background image

MEG CABOT

BEZPIECZNE MIEJSCE

background image

1

O zamordowanej dziewczynie dowiedziałam się dopiero pierwszego dnia szkoły. To nie 

moja wina. Przysięgam. Skąd mogłam wiedząc? Nawet nie było mnie w domu. Gdybym była, 
jasne, że przeczytałabym o tym w gazecie albo usłyszała w wiadomościach czy gdziekolwiek. Albo 

dowiedziałabym się od ludzi.

Ale akurat mnie nie było. Tkwiłam cztery godziny jazdy samochodem na północ od domu, 

wśród wydm Michigan, w letnim domku mojej najlepszej przyjaciółki, Ruth Abramowitz. Państwo 
Abramowitzowie każdego lata spędzają dwa ostatnie tygodnie sierpnia wśród wydm i w tym roku 

zaprosili również mnie.

Na początku nie miałam ochoty jechać. Skazywać się na towarzystwo Skipa na całe dwa 

tygodnie?! No nie, dziękuję - Skip jest bratem Ruth, bliźniakiem. Chociaż ma szesnaście lat, nadal 
przeżuwa z otwartymi ustami. W tym wieku chyba powinien wiedzieć, jak się zachowywać. A do 

tego, mimo kupionego za pieniądze z barmicwy transarna, jest kimś w rodzaju Wielkiego Mistrza 
Bractwa Rycerskiego w naszym mieście.

W   dodatku   pan   Abramowitz   żywi   okresowe   (to   znaczy   wakacyjne)   uprzedzenia   wobec 

zdobyczy techniki i nie dopuszcza w letnim domku kablówki ani innego telefonu niż jego własna 

komórka, używana wyłącznie w sytuacjach wyjątkowych, kiedy na przykład któryś z jego klientów 
trafi za kratki, (bo pan Abramowitz jest adwokatem).

Więc chyba jasne, że na zaproszenie Ruth odpowiedziałam: „Dziękuję, ale nie, dziękuję”.
Potem jednak moi rodzice oświadczyli, że spędzą ostatnie dwa tygodnie sierpnia, odwożąc 

mojego brata Mike'a z wszystkimi klamotami do Harvardu, gdzie miał zacząć studia, a w tym 
czasie przyjedzie do nas ciotka Rose, żeby zająć się mną i moim drugim bratem, Douglasem.

Nie szkodzi, że ja mam szesnaście lat, a Douglas dwadzieścia i nie potrzebujemy opieki 

dorosłych, zwłaszcza siedemdziesięciopięcioletniej ciotki, która ma obsesję na punkcie pasjansa i 

mojego życia seksualnego, (co wcale nie znaczy, że jakieś mam). Oznajmiono mi, że ciocia Rose 
przyjeżdża, czy mi się to podoba, czy nie.

Nie   podobało   mi   się.   Zamiast   wrócić   do   domu   po   miesiącu   pracy   w   charakterze 

wychowawczyni   na   obozie   Wawasee   dla   Dzieci   Utalentowanych   Muzycznie,   pojechałam   z 

Abramowitzami na wydmy.

Rany! Oglądanie przez dwa tygodnie Skipa pożerającego rano, w południe i wieczorem 

kanapki z masłem orzechowym i bananami jest lepsze niż pięć minut w towarzystwie cioci Rose, 

background image

która   z   zapałem   opowiada,   jak   to   w   czasach   jej   młodości   tylko   łatwe   dziewczyny   nosiły 
ogrodniczki.

Poważnie. Ogrodniczki. Tak je nazywa.
Oczywiście w tej sytuacji wybrałam wydmy.

I prawdę mówiąc, te dwa tygodnie nie były takie najgorsze.
Nie, nie, to wcale nie znaczy, że świetnie się bawiłam. Właściwie nie bawiłam się wcale, bo 

kiedy   ja   odwalałam   swoją   robotę   na   obozie   Wawasee,   Ruth   w   pocie   czoła   doskonaliła   swoje 
umiejętności społeczno - towarzyskie i przygruchała sobie chłopaka.

Zgadza się. Autentycznego chłopaka, którego rodzice - kto by pomyślał - także mieli domek 

na wydmach, jakieś dziesięć minut drogi od domku Ruth.

Cieszyłam się razem z nią. Scott był pierwszym prawdziwym chłopakiem Ruth - no wiecie, 

pierwszym facetem, który odwzajemniał jej sympatię i nie miał nic przeciwko trzymaniu jej za 

rękę przy ludziach.

Ale kiedy najlepsza przyjaciółka zaprasza cię na dwa tygodnie, a potem spędza te dwa 

tygodnie, prowadzając się z kimś innym, jest to odrobinę wkurzające. Większość czasu za dnia 
przeleżałam na plaży, czytając stare magazyny, a większość wieczorów, próbując pobić Skipa w 

Crash Bandicoot na playstation.

O tak, wakacje miałam wyjątkowo udane.

Jedyna korzyść z pobytu na wydmach polegała na tym, że nie było mnie w tym czasie w 

domu, więc przynajmniej nie siedziałam i nie czekałam,  aż mój chłopak - jeśli można go tak 

nazwać - zadzwoni. A według Ruth to istotny punkt sztuki uwodzenia... no wiecie, nie odbieranie 
telefonów. Wtedy, jak twierdzi moja przyjaciółka, chłopak zaczyna się zastanawiać, gdzie jesteś, i 

przychodzą mu do głowy rozmaite rzeczy. Na przykład, że umówiłaś się z kimś innym.

Podobno to w nim wzbudza gorętsze uczucia.

Brzmi całkiem przekonująco, ale jest jedno ale.
Chłopak musi faktycznie zadzwonić.

Jeśli   nie   zadzwoni,   to   wcale   się   nie   dowie,   że   cię   nie   ma   w   domu.   A   mój   chłopak   - 

powinnam   raczej   powiedzieć:   facet,   który   mi   się   podoba,   jako   że   właściwie   nie   jest   moim 

chłopakiem; w życiu nie byliśmy na prawdziwej randce - nigdy nie dzwoni. Wynika to stąd, że 
jestem, jak to się ładnie mówi w moim ukochanym stanie Indiana, osobą nieletnią, a randka z 

osobą nieletnią pachnie więzieniem. Przynajmniej dla kogoś takiego jak on.

Bo on jest pod nadzorem kuratora.

background image

Nie pytajcie, dlaczego. Rob nigdy mi tego nie wyjawił.
Tak się nazywa. Rob Wilkins. Albo dziwak, czy nawet łobuz, jak mówi o nim Ruth.

Uważam, że to nie w porządku tak go nazywać, ponieważ Rob nigdy mnie nie oszukał. To 

znaczy, kiedy tylko dowiedział się, że mam szesnaście lat, dał mi jasno do zrozumienia, że między 

nami do niczego nie dojdzie. W każdym razie nie przez następnych parę lat.

Dobrze, to mi nie przeszkadza, naprawdę. Niejedna ryba pływa w morzu.

No i dobra, może nie każda ma oczy koloru mgły, jaka unosi się nad jeziorem tuż przed 

świtem,   albo   twarde   jak   deska   mięśnie   brzucha,   czy   też   śliczniutkiego   indianę,   złożonego 

własnoręcznie do kupy we własnej stodole.

W   każdym   razie   zniknęłam   na   dwa   tygodnie.   Miałam   wakacje,   no   nie?   Bez   telefonu, 

telewizji, radia, prasy i Internetu. Prawdziwe wakacje.

Skąd   miałam   wiedzieć,   że   zginęła   jedna   dziewczyna   z   mojej   klasy?   Nikt   mi   nic   nie 

powiedział.

Aż do rozpoczęcia roku szkolnego.

Pierwszego dnia szkoły usadowiłam się w auli na drugim miejscu od drzwi, jak co roku. 

Zawsze w auli zajmowałam drugie miejsce od drzwi. To, dlatego, że wtedy siadamy w kolejności 

alfabetycznej, a z racji nazwiska - Mastriani - jestem druga na literę M, zaraz po Amber Mackey. 
Amber Mackey zawsze siedziała przede mną. Zawsze.

Z wyjątkiem tego dnia. Tego dnia nie pojawiła się wcale.
Nie   wiedziałam,   dlaczego.   Skąd   miałam   wiedzieć?   Amber   nigdy   przedtem   nie   opuściła 

pierwszego dnia w szkole. Nie była tytanem pracy, przykładała się mniej więcej tak jak ja, ale 
pierwszego   dnia   szkoły   nic   się   nie   robi,   więc   dlaczego   miałaby   nie   przyjść?   Poza   tym,   w 

przeciwieństwie do mnie, Amber lubiła  szkołę. Była  cheerleaderką. Zawsze pełna entuzjazmu. 
Znacie ten typ.

To taka dziewczyna, po której, bo ja wiem, spodziewacie się, że pojawi się pierwszego dnia 

w szkole, choćby po to, żeby pochwalić się opalenizną.

Uczniowie zaczęli się schodzić. Dziewczyny zachowywały się z wystudiowaną niedbałością - 

zupełnie   jakby   nie   spędziły   całego   ranka   przed   lustrem,   wybierając   ciuchy,   które   najlepiej 

podkreślą szczuplejszą figurę albo kolor nowych pasemek.

Wszyscy usiedli tam gdzie zwykle - do jedenastej klasy zdążyliśmy już świetnie zapamiętać, 

kto za kim siedzi - i zaczęły się rozmowy: „Jak tam wakacje?” albo: „Boże, ale się opaliłaś”, albo: 
„Ta spódnica jest super!”

background image

Potem rozległ się dzwonek i wszedł pan Cheaver z dziennikiem. Kazał nam usiąść i mimo 

że była zaledwie ósma piętnaście rano, nikogo nie rozpierał nadmiar energii.

Spojrzał do dziennika, zawahał się i powiedział:
- Mastriani.

Podniosłam rękę, chociaż pan Cheaver stał tuż przede mną, a w zeszłym roku uczył mnie 

historii, więc nie mógł mnie nie poznać. Razem z Ruth wydałyśmy sporą część zarobionych na 

obozie pieniędzy w sklepach w okolicy miasta Michigan i dziś pod wpływem Ruth włożyłam do 
szkoły spódnicę. To mogło nieco zmylić pana Ch., jako że nigdy przedtem nie pokazałam się w 

szkole w czymś innym niż dżinsy i T - shirt.

Ruth   twierdziła,   że   najlepszym   sposobem   na   Roba   byłoby   umówienie   się   z   innym 

chłopakiem (tak żeby Rob mógł nas zobaczyć) i wobec tego musiałam, zgodnie z zaleceniami 
Ruth,  „podjąć wysiłek”.  Miałam  na  sobie ciuchy   Esprit  od  stóp  do  głów.  Ale nie,  dlatego,   że 

chciałam zwabić ewentualnych wielbicieli, tylko dlatego, że wróciwszy poprzedniego dnia bardzo 
późno   (Ruth   absolutnie   odmawia   przekraczania   dozwolonej   prędkości,   nawet   jeśli   w   zasięgu 

wzroku nie ma żadnego miejsca, gdzie mógłby się ukryć patrol drogowy), nie miałam innego 
czystego ubrania na zmianę.

Być może, pomyślałam, pan Cheaver nie rozpoznaje mnie w minispódniczce i bawełnianym 

sweterku. Powiedziałam:

- Obecna, panie Cheaver - żeby zwrócić jego uwagę.
- Widzę cię, Mastriani - powiedział pan Ch., jak zwykle leniwie przeciągając samogłoski. - 

Przesuń się o jedno miejsce.

Spojrzałam na puste miejsce z przodu.

- Och, nie, proszę pana - zaprotestowałam. - To miejsce Amber. Może się spóźni. Ale to jej 

miejsce.

Zapadła dziwna cisza. Naprawdę. Chodzi mi o to, że cisze różnią się od siebie, chociaż 

zgodnie z definicją - cisza jako brak dźwięku - powinno być inaczej.

Ta jednak wydawała się cichsza niż przeciętne cisze. Tak jakby wszyscy z jakiegoś powodu 

wstrzymali nagle oddech.

Pan Cheaver - który także wstrzymał oddech - spojrzał na mnie zmrużonymi oczami. W 

Liceum im. Erniego Pyle'a było niewielu nauczycieli, których byłam w stanie znieść, ale pan Ch. 

do   nich   należał.   A   to,   dlatego,   że   nikogo   nie   wyróżniał.   Nienawidził   nas   wszystkich   równo   i 
sprawiedliwie. Mnie, być może, nienawidził odrobinę mniej intensywnie,  ponieważ w zeszłym 

background image

roku przykładałam się do pracy, a historię uważałam za interesujący przedmiot, zwłaszcza lekcje 
poświęcone   wyrzynaniu   w   pień   całych   populacji   w   różnych   miejscach   globu   na   przestrzeni 

wieków.

- Gdzieś ty była, Mastriani? - zainteresował się pan Cheaver. - Amber Mackey nie przyjdzie.

- Och, naprawdę? - spytałam zdziwiona. - Przeprowadziła się?
Pan Ch. popatrzył na mnie z wyrazem skrajnego niezadowolenia, podczas gdy reszta klasy 

nagle   wypuściła   powietrze   z   płuc   i   zaczęła   szeptać   gorączkowo.   Nie   miałam   pojęcia,   o   czym 
mówią, ale po wyrazie oburzenia na twarzach zorientowałam się, że tym razem trafiłam kulą w 

płot. Tisha Murray i Heather Montrose patrzyły na mnie ze szczególną wzgardą. Przez moment 
miałam ochotę wstać i rozwalić im głowy jedną o drugą, ale już raz próbowałam i nie wyszło.

Zresztą, w ramach „podejmowania wysiłku” w nowym roku - oprócz działań zmierzających 

do rozkochania w sobie niewinnych młodych ludzi, tak abym mogła spacerować z nimi za rączkę 

przed warsztatem, w którym pracował Rob - obiecałam sobie nie wdawać się w bójki. Poważnie. 
W dziesiątej klasie spędziłam aż nadto czasu na odsiadkach w związku z brakiem umiejętności 

panowania nad gniewem. W tym roku nie zamierzałam popełnić tego błędu.

To był jeden z powodów - poza brakiem czystych levisów - dla których zdecydowałam się 

na minispódniczkę. Trudno dołożyć komuś kolanem w krocze, kiedy jest się odzianym w lycrę i 
rayon.

Może, pomyślałam, obserwując twarze wokół, Amber zaszła w ciążę i tylko ja nic o tym nie 

wiem.   Mieliśmy   wprawdzie   lekcje   higieny   z   trenerem   Albrightem,   który   ostrzegał   nas   przed 

konsekwencjami pożycia seksualnego bez zabezpieczenia, ale takie rzeczy się przecież zdarzają. 
Nawet cheerleaderkom.

Chyba jednak nie Amber Mackey, ponieważ pan Ch. spojrzał na mnie i bezbarwnym tonem 

oznajmił:

- Mastriani, ona nie żyje.
- Nie żyje? - powtórzyłam za nim. - Amber Mackey? Potem, jak idiotka, dodałam:

- Jest pan pewien?
Nie wiem, co mnie podkusiło. Kiedy nauczyciel twierdzi, że ktoś nie żyje, nie ma w zasadzie 

powodu, żeby mu nie wierzyć.

Po prostu mnie zaskoczył. To zabrzmi banalnie, ale Amber Mackey zawsze była... no cóż, 

pełna życia. Nie należała do tych antypatycznych cheerleaderek, które na wszystkich patrzą z góry. 
Nigdy nie była złośliwa i nigdy się nie wywyższała. Dotrzymanie kroku innym dziewczynom z 

background image

reprezentacji, zarówno w dziedzinie życia towarzyskiego, jak i sportu, kosztowało ją wiele pracy. 
Jeśli chodzi o naukę, też nie była orłem.

Ale starała się. Naprawdę się starała.
Pan Ch. nie odpowiedział.

Zrobiła to Heather Montrose.
- Owszem, nie żyje - powiedziała, wydymając z pogardą starannie nabłyszczone usta. - A 

gdzieś ty się podziewała, skoro już o tym mowa?

- Doprawdy - odezwała się Tisha Murray - kto jak kto, ale dziewczyna od pioruna powinna 

coś wiedzieć na ten temat.

- No właśnie? - dodała Heather. - Wysiadł twój radar, czy co?

Nie jestem, szczerze mówiąc, osobą zbyt popularną, ale ponieważ nie mam w zwyczaju 

wyzłośliwiać się i dokuczać dla przyjemności, jak Heather i Tisha, zawsze znajdą się tacy, którzy 

chętnie staną w mojej obronie. Tym razem był to Todd Mintz - futbolista szkolnej reprezentacji, 
który siedział zaraz za mną.

- Jezu, możecie przestać? - odezwał się. - Ona już nie robi tych rzeczy z parapsychologią. 

Nie wiedziałyście?

- Owszem - powiedziała Heather, wstrząsnąwszy blond grzywą. - Słyszałam o tym.
- A ja słyszałam - wtrąciła Tisha - że dwa tygodnie temu znalazła dzieciaka, który się zgubił 

w jaskini czy gdzieś tam.

To   była   jawna   nieprawda.   Dzieciaka   znalazłam   cztery   tygodnie   temu.   Ale   nie   miałam 

ochoty dyskutować z takimi jak Tisha.

Na szczęście taktowna interwencja pana Cheavera wybawiła mnie z kłopotu.

- Najmocniej przepraszam - powiedział pan Ch. - Niektórych z was to może zaskoczy, ale 

chciałbym poprowadzić lekcję. Czy zechcielibyście odłożyć prywatne pogawędki na po dzwonku? 

Mastriani! Przesuń się o jedno miejsce.

Przesunęłam się, a za mną cały rząd. Jednocześnie szeptem zapytałam Todda:

- Jak to się właściwie stało?
Myślałam, że Amber zachorowała na białaczkę albo coś w tym stylu i teraz cheerleaderki 

poprowadzą kampanię walki z rakiem, zarabiając na myciu samochodów. Może nawet założyły już 
fundację Amber.

Śmierć Amber nie nastąpiła jednak z przyczyn naturalnych. Todd powiedział:
- Znaleźli ją wczoraj w kamieniołomach. Uduszoną.

background image

Rany!

background image

2

Jak można zrobić coś takiego? I kto mógł to zrobić? Naprawdę chciałabym wiedzieć.

Kto mógł udusić cheerleaderkę i zostawić jej ciało na dnie wapiennego kamieniołomu?
Jestem   w   stanie   zrozumieć,   że   ktoś   miałby   ochotę   udusić   cheerleaderkę.   Nasza   szkoła 

hoduje jedne z najzłośliwszych cheerleaderek w Ameryce Północnej. Nie żartuję. Jakby wszystkie, 
żeby się dostać do drużyny, musiały przejść testy wykazujące, że nie posiadają żadnych ludzkich 

odruchów.   Cheerleaderki   w   Liceum   im.   Ernesta   Pyle'a   prędzej   wyskubałyby   sobie   rzęsy,   niż 
zamieniły słowo z osobą stojącą niżej od nich w hierarchii towarzyskiej.

Ale wprowadzić taki zamysł w życie? Naprawdę wyprawić jedną z nich na tamten świat?
A   poza   tym   Amber   nie   była   taka   jak   jej   koleżanki   z   drużyny.   Widziałam   kiedyś,   jak 

uśmiechała się do wsioka - tym miłym słówkiem określa się u nas dzieciaki, które dojeżdżają do 
liceum spoza miasta; dzieciaki, które nie pochodzą ze wsi, określa się mianem miastowych.

Amber należała do miastowych, tak jak Ruth i ja, ale nigdy nie zauważyłam, żeby się z tego 

powodu puszyła, w przeciwieństwie do Heather, Tishy i innych dziewczyn tego typu. Kiedy Amber 

była   kapitanem   drużyny   na   WF   -   ie,   nigdy   nie   wybierała   najpierw   miastowych,   wsioków 
zostawiając   na   sam   koniec.   Amber   nigdy   nie   wydziwiała   na   wiejskie   wranglery   i   lee,   jedyne 

dżinsy, na jakie te dzieciaki było stać. Nigdy nie widziałam, żeby Amber przeprowadzała „test 
wsioka”: podnosząc długopis i pytając niczego nie podejrzewającą ofiarę, co trzyma w ręce. (Jeśli 

ktoś   odpowiadał,   przeciągając   samogłoski   w   sposób   charakterystyczny   dla   południowców, 
klasyfikowano go jako wsioka i wyśmiewano za wiejski akcent).

Czy to takie dziwne, że czasami nie potrafię opanować gniewu? Pytam serio. Czy was nie 

trafiałby szlag, gdybyście, na co dzień mieli do czynienia z czymś takim?

To okropne, że ze wszystkich cheerleaderek to akurat Amber musiała umrzeć. Lubiłam ją.
Nie byłam odosobniona w swoich odczuciach, jak się wkrótce przekonałam.

-   Dobra   robota   -   syknął   ktoś   za   moimi   plecami,   mijając   mnie   na   korytarzu,   kiedy 

zmierzałam w stronę szafki.

Można na ciebie liczyć - powiedział ktoś inny, kiedy wychodziłam z pracowni biologicznej.
To nie wszystko. Usłyszałam też sarkastyczne:

- Dzięki wielkie, dziewczyno od pioruna.
Kiedy  mijałam  stadko  Pomponek,   cheerleaderek  z  pierwszej   klasy,  pod  moim  adresem 

padło słowo: „świnia”.

background image

-   Nic   nie   rozumiem   -   pożaliłam   się   Ruth   na   próbie   orkiestry,   kiedy   wyjmowałyśmy 

instrumenty. - Obwiniają mnie za to, co się stało z Amber. Jakbym miała z tym coś wspólnego.

Ruth, smarując smyczek kalafonią, potrząsnęła głową.
- Nie o to chodzi - stwierdziła. Musiała dostać jakiś cynk. - Sądzę, że kiedy Amber nie 

wróciła do domu w piątek wieczorem, jej rodzice zadzwonili na policję, ale gliny nie zdołały jej 
znaleźć. Myślę, że parę osób dzwoniło potem do ciebie. Może mieli nadzieję, że uda ci się wpaść 

na   jakiś   trop.   Wiesz,   dzięki   twoim   szczególnym   umiejętnościom.   Ale   nie   było   cię   w   domu, 
oczywiście, a twoja ciotka nie podałaby nikomu numeru komórki mojego ojca, a nie było innego 

sposobu, żeby się z nami porozumieć, więc...

Więc? Więc to była moja wina. Albo, w najlepszym wypadku, wina ciotki Rose. Jeszcze 

jeden powód, żeby jej nie znosić.

Zadałam sobie wiele trudu, żeby wbić wszystkim do głowy, że nie potrafię już odnajdywać 

ludzi   dzięki   jakimś   niezwykłym   zdolnościom.   Zeszłej   wiosny,   kiedy   trzasnął   mnie   piorun, 
zyskałam na chwilę dar odnajdywania zaginionych. Wystarczyło spojrzeć na fotografię, a potem 

iść   spać.   Rano   budziłam   się   z   gotowym   adresem   w   głowie.   Ale   niezwykły   dar   mnie   opuścił. 
Powiedziałam o tym dziennikarzom. Powiedziałam o tym glinom i FBI. Dziewczyna od pioruna - 

jak   przezwały   mnie   media   -   przestała   istnieć.   Moje   zdolności   nadprzyrodzone   ulotniły   się   w 
równie tajemniczy sposób, jak się pojawiły.

Tyle, że tak naprawdę wcale się nie ulotniły. Kłamałam, żeby prasa - i gliniarze - odczepili 

się ode mnie.

Zdaje się, że Liceum im. Ernesta Pyle'a nie uwierzyło w moje kłamstwa.
- Spokojnie, Jess - powiedziała Ruth, brzdąkając na wiolonczeli. - To nie twoja wina. Jeśli 

już, to najwyżej twojej stukniętej ciotuni. Powinna była zrozumieć, że sprawa jest pilna i dać im 
numer   komórki   mojego   taty.   Ale   gdyby   nawet,   to   znasz   Amber.   Nie   była   niewinnym 

kwiatuszkiem. Nic dziwnego, że skończyła martwa w kamieniołomach.

Jeśli to mnie miało pocieszyć, nie podziałało.  Prześlizgnęłam się z powrotem do sekcji 

fletów, ale nie mogłam się skupić na tym, co mówił pan Vine, nasz nauczyciel. Myślałam tylko o 
tym,   jak   na   zeszłorocznym   festiwalu   talentów   Amber   i   jej   stały   chłopak   -   Mark   Leskowski, 

futbolista szkolnych Jaguarów - odegrali w żałosny sposób Attything You Can Do I Can Do Better 
i z jaką powagą Amber podchodziła do konkursu i jak bardzo była pewna, że zwyciężą.

Nie wygrali, rzecz jasna - pierwszą nagrodę zdobył chłopak, którego piesek wył na dźwięk 

melodii z Siódmego nieba - ale Amber i tak się cieszyła, że zajęli drugie miejsce.

background image

O mało nie umarła ze szczęścia, pomyślałam mimo woli.
- W porządku - odezwał się pan Vine przed dzwonkiem. - Do końca tygodnia będą się 

odbywać   przesłuchania.   Jutro   rogi,   instrumenty   smyczkowe   w   środę,   dęte   w   czwartek,   a 
perkusyjne w piątek. Więc bądźcie tak mili i poćwiczcie dla odmiany, jasne?

Rozległ   się   dzwonek   na   przerwę   obiadową,   ale   nikt   nie   rzucił   się   pędem   do   wyjścia. 

Wszyscy sięgnęli pod ławki, wyciągając kanapki i puszki z ciepławymi napojami. Otóż większość 

dzieciaków w naszej orkiestrze to dziwacy i komputerowcy. Boją się wejść do szkolnej stołówki, 
gdzie mogliby się narazić na docinki swoich bardziej atrakcyjnych towarzysko rówieśników. W 

związku z tym w porze lunchu przesiadują w skrzydle muzycznym, żując kanapki z tuńczykiem i 
kłócąc się o to, kto jest lepszym kapitanem statku kosmicznego - Kirk czy Picard.

To nie dotyczy mnie ani Ruth. Po pierwsze, nie miałam ochoty na jedzenie rozmiękłych 

kanapek w szkolnej ławce. Po drugie, jak oświadczyła Ruth, teraz, kiedy gruntownie odnowiłyśmy 

naszą garderobę - a ona straciła znacząco na wadze - nie możemy się ukrywać w zakamarkach 
pomieszczeń orkiestry. Serce Ruth wciąż należało do Scotta, ale Scott mieszkał pięćset kilometrów 

dalej.   Zostało   nam   zaledwie   dziesięć   miesięcy,   żeby   zorganizować   sobie   chłopaka   na   bal 
maturalny, i Ruth nalegała, żebyśmy od razu wzięły się do roboty.

Zanim jednak opuściłyśmy skrzydło muzyczne, zaczepiła nas jedna z koleżanek flecistek, 

której nie darzę szczególną sympatią, Karen Sue Hankey. Karen poinformowała mnie, że w tym 

roku powinnam porzucić wszelką nadzieję na zachowanie trzeciego miejsca, ponieważ ostatnio 
ćwiczyła   po   cztery   godziny   dziennie   i   pobierała   prywatne   lekcje   u   profesora   z   pobliskiego 

college'u.

- Świetnie - mruknęłam, próbując ją wyminąć.

- Och, a tak przy okazji - dodała Karen Sue - to naprawdę ładnie z twojej strony, że tak 

pomogłaś w sprawie Amber i w ogóle.

Ale to jeszcze nic. W stołówce było dziesięć razy gorzej. Jak tylko ustawiłyśmy się w kolejce, 

Heather Montrose i jej diabelski klon Tisha stanęły za nami i zaczęły robić uwagi.

Nie rozumiem tego. Naprawdę nie rozumiem. Wiosną, na koniec szkoły, dałam wszystkim 

jasno do zrozumienia, że straciłam zdolności parapsychiczne. Dlaczego wszyscy byli tacy pewni, 

że skłamałam? Jedyną osobą, która znała prawdę, była Ruth, a ona nigdy by mnie nie zdradziła.

- No to jak to jest? - zapytała Heather, ustawiając się za nami w kolejce do grilla. - Jak to 

jest, kiedy ma się świadomość, że ktoś umarł z naszego powodu?

- Amber nie umarła z powodu czegoś, co ja zrobiłam - powiedziałam, nie odrywając wzroku 

background image

od tacy, którą przesuwałam wzdłuż rzędu miseczek z podejrzanej barwy galaretką cytrynową i 
niepokojąco grudkowatym budyniem z tapioki. - Amber umarła, ponieważ ktoś ją zabił. Tym kimś 

nie byłam ja.

-   Owszem   -   zgodziła   się   Tisha.   -   Ale   koroner   stwierdził,   że   przez   jakiś   czas   ją   gdzieś 

przetrzymywano, zanim została zamordowana. Miała na ciele odparzyny.

- Odleżyny - poprawiła ją Ruth.

- Wszystko jedno - powiedziała Tisha. - To znaczy, że jakbyś była na miejscu, mogłabyś ją 

znaleźć.

- Dobra, ale mnie nie było - odparłam. - W porządku? Wybacz, pojechałam na wakacje.
- Doprawdy, Tisha - odezwała się Heather karcącym tonem. - Ona musi czasami wyjeżdżać 

na wakacje. Wiesz, czasami musi odpocząć od tego swojego nienormalnego braciszka.

- O Boże! - Ruth jęknęła i szybko usunęła tacę z linii ognia.

Bo Ruth, rzecz jasna, wiedziała. Naprawdę staram się pamiętać o dobrych radach, jakich 

udzielił mi szkolny pedagog, pan Goodhart, w sprawie panowania nad gwałtownymi uczuciami - 

że należy najpierw policzyć do dziesięciu i tak dalej. Ale nawet po dwóch latach nauk - i po prawie 
dwóch latach ciągłych odsiadek w związku z nieudanymi próbami stosowania się do tych nauk - 

każda niepochlebna wzmianka na temat mojego brata Douglasa natychmiast wyprowadza mnie z 
równowagi.

W sekundę po tej nierozsądnej uwadze Heather została rozpłaszczona na ścianie.
Trzymałam ją jedną ręką. Zaciskałam palce na jej szyi.

- Czy nikt ci nigdy nie mówił - syknęłam, przysuwając twarz do jej twarzy - że to nieładnie 

śmiać się z ludzi, których los potraktował gorzej od nas?

Heather nie udzieliła odpowiedzi. Nie mogła, ponieważ ściskałam jej krtań.
- Hej! - W grubym głosie brzmiało zdumienie. - Hej, co się tu dzieje?

Rozpoznałam, oczywiście, ten głos.
-   Pilnuj   swojego   nosa,   Jeff   -   powiedziałam.   Jeff   Day,   napastnik   drużyny   futbolowej   i 

skończony idiota, również nie zaliczał się do moich ulubieńców.

- Puść ją - powiedział Jeff Poczułam na ramieniu jego mięsistą łapę.

Precyzyjnie   wymierzony   cios   łokciem   położył   kres   tej   interwencji.   Kiedy   Jeff   usiłował 

złapać oddech, rozluźniłam odrobinkę chwyt na gardle Heather.

- No, więc? - odezwałam się - Jak będzie z przeprosinami? Niestety, źle oceniłam czas 

potrzebny Jeffowi na dojście do siebie po moim ciosie. Serdelkowate paluchy znów chwyciły mnie 

background image

za ramię. Tym razem zdołał oderwać mnie od Heather.

- Zostaw ją w spokoju! - wrzasnął, czerwony jak burak. Byłam pewna, że mnie uderzy. 

Naprawdę. I w jakiś sposób cieszyłam się na tę myśl. Jeff zamachnąłby się, ja zrobiłabym unik, a 
potem   rąbnęłabym   go   w   nos.   Od   pewnego   czasu   marzyłam   o   tym,   żeby   złamać   nos   Jeffowi 

Dayowi.   A   dokładniej   od   tego   dnia,   kiedy   powiedział   Ruth,   że   jest   gruba   i   trzeba   będzie   ją 
pochować w fortepianie, jak Elvisa.

Tym razem jednak nie miałam okazji złamać mu nosa. Nie zrobiłam tego, bo kiedy Jeff 

odwodził pięść, ktoś złapał go za rękę i wykręcił mu ją na plecy.

-   To   tak   się   zabawiają   panowie   z   reprezentacji?   -   odezwał   się   Todd   Mintz.   -   Bijąc 

dziewczyny?

- Dosyć. - Trzeci  głos, również  dobrze mi znany, przerwał  naszą miłą pogawędkę.  Pan 

Goodhart, z miseczką sałatki i jogurtem, skinął głową w stronę drzwi. - Wszyscy do mojego biura. 

Natychmiast. Za mną, proszę.

Jeff, Todd i ja z ociąganiem ruszyliśmy do wyjścia. Byliśmy prawie przy drzwiach, kiedy 

pan Goodhart odwrócił się i zawołał zniecierpliwiony:

- Ty też, Heather!

Dopiero wtedy Heather niechętnie poszła za nami.
W gabinecie pana Goodharta dowiedzieliśmy się, że „nie zaczęliśmy roku jak należy” oraz 

że powinniśmy „dawać lepszy przykład młodszym uczniom”. To by nam pomogło „trzymać się 
razem i dawać sobie radę”, zwłaszcza wobec tragedii, jaka miała miejsce w ostatni weekend.

-   Śmierć   Amber   wstrząsnęła   nami   wszystkimi   -   powiedział   pan   Goodhart   ze   szczerym 

żalem.   -   Próbujmy   jednak   pamiętać,   że   na   pewno   wolałaby,   abyśmy   się   raczej   pocieszali 

nawzajem, zamiast wdawać w głupie kłótnie.

Heather   nigdy   przedtem   nie   trafiła   do   gabinetu   pedagoga.   Więc,   naturalnie,   zamiast 

trzymać gębę na kłódkę, tak żebyśmy wszyscy mogli się z tego wywinąć, wycelowała we mnie pola 
- kierowany paznokieć i powiedziała:

- Ona zaczęła.
Todd, Jeff i ja przewróciliśmy oczami. Wiedzieliśmy, co teraz nastąpi.

Pan Goodhart wygłosił mowę zaczynającą się od słów: „Nie dbam o to, kto zaczął, bicie się 

jest   rzeczą   niedopuszczalną”.   Trwała   o   cztery   minuty   i   pięćdziesiąt   sekund   dłużej   niż   wersja 

zeszłoroczna. Następnie stwierdził:

- Dobre z was dzieciaki. Każde z was ma nieograniczony potencjał. Nie marnujcie go. Nie 

background image

warto uciekać się do przemocy.

Potem pozwolił nam odejść. Wszystkim poza mną, oczywiście.

- To nie była moja wina - oświadczyłam, jak tylko reszta wyszła. - Heather powiedziała, że 

Douglas jest nienormalny.

Pan Goodhart wpakował sobie łyżeczkę jogurtu do ust.
- Jess - odezwał się z pełnymi ustami. - Czy to ma się znowu powtórzyć? Ty, w moim 

gabinecie, dzień w dzień, z powodu bójek?

- Nie - powiedziałam. Szarpnęłam za brzeg minispódniczki. Wiedziałam, że dobrze w niej 

wyglądam, ale czułam się tak, jakbym była nie całkiem ubrana. Poza tym spódniczka nic mi nie 
pomogła. Znowu wdałam się w bójkę. - Próbuję stosować się do tego, co pan mi mówił. No wie 

pan, z tym liczeniem do dziesięciu. Ale jakoś tak jest... że wszyscy mnie obwiniają.

- Obwiniają, o co? - spytał zdumiony.

- O to, co się stało z Amber. Opowiedziałam, czego się nasłuchałam od rana.
- To śmieszne - oburzył się pan Goodhart. - Nie mogłabyś zapobiec temu, co się przytrafiło 

Amber, nawet gdybyś nie straciła swego daru. A straciłaś. - Spojrzał na mnie uważnie. - Czy nie 
tak?

- Oczywiście, że tak - odparłam.
- Więc, dlaczego im się wydaje, że jest inaczej? - zastanowił się pan Goodhart.

- Nie wiem. - Popatrzyłam  na  sałatkę,  do której  się właśnie  zabierał.  - Co się stało?  - 

zapytałam.   -   Gdzie   jest   duży   cheeseburger?   -   Odkąd   pamiętam,   pan   Goodhart   nieodmiennie 

spożywał lunch w postaci burgera i frytek zazwyczaj w dużych porcjach.

Skrzywił się.

- Jestem na diecie - wyjaśnił. - Zdaniem mojego lekarza mam za wysokie ciśnienie i za dużo 

cholesterolu.

- Ojej - westchnęłam. Wiedziałam, jak uwielbiał frytki. - Przykro mi.
- Przeżyję - wzruszył ramionami. - Pozostaje pytanie, co będzie z tobą?

Postanowiliśmy wspólnie, że „otrzymam jeszcze jedną szansę”. Ale jeszcze jedna wpadka i 

koniec ze mną.

Rozmawialiśmy o synu pana Goodharta, Russellu, który właśnie zaczynał raczkować, kiedy 

do gabinetu weszła zmartwiona sekretarka.

- Paul - powiedziała. - Przyszli panowie z biura szeryfa. Chcą zabrać Marka Leskowskiego 

na przesłuchanie. Wiesz, chodzi o tę dziewczynę, Mackey.

background image

- O Boże, przesłuchanie! - zaniepokoił się pan Goodhart. - Zadzwoń do rodziców Marka, 

dobrze? I zawiadom dyrektora Feeneya.

Zafascynowana obserwowałam, jak cała administracja szkoły zostaje postawiona w stan 

pogotowia.   Nagły   wybuch   ich   aktywności   przegonił   mnie   z   gabinetu   pana   Goodharta,   ale 

zapadłam się w winylowy fotel w poczekalni, gdzie mogłam spokojnie przyglądać się temu, co się 
działo. Z zainteresowaniem śledziłam zamieszanie, które, dla odmiany, powstało nie z mojego 

powodu. Wysłano kogoś, żeby poszukał Marka, ktoś inny zawiadomił jego rodziców, jeszcze ktoś 
wdał się w dyskusję z zastępcami szeryfa. Mark miał dopiero siedemnaście lat, więc szkoła nie 

mogła pozwolić glinom zabrać go ze szkoły bez zgody rodziców.

Po dłuższej chwili  pojawił  się przestraszony  Mark.  Był to wysoki,  przystojny chłopak z 

ciemnymi włosami i jeszcze ciemniejszymi oczami. Mimo że grał w futbol, nie miał grubej szyi ani 
monstrualnie rozrośniętej klaty. Był rozgrywającym drużyny, to pewnie, dlatego.

- O co chodzi? - zwrócił się do sekretarki.
-   Eee...   -   sekretarka   zerknęła   nerwowo   na   pana   Goodharta,   który   nadal   darł   się   na 

zastępców szeryfa. - Jeszcze nie mogą z tobą mówić. Siadaj, proszę.

Mark   usiadł   na   pomarańczowej   kanapie   naprzeciwko   mnie.   Przyglądałam   mu   się 

ukradkiem znad broszurki zachęcającej do służby w armii. Większość ofiar zabójstw, jak gdzieś 
kiedyś wyczytałam, znała morderców. Czy Mark udusił swoją dziewczynę i wrzucił jej ciało do 

kamieniołomu Pike'a? A jeśli tak, to, dlaczego? Czy był psychopatą albo zboczeńcem? Nie mógł się 
oprzeć zbrodniczemu impulsowi?

- Hej! - zawołał Mark w stronę sekretarki. - Czy jest tu gdzieś woda do picia?
Spłoszona sekretarka wskazała butlę w głębi korytarza. Mark poszedł po wodę, a ja mimo 

woli zwróciłam uwagę, jak zgrabnie wygląda w sportowym stroju.

Wracając, Mark zauważył mnie i zagadnął uprzejmie:

- Och, przepraszam. Też masz ochotę się napić? Oderwałam wzrok od lektury,  jakbym 

dopiero teraz go zobaczyła.

- Kto? Ja? - zapytałam. - Nie, dziękuję.
- Och. - Mark usiadł. - W porządku.

Wypił wodę, zmiął kubek, rozejrzał się za koszem na śmiecie, a ponieważ żadnego nie było 

w pobliżu, położył kubek na stoliku z gazetami.

- A ty dlaczego tu jesteś?
- Próbowałam udusić Heather Montrose - wyjaśniłam.

background image

- Naprawdę? - Uśmiechnął się. - Sam wiele razy miałem na to ochotę.
Przyszło   mi   do   głowy,   że   raczej   nie   powinien   wyjawiać   tego   szeryfowi,   ale   nic   nie 

powiedziałam. Sekretarka gorliwie udawała, że nas nie słucha, i wolałam nie mówić tego przy niej.

Heather potrafi się zachowywać jak prawdziwa... - Mark taktownie powstrzymał się od 

przekleństwa. Prawdziwy harcerzyk, Mark Leskowski. - Sama wiesz.

- Wiem - odparłam.  - Posłuchaj.  Przykro mi z powodu Amber. Była  twoją dziewczyną, 

prawda?

- Tak. - Spojrzenie Marka powędrowało z mojej twarzy na środek stolika. - Dziękuję.

Drzwi gabinetu otworzyły się i pan Goodhart stanął w progu, przemawiając z wymuszoną 

wesołością.

- Mark, miło cię widzieć. Wpadnij do mnie na chwilkę, dobrze? Ci panowie chcą z tobą 

zamienić dwa słowa.

Mark skinął głową i wstał. Jednocześnie wytarł dłonie o dżinsy. Na materiale zostały mokre 

ślady.

Pocił się, podczas gdy mnie, w sweterku i bluzce, przy wentylacji nastawionej na pełne 

obroty, było nawet trochę za chłodno.

Mark Leskowski bał się. Bardzo się bał. Spojrzał na mnie, idąc do gabinetu.
- Cześć - powiedział. - Na razie.

- Tak - odparłam. - Na razie.
Wszedł do środka. Pan Goodhart zauważył, że nadal siedzę w poczekalni.

- Jessico - powiedział, wskazując kciukiem drzwi na korytarz. - Wyjdź.
No więc wyszłam.

background image

3

- Chyba już wiem, powiedziała Ruth, kiedy wracałyśmy do domu jej kabrioletem.

Nie odpowiedziałam od razu, bo akurat przemknęłyśmy obok skrętu w Pike's Creek Road.
- Guzik - stwierdziłam. - Przegapiłaś.

- Co przegapiłam? - zapytała Ruth, pociągając zdrowy łyk niskokalorycznej coli. Skrzywiła 

twarz w niechętnym grymasie. - Och, Boże. Nawet nie próbuj mnie namawiać.

- To nie jest aż tak daleko od głównej drogi - oznajmiłam.
- Nigdy się nie nauczysz - powiedziała Ruth. - Mam rację?

- Nie rozumiem. - Wzruszyłam obojętnie ramionami. - Co w tym złego, że przejedziemy 

obok miejsca, gdzie on pracuje?

- Powiem ci, co w tym złego - powiedziała Ruth. - W ten sposób łamiesz zasady.
Parsknęłam pogardliwie.

- Mówię poważnie - ciągnęła Ruth. - Chłopcy nie lubią, Jess, żeby się za nimi uganiać. To 

ich rola.

- Nie uganiam  się za  nim - powiedziałam.  - Sugeruję  tylko,  żebyśmy  przejechały  obok 

warsztatu.

-   To   jest   -   stwierdziła   Ruth   -   uganianie   się.   Tak   samo   jak   wydzwanianie   do   niego   i 

odkładanie słuchawki w momencie, kiedy się odezwie.

Rany. Trafiony, zatopiony.
-   Tak   samo   jak   włóczenie   się   po   miejscach,   gdzie   on   normalnie   bywa   -   ciągnęła   - 

studiowanie rozkładu jego dnia i udawanie, że wpadło się na niego przez przypadek.

Zatopiony po raz drugi i trzeci. Szarpnęłam ze złością pas bezpieczeństwa.

-   Przecież   się   nie   dowie,   że   przejeżdżałyśmy   obok   tylko   po   to,   żeby   go   zobaczyć   - 

powiedziałam. - Możesz udać, że potrzebujesz oleju albo czegoś takiego.

-   Czy   mogłabyś   na   pięć   minut   przestać   myśleć   o   Robie   Wilkinsie   i   posłuchać   mnie 

uważnie? Usiłuję ci powiedzieć, że chyba wiem, dlaczego wszyscy wierzą, że nadal masz te swoje 

zdolności.

- Och, naprawdę? - Jakoś niewiele mnie to w tej chwili obchodziło. Miałam ciężki dzień. 

Sam fakt, że dziewczyna, którą znałam, została zamordowana, był dostatecznie okropny. To, że 
obwiniano mnie za jej śmierć, było jeszcze gorsze do zniesienia. - Wiesz, Mark Leskowski chciał 

mnie dzisiaj poczęstować wodą przed gabinetem pedagoga. Gdybym się zgubiła na pustyni, nigdy 

background image

bym się nie spodziewała, że...

- Karen Sue - powiedziała Ruth, skręcając przy sklepie Krogera.

Rozejrzałam się.
- Gdzie?

- Nie, nie tutaj. Karen Sue - odparła Ruth - łazi po szkole i rozpowiada, że nadal masz 

zdolności parapsychiczne. Suzy Choi sama słyszała. Karen Sue w kółko gada o tym, jak latem 

odnalazłaś w jaskini zaginione dziecko.

Wszelka myśl o Robie wywietrzała mi z głowy.

- Zabiję ją - powiedziałam.
- Wiem. - Ruth wstrząsnęła energicznie blond lokami.

Nie   mogłam   w   to   uwierzyć.   Nigdy   nie   przyjaźniłyśmy   się   z   Karen   Sue   ani   nawet   nie 

byłyśmy dobrymi koleżankami, ale żeby mnie tak obrzydliwie zdradzić... no cóż, byłam w szoku.

Chociaż właściwie nie powinnam się zbytnio dziwić. W końcu to Karen Sue. Dziewczyna, 

którą moja matka stawiała mi za wzór, powtarzając w kółko: „Dlaczego nie jesteś do niej choć 

trochę podobna? Karen Sue nigdy nie wdaje się w bójki, zawsze ubiera się według życzenia swojej 
mamy i nigdy nie słyszałam, żeby odmówiła pójścia do kościoła tylko dlatego, że chce oglądać 

powtórkę jakiegoś głupiego filmu w telewizji”.

Karen Sue Hankey. Mój śmiertelny wróg.

- Zabiję ją - powtórzyłam.
- No cóż - powiedziała Ruth, kierując się na podjazd przed moim domem - nie radziłabym 

uciekać się do środków ekstremalnych. Ale stanowcze pouczenie na pewno by jej się przydało.

Dobra. Pouczę ją, aż zdechnie.

- No - dodała Ruth. - A o co chodzi z tym Markiem Leskowskim?
Opowiedziałam jej o spotkaniu przed gabinetem pedagoga.

-   Okropne   -   westchnęła   Ruth,   kiedy   skończyłam.   -   Mark   i   Amber   zawsze   byli   tacy 

słodziutcy. Tak bardzo ją kochał. Jak mogą podejrzewać, że miał coś wspólnego z jej śmiercią?

- Nie wiem. - Przypomniałam sobie jego spocone dłonie, nie wspomniałam Ruth o tym 

szczególe. - Może był ostatnią osobą, która ją widziała, albo coś takiego.

- Możliwe. Może jego rodzice wynajmą mojego tatę, żeby reprezentował Marka. Wiesz, 

gdyby gliny go jednak o coś oskarżyły.

- Aha - mruknęłam. Tata Ruth był najlepszym adwokatem w mieście. - Kto wie. Może. 

Pójdę już. Cześć!

background image

Poprzedniego wieczoru wróciłyśmy tak późno, że nie miałam nawet okazji porozmawiać z 

rodziną.

- Do jutra - powiedziała Ruth, kiedy zaczęłam się gramolić z samochodu. - Hej, a co było z 

Toddem Mintzem? Bronił cię przed Jeffem?

Spojrzałam na nią, nic nie rozumiejąc.
-   Nie   wiem   -   stwierdziłam.   W   ogóle   nie   brałam   takiej   możliwości   pod   uwagę,   ale 

rzeczywiście, jak się tak dobrze zastanowić...

- Pewnie nienawidzi Jeffa tak samo jak my. - Wzruszyłam ramionami.

Ruth parsknęła śmiechem, wycofując się z podjazdu.
- Owszem - powiedziała. - Pewnie, dlatego. Minispódniczka nie ma tu nic do rzeczy, co? A 

nie mówiłam? Zmiana stylu czyni cuda. - Zatrąbiła, wyjeżdżając, chociaż daleko się nie wybierała. 
Abramowitzowie mieszkają tuż obok.

Wspinając się po schodkach frontowych, usłyszałam, jak Skip woła do mnie z ganku:
- Hej, Mastriani! Wpadniesz później i dasz się pobić w Crash Bandicoot?

Przechyliłam się nad wysokim żywopłotem oddzielającym nasze domy. Dobry Boże! Przez 

dwa tygodnie wakacji byłam skazana na jego towarzystwo! Jeśli myśli, że dobrowolnie przedłużę 

sobie wyrok, to ma nie po kolei w głowie.

- Mogę się chwilę zastanowić? - zawołałam. - Jasne! - odkrzyknął Skip.

Wzdrygnęłam się i weszłam do domu.
Gdzie powitał mnie ktoś jeszcze gorszy od Skipa.

- Jessico - powiedziała ciotka Rose, zatrzymując mnie w holu, zanim zdążyłam skoczyć na 

schody   i   zaszyć   się   w   swoim   pokoju.   -   Jesteś   wreszcie.   Już   myślałam,   że   tym   razem   cię   nie 

zobaczę.

Poprzedniego wieczoru udało mi się, bo wróciłam bardzo późno, a rano wybiegłam z domu 

przed śniadaniem. Miałam nadzieję, że wyjedzie, zanim wrócę ze szkoły.

- Twój ojciec odwozi mnie na lotnisko - ciągnęła - za pół godziny.

Pół godziny! Gdyby Ruth przejechała obok warsztatu, gdzie pracuje Rob, tak jak prosiłam, 

oszczędziłaby mi spotkania z ciotką Rose!

- Cześć, ciociu - powiedziałam, schylając się, żeby ją pocałować w policzek. Ciotka Rose jest 

jedyną osobą w rodzinie, nad którą góruję wzrostem. Ale to tylko, dlatego, że skurczyła się na 

skutek osteoporozy.

No cóż, pozwól, że ci się przyjrzę - powiedziała, odsuwając mnie na odległość ramienia. 

background image

Obrzuciła   mnie   krytycznym   spojrzeniem   od   stóp   do   głów.   -   Hmm   -   mruknęła.   -   Miło,   dla 
odmiany, widzieć cię w spódnicy. Nie sądzisz jednak, że jest trochę za krótka? Czy dziewczętom w 

dzisiejszych czasach pozwala się chodzić do szkoły w tak krótkich spódnicach? Cóż, w moich 
czasach,  gdybym zjawiła  się w szkole w czymś takim, odesłano by mnie do domu, żebym się 

przebrała!

Biedny   Douglas.   Dwa   tygodnie   z   ciotką   Rose!   Kiedy   wróciłam   poprzedniego   wieczoru, 

udawał,   że   śpi.   Wcale   mu   się   nie   dziwię.   Też   nie   miałabym   ochoty   rozmawiać   z   siostrą 
zdrajczynią. W końcu zostawiłam go samego na pastwę ciotki.

- Toni! - zawołała Rose. - Chodź tutaj i zobacz, co twoja córka ma na sobie. Czy pozwalasz 

jej się ubierać w ten sposób?

Mama, opalona i kwitnąca, weszła do holu.
- Tak, czemu nie? Uważam, że wygląda dobrze - stwierdziła, przyglądając mi się z aprobatą. 

- Dużo lepiej niż w zeszłym oku, kiedy nie mogłam jej wydobyć z dżinsów i T - shirta.

- Aha - mruknęłam zmieszana. Dotarłam już na podest, ale nie miałam pojęcia, jak się 

stamtąd   wymknąć,   nie   zwracając   ich   uwagi   -   -   Miło   cię   zobaczyć,   ciociu   Rose.   Szkoda,   że 
wyjeżdżasz. Mam mnóstwo lekcji do odrobienia...

- Lekcji? - wtrąciła mama. - Pierwszego dnia szkoły? Och, nie wierzę.
Oczywiście,   przejrzała   mnie   na   wylot.   Mama   doskonale   wiedziała,   że   nie   znoszę   ciotki 

Rose. Po prostu nie chciała  być sama ze starą wiedźmą. A zostawiła  ją z Douglasem na dwa 
tygodnie! Dwa tygodnie! To gorsze niż tortury.

No ale jeśli chodziło jej o to, żeby zostawić Douglasa pod czujną obserwacją, to dobrze 

trafiła. Sokoli wzrok ciotki Rose nie przeoczył żadnego szczegółu. Nic nie mogło ujść jej uwagi.

- Czy ty masz szminkę na ustach, Jessico? - zapytała, kiedy przeszłyśmy z mrocznego holu 

do jasno oświetlonej kuchni.

- Ehe - mruknęłam. - Znaczy nie. Błyszczyk wiśniowy.
- Błyszczyk! - krzyknęła zdegustowana ciotka. - Błyszczyki i minispódniczki! Nic dziwnego, 

że tylu chłopców dzwoniło, kiedy wyjechałaś. Pewnie myślą, że jesteś łatwa.

-   Naprawdę?   Jacyś   chłopcy   dzwonili?   -   Aż   podskoczyłam.   Wiedziałam,   że   dzwoniły 

dziewczyny, choćby Heather Montrose. Nie wiedziałam, że dzwonili jacyś chłopcy. - Czy któryś 
przedstawił się jako Rob?

- Nie pytałam, jak się nazywają - burknęła ciotka Rose. - Powiedziałam, żeby więcej nie 

dzwonili. Wyjaśniłam im, że nie jesteś tego typu dziewczyną.

background image

Z moich ust padło słowo, które spowodowało, że mama rzuciła mi ostrzegawcze spojrzenie. 

Ciotka Rose, na szczęście, nic nie słyszała, bo wciąż gadała jak najęta.

- Powtarzali, że to pilna sprawa, że muszą się z tobą porozumieć w jakiejś pilnej sprawie. 

Śmieszne   -   prychnęła   pogardliwie.   -   Już   sobie   wyobrażam,   co   to   za   pilna   sprawa.   Pewnie 

skończyła się cola w sklepie.

Posłałam ciotce bardzo surowe spojrzenie.

- Otóż dziewczyna z mojej klasy została porwana. Jedna z cheerleaderek. Znaleziono ją 

wczoraj w kamieniołomach. Uduszoną.

- O mój Boże! - przeraziła się mama. - Ta dziewczyna? O której pisali w gazecie? Znałaś ją?
Rodzice!

- Tylko siedziałam za nią w ławce - powiedziałam - od szóstej klasy podstawówki.
- Och, nie. - Mama zakryła twarz rękami. - Biedni jej rodzice. Muszą być zrozpaczeni. 

Powinniśmy posłać im półmisek.

Restauratorzy! Myślą właśnie w ten sposób. Coś się stanie i zaraz: „Poślemy półmisek”.

Zeszłej wiosny, kiedy połowa sił policyjnych miasta obozowała na trawniku przed naszym 

domem, utrzymując na dystans tabuny dziennikarzy, którzy marzyli o wywiadzie z „dziewczyną 

od pioruna”, jedyne, o czym moja mama była w stanie myśleć, to żeby starczyło dla wszystkich 
biscotti.

Na ciotce Rose wiadomość wywarła dużo mniejsze wrażenie niż na mojej mamie.
- Cheerleaderka? Dobrze jej tak. Wyczyniać wygibasy w krótkiej spódniczce, też coś. Lepiej 

uważaj, Jessico, bo będziesz następna.

- Ciociu Rose! - krzyknęła mama.

-   Wiem,   co   mówię   -   nie   dawała   za   wygraną   ciotka   Rose.   -   To   nie   jest   niemożliwe. 

Zwłaszcza, jeśli pozwolisz jej pokazywać się w takim stroju.

Poczułam się zwolniona z obowiązku zabawiania gościa.
Cudownie było znowu się z tobą zobaczyć, ciociu - oznajmiłam - ale chciałabym pójść na 

górę i przywitać się z Douglasem. Spał, kiedy wczoraj wróciłam, więc...

- Douglas - powiedziała ciotka Rose, przewracając kaprawymi oczkami. - A kiedy on nie 

śpi?

Dzięki temu dowiedziałam się, w jaki sposób Douglas zdołał przeżyć dwa tygodnie z ciotką 

Rose. Udawał, że śpi. Wpadłam do jego pokoju. Wciąż jeszcze udawał.

- Douglas - powiedziałam, stając przy łóżku. - Przestań. Wiem, że wcale nie śpisz.

background image

Otworzył jedno oko.
- Pojechała? - zapytał.

- Prawie - odparłam. - Tata zabierze ją za parę minut na lotnisko. Mama chce, żebyś zszedł 

na dół pożegnać się.

Douglas jęknął i naciągnął poduszkę na głowę.
- Żartowałam. - Usiadłam na łóżku obok niego. - Mama dostaje teraz próbkę tego, co ty 

musiałeś znosić przez cały ten czas. Wątpię, żebyśmy mieli w najbliższym czasie znów zaprosić 
ciotkę Rose.

- Horror - dobiegł głos Douglasa spod poduszki. - Horror.
- Owszem - zgodziłam się. - Ale już po wszystkim. Co u ciebie?

- Tym razem nie podciąłem sobie żył, prawda? To znaczy, że wszystko w porządku.
Przełknęłam to. Powodem, dla którego Douglas, w wieku dwudziestu lat, nie może zostać 

sam w domu przez dwa  tygodnie, jest to,  że niekiedy słyszy  głosy. Głosy udaje się w dużym 
stopniu opanować dzięki lekarstwom, ale zdarzają się epizody. Tak określają to lekarze. Douglas 

wtedy słyszy głosy, a potem robi to, co one mu nakazują, na ogół coś złego, na przykład, och, sama 
nie wiem, samobójstwo.

Epizody.
- Coś ci powiem - odezwał się spod poduszki. - O mało nie załatwiłem epizodycznie ciotki 

Rose, niewiele brakowało.

-   Naprawdę?   -   Szkoda,   że   tego  nie  zrobił.  Dostałabym  w   porę   wiadomość   o  porwaniu 

Amber i zdołałabym ją uratować. - A jak tam federalni? Pokazali się?

Federalne Biuro Śledcze, podobnie jak moi koledzy i koleżanki ze szkoły, nie chce przyjąć 

do wiadomości, że już nie mam zdolności parapsychicznych. Ogromnie się mną zainteresowali 
kilka miesięcy temu, kiedy poszła fama o moim „darze”. Tak bardzo się mną zainteresowali, że 

postanowili   skorzystać   z   mojej   pomocy   w   odnalezieniu   kilku   podejrzanych   indywiduów 
figurujących na liście poszukiwanych przez FBI. Zapomnieli tylko o jednym drobiazgu: zapytać 

mnie, czy chcę dla nich pracować.

A nic chciałam, rzecz jasna. Jakimś cudem zdołałam wyrwać się z ich szponów, ale od 

tamtego czasu snuli się za mną jak cienie, czekając na moje potknięcie; zapewne marząc o chwili, 
kiedy wreszcie będą mogli wskazać na mnie palcem i zawołać: „Fe, kłamczucha!”.

Douglas odsunął poduszkę i usiadł.
- Żadnych  tajemniczych  białych  półciężarówek  zaparkowanych po drugiej stronie ulicy, 

background image

odkąd wyjechałaś na obóz - powiedział. - Jeśli nie liczyć Rose, było bardzo spokojnie, zwłaszcza, 
że Mike też wyjechał.

Milczeliśmy przez chwilę, myśląc o Mike'u. Po drugiej stronie korytarza widziałam przez 

otwarte drzwi jego sypialni, że zniknął zarówno komputer, jak i książki oraz teleskop. Znajdowały 

się w jakimś pokoju w harwardzkim akademiku. Mike będzie teraz zamęczał, zamiast Douglasa i 
mnie,   swojego   współlokatora   obsesją   na   punkcie   Claire   Lippman,   pięknej   rudowłosej,   którą 

godzinami podglądał przez okno.

- Dziwne uczucie, kiedy go nie ma - westchnął Douglas.

- Owszem - zgodziłam się. Ale tak naprawdę nie myślałam o Mike'u. Myślałam o Amber. 

Claire Lippman, dziewczyna, w której Mike kochał się od paru lat, spędzała większość wakacji, 

opalając się w kamieniołomach. Ciekawe, czy widziała się z Amber przed jej śmiercią.

- Po co się tak wystroiłaś? - zapytał Douglas po chwili.

- Och - mruknęłam. - Szkoła.
- Szkoła? - zdumiał się Douglas. - Od kiedy to stroisz się do szkoły?

- Zaczęłam nowe życie - wyjaśniłam. - Nigdy więcej dżinsów, T - shirtów, nigdy więcej 

bójek i odsiadek.

- Interesujące  zestawienie - stwierdził  Douglas. - Dżinsy w jednym rzędzie z bójkami i 

odsiadkami. Ale niech będzie. Podziałało?

- Niezupełnie - odparłam i opowiedziałam, co się działo w szkole. Nie wspomniałam tylko o 

głupiej uwadze Heather na jego temat.

Kiedy skończyłam, Douglas gwizdnął przeciągle.
- Więc zrzucają winę na ciebie, mimo że nie miałaś o niczym pojęcia?

-   No   tak   -   wzruszyłam   ramionami.   -   Przyjaciele   Amber   należą   do   szkolnej   elity 

towarzyskiej. - Wiesz, jak jest, to nie orły, intelektem nie grzeszą. Są atrakcyjni, ale z wyciąganiem 

logicznych wniosków nie bardzo sobie radzą.

- Rany! I co zamierzasz?

- A co mogę zrobić? Przecież ona nie żyje.
- Czy nie mogłabyś... no, nie wiem, czy nie mogłabyś przywołać obrazu jej zabójcy? Jakoś 

tak, przed oczami duszy? Gdybyś się naprawdę skupiła?

- Wybacz - odparłam bezbarwnym tonem. - To nie działa w ten sposób.

Niestety.   Moje   zdolności   parapsychiczne   mają   dość   ograniczony   zakres.   Naprawdę. 

Pokażcie mi czyjeś zdjęcie, a tej samej nocy przyśni mi się obecne miejsce pobytu danej osoby. Ale 

background image

odgadywanie   numerów   na   loterii?   Nie.   Prorocze   wizje   katastrof   lotniczych   albo   klęsk 
żywiołowych? Nic z tego. Potrafię tylko zlokalizować zaginionych ludzi. I to tylko we śnie.

No cóż, w większości wypadków. Miesiąc temu zdarzyło mi się to na jawie. Jeden chłopiec, 

mój podopieczny  uciekł  z obozu. Właśnie  wtedy  miałam  wizję.  Przytuliłam  jego poduszkę  i... 

bach! Nagle wiedziałam, gdzie on jest.

- Och! - zawołał Douglas, schylając się, żeby wyciągnąć coś spod łóżka. - Tak przy okazji, 

powierzono mi odbieranie poczty Abramowitzów podczas ich nieobecności i pozwoliłem sobie 
zatrzymać  to. - Wręczył  mi dużą brązową  kopertę zaadresowaną  do Ruth. - Chyba  od twojej 

przyjaciółki z 1 - 800 - Jeśli - Wi - działeś - Zadzwoń?

Otworzyłam kopertę. W środku, jak co tydzień znalazłam list od znajomej urzędniczki z 

organizacji zajmującej się poszukiwaniem zaginionych dzieci oraz fotografię dziecka. Rosemary, 
ta urzędniczka, zawsze dokładnie badała sprawę. Ustalała, czy dziecko naprawdę zaginęło, czy nie 

jest   to   przypadkiem   uciekinier,   który   zaginął   z   własnej   woli,   ani   dziecko   wykradzione   przez 
zrozpaczoną matkę niesłusznie pozbawioną praw rodzicielskich przez sąd. Dziecko musiało być 

autentycznie zaginione.

Spojrzałam   na   zdjęcie.   Przedstawiało   małą   Azjatkę   o   wystających   górnych   zębach,   ze 

spinkami w kształcie motylków we włosach. Westchnęłam. Amber Mackey, która w auli siadała 
przede mną codziennie przez sześć lat, zginęła. Ale życie toczyło się nadal.

Taak. Spróbujcie powiedzieć coś takiego rodzicom Amber.

background image

4

Następnego dnia rano obudziłam się ze świadomością dwóch rzeczy: po pierwsze, Courtney 

Hwang, mała Azjatka, mieszka na Baker Street w San Francisco. Po drugie, pojadę do szkoły 
autobusem.

Nie pytajcie mnie, co ma jedno do drugiego. Chyba nie byłabym w stanie podać żadnej 

sensownej odpowiedzi.

Wiedziałam   tylko,   że   jadąc   autobusem,   będę   mogła   porozmawiać   z   Claire   Lippman   i 

wyciągnąć   z   niej   wszystko,   co   wiedziała.   Na   przykład,   co   się   zdarzyło   w  kamieniołomie,   nim 

zaginęła Amber.

Zadzwoniłam   do   Ruth.   Telefon   do   Rosemary   musiał   poczekać.   Dzwoniłam   do   niej 

wyłącznie z automatów, żeby nie mogli mnie namierzyć. A namierzali wszystkie zgłoszenia.

- Chcesz jechać autobusem? - spytała Ruth z niedowierzaniem.

- To nie, dlatego, że mam coś przeciwko kabrioletowi - zapewniłam. - Chcę porozmawiać z 

Claire.

- Chcesz pojechać autobusem - powtórzyła Ruth.
Naprawdę, Ruth, to jednorazowa sprawa. Chcę tylko pod - pytać Claire, wiesz, ona często 

bywa w kamieniołomach, może coś wie.

- Świetnie - powiedziała Ruth. - Jedź autobusem. Akurat mnie to obchodzi. Co masz na 

sobie?

- Słucham?

- Na sobie. W co się ubrałaś?
- Mini w kolorze khaki, beżową bluzkę z dzianiny, rozpinany sweter w tym samym kolorze z 

rękawami trzy czwarte i beżowe espadryle.

- Na grubej podeszwie?

- Tak.
- W porządku - powiedziała Ruth i odłożyła słuchawkę. Trudna sprawa z tą modą. Jak 

dziewczyny to robią? Dobrze, że moje włosy, krótkie i sterczące, nie wymagały użycia suszarki i 
układania co rano. To by mnie chyba zabiło.

Claire siedziała na ganku domu, sprzed którego autobus zabiera dzieciaki do szkoły. W 

naszym miasteczku  nikomu nie przeszkadza,  że ktoś siedzi na ganku jego domu, czekając na 

autobus.

background image

Claire  gryzła  jabłko  i czytała  coś, co wyglądało  na skrypt.  Claire,  uczennica  najstarszej 

klasy, była niekwestionowaną gwiazdą szkolnego klubu dramatycznego. Jej rude włosy lśniły w 

porannym słońcu, z pewnością świeżo umyte i ułożone za pomocą suszarki.

Nie zwracając uwagi na pętaków z pierwszej klasy ani na nie posiadających samochodów 

wyrzutków społeczeństwa zebranych na chodniku, zwróciłam się do Claire:

- Cześć!

Zerknęła na mnie, mrużąc oczy w słońcu. Przełknęła i odparła:
- Och, cześć, Jess. Co ty tutaj robisz?

- Nic takiego - powiedziałam, siadając stopień niżej. - Ruth musiała wcześniej wyjechać, i 

tyle. - Modliłam się, żeby Ruth za chwilę nie przejechała tędy, a jeśli już, to żeby przynajmniej nie 

trąbiła.

- Hmm - mruknęła Claire. Spojrzała z podziwem na moje nogi. - Masz piękną opaleniznę. 

Gdzie się tak opaliłaś?

Claire Lippman ma obsesję na punkcie opalenizny. Właśnie z powodu tej obsesji mój brat, 

Mike, popadł z kolei w obsesję na punkcie Claire. Latem całymi dniami opalała się na dachu 
swojego domu...  chyba  że ktoś zawoził  ją do kamieniołomów. Kąpiel  w kamieniołomach jest, 

naturalnie, wzbroniona. Dlatego wszyscy tam jeżdżą kąpać się i opalać. Claire Lippman też. Przy 
jasnej   karnacji   musiała   wystawiać   się   na   słońce   przez   całe   lato,   żeby   nabrać   choć   odrobinę 

ciemniejszego odcienia. Czułam się przy niej trochę jak Pocahontas. Pocahontas w towarzystwie 
Małej Syrenki.

- Pracowałam jako wychowawczyni na obozie - wyjaśniłam. - A potem z Ruth spędziłyśmy 

dwa tygodnie na wydmach, nad jeziorem Michigan.

-   Masz   szczęście   -   westchnęła   smutno   Claire.   -   Ja   całe   lato   musiałam   siedzieć   w 

kamieniołomach.

Zadowolona, że temat sam się zgrabnie nawinął, zaczęłam:
- A tak, właśnie. Pewnie byłaś tam tego dnia, kiedy zginęła Amber...

Jednak nie dane mi było skończyć. Przy przystanku zatrzymał się czerwony trans am i 

wychylił się z niego brat Ruth, Skip, wrzeszcząc:

- Jess! Hej, Jess! Co ty tu robisz? Znowu się pokłóciłyście z Ruth?
Wszyscy, którzy czekali na autobus, odwrócili się jak na komendę. Nie ma, co, uwielbiam 

takie sytuacje. Banda czternastoletnich chłopaków gapiących się we mnie jak sroka w gnat.

Nie miałam wyboru, musiałam coś powiedzieć.

background image

-   Nie,   nie   pokłóciłyśmy   się   z   Ruth.   Po   prostu   miałam   dzisiaj   ochotę   przejechać   się 

autobusem.

Chyba się jeszcze nie zdarzyło w historii przystanku autobusowego, żeby ktoś wymyślił 

równie głupią odpowiedź.

- Nie żartuj! - zawołał Skip. - Wsiadaj. Podwiozę cię. Wszystkie przygłupy, które przed 

chwilą przeniosły wzrok na Skipa, znów spojrzały na mnie. Tym razem wyczekująco.

- Hm - mruknęłam, czując, że się czerwienię. - Nie, dziękuję, Skip. Rozmawiam z Claire.
- Claire też może jechać. Chodźcie. Claire już zbierała książki. - Wspaniale! - pisnęła. - 

Dziękuję!

Niechętnie poszłam za nią. Zupełnie nie tak to sobie zaplanowałam.

- Chodź, Claire - mówił Skip, kiedy podeszłam do samochodu. - Możesz usiąść na tylnym...
Claire, smukła jak wierzba i wysoka jak żyrafa, zawahała się, spoglądając na zagracone 

wnętrze samochodu. Westchnąwszy, powiedziałam:

- Ja usiądę z tyłu.

Kiedy wtłoczyłam się w mroczną głąb tylnego siedzenia trans ama, Claire opuściła fotel dla 

pasażera i usadowiła się wygodnie.

- Jak to miło z twojej strony, Skip - powiedziała, przeglądając się w lusterku. - Bardzo 

dziękuję. Autobus jest w porządku, ale wiesz, samochodem dużo wygodniej.

- Wiem - przytaknął Skip, zapinając pasy. - Jak ci tam z tyłu? - zapytał.
- Dobrze - odparłam. Chciałam skierować rozmowę z powrotem na kamieniołomy. Ale jak?

Skip wrzucił bieg i ruszyliśmy, zostawiając pospólstwo w chmurze pyłu. To mi się nawet 

podobało.

- A więc - odezwał się Skip - jak się panie czują dziś rano? Rozumiecie? Na tym polega 

problem ze Skipem. Potrafi powiedzieć: „Jak się panie czują dziś rano?” albo coś w tym stylu. Czy 

można takiego traktować poważnie? Nawet nie jest brzydki: pulchnawy blondyn w okularach, 
bardzo podobny do Ruth. Tyle że, oczywiście, Skip nie ma biustu.

Ale i tak, mimo trans ama, nie jest wymarzonym materiałem na chłopaka. A na mojego 

chłopaka to już na pewno nie.

Na swoje nieszczęście jeszcze na to nie wpadł.
- Doskonale - powiedziała Claire. - A ty, Jess?

- W porządku - odparłam z tylnego siedzenia, rozmiarem zbliżonego do koryta dla świń. 

Potem ruszyłam do ataku. - To o czym mówiłaś, Claire? Byłaś w kamieniołomach tego dnia, kiedy 

background image

Amber zniknęła?

- Och - westchnęła Claire. Wiatr rozwiewał jej włosy, z lubością przeczesywała je palcami. 

W autobusie nie zdarzają się ożywcze podmuchy. - Mój Boże, cóż to był za koszmar. Siedzieliśmy 
tam cały dzień. Nic nadzwyczajnego. Paru chłopców z drużyny przyniosło grill i zrobili barbecue i 

wszyscy byli, no wiesz, trochę wstawieni, choć ostrzegałam ich, że się odwodnia, pijąc piwo na 
słońcu...

Jak na kogoś, kto stawiał sobie za cel spalenie się na frytkę, Claire wykazywała zadziwiające 

pretensje do zdrowego trybu życia. Między innymi, dlatego uzyskanie upragnionej opalenizny 

zabierało   jej   co   lato   tyle   czasu.   Uparcie   smarowała   się   kremem   z   solidnym   filtrem 
przeciwsłonecznym.

- Potem słońce zaszło i ludzie zaczęli się pakować, żeby jechać do domu. Wtedy właśnie 

Mark Leskowski, wiesz, ten co chodził z Amber... Chodzili ze sobą od zawsze... W każdym razie, 

zaczął pytać, czy ktoś widział Amber. Wszyscy zaczęli jej szukać, najpierw w lesie, a potem w 
wodzie. Bo przestraszyliśmy się, że może wpadła do wody, potknęła się czy coś. Brzeg jest dość 

stromy. Nie mogliśmy jej nigdzie znaleźć. W końcu pomyśleliśmy, że musiała wrócić do domu z 
kimś innym. Nikt nie powiedział tego Markowi, ale tak sobie pomyśleliśmy.

Claire odwróciła się do mnie. Jej piękne niebieskie oczy były pełne niepokoju.
- Ale ona wcale nie wróciła do domu. A następnego dnia, jak tylko się rozwidniło, wszyscy 

wróciliśmy do kamieniołomów, żeby jej szukać.

- Ale nie znaleźliście - powiedziałam.

- Nie tego dnia. Jej ciało wypłynęło dopiero w niedzielę rano. Mnóstwo ludzi próbowało się 

z tobą skontaktować. Mieli nadzieję, że pomożesz ją odnaleźć. Ta dziewczyna, Karen Sue Hankey 

powiedziała, że latem znalazłaś jakiegoś dzieciaka, który się zgubił w jaskini, więc myśleliśmy, że 
może nadal masz to coś z głową... To coś z głową. Dobra, można i tak.

Zaczęłam snuć fantazje o zamordowaniu Karen Sue Hankey.
-   W   zeszły   weekend   nie   byłam   specjalnie   osiągalna   -   powiedziałam.   -   Byłam   w...   - 

przerwałam, bo akurat zbliżaliśmy się do skrętu w Pike's Creek Road. - Hej, Skip. Skręć tutaj.

Skip posłusznie skręcił.

- Skręcamy, ponieważ?
- Bo mam ochotę na... eee, na pączka - odparłam. Przypomniałam sobie, że koło warsztatu, 

gdzie pracuje Rob, jest Dunkin Donuts.

- Ooch - odezwała się Claire. - Pączki. Mniam. W autobusie nie ma pączków.

background image

Kiedy mijaliśmy w pędzie warsztat należący do wuja Roba, zapadłam nisko w fotelu, tak 

żeby Rob mnie nie zauważył, gdyby przypadkiem był na zewnątrz.

Rob był  na  zewnątrz  i  na  pewno  mnie nie  widział.  Zaglądał  pod  maskę jakiegoś  audi. 

Miękkie ciemne włosy opadały mu na twarz, wytarte dżinsy opinały się jak trzeba. Miał na sobie 

koszulkę, która eksponowała jego szerokie ramiona.

Od naszego ostatniego spotkania upłynęły prawie trzy tygodnie. Pojawił się na uroczystym 

koncercie obozu Wawasee, gdzie miałam solowy występ. Zaskoczył mnie... Nie spodziewałam się, 
że będzie jechał cztery godziny tylko po to, żeby mnie posłuchać.

A po imprezie, ponieważ wychodziłam z rodzicami - prawdę mówiąc, moi rodzice w życiu 

nie   zaakceptowaliby   Roba,   chłopaka   notowanego   przez   policję   i   wywodzącego   się,   jak   to   oni 

mówią, „z nizin społecznych” - musiał wsiąść na motocykl i jechać cztery godziny z powrotem. 
Tyle zachodu, żeby usłyszeć, jak dziewczyna, która nie jest nawet jego dziewczyną, gra nokturn na 

flecie.

To mi dało do myślenia. No wiecie, jechał taki kawał, żeby posłuchać, jak gram. Może 

jednak mu się podobam?

Tylko, że wróciłam już dwa dni temu, a on nawet nie zadzwonił.

Pomyślałam,   że   widok   Roba   sprawdzającego   poziom   oleju   w   audi,   będzie   musiał   mi 

wystarczyć na jakiś czas, więc oglądałam się, dopóki nie wjechaliśmy na parking przy Dunkin 

Donutsie.

Dobra, wiem, że to głupio biegać za chłopakami, usiłując jednocześnie rozwiązać zagadkę 

morderstwa. Ale co miałam zrobić?

Kiedy Skip i Claire ruszyli do sklepu po pączki oznajmiłam, że muszę pilnie zadzwonić. 

Podeszłam do automatu przy toalecie i wybrałam numer 1 - 800 - Jeśli - Widziałeś - Zadzwoń.

Rosemary   ucieszyła   się,   słysząc   mój   głos.   Nie   mogłyśmy   długo   rozmawiać.   Rosemary 

ryzykuje utratę pracy, kontaktując się ze mną w ten sposób, to znaczy przysyłając mi zdjęcia i 
raporty dotyczące zaginionych dzieci. Te papiery nie powinny opuszczać biura.

Na szczęście Rosemary uznała, że gra jest warta świeczki. Jej naprawdę zależy na tych 

zaginionych   dzieciakach.   A   odkąd   pracujemy   razem,   odnalazłyśmy   mnóstwo   dzieci.   Musimy 

postępować   ostrożnie,   żeby   nikt   nie   nabrał   podejrzeń.   Znajdujemy   średnio   jedno   dziecko   na 
tydzień. To i tak bardzo dużo.

Rosemary, w przeciwieństwie do FBI czy policji, jest niezwykle dyskretna i nigdy by nie 

zadzwoniła na przykład do „National Enquirer”, namawiając ich, żeby pojechali do mnie do domu 

background image

i zrobili ze mną wywiad. A tłum reporterów fatalnie wpływa na Douglasa. Ostatnio skończyło się 
to kolejnym epizodem i pobytem w szpitalu. Dlatego właśnie skłamałam, twierdząc, że straciłam 

zdolności parapsychiczne.

I do niedawna wszyscy mi wierzyli.

Wszyscy z wyjątkiem Karen Sue Hankey, zdaje się.
Skończyłam rozmawiać z Rosemary, odwiesiłam słuchawkę i poszłam szukać Skipa i Claire. 

Kiedy zbliżałam się do ich stolika, Skip właśnie opowiadał Claire, jak to w trzeciej klasie wysłałam 
jego żołnierzyka w kosmos za pomocą ołowianej rurki i prochu. Ciekawe, dlaczego nie wspomniał 

o tym, jak wsadził do głowy mojej Barbie petardę, czego nie uznał za stosowne ze mną wcześniej 
przedyskutować i co, w moim mniemaniu, nie należało do programu naszych lotów kosmicznych. 

Pominął także fakt, że sami o mało nie wylecieliśmy w powietrze.

- Jeju! - powiedziała Claire, zlizując cukier z paznokci. - Zawsze widziałam was razem, ale 

nie wiedziałam, że robiliście takie fantastyczne rzeczy.

- O tak. - Skip pokiwał głową. - Jess i ja jesteśmy razem kupę czasu. Kupę czasu.

Zaraz, zaraz. O co tu chodzi? Fakt, że spędziłam dwa tygodnie w towarzystwie jakiegoś 

chłopaka w letnim domku jego rodziców, nie oznacza, że mam ochotę odnowić dawną zażyłość 

wynikłą ze wspólnej miłości do środków wybuchowych. Skip i ja nie mamy nic wspólnego. Nic, 
poza przeszłością.

- Gotowa? - zapytał Skip wesoło. - Lepiej jedźmy, bo spóźnimy się na zajęcia.
- Hej, Claire - odezwałam się w drodze do samochodu. - W tamten piątek, kiedy Amber 

zniknęła... Czy ona i Mark Leskowski byli cały czas razem?

- Pewnie. - Claire potrząsnęła miedzianymi lokami, które wciąż wyglądały świeżo i ślicznie. 

- Oni byli nierozłączni.

- A tego dnia, kiedy zginęła? - zapytałam. - Wtedy też byli... nierozłączni?

Claire skinęła głową.
- O tak. I bardzo byli sobą zajęci. Żartowaliśmy, że się nabawią jakiejś choroby od trującego 

bluszczu, bo co chwilę znikali w krzakach.

Wgramoliłam się na tylne siedzenie. - A po ostatnim zniknięciu... Mark  potem wrócił? 

Claire zasiadła z wdziękiem na fotelu.

- Co masz na myśli?

- To znaczy, czy wrócił sam?
Claire   przechyliła   głowę,   usiłując   sobie   coś   przypomnieć.   Skip   uruchomił   samochód. 

background image

Zastanawiałam   się,   co   by   pomyślał   Rob,   gdyby   wiedział,   że   przejeżdżałam   obok   i   nawet   nie 
powiedziałam mu „cześć”.

- Jakoś trudno mi to sobie wyobrazić - odezwała się Claire. - No wiesz, żeby wrócił sam. Nie 

zwracałam na nich tak bardzo uwagi, to nie jest moje towarzystwo. Cheerleaderki, piłka nożna... 

To zupełnie nie dla mnie. Gdyby dawali, choć w połowie tyle kasy na klub dramatyczny, ile dają 
na lekkoatletykę, moglibyśmy wystawiać o niebo lepsze rzeczy. Moglibyśmy wypożyczać gotowe 

kostiumy, zamiast je robić, kupilibyśmy mikrofony, żeby się nie wydzierać. Przecież w tylnych 
rzędach w ogóle nas nie słychać.

Claire  coraz  bardziej  odbiegała  od  tematu.  Żeby  naprowadzić  ją  z   powrotem  na  dobrą 

drogę, powiedziałam:

- Masz rację. To nie w porządku. Coś by należało z tym zrobić. Więc nie widziałaś, żeby 

Mark wracał sam z którejś z tych wycieczek w krzaki?

- Nie. Nie wydaje mi się. Ktoś by się pewnie zdziwił, gdyby Mark wrócił sam. Prawda? Nie 

sądzisz, że ktoś by powiedział: „Hej, Mark, a gdzie Amber?”

- Pewnie tak - powiedział Skip.
- Tak - odparłam po namyśle. - Myślę, że tak.

background image

5

Uroczystość żałobna ku czci Amber odbyła się na siódmej lekcji. Nie w kościele ani w domu 

pogrzebowym, tylko w sali gimnastycznej.

Tak, zgadza się. W sali gimnastycznej w Liceum im. Ernesta Pyle'a.

Obecność obowiązkowa. Jedyną osobą, która się nie stawiła, była Amber.
Zespół   odegrał   hymn   szkoły.   W   mocno   spowolnionej   wersji,   żeby   brzmiało   smutniej. 

Potem powstał dyrektor Feeney i wygłosił mowę. Długo rozwodził się nad tym, jaką cudowną 
osobą była Amber. Wątpię, żeby ją kojarzył, ale wszystko jedno. W ciemnoszarym garniturze, 

który przywdział na tę okazję, było mu do twarzy.

Kiedy dyrektor skończył, wystąpił naprzód trener Albright. Trener Albright nie słynie z 

elokwencji,   więc   na   szczęście   powiedział   niewiele.   Poinformował   jedynie,   że   ku   czci   Amber 
drużyna sportowa będzie w tym sezonie nosić czarne przepaski na rękawach.

Następnie wstała pani Tidd, trenerka cheerleaderek. Mówiła o tym, jak bardzo będzie im 

brakować   Amber,   zwłaszcza,   jeśli   chodzi   o   jej   umiejętność   skoków   do   tyłu   z   pozycji 

wyprostowanej. Potem zaś oznajmiła, że aby uczcić pamięć zmarłej, oba zespoły cheerleaderek, 
seniorek i juniorek, przygotowały wspólnie specjalny taniec.

Potem  -  słowo   daję,   nie   nabieram   was   -   cheerleaderki   i  młodsze   Pomponki   wyszły   na 

środek sali gimnastycznej i wykonały taniec w rytm śpiewanej przez Celinę Dion piosenki My 

Heart Will Go On z Titanica.

Widownia płakała. Przysięgam. Rozejrzałam się dokoła i ludzie płakali.

Taniec był w porządku i w ogóle. Musiały w niego włożyć mnóstwo pracy. Miały jakieś dwa 

dni, żeby zapamiętać układ.

Jednak nie wywołał we mnie łez. Naprawdę. A przecież nie jestem pozbawiona uczuć. Mam 

tylko nadzieję, że po mojej śmierci nikt nie odtańczy tańca na moim pogrzebie. Nie znoszę takich 

rzeczy.

Powiem wam, co mnie o mało nie skłoniło do płaczu. To mianowicie, że podczas występu 

na salę wkroczyli pewni ludzie. Siedziałam gdzieś w środku - Ruth chciała wszystko widzieć - ale i 
tak ich rozpoznałam. To nie byli uczniowie szkoły średniej.

Nauczyciele także nie.
To byli federalni.

Poważnie. I w dodatku nie jacyś tam federalni, tylko moi starzy znajomi, agenci specjalni 

background image

Johnson i Smith.

Można by pomyśleć, że powinni dać już spokój. Ostatecznie szpiegowali mnie gdzieś od 

maja i wciąż nie mieli niczego konkretnego, żeby się do mnie przyczepić. Nie myślcie sobie, że 
faktycznie robię coś złego. Dobra, pomagam rodzicom odzyskać zaginione dzieci. No proszę, niech 

mnie zamkną jak groźnego przestępcę.

Tyle że oni wcale nie chcą mnie zapudłować. Chcą, żebym dla nich pracowała.

Mnie jednak nie pociąga współpraca z tą instytucją. Niby skąd mam wiedzieć, że ludzie, 

których FBI chce wpakować za kratki, naprawdę popełnili zbrodnię? A jeśli są niewinni, jeśli ktoś 

ich wrobił?

Jak się wydaje, moje zapewnienie, że straciłam swoje niezwykłe zdolności, zupełnie nie 

przekonało federalnych. O nie. Musieli założyć podsłuch na moim telefonie, czytać moje listy, a 
latem przywlekli się za mną aż do obozu Wawasee.

A teraz jeszcze ośmielają się pojawiać na uroczystości żałobnej mojej zmarłej przyjaciółki...
No dobrze, Amber nie była może moją przyjaciółką, ale siedziałam za nią przez jakieś pół 

godziny każdego dnia szkoły przez sześć lat. To chyba coś znaczy, prawda?

- Spływam - szepnęłam do Ruth, zbierając swoje rzeczy.

- Co znaczy „spływam”? - spłoszyła się Ruth. - Nie możesz wyjść. To obowiązkowy apel.
- Zobaczymy - powiedziałam.

Przy każdych drzwiach stoi ktoś z samorządu - szepnęła Ruth.
- Nie tylko z samorządu - powiedziałam, wskazując na agentów specjalnych Johnsona i 

Smith, którzy właśnie rozmawiali w końcu sali z dyrektorem Feeneyem.

- O Boże - jęknęła Ruth na ich widok. - Tylko nie to.

- No widzisz?  - powiedziałam.  - Jeśli myślisz, że będę tu tkwiła,  żeby mnie capnęli za 

Courtney Hwang, to się mylisz. Na razie.

Bez dalszych wyjaśnień zaczęłam się przedzierać wzdłuż rzędu. Niektórzy rzucali mi złe 

spojrzenia, ale nie z powodu Amber, tylko dlatego, że deptałam im po palcach - aż dotarłam do 

przejścia pod ścianą. Jak dotąd szło mi całkiem nieźle, chociaż w espadrylach na grubej podeszwie 
nie   poruszałam   się   jak   motylek.   Potem   przespacerowałam   się   do   najbliższych   drzwi,   gdzie 

zamierzałam udać, że źle się czuję i muszę natychmiast pójść do pielęgniarki...

Kiedy już znalazłam się przy drzwiach i zobaczyłam członkinię samorządu szkolnego, która 

stała na straży, uświadomiłam sobie, że nie muszę niczego udawać.

Nie, poczułam się naprawdę chora.

background image

-   Jessico,   a   ty   dokąd   -   powiedziała   Karen   Sue   Hankey   przyciskając   do   piersi   naręcze 

broszurek   Pamiętajcie   Amber,   które   rozdawała   wchodzącym.   Czterostronicowa   broszurka 

zawierała   kolorowe   fotokopie   zdjęć   Amber   jako   cheerleaderki   w   różnych   pozach,   przetykane 
tekstem piosenki My Heart Will Go On. Większość uczniów, jak zauważyłam podczas wędrówki 

wzdłuż rzędów krzeseł, zdążyła już upuścić swoje broszurki na ziemię.

- Co robisz? - syknęła Karen Sue. - Wracaj na miejsce. To jeszcze nie koniec.

Złapałam się za żołądek. Nie na tyle dramatycznie, żeby zwrócić powszechną uwagę, ale na 

tyle wymownie, żeby wydostać się na zewnątrz.

- Karen Sue - powiedziałam głosem przerywanym czkawką. - Ja chyba zaraz...
Zatoczyłam  się,  nurkując  za  drzwi.   Prowadziły   do  skrzydła   muzycznego.   Wolna.  Byłam 

wolna! Pozostało mi jedynie przejście na parking dla uczniów, gdzie poczekałabym spokojnie na 
Ruth.   Może   nawet   mogłabym   się   rozciągnąć   na   masce   jej   samochodu   i   popracować   nad 

opalenizną.

Tylko że Karen Sue wyszła za mną na korytarz, krzyżując moje plany.

- Nie jesteś chora, Jessico Mastriani - stwierdziła stanowczo. - Udajesz. Robisz dokładnie 

to samo na WF - ie za każdym razem, kiedy pani Tidd zapowiada testy sprawności.

To mi się nie mieściło w głowie. Nie dość, że paplała, dookoła, że nadal jestem medium, to 

jeszcze musiała mi przeszkodzić w ucieczce przed federalnymi.

Nie miałam jednak zamiaru dać się wyprowadzić z równowagi. Zaczęłam nowy rozdział. 

Mijał drugi dzień szkoły i wiecie, co? Nie miałam odsiadki.

Nie chciałam rujnować tego pięknego rekordu.
- Karen Sue - powiedziałam, wyprostowując się. - Masz rację. Nie jestem chora. Ale są tam 

pewni ludzie, na których nie chcę się natknąć, jeśli ci to nie sprawia różnicy. Więc zachowaj się jak 
człowiek - z trudem powstrzymałam się od dodania: Jeden raz w życiu” - i pozwól mi odejść.

- Na kogo nie chcesz się natknąć? - zainteresowała się Karen Sue.
- Na federalnych, skoro tak chcesz wiedzieć. Miałam mnóstwo kłopotów z ludźmi, którzy 

myślą,   że   wciąż   mam   zdolności   parapsychiczne,   podczas   gdy   -   ostatnią   część   zdania 
wypowiedziałam z całą emfazą, na jaką mogłam się zdobyć - w rzeczywistości wcale tak nie jest.

- Jesteś taką kłamczucha, Jessico - powiedziała Karen Sue, potrząsając głową zdobną w 

jasne, barwy miodu, perfekcyjne loczki. - Przecież latem odnalazłaś tego chłopaka, Shane'a, kiedy 

zgubił się w jaskini.

- Owszem, znalazłam go - potwierdziłam. - Ale nie, dlatego, że miałam jakąś nieziemską 

background image

wizję czy coś. Po prostu miałam przeczucie i tyle.

- Czyżby? - powiedziała wyniośle Karen Sue. - No cóż, to, co ty nazywasz przeczuciem, ja 

nazywam percepcją pozazmysłową. Masz dar od Boga, Jessico, i wypierać się go jest grzechem.

Problem polega na tym, że Karen Sue uczęszcza do mojego kościoła. Od zawsze chodziła na 

zajęcia szkółki niedzielnej.

Kolejny   problem   wynika   stąd,   że   Karen   Sue   jest   wzorem   wszystkich   cnót   i   lizusem,   i 

dlatego zwykle zamykaliśmy ją w szafie stróża, jeśli nauczyciel szkółki niedzielnej spóźniał się na 
zajęcia. Co zdarzało się dość często.

- Słuchaj - powiedziałam, z trudem hamując mordercze skłonności. - Doceniam wszystko, 

co próbujesz dla mnie zrobić, w imię Boga i w ogóle, ale czy chociaż raz nie mogłabyś zastosować 

tego, eee, odwracania drugiego policzka - to znaczy odwróć go w stronę ściany, żebyś nie widziała, 
jak   stąd   spadam,   co?   Dzięki   temu,   jakby   ktoś   pytał,   nie   skłamałabyś,   mówiąc,   że   mnie   nie 

widziałaś.

-   Nie   moja   droga.   A   tak   przy   okazji,   drugi   policzek   się   nadstawia,   nie   odwraca   - 

oświadczyła,   ruszając   w   stronę   drzwi,   najwyraźniej   w  celu   sprowadzenia   kogoś   większego   od 
siebie, kto mógłby mnie zatrzymać.

Złapałam ją za nadgarstek. Ale wcale nie chciałam sprawić jej bólu. Przysięgam, że nie. 

Zaczęłam nowy rozdział. Miałam na sobie nowiuteńki szydełkowy sweterek i bluzkę, i espadryle. 

Na ustach miałam wiśniowy błyszczyk. Tak ubrane dziewczyny dyskutują po przyjacielsku.

-   Karen   Sue   ta   cała   sprawa   ze   zdolnościami   nadprzyrodzonymi   strasznie   wytrąca   z 

równowagi mojego brata, Douglasa - tłumaczyłam. - Reporterzy kręcą się wokół domu i dzwonią 
bez przerwy. Rozumiesz chyba, dlaczego nie chcę tego rozgłaszać, prawda? Z powodu mojego 

brata.

Karen Sue nie spuściła ze mnie wzroku, wyrywając nadgarstek z mojej dłoni.

- Twój brat Douglas - powiedziała - jest chory. Jego choroba to wyrok Boga. Gdyby Douglas 

częściej chodził do kościoła i goręcej się modlił, na pewno by mu się poprawiło. A to, że wypierasz 

się daru od Boga, też mu nie pomaga. Jeszcze mu się pogarsza.

Co mogłam na to odpowiedzieć?

Nic, doprawdy. Na coś takiego nie ma właściwej odpowiedzi.
Nie ma właściwej odpowiedzi słownej, rzecz jasna.

Wrzaski Karen Sue sprawiły, że dyrektor Feeney, trener Albright, pani Tidd, większość 

członków samorządu oraz agenci specjalni Johnson i Smith natychmiast do nas przybiegli. Na 

background image

widok Karen agentka specjalna Smith wydobyła komórkę i wezwała pogotowie.

Byłam jednak absolutnie przekonana, że nie złamałam jej nosa. Najwyżej pękło jej jakieś 

naczynko czy dwa.

Kiedy dyrektor Feeney wraz  z agentem specjalnym  Johnsonem odciągali  mnie na bok, 

wrzasnęłam w jej stronę:

- Hej, Karen Sue, może jeśli będziesz się gorąco modlić, Bóg powstrzyma krwawienie!

Pozbawione   kontekstu,   to   zdanie   brzmiało   okrutnie.   A  nikt   przecież   nie   słyszał,   co  mi 

powiedziała przedtem Karen Sue. I mogłabym w kółko powtarzać: „Ale ona powiedziała...”, a i tak 

nie przekonałabym nikogo, że moje zachowanie było w pełni usprawiedliwione.

Myślałem, że naprawdę robisz postępy - odezwał się przygnębionym tonem pan Goodhart, 

kiedy zawlekli mnie do poczekalni przed gabinetem.

- Robiłam postępy. - Opadłam na jedną z pomarańczowych kanap. - Ciekawa jestem, czy 

długo byłby pan w stanie znosić głupoty, jakie wygaduje Karen Sue. Też by jej pan przygrzmocił.

Słowa „przygrzmocić” nie użyłam.

-   Coś   ci   powiem   -   odezwał   się   pan   Goodhart.   -   Nie   pozwoliłbym   takiej   dziewczynie 

wyprowadzić się z równowagi.

- Ona powiedziała, że to moja wina, że Douglas jest chory - odparłam. - Powiedziała, że 

jego choroba to kara boska za to, że nie używam swojego daru! I za to, że nie chodzi do kościoła.

Agent   specjalny   Johnson,   który   zamknął   się   w   gabinecie   z   dyrektorem   Feeneyem   -   z 

pewnością konferowali na mój temat - akurat w tym momencie wyłonił się zza drzwi.

-   Doprawdy,   Jessico   -   zdziwił   się.   -   Nie   pomyślałbym,   że   jesteś   wrażliwa   na   podobne 

bzdury.

-   Owszem,   jestem   -   powiedziałam.   -   To   przez   was.   Śledzicie   mnie.   Łazicie   po   szkole. 

Wiercicie   mi   dziurę   w   brzuchu.   Nie   mam   nic   wspólnego   z   odnalezieniem   tej   Azjatki   w   San 

Francisco. Absolutnie nic!

Agent specjalny Johnson uniósł brwi.

- Nie wiedziałem, że odnaleziono jakąś Azjatkę w San Francisco - powiedział łagodnie. - Ale 

dzięki za informację.

Wytrzeszczyłam na niego oczy.
- Nie... nie zjawiliście się tutaj z powodu Courtney Hwang?

- W przeciwieństwie  do tego, co ci się najwyraźniej wydaje, Jessico - powiedział agent 

specjalny Johnson - świat nie kręci się wokół ciebie. Jill i ja jesteśmy tutaj z zupełnie innego 

background image

powodu.

Drzwi poczekalni otworzyły się i ukazała się w nich agentka specjalna Smith.

- Co za podniecająca historia - powiedziała. - Następnym razem, Jessico, kiedy poczujesz 

potrzebę dołożenia pięścią którejś z koleżanek, zrób to, proszę, kiedy mnie nie będzie w pobliżu.

Spojrzałam na nią, potem na agenta specjalnego Johnsona i jeszcze raz na nią.
- Zaraz, zaraz - powiedziałam. - Jeśli nie zjawiliście się tutaj z mojego powodu, to po co 

przyjechaliście?

Drzwi znowu się otworzyły i do środka wszedł Mark Leskowski. Wydawał się oszołomiony i 

zdumiewająco bezradny jak na chłopaka o takim wzroście i mięśniach.

- Wzywał mnie pan, panie Goodhart? - zapytał.

Pan Goodhart zerknął na agentów specjalnych Johnsona i Smith.
- Eee - mruknął. - Tak, Marku, owszem. Otóż ci, eee, państwo chcą zamienić z tobą parę 

słów. Ale przedtem, eee, chciałbym sam zamienić z państwem dwa słowa.

Agent specjalny Johnson uśmiechnął się.

- Oczywiście - powiedział i oboje z agentką  specjalną Smith zniknęli w gabinecie pana 

Goodharta, zamykając za sobą drzwi.

Niewiarygodne. Zupełnie nie z tej ziemi. Walę Karen Sue pięścią w twarz, prowadzą mnie 

do gabinetu pedagoga szkolnego, żeby wyznaczyć karę, a potem o mnie zapominają?

A  moi   dobrzy   znajomi,   agenci   specjalni   Johnson   i   Smith,   pojawiają   się   w   Liceum   im. 

Ernesta Pyle'a nie po to, żeby prześladować mnie, tylko kogoś innego?

Morderstwo na osobie Amber Mackey nie tylko pozbawiło nas Amber. Sprawiło, że świat, 

jaki znałam, wywrócił się do góry nogami. I jeszcze na lewą stronę.

Utwierdziłam   się   w   tym   przekonaniu,   kiedy   Mark   Leskowski   -   futbolista, 

wiceprzewodniczący samorządu i super przystojniak - uśmiechnął się do mnie - do mnie, Jessiki 

Mastriani, która spędziła więcej czasu na odsiadkach po lekcjach niż on na lekcjach - i powiedział:

- No cóż. Zdaje się, że znowu się spotykamy.

Tak. Zawiadomcie Pentagon. Ktoś zmienił porządek świata.

background image

6

- A dziś - zwrócił się do mnie Mark Leskowski - dlaczego tu jesteś?

Spojrzałam na niego. Był taki piękny. Nie taki piękny jak Rob Wilkins, ale który chłopak 

mógł się równać z Robem?

Jednak Mark  Leskowski  w świecie  dziewczęcych  marzeń  mógłby  z pewnością  zająć,  co 

najmniej drugie miejsce.

- Karen Sue. Przyładowałam jej pięścią w twarz - wyjaśniłam.
- Ho, ho. - To zrobiło na nim wrażenie. - Punkt dla ciebie.

- Tak myślisz? - zapytałam. Aż trudno opisać, jaką frajdę sprawia wyraz uznania w oczach 

chłopaka, który tak fantastycznie wygląda w sportowym stroju. Poważnie. Tym bardziej że Rob 

nie pochwalał większości moich poczynań. Podobno z troski o moje bezpieczeństwo, ale jednak.

- Jasne, że tak - odparł Mark. - Ta dziewczyna jest pretensjonalna do bólu.

Mój Boże! Wyraził moją własną opinię o Karen Sue! W męskich ustach - i to w takich! - te 

słowa nabierały jeszcze większej wartości.

- Taak - powiedziałam. - Tak, właśnie taka jest, prawda?
- Jasne! Coś ci powiem. Amber nazywała ją Przyczepą. Wiesz, bo ciągle się nas czepiała. 

Koniecznie chciała być na fali.

Wzmianka o Amber przywołała mnie do rzeczywistości. Co ja, u licha, wyprawiam? Siedzę 

na pomarańczowej kanapie przed gabinetem pedagoga i marzę o Marku Leskowskim? Wezwali go 
na przesłuchanie. W związku z morderstwem! To nie żarty.

- Więc. - Zerknęłam ku szybce w drzwiach gabinetu pana Goodharta. Widziałam przez nią 

agenta specjalnego Johnsona, który wyrzucał z siebie potok słów. Pan Goodhart miał pod opieką 

pedagogiczną Marka Leskowskiego, podobnie jak mnie. Pan Goodhart czuwał nad wszystkimi od 
L do P.

Mark zauważył, na co patrzę.
- Zdaje się, że mam kłopoty, co?

- No cóż - odparłam, ważąc słowa. - Skoro sprowadzili FBI...
-   Zawsze   tak   się   robi   -   powiedział.   -  Jeśli   w  grę   wchodzi   porwanie.   Tak   przynajmniej 

twierdzi pan Goodhart. Ci tutaj to funkcjonariusze z tego rejonu.

Agenci specjalni Johnson i Smith, funkcjonariusze z tego rejonu? Naprawdę? Nigdy nie 

przyszło   mi   do   głowy,   że   Allan   i   Jill   mogą   mieć  jakieś   domy,  zawsze   wyobrażałam   sobie,   że 

background image

mieszkają w przypadkowych motelach. Ale tak na dobrą sprawę, to przecież logiczne, że mieszkali 
gdzieś   w  pobliżu.   I   pomyśleć,   że   któregoś   dnia   mogłabym   wpaść   na   któreś   z   nich   w   sklepie 

spożywczym.

-   To,   co   się   stało   z   Amber,   klasyfikują   jako   porwanie   i   morderstwo   -   ciągnął   Mark   - 

ponieważ Amber jeszcze... żyła przez jakiś czas, zanim ją zabito.

- Och - powiedziałam. - Czy nie powinieneś... czyja wiem. Wynająć adwokata, czy coś?

- Mam adwokata - powiedział, spoglądając na swoje dłonie. - Już tu jedzie. Moi rodzice też. 

Wydawało mi się, że już wyjaśniłem wszystko szeryfowi, ale chyba... nie wiem. Będę musiał to 

zrobić jeszcze raz. Przy tych ludziach.

Spojrzałam   na   szybkę   w   drzwiach.   Pan   Goodhart   rozmawiał   z   agentem   specjalnym 

Johnsonem. Nie dostrzegłam agentki specjalnej Smith. Pewnie siedziała na moim krześle, tym 
przy oknie. Zastanawiałam się, czy patrzy na myjnię samochodów, tak jak ja zwykle, kiedy tam 

siedziałam.

- Nie mogę tego pojąć - powiedział Mark, wpatrując się w środek stolika stojącego między 

nami, w broszurkę z napisem Armia i ja. - Kochałem Amber. Nigdy bym jej nie skrzywdził.

Zerknęłam   na   sekretarkę.   Zamieniła   się   w   słuch,   ale   udawała,   że   gra   komputerowa 

pochłonęła   ją   bez   reszty.   Gdyby   dyrektor   Feeney   przypadkiem   zaplątał   się   w   to   miejsce, 
nacisnęłaby jakiś klawisz i na ekranie zamiast gry pojawiłby się arkusz kalkulacyjny.

Wiem, co mówię. Spędziłam w tej poczekalni sporo czasu.
- Oczywiście, że nie - powiedziałam.

- Nawet nie chodzi o to, że nie mieliśmy problemów. - Mark oderwał wzrok od wojskowej 

broszurki   i   utkwił   we   mnie   spojrzenie   brązowych,   smutnych   oczu.   -   Wszystkie   pary   mają 

problemy. Ale dawaliśmy sobie z nimi radę. Zawsze nam się udawało.

Zapewne. Potwierdzały to słowa Claire Lippman. On i Amber pobili rekord w całowaniu się 

podczas ostatniej wycieczki do kamieniołomów.

- A potem coś takiego... - Teraz z kolej przeniósł wzrok na zegar wiszący na ścianie za 

moimi plecami. - Zwłaszcza że wszystko tak dobrze szło. Wiesz, zawody stanowe w tym roku. Ja...

Przysięgam, kiedy tak siedziałam, gapiąc się na niego, zauważyłam w jego oczach jakiś 

dziwny błysk. Na początku pomyślałam, że to efekt sztucznego oświetlenia. A potem mnie lśniło.

Mark Leskowski płakał. Piłkarz. Płakał z tęsknoty za zmarłą dziewczyną.

- Będą tam łowcy talentów ze wszystkich większych uniwersytetów, wiesz - powiedział, z 

trudem hamując szloch. - zobaczyliby mnie. Mnie. Mam autentyczną szansę wyrwać się tej dziury.

background image

Może płakał, że jego stypendium piłkarskie miało się właśnie zmarnować. W każdym razie 

płakał.

Spojrzałam na sekretarkę, szukając ratunku. Zupełnie nie wiedziałam, jak się zachować. 

Nigdy   przedtem   nie   miałam   do   czynienia   z   płaczącymi   piłkarzami.   Brat   samobójca,   proszę 

bardzo. Psychopaci, którzy chcieli mnie zamordować, bułka z masłem. Ale płaczący piłkarz?

Sekretarka   przestała   już   udawać,   że   gra   komputerowa   całkowicie   pochłania   jej   uwagę. 

Zauważyła   łzy   Marka.   Ona   też   najwyraźniej   nie   wiedziała,   co   robić.   Popatrzyłyśmy   na   siebie 
zdumione   i   bezradne.   Wzruszyła   ramionami.   Potem,   jakby   pod   wpływem   odkrywczej   myśli, 

podskoczyła i pomachała w moją stronę pudełkiem chusteczek.

Cudownie. Jakaś pomoc.

Wstałam, wzięłam pudełko chusteczek z rąk sekretarki i usiadłam obok Marka.
- Proszę - powiedziałam, kładąc mu rękę na ramieniu. - Już wszystko w porządku.

Mark wyjął garść chusteczek i przycisnął je do oczu. Zaklął cicho.
- Nie jest w porządku - powiedział gwałtownie w chusteczkę. - To nie do przyjęcia. To 

wszystko jest nie do przyjęcia.

- Wiem - powiedziałam, poklepując go po ramieniu. Pod palcami czułam silne muskuły. - 

Ale w końcu wszystko się ułoży. Będzie dobrze.

W tej chwili otworzyły się drzwi do gabinetu pana Goodharta i agenci specjalni Johnson i 

Smith wyszli do poczekalni. Popatrzyli ciekawie na mnie i na Marka, i dopiero po chwili dotarło 
do nich, co się tu dzieje. Kiedy zrozumieli, ich twarze przybrały surowy wyraz.

-   Marku   -   odezwała   się   agentka   specjalna   niespecjalnie   przyjemnym   głosem.   -   Czy 

zechciałbyś pójść ze mną?

Podeszła do kanapy i wzięła go za ramię. Wstał bez protestu, przyciskając chusteczki do 

oczu. Potem pozwolił się poprowadzić korytarzem w kierunku sali konferencyjnej.

Agent   specjalny   Johnson,   z   ramionami   skrzyżowanymi   na   piersi,   patrzył   na   mnie   w 

milczeniu.

- Jessico - odezwał się. - Nawet nie myśl o tym, żeby tam pójść.
- Co? - Rozłożyłam dłonie w uniwersalnym geście oznaczającym urażoną niewinność. - Nic 

nie powiedziałam.

- Ale miałaś zamiar. Jessico, mówię ci, daj sobie spokój. Chyba, że wiesz coś...

- Nie wiem - powiedziałam.
-   Więc  trzymaj   się   od   tego   z   daleka.   Młoda   dziewczyna   nie   żyje.   Nie   chcę,   żebyś   była 

background image

następna.

Rany! W porządku, oficerze Życzliwy. Zdając sobie sprawę, jak obłudnie to zabrzmiało, 

agent specjalny Johnson zmienił temat.

- Chętnie usłyszałbym coś na temat tej dziewczynki w San Francisco.

- Nie ma żadnej dziewczynki w San Francisco - zaprzeczyłam gwałtownie. - Naprawdę. 

Przysięgam.

Agent specjalny Johnson skinął głową.
- W porządku. Niech będzie. Skoro tak sobie życzysz. Tylko posłuchaj mojej rady, Jess. 

Trzymaj się od tego z daleka. Dobrze ci radzę.

Potem obrócił się na pięcie i zniknął w sali konferencyjnej.

Spojrzałam na sekretarkę. Odwzajemniła spojrzenie. Zrozumiałyśmy się bez słów. Mark 

Leskowski, chłopak, który nie wstydził się łez po śmierci swojej dziewczyny, w żaden sposób e 

mógł być mordercą.

- Jessica? - Pan Goodhart wyszedł z gabinetu. Wydawał się zdziwiony, że wciąż na niego 

czekam. - Idź do domu.

Iść do domu? Zgłupiał czy co? Przed chwilą grzmotnęłam kolegę pięścią w twarz. A on tak 

po prostu puszczał mnie do domu? - Ale...

- Idź. A ty, Heleno - zwrócił się do sekretarki - połącz mnie szeryfem Hawkinsem, dobrze?

Idź? I tyle? Po prostu sobie iść? A gdzie pogadanka na temat radzenia sobie z agresją? 

Gdzie pojękiwania: „Och, Jessico, sam ż nie wiem, co mam z tobą zrobić”? Gdzie całotygodniowa 

odsiadka? To wszystko? Mogę po prostu... odejść?

Helena, zauważywszy, że nie ruszam się z miejsca, zakryła dłonią słuchawkę i wyszeptała:

- Jess, na co czekasz? Idź, zanim sobie przypomni.
No to poszłam sobie.

Siedziałam   na   masce   kabrioletu,   kiedy   wreszcie   ukazała   się   Ruth.   Sprawiała   wrażenie 

wymęczonej.

- Och, cześć - zdziwiła się na mój widok. - Co ty tu robisz? Myślałam, że Mulder i Scully 

znowu cię maglują.

-   Tym   razem   nie   o   mnie   im   chodziło   -   wyjaśniłam.   Wciąż   e   mogłam   otrząsnąć   się   ze 

zdumienia. To było niesłychane.

- Naprawdę? - Ruth otworzyła drzwiczki i wsiadła do samochodu. - To czego chcieli?
- Szukali Marka. Leskowskiego? O mój Boże! Widocznie podejrzewają, że on to zrobił.

background image

- Tak, ale on tego nie zrobił. - Wśliznęłam się do środka. Ruth, szkoda, że go nie widziałaś. 

Siedziałam koło niego przed gabinetem pana Goodharta. I wiesz, Mark płakał.

- Płakał? - Ruth przestała studiować swoje wargi w lusterku. - Niemożliwe.
- Słowo! To było takie wzruszające - ciągnęłam. - Widać, że naprawdę ogromnie ją kochał. 

Tak strasznie to przeżywa.

Ruth wytrzeszczyła oczy.

- Mark Leskowski? Płakał? Kto by pomyślał? - Właśnie. No to jak się skończył ten apel?
Po drodze Ruth wszystko mi opowiedziała. Kiedy cheerleaderki odtańczyły swój taniec, 

wystąpił psycholog, wynajęty przez szkołę specjalnie po to, żeby pomóc nam przetrwać te trudne 
chwile. Później zaś w ciszy i skupieniu każdy miał się zastanowić, co kochał w Amber. Następnie 

cheerleaderki oznajmiły, że zaraz po szkole udadzą się do kamieniołomów Pike'a, żeby złożyć tam 
kwiaty ku czci Amber. Zachęcały wszystkich, którym była droga jej pamięć, aby udali się wraz z 

nimi.

- Taak - powiedziała Ruth. - Wszystkich, którym była droga pamięć Amber. Wiesz, co to 

znaczy.

- Pewnie. Tylko śmietanka. Ty nie idziesz, co?

- Żartujesz? Może nie wyraziłam się dość jasno. To szczególne wyjście organizuje drużyna 

szkolnych   cheerleaderek   Liceum   im.   Ernesta   Pyle'a.   Innymi   słowy:   „Tłuściochy,   zostańcie   w 

domu”.

Zamrugałam powiekami, spłoszona jej ostrym tonem.

- Ruth, ty nie jesteś...
Kto był tłuściochem - przerwała mi Ruth - na zawsze pozostanie tłuściochem. W każdym 

razie w ich oczach.

- Ale to, jak wyglądasz, wcale się nie liczy - powiedziałam. - W środku...

- Oszczędź mi tego - poprosiła Ruth. - Poza tym mam jutro mam przesłuchanie. Muszę 

ćwiczyć.

Spojrzałam na nią z uwagą. Czasami nie mogłam jej zrozumieć. W niektórych sprawach 

była niezwykle pewna siebie - gdy chodziło o naukę albo podrywanie chłopaków - a kiedy indziej 

raziły z niej takie kompleksy... Przyznaję, chwilami stanowiła la mnie zagadkę. Zwłaszcza, że ona 
sama do „wsioków” czuła to samo, co cheerleaderki rzekomo czuły do „tłuściochów”.

- To znaczy, jest mi bardzo przykro, że ona nie żyje i w ogóle - ciągnęła Ruth - ale mocno 

wątpię, czy dla mnie lub dla siebie zorganizowano by w szkole uroczystość żałobną, gdyby którejś 

background image

z nas zdarzyło się wykitować.

- No cóż - powiedziałam. - Zginęła tragicznie. Ruth zaklęła pod nosem, skręcając w Lumley 

Lane.

- Przestań. Byłą cheerleaderką, jasne? Czy to nie wyjaśnia wszystkiego? Nigdy nie spędzą 

całej szkoły, żeby czcić pamięć zmarłej wiolonczelistki czy flecistki. Tylko cheerleaderki się liczą.

-   Zaraz.   -   Wjeżdżając   na   podjazd   przed   moim   domem,   Ruth   zrobiła   wielkie   oczy.   - 

Chwileczkę.  Minęłyśmy Pike's Creek Road, a ty nawet nie pisnęłaś.  Co jest? Nie mów mi, że 
niewinne błękitne oczy Marka Leskowskiego przesłoniły ci tego twojego dziwaka.

- Oczy Marka - zniecierpliwiłam się - przypadkiem są brąz - owe. A Rob nie jest żadnym 

dziwakiem. Poza tym doszłam do wniosku, że masz rację. Nie będę się za nim uganiać.

-   Hmm...   -   Ruth   potrząsnęła   głową.   -   Skip   wspominał,   że   no   zabrał   ciebie   i   Claire   z 

przystanku autobusowego. Namówiłaś go, żeby się zatrzymał przy pączkach, zgadza się?

- Do niczego go nie namawiałam - zaprzeczyłam z godnością. - Zatrzymał się z własnej 

nieprzymuszonej woli.

- Och, błagam! - Ruth przewróciła oczami. - No i co? Wiedziałaś go?
- Kogo?

- Wiesz kogo. Tego twojego dziwaka. Westchnęłam.
- Widziałam.

- I co?
- I pstro. Widziałam go. On mnie nie. Koniec.

- Boże! - Ruth parsknęła śmiechem. - Jesteś ciężkim przypadkiem, wiesz? O, co to?
- Co co?

- To - pokazała palcem. - Czerwona plama na twoim bucie. Podniosłam stopę i przyjrzałam 

się plamce czerwieni na beżowym espadrylu.

- Och, to tylko krew Karen Sue Hankey.
- Krew? O mój Boże! Coś ty jej zrobiła?

- Trzasnęłam ją w twarz - odparłam, wciąż odczuwając rodzaj dumy na samo wspomnienie. 

- Szkoda, Ruth, że nie widziałaś. To było piękne.

- Piękne? - Ruth walnęła czołem o kierownicę. - O Boże! A byłaś już na dobrej drodze.
- Ona na to w pełni zasłużyła.

- To cię nie usprawiedliwia - odparła Ruth, podnosząc głowę. - Można kogoś uderzyć, i to 

jest usprawiedliwione, tylko w jednym wypadku, Jess, a mianowicie, kiedy ktoś chce pobić ciebie, 

background image

a ty się bronisz. Nie możesz tłuc ludzi naokoło tylko, dlatego, że nie podoba ci się, co mówią. 
Zobaczysz, będziesz miała poważne kłopoty.

- Nie. Nie tym razem. Złapali mnie, a pan Goodhart nie powiedział mi złego słowa. Kazał 

mi po prostu iść do domu.

- Taak,  bo w jego biurze siedział  chłopak podejrzany o morderstwo! To pewnie trochę 

odwróciło jego uwagę.

- Mark Leskowski nie jest mordercą - oświadczyłam. - I całkowicie poparł mój zamach na 

buziunię Karen Sue. Twierdzi, że jest pretensjonalna.

- O Boże - jęknęła Ruth. - Dlaczego musiałeś mnie pokazać taką porąbaną przyjaciółką?
Nie obraziłam się, bo akurat w tej chwili myślałam o niej dokładnie to samo.

- Poćwiczmy razem - zaproponowałam. - O dziewiątej, dobrze?
Ponieważ   mieszkamy   obok   siebie,   często   otwieramy   okna   gramy   razem,   urządzając 

darmowy koncert dla sąsiadów.

- Dobrze - powiedziała Ruth. - Ale jeśli wydaje ci się, że możesz uderzyć Karen Sue Hankey 

i zapomnieć o tym, to jesteś w błędzie, przyjaciółko.

Śmiałam się do siebie, wbiegając po schodach. Jakby było się czym martwić! Karen Sue tak 

się przeraziła, że na pewno już nigdy nie będę musiała znosić jej złośliwych uwag. Poza tym, czas 
przesłuchania w czwartek, ze spuchniętym nosem, zawsze jeszcze gorzej niż zwykle.

Zadowolona wśliznęłam się do domu. Ledwie tylko postawiłam stopę na stopniu schodów 

prowadzących do mojego pokoju, kiedy z kuchni dobiegł mnie głos mamy. Niezbyt zadowolony.

Wołała mnie, więc poszłam grzecznie do kuchni.
- Cześć, mamo!

Ku mojemu zdumieniu tata też tam był. Tata nigdy we wtorki nie wracał do domu przed 

szóstą.

- Cześć, tato! - Zwróciłam uwagę, że wyglądali jakoś nieszczególnie. Serce łomotało mi z 

niepokoju. - Co się stało? - zapytałam. - Czy Douglas...

- Douglasowi - powiedziała mama głosem zimnym jak lód - nic nie dolega.
- Och. - Popatrzyłam na nich uważnie. - Nie chodzi o...

- Michael - przerwała mi mama tym samym tonem - również czuje się świetnie.
Odetchnęłam z ulgą. Cóż, jeśli nie chodziło ani o Douglasa, ani o Mike'a, nie mogło być tak 

źle. Może to nawet coś dobrego. Wiecie, moi rodzice mogli uważać, że coś jest złe, a ja dokładnie 
odwrotnie. Na przykład gdyby ciotka Rose padła nagle na atak serca.

background image

- Więc co się dzieje? - odezwałam się, przybierając na wszelki wypadek poważny wyraz 

twarzy.

- Przed chwilą mieliśmy telefon - rzekł ponuro tata.
- Nigdy nie zgadniesz, kto to był - dodała mama.

-  Poddaję   się  -  powiedziałam,  myśląc:   O   kurczę,   ciotka   Rose  naprawdę  odeszła   z   tego 

świata. - Kto to był?

- Pani Hankey - odparła mama. - Matka Karen Sue. O rany.
Wpadłam. Wpadłam jak nigdy. Ale wiecie, co? Naprawdę uważam, że nie mieli prawa się 

wściekać. W końcu broniłam honoru rodziny.

Co za jędza z tej Karen Sue! Żeby nagadać na mnie matce! I oczywiście przedstawiła całe 

zdarzenie w wersji poprawionej. Według Karen Sue usiłowałam wymknąć się z uroczystości, a ona 
mnie zatrzymała. Zrobiła to rzecz jasna ze szlachetnych pobudek: dla mojego własnego dobra, a 

także z szacunku dla pamięci Amber. Ja jednak koniecznie chciałam zwiać i dlatego ją uderzyłam.

A te bzdury, które wygadywała o moich zdolnościach? Ze popełniłam grzech, wypierając się 

daru od Boga? A to, co mówiła o Douglasie? Ze jego choroba to kara boska i że na nią zasłużył? 
Nie, tego oczywiście nie powtórzyła rodzicom.

Mama nie uwierzyła, kiedy jej o tym powiedziałam. Karen Sue zamąciła mojej mamie w 

głowie, podobnie zresztą jak swojej. Kiedy moja mama patrzy na Karen Sue, widzi idealną córkę, 

jaką zawsze chciała mieć. Wiecie, miłą, posłuszną córeczkę, która co roku prezentuje słodycze 
własnej roboty na wiejskim targu, a na noc zakłada lokówki, tak, że rano włosy zawijają się we 

właściwą stronę. A mojej mamie trafiła się córka, która odkłada każdy grosz na harleya i nosi 
krótkie włosy, żeby nie zawracać sobie głowy układaniem fryzury.

Och, i w dodatku ciągle wdaje się w bójki, i kocha się w chłopaku, który jest pod opieką 

kuratora.

Biedna mama.
Tata mi uwierzył. Uwierzył we wszystko. Mama nie.

Słyszałam   z   góry,   jak   się   kłócą.   Bo   oczywiście   wysłali   mnie   do   mojego   pokoju,   żebym 

„przemyślała to, co zrobiłam”. Miałam się również zastanowić, w jaki sposób zwrócę Karen Sue 

koszt  leczenia  (dwieście  czterdzieści  dziewięć   dolarów  za  jazdę   na  pogotowie.  Nie  musieli  jej 
nawet zakładać szwów). Pani Hankey zagroziła, że zaskarży mnie z powodu strat moralnych, na 

jakie naraziłam jej córkę. Owe straty, zdaniem matki Karen Sue, były warte jakieś pięć tysięcy 
dolarów. Nie miałam akurat pięciu tysięcy dolarów. Po szale zakupów w centrum handlowym 

background image

Michigan City został mi jakiś tysiąc dolarów w banku.

Miałam   siedzieć   w   pokoju   i   kombinować,   skąd   wytrzasnąć   cztery   tysiące   dwieście 

czterdzieści dziewięć dolarów.

Zamiast tego poszłam do pokoju Douglasa, żeby zobaczyć, co u niego słychać.

-   Cześć,   ofiaro   losu   -   odezwałam   się,   wpadając   do   środka   bez   pukania.   To   taka   moja 

tradycja, jeśli chodzi o Douglasa. - Zgadnij, co mi się przytrafiło...

Nie dokończyłam. Douglasa nie było w pokoju.
Tak, zgadza się. Nie było go w pokoju. Na łóżku i obok leżało osiem milionów komiksów, 

ale Douglasa nie było.

Kompletnie   osłupiałam.   Douglas,   od   czasu   gdy   odesłano   go   ze   stanowego   college'u   do 

domu po próbie samobójczej, nigdy nie wychodził. Poważnie. Siedział w pokoju i czytał.

Och, pewnie, czasami tata zmuszał go, żeby poszedł do jednej z restauracji sprzątać ze 

stołów albo coś w tym rodzaju, ale poza tym, nie licząc wizyt u psychiatry, Douglas zawsze siedział 
w swoim pokoju.

Zawsze.
Pomyślałam, że może zabrakło mu komiksów i poszedł do miasta po nowe. Nawet logiczne, 

bo jeśli w ogóle wychodził z domu z własnej inicjatywy, to właśnie w tym celu. Nie bawiła mnie 
perspektywa siedzenia w swoim pokoju i rozmyślania o tym, co zrobiłam. Po pierwsze, wcale nie 

uważałam, że zrobiłam źle. Po drugie, było piękne sierpniowe popołudnie. Usiadłam przy oknie w 
dachu i zaczęłam wyglądać na ulicę. Mój pokój znajduje się na strychu, gdzie kiedyś mieszkała 

służba. Nasz dom jest najstarszy na Lumley Street; zbudowano go gdzieś na przełomie wieków. 
Dziewiętnastego   i   dwudziestego.   Miasto   kazało   nawet   umieścić   na   nim   specjalną   tabliczkę   z 

informacją, że to zabytek.

Z   okien   mojej   sypialni   widać   całą   ulicę.   Zniknęła   biała   pół   -   ciężarówka   parkująca   po 

drugiej stronie. Należała do federalnych i tkwiła tam od wiosny niemal bez przerwy. No bo wiecie, 
śledzili mnie. Ale teraz agenci specjalni Johnson i Smith byli w szkole, z Markiem Leskowskim.

Biedny Mark. Nawet nie umiałam sobie wyobrazić, jak on się teraz czuje. Gdyby zginął 

Rob, Bóg jeden wie, jak bym to przeżyła, a przecież nawet nie chodziliśmy ze sobą. No, nie licząc 

jakichś pięciu minut naszego życia. A gdyby mnie jeszcze oskarżono o morderstwo? Na pewno by 
mi odbiło.

A   wyglądało   na   to,   że   Mark   jest   głównym   podejrzanym.   Jego   rodzice,   zgodnie   z 

przewidywaniami   Ruth,   wynajęli   pana   Abramowitza   w   charakterze   adwokata   -   co   prawda 

background image

oficjalnie jeszcze nie oskarżono Marka o zabójstwo, ale na to się zanosiło.

Domyśliłam   się   tego   wszystkiego,   kiedy   rodzice   zawołali   z  dołu,   że   idą   porozmawiać   z 

panem Abramowitzem w związku ze sprawą Karen Sue przeciwko mnie. Pan Abramowitz właśnie 
wrócił z jakiejś konsultacji. Z konsultacji w naszym liceum. Jak myślicie, o co chodziło? Chyba nie 

o nowy krój szkolnego mundurka?

-   W   lodówce   zostało   trochę   ziti!   -   zawołała   mama.   -   Podgrzej   sobie,   jak   zgłodniejesz. 

Słyszałeś, Douglas?

Wtedy zdałam sobie sprawę, że mama nic nie wie o nieobecności Douglasa.

-   Powiem   mu!   -   odwrzasnęłam.   To   wcale   nie   było   kłamstwo.   Miałam   zamiar   mu 

powiedzieć. Kiedy wróci do domu.

Myślicie, że to nic takiego, kiedy dwudziestoletni chłopak znika na chwilę z domu. Ale jeśli 

chodzi o Douglasa, to jest poważna sprawa. Mama ma bzika na jego punkcie. Uważa, że Douglas 

jest jak delikatny kwiatuszek, który zwiędnie przy pierwszym zetknięciu z brutalnym światem.

To   śmieszne,   bo   Douglas   nie   jest   delikatnym   kwiatuszkiem.   Po   prostu   wymyśla   różne 

rzeczy. Jak wszyscy.

Tyle że trochę bardziej przejmuje się swoimi fantazjami.

- I nawet nie myśl o wychodzeniu gdziekolwiek, Jessico. - zawołała znowu mama. - Kiedy 

wrócimy z ojcem do domu, usiądziemy sobie razem i odbędziemy poważną rozmowę.

Dobra. Wyglądało na to, że tata nie zdołał jej przekonać do mojej wersji. No, zobaczymy.
Z okna na górze widziałam, jak wychodzą. Przeszli przez trawnik przed domem, a potem 

skrócili   sobie   drogę,   skręcając   w   żywopłot   oddzielający   naszą   posiadłość   od   posesji   państwa 
Abramowitzów. Mnie zawsze każą chodzić, dookoła, że niby żywopłot się zniszczy. Wstałam od 

okna i zeszłam na dół, żeby sprawdzić, jak się miewa ziti.

Otworzyłam lodówkę, kiedy ktoś przekręcił korbkę przy dzwonku. Ponieważ nasz dom jest 

bardzo stary, ma zabytkowy dzwonek, taki na korbkę, a nie na guzik.

- Już idę! - zawołałam, zastanawiając się, kto to taki. Ruth w życiu nie użyłaby dzwonka. Po 

prostu weszłaby do środka. A wszyscy znajomi zawsze uprzedzali przez telefon, że przyjdą.

Za koronkową zasłonką w drzwiach zobaczyłam zdecydowanie męską sylwetkę. Rob?

Śmieszne, ale moje serce na chwilę przestało bić, choć wiedziałam doskonale, że Rob nigdy 

nie   podszedłby   tak   po   prostu   do   drzwi   i   nie   zadzwonił.   Miał   wiele   powodów.   Na   przykład 

kuratora. Albo fakt, że moja mama w życiu nie zaakceptuje chłopaka, który nie wybiera się do 
college'u i w dodatku ma kuratora.

background image

Przestraszyłam się, że Rob dostrzegł mnie jednak na tylnym siedzeniu Skipowego trans 

ama i teraz  zjawia  się, żeby mnie zapytać,  czy  kompletnie zwariowałam,  szpiegując go w ten 

sposób.

Otworzyłam drzwi. To nie był Rob, ale moje serce i tak nie zaprzestało szalonych akrobacji.

Na progu mojego domu stał Mark Leskowski.
-   Hej   -   odezwał   się   na   mój   widok.   Uśmiechał   się   jednocześnie   nerwowo,   nieśmiało   i 

cudownie. - Cieszę się, że to ty. Wiesz, że to ty otworzyłaś drzwi. Nagle pomyślałem: „Rany, a jeśli 
to jej ojciec otworzy?” Ale to na szczęście ty.

Stałam z wytrzeszczonymi oczami. To naprawdę niezły szok, zobaczyć w drzwiach swojego 

domu uśmiechającego się nieśmiało rozgrywającego szkolnej drużyny piłkarskiej.

- Hmm - chrząknął Mark, podczas gdy ja wciąż nie mogłam wydobyć z siebie głosu. - Czy 

mogę, hm, z tobą pomówić? Przez parę minut?

Obejrzałam się za siebie. W domu, oczywiście, nikogo nie było. Zrobiłam to odruchowo.
Bo   choć   nigdy   nie   odwiedził   mnie   żaden   chłopiec,   byłam   pewna,   że   rodzicom   nie 

spodobałoby się, gdybym zaprosiła go do środka podczas ich nieobecności.

Mark chyba zrozumiał, o czym myślę, i zaraz dodał:

- Och, nie muszę wchodzić. Moglibyśmy posiedzieć tutaj, jeśli masz ochotę.
Potrząsnęłam   głową.   Nadał   czułam   się   lekko   oszołomiona.   Nie   co   dzień   zdarza   mi   się 

zobaczyć super przystojnego chłopaka stojącego ot tak, na progu mojego domu. Prawdę mówiąc, 
jeszcze nigdy mi się to nie zdarzyło.

I   chyba   tylko   ciężkiemu   oszołomieniu   można   przypisać   fakt,   że   otworzyłam   buzię   i 

chlapnęłam:

- Dlaczego nie jesteś na... na tej uroczystości w kamieniołomach?
Mark nie wydawał się urażony moją bezpośredniością. Spojrzał w ziemię i mruknął:

- Nie mogłem. W szkole było już wystarczająco okropnie. Ale wrócić tam, gdzie to się 

stało... Po prostu nie mogłem.

O Boże. Serce mi krwawiło. Chłopak wyraźnie cierpiał.
- Jedyne chwile, kiedy czułem się prawie jak człowiek, to ta rozmowa z tobą - powiedział 

Mark,  podnosząc wzrok i patrząc mi w oczy. - Miałem nadzieję, że moglibyśmy...  no, jeszcze 
trochę porozmawiać. Jeśli akurat nie jadłaś, pomyślałem, że można by coś przekąsić. Coś zjeść 

razem. Może pizzę?

Pizza. Mark Leskowski pragnął zabrać mnie na pizzę.

background image

- Jasne. - Zamknęłam za sobą drzwi. - Tak. Pizza mi odpowiada.
- Tak, tak, wiem. Wiem, że mama kazała mi siedzieć w domu. Wiem, że musiałam ponieść 

karę za próbę skrzywienia przegrody nosowej Karen Sue.

Ale przecież Mark mnie potrzebował, prawda? Czytałam to w jego twarzy.

A poza tym, tak naprawdę, do kogo miał się zwrócić? Kto inny, poza mną, miał kiedyś, choć 

odrobinę podobne problemy?  Ja przynajmniej wiem,  jak  to jest,  kiedy  władze  ścigają  cię  jak 

zwierzaka. Rozumiem, jak to jest, kiedy wszyscy, wszyscy na świecie zwracają się przeciwko tobie.

No dobra, nigdy nie podejrzewano mnie o morderstwo. Ale czy w szkole nie obwiniano 

mnie o śmierć Amber? Czy to nie było prawie to samo?

Tak   więc   wyszliśmy   razem.   Wsiadłam   do   jego   samochodu   -   czarnego   bmw,   genialnie 

pasował do sytuacji. Pojechaliśmy do centrum i nie, ani razu nie pomyślałam: „Rany, żeby tylko 
nie skręcił do lasu i nie próbował mnie zabić”.

Po   pierwsze,   nie   wierzyłam,   żeby   Mark   Leskowski   był   zdolny   do   zamordowania 

kogokolwiek - był taki wrażliwy. Po drugie, pora wydawała mi się nieodpowiednia. Nie podejmuje 

się próby morderstwa w biały dzień.

Poza tym, mimo że mam tylko metr pięćdziesiąt pięć, dawałam radę większym chłopakom 

niż Mark. Jak z upodobaniem wytyka mi Douglas, w razie wyższej konieczności nie mam żadnych 
skrupułów. Zasady fair play? Zapomnijcie o tym.

Czy uwierzycie, że świat z wnętrza bmw wygląda inaczej? A może wygląda inaczej z wnętrza 

bmw należącego do Marka Leskowskiego. Jego bmw ma przyciemnione szyby, więc wszystko na 

zewnątrz wygląda piękniej.

A wewnątrz... No cóż, Mark oczywiście też wyglądał pięknie. Zaczynałam się przekonywać, 

że on zawsze wygląda świetnie.

Zwłaszcza teraz, kiedy coś go gryzło. Jego ciemne brwi zbiegły się, nadając mu wzruszająco 

bezradny wyraz... przypominał małego spanielka, który nie jest pewien, gdzie poleciała piłeczka.

- Wszyscy myślą, że ja to zrobiłem. A ja... ja po prostu nie mogę w to uwierzyć. To znaczy, 

że oni mogą tak myśleć. Kochałem Amber.

Mruknęłam   coś   pocieszającego.   A   po   głowie   snuły   mi   się   takie   oto   zdania:   „Heather 

Montrose, proszę, bądź w centrum, kiedy przyjedziemy. Proszę, zobacz, jak wysiadam z bmw 
Marka Leskowskiego. Proszę, zobacz, jak jem pizzę w jego towarzystwie”.

- Wiem, to nieładnie z mojej strony - bardzo nieładnie - pragnąć, żeby widziano mnie w 

bmw chłopaka, którego dziewczyna zginęła tragicznie parę dni wcześniej.

background image

Z   drugiej   strony   Heather   też   nie   była   w  porządku.   Nie   powinna   wyjeżdżać   do   mnie   z 

pretensjami o coś, na co nie miałam wpływu.

- Ale ci federalni... - ciągnął Mark. - Znasz ich, prawda? To znaczy, miałem wrażenie, że oni 

ciebie znają. Oni są tacy... tajemniczy. Tak jakby coś wiedzieli. Tak jakby mieli jakiś dowód, że ja 

to zrobiłem.

- Och, jestem pewna, że to nieprawda.

- Oczywiście, że nie - zgodził się Mark. - Ponieważ ja tego nie zrobiłem.
- Właśnie - powiedziałam. Szkoda, że nie miałam komórki. Wtedy mogłabym pod jakimś 

pretekstem zadzwonić do Ruth i mimochodem powiedzieć jej, że jestem z Markiem. Z Markiem 
Leskowskim. Ze jestem z Markiem Leskowskim w jego bmw.

Dlaczego wszystkie szesnastoletnie dziewczyny na świecie mają komórki, a tylko ja jestem 

wyjątkiem?

-   Tak   jest   -   powiedział   Mark.   -   Nie   mają.   Bo   jakby   mieli,   to   już   by   mnie   aresztowali. 

Prawda?

Spojrzałam na niego. Piękny. Naprawdę piękny. No, oczywiście, nie tak jak Rob Wilkins. 

Ale niewątpliwie niesamowicie przystojny.

- Prawda - potwierdziłam.
- I powiedzieliby tobie. Prawda? Gdyby coś na mnie mieli?

- A skąd! Dlaczego mieliby mi mówić? Co ty myślisz, że jestem jakąś donosicielką czy co?
- Oczywiście, że nie - zaprzeczył Mark. - Tylko wydawało mi się, że jesteś z nimi w takich 

przyjaznych stosunkach...

Parsknęłam śmiechem.

- Muszę cię rozczarować, Marku - powiedziałam. - Ja i agenci specjalni Johnson i Smith nie 

jesteśmy przyjaciółmi. Po prostu mam... no, mam coś, na czym im zależy, dlatego za mną łażą.

Mark zerknął na mnie ciekawie. Staliśmy akurat na skrzyżowaniu, więc nic się nie stało, że 

spojrzał   na   mnie   i   nie   patrzył   na   drogę,   ale   zauważyłam,   że   przyglądał   mi   się   również   w 

momentach, kiedy powinien raczej uważać, jak jedzie. Zauważyłam też, że znaki stopu traktował 
jedynie   jako   delikatną   sugestię.   I   nawet   nie   próbował   zachować   stosownej   odległości   od 

samochodu   jadącego   przed   nim.   Wyglądało   na   to,   że   Mark   nie   jest   najlepszym   kierowcą   na 
świecie.

- Co takiego masz, na czym im zależy? - zapytał.
Spojrzałam   na   niego,   przyznaję,   zaszokowana.   Czyżby   o   niczym   nie   wiedział?   Jakim 

background image

cudem? Miejscowe gazety pisały o tym tygodniami, inne również. Dziennikarze narobili wokół 
mnie tyle szumu. Zaczęto nawet mówić o filmie, tylko, że ja nie wykazałam entuzjazmu. Pomysł 

przenoszenia mojego prywatnego życia na ekran jakoś nie przypadł mi do gustu.

- Hej - powiedziałam. - Dziewczyna od pioruna. Kojarzysz?

- Och - powiedział. - Zdolności nadprzyrodzone. Taak. Zgadza się.
Ale to nie była jedyna rzecz, o której Mark zapomniał. Zdałam sobie z tego sprawę, kiedy 

wprowadził samochód na parking przed Mastrianim. To jedna z restauracji należących do mojej 
rodziny. Najszykowniejsza, chociaż serwuje także pizzę.

Trochę się zdziwiłam, że Mark zabiera mnie do mojej rodzinnej restauracji, ale cóż, nasza 

pizza jest najlepsza.

Dopiero kiedy weszliśmy do środka - Heather Montrose niestety nie było w pobliżu i nie 

widziała,   jak   wysiadam   z   bmw   Marka   -   i   kelnerka,   która   miała   nas   zaprowadzić   do   stolika, 

powiedziała: „O, Jessica jak się masz?”, uświadomiłam sobie, jaki popełniłam błąd. Koszmarny 
błąd.

Jak widać, nie tylko Mark miał dziś kłopoty z pamięcią. Bo zupełnie zapomniałam, że nową 

kelnerką, którą ojciec zatrudnił w Mastrianim, był nie kto inny, tylko mama Roba.

Tak, właśnie tak. Mama Roba.
Mój ojciec raczej nie zdawał sobie sprawy, że zatrudnia mamę Roba. To znaczy, być może 

wiedział, że nowa kelnerka ma prawie dorosłe dziecko i w ogóle, ale nie wiedział, że ja, w pewnym 
sensie, widuję się z tym dzieckiem.

No   dobra,   że   jestem   nieprzytomnie   zakochana   w   tym   dziecku.   Mój   tata   przyjął   panią 

Wilkins,   bo   po   zamknięciu   miejscowej   fabryki   tworzyw   sztucznych   była   bez   pracy,   a   ja   mu 

powiedziałam,   że   to   bardzo   miła   osoba.   Nie   wyjawiłam,   skąd   ją   znam.   Nie   powiedziałam. 
„Słuchaj,   tato,   powinieneś   zatrudnić   matkę   chłopaka,   w   którym   jestem   wściekle   zakochana, 

chociaż on ze mną nie chodzi, bo uważa, że to grozi więzieniem, bo wiesz, on ma osiemnaście lat i 
jest pod nadzorem kuratora”. Nie, tego nie powiedziałam.

W każdym razie od jakiegoś czasu mama Roba pracowała w Mastrianim i jak słyszałam, 

szło jej naprawdę dobrze.

A teraz  miała  mnie obsługiwać, mnie - dziewczynę,  która, jak dobrze pójdzie, mogłaby 

zostać jej synową, a przyszła na pizzę z chłopakiem, który nawiasem mówiąc, był podejrzany o 

zamordowanie swojej dziewczyny.

Wspaniałe. Po prostu super. Mówię wam, to oraz fakty, że Skip zdawał się we mnie durzyć, 

background image

że   wszyscy   mieli   do   mnie   żal   o   śmierć   Amber,   a   Karen   Sue   zamierzała   wytoczyć   mi   proces, 
sprawiały, że rok szkolny zapowiadał się naprawdę interesująco. Dziękuję bardzo.

- Dzień dobry, pani Wilkins - powiedziałam z wymuszonym uśmiechem. - Jak się pani 

miewa?

-   Dziękuję,   wszystko   w   porządku   -   odparła   pani   Wilkins.   Była   ładną   kobietą   o   masie 

rudych, upiętych szylkretową spinką włosów. - Miło cię widzieć. Słyszałam, że byłaś na obozie 

muzycznym.

- Eee, tak, rzeczywiście - powiedziałam. - Pracowałam jako wychowawczyni. Wróciłam parę 

dni temu.

- A pani syn nawet do mnie nie zadzwonił. Trzy dni, od trzech dni byłam w mieście, a czy 

on zdobył się chociaż na to, żeby przejechać na indianie koło mojego domu?

Nic. Zero. Guzik z pętelką.

- To musiało być przyjemne - powiedziała pani Wilkins.
Właśnie   wtedy   zorientowałam   się   z   przerażeniem,   że   prowadzi   nas   do   stolika   numer 

siedem, „stolika zakochanych” w najciemniejszym kącie sali.

Miałam ochotę wrzasnąć: „Nie! Pani Wilkins, tylko nie stolik zakochanych! To nie jest 

randka, przysięgam! To nie jest randka!”

- Proszę bardzo - powiedziała pani Wilkins, kładąc menu na stoliku. - Usiądźcie sobie, a ja 

za chwilę wrócę z chłodzoną wodą. Chyba że wolicie colę?

- Poproszę o colę - odezwał się Mark.

- Ja... ja wezmę wodę - wykrztusiłam z trudem. Stolik zakochanych! O Boże, tylko nie stolik 

zakochanych!

- A zatem jedna cola i jedna woda - powiedziała pani Wilkins. Świetnie. Po prostu świetnie. 

Wiedziałam, oczywiście, co teraz nastąpi. Pani Wilkins powie Robowi, że mnie widziała na randce 

z Markiem Leskowskim. Może powie mu nawet o tym nieszczęsnym stoliku.

Rob uzna wtedy, że pogodziłam się ostatecznie z jego decyzją. A co wtedy? Powiem wam: 

pomyśli, że będzie w porządku, jeśli zacznie chodzić z którąś z tych laluń z baru U Chicka, gdzie 
czasami wpada. A jak ja mogę rywalizować z wytatuowaną dwudziestosiedmioletnią jakąś tam 

Darią, która ma w dodatku własny wóz? No jak?

To był koniec. Nie miałam już po co żyć.

- Hej, całkiem zapomniałem - odezwał się Mark, odkładając menu. W blasku świecy - tak, 

na stoliku paliła się świeca, w końcu to był stolik zakochanych - wyglądał jeszcze przystojniej. Ale 

background image

co   z   tego?   Jakie   to  dla   mnie   miało   znaczenie?   To  nie   Mark   był   tym   facetem,   na   którym  mi 
zależało. - Zapomniałem, ta restauracja, zdaje się, należy do was, prawda?

- Tak jakby - odparłam, nie ukrywjąc przygnębienia.
- Ojej - powiedział Mark. - Przykro mi. To znaczy, nie chcę, byś pomyślała, że wybrałem to 

miejsce specjalnie po to, żeby nie płacić czy coś. Po prostu naprawdę lubię pizzę u Mastrianiego. - 
Odsunął menu. - Ale jeśli chcesz, możemy pójść zupełnie gdzie indziej...

- Och, tak? A dokąd, na przykład?
- No cóż. Jest jeszcze Joe...

- Joe to też nasza restauracja - powiedziałam z westchnieniem.
- Och - skrzywił się Mark. - To znaczy, że Joe Junior też należy do was, tak?

- Owszem - odparłam. Uniosłam podbródek. W porządku. To był stolik zakochanych. Ale to 

jeszcze nie znaczy, że muszę się całować z Markiem Leskowskim. Nie twierdzę, że to byłoby jakieś 

wielkie poświęcenie, ale, biorąc pod uwagę okoliczności, raczej nie na miejscu.

Posłuchaj, wszystko w porządku - powiedziałam, usiłując przegnać nieprzyjemne myśli. - 

Możemy tu zostać. Tylko zostaw duży napiwek, dobrze? Ponieważ... znam dobrze tę kelnerkę. 
Naprawdę dobrze.

- Nie ma sprawy - powiedział Mark i zapytał, z czym chciałabym pizzę.
Dobra, może mi nie uwierzycie, ale nie jestem taką kretynką, na jaką czasem wyglądam. I 

nagle zrozumiałam. Wiedziałam już, dlaczego Mark chciał ze mną wyjść. Wcale nie, dlatego, że 
odkąd zaczęłam chodzić w minispódniczkach, nagle zauważył, jakie mam wspaniałe nogi. Nie, 

dlatego,   że   przed   gabinetem   pedagoga,   przed   wkroczeniem   federalnych,   przeżyliśmy   chwilę 
autentycznego porozumienia.

Nie,   Mark   zaprosił   mnie,   bo   myślał,   że   wydobędzie   ze   mnie   informacje...   informacje, 

których nie posiadałam. Czy agenci specjalni Johnson i Smith podejrzewali go o zamordowanie 

Amber?

Nie miałam pojęcia. A może tylko chcieli zadać mu parę pytań, żeby dojść, kto to mógł 

zrobić.

O to właśnie chodziło Markowi Leskowskiemu. No dobrze, a czy mnie nie chodziło o to 

samo?   Chciałam   wyciągnąć   z   niego   informacje   na   temat   ostatnich   chwil   życia   Amber...   a 
przynajmniej ostatnich chwil spędzonych z nim. Ciągle nie mogłam się pozbyć natrętnej myśli, że 

nie doszłoby do tragedii, gdybym tylko była na miejscu. Gdyby Heather i jej kumplom udało się 
mnie złapać, odnalazłabym Amber, zanim została zabita. Wiedziałam, że tak by było. Wiedziałam 

background image

o tym tak samo, jak wiedziałam, że kiedy Kurt, naczelny kucharz w Mastrianim, odkryje, że to ja 
siedzę przy stoliku numer siedem, ułoży pepperoni na mojej pizzy w kształcie serca. Ku mojej 

rozpaczy właśnie tak zrobił.

Mark był bardzo spięty, nawet nie zauważył, co się ze mną dzieje. Wręczył mi kawałek i 

jedząc,   rozmawialiśmy   o   tym,   jak   jest,   kiedy   FBI   weźmie   cię   w   obroty.   Najsmutniejsze,   że 
właściwie to było wszystko, co nas łączyło. To znaczy fakt, że oboje byliśmy przesłuchiwani przez 

FBI. I może jeszcze wspólna niechęć do Karen Sue Hankey. Całe życie Marka, jak się wydaje, 
toczyło się wokół futbolu. Ubiegali się o niego trenerzy z dziesięciu największych uniwersytetów 

Środkowego   Zachodu.   Zamierzał   przyjąć   najlepsze   stypendium   i   grać   w   drużynie   szkolnej   i 
uniwersyteckiej, dopóki nic zjawią się po niego przedstawiciele Ligi Narodowej.

To brzmiało całkiem rozsądnie. Był tylko jeden szkopuł i nawet ja, totalna ignorantka w 

dziedzinie futbolu, wiedziałam, że Liga Narodowa nie ugania się tak bardzo za zawodnikami z 

college'ów. A co będzie, zapytałam, jeśli ten plan zawiedzie? Jaki miał plan rezerwowy? Studia 
medyczne? Prawo? Co?

Mark popatrzył na mnie tępo ponad naszą pepperoni z dodatkowym serem.
- Plan rezerwowy? - powtórzył. - Nie mam żadnego rezerwowego planu.

Uznałam, że może nie wyraziłam się dość jasno.
- No dobra, a tak poważnie, co będzie, jeśli nie zostaniesz zawodowcem? Co wtedy?

Mark potrząsnął głową, ale bardziej strząsając coś nieprzyjemnego, co przyczepiło mu się 

do włosów, niż na znak niezgody.

- To nie do przyjęcia. Przegrana nie wchodzi w rachubę - oświadczył.
W kółko to samo. Coś takiego mówił już wcześniej, przed gabinetem pedagoga. Sportowcy! 

- pomyślałam mimo woli. Mają zacięcie.

- Nie? - Zakasłałam. - Taak, przegrana nie wchodzi w rachubę, jasne. Ale czasem się zdarza. 

A wtedy... no cóż, trzeba się pogodzić, nie?

Mark spojrzał na mnie i powiedział spokojnie.

- To pospolity błąd. Wielu ludzi tak uważa. Ale nie ja. To mnie różni od innych, Jess. 

Ponieważ dla mnie przegrana po prostu nie istnieje. Nie ma takiej możliwości, rozumiesz?

- Och, tak. Rozumiem. Jasne.
Poczułam się, prawdę mówiąc, dziwnie. Nie dlatego, że obsługiwała nas matka chłopaka, 

który mi się podobał. Nie, po prostu pomyślałam sobie o Amber, o tym, że była z nim jeszcze 
niedawno. Co ona w nim widziała? Owszem, o futbolu wiedział wszystko, ale poza tym wydawał 

background image

się... nudny. Nie miał pojęcia o muzyce, motocyklach ani innych ciekawych rzeczach. Widział 
większość najnowszych filmów, ale te, które ja uważałam za dobre, jemu się nie podobały, a ten, 

który jemu przypadł do gustu, na mnie zrobił wrażenie głupiego ponad wszelką miarę. Nie miał 
czasu na nic takiego, jak książki czy telewizja, bo bez przerwy trenował futbol.

Poważnie. Nawet komiksów nie czytał. Nie oglądał programów o zwierzętach.
Amber też nie była taką znowu intelektualistką. Ale przynajmniej interesowała się czymś 

poza   występami   cheerleaderek,   organizowała   na   przykład   sprzedaż   ciast   na   różne   cele 
dobroczynne. Co tydzień walczyła o jakąś słuszną sprawę, począwszy od zbierania ubranek dla 

dzieci   samotnych   matek   po   organizowanie   pomocy   żywnościowej   dla   głodujących   narodów 
Afryki, o których żadne z nas nigdy nie słyszało.

Ale może zbyt surowo osądzałam  Marka.  W każdym razie  miał  przynajmniej jakiś  cel, 

prawda? Wielu chłopaków nie ma. Na przykład mój brat, Douglas. No, może jego celem jest czuć 

się lepiej. Ale co będzie robił, kiedy to osiągnie?

Rob ma jakiś cel. Chce mieć własny warsztat naprawy motocykli. Dopóki nie zbierze dość 

pieniędzy, zamierza pracować w warsztacie wujka.

Wiecie,   kto   nie   ma   żadnego   celu?   No,   chyba   ja.   Żadnego   celu.   Poza   wykiwaniem 

federalnych, żeby nie zorientowali się, że nadal mam te swoje zdolności. Och, i wydostaniem od 
ojca harleya, kiedy skończę osiemnaście lat. I zostaniem pewnego dnia panią Wilkins.

Ale najpierw muszę znaleźć jakąś pracę. To znaczy, zanim wyjdę za mąż. A nie mam nawet 

pojęcia, co bym chciała robić. Nie można przecież zarabiać na życie, odnajdując zaginione dzieci. 

No, pewnie można, ale nie miałabym na to ochoty. Nie można brać pieniędzy za coś, co każdy 
przyzwoity człowiek powinien robić za darmo. Nie za często bywam w kościele, ale tyle to wiem. 

Więc - ponieważ sama właściwie nie mam celu - powie - działam sobie, że nie powinnam tak 
krytycznie oceniać Marka, Przechodził ciężki okres.

I zostawił naprawdę solidny napiwek dla pani Wilkins. Kiedy wychodziliśmy, pomachała 

do nas i zawołała: - Bawcie się dobrze!

Bawcie   się   dobrze.   Serce   we   mnie   zamarło.   Nie   chciałam   się   bawić.   Nie   z   Markiem 

Leskowskim. Jedyną osobą, z którą chciałam się bawić, był Rob Wilkins. Pani syn Rob, zgadza się, 

pani Wilkins? To jedyna osoba, z którą chcę się bawić. Więc może pani być tak dobra i nie mówić 
mu, że widziała mnie pani dzisiaj wieczór z Markiem Leskowskim? Proszę.

I na świętego Piotra, cokolwiek się stanie, proszę mu nie mówić o stoliku zakochanych. Na 

miłość boską, proszę nie wspominać o stoliku zakochanych.

background image

Tego, naturalnie, nie mogłam jej powiedzieć. Bo niby jak?
Więc tylko pomachałam do niej, czując, jak ból przenika mnie na wskroś, i krzyknęłam:

- Dziękuję!
O Boże. Byłam skończona. Starałam się o tym nie myśleć.

Starałam się być wesoła i rozszczebiotana jak Amber. Poważnie. Bez względu na to, jak 

wcześnie musiała wstać rano i jak paskudna była pogoda, Amber zawsze promieniała w klasie 

radością. Amber naprawdę lubiła szkołę. Należała do tych dziewczyn, które budząc się co rano, 
mówią do swojego odbicia w lustrze: „Dzień dobry, słońce”.

Tak mi się w każdym razie wydawało.
No i proszę, na dobre jej to nie wyszło.

Więc   o   tym   też   próbowałam   nie   myśleć,   kiedy   Mark   prowadził   mnie   do   samochodu. 

Starałam się myśleć o weselszych rzeczach.

Problem polegał na tym, że nie bardzo miałam o czym myśleć.
Zwłaszcza o czymś weselszym.

- Pewnie powinnaś wracać do domu? - spytał Mark, otwierając przede mną drzwiczki.
- Taak - powiedziałam. - Mam kłopoty. Z powodu tej historii z Karen Sue Hankey.

- W porządku - powiedział Mark. - Ale może chciałabyś wstąpić na minutkę do Moose? Na 

shake'a albo coś takiego?

Moose. Czekoladowy Moose. To taki barek z lodami naprzeciwko kina na Głównej, gdzie 

przychodzi tylko lepsze towarzystwo. Naprawdę. My z Ruth nie byłyśmy w Moose od czasów 

dzieciństwa,   bo   jak   wkroczyłyśmy   w   okres   dojrzewania,   zdałyśmy   sobie   sprawę,   że   tylko 
„lepszym” ludziom ze szkoły wolno tam bywać. Jeśli nie byłeś sportowcem czy cheerleaderką i 

odważyłeś pokazać się w Moose, wszyscy patrzyli na ciebie jak na zadżumionego.

To wcale nie było takie złe, bo lody stamtąd nie dorównywały lodom z Trzydziestu Jeden 

Smaków,  dalej  na  tej  samej ulicy.  A jednak,  perspektywa   pójścia  tam  w towarzystwie  Marka 
Leskowskiego... wydawała się jednocześnie niezwykła, odstręczająca i ekscytująca.

-   Z   chęcią   -   powiedziałam   obojętnie,   tak   jakby   chłopcy   zapraszali   mnie   do   Moose   na 

okrągło we wszystkie dni tygodnia.

- Może być shake.
Z początku w Moose było trochę pustawo. Tylko Mark i ja, i kilka panienek, które spojrzały 

na mnie krzywo, kiedy weszłam. Odprężyły się jednak na widok Marka Leskowskiego i nawet 
zaczęły się uśmiechać. Był też Todd Mintz ze swoją paczką. Mruknął do mnie „cześć” i przybił 

background image

piątkę z Markiem.

Wzięłam koktajl  miętowo - czekoladowy.  Mark  raczył  się czymś, co miało na wierzchu 

wiórki czekoladowe. Usiedliśmy przy stole, skąd widać było całą ulicę, aż do budynku sądu. Sądu 
oraz, nie da się ukryć, więzienia. Za więzieniem zachodziło mieniące się ciepłymi barwami słońce. 

Niesamowity widok. To był przepiękny zachód słońca ostatnich dni lata. Ale więzienie pozostało 
więzieniem.

Więzieniem, do którego mógł trafić Mark - i podziwiać zachód słońca zza krat.
Jemu chyba też to przyszło do głowy, bo oderwał wzrok od widoku za oknem i zaczął mnie 

wypytywać o szkołę. O szkołę, wyobrażacie sobie? Musiał być nieźle zdesperowany. Gdybym nie 
zorientowała się wcześniej, że nie mamy z Markiem nic wspólnego, teraz straciłabym wszelkie 

złudzenia.

Na   szczęście,   kiedy   opowiadałam   z   zapałem   o   zajęciach   poświęconych   ustrojowi 

administracyjnemu Stanów Zjednoczonych, przed barem zatrzymał się samochód, a ludzie, którzy 
się z niego wysypali, zaczęli głośno wołać Marka po imieniu.

Tylko że, jak mi się wydawało, wcale nie wyrażali radości na jego widok. Byli okropnie 

zdenerwowani.

- Och, Boże! - To była Tisha Murray z mojej klasy. Nadal miała na sobie strój z uroczystości 

żałobnej - należała do szkolnej drużyny cheerleaderek - ale pompony musiała widocznie zostawić 

w samochodzie. - Och, Boże, tak się cieszę, że cię znaleźliśmy - wyrzuciła z siebie. - Szukaliśmy 
wszędzie. Słuchaj, trzeba się śpieszyć. To pilne!

Mark zsunął się z ławy, zapominając o shake'u.
-   Co?   -   zapytał,   chwytając   Tishę   za   ramiona.   -   Co   się   stało?   Do   czego   jestem   wam 

potrzebny?

- Nie ty! - krzyknęła Tisha. Zabrzmiało to brutalnie, ale chyba nie chciała być niegrzeczna. 

Była roztrzęsiona i nie zwracała uwagi na towarzyskie niuanse. - Ona.

Wskazała palcem. Na mnie.

- Ty - zwróciła się do mnie. - Ty jesteś nam potrzebna.
- Ja? - O mało nie spadłam z ławy. Nigdy dotąd żadna dziewczyna ze szkolnej drużyny 

cheerleaderek   nie   wykazała   najmniejszego   zainteresowania   moją   osobą.   No,   z   wyjątkiem 
ostatnich dwóch dni, kiedy obrzydzały mi życie, obwiniając mnie o śmierć Amber. - Czego ode 

mnie chcecie?

- Bo to się stało jeszcze raz! - wrzasnęła Tisha. - Ale tym razem to Heather. Porwał ją. Ten, 

background image

kto zabił Amber, teraz porwał Heather! Musisz ją znaleźć. Słyszysz mnie?! Musisz ją znaleźć, 
zanim ją udusi!

To chyba nie jest stosowne zachowanie - dać po buzi cheerleaderce. Niestety, właśnie tak 

się zachowałam. Wpadła  przecież w histerię, jasne? Co miałam zrobić? Z perspektywy muszę 

stwierdzić, że to jednak nie było najmądrzejsze. Jako jedyny skutek wywołało łzy. Nie tylko łzy, ale 
także dziecinny szloch. Mark musiał wydobyć relację o tym, co się stało, od Jeffa Daya, który miał 

znacznie uboższe słownictwo niż Tisha.

- Byliśmy na tej tam uroczystości - powiedział, podczas gdy Tisha łkała w ramionach Vicky 

Huff,   jednej   z   Pomponek.   -   Wiesz,   w  kamieniołomach.   Dziewczyny   wrzuciły   kupę   wieńców   i 
kwiatów, i takich tam do wody. Wszystko jak cholera... eee... symboliczne i w ogóle.

Czy wspominałam już, że Jeff Day nie należy do wyróżniających się uczniów?
- A potem trzeba było się zbierać i wszyscy poszli do samochodów. .. wszyscy poza Heather. 

Ona... po prostu zmyła się.

- Co to znaczy „zmyła się”? - zapytał Mark. Jeff wzruszył masywnymi ramionami.

- No wiesz, Mark, po prostu... się zmyła.
- To nie do przyjęcia - stwierdził Mark.

Nie byłam pewna, do czego dokładnie odnosiła się jego uwaga... do zniknięcia Heather, czy 

też   do   tego,   że   Jeff   wzruszył   ramionami.   Kiedy   jednak   Jeff   wyjąkał:   „To   znaczy...   to   znaczy, 

szukaliśmy, ale nie mogliśmy jej znaleźć”, zrozumiałam, że Mark miał na myśli odpowiedź Jeffa. 
Fakt, że Jeff usiłował się poprawić, przypomniał mi, że Mark, jako rozgrywający, cieszył się u tych 

chłopaków pewnym autorytetem.

- Ludzie tak nie robią, Jeff - powiedziałam. - Ludzie tak po prostu nie znikają.

- Wiem - odparł Jeff z nieszczęśliwą miną. - Ale Heather zniknęła.
- Zupełnie jak na tym filmie - powiedziała Tisha, podnosząc twarz zalaną łzami. - W którym 

ludzie przepadają w lesie. To właśnie tak wyglądało. Heather była z nami, a po chwili już jej nie 
było. Wołaliśmy i wołaliśmy, i szukaliśmy wszędzie, ale to było tak, jakby... jakby się rozpłynęła. 

Jakby złapała ją ta wiedźma.

Patrzyłam na Tishę, unosząc brwi.

- Mocno wątpię, Tisha - powiedziałam - żeby Heather zniknęła wskutek czarów.
-   Nie   -   powiedziała   Tisha,   wycierając   oczy   palcami   cienkimi   jak   patyczki.   Jako 

najdrobniejsza dziewczyna w drużynie, kończyła zwykle na szczycie triumfalnej piramidy albo 
wylatywała w powietrze, lądując bezpiecznie w ramionach czekających na nią w dole. - Wiem, że 

background image

to nie była czarownica. Ale to był pewnie, no wiesz, wsiok.

- Wsiok? - powtórzyłam.

- Tak. Widziałam film o tych wsiokach, którzy mieszkali w górach i porwali żonę Michaela 

J. Foksa - wiesz, Tracy Pollan. Była olimpijską biatlonistką, a oni ją porwali i próbowali zmusić, 

żeby nosiła im wodę i w ogóle. W końcu uciekła.

Czasami nie bardzo wiem, na jakim świecie żyję. Naprawdę.

- Może,  jak  na  tym  filmie,  złapały   ją  jakieś  zwariowane  wsioki,   co mieszkają   w  lasach 

niedaleko kamieniołomów. Wiesz, widziałam ich tam. Mieszkają w barakach, bez światła i wody, 

no, mają wychodki. - Tisha ponownie się rozszlochała. - Na pewno upchnęli ją na dnie wychodka!

Musiałam oddać Tishy sprawiedliwość - wyobraźnię miała naprawdę bujną.

-   Sprawdźmy,   czy   dobrze   zrozumiałam   -   powiedziałam.   -   Uważasz,   że   jakiś   rąbnięty 

wieśniak, który mieszka w pobliżu kamieniołomów, porwał Heather i ukrył ją w toalecie?

Słyszałem, że takie rzeczy się zdarzają - odezwał się Jeff. Zamiast poprzeć członka swojej 

drużyny, Mark parsknął:

To najgłupsza rzecz, jaką słyszałem.
Jeff Day należy do facetów, którzy za taki tekst od razu walą autora pięścią w twarz. Ale 

najwyraźniej nie wtedy, kiedy autorem jest Mark Leskowski. Jak się wydaje, Jeff w Marku widział 
coś w rodzaju półboga.

- Przepraszam, stary - wymamrotał zawstydzony.
Mark nie zwrócił na niego uwagi.

- Czy któreś z was wezwało policję? - zapytał.
- Oczywiście, że tak - oznajmił tonem urażonej godności inny piłkarz, Roy Hicks.

-   Wszyscy   policjanci   z   biura   szeryfa   przyszli   do   kamieniołomów   -   wtrąciła   Tisha   -   i 

pomagają szukać. Przyprowadzili nawet psy. A my przyjechaliśmy, żeby znaleźć ją. - Tisha, zdaje 

się, nie była w stanie zapamiętać mojego imienia. Co w tym dziwnego? Jak dotąd pozostawałam 
tak dalece poza jej kręgiem towarzyskim, że byłam praktycznie niewidzialna...

Chyba że chodziło o wyrwanie jej przyjaciół z rąk psychopatycznych wsioków.
-   Musisz   ją   znaleźć   -   powiedziała   Tisha.   W   jej   wilgotnych   oczach   odbiły   się   ostatnie 

promienie słońca. - Błagam. Zanim... będzie za późno.

No i proszę, jak mam przekonać Federalne Biuro Śledcze, że utraciłam moje specjalne 

zdolności, skoro nawet szkolne koleżanki nie chcą mi wierzyć?

- Posłuchaj, Tisha - powiedziałam, świadoma, że nie tylko Tisha, ale również Mark, Jeff 

background image

Day, Todd Mintz, Roy Hicks i kwiat cheerleaderek patrzą na mnie z nadzieją. - Ja nie... To znaczy, 
ja nie potrafię...

- Proszę - szepnęła Tisha. - To moja najlepsza przyjaciółka. Jak ty byś się czuła, gdyby 

porwano twoją najlepszą przyjaciółkę?

Cholera.
Nawet nie chodziło o to, że żywiłam jakieś nieprzyjazne uczucia wobec Heather Montrose. 

Pewnie, że żywiłam, ale to nie miało znaczenia. Tylko, wiecie, ja naprawdę bardzo chciałam ukryć 
swoje szczególne zdolności.

A   z   drugiej   strony,   jeśli   Tisha   miała   rację,   w   okolicy   grasował   seryjny   zabójca.   Mógł 

trzymać   teraz   w   szponach   Heather,   tak   jak   parę   dni   wcześniej   trzymał   Amber.   Czy   mogłam 

siedzieć bezczynnie i dopuścić, żeby dziewczyna zginęła? Nawet jeżeli była to Heather Montrose, 
którą, zaraz po Karen Sue Hankey darzyłam najmniejszą sympatią. Nie, nie mogłam.

- Straciłam zdolność percepcji pozazmysłowej - powiedziałam głośno, by później nikt nie 

mógł twierdzić, że się przyznałam. - Ale spróbuję.

Tisha ze świstem wypuściła powietrze.
- Och, dziękuję! - zawołała. - Dziękuję!

Taak - powiedziałam. - Nieważne. Ale słuchaj, muszę mieć coś z jej rzeczy.
- Z czyich rzeczy? - Tisha przechyliła lekko głowę, wyglądała teraz jak ptak. Na przykład jak 

wróbel wpatrujący się w robaka.

Tak. To ja. Ja byłam tym robakiem.

- Coś, co należy do Heather - wyjaśniłam powoli, żeby na pewno zrozumiała. - Masz może 

jej sweter albo coś takiego?

-   Mam   jej   pompony!   -   Tisha   skoczyła   do   samochodu.   Todd   Mintz   patrzył   na   mnie 

okrągłymi oczami.

- Więc tak ich znajdujesz? - zapytał. - Dotykając czegoś, co do nich należy?
- Tak - powiedziałam. - Aha. Mniej więcej.

Tyle   że   to   nieprawda.   Rzeczywiście   od   tamtego   wiosennego   dnia,   kiedy   uderzył   mnie 

piorun, odnalazłam wielu ludzi, zgadza się. Ale tylko raz miałam wizję na jawie. Poważnie. W 

pozostałych przypadkach musiałam najpierw zasnąć, aby, jak to ujął Douglas, oko mojej duszy 
ujrzało miejsce pobytu zaginionej osoby. W ten właśnie sposób ujawniają się moje zdolności. We 

śnie.

W związku z tym kariera wróżki nie wchodzi w grę. Nigdy nie zasiądę w namiocie przed 

background image

kryształową kulą, w turbanie na głowie. Nie potrafię przepowiadać przyszłości, tak samo jak nie 
potrafię latać. Jedyne, co potrafię - odkąd trzasnął mnie piorun - to odnajdywać zaginionych 

ludzi, i to tylko we śnie.

Z wyjątkiem tego jednego razu. Jeden raz, gdy mój podopieczny na obozie dal drapaka, 

przytuliłam   jego   poduszkę   i   przeżyłam   olśnienie.   Naprawdę.   Miałam   najprawdziwszą   wizję   - 
zobaczyłam   dokładny   obraz   miejsca,   gdzie   przebywał   ten   dzieciak,   zobaczyłam   dzieciaka, 

zobaczyłam nawet, co robił. Siedział w jaskini i opychał się ciastkami, jeśli chcecie wiedzieć.

Nie miałam zielonego pojęcia, czy gdy dostanę pompony Heather, też doznam olśnienia. 

Ale jeśli ten sam człowiek, który porwał Amber, uprowadził również Heather, to nie mogłam sobie 
pozwolić na czekanie do rana.

- Proszę! - Tisha podbiegła do mnie, wciskając mi do rąk dwie wielkie kule połyskujące 

srebrem i bielą. - Znajdź ją, szybko.

Popatrzyłam na pompony. Zdziwiłam się, że są takie ciężkie. Nic dziwnego, że dziewczyny z 

zespołu miały takie wyrobione mięśnie ramion. Myślałam, że to od tych akrobacji, ale to raczej od 

dźwigania pomponów.

- Eee, Tisha - powiedziałam, zdając sobie sprawę, że cała kawiarnia gapi się na mnie. - Nie 

mogę...   eee...   Chyba   muszę   wrócić   do   domu   i...   no   wiesz,   potrzebuję   spokoju.   Jak   coś   będę 
wiedziała, dam ci znać, dobrze?

Tisha nie wydawała się specjalnie zachwycona, ale co miałam powiedzieć? Nie zamierzałam 

tam stać, w tym tłumie, i wąchać pomponów Heather (w ten sposób znalazłam Shane'a. To znaczy 

wdychając zapach jego poduszki, nie pomponów).

Mark, na szczęście, jakby rozumiał i ujmując mnie za łokieć, powiedział:

- Powinienem zabrać cię do domu.
Tak więc, pod czujnym okiem licznych przedstawicieli elity towarzyskiej Liceum Erniego 

Pyle'a, Mark Leskowski odprowadził mnie do bmw, troskliwie usadowił na miejscu, następnie 
usiadł za kierownicą i powoli ruszył w stronę mojego domu.

Jechał wolno nie dlatego, że nie chciał, aby nasz wspólny wieczór dobiegł końca, tylko 

dlatego, że cały czas gadał. Chyba trudno mu było w takich warunkach przyspieszać.

- Rozumiesz, co to znaczy, prawda? - zapytał. - Jeśli Heather rzeczywiście została porwana 

- jeśli ten sam człowiek, który zabił Amber, porwał także Heather - to chyba nie mogą mnie już 

podejrzewać, prawda? Bo byłem z tobą przez cały czas. Prawda? Zgadza się? Ci z FBI nie mogą 
twierdzić, że mam z tym coś wspólnego.

background image

- Zgadza się - przyznałam, patrząc na pompony Heather. Uda się? Zdołam ją odnaleźć? Nie 

robiłam   sobie   wielkich   nadziei,   ale   zamknęłam   oczy,   zanurzyłam   palce   w   pierzaste   pasma   i 

spróbowałam się skupić.

- A zanim spotkałem się z tobą - mówił dalej Mark - byłem z nimi. Przyjechałem do ciebie 

prosto ze spotkania z nimi. To znaczy z tymi z FBI. Więc nie miałbym okazji porwać Heather. Była 
daleko, w kamieniołomach, ze wszystkimi. I ta kelnerka. Widziała mnie z tobą.

- Zgadza się. - Przy tej paplaninie trudno mi się było skoncentrować.
- Och, no dobra. Poczekam, aż wrócę do domu i tam spróbuję, w ciszy i spokoju.

Ale   wyszło   inaczej.   Bo   na   ganku   przed   domem   siedzieli   moi   rodzice,   uśmiechając   się 

ponuro. Czekali na mnie.

Znowu wpadłam!
- To twoi rodzice? - zapytał Mark, wjeżdżając na podjazd.

- Tak - potwierdziłam, przełykając ślinę. Byłam nieżywa ze strachu.
- Wydają się mili.

Mark pomachał im ręką, kiedy wysiadł. Potem okrążył samochód, żeby otworzyć drzwiczki 

przede mną. Jedno trzeba Markowi przyznać: był dżentelmenem w każdym calu.

- Dzień dobry, państwo Mastriani! - zawołał. - Mam nadzieję, że nie mają mi państwo za 

złe, że zabrałem państwa córkę na małą przekąskę. Starałem się odstawić ją jak najszybciej do 

domu, bo przecież jest szkoła.

No, no. Czy Mark nie zdawał sobie sprawy, że trochę przesadza? Moi rodzice, bądź co bądź, 

nie są głupcami.

Mama i tata po prostu tam siedzieli - mama na huśtawce, tata na schodkach - i patrzyli, jak 

wynurzam się z bmw. Nigdy nie widziałam, żeby byli tacy zmartwieni. To był koniec. Już nie 
żyłam.

- No cóż, było mi bardzo miło państwa poznać, państwo Mastriani - powiedział Mark. 

Roztaczając urok, który pozwala mu tak skutecznie przewodzić drużynie na boisku, dodał: - Chcę 

państwu powiedzieć, że wiele razy jadałem z ogromną przyjemnością w państwa restauracjach. Są 
wspaniałe. Mój tata, zaskoczony, wyjąkał:

- Eee, dziękuję, chłopcze. Do mnie Mark powiedział:
- Dziękuję, Jessico, za to, że byłaś takim dobrym słuchaczem. Tego mi było trzeba.

Nie pocałował mnie ani nic. Uścisnął moją rękę, tę, w której nie trzymałam pomponów, 

mrugnął okiem, wsiadł do samochodu i odjechał.

background image

Stałam   twarzą   w   twarz   z   plutonem   egzekucyjnym.   Rany,   to   śmieszne.   Mam   przecież 

szesnaście lat. Jestem prawie dorosła. Jeśli mam ochotę palnąć jakąś dziewczynę w twarz, potem 

udać się na przyjemną kolację z rozgrywającym drużyny piłkarskiej, to jest to moje święte prawo...

- Mamo, tato, posłuchajcie. Mogę to wyjaśnić... - Jessico - powiedziała mama, podnosząc 

się z huśtawki.

- Gdzie jest twój brat?

Zamrugałam oczami. Słońce już zaszło i ledwo mogłam dojrzeć w mroku ich twarze. Ale z 

uszami nie miałam żadnych problemów. Mama pytała mnie o brata. Nie o to, gdzie ja byłam.

Czy to możliwe, żeby nie mieli mi za złe tego wyjścia?
- To znaczy, Douglas? - zapytałam głupio, ponieważ nadal nie mogłam uwierzyć, że mi się 

upiekło.

- Nie - odparł ojciec ironicznie. Chyba nie był aż tak bardzo zmartwiony, skoro nie stracił 

poczucia   humoru.   -   Twój   brat,   Michael.   Jess,   pewnie,   że   chodzi   nam   o   Douglasa.   Kiedy   go 
widziałaś ostatnio?

- Nie wiem. Chyba rano.
- O Boże! - Mama zaczęła chodzić nerwowo tam i z powrotem. - Wiedziałam. Uciekł. Joe, 

dzwonię na policję.

- Toni, on ma dwadzieścia lat - powiedział ojciec. - Jeśli chce, może sobie wyjść. Prawo tego 

nie zabrania.

-   Ale   lekarstwo!   -   krzyknęła   mama.   -   Skąd   mamy   wiedzieć,   czy   wziął   lekarstwo   przed 

wyjściem? Tata wzruszył ramionami.

- Lekarz mówił, że bierze je regularnie.

- Ale czy  na  pewno wziął  dzisiaj?  Dzwonię na...  Wszyscy  usłyszeliśmy  to  jednocześnie. 

Gwizd. Ktoś, pogwizdując, zbliżał się Lumley Lane.

Nie miałam wątpliwości, kto to taki. Douglas zawsze gwizdał najlepiej z całej rodziny. To 

właśnie   on   przekazał   mi   tę   umiejętność.   Jak   dotąd,   byłam   w   stanie   zagwizdać   jedynie   parę 

popularnych piosenek, za to Douglas wygwizdywał całe utwory symfoniczne, a przy tym nie robił 
wyraźnych przerw na zaczerpnięcie oddechu.

Kiedy wszedł w krąg światła lampy na ganku, którą mama właśnie włączyła, zatrzymał się 

zdezorientowany. W ręce trzymał torbę ze sklepu z komiksami.

- Hej - odezwał się. - Co się dzieje? Rodzinne zebranie? I zaczęliście beze mnie?
Mama   stała   na   ganku,   mrucząc   coś   pod   nosem.   Tata   westchnął,   podnosząc   się   ze 

background image

schodków.

- Widzisz, Toni - zwrócił się do mamy. - Mówiłem, że wszystko w porządku. Chodźmy do 

środka. Chcę obejrzeć mecz.

Mama odwróciła się bez słowa. Spojrzałam na Douglasa, potrząsając głową.

- Normalnie - oświadczyłam - byłabym wkurzona, że tak po prostu gdzieś polazłeś, nie 

mówiąc, dokąd i kiedy wrócisz. Ale ponieważ ze zmartwienia o ciebie zapomnieli wściec się na 

mnie, tym razem ci wybaczam.

- Dzięki - powiedział Douglas. - To bardzo ładnie z twojej strony.

Razem weszliśmy po schodkach. Douglas zauważył, że niosę pompony.
- O rany, Jess! Chcesz zostać cheerleaderką?

- Nie - odparłam, wzdychając. - Raczej wróżką.
Nie udało się, oczywiście. Z tymi pomponami. Wielkie, żałosne nic... i trochę puchu w 

nosie, kiedy zaczęłam je wąchać.

Ciekawe, dlaczego udało mi się wtedy z poduszką Shane'a, a z pomponami Heather nie.

Może dlatego, że lubiłam Shane'a i czułam się za niego odpowiedzialna?
Ale Heather? Taak, specjalnie za nią nie przepadałam. Ani nie czułam się odpowiedzialna 

za jej zaginięcie.

Więc dlaczego nie mogłam zasnąć? Jeśli miałam czyste sumienie w związku z Heather, to 

dlaczego leżałam po ciemku, gapiąc się w sufit?

Rany, nie wiem. Może to z powodu tych wszystkich telefonów z pytaniami, dlaczego jej 

jeszcze nie znalazłam. Zdaje się, że cała reprezentacja sportowa - z wyjątkiem Amber i Heather, 
rzecz   jasna   -   dzwoniła   do   mnie   tego   wieczoru.   Moja   mama,   która   już   wcześniej   była   trochę 

wytrącona z równowagi - wiecie, ta sprawa z Karen Sue Hankey, a potem samodzielna wyprawa 
Douglasa w wielki świat - oznajmiła, że wyłączy telefon, jeśli jeszcze raz usłyszy dzwonek.

Nie byłoby źle, bo miałam już po dziurki w nosie informowania ludzi, że nic nie wiem. A 

prawdę   mówiąc,   nie   przyjmowali   tego   najlepiej.   Uważali,   zdaje   się,   że   po   prostu   nie   chcę 

skorzystać z moich niezwykłych zdolności, bo nie mam ochoty pomóc dziewczynie, której nie 
lubię.

- Niemożliwe - odparła Ruth, kiedy do niej zadzwoniłam, żeby się pożalić. - Tego ci nie 

powiedzieli.

- Owszem, powiedzieli. Tisha wyraziła się wprost. „Jess, jeśli masz do nas pretensje o to, co 

Heather   ci   powiedziała,   to   zwracam   ci   uwagę,   że   dwa   lata   z   rzędu   wchodziła   do   komisji 

background image

sędziowskiej na zjazdach absolwentów, więc wypadałoby, abyś potraktowała tę sprawę poważnie”.

Ruth na to:

- Tisha Murray nie ułożyła takiego długiego zdania.
- Dobra - powiedziałam. - Wiesz, o co mi chodzi.

- A więc, jak się domyślam, Mark jednak nie zabił Amber. - Usłyszałam znajomy zgrzyt. 

Ruth,   jak   zwykle,   piłowała   paznokcie   w   czasie   rozmowy.   -   Skoro   był   z   tobą,   kiedy   Heather 

zniknęła...

- Chyba tak - zgodziłam się.

- Co oznacza, no, wiesz. Jest akceptowalny.
- Jest nie tylko akceptowalny - powiedziałam. - To przystojniak. I myślę, że mu się nawet 

podobam. - Opowiedziałam Ruth o tym, jak Mark ścisnął mnie za rękę i mrugnął, zostawiając 
mnie następnie na pastwę  rodziców.  Nie wspomniałam o tym, że Markowi  chodziło zapewne 

wyłącznie o wywołanie dobrego wrażenia. To by się Ruth nie spodobało.

- Jejku - mruknęła. - Gdybyś zaczęła  chodzić z rozgrywającym drużyny, to wyobrażasz 

sobie, na jakie imprezy by cię zapraszano? Jess, mogłabyś nawet ubiegać się o tytuł królowej 
zjazdu absolwentów. Może nawet byś wygrała. Gdybyś zapuściła włosy.

- Nie za dużo naraz - powiedziałam. - Najpierw muszę dowieść, znajdując mordercę, że nie 

zabił swojej poprzedniej dziewczyny. I jeszcze jedno. Co z Robem?

- Co z Robem? - powtórzyła Ruth. - Jess, on cię totalnie zlekceważył, może nie? Wróciłaś 

całe trzy dni temu, a on nawet nie zadzwonił. Zapomnij o tym dziwadle. Zacznij chodzić z gwiazdą 

futbolu. Nigdy za nic nie siedział.

- Jak dotąd - mruknęłam.

- Jess, on tego nie zrobił. Porwanie Heather to ostateczny dowód.
Coś pstryknęło i odezwał się Skip:

- Halo? Halo? Kto jest na linii?
- Skip - syknęła Ruth z ledwie tłumioną wściekłością. - To ja rozmawiam przez telefon.

- Ach, tak? - nie ustępował Skip. - A z kim?
- Z kim, z kim! - wybuchnęła Ruth. - Rozmawiam z Jess, jasne? Rozłącz się. Za minutę 

kończę.

- Cześć, Jess - powiedział Skip zamiast się rozłączyć.

- Cześć, Skip - odparłam. - Dziękuję jeszcze raz za podwiezienie dziś rano.
- Jess! - ryknęła Ruth. - Nie zachęcaj go!

background image

- Chyba lepiej już skończę - powiedział Skip. - Na razie, Jess.
- Cześć, Skip. Pstryknęło i Skip umilkł.

- Musisz coś z tym zrobić - powiedziała Ruth.
- Jeju, Ruth, nie martw się. Nic się nie dzieje. - Właśnie, że się dzieje. On się w tobie kocha. 

Mówiłam ci, żebyś tyle z nim nie grała na wideo.

Miałam ochotę zapytać, co lepszego miałam do roboty, skoro jej nigdy nie było, ale się 

powstrzymałam.

- No to co teraz zrobisz? - zapytała Ruth.

- Nie wiem. Pewnie położę się spać. Rano powinnam coś wiedzieć. To znaczy, gdzie jest 

Heather.

- Powinnaś - powiedziała Ruth. - Wiesz, jak dotąd nigdy nie starałaś się odnaleźć kogoś, 

kogo nie lubisz. Może to działa tylko wtedy, kiedy nie czujesz antypatii.

- Boże - westchnęłam, zanim odłożyłam słuchawkę. - Oby nie! Mam nadzieję, że działa 

niezależnie od moich sympatii.

Niestety wyglądało na to, że nie. Kiedy się obudziłam, nie pamiętałam nawet, że mam 

znaleźć Heather. Pomyślałam tylko: „Co to było?”

Bo nie obudził mnie ani dźwięk budzika, ani świergot ptaków za oknem sypialni, tylko 

mechaniczny warkot.

Słowo   daję.   Otworzyłam   oczy,   ale   zamiast   porannego   słońca   zalewającego   pokój 

zobaczyłam szary mrok. Spojrzałam na zegarek i zrozumiałam, dlaczego. Była druga w nocy.

Dlaczego obudziłam się o drugiej? Nigdy nie budzę się w środku nocy bez powodu. Sypiam 

zdrowo. Mike żartował, że przez miasto mógłby się przewalić huragan, a ja bym się nawet nie 

przewróciła na drugi bok.

Potem znowu usłyszałam jakiś dźwięk, jakby grad walił w okno.

Ale to nie był grad, tylko drobne kamyki. Ktoś rzucał kamykami w moje okno.
Odrzuciłam   kołdrę,   zastanawiając   się,   kto   to   może   być.   Czyżby   przyjaciele   Heather 

koniecznie   chcieli   się   ze   mną   zobaczyć?   Ale   skąd   by   mieli   wiedzieć,   że   mój   pokój   ma   okna 
wychodzące na ulicę i że jest na poddaszu.

Chwiejnym krokiem podeszłam do jednego z okien i spojrzałam przez zasłonkę. Ktoś stał 

na dole. Księżyca prawie nie było, ale przy tej odrobinie światła, jakie dawał, zobaczyłam wysoką i 

zdecydowanie męską postać - szerokość ramion wykluczała dziewczynę.

Który ze znajomych chłopaków rzucałby kamykami w moje okno w środku nocy? Czy ktoś 

background image

w ogóle miał pojęcie, gdzie są okna mojego pokoju?

A potem zrozumiałam.

- Skip! - syknęłam w stronę postaci na podwórku. - Co ty, do diabła, wyprawiasz? Idź do 

domu!

Postać uniosła głowę i syknęła w moją stronę:
- Kto to jest Skip?

Odskoczyłam od okna. To nie był Skip. Absolutnie nie.
Rozdygotana stałam na środku pokoju, nie wiedząc, co robić. To mi się nigdy, jak dotąd, 

nie zdarzyło. Nie należałam do dziewczyn, którym chłopcy rzucają, co wieczór żwirem w okno. 
Może dla Claire Lippman to było coś powszedniego, ale nie dla mnie.

- Mastriani! - zawołał głośnym, scenicznym szeptem. Nie mógł, oczywiście, obudzić moich 

rodziców, bo ich pokój znajdował się daleko, po przeciwnej stronie domu. Mógł jednak obudzić 

Douglasa,   którego   okna   wychodziły   na   dom   Abramowitzów,   a   Douglas   miał   lekki   sen.   Nie 
chciałam, żeby się obudził i stwierdził, że jego siostrzyczka ma jakiegoś nocnego gościa. Kto wie, 

mogłoby się to skończyć kolejnym nawrotem choroby.

Podeszłam znów do okna i zawołałam cicho:

- Stój tam! Zaraz zejdę.
Dlatego nie zadzwonił ani nie zjawił się osobiście. Pewnie również, dlatego, że sama go 

prosiłam, żeby mnie nie odwiedzał - ze względu na rodziców i w ogóle.

Spojrzałam na niego uszczęśliwiona. Czułam, jak ogarnia mnie fala ciepłych uczuć. Dopóki 

nie zapytał:

- No więc kto to taki, ten chłopak? Jejku.

Temperatura moich uczuć spadła.
- Chłopak? - powtórzyłam, grając na zwłokę. Jakaś część mojej duszy śpiewała: „Rany, on 

jest zazdrosny! To działa, Ruth, to naprawdę działa”, podczas gdy inna zauważyła przytomnie: 
„Hej, najpierw nalega, żebyście ze sobą nie chodzili, a teraz robi problemy, bo spotykasz się z kimś 

innym? Powiedz mu, żeby się odczepił”, trzeciej zaś było przykro, że go zraniła, jeśli rzeczywiście 
poczuł się zraniony, czego nie dało się jednoznacznie stwierdzić, bo zarówno ton jego głosu, jak i 

wyraz twarzy wydawały się obojętne.

Jednoznacznie obojętne.

- Taak - powiedział Rob. - Ten, z którym widziała cię moja mama.
- A, ten chłopak - powiedziałam. - To tylko, eee, Mark.

background image

- Mark? - Rob wyjął rękę z kieszeni i przejechał palcami po wilgotnych włosach. - I co? 

Podoba ci się? Ten Mark?

Och, Boże. Nie do wiary, że odbywałam tego rodzaju rozmowę. W końcu to nie ja byłam 

notowana, prawda? To nie ja uważałam, że nie powinniśmy się spotykać. To właśnie Rob nie 

chciał popełniać wykroczenia, umawiając się z małoletnią, chociaż jest ode mnie starszy tylko o 
dwa lata, a ja jestem wyjątkowo dojrzała jak na swój wiek. A teraz denerwował się, bo spotkałam 

się   z  kimś   innym   -  kto,   nawiasem   mówiąc,   był   dokładnie   w  jego   wieku,   ale   nie  figurował   w 
kartotece policyjnej?

Jak dotąd, w każdym razie.
Żałowałam, że Ruth nie może być świadkiem tej sceny. Klasyka.

Z drugiej strony, rzecz jasna, czułam okropne wyrzuty sumienia. Gdybym miała wybierać 

między pójściem na pizzę w towarzystwie Marka Leskowskiego a udaniem się na śmietnisko w 

celu   wygrzebywania   zużytych   części   samochodowych   w   towarzystwie   Roba,   wybrałabym 
śmietnisko. Bez wahania.

Dlatego w chwilę później zdałam sobie sprawę, że dłużej nie wytrzymam. Tak, złamałam 

zasady.  Zniszczyłam wyniki  ciężkiej  pracy,  wysiłek  włożony w nie dzwonienie do niego, nie - 

uganianie się za nim, w przekonanie go, że podoba mi się ktoś inny. Powiedziałam:

- To nie tak, jak myślisz. To jego dziewczynę znaleziono martwą w niedzielę. Poszłam z 

nim, żeby, no wiesz, po prostu porozmawiać. Federalni dobierają mu się do skóry, więc nieźle się 
rozumiemy.

Obie dłonie Roba wystrzeliły z kieszeni i wylądowały na moich ramionach. W następnej 

sekundzie zaczął mną potrząsać, i to mocno.

- Mark Leskowski? - zapytał. - Wyszłaś z Markiem Leskowskim? Czyś ty zgłupiała? Chcesz, 

żeby i ciebie znaleźli martwą?

- Nie - powiedziałam w przerwie między wstrząsami. - On tego nie zrobił.
- Bzdura! - Rob przestał mną trząść. - Wszyscy wiedzą, że to on. Wszyscy poza tobą, jak 

widzę.

-   Cicho!   Obudzisz   rodziców   -   syknęłam.   -   Tylko   tego   mi   brakowało,   żeby   moi   rodzice 

zobaczyli mnie w środku nocy z...

- Ja - przerwał mi Rob - przynajmniej nie jestem mordercą.

- Mark też nie - powiedziałam.
- Ty tak twierdzisz.

background image

- Nie, wszyscy tak twierdzą. Rob, wiem, że on nie zabił Amber, bo kiedy byliśmy razem, 

zniknęła kolejna dziewczyna, Heather...

Przerwałam, gwałtownie łapiąc powietrze. Jakby mnie ktoś uszczypnął. Uszczypnął? Raczej 

uderzył.

- Co się dzieje? - zaniepokoił się Rob, chwytając mnie za rękę. Zapomniał o złości. - Co ci 

jest, Jess? Źle się czujesz?

- Ja czuję się dobrze - powiedziałam, kiedy już mogłam oddychać normalnie. - Ale Heather 

Montrose nie.

Wiedziałam. Teraz wiedziałam na pewno. Bo kiedy wymówiłam jej imię, przypomniałam 

sobie sen, z którego obudził mnie Rob, rzucając kamykami.

Sen? Co ja mówię? Koszmar.
I nie był to senny koszmar. To był koszmar na jawie. To wszystko działo się naprawdę.

Chodź - powiedziałam do Roba, zbiegając po schodkach na podwórko. - Musimy do niej 

dotrzeć, zanim będzie za późno.

- Do kogo? - Rob biegł za mną, zupełnie zbity z tropu.
-   Heather   -   wyjaśniłam,   zatrzymując   się   przy   dereniu   u   końca   podjazdu.   -   Heather 

Montrose. To ta dziewczyna, która zniknęła dzisiaj po południu. Chyba wiem, gdzie jest. Musimy 
ją znaleźć, zanim...

- Zanim co? Przełknęłam ślinę.
- Zanim on wróci.

- Zanim kto wróci? Jess, co zobaczyłaś? Zadrżałam, chociaż na dworze było całkiem ciepło. 

Trzęsłam się na wspomnienie snu o Heather.

Rob zadał dobre pytanie. Co ja właściwie zobaczyłam? Niewiele. Głównie ciemność.
Przeraziło mnie raczej to, co czułam. A to, co czułam, na pewno czuła teraz Heather.

Zimno. Bardzo, bardzo zimno.
Wilgoć. Ciasnota. Ból. Okropny ból.

I   strach,   że   on   wróci.   Strach,   to   właściwie   mało   powiedziane.   Śmiertelne   przerażenie. 

Ścinająca krew w żyłach groza, jakiej nigdy nie doznałam. To znaczy, jakiej Heather nigdy nie 

doznała.

Nie. Jakiej nie doznałyśmy nigdy przedtem.

-   Musimy   jechać   -   jęknęłam,   wbijając   palce   w   jego   ramię.   Dobrze,   że   mam   krótkie 

paznokcie, inaczej Rob też poczułby ból. - Szybko!

background image

- W porządku. - Rob delikatnie rozgiął mi palce i wziął moją rękę w swoją ciepłą dłoń. - 

Dobrze, już. Chcesz ją odnaleźć? Dobrze, znajdziemy ją. Chodź, mój motor jest tam dalej.

Kiedy podeszliśmy do motocykla, Rob otworzył bagażnik z tyłu i wręczył mi zapasowy kask 

oraz   strasznie   sfatygowaną   skórzaną   marynarkę.   Zawsze   to   ze   sobą   woził,   razem   z   takimi 

dziwnymi   rzeczami,   jak   latarka,   narzędzia,   butelki   z   wodą,   a   także,   z   tajemniczych   dla   mnie 
powodów, pudełko truskawkowych batoników NutriGrain. Może po prostu je lubił.

- Dobrze - odezwał się, kiedy zajęłam miejsce za jego plecami. - Gotowa?
Skinęłam   głową.   Bałam   się,   że   jeśli   otworzę   usta,   zacznę   krzyczeć.   Bo   Heather   chciała 

krzyczeć. Ale nie mogła. Była zakneblowana.

- Hej, Mastriani? - powiedział Rob.

Odetchnęłam głęboko. W porządku. Wszystko w porządku. To się działo z Heather, nie ze 

mną.

- Taak? - odparłam drżącym głosem. Objęłam Roba w pasie. Czułam, jak bije jego serce. 

Starałam   się   skoncentrować   raczej   na   tym,   a   nie   na   odgłosie   spadających   kropli,   jedynym 

dźwięku, jaki słyszała Heather.

- Dokąd jedziemy?

- Och - powiedziałam. - Ka - kamieniołom Pike'a.
Rob kiwnął głową. W sekundę później Indiana zaryczał i ruszyliśmy.

W innych okolicznościach, oczywiście,  przejażdżka  motocyklem przy świetle  księżyca  w 

towarzystwie Roba Wilkinsa odpowiadałaby moim wyobrażeniom raju na ziemi. Nie owijając w 

bawełnę: zawsze tak było. Od tamtego dnia, kiedy po odsiadce zaproponował mi podwiezienie, nie 
wiedząc, naturalnie, że jestem dopiero w drugiej klasie i nigdy dotąd nie umówiłam się na randkę. 

Kiedy odkrył prawdę, było już za późno. Wpadłam po uszy.

Łudzę się, że on czuje to samo. Wiecie, jego reakcja na wiadomość, że wyszłam z innym 

chłopakiem, może wskazywać, że darzy mnie czymś więcej niż uczuciem przyjaźni.

Nie cieszyło mnie to ani trochę. Domyślacie się dlaczego? Bo widziałam, co nas czeka na 

końcu. To jest, na końcu drogi.

Nie   spotkaliśmy   ani   jednego   samochodu.   Dopiero   przy   skręcie   do   kamieniołomów 

zobaczyliśmy wóz patrolowy z włączonym wewnątrz światłem. Policjant studiował jakieś papiery. 
Rob   odruchowo   zwolnił   -   nie   miał   ochoty   na   mandat   za   przekroczenie   prędkości   -   ale   nie 

zatrzymał   się.   Jego   nieufność   wobec   przedstawicieli   prawa   niemal   dorównuje   mojej,   tyle   że 
poznał ich od podszewki, więc ma lepsze powody.

background image

Kiedy odjechaliśmy kawałek dalej, Rob zatrzymał się i nie wyłączając silnika, zapytał:
- Chcesz go poprosić o pomoc?

- Jeszcze nie - powiedziałam. - Chciałabym raczej... chcę się najpierw upewnić.
Mimo że byłam pewna. Na nieszczęście, nie miałam żadnych wątpliwości.

- W porządku - powiedział Rob. - A teraz dokąd? Wskazałam gęsty las z boku drogi. Gęsty, 

ciemny, z pozoru niedostępny las.

- Świetnie - powiedział Rob bez entuzjazmu i ruszył dalej.
Jechaliśmy powoli. Miękkie podłoże z gnijących liści i sosnowych igieł oraz gęsto rosnące 

drzewa utrudniały jazdę. Podciągnęłam rękaw Robowej kurtki i wskazywałam ręką, kiedy trzeba 
było zmienić kierunek.

Nie pytajcie mnie, skąd wiedziałam, którędy jechać. Nigdy nie potrafiłam znaleźć drogi na 

mapie i dwa razy oblałam egzamin na prawo jazdy. I Bóg świadkiem, nigdy przedtem nie byłam w 

tym lesie. W przeciwieństwie do Claire Lippman, nie wolno mi było pływać w kamieniołomach i 
nigdy   tam   nie   zawędrowałam.   Pływania   w   kamieniołomach   zabraniano   nie   bez   powodu.   W 

ciemnej,   nieprzejrzystej   wodzie   czaiły   się   liczne   niebezpieczeństwa:   porzucony   sprzęt 
gospodarczy, sterczące pręty, ostre krawędzie blach oraz akumulatory samochodowe, z których z 

wolna przenikał kwas i zatruwał wody gruntowe hrabstwa.

Istny raj, co?

Ale mimo że nigdy tu nie byłam, czułam się tak... jakbym była. Oko mojej duszy, jak by 

powiedział Douglas, widziało już wszystkie te miejsca. Dokładnie wiedziałam, jak jechać.

A jednak zdziwiłam się, kiedy wyjechaliśmy na drogę. To nawet nie była, ściśle mówiąc, 

droga, raczej pasmo ubitej ziemi, po której przed dziesiątkami lat, dzień w dzień, przejeżdżał 

ciężki sprzęt do wybierania wapienia. Teraz zostały jedynie porośnięte trawą koleiny. Prowadziły 
do brudnego, opuszczonego domu, o ciemnych i powybijanych oknach, z tablicą ostrzegawczą na 

drzwiach.

Dałam   Robowi   znak,   żeby   się   zatrzymał.   Siedzieliśmy,   gapiąc   się   na   dom   w   świetle 

reflektora.

- Żarty sobie robisz? - spytał Rob.

- Nie - powiedziałam. Zdjęłam kask. - Ona tam jest. Gdzieś w środku.
Rob ściągnął swój kask i przez chwilę przyglądał się domowi w milczeniu. Nie dobiegał z 

niego żaden dźwięk - z lasu zresztą też nie - poza ćwierkaniem cykad i pohukiwaniem sów od 
czasu do czasu.

background image

- Ona jest martwa? - zapytał Rob. - Czy żyje?
- Żyje - powiedziałam. Przełknęłam ślinę. - Tak myślę. - Jest tam jeszcze ktoś?

- Nie... nie wiem.
Rob milczał chwilę. Potem zsiadł z motocykla. Podszedł do schowka z tyłu i zaczął w nim 

grzebać. W świetle reflektora i bladej poświacie chudego księżyca zobaczyłam, jak wyciąga latarkę 
i coś jeszcze.

Klucz francuski.
- Nie zaszkodzi - stwierdził.  - Na wszelki  wypadek. Skinęłam głową,  choć wątpię,  żeby 

dostrzegł ten gest.

- Dobrze - powiedział, zatrzaskując wieko i odwracając się twarzą do mnie. - Zrobimy tak. 

Pójdę się rozejrzeć. Jeśli nie wrócę w ciągu pięciu minut - weź mój zegarek - wsiądziesz na motor i 
pojedziesz po tego glinę, którego widzieliśmy. Rozumiesz?

Wzięłam zegarek, ale potrząsnęłam przecząco głową.
- Nie. Idę z tobą.

Twarz Roba wyrażała, jeśli dobrze widziałam, skrajne niezadowolenie.
- Mastriani - powiedział. - Poczekaj tutaj. Nic mi się nie stanie.

- Nie chcę czekać. - Nie mogłam pozwolić, żeby zrobił to za mnie. Miałam wizję. To ja 

powinnam wejść to tego okropnego domu i sprawdzić, na ile ta wizja odpowiada prawdzie. - Chcę 

iść z tobą.

- Jess, proszę, zostań.

- Idę z tobą. - Ku mojemu zaskoczeniu głos mi się załamał. Naprawdę. Tak jak głos Tishy, 

kiedy wpadła w histerię przed Chocolate Moose.

Rob na szczęście nie zwrócił uwagi, a przynajmniej nie dał po sobie poznać.
- Jess, zostaniesz przy motocyklu. Koniec, kropka.

- A jeśli oni wrócą - jeśli nie ma ich w środku - i zastaną mnie tutaj samą? - spytałam 

drżącym głosem.

Tak naprawdę wcale się tego nie bałam. Zresztą byłam pewna, że w razie czego zdołam 

zwiać na indianie, który w parę sekund przyspieszał od zera do sześćdziesiątki.

Moje   pytanie   jednak   wywarło   pożądany   efekt.   Rob   westchnął,   zawiesił   sobie   klucz   na 

szlufce dżinsów i wyciągnął do mnie rękę.

- Chodź - powiedział niespecjalnie uszczęśliwiony.
Schodki wiodące  na maleńki ganek prawie  całkiem  spróchniały.  Musieliśmy iść bardzo 

background image

ostrożnie. Ciekawa byłam, kto tu kiedyś mieszkał. Może domek służył jedynie jako biuro, kiedy 
wydobywano wapień w kamieniołomie. Z pewnością nikt tam nie mieszkał od lat...

Jednak ktoś tu musiał być niedawno, bo drzwi, które zabito kiedyś gwoździami, otworzyły 

się   bez   trudu.   Snop   światła   z   przedniego   reflektora   indiany   wydobywał   błyszczące   punkciki 

gwoździ w miejscach, gdzie je odłamano.

Rob, kierując światło latarki w stęchłą ciemność za drzwiami, mruknął:

- Nie podoba mi się to.
Jasne. Sama też nie czułam się zbyt pewnie. Nie słyszałam nic poza cykadami na dworze i 

łomotaniem   własnego   serca.   I  jeszcze   jednym  dźwiękiem,   dużo  słabszym,  ale   niestety   dobrze 
znajomym. Odgłosem kapania. Jakby ktoś nie zakręcił porządnie kranu. Plusk wody z mojego 

snu.

A raczej koszmaru. Koszmaru, który dla Heather był rzeczywistością.

Rob ścisnął mnie mocniej za rękę i weszliśmy do środka.
Nie   byliśmy   jedynymi   istotami,   które   odwiedzały   to   miejsce.   Po   pierwsze,   stałymi 

bywalcami domku musiały być zwierzęta, o czym świadczyły porozrzucane na gnijącej drewnianej 
podłodze odchody i legowiska ze zwiędłych liści i patyków.

Ale to nie szopy i oposy mieszkały tu ostatnio. Wszędzie walały się butelki po piwie i zmięte 

torebki   po  chipsach.   Musiały   się   tu   odbywać   jakieś  szalone   imprezy.   W   powietrzu   unosił   się 

ledwie wyczuwalny, mdły zapach ludzkich wymiocin.

- No ładnie - powiedział Rob, kiedy posuwaliśmy się ostrożnie w stronę jedynych drzwi w 

pomieszczeniu,   jakimś   cudem   wiszących   jeszcze   na   zawiasach.   Przystanął   na   moment,   puścił 
moją rękę i podniósł butelkę z podłogi.

- Importowane - powiedział, przyglądając się etykietce. - Miastowi - stwierdził, biorąc mnie 

za rękę. - Na to wygląda.

Następne pomieszczenie, kiedyś zapewne kuchnia, było całkowicie ogołocone, z wyjątkiem 

paru   zrujnowanych   szafek   oraz   zdezelowanej   kuchni   gazowej.   Mniej   tu   było   zwierzęcych 

odchodów, za to więcej butelek i, co ciekawe, jakieś spodnie. Za duże - i za mało markowe - żeby 
należeć do Heather. Poszliśmy dalej.

Z   kuchni   przechodziło   się   do   trzeciego   i   jak   mi   się   wydawało,   ostatniego   pokoju.   W 

kominku spoczywała drewniana beczułka.

- Komuś wyraźnie nie zależało na odzyskaniu depozytu - powiedział Rob.
Wtedy właśnie zauważyłam schody i z całej siły ścisnęłam Roba za rękę.

background image

Poszedł za moim spojrzeniem i westchnął.
- Oczywiście. Chodźmy.

Schody   były   tylko   w   odrobinę   lepszym   stanie   niż   schodki   prowadzące   na   ganek. 

Wspinaliśmy się powoli, ostrożnie stawiając stopy. Jeden fałszywy krok i polecielibyśmy na dół. 

Kapanie stało się wyraźniejsze. Błagam, modliłam się, błagam, niech to nie będzie krew.

Na piętrze znajdowały się trzy pokoje. Pierwszy, po lewej tronie, pełnił niegdyś funkcję 

sypialni.   Na   podłodze   nadal   leżał   materac,   nieludzko   brudny   i   pokryty   plamami.   Za   nic   nie 
dotknęłabym go bez rękawiczek. Wszędzie poniewierały się opakowania po prezerwatywach.

- Dobra - mruknął Rob - przynajmniej uprawiają bezpieczny seks.
Drugi pokój wyglądał jeszcze gorzej. Nie było w nim materaca, tylko parę starych koców... 

ale tyle samo opakowań po kondomach.

Bałam się, że zwymiotuję. Miałam nadzieję, że pizza, którą jadłam z Markiem, zdążyła ulec 

strawieniu.

Pozostały jedne jedyne drzwi i absolutnie nie chciałam, żeby otworzył je Rob. Wiedziałam, 

co za nimi znajdziemy. Kapanie dochodziło właśnie stamtąd.

- To musi być łazienka - powiedział Rob, puszczając moją dłoń, żeby chwycić za klamkę.

- Nie! - Wysunęłam się do przodu. - Nie. Pozwól mi to zrobić.
W ciemności nie widziałam twarzy Roba, ale słyszałam troskę w jego głosie:

- Jasne... skoro chcesz. Dotknęłam klamki. Była zimna.
Potem otworzyłam drzwi. Wilgotne, zaplamione ściany. Ciemna, pozbawiona okien cela. 

Brudny   stary   sedes   z   kapiącą   wodą.   I   postać   skulona   na   dnie   wanny.   Usta   wykrzywione   w 
koszmarnym grymasie, zniekształcone przez knebel przywiązany brudnym kawałkiem materiału, 

rozczochrane włosy, ręce i nogi boleśnie powykręcane i związane.

Rozpoznałam ją tylko po fioletowo - białym stroju. A także dzięki temu, że mi się śniła.

- Och, Heather - powiedziałam zupełnie nieswoim głosem. - Tak mi przykro.
Rob oświetlał zapłakaną twarz Heather... co mi specjalnie nie pomagało, bo usiłowałam 

akurat rozluźnić supeł z tyłu jej głowy, ten, który przytrzymywał knebel.

- Rob - odezwałam się. Siedziałam w wannie obok Heather. - Poświeć tutaj, dobrze?

Zrobił, o co prosiłam, ale miałam wrażenie, że wpadł w trans czy coś podobnego. Trudno 

się dziwić. Ja miałam dość dokładne pojęcie, w jakim stanie będzie Heather, kiedy ją znajdziemy. 

On niczego się nie spodziewał. Nie był przygotowany.

A była  w strasznym stanie.  Naprawdę  w strasznym. Gorszym nawet niż w mojej wizji, 

background image

ponieważ  to, co widziałam,  widziałam  oczami  Heather.  Nie mogłam jej zobaczyć,  bo we śnie 
byłam nią.

Stąd wiedziałam, że czuje ból. Teraz dopiero przekonałam się naocznie dlaczego.
- Heather - powiedziałam, kiedy udało mi się wyjąć jej knebel z ust. - Dobrze się czujesz?

Pytanie było oczywiście idiotyczne. Nie czuła się dobrze. A sądząc po tym, jak wyglądała, 

mogłabym się założyć, że już nigdy nie będzie się czuła dobrze.

Ale co miałam powiedzieć?
Heather milczała. Głowa jej się kiwała. Nie była nieprzytomna, ale na krawędzi zemdlenia.

Rob,   widząc,   jak   się   męczę   z   węzłami   na   jej   nadgarstkach,   po   -   grzebał   w   kieszeni   i 

wyciągnął scyzoryk. Ostrze w sekundę przecięło pas materiału, który przytrzymywał jej ręce z tyłu 

za plecami.

Dopiero kiedy uwolniona ręka zwisła bezwładnie, uświadomiłam sobie, że jest złamana. 

Heather najwidoczniej nie zdawała sobie z tego sprawy, Zwinęła się w pozycji płodu i mimo że 
Rob przykrył ją swoją dżinsową kurtką, drżała z zimna.

- Chyba jest w szoku - powiedział Rob. Tak. Słyszałam coś na ten temat. O tym, że szok 

może nawet bić. Podobno czasem ludzie umierają po wypadkach właśnie powodu szoku, nawet 

jeśli nie odnieśli poważnych obrażeń. A Heather, moim zdaniem, była bardzo poważnie ranna.

- Heather? - zajrzałam jej w twarz. Zero reakcji. - Heather, słyszysz mnie? Już wszystko w 

porządku. Wszystko będzie dobrze.

Rob też robił, co mógł.

- Heather, jesteś już bezpieczna. Możesz nam powiedzieć, o to zrobił? Kto ci to zrobił, 

Heather?

Wtedy w końcu otworzyła usta. Ale nie dowiedzieliśmy się, kto ją tak urządził. - Odejdźcie! 

- zawyła, usiłując mnie odepchnąć nie złamaną ręką. - Odejdźcie, zanim wrócą... i was znajdą... 

Wymieniliśmy   z   Robem   spojrzenia.   Z   przejęcia   zapomniałam,   że   z   taką   ewentualnością 
rzeczywiście należało się liczyć. Faktycznie mogli wrócić. Miałam nadzieję, że Rob trzyma gdzieś 

pod ręką ten klucz.

- W porządku, Heather - uspokoiłam ją. - Nawet, jeśli wrócą, nie dadzą nam trojgu rady.

- Tak, dadzą - upierała się Heather. - Tak, dadzą, tak, dadzą, tak, dadzą, tak...
Dobra, z każdą chwilą robiło się okropniej. A mnie się zdawało, że wystarczy ją znaleźć i 

będzie po wszystkim.

Niestety zadanie okazało się znacznie trudniejsze. Jak mieliśmy ją stamtąd wydostać? W 

background image

takim stanie nie mogłaby utrzymać się na motocyklu.

- Posłuchaj - zwróciłam się do Roba. - Musisz ściągnąć tego glinę. Tego przy zakręcie. 

Powiedz mu, żeby wezwał karetkę.

Rob spojrzał na mnie, jakbym straciła rozum.

- Zwariowałaś? - zapytał. - To ty pojedziesz po tego glinę.
Rob - starałam się mówić cichym, miłym głosem, żeby nie niepokoić Heather. - Zostanę z 

Heather. Ty pojedziesz po policjanta.

- Tak, żeby i tobie złamali rękę, kiedy wrócą? - głos Roba brzmiał niezbyt przyjemnie. A w 

każdym razie bardzo stanowczo. - Nic ż tego. Ja zostaję. Ty jedziesz.

- Rob, nie obraź się, ale myślę, że lepiej będzie, jeśli zostanie z kimś, kto...

Nie pozwolił mi dokończyć.
- A dla ciebie będzie lepiej, jeśli znajdziesz się daleko stąd. - Chwycił mnie za ramiona i 

wywlókł z wanny. - Idziemy.

Nie chciałam. No dobra, chciałam, ale sądziłam, że nie powinnam. Nie chciałam zostawić 

Heather. Nie wiedziałam, co ją dokładnie spotkało, ale cokolwiek to było, wprawiło ją w taki stan, 
że   chyba   zapomniała,   jak   się   nazywa.   Nie   mogłam   jej   teraz   zostawić   z   obcym   facetem,   tym 

bardziej że ten, kto ją tak urządził, też pewnie był obcym facetem.

Albo raczej było ich kilku, bo mówiła „oni”.

Z drugiej strony nie bardzo mi się uśmiechało zostać tutaj z Heather.
Na   szczęście   Rob   zadecydował   za   mnie.   Czasami   apodyktyczny   chłopak   bardzo   się 

przydaje.

- Jedź po naszych śladach - powiedział, ciągnąc mnie po schodach i wypychając na dwór. - 

Koleiny w sosnowych igłach. Widzisz? Jedź po nich do drogi, potem skręć w lewo. Rozumiesz? I 
nie zatrzymuj się. Nie zatrzymuj się pod żadnym pozorem. Kiedy znajdziesz policjanta, powiedz 

mu, żeby jechał starą drogą do kamieniołomów. Jasne? Drogą do kamieniołomów. To miejscowy, 
będzie wiedział.

Wsadził mi kask na głowę, więc nie było sensu odpowiadać. Wdrapałam się na indianę. 

Ledwo dosięgałam podpórek na nogi. Usiłowałam dać mu do zrozumienia, jak mi ten plan nie 

odpowiada, ale Rob mnie nie słuchał. Uruchomił silnik.

- Nie zatrzymuj się! - krzyknął, kiedy udało mu się zapalić. - Nie daj się zatrzymać nikomu, 

kto nie będzie w mundurze, jasne?

- Ale Rob! - Przekrzykiwałam hałas silnika, który nie był zresztą taki głośny, bo Rob bardzo 

background image

dba o motocykl. - Nigdy nie jechałam sama na motocyklu. Nie potrafię.

- Będzie dobrze - odparł.

- Właściwie to jeszcze nie mam prawa jazdy... - Nie przejmuj się. Po prostu jedź.
Przytrzymywał hamulec, a teraz go zwolnił i motocykl skoczył do przodu. Serce zabiło mi 

gwałtownie. Jestem dość niska i musiałam się praktycznie położyć na motocyklu, żeby dosięgnąć 
kierownicy... ale udało się. Wszystko będzie dobrze... przynajmniej do chwili, kiedy będę chciała 

zahamować. W żaden sposób nie dałabym rady postawić nóg na ziemi, trzymając jednocześnie 
motocykl, ważący ponad trzysta kilo, w pozycji pionowej.

Cóż,   do   jednej   wskazówki   Roba   musiałam   się   zastosować.   Naprawdę   nie   mogłam   się 

zatrzymać, i to nie dlatego, że jakieś zbiry czaiły się w ciemności, tylko dlatego, że gdybym to 

zrobiła, w życiu nie ruszyłabym dalej.

Więc jechałam, chybocząc się na boki, przez las, usiłując nie zgubić drogi. To nie było takie 

najgorsze   -   reflektor   dawał   dość   silne   światło.   Tylko   prowadzenie   przysparzało   dużo   więcej 
trudności, niż się spodziewałam. Ręce bolały mnie z wysiłku od wymijania wyłaniających się z 

ciemności drzew.

Zawsze o tym marzyłaś, powiedziałam sobie. Własny motocykl, powiew wiatru na twarzy, 

szybka jazda...

Tak, tylko, kiedy jedziesz przez las w środku nocy, w poszukiwaniu gliniarza, na motocyklu 

swojego chłopaka, który to motocykl stanowi wyzwanie, jakiemu ciężko sprostać, w ogóle nie da 
się szybko jechać.

Najbardziej bałam się nie, że jakiś bandzior wyskoczy nagle zza drzewa, położy łapy na 

kierownicy i wywali mnie na ziemię. Najbardziej bałam się, że silnik zgaśnie, bo jechałam za 

wolno.

Zwiększyłam   odrobinę   prędkość   i   stwierdziłam,   że   teraz   dużo   łatwiej   motocyklem 

manewrować. Starałam się nie zwracać tyle uwagi na drzewa, ale skupić się raczej na wolnych 
przestrzeniach między nimi. To brzmi dziwnie, ale poskutkowało. Trochę tak jakbym się odwołała 

do Mocy czy czegoś takiego. Niech Moc będzie z tobą, Jess, powiedziałam do siebie. A potem, 
głosem Obi - Wan Kenobiego dodałam jeszcze: „Zaufaj swoim odczuciom, Jess. Poznaj las. Poczuj 

las. Bądź lasem...”

Uch, nienawidzę lasu.

Zaraz   potem  wyskoczyłam   spomiędzy  drzew i  prześliznęłam  się  po  nasypie  koło szosy. 

Przeżyłam moment paniki, miałam wrażenie, że się przewrócę...

background image

Ale   wysunęłam   stopę   i   zatrzymałam   się   w   ostatniej   chwili.   Nie   wiem,   jakim   cudem 

zdołałam postawić motor i ruszyć dalej. Wszystko razem nie trwało dłużej niż sekundę, ale mnie 

się wydawało, że godzinę. Serce waliło mi głośniej niż silnik motocykla.

Teraz, kiedy znalazłam się na prostej drodze, mogłam sobie pozwolić na naprawdę szybką 

jazdę i tylko patrzyłam, jak strzałka szybkościomierza przesuwa się z dwudziestki na trzydziestkę, 
czterdziestkę, pięćdziesiątkę...

Nagle   zamajaczył   przede   mną   samochód   patrolowy;   gliniarz   siedział   w   środku,   sącząc 

kawę. Ledwie słyszalny dźwięk radia dolatywał przez uchylone okno po stronie kierowcy.

Właśnie od tej strony oparłam motor, żeby się nie przewrócił. - Proszę pana - zaczęłam. Nie 

musiałam się specjalnie wypłać, żeby zwrócić jego uwagę. Kiedy ktoś zatrzymuje motocykl i opiera 

go  o   twój   samochód,   nie  da   się   tego  nie   zauważyć.   -  Tak?   -   Chłopak   był   młody,   miał   jakieś 
dwadzieścia dwa, trzy lata i trądzik. - O co chodzi?

- Heather Montrose - powiedziałam. - Znaleźliśmy ją w domu w bok od tej szosy, przy 

starej   drodze   do   kamieniołomów,   tej,   której   się   już   nie   używa.   Trzeba   wezwać   karetkę,   jest 

poważnie ranna.

Chłopak patrzył na mnie przez dłuższą chwilę, jakby się zastanawiał, czy go nie nabieram. 

Miałam na głowie kask, więc chyba niewiele wyczytał z mojej twarzy. Musiał jednak uznać, nie 
kłamię,   bo   powiedział   przez   radio,   że   potrzebuje   wsparcia,   a   także   karetki   pogotowia   i 

sanitariuszy. Potem spojrzał na mnie i powiedział: - Jedziemy.

Okazało się, że gliniarze wiedzieli już o tym domu. Przeszukali go, jak powiedział Mullins - 

ten policjant - już dwa razy, zaraz potem, jak zameldowano zniknięcie Heather, i drugi raz po 
zapadnięciu nocy. Nic podejrzanego nie znaleźli... pomijając niezliczone puste butelki po piwie i 

zużyte prezerwatywy, i Funkcjonariusz Mullins poprowadził mnie w stronę rzadko uczęszczanej 
drogi gruntowej. Była  o niebo lepsza niż ta w lesie, nie trzeba  było wymijać drzew. Ciekawe, 

dlaczego mój psychiczny radar nie dał mi znać o tej drodze. Może dlatego, że była dłuższa. Jazda 
zajęła nam całe piętnaście minut. Przez las przedzierałam się tylko dziesięć minut. Sprawdziłam 

na zegarku Roba.

Mullins zatrzymał się koło domu, a potem, przez radio, opisał, gdzie się znajduje. Zgasił 

silnik,   nie   wyłączając   świateł,   i   wysiadł,   a   ja   oparłam   ostrożnie   motor   o   bok   samochodu, 
wyłączyłam silnik i zsunęłam się na ziemię.

- Jest tam - powiedziałam, wskazując ręką. - Na piętrze.
Policjant skinął głową, ale wyglądał na przestraszonego. Naprawdę przestraszonego.

background image

- Jacyś ludzie ją napadli - powiedziałam. - Boi się, że wrócą. Ona...
Rob   wyszedł   na   ganek.   Policjant   bał   się   chyba   bardziej,   niż   sądziłam,   bo   natychmiast 

wyciągnął rewolwer, przyklęknął na jedno kolano i celując w Roba, wrzasnął:

- Stój!

Rob podniósł ręce do góry i z lekko znudzoną miną zamarł w miejscu.
Czy mogę zauważyć, że Rob Wilkins jest jedyną ze znanych mi osób, która fakt, że policjant 

celuje do niej z broni palnej, uważa za nudny?

- Człowieku! - pisnęłam do Mullinsa przez ściśnięte gardło. - To mój chłopak! To... dobry 

chłopak!

Policjant opuścił broń.

- Och - powiedział zmieszany. - Bardzo przepraszam.
- W porządku. - Rob opuścił ręce. - Czy ma pan koc i zestaw pierwszej pomocy? Jej jest 

ciągle zimno.

Policjant kiwnął głową i pobiegł na tył samochodu. Ściągnęłam kask i podeszłam do Roba.

- Powiedziała coś? - zapytałam.
- Ani słowa - odparł Rob. - W kółko powtarza, że oni wrócą i wszyscy tego pożałujemy.

- Tak? - powiedziałam, przygładzając ręką wilgotne włosy, (w kasku jest strasznie gorąco). - 

Nie za wesoło.

Poprowadziłam policjanta na górę zrujnowanymi schodami i stwierdziłam, że jeśli chodzi o 

udzielanie pierwszej pomocy, był równie bezużyteczny jak ja czy Rob. Mogliśmy ją tylko ciepło 

okryć i w miarę wygodnie ułożyć, dopóki nie zjawią się zawodowcy.

Nie czekaliśmy długo. Miałam wrażenie, że jak tylko wlazłam do wanny, przed domem 

rozległo się wycie syren. W chwilę później czerwone światło musnęło ściany wewnątrz, jak na 
imprezie. Mullins wyszedł na dwór, żeby wskazać pielęgniarzom drogę.

- Słyszysz, Heather? - zapytałam, kładąc dłoń na jej niezłamanej ręce. - To policja. Teraz już 

będzie dobrze.

Heather   tylko,   jęknęła.   Nie   wierzyła   mi.   Chyba   nie   wierzyła,   że   kiedyś   jeszcze   będzie 

dobrze.

Może miała rację. Tak pomyślałam, kiedy razem z Robem, wygonieni przez sanitariuszy, 

którzy potrzebowali jak najwięcej miejsca, żeby zająć się Heather, zeszliśmy na ganek. Nie, nie 

było dobrze. I na pewno nieprędko będzie.

W naszą stronę, z wyciągniętymi odznakami, zmierzali agenci specjalni Johnson i Smith.

background image

- Jessico - odezwał się agent specjalny Johnson. - Panie Wilkins. Czy zechcą państwo udać 

się z nami?

-   Mówiłam   wam   już   -   powtórzyłam   po   raz   trzydziesty.   -   Szukaliśmy   jakiegoś   fajnego 

miejsca do całowania. Agentka specjalna Smith uśmiechnęła się. Była bardzo ładna, nawet, jeśli 

zrywano   ją   z   łóżka   w   środku   nocy.   W   jej   uszach   tkwiły   maleńkie   perłowe   kolczyki,   świeżo 
wyprasowana   błękitna   bluzka   oraz   czarne   spodnie   wyglądały   naprawdę   elegancko.   Z   jasnymi 

włosami   i   małym,   zadartym   noskiem   wyglądała   raczej   na   stewardesę   albo   nawet   agentkę 
nieruchomości.

No, jeśli nie brać pod uwagę glocka 9 mm w kaburze u boku. - Jess, Rob powiedział nam 

już, że to nieprawda.

- Taak - zgodziłam się. - Naturalnie, że tak powiedział, przecież jest dżentelmenem i w 

ogóle. Ale proszę mi wierzyć, tak właśnie było. Weszliśmy tam, żeby się całować i znaleźliśmy 

Heather. To wszystko.

- Rozumiem. - Agentka specjalna Smith popatrzyła na parujący kubek kawy, który trzymała 

w dłoniach. Mnie też proponowali, ale odmówiłam. Od kofeiny się wolniej rośnie, a ja przez moje 
przeklęte geny, rosłam już i tak wystarczająco powoli.

- A czy zawsze wyjeżdżacie z Robem dwadzieścia kilometrów za miasto, żeby się całować?
- Och, tak - zapewniłam. - To bardziej podniecające.

- Rozumiem - powiedziała agentka specjalna Smith. - Mimo że Rob ma klucze od warsztatu 

wujka? Przecież tam jest zdecydowanie bliżej i o niebo czyściej niż w tym domu przy drodze do 

kamieniołomów... Nadal oczekujesz, że ci uwierzę?

- Tak. - Nie kryłam oburzenia. - Nie możemy się całować w warsztacie wujka. Jeszcze by 

nas nakrył i Rob straciłby pracę.

Agentka specjalna Smith wsparła łokieć na stole i oparła głowę na dłoni.

- Jessico - powiedziała zmęczonym głosem. - Nie chciałaś jechać do letniego domku swojej 

najlepszej przyjaciółki, ponieważ dowiedziałaś się, że tam nie ma kablówki. Mam uwierzyć, że 

weszłabyś   do   takiego   domu   jak   ten   przy   drodze   do   kamieniołomów,   gdyby   nie   absolutna 
konieczność?

Zaskoczona, zmrużyłam oczy.
- Ejże - powiedziałam. - Skąd wiesz o tej kablówce?

- Reprezentujemy Federalne Biuro Śledcze, Jess. Wiemy wszystko.
Okropność. Ciekawa byłam, czy wiedzą o tym, że pani Hankey ma zamiar mnie pozwać. 

background image

Uznałam, że pewnie wiedzą.

- No cóż - powiedziałam. - W porządku. Przyznaję, że tam są trochę spartańskie warunki. 

Ale...

- Spartańskie warunki? - Agentka specjalna Smith wyprostowała się raptownie. - Wybacz, 

Jessico, ale wydaje mi się, że znam cię dość dobrze. Obawiam się, że gdyby jakiś chłopak zabrał 
cię   do   tego   domu   w   celach   intymnych,   mielibyśmy   do   czynienia   z   morderstwem   pierwszego 

stopnia.   Z   chłopakiem   w   charakterze   trupa.   Usiłowałam   grać   urażoną   taką   oceną   mojej 
osobowości,   ale   fakt,   Jill   miała   rację.   Nie   pojmowałam,   jak   dziewczyna   może   pozwolić,   żeby 

chłopak   zabrał   ją   w  takie   miejsce.   To   już  lepiej   samochodzie   niż   w  tym  obrzydliwym   bajzlu. 
Bajzel? Gniazdo szczurów.

Wcale się nie upieram, że jeśli dziewczyna zamierza stracić dziewictwo, ma to zrobić w 

satynowej   pościeli.   Nie   jestem   aż   pruderyjna.   Ale   jakaś   pościel   powinna   być.   Czysta   pościel. 

Żadnych   pozostałości  na   podłodze   po  poprzednich   randkach,   i   puste   butelki   po  piwie   należy 
odstawiać do zakładu przetwarzania, zanim się nawet pomyśli o...

- Czy możemy już nie wracać do tej żałosnej historyjki? - zapytała agentka specjalna Smith. 

-  My  wiemy   swoje,  Jessico.  Dlaczego  nie  chcesz  się  przyznać?   Wiedziałaś,   że  Heather   jest  w 

środku i dlatego poszliście tam z Robem. - Przysięgam...

-   Przyznaj,   Jessico   -   ciągnęła   Jill.   -   Miałaś   wizję   i   wiedziałaś,   gdzie   Heather   szukać, 

prawda?

- Nieprawda - oświadczyłam. - Zapytajcie Roba. Poszliśmy tam, żeby... - Zapytaliśmy Roba 

- powiedziała agentka specjalna Smith.

-   Powiedział,   że   pojechaliście   do   kamieniołomów,   żeby   szukać   Heather   i   przypadkiem 

natknęliście się na ten dom.

- Dokładnie tak było - powiedziałam, dumna, że Rob wymyślił taką znakomitą historyjkę. 

Dużo lepszą niż moja o całowaniu się. Chociaż oczywiście wolałabym, żeby moja opowieść była 
prawdziwa.

- Jessico, mam szczerą nadzieję, ze względu na twoje dobro, że to nieprawda. Fakt, że oboje 

zupełnie przypadkiem natykacie się na ofiarę porwania, wydaje nam się... no cóż, co najmniej 

troszeczkę podejrzany.

Miałam   już   naprawdę   dość.   Od   dwóch   godzin   trzymali   nas   na   komisariacie   i 

przesłuchiwali.

Zbliżał się świt. Miałam serdecznie, naprawdę serdecznie dość tych pytań. Ale myślałam 

background image

jeszcze całkiem jasno i złapałam aluzję.

- Co masz na myśli, mówiąc „podejrzany” - zapytałam. - Coś sugerujesz?

Agentka specjalna Smith spojrzała na mnie pięknymi, niebieskimi oczami.
-   Ach,   rozumiem   -   roześmiałam   się,   chociaż   nie   widziałam   w   tym   nic   śmiesznego.   - 

Myślicie,   że   to   my?   Rob   i   ja?   Podejrzewacie,   że   to   my   porwaliśmy   Heather,   pobiliśmy   ją   i 
zostawiliśmy w wannie, żeby umarła?

- Nie - odparła agentka specjalna Smith. - Pan Wilkins pracował w warsztacie u wujka, 

kiedy Heather zniknęła. Mamy pół tuzina świadków, którzy to potwierdzą. A ty, naturalnie, byłaś 

z panem Leskowskim. I mamy ludzi, którzy widzieli was razem.

Szczęka mi opadła.

- O mój Boże - powiedziałam. - Sprawdziliście, czy mam alibi? Nie obudziliście chyba pani 

Wilkins,  co? Powiedz mi, że nie zadzwoniliście  do mamy Roba i nie obudziliście  jej. Jill,  jak 

mogłaś? Boże, taki wstyd!

- Szczerze mówiąc, Jessico - stwierdziła agentka specjalna Smith - twoje zmieszanie nic 

mnie nie obchodzi. Chcę tylko poznać prawdę. Skąd wiedziałaś, że Heather Montrose jest w tym 
domu? Policja przeszukała go dwa razy. Niczego nie znaleźli. Więc skąd wiedziałaś, że tam trzeba 

szukać?

Popatrzyłam na nią wściekła. To żadna frajda, kiedy federalni włóczą się za tobą, czytają 

twoje listy, podsłuchują telefony w ogóle. Ale kiedy budzą twoją przyszłą teściową w środku nocy, 
żeby zadawać jej głupie pytania o kolację, na którą zaprosił cię chłopak nie będący jej synem - o, 

tego już za wiele.

- W porządku - powiedziałam, krzyżując ręce na piersi. - Chcę adwokata.

W tym momencie otworzyły się drzwi i do pokoju przesłuchań - agentka specjalna Smith 

nazwała go pokojem konferencyjnym, ale ja i tak wiedziałam - wszedł jej partner.

- Witaj ponownie, Jessico - powiedział, siadając na krześle obok. - Po co ci adwokat? Nie 

zrobiłaś nic złego, prawda?

- Jestem niepełnoletnia  - oświadczyłam.  - Jesteście  zobowiązani  przesłuchiwać mnie w 

obecności   rodzica   albo   opiekuna.   Agent   specjalny   Johnson   westchnął   i   położył   na   stole 

segregator.

- Wezwaliśmy już twoich rodziców. Czekają na dole.

O mało nie rąbnęłam głową w ścianę. To było niewiarygodne.
- Powiedzieliście moim rodzicom?

background image

-   Jak   sama   zauważyłaś   -   potwierdził   agent   specjalny   Johnson   -   jesteśmy   zobowiązani 

przesłuchiwać cię w obecności...

-   Chciałam   się   tylko   odegrać!   -   wrzasnęłam.   -   Nie   mogę   uwierzyć,   że   ich   wezwaliście. 

Wiecie, na co mnie narażacie? Przecież wyszłam z domu w głuchą noc.

- Zgadza się - stwierdził agent specjalny Johnson. - Ponówmy o tym przez chwilę, dobrze? 

Dlaczego wymknęłaś się z domu? Czy to nie było przypadkiem związane z jedną z twoich wizji? To 

mi   się   nie   mieściło   w   głowie.   Nic   a   nic.   Oto   Rob   i   ja   dokonaliśmy   czegoś   wspaniałego   - 
uratowaliśmy dziewczynie życie. Co prawda Heather miała tylko złamaną rękę i żebro, mnóstwo 

wielkich sińców, ale gdybyśmy jej nie znaleźli, umarłaby do rana na skutek szoku. Tak powiedzieli 
sanitariusze. A ci tutaj nic tylko próbują z nas wyciągnąć, skąd wiedzieliśmy, gdzie jej szukać. To 

było nie w porządku. Powinni nas uczcić jak bohaterów, a nie traktować jak przestępców.

- Powiedziałam wam już. Straciłam mój niezwykły dar percepcji pozazmysłowej, jasne?

- Doprawdy? - Agent specjalny otworzył segregator. - A więc to nie ty dzwoniłaś wczoraj 

rano do 1 - 800 - Jeśli - Widziałeś - Zadzwoń, z informacją, gdzie mogą znaleźć Courtney Hwang?

- Nigdy o niej nie słyszałam.
- Courtney znaleziono w San Francisco. Porwano ją z jej domu w Brooklynie cztery lata 

temu. Rodzice stracili nadzieję, że jeszcze kiedykolwiek zobaczą córkę.

- Czy mogę już iść do domu? - zapytałam.

Telefon do 1 - 800 - Jeśli - Widziałeś - Zadzwoń wykonano koło ósmej rano, wczoraj, z 

automatu Dunkin Donuts przy tej ulicy, gdzie znajduje się warsztat wuja pana Wilkinsa. A ty 

oczywiście nic nie wiesz na ten temat?

-   Straciłam   zdolności   parapsychiczne   -   powiedziałam.   -   Nie   pamiętacie?   Podawali   w 

wiadomościach.

- Owszem, Jessico - odparł agent specjalny Johnson. - Zdajemy sobie sprawę, że złożyłaś 

prasie   takie   oświadczenie.   Zdajemy   sobie   również   sprawę,   że   twój   brat,   Douglas,   przeżywał 
wówczas, powiedzmy, pewne nasilenie objawów schizofrenii, na którą cierpi, co wiązało się ze 

stałą i natrętną obecnością dziennikarzy pod twoim domem...

- Nie tylko dziennikarzy - powiedziałam zdenerwowana. - Wy też mieliście w tym swój 

drobny udział, może nie?

- Z żalem przyznaję, że to prawda - zgodził się agent specjalny Johnson. Jessico, pozwól, że 

cię o coś zapytam. Czy wiesz, co to jest charakterystyka?

- Oczywiście, że wiem. Policjanci używają tego, żeby aresztować ludzi, którzy pasują do 

background image

określonego typu.

- Tak - powiedział agent specjalny Johnson - rzeczywiście, ale o to dokładnie mi chodziło. 

Chodziło mi o opracowanie dali, które składają się na szczegółowe typy charakterologiczne.

- Czy to nie jest właśnie to, o czym przed chwilą mówiłam?

- Nie.
Agent   specjalny   Johnson   nie   odznaczał   się   szczególnym   po   -   czuciem   humoru. 

Niewykluczone, że Allan Johnson był najnudniejszym człowiekiem na naszej planecie. Wszystko, 
co się z nim wiązało, było nudne. Nudne były jego mysie włosy z przedziałkiem po prawej stronie. 

Nudne były  okulary  w staromodnej metalowej  oprawce.  Nudne były jego nieodmiennie szare 
garnitury, nawet jego krawaty, zwykle blado niebieskie lub żółte, bez wzorów były nudne. Był 

żonaty, i to było w nim chyba najnudniejsze.

- Otóż - ciągnął agent specjalny Johnson - charakterystyka oby mogącej popełnić zbrodnie, 

z którymi mieliśmy do czynienia w tym tygodniu - to jest uduszenie Amber Mackey oraz rwanie 
Heather Montrose - wygląda mniej więcej tak: Jest to prawdopodobnie biały, heteroseksualny 

mężczyzna w wieku około dwudziestu lat. Jest inteligentny, być może w wysokim stopniu, jednak 
nie jest zdolny do odczuwania empatii wobec rówieśników ani też wobec nikogo w ogóle. Podczas 

gdy   rodzinie   i   przyjaciołom   może   wydawać   się   normalnym,   nawet   dobrze   funkcjonującym 
członkiem społeczeństwa, cierpi na bardzo poważne zaburzenia. Nie można wykluczyć paranoi. 

Stwierdzono,   że   zabójcy   tego   typu   działają   niekiedy   pod   wpływem   wewnętrznych   głosów 
kierujących ich postępowaniem...

Wtedy   do   mnie   dotarło.   Słuchałam   jego   gadaniny,   myśląc   sobie:   mm,   biały, 

heteroseksualny   mężczyzna,   dwudziestoletni,   wygląda   na   Marka   Leskowskiego,   wysoce 

inteligentny,   niezdolny   do   odczuwania   empatii,   taak,   to   mógłby   być   on.   Jest   futbolistą   ,   ale 
przecież rozgrywającym, a to wymaga pewnej inteligencji. No i to jego nieliczenie się z tym, że coś 

się może nie udać...

Tyle że on był ze mną, kiedy porwano Heather. Lekarze orzekli, że doznała tych wszystkich 

obrażeń jakieś sześć godzin wcześniej, czyli napastnik - kimkolwiek był - zaatakował ją koło ósmej 
wieczorem... A Mark był ze mną o ósmej...

Wyprostowałam się na krześle.
- Ejże - powiedziałam. - Chwileczkę...

-   Tak?   -   Agent   specjalny   Johnson   spojrzał   na   mnie   wyczekująco.   -   Coś   cię   niepokoi, 

Jessico?

background image

- Chyba sobie żarty robicie - powiedziałam. - Nie próbujecie na poważnie wrobić w to 

mojego brata?

Jill zamyśliła się.
- A skąd ci przyszło do głowy, Jess, że próbujemy zrobić coś takiego?

Szczęka mi opadła.
- Myślicie, że jestem głupia, czy co? On przed chwilą powiedział.

-   Nie   mam   pojęcia,   co   mogło   cię   skłonić   do   wyciągnięcia   wniosku,   że   podejrzewamy 

Douglasa,   - Jessico  - powiedział   agent  specjalny  Johnson.  Chyba  że wiesz   coś, czego  my nie 

wiemy.

- Tak - wtrąciła agentka specjalna Smith. - Czy to Douglas powiedział ci, Jessico, gdzie 

znaleźć Heather? Czy stąd wiedziałaś, że trzeba zajrzeć do domu przy drodze?

- Och! - Podniosłam się gwałtownie, aż krzesło przechyliło się do tyłu. - Koniec. Dość tego. 

Koniec rozmowy Wychodzę stąd.

-   Dlaczego   się   złościsz,   Jessico?   -   zapytał   agent   specjalny   Johnson,   nie   ruszając   się   z 

miejsca. - - Czyżby dlatego, że przypadkiem mamy rację?

- Nie wrobicie w to Douglasa - warknęłam. - Zapytajcie Heather. No, dalej. Powie wam, że 

to nie Douglas.

-   Heather   Montrose   nie   widziała   napastników   -   powiedział   spokojnie   agent   specjalny 

Johnson.   -   Zarzucono   jej   coś   na   głowę,   a   potem   zamknięto   w   ciasnym   pomieszczeniu   - 
prawdopodobnie w bagażniku samochodu. Kiedy ją stamtąd uwolniono, zobaczyła kilka osób, 

wszystkie w maskach. Usiłowała uciec, ale wyperswadowano jej to wyjątkowo dobitnie. Twierdzi, 
że głosy wydawały się jakby znajome. Niewiele więcej była w stanie powiedzieć.

Przełknęłam ślinę. Biedna Heather. Jednak, jako siostra, musiałam działać.
- To nie był Douglas - oświadczyłam zdecydowanie. - On nie ma żadnych przyjaciół. I z 

pewnością nigdy nie miał żadnej laski.

- Cóż, nietrudno będzie dowieść, że nie ma z tym nic wspólnego - powiedziała agentka 

specjalna Smith. - Przypuszczam, że cały czas był w swoim pokoju jak zwykle. Zgadza się, Jessico?

Patrzyłam   na   nich   szeroko   otwartymi   oczami.   Wiedzieli,   nie   mam   pojęcia   skąd,   ale 

wiedzieli. Wiedzieli, że Douglasa nie było w domu, kiedy Heather zniknęła.

Wiedzieli też, że nie mam pojęcia, co on wtedy robił. O mało nie pękłam ze złości.

-   Jeśli   wam   się   zdaje,   że   zdołacie   wpakować   w   to   Douglasa,   możecie   raz   na   zawsze 

pożegnać się z nadzieją, że pewnego dnia będę dla was pracować.

background image

- O czym ty mówisz, Jessico? - zapytał agent specjalny Johnson. - Czyżbyś nadal posiadała 

zdolność percepcji poza - zmysłowej? - Skąd wiedziałaś, gdzie szukać Heather Montrose, Jessico? 

naciskała agentka specjalna Smith.

Podeszłam do drzwi, - Trzymajcie się z daleka od Douglasa. Mówię poważnie, zbliżcie się 

do mojego brata, choćby po to, żeby na niego popatrzeć, a przeprowadzę się na Kubę i powiem 
Fidelowi   Castro   wszystko,   co   będzie   chciał   wiedzieć   o   waszych   tajnych   agencji,   którzy   tam 

działają.

Gwałtownym   ruchem   otworzyłam   drzwi   i   wymaszerowałam   No   cóż,   nie   mogli   mnie 

zatrzymać.   Nie   zostałam   aresztowana.   To   mnie   przerastało.   Wiedziałam,   że   rząd   Stanów 
Zjednoczonych chciałby mnie umieścić na liście swoich pracowników, ale zniżać się do czegoś 

takiego? Sugerować, że wrobią mojego brata w zbrodnię, której z pewnością nie popełnił... To było 
podłe. George Washington spaliłby się ze wstydu, gdyby o tym usłyszał.

Nadal byłam tak wściekła, że omal nie przedefilowałam przez poczekalnię i na zewnątrz, na 

ulicę. Miałam przyćmiony wzrok.

Może   to   dlatego,   że   tak   krótko   spałam.   W   każdym   razie   przeszłam   przed   biurkiem 

dyżurnego, nie zwracając uwagi na Roba ani na rodziców.

- Jessico!
Krzyk matki wyrwał mnie z transu. No, również fakt, że zarzuciła mi ręce na szyję.

- Jessico, wszystko w porządku?
Uwięziona   w   żelaznym   uścisku   matki,   który   w   tym   wypadku   stanowił   wyraz 

najserdeczniejszych uczuć, obserwowałam, jak Rob podnosi się powoli z ławki.

- Co się stało? - dopytywała się mama. - Dlaczego tak długo cię trzymali? Mówili coś o 

odnalezieniu tej dziewczyny, drugiej cheerleaderki. Co tu się właściwie dzieje? I co robiłaś poza 
domem o tak późnej porze?

Rob, w drugim końcu pokoju, uśmiechnął się, widząc, jak przewracam oczami za plecami 

matki. Potem powiedział bezgłośnie: „Zadzwoń do mnie”.

Potem - bardzo dyskretnie - wyszedł.
Chyba jednak nie dość dyskretnie, bo mój tata zapytał:

- Co to za chłopak? Ten, który przed chwilą wyszedł?
- Nikt, tato. Jakiś chłopak. Chodźmy już do domu, dobrze? Jestem strasznie zmęczona.

-   Co   to   znaczy:   jakiś   chłopak?   To   nawet   nie   jest   ten   sam   Chłopak,   z   którym   byłaś 

poprzednio. Z iloma chłopcami ty się spotykasz, Jessico? co robiliście razem w środku nocy?

background image

-   Tato   -   powiedziałam,   ujmując   go   pod   rękę   i   próbując   wybuchnąć   z   komisariatu.   - 

Wszystko wyjaśnię w samochodzie.

Chodźmy stąd.
- A co z naszymi zasadami? - zapytał ojciec. - Jakimi zasadami?

- Zasadami, zgodnie, z którymi nie powinnaś widywać się chłopcami, zanim ich nam - 

mamie i mnie - nie przedstawisz.

- Jakie zasady? - zdziwiłam się. - Nikt mi o tym dotąd nie przypomniał. - Cóż, bo do tej 

pory nie było takiej potrzeby - powiedział tata. - Pamiętaj jednak, że teraz będą cię obowiązywały 

pewne zasady. Zwłaszcza jeśli ci chłopcy sądzą, że to całkiem w po - rządku, żebyś wymykała się z 
domu   w   nocy   na   randkę...   -   Joe   -   szepnęła   mama   przestraszona,   rozglądając   się   po   pustym 

pomieszczeniu. - Nie tak głośno. - Będę mówił tak głośno, jak mi się podoba - oświadczył tata. - 
Płacę podatki, no nie? Ten budynek postawiono za moje pieniądze. A teraz chcę coś wyjaśnić, 

Toni. Chcę wiedzieć, kim jest chłopak, dla którego nasza córka wymyka się z domu w nocy.

- Boże - powiedziałam. - To Rob Wilkins. - Cieszyłam się niewymownie, że Rob tego nie 

słyszy. - Syn pani Wilkins. W porządku? Teraz możemy stąd wyjść?

- Pani Wilkins? - zdumiał się tata. - Masz na myśli Mary, ową kelnerkę w Mastrianim?

- Tak - powiedziałam. - Teraz...
-   Ale   on   jest  dla   ciebie   za   stary   -   stwierdziła   mama.   -   Już   kończył   szkołę.   Czy   on   już 

skończył szkołę, Joe?

- Tak mi się wydaje - odparł tata. Zupełnie stracił zainteresowanie tematem, odkąd się 

dowiedział, że zatrudnia mamę Roba. - On pracuje w garażu, tak, przy Pike's Creek Road?

- W garażu? - Mama niemal krzyknęła. - O mój Boże... Zrozumiałam, że to będzie długa 

jazda.

-   Lepiej   -   powiedział   mój   ojciec   -   żeby   chodziło   o   coś   w   związku   z   tą   percepcją 

pozazmysłową, moja panno, bo...

I jeszcze dłuższy dzień.

Do szkoły poszłam dopiero na czwartą lekcję. Kiedy już wyjaśniłam rodzicom sprawę z 

Heather,   pozwolili   mi   pospać   dłużej.   Chociaż   nie   można   powiedzieć,   żeby   humory   im   się 

poprawiły, zwłaszcza mamie. Nie życzyła sobie dla swojej córki chłopaka, który nawet nie myślał o 
college'u.

Co do taty.. zachował się całkiem w porządku. Powiedział tylko:
- Daj spokój, Toni. To miły chłopak. A mama na to:

background image

- Skąd możesz wiedzieć. Nigdy z nim nie rozmawiałeś.
- Owszem, ale znam Mary - odparł. - A teraz idź się trochę przespać, Jessico.

Więc poszłam. Ale nie udało mi się zasnąć. Choć wylegiwałam się w łóżku od piątej rano do 

mniej więcej wpół do jedenastej. Nie mogłam pozbyć się myśli o Heather i o tym domu. Tym 

strasznym, okropnym domu.

Och, a także o tym, co mi powiedział agent specjalny Johnson. To znaczy o Douglasie.

Głosy Douglasa mówią mu, żeby popełnił samobójstwo, nie zabijał innych ludzi.
Więc sugestie agenta specjalnego Johnsona nie miały najnudniejszego sensu. Ani deczka.

Poza tym Douglas nie prowadzi samochodu. Kiedyś miał prawo jazdy i auto, fakt.
Jednak od dnia, kiedy nas wezwali - zeszłej zimy, kiedy Douglas miał pierwszy „epizod” - i 

pojechaliśmy po niego do colleg'u, a Mike prowadził z powrotem - samochód, zimny i martwy, 
tkwi   w   garażu.   Nawet   Mike   nim   nie   jeździ.   Mike,   który   oddałby   niemal   wszystko   za   własny 

samochód. Ale sam sobie winien - na koniec szkoły zażyczył sobie komputer. Głupi, bo na wóz 
mógłby wabić Claire Lippman i zabrać ją na randkę do kamieniołomów, Tak więc nawet Mike nie 

ruszyłby   tego   samochodu.   To   był   wóz   Douglasa.   I   pewnego   dnia   Douglas   miał   znowu   nim 
pojechać.

Ale   jak   dotąd   tego   nie   zrobił.   Nie   miałam   co   do   tego   wątpliwości,   bo   kiedy   mama 

powiedziała, że podrzuci mnie do szkoły, sprawdziłam opony samochodu Douglasa. Gdyby się 

wyprawiał do domu przy kamieniołomach, na oponach byłby piach.

A   nie   było.   Opony   w   samochodzie   Douglasa   były   czyste   jak   łza.   To   nie   znaczy,   że 

uwierzyłam agentowi specjalnemu Johnsonowi. Gadał te bzdury o Douglasie, żeby się przekonać, 
czy   przypadkiem   nie   znam   prawdziwego   mordercy   i   z   jakiegoś   dziwacznego   powodu   go   nie 

ukrywam.

Dotarłam   na   zajęcia   orkiestry   w   połowie   przesłuchania   instrumentów   smyczkowych. 

Akurat grała Ruth, kiedy weszłam z usprawiedliwieniem spóźnienia na kartce. Nie zauważyła lnie, 
pochłonięta   grą.   Wybrała   sonatę,   której   się   nauczyła   na   bozie.   Wiedziałam,   że   będzie   miała 

pierwsze krzesło. Ruth zawsze zdobywa pierwsze miejsce.

Kiedy skończyła, pan Vine powiedział: „Świetnie, Ruth” i zawołał następną wiolonczelistkę. 

W naszej orkiestrze były tylko trzy wiolonczelistki, więc konkurencja nie należała do szczególnie 
zaciętych. Trzeba było jednak siedzieć tam i słuchać, jak ludzie ubiegają się o swoje miejsca. To 

było   okropnie   nudne.   Zwłaszcza   skrzypce.   Piętnastu   skrzypków   i   skrzypaczek   grało   ten   sam 
utwór.

background image

- Cześć - szepnęłam, udając, że szukam czegoś w plecaku.
- Cześć - odszepnęła Ruth, chowając wiolonczelę do futerału. - Gdzie byłaś? Co się dzieje? - 

Wszyscy mówią, że uratowałaś Heather Montrose od śmierci.

- Owszem - stwierdziłam skromnie. - Zgadza się.

- Dlaczego zawsze dowiaduję się o wszystkim ostatnia? No więc gdzie ona była?
- W tym wstrętnym starym domu przy drodze do kamieniołomów - szepnęłam.  - Przy 

drodze, której już nikt dzisiaj nie używa.

- A po co tam polazła?

- Wiesz, nie znalazła się tam całkiem z własnej woli - wyjaśniłam i opowiedziałam wszystko 

po kolei.

- Rany - mruknęła Ruth, kiedy doszłam do końca. - Wyjdzie z tego?
- Nie wiem. Nikt nie jest w stanie tego przewidzieć. Ale...

- Przepraszam. Czy nie możecie ciszej? Przeszkadzacie wszystkim pozostałym.
Podniosłyśmy wzrok. Karen Sue Hankey rzucała nam gniewne spojrzenie.

Tyle   że   pod   gniewnym   spojrzeniem   rozciągał   się   szeroki   pas   gazy   zakrywającej   nos   i 

przylepionej plastrem do policzków.

Wybuchnęłam śmiechem. No cóż, nie mogłam się powstrzymać.
- Śmiej się, śmiej, Jess - powiedziała  Karen  Sue. - Zobaczymy,  kto się będzie śmiał w 

sądzie.

Karen Sue - wykrztusiłam, chichocząc. - Po co ci ta gaza? Wyglądasz śmiesznie.

-   Doznałam   kontuzji   narządu   powonienia   -   oznajmiła   Karen   Sue   wyniośle.   -   Możecie 

przeczytać oświadczenie lekarskie. - Kontuzja narządu... - parsknęła Ruth. - Czyli po prostu masz 

rozkwaszony nos.

- Ryzyko infekcji - poinformowała nas Karen Sue - jest niezmiernie wysokie.

To mnie dobiło. Śmiałam się tak, że o mało nie dostałam konwulsji. Pan Vine w końcu 

zwrócił na nas uwagę i powiedział ostrzegawczo:

- Dziewczynki!
Oczy  Karen  Sue zamigotały  groźnie  ponad brzegiem  bandaża,  ale nie odezwała  się ani 

słowem. Nie wtedy.

Gdy rozległ się wreszcie dzwonek na lunch, wyniosłyśmy się stamtąd z Ruth czym prędzej. 

Chciałyśmy pogadać o Heather.

- A więc powiedziała „oni” - powtórzyła Ruth, kiedy pochylałyśmy się obie przy stole nad 

background image

taco. Dobra, ja się pochylałam nad taco. Ruth dołożyła do swojego kupę sałaty i polała to jeszcze 
beztłuszczowym  sosem, uzyskując w ten sposób sałatkę  z taco.  I, moim zdaniem,  bałagan  na 

talerzu. - Jesteś pewna? Powiedziała: „Oni wrócą”?

Skinęłam głową. Z jakiegoś powodu byłam wściekle głodna. Pożerałam trzecią porcję.

- Zdecydowanie tak - potwierdziłam, popijając coca - colą. - ”Oni”.
- Więc w wypadku Amber - stwierdziła Ruth - też możemy mieć do czynienia z kilkoma 

osobami. Jeśli obie te sprawy są ze sobą powiązane. A wygląda na to, że są.

- Zgadza się - powiedziałam. - Dobrze by było wiedzieć, kto w tym domu urządzał imprezy. 

Ktoś się tam nieźle zabawiał, i to dość regularnie.

Ruth wzdrygnęła się lekko. Nie ukrywałam przed nią, oczywiście, żadnych drastycznych 

szczegółów... nie wyłączając opakowań po kondomach.

-   Chciałabym   wiedzieć,   kogo   ci   ludzie   tam   ze   sobą   zabierają.   To   znaczy,   chodzi   mi   o 

dziewczyny. Chyba że, no wiesz, uprawiają seks między sobą.

Ruth potrząsnęła głową.

- Geje doprowadziliby to miejsce do porządku. Wiesz, położyliby poduszki i tak dalej. I nie 

zostawialiby po sobie żadnych śmieci.

- To prawda - przyznałam. - Ale jaka dziewczyna by się na coś takiego zgodziła?
Rozejrzałyśmy   się   dookoła.   Ernest   Pyle   jest,   jak   sądzę,   typową   szkołą   średnią   na 

amerykańskim Środkowym Zachodzie. Chodzi do niej jeden Latynos, dwóch Azjatów i żadnych 
Afro   -   Amerykanów.   Poza   tym   sami   biali.   Różnią   się   między   sobą   jedynie   pochodzeniem 

społecznym i stanem posiadania.

I wokół tego, jak to zwykle, kręci się wszystko.

-   Wsioki   -   kategorycznie   stwierdziła   Ruth,   zerkając   na   siedzące   przy   długim   stole 

dziewczyny w niemodnych ciuchach.

- Nie - powiedziałam. Ruth potrząsnęła głową.
- Jess, dlaczego nie? To logiczne. Ten dom, zauważ, jest w końcu na wsi.

- Owszem - odparłam. - Ale są jeszcze butelki po piwie. Po importowanym piwie.
- Więc?

-   Więc  Rob   z   przyjaciółmi   piją   tylko   amerykańskie  piwo.   Tak   mi   powiedział.   Zobaczył 

butelki i zawołał: „Miastowi!”.

Ruth spojrzała na mnie z ukosa.
- I nie przyszło ci do głowy, że twój dziwak może kryć swoich jurnych kolesiów?

background image

- Rob  nie jest dziwakiem.  A jego przyjaciele  to nie żadni  durni kolesie. Zechciej  sobie 

przypomnieć, że to właśnie oni pomogli mi na wiosnę zwiać z bazy wojskowej.

- Nie chcę cię obrazić, Jess - powiedziała Ruth. - Myślę jednak, że ten facet kompletnie 

zawrócił ci w głowie. Nie do - dostrzegasz oczywistych...

- Oczywiste jest dla mnie to, że Rob tego nie zrobił!
- Nie sugeruję, że to on. Chcę tylko powiedzieć, że któryś z jego kolesiów...

Nagle   na   ławce   obok   mnie   wylądował   ogromny   plecak.   Pod   -   niosłam   głowę, 

powstrzymując jęk.

- Cześć, dziewczyny - rzucił Skip. - Mogę się przysiąść?
- Otóż, tak się składa - powiedziała Ruth, wydymając wargi - że akurat sobie idziemy.

- Kłamiesz - stwierdził Skip. - Nigdy nie widziałem, żebyś nie dokończyła sałatki.
- Kiedyś musi być ten pierwszy raz - odparła Ruth.

- Otóż - nie ustępował Skip - to, co mam do powiedzenia, zajmie najwyżej minutę. Wiem, 

moje drogie, jaką wartość mają dla was cenne chwile spędzone razem przy stole. Ale w weekend o 

północy jest pokaz japońskiego filmu animowanego, w śródmieściu i chciałem się dowiedzieć, czy 
jesteście zainteresowane.

Ruth spojrzała na brata, jakby stracił rozum. - Ja? Pytasz, czy pójdę z tobą do kina?
- No cóż...

Skip, po raz pierwszy, odkąd go poznałam, a to już szmat czasu, wydał mi się zakłopotany.
- Niezupełnie. Chodziło mi o Jess. Zakrztusiłam się.

- Ojej - zaniepokoił się Skip, klepiąc mnie po plecach. - Nic ci nie jest?
- W porządku - powiedziałam, kiedy doszłam do siebie. - Eee. Posłuchaj. Pozwolisz, że do 

ciebie zadzwonię w tej sprawie? To znaczy w sprawie kina? Mam w tej chwili parę rzeczy na 
głowie.

- Pewnie. Znasz numer. - Skip podniósł plecak i wyszedł.
- O... mój... Boże - wykrztusiła Ruth, kiedy oddalił się na bezpieczną odległość.

Poprosiłam, żeby się zamknęła. Nie zamknęła się jednak.
- On cię kocha. Skip się w tobie zakochał. Nie do wiary!

- Zamknij się, Ruth - powtórzyłam, wstając od stołu.
- Jessica i Skip, zakochana para - roześmiała się. Zauważyłam, jak Tisha Murray i kilka 

innych   cheerleaderek   -   wśród   nich   Karen   Sue,   która   zawsze   próbowała   wkręcić   się   w   lepsze 
towarzystwo - wychodzi na dwór. Rozsiadły się pod masztem z flagą, gdzie przy ładnej pogodzie 

background image

wysiadywały na przerwach ze swoimi chłopakami, poprawiając sobie opaleniznę.

- Skip jeszcze nigdy nie umówił się na randkę - powiedziała Ruth, drepcząc za mną. - 

Ciekawa jestem, czy wpadnie na to, żeby nie zabierać plecaka.

Nie zwracając uwagi na Ruth, ruszyłam za Tishą na dziedziniec.

Dzień był wyjątkowo piękny - jeden z tych, kiedy siedzenie w klasie staje się nieznośną 

torturą.   Lato   się   skończyło,   ale   ktoś   odpowiedzialny   na   górze   widocznie   nie   został   o   tym 

poinformowany.   Słońce   prażyło   równo,   przypiekając   długie   nogi   cheerleaderek   siedzących   na 
trawniku   pod flagą  oraz  plecy  towarzyszących  im  mięśniaków.  Nie  widziałam  nigdzie  Marka. 

Tisha, przysłaniając oczy ręką, rozmawiała z Jeffem Dayem.

- Tisha! - zawołałam.

-   Ojejej!   -   krzyknęła,   zrywając   się   na   nogi.   -   Jest   tutaj!   Dziewczyna,   która   uratowała 

Heather! Ojej! Jesteś absolutną bohaterką, wiesz o tym?

Czułam się niezręcznie, kiedy wszyscy obstąpili mnie, gratulując i zasypując pytaniami. 

Przedstawiciele szkolnej elity raczej nie zadawali się z osobami spoza swojego kręgu. A tu nagle 

stałam się jakby jedną z nich. Proszę, jakie to proste, wystarczyło uratować życie cheerleaderce.

- Tisha - powiedziałam, przekrzykując podniecone głosy. - Możemy chwilę porozmawiać?

Odeszła ze mną na bok, przekrzywiając pytająco małą, ptasią główkę.
- Aha, bohaterko - powiedziała. - Oczywiście.

- Posłuchaj. - Wzięłam ją za ramię i poprowadziłam w stronę parkingu. - Chodzi o ten dom, 

gdzie znalazłam Heather. Wiedziałaś o nim?

Tisha odsunęła kosmyk włosów z czoła.
- Dom przy drodze do kamieniołomów? Pewnie. Wszyscy znają ten dom.

Już miałam ją zapytać, czy wie, kto zostawił tam butelki po piwie i do czego służył stary, 

zapaskudzony   materac,   kiedy   moją   uwagę   odwrócił   znajomy   dźwięk.   Moje   uszy   nauczyły   się 

wychwytywać ten dźwięk spośród wszystkich innych.

Dźwięk silnika Roba.

To znaczy dźwięk silnika motocykla Roba.
Odwróciłam się i zobaczyłam, jak Rob wyjeżdża zza rogu na parking. W dzień, w pełnym 

świetle   wyglądał   jeszcze   przystojniej   niż   w   blasku   księżyca.   Kiedy   zatrzymał   się   obok   mnie, 
wyłączył silnik i ściągnął kask, serce waliło mi jak szalone. W dżinsach, wysokich butach do jazdy, 

T - shircie podkreślającym szerokie ramiona, z tymi świetlistymi szarymi oczami wyglądał bosko.

- Cześć - rzucił. - Jak się masz?

background image

Świadoma, że skupiają się na nas ciekawskie spojrzenia całego liceum, w każdym razie 

znacznej jego części, powiedziałam od niechcenia:

- Cześć. W porządku. A co u ciebie? Zszedł z motoru i przygładził włosy.
Raczej dobrze. To ty miałaś ostatnio kłopoty, nie ja. Najpierw z powodu federalnych, a 

potem rodziców. Chyba się nie mylę?

- Zgadza się. Nie byli zachwyceni. Żadne z nich. Ani Allan i Jill, ani Joe i Toni.

- Tak właśnie podejrzewałem - powiedział Rob. - Więc uznałem, że lepiej będzie wpaść 

tutaj na przerwie i, no wiesz, sprawdzić, czy u ciebie wszystko w porządku. Ale mam wrażenie, że 

tak. - Obrzucił mnie uważnym spojrzeniem szarych oczu. - Nawet lepiej niż w porządku. Ubrałaś 
się tak z jakiejś szczególnej okazji?

Tego dnia miałam na sobie nowe ciuchy zakupione po obozie: czarną bluzkę z trójkątnym 

dekoltem, różową minispódniczkę i czarne sandały na grubej podeszwie. Wyglądałam treschic, 

jak by powiedzieli na francuskim.

- Och - zająknęłam się, spoglądając na swoje ubranie. - No cóż, staram się w tym roku. 

Próbuję nie pakować się w kłopoty.

Rob, ku mojemu zachwytowi, skrzywił się, zerkając na spódnicę.

- Chyba trochę przesadziłaś, Mastriani - powiedział. A potem, patrząc na mój nadgarstek: - 

Hej, czy to mój zegarek?

Wpadłam. Znowu wpadłam. Znalazłam jego zegarek, ciężki, czarny zegarek, wyposażony w 

różne guziczki, które spełniały przedziwne funkcje, jak na przykład podawanie czasu w Nikaragui, 

w kieszeni jego skórzanej kurtki.  Dodam, że kurtka  zajmowała  teraz  eksponowane  miejsce w 
moim pokoju.

Pewnie, że założyłam go na rękę idąc do szkoły. Jak mogłam tego nie zrobić?
- Och, rzeczywiście - powiedziałam z wystudiowaną obojętnością. - Wczoraj wieczorem mi 

go pożyczyłeś. Pamiętasz?

- Teraz tak - odparł Rob. - Wszędzie go szukałem. Oddaj.

Grzebiąc się przesadnie, zdjęłam zegarek. Trudno było się z nim rozstać. Śmieszne? Wiem, 

ale nic nie mogłam na to poradzić. To było jakby trofeum. Zegarek mojego chłopaka. Tyle że Rob 

nie był moim chłopakiem.

- Proszę - powiedziałam. Wziął zegarek i założył, patrząc na mnie, jakbym była niespełna 

rozumu. Zresztą pewnie tak jest.

- Podoba ci się ten zegarek? Chcesz taki?

background image

- Nie - powiedziałam. - Wcale nie. - Nie mogłam się przecież przyznać, prawda?
- Bo mogę ci  taki  dać - powiedział.  - Jeśli chcesz.  Sądziłem,  że chciałabyś  raczej  jakiś 

damski. Ten trochę głupio na tobie wygląda.

- Nie chcę zegarka - powiedziałam. Tylko taki, który należy do ciebie.

- Aha. W porządku. Jak chcesz.
- Nie chcę.

Przyjrzał mi się ciekawie.
- Jesteś trochę dziwna - stwierdził. - Zdajesz sobie z tego sprawę?

Och, świetnie. Mój chłopak poświęca całą przerwę na lunch, żeby przyjechać do mnie na 

motocyklu i oznajmić mi, że jestem trochę dziwna. Jakie to romantyczne.

Dzięki Bogu, Tisha i reszta towarzystwa stali dość daleko i nie mogli nas słyszeć.
-   Hm,   muszę   wracać   -   powiedział.   -   Uważaj   na   siebie.   Zostaw   robotę   policyjną 

zawodowcom, dobrze? I zadzwoń do mnie.

- Pewnie.

Zmrużył oczy w słońcu.
- Jesteś przekonana, że nic złego się z tobą nie dzieje?

- Tak - powiedziałam.
Ale, oczywiście, niezupełnie tak. To znaczy owszem, i tak, i nie. Bo bardzo chciałam, żeby 

mnie pocałował. Głupie, co? To znaczy, chcieć, żeby mnie pocałował, bo Tisha i ci wszyscy ludzie 
akurat się na nas gapili.

Ale powód był w gruncie rzeczy mniej więcej taki sam, jak w wypadku zegarka. Chciałam 

tylko, żeby wszyscy wiedzieli, że do kogoś należę.

I że tym kimś nie jest Skip Abramowitz.
Nie   chcę   nikomu   wmawiać,   że   Rob   czyta   w   moich   myślach.   W   końcu   to   ja   jestem 

psychiczna, czy raczej parapsychiczna, nie on.

Nie twierdzę  również,   że coś  mu  telepatycznie  zasugerowałam.  Moje  zdolności  dotyczą 

tylko jednej dziedziny, odnajdywania zaginionych ludzi, a nie skłaniania chłopaków, żeby mnie 
całowali.

W każdym razie Rob wzniósł oczy do góry, powiedział: „A niech to”, położył dłoń na moim 

karku, przyciągnął mnie do siebie i pocałował pospiesznie w czubek głowy.

Potem wskoczył na motor i zniknął.
Po pierwsze, rozległ się dzwonek. Po drugie, Karen Sue Hankey, która obserwowała całą tę 

background image

scenę, zawołała piskliwie:

- O mój Boże, Jess. Jak mogłaś pozwolić, żeby wsiok cię pocałował?

Na szczęście dla Karen Sue - i dla mnie, jak sądzę - Todd Mintz stał niedaleko. Więc kiedy 

się na nią rzuciłam, żeby wydrapać jej oczy, Todd złapał mnie w powietrzu, obrócił i zawołał:

- Hola, tygrysico!
- Puszczaj! - wrzasnęłam, nieprzytomnie wściekła. A jeszcze przed chwilą bałam się, że 

serce mi eksploduje ze szczęścia.

- Todd, puść mnie.

- Tak, puść ją, Todd! - zawołała Karen Sue. Zdążyła  się już wspiąć po schodach przed 

wejściem i stała w bezpiecznej odległości. - Przyda mi się kolejne pięć tysięcy.

- Nie wątpię! - ryknęłam. - Mogłabyś sobie wreszcie kupić trochę pieprzonego rozumu!
Nie, nie powiedziałam „pieprzonego”.

- Och, ślicznie! - zawołała Karen Sue ze szczytu schodów.
-   Dokładnie   tego   bym   się   spodziewała   po   dziewczynie,   której   brat   jest   podejrzany   o 

morderstwo.

Zamarłam.

Todd, czując, że w tym stanie nie mogę być groźna, puścił mnie.
- O czym ona mówi? - zapytałam.

Todd   wyglądał   tak,   jakby   miał   ochotę   schować   się   w   mysiej   dziurze,   co   przy   jego 

gabarytach sprawiało osobliwe wrażenie.

- Nie wiem, Jess - wymamrotał zmieszany. - Chodzą takie plotki...
- Jakie plotki? - zapytałam.

Todd przestąpił z nogi na nogę.
- Ja, eee, muszę wracać do klasy. Bo się, eee, spóźnię.

-  Powiesz   mi,   co  to   za   cholerne   plotki   albo   gwarantuję,   że  poczołgasz   się   do   klasy   na 

czworakach!

Nie powiedziałam „cholerne”.
Todd chyba się nie przestraszył. Wydawał się raczej, czy ja wiem, zmęczony?

- Posłuchaj, Jess - powiedział. - To tylko plotki, rozumiesz? Starsza siostra Jenny Gibbon, 

która wyszła za zastępcę szeryfa, mówi, że może wezwą go na przesłuchanie, bo pasuje do jakiejś 

tam charakterystyki i nie ma alibi. Rozumiesz?

Nie mogłam w to uwierzyć. Naprawdę nie mogłam.

background image

Jednak to zrobili! Mam na myśli agentów specjalnych Johnsona i Smith. Sugerowali, że to 

zrobią, i zrobili.

Cóż,   dlaczego   nie?   Pracowali   dla   FBI.   Wszystko   im   wolno,   prawda?   Kto   mógł   ich 

powstrzymać?

No właśnie.
Był ktoś taki. Ja.

Nie miałam tylko na razie żadnego konkretnego pomysłu. Dręczyło mnie to przez resztę 

dnia tak bardzo, że kilku nauczycieli chciało mnie nawet odesłać do gabinetu pedagoga.

Poszłabym chętnie - tam przynajmniej nikt nie zadawałby mi głupich pytań w rodzaju, jaki 

jest pierwiastek z tysiąca sześciuset pięciu albo jak wygląda czas zaprzeszły czasownika avoir - na 

nieszczęście jednak żaden z nich nie wprowadził groźby w życie. O trzeciej zabrzmiał wreszcie 
ostatni dzwonek.

- Jess! - zawołał ktoś za mną, kiedy wybiegłam ze szkoły. - Hej, Jess!
Odwróciłam   się   i   zobaczyłam,   jak   Mark   Leskowski   zostawia   samochód,   który   właśnie 

otwierał, i spieszy w moją stronę.

- Hej! - Zsunął   na czoło  okulary   przeciwsłoneczne.  - Co  słychać?  Dobrze,  że  na ciebie 

wpadłem. Mam nadzieję, że nie miałaś wczoraj przeze mnie kłopotów.

Popatrzyłam na niego zdezorientowana. W tej chwili myślałam tylko o tym, że federalni 

mogą w każdej chwili zabrać Douglasa na przesłuchanie. Że mogą go oskarżyć o zbrodnie, których 
przecież nie mógł popełnić.

- Bo wiesz, kiedy cię odwiozłem - Mark, widząc mój bezmyślny wyraz twarzy, połapał się, że 

potrzebuję bliższych wyjaśnień - twoi rodzice wyglądali na... wściekłych.

- Nie byli wściekli - powiedziałam. - Martwili się. - I to nie o mnie, tylko o Douglasa. Nie 

było go w domu. Wyszedł nie wiadomo dokąd, sam...

- Och - powiedział Mark. - No, w każdym razie chciałem się tylko upewnić, czy wszystko w 

porządku. To wspaniałe, że odnalazłaś Heather i w ogóle.

- Tak - powiedziałam, widząc kątem oka, jak Ruth zbliża się w naszą stronę. - Po prostu 

zrobiłam to, co należało. Posłuchaj, muszę...

- Myślałem, że może, jeśli nie masz nic do roboty w ten weekend, moglibyśmy we dwójkę, 

eee, no sam nie wiem, dokądś pójść.

-  Tak,   czemu   nie?   -  powiedziałam   bez  entuzjazmu,   choć  prawdę   mówiąc,   perspektywa 

obejrzenia japońskiego filmu animowanego w towarzystwie Skipa pociągała mnie dużo mniej niż 

background image

Markowe „eee, no sam nie wiem, dokądś pójść”. - Może do mnie zadzwonisz?

-   Dobrze.   -   Mark   pomachał   do   Ruth,   która   przeszła   obok,   przyglądając   nam   się   tak 

uporczywie, że o mało nie otarła sobie nogi o błotnik własnego samochodu. - Cześć! - zawołał do 
niej. - Jak się masz?

- W porządku - odparła Ruth. - Dziękuję.
Mark   otworzył   swój   samochód   i   wyciągnął   płócienną   torbę.   Potem   starannie   zamknął 

drzwiczki. Widząc nasze spojrzenia, które uznał za przejaw zainteresowania - jeśli o mnie chodzi, 
to po prostu patrzyłam, bo nie miałam nic lepszego do roboty - wyjaśnił: „Trening”, po czym 

zarzucił torbę na ramię i poszedł do sali gimnastycznej.

- Jess, czy dobrze usłyszałam? - spytała Ruth, kiedy Mark znalazł się poza zasięgiem głosu. 

- Czy Mark Leskowski umówił się z tobą na randkę?

- Owszem - odparłam.

- Więc ilu chłopaków umówiło się z tobą dzisiaj? Dwóch?
- Owszem - potwierdziłam, sadowiąc się w jej kabriolecie.

- Nieźle, Jess. To rekord. Dlaczego się nie cieszysz?
- Bo jeden z chłopaków, którzy dzisiaj się ze mną umówili, jeszcze niedawno był podejrzany 

o zamordowanie swojej dziewczyny, a drugi to twój brat.

A Ruth na to:

- No tak, ale czy Mark nie jest już poza podejrzeniami? Wiesz, po tym porwaniu Heather?
- Chyba tak - powiedziałam. - Ale...

- Ale co? - zapytała Ruth.
- Ale... Ruth, Tisha mówi, że oni wszyscy wiedzieli o tym domu. I mówi o tym tak... jakby to 

oni tam balowali.

- To znaczy?

- To znaczy, że to musiał być ktoś z ich paczki.
- Z jakiej paczki?

-   Ludzie   z   naszej   szkoły   -   powiedziałam,   wskazując   ręką   boisko,   gdzie   widać   było 

cheerleaderki i trenujących futbolistów.

- Niekoniecznie - powiedziała Ruth. - Dobrze, Tisha wiedziała o tym domu, ale nie twierdzi, 

że kiedykolwiek była tam na imprezie, prawda?

- Nie. Niezupełnie. Ale...
-   Och,   daj   spokój.   Ci   ludzie   byliby   chyba   w   stanie   znaleźć   przyjemniejsze   miejsce   na 

background image

imprezę, nie uważasz?  Willa  rodziców Marka,  na przykład?  Słyszałam,  że  mają basen  kryty  i 
odkryty, i...

Może państwu Leskowskim nie spodobałoby się, gdyby przyjaciele Marka przyprowadzali 

swoje dziewczyny na szybki numerek koło basenu.

- No dobra - mruknęła Ruth, kiedy wydostałyśmy się z parkingu. - Dlaczego któryś z nich 

miałby zabić Amber? Albo próbować zamordować Heather? Przecież byli przyjaciółmi, no nie?

- Zgadza się. Ruth miała rację. Ruth zawsze miała rację. A ja nigdy nie miałam racji. No, w 

każdym razie prawie nigdy.

Więc mimo tego, co usłyszałam od Tishy, tak naprawdę nie wierzyłam, że ludzie z naszej 

szkoły rzeczywiście mogli być zamieszani w morderstwo Amber i pobicie Heather. Bo jak to? 

Mark Leskowski chwytający swoją dziewczynę za szyję, żeby ją udusić? Niemożliwe. Kochał ją. 
Przecież płakał wtedy przed gabinetem pedagoga.

A chyba nie płakał, dlatego, że w związku z podejrzeniem o morderstwo miał mniejsze 

szanse   na   otrzymanie   stypendium   sportowego.   To   byłby   dowód   kompletnego   braku   uczuć, 

prawda? - A Heather? Jak mogłabym przypuszczać, że Jeff Day albo ktoś inny z drużyny pobił i 
związał Heather i zostawił ją w wannie, żeby umarła? Po co? Żeby nie zakapowała Marka?

Nie. To żałosne. Już bardziej sensowna wydawała się hipoteza Tishy o psychopatycznych 

wsiokach. Może cheerleaderki i futboliści imprezowali w tym domu, ale nie oni zostawili tam 

Heather. Nie, to musiała być robota kogoś innego. Jakiegoś chorego, zboczonego typa.

Ale na pewno nie mojego brata.

Natychmiast   po   powrocie   do   domu   poszłam   do   jego   pokoju.   Nie   miałam,   rzecz   jasna, 

powodu wątpić w jego niewinność, ale chciałam być pewna. Wdrapałam się po schodach - dzięki 

Bogu mamy nie było w domu, więc nie musiałam wysłuchiwać kolejnego kazania o tym, jakie to 
niestosowne wymykać się z domu w środku nocy z chłopcem, który pracuje  w warsztacie  - i 

walnęłam   w   drzwi   pokoju   Douglasa.   A   potem   otworzyłam   je   na   oścież,   ponieważ   drzwi   jego 
pokoju nie mają zamka. Tata usunął zamek, po tym jak Douglas przeciął sobie żyły i musieliśmy 

wyważyć drzwi, żeby się do niego dostać.

Tak się przyzwyczaił do moich nalotów, że nawet nie podnosi głowy.

- Spadaj - powiedział znad komiksu.
- Douglas - powiedziałam. - Muszę wiedzieć. Gdzie byłeś wczoraj wieczorem, między piątą 

a ósmą?

Podniósł głowę.

background image

- Dlaczego miałbym ci mówić?
- Bo tak - oświadczyłam.

Chciałam mu, oczywiście, powiedzieć prawdę. Chciałam powiedzieć: „Douglas, federalni 

myślą, że masz coś wspólnego z morderstwem Amber Mackey i napadem na Heather Montrose. 

Musisz mi powiedzieć, że tego nie zrobiłeś. Musisz mi powiedzieć, że masz świadków, którzy 
potwierdzą, gdzie byłeś, kiedy popełniono zbrodnie, i że twoje alibi jest niepodważalne. Inaczej 

będę zmuszona podjąć pracę na rzecz pewnej instytucji”.

To znaczy FBI.

Nie byłam jednak pewna, czy mogę to wszystko powiedzieć Douglasowi. Nie byłam pewna, 

ponieważ nikt nie miał pojęcia, co może wywołać u niego nawrót choroby. Na ogół wydawał mi się 

najzupełniej   normalny.   Ale   od   czasu   do   czasu   wpadał   w   przygnębienie   -   z   jakiegoś   głupiego 
powodu, na przykład kiedy skończyły się cheerrios - i głosy wracały.

Z   drugiej   strony   sprawa   była   poważna.   Nie   chodziło   o   płatki   śniadaniowe   ani   o 

dziennikarzy koczujących przed domem. Nie tym razem. Tym razem chodziło o czyjąś śmierć.

- Douglas - odezwałam się. - Mówię poważnie. Muszę wiedzieć, gdzie byłeś. Chodzą plotki - 

nie wierzę w nie, oczywiście - ale ludzie plotą, że to ty zamordowałeś Amber Mackey, a potem 

porwałeś Heather Montrose i pobiłeś prawie na śmierć.

- Hola! - Douglas, wyciągnięty na łóżku, odłożył książkę. - A dlaczego miałbym to zrobić?

- Myślę, że według ich teorii odbiło ci.
- Rozumiem - powiedział Douglas. - A kto głosi tę teorię?

- Głównie Karen Sue Hankey, ale też większość młodszych klas i, eee, och, no, ci z FBI.
- Hmmm. - Douglas zamyślił się. - To ostatnie wydaje mi się niepokojące. Czy FBI ma jakiś 

dowód, czy coś w tym rodzaju, że to ja zabiłem te dziewczyny?

- Tylko jedna została zamordowana - powiedziałam. - Drugą porwali i pobili, ale przeżyła.

- A dlaczego jej nie zapytali, kto ją pobił? - zapytał Douglas. Powiedziałaby im, że to nie ja.
- Ona nie wie, kto to zrobił. Mówiła, że napastnicy nosili maski. A podejrzewam, że nawet 

gdyby wiedziała, nie pisnęłaby słówka. Zdaje mi się, że ktoś ją nieźle nastraszył. Na przy - kład 
zagroził, że dokończy sprawę, jeśli Heather coś powie. Douglas usiadł na łóżku.

- Mówisz poważnie? Naprawdę mnie podejrzewają?
- Tak - odparłam. - I wiesz co? Federalni zamierzają cię w to wrobić. I wrobią cię, chyba, że 

zgodzę   się   zostać   młodszym   agentem   śledczym.   Rozumiesz?   Więc   zanim   przystąpię   do   ich 
funduszu emerytalnego, muszę wiedzieć. Masz coś w rodzaju alibi? Douglas zamrugał oczami.

background image

- Ale przecież mówiłaś im, że straciłaś swoje zdolności nadprzyrodzone?
- Mówiłam. Tyle że odnalezienie Heather Montrose na pustkowiu zeszłej nocy nasunęło im 

pewne podejrzenia. Zresztą nigdy mi tak do końca nie wierzyli.

- Och. - Douglas jakby się zmieszał. - Chodzi o to, że to, co robiłem zeszłego wieczoru... i 

wtedy, kiedy zginęła tamta dziewczyna. .. no cóż, miałem nadzieję, że nikt się o tym nie dowie.

Wybałuszyłam na niego oczy. Mój Boże! Miał coś na sumieniu! Ale przecież nie porwał 

niewinnych cheerleaderek...

- Douglas, nie dbam o to, co robiłeś, pod warunkiem, że to nie było nic niezgodnego z 

prawem. Muszę po prostu coś powiedzieć - najlepiej prawdę - Allanowi i Jill, bo inaczej wytatuują 
mi na tyłku „własność rządu Stanów Zjednoczonych” na resztę życia. Dopóki mają coś na ciebie, 

trzymają mnie w garści. Więc muszę wiedzieć. Czy mogą mieć coś na ciebie?

- No cóż - odparł Douglas powoli. - Coś w tym rodzaju...

Czułam, jak mój świat nieznacznie... na razie nieznacznie.. chwieje się w posadach. Mój 

brat Douglas. Mój duży brat Douglas, którego całe życie broniłam przed innymi ludźmi, ludźmi, 

którzy nazywali go niedorozwiniętym, matołem, świrem. Ludźmi, którzy nie siadali koło niego w 
kinie,   bo   czasami   wykrzykiwał   coś   bez   sensu.   Ludźmi,   którzy   nie   pozwalali   swoim   dzieciom 

pływać koło niego w basenie, bo czasami Douglas po prostu przestawał pływać i szedł na dno, 
dopóki ratownik go nie wypatrzył i nie wyciągnął. Ludźmi, którzy za każdym razem, kiedy zginął 

jakiś rower, pies albo podwórkowy krasnoludek, oskarżali o kradzież Douglasa, bo Douglas... no 
cóż, nie był całkiem normalny.

Ale,   oczywiście,   nie   mieli   racji.   Douglas   nie   miał   źle   poustawianych   klepek.   Miał   je 

poustawiane w sposób, którego oni nie uważali za normalny.

Może jednak cały czas... może jednak mieli rację. Może tym razem Douglas rzeczywiście 

zrobił   coś   złego.   Coś   tak   złego,   że   nawet   mnie   nie   chciał   powiedzieć.   Mnie,   swojej   młodszej 

siostrze, która w wieku siedmiu lat nauczyła się zadawać ciosy pięścią, żeby tłuc dzieciaki, które 
wywrzaskiwały za nim wyzwiska na ulicy.

- Douglas - szepnęłam przez ściśnięte gardło. - Co ty zrobiłeś?
- No cóż - odparł, nie patrząc mi w oczy. - Prawda jest taka, Jess... otóż, prawda jest taka... - 

Zaczerpnął głęboki oddech. - Znalazłem pracę.

Telefon zadzwonił późnym popołudniem. Siedzieliśmy akurat przy kolacji i przeżuwaliśmy 

w milczeniu. W milczeniu, bo każde z nas było na kogoś wściekłe.

Moja matka złościła się na mnie za to, że wymknęłam się w nocy z Robem Wilkinsem, 

background image

chłopakiem, którego nie akceptowała z kilku powodów: a) był dla mnie za stary, b) nie zamierzał 
iść do college, c) jeździł na motocyklu, d) jego matka była kelnerką, e) nie wiedzieliśmy, kim był 

pan Wilkins ani co robił, ani nawet czy w ogóle był jakiś pan Wilkins. Mary Wilkins nigdy o nim 
nie wspominała, w każdym razie nie w obecności mojego ojca.

O kuratorze mama nawet nie miała pojęcia. I całe szczęście.
Ojciec gniewał się na mamę za to, że była, jak to nazwał, obrzydliwą snobką i nie czuła 

wdzięczności do Roba, który nie Zostawił mnie samej, kiedy udałam się na kolejną ze swoich 
idiotycznych wizjonerskich wycieczek. Gdyby nie Rob, powiedział tata, kto wie, czy wróciłabym 

żywa.

Ja byłam wściekła na ojca, że określił moje wizje jako idiotyczne. W końcu uratowałam 

dzięki   nim   wielu   ludzi   i   doprowadziłam   do   przywrócenia   wielu   zaginionych   ich   rodzinom. 
Wkurzyła mnie też jego pewność, że bez Roba nie dałabym sobie rady. No i naturalnie gniewałam 

się na mamę za to, że nie podobał jej się Rob.

Douglas z kolei złościł się na mnie, bo kazałam mu przyznać się rodzicom, że ma pracę. Nie 

chciał oczywiście, i doskonale go rozumiałam. Mama oszalałaby z niepokoju. Była przekonana, że 
najdrobniejsza   przykrość   -   gdyby   na   przykład   musiał   wytrzeć   rozlane   przez   siebie   mleko   - 

natychmiast rozbudziłaby w nim samobójcze skłonności.

Ale mama to jeszcze pół biedy. Wolałam sobie nawet nie wyobrażać, co na to tata. Bo w 

naszej   rodzinie   praca   oznacza   pracę   w   jednej   z   restauracji   taty.   Praca   gdzie   indziej   oznacza 
zdradę. Owszem, pozwolili mi jechać na obóz w charakterze wychowawczyni, ale tylko ze względu 

na możliwość doskonalenia gry na instrumencie. Gdyby nie to, założę się, że oddelegowaliby mnie 
do podgrzewanego bufetu.

Nie byłam więc szczególnie zachwycona mamą, tatą czy Douglasem, i żadne z nich nie było 

zachwycone moją osobą. Kiedy zadzwonił telefon, zerwałam się od stołu, zadowolona, że mogę się 

uwolnić od niezręcznej ciszy, przerywanej jedynie zgrzytnięciem widelca o talerz albo prośbą o 
dokładkę parmezanu.

- Słucham?
- Jess Mastriani? - zapytał męski głos.

- Tak - odparłam zaskoczona. Spodziewałam się Ruth. Mało kto zwykle do nas dzwoni poza 

nią. Chyba że dzieje się coś złego w którejś z restauracji. - Tak, to ja.

- Widziałem, jak rozmawiałaś dzisiaj z Tishą Murray - powiedział głos.
- Eee - mruknęłam. - Owszem. - Głos brzmiał dziwnie, wydawał się przytłumiony, jakby 

background image

ktoś dzwonił z tunelu. - Więc?

- Więc jeśli zrobisz to jeszcze raz - powiedział głos - skończysz jak Amber Mackey.

Odsunęłam słuchawkę od ucha i przyjrzałam się jej w osłupieniu, tak jak robią bohaterowie 

horrorów,   kiedy   dzwoni   psychopatyczny   zabójca.   Zawsze   wydawało   mi   się,   że   to   głupie,   bo 

przecież   nie   można   nic   zobaczyć   przez   słuchawkę.   Ale   to   musi   być   instynktowne,   bo   teraz 
zachowałam się dokładnie tak samo.

Przyłożyłam słuchawkę do ucha i powiedziałam:
- To jakiś żart, co?

- Przestań wypytywać o dom przy drodze do kamieniołomów - odezwał się głos. - Albo 

pożałujesz, ty głupia suko.

- A co zrobisz - zapytałam - jeśli odwieszę słuchawkę, wcisnę gwiazdkę, szóstkę, dziewiątkę 

i po pięciu minutach zjawią się u ciebie gliny i wsadzą cię, porąbany zboczu, za kratki?

Rozłączył   się.   Odłożyłam   z   trzaskiem   słuchawkę   i   wcisnęłam  gwiazdkę,   potem   szóstkę, 

potem dziewiątkę. Telefon zadzwonił i rozległ się kobiecy głos:

- Numer, z którym chcesz się połączyć, jest niedostępny. Cholera! Zadzwonił z numeru, 

którego nie można znaleźć tą metodą. Powinnam była na to wpaść.

Odwiesiłam słuchawkę i wróciłam do jadalni.
- Chciałabym, żeby Ruth przestała dzwonić, kiedy akurat jemy obiad - powiedziała mama. - 

Wie, że jadamy o szóstej trzydzieści. To niezbyt taktowne z jej strony.

Nie widziałam powodu, żeby wyprowadzać ją z błędu. Prawda nie przypadłaby jej do gustu. 

Opadłam na krzesło i chwyciłam za widelec.

Niestety okazało się, że nie mogę jeść. Już podnosiłam porcję makaronu do ust, ale gardło 

mi się ścisnęło, a stół - i całe jedzenie na stole - rozmazał mi się przed oczami.

Rozmazał się, ponieważ oczy wypełniły mi się łzami. Łzy! Płakałam jak Mark Leskowski.

- Jess, dobrze się czujesz? - spytała mama ze zdziwieniem.
Spojrzałam na nią, ale prawie nic nie widziałam. Nie mogłam też mówić. W głowie miałam 

tylko: „O Boże, pobiją mnie, tak jak Heather”.

Potem zrobiło mi się strasznie, strasznie zimno, jak gdybym się nagle znalazła w chłodni w 

Mastrianim.

- Jessico, co się stało? - dopytywała się mama.

Jak mogłam im powiedzieć?  Jak  mogłam im powiedzieć o tym telefonie? Tylko by się 

zdenerwowali. Pewnie by nawet zadzwonili na policję. Tego mi tylko brakowało, policji. Jakby FBI 

background image

nie obozowało praktycznie na moim własnym podwórku.

Ale Heather... co oni zrobili Heather...

Nie chciałam, żeby to samo stało się ze mną.
Nagle Douglas rzucił talerz z sałatką o ziemię, rozbijając go na tysiąc kawałków.

- Zabierz to! - wrzasnął do listków sałaty w pikantnym sosie, które walały się teraz po 

podłodze.

Zamrugałam   załzawionymi   oczami.   Douglas   ma   nawrót?   Sądząc   po   wyrazie   twarzy 

rodziców, tak właśnie myśleli. Spojrzeli na siebie zmartwieni...

I w tym momencie Douglas zerknął na mnie i puścił oko...
W sekundę później mama poderwała się z krzesła.

- Dougie! - krzyknęła. - Dougie, co to było?
Tata, jak zwykle, zachował się bardziej powściągliwie.

- Czy wziąłeś dzisiaj, Douglasie, wszystkie lekarstwa? - zapytał.
Zrozumiałam. Mój brat udawał, że mu odbiło - żeby nie czepiali się mnie z powodu łez. 

Poczułam   serdeczną   wdzięczność.   Czy   ktokolwiek   w   historii   ludzkości   miał   tak   wspaniałego 
brata?

Wytarłam oczy wierzchem dłoni. Wiecie, ja naprawdę nigdy nie płaczę. Tylko że najpierw 

ta sprawa z Amber, potem Heather, a teraz... Teraz zamierzali dobrać się do mnie.

Z jednej strony federalni podejrzewający Douglasa, że jest mordercą, z drugiej prawdziwi 

mordercy, którzy grożą, że będę następną ofiarą - to chyba wystarczający powód do płaczu. Ale 

nadal przygnębiało mnie, że zachowuję się jak Karen Sue Hankey.

Kiedy zmagałam się z własnymi uczuciami, a rodzice wypytywali  Douglasa o zdrowie i 

samopoczucie, telefon zadzwonił jeszcze raz. Rzuciłam się, żeby go odebrać, o mało nie wywalając 
krzesła.

- To do mnie - powiedziałam, podnosząc słuchawkę. - Jestem pewna.
Ale nikt nawet nie spojrzał w moim kierunku. Douglas, po tym zamachu na sałatkę, nadal 

był w centrum zainteresowania.

- Jessica? - zapytał obcy głos.

- Tak, to ja - powiedziałam. Potem, odwracając się plecami do pokoju, wyrzuciłam z siebie 

pospiesznym   szeptem:   -   Słuchaj,   dupku,   jeśli   nie   przestaniesz   dzwonić,   przysięgam,   że   cię 

dopadnę i zabiję jak psa, słyszysz, jak psa!

Głos, w którym brzmiało bezbrzeżne zdziwienie, odezwał tę na to:

background image

- Ależ Jess, dzwonię do ciebie po raz pierwszy w życiu. Sapnęłam, zdając sobie sprawę, kto 

dzwoni.

- Skip? - Owszem - odparł Skip. - To ja. Posłuchaj, byłem ciekaw, czy zastanowiłaś się nad 

tym, o czym mówiliśmy dzisiaj przy lunchu. Wiesz. Film. W ten weekend.

- Och - powiedziałam. Mama weszła do kuchni i wyciągnęła z komórki szczotkę i szufelkę. - 

A tak. Film. W weekend.

-   No   właśnie   -   powiedział   Skip.   -   Pomyślałem,   że   moglibyśmy   przedtem   gdzieś   pójść. 

Wiesz, na kolację czy coś.

- Aha - mruknęłam. Mama, ze szczotką i szufelką w ręku, przyglądała mi się tak, jak lwy na 

Discovery przyglądają się gazelom, na które zamierzają się za chwilę rzucić. Jakby zapomniała 

Douglasie. No, cóż, w końcu pierwszy raz słyszała, jak ktoś umawia się ze mną na randkę. Matka, 
była cheerleaderka - i królowa balu absolwentów, królowa balu na zakończenie szkoły, księżniczka 

targów hrabstwa i nie wiem co jeszcze - szesnaście lat czekała na tę chwilę. Winę za to, że jak 
dotąd nie umówiłam się już milion razy, tak jak ona w moim wieku, przypisywała mojemu niezbyt 

dziewczęcemu stylowi ubierania się.

Nie  miała   pojęcia   o  moim   prawym  sierpowym.   No,  teraz   już   chyba   miała,   dzięki   pani 

Hankey i pozwaniu do sądu.

- Tak, jeśli o to chodzi, Skip - powiedziałam, odwracając się do mamy tyłem - wydaje mi 

się, że nie będę mogła pójść. Muszę być w domu o jedenastej. Mama nigdy nie pozwoliłaby mi iść 
do kina na taki późny seans.

- Owszem, tak - ku mojemu przerażeniu i konsternacji mama odezwała się pełnym głosem. 

Odsunęłam słuchawkę.

- Mamo - powiedziałam osłupiała.
- Nie patrz na mnie w ten sposób, Jessico. Nie jestem taka zasadnicza. Jeśli chcesz iść ze 

Skipem na seans o północy, to w porządku.

Nie do wiary. Po tej historii z Robem byłam pewna, że nigdy mnie nie wypuści z domu, a 

zwłaszcza z chłopakiem.

Ale chyba tylko z jednym chłopcem nie wolno mi było się widywać.

I tym chłopcem nie był Skip Abramowitz.
- To znaczy - ciągnęła mama - dobrze znamy Skipa. Wyrósł na odpowiedzialnego młodego 

człowieka. Naturalnie, że możesz iść z nim do kina.

Otworzyłam szeroko buzię.

background image

- Mamo, film zaczyna się dopiero o północy. - Jeśli Skip odprowadzi cię do domu zaraz 

potem...

-   Och!   -   dobiegł   głos   ze   słuchawki,   która   zwisała   z   mojej   dłoni.   -   Odprowadzę,   pani 

Mastriani. Proszę się nie martwić!

I tak właśnie umówiłam się na randkę ze Skipem Abramowitzem.
Cóż, nie bardzo mogłam się wyplątać. To by było dla niego potwornie upokarzające. Dla 

mnie zresztą też.

- Mamo! - wrzasnęłam, kiedy już odłożyłam słuchawkę. - Nie chcę chodzić ze Skipem!

- Czemu nie? - zainteresowała się mama. - Myślę, że to bardzo miły chłopiec.
W   tłumaczeniu:   nie   ma   motocykla,   nigdy   nie   pracował   w   warsztacie   i   świetnie   zdał 

egzaminy.

Aha, jeszcze jedno, jego tata to przypadkiem najlepiej opłacany adwokat w mieście.

-   Jesteś   niesprawiedliwa,   Jessico   -   powiedziała   mama.   -   Prawda,   Skip   nie   jest   może 

najbardziej atrakcyjnym chłopcem, jakiego znasz, ale jest wyjątkowo sympatyczny.

- Sympatyczny! Wysadził w powietrze moją ulubioną lalkę Barbie!
-   To   było   wiele   lat   temu   -   stwierdziła   mama.   -   Sądzę,   że   wy   -   rósł   na   prawdziwego 

dżentelmena. Będziecie się razem świetnie owić. - Zamyśliła się. - Wiesz, znalazłam przypadkiem 
świetny fason na spódnicę, idealny na wyjście do kina. Zostało trochę materiału z zasłonek, które 

uszyłam do gościnnego pokoju...

Rozumiecie, to jest problem z niepracującą matką. Ciągle wymyśla sobie jakieś zadania, na 

przykład uszycie dla mnie spódnicy z materiału, który został po uszyciu zasłonek.

Zanim   zdążyłam   powiedzieć   cokolwiek,   choćby:   „Nie,   dziękuję,   mamo.   Wydałam   kupę 

forsy w Esprit i chyba  znajdę  jakieś  ładne ciuchy na tę okazję”,  do kuchni wszedł Douglas  z 
talerzem w ręku i oświadczył:

Owszem, Jess. Skip jest naprawdę w porządku. Rzuciłam mu ostrzegawcze spojrzenie.
Uważaj, komiksowy chłopczyku - warknęłam. Douglas zaniepokoił się trochę.

- Och, ojej - powiedział do mamy, odkładając pusty talerz. Posprzątam, nie martw się. To 

moja wina.

Mama kurczowo przycisnęła szczotkę do siebie.
- Nie, nie. Sama posprzątam.

Smutne. Chodziło jej oczywiście o to, żeby Douglas nie zbliżał się do potłuczonej porcelany. 

Próba samobójcza w zeszłe święta wyrobiła w niej przekonanie, że nie należy zostawiać go sam na 

background image

sam z ostrymi przedmiotami.

- Widzisz - odezwał się Douglas, kiedy wahadłowe drzwi nieruchomiały - na co się dla 

ciebie narażam? Teraz będzie mnie pilnować jak kwoka.

Powinnam być mu wdzięczna. Myślałam jednak tylko o tym, że życie stałoby się dużo mniej 

stresujące, gdyby Dougts znalazł się poza podejrzeniami.

-   Idź,   powiedz   im   teraz   -   poprosiłam.   Dobra,   zaczęłam   go   błagać.   -   Przed   Wieczorną 

rozrywką. Wiesz, że mama nigdy nie traci więcej niż pięć minut Wieczornej na kłótnie.

Douglas właśnie płukał talerz.

- Ani mi się śni - powiedział, nie patrząc na mnie. Wściekłam się. Naprawdę się wściekłam.
- Douglas - syknęłam. - Jeśli sądzisz, że nie powiem federalnym, to chyba zgłupiałeś. Muszę 

im powiedzieć. I powiem. A kiedy oni się dowiedzą, to jak myślisz, jak długo potrwa, zanim to 
dotrze do mamy i taty? Chyba lepiej, żebyś ty im powiedział, a nie cholerne FBI, nie uważasz?

Douglas zakręcił wodę.
- Wiesz, co na to ojciec? Jeśli czuję się na tyle dobrze, żeby pracować za ladą w sklepie z 

komiksami, to jestem w stanie pracować w kuchni w restauracji Mastrianich. A ja nie znoszę 
pracy przy żarciu. Wiesz o tym.

- Kto znosi? - zapytałam.
- A mama? - Douglas potrząsnął głową. - Wiesz, jak zareaguje. To, co było przed chwilą, to 

pestka.

-   Dlatego   sama   im   powiem.   Zanim   dowiedzą   się   od   kogoś   innego.   Na   Boga,   Douglas, 

mówię poważnie. Pracujesz tam już dwa tygodnie. Myślisz, że nikt im nic nie powie?

-   Posłuchaj,   Jess.   Powiem   im.   Tylko   pozwól   mi   to   zrobić   wtedy,   kiedy   sam   uznam   za 

stosowne. Wiesz, jaka jest mama...

Drzwi wahadłowe  od pokoju otworzyły  się gwałtownie  i weszła  mama z szufelką pełną 

śmieci.

- Jaka mama jest, mianowicie? - zapytała, patrząc podejrzliwie na Douglasa i na mnie, i 

znowu na Douglasa.

Na szczęście zadzwonił telefon.

Znowu.
Skoczyłam w stronę aparatu, ale było za późno. Tata podniósł już słuchawkę u siebie.

-   Jess!   -   ryknął.   -   Telefon   do   ciebie.   Oczy   mamy   zapłonęły.   Wiecie,   co   sobie   myślała? 

Powodzenie u chłopców, bogate życie towarzyskie, randki, telefony. Rozczarowałam ją, zdawałam 

background image

sobie sprawę, jako córka, ponieważ we chodziłam na stałe z kimś takim jak Mark Leskowski. Nie 
wiedziała,   niestety,   że   telefony,   które   otrzymywałam   ego   wieczoru,   nie   dotyczyły   szczegółów 

jutrzejszej imprezy dobroczynnej.

Nie, chodziło raczej o szczegóły mojej rychłej egzekucji. Podniosłam słuchawkę i odkryłam, 

że to nie był żartowniś, który dzwonił wcześniej. Dzwonił agent specjalny Johnson.

- No cóż, Jessico - odezwał się. - Czy przemyślałaś może naszą poranną pogawędkę?

Spojrzałam na mamę i Douglasa.
- Eee, czy moglibyście... ? - zapytałam. - To sprawa osobista.

Mama zmarszczyła brwi.
- To chyba nie ten chłopak? Ten cały Wilkins?

Ten cały Wilkins. Prawie tak samo miłe, jak „dziwak”.
- Nie - powiedziałam. - To inny chłopak.

Co,   praktycznie   rzecz   biorąc,   nie   było   nawet   kłamstwem,   Mama,   wychodząc   z   kuchni, 

uśmiechnęła się z taką radością, jakby właśnie uznano mnie za najpopularniejszą dziewczynę w 

szkole. Douglas też wyszedł, tyle że nie wyglądał nawet w połowie na tak uszczęśliwionego jak 
mama.   -   Jaką   pogawędkę?   -   zapytałam   agenta   specjalnego   Johnsona.   -   Och,   tę,   w   której 

sugerowałeś, że mój brat może być zabójcą Amber Mackey? I że jeśli nie pomogę wam wytropić 
waszych   najbardziej   upragnionych   poszukiwanych,   zaciągniecie   go   na   przesłuchanie   w   tej 

sprawie?

- Cóż, nie przypominam sobie, żebym tak to ujął - rzekł Agent specjalny Johnson. - Ale 

owszem, w tej sprawie dzwonię.

- Przykro mi cię rozczarować - powiedziałam. - Douglas ma żelazne alibi na czas, kiedy 

porwano obie dziewczyny. Zapytaj jego pracodawców w Comix Underground.

W słuchawce zapadła cisza. A potem chichot agenta specjalnego Johnsona.

- Zastanawiałem się, jak długo będzie się zbierał na odwagę, żeby ci o tym powiedzieć.
Zrobiło mi się gorąco ze złości.

A potem mnie olśniło. Jasne, że wiedział o wszystkim. Wiedzieli od początku. Korzystali z 

mojej ignorancji, żeby mnie spętać.

Cóż, za to im płacą. Tajne operacje.
- Świetnie się bawisz moim kosztem - wycedziłam - ale może miałbyś ochotę zająć się dla 

odmiany   jakąś   pracą.   Wiem,   marzy   wam   się,   żebym   odwalała   robotę   za   was,   ale   w   tym 
szczególnym wypadku to wy jesteście ekspertami.

background image

Opowiedziałam mu o telefonie.
- I mówisz, że nie mogłaś rozpoznać głosu? - zapytał.

- Tak. Wydawał się jakiś przytłumiony.
-   Prawdopodobnie   przykrył   czymś   mikrofon   słuchawki   -   stwierdził   agent   specjalny 

Johnson - z obawy, że go rozpoznasz. Powiedz mi jedną rzecz. Czy ten głos był w jakiś sposób 
charakterystyczny? Szczególny akcent albo coś takiego?

- Nie wiem, czemu przypomniałam sobie test na wsioka. No wiecie, test wymowy.
- Nie - powiedziałam zdziwiona, że wcześniej sama nie zwróciłam na to uwagi. - Żadnego 

szczególnego akcentu.

-   Dobrze   -   mruknął   agent   specjalny   Johnson.   -   Mądra   dziewczynka.   W   porządku, 

spróbujemy dojść, z jakiego numeru ten człowiek dzwonił.

-   Myślałam,   że   to   dla   was   nic   takiego.   Zwłaszcza,   że   od   dawna   podsłuchujecie   moje 

rozmowy.

- Bardzo śmieszne, Jessico - rzekł agent specjalny Johnson oschłym tonem. - Zdajesz sobie, 

oczywiście,   sprawę,   że   Biuro   nie   dopuściłoby   w   żadnym   wypadku   do   naruszenia   praw 
amerykańskiego obywatela w czasie śledztwa.

-   Ehe   -   powiedziałam.   Świadomość,   że   agent   specjalny   Johnson   zajmie   się   tą   sprawą, 

podnosiła mnie w jakiś sposób na duchu. Głupie, zważywszy, jak bardzo działało mi na nerwy, że 

federalni cały czas depczą mi po piętach, prawda? - Aha.

-   I   nic   się   nie   martw,   Jessico.   Tobie   i   twojej   rodzinie   nic   nie   bozi.   Dzisiaj   wieczorem 

rozstawimy   dwudziestu   funkcjonariuszy   wokół   waszego   domu.   Zapewnimy   całkowite 
bezpieczeństwo. Nasz dom rzeczywiście był bezpieczny i nikt nawet nie próbował się do niego 

zbliżyć. Za to spalili restaurację.

Można by pomyśleć, że należał mi się jakiś odpoczynek, A co? Ostatecznie poprzedniej 

nocy właściwie nie spałam. Ale nie, następnej nocy też zadbano o to, żebym nie mogła się wyspać, 
f No dobrze, trochę spałam. Telefon odezwał się dopiero o trzeciej.

O trzeciej nad ranem.
Potem nikt już nie spał w domu Mastrianich. I nie mieliśmy spać spokojnie przez długi, 

długi czas. Uznałam oczywiście, że telefon jest do mnie. Dlaczego by nie? Wieczorem wszystkie 
telefony   były   do   mnie.   Proszę,   urzeczywistniały   się   marzenia   mojej   mamy:   zostałam   miss 

popularności, hurra!

Szkoda tylko, że randki, na które się ze mną umawiano, to były randki z eee... ze śmiercią.

background image

Dobra, i ze Skipem Abramowitzem.
Kiedy   telefon   rozdzwonił   się   o   trzeciej   rano,   wyskoczyłam   z   łóżka,   jeszcze   nie   całkiem 

przytomna, i rzuciłam się na aparat w moim pokoju. Chyba miałam nadzieję, że jeśli od razu 
podniosę słuchawkę, to reszta rodziny nie zdąży się obudzić.

Głos   w   słuchawce   okazał   się   znajomy,   ale   nie   należał   do   żadnego   z   moich   nowych 

przyjaciół. No wiecie, tych, co obiecali mnie zamordować, jeśli spróbuję jeszcze raz wyciągnąć od 

Tishy Murray informacje na temat domu w pobliżu kamieniołomów.

Uświadomienie sobie, że rozmawiam z agentką specjalną Smith, zajęło mi około minuty.

- Jessico - odezwała się, kiedy podniosłam słuchawkę. A potem, kiedy tata odebrał w swojej 

sypialni i mruknął półprzytomnie: „Halo?”, dodała: - Panie Mastriani.

Tata  i ja nie powiedzieliśmy  już nic więcej.  Tata,  jak sądzę, usiłował  się obudzić,  a ja, 

oczywiście, przygotowywałam się do tego, co miałam usłyszeć... czego się domyślałam. Zginęła 

kolejna osoba. Może Tisha Murray.

Albo Heather Montrose. Mimo straży, jakie postawiono przed jej pokojem w szpitalu, ktoś 

zdołał się do niej zakraść i dokończyć dzieła. Heather nie żyje.

Albo to, albo znaleźli kogoś. Znaleźli kogoś, kto usiłował wedrzeć się do naszego domu, 

żeby mnie zabić.

Ale nie o to chodziło. Stało się coś, czego się zupełnie nie spodziewałam.

- Przykro mi, że pana obudziłam - powiedziała Jill ze szczerym żalem. - Sądzę jednak, że 

powinniśmy   pana   zawiadomić,   że   pańska   restauracja,   Mastriani,   stoi   w   płomieniach.   Czy 

zechciałby pan...

Jill  nie  miała  okazji  dokończyć  zdania,   ponieważ   mój tata   Odłożył  słuchawkę  i,  jak  go 

znam, sięgał właśnie po spodnie.

- Zaraz tam będziemy - zapewniłam.

- Nie, Jessico, nie ty. Powinnaś...
Nie dowiedziałam się, co jej zdaniem powinnam, ponieważ odłożyłam słuchawkę.

Parę sekund później, przy drzwiach, przekonałam się, że miałam rację. Tata był całkowicie 

ubrany - to znaczy, miał na sobie spodnie i buty. Do tego górę od piżamy w charakterze koszuli. 

Kiedy mnie zobaczył, powiedział: - Zostań z matką i bratem.

- Absolutnie nie - powiedziałam. Ja też zdążyłam się ubrać.

Wydawał się rozdrażniony i wdzięczny zarazem, co jest dość niezwykłe, jak się tak bliżej 

zastanowić.   Dostrzegliśmy   łunę,   gdy   tylko   wyszliśmy   za   próg.   Pomarańczowa   poświata   była 

background image

dobrze widoczna na tle niskich, ciemnych chmur. Przypomniała mi się scena pożaru Atlanty z 
Przeminęło z wiatrem.

- Wielki Boże - powiedział tata.
Ja natomiast postanowiłam porozmawiać z przyjaciółmi po przeciwnej stronie ulicy. Tymi 

w białej pół ciężarówce.

-   Cześć!   -   Puknęłam   w   zasłonięte   okno   od   strony   kierowcy.   -   Muszę   jechać   z   tatą   do 

centrum. Zostańcie tutaj i pilnujcie domu, póki nie wrócę, dobra?

Odpowiedzi nie było, ale też nie spodziewałam się żadnej. Ludzie, którzy mają cię śledzić 

potajemnie, nie lubią, kiedy się ich tak po prostu zaczepia i zaczyna z nimi rozmawiać, nawet jeśli 
ich szef wie doskonale, że ty wiesz, że oni tam są. Rozumiecie, co mam na myśli.

W centrum znaleźliśmy się w jednej chwili, ale miałam wrażenie, że trwało to całe wieki. 

Nasz  dom dzieli  od centrum  zaledwie  parę  przecznic...  piętnastominutowy  spacer  albo  cztery 

minuty jazdy. O trzeciej nad ranem ulice świeciły pustkami. Nie mogliśmy oderwać oczu od tej 
pomarańczowej łuny na niebie. Parę razy tata o mało nie wjechał na chodnik. Dobrze, że tam 

byłam. Położyłam ręce na kierownicy, mówiąc:

- Tato, nie martw się. To nie to. Pomarańczowe światło? To pewnie takie błyskawice bez 

grzmotu.

- Ciągle w tym samym miejscu? - zgłosił wątpliwości tata.

- Oczywiście - oświadczyłam. - Czytałam o tym. Na biologii. Boże, ale ja kłamię.
Potem skręciliśmy w Główną. I zobaczyliśmy.

To nie były błyskawice bez grzmotu. O nie.
Kiedyś, dawno temu, u sąsiadów z naprzeciwka z kominka wypadło płonące polano, od 

którego zajęły się firanki w salonie.

Takiego pożaru spodziewałam się w Mastrianim. No wiecie, języki ognia w oknach i może 

wstęga   dymu   wydobywająca   się   z   otwartych   drzwi.   Strażnicy   byliby   na   miejscu,   oczywiście, 
ugasiliby płomienie i już. Tak właśnie to wyglądało u sąsiadów. Stracili firanki, musieli wymienić 

dywan oraz kompletnie przemoczoną kanapę.

Ale kiedy strażacy odjechali, sąsiedzi położyli się spać we własnych - choć trochę pewnie 

śmierdzących   dymem   -   łóżkach.   Nie   musieli   się   wynieść   do   krewnych   czy   do   hotelu,   czy 
gdziekolwiek, ponieważ ich dom stał nadal.

Pożar w Mastrianim nie był tego rodzaju. Pożar w Mastrianim szalał, oddychał, żył. Miał, 

mówiąc oględnie, przerażającą siłę destrukcji. Płomienie strzelały z dachu na dziesięć, piętnaście 

background image

metrów w górę. Cały budynek stał się kulą ognia. Nie mogliśmy podjechać bliżej, tyle parkowało 
tam wozów strażackich. Dziesiątki strażaków z plującymi wodą gumowymi wężami poruszało się 

w niesamowitym, sennym tańcu, usiłując ugasić ogień.

Ale   los   bitwy   wydawał   się   przesądzony.   Nie   trzeba   było   strażaka,   żeby   to   stwierdzić. 

Płomienie   pochłonęły   budynek   bez   areszty.   Zielono   -   złoty   baldachim   nad   drzwiami,   który 
osłaniał klientów przed deszczem? Zniknął. Zielony szyld z napisem Mastriani złotymi literami? 

Zniknął. Okna działu administracyjnego na piętrze? Zniknęły. Nowe zamrażarki? Zniknęły. Stolik 
zakochanych, gdzie siedzieliśmy z Markiem Leskowskim? Zniknął. Wszystko zniknęło, Tak po 

prostu.

No, może nie tak po prostu. Kiedy wyszliśmy z tatą z samochodu i ruszyliśmy w stronę 

byłej restauracji, ostrożnie omijając krzyżujące się na ziemi i pulsujące jak żywe, gumowe węże 
strażackie,   zobaczyliśmy,   że   cały   tłum   ludzi   uwija   się   gorączkowo,   usiłując   ocalić   co   się   da. 

Strażacy   przekrzykiwali   szum   wody   i   huk   ognia,   kaszląc   w   gęstym,   czarnym   dymie,   który 
natychmiast zamulał gardło i płuca.

Jeden z nich zauważył nas i kazał się zatrzymać. Tata wrzasnął: „Jestem właścicielem!”, i 

strażak   skierował   nas   do   grupy   ludzi   stojących   nieco   dalej,   o   twarzach   pomarańczowych   od 

ogniowej łuny.

- Joe! - krzyknął ktoś, kogo rozpoznałam jako burmistrza naszego miasteczka. - Jezu, Joe! 

Tak mi przykro.

- Czy ktoś został ranny? - zapytał tata. - Nikt nie jest ranny, co?

-   Nie   -   odparł   burmistrz.   -   Paru   chłopaków   Richiego   robiło   za   bohaterów   i   weszło   do 

środka, żeby sprawdzić, czy nikt nie został. Najedli się dymu w nagrodę. - Nic im nie będzie - 

zapewnił Richard Parks, naczelnik straży pożarnej. - W środku nie było nikogo, Joe. Nie martw 
się. Tata odetchnął z ulgą.

- Jakie ryzyko, że to się rozszerzy? - Restauracja była wolno stojącym budynkiem w stylu 

wiktoriańskim, z księgarnią po jednej i bankiem po drugiej stronie oraz wspólnym parkingiem na 

tyłach. - Co z bankiem? Księgarnią?

- Polewamy je wodą - powiedział naczelnik straży. - Na razie w porządku. Trochę iskier 

wylądowało na dachu księgarni, ale zaraz zgasły. Zjawiliśmy się na czas, Joe, nie martw się. W 
każdym razie na czas, żeby uratować sąsiednie budynki.

Mówił smutnym głosem. Nic dziwnego. Często jadał w Mastrianim. Podobnie jak każdy z 

jego ludzi.

background image

- Co się stało? - zapytał tata. - Jak do tego doszło? Ktoś coś wie?
- Nie potrafię powiedzieć. Ludzie w więzieniu naprzeciwko usłyszeli wybuch, wyjrzeli na 

ulicę i zobaczyli ogień. Jakieś osiem, dziewięć minut temu. Budynek stanął w ogniu jak kupka 
torfu.

- Co by wskazywało - wtrącił kobiecy głos - na użycie jakichś materiałów wybuchowych.
Odwróciliśmy głowy i ujrzeliśmy agentów specjalnych Smith i Johnsona, którzy wydawali 

się przejęci i jakby odrobinę bardziej niedbale ubrani niż zwykle. Brak snu przez dwie noce z 
rzędu nawet im dawał się we znaki.

- Też tak uważam - powiedział szef straży.
-   Chwileczkę.   -   Tata   wytrzeszczył   oczy   na   agentów   FBI.   -   Co   wy   mówicie?   Chcecie 

powiedzieć, że ktoś podpalił restaurację?

- Inaczej ogień nie rozprzestrzeniłby się tak szybko, Joe - stwierdził szef straży. - Nie tak 

gwałtownie. Sądząc po zapachu, to benzyna, ale dowiemy się dopiero, jak temperatura spadnie i 
będziemy mogli...

-   Benzyna?   -   Tata   o   mało   nie   dostał   ataku   serca.   Naprawdę.   Wszystkie   żyły,   których 

normalnie w ogóle nie widać, wystąpiły mu na czole. - Dlaczego, na Boga, ktoś miałby zrobić coś 

takiego? - zapytał tata. - Dlaczego ktoś miałby podpalać restaurację?

Szeryf, którego dopiero teraz zauważyłam, powiedział:

- Niezadowolony pracownik, być może.
- Nikogo nie zwolniłem - obruszył się tata. - Od wielu miesięcy.

- To prawda. Nie lubił zwalniać ludzi, więc zatrudniał głównie takich, co, do których miał 

pewność, że się sprawdzą. Instynkt na ogół go nie zawodził.

- No cóż, będzie dochodzenie. - Szeryf patrzył niemal z podziwem na szalejący ogień. - 

Podpalenie?   Twoja   firma   ubezpieczeniowa   nie   spocznie.   Dowiemy   się   wszystkiego.   W   swoim 

czasie.

Na pewno. Ale mogliby po prostu zapytać mnie. Mogłabym od razu powiedzieć im, kto to 

zrobił. Nie miałam wątpliwości.

No, właściwie to wiedziałam tylko, dlaczego. Nie wiedziałam, kto. Ale powód był oczywisty.

Dostałam ostrzeżenie. Ostrzeżenie, że jeśli nie przestanę wypytywać o dom przy drodze do 

kamieniołomów...

To takie niesprawiedliwe. Mój tata. Biedny tata. W żaden sposób na to nie zasłużył.
Na widok taty, który próbował żartować z burmistrzem, szeryfem i naczelnikiem straży, 

background image

ogarnęło mnie współczucie. Żartował, ale w środku, wiedziałam o tym dobrze, serce mu pękało. 
Tata kochał Mastrianiego. Otworzył tę restaurację zaraz potem, jak się pobrali z mamą. To była 

jego pierwsza restauracja, pierwsze dziecko... tak jak Douglas był pierwszym dzieckiem mamy.

- Nawet o tym nie myśl, Jess - powiedział agent specjalny, nawet dość ciepłym tonem.

Odwróciłam się do niego, mrugając oczami.
- O czym?

- Żeby znaleźć tego, kto to zrobił - odparł Allan. - Żeby szukać na własną rękę. Tu chodzi o 

niebezpiecznych, psychopatycznych bandytów. Ściganie ich zostaw nam, jasne?

Tym   razem   bardzo   chciałam   zastosować   się   do   jego   zalecenia.   Och,   jasne,   byłam   też 

wściekła i tak dalej. Nie zrozumcie mnie źle. Ale jakaś część mnie była ciężko przerażona. Bardziej 

przerażona niż wtedy, kiedy zobaczyłam Heather związaną w wannie. Bardziej przerażona niż 
wtedy, gdy przedzierałam się na motocyklu przez ciemny las.

Ponieważ to, co się teraz działo, było w jakiś sposób straszliwsze. Budziło grozę większą niż 

złamana ręka Heather albo to, że mogłabym zlecieć z ogromnego motocykla, ładując się pod koła.

Było niebezpieczne i nie do opanowania. Niosło śmierć.
Jak to, co spotkało Amber.

- Bez obaw - powiedziałam, przełykając ślinę. - Nic nie zrobię.
- Taak - agent specjalny Johnson łypnął podejrzliwie. - W porządku.

Potem usłyszałam głos mamy. Wołała tatę.
Szła w naszym kierunku, omijając węże strażackie, w prochowcu narzuconym na koszulę 

nocną. Douglas podtrzymywał ją za łokieć, żeby się nie potknęła w sandałach na wysokim obcasie. 
Tata ruszył jej na spotkanie. Przystanęli obok największego z wozów strażackich.

- Och, Joe - westchnęła mama, przyglądając się płomieniom, które wciąż strzelały wysoko, 

aż do nieba. - Och, Joe.

-   W   porządku,   Toni   -   odparł   tata,   biorąc   ją   za   rękę:   -   Nie   martw   się.   Zapłaciliśmy 

ubezpieczenie. Zwrócą nam. Możemy się odbudowywać.

- Ale tyle naszej pracy, Joe. - Mama nie mogła oderwać spojrzenia od ognia. No i wiecie, 

mimo całej grozy, ten widok był w jakiś sposób piękny. Strażacy nie usiłowali już gasić pożaru, 

pilnowali tylko, żeby nie rozprzestrzenił się na sąsiednie budynki. Na razie szło im dobrze.

- Twoja ciężka praca. Dwadzieścia lat. - Mama przechyliła głowę, opierając ją na ramieniu 

taty. - Tak mi przykro, Joe.

- W porządku - powiedział tata. Puścił jej rękę i objął ją ramionami. - To tylko restauracja. 

background image

Tylko tyle. Tylko restauracja.

Tylko restauracja. Wymarzona, ukochana restauracja mojego taty. Poświęcił jej najwięcej 

czasu i najwięcej pracy. Joe, tańsza restauracja taty, przynosiła zaledwie połowę tych wpływów co 
Mastriani, a Joe Junior, z pizzą na wynos, nawet jeszcze mniej. Wiedziałam, że przez jakiś czas, 

bez względu na ubezpieczenie, nie będzie nam lekko.

Tata trzymał się dzielnie. Przytulił mamę i powiedział z odrobinę wymuszoną wesołością:

- Hej, jeśli już coś musiało pójść z dymem, cieszę się, że to restauracja, a nie dom.
Potem już nic nie mówili. Stali tak spleceni ramionami, przytuleni głowami, obserwując, 

jak część ich życia obraca się w popiół.

Douglas podszedł do mnie. Nie powiedziałam mu, o czym myślę. A myślałam o tym, że 

ostatnio widziałam rodziców stojących w ten sposób w szpitalu, kiedy Douglas podciął sobie żyły.

-   Wydaje   mi   się   -   odezwał   się   Douglas   -   że   teraz   nie   jest  najlepszy   moment,   żeby   im 

powiedzieć, prawda?

Spojrzałam na niego.

- Powiedzieć o czym?
- O mojej nowej pracy.

- Nie mogłam się powstrzymać od uśmiechu.
- O nie - odparłam. - Teraz zdecydowanie nie jest dobry moment, żeby im powiedzieć o 

twojej nowej pracy.

I tak staliśmy we czwórkę, patrząc, jak dopala się restauracja Mastriani.

Następnego dnia dotarłam do szkoły koło południa i do tego czasu wszyscy - wszyscy w 

całym mieście - wiedzieli już, co się stało. Kiedy weszłam do stołówki - mama podrzuciła mnie w 

porze lunchu - całe mnóstwo ludzi rzuciło się w moją stronę, wyrażając współczucie. Naprawdę, 
jakby ktoś umarł.

Miałam   wrażenie,   że   wszyscy   odczuli   tę   stratę.   Mastriani   był   szczególnym   miejscem, 

wyjątkowym. Ludzie szli tam, kiedy mieli ochotę zaszaleć, w urodziny albo przed końcem roku.

Chyba   wspominałam   już,   że   nie   cieszę   się   popularnością   w   swojej   szkole.   Nie   czuję, 

powiedzmy,   duchowej   wspólnoty   ze   szkołą.   To,   czy   nasza   drużyna   wygra   mistrzostwa   albo 

cokolwiek   innego,   obchodzi   mnie   tyle,   co   zeszłoroczny   śnieg.   Nie   pamiętam,   żeby   mnie 
kiedykolwiek zaproszono na jakąś imprezę. Wiecie, imprezę bez rodziców, ale za to z alkoholem, 

kiedy wszyscy piją, a potem zalegają pod ścianami.

Nie, nigdy mnie nie zapraszano.

background image

Dlatego byłam mocno zaskoczona żywiołowymi objawami współczucia. A nie tylko Ruth i 

Skip oraz ci, co grali w orkiestrze podeszli, żeby wyrazić żal.

Nie, również Todd Mintz, gromadka Pomponek, Tisha Murray i Jeff Day, a także sam król 

najelegantszego towarzystwa, Mark Leskowski we własnej osobie.

To prawie dość, żeby odwrócić uwagę dziewczyny, że gdzieś tam jest ktoś, kto pragnie jej 

śmierci - i kto dopilnuje, żeby tak się stało, jeśli dziewczyna za bardzo zbliży się do prawdy.

- Nie mogę w to uwierzyć - powiedział Mark, sadzając swoją naprawdę fantastyczną tylną 

część ciała na ławce obok mnie i przyglądając mi się głębokimi, brązowymi oczami. - A jeszcze 

niedawno byliśmy tam razem, ty i ja.

-   Owszem   -   powiedziałam,   speszona   zazdrosnymi   spojrzeniami   skierowanymi   w   moją 

stronę.   Ostatecznie,   wobec   zniknięcia   Amber,   Mark   byłby   niezłą   zdobyczą.   Niejedna 
cheerleaderka dźgnęła koleżankę łokciem w bok, wskazując na nas.

- Oczywiście nie domyślały się, że moje serce należy - i zawsze tak będzie - do innego.
- Przynajmniej nikt nie został ranny - powiedział Mark. - Możesz sobie wyobrazić, co by 

było, gdyby pożar wybuchł w porze obiadu?

- W porze obiadu byłoby trudno rozlać benzynę po całej restauracji.

- Chcesz powiedzieć, że ktoś to zrobił celowo? Dlaczego? Kto?
-   Przypuszczam,   że   ta   sama   osoba,   która   zabiła   Amber   i   pobiła   Heather.   To   było 

ostrzeżenie. Dla mnie. Żebym się w to nie mieszała.

Mark zdumiał się głęboko.

- Boże! Straszne.
To mniej więcej odpowiadało moim własnym odczuciom, toteż skinęłam głową.

- Zgadza się.
Zaraz potem zabrzmiał dzwonek. Mark powiedział jeszcze:

- Posłuchaj, może moglibyśmy się spotkać w ten weekend. Jeśli masz ochotę. Zadzwonię do 

ciebie.

Dobra,   przyznaję.   To   było   dość   podniecające   -   najprzystojniejszy   chłopak   w   szkole, 

wiceprzewodniczący   klas   maturalnych,   gwiazda   futbolu   i   w   ogóle,   mówi   tak   po   prostu: 

„Zadzwonię do ciebie”. Cóż, nie był Robem Wilkinsem. I w ogóle wydawał mi się raczej nudny.

Ale jednak. Umówił się ze mną. Już drugi raz. Nagle zrozumiałam, jak czuła się moja mama 

w   szkole.   No   wiecie,   miss   wszystkich   imprez.   Dlatego   tak   się   ucieszyła   z   telefonu   Skipa. 
Powodzenie - tak, to fajne.

background image

A w każdym razie było, dopóki w drodze do szafki nie zaczepiła mnie Karen Sue Hankey, 

mówiąc wyniosłym, Karen - Sue - Hankeyowym tonem:

- Brakowało   mi  ciebie  podczas   przesłuchań  dziś  rano.  Zamarłam   z ręką   na  szyfrowym 

zamku. Przesłuchania w celu ustalenia miejsc w orkiestrze. Kompletnie zapomniałam.

Ostatecznie miałam inne sprawy na głowie ... grożono mi śmiercią, zniszczono znaczną 

część rodzinnego przedsiębiorstwa.

Zaraz, zaraz... dęte wyznaczono na czwartek.
To znaczy na dzisiaj.

- Przypuszczam, że skoro się nie stawiłaś - powiedziała Karen Sue - będziesz zajmowała 

ostatnie krzesło do końca semestru. Trudno. Pan Vine przydziela miejsca po szkole i założę się, że 

będę... - Hej!

Karen Sue krzyknęła, ponieważ ją popchnęłam. Niezbyt mocno i wcale nie brutalnie. Po 

prostu musiałam gdzieś pójść, i to szybko, a ona stała mi na drodze.

Wiedziałam,   że   pan   Vine   spędzał   „okienko”   na   piątej   lekcji   w   pokoju   nauczycielskim, 

dochodząc do siebie po próbie orkiestry pierwszaków.

Pognałam korytarzem, potrącając ludzi i nie mówiąc nawet „przepraszam”. To nie było w 

porządku.   Absolutnie   nie.   Osoba   nieobecna   z  uzasadnionego   powodu,  jak   ja,   powinna  zostać 
dopuszczona do przesłuchania, a niezsyłana na ostatnie krzesło tylko, dlatego, że jakiś psychol 

spalił restaurację należącą do jej rodziców.

W dodatku latem opanowałam sztukę czytania z nut. Miałam zamiar porazić pana Vine'a 

swoimi   nowymi   umiejętnościami.   Nie   chciałam   zająć   pierwszego   krzesła,   ale   zdecydowanie 
należało mi się trzecie, może nawet drugie. Ostatnie krzesło nie odpowiadało mi ani trochę. Będę 

walczyć, postanowiłam.

Wpadłam w poślizg, wyhamowując pod drzwiami pokoju nauczycielskiego. Ryzykowałam, 

że spóźnię się na biologię, ale co tam. Zastukałam do drzwi.

Nagle ktoś dotknął mojego ramienia. Odwróciłam się i zobaczyłam Claire Lippman, która 

rzadko kiedy odzywała się do mnie na korytarzu. Nie, dlatego, że była snobką czy coś, tylko że 
zwykle siedziała z nosem w skrypcie.

- Jess - zaczęła. Nie wyglądała najlepiej. To było zdumiewające, bo Claire jest ideałem 

urody. Zawsze wygląda świetnie. Doskonale, nieskazitelnie, no wiecie.

Tym   razem   nie   sprawiała   wrażenia   doskonałej.   Zlizała   całą   szminkę   z   warg,   a   różowy 

sweter zarzucony na ramię - miała na sobie białą bluzkę bez rękawów - ledwo się trzymał.

background image

- Jess, ja... - Claire rozejrzała się. Robiło się pustawo, bo wszyscy wchodzili do klas. - Muszę 

z tobą porozmawiać.

Coś było nie tak. Mocno nie tak.
- Co się dzieje, Claire? - zapytałam, kładąc jej rękę na ramieniu. - Czy dobrze...

Czy dobrze się czujesz. O to właśnie chciałam ją zapytać. Nie zdążyłam.
Bo po pierwsze, otworzyły się drzwi i pojawił się w nich nauczyciel chemii, pan Lewis.

Po drugie, z gabinetu pedagoga, znajdującego się naprzeciwko pokoju nauczycielskiego, 

wychynął Mark z naręczem podań o przyjęcie do college'u, które dla niego przygotowano.

- Czym mogę służyć, panno Mastriani? - zapytał pan Lewis. Nie miałam chemii, ale musiał 

znać moje nazwisko z gazet, z zeszłego roku.

- Cześć - zwrócił się do mnie i do Claire Mark Leskowski. - Jak się macie?
W tym momencie Claire zrobiła coś naprawdę bardzo dziwnego. Obróciła się na pięcie i 

pognała korytarzem, jakby ją kto gonił. Nawet nie zauważyła, że sweter zsunął jej się z ramion i 
upadł na ziemię.

Pan Lewis popatrzył za nią, potrząsając głową.
- Kółko teatralne - mruknął.

Mark  i ja śledziliśmy  wzrokiem  Claire,  aż  zniknęła  za  rogiem,  kierując się do skrzydła 

teatralnego, a potem spojrzeliśmy po sobie. Mark wzniósł oczy do nieba i wzruszył ramionami.

- Na razie - rzucił głośno i odszedł w przeciwnym kierunku, w stronę sali gimnastycznej.
Nie bardzo wiedząc, co robić, schyliłam się i podniosłam sweter. Był mięciutki, a kiedy 

spojrzałam na metkę, zrozumiałam, dlaczego. Sto procent kaszmiru. Na pewno Claire się zmartwi. 
Wzięłam sweter, żeby jej później oddać.

- A więc, panno Mastriani? - Pan Lewis wytrącił mnie z zamyślenia.
Poprosiłam, żeby zawołał pana Vine'a. Pan Vine wydawał się rozbawiony moimi obawami, 

że zostanę zesłana do ostatniego rzędu w sekcji fletów.

- Czy naprawdę sądzisz - zapytał, patrząc na mnie z wesołym błyskiem w oku - że zrobiłbym 

ci coś takiego, Jess? Wszyscy wiemy, dlaczego cię nie było. Nie martw się. Przyjdź do mnie zaraz 
po lekcjach na przesłuchanie. W porządku?

Odetchnęłam.
- W porządku. Bardzo dziękuję.

Poszłam   na   lekcję   zadowolona.   Cieszyłam   się,   że   pan   Vine   dał   mi   szansę.   Miejsce   w 

orkiestrze naprawdę było dla mnie ważne.

background image

Wkrótce   jednak   miałam   zapomnieć   o   przesłuchaniu.   Dzień   mijał,   a   ja   coraz   wyraźniej 

czułam, że coś nie daje mi spokoju. Coś nowego.

Coś więcej niż tajemnicza śmierć Amber, telefony z pogróżkami i pożar restauracji.
Dopiero w połowie siódmej lekcji zrozumiałam, co to jest. Byłam przerażona.

Poważnie, prawie trzęsłam się ze strachu.
Bałam się oczywiście o dom, o moją rodzinę i o siebie, choć federalni nie spuszczali oka z 

naszego domu. Ze mnie na pewno też, choć muszę przyznać, robili to dyskretnie.

To nie wszystko. Wiedziałam, że dzieje się coś złego. Coś poza pożarem w Mastrianim, 

zabójstwem Amber i pobiciem Heather.

Rety, nie chcę powiedzieć, że miałam jakieś objawienie. Wcale nie. Nie wtedy.

Ale czułam wyraźnie, że dzieje się coś złego. To było nie tylko straszne, to było...
Odrażające.

Jak randka ze Skipem, tylko dużo, dużo gorsze.
W połowie siódmej lekcji nie wytrzymałam. Podniosłam rękę, zanim w ogóle zrozumiałam, 

co chcę zrobić.

Więc   kiedy   mademoiselle   MacKenzie,   niespecjalnie   zachwycona,   że   przerywam   jej   w 

połowie dogłębnej analizy nieustającego ścierania się osobowości Alix i Michela {Alix mes du sel 
dans la boule de Michel), zapytała: Qu' estque vous vonlez, Jessica? a ja odparłam, po angielsku, 

„Potrzebuję przepustki na korytarz”, nie próbowała nawet ukryć rozdrażnienia.

- Nie możesz poczekać do dzwonka?

-   Nie,   nie   mogłam   poczekać.   Nie   rozumiałam,   dlaczego,   ale   wiedziałam,   że   nie   mogę 

czekać.

Zdegustowana mademoiselle MacKenzie wręczyła mi drewnianą przepustkę do łazienki. 

Wyskoczyłam z klasy, zanim zdążyła powiedzieć: Au rewir.

Zbiegłam po schodach - laboratoria językowe znajdują się na drugim piętrze - do części 

administracyjnej. Nie byłam pewna, po co właściwie tam idę, dopóki nie zobaczyłam drzwi do 

sekretariatu i do pokoju nauczycielskiego.

Wtedy   zrozumiałam.   Claire.   Claire   dotykająca   mojego   ramienia   tuż   przed   piątą   lekcją. 

Chciała mi coś powiedzieć, ale nie zdążyła. Jej oczy - piękne błękitne oczy - patrzyły na mnie 
szeroko otwarte, pełne - teraz to wiem, chociaż w tamtej chwili za bardzo martwiłam się o siebie i 

swoją głupią pozycję w orkiestrze, żeby to zauważyć - strachu.

Strach. Strach.

background image

Wpadłam do środka jak burza.
- Muszę się dowiedzieć, na jakiej lekcji jest teraz Claire Lippman - oznajmiłam, rzucając 

książki na biurko sekretarki. - Muszę to wiedzieć natychmiast.

Helen spojrzała na mnie przyjaźnie, choć z pewną rezerwą.

- Jess - powiedziała. - Wiesz, że nie mogę udzielać takich informacji...
- Muszę wiedzieć! - ryknęłam.

Drzwi   gabinetu   pana   Goodharta   otworzyły   się.   Ku   mojemu   zaskoczeniu   do   poczekalni 

wkroczył nie tylko pan Goodhart, ale również agent specjalny Johnson.

- Jessica? - zaniepokoił się Goodhart. - Co ty tu robisz? Stało się coś złego?
Helen nacisnęła klawisz komputera, powodując, że z ekranu zniknęła gra Saper, a pojawiły 

się rozkłady zajęć poszczególnych uczniów. Pan Goodhart zauważył to i zapytał:

- Helen, co robisz?

- Ona pyta, gdzie jest Claire Lippman. Właśnie szukam.
- Nie możesz tego powiedzieć, Helen. To poufne informacje.

- Dlaczego chcesz wiedzieć, gdzie jest ta dziewczyna, Jessico? - zapytał agent specjalny 

Johnson. - Coś się stało?

- Nie wiem. - W zasadzie mówiłam prawdę. Nie wiedziałam. Tyle że...
Coś tam jednak wiedziałam.

-   Muszę   ją   znaleźć   -   oświadczyłam.   -   Natychmiast.   Chciała   mi   coś   powiedzieć,   ale   nie 

zdążyła, bo...

- Claire Lippman - odezwała się Helen - ma na siódmej lekcji WF.
- Helen! - krzyknął zaszokowany pan Goodhart. - Nie wolno!

-   Dzięki   -   powiedziałam,   zabierając   książki   i   posyłając   sekretarce   pełen   wdzięczności 

uśmiech. - Wielkie dzięki.

Byłam prawie za drzwiami, kiedy Helen zawołała:
- Ale tam jej nie ma, Jess... Zamarłam.

A   potem   odwróciłam   się   powoli.   -   Jak   to   nie   ma?   -   zapytałam   ostrożnie.   Helen,   ze 

zmarszczonym czołem, studiowała ekran komputera.

- Nie ma - powiedziała. - Z danych wynika, że Claire nie była na zajęciach, począwszy od... 

czwartej lekcji.

- To niemożliwe - zaprotestowałam. Poczułam się dziwnie. Zdrętwiały mi wargi i ręce. - 

Widziałam ją tuż przed piątą lekcją.

background image

- Nie. - Helen sięgnęła po wydruki. - Claire Lippman urwała się z piątej, a potem szóstej i 

siódmej lekcji.

Claire Lippman nigdy w życiu nie zerwała się z lekcji - oświadczył pan Goodhart. Wiedział, 

co mówi, w końcu był jej pedagogiem.

- No cóż - powiedziała Helen - dzisiaj się zerwała. Chyba wyglądałam, jakbym miała za 

chwilę   zemdleć,   bo   agent   specjalny   Johnson   podszedł   do   mnie,   chwytając   za   łokieć.   -   Jess? 

Jessica? Dobrze się czujesz?

- Nie, nie czuję się dobrze - odparłam. - Claire Lippman też nie.

To była oczywiście moja wina. To, co się przytrafiło Claire Lippman. Powinnam była jej 

wysłuchać. Powinnam była wziąć ją za ramię i zaciągnąć w jakieś spokojne miejsce. Miała mi coś 

ważnego do powiedzenia.

Coś tak ważnego, że ktoś postanowił ją uciszyć. Dlatego zniknęła z lekcji.

- Dzisiaj jest tak pięknie - powiedział pan Goodhart. - Może gdzieś sobie poszła. Lubi się 

opalać, a teraz mamy taką pogodę...

Siedziałam   na   pomarańczowej   kanapie,   z   książkami   na   kolanach.   Ręce   zwisały   mi 

bezwładnie. Czułam straszliwe zmęczenie.

- Claire nie uciekła ze szkoły. Oni ją mają.
Agent specjalny Johnson zawołał Jill i teraz oboje siedzieli naprzeciwko, wpatrując się we 

mnie, jakbym była nowym gatunkiem przestępcy, o jakim niedawno przeczytali w podręczniku na 
zajęciach szkoleniowych FBI.

- Kto ją ma, Jessico? - zapytała łagodnie agentka specjalna Smith.
- Oni. - Nie mogłam uwierzyć, że nie wie. Jak mogła nie wiedzieć? - Ci sami, którzy dopadli 

Amber. I Heather. I spalili restaurację.

- A kim są ci „oni”, Jessico? - Agentka specjalna Smith pochyliła się naprzód. Odzyskała już 

swój właściwy wygląd, jej włosy układały się w zgrabne loki, kostium sprawiał wrażenie starannie 
wyprasowanego. W jej uszach tkwiły maleńkie brylantowe kolczyki. - Wiesz, Jessico? - Wiesz, kim 

oni są?

Spojrzałam   na   nich.   Byłam   taka   zmęczona.   Naprawdę.   Nie   tylko,   dlatego,   że   w   ciągu 

ostatnich   paru   dni   nie   zdołałam   się   wyspać.   Byłam   zmęczona   wewnątrz,   do   szpiku   kości. 
Zmęczona strachem. Zmęczona tym, że nie wiem. Po prostu zmęczona.

- Nie, nie wiem, kim oni są - powiedziałam. - A wy? Macie jakieś pojęcie, kto to jest?
Agenci   specjalni   Smith  i  Johnson  popatrzyli   na  siebie.  Zobaczyłam,   jak  Allan   potrząsa 

background image

nieznacznie głową. Wtedy Jill powiedziała:

- Allan. Musimy jej powiedzieć.

Byłam   zbyt   zmęczona,   żeby   zapytać.   Nie   obchodziło   mnie   o.   Naprawdę   nie.   Byłam 

przekonana, że Claire Lippman leży gdzieś martwa, i to z mojej winy. Co powie na to mój brat, 

Mike, kiedy się dowie? Kochał się w Claire, odkąd pamiętam. Pewnie, w życiu nie zamienił z nią 
ani słowa, ale kochał ją, tak czy inaczej. Kiedy występowała w Hello, Dolly, nie przepuścił ani 

jednego przedstawienia, nawet poranka dla dzieci.

A ja nie potrafiłam jej ochronić. Miłości życia mojego brata.

- Jessico - powiedziała agentka specjalna Smith. - Posłuchaj mnie przez chwilę. Amber. 

Amber Mackey, wiesz, dziewczyna, która nie żyje.

Podniosłam głowę. Miałam dość energii - nie dużo, ale dość - żeby zauważyć sarkastycznym 

tonem:

- Wiem, Jill, kim była Amber Mackey. Przez sześć lat siedziała przede mną w ławce.
- Agentko Smith - odezwał się szorstko agent specjalny Johnson. - Ta informacja jest ściśle 

poufna...

-   Była   w   ciąży   -   ciągnęła   agentka   specjalna   Smith.   -   Amber   Mackey   była   w   siódmym 

tygodniu ciąży, kiedy ją zabito, Jess. Koroner przedstawił właśnie protokół z autopsji i sądzę...

Zamrugałam oczami. Potem zamrugałam jeszcze raz i powiedziałam:

- W ciąży?
Pan Goodhart, który opierał się o biurko Helen, powtórzył jak echo:

- W ciąży?
Nawet Helen zawołała:

- W ciąży?! Amber Mackey?
- Proszę - powiedział agent specjalny Johnson. Był wyraźnie zdenerwowany. - Nie chcemy 

tego   rozpowszechniać.   Nie   powiadomiliśmy   nawet   rodziny   ofiary.   Proszę,   żebyście   na   razie 
zachowali tę informację wyłącznie dla siebie. Później na pewno przedostanie się do wiadomości 

publicznej, zawsze tak jest. Ale na razie...

Nie słuchałam go. W głowie mi huczało: „Amber. W ciąży. Amber. W ciąży”.

A więc Mark Leskowski był ojcem dziecka Amber. Amber nie poszłaby do łóżka z nikim 

innym. Choć zaskoczyło mnie, że w ogóle z nim spała. No wiecie, nie była tego typu dziewczyną.

Cóż, chyba jednak była tego typu dziewczyną.
Ale   wiedziałam,   czego   Amber   na   pewno   by   nie   zrobiła.   Nie   zdecydowałaby   się   na 

background image

przerwanie ciąży. Nie Amber. Ile zorganizowała sprzedaży ciastek, zbierając fundusze na rzecz 
samotnych matek? Ile razy organizowała akcje mycia samochodów, żeby zdobyć pieniądze na 

podobne cele? Ile razy podsunęła mi pudełko UNICEF - u, prosząc o drobne?

Nagle opuściło mnie uczucie zmęczenia. Jakby przepłynął przeze mnie strumień energii... 

Prawie jak wtedy, gdy uderzył mnie piorun.

Dobra, może niezupełnie tak. Ale zmęczenie się ulotniło. I jeszcze coś: już się nie bałam. 

Już nie.

Ponieważ przypomniałam sobie coś jeszcze. Strach w oczach Claire Lippman. Nie bała się, 

kiedy   mnie   zaczepiła.   Przestraszyła   się   dopiero,   gdy   z   gabinetu   pedagoga   wyszedł   Mark 
Leskowski.

Mark Leskowski. Ojciec dziecka Amber.
Mark Leskowski,  który siedząc przy stoliku numer siedem w Mastrianim,  zapytany,  co 

zrobi, jeśli nie powiodą się jego plany dostania się do Narodowej Ligi Futbolu, odpowiedział: 
„Porażka nie wchodzi w rachubę”.

A  dziecko  z  szesnastoletnią   dziewczyną?  I  to w tym  samym  roku,  kiedy miał   pójść  do 

college'u? W oczach Marka taka sytuacja należała z pewnością do kategorii „nie do przyjęcia”.

Wstałam, zrzucając książki na podłogę.
Ale nie wypuszczałam z rąk swetra Claire. Przez całe popołudnie trzymałam go w rękach.

- Jessico? - Jill także zerwała się na nogi. - O co chodzi? Co się dzieje?
Nie odpowiedziałam i wtedy agent specjalny Johnson odezwał się rozkazująco:

- Jessica. Jessica, słyszysz mnie? Odpowiedz agentce specjalnej Smith. Zadała ci pytanie. 

Czy chcesz, abym zadzwonił po twoich rodziców, młoda damo?

Nie obchodziło mnie, co mówią. Nie obchodziło mnie, że Helen, sekretarka, sprawdza mój 

numer domowy, a pan Goodhart macha mi dłonią przed twarzą, wykrzykując moje imię.

Och, nie zrozumcie mnie źle. To było denerwujące. Usiłowałam się skoncentrować, a ci 

ludzie skakali wokół mnie jak skwarki na patelni.

Ale   to   wszystko   nie   miało   znaczenia.   Trzymałam   sweter   Claire   Lippman.   Różowy 

kaszmirowy sweter, który jej matka - teraz to wiedziałam, chociaż właściwie nie miałam prawa 

wiedzieć - dała jej na szesnaste urodziny. Sweter pachniał perfumami Happy, Claire zawsze ich 
używa. Babcia w każde święta Bożego Narodzenia dawała jej nową buteleczkę. Wszyscy w szkole 

zachwycali się tymi perfumami. Nie wiedzieli, że to tylko Happy, z Clinique. Myśleli, że to coś 
egzotycznego, superdrogiego. Nawet Mark Leskowski, który siedział w rzędzie przed Claire, raz 

background image

zrobił   jakąś   uwagę   na   ten   temat.   Zapytał   o   nazwę.   Chciał   kupić   takie   perfumy   dla   swojej 
dziewczyny.

Swojej dziewczyny Amber. Którą zamordował.
Tak jak teraz zamierzał zamordować Claire.

Nagle straciłam oddech. Nie mogłam oddychać, bo było strasznie gorąco. Było gorąco, a w 

dodatku coś zakrywało mi usta i nos. Dusiłam się. Nie mogłam się wydostać. Wypuśćcie mnie. 

Wypuśćcie mnie. Wypuśćcie mnie.

Poczułam uderzenie w twarz. Wzdrygnęłam się i nagle ujrzałam przed sobą twarz pana 

Goodharta. Agenci specjalni Johnson i Smith trzymali go za ręce.

- Mówiłem panu - wrzeszczał Allan - żeby jej nie bić!

- A co miałem zrobić? - zapytał pan Goodhart. - Miała atak!
- To nie był atak. - Jill wyglądała na wściekłą. - Miałaś wizję, Jessico? Jessico, dobrze się 

czujesz?

Wytrzeszczyłam   oczy   na   całą   trójkę.   Policzek   piekł   mnie   trochę.   Tylko   trochę,   pan 

Goodhart nie uderzył zbyt mocno.

- Muszę iść - powiedziałam i przyciskając do siebie sweter Claire, wyszłam.

Naturalnie poszli za mną. Co nie było łatwe, ponieważ ledwie wydostałam się na korytarz, 

odezwał   się   dzwonek.   Ostatni   dzwonek   tego   dnia.   Ludzie   wysypali   się   z   klas.   Trzaskali 

drzwiczkami szafek, przybijali piątki, umawiali się na spotkanie w kamieniołomach. Wszędzie 
kłębiły się tłumy uczniów zmierzających do wyjścia.

Pozwoliłam, żeby ludzka fala wypchnęła mnie na zewnątrz i poniosła w stronę placu, gdzie 

czekały szkolne autobusy. Zabierały do domu wszystkich, z wyjątkiem tych, którzy przyjechali 

własnymi samochodami albo zostawali na trening, na dodatkowe zajęcia, czy też za karę.

- Jessico! - usłyszałam za plecami. Agent specjalny Johnson.

Ktoś czekał koło masztu. Ktoś znajomy. Łatwo go było zauważyć w tłumie płynącym w 

stronę autobusów, ponieważ większość ludzi przewyższał o głowę i poza tym stał nieruchomo.

Rob. To był Rob.
Jakaś część mnie ucieszyła się na jego widok. Inna część w ogóle nie zwróciła na niego 

uwagi.

- Jess! - krzyknął. - Och, mój Boże. Słyszałem, co się stało zeszłej nocy. Jak się czujesz?

- W porządku - odparłam. Przeszłam koło niego.
Rob, dostosowując swój krok do mojego, zapytał:

background image

- Co się z tobą dzieje? Dokąd idziesz?
- Muszę coś zrobić. - Szłam szybko, na tyle szybko, że zgubiłam gdzieś z tyłu, w masie 

uczniów, agentów specjalnych Johnsona i Smith.

- Co musisz zrobić? - dopytywał się Rob. - Mastriani, dlatego tu przyszłaś?

„Tu”   odnosiło   się   do   boiska   obok   parkingu   dla   uczniów.   To   właśnie   pod   metalowymi 

trybunami schroniłyśmy się z Ruth wtedy, wiosną, gdy zaskoczyła nas burza. Ta burza odmieniła 

wszystko.

Boisko wyglądało mniej więcej tak samo jak tamtego dnia, tyle, że teraz byli na nim ludzie. 

Trener   Albright   stał   pośrodku   z   gwizdkiem,   zawodnicy   dopiero   się   rozbierali.   Większość 
cheerleaderek była już na miejscu. Właśnie odbywały się eliminacje, trzeba było znaleźć kogoś na 

miejsce   Amber.   Smutne,   ale   co   miały   robić?   Do   wykonania   piramidy   potrzeba   dziesięciu 
dziewczyn.   Na   trybunach   mrowiły   się   tłumy   chętnych.   Zobaczywszy   mnie   i   Roba,   przestały 

rozmawiać i zaczęły się nam przyglądać. Może myślały, że ja też chcę spróbować?

- Jess - odezwał się Rob - co się z tobą dzieje? Zachowujesz się jeszcze dziwniej niż zwykle.

Trener Albright zauważył nas i gwizdnął.
- Mastriani! - ryknął. Znał mnie aż za dobrze, w związku z moją skłonnością do siłowych 

rozwiązań.   Parę   razy   zdarzyło   mi   się   lekko   uszkodzić   jego   zawodników.   -   Czego   tu   szukasz? 
Przyszłaś na próbę?

Nie odpowiedziałam. Rozglądałam się po boisku, szukając jednej osoby.
- Jeśli nie przyszłaś na próbę, złaź z boiska! - wrzasnął trener Albright. - Nie będziesz mi się 

tutaj włóczyć i denerwować moich chłopców.

Wreszcie go zobaczyłam. Właśnie wychodził z sali gimnastycznej. Poduszki na ramionach 

sprawiały,   że   wydawał   się   jeszcze   większy...   chociaż   i   bez   nich,   rzecz   jasna,   był   imponującej 
postury.

Spotkaliśmy się w pół drogi.
- Jess? - zaskoczony spojrzał na mnie, potem na Roba i znowu na mnie. - Co się dzieje?

Wyciągnęłam   rękę.   Tę   rękę,   w   której   nie   trzymałam   swetra   Claire.   Wyciągnęłam   rękę, 

mówiąc:

- Kluczyki!
Mark spojrzał na mnie z góry, z lekkim uśmieszkiem. Zachował zimną krew. - Co?

- Wiesz - odparłam. - Wiesz doskonale.
- Jakiś  problem?  - zapytał  trener  Albright,   podchodząc do nas.  Za   nim  szła  większość 

background image

drużyny - Todd Mintz, Jeff Day - i gromadka cheerleaderek. Nie, co dzień się zdarzało, żeby ktoś 
niepowołany wkraczał na boisko i zakłócał trening.

Zwłaszcza ktoś, kto nie należał do ich kręgu.
- Mark, ta dziewczyna zawraca ci głowę? - zapytał trener Albright.

- Nie, trenerze - odparł Mark. Nadal się uśmiechał. - Jest w porządku. Jess, o co chodzi?
-   Wiesz,   o   co   chodzi   -   powiedziałam   obcym   głosem.   Brzmiał   w   nim   ton   twardszy   niż 

kiedykolwiek.   Twardszy   i   jednocześnie,   w   jakiś   sposób,   smutniejszy.   -   Wy   wszyscy   wiecie.   - 
Spojrzałam na pozostałych piłkarzy. - Każdy z was wie.

Todd, mrugając oczami w ostrym słońcu, stwierdził: - Ja nie wiem.
- Zamknij się, Mintz - rzucił Jeff Day.

Trener Albright przeniósł wzrok na Marka i z powrotem na mnie. Potem oznajmił:
-   Posłuchaj,   nie   wiem,   o   co   chodzi,   ale   jeśli   masz   jakąś   sprawę   do   któregoś   z   moich 

zawodników, zgłoś się w godzinach, kiedy biuro jest otwarte. Nie wolno ci przerywać treningu...

Wystąpiłam krok do przodu i walnęłam Marka Leskowskiego pięścią w żołądek.

- Dawaj - powiedziałam, kiedy z jękiem osuwał się na kolana. - Dawaj kluczyki.
Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Mark zadziwiająco szybko doszedł do siebie i 

rzucił się na mnie. Chwyt Roba osadził go w miejscu. Jeff Day poderwał mnie z ziemi, planując, 
jak sądzę, przerzucić mnie przez płot. Powstrzymał go Todd Mintz, który ścisnął go za krtań. A 

trener Albright gwizdał jak wściekły.

Rozległ się brzęk i coś błyszczącego wypadło z kieszeni Marka. Kluczyki. Rob podniósł je i 

rzucił do mnie, wołając:

- Mastriani!

W tym momencie Jeff, przyduszony przez Todda, puścił mnie. Złapałam kluczyki w locie, 

jedną ręką.

A potem odwróciłam się i pobiegłam prosto na parking dla uczniów.
-   Nie   możesz   tego   zrobić!   -   wrzeszczał   Mark.   -   To   bezprawne!   Bezprawna   rewizja   i 

zawłaszczenie!

- Przyjmij - powiedział Rob - że zastosowano wobec ciebie areszt obywatelski.

Szli   za  mną.   Wszyscy   pospieszyli   za  mną   -  Rob   i  Mark,   Todd  i   Jeff,   trener   Albright  i 

cheerleaderki. Jak ten grajek z bajki, który grając na zaczarowanym flecie, wyprowadził dzieci z 

miasteczka,   prowadziłam   drużynę   futbolową   i   zespół   cheerleaderek   w   stronę   bmw   Marka 
Leskowskiego.

background image

- Och, mój Boże! - Ruth stała przy swoim kabriolecie. - Tutaj jesteś. Wszędzie cię szukałam. 

Co...

Zauważyła tłumek idący za mną.
- To jakaś bzdura! - wrzasnął Mark.

-   Mastriani!   -   ryknął   trener   Albright.   -   Oddaj   kluczyki...   Nie   posłuchałam,   oczywiście. 

Podeszłam wprost do samochodu Marka i włożyłam kluczyk w zamek bagażnika.

Wtedy  Mark  rzucił   się  do  ucieczki.  Tyle,  że  Rob  mu  nie  dał  drapnąć.   Wyciągnął   rękę, 

niemal od niechcenia, i chwycił Marka za tył koszuli.

- Puszczaj! - krzyknął Mark. - Puść mnie!
Przekręciłam kluczyk i wieko bagażnika podskoczyło do góry.

Tak zastali nas agenci specjalni Johnson i Smith, którzy właśnie dotarli na miejsce. Tłum 

uczniów otoczył bmw, podczas gdy Rob przytrzymywał Marka Leskowskiego, a Todd Mintz Jeffa 

Daya (który też usiłował się upłynnić w ostatniej chwili).

Ja natomiast tkwiłam połową ciała w bagażniku, sprawdzając, czy Claire Lippman daje 

oznaki życia.

- Och, to było okropne - powiedziała Claire jeszcze tego samego dnia.

- Opowiedz - poprosiłam.
-   No   wiesz,   naprawdę.   Byłam   pewna,   że   umrę.   -   Wyglądałaś,   jakbyś   już   nie   żyła   - 

stwierdziła Ruth.

- Naprawdę? - zainteresowała się Claire. - To znaczy jak wyglądałam?

Ruth, która siedziała na parapecie naprzeciwko szpitalnego łóżka Claire, spojrzała na mnie 

niepewnie.

- Chcę wiedzieć - upierała się Claire. - Rozumiesz, gdybym miała kiedyś odegrać scenę 

śmierci... Powinnam wiedzieć, jak trzeba wyglądać.

- No - odparła Ruth z wahaniem. - Byłaś strasznie blada, miałaś zamknięte oczy i prawie 

nie oddychałaś. Ale to dlatego, że miałaś usta zaklejone taśmą.

- I jeszcze gorąco - wtrącił Skip. - Nie zapominaj o temperaturze.
- W bagażniku  było ponad trzydzieści  stopni - rzuciła  wesoło Claire.  - Tak  powiedzieli 

sanitariusze. Umarłabym z przegrzania albo odwodnienia, zanim Mark przyszedłby mnie zabić.

- Eeee... Taak. Coś w tym rodzaju - odezwała się Ruth. - To właśnie nie jest dla mnie jasne. 

- Dlaczego Mark chciał cię zabić?

Claire przewróciła pięknymi błękitnymi oczami.

background image

- Ojej, ponieważ widział, jak rozmawiam z Jess.
Ruth   spojrzała   w   kierunku   ogromnych   koszy   z   kwiatami,   które   przysyłano   Claire   do 

szpitala. Mieli ją zwolnić już jutro rano, ale kwiaty napływały na okrągło.

Claire Lippman cieszyła się o wiele większą popularnością, niż przypuszczałam.

- No powiedzcie - nalegała Ruth.
- To naprawdę proste - powiedziałam. - Amber Mackey zaszła w ciążę...

- W ciążę! - zawołała Ruth.
- W ciążę! - zawtórował jej brat bliźniak.

- W ciążę - powtórzyłam. - I oznajmiła Markowi, że urodzi to dziecko. Chciała, żeby się z 

nią ożenił, żeby mogli wychować dziecko razem, stworzyć małą szczęśliwą rodzinę. O tym właśnie 

rozmawiali tego dnia w kamieniołomach, kiedy Claire zauważyła, jak ciągle odchodzą gdzieś na 
bok. Rozmawiali o tym, że Amber jest w ciąży.

- Zgadza się - przytaknęła Claire. - Ale Mark w swoich planach na przyszłość nie brał pod 

uwagę, że jego dziewczyna może zajść w ciążę.

- Jasne - powiedziałam. - Małżeństwo czy nawet konieczność płacenia alimentów mogłyby 

zniweczyć jego karierę sportową. Dla niego taka sytuacja była „nie do przyjęcia”. Mark jeszcze się 

nie przyznał, ale pewnie pobił Amber, żeby wyperswadować jej to dziecko, a potem gdzieś zostawił 
- prawdopodobnie w bagażniku. Kiedy to nie pomogło i Amber nie zmieniła zdania, zabił ją i 

wrzucił do sadzawki.

- No dobra - odezwała się Ruth. - Teraz chyba rozumiem. A Heather? Przecież Mark był z 

tobą, kiedy Heather zniknęła?

- Owszem,  był.   O  to chodziło.  Mark   czuł,   że grunt mu się  pali  pod nogami.  Federalni 

dobierali mu się do skóry. Wykombinował, że jeśli inna dziewczyna zostanie porwana w czasie, 
kiedy on będzie miał żelazne alibi, to policja się odczepi.

- A trudno o lepsze alibi - dodał Skip - niż kolacja w towarzystwie pupilki FBI, „dziewczyny 

od pioruna”.

- Zgadza się - potwierdziłam. - Mniej więcej. No i podziałało. Kiedy Heather zniknęła, nikt 

już nie podejrzewał Marka.

- Poza tobą - stwierdziła Claire.
-   No   cóż,   to   niezupełnie   tak,   że   podejrzewałam   Marka.   -   Zdawało   mi   się,   że   ktoś   tak 

przystojny nie może być przestępcą. Byłam głupia. - Ale ten dom przy kamieniołomach... Kiedy 
zaczęłam się dopytywać o ten dom, Mark znowu się przestraszył i kazał Jeffowi Dayowi, który 

background image

porwał i pobił Heather - zadzwonić do mnie z pogróżkami. A potem Mark i Jeff włamali się do 
Mastrianiego, rozlali benzynę i puścili restaurację z dymem.

W każdym razie tak to przedstawił Jeff Day. Na widok policji rozryczał się jak dziecko, a 

potem sypał jak pęknięte sito.

- Największy błąd Marka - ciągnęłam - polegał na tym, że wziął do pomocy kogoś takiego 

jak Jeff Day. Jeff nie jest specjalnie bystry i potrzebuje dokładnych, bardzo dokładnych instrukcji. 

Zawsze przychodzi do Marka i pyta, co ma robić... zawsze przed pierwszą lekcją.

- Mark siedzi przede mną - powiedziała Claire. Rolę ofiary odgrywała bardzo poważnie, co 

chwila poruszając ręką z kroplówką, żeby zwrócić uwagę na swój ciężki stan. - No więc rano, kiedy 
szeptali z Jeffem przed dzwonkiem, coś w wyrazie  ich twarzy...  coś takiego nieprzyjemnego... 

naprowadziło mnie na myśl. Po prostu zrozumiałam. Nie wiem, jakim cudem, ale zrozumiałam. 
Nie mogłam iść na policję, bo nie miałam nic konkretnego. Pomyślałam, że mogę porozmawiać z 

Jess...

- Ale Mark nas zobaczył - wtrąciłam - Tak się przestraszyła, że...

- Uciekłam - dokończyła Claire - jak młody jelonek.
Z tym jelonkiem to nie jestem taka pewna. Claire jest trochę za wysoka. Może jak gazela, 

jeśli już.

- Mark poszedł niby to w drugą stronę - powiedziałam - ale obszedł budynek i złapał ją...

- Uderzył mnie tutaj... - Claire pokazała na tył głowy. - Czymś ciężkim. Kiedy się ocknęłam, 

leżałam w jego bagażniku.

- Pewnie chciał  ją zabrać do domu przy drodze do kamieniołomów - powiedziałam  - i 

zrobić z nią to, co zrobił z Amber...

- I co teraz? - zapytała Ruth - Co z Markiem?
- Hmm... Pójdzie do więzienia. Na długo.

To rzeczywiście pokrzyżuje jego plany wstąpienia do Ligi Narodowej zaraz po college'u.
Do pokoju weszli rodzice Claire, państwo Lippmanowie.

- Och, dziękuję wam, dzieci - odezwała się pani Lippman - za dotrzymanie towarzystwa 

naszej małej dziewczynce, kiedy nas nie było. Proszę, Claire, oto shake miętowo - czekoladowy.

Claire natychmiast opuściło ożywienie, jakie wykazywała przy rozmowie ze mną, Ruth i 

Skipem. Opadła bezsilnie na poduszki. Naprawdę, wyciągała z tej sytuacji tyle korzyści, ile się 

dało. Cóż, ostatecznie była gwiazdą szkolnego teatru.

- Dziękuję, mamusiu - odezwała się mdlejącym głosem.

background image

- Ece.. - mruknęłam. - Chyba już sobie pójdziemy.
- Tak. - Ruth ześliznęła się z parapetu. - Pora odwiedzin minęła. Cześć, Claire. Do widzenia 

państwu.

- Do widzenia, dzieciaki - odparł doktor Lippman.

Pani   Lippman   nie   poprzestała   jednak   na   zwykłym   „do   widzenia”.   Podeszła   do   mnie, 

ścisnęła mnie jak niedźwiedź, nazwała wybawczynią jej małej córeczki i zapewniła, że jeśli jest coś 

- cokolwiek - co ona i jej mąż mogliby dla mnie zrobić, to wystarczy powiedzieć. Lippmanowie 
wraz   z   rodzicami   Heather   (kto   by   się   spodziewał)   zakładali   Fundusz   na   rzecz   Odbudowy 

Mastrianiego. Szkoda. Mogliby założyli  Fundusz na rzecz Spłaty Kosztów Leczenia Karen Sue 
Hankey, żeby pani Hankey wycofała swój pozew.

Żebracy   jednak   nie   kapryszą,   więc   kiedy   pani   Lippman   próbowała   mnie   udusić   w 

serdecznym uścisku, powiedziałam tylko:

- Eee... dziękuję bardzo.
Cudem uchodząc z nie połamanymi żebrami, pospieszyłam za Ruth i Skipem na korytarz.

- Jej - odezwała się Ruth. - Teraz wiem, skąd wziął się u Claire talent dramatyczny.
- Mnie to mówisz? - powiedziałam, ścierając z policzka szminkę pani Lippman.

- Wstąpimy do Heather? - zapytał Skip, kiedy szliśmy w stronę wind.
- Już ją wypuścili - powiedziałam. - Złamana ręka, poobijane żebra, wstrząs mózgu, ale 

poza tym nic takiego; dojdzie do siebie.

- Fizycznie - powiedziała Ruth. - Ale psychicznie? Po tym co przeszła?

- Heather to twarda sztuka - stwierdziłam. Wpakowaliśmy się we trójkę do windy. - Wróci 

do szkoły i znowu będzie potrząsać pomponami.

- Tak, tylko po co miałaby nimi potrząsać? - zastanowiła się Ruth. - Bez Marka i Jeffa 

Jaguary mają małe szanse na zawody stanowe.

- Aha. Jest jeszcze drużyna koszykówki - przypomniałam. - Żaden z koszykarzy, o ile mi 

wiadomo, nikogo nie zamordował.

- A więc, Jess - powiedział Skip, kiedy otworzyły się drzwi windy na dole. - Jak się czujesz 

jako bohaterka? Po raz kolejny?

- Nie wiem - odparłam. - Nie tak cudownie, naprawdę. No wiesz, gdybym wcześniej się za 

to wzięła, uratowałabym może Amber. Nie wspominając już o Mastrianim.

- Jak na to wpadłaś? - dziwiła się Ruth. - Skąd wiedziałaś, że Claire jest w bagażniku?
Wiedziałam, że to pytanie padnie wcześniej czy później, chociaż łudziłam się, że go uniknę. 

background image

Jak miałam wyjaśnić, że przez chwilę byłam Claire tkwiącą w bagażniku? A wszystko, dlatego, że 
upuściła sweter...

-   Nie   wiem   -   skłamałam.   -   Po   prostu...   wiedziałam.   Ruth   spojrzała   na   mnie   z 

niedowierzaniem.

- Taak. Zgadza się. Tak jak latem, z Shane'em i poduszką. Załapałam.
Załapała, w porządku. Miałam nadzieję, że tylko ona. - Jaka poduszka? - zainteresował się 

Skip.

- Nieważne - powiedziałam. - Słuchajcie, powinnam wracać do domu. Mama ma już dość. 

Najpierw restauracja, potem Douglas i ta jego praca. Nie wspominając o pozwie Karen Sue...

Nie mogę uwierzyć, że wciąż chce cię pozwać - oburzył się Skip. - Po tym jak samodzielnie 

złapałaś mordercę i w ogóle.

- No cóż, o mało jej nie złamałam nosa. Ruth taktownie zmieniła temat.

- No więc jak z tą pracą Douglasa? - zapytała. - Comix Underground to obleśne miejsce. 

Pełno tam jakichś podejrzanych typków.

- Hej! - zawołał Skip urażony. Skip, jak mi wiadomo, często dokonuje zakupów w Comix 

Underground.

- Nie wiem. - Wzruszyłam ramionami. - Douglas to Douglas. Zawsze chadzał własnymi 

drogami.

- Wiem coś o tym. - Ruth potrząsnęła głową. - Rany, cieszę się, że nie mieszkam w twoim 

domu. - To będzie jak trzecia wojna... - Przerwała i spoglądając w kierunku zasuwanych drzwi, 

dokończyła: - Cóż, chciałam powiedzieć „trzecia wojna światowa”, ale chyba zmieniłam zdanie. - 
Czwarta wojna światowa.

- Słucham? O czym ty mówisz?
- Rety! - krzyknął Skip. - Zawiadomić Pentagon. Rodzina Mastrianich ruszyła do natarcia.

Wtedy go zauważyłam. Zamurowało mnie.
- Mike! - Nie wierzyłam własnym oczom. - Co ty tu robisz?

Mike najwyraźniej przybywał prosto z lotniska. Miał ze sobą torbę i wyglądał, delikatnie 

mówiąc, jak wypluty. Podbiegł do nas, pytając gorączkowo:

- Jak ona się czuje? Wszystko w porządku?
- Skąd się tu wziąłeś? - zapytałam. - Czy mama i tata nie odwieźli cię przypadkiem do 

Harvardu w zeszłym tygodniu? Dlaczego wróciłeś?

Michael spojrzał na mnie gniewnie.

background image

- Myślisz, że mógłbym tam zostać, po tym co się stało?
-   Mike   -   powiedziałam.   -  Na   Boga.   Wypłacą   nam   odszkodowanie.   To   nie   takie   znowu 

nieszczęście. Tata już snuje plany odbudowy w jakimś nowym kształcie. Zabije cię, jak się dowie, 
że...

- Nie obchodzi mnie ta głupia restauracja - powiedział Mike z urazą w głosie. - Nie dlatego 

wróciłem. Obchodzi mnie Claire.

Zamrugałam oczami. - Claire?
- Tak, Claire. Claire Lippman. Jak ona się czuje? Wyjdzie z tego?

Gapiłam się na niego, przyznaję z przykrością, z otwartą gębą. Claire? Przebył całą drogę z 

college'u   -   poświęcając   całe   stypendium   semestralne   na   bilet   lotniczy   -   z   powodu   Claire, 

dziewczyny,   z   którą   nigdy   wżyciu   nie   zamienił   ani   jednego   słowa?   Czy   obu   moim   braciom 
brakowało piątej klepki?

Pierwsza odezwała się Ruth:
- Z Claire będzie wszystko w porządku, Michael. - Popatrzyłam na Ruth z uznaniem. Była 

taka opanowana, choć jakiś czas temu kochała się w Michaelu. Letnia przygoda ze Scottem chyba 
pomogła jej się z tego otrząsnąć. - Zatrzymali ją na noc, no wiesz, na obserwację.

- Chcę ją zobaczyć - oświadczył Mike. - W którym jest pokoju?
- Czterysta siedemnaście - powiedział Skip, a ja zawołałam:

-   Czyś   ty   zwariował?   Przeleciałeś   półtora   tysiąca   kilometrów,   tylko   po   to,   żeby   się 

przekonać, że jej się nic nie stało? Przecież nawet nie wie o twoim istnieniu.

Mike potrząsnął głową.
- Powiedz mamie i tacie, że niedługo wrócę. Następnie ruszył w stronę wind hotelowych. 

Szedł lekko chwiejnym krokiem, jak Clint Eastwood albo nie wiem, kto.

- Pora odwiedzin już minęła! - wrzasnęłam.

Ale to nie zrobiło na nim wrażenia. Zachowywał się jak opętany. Zniknął w windzie, w 

postawie dumnie wyprostowanej.

- To jest coś najbardziej romantycznego, co można sobie wyobrazić - skomentowała Ruth.
- Żartujesz? - Byłam przerażona. - To jest kompletnie... no, to jest... to jest...

- Romantyczne - dokończyła Ruth.
- Chore - poprawiłam ją.

- Nie wiem - odezwał się Skip. - Claire jest pociągająca. Spojrzałyśmy na niego. Potem 

odwróciłyśmy wzrok z obrzydzeniem.

background image

- Dobra - powiedział Skip. - Tak po prostu jest. Ruth wzięła mnie pod rękę, kierując do 

wyjścia.

-   Chodźmy.   Wstąpimy   po   drodze   do   Trzydziestu   Jeden   Smaków   i   weźmiemy   coś 

mocniejszego dla twojej mamy. Przyda się, kiedy przekażesz jej wiadomość o Michaelu.

Wyszliśmy   na   świeże,   chłodnawe   powietrze   wieczoru.   Słońce   właśnie   zaszło,   niebo   na 

zachodzie było całe w purpurach i fioletach. Przyszło mi do głowy, że Mark patrzy pewnie na to 

samo niebo. Tylko że zza krat.

I mówić tu o rzeczach „nie do przyjęcia”.

- Pierwsze, co zrobimy jutro rano - powiedziała Ruth, idąc do samochodu - to umówimy się 

na nowo na twoje przesłuchanie w orkiestrze...

Jęknęłam. Na śmierć zapomniałam.
- Potem - ciągnęła Ruth - poprosisz Rosemary, żeby ci przysłała zdjęcia kilkorga dzieci, za 

których odnalezienie wyznaczono nagrody. Będziesz potrzebowała kasy. Wiesz, restauracja i ten 
pozew Karen Sue.

Jęknęłam głośniej.
- A potem, przykro mi, będziemy musiały coś zrobić z twoimi włosami. Myślałam o tym i 

doszłam do wniosku, że przydałyby się pasemka. W szkole fryzjerskiej w soboty robią farbowanie 
za darmo...

- Zaraz - powiedział Skip. - W sobotę idziemy z Jess do kina.
- Och, nie idziecie - burknęła Ruth. - Nie mogę pozwolić, żeby mój brat spotykał się z moją 

najlepszą przyjaciółką. To po prostu niestosowne.

- Ale...

- Zamknij się, Skip - powiedziała Ruth. - To niestosowne i zdajesz sobie z tego sprawę. Poza 

tym nie podobasz jej się. Podoba jej się ten facet tam...

Rob stał oparty o motocykl, czekając na kogoś. Tym kimś byłam ja.
Wyprostował się na mój widok i pomachał mi ręką.

- Och - powiedziałam. - Eee... zobaczymy się później, dobrze?
- Proszę bardzo - odparła wyniośle Ruth. - Chodź, Skip.

- Ale... - Skip patrzył na Ruth podejrzliwie i z pewną dozą niepokoju.
- Wybacz, Skip - powiedziałam, poklepując go po ramieniu, podczas gdy Ruth odciągała go 

w   drugą   stronę.   -   Ale   Ruth   ma   rację.   To   by   nie   wyszło.   Nie   znoszę   tych   wszystkich   gier   z 
hobbitami.

background image

Potem,   posyłając   Skipowi   szeroki   uśmiech,   żeby   pokazać,   jak   bardzo   mi   przykro, 

pospieszyłam do Roba.

- Cześć - powiedziałam. Wciąż się uśmiechałam, ale teraz trochę nieśmiało.
- Cześć. - Uśmiech Roba nie był ani trochę nieśmiały. - Jak się masz?

- Och - wzruszyłam ramionami. - Raczej w porządku.
- A jak Claire?

Wzmianka o Claire przypomniała mi o Mike'u. Skrzywiłam się mimowolnie.
- Nic jej nie będzie.

Rob nie zwrócił uwagi na moją minę. - Dzięki tobie.
- I tobie - powiedziałam. - Nie pozwoliłeś Markowi uciec.

- Drobiazg - odparł skromnie Rob. - Wstąpiłem, żeby zobaczyć, czy nie trzeba cię podwieźć 

do domu. No to jak?

- Trzeba.  Wiesz, że mój tata  zamierza  zatrudniać cały  personel, dopóki restauracja  nie 

zostanie odbudowana? Przekształca Joe Juniora z baru szybkiej obsługi w restaurację z obsługą 

kelnerską.

- Wiem, mama mówiła. Twój tata to dobry człowiek. Och, zaraz, byłbym zapomniał.

Wcisnął mi do ręki coś ciężkiego. Zegarek.
- Ale to twój zegarek.

- Owszem - przyznał Rob. - To mój zegarek. Myślałem, że go chcesz.
- A ty? - zapytałam. Zadając to pytanie, zapinałam już pasek od zegarka.

- Nie wiem - powiedział Rob. - Jakoś sobie poradzę. Potrząsnął głową, podał mi kask.
- Jesteś naprawdę dziwna. Wiesz o tym?

- Tak - odparłam i stanęłam na palcach, żeby go pocałować...
W tym momencie ktoś obok odchrząknął i powiedział:

- Eee... panna Mastriani? Odwróciłam głowę. I wytrzeszczyłam oczy.
Przed   czarnym   czterodrzwiowym   sedanem   -   nieoznakowanym   wozem   należącym 

najwyraźniej do pewnych szczególnych służb - stał wysoki mężczyzna, którego nigdy przedtem nie 
widziałam. Mężczyzna w kapeluszu i mimo ciepłej pogody, w prochowcu.

-   Panno   Mastriani,   jestem   Cyrus   Krantz,   dyrektor   wydziału   operacji   specjalnych 

Federalnego Biura Śledczego. Jestem bezpośrednim przełożonym agentów specjalnych Johnsona 

i Smith.

Przyjrzałam się samochodowi za jego plecami. Miał przyciemnione szyby i nie mogłam 

background image

stwierdzić, czy ktoś jest w środku.

- Tak? - powiedziałam. - Więc?

To pewnie brzmiało niegrzecznie i w ogóle, ale miałam mnóstwo ciekawszych rzeczy do 

roboty niż pogawędki z agentami FBI przed szpitalem.

- Więc - odparł Cyrus Krantz, nie zrażony brakiem życzliwego oddźwięku z mojej strony - 

chciałbym z tobą zamienić słowo.

- Wszystko, co miałam do powiedzenia - oświadczyłam, wkładając kask - przekazałam już 

Allanowi i Jill. - Usadowiłam się na motorze. - Proszę ich zapytać. Na pewno wszystko powiedzą.

- Rozmawiałem z agentami specjalnymi Johnsonem i Smith - odparł Cyrus Krantz, kładąc 

nacisk na tytuły zawodowe, które śmiałam opuścić. - Ich odpowiedzi okazały się niezadowalające i 

w   związku   z   tym   wycofałem   ich   z   twojej   sprawy,   panno   Mastriani.   Teraz   będziesz   miała   do 
czynienia ze mną i tylko ze mną. Więc...

Podniosłam wizjer kasku i spojrzałam na niego zdziwiona.
- Co pan zrobił?

- Wycofałem ich z twojej sprawy - powtórzył Cyrus Krantz. - Ich postępowanie uznałem za 

amatorskie i niecelowe. Zabrakło im stanowczości.

Wytrzeszczyłam oczy.
- Wywalił pan Allana i Jill?

-   Odsunąłem   ich   od   prowadzenia   sprawy.   -   Cyrus   Krantz,   dyrektor   wydziału   operacji 

specjalnych,   odwrócił   się   i   otworzył   tylne   drzwiczki.   -   Proszę   wsiąść   do   samochodu,   panno 

Mastriani, udamy się do naszej kwatery na przesłuchanie w związku z rolą, jaką odegrałaś w 
sprawie Marka Leskowskiego.

Mocniej   ścisnęłam   Roba   w   pasie.   W   ustach   mi   zaschło.   -   Jestem   aresztowana?   - 

wykrztusiłam.

- Nie - odparł Cyrus Krantz. - Ale jesteś ważnym świadkiem, posiadasz istotne...
-   Dobrze   -   powiedziałam,   opuszczając   wizjer.   -   Jedź,   Rob.   Rob   spełnił   moją   prośbę. 

Zostawiliśmy Cyrusa Krantza w chmurze pyłu.

Jedyny problem polega na tym, że on z pewnością wie, gdzie mieszkam.