background image
background image

Spis treści

1982
Czytelnik
James Graham Ballard

1. PRZEZ BARIERĘ OCHRONNĄ
2. NASYP
3. KONTUZJA I WYCZERPANIE
4. ZBIORNIK WODY
5. PŁOT GRANICZNY
6. ULEWA
7. PŁONĄCY SAMOCHÓD
8. KOMUNIKATY
9. GORĄCZKA
10. SCHRON PRZECIWLOTNICZY
11. Ratunek
12. AKROBATA
13. OGNISTY SYGNAŁ
14. SMAK TRUCIZNY
15. ŁAPÓWKA
16. ŹRÓDŁO POŻYWIENIA
17. POJEDYNEK
18. PIĘĆ FUNTÓW
19. ZWIERZĘ I JEŹDZIEC
20. NAZYWANIE WYSPY

background image

21. DELIRIUM
22. ALTANA
23. TRAPEZ
24. UCIECZKA

background image
background image

 

 

 

Tytuł oryginału angielskiego A CONCRETE ISLAND

1973 by J. G. Ballard

„Czytelnik” – Warszawa 1982

background image

James  Graham  Ballard  współczesny  pisarz  brytyjski  urodził  sie  w  roku  1930  w  Szanghaju.  Wojnę
spędza w japońskim obozie, potem studiuje medycynę w Cambridge i służy w lotnictwie. Debiutuje w
roku  1956  opowiadaniami  science  fiction.  Ballard  stworzył  własny  typ  tego  rodzaju  prozy  zwracając
się  ku  „kosmosowi  wewnętrznemu”  człowieka  i  twierdząc,  że  „jedyną  naprawdę  obcą  planetą  jest
Ziemia”.  Od  lat  sześćdziesiątych  był  współtwórcą  “nowej  fali”,  prądu  łączącego  awangardowe
poszukiwania  z  fantastyką  naukową.  W  latach  siedemdziesiątych  odchodzi  stopniowo  od  science
fiction  i  pisze  powieści  symboliczne:  „Wyspa”  1974  (The  Concrete  Island),  „High-Rise”  1975,  „The
Unlimited Dream Company” 1979.

Twórczość  Ballarda  we  wszystkich  okresach  obraca  się  wokół  niszczącego  działania  czasu  w
charakterystycznym  dla  znacznej  części  prozy  brytyjskiej  nastroju  upadku  i  przemijania.  Jednym  z
obsesyjnie powracających obrazów-znaków czasu jest wypadek drogowy (lub lotniczy). „Wyspa” jest
opowieścią  o  „dobrze  urządzonym”  przedstawicielu  współczesnej  cywilizacji  przemysłowej,  który  na
skutek wypadku zostaje nagle wyrzucony poza granice świata autostrad i wieżowców.

 

background image

1.

PRZEZ BARIERĘ OCHRONNĄ

Parę  minut  po  trzeciej  22  kwietnia  1973  roku  trzydziestopięcioletni

architekt Robert Maitland jechał najszybszym pasmem zjazdu z Trasy
Zachodniej  w  centrum  Londynu.  Sześćset  jardów  za  połączeniem  z
nowo  zbudowanym  odgałęzieniem  trasy  M4,  kiedy  jego  Jaguar
przekroczył prędkość 70 mil na godzinę, trzasnęła przednia guma po
stronie kierowcy. Wybuch powietrza, odbity od betonu, odezwał się
echem  w  czaszce  Roberta  Maitlanda.  W  ostatnich  sekundach  przed
wypadkiem wczepił się w rozlatane szprychy kierownicy, ogłuszony
po  uderzeniu  głową  o  chromowy  słupek.  Wóz  tańczył  po  pustej
autostradzie, szarpiąc nim jak marionetką. Rozerwana opona czarnym
ukośnym śladem przekreślała białe linie znaczące łagodną krzywiznę
autostrady.  Pozbawiony  kontroli  wóz  przebił  płot  z  sosnowych
żerdzi,  tworzący  prowizoryczną  barierę  wzdłuż  skraju  szosy,  i
przeskoczywszy twarde pobocze zjechał po trawiastym stoku nasypu.
Trzydzieści  jardów  dalej  zatrzymał  się  na  rdzewiejącym  podwoziu
przewróconej taksówki. Niezbyt poszkodowany w tym gwałtownym
zderzeniu,  w  którym  otarł  się  o  śmierć,  Robert  Maitland  leżał  na
kierownicy, a jego spodnie i marynarka, usiane odpryskami przedniej
szyby, wyglądały jak zrobione z błyszczącej lamy.

W  pierwszych  chwilach  po  odzyskaniu  przytomności  Maitland

niewiele  pamiętał  z  wypadku  poza  odgłosem  pękającej  dętki,
słońcem przesuwającym się raptownie, kiedy samochód wyłaniał się
z  tunelu  pod  wiaduktem,  i  ukłuciami  odłamków  rozbitej  szyby  na
twarzy.  Ciąg  gwałtownych  wydarzeń  trwających  zaledwie  ułamki
sekundy otworzył się i zamknął za nim jak wrota piekieł.

background image

– … mój Boże…
Maitland  słuchał  własnego  głosu,  rozpoznając  słaby  szept.  Jego

dłonie  wciąż  jeszcze  leżały  na  popękanych  szprychach  kierownicy,  z
palcami  rozcapierzonymi  bezwładnie,  jak  po  sekcji  zwłok.  Wparł
dłonie w kierownicę i wyprostował się. Samochód stał na pochyłości
wśród pokrzyw i wysokiej trawy.

Ze zgniecionej chłodnicy z sykiem tryskała para, wypluwając krople

rdzawej  wody.  Z  silnika  wydobywał  się  pusty  odgłos,  mechaniczny
charkot śmierci.

Maitland  spojrzał  pod  tablicę  rozdzielczą  uświadomiwszy  sobie

nienaturalną pozycję nóg. Jego stopy leżały między pedałami, jakby
je  tam  umieściła  tajemnicza  grupa  specjalistów  zajmująca  się
inscenizacją wypadków.

Poruszył nogami i uspokoił się, kiedy przybrały zwykłą pozycję po

obu stronach kolumny kierownicy. Pedały reagowały na nacisk jego
stóp. Maitland przestał interesować się trawą i autostradą za oknami
i  zaczął  drobiazgowy  przegląd  swego  ciała.  Sprawdził  uda  i  brzuch,
strząsnął  okruchy  szkła  z  marynarki  i  obmacał  klatkę  piersiową
szukając śladów złamań.

W  lusterku  obejrzał  głowę.  Na  prawej  skroni  miał  trójkątne

skaleczenie  w  kształcie  kielni.  Czoło  pokrywały  bryzgi  błota  i  oleju,
które  wpadły  przez  wybitą  przednią  szybę.  Maitland  rozmasował
twarz,  żeby  przywrócić  życie  pobladłej  skórze  i  mięśniom.  Jego
mocna  szczęka  i  napięte  policzki  były  zupełnie  pozbawione  krwi.  Z
lusterka  wpatrywały  się  w  niego  oczy  puste  i  nieruchome,  jakby
patrzył na chorego umysłowo brata bliźniaka.

Dlaczego  jechał  tak  szybko?  Wyszedł  z  biura  na  Marylebone  o

trzeciej  chcąc  uniknąć  szczytowego  ruchu  i  miał  dość  czasu,  żeby
jechać  bezpiecznie.  Pamiętał,  jak  wjeżdżał  na  centralne  rondo  Trasy
Zachodniej i dodawał gazu przed tunelem wiaduktu. Miał jeszcze w
uszach  odgłos  opon,  kiedy  tarły  o  betonowy  krawężnik  wznosząc
tuman  kurzu  i  opakowań  po  papierosach.  W  momencie,  kiedy
wyłaniał  się  z  krypty  tunelu,  kwietniowe  słońce  błysnęło  tęczą  na
przedniej szybie oślepiając go na ułamek sekundy…

Rzadko  używany  pas  bezpieczeństwa  zwisał  z  zaczepu  przy  jego

ramieniu.  Maitland  musiał  przyznać,  że  niezmiennie  przekraczał

background image

dozwoloną  szybkość.  Z  chwilą  gdy  znalazł  się  w  samochodzie,  jakiś
atawistyczny  gen,  jakiś  rys  popędliwości,  brał  górę  nad  jego
ostrożnym  zazwyczaj  i  logicznym  charakterem.  Dzisiaj,  kiedy  pędził
autostradą  zmęczony  trzydniową  konferencją  i  rozdwojony
wewnętrznie  tym,  że  miał  zobaczyć  żonę  po  tygodniu  spędzonym  z
Heleną  Fairfax,  nieomal  świadomie  spowodował  wypadek,  może
jako rodzaj dziwacznego usprawiedliwienia.

Kręcąc  głową  nad  samym  sobą  Maitland  wybił  ręką  resztę  szyby.

Zobaczył  zardzewiałe  podwozie  przewróconej  taksówki,  na  której
utknął  jego  Jaguar.  W  pobliżu  leżało  kilka  innych  wraków  na  wpół
zarośniętych  pokrzywami,  odartych  z  opon  i  chromowych  ozdób,  z
pootwieranymi, przeżartymi rdzą drzwiczkami.

Maitland wyszedł z samochodu i stanął w wysokiej po pas trawie.

Kiedy  dla  złapania  równowagi  dotknął  dachu,  gorący  lakier  sparzył
mu dłoń. Za wysokim nasypem nieruchome powietrze było nagrzane
popołudniowym 

słońcem. 

Autostradą 

przejeżdżało 

kilka

samochodów,  widział  ich  dachy  nad  balustradą.  Jaguar  wyrył  w
ubitej ziemi nasypu głębokie koleiny, niczym nacięcia gigantycznego
skalpela,  znaczące  punkt,  w  którym  wyskoczył  z  drogi,  za  tunelem
wiaduktu.  Ten  odcinek  autostrady  wraz  z  drogami  dojazdowymi  na
zachód  od  ronda  został  oddany  do  użytku  zaledwie  przed  dwoma
miesiącami i bariery ochronne miały być dopiero instalowane.

Maitland  brodząc  przez  trawę  podszedł  do  przodu  auta.  Jedno

spojrzenie  wystarczyło,  żeby  stracił  nadzieję  na  dojechanie  do
najbliższego  wjazdu.  Cały  przód  został  wgnieciony,  jak  zapadnięta
twarz. Trzy z czterech reflektorów były stłuczone, atrapa zaś wbita w
plaster  miodu  chłodnicy.  Przy  zderzeniu  silnik  przesunął  się
odkształcając ramę podwozia. W nozdrza Maitlanda, kiedy schylił się,
żeby  obejrzeć  koła,  uderzyła  ostra  woń  płynu  odmrażającego  i
gorącej rdzy.

Do kasacji. Niech to diabli, lubił ten wóz. Przeszedł wśród trawy do

poletka  nagiej  ziemi  między  Jaguarem  a  nasypem.  Ku  jego
zdziwieniu  nikt  jeszcze  nie  przystanął,  żeby  mu  udzielić  pomocy.
Kierowcy  wyjeżdżający  z  mroku  wiaduktu  na  szybki  prawy  wiraż
zalany  popołudniowym  słońcem  byli  widocznie  zbyt  zajęci,  żeby
zauważyć wyłamane drewniane ogrodzenie.

background image

Maitland  spojrzał  na  zegarek.  Trzecia  osiemnaście,  niewiele  ponad

dziesięć  minut  od  wypadku.  Brodząc  w  trawie  odczuwał
oszołomienie,  jak  człowiek,  który  był  przed  chwilą  świadkiem
jakiegoś  wstrząsającego  wydarzenia:  karambolu  na  szosie  lub
publicznej egzekucji… Obiecał ośmioletniemu synowi, że odbierze go
ze  szkoły.  Maitland  wyobrażał  sobie,  jak  David  czeka  w  tej  chwili
cierpliwie przed bramą parku Richmonda obok szpitala wojskowego
nie  podejrzewając,  że  ojciec  jest  sześć  mil  od  niego  uwięziony  przy
rozbitym  samochodzie  u  stóp  nasypu  autostrady.  Jak  na  ironię  przy
tej ciepłej wiosennej pogodzie szereg inwalidów wojennych siedzi na
pewno  w  swoich  fotelach  na  kółkach  przy  bramie  parku
demonstrując  chłopcu  różne  rodzaje  kalectwa,  których  mógł  doznać
jego ojciec.

Maitland wrócił do Jaguara rozgarniając przed sobą szorstką trawę.

Nawet ten niewielki wysiłek wystarczył, by krew napłynęła mu do
twarzy  i  piersi.  Rozejrzał  się  dokoła  po  raz  ostatni  stanowczym
spojrzeniem  człowieka  lustrującego  niemiłe  miejsce,  które  wkrótce
opuści  na  zawsze.  Nadal  był  pod  wpływem  szoku,  ale  zaczynał  już
odczuwać  ból  w  udach  i  klatce  piersiowej.  Siła  uderzenia  rzuciła  go
jak  urwany  worek  bokserski  na  kierownicę;  specjaliści  od
bezpieczeństwa nazywają to skromnie wtórnym zderzeniem. Żeby się
uspokoić, oparł się o bagażnik Jaguara; chciał utrwalić w pamięci to
miejsce  z  bujną  trawą  i  porzuconymi  samochodami,  gdzie  omal  nie
stracił życia.

Osłaniając oczy przed słońcem Maitland stwierdził, że rozbił się na

małej  wyspie,  długiej  może  na  dwieście  jardów  i  trójkątnej  w
kształcie,  położonej  u  zbiegu  trzech  autostrad.  Wierzchołek  wyspy
wskazywał  zachodzące  słońce,  którego  ciepłe  promienie  padały  na
odległe  studia  telewizyjne  White  City.  Podstawę  stanowił  wiadukt
biegnący  w  kierunku  południowym  na  wysokości  siedemdziesięciu
stóp.  Podtrzymywały  go  potężne  betonowe  słupy,  a  jego
sześciopasmową  jezdnię  zasłaniały  bariery  z  blachy  falistej  mające
chronić przed ochlapaniem pojazdy przejeżdżające niżej.

Za  plecami  Maitland  miał  północną  granicę  wyspy,  wysoki  nasyp

Trasy Zachodniej, z której wyskoczył. Przed sobą widział południową
granicę,  stromą  skarpę  trójpasmowej  drogi  bocznej,  łączącej  się  z

background image

autostradą  przy  wierzchołku  wyspy.  To  niedawno  obsiane  trawą
zbocze,  mimo  że  oddalone  nie  więcej  niż  o  sto  jardów,  zdawało  się
być  ukryte  za  przegrzanym  powietrzem  wyspy,  za  zielskiem,
porzuconymi  samochodami  i  sprzętem  budowlanym.  Na  drodze
bocznej  był  ruch,  ale  metalowe  bariery  ochronne  zasłaniały
kierowcom  wyspę.  Wysokie  maszty  trzech  tablic  informacyjnych
wznosiły się z betonowych podstaw wbudowanych w pobocze.

Maitland  odwrócił  się,  kiedy  autostradą  przejeżdżał  autobus  linii

lotniczych.  Udający  się  do  Zurichu,  Stuttgartu  i  Sztokholmu
pasażerowie  siedzieli  na  górnym  piętrze  sztywno  jak  wycieczka
manekinów.  Dwaj  z  nich,  starszy  mężczyzna  w  białym  płaszczu  i
młody  Sikh  w  turbanie  na  małej  głowie,  spojrzeli  z  góry  na
Maitlanda,  krzyżując  z  nim  spojrzenia  na  kilka  sekund.  Maitland
postanowił nie dawać znaków. Co mogli o nim pomyśleć? Z górnego
piętra autobusu jego Jaguar wyglądał zapewne na nie uszkodzony i
mogli go wziąć za jakiegoś inspektora lub inżyniera drogowego.

Pod  wiaduktem,  na  wschodnim  krańcu  wyspy,  płot  z  siatki

oddzielał  trójkąt  ziemi  niczyjej  od  terenu  pełniącego  funkcję
nieoficjalnego  wysypiska  śmieci.  W  cieniu  betonowego  łuku  kryło
się  kilka  uszkodzonych  wozów  meblowych,  stos  zdjętych  tablic
reklamowych,  góry  opon  i  metalowego  złomu.  O  ćwierć  mili  na
wschód  za  wiaduktem  widać  było  za  ogrodzeniem  z  siatki  centrum
handlowe.  Czerwony  piętrowy  autobus  okrążał  mały  plac,  mijając
pasiaste markizy licznych sklepów.

Z wyspy nie było innego wyjścia, jak tylko przez skarpy. Maitland

wyjął  kluczyki  ze  stacyjki  i  otworzył  bagażnik  Jaguara.  Szanse,  że
zabłąkany  włóczęga  albo  zbieracz  złomu  znajdzie  samochód,  były
minimalne:  wyspę  odcinały  od  otaczającego  świata  z  dwóch  stron
strome  zbocza  nasypów  i  druciana  siatka  z  trzeciej.  Obowiązkowe
uporządkowanie  terenu  nie  zostało  jeszcze  wykonane  przez
budowlanych  i  pierwotny  stan  tego  zapuszczonego  kawałka  ziemi  z
jego  rdzewiejącymi  wrakami  i  zielskiem  pozostawał  na  razie
nietknięty.

Maitland  chciał  wyjąć  z  bagażnika  skórzany  neseser  i  o  mało  nie

zemdlał  z  wysiłku.  Krew  natychmiast  odpłynęła  mu  z  głowy.
Zrezygnował i oparł się bezwładnie o otwartą pokrywę bagażnika.

background image

W  wypolerowanym  kołpaku  tylnego  koła  zobaczył  swoje

zniekształcone  odbicie.  Jego  wysoka  sylwetka  była  pogięta,  jak
groteskowy  strach  na  wróble,  a  blada  twarz  rozpływała  się  na
wypukłych powierzchniach karoserii w grymasie szaleńca, z jednym
uchem na szypułce o sześć cali od głowy.

Kraksa  wstrząsnęła  nim  bardziej,  niż  sobie  z  tego  zdawał  sprawę.

Maitland  oceniał  zawartość  bagażnika:  torba  z  narzędziami,  stos
czasopism  architektonicznych  i  kartonowe  pudło  z  sześcioma
butelkami białego Burgunda, które wiózł swojej żonie Catherine. Po
śmierci dziadka w zeszłym roku matka Maitlanda dawała mu wina z
jego zapasów.

– Maitland, przydałoby ci się coś wypić – powiedział do siebie na

głos.  Zamknął  bagażnik,  potem  z  tylnego  siedzenia  wziął  płaszcz
deszczowy,  kapelusz:  i  teczkę.  Zderzenie  wytrząsnęło  spod  siedzeń
garść zapomnianych drobiazgów: do połowy opróżnioną tubę kremu
do golenia, pamiątkę z wakacji, spędzonych z doktor Helen Fairfax w
La  Grandę  Motte,  odbitkę  referatu,  który  wygłosiła  na  seminarium
pediatrycznym, paczkę cienkich papierosów Catherine, które schował,
kiedy usiłował oduczyć ją od palenia.

Z  teczką  w  lewej  ręce,  w  kapeluszu  na  głowie  i  z  płaszczem

przerzuconym  przez  prawe  ramię  Maitland  ruszył  w  stronę  nasypu.
Była trzecia trzydzieści jeden, wciąż niecałe pół godziny od wypadku.

Po raz ostatni spojrzał za siebie na wyspę. Już teraz wysoka po pas

trawa, w której jego niepewne ruchy wokół samochodu pozostawiły
kręte  korytarze,  zaczynała  wstawać,  prawie  zasłaniając  srebrnego
Jaguara.  Nad  wyspą  unosiła  się  słaba  żółta  poświata,  odrażająca
mgła, która zdawała się sączyć z trawy, pokrywając ziemię, jak ropa
niezagojoną ranę.

Pod 

wiaduktem 

zahuczał 

dieslowski 

silnik 

ciężarówki.

Odwróciwszy się plecami do wyspy Maitland podszedł do podnóża
nasypu  i  zaczął  wspinać  się  po  miękkim  zboczu.  Wejdzie  na  nasyp,
zatrzyma przejeżdżający samochód i pojedzie do domu.

background image

2.

NASYP

Ziemia płynęła wokół niego jak ciepła błotnista rzeka. W połowie

skarpy  Maitland  tonął  po  kolana  w  obsuwającym  się  zboczu.  Nie
ubita warstwa gleby, która miała tylko utrzymać nasiona trawy, nie
została  jeszcze  umocniona  źdźbłami  przebijającymi  się  na
powierzchnię.  Maitland  z  wysiłkiem  szukał  jakiegoś  oparcia
używając  teczki  jako  szufli.  Wysiłek  tej  wspinaczki!  wyczerpał  go
prawie zupełnie, lecz zmuszał się do dalszej pracy.

Poczuwszy  smak  krwi  w  ustach  zatrzymał  się  i  usiadł.  Kucnął  na

sypkim  zboczu,  wyjął  z  kieszeni  chustkę  i  dotknął  języka  i  warg.
Czerwona plama utworzyła odbicie jego ust, jak zakazany pocałunek.
Maitland  pomacał  wrażliwą  skórę  na  prawej  skroni  i  policzku.
Skaleczenie  biegło  od  ucha  do  prawej  dziurki  od  nosa.  Przyciskając
palec pod nosem wyczuwał skaleczone dziąsło i ruszający się kieł.

Zatrzymawszy  się  dla  złapania  tchu,  Maitland  słuchał  odgłosów

nad głową. Tunel pod wiaduktem rozbrzmiewał nieustannie hukiem
silników.  Po  drugiej  stronie  wyspy  na  drodze  dojazdowej  był  teraz
duży  ruch  i  Maitland  machał  płaszczem  do  przejeżdżających
samochodów,  kierowcy  jednak  wpatrywali  się  w  drogowskazy  nad
głową przed wjazdem na autostradę.

W  popołudniowym  świetle  rysowały  się  wieżyce  dalekich

biurowców.  Przeszukując  wzrokiem  ciepłą  mgłę  nad  Marylebone
prawie rozpoznawał swój budynek. Gdzieś tam za szklaną ścianą na
siedemnastym  piętrze  jego  sekretarka  przepisywała  na  maszynie
porządek  dzienny  posiedzenia  komisji  finansowej  mającej  się  odbyć
w przyszłym tygodniu, ani przez chwilę nie podejrzewając, że jej szef

background image

brocząc krwią siedzi na nasypie autostrady.

Jego  ramionami  wstrząsnął  gwałtowny  dreszcz,  który  odczuł  aż  w

przeponie. Z trudem opanował skurcz, przełknął flegmę podchodzącą
do gardła i spojrzał na Jaguara, wracając myślą do wypadku. To była
głupota,  że  zlekceważył  ograniczenie  prędkości.  Nie  mógł  się
doczekać, kiedy znów zobaczy Catherine i odetchnie w ich chłodnym,
surowym mieszkaniu z dużymi, białymi pokojami. Po kilku dniach z
Helen  Fairfax  czuł,  że  się  dusi  w  ciepłym,  przytulnym  mieszkaniu
rozsądnej lekarki.

Wstał i bokiem zaczął się wspinać po stoku.
O  dziesięć  stóp  nad  głową  miał  twarde  pobocze  autostrady  i

barierę z drewnianych kozłów. Rzucił w górę teczkę i poruszając się
jak krab na stopach i łokciach wdrapał się wyżej, aż sięgnął obiema
rękami betonowego krawężnika i wciągnął się na drogę.

Wyczerpany  wspinaczką  usiadł  chwiejnie  na  drewnianym  koźle  i

wytarł  ręce  o  spodnie.  Teczka  i  płaszcz  leżały  u  jego  stóp  w  postaci
brudnego  tobołka,  jak  bagaż  włóczęgi.  Koszula  pod  marynarką
przemokła  od  potu.  W  ustach  miał  pełno  krwi  i  połykał  ją  bez
przerwy.

Wstał  i  zwrócił  się  w  stronę  nadjeżdżających  samochodów.  Trzy

rzędy  pojazdów  pędziły  w  jego  kierunku.  Wypadały  z  tunelu  pod
wiaduktem i przyśpieszały na łuku. Zaczęła się godzina szczytowego
ruchu.  Potęgowany  przez  ściany  i  dach  tunelu  hałas  odbijał  się  od
betonu wokół Maitlanda zagłuszając jego pierwsze okrzyki. Co jakiś
czas pojawiał się między mknącymi pojazdami niewielki odstęp, ale
nawet podczas tych pierwszych minut, kiedy Maitland stał machając
teczką i płaszczem, setki samochodów wiozących swoich kierowców
do domu jechały stłoczone prawie zderzak w zderzak.

Maitland  postawił  teczkę  patrząc  na  sznur  mijających  go  z  sykiem

maszyn.  Czerwone  sosnowe  kozły  potrącane  przez  przyśpieszające
wozy  tworzyły  nieciągłą  linię.  Nisko  na  zachodniej  stronie  nieba
jaskrawe  słońce  świeciło  prosto  w  oczy  kierowcom  wyjeżdżającym
spod wiaduktu na szybki wiraż w prawo.

Maitland spojrzał na siebie. Marynarkę i spodnie miał przepocone,

ubrudzone gliną i smarem: nawet jeżeli go ktoś zauważy, nie będzie
skory, żeby go podwieźć. Poza tym było prawie niemożliwe zwolnić

background image

tutaj  i  stanąć.  Napór  innych  samochodów  za  plecami,  uwolnionych
wreszcie  od  długich  ciężarówek,  które  zawsze  blokowały  ruch  na
Trasie  Zachodniej  w  godzinach  szczytu,  zmuszał  do  bezwzględnej
jazdy przed siebie.

Chcąc  się  ustawić  w  bardziej  widocznym  punkcie  Maitland  zrobił

parę  kroków  po  wąskim  poboczu.  Na  szybkim  wirażu  nie
przewidziano miejsca dla pieszych i samochody, pędzące z prędkością
sześćdziesięciu mil, prawie ocierały się o niego. Nadal niosąc teczkę i
płaszcz  posuwał  się  wzdłuż  linii  kozłów,  odsuwając  je  kolejno  z
drogi.  Wymachiwał  kapeluszem  w  wypełnionym  spalinami
powietrzu i krzyczał przez ramię w ryku silników:

– Pomocy…! Stop…! Proszę zjechać…!
Dwa  kozły,  przewrócone  jeden  na  drugi  przez  przejeżdżającą

ciężarówkę,  zagrodziły  mu  drogę.  Rzędy  pojazdów  przepływały
skręcając  pod  tablicą  kierunkową  na  autostradę.  Światełka  stopu
błyskały i słońce odbijało się od szyb elektrycznymi lancami.

Za  plecami  Maitlanda,  kiedy  omijał  kozły,  zabeczał  ostrzegawczo

klakson.  Samochód  przemknął  o  cal  od  jego  prawego  biodra,
gniewny  pasażer  odwrócił  się  w  oknie.  Maitland  odsunął  się  i
zobaczył  na  najbliższym  paśmie  biały  korpus  wozu  policyjnego.
Jechał  z  równomierną  prędkością  pięćdziesięciu  mil  na  godzinę,  o
kilka  stóp  za  zderzakiem  poprzedzającego  go  samochodu,  ale
kierowca obejrzał się na Maitlanda.

– Stać…! Policja…!
Maitland machał i kapeluszem, i teczką, ale fala pojazdów uniosła

samochód policyjny. Próbując biec za nim Maitland omal nie został
potrącony  błotnikiem  taksówki.  Czarna  limuzyna  wyskoczyła  na
niego  z  tunelu,  umundurowany  kierowca  dostrzegł  go  w  ostatniej
chwili.

Uświadomiwszy  sobie,  że  może  być  przygnieciony  do  kozłów,

Maitland  odsunął  się  od  nich.  Piekła  go  prawa  ręka  uderzona  przez
samochód.  Skóra  została  zdarta  o  skraj  szyby  albo  boczne  lusterko.
Owinął ranę zakrwawioną chustką do nosa.

W  odległości  kilkuset  kroków,  po  drugiej  stronie  wiaduktu,  stała

budka  telefoniczna,  ale  wiedział,  że  wejście  do  tunelu  oznaczało
śmierć.  Maitland  cofnął  się  skrajem  drogi  i  zajął  stanowisko  w

background image

miejscu,  gdzie  jego  Jaguar  wyskoczył  z  trasy.  Włożył  płaszcz,
pozapinał  się  schludnie,  poprawił  kapelusz  i  machał  spokojnie  na
przejeżdżające samochody.

Z  zimną  wściekłością  wykrzykiwał  jej  imię  ku  samochodom,  jak

dziecko  rzucając  nim  w  skręcające  światła.  Zatoczył  się  z  powrotem
na  drogę,  blokując  skrajne  pasmo  i  wymachując  teczką,  jak  oszalały
sędzia  na  torze  wyścigowym.  Ku  jego  zdziwieniu  ruch  jakby
zareagował  i  z  lekka  się  przerzedził.  Po  raz  pierwszy  pojawiła  się  w
strumieniu  pojazdów  przerwa  i  można  było  poprzez  tunel  dostrzec
skrzyżowanie Trasy Zachodniej.

Po drugiej stronie jezdni ciągnął się środkowy pas, wąska wysepka

szerokości czterech stóp, ze ścieżką dla pracowników obsługi między
dwiema barierami ochronnymi. Maitland oparł się o kozioł, usiłując
skoncentrować  się  za  wszelką  cenę.  Miał  świadomość,  że  połowa
jego umysłu pogrążona jest w pijackim delirium, ale z trudem udało
mu się opanować. Jeżeli zdoła przedostać się na drugą stronę jezdni,
będzie mógł cofnąć się do skrzyżowania, gdzie był telefon alarmowy.
Wyprostował się, zły, że stracił tyle czasu. Z rozjaśnioną głową czekał
na  przerwę  w  strumieniu  pojazdów.  Zbliżała  się  procesja  kilkunastu
samochodów,  za  nią  druga  grupa  z  autobusem  linii  lotniczych  na
końcu.  Przejechała  ciężarówka  holująca  uszkodzony  mikrobus  i
zasłoniła  widok  Maitlandowi,  kiedy  pochylony  obserwował  w
mroku grę świateł na podjeździe do tunelu.

Na  drodze  nie  było  żadnego  wozu  poza  piętrową  przyczepą  do

przewozu  samochodów.  Kierowca  zrobił  gest,  jakby  proponował
Maitlandowi  podwiezienie.  Maitland  zignorował  go,  czekając
niecierpliwie,  aż  przetoczy  się  długa  przyczepa.  Miał  wolną  drogę
przed  następną  serią  zbliżających  się  reflektorów.  Ściskając  teczkę
ruszył biegiem przez jezdnię.

Był w połowie drogi, kiedy usłyszał bek ostrzegawczego klaksonu.

Przez ramię dostrzegł prawie niewidoczny niski korpus białego wozu
sportowego,  jadącego  bez  świateł.  Maitland  stanął  i  zawrócił,  ale
samochód  był  już  prawie  na  nim,  a  młody  kierowca  mocował  się  z
kierownicą usiłując opanować poślizg. Maitland poczuł, że samochód
leci  w  powietrzu  prosto  na  niego.  Zanim  zdążył  krzyknąć,  wóz
uderzył  w  drewniany  kozioł,  który  Maitland  kopnął  na  jezdnię.

background image

Sosnowe belki rzucane w jego stronę zbiły go z nóg i poleciał do tyłu
w ciemność.

background image

3.

KONTUZJA I WYCZERPANIE

– … Catherine… Catherine…
Dźwięk  imienia  jego  żony  płynął  przez  cichą  trawę.  Leżąc  u

podnóża  nasypu  Maitland  wsłuchiwał  się  w  echo  tych  sylab  we
wnętrzu własnej głowy. Kiedy go obudziły, uświadomił sobie, że to
on  sam  je  wymawia.  Ciche  dźwięki  słychać  było  w  ciemnościach.
Hałas samochodów umilkł i na nasypie zapanowała cisza. W oddali,
za  centralnym  rozjazdem  Trasy  Zachodniej,  kierowca  nocnej
ciężarówki skierował swój ciężko huczący pojazd na północ.

Maitland  leżał  w  ciemności  z  głową  na  miękkim  zboczu  nasypu.

Nogi  miał  ukryte  w  wysokim  zielsku.  Przed  nim  trzy  pasma  drogi
bocznej były puste. W jednostajnym żółtym blasku lamp sodowych
wznosiła  się  tablica  kierunkowa.  Myśląc  o  imieniu  żony  Maitland
mimowolnie  spojrzał  na  zachód.  Na  tle  wieczornej  łuny  miasta
ciemne  sylwetki  wieżowców  wisiały  w  nocnym  powietrzu  jak
prostokątne planety.

Po  raz  pierwszy  od  chwili  wypadku  myślał  zupełnie  jasno.

Skaleczenia na skroni i górnej szczęce, podobnie jak stłuczenia nóg i
tułowia,  były  ściśle  umiejscowione  i  określone,  nie  obciążając
umysłu.  Wiedział  już,  że  prawą  nogę  ma  poważnie  uszkodzoną.
Rozlegle  skaleczenie  ciągnęło  się  od  biodra  w  dół  po  zewnętrznej
stronie  uda.  Przez  poszarpane  spodnie  dotknął  bolesnego  miejsca,
spuchniętej, broczącej pręgi, która zostawiła wilgotny ślad na palcach.
Wyglądało,  że  kość  biodrowa  została  wbita  w  głąb  miednicy,  a
przemieszczone  nerwy  i  naczynia  krwionośne  pulsowały  wśród
pozrywanych mięśni, usiłując wrócić na swoje miejsca.

background image

Maitland  obiema  rękami  badał  uszkodzone  udo.  Była  pierwsza

czterdzieści  pięć  w  nocy.  W  odległości  dwudziestu  jardów  srebrny
dach  Jaguara  odbijał  dalekie  światła  autostrady.  Usiadł  zaciskając
pięści,  żeby  stłumić  mimowolny  krzyk.  Uświadomił  sobie,  że
pozostał  mu  ograniczony  zapas  energii,  może  na  pół  godziny
intensywnego wysiłku. Przewrócił się na bok, wyciągnął lewą nogę
z zielska i podniósł się na klęczki. Kurczowo łapiąc oddech nie starał
się  już  panować  nad  odruchami.  Oparł  się  bezradnie  o  nasyp,
zanurzając dłonie głęboko w chłodną ziemię. Lekka rosa zdążyła już
przesycić  poszarpane  ubranie,  ziębiąc  skórę.  Spojrzał  w  górę  na
strome zbocze i roześmiał się na głos.

– Jakże, do diabła, mam na to wleźć…? Równie dobrze mógłby to

być Mount Everest.

Kiedy tak klęczał, zmagając się z bólem w kontuzjowanym biodrze,

cała sytuacja wydała mu się za daleko posuniętym kiepskim żartem.
Wadliwa  ścianka  dętki,  uderzenie  w  głowę  i  nagle  wypadł  z
rzeczywistości.  Myślał  o  Helenie  Fairfax,  która  śpi  w  swoim
mieszkaniu,  jak  zwykle  na  lewej  połowie  szerokiego  łoża
wypełniającego  małą  sypialnię,  z  głową  na  prawej  poduszce,  jakby
zleciła  różnym  częściom  swojego  ciała  reprezentowanie  zarówno
siebie,  jak  i  Maitlanda.  Dziwne,  ale  ta  spokojna  i  kompetentna
lekarka sypiała niespokojnie. W przeciwieństwie do Catherine, która
spała  pogodnie  w  swojej  białej  sypialni,  ze  smugą  księżycowego
światła na bladej szyi. Właściwie całe miasto spało, stanowiąc część
rozległej  nieprzytomnej  Europy,  podczas  gdy  on  pełzał  po
zapomnianej  wyspie  między  szosami,  jak  nocna  zmora  tego
pogrążonego we śnie kontynentu.

Sufit  tunelu  rozbłysnął  reflektorami.  Na  cichej  autostradzie

zawarczał samochód.

– Ratunku… Stać…
Maitland  bezmyślnie  zamachał  ręką.  Słuchał  oddalającego  się

odgłosu  samochodu,  który  wiózł  wygodnie  swojego  kierowcę  z
kluczami w kieszeni do ciepłego łóżka.

– Cóż… Spróbujemy jeszcze raz…
Wlokąc za sobą uszkodzoną nogę wspiął się kawałek po nasypie i

upadł na miękką ziemię. Nawet ten niewielki wysiłek zwielokrotnił

background image

ból  w  stawie  biodrowym.  Nie  mogąc  się  ruszyć  klęczał  z  twarzą  w
rozgrzebanej  ziemi,  czując  jej  chłód  na  policzku.  Wiedział  już,  że
nigdy  nie  zdoła  wdrapać  się  na  nasyp,  ale  nadal  próbował
podciągnąć się po zboczu rozgarniając sypki grunt na swojej drodze,
posuwając się z wysiłkiem po ruchomej pochyłości jak ranny wąż.

– Catherine…
Po raz ostatni wyszeptał jej imię, doskonale zdając sobie sprawę, że

w  jakiś  niejasny  sposób  obarcza  ją  odpowiedzialnością  za  swoją
sytuację, za ból w zranionej nodze i za zimne nocne powietrze, które
przylegało  do  ciała  jak  wilgotny  całun.  Po  krótkim  przypływie
nadziei opanowało go dojmujące poczucie klęski. Catherine nie tylko
pomyśli, że został na noc u Helen Fairfax, ale co gorsza nie przejmie
się  tym  specjalnie.  Ale  to  on  sam  prawie  świadomie  stworzył  tę
sytuację, jakby przygotowując grunt pod swój wypadek…

Na autostradach panowały noc i cisza. Sodowe lampy oświetlały z

góry  wysokie  przęsło  wiaduktu,  wznoszące  się  w  górę,  niby  jakieś
zapomniane tylne wejście do nieba. Maitland podniósł się na lewej
nodze,  opierając  się  rękami  o  zbocze  nasypu.  Prawa  noga  zwisała
przed nim, jak przytroczone do pasa martwe zwierzę. Wysokie zielsko
falowało  na  nocnym  wietrze,  korytarz  przygniecionej  trawy  znaczył
drogę, którą przebył po południu. Podtrzymując chorą nogę obiema
rękami, pokuśtykał przez trawę.

Dostrzegł  srebrny  korpus  swojego  wozu  między  zrujnowanymi

wrakami.  Ich  rdzewiejące  nadwozia,  na  wpół  zasłonięte  zielskiem,
były  prawie  niewidoczne.  Maitland  wyciągnął  rękę  do  drzwiczek
auta.  Wyczerpany,  miał  się  już  wczołgać  na  tylne  siedzenie,  kiedy
przypomniał  sobie  o  pudle  z  winem.  Dowlókł  się  do  tyłu  wozu  i
otworzył  bagażnik.  Wyjął  butelkę  białego  Burgunda  i  niezręcznie
odwinął ją z papieru. Otworzywszy torbę z narzędziami wybrał klucz
do nakrętek. Za drugim uderzeniem utrącił szyjkę butelki. Klarowny
płyn ochlapał mu stopy.

Siedząc niewygodnie na tylnej kanapie Jaguara pociągnął pierwszy

łyk  ciepłego  Burgunda.  Skrzywił  się,  kiedy  od  alkoholu  zapiekły
rozcięte usta i dziąsła. Po kilku sekundach wino rozgrzało mu pierś i
poczuł  pulsowanie  krwi  w  zranionym  udzie.  Ułożywszy  nogę  na
siedzeniu  Maitland  systematycznie  opróżniał  butelkę.  Poczuł,  że

background image

stopniowo  ból  w  biodrze  zaczyna  ustępować.  Wkrótce  był  już  zbyt
pijany,  żeby  skoncentrować  wzrok  na  zegarku,  i  odrzucił  wszelkie
poczucie czasu. Poruszana podmuchem nocnego wiatru trawa ocierała
się  o  szyby,  zasłaniając  nasypy  dróg.  Maitland  leżał  z  butelką  w
dłoniach,  z  głową  wciśniętą  w  róg  oparcia.  Ogniska  bólu,  które
pokrywały  jego  pierś  i  nogi  jak  ciąg  konstelacji,  zaczynały  jedno  za
drugim  zanikać,  aż  mapa  ran,  w  jaką  zmieniło  się  jego  ciało,  zgasła
jak martwe niebo.

Opanowując uczucie litości nad sobą pomyślał znów o Catherine i

o  synu.  Przypomniał  sobie  zimne  uniesienie,  z  jakim  zataczał  się  po
szosie,  wykrzykując  do  samochodów  imię  żony.  Właściwie  to
powinien  być  jej  wdzięczny  za  to,  że  go  tu  wysadziła.  Większość
szczęśliwszych  chwil  życia  spędził  samotnie:  na  wędrówce  po
Włoszech  i  Grecji  podczas  studenckich  wakacji,  na  trzymiesięcznym
zwiedzaniu  Stanów  Zjednoczonych  po  egzaminach.  Już  wiele  lat
temu  zrewidował  mitologię  swojego  dzieciństwa.  Zachowany  w
umyśle  obraz  małego  chłopca  bawiącego  się  zawsze  w  długim
podmiejskim  ogrodzie  otoczonym  wysokim  murem  stał  się  dziwnie
pokrzepiający.  To  nie  tylko  próżność  sprawiła,  że  oprawiona
fotografia  siedmioletniego  chłopca  w  szufladzie  biurka  w  pracy
przedstawiała  nie  syna,  ale  jego  samego.  Może  małżeństwo  z
Catherine,  nieudane  z  punktu  widzenia  ogólnie  przyjętych  norm,
było  udane  właśnie  dlatego,  że  odtwarzało  dla  niego  ten
wyidealizowany pusty ogród.

Trzy  godziny  przed  świtem  zapadł  w  sen  ukołysany  obtłuczoną

butelką.

background image

4.

ZBIORNIK WODY

Ocknął się w pełnym blasku dnia. Trawa ocierała się o szybę przy

jego  głowie,  tańcząc  niecierpliwego  menueta,  jakby  starała  się  go
dobudzić  już  od  pewnego  czasu.  Prostokąt  ciepłego  słońca  przecinał
jego  ciało.  Nie  mogąc  się  przez  kilka  chwil  poruszyć,  przetarł
zabrudzoną  smarem  tarczę  zegarka  na  ręku.  Była  ósma  dwadzieścia
pięć. Leżał sztywno wyciągnięty na tylnym siedzeniu swojego wozu.
Nasypy autostrad były niewidoczne, ale jednostajny łoskot, groźny a
jednak  w  pewien  sposób  uspokajający,  niczym  podkład  dźwiękowy
dobrze znanego koszmaru, przypominał mu, gdzie się znajduje.

Zbliżała się poranna godzina szczytu, tysiące pojazdów ściągały do

centrum  Londynu.  Nad  gardłowym  pomrukiem  dieslów  i  ciągłym
hukiem  samochodów  przejeżdżających  pod  wiaduktem  górowały
klaksony.

Pod prawą ręką miał butelkę po winie, utrącona szyjka kłuła go w

łokieć.  Maitland  usiadł,  przypomniawszy  sobie  znieczulenie,  które
mu  przyniósł  alkohol.  Pamiętał  również,  jak  zwyrodniałe
wspomnienie ukrywające się w zakamarkach mózgu, krótki wybuch
litości nad sobą.

Spojrzał na siebie, z trudem poznając sponiewieraną postać siedzącą

w  samochodzie.  Marynarkę  i  spodnie  miał  zaplamione  smarem  i
krwią.  Smar  pokrywał  też  stłuczenie  na  prawej  ręce,  tam  gdzie
uderzył  go  przejeżdżający  samochód.  Prawe  udo  i  biodro  spuchły,
tworząc  jedną  całość  a  główka  kości  udowej  zdawała  się  być
stopiona z uszkodzoną panewką stawu biodrowego. Maitłand oparł
się  o  przedni  fotel.  Stłuczenia  i  obtarcia  pokrywały  jego  ciało  niby

background image

klapki rejestrów w jakimś wymyślnym instrumencie muzycznym.

– Maitland, nikt ci w to nie uwierzy… – Słowa wypowiedziane na

głos,  jako  sygnał  samorozpoznawczy,  uświadomiły  mu  stopień
uszkodzenia  ust.  Masując  pokaleczone  dziąsła  uśmiechnął  się  do
siebie  z  wisielczym  humorem  i  zerknął  do  lusterka.  Sina  pręga
przecinała  ukośnie  prawą  stronę  twarzy  jak  połówka  przesadnego
operetkowego wąsa.

Czas się stąd wydostać… Rozejrzał się wzdłuż nasypu szosy. Dachy

autobusów  linii  lotniczych  i  wysokich  ciężarówek  płynęły  w
kierunku  wschodnim.  Pasma  zachodnie  były  prawie  puste.  Wóz
dostawczy  i  dwa  autobusy  pasażerskie  przemknęły  w  kierunku
przedmieść.  Jeżeli  tylko  uda  mu  się  wdrapać  na  drogę,  na  pewno
zatrzyma jakiegoś kierowcę.

Znaleźć  budkę  telefoniczną,  Szpital  Hammersmith,  zadzwonić  do

Catherine  i  do  biura…  –  układając  w  myśli  plan  działania  Maitland
otworzył drzwiczki i wydostał się na słońce. Dźwignął prawą nogę w
obu rękach jak połeć mięsa i postawił ją na ziemi. Wyczerpany tym
niewielkim wysiłkiem oparł się chwiejnie o drzwi. Głębokie ostrogi
bólu sięgnęły od biodra do pachwiny i pośladków. Stojąc bez ruchu
mógł z trudem oprzeć się na uszkodzonej nodze. Wczepił się w listwę
bagażnika  na  dachu  i  patrzył  na  samochody  przejeżdżające
autostradą. Kierowcy opuścili osłony, chroniąc oczy przed porannym
słońcem.  Nie  widzieli  obszarpanej  postaci  stojącej  wśród
porzuconych samochodów.

Chłodny  powiew  uderzał  w  pierś  Maitlanda.  Nawet  w  bladym

słońcu  czuł  zimno  i  znużenie.  Jedynie  dzięki  silnemu  organizmowi
przetrwał  katastrofę  i  potrącenie  na  autostradzie.  Kradziony  wóz
sportowy,  niewłączone  światła,  brak  prawa  jazdy;  dziesięć  do
jednego, że młody kierowca nie zamelduje o potrąceniu Maitlanda.

Podniósł chorą nogę i postawił ją w trawie przed sobą. Pomyślał o

winie w bagażniku Jaguara, ale wiedział, że Burgund uderzyłby mu
od razu do głowy. Do licha z winem, pomyślał. Wystarczy upaść w
tym  wysokim  zielsku  i  nikt  nigdy  człowieka  nie  znajdzie.  Będzie
leżał, aż umrze.

Zrobiwszy wymach rękami zdołał skoczyć na jednej nodze. Chwycił

się wysokiej trawy, żeby nie upaść.

background image

– Maitland, to ci zajmie cały dzień…
Zrobił  drugi  krok.  Chwytając  kurczowo  powietrze  patrzył  na

autobus  linii  lotniczej  jadący  w  kierunku  zachodnim.  Żaden  z
pasażerów  nie  spojrzał  w  dół  na  wyspę.  Zebrawszy  siły  Maitland
zrobił  jeszcze  trzy  kroki,  docierając  prawie  do  leżącego  na  boku
granatowego  korpusu  furgonetki.  Kiedy  wyciągnął  rękę  w  stronę
zardzewiałego podwozia, potknął się chorą nogą o porzuconą oponę.
Lewa noga ugięła się pod nim i upadł w wysokie zielsko.

Leżał bez ruchu w tej wilgotnej altanie. Kiedy złapał oddech, otarł

wilgotną  trawą  pokaleczone  usta.  Wciąż  jeszcze  był  o  dwadzieścia
stóp  od  nasypu;  nawet  gdyby  tam  dotarł,  nigdy  nie  zdoła  wdrapać
się na strome, osypujące się zbocze.

Uniósł się na rękach do pozycji siedzącej. Nad jego głową sterczała

zardzewiała  oś  furgonetki.  Silnik  i  opony  wymontowano,  i  rura
wydechowa  zwisała  luźno  z  silnika.  Maitland  złapał  ją  i  zaczął
szarpać  oburącz.  Po  chwili  wyrwał  długi  kawał  zardzewiałej  rury  i
wyciągnął  zza  tylnej  osi.  Jego  silne  ręce  wygięły  jeden  koniec  w
toporny uchwyt.

–  Dobrze…!  Teraz  gdzieś  dojdziemy…  –  Maitland  natychmiast

poczuł  się  pewniej.  Podniósł  się  na  improwizowanym  szczudle  i
pokuśtykał nie dotykając chorą nogą ziemi.

Dotarł  do  podnóża  nasypu  i  zaczął  machać  ręką,  pokrzykując  do

nielicznych samochodów zmierzających na zachód. Nikt z kierowców
nie  mógł  go  zobaczyć  ani  tym  bardziej  usłyszeć  jego  ochrypłych
nawoływań  i  Maitland  ucichł,  żeby  oszczędzać  siły.  Spróbował
wdrapać  się  na  nasyp,  ale  po  kilku  krokach  opadł  bezwładnie  na
błotnisty stok.

Z rozmysłem odwrócił się plecami do autostrady i po raz pierwszy

zaczął dokonywać przeglądu wyspy.

–  Maitland,  biedaku,  zostałeś  tu  wyrzucony  jak  Crusoe.  Jeżeli  nie

będziesz uważać, utkniesz tu na zawsze…

To, co powiedział, było prawdą. Ten kawałek zapomnianej ziemi u

zbiegu trzech tras stanowił dosłownie bezludną wyspę. Wściekły na
siebie,  Maitland  podniósł  szczudło,  żeby  uderzyć  tę  bezwartościową
ziemię.

Pokuśtykał  z  powrotem  do  swojego  wozu.  Na  zachód  od

background image

złomowiska  wszedł  na  lekkie  wzniesienie.  Zatrzymał  się  tam,  żeby
przebiec  wzrokiem  brzegi  wyspy  w  poszukiwaniu  jakichś  schodów
lub studzienki. Pod wiaduktem płot z siatki stanowił jednolity ekran
biegnący  między  dwoma  betonowymi  skarpami.  Zbocze  po  stronie
drogi  dojazdowej  miało  przeszło  trzydzieści  stóp  wysokości  i  było
jeszcze  bardziej  strome  niż  zbocze  po  stronie  autostrady.  U  zbiegu
obu  dróg,  przy  zachodnim  wierzchołku  wyspy,  ziemne  nasypy
ustępowały pionowym ścianom z betonu.

Maitland  pokuśtykał  dalej  w  stronę  auta,  zatrzymując  się  co  kilka

kroków,  żeby  przygnieść  wysokie  zielsko  zagradzające  mu  drogę.
Kiedy dotarł do samochodu, otworzył bagażnik i starannie przeliczył
pięć butelek Burgunda, wyjmując każdą po kolei z kartonu; jakby ten
czarodziejski  napój  stanowił  jedyny  element  rzeczywistości,  jaki  mu
pozostał.

Wyciągnął rękę po ciężki klucz.
–  No  cóż,  Maitland  –  powiedział  do  siebie  –  trochę  wcześnie  na

picie,  ale  bar  jest  czynny.  Zaczekaj  jednak  chwilę.  Myślę,  że
potrzebujesz wpierw wody.

Podczas gdy słońce wznosiło się wyżej, ogrzewając jego zziębnięte

ciało,  przyszło  mu  na  myśl,  że  nawet  kilka  łyków  wina  na  pusty
żołądek  wprawi  go  w  alkoholowe  otępienie.  Gdzieś  wśród  tych
samochodów powinna być woda.

Chłodnica.  Zatrzasnąwszy  wieko  bagażnika  Maitland  złapał  swoje

szczudło i pokuśtykał do przedniej części samochodu. Wcisnął się pod
błotnik  i  pokaleczonymi  rękami  szukał  wśród  linek  hamulcowych  i
resorów  dolnego  skraju  chłodnicy.  Znalazł  kurek  i  odkręcił  go
wysiłkiem, chwytając w dłonie płyn, który wystrzelił z otworu.

Glikol!  Wypluł  gorzki  płyn  i  spojrzał  na  zieloną  plamę  na  dłoni.

Gryzący smak rdzawej, wody przyprawił go o ból gardła.

Mimo  to  poczuł,  że  myśli  jaśniej.  Przechylił  się  przez  siedzenie

kierowcy  i  zwolnił  zamek  maski.  Potem  wyprostował  się,  uniósł
ciężką maskę i zajrzał do środka. Jego ręce wyciągnęły się po zbiornik
z wodą do wycieraczek. Końcem szczudła ukręcił metalowy uchwyt i
oderwał plastykowy pojemnik od przewodów.

Był prawie pełen i zawierał czystą wodę. Smakując chłodną strużkę

Maitland  oparł  się  o  samochód  i  machał  szczudłem  na  wozy

background image

przejeżdżające autostradą. Nawet ten niewielki sukces, jak znalezienie
wody,  podreperował  jego  samopoczucie  i  wzmocnił  wolę.  Podczas
pierwszych  godzin  na  wyspie  zbyt  pochopnie  uznał,  że  pomoc
nadejdzie 

automatycznie, 

że 

nawet 

słabe 

machanie 

do

przejeżdżającego samochodu przyniesie natychmiastowy ratunek.

Wypił połowę wody, ostrożnie przepłukując pokaleczone usta. Czuł

przyjemną rześkość, woda podziałała na jego nerwy i arterie jak iskra
elektryczna.  Kuśtykając  dokoła  samochodu  poklepał  dach  z  niemal
dziecięcą  radością.  Wsunął  się  na  bagażnik  i  usiadł,  patrząc  ponad
nierówną  powierzchnią  wyspy  na  płot  z  siatki.  W  torbie  z
narzędziami  Jaguara  było  aż  nadto  narzędzi,  żeby  zrobić  dziurę  w
drucianej siatce.

Śmiejąc  się  cicho  do  siebie  Maitland  oparł  się  o  tylną  szybę  auta.

Nie  wiadomo  dlaczego  doznał  nagłego  i  przemożnego  uczucia  ulgi.
Podniósł  zbiornik  w  górę  i  potrząsnął  przezroczystym  płynem.  Był
teraz  pewien,  że  się  stąd  wydostanie.  Pomimo  ran  i  uszkodzenia
wozu,  jego  wcześniejszy  strach,  że  może  utknąć  na  tej  wyspie  na
zawsze, wydał mu się prawie paranoidalny.

Śmiał  się  jeszcze  w  kilka  chwil  później,  kiedy  otwarty  samochód

jadący  w  kierunku  zachodnim  zwolnił.  Kierowca,  amerykański
żołnierz  w  mundurze,  spojrzał  dobrodusznie  na  Maitlanda,  którego
wyraźnie  uznał  za  włóczęgę  raczącego  się  pierwszym  tego  dnia
łykiem  alkoholu.  Zrobił  gest  kciukiem,  proponując  Maitlandowi
podwiezienie.  Zanim  Maitland  zdążył  się  opanować  i  uświadomić
sobie, że był to jedyny kierowca od czasu wypadku zdradzający chęć
zatrzymania  się,  Amerykanin  pomachał  mu  na  pożegnanie  i
przyśpieszył.

background image

5.

PŁOT GRANICZNY

Wziąwszy  się  w  garść,  jak  stary  kapral,  Maitland  ześliznął  się  z

bagażnika Jaguara. Nie zwracając uwagi na ból uda oparł się mocno
o  samochód  i  zamachał  szczudłem,  usiłując  przywołać  kierowcę,
który  tymczasem  znikł.  Trzeźwym  okiem  Maitland  spojrzał  z  odrazą
na swoją okaleczoną nogę i zniszczone ubranie, zły na siebie, że uległ
przez  chwilę  młodzieńczej  histerii.  W  wypadku  nie  tylko  rozbił  się
samochód,  ale  widocznie  i  jego  mózg  obluzował  się  na  swoich
zawiasach.

Wsunął sobie szczudło pod prawą pachę. Miał świadomość, że stać

go  na  wykonanie  tylko  najprostszych  działań  fizycznych.  Brudna  i
kaleka  postać,  której  zniekształcone  odbicie  błysnęło  w  pokrywie
bagażnika,  w  pełni  określiła  jego  sytuację  na  wyspie,  człowieka
zabłąkanego  wśród  tych  betonowych  dróg,  bez  umiejętności
praktycznych i zdolności przetrwania.

Nawet  nie  chodzi  o  stronę  psychiczną,  pomyślał  Maitland.  W

dzisiejszych czasach człowiek musi mieć wbudowany w mózg pełny
zestaw  narzędzi  ratunkowych.  plus  przyśpieszony  kurs  pierwszej
pomocy w sytuacjach awaryjnych, rzeczywistych lub wyobrażonych.

– Klucz francuski, wkrętak, klucz do nakrętek… – Maitland starannie

przeszukiwał skrzynkę z narzędziami. Mówił do siebie na głos, jakby
strofując niezdarnego rekruta, wyładowywał złość na samego siebie.

Przełożywszy  narzędzia  do  kieszeni  marynarki  poprawił  szczudło  i

ruszył  w  stronę  wiaduktu,  nie  zwracając  uwagi  na  samochody
przejeżdżające  autostradą.  Było  tuż  po  dziewiątej  i  ruch  osłabł  po
porannym  szczycie.  Ciepło  słoneczne  już  wyciągało  z  wilgotnych

background image

traw  słabą  żółtą  mgiełkę,  która  wisiała  nad  wyspą  poprzedniego
popołudnia, rozmywając kontury otaczających ją ścian.

Kuśtykając  tak  Maitland  przypomniał  sobie,  że  Catherine  odbiera

tego ranka nowy samochód z japońskiej firmy. Helen Fairfax będzie
zajęta  w  klinice  pediatrycznej;  jak  na  ironię  żadna  nie  spróbuje  do
niego  zadzwonić,  uważając,  że  spędził  noc  u  drugiej.  Również  w
biurze  jego  nieobecność  nie  wywoła  szczególnego  niepokoju,  gdyż
wszyscy  uznają,  że  zachorował  albo  załatwia  jakąś  pilną  sprawę.
Maitland  tak  wyszkolił  swoich  pracowników,  że  traktowali  jego
nieobecność  jako  coś  naturalnego.  Kilkakrotnie  poleciał  do  Stanów
Zjednoczonych, celowo nie zawiadamiając o tym swojego biura aż do
powrotu.  Nawet  gdyby  go  nie  było  przez  tydzień,  sekretarka  nie
przejęłaby się na tyle, żeby telefonować do Catherine albo do Helen.

Nierówny  teren  utrudniał  poruszanie  się,  ale  Maitland  pokonując

ból  kuśtykał  w  stronę  drucianej  siatki.  Pod  warstwą  trawy
rozpoznawał  zarysy  fundamentów,  plan  szeregu  wiktoriańskich
domów.  Minął  też  wejście  do  schronu  przeciwlotniczego  z  drugiej
wojny światowej, na wpół zasypane piaskiem i żwirem zwiezionym
do budowy nasypu autostrady.

Zanim  dotarł  do  płotu  ukrytego  w  cieniu  wiaduktu,  był  zupełnie

wyczerpany.  Oparł  szczudło  o  siatkę  i  usiadł  na  czarnej  ziemi.  Z
kieszeni  wyjął  dwa  klucze  i  szczypce.  Ciężkie  metalowe  narzędzia
przez  całą  drogę  obciągały  mu  ramiona  i  obijały  się  o
pokiereszowaną pierś i tułów.

Pod  wiaduktem  trawa  nie  rosła.  Wilgotna  ziemia  pociemniała  od

smarów wyciekających ze stosów odpadków i blaszanych beczek po
drugiej  stronie  płotu.  Długa  ściana  z  siatki  powstrzymywała  góry
opon  samochodowych  i  pustych  puszek,  zniszczonych  mebli
biurowych, worków ze skamieniałym cementem. Stare szalunki, bele
zardzewiałego  drutu  i  zużyte  części  maszyn  narosły  tak  wysoko,  że
Maitland  zwątpił,  czy  uda  mu  się  przebrnąć  przez  tę  dżunglę
odpadków, nawet jeżeli przetnie siatkę.

Wciąż  siedząc  odwrócił  twarz  w  stronę  płotu.  Wysoko  nad  nim,

prawie sięgając czystego kwietniowego nieba, wznosił się betonowy
łuk  wiaduktu,  a  jego  szeroki  strop  drżał  z  lekka  pod  naporem
przejeżdżających samochodów. Trzymając oburącz szczypce Maitland

background image

mocował się z drucianym okiem siatki, sprawdzając ją nawet zębami.
W  przyćmionym  świetle  zobaczył,  że  zrobił  tylko  słabe  wgniecenie.
W chłodnym powiewie przebiegł go dreszcz. Popychając dwa klucze
po  ziemi  przesunął  się  do  odległego  o  kilka  kroków  metalowego
słupka. Tutaj przyległe odcinki siatki były przymocowane do słupka
stalową taśmą przykręconą śrubami.

Wybrawszy  odpowiedni  klucz  Maitland  zabrał  się  do  jednej  ze

śrub, ale był zbyt słaby, żeby dobrze uchwycić nakrętkę, nie mówiąc
o wywarciu potrzebnego nacisku. Spojrzał na wysoka ścianę z siatki:
dziesięć  lat  temu,  może  nawet  dziesięć  dni  temu,  miałby  dość  siły,
zęby wspiąć się na to ogrodzenie bez trudu. Rzucił klucz do nakrętek
i  kluczem  francuskim  poskrobał  ziemię.  Tłusta  od  smarów,  ciemna
ziemia  była  nieprzenikniona,  jak  mokra  skóra,  żeby  zrobić  podkop
pod  płotem,  musiałby  wyrzucić  przynajmniej  metr  sześcienny
skamieniałego  gruntu,  a  potem  przepchnąć  się  przez  wysoką  na
dziesięć stóp górę opon, z których każda ważyła sto funtów.

Wilgotne powietrze wgryzało się w jego poobijane płuca. Drżąc w

wilgotnym  ubraniu  Maitland  włożył  narzędzia  do  kieszeni.  Kiedy
wrócił na słońce, wysoka trawa ocierała się o jego uda, jakby chciała
przekazać  mu  część  swojego  ciepła.  Spojrzał  z  wysiłkiem  na  odległe
nasypy  autostrad.  Nie  jadł  od  prawie  dwudziestu  czterech  godzin  i
pierwsze  ostre  ukłucia  głodu,  przytępione  dotychczas  szokiem
powypadkowym,  przyprawiły  go  o  zawrót  głowy.  Z  wysiłkiem
skoncentrował  wzrok  na  dachu  Jaguara.  Samochód  był  ledwo
widoczny nad zielskiem, które jakby urosło o kilka cali podczas jego
daremnej wyprawy do płotu z siatki.

Wziąwszy się w garść ruszył w stronę południowej granicy wyspy.

Co  dziesięć  kroków  przystawał  i  szczudłem  torował  sobie  ścieżkę
przez  gęste  pokrzywy.  Doszedł  do  niskiego  murku  i  wszedł  na
schody,  wznoszące  się  z  dawnej  ogrodowej  ścieżki.  Było  to  już
wszystko,  co  pozostało  ze  zburzonego  przed  laty  ozdobnego
wiktoriańskiego domu.

Wyspa  miała  nierówną  powierzchnię.  Pokrywająca  wszystko

swoim płaszczem trawa wznosiła się i opadała, jak fala wzburzonego
morza.  Wzdłuż  kręgosłupa  wyspy  przebiegała  szeroka  dolina
znacząca  linię  dawnej  głównej  ulicy  osiedla.  Po  obu  jej  stronach

background image

trawa wspinała się na resztki murów i puste zejścia do jawnie.

Maitland  przeciął  dolinę  i  wszedł  na  południowe  zbocze,

wybierając  drogę  między  dwoma  małymi  krzewami  dzikiego  bzu,
opierającymi się inwazji pokrzyw. Szczudło zadźwięczało o metalowy
przedmiot  pod  stopą,  żeliwną  plakietkę  osadzoną  w  przewróconym
nagrobku. Stał na opuszczonym cmentarzu. Z jednej strony leżał stos
zniszczonych  nagrobków.  Seria  płytkich  zagłębień  znaczyła  rząd
grobów  i  Maitland  domyślił  się,  że  kości  zostały  przeniesione  do
ossuarium.

Wznosił  się  nad  nim  wysoki  nasyp  bocznej  drogi.  Samochody

przejeżdżające trzydzieści stóp nad jego głową były zasłonięte barierą
ochronną.  Odgłos  silników  łączył  się  z  dalekim  szumem  porannego
miasta.

Maitland  pokuśtykał  wzdłuż  podnóża  nasypu.  Ziemię  zaśmiecały

pudełka  po  papierosach,  niedopałki  cygar,  papierki  od  cukierków,
zużyte prezerwatywy i pudełka od zapałek.

Przed  nim  wystawał  z  nasypu  betonowy  fundament  znaku

drogowego.

Przyśpieszył  kroku,  podrygując  na  miękkim  gruncie.  Tak  jak

przypuszczał,  wzdłuż  podstawy  fundamentu  biegł  rynsztok.  Wąska
rynna,  oczyszczona  ze  śmieci  przez  wodę,  prowadziła  wokół
betonowej  ściany  do  otworu  przepustu  pod  autostradą.  Za  żeliwną
kratą kanał wchodził pod nasyp, wyłaniając się o sto stóp dalej.

Maitland  postukał  w  kratę  swoim  szczudłem.  Uznał  bez

komentarza,  że  nie  będzie  w  stanie  otworzyć  ciężkiej  metalowej
konstrukcji.  Przyjrzał  się  prętom,  zastanawiając  się  nie  wiadomo
czemu,  czy  mógłby  przesunąć  między  nimi  dłonie.  Potem  odwrócił
się i odszedł roztrącając szczudłem pudełka po papierosach.

Wlokąc  się  ze  spuszczoną  głową  wpadł  w  zimną,  pozbawioną

emocji wściekłość, perorując do niewidocznych pojazdów nad głową.

Zatrzymaj się…! Na litość boską, nie wytrzymam już dłużej…!
Nie  otrzymawszy  odpowiedzi  spokojnie  poszedł  dalej.  Lekki

powiew  zakręcił  papierkami  od  cukierków  dokoła  jego  chorej  nogi.
Gdy  tak  kuśtykał  przez  wyspę,  trawa  kołysała  się  i  wyginała,
poruszając się w bezkresnym falowaniu. Otwierała i zamykała swoje
korytarze,  jakby  wpuszczała  duże  i  czujne  stworzenie  do  swojego

background image

zielonego matecznika.

background image

6.

ULEWA

Ciepłe  popołudnie  Maitland  przespał  w  samochodzie.  Obok  niego

na  tylnym  siedzeniu  leżał  zbiornik  z  wodą  i  świeża  butelka
Burgunda.  Obudziła  go  o  drugiej  seria  donośnych  detonacji,  kiedy
kierowca wywrotki przejeżdżającej wiaduktem kilkakrotnie włączył i
wyłączył  hamulce  pneumatyczne.  Chociaż  wysiłek  przemierzenia
wyspy  pogorszył  stan  jego  nogi,  myślał  Maitland  zupełnie  jasno.
Ostre bóle głodowe sięgały jak stalowa ręka z brzucha aż do gardła,
on jednak siedział spokojnie na swoim miejscu. Wczesne popołudnie
poświęcił, na odpoczynek i ocenę sytuacji.

Przede  wszystkim  zdawał  sobie  sprawę,  iż  założenie,  jakie

przyjmował  z  uporem  –  że  wcześniej  czy  później  jego  rozbity
samochód  zostanie  zauważony  przez  jakiegoś  przejeżdżającego
kierowcę  lub  policjanta  i  ratunek  nadejdzie  tak  samo  niezawodnie,
jak  gdyby  rozbił  się  na  pasie  zieleni  między  dwiema  jezdniami
autostrady – było z gruntu fałszywe i stanowiło część całego systemu
pocieszających  wyobrażeń,  które  mu  zawsze  towarzyszyły.  Biorąc
pod  uwagę  szczególną  topografię  wyspy  z  jej  grubym  kożuchem
zielska, dzikimi krzewami i kolekcją wraków, nie było pewności, czy
w  ogóle  zostanie  zauważony.  Uwzględniając  również  układ  jego
życia  osobistego  i  zawodowego,  ten  tak  do  niedawna  wygodny
podział  między  żonę  i  Helenę  Fairfax,  mógł  upłynąć  co  najmniej
tydzień,  zanim  ktoś  zaniepokoi  się  wystarczająco,  żeby  zawiadomić
policję.  A  i  wówczas  nawet  najbardziej  przenikliwy  detektyw
odtwarzający  jego  drogę  z  biura  miałby  trudności  z  wypatrzeniem
zasłoniętego morzem trawy Jaguara.

background image

Maitland  rozluźnił  spodnie  i  zbadał  zranione  udo.  Staw

zesztywniał,  a  pod  warstwą  brudu  i  smaru  widać  było  ciężkie
skaleczenia i odsłonięte naczynia krwionośne.

Wypił  resztę  stęchłej  wody  ze  zbiorniczka  wycieraczek,  żeby  ulżyć

pokaleczonym  ustom.  Przebiegł  wzrokiem  budynki  biurowe
widoczne  przez  mgłę  zalegającą  centrum  Londynu.  Konferencja,  w
której miał uczestniczyć, zbierała się teraz powtórnie po przerwie na
lunch.  Czy  ktoś  z  delegatów  zastanawiał  się,  co  mu  się  przytrafiło?
Nawet  gdyby  pomoc  przybyła  teraz,  upłynie  wiele  dni,  może
tygodni, zanim wróci do pracy. Pomyślał o całym łańcuchu spotkań,
które się nie odbędą, o odwołanych wizytach klientów, o komitecie,
w  którym  zasiadał.  Jak  trucizna  przypominająca  o  tym  wszystkim  z
wyrzutem, odezwał się ból w nodze.

–  Cóż,  zobaczmy,  co  my  tu  mamy…  –  Maitland  podniósł  się,

zwalczając  narastającą  pokusę,  żeby  spać  przez  cały  czas.  Pokuśtykał
do tyłu samochodu. Dobiegały go odgłosy ruchu na autostradzie, ale
nawet nie spojrzał w ich stronę, wiedząc, że tylko straci siły próbując
zwrócić ich uwagę.

Podniósł  przykrywę  bagażnika  i  otworzył  neseser.  Ostry  zapach

płynu  po  goleniu  przeniknął  powietrze.  Wyciągnął  lakierki  i
smoking.  Neseser  był  prawie  kapsułą  czasu:  mógł  z  łatwością
odtworzyć na podstawie zapachów i dotyku miniony świat.

Wyjął  żyletkę  z  maszynki  do  golenia  i  pociął  niebieski  ręcznik  na

pasy.  Jeden  pas  zmoczył  płynem  po  goleniu.  Ostra  woda  kolońska
zaszczypała  w  skaleczoną  rękę,  wgryzając  się  w  dziesiątki  drobnych
ran  i  zadraśnięć.  Maitland  zmył  smar  i  piasek  pokrywający  ranę  w
kształcie  nerki,  biegnącą  przez  przegub  aż  do  podstawy  kciuka.
Zawinął rękę paskami ręcznika, zamknął bagażnik i pokuśtykał przez
zielsko omijając wraki samochodów.

Pięć  z  nich,  pozostałość  składnicy  złomu,  leżało  półkolem  wokół

Jaguara. Trawa wciskała się przez dziury w rdzewiejących karoseriach,
wypełniała  miejsce  po  silniku  w  przewróconej  taksówce.  W
pokrzywach  leżały  pogięte  błotniki,  stos  łysych  opon,  pojedyncza
maska.  Maitland  wędrował  wśród  tego  wszystkiego,  co  chwila
spoglądając na nasyp, i zastanawiał się, co mu się przyda do budowy
pochylni.

background image

Na  kark  spadły  mu  krople  deszczu.  Maitland  pokuśtykał  z

powrotem do Jaguara. Słońce skryło się za ciemniejącymi chmurami.
Nad  centrum  Londynu  padał  już  rzęsisty  deszcz.  Kiedy  wczołgał  się
do  wozu,  nad  wyspą  oberwała  się  chmura.  Podmuchy  niosącego
deszcz  wiatru  przygniotły  rozkołysaną  trawę.  Samochody  na
autostradzie  jechały  sieczone  deszczem,  ich  lampy  świeciły  w
płynnym mroku.

Maitland  oparł  się  na  tylnym  siedzeniu,  patrząc  na  krople

uderzające  w  szybę  tuż  przy  jego  twarzy.  Biernie  przyglądał  się
ulewie,  zadowolony,  że  miał  chociaż  minimalną  osłonę  rozbitego
wozu.  Deszcz  odbijający  się  od  maski  wpadał  przez  stłuczoną
przednią szybę pryskając mu w twarz.

– Do dzieła! – Naumyślnie uderzywszy się w chorą nogę Maitland

otworzył tylne drzwi. Ciemny deszcz smagał go po głowie i przenikał
poszarpane  ubranie,  podczas  jazdy  wyciągał  nogę  i  mocował  sie  ze
szczudłem, dwukrotnie upuszczając je na ziemie Kiedy kuśtykał przez
teren  zbiornicy  złomu,  zacinające  krople  deszczu  uderzały  jak  śrut
przez  cienki  materiał  garnituru.  Maitland  idąc  chwiejnie  podniósł
głowę i chwytał krople deszczu otwartymi ustami.

Potknął  się  na  oponach  i  upadł  na  kolana.  Podniósł  leżącą  luzem

pokrywą silnika, którą zauważył tu wcześniej, i z trudem wstał. Nie
zwracając  uwagi  na  deszcz  kłujący  zziębniętą  skórę  i  mokry  bandaż
na  prawej  ręce,  zaciągnął  pokrywę  do  Jaguara,  zarzucił  na  maskę  i
odwróconą wcisnął w otwór po przedniej szybie.

Odsunął  się  patrząc,  jak  pierwsza  woda  ścieka  po  tłustym  metalu

na tablicę rozdzielczą Jaguara. Wsparty na szczudle krzyczał do siebie
bezdźwięcznie:  rozradowany  wariat  w  zacinającym  deszczu.  Mokre
ubranie  przylegało  do  niego  jak  martwe  zwierzę.  Wcisnął  się  do
samochodu i pochylił się nad przednim siedzeniem z pojemnikiem na
wodę  w  ręku,  podstawiając  go  pod  kręty  strumyk,  ściekający  z
odwróconej pokrywy. Deszcz osłabł, kiedy w pojemniku zebrało się
niecałe pół kwarty wody z bąbelkami, ale po pięciu minutach znów
zmienił się w równomierną ulewę.

W trzydzieści minut później, gdy deszcz ustał, Maitland miał pełen

pojemnik  wody.  Przez  cały  ten  czas  pochylony  do  przodu,  w
przemoczonym  ubraniu,  manipulując  pokaleczonymi  rękami  nad

background image

przednim siedzeniem, mówił na głos sam do siebie, nie zdając sobie
w pełni sprawy, że wprowadza do tego monologu Catherine i Helen
Fairfax, chwilami naśladując ich głosy, pozwalając im kpić ze swojej
niezdarności.  Żeby  nie  zapaść  w  sen,  celowo  wytężał  chorą  nogę,  w
jakiś sposób utożsamiając ból z obrazem tych dwóch kobiet w swoim
mózgu.

–  Dobrze…  prawie  pełno,  nie  skalecz  sobie  warg  o  ten  cholerny

plastyk.  Kwarta  wody,  nieźle,  wystarczy  na  kilka  dni.  Jednak  na
Catherine  nie  zrobiłoby  to  wrażenia…  Dla  niej  wszystko  to  byłoby
jakimś  nieudanym  dowcipem.  „Kochanie,  ty  zawsze  jeździsz  za
szybko…”  Swoją  drogą  chciałbym  zobaczyć,  jak  długo  by  tutaj
wytrzymała…? Ciekawy eksperyment. Hej, dla niej by się zatrzymali!
Pół  minuty  na  autostradzie  i  staliby  zderzak  w  zderzak  aż  do  Trasy
Zachodniej.  Co  ja  tu  wygaduję?  Czy  można  mieć  do  nich  pretensję,
Maitland?  Deszcz  ustaje…  muszę  wydostać  się  z  tej  wyspy,  zanim
całkiem  opadnę  z  sił.  Ból  głowy,  może  być  wstrząs  mózgu…  zimno
tutaj, cholerna noga…

Kiedy  znów  wyjrzało  słońce  i  jego  promienie  przeczesały

rozczochraną  trawę,  jak  zęby  niewidzialnego  grzebienia,  Maitland
trząsł  się  w  swoim  przemoczonym  ubraniu.  Wypił  nieco  wody  z
pojemnika.  Deszczówka  była  dobrze  nasycona  powietrzem,  ale  bez
smaku  i  Maitland  zastanowił  się,  czy  nie  odniósł  jakiejś  drobnej
kontuzji mózgu, która przytępiła zmysł smaku. Zdawał sobie sprawę,
że  krzywa  jego  sił  fizycznych  w  sposób  odczuwalny  opada.
Straciwszy  zainteresowanie  dla  wody,  którą  z  takim  trudem  zebrał,
wysiadł z wozu i otworzył bagażnik.

Potem zdjął marynarkę i koszulę. Mokre łachmany wyślizgnęły mu

się  z  dłoni  w  kałużę  błotnistej  wody.  Upłynęło  niewiele  więcej  niż
dwadzieścia cztery godziny od wypadku, ale ciało na rękach i piersi
rozkwitło  w  istny  ogród  sińców  oraz  wielobarwnych  pręg  i  plam.
Włożył czystą wieczorową koszulę oraz smoking, zapiął się i postawił
kołnierz. Portfel wrzucił do bagażnika i zatrzasnął pokrywę.

Nawet  na  słońcu  trząsł  się  z  zimna.  Chcąc  się  rozgrzać  wepchnął

korek  do  butelki  i  pociągnął  łyk  Burgunda.  Przez  następną  godzinę
kuśtykał  między  składnicą  złomu  a  nasypem,  znosząc  wszystkie
znalezione  opony  i  błotniki.  Teren  wokół  samochodów  wkrótce

background image

zmienił  się  w  trzęsawisko,  w  którym  ślizgał  się  niczym  strach  na
wróble w zabłoconym smokingu.

Dokoła  ostatnie  promienie  dnia  padały  na  wysoką  trawę,

wyciągając  jej  łodygi  jeszcze  wyżej.  Ten  bujny  rozrost  wydał  się
Maitlandowi prawie świadomą próbą zatopienia go. Osadzał opony
w zboczu nasypu, pracowicie podcinając ziemię szczudłem. Rozmyty
deszczem  grunt  spływał  wokół  niego  mokrą  lawiną.  Błotniki
zapadały  się  w  nim  głęboko.  Kiedy  pierwsze  odgłosy  zwiastowały
wieczorną  godzinę  szczytu,  Maitland  zdołał  wspiąć  się  do  połowy
nasypu,  ciągnąc  za  sobą  chorą  nogę  jak  alpinista  umierającego
towarzysza.

Sznur  samochodów  huczał  nad  jego  głową  nie  kończącą  się

kakofonią  klaksonów  i  silników.  Co  jakiś  czas  przesuwała  się  w
pędzie wysoka fasada autobusu z widocznymi przez okna pasażerami.
Maitland machał do nich siedząc w ruchomym błocie.

Był  o  dziesięć  stóp  od  szczytu,  zbyt  wyczerpany,  żeby  zrobić  choć

krok  wyżej,  kiedy  zobaczył,  że  ogrodzenie  z  drewnianych  kozłów
zostało wymienione i wzmocnione. O kilka kroków nad jego głową,
na  odwróconej  plaży,  prowadzącej  z  wyspy  pod  górę,  widniał  ślad
ciężkiego  buta,  z  wzorem  podeszwy  dobrze  widocznym  w  świetle
zachodu.  Maitland  naliczył  pięć  innych  śladów.  Widocznie  brygada
robocza  wymieniła  uszkodzone  kozły.  Robotnicy  zeszli  po  nasypie
rozglądając się za rannym kierowcą lub przechodniem, w czasie gdy
on kuśtykał po drugim końcu wyspy.

Słońce  zaszło  za  blokami  mieszkalnymi  White  City.  Dając  na  razie

za  wygraną,  Maitland  powlókł  się  z  powrotem  do  samochodu.
Wciskając  się  na  tylne  siedzenie  poczuł  pierwsze  oznaki  gorączki.
Skuliwszy  się  w  zabłoconym  smokingu  sięgnął  po  butelkę  wina,
żeby  się  rozgrzać.  Samochody  jechały  przez  zmrok,  ich  reflektory
rozbłyskiwały  na  tablicach  kierunkowych.  Syrena  wozu  policyjnego
torowała  sobie  drogę  w  ciemnościach.  Maitland  czekał,  że  się
zatrzyma  i  patrol  zejdzie  po  nasypie  z  noszami.  W  jego  obolałej
głowie  betonowy  wiadukt  i  system  autostrad,  wśród  których  został
uwięziony, zaczęły przybierać coraz groźniejsze rozmiary. Oświetlone
tablice  informacyjne  wirowały  nad  jego  głową  ukazując  absurdalne
kierunki, imiona Catherine, jego matki i syna.

background image

Około  dziewiątej  atak  gorączki  minął.  Wśród  oddalających  się

głosów  szczytowego  ruchu  Maitland  orzeźwił  się  kilkoma  łykami
wina,  a  potem,  pochylony  nad  przednim  siedzeniem,  przyjrzał  się
zachlapanej  deszczem  tablicy  rozdzielczej,  koncentrując  całą
inteligencję  i  energię,  jakie  mu  pozostały.  Na  pewno  mógł  jeszcze
znaleźć jakiś sposób wydostania się z wyspy.

O pół mili na zachód paliły się światła w budynkach mieszkalnych,

w  których  setki  rodzin  kończyły  wieczorny  posiłek.  Każda  z  nich
zobaczyłaby ognisko lub rakietę.

Maitland  powiódł  wzrokiem  za  ognistym  łukiem  niedopałka

wyrzuconego  z  przejeżdżającego  samochodu.  W  tym  momencie
uświadomił sobie, że dosłownie siedzi na materiale sygnalizacyjnym,
wystarczającym do oświetlenia całej wyspy.

background image

7.

PŁONĄCY SAMOCHÓD

Opanowując  podniecenie  Maitland  spojrzał  na  wypukłość  baku  z

benzyną. Odsunął na bok neseser i skrzyneczkę z narzędziami i zaczął
uderzać  w  środek  zbiornika  otwartymi  szczękami  klucza.  Kawałki
lakieru  wbijały  mu  się  w  dłonie,  odsłonięty  metal  zalśnił  w
ciemności. Gruba blacha w odpornej na zderzenia ramie była nie do
przebicia.  Maitland  rzucił  klucz  na  błotnistą  ziemię  pod  nogami.  Z
tunelu pod wiaduktem wyjeżdżał samochód zamiatając reflektorami
nad  jego  głową.  Maitland  położył  się  na  ziemi  wciskając  głowę  i
ramiona pod tylny błotnik. Szukał kurka pod zbiornikiem paliwa.

Jak  się  podpala  samochód?  –  zadawał  sobie  pytanie.  Ograny

element  tysięcy  filmów  i  sztuk  telewizyjnych.  Usiadł  oparty  o
bagażnik  i  w  gasnącym  świetle  usiłował  sobie  przypomnieć  jakiś
jeden  szczegółowy  epizod.  Jeżeli  otworzy  kurek,  benzyna  wycieknie
na  mokrą  ziemię,  wyparuje  i  rozcieńczy  się  w  ciągu  kilku  chwil.
Zresztą  nie  miał  zapałek.  Niezbędna  była  jakaś  iskra.  Obejrzał  się
przez  ramię  na  ciemny  kadłub  wozu.  Myślał  po  kolei  o  układzie
elektrycznym:  cewka  zapłonowa,  nowy  akumulator,  aparat
zapłonowy  z  przerywaczem…  Układ  działał,  mimo  że  reflektory  i
światła tylne nie reagowały.

Zapalniczka!  Podniósłszy  się  na  nogi  Maitland  podciągnął  się  do

miejsca  kierowcy.  Włączywszy  zapłon  sprawdził  lampki  na  tablicy
rozdzielczej,  obserwując,  jak  jarzą  się  w  ciemności.  Wcisnął
zapalniczkę.  Po  dziesięciu  sekundach  odskoczyła  mu  pod  ręką.
Czerwony żar ogrzał jego pokiereszowane dłonie jak kawałek słońca.
Podczas  gdy  ogienek  wygasał,  odchylił  się  na  oparcie  i  zasnął  na

background image

kilka sekund.

–  Catherine…  Catherine…  –  Szepcząc  jej  imię  rozmyślnie  nie

pozwalał  sobie  zapaść  w  sen,  grając  na  wszelkich  uczuciach  winy,
wrogości i czułości, jakie mógł w sobie wzbudzić. Z kluczem w dłoni
wygramolił  się  z  wozu.  Odrzucił  na  bok  zbiornik  wody,  podniósł
maskę Jaguara i zajrzał do wnętrza.

–  Pompa  paliwowa…  jest.  –  Maitland  uderzył  kluczem  w  szklany

kołpak pompy. Za piątym razem, kiedy chciał już zrezygnować, szkło
pękło.  Odbił  resztki  kołpaka,  paliwo  rozlało  się  po  silniku  i  zaczęło
kapać na ziemią. Odurzony zapachem benzyny Maitland pochylił się
nad silnikiem czując lekki zawrót głowy z ulgi i wyczerpania. Zrobił
wysiłek,  żeby  się  opanować.  Wkrótce  będzie  uratowany,  pewnie  w
drodze do szpitala…

Wrócił  na  miejsce  kierowcy  i  włączył  zapłon.  Światła  tablicy

rozdzielczej  rozjaśniające  mrok  wnętrza  odbijały  się  w  klapach  jego
zabłoconego smokingu. Wyjął ze schowka mapę Londynu i zwinął ją
w  długi  lont.  Zadowolony  przekręcił  kluczyk  w  stacyjce  i  włączył
rozrusznik. Mechanizm zawył wprawiając w ruch silnik i wóz zatrząsł
się  na  boki.  Maszyna,  zasilana  zapasem  paliwa  z  komór
pływakowych  gaźników,  omal  nie  poderwała  się  do  życia.
Zwolniwszy rozrusznik Maitland natychmiast poczuł zapach benzyny
wyciąganej  pompą  ze  zbiornika  i  rozlewającej  się  przez  rozbity
kołpak.  Słyszał,  jak  ścieka  na  ziemię  pod  samochodem.  Przyciskał
starter przez pół minuty, dopóki wnętrza wozu nie wypełniły opary.

–  Teraz  ostrożnie…  pełno  tu  elektryczności…  można  się  upiec  na

skwarkę…

Włączył zapłon i wcisnął zapalniczkę wysuwając nogi na zewnątrz.

Kiedy zapalniczka odskoczyła, wyjął ją z tablicy rozdzielczej i zapalił
lont.  Odrzucił  zapalniczkę  i  stanął  na  ziemi  ze  szczudłem  w  lewej
ręce, z płonącym lontem trzymanym wysoko nad głową.

Oddaliwszy  się  od  samochodu  położył  się  w  wilgotnej  trawie.

Benzyna  ściekała  z  mokrego  silnika  tworząc  kałużę  między  kołami.
Osłaniając  drugim  ramieniem  twarz  Maitland  rzucił  płonącą  mapę
pod samochód.

W  ciemności  rozbłysła  gwałtownie  ognista  kula,  oświetlając  na

krótko  półkole  wozów  na  podwórzu  składnicy.  Silnik  płonął  jasno,

background image

ogniste  krople  kapały  z  jego  lśniących  boków.  Wokół  samochodu
zapalały się kałuże rozlanego paliwa. W blasku ognia widoczna” była
wysoka  ściana  trawy  dokoła  podwórka  pochylającej  się  do  środka,
jak ciekawa widownia.

Spod  otwartej  maski  Jaguara  wydobywał  się  czarny,  ciężki  dym.

Już  pierwsze  samochody  wyjeżdżające  z  tunelu  pod  wiaduktem
zaczynały  zwalniać.  Dwaj  kierowcy  jechali  obok  siebie  przyglądając
się jaskrawym płomieniom. Maitland podniósł się na swoim szczudle
i pokuśtykał w ich stronę. Przewrócił się dwukrotnie, ale za każdym
razem podnosił się z powrotem.

– Stać…! Zwolnijcie…! Zaczekajcie…!
W  górze  przeleciał  samolot  mrugając  światłami  nawigacyjnymi  w

pochmurnym  niebie.  Pilot  zwiększał  obroty  schodząc  do  lądowania
na  Lotnisku  Londyńskim  i  ryk  czterech  wielkich  turbin  zagłuszył
słaby głos Maitlanda. Podskakując jak żywy strach na wróble patrzył
za  oddalającymi  się  samochodami.  Płomienie  zaczynały  już
przygasać,  dopalała  się  resztka  benzyny.  Ogień  nie  przypominał  już
długotrwałego  pożaru,  na  który  liczył,  lecz  płonął  w  przedziale
silnikowym jak piecyk koksowy, używany przez zbieraczy złomu. Od
podnóża  nasypu  widoczny  był  tylko  ~  jasny  żar  oświetlający
kadłuby przewróconych samochodów.

Zachrypnięty  i  zmęczony,  Maitland  dobiegł  kulejąc  do  nasypu  i  z

rozpędu  zrobił  kilka  kroków  pod  górę.  Stoczył  się  ż  powrotem  na
równy  grunt  i  w  tym  czasie  duży  amerykański  wóz  zwolnił,
zatrzymując  się  prawie  tuż  nad  nim.  Kierowca,  młody  człowiek  z
jasnymi  włosami  do  ramion,  jadł  kanapkę.  Spojrzał  z  góry  na
Maitlanda i na płomienie unoszące się z Jaguara. Kiedy Maitland nie
mogąc  już  krzyczeć  zrobił  błagalny  gest,  młodzieniec  machnął  mu
ręką  w  odpowiedzi,  wyrzucił  kanapkę  i  dodał  gazu,  zabierając  swój
długi samochód w ciemność.

Maitland  usiadł  przygnębiony  na  nasypie.  Oczywiście  młody

kierowca uznał, że płonący samochód jest elementem jakiejś zabawy
włóczęgów  albo  małym  ogniskiem  rozpalonym  dla  przygotowania
wieczornego  posiłku.  Nawet  z  tego  miejsca,  gdzie  teraz  siedział,
trudno się było zorientować, że to płonie samochód.

Dochodziła  dziesiąta  i  w  blokach  mieszkalnych  rozbłysły  pierwsze

background image

światła.  Zbyt  zmęczony,  żeby  się  ruszyć,  zastanawiając  się,  gdzie
mógłby  spędzić  noc,  Maitland  spuścił  wzrok.  O  kilka  kroków  przed
nim leżał biały trójkąt wyrzuconej kanapki. Maitland wpatrzył się w
nią zapominając o bolącej nodze.

Bez  zastanowienia  podczołgał  się  do  kanapki.  Nie  jadł  od

trzydziestu  sześciu  godzin  i  stwierdził,  że  trudno  mu  skoncentrować
myśli.  Spojrzał  na  dwa  kawałki  chleba  z  pastą  drobiową
utrzymywane  razem  półkolistym  odciskiem  zębów  młodego
człowieka.

Chwyciwszy  kanapkę  pochłonął  ją.  Podniecony  smakiem

zwierzęcego  tłuszczu  i  wilgotnym  dotykiem  chleba  z  masłem  nie
usiłował  nawet  otrzepać  kanapki  z  piasku.  Skończywszy,  zlizał
ostatnie krople majonezu z czarnych palców i rozejrzał się po zboczu,
czy nie upadł tam jeszcze jakiś kawałek.

Podniósł szczudło i powlókł się z powrotem do Jaguara. Płomienie

wygasły  i  tylko  ostatnia  smuga  dymu  unosiła  się  z  silnika  w
ciemność.  Pokapywał  deszcz  i  krople  syczały  na  głowicy  cylindra.
Przód samochodu był zrujnowany. Maitland wgramolił się na tylne
siedzenie.  Pociągając  równomiernie  z  butelki  Burgunda  patrzył  na
spaloną  tablicę  rozdzielczą  z  kierownicą,  na  zwęglone  do  sprężyn
przednie fotele.

Mimo  niepowodzenia  z  podpaleniem  samochodu  Maitland

odczuwał  ciche  zadowolenie  z  powodu  znalezienia  kanapki.  Niby
mała rzecz, ale odnotował ją w umyśle jako kolejny sukces od czasu,
kiedy został rozbitkiem. Wcześniej czy później stawi wyspie czoło.

Spał spokojnie do świtu.

background image

8.

KOMUNIKATY

Poranne  słońce  wkroczyło  na  tablicę  rozdzielczą  samochodu

przesuwając  się  po  zwojach  zwęglonych  przewodów.  Wokół
pokrytych  sadzą  okien  wysoka  trawa  kołysała  się  w  ciepłych
powiewach  wiatru.  W  pierwszych  minutach  po  przebudzeniu
Maitland leżał odchylony na tylne siedzenie, patrząc przez zamazane
szyby na nasyp autostrady. Zdrapał zaschnięte błoto z klap smokingu.
Było dziesięć po ósmej. Dziwiła całkowita cisza, milczenie krajobrazu,
niepokojący brak tego nieustannego ryku maszyn w godzinie szczytu,
który  obudził  go  poprzedniego  ranka.  Wyglądało  to  prawie  tak,
jakby  jakiś  roztargniony  technik  odpowiedzialny  za  utrzymywanie
całej iluzji jego pobytu na wyspie zapomniał włączyć dźwięk.

Maitland  dotknął  zdrętwiałego  ciała.  Spuchnięta  noga  obok  niego

należała  jakby  do  częściowo  niewidocznego  towarzysza.  W
przeciwieństwie  do  niej,  reszta  jego  masywnego  ciała  skurczyła  się
tej  nocy.  Kości  ramion  i  żebra  sterczały  przez  posiniaczoną  skórę,
jakby  chciały  oddzielić  się  od  mięśni.  Maitland  przeciągnął
połamanymi  paznokciami  po  zaroście,  który  pokrywał  jego  twarz.
Przypomniał sobie kanapkę zjedzoną przed zaśnięciem. Wciąż jeszcze
czuł w ustach delikatny, tłusty smak mięsa i majonezu.

Maitland  pochylił  się  nad  przednim  fotelem,  wpatrując  się  w

sprężyny  sterczące  przez  zwęgloną  skórę  obicia.  Chociaż  był  teraz
fizycznie  znacznie  słabszy,  umysł  miał  jasny  i  żywy.  Wiedział,  że
cokolwiek  postanowi  zrobić,  żeby  wydostać  się  z  wyspy,  nie  wolno
mu  doprowadzić  się  do  stanu  wyczerpania.  Pamiętał  uczucie
wrogości  do  własnego  rozbitego  ciała  i  to,  jak  rozmyślnie  sprawiał

background image

sobie ból, żeby zachować przytomność. Od tej chwili musi się nieco
rozprężyć,  podbudować  swoją  wiarę  we  własne  siły.  Opracowanie
sposobu ucieczki może zająć wiele godzin, może nawet cały dzień.

Podstawowe  potrzeby,  z  których  większości  nie  potrafił  zaspokoić,

to była woda, pożywienie, dach nad głową i jakiś rodzaj sygnalizacji.
Nigdy mu się nie uda wydostać z wyspy bez pomocy: nasypy są zbyt
strome, a nawet gdyby potrafił zaczepić na górze jakąś linę, straciłby
przytomność, zanim wciągnąłby się na szczyt. Półprzytomny mógłby
na autostradzie łatwo zginąć pod kołami jakiejś ciężarówki.

Maitland  pchnął  drzwiczki  i  podniósł  szczudło.  Już  od  tego

niewielkiego wysiłku zakręciło mu się w głowie. Opadł na oparcie, a
źdźbła  zgniecionej  trawy  wdarły  się  przez  otwarte  drzwi  do  środka.
Odporność tej szorstkiej trawy stanowiła wzór zdolności przetrwania.

Maitland zwymiotował na pusto, patrząc, jak kulki srebrnego śluzu

kapią na podłogę. Stanął niepewnie za pomocą szczudła i oparł się o
samochód,  wątpiąc,  czy  długo  utrzyma  się  na  nogach.  Zabłocony
smoking, o wiele za obszerny dla jego wychudłych ramion, trzepotał
wokół  niego  na  lekkim  wietrze.  Pokuśtykał  do  przodu,  oglądając
uszkodzenia  Jaguara.  Poletka  trawy  wokół  samochodu  zostały
wypalone  odsłaniając  kręgi  zwęglonej  ziemi.  Ogień  zniszczył
akumulator  i  instalację  elektryczną,  przedostał  się  przez  tablicę
rozdzielczą do przedniej części wozu.

– Diabelna cisza… – mruknął Maitland pod nosem. Autostradą nie

przejeżdżał  ani  jeden  samochód,  ani  jeden  autobus.  Balkony
skąpanych w słońcu bloków mieszkalnych były puste.

–  Gdzie  do  licha  podziali  się  ludzie?  Boże,  to  jakaś  psychoza.  –

Maitland nerwowo obrócił się na szczudle. Pokuśtykał przez spaloną
ziemię,  rozglądając  się  choćby  za  jednym  mieszkańcem  tego
wyludnionego  krajobrazu.  Czyżby  w  nocy  wybuchła  wojna
światowa?  A  może  gdzieś  w  centrum  Londynu  wykryto  ośrodek
zarazy?  W  ciągu  nocy,  kiedy  spał  w  wypalonym  samochodzie,
nastąpiła olbrzymia milcząca ucieczka i został sam w pustym mieście.

Trzysta  jardów  na  zachód  od  wierzchołka  wyspy,  za  połączeniem

autostrady  i  bocznej  drogi,  ukazała  się  pojedyncza  sylwetka  ludzka.
Zbliżał  się  do  wyspy  starszy  człowiek,  który  szedł  na  wschód
popychając motorower. Był częściowo zasłonięty środkowym pasem

background image

rozdzielającym  jezdnie,  ale  w  jasnym  słońcu  Maitland  widział
wyraźnie długie siwe włosy, odgarnięte z czoła na ramiona.

Obserwując  tego  starca  popychającego  swoją  bezgłośną  maszynę,

Maitland poczuł nagle strach, który przesłaniał wszelką świadomość
głodu  i  wyczerpania.  Mocą  jakiejś  logiki  z  koszmarnego  snu  był
przekonany,  że  starzec  idzie  po  niego,  może  nie  teraz,  ale  jakąś
okrężną  trasą  przez  labirynt  autostrad  w  końcu  przyjdzie,  żeby
wezwać  go  na  miejsce,  gdzie  się  rozbił.  Co  więcej,  Maitland  był
pewien,  że  maszyna  wcale  nie  jest  popychana  przez  starca,  tak
naprawdę nie jest wcale motorowerem, lecz straszliwym narzędziem
tortur,  które  tamten  zabrał  ze  sobą  w  bezkresną  wędrówkę  po
świecie,  i  teraz  osłabione  ciało  Maitlanda  zostanie  poddane
ponuremu sądowi Bożemu za pomocą napędzanych łańcuchem kół.

Opanowawszy  się  Maitland  zaczął  kuśtykać  bez  celu  po  dawnej

składnicy  złomu,  chwiejąc  się  i  zataczając  w  kręgu  zagasłego
pogorzeliska.  Siwą  głowę  starca,  z  oczami  wpatrzonymi  w  pustą
drogę  na  zakręcie,  wciąż  jeszcze  było  widać  na  autostradzie.  Słońce
oświetlało jego zniszczone ubranie i starodawną maszynę.

Maitland  przykucnął  w  trawie,  wdzięczny  za  to  schronienie  przed

zbliżającą się postacią. Spojrzał na zegarek i zwrócił uwagę na datę w
chwili,  kiedy  pod  wiaduktem  przejechał  hucząc  silnikiem  pusty
ciągnik do przewozu samochodów.

Dwudziesty czwarty kwietnia…
Sobota!  Zaczął  się  weekend.  Rozbił  się  w  czwartek  po  południu  i

spędził  na  wyspie  dwie  noce.  Był  sobotni  poranek  i  to  wyjaśniało
ciszę i brak ruchu.

Z uczuciem ulgi Maitland pokuśtykał z powrotem do Jaguara. Napił

się wody, żeby wrócić do równowagi. Starzec z motorowerem znikł,
zasłonięty  wiaduktem.  Maitland  roztarł  sobie  ramiona  i  pierś,
starając  się  opanować  drżenie.  Czyżby  ta  samotna  postać  była
tworem  jego  wyobraźni,  zjawą  przywołaną  jakimś  dziecięcym
poczuciem winy?

Przebiegł  wzrokiem  granice  wyspy,  starannie  przepatrując  nasypy,

sprawdzając, czy w nocy nie nastąpił jakiś zrzut żywności. Paczuszki
zawinięte w gazetę, jaskrawe papierki cukierków: musi jakoś znaleźć
coś  do  jedzenia.  Cztery  butelki  Burgunda  podtrzymają  go  w  razie

background image

konieczności,  gdzieś  na  wyspie  muszą  być  jadalne  jagody,  może
zapomniany ogródek działkowy z grządką zdziczałych kartofli.

Jego  spojrzenie  przyciągnął  fundament  tablicy  informacyjnej  przy

bocznej  szosie.  Zmyty  deszczem  beton  błyszczał  jasno  w  słońcu  jak
pusta tablica ogłoszeń. Wezwanie napisane na nim wielkimi literami
byłoby widoczne dla kierowców na drodze…

Maitland  obszedł  samochód.  Potrzebował  czegoś  do  pisania,  w

najgorszym razie narzędzia dość ostrego, żeby zarysować beton i móc
wetrzeć w zadrapania ziemię.

Nad  silnikiem  unosił  się  swąd  spalonej  gumy  i  oleju.  Maitland

spojrzał na sczerniałe przewody zwisające z aparatu zapłonowego. Po
kolei  wyrwał  końcówki  ze  świec  i  napełnił  kieszenie  spalonymi
gumowymi ochraniaczami.

W pół godziny później był na drugim krańcu wyspy i siedział pod

białą  ścianą  fundamentu.  Nogi  leżały  przed  nim  jak  owinięte
szmatami  kije.  Wysiłek  przedzierania  się  przez  wysoką  trawę
wyczerpał  go.  Miejscami  w  środkowej  dolince  roślinność  sięgała  do
ramion. Kilka razy upadł potknąwszy się o ukryte w trawie kamienie
i  resztki  ścian,  ale  wstawał  uparcie  prąc  przed  siebie.  Przestał  już
zwracać  uwagę  na  pokrzywy  kłujące  go  przez  podarte  spodnie,
godząc  się  z  tymi  piekącymi  bąblami,  podobnie  jak  godził  się  ze
zmęczeniem.  Stwierdził,  że  dzięki  temu  może  skupić  się  na
najbliższym zadaniu: na kolejnym bolesnym przedarciu się przez kępę
pokrzyw,  na  trudnym  kroku  przez  chwiejny  kamień.  W  pewien
sposób  taki  akt  koncentracji  dowodził,  że  potrafi  zapanować  nad
wyspą.

Wyjął  z  kieszeni  smokingu  kapturki  świec  i  spalone  przewody

wykręcone  z  silnika.  Jak  bawiące  się  dziecko  rozłożył  przed  sobą  w
dwóch rzędach kawałki zwęglonej gumy.

Był  zbyt  zmęczony,  żeby  wstać,  ale  mógł  sięgnąć  do  wysokości

czterech  stóp  od  ziemi.  Krzywymi  wielkimi  literami  starannie
wypisał swoje wezwanie.

RATUNKU RANNY KIEROWCA
WEZWAĆ POLICJĘ
Oparłszy  się  o  chłodny  beton  Maitland  spojrzał  na  swoje  dzieło.

Jak  umierający  uliczny  artysta  w  przebraniu  bogacza  obciągnął

background image

przemoczony  smoking  na  wychudłych  ramionach,  ale  głodne  oczy
natychmiast zainteresowały się pudełkami po papierosach, strzępami
gazet i innymi śmieciami walającymi się u podstawy nasypu.

O  dziesięć  stóp  od  Maitlanda  leżał  zwitek  przetłuszczonej  gazety,

wyrzucony  w  nocy  z  samochodu  jadącego  boczną  szosą.  Oliwa
przesiąkła przez zmięte stronice. Zebrawszy siły Maitland podpełznął
do  gazety,  przyciągnął  zwitek  szczudłem.  Drżącymi  z  głodu  rękami
rozerwał papier, podniecony zapachem smażonej ryby unoszącym się
z  rozmazanych  czarno-białych  fotografii.  Kierowca  kupił  zapewne
jedzenie  w  którymś  z  całonocnych  barków  zgrupowanych  przy
południowym wjeździe na Trasę Zachodnią.

Ryby  nie  było  ani  śladu,  jednak,  jak  się  Maitland  domyślił  ze

sposobu,  w  jaki  paczuszka  została  zawinięta,  zostało  w  niej  jeszcze
około dwudziestu frytek.

Kiedy brudnymi rękami wrzucał do ust te tłuste patyczki, pierwsze

tego dnia krople deszczu spadły na ziemię koło jego nóg. Maitland z
chichotem  wepchnął  papier  do  kieszeni  smokingu,  podniósł  się  i
odszedł brodząc w wysokim zielsku. Drogi wokół wyspy były znów
puste.  W  górze  przeciągały  flotylle  ciemnych  chmur  niesione
porywistym  północno-wschodnim  wiatrem.  Zupełnie  sam  w  tym
betonowym  krajobrazie,  pokuśtykał,  żeby  czym  prędzej  schronić  się
w  samochodzie.  Obejrzał  się  raz  na  napis,  który  zostawił  na  zboczu,
ale zielsko zasłoniło go prawie całkowicie.

Deszcz  dopadł  go,  zanim  zdołał  dotrzeć  do  środkowej  dolinki,

zmusił  go,  żeby  stanął  i  wsparł  się  na  szczudle,  spojrzał  na  swoje
roztrzepotane  dłonie,  poruszające  się  w  strugach  deszczu  w
bezsensownej sygnalizacji. Wiedział, że jest nie tylko wyczerpany, ale
zachowuje  się  w  jakiś  nieco  dziwny  sposób,  jakby  zapomniał,  kim
jest.  Miał  uczucie,  że  poszczególne  części  jego  umysłu  oddzielają  się
od centrum świadomości.

Rozejrzał  się  za  schronieniem.  Trawa  wokół  niego  kłębiła  się  i

wirowała,  jakby  poszczególne  fragmenty  tego  morza  zieleni
rozmawiały  ze  sobą.  Maitland  pozwalał,  aby  deszcz  chłostał  go  po
twarzy, podstawiał głowę tak, żeby chwytać krople ustami. Stojąc w
strugach  deszczu  czuł  pokusę,  żeby  zostać  tak  na  zawsze,  i  z
największą niechęcią zmusił się do ruszenia z miejsca.

background image

Zabłądziwszy  Maitland  natknął  się  na  prostokąt  wielkości  pokoju,

otoczony  pokrzywami  wyznaczającymi  kontury  zburzonego  domu.
Stojąc  w  tym  kamiennym  ogrodzie,  niczym  w  centrum  labiryntu,
usiłował  określić  swoje  położenie.  Ulewny  deszcz  rozwiesił  gęste
zasłony  między  nim  i  autostradą.  Zeschłe  błoto  na  smokingu
rozpuściło  się  i  spływało  strużkami  po  podartych  spodniach,
odsłaniając  zakrwawione  prawe  udo.  Maitland,  zagubiony  przez
chwilę,  ściskał  się  za  przeguby  i  łokcie,  żeby  potwierdzić  swoją
tożsamość.

– Maitland…! – krzyknął na głos. – Robert Maitland…! – Po czym

wsparł  się  na  swoim  metalowym  szczudle  i  wyszedł  z  ogrodzenia.
Nieco  w  prawo,  za  stosem  arkuszy  cynkowanej  blachy,  znajdowały
się  zrujnowane  schodki  do  piwnicy.  Stojąc  w  strugach  deszczu
Maitland zwymiotował. Potem otarł usta z żółci i podskakując ruszył
po usłanej kamieniami ziemi. Wydeptane stopnie prowadziły w dół
do  wąskiego  wejścia  z  przekrzywionym  nadprożem,  wychodzącego
na otwartą przestrzeń.

Maitland  przeciągnął  arkusze  blachy  do  schodków  i  oparłszy  je

ostrożnie  o  nadproże  i  górny  stopień  zbudował  improwizowany
daszek,  którego  pochyłe  zbocze  zbierało  strugi  deszczu.  Spuścił
szczudło po stopniach i wcisnął się do swojego nowego schronienia.

Siedząc  na  schodkach,  wśród  deszczu  bębniącego  w  blachę  nad

głową,  Maitland  zdjął  i  wyżął  przemoczone  ubranie  w
pokaleczonych  dłoniach.  Błotnista  woda  pociekła  mu  między
palcami, jakby prał dziecięce ubranko po grze w piłkę nożną. Potem
rozłożył  smoking  na  schodach  i  roztarł  sobie  ramiona,  usiłując
uzyskać  z  nacisku  własnych  dłoni  choć  trochę  ciepła.  Czuł,  że  wraca
gorączka,  rozchodząca  się  z  zaognionej  rany  na  biodrze.  Mimo  to
osiągnięcie,  jakim  było  zbudowanie  choćby  tak  mizernego
schronienia,  ożywiło  go,  podsycając  wciąż  niewzruszoną  wolę
przetrwania.  Zdawał  sobie  już  dobrze  sprawę,  że  ta  wola  życia,
zapanowania  nad  wyspą  i  ujarzmienia  jej  ograniczonych  zasobów
stały się ważniejsze niż wydostanie się stąd.

Maitland  słuchał  deszczu  bijącego  w  cynkowaną  blachę.

Przypomniał  sobie  dom,  jaki  jego  rodzice  wynajęli  w  Camargue  na
ich  ostatnie  wspólne  wakacje.  Obfite  deszcze  delty  padały  na  dach

background image

garażu  pod  oknami  pokoju,  w  którym  szczęśliwie  spędził  większość
lata.  Nie  było  przypadkiem,  że  kiedy  po  raz  pierwszy  zabrał  Helen
Fairfax  na  południe  Francji,  pojechali  prosto  do  La  Grande  Motte,
supernowoczesnego  ośrodka  wypoczynkowego,  położonego  na
wybrzeżu  o  kilka  mil  stamtąd.  Helen  pałała  milczącą  niechęcią  do
sztywnej,  zimnej  architektury  ze  stylizowanymi,  betonowymi
ścianami,  denerwował  ją  znakomity  humor  Maitlanda.  Stwierdził
wówczas, że wolałby tu być z Catherine: jej podobałyby się podobne
do  zigguratów  hotele  i  domy  oraz  rozległe  puste  parkingi
zaplanowane  przez  urbanistów  na  całe  lata  przed  przybyciem
turystów  i  wyglądające  jak  miasto  opuszczone,  zanim  zostało
zamieszkane.

Przez ramę drzwi Maitland obserwował kałuże wody pokrywające

zarośniętą  zielskiem  piwnicę,  do  której  zapadł  się  parter.  Kiedyś
mieściła  się  tu  mała  drukarnia  i  kilka  pokrytych  miedzią  matryc
leżało  pod  jego  nogami.  Maitland  podniósł  jedną  z  nich  i  przyjrzał
się mglistym zarysom mężczyzny w ciemnym garniturze i siwowłosej
kobiety. Słuchając deszczu pomyślał o rozwodzie rodziców; niepokój
tego  okresu,  kiedy  miał  osiem  lat,  był  jakby  upostaciowany  w
negatywowym  obrazie  na  matrycy,  w  odwróconych  walorach  tej
nieznajomej pary.

W  godzinę  później,  kiedy  deszcz  ustał,  Maitland  wyszedł  ze

swojego  schronu.  Opierając  się  z  całej  siły  na  szczudle  pokuśtykał  z
powrotem  do  południowego  nasypu.  Gorączka  narastała  i  coraz
bardziej beztrosko patrzył na puste groble autostrady.

Dotarłszy do nasypu poszukał wzrokiem napisu, który wydrapał na

białej  ścianie  betonowej  podpory,  i  stwierdził,  że  wszystkie  litery
zostały zmyte.

background image

9.

GORĄCZKA

Ostatnie  krople  deszczu  spadły  na  twarz  Maitlanda,  kiedy  patrzył

na  resztki  swojego  napisu  na  mokrym  betonie.  Z  liter  pozostały
czarne smugi, rozsmarowana guma spłynęła na ziemię.

Usiłując  się  skupić  szukał  pod  stopami  swoich  gumowych  kredek.

Czyżby  ktoś  zmazał  napis?  Niepewny  siebie  i  własnej  zdolności  do
prawidłowego  rozumowania,  wsparł  się  chwiejnie  na  metalowym
szczudle.  Od  jego  piersi  i  płuc  bił  żar.  Uświadomił  sobie,  że
rozmazane  plamy  wyglądają  jak  ślady  wycieraczek  na  szybie.
Rozejrzał się nieprzytomnie po wyspie i pustych nasypach autostrad.
Czyżby  nadal  był  uwięziony  w  swoim  wozie?  Czyżby  cała  wyspa
stanowiła  przedłużenie  Jaguara,  a  majaczenie  przekształciło  jego
szyby  i  wycieraczki  w  te  nasypy?  Może  wycieraczki  zacięły  się  i
chodziły  w  tę  i  z  powrotem,  podczas  gdy  on  leżał  ze  zgniecioną
klatką  piersiową  na  kierownicy,  odszyfrowując  jakiś  niezrozumiały
napis na zaparowanym szkle…

Na wschód od wyspy przedarły się przez białe cumulusy promienie

słońca,  oświetlając  wysoki  nasyp,  jak  reflektor  skierowany  na
dekorację  teatralną.  Na  bocznej  drodze  zahuczała  ciężarówka,  nad
balustradą  ukazała  się  prostokątna  skrzynia  wozu  meblowego.
Maitland  odwrócił  się  do  pojazdu  plecami.  Nagle  stracił  całe
zainteresowanie  dla  wezwania  o  pomoc  i  zatartych  liter.  Ruszył
gwałtownie przez wysoką po pas trawę, mocząc poszarpane spodnie i
smoking  w  zlanym  deszczem  gąszczu.  W  jaskrawym  blasku  słońca
wyspa  i  betonowe  drogi  połyskiwały  migotliwie  przejmując
drżeniem,  które  udzielało  się  jego  okaleczonemu  ciału.  Trawa

background image

ocierająca  się  o  łydki  i  uda  przesycona  była  elektrycznością.  Mokre
źdźbła  przywierały  do  skóry,  jakby  chciały  go  zatrzymać.  Maitland
przerzucił  swoją  chorą  nogę  przez  rozsypujący  się  ceglany  murek.
Musi się jakoś pozbierać, póki ma dość sił, żeby się poruszać.

Nie  ma  sensu  wracać  do  samochodu,  postanowił.  Trawy  wokół

niego, wzburzone lekkim powiewem, wyraziły swoją zgodę.

Najpierw zbadać wyspę – potem napić się wina. Trawa zaszeleściła

z  ożywieniem  rozchylając  się  kolistymi  falami,  zapraszając  go  w
swoje wiry.

Maitland  urzeczony  poddał  się  temu  rozfalowaniu,  odczytując  w

jego  deseniach  opiekuńczy  głos  wielkiej  zielonej  istoty  gotowej
chronić  go  i  prowadzić.  Przez  rozpalone  powietrze  przebiegały
spiralne  linie,  wzrokowy  objaw  epilepsji.  Jego  własny  mózg…
gorączka, może uszkodzenie mózgu…

Znaleźć drabinę…?
Trawa  smagała  go  po  nogach,  jakby  w  gniewie,  że  nadal  chce

opuścić  jej  zielone  objęcia.  Śmiejąc  się,  Maitland  kuśtykał  przed
siebie  i  głaskał  uspokajająco  wolną  ręką  ruchliwe  łodygi  muskające
jego  biodra.  Prawie  niesiony  przez  trawy  wspiął  się  na  dach
opuszczonego  schronu  przeciwlotniczego.  Odpoczywając,  oglądał
stamtąd całą wyspę. Porównując ją z układem dróg stwierdził, że jest
znacznie  starsza  od  otaczającego  ją  terenu,  jak  gdyby  ten  trójkątny
spłacheć  nieużytku  dzięki  niezwykłemu  sprytowi  i  uporowi
przetrwał i miał trwać nadal, nieznany i lekceważony, długo po tym,
gdy autostrady rozpadną się w proch.

Pewne  części  wyspy  zachowały  się  sprzed  drugiej  wojny

światowej.  Wschodni  kraniec,  pod  wiaduktem,  był  najstarszym
fragmentem z przykościelnym cmentarzem i rzędami edwardiańskich
domów.  Składnica  złomu  z  wrakami  samochodów  nakładała  się  na
rozpoznawalną jeszcze sieć uliczek.

W  środku  wyspy  mieściły  się  schrony  przeciwlotnicze,  wśród

których  siedział.  Obok  nich  późniejszy  dodatek,  resztki  posterunku
Obrony  Cywilnej  sprzed  około  piętnastu  lat.  Maitland  zszedł  ze
schronu  i  podtrzymywany  łodygami  traw,  uwijającymi  się  wokół
niego  jak  stadko  gorliwych  służących,  pokuśtykał  środkiem  wyspy
na  zachód,  pokonując  szereg  niskich  murków,  przywalonych

background image

częściowo stosami zużytych opon i stalowych lin.

Obok  ruin  kasy  Maitland  rozpoznał  zarys  powojennego  kina:

wąskiej, jednopoziomowej, tandetnej budowli z betonowych bloków
i  żelaza.  Nieco  dalej  były  schody  do  piwnicy,  częściowo  zasłonięte
kępą pokrzyw.

Patrząc  na  zamkniętą  kratą  kasę  przypomniał  sobie  mgliście

dziecięce wyprawy do dzielnicowego kina z nieprzerwanym ciągiem
filmów  grozy  i  wampirów.  Wyspa  coraz  bardziej  stawała  się
modelem  jego  umysłu.  Wędrówka  po  tym  zapomnianym  kawałku
ziemi  była  podróżą  w  przeszłość  nie  tylko  wyspy,  lecz  także  jego
własną.  Dziecinna  złość,  z  jaką  wzywał  na  głos  Catherine,
przypomniała  mu,  jak  będąc  dzieckiem,  ryczał  niestrudzenie,  kiedy
matka  doglądała  w  drugim  pokoju  młodszej  siostry.  Z  jakiegoś
powodu,  co  zawsze  miał  jej  za  złe,  nie  przyszła  go  uspokoić  i  sam
wyszedł z pustej wanny, ochrypły z gniewu i zdziwienia.

Zbyt wyczerpany, żeby iść dalej, Maitland przysiadł na kamiennym

murze.  Wokół  niego  wznosiły  się  ku  słońcu  wysokie  pokrzywy,  ich
wielopiętrowe ząbkowane ulistnienie przypominało wieże gotyckich
katedr albo gąbczaste skały mineralnego lasu na obcej planecie. Głód
ścisnął  mu  żołądek  nagłym  skurczem,  sprawiając,  że  zwymiotował
sobie na kolana. Otarł się ze śluzu i pokuśtykał w poprzek ceglanych
alejek w stronę południowej skarpy.

Tracąc  chwilami  świadomość  snuł  się  bez  celu  z  nieprzytomnym

spojrzeniem w ślad za stępionym końcem szczudła.

Błąkając  się  tak  Maitland  stwierdził,  że  przestaje  go  interesować

własne  ciało  i  ból  rozpalający  nogę.  Zaczął  odrzucać  części  ciała,
zapominając  najpierw  zranione  biodro,  potem  obie  nogi,  zacierając
wszelką  świadomość  obolałej  klatki  piersiowej  i  przepony.
Orzeźwiony  chłodnym  powietrzem  poruszał  się  wśród  traw
rozglądając się chłodnym okiem wśród elementów wyspy, które tak
dobrze  poznał  w  ostatnich  dniach.  Utożsamiając  wyspę  z  sobą
patrzył na samochody w składnicy złomu, na płot z drucianej siatki,
na betonową podporę za sobą. Te miejsca bólu i udręki zlały się teraz
z częściami jego ciała. Wyciągał do nich ręce, chcąc obejść całą wyspę
i  pozostawiać  fragmenty  siebie  tam,  gdzie  powinny  się  znaleźć.
Zostawiłby  prawą  nogę  w  miejscu  zderzenia,  pokaleczone  dłonie

background image

zawiesiłby  na  stalowym  płocie.  Klatkę  piersiową  umieściłby  tam,
gdzie siedział oparty o betonową ścianę. W każdym z tych punktów
mała  ceremonia  podkreślałaby  przekazanie  swoich  zobowiązań
wyspie.

Przemówił na głos, jak kapłan odprawiający eucharystię własnego

ciała.

„Wyspa to ja”.
Powietrze napełniło się światłem.

background image

10.

SCHRON PRZECIWLOTNICZY

Samochody  huczały  nad  jego  głową.  Z  niedopałka  papierosa

rzuconego  w  trawę  koło  jego  twarzy  unosił  się  dym.  Maitland
obserwował,  jak  wije  się  wokół  wysokich  łodyg,  które  rozkołysane
w  popołudniowym  słońcu,  pochylały  się  nad  nim,  jakby  zachęcały
go  do  wstania.  Usiadł  starając  się  odzyskać  jasność  myśli.  Gorączka
trawiła całe jego ciało paląc nawet obtartą skórę pod zarostem.

Wzdłuż  wszystkich  brzegów  wyspy  trwał  ruch  na  autostradach.

Oparłszy  się  Maitland  skupił  wzrok  na  odległych  pojazdach.  Wstał
zawieszając się na szczudle, jak tusza na rzeźniczym haku. Wysoko w
górze oświetlona powierzchnia tablicy informacyjnej błyszczała niby
płonący miecz na ciemnym niebie.

Maitland  znalazł  ostatni  kawałek  gumy  w  kieszeni  smokingu  i  na

schnącym betonie napisał:

CATHERINE POMOCY ZA SZYBKO
Litery wiły się po pochyłej ścianie. Maitland pisał w skupieniu, ale

kiedy w dziesięć minut później wrócił po nieudanej próbie dojścia do
Jaguara,  napis  był  zamazany,  jakby  przez  niezadowolonego
egzaminatora.

MAMO BOLI POLICJA
Czekał  w  wysokim  zielsku  u  stóp  nasypu,  ale  oczy  same  mu  się

zamknęły. Kiedy je otworzył, napis znikł.

Zrezygnował,  nie  będąc  w  stanie  odcyfrować  własnego  pisma.

Trawa  kołysała  się  kojąco,  zapraszając  trawionego  gorączką  stracha
na  wróble  do  swego  wnętrza.  Źdźbła  tańczyły  dokoła  niego
otwierając mnogość ścieżek, z których każda obiecywała doprowadzić

background image

do  jakiejś  rajskiej  przystani.  Wiedząc,  że  nie  przeżyje  tej  nocy,  jeżeli
nie dotrze do schronienia swojego Jaguara, Maitland skierował się w
stronę  składnicy  złomu,  ale  już  po  kilku  minutach  dał  się  biernie
prowadzić trawie, tkającej wokół niego swoje spiralne wzory.

Ku  jego  zdziwieniu  zaprowadziła  go  po  stromym  i  pełnym

wybojów  zboczu  na  dach  największego  schronu.  Maitland  parł
naprzód  z  wysiłkiem,  wsłuchując  się  w  szum  trawy.  Kamienny
grzbiet  wyznaczał  zachodnią  ścianę  schronu.  Maitland  zatrzymał  się
tam.  Wypukły  strop  obniżał  się  po  obu  stronach,  niknąc  w  gęstej
roślinności wznoszącej się z dna zagłębienia.

Trawa ucichła, jakby w oczekiwaniu na jakiś ważny ruch ze strony

Maitlanda.  Dziwiąc  się,  po  co  wspinał  się  na  ten  schron,  Maitland
dostrzegł przewróconą taksówkę na terenie składnicy złomu. Resztką
sił  odwrócił  się,  żeby  pójść  do  Jaguara,  ale  stracił  równowagę  i
poślizgnął  się  na  mokrym  dachu.  Upadł  ciężko  i  zjechał  po
zaokrąglonej  pochyłości  w  trawę  i  pokrzywy,  zanurzając  się  w  nie,
jak nurek znikający w głębinach podwodnej jaskini.

Pogrążony  w  zielonej  altanie  leżał  przez  jakiś  czas  w  hamaku

zgniecionych pokrzyw. Gęsta trawa i listowie płożącego się czarnego
bzu  przepuszczały  tylko  słaby  odblask  popołudniowego  słońca  i
Maitland  mógłby  prawie  uwierzyć,  że  leży  na  dnie  spokojnego
morza, którego toń przenika kilka promieni słabego światła. Ta cisza i
zapach roślinnej zgnilizny łagodziły jego gorączkę.

Po  jego  lewej  nodze  wędrowało  na  ostrych  pazurach  jakieś

zwierzątko,  szukając  łupu  w  poszarpanej  nogawce  spodni.  Biegając
krótkimi  zrywami  zbliżało  się  po  udzie  do  pachwiny.  Otworzywszy
oczy  Maitland  zerknął  w  półmrok  i  rozpoznał  długi  pysk  i  bystre
oczka  brązowego  szczura,  zwabionego  zapachem  krwi  sączącej  się  z
biodra.  Głowę  zwierzęcia  szpeciła  otwarta  rana  odsłaniająca  kość,
jakby niedawno wyrwało się z pułapki.

– Wynoś się, sio! – Maitland rzucił się do przodu i złapał metalowe

szczudło tkwiące w gałęziach bzu nad głową. Wywijał nim szaleńczo
uderzając w ściany swojej zielonej celi.

Szczur  znikł.  Maitland  spuścił  lewą  nogę  przez  gałęzie  na  ziemię  i

wydostał  się  na  gasnące  światło  wieczoru.  Stał  w  zagłębionym
przejściu  biegnącym  wzdłuż  zachodniej  ściany  schronu.  Roślinność

background image

została  tutaj  wycięta  tworząc  nierówną  pochyłość  schodzącą  po
zboczu do drzwi schronu.

Narzędzia…!
Mocując  się  nerwowo  ze  szczudłami  Maitland  pokuśtykał  ścieżką

zapomniawszy  o  gorączce  i  chorej  nodze.  Dotarłszy  do  wejścia  otarł
pot  z  twarzy.  Drzwi  były  zamknięte  na  łańcuch  i  chromowaną
kłódkę. Maitland wsunął szczudło pod łańcuch i zerwał go.

Pchnąwszy  drzwi  nogą  wtoczył  się  do  schronu.  Przywitał  go

słodkawy,  ale  nie  odrażający  zapach,  jakby  wszedł  do  barłogu
jakiegoś  dużego,  łagodnego  zwierzęcia.  W  zanikającym  świetle
zorientował  się,  że  schron  jest  opuszczonym  legowiskiem  żebraka.
Rząd  spłowiałych  kap  zwisał  z  sufitu,  pokrywając  ściany  i  podłogę.
Stos  koców  tworzył  niskie  łoże,  a  jedyne  umeblowanie  stanowiły
krzesło  i  stół.  Przez  oparcie  krzesła  przewieszony  był  wystrzępiony
trykot, wyblakły kostium jakiegoś przedwojennego akrobaty z cyrku.

Maitland  oparł  się  o  zakrzywioną  ścianę  i  postanowił  spędzić  noc

w  opuszczonym  barłogu.  Na  drewnianym  stole  leżały  metalowe
przedmioty  ułożone  w  krąg  jak  ozdoby  na  ołtarzu.  Wszystkie
pochodziły 

samochodów: 

boczne 

lusterko, 

fragmenty

chromowanych listew okiennych, kawałki stłuczonego reflektora.

Jaguar…?  Maitland  poznał  znak  fabryczny  taki  sam,  jaki  był  na

jego wozie.

Podnosząc  medalion,  żeby  mu  się  przyjrzeć,  nie  wiedział  o

barczystej muskularnej postaci, obserwującej go przez drzwi z głową
opuszczoną po byczemu między uniesionymi ramionami.

Zanim Maitland zdążył podnieść medalion do światła, ciężka pięść

wytrąciła mu go z dłoni.

Szczudło  też  wypadło  mu  z  ręki  i  wyleciało  na  dwór.  Potężne

ramiona  objęły  go  i  wypchnęły  za  drzwi.  Po  chwili  Maitland  zdał
sobie sprawę, że ciężko dysząca postać ciągnie go pod górę na resztki
dziennego  światła.  Reflektory  dalekich  pojazdów  poruszały  się  z
jakimś sennym spokojem, podczas gdy napastnik dyszał mu w twarz
gorącym odorem przetrawionego wina. Młócąc Maitlanda pięściami
włóczył  go  w  tę  i  z  powrotem  po  mokrej  ziemi,  postękując,  jakby
usiłował  odkryć  jakąś  tajemnicę  ukrytą  w  pokaleczonym  ciele
Maitlanda.

background image

Tracąc świadomość Maitland dostrzegł jeszcze ostatni błysk świateł

na 

autostradzie. 

Między 

wywijającymi 

ramionami 

swego

prześladowcy  dojrzał  rudowłosą  młodą  kobietę  w  cętkowanej
wojskowej  kurtce  nadbiegającą  z  jego  metalowym  szczudłem
uniesionym w silnych rękach.

background image

11

RATUNEK

– Proszę leżeć i nie ruszać się. Posłaliśmy po pomoc.
Spokojny  głos  młodej  kobiety  podziałał  kojąco  na  Maitlanda.  Jej

ręce  obmywały  mu  twarz  tamponem  z  waty.  Odchylił  się,  kiedy
gorąca  woda  uraziła  pokaleczoną  skórę,  czuł  gorączkę  przepalającą
kości.  Kobieta  uniosła  mu  głowę,  woda  pociekła  Maitlandowi  po
brodzie. Rozchylił spuchnięte wargi usiłując chwytać parzące krople.

– Dam panu pić. Musi pan być spragniony.
Wskazała  łokciem  plastykowy  kubek  stojący  na  skrzynce  obok

łóżka, ale nie zrobiła wysiłku, żeby go podać Maitlandowi. Jej silne
dłonie  poruszały  się  wokół  jego  szyi,  potem  zeszły  ku  piersi.  Nie
miał już na sobie smokingu, a mokra wieczorowa koszula była czarna
od  smaru.  Chciał  zobaczyć  twarz  kobiety,  ale  stojąca  na  podłodze
lampa  naftowa  świeciła  mu  prosto  w  oczy.  Kiedy  poruszył  się
niespokojnie  poczuwszy  ból  w  nodze,  otuliła  jego  ramiona
czerwonym kocem.

–  Spokojnie,  panie  Maitland.  Wezwaliśmy  już  pomoc.  Catherine…

czy to imię pańskiej żony?

Maitland słabo skinął głową. Ulga, że został uratowany, wywołała

uczucie  odrętwienia.  Kiedy  wsunęła  mu  ramię  pod  głowę  i
przytknęła  kubek  do  ust,  poczuł  ciepłe,  mocne  ciało,  mieszaninę
zapachów, która przyprawiła go o zawrót głowy.

Znajdował  się  w  małym  pomieszczeniu,  liczącym  niewiele  ponad

dziesięć  stóp  na  dziesięć  i  prawie  całkowicie  wypełnionym  przez
podwójne  metalowe  łóżko  i  materac,  na  którym  leżał.  Ze  środka
sufitu  wystawał  zamknięty  przewód  wentylacyjny,  ale  pokój  był

background image

pozbawiony  okien.  Za  otwartymi  drzwiami  kręcone  schody
prowadziły  na  wyższe  piętro.  W  nogach  łóżka  wisiał  na  ścianie
wyblakły  plakat  filmowy  reklamujący  komedię  muzyczną  z  Ginger
Rogers i Fredem Astairem. Po obu bokach miał bardziej współczesne
reprodukcje wycięte z podziemnych czasopism: psychodeliczny plakat
w  stylu  Beardsleya,  ziarniste  powiększenie  zabitego  Che  Guevary,
manifest Black Power i Charlesa Mansona przed sądem, oczy szaleńca
wyzierające  z  łysej  czaszki.  Jedyne  umeblowanie  pokoju  poza
skrzynką  przy  łóżku  stanowił  mały  stolik  zapełniony  słoiczkami
kremów,  buteleczkami  perfum,  pędzelkami  do  rzęs  i  zabrudzoną
ligniną.  Przy  ścianie  stała  droga  skórzana  walizka.  Na  wieszakach
wisiały spódnica, sweter i różne części bielizny.

Maitland  zebrał  siły.  Gorączka  zaczęła  ustępować.  Przypomniał

sobie  gwałtowną  napaść  w  schronie  i  to,  jak  był  wleczony  na
zewnątrz,  ale  pamięć  ciosów  rozproszyły  pierwsze  słowa  młodej
kobiety. Wobec jego przejść na wyspie nawet ten nędzny pokój – w
którymś  ze  zrujnowanych  domów  przy  autostradzie,  jak  sądził  –
nabrał  cech  elegancji  i  wygody  apartamentu  w  najlepszym  hotelu.
Kiedy  kobieta  przysiadła  na  łóżku,  ujął  ją  za  rękę,  żeby  jej  wyrazić
swoją wdzięczność.

–  Czy  jesteśmy…  –  zaczął  pokaleczonymi  ustami.  –  Czy  jesteśmy

blisko  tej  wyspy?  –  Uświadomiwszy  sobie,  że  kobieta  może  o  tym
nie  wiedzieć,  dodał:  –  Rozbiłem  swój  wóz…  Jaguara…  wypadłem  z
autostrady.

Młoda  kobieta  żuła  w  zamyśleniu  gumę  mierząc  Maitlanda

bacznym spojrzeniem.

–  Tak,  wiemy.  Ma  pan  szczęście,  że  pan  wyszedł  z  życiem.  –

Położyła silną dłoń na jego czole, żeby zbadać temperaturę. – Czy był
pan chory przed wypadkiem? Ma pan wysoką gorączkę.

Maitland  potrząsnął  głową,  z  przyjemnością  czując  dotyk  jej

chłodnej dłoni.

– Nie, to zaczęło się później. Chyba wczoraj. Mam złamaną nogę.
– Tak myślałam. Biedaku, dam panu coś do jedzenia.
Podczas gdy Maitland czekał, sięgnęła do torebki i wyjęła tabliczkę

mlecznej czekolady. Odwinęła srebrzystą folię, odłamała kilka tafelek
i wsunęła pierwszą między wargi Maitlanda.

background image

Kiedy  ciepła  czekolada  rozpuszczała  mu  się  w  ustach,  po  raz

pierwszy  ujrzał  twarz  kobiety.  Wstała  i  przejrzała  się  w  małym
lusterku zawieszonym na ścianie. Z czekoladą w ręku chodziła w tę i z
powrotem po wąskim pomieszczeniu. Jej rude włosy rozświetlone od
tyłu  lampą  naftową  płonęły  w  nędznym  pokoju  jak  dzikie  słońce  i
promienie  światła  przebijały  się  przez  fale  otaczające  jej  wysokie
czoło. Miała około dwudziestu lat, inteligentną twarz i silną szczękę.
Była  ładna  w  jakimś  prawie  rozmyślnie  tandetnym  stylu.  Jej
zachowanie  w  stosunku  do  Maitlanda,  kiedy  go  karmiła  lepką
czekoladą  z  odciskami  palców  na  każdym  kawałku,  było  szorstkie  i
jednocześnie pełne szacunku. Możliwe, że niechętnie doglądała tego
zamożnego  człowieka,  który  trafił  do  jej  ubogiego  pokoiku,  zdając
sobie  sprawę,  że  wkrótce  wróci  on  do  swojego  bogatego  otoczenia.
Jednak  coś  w  jej  tonie,  jakaś  nuta  pewności  siebie  w  głosie
pozwalały  przypuszczać,  że  pochodziła  z  innego  środowiska.  W
spłowiałych  dżinsach  i  wojskowej  kurtce,  wśród  plakatów  z
Mansonem i Czarnymi Panterami, wyglądała jak typowa hipiska, ale
przeczyła  temu  masa  tanich  kosmetyków,  wymyślna  fryzura  i
krzykliwe  stroje  w  walizce,  wyposażenie  dziewczyny  lekkich
obyczajów.

Wzmocniony wodą i czekoladą Maitland dotykał dłonią ust. Lada

chwila przybędą sanitariusze z pogotowia i zabiorą go do szpitala w
Hammersmith.

–  Wezwała  pani  karetkę?  Powinni  zaraz  przyjechać.  Nie  wiem

nawet, komu mam dziękować…

– Jane, Jane Sheppard. Nie zrobiłam nic wielkiego.
–  Prawie  już  zapomniałem,  jak  się  je.  Chciałbym,  żeby  pani

zadzwoniła  jeszcze  w  jedno  miejsce,  do  doktor  Helen  Fairfax,  może
pani?

– Nie mam tu telefonu. Niech się pan spróbuje odprężyć. Jest pan

zupełnie wyczerpany.

Usiadła  na  łóżku  badając  silnymi  palcami  jego  prawe  biodro.

Skrzywiła  się  ujrzawszy  zaognioną  ranę  widoczną  przez  dziurę  w
spodniach.

– To wygląda brzydko. Spróbuję trochę oczyścić. Jej dłonie krążyły

wokół  jego  bioder  i  pachwiny,  kiedy  starała  się  rozluźnić  mu

background image

spodnie.  Czekolada  topniejąca  w  żołądku  przyprawiała  Maitlanda  o
zawrót głowy.

– Niech pani zostawi. Zajmą się tym w szpitalu. Zaczął opowiadać o

wypadku  pragnąc  utrwalić  swoje  koszmarne  przejścia  w  czyimś
umyśle, zanim się rozpłyną.

– Byłem tam uwięziony przez trzy dni, trudno w to teraz uwierzyć.

Mój wóz wyskoczył z autostrady i początkowo chyba nic mi się nie
stało. Ale nie mogłem się stamtąd wydostać. Nikt się nie zatrzymał!
To  zdumiewające,  ale  umierałem  z  głodu  na  tej  wyspie  między
autostradami. Gdyby nie pani, już bym nie żył…

Maitland  urwał.  Jane  Sheppard  siedziała  plecami  do  niego,

dotykając  biodrem  jego  prawego  łokcia.  Jej  dłonie  pracowały
wprawnie  przy  jego  spodniach.  Przedłużyła  rozcięcie  do  paska,  ale
gumowana  taśma  w  pasie  okazała  się  za  gruba  dla  nożyczek  do
paznokci,  którymi  się  posługiwała.  Uniósłszy  jego  prawy  pośladek,
zaczęła rozcinać tylną kieszeń spodni.

Maitland  patrzył,  jak  wyjmuje  kluczyki  do  samochodu.  Przyjrzała

się  im  uważnie,  obracając  w  palcach  każdy  z  trzech  kluczyków.
Napotkawszy jego wzrok roześmiała się i położył je na skrzynce.

– Uwierały pana… – Jakby dla potwierdzenia swoich słów położyła

dłoń na jogo pośladku i masowała przez chwilę posiniaczoną skórę.

–  Więc  nikt  się  nie  zatrzymał?  Pewnie  to  pana  zaskoczyło.  W

naszych  czasach  nie  zauważamy  egoizmu  innych,  dopóki  sami  nie
znajdziemy się w potrzebie.

Maitland  odwrócił  głowę,  jego  oczy  natknęły  się  na  jej  badawczy

wzrok.  Powstrzymał  się  od  zabrania  kluczyków.  Poczucie  ulgi  i
radości  zaczynało  ustępować,  rozejrzał  się  utwierdzając  w  swoim
umyśle realność tego pokoju. Jakaś jego część nadal leżała na deszczu
wsłuchując  się  w  ciągły  warkot  niewidocznych  samochodów.  Przez
chwilę  był  przerażony,  że  pokój  i  jej  młoda  mieszkanka  są  częścią
jakiejś przedśmiertnej halucynacji.

–  To  bardzo  miło,  że  się  pani  mną  tak  zajmuje.  Czy  dzwoniła  pani

po karetkę?

–  Zajęłam  się  zorganizowaniem  pomocy.  Poszedł  mój  przyjaciel.

Wszystko będzie dobrze.

– Gdzie my właściwie jesteśmy?… Czy w pobliżu wyspy?

background image

– Więc pan to nazywa „wyspą”?
–  Wyspa  między  autostradami.  Kawałek  nieużytków  otoczony

nasypami dróg. Czy jesteśmy blisko tego miejsca?

–  Tak,  jesteśmy  w  pobliżu  autostrady.  Jest  pan  tu  zupełnie

bezpieczny, panie Maitland.

Maitland wsłuchał się w daleki pomruk samochodów. Zobaczył, że

jego zegarek znikł, ale domyślał się, że musi być koło północy; ciężko
zdobyte  doświadczenie  mówiło  mu,  że  ostatnie  pojazdy  wyjeżdżają
ze śródmieścia Londynu w kierunku zachodnim.

– Zegarek musiał mi wypaść. Skąd pani zna moje nazwisko?
–  Znaleźliśmy  różne  papiery  w  teczce  koło  samochodu.  Zresztą  bez

przerwy  mówi  pan  do  siebie.  –  Urwała  mierząc  go  krytycznym
spojrzeniem. —. Jest pan za coś okropnie zły na siebie, prawda?

Maitland pominął pytanie milczeniem.
– Widziała pani mój wóz? Srebrnego Jaguara?
– Nie, to jest tak, widziałam. Zbija mnie pan z tropu, mówiąc ciągle

o wyspie. – Z domieszką niechęci, jakby przypominając Maitlandowi
o  długu  wdzięczności,  powiedziała:  –  To  ja  pana  tutaj  przyniosłam.
Jest pan cholernie ciężki, wie pan, nawet jak na dużego mężczyznę.

–  Gdzie  my  jesteśmy…  samochody…  –  Zaniepokojony  spróbował

usiąść.  Młoda  kobieta  stała  w  nogach  łóżka  z  włosami
rozpłomienionymi blaskiem lampy naftowej. Patrzyła na Maitlanda,
niczym  rozczochrana  czarownica,  która  przez  jakiś  błąd  w  alchemii
sprowadziła do swojej nory zbyt dużą ofiarę i nie bardzo wie, jak ją
teraz najlepiej wykorzystać.

Zdeprymowany  jej  zimnym  spojrzeniem  Maitland  rozejrzał  się  po

pokoju.  W  rogu  stała  miednica  z  mokrą  bielizną  oparta  na  trzech
okrągłych puszkach, przypominających pudła na taśmy filmowe.

Za  głową  dziewczyny  sterczały  ze  ściany  niby  rogi  wsporniki

jakiegoś  kołowrotu.  Maitland  spojrzał  na  otwór  wentylacyjny  i
plakat z Fredem Astairem.

– Śmiało. O co chodzi? Wyraźnie stara się pan coś sobie uświadomić

– powiedziała cicho Jane Sheppard.

–  Kino…  –  Maitland  wskazał  na  sufit.  –  Oczywiście,  podziemie

zburzonego  kina.  –  Opuścił  ze  znużeniem  głowę  na  nieświeżą
poduszkę. – Wielki Boże, jestem nadal na wyspie!

background image

– Niech pan przestanie mówić o wyspie! Może pan w każdej chwili

odejść,  ja  tu  pana  nie  trzymam.  Może  to  nie  jest  odpowiednie  dla
pana miejsce, ale zrobiłam, co mogłam. Gdyby nie ja, już by pana nie
było.

Maitland dotknął dłonią twarzy, czując, że oblewa się potem.
– O Boże… Proszę pani, potrzebny mi jest lekarz.
–  Wezwiemy  lekarza.  Teraz  musi  pan  odpocząć.  Przez  kilka  dni  żył

pan w stanie napięcia, myślę, że celowo.

–  Jane,  zapłacę  pani.  Niech  mi  pani  pomoże  dojść  do  drogi  i

zatrzymać samochód. Ile pani chce?

Jane przestała chodzić po pokoju i spojrzała czujnie na Maitlanda.
– Ma pan pieniądze?
Maitland  skinął  słabo  głową.  Przekazanie  najprostszej  informacji

zdawało  się  wystawiać  na  próbę  tę  inteligentną,  ale  chytrą  kobietę.
Wyraźnie podejrzewała wszystkich dokoła.

–  Tak,  jestem  człowiekiem  zamożnym…  Współwłaścicielem  firmy

architektonicznej.  Dostanie  pani,  ile  pani  zażąda,  bez  żadnych
trudności. Czy posłała już pani po pomoc?

Jane zignorowała pytanie.
– Czy ma pan jakieś pieniądze tutaj, powiedzmy pięć funtów?
–  W  portfelu…  jest  w  samochodzie,  w  bagażniku.  Mam  około

trzydziestu funtów, dam pani dziesięć.

– W bagażniku… – Jane zastanowiła się nad tym i zręcznym ruchem

zgarnęła kluczyki. – Chyba się nimi zajmę.

Zbyt wyczerpany, żeby się ruszać, Maitland wpatrywał się w plakat

z  Mansonem.  Ponownie  czuł,  jak  odstępuje  go  wola  życia.  Chciał
zasnąć  w  ciepłym  łóżku  pachnącym  tanimi  perfumami,  w
pozbawionym  okien  pokoju  głęboko  pod  ziemią.  Wysoko  w  górze
słyszał trawę szumiącą na nocnym wietrze.

Stukot ciężkich butów na schodach nie całkiem wyrwał go ze snu.

Jane  bojowo  zrobiła  krok  do  przodu.  Gość  nieśmiało  zatrzymał  się
przed drzwiami, osłaniając pokrytą bliznami dłonią małe oczka przed
blaskiem lampy naftowej. Dyszał z wysiłku, jaki dla jego potężnego
ciała  stanowiło  zejście  po  schodach  i  Maitland  poznał  ciężki,
chrapliwy oddech człowieka, który na niego napadł.

Był  to  mężczyzna  około  pięćdziesiątki,  wyraźnie  niedorozwinięty

background image

umysłowo, z niskim czołem stępionym długimi latami niepewności.
Jego  pomarszczona  twarz  miała  wyraz  dziecinnego  zdziwienia,  jak
gdyby  ograniczona  inteligencja,  którą  przyniósł  na  świat,  nie
przekroczyła  nigdy  wieku  dojrzewania.  Doświadczenia  całego
ciężkiego  życia  ukształtowały  tego  niedorozwiniętego  biedaka,
poszturchiwanego  przez  rasę  i  niedobrych  i  obojętnych  dorosłych,
który mimo wszystko zachował niewinną wiarę w prosty świat. Jego
policzki  i  brwi  przecinały  srebrnawe  nabrzmiałe  blizny,  prawie
łączące się na wgniecionym nosie, tworzącym bezkształtną chrzęstną
bryłę,  wymagającą  i  nieustannej  troski.  Otarł  ją  silną  dłonią  i
obejrzał  śluz  w  świetle  lampy.  Jego  ciało,  mimo  ociężałości,  j
zachowało  siłę  i  atletyczną  postawę.  Kiedy  stał  kołysząc  się  na
swoich  małych  stopach,  Maitland  zauważył,  że  porusza  się  z
resztkami  gracji  akrobaty  albo  na  wpół  przytomnego  boksera  po
ciężkim  nokaucie.  Nieustannie  dotykał  twarzy,  jak  ktoś  rozcierający
ukąszenie albo dotkliwy cios.

–  I  co,  Proctorze,  znalazłeś?  –  spytała  Jane.  Mężczyzna  potrząsnął

głową.  Przestępował  z  nogi  na  nogę,  niczym  dziecko  zbyt  czymś
zajęte, ze by pójść do ustępu.

–  Zamknięte  oświadczył  ochrypłym  głosem.  –  Za  mocne  dla

Proctora.

– Dziwię się. Myślałam, że potrafisz połamać wszystko. Poszukamy

jeszcze raz jutro, jak będzie jasno.

–  Tak,  Proctor  znajdzie  je  jutro.  Zerknął  ponad  jej  ramieniem  na

Maitlanda, odstąpiła o krok z ociąganiem.

– Proctor, on zasypia. Nie budź go, bo będziemy tu mieli trupa.
– Dobrze, panno Jane.
Proctor  zbliżył  się  z  przesadną  ostrożnością.  Maitland  odwrócił

głowę,  stwierdziwszy,  że  mężczyzna  ma  na  sobie  jego  marynarkę.
Jedwabne klapy lśniły rozpierane potężną piersią.

Jane również zauważyła jego strój.
–  Po  diabła  to  włożyłeś?  –  spytała  ostro.  –  Wybierasz  się  na

przyjęcie czy tylko wystroiłeś się na kolację?

Proctor zachichotał i spojrzał na siebie nie bez godności.
– Tak, na przyjęcie. Proctor i panna Jane!
– Boże święty… Zdejmij to.

background image

Proctor  popatrzył  na  nią  z  niedowierzaniem,  jego  pokiereszowana

twarz  wyrażała  prośbę  i  protest.  Przytrzymał  szpice  klap,  jakby  w
obawie, że mogą odfrunąć.

– Proctor! Czy chcesz, żeby cię od razu znaleźli? W tym wytwornym

stroju wypatrzą cię na milę!

Proctor wiercił się w drzwiach akceptując logikę tego stwierdzenia,

ale nie mając ochoty rozstać się z marynarką.

–  W  nocy  tylko  –  wykręcał  się.  –  W  nocy  nikt  nie  zobaczy

marynarki Proctora.

– No, dobrze. Tylko w nocy. Ale niech ci to nie uderzy do głowy. –

Wskazała  Maitlanda  na  wpół  uśpionego  na  wilgotnej  poduszce.  –
Wychodzę,  więc  musisz  go  popilnować.  Zostaw  go  w  spokoju.  Nie
próbuj go ruszać ani go nie bij. I nie chcę, żebyś w ogóle wchodził do
tego pokoju, siedź na schodach.

Proctor  posłusznie  kiwnął  głową.  Niby  gorliwy  konspirator

wycofał  się  tyłem  i  zaczął  wchodzić  po  schodach.  Obudzony
stukotem na drewnianych stopniach, Maitland poznał robocze buty,
których  ślady  widział  na  nasypie.  Usiłował  się  podnieść,
przestraszony  perspektywą  sam  na  sam  z  tym  ogłupiałym
mieszkańcem wyspy. Domyślił się teraz, że włóczęga wdrapał się na
błotnistą skarpę i poustawiał drewniane kozły, maskując wszelki ślad
wypadku.

Wymamrotał  coś  do  młodej  kobiety,  która  usiadła  przy  nim  na

łóżku.  Słodki,  upajający  dym  wypełnił  pokój,  zawisając  długimi
smugami wokół jej twarzy. Ujęła głowę Maitlanda z niespodziewaną
czułością.

Przez kilka minut uspokajała go, kołysząc i szepcząc kojące słowa:
–  Wszystko  będzie  dobrze,  mój  mały.  Staraj  się  usnąć,  kiedy  się

obudzisz, będziesz się czuł lepiej. Ja się tobą zajmę. Chce ci się spać,
prawda,  kochanie?  Biedne  maleństwo,  potrzebujesz  tyle  snu.  Spij,
dziecinko, śpij…

Kiedy  wyszła,  Maitland  leżał  w  półśnie  i  gorączce,  świadom,  że

włóczęga  w  jego  smokingu  obserwuje  go  z  drzwi.  Przez  całą  noc
Proctor  krążył  nad  nim,  a  jego  ciężkie  dłonie  wędrowały  po  ciele
Maitlanda, jakby szukając ukrytego talizmanu. Co jakiś czas Maitland
wyczuwał gorący powiew przetrawionego wina i budził się, widząc

background image

pochyloną nad sobą pokancerowaną twarz Proctora. W blasku lampy
naftowej wyglądała, jak zrobiona z polerowanego kamienia.

Na  kilka  godzin  przed  świtem  wróciła  Jane  Sheppard.  Maitland

usłyszał jej nawoływania z daleka, kiedy szła przez wyspę. Odesłała
Proctora, który zniknął cicho w szumiącej trawie.

Rozległ  się  stukot  obcasów  na  schodach.  Maitland  patrzył

obojętnie, jak Jane chwiejnie podchodzi do łóżka. Była lekko pijana i
patrzyła na Maitlanda, jakby go nie poznawała.

– Boże, pan jeszcze tutaj? Myślałam, że pan pójdzie. Cóż za cholerny

wieczór.

Mrucząc do siebie zrzuciła pantofle na szpilkach.
O tym, gdzie była, mógł się tylko domyślać z jej stroju, karykatury

prowincjonalnej  kurewki  z  lat  czterdziestych:  rozcięta  spódnica
odsłaniająca  uda  i  skraj  pończoch,  ostre  piersi  pod  przezroczystą
bluzką. Zataczając się obeszła łóżko i rozebrała się wrzucając ubranie
do  walizki.  Naga  wślizgnęła  się  pod  postrzępiony  koc.  Patrząc  na
plakat  Rogers  i  Astaire’a  wzięła  Maitlanda  za  rękę,  trochę,  żeby  go
uspokoić, trochę dla towarzystwa. Przez resztę nocy i wczesny ranek
Maitland leżąc w gorączce czuł dotyk jej silnego ciała.

background image

12.

AKROBATA

Rano  Jane  Sheppard  znikła.  Kiedy  Maitland  się  obudził,  w

podziemnym  pokoju  panowała  cisza.  Snop  słonecznego  światła
wpadający  do  wąskiej  klatki  schodowej  oświetlał  barłóg,  w  którym
leżał. Twarze Guevary i Charlesa Mansona wisiały na ścianie unosząc
się nad nim jak kustosze koszmaru.

Maitland  wyciągnął  rękę  i  znalazł  zagłębienie  po  ciele  młodej

kobiety.  Rozejrzawszy  się  po  pokoju,  zauważył  otwartą  walizkę,
jaskrawe  stroje  na  wieszakach,  kosmetyki  na  stoliku.  Jane
uporządkowała wszystko przed wyjściem.

Gorączka ustępowała. Maitland wziął plastykowy kubek ze skrzyni,

uniósł  się  na  łokciu  i  wypił  trochę  letniej  wody.  Odsunął  koce  i
obejrzał  nogę.  Jakiś  tajemniczy  proces  leczniczy  unieruchomił  jego
staw  biodrowy,  ale  opuchlizna  i  ból  były  mniejsze.  Po  raz  pierwszy
mógł dotknąć uszkodzonego miejsca.

Siedział  spokojnie  na  skraju  łóżka  i  wpatrywał  się  w  plakat  z

Astairem i Rogers. Usiłował przypomnieć sobie, czy widział ten film,
przenosząc  się  myślą  w  lata  chłopięce.  Przez  szereg  kolejnych  lat
pochłaniał  prawie  całą  produkcję  Hollywoodu,  przesiadując
samotnie  w  pustych  salach  wielkich  podmiejskich  kin.  Rozcierając
sobie  pokiereszowaną  klatkę  piersiową,  poczuł,  że  jego  ciało
odmłodniało:  połączenie  głodu  i  gorączki  sprawiło,  że  stracił
przynajmniej  dziesięć  funtów.  Z  szerokiej  piersi  i  tęgich  nóg  ubyła
połowa ciała.

Maitland zsunął chorą nogę na podłogę i wsłuchał się w odgłosy

ruchu  na  autostradzie.  Przekonanie,  że  wkrótce  opuści  wyspę,

background image

przywróciło mu energię. Był uwięziony na tym trójkącie nieużytków
od prawie czterech dni. Miał świadomość, że zaczyna zapominać żonę
i syna, Helen Fairfax i swoich wspólników. Wszyscy razem przesunęli
się w cień, w głąb umysłu, a ich miejsce zajęły bezpośrednie troski:
pożywienie, schronienie, zraniona noga i przede wszystkim potrzeba
podporządkowania  sobie  tego  kawałka  ziemi  wokół  niego.  Jego
rzeczywisty  horyzont  skurczył  się  do  niewiele  ponad  dziesięć  stóp.
Mimo  że  nie  dalej  niż  za  godzinę  wydostanie  się  stąd  –  chociaż
niechętnie,  młoda  kobieta  i  Proctor  pomogą  mu  wejść  na  skarpę  –
perspektywa ta ciążyła nad nim, niby jakaś długoletnia misja.

– Przeklęta noga…
Skrzynka  kryła  prymus  i  niemytą  patelnię.  Maitland  zeskrobał  z

niej brązową skorupę suchego ryżu, zachłannie pakując twarde ziarna
do  pokaleczonych  ust.  Jego  twarz  pokrywał  gęsty  zarost;  spojrzał  w
dół  na  brudną  wieczorową  koszulę,  na  wysmarowane  spodnie
rozcięte od prawego kolana do paska. A jednak ten zbiór łachmanów
coraz mniej przypominał ekscentryczny kostium.

Opierając  się  o  ścianę  Maitland  zrobił  kilka  kroków.  Plakat  z

Guevarą  rozdarł  się  i  zawisł  kołysząc  się  na  jednej  pinezce.
Wyciągnął  ręce  do  drzwi,  obrócił  się  na  zdrowej  nodze  i  usiadł  na
wieku  pięćdziesięciogalonowego  pojemnika  służącego  za  zbiornik
wody.

Kilkanaście  stopni  prowadziło  na  światło  dzienne.  Na  podstawie

położenia  słońca  Maitland  uznał,  że  zbliża  się  południe.  Na  szosie
trwał  spokojny  niedzielny  ruch:  za  jakieś  pół  godziny  któraś  z
zadowolonych  rodzin  wybierających  się  na  przejażdżkę  przestraszy
się  wynędzniałego  człowieka  w  poszarpanym  stroju  wieczorowym
wychodzącego  chwiejnym  krokiem  na  środek  szosy.  Najdłuższy
katzenjammer świata.

Maitland  zaczął  wchodzić  po  stopniach  ku  słońcu.  Doszedłszy  do

szczytu  ostrożnie  uniósł  głowę,  wyglądając  przez  trawę  i  pokrzywy
otaczające zejście.

Właśnie  miał  wkroczyć  na  wyspę,  kiedy  usłyszał  znajomy

chrapliwy oddech. Maitland schylił się i prześlizgnął do zrujnowanej
budki  kasy.  Leżąc  na  boku  wyciągnął  rękę  i  rozchylił  kurtynę
pokrzyw.

background image

W  odległości  dwudziestu  stóp,  w  niewielkim  zagłębieniu

otoczonym  pokrzywami  i  wysokim  zielskiem,  Proctor  wykonywał
serię  ćwiczeń  gimnastycznych.  Oddychając  ciężko  przez  usta,  stał
bosymi stopami na baczność, a silne ramiona uniósł przed sobą.

Na  mocno  udeptanej  ziemi  jego  osobistej  sali  gimnastycznej  stały

robocze  buty,  obok  leżała  skakanka.  Miał  na  sobie  postrzępiony
cyrkowy  trykot,  który  Maitland  widział  przewieszony  przez  krzesło
w  schronie  przeciwlotniczym.  Srebrne  szelki  podkreślały  potężne
ramiona  i  ujawniały  silną  bliznę  biegnącą  jak  błyskawica  od
prawego ucha, przez szyję, do barku, ślad jakiegoś przerażającego aktu
gwałtu.

Dopełniwszy skomplikowanego rytuału przygotowań, czyli sapań i

stęknięć  przypominających  rozruch  starego  silnika,  Proctor  zrobił
mały  krok  do  przodu  i  wykonał  salto.  Potężne  ciało  zawirowało  w
powietrzu.  Wylądował  ciężko,  ledwo  utrzymując  równowagę,  ze
zgiętymi nogami i rękami trzepoczącymi po bokach. Uradowany tym
sukcesem zatupał mocno bosymi stopami.

Maitland  czekał  na  następną  sztuczkę  Proctora.  Z  długich

przygotowań,  chodzenia  w  tę  i  z  powrotem,  przymierzania  się
wynikało  niedwuznacznie,  że  ta  figura  akrobatyczna  będzie
prawdziwym  egzaminem.  Proctor  koncentrował  całą  swoją  energię.
Przygotowywał  sobie  teren  odtrącając  nogą  kamienie,  niczym
wielkie  zwierzę  szukające  dogodnego  miejsca.  Kiedy  wreszcie
wyskoczył  w  górę,  próbując  salta  w  tył,  Maitland  od  razu  wiedział,
że mu się nie uda. Opuścił głowę, kiedy włóczęga gruchnął na ziemię
rozrzucając swoje buty.

Ogłuszony  Proctor  leżał  chwilę  na  wznak,  potem  pozbierał  się

patrząc  ze  smutkiem  na  swoje  niezdarne  ciało.  Bez  przekonania
przygotował  się  do  drugiej  próby,  ale  wreszcie  zrezygnował  i
otrzepał  piasek  z  podrapanych  rąk.  Na  prawym  przegubie  miał
skaleczenie. Wyssał krew i spróbował stania na rękach, zakończonego
niezdarnym  upadkiem  na  kolana.  Wyraźnie  miał  kłopoty  z
koordynacją, a salto w przód wyszło mu tylko przypadkiem. Nawet
skakanka  przekraczała  jego  możliwości.  Już  po  chwili  linka  oplątała
mu się wokół szyi.

Mimo  wszystko,  jak  Maitland  wyczuł,  włóczęga  nie  był

background image

zawiedziony.  Polizał  skaleczenie  na  przegubie  i  posapywał  sobie,
wyraźnie  uszczęśliwiony  swoimi  osiągnięciami.  Zażenowany  tym
widokiem Maitland zaczął się wycofywać.

Usłyszawszy  jego  ruch  za  kasą,  Proctor  odwrócił  się  podejrzliwie.

Zanim  Maitland  zdążył  dotrzeć  do  schodów,  włóczęga  znikł,
zaszywając się w wybujałym zielsku jak spłoszone zwierzę.

Maitland zauważył lekki ruch w kępie pokrzyw. Pewien, że Proctor

go obserwuje i że skoro tylko wyjdzie z ukrycia, włóczęga porwie go
i  zrzuci  ze  schodów,  Maitland  czekał.  Słuchał  odgłosów  ruchu  na
autostradzie,  myśląc  o  jawnej  agresywności  Proctora,  o  jego
zastarzałej nienawiści do świata, na którym chętnie wziąłby odwet.

Wreszcie  Maitland  zwlókł  się  po  schodach.  Już  z  dołu  spojrzał  na

niebo  i  rozkołysaną  trawę.  Potem  trzymając  się  ścian  wszedł  do
pokoju.  Kiedy  jego  wzrok  przystosował  się  do  półmroku,  zobaczył
rewolucyjne  plakaty,  brudne  łóżko  i  skórzaną  walizkę  pełną
tandetnych fatałaszków. Kim było tych dwoje mieszkańców wyspy?
Jaki niełatwy sojusz łączy starego cyrkowca i tę inteligentną młodą
kobietę?  Robiła  wrażenie  typowej  hipiski,  uciekinierki  z  zamożnej
rodziny,  z  głową  pełną  niedowarzonych  idei,  poszukiwaną  za
narkotyki lub ucieczkę spod dozoru policji.

Maitland usłyszał jej głos dochodzący przez grubą warstwę trawy.

Proctor  odpowiedział  jej  ochrypłym  głosem  półgłupka.  Maitland
doszedł  do  łóżka,  położył  się  i  zdążył  naciągnąć  koc  w  chwili,  gdy
Jane weszła do pokoju.

W  ręku  miała  torbę  z  supersamu  pełną  zakupów.  Ubrana  była  w

dżinsy  i  wojskową  kurtkę.  Tym  razem,  pomyślał  Maitland
zauważywszy  jej  zabłocone  buty,  połowy  strój  nie  reprezentował
tylko  młodzieżowej  mody.  Widocznie  znała  jakąś  własną  drogę  na
skarpę i na drugą stronę szosy dojazdowej.

Spojrzała  na  Maitlanda,  jej  bystre  oczy  w  jednej  chwili  oceniły

sytuację.  Rude  włosy  miała  gładko  zaczesane  do  tyłu,  jak  ciężko
pracująca kobieta, co podkreślało jej wysokie, kościste czoło.

–  Jak  się  pan  czuje?  Nie  jest  pan  chyba  zbyt  mocny.  Ale  spał  pan

dobrze.

Maitland  zrobił  słaby  gest  jedną  ręką.  Coś  kazało  mu  ukryć

prawdziwy stan zdrowia.

background image

– Czuję się trochę lepiej – powiedział.
–  Widzę,  że  pan  tu  wędrował  –  zauważyła  bez  cienia  krytyki.

Poprawiła  plakat  z  Guevarą,  przypinając  na  nowo  zerwany  róg.  –
Widocznie nie jest z panem najgorzej. Nawiasem mówiąc, nie ma tu
nic do szukania.

Położyła  silną  dłoń  na  czole  Maitlanda  i  przytrzymała  ją  chwilę,

potem szybkim ruchem wyjęła prymus i zaniosła go na słońce u stóp
schodów.

–  Gorączka  przeszła.  Wczoraj  wieczorem  martwiliśmy  się  o  pana.

Należy pan do ludzi, którzy nieustannie muszą się sprawdzać. Czy nie
myśli  pan,  że  rozbił  się  pan  na  tej  wyspie  specjalnie?  –  Maitland
przyglądał się jej spokojnie, mówiła więc dalej:

– Nie żartuję, może mi pan wierzyć, samozniszczenie to coś, na czym

się  dobrze  znam.  Moja  matka  nałykała  się  tyle  barbituratów  przed
śmiercią, że była całkiem sina.

Rozpaliła  prymus  i  nastawiła  garnek  z  trzema  jajkami  do

gotowania.

–  Na  pewno  jest  pan  głodny.  Kupiłam  panu  trochę  jedzenia  w

supersamie.

Maitland usiadł.
– Jaki dziś dzień?
–  Niedziela.  Hinduskie  sklepy  w  okolicy  są  otwarte  codziennie.

Wyzyskują siebie i swoich pracowników gorzej niż biali właściciele.
Ale to już pańska specjalność.

– Nie rozumiem.
–  Wyzysk.  Jest  pan  bogatym  biznesmenem,  prawda?  Tak  pan

twierdził wczoraj wieczorem.

–  Jane,  pani  jest  naiwna.  Nie  jestem  bogaty  i  nie  jestem

biznesmenem.  Jestem  architektem.  –  Maitland  urwał,  zdając  sobie
sprawę  z  tego,  że  ona  sprowadza  ich  stosunki  do  poziomu
bezsensownej  domowej  sprzeczki.  Jednak  było  w  tym  też  coś  nie
całkiem zamierzonego.

– Czy dzwoniła pani po pomoc? – spytał zdecydowanie.
Jane  zignorowała  pytanie,  zajęta  nakrywaniem  do  skromnego

posiłku. Ustawiła barwne papierowe kubki i talerze na papierowym
obrusie,  którym  starannie  przykryła  skrzynkę,  co  przypominało

background image

dziecięcy stolik dla lalek.

– Nie miałam czasu. Pomyślałam, że jedzenie jest ważniejsze.
–  Prawdę  mówiąc,  umieram  z  głodu.  –  Maitland  rozwinął  paczkę

sucharków,  którą  mu  podała.  –  Ale  muszę  pójść  do  szpitala.  Moją
nogą trzeba się zająć. Poza tym biuro, żona… na pewno zastanawiają
się, gdzie przepadłem.

–  Myślą,  że  wyjechał  pan  służbowo  –  zareplikowała  bez  namysłu

Jane. – Na pewno wcale pana nie szukają.

Maitland puścił tę uwagę mimo uszu.
– Mówiła pani, że dzwoniła na policję wczoraj wieczorem.
Jane roześmiała się w twarz Maitlandowi, który siedział zgarbiony,

w łachmanach na skraju łóżka, rozszarpując czarnymi palcami paczkę
sucharków.

–  Nie,  my  tu  nie  bardzo  lubimy  policję.  Szczególnie  Proctor  …  on

ma niezbyt przyjemne wspomnienia związane z policją. Zawsze nim
poniewierali.  Czy  uwierzy  pan,  że  sierżant  z  komendy  Notting  Hill
oddał na niego mocz? Takich rzeczy się nie zapomina.

Czekała  na  odpowiedź.  Siarkowy  zapach  nadpękniętych  jajek

uderzał Maitlandowi do głowy. Jane wytrząsnęła z garnka parujące
jajko na jego papierowy talerz, pochylając się w taki sposób, że mógł
docenić kształt i ciężar jej piersi.

– Ale wczoraj wyglądał pan bardzo źle. Nie dawał się pan ruszyć. Ta

okropna noga, gorączka, był pan zupełnie wyczerpany i majaczył coś
o  żonie.  Czy  wyobraża  pan  sobie,  jak  uszarpaliśmy  się  niosąc  tutaj
pana po ciemku? Chciałam utrzymać pana przy życiu.

Maitland  rozbił  jajko.  Gorąca  skorupka  parzyła  pokryte  smarem

skaleczenia  na  palcach.  Jane  usiadła  na  podłodze  u  jego  stóp  i
rozpuściła  rude  włosy.  Premedytacja,  z  jaką  używała  swojego  ciała,
wprawiała Maitlanda w zakłopotanie.

–  Pomoże  mi  pani  później  wydostać  się  stąd  –  powiedział.  –

Rozumiem, że nie chce pani mieszać w to policji. Jeżeli Proctor…

–  Właśnie.  On  boi  się  policjantów  i  zrobi  wszystko,  żeby  nie

dopuścić  do  sprowadzenia  ich  tutaj.  Nie  dlatego,  że  ma  coś  na
sumieniu, ale to miejsce jest dla niego wszystkim. Kiedy zbudowano
autostradę,  został  odcięty  od  świata…  Wie  pan,  on  nigdy  stąd  nie
wychodzi. To zadziwiające, jak on tu przeżył.

background image

Maitland pakował do ust kawałki jajka, z których ściekało żółtko.
On mnie o mało nie zabił – zauważył oblizując palce.
–  Myślał,  że  chce  pan  zająć  jego  norę.  Całe  szczęście,  że  akurat

nadeszłam. On jest bardzo silny.

Kiedy miał szesnaście czy siedemnaście lat, był akrobatą w jakimś

podrzędnym cyrku. Wtedy jeszcze nie obowiązywały żadne przepisy
bezpieczeństwa. Spadł z liny i doznał uszkodzenia mózgu. Po prostu
go  wyrzucili.  Upośledzeni  umysłowo  traktowani  są  okropnie.  Jeżeli
nie  chcą  iść  do  zakładu  zamkniętego,  nie  mają  absolutnie  żadnej
opieki.

Maitland kiwnął głową, koncentrując się na jedzeniu.
– Od jak dawna mieszka pani w tym starym kinie?
–  Ja  tu  wcale  nie  mieszkam  –  odpowiedziała  wyniośle.  –

Zatrzymałam  się…  u  przyjaciół  przy  Harrow  Road.  Jako  dziecko
miałam własny pokój i nie lubię mieć koło siebie zbyt dużo ludzi…
pan to chyba rozumie.

–  Jane…  –  Maitland  odchrząknął.  Twarde  sucharki  i  gorące  jajko

uraziły kilkanaście skaleczonych miejsc w jego ustach. Dziąsła, wargi
i  podniebienie  szczypały  odzwyczajone  od  gryzienia.  Spojrzał
niepewnie  na  dziewczynę,  uświadamiając  sobie  stopień  swojej
zależności od niej. Niedaleko stąd samochody na autostradzie wiozły
ludzi  do  domu  na  obiad.  Siedząc  tak  z  Jane  nad  prymusem  w
nędznym  pokoju,  nie  wiadomo  dlaczego  pomyślał  o  pierwszych
miesiącach swojego małżeństwa z Catherine i o tamtych uroczystych
posiłkach.  Chociaż  Catherine  urządziła  mieszkanie  sama,  prawie  nie
radząc  się  Maitlanda,  czuł  taką  samą  Zależność  od  niej,  takie  samo
zadowolenie  z  obcych  mebli  wokół  siebie.  Nawet  ich  obecne
mieszkanie  zostało  zaprojektowane  z  myślą  o  uniknięciu
niebezpieczeństw spowszednienia.

Zrozumiał, że Jane mówiła prawdę o ratowaniu mu życia, i poczuł

nagły  przypływ  wdzięczności  dla  niej.  Zadziwiała  go  ta  jej
mieszanina  ciepła  i  agresji,  przeskoki  od  bezceremonialności  do
przewrotności. Stwierdzał, że coraz częściej spogląda na jej ciało, i był
zły na siebie, że reaguje na jej niedwuznaczne zachowanie.

– Jane, chcę, żeby pani teraz zawołała Proctora. We dwoje możecie

ranie  wnieść  na  autostradę  i  tam  zostawić.  Sam  zatrzymam  jakiegoś

background image

kierowcę.

–  Oczywiście.  –  Spojrzała  mu  otwarcie  w  oczy  i  uśmiechnęła  się

lekko. Dotknęła dłonią włosów na karku. – Proctor panu nie pomoże,
ale ja spróbuję. Jest pan okropnie ciężki, mimo głodowania. Za dużo
obiadków  na  rachunek  firmy,  wszędzie  te  oszustwa  podatkowe.  Ale
podobno 

przejadanie 

się 

daje 

poczucie 

bezpieczeństwa

emocjonalnego…

–  Jane!  –  Doprowadzony  do  rozpaczy  Maitland  uderzył  brudną

pięścią  w  skrzynkę,  zrzucając  papierowe  talerze  na  podłogę.  –  Nie
mam  zamiaru  zwracać  się  do  policji.  Nie  powiem  ani  o  pani,  ani  o
Proctorze.  Jestem  pani  wdzięczny.  Gdyby  mnie  pani  nie  znalazła,
pewnie bym tutaj umarł. Nikt się o was nie dowie.

Jane  wzruszyła  ramionami,  wyraźnie  nie  zainteresowana  tym,  co

Maitland mówi.

– Przyjdą ludzie…
–  Nikt  nie  przyjdzie!  Robotnicy,  którzy  przyjadą  odholować  mój

samochód,  nie  będą  się  tu  niczym  interesować.  Ostatnie  trzy  dni
dowiodły tego aż zbyt dobrze.

– Czy pański wóz jest wart dużo pieniędzy?
–  Kwalifikuje  się  tylko  do  kasacji.  Podpaliłem  go.  Wiem.

Przyglądaliśmy się temu. Czemu go pan tu nie zostawi?

– Ludzie z ubezpieczeń będą go chcieli obejrzeć.
–  Maitland  spojrzał  na  nią  nagle.  –  Widzieliście  ogień?  Mój  Boże,

dlaczego nie pomogliście mi wtedy?

– Nie wiedzieliśmy, kim pan jest. Ile kosztował ten samochód?
Maitland  przyjrzał  się  otwartej,  dziecinnej  twarzy  naznaczonej

wyrazem naiwnego zepsucia.

– Więc o to chodzi? To dlatego nie śpieszy się pani, żeby mnie stąd

wyprawić?  –  Położył  jej  dłoń  na  ramieniu  i  przytrzymał,  mimo  że
chciała  ją  strącić.  –  Jane,  niech  pani  posłucha.  Jeżeli  pani  chce
pieniędzy, dam je pani. Ile pani chce?

– A ma pan jakieś pieniądze? – spytała rzeczowo tonem znudzonej

kasjerki.

– Mam, w banku. W samochodzie jest mój portfel, a w nim około

trzydziestu  funtów.  Ma  pani  kluczyki,  niech  pani  je  weźmie,  zanim
zrobi to Proctor. Sprawia pani wrażenie osoby dość szybkiej.

background image

Nie  zwracając  uwagi  na  jego  wrogi  ton  sięgnęła  do  torebki.  Po

chwili  namysłu  wyjęła  zabrudzony  smarem  portfel  i  rzuciła  go  na
łóżko obok Maitlanda.

– Jest wszystko! Niech pan policzy. Dalej! Niech pan przeliczy!
Maitland  otworzył  portfel  i  rzucił  okiem  na  zwitek  wilgotnych

banknotów. Opanowawszy się zaczął od początku.

– Jane, mogę pani pomóc. Czego pani potrzebuje?
– Od pana nic. – Znalazła kawałek gumy i zaczęła ją żuć ze złością. –

To  pan  potrzebuje  pomocy.  Wszystko  się  panu  popieprzyło  od  tego
nadmiaru  swobody.  Spójrzmy  prawdzie  w  oczy,  pan  nie  jest  wcale
nieszczęśliwy ze swoją żoną. Panu odpowiada ta chłodna atmosfera.

Maitland czekał, aż Jane skończy.
– No, dobrze. Może i tak. Więc niech mi pani pomoże wydostać się

stąd.

Stanęła  przed  nim,  z  gniewem  w  oczach,  blokując  mu  drogę  do

drzwi.

–  Przez  cały  czas  pan  mi  coś  narzuca!  Nikt  tu  panu  nie  jest  nic

winien,  więc  niech  pan  przestanie  z  tym  chcę,  chcę,  chcę!  Miał  pan
wypadek, bo jechał pan za szybko, a teraz skarży się pan jak dziecko.
Znaleźliśmy pana zaledwie wczoraj…

Unikając  jej  wściekłego  spojrzenia  Maitland  przytrzymując  się

ściany  doszedł  do  drzwi.  Ta  pomylona  młoda  kobieta  musiała  mieć
kogoś, na kogo mogłaby wylewać złość: stary włóczęga był za głupi,
ale on, wygłodzony i na wpół unieruchomiony przez złamaną nogę,
stanowił idealny cel. Pierwsza oznaka wdzięczności wystarczyła, żeby
ją pobudzić…

Kiedy ją mijał, zrobiła krok w jego stronę i ujęła go za rękę, którą

zarzuciła  sobie  na  szczupłe  ramiona.  Niczym  nauczycielka  tańca
kierująca  bezradnym  nowicjuszem  poprowadziła  go  w  stronę
schodów.

Maitland wyszedł na słońce. Wysoka trawa kłębiła się wokół jego

nóg,  łasząc  się  jak  wierny  pies.  Karmiona  wiosennymi  deszczami
wybujała  wysoko,  sięgając  Maitlandowi  do  piersi.  Oparł  się
chwiejnie  o  młodą  kobietę.  O  sto  jardów  na  wschód  przecinał
powietrze  wysoki  wiadukt  autostrady  i  Maitland  spojrzał  na
betonowy  fundament,  na  którym  wypisał  swoje  wezwanie.  Wyspa

background image

wydawała  mu  się  teraz  większa  i  bogato  ukształtowana,  wyglądała
jak  labirynt  zagłębień  i  lejów.  Dzika  i  bujna  roślinność  sprawiała
wrażenie, że wyspa cofała się do wcześniejszego i gwałtowniejszego
okresu.

– Czy to pani starła moje napisy?
– To Proctor. On nigdy nie nauczył się czytać ani pisać i nienawidzi

liter.

– A drewniane bariery? – Maitland nie czuł gniewu ani do Proctora,

ani do młodej kobiety.

–  On  je  ustawił…  zaraz  po  wypadku,  kiedy  pan  był  jeszcze

ogłuszony w samochodzie.

Podtrzymywała go, jedną ręką przyciskając mu żołądek. Zapach jej

ciepłego  ciała  kontrastował  z  zapachem  traw  i  spalin  samochodów.
Maitland usiadł na leżącej obok oponie ciężarówki i wpatrywał się w
wysoką  ścianę  nasypu  autostrady.  Świeżo  zasiana  trawa  rosła  już
gęściej.  Wkrótce  zakryje  wszelki  ślad  wypadku:  głębokie  koleiny
wyryte przez koła samochodu i splątane ślady jego pierwszych prób
sforsowania  nasypu.  Przez  chwilę  Maitlandowi  zrobiło  się  żal,  że
opuszcza wyspę. Chciałby zachować ją na zawsze, móc sprowadzić tu
Catherine i przyjaciół, żeby obejrzeli to miejsce jego cierpień.

– Jane…
Młoda  kobieta  odeszła.  Jej  silna  głowa  i  ramiona  płynęły  nad

trawą w stronę schronu przeciwlotniczego.

background image

13.

OGNISTY SYGNAŁ

– Jane! Chodź tutaj… Jane!
Szelest  zielska  pochłonął  jego  słaby  okrzyk  z  tonem  przygany,

Maitland  wstał  i  rzucił  się  za  nią,  podskakując  na  lewej  nodze.
Dusząc  się  ze  złości  oparł  się  o  budkę  kasy.  Ochłonąwszy  nieco
pomacał  się  po  żołądku,  wyczuwając  twardy  skraj  żeber.  Dobrze,  że
chociaż dostał od niej trochę jedzenia.

Niedaleko,  na  dachu  zrujnowanej  przybudówki,  leżała  rdzawa

metalowa  rura  z  jednym  końcem  niezgrabnie  zagiętym.  Jego
szczudło! Maitland pokuśtykał po kamienistej ziemi, ciągnąc za sobą
chorą  nogę.  Długimi  ramionami  podciągnął  się  po  rozsypującej  się
ścianie budki i chwycił rurę wydechową.

Siedząc  już  ze  szczudłem  w  rękach  oddychał  ciężko.  Potem  zaczął

machać  nim  do  przejeżdżających  samochodów,  ciesząc  się  dotykiem
wygładzonych  rdzawych  powierzchni,  znajomym  uchwytem
symbolizującym wolę przetrwania. Ten pogięty kawał rury był jego
pierwszym  narzędziem…  i  bronią,  pomyślał,  przypomniawszy  sobie
Proctora. Włóczęga nie pojawił się jeszcze, ale Maitland przeszukiwał
wzrokiem trawą i kępy pokrzyw, pewien, że on się gdzieś tam czai.

Podniesiony  na  duchu,  Maitland  zszedł  z  dachu  budki,  wsparł  się

na  szczudle  i  stanął  wyprostowany.  Spodnie  na  nim  wisiały  w
strzępach, ale przepełniała go siła i zdecydowanie. Obmacując głowę
czuł ukłucia bólu na rozluźnionych szwach czaszki. Skutki wstrząsu i
gorączka ustąpiły, pozostawiając tylko lekki, ciągły ból.

Spojrzał na skarpę autostrady. Wiedział, że ma już prawdopodobnie

dość siły, żeby wspiąć się na górę, ale Proctor musiał go obserwować,

background image

czekając  na  ruch  z  jego  strony.  Następna  konfrontacja  fizyczna  z
włóczęgą  oznaczałaby  znów  stratę  kilku  dni.  W  jakiś  sposób  musi
skłonić  dziewczynę,  żeby  mu  pomogła.  Tylko  ona  miał  a  jakąś
władzę nad Proctorem.

Maitland  pokuśtykał  z  powrotem  do  ruin  kina.  Przeciskając  się

przez  zielsko  dotarł  do  schodów  i  zniósł  swoją  chorą  nogę  po
schodach do pokoiku w podziemiu.

Usiadł  w  półmroku  na  łóżku  i  zaczął  łamać  w  palcach  sucharki.

Dziecięce  pożywienie  kaleczyło  mu  usta,  żuł  więc  ostrożnie  ostre
okruchy  słodkiego  ciasta.  Maitland  sięgnął  szczudłem  i  przyciągnął
walizkę dziewczyny. Szukał w sukienkach i bieliźnie sądząc, że może
znaleźć jakąś broń.

Na  dnie  walizki,  wśród  tubek  z  kremami,  szpilek  do  włosów  i

serwetek do ścierania makijażu była też paczka wypłowiałych zdjęć.
Maitland,  ciekaw  przeszłości  dziewczyny,  rozłożył  je  na  łóżku.  Na
jednej była dorastająca dziewczyna o silnych rysach, wyraźnie Jane,
kryjąca się za wypłowiałą kobietą w średnim wieku o nieruchomym
spojrzeniu,  na  wydeptanym  trawniku  jakiegoś  małego  sanatorium.
Na  drugim  zwiedzała  targi  pod  rękę  z  korpulentnym  mężczyzną
starszym od niej o dwadzieścia lat. Maitland uznał, że to jej ojciec, ale
zdjęcie  ślubne  ukazywało  Jane  dumnie  obnoszącą  sześciomiesięczną
ciążę  i  stojącą  w  kościele  obok  tegoż  człowieka,  z  oszalałą  matką
snującą się w tle, jak rozstrojony nerwowo duch.

Pojawił  się  na  zdjęciach  i  drugi  mężczyzna,  elegancki,  około

pięćdziesiątki,  w  starym,  ale  dobrze  skrojonym  garniturze,  pozujący
obok  białego  Bentleya  przed  rozległym  wiktoriańskim  domem.
Ojciec, pomyślał Maitland, albo jeszcze jeden starszawy kochanek. Co
się stało z dzieckiem?

Maitland  zebrał  fotografie  i  włożył  je  z  powrotem  do  walizki.  Z

tekturowego  pudełka  po  serwetkach  wyjął  papierową  torbę.  W
środku  były  przybory  palacza-narkomana:  skrawki  przepalonej
srebrnej  folii,  filtry  i  tytoń  wysypany  z  papierosów,  kawałeczek
haszyszu, gilza i bibułka papierosowa oraz pudełko zapałek.

Odkładając  torbę  Maitland  zważył  w  ręku  zapałki.  Pośpiesznie

obiegł  wzrokiem  pokój,  potem  wyjął  ze  skrzynki  prymus.  Zakręcił
nim w półmroku, wsłuchując się w cichy bulgot płynu.

background image

W  dziesięć  minut  później  Maitland  kuśtykał  na  szczudle  w

kierunku  zrujnowanej  przybudówki.  Przez  ramię  miał  przewieszony
czerwony  koc,  w  wolnej  ręce  niósł  prymus.  Wdrapał  się  na  dach  i
usiadł  na  pochyłych  dachówkach,  umieściwszy  prymus  i  koc  w
zasięgu  ręki.  Upewniwszy  się,  że  nie  widać  ani  Proctora,  ani  Jane,
przywiązał  róg  koca  do  szczudła  i  zamoczył  luźny  koniec  wełnianej
tkaniny w nafcie z prymusa.

Na  autostradzie  ruch  w  niedzielne  popołudnie  był  dość  rzadki.

Maitland  obserwował  go  z  zapałkami  w  dłoni,  hamując
niecierpliwość.  Pojawił  się  cały  rząd  przyczep  campingowych
stłoczonych  za  autobusem  linii  lotniczej  i  cysterną,  jadącymi  obok
siebie w tunelu.

Maitland potarł dwie zapałki i podpalił koc. Rozgrzana nafta zajęła

się z cichym pomrukiem, płomienie objęły od dołu wytartą tkaninę.
Czarny dym uniósł się w górę. Maitland wstał, balansując na jednej
nodze, i zaczął wymachiwać płonącym kocem. Usiadł, kiedy gryzący
dym zaczął go dusić, ale zaraz znów wstał i machał dalej.

Tak,  jak  się  spodziewał,  wkrótce  pojawili  się  na  scenie  Proctor  i

młoda kobieta. Włóczęga poruszał się przez zielsko nisko pochylony,
niczym  przyczajone  zwierzę,  rozgarniając  je  pokiereszowanymi
rękami. Jego głupie, ale chytre oczy wpatrywały się w Maitlanda jak
w  ofiarę,  która  wpadła  w  sidła,  gotową  do  wypatroszenia  i
oskórowania.  W  przeciwieństwie  do  niego  Jane  Sheppard  kroczyła
spokojnie  po  wyboistym  terenie,  jakby  próba  ucieczki  Maitlanda
zupełnie jej nie obchodziła.

– Wiedziałem, że się zjawicie! – krzyknął Maitland.
Ześlizgnął  się  z  dachu  i  machał  płonącym  kocem  przed  nosem

Proctora,  który  stękał  i  przeklinał.  Maitland  skoczył  w  jego  stronę,
krztusząc  się  dymem,  przyklęknął  na  jedno  kolano  i  złapał  prymus.
Podczas  gdy  Proctor,  szarpiąc  koc,  urwał,  postrzępiony  kawał
płonącego materiału, Maitland cisnął prymus na ziemię i przeciągnął
kocem przez rozlaną naftę.

Proctor ostrożnie, na czworakach okrążał Maitlanda. Jane doszła do

przybudówki,  małymi  dłońmi  torując  sobie  drogę  przez  zielsko.
Odganiając dym sprzed twarzy, krzyknęła do Proctora:

– Gaś ogień! Jego zostaw w spokoju! Bo zobaczą dym!

background image

Zwęglony  koc  spadł  z  końca  szczudła.  Maitland  zgarnął  stos

dymiących  szmat,  ale  Proctor  skoczył  i  wyrwał  mu  je.  Potem
zadeptał  płomienie  i  nogami  zagarniał  ziemię  na  tlący  się  jeszcze
materiał.

Maitland  oparł  się  znużony  o  szczudło.  Pomachał  do

przejeżdżających  samochodów,  ale  nikt  się  nie  zatrzymał  ani  nawet
nie zauważył krótkiego epizodu. Odwrócił się do Proctora. Włóczęga
podniósł  połówkę  cegły  i  okrążał  Maitlanda  jak  bokser.  Maitland
rzucił  się  do  przodu  i  uderzył  Proctora  szczudłem  w  ramię.
Wzmożone  ciśnienie  krwi  odezwało  się  w  obluzowanych  szwach
czaszki, ale zadanie celnego ciosu wprawiło go w euforię. Jego lewa
stopa  poślizgnęła  się  na  nierównym  bruku  przed  przybudówką,
utrzymał jednak równowagę i zakręcił szczudłem młynka.

Przykucnąwszy  nisko  Proctor  uniknął  ciosu,  schowawszy  w

ramiona  głowę  na  potężnym  karku.  Jego  biała  jak  suszona  dynia
twarz  nie  miała  żadnego  wyrazu,  a  oczy  oceniały  długość  rąk  i  nóg
Maitlanda.

– Przestańcie…!
Przytrzymując  rude  włosy  na  karku,  Jane  Sheppard,  jak  znudzona

gospodyni  domowa  uspokajająca  uliczną  awanturę,  podeszła  do
Maitlanda. Chwyciła metalową rurę, starając się ściągnąć ją ku ziemi.

–  Na  litość  boską…  –  Wpatrywała  się  w  Maitlanda  surowymi,

dziecinnymi oczami. – Czy nie posuwa się pan zbyt daleko?

Maitland obejrzał się na rzadki ruch na drodze. Proctor czaił się przy

kępie  z  połówką  cegły  w  ręku.  Nie  zaryzykują  chyba  zabicia  go  na
otwartym  terenie.  Trójka  włóczęgów  paląca  stary  koc  nie  zwróci
niczyjej  uwagi,  ale  brutalna  bójka  może  wywołać  zainteresowanie
jakiegoś wracającego ze służby policjanta.

–  Proctor  –  powiedział  Maitland  wskazując  szczudłem  Jane  –  ona

ma kluczyki, wiesz? Kluczyki od mojego samochodu.

–  Co?  –  Młoda  kobieta  spojrzała  na  Maitlanda  z  autentyczną

wściekłością. – O jakich kluczykach pan mówi?

–  Proctor…  –  Włóczęga  czekał.  –  Kluczyki  do  bagażnika  mojego

wozu. Tam jest mój portfel.

– Bzdura. – Jane odwróciła się, żeby odejść.
– Dajcie spokój, chodźmy!

background image

– Nie mogłeś otworzyć bagażnika, prawda? – Maitland zrobił kilka

kroków,  trzymając  metalowe  szczudło  jak  lancę.  Proctor  przenosił
spojrzenie z Maitlanda na dziewczynę. – W portfelu było trzydzieści
funtów.

–  Proctor,  nie  zwracaj  na  niego  uwagi!  On  jest  nienormalny,  on

wezwie policję. – Zbita z tropu i wściekła, podniosła cegłę i podała ją
Proctorowi.

–  Wczoraj  wieczorem  zrewidowaliście  mnie  –  ciągnął  Maitland

spokojnie. Stał w niewielkiej odległości od włóczęgi, w zasięgu jego
ataku.  –  Wiesz  dobrze,  że  nie  chodziłem  do  samochodu.  Przez  cały
czas miałeś mnie na oku.

Podczas  gdy  Jane  czekała  niecierpliwie,  aż  Proctor  go  uderzy,

Maitland  wyjął  portfel  z  kieszeni  i  rozpostarł  banknoty  w  brudny
wachlarz przed nosem Proctora.

–  Kto  mi  to  dał?  Kto  to  wyjął  z  samochodu?  Masz,  weź  sobie

jeden…

Włóczęga patrzył na pieniądze jak zahipnotyzowany. Odwrócił się,

żeby spojrzeć na Jane, która stała z kamieniami w rękach, z wyrazem
zmieszania i wrogości na twarzy.

–  Nikt  ci  nigdy  nic  nie  dał,  prawda,  Proctor?  –  spytał  Maitland.  –

Masz, weź!

Kiedy  pokryta  bliznami  dłoń  włóczęgi  zamknęła  się  nieśmiało  na

wilgotnym banknocie, Maitland wyczerpany wsparł się na szczudle.

Pilnując się nawzajem, cała trójka wróciła do kina. Młoda kobieta

wzięła  Maitlanda  pod  rękę  i  pomagała  mu  brnąć  przez  trawę,
mrucząc  gniewnie  pod  nosem.  Proctor  szedł  za  nimi,  niosąc  resztki
koca  i  prymus.  Jego  poorana  zmarszczkami  twarz  była  pozbawiona
wyrazu. Schodząc po schodach Maitland zobaczył, że Proctor stoi na
przygiętych  nogach,  jak  zdenerwowane  zwierzę,  niepewny  swojego
panowania nad wyspą.

background image

14.

SMAK TRUCIZNY

–  Czym  pan  się  tu,  do  diabla,  zabawiał?  –  Młoda  kobieta  silną

dłonią skierowała Maitlanda do łóżka. Była czerwona ze złości. – I to
ma  być  chory  człowiek!  Nie  interesuje  mnie  szarpanina  o  pański
portfel.  Najlepiej  będzie,  jak  się  spakuję  i  zostawię  tu  pana,  zanim
pan narobi kłopotów.

– On chciał mnie zabić – powiedział Maitland.
– A tyś go podjudzała.
–  Wcale  nie.  Zresztą  Proctor  jest  na  wpół  ślepy.  Pan  podpalił  nasz

koc.

– Twój koc. Ja tu nie zostaję na noc.
–  Nikt  pana  o  to  nie  prosi.  –  Dziewczyna  potrząsnęła  głową  z

nieudawanym  oburzeniem.  –  Oto  prawdziwie  kapitalistyczna
wdzięczność! Przed chwilą uratowałam pana przed Proctorem, a pan
mu mówi o portfelu. To było bardzo sprytne z pańskiej strony, z tym
daniem mu pieniędzy, ale to panu nic nie pomoże. Proctor nigdy stąd
nie wychodzi, a, o ile wiem, tu nie ma ich gdzie wydać.

Maitland potrząsnął głową.
–  To  wcale  nie  było  sprytne.  Biedny  stary,  myślę,  że  nie  wiedział,

jak je wziąć.

– Dotychczas dostawał od innych tylko gówno. Niech pan sobie nie

wyobraża,  że  on  teraz  jest  pańskim  dozgonnym  przyjacielem.
Gdybym pana z nim zostawiła sam na sam, wkrótce by pan za mną
zatęsknił.

Maitland  przyglądał  się,  jak  Jane  chodzi  nerwowo  po  pokoju.  Jej

ciągłe  aluzje  do  odejścia  z  wyspy  zaczynały  go  niepokoić.  Nie  był

background image

jeszcze zdolny do stawienia czoła Proctorowi sam na sam.

–  Jane…  prędzej  czy  później  będziesz  mi  musiała  pomóc.  Moi

przyjaciele i rodzina, policja, moje biuro i tak dowiedzą się wreszcie,
co się tu stało. Na pewno mnie teraz szukają.

–  Pańska  rodzina…  –  Dziewczyna  wyrwała  tę  jedną,  izolowaną

frazę z kontekstu, kładąc na nią szczególny nacisk. – A moja rodzina?
–  Odsunęła  się  i  warknęła:  –  Nie  wzięłam  od  pana  ani  pensa,  niech
im pan to powie!

Maitland  leżał  zmęczony  i  zziębnięty  na  mokrej  poduszce.  Młoda

kobieta  krzątała  się  po  słabo  oświetlonym  pokoju.  Przestawiła
walizkę  i  powiesiła  na  nowo  wszystkie  ubrania.  Wieczorne  światło
było  coraz  słabsze  i  Maitland  żałował,  że  spalił  koc.  Zdawał  sobie
sprawę, że zyskał nieznaczną przewagę nad dziewczyną i Proctorem.
Wygrywał  teraz  tę  dwójkę  wyrzutków  przeciwko  sobie,  podsycając
ich wzajemną nieufność.

Na  razie  jednak  był  więźniem  tej  kobiety,  uzależnionym  od  jej

najdziwniejszych  kaprysów.  Wydawało  się,  że  ten  układ  w  jakiś
dziwny  sposób  sprawia  jej  przyjemność.  Stosunek  Jane  do  niego
oscylował  między  czułością  i  dobrocią  a  nagłymi  wybuchami
mściwego  gniewu,  jakby  widziała  w  nim  dwóch  różnych  ludzi.
Powiesiwszy  swoje  ubranie  zrobiła  Maitlandowi  gorącej  wody  z
mlekiem  skondensowanym.  Kiedy  pił,  podtrzymywała  ramieniem
jego  głowę  i  przemawiała  czule,  ocierając  się  pełną  piersią  o  jego
czoło, jakby karmiła własne niemowlę. W chwilę później, w nagłym
przypływie  złości,  odsunęła  się  gwałtownie  wyrywając  mu  rękę
spod głowy. Zaczęła gniewnie chodzić po pokoju i podkręciła lampę
naftową  w  taki  sposób,  jakby  to  Maitland  był  winien,  że  zapada
zmierzch.

–  Jane…  –  Maitland  wyjął  swój  poplamiony  smarem  portfel.  –

Chcesz  te  pieniądze?  Dzięki  nim  mogłabyś  wydostać  się  stąd.  –
Wyciągnął  rękę  z  portfelem,  czując  nagły  przypływ  troski  o
dziewczynę.

–  Wcale  nie  chcę  się  stąd  wydostać.  Po  co?  –  Odwróciła  głowę

teatralnym gestem, mierząc go podejrzliwym spojrzeniem.

– Jane, bądź poważna. Nie możesz zostać tu na zawsze… gdzie jest

twoja rodzina? Byłaś przecież zamężna, prawda? – Maitland wskazał

background image

na  walizkę,  przyznając  otwarcie:  –  Przejrzałem  zdjęcia.  Co  się  stało  z
twoim mężem?

–  Nie  pana  zakichany  interes  –  powiedziała  zdecydowanie

spokojnym  głosem.  Jej  palce  zesztywniały  jak  kołki.  –  Boże
Wszechmogący,  przyszłam  tutaj,  żeby  uciec  od  wszystkich  tych
morałów.  –  Błądziła  po  pokoju,  jakby  szukała  ucieczki  przed
zrzędzeniem  Maitlanda.  –  Ludzie  są  najszczęśliwsi,  kiedy  wymyślają
nowe grzechy.

–  Jane,  czy  pomogłabyś  mi  stąd  odejść,  gdybym  ci  obiecał  pięćset

funtów?

Spojrzała na niego spod oka.
Dlaczego aż tyle? To mnóstwo pieniędzy.
–  Bo  chcę,  żebyśmy  oboje  mogli  stąd  odejść.  Myślę,  że  jesteśmy

sobie nawzajem potrzebni. Mówię poważnie, dam pięćset funtów.

–  Pięćset  funtów…  –  Wyglądało,  że  rozważa  jego  propozycję,

przeliczając  w  myśli  stos  banknotów.  Nagle  rzuciła  się  na  niego
wymachując  papierową  torbą  z  przyborami  do  palenia.  –  Czy  wie
pan,  jak  długo  mogłaby  za  to  wynajmować  mieszkanie  bezdomna
rodzina?

– Jane, ty sama jesteś częścią bezdomnej rodziny. Twoje dziecko…
Maitland  machnął  ręką.  Opadł  znużony  na  łóżko,  a  Jane  zaczęła

rozkładać  swoje  przybory.  Przez  chwilę  siedziała  bezwładnie,  nie
zwracając  uwagi  na  dłoń  Maitlanda,  którą  położył  uspokajająco  na
jej  ramieniu.  Wpatrując  się  w  brudną  ścianę  mechanicznie
przygotowała  dwa  papierosy  i  schowała  przybory  do  torebki.
Potrząsnąwszy  zapałkami,  jakby  chciała  się  tym  obudzić,  zapaliła
pierwszego 

papierosa. 

Głęboko 

wciągnęła 

słodkawy 

dym,

zatrzymując go w płucach przez kilka sekund. Zadowolona, położyła
się  obok  Maitlanda,  szturchając  go,  żeby  się  posunął.  Potem
przykryła  ich  swoją  wojskową  kurtką  i  uśmiechnęła  się  blado  sama
do siebie, wpatrzona w plakat z Astairem i Rogers.

Maitland  czuł,  że  jego  umysł  zaczyna  dryfować  pod  wpływem

dymu. Łóżko było zapadnięte w środku i silne ciało młodej kobiety
przyciskało się do jego ciała. Podniosła i opuściła rękę. Zaciągnęła się
i podała mu papieros. Bojąc się zasnąć i usiłując zachować czujność,
Maitland skupił wzrok na słabnącym świetle wypełniającym klatkę

background image

schodową. Wraz z wieczornym chłodem wracała gorączka.

Młoda kobieta uśmiechnęła się, ujmując go lekko za rękę. Jej twarz

o  silnie  zarysowanej  szczęce  przypominała  teraz  twarz  dziecka  w
aureoli  rudych  włosów.  Wypuściła  kłąb  dymu  i  dłonią  skierowała
go w jego stronę.

–  Przyjemnie…?  A  wie  pan,  że  mógł  pan  stąd  odejść,  gdyby  pan

chciał.

– W jaki sposób?
–  Zaraz  na  początku.  –  Zaciągnęła  się  papierosem.  –  Gdyby  pan

naprawdę spróbował, mógł pan to zrobić.

– Gdybym spróbował? – Krzywiąc się Maitland przypomniał sobie

swoją  gehennę  na  deszczu.  Potarł  pierś  przykrytą  tylko  brudną
smokingową koszulą.

– Zimno tu – powiedział.
Młoda kobieta wyciągnęła rękę w stronę Maitlanda.
–  Mógł  pan  stąd  odejść  –  powtórzyła.  –  Proctor  sobie  z  tego  nie

zdaje sprawy, ale pan mu to ułatwił. Wie pan, oboje myśleliśmy, że
pan tu już kiedyś był?

Patrzyła  na  Maitlanda  przez  obłok  dymu  gładząc  zabrudzony

smarem gors jego koszuli. Obserwował ją bez słowa. W jej głosie nie
było  szyderstwa  ani  wrogości,  ale  jednocześnie  zdawała  się
poddawać  próbie  i  jego,  i  siebie,  badając  za  pośrednictwem
Maitlanda  jakąś  skazę  na  własnej  przeszłości.  Z  nieomylnym
wyczuciem  słabości  innych  ludzi,  zrozumiała,  że  on  zgodzi  się  na  tę
rolę.

Czyżby  rzeczywiście  rozmyślnie  uwięził  się  na  tej  wyspie?

Przypomniał  sobie,  jak  to  nie  poszedł  do  telefonu  alarmowego  na
drugim  końcu  tunelu,  dziecięcy  upór,  żeby  zmusić  do  zatrzymania
kierowcę w godzinie szczytu, wybuch złości… tak samo wrzeszczał w
dzieciństwie, gdy siedział w pustej wanience.

Postanowiwszy przyjąć grę dziewczyny powiedział:
–  Jane,  to  ty  dla  własnego  dobra  powinnaś  stąd  odejść.  Siedzisz

tutaj, żeby sobie samej robić na złość.

–  Gadanie!  –  Jej  oczy  błyszczały  lodowato.  –  Zresztą,  łatwiejsze  to,

niż  stawianie  czoła  niektórym  sprawom.  Nigdy  nie  miałam  talentu
do łagodzenia awantur, gotowało się to we mnie przez wiele dni. W

background image

ten sposób dochodzi się do prawdziwej nienawiści…

Dopaliła papierosa do końca i położyła dłoń na brzuchu Maitlanda.

Potem zbliżyła głowę i pocałowała go w usta.

– Nie powiesz chyba, że trafiłam na twoje czułe miejsce? – spytała.
–  Może  i  tak.  –  Maitland  spróbował  objąć  ją  ramieniem,  ale  jego

ciałem wstrząsały fale gorączki.

–  Te  ostatnie  cztery  dni  były  bardzo  dziwne:  jakby  człowiek

przyszedł do domu wariatów i zobaczył tam samego siebie na ławce.

Odsunął  się  od  niej.  Jak  przez  mgłę  docierało  do  niego,  że

dziewczyna  się  rozbiera.  Potem  oglądała  sobie  brzuch  i  piersi  w
małym lusterku. Przebrała się w krwawoczerwoną krótką spódniczkę
i  bluzkę  bez  rękawów  z  lureksu.  Spał  już,  kiedy  zgasiła  lampę  i
wyszła z pokoju, postukując szpilkami na schodach.

Kilka  godzin  później,  w  środku  nocy,  usłyszał,  że  Jane  wróciła.

Szum  samochodów  ucichł  i  jej  ostry  głos  niósł  się  dobitnie  nad
szmerem  traw,  kiedy  sprzeczała  się  z  Proctorem.  Proctor  zgłaszał
pretensje, użalał się, że Jane zapomniała mu coś przynieść. Wszedłszy
do pokoju’ podkręciła lampę i spojrzała półprzytomnie na Maitlanda.
Jej  bujne  włosy  płonęły  wokół  niej  w  żywym  oświetleniu  jak
szalone słońce.

Szczękała  puszkami  i  garnkami,  nie  bardzo  mogąc  skoncentrować

wzrok.  Maitland  obserwował  ją  z  niepokojem.  Jej  zachowanie
nasuwało  podejrzenie,  że  ma  zachwianą  równowagę  umysłową,  że
mogła być uciekinierką na przykład z zakładu w Broadmoor. Czyżby
to  Jane,  a  nie  jej  matka,  była  pensjonariuszką  sanatorium  na
fotografii?  Zbyt  słaby,  żeby  móc  się  bronić,  nasłuchiwał  odgłosu
kosmetyków  sypiących  się  ze  stolika.  Podczas  gdy  zataczała  się  po
pokoju,  rozdarł  się  w  jej  rękach  plakat  z  twarzą  Mansona.  Kiedy
przyniosła  kubek  i  podtrzymała  mu  głowę,  trawiony  gorączką
Maitland napił się z wdzięcznością.

Zakrztusił  się  rozcieńczoną  naftą,  którą  go  napoiła,  i  zaraz

zwymiotował  na  ręce  Jane,  a  potem  padł  w  poprzek  łóżka  rzucany
skurczami. Usiłował odepchnąć dziewczynę, która śmiejąc mu się w
nos zataczała się w jego stronę ze szklanką mleka.

Za  jej  plecami  wpadł  do  pokoju  Proctor.  Gładkie  klapy  marynarki

lśniły  jak  lustra  w  jaskrawym  świetle.  Odepchnąwszy  Jane  pochylił

background image

się  nad  Maitlandem  i  otarł  naftę  z  jego  twarzy.  Jane  wrzasnęła  i
cisnęła  w  nich  swoją  pobrudzoną  wymiotami  kurtką  wojskową.
Proctor  wyniósł  Maitlanda  po  schodach  i  położył  w  wilgotnej
trawie.

background image

15.

ŁAPÓWKA

Poranny ruch płynął autostradą w kierunku wschodnim, otwierając

nowy  tydzień.  Robert  Maitland  siedział  na  kopulastym  dachu
schronu  przeciwlotniczego,  w  którym  Proctor  urządził  sobie
mieszkanie,  obserwując  ostre  promienie  słońca  przenikające  lśniący
lakier pojazdów zmierzających do śródmieścia Londynu. Było tuż po
ósmej  i  chłodne  powietrze  orzeźwiało  go  po  nocnej  gorączce.  Chorą
nogę  wyciągnął  przed  sobą.  Staw  biodrowy  był  nadal  sztywny  i
wymagał niewątpliwie interwencji chirurga, ale głębokie skaleczenie
na udzie zaczynało się zabliźniać.

Mimo  niezdolności  do  chodzenia  Maitland  był  spokojny  i

zdecydowany. Ostatnie ślady gorączki ustąpiły. Żołądek wypełniony
miał  niewymyślnym  posiłkiem,  jaki  dla  niego  przygotował  Proctor:
słodką  herbatą  i  zaskakująco  smakowitą  sałatką  jarzynową  z
frytkami  i  kawałkami  tłustego  mięsa,  którą  Maitland  pochłonął
żarłocznie.  Nadal  czuł  w  ustach  i  w  płucach  smak  nafty,  ale  teraz
wdychał świeży zapach trawy, wyrastającej bujnie wokół niego.

Patrzył, jak Proctor sprząta schron. Głęboka nora, w której Maitland

spędził  noc,  była  właściwie  tylko  dużym  kanałem  o  ścianach
wyłożonych  połatanymi  kołdrami.  Przeniesiony  tu  na  silnym
grzbiecie  włóczęgi,  Maitland  leżał  półprzytomny  na  materacu  przy
wejściu,  podczas  gdy  Proctor  krzątał  się  po  swoim  nędznym
mieszkaniu,  jak  pracowite  i  niespokojne  zwierzę.  Wszystko  w
schronie  było  pochowane  w  drewnianych  skrzynkach  przykrytych
materacami i kołdrami. W nocy, gdy Maitlandowi zaczęło się zbierać
na  wymioty  pod  wpływem  nafty  wypełniającej  wciąż  jego  płuca,

background image

Proctor  rozpoczął  nerwowe  poszukiwania.  Podnosił  i  opuszczał  rogi
kołder,  chcąc  znaleźć  jakiś  zapomniany  schowek.  Wreszcie  wydobył
miednicę  i  rolkę  waty.  Potem  przez  całą  godzinę  siedział  przy
Maitlandzie,  zwilżając  mu  czoło.  W  świetle  dochodzącym  z
wieczornej autostrady jego szeroka twarz z konstelacjami zmarszczek
przypominała  pysk  jakiegoś  zatroskanego  zwierza.  Przez  całą  noc
krążył  niespokojnie  po  swojej  norze  w  bezustannej,  niepotrzebnej
krzątaninie.  Wyścielona  kołdrami  podłoga  zlewała  się  ze  ścianami,
jakby  cały  ten  barłóg  został  zaprojektowany  w  celu  stłumienia
wszelkich odgłosów zewnętrznego świata.

Maitland  obserwował  samochody  przejeżdżające  autostradą.  Jej

nasypy  wydawały  się  teraz  bardziej  oddalone  i  nadal  powoli
odsuwały  się  od  niego  we  wszystkich  kierunkach.  Przez  kontrast
wyspa  robiła  wrażenie  o  wiele  większej,  pokrytej  gęstą  i  bujną
roślinnością. Maitland zadrżał poczuwszy poranny chłód. W drzwiach
schronu widział swój smoking wiszący obok wyleniałego trykotu.

Z  nory  wychyliła  się  głowa  Proctora.  Przyglądał  się  Maitlandowi

przez chwilę, zanim wyszedł.

Maitland chwycił go za ramiona.
– Proctor, zimno mi. Czy masz jakieś ubranie? Nie proszę cię o mój

smoking.

–  Nie  ma…  ubrania  –  powiedział  Proctor  z  żalem.  Zaczął  silnymi

dłońmi rozcierać ręce Maitlanda, który odsunął go spokojnie.

–  Słuchaj,  muszę  coś  na  siebie  włożyć.  Nie  chcesz  chyba,  żebym

znów dostał gorączki?

–  Nie  będzie  gorączki…  –  Proctor  spojrzał  na  zegarek  Maitlanda,

który  miał  na  ręku,  jakby  jego  świecąca  tarcza  mogła  rozwiązać  ten
problem.  Wyciągnął  pokrętło  i  przesunął  wskazówki,  a  potem,
zadowolony,  pokazał  zegarek  Maitlandowi.  Nowe  ustawienie
wskazówek  zdawało  się  sprawiać  mu  przyjemność.  –  Pan  Maitland
nie będzie miał więcej gorączki – oświadczył wskakując do schronu,
gdzie  zaczął  ryć  pod  swoimi  kołdrami.  Po  chwili  wrócił  ze  starym
wełnianym szalem.

Maitland  zarzucił  pożółkły  szal  na  szerokie  ramiona,  nie  zwracając

uwagi  na  słodkawy  zapach  piżma.  Proctor  przestępował  z  nogi  na
nogę,  prawie  jakby  oczekiwał  poleceń.  Mimo  swoich  nagłych

background image

przypływów  agresywności  włóczęga  był  łagodnym  i  dobrym
człowiekiem,  wyposażonym  w  przyrodzoną  godność  dużego,
łagodnego zwierzęcia.

Proctor  odsunął  nogą  kilka  kamieni  z  trawy  przed  schronem  i

rozpoczął  swoją  gimnastykę,  wyraźnie  chcąc  zaimponować
Maitlandowi.  Po  niezdarnym  salcie  w  przód  spróbował  niezgrabnie
przerzutu  bokiem  i  zwalił  się  na  głowę.  Siedząc  na  ziemi  oglądał
swoje ręce i nogi, jakby dziwił się, czemu go zawiodły.

–  Proctorze…  –  Maitland  starannie  dobierał  słowa.  –  Dzisiaj  stąd

odejdę.  Muszę  iść  do  domu,  rozumiesz?  Twój  dom  jest  tutaj,  a  ja
mam  dom  gdzie  indziej.  Mam  żonę  i  syna,  oni  mnie  potrzebują.
Dziękuję ci, że się mną opiekowałeś…

Urwał, uświadomiwszy sobie, że to ostatnie zdanie było jedynym,

które dotarło do włóczęgi.

– Słuchaj, Proctorze, chcę, żebyś mi pomógł wejść na nasyp. Teraz!
Wyciągnął  rękę,  ale  włóczęga  obejrzał  się  niepewnie  na  zburzone

kino.

– Pomóc panu Maitlandowi? Jak? Pan Maitland jest chory.
Zacisnąwszy zęby Maitland opanował gniew.
– Jesteś tak silny, że możesz mnie nosić. Pomóż mi, a ja nie powiem

policji,  że  tu  jesteś.  Ale  jeżeli  będziesz  mnie  tu  trzymać,  zabiorą  cię
stąd i zamkną w zakładzie. Nie chcesz chyba siedzieć do końca życia
w więzieniu?

– Nie! – krzyknął Proctor gwałtownie i rozejrzał się czujnie, jakby w

obawie,  że  przejeżdżający  kierowca  mógł  go  usłyszeć.  –  Proctor  nie
chce do więzienia.

– Nie – zgodził się Maitland. Nawet ta krótka rozmowa bardzo go

zmęczyła. – Nie chcę cię posłać do więzienia. Przecież mi pomogłeś.

– Tak… – Proctor skwapliwie kiwnął głową
– Proctor pomógł panu Maitlandowi.
– No, to zgoda. – Maitland wsparł się na szczudle i zachwiał się, bo

krew  odpłynęła  mu  z  głowy.  Chciał  przytrzymać  się  ramienia
Proctora, ale włóczęga zrobił krok do tyłu. Maitland skierował się w
stronę nasypu autostrady. Linia zachodnia była prawie pusta, ale po
drugiej stronie pasa zieleni masa pojazdów zmierzała do śródmieścia
Londynu.

background image

– Proctorze! Chodź tutaj, pomóż mi!
Włóczęga stał w miejscu, wolno kręcąc pokiereszowaną głową.
– Nie… – powiedział wreszcie, patrząc na wynędzniała i obszarpaną

postać Maitlanda, jakby go nie poznawał. Panna Jane…

Zanim  Maitland  zdążył  zaprotestować,  odwrócił  się  i  dał  nura  w

wysoką trawę, kryjąc głowę w falującej zieleni.

Orzeźwiony  chłodnym  powiewem  Maitland  otulił  się  szczelniej

szalem  i  ruszył  sam  w  stronę  nasypu.  Odmowa  pomocy  ze  strony
Proctora  i  jego  wyraźna  obawa  przed  młodą  kobietą  nie  były  dla
niego  zaskoczeniem.  Stanowiły  część  groteskowego  spisku,  który
więził  go  na  wyspie  teraz  już  piąty  dzień:  Miażdżył  przed  sobą
zielsko, utożsamiając wybujałą roślinność z całym swoim bólem.

Nawet  ta  krótka  wyprawa  przez  wyspę  wyczerpała  jego  siły.  Po

mizernym  śniadaniu  był  znów  zgłodniały.  Każdy  następny  dzień
odbierał  mu  część  sił.  Wysoka  trawa  napierała  na  niego  ze
wszystkich  stron  jak  wrogi  tłum.  Wlokąc  się  chwiejnie  przed  siebie
Maitland  posuwał  się  wzdłuż  środkowej  doliny.  Zanim  dotarł  do
składnicy  złomu  z  półkolem  zardzewiałych  pojazdów,  był  tak
zmęczony, że prawie nie poznał rozbitego Jaguara.

Niebo  zachmurzyło  się  i  chłodna  mżawka  przesłoniła  słabnące

światło  dnia.  Maitland  wdrapał  się  na  tylne  siedzenie  samochodu,
który  był  jego  domem  przez  pierwsze  dni  pobytu  na  wyspie.
Rozcierając swoje wychudłe ręce, żeby je choć trochę rozgrzać, myślał
intensywnie  o  Proctorze  i  Jane  Sheppard.  Musi  znaleźć  jakiś  sposób
zapanowania nad nimi. W każdej chwili mogą po prostu przestać się
nim  interesować  zupełnie,  pozostawiając  go  na  pastwę  losu  w  tym
wraku  spalonego  samochodu.  Maitland  spojrzał  na  skarpę
autostrady: nie tylko zbocze stało się bardziej strome, niż to pamiętał,
lecz także twarde pobocze i balustrada wydawały się o wiele wyższe.

Przede wszystkim potrzebował czegoś na łapówkę. Wyszedł z wozu

i  wyjąwszy  kluczyki  otworzył  bagażnik.  W  kartonie  były  ostatnie
trzy  butelki  białego  Burgunda.  Schował  jedną  butelkę  pod  chustę,
zatrzasnął bagażnik i wyruszył do nory Proctora.

Drzwi  do  schronu  były  zamknięte  na  kłódkę.  Dysząc  ciężko  po

wysiłku,  jakim  stało  się  powtórne  przejście  wyspy,  Maitland  stanął
oparty  na  szczudle  w  rzadkim  deszczu.  Włóczęga  przykucnął  przy

background image

rynsztoku  pod  nasypem  drogi  bocznej,  cierpliwie  napełniając
blaszane  wiadro  wodą  kapiącą  z  tablicy  informacyjnej  wysoko  nad
jego głową.

Zobaczywszy  Maitlanda  wrócił  do  schronu,  poruszając  się  przez

trawę  jak  wielki  kret.  Przy  pasie  grzechotały  mu  dwie  menażki.  W
prawej  dłoni  trzymał  wiązkę  wnyków  z  drutu.  Zwisała  z  nich  para
małych szczurów, których ogony dyndały zgodnym rytmem. Patrząc
na  niego  Maitland  przypomniał  sobie  rannego  szczura,  który  pełzał
po jego nodze. Widocznie Proctor uzupełniał sobie ubogą dietę tymi
polnymi  gryzoniami.  A  jednak  miał  gdzieś  dostęp  do  innych  źródeł
pożywienia.  Odkrywszy  je,  Maitland  umocniłby  swoje  władztwo
nad wyspą.

–  Proctor,  potrzebuję  jedzenia.  Padnę,  jeżeli  zaraz;  nie  dostanę

czegoś do jedzenia.

Włóczęga spojrzał na niego czujnie. Podniósł pułapki na szczury, ale

Maitland potrząsnął głową.

Nie ma jedzenia – powiedział Proctor stanowczo
– Bzdura, jedliśmy przecież śniadanie. Mięso, kartofle, sałatka: skąd

je wziąłeś?

Proctor  odwrócił  wzrok,  jakby  rozmowa  zaczynała  go  nudzić.

Maitland wyciągnął spod chusty butelkę wina.

– Wino, Proctor, wino za jedzenie. Zróbmy wymianę.
Podsunął  butelkę  włóczędze,  który  podniósł  korek  do  nosa,

obwąchując metalową folię.

– Dobrze, Proctor pokaże miejsce z jedzeniem.

background image

16.

ŹRÓDŁO POŻYWIENIA

Wyruszyli środkową doliną w stronę wiaduktu. Maitland kuśtykał

niezgrabnie na metalowym szczudle, myśląc, że najchętniej pozbyłby
się prawej nogi i wyrzucił ją. Proctor skradał się przodem zgięty we
dwoje,  zawsze  poniżej  pokrywy  traw.  Umyślnie  wybierał  miejsca  z
najwyższym  zielskiem,  jakby  najpewniej  czuł  się  w  niewidocznych
korytarzach, które wyżłobił podczas swoich niezliczonych wędrówek
po wyspie.

Zbliżyli  się  do  płotu  z  siatki  drucianej  pod  wiaduktem.  Kiedy

wyłonili  się  z  zielska,  jak  pływacy  wychodzący  na  brzeg,  Proctor
spojrzał  niepewnie  na  betonowe  wały  wokół  nich.  Spotęgowany
echem  ryk  samochodów  denerwował  go  i  teraz,  kiedy  opuścił
sanktuarium wyspy z jej zielonym, rozkołysanym oceanem, był nim
prawie oszołomiony. Maitland zauważył, że włóczęga porusza głową
w  taki  sposób,  jakby  trudno  mu  było  skoncentrować  wzrok  na
dalszych  przedmiotach  i  wzorem  ptaków  musiał  polegać  na
wychwytywaniu  gwałtownych  ruchów  na  tle  nieruchomego  tła.
Obserwując go Maitland wyobrażał sobie na pół ślepego akrobatę, ze
wzrokiem  zmąconym  kataraktą,  nie  widzącego  już  opływających  go
strumieni  pojazdów  i  żyjącego  samotnie  w  tym  zapomnianym
świecie,  którego  najdalsze  brzegi  wyznaczał  tylko  ryk  silników
samochodowych,  szum  opon  i  pisk  hamulców.  Dla  Proctora,  jak  to
już  Maitland  zaobserwował,  wysoka  trawa  była  naturalnym
żywiołem.  Jego  pokryte  bliznami  dłonie  dotykały  giętkich  pędów,
wyczuwając  ich  prądy,  kiedy  falowały  wokół  niego.  Myślał  o
Proctorze,  jak  wyszedł  ze  swojego  barłogu  w  chwilę  po  wypadku,

background image

wyczuwając  uderzenie  jego  Jaguara  niosące  się  przez  trawę  serią
ostrzegawczych fal…

Proctor  trącił  go  w  ramię  i  rzuciwszy  się  w  gęsty  cień  pod

wiaduktem,  pobiegł  w  stronę  południowego  krańca  płotu.  Tam
wszedł na łagodne zbocze nasypu i położył się na brzuchu z twarzą
przyciśniętą  do  siatki.  Odwrócił  się  i  przywołał  Maitlanda,  a  potem
wciągnął go na zbocze.

Leżąc  obok  włóczęgi  Maitland  patrzył,  jak  ten  przeciska  swoje

pokryte  bliznami  palce  przez  stalową  siatkę.  W  półmroku  Maitland
widział  bezkształtną  masę  lśniącej  mazi  leżącej  grubą  warstwą  na
stosie  opon.  Z  jednej  strony  ta  kupa  śluzu  przeciekała  przez  siatkę.
Wciskając palce przez dziury Proctor wybierał mokre kromki chleba,
kawałki mięsa i jarzyn osadzone w tłustej lawinie.

Maitland  domyślił  się,  że  z  tej  nielegalnej  zwałki  korzystała

pobliska  restauracja  lub  spożywczy  supermarket.  Proctor  odpiął  od
pasa  menażki  i  pokazał  Maitlandowi  lśniące  wnętrza,  demonstrując
ich  czystość.  Miał  już  odłożone  dwie  kromki  mokrego  chleba  i
wołową  chrząstkę.  Wprawdzie  nie  pozwalał  sobie  na  jedzenie  na
miejscu,  ale  smakowicie  oblizywał  palce.  Zachęcał  też  do  dzieła
Maitlanda, podsuwając mu menażkę.

Maitland  przyjrzał  się  zawartości  naczynia  Proctora.  Wiedział  już

teraz,  gdzie  Proctor  zdobył  ich  poranny  posiłek,  ale  nie  czuł
obrzydzenia, tylko zimną litość dla włóczęgi. Sam był okaleczony, ale
krzywda wyrządzona ciału Proctora wydała mu się o wiele większa.

Usiłując  znaleźć  jakiś  sposób  na  ocalenie  zarówno  włóczęgi  jak  i

siebie,  czekał  na  Proctora  przy  górze  zmacerowanej  żywności
połyskującej w półmroku pod wiaduktem.

Kiedy  wrócili  do  barłogu  Proctora,  deszcz  ustał.  Maitland  usiadł

pod ścianą schronu, obserwując ruch na autostradzie. Godzina szczytu
minęła,  lecz  ciągły  strumień  pojazdów  nadal  przepływał  w  blasku
słońca.

Proctor 

przykucnął 

uszczęśliwiony, 

żeby 

zabrać 

się 

do

południowego  posiłku,  i  zerkał  na  ochłapy  w  obu  menażkach.  Po
męczącym  namyśle  podjął  decyzję  i  wręczył  Maitlandowi  większą
porcję.  Sam  scyzorykiem  odkorkował  butelkę  wina  i  usiadł  obok
Maitlanda, zachęcając go do jedzenia. Mimo tej szczodrości wyraźnie

background image

nie miał zamiaru dzielić się winem.

– Niech pan Maitland je – powiedział zdecydowanie, pochłaniając

już ze smakiem swoje ochłapy.

– Dzisiaj jest dobre jedzenie, dobre na nogę pana Maitlanda.
I podniósł do ust butelkę.
Po dziesięciu minutach Proctor był pijany. Chociaż wypił niewiele

więcej niż jedną trzecią butelki, nawet ta ilość alkoholu przepływając
przez mózg włóczęgi obaliła jego wątłe podpory. Kołysał się z boku
na.  bok,  bełkocząc  coś  radośnie  do  siebie  i  wykrzywiając  twarz  w
groteskowe grymasy. Widząc nietknięte jedzenie, podsunął się bliżej
Maitlanda i zrobił nieokreślony gest.

–  Chcesz  to,  Proctorze?  –  spytał  Maitland.  –  Założę  się,  że  ci

smakowało.

Włóczęga  zakołysał  się,  z  ust  pociekła  mu  strużka  wina.  Wykonał

całą  pantominę,  mającą  zapewnić  Maitlanda,  że  nie  tknie  jego
jedzenia,  ale  w  chwilę  później  chwycił  menażkę  i  zaczął  pakować
moje ochłapy do ust. Dotknął kilkakrotnie ręki i ramienia Maitlanda,
jakby  potwierdzał  jego  tożsamość  w  mętniejącym  umyśle,  a  potem
przysunął się bliżej, widocznie zadowolony, że ma w nim przyjaciela.

– Dobrze jest tu na wyspie, prawda? – powiedział Maitland, czując

przypływ sympatii dla włóczęgi.

–  Dobrze…  –  mruknął  Proctor  tępo.  Większość  wina  ściekała  teraz

bruzdami  po  jego  policzkach  i  brodzie.  Zarzucił  rękę  na  ramiona
Maitlanda, wypróbowując nowego przyjaciela.

– Kiedy chcesz stąd odejść, Proctorze?
– Ja… nie odejdę. – Proctor podniósł butelkę do ust, potem opuścił

ją i spojrzał smutnie na ziemię.

– Proctor nie ma gdzie pójść.
–  Chyba  masz  rację.  –  Maitland  patrzył,  jak  Proctor  gładzi  jego

ramię.  –  Czy  nie  masz  nikogo,  kto  mógłby  się  tobą  zająć,  jakiejś
rodziny czy przyjaciół?

Proctor  wpatrzył  się  niewidzącymi  oczami  w  powietrze,  jakby

zgłębiał to pytanie. Potem pochylił się do Maitlanda, ujmując go za
ramiona jak pijak w barze, i z chytrym błyskiem w oku powiedział:

– Pan Maitland jest przyjacielem Proctora.
– Słusznie. Jestem twoim przyjacielem. Muszę nim być, prawda?

background image

Stojąc  w  objęciach  włóczęgi,  Maitland  poczuł  cały  bezmiar  jego

niepewności i obawy, że ta ostatnia kryjówka, znaleziona w centrum
nieprzyjaznego miasta, zostanie mu odebrana. Jednocześnie Maitland
wyczuwał, że umysł włóczęgi zaczyna gasnąć, że kołacze w nim tylko
mglista potrzeba pomocy i przyjaźni.

– Proctor potrzebuje… przyjaciela. – Parsknął winem.
– Ja też tak myślę. – Maitland wstał z trudem i uwolnił lewą nogę z

objęć Proctora, który opadł pod ścianą, uśmiechając się do siebie nad
butelką wina.

Maitland  odszedł  kuśtykając  przez  środkową  dolinę  na  wyższy

teren  w  północnej  części  wyspy.  Widok  ruchu  na  autostradzie
przytępił  w  nim  uczucie  głodu.  Czuł  się  słabo  i  niepewnie,  był
spokojny.  Przebiegł  wzrokiem  zielony  trójkąt,  który  stał  się  jego
domem  przez  ostatnie  pięć  dni.  Poznał  jego  zagłębienia  i  pagórki
równie  dobrze,  jak  własne  ciało.  Chodząc  po  nim  miał  uczucie,  że
śledzi mapę konturową w swojej głowie.

Trawa  uspokoiła  się,  prawie  zamarła  wokół  niego.  Stojąc  tak,  jak

pasterz pośród nieruchomego stada, myślał o dziwnym zdaniu, które
mamrotał do siebie w gorączce: Ja jestem tą wyspą.

W  dziesięć  minut  później,  kiedy  dotarł  do  składnicy  złomu,  z

tunelu  pod  wiaduktem  wyłoniła  się  pomarańczowa  Toyota  combi.
Jechała  zachodnim  pasmem  autostrady,  jej  jaskrawa  karoseria
błyszczała  w  słońcu.  Przez  balustradę  Maitland  dostrzegł  twarz
kierowcy,  jasnowłosej  kobiety  z  wydatnym  nosem  i  mocnymi
ustami. Drobne, ale silne dłonie były złączone w charakterystycznej
pozycji na szczycie kierownicy.

– Catherine! Stój! – krzyczał Maitland. Samochód, niewątpliwie jego

żony,  zwolnił  dogoniwszy  autobus  linii  lotniczej.  Niepewny,  czy  to
tylko halucynacja wywołana głodem, Maitland rzucił sic gwałtownie
przez  trawę.  Przystanął,  żeby  zamachać  szczudłem,  potknął  się  i
upadł  na  ziemię.  Zanim  się  pozbierał,  klnąc  na  czym  świat  stoi,
samochód dodał gazu.

Maitland  odwrócił  się  plecami  do  autostrady.  Prawie  na  pewno

Catherine  była  u  niego  w  biurze,  żeby  omówić  ze  wspólnikami
zniknięcie.

Oznaczało  to,  że  nikt  z  nich  nie  ma  pojęcia,  że  rozbił  się  na

background image

spłachetku nieużytków dosłownie w zasięgu wzroku z ich okien.

Ściskając  metalowe  szczudło  Maitland  pokuśtykał  do  schronu.  W

jakiś  sposób,  zanim  zupełnie  opadnie  z  sił,  musi  wdrapać  się  na
nasyp.

O pięćdziesiąt stóp od schronu usłyszał głos Jane Sheppard:
–  Dalej,  Proctorze,  śmiało!  To  nie  jego  interes.  Włóż  to,  zanim  on

wróci.

background image

17.

POJEDYNEK

Podczas  gdy  Maitland  zbliżał  się  do  schronu,  Proctor  i  młoda

kobieta byli czymś zajęci na dworze przed wejściem. Proctor kołysał
się,  nadal  ściskając  na  wpół  opróżnioną  butelkę  w  grubej  dłoni.
Wchodzi!  przy  tym  raz  po  raz  na  wieko  neseseru  Maitlanda,  który
Jane widocznie wyjęła z samochodu, kiedy szukała portfela.

Proctor zatoczył się w tył, kiedy stanęła przed nim wysoka, wsparta

na  szczudle  postać  Maitlanda.  Zdjął  połatane  dżinsy  i  wbił  nogi  w
spodnie  od  smokingu.  Słodki  zapach  haszyszu  wisiał  w  powietrzu.
Dym  unosił  się  z  zaślinionego  niedopałka  w  ustach  Jane,  która
klęczała u nóg Proctora, usiłując podciągnąć mu spodnie.

Proctor  podwinął  rękawy  marynarki  i  zapinał  na  przegubach

mankiety,  oderwane  przez  Jane  od  jego  zapasowej  koszuli.
Kołnierzyk  i  ozdobny  gors  koszuli  miał  już  na  szyi.  Czarna  muszka
Maitlanda  sterczała  mu  frywolnie  pod  uchem,  gdy  ocierał  usta  z
wina, uśmiechając Kię do siebie radośnie.

–  Brawo!  Wyglądasz  uroczo!  –  Jane  odsunęła  się,  żeby  obejrzeć

swoje  dzieło,  nacieszyć  oczy  tą  pijacką  parodią  kelnera.  Zwróciła
niewesoły uśmiech w stronę Maitlanda. i zatoczyła się w jego stronę.

–  Niech  pan  nie  będzie  taki  poważny,  panie  Maitland.  Niech  pan

się do nas przyłączy… urządzamy przyjęcie.

– Właśnie widzę. Na czyją cześć?
Maitland  podskoczył  do  przodu,  podcinając  niezręcznie  nogi

Proctora  metalowym  szczudłem.  Proctor  zatoczył  się  do  tyłu,
uśmiechając  się  przyjaźnie  znad  butelki.  Jego  twarz  z  wydętymi
policzkami,  ze  zmarszczkami  wygładzonymi  napływem  krwi,

background image

stanowiła  maskę  klowna.  Spojrzał  na  Maitlanda  z  wyrazem  dumy  i
posłuszeństwa,  w  jego  zmąconym  umyśle  wrogość  kłóciła  się  z
dotkliwą  potrzebą  zasłużenia  na  pochwałę  Maitlanda.  Wzniósł
butelkę do toastu i oparł się chwiejnie o wypukłą ścianę schronu, na
jego  rozdętym  brzuchu  odskoczył  górny  guzik  spodni.  Podczas  gdy
ucieszony  Proctor  przytrzymywał  spodnie,  Jane  tańczyła  dokoła
niego  pstrykając  palcami.  Nadal  miała  na  sobie  strój  ulicznicy  z
ostatniej nocy i jej szpilki więzły w kamienistym gruncie.

–  Śmiało!  –  krzyczała  do  Maitlanda.  –  Niech  pan  nie  będzie  taki

ponury. Nie potrafi się pan bawić! – Uderzyła Proctora w głowę, nie
całkiem żartem. – Boże, spójrzcie na siebie!

Maitland czekał cierpliwie, podczas gdy oni robili z niego wariata.

Dziewczyna  zachęcała  Proctora,  żeby  oblał  go  winem.  Proctor
zataczał  się  w  poprutym  smokingu,  z  czarną  muszką  z  tyłu  szyi,  z
mankietami spadającymi z przegubów.

–  Dalej,  niech  pan  zatańczy  dla  mnie!  krzyknęła  Jane  w  twarz

Maitlandowi. – Na jednej nodze! Proctor, każ mu dla mnie zatańczyć!

Proctor zatoczył się na Maitlanda, oczy miał już nieprzytomne. Jane

schyliła się i grzebała w neseserze.

– Tu jest list od pani doktor. Nie bardzo lekarski, muszę powiedzieć.

Posłuchaj, Proctor…

Maitland zrobił krok do przodu odepchnąwszy Proctora. Poczuł na

twarzy kwaśny oddech włóczęgi. Proctor rozpryskując wino opadł na
ścianę i usiadł bezradnie na ziemi. Jane chciała odwrócić walizeczkę,
ale  Maitland  podniósł  szczudło  i  pchnął  nim  w  otwarte  wieko,
wytrącając jej neseser z ręki. Zaskoczona odskoczyła ze złością.

– Co pan, do diabła…
–  Dalej!  –  Maitland  zdecydowanym  ruchem  szczudła  kazał  się  jej

odsunąć  od  walizeczki.  Cofnęła  się,  nie  wstając,  i  wskazała  na
leżącego Proctora.

– Niech pan tylko poczeka, aż on się ocknie… Zobaczy pan, że on…
– On nic nie zrobi. Możesz mi wierzyć.
Maitland podszedł do Proctora. Włóczęga patrzył na niego z dołu,

zawstydzony swoim stanem. Usiłował poprawić muszkę pod uchem,
uśmiechając się przepraszająco do Maitlanda. Nie zmieniając wyrazu
twarzy  czekał,  podczas  gdy  Maitland  stał  nad  nim  rozpinając

background image

rozporek.

Kiedy  mocz  trysnął  mu  w  twarz,  Proctor  uniósł  okaleczone  ręce.

Patrzył  na  bursztynowy  płyn  rozpryskujący  się  na  jego  dłoniach  i
ściekający  po  klapach  smokingu.  Nie  mogąc  się  ruszyć  obserwował
biernie  Maitlanda.  Strumień  moczu  trafiał  w  oczy  i  usta  włóczęgi,
pienił  się  na  jego  ramionach.  Gorące  krople  podskakiwały  i  padały
na ziemię wokół niego.

Maitland stał tak, póki nie skończył. Proctor leżał unieruchomiony

w  kałuży  moczu  nie  podnosząc  wzroku.  U  iłował  oczyścić  smoking,
ze smutkiem wycierając dłonią klapy.

Nie  zwracając  już  uwagi  na  Proctora,  Maitland  odwrócił  się  do

młodej  kobiety,  która  obserwowała  cały  epizod  bez  ruchu.  Pokazał
rozsypaną zawartość neseseru.

– No, i jak, Jane? A teraz wszystko pozbieraj.
Bez  wahania  uklękła  przy  walizeczce.  Szybko  włożyła  na  miejsce

lakierki i ręcznik. Już trzeźwa, spokojnie patrzyła na Maitlanda.

– On tego nie zapomni.
–  O  to  właśnie  chodziło.  –  Kiedy  zatrzasnęła  neseser,  Maitland

zrobił ruch ręką w stronę wejścia do kina. – Pójdziemy do pokoju.

Kiedy  wstała  i  jej  bystre  oczy  przeszukały  zarośniętą  twarz

Maitlanda  chcąc  znaleźć  oznaki  gorączki,  Maitland  spróbował
uderzyć ją na odlew w głowę. Uchyliła się zręcznie.

– Nie pomogę panu stąd odejść.
–  Nie  szkodzi.  W  gruncie  rzeczy  nie  zależy  mi  tak  bardzo,  żeby  się

stąd wydostać. W każdym razie jeszcze nie teraz.

Nie oglądając się na Proctora, leżącego obojętnie w kałuży moczu,

pokuśtykał  za  młodą  kobietą.  Szła  przed  nim  ze  spuszczoną  głową,
niosąc w ręku neseser.

background image

18.

PIĘĆ FUNTÓW

– Gdzie jest lampa? Zrobimy trochę światła w tej norze.
Maitland  przepchnął  się  przez  wejście  do  ciemnej  piwnicy,  omal

nie  zgniatając  ramienia  Jane.  Usiadł  na  rozgrzebanym  łóżku  z  chorą
nogą  wyciągniętą,  jak  kłoda  w  łachmanach.  Trzymanym  w  prawej
ręce szczudłem stuknął w podłogę.

–  Rozpal  też  prymus.  Potrzebuję  trochę  gorącej  wody.  Umyjesz

mnie.

Rzuciwszy na Maitlanda czujne spojrzenie, Jane wzięła się do pracy.

Napełniła rondelek wodą ze zbiornika na schodach, podpompowała i
rozpaliła prymus.

– To było podłe, co pan zrobił temu staremu głupkowi.
–  I  o  to  chodziło  –  odparł  Maitland.  –  Nie  pozwolę  z  siebie  kpić

skretyniałemu włóczędze i neurotyczce, która uciekła z domu.

– A jednak to było podłe. Musi być z pana kawał drania.
Maitland  puścił  jej  słowa  mimo  uszu.  Jego  nowa  agresywna  rola,

choć 

przyjęta 

pełnym 

wyrachowaniem, 

zapewniła 

mu

posłuszeństwo  młodej  kobiety.  Zdjął  koszulę.  Piersi  i  ramiona  miał
pokryte siniakami i plamami smaru.

–  Powinnaś  posprzątać  ten  pokój  –  powiedział.  –  Czy  to  tutaj

poroniłaś?

–  To  nie  miało  nic  wspólnego  z  tym  pokojem!  –  Zerwała  się

dotknięta  do  żywego.  Z  wysiłkiem  opanowała  gniew.  –  Chce  pan
wykorzystać moje poczucie winy? Czy to jest pańska nowa wspaniała
strategia?

– Cieszę się, że to takie oczywiste.

background image

– Niech się pan nie cieszy. Czuję się wystarczająco podle, nie musi

mi pan wiercić w ranie swoim obosiecznym mieczem.

Maitland kopnął skrzynkę, aż zagrzechotały garnki.
– Muszę coś zjeść… zobaczymy, co tu masz. Tylko nie te papki dla

niemowląt, które mi przynosisz. Nie mam zamiaru grać roli twojego
dziecka.

–  I  pewnie  pan  myśli,  że  dlatego  pana  tu  trzymam  –  odparła

urażona.

–  Nie  byłbym  zdziwiony.  Nie  chcę  szydzić  w  twoich  małych

wybuchów  ckliwości,  byłyby  urocze  we  właściwym  miejscu,  ale
teraz  mam  co  innego  w  głowie.  Po  pierwsze,  po  drugie  i  po  trzecie,
chcę stąd wyjść.

Jane zgarnęła zabrudzoną koszulę.
–  Upiorę  to  panu.  Niech  pan  posłucha,  wezwę  pomoc,  kiedy  będę

gotowa.  Pan  myśli  tylko  o  sobie.  Czy  trudno  panu  zrozumieć,  że  ja
mogę mieć jakieś własne problemy?

– Z policją?
–  Tak!  Z  policją!  –  Z  wściekłością  wyciągnęła  blaszane  wiaderko

spod łóżka i nalała do niego gorącej wody.

–  Co  to  było?  –  spytał  Maitland.  –  Narkotyki,  skrobanka  czy

ucieczka z zakładu?

Jane zatrzymała się, jej dłonie znieruchomiały w wodzie.
– Sprytnie – skomentowała spokojnie. – Na pewno ma pan bardzo

dobre  wyniki  w  pracy,  panie  Maitland,  ale  pewnie  gorsze  w  życiu
prywatnym.  –  Bezbarwnym  głosem  dodała:  –  Pożyczyłam  trochę
pieniędzy.  Od  kolegi  męża.  Raczej  kupę  pieniędzy,  prawdę  mówiąc.
Cholerny łobuz.

Zaczęła 

obmywać 

Maitlanda, 

namydliła 

dłońmi 

jego

pokiereszowaną skórę. Kiedy skończyła, znalazła żyletkę i ogoliła go.
Maitland  siedział  na  skraju  łóżka,  z  przyjemnością  czując  łagodny
dotyk małych dłoni, poruszających się po jego skórze, jak posłuszne
ptaki.  Był  zaskoczony,  że  sprawiało  mu  pewną  przyjemność
upokarzanie  tej  młodej  kobiety,  wykorzystywanie  jej  niejasnego
poczucia  winy  i  naigrawanie  się  z  niej  w  sposób,  do  którego  nie
podejrzewał,  że  jest  zdolny.  W  przeciwieństwie  do  tego,  poniżenie
Proctora  było  wyrachowane  na  zimno;  sponiewierał  starego

background image

włóczęgę  najbrutalniej,  jak  tylko  mógł.  Ale  nawet  ten  prymitywny
akt przyniósł mu jakąś satysfakcję.

Cieszył  się  z  tej  ostrej  konfrontacji,  wiedząc,  że  zmusi  oboje  do

posłuszeństwa. Po części mścił się na Proctorze i na młodej kobiecie,
chociaż  miał  jednocześnie  świadomość,  że  oboje,  drogą  jakiejś
paradoksalnej logiki, byli z tego poniżenia zadowoleni. Napastliwość
Maitlanda  spełniła  ich  oczekiwania,  ich  na  wpół  świadomą  ocenę
samych  siebie.  Obserwując  podejrzliwie  to  swoje,  zamiłowanie  do
drobnych  okrucieństw,  Maitland  mimo  wszystko  utwierdzał  się  w
jego  konieczności.  Zdecydowany  przetrwać  za  wszelką  cenę,
postanowił  kultywować  w  sobie  ten  rys  charakteru,  tak  jak
poprzednio  kultywował  litość  nad  sobą  i  pogardę.  Najważniejsze
było,  żeby  zapanować  nad  tym  ociężałym  umysłowo  włóczęgą  i
zbłąkaną kobietą.

Pozwolił  jej  się  wytrzeć  ręcznikiem.  Dłonie  dziewczyny,  omijając

skaleczenia, działały uspokajająco i kojąco.

– A co z twoim ojcem? – spytał. – Czy nie mógłby ci pomóc?
On już nie jest moim ojcem. Nie myślę o nim.
Zapatrzyła się na kolumnę słońca wpadającą na klatkę schodową i

zaplotła  dłonie  w  jakimś  masońskim  uścisku.  –  Samobójstwo  jest…
aktem  sugestywnym,  bywa  dziedziczne,  wie  pan.  Kiedy  ktoś  w
pańskiej  rodzinie  dochodzi  do  takiego  stanu,  że  nie  tylko  może  się
zabić,  ale  rozkłada  to  sobie  na  kilka  lat,  naprawdę  się  nie  śpieszy,
jakby  to  był  najdonioślejszy  czyn  w  jego  życiu,  to  trudno  jest  nie
patrzeć  na  swoje  własne  życie  jego  oczami.  Czasem  boję  się  o  swój
umysł.

Wstała z udaną energią.
–  Dalej,  niech  się  pan  rozbiera,  dokończymy  mycia.  Potem  coś

zjemy i pokochamy się.

Później, już umyty przez dziewczynę, Maitland leżał na łóżku w jej

frotowym szlafroku. Czuł się odświeżony i odrodzony. Przedtem stał
nago na schodach, a silne dłonie Jane pracowały nad jego tułowiem
i  nogami,  obmywając  skaleczenia  i  ślady  oleju.  Obserwował  ją,  jak
porusza  się  po  pokoju  przygotowując  skromny  posiłek,  i  było  mu
dobrze w tym domowym zaciszu. Jane wyjęła przybory do palenia i
skręciła sobie papierosa.

background image

– Jane, za dużo palisz tej trawy.
– To dobre na seks…
Zaczęła  się  zaciągać.  Nim  skończyli  jeść,  pokój  był  pełen  dymu  i

Maitland po raz pierwszy, odkąd znalazł się na wyspie, poczuł, że się
odpręża.  Jane  zdjęła  spódnicę  i  położyła  się  na  łóżku  obok  niego,
kładąc głowę na poduszce tuż przy jego głowie. Zaproponowała mu
niedbale  skręconego  papierosa,  ale  on  już  czuł  przyjemne
oszołomienie.

– To miło… – Zaciągnęła się głęboko i wzięła go za rękę. – Jak się

czujesz?

–  Dużo  lepiej.  Może  to  dziwne,  ale  po  raz  pierwszy  nie  zależy  mi

tak bardzo, żeby się stąd wydostać… Jane, dokąd chodzisz w nocy?

–  Pracuję  w  klubie…  powiedzmy,  w  pewnego  rodzaju  klubie.

Czasem  poderwę  kogoś  na  autostradzie.  No  i  co?  Obrzydliwe,
prawda?

– Trochę. Czemu nie ułożysz sobie jakoś życia i nie zaczniesz z kimś

od nowa?

– A daj spokój. A czemu ty sobie nie ułożysz życia? Ty masz sto razy

więcej  problemów.  Twoja  żona,  ta  lekarka…  byłeś  na  wyspie  na
długo przedtem, zanim się rozbiłeś.

Odwróciła się do niego przodem.
Cóż,  panie  Maitland,  chyba  się  rozbiorę,  podejrzewam,  że  pan  nie

potrafi tego zrobić.

Maitland  leżał  biernie  z  dłonią  na  jej  biodrze.  W  miarę  jak  się

rozbierała,  jej  nastrój  ulegał  dziwnej  przemianie.  Znikł  wyzywający
uśmiech.  Świadomość  własnej  nagości  zdawała  się  oddalać  ją  od
Maitlanda,  jakby  w  grę  wchodził  jakiś  odruch  obronny.  Uklękła  na
nim,  jej  ostre  kolana  wbijały  mu  się  w  klatkę  piersiową.  Maitland
wyciągnął rękę, żeby się pewniej poczuła, ona jednak odsunęła się i
ucięła lodowato:

– Nie tak. Najpierw chcę pieniędzy. Dalej, pieniądze za seks.
– Jane, na litość boską!
– Zostaw Boga w spokoju. Nie daję ci dupy dla Boga ani dla nikogo

innego. – Podała mu jego portfel. – Pięć funtów, chcę pięć funtów.

– Jane, weź wszystko. Możesz wziąć wszystko.
– Pięć!

background image

Chwyciła  go  za  ramiona  wbijając  paznokcie  w  jego  pokaleczoną

skórę.

–  Dalej,  na  autostradzie  mogę  dostać  dziesięć  w  każdy  wieczór

tygodnia!

– Jane, masz teraz twarr…
– Zostaw moją twarz w spokoju!
Zbity  z  tropu  jej  wybuchem  Maitland  niezręcznie  gmerał  w

portfelu.  Kiedy  odliczał  jednofuntowe  banknoty,  wyrwała  mu  z
dłoni i wepchnęła pod poduszkę.

Ujął  w  dłonie  jej  piersi,  kiedy  znów  usiadła  na  nim  okrakiem.

Usiłował  zapamiętać  każdy  dotyk  i  ruch  tego  stosunku,  orgazm,
który przebiegał jak błyskawica każdym przeciążonym nerwem jego
ciała.  Przyjął  zasady  gry  młodej  kobiety,  zadowolony  z  poczucia
wolności,  jakie  z  nich  wynikało,  uznając  potrzebę  unikania
jakichkolwiek  śladów  wzajemnych  zobowiązań.  Jego  stosunki  z
Catherine,  z  matką,  nawet  z  Helen  Fairfax,  wszystkie  tysiąc  i  jedna
uczuciowo  zabarwione  transakcje  dzieciństwa  byłyby  znośniejsze,
gdyby  mógł  zapłacić  za  nie  w  jakiejś  neutralnej  walucie,  żywą
gotówką, od ręki. Nie pragnąc wcale, żeby dziewczyna pomogła mu
wyrwać  się  z  wyspy,  wykorzystywał  ją  z  powodów,  do  których
nigdy  dotąd  się  nie  przyznał:  z  potrzeby  uwolnienia  się  od
przeszłości, od dzieciństwa, od żony, od przyjaciół z ich słabostkami i
wymaganiami  i  wędrowania  bez  końca  po  bezludnym  mieście
własnego umysłu.

Jednak na koniec ich krótkiego zbliżenia seksualnego Jane Sheppard

sięgnęła  pod  poduszkę  i  wyciągnęła  stamtąd  pięć  funtowych
banknotów.  Poprawiła  włosy,  krzywiąc  się  na  skurcz  w  udzie.
Widząc wahanie Maitlanda, wyjęła pieniądze z jego dłoni i włożyła
je z powrotem do portfela.

background image

19.

ZWIERZĘ I JEŹDZIEC

– Zaczekaj, Proctorze! Stań tutaj!
Ze  swojej  podwyższonej  pozycji  na  grzbiecie  Proctora  Maitland

spojrzał  wzdłuż  środkowej  doliny  wyspy.  W  trakcie  tego
popołudniowego patrolu dotarli do dawnego dziedzińca kościelnego,
położonego  na  południe  od  zbiornicy  złomu.  Maitland  widział
wyspę na całej długości, od płotu z drucianej siatki pod wiaduktem
do zachodniego wierzchołka. Betonowe połączenie dwóch autostrad
lśniło  w  słońcu  niczym  wytworna  rzeźba  i  Maitland  często
wyobrażał  sobie  wykorzystanie  tego  wysokiego  pokładu  jako
przyjemnego ukwieconego tarasu.

Proctor pod nim oparł się cierpliwie o pochylony nagrobek. Jedną

ręką  obejmował  zdrową  nogę  Maitlanda,  trzymając  kalekiego
mężczyzną  na  szerokim  grzbiecie.  Pomarszczoną  twarz  przycisnął  do
wytartych  liter  dziewiętnastowiecznego  napisu.  Maitland  zauważył,
że ukradkiem dotyka liter pokaleczonymi wargami. W nieruchomym
powietrzu  od  Proctora  rozchodził  się  słodkawy  zapach  potu,  jak  od
dobrze  utrzymanego  domowego  zwierzęcia.  Lewą  ręką  Maitland
trzymał  się  za  kołnierz  smokingu  Proctora.  W  prawej  ściskał
metalowe  szczudło,  używając  go  do  wskazywania  sobie  tych
charakterystycznych  punktów  wyspy,  które  zwróciły  jego  uwagę.
Trącając Proctora prostym końcem, mógł nim kierować.

Rzuciwszy  okiem  na  południowy  ruch  –  przerywany  strumień

samochodów,  autobusów  linii  lotniczych  i  cystern  z  benzyną  –
Maitland  znów  spojrzał  na  zachód.  Przychodził  na  ten  punkt
obserwacyjny codziennie po kilka razy. Stąd mógłby zobaczyć, czy na

background image

wyspę  nie  wtargnęli  jacyś  intruzi.  Poza  tym  nie  zdołał  dotychczas
odkryć, którędy wymykała się Jane Sheppard; gdzieś wzdłuż nasypu
drogi dojazdowej biegła dobrze wydeptana ścieżka.

– Dalej, Proctor, idziemy. Na skróty do Jaguara. Nie upuść mnie, na

litość boską. Nie chcę złamać drugiej nogi.

Proctor  stęknął  głośno  i  zawrócił.  Podtrzymując  Maitlanda  na

swoim  grzbiecie  przeszukiwał  wysokie  trawy,  aż  znalazł  wydeptane
schody  prowadzące  z  kościelnego  dziedzińca  do  niżej  położonej
dawnej  drogi.  Poruszając  się  wśród  traw  Proctor  kierował  się
wyciągniętą  przed  siebie  okaleczoną  dłonią,  a  jego  grube,  lecz
wrażliwe  palce  wyczuwały  gęstość,  wilgotność  i  kierunek  łodyg,
odrzucając jedne, a wybierając inne z wydeptanych ścieżek.

Proctor,  powiedziałem  na  skróty.  –  Maitland  popukał  włóczęgę

szczudłem  w  głowę,  wskazując  dróżkę  prowadzącą  przez  stromy
wzgórek.  Proctor  zignorował  polecenie.  Dobrze  wiedział,  że  idąc
tamtędy  wystawiłby  Maitlanda  zbyt  wyraźnie  na  widok
przejeżdżających autostradą. Zamiast tego wybrał dłuższą, krętą trasę,
dobrze osłoniętą kępami pokrzyw i szczątkami murów.

Maitland  przystał  na  to  bez  kłótni.  Oswoił  wprawdzie  starego

włóczęgę,  ale  ‚obowiązywała  między  nimi  niepisana  umowa,  że
Proctor  nie  pomoże  mu  uciec.  Kołysał  się  na  grzbiecie  włóczęgi,
utrzymując równowagę za pomocą szczudła niczym linoskoczek. Jego
prawa  noga  wlokła  się  za  nimi,  bezużyteczna,  jak  pochwa  złamanej
lancy.

Sapiąc  ciężko  Proctor  parł  w  stronę  składnicy  złomu.  Bez  tego

wierzchowca Maitland prawie nie mógł teraz poruszać się po wyspie.
Trawa i pokrzywy, czarny bez i niskie krzaki rozrosły się wszędzie po
ulewnych  deszczach,  jakie  padały  przez  sześć  dni  dzielących  go  od
walki  z  Proctorem.  Mimo  iż  zranione  udo  zaczynało  się  goić,
Maitland  był  teraz  znacznie  słabszy.  Połączenie  ataków  gorączki  z
zanieczyszczonym  pożywieniem  sprawiło,  że  stracił  na  wadze
przeszło  dwadzieścia  funtów  i  Proctor  bez  trudu  nosił  jego  niegdyś
ciężkie  ciało.  Maitland  mógł  teraz  wyczuć  kości  uda  i  miednicy
wyłaniające  się  spod  mięśni:  jego  szkielet  wychodził  mu  na
spotkanie.  Goląc  się  w  małym  lusterku  Jane  Sheppard  naciskał  i
ugniatał  policzki  i  szczęki.  Kości  układały  się  w  małą,  ostrą  twarz,  z

background image

której wyzierała para zmęczonych, ale groźnych oczu.

Nie  bacząc  na  osłabienie  fizyczne  Maitland  czuł  pewność  siebie  i

myślał  jasno.  Odkąd  ustał  deszcz,  mógł  wrócić  do  opracowywania
planu  ucieczki.  Ostatnie  dwa  dni  zimnej  ulewy  spędził  siedząc
samotnie  przy  prymusie  w  podziemnym  pokoiku,  zdając  sobie
doskonale  sprawę,  że  nie  byłby  w  stanie  wspiąć  się  na  ociekające
błotem zbocze.

Spojrzał  teraz  na  wysychający  nasyp.  Po  dwóch  dniach

odosobnienia  i  oczekiwania  na  Jane  Sheppard  —.  wróciła  wreszcie
tego ranka jakiś cienki, ale wyraźny metalowy ekran oddzielał go od
przejeżdżających  samochodów.  Zmusił  się,  żeby  pomyśleć  o  żonie,
synku  i  o  Helen  Fairfax,  przywołując  w  pamięci  ich  twarze,  które
stawały się coraz dalsze, odpływając jak chmury nad White City.

Wczepiony w kark Proctora dotarł do składnicy złomu. Postękując

Proctor  wybierał  drogę  wśród  leżących  w  trawie  opon.  Maitland
pomyślał,  że  starcie  z  Jane  i  Proctorem  zdarzyło  się  w  ostatniej
możliwej  chwili.  Teraz,  po  tygodniu  choroby  i  głodowania,  nie
potrafiłby stawić im czoła.

– Dobrze, postaw mnie tutaj. Ostrożnie…!
Maitland  stuknął  Proctora  szczudłem  po  głowie,  i  Chociaż  mogło

się  to  wydawać  małostkowe,  w  pewien  sposób  znajdował
satysfakcję  w  karceniu  włóczęgi.  Uderzył  raz  jeszcze,  celując  w  nić
srebrnej  blizny  biegnącej  przez  kark  Proctora.  Rozmyślnie
podtrzymywał w sobie gniew i drażliwość, zmuszając się do szukania
przyjemności w egzekwowaniu tych kar. Gdyby choć trochę zmiękł,
zostałby zniszczony przez Proctora.

Proctor obniżył swój wielki, pochyły grzbiet i opuścił Maitlanda na

ziemię  obok  Jaguara.  Spoglądał  z  szacunkiem,  ale  jego  mętne  oczy
gotowe  były  odnotować  każdy  fałszywy  ruch.  Maitland  wsunął
szczudło pod prawą pachę. Opierając drugą rękę na głowie Proctora
ruszył  sztywno  ku  tyłowi  rozbitego  samochodu.  Jaguar  był  teraz
zasłonięty  trawą,  która  wyrosła  wokół  niego  kryjąc  wszelkie  ślady
spalonej ziemi.

Maitland  unikał  wzroku  Proctora  i  panował  nad  twarzą,  żeby  nie

zdradzała żadnych uczuć. Jego jedyną nadzieją było, że ktoś z dozoru
drogowego albo jeden z robotników przyszedł spojrzeć na samochód

background image

i przekazał numer rejestracyjny jakiemuś czujnemu policjantowi.

Maitland  zajrzał  do  zabłoconego  wnętrza  wozu,  obrzucił

spojrzeniem spalone przednie siedzenie i tablicę rozdzielczą. Nikt nie
ruszał  brudnych  strzępów  ręcznika  i  pustych  butelek.  Maitland
chwycił się listwy na dachu, przyciskając dłoń do ostrego kantu, żeby
się zmobilizować.

Ku  swojemu  zdziwieniu  stwierdził,  że  jest  silniejszy  niż

przypuszczał.  Przez  kilka  sekund  stał  bez  pomocy  szczudła.  Prawa
noga,  chociaż  usztywniona  w  biodrze,  utrzymywała  ciężar  ciała  i
używając  lewej  jako  osi  obrotu  mógłby  właściwie  chodzić.
Postanowił  ukryć  stopień  poprawy  zdrowia.  Dla  jego  celów  lepiej
będzie, żeby Jane i Proctor uważali go za kalekę.

– No, dobrze… zobaczmy, co my tu mamy dla ciebie.
Maitland gestem kazał się Proctorowi odsunąć i otworzył bagażnik.

Proctor przyglądał mu się chytrym, przyczajonym wzrokiem, prawie
jakby  cierpliwie  wyczekiwał  na  jego  błąd.  Chwilami  zdawał  się
zapraszać Maitlanda, żeby go uderzył, jakby rozumiał wyrachowaną
przyjemność  Maitlanda  w  karceniu  go,  jakby  chciał,  żeby  Maitland
autentycznie w tym zasmakował i nigdy już nie miał ochoty opuścić
wyspy.

Jedynie drobne podarki zakupione przez młodą kobietę: pokrojony

bochenek  chleba  czy  puszka  wieprzowiny  z  pobliskiego  supersamu,
utrzymywały  Proctora  w  posłuszeństwie.  Ale  przede  wszystkim
autorytet Maitlanda podbudowało kilka butelek taniego czerwonego
wina. Proctor jednocześnie bał się i żądał wina. Wieczorem, kiedy już
przyniósł  Maitlanda  do  podziemnego  pokoju  młodej  kobiety,
zamiótł  podłogę  i  zapalił  lampę,  wracał  przebrany  w  smoking,
Maitland  nagradzał  go  kubkiem  odurzającego  napoju  i  wręczał  mu
butelkę.  Proctor  odchodził  wówczas  do  swojego  barłogu  i  po  kilku
minutach  był  już  pijany.  Podczas  gdy  Maitland  leżał  obok  młodej
kobiety, dzieląc z nią papierosa, przed jej wyruszeniem do conocnych
zajęć,  słyszeli  grzmiący  głos  Proctora  donoszący  się  ponad  szeptem
trawy,  jakby  jego  głębokiej,  kreciej  muzyce  wtórowało  ciche
zawodzenie zielonej harfy.

Proctor czekał z nadzieją, aż Maitland otworzy wieko. Bagażnik był

rogiem obfitości, z którego sypały się na niego niezwykłe dary: para

background image

ciężkich gumowych kaloszy, spinki do mankietów z imitacji nefrytu,
które  Maitland  kupił  w  Paryżu  zapodziawszy  gdzieś  swoje,  i  stary
numer tygodnika „Life”. Każdą z tych rzeczy Proctor uniósł z sobą, jak
bezcenny  i  tajemniczy  skarb.  Obserwując  go  Maitland  doszedł  do
przekonania,  że  Proctor  nigdy  w  życiu  niczego  nie  dostał  i  że  jego
władza  nad  włóczęgą  polegała  w  równym  stopniu  na  wieczornych
butelkach  wina,  co  na  samym  akcie  dawania.  Może  któregoś  dnia
zrezygnują  z  prezentu  i  zachowają  samą  ceremonię,  wynajdując
umowną walutę gestów i postaw.

Maitland  zajrzał  do  bagażnika.  Niewiele  tam  zostało  poza

kompletem  narzędzi,  których  wolał  nie  oddawać.  Mogą  się  okazać
potrzebne podczas ucieczki.

–  Wygląda,  że  nic  nie  zostało,  Proctorze.  Łyżka  do  opon  nie  na

wiele ci się przyda.

Proctor  zrobił  niejasny  gest,  twarz  miał  jak  poorana  powierzchnia

planety. Niczym głodne dziecko nie mogące pogodzić się z faktem, że
kredens jest pusty, rozbudzał w sobie gorączkowe oczekiwanie. Jego
twarz  wyrażała  sprzeczne  uczucia:  pożądanie,  cierpliwość,  głód.
Przestępując z nogi na nogę napierał na Maitlanda, trącając go w nie
całkiem przyjazny sposób.

Zaniepokojony tą demonstracją, tym ironicznym rewanżem za jego

dobroć  –  o  ile  bardziej  był  Proctor  potulny,  kiedy  go  bił  rurą  po
karku  –  Maitland  sięgnął  do  kartonu  z  winem.  Pozostały  w  nim
jeszcze  dwie  butelki  białego  Burgunda.  Miał  zamiar  zachować  obie
dla siebie, kupując za pośrednictwem Jane tani hiszpański klaret dla
włóczęgi.

– Dobrze. Dostaniesz: jedną. Ale zaczekaj z piciem do wieczora.
Podał  butelkę  włóczędze,  który  chwycił  ją  z  całej  siły  rękami

drżącymi  z  podniecenia.  Przez  chwilę  zdawał  się  nie  pamiętać  o
Maitlandzie i o rozbitym samochodzie.

Obserwując  go  w  milczeniu  Maitland  przebierał  palcami  po

metalowej rurze.

–  Potrzebujesz  mnie,  żebym  ci  wydzielał  wino,  nie  zapominaj  o

tym.  Zmieniłem  twój  styl  życia.  Wino  do  posiłków,  wieczorowy
strój… aż się rwiesz do tego, żeby cię wyzyskiwać…

Jadąc  z  powrotem  do  schronu  Maitland  spojrzał  w  górę  na

background image

wiadukt.  Po  dniach  deszczu  beton  szybko  wysechł  i  jego  biała
powierzchnia  przecinała  niebo  niby  ściana  jakiegoś  ogromnego
powietrznego  pałacu.  Pod  łukiem  widać  było  dojazdy  do  Trasy
Zachodniej, labirynt ramp i odgałęzień. Maitland czuł się jak jedyny
człowiek  na  obcej  planecie  opuszczonej  przez  mieszkańców,  dawno
wymarłą rasę budowniczych autostrad, która zostawiła mu w spadku
tę betonową pustynię.

– Mogę teraz odejść… – szepnął do siebie. – Mogę odejść…
Otulony żółtą chustą usiadł pod ścianą schronu, żeby odpocząć na

słońcu. Proctor przykucnął w pobliżu, przygotowując się do otwarcia
butelki  Burgunda.  Zaczął  od  krótkiego,  ale  drobiazgowego  rytuału,
którego  dokonywał  na  wszystkich  konserwach  i  paczkach
herbatników,  otrzymywanych  od  Maitlanda.  Nożem  zdarł  z  butelki
etykietkę  i  podarł  wyblakły  papier  na  strzępki.  Kiedy  Maitland  dał
mu znaleziony w bagażniku Jaguara numer „Life’u” sprzed trzech lat
w  nadziei,  że  wielkie  zdjęcia  mogą  zwrócić  myśli  Proctora  na  świat
poza wyspą, zobaczył tygodnik zmieniający się w stos drobno ciętych
confetti.

– Nie lubisz słów, prawda, Proctorze? Zapominasz nawet mowy.
To  samo  dotyczyło  wzroku  Proctora.  Maitland  był  przekonany,  że

włóczęga nie ślepł, ale po prostu wolał polegać na swoich pokrytych
bliznami  palcach  i  zmyśle  dotyku,  w  bezpiecznym  królestwie
zieloności na wyspie.

Maitland  spojrzał  w  stronę  betonowego  słupa  przy  drodze

dojazdowej,  na  którego  białej  powierzchni  wypisał  swoje
gorączkowe wezwania.

Pstryknął  palcami,  przeniknięty  nagłym  przekonaniem,  że  już

wkrótce  ucieknie.  Unosząc  szczudło  jak  nauczyciel,  wymierzył  je  w
Proctora.

– Proctorze, nauczę cię czytać i pisać.

background image

20.

NAZYWANIE WYSPY

Siedząc  na  wilgotnej  ziemi  przed  słupem  Maitland  obserwował

Proctora  trudzącego  się  jak  szczęśliwe  dziecko.  W  ciągu  pół  godziny
niechętny uczeń zmienił się w pilnego szkolarza. Chwiejne litery jego
pierwszego  alfabetu  już  stawały  się  silniejsze  i  bardziej  kształtne.
Używając  obu  rąk  atakował  betonową  powierzchnię  kreśląc  jedno
przy drugim A i X.

– Brawo, Proctorze, szybko się nauczyłeś – pochwalił go Maitland.

Czuł  dumę  z  osiągnięcia  włóczęgi,  tę  samą  przyjemność,  jaką
znajdował ucząc syna gry w szachy. – To wielki wynalazek. Dlaczego
wszyscy nie piszemy obiema rękami jednocześnie?

Proctor  przyglądał  się  uradowany  swojemu  dziełu.  Maitland

wręczył  mu  dwie  nowe  szminki  zabrane  Jane  Sheppard.  Proctor
ściskał go za ramię, jakby chcąc go upewnić o swoim zapale do nauki.
Początkowo, kiedy Maitland wypisał kilka pierwszych liter alfabetu,
włóczęga  nie  chciał  nawet  na  nie  patrzeć,  odwracał  się,  jakby  mu
groziły  jakimś  strasznym  przekleństwem.  Po  dziesięciu  minutach
namów  przezwyciężył  swój  lęk  i  dolna  część  podpory  pokryła  się
krzywymi literami.

Maitland usadowił się obok Proctora.
– Szybko idzie, prawda? Tyle lat zmarnowałeś. A teraz pokażę ci, jak

się pisze słowa. Od czego chcesz, żebym zaczął: cyrk, akrobata?

Wargi Proctora poruszyły się bezgłośnie. Nieśmiało wyjąkał:
– P… P… Proctor…
–  Twoje  imię?  Oczywiście,  że  też  nie  pomyślałem.  Uwaga,

nadchodzi wielka chwila. – Maitland poklepał włóczęgę po ramieniu.

background image

– A teraz popatrz. Chcę, żebyś to przepisał wielkimi literami.

Wziął od Proctora szminkę i napisał:
POMOCY MAITLAND
–  P…  P…  Proctor…  –  przeczytał,  wodząc  palcami  po  literach.  –  To

jest  twoje  imię.  Teraz  przepisz  to  naprawdę  wielkimi  literami.
Pamiętaj, po raz pierwszy piszesz swoje imię.

Włóczęga  wpatrywał  się  w  napis  wykonany  przez  Maitlanda

oczami załzawionymi z przejęcia, jakby chciał wyryć je na zawsze w
swoim  gasnącym  umyśle.  Potem  zaczął  oburącz  rysować  litery  na
betonie. Każde słowo zaczynał od środka, posuwając się jednocześnie
w lewo i w prawo.

–  Jeszcze  raz,  Proctorze!  –  zawołał  Maitland,  przekrzykując  warkot

ciężarówki  na  podjeździe.  W  podnieceniu  włóczęga  spiętrzył  litery
jedne  na  drugich  w  nieczytelne  bazgroły.  –  Zacznij  jeszcze  razi
Ogarnięty  entuzjazmem  Proctor  nie  zwracał  na  niego  uwagi.  Mazał
po  betonie,  plącząc  fragmenty  nazwiska  Maitlanda,  kreśląc  radośnie
krzywe  ciągi  liter  spływające  do  ziemi,  jakby  postanowił  pokryć
każdy cal kwadratowy wyspy swoim, jak sądził, imieniem.

Zadowolony odszedł wreszcie chwiejnie od ściany i przysiadł obok

Maitlanda, patrząc z zachwytem na swoje dzieło.

–  Wielki  Boże…  –  Maitland  oparł  ze  znużeniem  głowę  o  szczudło.

Intryga  zawiodła,  częściowo  dlatego,  że  nie  wziął  pod  uwagę
entuzjastycznej wdzięczności Proctora.

– Bardzo dobrze, Proctorze… nauczę cię teraz nowych słów. – Kiedy

włóczęga  wreszcie  ochłonął,  Maitland  pochylił  się  szepcząc  z  udaną
filuternością:  –  Nowych  słów,  Proctorze,  „gówno”  i  „pierdolić”.
Chciałbyś umieć je pisać, co?

Podczas  gdy  Proctor  chichotał  nerwowo,  Maitland  starannie

napisał: POMOCY WYPADEK POLICJA.

Patrzył,  jak  Proctor  z  ociąganiem  przepisuje  słowa.  Pracował  teraz

tylko  jedną  ręką,  używając  drugiej  do  zasłaniania  tego,  co  napisał,
jakby  obawiał  się,  że  zostanie  przyłapany.  Wkrótce  przestał  i  starł
napis grzbietem dłoni, spluwając na zabarwiony beton.

–  Proctor!  –  usiłował  go  powstrzymać  Maitland.  –  Nikt  cię  nie

zobaczy!

Proctor  zrzucił  szminki  na  ziemię.  Spojrzał  z  niesłabnącą  dumą  na

background image

rozmazane  fragmenty  nazwiska  Maitlanda  i  usiadł  na  trawie.
Maitland  zrozumiał,  że  Proctor  był  tylko  przez  chwilę  rozbawiony
pisaniem  nieprzyzwoitych  słów  na  ścianie  i  odmawiał  dalszego
udziału w czymś, co uważał za dziecinny wygłup.

background image

21.

DELIRIUM

Wyczerpany,  z  osłabioną  wolą,  Maitland  przylgnął  do  ramion

Proctora,  na  którym  przemierzał  wyspę.  Pochylony  wierzchowiec  i
blady  jeździec  wędrowali  przez  rozkołysane  trawy.  Co  jakiś  czas
Maitland  czuł  przypływ  sił  i  wtedy  prostował  się  ściskając  swoje
metalowe  szczudło.  Starając  się  nie  zasnąć,  łajał  i  bił  Proctora  za
najmniejsze  potknięcie  czy  wahanie.  Włóczęga  parł  przed  siebie,
jakby  ta  bezcelowa  wędrówka  wokół  wyspy  była  jedynym
sposobem  na  przywrócenie  zdrowia  choremu.  Chwilami  umyślnie
podstawiał  rozognioną  już  szramę  na  karku,  w  nadziei,  że  znęcanie
się nad nim doda sił Maitlandowi.

Po  trzecim  okrążeniu  wyspy,  kiedy  znów  doszli  do  składu  złomu,

Proctor  opuścił  go  na  ziemię.  Maitland  osunął  się  bezwładnie  w
trawę.  Włóczęga  uniósł  go  silnymi  rękami  i  oparł  o  tylny  błotnik
Jaguara.  Potem  potrząsnął  nim  za  ramiona,  chcąc  zmusić  go  do
koncentracji.

Maitland  odwrócił  głowę  od  samochodów.  Zniekształcone

popołudniowym upałem autostrady zdawały się zmieniać kierunek i
przybliżać, odbijając głos silników i opon. Patrzył na Proctora, który
chodził po terenie składnicy wyjmując zza pasa pułapki na szczury i
zastawiając  je  wśród  wraków  samochodów.  Na  zakurzonym  dachu
przewróconej  taksówki  wypisał  palcem  zniekształcony  fragment
nazwiska Maitlanda.

Kiedy  zobaczył,  że  jest  obserwowany,  zaczął  ćwiczyć  swoje

akrobacje w nadziei, że udana stójka na rękach albo przewrót w przód
wyrwą  Maitlanda  z  zamyślenia.  Maitland  czekał  cierpliwie,  podczas

background image

gdy  Proctor  przewracał  się  i  wstawał,  za  każdym  razem  nerwowo
ocierając nos. Nad wyspą przepłynął ciepły powiew głaszcząc trawy
i  jego  skórę,  jakby  to  były  części  tego  samego  ciała.  Przypomniało
mu  się,  jak  próbował  pozbywać  się  fragmentów  swojego  ciała,
pozostawiając  rany  w  miejscach,  gdzie  je  odniósł.  Skaleczone  udo  i
biodro,  usta  i  prawa  skroń  prawie  się  zagoiły,  jakby  ta  magiczna
terapia w jakiś sposób podziałała i zranione członki naprawdę zostały
w wyznaczonych im miejscach.

W  taki  sam  sposób  przynajmniej  zaczynał  pozbywać  się  części

swojego  mózgu,  odrzucając  tamte  wspomnienia  bólu,  głodu  i
poniżenia,  tego,  jak  stał  na  nasypie,  przywołując  żonę  niby  małe
dziecko,  i  jak  użalał  się  nad  sobą  na  tylnym  siedzeniu  Jaguara.
Wszystko to oddawał wyspie.

Ożywiwszy się na tę myśl dał znak Proctorowi, że wsiądzie mu na

grzbiet.  Kiedy  szli  przez  wyspę,  mijając  po  raz  któryś  dziedziniec
kościelny,  Maitland  zobaczył,  że  Proctor  powypisywał  fragmenty
jego  nazwiska  na  rozsypujących  się  murkach  i  nagrobkach,  na
rdzewiejących  arkuszach  cynkowanej  blachy  przy  warsztacie
drukarskim  w  suterenie.  Te  szyfrowane  anagramy,  pogodne  listy
Proctora do samego siebie, otaczały ich zewsząd.

Maitland przebiegł wzrokiem brzegi wyspy spodziewając się ujrzeć

jakiś ślad młodej kobiety. Tajna droga, którą opuszczała wyspę, była
jego główną nadzieją ucieczki. Czekał, żeby Jane gdzieś się pokazała.
Głodny,  ale  niezdolny  do  jedzenia  siedział  na  skarpie  przy  plocie  z
siatki, podczas gdy Proctor grzebał w wyrzuconych przed tygodniem
resztkach,  wyszukując  jadalne  kąski.  Maitland  uświadomił  sobie,  że
zapomniał, jaki jest dzień tygodnia: środa, może piątek.

Proctor  podsunął  mu  menażkę,  częstując  go  kromką  mokrego

chleba z kawałkami wieprzowych chrząstek. Był wyraźnie zatroskany
niezrozumiałymi planami Maitlanda co do ucieczki z wyspy.

Maitland  uderzył  szczudłem  w  ziemię  i  odsunął  jedzenie.  Wyjął  z

portfela  funtowy  banknot  i  ogryzek  błękitnego  ołówka  do  oczu,
który zabrał ze stolika Jane Sheppard.

–  Możemy  kupić  sobie  jedzenie,  Proctorze,  wtedy  nie  będziemy

zależni  od  niej…  Za  funta  możemy…  –  Urwał  z  cichym  okrzykiem  i
roześmiał się do siebie.

background image

– Boże, ty wolisz te odpadki!
Napisał  krótkie  wezwanie  o  pomoc  na  marginesie  banknotu,

zwinął go i podał Proctorowi.

– Możemy teraz mieć prawdziwe jedzenie.
Proctor  wziął  banknot  i  wcisnął  go  łagodnie  z  powrotem  w  dłoń

Maitlanda.

Maitland 

położył 

się 

na 

skarpie, 

słuchając 

pomruku

popołudniowego  ruchu  na  szosie.  Słońce  chyliło  się  ku  zachodowi.
Jego  blask  odbijał  się  w  szybach  pierwszych  samochodów
wyjeżdżających z miasta w godzinie szczytu.

Spod  wiaduktu  nadbiegł  chłodniejszy  powiew  porywając  śmieci.

Maitland  otworzył  portfel  i  wyjął  zwitek  funtowych  banknotów.
Podczas  gdy  Proctor  gapił  się  na  pieniądze  jak  zahipnotyzowane
zwierzę,  Maitland  rozłożył  trzydzieści  banknotów  rzędami,  niby
szuler wykładający karty. Każdy banknot przycisnął kamieniem.

–  Zaczekaj,  Proctorze…  –  Maitland  uniósł  jeden  z  kamieni.  Wiatr

poderwał  banknot  i  poniósł  go  na  kraniec  wyspy.  Wysoko  w  górze
zawirował nad pędzącymi samochodami, opadł i zniknął pod kołami.

– Leć w świat, Piotrze…
Maitland podniósł następny kamień.
– Leć w świat, Pawle.
Proctor  skoczył,  chcąc  złapać  drugi  banknot,  ale  ten  też  uleciał  w

podmuchu  wiatru.  Włóczęga  kręcił  się  koło  Maitlanda  jak
podniecony pies, usiłując zrozumieć, o co chodzi.

– Niech pan już nie rzuca pieniędzy…
–  Latające  pieniądze!  Tak!  –  Maitland  wskazał  tunel  pod

wiaduktem.  –  Tam  jest  więcej,  Proctorze,  dużo  więcej.  –  Widząc,  że
całą 

uwagę 

Proctora 

pochłaniają 

banknoty 

poruszane

popołudniowym  wiatrem,  Maitland  pozbierał  je.  –  Wiozłem
wypłatę.  Jak  myślisz,  ile  tego  było?  Dwadzieścia  tysięcy  funtów!
Wszystkie  są  teraz  gdzieś  tam.  Nie  widziałeś  ich  wt  tunelu,  kiedy
ustawiałeś  barierę?  –  Maitland  odczekał,  aż  zardzewiałe  tryby  w
mózgu Proctora zaskoczą.

–  Posłuchaj,  Proctorze,  możesz  mieć  połowę,  dziesięć  tysięcy

funtów. Będziesz mógł kupić sobie tę wyspę…

Usiadł  wyczerpany,  patrząc,  jak  włóczęga  zrywa  się  na  nogi  z

background image

oczami płonącymi obietnicą nieosiągalnych marzeń.

Podczas  gdy  Proctor  śpieszył  w  kierunku  nasypu,  Maitland  czekał

niecierpliwie  na  dachu  schronu.  Postukując  szczudłem  obserwował
strumień pojazdów wyłaniających się z tunelu pod wiaduktem. Jego
ostatnią  nadzieją  było,  że  Proctor  wejdzie  do  tunelu,  gdzie  zostanie
potrącony i zabity. Tylko wówczas samochody staną.

Proctor  stał  w  wysokiej  trawie  u  stóp  nasypu.  Obejrzał  się  na

Maitlanda, który przynaglił go gestem.

– Śmiało, Proctorze! – krzyknął ochrypłym głosem. – Kup tę wyspę!

– A ciszej modlił się na głos.

– Przejedźcie go…
Z  trudem  panując  nad  sobą  patrzył,  jak  Proctor  wspina  się  na

skarpę. Samochody z Trasy Zachodniej pędziły w stronę tunelu.

–  O  co  chodzi?  –  Proctor  wszedł  na  twarde  pobocze  i  czaił  się  za

drewnianą  barierą.  Oglądał  się  niepewnie  w  kierunku  Maitlanda
badając  rękami  obce  otoczenie,  o  krok  zaledwie  od  przejeżdżających
samochodów.

Z  okrzykiem  gniewu  Maitland  podniósł  się  i  wywijając  szczudłem

nad  głową  pokuśtykał  przez  kamienisty  teren  w  stronę  nasypu.
Proctor  wracał.  Z  głową  wtuloną  w  ramiona,  bokiem,  jak  krab,
ześlizgiwał  się  po  zboczu,  wyciągając  pokryte  bliznami  ręce  do
gościnnego zielska.

Maitland  śpieszył  chwiejnym  krokiem  w  jego  stronę,  młócąc

szczudłem pokrzywy. Zdenerwowany poślizgnął się i upadł. Wkrótce
z  gęstwiny  traw  wysunął  swoją  wielką  głowę  Proctor,  jak
zaintrygowane, ale przyjazne zwierzę.

Maitland leżąc na ziemi zamierzył się rurą.
– Wracaj… weź pieniądze!
Proctor, nie zwracając uwagi na wzniesioną rurę, wyciągnął rękę i

uśmiechnął  się  przyjaźnie.  Maitland  przyjrzał  mu  się  i  uświadomił
sobie, dlaczego włóczęga wrócił. W swojej pomylonej głowie doszedł
do  wniosku,  że  skoro  znajdzie  pieniądze,  Maitland  opuści  wyspę,
wrócił więc, żeby się nim dalej opiekować.

Ostrożnie podsadził sobie Maitlanda na szerokie plecy.
– Proctor – Maitland chwiał się niepewnie na swoim wierzchowcu

– ty czekasz, aż ja umrę.

background image

Zwisając  bezwładnie  na  grzbiecie  włóczęgi  zaczepiał  nogami  o

szumiącą trawę. Otaczał go słodkawy odór ciała Proctora, z jakiegoś
powodu  kojarzący  mu  się  z  zapachem  jedzenia.  Wiedział,  że  Proctor
niesie go w głąb świata traw i pokrzywowych zamków obok małego
cmentarza. Kiedy otworzyły się drzwi do krypty, zajrzał ponad głową
Proctora do mrocznego pomieszczenia.

Na  jednej  z  pustych  półek  na  trumny  mieściła  się  kolekcja

metalowych przedmiotów pochodzących z jego samochodu: lusterko
boczne,  znak  firmy  i  ozdobne  chromowane  listwy,  rozłożone  jak
skomplikowany ołtarzyk, na którym pewnego dnia spoczną relikwie
otoczonego  czcią  świętego.  Obok  leżały  też  spinki  i  kalosze,  które
podarował Proctorowi, buteleczka wody kolońskiej i krem do golenia
w aerosolu – błyskotki, jakimi Proctor przyozdobi jego trupa.

background image

22.

ALTANA

– Niech się pan obudzi! Co panu jest?
Trawa  szumiała  wokół  niego,  szorstkie  źdźbła  chłostały  go  po

twarzy.  Maitland  leżał  w  przedwieczornym  świetle  z  rozrzuconymi
ramionami,  wygrzewając  sobie  kości  klatki  piersiowej.  Żółte  słońce
wędrowało  przez  trawę,  jakby  pokrywało  ją  coraz  to  grubszą
warstwą lakieru.

–  Niech  się  pan  obudzi!  –  Przenikliwy  głos  młodej  kobiety

przywołał go do przytomności. Klęczała w wysokiej trawie i trącała
go w ramię, przyglądając mu się podejrzliwie.

–  Hej,  czy  dobrze  się  pan  czuje?  –  Obejrzała  się  przez  ramię  na

Proctora,  który  przykucnął  niepewnie  przy  wejściu  do  podziemia
kina.  –  Proctor,  co  ty  z  nim  do  diabła  zrobiłeś?  Sama  nie  wiem…
może  powinniśmy  wystawić  go  gdzieś  na  drogę,  żeby  policja  go
znalazła.

– Nie!
Maitland  wyciągnął  rozcapierzoną  dłoń  i  ujął  ramię  Jane

kurczowym  uchwytem.  –  Nie…  Chcę  zostać  tutaj.  Jeszcze  przez  jakiś
czas.

–  No,  dobrze…  –  Roztarła  bolące  ramię.  –  Niech  pan  zostaje.  Ale

uprzedzam, że ja mogę odejść. Zostawię panu swój pokój.

Maitland  potrząsnął  głową,  chcąc  uspokoić  dziewczynę.  Sen  go

wzmocnił,  był  spokojny  i  myślał  jasno.  Pamiętał  nieskończone
wędrówki po wyspie na grzbiecie Proctora i mnożące się fragmenty
jego  nazwiska,  które  wprawiały  go  w  napięcie  nerwowe  i
dezorientację.  Może  nie  zauważył  powrotu  gorączki  albo  głód  tak

background image

osłabił  jego  zdolności  umysłowe,  że  chciał  zabić  Proctora.  Co  do
młodej  kobiety,  to  spędzała  na  wyspie  coraz  mniej  czasu;  będzie
musiał wymyślić jakiś sposób, żeby ją tu zatrzymać.

–  Jane,  jeżeli  odejdziesz,  to  ja  tu  umrę.  Proctor  już  planuje  mój

pogrzeb.

Oczy  młodej  kobiety  przypominały  oczy  zamyślonego  dziecka

oglądającego nieznane stworzenie.

– Ale zdaje się, że z pańską nogą jest lepiej. Dziś rano prawie, pan

chodził.  –  Wstała  kręcąc  głową.  –  Sama  nie  wiem.  Dobrze,  zostanę.
Przyniosłam wino. Dam je Proctorowi.

– Jeszcze nie teraz. – Maitland usiadł zupełnie przytomny. Wskazał

ręką Proctora. – Chcę, żeby przeniósł swoje łóżko.

– Gdzie? Przecież nie będzie spał z nami.
–  Tutaj.  Powiedz,  żeby  przeniósł  je  tutaj.  A  potem  chcę,  żeby  mi

zbudował schronienie. Powiem mu, jak ma to zrobić.

W  dwie  godziny  później  Maitland  leżał  w  małej  budzie,  w

zardzewiałej  altanie,  którą  Proctor  wzniósł  wokół  niego  z
porzuconych  elementów  karoserii  samochodowych.  Ściany  boczne
stanowiło  półkole  drzwi,  powiązanych  drutem.  Dwie  pokrywy
silnika  składały  się  na  prymitywny  dach.  Maitland  leżał  wygodnie
w otwartym wejściu do altany, przyglądając się z zadowoleniem, jak
Proctor  wykańcza  budowlę.  Przyniósł  nie  tylko  swoje  łóżko,  lecz  i
dwie łatane kołdry. Położył Maitlanda na łóżku i otulił go kołdrami.
Na niektórych drzwiach były fragmenty napisów wykonanych przez
włóczęgę, ale Maitland postanowił je zostawić.

–  Dobrze  to  zrobił.  –  Jane  przechadzała  się  wokół  altany,  podczas

gdy Proctor krzątał się przy budowie. Paląc papierosa, którego sobie
sama  skręciła,  jednym  okiem  śledziła  odległy  ruch  na  szosie.  Buda
Maitlanda była zasłonięta od strony autostrady wysokim zielskiem i
ruinami  przybudówek.  –  Nie  gorsze  to  niż  większość  tych
wymyślnych  budynków,  jakie  się  dziś  stawia.  Widzę,  że  jest  pan
prawdziwym architektem.

Oparła  się  o  drzwiczki  i  mówiła  przez  okno,  opuściwszy  przedtem

szybę.

– Ma pan zamiar spędzić tu noc?
– Nie… to jest mój… letni domek.

background image

– A co z tym winem? Czy mam mu je dać?
Proctor cierpliwie siedział w kucki w pobliżu, ocierając pot z twarzy

starym  ręcznikiem.  W  rękach  trzymał  smoking,  jakby  się  bał  go
założyć,  niepewny,  czy  to  nie  zdenerwuje  Maitlanda.  Wzrok  miał
utkwiony  w  butelkę  wina  w  ręku  Jane.  Maitland  wskazał
zrujnowaną kasę kina.

– Niech zaczeka tam. Żebym nie musiał na niego patrzeć.
– On się dla pana napracował.
– Jane… – Maitland znużonym ruchem odsunął ją z drogi. Na jego

wycieńczone  ciało  padał  czerwony  blask  zachodzącego  słońca.  –  On
mnie już nic nie obchodzi.

Wyjął  jej  z  rąk  butelkę  i  przytknął  do  ust.  Pił  długo,  prawie  nie

czując smaku cierpkiego wina, Siedział w kucki na łożu w wejściu do
rdzawego  namiotu,  niby  koczowniczy  wódz  pustynny  władający
swoim  jałowym  królestwem.  Był  już  poza  progiem  wyczerpania  i
głodu, w stanie, w którym prawa fizjologii, cała gospodarka potrzeb i
reakcji  została  zawieszona.  Słuchał  odgłosów  ruchu  na  autostradzie
nie odrywając wzroku od czerwonego kręgu słońca zachodzącego za
blokami  mieszkalnymi.  Ściany  szkła  rozbłysły  klejnotami  świateł.
Ryk samochodów zdawał się płynąć ze słońca.

Maitland  usiadł  i  oddał  wino  Jane,  wpatrując  się  w  wierzchołek

wyspy. Przez krótką chwilę widział znajomą, siwowłosą postać starca
z  motorowerem,  idącego  autostradą  w  kierunku  wschodnim.  Jego
białe  włosy  były  skąpane  w  blasku  zachodu,  kiedy  wraz  ze  swoją
maszyną  ukazał  się  między  dwoma  strumieniami  pojazdów.
Maitland  chciał  go  jeszcze  odnaleźć,  ale  zrezygnował,  gdyż
samochody  zapełniły  wszystkie  pasma  autostrady.  Przypomniał
sobie swoje przerażenie, gdy pierwszy raz zobaczył tego starca. Teraz,
wprost przeciwnie, poczuł się uspokojony.

– Proctor wciąż czeka na wino.
Młoda kobieta stała przed nim kołysząc się agresywnie i trzymając

butelkę  jedną  ręką  za  szyjkę.  Wina  zostało  niewiele  i  Maitland
zrozumiał, że piła obok niego od co najmniej dziesięciu minut. W jej
stanie  agresywnego  podniecenia  milczenie  Maitlanda  tylko  ją
rozdrażniało.

– Jesteś gówno. Czy ty umierasz? Nie umieraj tutaj.

background image

Maitland przyglądał się jej, jak pali papierosa. Odrzuciła teatralnym

gestem  włosy,  chcąc  przerwać  fascynację  Maitlanda  zachodzącym
słońcem.

–  Myślisz,  że  stąd  odejdziesz?  A  ja  ci  mówię,  że  nie.  Wyobrażasz

sobie,  że  możesz  tu  leżeć  i  myśleć  przez  cały  dzień.  Nikogo  nie
obchodzi, co ty myślisz. Jesteś… jesteś nikim.

Maitland  odpłynął  od  niej,  jak  przez  mgłę  słysząc  jej  głos

terkoczący w zapadającym zmroku. Był przekonany, że jego ciało nie
przyjmuje  już  żadnych  pokarmów  ani  napojów:  wino  utworzyło
zimną sadzawkę w jego żołądku.

Dziewczyna uderzyła go w twarz, żeby odzyskać jego uwagę.
– Kogo będziesz teraz nienawidził? – spytała wojowniczo. – Czy nie

jesteś  nieco  zbyt  wybredny?  Poniżasz  mnie  taką  formą  rozmowy.
Możesz mi wierzyć, wiem o łóżkach więcej niż ty. Uważam, że jesteś
parszywą,  podstarzałą  kreaturą  i  nie  mam  zamiaru  płacić  twoich
pieprzonych rachunków. Boże, przecież ty jesteś chory umysłowo.

Maitland  wodził  wzrokiem  za  Jane,  która  chodziła  w  tę  i  z

powrotem przed jego altaną, wygłaszając swoje tyrady. Kołysała się
w  rytm  jakiejś  swojej  wewnętrznej  melodii  i  Maitland  wiedział,  że
przemawia tak do kogoś innego.

–  Ja  nie  tańczę  po  tym  mieszkaniu,  tylko  się  włóczę.  To  nie  ma

znaczenia,  i  tak  jest  dobrze.  Zachowajmy  spokój  i  jutro  wieczorem
będziemy  już  osobno.  Nawiasem  mówiąc,  to  piękna  muzyka.
Posłuchaj, nie potrzebuję niczyjej sympatii. Mam to już za sobą. Nie
bądź  dzieckiem.  To  wspaniałe,  że  między  nami  wszystko  skończone.
Nie chcę cię już więcej widzieć. Uważam nasz związek za skończony.
Nie dzwoń do mnie. Nie wtrącaj się do moich spraw służbowych.

To piękna płyta. Świetny podkład do stosunku. Powinieneś kiedyś

spróbować.

W  przebłysku  przytomności  spojrzała  z  góry  na’  Maitlanda  przez

czerwieniejące  światło  i  poznała  go,  zanim  nowy  przypływ  złości
zaćmił jej umysł.

–  Zadepczą  cię,  mój  drogi.  Bogu  dzięki,  że  wkrótce  znikniesz  z

mojego  życia.  Ty  powinieneś  żyć  na  perskim  rynku.  Tak  cię
kochałam,  a  ty  wszystko  zepsułeś.  Za  dwanaście  godzin  już  cię  nie
będzie. Komu potrzebne jest przywiązanie? Teraz mnie tylko nudzisz.

background image

Jako dziecko nigdy nie zaznałeś miłości ani uczucia. Powstrzymaj się
dziś  od  gwałtownych  czynów.  Jest  tu  dużo  miłych  dzieci.  Dlaczego
musisz  być  takim  gnojem?  Ta  pieprzona  Amerykanka.  To  kurwa.
Intelektualistka. Wiem, że jest błyskotliwa…

Urwała.  Poszukała  na  ziemi  butelki,  która  wypadła  jej  z  dłoni,

podniosła  ją  i  rzuciła  z  okrzykiem  Proctorowi,  siedzącemu  w
gasnącym  świetle  przy  budce  kasy.  Butelka  rozbiła  się  o  drewnianą
żaluzję. Odłamki szkła błyszczały jak oszalałe oczy.

Proctor  zbierał  po  kawałku  i  oblizywał  je  zniekształconymi

wargami.  Maitland  słuchał  biernie  młodej  kobiety,  która  zaczęła
drażnić  go  opowieściami  o  swojej  rozwiązłości,  prawie  jakby
wierzyła, że to on jest ojcem jej nieurodzonego dziecka.

Maitland podniósł się i podszedł do niej. Odsunąwszy jej silne ręce

przyciągnął  ją  do  piersi.  Tulił  ją  i  pocieszał,  odgarniał  jej  z  twarzy
mokre kosmyki. Kiedy się uspokoiła, poprowadził ją w stronę zejścia
do piwnicy.

Usiedli  razem  na  łóżku  w  ciepłym  pokoju.  Załkała  raz  krótko  w

dłonie  i  jej  wzrok  się  przejaśnił.  Ocknąwszy  się  powiedziała
gwałtownie:

– Słuchaj, nie powinieneś tu dłużej siedzieć. Zostały z ciebie skóra i

kości.  Twój  umysł…  potrzebny  ci  jest  lekarz.  Zatelefonuję  zaraz  do
twojej żony, niech przyjadą i zabiorą cię dziś wieczorem.

–  Nie.  –  Maitland  spokojnie  ujął  jej  dłonie.  –  Nie  dzwoń  do  niej.

Rozumiesz?

– Dobrze. – Z ociąganiem kiwnęła głową. —
Słuchaj,  śpij  dziś  tutaj,  a  jutro  pomogę  ci  wyjść  na  drogę.

Zabierzemy cię do szpitala.

–  Zgoda,  Jane.  Zostaniemy  razem.  –  Maitland  położył  jej  rękę  na

ramieniu. – Nie chcę, żeby ktoś wiedział, że jestem na tej wyspie.

Z wyrazem znużenia oparła głowę o jego pierś.
– Proctor chce odejść! Poprosił mnie, żebym go zabrała.

background image

23.

TRAPEZ

Wkrótce  po  świcie  pierwsze  promienie  słońca  dotarły  na  wyspę

między  betonowymi  słupami  wiaduktu.  Podpierając  się  swoim
metalowym  szczudłem  Maitland  szedł  środkową  dolinką.  Kuśtykał
po  wyboistym  gruncie  i  przeczesywał  wysokie  skarpy  bystrym
wzrokiem leśniczego wypatrującego kłusownika.

Patrolował  tak  wyspę  od  godziny  i  jego  poszarpane  spodnie  były

mokre od rosy. Kiedy ostatnia z nocnych ciężarówek z rykiem silnika
przejechała  autostradą,  zatrzymał  się  pod  zamkniętymi  drzwiami
schronu  Proctora.  Spojrzał  na  skomplikowaną  geometrię  cieni  i
znaków drogowych, linii elektrycznych, słupów i betonowych ścian.
W  kierunku  zachodnim  jechał  pojedynczy  samochód  i  Maitland
podniósł  rurę,  żeby  mu  pomachać.  Mimo  tylu  niepowodzeń  w
długiej  walce  o  wydostanie  się  z  wyspy,  wciąż  nie  tracił  nadziei,  że
któryś z przejeżdżających kierowców nagle się dla niego zatrzyma.

Maitland  odszedł  od  schronu  i  pokuśtykał  na  słońce,  zaczynające

wyglądać spod wiaduktu. Zbliżywszy się do płotu jęknął zaskoczony
i  upuścił  szczudło  w  mokrą  trawę.  Na  środku  opustoszałego  przęsła
wiaduktu  stał  miejski  wóz  naprawczy.  Nad  betonową  balustradą
wystawał  tylko  dach  kabiny  kierowcy  i  podnoszona  platforma,  ale
Maitland  zrozumiał,  że  wkrótce  robotnicy  będą  naprawiać  wiadukt
od  spodu,  w  miejscach,  gdzie  beton  zaczął  się  wykruszać.  Na
balustradzie  zaczepiony  był  pomost  roboczy,  z  którego  zwisały  liny.
Koniec jednej kołysał się na niewielkiej wysokości od ziemi.

Zaskoczony  widokiem  pojazdu  Maitland  szukał  ręką  szczudła.

Ochrypły szept był instynktownym wołaniem o pomoc. Kierowca i

background image

dwóch  robotników,  których  głowy  pokazywały  się  na  krótko  nad
balustradą, szli do drugiego wozu naprawczego, stojącego nieco dalej
na autostradzie.

Drżąc  z  podniecenia  Maitland  złapał  swoje  szczudło  i  pokuśtykał

naprzód.  Za  jego  plecami  wybiegła  z  wysokiej  trawy  czarno  ubrana
postać.  Kiedy  Maitland  spojrzał  za  siebie,  potknąwszy  się  na
kawałku  zardzewiałej  blachy,  zobaczył  Proctora.  Włóczęga  pędził  z
rękami wyciągniętymi nad głową. Pod wieczorową marynarką miał
na  sobie  postrzępiony  trykot.  Przeskakując  nad  leżącymi  w  trawie
oponami dobiegł do wiszącej liny.

– Proctor! Zostaw to!
Maitland  ścisnął  szczudło  i  pochylił  się  waląc  nim  o  ziemię,  żeby

odstraszyć Proctora, ale stary akrobata już był w górze. Złapał koniec
liny i wspinał się wyżej. Potężne ramiona pracowały jak tłoki, stopy
zręcznie obejmowały linę.

Nie  mogąc  wydobyć  z  siebie  głosu  ze  strachu,  Maitland  uderzył

rurą  rozkołysaną  linę.  Gdyby  Proctor  uciekł,  młoda  kobieta  na
pewno  wkrótce  zostawiłaby  go  na  pastwę  losu.  Był  przekonany,  że
jej  wczorajsza  propozycja  wezwania  pomocy  stanowiła  tylko
podstęp. Z chwilą wejścia na nasyp zniknęłaby na zawsze, a włóczęga
w  ślad  za  nią.  Pozostawiony  sam  sobie  na  wyspie  przeżyłby
najwyżej kilka dni.

Proctor  wspiął  się  do  wysokości  balustrady.  Potwierdzając  obawy

Maitlanda spojrzał na niego z góry z chytrym uśmieszkiem.

– Proctor, złaź! Złaź!
Podciągnąwszy się silnymi ramionami Proctor przerzucił nogi przez

balustradę.  Rozejrzał  się  po  pustej  drodze.  Pomachawszy
Maitlandowi, odplątał liny przytrzymujące platformę roboczą. Potem
chwycił liny od kołowrotu na samochodzie, przekroczył balustradę i
wskoczył na pomost.

Podczas  gdy  Proctor  opuszczał  pomost,  Maitland  zrozumiał,  że

włóczęga nie tylko nie ucieka przed nim, ale, wprost przeciwnie, stara
się  ułatwić  mu  wydostanie  się  z  wyspy.  Chcąc  popisać  się  przez
Maitlandem sprawnością byłego akrobaty rozkołysał platformę.

– Wspaniale, Proctorze… – mruknął Maitland pod nosem. – Jestem

pełen podziwu, ale zjeżdżaj już na dół.

background image

Proctor  jednak  zapomniał  już  o  Maitlandzie.  Na  wysokości

dwudziestu  stóp  platforma  zataczała  coraz  większe  łuki.  Każdy  ruch
potężnego  ciała  włóczęgi  promieniował  pewnością  siebie.  Zdarł  z
siebie  smoking  i  cisnął  go  na  ziemię  przemykającą  w  dole.
Sprawnym przerzutem wyskoczył z platformy u szczytu amplitudy i
silnymi  dłońmi  chwycił  metalową  podstawę.  Potem  podciągając
nogi do poziomu rozpędził platformę jeszcze bardziej. W najwyższym
punkcie  wykonał  obrót  w  powietrzu,  odwrócił  uchwyt  i  dalej
rozpędzał  swoją  huśtawkę.  Jego  pooraną  twarz  rozjaśniał  dziecięcy
uśmiech.

Na  autostradzie  ktoś  krzyknął.  Trzasnęły  drzwi  kabiny.  W  chwilę

później zawarczał silnik wozu remontowego. Wisząc na rozkołysanej
platformie  Proctor  z  niepokojem  spojrzał  w  górę.  Zwoje  liny
przymocowanej do kołowrotu ciężarówki zaczynały się już poruszać,
napinając  się  wokół  jego  ramion.  Maitland  wywijał  rurą,  dając
włóczędze  znaki,  żeby  skakał.  Ciężarówka  odjeżdżała,  a  jej  kierowca
nie  miał  pojęcia  o  Proctorze  zaplątanym  w  koniec  liny
przymocowanej do kołowrotu.

Kierowca  przyśpieszył  zmieniając  biegi.  Zanim  Proctor  zdołał  się

uwolnić,  został  oderwany  od  platformy.  Lina  owinęła  się  wokół
niego,  zaciskając  się  w  pasie  i  na  szyi.  Związany  jak  tusza  w  rzeźni
wisiał  nad  platformą  i  wierzgając  nogami,  szarpiąc  się  z  liną,  był
unoszony w górę.

Ciężarówka  zwiększała  szybkość,  jej  silnik  zagłuszał  krzyki

Maitlanda. Proctor wisiał bezradnie, ciągnięty w stronę najbliższego
betonowego filara. Kiedy jego ciało uderzyło w słup, rozległ się huk,
jakby  worek  bokserski  spadł  na  coś  twardego.  Nieprzytomny  już
zwisał  bezwładnie  z  liny  okręconej  wokół  jego  szyi  i  płynął  tak  w
powietrzu  pod  wiaduktem,  dopóki  lina  nie  zaczepiła  się  o  kanciastą
konstrukcję tablicy kierunkowej.

Rozległ  się  trzask  pękającej  liny.  Ciężarówka  odjechała.  Ciało

uduszonego Proctora spadło na mokrą ziemię.

background image

24.

UCIECZKA

Na  autostradzie  panował  szczytowy  ruch.  Cała  wyspa  wibrowała

przejmującym rykiem, silników. Osłonięci wysoką trawą Maitland i
Jane  Sheppard  siedzieli  przy  ciele  Proctora.  Sklepienia  schronów
przeciwlotniczych  wyrastały  dokoła  nich  jak  grzbiety  pradawnych
zwierząt, które śpią zagrzebane w piasku.

Proctor leżał na plecach, górną część ciała miał przykrytą kołdrą w

różyczki,  przyniesioną  przez  Jane  z  jego  nory.  Podmuch  wiatru
zawinął  górny  róg  kołdry,  odsłaniając  twarz  włóczęgi.  Maitland
schylił się i poprawił zniszczony materiał.

Jane  wytarła  ręce  w  trawę,  dysząc  ciężko  po  wysiłku,  jaki

stanowiło ciągnięcie ciała przez wyspę. Nadal była blada, ostre kości
policzków  i  czoła  sterczały  pod  skórą  jak  noże.  Wyciągnęła  rękę  i
dotknęła Maitlanda, niepewna jego reakcji.

– Odchodzę – powiedziała. – Wkrótce będzie tu policja.
Maitland kiwnął głową.
– Tak, powinnaś teraz odejść.
–  Ja  nie  mam  z  tym  nic  wspólnego…  to  sprawa  między  tobą  a

Proctorem.

– Oczywiście.
– Co chcesz z nim zrobić?
– Pochowam go… znajdę gdzieś łopatę.
Jane trąciła Maitlanda w ramię, usiłując wyrwać go z zamyślenia.
–  Czy  potrzebujesz  pomocy?  Jeżeli  nie  masz  nic  przeciwko  temu…

nie cierpię pogrzebów.

–  Nie…  –  Zapadnięte  oczy  Maitlanda  wyzierały  spod  warstwy

background image

brudu na twarzy. – Zostaw mnie tutaj.

– Co chcesz robić? Nie możesz zostać.
– Jane, chcę odejść po swojemu.
Wzruszyła ramionami i wstała.
– Po prostu była mowa o tym, że mamy pójść razem… ale rób, jak

chcesz. – Spojrzała z odrazą na Proctora. – Pewnie atak serca. Szkoda…
na swój sposób był dobrym akrobatą. A co z jedzeniem? Mogę ci coś
przynieść.

– Nie trzeba. Tu jest jedzenie.
–  Gdzie?  –  W  ślad  za  jego  wzrokiem  spojrzała  na  płot  z  siatki

drucianej.  –  Myślę,  że  nie  powinieneś  tu  dłużej  siedzieć.  Pomogę  ci
wejść  na  nasyp,  złapiemy  taksówkę.  –  Kiedy  Maitland  nie
odpowiadał, szarpnęła go za ramię. – Słuchaj! Zadzwonię po pomoc!
Będą tutaj za pół godziny!

Maitland wyraźnym głosem odezwał się do niej po raz ostatni.
Jane,  nie  wzywaj  pomocy.  Odejdę  z  wyspy,  ale  zrobię  to,  kiedy

uznam  za  stosowne.  –  Maitland  wyjął  portfel  i  wręczył  Jane  zwitek
brudnych banknotów. – Weź to wszystko, mnie nie będzie potrzebne.
Obiecaj mi tylko, że nikomu o mnie nie powiesz.

Z  wyrazem  żalu  odsunęła  pieniądze.  Potem  otrzepała  kolana  i

odeszła między schronami przeciwlotniczymi do podziemia kina.

Po  dziesięciu  minutach  już  jej  nie  było.  Maitland  patrzył,  jak

wspina  się  na  skarpę  bocznej  drogi.  Zrozumiał,  że  nie  ma  żadnego
tajnego  wyjścia:  weszła  zwyczajnie  na  nasyp,  wybierając  dobrze
znane  punkty  oparcia,  z  walizką  w  silnej  dłoni.  Przekroczyła  barierę
ochronną. Nie minęła minuta, gdy zatrzymał się dla niej samochód i
odpłynęła wśród ciężarówek i autobusów linii lotniczych.

Kiedy po upływie godziny policja się nie pokazała, Maitland uznał,

że dotrzymała umowy. Podniósł łopatę, którą dziewczyna rzuciła mu
pod  nogi  na  odchodnym.  Zostawiwszy  szczudło  posuwał  się  przez
zielsko,  macając  drogę  wyciągniętymi  rękami,  wyczuwając  silniejsze
drgania wysokiej trawy rosnącej na przykościelnym cmentarzu.

Był  późny  poranek,  kiedy  Maitland  zakończył  pogrzeb.

Wyczerpany  ciągnięciem  ciała  włóczęgi  między  schronami  położył
się  w  swojej  altanie  i  obserwował  ruch  na  autostradzie.  Pochował
Proctora  w  podłodze  krypty,  ozdabiając  grób  metalowymi

background image

przedmiotami  odkręconymi  od  Jaguara  oraz  kaloszami,  puszką
aerosolu i innymi przedmiotami, które podarował włóczędze.

Mimo  zmęczenia  i  tego,  że  jadł  bardzo  niewiele,  miał  poczucie

wzrastającej siły fizycznej, jakby niewidzialne moce jego ciała zaczęły
uwalniać długo magazynowaną energię. Noga nie była aż tak ciężko
uszkodzona, jak sądził. Pojawiła się nawet lekka ruchomość w stawie
biodrowym, zwiastując, że wkrótce będzie mógł chodzić bez szczudła.
Czuł ulgę, że Proctor i młoda kobieta odeszli. Ich obecność wyzwalała
niepożądane  cechy  jego  charakteru,  nieistotne  z  punktu  widzenia
celu, jakim było dojście do ładu z tą wyspą.

Obok nowo odkrytego poczucia fizycznej pewności siebie Maitland

zauważył,  że  opanowuje  go  nastrój  spokojnej  egzaltacji.  Leżał
rozluźniony w wejściu do swojej altany, uświadamiając sobie, że jest
naprawdę  sam  na  wyspie.  Zostanie  na  niej,  dopóki  nie  będzie  mógł
uciec  o  własnych  siłach.  Zerwał  z  siebie  resztki  podartej  koszuli  i
położył  się  nagi  do  pasa,  tak  że  słońce  mogło  mu  liczyć  żebra.  Pod
pewnymi  względami  zadanie,  które  przed  sobą  postawił,  nie  miało
sensu. Właściwie nie czuł już potrzeby opuszczenia wyspy i to samo
potwierdzało, że objął ją w posiadanie.

Autostradą  przejeżdżał  samochód  policyjny  i  towarzysz  kierowcy

wpatrywał  się  w  wysoką  trawę.  Bezpieczny  w  swojej  altanie,
Maitland  czekał,  aż  wóz  przejedzie.  Potem  wstał  i  rozejrzał  się
władczo  po  wyspie.  Czuł  zawrót  głowy  z  głodu,  ale  był  spokojny  i
opanowany. Pozbiera jedzenie zza drucianej siatki i – może jako gest
– zostawi symboliczną część na grobie starego włóczęgi.

Za kilka godzin nastąpi zmierzch. Maitland pomyślał o Catherine i

synu. Wkrótce znów ich zobaczy. Po posiłku będzie czas, żeby ułożyć
się do snu i planować sposoby wydostania się z wyspy.

 

KONIEC

 


Document Outline