiałeś  kiedyś  seks w stanie  nieważkości?  Sperma  pływa  w powietrzu  jak 

ektoplazma,   a   wszystkim   gościom   płci   żeńskiej   grozi   niepokalane,   a   przynajmniej 

niebezpośrednie poczęcie... Przypomina mi to anegdotę o moim starym przyjacielu, jednym z 

najprzystojniejszych   i   najbardziej   zwariowanych   ludzi,   jakich   kiedykolwiek   znałem, 

absolutnie   zepsutym   przez   bogactwo.   Chodził   na   przyjęcia   z   gruszką   do   lewatywy   i 

wstrzykiwał spermę znajomym kobietom. Wygrał bez trudu wszystkie procesy o ustalenie 

ojcostwa. Oczywiście nigdy nie używał własnej spermy.

Cięcie. Na ekranie pojawia się sala sądowa. Adwokat A. J.:

—   Niepodważalne   badania   wykazały,   że   mój   klient   nie   miał   żadnego...   eee... 

osobistego kontaktu z czarującą powódką... Być może próbuje ona naśladować niepokalane 

poczęcie Dziewicy Maryi, przypisując mojemu klientowi rolę Ducha Świętego... Przypomina 

mi   to   proces   sądowy,   jaki   miał   miejsce   w   piętnastowiecznej   Holandii:   młoda   kobieta 

oskarżyła starszego, powszechnie szanowanego czarnoksiężnika, że stworzył sukkuba, który 

poznał ją cieleśnie, co zakończyło się poczęciem. Czarownika uznano winnym współudziału i 

skazano na stos. Jednakże, czcigodni przysięgli, w naszej oświeconej epoce nie wierzymy już 

w takie legendy, a młode kobiety przypisujące swój błogosławiony stan atencjom sukkubów 

są  uznawane   za  romantyczki,  a  w  bardziej  potocznej   angielszczyźnie  —  przeklęte   kłam-

czuchy, cne, che, che...

background image

A teraz godzina proroków:

— Miliony zmarły na bagnach. Tylko jeden wybuch.

—   Aye,   aye,   kapitanie!   —   odparł   wbijając   oczy   w   pokład.   —   Kto   włoży   dziś 

łańcuchy? Trzeba zachować ostrożność w czasie żeglugi pod wiatr; podróż z wiatrem nic nie 

dała... W tym roku w piekle najmodniejsze są senority i zmęczyła mnie długa wspinaczka do 

pulsującego Wezuwiusza obcych fiutów.

Potrzebuję Orient Expressu, by stąd wyjechać... Jest tu wiele kopalni... Codziennie 

kopią trochę dla zabicia czasu...

Widmowy Jack: gorący szept w kościanym uchu...

Strzelając osiągnij wolność.

— Chrystus?! — szydzi złośliwy, pedałowaty święty, wyjmując ciasto z alabastrowej 

czary...   —   Myślisz,   że   poniżyłbym   się   do   tego   stopnia,   by   czynić   cuda?!   To   doprawdy 

niesmaczne...

— Chodźcie, markizy i markizowie, i przyprowadźcie małe markiziątka. Pokaz dla 

młodych   i   starych,   dla   ludzi   i   zwierząt...   Jedyny   prawowity   Syn   Człowieczy   jedną   ręką 

wyleczy   chłopca   z   rzeżączki   —   tylko   dotykiem,   ludzie!   —   a   drugą   stworzy   marihuanę, 

chodząc   po   wodzie   i   sikając   winem   z   tyłka...   A   teraz   trzymajcie   się   z   dala,   ludzie,   bo 

elektryczna moc tego gościa może was napromieniować!...

— Znałem go, kochanie... Pamiętam, jak robiliśmy raz w Sodomie (wyjątkowo podła 

dziura) wysokiej klasy pokaz erotyczny... Tylko i wyłącznie z głodu... Cóż, nagle przychodzi 

ten przeklęty Filistyn i nazywa mnie pedałem. A ja mu na to: “Pracuję trzy tysiące lat w 

show-biznesie i zawsze jestem czysty. Poza tym nie muszę słuchać takich pierdoł". Przyszedł 

później   do   mojej   garderoby   i   przeprosił...   Okazał   się   wielkim   uzdrowicielem.   A   także 

ślicznym facetem...

—   Budda?   Sławny   ćpun   metaboliczny...   Produkował   własny   towar,   kapujesz?   W 

Indiach, gdzie nie mają poczucia czasu, dealer spóźnia się często cały miesiąc... Zaraz, zaraz, 

czy to drugi, czy trzeci monsun? Mam spotkanie w Keczupore.

— Te wszystkie ćpuny siedzące po turecku, plujące na ziemię i czekające na dealera.

— Nie muszę wcale brać — mówi Budda. — Na Boga, moje ciało samo produkuje 

towar.

— Nie możesz tego robić, stary. Załatwią cię.

— Nie załatwią. Mam sposób, kapujesz? Jestem teraz pieprzonym świętym.

— Jezu, szefie, jesteś genialny...

background image

— Niektórzy naprawdę wariują, gdy wymyślą Nową Religię. Brak im klasy... Poza 

tym łatwo mogą ich zlinczować, bo kto chce mieć do czynienia z lepszym od siebie? Po co 

męczyć ludzi? Więc musimy to rozegrać na chłodno, kapujesz, na chłodno... Trzeba pozwolić 

ludziom wybrać. Nie będziemy nikogo zmuszać, jak różni idioci, co pozostaną na zawsze 

bezimienni. Oczyśćmy jaskinię do bitwy. Zmetabolizuję trochę towaru i wygłoszę Kazanie 

Ogniste.

— Mahomet?! Kpisz sobie?! Wymyśliła go Izba Handlowa Mekki! Pisał to wszystko 

egipski specjalista od reklamy.

—   Jeszcze   jednego,   GUS.   Potem,   na   Allacha,   pójdę  do   domu   i   otrzymam   surę... 

Zaczekaj, aż rano ogłoszę ją na bazarze. Zniszczę tych dupków z Konsorcjum Idoli.

Barman spogląda znad programu wyścigów wielbłądów.

— Tak, będą płonąć wielkim płomieniem.

— Cóż... uf... tak. A teraz podpiszę ci weksel, GUS.

— Słynie pan w Mekce z weksli, panie Mahomet. Nie chcę o tym słyszeć.

— No cóż, GUS, są dwa rodzaje reklamy: pozytywna i negatywna. Chciałbyś się stać 

czarnym charakterem? Mogę otrzymać surę o barmanach, co nie udzielają kredytu ludziom w 

potrzebie.

— I będą płonąć wielkim płomieniem.  Sprzedana Arabia. — Barman  przeskakuje 

przez  szynkwas.  — Dłużej  tego  nie  zniosę, Ahmedzie.  Zabieraj  swoje sury i  wynoś  się. 

Osobiście ci w tym pomogę. I nie przychodź tu więcej.

— Załatwię cię, ty niewierny skurwysynu! Zamknę twoją budę! Osuszę Półwysep 

Arabski, na Allacha!

— To już kontynent...

— Daj sobie spokój z Konfucjuszem. Lao-tsy? Już go skreślili... I dość tych lipnych 

świętych   z   żałosnymi   minami,   jakiś   stary   zdemenciały   fiut   ma   nam   mówić,   czym   jest 

mądrość? “Trzy tysiące lat w show-biznesie i zawsze jestem czysty..."

— Po pierwsze, każde zdarzenie jest związane z męskimi  prostytutkami  i ludźmi, 

którzy bezczeszczą bogów handlu, grając w piłkę na ulicach. Aż tu nagle z domu wyłazi jakiś 

stary   pierdoła,   by   uraczyć   nas   swoim   kretynizmem.   Czy   nigdy   nie   uwolnimy   się   od 

siwowłosych wariatów, którzy siedzą na każdym szczycie górskim w Tybecie, wyłażą z chaty 

nad Amazonką, napadają na ludzi w ogrodzie botanicznym? “Czekam na ciebie, mój synu — 

mówi i zwiewa z silosem pełnym zboża. — Życie to szkoła, gdzie każdy uczeń uczy się innej 

lekcji. A teraz, gdy otworzę me usta..."

— Bardzo się tego boję...

background image

— Zaprawdę, nic nie powstrzyma przypływu...

— Nie mogę powstrzymać tego gościa. Sauve qui petit.

—   Kiedy   opuszczam   mędrca,   nie   czuję   się   w   ogóle   jak   człowiek.   Zmienia   moje 

organy w płynne gówno.

— Mam wyłączność, więc czemu  nie zwiać z żywym  słowem?  Słowa nie można 

wyrazić   bezpośrednio...   Można   je   tylko   zasugerować   mozaiką   zestawień   niczym   rzeczy 

porzucone w szufladzie hotelowej, zdefiniować za pomocą zaprzeczeń i braków.

— Chyba zrobię sobie zakładkę brzuszną. Może jestem stary, lecz ciągle ponętny.

Zakładka  brzuszna to operacja  chirurgiczna  mająca  na celu  usunięcie  tłuszczu.  W 

ścianie jamy brzusznej robi się zakładkę, tworząc gorset cielesny, który niekiedy pęka, tak że 

straszliwie stare bebechy wylewają się na podłogę... Oczywiście najgroźniejsze są modele 

wyjątkowo szczupłe. Niektóre z nich nazywa się nawet jednodniowymi.

— Najniebezpieczniejsze miejsce dla człowieka noszącego gorset cielesny to łóżko — 

stwierdza brutalnie doktor Rinderpest.

Ulubiona   piosenka   gorseciarzy   nosi   tytuł   “Ulotne   młodzieńcze   uroki".   Partner 

gorseciarza może rzeczywiście znaleźć się w “wodnistym, chłodnym objęciu".

Biała sala muzealna pełna zalanych słońcem nagich różowych posągów wysokich na 

dwadzieścia metrów. Zmieszane głosy nastolatków...

Srebrna   barierka...   trzystumetrowa   przepaść,   przestrzeń   zalana   słońcem.   Zielone 

poletko kapusty i sałaty. Opalonych na brąz młodzieńców z motykami podglądają zza kanału 

ściekowego stare cioty.

—   Och,   kochanie,   ciekawe,   czy   nawożą   to   poletko   ludzkim   nawozem...   Może 

niedługo to zrobią?

Otwiera   lornetkę   teatralną   wyłożoną   macicą   perłową   —   w   słońcu   lśni   aztecka 

mozaika.

Greccy   młodzieńcy   maszerują   gęsiego   z   alabastrowymi   czarami   pełnymi   gówna   i 

opróżniają je do dołu w ziemi.

Zakurzone topole kołyszą się w popołudniowym wietrze wśród ceglanych gmachów 

na Plaża de Toros.

Drewniane kabiny wokół gorącego źródła... zrujnowane ściany w zagajniku... ławki 

wygładzone przez milion masturbujących się chłopców.

Greccy   chłopcy,   biali   jak   marmur,   pieprzą   się   jak   psy   w   portyku   wielkiej   złotej 

świątyni... nagi mugwump gra na lutni.

background image

Idąc   w   czerwonym   swetrze   wzdłuż   torów   spotkałem   Sammy'ego,   syna   dozorcy 

przystani, i dwóch Meksykanów.

— Hej, chudzielcu, wyruchać cię?

— Eee... aha.

Meksykanin stawia Sammy'ego na czworakach na wytartym sienniku... Wokół tańczy 

murzyński chłopiec, wybijając rytm... Na jego różowego fiuta pada promyk słońca.

Bolesny   różowy   wstyd   na   tle   pastelowobłękitnego   widnokręgu,   gdzie   ogromne 

żelazne płaskowyże zderzają się z druzgocącym niebem.

— Wszystko w porządku! — krzyczy Bóg przez zardzewiały ładunek trzech tysięcy 

lat...

Świeci zimowy księżyc. Szklarnię rozbija grad kryształowych czaszek.

Amerykanka pozostawiła za sobą powiew trucizny na przyjęciu w Saint Louis.

Staw pokryty zieloną rzęsą w zapuszczonym ogrodzie. Z wody powoli wynurza się 

ogromna żaba grająca na klawikordzie.

Do baru wpada  solubis  i zaczyna  czyścić  buty świętego łojem z własnego nosa... 

Święty kopie go złośliwie w usta.

Solubis krzyczy, odwraca się i sra świętemu na spodnie. Wybiega pędem na ulicę. 

Odprowadza go zamyślone spojrzenie alfonsa... Święty woła kierownika:

— Jezu, Al, co za spelunkę prowadzisz! Moje nowiutkie ineksprymable!

— Przepraszam, święty. Wymknął mi się.

(Solubisi to najniższa kasta arabska, słynąca z podłości. Ekskluzywne kawiarnie mają 

własnych solubisów, którzy ruchają gości podczas posiłków — w ławach są w tym  celu 

specjalne otwory.  Ludzie marzący o totalnym  upokorzeniu i poniżeniu — w dzisiejszych 

czasach   jest   takich   bardzo   wielu   —   pozwalają   się   gwałcić   analnie   bandzie   solubisów... 

Słyszałem,   że   to   coś   wyjątkowego...   Solubisi   często   stają   się   bogaci,   aroganccy   i   tracą 

przyrodzoną podłość. Skąd się wzięli? Może to upadła kasta kapłańska? W pewnym sensie 

istotnie pełnią funkcję kapłanów, gdyż skupiają w sobie wszystkie ludzkie podłości).

A. J. przechodzi przez rynek w czarnej pelerynie, z sępem na ramieniu. Staje koło 

stolika.

— Fantastyczna historia o piętnastolatku z Los Angeles. Ojciec doszedł do wniosku, 

że powinien zerżnąć po raz pierwszy jakąś babę. Chłopiec leży na trawniku czytając komiks, 

a ojciec wychodzi z domu i powiada: “Masz dwadzieścia dolarów, synu. Chcę, żebyś poszedł 

do dobrej kurwy i zerżnął jej dupę". Jadą do burdelu, a ojciec mówi: “W porządku, synu. 

Reszta należy do ciebie. Zadzwoń do drzwi, a jak otworzy je kobieta, wyciągnij dwadzieścia 

background image

dolarów i powiedz, że chcesz jej zerżnąć dupę". “W porządku, tato". Po kwadransie chłopiec 

wychodzi.   “No   i   jak,   synu,   zerżnąłeś   jej   dupę?"   “Tak.   Ta   rura   otworzyła   drzwi,   a   ja 

powiedziałem, że chcę jej zerżnąć dupę, i wcisnąłem do łapy dwudziestaka. Poszliśmy do 

mieszkania; rozebrała się. Otworzyłem nóż  sprężynowy i zerżnąłem jej kawał dupy, a ona 

zaczęła wyć jak krowa. Musiałem ją uciszyć raz na zawsze".

Pozostają tylko śmiejące się kości, wzgórza, poranny wiatr i daleki gwizd pociągu. 

Nigdy nie zapominamy o potrzebach naszych wyborców, skoro mieszkają w naszym mózgu. 

Kto potrafiłby rozwiązać umowę na dzierżawę synaps?

Kolejny odcinek przygód Glema Snide'a:

— Wchodzę do baru, a przy szynkwasie siedzi ta dziwka. “O Boże, chyba gdzieś ją 

już widziałem" — myślę. Więc z początku nie zwracam na nią uwagi, a później widzę, że 

pociera udami, zakłada sobie nogi na głowę, pochyla ją i masturbuje się penisem sterczącym z 

nosa. Nie mogłem pozostać na to obojętny.

Iris — pół Chinka, pół Murzynka uzależniona od dihydroksyheroiny — szprycuje się 

co kwadrans, pozostawiając w ciele igły i pompki. Igły rdzewieją, a tu i ówdzie zarastają 

gładką zielonobrązową błoną. Na stole stoi samowar i dziesięciokilowy worek brązowego 

cukru. Nikt nigdy nie widział, by Iris jadła coś innego. Tylko przed strzałem słyszy, co się do 

niej mówi, i sama zaczyna mówić. Beznamiętnie wygłasza jakąś uwagę na temat własnej 

osoby:

— Zacisnęła mi się odbytnica.

— Z mojej cipy wypływa okropny zielony sok. Iris to jeden z tworów Benwaya.

— Człowiek może się odżywiać wyłącznie cukrem, do licha... Wiem, że niektórzy z 

moich uczonych kolegów, usiłujący pomniejszyć znaczenie mojego genialnego osiągnięcia, 

utrzymują,   iż   potajemnie   dodaję   do   cukru   Iris   witaminy   i   białka...   Wzywam   owych 

bezimiennych dupków, aby wypełzli ze swoich latryn i przeprowadzili na miejscu analizę 

chemiczną jej cukru i herbaty. Iris to zdrowa amerykańska cipa. Kategorycznie zaprzeczam, 

że odżywia się spermą. Korzystając z okazji stwierdzam, że jestem powszechnie szanowanym 

naukowcem, a nie szarlatanem, wariatem ani fałszywym cudotwórcą. Nigdy nie twierdziłem, 

że Iris może zaspokajać swoje potrzeby wyłącznie drogą fotosyntezy...

Nie twierdziłem, że może wdychać dwutlenek węgla i wydychać tlen. Owszem, kusiło 

mnie,   by   przeprowadzić   taki   eksperyment,   lecz   zrezygnowałem   z   niego   z   przyczyn 

etycznych... Krótko mówiąc, odrażające oszczerstwa moich niegodnych oponentów obrócą 

się przeciwko nim samym.

background image

ZWYKLI LUDZIE

(Przyjęcie   Partii   Narodowej   na   tarasie   wychodzącym   na   rynek.   Cygara,   szkocka, 

dyskretne beknięcia... Wśród gości krąży lider partyjny w dżelabie, paląc cygaro i popijając  

whisky. Nosi kosztowne angielskie buty, krzykliwe skarpetki z podwiązkami i ma muskularne, 

owłosione nogi. Kojarzy się z dobrze prosperującym gangsterem).

LIDER PARTYJNY (wyciągając teatralnie rękę): Spójrz w dół. Co widzisz?

PORUCZNIK: Hm? Cóż, rynek.

LIDER PARTYJNY: Nie, nie rynek. Widzisz ludzi. Zwykłych ludzi zajmujących się 

zwykłymi codziennymi sprawami. Właśnie tego nam trzeba...

(Przez barierkę wdrapuje się na taras ulicznik).

PORUCZNIK: Nie, nie chcemy kupić używanych prezerwatyw! Zjeżdżaj!

LIDER   PARTYJNY:   Zaczekaj!   Wejdź,   mój   chłopcze!   Usiądź...   Poczęstuj   się 

cygarem...   Napij   się.  (Krąży   wokół   chłopca   niczym   podniecony   kocur).  Co   sądzisz   o 

Francuzach?

CHŁOPIEC: Eee?...

LIDER PARTYJNY: O Francuzach. Przeklętych kolonialistach wysysających z ciebie 

soki żywotne.

CHŁOPIEC: Wysysanie ze mnie soków żywotnych kosztuje dwieście franków, proszę 

pana.   Nie   obniżyłem   stawek   od   pomoru   bydła,   gdy   umarli   wszyscy   turyści,   nawet 

Skandynawowie.

LIDER PARTYJNY: Widzisz? To prosty nieokrzesany ulicznik.

PORUCZNIK: Na pewno przeciągniemy go na naszą stronę, szefie.

LIDER   PARTYJNY:   Posłuchaj,   chłopcze:   Francuzi   ograbili   cię   z   twojego 

dziedzictwa, rozumiesz?

CHŁOPIEC:   Ma   pan   na   myśli   towarzystwo   ubezpieczeniowe?...   Kieruje   nim 

bezzębny egipski eunuch. Uważają, że budzi mniejszą niechęć, bo zawsze ściąga najpierw 

gacie   i   pokazuje,   jak   wygląda.   “Jestem   tylko   biednym   starym   eunuchem   —   mówi.   — 

Niestety, muszę panią pozbawić tej sztucznej nerki. To dla mnie bardzo przykry obowiązek... 

Odłączcie ją, chłopcy. — Uśmiecha się bezzębnymi dziąsłami. — Nie bez kozery nazywają 

mnie Nellie Poborca".

Więc  odłączyli  moją  matkę,  starą  krowę.  Spuchła  i  zrobiła  się czarna;  cały bazar 

background image

zaczął   śmierdzieć   szczyną.   Sąsiedzi   poskarżyli   się   władzom   sanitarnym,   a   mój   ojciec 

powiada: “To wola Allacha. Nie będzie dłużej szczała moją forsą".

Choroby budzą we mnie niesmak. Kiedy jakiś facet zaczyna opowiadać o swoim raku 

prostaty albo zgniłej wydzielinie z tyłka, odpowiadam: “Myśli pan, że interesują mnie pańskie 

choroby? Bynajmniej!"

LIDER   PARTYJNY:   W   porządku.   Ucisz   się   już...   Ale   nienawidzisz   Francuzów, 

prawda?

CHŁOPIEC:   Nienawidzę   wszystkich,   proszę   pana.   Doktor   Benway   mówi,   że   to 

kwestia metabolizmu, że mam  to we krwi... Szczególnie  często cierpią  na to Arabowie i 

Amerykanie... Doktor Benway przygotowuje szczepionkę przeciw tej chorobie.

LIDER PARTYJNY: Benway to agent zachodniego imperializmu.

PORUCZNIK l: Rozpasany francuski Żyd...

PORUCZNIK 2: Kurojajowy, czarnodupy, komunistyczny Żydomurzyn.

LIDER PARTYJNY: Zamknij się, głupcze!

PORUCZNIK 2: Przepraszam, szefie. Długo stacjonowałem na prowincji.

LIDER   PARTYJNY:   Dajcie   spokój   Benwayowi.  (Na   stronie)  Ciekawe,   czy   to 

przejdzie? Nie wiadomo, do jakiego stopnia są prymitywni...  (Głośno) Mówiąc w zaufaniu, 

Benway para się czarną magią.

PORUCZNIK l: Ma własnego dżinna.

CHŁOPIEC: Aaaach... mam zaraz randkę z eleganckim klientem z Ameryki. Gość 

klasa, mówię panom.

LIDER   PARTYJNY:   Nie   wstydzisz   się   sprzedawać   swój   tyłek   niewiernym 

imperialistom?

CHŁOPIEC: To zależy od punktu widzenia. Bawcie się dobrze.

LIDER PARTYJNY: I ty też. (Chłopiec schodzi z tarasu). 

Są beznadziejni, powiadam wam, beznadziejni.

PORUCZNIK 1: Co z tą szczepionką?

LIDER PARTYJNY: Nie wiem, ale brzmi to groźnie. Lepiej poszukajmy Benwaya 

telepatronem.   Nie   wolno   mu   ufać.   Jest   zdolny   prawie   do   wszystkiego...   Może   zmienić 

masakrę w orgię seksualną...

PORUCZNIK 1: Albo Żart.

LIDER PARTYJNY: Właśnie. Sprytny gość. Żadnych zasad...

AMERYKAŃSKA   GOSPODYNI   DOMOWA  (otwierając   pudełko   płatków 

owsianych): Powinno mieć fotokomórkę i otwierać się automatycznie na mój widok... Później 

background image

robot wrzucałby płatki do wody... Od czwartku robot zrobił się niegrzeczny, stale się do mnie 

dobiera, a wcale go na to nie programowałam...  Kubeł na śmieci warczy na mnie,  a ten 

okropny stary mikser wciąż próbuje mi zaglądać po sukienkę... Jestem przeziębiona i jelita mi 

się skurczyły... Zaprogramuję robota, żeby zrobił mi głęboką lewatywę.

AKWIZYTOR (coś pośredniego między agresywnym latahem a bojaźliwym telepaty 

sta):  Pamiętam,   jak   podróżowałem   z   K.   E.,   genialnym   wynalazcą   wielofunkcyjnych 

gadgetów.

— Pomyśl tylko! — woła. — Maszyna do produkcji masła w twoim własnym domu!

— Dostaję zawrotów głowy na samą myśl, K. E.

— Za pięć, dziesięć, może dwadzieścia lat... Ale to nieuniknione.

— Zaczekam, K. E. Zaczekam, choćby nie wiem jak długo. Jak tylko się pojawi, 

natychmiast ją kupię.

To   właśnie   K.   E.   wynalazł   uniwersalny   zestaw   dla   salonów   masażu,   zakładów 

fryzjerskich i łaźni tureckich, który może aplikować lewatywy, robić masaże erotyczne, myć 

włosy,   a   jednocześnie   obcinać   klientom   paznokcie   u   nóg   i   wyciskać   wągry.   A   także 

podręczny zestaw dla lekarzy, którym można wyciąć wyrostek, zszyć przepuklinę, wyrwać 

ząb mądrości, usunąć hemoroidy i dokonać obrzezania. Cóż, K. E. był takim fantastycznym 

akwizytorem, że gdy kończyły mu się zestawy fryzjerskie, sprzedawał zamiast nich lekarskie 

i ludzie budzili się u fryzjera z wyciętymi hemoroidami...

— Jezu, Homer, co za spelunkę prowadzisz? Czuję się, jakby mnie ktoś wyruchał.

— Cóż, bardzo przepraszam, ale zrobiliśmy panu gratis lewatywę z okazji Święta 

Dziękczynienia. K. E. musiał mi znowu sprzedać nie ten zestaw...

MĘSKA   PROSTYTUTKA:   Na   co   człowiek   się   naraża   w   tym   fachu!   Boże!   Nie 

uwierzylibyście,   jakie   propozycje   dostaję...   Chcą   się   bawić   w   lataha,   mieszać   z   moją 

protoplazmą,  robić  kopie, ssać moje  organy,  zamienić  się na  pamięć  i zostawić  mi  stare 

wspomnienia...

Pieprzę tego faceta i myślę: “Nareszcie ktoś normalny", aż wreszcie osiąga orgazm i 

zmienia  się  w   jakiegoś   potwornego  kraba...   “Nie  zamierzam  tego   dłużej  znosić,   Jack   — 

mówię. — Możesz to robić u Walgreena". Niektórzy ludzie   nie mają za grosz klasy. Inny 

okropny staruch po prostu siedzi, nadaje telepatycznie i zżera bieliznę. Makabra.

Cioty wpadają w sowiecką siatkę, gdzie Kozacy wieszają partyzantów przy dzikim 

zawodzeniu kobz, a chłopcy maszerują Piątą Aleją na spotkanie z Jimmym Walkoverem z 

background image

Kluczami Królestwa bez żadnych warunków wstępnych...

Czemuś,   ach,   czemuś   taki   smutny,   piękny   pedale?   Zapach   zdechłych   pijawek   w 

zardzewiałej blaszanej puszce. Ssą żywą ranę, ciało i krew Jezusa sparaliżowanego od pasa w 

dół.

Chłopcy, oddajcie testy swojemu słodkiemu tatusiowi, który zdał egzamin trzy lata 

przed wami i zna wszystkie odpowiedzi.

Przemytnicy cieląt odbierają poród krowy. Farmer udaje bóle porodowe, tarza się z 

krzykiem   w   ekskrementach.   Weterynarz   zmaga   się   z   krowim   szkieletem.   Przemytnicy 

zabijają   się   nawzajem   z   pistoletów   maszynowych,   gonią   się   wśród   maszyn   rolniczych, 

silosów, pojemników, stryszków z sianem i żłobów w ogromnej czerwonej stodole. Rodzi się 

cielę. Rankiem giną moce śmierci. Parobek klęka z czcią — w promieniach wschodzącego 

słońca widać pulsującą żyłę na jego szyi.

Na schodach sądu siedzą ćpuny, czekając na dealera. Biali w czarnych stetsonach i 

spłowiałych levisach przywiązują do latarni ulicznej czarnego chłopca, polewają benzyną i 

podpalają... Narkomani podbiegają i wciągają do spragnionych płuc swąd spalonego mięsa... 

Co za rozkosz...

PREZES SĄDU: Więc siedzę sobie przed sklepem Jeda w Pizdoliździe, a w levisach 

staje mi fiut, pulsując w słońcu... Nagle mija mnie stary Scranton, fajny chłop, nie ma w tej 

dolinie  lepszego. Wypada  mu  odbytnica  i jak chce,  by go wyruchać,  podaje ci  dupę ma 

metrowym jelicie... Czasami wyrzuca ją z siebie na sto metrów, aż do piwiarni Roya, i jelito 

pełznie wokół, szukając po omacku kutasa jak ślepa glista... Więc stary Scranton wyczuł 

mojego stojącego fiuta, zatrzymuje się jak pies, co zwęszył ślad, i mówi do mnie: “Obciągnę 

ci go, Lukę".

Browbeck i Young Seward walczą nożycami do kastrowania knurów. Biegają wśród 

stodół, klatek i stajni... Rżące konie obnażają wielkie żółte zęby,  ryczą krowy, wyją psy, 

kopulujące koty kwilą jak niemowlęta, wielkie knury z nastroszonymi szczecinami krzyczą 

głośno: “Hura! Hura!"

Browbeck pada pod ciosem miecza Sewarda i przytrzymuje dłonią błękitnawe jelito 

wylewające   się   z   długiej   rany.   Seward   obcina   Browbeckowi   fiuta   i   unosi   z   triumfem   w 

promieniach wschodzącego słońca...

Browbeck krzyczy... hamulce pociągu metra plują iskrami...

— Odsuńcie się od toru, ludzie... odsuńcie się od tonuj!'

— Podobno ktoś go popchnął.

background image

— Chodził zygzakiem, jakby źle widział.

— Za dużo wiatru w oczy.

Mary Lesbijka leży na podłodze pubu na zakrwawionych podpaskach... Dwustukilowy 

pedał miażdży ją nogami, śpiewając ohydnym falsetem:

Podeptał grona gniewu, patrząc na nie krzywo! 

Miecza swego uwolnil błyskawicę straszliwą!

Wyciąga pozłacany drewniany miecz i przecina powietrze. Spada z niego gorset i leci 

ze świstem w stronę tarczy do strzałek wiszącej na ścianie.

Szpada starego toreadora trafia w kość, wylatuje ze świstem w powietrze i przyszpila 

dzielnego espontaneo do ściany areny.

Elegancki   pedzio   przyjeżdża   z   Teksasu   do   Nowego   Jorku.   Jest   taki   ładniutki,   że 

natychmiast   podrywa   go   starucha   mająca   hopla   na   punkcie   młodych   pedziów,   bezzębna 

wampirzyca, zbyt powolna i słaba, by polować na inną zwierzynę. Takie stare, nadżarte przez 

mole tygrysice zawsze kończą na pedziach... Więc ten gość, cwany i zręczny, zaczął wyrabiać 

elegancką biżuterię. Każda bogata stara rura z Nowego Jorku chce  mieć jego naszyjnik i 

pedzio zgarnia kupę szmalu, ale brakuje mu czasu na seks i martwi się o swoją opinię... 

Zaczyna wobec tego grać na wyścigach, bo hazard rzekomo ma w sobie coś męskiego, i chce 

się pokazać na torze... Mało który pedzio gra na wyścigach, a ci, co grają, tracą mnóstwo 

forsy,   bo   są   kiepskimi   hazardzistami.   Przy   złej   passie   spłukują   się,   a   gdy   zaczynają 

wygrywać,   są   niezdecydowani...   To   zresztą   stały   model   ich   życia...   Każde   dziecko   zna 

podstawowe prawo hazardu:  wygrane  i przegrane przychodzą seriami.  Kiedy wygrywasz, 

rzucaj się głową do przodu, a jak zaczynasz tracić, zwijaj interes. (Znałem raz pedzia, co 

przegrał absolutnie cały swój kapitał, ale nie od razu, o nie! Nasz Gertie był inny... tracił po 

dwudziestaku...)

Więc ten pedzio przegrywa, przegrywa i znowu przegrywa. Pewnego dnia, gdy ma 

oprawić   drogi   kamień,   doznaje   olśnienia.   “No   tak,   wstawię   go   później".   Słynne   ostatnie 

słowa. I przez całą zimę brylanty, szmaragdy, perły, rubiny i gwiaździste szafiry jeden po 

drugim trafiają do lombardu, a ich miejsce zajmują imitacje...

Wreszcie na premierze w Metropolitan Opera House pojawia się stara wiedźma w 

brylantowej tiarze. Podchodzi do niej druga kurwa i mówi:

— Och, Miggles, jakaś ty sprytna, że zostawiasz autentyki w domu... To szaleństwo 

nosić je i kusić los.

background image

— Mylisz się, moja droga. To prawdziwe brylanty.

— Ależ skąd, Miggles... Zapytaj swojego jubilera... Zapytaj kogokolwiek... Cha! Cha! 

Cha!

Stare wiedźmy zwołują czym prędzej sabat (“Lucy Bradshinkel, przyjrzyj się swoim 

szmaragdom!") i oglądają precjoza, jakby odkryły u siebie trąd.

— Mój krwisty rubin!...

—   Moje   czarne   upale!   —   Ta   stara   dziwka   wychodziła   za   tylu   Chińczyków   i 

makaroniarzy, że oduczyła się poprawnej wymowy.

— Mój gwiaździsty szafir! — krzyczy poule de luxe. — Och, to okropne!... 

— Przecież to biżuteria od Woolwortha!...     

— Widzę tylko jedno wyjście. Dzwonię na policję! — mówi jedna ze staruch, po 

czym człapie w pantoflach na płaskich obcasach i wzywa gliniarzy.

Cóż, pedzio dostaje dwa lata i spotyka w kiciu młodą męską prostytutkę. Zakochują 

się   w   sobie,   a   przynajmniej   coś   w   tym   stylu,   a   później   wychodzą   razem   i   wynajmują 

mieszkanie na Lower East Side... Znajdują sobie uczciwą robotę i po raz pierwszy w życiu są 

szczęśliwi.

Na scenę wkraczają siły zła... Lucy Bradshinkel odwiedza Brada i mówi, że wszystko 

mu wybacza. Wierzy w niego i chce mu urządzić pracownię. Naturalnie będzie się musiał 

przeprowadzić w okolice Sześćdziesiątej Ulicy.

— To mieszkanie jest okropne, kochany, a twój przyjaciel...

Okazuje się, że jakiś mafios chce zaangażować Jima na szofera. Załatwiła to Lucy, 

kapujesz? Jim nawet nigdy go nie widział.

Czy Jim wróci do przestępstwa? Czy Brad ulegnie zalotom starego wampa, oszalałej 

nimfomanki?... Na szczęście siły zła zostają rozgromione i z groźnym warczeniem schodzą za 

sceny.

— Boss nie będzie zbyt zadowolony.

— Nie mam pojęcia, dlaczego kiedykolwiek traciłam na ciebie czas, ty tani wulgarny 

pedale.

Chłopcy   stoją   przy   oknie,   obejmując   się   ramionami   i   spoglądając   na   Most 

Brooklyński. Ciepły wiosenny wiatr rozwiewa czarne kędziory Jima i śliczne ufarbowane 

henną włosy Brada.

— Co mamy dziś na kolację, Brad?

— Wyjdź do drugiego pokoju i zaczekaj — mówi Brad, żartobliwie wypychając Jima 

z kuchni i wkładając fartuch.

background image

Na kolację jest pizda Lucy Bradshinkel  saignant  duszona w podpaskach  papillon

Chłopcy jedzą, patrząc sobie w oczy szczęśliwym  wzrokiem. Po ich podbródkach spływa 

krew.

Niechaj przez miasto przeleci  świt błękitny jak płomień...  Na podwórkach nie ma 

owoców, a cmentarne doły rodzą zakapturzonych umarłych...

— Którędy do Tipperary, paniusiu?

— Przez wzgórza, do dalekiego Blue Glass... Przez łąkę do zamarzniętego stawu, 

gdzie skute lodem złote rybki czekają na wiosenne roztopy.

Wrzeszcząca czaszka toczy się po schodach i odgryza  fiuta niewiernemu  mężowi, 

który wykorzystuje ból ucha żony, by popełnić cudzołóstwo. Młody szczur lądowy wkłada 

zydwestkę i tłucze żonę na śmierć pod prysznicem.

BENWAY: Nie bierz tego tak poważnie, synu... Jeder macht eine kleine Dummerheit. 

Każdy może zrobić głupstwo.

SCHAFER: Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że... eeeee... jest w tym coś złego.

BENWAY:   Bzdury,   synu...   Jesteśmy   naukowcami...   Czystymi   naukowcami. 

Prowadzimy niezależne badania i nikt nie zdoła nas powstrzymać, a już na pewno nie jacyś 

koszmarni bonzowie partyjni.

SCHAFER: Tak, naturalnie... a jednak... Nie mogę zapomnieć o tym smrodzie...

BENWAY  (z   irytacją):  Żaden   z   nas   nie   może...   Tylko   raz   czułem   coś   równie 

ohydnego... Zaraz, zaraz, co to było? Ach, prawda: wstrzyknąłem pacjentowi kurarę podczas 

ostrego ataku manii i podłączyłem go do respiratora. Nie był  w stanie znaleźć ujścia dla 

aktywności motorycznej i zdechł niczym szczur tropikalny. Interesująca przyczyna  zgonu, 

prawda?

(Schafer nie słucha).

SCHAFER  (impulsywnie):  Chyba wrócę do tradycyjnych ; operacji chirurgicznych. 

Ciało ludzkie jest skandalicznie  nieefektywne. Zamiast  ust i odbytu mógłby istnieć jeden 

otwór do przyjmowania pokarmów i wydalania ich. Zaszyjemy nos i usta, odetniemy żołądek, 

uformujemy otwór oddechowy w klatce piersiowej, gdzie zresztą od razu mógłby być...

BENWAY:   Dlaczego   nie   wielofunkcyjna   kropla   protoplazmy?   Opowiadałem   ci 

kiedyś o człowieku, który nauczył się mówić tyłkiem? Poruszał brzuchem, pierdząc słowami. 

Nigdy w życiu czegoś takiego nie słyszałem.

To  gadanie   przez  tyłek  robiło   niesamowite  wrażenie.   Słuchając  go, człowiek   czuł 

background image

lekkie mrowienie w jelitach, jakby musiał za chwilę iść do sracza. Był to głęboki, zastygły 

dźwięk, wibrujące tony, które zdawały się wręcz pachnieć.

Facet występował w cyrku jako brzuchomówca. Robił fantastyczne numery, mówię ci. 

Zapomniałem,   co   gadał,   ale   było   to   naprawdę   zabawne.   “Och,  jesteś   tam   ciągle,   stary?" 

“Jestem, ale zaraz wychodzę".

Po   pewnym   czasie   dupa   zaczęła   gadać   sama   z   siebie.   Gość   stawał   na   scenie   i 

dowcipkował z nią, a wszyscy ryczeli ze śmiechu.

Później  wyrosły jej małe  zakrzywione  ząbki i zaczęła  nimi  jeść. Facet  uznał  to z 

początku za zabawne i zrobił z tego nowy numer, ale dupa przegryzała się przez spodnie i 

zaczynała   gadać   na   ulicy;   krzyczała,   że   żąda   równych   praw.   Poza   tym   upijała   się   i 

lamentowała, że nikt jej nie kocha i że chce być całowana tak samo jak usta. Na koniec 

mówiła dzień i noc bez przerwy;  facet wrzeszczał,  żeby się zamkną  walił w nią pięścią, 

wsadzał w nią świeczki, lecz nic nie pomagało, dupa powtarzała: “To ty się zamknij. Już cię 

nie potrzebuję. Mogę mówić, gadać i srać".

Od tamtej pory facet budził się rano z przezroczystą błoną na wargach. Było to tak 

zwane dzikie mięso.  Facet  zrywał  je z ust, a kawałki błony przyklejały mu  się do rąk i 

wrastały w ciało. W końcu usta zasklepiły się i głowa na pewno by odpadła (wiesz, że wśród 

Murzynów istnieje choroba objawiająca się odpadaniem małych palców u nóg?), gdyby nie 

oczy,  rozumiesz? Dupa nie mogła tylko jednego: patrzeć. Potrzebowała ich. Ale nerwy z 

czasem uległy atrofii, tak że mózg nie mógł już wydawać poleceń ciału. Tkwił w czaszce jak 

w więzieniu, odcięty. Przez jakiś czas w oczach malowało się nieme, bezradne cierpienie, ale 

wreszcie mózg musiał również obumrzeć, bo oczy zgasły i były martwe jak u kraba.

Seks omija cenzurę i przeciska się między ustawami, bo w popularnych piosenkach i 

podrzędnych  filmach  istnieją zawsze szczeliny,  którymi  sączy się pierwotna amerykańska 

zgnilizna. Z pękających wrzodów wypływa ropa z komórkami dzikiego mięsa i wrastają one 

w przypadkowych miejscach w ciało i dają początek odrażającym przypadkowym istotom. 

Niektóre składają się wyłącznie z ciał jamistych zdolnych do erekcji, inne to wnętrzności 

ledwo pokryte skórą, grona trzech, czterech oczu, skrzyżowane usta i tyłki, ludzkie członki 

połączone w przypadkowy sposób.

Ostatecznym rezultatem jest zawsze rak. Demokracja to nowotwór złośliwy, dający 

przerzuty   w   postaci   urzędów.   Urząd   zapuszcza   korzenie,   złośliwieje   niczym   Agencja   do 

Walki   z   Narkotykami,   rozrasta   się   i   rozrasta,   tworząc   coraz   więcej   własnych   kopii,   aż 

wreszcie dławi organizm macierzysty. Urzędy nie mogą istnieć bez organizmu macierzystego, 

gdyż   są   formami   pasożytniczymi.   (Jednakże   spółdzielnie   mogą   istnieć   bez   państwa.   Oto 

background image

właściwa   droga.   Należy   tworzyć   niezależne   jednostki   organizacyjne,   które   zaspokajają 

potrzeby zrzeszonych w nich ludzi. Urzędy działają na innej zasadzie: stwarzają potrzeby, by 

usprawiedliwić   własne   istnienie).   Biurokracja   to   odmiana   raka,   odwrót   od   naturalnego 

kierunku ewolucji w stronę nieograniczonych możliwości, indywidualizmu i spontaniczności: 

zostają one zniszczone przez pasożytniczego wirusa.

(Wirusy   uważa   się   za   zdegenerowaną   mutację   bardziej   samowystarczalnych   istot 

żywych.   Może   kiedyś   były   one   zdolne   do   samodzielnego   życia,   lecz   obecnie   są   czymś 

pośrednim   między   materią   żywą   a   martwą.   Wirusy  mogą   żyć   tylko   w   ciele   gospodarza, 

pasożytując  na nim,  co stanowi wyrzeczenie się życia, powrót ku materii  nieorganicznej, 

martwej).

Kiedy państwo się rozpada, urzędy umierają. Są równie bezbronne i niezdolne do 

samodzielnego   życia   jak   tasiemce   poza   ciałem   nosiciela   albo   wirusy,   co   zabiły   swego 

gospodarza.

— Widziałem  raz w Timbuktu  arabskiego chłopca, który potrafił  grać tyłkiem  na 

flecie;  podobno był  niezrównany w  łóżku. Potrafił  zagrać  melodyjkę  na fiucie,  uciskając 

najbardziej wrażliwe miejsca, naturalnie zawsze różne. Każdy kochanek miał własną idealną 

piosenkę, doprowadzającą go do orgazmu. Chłopiec znakomicie improwizował coraz to nowe 

melodie, pełne kontrapunktów, pozornych dysonansów i oszałamiających, słodkich treli.

“Fats" Terminal zorganizował bandę pawianów na motocyklach.

W barze pedałów zebrali się na śniadanie Huntsmeni. Przechadzają się z kretyńskim 

narcyzmem na twarzach, w czarnych skórzanych  kurtkach i pasach nabijanych  ćwiekami, 

napinając   mięśnie,   by   cioty   mogły   je   pomacać.   Wszyscy   noszą   w   spodniach   ogromne 

fałszywe genitalia. Od czasu do czasu któryś z nich obala ciotę na podłogę i szcza na nią.

Piją   poncz   “Victory",   złożony   z   opium,   hiszpańskiej   muchy,   ciemnego   rumu   i 

napoleona.   Źródłem   ponczu   jest   wielka   złota   rzeźba   przedstawiająca   wyszczerzonego, 

skulonego pawiana, który usiłuje wyrwać włócznię tkwiącą w boku. Kiedy chwyci się małpę 

za jaja, z jej fiuta tryska poncz. Od czasu do czasu z tyłka pawiana wylatują ciepłe przekąski; 

towarzyszy temu pierdzący dźwięk. Kiedy to się dzieje, Huntsmeni wybuchają zwierzęcym 

śmiechem, a cioty piszczą i dygocą.

Mistrzem Huntsmenów jest kapitan Eyerhard, którego wyrzucono z Sześćdziesiątego 

Dziewiątego Regimentu Królowej za to, że zachował woreczek podtrzymujący jądra podczas 

gry w rozbieranego pokera. Motocykle podskakują i przewracają się. Plujące, wrzeszczące, 

srające pawiany walczą z Huntsmenami. Puste motory kręcą się w kurzu niczym okaleczone 

owady, atakując pawiany i Huntsmenów.

background image

Lider partyjny jedzie triumfalnie wśród krzyczących tłumów. Czcigodny starzec sra na 

jego widok i usiłuje się rzucić pod koła limuzyny.

LIDER PARTYJNY: Nie rzucaj się pod koła mojego nowiutkiego wozu. To buick 

roadmaster   convertible   z   białymi   oponami,   automatycznie   opuszczanymi   szybami   i 

wszystkimi bajerami... To tania arabska sztuczka: skierujemy cię do Ministerstwa Rolnictwa, 

by użyto cię jako nawozu...

Napełniono balie, a prześcieradła odesłano do pralni, by usunąć krwawe plamy — 

Immanuel przepowiada Drugie Przyjście...

Po   drugiej  stronie   rzeki   stoi   chłopiec   z   dupką   jak   różyczka.   Niestety,   nie   umiem 

pływać i straciłem swoją Clementine.

Narkoman siedzi z igłą wcelowaną w przekaz krwi, skubacz maca frajera zgniłymi 

palcami...

Godzina doktora Bergera... Na ekranie pojawia się laboratorium.

TECHNIK: Posłuchaj, powtórzę wszystko powoli. “Tak". (Kiwa głową), l powiedz to 

z uśmiechem... z uśmiechem! (Obnaża sztuczne zęby w odrażającej parodii reklamy pasty do 

zębów). “Lubimy szarlotkę i lubimy siebie nawzajem. To proste jak drut". I niech to brzmi 

prosto, po wiejsku. Wyglądaj jak wół, dobrze?... Chcesz iść znowu na tablic? rozdzielczą? A 

może pobawimy się wiadrem? 

BADANY (wyleczony kryminalista psychopata): Nie!., Nie!... Jak wół?

TECHNIK: Nie, jak krowa.

BADANY (z krowią głową): Muuuuu! Muuuuu!

TECHNIK (żachnąwszy się): Nie przesadzaj! Po prostu wyglądaj jak prosty, wiejski 

chłopiec!

BADANY: Pedzio frajer?

TECHNIK: Nie, niezupełnie pedzio frajer. Byłbyś  trochę za sprytny. Wyglądaj jak 

gość po lekkim wstrząsie mózgu... Znasz ten typ. Z wyciętym nadajnikiem i odbiornikiem 

telepatycznym. Trochę jak żołnierz... Kamera!

BADANY: Tak, lubimy szarlotkę...

(Przeciągle i głośno burczy mu w brzuchu. Na jego podbródku wiszą nitki śliny...  

Doktor Berger unosi wzrok znad notatek. Jest w ciemnych okularach, bo światło razi go w  

oczy. Wygląda trochę jak żydowska sowa).

DOKTOR BERGER: Uważam, że się nie nadaje... Proszę dopilnować, żeby się zgłosił 

do działu likwidacji.

TECHNIK: Moglibyśmy wyciąć burczenie ze ścieżki dźwiękowej, wsadzić mu dren 

background image

do gęby i...

DOKTOR BERGER: Nie, nie nadaje się...  (Spogląda na badanego z niesmakiem, 

jakby popełnił on jakieś straszliwe faux-pas: na przykład szukał krabów w czyimś salonie).

TECHNIK (zrezygnowany i zirytowany): Wprowadzić wyleczonego pedała.

(Wprowadzają wyleczonego homoseksualistę, który idzie na sztywnych nogach. Siada 

przed kamerą i usiłuje zająć wygodną pozycję. Jego mięśnie poruszają się osobno jak odnóża 

poszatkowanego owada).

HOMOSEKSUALISTA (kiwa głową i uśmiecha się): Tak. Lubimy szarlotkę i lubimy 

siebie nawzajem. To proste jak drut.  (Kiwa głową i uśmiecha się, kiwa głową i uśmiecha  

się...)

TECHNIK  (wrzeszczy):   Cięcie!...  (Pielęgniarze   wyprowadzają   wyleczonego 

homoseksualistę, który ciągle kiwa głową i uśmiecha się). Puśćcie to jeszcze raz.

DORADCA   ARTYSTYCZNY  (kręcąc   głową):   Czegoś   tu   brakuje.   Mówiąc 

konkretnie, brakuje zdrowia.

BERGER (zrywa się na równe nogi): Niesłychane! To wcielenie zdrowia!...

DORADCA ARTYSTYCZNY (urażony): Cóż, cieszę się, że ma pan inny pogląd na 

tę kwestię... Skoro może pan prowadzić te badania samodzielnie, nie rozumiem, dlaczego w 

ogóle potrzebuje pan doradcy artystycznego.  (Wychodzi z dłonią na biodrze, nucąc cicho:) 

Będę tu, gdy znikniesz...

TECHNIK: Przyślijcie wyleczonego pisarza... Coooo?! Buddyzm?!... Och, nie może 

mówić?... Od tego powinniście zacząć.  (Zwraca się do Bergera). Pisarz nie może mówić... 

Nadmiar wolności, można rzec. Naturalnie możemy podłożyć dubbing...

BERGER (ostro): Nie, nie nadaje się... Weźcie kogoś innego.

TECHNIK:   Ci   chłopcy   to   moi   ulubieńcy.   Przepracowałem   z   nimi   sto   godzin 

nadliczbowych, czego mi jak dotąd nie zrekompensowano...

BERGER: Proszę złożyć podanie w trzech egzemplarzach... Formularz sześć tysięcy 

dziewięćdziesiąt.

TECHNIK: Każe mi pan złożyć podanie? Proszę posłuchać, doktorze, powiedział pan 

kiedyś  coś takiego: “Jeśli ktoś nazywa homoseksualistów zdrowymi, równie dobrze może 

twierdzić, że zdrowy jest pacjent umierający na marskość wątroby". Pamięta pan?

BERGER (szczerząc złośliwie zęby): O tak, świetnie to ująłem. Naturalnie nic udaję, 

że   jestem   pisarzem!   (Wypluwa   to   słowo   z   taką   nienawiścią,   że   Technik   odsuwa   się   z  

przerażeniem...)

TECHNIK  (na stronie): Nie mogę znieść jego smrodu. Cuchnie jak zgniła hodowla 

background image

kopii...   jak   pierdzenie   mięsożernej   rośliny...   jak   dupa   Schafera.  (Parodiując   styl 

amerykański):   Dziwny   wąż...   Rzecz   w   tym,   doktorze,   że   nie   rozumiem,   jak   można   być 

zdrowym bez mózgu... Przecież żadnego pacjenta nie można uznać za zdrowego in absentia, 

prawda?

BERGER (zrywając się na równe nogi): Jestem zdrowy! Całkowicie zdrowy! Uleczę 

cały świat!

(Technik spogląda nań kwaśno. Miesza dwuwęglan sodu, wypija i czka dyskretnie w 

rękę).

TECHNIK: Od dwudziestu lat cierpię na niestrawność.

Kochaś   Lu,   wasz   odmóżdżony   tatuś,   powiada:   “Uwielbiam   ryby...   Między   nami 

mówiąc,   dziewczęta,   używam   Stalowego   Dana   z   Jokohamy...   Danny   nigdy   was   nie 

zawiedzie,   wierzcie   mi.   Poza   tym   jest   bardziej   higieniczny:   pozwala   uniknąć   ohydnych 

kontaktów, które grożą paraliżem od pasa w dół. Kobiety wydzielają trujące soki..."

Powiedziałem mu tak: “Doktorze Berger, niech pan nie myśli, że wciśnie mi pan te 

swoje stare odmóżdżone piękności. Jestem najstarszym pedałem w Pawianowie..."

Zapluta   dzielnica   burdeli,   gdzie   stare   kurwy,   chore   na   trypra,   przegniłe   do   cna, 

zarażają mego nie zaspokojonego kusia. Kto zastrzelił kusia-dupusia?... Wróbel siada na mym 

wiernym rewolwerze, a na jego dziobie zbiera się kropelka krwi...

Lord Jim pożółkł jak biały dym na błękitnym niebie, po drugiej stronie rzeki trzepocą 

na wietrze koszule na tle wapiennego urwiska, Mary, a świat łamie się na dwie części jak 

Dillinger. Woń neonów i zwiędłych gangsterów; kryminalista planuje skok na płatną toaletę, 

wąchając amoniak w klubie. — Numer — mówi. — Wykręcę ten rumen, to znaczy

numer.

LIDER   PARTYJNY  (mieszając   kolejną   szkocką):   Następne   zamieszki   będą 

przypominać   mecz   piłkarski.   Sprowadziliśmy   z   Indochin   tysiące   tłustych   latahów... 

Potrzebujemy tylko przywódcy...

(Rozgląda się).

PORUCZNIK: Szefie, nie możemy po prostu puścić ich w ruch, żeby naśladowali się 

nawzajem jak w reakcji łańcuchowej?

DEKLAMATORKA (na rynku): Co robi latah, jak jest sam?

LIDER   PARTYJNY:  To   problem   czysto  akademicki.  Musimy  się  skonsultować   z 

Benwayem. Osobiście uważam, że ktoś powinien nadzorować całą operację.

background image

— Nie wiem — odpowiedział z braku właściwych punktów rankingowych, by dostać 

posadę.

— Nie są zdolni do uczuć — stwierdza doktor Benway, tnąc pacjenta skalpelem. — 

To tylko odruchy... Niezła rozrywka.

— Już jako niemowlęta uczą się mówić: “Tak".

— Najlepsze są małe kłopoty, jak powiedział jeden pedofil do drugiego.

— Kochanie, kiedy sobowtóry zaczynają przymierzać twoje ubrania i kopać cię pod 

stołem, sytuacja staje się naprawdę groźna...

Zrozpaczona ciota usiłuje zedrzeć sportową marynarkę z odchodzącego chłopca.

— Moja kaszmirowa marynarka za dwieście dolarów!... — piszczy.

—   Ma   romans   z   latahem,   chce   dominować   absolutnie,   głupek...   Latah   naśladuje 

wszystkie jego manieryzmy i po prostu wysysa z niego całą osobowość jak okropna pijawka... 

“Nauczyłeś mnie wszystkiego, czym jesteś... Potrzebuję nowego przyjaciela". A biedny Bubu 

nie może odpowiedzieć, bo nie ma już osobowości.

ĆPUN: Więc siedzimy w tej potwornej dziurze i chlamy syrop przeciwkaszlowy.

PROFESOR: Koprofagia, panowie, to jedna z najtańszych form rozpusty...

—   Występuję   od   dwudziestu   lat   w   filmach   pornograficznych   i   jeszcze   nigdy   nie 

upadłem tak nisko, by udawać orgazm.

— Żadna narkomanka nie zadusiła jeszcze swojego dziecka... Kobiety są do kitu, 

synu.

— Ta cała oświata seksualna... Równie dobrze mógłbym zanieść ubranie do pralni...

— Nagle przestaje mnie całować i pyta: “Masz zapasowy but?"

— Opowiedziała mi, jak czterdziestu Arabów wciągnęło ją do meczetu i zgwałciło po 

kolei... W porządku, teraz ty, Ali. Doprawdy, kociaki, najbardziej niesmaczna opowieść, jaką 

kiedykolwiek słyszałem. Niedługo przedtem zgwałciła mnie banda szalejących nudziarzy.

Przed   kawiarnią   Sargasso   siedzi   grupka   skwaszonych   nacjonalistów,   gwiżdżąc   na 

widok przechodzących ciot i trajkocąc po arabsku... Ulicą nadchodzą Ciem i Jody, ubrani jak 

burżuje na plakacie komunistycznym.

CLEM: Przybyliśmy pasożytować na waszym zacofaniu.

JODY: Innymi słowy, żerować na waszej nędzy.

NACJONALISTA: Świnie! Łajdaki! Psie syny! Nie wiecie, że mój lud jest głodny?!

CLEM: Niezmiernie mnie to cieszy.

Nacjonalista pada martwy, zatruty nienawiścią... Na scenę wpada doktor Benway.

background image

— Odsuńcie się! Zróbcie mi miejsce! — Pobiera próbkę krwi. — To wszystko, co 

mogę zrobić. Cóż, pora na mnie.

Na ojczystych wysypiskach śmieci płonie podróżna pedalska choinka, a chłopcy biją 

konia   w   szkolnej   toalecie   —   ileż,   ach,   ileż   młodzieńczych   orgazmów   na   tym   starym 

dębowym sedesie...

Zaśnij   w   dolinie   Czerwonej   Rzeki,   gdzie   wiszą   pajęczyny,   gdzie   czarne   okna   i 

chłopięce kości...

Dwóch murzyńskich pedałów wrzeszczy na siebie.

PEDAŁ   PIERWSZY:   Zamknij   dziób,   ty   granulomo!...   Wszyscy   nazywają   cię 

“Ohydny Lu!"

DEKLAMATORKA: Dzieweczka ze słodkim tyłkiem.

PEDAŁ DRUGI: Miau! Miau! (Wkłada lamparcią skórę i stalowe szpony).

PEDAŁ PIERWSZY: Och, och, dama z towarzystwa! (Ucieka z krzykiem przez rynek, 

ścigany przez ryczącego transwestytę...)

Ciem podstawia nogę sparaliżowanemu  kalece i odbiera mu kule... Parodiuje jego 

spazmy i drżączkę...

W dali odgłosy zamieszek — tysiące rozhisteryzowanych Pomorzan.

Żaluzje   spadają  jak  gilotyny.  Panika  wsysa  kelnerów  do  kawiarni,  a  drinki  i  tace 

pozostają zawieszone w powietrzu.

CHÓR PEDAŁÓW: Zgwałcą nas wszystkich, wiem, wiem! (Pedały biegną do apteki 

po wazelinę).

LIDER PARTYJNY (unosząc dramatycznie dłoń): Oto głos ludu!

Przekupień   Pearson   biegnie   po   świeżo   skoszonym   trawniku,   ścigany   przez 

gangsterskiego komendanta Karmy. Chowa się wśród węży na pustym parkingu, aż wreszcie 

zostaje wytropiony przez psa...

Na rynku nie ma nikogo prócz starego pijaka, który śpi z głową w pisuarze. Wpadają 

demonstranci, wrzeszcząc: “Śmierć Francuzom!" i rozdzierają pijaka na strzępy.

SALYADOR HASSAN (wijąc się przy dziurce od klucza):

Popatrzcie tylko na ich twarze: ta piękna zlewająca się protoplazma!...

Tańczy taniec fluidystów.

Po podłodze tarza się skomląc pedał i doznaje orgazmu.

— O Boże, jakie to podniecające! Jak milion pulsujących kutasików!

BENWAY: Chętnie bym im zrobił analizę krwi.

Grubas z siwą brodą i szarą twarzą, ubrany w podniszczoną brązową dżelabę, nuci nie 

background image

otwierając ust: 

— Och, laleczki, piękne laleczki... 

Z   okolicznych   ulic   wpadają   na   rynek   oddziały   policjantów   o   wąskich   wargach, 

wydatnych nosach i chłodnych szarych oczach. Okładają demonstrantów pałami i kopią z 

zimną, metodyczną brutalnością.

Aresztowani demonstranci odjeżdżają ciężarówkami. Unoszą się żaluzje i mieszkańcy 

Interzone wychodzą na plac pokryty zębami, sandałami i kałużami krwi.

Skrzynka zaginionego marynarza jest w ambasadzie, a wicekonsul przekazuje jego 

matce złe wieści.

Nie ma... ranek... świt...  n'existe plus... Gdybym wiedział, tobym pani powiedział... 

Tak czy owak, dotarł do Wschodniego Skrzydła... Wyszedł przez niewidzialne drzwi... Nie 

tutaj.... Może go pani szukać... Niedobrze... No bueno... Psyjć f piontek...

7

Stare ćpuny, weterani o twarzach pooranych przez szary makowy wiatr, jeszcze to pamiętają... W latach 

dwudziestych wielu chińskich dealerów uznało Zachód za tak mało wiarygodny, nieuczciwy i zły, że 
postanowili zwinąć interes, więc gdy przychodził do nich zachodni narkoman, mówili: “Nie ma towar... Psyjć f 
piontek...

background image

ISLAM S.A. I PARTIE INTERZONE

Pracowałem   w   firmie   Islam   S.A.,   finansowanej   przez   A.   J.,   sławnego   handlarza 

seksem. A. J. wywołał niegdyś międzynarodowy skandal towarzyski — przybył na bal księcia 

de Yentre przebrany za wielką prezerwatywę z dewizą: No pasaran!

— Trochę w złym guście, synu — zauważył książę.

— Brakuje wazeliny, prawda? — odparował A. J.

Miał   na   myśli   skandal   wazelinowy,   który   był   wówczas   jeszcze   w   stanie 

embrionalnym.   A.   J.,   którego   riposty   odnoszą   się   często   do   przyszłości,   jest   mistrzem 

ukrytych aluzji: ich znaczenie wychodzi na jaw dopiero po pewnym czasie.

W   działalności   Islamu   S.A.   uczestniczy   także   Salvador   Hassan   O'Leary,   król 

przemytu   cieląt.   Filia   jego   przedsiębiorstwa   wyasygnowała   bliżej   nie   określone   kwoty,   a 

jedna z osobowości wtórnych Hassana współpracuje z Islamem w charakterze doradcy, nie 

utożsamiając   się   jednak   z   jego   polityką,   metodami   ani   celami.   Nie   można   również   nie 

wspomnieć   o   Ciemię   i   Jodym,   Sporyszowych   Braciach,   którzy   zdziesiątkowali   republikę 

Hassana  zatrutą  pszenicą,  o  Ahmedzie   Patologu  i   Halu   Żółtaczce,  hurtowniku  owoców   i 

warzyw.

Szeregowymi   członkami   spółki   są   mułłowie,   mufti,   husejnowie,   kadi,   glaoisi, 

szejkowie, sułtanowie i derwisze — uczestniczą oni w normalnych zebraniach, na których 

przywódcy rozsądnie się nie pokazują. Chociaż delegatów poddaje się przy wejściu rewizji, 

zebrania   kończą   się   zawsze   masakrą.   Mówców   oblewa   się  często   benzyną   i   podpala,   a 

nieokrzesani   pustynni   szejkowie   likwidują   swoich   przeciwników   za   pomocą   karabinów 

maszynowych   przemyślnie   ukrytych   w   brzuchach   oswojonych   owieczek.   Na   salę   obrad 

wślizgują się narodowi męczennicy z granatami schowanymi w tyłkach i nagle wybuchają, co 

pociąga za sobą liczne ofiary... Prezydent Ra powalił raz na ziemię premiera brytyjskiego i 

zgwałcił   pederastycznie,   co   transmitowano   na   żywo   w   telewizji   do   wszystkich   krajów 

arabskich.   W   Sztokholmie   słyszano   dzikie   okrzyki   radości.  W  Interzone   istnieje   prawo 

zabraniające organizacji zebrań Islamu S.A. bliżej niż osiem kilometrów od granicy miasta.

A.   J.,   pochodzący   w   istocie   z   Bliskiego   Wschodu,   upodobnił   się   niegdyś   do 

angielskiego dżentelmena. Po upadku Imperium Brytyjskiego stracił jednak brytyjski akcent, 

a po drugiej wojnie światowej Kongres przyznał mu obywatelstwo amerykańskie. A. J. to 

background image

agent, podobnie jak ja, lecz nikt nie zdołał odkryć, dla kogo pracuje. Krążą pogłoski, że 

reprezentuje trust gigantycznych owadów z innej galaktyki... Uważam, że jest zwolennikiem 

faktualizmu (podobnie jak ja); naturalnie mógłby być również agentem fluidystów (program 

fluidystów sprowadza się do tego, by wszyscy ludzie zlali się w jedną protoplazmatyczną 

amebę). W tej branży nigdy nie można być niczego pewnym.

Legenda A. J.? Międzynarodowy playboy i nieszkodliwy kawalarz. To właśnie A. J. 

wpuścił piranie do basenu lady Sutton-Smith, a podczas przyjęcia wydanego przez ambasadę 

amerykańską z okazji Święta Niepodległości dolał do ponczu mieszaninę yage, haszyszu i 

johimbiny, co doprowadziło do orgii. Kilka znanych osobistości — naturalnie Amerykanów 

— zmarło później ze wstydu. Śmierć ze wstydu to zjawisko znane tylko wśród indiańskiego 

plemienia Kwakiutlów i Amerykanów — inni mówią po prostu: Zut alors albo: Son cosas de 

la vida, albo: “Wyruchał mnie Allach Wszechmogący..."

Kiedy członkowie Towarzystwa Przeciwników Fluoru z Cincinnati spotkali się, aby 

uczcić zwycięstwo czystą źródlaną wodą, natychmiast wypadły im wszystkie zęby. 

—   Zaprawdę,   zaprawdę   powiadam   wam,   bracia   i   siostry   z   Towarzystwa   Przeciwników 

Fluoru,   odnieśliśmy   dziś   wspaniały   triumf...   Precz   z   ohydnym   zagranicznym   fluorem! 

Uczyńmy   ten   piękny   kraj   równie   czystym   jak   jędrna   pupa   młodego   chłopca!...   A   teraz 

zaintonujmy nasz hymn: “Stare dębowe wiadro"!

Studnię oświetlają barwne neonowe światła mieniące się ohydnie jak szafa grająca. 

Przeciwnicy fluoru maszerują gęsiego koło studni i każdy nabiera kubek wody ze starego 

dębowego wiadra...

Stare dębowe wiadro, stare dębowe wiadro...

Staredzebowefiadzo...

A. J. zakaził wodę wyciągiem z południowoamerykańskiej winorośli, która wywołuje 

paradontozę.

(O winorośli tej  opowiedział  mi  stary niemiecki  poszukiwacz złota  umierający na 

uremię w Pasto w Kolumbii. Występuje ona jakoby w okolicach Putumayo. Nigdy jej nie 

znalazłem.  Zresztą   niezbyt  się  starałem...   Ten  sam  Niemiec   mówił   mi  o  wielkim  koniku 

polnym   o   nazwie   xiucutil:   “Jest   tak   silnym   afrodyzjakiem,   że   człowiek   umiera,   jeśli 

natychmiast po zetknięciu z nim nie przeleci kobiety. Widziałem Indian,  którzy na widok 

xiucutila biegali w kółko i bili konia". Niestety, sam nie natknąłem się nigdy na xiucutila...)

Pewnego wieczoru w Metropolitan Opera w Nowym Jorku, podczas premiery, A. J., 

zabezpieczony sprayem odstraszającym owady, wypuścił na widownię rój xiucutilów.

Pani Yandrebligh, rozgniótłszy xiucutila: “Och... och... Ooooooooooooch!!!" Wrzaski, 

background image

brzęk tłuczonego szkła, odgłos dartych ubrań. Wznoszący się chór pisków, jęków, skomleń i 

okrzyków... Woń spermy, wilgotnych cip, potu i stęchły zapach penetrowanych odbytów... 

Podłogę   zaścielają   brylanty,   futra,   suknie   wieczorowe,   orchidee,   garnitury   i   bielizna,   na 

których kłębi się oszalały tłum nagich ciał.

A. J. zarezerwował kiedyś na rok naprzód stolik w restauracji Chez Robert. Robert to 

tęgi smakosz czuwający nad najlepszą kuchnią świata. Jego spojrzenie jest tak szydercze i 

pogardliwe,   że   niejeden   gość   chcąc   mu   się   przypodobać,   jął   tarzać   się   w   drgawkach   na 

podłodze.

A. J. przybywa do restauracji wraz z sześcioma Indianami z Boliwii, którzy między 

daniami żują liście koki. Kiedy Robert pochyla się majestatycznie nad ich stolikiem, A. J. 

unosi wzrok i woła: “Hej, chłopcze, przynieś mi trochę keczupu!"

(Inna wersja: A. J. wyciąga z kieszeni butelkę keczupu i bryzga nim po sali).

Trzydziestu smakoszy natychmiast przestaje jeść. Słychać nawet skwierczenie sufletu. 

Robert ryczy gniewnie jak zraniony słoń, biegnie do kuchni i uzbraja się w tasak do mięsa. 

Kelner warczy groźnie, a jego twarz przybiera dziwny fioletowy odcień... Rozbija butelkę 

szampana “Brut",  rocznik tysiąc dziewięćset dwadzieścia sześć... Pierre, szef sali, chwyta 

długi   nóż   rzeźniczy.   Wszyscy   trzej   ścigają   A.   J.   po   restauracji,   rycząc   z   wściekłości... 

Przewracają stoły, zrzucają na podłogę butelki drogich win i wspaniałe potrawy... Słychać 

gromkie   okrzyki:   “Zlinczować   go!"   Stary   smakosz   z   oszalałymi,   przekrwionymi   oczyma 

mandryla   sporządza  katowską  pętlę  z  czerwonego  aksamitnego  sznura  od kotary...   A.  J., 

wzięty w dwa ognie i zagrożony co najmniej poćwiartowaniem, zgrywa swoją kartę atutową... 

Odrzuca   głowę   do   tyłu   i   chrząka   jak   świnia,   po   czym   do   restauracji   wpada   setka 

wygłodzonych wieprzy, które zaczynają pożerać potrawy. Robert, tknięty apopleksją, pada na 

podłogę   niczym   ścięte   drzewo;   wieprze   rozrywają   go   na   strzępy.   “Szkoda,   że   nie   mogą 

docenić jego smaku" — mówi A. J.

Z   miejscowego   zakładu   psychiatrycznego   wychodzi   brat   Roberta,   Paul;   przejmuje 

restaurację i nastawia ją na tak zwaną “kuchnię transcendentalną"... Jakość potraw stopniowo 

spada,   aż   wreszcie   w   lokalu   podaje   się   najgorsze   świństwa,   choć   klienci   nie   protestują, 

sterroryzowani reputacją Chez Robert.

Przykładowe menu:

Zupa z wielbłądziej szczyny z gotowanymi glistami

Filet ze zgniłej płaszczki z wodą kolońską i pokrzywami

Supreme de Boeuf w oleju rycynowym z pikantnym sosem ze zbuków i pluskiew

Limburger flamboyant w moczu diabetyka i wydzielinie sromowej kokoty...

background image

Klienci spokojnie wymierają na botulizm... Później w restauracji pojawia się A. J. 

wraz ze świtą Arabów, uchodźców z Bliskiego Wschodu. Próbuje potraw i krzyczy:

— Boże, co za świństwo! Ugotujcie tego mądralę w jego własnej urynie!

Tak oto powstała legenda A. J., czarującego kawalarza i ekscentryka... Cięcie... Na 

ekranie pojawia się panorama Wenecji... Śpiewający gondolierzy i gołębie na placu Świętego 

Marka.

Istnieje   stara   wenecka   anegdota   o   moście   Świętego   Marka.   Grupa   weneckich 

marynarzy wróciła z rejsu dookoła świata: wszyscy stali się pedałami, toteż oczekujące na 

nich kobiety musiały przejść przez most z cyckami na wierzchu, żeby obudzić ich uśpione 

żądze. Batalion szturmowy na most Świętego Marka, biegiem!

— To operacja WNW, wszystko na wierzchu, dziewczęta! Jeśli nie podziałają na nich 

wasze cycki, pokażcie tym pedałom cipy!

— Och, Gertie, to prawda! Wszystko prawda! Jakie one stare i pomarszczone!

— Nie mogę tego znieść!

— Wstrętne babska!

Paul mówił mądrzej, bo znał się na mężczyznach śpiących z mężczyznami, robiących 

rzeczy nieprzyzwoite. Nieprzyzwoite — oto właściwe słowo. Kto chce się natknąć na fiuta, 

gdy   ma   ochotę   zerżnąć   cipę?   Nagle   pojawia   się   facet   i   robi   mu   z   tyłkiem   coś 

nieprzyzwoitego.

A. J. biega po placu Świętego Marka, tnąc gołębie kordelasem.

—   Dranie!   Skurwysyny!   —   krzyczy.   Wchodzi   na   pokład   statku,   monstrualnej 

pozłacanej   różowobłękitnej   galery   z   żaglami   z   fioletowego   aksamitu.   Ma   na   sobie 

fantastyczny mundur admiralski z epoletami, baretkami i medalami, brudny, podarty i źle 

zapięty... Podchodzi do ogromnej greckiej urny zwieńczonej złotym posążkiem chłopca z 

erekcją. Łapie chłopca za jaja i z fiuta posążka tryska strumień szampana. A. J. ociera usta i 

rozgląda się.

—   Gdzie   moi   Nubijczycy,   do   cholery?!   —   ryczy.   Sekretarz   unosi   wzrok   znad 

komiksu.        

— Pieprzą się... Latają za dziwkami.        

— Co za sukinsyny! Co począć bez Nubijczyków?

— Może wynająć gondolę?

— Gondolę?! — wrzeszczy A. J. — Wydaje się par będę pływał gondolą? Zrefować 

grotżagiel i przygotować wiosła, panie Hysiop... Poradzimy sobie sami.

background image

Hyslop   wzrusza   z   rezygnacją   ramionami.   Naciska   palcem   guziki   na   pulpicie 

kontrolnym... Opadają żagle i z kadłuba wysuwają się wiosła.

— I włącz perfumy, dobrze? Kanał śmierdzi jak ściek.

— Gardenia? Drzewo sandałowe?

——   Nie.   Ambrozja.   Hyslop   naciska   kolejny   guzik   i   statek   spowija   gęsty   obłok 

perfum. A. J. kaszle gwałtownie...

—   Włącz   wentylatory!   —   krzyczy.   —   Duszę   się!...   Hyslop   kaszle   dyskretnie   w 

chusteczkę. Naciska guzik.

Rozlega się warkot wentylatorów, które oczyszczają powietrze. A. J. staje na rufie 

przy sterze.

— Pełny ciąg! — Pokład zaczyna dygotać. — Avanti, do licha! — krzyczy A. J. i 

statek   odpływa   z   ogromną   szybkością.   Wywraca   gondole   pełne   turystów,   cudem   unika 

zderzenia z jachtem motorowym, płynie slalomem od jednego brzegu kanału do drugiego (na 

brzeg   wylewa   się   ogromna   fala,   topiąc   przechodniów),   druzgoce   flotyllę   zacumowanych 

gondoli, aż wreszcie odbija się od nabrzeża i wypływa wirując na środek kanału... Z dziury w 

kadłubie! tryska dwumetrowa fontanna wody.

— Marynarze do pomp, panie Hyslop! Toniemy!... Statek kołysze się gwałtownie i A. 

J. wypada za burtę.

— Opuścić statek, do licha! Wszyscy na brzeg! Ekran blednie przy dźwiękach muzyki 

mambo.

Uroczyste   otwarcie   “Escuela   Amigo",   szkoły   dla   młodocianych   przestępców   z 

Ameryki   Łacińskiej   ufundowanej   przez   A.   J.   Na   widowni   siedzą   członkowie   ciała 

profesorskiego   i   dziennikarze.   A.   J.   wchodzi   na   mównicę   udekorowaną   flagami 

amerykańskimi.

A. J.: Zacytujmy nieśmiertelne słowa ojca Flanagana: “Nie ma złych  chłopców..." 

Gdzie rzeźba, do licha?!

TECHNIK: Mam ją przywieźć?

A. J.: A jak sądzisz? Mam ją odsłonić in absentia?

TECHNIK: W porządku, w porządku... Zaraz wracam.

Ciągniona przez traktor rzeźba wjeżdża na scenę i staje przed mównicą. A. J. naciska 

guzik.   Pod   sceną   zaczynają   ogłuszająco   wyć   turbiny.   Wiatr   zwiewa   z   rzeźby   czerwoną 

aksamitną  zasłonę, która  opada na członków  ciała  profesorskiego w pierwszym  rzędzie... 

Między   widzami   przelatują   kłęby   kurzu   i   śmieci.   Wycie   powoli   cichnie.   Profesorowie 

background image

wyplątują się spod zasłony... Wszyscy spoglądają z zapartym tchem na rzeźbę.

OJCIEC GONZALES: Matko Boża!

DZIENNIKARZ “TIME": Nie wierzę!..

“DAILY NEWS": Przecież to pedał!...  

Chłopcy gwiżdżą.

Kiedy kurz opada, ukazuje się monumentalna rzeźba z lśniącego różowego marmuru. 

Nagi chłopiec pochyla się nad śpiącym towarzyszem, najwyraźniej zamierzając obudzić go 

fiutem.   Trzyma   go  prawą   ręką,   a   lewą   sięga   po  przepaskę   na   biodrach   śpiącego.   Widać 

sugestywnie   wypięte   pośladki.   Obaj   chłopcy   mają   kwiaty   za   uszami   i   identyczny   wyraz 

twarzy,   senny   a   zarazem   okrutny,   niewinny   i   zepsuty.   Rzeźba   stoi   na   wapiennym 

postumencie, na którym widnieje dewiza szkoły: “Z nim i dla niego".

A. J. rozbija butelkę szampana na wypiętych pośladkach młodzieńca.

— Pamiętajcie, chłopcy, oto źródło szampana!...   

background image

MANHATTAŃSKA SERENADA

A. J. i jego świta wchodzą do nocnego lokalu w Nowym Jorku. A. J., w kraciastych 

spodniach i kaszmirowej marynarce, prowadzi pawiana na złotym łańcuchu.

KIEROWNIK: Chwileczkę! Chwileczkę! Co to takiego?

A. J.: Mój ilyryjski  pudelek. Przesympatyczne  zwierzątko,  obecnie bardzo modne. 

Doda klasy pańskiej spelunce.

KIEROWNIK: Wygląda zupełnie jak pawian. Proszę zostawić go na zewnątrz.

CZŁONEK ŚWITY: Nie wie pan, kto to jest? To A. J., ostatni z wielkich utracjuszy.

KIEROWNIK: Niech zabiera swojego pawiana i niech utracjuszy się gdzie indziej.

A. J. zatrzymuje się przed innym klubem i zagląda do środka.

A. J.: Eleganckie pedały i stare cipy. Do licha, znaleźliśmy właściwe miejsce! Avanti, 

ragazzi!

Wbija   w   podłogę   złoty   gwóźdź,   uwiązuje   pawiana,   po   czym   prowadzi   wytworną 

konwersację ze swoją świt

— Fantastyczne!...

— Niewiarygodne!...

— Cudowne!...

A. J. wkłada do ust długą cygarniczkę z nieprzyzwoicie elastycznego materiału, która 

kołysze się i faluje niczym glista.

A. J.: Więc leżę płasko na brzuchu na wysokości dziesięciu tysięcy metrów...

Kilku pedałów siedzących w pobliżu unosi głowy niczym zwierzęta, które zwietrzyły 

niebezpieczeństwo. A. J. zrywa się na równe nogi z nieartykułowanym okrzykiem.

— Ty czerwonodupcu! — wrzeszczy. — Ja cię nauczę srać na podłogę!...

Wyciąga z parasola bat i wali pawiana w tyłek. Małpa wrzeszczy i wyrywa  złoty 

gwóźdź. Wskakuje na sąsiedni stolik i włazi na starą kobietę, która pada na zawał.

A. J.: Przepraszam, szanowna pani. Dyscyplina przede wszystkim.

Biczuje   wściekle   pawiana,   który   lata   po   całej   sali,   piszcząc,   warcząc   i   srając   ze 

strachu. Małpa skacze na gości, biega po szynkwasie, wiesza się na kotarach i żyrandolach...

A. J.: Będziesz srał we właściwym miejscu albo już nigdy się nie wysrasz!

CZŁONEK  ŚWITY: Wstydź  się! Jak możesz  drażnić  A. J. po tym,  co dla ciebie 

zrobił?

A. J.: Niewdzięcznicy! Wszystko niewdzięcznicy! Wyrwałem go ze szponów starej 

background image

cioty!

Oczywiście nikt nie wierzy w legendę A. J. Sam A. J. twierdzi, że jest “niezależny", 

co   oznacza   w   istocie:   “Pilnuj   własnego   nosa..."   Nie   istnieją   już   ludzie   niezależni...   W 

Interzone roi się od wariatów różnego autoramentu, ale nie ma nikogo, kto zachowywałby 

neutralność.

Hassan to zwolennik fluidyzmu; krążą pogłoski, że jest także tajnym telepatystą.

— Do diabła, chłopcy — mówi z rozbrajającym uśmiechem. — Jestem po prostu starym 

nowotworem złośliwym i muszę się rozrastać.

Ma   pustą,   woskową   twarz,   mówi   z   teksańskim   akcentem   z   okolic   Dallas   i   nosi 

kowbojskie   buty,   szerokoskrzydły   kapelusz,   nieodłączne   ciemne   okulary   oraz   dobrze 

skrojony garnitur z banknotów o wysokich nominałach. (Banknoty : te są legalnym środkiem 

płatniczym,  ale staną się zbywalne dopiero po pewnym terminie... Ich wartość nominalna 

dochodzi do miliona klamów).

— Czuję, jak się na mnie rozmnażają — mówi nieśmiało Hassan. — To trochę tak, 

cóż, jakbym był samicą skorpiona noszącą na ciele swoje potomstwo... Do licha, mam na-

dzieję, że was nie zanudzam... 

Salvador,   znany   wśród   przyjaciół   jako   Sally   —   zawsze   trzyma   pod   ręką   kilku 

“przyjaciół", płacąc im od godziny — wyleczył się na handlu cielętami podczas drugiej wojny 

światowej. (Wyleczyć  się to znaczy zbić majątek.; Wyrażenie używane przez nafciarzy z 

Teksasu). Jego fotografia, przechowywana w archiwum Departamentu Zdrowej Żywności i 

Narkotyków,   przedstawia   mężczyznę   uderzająco   podobnego   do   mumii:   twarz   Hassana, 

gładka,  nalana  i pozbawiona porów, wygląda  jak impregnowana  parafiną.  Jedno oko jest 

ołowianoszare i wyłupiaste, pokryte nieprzejrzystymi plamkami, drugie zaś czarne i lśniące 

jak u owada.

Jego oczy są zazwyczaj ukryte za ciemnymi okularami. Wygląda groźnie i tajemniczo 

— nikt nie rozumie jego gestów i aluzji — i przywodzi na myśl agenta bliżej nie określonego 

reżimu policyjnego.

W chwilach podniecenia Salvador mówi łamaną angielszczyzną z wyraźnym włoskim 

akcentem. Czyta i mówi biegle po etrusku.

Brygada   kontrolerów   podatkowych   poświęciła   wiele   lat   na   kompilację   dossier 

międzynarodowych  interesów  Sala... Działa  on na całym  świecie,  oplótłszy go pajęczyną 

fikcyjnych   spółek   zarejestrowanych   pod  jego  niezliczonymi   pseudonimami.   Posługuje  się 

dwudziestoma trzema paszportami i był czterdzieści dziewięć razy deportowany — w tej 

chwili toczą się procedury deportacyjne na Kubie, w Hondurasie, Honkongu i Jokohamie.

background image

Salvador   Hassan   O'Leary,   alias   Pantoflarz,   alias   Krzywy   Marv,   alias   Leary 

Weterynarz,   alias   Cielęcy   Pete,   alias   Placenta   Juan,   alias   Wazelinowy   Ahmed,   alias   El 

Chinche, alias El Culito i tak dalej, i tak dalej przez piętnaście bitych stron maszynopisu, 

wszedł po raz pierwszy w konflikt z prawem w Nowym Jorku, gdy podróżował z osobnikiem 

znanym brooklyńskiej policji jako Blubber Wilson, który wyłudzał pieniądze od fetyszystów 

w   sklepach   z   butami,  udając   policjanta.   Hassana   oskarżono   o   podstępne   oszustwo   i 

podawanie   się   za   oficera   policji.   Ale   znał   już   podstawową   regułę   tego   fachu:   przede 

wszystkim pozbyć się blaszki. Jak określa to Czajnik: “Jeśli znajdziesz się w kotle, synu, 

pozbądź   się   blaszki,  choćbyś   miał   ją   połknąć".   Hassan   uniknął   aresztowania   z   fałszywą 

odznaką policyjną i złożył zeznania obciążające Wilsona, którego skazano na bezterminowy 

pobyt w więzieniu (w stanie Nowy Jork oznacza, to trzy lata na Riker's Island). Śledztwo w 

sprawie Hassana umorzono. “Zawsze miałem szczęście do przyzwoitych gliniarzy" — mawia 

Hassan. I rzeczywiście,  spotykał  ich po każdej  wpadce. Jego dossier zawiera trzy strony 

pseudonimów   świadczących   o   skłonności   do   współpracy   z   przedstawicielami   prawa   i 

porządku:   Gliniarski   Kochaś,   Kapuś   Marv,   Gruchająca   Hebe,   Ali   Szpicel,   Sal   Kapusta, 

Skomlący   Kapeć,   Wazelinowy   Sopran,   Opera   z   Bronxu,   Kumpel   Glin,   Automatyczna 

Sekretarka, Piszczący Syryjczyk, Gruchający Fiut, Muzyczny Pedał, Krzywy Ryj, Bajeczny 

Kapo, Leary Kapiszon, Śpiewający Judasz, Gert Donos.

Prowadził   sex-shop   w   Jokohamie,   był   dealerem   opium   w   Bejrucie   i   alfonsem   w 

Panamie. Podczas drugiej wojny światowej handlował nabiałem w Holandii i fałszował masło

starym   smarem   do   łożysk.   Później   opanował   rynek   wazeliny   w   Afryce   Południowej,   aż 

wreszcie   zbił   fortunę   na   cielętach.   Świetnie   prosperował,   zalewając   światowy   rynek 

fałszowanymi medykamentami i tanimi podróbkami najrozmaitszych towarów. Nieskuteczny 

odstraszacz   rekinów,   rozcieńczone   antybiotyki,   skasowane   spadochrony,   sfermentowana 

surowica   przeciwko   jadowi   węży,   przeterminowane   szczepionki,   dziurawe   szalupy 

ratunkowe.

Ciem i Jody, dwaj emerytowani aktorzy wodewilowi, dorabiają jako rosyjscy agenci, 

których zadanie polega na tym, by kompromitować USA na arenie międzynarodowej. Kiedy 

aresztowano ich w Indonezji za pederastię, Ciem powiedział sędziemu śledczemu:

— Nie jestem pedałem. Przecież to tylko żółtki. Ubrani w czarne stetsony i czerwone 

szelki pojawili się w Liberii.

— Więc zastrzeliłem tego starego czarnucha, a on upadł na bok i zaczął wierzgać 

nogą.

background image

— Świetnie, ale czy kiedykolwiek spaliłeś czarnucha? Obchodzą Bidonville, kopcąc 

wielkie cygara:

— Trzeba tu ściągnąć parę buldożerów, Jody. Oczyścić to gówno.

Podążają   za   nimi   ponure   tłumy   w   nadziei   ujrzenia   jakiegoś   niezwykłego 

amerykańskiego barbarzyństwa.

— Trzydzieści lat w show-biznesie i jeszcze nigdy nie widziałem czegoś takiego... 

Muszę   kupić   Bidonville,   strzelić   sobie   hery,   wyszczać   się   na   Czarny   Kamień,   wezwać 

wiernych na modlitwę, ubrany w świńską skórę, odwołać program pomocy gospodarczej, 

dając jednocześnie komuś dupy... Co, czy jestem już ośmiornicą? —: skarży się Ciem.

Zamierzają porwać helikopterem Czarny Kamień i zastąpić go zagrodą dla świń, które 

witałyby pielgrzymów głośnym chrumkaniem.

— Będziemy je uczyć kwiczeć: “Hura! Hura! Hura! Niestety, tego nie da się zrobić. 

— Ali Wong Chapultepec z Panamy załatwił nam ładunek pszenicy. Pewien fiński 

szyper wyciągnął kopyta w miejscowym burdelu i zostawił pszenicę szefowej... Jego ostatnie 

słowa   brzmiały:   “Byłaś   dla   mnie   jak   matka".   Więc   kupiliśmy   towar   w   dobrej   wierze... 

Daliśmy starej dziesięć gramów hery.

— I to pierwszorzędnej. Z Aleppo. 

— Z minimalną ilością mleka w proszku.        

— Kto zagląda darowanemu koniowi w tyłek?     

—   Czy   to   prawda,   że   na   przyjęciu   u   Hassana   podaliście!   Arabom   kuskus   z   tej 

pszenicy? 

— Zgadza się. Wypalili tyle marihuany, że zaczęli wariować w środku przyjęcia... My 

piliśmy tylko mleko... Wrzody! żołądka, rozumiesz. 

— Jasne. 

— Zaczęli biegać jak wariaci, krzycząc, że się palą, i większość umarła nazajutrz rano. 

— A reszta w dzień później. 

— Nic dziwnego, skoro oddawali się rozpuście.

— Robili się czarni i odpadały im nogi: wyglądało to bardzo zabawnie. 

— Straszliwe rezultaty uzależnienia od marihuany. 

— Ja to samo pomyślałem. 

— Więc zaczęliśmy handlować bezpośrednio ze starym sułtanem, znanym latahem. 

Potem wszystko szło już jak po maśle, można rzec.

— Wprost trudno uwierzyć, że kilku rozgoryczonych osobników ścigało nas aż do 

łodzi.

background image

— Choć przeszkadzał im nieco brak nóg.

— I liczne zaburzenia mózgowe.

(Sporysz   to   chorobotwórczy   grzybek   rosnący   na   pszenicy.   Mieszkańców 

średniowiecznej   Europy   okresowo   dziesiątkowały   epidemie   choroby   wywoływanej   przez 

sporysz, zwanej ogniem świętego Antoniego. U ofiar często rozwijała się gangrena: ich nogi 

czerniały i odpadały).

Clem   i   Jody   sprzedali   siłom   powietrznym   Ekwadoru   transport   skasowanych 

spadochronów. Manewry: chłopcy lecą w dół na spadochronach przypominających podarte 

kondomy...   młoda   krew   ochlapuje   brzuchatych   generałów...   Daleki   grzmot:   Clem   i   Jody 

odlatują odrzutowcem nad Andami...

Dokładne cele firmy Islam S.A. są niejasne. Każdy zaangażowany w jej działalność 

ma inny punkt widzenia i zamierza nabić wspólników w butelkę.

A. J. uprawia propagandę na rzecz zniszczenia Izraela:

—   Panuje   tak   wielka   niechęć   do   Zachodu,   że   coraz   trudniej   uwodzić   młodych 

Arabów...   Sytuacja   staje   się   doprawdy   nieznośna...   Izrael   to   przeszkoda   w   obopólnym 

porozumieniu...

Typowa zasłona dymna wykorzystywana przez A. J.

Ciem i Jody twierdzą, że chcą zniszczyć bliskowschodnie pola naftowe, aby podnieść 

wartość swojego majątku w Wenezueli.

Ciem pisze piosenkę do melodii “Crawdad" (Big Bili Broonzy):

Co zrobisz, jak wyschnie ropa? 

Zdychającym Arabom dam kopa,

Salvador   operuje   na   międzynarodowym   rynku   finansowym,   aby   zamaskować, 

przynajmniej przed szeregowymi członkami, swoją działalność na rzecz fluidyzmu... Ale po 

yage zdradza się przed przyjaciółmi.

— Islam to galareta — mówi, tańcząc taniec fluidystów... Później, nie mogąc nad sobą 

zapanować, śpiewa ohydnym falsetem:

Trzęsie się na krawędzi,

Jedno pchnięcie i zleci.

Hej, Maw, szykuj moją woalkę. 

background image

— Wynajęli Żyda z Brooklynu, by się podawał za nowe wcielenie Mahometa... W 

istocie rzeczy urodził go święty z Mekki, a doktor Benway dokonał cesarskiego cięcia...

—   Jeśli   Ahmed   nie   wyjdzie,   sami   go   wyciągniemy...   Łatwowierni   Arabowie   bez 

zastrzeżeń akceptują podstawionego osobnika.

— Fajni goście z tych Arabów... — mówi Ciem. — Mili naiwniacy...

Oszust wygłasza przez radio codzienne pogadanki:

— Witajcie, drodzy radiosłuchacze! Mówi Ahmed, wasz prorok... Wygłoszę dziś surę 

o potrzebie higieny i świeżego oddechu... Przyjaciele, ssijcie cukierki chlorofilowe Jody'ego...

A teraz słówko o partiach politycznych Interzone...

Oczywiste jest, że fluidyści to, z wyjątkiem jednego, kompletni idioci, choć kto jest 

czyim   idiotą,   okaże   się   dopiero   po   ostatecznej   absorbcji...   Fluidyści   chętnie   oddają   się 

rozmaitym perwersjom, zwłaszcza praktykom sadomasochistycznym.

Fluidyści wiedzą z reguły, o co toczy się gra, natomiast telepatyści słyną z ignorancji 

na temat natury telepatyzmu, a także z barbarzyństwa, hipokryzji i panicznego lęku przed 

rzeczywistością...   Tylko   interwencja   faktualistów   powstrzymała   telepatystów   przed 

umieszczeniem Einsteina w zakładzie psychiatrycznym. Można powiedzieć, że tylko nieliczni 

telepatyści wiedzą, co robią; są to najniebezpieczniejsi i najbardziej zdeprawowani ludzie na 

świecie... Techniki telepatyczne były z początku prymitywne... Cięcie. Na ekranie Krajowy 

Kongres Elektroniczny w Chicago.

Uczestnicy   kongresu   wkładają   płaszcze...   Ktoś   przemawia   bezbarwnym   tonem 

sprzedawczyni w sklepie:

—   Na   koniec   chciałbym   państwa   ostrzec...   Logiczną   konsekwencją   badań 

encefalograficznych jest biokontrola, to znaczy sterowanie ruchami, procesami myślowymi, 

reakcjami   emocjonalnymi   i   percepcją   zmysłową   za   pomocą   sygnałów   elektrycznych 

wprowadzonych bezpośrednio do systemu nerwowego badanego.

— Głośniej! Zabawniej! — Uczestnicy kongresu wychodzą w kłębach kurzu.

—   Tuż   po   narodzinach   neurochirurg   instaluje   w   mózgu   miniaturowy   odbiornik 

radiowy,   który   pozwala   władzom   sterować   obywatelem   za   pomocą   odpowiednich 

nadajników.

W ogromnej pustej sali opada kurz; czuć zapach rozgrzanego żelaza i pary, w dali 

syczy chłodnica... Mówca przekłada notatki i zdmuchuje z nich pył...

—   Pierwowzorem   aparatu   biokontrolnego   jest   telepatia...   Badanego   można   na   nią 

background image

uwrażliwić narkotykami lub w inny sposób, bez wszczepiania jakichkolwiek odbiorników. 

Ostatecznie wszyscy telepatyści będą wyłącznie nadawać... Zastanawiali się państwo kiedyś 

nad kodeksami Majów? Wyobrażam to sobie tak: kapłani, stanowiący jeden procent ludności, 

panowali nad pospólstwem za pomocą telepatii... Musieli przez cały czas nadawać, bo gdyby 

cokolwiek odbierali, znaczyłoby to, że wpływa na nich ktoś mający własne życie psychiczne. 

Telepatysta nieustannie nadaje, lecz nie może się odświeżyć przez kontakt z innymi. Prędzej 

czy później zaczyna mu brakować emocji, które mógłby przesyłać. Emocje nie rodzą się w 

pustce. Telepatysta to najbardziej samotny człowiek na świecie. Poza tym w danym czasie i 

miejscu   może   istnieć   tylko   jeden   telepatysta...   W   końcu   ekran   ciemnieje...   Telepatysta 

zmienia się w ogromną stonogę... Ludzie palą ją na stosie i wybierają w wolnych wyborach 

nowego telepatystę... Majów ograniczała izolacja... Teraz jeden telepatysta może sprawować 

władzę   nad   całą   planetą...   Władza   nie   służy   nigdy   żadnym   celom   praktycznym...   Jest 

narkotykiem, jak morfina... Im więcej jej się ma, tym więcej się potrzebuje...

Pośrednie miejsce zajmują kopiści, będący w istocie partią umiarkowaną... Ich nazwa 

pochodzi stąd, że odcinają sobie niewielkie kawałki ciała i hodują z nich własne kopie. Gdyby 

proces kopiowania nie został zatrzymany, w końcu na planecie pozostałaby tylko jedna istota 

powielona miliony razy... Czy ciała te byłyby naprawdę niezależne i czy rozwinęłyby się u 

nich   cechy   indywidualne?   Wątpię.   Kopie   muszą   się   od   czasu   do   czasu   odświeżać   przez 

kontakt z komórką macierzystą. Jest to jeden z artykułów wiary kopistów, którzy żyją w 

strachu przed buntem kopii... Niektórzy kopiści sądzą, że procesem tym można sterować, by 

nie powstał monopol jednej kopii. “Wyhodujmy po prostu kilka nowych kopii, by nie czuć się 

samotnie   w   podróży...   lecz   surowo   kontrolujmy   liczbę   kopii   niepożądanych"   —   mówią. 

Niepożądana staje się w końcu każda kopia prócz własnej. Naturalnie jeśli na danym obszarze 

pojawia się nagle mnóstwo identycznych kopii jakiejś osoby, wszyscy wiedzą, co się święci. 

Pozostali   obywatele   mogą   wówczas   ogłosić   tak   zwany   “szluppit"   (masowe   wyniszczanie 

wszystkich kopii, które dają się rozpoznać). Aby uniknąć eksterminacji swoich kopii, ludzie 

poddają je często operacjom plastycznym i charakteryzacji. Kopie identyczne ośmielają się 

hodować tylko najbardziej rozpasani i bezwstydni osobnicy.

Matołkowaty   albinos,   produkt   wielopokoleniowej   selekcji   genów   recesywnych 

(maleńkie bezzębne usta porośnięte czarnymi włoskami, ciało kraba, szpony zamiast ramion, 

oczy na szypułkach), wyprodukował aż dwadzieścia tysięcy swoich identycznych kopii.

— Moje kopie są wszędzie jak okiem sięgnąć aż po horyzont — mówił dziwnym 

owadzim głosem, czołgając się wokół tarasu. — Nie muszę ich hodować w szambie, a później 

background image

przebierać za hydraulików albo kierowców... Ich olśniewającej urody nie szpeci chirurgia 

plastyczna ani wulgarna charakteryzacja. Stoją dumnie w świetle słońca, prezentując światu 

piękno swoich ciał, lic i dusz. Uczyniłem je na swój obraz i podobieństwo, po czym rzekłem: 

“Idźcie i rozmnażajcie się, albowiem to wy posiądziecie ziemię".

Kiedy   chciano   wysterylizować   hodowlę   kopii   szejka   Aracknida,   wezwano 

zawodowego czarownika... Już miał zadąć w trąby, gdy nagle wtrącił się Benway:

— Nie męcz się. One wszystkie umrą na ataksję Friedricha. Studiowałem neurologię u 

profesora Fingerbottoma w Wiedniu... Wspaniały starzec... znał każdy nerw w ludzkim ciele. 

Źle skończył... Jego wypadająca odbytnica okręciła się wokół tylnej ośki limuzyny księcia de 

Yentre. Na siedzeniu z żyrafiej skóry pozostało tylko  puste ciało...  Rozległo się okropne 

mlaśnięcie, a ciśnienie wessało nawet oczy i mózg...  Duć de Yentre mówi, że zapamięta to 

straszliwe mlaśnięcie na zawsze i zabierze do swojego mauzoleum.

Ponieważ   nie   istnieją   pewne   sposoby   identyfikacji   zamaskowanej   kopii   (chociaż 

każdy   kopista   twierdzi,   że   ma   własną   niezawodną   metodę),   kopiści   są   histerycznie 

podejrzliwi. Jeśli ktoś wyraża liberalne poglądy, natychmiast słyszy stek wyzwisk:

— Ty śmierdząca kopio wybielonego czarnucha!...

W barach nieustannie dochodzi do bójek. Pewne okolice uległy prawie całkowitemu 

wyludnieniu wskutek lęku przed kopiami Murzynów, często jasnowłosymi i błękitnookimi. 

Wszyscy   kopiści   mają   ukryte   lub   jawne   skłonności   homoseksualne.   Zdeprawowane   stare 

cioty   straszą   chłopców:   “Jak   się   prześpisz   z   dziewczyną,   twoje   kopie   nie   będą   chciały 

rosnąć". Powszechne są próby rzucania czarów na cudzą hodowlę kopii. Wszędzie słychać 

okrzyki:  “Niech   twoja   hodowla   zgnije!...",  po  czym   następują  odgłosy  bijatyki...  Kopiści 

oddają   się   masowo   czarnej   magii   i   znają   niezliczone   metody   niszczenia   komórki 

macierzystej,   zwanej   także   protoplazmatycznym  tatusiem,   przez   torturowanie   lub   zabicie 

schwytanej   kopii...   Władze   zrezygnowały   w   końcu   z   próby   ograniczenia   zabójstw   lub 

nielegalnej produkcji kopii. Jednakże przed wyborami przeprowadza się pokazowe akcje w 

górskich regionach Interzone, gdzie niszczy się ich ogromne hodowle.

Uprawianie   seksu   z   kopią   jest   surowo   zabronione   i   powszechnie   praktykowane. 

Istnieją bary o złej sławie, gdzie bezwstydni homoseksualiści otwarcie mizdrzą się do swoich 

kopii. Ochroniarze hotelowi wsadzają głowy do numerów i pytają: “Czy nie śpi pan z kopią?"

Nad barami, w których gromadzą się wulgarne kopie prostytutek, wiszą szyldy: “Tu 

nie   daje   się   d..."   Można   powiedzieć,   że   przeciętny   kopista   żyje   miotany   strachem   i 

wściekłością,   nie   mogąc   osiągnąć   ani   obłudnego   samozadowolenia   telepatystów,   ani 

amoralnej  beztroski fluidystów... Jednakże fluidyści, telepatyści i kopiści nie są w istocie 

background image

odrębnymi partiami: zdarza się, że jedna i ta sama osoba należy do dwóch, a nawet trzech 

ugrupowań. 

Faktualiści to przeciwnicy fluidystów, kopistów, a zwłaszcza telepatystów.

Biuletyn Komitetu Koordynacyjnego Faktualistów na temat kopii:

“Należy   stanowczo   odrzucić   idiotyczny   pomysł   zalania   planety   tak   zwanymi 

«pożądanymi kopiami». Wysoce wątpliwe, czy kopie mogą być w ogóle pożądane, albowiem 

istoty   te   są   próbą   ingerencji   w   naturalne   procesy   przemian.   Nawet   najinteligentniejsze   i 

genetycznie udoskonalone kopie stanowią ogromne zagrożenie dla życia na całej planecie..."

Biuletyn faktualistów, wersja wstępna, hasło “fluidyzacja":

“Nie   odrzucamy   naszego  protoplazmatycznego   pochodzenia,   lecz   staramy   się 

zachować elastyczność i nie wpaść! w bagno fluidyzmu..."

Biuletyn faktualistów, wersja próbna i niekompletna:

“Stanowczo stwierdzamy, że nie sprzeciwiamy się badaniom nad telepatią. Telepatia, 

prawidłowo   stosowana   i   pojmowana,   może   stanowić   doskonałą   obronę   przed 

zorganizowanym przymusem i tyranią ze strony grup nacisku lub pojedynczych maniaków 

władzy.  Sprzeciwiamy się jednak wykorzystywaniu  jej w  celu kontrolowania,  zmuszania, 

poniżania, eksploatowania czy niszczenia indywidualności innych istot żywych. Telepatia nie 

może być nigdy procesem jednokierunkowym. Próby emitowania jednostronnych transmisji 

telepatycznych są bezwzględnym złem..."

Biuletyn faktualistów, wersja ostateczna: “Telepatystę można definiować tylko przez 

negację.   To   obszar   niskiego   ciśnienia,   ssąca   pustka.   Istota   całkowicie   anonimowa, 

pozbawiona   oblicza,   bezbarwna.   Prawdopodobnie   rodzi   się   z   oczami   pokrytymi 

nieprzejrzystą błoną. Zawsze wie, dokąd zdąża., podobnie jak wirus. Nie potrzebuje oczu.

— Czy może istnieć więcej niż jeden telepatysta?

—   O   tak,   ale   to   nie   może   trwać   długo.   Niektórzy   ludzie   sądzą,   iż   przekazują 

telepatycznie   treści   umoralniające,   lecz   nie   zdają   sobie   sprawy,   że   sama   transmisja 

telepatyczna jest złem. Naukowcy mówią: «Telepatia przypomina energię atomową... Trzeba 

ją   tylko   okiełznać».   Koniec   jest   następujący:   chory   na   niestrawność   technik   wypija 

dwuwęglan sodu i naciska guzik, który zmienia Ziemię w kosmiczny pył. («Moje beknięcie 

będzie słyszalne na Jowiszu!»)

Artyści mylą telepatię z tworzeniem. «Nowy środek wyrazu!» — krzyczą, choć ich 

sztuka staje się sterylna... Filozofowie debatują o metodach i celach nie wiedząc, że telepatia 

służy   tylko   telepatii,   podobnie   jak   morfina.   Spróbujcie   brać   morfinę   w   jakimś   celu... 

Niektórzy uzależnieni od coca-coli lub aspiryny mówią o złowrogim pięknie telepatii. Ale 

background image

nikt nie mówi zbyt długo. Telepatyści nie mówią".

Telepatysta   nie   jest   istotą   ludzką...   To   ludzki   wirus.   (Wszystkie   wirusy   to 

zdegenerowane   komórki   pasożytujące   na   komórkach   macierzystych;   na   przykład 

zdegenerowane   komórki   wątroby   wywołują   żółtaczkę   i   tak   dalej.   Każdy   gatunek   ma 

własnego wirusa: zdegenerowany obraz samego siebie).

Roztrzaskany obraz człowieka przesuwa się komórka po komórce... Nędza, nienawiść, 

wojna, skorumpowana policja, biurokracja, szaleństwo — to wszystko symptomy działania 

ludzkiego wirusa.

Ludzkie wirusy można w tej chwili izolować i unieszkodliwiać.

background image

PREZES SĄDU

Biuro prezesa sądu mieści się w ogromnym gmachu z czerwonej cegły. Rozstrzyga się 

tam sprawy cywilne, przeciągając postępowanie tak długo, dopóki strony nie umrą lub nie 

wycofają   pozwu.   Źródło   owych   opóźnień   to   gigantyczne   archiwa,   w   których   panuje 

kompletny bałagan: akta może odnaleźć jedynie  prezes  sądu i sztab jego pomocników, a 

poszukiwania trwają często całe lata. W istocie rzeczy prezes ciągle szuka akt procesu o 

odszkodowanie, który zakończył się ugodą w tysiąc dziewięćset dziesiątym roku. Duża część 

gmachu   popadła   w   ruinę,   a   w   pozostałych   często   dochodzi   do   zawałów.   Bardziej 

niebezpieczne zadania prezes powierza swoim asystentom, z których wielu straciło życie w 

służbie. W tysiąc dziewięćset dwunastym roku dwustu siedmiu z nich zginęło wskutek zawału 

skrzydła północno - południowo - wschodniego.

Kiedy mieszkaniec Interzone zostaje pozwany do sądu, jego adwokaci czynią starania, 

by sprawę przekazano pod jurysdykcję prezesa. Powód traci wówczas wszelkie szansę na 

zwycięstwo,   toteż   na   wokandę   wchodzą   jedynie   sprawy   wytaczane   przez   dziwaków   i 

paranoików, którym zależy na rozgłosie. Rzadko  udaje im się go zyskać, gdyż reporterzy 

pojawiają się w sądzie wyłącznie w sezonie ogórkowym.

Sąd znajduje się w miasteczku Pigeon Hole poza terenem metropolii.  Mieszkańcy 

miasteczka, otoczonego przez lasy i bagna, są takimi idiotami i barbarzyńcami, że władze 

umieściły ich w rezerwacie otoczonym radioaktywnym żelaznym ogrodzeniem. W odwecie 

mieszkańcy Pigeon Hole wypisują na murach hasła: “Nie pokazujcie się tu, miastowe dupki!" 

Robią to zresztą zupełnie niepotrzebnie, gdyż żaden mieszkaniec miasta nie przybyłby za nic 

w świecie do Pigeon Hole, chyba że w pilnej sprawie.

Lee ma pilną sprawę. Musi złożyć zaprzysiężone oświadczenie, że choruje na dżumę; 

pozwoli mu to uniknąć eksmisji z domu, w którym mieszka od dziesięciu lat, nie płacąc 

czynszu. Żyje w ciągłej kwarantannie. Pakuje do walizki niezliczone zeznania, oświadczenia, 

prośby i świadectwa, po czym łapie autobus do granicy. Miejski celnik przepuszcza go bez 

kontroli. “Mam nadzieję, że w tej walizce masz bombę atomową".

Lee połyka garść tabletek uspokajających i wchodzi do szopy, w której mieści się 

komora celna Pigeon Hole. Celnicy przeglądają jego papiery przez trzy godziny, zaglądając 

przy   tym   do   zakurzonych   regulaminów   i   odczytując   niezrozumiałe   ustępy   kończące   się 

zdaniami w rodzaju: “W związku z powyższym podlega karze więzienia i grzywny na mocy 

background image

artykułu sześćset sześćdziesiąt sześć". Spoglądają znacząco na Lee.

Oglądają jego papiery pod szkłem powiększającym.

— Czasem usiłują w nich przemycać sprośne wierszyki.

— Może zamierzasz sprzedawać te dokumenty jako papier toaletowy. To do twojego 

osobistego użytku?

— Tak.

— Mówi, że tak.

— Masz na to jakiś dowód?

— Mogę przedłożyć zaprzysiężone zeznanie.

— Mądrala. Rozbierz się.

— Tak. Może ma sprośne tatuaże. Obmacują go i sondują tyłek, szukając dowodów 

pederastii. Przepłukują włosy i posyłają wodę do analizy.

— Może ukrył narkotyki we włosach?

Na   koniec   rekwirują   walizkę   i   Lee   wychodzi   z   szopy   uginając   się   pod   ciężarem 

dwudziestopięciokilogramowego worka pełnego dokumentów.

Na   zbutwiałych   drewnianych   schodach   sądu   siedzi   kilkunastu   archiwistów.   Patrzą 

bladoniebieskimi   oczyma   na   zbliżającego   się   Lee,   obracając   powoli   głowy   na 

pomarszczonych brudnych szyjach, gdy wchodzi po stopniach i przekracza próg. W środku 

unoszą   się   kłęby   kurzu,   a   z   sufitu   spadają   kawałki   tynku.   Lee   wspina   się   po   schodach 

grożących   zawaleniem   —   przeznaczono   je   do   kasacji   w   tysiąc   dziewięćset   dwudziestym 

dziewiątym roku. Jeden ze stopni pęka z trzaskiem i ostre drewniane drzazgi ranią Lee w 

łydkę. W końcu dociera do windy malarskiej przyczepionej wytartymi linami do belki prawie 

niewidocznej w kurzu, po czym wchodzi ostrożnie do kabiny diabelskiego młyna. Jego ciężar 

wprawia   w   ruch   maszynerię   hydrauliczną   (odgłosy   płynącej   wody).   Kabina   porusza   się 

gładko  i  cicho,   aż  zatrzymuje  się  koło  zardzewiałego  żelaznego  balkonu,  przetartego  jak 

podeszwa starego buta. Lee idzie długim korytarzem, mijając niezliczone drzwi, w większości 

zabite   deskami.   W   jednym   z   gabinetów,   z   mosiężną   tabliczką   BLISKOWSCHODNIE 

ROZKOSZE, widać mugwumpa łapiącego termity długim czarnym językiem. Drzwi gabinetu 

prezesa   sądu   są   otwarte.   Prezes   siedzi   za   biurkiem,   czytając   dokumenty,   otoczony   przez 

sześciu asystentów. Lee s! w progu. Prezes nie przestaje mówić, nie unosząc oczu.

PREZES: Wpadłem któregoś dnia na Teda Spigota... Fajny facet, trudno o drugiego 

takiego w Interzone... Pamiętam, że był piątek, bo żona miała akurat bóle miesiączkowe, a ja 

poszedłem do apteki Parkera przy Dalton Street, naprzeciwko Salonu Masażu Etycznego Ma 

Greena, gdzie kiedyś była stajnia Jeda... Cóż, Jed, zaraz sobie przypomnę jego nazwisko, 

background image

nosił przepaskę na lewym oku, a jego żona pochodziła ze Wschodu, chyba z Algieru, i po 

śmierci Jeda znów wyszła za mąż za jednego z Hootów, Cierna Hoota, jeśli dobrze pamiętam, 

też   fajnego   gościa,   trudno   o  drugiego   takiego,   który   miał   wówczas   pięćdziesiąt   cztery, 

pięćdziesiąt pięć lat.

— Moja żona ma bóle miesiączkowe — mówię do Parkera. — Sprzedaj mi butelkę 

nalewki opiumowej.

— Musisz się wpisać do księgi, Arch - odpowiada -  Nazwisko, adres i data zakupu. 

Tak mówi prawo.

— Jaki dziś dzień? — pytam.

— Piątek, dwunasty.

— Chyba już pora — mówię.

— Był tu rano jakiś facet — mówi Parker. — Z miasta. Elegant. Miał receptę na 

dziesięć deko morfiny... Śmieszna recepta na kawałku papieru toaletowego... Od razu mu 

powiedziałem: “Podejrzewam, że jest pan narkomanem, proszę pana".

— Paznokcie od nóg wrastają mi w ciało. Cierpię męki — mówi.

— Cóż — ja na to — trzeba zachować ostrożność. Ale jeśli jest pan naprawdę chory i 

dostał pan receptę od dyplomowanego lekarza, chętnie pana obsłużę.

— Ten kruk rzeczywiście ma dyplom — mówi.

—   Cóż,   chyba   się   pomyliłem:   dałem   mu   zamiast   morfiny   słoik   proszku   do 

czyszczenia klozetów... Musiał dostać niezłego kopa.

— Na pewno dobrze oczyściło mu krew. 

— Wiesz, to samo przyszło mi do głowy. Lepsze niż siarka i melasa... A teraz, Arch, 

nie myśl, że jestem wścibski, ale nie powinno się mieć sekretów przed Bogiem i aptekarzem, 

zawsze to powtarzam... Ciągle ruchasz Starą Siwą Kobyłę?

— Ależ, Parker... Wiesz, że jestem żonaty; niedawno wybrano mnie także diakonem. 

Nie dobierałem się nikomu do tyłka od młodości.

—   To   były   czasy,   Archie...   Pamiętasz,   jak   wziąłem   musztardę   zamiast   gęsiego 

smalcu? Zawsze myliłem słoiki. Słyszeli twoje krzyki w całym Cipolizowie. Piszczałeś jak 

wykastrowany chomik.

— Mylisz się, Parker. To ja wziąłem musztardę i musiałem czekać, aż przestaniesz 

ryczeć.

— Pobożne życzenia, Arch. Czytałem o tym kiedyś w magazynie wydawanym w tej 

zielonej budce za stacją kolejową... Cóż, Arch, wracając do tego, o czym rozmawialiśmy, źle 

mnie zrozumiałeś... Mówiąc o Starej Siwej Kobyle, miałem na myśli twoją żonę... Z tymi 

background image

wszystkimi  wrzodami,  kataraktami,  odmrożeniami,  hemoroidami  i pryszczycą  nie jest już 

taka jak dawniej.

—   Tak,   Liz   jest   rzeczywiście   chorowita.   Po   dwunastym   poronieniu   kompletnie 

zapadła   na  zdrowiu...  Dziwna  sprawa,  Parker.  Doktor  Ferris  powiedział   mi  wprost:  “Nie 

powinieneś się z nią zadawać". I popatrzył na mnie przeciągle, aż dostałem gęsiej skórki... 

Cóż, masz rację, Parker. Liz nie jest już taka jak dawniej. A twoje lekarstwa wcale jej nie 

pomagają. Odkąd zaczęła używać kropli do oczu, które sprzedałeś jej w zeszłym miesiącu, 

nie odróżnia już dnia od nocy... Rzeczywiście, nie rucham już Liz, tej starej krowy, nie teraz, 

gdy mam tę śliczną piętnastoletnią małą...  Znasz tę czarną, co pracowała kiedyś w Salonie 

Wybielania Skóry i Prostowania Włosów Marylou?

— Ładujesz tego czarnego kurczaka, Arch? Ładujesz tę cipkę?

— Ładuję, Parker, ładuję. Cóż, pora na mnie. Muszę wracać do swojej starej.

— Założę się, że najpierw trzeba ją smarować...

— Jasne, jest sucha jak pieprz... Cóż, dzięki za nalewkę.

—   Dzięki,   że   wpadłeś,   Archie...   Che,   che,   che...   Hej,   Archy,   przyjdź   kiedyś 

wieczorem, jak ci będzie smutno, to napijemy się razem johimbiny.

— Przyjdę, Parker, na pewno. Zabawimy się jak za dawnych czasów.

Wróciłem do domu, zagrzałem wody, zmieszałem nalewkę z goździkami, cynamonem 

i sasafrasem, po czym dałem to wypić Liz, której naprawdę trochę ulżyło. Tak czy owak, 

przestała   mi   dokuczać...   Później   poszedłem   znowu   do   Parkera,   po   kondom...   a   jak 

wychodziłem, wpadłem prosto na Roya Bane, fajnego chłopa, trudno o drugiego takiego w 

Interzone. Roy mówi do mnie:

—   Widzisz   tego   starego   czarnucha   na   pustym   parkingu,   Arch?   Przychodzi   tu   co 

wieczór tak punktualnie, że można regulować zegarek. Widzisz go za tymi  pokrzywami? 

Codziennie o wpół do dziewiątej wieczór bije w krzakach konia watą szklaną... Nazywają go 

Czarnuch Kaznodzieja.

W   ten   sposób   zorientowałem   się   mniej   więcej,   która   jest   godzina,   a   po   jakichś 

dwudziestu minutach zacząłem czuć działanie hiszpańskiej muchy, którą zażyłem w aptece 

Parkera.   Szedłem   właśnie   drogą   do   miasteczka   czarnuchów   i   dotarłem   do   zakrętu   koło 

Grennel   Bóg...   W   budzie   na   zakręcie   mieszkał   kiedyś   stary   czarnuch...   Spalili   go   w 

Cipolizowie...   Dostał   pryszczycy   i   oślepł...   A   ta   biała   dziewczyna   z   Texarkany   zaczęła 

skrzeczeć:

— Roy, ten stary czarnuch lubieżnie na mnie patrzy. Do licha, dostaję od tego gęsiej 

skórki!

background image

— Nie martw się, słodziutka. Spalimy go.

—   Zróbcie   to   powoli,   kochany.   Rozbolała   mnie   przez   niego   głowa.   Więc   spalili 

czarnucha,  a facet wrócił z żoną do Texarkany,  nie płacąc  za benzynę.  Stara  Lou, która 

prowadzi stację benzynową, mówiła o tym przez całą jesień:

—   Ci   miastowi   przyjeżdżają   tutaj,   palą   czarnucha   i   nawet   nie   raczą   zapłacić   za 

benzynę.

Cóż, budę rozebrał Chester Hoot i odbudował na tyłach swojego domu w Bied Yalley. 

Pokrył   okna   czarnym   płótnem   i   nie   wypada   nawet   mówić,   co   tam   robi...   Chester   bywa 

naprawdę dziwny... Więc na tym zakręcie, gdzie stała kiedyś buda czarnucha, niedaleko domu 

starego Brooksa, zalewanego każdej wiosny przez powódź... tylko dom nie należał wtedy do 

Brooksa... mieszkał tam niejaki Scranton. W tysiąc dziewięćset dziewiętnastym szukali tam 

wody...  Chyba  znacie  faceta,  który to robił... Gość nazwiskiem Hump  Clarence,  dorabiał 

sobie różdżkarstwem... Fajny facet, trudno o drugiego takiego w Interzone... Więc to na tym 

zakręcie zobaczyłem nagle Teda Spigota, jak się pieprzył z kundlem...

Lee odchrząknął. Prezes spojrzał nań znad okularów.

PREZES:   Jeśli   wysłuchasz   do   końca   tego,   co   chcę   powiedzieć,   zajmę   się   twoją 

sprawą, młody człowieku.

Zaczai opowiadać anegdotkę o czarnuchu, który zaraził się wścieklizną od krowy.

PREZES: Ojciec mówi  do mnie:  “Skończ robotę, synu, i chodźmy zobaczyć  tego 

szalejącego czarnucha..." Przykuli go łańcuchem do łóżka; ryczał jak krowa... Szybko mi się 

znudziło. Cóż, proszę wybaczyć, ale mam interesik w wychodku, che, che, che...

Lee słuchał z przerażeniem. Prezes spędzał niekiedy w wychodku długie tygodnie, 

żywiąc się skorpionami i studiując Montgomery Ward. Jego asystenci wyważali kilkakrotnie 

drzwi i wynosili go stamtąd w stanie kompletnego wyczerpania. Lee postanowił zgrać swój 

ostatni atut.

LEE:   Panie   Anker,   zwracam   się   do   pana   jak   jeden   członek   Klubu   Płetwali   do 

drugiego.

Wyciągnął   legitymację   klubu,   pamiątkę   z   młodości,   a   prezes   spojrzał   na   nią 

podejrzliwie.

PREZES: Nie wyglądasz jak prawdziwy płetwal... Co sądzisz o gudłajach?

LEE: Panie Anker, sam pan wie, że każdy żydzior marzy tylko o tym, by przelecieć 

chrześcijańską dziewczynę... Niedługo utniemy im całą resztę...

PREZES: Cóż, gadasz rozsądnie jak na miastowego... Dowiedzcie się, czego chce, i 

zajmijcie się nim... Dobry z niego chłopak.

background image

INTERZONE

Jedyny  rodowity mieszkaniec  Interzone,  który nie jest pedałem,  to szofer Andrew 

Keifa. Keif traktuje to jako użyteczny pretekst, by móc zerwać stosunki z każdym, z kim nie 

ma ochoty się widywać: “Zeszłego wieczoru próbowałeś uwieść Aracknida. Nie pokazuj się 

więcej w moim domu". Mieszkańcom Interzone zawsze urywa  się wieczorem film i nikt 

nigdy nie może być pewien, że nie usiłował uwieść mało apetycznego Aracknida.

Aracknid to kiepski szofer, ledwo umie prowadzić. Pewnego razu przejechał ciężarną 

góralkę z ładunkiem węgla drzewnego na plecach; poroniła na ulicy zakrwawione niemowlę. 

Keif   siedział   na   krawężniku,   mieszając   krew   patykiem,   gdy   tymczasem   policjanci 

przesłuchiwali Aracknida i w końcu aresztowali góralkę za naruszanie przepisów sanitarnych.

Aracknid jest ponurym, nieapetycznym młodzieńcem o pociągłej sinawej twarzy. Ma 

krogulczy nos i wielkie żółte zęby. Każdy może bez trudu znaleźć atrakcyjnego szofera, lecz 

Aracknida mógł znaleźć tylko Andrew Keif, błyskotliwy, dekadencki młody powieściopisarz 

mieszkający w przebudowanym pisuarze w dzielnicy domów publicznych.

Interzone   to   jeden   ogromny   budynek.   Ściany   pokoi   wykonano   z   rozciągliwego 

materiału, a gdy w pomieszczeniu znajduje się zbyt wielu ludzi, ktoś przelatuje z plaśnięciem 

przez   ścianę   prosto   do   następnego   pomieszczenia,   następnego   łóżka,   gdyż   pokojami   są 

zwykle łóżka, w których prowadzi się interesy. Cała Interzone brzęczy cicho jak ogromny ul 

w rytm seksu i handlu.

— Dwie trzecie procenta. Nie ustąpię, choćbym pękł!

— Ale gdzie są faktury, kochasiu?

— Na pewno nie tam, gdzie ich szukasz. To byłoby zbyt oczywiste.

— Kontener levisów z wszytymi fałszywymi genitaliami. Madę in Hollywood.

— Hollywood w Syjamie.

— Cóż, styl jest amerykański.

— Jaka prowizja?... Prowizja... Prowizja...

—   Tak,   złociutki,   ładunek   wazeliny   z   oryginalnych   odpadków   wielorybich   z 

południowego Atlantyku, przechodzący obecnie kwarantannę w Tierra del Fuego. Prowizja, 

mój drogi?! Jeśli zrobimy ten interes, będziemy się tarzać w szmalu! (Odpadki wielorybie to 

materiał gromadzący się w trakcie szlachtowania złowionego wieloryba. Ohydna substancja 

cuchnąca na milę rybami. Nikt jeszcze nie znalazł dla niej żadnego zastosowania).

background image

Handlem   wazeliną   ma   się   zająć   Interzone   Imports   S.A.,   firma   prowadzona   przez 

Mandego i Leifa, którzy specjalizują się w farmaceutykach i prowadzą całodobową poradnię 

wenerologiczną (wykryli jak dotąd sześć nowych chorób wenerycznych).

Marvie i Leif rzucają się w wir interesów. Wynajmują greckiego agenta okrętowego i 

przekupują grupę celników. Jednakże wnet zaczynają się kłócić i w końcu donoszą na siebie 

do   ambasady,   skąd   zostają   odesłani   do   Wydziału   Nic   Nas   To   Nie   Obchodzi,   po   czym 

wylatują   tylnymi   drzwiami   na   pokryty   łajnem   pusty   parking,   gdzie   sępy   walczą   o   rybie 

głowy. Histerycznie grożą sobie pięściami.

— Chcesz mnie okraść z prowizji!

— Prowizji?! A kto wyniuchał ten genialny interes?!

— Ale to ja mam fakturę!

— Łajdaku! Nigdy nie zobaczysz faktury, jeśli ja się na to nie zgodzę!

— Cóż, pocałujmy się i pogódźmy. Nie jestem podły ani nikczemny.

Ściskają sobie bez entuzjazmu ręce i całują się w policzki. Realizacja umowy ciągnie 

się miesiącami. Angażują ekspedytora. Na koniec Marvie otrzymuje czek na czterdzieści dwa 

kurdy turkiestańskie, które mają nadejść przelewem przez Amsterdam z anonimowego banku 

w Ameryce Łacińskiej: zajmie to mniej więcej jedenaście miesięcy.

Wreszcie możemy się odprężyć  w kafejce. Marvie pokazuje mi kserokopię czeku. 

Naturalnie nie nosi przy sobie oryginału, aby jakiś zawistnik nie opluł podpisu zmywaczem 

atramentu ani nie uszkodził w inny sposób.

Namawiamy  go, by uczcił  sukces, stawiając wszystkim  kolejkę, ale  on śmieje  się 

jowialnie i mówi:

— W istocie rzeczy nie stać mnie na drinka. Wydałem już całą sumę na lekarstwo na 

rzeżączkę Alego. Ma ją znowu z przodu i z tyłu. O mało nie wyrzuciłem go przez ścianę do 

następnego łóżka, ale wszyscy wiecie, jaki jestem sentymentalny.

Marvie  kupuje sobie  jednak szklankę   piwa, wyciągnąwszy z  rozporka  poczerniałą 

monetę.

— Reszty nie trzeba.

Kelner kładzie monetę na śmietniczce, pluje na stół i odchodzi.

— Dupek! Zazdrości mi zarobku!

Marvie przebywa w Interzone “od zeszłego roku", jak to określa. Jest na emeryturze 

— poprzednio pracował “dla dobra służby" na jakimś trudnym do określenia stanowisku w 

Departamencie Stanu. Był kiedyś bardzo przystojnym,

krótko ostrzyżonym chłopcem, lecz obecnie ma nalaną, tęgą twarz i dwa podbródki. 

background image

Przytył także w biodrach. 

Pechowy Leif  jest wysokim,  chudym  Norwegiem z przepaską na oku i uniżonym 

uśmiechem zastygłym na twarzy. Jego życie to pasmo nieudanych przedsięwzięć. Splajtował 

jako   hodowca   żab,   szynszyli,   syjamskich   ryb   bojowych   i   perłopławów.   Usiłował   bez 

powodzenia promować dwuosobowe trumny Gniazdko Kochanków, zmonopolizować rynek 

prezerwatyw   w   okresie   niedoboru   gumy,   prowadzić   pocztowy   burdel   wysyłkowy   i 

opatentować penicylinę. Przegrał ogromne sumy w kasynach europejskich i na wyścigach 

konnych w USA, stosując rujnujące systemy zakładów. Porażkom w interesach towarzyszył 

straszliwy pech w życiu osobistym. Banda rozbestwionych marynarzy amerykańskich wybiła 

mu w Brooklynie przednie zęby. Wypił kiedyś w Panamie litr nalewki opiumowej i zemdlał 

w  parku, po czym  sępy wydziobały mu oko. Przez pięć dni tkwił uwięziony w windzie, 

cierpiąc   męki   głodu   narkotycznego,   i   przeżył   atak   biegunki,   płynąc   statkiem   ukryty   w 

schowku na szczotki. Kiedyś zachorował w Kairze na zapalenie otrzewnej; szpital okazał się 

tak przepełniony,  że Leifa umieszczono w toalecie. Grecki chirurg zaszył  w nim podczas 

operacji   żywą   małpę,   po   czym   nieszczęsnego   pacjenta   zgwałcili   zbiorowo   arabscy 

sanitariusze,   a   jeden   z   posługaczy   ukradł   mu   penicylinę,   zastępując   ją   proszkiem   do 

szorowania   klozetów.   Pewnego   razu   dostał   syfa   w   tyłku   i   angielski   lekarz   wyleczył   go 

lewatywą   z   wrzącego   kwasu   siarkowego;   kiedy   indziej   lekarz   niemiecki,   zwolennik   tak 

zwanej   “medycyny   technicznej",   usunął   mu   wyrostek   robaczkowy   zardzewiałym 

otwieraczem   do   konserw   i   nożycami   do   cięcia   blachy   (uważał   teorię   bakteryjnego 

pochodzenia chorób za absurd). Zadowolony z sukcesu, wyciął Leifowi prawie wszystkie 

narządy wewnętrzne. “Ciało ludzkie jest pełne niepotrzebnych części. Po co od razu dwie 

nerki? Wystarczy jedna... Organy nie powinny być tak ściśnięte. Potrzebują Lebensraumu, 

podobnie jak Vaterland".

Ekspedytor nie otrzymał jak dotąd wynagrodzenia, a Manie musiał zwodzić go jeszcze 

przez jedenaście miesięcy, aż do realizacji czeku. Ekspedytor przyszedł podobno na świat na 

promie   kursującym   między   Interzone   a   Wyspą.   Zajmował   się   przyśpieszaniem   dostaw 

towarów. Nikt nie wiedział  na pewno, czyjego  usługi  mają  jakąkolwiek wartość, a samo 

wymienienie   jego   nazwiska   zawsze   doprowadzało   do   kłótni.   Rozmówcy   dzielili   się 

natychmiast na jego zwolenników i przeciwników: pierwsi twierdzili, że im pomógł, drudzy 

zaś, iż okazał się kompletnie bezużyteczny.

Wyspa, leżąca tuż koło Interzone, jest bazą brytyjskiej piechoty i marynarki wojennej. 

Anglia dzierżawi  wyspę  za darmo,  formalnie  odnawiając dzierżawę na początku każdego 

roku. Na miejskim wysypisku śmieci zbiera się wówczas cała ludność Wyspy — obecność 

background image

jest obowiązkowa. Prezydent Wyspy czołga się przez śmieci ku gubernatorowi brytyjskiemu, 

odzianemu   w   nieskazitelny   mundur   wojskowy,   po   czym   wręcza   mu   akt   przedłużenia 

dzierżawy,   podpisany   przez   wszystkich   mieszkańców.   Gubernator   przyjmuje   dokument   i 

chowa do kieszeni.

— Więc zdecydowaliście się pozwolić nam pozostać na następny rok? To miło  z 

waszej strony. I wszyscy są z tego zadowoleni?... Czy jest ktoś niezadowolony?

Żołnierze w dżipach celują w tłum z karabinów maszynowych, przesuwając powoli 

lufy tam i z powrotem.

—   Wszyscy   zadowoleni?   Świetnie.   —   Uśmiecha   się   jowialnie   do   klęczącego 

prezydenta. — Zatrzymam wasz dokument na wypadek, gdybyście się rozmyślili. Cha! Cha! 

Cha! — Jego głośny, metaliczny śmiech dudni nad wysypiskiem śmieci, a tłum wtóruje pod 

lufami karabinów.

Na   Wyspie   skrupulatnie   przestrzega   się   reguł   demokracji.   Istnieje   dwuizbowy 

parlament, nieustannie debatujący na temat wywozu śmieci i inspekcji wychodków, jedynych 

spraw, nad którymi  ma jurysdykcję. Przez krótki okres w połowie dziewiętnastego wieku 

parlament sprawował kontrolę nad Ministerstwem Hodowli Pawianów, jednakże przywilej 

ten cofnięto ze względu na ciągłą absencję senatorów.

Pawiany sprowadzili z Trypolisu na wyspę piraci w siedemnastym  wieku. Istnieje 

legenda, że jeśli pawiany opuszczą Wyspę, padnie ona łupem najeźdźców. Tożsamość owych 

najeźdźców   pozostaje   całkowitą   tajemnicą,   jednakże   zabicie   pawiana   jest   przestępstwem 

karanym śmiercią, choć złośliwe małpy dręczą mieszkańców w niemożliwy sposób. Od czasu 

do czasu któryś z wyspiarzy dostaje amoku, zabija kilkanaście pawianów, po czym popełnia 

samobójstwo.

Prezydentem   wybiera   się   zawsze   jakiegoś   szczególnie   niepopularnego   i 

znienawidzonego   osobnika.   Prezydentura   to   największe   nieszczęście   i   hańba,   jakie   może 

spotkać mieszkańca Wyspy. Prezydenci są narażeni na takie upokorzeni że tylko nieliczni 

sprawują   urząd   przez   całą   pięcioletnią   kadencję;   zwykle   umierają   po   roku   czy   dwóch, 

kompletnie   załamani.   Ekspedytor   był   prezydentem   przez   całe   pięć   lat.   Później   zmienił 

nazwisko i poddał się operacji plastycznej, aby zapomnieć o hańbie.

—   Tak,   naturalnie,   że   panu   zapłacimy...   —   tłumaczył   ekspedytorowi   Marvie.   — 

Proszę spokojnie czekać. Może to trochę potrwać...

— Spokojnie czekać?! Niech pan posłucha...

— Tak, wiem, bank zamierza odebrać sztuczną nerkę pańskiej żony, bo nie płaci pan 

rat... Odłączą pańską babkę od płucoserca.

background image

— To doprawdy niesmaczne, chłopcze... Szczerze mówiąc, żałuję, że w ogóle się tym 

zająłem. Ten cholerny smalec ma w sobie za dużo kwasu siarkowego. W zeszłym tygodniu 

odwiedziłem skład celny, wsadziłem do beczki kij od szczotki i smalec natychmiast go zżarł. 

Poza tym straszliwie śmierdzi. Powinien się pan wybrać na spacer koło portu.

—   Nawet   nie   zamierzam!   —   zaskrzeczał   Marvie.   W   Interzone   nie   wolno   nawet 

zbliżać się do tego, czym się handluje. Rodzą się wówczas podejrzenia, że jest się detalistą, 

czyli w istocie pospolitym kramarzem. Duża ilość  towarów w Interzone jest sprzedawana 

przez handlarzy ulicznych.

—   Dlaczego   mówi   mi   pan   to   wszystko?   To   obrzydliwe!   Niech   się   o   to   martwią 

detaliści!

— Och, wam nie robi to żadnej różnicy, możecie zawsze dać nogę... Aleja muszę dbać 

o opinię... Będzie z tego afera.

— Sugeruje pan, że ta transakcja jest nielegalna?

— Nie nielegalna, tylko podejrzana. Bardzo podejrzana.

— Wracaj na Wyspę! Sprzedawałeś kiedyś swój tyłek w pisuarach za pięć peset!

— I nie było wielu chętnych — wtrącił Leif.

Ekspedytor  nie  mógł   znieść  aluzji  do swojego  wyspiarskiego  pochodzenia.  Wstał, 

umiejętnie naśladując obrażonego angielskiego dżentelmena i szykując się do druzgocącej 

riposty, lecz zamiast tego na jego wargach pojawił się uśmiech skopanego kundla. W świetle 

łukowym nienawiści  objawiło się jego oblicze sprzed operacji plastycznej... Zaczai miotać 

przekleństwa ohydnym gardłowym narzeczem wyspiarzy.

Wyspiarze udają, że nie rozumieją tego języka, lub w żywe oczy zaprzeczają jego 

istnieniu.

—   Jesteśmy   Brytyjczykami   —   twierdzą.   —   Nie   mówimy   żadnym   przeklętym 

narzeczem.

Ekspedytor zaczyna bryzgać kropelkami śliny i wydziela falę smrodu, która otacza go 

niczym zielonkawa mgiełka. Marvie i Leif odsuwają się, dygocąc ze strachu.

— Zwariował! — woła Marvie. — Zabierajmy się stąd! Dają nurka w mgłę, która wisi 

zimą nad Interzone niczym opary łaźni tureckiej.

background image

EGZAMIN

Carl Peterson znalazł w swojej skrytce kartę pocztową Iz nakazem stawienia się o 

dziesiątej u doktora Benwaya j w Ministerstwie Higieny Psychicznej i Profilaktyki...

“Czego, do licha, mogą ode mnie chcieć? — pomyślał z irytacją. — To chyba jakaś 

pomyłka". Wiedział jednak, że ministerstwo nie popełnia pomyłek... Z pewnością nie |myli 

ludzi...

Carlowi nie przyszłoby nawet do głowy się nie stawić, j choć nie grozi za to żadna 

kara... Freelandia to państwo dobrobytu... Jeśli obywatel czegokolwiek potrzebuje, od worka 

mąki poczynając, a na partnerze erotycznym kończąc, odpowiednie ministerstwo natychmiast 

zaspokaja   jego   zachciankę.   Groźba   zawarta   w   tej   wszechogarniającej   usłużności  tłamsi 

wszelkie myśli o buncie...

Carl   przeszedł   przez   plac   ratuszowy...   W   lśniących   kaskadach   wody   pławiły   się 

gigantyczne   posągi   nagich   mężczyzn   z   mosiężnymi   genitaliami...   Na   niebie   widać   było 

kopułę ratusza.

Spojrzał na amerykańskiego homoseksualistę, który spuścił wzrok i zajął się regulacją 

obiektywu swojej leiki...

Carl   wkroczył   w   stalowy   emaliowany   labirynt   ministerstwa,   podszedł   do   okienka 

informacji... i pokazał wezwanie.

—   Piąte   piętro...   pokój   dwadzieścia   sześć.   W   pokoju   numer   dwadzieścia   sześć 

powitała go pielęgniarka, która spojrzała nań zimnymi podwodnymi oczyma.

— Doktor Benway oczekuje pana — rzekła z uśmiechem. — Proszę wejść.

“Jakby nie miał nic lepszego do roboty, tylko czekać na mnie" — pomyślał Carl.

W gabinecie, wypełnionym mlecznobiałą poświatą, panowała absolutna cisza.

Doktor uścisnął dłoń Carla, spoglądając na jego pierś...

“Już go gdzieś widziałem — pomyślał Carl. — Tylko gdzie?"

Usiadł i skrzyżował  nogi. Zerknął na popielniczkę  na biurku i zapalił  papierosa... 

Patrzył na doktora nieruchomym pytającym wzrokiem, w którym krył się cień bezczelności.

Doktor wydawał się zawstydzony... Wiercił się... pokasływał... przekładał papiery...

—   Hmmmm...   —   mruknął   w   końcu.   —   Pan   Carl   Peterson,   jak   sądzę...   — 

Profesorskim   gestem   zsunął   okulary   na   czubek   nosa...   Carl   skinął   w   milczeniu   głową... 

Doktor nie patrzył  na niego, lecz jednak zauważył  ten ruch... Nasunął palcem okulary na 

właściwe miejsce, po czym otworzył teczkę leżącą na białym emaliowanym blacie biurka.

background image

— Mmmmmmmm. Carl Peterson — powtórzył pieszczotliwym tonem, zacisnął wargi 

i pokiwał głową. — Wie pan, oczywiście, że próbujemy — odezwał się nagle. — Wszyscy 

próbujemy, choć nie zawsze nam się udaje. — Umilkł i przyłożył dłoń do czoła. — Usiłujemy 

przystosować   państwo   do   potrzeb   obywateli:   uczynić   je   tylko   narzędziem!   —   Jego   głos 

zabrzmiał niespodziewanie głęboko i donośnie, a Carl wzdrygnął się. — Uważamy to za 

jedyną   funkcję   państwa.   Nasza   wiedza...   naturalnie   niepełna...   —   Machnął   pogardliwie 

dłonią... — Weźmy na przykład... kwestię, hm, dewiacji seksualnych. — Zaczął się huśtać na 

fotelu   i   Carl   poczuł   się   nagle   nieswojo.   —   Uważamy   to   za   nieszczęście...   chorobę   nie 

różniącą się zbytnio od, powiedzmy, gruźlicy... Tak, gruźlicy — powtórzył z naciskiem, jakby 

Carl próbował oponować. — Z drugiej strony każda choroba nakłada pewne zobowiązania na 

władze   odpowiedzialne   za   zdrowie   publiczne,   choć   należy   przy   tym   minimalizować 

ewentualne   przykrości   nieszczęsnego   osobnika,   który   bez   własnej   winy   uległ   infekcji... 

Oczywiście mam na myśli minimalizację przykrości pozwalających skutecznie zabezpieczyć 

zdrowych obywateli... Przymusowe szczepienia ochronne przeciw ospie nie uchodzą za nic 

zdrożnego...  Podobnie jak kwarantanna  chorób zakaźnych...  Z pewnością przyzna  pan, iż 

osoby zarażone tak zwaną  les malades gallants, che, che, che, powinny być kierowane na 

przymusowe   leczenie.   —   Doktor   chichotał   i   huśtał   się   w   fotelu   niczym   mechaniczna 

zabawka... Carl zorientował się, że Benway oczekuje jakiegoś komentarza.

— Brzmi to rozsądnie — rzekł.

Doktor przestał się śmiać. Nagle znieruchomiał.

—   Wróćmy   teraz   do   kwestii,   hm,   dewiacji   seksualnych.   Szczerze   mówiąc,   nie 

rozumiemy do końca, dlaczego niektórzy ludzie wolą seksualne towarzystwo przedstawicieli 

własnej   płci.   Wiemy   jednak,   iż   zjawisko   to   jest   dość   pospolite   i   że   w   pewnych 

okolicznościach przysparza naszemu resortowi sporych kłopotów.

Benway   po   raz   pierwszy   spojrzał   na   Carla.   W   jego   oczach   nie   było   ciepła   ani 

nienawiści, ani żadnych  uczuć znanych  Carlowi z doświadczenia: były to oczy chłodne i 

pełne napięcia, drapieżne i nieludzkie. Carl miał przez chwilę wrażenie, że znalazł się w 

podwodnej   grocie,   odcięty   od   źródeł   ciepła   i   pewności.   Jego   obraz   samego   siebie   — 

spokojnego,   słuchającego   z   lekką   pogardą   wykładu   Benway   a   —   przyblakł,   jakby 

mlecznobiała poświata wysysała z niego siły żywotne.

— Leczenie owych chorób jest w chwili obecnej, hm, objawowe.

Benway odchylił się nagle do tyłu i wybuchnął metalicznym śmiechem. Carl patrzył 

nań z przerażeniem. “To wariat" — pomyślał. Twarz doktora stała się nagle nieprzenikniona 

jak u pokerzysty.  Carl  poczuł  nagle  dziwny ucisk w  brzuchu, jakby jechał  szybkobieżną 

background image

windą.

Doktor   spojrzał   na   teczkę   leżącą   na   biurku   i   odezwał   się   nieco   protekcjonalnym 

tonem:

— Proszę się nie obawiać, młody człowieku. To tylko żart zawodowy. Kiedy lekarze 

określają leczenie jako objawowe, znaczy to, że choroba jest nieuleczalna i można tylko ulżyć 

cierpieniom pacjenta. Zresztą to właśnie staramy się robić. — Carl znów poczuł chłodne 

muśnięcie spojrzenia doktora. — Próbujemy przywrócić homoseksualistom poczucie własnej 

wartości   i   naturalnie   zapewniamy   stosowne   ujście   energii   seksualnej   z   osobnikami   o 

podobnych skłonnościach. Izolacja nie bywa wskazana, gdyż homoseksualizm jest równie 

mało zakaźny jak rak. Rak, moja pierwsza miłość... — Doktor umilkł. Wydawało się, że 

wyszedł przez niewidzialne drzwi, pozostawiając przy biurku puste ciało. — Cóż, może się 

pan dziwi, dlaczego w ogóle zajmujemy się tą sprawą? — spytał nagle rześkim głosem i na 

jego   wargach   pojawił   się   uśmiech   jasny   i   chłodny   niczym   śnieg   w   blasku   słońca.   Carl 

wzruszył ramionami.

—   To   nie   moja   sprawa...   Zastanawiam   się   tylko,   dlaczego   mnie   tu   wezwano   i 

dlaczego mówi mi pan te... te...

— Nonsensy?

Carl   mimo   woli   się   zarumienił,   a   doktor   odchylił   się   do   tyłu   i   złączył   koniuszki 

palców.

— Młodzi zawsze się śpieszą — rzekł mentorskim tonem. — Pewnego dnia nauczy 

się pan, co znaczy cierpliwość. Nie, Carl... Wolno mi się tak do pana zwracać?... Nie unikam 

odpowiedzi na pańskie pytanie. W razie podejrzenia gruźlicy właściwy wydział ministerstwa 

może poprosić chorego, a nawet zażądać od niego, by się poddał badaniu fluoroskopowemu. 

To rutynowa procedura, rozumie pan. Większość takich badań daje wynik ujemny. Można 

powiedzieć, że wezwaliśmy pana, by poddał się pan swego rodzaju fluoroskopii psychicznej. 

Muszę   dodać,   że   po   naszej   rozmowie   jestem   względnie   pewny,   że   rezultat   okaże   się 

negatywny...

— Przecież to śmiechu warte. Zawsze interesowałem się tylko dziewczętami. Mam w 

tej chwili narzeczoną i zamierzam się ożenić. 

— Tak, Carl, wiem. I właśnie dlatego jest pan tutaj. Badanie krwi przed zawarciem 

małżeństwa, to przecież rozsądne, prawda?

— Proszę, doktorze, niech pan mówi bez ogródek. Doktor wydawał się nie słyszeć. 

Wstał z krzesła i zaczai chodzić po gabinecie, mówiąc leniwym, cichym głosem:

—  Zdradzę ci w największej tajemnicy, drogi chłopcze, że mamy dowody działania 

background image

czynnika   dziedzicznego.   Wpływy   środowiskowe.   Wielu   ukrytych   lub   jawnych 

homoseksualistów   zawiera   niestety   związki   małżeńskie.   Kończą   się   one   często...   Urazy 

dzieciństwa... — Doktor mówił i mówił bez końca. Mówił o schizofrenii, raku, obciążeniu 

dziedzicznym.

Carl zdrzemnął się na chwilę. Otwierał zielone drzwi. Poczuł nagle ohydny smród i 

zbudził się nagle. Głos doktora był dziwnie jednostajny i martwy; kojarzył się z szeptem 

narkomana:

— Test Kleiberga-Stanisławskiego na kłaczkowanie nasienia... Użyteczne narzędzie 

diagnostyczne...   Wskazuje   przynajmniej   na   brak   potencjalnych   skłonności...   W   pewnych 

przypadkach, na tle całości obrazu... — Głos doktora stał się nagle piskliwy i donośny. — 

Pielęgniarka pobierze, hm, próbkę.

—   Proszę   tu.   —   Pielęgniarka   otworzyła   drzwi   do   pustej   małej   salki   o   białych 

ścianach. Wręczyła Carlowi słoiczek. — Jak będzie pan gotów, proszę zawołać.

Carl zawstydził się, jakby własna matka ofiarowała mu chusteczkę z wyhaftowanym 

nieprzyzwoitym napisem. Ejakulował do słoiczka, brutalnie pieprząc pielęgniarkę opartą o 

ścianę z przejrzystych cegiełek.

“Stara szklana cipa" — pomyślał szyderczo i zobaczył w świetle zorzy polarnej cipę 

pełną odłamków kolorowego szkła.

Umył penis i zapiął rozporek.

Coś obserwowało każdą jego myśl z zimną, cyniczną nienawiścią, śledząc skurcze 

moszny i odbytnicy. Znajdował się w pokoju wypełnionym zielonkawą poświatą.

Umeblowanie składało się z łoża małżeńskiego i czarnej szafy z wielkim lustrem. Nie 

widział własnej twarzy. W czarnym fotelu klubowym siedział człowiek w białej koszuli i 

brudnym papierowym krawacie. Miał opuchniętą, nalaną twarz i gorączkowo płonące oczy.

— Coś nie w porządku? — spytała obojętnie pielęgniarka. Podała Carlowi szklankę 

wody i z wyniosłą pogardą obserwowała, jak pije. Odwróciła się i z wyraźnym niesmakiem 

wzięła do ręki słoiczek. — Czeka pan jeszcze na coś? — spytała nagle ostrym tonem. Ostatni 

raz zwracano się w ten sposób do Carla w dzieciństwie.

— Nie, dlaczego?

—   Wobec   tego   może   pan   już   iść   —   rzekła   i   zajęła   się   słoiczkiem.   Z   cichym 

okrzykiem obrzydzenia otarła z ręki kroplę spermy.

Carl podszedł do drzwi.

— Czy mam wyznaczony termin następnej wizyty?  Spojrzała nań z dezaprobatą i 

zdziwieniem.

background image

— Otrzyma pan wezwanie, rzecz jasna.

Stojąc w progu małej salki patrzyła, jak Carl przechodzi przez poczekalnię i otwiera 

drzwi.   Odwrócił   się  i  zawadiacko   pomachał  jej   ręką.  Nie   poruszyła  się  ani  nie   zmieniła 

wyrazu  twarzy.  Kiedy schodził  po schodach z  policzkami  płonącymi  ze  wstydu,  na  jego 

wargach błąkał się fałszywy uśmiech. Homoseksualista spojrzał nań i uniósł znacząco brew.

— Coś nie tak?

Carl pobiegł do parku i usiadł na pustej ławce koło brązowego fauna z cymbałami.

—   Opowiedz   mi   o   wszystkim,   mały.   Od   razu   poczujesz   się   lepiej   —   rzekł 

Amerykanin, pochyliwszy się nad Carlem: jego aparat fotograficzny kołysał się przed twarzą 

młodego człowieka niczym olbrzymia kobieca pierś.

— Spierdalaj!

W zwierzęcych brązowych oczach pedała kryło się coś podłego i wstrętnego. -II;,

—   Och,   na   twoim   miejscu   bym   nie   przeklinał,   dziubdziusiu.   Też   jesteś   na   haku. 

Widziałem, jak wychodziłeś z instytutu.

— Co przez to rozumiesz? - spytał ostro Carl.

— Och, nic. Zupełnie nic. 

—   No   cóż,   Carl   —   zaczął   doktor,   uśmiechając   się   i   patrząc   na   usta   młodego 

człowieka. — Mam dla ciebie dobrą wiadomość. — Podniósł z biurka arkusik błękitnego 

papieru i demonstracyjnie skupił na nim wzrok. — Twój test... test Robinsona-Kleiberga na 

kłaczkowanie nasienia...

— Zdawało mi się, że to test Blomberga-Stanisławskiego — przerwał Carl. Doktor 

zachichotał.

—   Och,   skądże   znowu...   Wyprzedzasz   mnie,   młody   człowieku.   Chyba   źle   mnie 

zrozumiałeś. Test Blomberga-Stanisławskiego to zupełnie inna para kaloszy. Mam szczerą 

nadzieję, że okaże się niepotrzebny... — Znów zachichotał. — Jednakże tymczasem wyniki 

testu KS wydają się... — Przyglądał  się arkusikowi, trzymając  go na odległość  ramienia 

—   ...wydają   się   najzupełniej   ujemne.   Więc   może   nie   będziemy   już   dłużej   sprawiać   ci 

przykrości. A więc... — Złożył starannie arkusik i schował do teczki. Przerzucił znajdujące 

się w niej dokumenty. Na koniec zmarszczył brwi i zacisnął wargi. Zamknął teczkę, położył 

na niej dłoń i pochylił się do przodu. — Kiedy służyłeś w wojsku, Carl... musiały być... w 

istocie na pewno były długie okresy, gdy byłeś pozbawiony, hm, przyjemności obcowania z 

płcią piękną. Podczas owych bez wątpienia przykrych i trudnych okresów miałeś na pewno 

zdjęcia ładnych dziewcząt, prawda? A może nawet cały ich harem? Che, che, che...

background image

Carl spojrzał na doktora z wyraźnym niesmakiem.

— Tak, oczywiście — odpowiedział. — Wszyscy mieliśmy takie zdjęcia.

— A teraz, Carl, chciałbym ci pokazać kilka takich zdjęć. — Benway wyjął z szuflady 

kopertę. — Wybierz, proszę, dziewczynę, pierwszą lepszą dziewczynę!

Carl   wyciągnął   zdrętwiałe   palce   i   dotknął   jednej   z   podobizn.   Doktor   schował 

fotografię z powrotem do pliku zdjęć, potasował je z wprawą zawodowego szulera i znów 

rozłożył przed Carlem.

— Jest tutaj?

Carl pokręcił przecząco głową.

— Naturalnie, że nie. Jest tam, gdzie jej miejsce. A gdzie jest miejsce kobiety?! — 

Benway   otworzył   teczkę   i   wyciągnął   fotografię   dziewczyny   przyczepioną   do   testu 

Rorschacha. — Czy to ona? i Carl skinął głową w milczeniu.

 — Masz dobry gust, chłopcze. Mówiąc w największej tajemnicy, niektóre z owych 

dziewcząt to w istocie chłopcy... — Zręcznymi palcami szulera zaczął przekładać fotografie, 

jakby grał w trzy karty. — Pedały, prawda? — Jego brwi poruszały się w górę i w dół z 

niewiarygodną   szybkością.   Carl   nie   dostrzegł   w   zdjęciach   niczego   niezwykłego.  Twarz 

doktora po drugiej stronie biurka była  absolutnie  nieruchoma  i pozbawiona  wyrazu.  Carl 

znów poczuł lekkie ściskanie w brzuchu i genitaliach, jakby znajdował się w szybkobieżnej 

windzie.

— Pokonujesz nasz mały tor przeszkód w imponującym stylu, Carl... Chyba myślisz, 

że to trochę niemądre, co?

— Prawdę mówiąc... tak.

— Jesteś szczery... To dobrze... A teraz, Carl... — Przeciągnął pieszczotliwie imię 

młodego człowieka niczym stary pedał zamierzający poczęstować cię papierosem marki “Old 

Gold".

Gliniarze mają swoje sztuczki.

—   Dlaczego   nie   zaproponujesz   czegoś   porucznikowi?   —   pyta,   kiwając   głową   w 

stronę swojego rozjarzonego super-ego, które nazywa zawsze porucznikiem. — Porucznik 

jest właśnie taki: grasz z nim uczciwie, to on także gra z tobą uczciwie... Potraktujemy cię 

łagodnie... Jeśli nam pomożesz.

W   jego   słowach   otwiera   się   panorama   kafeterii,   rogów   ulic   i   barów.   Narkomani 

odwracają wzrok, ładując sobie w kanał.

— Pedał się myli.

Obżarty   barbituranami   pedał   rozwalił   się   w   klubowym   fotelu   z   wyciągniętym 

background image

językiem.

Wstaje w transie i wiesza się, nie zmieniając wyrazu twarzy ani nie chowając języka.

Rucha go w tyłek.

— Znasz Marty'ego Steela? — Ruchnięcie.

— Tak.

— Możesz od niego kupić? — Ruchnięcie. Ruchnięcie

— Kiepska sprawa.

— Ale możesz, co? — Ruchnięcie, ruchnięcie. — Sprzedał ci w zeszłym tygodniu. — 

Ruchnięcie...   ruchnięcie   ruchnięcie...   —   Możesz   od   niego   kupić   na   przykład   dzisiaj.   — 

Spokój.

— Nie! Nie! Tylko nie to!!

— Posłuchaj: będziesz grzeczny... — trzy złośliwe ruchnięcia — ...albo wyrucha cię 

porucznik. Co wolisz? — Unosi pytająco brew.

— A więc, Carl, czy mógłbyś  mi powiedzieć, ile razy i w jakich okolicznościach 

oddawałeś się praktykom homoseksualnym? — Głos Benwaya cichnie. — Jeśli nigdy tego 

nie robiłeś, uznam cię za dość nietypowego młodego człowieka. — Unosi upominające palec. 

— Tak czy owak... — Puka w teczkę i uśmiecha się obleśnie. Carl spostrzega, że teczka ma 

piętnaście   centymetrów   grubości.   Wygląda,   jakby   znacznie   pogrubiała,   odkąd   wszedł   do 

gabinetu.

— Cóż, w czasie służby wojskowej... pedały robiły mi propozycje i czasami... jak 

byłem zupełnie spłukany...

— Ależ oczywiście, Carl! — uśmiecha się serdecznie doktor. — Na twoim miejscu 

zrobiłbym   to   samo,   nie   wstydzę   się   tego   powiedzieć,   che,   che,   che...   Cóż,   pomińmy   te 

najzupełniej   zrozumiałe   sposoby,   hm,   polepszenia   stanu   swojego   portfela.   A   czy   istniały 

również sytuacje, gdy czynniki ekonomiczne nie odgrywały żadnej roli? — Palec pukający w 

teczkę pachnie chlorem i stęchlizną, kojarzącą się z nie mytymi jądrami.

W mózgu Carla eksplodowały zielone sztuczne ognie. Ujrzał chude, opalone ciało 

zbliżającego się Hansa, poczuł czyjś przyśpieszony oddech. Sztuczne ognie zgasły. Zadygotał 

z odrazy i zerwał się na równe nogi, trzęsąc się z wściekłości.

— Co pan tam pisze? — spytał ostro.

— Często zapadasz w ten sposób w drzemkę w środku

rozmowy?...

— Nie spałem. 

— Doprawdy?

background image

— Po prostu cała ta sytuacja jest zupełnie nierealna... Wychodzę. Mam to w nosie. Nie 

może mnie pan zmusić do pozostania.

Ruszył w stronę drzwi. Szedł i szedł, jego nogi stały się ciężkie jak ołów, a drzwi były 

coraz dalej.

— Dokąd idziesz, Carl? — spytał doktor głosem dobiegającym z wielkiej odległości.

— Wychodzę... przez drzwi...

— Zielone drzwi, Carl?

Doktor mówił ledwo słyszalnym szeptem. Gabinet eksplodował w przestrzeni.

background image

CZY WIDZIAŁEŚ PANTOPONOWĄ RÓŻĘ?

Trzymaj  się z dala od Queen's Plaza, synu... Pełno tam pedałów chcących  uwieść 

młodego   ćpuna...   Za   wiele   poziomów...   Ze   schowka   na   miotły   bucha   żar...   Płonące   lwy 

atakują biedną pijaczkę... Dostaje kopa gratis od nowojorskich ćpunów...

Pedale, Kapusiu, Irlandczyku, Żeglarzu, strzeżcie się... Popatrzcie wzdłuż tej drogi, 

nim   nią   pójdziecie...   Żeglarz   i  Irlandczyk  powiesili  się   w  katakumbach...   Kapuś  zmarł   z 

przedawkowania, a Pedał zwariował...

Obok przejeżdża metro z czarnym żelaznym rykiem...

— Queen's Plaża to złe miejsce... Za wiele poziomów i schowków...

— Czy widziałeś Pantoponową Różę? — spytał stary ćpun, włożył czarny płaszcz i 

poszedł na plac... W bramach przy Market Street wszystkie rodzaje masturbacji i perwersji. 

Szczególnie potrzebują tego młodzi chłopcy.

Do rzeki stacza się zabetonowany gangster... Załatwili go w łaźni... Czy to Wiśniowy 

Gio, czy Gillig z Westminster Place? Tylko martwe palce mówią Braille'em...

Missisipi toczy cichą uliczką wielkie wapienne głazy...

— Rył go w gil! — wrzasnął Kapitan.

Odległe burczenie w brzuchu... Z zorzy polarnej spadają zatrute gołębie... Fontanny są 

puste: ...Mosiężne posągi kroczą przez głodne place i zaułki Miasta...

Szukanie żyły o świcie chorym na mak...

Tylko syrop od kaszlu...

Tysiące narkomanów szturmuje krystaliczne kliniki kręgosłupa, gotuje Szare Damy...

W   wapiennej   jaskini   człowiek   z   głową   meduzy   powiedział   do   celnika:   “Bądź 

ostrożny"... Ręka zastygła centymetr od tyłka...

Po stacji metra biegną krzycząc dekoratorzy, biją kasjerów...

— Wielokrotne złamanie — rzekł gruby lekarz. — Jestem specjalistą...

W bramach śliskich od plwociny Kocha szaleje ostentacyjna konsumpcja...

Stonoga   trze   pyskiem   o   zardzewiałe   żelazne   drzwi   przeżarte   przez   mocz   miliona 

wróżek...

To nie bogactwo doznań, ale zgniły proch, żyła potarta używaną watą...

background image

KOKAINOWE ROBACZKI

Szary   pilśniowy   kapelusz   i   czarny   płaszcz   Żeglarza   skręcają   się   od   głodu.   W 

porannym słońcu widać jego sylwetkę w pomarańczowej aureoli morfiny. Pod filiżanką kawy 

leży papierowa serwetka — znak tych, co przesiadują w kafejkach, restauracjach, barach i 

poczekalniach świata. Ćpun, nawet taki jak Żeglarz, żyje w czasie narkotyku, a gdy wkracza 

w czas innych, musi czekać, jak wszyscy petenci. (Ile kaw na godzinę?)

Do środka wszedł chłopiec i usiadł przy barze, czekając na głodzie. Żeglarz zadygotał. 

Jego twarz zmętniała, otoczona brązową mgiełką, a dłonie poruszały się po stole czytając 

Braille'a chłopca. Patrzył na kędziory kasztanowych włosów na jego szyi.  

Chłopiec poruszył się i podrapał po karku. 

—   Coś mnie ugryzło, Joe. Co za spelunkę prowadzisz?

— Kokainowe robaczki, synu — odpowiedział Joe, unosząc jaja ku światłu. 

— Podróżowałem z Irenę Kelly, zabawną babką. W Butte w Montanie dostała kokainowych 

robaczków i biegała po hotelu wrzeszcząc, że chińscy policjanci gonią ją z tasakami do mięsa. 

Znałem gliniarza w Chicago, który wąchał kokę w postaci kryształów, błękitnych kryształów. 

Zwariował i zaczął wrzeszczeć, że gonią go agenci FBI, po czym wybiegł na ulicę i wsadził 

głowę do kubła na śmieci.

“Co robisz?" — spytałem, a on odpowiedział: “Odejdź, bo cię zastrzelę! Dobrze się 

schowałem!" Wszyscy stawimy się na apel w niebie, prawda?

Joe spojrzał na Żeglarza i rozłożył ręce, wzruszając ramionami. Ii

—   Straciłeś   dealera,   synu   —   odezwał   się   Żeglarz,   rozdzielając   słowa   chłodnymi 

palcami.

Chłopiec spłoszył się. Jego twarz pokryta czarnymi bliznami ćpania zachowała dziki, 

niewinny wyraz: nieśmiałe zwierzęta wyglądające zza szarych arabesek trwogi.

— Nie kapuję, Jack.

Obraz Żeglarza wyostrzył się nagle. Odwinął klapę marynarki, pokazując zaśniedziałą 

igłę do zastrzyków.

— Dla dobra służby przeszedłem na emeryturę... Usiądź i poczęstuj się jagodzianką... 

Twoja małpa je uwielbia... Ma po nich miękkie, lśniące futro...

Chłopiec poczuł dotknięcie na ramieniu i nagle coś wciągnęło go za przepierzenie, aż 

wylądował na krześle z cichym plaśnięciem. Spojrzał w oczy Żeglarza: zielony wszechświat z 

chłodnymi czarnymi prądami.

background image

— Jest pan agentem?

—   Wolę   określenie   wektor.   —   Dźwięczny   basowy   śmiech   zawibrował   w   ciele 

chłopca.

— Mam chleb, człowieku, rozumiesz?

— Nie chcę twojej forsy, tylko czasu.

— Nie kapuję.

Żeglarz trzymał w dłoniach coś różowego; nagle rozmazał się jak otoczony gorącym 

powietrzem.

— Załadujesz sobie?

— Tak.

— Pojedziemy metrem. Mają własną straż, nie noszą kopyt, tylko gumy. Pamiętam, 

jak Pedał i ja poszliśmy raz na Queen's Plaża. Trzymaj się z dala od Queen's Plaża, synu... 

okropne miejsce... wszędzie gliny. Za wiele poziomów. Ze schowka na szczotki bucha żar... 

Płonące lwy atakują biedną pijaczkę, dostaje kopa gratis od nowojorskich ćpunów... A więc, 

Pedale, Kapusiu, Irlandczyku, Żeglarzu, strzeżcie się... Popatrzcie wzdłuż tej drogi, zanim na 

nią wstąpicie...

Obok przejeżdża metro z czarnym żelaznym rykiem. 

background image

DEZYNSEKTOR ODWALA KAWAŁ DOBREJ ROBOTY

Żeglarz musnął delikatnie dębowe drzwi, pozostawiając na nich lekkie fosforyczne 

smugi śluzu. Wsunął w nie rękę po łokieć, odciągnął wewnętrzny rygiel i stanął z boku, by 

przepuścić chłopca.

Pusty pokój wypełnił się ciężkim, bezbarwnym odorem śmierci.

—   Zapadnia   nie   była   wietrzona,   odkąd   dezynsektor   wytruł   dymem   kokainowe 

robaczki — wyjaśnił przepraszająco Żeglarz.

Wyostrzone   zmysły   chłopca   badają   otoczenie.   Wynajęte   mieszkanie   przy   torach 

wibrujące   niemym   ruchem.   W   kuchni   wzdłuż   jednej   ściany   metalowe   koryto   (to   metal, 

prawda?),   połączone   ze   swego   rodzaju   akwarium   lub   zbiornikiem   wypełnionym 

przezroczystym zielonym płynem. Podłogę zaśmiecają spleśniałe przedmioty: pas elastyczny 

do   podtrzymywania   jakiegoś   delikatnego   organu  w   kształcie   płaskiego   wachlarza, 

skomplikowane gorsety, duże jarzmo w kształcie litery U z porowatego różowego kamienia, 

niewielkie ołowiane cylindry otwarte na jednym końcu.

Prądy ruchu dwóch ciał zmąciły zastałe jeziora zapachów: zwiędła chłopięca woń 

zakurzonych szatni, chlorowana woda w basenie, zaschnięta sperma. W powietrzu krążą inne 

aromaty, dotykając nieznanych drzwi.

Żeglarz sięgnął pod stolik, wyjął niewielką paczuszkę, po czym szybko zdarł z niej 

papier pakowy. Wśród brudnych naczyń na stole położył pompkę, igłę i łyżeczkę. Ale wąsy 

karaluchów nie sięgały ku okruchom ciemności.

— Dezynsektor odwala kawał dobrej roboty — rzekł. — Czasem aż za dobrej.

Sięgnął   do   kwadratowej   blaszanej   puszki   i   wyjął   płaską   paczuszkę   w   czerwono-

złotym chińskim papierze.

“Jak opakowanie petard" — pomyślał chłopiec. W wieku czternastu lat stracił dwa 

palce...   wypadek   podczas   pokazu   sztucznych   ogni...   później   w   szpitalu,   pierwsze   ciche 

dotknięcie morfiny.

— Sztuczne ognie są tutaj, synu — powiedział Żeglarz i dotknął dłonią tyłu głowy. 

Uśmiechnął się i otworzył paczuszkę.

— Czysta, stuprocentowa hera. Prawie nikt nie przeżył. I wszystko należy do ciebie.

— Więc czego ode mnie chcesz?

— Czasu.

— Nie kapuję.

background image

— Mam coś, czego potrzebujesz — ciągnął Żeglarz, dotykając dłonią paczki. Wyszedł 

do pokoju od frontu i jego głos stał się odległy i niewyraźny:  — Ty masz coś, czego ja 

potrzebuję... pięć minut... godzina... dwie... cztery... osiem... Może wyprzedzam sam siebie... 

Codziennie   trochę   śmierci..,   To   wymaga   czasu...   —   Wrócił  do   kuchni   i   mówił   dalej 

wyraźnym, czystym głosem: — Pięć lat działka. Nie kupisz tego taniej na ulicy. — Przyłożył 

palec do grzbietu nosa chłopca. — Dokładnie pośrodku.

— Nie wiem, o czym pan mówi.

— Zrozumiesz, dziecino... w swoim czasie.

— W porządku. Więc co mam robić?

— Zgadzasz się?

— Tak, owszem... — Zerknął na paczkę. — Niech będzie.

Chłopiec   dostał   gęsiej   skórki.   Żeglarz   przyłożył   dłoń   do   jego   czoła   i   wyciągnął 

różowe przejrzyste  jajo z zamkniętym,  pulsującym  okiem.  We wnętrzu  wrzała  czarniawa 

substancja.

Żeglarz  pieścił  jajo nagimi,  nieludzkimi  dłońmi  — były  ciemnoróżowe,  żylaste,  z 

długimi białymi mackami wyrastającymi z czubków palców. Chłopiec poczuł nagle strach 

przed śmiercią; przestał oddychać i krew ścięła mu się w żyłach. Oparł się o ścianę, która 

ugięła się lekko. Wreszcie przyszedł do siebie. Żeglarz gotował towar.

— Wszyscy stawimy się na apel w niebie, prawda? — spytał, dotykając żyły chłopca i 

masując gęsią skórkę miękkim palcem starej kobiety. Wbił igłę w ciało. Na dnie pompki 

rozkwitła   czerwona   orchidea.   Nacisnął   tłoczek   i   patrzył,   jak   roztwór   wnika   w   żyłę,   w 

milczeniu wsysany przez spragnioną krew.

— Jezu, fantastycznie! — westchnął chłopiec.  Zapalił papierosa i rozejrzał się po 

kuchni, wstrząsany drgawkami hipoglikemii. — A ty nie bierzesz? — spytał.

— Tego gówna? Ćpanie to ulica jednokierunkowa. Nie ma powrotu. Nigdy nie można 

się cofnąć.

Nazywają   mnie   dezynsektorem.   Zajmowałem   się   kiedyś   truciem   karaluchów   i 

patrzyłem na ich taniec brzucha w żółtym środku owadobójczym (“Trudno go teraz dostać, 

paniusiu... Wojna. Dam pani trochę... Dwa dolary"). Grube pluskwy spadające z różowych 

tapet w nędznych hotelikach przy North Clark i zatruty szczur, który pożarł kilka niemowląt. 

Nie będziesz? 

background image

Moje obecne zadanie: odnaleźć żywych i dokonać ich eksterminacji. Zniszczyć nie 

ciała, tylko “matryce" — no właśnie, przecież nie jesteście w stanie tego zrozumieć. Mamy 

bardzo   nielicznych.   Ale   nawet   jeden   może   przewrócić   tacę   z   jedzeniem.   Źródłem 

niebezpieczeństwa,   jak   zawsze,   są   agenci   i   przechodzący  na   stronę   przeciwnika:   A.   J., 

Czajnik,   Czarny   Pancernik   (nie   kąpał   się   od   czasu   epidemii   w   Argentynie   w   tysiąc 

dziewięćset   trzydziestym   piątym   roku,   pamiętacie?),   Lee,   Żeglarz   i   Benway.   I   wiem,   że 

gdzieś w mroku czai się agent, który depce mi po piętach. Bo wszyscy agenci przechodzą w 

końcu na stronę przeciwnika,, a opozycjoniści zdradzają... 

background image

ALGEBRA GŁODU

Fats przybył  z miejskiej wieży ciśnień, skąd tryskają strumienie  żywych  form, po 

czym ulegają natychmiast pożarach a to, co je pożera, kryje się w czarnej mgiełce czasu...

Tylko nieliczne docierają do Queen's Plaża i wypływają wezbraną rzeką, broniąc się 

przed zniszczeniem zatrutą śliną, czarnym  zgniłym  mięsem, pleśnią i zielonym  smrodem, 

który rozdziera płuca i wywołuje torsje...

Fats   miał   obnażone   nerwy   i   czuł   śmiertelne   spazmy   miliona   chłodnych   kopów... 

Nauczył się algebry głodu i przeżył...

Pewnego   piątku   Fats   poszedł   na   Queen's   Plaża:   szara,   przezroczysta   małpa   z 

fioletowymi  dłońmi  i okrągłym  pyskiem  piskorza porośniętym  szarą szczeciną,  szukająca 

blizn morfiny...

Przechodzący bogacz popatrzył nań ze zgrozą i Fats jął się tarzać po ziemi, sikając i 

srając   ze   strachu.   Wreszcie   zaczai   jeść   własne   gówno,   a   nieznajomy,   poruszony   owym 

hołdem   złożonym   mocy   jego   spojrzenia,   wyrzucił   z   brzękiem   monetę   z   piątkowej   laski 

(piątek to święto muzułmańskie, gdy bogacze rozdają jałmużnę).

Fats nauczył się służyć Czarnemu Mięsu i wyhodował tłuste akwarium ciała...

Jego puste oczy na szypułkach omiatały powierzchnię świata... Krążyły wokół niego 

szare, przezroczyste małpy, ssąc towar i przekazując go Fatsowi, który rósł i rósł, wypełniając 

bulwary, restauracje i poczekalnie świata szarym szlamem morfiny.

Biuletyny sztabu partii pisane obscenicznymi szaradami przez hebefreników, latahów 

i   małpy,   szyfr   pierdzący   solubisów,   Murzyni   błyskiem   złotych   zębów   przekazuj   ą   j 

informacje w alfabecie Morse'a, otwierając i zamykając usta, arabscy demonstranci wysyłają 

sygnały   dymne   oblewając   eunuchów   benzyną   na   wysypisku   śmieci   i   podpalając   ich 

(eunuchowie dają najlepszy dym, czarny i gęsty jak gówno), mozaika melodii, garbaty żebrak 

gra na fletni Pana, zimne wiatry wieją z pocztówkowego Chimborazi, flety ramadanu, dźwięk 

pianina   w   szumie   wiatru   na   ulicy,   zniekształcone   rozmowy   radiowe   policjantów,   ulotki 

reklamowe towarzyszące walkom ulicznym wołają o pomoc.

Dwóch agentów rozpoznało się przez wybór praktyk seksualnych, pieprząc tajemnice 

atomowe od przodu i od tyłu szyfrem tak skomplikowanym,  że tylko dwaj fizycy świata 

udają, że go rozumieją, a jeden kategorycznie zaprzecza drugiemu. Później agent kupujący 

tajemnice   zostanie   powieszony   za   zbrodnicze   posiadanie   systemu   nerwowego   i   przekaże 

background image

zdobyte   wiadomości,   przesyłając   je   w   konwulsjach   orgazmu   za   pośrednictwem   elektrod 

przyczepionych do penisa.

Rytm oddechowy starego zawałowca, taniec brzucha, warkot motorówki na gładkiej 

wodzie.   Kelner  strząsa   kropelkę   martini  na  mężczyznę  w   szarym  flanelowym   garniturze, 

który sięga rozpaczliwie po rewolwer, wiedząc, że go rozpoznano. Narkomani wyłażą przez 

okno toalety w barze, gdy obok przejeżdża z łoskotem pociąg. Gimp, zrobiony na kowboja w 

Waldorfie, rodzi stado szczurów. (Zrobić na kowboja: W nowojorskim slangu przestępczym 

oznacza to absolutny wyrok śmierci. Szczur to szczur to szczur to szczur. Kapuś). Głupawe 

dziewice patrzą na angielskiego pułkownika, który galopuje niosąc na lancy kwiczące pe-kari. 

Elegancki pedał patronuje barowi w sąsiedztwie, aby otrzymywać biuletyn od martwej matki 

żyjącej w synapsach. Chłopcy bijący konia w szkolnej toalecie wiedzą o sobie nawzajem, że 

są agentami z galaktyki  X,  idą do podejrzanej spelunki, gdzie siedzą obszarpani i źli, pijąc 

ocet winny i jedząc cytryny, by skonfundować saksofonistę, przystojnego Araba w błękitnych 

okularach, podejrzanego, że jest nieprzyjacielskim telepatystą. Światowa organizacja ćpunów, 

nastrojonych   na   nutę   zgniłej   spermy...   podwiązujących   żyły   w   wynajętych   pokojach... 

dygocących   o   poranku...   (Starzy   narkomani   ciągnący   czarny   dym   na   zapleczu   chińskiej 

pralni. Mała Melancholiczka umiera z przedawkowania czasu albo odstawienia oddechu,  w 

Arabii, Paryżu, Mexico City, Nowym; Jorku, Nowym Orleanie...) Żywi i martwi... w ciągu, 

na   wieszaku,   w   ciągu   i   znowu   na  wieszaku...   łapią   radarowy  sygnał   maku...   a  dealer   je 

podroby przy Dolores Street... ładujący w kanał w Bickfords... ścigani po Placu Giełdowym 

przez   wyjącą   watahę   ludzi.   Malarie   świata   ukryte   w   rozdygotanej   protoplazmie.   Strach 

pieczętuje  gówniany przekaz pismem  klinowym.  Chichocący demonstranci kopulują przy. 

okrzykach  płonącego czarnucha.  Samotni  bibliotekarze  łączą  się w duchowym  pocałunku 

zgniłych oddechów. Masz grypę,; bracie? Ból gardła, jakby je przewiał gorący popołudniowy 

wiatr? Witaj w Międzynarodowej Loży Syfilisu; pierwsze ciche dotknięcie szankra uczyni cię 

członkiem rzeczywistym. Bezgłośny szum lasu akumulatorów orgazmu,  nagła cisza miast,; 

gdy ćpun ładuje sobie w kanał. Nad światem wybuchają sztuczne ognie orgazmu. Nałogowy 

palacz herbaty zrywa się wrzeszcząc: “Boję się!" i wybiega w meksykańską ciemność. Kat sra 

ze   strachu   na   widok   skazanego   na   śmierć.   Oprawca   krzyczy   do  ucha   nieugiętej   ofiary. 

Nożownicy biją się, pływając w adrenalinie. Rak stoi u drzwi ze śpiewającą depeszą.

background image

HAUSER I O'BRIEN

Kiedy wpadli o ósmej rano do mojego pokoju, wiedziałem, że to moja ostatnia, jedyna 

szansa. Ale oni o tym nie wiedzieli, bo niby skąd? Po prostu rutynowe aresztowanie. Jednakże 

nie okazało się wcale rutynowe.

Do Hausera podczas śniadania zadzwonił porucznik:

— Weź O'Briena i zwińcie faceta nazwiskiem Lee, William Lee. Zróbcie to w drodze 

do centrum. Mieszka w hotelu Lamprey przy Sto Trzeciej Ulicy koło Broadwayu.

— Wiem, gdzie to jest. I kojarzę tego gościa.

— Dobrze. Pokój sześćset sześć. Po prostu go aresztujcie i nie zawracajcie sobie 

głowy rewizją. Zabierzcie tylko wszystkie książki, listy, rękopisy, wszystkie papiery, jasne?

— Jasne. Ale głównie książki, tak?

— Po prostu je przywieźcie — uciął porucznik i rozłączył się.

Hauser i O'Brien. Pracowali w miejskiej brygadzie antynarkotykowej od dwudziestu 

lat.   Weterani   tak   samo   jak   ja.   Ćpałem   wtedy   od   szesnastu.   Wcale   przyzwoici   jak   na 

policjantów. Przynajmniej O'Brien. O'Brien odgrywał rolę dobrego gliniarza, a Hauser złego. 

Zespół   kabaretowy.   Hauser   na   powitanie   walił   człowieka   w   mordę   —   po   prostu,   żeby 

przełamać   lody.   Później   O'Brien   częstował   delikwenta   papierosem   marki   “Old   Gold"  — 

pasowały one do niego w jakiś sposób — i zaczynał opowiadać różne uspokajające bajeczki. 

Niezły gość i nie chciałem tego robić, ale nie miałem wyjścia.

Podwiązywałem sobie akurat żyłę  do porannego zastrzyku,  gdy weszli do pokoju, 

otworzywszy drzwi specjalnym wytrychem, który działa nawet wtedy, kiedy klucz tkwi w 

zamku.  Przede  mną  leżała  na stole  paczka  towaru, strzykawka,  spirytus,  wata  i szklanka 

wody.

— No, no! — powiedział O'Brien. — Dawnośmy się nie widzieli, co?

—   Włóż   płaszcz,   Lee   —   rzekł   Hauser,   wyciągnąwszy   rewolwer.   Podczas 

aresztowania zawsze wyciągał rewolwer z przyczyn psychologicznych: żeby nie dopuścić do 

szaleńczej próby ucieczki.

— Mogę sobie jeszcze przedtem strzelić, chłopcy? — spytałem. — Macie tu i tak 

mnóstwo dowodów...

Zastanawiałem się, jak się dostać do walizki, gdy! mi odmówili. Nie była zamknięta, 

lecz Hauser trzymał w ręce broń.

background image

— Chce sobie strzelić — powiedział Hauser.

— Wiesz, że nie wolno nam na to pozwolić, Bili — odezwał się O'Brien słodkim 

głosem dobrego gliniarza, przeciągając moje imię z oleistym, lubieżnym namysłem.

Znaczyło to naturalnie: “A czym nam się zrewanżujesz, Bili?" Popatrzył na mnie i 

uśmiechnął się odrażającym, nagim uśmiechem starego umalowanego zboczeńca.

— Mógłbym wam wystawić Marty'ego Steela — rzekłem.

Wiedziałem, że piekielnie chcą dostać Marty'ego. Był dealerem od pięciu lat, a nie 

mogli się do niego dobrać. Marty, długoletni weteran, bardzo uważał, komu sprzedaje. Musiał 

znać   kogoś   długo   i   bardzo   dobrze,   zanim   wziął   od   niego   pieniądze.   Nikt   nie   może 

powiedzieć, że przeze mnie trafił do pierdla. Mam świetną opinię, ale Marty nic mi nigdy nie 

sprzedał, bo nie znał mnie dostatecznie długo. Taki był ostrożny.

— Marty'ego? — prychnął O'Brien. — Możesz od niego kupić?

— Jasne.

Mieli pewne podejrzenia. Nie można być gliniarzem przez całe życie, nie stając się 

chorobliwie podejrzliwym.

— W porządku — rzekł na koniec Hauser. — Ale radzę ci, żebyś to załatwił, Lee.

— Załatwię. Jestem wam bardzo wdzięczny, naprawdę.

Podwiązałem ramię trzęsącymi się rękoma: typowy narkoman.

“Po prostu stary ćpun, chłopcy,  wrak człowieka". Właśnie takie starałem się robić 

wrażenie. Jak się spodziewałem, Hauser odwrócił wzrok, gdy zacząłem szukać żyły: jest to 

cholernie brzydki widok.

O'Brien siedział na oparciu fotela, paląc old golda i spoglądając z rozmarzeniem przez 

okno, jakby się zastanawiał, co zrobi po przejściu na emeryturę.

Od   razu   trafiłem   w   żyłę.   Do   wnętrza   strzykawki   trysnął   wąski   strumyczek   krwi, 

przywodzący na myśl  czerwony sznurek. Nacisnąłem tłoczek i czułem herę wnikającą do 

krwiobiegu, by nasycić milion wygłodzonych komórek, by dać siłę osłabionym mięśniom. 

Policjanci obserwowali mnie. Napełniłem strzykawkę spirytusem.

Hauser   podrzucał   policyjnego   colta   z   krótką   lufą   i   rozglądał   się  po   pokoju.   Miał 

wspaniałe,   intuicyjne   wyczucie   niebezpieczeństwa.   Lewą   ręką   uchylił   drzwi   garderoby   i 

zajrzał do środka. Ogarnęły mnie mdłości. “Jeśli teraz otworzy walizkę, jestem skończony" 

— pomyślałem.

Hauser zwrócił się gwałtownie w moją stronę.

— Skończyłeś?! — warknął. — I lepiej nie próbuj nam wciskać żadnego gówna z 

Martym! — Jego słowa zabrzmiały tak brzydko, że aż się sam zdziwił.

background image

Podniosłem strzykawkę pełną spirytusu i dotknąłem igły, by się upewnić, że siedzi 

ciasno.

— Jeszcze sekundkę — powiedziałem.

Wypuściłem ze strzykawki cienki strumyczek spirytusu, trafiając Hausera prosto w 

oczy.  Ryknął  z bólu i uniósł lewą rękę do twarzy,  jakby próbował zedrzeć  niewidzialny 

bandaż, tymczasem ja przyklęknąłem i sięgnąłem do walizki. Otworzyłem ją i chwyciłem 

lewą ręką kolbę pistoletu — jestem praworęczny,  ale strzelam lewą ręką. W tejże chwili 

Hauser dał ognia i pocisk trafił z trzaskiem w ścianę za moimi plecami. Uniosłem broń i 

wpakowałem   szybko   dwie   kule   w   brzuch   Hausera   tuż   pod   kamizelkę,   gdzie   widać   było 

skrawek białej koszuli. Hauser chrząknął przeciągle i zgiął się wpół. O'Brien, zesztywniały ze 

strachu, usiłował wyrwać rewolwer spod pachy, lecz ja objąwszy mocno palcami prawej ręki 

nadgarstek lewej, by nie poderwać broni w chwili naciskania spustu, strzeliłem mu prosto w 

środek czoła,  tuż poniżej linii siwych włosów. Kiedy widziałem go ostatnio piętnaście lat 

temu — przyszedł wtedy aresztować mnie po raz pierwszy — był tak samo siwy jak teraz. 

Runął   z   fotela   twarzą   do   ziemi.   Natychmiast   zgarnąłem   do   teczki   swoje   notatki,   herę   i 

pudełko pocisków, wsunąłem pistolet za pasek od spodni i wyszedłem na korytarz, wkładając 

jednocześnie marynarkę.

Słyszałem   recepcjonistę   i   boya   hotelowego   wbiegających   po   schodach.   Zjechałem 

windą na dół i wyszedłem przez pusty hol na ulicę.

Był piękny jesienny dzień. Wiedziałem, że nie mam wielkich szans, ale nawet nikłe 

szansę są lepsze niż żadne, lepsze niż rola królika doświadczalnego podczas eksperymentów z 

ST (6) czy innymi podobnie oznaczonymi substancjami.

Musiałem szybko zrobić zapas towaru. Policja weźmie wkrótce pod obserwację nie 

tylko   porty   lotnicze,   dworce   kolejowe   i   autobusowe,   lecz   także   wszystkie   rejony  handlu 

narkotykami. Pojechałem taksówką na Washington Square, wysiadłem i poszedłem Czwartą 

Ulicą, aż zobaczyłem na rogu Nicka. Zawsze można znaleźć dealera. Wyrasta jak spod ziemi, 

gdy tylko człowiek potrzebuje towaru.

— Posłuchaj, Nick — powiedziałem. — Wynoszę się z miasta. Muszę kupić zapas 

hery. Możesz załatwić to natychmiast?

Szliśmy Czwartą Ulicą. Głos Nicka zdawał się dobiegać z wielkiej odległości.

— Tak, chyba tak. Ale muszę pojechać na przedmieścia.

— Możemy wziąć taksówkę.

— W porządku, ale nie zaprowadzę cię do tego gościa, rozumiesz?

— Rozumiem. Jedźmy. Pojechaliśmy taksówką na północ.

background image

— Ostatnio dostajemy bardzo dziwny towar — mówił Nick monotonnym, martwym 

głosem. — Nie to, że słaby... Sam nie wiem... Po prostu inny. Może dodają do niego jakiegoś 

syntetycznego gówna?... Barbituranów czy czegoś w tym rodzaju...

— Co?! Już?!

— Hm? Ale ja załatwię ci naprawdę dobrą herę, najlepszą na rynku... To tutaj. 

— Postaraj się szybko z tym uwinąć — powiedziałem.

— Potrwa to  z dziesięć  minut,  chyba  że skończył  mu  się towar  i musi  po niego 

pojechać... Lepiej idź do kawiarni i wypij filiżankę kawy... To niebezpieczna okolica.

Usiadłem   przy   barze   i   zamówiłem   kawę   oraz   kawałek   zakalcowatego   duńskiego 

ciasta. Popiłem je kawą, modląc się, by przynajmniej tym razem (Błagam cię, Boże!) dealer 

miał towar pod ręką, a nie musiał jechać po niego do East Orange czy Greenpoint.

Cóż, Nick wrócił i stanął za moimi plecami. Spojrzałem na niego, bojąc się pytać. “To 

zabawne   —   pomyślałem   —   mam   może   jedną   szansę   na   sto,   by   przeżyć   najbliższe 

dwadzieścia   cztery   godziny   (postanowiłem   nie   dać   się   wziąć   żywcem,   by   spędzić   kilka 

najbliższych miesięcy w poczekalni śmierci), a  tu martwię się o towar". Lecz zostało mi 

zaledwie pięć zastrzyków, a bez hery byłbym uziemiony... Nick skinął głową.

— Nie tutaj — powiedziałem. — Daj mi w taksówce.

Złapaliśmy   taksówkę   i   pojechaliśmy   do   centrum.   Wyciągnąłem   rękę   i   odebrałem 

paczuszkę, po czym wsunąłem Nickowi do ręki banknot pięćdziesięciodolarowy. Zerknął na 

niego i uśmiechnął się.

— Dzięki... Spłacę teraz długi...

Usiadłem wygodnie, puszczając wodze myślom, lecz nie wytężając zbytnio mózgu, bo 

wtedy zaczyna źle funkcjonować, jak przeciążona maszyna... A nie mogłem sobie pozwolić 

na błąd. Amerykanie żyją w śmiertelnym lęku przed utratą panowania nad sytuacją, gdy nie 

mają wpływu na toczące się wypadki. Wolelibyśmy już pełzać na brzuchu i żreć gówno.

Jeśli   nauczysz   się   czekać   spokojnie   na   odpowiedź,   twój   umysł   sam   odpowie   na 

większość pytań. Zachowujesz się jak komputer: wprowadzasz pytanie, siedzisz i czekasz... t

Ja   szukałem   pseudonimu.   Mój   umysł   sortował   najróżniejsze   ksywki,   odrzucając 

natychmiast   nieodpowiednie:   Kapuś,   Patelnia,   Rudy.   Dyskwalifikowałem   je   po   kolei, 

zawężałem pole poszukiwań, odsiewałem, szukając imienia, odpowiedzi.

—   Wiesz,   czasami   każe   mi   czekać   trzy   godziny.   Kiedy   indziej   załatwia   sprawę 

natychmiast.

Nick śmiał się ironicznie od czasu do czasu. Rodzaj przeprosin za posługiwanie się 

mową w telepatycznymi  świecie narkomana, gdzie słowami wyraża się tylko kaf1 tegorie 

background image

ilościowe: Ile dolarów? Ile towaru? Handel narkotykami nie zna ustalonych harmonogramów. 

Nikt ich nie dotrzymuje, chyba że przez przypadek. Narkoman żyje w czasie narkotyku. Jego 

ciało to zegar, a morfina przepływa przez nie jak piasek przez klepsydrę. Czas ma znaczenie 

tylko w odniesieniu do głodu. Kiedy narkoman wnika w czas innych, musi czekać, podobnie 

jak wszyscy out-siderzy, wszyscy petenci, chyba że wraca do czasu poza narkotycznego.

— Co mam powiedzieć? Wie, że zaczekam — zaśmiał się Nick.

Spędziłem noc w łaźni tureckiej (homoseksualizm to najlepsza legenda dla agenta), 

gdzie złośliwy włoski łaziebny podgląda gości noktowizorem, doprowadzając ich do szału.

—   Hej,   wy   tam,   w   rogu!   Widzę   was!   —   krzyczy,   po   czym   włącza   reflektor; 

niejednego pedała wyniesiono po czymś takim w kaftanie bezpieczeństwa...

Leżałem w otwartej kabinie spoglądając w sufit... i słuchałem zwierzęcych odgłosów 

przypadkowej żądzy...

— Odpierdol się!

— Włóż dwie pary okularów, to może coś zobaczysz!

Wyszedłem w precyzyjnym świetle poranka i kupiłem gazetę... Nic... Zadzwoniłem z 

automatu   telefonicznego   w   drogerii   i   poprosiłem   o   połączenie   z   wydziałem 

antynarkotykowym.

— Porucznik Gonzales... Kto mówi?

— Chciałbym rozmawiać z O'Brienem. Trzaski, spękane druty, przerwane połącz*

- W wydziale nie pracuje nikt o takim m lam przyjemność?

— Wobec tego chciałbym mówić z Hauserem.

—  Proszę  posłuchać,  w   wydziale  nie  ma  żadnego   Hausera|  ani  O'Briena...  Czego 

właściwie pan chce? 

—   To   ważne...   Mam   informacje   na   temat   dużego   transportu   heroiny...   Chcę 

rozmawiać z Hauserem albo z O'Brienem... Nie współpracuję z nikim innym...

— Proszę poczekać... Połączę pana z Alcybiadesem. Zacząłem się zastanawiać, czy w 

wydziale pozostał jakikolwiek rodowity Amerykanin.

— Chciałbym rozmawiać z Hauserem albo O'Brienem.

— Ile razy mam panu powtarzać, że w naszym wydziale nie ma żadnego Hausera ani 

O'Briena... Jak się pan nazywa?

Odłożyłem słuchawkę i odjechałem taksówką... Nagle zdałem sobie sprawę z tego, co 

się   stało...   Opuściłem   czasoprzestrzeń   jak   węgorz,   gdy   przestaje   jeść,   płynąc   ku   Morzu 

Sargassowemu... Byłem zamknięty... Nigdy więcej nie odzyskam klucza, punktu przecięcia... 

Nie   groził   mi   już   pościg...   odszedł  wraz   z   Hauserem   i   O'Brienem   do   narkomańskiej 

background image

przeszłości, gdzie heroina kosztuje dwadzieścia osiem dolarów za uncję i w chińskiej pralni 

przy Sioux Falls można kupić smołę po opium... Po tamtej  stronie zwierciadła świata, w 

przeszłości   z   Hauserem   i   O'Brienem...   wśród   jeszcze   nie   istniejących   biurokracji 

telepatycznych, monopoli czasu, narkotyków władzy, narkomanów ciężkiej wody:

— Myślałem o tym trzysta lat temu.

—   Twój   plan   był   wówczas   niemożliwy   do   zrealizowania,   a   w   tej   chwili   jest 

bezużyteczny... Jak latające machiny Leonarda da Vinci...

background image

ZWIĘDŁY WSTĘP

NIE BĘDZIESZ?

Po co ta góra papieru, góra śmieci? Może po to, by oszczędzić czytelnikowi nagłych 

przeskoków   w   przestrzeni?   Kupujesz   bilet,   zamawiasz   taksówkę,   wsiadasz   do   samolotu. 

Wolno nam zerknąć do przytulnej jaskini, gdy stewardesa pochyla się nad nami, by mamrotać 

o gumie do żucia, Dramaminie, a nawet Nembutalu.

— Mów opiumowe, słodka, to cię usłyszę.

Nie jestem American Express. Jeśli jeden z moich ludzi pojawi się w Nowym Jorku w 

cywilnym ubraniu, a później w Timbuktu, uwodząc chłopca o oczach gazeli, można przyjąć, 

że dotarł tam zwykłym środkiem transportu...

Lee   agent   (podwójny   —   poczwórny   —   ósemkowy   —   szesnastkowy)   leczy   się   z 

nałogu... Podróż w czasie i przestrzeni równie znajoma jak rogi ulic dla ćpuna... Kuracje 

przeszłe i przyszłe nasycają jego widmowe ciało obrazami wibrującymi w niemym wietrze 

przyśpieszonego czasu... Strzel sobie... Strzel sobie cokolwiek...

Człowiek tarzający się po podłodze celi, gryzący pięści...

— Chcesz sobie strzelić hery, Bili? Cha! Cha! Cha!

Próbne   wrażenia,   które   rozpuszczają   się   w   świetle...   strzępy   zgniłej   ektoplazmy 

zmiatane przez starego narkomana kaszlącego i plującego o poranku...

Stare  żółtobrązowe  fotografie,   popękane  jak błoto  w   słońcu:  Panama...   Bili  Gains 

usiłujący wyłudzić nalewkę opiumową od chińskiego aptekarza.

—   Mam   sforę   psów   wyścigowych...   charty   rodowodowe...   Wszystkie   chore   na 

dyzenterię...   tropiki...   sraczka...   moje   pieski   zdychają!...   —   wrzasnął...   W   jego   oczach 

zapłonął   błękitny   ogień...   Płomień   zgasł...   Zapach   stopionego   metalu.   —   Podaję   ją 

zakraplaczem do oczu...

Nie   będziesz?...   Bóle   miesiączkowe...   moja   żona...   podpaski...   stara   matka... 

hemoroidy... bolesne... krwawiące... — Skinął głową w stronę lady... Aptekarz wyjął z ust 

wykałaczkę, spojrzał na nią i pokręcił głową...

Gains i Lee spalili Republikę Panamy... Rozłączyli się z głośnym mlaśnięciem... Ciała 

narkomanów często się ze sobą zlewają... Gains wrócił do Mexico City... Rozpaczliwy trupi 

uśmiech   chronicznego   braku   morfiny   pokrytego   kodeiną   albo   barbituranami...   dziurki 

background image

wypalone   w   szlafroku...   plamy   po   kawie   na   podłodze...   dymiący   prymus...   Wybuch 

pomarańczowego płomienia...

Ambasada   nie   chciała   podać   żadnych   szczegółów,   oprócz   miejsca   pogrzebu   na 

cmentarzu amerykańskim...

Lee wraca do seksu, bólu i yage, gorzkiego pnącza Amazonii...

Pamiętam, jak raz przedawkowałem sproszkowane cannabis... Wróciłem do willi na 

przedmieściach   Tangeru,   rozejrzałem   się   po   salonie   i   nagle   przestałem   wiedzieć,   gdzie 

jestem.   Może   otworzyłem   złe   drzwi   i   lada   chwila   wypadnie   właściciel,   który   zacznie 

krzyczeć:

— Co tu robisz?! Kim jesteś?!

Nie wiedziałem, co robię ani kim jestem. Postanowiłem rozegrać to spokojnie, by 

odzyskać orientację przed pojawieniem się właściciela... Zamiast krzyczeć: “Gdzie jestem?" 

rozejrzałem się spokojnie dokoła, by ustalić coś w przybliżeniu... Nie byłem tam na początku. 

Nie   będę   na   końcu...   Wiedza   o   tym,   co   się   dzieje,   może   być   jedynie   powierzchowna   i 

względna...   Cóż   wiem   o   tym   młodym   ćpunie,   cierpiącym   na   żółtaczkę   i   żywiącym   się 

surowym opium? Usiłowałem mu powiedzieć: “Pewnego dnia obudzisz się bez wątroby"; 

chciałem go nauczyć przerabiać opium, żeby nie było trucizną. Ale miał szkliste oczy i nie 

chciał niczego wiedzieć. Większość narkomanów nie chce niczego wiedzieć... i nie można im 

niczego wytłumaczyć... Palacz chce

tylko   palić...   Narkoman   chce   tylko   brać...   Wyłącznie   strzykawka,   inne   drogi   to 

złudzenie...

Cóż, pewnie siedzi w swojej hiszpańskiej willi na przedmieściach Tangeru, jedząc 

surowe opium, wszystko naraz ze strachu, że może coś stracić...

Pisarz może pisać tylko o jednej rzeczy: o wrażeniach zmysłowych w chwili pisania... 

Jestem   instrumentem   notującym   wrażenia...   Nie   narzucam   nikomu   fabuły,   anegdoty, 

ciągłości... Jeśli udało mi się zanotować bezpośrednio pewne procesy psychiczne, spełniłem 

swoją rolę... Nie dostarczam rozrywki...

Nazywają to “opętaniem"... Czasem jakaś istota wchodzi w obce ciało — drżący zarys 

w żółtopomarańczowej galarecie — i dłonie wypruwają wnętrzności z przechodzącej kurwy 

albo   duszą   dziecko   sąsiada   w   nadziei   złagodzenia   chronicznego   braku   mieszkań.   Jestem 

zwykle tam, ale od czasu do czasu odlatuję... Nie! Nigdy nie jestem tutaj! Nigdy nie mam 

całkowitej   kontroli,   ale   niekiedy   mogę   powstrzymać   nieprzemyślane   ruchy...   Zajmuję   się 

głównie patrolowaniem... Mimo najsurowszych środków bezpieczeństwa jestem zawsze na 

zewnątrz,   wydając   rozkazy,   i   wewnątrz   kaftana   galarety,   która   poddaje   się   i   rozciąga, 

background image

wyprzedzając każdy ruch, myśl, impuls, kontrolowana przez istoty z innej planety...

Pisarze mówią o słodkim, mdlącym zapachu śmierci, lecz każdy ćpun wie, że śmierć 

nie ma zapachu... zapachu, który przerywa oddech i zatrzymuje krążenie krwi... Śmierć jest 

bezwonna... Nikt nie może czuć jej odoru przez różowe skręty ciała i jego czarne, krwiste 

filtry... Woń śmierci to kompletny brak zapachu... Brak zapachu zwraca uwagę, bo wszystko, 

co żyje, wydziela jakąś woń... Brak zapachu jest równie niepokojący jak absolutna ciemność, 

cisza, utrata orientacji w czasie i przestrzeni...

W okresie odstawienia narkotyków zawsze się śmierdzi... Narkoman będący w ciągu 

tak pachnie śmiercią, że nie można z nim wytrzymać... Ale jeśli przewietrzyć jego dom, znów 

pojawia   się   zapach   i   ciało   zaczyna   oddychać...   To   samo   dotyczy   nocnych   zabaw,   które 

rozprzestrzeniają się gwałtownie jak pożar lasu...

Kuracja jest zawsze taka sama: Uciekaj! Skacz!

Jeden z moich przyjaciół ocknął się nagi na pierwszym piętrze hotelu w Marrakeszu... 

(Jego matka, pochodząca z Teksasu, ubierała go w dzieciństwie w dziewczęce fatałaszki... 

Brutalna, lecz skuteczna terapia przeciwko niemowlęcej protoplazmie...) W pokoju byli poza 

nim trzej Arabowie z nożami w rękach... obserwowali go... błysk metalu i lśnienie ciemnych 

oczu... fragmenty mordu opadające powoli na dno jak odłupane kawałki opalu w glicerynie... 

Miał całą sekundę na decyzję: wyskoczył  przez okno na hałaśliwą ulicę, lecąc w dół jak 

spadająca   gwiazda,   otoczony   odłamkami   szkła   migocącymi   w   słońcu...   Skręcił   kostkę   i 

zwichnął   sobie   bark...   Owinięty   w   przejrzystą   zasłonę   okienną,   podpierając   się   szyną, 

pokuśtykał na komisariat policji.

Czajnik,  Froim,   Lee  Agent,  A. J., Ciem  i  Jody  — Sporyszowi  Bracia   — Hassan 

O'Leary, Żeglarz, Dezynsektor, Andrew Keif, Fats Terminal, doktor Benway, Fingers Schafer 

prędzej   czy   później   powiedzą   to   samo   tymi   samymi   słowami,   zajmą   ten   sam   punkt 

czasoprzestrzeni. Posługując się tym samym aparatem wokalnym staną się jedną osobą — 

wyjątkowo niezręczny sposób wyrażenia rozpoznania: Ćpun nagi w słońcu...

Pisarz czyta jak zwykle do lustra... Sprawdza, by się upewnić, że zbrodnia odrębnej 

fabuły nie powtórzy się, nie może się powtórzyć...

Czym jest ta zbrodnia, wie każdy, kto kiedykolwiek patrzył w lustro: utrata kontroli, 

gdy odbicie przestaje słuchać rozkazów... Za późno, by zadzwonić na policję...

Osobiście   pragnę   zakończyć   swoją   działalność,   bo   nie   mogę   dłużej   sprzedawać 

surowców śmierci... Pański przypadek jest beznadziejny i hałaśliwy...

— W obecnym stanie wiedzy obrona nie ma sensu stwierdził obrońca, unosząc wzrok 

znad mikroskopu elektronowego...

background image

Róbcie interesy z Walgreenem.

Kradnijcie wszystko, co tylko zobaczycie.

Nie czujemy się odpowiedzialni.

Nie wiem, jak zwrócić to białemu czytelnikowi.     

Możesz o tym pisać, krzyczeć, mruczeć... malować.. grać... srać... dopóki tego nie 

robisz.

Senatorzy zrywają się z miejsc i żądają kary śmierci z niezłomnym  przekonaniem 

wirusa głodu... Śmierć narkomanom, śmierć pedałom, śmierć psychopatom, którzy obrażają 

zastraszone, niezgrabne ciało zwierzęcą niewinnością swoich zgrabnych ruchów...

Nad   ziemią   wieje   czarny   wicher   śmierci,   czując   smród   zbrodni   odrębnego   życia: 

kosiarki ciał zastygłych z przerażenia pod ogromną krzywą Gaussa...

Klocki narodów znikają w ludobójczej grze w warcaby... Uczestniczy dowolna liczba 

graczy...

Prasa   liberalna,   mniej   liberalna   i   reakcyjna   wyraża   głośno   aprobatę:   “Przede 

wszystkim należy zniszczyć mit istnienia na innych poziomach..." Dziennikarze napomykają 

niejasno o nieubłaganej rzeczywistości... Krowach chorych na pryszczycę... profilaktyce...

Politycy świata desperacko przecinają linie komunikacyjne...

Planeta płynie ku przypadkowemu owadziemu przeznaczeniu...

Termodynamika  zwyciężyła,  czołgając się do mety...  Chrystus  krwawił... Czas  się 

wyczerpał...

Możecie   wejść   w   “Nagi   lunch"   w   każdym   punkcie   przecięcia...   Napisałem   wiele 

wstępów. Więdną one i odpadają jak mały palec u nogi u Murzynów z Afryki Zachodniej, 

aportowany przez charta afgańskiego i złożony u stóp blondynki na tarasie klubu... 

“Nagi   lunch"   to   plan   techniczny,   instrukcja   obsługi...   Czarne   owadzie   żądze   w 

ogromnych pejzażach z innych planet... Abstrakcyjne pojęcia, nagie jak algebra, zawężające 

się do czarnego gówna albo pary starzejących się ciot...

Instrukcja obsługi poszerza obszar doświadczenia, uchylając drzwi na końcu długiego 

korytarza... Drzwi, które otwierają się tylko w ciszy... “Nagi lunch" wymaga od czytelnika 

ciszy. Inaczej mierzy on tylko własne tętno...

Robert Christie, duszący kobiety na masową  skalę,  zadyndał  w tysiąc  dziewięćset 

pięćdziesiątym trzecim.

Kuba   Rozpruwacz,   mistrz   lancetu   lat   dziewięćdziesiątych   dziewiętnastego   wieku, 

nigdy nie został schwytany... Napisał list do prasy.

“Następnym razem przyślę ucho... po prostu dla żartu... Nie będziesz?"

background image

— Ach, ostrożnie! Znowu lecą! — zawołał stary pedał, gdy przerwał mu się pas 

elastyczny i jądra upadły mu na podłogę... — Zatrzymaj je, James, ty stary kretynie! Nie stój 

tak! Nie pozwól, żeby jaja twojego pana wpadły do kominka!

Dekoratorzy biegną krzycząc przez stację metra, biją kasjerów...

Dostałem Dilaudid, biedaczysko (Dilaudid to pochodna morfiny).

Szeryf   w   czarnej   kamizelce   pisze   wyrok   śmierci:   “Jak   każe   prawo   i   wydział 

narkotyków..."

Naruszenie artykułu trzysta trzydziestego czwartego Ustawy o zdrowiu publicznym... 

Oszukańcze doprowadzenie do orgazmu...

Johnny na czworakach; Mary ssie jego penis, przesuwa palec po wewnętrznej stronie 

ud i po jądrach...

Nad połamanym  krzesłem i przez okno szopy na narzędzia  pobielanej wapnem w 

zimnym wiosennym wietrze na wapiennym urwisku nad rzeką... księżycowy dym wisi na 

porcelanowym błękitnym niebie... nad długą smugą spermy na zakurzonej podłodze...

Motel...   motel...   motel...   poskręcane   neonowe   arabeski...   samotność   jęczy   nad 

kontynentem jak syreny przeciwmgielne nad nieruchomą gładką rzeką podczas przypływu.

Wyciśnięta cytryna zaraza bydlęca ładuje tyłek nożem wyciętym z kawałka haszu do 

rury — bul, bul, bul — wskazuje, co było niegdyś mną...

— Rzeka podana, milordzie.

Martwe liście wypełniają fontannę, geranium i mięta rozlewają się na trawniku...

Starzejący się playboy wkłada kapelusz, wpycha wrzeszczącą żonę do maszyny do 

mielenia makulatury... Na ścianę tryska gówno i krew zmieszana z włosami. Jest rok tysiąc 

dziewięćset sześćdziesiąty trzeci.

— Tak, chłopcy, w sześćdziesiątym trzecim gówno naprawdę trafiło w wentylator — 

zaczął stary pierdoła, który zanudzi was na śmierć w każdym punkcie czasoprzestrzeni.

— Zdarzyło się to dwa lata przed epidemią ludzkiej pryszczycy; bakterie, wylęgłe w 

boliwijskim wychodku, rozprzestrzeniły się przez futro szynszyli, które odliczono od podatku 

dochodowego w Kansas City... Liz przypisała sobie niepokalane poczęcie i urodziła przez 

pępek   wielką   małpę...   Podobno   był   to   dowcip   lekarza:   małpa   cały   czas   siedziała   mu   na 

ramieniu...

Ja, William Seward, wódz tego zwariowanego metra, pokonam potwora z Loch Ness i 

zabiję   Białego   Wieloryba.   Zmuszę   szatana   do   posłuszeństwa   i   okiełznam   drugorzędne 

demony. Uwolnię wasze baseny od candiru. Wydam bullę na temat kontroli niepokalanych 

poczęć...

background image

— Im częściej coś się zdarza, tym jest cudowniejsze — rzekł pretensjonalny młody 

Norweg, siedząc na trapezie i odrabiając masońską pracę domową.

—   Żydzi   nie   wierzą   w   Chrystusa,   Ciem...   Marzą   tylko   o   tym,   żeby   przelecieć 

chrześcijańską dziewczynę...

Nastoletnie anioły śpiewają na ścianach wychodków świata.

— Chodź walić konia...

— Gimpy wciska mleko w proszku... - Johhny, powieszony w pięćdziesiątym drugim.

(Strupieszały tenor w gorsecie śpiewa arię pedała...)

W   tym   uczciwym   okręgu   nie   rodzą   się   muły   na   zakapturzonych   umarłych... 

Naruszenie artykułu trzysta trzydziestego czwartego Ustawy o zdrowiu publicznym...

Więc gdzie rzeźba i procent? Kto wie? Nie mam słowa... W domu, w mojej saszetce... 

Król szaleje z miotaczem płomieni, a morderca królów, torturowany przez tysiąc włóczęgów, 

sra na wapiennym podwórcu.

Młody Dillinger wyszedł z domu i nigdy nie oglądał się za siebie.

— Nigdy nie oglądaj się za siebie, synu... Zmienisz się 3w lizawkę dla starych krów...

Policyjna   kula   w   zaułku...   Połamane   skrzydła   Ikara,   krzyki   płonącego   chłopca 

wdychane przez starego ćpuna... oczy puste jak ogromna równina (szelest sępich skrzydeł w 

suchym powietrzu).

Krab,   stary   dziekan   hien   cmentarnych,   wyrusza   na   nocną   wyprawę...   Stalowymi 

szczypcami wyrywa trupom złote zęby i koronki... Jeśli trup próbuje się bronić, Krab cofa się, 

szczękając wojowniczo szczypcami.

Włamywacz wyruchany w więzieniu i wyrzucony z cmentarza za niepłacenie czynszu 

wchodzi bełkocąc do baru dla pedałów ze spleśniałym kwitem z lombardu, by odebrać czarne 

jaja Miasta Namiotów, gdzie akwizytorzy eunuchy śpiewają pieśń IBM.

Kraby  harcujące   w  lesie...  uprawiają  przez  całą  noc  zapasy  z  aniołem,   a  później, 

wrzucone do wodospadu odwagi, wracają do rdzawej wapiennej jaskini.

Nad słonymi bagnami, gdzie nie rośnie nic, nawet mandragora, tryska czarny głód...

Rozkład losowy... Kilka kurczaków... Jedyny sposób

— Witaj, Cash!

— Na pewno jest?

— Naturalnie... Chodź.

Nocny   pociąg   do   Chicago...   W   poczekalni   spotykam   dziewczynę   i   widzę,   że   to 

ćpunka.

— Chodź, mały.

background image

— A może najpierw strzał?

— Nie, bo nic z tego nie wyjdzie.

Trzy razy... przebudzenie z dreszczem w ciepłym wiosennym wietrze wiejącym przez 

okno... piekące oczy...

Wstaje naga z łóżka... Wyciąga towar ze schowka w lampie. Gotuje...

— Odwróć się... Strzelę ci w tyłek.

Wbija głęboko igłę, wyciąga, masuje pośladek...

Zlizuje z palca kropelkę krwi.

Przewracam się na bok, rozpuszczając się w szarym szlamie hery.

W   dolinie   koki   i   niewinności   smutnoocy   młodzieńcy   lamentują   po   utracie 

Danny'ego...

Wąchaliśmy przez całą noc i kochaliśmy się cztery razy... palce na czarnej tablicy... 

skrobanie   białych   kości.   Powrót   z   rejsu,   powrót   do   hery...   ą   Straganiarz   wierci   się 

niespokojnie: |j — Zajmij się tym, dobrze, synu? Muszę złapać małpę. >S Słowo dzieli się na 

części, które istnieją w całości, jednakże części można brać w dowolnym porządku, od przodu 

i od tyłu, z prawej i z lewej, jak podczas stosunku seksualnego. Ta książka rozsypuje się we 

wszystkich   kierunkach:   kalejdoskop   pejzaży,   kakofonia   melodii   i   ulicznych   hałasów, 

pierdnięcia i wrzaski demonstrantów, zatrzaskiwane stalowe żaluzje, krzyki bólu i żałości, 

kwilenie   kopulujących   kotów,   ryk   byka   ze   złamanym   karkiem,   bełkot   indiańskiego 

czarownika w transie, krzyk mandragory, westchnienie orgazmu, cisza heroiny jak brzask w 

złaknionych komórkach, Radio Kair ryczące jak banda szaleńców, flety ramadanu wachlujące 

chorego   ćpuna   jak   łagodne   palce   chłopca   w   szarym   pociągu  metra   szukające   zielonej 

pajęczyny...

Oto objawienie i proroctwo, które mogę  odebrać  moim  odbiornikiem radiowym  z 

tysiąc dziewięćset dwudziestego roku z anteną ze spermy... Miły czytelniku, widzimy Boga 

przez  odbyt  w  błysku  orgazmu...  Przekształcamy  własne ciało  przez jego bramy...  Droga 

wyjścia jest drogą wejścia...

Ja, William Seward, legendę bohaterską opowiem... Moje serce wikinga płynie wielką 

brunatną rzeką w dżungli, gdzie o zmroku słychać warkot motorówki, a woda niesie pnie' 

drzew   z   ogromnymi   wężami   oplecionymi   wokół   konarów   i   smutnookimi   lemurami 

obserwującymi  brzeg — przez równiny Missouri (chłopiec znajduje różowy grot strzały), 

wzdłuż dalekich gwizdów pociągów. Później serce wraca do mnie głodne jak ulicznik, który 

handluje tyłkiem danym od Boga... Miły czytelniku, Słowo skoczy na ciebie jak lampart z 

żelaznymi szponami, odetnie ci palce rąk i nóg niczym oportunistyczny krab ziemny, powiesi 

background image

cię   i   zbierze   twoją   spermę   jak   zbadany   pies,   owinie   ci   się   wokół   ud   jak   jadowity   wąż, 

wstrzyknie ci zgniłą ektoplazmę... Dlaczego pies jest zbadany?

Któregoś   dnia   wrócę   z   długiej   podróży   od   ust   do   tyłka,   przez   dni   naszych   lat,   i 

zobaczę  małego Araba z czarnym  pieskiem chodzącym  na tylnych  łapkach... Do chłopca 

zacznie się łasić duży kundel i chłopiec go odepchnie, a kundel kłapnie zębami i warknie, 

jakby umiał mówić po ludzku: “Zbrodnia przeciwko naturze!"

Toteż nazywam kundla zbadanym... Nawiasem mówiąc, trzeba mieć worek soli, by 

przełknąć   niezbadany   Orient...   Wasz   reporter   ładuje   sobie   codziennie   ampułkę   morfiny   i 

siedzi przez osiem godzin niezbadany jak kupa łajna.

— O czym myślisz? — pyta nieśmiały amerykański turysta.

—   Morfina   działa   depresyjnie   na   moje   podwzgórze,   siedzibę   libido   i   emocji,   a 

ponieważ   przodomózgowie   funkcjonuje   tylko   pobudzane   przez   tyłomózgowie,   w   moim 

mózgu nie dzieje się właściwie nic. Zdaję sobie sprawę z twojej obecności, ale nie ma ona dla 

mnie żadnego znaczenia uczuciowego, gdyż dealer odłączył mi życie "uczuciowe za długi, 

toteż w ogóle mnie nie interesujesz... Przychodź albo odchodź, sraj albo bij konia od przodu 

albo   od   tyłu   —   pasuje   to   zresztą   do   pedała   —   lecz   trupów   i   narkomanów   nic   to   nie 

obchodzi... Są niezbadani.

 — Którędy do toalety? — spytałem blond hostessy. 

— Prosto, proszę pana... Miejsce dla jeszcze jednej.

— Widziałeś Pantoponową Różę? — spytałem starego ćpuna w czarnym garniturze.

Szeryf  z Teksasu zabił weterynarza, doktora Browbecka, zamieszanego w przemyt 

heroiny... Koń chory na pryszczycę potrzebuje widoku heroiny dla złagodzenia bólu, a reszta 

heroiny galopuje przez prerie i rży na Washington Sąuare... Wpadają ćpuni krzycząc: “Heja! 

Heja! Ho!"

— Ale gdzie jest posąg? — zaskrzeczał w herbaciarni pełnej ozdób z bambusa. W 

Calle Juarez w Meksyku... Zagubiony w gwałcie... Cipa zdziera z ciebie spodnie i gwałci cię 

posągowo, bracie...

Tu Chicago... proszę wejść... tu Chicago... proszę wejść... Dlaczego,  jak myślicie, 

noszę gumę? Puyo to bardzo wilgotne miejsce, czytelniku...

— Zdejmij! Zdejmij!

Stary  pedał  spotyka   samego  siebie  w   nastolatku,   dostaje   kopa  od  fantomu...   Przy 

Market Street Museum odchodzą wszystkie  rodzaje masturbacji  i perwersji... Szczególnie 

potrzebują tego młodzi chłopcy...

background image

Dojrzałe śliwki gotowe do zjedzenia, zagubione w okrawkach rozkoszy i płonących 

zwojach... Czytaj przerzuty ślepymi palcami. Skamieniały przekaz artretyzmu... “Handel to 

gorszy nałóg niż branie". — Lola La Chata, Meksyk.

Wysysają trwogę ze zrostów po igłach, podwodny krzyk z odrętwiałymi  nerwami, 

pulsujące ugryzienia wścieklizny...

— Jeśli Bóg stworzył  coś dobrego, zatrzymał  to dla siebie — mawiał Żeglarz po 

dwudziestu pastylkach luminalu.

(Fragmenty mordu opadają powoli na dno jak odłupane kawałki opala w glicerynie).

Obserwował cię, nucąc bez końca: “Johnny's So Long At The Fair".

Dorabia jako dealer, by podtrzymać nałóg...

— Dobrze wykorzystaj ten alkohol! — powiedziałem, stawiając z trzaskiem na stole 

lampkę spirytusową.

— Nie możesz czekać... Głodne ćpuny stale osmalają mi łyżeczki zapałkami... Mogę 

za to dostać wyrok bezterminowy...

— Myślałem, że odchodzisz... Kiepsko byś się czuł, gdybyś spieprzył kurację. 

— Trzeba mieć jaja, by rzucić nałóg, synu.

Szukał żył w roztapiającym się ciele. Klepsydra maku przesypuje do nerek ostatnie 

czarne ziarenka...

— Obszar kompletnie zakażony — mruknął, poprawiając krawat.

— Czcili śmierć — rzekła stara kobieta, unosząc wzrok znad kodeksów Majów. — 

Śmierć   stanowiła   źródło   ognia   i   mowy...   Śmierć   zmieniała   się   w   nasiona   kukurydzy. 

Nadeszły dni Ouab 

bolesne wichry nienawiści i klęski 

   czarny strzał.

— Zabierz stąd te przeklęte sprośne fotografie! — powiedziałem. Stary narkoman 

rozwalił się na krześle, na-szprycowany i obżarty luminalem... hańba dla krwi.

— Jedziesz na barbituranach?

Kiedy uniósł dłoń w narkomańskim geście, zapachniało wokół niego podłą sherry i 

zgniłą wątrobą... Woń chilli, mokrych płaszczy, zwiędłych jąder... Spojrzał na mnie przez 

niepewne, ektoplazmatyczne ciało kuracji... od odstawienia przybyło piętnaście kilogramów... 

miękki różowy kit, który niknie przy pierwszym cichym dotknięciu hery... Widziałem, jak to 

się   dzieje...   pięć   kilogramów   stracone   w   pięć   minut...   stał   ze   strzykawką   w   ręku... 

podtrzymywał dłonią spodnie.

background image

Ostry odór metalu przeżartego kwasem.

Idziemy   po   wysypisku   śmieci   ku   niebu...   rozrzucone   ogniska...   w   nieruchomym 

powietrzu wisi ciężki, czarny dym... plamiąc białe wstęgi neonów... Obok mnie kroczy D. L., 

odbicie moich bezzębnych dziąseł i łysej czaszki... ciało wiszące na zgniłych fosforyzujących 

kościach, przeżartych przez powolne zimne ognie... Niesie otwarte naczynie pełne benzyny i 

otacza   go   jej   zapach...  Przechodząc   przez   grzbiet   zardzewiałego   żelaznego   wzgórza 

spotykamy grupkę tubylców... płaskie dwuwymiarowe twarze ryb ścierwojadów... ^ — Oblej 

ich benzyną i podpal...

background image

SZYBKO...

Biały błysk... nieartykułowane owadzie krzyki..

Obudziłem się z metalicznym smakiem w ustach, powstawszy z martwych  

bezbarwny zapach śmierci 

narodziny zwiędłej szarej małpy 

poamputacyjne bóle fantomowe...

—   Taksówkarze   czekają   na   pasażerów   —   powiedział   Eduardo   i   zmarł   z 

przedawkowania w Madrycie...

Pociągi   prochów   pędzące   przez   różowe   konwulsje   spuchniętego   ciała...   błyskają 

światła orgazmu... zastygłe postacie na fotografiach... smukłe ramię wyciągnięte, by zapalić 

papierosa...

Stał   w   słomianym   kapeluszu   z   tysiąc   dziewięćset   dwudziestego   roku.   Miękkie 

kłamliwe słowa spadające jak martwe ptaki na ciemną ulicę...

— Nie... Już nie... Nic więcej...

Wezbrane   morze   młotów   pneumatycznych   w   liliowym   zmierzchu   zabarwionym 

zgniłym   metalicznym   zapachem   kanalizacji...   twarze   młodych   robotników   rozmazane   w 

żółtych aureolach karbidówek... widać popękane rury...

— Odbudowują Miasto.

Lee z roztargnieniem skinął głową.

— Tak... Zawsze...

Nie znamy drogi do Zachodniego Skrzydła...

Gdybym wiedział, chętnie bym wam powiedział...

— Niedobrze... no bueno... załatwia się...

— Nie ma towar... Psyjć f piontek.

Tanger, 1959

background image

DODATEK

"Brytyjski Przegląd Narkotyczny"                                                       Rocznik 53, nr 2 l

LIST MISTRZA NARKOMANII

Trzeci sierpnia 1956, 

Wenecja

Szanowny Panie Doktorze!

Dziękuję za Pański list.  Załączam  artykuł  na temat  skutków  różnych  narkotyków, 

jakie  zażywałem.  Nie  wiem,   czy  uzna  go Pan  za  godny druku.  Nic  mam  nic  przeciwko 

opublikowaniu go pod własnym nazwiskiem.

Nie   nadużywam   alkoholu.   Nie  odczuwam   potrzeby  narkotyzowania   się.   Czuję   się 

świetnie. Proszę przekazać moje pozdrowienia panu N. Korzystam codziennie z jego systemu 

ćwiczeń fizycznych, co daje znakomite rezultaty.

Myślę   o   napisaniu   książki   o   narkotykach,   jeśli   zdołam   znaleźć   odpowiedniego 

współpracownika, który zająłby się stroną techniczną.

Z poważaniem WILLIAM BURROUGHS

Przyjmowanie opium bądź jego pochodnych prowadzi do trudnego do zdefiniowania 

stanu   określanego   mianem   “nałogu".   (Potocznie   słowo   to   odnosi   się   do   wielu   w   miarę 

nieszkodliwych   rzeczy.   Mówimy   o   nałogowym   jedzeniu   cukierków,   piciu   kawy,   paleniu 

tytoniu,   oglądaniu   telewizji,   czytaniu   powieści   detektywistycznych,   rozwiązywaniu 

krzyżówek).   Termin   ten,   nadużyty   w   ten   sposób,   traci   pożądaną   precyzję   znaczeniową. 

Przyjmowanie morfiny prowadzi do fizycznego uzależnienia od morfiny. Morfina staje się dla 

organizmu   niezbędna   jak   woda   i   narkoman   może   umrzeć,   jeśli   nagle   pozbawi   się   go 

narkotyku. Chory na cukrzycę umiera bez insuliny, lecz nie jest od niej uzależniony. Jego 

potrzeba insuliny nie powstała wskutek przyjmowania insuliny. Cukrzyk potrzebuje insuliny, 

by utrzymać normalny metabolizm. Narkoman potrzebuje morfiny, aby utrzymać metabolizm 

oparty na morfinie i uniknąć piekielnie bolesnego powrotu do normalnej przemiany materii.

background image

Zażywałem tak zwane narkotyki przez dwadzieścia pięć lat. Niektóre z nich wywołują 

uzależnienie, większość nie.

Opiaty.   —   Dwanaście   lat   paliłem   opium   i   przyjmowałem   je   doustnie   (zastrzyki 

podskórne   z   opium   wywołują   wrzody,   a   wstrzyknięcia   dożylne   są   bolesne   i   mogą   być 

niebezpieczne).   Przyjmowałem   również   heroinę:   podskórnie,   dożylnie,   domięśniowo   i 

węchowo  (gdy zabrakło  igieł),  a   także   morfinę,   Dilaudid,   Pantopon,  Eukodal,   Paracodin, 

dioninę, kodeinę, Demerol i Metadon. Wszystkie owe środki w różnym stopniu uzależniają. 

Droga   podania   narkotyku   nie   ma   większego   znaczenia.   Opium   można   palić,   wąchać, 

wstrzykiwać, przyjmować doustnie lub doodbytniczo, lecz ostateczny rezultat jest zawsze taki 

sam: uzależnienie. Nałóg palenia opium równie trudno przezwyciężyć  jak uzależnienie od 

zastrzyków   dożylnych.   Przekonanie,  iż   nałóg   wstrzykiwania   morfiny   jest   szczególnie 

szkodliwy, bierze się z irracjonalnego lęku przed igłami (“zastrzyki wprowadzają truciznę 

bezpośrednio do krwiobiegu" —jakby substancje wchłaniane przez żołądek, płuca czy błonę 

śluzową   nie   trafiały   do   krwiobiegu).   Demerol   jest   narkotykiem   wyraźnie   słabszym   od 

morfiny.   Daje   mniejszą   satysfakcję   i   jest   mniej   skuteczny   jako   środek   przeciwbólowy. 

Chociaż  nałóg przyjmowania  Demerolu  łatwiej  przezwyciężyć,  Demerol  jest z pewnością 

bardziej  szkodliwy,  zwłaszcza dla  układu nerwowego. Brałem kiedyś  Demerol przez trzy 

miesiące i pojawiły się u mnie liczne groźne symptomy: drżenie rąk (po zażyciu morfiny ręce 

są   zawsze   pewne),   postępująca   utrata   koordynacji   ruchowej,   skurcze   mięśni,   obsesje 

paranoidalne,   lęk   przez   chorobą   psychiczną.   W   końcu   mój   organizm   przestał   tolerować 

Demerol — niewątpliwie zadziałał tu instynkt samozachowawczy — i przerzuciłem się na 

Metadon. Wszystkie opisane objawy natychmiast znikły. Mogę jeszcze dodać, że Demerol 

działa  równie  zapierające  jak morfina,  silniej  zmniejsza  apetyt  i popęd  płciowy,  lecz  nie 

wywołuje   zwężenia   źrenic.   W   ciągu   lat   robiłem   sobie   tysiące   zastrzyków   nie 

wysterylizowanymi, w istocie rzeczy brudnymi  igłami, lecz do infekcji doszło dopiero po 

Demerolu. Pojawiły się wówczas wrzody, z których jeden należało oczyścić chirurgicznie. 

Krótko mówiąc: Demerol wydaje mi się niebezpieczniejszy od morfiny. Metadon jest silnym 

narkotykiem,   skutecznym   środkiem   przeciwbólowym   i   wywołuje   równie   silny   nałóg   jak 

morfina.

Początkowo brałem morfinę jako antidotum na ostry ból. Każda pochodna morfiny 

skutecznie   łagodząca   ból   likwiduje   także   symptomy   głodu   narkotycznego.   Płynie   stąd 

oczywisty  wniosek:  każda  pochodna  morfiny  łagodząca   ból wywołuje  uzależnienie,  a  im 

skuteczniej  łagodzi  ból, tym  łatwiej się od niej  uzależnić.  Przeciwbólowe i uzależniające 

background image

działanie   morfiny   opiera   się   prawdopodobnie   na   tych   samych   procesach   metabolicznych. 

Morfina   nie   wywołująca   nałogu   jest   czymś   w   rodzaju   współczesnego   kamienia 

filozoficznego.   Z   drugiej   strony   apomorfina   może   się   okazać   wyjątkowo   skuteczna   w 

łagodzeniu   objawów   głodu.   Ale   nie   należy   się   spodziewać,   że   będzie   również   środkiem 

przeciwbólowym.

Morfinizm jest zjawiskiem dobrze znanym i nie ma potrzeby go tu opisywać. Wydaje 

się jednak, że kilku kwestiom nie poświęcono dostatecznej uwagi. Zauważono, iż morfina jest 

nie do pogodzenia z alkoholem, jednakże o ile mi wiadomo, nikt jak dotąd tego nie wyjaśnił. 

Jeśli   morfinista   pije   alkohol,   nie   doświadcza   przy   tym   żadnej   przyjemności.   Odczuwa 

stopniowo narastający niepokój i musi zrobić sobie kolejny zastrzyk. Prawdopodobnie jest to 

skutkiem przeciążenia wątroby. Piłem raz alkohol po inwazji żółtaczki (nie brałem wówczas 

morfiny)  i czułem to samo.  W pierwszym  przypadku  wątroba  jest częściowo niesprawna 

wskutek żółtaczki, w drugim zajęta, i to dosłownie, przeróbką morfiny. Ani w jednym, ani w 

drugim nie może przetwarzać alkoholu. Jeśli alkoholik uzależnia się od morfiny,  morfina 

całkowicie zastępuje alkohol. Znałem kilkunastu alkoholików, którzy zaczęli brać morfinę. 

Tolerowali   natychmiast   duże   dawki   (pięćdziesiąt   miligramów   w   zastrzyku)   i   wkrótce 

przestawali pić alkohol. Proces odwrotny nie zachodzi nigdy. Morfinista, gdy bierze morfinę 

albo gdy znajdzie się w fazie głodu, nie znosi alkoholu. Tolerancja na alkohol to pewny znak 

wyleczenia.   Alkohol   nigdy   nie   może   być   substytutem   morfiny.   Oczywiście   wyleczony 

narkoman może zacząć pić i popaść w alkoholizm.

W   okresie   głodu   narkoman   ma   wyostrzoną   świadomość   otoczenia.   Wrażenia 

zmysłowe   są   tak   silne,   że   pojawiają   się   halucynacje.   Znajome   przedmioty   zdają   się   żyć 

własnym   ukradkowym   życiem.   Narkoman   jest   bombardowany   przez   doznania,   zarówno 

fizyczne,   jak   i   psychiczne.   Niekiedy   przeżywa   stany   ekstazy,   jednakże   ogólnie   cierpi 

straszliwy ból. (Być  może  przeżycia  te są bolesne  z powodu ich  natężenia.  Przyjemność 

zmienia się w ból, gdy osiągnie pewien poziom intensywności).

Zauważyłem dwa charakterystyczne wczesne objawy głodu narkotycznego: 

1. Wszystko staje się groźne.

2. Pojawia się lekka paranoja.

 

Lekarze   i   pielęgniarki   wydają   się   straszliwymi   potworami.   Podczas   kilku   kuracji 

doznawałem wrażenia, że otaczają mnie niebezpieczni wariaci. Rozmawiałem z pacjentem 

doktora Denta uzależnionym od petydyny, świeżo po odtruciu. Przyznał się do identycznych 

przeżyć   i   dodał,   że   przez   pierwszą   dobę   lekarze   i   pielęgniarki   wydawali   się   “brutalni   i 

background image

odrażający".   Czuł   ponadto   głęboką   melancholię.   Inni   narkomani   opisywali   mi   swoje 

przeżycia tak samo. Psychologiczna przyczyna paranoi w okresie głodu jest oczywista: może 

tu również wchodzić w grę wspólna geneza metaboliczna. Istnieje uderzające podobieństwo 

między   objawami   głodu   morfiny   a   objawami   odurzenia   innymi   narkotykami.   Haszysz, 

Bannisteria caapi (harmalina), peyotl (meskalina) wywołują stany nadwrażliwości zmysłowej, 

którym   towarzyszą   halucynacje.  Często   pojawiają   się   motywy   paranoidalne.   Szczególnie 

podobny do głodu jest stan po zażyciu banisterii. Wszystko wydaje się groźne. Paranoja nasila 

się   zwłaszcza   w   razie   przedawkowania.   Po   banisterii   byłem   przekonany,   że   czarownik 

indiański i jego pomocnik uknuli spisek, by mnie zamordować. Skutki różnych narkotyków 

mają swoje odzwierciedlenie w stanach metabolicznych organizmu.

W Stanach Zjednoczonych  dealerzy stale zmniejszają narkomanom dawki heroiny, 

coraz bardziej rozcieńczając towar mlekiem w proszku, cukrem i barbituranami. W rezultacie 

wielu narkomanów chcących się poddać terapii jest uzależnionych dość lekko i można ich 

odtruć w krótkim czasie (siedem do ośmiu dni). Szybko przychodzą do siebie, nie biorąc 

żadnych   leków.   Chwilową   ulgę   przynoszą   środki   uspokajające   lub   antyhistaminowe, 

zwłaszcza wstrzykiwane. Narkoman czuje się lepiej ze świadomością, że w jego krwiobiegu 

znajduje się jakaś  obca  substancja.  Posługiwano  się w  tym  celu  Tolserolem,  Thoraziną  i 

podobnymi   jej   tranquilizerami,   barbituranami,  chloralem,   paraldehydem,   środkami 

antyhistaminowymi,   kortyzonem,   rezerpiną,   a   nawet   elektrowstrząsami   (czy   nie   pora   na 

lobotomię?). Rezultaty określano zazwyczaj jako “zachęcające", choć z moich doświadczeń 

wynika, iż należy się do nich odnosić bardzo sceptycznie. Oczywiście objawy głodu trzeba 

jakoś   łagodzić   i  nadają  się   do  tego  wszystkie  wymienione   lekarstwa  (może  z  wyjątkiem 

najczęściej używanych barbituranów), jednakże nie stanowią one rzeczywistego rozwiązania 

problemu głodu. Objawy głodu narkotycznego zależą w dużym stopniu od indywidualnego 

metabolizmu i konstytucji fizycznej. Ludzie podatni na katar sienny i astmę cierpią podczas 

głodu na objawy alergiczne: katar, kichanie, łzawienie oczu, duszność. W takich przypadkach 

dużą   ulgę   może   przynieść   kortyzon   i   środki   antyhistaminowe.   Wymioty   można 

prawdopodobnie łagodzić środkami przeciwwymiotnymi, jak torazyna.

Przeszedłem dziesięć kuracji, podczas których stosowano wszystkie wspomniane leki. 

Szybkie  zmniejszanie dawek, powolne zmniejszanie  dawek, przedłużony sen, apomorfina, 

środki antyhistaminowe, bezużyteczna francuska metoda z zastosowaniem substancji zwanej 

amorfiną, wszystko oprócz elektrowstrząsów. (Chętnie poznałbym rezultaty eksperymentów z 

elektrowstrząsami na kimś innym). Powodzenie każdej kuracji zależy od głębokości i czasu 

trwania nałogu, fazy głodu (środki skuteczne przy lekkim głodzie mogą mieć katastrofalne 

background image

skutki   w   fazie   ostrej),   indywidualnych   objawów,   stanu   zdrowia,   wieku   itd.   W   pewnym 

okresie dana kuracja może być zupełnie nieskuteczna, a kiedy indziej może zakończyć się 

sukcesem.   Albo   to,   co   nie   pomaga   jednemu   narkomanowi,   może   pomóc   drugiemu.   Nie 

roszczę sobie pretensji do wydawania ostatecznych sądów; mogę tylko opisać własne reakcje 

na różne leki i metody.

Kuracje   oparte   na   zmniejszaniu   dawek.   —   Najpospolitsza   forma   uleczenia;   nie 

odkryto   jak   dotąd   lepszego   sposobu   zwalczania   ostrego   uzależnienia.   Pacjent   otrzymuje 

pewną ilość morfiny, jednakże jej dawki należy jak najszybciej zmniejszyć. Poddawałem się 

kuracjom   polegającym   na   powolnym   zmniejszaniu   dawek:   zwykle   kończyło   się   to 

zniechęceniem i powrotem do nałogu. Bardzo stopniowe odstawianie morfiny może trwać 

wiecznie.   Większość   narkomanów   chcących   się   poddać   kuracji   zna   z   własnego 

doświadczenia objawy głodu. Spodziewa się nieprzyjemnych przeżyć i jest gotowa je znieść. 

Ale jeśli głód trwa dwa miesiące zamiast dziesięciu dni, narkoman może tego nie wytrzymać. 

Wolę pacjenta łamie nie natężenie bólu, tylko czas jego trwania. Jeśli narkoman bierze stale 

małe dawki pochodnych morfiny, aby  przeciwdziałać bezsenności, nudzie czy niepokojowi 

wywołanemu  głodem, nigdy nie przestanie odczuwać głodu i prawie na pewno wróci do 

nałogu. Przedłużony sen. — W teorii brzmi to nieźle. Człowiek budzi się zdrowy z długiego 

snu. Ogromne dawki chloralu, barbituranów, Thoraziny wprowadzały mnie w koszmarny stan 

półświadomości. Odstawienie środków nasennych po pięciu dniach wywoływało gwałtowny 

szok. Nakładały się na niego objawy ostrego głodu morfiny. Czułem się potwornie. Żadna z 

kuracji, jakie kiedykolwiek przechodziłem, nie była równie bolesna. Podczas głodu dochodzi 

zawsze   do   głębokich   zaburzeń   rytmu   snu   i   czuwania,   a   dalsze   zaburzenie   go   środkami 

nasennymi   wydaje   się,   łagodnie   mówiąc,   niewskazane.   Odstawienie   morfiny   jest 

wystarczająco przykre, by dodawać do niego jeszcze odstawienie barbituranów. Po dwóch 

tygodniach   spędzonych   w   szpitalu   (pięciodniowy   sen   i   dziesięciodniowy   “odpoczynek") 

byłem   tak   słaby,   że   zemdlałem,   usiłując   wejść   po   niewielkiej   pochyłości.   Uważam, 

przedłużony sen za najgorszą z możliwych metod leczenia narkomanii.

Środki antyhistaminowe. — Stosowanie środków antyhistaminowych  opiera się na 

alergicznej teorii głodu. Nagłe odstawienie morfiny wywołuje nadprodukcję histaminy, co 

prowadzi do objawów alergicznych. (We wstrząsie wywołanym urazem lub ostrym bólem w 

krwiobiegu pojawiają się duże ilości histaminy. Podczas ostrego bólu, podobnie jak w stanie 

uzależnienia,   organizm   łatwo   toleruje   toksyczne   dawki   morfiny.   Króliki,   mające   wysoki 

poziom histaminy we krwi, są niezwykle odporne na morfinę). Moje własne doświadczenia ze 

background image

środkami   antyhistaminowymi   nie   są   jednoznaczne.   Poddałem   się   raz   kuracji   opartej   na 

środkach antyhistaminowych  i  zakończyła  się ona  sukcesem.  Jednakże  byłem  dość  lekko 

uzależniony i w chwili rozpoczęcia kuracji nie brałem  morfiny od siedemdziesięciu dwóch 

godzin. Potem często zażywałem środki antyhistaminowe, by przeciwdziałać objawom głodu, 

lecz   rezultaty   okazały   się   rozczarowujące.   Środki   antyhistaminowe   nasilały   depresję   i 

drażliwość (nie miałem typowych objawów alergicznych).

Apomorfina.   —   Apomorfina   to   z   pewnością   najlepsza   znana   mi   metoda   leczenia 

narkomanii. Nie eliminuje całkowicie objawów głodu, lecz łagodzi je, tak że dają się znieść. 

Apomorfina likwiduje objawy ostre w rodzaju kurczów żołądka i nóg, drgawek i napadów 

pobudzenia.   Kuracja   oparta   na   apomorfinie   jest   znacznie   mniej   przykra   niż   powolne 

zmniejszanie dawek, a wyleczenie jest szybsze i znacznie pełniejsze. Mam wrażenie, że nie 

uwolniłem   się   nigdy   całkowicie   od   głodu   morfiny,   dopóki   nie   poddałem   się   kuracji 

apomorfiną. Być może psychologiczny głód morfiny utrzymujący się po zakończeniu kuracji 

nie   jest   w   istocie   psychologiczny,   tylko   metaboliczny.   Silniej   działające   pochodne 

apomorfiny mogą się okazać skuteczne w leczeniu wszelkich form uzależnień.

Kortyzon. — Kortyzon, zwłaszcza wstrzyknięty dożylnie, przynosi pewną ulgę.

Thorazina. — Łagodzi nieco głód, choć w małym stopniu. Nieprzyjemną stroną są 

działania uboczne w postaci depresji, zaburzeń widzenia i niestrawności.

Rezerpina. — Nigdy nie zauważyłem żadnych efektów, oprócz lekkiej depresji.

Tolserol. — Nikłe rezultaty.

Barbiturany. — Barbiturany przepisuje się często w celu zwalczenia bezsenności. W 

istocie rzeczy zaburzają one fizjologiczne mechanizmy snu, przedłużają okres głodu i mogą 

sprowokować   powrót   do   nałogu.   Wyleczony   narkoman   czuje   pokusę   zażycia   wraz   z 

Nembutalem niewielkiej ilości kodeiny albo nalewki opiumowej. (Bardzo niewielkie ilości 

pochodnych   morfiny,   zupełnie   nieszkodliwe   dla   normalnego   człowieka,   natychmiast 

powodują powrót do nałogu). Moje własne doświadczenia potwierdzają opinię doktora Denta, 

że barbiturany są niewskazane.

background image

Chloral i paraldehyd. — Prawdopodobnie lepsze od barbituranów, jeśli potrzebny jest 

środek uspokajający, jednakże obie substancje działają wymiotnie.

W   okresach   głodu   zażywałem   także   z   własnej   inicjatywy   następujące   środki 

odurzające:

Alkohol. — Absolutnie zabroniony w każdej fazie. Spożycie alkoholu natychmiast 

zaostrza   głód   i   skłania   do   sięgania   po   morfinę.   Alkohol   można   pić   dopiero   wtedy,   gdy 

metabolizm powróci do normy. W przypadku silnego uzależnienia następuje to zwykle po 

miesiącu.

Amfetamina.   —   Na   pewien   czas   osłabia   depresję   w   późnym   okresie   głodu,   ma 

katastrofalne   skutki   w   fazie   ostrej   i   jest   ogólnie   niewskazana,   bo   wywołuje   lęk,   który 

narkoman łagodzi morfiną.

Kokaina. — To samo odnosi się do kokainy.

Cannabis   indica  (marihuana).   —   W   stanie   lekkiego   głodu   zmniejsza   depresję   i 

wzmaga apetyt, w fazie ostrej ma katastrofalne skutki. (Paliłem raz marihuanę na głodzie z 

koszmarnymi   rezultatami).   Cannabis   wyostrza   wrażliwość   zmysłową.   Jeśli   ktoś   czuje   się 

kiepsko, będzie czuł się po niej jeszcze gorzej. Stanowczo odradzam.

Peyotl, Bannisteria caapi. — Nie odważyłem się na eksperyment. Myśl o zażyciu yage 

w   ostrej   fazie   głodu   wywołuje   zawrót   głowy.   Słyszałem   o   człowieku,   który   odurzył   się 

peyotlem pod koniec detoksykacji, stracił jakoby wszelką ochotę na morfinę i w końcu zatruł 

się śmiertelnie peyotlem.

W przypadkach głębokiego uzależnienia wyraźne objawy fizyczne głodu utrzymują 

się przynajmniej przez miesiąc.

Nigdy   nie   widziałem   chorego   psychicznie   morfinisty   ani   o   takim   nie   słyszałem. 

Narkomani   są   w   gruncie   rzeczy   przeraźliwie   zdrowi   psychicznie.   Być   może   istnieje 

mataboliczna niezgodność między schizofrenią a uzależnieniem od narkotyków. Z drugiej 

strony głód morfiny często wywołuje reakcje psychotyczne  — zazwyczaj  lekką paranoję. 

Interesujące, że w leczeniu schizofrenii stosuje się te same środki co przy detoksykacji: środki 

antyhistaminowe, i trankwilizatory, apomorfinę, elektrowstrząsy.

background image

Sir Charles  Sherington definiuje ból jako “psychologiczny odpowiednik  odruchów 

obronnych".

Autonomiczny   układ   nerwowy   reaguje   na   bodźce   wewnętrzne   i   zewnętrzne, 

rozprężając się w odpowiedzi na bodźce odbierane jako przyjemne — seks, jedzenie, miłe 

kontakty towarzyskie — i kurcząc wskutek bólu, lęku, strachu, niewygody, nudy. Morfina 

zaburza cały ten mechanizm. Popęd płciowy zanika, perystaltyka jelit ustaje, źrenice przestają 

reagować na światło. Organizm nie reaguje na ból ani przyjemność. Zaczyna funkcjonować 

wedle  zegara morfinowego. Narkoman jest odporny na nudę. Może gapić się godzinami w 

czubek buta albo po prostu leżeć w łóżku. Nie potrzebuje seksu, kontaktów towarzyskich, 

pracy,   rozrywek,   ćwiczeń,   niczego   oprócz   morfiny.   Morfina   łagodzi   ból,   upodabniając 

człowieka   do   rośliny.   (Rośliny,   w   większości   nieruchome   i   niezdolne   do   odruchów 

obronnych, nie znają pojęcia bólu). 

Naukowcy   poszukują   nie   uzależniającego   narkotyku,   który?   uśmierza   ból,   nie 

wywołując   przyjemności,   a   narkomani   pragną   —   albo   myślą,   że   pragną   —   euforii   bez 

uzależnienia.   Sądzę,   że   obu   tych   zjawisk   nie   można   rozdzielać:   każdy   skuteczny   środek 

przeciwbólowy   musi   obniżać   popęd   płciowy,   wywoływać   euforię   i   uzależnienie.   Idealny 

środek przeciwbólowy prawdopodobnie wywołałby uzależnienie już po pierwszym zażyciu. 

(Gdyby   ktoś   chciał   zsyntetyzować   taki   środek,   dobrym   punktem   wyjścia   mogłaby   być 

dihydroksyheroina).

Narkoman żyje w krainie, gdzie nie ma bólu, seksu ani czasu. ,| Powrót do normalnego 

rytmu biologicznego wywołuje objawy głodu. Wątpię, czy odstawienie narkotyku może się w 

ogóle odbyć m bezboleśnie, choć ból da się nieco złagodzić.

Kokaina.   —   Kokaina   to   najsilniej   euforyzujący   środek,   jaki   zażywałem.   Euforia 

koncentruje się w mózgu. Być może kokaina działa bezpośrednio na połączenia nerwowe 

sterujące   przyjemnością.   Podejrzewam,   że   przepuszczenie   przez   nie   prądu   elektrycznego 

wywołałoby ten sam efekt. Najbardziej euforyzujące są zastrzyki dożylne, a przyjemność trwa 

zaledwie pięć do sześciu minut. Zastrzyki podskórne i wąchanie nie działają tak skutecznie.

Kokainiści   często   nie   śpią   przez   całą   noc,  wstrzykując   sobie   w   jednominutowych 

odstępach  na  przemian   kokainę   i  heroinę.   (Nie   znałem  nigdy  nałogowego  kokainisty  nie 

uzależnionego od morfiny).

Potrzeba zażycia kokainy bywa bardzo intensywna. Spędzałem całe dni chodząc od 

apteki do apteki i realizując recepty na kokainę. Można gwałtownie pożądać kokainy, lecz nie 

towarzyszy temu głód mataboliczny.  Jeśli człowiek nie może zdobyć kokainy, kładzie się 

background image

spać, śpi, wstaje i zapomina o niej. Rozmawiałem l z ludźmi, którzy brali kokainę przez całe 

lata, po czym nagle odcięto im źródło dostaw. Żaden z nich nie doświadczał głodu. W istocie 

trudno sobie wyobrazić, by stymulator przodomózgowia mógł prowadzić do uzależnienia. 

Uzależnienie to domena środków uspokajających.

Nadużywanie   kokainy   prowadzi   do   drażliwości,   depresji,   niekiedy   psychozy 

narkotycznej   z   halucynacjami   paranoidalnymi.   Drażliwości   i   depresji   wywołanej   przez 

kokainę nie da się łagodzić podwyższeniem dawek. Skutecznie czyni to tylko morfina. Jeśli 

morfinista zażywa kokainę, prowadzi to zawsze do zwiększenia dawek morfiny i częstości 

zastrzyków.

Cannabis   indica   (haszysz,   marihuana).   —   Istnieją   barwne   opisy   działania   tego 

narkotyku: zaburzenia percepcji przestrzeni i czasu, nadwrażliwość zmysłów, gonitwa myśli, 

napady   śmiechu,   błaznowanie.   Marihuana   wyostrza   percepcję,   a   rezultat   nie   zawsze   jest 

przyjemny.   Przykrość   staje   się   tragedią,   depresja   zmienia   się   w   rozpacz,   lęk   w   panikę. 

Wspominałem już o swoich straszliwych doświadczeniach z marihuaną w ostrej fazie głodu 

morfinowego.  Poczęstowałem raz marihuaną  człowieka,  który lekko się czymś  niepokoił. 

Wypaliwszy   połowę   papierosa,   zerwał   się   nagle   na   równe   nogi,   krzyknął:   “Boję   się!"   i 

wybiegł z domu.

Marihuana wywołuje również zaburzenia orientacji uczuciowej. Człowiek nie wie, czy 

coś lubi; nie może się zdecydować, czy doznanie jest przyjemne czy nieprzyjemne. 

Ludzie bardzo różnie reagują na marihuanę. Niektórzy palą ją nieustannie, inni od 

czasu do czasu, jeszcze inni zupełnie jej nie znoszą. Jest szczególnie niepopularna wśród 

zatwardziałych morfinistów, którzy odnoszą się do niej z purytańską zgrozą.

W   Stanach   Zjednoczonych   znacznie   wyolbrzymia   się   szkodliwość   marihuany. 

Naszym   narodowym   środkiem   odurzającym   jest   alkohol,   a   inne   narkotyki   budzą   w   nas 

zabobonny lęk. Ktokolwiek się nimi truje, zasługuje na kompletną ruinę umysłową i fizyczną. 

Ludzie wierzą w to, w co chcą wierzyć,  nie zważając na fakty.  Marihuana nie wywołuje 

uzależnienia. Nie znam dowodów na to, że umiarkowane palenie marihuany jest szkodliwe, 

choć jej nadużywanie może prowadzić do psychozy narkotycznej.

Barbiturany. — Barbiturany z pewnością wywołują uzależnienie, jeśli zażywa się je w 

dużych   dawkach   (uzależnienie   wywołuje   dawka   dzienna   w   wysokości   grama).   Głód 

barbituranów jest groźniejszy niż głód morfiny, gdyż towarzyszą mu halucynacje z atakami 

typu   padaczkowego.   Barbituromani   często   ranią   się,   padając   na   betonowe   podłogi   (w 

background image

miejscach, gdzie są betonowe podłogi, trudno zwykle zdobyć narkotyki). Morfiniści często 

zażywają barbiturany, aby wzmocnić działanie małych dawek morfiny. Niektórzy uzależniają 

się również od barbituranów.

Zażywałem co wieczór przez cztery miesiące po dwie kapsułki Nembutalu (razem 

dwieście miligramów), a po odstawieniu nie miałem żadnych objawów głodu. Uzależnienie 

od barbituranów to kwestia ilości. Prawdopodobnie nie jest to uzależnienie fizyczne jak w 

przypadku morfiny, tylko mechaniczna reakcja na nadmierną depresję przodomózgowia.

Człowiek uzależniony od barbituranów to obraz nędzy i rozpaczy. Traci koordynację 

ruchową, jąka się, spada ze stołków barowych, zasypia w środku zdania, jedzenie wypada mu 

z   ust.   Ma   zamęt   w   głowie,   jest   kłótliwy   i   otępiały.   Prawie   zawsze   bierze   inne   środki 

odurzające:   alkohol,   amfetaminę,   morfinę,   marihuanę.   Barbituromani   są   pariasami   wśród 

narkomanów: “Tableciarze. Nie mają żadnej godności". Następny krok w dół to gaz świetlny 

albo wąchanie amoniaku w kuble.

Mam wrażenie, że barbiturany prowadzą do najgorszej możliwej formy uzależnienia, 

odrażającej, dającej złe rokowanie, opornej na terapię.

Amfetamina. — Stymulator mózgowy, podobnie jak kokaina. Duże dawki wywołują 

przewlekłą bezsenność i euforię, po czym następuje głęboka depresja. Amfetamina wzmaga 

lęk, wywołuje zaparcie i utratę łaknienia.

Znam   tylko   jeden   przypadek,   gdy   po  odstawieniu   amfetaminy   wystąpiły   objawy 

głodu. Moja znajoma pochłaniała przez pół roku niewiarygodne ilości amfetaminy, po czym 

wpadła w stan psychotyczny i trafiła na dziesięć dni do szpitala. Wciąż brała amfetaminę, lecz 

nagle odcięto jej źródło dostaw.  Głód objawił się czymś w rodzaju ataku astmy: nie mogła 

złapać tchu i posiniała. Podałem jej środek antyhistaminowy (Thepherene), który  przyniósł 

natychmiastową ulgę. Symptomy więcej się nie pojawiły.

Peyotl (meskalina). — Jest to niewątpliwie środek stymulujący. Rozszerza źrenice, 

wywołuje   bezsenność   oraz   gwałtowne   mdłości.   Jeżeli   człowiek   nie   zwymiotuje   peyotlu 

wkrótce po zażyciu go, doznaje przeżyć podobnych jak po paleniu marihuany. Zwiększa się 

wrażliwość zmysłowa, zwłaszcza na kolory. Pojawia się również szczególny stan psychiczny 

polegający   na   utożsamieniu   z   rośliną.   Wszystko   wygląda   niczym   kaktus   peyotlu.   Łatwo 

zrozumieć, dlaczego Indianie uważają peyotl za ducha mieszkającego w kaktusie.

Przedawkowanie może prowadzić do paraliżu układu oddechowego i śmierci. Znam 

jeden taki przypadek. Peyotl nie wywołuje uzależnienia.

background image

Bannisteria caapi (harmalina, banisteryna, telepatyna). — Bannisteria caapi to szybko 

rosnące   pnącze.   Substancja   aktywna   znajduje   się   prawdopodobnie   w   świeżych   pędach, 

zwłaszcza w korze. Na jedną osobę potrzeba pięciu pędów, długości dwudziestu centymetrów 

każdy. Pędy rozgniata się i gotuje przez dwie lub trzy godziny wraz z liśćmi krzewu o nazwie 

botanicznej Palicourea sp. rubiacea.

Yage albo ayuahuaska (najpospolitsze nazwy indiańskie banisterii) to halucynogen 

powodujący głębokie zaburzenia percepcji. Przedawkowanie może doprowadzić do drgawek. 

Antidotum są barbiturany albo inne środki uspokajające o działaniu przeciw  drgawkowym. 

Każda osoba zażywająca yage po raz pierwszy powinna mieć pod ręką środek uspokajający 

na wypadek przedawkowania.

Yage odurzają się czarownicy indiańscy, którzy traktują halucynacje jako prorocze 

wizje   przyszłości.   Używają   oni   także   yage   do   leczenia   różnorakich   chorób.   Banisteryna 

obniża temperaturę i ma skutkiem tego pewne zastosowanie w leczeniu febry. Jest ponadto 

silnym   środkiem   odrobaczającym.   Działa   znieczulająco   i   jest   stosowana   w   bolesnych 

obrzędach   inicjacyjnych,   których   uczestników   chłoszcze   się   lub   wystawia   na   ukąszenia 

mrówek.

O ile wiem, działanie narkotyczne wykazują jedynie świeżo ścięte pędy. Nie udało mi 

się nigdy odkryć żadnej metody ekstrahowania i przechowywania czynnika aktywnego. Próby 

z preparowaniem nalewek lub suszeniem pędów zakończyły się fiaskiem. Farmakologia yage 

wymaga   badań   laboratoryjnych.   Ponieważ   już   prymitywny   wywar   jest   potężnym 

halucynogenem, czysta substancja mogłaby działać w sposób jeszcze bardziej spektakularny. 

Z pewnością sprawa ta wymaga dalszych badań.

8

Nie   zaobserwowałem   żadnych   negatywnych   działań   ubocznych   yage.   Czarownicy 

zażywający je stale ze względów zawodowych cieszą się dobrym zdrowiem. Wkrótce rozwija 

się tolerancja, tak że można pić wywar nie odczuwając mdłości ani innych przykrych doznań.

Yage   to   niezwykły   narkotyk,   przypominający   nieco   haszysz.   Oba   dają   zmianę 

perspektywy, rozszerzenie świadomości poza normalne doznania. Jednakże yage wywołuje 

głębsze zaburzenia percepcji, którym towarzyszą halucynacje. Szczególnie charakterystyczne 

są błękitne błyski przed oczyma.

Yage służy do różnych celów. Wielu Indian i białych traktuje je po prostu jako jeszcze 

jeden środek odurzający podobny do alkoholu. Bywa również stosowane podczas obrzędów i 

ma   znaczenie   rytualne.   Młodzi   Indianie   Jivaro   zażywają   yage,   aby   nawiązać   łączność   z 

Po opublikowaniu tej książki odkryłem, że alkaloidy banisterii są blisko spokrewnione z LSD-6, stosowanym 

do wywoływania psychoz eksperymentalnych. Myślę, że to samo odnosi się do LSD-25.

background image

duchami przodków i poznać własną przyszłość. Yage stosuje się również w trakcie obrzędów 

inicjacyjnych, wykorzystując jego działanie znieczulające. Czarownicy przyjmują yage, aby 

przewidywać przyszłość, odnajdywać przedmioty zgubione lub skradzione, odkryć sprawcę 

przestępstwa, leczyć choroby. 

Alkaloid występujący w banisterii wyodrębniono w tysiąc dziewięćset dwudziestym 

trzecim roku. Dokonał tego Fisher Cardenas, który nazwał go telepatyną  lub banisteryną. 

Rumf dowiódł, że telepatyna nie różni się od harminy, alkaloidu Perganum harmala.

Jest oczywiste, że Bannisteria caapi nie wywołuje uzależnienia.

Gałka   muszkatołowa.   Skazańcy   i   marynarze   odurzają   się   niekiedy   gałką 

muszkatołową,   łykając   ją   z   wodą.   Sensacje   są   dość   podobne   jak   po   marihuanie,   choć 

towarzyszą   im   ból   głowy   i   nudności.   Nawet   jeśli   można   się   uzależnić   od   gałki 

muszkatołowej, z pewnością wcześniej następuje śmierć. Sam zażyłem gałkę tylko raz.

Indianie   południowoamerykańscy   stosują   kilka   narkotyków   z   rodziny   gałki 

muszkatołowej.   Zwykle   wąchają   sproszkowaną   roślinę.   Czarownicy   zażywający   gałkę 

muszkatołową   wpadają   w   trans   pozwalający   przepowiadać   przyszłość.   Jeden   z   moich 

przyjaciół chorował ciężko przez trzy dni po eksperymencie z narkotykiem należącym do 

rodziny gałki muszkatołowej.

Datura-skopolamina.   —   Morfiniści   często   zażywają   morfinę   w   połączeniu   ze 

skopolaminą. 

Zdobyłem   kiedyś   kilkanaście   ampułek,   z   których   każda   zawierała   dziesięć 

miligramów morfiny oraz pięć tysięcznych grama skopolaminy. Uważając pięć tysięcznych 

grama za ilość niewartą wzmianki, wstrzyknąłem sobie za jednym zamachem sześć ampułek. 

W rezultacie przeżyłem kilkugodzinny stan psychotyczny; na szczęście w porę związał mnie 

mój gospodarz. Nazajutrz rano nic nie pamiętałem.

Narkotykami   z   grupy   datury   odurzają   się   Indianie   południowoamerykańscy   i 

meksykańscy. Często dochodzi przy tym do wypadków śmiertelnych.

Rosjanie   posługują   się   skopolaminą   w   trakcie   przesłuchań,   osiągając   wątpliwe 

rezultaty. Więzień chce wyjawić swoje sekrety, lecz nie może ich sobie przypomnieć. Często 

miesza   mu   się   fikcyjna   i   rzeczywista   tożsamość.   Jak   rozumiem,   doskonałe   rezultaty   w 

wydobywaniu informacji z przesłuchiwanych daje meskalina.

background image

Uzależnienie od morfiny to schorzenie fizyczne wywołane przyjmowaniem morfiny. 

Moim   zdaniem   psychoterapia   jest   nie   tylko   bezużyteczna,   lecz   także   niewskazana. 

Statystycznie rzecz biorąc, narkomanami bywają zwykle ludzie mający dostęp do morfiny: 

lekarze,   pielęgniarki,   osoby   związane   z   czarnym   rynkiem.   W   Persji,   gdzie   opium   jest 

sprzedawane bez żadnych ograniczeń, uzależnione jest siedemdziesiąt procent dorosłych. Czy 

wobec tego należy poddać psychoanalizie kilka milionów Persów i ustalić, jakie głębokie 

konflikty wewnętrzne skłoniły ich do nadużywania opium? Chyba nie. Z moich doświadczeń 

wynika,   że   narkomani   nie   są   w   większości   neurotykami   i   nie   wymagają   psychoterapii. 

Kuracja   apomorfinowa   i   dostęp  do   apomorfiny   w   razie   powrotu   do   nałogu   dałyby   z 

pewnością   wyższy   procent   całkowitych   wyleczeń   niż   jakikolwiek   program   “edukacji 

psychologicznej".