background image

CECILY VON ZIEGESAR 

NIGDY CI NIE SKŁAMIĘ 

plotkara 10 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Prawda jest piękna, bez wątpienia; 

lecz równie piękne bywają kłamstwa. 

Ralph Waldo Emerson 

background image

∗∗∗∗

 

tematy    ◄    wstecz    dalej    ►    wyślij pytanie    odpowiedź 

Wszystkie  nazwy  miejsc,  imiona  i  nazwisko  oraz  wydarzenia  zostały  zmienione  lub  skrócone,  po  to  by  nie 

ucierpieli niewinni. Czyli ja.

 

 

hej, ludzie!

 

 

Wydaje si

ę

 wam czasem, 

ż

e jeste

ś

cie najwi

ę

kszymi szcz

ęś

ciarzami pod sło

ń

cem? Có

ż

, pomyłka: to ja 

jestem najwi

ę

ksz

ą

 szcz

ęś

ciar

ą

. Wła

ś

nie si

ę

 opalam na absolutnie przecudnej pla

ż

y w East Hampton, 

na  któr

ą

  wst

ę

p  maj

ą

  tylko  najlepsi.  Patrz

ę

,  jak 

ś

liczni  chłopcy 

ś

ci

ą

gaj

ą

  pastelowe  koszulki  Lacoste  i 

wcieraj

ą

  balsam  do  opalania  Coppertone  w  br

ą

zowe  ramiona.  Nie  bez  powodu  ka

ż

dy  nowojorczyk, 

który nie chce całkiem porzuci

ć

 miasta, odpoczywa w Hamptons; z tej samej przyczyny ludzie nosz

ą

 

buty Christiana Louboutina i lataj

ą

 pierwsz

ą

 klas

ą

. To jest po prostu najlepsze. 

A skoro mowa o najlepszym, to nie ma nic wspanialszego ni

ż

 Eres. Jestem skromn

ą

 dziewczyn

ą

, ale 

uwa

ż

am, 

ż

e wygl

ą

dam oszałamiaj

ą

co w górze od bikini w kolorze mango i chłopi

ę

cych szortach w tym 

samym  odcieniu.  No  dobra,  mo

ż

e  nie  jestem  zbyt  skromna,  ale  dlaczego  miałabym  by

ć

?  Gdyby

ś

cie 

wygl

ą

dały  tak  urzekaj

ą

co  jak  ja,  rozci

ą

gni

ę

ta  na  białym  piasku  w  East  Hampton,  te

ż

  by

ś

cie  si

ę

  tym 

pochwaliły. W  prywatnej  szkole  dla  dziewcz

ą

t  przy  Upper  East  Side  nauczyłam  si

ę

ż

e  to  nie  grzech 

mówi

ć

 prawd

ę

, nawet je

ś

li siebie przedstawia si

ę

 wtedy w samych superlatywach. 

Bogu  dzi

ę

ki,  przyszło  ju

ż

  lato  i  wreszcie  mo

ż

emy  zacz

ąć

  pracowicie...  odpoczywa

ć

.  Po 

wyczerpuj

ą

cym  czerwcu  nadszedł  lipiec  wraz  z  delikatn

ą

  bryz

ą

  znad  cie

ś

niny  i  rezerwacjami  we 

wszystkich najlepszych restauracjach w Hamptons. Gor

ą

cy  i duszny  Manhattan jest tu

ż

 - tu

ż

, ale my 

wolimy  spacerowa

ć

  boso  w  bikini  Eres  lub  Missoni  albo  w  batikowych  sarongach  Calypso  i  je

ź

dzi

ć

 

platynowymi  kabrioletami  po  Main  Street  w  East  Hampton,  w  poszukiwaniu  wiecznie  nieuchwytnych 

miejsc parkingowych i chłopców w szortach Billabong. 

To  my,  chłopcy  o  wyzłoconych  sło

ń

cem  włosach,  którzy  przyje

ż

d

ż

aj

ą

  z  Montauk  z  deskami 

surfingowymi  na  baga

ż

nikach  cherokee.  To  my,  dziewczyny,  które  chichocz

ą

  na  pla

ż

owych 

r

ę

cznikach  w  kolorze  limetki  i  maliny  albo  dopieszczaj

ą

  si

ę

  w  salonie  Aveda  w  Bridgehampton  po 

opalaniu.  To  my,  ksi

ążę

ta  i  ksi

ęż

niczki  z  Upper  East  Side  -  teraz  królujemy  na  pla

ż

y.  Je

ś

li  jeste

ś

 

jednym  z  nas,  czyli  wybra

ń

cem  losu,  zobacz

ę

  ci

ę

  tu  w  okolicy.  Najwyra

ź

niej  sezon  zacz

ą

ł  si

ę

  na 

                                                 

  plotkara.net  jest  tłumaczeniem  nazwy  autentycznej  strony  internetowej:  www.gossipgirl.net  (przyp. 

red.). 

* 

background image

dobre, zwłaszcza teraz, gdy kilkoro z naszych ulubie

ń

ców zaszczyciło nas swoj

ą

 obecno

ś

ci

ą

. A 

ś

ci

ś

le 

mówi

ą

c... 

 

DYNAMICZNY DUET 

 

Wiecie,  ja  te

ż

  nie  mog

ę

  za  nimi  nad

ąż

y

ć

.  Prognozy  pogody  dotycz

ą

ce  tych  dwóch  zmieniaj

ą

  si

ę

 

ka

ż

dego dnia. S

ą

 przyjaciółkami? Wrogami? Zaprzyja

ź

nionymi wrogami? Kochankami? Wiecie, o kim 

mówi

ę

:  B  i  S.  I  jedno  wiem  na  pewno.  Zostały  wła

ś

nie  certyfikowanymi,  oficjalnymi  ikonami 

ś

wiata 

mody.  Co  prawda  my  wiedzieli

ś

my  o  tym  od  dawna,  ale  do  elity 

ś

wiata  mody  ten  fakt  dotarł  dopiero 

teraz.  Po  spotkaniu  z  B  i  S  na  planie 

Ś

niadania  u  Freda  pewna  wyrocznia  dobrego  smaku  -  tak,  ta 

która  nosi  aksamitne  kapcie  z  monogramem,  ma  wybielone  z

ę

by  i  całoroczn

ą

  opalenizn

ę

  z  Palm 

Beach - postanowiła zatrzyma

ć

 obie dziewczyny w swojej posiadło

ś

ci w Georgica Pond w charakterze 

muz.  Mam  nadziej

ę

ż

e  tamtejsza  mena

ż

eria  (która,  jak  słyszałam,  składa  si

ę

  z  kilku  psiaków,  pary 

lam i dwóch przera

ż

aj

ą

co chudych modelek z oczami jak spodki, wyrwanych  z mroków Estonii, 

ż

eby 

zosta

ć

  gwiazdami  nadchodz

ą

cej  kampanii  reklamowej)  nie  b

ę

dzie  zazdrosna  o  nowe  kole

ż

anki.  A 

zreszt

ą

,  kogo  ja  oszukuj

ę

?  Te  dwie  zawsze  s

ą

  obiektem  podobnych  uczu

ć

.  W  ko

ń

cu  jest  im  czego 

zazdro

ś

ci

ć

 

NADESZŁO LATO, ALE 

Ż

YCIE NIE JEST ŁATWE... 

 

dla  całej  reszty.  Najwyra

ź

niej  niektórzy  maj

ą

  monopol  na  szcz

ęś

cie,  a  inni  -  poza  nami  -  nie.  Na 

przykład: 

 

Biedny N codziennie pracuje przy domu trenera albo  nudzi si

ę

  nad basenem w Georgica Pond, sam 

jak  palec.  Dlaczego  jest  taki  smutny?  Z  powodu  rozstania  z  t

ą

  odra

ż

aj

ą

c

ą

,  strzelaj

ą

c

ą

  gum

ą

 

dziewczyn

ą

? Uwierzcie, nie rozpoznałaby bikini od Eres, nawet gdyby kto

ś

 rzucił nim prosto w jej gło-

w

ę

 farbowan

ą

 na blond farb

ą

 Clairol numer 102. Ale jakby co, ch

ę

tnie pana pociesz

ę

... 

 

Biedna V, uwi

ę

ziona we własnym piekle - mieszka ze swoj

ą

 miło

ś

ci

ą

, O, ale nie mo

ż

e go pocałowa

ć

Wyciera  z  czarnych  bojówek  Carhatt  wyschni

ę

te  smarki,  podczas  gdy  nadpobudliwi  chłopcy,  którymi 

si

ę

 opiekuje, bekaj

ą

 alfabet. 

I  biedny  D...  Chocia

ż

  mo

ż

e  nie  zasłu

ż

ył  na  lito

ść

,  skoro  zdradził  V  z  t

ą

  dziwaczk

ą

  od  jogi,  i  to  teraz, 

gdy V wyl

ą

dowała w bladoró

ż

owym pokoju jego młodszej siostry J. Poza tym nadal ma swoj

ą

 „prac

ę

” i 

wiecznie wypełniony kubek kawy rozpuszczalnej Folgers. Czasem odnosz

ę

 wra

ż

enie, 

ż

e woli kiepsk

ą

 

kaw

ę

 i fataln

ą

 poezj

ę

 od dziewczyn. Niepoj

ę

te! 

 

Wasze e - maile 

 

P:

 Droga P! 

Nie  wiem,  do  kogo  innego  si

ę

  zwróci

ć

,  wi

ę

c  pomó

ż

  mi,  prosz

ę

.  Próbowałem  poderwa

ć

  moj

ą

 

background image

ś

liczn

ą

 s

ą

siadk

ę

 z góry, ale nie wypaliło. A potem poznałem jej niesamowit

ą

 współlokatork

ę

 i 

wyszło  co

ś

  fantastycznego...  a  przynajmniej  tak  mi  si

ę

  wydawało.  To  był  taki  romantyczny 

zwi

ą

zek  pod  tytułem:  „Lato  w  mie

ś

cie”.  Nawet  zaproponowała, 

ż

ebym  j

ą

  odwiedził  w 

Hamptons. Którego

ś

 ranka zapukałem do niej, ale ju

ż

 jej nie zastałem. 

Ż

adnych mebli, ubra

ń

ż

adnego listu, nic. Co jest? Zadzwoni

ć

 do niej, czy to ju

ż

 lekka przesada? 

Porzucony i Załamany 

 

O:

 Drogi P&Z! 

Najlepsze  z  nas  trudno  utrzyma

ć

.  Je

ś

li  tak  ci  jest  pisane,  wróci  i  obsypie  ci

ę

  delikatnymi  jak 

płatki  ró

ż

  pocałunkami.  Je

ś

li  nie,  zachowaj  wspomnienia  i  pogód

ź

  si

ę

  z  przelotn

ą

  natur

ą

 

wakacyjnych  miło

ś

ci.  A  przy  okazji,  skoro  jeste

ś

  do  wzi

ę

cia,  mo

ż

e  ja  wylecz

ę

  twoje 

serduszko? Przy

ś

lij mi zdj

ę

cie! 

P. 

 

P:

 Droga P! 

Najdziwniejsza  rzecz,  jak

ą

  w 

ż

yciu  widziałam,  to  kopie  dwóch  dziewczyn,  które  kojarz

ę

  z 

miasta, 

ś

licznej  blondynki  i  szczupłej  brunetki,  chichocz

ą

ce  na  pla

ż

y  w  okolicach  Maidstone 

Arms. Byty jak podróbki Louisa Vuittona z ulicznego straganu. Z daleka wygl

ą

daj

ą

 prawie jak 

oryginały, ale z bliska... Có

ż

, pewnych rzeczy nie da si

ę

 podrobi

ć

. Kto to jest? 

Widz

ą

ca Podwójnie (albo Poczwórnie) 

 

P:

 Droga WPaP! 

Teraz,  kiedy  pewna  blondynka  i  brunetka  stały  si

ę

  muzami  bardzo  znanego  i 

ekstrawaganckiego  projektanta  mody,  b

ę

dziemy  widzie

ć

  coraz  wi

ę

cej  takich  podróbek.  To 

doprowadzi chłopców do szale

ń

stwa. Pytanie tylko, kto dorwie oryginały? 

P. 

 

Na celowniku 

 

B  kupuje  nowy  baga

ż

,  co  zaprowadziło  j

ą

  do  Barneys,  potem  do  Tod's  i  wreszcie  do  Bally.  Czy  ta 

dziewczyna nigdy si

ę

  nie  m

ę

czy?  Najwyra

ź

niej nie, tak samo jak jej czarna karta American Express, 

któr

ą

  matka  wła

ś

nie  jej  oddała  po  szale

ń

stwie  zakupowym  w  Londynie.  No,  no!  S  w  kiosku  na  rogu 

Osiemdziesi

ą

tej  Czwartej  i  Madison  zdj

ę

ła  z  półki  wszystkie  czasopisma  z  mod

ą

  i  plotkami  o 

gwiazdach,  ukradkiem  sprawdzaj

ą

c,  czy  nie  pisz

ą

  czego

ś

  o  niej.  W  ko

ń

cu  dziewczyna  potrzebuje 

jakiej

ś

  lektury  na  pla

ż

y.  Przygn

ę

biony  N  zgarnia  sze

ś

ciopak  ciepławej  corony  w  n

ę

dznym  mo-

nopolowym  w  Hampton  Bays.  Nie  wiadomo,  czy  gromadzi  zapasy  na  romantycznego  grilla  o 

zachodzie  sło

ń

ca  na  pla

ż

y,  czy  po  prostu  topi  smutki.  Bior

ą

c  pod  uwag

ę

  wydarzenia  z  imprezy  dla 

ekipy filmowej 

Ś

niadania u Freda, pewnie to drugie. V i D razem (ale nie tak, jak my

ś

licie) w winiarni 

na rogu Dziewi

ęć

dziesi

ą

tej Drugiej i Amsterdam robi

ą

 zakupy. 

S

ą

  zupełnie  jak  stare  mał

ż

e

ń

stwo:  wybieraj

ą

  papier  toaletowy  i  nie  uprawiaj

ą

  seksu.  K  i  I  w  Union 

background image

Square Whole Foods jak nieprzytomne obijaj

ą

 si

ę

 koszykami o wszystkich klientów, podczas gdy ich 

czarna  limuzyna  czeka  przed  sklepem.  Dobra  rada,  dziewczyny:  mo

ż

ecie  kupowa

ć

  rze

ż

uch

ę

,  wafle 

ry

ż

owe  i  wod

ę

  mineraln

ą

,  ale  kiedy  si

ę

  cz

ę

stujecie  pi

ę

cioma  (albo  sze

ś

cioma,  a  nawet  siedmioma) 

truflami  czekoladowymi  dla  klientów, 

ż

egnacie  si

ę

  z  diet

ą

,  która  zapewnia  pi

ę

kny  tyłek  w  bikini. 

Chocia

ż

  trzeba  przyzna

ć

ż

e  to  pychota.  Po  tygodniowej  nieobecno

ś

ci  C  pojawia  si

ę

  ponownie  na 

scenie towarzyskiej. Okazuje si

ę

ż

e chował si

ę

 w ulubionym apartamencie na ostatnim pi

ę

trze w no-

wym  hotelu  Broatdeck  przy  Gansevoort  Street...  i  nie  był  tam  sam.  U  boku  miał  pewn

ą

  farbowan

ą

 

blondynk

ę

  z  odrostami  przynajmniej  na  centymetr.  Pami

ę

tacie  j

ą

?  Wiem, 

ż

e  N  na  pewno  jej  nie 

zapomniał. 

 

Ludzie,  zapowiada  si

ę

  gor

ą

cy,  duszny  i  pracowity  lipiec,  ale  ja  nie  wiem  co  to  odpoczynek.  Zawsze 

znajdziecie  u  mnie  naj

ś

wie

ż

sze  wie

ś

ci,  kto  przychodzi,  kto  odchodzi,  kto  wprasza  si

ę

  na  najbardziej 

odlotowe imprezy na Gin Lane, Further Lane  i do tych tandetnych nocnych klubów  w  Hamptons, kto 

wykrada  si

ę

  pod  chłodn

ą

  osłon

ą

  nocy.  W  ko

ń

cu  jestem  wsz

ę

dzie.  W  ka

ż

dym  razie  wsz

ę

dzie,  gdzie 

warto. 

Wiecie, 

ż

e mnie kochacie. 

plotkara 

background image

S i B zerkaj

ą

 w krzywe lustro 

- Halo?  Halo?  -  Blair  Waldorf  i  Serena  van  der  Woodsen  weszły  do  skąpo 

umeblowanego holu futurystycznej rezydencji Baileya Wintera w East Hampton. Na zewnątrz 

kwitły hortensje, temperatura wciąż rosła, a w powietrzu latały pyłki. Ale w środku panował 

chłód.  Dom  był  wysprzątany  na  wysoki  połysk.  Blair  upuściła  na  podłogę,  której  wzór 

przypominał pasy zebry, łososiową skórzaną torbę z Tod's i znowu krzyknęła: - Halo?! Jest tu 

kto? 

Serena  przesunęła  na  czubek  głowy  klasyczne  okulary  przeciwsłoneczne  Chanel  w 

drewnianej  oprawie.  Przyzwyczajona  była  do  mieszkań  pełnych  antyków,  ale  gdyby  miała 

letni domek, chciałaby, żeby wyglądał właśnie tak: lśniący, czysty i bez żadnych gratów. 

- Jesteście, jesteście, jesteście! 

Znany  projektant  zbiegł  wypolerowanymi  hebanowymi  schodami  jak  przyduży 

dzieciak  w  bożonarodzeniowy  ranek,  klaszcząc  w  ręce  i  przekrzykując  szczekanie  pięciu 

mopsów, które pędziły tuż za nim. 

Blair wymieniła z nim trzy pocałunki w powietrzu. Nigdy wcześniej nie zauważyła, że 

jest  tak  niski;  jego  głowa  znajdowała  się  dokładnie  na  wysokości  jej  podbródka.  Bailey 

przygotował  kostiumy  do  Śniadania  u  Freda  -  filmu,  który  miał  być  remakiem  Śniadania  u 

Tiffany'ego  z  Audrey  Hepburn.  Główną  rolę  gra  w  nim  najstarsza  i  najlepsza  przyjaciółka 

Blair,  Serena.  Po  zakończeniu  zdjęć  Bailey  zaprosił  obie  na  lato  do  rezydencji  w  Georgica 

Pond, aby były jego muzami. Miały go zainspirować do nowej kolekcji lato - zima. Kolekcji, 

która zostanie pokazana tylko raz i będzie zawierać najbardziej ekscytujące pomysły. 

- Dziękujemy,  że  nas  zaprosiłeś  -  mruknęła  Blair,  gdy  pięć  psów  z  entuzjazmem 

obwąchiwało jej pomalowane na blady róż paznokcie u stóp. Na nogach miała - jakże inaczej 

- białe lniane espadryle Baileya Wintera. 

- Nie wstydź się! - wykrzyknął mężczyzna, czym przestraszył Serenę, która nadał stała 

w progu i podziwiała dom. 

- Chodź tu i natychmiast daj mi porządnego buziaka! 

Serena  ruszyła  za  przykładem  Blair,  odkładając  ciemnozieloną,  płócienną  torbę 

Hermesa  na  wypolerowaną  podłogę  i  obejmując  drobnego  projektanta.  Mopsy  kręciły  się 

background image

wokół niej, ocierając grube, ociekające śliną pyszczki o jej opalone nogi. 

- O mój Boże, zachowujcie się! - zbeształ psy Bailey. Zwierzęta w ogóle nie zwróciły 

na niego uwagi i kręciły drobnymi, jasnymi zadkami jak szalone, - Dziewczęta, pozwólcie, że 

was  przedstawię.  To  Azzdeine,  Coco,  Cristóbal,  Gianni  i  Madame  Grès.  -  Skinął  na  piątkę 

mopsów.  -  Dzieciaki,  to  dziewczęta:  Blair  Waldorf  i  Serena  van  der  Woodsen,  moje  nowe 

muzy. Bądźcie grzeczne! 

- Mam przynieść torby? - odezwał się niski głos z lekkim niemieckim akcentem. 

Blair  odwróciła  się  i  zobaczyła  wysokiego  chłopaka.  Właśnie  wszedł  do  pokoju  z 

zalanego  słońcem  korytarza,  prowadzącego  na  tyły  domu.  Za  chłopakiem,  przez  okna 

zajmujące całą ścianę dostrzegła basen. Przystojniak miał na sobie wytarty, pomarańczowy T 

- shirt, który ledwie zasłaniał bicepsy w kolorze karmelu, oraz wystrzępione oliwkowe szorty, 

sięgające poniżej kolan. Gdzie ona go widziała? W katalogu Abercrombie? W samej bieliźnie 

na plakacie na Times Square? 

W swoich snach? 

- Och,  witam,  Stefanie  -  pisnął  Bailey.  -  Dziewczyny  zamieszkają  w  domku  przy 

basenie. 

- Oczywiście. - Stefan wyszczerzył zęby i złapał porzucone torby. 

- Reszta  zestala  w  samochodzie  -  poinformowała  go  Blair.  Podziwiała  jego  bicepsy, 

kiedy napinały się, gdy dźwigał wypchane torby. 

- Niegrzeczna  dziewczynka!  -  rzucił  scenicznym  szeptem  Bailey,  który  zauważył 

spojrzenie Blair. 

Objął ją opaloną, może nawet lekko pomarańczową ręką za ramiona i uścisnął. 

- Niezły kąsek, co? 

Blair  z  entuzjazmem  pokiwała  głową,  chociaż  naprężone  ramiona  i  złote  od  słońca 

włosy Stefana sprawiły, że pomyślała o swojej dawnej miłości, Nacie Archibaldzie. Zresztą, 

może  wciąż  jeszcze  cos  do  niego  czuła.  Słońce  miało  magiczny  wpływ  na  jego  ciało.  Mógł 

nosić  od  dziewiątej  klasy  tę  samą  beznadziejną  koszulkę  polo  i  idiotyczne  uprasowane 

bermudy  khaki  z  Brooks  Bromers,  które  zawsze  kupowała  mu  mama,  ale  z  opalenizną 

wyglądał obłędnie. 

Gdy  kilka  minut  temu  podjeżdżała  pod  rezydencję  Bayleya,  wbrew  sobie  rozglądała 

się ukradkiem po okolicznych podjazdach, szukając samochodu Nate'a. Jego rodzina spędzała 

wakacje  w  Maine,  ale  słyszała,  że  Nate  zatrzymał  się  w  ich  nowym  domu  na  plaży  w 

Hamptons, bo pracował dla trenera. Nigdy tam nie była, ale posiadłość znajdowała się gdzieś 

w okolicy. Nie, żeby jakoś ją to obchodziło. 

background image

Jasne, że nie. 

To  było  ostatnie  pełne  wolności  lato  w  jej  życiu.  Oczywiście  w  college'u  też  będą 

wakacje, ale Blair spodziewała się, że wypełnią je staże w magazynach mody, archeologiczne 

wykopaliska na pustyni gdzieś w Azji lub Afryce albo „antropologiczne” badania na południu 

Francji. Już za osiem tygodni wrzuci walizki do nowego różowo - beżowego bmw (prezent na 

zakończenie  szkoły  od  podróżującego  po  świecie  kochanego  ojca  geja)  i  pojedzie  do  New 

Haven,  żeby  zacząć  życie  jako  studentka  Yale.  Do  tego  czasu  zamierzała  korzystać  z  życia 

jako muza znanego projektanta. W dzień będzie sączyła likier cytrynowy i schłodzoną wódkę 

przy  basenie,  a  wieczorami  ugniatała  umięśnione  ramiona  Stefana.  A  może  poszuka  Nate'a. 

Albo nic. Nieważne. 

- Masz przepiękny dom. 

Głos  Sereny  wyrwał  Blair  z  zamyślenia.  Przestała  podziwiać  kształtne  ramiona 

Stefana  i  przyjrzała  się  przyjaciółce,  która  siedziała  na  podłodze,  otoczona  psami  Baileya.  i 

uśmiechała się szczęśliwie. Miała na sobie długą  białą sukienkę na cieniutkich ramiączkach, 

wykończoną  fioletową  szydełkowaną  koronką.  Każda  inna  dziewczyna  wyglądałaby  w  niej 

jak hipiska z San Francisco, ale na Serenie sukienka prezentowała się cudnie. 

- Cieszę  się,  że  te  skromne  progi  spełniają  oczekiwania  Sereny  van  der  Woodsen  - 

odparł Bailey. 

Sześć  sypialni,  siedem  łazienek,  ptaszarnia,  domek  przy  basenie,  lądowisko  dla 

helikopterów i kort tenisowy - rzeczywiście skromne progi. 

Serena wzięła na ręce Coco i pocałowała ją w śliczny, płaski pyszczek. Mops sapnął i 

parsknął rozradowany. Serena nie bawiła się na podłodze z psem od czasów, kiedy spotykała 

się  z  przyrodnim  bratem  Blair,  Aaronem.  Jego  pies,  Mookie,  obślinił  cały  pokój  Blair  i 

wystraszył jej kotkę. Kitty Minky, która ze zdenerwowania wszędzie siusiała. Mimo to Serena 

miała  do  niego  słabość.  Zastanawiała  się,  czy  Bailey  pozwoli  jej  spać  z  Coco  w  domku  dla 

gości. Zupełnie, jakby miała żywego misia przytulankę. 

- Ktoś  cię  polubił,  co,  Coco?  -  zagruchał  Bailey,  drapiąc  psa  pod  brodą.  -  Chodźcie, 

oprowadzę was. 

Blair  zmarszczyła  brwi,  patrząc  na  pozostałe  cztery  psy,  które  gapiły  się  na  nią 

wyczekująco. Ostatnie, na co miała ochotę, to żeby kundel obślinił jej lnianą tunikę Calypso. 

- Tędy, proszę! - zawołał Bailey, prowadząc pięć psów i dziewczyny jak stadko gąsek 

ciemnym korytarzem do głównej części domu. 

W holu wisiały ogromne na całą ścianę obrazy z czerwonymi kołami Ellsworth Kelly. 

Blair znała je już z rozkładówki „Elle Decor”, gdzie w zeszłym roku zamieszczono artykuł o 

background image

posiadłości  Wintera.  Hol  otwierał  się  na  potężną  kuchnię  z  betonowymi  blatami.  Wielka 

tekowa misa z jasnożółtymi cytrynami stała na jednym z blatów. 

- To jest kuchnia - wyjaśnił gospodarz. - Wy powinnyście tylko wiedzieć, że mam tu 

barek. - Wskazał na metalowy narożny stolik ze zbiorem asymetrycznych karafek, - Pozwól-

cie. 

Bailey nalał jakiegoś alkoholu na lód i pokruszone listki mięty i wręczył dziewczynom 

pełne kieliszki od martini. Serena wzięła Coco pod pachę, żeby odebrać drinka. 

- A co to właściwie jest? - Blair podejrzliwie uniosła ciemny, idealny łuk brwi. 

- Miętowa herbatka dla moich dziewczyn! - Bailey opróżnił kieliszek jednym haustem 

i  zrobił  sobie  następnego  drinka.  -  Lodówka  jest  pełna,  więc  jazda  stąd.  Nie  musicie  mi  nic 

mówić, wiadomo, sezon kostiumów kąpielowych. 

- Jasne - zgodziła się Blair, w głębi duszy przewracając oczami. 

Koleżanki jej matki zawsze mówiły o tym, żeby uważać, co się je. Ale ona zamierzała 

pochłonąć tyle lodów Cold Stone Creamery i tyle francuskiego pieczywa, na ile będzie miała 

ochotę.  A  i  tak  zaprezentuje  się  wspaniale  w  nowym  kostiumie  w  paski  w  kolorze  kości 

słoniowej i błękitu. 

Pychota. 

- Chodźcie,  chodźcie.  -  Bailey  otworzył  szeroko  drzwi  na  wyłożone  niebieskawym 

piaskowcem  patio.  -  To  basen,  a  to...  - ciągnął,  wskazując  na  niski,  betonowy  bungalow 

wyglądający jak miniaturka jego rezydencji. - To wasze lokum. Domek przy basenie. Myślę, 

że  będzie  wam  tam  całkiem  wygodnie.  Jest  klimatyzacja,  a  pościel  sprowadzono  z  Umbrii. 

Stefan przyniesie wam wszystko, czego będziecie potrzebowały. 

Wszystko? 

- Są  jeszcze  dwie  ważne  osoby,  które  musicie  poznać.  - Bailey  się  rozpromienił. 

Klasnął wesoło w ręce, rozlewając resztki koktajlu. - Svetlana! Ibiza! Do mnie, proszę! 

Kolejne psy? 

- Idziemy, panie Winter! 

Dwie  długonogie  amazonki  wybiegły  z  domku  przy  basenie  -  z  ich  domku  -  i 

popędziły w stronę Blair, Baileya i Sereny. Psy szczekały z radości jak opętane. 

- Ja  Svetlana  -  oznajmiła  dziewczyna  z  żółtawymi  włosami,  sięgającymi  pupy.  Jej 

biodra były zupełnie chłopięce, żadnych krągłości. 

Miała  na  sobie  mikroskopijne  neonowopomarańczowe  figi  od  bikini  i  dwa  maleńkie, 

pomarańczowe trójkąty na nieistniejących piersiach. 

- Jestem Ibiza - powiedziała nieśmiało druga dziewczyna. 

background image

Miała kasztanowe włosy, które okalały lisią twarzyczkę i lśniące niebieskie oczy. Jej 

uśmiech szpeciły nieco wystające zęby. Nosiła lawendowo - złoty kostium w paski z gatunku 

tych  okropnych,  powycinanych  jednoczęściowych,  które  z  tyłu  wyglądają  jak  bikini. 

Precyzyjnie umieszczone okrągłe wycięcie odsłaniało nieco mechaty pępek. 

Fuj! 

Ibiza, to imię brzmiało zupełnie jak marka samochodu! Dziewczyna położyła ręce na 

ramionach Blair i ucałowała ją dwa razy, muskając tylko powietrze. Blair zadrżała, zdając so-

bie  sprawę,  że  -  nie  Ucząc  problemu  ortodontycznego  -  dziewczyna  wyglądała  zupełnie  jak 

ona.  Wyślizgnęła  się  z  uścisku  sobowtóra  i  przyjrzała  drugiej  modelce.  Przy  uważniejszych 

oględzinach okazała się rozcieńczoną wersją Sereny; minus wdzięk, opanowanie i maniery z 

Nowej Anglii. Co tu, do diabła, było grane? 

- Ibiza  i  Svetlana  będą  twarzami  nowej  kolekcji.  Na  reklamach,  wiecie  -  wyjaśnił 

Bailey z pełnym zadowolenia westchnieniem. - Oczywiście wy dwie jesteście inspiracją. 

Tak, to oczywiste. 

- Są  tu,  żeby  was  obserwować.  Żeby  naprawdę  stać  się  wami  -  ciągnął,  unosząc  w 

dramatycznym  geście  kieliszek,  jakby  grał  w  musicalu  Rent  na  Broadwayu.  -  Chcę,  żeby 

uchwyciły samą waszą esencję! 

Ej, aż ciarki przechodzą po plecach! 

- Milo mi was poznać. - Serena wyciągnęła rękę do dziewczyn, zaczynając od swojego 

sobowtóra. 

Zawsze  była  nieskazitelnie  uprzejma,  nawet  gdy  wszystko  przewracało  jej  się  w 

żołądku. Pomijając piskliwy głos i wątpliwy gust, jeśli chodzi o kostiumy kąpielowe, Svedana 

wyglądała jak ona. To znaczy nie do końca. To było jak Halloween w czwartej klasie, kiedy 

przebrały się z Blair za wychowawczynię - włożyły nawet peruki, brzydkie swetry Talbots i 

brązowe mokasyny. 

- To jak wielka piżamowa impreza! - Bailey pisnął niczym sześciolatka. 

Ibiza i Svetlana zachichotały sztucznie. 

- Z bitwą na poduszki! - krzyknęły chórem z mocnym akcentem z Europy Wschodniej. 

- Boże,  wy  dwie  jesteście  boskie.  -  Bailey  rzucił  kieliszek  na  zielony,  miękki  jak 

aksamit trawnik i klasnął w przypływie nagłego entuzjazmu. 

Blair obrzuciła wściekłym spojrzeniem karykatury. Dla wszystkich innych wyglądały 

pewnie  jak  szczęśliwe,  beztroskie,  niedożywione  lalki  Barbie,  ale  Blair  była  bardziej  spo-

strzegawcza niż przeciętna dziewczyna. Ibiza i Svetlana miały po prostu siedzieć i czekać, aż 

„muzy”  odcisną  na  nich  swoje  piętno.  Blair  zauważyła  coś  innego  w  tych  małych,  cudzo-

background image

ziemskich oczkach. Coś wyrachowanego i zdecydowanie jędzowatego. 

Swój pozna swego. 

Te dziewczyny nie zamierzały grać drugich skrzypiec. Ibiza i Svetlana miały całkiem 

inne plany. 

Cóż. 

Blair odwróciła się i uśmiechnęła szeroko do Sereny. Nagle ucieszyła się, że miała ją 

przy sobie. Złapała Serenę za rękę. 

- Ochłodźmy się - szepnęła szelmowsko. 

- Dobry pomysł. - Serena natychmiast zrozumiała. 

Wypuściła  wiercącą  się  Coco.  A  potem  we  dwie  wskoczyły  do  kusząco  błękitnego 

basenu,  w  butach  i  we  wszystkim.  Zapiszczały,  gdy  wylądowały  w  wodzie  dokładnie  w 

temperaturze ciała. 

- Och!  -  pisnął  Bailey,  gdy  chlorowana  woda  zachlapała  mu  lśniąco  białe,  lniane 

spodnie.  -  Proszę!  -  oznajmił  niewiadomo  komu.  -  To  dopiero  inspiracja.  Hilfe!  Stefan, 

szybko, mój szkicownik! Bitte, kochany! 

Blair  zanurzyła  głowę  w  lśniącej,  rozfalowanej  wodzie,  czując,  jak  ciemne  włosy 

wirują wokół niej. Wynurzyła się akurat, żeby zobaczyć, jak Ibiza odwraca się konspiracyjnie 

do Svetlany. I wtedy papugi stanęły na brzegu basenu i skoczyły na głowę do głębszej części. 

Kości uderzyły w wodę. 

Witajcie w nowej rodzinie, dziewczęta! 

background image

N potrafi rozpozna

ć

 zdesperowan

ą

 kur

ę

 domow

ą

 

- Nate? Nate? Gdzie się chowasz, misiaczku? 

Zduszony, odległy glos sprawił, że rozjaśnione słońcem włosy zjeżyły się Nate'owi na 

karku. Specjalnie wybrał obskurny, opustoszały strych w domu trenera Michaelsa, żeby uciec 

na  chwilę  od  codziennej  pańszczyzny,  którą  kazano  mu  odwalać  w  niezbyt  modnej  części 

Long Island. 

Ucieczka,  rzecz  jasna,  oznaczała  ujaranie.  Wdychanie  marihuany  i  wydychanie 

dwutlenku węgla. 

Głęboko  zaciągnął  się  świeżo  zrobionym  skrętem  i  wydmuchnął  obłoczek  ciepłego, 

suchego dymu przez maleńkie okienko. Nasłuchiwał, skąd dobiega  głos. Wołała go Patricia, 

znana  również  jako  Babs,  żona  Michaelsa,  która  non  stop  opalała  się  topless  przy  basenie. 

Nate  pracował  w  domu  trenera  w  Hampton  Bays  od  zakończenia  szkoły.  Tak  naprawdę  to 

Nate  jeszcze  jej  nie  skończył,  bo  nie  otrzymał  dyplomu  z  powodu  niesławnego  incydentu  z 

viagrą. Babs zawsze była przyjacielska. Przynosiła mu cytrynową mrożoną herbatę, gdy pchał 

kosiarkę  po  ukochanym  trawniku  trenera.  Namawiała,  żeby  zjadł  kawałek  cynamonowego 

tostu, gdy zjawiał się rano z mętnym wzrokiem, gotowy do pracy. Ale przez ostatnie dwa dni 

była...  cóż,  wyjątkowo  przyjacielska.  Może  i  chodził  ujarany  niemal  cały  dzień,  ale  nie  na 

tyle, żeby nie wiedzieć, że Babs Michaels zdecydowanie coś do niego miała. 

A kto by nie miał? 

Nate  zamarł  i  skupił  się  na  nasłuchiwaniu,  W  domu  panowała  cisza,  słyszał  tylko 

łomot własnego serca. Włożył z powrotem skręta do ust i zamarł - może dostawał paranoi od 

trawki, ale wydawało mu się, że coś słyszy. Jakby zbliżające się kroki. 

Cholera! Nate pospiesznie zgasił skręta na drewnianym parapecie. Na podłogę poleciał 

deszcz iskier. Super, nie dość że zaraz zostanie przyłapany na paleniu trawki, to jeszcze przy 

okazji spali cały dom. Schował skręta do kieszeni - po co go marnować? - i zaczął desperacko 

machać rękami, żeby dym wyleciał przez okno. 

- Jesteś na górze, Nate? - Babs stała u podnóża schodów na strych. - Czy czuję coś... 

nielegalnego? No wiesz, też kiedyś byłam nastolatką, i to nie tak dawno temu! 

Nate nadal wymachiwał rękoma, kiedy Babs pojawiła się na szczycie schodów. Na jej 

background image

pomarszczonej, brązowej od słońca twarzy pojawił się szelmowski uśmieszek. Farbowane na 

rudo włosy związała w luźny kucyk. Wokół czoła miała aureolkę z kosmyków. 

- O, jesteś! - Babs westchnęła. - Nie słyszałeś, jak wolałam? 

Nate pokręcił głową. Nagle zdał sobie sprawę, jaki jest ujarany. 

- Cóż  -  ciągnęła,  podchodząc  do  niego  leniwym  krokiem.  Minęła  stos  kartonów, 

starych  zabawek  i  innych  śmieci,  które  zgromadziła  z  mężem  na  strychu.  -  Wiesz,  co 

powiedział mój mąż: kiedy jego nie ma, jesteś mój. 

- Aha - wyjąkał Nate. 

Trener  wyjechał  na  tydzień  na  konferencję  lacross  w  Marylandzie.  Pewnie  uczył  się 

nowych technik torturowania uczniów. Nate zastanawiał się, czy zgasił do końca skręta. Bał 

się, że zapalą mu się spodnie. 

Ups. 

- Chodzi  o  to  -  mówiła  Babs,  niedbale  przesuwając  ręką  po  zardzewiałej  kierownicy 

roweru, zawieszonego pod sufitem - że potrzebuję pomocy. Zrobisz coś dla mnie? 

- Oczywiście. - Skinął głową. - Po to tu jestem. 

- Ta  przysługa  może  wykraczać  poza  twoje  zwykłe  obowiązki.  Ale  gdybyś  był  tak 

uprzejmy  i  pomógł  mi,  to  może  zapomniałabym,  że  na  strychu  śmierdzi  jak  na  koncercie 

Grateful Dead. Co ty na to? 

Jak można zareagować na szantaż? 

- Prze... przepraszam - wyjąkał. - To się więcej nie powtórzy. 

Babs się roześmiała. 

- Chyba nie sądzisz, że w to uwierzę. 

Uśmiechnęła się, ominęła rower i ruszyła w kierunku Nate'a, nadal pochylającego się 

przy oknie. 

- Nieważne. Potrzebuję pomocnej dłoni, a ty masz dwie. - Ujęła go za ręce, na których 

od niedawna pojawiły się odciski, i im się przyjrzała. - Dwie zręczne, silne dłonie. 

Nate zastanawiał się, czy  nie powinien ostrzec trenera, że jego dzieci pewnie nie bez 

powodu są do niego niepodobne. Wyglądało na to, że Babs zaliczała każdego chłopca, który 

nosił jej zakupy ze sklepu! 

- Co mogę dla pani zrobić? - Starał się, żeby te słowa zabrzmiały wesoło i uprzejmie, 

ale głos mu drżał. 

Babs wypuściła jego dłonie i rozpięła guzik różowej bluzki. 

- Postanowiłam zafundować trenerowi małą niespodziankę. - Rozpięła kolejny guzik. 

- Jasne - odparł spokojnie Nate. 

background image

I rzeczywiście widział jasno imponujący rowek między piersiami, bez żadnych białych 

śladów, dzięki popołudniowemu zwyczajowi opalania się topless. 

Pięknie. 

- Postanowiłam  zafundować  sobie  mały  tatuaż.  -  Zachichotała,  rozpinając  ostatni 

guzik  i  pozwalając  bluzce  zsunąć  się  z  ramion  na  podłogę.  -  To  dla  trenera,  żeby  miał  co 

odkryć, gdy wróci do domu. 

- Super, - Skinął głową. 

Patrz jej w. oczy. W oczy... w oczy! 

- Ale to wymaga wyjątkowej troski - szepnęła chrapliwym głosem. 

Odwróciła się do Nate'a i pokazała mu maleńki tatuaż - motyla z zielonymi skrzydłami 

na brązowej skórze w dolnej części pleców. 

- Ja nie mogę sięgnąć - ciągnęła. - A Matty, chłopak od tatuaży, powiedział, że muszę 

wcierać w niego olejek co dwie godziny. 

Nate przyjrzał się tatuażowi, rozpaczliwie starając się odzyskać jasność myślenia. Co 

miał zrobić? Babs była w porządku, ale z bliska jej skóra wyglądała jak stara rękawica base-

ballowa, a perfumy pachniały jak mydło w toalecie na stacji benzynowej. 

Nic dziwnego, że trener Michaels potrzebował viagry. 

A  skoro  o  nim  mowa  -  skopałby  Nate'owi  tyłek,  i  to  dosłownie,  gdyby  wiedział,  że 

żona  zdjęła  bluzkę  w jego  obecności.  Z  drugiej  strony,  jeśli  nie  wetrze  tego  olejku,  to  Babs 

powie  mężowi  o  trawce.  Wtedy  trener  nie  da  Nate'owi  dyplomu  pod  koniec  wakacji,  co 

oznacza pożegnanie z Yale. I zasadniczo spieprzone całe życie. 

Chyba nie miał wyboru. 

- Gdzie ten olejek? - zapytał. 

Zamknął  oczy,  nakładając  mai.  Szukał  w  ujaranej  głowie  jakiegoś  aseksuatnego 

tematu do rozmowy. 

- Będę musiał zabrać kosiarkę ze słońca, bo inaczej może wybuchnąć. Nie chcemy tu 

żadnego pożaru. 

Za późno, skarbie. Za późno. 

background image

pokr

ę

cone umysły my

ś

l

ą

 w podobny sposób 

- Auć,  cholera  -  mruknął  Dan  Humphrey,  parząc  sobie  język  rozpuszczalną  folgers, 

zalaną kranówą, czyli czymś, co u niego uchodziło za kawę. 

Stary, nie słyszałeś nigdy o Starbucks? 

Dan  wsadził  do  ust  lekko  wygiętego  camela.  Próbował  jednocześnie  zaciągnąć  się 

papierosem  i  podmuchać  na  kawę,  żeby  ją  ostudzić,  co  było  absolutnie  niewykonalne. 

Wychlapał  część  kawy  z  krzywego,  ciemnofioletowego  kubka,  który  ulepiła  wiele  lat  temu 

jego matka, nim wyprowadziła się na Węgry, do Czech, czy gdzie tam właściwie mieszkała. 

Duże  brązowe  krople  spadły  na  zakurzone  żółte  linoleum.  Zdecydowanie  nie  był  rannym 

ptaszkiem. 

Odstawił  kubek  z  kawą  na  stary  blat  kuchenny  i  podszedł  do  beżowej  lodówki  z 

połowy  lat  siedemdziesiątych.  Miał  nadzieję,  że  uda  mu  się  wygrzebać  coś  jadalnego,  co 

pochłonąłby, jadąc metrem do centrum. Miał tylko dwadzieścia minut, żeby dotrzeć do pracy 

-  wymarzonej  roboty  w  Strand,  ogromnym,  piętrowym  antykwariacie  w  Greenwich  Village. 

Jeśli teraz niczego nie zje, to do przerwy na lunch umrze z głodu. 

Wstrzymując  oddech,  żeby  się  nie  narazić  na  potencjalne  niemiłe  zapachy,  wsadził 

głowę  do  wielkiej  pomrukującej  lodówki  i  ocenił  stan  rzeczy.  Stary  jak  świat  kubek  z  jakąś 

miksturą  pokrył  się  zielonym  meszkiem  pleśni.  W  białej  ceramicznej  misce  przelewały  się 

jakieś  bliżej  nieokreślone  resztki  warzyw,  a  w  plastikowym  pojemniku  leżały  jajka 

ugotowane  na  twardo,  na  których  jego  siostra.  Jenny,  namalowała  buzie.  Zrobiła  to  przed 

wyjazdem do Europy, czyli ponad miesiąc temu. To nie był miły widok. 

- Nie łudź się - mruknął ktoś za nim. - Sprawdzałam wczoraj wieczorem. Nie ma tam 

nic nawet w przybliżeniu jadalnego. 

Zamknął lodówkę i słabo uśmiechnął się do Vanessy Abrams, która najpierw była jego 

najlepszą  przyjaciółką,  potem  dziewczyną,  aż  wreszcie  została  współlokatorką.  Po  wielu 

wzlotach  i  upadkach  -  a  wszystkie  wynikały  z  napalonego,  błądzącego  spojrzenia  Dana  - 

zdecydowali,  że  lepiej  funkcjonują  jako  przyjaciele,  którzy  śpią  w  oddzielnych  łóżkach  i  w 

oddzielnych  pokojach.  Tak  się  składało,  że  te  pokoje  znajdowały  się  w  tym  samym 

mieszkaniu,  ponieważ  Vanessa  straciła  dom  przez  wredną,  absolutnie  egoistyczną  siostrę, 

background image

która znalazła sobie w Czechach nowego chłopaka. 

- Aha,  kicha.  -  Dan  wrzucił  papierosa  do  zlewu.  Niedopałek  zasyczał.  -  Jestem  taki 

głodny. 

- Yhm - mruknęła Vanessa. 

Podgrzewała  w  mikrofalówce  wodę  w  miarce,  jedynym  czystym  naczyniu,  jakie 

zdołała  znaleźć.  Rozsypała  trochę  kawy  folgers,  próbując  jej  nasypać  do  kubka.  Ona  też  nie 

była rannym ptaszkiem. 

Dobrana para. 

Usiadła  na  zagraconym  blacie.  Wystrzępione,  granatowe  bokserki  Dana  praktycznie 

nie zasłaniały jej bladych, nieogolonych nóg. To było dziwaczne, patrzeć, jak nadal nosi jego 

rzeczy, i to bieliznę, chociaż już nie są razem. To sprawiło, że Dan... posmutniał. 

Od  tygodnia  każdej  nocy  leżał  w  łóżku  i  zastanawiał  się,  co  Vanessa  robi  w  swoim 

pokoju. Słyszał, jak wstaje do łazienki i myślał o tym, że mógłby „przez przypadek” spotkać 

ją  w  ciemnym,  znajomym  korytarzu.  Padliby  sobie  w  ramiona,  zaczęli  się  gwałtownie 

całować, aż doszliby do jego łóżka. Głaskałby jej ogoloną głowę. Tak bardzo chciałby znowu 

poczuć  drapanie  krótkich  włosków  na  piersi  i  to,  jak  jej  uszy  robią  się  gorące  -  jak  zawsze, 

gdy się podnieci... 

Dan nagle zaczął kręcić głową, jakby jego fantazja zaczęła mu dokuczać jak woda w 

uchu. 

- Wszystko w porządku? - Vanessa spojrzała na niego podejrzliwie. 

Przesunęła się na blacie bliżej mikrofalówki. 

- Aha.  -  Dan  prawie  krzyknął,  wsadzając  palce  do  uszu.  -  Lepiej  się  ruszę.  Muszę 

zdążyć do pracy. Robota czeka, wiesz, jak jest. 

- Dlaczego krzyczysz? - zapytała cicho, ściągając brwi. 

- Przepraszam - roześmiał się. 

Wypił kawę jednym haustem, ignorując fakt, że pali go w gardło. Sięgnął za Vanessę. 

żeby złapać złożony egzemplarz „New York Review of Books”, który zamierzał przeczytać w 

metrze. 

- No to cześć. Miłego dnia - dodał, powstrzymując się od pocałowania jej. 

- Cześć! - krzyknęła za nim. 

To się nazywa niezręczna sytuacja. 

 

Wcisnął  ostrożnie  pod  pachę  zwinięty  „Review”  i  zbiegł  po  zatęchłych  granitowych 

schodach  do  legendarnie  brudnego  pokoju  dla  pracowników  w  Strandzie.  Ciemna  klatka 

background image

schodowa  ohydnie  śmierdziała  zapleśniałymi  książkami,  ale  dla  Dana  był  to  wspaniały 

aromat. 

Miał trzydzieści sekund, żeby wrzucić gazetę do szatki, złapać plakietkę z imieniem i 

stawić się do pracy na piętrze. Żaden z jego szefów nie miał ani odrobiny poczucia humoru, 

jeśli  chodziło  o  spóźnienia.  To  byli  oschli,  niedorobieni  intelektualiści,  którzy  pogardzali 

pracującymi w wakacje dzieciakami, takimi jak Dan. Ciągle wołali na niego „nowy” albo „ej, 

ty”, mimo że pracował tu prawie od miesiąca i każdego dnia tak jak reszta, nosił plakietkę z 

imieniem. 

To się nazywa mieć styl. 

Dan  wpadł  do  maleńkiego  pokoju,  niechcący  uderzając  drzwiami  o  ścianę. 

Przestraszył tym chudego dzieciaka z krótkimi, rozczochranymi blond włosami i okularami w 

rogowej  oprawie,  które  były  za  duże  i  niemal  zakrywały  mu  kwadratową  twarz  o  szeroko 

rozstawionych oczach. 

- Przepraszam - mruknął Dan. 

Popędził  do  swojej  szafki  -  małego  pudła  znajdującego  się  raptem  parę  centymetrów 

nad  zakurzoną  i  zasypaną  niedopałkami  betonową  podłogą.  Wprowadził  dziwaczną 

kombinację  -  8/28/49,  czyli  datę  urodzenia  Goethego,  autora  najukochańszej  książki  Dana, 

Cierpień młodego Wertera - wrzucił gazetę i złapał plakietkę. 

- „New York Review of Books”, co? - zagaił blondyn. 

- Co? A, tak. 

Dan  przypiął  tandetną  czerwoną  plakietkę  do  wypłowiałego  czarnego  T  -  shirta  i 

podejrzliwie zerknął na obcego. Nie zauważył go tu wcześniej. To jego pierwszy dzień? Czy 

to możliwe, że Dan już nie będzie „nowym”? 

- Jestem Greg. - Uśmiechnął się. - To mój pierwszy dzień. 

Świeże mięso w krainie zapleśniałych książek. Zapowiada się szalona zabawa. 

- Super, Witamy w piekle - warknął Dan. 

W głębi duszy ekscytował się tym. że będzie teraz przewyższał kogoś stażem. 

- Właściwie to nie mogę uwierzyć, że tu jestem - ciągnął z zapałem Greg. 

Rozglądał się po pokoju, jakby to była Kaplica Sykstyńska, a nie brudna, pozbawiona 

okien  kanciapa  w  zaszczurzonej  piwnicy.  Nosił  koszulę  w  kowbojskim  stylu  z  krótkimi 

rękawami i obcięte spodnie khaki, które przypomniały Danowi o Vanessie. Przedwczoraj, gdy 

w salonie umarła klimatyzacja, obcięła nogawki ulubionych czarnych bojówek. Boże, jak za 

nią tęsknił. 

- Wiesz, zawsze chciałem tu pracować - gadał Greg. 

background image

- Robota jak robota - odparł Dan bez zainteresowania. 

Oczywiście doskonale wiedział, o czym mówił Greg, ale z przyjemnością naśladował 

podejście  reszty  pracowników  Strandu.  Czuł  się  przez  to  twardy,  jakby  był  w  stanie  zgasić 

papierosa na dłoni Grega. 

- Widziałem  cały  wózek  starych  pism  literackich  na  górze  przy  windzie.  Pewnie  tym 

będziesz się zajmował do lunchu. 

- Dla  mnie  bomba!  -  zachwycił  się  Greg.  -  Mam  tu  czekać?  Ten  facet,  Clark, 

powiedział, żebym tu zszedł, a on zaraz przyjdzie, ale to już było kwadrans temu... 

- Clark  wie,  co  robi  -  przerwał  mu  Dan.  -  Muszę  iść  na  górę,  na  pewno  się  tam 

zobaczymy, Jeff. 

- Greg - poprawił go chłopak. - Czy ktoś ci kiedyś mówił, że wyglądasz dokładnie jak 

ten facet z Raves, Dan jakiś tam? 

Dan zamarł w pół kroku. 

- Humphrey. Dan Humphrey. I tak się składa, że ja nazywam się Dan Humphrey. 

Kariera  Dana  w  rockowej  grupie  Raves  trwała  dokładnie  tyle,  ile  jeden  koncert  w 

Funktion  na  Lower  East  Side.  Nie  wierzył,  że  ktokolwiek  będzie  pamiętał  tę  noc.  On  na 

pewno nie pamiętał. 

To zasługa butelki Stolicznej. 

- Nie  mów,  serio?  -  Greg  przeszedł  przez  pokój  i  wyciągnął  rękę,  -  Jesteś  Dan 

Humphrey? Ten poeta, Dan Humphrey? Nie mogę uwierzyć, że cię poznałem! Oczywiście, to 

ma sens, żeby ktoś taki jak ty pracował w Strandzie, - Poprawił na nosie okulary. - Rewelacja! 

Nie mogę uwierzyć. Uwielbiałem twoje wiersze. Masz coś nowego, co mógłbym przeczytać? 

Dan  poczuł,  że  się  czerwieni.  Przed  krótką  karierą  w  charakterze  gwiazdy  rocka 

opublikował  w  „New  Yorkerze”  wiersz  Zdziry.  Szum  w  świecie  literackim  trwał  dokładnie 

pięć minut, ale wspomnienia Dana z tego okresu były ciepłe i nieco mgliste. Trudno mu było 

uwierzyć, że ktoś oprócz jego ojca pamiętał o tym zdarzeniu. 

- Cóż, poeci muszą ciągle pracować - skłamał. - Pracuję teraz nad paroma pomysłami 

do powieści. To dlatego ostatnio przycichłem. 

- Stary,  to  dla  mnie  zaszczyt.  Prawie  w  to  nie  wierzę.  Poznałem  poetę  z  „New 

Yorkera”. To niesamowite. 

- To nic wielkiego. - Dan machnął ręką, jakby opędzał się od pochwał. 

Pan Skromniś. 

- Cudownie  -  ciągnął  Greg,  wsuwając  ręce  do  kieszeni  sięgających  tuż  za  kolana 

szortów. - Słuchaj, nie wierzę, że cię o to zapytam, ale... próbuję rozkręcić salon. No wiesz, 

background image

nic  formalnego,  mnóstwo  ludzi,  którzy  cenią  książki,  spotykają  się  od  czasu  do  czasu,  żeby 

strzelić kielicha, pogadać o literaturze, poezji, filmach i muzyce. I blogach. Ale tylko czasem. 

Domyślam się, że jesteś bardzo zajęty, ale może masz ochotę się przyłączyć? To znaczy, jeśli 

nie masz czasu, to spoko, ale... 

- Salon - przerwał tę paplaninę Dan. 

Właściwie to brzmiało,.. rewelacyjnie. Przyszedł do pracy w Standzie, licząc na wiele 

inspirujących rozmów na temat klasyki i zagranicznych filmów w przerwach, ale jak na razie 

najgłębsza  dyskusja,  w  jakiej  brał  udział,  to  rozmowa  z  dwoma  współpracownikami,  którzy 

poprosili go o papierosa. 

- Brzmi w porządku. 

- Stary,  to  świetnie!  -  wykrzyknął  podekscytowany  Greg.  Głos  mu  się  lekko  łamał.  - 

Nadal  pracuję  nad  detalami,  no  wiesz,  szkicuję  statut,  zastanawiam  się,  jak  rekrutować 

członków. 

- Statut. - Dan pokiwał głową w zamyśleniu. - Może mógłbym w tym pomóc. 

- Serio?  Zajefajnie!  -  Greg  wyciągnął  tęczowy  długopis  z  kieszeni  na  piersi  i  złapał 

rękę  Dana.  -  Dam  ci  mój  e  -  mail.  -  Nabazgrał  mu  adres  na  dłoni.  -  Podeślij  mi  parę 

pomysłów,  ja  je  jakoś  uporządkuję.  No  i  potrzebujemy  nazwy.  Myślałem,  żeby  pomieszać 

nazwiska nieżyjących poetów, jak Wadsworth Whitman albo Emerson Thoreau. Nie mieliby 

nic przeciwko. 

Nie, ale przewracaliby się w grobach. 

- Super.  -  Dan  wyciągnął  rękę  z  uścisku  Grega  t  zerknął  na  adres.  -  Będziemy  w 

kontakcie - dodał, starając się, żeby nie okazać za dużo entuzjazmu. 

Potrzebował  nowych  przyjaciół.  Zwłaszcza  teraz,  kiedy  Vanessa  miała  już  go  dość  i 

trudno ją było o to winić. 

Jedno słowo: smutny. Ale też... milutki. Na poważny, smutny sposób. 

background image

och, ten 

ś

wiat, który na ciebie czeka! 

- W  porządku.  -  Vanessa  westchnęła  i  uklękła  na  dywanie  w  bawialni  na  piątym 

piętrze domu rodziny Jamesów - Morganów przy Park Avenue. - Sprawdzimy po raz ostatni 

torbę i wychodzimy. Gotowi? 

- Gotowi! - krzyknęli chórem Nils i Edgar. 

Byli bliźniakami i prawie wszystko robili razem, nieważne, czy chodziło o rozlewanie 

żurawinowego  soku  na  antyki  matki  -  krzesła  obite  jedwabiem  w  kolorze  kości  słoniowej  - 

czy darcie się na całe gardło, co pewnie miało przypomnieć matce o ich istnieniu. To były, na 

swój  sposób,  urocze  dzieciaki,  ale  trudno  było  to  dostrzec,  kiedy  człowiek  zajmował  się 

wycieraniem im nosów i tyłków i pilnowaniem, żeby przetrwali dzień, nie łamiąc sobie rąk i 

nóg. A właśnie na tym polegała praca Vanessy. Wylano ją z jej pierwszego hollywoodzkiego 

filmu  Śniadanie  u  Freda,  gdzie  była  operatorem.  Miała  wtedy  totalnego  doła,  osobistego  i 

finansowego, i tylko dlatego zgodziła się zostać nianią. 

Poza tym, że była kompletnie pijana. Rzecz jasna. 

To było wręcz żenujące, pomyśleć, że dwa tygodnie temu brała udział w prywatnych 

przesłuchaniach  w  apartamencie  gwiazd  w  hotelu  Chelsea,  robiąc  to,  co  kochała,  a  teraz 

siedziała na strychu, w pokoju dla dzieci w stylu edwardiańskim w Carnegie Hill, z plamą po 

winogronowej  galaretce  na dżinsach i dwoma zasmarkanymi chłopcami,  fikającymi koziołki 

pod  jej  nogami.  A  w  tym  samym  czasie  gwiazdy  filmowe  opalały  się  na  plaży,  raptem  parę 

kilometrów stąd, w Hamptons. Nie żeby była wielbicielką gwiazd, ale mimo wszystko... 

- No to sprawdzamy. Chusteczki? - zapytała Vanessa. 

- Aha! - krzyknęły bliźniaki, wymachując dwoma paczkami chusteczek higienicznych. 

Wrzuciły je do różowo - zielonej torby Lilly Pulitzer. 

- Torebki z przekąską? 

- Aha! - Chłopcy zamachali dwiema torbami z krakersami serowymi. 

- Kartoniki z sokiem! 

- Aha! 

- Nie rzucajcie nimi! - Vanessa natychmiast przypomniała sobie różowe plamy, które 

desperacko starała się wywabić z krzeseł. 

background image

- Czym? 

Allison Morgan weszła powoli po wąskich drewnianych schodach. Jej szpilki bez pięt 

z wężowej skórki stukały o jasny parkiet. 

- Mama! 

Chłopcy  porzucili  torbę  piknikową  i  rzucili  się  do  kremowej,  wąskiej  spódnicy  z 

włóczki boucle od Chanel. 

- Pakujecie  się  do  wyjścia?  -  zapytała  pani  Morgan  wyjątkowo  sztucznym  tonem. 

Odsunęła się od bliźniaków. 

Jaka spostrzegawczość, mamusiu. 

- Pomyślałam, że pójdziemy do zoo w Central Parku - wyjaśniła Vanessa. 

- Och - cmoknęła Allison. - Central Park? Pamiętasz, co się stało ostatnim razem. 

Oczywiście,  że  pamiętała.  Nigdy  nie  zapomni  widoku  Dana  w  neonowożółtych 

ochraniaczach  na  kolanach,  na  rolkach,  ręka  w  rękę  z  dziewczyną.  Długowłosą,  ubraną  w 

spandex,  przerażająco  radosną  dziewczyną.  To  było  tak  zabawne  i  dziwaczne,  ale  zarazem 

złamało  jej  serce.  Palący  papierosa,  z  niechlujnymi,  brudnymi  włosami  gwiazdora  rocka,  w 

brudnym T - shircie i w tak długich, że aż idiotycznych sztruksach w kolorze wymiocin - to 

był Dan Humphrey, którego znała. 

I kochała? 

Ale oczywiście nie to miała na myśli nowa szefowa Vanessy. Tamtego dnia bliźniaki 

wysmarowały się słodyczami, a potem wrzeszczały przez pół nocy. 

Vanessa jednak nie mogła przestać myśleć o Danie. Teraz sprawy wróciły do normy. 

Prawie.  Może  to  po  prostu  brak  snu,  a  może  tak  jej  ulżyło,  że  stary  Dan  wrócił,  że  rzucił 

blond laskę, ćwiczącą jogę i świrującą na punkcie jedzenia, ale... cholera, tego ranka w kuchni 

Vanessa  ledwo  zapanowała  nad  sobą,  tak  bardzo  chciała  go  pocałować.  Wyglądał  słodko, 

zaspany,  pijąc  kawę  z  nieforemnego  kubka.  To  wydawało  się  prawie...  naturalne,  tak  jak 

zawsze wyobrażała sobie życie razem. Poza tym, że nie byli razem. Byli tylko... przyjaciółmi. 

A ona nie chciała zrobić niczego, co zniszczyłoby ten układ. Na przykład nie chciała zanurzyć 

nosa w jego ciepłych, pachnących papierosami włosach. Nie, w żadnym wypadku. 

Kłamczucha. 

- Słuchaj,  cieszę  się,  że  cię  złapałam.  -  Chrapliwy  głos  zdradzał,  że  Allison  wypiła 

stanowczo za dużo chardonnay zeszłego wieczoru. - Jedziemy na kilka dni do naszego domu 

w Amagansett. W mieście zrobiło się nieznośnie gorąco, a chłopcy tak uwielbiają plażę. 

- Plaża!  -  wrzasnęli  Nils  i  Edgar,  oczywiście  chórem,  i  zaczęli  ganiać  po  pokoju  jak 

wariaci. 

background image

- Widzisz, już się cieszą - zauważyła pani Morgan, - A co ty na to? Mamy dodatkowe 

lokum  na  górze,  bardzo  wygodne.  Dnie  będziesz  spędzać  z  chłopcami,  a  powiedzmy  około 

szóstej, kiedy chłopcy siadają do kolacji, będziesz wolna. Oczywiście płaca bez zmian. 

Vanessa  przemyślała  sytuację.  Właśnie  pakowała  do  obrzydliwie  ślicznej  torby  sok  i 

krakersy, podczas gdy dwaj mali maniacy biegali wokół niej, wrzeszcząc coś o falach. Co ją 

czekało?  Kolejny  wieczór  gapienia  się  na  pęknięcia  na  suficie  w  pokoju  Jenny,  który  nadal 

śmierdział rozpuszczalnikiem do farb, i fantazjowania o pachnących kawą i papierosami po-

całunkach Dana? 

Nienawidziła  słońca,  nawet  nie  miała  kostiumu  do  opalania  i  zasadniczo  pogardzała 

wszystkim, co dotyczyło plaży, opalenizny, półnagości i nad wyraz denerwujących ludzi, któ-

rych  to  interesowało.  Ale  jej  życie  było  już  tak  beznadziejne,  że  propozycja  brzmiała 

właściwie... nie najgorzej. 

- Amagansett  - wymówiła powoli, jakby to była  choroba, nazwa  genitaliów albo kraj 

na Dalekim Wschodzie, w którym nigdy nie była. - Brzmi wspaniale. 

Och, bo to jest wspaniale miejsce, Ale tylko w stosownych okolicznościach. 

background image

 

tematy    ◄    wstecz    dalej    ►    wyślij pytanie    odpowiedź 

Wszystkie  nazwy  miejsc,  imiona  i  nazwisko  oraz  wydarzenia  zostały  zmienione  lub  skrócone,  po  to  by  nie 

ucierpieli niewinni. Czyli ja.

 

 

hej, ludzie!

 

 

Przerywam stały program, 

ż

eby donie

ść

 wam o naj

ś

wie

ż

szych nowinach: 

 

Moi  informatorzy  s

ą

  najlepsi.  Pami

ę

tacie  zaniepokojon

ą

  czytelniczk

ę

,  która  kilka  dni  temu  pisała  o 

parze  oszustek,  które  przenikn

ę

ły  do  towarzystwa  w  Hamptons?  Okazuje  si

ę

ż

e  to  nie  był 

ż

art. 

Makabryczna  dwójka,  niepokoj

ą

co  podobna  do  B  i  S,  to  para  pseudopi

ę

kno

ś

ci  z  Estonii.  Pewien 

projektant  chce  z  nich  zrobi

ć

  nowe  twarze  kolekcji,  planowanej  na  najbli

ż

sz

ą

  jesie

ń

.  Zapowiada  si

ę

 

podwójny  (poczwórny?)  kłopot.  A  ja  my

ś

lałam, 

ż

e  naukowcy  rozpracowali  tylko  klonowanie  owcy! 

Estonia  jest  wida

ć

  bardziej  zawansowana  technicznie.  A  do  tego  jeszcze  paskudna  przeszło

ść

  tych 

dziewczyn.  Szczegóły  wła

ś

nie  wypływaj

ą

!  Stawiam  na  to, 

ż

e  B  pierwsza  si

ę

  w

ś

cieknie.  Ale  zanim 

bomba  wybuchnie,  dajmy  sobie  chwil

ę

ż

eby  rozwa

ż

y

ć

  ró

ż

ne  mo

ż

liwo

ś

ci:  czy  posiadanie  osobistego 

sobowtóra nie mogłoby si

ę

 czasem okaza

ć

 przydatne? Wiem, 

ż

e kto

ś

 taki byłby mi niezb

ę

dny w maju, 

w czasie egzaminów, gdy moje ciało chce si

ę

 tylko wyci

ą

gn

ąć

 na Owczej Ł

ą

czce. A co z wymykaniem 

si

ę

  z  nudnych  rodzinnych 

ś

niada

ń

  w  Le  Cirque?  Nie  przydałaby  si

ę

  dodatkowa  para  r

ą

k  do  prac 

charytatywnych w naszym mieniu? Poza tym wi

ę

cej znaczy tyle co weselej, nie? Ale z drugiej strony, 

wi

ę

cej ciał to mniej miejsca na zatłoczonych pla

ż

ach Hamptons. Mo

ż

e pozbycie si

ę

 tych sobowtórów 

nie jest najgorszym pomysłem. 

 

Je

ś

li  tylko  niemrawo  potakujecie,  czytaj

ą

c  o  zatłoczonych  pla

ż

ach,  i  nie  do

ś

wiadczyli

ś

cie  tego  na 

własnej  skórze,  uznajcie  to  za  oficjalne  o

ś

wiadczenie:  niewa

ż

ne,  ile  ludzi  zjedzie  si

ę

  do  Hamptons 

latem,  tylko  tu  mo

ż

na  co

ś

  zobaczy

ć

  i  zosta

ć

  zobaczonym.  Wi

ę

c  składajcie  laptopy,  łapcie  torb

ę

 

pla

ż

ow

ą

  i  ładujcie  walizki  do  prywatnego  odrzutowca!  W  ostateczno

ś

ci  wystarczy  autobus  Hampton 

Jitney,  tylko 

ż

e  korki  zabior

ą

  wam  kilka  dodatkowych  godzin.  Ale  zaufajcie  mi,  poczujecie, 

ż

e  było 

warto, gdy tylko zanurzycie palce stóp w l

ś

ni

ą

cych piaskach. Co

ś

 cudownego! 

 

A poniewa

ż

 beze mnie jeste

ś

cie bezradni, przypomn

ę

 wam, co nale

ż

y zabra

ć

... 

 

background image

lista rzeczy niezb

ę

dnych do pospiesznego wyjazdu do Hamptons 

 

- Ogromne okulary przeciwsłoneczne Chanel albo okulary lotnicze w starym stylu. Podróbki s

ą

 troch

ę

 

jak  modelki  sobowtóry,  na  pierwszy  rzut  oka  wygl

ą

daj

ą

  w  porz

ą

dku,  ale  z  bliska  s

ą

  zwyczajnie 

kiepskie. 

 

- Nawil

ż

aj

ą

cy balsam do opalania Clarins, faktor 30. Moda na opalenizn

ę

 na skwark

ę

 odeszła razem z 

zeszłorocznymi espadrylami. 

 

- Balsam  do  ust  Kiehla,  faktor  15,  z  aromatem  jagodowym.  To, 

ż

e  unikasz  białych  łat  na  skórze,  nie 

znaczy, 

ż

e twoje usta powinny by

ć

 nagie. 

 

- Torba 

ż

eglarska  z  monogramem  i  r

ę

cznik  od  kompletu.  To  elegancki  odpowiednik  naszywek  z 

imieniem na rzeczach branych na letni obóz. Gdy zgubisz r

ę

cznik, trzymaj kciuki, aby odnalazł go jaki

ś

 

przystojniak... a potem znalazł ciebie, aby go odda

ć

 

- Woda  mi

ę

towa  Metromint.  Chłodzi  w  gor

ą

cy  dzie

ń

  na  sło

ń

cu.  Poza  tym  od

ś

wie

ż

a  oddech,  dzi

ę

ki 

czemu jeszcze bardziej zach

ę

casz do pocałunku. Cmok! Cmok! Cmok! 

 

- Najlepsi przyjaciele. B

ę

dziesz potrzebowa

ć

 kogo

ś

, kto wetrze ci w plecy Coppertone, a wiadomo, 

ż

przelotny letni romans to nie jest długoterminowe rozwi

ą

zanie... 

 

Wasze e - maile 

 

A  skoro  ju

ż

  mowa  o  letnich  romansach  -  z  waszych  e  -  maili  wynika, 

ż

e  wszyscy  macie  jakie

ś

 

powa

ż

ne problemy w zwi

ą

zkach. Pozwólcie, 

ż

e pomog

ę

 

P:

 Droga P! 

Mieszkałam  z  moim  byłym  chłopakiem  i  teraz  zamierzam  wyjecha

ć

  na  krótko.  To  nic 

osobistego,  po  prostu wakacje. Jak nale

ż

y si

ę

  zachowa

ć

? Powiedzie

ć

 mu czy  niech si

ę

 sam 

domy

ś

li? 

Uciekaj

ą

ca współlokatorka 

 

O:

 Droga Uciekaj

ą

ca! 

To, 

ż

e  wiesz,  jak  całuje  twój  współlokator,  nie  znaczy, 

ż

e  mo

ż

esz  wywali

ć

  reguły  wspólnego 

mieszkania  za  okno  apartamentu.  Pozwól, 

ż

e  przedstawi

ę

  ci  podstawy:  1)  Jedzenie  jest 

wspólne, chyba 

ż

e je podpisano. 2) Zadzwo

ń

, je

ś

li nie wracasz na noc - martwimy si

ę

! 3) Je

ś

li 

nie  zabierasz  nas  na  wakacje,  zostaw  nam  przynajmniej  li

ś

cik  i  upominek.  (Sugerowałabym 

now

ą

 torb

ę

 pla

ż

ow

ą

 od Marca Jacobsa, ale to tylko ja). Bon voyage! 

P. 

background image

 

P:

 Droga P! 

Wiem, 

ż

e mój były mieszka na tej samej ulicy co ja tego fata, ale nie mog

ę

 si

ę

 zorientowa

ć

, w 

którym domu. Pomocy! 

Po - s

ą

siedzku 

 

O:

 Droga Po - s

ą

siedzku! 

Mo

ż

e  powinna

ś

  skorzysta

ć

  z  pomysłu  opatentowanego  w  Jasiu  i  Małgosi  i  pomóc  mu 

odnale

źć

  ciebie.  Je

ś

li  jest  taki  jak  ka

ż

dy  chłopak,  którego  znam, 

ś

lad  z  rozrzuconych  ubra

ń

 

powinien zadziała

ć

P. 

 

Na celowniku 

 

Niesławna 

ż

ona trenera lacrosse, nazwijmy j

ą

 starsz

ą

 B, wychodzi z salonu tatua

ż

y w Hampton Bays. 

Zastanawiam  si

ę

,  dla  kogo  to  do

ś

wiadczenie  było  bole

ś

niejsze?  Dla  niej  czy  dla  faceta  od  tatua

ż

y, 

który musiał j

ą

 ogl

ą

da

ć

 topless? Byty fan jogi, D, pali  jednego papierosa  za drugim przed  Strandem. 

Wygl

ą

da na to, 

ż

e czasy asan ju

ż

 min

ę

ły. Chyba 

ż

e kto

ś

 inny zdoła przywróci

ć

 mu form

ę

... W Pradze 

jego  młodsza  siostra  J  szkicuje  miejscowy  targ,  a  przy  okazji  - 

ś

licznego  chłopca.  Miło  wiedzie

ć

ż

podró

ż

e  nic  a  nic  jej  nie  zmieniły!  Pewien  wielbiciel  małpek  z  Manhattanu,  C,  kupuje  zapas 

samoopalacza Fake Bake w Chocolate Moussse. Pychota! Czy Hamptons doczeka si

ę

 jeszcze jedne-

go go

ś

cia? V wybrała bermudy i koszulk

ę

 w czarno - białe paski z dekoltem w łódk

ę

 w Club Monaco 

na  Broadwayu.  Jakie  to  rado

ś

nie  wakacyjne  z  jej  strony.  S  i  B  pij

ą

  koktajl  ze  swoimi  sobowtórami. 

Byłoby naprawd

ę

 dziwnie, gdyby cała czwórka została przyjaciółkami do grobowej deski, nie?! 

 

No dobrze, kochani, to tyle. Na popołudnie jestem umówiona na manikiur i pedikiur, a ci

ą

gle jeszcze 

nie  zdecydowałam  co  wło

ż

y

ć

:  bladoró

ż

owe  bikini,  złoto  -  be

ż

owe  czy  koralowe.  Ach  te  decyzje.  Ale 

przynajmniej nie mog

ę

 si

ę

 pomyli

ć

Wiecie, 

ż

e mnie kochacie. 

plotkara 

background image

B &S nago 

- Wytłumacz mi raz jeszcze - westchnęła Serena. - Dlaczego siedzimy w domu w taki 

dzień? 

Przerzucała od niechcenia strony japońskiego „Vogue'a” z tego miesiąca, wyciągnięta 

na łóżku z dębu. 

A wspomniany dzień był gorący - ponad trzydzieści stopni - i klarowny jak kryształ, z 

lekką  sugestią  oceanicznej  bryzy.  Serena  oderwała  spojrzenie  od  japońskiej  modelki, 

farbowanej  na  blond,  z  wymalowanymi  rzęsami  i  czerwonym  lizakiem  w  ustach.  Zobaczyła 

zachęcający,  chłodny  cień  pod  szerokimi  parasolami  z  białego  płótna  na  brzegu  basenu. 

Najlepsze,  co  można  było  robić  w  taki  upał,  to  pokładać  się  na  leżaku  i  siedzieć  na  wpół  w 

wodzie, na wpół na brzegu. 

- Dobrze  wiesz,  dlaczego  -  warknęła  Blair.  Ze  złością  grzebała  w  szafie  z  ciemnego 

orzecha,  gdzie  Annabella,  gospodyni  Baileya  Wintera,  powiesiła  zapakowane  w  pokrowce 

ubrania  dziewczyn.  -  Przysięgam,  że  jedna  z  tych  pieprzonych  dziewczyn  wzięła  moją 

cholerną sukienkę bez pleców Dolce. Tę z dziurkami. Nigdzie nie mogę jej znaleźć. 

Zaczęła zrywać sukienki z drewnianych wieszaków i rzucać je na podłogę. 

W końcu od czego są pokojówki! 

- Hm - mruknęła Serena. 

Nie  było  nic  nadzwyczajnego  w  tym  napadzie  gniewu.  Serena  miała  nadzieję,  że 

przyjaciółka  pozbiera  potem  sukienki.  Jednak  odkąd  przybyły  do  rozległej  modernistycznej 

rezydencji Baileya Wintera, Blair rzucała rzeczami częściej niż zwykle. 

To rzeczywiście wiele mówi. 

Blair była przekonana, że obrzydliwe europejskie modelki, Ibiza i Svetlana, coś knuły. 

Cały  czas  oskarżała  je  o  to,  że  podwędzają  ubrania  i  używają  jej  nawilżacza  La  Mer  z  fak-

torem  45.  Upierała  się  też,  ze  Ibiza,  brunetka,  naśladuje  ją  na  każdym  kroku,  począwszy  od 

fryzury,  a  skończywszy  na  wyborze  garderoby.  Serena  musiała  przyznać,  że  para  modelek 

była  niepokojąco  podobna  do  nich,  ale  uznała  je  za  całkiem  niegroźne.  Były  po  prostu 

denerwujące jak naśladowczynie z dziewiątej klasy w Constance Billard. 

Czy naśladownictwo nie jest najszczerszą formą pochlebstwa? 

background image

- Chrzanić  to!  -  oznajmiła  Serena,  zamykając  pismo  i  schodząc  z  łóżka.  Ziewnęła.  - 

Nie będę tu gnić całe lato, żeby unikać jakichś dziwaczek z wystającymi zębami j zezem. Idę 

popływać. 

- Nie  mogę  znaleźć  mojej  nowej  granatowej  chusty  w  groszki  -  jęknęła  Blair.  -  Jaki 

sens ma bycie muzą, skoro nie mogę się ubrać tak, aby inspirować? Jeśli „pożyczyła” ją Ibiza, 

to przysięgam, wyrwę jej te wychudzone ręce. 

Mówi jak prawdziwa muza. 

- Daj  spokój,  Blair.  -  Serena  wyciągnęła  gauloise'a  ze  zniszczonej  paczki  leżącej  na 

sąsiednim, porządnie pościelonym łóżku i zapaliła go srebrną zapalniczką Dunhill, którą za-

kosiła  bratu.  Wygrawerowano  na  niej  inicjały  E.vW.  -  Wrzuć  coś  na  siebie  i  wychodźmy. 

Szkoda tracić taki dzień. 

- Wrzucić? Jasna cholera, przez te chrzanione sobowtóry nie mam co na siebie włożyć. 

Blair  uniosła  ręce,  jakby  stos  cieniutkiej  jak  tiul  bawełny  i  wspaniałego  jedwabiu 

wokół był niewidzialny. 

- Więc  włóż  coś  brzydkiego  i  zobaczymy,  co  one  na  to  -  zaproponowała  zmęczona 

Serena. 

Uwielbiała Blair, naprawdę, i były przyjaciółkami od zawsze, ale czasem miała ochotę 

przyłożyć jej w te idealnie napięte pośladki. 

- Właściwie...  -  Blair  rzuciła  się  na  łóżko  i  wyrwała  Serenie  papierosa  z  ust. 

Zaciągnęła  się  głęboko  i  zmrużyła  w  zamyśleniu  lśniące  błękitne  oczy.  -  To  mi  podsunęło 

pewien pomysł. 

 

- Co  za  wspaniały  dzień!  -  Blair  z  rozmachem  otworzyła  nieskazitelnie  czyste 

przeszklone  drzwi  domku  i  wyszła  na  ostre  popołudniowe  słońce,  wyciągając  nad  głową 

nagie ramiona. - Chodź, Serena, złapmy trochę słońca. 

- Idę, idę. - Serena zachichotała, wychodząc z ocienionego bungalowu. 

Nagrzany  słońcem  piaskowiec  parzył  jej  świeżo  wypedikiurowane  stopy.  W  jednym 

ręku  miała  zwinięte  czasopismo,  w  drugim  zapalonego  papierosa.  Twarz  zasłaniały  jej 

okulary w białych rogowych oprawkach Cutler and Gross. Poza nimi nic miała na sobie nic. 

Była absolutnie naga. 

- Może powinnyśmy poprosić Stefana o mrożoną kawę - zasugerowała Blair, sadowiąc 

gołą pupę na tekowym leżaku. 

Miała na sobie tylko złoty łańcuszek na kostce i wielkie czarne raybany. 

- Co jest? - zdziwiła się Ibiza. 

background image

Wynurzyła  się  z  basenu  -  całe  osiem  kilo  żywej  wagi.  Była  tak  wychudzona,  że 

wyglądała  jak  te  dzieciaki  z  Trzeciego  Świata,  którym  się  posyła  pieniądze  i  pokazuje  w 

reklamach w telewizji. Wystroiła się w ten sam jednoczęściowy kostium w lawendowo - złote 

paski. 

- O co ci chodzi? - Serena jakby nigdy nic rzuciła czasopismo na leżak obok Blair. 

- O  ubranie  -  rzuciła  oskarżycielsko  Svetlana,  nadal  w  wodzie.  Pozbawione  koloru, 

zbyt  mocno  rozjaśnione  włosy  przykleiły  jej  się  do  głowy.  -  Nie  macie  na  sobie  żadnych 

ubrań! 

- O  rety  -  westchnęła  teatralnie  Blair  i  obróciła  się  na  brzuch.  Słońce  przyjemnie 

grzało jej nagą pupę. - Nie słyszałyście? 

- O czym? - Ibiza spiorunowała wzrokiem nagie, wyzywające ciało Blair. 

- Najwyraźniej  w  ostatnim  wydaniu  estońskiego  „Vogue'a”,  czy  co  tam  zwykle 

czytacie, zapomnieli napisać o najnowszym trendzie, nagości. - Blair ziewnęła. - To nowinka. 

Serena  zgasiła  papierosa  w  wielkiej  muszli,  stojącej  na  szklanym  stoliku  obok  jej 

leżaka. Starała się nie patrzeć na Blair, żeby się nie roześmiać. 

- Najnowszy  trend  to  chodzenie  nago?  -  Svetlana  zerknęła  na  swoje  minimalistyczne 

stringi od bikini, które pewnie zamówiła e - mailem z katalogu Victoria's Secret. Woda znie-

kształciła obraz jej ciała i prawie wydawało się, że dziewczyna ma biodra i krągłości. 

To tylko złudzenie optyczne. 

- Tak,  najwyraźniej.  -  Ibiza  się  skrzywiła,  zsuwając  ramiączka  kostiumu.  Jej  ciało  z 

okrągłymi łatami opalenizny wyglądało jak mata do gry w twistera. - Tak jest o wiele lepiej. 

Bardziej w europejskim stylu. 

- Ale topless to już przeżytek. - Serena ziewnęła przesadnie, gapiąc się w czasopismo i 

starając  się  nie  stracić  opanowania.  -  Chodziłyśmy  z  Blair  na  plażę  topless  od  jakiegoś 

jedenastego roku życia. Najmarniej. 

- Aha - zgodziła się przyjaciółka. 

Wyciągnęła się na brzuchu, położyła głowę i zamknęła oczy. 

- Jasne. - Ibiza złapała przynętę. 

Podskakując  to  na  jednej,  to  na  drugiej  nodze,  ściągnęła  z  siebie  do  końca  okropny 

kostium. Upadł na ziemię z wilgotnym plaśnięciem. 

- Oczywiście nie chcemy, żebyście się czuły skrępowane. 

- Yhm - przytaknęła żałośnie Svetlana. 

Zdjęła smutne czerwone bikini w groszki i rzuciła na brzeg basenu. Potem wskoczyła 

do wody i odpłynęła zakłopotana. Jej ciało błyskało niczym szkielet bielą i niedożywieniem. 

background image

- Jak dobrze, że wszystkie możemy się po prostu zrelaksować, nie? - Ibiza wydawała 

się pewna siebie, ale wyglądała żałośnie, gdy tak stała, całkiem naga, z ciałem w blade kółka. 

Zupełnie,  jakby  nie  wiedziała,  co  ze  sobą  zrobić.  Blair  zauważyła,  że  dziewczyna  ma 

asymetryczne piersi, jakby ktoś je źle przykleił. Może tak było. 

- Widzieliście  tego  przystojniaka,  który  mieszka  po  sąsiedzku?  -  ciągnęła  Ibiza, 

rozpaczliwie próbując zagaić zwykłą rozmowę mimo nagości. 

Potrząsała rękoma, jakby się paliły. 

- Może  rzeczywiście  powinnyśmy  poprosić  Stefana  o  mrożoną  kawę  -  zasugerowała 

Serena, ignorując dziewczynę. 

- Dobry  pomysł  -  Ibiza  przytaknęła  i  powoli,  z  rozmysłem  podeszła  do  stolika  pod 

parasolem. Odciągnęła jeden z lejków i zwinęła się na nim, jakby nigdy  nic. -  Zawołam  go. 

Stefan! Stefan! 

Serena wstrzymała oddech, nasłuchując zbliżających się kroków. 

- Teraz - syknęła cichutko Blair. 

Na  ten  sygnał  zeskoczyły  z  leżaków  i  popędziły,  chichocząc  histerycznie,  przez 

miękki aksamit trawnika, między najbardziej gęste drzewa na obrzeżu ogrodu. 

- Patrz, patrz! 

Serena  zanurkowała  między  liściaste  konary  małego  baobabu  i  teraz  wskazywała  na 

leżaki. Pojawił się Stefan, ubrany jak zwykle w biały obcisły T - shirt i szorty. Miał opaskę ze 

wstążki,  dzięki  której  gęste  włosy  nie  wpadały  mu  w  oczy,  teraz  szeroko  otwarte  i 

zszokowane.  Ibiza  siedziała  przed  nim  z  ciałem  w  dziwaczne  łaty  opalenizny  i  bladości. 

Wypięła  biust,  starając  się  wyglądać  seksownie,  ale  jej  dziwne  piersi  sterczały  w  różnych 

kierunkach.  W  tym  samym  momencie  Svetlana  wyszła  wreszcie  z  basenu.  Ociekała  wodą. 

Wzięła  iPoda,  włożyła  słuchawki  do  uszu  i  zaczęła  tańczyć,  wymachując  bladymi, 

wychudzonymi  rękoma.  Wyglądała  jak  flaming  albinos.  Śpiewała  coś,  całkiem  przekręcając 

słowa najnowszej piosenki Coldplay. 

Serena i Blair tak się śmiały, że prawie się posiusiały. Serena czuła się radośnie, jakby 

znowu  była  małą  dziewczynką.  Miała  wrażenie  deja  vu.  Powróciła  do  takiej  samej  chwili, 

wiele  lat  temu,  gdy  byty  znacznie  młodsze.  Przebierały  się  z  Blair  z  jednoczęściowych 

kostiumów  Lands'  End  za  krzakami  malin  w  jej  domu  w  Ridgefield,  w  Connecticut.  Nate 

groził, że je złapie, a one tak chichotały, że cały czas się kłuły o krzaki i wkładały nogi nie w 

te otwory szortów frotte, co trzeba. 

- Co do cho...? 

Serena  nie  wierzyła  własnym  oczom.  Prawie  jakby  go  przywołała.  Nate  stał  przed 

background image

nimi,  marszcząc  brwi  i  strząsając  z  szortów  drzazgi  z  drewnianego  płotu  dzielącego 

posiadłości. 

- Nate! - Serena podbiegła i zarzuciła mu ręce na ramiona, zapominając o tym, że jest 

kompletnie naga. 

Objął  ją,  niezręcznie  poklepując  nagie  ramiona.  Zachichotała  i  wróciła  do  Blair, 

chowając się trochę za gałęzią. 

Blair  uśmiechnęła  się  szelmowsko.  W  pewnym  sensie  to  wydawało  się  całkiem 

stosowne, że wpadły na Nate'a właśnie w ten sposób. To, że stali tu znowu razem, we trójkę, 

było całkiem oczywiste, nawet jeśli dwie trzecie z tej grupy nie miało nic na sobie. 

- Rozbieraj  się,  Nate!  -  krzyknęła  Blair,  biegnąc  za  nim,  jakby  zamierzała  ściągnąć  z 

niego spodenki. 

Schował się za dębem. 

- Pływanie nago? - zapytał Nate, zerkając zza smukłego pnia. 

Serena uśmiechnęła się, przyglądając się staremu przyjacielowi, chłopakowi, czy kim 

właściwie  był  dla  niej  Nate,  Właściwie  sama  tego  nie  wiedziała.  Ta  zakłopotana  mina,  te 

zaspane, ujarane, zielone oczy - nie zmienił się ani odrobinę. Ale tym razem Nate nie patrzył 

na nią, tylko gapił się z rozdziawionymi ustami na Blair. 

- Nagość  to  nowy  strój  -  odparła  rzeczowo  Blair.  Oparła  rękę  na  krągłym  biodrze.  - 

Nie słyszałeś? 

Oczywiście wiedziała, że Nate mieszkał gdzieś tu w okolicy, ale nie spodziewała się, 

że  ją  znajdzie.  Ich  związek  to  było  nieustanne  ściganie  go  i  próby  przyszpilenia.  Czasem 

miała ochotę przykuć go kajdankami do łóżka i bynajmniej nie chodziło o nic zdrożnego. Po 

prostu  wtedy  wiedziałaby,  gdzie  on  jest  i  miała  pewność,  że  nie  robi  niczego  idiotycznego. 

Ale  teraz  był  tutaj  i  najwyraźniej  zjawił  się,  bo  ich  szukał.  A  sądząc  po  tym,  jak  na  nią 

patrzył, szukał właśnie jej. 

- Zdecydowanie  -  potwierdziła  Serena,  krzyżując  ręce  na  ozłoconych  słońcem 

piersiach. Fakt, że Nate na nią nie patrzył, sprawił, że czuła się jeszcze bardziej naga. Nigdy 

nie domagała się uwagi Nate'a, ale pragnęła jej. Zawsze jej pragnęła. 

I  wtedy  właśnie  Blair  złapała  ją  za  łokieć  i  pociągnęła  w  stronę  basenu  Baileya 

Wintera. 

- Czekajcie,  a  wy  dokąd?  -  wyjąkał  Nate.  Blair  trzymała  Serenę  mocno  za  rękę. 

Biegły. 

- Przyjrzyj  się  dobrze!  -  krzyknęła  za  siebie,  gdy  pędziły  przez  kamienne  płyty  do 

drzwi. - I pomyśl o nas wieczorem! 

background image

Nie martw się, na pewno pomyśli. 

background image

nowyjork.craigista.org/grupy 

Inauguracja salonu literackiego Pie

śń

 o Mnie samym (Manhattan) 

 

Radujcie  si

ę

,  kowale  słowa!  Z  przyjemno

ś

ci

ą

  ogłaszamy, 

ż

e  powstaje 

nowa,  ekskluzywna  grupa  literacka  w  tradycji  europejskich  salonów  Gertrudy 

Stein i. Edith Sitwell. 

 

Jeste

ś

my  dwoma  pokornymi  sługami  pisanego  słowa.  Jeden  z  nas  to 

wychwalany  młody  poeta  i  tek

ś

ciarz  o  niemal  mi

ę

dzynarodowej  sławie,  drugi 

to  czytelnik  i  my

ś

liciel,  który  ponad  wszystko  uwielbia  Wilde'a  i  Prousta. 

Szukamy młodych ludzi o podobnych pogl

ą

dach, którzy kochaj

ą

 czyta

ć

, pisa

ć

 i 

rozmawia

ć

  o  pisaniu  i  czytaniu  oraz  napi

ć

  si

ę

  chianti  albo  czego

ś

  w  tym 

stylu. Przemy

ś

lcie poni

ż

sze stwierdzenia/pytania. Przeczytamy uwa

ż

nie ka

ż

d

ą

 

odpowied

ź

  i  prze

ś

lemy  zaproszenia  na  nasze  inauguracyjne  spotkanie  do 

wybranej grupy nowojorczyków. Tylko do tych o wyrobionym smaku. 

 

1. 

Poezja 

zasługuje, 

aby 

odgrywa

ć

 

bardziej 

centraln

ą

 

rol

ę

 

dzisiejszej  kulturze,  Powinno  si

ę

  zorganizowa

ć

  program  Idol  ameryka

ń

skiej 

poezji. Zgadzasz si

ę

 czy nie? 

 

2. Jakie jest twoje ulubione słowo? A najmniej lubiane? Napisz zdanie 

z  obydwoma.  Na  przykład:  „Zam

ę

t.  Przek

ą

ska.  Siedz

ą

c  po

ś

ród  t

ę

czowo  - 

br

ą

zowego zam

ę

tu karaluchów, Bonita zjadła przek

ą

sk

ę

 ze skrzydeł motyla”. 

 

Zainteresowani  powinni  doł

ą

czy

ć

  fotografi

ę

.  Musimy  mie

ć

  pewno

ść

ż

nie macie dwunastu lat. Albo stu dwunastu. 

 

Nie  mo

ż

emy  si

ę

  doczeka

ć

  inspiruj

ą

cych  rozmów!  (Przynie

ś

cie  własny 

alkohol!) 

background image

wielka ucieczka N 

- Wreszcie jesteś! 

Babs  Michaels  stała  przy  tanim  blacie  w  sypiącej  się  kuchni  i  artystycznie 

rozmieszczała  kawałki  melona  na  talerzu  z  jajecznicą  i  tostami  z  masłem.  Nate  potarł 

zaczerwienione  oczy  i  ziewnął.  Przez  chwilę  widok  bardzo  opalonej  kobiety,  szykującej 

śniadanie, sprawił, że znowu poczuł się dzieckiem. Schodził zaspany do kuchni w domu przy 

Upper  East  Side,  a  tam  Cecille,  szefowa  kuchni  z  Barbadosu,  przygotowywała  mu  tosty 

cynamonowe albo miskę płatków owsianych. A potem szedł do szkoły Św. Judy. 

Nie  był  już  jednak  dzieckiem  i  nie  musiał  chodzić  do  szkoły.  A  Babs,  w 

bladofioletowym,  cieniutkim  szlafroku  i  z  ogorzałą  skórą,  zdecydowanie  nie  była  Cecille. 

Poza tym przegryzł już co nieco w domu w Georgica Pond. 

- Dzień dobry - burknął, zerkając podejrzliwie na Babs. 

- Potrzebujesz  dziś  dużego  śniadania,  prawda,  Nate?  -  zamruczała  gardłowo  i 

postawiła talerz na stole. - Tak się pocisz i wysilasz w pełnym słońcu. 

Podeszła do niego i położyła zimną rękę na jego bicepsie, poniżej rękawa granatowej 

koszulki polo Bena Shermana. 

- Ja - jasne. 

Nate  odsunął  się  i  siadł  przy  stole.  Właściwie  to  był  głodny,  a  talerz  z  jajecznicą  i 

delikatnie przypieczonymi tostami wyglądał kusząco. Ale nawet mimo porannego ogłupienia, 

wiedział, do czego to zmierza. On zacząłby jeśćBabs dolałaby mu świeżo wyciśniętego soku 

pomarańczowego.  Poprosiłaby,  żeby  znowu  wtarł  olejek  w  tatuaż,  a  potem  zaproponowała, 

żeby razem wskoczyli do wanny, o której trener ciągle opowiadał. Zanim by się zorientował, 

przykułaby  go  do  łóżka i  wcierała  oślizgłe  okrawki  melona  w  jego  nagą  skórę  albo  coś  tym 

stylu. 

Mówi się, że droga do serca mężczyzny wiedzie przez żołądek. 

Myśl o wylądowaniu nago w łóżku z Babs sprawiła, że Nate'owi zrobiło się niedobrze. 

Mimo  to  nadal  czuł  jakieś  tęskne  ssanie  w  żołądku.  Tyle  że  zdecydowanie  nie  chodziło  o 

Babs  paradującą  w  fioletowym  szlafroku  z  nylonu,  który  ledwo  zakrywał  jej  dość 

wygimnastykowaną,  ale  jednak  już  trochę  sflaczałą  pupę.  To  miało  więcej  wspólnego  ze 

background image

wspomnieniem Blair, okrytej najdelikatniejszym połyskiem potu i balsamu, uśmiechającej się 

do  niego  szelmowsko,  kiedy  odkrył  ją  wczoraj  na  tym  wyjątkowo  gejowskim  podwórku. 

Widział  ją  nago  mnóstwo  razy,  ale  kiedy  stała  w  pełnym  świetle  dnia,  z  rękoma  nieco 

ciemniejszymi  od  reszty  ciała,  wyglądała  piękniej  niż  kiedykolwiek  wcześniej.  Zauważył 

maleńkie, znajome znamię w kształcie jabłka na biodrze i z trudem powstrzymał się, żeby nie 

złapać i nie pocałować jej w to miejsce. 

- Co jest, skarbie? - zdziwiła się Babs, stając za krzesłem i pochylając się, przez co jej 

dziwnie twarde piersi ocierały się o jego plecy. - Nie jesteś głodny? 

Zerwał się z krzesła, jakby go prąd poraził, i krzyknął o wiele głośniej, niż zamierzał: 

- Ja, hm, muszę, no, zadzwonić! 

- Zadzwonić? 

- Aha. - Zaczerwienił się mocno. - Mogę? Pozwolisz mi? Właściwie to jestem w pracy 

i w ogóle. 

- Nie potrzebujesz mojego pozwolenia - szepnęła. - Nie ma niczego, czego mogłabym 

ci zabronić, Nate. Niczego. 

- Dzięki! 

Jak poparzony wybiegł z kuchni i popędził na tyły. Pogrzebał w głębokich kieszeniach 

bojówek  i  wyciągnął  motorolę.  Zaczął  przewijać  telefony  i  szybko  wybrał  numer  do 

Anthony'ego  Avuldsena,  kumpla  z  drużyny  lacrosse.  Anthony  już  raz  uratował  go  tego  lata, 

kiedy Nate uwikłał się w skomplikowany romans z miejscową laską, która przysparzała wię-

cej kłopotów, niż była warta. 

Czy to nie dotyczy wszystkich dziewczyn? 

Pięć dzwonków, Nate zamierzał się już rozłączyć, kiedy Anthony odebrał. 

- Co jest? - zawołał przyjacielsko. 

- Stary, gdzie jesteś? 

- Jadę  na  plażę!  -  Anthony  przekrzykiwał  stereo  w  samochodzie,  Back  in  Black 

AC/DC nastawione tak głośno, że telefon mu drżał. - Możesz się urwać? 

Nate spojrzał na mały, lśniący prostokątny basen i nieco za wysoką trawę za nim. Na 

myśl  o  strzyżeniu  trawnika  chciało  mu  się  płakać.  A  na  myśl  o  tym,  że  za  chwilę  wróci  do 

domu, gdzie będzie go molestować Babs, miał ochotę się porzygać. 

Albo rzucić się na naprawdę twardą skałę, z wysoka. 

- Czekaj  -  odparł  powoli  Nate.  -  Aha,  spróbujmy.  Jestem  u  trenera  w  Bays, 

Przyjedziesz po mnie? 

- Czy  przyjadę?!  -  wrzasnął  Anthony.  -  Super,  jasne,  co  zechcesz.  Daj  mi  dziesięć 

background image

minut. 

Nate schował telefon z powrotem do kieszeni i odetchnął głęboko, żeby się uspokoić. 

- Wszystko w porządku? 

Babs otworzyła przesuwane, szklane drzwi na ganek i pospiesznie wyszła. Fioletowy 

szlafrok  miała  rozwiązany.  Zwieszał  się  z  jej  ramion  jak  peleryna,  odsłaniając 

skomplikowaną,  koronkową  bieliznę  we  wzorek  ze  zwierzaków.  Przypominała  Nate'owi 

kostium kąpielowy, który  nosiła jego  ekscentryczna francuska babcia, teraz już nieżyjąca, w 

czasie ich rodzinnej wyprawy na Bahamy. Był wtedy bardzo mały. 

Och, jakie to kuszące! 

- Właściwie to nie czuję się najlepiej. 

Praktycznie nie kłamał, bo mysi o tym, co się może wydarzyć, jeśli stąd nie ucieknie, 

przyprawiała  go  o  mdłości.  Krzywiąc  się  z  bólu,  ale  starając  się  nie  przedobrzyć,  Nate 

żałośnie zakasłał. 

- Biedactwo - zagruchała Babs. 

Jedną ręką poprawiła szlafrok, drugą położyła na zmarszczonym czole chłopaka. 

- Rzeczywiście, jesteś trochę rozpalony. 

Instynkt macierzyński i Nagi instynkt. Co za niepokojąca mieszanka. 

- Aha  -  zgodził  się  Nate  i  odsunął  od  Babs.  -  Nie  wiem,  czy  dam  sobie  dziś  radę  z 

trawnikiem. 

- Oczywiście, że nie. Powinniśmy cię rozebrać i załadować prosto do łóżka. Zrobię ci 

dobrej, ziołowej... 

- Naprawdę  muszę  już  iść.  -  Przerwał  ten  niepokojący,  pseudopornograficzny 

scenariusz, który snuła Babs. 

Nie  zamierzał  zamieniać  fantazji  w  stylu  pani  Robinson  na  jakiś  ohydny  wątek 

pielęgniarski. 

- Chyba już słyszę samochód. Mają po mnie przyjechać. 

- Odpocznij  i  rozluźnij  się  -  zaszczebiotała  Babs.  -  Nie  martw  się  pracą.  Powiem 

trenerowi, że potrzebujesz odpoczynku. Wykańcza cię. 

- Dziękuję pani. 

Nate  skinął  z  wdzięcznością  głową  i  zeskoczył  z  ganku.  Zapominając,  że  niby  miał 

być  chory,  krzyknął  z  radości,  gdy  usłyszał  klakson  i  zobaczył  czarne  bmw  Anthony'ego 

skręcające na podjazd trenera. Ocalony! 

 

- Jesteś pewny, że tylko odgrywasz chorego? - Anthony oderwał na chwilę wzrok od 

background image

drogi,  żeby  zerknąć  na  kumpla,  który  zapadł  się  w  niskim  fotelu,  obitym  kremową  skórą,  i 

osłaniał oczy przed słońcem. 

- Jasne,  wszystko  w  porządku,  stary  -  zapewnił  go  Nate.  Przestawiał  przyciski  na 

tablicy  rozdzielczej,  tak  żeby  chłodny  podmuch  klimatyzacji  wiał  mu  prosto  w  twarz.  -  Po 

prostu Babs, no wiesz, ostro atakowała. 

- Bez  jaj!  -  Anthony  zaśmiał  się,  ściszając  stereo,  z  którego  ryczał  teraz  najnowszy 

album Reigning Sound. - Muszę o tym usłyszeć. 

- Nie  ma  o  czym  -  wymamrotał  Nate,  szczerząc  wbrew  sobie  zęby.  -  Uwierz  mi,  po 

czymś takim tygodniami można mieć koszmary. 

Zagapił  się  przez  okno  na  mijany  krajobraz:  zielone,  trawiaste  pola,  głęboki  błękit 

nieba,  zniszczone  deszczem  i  wiatrem,  ogromne,  kamienne  domy.  Wszystko  zlewało  się  ze 

sobą w pęd obrazów, których nie potrafił rozdzielić. Zupełnie jak to lato - strumień różnych 

chwil, których nie umiał podzielić na osobne  wydarzenia. Westchnął. Przygnębił  go fakt, że 

jedyne ciekawe chwile tego lata to totalna klapa w czasie imprezy w Nowym Jorku, na której 

porzuciła go dziewczyna, i wczorajszy dzień, gdy przyłapał Blair i Serenę na pływaniu nago, 

czy co one właściwie, do cholery, robiły. 

- Widziałem wczoraj Blair Waldorf i Serenę van der Woodsen. Nago - oznajmił nagle 

Nate,  sięgając  po  skręta,  którego  zrobił  sobie  wcześniej  i  schował  do  paczki  marlboro  dziś 

rano. Otworzył okno i zapalił papierosa. 

- Trójkącik?  -  zapytał  Anthony.  Kiwnął  głową,  żeby  podać  mu  papierosa.  -  Masz 

cholerny fart. 

Nate wytrzasnął jednego z paczki i podał kumplowi. 

- Nie  -  wyjaśnił,  chociaż  w  jego  głowie  zaczął  kształtować  się  bardzo  intrygujący 

obraz. 

Och, naprawdę? 

- Kąpały się nago po sąsiedzku - ciągnął, wydmuchując chmurę dymku z trawki przez 

okno. - To było dziwne. 

- Kąpiel  nago?  -  powtórzył  Anthony,  zręcznie  zapalając  papierosa  i  jednocześnie 

skręcając w lewo. - Nie gadaj. 

- Człowieku,  Blair...  ona  po  prostu,..  -  Nate  urwał,  kiedy  obraz  Blair,  nagiej,  troszkę 

spoconej i śmiejącej się do niego, stanął mu przed oczami. Tak bardzo chciał znowu ją objąć. 

- Wiem, stary. - Anthony z entuzjazmem pokiwał głową. - Chodzi mi o to, że masz, no 

wiesz, o co zawalczyć. To nasze ostatnie lato. Rozumiesz... cholerne carpe diem, jasne? 

- Carpe diem... 

background image

Nate  zastanowił  się  nad  tym.  Chwytaj  dzień.  Znowu  się  zaciągnął,  przełknął  ślinę  i 

zamknął  oczy.  Cholerne  carpe  diem.  To  jest  pomysł.  To  było  naprawdę...  inspirujące. 

Odwrócił się i uśmiechnął z uznaniem do kumpla. Facet był genialny. 

A może po prostu się upalił? 

- Serio, stary - ciągnął Anthony, trzymając skręta. - Mówiłem ci, nie? Najwyższy czas 

zacząć się dobrze bawić. 

Nate  pokiwał  głową.  Najwyższy  czas  wziąć  się  do  roboty  i  zacząć  się  dobrze  bawić. 

Pieprzyć  trenera  Michaelsa  i  jego  napaloną  żonę,  pieprzyć  trawnik,  pieprzyć 

odpowiedzialność. Do cholery, zamierzał chwycić dzień. 

I może jeszcze kogoś. 

background image

zaginiona sztuka pisania listów 

Od: 

Steve N. <holdencaufieldl@yodel.com> 

Do

<anon - 239894344239894344@craigslist.org>

 

Temat: 

Odp:  Inauguracja  salonu  literackiego  Pie

śń

  o  Mnie  Samym 

(Manhattan) 

 

Data: 9 lipca, 16:37:07 

Do zainteresowanych: 

 

Z  wielk

ą

  rado

ś

ci

ą

  przeczytałem  wasze  ogłoszenie.  Desperacko  szukam 

towarzystwa  podobnych  mnie  ludzi,  którzy  z  równ

ą

  pasja  oddani  s

ą

  pot

ę

dze 

pisanego słowa jak ja. 

Zgodnie  z  duchem  prawdziwego  buntu,  odmawiam  odpowiedzi  na  wasze 

pytania.  Podejrzewam, 

ż

e  tak  naprawd

ę

  szukacie  ludzi  wolnych,  którzy  nie 

zamierzaj

ą

 si

ę

 poddawa

ć

 głupim sonda

ż

om. B

ą

d

ź

cie spokojni, 

ż

yj

ę

 ksi

ąż

k

ą

 i z 

ksi

ąż

k

ą

 umr

ę

Pozdrowienia, 

Steve 

 

Od: 

Cassady Byrd <brontebyrd@books.com> 

Do: 

<anon - 23989434432 9394361@craigslist.org>

 

Temat: 

Odp:  Inauguracja  salonu  literackiego  Pie

śń

  o  Mnie  Samym 

(Manhattan) 

 

Data: 9 lipca, 20:04:39 

 

Nie  mogłam  uwierzy

ć

  własnym  oczom,  gdy  zobaczyłam  wasze  ogłoszenie. 

Ś

wietnie,  skurczysyny!  Nie  mog

ę

  si

ę

  doczeka

ć

,  kiedy  si

ę

  spotkamy  i 

pogadamy... a mo

ż

e co

ś

 wi

ę

cej! ! ! 

Moje  ulubione  słowo  to  „kocha

ć

”.  Najmniej  lubiane  to  „nienawidzi

ć

”. 

Znienawidzicie to, jak bardzo mnie pokochacie! 

Doł

ą

czam zdj

ę

cie... 

Całusy, 

CE (znana te

ż

 jako Charlotte Bronte) 

background image

 

Od: 

Bosie <lord alfred douglas@earthlink.com>

 

Do: 

<anon - 239894344329865002@craigslist.org>

 

Temat: 

Odp:  Inauguracja  salonu  literackiego  Pie

śń

  o  Mnie  Samym 

(Manhattan)

 

 

Data: 9 lipca, 22:31:14 

Widziałem wasze ogłoszenie. Ogromnie intryguj

ą

ce. 

Moje ulubione ksi

ąż

ki: 

Portret Doriana Graya Oscara Wilde'a 

Wywiad z wampirem Anne Rice 

Ulubiony film: Party Monster z Macaulayem Culkinem 

Ulubiona piosenka: Walk on the Wild Side Lou Reeda 

Ulubione słowo: gry

źć

 

Najmniej lubiane słowo: dławi

ć

 

Ugryzłem go i si

ę

 zadławiłem. 

 

Jak widzicie na zdj

ę

ciu, lubi

ę

 si

ę

 przebiera

ć

background image

je

ś

li chodzi o Hamptons, V to stuprocentowa dziewica 

- No  to  jesteśmy  na  miejscu!  -  oznajmiła  pani  Morgan,  kiedy  wjechała  kremowym 

mercedesem na bladoróżowy podjazd, wysypany potłuczonymi muszelkami. 

Nareszcie.  Po  czterech  godzinach  wyczerpującego  stania  w  korkach  na  autostradzie 

Long  Island,  w  końcu  dojechali  do  pseudowiktoriańskiej  rezydencji  z  szarego  kamienia. 

Vanessa wysiadła. Była  zaniepokojona. Pod stopami czuła obcy trzask muszelek. Niebo nad 

głową  miało  ciemnoróżowy  kolor  jak  zawsze  o  zmierzchu.  Powietrze  pachniało  grillem  i 

świeżo  skoszoną  trawą.  Nagle  ogarnęła  ją  fala  ulgi.  Może  właśnie  tego  potrzebowała? 

Wyjazdu z miasta? 

Pani  Morgan  stanęła  przed  nią  i  pchnęła  ciężkie  czerwone  drzwi  frontowe.  Chłopcy 

wpadli  do  środka,  odpychając  Vanessę,  która  stała  i  uśmiechała  się  głupio,  nie  bardzo 

wiedząc,  dlaczego  to  robi.  Nie,  żeby  przejmowała  się  takimi  rzeczami  czy  w  ogóle  je 

zauważyła, ale nie mogła nie zagapić się na to... na to wszystko. Okna o podwójnej wysokości 

okalały frontowe wejście. Biało - niebieskie kosze w marynarskie pasy stały tuż za drzwiami 

pełne plażowego ekwipunku. Rozpościerał się przed nią rozległy salon. A tuż za nim kuszący 

turkusowy basen. To było całkiem nie w jej stylu, ale z drugiej strony, ostatnio wszystko, co 

było w jej stylu, okazywało się do bani. Może powinna spróbować tego łatwego, słonecznego 

życia, które toczyło się tu przed jej oczami, dokładnie pod jej nosem? Może mroczne klimaty 

w niczym jej nie pomagały? 

Vanessa  ruszyła  za  chłopcami  do  ogromnej  kuchni,  gdzie  pani  Morgan  sprawdzała 

wiadomości od pokojówki, ogrodnika i basenowego. O wszystko zadbano. Vanessa widziała 

czekające  ją  letnie  dni.  Będzie  czytać  „New  Yorkera”  nad  basenem,  czasem  zrobi  sobie 

przerwę,  żeby  pstryknąć  kilka  czarno  -  białych  zdjęć  lśniącej  powierzchni.  Co  jakiś  czas 

pobiegnie  do  domu  po  kanapkę  z  wędzoną  goudą,  którą  potem  zje,  spacerując  wzdłuż 

zadbanego ogrodzenia rezydencji i rozkoszując się ciszą i spokojem. 

Nie ma jak w domu. 

- Mamusiu, jesteśmy głodni! - zawył Edgar, wyrywając Vanessę z zamyślenia. 

No tak, jeszcze oni. 

- Vanessa  wam  coś  przygotuje.  -  Pani  Morgan  uśmiechnęła  się  i  poklepała  syna  po 

background image

główce, nawet nie zerkając na dziewczynę. 

- Jasne. Pewnie. 

Vanessa  odłożyła  czarny  worek  marynarski  z  demobilu  na  wypolerowany  jasny 

parkiet  i  otworzyła  ciężkie  drzwi  lodówki  ze  stali  nierdzewnej,  W  środku  leżała  cała  masa 

świeżych  produktów  -  pudełka  z  sałatką  z  makaronu  orzo  i  łososiem  curry  z  białymi 

porzeczkami. Gdzie były zimne resztki kurczaka albo chociaż masło orzechowe i galaretka? 

Za jej plecami Edgar i Nils zaczęli się przepychać na samym środku podłogi. Vanessa 

zwykle pozwalała im na to z nadzieją, że zmęczą się jak szczeniaki, które kiedyś filmowała w 

czasie  biegu  psów  na  Union  Square.  Myślała,  że  uchwyci  jakąś  walkę  psów  albo  zobaczy 

jednego ł tych jastrzębi, które sprowadzono do miasta, żeby polowały na szczury, jak nurkuje, 

żeby  porwać  chihuahuę,  ale  musiała  zadowolić  się  zabawą  słodkich  psiaków.  Podejrzewała, 

że w końcu chłopcy padną na plecy z wywieszonymi językami i będą dyszeć jak psy. 

- Chłopcy! - warknęła pani Morgan i wygładziła spodnie khaki z kantem jak żyletka. 

Jej  top  w  kolorze  kości  słoniowej  miał  wykończenie  z  grubej,  satynowej  brązowej 

wstążki. Patrząc na dziwnie napiętą twarz pani Morgan, trudno było orzec, czy ma trzydzieści 

dwa, czy pięćdziesiąt dwa lata. 

- Możecie iść na górę i przygotować się do obiadu. 

Odwróciła  się  do  Vanessy.  Drewniane  obcasy  meksykańskich  sandałów  na  klinie 

zastukały o podłogę. 

- Vanesso, zjemy łososia. I gdybyś mogła zaimprowizować jakąś świeżą sałatkę, może 

też sos jogurtowo - koperkowy do ryby? Byłoby miło. 

Czekaj no! Zaimprowizować sałatkę? Niby po co tu przyjechała, żeby... żeby... 

Pomagać?  Och.  No  tak.  Tyle  że  nigdy  niczego  nie  ugotowała  poza  makaronem  z 

sosem ragoût. 

- Jasne  -  odparła  Vanessa  i  zaczęła  szukać  kopru  w  szufladzie  lodówki.  Słyszała  na 

górze chłopców, wrzeszczących i udających odgłosy wybuchów. Odwróciła się, trzymając ja-

kieś liściaste zioło. Co to było? Koper? Kolendra? Cholerna bazylia?  I  wtedy zobaczyła  coś 

porażającego. 

Bladą,  kościstą,  zapadniętą  pupę  pani  Morgan.  O  mój  Boże!  Vanessa  szybko  się 

odwróciła.  Mimo  zimnego  powietrza  buchającego  z  lodówki,  czuła,  jak  płoną  jej  policzki. 

Głośno odchrząknęła. Czyżby pani Morgan po prostu zapomniała, że Vanessa tu jest, czy jak? 

Odwróciła się, trzymając zieleninę dokładnie przed twarzą. 

Zerknęła zza liści i zobaczyła pracodawczynię z rękoma na biodrach, w drewnianych 

sandałach, cieniutkich czerwonych stringach i w czarnym koronkowym biustonoszu. 

background image

- Coś nie tak? - zapytała. 

- Nie, oczywiście że nie. 

Vanessa  zaczęła  oglądać  skórki  paznokci,  co  było  dla  niej  bardzo  nietypowe. 

Naprawdę  miała  zniszczone  ręce!  Ale  nie  mogła  się  powstrzymać  od  zerkania  na  panią 

Morgan, wyzwoloną kobietę XXI wieku, która rozpięła stanik i rzuciła go, jakby nigdy nic, na 

oparcie kuchennego krzesła. 

Vanessa zmusiła się, żeby patrzeć pracodawczyni w twarz. 

- Przepraszam na chwilę, chciałabym zanieść rzeczy do swojego pokoju. 

Musiała, po prostu musiała, stąd wyjść. 

- Na samej górze. 

Pani Morgan zaczęła  grzebać w płóciennej torbie, zapewne w poszukiwaniu jakiegoś 

ubrania. 

Miejmy nadzieję! 

Vanessa  przerzuciła  worek  przez  ramię  i  ruszyła  szerokimi  drewnianymi  schodami, 

przeskakując  po  dwa  stopnie.  Próbowała  wyrzucić  z  myśli  obraz  stringów  pani  Morgan. 

Właściwie  kto  nosi  stringi  poza  wyrośniętymi  trzynastolatkami,  które  lubią,  jak  im  figi 

wystają znad spodni? 

Très passé. 

Co się stało z dobrym wychowaniem? Zupełnie jakby Vanessa była domowym kotem, 

a nie człowiekiem. Musiała wrócić do realnego świata, między ludzi, którzy ją szanowali i nie 

zachowywali się, jakby była meblem. Nie upłynęło nawet piętnaście minut, jak przyjechała do 

Hamptons, pięknego jak z obrazka, a już chciała wracać. 

Minęła  trzecie  półpiętro  i  ruszyła  na  strych  do  siebie.  Przynajmniej  będzie  tu  miała 

trochę prywatności i może nawet odrobinę luksusu. Weszła na ostatni schodek i rozejrzała się 

w poszukiwaniu drzwi, które mogłaby zamknąć. Ale nie, schody prowadziły prosto na strych, 

gdzie nachylony sufit był tak niski, że trzeba było się mocno schylić. Co, do cholery? 

Oddychała  głęboko,  co  rzekomo  miało  ją  uspokoić.  Stanęła  na  samym  środku 

dusznego, zagraconego  pokoju - tylko w ten sposób uniknęła garbienia się. Rzuciła torbę na 

podłogę  i  spróbowała  otworzyć  okienko.  Zacięło  się.  Więcej.  Zamalowano  je!  Cholera, 

cholera, cholera. 

Vanessa  zdjęła  wyblakłą  czarną  koszulkę,  mokrą  od  potu  i  rozpięła  torbę.  Odsunęła 

golarkę  do  włosów  i  żółto  -  czarny  kostium  kąpielowy,  przypominający  trzmiela,  który 

pożyczyła z szuflady z bielizną Jenny. Szukała czarnej bluzki w prążki. 

- Świetnie, widzę, że znalazłaś pokój. 

background image

Odwróciła się i zobaczyła panią Morgan. Bogu dzięki, miała na sobie białą plażówkę. 

Stała na schodach na strych. Dobrze, że się ubrała. Za to Vanessa niestety nie. 

Nie o takim lecie marzyła. 

background image

poczta lotnicza - par avion - 10 lipca 

Cze

ść

 Dan! 

Co  tam  w  mie

ś

cie?  Uwielbiam  Prag

ę

!  Sp

ę

dzam  popołudnia  w  małych 

kafejkach  na  ulicy  i  udaj

ę

ż

e  szkicuj

ę

,  ale  tak  naprawd

ę

  ogl

ą

dam 

europejskich  chłopców  -  to  dopiero  widoki!  (Popatrze

ć

  to  nic  złego, 

prawda?)  Wi

ę

c  tak  naprawd

ę

  t

ę

sknie  tylko  za  Tob

ą

  i  tat

ą

.  Odpisz,  prosz

ę

Nie  martw  si

ę

,  nie  musisz  mi  przysyła

ć

  powie

ś

ci,  wystarczy  kilka  słów. 

Znaj

ą

c Ciebie, pewnie przy

ś

lesz mi haiku. 

 

Całuj

ę

Jenny 

background image

czytanie to podstawa 

Dan  zbiegi  po  rozklekotanych  schodach  w  Strandzie  z  głównego  poziomu  do  pokoju 

pracowników  w  piwnicy.  Zajęło  mu  to  jakieś  trzydzieści  sekund.  To  był  jego  rekord.  Od 

wczoraj  chodził  przybity.  Wrócił  od  Grega  -  czytali  razem  listy  od  ludzi,  którzy  chcieli 

wstąpić  do  salonu  -  i  znalazł  na  lodówce  wiadomość.  To  było  dziwnie  chłopięce  pismo 

Vanessy. „Wyjeżdżam do Hamptons do pracy. Napiszę e - maila ze szczegółami. Zostawiłam 

w lodówce pół kanapki z indykiem. V”. Otworzył lodówkę i znalazł kanapkę z jeszcze jedną 

karteczką. Napisano na niej tylko „Zjedz mnie”. Nie mógł uwierzyć, że Vanessa po prostu... 

wyjechała. 

Przez cały dzień skupiał się na pracy, starając się nie myśleć o Vanessie. Opłaciło się. 

Przekonał  się  o  tym,  gdy  układał  na  półce  stare  bibliografie.  Nagle  pustka  w  nim  wypełniła 

się podnieceniem, którym musiał się z kimś podzielić. 

Dan pchnął drzwi z napisem „Tylko dla pracowników” i wrzasnął na całe gardło: 

- Greg?! Jesteś tu?! 

Oczywiście,  niepotrzebnie  tak  krzyczał,  bo  pokój  był  wielkości  windy.  Greg  siedział 

w środku i grzebał w obskurnej szafce. 

- Co jest? - Greg w pierwszej chwili się przestraszył, ale zaraz uśmiechną! się szeroko, 

poprawiając okulary na drugim smukłym nosie. Zatrzasnął drzwi szarki w kolorze zielonych 

wymiocin. - Co się dzieje? Właśnie skończyłem robotę. 

- W  życiu  nie  zgadniesz,  co  znalazłem.  -  Dan  wymachiwał  maleńką  zniszczoną 

książką  w  twardych  czekoladowych  okładkach.  -  Gdy  tylko  to  zobaczyłem,  złapałem  i 

zbiegłem tutaj. 

Właściwie  to  pracownikom  nie  wolno  było  schodzić  z  piętra,  gdy  byli  na  swojej 

zmianie, nawet w nagłych wypadkach, ale Dan zawsze hołdował zasadzie, że zasady są po to, 

aby je łamać. 

- Co to jest? - zapytał podekscytowany Greg, przechodząc nad niską drewnianą ławką, 

którą przyśrubowano do podłogi. 

- Tadam!  -  Dam  pomachał  książką  nad  głową.  -  Najpierw  zgadnij.  Proszę,  spróbuj 

zgadnąć. 

background image

- Nie potrafię! - Greg, przekomarzając się, próbował dosięgnąć książki. 

- Nie, nie dostaniesz.  

Dan schował tomik za plecami. 

Greg sięgnął za niego. 

- Pokaż, nie daj się prosić. 

Dan wyciągnął książkę przed siebie, okładką do Grega. 

- Mam w rękach arcydzieło, którego nakład został już wyczerpany, autorstwa jednego 

z  najważniejszych  amerykańskich  powieściopisarzy  połowy  wieku,  opublikowane  przez 

nowatorskie wydawnictwo w San Francisco w 1952. 

- Nie. - Greg usiadł na ławce, jakby miał zemdleć. - Niemożliwe. 

- Poważnie  -  potwierdził  Dan.  -  To  Poet's  Wake!  Pieprzonego  Shermana  Andersona 

Hartmana. 

- To jak święty Graal albo coś takiego - mruknął Greg. Był pod wrażeniem znaleziska. 

- Mogę zobaczyć? - zapytał drżącym głosem. 

- Ale  ostrożnie.  Mole  bardzo  uszkodziły  niektóre  strony.  To  tragedia,  ale  chyba  nie 

możemy narzekać. Tak trudno dorwać tę książkę. Słyszałem historie o ludziach, którzy odnaj-

dywali ją w starych antykwariatach na Środkowym Zachodzie, ale żeby tu? W Nowym Jorku? 

Jakie mieliśmy szanse? 

Greg położył rękę na dłoni Dana, ściskając jego palce i tomik. 

Ej, rączki przy sobie. 

- Mam  lepszy  pomysł  -  szepnął  z  powagą  Greg,  ściągając  piękne  jasne  brwi.  -  Może 

przeczytasz mi fragment? 

Dan wzruszył ramionami. Rzeczywiście, miał całkiem dobry głos do czytania. Zerknął 

na zegarek. Powinien być na  górze i ustawiać książki, ale nikt nigdy nie zaglądał do pokoju 

pracowników,  więc  mógł  poświęcić  kilka  minut.  Poza  tym  pewne  rzeczy  są  po  prostu 

ważniejsze od pracy. 

Odchrząknął, przekartkował książkę i zaczął czytać pierwszy lepszy akapit. 

- „Emily  zjawiła  się  nieco  po  północy.  Przyjechała  pociągiem.  Wyglądała  tak,  jak 

zawsze ją sobie wyobrażał w czasie gorączkowych marzeń późną nocą, kiedy odsuwał kartkę 

papieru na biurku, odkładał pióro, niezdolny, by pisać, niezdolny, by się skupić, niezdolny, by 

myśleć  o  czymkolwiek  innym  niż  jej  wdzięczna  szyja,  krągłość  jej  biodra.  Wyglądała  jak 

sama  idea  kobiety  i  zastanawiał  się,  czy  to  nie  było  lepsze  od  rzeczywistości?  Czy  kiedy 

wszystko już zostało powiedziane i zrobione, idee nie stoją ponad rzeczywistością?” 

Dan stał w milczeniu. Nadal tulił z czcią postrzępiony tom. Greg po prostu siedział i 

background image

patrzył na kolegę tak, jak się patrzy na skomplikowany witraż albo kogoś, kto rozbiera się w 

oknie naprzeciwko, kilka pięter wyżej. 

- To zbrodnia - mruknął ponuro Dan. - Jak można nie wznowić takiej książki? 

- To zbrodnia - zgodził się Greg, wstając i kładąc ręce na okładce. 

Dan  spojrzał  w  jego  szeroko  otwarte,  błyszczące  zielone  oczy,  ukryte  za  szkłami 

topornych okularów. 

- Bogu dzięki, że ludzie tacy jak my utrzymują prawdziwą literaturę przy życiu. 

- Masz rację. - Dan z powagą pokiwał głową. 

- Dan - szepnął chrapliwie Greg - naprawdę cieszę się, że się poznaliśmy. 

- Ja też. 

Dan  zerknął  na  zegarek.  Nie  chciał  zniknąć  z  pracy  na  zbyt  długo,  ale  nim  się 

zorientował, co pokazuje jego zegarek Casio, objęły go długie ramiona Grega. 

- To  dobry  znak  dla  naszego  pierwszego  spotkania,  jutro.  -  Gorący  oddech  łaskotał 

Dana w szyję. - Mamy tyle do omówienia. 

- Aha - wyjąkał Dan. 

Kurczę, Greg to niezły świr, ale naprawdę docenił, jak cenna jest ta książka. 

- Ej,  może  to  przetrzymasz  dla  mnie  do  jutra?  -  zaproponował,  podając  kumplowi 

książkę. 

Greg znowu go objął, jeszcze mocniej. 

- Och - westchnął. - To za dużo. 

Dan wyszczerzył zęby i ruszył na górę. Dlaczego zawsze przyciąga dziwaków? 

Hm, może dlatego, że sam jest dziwadłem? 

background image

 

tematy    ◄    wstecz    dalej    ►    wyślij pytanie    odpowiedź 

Wszystkie  nazwy  miejsc,  imiona  i  nazwisko  oraz  wydarzenia  zostały  zmienione  lub  skrócone,  po  to  by  nie 

ucierpieli niewinni. Czyli ja.

 

 

hej, ludzie!

 

 

Kiedy  ju

ż

  człowiek  my

ś

li, 

ż

e  nie  mo

ż

e  by

ć

  gor

ę

cej,  temperatura  podskakuje  o  kolejne  pi

ęć

  stopni.  A 

mo

ż

e  to  tylko  mój  komputer?  Prawie  si

ę

  przegrzał  od  waszych  płomiennych  e  -  maili!  Najwyra

ź

niej 

ludzie  reaguj

ą

  na  temperatur

ę

,  zrzucaj

ą

c  ubrania  i...  funduj

ą

c  niezłe  przedstawienie  całemu 

s

ą

siedztwu. 

 

O  czym  ja,  do  diabła,  mówi

ę

?  Có

ż

,  wszyscy  wiemy, 

ż

e  w  Hamptons  gdziekolwiek  człowiek  spojrzy, 

widzi  kogo

ś

  znajomego  (tak  samo  jak  na  Manhattanie!)  Tyle 

ż

e  tu  rzeczywi

ś

cie  mamy  podwórza  i 

ogrodzenia.  Szalony  pomysł,  nie?  Rz

ę

dy 

ż

ywopłotów,  oddzielaj

ą

cych  bajeczne  i  pi

ę

kne  od  innych 

bajecznych i pi

ę

knych. Mówi si

ę

ż

e dobre ogrodzenie to dobrzy s

ą

siedzi, wi

ę

c chyba powinni

ś

my si

ę

 

trzyma

ć

 własnych rezydencji. Ale co, gdy s

ą

siadka jest naprawd

ę

 kusz

ą

ca i od czasu do czasu naga? 

To  oczywi

ś

cie  czysto  hipotetyczne  rozwa

ż

ania...  osobi

ś

cie  nie  znam  nikogo,  kto  by  najpierw  pływał 

nago,  a  potem  zapraszał  s

ą

siada.  Słyszałam  jednak  plotki, 

ż

e  B  i  S  tak  robi

ą

,  a  wiadomo, 

ż

e  te 

dziewczyny  zawsze  ustalaj

ą

  nowe  trendy.  Tu  usłyszycie  o  tym  po  raz  pierwszy:  czas  obali

ć

  mury! 

Pieprzy

ć

 

ż

ywopłoty Dobrzy s

ą

siedzi to dobra zabawa. 

Wi

ę

c witajcie, s

ą

siedzi, przyje

ż

d

ż

ajcie i szukajcie mnie. Le

żę

 przy basenie, rozkoszuj

ę

 si

ę

 alkoholem i 

przyszłymi studentami college'ów. Ech, po prostu jeszcze jeden pracowity dzie

ń

 

Wasze e - maile 

 

P:

 Droga P! 

Wiem, 

ż

e powinnam by

ć

 na pla

ż

y razem z reszt

ą

 cywilizowanych ludzi, ale niestety ugrz

ę

złam 

w  mie

ś

cie,  w  letniej  szkole.  Kto  by  pomy

ś

lał, 

ż

e  oni  tak  powa

ż

nie  traktuj

ą

  tu  spraw

ę

 

obecno

ś

ci? W ka

ż

dym razie umieram, jest tak gor

ą

co. Ratunku! 

Skwiercz

ą

ca w Mie

ś

cie 

 

O:

 Droga SwM! 

background image

Biedactwo.  Wygl

ą

da  na  to, 

ż

e  przydałby  ci  si

ę

  teraz  sobowtór!  Ale  je

ś

li  nie  masz  takiej 

mo

ż

liwo

ś

ci, oto kilka prostych rad, jak si

ę

 nie upiec w mie

ś

cie: 

 

1)  Znajd

ź

  najbli

ż

szy  basen  na  dachu.  Je

ś

li  nie  masz  przyjaciółki  z  takim  basenem (albo  ona 

te

ż

  wyjechała),  wypróbuj  Soho  House  albo  hotel  Gansevoort.  Je

ż

eli  jeste

ś

  naprawd

ę

 

zdesperowana,  kup  sobie  basenik  dla  dzieci,  wystaw  na  własny  dach  i  nie  zapomnij  o  setce 

butelek wody Evian. To wła

ś

nie nazywam prywatn

ą

 imprez

ą

 

2) Klimatyzacja w Barneys jest warta grzechu. Nie jest tam co prawda zbyt słonecznie, ale gdy 

przymierzasz bikini, to prawie jakby

ś

 była na pla

ż

y. 

 

3) Trzy słowa: Tasti D - Lite (a mo

ż

e to dwa słowa pisane z ł

ą

cznikiem?) Dobra, wiem, 

ż

e to 

moda  sprzed  pi

ę

ciu  lat,  ale  sama  wiesz, 

ż

e  szukasz  czego

ś

  zimnego  i  słodkiego.  A  je

ś

li 

rzeczywi

ś

cie nie dotrzesz tego lata na pla

żę

, wy

ś

wiadcz mi t

ę

 przysług

ę

, zapomnij o kaloriach 

i machnij par

ę

 lodów orzechowych. Pychota. 

 

4)  Mówiła

ś

ż

e  jeste

ś

  w  letniej  szkole,  tak?  Ej,  a  tam  nie  ma  klimatyzacji?  Je

ś

li  nie  znasz 

odpowiedzi, lepiej sprawd

ź

 raz jeszcze, jak powa

ż

nie dyrekcja traktuje spraw

ę

 obecno

ś

ci! 

P. 

 

regulamin pla

ż

owania 

 

Szcz

ęś

ciarze,  którzy  si

ę

  wyleguj

ą

  na  pla

ż

y,  niech  si

ę

  nie  martwi

ą

,  nie  zapomniałam  o  nich. 

Najwa

ż

niejsza  rzecz,  o  której  trzeba  pami

ę

ta

ć

  tego  lata  -  dla  waszego  własnego  dobra  i  wszystkich 

innych - to fakt, 

ż

e gdy nowojorczycy przenosz

ą

 si

ę

 z szykownych barów Manhattanu na piaszczyste 

pla

ż

e Hamptons, zabieraj

ą

 te

ż

 towarzyskie zasady. W ko

ń

cu potrzebujmy tu jakiego

ś

 porz

ą

dku. Wi

ę

dla  tych,  którzy  ich  nie  znaj

ą

  -  niepisane  zasady  etykiety  pla

ż

owej,  których  absolutnie  trzeba 

przestrzega

ć

 

1) Je

ś

li zamierzasz si

ę

 gapi

ć

 - a wiadomo, 

ż

e zamierzasz - no

ś

 wielkie ciemne okulary. 

 

2) Połó

ż

 r

ę

cznik przynajmniej metr od s

ą

siada (to naprawd

ę

 minimum, akceptowane tylko w chwilach 

najwi

ę

kszego  tłoku  na  pla

ż

y).  Je

ś

li  uwa

ż

asz, 

ż

e  dusi

ć

  si

ę

  jak 

ś

ledzie  w  beczce,  w  wagonie  metra  to 

nic  przyjemnego,  wyobra

ź

  sobie,  jak  to  jest  by

ć

  takim 

ś

ledziem  przez  cztery  bite  godziny  i  to  w  do-

datku półnagim. Nikt nie lubi by

ć

 tak blisko i tak intymnie. 

 

3) Nie obchodzi mnie, czy jeste

ś

 Rickym Martinem - 

ż

adnych obcisłych slipek, błagam! Zwłaszcza je

ś

li 

jeste

ś

 Rickym Martinem. Fuj. 

 

4)  Niektóre  lec

ą

  na  owłosione  klatki  i  plecy.  Wywoskuj  si

ę

,  zakryj  to,  albo  zosta

ń

  w  domu!  To  tyle, 

background image

goryle. 

 

5)  Kiedy  wcierasz  olejek  w  przyjaciółk

ę

  albo  swoj

ą

  dziewczyn

ę

,  nie  daj  si

ę

  ponie

ść

.  Wszyscy 

widzieli

ś

my  dziewczyny  tul

ą

ce  si

ę

  do  siebie  w  barach, 

ż

eby  przyci

ą

gn

ąć

  uwag

ę

  i  widzieli

ś

my  pary, 

który ob

ś

ciskuj

ą

 si

ę

 w ciemnych k

ą

tach. Obie te rzeczy w 

ś

wietle dnia wygl

ą

daj

ą

 jeszcze gorzej. Za-

ufajcie mi, s

ą

 lepsze metody zwrócenia na siebie uwagi. Ja to wiem najlepiej. 

 

pewne pal

ą

ce kwestie 

 

Plotkowanie  to  nie  tylko  imprezy  i  piñacolada,  to  nieustanna  praca,  dwadzie

ś

cia  cztery  godziny  na 

dob

ę

.  No  dobra,  niech  wam  b

ę

dzie:,  to  mnóstwo  imprez  i  piña  colady.  Mo

ż

e  nie  ratuj

ę

 

ż

ycia  na 

pogotowiu,  ale  ratuj

ę

  wasze 

ż

ycie  towarzyskie,  a  tu  ka

ż

dy  drobiazg  jest  wa

ż

ny.  Dla  w

ą

tpi

ą

cych,  oto 

kilka pyta

ń

, które ostatnio dr

ę

cz

ą

 mnie nocami (to znaczy, kiedy akurat nie imprezuj

ę

): 

 

Czy  to  mo

ż

liwe, 

ż

e  N  zakochał  si

ę

  w  sporo  starszej  od  siebie? Widziano  go  ostatnio,  jak machał  na 

po

ż

egnanie roznegli

ż

owanej kobiecie w Hampton Bays. Interesante. Z tego, co słyszałam, nie byłby to 

pierwszy raz... I czy to mo

ż

liwe, 

ż

B i S znowu id

ą

 w 

ś

lady Safony? Podobno zacz

ę

ły si

ę

 opala

ć

 nago 

i sypia

ć

 w jednym łó

ż

ku. Mo

ż

e w ko

ń

cu ogłosz

ą

 to oficjalnie? Czy V b

ę

dzie zazdrosna? Zawsze mnie 

zastanawiała,  ona  i  ta  jej  króciutka  fryzurka.  A  skoro  ju

ż

  o  niej  mowa.  Mał

ą

  pann

ę

  V  widziano,  jak 

k

ą

pała si

ę

 pó

ź

n

ą

 noc

ą

 w bardzo nietwarzowym, dziecinnym kostiumie k

ą

pielowym. Miejcie oko na jej 

pla

ż

owe wyposa

ż

enie w stylu pszczółki, mo

ż

e niedługo pojawi si

ę

 obok was. No i jest jeszcze D... 

 

Nie  powiem  wam,  ile  osób  przysłało  mi  e  -  maile  w  sprawie  jutrzejszego  spotkania  w  salonie 

literackim. Czy ja czego

ś

 nie rozumiem? My

ś

lałam, 

ż

e czytanie Prousta w ciemno

ś

ciach jest dobre dla 

chudych, bladych chłopców w okularach jak denka butelki. Z waszych e - maili wynika, 

ż

e ujawni

ą

 si

ę

 

naprawd

ę

  warte  grzechu  mole  ksi

ąż

kowe,  które  szukaj

ą

  miło

ś

ci...  Czy

ż

by  zapowiadało  si

ę

  Wielkie 

Kojarzenie  Dziwadeł?  To, 

ż

e  mnie  tam  nie  b

ę

dzie,  nie  znaczy, 

ż

e  nie  mog

ę

  wam  pomóc.  Oto,  jaka 

jestem wspaniałomy

ś

lna. Gar

ść

 odpowiedzi na najcz

ęś

ciej zadawane pytania: 

 

etykieta obowi

ą

zuj

ą

ca w salonie literackim 

 

NALE

Ż

Y  prawidłowo  kojarzy

ć

  nazw

ę

.  Salon  literacki  to  nie  miejsce,  gdzie  kobiety  maj

ą

  długie 

czerwone paznokcie i zajmuj

ą

 si

ę

 strzy

ż

eniem włosów. 

NALE

Ż

Y zabra

ć

 ze sob

ą

 co

ś

 do picia - co

ś

 interesuj

ą

cego i stosownie mocnego; to oznacza pernod, 

chartreuse albo ouzo. Piwo zostawcie w domu, wielkie dzi

ę

ki. NALE

Ż

Y kiwa

ć

 głow

ą

 w odpowiedzi na 

to,  co  powiedz

ą

  inni.  Nawet  je

ś

li  jeste

ś

  zbyt  zaj

ę

ty  przygl

ą

daniem  si

ę

  lasce  poetce  na  drugim ko

ń

cu 

pokoju, 

ż

eby słucha

ć

. NIE WOLNO milcze

ć

. To nie szkoła, tu nie ma złych odpowiedzi, wi

ę

c po prostu 

wymy

ś

l  co

ś

ż

eby  zaimponowa

ć

  ludziom.  Albo  powiedz  jakie

ś

  zdanie  w  obcym  j

ę

zyku.  To  zawsze 

działa. 

NIE  WOLNO  zapomina

ć

  o  elastyczno

ś

ci,  Je

ś

li  kto

ś

  proponuje, 

ż

eby

ś

  spróbował  czego

ś

  nowego, 

background image

pami

ę

taj, prawdziwi arty

ś

ci zawsze s

ą

 gotowi eksperymentowa

ć

, NIE WOLNO da

ć

 si

ę

 zaskoczy

ć

, gdy 

sprawy nagle nabior

ą

 rumie

ń

ców, Mi

ę

dzy wierszami potrafi

ą

 narosn

ąć

 wielkie emocje. 

 

Dobra,  dzieciaki,  bawcie  si

ę

  dobrze  i  opowiedzcie,  jak  wam  poszło.  Wiecie, 

ż

e  jestem  ciekawa  i 

wiadomo, co si

ę

 mówi o dziwakach, nie? 

Ż

e w łó

ż

ku to prawdziwi wariaci. Nara! 

Wiecie, 

ż

e mnie kochacie. 

plotkara 

background image

najwyra

ź

niej V ju

ż

 nie jest w kansas 

- Szybciej, szybciej, Vanesso, pospiesz się! 

Tuż  przed  nią  skakały  hałaśliwe  czteroletnie  bliźniaki  -  rozmazany  obraz  łokci, 

kręconych  włosów  i  kąpielówek  Brooks  Brothers  w  maleńkie  żaglówki.  Nils  był  w 

czerwonych,  Edgar  w  niebieskich.  Chłopcy  biegli  drewnianym  pomostem,  prowadzącym  na 

plażę, rozrzucając fontanny piasku. 

- Wolniej! 

Vanessa  poprawiła  na  ramieniu  różowo  -  zieloną  płócienną  torbę  z  płetwami  i 

maskami,  zwiniętymi  ręcznikami  plażowymi,  pięcioma  rodzajami  kremów  ochronnych, 

książeczkami  z  Bobem  Budowniczym,  sokami,  przekąskami,  plastikowymi  wiaderkami  i 

łopatkami,  frisbee,  piłką  do  nogi  i  dwoma  wideo  IPodami  z  programami  Mali  Einsteinowie. 

W drugiej ręce niosła wielki parasol w granatowo - kremowe pasy. Pani Morgan nalegała, aby 

go zabrać. 

- Powiedziałam: wolniej! - wrzasnęła znowu Vanessa, kiedy skaczący duet zniknął za 

wydmą. 

Już  miała  krzyknąć  na  całe  gardło,  kiedy  doszła  do  wniosku,  że  ma  to  gdzieś. 

Nieważne. Biegnijcie. Utopcie się. Niech was porwą. Pieprzę to. Byłby spokój. Prawda była 

taka, że bliźniaki pewnie znały plażę równie dobrze, jak plac zabaw w Central Parku. To ona 

czuła się tu zagubiona. 

W  końcu  dotarła  do  grzbietu  wzniesienia  i  się  rozejrzała.  Nils  i  Edgar  zniknęli  w 

gęstwinie ciał, tłoczących się na plaży. Nigdzie nie było skrawka wolnego miejsca. Potykając 

się  w  trampkach  -  wyciągnęła  sznurówki  i  myślała,  że  będą  równie  wygodne,  jak  klapki  - 

Vanessa  kluczyła  w  labiryncie  koców,  składanych  leżaków  i  blond  opalonych 

dwudziestoparolatków  z  bladymi,  pilnowanymi  z  obowiązku  dzieciakami.  Wyczerpała 

ostatnie  rezerwy  sił  akurat  wtedy,  gdy  trafiła  na  nieco  ponadmetrowy  kawałek  plaży.  Bogu 

dzięki. Rzuciła wypchaną torbę i ciężki płócienny parasol na gorący piasek, a potem padła. 

- Po  prostu  uroczy  dzień  na  plaży  -  mruknęła  do  siebie,  doskonale  przedrzeźniając 

melodyjny akcent pani Morgan. 

Zaczęła  grzebać  w  torbie  w  poszukiwaniu  koca,  który  bez  przekonania  rozciągnęła 

background image

przed  sobą,  nawet  nie  wstając.  Torba  się  przewróciła,  ale  Vanessa  nie  trudziła  się,  żeby 

pozbierać z powrotem zawartość. Głupia, głupia, głupia, strofowała się w myślach, gdy zdała 

sobie sprawę, że nie wzięła niczego dla siebie dla zabicia czasu. Dużo by dała, żeby wrócić na 

Manhattan,  siedzieć  w  chłodnym,  ciemnym  wnętrzu  Film  Forum  i  oglądać  najnowszy  film 

Todda  Solondza.  Zamiast  tego  tkwiła  na  piasku,  prażyło  ją  słońce  i  nie  miała  nic  do  roboty 

poza wycieraniem nosa bliźniakom i czytaniem najnowszego wydania „Highlights”. 

Już chyba etykietki kremów do opalania byłyby zabawniejsze. 

Vanessa  rozejrzała  się,  szukając  czerwonych  łub  niebieskich  kąpielówek  bliźniaków. 

Kilka  odważnych  niań  zanurzyło  się  w  zimnym  Atlantyku  razem  z  dziećmi,  których 

pilnowały  Szczękały  zębami,  ale  się  śmiały.  Zobaczyła  dwóch  chłopców  w  kąpielówkach 

identycznych  z  tymi,  które  nosili  Nils  i  Edgar.  Przez  chwilę  się  zastanawiała,  czy  pani 

Morgan zauważyłaby, gdyby przyprowadziła te dzieci zamiast bliźniaków. 

Mieszkała  w  Hamptons  mniej  niż  dzień,  ale  zdążyła  już  zauważyć,  że  pani  Morgan 

jeszcze  mniej  interesuje  się  chłopcami  niż  zwykle.  A  jeden  telefon  dla  porządku  od  pana 

Jamesa Grossmana to cala dzienna norma. Zupełnie, jakby oboje byli nakręcanymi robotami, 

zaprogramowanymi  do  wypełniania  obowiązków.  Maszynami,  które  nie  wchodzą  w  żadne 

prawdziwe interakcje i nie okazują uczuć. Vanessa sama nie była zbytnio sentymentalna, ale 

dajcie spokój! 

Była  dopiero  jedenasta  i  plaża  należała  do  dzieci  oraz  ich  opiekunek.  Vanessa 

przyglądała się rówieśniczkom - armii niań - zastanawiając się, czy zawrze tu jakąś przyjaźń. 

Czy pozostałe opiekunki też miały szefowe, które się przy nich rozbierały? Wyobrażała sobie, 

że Hamptons musi być pełne Judzi takich jak pani Morgan. Nie miałaby nic przeciwko, żeby 

wymienić  się  z  kimś  opowieściami  o  dziwactwach  pracodawców.  Ale  kiedy  się  rozejrzała, 

uznała, że mało prawdopodobne, aby któreś z tych gibkich stworzeń o idealnej opaleniźnie, w 

za  dużych  okularach  przeciwsłonecznych  i  z  pomalowanymi  paznokciami  chciało  się  z  nią 

zadawać.  I  vice  versa.  Zasadniczo  czuła  się  jak  w  Constance  Bilard,  szkole,  w  której 

torturowano ją przez trzy ostatnie lata. 

Vanessa  zagapiła  się  na  bezkresny  ocean,  powstrzymując  łzy.  Zrzuciła  buty  i 

skrzyżowała  nogi,  szukając  wśród  rozrzuconych  rzeczy  czegoś  do  picia.  Znalazła  maleńki 

kartonik z sokiem jabłkowym. Otworzyła go słomką, nakłuwając wściekle aluminiową folię. 

- Jesteś!  -  Nils  pędził  do  niej  przez  piasek,  biegnąc  na  skróty  przez  koce  i  ręczniki 

sąsiadów. 

- Nie  rób  tak!  -  zbeształa  go.  -  Albo  rób  i  niech ktoś  cię  skrzyczy.  Jak  wolisz.  Gdzie 

twój brat? 

background image

- Nie wiem. 

Usiadł i zaczął grzebać w rzeczach rozrzuconych na kocu. 

- Vanessa, w krakersach jest piasek. 

- Życie jest brutalne. 

Przyjrzała  się  swoim  bladym  jak  mleko  kostkom  i  jeszcze  bledszym  stopom.  Prawie 

żałowała, że nie zrobiła sobie pedikiuru. Zdjęła stopy z koca i schowała je w piasku. 

- Nils, proszę, powiedz, że nie zabiłeś brata. 

Dzieciak wyszczerzył zęby, pochylił się ku niej, kładąc lepkie, upaprane w piasku ręce 

na jej ramionach i beknął jej w twarz. 

Oto właśnie dorasta psychopata, któremu wszystko wolno. 

- Chłopiec, którego powinnaś pilnować, jest tam - odezwał się znajomy, jękliwy głos. 

Vanessa odwróciła się i zobaczyła chłodne spojrzenie dawnej koleżanki z klasy, Kati 

Farkas.  Miała  na  sobie  za  małe  czarne  bikini  Gucciego.  Obok  niej  leżała  na  brzuchu  jej 

najlepsza  przyjaciółka,  Isabel  Coates.  Zdjęła  górę  od  bikini  w  kolorze  groszku.  Ruda 

dziewczynka nacierała ją olejkiem brązującym Ban de Soleil. 

- Och, cześć - odparła chłodno Vanessa. 

Obok  Isabel,  pod  parasolem  w  biało  -  różowe  pasy,  wyciągały  się  dwa  kolejne 

długonogie manekiny. 

- Wy też pracujecie jako opiekunki latem? - zapytała koleżankę, chociaż wiedziała, że 

to niemożliwe. 

Kati i Isabel w pracy? W życiu. 

Dziewczyna przewróciła oczami. 

- To  moja  siostrzenica.  Lubię  się  nią  opiekować.  Przynosi  nam  różne  rzeczy,  naciera 

olejkiem, a chłopcy uważają, że jest słodka. 

Vanessa  pokiwała  głową.  Nie  wiedziała,  co  odpowiedzieć.  Wtedy  dostrzegła  Edgara 

idącego brzegiem i krzyczącego radośnie za każdym razem, gdy fala rozbijała się o jego nogi. 

Już  miała  wstać  i  go  złapać,  ale  zobaczył  ją  i  zaczął  biec  w  jej  kierunku.  Odwróciła  się  do 

Kati. 

- Dzięki za pomoc - odparła nieco sarkastycznie. 

Może  gdyby  poprosiła  bliźniaki,  żeby  natarły  ją  balsamem,  wokół  niej  zaczęliby  się 

tłoczyć przystojni sutferzy z Hamptons. To akurat jej typ faceta. Jasne. 

- Ładny kostium - rzuciła złośliwie Isabel. 

Vanessa  wiedziała,  że  wygląda  śmiesznie  w  dziewczęcym  kostiumie  Jenny,  rozmiar 

12, w pasy jak u trzmiela. Mimo to z trudem powstrzymała się od kopnięcia Isabel. Zamiast 

background image

tego dopiła sok z gardłowym siorbnięciem. 

Usłyszała, że chude dziewczyny obok Isabel parsknęły. Kretynki. Już miała rzucić im 

mrożące  spojrzenie,  kiedy  zdała  sobie  sprawę,  że  je  zna!  Tyle  że...  jednak  nie.  Na  pierwszy 

rzut oka dziewczyny wyglądały dokładnie jak Blair i Serena, ale im dłużej im się przyglądała, 

tym  bardziej  zniekształcone  się  wydawały.  Brunetka  ze  zmierzwioną  fryzurą  i  błyszczącymi 

niebieskimi  oczami  miała  wystające  zęby,  Blondynka,  przerażająco  chuda,  była  niemalże 

piękna, jeśli nie liczyć fioletowej żyłki pulsującej na czole i tego, że jedno z jej granatowych 

oczu miało lekko opadającą powiekę. Poza tym tak piękna dziewczyna jak Serena w życiu nie 

dałaby się przyłapać w fioletowym, wycinanym kostiumie - takim jak ten, który miał na sobie 

chudzielec. Z idiotycznym wycięciem na pępku! 

Mimo to przez ułamek sekundy poczuła ulgę. Przyjaciółki! Mogłaby mieć prawdziwe 

przyjaciółki,  jakichś  ludzi  blisko  siebie!  I  wtedy  zdała  sobie  sprawę,  że  jeśli  nawet  te  tanie 

podróbki  nie  były  oryginałami,  to  Blair  i  Serena  muszą  kręcić  się  gdzieś  w  pobliżu.  Gdzie 

indziej spędzałyby lato? 

- Jakiś problem? - zapytał dziwaczny sobowtór Blair, piorunując Vanessę wzrokiem. - 

Mogę w czymś pomóc? 

- Przepraszam - wyjąkała Vanessa zakłopotana, że przyłapano ją na gapieniu się. - Ja 

tylko... 

- Tak? - zapytała tamta ostro. 

- Po prostu przypominasz mi kogoś, kogo znam. 

Czy ta dziewczyna to Rosjanka, czy jest opóźniona w rozwoju? 

- Hm. 

Dziwadło  przyjrzało  się  Vanessie  dokładniej.  Wtedy  ohydna  wersja  Sereny,  siedząca 

po jej prawej stronie, pochyliła się i dość teatralnie szepnęła coś koleżance do ucha. 

Jakie to przyjacielskie. 

- Wiesz  co?  -  Sobowtór  Blair  uśmiechnął  się  i  przeczesał  palcami  gęste  kasztanowe 

włosy. - Podsunęłaś mi pomysł. 

- Jak uważasz. 

Vanessa  odwróciła  się  od  koca  z  jędzami  i  skupiła  na  bliźniakach,  które  teraz  na 

zmianę opluwały się przeżutymi krakersami. 

- Bardzo dobry pomysł - powtórzył za jej plecami klon Blair. 

Tak? Ciekawe, co to może być? 

background image

wielki, tłusty eksperyment D 

- Jesteś! 

Dan zerknął nerwowo na korytarz rozległego mieszkania w Harlemie, gdzie urządzali 

pierwsze spotkanie salonu literackiego Pieśń o Mnie Samym. 

- Jestem. 

Dan  z  wahaniem  wszedł  do  ciemnego  pomieszczenia.  Udawał,  że  przygląda  się 

wielkiemu obrazowi olejnemu, podczas gdy w głowie nerwowo powtarzał tekst na otwarcie. 

„Witam  wszystkich  na  pierwszym  spotkaniu.  Chciałbym  rozpocząć,  cytując  poetę  Wallace'a 

Stevensa,  który  miał  -  rzecz  jasna  -  wiele  do  powiedzenia  na  temat  wagi  literatury  oraz 

kondycji ludzkiej... „Niechaj się pozór przeistoczy w powód. Jedyny imperator: władca porcji 

lodów”

- Wszystko w porządku? 

Dan nagle poczuł ciężar dłoni Grega na ramieniu i prawie podskoczył. 

- Och, przepraszam. 

- Denerwujesz się? - zaśmiał się Greg. 

- Nie, nie - skłamał Dan. - Tylko patrzę na obraz. 

Wskazał  na  wielkie  płótno,  wiszące  nad  kominkiem  w  mieszkaniu  rodziców  Grega. 

Byli  starsi  od  Rufusa  i  większość  czasu  spędzali  w  Phoenix.  Wir  lśniących  szarości  i  cie-

listych tonów lśnił w popołudniowym słońcu, sączącym się przez okna zakurzonego salonu. 

- Podoba ci się? To ja. 

- Serio? 

Dan  odwrócił  się,  żeby  spojrzeć  na  obraz  i  tym  razem  naprawdę  mu  się  przyjrzeć. 

Kiedy cofnął się do przedpokoju i potem zrobił jeszcze jeden krok w tył, zdał sobie sprawę, 

że patrzy na portret Grega naturalnej wielkości. Siedział na maleńkiej drabince i był całkiem 

nagi. 

- Och, racja, - Zachichotał nerwowo. - Oczywiście. To ty. 

- W całej okazałości. 

Greg  zauważył  prostokątną  butelkę,  którą  Dan  ściskał,  jakby  od  tego  zależało  jego 

                                                 

 tłum. Stanisław Barańczak 

background image

życie. 

- Przyniosłeś coś! 

- Aha, trochę absyntu. 

To  był  najbardziej  literacki  trunek,  jaki  znalazł.  Taki,  jaki  pewnie  pijali  Rimbaud  i 

Shelley.  Poza  tym  to  była  jedyna  zamknięta  butelka  w  zatęchłej,  dentystycznej  szafce  z 

popękaną szybą, w której tata trzymał alkohol. 

- Rewelacja! - Greg wziął butelkę. - Zrobimy sobie drinka, zanim wszyscy przyjdą? 

- Jasne.  -  Ruszył  za  gospodarzem.  Korytarz  był  wypełniony  półkami  z  książkami.  - 

Przydałoby mi się coś, co by mnie trochę rozluźniło. 

Ale tylko trochę, prawda? Ten towar jest tak mocny, że... powinien być zakazany. 

 

- Ktosz... To znaczy, ktoś przyszedł... - wybełkotał Dan. 

Język miał wielkości oberżyny. 

- Dzwonek, stary. Przyszli. Czas zaczynać! - dodał, próbując usiąść. 

- Czas zaczynać! 

Greg zerwał się z niskiej kanapy z brązowej skóry, w którą zapadali się coraz głębiej z 

Danem  po  kolejnych  kieliszkach  absyntu.  Dali  sobie  godzinę  na  zaplanowanie  otwarcia,  ale 

przez  większość  czasu  tylko  lali  absynt  na  kawałki  cukru,  a  potem  połykali  kleistą,  słodką 

mieszaninę  jednym  haustem.  Dan  wziął  łyżeczkę  do  mieszania  absyntu,  której  wspólnie 

używali, i włożył do ust. 

 

Metaliczny posmak na języku. Trucizna w kolorze zazdrości... Majaczę, ty  majaczysz, 

ja się łudzę, ty jesteś złudzeniem. Bez ciebie jestem zagubiony. Potrzebuję cię. 

 

Dan  wyszczerzył  zęby.  Więc  to  prawda  -  absynt  rzeczywiście  inspirował.  Trochę  się 

zataczał,  gdy  ruszył  przez  lśniący  parkiet  salonu,  żeby  wziąć  plecak.  Miał  tam  notatnik. 

Musiał zapisać ten kawałek, nim go zapomni. 

- Patrzcie, kto przyszedł! - zawołał Greg. 

Dan upuścił plecak - wiersz już uleciał. Próbował skupić się na twarzach ludzi, którzy 

wchodzili do pokoju. Salon nagie zaczął wirować. Ponieważ zainteresowani przysłali zdjęcia, 

miał  wrażenie,  że  już  wszystkich  zna.  Pojawiała  się  ta  śliczna  dziewczyna,  wielbicielka 

Charlotte Bronte. I zwariowany miłośnik wampirów. 

- Niech  wszyscy  wezmą  sobie  coś  do  picia.  Bar  jest  tam  -  wskazał  im  Greg.  -  W 

zamrażarce  znajdziecie  mnóstwo  lodu.  A  potem  możemy  usiąść  w  kole  i  się  przedstawić. 

background image

Moim zdaniem to dobry pomysł, jak uważasz, Dan? 

Dan  pokiwał  głową.  Nagle  nie  był  w  stanie  wykrztusić  nawet  słowa.  Zatoczył  się  w 

gęstym  tłumie.  Ile  osób  stało  przed  drzwiami?  A  może  dzwonek  zadzwonił  więcej  niż  raz? 

Właściwie jak długo grzebał w plecaku w poszukiwaniu notatnika? Zwalił się z powrotem na 

skórzaną kanapę. 

- Jeszcze jednego? 

Greg  wskazał  na  srebrną  tacę  z  butelką  z  bladozielonym  płynem  i  miską  z  kostkami 

cukru.  Kiedy  wziął  kieliszek,  Dan  zauważył,  że  cała  twarz  kolegi  usiana  jest  maleńkimi 

piegami. 

- Ale... moja mowa... - bąknął Dan. - Muszę... 

- Musisz się wyluzować. 

Greg  delikatnie  wyjął  łyżeczkę  do  mieszania  z  ręki  Dana  i  oparł  ją  na  brzegach 

kieliszka. Położył na niej kostkę cukru i przelał przez nią mocny, zielony alkohol. 

- Miałem ją w ustach - zaprotestował Dan. 

- Mnie to nie przeszkadza. 

Greg  wyszczerzył  zęby,  po  czym  szybko  przemieszał  łyżeczką  alkohol  i włożył  ją  w 

usta. Potem ją wyjął i z powrotem wsunął Danowi w dłoń. 

Fuj, dzięki za bakterie! 

Greg zrzucił podniszczone martensy z czarnej skóry i wszedł na kanapę, prawie przy 

tym  depcząc  po  udzie  Dana.  Potrząsnął  lodem  w  kieliszku,  żeby  zwrócić  na  siebie  uwagę 

zebranego towarzystwa. 

- No dobra, łapcie się za drinki i siadajcie. Mamy dziś mnóstwo do omówienia. 

Głosy wypełniały salon, ale Dan z trudem się na nich skupiał. Cieszył się, że Greg ma 

wszystko pod kontrolą. 

- A teraz przekażę pałeczkę naszemu nieustraszonemu przywódcy. 

Kładąc rękę na ramieniu Dana, żeby nie stracić równowagi, Greg zeskoczył z kanapy i 

usiadł na zniszczonej podłodze u stóp kumpla. 

- Dziękuję ci, Greg. - Dan zachwiał się lekko, przyglądając się grupie. Więc to jest to. 

Nasz salon. A ty jesteś Gertrudą Stein, pomyślał. - Banie i banowie - trochę bełkotał - witam 

na  naszym  pierwszym  spotkaniu  naszego  pierwszego  salonu  na  inauguracji  naszej  grupy.  - 

Odbiło  mu  się  leciutko.  -  Tak  się  cieszę,  że  mogę  się  cieszyć  i  opowiedzieć  wam  o 

wspaniałych książkach. W to, co wierzę i wy wierzycie, i my wszyscy wierzymy, to fakt, że 

książki  są  dobre,  zmieniły  nasze  życie  i  uczyniły  szczęśliwszymi.  To  ma  dla  nas  znaczenie, 

nie? Serio. 

background image

Dan  urwał.  Poza  brzękiem  lodu  w  salonie  rozległo  się  tylko  kilka  zduszonych 

chichotów. Język miał  gruby i suchy i wiedział, że mówi niewyraźnie, ale postanowił sobie, 

że jednak wygłosi mowę otwierającą. Tyle czasu poświęcił na pisanie statutu i grzebaniu w e 

-  mailach,  nie  zamierzał  wszystkiego  schrzanić  tytko  dlatego,  że  wypił  o  jednego  drinka  za 

dużo. 

Tylko jednego? 

- Zaczniemy  dzisiaj  od  przeczytania  fragmentu  z  książki.  Bardzo  się  cieszę,  że 

znalazłem ją tamtego dnia w Strandzie. Tam właśnie pracuję. Gdzie ta książka? Greg, wiesz, 

gdzie zostawiłem tę książkę? 

- Ej  -  roześmiał  się  Greg  -  może  na  razie  odłożymy  czytanie  i  porozmawiamy? 

Wszyscy mogliby się przedstawić. Czytaliśmy z Danem wasze e - maile, ale bardzo chcemy 

was bliżej poznać. - Pomógł Danowi usiąść z powrotem na sofie. - Może zaczniesz pierwsza? 

Skinął  na  dziewczynę,  która  siedziała  po  turecku  na  podłodze  obok  stolika  do  kawy. 

Miała do połowy ogoloną głowę, a na niej tatuaż, przedstawiający karalucha. Jej ciało wyglą-

dało  na  bardzo  wysportowane,  ale  twarz  miała  dziwnie  zniekształconą.  Odpowiedziała 

skinieniem. 

- Heja, nazywam się Penny - warknęła. - Moja ulubiona książka to Płeć wiśni, wiecie 

jak  to  leci.  Skończyłam  szkołę,  jesienią  wyjeżdżam  do  Smith,  ale  cholernie  się  cieszę,  że 

mogę tu teraz być, spotkać się z fajnymi ludźmi, lubiącymi książki, rozumiecie, nie? 

Spojrzała  na  jasnorudą  dziewczynę  po  lewej,  która  obejmowała  kolana  i  sączyła 

nieśmiało z filiżanki tanie, białe wino. 

- Cz  -  cześć  -  wyszeptała  ruda.  -  Nazywam  się  Susanna.  Moja  ulubiona  książka  to 

Przebudzenie. Mieszkam w East Village i w przyszłym roku po szkole jadę do Bennington. I 

uwielbiam Tori Amos. 

- Wyglądasz całkiem jak ona - wcięła się Penny. 

Susanna zarumieniła się i wbiła wzrok w podłogę. 

- Chyba  kolej  na  mnie  -  wypalił  wychudzony  chłopak,  który  wyglądał  na  czternaście 

lat. 

Miał  na  sobie  szary  garnitur  i  bordowy  krawat.  Siedział  na  bujanym  fotelu 

naprzeciwko Dana. 

- Tak, mów, proszę - odparł Greg, podając Danowi butelkę wody. 

Jaki pan troskliwy! 

- Nazywam się Peter, niedługo zacznę drugi rok na NYU. a moim ulubionym pisarzem 

jest J.D. Salinger. Zastanawiam się, czy nie nauczyć się na pamięć całej książki Wyżej podnie-

background image

ście strop, cieśle. 

Dan  sączył  letnią  wodę.  To  wszystko  brzmiało  dziwnie  znajomo. Coś  kojarzył.  Jakiś 

list od fana Salingera. Jednak z jakiegoś powodu z trudem cokolwiek sobie przypominał. 

Nawet własne imię. 

- W każdym razie - ciągnął Peter - cieszę się, że się załapałem. W blogach mówi się, 

że ta grupa jest dość zamknięta. 

- Też  tak  słyszałam!  -  wykrzyknęła  dziewczyna,  siedząca  obok  niego,  sztywna 

brunetka o białej jak mleko twarzy, okolonej idealnymi ciemnymi lokami. - I tak się cieszę, że 

zgodziliście się na dwójkę wielbicieli Salingera. Nazywam się Franny. Tak, moje imię wzięło 

się  od  powieści  Salingera.  A  w  dodatku  to  moja  najulubieńsza  książka  na  świecie.  W 

przyszłym  roku  zaczynam  w  Vassar  i...  hm,  cóż,  mam  nadzieję  poznać  dziś  nowych 

przyjaciół. 

Może spotka swojego Zooeya? 

 

- Vanessa - mruknął Dan, przesuwając dłonią po lekko kłującym meszku na jej głowie. 

Pocałowała go tak delikatnie. - Wróciłaś. 

- Hm, Dan? To ja, Greg. Wszystko w porządku? 

Głos Grega natychmiast sprowadził Dana na ziemię. Usiadł i przetarł oczy. 

- Och, przepraszam, chyba się zdrzemnąłem. 

- Nie szkodzi. Spałeś jakąś godzinkę. 

- Tak?  -  Wstał  i  zaraz  z  powrotem  usiadł.  Rety.  -  Słuchałem,  jak  ta  dziewczyna 

opowiadała o Salingerze i ostatnia rzecz, jaką pamiętam... 

- Tamta? - zapytał Greg, wskazując na  Franny.  Wyciągnęła się na podłodze, podczas 

gdy Peter,  również wielbiciel Salingera, całował jej szyję. - Jak widzisz, dogadała się z dru-

gim miłośnikiem dobrej książki. 

- Co się dzieje? 

Dan rozejrzał się po pokoju, w którym zrobiło się o wiele ciemniej. Wyglądało na to, 

że  dwudziestu  dwóch  członków  salonu  przysiadło  na  podłodze  w  parach  albo  w  małych 

grupkach.  Nikt  za  dużo  nie  rozmawiał,  a  jeśli  nawet,  to  z  pewnością  nie  o  książkach.  Na 

drugiej  sofie  w  salonie  Dan  doliczył  się  siedmiu  nóg  i  ośmiu  rąk.  Rudowłosa  Susanna 

łaskotała językiem, ozdobione mnóstwem kolczyków, ucho na wpół łysej dziewczyny  punk, 

Penny.  I  to  wszystko  tuż  pod  nosem  Dana.  Zmarszczył  brwi.  Elitarne  spotkanie  grupy 

literackiej  zamieniło  się w  orgię.  Mógłby  przysiąc,  że  ktoś  go  całował,  nim  się  obudził.  Ale 

kto? Nie było tu dziewczyn o całkiem ogolonych głowach. 

background image

- Nie martw się, Dan - mruknął Greg, obejmując go za ramiona. - Po prostu wszyscy 

dobrze się bawimy. Poznajemy się. Jest tak, jak chcieliśmy, prawda? 

Dan pokiwał głową. Czyżby? 

Greg ujął go delikatnie za podbródek. 

- Wszyscy  jesteśmy  namiętnymi  ludźmi.  Namiętnie  kochamy  książki,  namiętnie 

kochamy życie. - Ściskając lekko podbródek Dana, Greg przyciągnął jego twarz i pocałował 

go bardzo delikatnie w usta. 

Dan szarpnął się do tyłu. Przepraszam bardzo? Co jest, do cholery, grane?! 

Greg  uśmiechnął  się  i  pocałował  Dana  raz  jeszcze,  tym  razem  przesuwając  językiem 

po jego wargach. Dan już miał odskoczyć, kiedy - zupełnie wbrew jego woli - jego dłoń prze-

sunęła  się  z  szyi  Grega  na  krótkie,  kłujące  włosy.  Było  coś  bardzo  znajomego  i  miłego  w 

całowaniu kogoś, kto ma krótkie, najeżone włosy. 

Słucham? Nawet jeśli to facet? 

Nagłe uczucie kompletnego zagubienia i silnych mdłości sprawiło, że Dan zebrał siły, 

aby  odepchnąć  Grega  i  wybełkotać  coś  o  tym,  że  musi  zwymiotować.  Wstał  i  chwiejnym 

krokiem  poszedł  do  łazienki.  Zapewniał  siebie,  że  to  wina  absyntu,  gdy  usadowił  się  przed 

muszlą klozetową na wyłożonej białymi kafelkami podłodze. 

Czy alkohol był odpowiedzialny za całowanie kogoś z zarostem, czy za wymioty? 

background image

poczta lotnicza - par arion 

11 lipca 

Cze

ść

 Dani 

Dlaczego  nie  odpowiadasz  na  moje  kartki?  Wszystko  w  porz

ą

dku?  Czy 

Vanessa pomalowała ju

ż

 mój pokój na czarno? Odpisz mi!!! 

Całuj

ę

 (ale tylko troch

ę

, skoro mi nie odpisujesz), 

Jenny 

background image

słodka zemsta S i B 

- Jesteś już gotowa? 

Serena  zapukała  w  grube,  przesuwane  drzwi  do  jedynej  łazienki  w  domku  dla  gości. 

Podniosła  głos,  żeby  przekrzyczeć  uporczywy  rytm  techno  rozbrzmiewający  na  zewnątrz  i 

hałasujących  imprezowiczów  -  śmiejących  się  i  wrzeszczących  do  siebie  na  szerokim, 

szmaragdowym trawniku. 

- Prawie. 

Blair  pokropiła  się  ulubionymi  perfumami  od  Viktora  &  Rolfa.  Za  uszami,  na 

nadgarstkami i (na wszelki wypadek) w delikatnym zagłębieniu między piersiami, które było 

ledwo  widoczne  w  głębokim  dekolcie  zwiewnej  bladożółtej  sukni  od  Alberty  Ferretti. 

Zerknęła w lustro, wyobrażając sobie, jakby mogła wyglądać, gdyby ktoś, dajmy na to Nate, 

zajrzał  po  sąsiedzku,  zobaczyć,  co  to  za  impreza.  Zmierzwione  włosy  i  długa,  niemal  biała 

suknia sprawiały, że wyglądała jak panna młoda, której ślub ma się właśnie odbyć na łodzi. 

Takiej łodzi jak „Charlotte”, którą Nate wybudował pierwszego lata, kiedy byli razem. 

To była jedyna łódź, na jakiej kiedykolwiek żeglowała. 

Odkąd trzy dni temu wpadła na Nate

:

a, sporo o nim myślała. Miała nadzieję, że znowu 

ją  odwiedzi.  Słyszała  już  od  miliona  ludzi,  że  jego  namiętny  romans,  czy  co  to  do  cholery 

było, z panienką z miasteczka to już przeszłość. A gdyby ją odpowiednio przeprosił, mogłaby 

mu wybaczyć głupie zachowanie. W porządku, Nate to totalny popapraniec i złamał jej serce 

milion  razy.  Ale  coś  w  sposobie,  w  jaki  patrzył,  kiedy  odbiegała  -  jakby  jej  znajoma,  naga 

sylwetka  była  dziełem  sztuki  czy  czymś  takim  -  sprawiło,  że  chciała  go  znowu  zobaczyć,  I 

znowu. 

Obracając się na obcasach białych sandałów Baileya Wintera, Blair teatralnym gestem 

przesunęła drzwi łazienki i weszła do sypialni. Serena udawała, że pali już czwartego papie-

rosa, odkąd przyjaciółka zniknęła w łazience. 

Każda miła dziewczyna może z nudów zamienić się w piromaniaka. 

- Świetny wybór. - Serena z uznaniem pokiwała głową, przyglądając się kreacji Blair. 

- Ale musimy zrobić wielkie wejście, a ja nie zamierzam pokazać się tam bez ciebie. 

- A te, wiesz kto, są już na dworze? 

background image

Serena  zeskoczyła  z  łóżka  i  wyjrzała  przez  okno,  oceniając  sytuację  przy  basenie. 

Blair  podeszła  do  niej.  Spojrzała  na  kilkadziesiąt  sylwetek  i  rozświetloną  za  nimi 

jasnoniebieską wodę. Obserwowała Ibizę i Svetlanę. 

- Budka  didżeja.  -  Wskazała  Serena.  -  Ładne  szorty  -  dodała,  udając,  że  podziwia 

tandetne, odsłaniające pośladki spodenki I bizy. 

Blair  parsknęła,  wracając  do  łazienki,  żeby  nałożyć  na  skórki  trochę  kremu  do 

paznokci Aesop. Ostatnio wydawały się nieco wysuszone. 

To pewnie ta ciężka fizyczna praca. 

- Cholera, Blair, chodź wreszcie! Co znowu robisz w łazience? 

- Idę, już idę. 

Blair  szybkim  mchem  wytarła  nadmiar  kremu  z  paznokci.  Rzuciła  chusteczkę  do 

kosza  i  zamarła.  Co  do  cholery?  Co  leżało  w  tym  koszu?!  Pochyliła  się,  wzięła  wykładany 

macicą perłową kosz i postawiła na blacie z różowego marmuru. 

- Chodź tu. 

- Wyglądasz  świetnie.  -  Serena  zajrzała  do  łazienki,  żeby  złapać  Blair  za  rękę.  - 

Chodźmy. Zaraz umrę bez drinka. 

- Patrz. - Blair potrząsnęła wściekle koszem. - Czy to nie wydaje ci się podejrzane? 

Serena zerknęła na plastikową różową butelkę w koszu. 

- Depilator. - Urwała. - Nieważne. To znaczy wolę wosk, ale kto wie, czego używają 

na Łotwie, czy skąd one są. 

- Tu się dzieje coś dziwnego. 

Blair  rozejrzała  się  po  całej  łazience,  szukając  śladów  przestępczej  działalności. 

Wyglądała  jak  Audrey  Hepburn  w  Szaradzie.  Po  prostu  wiedziała,  że  grozi  jej 

niebezpieczeństwo.  Wyczuwała  to.  No  jasne!  W  końcu  to  do  niej  dotarło.  Rzuciła  się,  żeby 

odsłonić kremową lnianą zasłonę prysznica. Lśniące złote żabki aż zadzwoniły. 

- Co jest grane? - Serena ziewnęła, wygładzając talię plisowanej plażówki Chlo. 

- Wiem, że one coś kombinują. - Blair złapała butelkę swojego szamponu Kerastase z 

półki  pod  prysznicem.  -  I  wiem,  że  to  nie  może  być  nic  oryginalnego.  Obie  wiemy,  że 

depilator  w  butelce  po  szamponie  to  najbardziej  oczywisty  numer  na  świecie.  Pamiętasz  to? 

Jak Isabel u nas nocowała? A my miałyśmy jakieś jedenaście lat? 

Serena gapiła się bezmyślnie. 

- W każdym razie ja doskonale pamiętam. - Blair odkręciła butelkę. 

Nie musiała nawet wąchać, żeby wiedzieć, że ktoś rzeczywiście próbował ją załatwić. 

Silnego, chemicznego odoru depilatora nie dało się z niczym pomylić. 

background image

- Suki! - zaklęła. - Bogu dzięki, ze chciałam mieć trochę potargane włosy. - Dotknęła 

brązowych loków, jakby chciała się upewnić, że nadal ma je na głowie. - No to będzie wojna. 

 

Pełne godności i determinacji. Blair i Serena wypadły przez przeszklone drzwi domku 

dla  gości  na  ścieżkę  z  jasnych  otoczaków,  prowadzącą  do  basenu.  Blair  przyjrzała  się 

tłumowi.  Dopiero  teraz  zauważyła,  że  to  sami  mężczyźni.  Co  do  jednego.  Rety!  Może  sto, 

może sto pięćdziesiąt osób, a jedyne dziewczyny w zasięgu wzroku to ona i Serena, no i rzecz 

jasna, Ibiza i Svetlana. 

- Mojemu ojcu bardzo by się to spodobało. 

Blair  prawie  żałowała,  że  jej  cudowny  ojciec,  gej,  Harold  Waldorf,  i  jego  znacznie 

młodszy francuski chłopak, Etienne albo Eduard, czy jak tam się nazywał, wyjechali, aby żyć 

szczęśliwie na południu Francji. Chciała, żeby ktoś oprócz Sereny był świadkiem tego, co się 

wydarzy. 

- Są moje dziewczęta! 

Bailey  Winter  wynurzył  się  z  tłumu  siwowłosych  facetów,  wyglądających  jak 

prezenterzy wiadomości. Mieli na sobie niebieskie blezery i białe spodnie, chociaż na dworze 

musiało być jakieś dwadzieścia pięć stopni. Bailey włożył podobny strój, ale z rękawami trzy 

czwarte  i  równie  krótkimi  nogawkami,  które  odsłaniały  jaskrawe  pomarańczowo  -  różowe 

podkolanówki  oraz  buty  z  białego  nubuku.  Biegnąc  w  podskokach  ścieżką,  wyciągnął 

pulchne ręce do każdej z nich. Tuż za nim podążał orszak pięciu rozszczekanych mopsów. 

- Chodźcie, dziewczęta, zrobimy kanapkę z Baileya - zachichotał. - Mam nadzieję, że 

to nie jedyny trójkącik, w jakim wyląduję tego wieczoru. 

Wyszczerzył zęby i pomachał do didżeja bez koszulki. 

- Urocze przyjęcie - pochwaliła go Blair, obserwując półnagich kelnerów, krążących z 

kieliszkami szampana. 

- Dziękuje, kochanie! - pisnął Bailey. - Idziemy, idziemy, moje panie. Musimy znaleźć 

wam coś do picia! 

Popędził w stronę baru, ciągnąc je za sobą jak szczeniaki na smyczy. 

- Barman!  -  warknął  na  chłopaka  za  barem,  który  wyglądał  jak  surfer.  Jego  strój,  tak 

jak w przypadku kelnerów, składał się z mocno wyciętej bawełniano - kaszmirowej kamizelki 

z kolekcji Bailey Winter Garcon, założonej na wspaniale wyrzeźbioną, nagą pierś. - Co chcą 

moje skarby? - zagruchał Bailey. 

- Dwa razy negroni. 

Blair się odwróciła. Przyglądała się tłumowi - rozmazanej masie białych spodni na tle 

background image

zielonej  trawy,  idealnych  fryzur  i  imponujących  mięśni,  wystających  spod  zbyt  krótkich  rę-

kawków. 

Wtedy  je  zobaczyła.  Ibiza  i  Svetlana  ubrane  były  na  biało.  Te  jędzowate  podróbki, 

Svetlana miała na sobie tandetną, rozciągliwą, asymetryczną sukienkę, która podkreślała brak 

piersi.  Ibiza  wcisnęła  się  w  kombinezon  z  szortami  i  topem  bez  pleców,  który  wyglądał  jak 

coś,  co  mogłaby  włożyć  matka  Blair  do  nocnego  klubu  Studio  54  i  to  jakieś  trzydzieści  lat 

temu. Obrzydliwość. 

Więc może należy coś w tej sprawie zrobić? 

- Proszę - powiedział barman, podając Blair dwa  kieliszki z gęstym pomarańczowym 

płynem. - Nazywam się Gavin. 

- Dzięki,  Gavin.  -  Serena  zatrzepotała  do  niego  rzęsami.  -  Więc...  spędzasz  tu  całe 

lato? - zapytała, opierając się o bar. 

- Nie teraz - warknęła Blair i złapała przyjaciółkę za ramię. 

Nie miała cierpliwości do flirtów Sereny. Nie, kiedy miały coś do załatwienia. 

- Przepraszam.  -  Serena  pociągnęła  łyczek  słodko  -  gorzkiego  koktajlu.  -  Właśnie 

zaczęłam się dobrze bawić. To pewnie jedyny facet tutaj, który nie jest gejem. 

- Bailey, chciałabym przyjrzeć się budce didżeja - oznajmiła Blair. 

- Och, skarbie, czytasz w moich myślach. 

Bailey  złapał  obydwie  za  łokcie  i  poprowadził  obrzeżami  basenu  w  stronę  altanki, 

przystrojonej w biel i róż, którą wzniesiono specjalnie na tę okazję. 

- On  jest  po  prostu  cudowny,  nie  uważacie?  Och,  psik,  dziewczyny!  -  Machnął  na 

Ibizę  i  Svedanę,  które  grzebały  w  skrzynkach  na  mleko,  wypełnionych  teraz  płytami.  -  Ten 

chłopak ma robotę! 

- Pomagamy mu - zaprotestowała Ibiza, wydymając usta i sącząc chardonnay. 

- O, z pewnością. - Bailey mrugnął sarkastycznie do Blair. 

- Może siądziemy tam i pogadamy? - Blair wskazała zakątek przy basenie. 

- Tak,  tak,  wy  dziewczęta  idźcie  usiąść.  Zamówiłem  te  poduszki  specjalnie  na 

przyjęcie.  To  najwspanialszy  jedwab  z  Włoch,  Bardzo  rzadki.  Coś  nadzwyczajnego. 

Zrelaksujcie się i wyglądajcie pięknie. No już, biegiem. - Bailey uniósł maleńki kieliszek od 

Tiffany'ego,  wypełniony  szampanem,  w  geście  salutu.  -  Ja  zostanę  tutaj  i  będę  miał  oko  na 

naszego człowieka od muzyki, nie martwcie się! 

Ibiza i Svetlana ułożyły się na wypchanych poduszkach z surowego jedwabiu. Blair i 

Serena stanęły nad nimi, krzywiąc się. 

- To gej, wiecie? - Ibiza sączyła wino. 

background image

Spojrzała  zimno  na  Blair,  która  odpowiedziała  spojrzeniem  z  góry.  Zupełnie,  jakby 

patrzyła w wyjątkowo krzywe lustro w wesołym miasteczku. 

- Tak, domyśliłam się, dzięki. 

- Sądziłam,  że...  no  wiesz,  trzymacie  się  za  ręce  i  w  ogóle,  więc  ci  mówię,  nie 

spodziewaj się, że do czegoś dojdzie - ciągnęła Ibiza. 

- A dlaczego miałabym się tego spodziewać? - Blair spojrzała, nic nie rozumiejąc, na 

Serenę. 

- Nie mam pojęcia. - Przyjaciółka wzruszyła ramionami. 

- Niby do czego miałoby dojść? 

Blair  się  uśmiechnęła.  Nagle  potknęła  się  i  nietknięty,  mocno  pomarańczowy  koktajl 

wylądował  na  piersi  Ibizy.  Blair  złapała  Serenę  za  ramię,  żeby  nie  stracić  równowagi,  przez 

co przyjaciółka wylała drinka na głowę Svetlany. 

No proszę, kto by pomyślał, że coś takiego może się wydarzyć? 

Tłum zebrany wokół sapnął zgodnie i z przerażeniem. Białe sukienki, białe poduszki, 

niemal białe włosy Svetlany - wszystko na ich oczach stało się pomarańczowe. 

- O rety, co ja narobiłam? - Blair wzięła biało - kremową serwetkę w paski i delikatnie 

otarła przód sukienki Ibizy. 

- Zniszczona, ty suko. To był Versace! - Zniecierpliwiona Ibiza machnęła ręką. 

- Co się stało? - Bailey Winter pędził do nich z dłońmi przyciśniętymi do policzków z 

przerażenia.  Zaniepokojona  piątka  mopsów  szczekała  na  tłum.  -  Co  się  dzieje?  Ktoś  rozlał 

drinka? Mój Boże! Moje poduszki! 

- To  one  -  warknęła  Ibiza  z  pomarańczową  plamą  na  przodzie  ohydnego,  niegdyś 

białego kombinezonu. - Zrobiły to specjalnie! 

- Lepiej  pójdziemy  po  jakieś  ręczniki.  -  Blair  wycofała  się  ze  sceny  w  stronę 

milczącego, oszołomionego tłumu. 

- Ręczniki. - Serena poważnie pokiwała głową. 

Odgarnęła blond loki, wiążąc końce, żeby utrzymać je w miejscu. 

- Potrzebuje chwili samotności, proszę! - Bailey Winter uniósł ręce i zaczął wszystkich 

odpędzać. - Proszę, po prostu bawcie się dalej, udawajcie, że mnie tu nie ma. 

Racja,  zignorujcie  szlochającego  faceta  w  neonowych  skarpetkach,  otoczonego 

szczekającymi psami. 

- Damy ci chwilę. 

Blair złapała Serenę za rękę i pociągnęła w tłum mężczyzn. Nim dotarły do trawnika, 

zanosiły się histerycznym śmiechem. 

background image

- Co teraz? - wydusiła z siebie Serena. - Nie możemy wrócić. 

Blair  rzuciła  na  ziemię  kryształowy  kieliszek,  który  wylądował  z  cichym,  głuchym 

odgłosem. 

- Damy radę przejść? 

Stanęła  na  palcach,  przyglądając  się  ogrodzeniu,  które  oddzielało  posiadłość 

Archibaldów od rezydencji Wintera. Oczywiście, że dacie. I to na obcasach. 

- Jasne. 

Serena położyła kieliszek na miękkiej trawie i podciągnęła się na płot. 

Blair ruszyła za nią. Z łatwością przeszła i wylądowała na trawniku po drugiej stronie. 

Obejrzała bladożółtą sukienkę. Miała plamy z przodu, tam gdzie otarła się o płot. 

- Cholera - zaklęła. 

Nie ma róży bez kolców. 

- Blair? Serena? 

Blair podniosła wzrok znad zniszczonej sukienki i zobaczyła dokładnie tę osobę, którą 

spodziewała się znaleźć na podwórzu Archibaldów. 

- Cześć, Nate. 

Odgarnęła włosy za ucho i się uśmiechnęła. 

- Słyszałem krzyk. Myślałem, że to jakieś zwierze, albo coś takiego. 

Nate wyglądał na lekko nieprzytomnego, jakby drzemał. 

Albo palił, co bardziej prawdopodobne. 

- Martwiłem się o was. 

- To  bardzo  miłe  -  zagruchała  Blair,  biorąc  Serenę  za  rękę.  -  A  teraz  zabierz  nas  do 

domu. 

- Co masz na myśli? 

Nate zamrugał, gapiąc się na nie, jakby próbował zgadnąć, czy zjawiły się naprawdę, 

czy tylko widzi zjawy. 

- Do domu, tu? Oczywiście. Zapraszam... 

- Nie, do domu! - krzyknęły chórem Blair i Serena. 

A  potem  zaczęły  biec  po  idealnie  utrzymanym  trawniku  w  stronę  podjazdu.  Stał  tam 

przedmiot  dumy  i  radości  ojca  Nate'a,  ciemnozielony  kabriolet  Aston  Martin,  i  raczył  się 

chłodnym nocnym powietrzem. 

Czas w drogę! 

background image

nie ma to jak wyczucie chwili 

- Proszę, proszę, patrzcie, kogo licho przyniosło. 

Chuck Bass zsunął ciemne okulary Christiana Rotha na czubek nosa i rzucił Vanessie 

krzywy uśmieszek. Ledwo zrobiła dwa kroki na wielkim podwórzu Baileya Wintera, a już na 

jej  drodze  pojawił  się  Chuck  i  zaczął  cmokać.  Małpka,  Cukiereczek,  siedziała  mu  na 

ramieniu. Ubrana była w marynarski strój z cekinami i kołysała się w tył i w przód na tylnych 

łapach.  Ciągnęła  Chucka  za  kołnierzyk  bladoróżowego  polo  od  Hugo  Bossa.  Vanessa 

zorientowała  się  w  końcu,  że  Cukiereczek  prawdopodobnie  używa  kołnierzyka  jak  papieru 

toaletowego. 

- Och, cześć, Chuck. 

Mgliście kojarzyła, że ten chłopak to nic dobrego. Dan nie bez powodu go nie lubił i 

słyszała, że ludzie na jego temat sporo plotkują, chociaż trudno wierzyć w takie bzdury. 

Serio? 

- Straciłaś najlepsze przedstawienie, kochana. - Chuck poprawił kołnierzyk koszulki i 

uśmiechnął się znacząco. - Blair i Serena wykręciły swój stary numer. 

- Bogu dzięki, że tu są. 

Vanessa  z  ulgą  westchnęła.  W  końcu  przyszła  specjalnie  po  to,  żeby  się  z  nimi 

zobaczyć.  Kierowała  się  informacjami  niani,  mieszkającej  po  sąsiedzku,  zgrabnej  Irlandki, 

która  nazywała  się  Siobhan,  Była  służącą  tak  jak  Vanessa,  ale  najwyraźniej  siedziała  w 

samym  centrum  towarzyskiej  sceny  Hamptons.  Vanessa  czuła  się  nieco  zakłopotana  swoim 

strojem  -  prawdziwe  czarne  rybaczki,  których  nie  obcięła  sama,  i  prosta  czarna  bluzka  bez 

rękawów,  kupiona  w  Club  Monaco  tuż  przed  wyjazdem  do  Amagansett  -  ale  uznała,  że 

wszystko będzie w porządku, skoro mieszkały tu jej przyjaciółki. 

- Były,  moja  droga.  -  Chuck  z  roztargnieniem  sprawdzał  wiadomość  na  komórce.  - 

Wszystko przegapiłaś. Huragan Blair zostawił po sobie wiele poważnych zniszczeń. 

Za jego plecami rozgrywało się pandemonium. Mocno opalony, drobniutki mężczyzna 

klęczał  na  brzegu  basenu  i  histerycznie  płakał,  podczas  gdy  gęsty  tłum  wystrojonych  gejów 

coraz  bardziej  się  od  niego  odsuwał.  W  pobliżu,  pośrodku  pochlapanych  na  pomarańczowo 

białych poduszek stały dwie znajome dziewczyny. 

background image

- Ale to przecież... 

- Blair i Serena? Nie daj się oszukać, moja droga. To podróbki. Przyjrzyj się dobrze. 

Chuck znów zajął się telefonem. 

Vanessa  przyjrzała  się  uważnie  dziewczynom  i  zdała  sobie  sprawę,  że  chłopak  ma 

rację.  Brunetka  i  blondynka,  które  wzięła  za  przyjaciółki,  nie  były  tak  ładne  jak  oryginały. 

Fakt, że ich niegdyś białe stroje szpeciły niechlujne plamy, przypominające wymiociny, tylko 

to  podkreślał.  Zmrużyła  oczy  i  rozpoznała  wychudzone  modelki,  które  parę  godzin  temu 

spotkała na plaży. 

Właśnie  tego  potrzebowała,  czegoś  co  jej  przypomni  o  potwornym  popołudniu  z 

przerażającymi  bliźniakami.  Reszta  pobytu  na  plaży  była  już  względnie  spokojna,  ale  gdy 

tylko  wróciła  do  domu,  pani  Morgan  zaczęła  przesłuchanie.  Jakiego  filtru  użyła  dla 

chłopców? Jakie książki czytała? A potem stwierdziła, że wolałaby, aby Vanessa nie psuła im 

apetytu krakersami. Vanessa kiwała cierpliwie głową. Wreszcie popędziła do siebie na górę i 

szybko  przebrała  się  w  coś  względnie  porządnego.  Wybiegła  z  domu  w  ciemną  noc.  Nie 

pozwoli,  aby  taki  drobiazg  jak  brak  prawa  jazdy  i  samochodu,  stanowił  jakąkolwiek 

przeszkodę. Złapała jeden z dziecinnych rowerków bliźniaków i popedałowała do cywilizacji. 

Doszła do wniosku, że to tylko kwestia czasu, prędzej czy później wpadnie na kogoś, kto wie, 

gdzie mieszkają Blair i Serena. Na szczęście przecznicę dalej spotkała Siobhan. 

- Wiesz, dokąd poszły? 

Vanessa  odwróciła  się  i  zobaczyła,  że  Chuck  Bass  znika  w  tłumie  z  ręką  wysoko 

uniesioną nad głową, żeby nie rozlać drinka. 

Super.  Nie  ma  Blair,  nie  ma  Sereny,  a  teraz  nie  ma  nawet  Chucka.  Vanessa  miała 

przed  oczami  wizję  siebie,  jak  trzęsie  się  samotnie  na  plaży,  próbując  nie  wpaść  w  łapy 

zboczeńców i morderczych modelek. 

Po prostu jeszcze jedna noc w East Hampton. 

Doszła do wniosku, że istnieje tylko jedno lekarstwo na samotną noc. Zanurkowała w 

dumie i prześlizgnęła się między ; trójką umięśnionych gości bez koszul. Zygzakiem ruszyła 

do baru. Bo dokąd by indziej? 

- Wódka z martini. 

Uśmiechnęła się do barmana, udając najlepiej, jak potrafi, że oczywiście jest na liście 

gości. Prawie nigdy nie piła, ale martini w ręku mogło jej pomóc inaczej spojrzeć na życie. 

Barman wziął się do roboty i zaraz podał jej drinka. Chwyciła kieliszek i odwróciła się 

do  tłumu,  nie  bardzo  wiedząc,  z  kim  porozmawiać.  Był  Chuck  -  śmiał  się,  zagadując  wyso-

kiego  mężczyznę  -  no  i  były  dwie  podróbki  z  plaży.  Marszczyły  czoła  i  żałośnie  wycierały 

background image

poplamione ubrania wilgotnymi serwetkami. 

Trudny wybór. 

Vanessa lawirowała w najgęstszym tłumie, ubranych w płócienne spodnie facetów, w 

kierunku basenu. 

- Znowu się spotykamy - zagaiła. - Jestem Vanessa. 

Blondynka tępo zagapiła się na nią załzawionymi, lekko zezującymi oczami. 

- Znowu ty. - Kopia Blair spiorunowała ją wzrokiem. - Musimy się przebrać. - Złapała 

przyjaciółkę za rękę. - Ty też chyba powinnaś. 

Vanessa powstrzymała się od chluśnięcia jej drinkiem w twarz. 

Zrzuciła  klapki,  usiadła  i  zaczęła  machać  stopami  nad  błękitną  wodą.  Nerwowo 

sączyła  martini  i  pijąc,  próbowała  przetrwać  ten  potworny  wstyd  pod  tytułem  „jestem  na 

imprezie  i  nikt  ze  mną  nie  rozmawia”.  Potem  zerknęła  na  zegarek,  poprawiła  ubranie  i 

zagapiła się na spokojną powierzchnię basenu, udając, że każda z tych czynności całkowicie 

ją pochłania. 

- Hej! Przepraszam, moja droga. 

Czy ktoś wezwał ochronę? 

Vanessa  odwróciła  się,  jakby  nigdy  nic,  i  spojrzała  prosto  w  twarz  samego  Baileya 

Wintera,  fantastycznego  geja  projektanta  i  gospodarza  przyjęcia,  na  które  weszła  bez 

zaproszenia.  Poznała  go  na  planie  Śniadania  u  Freda,  dzień  przed  tym,  jak  została  wylana 

przez reżysera. 

- Cześć! 

Uśmiechnęła  się  entuzjastycznie,  mając  nadzieję,  że  mężczyzna  zapomni,  że  nie 

zaprosił jej na przyjęcie. 

- Och,  moja  droga.  -  Projektant  wyciągnął  z  kieszeni  lnianego  blezera  drukowaną  w 

kwiaty jedwabną chusteczkę i otarł nią zaczerwienione oczy. - Cały jestem w rozsypce. Moje 

poduszki, widzisz, zupełnie zniszczone. 

Vanessa  zmarszczyła  brwi,  patrząc  na  zalane  alkoholem  poduszki  w  kolorze  kości 

słoniowej, które rozłożono na brzegu basenu. 

- Wielka szkoda. 

- Och,  nie  ma  tego  złego,  skarbie  -  oznajmił  dramatycznym  tonem,  a  jego  Izy 

natychmiast wyschły. - Śmiem twierdzić, że jesteś absolutnie doskonała! Kim jesteś i skąd się 

wzięłaś?  Jesteś  przepyszną  istotką.  -  Nadal  trzymając  chusteczkę,  Bailey  pogłaskał  Vanessę 

po policzku. 

Jedwab i smarki. Cudownie. 

background image

- Ja, hm, szukałam przyjaciółek. Blair i Sereny. 

- Tak, te dwie lisice, cóż, kto wie, dokąd uciekły... Zresztą, kogo to obchodzi! - Mocno 

chwycił ją za przedramię. - Jesteś tym, czego szukałem. Jesteś nową twarzą. Nareszcie! 

- Słucham? 

Vanessa chciała się cofnąć, ale gdyby to zrobiła, wpadłaby do basenu. 

- Musisz zostać u mnie na lato - ciągnął radośnie. - Twoja energia, twój profil, twoja... 

łysa głowa. To naprawdę inspirujące! Powiedz, że zostaniesz, kochana. Zostań na noc. Przy-

najmniej na tę jedną noc. Proszę. Nie daj się prosić wujkowi Baileyowi. 

- Zostać tutaj? 

Vanessa  znowu  się  rozejrzała.  Nowoczesna  rezydencja  ze  szkła  i  betonu,  lśniący 

błękitny basen, setki idealnie ubranych i zadbanych mężczyzn, chłodzone martini - to było jak 

film  Felliniego,  gdyby  Fellini  robił  filmy  o  lecie  w  Hamptons.  Poczuła  przypływ  inspiracji, 

który prawie zaparł jej dech. No jasne! Film, tu, w Hamptons! Impresjonistyczny dokument, 

materiał  z  przyjęć,  przepleciony  z  wywiadami,  dokumentujący  proces  twórczy  jednej  z 

najważniejszych  postaci  świata  mody.  Trochę  w  stylu  Roberta  Altmana,  trochę  jak  Szare 

ogrody.  Nie  wspominając  już  o  tym,  że  bilo  to  na  głowę  robotę  przy  smarkaczach  u 

Morganów. 

- Zostać tu - powtórzyła, kiwając powoli głową. - Czemu nie? Tak, przyjemnością. 

Jakżeby inaczej? 

background image

 

tematy    ◄    wstecz    dalej    ►    wyślij pytanie    odpowiedź 

Wszystkie  nazwy  miejsc,  imiona  i  nazwisko  oraz  wydarzenia  zostały  zmienione  lub  skrócone,  po  to  by  nie 

ucierpieli niewinni. Czyli ja.

 

 

hej, ludzie!

 

 

Wiem,  ju

ż

  raz  zakłóciłam  regularne  relacje, 

ż

eby  przekaza

ć

  wa

ż

n

ą

  wiadomo

ść

,  ale  tym  razem  to 

naprawd

ę

  nagły  wypadek.  Ogłaszam  alarm  dla  wszystkich  posterunków  w  sprawie  trójki  naszych 

ulubionych przyjaciół... 

 

Zagin

ą

ł  klasyczny  ciemnozielony  kabriolet  Aston  Martin.  Ostatnio  widziano  go,  jak  wyje

ż

d

ż

ał  po 

zmierzchu  z  Georgica  Pond.  Według  moich  najlepszych 

ź

ródeł,  w  samochodzie  znajdowały  si

ę

  trzy 

osoby:  chłopak  i  dwie  dziewczyny.  Przynajmniej  jedna  z  nich  ubrana  była  na  biało.  Czy

ż

by  kto

ś

 

uciekał ukochanym? Prosz

ę

, zachowajcie czujno

ść

. A teraz wracamy do normalnego programu. 

 

raport ksi

ąż

kowy 

 

Nasze pierwsze soczyste doniesienia potwierdzaj

ą

 moje nadzieje i obawy na temat moli ksi

ąż

kowych. 

Okazuje  si

ę

ż

e  w  łó

ż

ku  s

ą

  jeszcze  wi

ę

kszymi  dziwakami.  Plotki  mówi

ą

ż

e  w  pewnym  salonie 

intelektualistów,  zało

ż

onym  w  Harlemie,  od  wymiany  opinii  członkowie  bardzo  szybko  przeszli  do 

wymiany 

ś

liny.  I  to  ju

ż

  na  spotkaniu  zapoznawczym.  Ciekawe,  czy  wła

ś

nie  to  mieli  na  my

ś

li  D  i  jego 

nowy  przyjaciel  G,  gdy  poszukiwali  „młodych  ludzi  o  podobnych  pogl

ą

dach”  i  prosili, 

ż

eby  ch

ę

tni 

zał

ą

czyli  zdj

ę

cie...  Z  drugiej  strony,  z  tego  co  słyszałam,  ci  zapaleni  literaci  wychodz

ą

  poza  kajdany 

to

ż

samo

ś

ci - na przykład to

ż

samo

ś

ci płciowej, hm - i po prostu obejmuj

ą

 dusz

ę

 (i par

ę

 innych rzeczy 

przy  okazji)  osoby  obok.  To  chyba  wła

ś

nie  miano  na  my

ś

li,  mówi

ą

c, 

ż

eby  nie  os

ą

dza

ć

  ksi

ąż

ki  po 

okładce. 

 

Czy  ta  orgietka  oznacza  koniec  debat  o  literaturze?  Mo

ż

e  ludzie  nie  potrafi

ą

  ju

ż

  usi

ąść

  w  wielkim 

mieszkaniu  w Harlemie i dyskutowa

ć

  o  wspaniałych  dziełach,  nie napalaj

ą

c si

ę

 przy tym? Chyba nie 

symbolizuje  to  powrotu  dziwacznych  organizacji,  skoncentrowanych  na  grupowym  seksie,  w  stylu 

klubu Plato's Retreat? (Czy mog

ę

 po prostu powiedzie

ć

... fuj!) Przykro mi, 

ż

e was rozczaruj

ę

, ale tym 

razem  nie  mam  pewno

ś

ci.  Powiem  jednak,  co  to  dla  mnie  znaczy.  Otó

ż

  nigdy,  przenigdy  nie 

background image

przekrocz

ę

 ulicy Setnej. I nie obchodzi mnie, jak stymuluj

ą

co mo

ż

e si

ę

 zapowiada

ć

 jakie

ś

 spotkanie. 

 

malowanie według szablonu 

 

A  skoro  ju

ż

  mowa  o  imprezach...  hm...  gdzie  motywem  przewodnim  jest  zainteresowanie 

przedstawicielami  tej  samej  płci,  to  mam  na  pie

ń

ku  z  pewnym  ekstrawaganckim  projektantem  z 

powodu jego najnowszego romansu stylistycznego. O co chodzi z t

ą

 biel

ą

? Dla ludzi, którzy uwa

ż

aj

ą

 

si

ę

  za  wolnomy

ś

licieli,  ju

ż

  sam  pomysł  wydaje  si

ę

  po  prostu...  ograniczony.  A  mo

ż

e  po  prostu  czuj

ę

 

si

ę

 ura

ż

ona wykluczeniem mnie z imprezy, z powodu równie ograniczonego pomysłu zorganizowania 

jej tylko dla m

ęż

czyzn. To chyba  w ten sposób  bogaci i sławni staraj

ą

 si

ę

 sprawia

ć

, aby inni  uwa

ż

ali 

ich  za  szykownych  i  wspaniałych.  Wszyscy  chyba  pami

ę

taj

ą

  tego  gwiazdora  rocka,  którego 

mieszkanie  w  Greenwich  ViIlage  urz

ą

dzono  na  biało?  Nawet  go

ś

cie  musieli  dopasowa

ć

  si

ę

  do 

wystroju. I chocia

ż

 przez pierwsze pi

ęć

 minut mo

ż

e to wygl

ą

da

ć

 fantastycznie, to pomysł jest całkiem 

niepraktyczny. Pijani ludzie, kolorowe drinki i białe sofy - co

ś

 tu chyba jest nie tak? Czy kto

ś

 potrafi do-

da

ć

  dwa  do  dwóch?  Osobi

ś

cie  jestem  za  kolorami,  zwłaszcza  latem.  Dla  poparcia  mojego  punktu 

widzenia  wymieni

ę

  kilka  ulubionych  (kolorowych)  rzeczy:  cosmo  o  kolorze  zachodu  sło

ń

ca, 

ę

kitnozielona woda oceanu, mi

ę

towe lody z czekoladowymi okruszkami i w ko

ń

cu... opaleni chłopcy 

w pastelowych koszulkach. To si

ę

 nazywa pi

ę

kne zestawienie kolorystyczne! 

 

Wasze e - maile 

 

P:

 Droga Plotkaro! 

Jestem  pi

ę

kn

ą

  brunetk

ą

  z  innego  kraju,  wi

ę

c  nie  rozumiem  pewnych  rzeczy  w  Ameryce. 

Prosz

ę

ż

eby

ś

  wyja

ś

niła  mi  jedn

ą

  spraw

ę

:  czy  łyse  jest  pi

ę

kne?  Czy  Amerykanie  lubi

ą

  takie 

dziewczyny? Z ogolonymi głowami? 

Zakłopotana 

 

O:

 Droga Z! 

Chyba 

ź

le  to  zrozumiała

ś

.  Łyse  jest  pi

ę

kne,  gdy  mówimy  o  depilacji  poni

ż

ej  pasa.  Poza  tym 

wi

ę

kszo

ść

 facetów lubi mie

ć

 co przeczesa

ć

 palcami. Rzadko kiedy kobieta dobrze wygl

ą

da z 

ogolon

ą

 głow

ą

... Widziałam tylko jeden wyj

ą

tek. Powodzenia! 

P. 

 

P:

 Droga P! 

Wyjechałam  do  Europy  na  lato  i  martwi

ę

  si

ę

  o  starszego  brata  w  Nowym  Jorku.  Nie 

odpowiedział  na 

ż

adn

ą

  z  moich  kartek,  a  kiedy  kilka  minut  temu  dzwoniłam  do  domu,  tata 

powiedział, 

ż

e „uciekł z butelk

ą

 absyntu”. Bo

ż

e! My

ś

lisz, 

ż

e u niego wszystko w porz

ą

dku? 

Zmartwiona siostrzyczka 

 

O:

 Droga ZS! 

background image

Nie martw si

ę

! Twój brat pewnie 

ś

wietnie si

ę

 bawi i zbiera nowe do

ś

wiadczenia. Zaufaj mi, to 

nic  złego.  Je

ś

li  nadal  si

ę

  martwisz,  gdzie  bywa,  przy

ś

lij  mi  zdj

ę

cie.  ..  je

ś

li  jest  przystojny, 

odnajd

ę

 go dla ciebie! 

P. 

 

Na celowniku 

 

N  po  raz  pierwszy  pojawił  si

ę

  na  pla

ż

y  w  tym  sezonie.  W  towarzystwie  kumpla,  którego  ledwo 

rozpoznałam.  Co  jest,  A,  chodziło  si

ę

  na  siłowni

ę

Ś

wietne  efekty!  Mam  na  dowód  fotki  zrobione 

komórk

ą

. Pychota. Dwie panie odpowiadaj

ą

ce rysopisem B i S widziane były, jak 

ż

uły gum

ę

 za stacj

ą

 

benzynow

ą

  przy  Main  Street,  pó

ź

n

ą

  noc

ą

,  ale  potraktujmy  t

ę

  wie

ść

  sceptycznie,  poniewa

ż

  kto

ś

  inny 

donosi, 

ż

B i  S kupowały  depilatory  w Long's,  a co

ś

  mi mówi, 

ż

e te dziewczyny nie  zdecydowałyby 

si

ę

  na  depilacj

ę

  w  domu  nawet  w  krytycznej  sytuacji.  W  ko

ń

cu  istniej

ą

  eksperci  w  najró

ż

niejszy 

dziedzinach i mo

ż

liwe s

ą

 wizyty domowe! V pedałuje po East Hampton na dziecinnym rowerku z do-

datkowymi  kółkami.  Mo

ż

e  to  jaki

ś

  protest  na  rzecz  ochrony 

ś

rodowiska?  Zuch  dziewczyna.  D  te

ż

 

chroni 

ś

rodowisko,  je

ś

li  to  on  padł  w  poci

ą

gu  numer  2,  zamiast  wraca

ć

  do  domu  taksówk

ą

.  A  przy 

okazji,  K  i  I,  je

ś

li  próbujecie  si

ę

  wprosi

ć

  na  przyj

ę

cie  tylko  dla  chłopców,  bardzo  pomagaj

ą

  ogolenie 

głowy i nudne, bezpłciowe ciuchy. Wielu naszych czytelników widziało, jak wracały

ś

cie ukradkiem do 

domu po tym, jak pogoniono was sprzed bramy. Przykro mi, dziewcz

ę

ta! 

 

To tyle. Id

ę

 si

ę

 spotka

ć

 z  nowym przyjacielem - to ratownik i mówi tylko po holendersku. Wy pewnie 

te

ż

  macie  co

ś

  do  roboty.  Wyskakujcie  z  domów  i  narozrabiajcie, 

ż

ebym  miała  w  czym  grzeba

ć

Wiecie, jak bardzo was za to kocham. I oczywi

ś

cie... 

Wiecie, 

ż

e mnie kochacie. 

plotkara 

background image

przed wschodem sło

ń

ca 

- Podkręć! 

Nate  osłonił  płomień  eleganckiej  srebrnej  zapalniczki  Sereny,  próbując  przypalić 

papierosa. Dziewczyna prowadziła kabriolet na opustoszałej autostradzie Long Island. 

Jak uniknąć letnich korków? Wyjeżdżając w środku nocy. 

Zapalił  papierosa  i  rzucił  zapalniczkę  z  powrotem  na  puste  siedzenie  pasażera  przed 

sobą.  Serena  przekręciła  pokrętło  na  maksimum,  ale  nawet  wtedy  charakterystyczne  świer-

gotanie Boba Dylana było ledwo słyszalne. Wiatr huczał im w uszach. 

- Zimno  mi.  Nie  możemy  postawić  dachu?  -  Blair  objęła  się  rękoma  i  zmarszczyła 

brwi. 

- Nie  wiem,  jak  to  się  robi  -  przyznał  Nate.  -  Ale  mogę  cię  zasłonić,  jeśli  chcesz.  - 

Objął ją opiekuńczo lewą ręką. 

Jak za starych, dobrych czasów. 

Blair pochyliła się do przodu i złapała sweter Sereny. 

- Jestem taka zmęczona. Kto powiedział, że powinniśmy zatrzymać się na kolację? 

Włożyła sweter i opadła na karmelowe skórzane obicie. 

To  był  pomysł  Blair.  Chciała  zajrzeć  do  Merritt.  Zawsze  zatrzymywała  się  tam  z 

ojcem  w  czasie  rodzinnych  wyjazdów  do  Southampton,  kiedy  jeszcze  była  dzieckiem.  Ale 

zgubili  się  i  potrzebowali  półtorej  godziny,  żeby  znaleźć  restaurację.  Nate  postanowił  jej  o 

tym nie przypominać. 

- Może zdrzemnij się trochę? 

- Niedługo będziemy na miejscu - wtrąciła Serena. - Prawie czuję zapach miasta. 

Nate wciągnął chłodne, wilgotne powietrze. Nie czuł niczego poza zapachem palącego 

się papierosa i miodowo - migdałowym aromatem włosów Blair. Niewiele też widział, tylko 

mgliste zarysy samochodu i przyjaciółek oraz mroczne pustki dziczy wzdłuż autostrady, którą 

ledwie  oświetlał  sierp  letniego  księżyca.  Dzięki  kilku  postojom  -  żeby  napełnić  bak,  zrobić 

sobie  głupawe  fotki,  uzupełnić  zapasy  papierosów,  dietetycznej  coli  i  przegryzek  -  jechali 

prawie  całą  noc.  Było  praktycznie  niemożliwe,  aby  za  parę  godzin  Nate  wsiadł  na  swój 

gówniany rower i pojawił się w domu trenera Michaelsa. 

background image

Chyba weźmie wolne z powodu choroby. Znowu. 

- Więc  jaki  mamy  plan?  -  Serena  zerknęła  przez  ramię  na  tylne  siedzenie.  -  Dokąd 

właściwie mam nas zawieźć? 

- Do  Ritza.  -  Blair  podskakiwała  na  siedzeniu  jak  dziecko,  któremu  chce  się  siusiu.  - 

Weźmiemy apartament, zamówimy coś do pokoju i prześpimy cały dzień. 

- A  może  pojedziemy  prosto  do  kafejki  Three  Guys  i  objemy  się  naleśnikami?  - 

zaproponowała Serena. 

Nate  rozważał  możliwości.  Pokój  hotelowy  z  Blair  i  Sereną  czy  tłuste,  wczesne 

śniadanie. 

Ach te decyzje. 

Ale Nate miał też własny  plan. Snuł go już od kilku dni, odkąd Anthony powiedział, 

że  trzeba  chwytać  dzień.  Wiedział,  czego  chce:  wypłynąć  w  rejs  łodzią  ojca.  Widział  to 

oczami  wyobraźni.  Wyprowadzi  ich  z  portu  w  Nowym  Jorku,  a  nad  East  River  będzie 

wschodzić słońce. Ruszą na północ, w stronę Cape Cod, i ostatecznie do domu rodziców na 

Mt. Desert Island, w Maine. Resztę wakacji spędzą, wyciągając się na słonecznym pokładzie 

w  samej  bieliźnie.  Będą  nurkować  z  pokładu  i  chlapać  się  w  chłodnej  wodzie  jak  dzieciaki. 

Będą wpływać do małych miasteczek, żeby mógł kupić papierosy i piwo, a Blair czasopisma i 

wszystko,  czego  potrzebuje.  Kiedy  znudzi  im  się  łowienie  ryb,  pływanie,  albo  skończą  się 

kochać  i  nabiorą  apetytu,  będą  mogli  buszować  w  doskonale  zaopatrzonej  kuchni  i  wyjadać 

palcami serca karczochów prosto ze słoika. 

Nie zapomniał o kimś? 

Takie  właśnie  lato  powinien  mieć.  Wreszcie  będzie  chwytał  dzień.  Kłopot  tylko  w 

tym, że... była z nimi Serena. Nieważne, że on z Blair właściwie nie są teraz parą. Odkąd się 

znali,  mieli  wzloty  i  upadki,  ale  zawsze  dochodzili  do  tego  samego  wniosku,  że  chcą  być 

razem.  I  teraz  znowu  zbliżali  się  do  tego  miejsca.  To  była  „Charlotte”.  Nate  zaniknął  oczy, 

desperacko  próbując  wymyślić  faceta,  którego  mogliby  zabrać  na  swoją  wielką  wyprawę, 

żeby zajął się Sereną, gdy on będzie ponownie zdobywał Blair. Jeremy? Anthony? Nie, to nic 

dziewczyna z ich ligi. 

Strzepnął papierosa i odchrząknął. 

- Mam pomysł. Jedźmy na „Charlotte”. Moglibyśmy pożeglować. 

- Super! - Serena puściła kierownicę i klasnęła. - Nate, jesteś genialny! 

- Sama nie wiem. - Blair usiadła prosto. - Mam ochotę wziąć prysznic i iść do łóżka. 

Kręciła  się  na  siedzeniu,  ocierając  się  kolanem  o  nogę  Nate'a.  Robiła  to  specjalnie? 

Ten  dotyk  sprawił,  że  przez  jego  ciało  przepłynęła  wyraźna  elektryzująca  fata.  Myślał  tak 

background image

jasno,  jak  nie  zdarzyło  mu  się  to  od  miesięcy.  Zupełnie  jakby  wszystko,  co  miało  miejsce 

ostatnio  -  kłopoty,  wstrzymanie  dyplomu,  zsyłka  na  katorgę  w  Hamptons,  dziwaczny  i 

krótkotrwały romans z Tawny - prowadziły go właśnie w to miejsce, do tej chwili. Nieważne, 

że w ciągu kilku godzin wyleci z pracy, nie wspominając już o tym, że ukradł samochód ojca 

i pewnie nigdy nie dostanie dyplomu. Był z Blair, a kiedy trzymali się razem, wszystko inne 

na świecie układało się... właśnie tak, jak powinno. 

- Na  pokładzie  jest  prysznic  -  przypomniała  Serena,  podnosząc  z  kolan  wibrującą 

nokię. - Nie bądź dzieckiem! - krzyknęła przez ramię. - Słucham? - Odebrała komórkę. 

Kto, do cholery, dzwonił o czwartej rano? 

- Cześć,  Serena.  Jak  się  masz?  Mówi  Jason.  No  wiesz,  sąsiad  z  dołu  w  domu  przy 

Siedemdziesiątej Pierwszej. 

Serena się uśmiechnęła. Blair nie spodziewała się takiego telefonu. 

- Cześć! - odpowiedziała najbardziej przyjacielskim, entuzjastycznym tonem. 

Jason  był  miły,  ale  niewart  zapamiętania.  Kiedy  skończyło  się  przyjęcie  dla  ekipy 

Śniadania  u  Freda,  obie  dziewczyny  to  właśnie  zrobiły  -  zapomniały  o  nim.  Chociaż  to  nie 

dla Sereny facet stracił głowę. 

- Pewnie chcesz rozmawiać z Blair. 

Wrzuciła czwarty bieg na ostrym zakręcie. 

- Tak jakby - przyznał się Jason. 

- Poczekaj. 

Serena rzuciła telefon za siebie, niechcący uderzając Blair w nos. 

Przyjaciółka właśnie radośnie snuła marzenia, w których główne role grali ona i Nate. 

Nadzy na plaży w St. Barts. Całujący się na piasku, podczas gdy Me rozbijały się o ich ciała. 

Zupełnie jak Deborah Kerr i Burt Lancaster w Stąd do wieczności. 

Wzięła telefon. Pewnie jej matka zastanawiała się. skąd rachunek z Tod's na dziesięć 

tysięcy na jej karcie. 

- Słucham? - rzuciła poirytowana. 

Noga  Nate'a  była  taka  ciepła.  Oparła  głowę  na  jego  ramieniu.  Szukała  pocieszenia 

przed wyjątkowo denerwującą rozmową. 

- O co chodzi, mamo? 

- Nie, to ja, Jason - odparł zachrypnięty męski glos po drugiej stronie. 

Blair podniosła głowę i odsunęła telefon od twarzy. Kto?! 

Zerknęła na profil Nate'a. Zaczynał przysypiać. Chciała go przytulić i wsunąć ręce pod 

koszulę, tylko po to, żeby poczuć ciepło jego skóry pod palcami. 

background image

- Halo? Blair? - zaskrzeczał glos Jasona z komórki Sereny. 

Blair zatrzasnęła telefon i rzuciła go na siedzenie pasażera. 

- Blair! - zbeształa ją Serena. 

Obie zachichotały, zerkając na siebie w odbiciu wstecznego lusterka. 

Nate poprawił się na siedzeniu. 

- Co was tak bawi? - wymamrotał. Jeszcze bardziej zaczęły się śmiać. 

A potem Blair się odwróciła. Czuła, że Nate się na nią gapi. Nim, zażenowany, zdążył 

odwrócić wzrok, mrugnęła do niego w najbardziej seksowny i niespodziewany sposób. 

- Mogę zapalić? - zapytała w końcu, zagryzając błyszczącą różem wargę. 

- Jasne. 

Pogrzebał w kieszeniach szukając paczki. Dla ciebie wszystko. 

Och. 

Słońce  musiało  wzejść  w  ciągu  tych  czterech  minut,  gdy  pędzili  przez  Midtown 

Tunnel  do  miasta.  Kiedy  Serena  wjeżdżała  do  tunelu,  niebo  było  ciemnofioletowe,  a  gdy 

samochód  wynurzył  się  na  ulicach  Manhattanu,  sionce  wisiało  już  wysoko,  auta  trąbiły  i 

zaczynało się robić gorąco. 

Nate  starał  się  nie  przyglądać  zbyt  natrętnie  Blair,  co  nie  było  łatwe,  ponieważ 

siedziała  tak  blisko,  że  prawie  czuł  jej  zapach.  Wyobrażał  sobie  ciężar  jej  ciała,  gdyby 

zdarzyło  jej  się  przysnąć  i  oprzeć  o  niego,  przywoływał  delikatnie  wspomnienia  jej  ust  i 

języka, dotykających jego warg, gdyby zaczęli się całować na tylnym siedzeniu. 

Przestań. Skup się. 

- Jedź do centrum. - Nate spojrzał na Serenę we wstecznym lusterku. 

Czy wiedziała, o czym on myśli? Zauważyła coś? 

Oczywiście była na tyle wyluzowana, żeby niczego nie komentować. 

- Tak jest, kapitanie! 

Zakręciła ostro w FDR Drive, aż Nate i Blair przechylili się w lewo. 

- Nie pozabijaj nas. - Blair odgarnęła potargane wiatrem włosy za uszy. 

- Nie martw się. - Nate ścisnął ją uspokajająco za kolano. 

Blair  spojrzała  na  niego.  Jej  oczy  szkliły  się  i  były  zaspane,  ale  błyszczały  błękitem 

jak zawsze. Uśmiechnęła się i oparła głowę na jego ramieniu, nadal na niego patrząc. 

Wyszczerzył  do  niej  zęby.  Czul  się  głupio  i  był  trochę  zakłopotany,  zupełnie  jakby 

znowu miał piętnaście lat. Zatracił się we wrażeniach: w wietrze we włosach, świście asfaltu 

pod  kołami, zapachu  opierającej  się  o  niego  dziewczyny,  którą  kochał.  Serena  potrzebowała 

dziesięciu minut, żeby śmignąć autostradą, na której panował poranny ruch i pięciu minut na 

background image

kluczenie  uliczkami  centrum,  nim  dotarli  do  portu  w  Battery  Park,  gdzie  kapitan  Archibald 

zacumował „Charlotte”. 

- Jesteśmy  na  miejscu,  dzieciaki  -  ogłosiła,  odgrywając  mamę.  Podjechała  do 

krawężnika i wyłączyła silnik. - Gotowi do żeglugi? 

Nate otworzył drzwi i wygramolił się z tylnego siedzenia. Wciągnął zapach mieszanki 

smogu ulicznego, słonej wody i rozgrzanego asfaltu. To było połączenie wszystkiego, co ko-

chał.  Miasta  wczesnym  rankiem  i  wybrzeża,  gdzie  spędził  najszczęśliwsze  tygodnie  życia. 

Może za długo gnieździł się na maleńkim tylnym siedzeniu, a może po prostu cieszył się na 

myśl o rejsie, w który zaraz wypłynie... W każdym razie z jakiegoś powodu Nate zaczął biec i 

przeskoczył  niską  bramkę,  oddzielającą  port  od  ulicy.  Gumowe  podeszwy  klapek  głośno 

uderzały  w  szare  listwy  nabrzeża.  Serce  dudniło  mu  w  uszach.  To  nareszcie  działo  się 

naprawdę,  nareszcie  zaczynało  się  lato.  Kiedy  tylko  wejdą  z  Blair  na  pokład,  wszystko  się 

zmieni. 

- Proszę pana? Proszę pana?! 

Umundurowany  pracownik  portu  biegi  molem  w  stronę  Nate'a,  wymachując  rękoma 

nad głową, jakby atakowało go stado pszczół. 

- To prywatny teren, proszę pana, musi pan go opuścić. 

- Szukam  mojej  łodzi  -  wyjaśni!  Nate,  rozglądając  się  wśród  lasu  masztów  za 

znajomym  profilem.  Pomagał  ojcu  zbudować  tę  łódź,  poznałby  ją  wszędzie.  -  „Charlotte”. 

Jest gdzieś tutaj. Chcę nią wypłynąć. 

- „Charlotte”?  -  Pracownik  portu,  najwyraźniej  student,  który  sprawiał  wrażenie 

fajnego gościa, spojrzał na Nate'a zdumiony. - Łódź Archibaldów? 

- Aha. 

Nate  skinął  głową  i  zerknął  za  siebie.  Blair  i  Serena  przysiadły  na  bramce, 

wymachiwały nogami i z czegoś się śmiały. 

- To łódź mojej rodziny. Może mi pan podać numer? 

- Przykro  mi.  -  Chłopak powoli  pokręcił  głową.  -  Nie  mam  jej tu.  Kapitan  Archibald 

pożeglował do Newport na początku czerwca. Powiedział mi, że planuje trzymać tam „Char-

lotte” przez cale lato. 

Cholera.  Nate  zmarszczył  brwi,  a  potem  odwrócił  się  raz  jeszcze  do  Blair.  Kołysała 

drobnymi, opalonymi nogami, gdy nagły podmuch wiatru uniósł jej zwiewną sukienkę prawie 

do pasa. Pod spodem miała bladoróżowe bawełniane ligi. Dostrzegł na nich białe groszki. 

Co tam łódź. Teraz chciał tylko położyć się obok Blair, złapać ją za  rękę i nigdy  nie 

puszczać. 

background image

prawda wychodzi na jaw... i D tez si

ę

 ujawnia 

- Gej! Gej, gej! ...czka. 

Dan jęknął i obrócił się na drugi bok w niegdyś miękkiej i białej, a teraz, poplamionej 

kawą i nikotyną pościeli. Gej? Spocił się straszliwie. Pokręcił głową z boku na bok. 

- Obudziłeś  się  już?  -  Rufus  Humphrey,  ojciec  Dana  i  hałaśliwy,  ekscentryczny 

wydawca  mniej  znanych  bitników,  walił  niecierpliwie  do  drzwi.  -  Hej!  Hej,  hej!  Paczka! 

Słyszysz? 

- Hej! - Dan usiadł na łóżku. Hej, paczka, ty idioto, nie gej. - Już nie śpię - oznajmił 

zachrypłym głosem. 

- Przypomnij mi, żebym ci kiedyś opowiedział o rannym ptaszku i robaku! 

Rufus  wparował  do  pokoju  Dana  w  szalonym  stroju  jak  to  zwykle  on:  w  roboczych 

spodniach z wyblakłymi, białawymi plamami po farbie, którą pomalowano ściany mieszkania 

-  co  oznacza,  że  musiały  mieć  jakieś  dziewiętnaście  lat  -  i  kurtce  ekipy  Śniadania  u  Freda, 

którą pewnie zgarnął ze stosu brudów Vanessy. Rozpięta kurtka odkrywała pierś, okrytą posi-

wiałymi  włosami.  Rufus  dźwigał  potężny  karton,  który  ktoś  chaotycznie  owinął  sznurkiem, 

papierem  pakowym,  folią  z  bąbelkami  i  dwoma  rodzajami  taśmy.  Na  paczce  napisane  było 

słowo „Ostrożnie” w pięciu różnych językach. Rzucił paczkę na łóżko. 

- Poczta do ciebie. 

- Jezu. 

Dan wziął niezgrabną paczkę. Była tak lekka, że mógłby ją podrzucić w powietrze. 

- Mam wrażenie, że w środku nic nie ma. 

- Otwórz, otwórz! - ponaglał go Rufus. - Twoja siostra wysłała ją z daleka, opłaty na 

pewno sporo kosztowały, więc w środku musi być coś fajnego. 

- Jasne. 

Dan zaczął się szarpać ze sznurkiem. 

- Nie słyszałem, o której wczoraj wróciłeś. - Rufus wyszczerzył zęby do syna. - Chyba 

pierwsze  spotkanie  naprawdę  się  udało,  co?  Siedzieliście  do  późna  i  omawialiście  zalety 

mniej znanych sztuk Szekspira? 

- Coś w tym stylu. 

background image

Dan  grzebał  w  kolejnej  warstwie  papieru,  nim  w  końcu  dotarł  do  kartonu.  Jeśli 

dyskutowali  o  czymś  zeszłego  wieczoru,  to  on  nic  z  tego  nie  pamiętał.  Ledwo  cokolwiek 

pamiętał  poza  tym,  jak  język  Grega  dotknął  jego  ust  i  jak  zarost  kumpla  drapał  go  po  jego 

równie zarośniętych policzkach. 

Fuj. 

- Pamiętam dawne dni w moim własnym salonie. 

Rufus  przysiadł  na  parapecie  i  patrzył,  jak  syn  sięga  do  pudełka.  Dan  wyciągnął 

kolejne garści pogniecionych w kulkę gazet. 

- To były wariackie czasy. 

- Nasze spotkanie nie było takie wariackie - bronił się Dan. 

W końcu znalazł coś wśród gazet. Złapał to mocno i pociągnął za wąski przedmiot, aż 

udało  mu  się  go  wyciągnąć.  Pusty  karton  wylądował  na  ziemi.  Wysypały  się  z  niego  kulki 

papieru. 

Rufus się roześmiał. 

- Szkoda.  Dzisiejsze  dzieciaki.  Zero  pasji,  zero  ognia.  Pamiętam,  kiedy  byłem  w 

twoim  wieku.  Wyjeżdżaliśmy  nad  jeziora  do  Nowej  Anglii.  Rozbijaliśmy  obóz,  pisaliśmy 

wiersze i dyskutowaliśmy do późna w nocy. 

Dan  słuchał  z  roztargnieniem,  rozmyślając  nad  przedmiotem,  który  trzymał.  Miał 

ponad  pól  metra  długości  i  zawinięty  był  w  taśmę  do  pakowania.  Zaczął  zdrapywać  ją 

paznokciami,  niespokojnie  rozpamiętując  wydarzenia  zeszłego  wieczoru.  Właściwie  jak 

daleko posunął się z Gregiem? Jak wrócił do domu? Praktycznie nie pamiętał, kiedy kładł się 

do łóżka. Obudził się w ulubionych, czerwonych bokserkach Gap. Miał je wczoraj na sobie? 

Nie pamiętał. 

Rufus zapatrzył się w dal i ciągnął: 

- Pamiętam  pewne  popołudnie  nad  jeziorem,  kiedy  sprawy  nabrały  niezłych 

rumieńców.  Wszyscy  kąpaliśmy  się  nago,  a  ja  ostro  pokłóciłem  się  z  Crewsem 

Whitestone'em,  no  wiesz,  tym  dramatopisarzem.  Spieraliśmy  się  o  fundamentalną  naturę 

prawdy, zrobiło się gorąco, to się dało przewidzieć, i nim się zorientowaliśmy, turlaliśmy się 

po plaży, siłując ze sobą. 

Dan  niezbyt  uważnie  słuchał  mamrotania  ojca.  Znalazł  przerwę  w  bąbelkowej  folii  i 

odwinął długi, ceramiczny... przedmiot. 

- Wasze  obecne  spotkania  literackie  są  pewnie  bardziej  sztywne,  nie?  Ale  my  wtedy 

woleliśmy właśnie tak: nago, z życiem, walczyć na pięści o prawdę. Boże, to były czasy. 

Nadal starając się ignorować ojca, Dan zrzucił na bok opakowanie i obejrzał naczynie 

background image

trzymane  w  dłoniach.  To  była  długa,  pusta  w  środku,  zwężająca  się  kolumna  z  białej 

ceramiki,  pokrytej  delikatnym,  przyjemnym  w  dotyku  szkliwem.  Miała  jakieś  czterdzieści 

pięć  centymetrów  długości  i  otwór  na  górze,  więc  to  musiał  być  wazon.  U  podstawy 

znajdowały się dwa małe, krągłe kształty, symetrycznie po obu stronach, które pomagały stać 

środkowej, pionowej części. To był wazon. W każdym razie to było coś. To był... cóż, ładnie 

wypalony penis. 

Jego siostra wpadła na taki pomysł?! Dan odstawił wazon, czy co to właściwie było, 

na nocną szafkę i ostrożnie przyjrzał się przedmiotowi. 

- Poznałbym to wszędzie - zachichotał Rufus, przerywając wspomnienia. Wziął wazon 

i pogłaskał go delikatnie. - Wiesz, kto to zrobił, prawda? Twoja matka. To jej robota. 

- Serio? 

Dan  wziął  od  ojca  wazon  i  przyjrzał  mu  się  uważnie.  Może  się  mylił,  może  to  była 

rakieta w locie albo kosmita, albo abstrakcyjne wyobrażenie Matki Ziemi w otoczeniu dwójki 

dzieci. 

Nie. Z którejkolwiek strony spojrzeć, wyglądało to jak wielki fiut. 

Odwrócił  wazon,  żeby  obejrzeć  go  od  spodu  i  zobaczył  drobny  odręczny  napis: 

„Totem dla mojego syna. Przekazany z miłością”. 

Totem? Co to, do cholery, miało znaczyć? Czy  matka próbowała mu powiedzieć coś 

na jego temat, czego nigdy wcześniej sam nie odkrył? Nie widział mamy od lat, a teraz to - 

wazon w kształcie penisa przychodzi pocztą akurat w kilka godzin po tym, jak całował się z 

chłopakiem?  Ale  przecież  nie  był  gejem.  Jakby  mógł  być?  Kochał  dziewczyny.  Kochał 

Serenę van der Woodsen. Kochał Bree. A najbardziej kochał Vanessę. 

Jasne. Dziewczynę, która wyglądała jak chłopak. 

Czy  to  możliwe,  że  był  gejem  i  wszyscy  oprócz  niego  o  tym  wiedzieli?  Czy  był 

jednym z tych ewidentnie gejowskich chłopczyków, którzy urządzali herbatki dla pluszowych 

zwierzątek i nosili do szkoły stare torebki mamy? 

Westchnął, odstawiając wazon na podłogę obok łóżka. Spojrzał na zamyślonego ojca. 

- Mówiłeś  o  kąpielach  nago  i  dyskusjach  o  literaturze.  -  Dan  urwał.  -  To  było,  hm, 

normalne?  Że  wasze  rozmowy  literackie  kończyły  się  tym...  że  człowiek  lądował  nago  z  ja-

kimś innym facetem? 

- Normalne! - Rufus roześmiał się serdecznie. - Wierz mi, jeśli chodzi o literaturę, nie 

ma niczego bardziej normalnego. Pasja. Ogień. Kiedy jesteś młody, to cię po prostu wypełnia. 

Trzeba to jakoś uzewnętrznić. 

Dan pokiwał głową, marszcząc brwi. 

background image

- Więc mówisz, że według twojego doświadczenia literacki salon często zamienia się 

w jakąś homoseksualną orgię? 

- Częściej niż myślisz, synku. - Rufus czule zmierzwił potargane od snu włosy Dana. - 

Szkoda, że czasy się zmieniły. 

Aha, wielka szkoda. 

background image

prawda bywa dziwniejsza od fikcji 

- Obróć  głowę  odrobinkę  w  lewo...  jeszcze  trochę...  -  Vanessa  posłuchała.  Leciutko 

obróciła głowę, dając Baileyowi doskonały widok na jej profil. 

- Mój Boże, po prostu palce lizać, prawda? 

Bailey gadał nie wiadomo do kogo i rysował zaciekle w szkicowniku, oprawionym w 

krokodylową skórę. Machał ołówkiem i obracał strony jak szaleniec. 

- Tak, tak, Vanesso, moja droga, to jest to, naprawdę masz to w sobie. Bijesz na głowę 

Giselle, Kate i te wszystkie laski, prawda, kochana? Pychota! 

Nie słuchała go zbyt uważnie. Zresztą nie wiedziała, kim właściwie są Giselle i Kate. 

Bawiła  się  kamerą,  którą  trzymała  na  kolanach  jak  kociaka.  Wyciągnęła  się  na  długiej 

kamiennej  otomanie,  wyłożonej  poduszkami  i  futrzanymi  narzutami.  Było  na  niej  naprawdę 

wygodnie, ale zbyt gorąco jak na lipcowe popołudnie. Vanessa miała piękny widok na basen. 

Patrzyła, jak Chuck Bass bawi się w cieniu, ubrany tylko w kwieciste kąpielówki, tak obcisłe, 

że  nie  zostawiały  niczego  wyobraźni.  Jego  małpka  siedziała  na  końcu  deski  do  skakania  i 

zajadała winogrona. 

Jakie to erotyczne. 

Nie  mogła  się  kręcić,  więc  nie  sprawdzała  ujęcia  przez  wizjer.  Ale  i  tak  miała 

pewność,  że  to  czyste  filmowe  złoto:  Chuck,  brodzący  w  wodzie  do  pasa,  gawędzący  przez 

Bluetootha.  I  Cukiereczek,  wcinający  owoce.  Za  nimi  Stefan,  chudy  pomocnik,  zamiatał 

kamienną  ścieżkę,  prowadzącą  od  głównej  rezydencji  do  kortu  tenisowego.  Starał  się  przy 

tym  nie  uderzyć  żadnego  z  rozpieszczonych  mopsów,  które  zaciekle  atakowały  miotłę.  Od 

czasu  do  czasu  przesuwała  kamerę  na  kolanach,  żeby  uchwycić  twarz  samego  Baileya 

Wintera. Miał na sobie klasyczny, chłopięcy mundurek khaki - z szortami, i w ogóle. Musiał 

go przerobić, żeby na niego pasował. Doskonały materiał do powalającego dokumentu. 

- Nie baw się tą kamerą, kochana. - Bailey cmoknął z dezaprobatą. 

Vanessa  uśmiechnęła  się  spokojnie  i  znowu  odwróciła  kamerę  w  stronę  basenu. 

Siedziała nieruchomo, a jej myśli krążyły luźno wokół wydarzeń ostatnich tygodni. Najpierw 

była obywatelem Hollywood, potem służącą w nieprzyjaznym Hamptons, a teraz utrzymanką. 

W  pewnym  sensie  to  wszystko  było  dość  ekscytujące,  kłopot  w  tym,  że  nie  miała  z  kim  się 

background image

podzielić wrażeniami. 

Zdziwiła  się,  gdy  zdała  sobie  sprawę,  że  nie  gapi  się  po  prostu  w  przestrzeń,  ale 

podziwia idealny tors Chucka Bassa. Delikatne poruszenia mięśni, gdy przeczesywał palcami 

wilgotne, ale mimo to nadal świetnie układające się loki. Zapomniała na chwilę o wszystkim, 

co  słyszała  o  tym  chłopaku,  o  głupich  rozmowach  i  o  każdej  ohydnej  plotce  na  jego  temat. 

Zapragnęła po prostu wyciągnąć rękę i... dotknąć go. Nieświadomie oblizała wargi. 

- Świetnie!  -  Bailey  rzuci!  ołówek  do  basenu  i  złapał  następny.  -  Wyglądasz 

niesamowicie.  Jak  najedzona,  a  zarażeni  głodna.  Jakbyś  była  gotowa  na  deser,  chociaż 

właśnie zjadłaś najlepszy posiłek życia! 

Vanessa,  zakłopotana,  zaczerwieniła  się,  a  potem  pomyślała,  że  nie  podziwiała 

samego  Chucka  Bassa,  ale  jego  fizyczne  walory.  Prawda  była  taka,  że  jej  typ  był  nieco 

szczuplejszy i bledszy. Myśl o Danie sprawiała, że nagle opadły jej kąciki ust. 

- Broda w górę, kochana! Gdzie zniknął uśmiech? 

Bailey klasnął w ręce raz, drugi i trzeci jak zwariowana cheerleaderka. 

Vanessa próbowała zmusić się do uśmiechu, ale wspomnienie Dana wszystko popsuło. 

Tęskniła  za  nim,  A  szeroka  pierś  Chucka  nie  zastąpiłaby  miłości.  Vanessa  westchnęła,  kie-

rując kamerę na szmaragdowe trawniki posiadłości. Przynajmniej znowu miała swoją sztukę. 

Zrobiła  ponowny  najazd  na  Chucka.  Opierał  się  o  brzeg  basenu  i  gawędził  ze 

Stefanem.  Cukiereczek  podskakiwał  za  nim,  drażniąc  się  z  mopsami,  które  szczekały  jak 

wściekłe. 

- Dziewczęta!  Proszę!  Cicho!  -  Bailey  włożył  pałce  do  ust  i  zaskakująco  głośno  i 

przenikliwie gwizdnął. - Tata pracuje! Nie mogę się skupić przy tym wrzasku! 

- Przepraszam,  Bailey.  -  Chuck  odwrócił  się  i  wyszczerzył  zęby  w  uśmiechu.  - 

Postaram się, żeby Cukiereczek ich nie drażnił. 

- A co właściwie ten odrażający potwór robi w moim basenie? - pisnął Bailey, a jego 

brązowa skóra zrobiła się szkarłatna. 

Vanessa złapała ostrość na drugi koniec basenu i natychmiast zrozumiała, o co chodzi. 

Wyrzucony przez Baileya ołówek nic był jedyną rzeczą pływającą w wodzie. 

- Powiedz  mi,  że  to  nie  jest  to,  o  czym  myślę!  -  Teraz  Bailey  wrzeszczał  już  na  całe 

gardło. 

- Przepraszam. - Chuck  podszedł do dryfującego ekskrementu. - Cukiereczek czasem 

nie panuje nad sobą. 

- Wynoś się! Wynoś! Nie pozwolę, żeby zamienił moją świątynię w szambo! To jest 

East Hampton, a nie Kalkuta! 

background image

Vanessa podniosła się z  otomany, żeby  przytrzymać kamerę obiema  rękami i szybko 

zrobiła zbliżenie. To była filmowa kopalnia złota. 

Aha, i przy okazji totalny kanał. 

background image

poczta lotnicza - par avion 

12 lipca 

Kochana Jenny! Jestem gejem 

 Całuj

ę

Dan 

background image

jak za starych, dobrych czasów 

- Jesteśmy  w  domu!  -  Głos  Sereny  rozległ  się  echem  w  przedpokoju  i  w  głębi 

apartamentu rodziców. Mieszkanie było puste, zrozumiała to, gdy tylko pchnęła drzwi. Czuło 

się w nim ten mrok, ciszę i chłód domu, w którym nikogo nie ma. Nic dziwnego, jej rodzice 

więcej  czasu  spędzali  za  granicą  niż  na  kanapie.  Właściwie  to  nawet  nie  pamiętała,  kiedy 

ostatnio widziała ich na kanapie. 

- Boże, muszę siusiu. 

Blair  przepchnęła  się  obok  przyjaciółki  i  wpadła  do  mieszkania.  Zapaliła  po  drodze 

światła - znała dom Sereny równie dobrze, jak własny. Zniknęła w głębi, zygzakiem pędząc 

do pokoju przyjaciółki. Nate wszedł za nimi. Zamknął drzwi trochę zbyt głośno. Przez dziwną 

ciszę, która panowała w mieszkaniu, trzaśniecie zabrzmiało jak wystrzał. 

- Przepraszam. - Uśmiechnął się krzywo. 

- Nie szkodzi. 

Serena rzuciła klucze na mahoniowy stolik. Wylądowały z brzękiem. 

- Poszukajmy czegoś do jedzenia. 

Poprowadziła Nate'a przez mieszkanie i wahadłowe drzwi do kuchni. 

Zajrzała do niemal pustej lodówki. 

- Mamy  oliwki  -  oznajmiła.  -  Paczkę  marchewek.  Chyba  jest  trochę  sera.  Pewnie 

gdzieś są też krakersy. Nie wiem, gdzie pokojówka wszystko trzyma. 

Tak trudno teraz o dobrą służbę. 

- Zajmę się tym. 

Nate  pogalopował  do  spiżarni  i  zaczął  ją  plądrować.  Wyciągał  słoiki  i  pojemniki,  a 

potem z brzękiem stawiał je na blacie. 

- Zabiorę dla nas zapasy. 

Wrócili  do  mieszkania  van  der  Woodsenów  po  to,  żeby  się  przespać  przed  jazdą  do 

Newport i żeby zabrać niezbędne rzeczy: ubrania i alkohol. 

Serena  ruszyła  do  barku  rodziców  -  nigdy  nie  pomyśleli,  że  warto  go  zamknąć. 

Wyciągnęła  grey  goose,  hendrik's,  havana  club  i  patron  i  załadowała  do  torby  od  Hermesa. 

Plądrowanie  barku  rodziców,  gdy  Blair  i  Nate  kręcili  się  po  domu,  przypominało  jej  o 

background image

dawnych  czasach.  Nic  się  nie  zmieniło,  a  zarazem  wszystko.  Ta  myśl  sprawiła,  że  nagle 

posmutniała. 

Wszyscy robimy się nieco humorzaści, gdy zbliżają się nasze urodziny. 

Serena weszła do biblioteki ojca i usiadła na jego obrotowym krześle Aeron, Złapała 

za telefon na biurku i wybrała jeden z nielicznych numerów, który znała na pamięć. 

- Słucham? 

Głos jej brata, Erika, zabrzmiał bardzo podejrzliwie. W końcu dochodziła szósta rano. 

- To ja. 

Opadła na oparcie i położyła bose stopy na starym mahoniowym biurku. 

- Cholera, Serena. Zobaczyłem, że to telefon z domu, przez chwilę się martwiłem. - Jej 

brat się zaśmiał. 

- Rodziców nie ma. 

Przyjrzała  się  ścianom,  zastawionym  książkami,  popatrzyła  na  oprawione  rodzinne 

fotografie: Erik grający w tenisa, Serena na czarnym koniu, opaleni rodzice sączący campari z 

wodą sodową w ulicznej kafejce na wybrzeżu Amalfi. 

- Wimbledon - stwierdzili z bratem chórem. 

- Są tacy cholernie przewidywalni. - Erik się skrzywił. - A co ty robisz w domu? 

- Planuję  letnią  eskapadę.  Pomyślałam,  że  zadzwonię  do  brata.  Gdzie  właściwie 

jesteś? 

- W Connecticut. Myślałem, że może to ojciec dzwoni, żeby powiedzieć, że wpadną. 

Serena  zerknęła  przez  przeszklone  drzwi  do  salonu,  gdzie  Nate  gonił  Blair  wokół 

skórzanej otomany, próbując wsadzić jej do ucha korniszona. 

- Wybieramy się na przejażdżkę. Pojedziesz z nami? W samochodzie jest miejsce dla 

czworga. 

Może wtedy nie czułaby się jak piąte koło u wozu? 

- Kuszące, ale dobrze mi tu. Może zajrzycie po drodze do Ridgefield? 

Szybko  przemyślała  sprawę.  Mogliby  się  dzisiaj  przespać  u  niej  i  ruszyć  jutro  rano. 

Potem  przekonałaby  Blair  i  Nate'a.  żeby  spędzili  noc  w  Ridgefield,  w  nadziei  że  ktoś 

przypomni sobie, że to jej urodziny. 

- To się chyba da zrobić. 

Serena  pożegnała  się  z  bratem  i  odłożyła  telefon  na  biurko.  Zerknęła  w  stronę 

garderoby, zastanawiając się, czy rodzice schowali urodzinowy prezent gdzieś w mieszkaniu. 

Czy niespodzianki nie są zabawniejsze? 

 

background image

Blair  ziewnęła  -  to  było  takie  wielkie  ziewnięcie,  które  czuje  się  w  całym  ciele  -  i 

przeczesała  włosy  szczotką  Sereny.  Nigdy  nic  należała  do  tych  osób,  które  przed  snem 

szczotkują  włosy  tysiąc  razy,  ale  odrobina  nigdy  nie  zaszkodzi.  Była  ósma  rano  i  słońce 

wlewało  się  przez  okno.  Miała  wrażenie,  jakby  nie  spała  porządnie  od  lat,  a  nie  od  paru 

godzin. 

- Nie  mogę  uwierzyć,  że  jestem  tak  zmęczona.  -  Serena  opadła  na  proste,  szerokie 

łóżko z rozrzuconymi rękami i nogami. 

- Aha. 

Nate się zawahał. Stał w nogach łóżka i zerkał na Blair, która kręciła się kolo lustra, a 

potem popatrzył na leżącą przed nim Serenę. 

- Padłam,  -  Serena  rozpięła  dżinsy  i  ściągnęła  je,  nie  wstając.  -  Nie  dam  rady  nawet 

wejść pod koc. 

Blair zerknęła na długie smukłe nogi przyjaciółki, a potem na Nate'a, który gapił się na 

to samo. Poczuła w piersi znajome ukłucie zazdrości. Kochała Serenę i była o nią zazdrosna, 

odkąd się znały, czyli właściwie od zawsze. Ale teraz wreszcie sytuacja się zmieniła. Ten rok 

był pełen wzlotów i upadków, ale w końcu zaczęło się lato, a jesienią wszyscy idą do Yale i 

przez resztę życia będą przyjaciółmi. I miała Nate'a, właśnie tu, właśnie teraz, pod nosem. 

Czy przypadkiem o kimś nie zapomniała? 

Blair  ściągnęła  przez  głowę  pożyczone,  bladoróżowe  polo  i  sięgnęła  na  plecy,  żeby 

rozpiąć stanik. Rzuciła go na ziemię. 

- Nate, czy mogę spać w twojej koszulce? - zapytała nieśmiało. 

- Jasne. - Nate pokiwał ochoczo głową, starając się odwrócić wzrok. 

Ściągnął bawełniany T - shirt i rzucił Blair. 

Włożyła  koszulkę.  Zrobiła  to  powoli,  żeby  wciągnąć  przemożny  zapach  Nate'a:  jego 

potu, proszku do prania, trawki i pasty do zębów. 

Miała ochotę go schrupać. 

Zanim  obciągnęła  na  sobie  ciągle  jeszcze  ciepłego  T  -  shirta,  Nate  zrzucił  spodnie  i 

padł  na  łóżko  obok  Sereny.  Leżał  w  bokserkach  z  zabawnym  palmowym  wzorkiem.  Blair 

była pewna, że sama mu je kupiła. 

Zgasiła  górne  światło.  Poranne  słońce  wlewało  się  przez  okno,  oświetlając  sylwetki 

przyjaciół.  Stanęła  w  nogach  łóżka  i  ostrożnie  wsunęła  się  między  Serenę  a  niemal  nagiego 

Nate'a. Przyjaciółka już spała i oddychała spokojnie i cicho jak dziecko. 

- Dobranoc - szepnął Nate. 

- Dobranoc - odpowiedziała szeptem. 

background image

Słyszała,  jak  wali  jej  serce  i  nagle  poczuła  się  całkiem  rozbudzona.  Przyglądała  się 

ozdobnym panelom, ułożonym na suficie. Słuchała cichego pochrapywania najlepszej przyja-

ciółki  i  starała  się  ignorować  delikatny  dotyk  Nate'  a,  jedynego  chłopaka,  którego  kochała. 

Jego ręce ocierały się o jej dłonie. Czy kiedykolwiek uda jej się zasnąć? 

I  wtedy  poczuła  palce,  przesuwające  się  po  jej  ręce  tak  ostrożnie,  że  to  aż  łaskotało. 

Dłoń Nate'a musnęła jej nadgarstek, a potem czule ścisnęła dłoń. 

Westchnęła  i  wraz  z  tym  wydechem  wypuściła  z  siebie  coś,  o  czym  nawet  nie 

wiedziała, że to w sobie nosi: frustrację, zazdrość, troskę o to, co się stanie potem. Odwróciła 

się, żeby spojrzeć na Nate'a, ale miał zamknięte oczy. Zaraz potem ona też zamknęła swoje. I 

tak przespali resztę dnia aż do nocy. 

background image

 

tematy    ◄    wstecz    dalej    ►    wyślij pytanie    odpowiedź 

Wszystkie  nazwy  miejsc,  imiona  i  nazwisko  oraz  wydarzenia  zostały  zmienione  lub  skrócone,  po  to  by  nie 

ucierpieli niewinni. Czyli ja.

 

 

hej, ludzie!

 

 

Wiecie,  kogo  zawsze  było  mi 

ż

al?  Dzieciaków,  które  maj

ą

  urodziny  latem.  Nigdy  nie  miały  imprez  z 

lodami w Serendipity, bo  wszyscy przyjaciele byli na  obozie albo  bawili si

ę

  w Amagansett. Nigdy  nie 

przynosiły  dla  klasy  minitorcików  z  pastelowym  kremem  i  lukrem  z  Magnolii.  Nigdy  nie  miały 

wspaniałej  herbatki  z  przyjaciółkami  w  hotelu  Plaza.  Wszystko  dlatego, 

ż

e  zdarzyło  im  si

ę

  urodzi

ć

 

akurat  wtedy,  kiedy  nikt  nie  ma  głowy  do  my

ś

lenia  o  kimkolwiek  poza  sob

ą

.  Tak  naprawd

ę

  nie 

jeste

ś

my  obrzydliwymi  egoistami,  to  po  prostu...  wisi  w  powietrzu.  Ale  to  nie  znaczy, 

ż

e  nie  mamy 

wyrzutów sumienia. Serio. Wi

ę

c oto co

ś

 dla was, jubilatki... 

 

Trzy najlepsze sposoby, 

ż

eby powiedzie

ć

: „przepraszam, 

ż

e zapomniałam o twoich urodzinach, kiedy 

ob

ś

ciskiwałam si

ę

 z moj

ą

 nieprawdopodobnie przystojn

ą

 letni

ą

 miło

ś

ci

ą

”: 

 

1)  Zabierz  j

ą

  do  Barneys  i  daj  jej  swoj

ą

  kart

ę

  kredytow

ą

  na  tyle  minut,  ile  ko

ń

czy  lat.  Kiedy  twoja 

mama dostanie rachunek, oberwiesz, ale po to wła

ś

nie ma si

ę

 przyjaciół. 

 

2)  Przepro

ś

ż

e  bardziej  wci

ą

gn

ą

ł  ci

ę

  letni  romans  ni

ż

  jej  rytuał  przej

ś

cia,  i  zapro

ś

  j

ą

  na  podwójn

ą

 

randk

ę

  z  twoim  przystojniakiem  i  jego  leciutko  zezuj

ą

cym,  ale  niemal  równie 

ś

licznym  młodszym 

bratem. 

 

3)  Jest  lato,  wi

ę

c  powinni

ś

cie  dba

ć

  o  siebie,  to  wa

ż

niejsze  ni

ż

  zwykle.  Zaszalej  i  szarpnij  si

ę

  na 

wszystkie  zabiegi  w  salonie  Bliss  (nie,  prosz

ę

,  tylko  nie  beznadziejny  karnet  w  stylu  ciotki  Susie  na 

manikiur i pedikiur), 

ż

eby twoja najlepsza kumpelka była równie opalona, wydepilowana i zadbana, jak 

ty. 

 

Wasze e - maile 

 

P:

 Droga P! 

background image

Martwi

ę

 si

ę

ż

e mo

ż

e zamieniam si

ę

 w geja. Wiesz, jak to rozpozna

ć

Smutas 

 

O:

 Drogi S

Gar

ść

 znaków ostrzegawczych: 

1)  Mówisz  o  ró

ż

nych  rzeczach  „wy

ś

mienite”  i  „genialne”  oraz  w  ci

ą

gu  ostatnich  dwudziestu 

czterech godzin u

ż

yłe

ś

 słowa „szykowny”. 

2) Twoj

ą

 najlepsz

ą

 przyjaciółk

ą

 jest przyci

ęż

ka dziewczyna interesuj

ą

ca si

ę

 teatrem. 

3) Jako dzwonek na komórce masz ustawion

ą

 piosenk

ę

 Gwen Stefani. 

4) Kiedy robi si

ę

 ciepło, patrzysz raczej na rolkarzy bez koszulek ni

ż

 dziewczyny opalaj

ą

ce si

ę

 

topless na Owczej Ł

ą

czce. 

5)  Piszesz  do  autorytetu,  bo  chcesz, 

ż

ebym  potwierdziła  to,  co  ju

ż

  wiesz,  ale  nie  chcesz  si

ę

 

przyzna

ć

: jeste

ś

 gejem. I w porz

ą

dku! 

Kochaj 

ż

ycie. Kochaj chłopców. Kochaj siebie. 

P. 

 

P:

 Droga P! 

To wła

ś

ciwie nie list, tylko zaproszenie. Planuj

ę

 zorganizowa

ć

 wielki zlot w domu na wsi, 

ż

eby 

uczci

ć

  osiemnastk

ę

  młodszej  siostry.  Wi

ę

c  je

ś

li  wybierasz  si

ę

  do  Connecticut  albo  masz 

ochot

ę

  na  przeja

ż

d

ż

k

ę

 samochodem, koniecznie  zajrzyj do przyjaciół, którzy sp

ę

dzaj

ą

  lato  w 

tym wspaniałym stanie. Je

ś

li nale

ż

ysz do tego grona, to ju

ż

 jeste

ś

 na li

ś

cie go

ś

ci. 

Impreza przy Basenie w Connecticut 

 

O:

 Drogi lpBwC! 

Connecticut  le

ż

y  nieco  poza  moim  zwykłym  obszarem  imprezowania,  ale  podejrzewam, 

ż

dojazd  tam  to  ju

ż

  połowa  zabawy  -  w  ko

ń

cu  wyprawa  samochodem  nale

ż

y  do  wspaniałej 

ameryka

ń

skiej tradycji. Wiatr we  włosach, gor

ą

ce sło

ń

ce na drodze i  w ka

ż

dej chwili mo

ż

esz 

zmieni

ć

  kierunek  jazdy  -  te  klimaty  najpi

ę

kniej  uj

ą

ł  Jack  Kerouac  -  W  drodze.  Chocia

ż

szczerze  mówi

ą

c,  z  tej  ksi

ąż

ki  pami

ę

tam  tylko  mnóstwo  narkotyków  i  mnóstwo 

przypadkowo

ś

ci.  Jak  to  si

ę

  mówi,  ruszył  drog

ą

,  brukowan

ą

 

ż

ółt

ą

  kostk

ą

!  Ale  je

ś

li  twoja 

impreza ma by

ć

 tak wielka, jak zapowiadasz, to z rado

ś

ci

ą

 zobacz

ę

 twój Szmaragdowy Gród. 

Czy to zabrzmiało tak dwuznacznie, jak mi si

ę

 wydaje? Ups. W ka

ż

dym razie uwa

ż

aj imprez

ę

 

za ogłoszon

ą

P. 

 

P:

 Droga P! 

Jestem nieszcz

ęś

liwa, bo rodzice mówi

ą

ż

e musz

ę

 tego lata pracowa

ć

. Ale kiedy si

ę

 nad tym 

zastanowiłam,  doszłam  do  wniosku, 

ż

e  praca  nie  musi  by

ć

  do  bani.  Ty  masz  najfajniejsz

ą

 

robot

ę

 

ś

wiata! Tak si

ę

 zastanawiam, przyjmujesz sta

ż

ystów? 

Błagam, Zatrudnij Mnie! 

background image

 

O:

 Droga BZM! 

Dzi

ę

kuj

ę

 za miłe słowa. Wierz mi, nie mylisz si

ę

 - to rzeczywi

ś

cie najfajniejsza robota 

ś

wiata. 

Ale  prawda  jest  taka, 

ż

e  nie  traktuj

ę

  tego  jak  pracy,  ale  raczej  jak  słu

ż

b

ę

  na  rzecz 

społecze

ń

stwa. Co

ś

 jak bycie superbohaterk

ą

: Bat Girl, Super Girl, Plotkara... Rozumiesz ju

ż

Niestety na tej stronie jest miejsce tylko dla jednej plotkary. Mimo to 

ż

ycz

ę

 powodzenia. Mo

ż

znajdziesz  sta

ż

  gdzie

ś

  indziej!  Słyszałam, 

ż

e  „Vogue”  szuka  specjalistów  od  ochrony... 

Ż

artuj

ę

P. 

 

rachunki, rachunki, rachunki 

 

Ostatni  e  -  mail  sprawił, 

ż

e  zacz

ę

łam  my

ś

le

ć

  o  tym,  i

ż

  dla  niektórych  nieszcz

ęś

ników  spo

ś

ród  was 

termin  „wakacyjna  praca”  nie  jest  zjawiskiem  znanym  tylko  z  filmów,  ale  codzienn

ą

  rzeczywisto

ś

ci

ą

Całym  sercem  jestem  przy  was,  serio.  Zreszt

ą

  nie  jest  a

ż

  tak 

ź

le.  Oto  kilka  plusów,  o  których 

powinni

ś

cie pami

ę

ta

ć

, kiedy b

ę

dziecie odbija

ć

 kart

ę

 

1)  Najłatwiej  pozna

ć

  nowych  ludzi  w  pracy  -  trafiaj

ą

c  na  słodkiego  współpracownika  albo  słodkiego 

klienta. {Czy kto

ś

 pami

ę

ta, jak D poznał dziewczyn

ę

 od jogi? Przypomn

ę

 wam, 

ż

e nie na zaj

ę

ciach w 

szkole Bikram...) 

 

2)  Czy  istnieje  lepszy  sposób, 

ż

eby  doceni

ć

  ci

ęż

k

ą

  prac

ę

  i  poczu

ć

  satysfakcj

ę

  z  zarobionych 

pieni

ę

dzy? Ha! Nadal mówi si

ę

 takie głupoty? 

 

3) Słyszałam, 

ż

e podczas ci

ęż

kiej pracy spala si

ę

 tony kalorii! 

 

BZM, uszy do góry i pracuj ci

ęż

ko! Na razie tyle, kochani. Pracowita pszczółka musi poprawi

ć

 makija

ż

doładowa

ć

 baterie w laptopie i spakowa

ć

 si

ę

 przed mał

ą

 przeja

ż

d

ż

k

ą

 samochodem... 

Wiecie, 

ż

e mnie kochacie. 

plotkara 

background image

D - znowu napalony i niespokojny 

- Davey, Humphrey, Bogart, czy jak tam się nazywasz, pospiesz się! 

Wszyscy  kierownicy  w  Strandzie  potrafili  warczeć  w  ten  sam  władczy  sposób,  który 

sprawiał,  że  Dan  prostował  się  nieco  bardziej.  Rozejrzał  się,  ale  nie  wiedział,  skąd  padła 

komenda. 

- Madame czeka na pisemne zaproszenie? 

Phil,  łysiejący  niespełniony  doktorant,  uwielbiał  zamieniać  popołudniową  zmianę  w 

piekło. Wyjrzał zza starego, zardzewiałego regału. 

- Dupek  -  mruknął  Dan,  popychając  skrzypiący  wózek  z  książkami,  które  miały 

wylądować na półkach. 

Jesteśmy troszkę przewrażliwieni? 

Rozpadające  się  gumowe  kółka  piszczały  i  zgrzytały,  gdy  Dan  pchał  rozklekotany 

wózek  długą,  wąską  alejką  obok  nieaktualnych  przewodników  turystycznych.  Wziął  głęboki 

wdech  i  zanurzył  się  w  znajomy  rytm:  wziąć  książkę,  wyszukać  nazwisko  autora  i  odnaleźć 

właściwe  miejsce  na  półce.  To  był  doskonały  sposób,  aby  pozwolić  przemówić 

podświadomości: 

 

Kłujący pocałunek - pali mnie w brodę 

chory posmak absyntu w gardle 

głęboko w przełyku; spieczone usta 

i cios w brzuch 

ostry zakręt, za którym wylądowałem w pustce... 

 

Sporych  rozmiarów  książka  ześlizgnęła  się  z  wózka.  Pochylił  się,  żeby  ją  podnieść  i 

przeczytał  tytuł:  Wszystko,  co  chcieliście  wiedzieć  (no  dalej,  przyznajcie  się)  o  gejowskim 

seksie Melvina Lloyda i doktora Stephena Furmana. 

Szkic  na  błyszczącej  okładce  przedstawiał  dwie  męskie  sylwetki  grzecznie  się 

obejmujące.  Jak  bracia.  Albo  baseballiści  po  meczu.  Coś  absolutnie  normalnego.  Dan 

rozejrzał się, czy nikogo nie ma w pobliżu - nikt nie interesował się przewodnikami po Nowej 

background image

Zelandii z lat siedemdziesiątych - i otworzył książkę, pogwizdując jakby nigdy nic. 

Świetne zagranie. 

Śliskie  kartki  przesuwały  się  między  jego  palcami.  Oglądał  rysunki  z  dwoma 

muskularnymi  mężczyznami  w  różnych  uściskach,  z  rękoma  i  językami  umieszczonymi  w 

najróżniejszych pozycjach. Było tam sporo wyróżnionych punktów, lista rzeczy, które należy 

robić  i  których  robić  nie  wolno.  Przejrzał  książkę  z  bijącym  sercem,  wychwytując  tylko 

fragmenty zdań typu: „Wsuń język” albo „Niektórym pomaga użycie łokci”, albo „Pamiętaj, 

żeby umyć zęby”. 

Jeszcze raz sprawdził, czy jest sam, i otworzył książkę na końcu, gdzie grubszy papier 

sugerował tylko jedną rzecz - zdjęcia. I rzeczywiście, były tam w całej barwnej krasie. Dwóch 

mężczyzn uprawiało coś, co w pierwszej chwili wyglądało jak gimnastyka. 

Danowi  nagle  zaschło  w  gardle.  Zatrzasnął  książkę  i  wsunął  ją  na  samo  dno  stosu. 

Nigdy w życiu tak bardzo nie potrzebował papierosa. 

Oddychaj, oddychaj. 

Nadal  nieco  drżąc,  Dan  zaciągnął  się  camelem  i  wyszedł  ze  Strandu.  Musiał  się 

przejść,  żeby  oczyścić  umysł  z  obrazów  tych  dwóch  byków  z  szerokimi  karkami  w 

niewyobrażalnych  pozycjach.  Nie  żeby  miał  coś  do  gejów,  skąd.  Są  tu,  są  inni  i  super.  Ale 

istniały  pewne  rzeczy,  których  ludzie  nie  powinni  robić  ze  swoimi  ciałami.  Na  przykład 

biegać. Ćwiczyć jogi, I... jakkolwiek nazywa się to coś. co właśnie widział na ilustracjach w 

książce. 

Joga. Otarł się o nią - był wtedy najbliżej wygięcia ciała w kształt podobny do pozycji, 

którą przybrali tamci dwaj faceci w książce. I nie śpieszył się, żeby wracać do ćwiczeń. Poza 

tym  jedyny  powód,  dla  którego  w  ogóle  zaprzątał  sobie  głowę  jogą,  to  dziewczyna.  Tak 

zwariował  na  punkcie  Bree,  że  eksperymentował  z  mnóstwem  szalonych  rzeczy:  jogą, 

bieganiem, sokami z ekologicznych owoców. Może to samo dotyczyło Grega? Dan nigdy w 

życiu nie spotkał nikogo, kto kochałby  książki tak mocno jak on. Może po prostu wszystko 

mu  się  pomieszało?  Może  było  tak,  jak  mówił  jego  ojciec,  i  po  prostu  przeniósł  miłość  do 

książek na ich przyjaźń? 

Aha, jaki ojciec, pseudogej, taki syn. 

Przemykając  się  w  tłumie  turystów  na  chodniku,  Dan  zgasił  papierosa  i  głęboko 

wcisnął ręce do kieszeni postrzępionych brązowych sztruksów. Nie jesteś gejem. Obraz Bree, 

nagiej i błyszczącej od potu w przegrzanej sali do ćwiczeń, sprawił, że Danowi nagle zaparło 

dech. Trochę zakręciło mu się w głowie. Co to za uczucie? Wydawało się znajome i zarazem 

obce. I poczuł coś jeszcze - stanął mu. W samym środku dnia na ulicy, jakby był dzieciakiem. 

background image

Spojrzał  w  dół.  Nie  mógł  powstrzymać  uśmiechu.  To  była  najlepsza  erekcja  w  jego  życiu! 

Myśli  o  Bree,  jej  nagiej  skórze,  mokrej  od  potu,  kiedy  wyginała  plecy  i  kładła  dłonie  na 

podłodze, sprawiła, że serce zaczęło mu szybciej bić. 

Zapalił jeszcze jednego papierosa, żeby uczcić dowód na to, że on, Dan Humphrey, z 

pewnością nie był gejem. Musiał się powstrzymać, żeby nie skakać z radości. 

Och, bo to absolutnie nie byłoby gejowskie. 

background image

duch przeszło

ś

ci ze szkoły 

ś

redniej 

- Dziewczyny!  Przyjechały  dziewczyny!  -  wrzasnął  chłopak,  którego  Serena  nie 

rozpoznała. 

Zatoczył się na kamiennych schodach, prowadzących z wejścia na podjazd, ściskając 

jeden  z  antyków  matki,  kryształowy  kieliszek.  Zasalutował  nim,  kiedy  Serena  wysiadła  z 

astona martina, i oblał stopnie szampanem. 

- Stary, to moja siostra. 

Erik  van  der  Woodsen  odepchnął  zataczającego  się  chłopaka  i  popędził  do  Sereny. 

Włożył pogniecioną niebieską koszulę w paski (zostawił rozpięte trzy górne guziki) i spodnie 

khaki, które już strzępiły się na nogawkach. Jasne włosy miał potargane, a wielkie niebieskie 

oczy przekrwione, ale jak zwykle prezentował się bardzo przystojnie. 

- Cześć, siostruniu. 

- Widzę,  że  impreza  już  się  zaczęła.  -  Objęła  brata,  podekscytowana.  -  Na  wypadek 

gdybyś zapomniał, moje urodziny są dopiero jutro. 

- Tylko raz w życiu ma się osiemnastkę. - Złapał ją w ramiona i z łatwością uniósł. - 

Wszystkiego najlepszego w prawie urodziny. 

- To dla mnie? 

Szeroki  uśmiech  pojawił  się  na  jej  twarzy.  W  porządku,  nie  tak  sobie  wyobrażała 

urodzinową  imprezę,  ale  to  słodkie,  że  jej  brat  pamiętał.  Nawet  jeśli  był  to  tylko  dobry 

pretekst, żeby zabalować. 

Za  jej  plecami  Blair  i  Nate  poruszyli  się  na  tylnym  siedzeniu.  Serena  sama  chciała 

prowadzić  -  najlepiej  znała  drogę,  a  Blair  nie  potrafiła  jeździć  bez  automatycznej  skrzyni 

biegów.  Ale  czy  musieli  znowu  jechać  na  tylnym  siedzeniu?  Oboje?  Kim  niby  była,  ich 

szoferem? 

Najwyraźniej. 

- Co u was? - powitał ich Erik. 

- Cześć.  -  Nate  skinął  głową.  -  Dobry  pomysł  z  tą  imprezą,  prawie  zapomniałem,  że 

jutro masz urodziny - zwrócił się do Sereny. 

Blair wzięła przyjaciółkę za ręce. 

background image

- Jaki koktajl jest stosowny dla jubilatki? 

A jaki nie? 

 

Scena  nad  basenem  przypominała  trochę  dziwaczną  komedię  o  college'u.  Stada 

ewidentnie  pijanych  facetów  w  szortach  skakały  do  wody,  ochlapując  kumpli  siedzących  w 

pobliżu.  Tłum  kręcił  się  przy  wysokich  przeszklonych  drzwiach,  które  prowadziły  do 

biblioteki... i dobrze zaopatrzonego baru. Było tam niewiele dziewczyn - dwie wyciągały się 

na leżakach przy desce do skoków, trójka rozchichotanych bawiła się w jakąś pijacką grę. W 

każdym miejscu, gdzie się zebrały, zaraz się pojawiali śliniący się na ich widok chłopcy. Ktoś 

podłączył iPoda do stereo van der Woodsenów i powietrze wypełnił uporczywy łomot Arctic 

Monkeys. 

- Wreszcie czuję, że zaczęły się wakacje. 

Blair  wysunęła  stopy  z  białych  skórzanych  klapków  Prady  i  oparła  je  o  ogrodowy 

stolik z kutego żelaza. Z roztargnieniem zakręciła kostkami lodu w krwawej mary. 

- Tak jakby. 

Serena  opadła  na  oparcie  niewygodnego  krzesła  i  przyjrzała  się  tłumowi,  który 

rzekomo zebrał się, aby świętować jej urodziny. Chłopaków było więcej od dziewczyn jakieś 

dziesięć  milionów  razy.  Niektórych  z  nich  rozpoznawała  -  dawni  kumple  Erika  od  tenisa, 

współlokatorzy z Brown - ale nie widziała zbyt wielu znajomych twarzy w tym tłumie. Może 

i była gwiazdą przyjęcia, ale zastanawiała się, ilu z nich o tym w ogóle wie. 

To jej impreza i jeśli zechce, może się naburmuszyć. 

- Cholera.  -  Blair  osuszyła  szklankę.  -  Chyba  chciało  mi  się  pić.  Chcesz  jeszcze 

jednego drinka? 

Serena pokręciła głową, O mało nie wylała nietkniętego cosmopolitana. 

- Nie, dzięki. 

- Zaraz wracam. 

Serena patrzyła zza okularów w emaliowanych oprawkach, jak Blair wstaje i idzie do 

baru. Erik stał nad butelkami z alkoholem, które ustawił w linii, jak ołowiane żołnierzyki, na 

rzeźbionym mahoniowym barze. Nate trzymał się z boku, rękoma wciśniętymi głęboko do 

kieszeni  podniszczonych  szortów  khaki.  Serena  obserwowała,  jak  Nate  udaje,  że  nie  widzi 

Blair przepychającej się przez tłum w jego stronę. 

Interesujące. 

Obudziła  się  rano,  słysząc  chichoty  Blair,  ale  kiedy  zapytała,  co  ją  tak  rozśmieszyło, 

przyjaciółka  westchnęła  i  powiedziała:  „To  tylko  Natie”.  Natie?  Potem  w  samochodzie 

background image

Serena cały czas zerkała w lusterko, ale za każdym razem Blair po prostu spokojnie gapiła się 

przez okno, ale Nate miał zamknięte oczy. Dlaczego więc czuła się tak,,, dziwnie? 

Wzięła kieliszek i wypiła mały łyczek cierpkiego drinka. Wreszcie rozpoznała kogoś 

w tłumie - chłopaka o szerokiej piersi i ciemnych kręconych włosach, który siedział na brzegu 

basenu i moczył w wodzie nogi. W jego brązowych oczach dostrzegła znajomą iskierkę, gdy 

przyglądał  się  ludziom  i  bębnił  smukłymi  palcami  w  szyjkę  butelki  z  winem.  Na  pełnych 

ustach  igrał  uśmieszek.  Serena  wiedziała,  że  za  tymi  wargami  kryły  się  dwa  rzędy 

śnieżnobiałych zębów. Potrafiła wyobrazić sobie jego uśmiech i niemal słyszała jego drżący 

głos, gdy szeptał słowa, po których uciekła. Wtedy widziała go po raz ostatni. Dokładnie rok 

temu. 

Henry  był  basistą  w  jazzowym  zespole  w  Hanover.  Był  wysoki  i  przystojny, 

uśmiechał  się  szelmowsko,  a  ciemne  loki  wiecznie  opadały  mu  na  oczy.  Pokój  Sereny  w 

internacie  znajdował  się  dokładnie  pod  jego  pokojem.  Czasem  późną  nocą  rzucała 

podręcznikiem  w  sufit  i  czekała,  aż  on  w  odpowiedzi  upuści  coś  ciężkiego  na  podłogę. 

Czasem - właściwie to bardzo często - wymykali się na dach, pili whisky i palili cygara. Byli 

dobrymi  przyjaciółmi,  a  kiedy  skończył  się  rok  szkolny,  wylądowali  w  Ridgefield  -  jego 

rodzina mieszkała tu cały rok, a ona spędzała lato. W noc przed jej siedemnastymi urodzinami 

siedzieli  do  późna,  pili,  gadali  i  wylądowali  na  korcie  tenisowym,  gdzie  położyli  się  na 

plecach i czekali na spadające gwiazdy. I koniec końców zaczęli się całować. A potem Henry 

powiedział:  „Kocham  cię”.  Zamiast  coś  odpowiedzieć,  Serena  uciekła  do  domu, 

zarezerwowała bilet do Paryża, do brata, który tam wyjechał, i nigdy więcej nie rozmawiała z 

Henrym.  Oczywiście,  że  go  lubiła.  Serio.  Ale  miłości  nie  da  się  z  niczym  pomylić,  a  wtedy 

mogła kochać tylko jednego chłopca. I być może teraz też... 

Serena przechyliła drżącymi rękoma kieliszek i wypiła jego zawartość. Tylko ja mogę 

zafundować sobie załamanie nerwowe przed osiemnastką, pomyślała. 

- Cześć. Pamiętasz mnie? 

Głos Henry'ego całkiem ją zaskoczył. 

- Zastanawiałam się, kiedy podejdziesz się przywitać. 

Podciągnęła kolana do piersi i się uśmiechnęła. 

- Mógłbym powiedzieć to samo. 

Nogi krzesła zazgrzytały o beton, gdy odsunął je. żeby usiąść. 

- Świetnie wyglądasz. 

- Dzięki. - Uśmiechnęła się nieśmiało, upijając łyk drinka. 

Bawiła się nerwowo papierosami, które leżały na stoliku. 

background image

Henry  przypalił  jej  gauloise'a  -  lekko  drżały  jej  ręce  -  a  potem  sam  poczęstował  się 

papierosem.  Serena  wydmuchnęła  obłoczek  dymu,  który  odpłynął,  niesiony  podmuchem 

wiatru. 

- Co  się  właściwie  z  tobą  działo?  -  Henry  się  uśmiechnął,  zamyślony  przyglądał  się 

twarzy Sereny. - Tak po prostu... wyjechałaś. 

Serena odwróciła wzrok. 

- Wysłałem ci kilka e - mali - ciągnął Henry. - Ale nie dostałem żadnej odpowiedzi... 

Kiedy spróbowałem znowu, twoje szkolne konto było już zamknięte. 

- Chyba musiałam pobyć chwilę sama, żeby  wszystko sobie uporządkować. A potem 

wróciłam do Nowego Jorku. - Złapała pasemko  włosów zza ucha i z roztargnieniem zaczęła 

się nim bawić. Uśmiechnęła się smutno. - To długa historia. 

Taka,  której  ona  sama  nie  rozumiała,  nie  wspominając  już  o  tym,  żeby  komuś  ją 

opowiedzieć. 

Na pewno? 

Serena  spojrzała  nad  ramieniem  Henry'ego  na  tłum  gości.  Niektórzy,  półnadzy, 

wyciągali się na słońcu, inni tańczyli, choć niezupełnie zgadzali się z muzyką. Była też Blair, 

sącząca krwawą mary i uśmiechającą się nieśmiało do Nate'a, który trzymał piwo i szczerzył 

głupio  zęby.  Serena  znowu  spojrzała  na  Henry'ego.  Zupełnie  jakby  czas  się  zapętlił.  Blair  i 

Nate całkiem zapomnieli o jej istnieniu, a Henry z oddaniem gapił się na nią, jakby nic się nie 

zmieniło. 

- To moja urodzinowa impreza, wiesz? - powiedziała w końcu. 

- Myślisz, że zapomniałem? - Złapał ją za rękę nieco chropowatymi palcami muzyka. - 

Dlatego przyszedłem. To nasza rocznica. 

Serena przełknęła ślinę. 

Wszystkiego najlepszego! 

background image

za kulisami 

- Jesteśmy  teraz  w  ptaszarni,  -  Vanessa  praktycznie  wrzeszczała,  żeby  przekrzyczeć 

ćwierkanie  i  szczebiot  jaskrawo  ubarwionych  ptaków,  które  chaotycznie  latały  po  prze-

szklonym pomieszczeniu. 

Oparła  wygodnie  kamerę  i  obróciła  się,  żeby  sfilmować  całe  ogromne,  wypełnione 

roślinami  pomieszczenie.  Ptaki  w  każdym  możliwym  odcieniu  -  od  żółtego  jak  słonecznik, 

przez  błękit  Tiffany'ego  po  szkarłat  krwawej  mary  -  trzepotały  podciętymi  skrzydłami  i 

przeskakiwały z konara na konar w żałosnych próbach lotu, którego nigdy nie doświadczyły. 

- Powiedziano  mi,  że  w  tym  właśnie  miejscu  Bailey  Winter  tworzy  większość 

wstępnych  szkiców  -  ciągnęła.  -  Ci,  którzy  znają  jego  prace,  mogą  rozpoznać  kolory  z 

ostatniej kolekcji. 

Skierowała  kamerę  na  maleńkiego  ptaszka  ćwierkającego  na  liściu  bananowca  w 

donicy. 

Ujęcie  było  pełne  życia.  Kolorowe  ptaki  krążyły  pod  wysokim  sufitem  ptaszarni,  a 

słońce lało się w dół grubymi snopami. Kompozycja była bez zarzutu, symetryczna, ale pełna 

dynamizmu.  Vanessa  w  myślach  zaczęła  planować  całą  serię  dokumentów  o  procesie 

twórczym  różnych  artystów.  Może  zrobiłaby  jeden  o  Danie  i  uchwyciła  jego  życie  w  roli 

pisarza. 

I jeden o Kenie Mogulu, żeby zbadać, jak to jest być światowej sławy filmowcem. 

I dziwakiem. 

Rattanowy stolik ze szklanym blatem zawalony był zabazgranymi kartkami, ołówkami 

i kieliszkami z niedopitym martini. Vanessa podeszła do stanowiska pracy i złapała ostrość na 

nieukończonych szkicach. 

- Za kilka miesięcy te szkice zamienią się w szyfon i jedwab. - Vanessa ze wszystkich 

sił starała się przypomnieć sobie nazwy materiałów, którymi rzucała czasem Blair w krótkim 

okresie, gdy mieszkały razem. - Tylko pomyślcie, teraz te pomysły to tylko bazgroły, ale już 

wkrótce będą maszerowały po czerwonym dywanie na rozdaniu Oscarów. 

Vanessa poprawiła ostrość, żeby lepiej uchwycić słabe linie rysunków. 

- Teraz  widzimy,  jak  przebiega  proces  twórczy  Baileya  Wintera.  Zaczyna  się  od 

background image

czegoś  tak  prostego  jak  kolor  upierzenia.  Po  kilku  szkicach  ołówkiem  i  paru  martini...  - 

Urwała, bo naprawdę nie miała pojęcia, jak opisać sukienki albo modę i nawet nie wiedziała, 

czy  szyfon  to  rzeczywiście  nazwa  materiału.  Może  to  jakiś  deser?  - Jedyna  rzecz,  której  nie 

mogę wam pokazać, to to, co dzieje się w umyśle projektanta. Prawdziwy proces twórczy. 

Albo pijacki. Przesunęła kamerę na armię niecałkiem pustych kieliszków po winie. 

- O mój Boże. 

Vanessa obróciła się, odruchowo chowając kamerę za plecy. 

Ups. 

- Co  ty  tu  robisz?  -  Bailey  zatrzasnął  za  sobą  szklane  drzwi,  żeby  cenne  ptaki  nie 

uciekły  do  ogrodu.  -  Vanesso,  Vanesso  -  zacmokał.  -  Do  ptaszarni  nikomu  nie  wolno 

wchodzić.  Tutaj  przychodzę,  żeby  pomyśleć  i  znaleźć  inspirację!  Zakłócisz  równowagę 

twórczej energii samą swoją obecnością! 

No jasne! Równowaga energii! 

- Proszę,  kochana,  cofnij  się  trochę.  Tylko  nie  rysunki.  Nikt  nie  może  ich  zobaczyć, 

dopóki nie skończę wstępnych szkiców. 

- Przepraszam.  -  Vanessa  niezgrabnie  wycofywała  się,  próbując  udawać  skruchę. 

Nakrapiana na błękitno papuga zaskrzeczała głośno tuż koło jej ucha. - Po prostu próbowałam 

się rozgościć. No wiesz, tak jak zasugerowałeś. 

- Cóż, jest różnica między byciem gościem a zwykłym intruzem. - Bailey zmarszczył 

brwi  i  przycisnął  papiery  do  piersi,  zasłaniajcie  je  przed  Vanessą.  -  Możesz  poruszać  się  po 

całej posiadłości z wyjątkiem ptaszarni. To święta przestrzeń, kochana. Jestem duchowo nagi, 

kiedy przekraczam ten próg. 

Hm, dopóki nie jest nagi dosłownie... 

- Będę  o  tym  pamiętać  -  obiecała  mu  Vanessa.  Cofała  się  powoli,  nadal  chowając  za 

plecami kamerę. 

- Tak,  tak,  wiem,  że  będziesz.  -  Bailey  odłożył  papiery  z  powrotem  na  stolik,  ale 

zasłaniał je wyciągniętymi pulchnymi rękami. - Wybaczam. 

- Dobra,  wobec  tego  pójdę  już.  -  Vanessa  odwróciła  się  szybko,  żeby  czmychnąć  z 

ptaszarni. 

- Och! - Pisk Baileya spłoszył ptaki. 

Setki  przerażonych  ptaków  wzbiło  się  ku  sufitowi  tak  daleko,  jak  mogły  je  unieść 

przycięte skrzydła. 

- Tak? - zapytała Vanessa, nadal niezręcznie próbując zasłonić kamerę. 

- Czy to jest... kamera?! 

background image

Błyskotliwe spostrzeżenie. 

- Bailey,  pozwól,  że  wyjaśnię.  -  Vanessa  zaczerwieniła  się.  -  Miałam  nadzieję...  to 

znaczy,  byłam  tylko  zainteresowana...  potrzebowałam,  no  wiesz,  chciałam  udokumentować 

proces twórczy, ideę stojącą za pomysłami. To znaczy, całą historię stojącą za... 

Bailey skoczył na równe nogi. Stał, trzęsąc się i gapiąc na Vanessę. 

- Powiedz  mi  tylko  jedno.  Muszę  wiedzieć...  Więc  ty?  Nie,  nie  mogłaś.  Przecież  nie 

mogłaś tutaj filmować, prawda? 

- Ehm, nie... 

Próbuj dalej. 

- Te  szkice  są  ściśle  tajne!  O  mój  Boże.  Wielkie  niebiosa.  Wiesz,  co  by  się  stało, 

gdyby  ktoś  je  zobaczył?  Są  ludzie,  którzy  zapłaciliby...  nie  wiem  ile,  ale  bardzo  dużo  za  to. 

żeby  zerknąć,  ledwo  rzucić  okiem  na  to,  co  planuję  na  nadchodzące  sezony.  Po  prostu  nie 

mogę ryzykować konkurencji. - Wyglądał tak, jakby miał zemdleć. - O mój... 

- Bailey, obiecuję, nie zamierzałam sprzedać twoich sekretów ani nic takiego. Jestem 

filmowcem, wiesz, i uznałam, że to doskonały materiał na dokument. - Vanessa uśmiechnęła 

się do niego z nadzieją. Na ramieniu projektanta wylądowała cytrynowa ara, ale ją spędził. - 

Może powinnam już iść... 

Vanessa nagle się przestraszyła, że Bailey mógłby zażądać, aby oddala mu wszystko, 

co nakręciła przez ostatnie dni. 

- Tak, marsz do pokoju. - Projektant był bliski płaczu. - Potrzebuję chwili, żeby zebrać 

myśli. Przy kolacji porozmawiamy, co zrobimy z twoim wybrykiem. 

- Jasne. - Vanessa zmarszczyła brwi. 

Naprawdę odsyłał ją do pokoju? Coś takiego nie przydarzyło jej się od... właściwie to 

nigdy.  Nikt  nigdy  nie  odesłał  Vanessy  Abrams  do  pokoju!  Oczywiście  pójdzie  do  siebie. 

Pójdzie  i  się  spakuje.  Film  filmem,  ale  miała  już  po  dziurki  w  nosie  Hamptons  i  absurdów 

Baileya. A co do kolacji, cóż, jeśli wszystko pójdzie dobrze, o tej porze będzie już bezpiecz-

nie siedziała w pociągu jadącym do miasta i jedynego miejsca, gdzie czuła się jak w domu - 

mieszkania Dana Humphreya. 

Tam dom twój, gdzie serce twoje! 

background image

te dwa krótkie słowa 

- Jeszcze jednego? 

Blair  pokręciła  głową  i  wskazała  na  uszy,  żeby  dać  do  zrozumienia,  że  nie  słyszy 

Nate'a  przez  hałas.  Impreza,  w  miarę  jak  mijał  dzień,  coraz  bardziej  się  rozkręcała. 

Popołudniowe  słońce  nadal  wisiało  wysoko,  ale  goście  byli  napaleni,  głodni  i  pijani.  Erik 

pomyślał i rozpalił wielkiego grilla. Posłał nielicznych, względnie trzeźwych gości do sklepu 

po jedzenie. W powietrzu unosił się charakterystyczny, letni zapach grilla. Blair aż zakręciło 

się od tego w głowie. 

A może od czterech krwawych mary? 

Nate pochylił się i szepnął jej do ucha. 

- Powiedziałem, że idę po drinka? Masz na coś ochotę? Jego gorący oddech łaskotał ją 

w szyję. Zamknęła oczy, żeby pokój przestał wokół niej wirować. 

- Poproszę szklankę wody. 

- Spoko. 

Nate  wziął  ją  za  rękę  i  poprowadził  do  biblioteki.  Posadził  na  zniszczonej  sofie  z 

brązowego zamszu, a sam ruszył do kuchni. 

Blair  ziewnęła.  Długa  jazda  samochodem  zawsze  ją  usypiała,  a  ostatniej  nocy  nie 

wypoczęła  za  bardzo,  chociaż  przeleżeli  w  łóżku  prawie  dwadzieścia  cztery  godziny.  Jak 

mogła spać, kiedy tuż koto niej oddychał Nate? Za każdym razem, kiedy chciała się obrócić i 

poprawić  poduszki,  nie  mogła,  bo  to  oznaczało,  że  puściłaby  jego  rękę.  Zamknęła  oczy, 

myśląc o tym. 

- Ej, cześć, śpiąca królewno. 

Blair  poczuła  delikatny  pocałunek  na  czole.  Uśmiechnęła  się,  nie  otwierając  oczu, 

Miała  wrażenie,  że  minęła  wieczność,  odkąd  czuła  te  usta  na  twarzy.  Ale  kiedy  w  końcu 

uniosła  ciężkie  powieki,  aż  ją  zatkało.  To  nie  był  Nate,  tylko  Erik.  Pochylał  się  nad  nią  z 

szerokim uśmiechem. Przystojny książę, ale nie ten, co trzeba. 

Zbyt wielu książąt, za mało czasu... 

- Cześć, Erik. 

Blair złapała poduszkę i przycisnęła ją do piersi. Wyglądał całkiem jak Serena, tyle że 

background image

był  chłopakiem.  Począwszy  od  blond  włosów,  a  skończywszy  na  spokojnej  aurze,  która  go 

otaczała. Przy nim czuło się, że wszystko jest w absolutnym porządku. Sposób, w jaki trzymał 

szerokie ramiona, zdradzał, że jest zapalonym tenisistą. Kiedy się uśmiechał, robiły mu się w 

kącikach  niemal  granatowych  oczu  takie  same  maleńkie,  zabawne  zmarszczki,  co  siostrze. 

Minęło chyba milion lat, odkąd coś kombinował z Blair. 

Tak, miała to już za sobą. 

- Posuń się. - Erik klapnął obok niej i wyciągnął ręce na oparciu. Westchnął głęboko. - 

Impreza wymknęła się spod kontroli i nawet nie mogłem z kimkolwiek pogadać. 

- To znaczy, że impreza jest udana - odparła sennie Blair. 

Zerknęła  w  otwarte  drzwi,  szukając  wzrokiem  Nate'a,  ale  zniknął  w  tłumie 

imprezowiczów czekających przy barze na dolewkę. 

- Kurczę, nie widziałem cię od... Czy ja wiem? Chyba od wyjazdu do Sun Valley? 

Blair zauważyła, że język mu się plącze. Ululał się jeszcze bardziej niż ona. 

- Chyba  tak  -  odparła  z  roztargnieniem,  chociaż  widzieli  się  w  przelocie  na 

zakończeniu roku w Constance Billard raptem parę tygodni temu. 

Nie warto było o tym wspominać. Właściwie to wolała zakończyć tę rozmowę niż ją 

przedłużać. Proszę, jak się wszystko zmienia. 

- Wyglądasz przepięknie. - Pogładził opaloną ręką włosy Blair i posłał jej nieco pijany 

i dwuznaczny uśmiech. 

- Twoja  woda.  -  Nate  pojawił  się  dosłownie  znikąd  i  podał  Blair  lodowato  zimne 

pellegrino. 

- Co u ciebie? - wybełkotał Erik, opierając się o Blair. - Dobrze się bawisz? 

- Pewnie, ale ludzie chyba zgłodnieli. Paru gości wróciło z zakupami, ale nie wiedzą, 

jak włączyć grilla. 

- Stary, ja tu jestem mistrzem od grilla, - Erik wstał i ziewnął, wyciągając ręce. - Blair, 

znajdziesz mnie później? 

Poklepał Nate'a po ramieniu i zniknął w tłumie za drzwiami. 

- Dzięki. - Blair upiła duży łyk zimnej wody. Nate wyszczerzył zęby. 

- Był zalany, miałem wrażenie, że trzeba cię ratować. 

Zawsze będziesz mnie ratował? Prawie wypowiedziała tę myśl na glos. To była linijka 

ze Śniadania u Freda. Czytała tekst z Sereną tyle razy, że nauczyła się całego scenariusza na 

pamięć. W filmie, który był jej życiem, Nate to wspaniały główny bohater, który zawsze się 

pojawia i ją ratuje. 

Nate  usiadł  na  wygrzanej  przez  Erika  sofie,  pogrzebał  w  kieszeniach,  szukając 

background image

zapalniczki,  i  zaczął  się  nią  bezmyślnie  bawić.  Zmrużył  ztocistozielone  oczy  w  skupieniu. 

Blair wiedziała, że to oznacza albo głębokie zamyślenie, albo odlot po marihuanie. W końcu 

podniósł wzrok i spojrzał jej w oczy. Blair aż dech zaparło. 

- Myślisz, że moglibyśmy pójść na górę... i... 

- Na górę? 

Znów  napiła  się  wody.  Była  z  Nate'em  milion  razy,  rozmawiała  z  nim  milion  razy, 

całowała  się  z  nim  milion  razy.  Nie  było  w  tym  nic  nowego,  a  jednak  czuła  się  zupełnie 

inaczej. 

- Aha  -  mruknął.  Nerwowo  bawił  się  zapalniczką.  -  Moglibyśmy  iść  na  górę  i... 

porozmawiać? 

- Porozmawiać - powtórzyła. 

Zmieniła się piosenka: z Ciup Your Hands Say Yeoh na Hey Ya. Chociaż to był stary 

kawałek, podłoga zadrżała, gdy wszyscy zaczęli tańczyć w salonie. 

- Ja tylko... - zaczai, znowu pstrykając zapalniczką. - Ja... 

Blair wstała i złapała Nate'a za rękę. Ściągnęła go z sofy. Chciała w spokoju posłuchać 

tego,  co  chciał  jej  powiedzieć.  Wyciągnęła  Nate'a  z  biblioteki  i  poprowadziła  przez  tłum  w 

salonie, cały czas trzymając za rękę, żeby go nie zgubić. Minęła Serenę na dole schodów, ale 

nie  odezwała  się  nawet  słowem.  Nate  nagle  zatrzymał  się  w  połowie  szerokiej,  wypo-

lerowanej, mahoniowej klatki schodowej. 

- Co się stało? - zapytała, odwracając się. 

- Ja... muszę ci coś powiedzieć - wyjąkał. 

- Na górze - ponagliła go, ciągnąc za rękę. 

Nie  ruszył  się,  więc  znowu  się  odwróciła.  Spojrzała  na  niego  w  dół  z  wyższego 

schodka. Teraz byli niemal takiego samego wzrostu. 

- Po prostu... - jąkał się. Spojrzał jej w oczy. - Kocham cię - szepnął w końcu. 

Nareszcie. 

background image

poczekaj do północy 

- Kocham cię. 

To bez wątpienia był głos Nate'a. Usłyszała go wyraźnie, mimo krzyków kręcącej się 

w  kółko  hipiski,  która  wymachiwała  rękoma  do  Hey  Ya  i  uderzyła  Serenę  w  twarz  długimi, 

pachnącymi olejkiem dredami. 

Kochał Blair. 

Serena nigdy by nie zgadła, że Nate Archibald tak dobrze zna swoje uczucia. Mimo to 

wiedziała, że powiedział prawdę. On rzeczywiście kochał Blair. Widziała te znaczące spojrze-

nia, które rzucali sobie nawzajem, odkąd uciekły z posiadłości Baileya Wintera. A sposób, w 

jaki Blair wcisnęła się między nich wczoraj na łóżku, był oczywisty. Poczuła, jak zaciska jej 

się  żołądek  -  zupełnie  jak  wtedy,  kiedy  droga  znika  spod  kół  samochodu  szybciej,  niż  się 

spodziewałaś.  To  były  jej  urodziny  -  no,  prawie  -  i  jej  przyjęcie.  Więc  to  jej  należało  się 

trochę ciepła i czułości, prawda? 

Zawahała  się.  Przysiadła  między  wytapetowaną  ścianą  i  wielkim,  stojącym  zegarem, 

skąd miała doskonały widok na wszystko, co się działo w domu. 

Bawimy się w szpiegowanie? 

Wyjrzała  zza  zegara  na  Nate'a  i  Blair  na  schodach.  Patrzyli  sobie  w  oczy.  Ich  palce 

splotły  się  i  oboje  zniknęli  na  górze.  Poszli  do  sypialni  rodziców.  Serena  zaniknęła  oczy  i 

przepchnęła się przez tłum do baru. Zawsze miała whisky, Henry'ego i cygara. Niekoniecznie 

w tej kolejności. 

 

- Jesteś. 

Serena zatoczyła się lekko, ale mocno ściskała kryształową szklaneczkę wypełnioną - 

ponownie  -  whisky  ojca,  którą  schowała  przed  resztą  gości.  To  były  jej  urodziny  i  jej  dom, 

dlaczego nie miałaby zachować dla siebie najlepszej rzeczy? 

- Serena. 

Znajomy  glos  Henry'ego  zabrzmiał  wśród  nocy.  Już  sama  świadomość,  że  jest  w 

pobliżu, była miła. Był taki przystojny i pewnie nadal ją kochał... 

A może po prostu ona trochę się wstawiła? 

background image

Komuś udało się rozpalić ognisko w ogrodzie na tyłach domu. Henry i trójka facetów, 

których Serena nie znała, skupili się wokół ognia, ogrzewając się  - wieczór był zaskakująco 

chłodny.  Nie  licząc  migoczących  płomieni  i  gwiazd  nad  głową,  noc  była  ciemna.  To  był 

znajomy,  przyjemny  mrok.  Serena  spędziła  tu  tyle  letnich  nocy.  Na  przykład  tę,  kiedy 

porzuciła Henry'ego. 

- Szukałam cię. 

Usadowiła  się  obok  niego  na  jednej  z  niskich,  kamiennych  ławek,  które  otaczały  dół 

na ognisko. Miała na sobie stare, obcięte dżinsy Seven. Henry nadal siedział w kąpielówkach. 

Ich nogi i kolana niemal się dotykały. 

- Znalazłaś mnie. 

Przypalił następnego papierosa od malutkiego niedopałka. 

- To  twoje  urodzinowe  przyjęcie,  tak?  -  zapytał  jeden  z  pozostałych  chłopaków. 

Serena  przypomniała  sobie,  że  to  chłopak  z  pierwszego  roku,  który  mieszka  razem  z  jej 

bratem, ale nie pamiętała jego imienia. 

- Moje  urodziny  są  jutro.  -  Serena  zerknęła  na  zegarek  od  Chanel.  -  Właściwe  to  za 

dziewięćdziesiąt siedem minut. W dzień rewolucji francuskiej. 

Vive la France! - Henry wzniósł butelkę tequili Corzo i stuknął się z jej kieliszkiem. 

Vive la France! - Serena opróżniła szklaneczkę jednym haustem. - Tęskniłam za tobą 

- dodała, chociaż to nie do końca była prawda. 

Kiedy tylko wróciła do miasta, zapomniała o Henrym. 

- Ja  za  tobą  też.  -  Henry  otworzył  butelkę,  dolał  im  do  szklanek  i  podał  butelkę  na 

lewo. - Urządźmy sobie prywatne przedurodzinowe przyjęcie. 

Serena spojrzała w  górę  na migoczące  gwiazdy. Otoczenie przypominało jej sytuację 

sprzed roku, a nawet sprzed dwóch lat, kiedy wszystko wyglądało całkiem inaczej, a zarazem 

zupełnie tak samo. Odwróciła się i napotkała wzrok Henry'ego. Chciała, żeby znowu odwrócił 

jej uwagę. Potrzebowała tego, żeby zapomnieć o tym, co pewnie teraz działo się w łóżku jej 

rodziców. 

- A co się stanie o północy? - zapytała. Wąchała niepewnie tequilę. 

- O północy? - Henry stuknął się z nią szklaneczką i wypił drinka. - Wtedy dostaniesz 

swój prezent. 

O ile Serena wcześniej nie zaśnie. 

background image

zanosi si

ę

 na miło

ść

 

- Wygodnie  wam,  chłopcy?  -  Rufus  wsunął  rozczochraną  głowę  do  salonu.  -  Nie 

trzeba wam niczego? Mam w mikserze pesto z migdałów i soczewicy. 

- Nie, panie Humphrey, i tak jest pan zbyt uprzejmy! - Greg grzecznie się uśmiechnął i 

odwrócił do Dana. - Twój ojciec to odlot. 

Dan wziął głęboki wdech i pilotem podkręcił głos w zniszczonym, starym telewizorze 

Humphreyów, w którym oglądali program o bitnikach. Chociaż zupełnie o tym nie pamiętał, 

najwyraźniej po pijanemu zaprosił Grega na wspólne oglądanie. 

Kto wie, co jeszcze zaproponował mu po pijaku? 

- Yhm.  -  Dan  bezmyślnie  wsunął  do  ust  garść  prażonej  kukurydzy,  żeby  tylko  coś 

zrobić z rękoma. - Dzięki za popcorn. 

- Nie ma sprawy. - Greg sięgnął do plastikowej miski, muskając palcami dłoń Dana. - 

Wspomniałeś, że ojciec nie gotuje najlepiej, więc uznałem, że warto coś przynieść. 

Wspomniałem? 

- Hm, no to świetnie. 

Dan zachichotał nerwowo. Zauważył, że ojciec postawił dziwaczny wazon w kształcie 

penisa  na  półce  wyładowanej  książkami.  Na  ścianach  w  zaniedbanym  salonie  wyjątkowo 

mocno malowały się zacieki. 

In vino veritas - zaśmiał się Greg. 

Dan  rozpoznał  łaciński  aforyzm  -  ludzie  częściej  mówią  to,  co  myślą,  gdy  są  pijani. 

„W  winie  kryje  się  prawda”  -  tata  zawsze  to  powtarzał  przed  opróżnieniem  całej  butelki 

merlota. 

- Stary, popatrz na Kerouaca. On jest... elektryzujący - zauważył Greg. 

Dan  przyjrzał  się  słynnemu  pisarzowi  na  migoczącym  ekranie.  Rzeczywiście  był 

elektryzujący. Niemal... przystojny. Czy trzeba być gejem, żeby tak myśleć? Poczuł kłucie w 

żołądku. Było w tej scenie coś niepokojąco znajomego. Oto siedzi na sofie, obok czuje ciepło 

i  ciężar  innego  ciała,  w  telewizji  puszczają  dokument  o  znanej  postaci.  Co  mu  to  przy-

pominało? 

A może raczej kogo? 

background image

Dan  mógł  czasami  być  bezmyślny,  ale  teraz  wiedział,  do  czego  to  zmierza.  Światła 

przygaszone,  w  telewizorze  historie  o  jakichś  ubawionych,  nieodpowiedzialnych,  wyjętych 

spod prawa pisarzach, ciepły wieczór i wygodna sofa. To się mogło skończyć tylko w jeden 

sposób. Całowaniem. 

Po raz kolejny, ściśle rzecz ujmując. 

- Nie  widzę  za  dobrze,  a  ty?  -  Dan  sięgnął  w  lewo  i  włączył  obtłuczoną,  ceramiczną 

lampkę, żeby w pokoju zrobiło się trochę mniej romantycznie. 

- Teraz lepiej widzę ciebie, - Greg nieśmiało uśmiechnął się do kumpla. 

- Jasne.  -  Dan  zdjął  z  kolan  wielką  plastikową  miskę  i  ustawił  ją  między  sobą  a 

Gregiem. - Będzie wygodniej sięgać - wyjaśnił. 

Poklepał się niespokojnie po kieszeniach. Marzył o papierosie... ale chyba nie ośmieli 

się  zaryzykować.  Był  przekonany,  że  nie  ma  niczego  bardziej  seksownego  od  palenia: 

płomyk,  gdy  pocierasz  zapałkę,  leniwe  wydmuchnięcie  dymu.  Nie  chciał  przesłać  Gregowi 

niewłaściwego komunikatu. 

Aha, bo wszyscy kochamy oddech palacza. Właśnie, że nie! 

Na kilka minut zapadło milczenie. Dan próbował skupić się na telewizji, ale kątem oka 

obserwował każdy ruch Grega. Chłopak cały czas gładził obcięte na jeża blond włosy i przy-

gryzał lekko spierzchniętą dolną wargę. 

- Nie podoba ci się film? 

Greg złapał spojrzenie Dana. Sięgnął po pilota i ściszył dźwięk tak, że stał się jedynie 

nastrojowym szmerem w tle. 

- Nie, nie, to nie to - wyjąkał Dan. - Ja tylko... zastanawiam się, co powinniśmy zrobić 

na naszym następnym spotkaniu. 

- Powinniśmy  zająć  się  bitnikami.  -  Greg  ułożył  stopy  na  sofie  i  oparł  brodę  na 

kolanach. Miał na policzkach jasny, miękki zarost, - Moglibyśmy nawet puścić ten film... to 

znaczy, jeślibyś chciał. 

Dan  spojrzał  na  czarno  -  biały  materiał  z  parą  poetów  bez  koszul,  pijących  piwo  z 

butelek i palących papierosy. Pokiwał żałośnie głową. Nie ma co walczyć z przeznaczeniem, 

prawda?  Teraz  na  pewno  był  gejem  -  gdziekolwiek  spojrzał,  wszechświat  dawał  mu  znaki, 

żeby się z tym pogodził. Więc dlaczego nie potrafił po prostu objąć Grega i wtulić twarzy w 

jego szyję? Nie wyglądało to źle, ale też nie wydawało się dobre. 

- Kerouac! Chryste, lepiej już być nie może, co? 

Rufus wszedł do salonu całkiem niezauważony. Stał za sofą, dysząc nad ich głowami. 

Bogu dzięki za wścibskich ojców. 

background image

Pochylił się i mruknął Danowi do ucha: 

- Mówię  ci,  to  były  inne  czasy.  Gardziliśmy  regułami  i  ścisłymi  definicjami 

społeczeństwa. Po prostu... byliśmy. Wiesz, co mam na myśli? 

- To brzmi niesamowicie - zgodził się Greg i przysunął bliżej Dana. 

Pachniał popcornem i proszkiem do prania. Smakowicie. W niegejowskim rozumieniu 

tego słowa. 

- Tato!  Siadaj  z  nami!  -  Dan  szarpnął  się  i  złapał  oparcie  sofy,  jakby  to  było  koło 

ratunkowe. Chwycił miskę prażonej kukurydzy i poklepał puste miejsce  na sofie.  -  Znajdzie 

się mnóstwo miejsca dla jeszcze jednej osoby! 

- Serio?! - wykrzyknął Rufus. 

A potem zaskakująco zręcznie, jak na dużego faceta, przeskoczył nad oparciem sofy i 

wylądował dokładnie między chłopcami. 

- Z przyjemnością! 

Dan odetchnął. Pierwszy raz w życiu tak się ucieszył na widok ojca. 

- Aha,  pogadaj  z  nami.  Może  opowiedziałbyś  nam  parę  historii  ze  starych,  dobrych 

czasów? 

Rufus  podejrzliwie  przyjrzał  się  synowi.  Mężczyzna  miał  na  sobie  neonowozielony 

top,  opinający  się  ciasno  na  brzuchu  i  wpuszczony  w  granatowe  spodenki  gimnastyczne 

Dana. 

- Chcecie posłuchać moich historii? 

- Pewnie. - Dan ochoczo pokiwał głową. - Greg na pewno też! 

- Jasne. - Chłopak uprzejmie przytaknął. 

- Dobra, opowiedz nam wszystko. 

Dan  się  uśmiechnął.  Historie  ojca  zawsze  ciągną  się  w  nieskończoność  i  są 

nonsensowne. Na pewno nie ma w nich za grosz romantyzmu. 

background image

w drog

ę

 

- Więc. 

Blair westchnęła seksownie. Głos miała chrapliwy i niski. Straciła rachubę, ile koktajli 

wypiła, ale teraz była całkiem trzeźwa. „Kocham cię. Kocham cię”. On ją kochał. Oparła się o 

bladożółte  poduszki  na  łóżku  w  cichej  sypialni  van  der  Woodsenów.  Szmer  klimatyzatora 

łagodził dudnienie muzyki i okrzyki pijanych imprezowiczów. 

- Więc. 

Nate  stał  w  nogach  łóżka,  uśmiechając  się  do  niej  szeroko.  Policzki  miał 

zarumienione,  oczy  mu  błyszczały.  Przeniósł  ciężar  z  nogi  na  nogę.  Bardziej  wyglądał  jak 

ktoś, kto czeka w kolejce do łazienki, niż zamierza rzucić się na dziewczynę. 

Blair poklepała miękką kołdrę obok siebie. 

- Chodź tutaj - powiedziała ze znaczącym uśmiechem. 

Tak jest, proszę pani. 

Zrzucił  szaroniebieskie  tenisówki  i  skoczył  na  łóżko.  Podskoczył  na  próbę,  żeby 

przekonać  się,  czy  sufit  jest  dość  wysoko,  żeby  podskakiwać  na  łóżku,  nie  uderzając  się  w 

głowę. A potem zaczął skakać jak szalony. 

- Przestań! Przestań! - wrzasnęła. 

Wstała,  wzięła  Nate’a  za  ręce  i  zaczęli  skakać  razem  jak  dwoje  stukniętych, 

przerośniętych dzieciaków. 

Nagle Nate zatrzymał się i spoważniał. 

- Więc, hm, to coś znaczy? 

Blair nadal trzymała go za ręce, kołysząc nimi na boki. 

- Coś znaczy? Że niby znowu jesteśmy razem? 

Nate wzruszył ramionami. 

- Yhm. 

Blair znowu się zaczerwieniła, tym razem mocniej. 

- Lepiej żeby tak było, bo ja też cię kocham. 

Nate  wyszczerzył  zęby,  zrobił  krok  w  jej  stronę  i  otarł  się  brodą  o  jej  czoło.  Blair 

odchyliła twarz. Jego zielone oczy ze złotymi cętkami zabłysły. A potem ją pocałował. 

background image

Jakby już nic więcej nie mieli sobie do powiedzenia. 

background image

 

tematy    ◄    wstecz    dalej    ►    wyślij pytanie    odpowiedź 

Wszystkie  nazwy  miejsc,  imiona  i  nazwisko  oraz  wydarzenia  zostały  zmienione  lub  skrócone,  po  to  by  nie 

ucierpieli niewinni. Czyli ja.

 

 

hej, ludzie!

 

 

Czy  los  nie  płata  nam  figli?  My

ś

lisz, 

ż

e  panujesz  nad  sytuacj

ą

ż

e  kierujesz  swoim 

ż

yciem,  ale  tak 

naprawd

ę

  jeste

ś

  zdany  na  łask

ę

  wszech

ś

wiata.  W  ko

ń

cu  wszyscy  czytamy  horoskopy,  prawda?  I 

wiemy, 

ż

e istniej

ą

 ludzie, którzy po prostu s

ą

 ze sob

ą

... powi

ą

zani. To nie zawsze ma sens, ale nie ma 

po  co  z  tym  walczy

ć

.  Z  rado

ś

ci

ą

  donosz

ę

  o  dwóch  rannych  ptaszkach:  B  wymyka  si

ę

  z  sypialni  van 

der  Woodsenów  po  butelk

ę

  wody,  ubrana  w  oliwkowe  polo  N  (i  nic  wi

ę

cej).  To  przeznaczenie. 

Przyzwyczajmy si

ę

 do tego. 

 

Zaczynaj

ą

  napływa

ć

  poimprezowe  e  -  maile  i  wygl

ą

da  na  to, 

ż

e  ta  balanga  była  równie  znacz

ą

cym 

wydarzeniem,  co  Costume  Institute  Gala.  Minus  suknie,  a  wła

ś

ciwe  minus  wszelkie  stroje.  Wszyscy 

mówi

ą

  o  jubilatce  i  chłopcu,  który  najwyra

ź

niej  był  jej  urodzinowym  prezentem...  Tak  wi

ę

c,  drodzy 

czytelnicy, zapraszam do sondy. 

 

Wpadasz na dawn

ą

 sympati

ę

. Co robisz? 

a) Zaczynasz mówi

ć

 z rosyjskim akcentem i łapiesz za wódk

ę

b)  Całujesz  si

ę

  z  najbli

ż

sz

ą

  w  miar

ę

  atrakcyjn

ą

  osob

ą

  -  nic  tak  nie  wzbudza  zazdro

ś

ci  jak  nowa 

przygoda. 

c) Wspominasz stare czasy... a potem chwalisz si

ę

 wszystkimi nowo poznanymi sztuczkami. 

d) Dzwonisz do S z pro

ś

b

ą

 o rad

ę

 - ona ju

ż

 to wszystko przerobiła! 

 

Zgadza si

ę

! Wygl

ą

da na to, 

ż

e nie tylko B i N znowu s

ą

 razem. S tkwiła u boku starego przyjaciela, H. 

A  mo

ż

e  wi

ę

cej  ni

ż

  przyjaciela  Widziano  go,  jak  niósł  j

ą

  do  sypialni  tu

ż

  przed 

ś

witem.  Och.  Jakie  to 

słodkie! A teraz dostarczcie mi troch

ę

 brudów. Kim on jest i o co w tym chodzi? Umieram z ciekawo

ś

ci 

i wiem, 

ż

e wy te

ż

 

Wasze e - maile 

 

background image

P:

 Droga P! 

W  odpowiedzi  na  twój  alarm  o  zagini

ę

ciu:  widziałem  opisany  wóz,  kiedy  rano  wyszedłem 

pobiega

ć

.  Stał  zaparkowany  na  wysypanym  białym 

ż

wirem  podje

ź

dzie  i  wygl

ą

da  na  to, 

ż

spali w nim jacy

ś

 ludzie! Fuj! 

5Kilosów 

 

O:

 Drogi 5Kilosów! 

Gratuluj

ę

  porannej  dyscypliny  i  dzi

ę

ki  za 

ś

wie

ż

e  nowinki,  Ale  jak  zwykle  wyprzedzam  was 

wszystkich.  Podró

ż

uj

ą

ca  trójka  została  ju

ż

  zlokalizowana  i  teraz  uwa

ż

nie  obserwuj

ę

,  co 

wydarzy  si

ę

  dalej.  Miejmy  nadziej

ę

ż

e  twoje 

ś

pi

ą

ce  królewny  obudz

ą

  si

ę

,  nim  wróc

ą

  nasi 

przyjaciele! 

P. 

 

mała przyjacielska rada 

 

Jako  mieszka

ń

cy  miasta  przyzwyczaili

ś

my  si

ę

  do  budzenia  si

ę

  we  własnych  łó

ż

kach.  Mo

ż

na 

imprezowa

ć

  cał

ą

  noc  w  dowolnym  miejscu,  ale  taksówka  zawsze  czeka, 

ż

eby  zabra

ć

  ci

ę

  do 

apartamentu. Na prowincji jest troch

ę

 inaczej. 

 

Wszyscy po prostu... 

ś

pi

ą

 na miejscu. Wiem, wiem. To brzmi obrzydliwie - obudzi

ć

 si

ę

 w obcym domu, 

i  to  prawdopodobnie  z  jakim

ś

  obcym  go

ś

ciem 

ś

lini

ą

cym  ci  si

ę

  na  spódnic

ę

.  W  dodatku  mo

ż

e  by

ć

 

niezr

ę

cznie,  zobaczy

ć

  wszystkich  w  bezlitosnym 

ś

wietle  dnia,  bez  zbawiennego  działania  alkoholu. 

Ale  jestem  we  wspaniałomy

ś

lnym  nastroju  (zapytajcie  lepiej,  kiedy  w  nim  nie  jestem!),  wi

ę

c  oto  kilka 

rad: 

 

pi

ęć

 rad o pi

ą

tej rano: 

 

1) Domy na wsi maj

ą

 najładniejsze łazienki. Zrób sobie mił

ą

 k

ą

piel i, je

ś

li chcesz, zapro

ś

 przyjaciela. 

Pod prysznicem znajdzie si

ę

 miejsce dla dwojga - podziel si

ę

, oka

ż

 serce! 

 

2) Ciuchy s

ą

 w paskudnym stanie? Wi

ę

c nie wahaj si

ę

 i po

ż

ycz co

ś

 od gospodarza. Ale je

ś

li bierzesz 

co

ś

 z bielizny, zatrzymaj to. To b

ę

dzie nasz sekret. 

 

3) Boli ci

ę

 głowa? Zbierz resztki szampana do koktajlu z sokiem pomara

ń

czowym i dolej troch

ę

 likieru 

kawowego do fili

ż

anki espresso. By

ć

 mo

ż

e impreza zacznie si

ę

 na nowo. 

 

4) Skorzystaj z kosmetyków pani domu. Mamy zawsze maj

ą

 najlepszy krem pod oczy. 

 

5) 

Ż

adnej poprawy? Sprawd

ź

, czy gdzie

ś

 nie le

żą

 proszki przeciwbólowe. Ej, kac to powa

ż

na sprawa! 

 

background image

Dobra,  dzieciaki,  czas, 

ż

ebym  zastosowała  si

ę

  do  własnych  rad,  a  potem  skoczyła  do  basenu.  Do 

czyjego? Och, chcieliby

ś

cie wiedzie

ć

, co? 

Wiecie, 

ż

e mnie kochacie. 

plotkara 

background image

urodzinowa melancholia 

- Wszystkiego najlepszego - szepnęła do siebie Serena. 

Glos miała zachrypnięty i piskliwy. Wyszła z wymiętoszonego łóżka z baldachimem i 

ziewnęła żałośnie. Przez całą noc na wpół drzemała, na wpół czuwała. Nie mogła zasnąć, gdy 

obok niej zwinął się Henry. Cały czas słyszała w głowie głos Nate'a: „Kochani cię. Kocham 

cię. Kocham cię”. 

Wsunęła  stopy  do  jaskraworóżowych,  gumowych  klapek  i,  głośno  uderzając 

podeszwami,  wyszła  z  sypialni.  Nie  było  powodu,  żeby  uciekać  na  paluszkach,  Henry  tak 

chrapał, że nie obudziłby się nawet, gdyby zaczęła ćwiczyć aerobik. 

W  korytarzu  panowała  cisza.  Blade,  poranne  słońce  wpadało  przez  ogromne  okna. 

Zatrzymała  się  na  chwilę  przy  jednym,  przyglądając  się  ogrodowi:  zielona  przestrzeń 

trawnika,  spokojny  blask  basenu,  czyste  błękitne  niebo  bez  jednej  chmurki.  Zapowiadał  się 

kolejny  cudowny  dzień,  ale  z  jakiegoś  powodu  wspaniała  pogoda  jeszcze  bardziej  ją 

przygnębiała. 

Kto by pomyślał, że Serena ma skłonność do dramatyzowania? 

Objęła  nagie  ramiona  i  zaczęła  schodzić  głównymi  schodami  do  wyłożonego 

marmurem  przedpokoju.  Przyglądała  się  zniszczeniom  po  imprezie.  Kieliszki  z  lepkimi 

resztkami koktajli stały na stoliku przy wejściu. Na podłodze poniewierały się niedopałki, na 

stoliku do kawy walały się papierowe talerzyki z niedojedzonymi hamburgerami. Ruszyła do 

salonu i rozejrzała się po śpiących, rozkładających się na skórzanych sofach imprezowiczach i 

pustych butelkach leżących obok nich. 

Miała nadzieję, że pokojówka dzisiaj przyjdzie! 

Przyjrzała się twarzom śpiących. Byli tacy spokojni, jeszcze nieświadomi potwornego 

kaca,  który  pojawi  się,  gdy  tylko  otworzą  oczy.  Wszyscy  wyglądali  tak  słodko  i  niewinnie. 

Raptem  parę  godzin  temu  zaśpiewali  jej  chórem  Sto  lat.  Udawała,  że  nie  zauważa,  jak 

mamrotali w części, gdzie powinni wymienić jej imię. Poza Erikiem i Henrym jedyne osoby 

na imprezie, które wiedziały, jak jej na imię, były zbyt zajęte na górze, aby przyłączyć się do 

śpiewu. 

Znalazła w kuchni czysty kieliszek, nalała do niego zimnej wody i wypiła łapczywie, 

background image

aby zmyć z ust poimprezowy posmak. 

Pychota. 

Wskoczyła  na  blat.  Chwilę  tam  siedziała,  czuła  się  jak  ostatnia  żywa  osoba  po 

nuklearnym  wybuchu  albo  innym  kataklizmie.  Cisza  pomogła  jej  uporządkować  myśli. 

Dzisiaj były jej osiemnaste urodziny, ale nie myślała o tym, co ją czeka. Po raz pierwszy od 

bardzo, bardzo dawna, potrafiła myśleć tylko o przeszłości. 

Wszyscy  zawsze  zakładali,  że  jest  radosna  i  beztroska,  bo  tak  się  zachowywała.  Ale 

prawdę  mówiąc,  to  była  tylko  gra.  Przynajmniej  chwilami.  W  końcu  nawet  ona  wyglądała 

beznadziejnie, gdy dużo płakała. A w tamtych czasach w Hanover naprawdę dużo płakała. 

Zeskoczyła z blatu i pobiegła z powrotem do biblioteki. Otworzyła kilka szufladek w 

ciężkim,  drewnianym  biurku  ojca,  aż  w  końcu  znalazła  papeterię.  Zamiast  usiąść  w 

ogromnym  skórzanym  fotelu  biurowym,  weszła  pod  biurko.  Kiedy  była  mała,  właśnie  tutaj 

najchętniej się chowała. Ciemne, przytulne i bezpieczne miejsce pachniało starym drewnem. 

Przysunęła  obrotowy  fotel  tak,  żeby  całkiem  się  schować  i  zaczęła  pisać.  Nim  udało  jej  się 

wyrazić  wszystko,  co  chciała,  zapisała  trzy  strony  papieru  listowego  Crane  w  kolorze  kości 

słoniowej. 

Wyszła  z  kryjówki,  schowała  stronice  do  koperty  i  zakleiła  ją,  liznąwszy  klej  dwa 

razy.  Napisała  na  kopercie  imię  i  potem  szybko,  zanim  ogarną  ją  wątpliwości,  wybiegła  z 

domu  na  podjazd.  Zaparkowało  tara  kilkanaście  samochodów,  ale  łatwo  było  dojrzeć 

ciemnozielonego  astona  martina  ze  złożonym  dachem,  lśniącego  od  rosy  w  szaro  -  złotym 

świetle poranka. Podeszła do samochodu, otworzyła schowek na  rękawiczki i zostawiła tam 

kopertę. Położyła ją imieniem adresata do góry. 

Dla kogoś szykuje się wielka niespodzianka. 

background image

poczta lotnicza - par pylon - 14 lipca 

Kochany Danie! 

Rety,  to  dopiero  nowina!  Mo

ż

e  pójdziemy  razem  na  zakupy,  jak  wróc

ę

Albo na ły

ż

wy? Lubisz teraz takie rzeczy? 

Rozmawiałam  o  tym  z  mam

ą

  i  powiedziała, 

ż

e  kiedy  byłe

ś

  mały,  zawsze 

chowałe

ś

 si

ę

 w jej garderobie i przymierzałe

ś

 jej sukienki z cekinami z lat 

siedemdziesi

ą

tych. Zabawne, nie? Gratuluj

ę

! W ko

ń

cu wyszedłe

ś

 z szafy! 

Kocham Ci

ę

Jenny 

background image

moja miła przyjedzie rano 

- Nareszcie  w  domu  -  szepnęła  Vanessa,  kiedy  cichutko  weszła  do  mieszkania  Dana 

przy Upper West Side. 

Ostrożnie  odłożyła  plecak  na  fotel,  zawalony  zimowymi  płaszczami,  chociaż  był 

lipiec.  Dochodziła  dopiero  ósma  rano  i  uznała,  że  to  nie  w  porządku  budzić  cały  dom,  aby 

oznajmić o swoim niechlubnym powrocie. Ile już razy wracała tu cichaczem? Właściwie było 

to  jedyne  miejsce  na  świecie,  które  mogła  nazwać  domem,  W  ciągu  ostatnich  tygodni 

denerwująco wiele razy  się tu kryła. Najpierw po tym, jak bezceremonialnie wyrzucono ją z 

mieszkania w Williamsburgu, potem jak wylano ją z roboty przy Śniadaniu u Freda, a teraz 

uciekła od harówki w roli niani i nudnej muzy Baileya Wintera. 

Niezłe lato! 

- Kto tam? 

Trochę się zdziwiła, słysząc tak wcześnie rano głos Dana. A przynajmniej brzmiało to 

jak jego głos. Vanessa zmrużyła oczy w mrocznym korytarzu. 

- Dan? To ja, Vanessa. 

- Vanessa - mruknął smutno Dan. 

Był  bledszy  niż  zwykle.  Policzki  przyprószył  mu  nierówny  zarost,  jakby  zaczął  się 

golić,  a  potem  zrezygnował.  Pod  oczami  miał  ciemnofioletowe  sińce,  a  w  ręku  ściskał 

niezapalonego  papierosa.  Jakby  zapomniał,  że  trzeba  użyć  zapalniczki,  a  potem  w  ogóle 

zapomniał, że coś trzyma. Rety, to naprawdę nie jest ranny ptaszek. 

- Dan? Wyglądasz jak... 

Urwała, przyglądając się tłustym skołtunionym włosom. Nagle ogarnęła ją chęć. żeby 

zrobić  mu  kąpiel,  a  potem  nakarmić  go  płatkami  owsianymi.  Objęła  Dana  z  całych  sił. 

Pachniał  papierosami  i  potem.  Ale  kiedy  przytuliła  go  nieco  mocniej,  wąchając  jego 

nieogoloną szyję, odsunął się. 

- Wszystko w porządku? - zapytała z troską. 

- Nie wiem. - Włożył papierosa w kącik ust i poklepał się bezradnie po kieszeniach. - 

Nie mogę znaleźć zapalniczki. 

Powiedział to tak, jakby miał się rozpłakać. 

background image

- Zapalniczki? 

Nie wyglądało na to, że to jego jedyny problem. Biedny Dan, czasem za bardzo bierze 

sobie do serca naśladowanie Keatsa. 

- Nieważne. 

Wyjął  papierosa  z  ust  i  wsunął  za  ucho.  Masa  brudnych,  przetłuszczonych  włosów 

przytrzymała papieros w miejscu. 

- Zrobię kawy. Napijesz się? 

Tak  naprawdę  to  chciała  tylko  skoczyć  do  łóżka,  najlepiej  z  Danem,  ale  on 

zachowywał się tak dziwacznie. I dziwnie pachniał. 

- Chętnie. 

Objęła go delikatnie za ramiona, jakby był wrażliwą sierotą, potrzebującą pocieszenia. 

Zaprowadziła go do kuchni. 

- Może lepiej ja zaparzę  kawę,  a ty usiądziesz i powiesz mi, dlaczego jesteś w takim 

stanie. 

Dan powlókł się korytarzem, ale słowa wysypały się z jego ust, zanim zdążył dojść do 

kuchni. 

- Pozwoliłem  temu  chłopakowi  ze  Strandu  pocałować  się.  Założyliśmy  salon.  Jestem 

gejem.  Ojciec  opowiadał  jakiś  gejowskie  kawałki  z  dawnych  czasów,  kiedy  spotykał  się  z 

poetami, ale ja... ja jestem prawdziwym gejem. 

Vanessa  minęła  go  i  weszła  do  kuchni.  Odkręciła  przykrywkę  wielkiego  słoja  z 

rozpuszczalną  folgers  -  jakby  przerabiali  tu  kawę  na  skalę  przemysłową.  Dan  usiadł  przy 

sfatygowanym stole i schował głowę w dłoniach. 

- Co  to  znaczy,  że  założyliście  salon?  -  dopytywała  się,  ignorując  gejowską  część 

relacji. - Ty, facet, który nie wie, co to fryzjer. Co ty wiesz o salonach fryzjerskich? 

Dan nie mógł się nie uśmiechnąć. 

- Nie, to salon literacki - poprawił ją. Przestał się uśmiechać. Boże, mówił jak gej. - Na 

pierwsze spotkanie przyszło mnóstwo ładnych dziewczyn i też się ze sobą całowały. - Zmar-

szczył brwi całkiem zagubiony. - Ale ja pocałowałem Grega. 

Vanessa  zagotowała  w  mikrofalówce  wodę  i  nalała  wrzątku  do  dwóch  różnych 

kubków,  wrzucając  do  każdego  łyżeczkę  kawy.  Upiła  łyk  i  się  skrzywiła.  Chryste,  ta 

rozpuszczalna smakowała jak psie siki po niesamowitej kawie, jaką piła w Hamptons. 

- Porozmawiajmy o tym jak normalni ludzie. 

Upiła  kolejny  łyk  gryzącej  kawy  i  spojrzała  ponad  górą  niepozmywanych  naczyń  i 

misą rozkładających się bananów w stronę rozchwianego taboretu, na którym przysiadł Dan. 

background image

- Przepraszam, niezamierzona aluzja. 

- Cha, cha - rzucił smętnie Dan. 

- Więc. jesteś gejem. Ty, Dan Humphrey. Gej. Nieszczególnie szczęśliwy. Prawdziwy 

gej, Gej, który lubi całować chłopców. - Vanessa uniosła wątpiąco brwi. 

- Nie  powiedziałbym,  że  lubię  całować  chłopców.  -  Dan  zmarszczył  brwi.  -  Ale 

pocałowałem. 

Jezu.  Wyjechała  raptem  na  trzy  dni,  a  Dan  już  kogoś  poznał.  Dziewczyna,  chłopak, 

małpa. To szło zbyt szybko. 

- Ja raz zjadłam sałatkę, ale to nie znaczy, że jestem wegetarianką. 

- To  nie  takie  proste.  Dostałem  kartkę  od  Jenny.  Napisała,  że  mama  opowiadała,  że 

jako dziecko lubiłem nosić sukienki. 

Dan  przeczesał  palcami  włosy,  niechcący  łamiąc  papierosa,  którego  chwile  temu 

włożył za ucho. 

- Cholera. 

- Właściwie to całkiem proste, Dan, Słuchaj, albo jesteś gejem, albo nie. Chyba że... - 

Vanessa rozważała trzecią możliwość - jesteś bi. Może właśnie o to chodzi. Po prostu... szu-

kasz. Odkrywasz siebie. 

- Tak myślisz? - Twarz Dana natychmiast się rozświetliła. - Greg jest miły. Lubimy to 

samo.  Ale  ostatniego  wieczoru,  kiedy  tu  przyszedł,  kompletnie  stchórzyłem.  Nie 

pocałowałem go już więcej. Nie potrafiłem. 

Vanessa miała ochotę zezłościć się na Dana, bo całował się z kimś innym, kiedy ona, 

hm,  rozważała,  czy  Chuck  Bass  mógłby  go  zastąpić.  Jednak  przede  wszystkim  poruszyły  ją 

żałosny  stan  i  zagubienie  przyjaciela.  Pewnie  od  wielu  dni  smutno  marszczył  brwi.  Widok 

przygarbionych pleców sprawiał, że miała ochotę zabrać go do sypialni i opatulić kołdrą jak 

dziecko. 

Odpędziła  tę  myśl  na  chwilę.  Dan  był  gejem  albo  bi.  Z  drugiej  strony,  w  różnych 

okresach bywał różnymi postaciami: literacką sensacją jednego dnia, przez jedną noc bogiem 

rocka,  buntownikiem  mówcą  na  zakończenie  szkoły,  fanatykiem  zdrowego  trybu  życia.  A 

teraz był gejem. Pewnie nie potrwa to dłużej niż którekolwiek z jego wcieleń, a kiedy znudzi 

się rolą geja albo wreszcie zda sobie sprawę, że bycie homoseksualistą rzeczywiście oznacza 

całowanie  facetów,  a  nie  dziewczyn  -  jej  w  szczególności  -  cóż,  znajdzie  ją  w  sąsiednim 

pokoju. 

- Posłuchaj,  Dan.  -  Vanessa  wylała  resztę  gorzkiej  kawy  do  zawalonego  zlewu  i 

odstawiła  kubek.  -  Musisz  przestać  tak  się  obwiniać.  W  końcu  nie  ma  nic  złego  w  byciu 

background image

gejem, nie? 

- Pewnie, że nie! Tomasz Mann był gejem. I zdobył Nagrodę Nobla. 

- Jasne. - Vanessa wyszczerzyła zęby, słysząc, że Dan wraca do swego zwykłego tonu. 

Jest  taki  przewidywalny,  tak  łatwo  go  przekabacić.  Niech  przetrawi  tę  sprawę,  ona  może 

poczekać. - Więc... chciałabym poznać tego Grega. 

- Tak? - Dan był sceptyczny. - Serio? 

- Aha. 

Vanessa uścisnęła go za ramię. Teraz, kiedy był gejem, mogła siadać mu na kolanach i 

takie tam, prawda? Postanowiła spróbować. 

- Serio - dodała, przysiadając na kościstym kolanie Dana. 

Objął ją w talii i schował twarz między jej łopatkami. 

- Dzięki - rzucił stłumionym głosem. - Jesteś moim bohaterem. 

Ej, może on rzeczywiście jest gejem. 

background image

ładny adres mailowy, kolego... 

Do: 

Pie

śń

 o Mnie Samym <adresat ukryty>

 

Od: 

Greg P. <dziki_i_wolny@rainbowmail.net>

 

Odp.: 

Nast

ę

pne spotkanie Pie

ś

ni o Mnie Samym 

 

Drodzy przyjaciele! 

 

Mam 

nadziej

ę

ż

bawili

ś

cie 

si

ę

 

równie 

dobrze, 

jak 

ja. 

przyjemno

ś

ci

ą

 donosz

ę

ż

e nasze pierwsze spotkanie ju

ż

 zaowocowało miło

ś

ci

ą

 

-  radosny  skutek  zebrania  razem  tylu  twórczych  i  podobnie  my

ś

l

ą

cych  osób. 

Mam  nadziej

ę

ż

e  za  ka

ż

dym  razem  b

ę

dziemy  si

ę

  wzajemnie  inspirowa

ć

  i 

pobudza

ć

 

Na  nasze  nast

ę

pne  spotkanie  zabierzcie,  prosz

ę

,  ulubione  dzieło 

Szekspira.  B

ę

dziemy  po  kolei  czyta

ć

  na  głos.  Poka

ż

cie,  co  lubicie,  a  ja 

poka

żę

, co lubi

ę

 

Pozdrawiam jambicznie, 

Greg 

background image

znowu w drodze 

- Zatrzymaj się! 

- Co? 

Jedną  z  wad  kabrioletu  ojca  było  to,  że  w  trakcje  jazdy  praktycznie  nie  dało  się 

rozmawiać.  Nate  odwrócił  się  i  zobaczył,  że  Blair  wskazuje  na  znak  mówiący  o  jednym  z 

punktów widokowych, gdzie zaparkowało już kilka minvanów. 

Nuda! 

- Chcesz, żebym się zatrzymał? 

Zwolnił i zaczął zjeżdżać na pobocze. Wiedział, że lepiej nie kłócić się z Blair. 

- Będzie  zabawnie.  -  Zaczęła  przekopywać  pospiesznie  spakowaną  słomkową  torbę  i 

wygrzebała  aparat  cyfrowy.  -  Zabrałam  go  z  domu  Sereny.  Mam  nadzieję,  że  nie  wścieknie 

się za bardzo. 

Nate  zmarszczył  brwi,  słysząc  imię  przyjaciółki.  Nadal  czuł  wyrzuty  sumienia,  bo 

ulotnił się bez pożegnania, i to w jej urodziny. Blair przekonała go, że Serena wolałaby, aby 

nie  budzić  jej  z  rana,  nieważne  -  urodziny  czy  nie.  A  poza  tym  pewnie  nie  wylądowała  w 

łóżku sama. To był jej dom, więc nie porzucili jej na pustkowiu. 

Możesz sobie wmawiać, co zechcesz. 

Nim Nate wyłączył silnik, Blair wyślizgnęła się z samochodu i pobiegła do niskiego, 

kamiennego murku, który  oddzielał parking od urwiska opadającego w  głąb zielonej doliny. 

Blair  miała  na  sobie  najkrótsze  szorty,  jakie  w  życiu  widział.  Jej  nogi  wyglądały  wręcz 

obłędnie kusząco. Wskoczyła na murek i nadęła usta. 

- Zrób zdjęcie! 

Znowu  napalony  i  radosny,  Nate  grzebał  przy  pasach.  Wyskoczył  z  samochodu, 

hamując się całą siłą woli, żeby nie podbiec do muru i nie wsunąć rąk pod te mikroskopijne 

szorty. Wziął aparat z wyciągniętej ręki Blair. 

- Uśmiech proszę! 

Blair wywaliła język i zrobiła zeza. 

- Cudowna. 

Nate  zaśmiał  się  do  opalonej,  szczęśliwej,  pięknej  Blair  na  ekranie  cyfrówki. 

background image

Dziewczyna poklepała murek obok siebie. 

- Zrób nas razem. 

Nate  wgramolił  się  na  murek  i  przytrzymał  aparat  przed  nimi.  Blair  przycisnęła 

policzek  do  jego  twarzy.  Od  jej  zapachu  Nate'owi  zakręciło  się  w  głowie,  więc  podparł  się 

wolną ręką. 

Ostrożnie, twardzielu. 

- Chcę,  żeby  całe  nasze  lato  było  właśnie  takie.  -  Blair  wzięła  go  pod  ramię  i 

westchnęła.  -  My  dwoje,  sami,  na  otwartym  morzu.  Żadnych  ludzi,  żadnych  zmartwień. 

Będzie cudownie. 

Jak w filmie, który ciągle odtwarzała w głowie. 

Nate pokiwał głową. 

- Nie mogę się doczekać, kiedy wypłyniemy. 

Wyobraził  sobie  Blair  w  bikini,  wyciągającą  się  na  pokładzie  „Charlotte”.  Wreszcie 

będzie  tak,  jak  powinno.  Zaczynało  się  prawdziwe  lato.  Jechał  na  północny  wschód 

spokojnym, letnim popołudniem, w stronę oceanu, w stronę wolności, z Blair u boku... Nate 

poczuł, że spada z niego ciężar wszystkich dawnych błędów. Nigdy nie podwędził trenerowi 

viagry, nigdy nie wstrzymano mu dyplomu, nigdy nie spotykał się z Tawny, nigdy nie wcierał 

olejku  w  tatuaż  Babs.  Właśnie  spędził  noc z  Blair,  zamierzał  zostać  z  nią  przez  resztę  lata  i 

może resztę życia. Wszystko we wszechświecie układało się tak, jak powinno. 

- Dobra, czas ruszać. 

Zupełnie, jakby  Blair  czytała w jego myślach.  Zeskoczyła z murku i zabrała aparat z 

rąk Nate'a, żeby przejrzeć zdjęcia. 

- Muszę skoczyć do kibla. - Skinął głową w stronę betonowego budynku z przydrożną 

toaletą. 

- Pospiesz się. 

Pocałowała go w szyję i wskoczyła na siedzenie pasażera. 

W  pachnącej  chemikaliami  łazience,  Nate  skupił  się  na  tym,  co  wydarzy  się  w  ciągu 

najbliższych  godzin,  gdy  wreszcie  dotrą  na  miejsce.  Zamknął  oczy,  wyobrażając  sobie  Blair 

biegnącą przed nim po trapie na jacht, zrzucającą w biegu maleńkie białe szorty. 

Gdy  mył  ręce,  wyczuł  znajome  wibrowanie  komórki  w  kieszeni  spodenek.  Pewnie 

Blair - dzwoni, żeby go popędzić. Uśmiechnął się. Pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają, na 

przykład jej niecierpliwość. Sprawdził pocztę głosową, mając nadzieję, że usłyszy seksowną 

wiadomość od Blair, którą zostawiła, gdy wycierał ręce. Przytrzymał telefon ramieniem przy 

uchu.  Niemal  wypuścił  aparat  do  umywalki,  gdy  zamiast  rozchichotanego  dziewczęcego 

background image

głosu, usłyszał wściekłe warczenie trenera Michaelsa. 

- Archibald,  nie  mam  pojęcia,  co  ty  sobie  wyobrażasz,  ale  lepiej,  żebyś  był 

umierający. Myślałeś, że moja żona będzie cię kryła? Zapomnij o tym. Powiedziała, że paliłeś 

trawkę na pieprzonym strychu. Pod moim własnym, cholernym dachem. Myślałeś, że blefuję, 

Archibald? Gdy tylko się rozłączę, dzwonię do twojego ojca. To koniec, smarkaczu. Nigdy w 

życiu  nie  zobaczysz  dyplomu.  Yale?  To  się  nie  zdarzy.  To  był  wielki  błąd!  Myślałeś,  że 

możesz ze mną zadrzeć? Cholernie wielki błąd. I jeszcze z tobą nie skończyłem. 

Nate wytarł ręce o spodenki, potem złapał telefon i przycisnął guzik, żeby wykasować 

tę wiadomość raz na zawsze. Schował komórkę do kieszeni i przyjrzał się swojemu odbiciu w 

popękanym lustrze. Musiał stąd schrzaniać. 

Jak ścigany skazaniec. 

background image

przywłaszczony list 

- Cześć.  Tu  Blair.  Dzwonie,  żeby,  no  wiesz,  złożyć  ci  życzenia  wszystkiego 

najlepszego  z  okazji  urodzin.  Przepraszam,  że  tak  wyjechaliśmy.  Zadzwonię  później  i 

wszystko ci opowiem. 

Z  trzaskiem  zamknęła  telefon  i  wrzuciła  go  do  torby.  Usadowiła  się  wygodnie  w 

ciepłych, skórzanych objęciach siedzenia i niecierpliwie stukała stopa w podłogę. Do cholery, 

co  tak  długo?  Im  szybciej  wyrusza,  tym  szybciej  wylądują  na  „Charlotte”  i  tym  szybciej 

będzie mogła wyciągnąć się na pokładzie w samej bieliźnie, popijając lemoniadę z alkoholem 

i  karmiąc  Nate'a  kawałkami  surowych  ostryg.  Tak  planowała  spędzić  każdą  minutę  reszty 

lata. 

Niezły plan! 

Obróciła wsteczne lusterko, żeby się przejrzeć. Oczy miała jasne i czyste, skórę lekko 

opaloną  i  nieskazitelną,  włosy  ozłocone  słońcem.  Uśmiechnęła  się  do  siebie  szeroko.  Cały 

letni stres po prostu zniknął. Nigdy nie wyjeżdżała do Londynu do lorda Marcusa, nigdy nie 

grała  drugich  skrzypiec  przy  Serenie,  debiutującej  w  filmie,  nigdy  nie  widziała  Nate'a 

trzymającego  za  ręce  tę  tandetną  dziewczynę  z  Long  Island.  Wszystko  było  takie,  jak 

powinno. Ona i Nate. Zakochani. Na zawsze. 

Bawiła się sprzętem stereo, ale Nate miał kluczyki do samochodu w kieszeni, więc nie 

mogła  niczego  włączyć.  Zniecierpliwiona  obróciła  gałkę  schowka  na  rękawiczki.  Otworzył 

się, odsłaniając śnieżnobiałą kopertę z imieniem wypisanym znajomą ręką. 

„Nate”. 

- Co to jest? - powiedziała na glos. 

Wzięła  kopertę.  Dlaczego,  do  cholery,  Serena  zostawiła  dla  Nate'a  list?  Zerknęła  w 

stronę  łazienki,  żeby  się  upewnić,  że  Nate  nie  wraca  i  paznokciem  otworzyła  kopertę. 

Rozłożyła kartki i zaczęła czytać bazgroły Sereny: 

 

Nate,  wła

ś

nie  kilka  godzin  temu  sko

ń

czyłam  osiemna

ś

cie  lat.  Kiedy 

zegar  wybił,  rozejrzałam  si

ę

  po  pokoju,  ale  nie  mogłam  Ci

ę

  znale

źć

.  Wiem, 

ze  byłe

ś

  z  Blair  i  je

ś

li  naprawd

ę

  jeste

ś

  szcz

ęś

liwy,  to  ja  równie

ż

  si

ę

 

ciesz

ę

.  Bo  jak  mo

ż

na  nie  pragn

ąć

  szcz

ęś

cia  dla  kogo

ś

,  kogo  si

ę

  kocha?  No 

background image

wła

ś

nie,  chodzi  o  to,  Nate, 

ż

e...  my

ś

l

ę

ż

e  Ci

ę

  kocham.  Wiem, 

ż

e  to  brzmi 

jak  wariactwo  i  było  tyle  innych  okazji,  kiedy  powinnam  była  Ci  to 

powiedzie

ć

,  ale  to  do  mnie  dotarło  dopiero  zeszłego  wieczoru.  A  mo

ż

dzisiaj?  Niewa

ż

ne.  Je

ś

li  teraz  Ci  tego  nie  powiem,  to  kiedy?  Po  prostu... 

to  zawsze  byłe

ś

  Ty.  Zastanawiałe

ś

  si

ę

  kiedy

ś

,  dlaczego  wróciłam  jesieni

ą

Zeszłego wieczoru, kiedy... 

 

Blair  przestała  czytać  w  połowie  zdania.  Przejrzała  niecierpliwie  resztę.  Trzy  kartki 

grubego listowego papieru pokryte ozdobnym pismem Sereny. Serce Blair waliło jak oszalałe. 

Nie miała wątpliwości, co robić. Popatrzyła  wokół, żeby upewnić się, że  jest sama, a potem 

wyszła z samochodu i podeszła do urwiska. 

Ostrożnie przedarła pierwszą stronę na pół, potem na cztery części. Rwała, aż miała w 

dłoniach  konfetti.  Ciepła  bryza  uniosła  kawałki  papieru  i  rozsypała  je  po  dolinie.  To  samo 

Blair  zrobiła  z  pozostałymi  kartkami  i  kopertą.  Porwała  je  na  maleńkie  kawałeczki,  tak  że 

pismo  Sereny  zamieniło  się  w  mieszaninę  bezsensownych  kształtów,  które  uniósł  i  rozsypał 

wiatr. 

Blair wróciła do samochodu i wyjęta telefon. Zastanawiała się przez chwilę. Powinna 

zadzwonić  do  Sereny?  Powiedzieć,  że  wie  o  liście?  Że  wie,  iż  jej  rzekomo  najlepsza, 

pieprzona  przyjaciółka  zakochała  się  w  jej  chłopaku?  Czy  raczej  powinna  odgrywać 

niewiniątko, zignorować dwulicową sukę i skupić się na idealnym lecie, które na nią czekało? 

Nagle przestała mieć wyrzuty sumienia, że zostawili Serenę w urodziny. 

Bez żartów. 

- Gotowa jechać? 

Nate wsunął się na siedzenie kierowcy z chłopięcym uśmiechem na idealnej twarzy. 

- Gotowa, - Blair zapięła pasy. 

Trzymaj się, ruszamy w szaloną podróż! 

background image

lepiej pó

ź

no ni

ż

 wcale? 

Serena znowu leżała w swoim białym łóżku i  gapiła się na sufit. Próbowała zasnąć - 

teraz, kiedy w końcu przyznała się, co naprawdę czuje. Na suficie zauważyła plamy - siady po 

świecących w ciemnościach gwiazdkach, które zerwała tuż przed wyjazdem do Europy. Przez 

ostanie  trzy  godziny,  od  chwili,  kiedy  zostawiła  list  w  astonie  martinie,  leżała  i  liczyła 

gwiazdki,  które  zostały.  Cały  czas  się  myliła  i  zaczynała  od  nowa.  Może  zdrzemnęła  się, 

może nie. Henry przesunął się na swojej połowie i przerzucił ręce przez jej pierś. Były cięż-

kie,  przyduszały  ją.  Już  raz  znalazła  się  dokładnie  w  tym  samym  miejscu,  rok  temu. 

Zakochana  w  Nacie,  ale  leżąca  obok  Henry'ego.  Przyznała  się  do  tego  i  zrzuciła  kamień  z 

piersi, więc dlaczego nie mogła zasnąć? 

Wątpliwości? 

Wyślizgnęła się z łóżka po raz drugi tego ranka i wyszła na korytarz. Na  dole ludzie 

wrzucali  butelki  do  kosza  i  szeptali  o  bolących  głowach.  Stojący  zegar  poinformował  ją,  że 

już  się  skończył  ranek.  Wybiło  południe.  Szarpnęła  długi,  sięgający  kolan  biały  T  -  shirt, 

który nosiła. Na piersiach miał napis „Brown”. 

Nie  wiedziała,  dokąd  właściwie  idzie,  dopóki  tam  nie  dotarła.  Znalazła  się  przed 

zamkniętymi  drzwiami  sypialni  rodziców.  Wiedziała,  że  Blair  i  Nate  są  w  środku.  Pewnie 

zbudowali fort z ogromnych poduszek, który  Blair ochrzciła Grotą Pocałunków albo  równie 

tandetnie... czy przeuroczo, jeśli człowiek był zakochany. A Nate był. W Blair. 

Więc  dlaczego  wyznała  mu  miłość  właśnie  teraz?  Było  tyle  innych,  lepszych  okazji 

ostatniego  roku.  Na  przykład  kiedy  siedzieli  niemal  nago  w  przebieralni  u  Bergdorfa.  Albo 

całowali  się  w  wannie  w  domu  Isabel  Coates  w  Hamptons.  Albo  kiedy  zdecydowała  się  nie 

wracać do szkoły z internatem i przyjechała do Nowego Jorku. Ale wtedy mu tego nie powie-

działa.  Głównie  dlatego,  że  się  bała.  Bała  się,  że  nie  odwzajemnia  jej  uczucia.  I  nie 

odwzajemniał. Kochał Blair. 

Cofnęła się spod ciężkich drewnianych drzwi do sypialni rodziców i ruszyła w stronę 

schodów, gdzie wczoraj Nate powiedział Blair, że ją kocha. Dlaczego tak nagle wyznała mu 

miłość? W najgorszej chwili? 

- Ej, ty jesteś nasza jubilatka! 

background image

Chłopak,  którego  nigdy  wcześniej  nie  widziała,  patrzył  na  nią  z  dołu  schodów. 

Zmierzwione brązowe włosy upiął na czubku głowy w niechlujny kok. 

- Selima, tak? 

- Serena - poprawiła go. 

- Jasne. A mogłabyś mnie podrzucić na dworzec kolejowy? 

Sięgnął  pod  przepocone,  pogryzione  przez  mole  polo  i  podrapał  się  po  brzuchu, 

odsłaniając kawałek włochatego ciała. 

Fuj. 

Serena zeszła, zsuwając dłoń po poręczy z ciemnego drewna. 

- Niedługo ludzie zaczną wstawać. Ktoś cię podrzuci. 

- Super. 

Wyciągnął wysoko ręce, ziewnął głośno i ruszył z powrotem do salonu, gdzie goście 

nadal spali wyciągnięci na każdej miękkiej powierzchni. Usłyszała, jak mruknął: „Staaary” i 

zwalił się na skórzaną kanapę antyk. 

Przeszła  przez  wyłożony  marmurem  przedpokój  do  drzwi  i  przez  chwilę  stała  z  ręką 

na  klamce.  W  końcu  otworzyła  je  i  wyszła.  Front  domu  chował  się  w  cieniu.  Panował  tam 

chłód. Objęła się rękoma i przyjrzała podjazdowi. 

Nie  była  pewna,  czy  naszły  ją  wątpliwości,  czy  nie.  Czy  chciała  zakraść  się  do 

samochodu i zabrać kopertę, którą tam zostawiła. Ale decyzja zapadła bez jej udziału. Aston 

martin zniknął, Nate - i Blair - odjechali. 

I zabrali ze sobą pikantną lekturę. 

background image

odpłyn

ąć

 ku zachodz

ą

cemu sło

ń

cu 

Blair  klęczała  na  siedzeniu  samochodu,  kiedy  Nate  zwolnił  i  zatrzymał  się  przed 

bielonym  budynkiem  jachtklubu  w  Newport.  Port  lśnił  w  południowym  słońcu.  Odetchnęła 

ciepłym,  słonawym  powietrzem  znad  morza.  Cały  czas  potrząsała  głową,  pozwalając,  żeby 

wiatr  rozwiewał  jej  włosy.  Miała  nadzieję,  że  to  wygląda  seksownie.  A  tak  naprawdę,  to 

próbowała wyrzucić z myśli list Sereny. Do cholery, w co ona pogrywała? 

- Nie wierzę, że dojechaliśmy. 

Glos Nate'a przywołał ją do rzeczywistości. Chociaż przejechali kilkaset  kilometrów, 

żeby się tam dostać, Nate jakoś nie spieszył się z wysiadaniem z samochodu. Rozpiął pasy i 

po prostu siedział, gapiąc się przez maleńką przednią szybę na las masztów w porcie. 

- Co się dzieje? 

Blair otworzyła drzwi i zaczęła podskakiwać, żeby przywrócić w nogach krążenie. 

- Co? Ach, nic. - Nate wyglądał na zaskoczonego. 

Oparła pięści na biodrach. Jej koszula trzepotała na wietrze. 

- Na pewno wszystko w porządku? Wyglądasz na... rozkojarzonego. 

- Jasne,  wszystko  w  porządku.  -  Wysiadł  i  zatrzasnął  za  sobą  drzwi.  -  Musimy  coś 

zrobić z samochodem. 

Blair  poprawiła  torbę  i  przysiadła  na  nagrzanej  masce  samochodu.  Nate  wyglądał  na 

więcej niż rozkojarzonego. Wyglądał, jakby miał zwymiotować. Czy to możliwe, że wiedział 

o liście? Czy Serena zadzwoniła do niego, gdy siedział w łazience? Dlatego tyle mu to zajęło? 

Blair kręciła się niecierpliwie. Dlaczego się ociągał? 

- Nate, chcesz mi o czymś powiedzieć? 

- Co? Nie. - Schował kluczyki do kieszeni. - Więc naprawdę to robimy, tak? 

- Naprawdę to robimy! 

Zostawiła  torbę  na  masce  i  podeszła  do  Nate'a.  Przytuliła  się  do  niego.  Biała  mewa 

przeleciała nad parkingiem. 

- Chyba się czymś martwisz. 

- Nie, skąd. Tylko... myślę. 

Żeby ci to nie zaszkodziło. 

background image

Zaciągnęła  się  smakowitym  zapachem  Nate'a  -  jego  dezodorant,  nutka  lawendowego 

mydła  z  łazienki  rodziców  Sereny,  aromat  oceanu,  którym  jego  koszulka  już  zdążyła 

przesiąknąć. Zamknęła oczy. 

- Nie martw się, Nade. Jest lato. Jesteśmy razem. Tylko to się liczy, prawda? 

Odsunął się, żeby spojrzeć jej w twarz. Uśmiechnęła się do niego. Przez chwilę miała 

nadzieję, że jacht gdzieś się rozbije i nigdy więcej nie będą musieli widzieć Sereny. Będą żyć 

w  bambusowej  chatce,  szukać  jedzenia  i  przez  cały  czas  chodzić  nago.  Komu  potrzebne 

ciuchy, skoro mają siebie nawzajem? 

Musiała chyba całkiem oszaleć. 

- Masz  rację.  Pieprzyć  to.  Pieprzyć  wszystko  i  wszystkich.  -  Pochylił  się  i  przycisnął 

cudowne usta do jej warg. - Wypływajmy. 

I koniecznie przyślijcie kartkę. 

background image

 

tematy    ◄    wstecz    dalej    ►    wyślij pytanie    odpowiedź 

Wszystkie  nazwy  miejsc,  imiona  i  nazwisko  oraz  wydarzenia  zostały  zmienione  lub  skrócone,  po  to  by  nie 

ucierpieli niewinni. Czyli ja.

 

 

hej, ludzie!

 

 

Wiecie,  co  jest  naprawd

ę

  kiczowate?  Szcz

ęś

liwe  zako

ń

czenia.  Powa

ż

nie.  Takie,  jak  wtedy,  kiedy 

ogl

ą

dam film i jaka

ś

 odwa

ż

na, zdeterminowana dziewczyna w ko

ń

cu uwodzi głównego bohatera. I tak 

od dwóch godzin wiedziałam, 

ż

e go zdob

ę

dzie! Po prostu mam ochot

ę

 wydrapa

ć

 jej oczy. Prawdziwe 

ż

ycie  jest  potwornie  zakr

ę

cone  i  skomplikowane.  Nie  ma 

ż

adnego  „zako

ń

czenia”...  Serio,  pozwólcie, 

ż

e  przez  chwil

ę

  troch

ę

  pofilozofuj

ę

.  Tak  naprawd

ę

  to  ka

ż

de  zako

ń

czenie  jest  kolejnym  pocz

ą

tkiem, 

nie? No dobra, ju

ż

 si

ę

 zamykam. 

 

Wi

ę

c  nawet  je

ś

li  Bi  N  wła

ś

nie  odpływaj

ą

  ku  zachodz

ą

cemu  sło

ń

cu,  to  co

ś

 mi mówi, 

ż

e  to  nie  koniec 

historii. Zwłaszcza 

ż

e tyle pyta

ń

 czeka na odpowied

ź

 

Czy B powie N o li

ś

cie od S

 

Czy S odszuka N i powie mu wszystko sama? 

 

Czy B wyrzuci wtedy S za burt

ę

 

Czy D b

ę

dzie si

ę

 całował z chłopakami? Czy posunie si

ę

 dalej?! 

 

Czy V b

ę

dzie go wspiera

ć

 

A tak na powa

ż

nie: jak długo ci dwoje mog

ą

 razem mieszka

ć

 i nie sypia

ć

 razem? Mo

ż

e jednak on jest 

bi? 

 

No  i  pojawia  si

ę

  najwa

ż

niejsze  pytanie  ze  wszystkich:  kim  jestem?  Wiem, 

ż

e  a

ż

  was  skr

ę

ca,  aby 

dowiedzie

ć

 si

ę

 wi

ę

cej pikantnych szczegółów na mój temat. Oto smakowity k

ą

sek o waszej szczerze 

oddanej  przyjaciółce  (nie  mówcie, 

ż

e  nigdy  wam  nic  nie  mówi

ę

!)  Nie  umiem  dochowa

ć

 

ż

adnej 

background image

tajemnicy. Oczywi

ś

cie poza sekretem mojej to

ż

samo

ś

ci. Ale sekrety, jakie S ukrywała przez tyle lat? 

Czapki z głów, prosz

ę

 pa

ń

stwa! Rozumiem, 

ż

e mo

ż

na robi

ć

 w balona przyjaciół i rodzin

ę

, ale 

ż

e udało 

jej si

ę

 zamydli

ć

 oczy i mnie?! Gratulacje! Wi

ę

c co jeszcze ukrywa? Mam przeczucie, 

ż

e jest sporo do 

odkrycia... 

 

Wiem, 

ż

e nie mo

ż

ecie si

ę

 doczeka

ć

 odpowiedzi. Ja te

ż

. A ja zawsze dostaj

ę

 to, czego chc

ę

Wiecie, 

ż

e mnie kochacie. 

plotkara