background image

Jan Goldstein 

Wszystko, co ważne

background image

Mojej Matce, którą moje dzieci nazywały babcią Naną i która nauczyła mnie

widzieć to, co ważne.

background image

Podziękowania

Książka ta nigdy by nie powstała bez pełnej poświęcenia, nieocenionej pomocy

mojej agentki Lindy Chester. Jej wiara we mnie dodawała skrzydeł moim planom. Jestem
nieskończenie wdzięczny jej pracownikowi Gary’emu Jaffe, którego starania o rzeczy
małe i duże tak bardzo ułatwiły mi życie.

Stokrotne   dzięki   Kyrze   Ryan   za   wnikliwe   przeczytanie   rękopisu   i   liczne

wskazówki.

Jej bystre oczy i czułe serce sprawiły, że praca nad powieścią mogła posuwać się

naprzód.

Chciałbym od razu powiedzieć, że wydawnictwo Hyperion stanowi klasę samą

dla siebie. Moja redaktorka Grehen Young polubiła powieść od pierwszej chwili. Później
wyznała mi, że każdy z nas potrzebuje w życiu takiej babci, jak Gabby. Ciężka praca i
wrażliwość   Gretchen   wzruszały   mnie   do   głębi.   Prezes   Hyperiona   Bob   Miller   to
prawdziwy   król   wśród   wydawców   –   oby   wszystkim   pisarzom   dane   było   podobne
szczęście.   –  A  redaktorka   Ellen  Archer   otoczyła   moją   książkę   szczególną   opieką   i
osobiście doglądała wszystkich stadiów produkcji. Jestem jej głęboko zobowiązana.

Wyrazy wdzięczności przekazuję również innym członkom wspaniałego zespołu

Hyperiona: Jane Comins i jej zapracowanym kolegom z działu sprzedaży: Natalie Kaire i
Karin Maake z działu reklamy,  działowi graficznemu za projekt przepięknej  okładki,
Zareen   Jaffery   za   nieustającą   pomoc   w   dotrzymywaniu   terminów   oraz   wszystkim
oddanym ludziom, dzięki którym książka trafia do rąk czytelników.

Wobec mych drogich przyjaciół Pearl Brown i Jacka Bermana, którzy zapewnili

mi schronienie w górach, gdzie napisałem większą część książki – moja wdzięczność nie
zna granic.

Dziękuję   też   pozostałym   przyjaciołom   za   ich   inspirującą   obecność   i   pogodę

ducha,   zwłaszcza   zaś   Lii   i   Jonowi   Bosse’om,   Russowi   i   Rebece   Landauom   oraz
Richardowi Carlsonowi. Wszyscy oni nie szczędzili mi wsparcia i zachęty do pracy.

Krewnym Mattowi i Marion Solomonom dziękuję nie tylko za słowa otuchy, ale

również za wspólne biesiady i rowerowe przejażdżki, które rozjaśniały mi umysł.

Moje dzieci – Yaffa, Batsheva, Elisha, Ari i Shira, a razem z nimi Chris, Andy i

Stefanie, i dalej Asher, Shai, Isabella i Chaz – uczyły mnie sięgać do gwiazd. Dziękuję im
wszystkim za miłość, za pieszczoty i za nadzieję.

Na koniec dziękuje mojej pięknej żonie Bonnie, najlepszej przyjaciółce, która

wspaniale mi kibicowała i wspierała mnie ponad wszelką miarę.

background image

Od autora

Kędy byłem małym chłopcem, kuzynka mego ojca Fania Ingber opowiedziała mi,

jak udało jej się przeżyć Zagładę: jako dziewczynka, ukrywała się najpierw w lasach, a
potem – przez dwa lata – u pewnej dobrej kobiety na strychu. Szczegóły tej opowieści
rzucają światło na postać i charakter Gabby. Za jej pośrednictwem z pokorą składam hołd
wszystkim ocalonym, wszystkim nieugiętego ducha Faniom na świecie.

Wszystko, rzecz jasna, poszło źle. Chyba nikt jej nie dostrzeże na kalifornijskiej

Venice Beach o zachodzie słońca. Bo niby dlaczego ktoś ma ją dostrzec? Na brzegu
kłębią się tłumy ludzi różnej postury, różnego koloru włosów i stanu ducha, spragnionych
orgii czerwieni i złota, którą kończy się tutaj każdy dzień. Drobna, niewysoka młoda
kobieta o mysich włosach – ktoś taki mignie w tej ciżbie jak cień na ekranie telewizora –
komu by się chciało regulować odbiornik w trakcie ciekawego programu? Plan więc
wydawał się doskonały.

Rzecz w tym, rozumowała Jennifer z cyniczną jasnością, że każdy może z sobą

skończyć za zamkniętymi drzwiami. Tylko PO CO brnąć przez bagno tysięcy pokus,
jakie podsuwa samobójstwo w pokoju? Opóźniać nieuchronne z powodu jeszcze jednego
ciekawego filmu w telewizji? Albo dla czatu w internecie – maratonu indywiduów z
podobną depresją? Narażać się dobrowolnie na upokorzenie, zwierzając się ze swego
smutku przez telefon komuś, kto udaje bratnią duszę?

background image

1

Aż   do   tej   chwili   –   raźnego,   dwudziestominutowego   marszu   na   plażę,

wspaniałego,   pożegnalnego   zachodu   słońca,   przymocowania   do   paska   nieodstępnej
kamery – chłodnej, obojętnej rejestratorki życia, w którym po prostu minusy przeważyły
nad plusami, nieco zbyt łapczywego łykania drągów i alkoholu, co pozwoliło jej utonąć
w   oparach   xanaksu   i   tequili   –   do   tej   chwili   wszystko   przebiegało   tak,   jak   sobie
zaplanowała.

Tyle że potem zdarzyła się rzecz, która nie powinna była się zdarzyć.
Ledwie osunęła się na piasek i straciła przytomność, nadjechał ciągnik, który

wlókł za sobą ogromny metalowy grzebień, zgarniający śmieci z plaży. I tak po prostu...
ktoś ją zauważył.

Później   chmara   lekarzy,   pielęgniarek   i   salowych   zgromadziła   się   przy   łóżku

Jennifer.

Mijały  godziny,   podczas   których   dziewczyna   to   odzyskiwała,   to   znów   traciła

przytomność.   W   pewnym   momencie   pomimo   otępienia   spostrzegła   nad   sobą   drżącą
twarz ojca. Jak on to robi – błysnęło jej jak przez mgłę pytanie – że nawet teraz wygląda
bez   zarzutu?   Nie   przypuszczała,   że   ojciec   potrafi   płakać.   Gdzie   byłeś,   kiedy   cię
potrzebowałam?   –   wołała   jej   dusza.   Pragnęła,   by   poszedł   precz,   do   swojej   żonki   i
nowego dziecka, a ją zostawił w cholerę. Zawsze świetnie mu to wychodziło.

I wtedy rzeczywiście poszedł, pozostawiając Jennifer z jej udręką. Potem wśród

świateł, głosów i tupotów zapadła w niespokojny sen i śniła o matce. Liii stała w tym śnie
na potężnej skale przeglądającej się w lustrze wody. Wydawało się, że rzuca coś do
morza.

Jennifer nie mogła sobie jednak przypomnieć, czy kiedykolwiek była w miejscu,

które widziała we śnie. Dlaczego matka stała na tej dziwnej skale? I co wyrzuciła?

Gdy obudziła się nazajutrz, wciąż była wewnętrznie rozbita, zdezorientowana,

wręcz zaskoczona. Ale do tego zaskoczenia wkrótce miało dołączyć kolejne.

background image

2

Jennifer wpatrywała się w zmęczoną i pomarszczoną twarz. Wiek pocętkował

skórę, marne kępki sterczały zamiast brwi, a głowę otaczała falująca aureola białych
włosów, nieziemska i komiczna, jak u Einsteina. Za to oczy spoglądały bystro i były tak
pełne życia jak u dziecka. Jennifer odczuła nagły przypływ emocji, piekące pragnienie
ucieczki w bezpieczne schronienie ramion, które niegdyś koiły rany zburzonego domu.
Ale uczucia te szybko znikły. Skuliła się i cofnęła przed siedzącą obok postacią. Patrzyła
na jedyną istotę na ziemi, o której wiedziała, że naprawdę się o nią troszczy. Właśnie
dlatego babka była ostatnią osobą, którą chciałaby zobaczyć.

– Po coś tu przyszła? – zapytała.
– Moja wnuczka jest w szpitalu, to niby dokąd miałabym pójść? – odparła stara

kobieta, nachylając się, by dotknąć bladej twarzyczki delikatną pożyłkowaną dłonią.

– Nie, nie powinnaś była – powiedziała Jennifer i odsunęła się jak zaszczute

zwierzątko.

background image

3

Stara kobieta uspokajająco pokiwała głową i zamrugała patrzącymi z nadzieją

oczami.

Ale   optymizm   powoli   odpłynął   z   jej   twarzy,   jakby   Jennifer   spojrzeniem

wywierciła w niej dziurę. I tak obie spoglądały na siebie, Jennifer odczytywała ból z
twarzy babki i nienawidziła jej za ten ból, za siedzenie w tym pokoju, za stroskany
wzrok. Patrzyła teraz na starą kobietę obojętnie. Spostrzegła, że powieki babki wyglądają
jak skorupki, a na policzkach – jak na policzkach klauna – widnieją różowe plamy. Nie
była to ta babcia, którą pamiętała. W ciągu pięciu lat, które minęły od pogrzebu Liii,
babka   uległa   korozji.   Może   dlatego,   pomyślała   Jennifer,   trzymała   się   z   daleka,   żeby
oszczędzić mi widoku rozkładu kogoś, kto znaczył dla mnie tak wiele. A pewnie był
jeszcze drugi powód: to babka powinna była umrzeć, a nie mama – zaświtała Jennifer
straszna myśl.

– Naprawdę nie powinnaś tu przychodzić, babciu. I... od kogo się dowiedziałaś? –

Jennifer pokręciła głową z dezaprobatą.

Stara kobieta też pokręciła głową. Była pewna, że gorzkie słowa dyktuje wnuczce

depresja, choroba, która tkwi głęboko w jej duszy.

–   Twój   ojciec   nie   jest   pewnie   najmądrzejszym   człowiekiem   na   świecie...   –

odparła z uśmiechem, który świadczył, że rozumie aż za dobrze, jak trafna jest ta uwaga
– ale wie, kogo należy informować. Jest w holu na dole. Mówił, że się ożenił – z Cynthią,
wydaje mi się, że tak się ona nazywa – i że mają dziecko. Nie wiedziałam. Kto byłby
łaskaw mi o czymś takim powiedzieć?

W głosie babki brzmiał łagodny wyrzut.
– Nie wpędzaj mnie w poczucie winy, dobrze? Co u licha nie jestem, agencją

informacyjną, żeby trąbić na prawo i lewo o nowym życiu mojego ojca. A tak w ogóle,
czego on tu szuka?

Jennifer ściągnęła wargi i w popłochu zerknęła w stronę drzwi.
– Na  pewno martwi  się o  ciebie. Wszyscy się  martwimy  – westchnęła  cicho

babka.

Jedyna rzecz, o którą ojciec się martwi – pomyślała Jennifer – to na ile obecna

sytuacja może odbić się na nim. Czy rozgłos wpłynie, czy nie wpłynie na jego nowe
projekty filmowe?

Czy   posiadanie   córki   niedoszłej   samobójczyni,   nie   odstraszy   przypadkiem

inwestorów?

Jennifer kręciła głową, rozważając różne możliwości. Cóż, facet jest oportunistą.
Harveyem Weinsteinem w rozmiarze 40. Niewątpliwie wygra to dla PR, którego

nie mógłby kupić w tym mieście.

– Prawdopodobnie udziela teraz wywiadu. Zatroskany rodzic potrąci czułe struny

w sercu każdego reportera – wybuchła Jennifer. – Barry Stempler w pełnej glorii!

Babka odwróciła głowę, zaskoczona bólem i rozpaczą w głosie młodej kobiety.
Jennifer wydała jej się nagle kimś obcym. A przecież w ściągniętej cierpieniem

twarzy wnuczki dostrzegła mimo wszytko rysy córki. Przypomniała sobie, jak słodką
dziewuszką   była   niegdyś   Jennifer,   dziecko,   które   po   przyjeździe   do   Nowego   Jorku
zadziwiło publiczność u Macy’ego, wdrapując się na scenę i wspaniale stepując; mała
szelmowsko się przy tym uśmiechała, a jej oczy błyszczały mocniej niż sylwestrowe

background image

fajerwerki.

Gabby wyciągnęła rękę, by pogłaskać wnuczkę po głowie, ale Jennifer zacisnęła

mocno powieki, jakby dotyk kochającej ręki sprawił jej ból nie do zniesienia.

– Wiesz – odezwała się łagodnie Gabby – odbyłam całą tę podróż i leciałam

samolotem, tym samym w którym posadzili cię na miejscu raczej dla psiaków niż dla
ludzi...

Więc   przyleciałam   tylko   po  to,   żeby  ci   powiedzieć,   że   cię   kocham.   Słyszysz

mnie?

Jennifer zacisnęła pięści i odwróciła twarz.
Gdy wnuczka trwała w upartym milczeniu, Gabby przysiadła na brzegu łóżka.
Oddychała ciężko, świszcząc, z trudem wciągała powietrze. Potem, składając ręce

jak do modlitwy, wyszeptała:

– Przyjechałam, żebyś pamiętała o tym nawet w tym okropnym miejscu, gdzie się

teraz znalazłaś, że nie jesteś sama, Jennifer, że nigdy nie jesteś sama.

Gittel   „Gabby”   Zuckerman   należała   do   tego   rodzaju   kobiet,   które   zawsze

chciałoby  się   mieć   przy  sobie   w   chwilach   smutku   –   zwłaszcza   w   chwilach   smutku.
Oczywiście, sądząc po jej wyglądzie, nikt by tego nie odgadł. Bo z wiekiem siły z niej
uleciały. Chodziła lekko pochylona zarówno z powodu lat, jak i zadyszki. Miała jednak
fantazję i apetyt na życie, które czasem martwiły jej bardziej statecznych rówieśników.
Mąż Gabby, Icek, zmarły dwadzieścia jeden lat temu, mawiał, że małżonka potrafiłaby
jedną połowę Nowego Jorku rozśmieszyć, a drugą przechytrzyć. Mimo to była w niej
jakaś miękkość, zwłaszcza wobec rodziny.

W wieku siedemdziesięciu sześciu lat wciąż nieźle sobie radziła. Tyle tylko, że

skutkiem wieloletniego palenia chorowała poważnie na płuca i to jej przeszkadzało. Icek,
póki żył, namawiał ją do rzucenia nałogu na długo przedtem, nim niepalenie weszło w
modę.

Ale   Gabby   z   charakterystycznym   dla   siebie   uporem,   w   tym   przypadku

szkodliwym,   nie   ustępowała.   Ostatnio   musiała   pogodzić   się   z   nieuchronnym:   suchy
kaszel,   sapanie,   okresowe   braki   tchu   i   inne   „przyjemności”   rozedmy   sprawiły,   iż
poniewczasie przyznała, że choroba ją zabija. Co się stało, to się nie odstanie – mimo
wszystko nie chciała poddać się werdyktowi.

Wolała traktować swoją chorobę jako okazję do sprawdzenia się, jako wyzwanie,

któremu trzeba sprostać. Mogła troszkę zwolnić, owszem, ale nie stanąć.

I to właśnie była ta wewnętrzna nieujarzmiona siła, której nikt by nie podejrzewał

w postaci przemierzającej ulice West Side na Manhattanie, dzielnicy, którą od trzydziestu
siedmiu lat nazywała domem. Pod suchą pomarszczoną skórą biło serce istoty, która
naprawdę umie cenić życie.

Gabby pękało serce z żalu nad Jennifer, która zmieniła się w kłębek złości. Ten

ból przenikał Gabby na wskroś, aż do miejsca, gdzie przechowywała pamięć utraconej
rodziny.

Zapragnęła podzielić się z Jennifer opowieścią o własnym bólu, także o tym, jak

kiedyś   sama   wypatrywała   nadejścia   śmierci.   Ale   wnuczka   nie   była   gotowa   do
wysłuchania tej historii.

Gabby wspomniała twarz swojej młodszej siostry Anny, której nie dano dożyć

nawet dwudziestu lat. A oto Jennifer dwudziestotrzyletnia, z podciągniętymi kolanami,
zwinięta   w   łóżku   w   pozycji   embriona.   Nagły   gniew   przeszył   Gabby.   Dlaczego   jej

background image

wnuczka tak strasznie gardzi życiem?

Ale widok zrozpaczonej dziewczyny roztopił gniew Gabby. Spojrzała na bladą

rękę wnuczki, na igłę i rurkę, przez którą sączyły się życiodajne płyny. Czoło Gabby
zmarszczyło się ze zmartwienia, pokryły je kropelki potu. I tam, w szpitalnej sali, Gabby
przysięgła na pamięć Liii, że pomoże Jennifer wyjść z ciemności na światło.

Dyżurna pielęgniarka poinformowała Barry’ego Stemraplera, że tym, czego jego

córka potrzebuje dziś bardziej niż kiedykolwiek przedtem, jest miłość i oparcie. Żadnych
wyrzutów, powiedziała, absolutnie nic, co mogłoby ją zdenerwować. Barry wziął sobie
do serca to ostrzeżenie zjawiając się nazajutrz w pokoju Jennifer ze swoją drugą żoną
Cynthią i maleńką córeczką w nosidełku. Gabby, która przyjechała parę minut wcześniej
z   motelu,   wymieniła   zdawkowe   uprzejmości   z   byłym   zięciem   i   z   Żywą   Reklamą
Aerobiku.

Instynktownie   wyciągnęła   rękę,   żeby   uszczypnąć   w   policzek   przytulone   do

Barry’ego pyzate maleństwo, ale kątem oka dostrzegła, że wnuczka patrzy na nią jak na
zdrajczynię. Odsunęła się więc od dziecka i szybko przeszła na drugą stronę pokoju.

Jennifer obserwowała ojca. Jak zwykle nie potrafił ustać spokojnie, wiatrak nie

człowiek: przytupywał, gestykulował, biegał zygzakiem po pokoju, przerzucał wzrok z
twarzy na twarz, jakby sprawdzając, czy wszyscy go słuchają. Teraz bawił się jeszcze z
nową córką, bujał ją, obracał, a niemowlę gruchało radośnie.

Dziecko przypominało Jennifer meksykańskiego pieska chihuahua.
A przy tym przez cały ten czas uwaga Barry’ego przeskakiwała nieustannie od

dziecka do Jennifer, jakby mówił: „Hej, Jen, odpuść sobie. Nie musisz się zabijać, żebym
się   tobą   zainteresował.   Jestem   tu   dla   ciebie,   rozumiesz?   Stać   mnie   na   to”.   Ty
narcystyczny łajdaku! – pomyślała Jennifer i odwróciła się do ściany.

Natomiast   Żywa   Reklama   Aerobiku   szczebiotała   o   nowym   fantastycznym

programie fitness, który niebawem wciągnie Jennifer „tam, gdzie jej miejsce”. Był tylko
jeden problem – Jennifer wcale nie chciała wracać na swoje miejsce. W gruncie rzeczy
jedyne, czego chciała, to żeby ktoś zabrał jej sprzed nosa to irytująco słodkie dziecko.

Po dwudziestu minutach farsę przerwało brzęczenie telefonu Barry’ego. Czytał

sms z  taką  miną, jakby chodziło o sprawę życia i śmierci.  „Dranie”  – wymamrotał,
podnosząc wzrok i łapiąc wyraz dezaprobaty w oczach Gabby. „Jeśli sam nie dopilnuję,
wszystko diabli biorą.

Ładnie z twojej strony, Gabby, żeś przyleciała taki szmat drogi. Jen na pewno to

docenia,   prawda,   Jen?”.   Jennifer   wyjrzała   przez   okno.   „Słuchajcie,   muszę   biec,   ale
odezwę się później.

Przyrzekam”. Gabby pomyślała, że Barry z ulgą macha im na pożegnanie i zbyt

pospiesznie wypycha za drzwi swoją nową rodzinę.

Kiedy Barry, jego żona i piesek chihuahua zniknęli, pokój wydał się nagle bardzo

cichy. Jak miejsce, w którym po przejściu tornada zalegają tylko nieme gruzy. Gabby
zobaczyła, że Jennifer zamyka oczy i opada na poduszki, wypuszczając z głębi piersi
powietrze. Czy to możliwe – pomyślała – że dziewczyna wstrzymywała oddech przez
cały   czas   pobytu   ojca   w   pokoju?   Zauważyła,   że   mięśnie   szyi   i   szczęki   Jennifer
rozluźniają się, a ciało odpręża, jakby nareszcie pękł zbyt obcisły pasek.

Patrzyła ciekawie, jak Jennifer wlepia wzrok w małą walizeczkę na bocznym

stoliku   przy   łóżku.   Leżała   tam   obok   dzbanka   z   wodą,   plastikowych   szklanek   i
sfatygowanego egzemplarza najnowszego numeru „People”. Wydawało się, że Jennifer

background image

dopiero co zauważyła neseser, choć Gabby spostrzegła go już poprzedniego dnia, zaraz
po przyjeździe.

Jennifer przechyliła się, sięgnęła po neseser i wyjęła z niego kamerę. Pamiętała,

że na plaży przywiązała ją sobie do paska. Sprawdziła, czy w środku jest kaseta. Była.
Jennifer zastanawiała się, czy lekarze lub ojciec widzieli kamerę. Jeśli tak, to dlaczego ją
zwrócili?

– Prezent? – spytała babka, wyrywając Jennifer z zamyślenia. Gabby siedziała tak

zdumiewająco spokojnie, że Jennifer zapomniała o jej istnieniu.

– Nie, to moje – odburknęła Jennifer.
– Zawód czy hobby? – zaryzykowała Gabby, chcąc jakoś nawiązać rozmowę.
Ale Jennifer zignorowała pytanie. Gabby obserwowała, jak wnuczka bezmyślnie

wodzi niewłączoną kamerą po gołych ścianach, po sterylnych plastikowych butelkach na
szafce, po basenie na krześle pod ścianą. Kiedy kamera natrafiła na Gabby, która ciężko
opierała się o parapet, babka spróbowała uchwycić przez szkiełko obiektywu spojrzenie
wnuczki   w   nadziei,   że   pozwoli   jej   ono   zrozumieć,   gdzie   i   kim   jest   teraz   Jennifer.
Tymczasem dziewczyna nacisnęła guzik i zrobiła jej okrutne, zniekształcające zbliżenie,
po czym błyskawicznie odjechała do planu ogólnego. Gabby ani drgnęła, choć wlepione
w nią oko obiektywu peszyło ją i niepokoiło.

Co widziała Jennifer przez swój aparat? Jeśli w ogóle miała coś widzieć – myślała

Gabby – to co spodziewała się zobaczyć?

background image

4

Nazajutrz Gabby stała razem z Barrym i jego żoną w gabinecie doktora Waldo

Greena, rozczochranego, nie pierwszej młodości ordynatora oddziału psychiatrycznego.

–   Często   obserwujemy   –   mówił   doktor   –   skruchę   i   żal   po   nieudanej   próbie

samobójczej.

U Jennifer niczego takiego nie widać. Szczerze mówiąc, nie otworzyła się przed

nikim z nas.

Jest zła, a złość podsyca jej depresję. Na plus można zaliczyć to, że złość jest

oznaką życia.

Nie ma zamiaru jej się wyrzec. To dobrze. Co więcej, personel i ja doszliśmy do

wniosku, że te jej raczej rzadkie wybuchy złości dowodzą bystrość umysłu, ba, pacjentka
miewa nawet przebłyski dowcipu.

– To moja córka! Zawsze była inteligentna – wykrzyknął Barry. Gabby posłała

mu pełne dezaprobaty spojrzenie.

– Normalnie trzymamy pacjentów siedemdziesiąt dwie godziny – ciągnął doktor

Green. – W przypadkach takich jak ten, póki nie ma pozytywnych wskazówek, zalecamy
dłuższy, indywidualnie ustalony pobyt.

– Więc taki macie plan, trzymać ją w psychiatryku? – podskoczył Barry. Ale

kiwnął głową na znak zgody. – Bo chcę, żeby miała najlepszą opieką. Oczywiście ma
dom, ale żadne z nas nie potrafi jej pomóc, tak jak trzeba.

Green zdjął okulary i przetarł oczy. Gabby przyglądała mu się badawczo.
–   Pańska   córka   wzięła   sporo   xanaksu   –   Green   zajrzał   do   swoich   notatek.   –

Chciałbym wyczuć w niej trochę żalu, zobaczyć, że nie spróbuje znowu. Ale to pierwsza
próba, zatem proszę się nie spodziewać, że zatrzymamy ją długo.

– Chwileczkę, wypuścicie ją stąd? – Barry zaczął chodzić, machając rękami i

gniewnie podnosząc głos. – Przecież mówił pan...

– Cóż, jest pełnoletnia. Naturalnie zachowam w tej sprawie ostrożność. Jeśli nadal

będzie wykazywała niepokojące objawy, na pewno jej nie wypiszę. A pan będzie musiał
ponieść koszty – przerwał, po czym dorzucił: – Natomiast jeśli zawrze ze mną układ, w
każdej chwili będę mógł oddać ją pod pańską opiekę.

Gabby zauważyła, że Barry i Cynthia wymieniają przerażone spojrzenia.
– To nie takie proste... – zdążył powiedzieć Barry, zanim energicznie wtrąciła się

żona.

–   Wykluczone.   Dziecko   pod   jednym   dachem   z   osobą   w   stanie   Jennifer...   –

Cynthia zająknęła się ze zdenerwowania. – Poza tym Barry pracuje nad nowym filmem.
Nie ma pan pojęcia, jak jest zajęty.

– Muszą być jakieś inne zakłady, gdzie można by ją umieścić – nalegał Barry. –

Wie pan, dla jej dobra. Koszty nie grają roli – dodał zarozumiale przy gorliwym poparciu
żony. – Chcę, aby ją pan odesłał do najlepszej z tych cholernych instytucji, jakie macie.

Green kichnął w pomiętą chusteczkę.
– To oczywiście możliwe – wzruszył ramionami.
Nikt nie zwrócił uwagi, że Gabby kręci głową tak gwałtownie, jakby protestowała

przeciw wyrokowi śmierci. Zdawało się, że lada moment pęknie.

– Nie po to ukrywałam się na strychu, nie po to wyskoczyłam z hitlerowskiego

pociągu śmierci i uciekłam z płonącego piekła Polski, żeby zobaczyć własną wnuczkę w

background image

domu wariatów – oznajmiła nagle, ku zaskoczeniu pozostałej trójki. – Jennifer nie jest
szalona, tylko zagubiona. Pojedzie do domu ze mną!

Z początku oniemiały, Barry wybuchnął z wściekłością, na ogół rezerwowaną dla

reżyserów, którzy przekroczyli budżet.

– Postradałaś zmysły, czy co! – krzyczał, podchodząc do Gabby.
– Słuchaj, zadzwoniłem do ciebie, bo uznałem, że tak trzeba. W końcu jesteś jej

babką.

Ale to ja wiem, co jest najlepsze dla mojej córki.
– Barry – odparła Gabby, prostując się na całe swoje metr pięćdziesiąt z okładem.

– Nie wiedziałbyś, co jest dla niej najlepsze, nawet gdybyś się ugryzł w tyłek.

–   Hmm   –   chrząknął   grubiutki   doktor,   przygładzając   włosy   nad   łysiejącym

czołem. Na deklarację Gabby jego oczy ożywiły się po raz pierwszy.

– Rzeczywiście, panie Stempler, to może niezły pomysł, żeby Jennifer pobyła

trochę z rodziną. Stosujemy takie rozwiązania. Niektórzy twierdzą, że dla niedoszłych
samobójców tego rodzaju leczenie bywa czasami korzystniejsze niż zamknięcie. Szczerze
powiedziawszy... – doktor uniósł brwi spoglądając na Barry’ego i jego żonę.

– Zważywszy okoliczności, po prostu nie sądziłem, że taka możliwość istnieje.
Oczy Barry’ego rozbłysły niebezpiecznie. Odciągnął doktora na bok.
– Nie zna pan tej kobiety, doktorze – mówił podniecony. – Ona nie wchodzi w

rachubę.

Mieszka w Nowym Jorku. To byłoby wariactwo...
– Chciałem tylko powiedzieć, że umieszczenie jej u kogoś, kogo kocha, nawet

jeśli  w tej   chwili  nie  potrafi  kochać,  mogłoby się  okazać  zbawienne.  Może  Jennifer
zareaguje na kontakt z członkiem rodziny, który jej niczym nie zagraża.

– O co panu, do cholery, chodzi? – Barry znów podniósł głos.
– Spokojnie, panie Stempler – doktor Green jeszcze raz wytarł nos. – Wydaje się,

że pańska córka jak dotąd nie chciała przychodzić ze swoimi kłopotami do pana. Mimo
że mieszka pan w tym samym mieście.

Patrząc na doktora, Barry przebierał nogami jak biegacz przed treningiem.
– Słuchaj pan – warknął i sczerwieniał. – Ta kobieta stoi jedną nogą w grobie.

Sama nadaje się do zakładu.

Green przechylił się w lewo i zderzył wzrokiem z rozwścieczoną drobną kobietą,

w   której   oczach   czytał   determinację.   Spojrzał   znów   na   Barry’ego   i   postanowił   ująć
sprawy w swoje ręce.

– Wybaczy pani, pani...
– Proszę mówić do mnie Gabby.
–   Gabby.   Gdyby   Jennifer   pojechała   z   panią,   musiałaby   pani   wziąć   za   nią

odpowiedzialność. Dwadzieścia cztery godziny na dobę. Da pani radę?

– Radzę sobie na ulicach Nowego Jorku, doktorze. Więc nie straszna mi jedna

smutna młoda kobieta.

– Ona jest więcej niż smutna. Ma myśli samobójcze – uściślił Green. – To nie

będzie łatwe zadanie.

Gabby uśmiechnęła się wyrozumiale.
– Ktoś, kogo się kocha, cierpi. Czy to może być łatwe, doktorze? Popatrzył na nią

uważnie   i   przytaknął,   wzruszony.   Poruszyło   go,   że   w   codzienności   przepełnionego
oddziału,   przepracowanego   personelu   i   często   wątpliwych   wyników   zyskuje   oto,

background image

sprzymierzeńca w starej kobiecie. Stracił właśnie pacjenta, młodego mężczyznę, który
mimo długiej hospitalizacji powtórnie i tym razem skutecznie targnął się na życie, szukał
więc   jakichś   innych   rozwiązań.   Postawa   starej   kobiety   przypomniała   mu,   że   kiedyś,
dawno temu, marzył o leczeniu duszy, a nie tylko objawów. Otaczała go biurokracja,
ludzie uchylający się od odpowiedzialności. Ta babka, oferująca pomoc, była jak haust
świeżego powietrza. W jednej chwili Green postanowił zaufać swemu sercu. Oczywiście
musiał to omówić z pacjentką.

– Zobaczymy, co ona na to powie – oznajmił.
– Nie rozumiem. Co to ma znaczyć? – obruszył się Barry.
– To, że zapytamy Jennifer – doktor czyścił nos, patrząc w oczy Gabby. – To jej

życie.

Zobaczmy, czy obchodzi ją na tyle, by miała swoje zdanie.
Wkrótce   potem   Jennifer   siedziała   już   niewygodnie   w   zatłoczonym   gabinecie

naprzeciw   doktora   Greena.   Patrzyła   na   ojca   siedzącego   przy   końcu   stołu   po   lewej.
Szeptem pouczał jakiegoś bez wątpienia udręczonego asystenta, aż surowe spojrzenie
Greena kazało mu odłożyć  telefon; nadal jednak wiercił się na krześle. Przy drugim
końcu stołu siedziała Gabby – skumulowana energia, ze zmarszczonym czołem, które na
próżno usiłowała wygładzić.

– Jak ci powiedziałem, Jennifer, zanim tu przyszłaś, twój ojciec zobowiązał się

opłacać prywatną klinikę, gdzie byłoby ci wygodniej.

Jennifer zerknęła na ojca. Chce pan powiedzieć, że jemu byłoby wygodniej –

pomyślała i odwróciła wzrok.

– Babka chce zabrać cię do Nowego Jorku, żebyś na jakiś czas zamieszkała u niej.
Dopóki znów nie staniesz mocno na nogach.
Jennifer spojrzała szybko na Gabby, której oczy były okrągłe jak u ptaka.
– Nie będę owijał w bawełnę. Lekarze chcieliby cię zatrzymać. W tym sensie

trzymają   stronę   twojego   ojca.   Jednak   to   ja   jestem  ordynatorem,   więc   ostatnie   słowo
należy do mnie.

Dreszcz przebiegł Jennifer, gdy popatrzyła na Greena.
– To co tutaj robimy?
Doktor uśmiechnął się, poprawiając okulary, które zsunęły mu się z nosa, kiedy

się nachylił.

–   Byłbym   gotów   cię   wypuścić,   jednak   tylko   pod   warunkiem   że   podpiszesz

stosowne zobowiązanie.

Jennifer zagryzła wargi i uparcie wyglądała przez jedyne okno. Jeszcze gorsza od

myśli o życiu była perspektywa, że ojciec wraz ze swymi sojusznikami będzie rządził jej
losem. Zamknięcie i sporadyczne wizyty starego poczciwego taty z jego rodzinką nie
obiecywały niczego dobrego. Podobnie przykra, jak i bezcelowa byłaby terapia rodzinna
i   rozmowy  z   psychologiem.   Popatrzyła   na   babkę   i   wzruszył   ją   widok   dobrodusznej
staruszki, najwyraźniej nie żywiącej złych zamiarów. Serce Jennifer zabiło szybciej. To
nie był wróg.

Tylko jakiej ceny zażąda Green?
– Co musiałabym zrobić, żeby z nią pojechać? – spytała Jennifer. Gabby klasnęła

w podnieceniu.

– Zaraz, zaraz, nie tak szybko, Jennifer – wtrącił się Barry, wstając z krzesła.
– Jeśli pan pozwoli, ja się tym zajmę, panie Stempler – oznajmił doktor, a jego

background image

stanowczy ton sprawił, że obrażony Barry znów usiadł.

– Musisz zawrzeć ze mną umowę – powiedział doktor do Jennifer z ożywieniem,

jakiego Gabby dotąd u niego nie widziała. – Przyrzeknij mi, że nie podejmiesz następnej
próby samobójczej. Że będziesz posłusznie brała antydepresanty, które ci przepiszemy.
Że   pozostaniesz   pod   opieką   i   nadzorem   babci.   Że   będziesz   w   kontakcie   z
psychoterapeutą. I że wrócisz tu na badania najpóźniej do Dnia Dziękczynienia, czyli za
sześć tygodni. Możesz to przyrzec? – doktor przerwał i zanim Jennifer odpowiedziała,
dodał bardzo poważnie: – Potrafisz przekonać mnie, że dotrzymasz słowa?

W pokoju zapadła cisza. Jennifer rzuciła spojrzenie na ojca, który coś mruczał i

bujał   się   na   krześle   jak   dziecko   niespacyfikowane   ritalinem.   Zaciskając   pod   stołem
pięści, Jennifer obróciła się ku babce. Na twarzy Gabby zobaczyła nadzieję. Jakiś rys tej
twarzy przypomniał Jennifer matkę, ale potraktowała to jak niepotrzebne rozproszenie
uwagi. Przeciągnąć doktora na swoją stronę – oto, na czym musiała się teraz skupić.
Zbierając się w sobie, popatrzyła na Greena i z największą mocą, na jaką mogła się
zdobyć,  dzielnie  oświadczyła:  –  Ma  pan   moje  słowo.  Na  wszystko   –  twarz  Jennifer
jaśniała szczerością. Mówiła tonem osoby, która rozpaczliwie pragnie wyzdrowieć i żyć.
– Odpowiada mi mieszkanie z babcią. Niech mi pan uwierzy, doktorze, że tego właśnie
chcę.

Doktor   Green   przyglądał   się   jej   badawczo.   Czytał   w   oczach   dziewczyny

wrażliwość, skupienie, nadzieję. Powoli skinął potakująco głową.

– Dobrze, Jennifer, w porządku.
Przez twarz Gabby przemknął błysk triumfu.
–   Ona   nie   może   tam   jechać   –   sprzeciwił   się   Barry   tonem   producenta

przyzwyczajonego do stawiania na swoim. – To graniczy z szarlatanerią. Co pan, do
cholery, robi?

– Daję pańskiej córce szansę.
Green wyjął arkusz papieru i zaczął spisywać umowę.
Barry zerwał się i wściekły wypadł z pokoju. Green przeprosił i pobiegł za nim.

Barry, jak zwierzę w klatce, przemierzał korytarz tam i z powrotem.

– Nic pan nie rozumie – mamrotał gniewnie Barry, wciąż chodząc.
– Dobra, zawaliłem sprawę z Jennifer, wiem. Ona też wie. I Liii wiedziała. Szlag

by to trafił!

– Panie Stempler – odparł Green, łagodnie kładąc na ramieniu Barry’ego rękę,

którą ten natychmiast strącił. – Samobiczowanie nie pomoże w tej chwili ani panu, ani
pańskiej córce.

– Nie? Kolejny raz ktoś okazuje się przyzwoity, a ja jestem świnią. Nie znam

powodów, dla których próbowała odebrać sobie życie, ale na pewno mam w tym jakiś
udział.

Nie wiem, co myśleć. Nie nadaję się na winowajcę.
Green powiedział po prostu:
– Nie chodzi o pana, panie Stempler – tu przerwał. – Tylko o Jennifer.
Barry obrzucił go niechętnym spojrzeniem. Wyglądał, jakby miał wybuchnąć, ale

pierwszy raz w życiu nie potrafił znaleźć odpowiedzi. Przestał chodzić, stanął, oddychał
szybko,   opuściła   go   chęć   walki.   Przygryzł   wargę,   a   czując   na   sobie   wzrok   doktora,
zapatrzył się w dal.

– Zgoda – wyszeptał. – Chodzi o Jennifer.

background image

Później, kiedy już Green i Jennifer ułożyli i podpisali umowę, a potem Jennifer

została odprowadzona do pokoju, Green zwrócił się do Gabby. Barry trzymał się na
uboczu.

– Polecę moim współpracownikom, aby przygotowali dla pani listę przedmiotów,

które ze względów bezpieczeństwa musi pani usunąć z domu. Dostaje pani sześć tygodni.

Powtarzam z naciskiem, że Jennifer koniecznie musi wrócić tu na badania przed

Dniem   Dziękczynienia.   Musi   też   pani   zapewnić   jej   konsultacje   psychologiczne
przynajmniej raz na tydzień.

Wręczając   Gabby   kartę   choroby,   Green   podkreślił,   że   terapeuta   musi   mieć

państwową licencję, i polecił kilku. Obiecał informować Barry’ego o postępach Jennifer.
Kiedy skończył, Gabby ujęła go za ręce.

– Wykonał pan tu dobrą robotę – powiedziała serdecznie, z wdzięcznością. Green

uśmiechnął się.

– Powodzenia, pani...
– Gabby.
– Niech będzie Gabby – i od razu dodał: – niech pani dobrze zapamięta: w razie

czego dzwoni pani do mnie. Powodzenia.

Gabby uśmiechnęła się w odpowiedzi i zamrugała oczami. Postanowiła, że nie

dopuści, aby zdarzyło się coś, co by ją zmusiło do zatelefonowania.

Barry, znów w ruchu, upomniał się o ostatnie słowo.
– Będziesz potrzebowała pieniędzy na leczenie, ubranie, zresztą na wszystko.
Wpadając z powrotem w rolę, wypisał czek na pokaźną sumę. Warto było. Jego

żona – czuł to – oddycha z ulgą, że uwolniają się od odpowiedzialności.

Podał czek Gabby, po czym spojrzał jej twardo w oczy.
– Życzę sobie, żebyś go zrealizowała.
Gabby popatrzyła  na niego, powstrzymując się od powiedzenia czegoś, czego

później by żałowała. Czegoś w rodzaju: „Gdybyś nie porzucił mojej córki, byłaby tu
pewnie z nami.

Wszystko byłoby inaczej. Jennifer by nie zachorowała”. Zamiast tego wzięła czek

i z trzaskiem zamknęła torebkę.

Kilka dni później na lotnisku Jennifer wydało się, że przy pożegnaniu dostrzegła

łzę w oku ojca. Był niesłychanie spokojny, zauważyła, i nie rzucał się w prawo i w lewo.
Po prostu stał, wpatrując się w nią, u boku swojej pięknej żony i pyzatego cherubinka
dziecka.  Nie wiadomo  dlaczego  w głowie  Jennifer  zaświtała  nagle  myśl,  że  ta  mała
uzurpatorka, tak ją irytująca, jest z nią spokrewniona. Ta niewygodna myśl i dziwny
spokój ojca wprawiły Jennifer w popłoch. Przeprosiła i uciekła do toalety.

Gabby i pozostali niepewnie czekali tuż pod drzwiami.
Jennifer  odkręciła  kran i  stojąc  przed  lustrem,  uważnie  się  sobie  przyglądała.

Ledwie rozpoznawała w tej młodej kobiecie dawną siebie. Potrząsnęła głową, wzięła
głęboki oddech i powoli wypuściła powietrze. Coś ją wstrzymywało przed otwarciem
drzwi. Sięgnęła do kieszeni brązowej skórzanej kurtki i wyciągnęła umowę podpisaną z
Greenem.   Z   drugiej   kieszeni   wyjęła   receptę   na   prozac,   który  podawano   jej   przeciw
depresji.   Przyjrzała   się   im   przez   chwilę.   Oto   powrotne   bilety   wstępu   do   świata.
Wzruszyła ramionami, zmięła umowę i receptę i po drodze do wyjścia wrzuciła do kosza.

Na   pokładzie   samolotu   wyglądała   przez   okno,   kiedy  wznosili   się   nad  Venice

Beach.

background image

Ścisnęło ją w żołądku, zerknęła na ocean, na lśniącą w porannym słońcu wodę.

Im   większej   prędkości   nabierał   odrzutowiec,   tym   silniejsze   miała   wrażenie,   że   w
szalonym pędzie ślizga się po powierzchni wody. Nagle poczuła mdłości. Odwróciła się i
zobaczyła,   że   babka   kaszle   gwałtownie   w   chusteczkę.   Jak   bardzo   się   postarzała,   jak
krucha   się   wydaje.   Po   śmierci   Liii   Gabby   wielokrotnie   starała   się   pomóc,   pragnęła
pocieszyć   i   wnuczkę,   i   siebie.  Ale   Jennifer   jej   nie   pozwalała.  Teraz   usiłowała   sobie
przypomnieć dlaczego. Czy dlatego, że Gabby była tak podobna do mamy? – pomyślała.
Albo może  sprawiła to miłość, którą  Gabby rozpaczliwie  chciała okazać wnuczce, a
przed którą Jennifer równie rozpaczliwie chciała uciec?

Wszystkiemu   winien   był   ból   –   uświadomiła   sobie   Jennifer.   Właśnie   dlatego

postanowiła, że najlepiej będzie wykreślić każdego, kto się liczył. Teraz zadała sobie
pytanie,  dlaczego  ta  delikatna,  schorowana  kobieta  nie  postąpiła  tak  samo.  Dlaczego
zapragnęła zaopiekować się kimś, kto miał życie za nic, kto uważał je za koszmar i kto w
gruncie rzeczy był bliższy śmierci niż ona, staruszka.

Traf chciał, że Gabby, która kątem oka obserwowała tę kupkę nieszczęścia, w

jaką zmieniła się jej wnuczka, zadawała sobie podobne pytania.

background image

5

Kiedy w górze rozbłysły światła śródmiejskiego tunelu, Jennifer wpatrzyła się w

przesuwające się za oknem, zapiaszczone ściany. Od lądowania na lotnisku Kennedy’ego
nie powiedziała ani słowa. Gabby za to mówiła bez przerwy: o nowej sztuce, która na
pewno   będzie   się   Jennifer   podobała,   potem   o   wystawie   prac   Leonarda   da   Vinci   w
Metropolitan Museum, arcydzieł geniuszu i spostrzegawczości. Warto też wybrać się na
koncert do Carnegie Hall. Co z nią? – pomyślała Jennifer. – Pracuje w agencji jako
kolporterka biletów?

Odbite w szybie usta babki wciąż się poruszały, ale Jennifer przestała słuchać.

Jazda przyprawiała ją o mdłości, oparła się więc o przegrodę z plastiku i metalu, która
oddzielała je od kierowcy. Monolog Gabby toczył się nadal w tle. „...I zawsze możemy
pojechać metrem na Coney Island. Pewnego razu...”

Mdłości ustąpiły i Jennifer zauważyła biały turban taksówkarza. Gdy samochód

zatrzymał   się   na   światłach,   przyjrzała   się   wysmaganej   wiatrem   twarzy   bezdomnego
leżącego   na   ławce   za   rogiem:   przykryty   starym   podartym   śpiworem   wyjadał   coś   z
papierowej torby.

Dokoła trąbiły samochody, a głośne dudnienie aparatury stereo z pozłacanego

mercedesa tuż obok podrywało do góry wszystko, co nie było przygwożdżone do ziemi.

Gabby   zamilkła,   obejmując   wzrokiem   katatoniczną   istotę   obok   siebie.   Potem

zwróciła się do kierowcy.

– Założę się, że tam, skąd pan pochodzi, odzywacie się do swoich dziadków,

kiedy oni do was mówią. Mam rację, panie... – Gabby pochyliła się do przodu, mrużąc
oczy,   by  odczytać   nazwisko   taksówkarza   na   plakietce   w   szoferce   –...panie  Tambori,
prawda?

– Tak, do usług – odpowiedział z hinduskim akcentem, ucinając końcówki.
Gdy Gabby powtarzała swoje, Jennifer przewróciła oczami i pokręciła głową.
Przynajmniej jakaś reakcja.
Taksówka czmychnęła gwałtownie w prawo, by ominąć sportoi wy samochód,

który wpychał się do ruchu, co wcisnęło Gabby w kąt siedzenia. Zdołała się wygramolić i
Jennifer również się poi prawiła.

– To nic. Pamięta pan zamieć w dziewięćdziesiątym szóstym roku? – podjęła

Gabby, kaszląc i posapując. – Nie można było utrzymać się na nogach. A samochody
dosłownie ślizgały się po Piątej Alei. Nie sądzę, żeby moja wnuczka widziała kiedyś coś
takiego – Gabby mówiła coraz głośniej. – Jest z Kalifornii. Poślę ją na kurs, niech ćwiczy
poślizgi w Central Parku. Zima... Przepiękna pora roku. Dobrze mówię, panie Tambori?

Jennifer pragnęła z całych sił, żeby babka wreszcie się zamknęła.
–   Niech   pan   spojrzy  na   tych   ludzi,   panie  Tambori   –   wyglądając   przez   okno,

Gabby prawie krzyczała – wszyscy się ścigają. Jestem pewna, że jeden drugiego nawet
nie widzi.

Kierowca zerknął w lusterko wsteczne i wywrócił oczy, łapiąc spojrzenie Jennifer.
Skinęła mu lekko i odwróciła wzrok. Zapatrzyła się na robotnika, który pruł ulicę

młotem   pneumatycznym,   niszcząc   wszystko,   co   stało   mu   na   drodze.   Żwir   i   cement
rozpryskiwały się dookoła, huk narastał i zagłuszał głos babki.

Skręcili   w   69   ulicę   między   Columbus   i   Central   Park   West.   Dzięki   Bogu   –

mruknęła   Gabby,   kiedy   taksówka   podjechała   wreszcie   przed   jej   wiekowy   dom   z

background image

brunatnego piaskowca.

Musiała namawiać Jennifer, do wyjścia z samochodu. Gdy taksówkarz wyjął z

bagażnika   walizki,   Gabby  dała   mu   sowity  napiwek,   żeby  wniósł   je   po   schodach   do
mieszkania.

Jennifer stała na chodniku i gapiła się na skromny pięciopiętrowy budynek. Na

fasadzie   znać   było   jeszcze   ślady   dawnej   świetności.   Pod   każdym   oknem   wisiały
zwyczajne skrzynki na kwiaty, których zawartość wymagała troskliwszej ręki. Wzdłuż
trzeciego   i   czwartego   piętra   ciągnął   się   grecki   fryz   z   liści   laurowych.   Przy   wejściu
znajdował   się   mały   tarasik   z   balustradą,   która   wyglądała   na   niedawno   pomalowaną.
Wrażenie świeżości psuło jednak kilka nadłamanych tralek, które bez sensu sterczały w
prawo i lewo.

Po drugiej stronie ulicy Jennifer spostrzegła kobietę, która na próżno starała się

zaparkować samochód, mając za mało miejsca, zaledwie połowę tego, co potrzebowała.

Umysł Jennifer zaczął szybko pracować. Oto historia jej życia. I ona przecież nie

mogła zmieścić się w przestrzeni życiowej, bo nie pozwoliły jej na to okoliczności, na
które   nie   miała   wpływu.   Jakby   znalazła   się   w   zatłoczonym   basenie,   w   którym
niepodobna pływać swobodnie... Tak czy inaczej, co, u diabła, robi tutaj z babką? Czy
Gabby poradzi  sobie  z tym  jej  szczególnym  rodzajem ciemności?  Cała  ta sprawa to
absurd. Serce Jennifer zabiło gwałtownie. Może ojciec miał rację? Podsłuchała kiedyś,
jak   mówił   do   żony,   że   Jennifer   nadaje   się   do   czubków.   Może   powinna   przywołać
taksówkę i pojechać z powrotem na lotnisko? Albo po prostu zniknąć, upewniwszy się
tym razem, że wszystko się uda? Rusz się, Jennifer, wiej! – powiedziała sobie.

Ale  nogi wrosły  jej  w ziemię,  stała  więc  nieruchomo,  z  głowa  pełną  pytań  i

samooskarżeń. Bardzo powoli uświadomiła sobie, że patrzą na nią oczy babki. Kiedy
taksówka odjechała, Gabby skinęła, jakby wiedziała doskonale, co w tej chwili myśli i
czuje Jennifer. – Nie bój się, gołąbeczko – powiedziała. – Będę się tobą opiekować,
dopóki nie nabierzesz sił. Razem damy sobie radę. Chodź.

Wzięła wnuczkę za rękę i poprowadziła na taras i dalej w swój świat.

background image

6

Wspomnienia opadły Jennifer, gdy tylko przestąpiła próg mieszkania sprzed I

wojny   światowej.   Nieczęsto   tu   bywała,   pamiętała   jednak   ciasnotę   –   pokoje   były
zagracone – oraz to, co w dzieciństwie nazywała „zapachem babci”. Nagle spostrzegła
portret   matki   jako   młodej   dziewczyny.   Liii   stała   na   brzegu   morza   z   triumfalnie
uniesionymi   rękami.  Jaka  była  wtedy  szczęśliwa  –  pomyślała  Jennifer.  Przypomniała
sobie wyprawy z matką nad ocean, wspólne polowania na zachody słońca. Zachód był
dla Liii magiczną porą dnia, lubiła mówić, że całują się wtedy niebo i ziemia. Jennifer
stawała przy matce tam, gdzie piasek spotykał się z wodą, i obie z rozkoszą wsuwały
stopy pod chłodne bryzgi, lśniące w ostatnich promieniach słońca.

Przypłynął do Jennifer niewyraźny obraz starego człowieka w okularach na nosie,

goniącego   ją,   rozchichotaną,   po   pokoju.   Odstawiła   walizkę   i   przeszła   z   wąskiego
przedsionka   do   długiego   głównego   korytarza   o   ścianach   obwieszonych   rodzinnymi
fotografiami najróżniejszych kształtów i rozmiarów.

Gdy przystanęła przed czarnobiałym zdjęciem młodej pary tańczącej nad wodą, w

głębi pokazała się Gabby. Jennifer podeszła bliżej, by przyjrzeć się twarzom mężczyzny i
kobiety na fotografii. Mężczyzna był przystojny i miał czerstwą twarz, która! świadczyła,
że lubił przebywać na powietrzu. Oczy patrzyły! żywo i serdecznie. Coś w jego ustach,
które   otworzył   jak   do   krzyku,   trochę   przypomniało   Jennifer   Filipa.   Westchnęła,   bo
wspomnienie było bolesne. Teraz przeniosła wzrok na uśmiechnięta kobietę.

Kobieta była ubrana w kolorową suknię wieczorową według: mody sprzed pół

wieku   i   obracała   się   na   jednej   nodze,   podając!   rękę   mężczyźnie.   Wyglądała   jak
księżniczka na balu, która właśnie znalazła swego księcia. Jennifer spojrzała jeszcze raz
na mężczyznę kręcącego partnerką. Miała dwa lata, kiedy dziadek, którego nazywała
papą, umarł. Gabby została wdową zaledwie po pięćdziesiątce. Pierwszy z wielu, co
gryzą   ziemię   –   zażartowała   do   siebie   Jennifer.   Czy   Filip   nie   powiedział   kiedyś,   że
zestarzeją się razem z nią? Jak ojciec, należał do ludzi, którzy dużo obiecują, ale mało
dotrzymują.

Idąc dalej ciemnym korytarzem i zawadzając po drodze o dębowy antyczny stół,

Jennifer   trafiła   do   skromnej   kuchni,   która   prowadziła   do   salonu.   Meble   tworzyły  tu
eklektyczną mieszaninę stylów i wzorów, ale wszystkie były jednakowo wygodne.

Jennifer przypomniała sobie nagle wizytę u przyjaciół babci w Brighton Beach,

dokąd obie – ona, mała dziewczynka, i babcia – pojechały metrem. Zapamiętała z tej
wizyty   śmieszny   zapach,   jakby   całe   mieszkanie   przyjaciół   babci   było   obwieszona
kulkami przeciw molom. Ale w rzeczywistości to meble zrobiły na niej wrażenie. Każdy
fotel, kanapa, poduszka były owinięta plastikową folią, jak jedzenie w lodówce. Miała
wtedy tylko siedem lat, ale nie przeszkodziło jej to oświadczyć stanowczo, że ,ktoś musi
zdjąć plastikowe pokrowce, żeby meble się nie dusiły”. Gospodyni aż się zakrztusiła:
„Usunąć folię? Broń Boże!”. Jennifer, Liii i Gabby śmiały się całą drogę powrotną na
Manhattan.

Gabby zostawiła Jennifer niewiele miejsca na jej rzeczy, a teraz pokazywała, jak

rozłożyć   kanapę,   na   której   wnuczka   będzie   spała.   Jennifer   wzięła   głęboki   oddech,
spoglądając   na   szklany   stoliczek   do   kawy,   który   uginał   się   pod   babciną   kolekcją
bibelotów. Zdawało się jej, że przekroczyła granicę czasu. Że wpadła w jakąś czarną
dziurę, gdzie wszystko, co dzisiejsze i nowoczesne, przestało istnieć.

background image

Po   rozpakowaniu   się   Jennifer   poszła   pod   prysznic,   natomiast   Gabby

zatelefonowała do Barry’ego. Choć jej stosunki z człowiekiem, który porzucił jej córkę,
od rozwodu trudno było uznać za poprawne, obecnie Gabby czuła, że ze względu na
okoliczności   należy   do   niego   zadzwonić.   Mimo   jego   wielu   odrażających   cech,   był
przecież ojcem Jennifer, a Gabby szanowała jeśli nie osobę, to rolę. Niemniej wolałaby
raczej porozmawiać z jeżozwierzem, dlatego z ulgą wysłuchała wiadomości z poczty
głosowej: „Tu Barry. Jestem albo na planie, albo coś załatwiam. Takie jest Hollywood.
Znacie ten młyn. Ciao”.

– Cześć, Barry, to my – powiedziała zdecydowanie za głośno. – Chcemy cię

zawiadomić, że dojechałyśmy szczęśliwie. Szczęśliwie. W ogóle wszystko... dobrze się
układa. Jennifer jest u siebie, podekscytowana. Chyba. Co do pobytu w Big Apple, to
niewiele mówi. W każdym razie nie martw się. Planujemy wspaniały wieczór w mieście.

Dwie kobitki spuszczone ze smyczy. No dobra, ukłony dla rodziny. Aha, to ja,

Gabby. Do widzenia.

Tego wieczoru zamówiły chińszczyznę, a ponieważ Jennifer wymamrotała tylko

parę   słów   i   ledwie   tknęła   jedzenia,   Gabby   postanowiła   wcześnie   iść   spać.   Pomogła
Jennifer   rozłożyć   i   posłać   kanapc,   proponując,   że   jutro   wybiorą   się   do   teatru   na
Broadway, ot,] żeby się przewietrzyć.

– Po co robić cokolwiek? – wtrąciła nagle Jennifer.
Gabby na moment zaniemówiła i musiała zamknąć oczy, by powstrzymać złość.
Gdyby Liii żyła, poszłyby razem. A gdyby był tutaj Icek, wiedziałby, co począć z

samolubną   niewdzięcznością]   wnuczki.   Myśli   Gabby  pobiegły   ku   jej   siostrze  Annie,
która była osiem lat młodsza od Jennifer, gdy umarła. Gabby stłumiła atak kaszlu.

Zgasiła światło i usiadła na fotelu obok kanapy. Patrzyła na Jennifer – milczącą,

zamkniętą w sobie, bezradną – i nagle dała się ponieść emocjom. Poczuła się bardzo
samotna.

Anna, Icek, Liii – nie żyją. Jennifer była jedyną, która została z rodziny, jedyną

łączniczką   z   przeszłością.   I   mimo   że   młoda   kobieta   sprawiała   jej   tyle   bólu,   Gabby
kochała ją nad życie.

Gdybyż tylko Jennifer] w jakikolwiek sposób umiała to poczuć.
Wyciągnęła   rękę,   by   odgarnąć   kosmyk   włosów   z   czoła   Jennifer.   Tym   razem

wnuczka nie uchyliła się przed dotknięciem. A potem, tak jak robiła przy Liii, a Liii przy
Jennifer, Gabby zaczęła usypiać wnuczkę kołysanką w języku swojej młodości: „Szlof,
myn tochter, szejna, fajne”. Spij, córeńko, śpij, moja śliczna. Gabby śpiewała, dopóki
Jennifer nie odpłynęła w noc.

Później,   wyczerpana   podróżą   i   nerwową   krzątaniną   przy   urządzaniu   nowej

lokatorki, Gabby długo leżała bezsennie, rozważając sytuację. Był dziesiąty października.
Musi przywrócić wnuczkę do życia przed Dniem Dziękczynienia. Po tym terminie Barry
już nie pozwoli jej zajmować się Jennifer. Doktor Green, mimo swej życzliwości, też nie
ustąpi i na pewno zażąda powrotu pacjentki. Jeżeli Gabby nie uda się cofnąć Jennifer
znad   krawędzi,   umieszczą   biedaczkę   w   zakładzie   i   zmuszą   do   życia
zinstytucjonalizowanego, Bóg jeden wie, jakiego. Barry aż nadto wyraźnie dał to Gabby
do   zrozumienia   na   lotnisku,   wsuwając   jej   dodatkowe   pieniądze,   lecz   równocześnie
szepcząc   o   nakazie   sądowym,   dzięki   któremu   sam   będzie   mógł   otoczyć   Jennifer
„właściwą” opieką, gdyby Gabby się nie powiodło.

Niespodziewanie opadły ją wątpliwości, które wcześniej tłumiła. Może Barry ma

background image

rację?   Co   się   stanie,   jeśli   Jennifer,   będąc   pod   jej   dachem,   znowu   podejmie   próbę
samobójczą?

Serce   Gabby   zabiło   szybciej.  A  gdyby   wnuczka   rzeczywiście   odebrała   sobie

życie, czy ona, babka, mogłaby żyć dalej? Nie, nie mogłaby. Gabby mocno zacisnęła
powieki, jakby broniąc dostępu złym myślom.

Przypomniała sobie o liście leków, którą Green dał jej w szpitalu, wstała więc,

poszła do łazienki i wyrzuciła z szafki wszystkie lekarstwa, nawet czopki. Nie miała
najmniejszego pojęcia, jak i na co działają poszczególne medykamenty, ale ostrożności
nigdy za wiele.

Lepiej nie kusić licha.
Te leki, których czasem potrzebowała, zamknęła na klucz. Potem zaczęła chodzić

po mieszkaniu i zbierać wszystkie ostre przedmioty – nożyczki, noże kuchenne, igły.
Schowała   je   w   szafie,   w   starym   pudle   na   kapelusze.   Zostawiła   tylko   srebrne   noże
stołowe, pomyślała bowiem, jak zakłopotana byłaby Jennifer, gdyby przyszło jej krajać
mięso łyżeczką i widelcem.

W chwilach takich jak ta większość ludzi szuka pociechy w religii. Ale Gabby od

czasów wojny pozostawała z Bogiem w stosunkach, w których miłość mieszała się z
nienawiścią. Nie przybył z pomocą członkom jej rodziny, kiedy w Polsce najbardziej
Jego pomocy potrzebowali, i według niej nie było na to żadnego usprawiedliwienia.
Niemniej w chwilach radości, jak ślub z Ickiem czy narodziny córki, a potem wnuczki,
Gabby odmawiała dziękczynne modlitwy.

Teraz   jednak   wydało   się   Gabby,   że   z   Bogiem,   jakiego   poznała,   nie   warto

pertraktować. Nie, sytuacja była zbyt poważna, aby powierząc ją kapryśnej istocie, która
raz się pojawia, a raz znika. „Liii – powiedziała cichutko Gabby – ty zawsze wiedziałaś,
jak postępować z Jennifer. Zagubiła się, odkąd nas opuściłaś. Więc, kochanie, odezwij się
do mnie. Masz jakiś pomysł?”

Zapadła w niespokojny sen, wciąż czekając na odpowiedź.

background image

7

Gabby obudziła się rześka, ale kiedy spostrzegła postać siedzącą w nogach jej

łóżka,   nabrała   przekonania,   że   nadal   śni.   Czy   to   możliwe?   Czy   to   naprawdę   Liii,
czekająca cierpliwie, jak w dzieciństwie, aż matka się obudzi i razem rozpoczną dzień?
Tylko nie wyglądała ani na małą dziewczynkę, ani na kobietę czterdziestoczteroletnią,
która tragicznie zginęła w wypadku. Jest znowu młoda, żywa, tu w sypialni Gabby! Z
sercem bijącym jak młot z niedowierzania, Gabby sięgnęła po okulary na szafce nocnej.
Włożyła   je,   spojrzała   i   zobaczyła   Jennifer.   Wnuczka   przyglądała   się   babce   tyle
zdziwiona, co i obojętna.

– Zaskoczyłaś mnie. Przez moment myślałam, że zwariowałam – słaby uśmiech

znikł z twarzy Gabby, gdy uświadomiła sobie, że chyba nie najlepiej dobrała słowa. –
Czy coś się stało? Miałaś zły sen?

– Nie – odparła rzeczowo Jennifer. – Nie sądzę, żeby w ogóle coś mi się śniło –

wzruszyła ramionami. – Nie pamiętam.

Gabby skinęła głową, biorąc się w garść.
– Od dawna tu siedzisz?
– Nie wiem, dziesięć minut, pół godziny – Jennifer mówiła oschle, patrząc na

pokój, jakby pierwszy raz go widziała i zastanawiała się,] skąd się w nim wzięła.

– Ładniejsza jestem, kiedy nie śpię, prawda? – zażartowała Gabby, sięgając po

szlafrok, gotowa bronić porządku dnia. – Chodź, zjemy śniadanie. Co byś powiedziała na
babciną maca brei?

Jennifer poszła za nią do kuchni i zatrzymała się w progu, jakby nie była pewna,

czy ma wejść. Gabby rzuciła jej ukradkowe spojrzenie, zapalając palnik. Jennifer nie
wyglądała na złą, ani nawet tak daleką jak wczoraj. Można było odnieść wrażenie, że
próbuje wydobyć się z mgły.

– Jak doszło do tego, że tu jestem, babciu? – zapytała wprost tonem człowieka

cierpiącego   na   amnezję.   Pytanie   zdziwiło   Gabby.  Ale   wyraz   dezorientacji   na   twarzy
wnuczki nie był udawany, jasne więc było, że Jennifer naprawdę stara się pozbierać.

Gabby włożyła masło do rondelka i wyjęła z górnej szafki pudełko z macą, nie

spuszczając oka z wnuczki.

– Jesteś tu, żeby poczuć się lepiej, mejdele – odparła, jakby to było oczywiste.
Jennifer zastanawiała się chwilę nad odpowiedzią babki. Ci–] szę zakłócił dźwięk

skwierczącego   masła.   Jennifer   obserwowała,   jak   Gabby   rozbija   jajka,   roztrzepuje
widelcem, dodaje trochę pieprzu, soli i szczyptę cynamonu i wrzuca do tego pokruszoną
macę.

– Babciu – spytała nagle tak obojętnie, jakby pytała o pogodę. – Co jest ze mną

nie tak?

Gabby przerwała robotę i zgarnęła rogi fartucha, jakby chciała się czegoś uczepić.
Czuła, że zaraz pęknie jej serce. Ze wszystkich sił starała się, żeby odpowiedź nie

zabrzmiała zbyt poważnie.

– Zagubiłaś się, maleńka – odparła lekko z pocieszającym uśmiechem i wlała

ubite jajka do rondelka. –1 ty mnie, a ja tobie, będziemy pomagać, żebyś się odnalazła.

Teraz Jennifer zadała pytanie, na które Gabby była zupełnie nieprzygotowana.
– Czy ona wie, że tu jestem?
– Kto?

background image

– Moja mama.
Gabby znów przerwała robotę i zagapiła się na rondel. Zgasiła palnik, wytarła

ręce w fartuch i poszła do drzwi, w których wciąż stała Jennifer, kołysząc się na piętach.

– Jennifer, jesteś teraz w takim stresie. Może nie powinnyśmy...
– Próbowałam się zabić, prawda? – powiedziała Jennifer z chłodną obojętnością,

jakby pamięć nagle jej wróciła.

Gabby podprowadziła ją do starego kuchennego stołu, posadziła na krześle i sama

usiadła obok.

– Tak, szejna – odpowiedziała łagodnie.
Myśli kłębiły się w głowie Jennifer, jakby rozwiązywała zagadkę, mając za dużo

danych.

– Znaleźli mnie na plaży. Znaleźli i nie skończyłam, nie dostałam się do... – słowa

zamarły, kiedy wpatrzyła się w przestrzeń, rozpamiętując tamtą scenę.

Gabby obserwowała zmartwioną twarz wnuczki. Wydawało się, że noc zatarła

wspomnienia i że Jennifer dopiero teraz odkrywa straszną prawdę o tym, co zrobiła. A
może stara się zrozumieć, dlaczego wszystko poszło źle? Czy spróbuje znowu? Gabby
wiedziała,  że   nie   należy  pozwolić  Jennifer   za  dużo   i  za   długo  o  tym   myśleć.  Sama
przeżyła grozę i nauczyła się, że jest czas na wspomnienia i czas na zapomnienie. Teraz
nadszedł właśnie drugi z nich.

Musiała zmienić temat, przeciąć tę scenę. Ale jak?
Po chwili usłyszała jakiś szept w duszy, poznała odpowiedź.
Z nagłym ożywieniem klasnęła wesoło w ręce.
– Wiesz, dokąd dziś pójdziemy? – zawołała, wyrywając Jennife z odrętwienia. Jak

dziecko w oczekiwaniu przygody, mówiła ożywionym  głosem. Z elektryzującą mocą
chwyciła wnuczkę za rękę.

– Zjemy jajecznicę z macą, najlepszą na świecie, i... nie zaprzeczaj, Jennifer,

wiesz, że moja jajecznica taka jest... a potem ciągnął na jednym oddechu – pojedziemy
do stajni w parku.

Urwała figlarnie, puszczając oko. Jennifer potrząsnęła głową.
– Do stajni? – zapytała.

background image

8

–   CO   NIBY   CHCECIE   TU   ROBIĆ?!   –   WRZESZCZAŁ   SZEF   STAJNI

Claremonta w Central Parku. – Słuchaj no, paniusiu, tu jest praca, a nie zabawa. Do
sprzątania końskiego łajna nie można przyjść ot tak sobie, z ulicy. To czyste wariactwo!

– Dlaczego?  Brudno  jest,  a my chętnie  posprzątamy  – powiedziała  spokojnie

Gabby.

– Dobra, brudno, bośmy jeszcze nie zdążyli. Bez obrazy, co za kretyn, wybaczy

pani, chce tu przyjść i przerzucać koński nawóz na taczki? Kto to słyszał?!

– Pan właśnie słyszy – odparła Gabby z krzywym uśmieszkiem, zmierzając prosto

na padok.

Koniarz i Jennifer, z lekka oszołomieni, stali obok siebie.
– Co jest z tą staruchą? – mruknął koniarz do Jennifer, kręcąc głową nad tupetem

Gabby.

Jennifer nie zdziwiła się pytaniem. Spojrzała na babkę.
– Nie  wiem –  wzruszyła   ramionami.  – Pochodzi  ze  Starego  Świata  – dodała

obojętnie. – Chyba tęskni za końmi.

Gabby wzięła już z kąta łopatę i machała nią całkiem sprawnie. Koniarz odsunął

się,   wyszczerzył   zęby,   najwidoczniej   postanowił   udawać   zadowolenie.   Jennifer   stała
nieruchomo i gapiła się na babkę ładującą nawóz na taczki. Potem sięgnęła po kamerę.
Jednakże Gabby po kilku zamachach łopatą zrobiła sobie przerwę. Oparta o trzonek,
zezowała na wnuczkę.

– Za przeproszeniem, co ci się tu nie podoba? – spytała zaczepnie. Zadarła głowę.

–   Jestem   siedemdziesięciosześcioletnią   starą   kobietą   i   mam   chore   płuca.   Ty,   moje
dziecko, masz raptem lat dwadzieścia trzy. Nie przyszłyśmy tu jako turystki. Więc odłóż
kamerę, przegoń muchy z nosa i chodź mi pomóc.

Jennifer posłuchała bez słowa. Koniarz zaczął zwoływać kolegów, żeby sobie

popatrzyli   na   dwie   sprzątające   kobitki.   Pracowały   uczciwie,   pilnując   jedna   drugiej.
Jennifer nie przestawała tylko poj trząsać niedowierzająco głową, jak mogły podjąć się
tak nonsensownego zadania. Jednakże w głębi duszy coś skłaniało ją do podziwiania
takiej hucpy. Napełniały i opróżniały łopaty i nagle, nie wiadomo skąd, pacyna końskiego
łajna uderzyła Jennifer w nogę. Rozejrzała się, zdumiona, i zobaczyła uśmiech babki.

– Oj, przepraszam, kochanie, nie chciałam – Gabby zgrywała niewiniątko.
Oczy   Jennifer   zwęziły   się.   Przyglądała   się   Gabby,   która   pracowała   dalej,

ukradkiem posyłając wnuczce figlarne spojrzenia. Jennifer pokręciła głową. Ta kobieta
ma bzika – pomyślała. Wróciła do pracy, ale zaraz trafiła ją kolejna wonna kula. Jennifer
spokojnie nabrała więcej łajna, po czym z głuchym stęknięciem „upuściła” łopatę, tak że
zawartość   zamiast   na   taczkach   wylądowała   u   stóp   Gabby.   Wzruszyła   ramionami,
kwitując   łobuzerskim   uśmiechem   podejrzliwy   wzrok   babki.   Po   krótkiej   chwili   z
ociąganiem znów zajęła się robotą i wtedy nagle bomba pękła. Sytuacja rozwiązała się
sama, gdyż obie zaczęły obrzucać się gnojem. Śmierdzące kule latały tam i z powrotem,
bo zarówno babka, jak i wnuczka starały się trafić w cel i bombardowały jedna drugą z
czymś, co można nazwać tylko furią.

Gabby przystanęła i cofnęła się, patrząc w oczy Jennifer, które nagle nabrały

życia.

Obie   z   trudem   łapały   oddech.   Kiedy   Gabby   zakasłała,   wypluła   flegmę   i

background image

odchrząknęła   jak   stary   wyleniały   kowboj,   przysięgłaby,   że   dostrzega   w   rozbłysłych
oczach   Jennifer   iskierkę   emocji,   czego   tak   bardzo   pragnęła.   Czyżby   wnuczka   miała
trochę uciechy?

Koniarz   i   paru   robotników,   którym   spodobało   się   zaimprowizowane

przedstawienie, uśmiechnęli się szeroko i zabrali do sprzątania bałaganu. Wyczerpane i
lekko chwiejące się na nogach Jennifer i Gabby podziękowały i ruszyły do wyjścia.

–  Aleście   sobie   urządziły   zabawę,   moje   panie!   –   zawołał   za   nimi   koniarz   i

wybuchnął gromkim śmiechem.

Doprowadziwszy się do porządku, babka z wnuczką udały się na przechadzkę

alejkami parku, potrzebowały bowiem świeżego powietrza. Ale stajenny kurz podrażnił
płuca   Gabby  i  niebawem  chwycił   ją  taki  kaszel,  że   musiała   przysiąść  na  najbliższej
ławce. Jennifer stanęła obok, obserwując zanoszącą się urywanym kaszlem staruszkę.
Jakiś impuls pchał ją ku babce, ale nie dotarł do nóg, nie podeszła więc, tylko patrzyła, z
jakim   wysiłkiem   babka   oddycha.   Chrapliwy  dźwięk   zaalarmował   przechodzącą   parę.
Obrzucili młodą kobietę oskarżycielskim spojrzeniem i zaofiarowali Gabby pomoc. Atak
wkrótce   minął   i   Gabby   podziękowała.   Ludzie   odeszli,   jeszcze   raz   spojrzawszy   z
wyrzutem   w   stronę   Jennifer.   Trwało   dłuższą   chwilę,   zanim   Gabby   się   pozbierała.
Popatrzyła przeciągle na wnuczkę, uśmiech jej wrócił.

– Okropne to było, prawda?
– Twój kaszel? – upewniła się Jennifer. – Jaki tam kaszel! To całe machanie

łopatą!

Jennifer nie mogła powstrzymać uśmiechu.
– Tak, okropne.
Gabby przymknęła na chwilę oczy.
– Ale zabawne, co? Jennifer zacisnęła wargi.
– Na swój sposób może i zabawne – przyznała.
– Jak myślisz, ile wnuczek może się pochwalić, że choć raz w życiu sprzątały ze

swymi babkami końskie łajno?

Jennifer niezdecydowanie pokiwała głową i nareszcie zdobyła się na to, żeby

pomóc Gabby wstać.

Później, gdy jadły hot dogi w Owczej Łące, Gabby odwróciła się ku Jennifer i

powiedziała:

– Oczywiście, że ona wie, że tu jesteś.
Jennifer w roztargnieniu podniosła oczy, zlizując musztardę z kącika ust.
– O czym ty mówisz?
–   Zapytałaś   mnie   rano,   czy   twoja   mama   wie,   że   tu   jesteś,   i   właśnie   ci

odpowiadam.

Tak, Jennifer, na pewno, na sto procent wie.
Jennifer odłożyła hot doga. Podniosła kamerę i zaczęła filmować białe strzępki

chmur płynące po niebie. Gabby przyglądała się jej z ciekawością.

– Masz zamiar wszędzie to zabierać? – spytała. Jennifer nie odrywała oczu od

okularu.

– Chcesz zobaczyć prawdziwy świat, usuń wszystko, co rozprasza uwagę. To

sprawa ogniskowej. Większości ludzi tylko się wydaje, że widzą, co się dzieje.

Gabby już otwierała usta, by coś wtrącić, ale postanowiła nie kusić licha.
Nie chodzi tylko o ogniskową – powiedziała do siebie Jennifer. Rejestrowanie

background image

zdarzeń oznacza, że czas można zatrzymać, cofnąć, nawet wymazać.

Odłożyła kamerę. Wyglądała tak, jakby nurtowała ją jakaś myśl i Gabby dałaby

wszystko, żeby poznać tę myśl.

Minęło kilka chwil i Jennifer odezwała się cichym, obojętnym głosem.
– Wiesz, wszystko działo się tak szybko...
Urwała, spuściła oczy, jakby wahając się, czy mówić dalej, po czym zapatrzyła

się gdzieś w prawo. Również Gabby spojrzała w tamtą stronę i zobaczyła dwóch małych
chłopaczków bawiących się pod okiem nianiek pasiastą piłką plażową.

– Nigdy się nie spodziewałam, nigdy nie podejrzewałam, że opuści mnie w taki

sposób. Facet przysięgał, że nigdy w całym swoim życiu się nie upił. Wierzysz w to?
Stracił pracę, żona odeszła. Więc co, do diabła, miał prawo siąść za kierownicą i kogoś
załatwić?   –   odrzuciła   do   tyłu   głowę   i   oddychała   ciężko.   –   Siedemnastu   ludzi
przechodziło akurat przez ulicę i nikomu nic się nie stało. Musiało trafić na moją matkę.

Gabby zamknęła oczy, wspominając wstrząs, jakiego doznała po tym telefonie –

telefonie z rozdzierającą serce wiadomością o tragicznym wypadku, w którym straciła
córkę.

–   Jeździłam   tego   dnia   jej   samochodem,   bo   mój   był   w   warsztacie.   Hamulce

nawaliły, karty kredytowe mamy były nieważne. Kochany tatuś od dłuższego czasu nie
dawał jej ani grosza. Złe inwestycje – mówił. Jeśli coś nam przysłał, wydawała na mnie.
Spytałam, czy mógłby zapłacić za naprawę hamulców, a on uparł się, że załatwi to u
swojego mechanika.

Jak zwykle, nie należało to do jego priorytetów. Mama pożyczyła mi tego dnia

swój samochód, żebym zdążyła na egzamin. Powiedziała, że się przespaceruje. Lubiła
chodzić.

Głos Jennifer załamał się.
– Pamiętam – powiedziała łagodnie Gabby, zamykając oczy. Jennifer rozejrzała

się dokoła.

– Miała w rękach książkę, którą właśnie mi kupiła. Oh, the Places I Youll Go!

doktora Seussa. Na mój dyplom.

Jeden z chłopaczków z prawej strony zaczął płakać. Jennifer co chwila na niego

spoglądała.

– Książce, o dziwo, się udało. Przeżyła. Nawet nie bardzo się pobrudziła, nie

podarła się ani nic. W środku jest dedykacja. Musiała ją napisać w księgarni.

– Nie wiedziałam o tym – wtrąciła osłupiała Gabby.
– „Mojej pięknej córce – napisała – która uczy się, by sięgnąć do gwiazd, tam

gdzie marzenia stają się rzeczywistością”.

Jennifer urwała i ukryła głowę w ramionach.
Gabby drżały wargi. Słyszała głos Liii wypowiadający te słowa.
Nagle Jennifer podniosła głowę. Zwężonymi oczami usilnie wpatrywała się w

babkę.

Gabby dostrzegła teraz, ile bólu i gniewu] jest w tych oczach.
– Ale nie dlatego to zrobiłam, wiesz? To nie było tak, że moja matka została

zabita, a ja, mała sierotka, z żalu, po pięciu latach – bum, targnęłam się na życie. Wiesz o
tym, prawda, babciu? Chyba ludzie nie myślą, że zrobiłam to z powodu matki, co?

– Co cię obchodzi, co myślą ludzie, mejdele? – powiedziała łagodnie Gabby. –

Ważne jest tylko to, co ty myślisz.

background image

Jennifer umilkła. Obserwowała, jak niańki wsadzają chłopaczków do wózków i

odjeżdżają   z   łąki.   Bawiła   się   chwilę   resztkami   hot   doga   i   zaraz   rzuciła   je
dalmatyńczykowi, którego właściciel wyprowadził na spacer do parku.

– Chcesz wiedzieć, dlaczego nigdy nie zadzwoniłam do ciebie, zanim wzięłam

pigułki? – Jennifer odezwała się kłótliwym tonem, sznurując usta.

– Przyznaję, Jennifer, trochę jestem ciekawa. Ale nie musisz...
– Bo zrobiłabyś to samo, co zrobiłaś teraz. Przeleciałabyś przez cały kraj, żeby

mnie powstrzymać. Wiesz, że mam rację.

Gabby przytaknęła z uśmiechem.
– Czy to źle? Powstrzymać cię przed odebraniem sobie życia?
–   Tak!   –   odkrzyknęła   Jennifer   gniewnie,   aż   Gabby   się   przestraszyła.   –   Nie

mogłam dopuścić, żeby mnie ktoś powstrzymał, bo tylko w ten sposób mogłam być
wolna.   Nie   rozumiesz   tego?   Nie   chodziło   o   kapitulację,   ani   wtedy,   ani   teraz.  To   są
niedzisiejsze poglądy.

Nie, to była decyzja. Moja decyzja.
Gabby denerwowała się coraz bardziej bojąc się, że Jennifer ucieknie. Chciała

powiedzieć coś, co by do niej trafiło, uspokoiło, ale po prostu czekała. Jennifer siedziała
jednak nadal na krześle, pocierała tylko energicznie czoło, jakby chciała zmazać pamięć
o   tych,   którzy  udaremnili   jej   zamiary.  W  końcu   Gabby  zakasłała   kilka   razy,   złapała
oddech i zaczęła mówić z siłą zadziwiającą u tak wątłej osoby.

– Uważałaś za swój obowiązek skończyć z życiem, które dała ci twoja matka, a

moja błogosławionej pamięci córka. Ja natomiast uważam za swój obowiązek udowodnić
ci, że się myliłaś. Słyszę teraz jej głos. „Mamo – prosi – uratuj dla mnie moją małą
dziewczynkę.

Próbowałam   zrobić   to   sama,   ale   chyba   mnie   nie   usłyszała.   Więc   ty   musisz

działać, mamo”.

Gabby   przyglądała   się   Jennifer   z   obawą,   że   wnuczka   ją   odepchnie,   a

równocześnie przerażona konsekwencjami niemówienia nic.

–   Powiadasz,   że   chcesz   wolności   –   ciągnęła   Gabby.   –   Właśnie   o   wolność

modliłam   się   codziennie,   kiedy   się   ukrywałam   w   Polsce.   O   panowanie   nad   swoim
życiem, a nie powierzanie go potworom.

–   Błagam,   babciu,   tylko   nie   o   Holocauście   –   zawołała   z   irytacją   Jennifer,

odwracając wzrok.

Gabby   z   całej   siły   starała   się   zachować   spokój.   Odetchnęła   głęboko,   zanim

odparła cicho.

– Tak, Jennifer, Holocaust. Będę o tym mówić i mówić, dopóki starczy mi tchu.

Aż usłyszysz głos małej dziewczynki, którą była twoja babka i która każdej nocy błagała
Boga o życie. Boga, który] nie mógł jej słyszeć wśród zagłady. Przerwała, łapiąc oddech:
– Ale nikt mnie wtedy nie słuchał, tak jak ty dzisiaj sądzisz, że nikt nie słucha ciebie,
prawda? – Gabby nachyliła się do Jennifer, która odsunęła się, zachowując dystans. – To
przypadek,   że   wróciłam   ze   świata   zmarłych,   podobnie   jak   ty   –   umilkła   na   chwilę,
daremnie   czekając   na   odpowiedź.   –   Czasami   musimy   wykorzystywać   przypadki
życiowe. – Wstała i otrzepała suknię. – Więc chodź, pojedziemy do domu.

Jennifer patrzyła na babkę ze złością.
– Nie muszę tu z tobą być. Wiesz, że nie możesz mnie zmusić.
– Istotnie – westchnęła Gabby. – Ale twój ojciec wynajmie ludzi, żeby cię znaleźli

background image

i   sprowadzili   z   powrotem,   i   umieści   cię   w   jakimś   zakładzie.   Nie   chciałabym   tego
doczekać, Jennifer.

Gabby odwróciła się, czując napięcie, jakie wywołały te słowa. Ale czuła też, że

trzeba je było powiedzieć. Następnie zaatakowała Jennifer kolejną uwagą.

– Zdaję sobie sprawę, że mogłabyś zagrozić, że uciekniesz i znów zrobisz sobie

krzywdę. Ale to nie jest odpowiedź na krzywdę, którą nosisz w sercu. Poza tym, kochanie
– dodała z łobuzerskim mrugnięciem – jak można by zrobić coś takiego staruszce, która
nie dalej jak dziś rano pokazała ci zabawę końską mierzwą?

Gabby wstrzymała oddech i obserwowała wnuczkę, która siedziała nieruchomo, z

twarzą   bez   wyrazu.   Odwróciła   wzrok.   Chwilę   panowała   cisza.   A   potem   przyszła
odpowiedź.

– Gównem.
– Co? – odkaszlnęła Gabby, zaskoczona i słowem, i faktem, że Jennifer w ogóle

się odezwała.

Jennifer tylko potrząsnęła głową.
– Żadna mierzwa, babciu. Nikt tego tak nie nazywa. To jest gówno. Jeśli ja mogę

je   sprzątać,   to   ty   możesz   nazwać   je   po   imieniu.   jsfo,   dalej!   –   spojrzała   na   babkę
wyzywająco.

– Chcesz, żebym... – Gabby zaśmiała się nienaturalnie, trzęsąc głową.
Jednakże Jennifer ani drgnęła.
Rozglądając się – uchowaj Boże, żeby ktoś usłyszał – Gabby powiedziała cicho: –

Słusznie, gów – zachichotała – no.

– Źle – skarciła Jennifer i pokręciła głową. – Wcale ci nie wychodzi. Spróbuj

jeszcze raz. Śmiało i głośno. Jak ja – Jennifer odrzuciła głowę do tyłu i krzyknęła –
Gówno!

Gabby przeraziła się, że ktoś mógł usłyszeć. Chwilę wędrowała wzrokiem po

Owczej Łące, w porze lunchu pełnej urzędników, spacerowiczów i turystów. A potem
zbagatelizowała sprawę. Nie warto się przejmować, co ktoś pomyśli – powiedziała sobie.

Wzięła się w garść i otworzyła szeroko usta.
–   Gówno   –   wychrypiała   nieco   głośniej   i   głos   jej   się   załamał.   Wbrew   sobie

Jennifer lekko się uśmiechnęła. Dlaczego ludziom z tamtego pokolenia tak trudno jest
przeklinać?

– Więcej odwagi, babciu. Odpręż się. Przecież potrafisz.
– Gówno – odpowiedział głos, który nie spłoszyłby ptaka.
–   Przynajmniej   dodaj   trochę   pewności   siebie   –   nalegała   Jennifer.   Z   zapałem

poklepała się po kolanach i zachęcająco pochyliła ku babce. Obie przyciągnęły teraz
uwagę kilku gapiów.

– Gówno! – wykrzyknęła Gabby.
– Świetnie. Dwie sylaby, ale jeszcze poprawimy, żeby nie było przerwy. Potrafisz

– przynagliła Jennifer.

Staruszka zacisnęła pięści.
– Gówno! – wyrzuciła z siebie, spoglądając wyczekująco na wnuczkę.
– Jeszcze raz!
– Gówno!
– Jeszcze!
– Gówno! – zabrzmiało donośnie. Gabby naprawdę zaczynała podniecać się tą

background image

próbą.

– Brawo!
– Gówno, gówno, gówno – powtarzała jak nakręcona Gabby.
– Włóż w to duszę, babciu. Bądź wielka!
I tak przy nieustannym, natarczywym, szaleńczym dopingu Jennifer, stała Gabby

w modnej, zatłoczonej w porze lunchu restauracji i wydawała z siebie zdumiewający
okrzyk „Gówno!”. Wybuchła owacja. Tłum odkrzykiwał: „Dalej, dziewczyno, dalej!”.
Gabby całkowicie podbiła publiczność. Ale gdy znów uświadomiła sobie, że ludzie ją
słyszą – uciekła ze sceny, ciągnąc za rękę rozbawioną Jennifer.

Zaraz za bramą padły obie bez tchu.
–   Gratuluję   –   powiedziała   ironicznie   Jennifer.   –   Cholernie   dobrze   umiesz

zakłócać spokój, wiesz?

– Nie przeczę – odgryzła się sapiąca z wysiłku Gabby. – Za to ty, moja panno,

świetnie sprzątasz końskie gówna.

Jennifer roześmiała się serdecznie, a Gabby pomyślała, że nareszcie, nareszcie

znika   chmura   smutku.  Ale   kiedy  szły  dalej,   ponury  wyraz   wrócił   na   twarz   Jennifer.
Dziewczyna ucichła, Gabby zaś patrzyła na to bez słowa, przygnębiona zmianą.

Jennifer   uniosła   kamerę   i   skierowała   ją   na   warczącego   opodal   psa.   Powoli

przysunęła się bliżej, koncentrując się na złych oczach zwierzęcia, aż właściciel ostrym
tonem przywołał psa do porządku.

Gabby pragnęła, żeby odłożyła kamerę. W obiektywie nie ma świata! – płakała

bezgłośnie. – Taka jesteś zajęta filmowaniem, Jennifer, koncentrujesz się na jednym a
pomijasz to, co naprawdę ważne.

background image

9

PÓŹNYM  WIECZOREM  TEGO   DNIA  JENNIFER   STAŁA W  ŁAZIENCE   i

filmowała swoje odbicie w lustrze. „Wygląda na to, że zostałam porwana przez jakąś
kosmiczną   istotę,   a   to   tylko   moja   babka”.   Urwała,   patrząc   przez   obiektyw.   „Pewnie
staruszka zwariowała”. Pomyślała sekundę, a potem mimowolnie się uśmiechnęła. „I kto
to mówi?”.

Opuściła   niżej   kamerę   i   sfotografowała   swój   lustrzany   obraz.   Studiowała

spoglądającą na nią twarz.

Odłożyła na szafkę kamerę, która pracowała dalej, i powoli zaczęła się rozbierać.
Zrzuciła sweter i Tshirt, wyskoczyła z przepoconych spodni i majtek, odpięła

stanik i przyjrzała się sobie w lustrze. Badała swoje ciało, tak jak uczony bada okazy w
laboratorium – chłodno i obojętnie.

Oglądała tak samą siebie przez kilka minut. Później schyliła się po oprawioną w

ramki fotografię dziadków, którą przyniosła do łazienki z przedpokoju. Oparła ją o lustro
i wpatrywała się w nią tak, jakby widziała ją po raz pierwszy. Babka i dziadek już na
wieki mieli tańczyć na zdjęciu. Powoli wyciągnęła rękę, jakby podawała ją partnerowi, i
naśladując młodziutką babkę z fotografii, bez emo. cji zrobiła piruet. Potem dotknęła
postaci na zdjęciu, jakby chciała usunąć palcem radość z ich twarzy.

Zerknęła znów do lustra, otuliła ramionami swoje nagie ciało i długo przyglądała

się kruchej istocie, która stała w lustrze.

Odetchnęła głęboko, wyłączyła kamerę, weszła pod prysznic i nadstawiła twarz

pod płynącą z góry wodę.

background image

10

W   CIĄGU   TEGO   PIERWSZEGO   TYGODNIA   GABBY   NIEUSTANNIE

wyszukiwała dla Jennifer jakieś zajęcia. Były na dwóch sztukach i na pokazie w Imaksie
pod tytułem Cuda podziemnego świata, który oczarował Gabby, a z którego Jennifer
zwiała,   zanim   skończyła   się   tytułowa   sekwencja.   Dwukrotnie   po   powrocie   do   domu
odsłuchały na sekretarce wiadomość od ojca Jennifer.

–   Gabby,   nalegam,   żebyś   wieczorem   zatelefonowała.   Umowa   była   taka,   że

będziesz   ze   mną   w   kontakcie.   Ustaliliśmy   to   dostatecznie   jasno.   Masz   numer   mojej
komórki. Skorzystaj z niego!

Poirytowana jego tonem Gabby umyślnie zadzwoniła wtedy, kiedy wiedziała, że

nie   będzie   go   w   domu   i   telefon   odbierze   Cynthia.   Barry  odpowiedział   nazajutrz,   w
protekcjonalnym tonie.

–   To   chyba   nie   za   wiele   prosić   o   zatelefonowanie   na   komórkę?!   Nawet

dziewczyna ze wsi potrafiłaby to zrozumieć. Chcę wiedzieć, co się dzieje. Nie trzymaj
mnie w niepewności.

Pozwól, że ci przypomnę, kto finansuje ten eksperymencik. Ostrzegam cię...
Właśnie. Gabby błyskawicznie odłożyła słuchawkę. Teraz posunął się za daleko.
Nigdy  nie   lubiła   ostrzeżeń.   Nigdy  nie   czytała   nawet   ostrzeżeń   na   etykietach.

Oddzwoni, kiedy się uspokoi. Nie mogłaby przejść do porządku nad nietaktem Barry’ego
i traktować go uprzejmie, nie, przynajmniej nie teraz, kiedy ma pełne ręce roboty. Gabby
zdawała   sobie   sprawę,   że   zwleka   ze   znalezieniem   dla   Jennifer   terapeuty.   Sama   nie
umiałaby   wytłumaczyć   dlaczego,   Telefon   od   doktora   Greena   zmusił   ją   jednak   do
działania. W połowie drugiego tygodnia doktor zadzwonił, żeby dowiedzieć się, jak sobie
radzi Jennifer. Stanowczo prosił o podanie nazwiska psychologa, u którego dziewczyna
się leczy. Gabby wykręciła się, że nie ma pod ręką jego wizytówki i że śpieszy się do
wyjścia. Zapewniła doktora, że wkrótce oddzwoni z informacją i że Jennifer wykazuje
wyraźne oznaki poprawy.

Wydawało się, że problem rozwiąże się sam, kiedy nazajutrz Gabby zaciągnęła

oporną wnuczkę do mieszkania swojej wieloletniej przyjaciółki Friedy Steinberg, na rogu
West Endu i 89 ulicy. Gabby nazywała Friedę kochaną pleciugą. Bo Frieda żyła plotkami,
kolekcjonowała zarówno dobre, jak złe, lecz skądinąd miała zdrowy apetyt na wiedzę, co
i   jak.   Gdyby  trzeba   było   wybrać   między  CNN  a   Friedą   jako  wiarygodnym   źródłem
informacji, Gabby bez wahania postawiłaby na Friedę. Lata temu, kiedy żyli jeszcze ich
mężowie, obie pary często chodziły razem do teatru albo na dancingi w Roseland.

–   Chodź,   Gabby,   chodź,   kochana   –   wykrzykiwała   Frieda   na   parkiecie,   ze

śmiechem   szerokim   jak   ona   sama.   –  Tupnij   nogą,   co   ci   dał   Pan   Bóg,   i   pokaż   tym
smarkaczom, jak z podłogi drzazgi lecą!

Ich mężowie umarli w odstępie roku, Frieda i Gabby coraz częściej spędzały więc

czas we dwie, grając w kanastę albo urządzając brydża – Frieda lubiła siedzieć w domu,
albo szły do parku czy na rernierę, co wolała Gabby. Obie wdowy uwielbiały dobrze
zjeść przed przyjazdem Jennifer przynajmniej raz w tygodniu umawiały się u Zabara na
pogawędkę i przekąskę.

Frieda   podała   gościom   wszystkie   swoje   specjały:   chłodnik,   klopsiki,   siekaną

wątróbkę, pięknego pieczonego kurczaka ze smażonymi ziemniakami, świeży bochenek
razowca,   odrobinę   smalcu   do   smarowania   chleba,   i   trochę   dwuprocentowego   piwa.

background image

Jennifer tylko skubała jedzenie, natomiast dwie starsze panie pałaszowały, aż im się uszy
trzęsły.

Rozmowa była warta tyle, ile zjadła Jennifer. Mówiło się o wyprzedaży u Filene’a

i   o   kłótni   Friedy   z   właścicielem   domu,   który   nie   zgodził   się   na   pomalowanie   jej
frontowych drzwi, choć od roku to obiecywał. Potem nastąpiła recytacja listy tych, co
umarli, i tych, co zostali osieroceni. Jennifer przeprosiła i w poszukiwaniu samotności
schroniła się do łazienki.

Gdybym   naprawdę   chciała   skrócić   sobie   życie   –   powiedziała   do   siebie   –

przeprowadziłabym się do Nowego Jorku i uczepiła przyjaciółek Gabby. Sam cholesterol
załatwiłby sprawę.

Zgodnie ze zwyczajem, którego nabrała od czasu, gdy Filip zauważył: „Ludzi

poznaje się po tym,  co trzymają nad umywalką”, Jennifer otworzyła szafkę Friedy i
zaczęła przeglądać zawartość.

Podobnie jak u babki, szafka kryła rzeczy typowe dla starych ludzi: pastę do

czyszczenia   protezy  zębowej,   wiekową,   zaskorupiałą   butelkę   syropu   na   kaszel,   kilka
częściowo   wyciśniętych   tubek   maści,   słoik   wazeliny   –   co   ona   tym   smaruje?   Po
odsunięciu   słoików   i   tubek   Jennifer   zobaczyła   śmieszne   pudełeczko   z   czymś,   co
wyglądało   jak  krem  do  twarzy i   miało   etykietkę   w obcym   języku;  a  jeszcze   głębiej
komplet szczypczyków i pęsetek, i prawdziwą aptekę – brązowe plastikowe pojemniki z
lekami na egzemę i na serce, z witaminami i żelazem; i wreszcie dwa małe opakowania
valium, jedno pełne, drugie w połowie zużyte.

Tymczasem Gabby, już znowu w kuchni, omawiała z Friedą nękający ją problem

znalezienia odpowiedniego terapeuty.

– Jest na tym antydepresancie, prozaku, i przysięga, że bierze g0 codziennie, ale

nie widzę, żeby szczególnie pomagał. Dałam słowo temu doktorowi, że pójdzie tu do
kogoś. Ale do kogo? Dla mnie wszyscy ci szamani są tacy sami.

–   Psychologowie,   Gabby,   kochanie.  A  ja   mam   lekarstwo   na   twoje   kłopoty   –

odparła   Frieda   z   twarzą   promieniującą   entuzjazmem,   normalnie   zastrzeżonym   dla
jedzenia.

I zaczęła wychwalać pod niebiosa doktora Larry’ego Nevinsa. Dokonywał cudów,

zajmując się jej siostrzeńcem Sethem, który popadł w poważne tarapaty z powodu... –
Frieda opuściła głowę i z namaszczeniem wymówiła to słowo – „kokainy”. Zaklinała się
tysiące razy, że Gabby dobrze zrobi, dzwoniąc do doktora.

– Żeby tylko znalazł dla was czas. Kalendarz ma wypełniony do Bóg wie kiedy.
Gabby przerwała ten potok słów, gdy do towarzystwa dołączyła Jennifer. Frieda

natychmiast wepchnęła w nią spory kawałek biszkopta – nie może przecież wyjść głodna.

Jednakże   kiedy   wróciły   do   domu,   Gabby  uświadomiła   sobie,   że   nie   zapisała

nazwiska doktora. A potem zapomniała o całej rozmowie.

W ciągu kolejnych paru dni Gabby zauważyła, że Jennifer z byle powodu szuka

zwady. Raz przeszkadzał jej zapach w pralni w suterenie, dokąd musiała pójść przeprać
swoje rzeczy. Następnego dnia przyczyną była pogoda – na takie zimno nie miała się w
co ubrać.

Gabby zaproponowała, że wybiorą się razem na zakupy i uzupełnią garderobę,

miały przecież pieniądze od ojca Jennifer na sfinansowanie takiej wyprawy. Ale Jennifer
nie dała się przekonać.

Później   wystąpiła   z   projektem   wypuszczenia   się   do   miasta   samodzielnie.   Po

background image

dwóch tygodniach ciągłego przebywania w towarzystwie Gabby zaczynała czuć się jak
bliźniaczka syjamska, a nie jak wnuczka. Niepewna, co począć z tą prośbą, i słysząc w
głosie Jennifer podniecenie i gotowość do kłótni, Gabby odparła, że musi się zastanowić.
Poszła do kuchni dumać nad filiżanką herbaty.

Wiedziała doskonale, że trzymanie Jennifer w zamknięciu i pod kluczem nic nie

da.

Jej dom nie będzie się wydawał wnuczce oazą, tylko więzieniem, gdzie można

wprawdzie   domagać   się   większych   przywilejów,   ale   nigdy   wolności.   Równocześnie
nieustanna obecność Jennifer stawała się męcząca. Gabby chętnie by od niej odpoczęła
we własnym domu.

Przyrzekła jednak, że będzie czuwać, tak jak nalegał Green, dwadzieścia cztery

godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu. Kto wie, co może zrobić Jennifer?

Trochę później tego samego popołudnia Gabby postanowiła wyrazić zgodę. Z jej

błogosławieństwem   Jennifer   będzie   mogła   wyjść   sama,   pod   warunkiem   że   wróci   o
umówionej porze i nie opuści ich części Manhattanu. Ustępując, Gabby narażała się
oczywiście na niemałe poczucie winy. Wiedziała, kto w Los Angeles obarczy ją w razie
czego odpowiedzialnością, tak jak wiedziała o tym Jennifer. Chociaż stawiało ją to w
pozycji nastolatki z wyznaczoną godziną policyjną, Jennifer przyjęła warunki choćby
tylko po to, żeby mieć babkę z głowy.

Rzecz   jasna,   żadne   względy   nie   mogły   powstrzymać   Gabby   od   zabawy   w

detektywa, więc śledziła wnuczkę podczas jej pierwszego solowego wypadu jak jakiś
zgrzybiały   James   Bond.   Niejedne   brwi   unosiły   się   ze   zdziwienia,   gdy   Gabby
rozpaczliwie   nurkowała   między   samochodami   i   kryła   się   za   plecami   ulicznych
sprzedawców   z   uwagą   skupioną   na   wnuczce,   idącą   sobie   72   ulicą.   Tak   dalece   nie
widziała nikogo i niczego poza Jennifer, że wpadła na dwie blokujące jej drogę puszki na
śmieci. Przewróciła się z hukiem i wywróciła puszki, a śmieci rozsypały się na wszystkie
strony. Gabby wstała, sapiąc i daremnie usiłując odsunąć mężczyznę, który, pospieszył jej
z pomocą i zasłaniał widok. Zobaczyła tylko, że Jennifer wchodzi do Parku, po czym
znika z zasięgu wzroku.

background image

11

Wchodząc do parku od strony Central Park West i 72 ulicy, Jennifer trafiła na

małą alejkę, w której uliczni sprzedawcy oferowali napoje i Tshirty, jedne z nadrukiem
twarzy Johna Lennona, drugie reklamujące „Strawberry Fields”. Po lewej jakiś starszy
mężczyzna puszczał na bumboksie piosenki Beatlesów, po prawej dziewczyna z gitarą
śpiewała grupce gapiów o rewolucji i pragnieniu naprawy świata. Kilka kroków dalej
Jennifer   niespodziewanie   weszła   na   trójkątny  placyk,   w  centrum   którego   oślepiająco
lśniła ułożona z kamieni mozaika w kształcie koła. Umieszczona w pobliżu tabliczka
głosiła, że materiałów, z których powstało to dzieło sztuki, dostarczyły kraje z całego
świata. W środku mozaiki widniało wypisane wielkimi literami jedno słowo: IMAGINE.

Jennifer  zatrzymała   się na  chwilę,  by  odczytać   z płyty  pamiątkowej,  że  John

Lennon i Yoko Ono przyprowadzili tu kiedyś swojego synka i świetnie się razem bawili.
Lennon – dodawała płyta – został zastrzelony po przeciwnej stronie ulicy, przed domem,
w którym mieszkał. Jennifer zwróciła uwagę na datę morderstwa – 8 grudnia 1980. Był
to   jej   rok   urodzenia.   Podniosła   kamerę   i   sfilmowała   słowo   dominujące   na   mozaice.
Sfilmowała też wota, które składali tam spacerowicze: kwiaty, świeczki, suwak od gitary,
kilką kadzidełek, z których snuł się dym pachnący magnolią. A potem obiektyw Jennifer
uchwycił ubogą matkę z małym dzieckiem siedzącą na trawniku na podartym starym
śpiworze. Czyżby tutaj spędziła noc? – pomyślała Jennifer. Jak wygląda ich życie? Gdzie
jest ojciec dziecka? Postanowiła nie zaprzątać sobie tym głowy i szybko odeszła.

Zagłębiała   się  dalej   w  park,   obserwowała   toczące   się  wokół   życie:   chłopców

pędzących na łyżworolkach, wymachujących ramionami biegaczy, dzieci na huśtawkach,
popychane przez mamusie, tatusiów i babcie, zakochanych rozciągniętych pod drzewami.

Choć wszystko to działo się tuż obok, Jennifer zdawała sobie sprawę, jak bardzo

jest samotna.

Z drugiej strony uderzyło ją, że od nocy na plaży, kiedy ją znaleźli, ani przez

chwilę nie była naprawdę sama, poza zasięgiem czyjegoś bacznego wzroku. Zatrzymała
się   przy   fontannie   z   aniołem,   jakby   wyłaniającym   się   z   wody,   zaczerpnęła   głęboko
powietrza, a potem głośno je wypuściła. Wydawało się, że próbuje wyrzucić z siebie
niepokój.

Pospacerowała jeszcze trochę, po czym wspięła się na skaliste wzniesienie obok

alejki. Położyła się na wznak i zmrużyła oczy, patrząc w niebo przez cętkowane słońcem
liście. Przyszło jej na myśl, że babka niemało ryzykowała, pozwalając jej samej wyjść z
domu. Tak, przyznała Jennifer sama przed sobą, ryzyko nie kończyło się na tym, że
wnuczce   mogła   strzelić   do   głowy   ucieczka.   Niewykluczone,   że   zamiast   uciekać,
zechciałaby od razu powtórzyć to, co zrobiła tamtej nocy na plaży. W mniejszym czy
większym stopniu odpowiedzialność spadłaby wtedy na babkę. Dlaczego więc zgodziła
się wziąć na swoje barki taki ciężar? Dla Jennifer wszystko to nie miało sensu.

Obróciła   się   na   bok   i   rozejrzała.   Dookoła   tańczyło   światło,   niepodobna

zaprzeczyć,   że   było   pięknie.   Przypomniała   sobie,   że   jako  małą   dziewczynkę   rodzice
zabierali ją tu na spacer, gdy odwiedzali babkę w Nowym Jorku. Musiała mieć nie więcej
niż pięć lat. Jakżeby pragnęła mieć znowu pięć lat, cofnąć się do wieku, kiedy jeszcze o
niczym się nie wie.

A potem zawiesiła wzrok na parze pod skałą. Całowali się namiętnie, dwa ciała

przywierały do siebie tak, jakby chciały stać się jednym. Jennifer nie mogła powstrzymać

background image

się   od   myśli   o   Filipie,   o   tym,   co   czuła,   kiedy   całował   ją   pierwszy   raz,   i   o   tylu
późniejszych nocach. Jak byli jednym, gdy się kochali, i jak mocno czuła, że po raz
pierwszy   w   życiu   całkowicie   odsłania   się   przed   drugim   człowiekiem.   Jak   potem
godzinami leżeli obok siebie i zasypiali wtuleni jedno w drugie. Jennifer wytarła łzy i
szybko zbiegła ze skały.

Po kilku krokach przypomniała sobie o kamerze i wspięła się z powrotem, by ją

odszukać.   Chichot   młodej   kobiety   sprawił,   że   spojrzała   na   parę   jeszcze   raz.   Młody
człowiek obejmował i leciutko łaskotał przyjaciółkę. Jennifer zaparło dech. Nie wierz mu
–   pomyślała   w   kierunku   młodej   kobiety.   Akurat   w   tej   chwili   para   ją   zauważyła.
Przyłapana na podglądaniu, Jennifer w popłochu zbiegła ze skały i popędziła przez park
w ogłuszający zgiełk miasta.

background image

12

Posłuszna danemu słowu, Jennifer wróciła do domu po upływie półtorej godziny.
Gabby   powitała   ją   z   wielką   ulgą   i   pochwaliła.   Od   tej   pory  nie   protestowała

przeciw   samodzielnym   wyprawom   wnuczki.   Była   nawet   przyjemnie   zdziwiona,   gdy
pewnego popołudnia przy herbacie i cynamonowych ciastkach Jennifer oświadczyła, że
najbardziej lubi chodzić do zamku Belvedere. Gabby znała doskonale bajkową budowlę
wznoszącą się nad Stawem Żółwia pośrodku Central Parku.

Dwa dni później Gabby oglądała wystawę pobliskiej księgarni Barnesa i Noble’a

i   zobaczyła   ogłoszenie,   że   tej   środy   o   siódmej   wieczorem   autor   będzie   podpisywał
książkę pod tytułem Wyzwalanie możliwości wewnętrznych. Autorem był nie kto inny,
tylko psycholog polecany – jak teraz sobie przypomniała – przez Friedę, doktor Larry
Nevins. Gabby uznała to za znak. Jeśli nadawał się dla kokainisty, ciotecznego wnuka
Friedy, nie mówiąc o panach oarnesie i Noble’u, to zapewne potrafi użyć swoich czarów
wobec Jennifer.

Jeszcze tego samego dnia Gabby zatelefonowała do gabinetu psy. chologa.
–   Halo.   Nazywam   się   Gittel   Zuckerman   –   zaczęła   energicznie,   –   Moja

przyjaciółka Frieda Steinberg udzieliła doktorowi jak naj. lepszych referencji, co w jej
przypadku jest trochę...

– Kto? – przerwała szorstko recepcjonistka. Gabby nie zrozumiała.
– Kto ja czy ona? – zapytała. – Co?
– Może nie wyraziłam się jasno. Nazywam się...
– Tak, tak – kobiecy głos brzmiał urzędowo. – Jak pani powiedziała? Że kto

polecił panią doktorowi Larry’emu?

– Doktorowi Larry’emu? – powtórzyła Gabby z przesadnym naciskiem, uważając

za zbyt poufały taki sposób wyrażania się o terapeucie jakiejkolwiek bądź maści.

– Halo?
–   Tak,   jestem   –   Gabby   już   się   opanowała.   –   Mówiłam,   że   moja   kochana

przyjaciółka, Frieda Steinberg, poleciła...

– Steinberg? – Tak.
– Nie znam nikogo takiego – odparła recepcjonistka ostrym,  zniecierpliwiony

tonem. – Czy to pacjentka?

– Nie, nie, jej cioteczny wnuk – zaczęła wyjaśniać Gabby i nagle spojrzała na

sytuację   pogodniej.   Widocznie   osoba,   która   telefonuje,   musi   przejść   swego   rodzaju
słowny test u nieuprzejmej kobiety wyznaczającej terminy wizyt, zanim dotrze przed
oblicze eksperta od zdrowia psychicznego.

– Proszę posłuchać, mam wnuczkę, która potrzebuje dobrego terapeuty – Gabby

wyrzucała z siebie słowa z pasją. – Nie było z nią dobrze. Chcę powiedzieć, że wzięła
pigułki, które zwaliłyby z nóg konia...

Gabby nagle poczuła, że jest śmieszna, opowiadając to wszystko komuś obcemu,

i zamilkła.

– Wystarczy, że nie było z nią dobrze. Chciałybyśmy po prostu umówić się na

wizytę, najlepiej w ciągu kilku dni – Gabby pozbierała się i czekała na termin.

Nastąpiła przerwa, a po chwili rzeczowa odpowiedź.
– Obawiam się, że doktor nie przyjmuje teraz nowych pacjentów.
– Co? Ależ my...

background image

– Ma bardzo rozległą praktykę, niech pani zrozumie. A teraz jeszcze książka...
Ta   kobieta   nie   poinformowała   mnie   o   tym   na   początku   naszej

rozmowynierozmowy – mruknęła do siebie  Gabby,  co zresztą, reasumując,  wcale by
mnie nie powstrzymało. Ta jędza po drugiej stronie zaraz się dowie, że na upór Gabby
Zuckerman nie ma mocnych.

Wzięła się w garść, skrzywiła z determinacją twarz i zainscenizowała wybuch

niepohamowanego płaczu.

Ku   całkowitemu   zaskoczeniu   Gabby   ten   zazwyczaj   niezawodny   środek   nie

zmiękczył gorgony ustalającej terminy wizyt. Skoro nie pomogły łzy, Gabby wyciągnęła
ostatnią kartę.

Zażądała rozmowy z samym doktorem Lanym.
–   Niestety,   sądzę,   że   to   niemożliwe.   Przepraszam,   nie   pamiętam,   jak   pani

nazwisko – brzmiała protekcjonalna odpowiedź.

– Przyjaciele mówią do mnie Gabby. Dla pani jestem panią Zuckerman. I radzę,

żeby pani powiedziała szanownemu panu doktorowi, że ojciec mojej wnuczki to bardzo
ważny,   bardzo   modny   i   wyjątkowo   ustosunkowany   producent   hollywoodzki   Barry
Stempler.

Wystarczy, żeby zadzwonił, a doktor Larry ze swoją nową książką zaraz pojawi

się w programie Oprah Winfrey.

Niecałą minutę później doktor Larry osobiście podszedł do telefonu i z wielką

chęcią wyznaczył Jennifer wizytę pod koniec tygodnia.

Nie było łatwo opowiadać terapeucie przez telefon historię Jennifer – rozwód

rodziców, śmierć matki, próba samobójcza. Alę Gabby przyrzekła doktorowi Greenowi,
że zrobi wszystko, сo trzeba, i chciała wywiązać się z obietnicy. Tego piątku nalegała, że
wybierze się do doktora Larry’ego razem z Jennifer – dla moralnego wsparcia, jak się
tłumaczyła. Naprawdę i głównie zależało jej jednak na tym, by mieć pewność, że Jennifer
rzeczywiście tam poszła.

– Po co mam iść do tego faceta? – złościła się Jennifer, gdy Gabby przywoływała

taksówkę. – Ludzie powinni po prostu dać mi spokój.

– A może to raczej ty powinnaś się zastanowić, dlaczego chcesz, żeby ci dali

spokój.

– Mam cię. Mówisz jak terapeuta, babciu. Każdy się dziś wymądrza! – Jennifer

rozgniewała się na dobre.

Całą drogę na East Side siedziała nadąsana i nie odezwała się ani słowem. Później

w windzie, która wiozła je do gabinetu doktora Larry’ego przy Park Avenue, Gabby
spostrzegła,  że Jennifer  nerwowo bębni  palcami o ścianę i  w podnieceniu  przygryza
wargę.

Gabby była lekko rozbawiona widokiem recepcjonistki, która witała je wylewnie,

kiedy stanęły twarzą w twarz. Po paru minutach wyszedł doktor Larry, przedstawił się i
zaprosił Jennifer do gabinetu. Gabby zauważyła, że w oczach wnuczki pojawił się błysk,
którego   nigdy   przedtem   nie   widziała.   Jennifer   wyglądała   jak   zwierzątko   w   obliczu
niebezpieczeństwa, jak koń pod batem, słowem, sprawiała wrażenie osoby wkraczającej
na powrót do świata, który ją skrzywdził i na który kolejny raz została skazana.

Gabby zaczęła kaszleć i musiała przytrzymać się krzesła. Z trudem doszła do

dzbanka z wodą w rogu poczekalni, ale zobaczyła, że zabrakło szklanek. Rozejrzała się w
poszukiwaniu pomocy,  recepcjonistka jednak rozmawiała przez telefon. Nabrała więc

background image

trochę wody w stuloną dłoń.

Oparta o ścianę i wciąż ciężko dysząca, Gabby patrzyła na drzwi, za którymi

zniknęła jej wnuczka. Najbardziej na świecie pragnęła znaleźć się po drugiej stronie tych
drzwi.

background image

13

Ledwie przekroczyła próg gabinetu, poczuła szybsze bicie serca. Miała wybór

między   obitą   ciemną   skórą   kanapą   a   leżanką   o   aerodynamicznych   kształtach,   jakby
prosto   ze   statku   kosmicznego.   Jennifer   wybrała   kanapę.   Usiadła   naprzeciw   doktora
Lany’ego, który tkwił sztywno na swoim błyszczącym krześle, także obitym skórą, z
oparciem   odchylonym   do   tyłu:   skupiony   spryciarz   z   notesem   w   jednej,   a   piórem   w
drugiej   ręce.   Uwagę   Jennifer   przyciągnęła   gruba   złota   bransoleta   na   przegubie
psychologa, która pobrzękiwała, kiedy kartkował notes.

Lubi   podkreślać   swoją   ważność   –   pomyślała,   odwracając   w   ten   sposób   role.

Przyglądała się uważnie doktorowi. Miał faliste, starannie ostrzyżone włosy w kolorze
pieprzu   i   soli,   ciemne   oczy   kontrastowały   z   białą   jak   mleko   cerą,   wyraźnie   pilnie
chronioną przed słońcem. Był szczupły, prawie żylasty, z bardzo jeszcze słabym śladem
podwójnego podbródka. Trzymając do góry palec, skrobał coś w swoim notesie.

– Przepraszam – powiedział, nie podnosząc głowy. – Małą chwileczkę.
W porządku – skomentowała w duchu Jennifer. – Nie ma pośpiechu. Dla mnie

może pan sobie pisać nawet powieść.

Rozległo się pukanie do drzwi i recepcjonistka, przepraszając że przeszkadza,

wetknęła głowę do gabinetu. Chciałaby wziąć ja. kiś dokument, jeżeli sesja jeszcze się
nie   zaczęła.   Jennifer   obserwowała,   jak   doktor   Larry   wspaniałomyślnie   wyjmuje
dokument z biurka, a recepcjonistka się ulatnia. Wychwyciła nutkę kokieterii w chichocie
recepcjonistki,   gdy  psycholog   przywołał   ją   bliżej   i   szeptał   jej   coś  do   ucha.  A  kiedy
podawał jej dokument, musnął czule palcem wskazującym jej dłoń.

Gdy doktor Larry niechętnie wracał do notesu, Jennifer spostrzegła na jego lewej

ręce ślubną obrączkę. Natychmiast wyobraziła sobie popołudniowe schadzki terapeuty i
recepcjonistki. Prawdopodobnie odbywają się na tej samej kanapie, na której właśnie
siedzi!

Przesunęła się, spoglądając z niesmakiem na poduszki. Przed oczami mignęła jej

twarz ojca.

Oni wszyscy są tacy sami – pomyślała. Wszyscy, bez wyjątku.
Ponieważ   psycholog   nadal   coś   pisał,   Jennifer   przebiegała   wzrokiem   ładnie

urządzony gabinet. Na ścianach wisiały duże reprodukcje pointylistów, wśród których
rozpoznała Niedzielne popołudnie na wyspie La Grandę Jatte. Jej oczy zatrzymały się na
ozdobnie   oprawionym   dyplomie   uniwersytetu   Princeton   nad   ciemnym   drewnianym
biurkiem.

Uświadomiła sobie, że światło w gabinecie jest przyćmione – znana jej od dawna

sztuczka   terapeutów   mająca   wytwarzać   intymny   nastrój.   W  pamięci   Jennifer   odżyły
obrazy   wielu   poprzednich   sesji   terapeutycznych.   Sądziła,   że   ta   osobliwa   karuzela
psychiczna już w jej przypadku stanęła. Czy nie zrobiła wszystkiego co w jej mocy, żeby
zatrzymać tę karuzele trzy tygodnie temu na Venice Beach? Teraz wbrew swojej woli
została ponownie wciągnięta w wir bólu, zawleczona na arenę tego psychoanalitycznego
cyrku. Jennifer poczuła, jak pocą się jej ręce i jak szaleńczo przyspiesza oddech. Emocje,
które w sobie dusiła, miały nagle zapłonąć i wybuchnąć na zewnątrz. Czuła gorąco bijące
z jej rozpalonych policzków. Była wściekła na babkę, że ją tu przyprowadziła, i na siebie,
że się na to zgodziła.

– Otóż, Jennifer – zaczął terapeuta, chrząkając i kiwając głową – może opowie mi

background image

pani troszeczkę o sobie.

Jennifer, milcząc, poprawiła się na kanapie. Siła złego na jednego: wystarczy, że

znalazła się w gabinecie tego faceta; ani myśli dogadzać mu, wchodząc do gry. Doktor
Larry nie przerywał ciszy, dając Jennifer czas na rozmowę samej z sobą. Kiedy zbyt
długo się nie odzywała, kiwnął jeszcze raz głową i postukał piórem w notes.

– Widzę, że trochę pani trudno opowiadać o sobie. Wobec tego zacznijmy może

od pani dzieciństwa, matki, ojca, rodzeństwa. Co pani na to?

A  dlaczego   nie   zacząć   od   strzepnięcia   tego   fałszywego   uśmiechu   z   pańskiej

głupiej   gęby?   Co   pan   na   to?   Jennifer   nadal   milczała,   tylko   patrzyła   niewidzącym
wzrokiem.

W duchu znowu przeklinała babkę za przywleczenie jej tutaj, i zaciskała pięści.

Ale   gdy  słuchała   zachęt   doktora   Larry’ego,   zaczęła   coś   rozumieć.   Gdyby  babka   nie
przybyła z odsieczą i nie zabrała jej do Nowego Jorku, musiałaby znosić tę gadaninę i
grać w tę grę na okrągło. Przy ojcu pociągającym za sznurki nie miałaby żadnej kontroli
nad swoim życiem.

–...Gdzie pani jest pod względem emocjonalnym? Kiedy rozmawiałem krótko z

pani babcią przez telefon, wspomniała mi, że cierpi pani na depresję. Czy mogłaby mi
pani coś o tym powiedzieć? – nalegał psycholog.

–  Nic   podobnego   –  odwarknęła   Jennifer.   Doktor  Larry  wybuchnął   sztucznym

śmiechem.

– Nic podobnego! Świetnie, dobry początek. Co dalej? Niechże pani powie coś

jeszcze – w oczekiwaniu pochylił się do przodu.

– Chyba nie – Jennifer mówiła przez zaciśnięte zęby, ze wzrokiem wbitym w

drzwi.

– Chyba nie? – terapeuta skinął głową. – No cóż, mamy dziś trochę trudności,

prawda?

Jennifer uchwyciła jego spojrzenie na zegar wiszący nad drzwiami.
– Pomówmy o pani babci – zaproponował niecierpliwie doktor Lany. – Kocha

pani babcię?

Czy kocham babcię? Co za patos! Jennifer potrząsnęła głową i odwróciła wzrok

od tego marnego terapeuty, który z pewnością zdradza żonę. Nie ma do mnie klucza –
powiedziała sobie. Spoglądając znów na gadającą głowę, złapała się nagle na myśli: Kim
w końcu jest ten dupek? Garniturem ze złotą ozdóbką i zadęciem. Przyniosła jej ulgę ta
myśl. W gruncie rzeczy cała sytuacja stała się wręcz zabawna.

– Dobrze, doktorze Larry... Czy mogę się tak do pana zwracać? – powiedziała,

dzięki czemu z doktora Larry’ego wyparowała rosnąca od jakiegoś czasu irytacja.

– Naturalnie, każdy może – odparł uprzejmie.
– Wie  pan, tak naprawdę  to po prostu modelowy świr – potrząsnęła  leciutko

głową.

Terapeuta siedział sztywno, usiłując ją rozgryźć.
– Doktorze Larry – ciągnęła Jennifer – musiałam odwiedzić z milion mądrali,

odkąd mój ojciec zdradził mamę i mnie, kiedy byłam jeszcze dzieckiem, ostatni raz na
trzy dni przedtem, jak trzy tygodnie temu próbowałam się zabić. I wie pan, doktorze,
wszyscy oni byli gówniarzami. Każdy pytał, jak się z tym czuję i takie tam trelemorele.
Hej, połknęłam pół butelki xanaksu. Czy nie daje to panu żadnej pieprzonej wskazówki?

Doktor Larry poczerwieniał. Opanował się jednak i podjął kroki, by odzyskać

background image

kontrolę nad sesją.

– Okay, Jennifer, okay. Wspomniałaś o zdradzie ojca, co wyraźnie cię złości i

boli.

Możesz opowiedzieć o tym więcej?
Jennifer przyglądała mu się chwilę, w gabinecie zapadło ciężkie milczenie.
– Masz dzieci, Larry? Terapeuta zerwał się z krzesła.
– Nie jesteśmy tu po to, żeby rozmawiać o mojej rodzinie – powiedział spokojnie,

choć Jennifer spostrzegła, że żyły nabrzmiały mu na szyi.

– Otóż widzisz, właśnie tutaj, w tym punkcie, wy, mądrale, się mylicie. Chcecie

wniknąć w nasze życie. Chcecie dowiedzieć się czegoś o naszej rodzinie i uczuciach. To
wasz zawód, w porządku, ale czy wam, geniuszom ze świetnymi dyplomami i biżuterią,
przyszło kiedyś do głowy, że może jest to trochę jednostronne. Kto chciałby otwierać się
przed kimś, kto sam jest zamkniętą księgą? Rozumiesz?

– Co?! – doktor Larry zamrugał oczami.
–   Chcesz   poznać   moją   rodzinę?   –   gra   według   własnych   reguł   nadzwyczaj

spodobała się Jennifer. – W takim razie ja chcę poznać twoją. Nie sądzisz, że to logiczne?

Terapeuta bawił się bransoletą i chrząkał.
–   Chcesz   poznać   moją   rodzinę?   –   zapytał   wreszcie,   kiwając   głową   tak

energicznie, jakby zaraz miał ją stracić.

–   Tak,   doktorze,   chcę   –   przytaknęła   wyczekująco   Jennifer.   Doktor   Larry

wyprostował się na krześle.

– Dobrze, Jennifer, podejmę grę. Za małą chwileczkę, może dwie – uśmiechnął

się krzywo, ze wszystkich sił starając się odzyskać zimną krew.

Jennifer zauważyła sposób, w jaki zaczął kręcić się na krześle. W chwili, kiedy

otwierał   usta,   podniosła   do   góry   palec,   nakazując   mu   milczenie.   Poprosiła   o   kartkę
papieru i pióro, by zrobić kilka notatek. Sądziła, że doktor Larry straci cierpliwość. Туm
czasem psycholog utrzymał się w cuglach i podał przedmioty, o które prosiła.

– Więc, doktorze – powiedziała słodziutko Jennifer – niech pan zacznie od swego

dzieciństwa. Matka? Ojciec? Rodzeństwo?

Doktor   Larry   zacisnął   wargi,   trąc   palcem   wskazującym   kciuk   lewej   ręki   tak

mocno, jakby chciał zedrzeć z niego skórę.

– Co chciałaby pani wiedzieć? – zapytał rzeczowo, skubiąc nieskazitelnie biały

kołnierzyk.

– Czy pańska matka jeszcze żyje?
– Tak, jest na emeryturze i mieszka w Iowa.
– Czy jako dziecko lubił pan swoją matkę, doktorze Larry?
–   Czym   moja   odpowiedź   na   to   pytanie   może   ci   pomóc   w   twojej   depresji,

Jennifer?

Terapeuta wciąż używał rzeczowego tonu.
– Nie pańska rzecz. Więc lubił pan swoją matkę, doktorze?
– To nieistotne, Jennifer – odburknął psycholog, stukając nerwowo prawą stopą.
– Dlaczego nieistotne? Czy nie jest tak, że wy wszyscy wypytujecie ludzi, którzy

przychodzą do was po pomoc, jak im się układało w dzieciństwie z rodzicami? Ja też
bym chciała wiedzieć, czy terapeuta, który włazi mi z kopytami w duszę, kochał swoją
matkę, będąc dzieckiem. Nie posuwam się chyba za daleko?

Doktor Larry kipiał takim oburzeniem i tak mocno zaciskał usta, że – pomyślała –

background image

mógłby naprawdę ulecieć w powietrze.

– Widzi pan, wyznaję teorię – Jennifer pochyliła się ku niemu z kanapy – że dość

często ludzie, którzy zostają terapeutami, wywodzą się ze środowisk represyjnych, gdzie
przymus jest normą. Wyobrażają sobie, że potrafią zwalczyć swoje neurozy dzięki nam –
reszcie bez takich obciążeń – i jeszcze brać za to pieniądze. W gruncie rzeczy – proszę,
niech mnie pan wysłucha do końca – niektórzy zrobili karierę, powtarzając w kółko te
same słowa: JAKIE UCZUCIA WYWOŁUJE TO W PANU/PANI?

W poczekalni Gabby przedzierała się przez gęsto zadrukowane strony „Reader’s

Digest”, kiedy drzwi gabinetu doktora Larry’ego gwałtownie się otworzyły i czerwony
jak burak terapeuta wypchnął rozpromienioną Jennifer.

– Przepraszam, bardzo mi przykro – wychrypiał do Gabby. Spostrzegła wyraźny

tik na jego twarzy, którego wcześniej nie było. Kiedy znikał za drzwiami, podniecona
Jennifer krzyknęła:

–   Panu   jest   przykro?!   Niech   pan   pomyśli   o   swojej   matce!   Zwracając   się   do

recepcjonistki, wyszeptała niby konfidencjonalnie: – Nazywają go lekarzem dusz, bo wie
pani, samemu strasznie trudno mu było złapać grunt pod nogami. Niech mu pani powie,
żeby za bardzo się tym nie gryzł.

Jennifer zerknęła na Gabby, której ze zdumienia opadła szczęka.
– Wszystko gra, babciu? Trochę przybladłaś.
Gabby obejrzała się myśląc, co też ten szczerzący zęby obcy facet zrobił z jej

pogrążoną w depresji wnuczką.

–   Jeść   mi   się   chce.  A  tobie,   babciu?   –   rzuciła   niedbale   Jennifer,   chodząc   po

pokoju.

W Gabby jakby piorun strzelił. Uniosła brwi.
– Tak, troszeczkę – usłyszała własny drżący głos.
Kiedy wychodziły, odwróciła się do ogłupiałej recepcjonistki i posłała jej słodki

uśmieszek.

– Moja wnuczka – szepnęła – lubi ciekawe rozmowy. Miłego dnia!

background image

14

– Nie uwierzysz, gość kompletnie się rozkleił. Wyglądał jak Homer Simpson z

PMSem. To było niesamowite – obwieściła Jennifer, potrząsając ze śmiechem głową.

Nad   kanapką   z   indykiem   popijaną   koktajlem   karmelowym   relacjonowała

oszołomionej   babce   dramatyczne   momenty   swego   spotkania   z   tak   reklamowanym
doktorem Larrym.

– Wiesz, on dmucha tę recepcjonistkę – oznajmiła z satysfakcją między jednym

kęsem a drugim.

– Jennifer! – Gabby aż dech zaparło. Mrugała oczami, zarówno nad językiem, jak

treścią zdania.

– Och, daj spokój. Widziałaś, jak się nad nią pochylał, kiedy po mnie przyszedł?

Ciut bliżej, a potrzebowałby kondomu.

Śmiejąc   się   z   własnego   dowcipu,   Jennifer   dostała   czkawki.   Piła   karmelowy

koktajl z łapczywością, jakiej Gabby nigdy jeszcze u niej nie widziała.

Słuchała   opowiadania   wnuczki,   kiwała   głową,   uśmiechała   się   słabo   przy

barwnych   porównaniach.   Ale   w   duchu   się   martwiła.   Nie   tylko   gwałtowną   zmianą
nastroju   Jennifer   w   gabinecie   terapeuty   lecz   również   faktem,   że   doktor   Larry
najwyraźniej nie umiał jej pomóc.

Co to oznacza dla zdrowia psychicznego Jennifer w przyszłości? – pytała samą

siebie Gabby.

Jeśli czołowy nowojorski specjalista nie potrafi poprowadzić tej dziewczyny, to

ona, Gabby, tym bardziej. Pomyślała, że zadzwoni do doktora Greena i opowie mu o
porażce.

A jednak, mimo głębokiej troski o skutki niepowodzenia, Gabby nie mogła oprzeć

się   wrażeniu,   że   z   wnuczki   emanuje   coś   nowego.   Buzia   Jennifer   wydawała   się
pogodniejsza,   śmiech   był   niewymuszony.   Poza   tym   Gabby   od   dawna   nie   ufała
profesjonalnej medycynie.

Uważała,   że   ludzie   zbyt   łatwo   powierzają   swoje   ciała   obcym.   Z   tego   punktu

widzenia  rezygnacja z  usług  doktora  Larry’ego  mogła  być  czymś  dobrym,  w istocie
nawet   bardzo   dobrym.   Pozwoliła   Jennifer   poczuć   własną   siłę,   przemówić   własnym
głosem. Gabby odprężyła się trochę i choć dalej spoglądała niepewnie, wróciła do sprawy
prywatnego życia doktora Larry’ego.

– Co spowodowało, że mówisz o nim, takie rzeczy... Skąd wiesz?...
– Nie wiem. Po prostu przyszło mi to do głowy – odpowiedziała wesoło Jennifer.
– No cóż, musiał się wykąpać w wodzie kolońskiej. Zawsze powtarzam – nigdy

nie wierz mężczyźnie, który używa za dużo pachnideł – Gabby wybuchnęła śmiechem,
któremu nawet Jennifer nie mogła się oprzeć.

Kiedy szły przez Columbus Avenue, Jennifer spochmurniała. Nie odsunęła się

jednak, kiedy Gabby wzięła ją pod rękę. Wydawała się zatopiona w myślach. Jak z nią
teraz postępować – zadręczała się Gabby – jak ją zatrzymać do Dnia Dziękczynienia?

Gabby wiedziała, że Jennifer za nic nie zgodzi się na wizytę u innego terapeuty,

przynajmniej nie na tym etapie rekonwalescencji. Gdyby Green nalegał, żeby poszła do
terapeuty,   to   Gabby  doskonale   potrafiła   sobie   wyobrazić,   jak   Jennifer   przydziera   się
przez   dżunglę   nowojorskiej   opieki   psychiatrycznej,   dziesiątkując   po   drodze   całe
środowisko   lekarskie.  Ale   niemożność   znalezienia   na   miejscu   kogoś,   kto   zająłby  się

background image

Jennifer,   była   równoznaczna   z   odesłaniem   jej   do   Kalifornii.   Oczami   duszy   Gabby
widziała wyskakujących z krzaków w parku sanitariuszy w białych fartuchach, którzy
porywają Jennifer i pakują do samolotu. Ojciec Jennifer na pewno ogłosi, że Gabby jest
niekompetentna, i odda córkę do jakiegoś zakładu psychiatrycznego, gdzie nikt się nawet
nie zainteresuje, czyja to wnuczka.

Nie – powiedziała sobie Gabby – jedynym obrońcą Jenni jestem ja. Muszę coś

wymyślić.

Dotarły  do  domu   o   zmroku,   drżąc   z   październikowego   zimna,   zmęczone,   ale

zadowolone. Gabby natychmiast zaparzyła miętowej herbaty, a Jennifer przebrała się w
szary obszerny dres. Potem włożyła do kominka stertę pomiętych gazet, dorzuciła kilka
szczapek   i   roznieciła   ogień.   Gabby   przyczłapała   do   salonu   w   bawełnianej   szacie   i
grubych bamboszach z nosami w kształcie króliczych pyszczków i zasiadła obok Jennifer
na   plecionym   dywaniku   przed   kominkiem.   Podała   wnuczce   kubek   gorącej   herbaty  i
oparła się o sofę.

Siedziały   i   popijały   herbatę   przez   blisko   godzinę,   a   ciszę   przerywało   tylko

trzaskanie iskier wyskakujących z kominka. Gabby patrzyła, jak odblask płomieni igra na
twarzy Jennifer. Chciała wierzyć, że przynajmniej na ten wieczór jej wnuczka zawarła
rozejm z demonami.

Ale Gabby martwiła się o jutro, o to, jak długo potrwa ta poprawa. Czy jest to

znak,   że   kryzys   minął?   Jak   długo   uda   się   utrzymywać   ojca   Jennifer,   nie   mówiąc   o
doktorze Greenie, w przekonaniu, że nie należy pozbawiać Gabby opieki nad wnuczką? I
co najważniejsze – pytała Gabby samą siebie – dlaczego nie ma tu Liii, nie ma teraz i nie
było wtedy, kiedy Jennifer najbardziej jej potrzebowała? Co to za Bóg – myślała Gabby –
co zabiera młodą, zdrową matkę, a zamiast niej pozostawia starą schorowaną babkę?

Tymczasem Jennifer wspominała długi szereg terapeutów, z którymi miała do

czynienia. Zaraz po rozwodzie rodziców była Panna Jakiego Koloru Są Twoje Uczucia.
Pan Spójrz Na To Inaczej  pojawił się, gdy Jennifer  przez  kilka miesięcy odmawiała
spotkań z ojcem, bo zbyt często zastawała matkę we łzach. A do Doktora Lubiącego
Wypisywać Recepty Barry zawlókł ją niecałe dwadzieścia cztery godziny po pogrzebie
matki.

Pierwszych   dwoje   terapeutów   nie   było   takich   złych   –   stwierdziła   Jennifer.

Współczuli, starali się podnieść na duchu. Było to wtedy, kiedy Jennifer zbuntowała się
w ogóle przeciwko tym wizytom. Terapia, zamiast uśmierzać, tylko od nowa podsycała
ból, z powodu którego posyłano ją do lekarzy,  a razem z bólem rosła uraza. Co do
Doktora Lubiącego Wypisywać Recepty, Jennifer uznała, że jego podejście do objawów
depresji, z jej nieodłączną utratą celów i motywacji, najlepiej streszcza hasło: „Na smutki
trzeba odtrutki”. I przez dwa lata college’u chętnie korzystała z metody podwyższania
(nastroju)   przez   obniżanie   (napięcia),   trzymając   cierpienie   na   odległość   ręki,   a
rzeczywistość nieco dalej. W końcu, kiedy odkryła świat poza receptami, zrezygnowała z
usług   zwolennika   leków   na   rzecz   worka   środków   alternatywnych   –   koki,   ecstasy   i
halucynogennej PCP, występującej pod nazwą pigułki spokoju.

Myśli Jennifer pobiegły do Filipa, jedynej osoby, o którą doktor Lany zapomniał

ją   zapytać.   Przez   cały   rok   Jennifer   sądziła,   że   może   uwolnić   się   od   wszystkich
terapeutów.   Bo   poznała   Filipa   Coskeya,   który   pracował   nad   doktoratem   z   literatury
angielskiej,   a   urodził   się,   zdaniem   Jennifer,   po   to,   żeby   zostać   miłością   jej   życia.
Nareszcie   znalazł   się   człowiek   zdolny   przepędzić   dojmujący   smutek,   który   sięgał

background image

korzeniami do rozwodu rodziców i śmierci matki, matki, Wirą kochała i której ufała jak
nikomu na świecie. Filip był szlachetnym rycerzem z dziecięcych bajek, wymarzonym
księciem, lairiś, kto wybawi ją od życia bez sensu i bez radości. Tylko on jjjógł zapełnić
pustkę uczuciem, na które była za brzydka, za głupia i którego nigdy nie będzie warta. To
jego miłość miała wkrótce rozproszyć wszechogarniającą ciemność.

Poznali   się,   kiedy  Jennifer   była   na   ostatnim   roku,   a   Filip   rozpoczynał   studia

doktoranckie w Santa Barbara. Podbił jej serce natychmiast, urzekła ją łapczywość, z
jaką chwytał każdą chwilę. Nie przepraszał za swoją gwałtowność czy nadmiar uczuć.
Uwielbiała, gdy czytał głośno Byrona, i rozczulała się, kiedy publicznie okazywał jej
miłość,   witając   ją   zawsze   bukietem   polnych   kwiatów   w   studenckiej   kawiarni,   gdzie
spotykali się dwa razy w tygodniu. W domu z podnieceniem rozprawiał o Shelleyu, a
jednocześnie robił jej masaż.

Kończyło się to niezmiennie pieszczotami, które były tak namiętne, jakby tylko

od nich dwojga zależało dalsze istnienie świata. A przede wszystkim Filip w niczym nie
przypominał ojca. Jennifer była pewna, że mama by go zaakceptowała.

Wszystko to wyglądało w jej oczach tak pięknie, że rozpaczliwie pragnęła, by

trwało   wiecznie.   Tak   przynajmniej   powiedziała   pani   psychoanalityk   z   odchyłką
feministyczną – Mężczyźni Nienawidzą Swoich Matek, Dlatego Nas Krzywdzą – która
zamykała   szereg   terapeutów   Jennifer   Stempler,   aż   do   dzisiejszej   wizyty   u   doktora
Larry’ego.

W którymś momencie dziesięciomiesięcznego związku Jennifer wprowadziła się

do mieszkania Filipa. W każdym razie sypiała tam miesiącami, co obojgu wydawało się
zgodne   z   naturalnym   porządkiem   rzeczy.   Zaczęli   otwarcie   rozmawiać   o   przyszłości,
planowali   małżeństwo,   zastanawiali   się,   gdzie   spędzą   miesiąc   miodowy,   mówili   o
rodzinie, podróżach, marzeniach, które wspólnie zrealizują. Nowy układ trwał już trzy
miesiące,   kiedy   Jennifer   po   powrocie   do   domu   zobaczyła,   że   Filip   przygotował
prawdziwą ucztę. Była pasta marinara i pyszna sałata, a do tego butelka chianti. Jennifer
wcale się nie zdziwiła, bo Filip co miesiąc uświetniał w ten sposób datę – dzień, w
którym   się   poznali.   Była   to   taka   ich   tradycja.   Zwykle   na   jej   talerzu   czekał   jeszcze
kwiatek: strelicja, ostróżka, a czasami po prostu delikatny żółty narcyz.

Troskliwość Filipa była jedną z przyczyn, dla których tak go kochała, i wierzyła,

iż rzeczywistość przerosła jej marzenia.

Zanim jednak zaczęli jeść, Jennifer zauważyła, że Filip balansuje na krawędzi

wybuchu.   Pomyślała,   że   może   jest   przeciążony  pracą.   Zaofiarowała   się  przepisać   na
maszynie jego artykuł, dzięki czemu będzie mógł skupić się na dysertacji. Ten uprzejmy
gest okazał się zbyt trudny do zniesienia dla Filipa. Wyznał, że po prostu nie dojrzał do
podjęcia tak wielkiego zobowiązania.

– Chcesz zmienić temat rozprawy? – spytała zmieszana.
Zakasłał i nareszcie wykrztusił, że chodzi o ich plany małżeńskie. „Oczywiście,

kocham cię” – powiedział. „Zawsze będziesz miłością mego życia”. Po czym poprosił,
żeby się wyprowadziła.

Jennifer nie była w stanie pojąć nagłości tego zwrotu. Zdruzgotana, zadręczała się

pytaniem,   dlaczego   opuszcza   ją   każdy   mężczyzna,   na   którym   jej   w   życiu   zależy.
Najpierw ojciec, za którego miłością bez wątpienia tęskniła, a potem Filip, człowiek,
który   sprawił,   że   znów   ufnie   otworzyła   serce.   Byłam   frajerką   –   powtarzała   sobie   –
wierząc   w   bajki.   W   głębi   duszy   słyszała   słowa   ostatecznego   potępienia:   mężczyźni

background image

odchodzą, bo jest w tobie jakaś skaza, błąd, którego niepodobna naprawić.

–   Dam   grosik   za   twoje   myśli   –   powiedziała   łagodnie   Gabby,   przywracając

wnuczkę do rzeczywistości.

Jennifer zawahała się i odetchnęła powoli, głęboko. Potem, czując, że nie ma nic

do stracenia, opowiedziała babce całą historię, którą żyła. Powoli, z długo tłumionymi
szczegółami,   wciągała   Gabby  w   świat   straty,   zdrady,   leków   i   terapeutów,   od   dawna
będący jej światem. Nigdy nie znajdowała sposobu ucieczki. Nigdy – do chwili, w której
patrząc na wszystkie zamknięte przed sobą drzwi, zdecydowała się na krok ostateczny.
Ale nawet tu drzwi zostały zatrzaśnięte.

– Ale dlaczego ja nic o tym nie wiedziałam? – dopytywała się Gabby głosem, w

którym brzmiały zaskoczenie i smutek.

– Mama zawsze uważała, że przeżyłaś własne piekło, babciu. Zawsze łatwiej było

pozwolić ci wierzyć, że wszystko jest u mnie w porządku. Poza tym, z mojego punktu
widzenia,   nadal   opłakiwałaś   mamę.   Wiem,   była   twoją   jedyną   córką,   nie   chciałam
dokładać ci swoich zmartwień. A gdybym nawet chciała, to wydawało mi się, że nie
znasz się na takich rzeczach.

– Mówisz, że chciałaś, bym wierzyła, że wszystko jest w porządku – odparła

Gabby. – A rozwód, czy to było w porządku?

A twoja matka, zabrania nam tak bezsensownie – nie to już zupełnie było w

porządku!

– Nie było. Ale po jej odejściu wciąż pamiętałam, jak bardzo pragnęła cię chronić.
Potrafisz to zrozumieć, babciu? – Jennifer odwróciła się zmęczona, żałując, że w

ogóle wdała się w tę rozmowę.

–   A   tą   próbą   samobójczą   też   miałaś   oszczędzić   mi   bólu,   gołąbeczko?   –

powiedziała twardo Gabby, nie spuszczając oka z wnuczki.

Jennifer spojrzała na babkę, z całej siły powstrzymując emocje.
–  Wtedy,   kiedy   podejmowałam   decyzję,   nie   widziałam   nikogo   oprócz   siebie.

Wiem, że to brzmi egoistycznie, ale tak było. I przysięgam, że wcale mi się ten widok nie
podobał.

Gabby podniosła nagle głos z oburzeniem.
– Jak śmiesz tak mówić?! Dzisiaj byłaś Joanną d’Arc, Emmą Lazarus i Bóg wie

kim jeszcze, nie uginając się przed tyranią kolejnego terapeuty! Coś pięknego. Pokazałaś,
że nie dasz sobą pomiatać!

Jennifer uśmiechnęła się smutno nad zapalczywością babki i nad przesadą, z jaką

mówiła o jej postępku.

– To nie był żaden wyczyn, babciu. Nie wymagał ani odwagi ani elokwencji, ani

jakiejś   szczególnej   przenikliwości.   Po   prostu   powiedziałam,   jak   umiałam,   wszystkim
terapeutom świata, że nic dla mnie nie znaczą. Nie mogą mi powiedzieć o mnie niczego o
czym nie wiedziałabym sama i to dużo lepiej. Widzisz, babciu rzecz w tym, że wbrew
temu, co mówią ludzie, samobójstwo nie dowodzi zaćmienia, ale przeciwnie, jasności
umysłu.

Jennifer podniosła się na kolana i zwróciła prosto do babki. Nawet w półmroku

mogła dostrzec w oczach Gabby wyraz dezorientacji i cierpienia.

Potrząsnęła głową, nie chcąc zwiększać udręki babki.
– Pójdę po herbatę – oznajmiła, zostawiając Gabby zapatrzoną w ogień, jakby

dziwnym trafem tam właśnie znajdowały się odpowiedzi na wszelkie pytania.

background image

Kiedy przyniosła herbatę, Gabby grzała ręce nad jednym z polan, starając się

odzyskać   spokój.  Zaczekała,   aż   Jennifer   znowu  usiądzie,   i   wtedy  zadała   jej   pytanie,
którego bała się najbardziej.

– Jennifer, czy ty mówisz, że nawet dziś, gdy udało ci się postawić na swoim,

nawet dziś chciałabyś, żeby twoje życie się skończyło?

Cisza, która zapanowała po tym pytaniu, napełniła Gabby takim przerażeniem, że

zamarło   w   niej   serce.   Jennifer   dalej   popijała   herbatę,   przyglądając   się   w   skupieniu
kawałeczkowi   brzozowego   drewna,   który   spadł   z   rusztowania   i   płonął   na   brzegu
paleniska.

Odezwała się po długiej chwili.
– Och – powiedziała głosem uchodzącym jak dym. – Nie wiem. Gabby siedziała

przez moment zdjęta grozą, jak gdyby okno, które musiała mieć otwarte, ktoś zaczął
zabijać gwoździami, a ona nie mogła go powstrzymać. Zapłakała cicho, bezradna wobec
smutku, którym tchnęły słowa Jennifer.

Na dźwięk jej płaczu Jennifer wstała z kanapy i łagodnie poklepała babkę po

ramieniu.

– W niczym nie zawiniłaś, babciu, w niczym. Nie chcę, żebyś cierpiała, pamiętaj

o   tym.   Może   nie   powinnam   była   tu   przyjeżdżać,   wiesz?   Wszystko   jest   przez   to
trudniejsze i dla ciebie, i dla mnie.

Gabby  otarła   łzy,   kaszląc   długo   i   ciężko.   Ból   w  piersiach   nie   miał   teraz   nic

wspólnego z astmą i nie mijał. Jennifer przysunęła bliżej babki pudełko chusteczek i
podała   jej   szklankę   wody.   Kiedy   Gabby   zdołała   wreszcie   przełknąć   parę   łyków,
wydmuchała nos, a jej twarz nagle się wygładziła.

– Nie tak miało być – powiedziała miękko. – Żadna kobieta nie powinna grzebać

własnej   córki   –   zawahała   się,   jakby   nie   dowierzała,   że   coś   takiego   mogło   się
kiedykolwiek zdarzyć. – Ale, gołąbeczko – zadrżała – chować wnuczkę?

Łzy Gabby popłynęły teraz niepowstrzymanie, wezbrały jak rzeka.
– Wszystko będzie dobrze – pocieszała Jennifer.
A potem nadszedł miłosierny sen. Wyczerpana płaczem i gwałtownym kaszlem

Gabby zasnęła, tam gdzie leżała, na kanapie.

Jennifer okryła ją wełnianym pledem, pocałowała dwa razy w czoło, wzięła swoją

kamerę i bezszelestnie wymknęła się w nowojorską noc.

background image

15

W parku Jennifer obserwowała parę starszych ludzi spacerujących ramię w ramię

pod ulicznymi lampami. Mężczyzna nosił długi szary płaszcz i staromodny kapelusz.
Kobieta była w sukni do kostek, która wyglądała na tak samo wiekową jak ona i w białej
wełnianej   pelerynie.   Kiedy   tak   szli   obok   siebie,   Jennifer   pomyślała,   że   warto   ich
sfilmować.

Majstrowała   już   przy   futerale   kamery,   którą   z   sobą   przyniosła,   i   nagle   się

zawahała. Po co?

Mężczyzna   przystanął,   by   pochuchać   na   ręce   kobiety,   potem   dla   rozgrzewki

rozcierał je energicznie w swoich, wreszcie ucałował każdą dłoń. Oboje uśmiechnęli się
do siebie i poszli dalej. I Jennifer pozwoliła sobie na smutny uśmiech, który szybko
zniknął.

Spacerowała   jakiś   czas,   zanim   znalazła   miejsce,   które   wcześniej   wybrała,   i

usiadła na oblodzonej skale spoglądającej na mały staw. Widziała gwiazdy, które odbite
na powierzchni wody odwzajemniały jej spojrzenie. Chwilę siedziała, patrząc w nocne
niebo. Potem wzięła kamerę i nastawiła na plamki światła, ale aparat był za słaby i nic
nie wyłowił.

Sięgnęła do kieszeni płaszcza, wyjęła brązową fiolkę i położyć na kolanach. Z

drugiej kieszeni wyciągnęła małą butelkę wody i wypiła spory łyk. Podniosła fiolkę,
obejrzała, potem popatrzyć w górę, na gwiazdy.

–   Nie   mogę   więcej   tego   zrobić,   wiesz?   –   szepnęła   do   aparatu   który   wciąż

pracował. – Wybacz mi. Przepraszam. Dobranoc, mamo. Kocham cię. I ciebie, babciu.

Wzięła  jeszcze  raz  kamerę  i  znów  skierowała  obiektyw   na  usiane  gwiazdami

niebo.

Ale   zdołała   uchwycić   jedynie   zamglone   światełka.   Odłożyła   więc   kamerę   i

przyglądała   się   niebu   nieuzbrojonym   okiem.   Niespodziewanie   ciemności   przecięła
spadająca gwiazda.

Jennifer   z   zapartym   tchem   śledziła   jej   lot,   aż   jaśniejące   światło   przybladło   i

zgasło w zimnej październikowej nocy.

background image

16

Gabby obudziła się z tępym bólem głowy. Uniosła się, rozejrzała i uprzytomniła

sobie, że nie spała we własnym łóżku. Smutne wydarzenia ubiegłego wieczoru odżyły w
jej pamięci.

Wzruszyła się widokiem pledu, którym była owinięta. Pewnie Jennifer nie chciała

jej przeszkadzać i sama poszła spać do babcinej sypialni.

Wstając, rzuciła okiem na zegar wiszący nad mahoniową komódką. Za kwadrans

ósma  – jak na kogoś przyzwyczajonego do zrywania się o świcie, strasznie zaspała.
Włożyła bambosze i poczłapała przez hol do kuchni, zaparzyła kawę i poszła do swojej
sypialni sprawdzić, czy Jennifer już nie śpi i czy nie napiłaby się porannej kawy. Widząc
nietknięte   łóżko  i   różnego  kształtu  poduszki   tam,   gdzie  zawsze   je  kładła   –  zamarła.
Jennifer mogła wprawdzie wstać wcześnie i posłać łóżko tak, jak słała je babka, coś
jednak mówiło Gabby, że jest inaczej. Pełna niepokoju głośno zawołała wnuczkę. Tak jak
się obawiała, nie było odpowiedzi.

W panice i rozpaczy ruszyła do frontowego korytarza i niezdarnie pośliznęła się

na leżącym tam chodniku. Chwyciła się ściany szukając oparcia i rozkasłała się. Kiedy
złapała oddech, zobaczyła – przyczepioną do frontowych drzwi, zaadresowaną do siebie
małą   białą   kopertę.   Serce   Gabby   szalało   ze   strachu,   gdy   nerwowo   rozdzierała
niezapieczętowaną   kopertę.   Wreszcie   zdołała   wyjąć   laminowaną   kartkę   z   prostymi
słowami: „Kocham cię, babciu. Teraz i na zawsze”. I podpis: „Twoja gołąbeczka”.

Gabby zdawało się, że zaraz pęknie jej głowa. Krzyknęła: – Nie, nie, NIE! Nie

rób tego, maleńka! Błagam!

Kiedy szybko przebierała się w spodnie i sweter, oddech miała ciężki i chrapliwy.

Na nogi włożyła pierwsze, co wpadło jej w ręce – parę sflaczałych czarnych kaloszy.
Potem złapała z szafy narciarską czapkę i gruby wełniany płaszcz i rzuciła się do drzwi.
Gdy schodziła ze schodów, sapiąc i uderzając niecierpliwie w poręcz, uświadomiła sobie,
że nie ma najmniejszego pojęcia, dokąd iść. Wiedziała tylko, że musi znaleźć Jennifer i
powstrzymać ją, zanim będzie za późno, zanim straci wnuczkę na zawsze.

W   zimnym   powietrzu   na   dworze   wielokrotnie   wolała   Jennifer,   z   lękiem

rozglądając   się   po   ulicy.   Zamknęła   oczy,   jakby   broniąc   dostępu   strachowi,   który   ją
ogarniał. Myśl, Gabby, myśl – mówiła sobie. Dokąd mogła pójść? Dokąd? Znała tylko
jedno miejsce.

Gabby   biegła   tak   szybko,   jak   tylko   pozwalały   jej   na   to   słabe   nogi.   Ledwie

uniknęła zderzenia z dwiema niańkami, które pchały niemowlęta w wózkach. Przy 72
Ulicy nie czekała na zielone światło, zmuszając do gwałtownego hamowania trąbiące
wściekle samochody. I wreszcie, zasapana, dotarła do parku. Bliska zemdlenia przysiadła
na ławce, zawisła na niej w ataku kaszlu.

Przebiegający niedaleko sportowiec usłyszał ten kaszel i zawrócił.
– Czy mógłbym pani pomóc? – spytał, troskliwie pochylając się nad Gabby.
Nadal   dysząc,   Gabby   spojrzała   na   niego   zmieszana.   Młody   człowiek   miał

ciemnoniebieskie oczy. Ubrany w klubową koszulkę New York University, czerwone
buty do biegania i jankeską czapeczkę, był chyba w wieku dwudziestu paru lat. Silny i
zdrowy   –   pomyślała   Gabby.   Zmrużyła   oczy   i   głośno   przełknęła   ślinę,   chwytając
powietrze i podziwiając jego atletyczną budowę i spocone ciało.

I w ułamku sekundy spłynęło na nią natchnienie. Z nagłym ożywieniem, które

background image

zdumiało sportowca, Gabby wychrypiała rozkaz godny rannego generała.

– Moja wnuczka – oświadczyła władczo, dysząc i sapiąc. – Nie ma czasu. Proszę

się nachylić.

Trochę   zaskoczony   sportowiec   na   moment   się   zawahał.   Może   staruszka   ma

altzheimera? Albo zabłądziła?

–   Nie   ma   czasu.   Natychmiast!   –   Gabby   wręcz   żądała   i   tym   razem   wbrew

instynktowi   samozachowawczemu   sportowiec   przyklęknął.   Ku   jego   całkowitemu
osłupieniu Gabby wgramoliła mu się na plecy jak dżokej na grzbiet konia wyścigowego.
Dysponując nowymi, młodszymi nogami, wykrzyknęła rześkim głosem: – Do zamku!
Dał ci Bóg nogi, to ich nie żałuj. Galopem!

background image

17

Oszołomiony   młodzieniec   niósł   swoje   świszczące   brzemię   najprędzej,   jak

potrafił,   w   kierunku   Zamku   Belwederskłego.   Zstąpił   ostrożnie   po   schodach   przy
fontannie  Anioła   z   Bethesda,   pędem   wspiął   się   na   stromy   pagórek   obok   parkowej
wypożyczalni   łódek   i   pocwałował   w   dół   szpalerem   ogniście   czerwonych   klonów   i
srebrnych topoli. Całą drogę zastanawiał się, kim, do diabła, jest ta stuknięta staruszka na
jego plecach, której kaszel rani mu uszy, a kalosze kopią w żebra. Czyste wariactwo –
powtarzał   sobie.  Płuca   mu  płonęły,  bolały go  boki  i   bał  się,   że  straci   obowiązkowy
poranny wykład. Determinacja Gabby przekonała go jednak, że niebezpieczeństwo, o
którym mówiła, jest aż nadto realne.

Podczas biegu umęczonemu chłopcu udało się wydyszeć kilka ‘nformacji o sobie,

chciał bowiem uporządkować sytuację.

–   Nazywam   się   Charlie...   Charlie   Sosnę...   z   Vermont,   student   prawa   na

Uniwersytecie Nowojorskim.

Gabby ściskała mocno jego szyję, żeby nie spaść, i prawie go dusiła. Z tego, co

wyszeptała   mu   do   ucha,   Charlie   zdołał   zrozumieć   tyle,   że   jej   biedna   wnuczka   ma
depresję i może popełnić samobójstwo, zatem ich wspólna misja jest grą o życie.

– Przypomina mi pani moją babcię – odkrzyknął. – Umarła w zeszłym roku. Ona

też,  tak jak pani... – pokonywał  właśnie nie.  wielką  górkę i głos podskakiwał  mu  z
każdym krokiem – tak jak pani, była przebojowa.

Gdy przystanęli z powodu samochodów mknących przez park Charlie dyszał, a

pot spływał mu po twarzy. Gabby starała się otrzeć ten pot własnym rękawem, kiedy
przedzierali się na drugą stronę jezdni. Nagle Charlie potknął się, co sprawiło, że ostro
pochylili się do przodu. Cudem odzyskał równowagę. Przed nimi majaczy! już zamek.

Bliski omdlenia Charlie wniósł Gabby na skałę widokową. Staruszka rozejrzała

się uważnie. Ani śladu Jennifer. Czyżby przeczucie ją omyliło?

Kiedy znaleźli się przy zamku, Charlie zwolnił. Oddychał głośno. Gabby klepnęła

go po ramieniu i ześliznęła się na ziemię. Ciało jej osłabło z wysiłku, ale dzielnie ruszyła
naprzód.

– Chodź ze mną – powiedziała, idąc najszybciej jak mogła na chwiejnych nogach.
Przebiegli razem galerię pod gołym niebem, mijając grupę japońskich turystów.

Serce Gabby ze strachu biło jak oszalałe. Charlie stwierdził, że pochłania go ta misja, w
którą mimo woli został wciągnięty. Pragnął odszukać tajemniczą kobietę i modlił się
gorąco, aby ten Don Kichot w spódnicy otrzymał nagrodę za swoje trudy.

Skręcili za róg promenady pod zamkowymi murami i wtedy Gabby stanęła tak

nagle, że podążający o krok z tyłu Charlie prawie się z nią zderzył. Oto przed nimi na
kamiennej balustradzie, która góruje nad Stawem Żółwia, siedziała Jennifer. Gabby stała
chwilę, nie spuszczając oczu z wnuczki. I Charlie nie mógł oderwać oczu od delikatnej
młodej   kobiety,   niemal   zawieszonej   nad   wodą.   Potem,   jakby   poczuła   ich   obecność,
Jennifer powoli podniosła wzrok.

–   Babcia?   –   szepnęła   z   niedowierzaniem.   –   Kto...   –   zmieszana   zerknęła   na

zziajanego młodzieńca u boku Gabby.

Gabby, drżąca, nie wiedząc, co powiedzieć, podeszła do Jennifer.
– Myślałam, że może cię już nie zobaczę, gołąbeczko. Nie wiedziałam gdzie... –

zająknęła się, jakby szukała właściwych słów. – Musiałam cię odnaleźć... Ten miły młody

background image

człowiek   przyniósł   mnie   jak   koń.  Ale   jesteś   tutaj,   nic   nie...   –   głos   jej   się   załamał,
przycisnęła palce do ust, by stłumić płacz.

– Nie – cicho odparła Jennifer, bez emocji. – Chciałam, ale... wciąż widziałam

twoją twarz, babciu – spojrzała babce prosto w oczy. – Ale to miejsce... Skąd wiedziałaś?
– spytała, próbując nadać sens temu wszystkiemu.

– Obowiązkiem  babki  jest  wiedzieć  – wyszeptała  Gabby.  Kilka  kroków  dalej

zmęczony młodzieniec patrzył w milczeniu, wzruszony i sam pełen pytań.

Gabby wzięła Jennifer za rękę i zapraszając gestem Charliego, by poszedł z nimi,

wyprowadziła oszołomioną wnuczkę z parku.

background image

18

Charlie  eskortował  panie  do Columbus  Avenue,  gdzie  chciał  złapać  metro  do

Viłlage.

Gabby,   przejęta   bezgraniczną   wdzięcznością   dla   swego   wiernego   rumaka,

nalegała, aby przyjął zaproszenie na domowy obiad. Młody człowiek podziękował, wziął
kartę wstępu na mecze, zapisał sobie ich numer telefonu i odwzajemnił się własnym.

– Na ogół nie podaję swego numeru na pierwszej randce – zażartował – ale dla

pań zrobię wyjątek.

Cóż,   poczucie   humoru   to   nie   wszystko   –   pomyślała   Gabby,   uśmiechając   się

niepewnie.

Charlie obdarzył ją niedźwiedzim uściskiem, uśmiechnął się szeroko i szepnął do

ucha: – Cieszę się z panią.

Następnie obrócił się, aby pożegnać się z Jennifer, a sposób, w jaki to uczynił,

wzruszył Gabby. Otóż ujął serdecznie dłoń dziewczyny w swoje obie dłonie, tak jak
robiono to w Starym Kraju, i tak, jakby ją znał albo sądził, że powinien znać. Co do
Charliego,   to   patrząc   Jennifer   w   oczy   zobaczył   tam   coś   znajomego,   bliskiego.
Uśmiechnął się więc i powiedział:

– Ma pani wspaniałą babcię. Niech pani o nią dba.
Potem z zabawnym rżeniem pogalopował w kierunku Broad wayu i zniknął w

tłumie.

Gabby   i   Jennifer   podążyły   do   domu,   głodne   i   straszliwie   zmęczone.   Skutki

porannego kryzysu dawały się Gabby we znaki Jej stare, chore płuca rozdzierał ostry ból.
Kiedy przy Columbus przechodziły przez 72 Ulicę, Gabby zaczęła kaszleć i szczególnie
mocno dyszeć.

Jennifer otoczyła ją ramieniem, daremnie usiłując zatrzymać taksówkę. Babka

uparła się jednak, że przejdzie na drugą stronę, i dokonała tego z pomocą Jennifer, po
czym oparła się o latarnię i stała, póki kaszel nie minął.

–   Zróbmy   przerwę,   babciu.   Wstąpmy   coś   zjeść   –   powiedziała   Jennifer   i

wprowadziła babkę do skromnej restauracyjki po drugiej stronie Columbus.

Restauracja, na którą normalnie mało kto by spojrzał, w tej chwili okazała się

prawdziwą oazą. Siedząc przy stoliku przed gorącą herbatą i grzanką, Gabby poczuła się
wkrótce jak nowo narodzona. Wyprostowała się i znów łobuzersko mrugała, uradowana
widokiem   wnuczki,   która   z   apetytem   pochłaniała   naleśniki,   polewając   je   syropem
klonowym.

– Miałaś rację, potrzebowałam czegoś maleńkiego. Jakiegoś m’czaja.
– Co to takiego? – zapytała Jennifer z pełnymi ustami.
– M’czaja? Chyba można tak nazwać wszystko, co sprawia, że znowu stajesz się

sobą.

Na   przykład   gorącą   herbatę   w   zimny   dzień.   Potrzymanie   dziecka   za   rączkę.

Każde maleńkie coś, co przywraca cię do życia.

–   Uhmm   –   przytaknęła   Jennifer,   dopijając   kawę   i   kiwając   na   kelnerkę,   żeby

podała następną. Tłumaczyła nastawionej sceptycznie Gabby, że kofeina nie będzie miała
absolutnie żadnego wpływu na to, czy zaśnie, czy nie. – W tej chwili mogłabym zasnąć
nawet na Times Sąuare!

background image

19

Pierwszy raz tego ranka Gabby odetchnęła głęboko i bez lęku. Dopiero teraz

zdała sobie sprawę z rozmiarów kryzysu, jaki obie przeszły. Jej wnuczka mogła popełnić
samobójstwo.  Albo   w   najlepszym   wypadku   uciec.  Ale   nie   zrobiła   ani   jednego,   ani
drugiego.

To dobry znak – pomyślała Gabby, pragnąc w to wierzyć każdym włóknem swego

ciała.

Pamiętała, że powinna zatelefonować do doktora Greena. Barry Stempler wciąż

suszył jej o to głowę, ciągle zostawiał wiadomości, a nie była pewna, czy może je dłużej
ignorować.

Ale równocześnie była przekonana, iż to, że Jennifer minionej nocy postanowiła

nie  odbierać  sobie  życia,  zapowiada,  a  może  już dowodzi  przełomu.  Posłanie  jej  do
terapeuty, jakiegokolwiek terapeuty, po wydarzeniach tego ranka wyrządziłoby więcej
szkody niż pożytku. Jennifer uznałaby to na pewno za zdradę i, co gorsza, za powód do
ucieczki. Gabby widziała aż nadto jasno, jak krucha, jak delikatna jest Jennifer. Nie –
zdecydowała – jeśli Jennifer musi mieć terapeutę, to będzie nim jej babka. Inna sprawa,
jak do tego przekonać ojca Jennifer. Gabby nabrała nagle ochoty na sznapsa, ale w tej
restauracji nie podawano alkoholu.

Po ostatniej filiżance kawy i paru kawałkach bajgla Jennifer miała nareszcie dość.
Gabby, ciesząc się z jej apetytu, dowcipkowała, że na wszelki wypadek ma w

domu furę jedzenia. Odmłodniałe i trochę śpiące, zgodnie postanowiły przejść ostatnie
trzy   przecznice   pieszo.   Gabby   stwierdziła,   że   rześkie   powietrze   dobrze   im   zrobi.
Październik się skończył.

Uświadomiła sobie, że mają już nowy miesiąc, pierwszy listopada – co za dzień

na nowy początek.

Kiedy szły, Gabby żartobliwie poruszyła temat Charliego. Jakie wrażenie zrobił

na Jennifer? Czy zauważyła, w jaki sposób przytrzymał jej dłoń?

– Och, babciu, proszę, nie baw się w swatkę. Pierwsza rzecz, którą chłopak o

mnie usłyszał, to to, że chcę z sobą skończyć – żachnęła się Jennifer.

– Bo to prawda – odparowała Gabby, zastanawiając się, co to mа wspólnego z

podobaniem się komuś albo nie.

– Prawda, babciu, prawda – przytaknęła kpiąco Jennifer. – Ale bez obrazy, taka

informacja dołuje, wiesz? Nie sądzę, żeby umówienie się na randkę było tu możliwe.
Chłopak   słyszy   o   samobójstwie   dziewczyny   i   pewnie   wcale   się   tym   nie   przejmuje.
Dobra, ten jest inny.

Przywraca ją na łono rodziny.
Gabby nie widziała w tym nic zabawnego, powtarzała więc uparcie, że Charlie

jest przystojnym młodym człowiekiem. I nie byle kim, bo studentem prawa. Co można
mu zarzucić? Co najważniejsze, ma dobre serce. Jennifer nie powinna tak pochopnie
rezygnować z możliwości poznania go bliżej tylko dlatego, że spotkali się w niezwykłych
okolicznościach.

– Co do niezwykłych pierwszych spotkań, to posłuchaj o moim Icku i o mnie...
Jennifer zbyła babkę krzywym uśmiechem.
–   Chodź,   babciu.   Nie   obraź   się,   ale   tylko   beznadziejny  romantyk   swata   taką

pokręconą dziewczynę jak ja.

background image

Gabby obserwowała ją, kiedy czekały na światłach.
– Któregoś dnia, Jennifer, uwierzysz, że zasługujesz na miłość. Gabby mówiła z

takim żarliwym przekonaniem, że Jennifer na chwilę zamilkła. Nie rozmawiając więcej,
doszły do domu, wdzięczne losowi, że na górze czeka je gorąca kąpiel i miękkie łóżko.

Wkładając   klucz   do   zamka,   Gabby  odwróciła   się   i   czule   pogładziła   policzek

Jennifer.

– Cieszę się, mejdele, że jesteś ze mną. Pchnęła drzwi, weszła do przedpokoju i

zamarła.

–   Mam   nadzieję,   że   się   nie   pogniewasz   –   odezwał   się   basowy   głos.

„powiedziałem dozorcy, że jest tu moja córka, więc wpuścił mnie za małe co nieco.

Jennifer   odsunęła   babkę   i   zszokowana   patrzyła   na   ojca,   który   wyłonił   się   z

mrocznego korytarza.

– Tato!
– Cześć, Jennifer. Jak się masz? – spytał zaczepnie, spoglądając to na Jennifer, to

na Gabby.

– Świetnie. Ale ty... Skąd się tu wziąłeś?
– Niech babka ci powie – odparł Barry i z błyskiem w oku popatrzył na Gabby. –

Mieliśmy umowę, tymczasem ona albo nie mogła, albo nie chciała jej dotrzymać.

– Właśnie zamierzałam do ciebie dzwonić, Barry – usprawiedliwiła się Gabby, i

odchrząknęła.

– Tak jak widać, nie należy polegać na twoich zamiarach.
– Nie mów do niej w ten sposób – zaprotestowała Jennifer, robiąc krok ku ojcu. –

Nie   jestem   jakimś   przedsięwzięciem   filmowym,   którym   możesz   rządzić.   Mną   nie
będziesz rządził, słyszysz?

– Nie wtrącaj się, Jennifer. To sprawa między twoją babką a mną – ostrzegł Barry.
– Tutaj chodzi o moje życie. Nie zachowuj się tak, jakby mnie tu nie było! –

odkrzyknęła.

– Jennifer, posłuchaj – Barry próbował przemówić córce do rozsądku i zbliżył się,

odsłaniając na podłodze za sobą torbę podróżną Jennifer.

– Co tu robią moje rzeczy?!
–   Zrozum,   zdenerwowałem   się,   bo   twoja   babka   nie   zapewniła   ci   opieki

psychologicznej,   choć   obiecała.   Doktor   Green   zawiadomił   mnie,   że   nie   otrzymał
dotychczas   raportu   od   żadnego   psychiatry.   Przyszedłem   do   waszego   mieszkania,   nie
zastałem nikogo, zobaczyłem tylko szeroko otwarte drzwi. Każdy mógłby tutaj na ciebie
czekać. Na własne oczy przekonałem się, że nie jesteś bezpieczna. Spakowałem więc, te
twoje rzeczy, które udało mi się znaleźć...

– Barry, posłuchaj mnie... – natarła Gabby.
– Nigdzie nie pojadę. Nie z tobą! – przerwała Jennifer. Barry podszedł jeszcze

bliżej.

– Słuchaj, Jen. Wiem, że długo nie byłem wobec ciebie w porządku. Ale chcę

wszystko naprawić.

– Och, ty chcesz! – Jennifer uśmiechnęła się drwiąco. – Teraz chcesz odgrywać

tatusia?

Nie było cię ani przy mamie, ani przy mnie. Starałam się, jak umiałam, dbać o

nią, wiesz ale to przez ciebie była ciągle taka smutna. Zawsze o tym wiedziałam. I przez
ciebie była bez samochodu tego dnia, kiedy zabił ją pijany kierowca. Nigdy ci tego nie

background image

wybaczę!

– Jennifer, pozwól swemu ojcu i mnie... – wtrąciła łagodnie Gabby, ale Jennifer

nie dała się uciszyć.

– Nie, babciu, tu chodzi o mnie, o moje życie! – znów zwróciła się do Barry’ego.

– Jakim prawem przychodzisz tu i uważasz, że wolno ci mówić, co mam robić? Jeśli
zechcę żyć, będę żyła. Rozumiesz? Jeżeli zechcę umrzeć, to – do cholery – będzie to mój
wybór.

– Niech to szlag, jestem twoim ojcem! – usiłował ją przekrzyczeć Barry.
Jennifer pogardliwie kiwnęła głową.
– Owszem, jesteś. Podarowałeś spermę i wypisałeś kilka czeków.
– To niesprawiedliwe, Jen, i doskonale o tym wiesz.
– Odczep się. Wracaj do swojej ślicznej żonki i dzidzi i przed nimi odgrywaj

tatusia.

Gabby odsunęła się na bok, a Jennifer, oparta o ścianę, zaciskała mocno powieki,

jakby wierzyła, że dzięki temu ojciec zniknie.

Barry wyraźnie walczył z sobą, żeby nie wybuchnąć i nie powiedzieć czegoś,

czego by potem żałował.

–   Słuchaj,   Jen.   Na   pewno   cierpisz,   że   znowu   się   ożeniłem   i   mam   córeczkę.

Jakbym zdradził ciebie i twoją matkę... Zapadła cisza.

– Przykro mi o tym mówić w obecności twojej babci. To naprawdę wspaniała

kobieta.

Twoja matka też była wspaniałą kobietą. Najwspanialszą. Nie wiem, czym na nią

zasłużyłem.

– Nie zasłużyłeś – powiedziała Jennifer, do żywego ugodzona tymi słowami.
– Dojrzałem, sądzę... Przy Cynthii wydaje mi się, że nareszcie nauczyłem się

dawać miłość. A z Brianą to jest tak, jakbym się ocknął z jakiegoś... Czy ja wiem? Byłem
w sali porodowej, kiedy się rodziła, Jen, to było cudowne patrzeć, jak przychodzi na
świat, i nagle zdałem sobie sprawę, ile straciłem, nie widząc twoich narodzin...

Barry chciał podejść bliżej, ale Jennifer ręką zagrodziła mu drogę.
– Wiem, że sprawiłem ci ból – powiedział drżącymi wargami – i, na miły Bóg, że

słusznie   mnie   nienawidzisz.   Ale   jest   tyle   rzeczy,   o   których   chciałbym   z   tobą
porozmawiać, dzielić je z tobą, rzeczy, które zaniedbałem...

Jennifer spojrzała na niego i dostrzegła w jego oczach błaganie. Myślą pobiegła

do   przeszłości,   do   wszystkich   tych   chwil,   kiedy  tęskniła   za   ojcem,   za   tym,   żeby   ją
przytulił i powiedział, że ją kocha. Proste słowa i proste gesty wystarczyłyby za cały
świat.   Gdyby   choć   raz   zajrzał   na   jej   przyjęcie   urodzinowe,   przyszedł   na   szkolne
przedstawienie, w którym grała, zamiast nieustannie kręcić się wokół spraw, które dla
niego były ważne. Czekała rozpaczliwie na słowo aprobaty z jego strony, pragnęła, by
jeden, jedyny raz powiedział, że jest z niej dumny.

Przez   chwilę,   która   zdawała   się   wiecznością,   żadne   z   nich   nie   odezwało   się

słowem.

Barry przyglądał się skrzyżowanym, jakby w obronnym geście, ramionom córki.
– Czy naprawdę nie ma nic, co mogłoby zmniejszyć twoją nie nawieść do ojca? –

spytał łagodnie.

– Nie wiem,  tato  – odparła patrząc  na niego  Jennifer. – Jeżeli  nawet jest,  to

jeszcze tego nie znalazłam.

background image

–   Posłuchaj,   Barry   –   Gabby,   próbowała   skierować   rozmowę   z   powrotem   na

aktualny temat. – Jennifer zostaje w Nowym Jorku Unikałam dzwonienia do doktora
Greena, bo prawda jest taka, że konwencjonalna terapia nie nadaje się dla Jennifer.

Barry sapnął ze złości.
– Masz jakiś stopień naukowy, o którym ja nic nie wiem?
– To moja babcia – upomniała go Jennifer, nie podnosząc głosu. – Staraj się

traktować ją z odrobiną szacunku.

– A ty jak traktujesz ojca? – odciął się Barry, ale Gabby uciszyła go, zanim kłótnia

rozgorzała na nowo.

– Byłyśmy u jednego terapeuty z doskonałymi referencjami. To była katastrofa.
– Ty mnie posłuchaj, Gabby. Jennifer jest moją córką i pojedzie ze mną do domu.
– Niedoczekanie! – warknęła Jennifer.
Tracąc panowanie nad sobą, Barry wycelował palec w Gabby.
– To żądanie nie moje, ale lekarzy. Dlaczego nie możesz raz siedzieć cicho i

pozwolić...

– Jennifer jest z ciała i krwi mojej córki, więc nie będę cicho – oświadczyła

Gabby tak głośno, że oboje, Barry i Jennifer, drgnęli. Mówiła coraz żarliwiej.

– Całą duszą, wszystkim, co jeszcze we mnie żywe, wierzę, że Jennifer ma się

lepiej.

Nie umiem tego wyjaśnić, ale przysięgam na pamięć mojej córki.
– Nie wciągaj w to Liii – mruknął niecierpliwie Barry.
– Liii należy do rodziny! – wybuchnęła Gabby. – To także jej córka i dzisiaj ja

mówię za nią. Nie jesteś na planie filmowym, gdzie możesz robić, co chcesz, i każdy ci
przytakuje.

Tu chodzi o życie, Barry, życie twojej córki. Ona zasługuje na coś lepszego. Na

miłość.

Możesz mi grozić ile chcesz, ale wiedz jedno: Jennifer pojedzie z tobą po moim

trupie!

Po tych słowach Gabby z wyrazem zdecydowania na twarzy usadowiła się w

drzwiach wejściowych.

Nastąpiła   pauza.   Barry   stał   ciężko   oddychając,   z   przekrzywionym   krawatem

patrząc to na jedną, to na drugą.

Zrobił krok ku Jennifer i spróbował odwołać się do jej rozsądku.
– Chcę  dla  ciebie  jak najlepiej,  Jen, musisz  w to  uwierzyć  –  prosił.  Jennifer

obserwowała go z chłodnym dystansem.

– Teraz chcesz kontaktów ze mną? Teraz wiesz, co to znaczy kogoś kochać? A co

powiesz   o   tych   latach,   kiedy  nie   istniałam   dla   ciebie?   Co   powiesz   o   małżeństwie   z
mamą?

Czy   to   znaczy,   że   nigdy  jej   nie   kochałeś,   nawet   na   początku?   Że   nigdy   nie

kochałeś żadnej z nas? Przyznaję, dawałeś pieniądze, opłacałeś komorne i tak dalej. To
ładnie, dziękuję. Co do reszty... jest już trochę za późno, wiesz?

Barry spojrzał na Gabby, jakby to ona pociągała za sznurki. Miał oczy zranionego

zwierzęcia.

– Dobrze, Gabby. Chyba zwyciężyłaś.
– Nie chodzi o moje zwycięstwo czy twoją porażkę – rzekła cicho Gabby. –

Chodzi o Jennifer.

background image

– Muszę się upewnić, że zgodnie z umową wróci do Los Angeles na Święto

Dziękczynienia, Gabby. Znajomi mówią, że podjąłem wielkie ryzyko, oddając sprawy w
twoje ręce. Być może. Ale nie możemy ryzykować pozbawienia jej pomocy, jeśli twoje
wysiłki nie przyniosą rezultatu. Jedziemy na tym samym wózku, powiedz, że mam rację.

Po   raz   pierwszy   Barry   wydawał   się   załamany   i   szukał   wsparcia   u   Gabby.

Przytaknęła z uśmiechem.

– Przyrzekam ci, że wróci. A jeżeli nie uda mi się dotrzymać słowa, to proszę

bardzo – rób śmiało, co uznasz za stosowne.

– Babciu!? – przerwała Jermifer z urazą i pytaniem w oczach.
– Barry, wszystko będzie dobrze, ona wyzdrowieje – zapewniała Gabby zarówno

jego, jak i – zdawało się – samą siebie. – Musi wyzdrowieć.

Patrzyli na siebie, bardzo pragnąc w to wierzyć i nie całkiem sobie ufając.
Barry zwrócił się do Jennifer.
– Jen, zobaczymy się za dwadzieścia cztery dni. Będę na ciebie czekał.
Pochylił się, żeby pocałować ją w czoło, ale się odsunęła. Ponuro poszedł do

drzwi, Gabby szła obok, żeby mu otworzyć. Ona czujnie nie spuszczała oka z niego, on z
niej. Od progu Barry obejrzał się na córkę, przystanął i powiedział ze smutkiem: – Wiem,
że jest to coś, czego pewnie wolałabyś nie usłyszeć, ale pamiętaj, Jen, w Los Angeles
czeka malutka dziewczynka, która chętnie pozna swoją siostrę.

Potem odwrócił się i wyszedł.
Gabby i Jennifer wstrzymały na chwilę oddech w obawie, czy nie wróci.
–   To   cud,   jeśli   nie   trzyma   na   dworze   uzbrojonych   zbirów,   żeby   mnie   stąd

wyciągnąć – powiedziała Jennifer i podwójnie zaryglowała drzwi.

Wyczerpana,   kaszląca,   spluwająca   w   chusteczkę,   Gabby  oparła   się   plecami   o

ścianę.

Tyle zdarzyło się tego ranka, że ledwie trzymała się na nogach. Obserwowała,

mieszaninę gniewu i strachu na twarzy Jennifer. Miała wrażenie, że wnuczka stoi na
jakimś zakręcie.

Gabby odwróciła wzrok i spojrzenie jej padło na fotografię Liii nad morzem.

Powoli,   powoli,   Gabby  zaczęła   kiwać   głową,   bo   spłynęło   na   nią   natchnienie.   Nagle
wiedziała dokładnie, co ma robić.

– Dziękuję, Liii – szepnęła, sięgając po słuchawkę.
19–
Niczym dwaj uciekający przestępcy, Gabby i Jennifer rozejrzały się ukradkiem,

zanim wskoczyły do taksówki i popędziły na Broadway. Frieda Steinberg czekała przed
swoim domem na 89 Ulicy, obok parkował jej wyblakły niebieski buick z 1987 roku.
Podczas gdy Jennnifer przenosiła walizki do bagażnika, Frieda wręczyła Gabby kluczyki
i mocno ją uściskała.

– To takie podniecające. Jak w kinie! – szeptała radośnie, omiatając wzrokiem

ulicę.

Uniosła brwi, gdy Gabby wśliznęła się na fotel kierowcy. – Nie sądzisz, że za

kółkiem potrzeba młodszych oczu?

–   Mała   była   na   nogach   całą   noc   –   wyjaśniła   Gabby.   –   Powinna   się   trochę

przespać, Frieda. Dziękuję ci bardzo. Wiesz, że normalnie nigdy bym cię nie prosiła.

– O czym ty mówisz? Tkwi w garażu jak samotna wdowa. Znasz to uczucie.
Szczęśliwej podróży!

background image

Gabby włączyła silnik i samochód szarpnął do przodu. Nacisnęła hamulce, aż

zapiszczały.

– Popuść hamulec, Gabby – zawołała Frieda przez okno. – Te bardzo czuły. I nie

gazuj za mocno. Ten samochód ma jeszcze sporo życia.

Gabby   kiwnęła   potakująco   i   odjechała.   Rozpędziła   się   bezwiednie,   po   czym

zahamowała gwałtownie, a po chwili znów wystrzeliła naprzód, znikając za rogiem.

– No, tośmy się urwały – powiedziała do Jennifer, która skinęła niepewnie.
Gabby   wjechała   na   Riverside   Drive   i   wtopiła   się   w   ruch   na   Henry   Hudson

Parkway.

Jennifer spojrzała na nogi babki. Ledwie sięgały pedałów. Kołysanie samochodu

przyprawiało Jennifer o mdłości. Zaproponowała, że sama poprowadzi, ale Gabby uparła
się, że Jennifer musi się przespać i że na autostradzie jazda będzie spokojniejsza. Jennifer
obserwowała, jak babka zabawnie zerka zza kierownicy z wyrazem nabożnego skupienia.
Ale po minionej nocy nie mogła zmobilizować się do bardziej stanowczego protestu.

– Dokąd właściwie jedziemy? – spytała, kiedy zamknęła oczy i umościła się na

miękkim, obitym kwiecistą tkaniną fotelu pasażera.

– Twoja mama i ja uwielbiałyśmy takie wypady w jej szkolnych latach. Gdy twój

dziadek Icek był zajęty szyciem i naprawami dla klientów, myśmy robiły sobie wagary i
po prostu uciekałyśmy z miasta. Pomyślałam sobie, że może ty i ja też pojechałybyśmy
na wagary. Tam, gdzie nikt nas nie znajdzie.

W gruncie rzeczy Jennifer niewiele obchodziło, dokąd jadą, byleby nie musiała

wracać do ojca i lekarzy w Los Angeles.

–   Cel   podróży  to   sekret   –   powiedziała   Gabby  z   szelmowskim   uśmiechem.   –

Powiem   ci   tylko,   że   najpierw   jedziemy   na   północ,   do   Berkshires.  Trochę   to   nie   po
drodze, ale właśnie tam jest miasteczko, do którego lubiłyśmy wstępować z twoją mamą.
Patrzyłyśmy na opadające w październiku liście. Dziś już na to za późno, liście opadły.
Nie szkodzi.

Usiądziemy sobie przed zajazdem Pod Czerwonym Lwem, zjemy świeże ciasto

dyniowe i pogadamy o naszych marzeniach.

Upłynęła mniej więcej godzina odkąd opuściły Manhattan, kiedy Jennifer, która

zamilkła po piętnastu minutach jazdy, ni stąd, ni zowąd wypaliła: – Ja tam co do siebie
nie mam żadnych  marzeń. Przynajmniej  na dłuższą  metę – dodała  rzeczowo  i znów
zasnęła.

Gabby przeżuwała tę uwagę do samego Massachusetts, zastanawiając się, czy

przełom u Jennifer, w który tak chciała wierzyć, rzeczywiście jest możliwy, i czy jej
własne   babki,   słabnące   siły   pozwolą   jej   na   jeszcze   jedną,   ostatnią   podróż   –   ku
uzdrowieniu wnuczki.

To marzenie było teraz najważniejsze.

background image

20

Zapadł   już   zmrok,   gdy   wjechały   do   niezwykłego   maleńkiego   miasteczka

Stockbridge i odszukały zajazd Pod Czerwonym Lwem, gdzie Gabby zamówiła pokój.
Koślawa biała budowla, służąca podróżnym nieprzerwanie od roku 1773, była dokładnie
taka, jak pamiętała ją Gabby. Długie dzieje zostawiły tu swoje ślady, stworzyły tradycję,
którą Gabby tak kochała, dawały poczucie ciągłości życia, które naziści podczas wojny
próbowali   Gabby   odebrać.   Ci   barbarzyńcy   przecinali   związki   ludzi   z   rodzinami   i
przeszłością – twierdziła Gabby. Dlatego z taką mocą wpajała córce miłość do tradycji i
dlatego decyzja Liii o przeprowadzce na drugi kraniec kontynentu stała się wyjątkowo
bolesna.

Gabby   i   Jennifer   jadły   obiad   w   tawernie   na   tyłach   zajazdu,   przy   stole

zastawionym   porcelaną   ze   Staffordshire,   wśród   cynowych   dzbanów   i   mebli
pamiętających   osiemnasty   wiek.   Oczy   Gabby   rozbłysły,   gdy   czytała   Jennifer   krótką
historię zajazdu wydrukowaną na odwrocie menu. Następnie przeszła do listy sławnych
ludzi, którzy zatrzymywali się tutaj w ciągu minionych lat.

Jennifer słuchała uprzejmie, ale chociaż przespała prawie całą drogę od Nowego

Jorku   do   Stockbridge,   ze   zmęczenia   mało   co   chwytała.   Ciągle   wracała   myślami   do
denerwującej   przedpołudniowej   sprzeczki   z   ojcem.   Po   trzecie,   czuła   się   zdradzona.
Dlaczego babka przyrzekła odesłać ją do Los Angeles na Dzień Dziękczynienia? Był to
cios godzący w zaufanie między nimi dwiema, które zaczęła przyjmować za oczywiste.
Pomyślała o poprzedniej nocy w parku. Tak niewiele brakowało, aby machnęła ręką na
wszystko. Prawda była taka, że nic się nie zmieniło. Bo czy mogło się zmienić, skoro
osoba ci najbliższa tak łatwo cię odpycha. Kiedy Gabby odczytywała co smakowitsze
kawałki   z   opisu  kulinarnych   przyzwyczajeń   Nathaniela   Hawthorne’a,   który  bywał   tu
gościem, Jennifer kontemplowała baterię butelek Sama Adamsa na półkach baru.

Po   znakomitym   obiedzie   złożonym   z   miejscowych   przysmaków,   w  tym   zupy

rakowej, су dra i kremu orzechowego, oraz z płata grillowanego jankeskiego mięsa, co
Jennifer   popiła   paroma   kwartami   piwa,   Gabby  spojrzała   w   maślane   oczy   wnuczki   i
uznała, że najwyższa pora pójść spać. Wchodząc chwiejnym krokiem na pierwsze piętro,
Jennifer o mały włos byłaby spadła ze schodów. Gabby starała się jak mogła podpierać
dziewczynę,   ale   stanęła   bezradnie,   gdy   wnuczka   klapnęła   na   podłogę,   wybuchając
salwami bezmyślnego śmiechu. Z wielkim trudem, prośbą i groźbą, udało się Gabby
postawić   Jennifer   znów   na   nogach   i   zawlec   do   pokoju.   Otworzywszy   drzwi,   nie
odmówiła sobie łagodnego skarcenia wnuczki za próby topienia smutku w alkoholu.

– Smutku? Jakiego smutku? – odcięła się Jennifer, chichocząc. Ale Gabby nie

była w nastroju do żartów. Nadszedł czas na poważną rozmowę.

– Posłuchaj mnie, wnusiu. Jesteś nafaszerowana prozakiem, a pijesz jak ruski

mołojec.

Tracisz przez to poczucie rzeczywistości. I świadomość człowieka, który jest w

tobie. Tracisz siebie, i co ci pozostaje?

Jennifer z głupawym uśmiechem potrząsnęła głową i otworzyła szeroko okno,

wpuszczając strumień zimnego powietrza.

–   Nie,   nie,   nie,   żadnych   psychologicznych   zagrywek,   babciu.   Sprawa   polega

właśnie na tym, żeby ogłuchnąć i oślepnąć na świat. Potrafisz to zrozumieć? Za dużo
uczuć – do takiego wniosku doszłam nocą w parku.

background image

Gabby zdjęła wełniany sweter, zamknęła okno i obróciła twarz ku wnuczce, która

runęła na stojące w pokoju królewskie łoże.

– Jutro jest nowy dzień, Jennifer. Nie będziesz nań gotowa, jeżeli nic nie będziesz

czuła. Tylko uczucia są prawdziwe. Niektóre są złe, tak, ale jest też wiele dobrych. Masz
w sobie taki dzwoneczek, który ostrzega cię, gdy coś jest kłamstwem, i wskazuje, co jest
prawdą. Jeżeli zalejesz go alkoholem – umilknie.

Jennifer zerwała się i skoczyła do łazienki. Gabby wstrzymała oddech, niepewna,

czy powinna iść za nią. Wahała się niedługo.

Wkrótce   drzwi   łazienki   otworzyły   się   gwałtownie.   Jennifer   niemal   uderzyła

głową o framugę, wpadając do pokoju z palcem wycelowanym w babkę.

– Dobra, niech sobie będą prawdziwe. Co jutro ma do zaproponowania komuś

takiemu jak ja? Jutro i pojutrze, i popojutrze? Tylko recykling tego samego gówna, które
się przez niego przelewa i które – wiesz co? – cuchnie.

–   To   jest   pijacki   bełkot   –   powiedziała   Gabby,   zbywając   słowa   Jennifer

machnięciem ręki, i poszła się rozpakować. Wyciągnęła szufladę staroświeckiej dębowej
komody i układała swoją bieliznę.

Przechodząc   do   części   pokoju   zajmowanej   przez   Gabby,   Jennifer   odruchowo

zapukała w mały stolik, na którym stały dwie kryształowe szklanki i butelka Perriera.
Brzęk   szkła   zaalarmował   Gabby,   odwróciła   głowę,   ale   Jennifer   nie   zrezygnowała   z
natarcia.

– Powiem ci, że właśnie tu całkiem się mylisz. Oto prawdziwa ja. Ta, którą chcesz

odesłać na Święto Dziękczynienia, bo tak sie umówiliście. Ty i mój ojciec. Hej, Jennifer
jest za bardzo pokręcona, żeby prowadzić własne życie. Zawrzyjmy układ! No więc,
babciu, zegar tyka. Dokonaj swego cudu.

– Jennifer, obiecałam, że wrócisz, żeby zmusić ojca do zostawienia cię w spokoju.
Wiesz, że uzgodniliśmy to jeszcze w szpitalu. Inaczej zamknęliby cię tam od razu.

Widziałaś, jaki on jest, ten twój ojciec? Powiedziałam, co musiałam – tylko tak mogłam
ci pomóc, szejna.

–   Chcesz   mi   pomóc?   To   czemu,   do   cholery,   mnie   odsyłasz?   Pozbywasz   się,

wyrzucasz   po   dwudziestu   czterech   dniach.  A  jeśli   się   nie   zgodzę,   to   co?   Nieważne,
prawda? Słyszałam, coś mu powiedziała: „Rób, co uważasz za stosowne”.

– Tak się tylko mówi – broniła się Gabby, odsuwając Jennifer na bok, w stronę

dwóch łóżek. Opadła na czworaki i starannie zbierała okruchy szkła do kosza na śmieci.
– Ale, Jennifer – ciągnęła starając się powstrzymać uparty kaszel – wcale nie musisz tam
wracać   pod   czyjąś   opiekę,   bo   przecież   będziesz   zdrowa.   Słuchasz   mnie?   Będziesz
odpowiadać sama za siebie i żyć tak, jak zechcesz. Wiesz, skąd to wiem?

Gabby skaleczyła się w palec i musiała wstać po chusteczkę, żeby zatamować

krew.

Stała   naprzeciw  Jennifer  i   patrzyła,   jak  dziewczyna   wyciąga   suche   kwiaty ze

stroika i ciska jeden po drugim do kosza.

– Pytałam, czy wiesz, skąd to wiem, że wyzdrowiejesz, gołąbeczko? – Jennifer

nie odpowiedziała, ale babka mówiła dalej: – Bo wiem, z czego jesteś stworzona. Bo w
mrokach śmierci nie ma miejsca na twoją piękną duszę. Twoje miejsce jest w świetle.

Gabby  oddychała   ciężko,   krew  z  palca  przesiąkała   przez  chusteczkę.   Jennifer

przyglądała się chwilę babce, trochę zaniepokojona skaleczeniem, ale szybko stłumiła
odruch współczucia. Usadowiła się w wyplatanym fotelu na biegunach, który stał w kącie

background image

pokoju i sprawiał wrażenie, że zaraz się rozpadnie.

– Wiesz, dlaczego nie mogłam z tym skończyć zeszłej nocy w parku? – bujała się

energicznie   do   przodu   i   do   tyłu,   jakby   chciała   wbić   fotel   w   gładką   powierzchnię
wiekowej drewnianej podłogi. Gabby nie spuszczała z niej oka. – Nie, nie dlatego, że nie
czułam swojego bólu. To nie tak. Tylko dlatego, że pozwoliłam sobie poczuć twój. Ale
przyjmij do wiadomości, babciu, że wcale nie żyję twoim bólem. Żyję moim. Co z tego,
że piję i w ogóle?

Daj se luz.
Zapadła cisza. Jennifer wstała, rzuciła się na łóżko, skopała buty, sięgnęła po

pilota i włączyła telewizor. Gabby patrzyła, jak tak leży, pijana i niewdzięczna. Podeszła
do telewizora i nacisnęła wyłącznik.

– Nie – oznajmiła spokojnie. – To nie w porządku.
Jennifer kręciła głową, odurzona alkoholem i złością, bo nie chciała tej rozmowy.
– Słuchaj, babciu, opowiadasz tu o swoich wspomnieniach, o historii, o tym, co

kto zrobił i kiedy, jakby którakolwiek z tych rzeczy była ważna. Co do mnie, wolę się
leczyć inaczej. Hej, byłam nawet zadowolona, że wybieramy się w tę twoją podróż, ale
nie zamierzam psuć sobie przez ciebie humoru. Nie zmuszaj mnie, żebym wypruwała
przed tobą flaki. Widzisz, kim jestem. Nikt nigdy nie chciał uznać, kim jestem, a już
najmniej moja rodzina. Pomyśl nad tym.

Jennifer podniosła się, chwyciła swój plecak i poszła usiąść przy parapecie.
Odwrócona   tyłem   do   Gabby   wygrzebała   z   plecaka   pigułki,   które   ukradła   z

apteczki Friedy Steinberg tego dnia, kiedy były u niej na lunchu. Ręka Jennifer utkwiła w
bocznej kieszeni plecaka, palce obmacywały flakonik. Zagapiła się na drzewa za oknem.
Wiał silny wiatr, niebo poczerniało.

– A czy twoja matka nie myślała nad tym? – spytała twardo Gah by, nie ustępując

przed pijackim bełkotem. Po chwili milczenia Jen. nifer upuściła pigułki, odwróciła się
od okna i kopnęła w ścianę z siłą, która zdumiała Gabby. Twarz Jennifer wykrzywił ból,
kie. dy wybuchnęła straszliwym oskarżeniem.

–   Matka   zostawiła   mnie,   żebym   sobie   sama   z   tym   wszystkim   radziła.   Nie

rozumiesz tego?

Gabby cofnęła się jak przed uderzeniem, ledwo skrywając gniew.
– Wstydziłabyś się! Obwiniasz matkę o jej tragiczną śmierć?
– Obwiniam wszystkich. Wszyscy mnie zostawili.
– Matka cię kochała, Jennifer, wcale nie wybierała sobie takiej śmierci.
– Nie? Spalała się, niszczyły ją własne emocje. Podsłuchałam jej telefoniczną

kłótnię z ojcem tego ranka. Krzyczała, że wystawił mnie do wiatru, bo nie załatwił, żeby
samochód był gotowy na czas. Walczyła jak lwica, kiedy wpadła w złość. Zawsze starała
się mnie chronić i dlatego nigdy nie zwracała uwagi na to, co robi. Pół życia chodziła z
głową   w   chmurach,   marząc   o   tym,   jak   moglibyśmy   wszystko   zmienić.   Była   tak
uczuciowa, że w jej oczach widziało się serce jak na dłoni. Oto, co uczucia z tobą robią,
nie   rozumiesz   tego?   Kradną   ci   uwagę,   więc   nie   potrafisz   zobaczyć,   co   ci   grozi.
Szesnaście innych osób widziało ten samochód i wszystkim udało się uciec. Albo myślała
o tym, że jest wściekła na ojca, albo denerwowała się moim dyplomem, tak czy owak
zginęła przez emocje.

– Jak śmiesz tak mówić? – obruszyła się Gabby. – Nie wiesz, jak było.
– A co to za różnica? Nie ma jej, nie ma, a ja nigdy nie mogłam powiedzieć jej

background image

tego, co chciałam, co musiałam – Jennifer z rozpaczą potrząsała głową. – Już nigdy nie
zadam jej żadnych pytań, nigdy nie opowiem, jak boli strata kogoś, kto przyrzekł, że
nigdy cię nie opuści. Ale ona to zrobiła, opuściła mnie. A ty nie możesz sprowadzić jej z
powrotem, więc skończmy tę rozmowę, dobrze? Jennifer rzuciła się na łóżko z furią,
której tym razem Gabby się nie przestraszyła, ale stawiła jej czoło.

– Masz coś do powiedzenia swojej matce, to powiedz. Nie chowaj tego w sobie.
– Moja matka nie żyje! Daj mi spokój.
– Nie dam ci spokoju. Kiedy kogoś kochasz, to nie pozwalasz mu cierpieć w

samotności. Powiedz mnie to, co chciałabyś powiedzieć jej. Wyduś to z siebie.

– Nie jesteś moją matką, zgadza się?
– Nie jestem. Ale twoja matka jest cząstką tego, kim ja jestem, tak samo jak

cząstką ciebie.

– Przestań, babciu, nie rób tego.
Jennifer   odsunęła   się   i   ukryła   głowę   pod   poduszką.   Gabby   zdarła   z   niej   tę

poduszkę.

– Rozmawiam z twoją matką nieustannie, bo nie mogę znieść, że nie ma jej przy

mnie.

I sądzę, że tak jest dobrze. Bo dzięki temu ona wciąż żyje we mnie. I teraz jest z

tobą, tu, w tym pokoju, wiem o tym.

– Jesteś wariatką, tak, wariatką! – odkrzyknęła Jennifer i uciekła w najdalszy kąt

pokoju.

– Miła jesteś dla mnie. Zaraz stąd wyjdę, a ty zrobisz, co zechcesz. Powiedz mi

tylko,   co   byś   powiedziała   swojej   matce,   gdyby   stała   teraz   obok   ciebie.   Nic   nie
ryzykujesz, Jennifer.

Pozbądź się ciężaru, który cię gniecie.
– Co ty możesz wiedzieć, co mnie gniecie?
– Nie wiem nic prócz tego, przez co przeszłaś, Jennifer. To prawda. Spójrz na

mnie.

Myślisz,   że   to   wariactwo   mówić   do   niej?   Przecież   to   właśnie   robimy,   kiedy

tracimy tych, których kochamy. Łatwiej wtedy znieść stratę, przynajmniej mnie.

Gabby podeszła bliżej.
– Śmiało, Jennifer. Co byś jej powiedziała, gdyby była w tym pokoju? Bo ona jest

tutaj, gołąbeczko. W tobie i we mnie. I przysięgam na Boga, że czeka na ciebie.

– To niesamowite. Mamy mówić do zmarłej? Ja nie chcę. Idź sobie! – wycedziła

Jennifer przez zaciśnięte zęby. – Zostaw mnie w spokoju.

–   Nie   zostawię   cię,   Jennifer,   więc   porozmawiaj   ze   mną.   Gabby   nalegała,

niepewna, czy postępuje słusznie, ale jeszcze bardziej obawiając się, że straci wnuczkę,
jeżeli zrezygnuje.

– Mów do mnie. Powiedz mi, co ci leży na sercu. Powiedz. Teraz.
– Przestań, babciu! – wrzasnęła Jennifer.
– Teraz, gołąbeczko,  zanim całkiem się rozsypiesz. Zanim utracisz  tę cząstkę

matki, którą nosisz w sobie. Zanim...

–  Aaa!   –   zawyła   Jennifer,   waląc   pięścią   w   poduszkę   i   odwracając   się,   żeby

spojrzeć na babkę, której twarz płonęła z niecierpliwości.

– Za długo dźwigałaś ten ból – błagała Gabby. – Oddaj go mnie. Oddaj mi ból,

który masz w sercu.

background image

Zaciskając pięści, Jennifer wybuchnęła nagle wściekłością i poczuciem krzywdy,

które wypełniły cały pokój.

– Mamo! – wołała, a z przymkniętych oczu płynęły jej łzy. Gabby nie miała

pojęcia, czego się spodziewać, i wstrzymała oddech. Tymczasem tama pękła i udręka
szerokim strumieniem wylała się z Jennifer.

– Zostawiłaś mnie tutaj, samą. Dlaczego musiałaś to zrobić? Dlaczego się nie

rozejrzałaś, nie przyspieszyłaś kroku? – płakała Jennifer.

Gabby cofnęła się, zaskoczona siłą wybuchu. Potem, z ręką na sercu, otworzyła

usta, żeby odpowiedzieć, tak jak odpowiedziałaby Liii.

– To nie była jej wina. Nigdy nie chciała cię porzucić, Jennifer, przecież wiesz.
Jennifer   podniosła   się   na   kolana   z   twarzą   zaczerwienioną   od   alkoholu   i   z

wściekłości.

– Dlaczego zapomniałaś o moim ojcu. O tym, jak krzywdził ją i kobiety w ogóle.
Dlaczego nie umiała się bronić? Powinna być bardziej samolubna, wziąć tego

dnia samochód, pozwolić mi pójść piechotą, do ciężkiej cholery – zaklęła, nie otwierając
oczu.

Gabby również poczerwieniała. Smutno trzęsła głową.
– Powiedziałaby ci, że człowiek nigdy nie może przewidzieć, co mu się w życiu

przydarzy, kochanie. Nie przypuszczała, że odejdzie tak nagle. Powiedziałaby ci, jak
bardzo tego żałuje.

Jennifer zeskoczyła z łóżka i w podnieceniu biegała po pokoju.
– Tak, świetnie, ale żal i przeprosiny nie wystarczą. Mogłyśmy spędzać więcej

czasu razem. Straciłam już ojca, i obie wiemy,  że nie był dobrym ojcem. Ale nadal
cierpiałam.  A  mama   była  jedyną  istotą,  na  której  mogłam  polegać.   I  wtedy  odeszła.
Gdyby nie zatrzymała się, żeby kupić tę głupią książkę, to nie znalazłaby się nigdy w
niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze. Potrzebowałam jej!

Gabby  odzyskała   już   grunt   pod   nogami   i   odparła   spokojnie:   –  Wiem,   co   by

powiedziała. Powiedziałaby, jak bardzo jej smutno, że nie mogła być przy tobie, tak jak
tego pragnęłaś.

– Wyobrażasz sobie, jak to jest, kiedy kładą ci matkę do grobu na tydzień przed

twoim balem absolwentów? – ciągnęła Jennifer, nieprzytomna z bólu. – Kiedy patrzysz,
jak rzucają garść ziemi na jej trumnę i serce ci pęka, bo cały twój świat się rozpada i
zostają same gruzy?

– To musi być straszne, Jennifer, tyle wiem.
–   Kiedy   nawet   nie   możesz   pokazać   się   jej   w   sukience,   którą   pomagała   ci

wybrać...

rozumiesz to?
Gabby potakiwała drżąca, przerażona wybuchem, nie spuszczając oka z Jennifer,

która miotała się po pokoju jak zwierzę w klatce.

– A potem te pieprzone oszołomy, ci lekarze, którzy faszerowali mnie xanaksem,

jakby to był dar Boży, a ja nie protestowałam, nic a nic, bo – nie zgadniesz – chciałam do
nich chodzić.

– Rozumiem, dziecinko.
– Naprawdę? – krzyknęła Jennifer, napierając na Gabby, jakby zobaczyła w niej

zmarłą   matkę.   –   Wiesz,   jak   to   jest,   kiedy   wreszcie   znów   się   komuś   zaufa,   odsłoni
najskrytsze tajemnice, a ten ktoś odepchnie cię, wyrzuci jak śmieć, bo sam nie potrafi

background image

pozbierać się do kupy? Myślisz, że wiesz, jak to jest, prawda? Nic nie wiesz!

Jennifer praktycznie leżała na Gabby; zwaliła się na babkę, przeniknięta bólem,

rozdygotana tak, że mogła zrobić staruszce krzywdę. Gabby wytrzymała napór, ani razu
nie uchylając się ani nie odwracając wzroku.

– Przyznaj się, że nie umiesz odpowiedzieć... I mama też by nie umiała, bo nie

była tutaj i nigdy nie mogłam jej się zwierzyć. Nie mogła tu być choćby po to, żeby mnie
wesprzeć, tylko wesprzeć! Dlaczego, dlaczego? Dlaczego żyjemy w świecie, w którym
nic nie jest pewne, babciu? W którym opuszczają cię ukochani mężczyźni, bo nie zdążyli
dorosnąć, w którym na przejściu dla pieszych może cię zabić samochód, bo jakiś pijany
kierowca ma zły dzień. Dlaczego żyjemy na takim zasranym świecie? Wytłumacz mi.

Potrafisz to wytłumaczyć?
Kiedy wściekłość Jennifer doszła do zenitu, Gabby rozpostarła ramiona jak anioł–

pocieszyciel. Powoli czule otoczyła nimi wnuczkę, przytuliła ją do siebie, pozwalając
biedaczce wypłakać się na piersi starej babki.

Po kilku minutach złość minęła, Jennifer odsunęła się i stanęła na środku pokoju z

bezwładnie zwisającymi rękami.

– Zsumuj to wszystko, a zobaczysz, że nic się nie liczy, już nie. Anі ja, ani

cokolwiek, i ty też. Wszystko jest nieważne. Po prostu... nieważne – w głosie Jennifer
brzmiała   rezygnacja.   –   Tak   bardzo   chciałam,   tak   pragnęłam   opowiedzieć   jej   o   tym
wszystkim.

Próbowałam. Nie wiedziałam, jak zacząć... – głos Jennifer załamał się, a usta

utworzyły jedną niemą, otwartą ranę. Najgłośniejszy krzyk, jaki Gabby słyszała w życiu.

Długi czas Jennifer płakała w objęciach babki, spoglądając przez jej ramię w

próżnię.

Potem, gładząc łagodnie głowę wnuczki, Gabby szepnęła jej do ucha: – Patrzyła

na ciebie, Jennifer, stamtąd, gdzie teraz jest. Czuwała nad tobą, kiedy spałaś. Myślisz, że
cię opuściła, ale ona ciągle tu jest. Nie na świecie, który widzisz, ale w twoim sercu.
Mama nigdy cię nie opuści, maleńka. Jeśli poszukasz jej w sercu, przekonasz się, że ona
nigdy nie łamie obietnic.

Jennifer tuliła się do babki, a łzy swobodnie spływały z jej oczu.
Gabby nie wiedziała, do kogo naprawdę tuli się Jennifer – do niej, czy do matki.

Może wcale nie było to ważne. Jej ukochana wnuczka nareszcie wracała do domu.

Z mroków pamięci Gabby zaczęło się nagle coś wyłaniać. Była to historia jej

własnych cierpień. Wiedziała, że tylko sama umiałaby ją opowiedzieć. Kiedy umrze,
umrze   także   cała   historia,   chyba   że   przekaże   ją   teraz   Jennifer.   Spojrzała   na   drżącą,
kruchą,   przytuloną   do   swojej   piersi   osóbkę.   Nie   była   pewna,   czy   będzie   mieć   dość
odwagi, żeby obarczyć takim ciężarem młodą, wrażliwą dziewczynę. Podobnie jak Liii,
Jennifer zawsze wzbraniała się przed opowieściami o Holocauście. Ale Gabby wiedziała
również, że jest to może ostatni moment, w którym może mówić. I może ostatni i jedyny,
w którym Jennifer zechce słuchać. Po drugie, nie miała już do zaofiarowania niczego
więcej.

Gabby pomogła wnuczce wrócić na łóżko, a Jennifer położyła głowę na kolanach

babki. I tak przy szumie jesiennego wiatru, szarpiącego starymi okiennicami w Nowej
Anglii,   Gabby   rozpoczęła   opowieść,   której   –   wiedziała   o   tym   –   Jennifer   powinna
wysłuchać a którą ona powinna opowiedzieć.

background image

21

Małe   miasteczko   Żołynia   w   południowowschodniej   Polsce   było   prześlicznym

miejscem na dorastanie. Szejn wi di zibn weltn – piękne jak jeden z siedmiu cudów
świata, mawiał mój tato. Mieliśmy ładne szkoły, nasi koledzy byli Żydami albo i nie
Żydami, tylko przeważnie katolikami. Tatuś był miejscowym krawcem, potrafił naprawić
wszystko.   Fania,   twoja   prababcia,   grała   na   fortepianie   i   dawała   lekcje   muzyki
miejscowym dzieciom, których rodziców stać było na takie fanaberie. Latem bawiliśmy
się i biegali po okolicznych polach i łąkach. A zimą, kiedy zamarzał malutki miejski staw,
moja siostra Anna i ja jeździłyśmy kolejno na łyżwach – miałyśmy tylko jedną parę, bo
tata nie miał pieniędzy na dwie.

Ślizgałyśmy się aż do zachodu słońca.
Jennifer uniosła głowę, osłabiona jeszcze płaczem i oszołomiona piwem, którego

sporo wypiła.

– Zapomniałam, że miałaś siostrę – powiedziała.
– Annę – Gabby wymówiła imię ze smutkiem w oczach. – Och, Anna fruwała na

łyżwach,   jakby  się   z   nimi   urodziła.  Aż   miło   było   na   nią   patrzeć.   –   Gabby  żałośnie
zapatrzyła się w przestrzeń.

Cisza   wypełniła   pokój,   Jennifer   przyglądała   się   bruzdom,   które   cierpienie

wyżłobiło na twarzy Gabby.

–   Opowiadaj   dalej,   babciu   –   szepnęła.   –   Chcę   słuchać,   naprawdę   –   dodała

głośniej.

Gabby już się pozbierała.
– Tak, tak... A ja chcę opowiadać – i zaczęła znowu: – Był chłodny wrześniowy

dzień, kiedy cały mój świat wywrócił się do góry nogami. Liście już opadały. Naziści
bombardowali Polskę od dwóch tygodni. Ale mówiono nam, że polskie wojsko odnosi
wielkie   sukcesy   w   walce.   Nie   wiedzieliśmy,   że   Rosjanie   wbili   nam   nóż   w   plecy,
zawierając układ, w którym dzielili się Polską z Hitlerem. Kiedy wdarli się do kraju,
Polacy nie podołali walce na dwóch frontach. Nasze miasteczko znalazło się na terenach
zagarniętych przez Niemców. Baliśmy się, ale mieliśmy nadzieję, że Brytyjczycy lub
Francuzi   przyjdą   nam   z   pomocą.   Nie   mieściło   się   nam   w   głowach,   że   niemieccy
żołnierze mogą zająć nasze malutłde miasteczko. To, że naprawdę wkroczą do naszych
domów – było nie do pomyślenia.

Siedzieliśmy przy obiedzie. Mama upiekła ciasto, bo nazajutrz przypadały moje

trzynaste urodziny, i obie z Anną tak błagałyśmy, żeby nam pozwoliła skosztować, że w
końcu   uległa   podała   kawałeczek   uwielbianej   przeze   mnie,   oblanej   czekoladą   babki.
Nagle   rozległ   się   okropny  hałas   i   kilku   mężczyzn   wyłamało   drzwi.   Należeli   do   SS,
najbardziej zbrodniczej formacji w armii Hitlera. Wrzeszczeli na mojego ojca, celowali w
nas z pistoletów. Anna krzyczała i mama chciała do niej podejść, ale wtedy jeden z
mężczyzn  odepchnął  mamę.  Upadła  na  pianino,  które  wydało  żałosny dźwięk,  jakby
samo cierpiało.

Tatuś   zawołał   do   mojej   siostry   i   do   mnie,   żebyśmy   uciekały,   ale   Niemcy

blokowali   drzwi.  Nie  wiedziałyśmy,   co  robić.   Oni   przewracali  krzesła,   tłukli  talerze,
wszystko działo się tak szybko. Tatuś próbował odciągnąć moją mamę od jednego z tych
mężczyzn,   mama   waliła   w   jego   pierś   pięściami,   krzycząc,   żeby  zostawił   w   spokoju
dzieci,   i   wówczas...   Nie   wiem,   co   się   stało.   Usłyszałam   strzały   i   mama   upadła.

background image

Rozejrzałam się i zobaczyłam, że Anna jest zalana krwią. Trafiły ją kule. Krzyknęłam,
kiedy upadła obok matki. Obie nie żyły.

Opowiadając,   Gabby   chwyciła   rękę   wnuczki.   Skulona   przy   kolanach   babki

Jennifer odwzajemniła uścisk.

– W następnej sekundzie, zanim skierowali broń w naszą stronę, poczułam, że

łapią mnie silne ręce ojca. Potem, nie wiadomo skąd, pojawił się pistolet wycelowany w
jego głowę. Zdawało się, że na ułamek sekundy wszystko zaczęło toczyć się wolniej.
Widziałam pistolet. Widziałam twarz ojca. Słyszałam łomot swojego serca. I dokładnie w
tej chwili, kiedy wystrzelili w tatusia, on podniósł mnie i z całej siły cisnął przez okno,
które było za nim. Jedyne, co widziałam, spadając, to rozsypujące się dookoła szkło. A
potem czas zaczął biec szybciej. W następnej minucie byłam już na dworze, ranna, ale
żywa. Uciekłam stamtąd.

Uciekałam,   dopóki   głosy   i   strzały   nie   umilkły,   dopóki   już   niczego   nie   było

słychać.

Gabby urwała.
– Musiałaś się bardzo bać, babciu – powiedziała cicho Jennifer. – Dokąd mogłaś

pójść?

Gabby dostała dreszczy, ściągnęła więc leżący na łóżku kolorowy patchwork i

owinęła nim Jennifer i siebie.

– Ukryłam się tej nocy tam, gdzie chłop trzymał świnie i kozy. Właśnie tam, w

błocie.

Pękałabyś ze śmiechu na mój widok, gdyby nie okoliczności. Widziałam w oddali

wiele   płonących   domów   i   kazałam   sobie   spać   z   obrazem   tatusia,   mamy   i   Anny.
Następnego dnia zjadłam resztki z koryta dla świń, a wieczorem uciekłam polami do
lasu. Błąkałam się chyba parę dni, pijąc wodę z kałuż i jedząc szyszki i leśne grzyby.
Ciągle myślałam o tym, że wszyscy których kochałam, nie żyją.

Jennifer poczuła, że babka przytula ją mocniej. Serdecznym gestem ujęła rękę

Gabby i przycisnęła do swego policzka. Wiatr w za oknem, ale Jennifer pogrążyła się w
świecie przeszłości, który ożywał tu, w tym pokoju, obok nich.

– Po wielu dniach bardzo osłabłam. Nigdy przedtem nie było mi tak zimno. Nie

widziałam sensu w dalszej ucieczce. Wiedziałam, że to tylko kwestia czasu, zanim mnie
znajdą.   Słyszałam   strzały  w   lesie,   gdy  Niemcy   zabijali   Polaków.  Wiedziałam,   że   na
pewno podzielę los moich bliskich. Zrozumiałam, że idę na śmierć i ukrywanie się nic mi
nie da. Bez rodziców, bez siostry, nie miałam co robić na tym świecie i chciałam tylko,
żeby się to skończyło. Więc wyszłam zza drzew i krzewów na otwartą przestrzeń, gdzie
łatwo   mnie   było   zobaczyć   i   może   zastrzelić,   tak   jak   tatusia   i   pozostałych.   Było   mi
wszystko   jedno.   Poszłam   w   stronę   pobliskiego   miasteczka,   żeby   oddać   się   w   ręce
Niemców.

Jennifer usiadła obok Gabby, łzy jej obeschły, twarz spoważniała, a oczy czujnie

patrzyły na babkę.

–   Szłam   kilka   godzin   i   wiesz,   o   czym   myślałam?   O  Annie   na   łyżwach.   Nie

potrafiłam   myśleć   o   niczym   innym,   tylko   o   tym,   że   już   nigdy   nie   zobaczę   jej   na
ślizgawce,  nigdy nie  usłyszę  jej  śmiechu,  nigdy nie  poczuję  jej   ręki  w  mojej,  kiedy
pędziłyśmy do domu na kolację. Zabłądziłam, idąc przez las w drodze na śmierć. I wtedy
ktoś mnie klepnął w ramię.

Odwróciłam się i ujrzałam twarz kobiety – Polki, miłą twarz. Co robiła w lesie

background image

tego dnia i o tej porze, nie wiem.

Ale   ta   kobieta   zatrzymała   mnie   i   nagle   potrząsnęła   mną   z   krzykiem:

„Zwariowałaś?!

Co tu robisz? Nie wiesz, że cię złapią, jak tylko stąd wyjdziesz?”. Nie mogłam

zrozumieć, dlaczego tak krzyczy – Co ja miałam z nią wspólnego? W następnej minucie
wciągnęła mnie między drzewa, gdzie obu nas nie było widać. Opowiedziałam jej o
wszystkim,   co   spotkało   moją   rodzinę   i   mnie.   Podziękowałam   za   troskliwość,   ale
wyznałam, że nie zależy mi na życiu.

Ta kobieta znała mojego ojca. Widziała mnie w jego warsztacie krawieckim.
Nalegała,   żebym   poszła   z   nią   do   domu,   i   obiecała,   że   mnie   ukryje.

Podziękowałam i powtórzyłam, że nie zależy mi na życiu. Plask! Wymierzyła mi mocny
policzek. Do dziś go czuję. Wrzeszczała na mnie: „Ty głupia! Nie rozumiesz, że nie
wolno ci odrzucać tego, co twoja rodzina tak rozpaczliwie pragnęła zachować? Musisz
wybrać życie. Musisz żyć dla tych, którzy nie mieli wyboru”. I, gołąbeczko, nie wiem,
czy   policzek,   czy   te   słowa   sprawiły,   że   przyznałam   jej   rację.   Mój   ojciec   miał
niedźwiedzią   siłę   i   serce   lwa,   wielkie   serce.   Zrobiłby  wszystko,   żeby  uratować   nam
życie. Osłonił mnie przed kulami i wyrzucił dosłownie z domu śmierci.

Tak, kazałby mi zrobić wszystko, żebym przeżyła. Więc poszłam za tą kobietą do

jej domu. Ukrywała mnie na strychu prawie dwa i pół roku.

–   Dwa   i   pół   roku!  Ale   mama   mówiła,   że   uciekłaś   z   pociągu   śmierci.   I   że

partyzanci przeszmuglowali cię za granicę.

– To było później, po tym, jak wścibski sąsiad – sympatyk Niemców – podejrzał

moją kryjówkę i musiałam uciekać na wieś. Dzień w dzień przez dwa i pół roku ten anioł,
pani Pułaska ukrywała mnie, przynosiła mi jedzenie w małej drewnianej miseczce, raz
rano i drugi raz wieczorem, chleb, masło, trochę owsianki, co mogła, i z obiadu – zupę,
kartoflankę albo barszcz buraczany, a przy odrobinie szczęścia kawałeczek mięsa. Ale nie
czułam się dobrze na tym strychu. Pani Pułaska była szwaczką. Ludzie oddawali jej
ubrania do naprawy.

Dlatego właśnie parę razy przychodziła do mojego ojca po mocniejsze nici. Pani

Pułaska mówiła, że w ciągu dnia, kiedy kręcą się ludzie, muszę być absolutnie cicho, nikt
nie   może   usłyszeć   choćby   szelestu.   Wielu   jej   sąsiadów   kolaborowało   i   wydawało
miejscowych Żydów.

Gdyby się dowiedzieli, że pani Pułaska mnie ukrywa, Niemcy by ją zastrzelili, a

mnie wysłali do obozu.

Na strychu było bardzo ciasno. W dzień przyklejałam się do pochyłych ścian.

Dzięki temu moje nogi prawie nie dotykały podłogi. Wisząc tak, widziałam, jak knykcie
mi bieleją, i czułam ból. Nieraz ręce mi drętwiały i przez kilka godzin nie miałam w nich
czucia. Żeby mnie czymś zająć, pani Pułaska wyszukała gdzieś wycinki starych gazet.
Przypinałam je do ścian, a potem, wisząc przy ścianę, czytałam – czasami dwadzieścia,
trzydzieści razy ten sam artykuł, aż umiałam go na pamięć. Pewnego dnia pani Pułaska
zdobyła dla mnie książkę. Była to książka o uprawie roślin i czytałam ją dopóty, dopóki
kartki nie wypadły. W krótkim czasie wiedziałam dokładnie, jak stosować płodozmian i
który gatunek pszenicy jest odporny na mróz, co oczywiście nie przyniosło mi żadnego
pożytku.

Myślałam, że zwariuję na tym ciasnym strychu. Myślałam, żeby uciec nocą i

szukać ratunku w lesie. Słyszałam od pani Pułaskiej, że wielu Żydów zginęło w ten

background image

sposób,   ale   wszystko   wydawało   mi   się   lepsze   od   tej   męczącej   ciszy,   od   trwania
godzinami w bezruchu, jak w klatce.

Było to po szczególnie trudnym dniu w którym przypadały piętnaste urodzny

mojej siostry Anny. Kiedy pani Pułaska przyniosła mi kolację, zobaczyła, że trzęsę się i
nie mogę tego opanować. Powiedziałam jej, że wciąż myślę o tym, że moja siostra nie
żyje i że to nie w porządku, żebym ja miała żyć. Powiedziałam jej, że nie mogę już tkwić
w więzieniu, gdzie każdy kolejny dzień jest gorszy od poprzedniego. Przytuliła mnie i
pozwoliła płakać dopóki nie zabrakło mi łez. Otarła mi oczy rękawem i przytuliła jeszcze
mocniej. „Przychodzi taki czas, kiedy wydaje się, że wszystko, co dobre w życiu, zostało
nam odebrane – powiedziała.

Teraz   jest   taki   czas.   Ale   wierz   mi,   malutka,   jeśli   otworzysz   oczy   i   serce,

przekonasz   się,   że   każdy  dzień   ma   dla   ciebie   jakiś   prezent.   Czasami   trudno   jest   go
zobaczyć  –  przestrzegła.   –  Czasami   będziesz   musiała   dobrze  się   namęczyć,  żeby  go
dostrzec”.

Gabby   z   nieobecnym   spojrzeniem   potarła   delikatnie   policzek   Jennifer.

Uśmiechnęła się łagodnie.

–   O   czym   ty   mówisz,   babciu?   Jaki   prezent   mogłaś   dostać   w   tym   okropnym

miejscu? – Jennifer zmieszana potrząsnęła głową.

– Ja też nie miałam najmniejszego pojęcia, o co chodzi pani Pułaskiej. Nie wtedy.

Ale jej słowa i jej pieszczota uspokoiły mnie. Tej nocy przyśniła mi się Anna. Tylko że w
przeciwieństwie do wielu poprzednich nocy, w tym śnie nie było nic strasznego. Obie
ślizgałyśmy   się   znowu   na   stawie   w   naszym   miasteczku.  Anna   fruwała   obok   mnie
roześmiana,   z   głową   odrzuconą   do   tyłu.   Gdy   obudziłam   się   nazajutrz   rano,
przypomniałam sobie, co mówiła pani Pułaska. Ten sen to był pierwszy prezent, pierwszy
dar od losu.

– Sen? – Jennifer spojrzała na babkę.
–  Tak   –   uśmiechnęła   się   zatopiona   we   wspomnieniach   Gabby.   –   Bo   ten   sen

oznaczał, że cząstka mojej siostry z lepszych czasów jest ciągle ze mną. Że wspomnienie
bywa lepsze niż pieczony kurczak, nawet dla kogoś, kto, jak ja, przymierał głodem.
Nazajutrz wisiałam cichutko przy ścianie cały długi dzień i w pewnej chwili zauważyłam
parę cieniutkich skrzydełek, które otwierały się i zamykały na gzymsie tuż za oknem. Z
zachwytem obserwowałam jasnożółtego motyla kąpiącego się w słońcu. Był tam tylko
chwilę i odleciał wysoko, aż przestałam go widzieć. Motyl, który wydał mi się skarbem.
Był tak delikatny i piękny i przypomniał mi, że piękno ciągle istnieje na świecie, mimo
nazistów. Później postawiłam sobie za cel znajdowanie codziennie czegoś takiego jak
motyl. I dzięki temu, i dobroci pani Pułaskiej, udało mi się przetrwać na tym strychu.

Gabby urwała, przetarła rękami oczy i spojrzała w pełną napięcia twarz wnuczki.
– Co jeszcze znalazłaś na swoim strychu? – spytała cicho Jennifer.
Gabby popatrzyła na nią w zadumie.
– Czasami podnosił mnie na duchu błysk słońca przez szczelinę w dachu.
Wspomnienie   matki   przy   kuchni.   Bębnienie   deszczu   o   szybę   albo   widok

sypiącego wieczorem śniegu. Któregoś zimowego dnia przyglądałam się, jak topnieją w
słońcu sople zwisające za moim oknem.

Nie wiem dlaczego, ale zaczęłam rozmyślać nad tym, w jaki sposób patrzyłam

dotąd na rzeczy najprostsze i najzwyklejsze. Na przykład coś takiego jak woda. Była w
herbacie, z którą matka codziennie czekała na ojca, gdy wracał z pracy. Była w kąpieli, w

background image

której chlapałam się z rozkoszą raz na tydzień; przyjemność zakazana w kryjówce. Była
w deszczu, który dawał nam pić w latach suszy, i w płatkach śniegu, które jako dziecko
lubiłam łapać na język. Woda, zrozumiałam, może przepływać mi przez palce, ale kiedy
indziej może do mnie przychodzić w postaci odmienionej, pozwalając dwóm siostrom
unosić się nad swoją zamarzniętą powierzchnią.

Jennifer potrząsnęła w zdumieniu głową i otarła łzy.
– Rozmyślałaś tyle o czymś takim jak woda? Gabby uśmiechnęł się.
– Zdziwiłabyś się, dokąd biegną myśli, kiedy ma się nieskończenie dużo czasu. –

Potem spojrzała smutno na wnuczkę. – W chwilach naprawdę ciężkich znajdowałam dar
w przypominaniu sobie, że ktoś taki jak pani Pułaska ciągle chodzi po świecie. I odtąd
zawsze,   nawet   wtedy,   kiedy   musiałam   uciekać,   kiedy   mnie   schwytano,   kiedy
wyskakiwałam z pociągu i przekradałam się na wolność, nawet wtedy nadal szukałam
daru,   przynajmniej   jednego   na   dzień.   Pomagało   mi   to   znajdować   dobro   wśród   tego
całego zła. Wiara w dobro sprawiała, że pamięć o rodzinie płonęła jaśniej niż ogień w
piecach śmierci, które na mnie czekały.

Gabby ujęła w dłonie zapłakaną twarz Jennifer.
– Twoja matka była właśnie takim dobrem, była światłem. To samo dobro i to

samo światło są w tobie, tyle wiem. Musisz tylko chcieć je znaleźć – pocałowała ją w
czoło. – Codziennie czeka na ciebie jakiś dar, Jennifer. Jeśli zapragniesz go zobaczyć,
usłyszeć, nawet poczuć – otrzymasz go na pewno.

Wydawało się, że Jennifer zamierza coś powiedzieć. Zaglądała babce głęboko w

oczy, jakby widziała ją po raz pierwszy. A potem otoczyła Gabby ramionami i przytuliła
mocniej niż kiedykolwiek przedtem.

Wiejący na dworze wczesnolistopadowy wiatr zapowiadał ochłodzenie. Drzewa

stopniowo traciły liście. Przez frontowe okno Gabby dostrzegła stary klon, który zapłonął
w świetle płynącym z krzywej werandy. Skinieniem podziękowała za ten dar, ostatnią
feerię jesiennych kolorów.

background image

22

Następnego   ranka   Gabby   przyglądała   się   z   niedowierzaniem,   jak   Jennifer

pochłania solidne nowoangielskie śniadanie, składające się, kolejno, ze stosu naleśników
z jagodami, jajecznicy, jeszcze ciepłych babeczek nadziewanych konfiturą żurawinową i
polewanych   obficie   syropem   klonowym   –   specjalnością   Vermont,   i   jak   popija   to
wszystko   kilkoma   filiżankami   kawy   z   Green   Mountain.   Wybrała   ten   moment,   by
powiedzieć   Jennifer   o   ostatecznym   celu   podróży  –   o   Maine,   które   nazywała   swoim
najukochańszym zakątkiem świata. Jennifer nigdy nie widziała Maine, choć matka latami
wspominała te strony.

Wydawało   się,   że   stan   Maine   zajmuje   w   sercu   matki   szczególne   miejsce,

obiecywała   więc   Jennifer,   że   kiedyś   razem   tam   pojadą.  Ale   nie   zdążyła   dotrzymać
obietnicy.

Po zaparkowaniu samochodu Gabby oznajmiła, że zanim opuszczą Stockbridge,

chce   zrobić   jeden   przystanek.   Niebawem   znalazły   się   w   sali   Muzeum   Normana
Rockwella. Gabby wyjaśniła, że Stockbridge stało się przybranym domem zmarłego już
amerykańskiego grafika, który projektował okładki czasopism i cieszył się popularnością
przed,   podczas   i   po   drugiej   wojnie   światowej.   Rockwell   zawsze   idealizował   obraz
małego miasteczka w Ameryce i tworzył go na miarę swoich nadziei, które miasteczko
czasami spełniało. Było miejscem, gdzie człowiek doświadczał prostych radości życia,
jak pierwsza randka, ssanie cukierków w miejscowym sklepie albo gra w baseball.

Gabby prowadziła Jennifer do głównej sali muzeum. Wisiały tam cztery olejne

obrazy, które chciała pokazać wnuczce. Wyrażały ideały odkryte przez Gabby po wojnie.

Ilustrowały   mowę   wygłoszoną   przez   prezydenta   Franklina   Roosevelta,

wymieniającą   cztery   rodzaje   wolności,   do   których   ma   prawo   każda   istota   ludzka:
wolność od niedostatku, wolność wyznania, wolność słowa i poglądów i na koniec –
wolność od strachu.

Największe wrażenie wywarł na Jennifer, tak przynajmniej zdawało się Gabby,

czwarty obraz, przedstawiający rodziców, którzy układają córkę w łóżeczku i otulają
kołdrą, tak jakby chcieli uchronić dziecko przed wojną, o której krzyczą nagłówki na
pierwszej stronie gazety w ręku ojca. Jennifer podniosła kamerę i zdążyła zarejestrować
tę wzruszającą scenę, nim strażnik przypomniał jej o zakazie filmowania.

Później,  gdy  babka   z  wnuczką   przejeżdżały  przez   Massachusetts  Turnpike   na

trasie   do   Bostonu,   Jennifer   pomyślała   o   mordercach   swoich   krewnych   w   Polsce.  W
jednej straszliwej chwili pozbawili babkę rodziców, siostry i wolności od strachu. Ukradli
Gabby  poczucie,   gdzie   jest   jej   miejsce,   i   zniszczyli   niewinność,   zostawiając   jedynie
wybór między poddaniem się i zgodą na śmierć a walką o życie. Jennifer spojrzała na
babkę drzemiącą na fotelu pasażera. W nocy Gabby często kasłała. Nagle i ostro Jennifer
uświadomiła sobie, że podejmując tę podróż, mimo słabego zdrowia, babka jeszcze raz
wybrała życie. Zycie Jennifer.

Ogrom tego daru wstrząsnął Jennifer do głębi. Jedną ręką naciągnęła palto, jak

pled, na piersi Gabby.

Niespodziewanie zalała ją fala tęsknoty, żeby porozmawiać z matką o tej podróży,

powtórzyć babciną opowieść o darach i zapytać, dlaczego matka nigdy jej o tym nie
mówiła.

Przypuszczała, że wie, co matka by odparła; opowieść o darach należała przecież

background image

do Gabby.

Chciała spytać, co według matki powinna teraz zrobić dla babci, jak ulżyć jej

cierpieniom.   A   potem,   gdy   wróciła   pamięcią   do   swojej   próby   samobójczej   na
kalifornijskiej plaży, ogarnęło ją nieodparte pragnienie, żeby poczuć raz jeszcze dotyk
matki, układającej ją do snu co wieczór przez całe dzieciństwo.

Wspomnienie   tragicznej   śmierci   matki   napełniło   Jennifer   smutkiem.   Mama

zasłużyła na lepszy los. Po chwili jednak uświadomiła sobie, że budzi się w niej drugie,
inne uczucie, którego nie doznawała od bardzo dawna – wdzięczność. Pojęła z niezwykłą
jasnością, ile matka jej dała, jak żyła, jak. jak walczyła, jak umiała wytrwać. Jak nie
zważając na siebie, snuła plany i pracowała dla przyszłości Jennifer, przyszłości, której
nigdy – o czym nie mogła wiedzieć – nie miała stać się częścią. Mimo to stała się jej
częścią. Jak powiedziała babcia i jak teraz zobaczyła wyraźnie Jennifer, matka żyła w
niej, swojej córce.

I  z   duszą   pełną   wspomnień,   i   z  sercem   wypełnionym   wdzięcznością   Jennifer

odezwała się głosem, w którym natychmiast rozpoznała własny głos sprzed lat, kiedy
czuła się bezpieczna i kochana:

– Dziękuję ci, mamo – powiedziała cicho, gdy babcia poruszyła się na fotelu. –

Za wszystko.

background image

23

Minęło   parę   godzin,   zanim   Gabby   obudziła   się,   mrużąc   zaspane   oczy   od

wpadającego  przez   okno  słońca.  Zdziwiła   się,  że   opuściły już  Massachusetts  i  zaraz
przejadą przez mały skrawek New Hampshire prowadzący nad ocean do Portsmouth. –
Jak się masz, śpiochu? – spytała żartobliwie Jennifer.

– Troszkę się zdrzemnęłam – odparła Gabby, przecierając twarz.
– Wyspałaś się porządnie. Należał ci się odpoczynek – powiedziała Jennifer z

dziwnym uśmieszkiem, który nie uszedł uwagi Gabby.

– Wydaje mi się, że humor ci się poprawił, gołąbeczko – Gabby usiadła prosto. –

Wyglądasz na rozbawioną. Czy coś przeoczyłam?

–   Niewiele   –   odparła   wesoło   Jennifer.   –  Tylko   las   za   lasem   liści   płonących

czerwienią   i   złotem   i   żegnających   lato,   ogromne   stado   kanadyjskich   gęsi   lecących
zimować na południe.

Musiałam, po prostu musiałam stanąć i je sfilmować. Ty oczywiście ani drgnęłaś.

O tak, i jeszcze faceta błyskającego światłami na poboczu tuż pod Bostonem, ale w jego
przypadku naprawdę nie masz czego żałować.

Gabby uśmiechnęła się i skinęła z uznaniem.
– Ma poczucie humoru ta mała, kto by się spodziewał?
Tablica przed nimi informowała, że wjeżdżają do Maine. Gabby krzyknęła na

wiwat i triumfalnie podniosła ręce do góry. Jennifer przyłączyła się, unosząc jedną rękę, i
pohukiwały   we   dwie   jak   para   podchmielonych   kibiców,   aż   samochód   zarzucił
niebezpiecznie i Jennifer, rada nierada, musiała znów położyć obie ręce na kierownicy.

–  Za  życia  twego   dziadka   Icka  przyjeżdżaliśmy  tu  tak  często,  jak  się  dało   –

powiedziała Gabby. – Kochał te strony tak samo jak ja. Kiedy twoja mama skończyła
dziesięć lat, zaczęłyśmy przyjeżdżać tutaj same raz do roku.

– Pamiętam z dzieciństwa, jak mówiła, że kocha Kalifornię, ale ona nie jest tak

piękna jak wybrzeża Maine. Dla mnie to nic nie znaczyło.

– Bo  nigdy  nie  widziałaś tych  stron  na  własne oczy,  moja  panno. Wierz  mi,

zakochasz się, ledwie dojedziemy do Bar Harbor.

– Nigdy nie poznałam tak naprawdę dziadka Icka. Umarł, gdy byłam malutka.
– Tak, Jennifer. Ale on poznał ciebie. Byłaś dla niego bardzo, bardzo ważna.

Cieszył  się, że przyszłaś na świat. Cieszył się, że cząstka jego rodziny, cząstka jego
samego przetrwa i zostanie tu, kiedy jego już nie będzie. Odszedł za szybko, mój Icek.
Miał tylko sześćdziesiąt dwa lata. Za młody był, żeby umierać. Mógł jeszcze żyć.

Gabby zauważyła smutek, który ogarnął Jennifer po tych słowach. Zrozumiała

nietakt.

– Nie chciałam...
– Już dobrze, babciu.
– Oczywiście twoja mama jak mało kto zasługiwała na łaskę długiego życia.

Chętnie bym się zamieniła...

–   Już   dobrze,   babciu,   naprawdę   –   zapewniła   znowu   Jennifer,   próbując   się

uśmiechnąć.

Pamiętała   matkę   jako   kobietę   czterdziestoczteroletnią,   o   pięknych

kasztanowatych włosach i oczach, które zaczynały błyszczeć, kiedy się czymś przejęła.
Jennifer koncentrowała się na tym obrazie do chwili, gdy przejechały granicę stanową z

background image

Maine.

Zatrzymały   się   przed   przydrożną   restauracją,   w   której   podawano   domowe

jedzenie.

Nad świeżym dorszem, frytkami i napojem z jagód Gabby opowiadała Jennifer

anegdotki o dziadku. Jak łapał Jenni na kolana, zsuwając okulary, żeby ją rozśmieszyć.
Jak bawił się z nią w chowanego, kiedy pojechali ostatni raz do Kalifornii, tuż przed jego
chorobą. I jak Liii przywiozła Jennifer na wschód, żeby odwiedziła dziadka w szpitalu.
Nawet Barry skrócił wtedy swoją podróż w interesach i dołączył do nich dzień później.

– Co w tamtych czasach sądziłaś o moim ojcu? – zapytała Jennifer.
– Cóż, nie znosiłam, że wiecznie dokądś pędzi, załatwiając swoje hollywoodzkie

sprawy, a ciebie i twoją matkę zostawia samym sobie. Ale dziadek Icek uważał twego
ojca za człowieka z głową na karku, który wiedział, że rachunki trzeba płacić i który
dbał, żeby żonie i córce niczego nie brakowało. To było bardzo ważne.

Jennifer  przez  chwilę   w  milczeniu   mieszała  napój.  Spojrzała  ze   smutkiem  na

babkę.

– Tęsknisz za nim, prawda?
– Za dziadkiem? – Gabby uśmiechnęła się marząco, jakby widziała męża tuż

obok siebie. – Codziennie – odpowiedziała i wypiła duży łyk gorącej herbaty; objęła
filiżankę dłońmi dla rozgrzewki.

–   Jak   żeście   się   poznali?   –   dopytywała   Jennifer,   naprawdę   ciekawa.   Gabby

podniosła wzrok i ze słabym uśmiechem zapatrzyła się w przeszłość.

– W pociągu – odrzekła i twarz jej na moment spoważniała. Jennifer zadrżała, gdy

uderzyła ją myśl:

– Mówisz o tym pociągu?
– Tak, gołąbeczko – potwierdziła Gabby, wzruszona szczerym zainteresowaniem

Jennifer. – Wścibski sąsiad ciągle się kręcił i węszył wokół domu pani Pułaskiej, a ja
dalej   siedziałam   na   strychu.   Byłam   pewna,   że   wkrótce   mnie   znajdą.   Nie   mogłam
ryzykować wykrycia, bo naraziłabym życie anioła, który mnie ukrył.

Więc uciekłam. Potem razem z garstką innych zbiegów zostałam schwytana w

lesie podczas obławy na partyzantów, mających tam bazę wypadową. Wsadzono nas do
pociągu, który, jak później się dowiedziałam, jechał do obozu śmierci w Bełżcu.

Słyszy się, że ludzi w tych wagonach upychano jak bydło, ale było dużo gorzej.
Prawie nie mogliśmy oddychać, bo ludzie leżeli jeden na drugim. Jedni umierali,

inni  już  byli   martwi,   nie  mieliśmy  kogo  zapytać,  co  się   dzieje.  Panowały straszliwe
ciemności, nieludzkie.

Z jakiegoś powodu pociąg często zwalniał, nie wiedzieliśmy dlaczego. Dzień po

tym,   jak   zostaliśmy   załadowani,   jakimś   mężczyznom   koło   mnie   udało   się   rozebrać
wielkie drewniane drzwi. Było późne popołudnie, słońce zbliżało się ku zachodowi i w
tej chwili pociąg znowu zaczął toczyć się powoli. Kilkoro z nas prześliznęło się do drzwi,
żeby przez szparę łyknąć trochę powietrza. Nagle poczułam na plecach popychającą mnie
rękę. Zanim się odwróciłam, żeby zobaczyć, czyja to ręka, wypchnięto mnie z wagonu.
Usłyszałam strzały, zrozumiałam więc, że ludzie wyskakują z jadącego pociągu i Bóg
jeden wie, ilu nazistów do nich strzela, ale nie oglądałam się, tylko dalej turlałam się z
nasypu. Wreszcie się zatrzymałam, cała pokaleczona. Czułam, jak serce podchodzi mi do
gardła, ale nie widziałam żadnych żołnierzy.

Cudem żyłam. Drugi raz zostałam wyrwana śmierci.

background image

Po kilku sekundach nadszedł ten człowiek o dzikim wyglądzie. Wyłonił się z

chrzęstem z za pagórka za mną. To właśnie on wypchnął mnie z pociągu. Spojrzeliśmy
na siebie, potem znów na pagórek. Panowała cisza, pociąg już zniknął. Nikogo innego
nie było.

Każdy, kto spróbował skoku na wolność, albo nie żył, albo został z powrotem

zawleczony do piekła, z którego myśmy uciekli. My jedyni.

Kiedy trochę odetchnęliśmy, pobiegliśmy na łąkę i schowaliśmy się pod stogiem

świeżo   skoszonego   siana.   Uśmiechnęliśmy   się   uśmiechem   żywych   istot,   bez   słowa
przyglądając się swoim twarzom. Miał najpiękniejsze piwne oczy, jakie kiedykolwiek
widziałam, i mimo brudnej twarzy i skołtunionych włosów był przystojnym młodym
człowiekiem.   Biegliśmy   całą   noc,   chcąc   trafić   do   partyzantów   z   ruchu   oporu.   Tak
osłabłam,   że   przez   pół   drogi   musiał   mnie   dźwigać,   ale   wcale   się   nie   skarżył.   Na
poszukiwaniach zeszło nam kilka dni. Byłam bliska załamania, ale ten młody człowiek
bezustannie   powtarzał,   że   zostaniemy   ocaleni.   Nie   wątpił   w   to   ani   przez   chwilę.
Zakochaliśmy się w sobie prawie natychmiast. Wreszcie po pięciu dniach odnaleźliśmy
oddział partyzantów i zostaliśmy przeszmuglowani najpierw do Szwecji, a potem do
Szkocji, gdzie mieszkaliśmy do końca wojny. Ten młodzieniec, który wyrzucił mnie z
pociągu i przeprowadził przez las, to był twój dziadek. Pobraliśmy się w Edynburgu w
roku   tysiąc   dziewięćset   czterdziestym   piątym   i   wkrótce   wyjechaliśmy   do  Ameryki.
Miałam osiemnaście lat.

Jennifer spijała z ust babki każde słowo tej zdumiewającej historii.
– Nie mogę uwierzyć, że nigdy o tym wszystkim nie słyszałam.
– Mama obawiała się, że te historie za bardzo tobą wstrząsną. Przyznała mi się

kiedyś, że zamierzała ci opowiedzieć, ale po rozwodzie i zmianach w waszym życiu
doszła do wniosku, że mogłyby tylko zwiększyć twoje koszmary. Poza tym nie jest miło
rozmawiać   o   tych   strasznych   rzeczach.   Domyślam   się   też,   że   Liii,   będąc   dzieckiem
ocalonych, miała własne problemy. Może była to jedna z przyczyn. Ja zawsze uważałam,
że powinnam jej mówić całą prawdę o tym co działo się w czasie wojny, nawet wtedy
kiedy była bardzo mała.

Inni pewnie woleliby milczeć przed swoimi dziećmi, ale z jakiegoś powodu –

może było to samolubstwo, ja opowiadałam twojej matce za dużo, choć była na to zbyt
młoda.

Podejrzewam, że miała mi to za złe. Może obarczałam ją zbyt wielkim ciężarem.
Gabby odwróciła się, potrząsając głową na to wspomnienie. Jennifer zorientowała

się, że babkę dręczy poczucie winy i pocieszającym gestem dotknęła jej ręki.

– A ja się cieszę, że usłyszałam o tym od ciebie, babciu. To jest jak kawałek

układanki.

Nie zdajesz sobie sprawy, że ci go brakuje, ale kiedy go znajdziesz – od razu

wiesz, gdzie go położyć. Zgadzasz się ze mną?

Gabby przytaknęła i rozkasłała się. Kaszel był coraz głośniejszy i tak uporczywy,

że   kelnerka   przybiegła   z   pytaniem,   czy   może   jakoś   pomóc.   Gabby   odprawiła   ją
stanowczym gestem, napiła się wody, po czym uniosła dłoń do góry, co miało znaczyć, że
zabrania zmartwionej wnuczce dokądkolwiek chodzić czy kogoś wzywać.

– Przecież słyszę, że kaszlesz coraz bardziej, babciu. Dlaczego nie pozwalasz

sobie pomóc?

– Taka już jestem – odparła, łapiąc oddech. – Chcę jechać do Maine z moją

background image

wnuczką i ty mnie tam zawieziesz. To właśnie będzie pomoc, której teraz potrzebuję.
Powiedz prawdę, piłaś piwko?

Mimo bólu udało się Gabby mrugnąć łobuzersko. Jennifer zobaczyła, po kim

matka odziedziczyła umiejętność zachowania twarzy w trudnych chwilach.

Tej nocy, kiedy nie śpiąc leżały w łóżkach w wiejskim motelu na przedmieściach

Freeport, Gabby zadała Jennifer pytanie, które zawsze przed zaśnięciem zadawała sobie.

– Jaki dar dziś dostałaś?
Jennifer wymieniła listę: ostatnie błyski jesiennych kolorów, gdy jechały przez

Nową Anglię, ogromne stado gęsi frunących w bezpieczne strony, Cztery Wolności na
ilustracjach Rockwella.

– Ale gdybym miała wybrać jeden, babciu, to byłoby to twoje opowiadanie o

przeszłości z trwającą całe życie miłością dwojga ludzi.

– Dziękuję ci – powiedziała cicho Gabby, a Jennifer miała wrażenie, że słyszy w

jej głosie łzy.

– A twój, babciu?   – dopytywała  Jennifer,  gdy za  oknem pojawił  się księżyc,

oblewając babkę i wnuczkę nieziemską poświatą.

–   Mój   dar   z   dzisiejszego   dnia?   –   Gabby  urwała   i   odetchnęła   głęboko,   jakby

rozkoszowała się zapachem powietrza.

– Ta chwila, szejna – odrzekła radośnie. – Ta chwila wystarczy mi za wszystko.

background image

24

W   CIĄGU   NASTĘPNYCH   TRZECH   DNI   OBIE   PANIE   ZWIEDZAŁY

malownicze porty Boothbay Harbor, Rockland i Camden. Kosztowały różnych potraw,
tak   jakby  jedzenie   dopiero   co   zostało   wynalezione   –   spacerowały   brzegiem   oceanu,
chrupiąc świeże precelki, sadowiły się w przytulnym kąciku restauracji, by pochłaniać
owoce ostatniego połowu miejscowego rybaka i niebiańskie domowe wypieki prosto z
pieca. Podczas całej tej wyprawy, umilanej smakołykami i cudownymi widokami, Gabby
częstowała też Jennifer szczegółami ze swej przeszłości: wyjazdami do Maine, albo we
dwoje   z   Ickiem,   albo   –   gdy   urodziła   się   Liii   –   we   trójkę.   Rozśmieszała   Jennifer
opowiadaniami o jej mamie jako niesfornej nastolatce i o zabawnych tarapatach, w jakie
wpadały, gdy same – matka z córką – urywały się co roku, pobrykać, jak dziewczynki,
nad morzem.

Wspominając jedną z takich podróży, Gabby zaproponowała, żeby zrobiły to, co

tak lubiła Liii – wybrały się na popołudniową wycieczkę liczącą sobie 130 lat kolejką
BelfastMoosehead.   Historyczna   linia   kolejowa,   wiła   się   w   przepięknym   krajobrazie
wśród jaskrawych kolorów ostatnich jesiennych liści i wdzięcznie powyginanych, prawie
już   nagich   gałęzi.   Sapiąca   lokomotywa   ciągnęła   wagoniki   nad   brzegami   strumieni   i
kryształowo czystych niebieskich jezior, a Jennifer rejestrowała tę wspaniałą scenerię
kamerą. Po drodze babka z wnuczką delektowały się gorącym cydrem z cynamonowymi
paluszkami,   a   trzech   muzyków   grało   i   śpiewało   celtyckie   i   amerykańskie   piosenki
ludowe. Pod wpływem uroczej atmosfery i radujących serce zmian zachodzących we
wnuczce Gabby zanuciła piskliwie zwrotkę o Danny Boy, co sprawiło, że Jennifer i inni
pasażerowie   sturlali   się   ze   śmiechu   na   podłogę.   Gabby  bowiem   wykonywała   słynny
hymn celtycki w stylu Skrzypka na dachu.

Podróżowały już tydzień, a pod koniec każdego dnia odprawiały rytuał, który

wprowadziła Gabby, czyli jedna drugiej opowiadała, jakie dary przyniosła jej miniona
doba.

Darem mógł być pojedynczy błyszczący liść klonowy, który sfrunął na kolana

Gabby, gdy siedząc na ławce, patrzyła na port. Pewnego wieczoru na czele listy znalazła
się złota kula księżyca w pełni, wisząca nad Owl’s Head. Nadmorski spacer któregoś dnia
wzbudził   wspomnienie   kołysanki,   którą   Liii   śpiewała   Jennifer   na   drugim   krańcu
kontynentu, także nad oceanem. Kiedy indziej Gabby była świadkiem, jak stary człowiek
całuje jeden po drugim paluszki maleńkiego wnuczka. Często, siadając wieczorem na
krawędzi   łóżka,   z   przyciśniętymi   głowami   oglądały   widoki   i   chwile,   które   Jennifer
uchwyciła kamerą tego dnia.

Po   tygodniu   Gabby   i   Jennifer   postanowiły   odpocząć,   zanim   wyruszą   do

ostatecznego   celu   podróży,   Bar   Harbor.   Zostały   w   swoim   wygodnym   rustykalnym
pokoju, nie robiąc nic, tylko drzemiąc, czytając i jedząc. Pod koniec dnia, gdy zaczynał
się cowieczorny rytuał, leżały obie, milcząc, w ciemności. Jennifer myślała i myślała,
wciąż jednak nie wiedziała, co powiedzieć.

–   Właściwie   nic   absolutnie   się   dzisiaj   nie   zdarzyło.   Prócz   leniuchowania   –

zażartowała.

– Nigdzie nie poszłyśmy, niczego nie zrobiłyśmy. Wiesz, może bywają dni, w

których nie znajduje się daru. To przecież nie takie straszne, prawda, babciu?

Gabby kleiły się oczy, ale nie dała się zbić z tropu.

background image

– Zacznij od rana, Jennifer. Coś się znajdzie. Jennifer ciężko westchnęła.
– Dobrze, jak sobie życzysz. Więc obudziłyśmy się...
– Stop! – przerwała Gabby ziewając.
– Co? – spytała zmieszana Jennifer.
– Powiedziałaś, żeśmy się obudziły, tak?
Gabby przeciągnęła się, poprawiła kołdrę, wzruszyła poduszkę.
– Tak, obudziłyśmy się – powtórzyła Jennifer. Nic nie rozumiała. –1 co z tego?
Gabby uśmiechnęła się i obróciła w stronę Jennifer.
– Czasami, gołąbeczko... – szepnęła cicho – już samo to jest darem.
Jennifer   leżała   w   łóżku,   rozważając   słowa   babki.  Wróciła   myślą   do   tego,   co

usłyszała   od   matki   wkrótce   po   rozwodzie.   Zastała   ją   wtedy   płaczącą   w   sypialni.
Matczyne  łzy wstrząsnęły Jennifer, zapytała więc  z lękiem, czy mama  straciła przez
rozwód chęć do życia.

Pytanie wstrząsnęło z kolei Liii, która szybko wytarła oczy i mocno przytuliła

Jennifer.

„Posłuchaj,   Jennifer,   i   zapamiętaj   na   zawsze,   że   każdy   dzień   jest   darem.   Ja

dziękuję za każdy, chociaż cierpię”. Matka starała się ukazać jej prawdę. A ona, jak
postąpiła?

Po latach na plaży o zachodzie słońca odwróciła się plecami do tej prawdy. Babka

uczyła   ją   podobnie.   Dopiero   teraz,   ugodzona   bólem   najstraszniejszym   ze   strasznych,
Jennifer zdołała usłyszeć wreszcie głos, który przez cały ten czas dźwięczał cicho w jej
duszy.

Dopiero w tej chwili pojęła w pełni znaczenie matczynych słów.
Pomyślała o pigułkach, które zwędziła Friedzie. Nosiła je stale w plecaku na

wszelki wypadek. Teraz przypominały jedynie, jak wygląda życie bez świadomości jego
darów.

Trzeba być ślepym, żeby ich nie widzieć.
Rozmyślania   Jennifer   przerwał   gwałtowny  kaszel   babki.   Kasłała   tak   głośno   i

uporczywie, że schowała się do łazienki. Jennifer nasłuchiwała przez drzwi. Dlaczego
kobiety z mojej rodziny muszą tyle cierpieć w życiu? – pomyślała ze smutkiem.

W ciemnościach, przy rozdzierającym serce kaszlu babki, Jennifer zapragnęła się

pomodlić. I pierwszy raz od bardzo długiego czasu zamiast wołania o śmierć pojawiła się
w jej modlitwie prośba o zachowanie życia.

background image

25

Wjeżdżając  do Bar  Harbor drogą,  wzdłuż  której   wznosiły się  skalne  ściany i

drzewa, Jennifer zobaczyła na własne oczy, co latami ciągnęło jej dziadków w te strony.
Dotykające   skalistym   wybrzeżem   Atlantyku   i   usiane   zabytkowymi   wiktoriańskimi
domami, Bar Harbor tchnęło atmosferą dawnych czasów, subtelną i urokliwą.

Przed  stu laty jego  wyniosłe  granitowe  klify  były  miejscem,  gdzie  bawili  się

amerykańscy   potentaci   przemysłowi.   Ślady   ich   pańskiego   gestu   wciąż   widniały   w
miasteczku. Bez trudu odgadywało się gust bogacza w imponującej architekturze wielu
miejskich rezydencji. A w leżącym po sąsiedzku Acadia National Park wciąż korzystano
z   traktów   dla   powozów,   które   na   potrzeby   krezusów   i   sław   zaprojektował   John   D.
Rockefeller   junior.   Zmodernizowano   je   tylko   tak,   by   mogły   służyć   rowerzystom   i
piechurom w różnym wieku i z różnych warstw społecznych. W surnie Bar Harbor było
miłym eleganckim miasteczkiem, pełnym surowego piękna Nowej Anglii, urzekającego
szczególnie tu, na wybrzeżach Maine.

Po ciężkiej nocy, w połowie spędzonej w łazience, Gabby wydawała się tryskać

humorem.   Sypała   anegdotkami,   znajome   widoki   budziły  w   niej   liczne   wspomnienia,
które lśniły jak robaczki świętojańskie. Tu w parkowych alejkach sześcioletniej wówczas
Liii   roztopiły  się   lody  w   rożku   i   poplamiły   jej   nową   sukienkę.   Była   niepocieszona,
dopóki nie dostała nowej porcji. Na tym rogu, obok Starbucksa, gdzie kiedyś był sklep z
ubraniami,   dziadek   Jennifer   sprawił   Gabby   niespodziankę,   wynajmując   powóz.   Nie
posiadała się z radości podczas tej przedwieczornej przejażdżki nad zatoką. Obchodzili
właśnie dziesiątą rocznicę ślubu, na pewno nie stać ich było na taką ekstrawagancję, ale
Icek stwierdził, że choć przez jeden wieczór można poczuć się Rockefellerem.

Ranek   minął   im   na   zwiedzaniu   rozkosznych,   zachwycających   butików   przy

nadbrzeżnej promenadzie, potem zjadły pyszny lunch – zupę rakową i kanapki z piersią
indyka,   przybrane   żurawinami,   tak   samo   znakomitymi   jak   dawniej.   Po   południu
pojechały na szczyt Góry Cadillaca, skąd wspólnie podziwiały widok wiecznie zielonych
zboczy opadających ku oceanowi, na którym kołysały się małe żaglówki i jachty. Jennifer
nie mogła nadziwić się energii babki, ciągle gotowej spijać to wszystko mimo ciężkiego
nocnego ataku kaszlu. Uświadomienie sobie, że i ona jest ulepiona z podobnej gliny,
przyjęła Jennifer jako jeden z największych darów, dar, który odziedziczyła również jej
matka i który pomnażała postawą i siłą uczuć w całym swoim zbyt krótkim życiu.

Później,   nad   herbatą   i   puszystymi   pączkami   w   kawiarni   Jordan   pond   House,

zgodnie z miejscową tradycją – jak wyjaśniła Gabby – niespożyta starsza pani sięgnęła
do torebki i wyjęła małe pudełko.

–   Kiedy   zdążyłaś   to   kupić?   –   Jennifer   zdziwiła   się   z   uśmiechem   i   zaczęła

ostrożnie odwijać żółtą bibułkę.

–   Dziś   rano.   Sprzedawczyni   w   sklepie   z   miejscowym   rękodziełem   zanudzała

mnie gadaniem o ochronie maskonurów i wielorybów. Zobaczyłam jednego maskonura
na gzymsie nad kominkiem. Jak podeszłam bliżej, usłyszałam szept: „Proszę pani, proszę
pani,   zawrzyjmy  układ.   Pani   mnie   zdejmie   z   tej   półki,   a   ja   zrobię   paninej   wnuczce
pierwszorzędny prezent”.

Jennifer zsunęła bibułkę i wzięła prezent do ręki. Była to niewielka, oprawiona w

skórę książeczka z wytłoczonym szlaczkiem złotych listków przy brzegach okładki i z
niebieską wstążeczką – zakładką zwisającą spomiędzy kartek. Okładkę dodatkowo zdobił

background image

bogaty ręczny haft. Ale nie tylko mistrzowskie ściegi nieznanej hafciarki zachwyciły
Jennifer.

Zachwycił   ją   również   wzór.   Otóż   na   środku   książeczki   haft   przedstawiał

delikatnego   motyla   w   locie.   Wokół   żółtego   tułowia   rozpościerały   się   szeroko
różnobarwne   skrzydła   i   motyl   wyglądał   tak,   jakby   chciał   cię   objąć.   Jennifer
przypomniała sobie opowiadanie Gabby o motylu, który przysiadł za oknem strychu pani
Pułaskiej. Ile dał jej babce nadziei i piękna w czasach, gdy miała ich tak mało. Jennifer
wzruszona poprawiła się na krześle.

– To dziennik, Jennifer – powiedziała żywo Gabby. – Kartki są puste. Czekają,

żebyś ty je zapełniła opisami darów, które co dzień będziesz znajdować w przyszłości, bo
ona także na ciebie czeka – Gabby nachyliła się bliżej. – Może kiedy już przetrwasz
trudny okres – a każdy z nich jest jedną z prób, na jakie wystawia nas życie – weźmiesz
tę książeczkę i przeczytasz, co napisałaś. To ci przypomni, że obok ciemności istnieje
również dobro, piękno i światło że jasnych wspomnień należy się trzymać – spojrzała na
Jennifer z promiennym uśmiechem. – Kartki są białe, bo i ty taka jesteś, szejna mejdele,
pełna możliwości.

Jennifer kołysała dziennik w dłoniach, a łza spłynęła jej po policzku.
– Nie wiem, co powiedzieć, babciu. To najpiękniejsza rzecz, jaką można sobie

wyobrazić.

– Tu się z tobą nie zgadzam – odparła Gabby, splatając palce z palcami wnuczki.

– To ty jesteś czymś najpiękniejszym, co można sobie wyobrazić. Nigdy nie przestawaj w
to   wierzyć,   i   zachowaj   tę   wiarę   w   sercu.   I   pamiętaj,   gdziekolwiek   będziesz,   kiedy
poczujesz, że piękno rozpościera w tobie skrzydła, pewna stara kobieta roześmieje się i
zaklaszcze.

Jennifer otarła łzę i przytaknęła ruchem głowy. Gabby odsunęła się, uśmiech na

jej twarzy zgasł i ustąpił miejsca dziwnej powadze.

–   Jest   coś,   w   czym   musisz   mi   pomóc,   zanim   wrócimy   do   Nowego   Jorku   –

oznajmiła, sprowadzając Jennifer na ziemię.

– Wracamy do Nowego Jorku?
Jennifer zupełnie utraciła poczucie czasu. Nagle dotarło do niej, że już za dwa

tygodnie   musi   rozstać   się   z   babką.   Jak   grom   uderzyła   ją   myśl   o   tym,   czego   może
spodziewać   się   po   powrocie   do   Los  Angeles.   Przykra   była   perspektywa   spotkania   z
ojcem, a konieczność dokonania wyboru drogi życiowej, drogi, której nie zamierzała
planować – obezwładniała.

Pogrążałaby się nadal w tych smutnych myślach, gdyby nie suchy kaszel, który

chwycił babkę. Atak oderwał Jennifer od własnej udręki, gdyż wydawał się cięższy niż
poprzednie. Ale Gabby jeszcze nie mogąc mówić, wkroczyła do akcji.

– Musimy się pozbierać, gołąbeczko, chodź prędko – wykrztusiła, usiłując się

podnieść. Z trudem trzymała się na nogach. – Pomóż mi – poprosiła.

Jennifer wstała natychmiast, zaskoczona tym nagłym odwrotem. Co za sprawa

przynagliła babkę do takiego pośpiechu? Mimo zdziwienia, uznała, że Gabby ma swoje
powody, i pomogła babce dojść do drzwi i wsiąść do samochodu.

Jennifer   nie   miała   zielonego   pojęcia,   dokąd   tak   się   spieszą   i   czy   niezwykłe

zachowanie babki ma coś wspólnego z nią, czy ze zdarzeniami sprzed dziesięcioleci, z
drugiego końca świata.

background image

26

Jazda nad ocean trwała tyle co nic. Gabby między napadami kaszlu wskazywała

drogę. Zaparkowały na skarpie wysypanej żwirem, Jennifer pomogła babce przejść około
blisko   pięćdziesięciu   jardów   na   wąski   cypel.   Zmartwiona   dokuczliwszą   niż   zwykle
zadyszką Gabby, pragnęła mimo to uszanować życzenie staruszki i dotrzeć do miejsca,
które wydawało się dla niej bardzo ważne. Troskliwie i wytrwale prowadziła więc Gabby
w górę. Po chwili wspinaczki znalazły się na ogromnym, sterczącym w morze występie
skalnym. Kiedy szły przecinającą go ścieżką, Jennifer raz po raz nerwowo zerkała na
babkę,   żeby  sprawdzić,   jak   Gabby  się   trzyma.  W  ciągu   ostatnich   paru   godzin   wiatr
ucichł, ale tu wiała bryza i Jennifer była wdzięczna Gabby, nie nalegała by włożyły
rękawiczki i kapelusze. Patrzyła na Atlantyk i gromadzące się wysoko zwały chmur,
które mogły okazać się groźne. Widok był wspaniały.

Wyraźnie było to miejsce o wielkiej wartości sentymentalnej dla babki i Jennifer

musiała sama przed sobą przyznać, iż cieszy się, że Gabby tak bardzo chciała przyjść
tutaj właśnie z nią. Odwróciła się, by jej to powiedzieć, ale słowa zawisły jej na wargach.
Gabby stała wyprostowana, z zamkniętymi oczami, a w ręku ściskała coś, co przytulała
do piersi.

– Co to jest, babciu?
Nie otwierając oczu, Gabby uśmiechnęła się słabo i odparła: – To miejsce zawsze

miało dla mnie szczególne znaczenie, Jennifer. Twój dziadek i ja pobraliśmy się tuż przed
wyjazdem   do   Ameryki.   Po   roku   pracy   dziadek   przeczytał   gdzieś   o   tym   ślicznym
nadmorskim miasteczku. Oświadczył mi, że nigdy nie mieliśmy prawdziwego miesiąca
miodowego. I już nazajutrz byliśmy w drodze do Maine. Ja nigdy nic nie słyszałam o tym
miejscu.

Gabby zakasłała, otworzyła oczy i starała się pokonać ból w płucach.
– Wracajmy, babciu. Nie powinnaś tu tkwić na wietrze – prosiła Jennifer.
Ale Gabby wyciągnęła tylko rękę, aby Jennifer pomogła jej usiąść. Jennifer zdjęła

swój szalik, owinęła nim szyję babki i najlepiej jak umiała opatuliła ją płaszczem.

– Był sobotni wieczór. Jechaliśmy pociągiem i dwoma autobusami. Kiedyśmy już

tutaj byli, Icek upierał się, że musimy zobaczyć wszystko. Spacerowaliśmy tą ścieżką i
jakoś trafiliśmy na tę skałę, patrzącą przez ocean ku Europie, z powrotem ku wszystkim
nieszczęściom, które zostawiliśmy za sobą. Obiecał mi, że do końca życia nie zaznamy
już takich cierpień. Potem ukląkł na jedno kolano i powiedział, że mnie kocha i że będzie
mnie strzegł, tak jak ta skała strzeże oceanu.

Jennifer obróciła się do babki wyraźnie wzruszona.
– Jakie to romantyczne, babciu. Jesteś szczęściarą, że spotkałaś człowieka, który

tak dbał o ciebie.

– Tak, byłam szczęściarą. I dotrzymał słowa, mój Icek. Wkrótce rzucił pracę w

piekarni na Orchard Street i wszedł w interes szmaciany, rozprowadzał damskie ubrania
po sklepach. Tak poznał miłego człowieka, krojczego, i on nauczył dziadka paru rzeczy, a
później, wiesz co?

– Wiem, został krawcem.
– Jak mój ojciec. Zycie lubi niespodzianki.
Gabby   wciąż   przyciskała   do   piersi   coś,   co   chowała   w   ręce.   Jennifer   chciała

spytać, co to takiego, ale zawahała się, widząc smutek w oczach babki.

background image

– Mówisz, że byłam szczęściarą, mając takiego męża. To prawda. Ale szczęście,

kochanie, bywa również ciężarem.

Jennifer zauważyła, że Gabby patrzy nieobecnym, pełnym udręki wzrokiem.
– Icek tłumaczył mi, że powinnam przestać obwiniać się o to, że ocalałam, że

miałam   ten   łut   szczęścia,   który   pozwolił   mi   uniknąć   śmierci   z   rąk   morderców   we
własnym domu. Ale ja nigdy nie mogłam sobie z tym poradzić.

– Dlaczego? Przecież nie zrobiłaś nic złego, babciu. Jennifer była zaskoczona.

Nigdy nic nie wskazywało na to, że babka czuje się winna temu, że żyje.

– Nie chodzi o to, czy się zrobiło coś złego, Jennifer. Wina ciąży nam wtedy,

kiedy uważamy, że nie zasługujemy na nagrodę albo że wyrządziliśmy komuś krzywdę.
Tak, uczyłam cię o darach, które codziennie przynosi nam życie. Dary miłości ofiarował
mi Icek.

Ale nigdy nie pozbyłam się myśli, że to Anna powinna cieszyć się wszystkimi

tymi skarbami.

Jak wyglądaliby jej córka czy syn? – pytałam. Gdzie założyłaby dom? Czy nadal

jeździłaby na łyżwach?

Gabby urwała, tłumiąc płacz pokrywając go kaszlem. Zapatrzyła się na ocean.
– Tak właśnie myślę, tak. Ślizgałaby się dziś w Central Parku, gdyby przeżyła

zamiast mnie.

– Ależ babciu – przekonywała błagalnie Jennifer. – Czy nie mogło być tak, że

obie byście przeżyły? Dlaczego czujesz się winna że ocalałaś tylko ty?

– Dlatego, że to mogła być tylko albo jedna, albo druga – upierała się Gabby. W

oczach miała ból strasznych wspomnień. – Gdyby to ona stała bliżej ojca, gdy hitlerowcy
wtargnęli do naszej jadalni, ją by wyrzucił przez okno, a nie mnie.

Jennifer nie mogła znaleźć słów pociechy. Serce biło jej jednym rytmem z sercem

babki.

– To jest jak nóż, który odkrawa ze mnie kawałek po kawałku, moja kochana

wnusiu.

Dla ciebie to nie ma sensu, nie miało też dla Icka ani dla Liii, wiem. Myślę, że

twoja matka wyprowadziła się tak daleko, bo nie mogła znieść widoku tych męczarni.
Ale moja piękna, dobra siostra umarła, a ja żyję. I ta wina pali mnie do dzisiaj.

Jennifer wyciągnęła z kieszeni kilka chusteczek i pomogła babce otrzeć łzy.
– Icek bardzo się starał odpędzić ode mnie te myśli, ale to, i tylko to, mu się nie

udało.

Kiedy umarł, przyjechałam na to miejsce i tu go opłakiwałam. Stało się moją

skałą smutku.

Obiecywał mi, że nie będzie więcej tragedii, więcej cierpień. Ale obawiam się, że

był lepszym krawcem niż prorokiem.

Uśmiechnęła   się   smutno,   jeszcze   mocniej   ściskając   przedmiot,   który  miała   w

ręku.

– Kiedy twoi rodzice się rozeszli, płakałam tutaj nad moją słodką Liii i nad tobą,

Jennifer.   Kiedy  pijany  kierowca   zabił   moją   najdroższą   córkę,   twoją   matkę,   znów   tu
wróciłam i tu ją opłakiwałam. Pamiętam, że wzywałam stąd moją siostrę, mówiłam jej,
że w jakiś sposób była może szczęśliwsza, bo nigdy nie musiała stać nad grobem córki.

Jennifer   wzięła   babkę   za   rękę   i   mocno   ją   uścisnęła.   Gabby   ze   smutnym

uśmiechem spojrzała wnuczce w oczy. Wiatr świstał, nanosząc na wargi smak słonej

background image

wody.

– Próbowałam rozpaczliwie zaprzyjaźnić się z tobą, spędzać z tobą czas, ale byłaś

zawsze taka zajęta. Pocieszałam się: „To dobrze, Gabby, ma swoje życie, daj jej spokój”.

– Przepraszam babciu, nie wiedziałam...
– Nic, nic, w porządku. Wszyscy musimy po swojemu przeżywać żałobę. Ale

potem, kiedy kilka tygodni temu przyszła wiadomość od twojego ojca, że znaleziono cię
na  plaży  i  że...   –  zachłysnęła  się   łzami  i  przykryła  usta  wierzchem  drżącej  dłoni.   –
Pomyślałam: Boże, to dla mnie za dużo.

Z   zamkniętych   oczu   Gabby  popłynęły   łzy,   choć   ze   wszystkich   sił   starała   się

opanować.

Obok cichutko płakała Jennifer, a fale biły o skały coraz głośniej i energiczniej.
Słońce wyjrzało zza chmur i zanurzało się w wodzie, a łzy Gabby lśniły złotem,

gdy   padało   na   nie   światło.   Po   kilku   chwilach   Gabby   westchnęła,   skinęła   na   znak
pogodzenia się z losem, widać było, że dochodzi do siebie. Spojrzała wnuczce w oczy.

– Posłuchaj, gołąbeczko. Odkryłam w ciągu tych krótkich tygodni przebywania z

tobą,   że   tragedia   utraty   ciebie   pozwoliła   mi   poznać   cię   bliżej,   dowiedzieć   się,   kim
naprawdę jesteś.

Dla mnie jesteś światełkiem w ciemności. Musiałam tu przyjechać, znaleźć się

tutaj z tobą, Jennifer, żeby ta skała nie kojarzyła mi się zawsze ze łzami, ale stała się
znów miejscem przebaczenia i nadziei.

Wiatr targnął Gabby, ale oparła sie podmuchom. Powoli otworzyła dłoń. Jennifer

zobaczyła dwa małe plastikowe pudełka leżące obok siebie, jedno jasne i przezroczyste,
drugie   brązowe.   Jasne   było   napełnione   czymś,   co   wyglądało   jak   ziemia.   Jennifer
skierowała wzrok na drugie, brązowe, i wtedy zamarła. Silny zimny wiatr przeniknął ją
do   szpiku   kości,   drżała   na   całym   ciele.   Natychmiast   rozpoznała   jedno   z   opakowań
valium, które ukradła z apteczki Friedy Steinberg.

– Zrozumiałam teraz, że po to, aby iść naprzód, mieć życie dające ci wszystko, na

co zasługujesz, musisz sobie wybaczyć, że wolałaś śmierć od życia. A prosząc cię o to,
zrozumiałam   również,   że   i   ja   muszę   sobie   wybaczyć   mój   wybór,   przeciwieństwo
twojego.

Jennifer   słuchała   zmieszana,   wytrącona   z   równowagi   widokiem   pigułek,   o

których, jak sądziła, babka  nic nie  wiedziała. Wstydziła  się dziś ich  widoku. Gabby
otworzyła oba pudełka i wyciągnęła rękę, by oprzeć się na Jennifer.

– Nie jestem tak religijna, jak dawniej w Polsce, gdzie uroczyście obchodziliśmy

święto Nowego Roku, Rosz Haszana. Rytuał nakazywał wtedy iść nad rzekę i wyrzucić
do wody wszystkie grzechy. Tasz lich, tak to się nazywało.

– Tak – potwierdziła Jennifer. – Mama i ja robiłyśmy to parę razy z przyjaciółmi,

kiedy byłam mała. Pamiętam, jak rzucałyśmy okruchy chleba z Venice Beach.

Na   wzmiankę   o   tym   miejscu   babka   i   wnuczka   spojrzały   na   siebie

porozumiewawczo.

Gabby posmutniała, Jennifer przygryzła wargi wspominając, po co ostatni raz

była na tej plaży.

– Więc gołąbeczko – powiedziała łagodnie Gabby – jak się zapatrujesz na to,

żebyśmy razem odprawiły taszlich? Ty wyrzucisz pigułki, które w jakiś sposób wysłały
nas w tę podróż – uśmiechnęła się, szukając chmurnego spojrzenia Jennifer.

– A ja tę odrobinkę ziemi, którą wiele lat temu przywiozłam z Polski. Zdawało mi

background image

się, że dzięki tej grudce będę bliżej Anny. Ale przypominała mi tylko, że ja uniknęłam
śmierci, a moja siostra – nie.

Gdy podeszły do wody, Jennifer zerknęła na babkę, która z pochyloną głową

szeptała coś nad pudełkiem. Wzruszenie, widoczne na jej twarzy, udzieliło się Jennifer.
Wstrzymała oddech, kiedy Gabby zamachnęła się i z całej siły cisnęła zawartość pudełka
do wody. Potem uniosła rękę do góry i zastygła jakby w pożegnalnym geście, a Jennifer
zdumiała się wyrazem bezmiernej ufności w jej oczach i aurą wyzwolenia, która zdawała
się ją otaczać.

Gabby odwróciła się do Jennifer, zaczerwieniona z zimna.
Nie miała pojęcia, co wnuczka teraz zrobi. Decyzja należała do niej. Jennifer

czuła spojrzenie Gabby i wagę chwili. W głębi serca wiedziała, że wzgardziła darami,
które dała jej matka, babka, a może nawet ojciec. Nagle przypomniała sobie swój sen ze
szpitala. Matka stała w tym śnie na skale i wrzucała coś do wody. Jennifer rozejrzała się i
w przebłysku olśnienia poznała, że to właśnie jest miejsce, które widziała we śnie.

Spojrzała na pigułki, zgniotła pudełko w ręku i obróciła się twarzą do wody.
Gabby, milcząc, obserwowała, jak Jennifer stuka obcasami tam i z powrotem,

zatopiona   w  myślach.   Na   twarzy  Jennifer   malowało   się   skupienie   i   Gabby  mogłaby
przysiąc, że wnuczka rozmawia z kimś, kogo tu nie ma. Ależ tak – pomyślała Gabby, gdy
wiatr zagwizdał jej w uszach – naprawdę czuję tu ducha Liii. A potem z zapartym tchem
patrzyła, jak Jennifer z okrzykiem ulgi i twarzą płonącą stanowczością i mocą wysypuje
pigułki do oceanu.

Stały cicho obok siebie parę minut, jakby pragnęły przedłużyć nastrój tej świętej

chwili.

–  Spójrz   pod   nogi,  gołąbeczko   –   szepnęła   w  końcu   Gabby.   Jennifer   opuściła

wzrok i po raz pierwszy zauważyła gmatwaninę linii wyżłobionych w skale, na której
stały.

– Ta skała widziała wiele burz. Trwa tutaj wśród żywiołów, poznaczona bliznami

przeszłości. Ale jedno zawsze mnie pociesza, ilekroć tu przychodzę: skała nie kruszy się i
nie pęka. Sterczy nad wodą, wystawiona na wiatr i fale, i cokolwiek jeszcze przyszłość
przyniesie.

Gabby objęła kibić Jennifer i uśmiechnęła się do wnuczki.
– Nasze serca są takie jak ta skała. Nie pękają, dopóki żyjemy i dopóki kochamy.
Gabby wyprostowała się i położyła ręce na głowie Jennifer w geście niemego

błogosławieństwa. A potem, jakby była to najbardziej naturalna rzecz na świecie, Jennifer
uczyniła to samo, gładząc delikatnie głowę swojej babci.

Stały   obie,   oczyszczone   jedna   przez   drugą,   wśród   wiatrów   i   wód,   nadziei   i

przebaczenia, a Jennifer zdawało się, że czas też się zatrzymał. I że czuje w tej chwili
dotyk nie tylko babki, lecz również matki.

A potem to się stało. Tak szybko i tuż po chwilach pełnych takiego napięcia i

wzruszenia, że Jennifer z początku nic nie zrozumiała. Niespodziewanie, jak błyskawica
przeszywająca z nagła zwały chmur, Gabby zasłabła.

Jennifer krzyknęła ze strachu. Natychmiast oprzytomniała i chwyciła osuwające

się wątłe ciało babki. Czuła jego ciężar i znowu prawie krzyknęła, kiedy głowa Gabby
opadła jej na piersi.

Wiedziała, że musi babkę jak najszybciej stąd zabrać i przewieźć do szpitala.
Niosła Gabby ścieżką w dół. Potykała się na kamieniach, z wysiłkiem, uparcie

background image

dźwigała swój cenny ciężar. Starała się nie ulegać panice, tymczasem Gabby dyszała,
kasłała i walczyła o zachowanie świadomości. Jennifer poczuła, że musi przystanąć i
objąć   babkę   inaczej   tak,   aby   ciało   Gabby   oparło   się   choćby   na   jednej   nodze.
Sprowadzając ją dalej, nagle zaczęła jej nucić jedną z żydowskich piosenek. Uważając,
żeby nie  stracić  równowagi,  szeptała mantrę pocieszenia,  przeznaczoną  nie tylko  dla
Gabby, ale także dla siebie.

– Nie jesteś sama – powtarzała wytrwale. – Nie jesteś sama, słyszysz? Nie jesteś

sama.

background image

27

W   szpitalu   w   Auguście   wypadki   toczyły   się   tak   szybko,   że   Jennifer   miała

wrażenie,   jakby  znalazła   się   na   przesuwającej   się   w   szaleńczym   tempie   taśmie.   Nie
bardzo wiedziała, jak udało się jej posadzić Gabby w samochodzie, a jeszcze mniej, jak
trafiły do szpitala.

Szukając   pospiesznie   pomocy,   nie   dostrzegła   krwi   w   kącikach   babcinych   ust.

Dopiero gdy w pogotowiu wyjęto Gabby z samochodu i położono na noszach, zauważyła
szkarłatną strużkę na podbródku babki.

Zespół   lekarzy  zajmował   się   Gabby  za   zasłoną   całe   wieki,   jak   wydawało   się

Jennifer.

Kiedy wreszcie stan chorej się ustabilizował, lekarze umieścili ją pod kroplówką,

założyli  maskę tlenową  i podłączyli  do mnóstwa monitorów. Dopiero wtedy jeden z
lekarzy odciągnął Jennifer na bok.

– Kiedy zdiagnozowano rozedmę? Jennifer nie miała pojęcia.
– Ma chore płuca – poinformował doktor. – Pewnie była na lekach łagodzących

chroniczny kaszel i zadyszkę, którą pani bez wątpienia zauważyła.

–  Tak   –   odparła   cicho   Jennifer.   –  Ale   uspokajała   mnie,   że   wszytko   jest   pod

kontrolą, choć dziś wiem, że powinnam była przyjrzeć się temu bliżej – spuściła głowę. –
Miałam problemy osobiste, babcia mi pomagała.

– Niezbyt nadawała się na osobę udzielającą pomocy – powiedział doktor, kręcąc

głową. – Rozedma płuc jest chorobą, która niszczy pęcherzyki płucne. Zmniejsza się
sprężystość płuc, to jest zdolność do rozszerzania się i kurczenia. U ludzi tak chorych jak
pani   babcia   wdychanie   i   wydychanie   powietrza   jest   upośledzone.   Nie   ma   właściwej
wentylacji i dlatego ci ludzie się duszą. Oczywiście jeżeli ktoś jest nadaktywny, a tak
chyba jest w przypadku pani babci, to sytuacja tylko się pogarsza.

W pamięci Jennifer przewinęły się obrazy trudów, na jakie dla jej dobra narażała

się babka. Podróż po wnuczkę do Kalifornii, bieg, żeby odnaleźć ją w parku, i cała
teraźniejsza, nadzwyczajna wyprawa.

– Prawdopodobnie nigdy nie proponowano jej zabiegu chirurgicznego – ciągnął

doktor.

– Być może lepiej by po nim oddychała, ale na pewnym etapie ryzyko jest za

duże – doktor spojrzał smutno na Jenniffer. – Obawiam się, że w tej chwili jest już za
późno.

– Co to znaczy? – dopytywała się Jennifer.
– Możemy podłączyć ją do aparatu wspomagającego oddychanie, ale nabawiła się

paskudnej   infekcji,   która   zaatakowała   resztki   płuc.   Czasami   istnieje   genetyczna
podatność na tego rodzaju rzeczy. Na co zmarli jej rodzice?

Jennifer nie była w stanie wykrztusić słowa. Patrzyła na doktora i nie mówiła nic.
– Dobrze – odezwał się doktor. – Będzie potrzebowała hospitalizacji do czasu, aż

uda się pani zapewnić jej opiekę domową. W każdym razie nie będzie długo cierpieć.
Bardzo mi przykro, to naprawdę cud, że jeszcze żyje. Ma szczęście, życie ją kocha.

Jennifer wlepiała oczy w doktora, próbując zrozumieć, co właśnie powiedział. Po

paru   minutach,   w   szoku,   wyszła   na   dwór   bez   płaszcza   mimo   zimna.   Wszystko   się
powtarzało. Tak samo było z matką. Odebrano jej wtedy i odbierano teraz kogoś, kogo
kochała, a ona patrzyła bezradnie, nie mogąc nic zrobić. Przemknęło jej przez myśl, że

background image

gdyby próba samobójcza się powiodła, to nie doznałaby bólu, który przeżywa dzisiaj. Ale
po chwili przeraziła się i zawstydziła tej myśli.

I wtedy – Jennifer nigdy i nikomu nie umiała wyjaśnić tego zjawiska – usłyszała

kojący głos, który dobiegał z głębi niej samej: „Pojmujesz to wszystko źle. Bo nie chodzi
o ciebie czy twój ból. Nie chodzi również o zbliżającą się stratę i jej nieuchronność.
Chodzi o możliwość, możliwość ulżenia babci w cierpieniu. Drzwi nie zamykają się
przed tobą, wyrzucając cię poza nawias. Przeciwnie, drzwi się otwierają, pozwalając ci
uczestniczyć w kluczowym momencie życia babci – jej śmierci”.

Jennifer uświadomiła sobie, że tym razem, inaczej niż wtedy, gdy umarła matka,

nie jest bezsilna. W istocie ma potężną władzę. Może u boku babki okazywać jej miłość i
pocieszać w chwilach, w których miłość i pociecha są jej potrzebne najbardziej.

Gabby   podobnie   trwała   przy   swojej   wnuczce   w   ciągu   minionych   tygodni,

ofiarowując siebie i pomagając Jennifer pokochać życie. Może w całym nieszczęściu to
właśnie jest darem – pomyślała Jennifer. I postanowiła, że nie dopuści, aby ominęły ją te
chwile na wagę złota.

Zapragnęła wziąć w nich udział.
Później,   w   pokoju,   kiedy   Gabby   otworzyła   oczy,   Jennifer   przywitała   ją

uśmiechem.

– Zabieram cię do domu – powiedziała.
– Miałam nadzieję, że to powiesz – szepnęła słabo Gabby i jakoś pomimo bólu

udało jej się przybrać charakterystyczną szelmowską minę.

Cała babcia – pomyślała Jennifer kiwając z uznaniem głową. Stara się, żebyś ty

czuł się dobrze nawet wtedy, kiedy ją to zabija.

Nazajutrz, z Gabby podłączoną do przenośnego aparatu tlenowego i ułożoną na

tylnym siedzeniu, Jennifer wyruszyła do Nowego Jorku.

–   Zechce   pani   pilnować   podczas   jazdy   rąk,   nóg   i   maski   tlenowej   –   poleciła

wesoło. – Oprzyj się wygodnie, babciu, i odpoczywaj. Jak na miłej przejażdżce.

Kiedy wydostały się na drogę, Jennifer zerknęła we wsteczne lusterko i uchwyciła

wzrok babki. Oczy Gabby jaśniały wdzięcznością. Jennifer odwzajemniła się skinieniem,
przełknęła ślinę i wcisnęła pedał gazu.

background image

28

Jennifer skontaktowała się z lekarzem Gabby od razu po powrocie do miasta.

Obiecał przyjść i zbadać ulubioną pacjentkę w domu. Jak podejrzewała Jennifer, doktor
Wassner   zalecił   natychmiastowe   umieszczenie   Gabby   w   szpitalu.   Stopniowo   ulegał
jednak żelaznej woli Jennifer, która jego zdaniem w każdym calu przypominała babkę,
była równie stanowcza i nieustępliwa jak Gabby. Rad nierad przyznał, że w gruncie
rzeczy podziela opinię kolegi z Maine. Powiedział Jennifer, że badał Gabby u siebie w
gabinecie tuż przed jej odlotem do Kalifornii. Podjęła tę podróż – dodał z naciskiem –
wbrew   jego   wyraźnym   ostrzeżeniom,   że   naraża   się   na   ryzyko   infekcji   lub   czegoś
gorszego.   Jej   reakcja,   jak   doskonale   pamięta,   była   dramatyczna.   Odpowiedziała,   że
rodzina znalazła się w trudnej sytuacji i żaden doktor nie powstrzyma jej od wyjazdu.
Rozedma nie miała naturalnie szans. Fakt, że Gabby nadal może się poruszać, ba, że w
ogóle oddycha, jest niewytłumaczalny – stwierdził. „Musiała sobie nakazać, że przeżyje
te ostatnie tygodnie, tyle mogę pani powiedzieć”.

W końcu wobec upartego sprzeciwu dwóch silnych kobiet doktor Wassner się

poddał.

Uszanuje   życzenie   Gabby,   żeby   czas,   jaki   jej   pozostał,   spędziła   w   domu.

Przywiezie się butlę tlenową i zaopatrzy babcię w niezbędne leki, które złagodzą jej
cierpienie. Żegnając się, doktor Wassner zwrócił się jeszcze raz do Jennifer: – Pytam z
czystej ciekawości, czy Gabby zdążyła z pomocą do Los Angeles?

Jennifer milcząc spuściła oczy. Później uniosła twarz ku doktorowi i uśmiechnęła

się.

– Tak, doktorze – powiedziała serdecznie. – Zdążyła co do sekundy.
Następnie Jennifer zatelefonowała do ojca.
– Chcę cię zawiadomić, że czuję się doskonale. Nigdy nie byłam silniejsza –

oznajmiła, gdy ojciec odebrał telefon.

– Wspaniale, Jennifer, ale dlaczego...
– Słuchaj, nie zaczynaj od dlaczego nie dzwoniłam i tak dalej, zgoda? Babcia jest

chora.   Bardzo   chora.   Niedługo   umrze.   I   potrzebuje   mnie.  Więc   dopóki   będzie   żyła,
zostanę tutaj. Nie wysyłaj po mnie żadnych zbirów czy porywaczy, czy co ci tam chodzi
po głowie...

tato.
W słuchawce zapanowała długa cisza. Barry odchrząknął. Jennifer była ciekawa

dalszego ciągu, i gotowa do walki.

– Byłem po prostu – zaczął Barry, urwał i spróbował znowu.
– Może chciałabyś, żebym przyleciał, jakoś pomógł? Jennifer zaniemówiła. Tego

się nie spodziewała.

– Nie, dzięki – odparła wreszcie ze zdziwieniem, ale zdecydowanie. – Chcę być z

nią teraz sama, tato. Potrzebuję tego, zgoda?

– Dzwoń do mnie, Jennifer – poprosił Barry głosem stłumionym i przejętym,

jakiego Jennifer nie pamiętała. – Daj mi znać, gdybym mógł coś dla was zrobić.

– Zadzwonię – przyrzekła.
Wtedy ojciec powiedział coś, czego nigdy nie spodziewała się usłyszeć z jego ust:

– Jestem z ciebie dumny i wiem, że matka też byłaby z ciebie dumna – a po przerwie: –
Kocham cię – i odłożył słuchawkę.

background image

Jennifer stała potem w kuchni i gapiła się na telefon. Babcia miała rację, czasami

dary przychodzą owinięte w ból, a kiedy indziej walą cię obuchem w głowę, gdy jesteś
zupełnie nieprzygotowany.

Jennifer siedziała przy łóżku Gabby całymi dniami, przynosiła jej posiłki i – gdy

babcia o to prosiła – herbatę, a wybiegała tylko po zakupy w markecie na rogu. Chciała
zamówić   dostawę   żywności   do   domu,   ale   Gabby   stanowczo   się   temu   sprzeciwiła.
Wychodząc   choćby  na   krótko   –  argumentowała   –   łykasz   trochę   świeżego   powietrza.
Noce spędzała Jennifer na podłodze obok łóżka, żeby na wszelki wypadek być blisko
Gabby.

Minęło   tak   kilka   dni,   kiedy  Jennifer,   wróciwszy  z   apteki,   usłyszała   dzwonek

telefonu.

Ku jej zaskoczeniu telefonował Charlie Sosnę, dzielny rumak Gabby i przyjaciel

od dnia, w którym razem szukali Jennifer w parku. Charlie powiedział, że w ubiegłym
tygodniu dzwonił już parę razy, ale nigdy nie mógł ich zastać. Tak się składa, że będzie
tego wieczoru w pobliżu i chętnie by je odwiedził.

– Jak to miło pana słyszeć, Charlie – odparła Jennifer uradowana dźwiękiem jego

głosu. – Tylko, widzi pan, chyba to nie najlepszy pomysł, babcia jest bardzo chora.

–   Strasznie   mi   przykro   –   zmartwił   się   Charlie.   –   Ma   pani   rację,   chyba

rzeczywiście pora nie jest najwłaściwsza – dodał z prawdziwym smutkiem.

Myśli Jennifer pędziły jak szalone. Nieźle byłoby spotkać się z nim znowu. Może

zyskałaby przyjaciela.

– Hej, Charlie – powiedziała pogodniej. – Może jednak wstąpi pan na parę minut.
Babcia na pewno się ucieszy... i ja też.
– Wspaniale! – wykrzyknął Charlie. – Nie potrzebuje pani czegoś? Bo ja wiem,

może jakichś owoców?

– Nie, wielkie dzięki. Koło siódmej? – zaproponowała Jennifer.
– O siódmej, dobrze – zgodził się Charlie i dodał: – Nie zabawię długo, słowo.
Jennifer uchwyciła zapał w jego głosie i podziałało to jak balsam na jej duszę.
Odwiesiła słuchawkę i zaraz uderzyła ją następna myśl. Czy Gabby w tym stanie

naprawdę życzy sobie gości?

– Cudownie, wspaniała nowina – Gabby przyjęła zapowiedź wizyty z wielkim

zadowoleniem. – Może napijemy się wspólnie po kropelce.

Kiedy zbliżała  się  chwila  nadejścia  Charliego,   Gabby  zażądała,  żeby  Jennifer

posadziła   ją  w  łóżku.   Obejrzawszy w  ręcznym   lusterku  swoją  bladą,  mizerną   twarz,
poprosiła o trochę różu i roztarta go na policzkach. – Po co straszyć młodzieńca? –
wyjaśniła z wisielczym humorem. Jennifer włożyła Gabby maskę tlenową i sprawdziła
dopływ powietrza, a zabierając lusterko, przyłapała się na tym, że bada własny wygląd.
Wybuchnęła śmiechem.

Przecież nie idziesz na randkę – skarciła samą siebie. Babcia jest chora, a ten

człowiek,   którego   prawie   nie   znamy,   chce   po   prostu   wyrazić   jej   szacunek.   Co   go
obchodzi, jak wyglądam?

Charlie   przybył   odziany   w   wytworną   czerń,   w   długim   szarym   wełnianym

płaszczu.

Jego energia natychmiast rozgrzała atmosferę. W jednej ręce trzymał samotną

delikatną   różę,   a   w   drugiej   małe   pudełeczko   w   srebnym   papierze,   w   jaki   owija   się
prezenty. Jennifer uśmiechnęła się na widok jego zatroskanej miny i wprowadziła do

background image

pokoju babci. Gabby wyciągnęła do Charliego ręce, a jej starania, by mu okazać, jak się
cieszy z odwiedzin, wywarły spore wrażenie na Jennifer. Czuła, że babka ma jakiś ukryty
cel. Jakby z dawna oczekiwała, że Charlie przyjdzie. Ale skąd mogła o tym wiedzieć?

Gabby wskazała Charliemu miejsce na brzegu łóżka, żeby lepiej go widzieć.
– Mam nadzieję, że pani nie przeszkadzam – powiedział przepraszająco.
– Umieram, Charlie – Gabby poprawiła maskę tlenową. – Co jeszcze może mi

przeszkadzać?

Wzmianka   o   nadchodzącej   śmierci   spowodowała   chwilę   krępującej   ciszy.

Jennifer i Charlie wymienili niespokojne spojrzenia. Ale dźwięk zawsze tak miłego sercu
chrapliwego   śmiechu   rozładował   napięcie.   Nie   sposób   było   nie   dostrzec   figlarnych
iskierek w oczach Gabby, a pogoda babki sprawiła, że rozchmurzyła się też Jennifer.
Nawet w obliczu śmierci udawało się babce uczyć wnuczkę życia.

– To dla pani – powiedział Charlie, wręczając różę Gabby, wyraźnie wzruszonej

jego uprzejmością.

– Już dawno żaden mężczyzna nie dawał mi kwiatów, Charlie – podziękowała z

uśmiechem, który wygładził jej zaostrzone rysy. – Ale jestem starą kobietą i zdaje mi się,
że my, dwoje, nie mamy przed sobą najlepszych perspektyw, więc może lepiej dałby pan
kwiatek mojej wnuczce, co? – podsunęła, bezceremonialnie wskazując na wnuczkę.

– Babciu – upomniała łagodnie Jennifer. – Odbierasz panu szansę.
– Nie, róża jest dla pani, Gabby – obstawał Charlie. – Dla wnuczki mam coś

innego.

Podszedł   do   Jennifer   i   podał   jej   małe   srebrne   pudełeczko,   obwiązane   żółtą

wstążką.

Nie wiedząc, co powiedzieć, Jennifer uśmiechnęła się z zakłopotaniem.
– Ja... Dlaczego pan to robi? – spytała w końcu, całkiem zbita z tropu.
– Żadnych pytań, mejdele. Mężczyzna daje ci prezent, to bierz – wtrąciła Gabby i

znów schowała się pod maską tlenową.

Jennifer   powoli   rozwiązała   wstążkę   i   odwinęła   papier.   Trzymała   w   ręku

ciemnoniebieskie pudełko, z wytłoczonym na wieczku znakiem służby konserwatorskiej
Central Parku. Kiedy je otworzyła, wybuchnęła serdecznym śmiechem. Ostrożnie wyjęła
malutki szklany model Zamku Belwederskiego – miejsca, gdzie Charlie i babcia znaleźli
ją tamtego ranka. Zerknęła na Gabby, która mrugnęła z aprobatą spod plastikowej maski.

Jennifer odwróciła się i poszukała oczu Charliego.
– Prześliczne – powiedziała. – Nie wiem, czy zasłużyłam. Tamtego dnia to pan i

babcia zapracowaliście na nagrodę.

Dźwięk dochodzący od strony łóżka był nieco za głośnym chrząknięciem.
–   Prawda   jest   taka   –   zaczął   lekko   Charlie   –   że   wcale   nie   jestem   błędnym

rycerzem, który pewnego poranka parę tygodni temu uratował piękną królewnę. Laury i
tytuł wybawcy należą się pani babci. Ale tak się zastanawiam, czy i koń nie mógłby
liczyć na pewne względy?

Za   maską   Gabby   otworzyła   szeroko   oczy.   Jennifer   zaparło   dech.   Owszem,

odczuła   odrobinę   zainteresowania,   gdy   wtedy   w   parku   ujął   jej   rękę,   ale   dziś   ta
przemowa? Jak można tak otwarcie wyrażać swoje uczucia, gdy ledwie się kogoś zna?
Patrzyła na prezent i miała wrażenie, że emocje zaraz ją rozsadzą. Wszystko w jej życiu
wydawało się tak nieistotne.

Dopiero odzyskiwała grunt pod nogami. Była o krok od utraty babci. Stojący tuż

background image

przed nią Charlie wywoływał bolesne wspomnienie Filipa i tamtych tragicznych przeżyć.
Czy rzeczywiście była gotowa wrócić do normalnego życia?

– Prezent jest piękny, Charlie, i naprawdę się cieszę. Ale nie ma powodu...
W głębi, na łóżku pod maską tlenową, Gabby po prostu wychodziła z siebie.
Trzymanie języka za zębami było dla niej niewyobrażalną męką. Nie wolno jej

przeszkadzać – nakazywała sobie.

–   Moja   wnuczka   musi   sama   podjąć   decyzję.   Zrobi   ze   swoim   życiem   i

wymownym prezentem od młodzieńca to, co uzna za stosowne. Jeżeli zechce zamknąć
drzwi, dobrze, niech zamyka. Z drugiej strony – to była następna myśl Gabby – sytuacja
aż się prosi, żeby ją lekko popchnąć.

– Nie chciałabym przerywać – odezwała się, kaszląc dla lepszego efektu.
Jennifer odwróciła się do babki z uśmiechem i potrząsnęła głową.
– O co chodzi, babciu?
– Chciałam tylko powiedzieć, że – przepraszam za wyrażenie – nawet koniowi

daje się od czasu do czasu kostkę cukru.

I unosząc zabawnie brew, Gabby wśliznęła się z powrotem pod maskę.
Charlie   postąpił   krok   do   przodu.   Jego   chłopięca,   lecz   zdecydowana   twarz

wyrażała szczere i żarliwe uczucia człowieka, który zna swoje serce.

– Posłuchaj, Jennifer. Nie wiem, dlaczego się spotkaliśmy i zdaję sobie sprawę, że

mój pośpiech jest okropny, ale bałem się, że wyjedziesz do Los Angeles, a ja stracę
szansę, żeby ci powiedzieć...

– szukał słów tak samo niecierpliwie, jak niecierpliwie Jennifer i Gabby na te

słowa czekały. – Widzisz, nigdy w życiu nie wierzyłem, że niektóre rzeczy są ludziom,
jak się to mówi, „sądzone”. Tak zwane szczęśliwe przypadki uważałem zawsze za głupi
wymysł.

Wybacz, Gabby... ale ty, Jennifer i tamten dzień w parku pozostały we mnie –

zawahał się, ważąc słowa. – Gdyby nadarzyła się okazja, a ty nie miałabyś nic przeciw
temu, z radością poznałbym cię bliżej. Może dziwnym trafem ty również zapragnęłabyś
mnie poznać. Myślisz, że to możliwe?

Jennifer spojrzała na Gabby,  która mimo ciężkiej  choroby sprawiała wrażenie

osoby   bardzo   zadowolonej.   Spoglądając   potem   na   kruchy   szklany   zamek,   Jennifer
wiedziała już, że coś się w niej zmieniło. Mimo wszystkiego, co dotychczas przeżyła i co
jeszcze będzie musiała przeżyć w następnych dniach – pora przyjąć dary zsyłane przez
los. Co więcej, w głębi serca czuła, że gorączkowo wypatrywała okazji do zrobienia
pierwszego kroku.

Podniosła   wzrok   na   Charliego,   uśmiechnęła   się   powolutku,   delikatnie   i

przytaknęła: – Myślę, że możliwe.

– Mazel tow! – okrzyk zdmuchnął maskę z twarzy Gabby i Jennifer musiała

dobrze się starać, by uspokoić chorą, zanim znowu chwyci ją kaszel.

Kiedy Jennifer i Charlie po raz drugi wymienili numery telefonów, Charlie schylił

się i lekko pocałował Gabby w czoło. Jennifer odprowadziła go do drzwi. I przestrzegła
przed pośpiechem, bo nie wie, co niesie jej przyszłość.

–   Nikt   z   nas   nie   wie   –   serdecznie   uśmiechnął   się   Charlie.   –   Nigdy   nie

przypuszczałem, że jakaś starsza pani osiodła mnie i weźmie na przejażdżkę po parku.
Życie jest pełne niespodzianek...

Wymógł na Jennifer obietnicę, że zadzwoni, jeśli ona lub Gabby będą czegoś

background image

potrzebowały. Pocałował ją w rękę i wyszedł, a Jennifer dłuższą chwilę roztrząsała, w
jaki przedziwny sposób życie miesza radość i smutek.

Ledwie wróciła do pokoju Gabby, obie zaczęły chichotać jak uczennice. Śmiech

męczył   chorą,   ale   równocześnie   działał   dobroczynnie.   Wesoły   nastrój   prysł   jednak
szybko, bo Gabby osłabła. Po ataku kaszlu i Jennifer, i Gabby, zauważyły krew w masce.
Wymieniły nieme spojrzenia, Jennifer starła krew. Zakładając babci czystą maskę zaczęła
przepraszać, że przez wizytę Charliego naraziła Gabby na nadmierny wysiłek. Ale Gabby
zamknęła jej usta palcem, szepcząc:

– Szejna mejdele, za skarby świata nie oddałabym tych chwil. Potem, gdy Gabby

zapadła w niespokojny sen, Jennifer wzięła dziennik, który dostała od niej w Maine, i
zaczęła zapamiętale pisać. Do późnej nocy siedziała przy łóżku Gabby, przelewając na
papier wszystko, co umiała już odczuwać.

W  ciągu   następnych   dziesięciu   dni   robiły   wszystko,   aby  wzajemnie   się   sobą

cieszyć.

Ale stan Gabby gwałtownie się pogarszał, zgodnie zresztą z przewidywaniami

doktora.   Jej   głos,   tak   niegdyś   dźwięczny,   zmienił   się   w   ochrypły   szept.   Najbardziej
przykre było jednak to, że nie mogła wykrzesać z siebie nawet iskry dawnej energii, gdyż
resztkę sił odbierała jej walka o złapanie oddechu. Była za słaba, żeby wstać z łóżka i
pójść do łazienki, Jennifer pomagała jej więc przy wszystkich intymnych czynnościach.
Starała się zachowywać jak najdelikatniej i najdyskretniej, by ograniczyć skrępowanie
Gabby do minimum.

Tymczasem   lekarz   Gabby   dla   oceny   sytuacji   przysłał   pielęgniarkę.   Była   to

pochodząca z Wielkiej Brytanii kobieta w średnim wieku, o rumianej twarzy i ponurym
usposobieniu,   profesjonalna   i   władcza.   Nie   traciła   czasu   na   dyskusje,   stwierdziła   po
prostu, że teraz, kiedy Gabby nie może się poruszać, trzeba koniecznie przewieźć ją do
szpitala.

Wprawdzie terminalni pacjenci wolą pozostać w domu, jednakże Gabby wskutek

gwałtownego   zaostrzenia   swego   stanu   wymaga   specjalistycznej   opieki.   Jennifer
zauważyła, że jak przystało na Brytyjkę, pielęgniarka mówi w beznamiętny, rzeczowy
sposób.   Tylko   wykwalifikowany   personel   szpitalny,   oświadczyła,   potrafi   obsługiwać
aparaturę i dawkować leki uśmierzające ból.

Ale po paru minutach wysłuchiwania obowiązkowej, odpowiedzialnej i wypranej

z emocji  pielęgniarki,  dlaczego  chora powinna  natychmiast jechać  do kliniki, Gabby
przerwała   jej,   kiwając   z   dezaprobatą   palcem.   Z   trudem   zebrała   siły  i   tłumiąc   gniew
powiedziała do kobiety:

– Ból jest częścią życia, proszę pani. I w imieniu kogoś, kto się na tym zna,

zdradzę   pani   sekret:   wcale   nie   najgorszą   częścią.   Dużo   gorsza   jest   samotność,   brak
bliskich, brak rodziny. Chcę zostać we własnym łóżku. U siebie. Więc? I jak pani widzi –
wskazała   na   Jennifer   i   nawet   zdołała   puścić   do   wnuczki   oko   –   opiekuje   się   mną
śmietanka pielęgniarskiej śmietanki.

Obrażona, ale i nie mając wątpliwości, że natrafiła na skałę, pielęgniarka wydała

długie   głębokie   westchnienie,   jak   przekłuty   balon.   Według   późniejszego   komentarza
Gabby była godną przedstawicielką swego fachu, bo od razu zajęła się instruowaniem
Jennifer, jak łagodzić dolegliwości chorej. Należy, pouczyła, równomiernie zwiększać
dawki leków, które przyniosła, i odpowiednio do wzrastających trudności z oddychaniem
regulować dopływ denu. Kiedy Jennifer odprowadzała ją do drzwi, urażona niewiasta

background image

dodała, że gdy nadejdzie pora, Jennifer powinna wezwać lekarza babki. Dopilnuje on
spełnienia   woli   Gabby   wyrażonej   pewien   czas   temu.   Na   koniec   życzyła   Jennifer
powodzenia   i   już   miała   wyjść,   kiedy   nagle   odwróciła   się   i   serdecznie   uścisnęła
dziewczynę. Rozbroiła tym Jennifer zupełnie.

Tej nocy Jennifer, zgodnie ze swym obecnym zwyczajem, otworzyła dziennik, by

opisać dary, które przyniósł dzień z Gabby. Ale ta noc miała być inna. Gabby, wyraźnie
zaprzątnięta jakąś myślą, przywołała Jennifer bliżej, pragnąc spojrzeć jej w oczy. Jennifer
z zaciekawionym uśmiechem uklękła przy łóżku.

– O co chodzi, babciu?
Z ogromnym wysiłkiem Gabby wyznała, co jej leży na sercu.
– Mam coś dla ciebie, Jennifer. Chcę ci to dać, nim odejdę.
– Dość mi już dałaś, babciu – zaprotestowała cicho Jennifer.
– W górnej szufladzie komody znajdziesz kopertę.
Jennifer posłusznie podeszła do komody, wysunęła górną szufladę i włożyła rękę

w kłębowisko pończoch i skarpetek.

– Gdzieś tam była. Jest na pewno, poszukaj – przynaglała słabym głosem Gabby.
Jennifer wymacała kopertę i wyjęła ją z szuflady.
– Tak, to ta – powiedziała Gabby. – Podaj mi, proszę. Jennifer delikatnie włożyła

w ręce Gabby mały, biały, trochę pomięty przedmiot i znów uklękła przy łóżku.

Obserwowała,   jak   Gabby   wolno   gładzi   palcami   kopertę,   tak   jakby   w   środku

znajdował się największy skarb. Gabby pochwyciła pytające spojrzenie wnuczki i ciepło
się uśmiechnęła.

– Coś, o czym ci nie mówiłam. Dawno temu na tym strychu w Polsce poprosiłam

panią Pułaską o parę kartek papieru i ołówek, żebym mogła zapisywać codzienne dary.

– Prowadziłaś tam dziennik? – spytała przestraszona i zdumiona Jennifer.
Zdawało się, że mimo swego ciężkiego stanu Gabby poweselała.
– I owszem, jeśli takie strzępki można nazwać dziennikiem – uśmiechnęła się. –

Pisałam na każdym wolnym skrawku, opisywałam, co zobaczyłam,  co usłyszałam, o
czym pamiętałam i w ogóle o wszystkim, co mnie pocieszało w tej mojej biedzie –
zakasłała, odwróciła się na moment, a kiedy kaszel ustał, nachyliła się znów do Jennifer,
która nie spuszczała z niej  oka. – Pisałam właśnie na ostatnim, cennym kawałeczku
papieru, kiedy pani Pułaska wpadła mnie ostrzec. Z powodu podejrzeń sąsiada musiałam
natychmiast uciekać.

Schowałam tę ostatnią kartkę pod ubraniem.
Serce Jennifer zabiło szybciej, gdy Gabby wyciągnęła z koperty zmiętoszony,

naddarty kawałek papieru, ściśle wypełniony drobnym pismem.

– To jest ta ostatnia kartka, Jennifer. Chcę, żebyś ty ją miała.
Do oczu Jennifer napływały łzy, gdy oglądała cenny strzępek. Papier zżółkł ze

starości i pismo w obcym języku zbladło, ale litery nadal dawały się odczytać. Ołówek
poruszał   się   w  różnych   kierunkach,   zataczał   koła,   jego   ślady  tłoczyły  się   w   rogach.
Gabby wykorzystała każdy cal po obu stronach. Jennifer przeniosła wzrok z kartki na
babkę, jej drżące wargi nie mogły znaleźć słów.

– Może zajęłabyś się teraz mną – powiedziała Gabby, przyciągając do siebie dłoń

Jennifer i czule ją całując.

Jennifer przytaknęła przez łzy.
– Chodź, spójrz na ten stary papier. Wkrótce już nikt nie odczyta tych słów.

background image

Przetłumaczę ci tekst na angielski, żebyś mogła umieścić go w swoim dzienniku.

Dzięki temu – przerwała – moje słowa nie umrą.

Głos   Gabby   był   ochrypły,   ale   dzielnie   uśmiechnęła   się   do   wnuczki.   Jennifer

objęła babkę i cicho zapłakała. Po kilku minutach Gabby pomogła jej otrzeć łzy, a wtedy
Jennifer wyprostowała się, wzięła dziennik i zapisała wszystko, co przeczytała jej Gabby,
jako ostatni swój dar.

Utrwalała w dzienniku wspomienia, które wcześniej spisywała Gabby: zapach

roznoszący się z kuchni, kiedy matka piekła ciasto, sposób, w jaki ojciec, śmiejąc się,
przewracał oczami, błysk podniecenia w oczach Anny, gdy zakładała łyżwy. Notowała
dźwięki,   których   niegdyś   nasłuchiwała   uwięziona   na   strychu   babka:   ciche   bębnienie
deszczu o dach, poranny śpiew ptaka, którego nigdy nie mogła zobaczyć, bicie własnego
serca – znak, że wciąż żyła. A kiedy babka cierpliwie starała się odcyfrować własne
pismo i przełożyć polskie słowa na angielskie, Jennifer spijała z jej warg obrazy, które
podnosiły na duchu zamkniętą w klatce Gabby: pocieszający uśmiech pani Pułaskiej co
wieczór, bałwan, oglądany przez okienko, bałwan, który świadczył, że na świecie ciągle
bawią się dzieci, własne odbicie w pękniętym lusterku, i odkrywanie we własnych rysach
rysów bliskich.

Kiedy Jennifer skończyła  spisywanie darów, które wyliczyła Gabby, za zgodą

babki   odczytała   tę   wyliczankę   jeszcze   raz.   Później   Gabby   obrócił   się   do   wnuczki   i
powiedziała głosem najczystszym, na jaki mogła się zdobyć: – Chcę, żebyś o czymś
wiedziała, mejdele. I uwierzyła w to całym sercem. Ten cenny czas, który spędziłyśmy
razem, pozwala mi umierać z nadzieją.

Gabby   zachłysnęła   się,   zdołała   jednak   wyciągnąć   rękę   i   łagodnie   poklepać

Jennifer.

– Pamiętaj zawsze, moja dziewczynko, że jesteś dla mnie wszystkim. I zawsze

będziesz zasługiwała na... życie.

Jednej   i   drugiej   łzy  przesłoniły  oczy.   Gabby  z   wielkim   trudem  wzięła   z   ręki

wnuczki pióro i dziennik. Jennifer patrzyła, jak babka powoli skrobie dedykację: Dla
mego największego daru, mojej wnuczki.

Nadsłuchuj sercem, a odezwę się stamtąd, gdzie będę teraz żyła...
Z nieba.
Z miłością, babcia.

background image

29

Nazajutrz rano Gabby umarła. Piękny mroźny dzień rozjaśniał się nad miastem,

kiedy wydała ostatnie tchnienie, zwracając głowę ku światłu, które wpływało przez okno
sypialni.

Odeszła, kołysana w ramionach wnuczki, której przekazała dar życia, tak samo

jak Liii, która urodziła Jennifer.

Na cmentarzu na Long Island zebrało się niewiele osób. Prócz doktora Wassnera,

lekarza   Gabby,   i   oczywiście   Friedy   Steinberg,   Jennifer   nie   miała   pojęcia,   kogo
zawiadomić.

Ojcu wiadomość o śmierci Gabby zostawiła na sekretarce. I zatelefonowała do

Charliego.

Zdziwiła się, jak bardzo jest mu wdzięczna za to, że przyjechał. Podszedł do niej

tuż przed pogrzebem, złożył kondolencje, obdarzył tak upragnionym uściskiem i dopiero
wtedy zajął miejsce wśród garstki żałobników. Kiedy spuszczono trumnę do grobu i
odmówiono kadisz, łzy Jennifer popłynęły swobodnie, upadły na ziemię i przyniosły
odrobinę ukojenia, babcia spoczęła bowiem obok swego ukochanego Icka.

Wcześniej   przed   ceremonią   poproszono   Jennifer   jako   jedyną   przedstawicielkę

rodziny,  by zobaczyła  ciało babci w trumnie. Wyjęła szczotkę, przyczesała  sterczący
kosmyk siwych włosów, a potem wsunęła do prostej drewnianej trumny fotografię Gabby
z   Ickiem   i   Liii   na   wakacjach   w   Maine,   którą   znalazła   w   babcinej   szufladzie.   Sobie
zostawiła drugą fotografię. Gabby jako młodej kobiety na ślizgawce, z promieniejącą
radością twarzą.

Wychodząc z cmentarza, Jennifer poczuła na nosie coś miękkiego i mokrego.
Uśmiechnęła   się,   gdy   spojrzała   przez   łzy.   Padał   śnieg.   Charlie   towarzyszył

Jennifer do domu, gdzie zebrało się kilka przyjaciółek babci, które nie mogły podjąć
wyprawy na Wyspę, ale przybyły na zwyczajowe wspólne modlitwy i stypę. Z poręczy
fotela przy oknie Charlie obserwował, jak Jennifer pomaga Friedzie nakryć do stołu.
Frieda przygotowała tyle jedzenia, że wystarczyłoby dla armii głodomorów, co wcale nie
zdziwiło Jennifer. Starała się zamienić z każdym przynajmniej parę słów, choć większość
gości ledwie znała. Wreszcie, kiedy podała już ostatniej z przyjaciółek Gabby talerz z
plastrami indyka i dwiema sałatkami, jedną ziemniaczaną, a drugą z surowej kapusty,
uciekła, szukając wytchnienia. Natrafiła na spojrzenie Charliego, który pomachał ręką i
uśmiechając się, kiwnął głową w uznaniu dla jej zasług. Odwzajemniła się tym samym,
uradowana, że w pokoju jest ktoś w jej wieku, ktoś, kto chyba rozumie jej uczucia.
Podążyła w jego kierunku, on wstał na spotkanie, ale zanim do siebie dotarli, Frieda
podsunęła Jennifer telefon, zasłaniając dłonią słuchawkę. Jennifer nawet nie usłyszała
dzwonka.

– Twój   ojciec  –  szepnęła  Frieda  i uniosła  brwi  w sposób,  który  przypomniał

Jennifer   szelmowskie,   nieme   komentarze   Gabby,   wymowniejsze   niż   słowa.   Charlie
wycofał się, Jennifer poszła rozmawiać do przedpokoju.

– Cześć – powiedziała do słuchawki.
– Jak się masz, Jen? – zapytał z troską Barry.
– Dobrze. Pogrzeb był piękny. Babcia byłaby zadowolona – Jennifer odpowiadała

ściszonym głosem. Z salonu buchnął nagle gwar zagłuszający ojca.

– Jen, wiem, że ci ciężko. Babcia miała szczęście, że byłaś z nią cały ten czas –

background image

mówił Barry.

Wzrok   Jennifer   padł   na   fotografie   wiszące   na   ścianie.   Przyglądała   się   matce

sfotografowanej w momencie, kiedy jako mała dziewczynka karmi konia, a potem babce,
która jakby odpowiadała spojrzeniem na spojrzenie, z uśmiechem igrającym w świetle.

– To ja miałam szczęście – wyszeptała Jennifer.
– Jen – zaczął Barry, ale głos mu się załamał. Usłyszała, jak ojciec chrząka,

walcząc z emocjami. Jennifer czekała. – Jakie masz teraz plany? – spytał, choć Jennifer
wydawało się, że myśli o czymś innym.

– Nie robiłam jeszcze żadnych planów – uprzytomniła sobie nagle Jennifer. –

Chyba niedługo wrócę i wtedy pomyślę.

– Dobrze – powiedział łagodnie Barry.
Zapadło niezręczne milczenie, a potem Barry znowu się odezwał.
– Widzisz, Jen, spodziewałem się... wiem, że pewnie nie zechcesz, ale... pojutrze

jest Święto Dziękczynienia. Wiem, że nie wybaczyłaś mi wielu rzeczy... Jak sądzisz, czy
jest jakaś szansa, żebyś tu przyjechała i zjadła obiad z rodziną?

Na   dźwięk   tego   słowa   Jennifer   mocno   zacisnęła   powieki.   Targała   nią   burza

emocji.

Mimo wewnętrznego zamętu wiedziała, że musi pójść własną drogą. Ojcu trzeba

oddać sprawiedliwość, stara się. Tylko wciąż nie była pewna, czy potrafi mu wybaczyć.
Nie będzie łatwo. Ale obiad – na to mogła się zdobyć.

– Dobrze, tato – usłyszała własny spokojny głos. – Chętnie przyjadę.
Barry   wydawał   się   prawdziwie   wzruszony.   Po   chwili,   biorąc   się   w   garść,

wykrztusił: – Wspaniale, Jennifer, twoja mała siostrzyczka Briana z radością cię pozna.

I zaczął snuć opowieść o tym, jak świetnie wszystko się ułoży, ile rzeczy razem

zrobią. Jennifer na pewno wybierze się z nimi do Aspen... Ale uwagę Jennifer zaprzątało
coś innego. Myślała o tym dzieciątku–szczeniątku. Właściwie nigdy nie pogodziła się z
faktem,   że   ma   siostrę.   Nigdy   nie   znalazła   czasu,   żeby   się   do   niej   zbliżyć.   Może,
powiedziałaby Gabby, jest to dar, który pora przyjąć. Psiaczek – tak będzie ją nazywała,
małą osóbkę, która potrafi przywrócić człowieka do życia.

Usłyszała znów ojca, który dalej mówił.
–   Zobaczymy   się   pojutrze,   tato   –   przerwała   Jennifer,   nakładając   hamulec   na

gadulstwo ojca. – Zgoda?

Co do niego niepodobne, Barry umilkł. Ale heca! Zaczerpnął tchu.
– Dzięki – powiedział cicho. I szybko dodał: – Jennifer? – Tak?
– Ty  i twoja babcia,  obie  byłyście  szczęśliwe,  żeście  miały siebie  nawzajem.

Teraz to zrozumiałem. Cześć.

Rozłączył się, a Jennifer poczuła się jakby oczyszczona. Spojrzała jeszcze raz na

fotografię   Gabby.   Potem   odwróciwszy   się,   zauważyła,   że   Charlie   czeka   na   nią   w
drzwiach.

– O!? – zdziwiła ją jego obecność.
– Z ojcem wszystko w porządku? – spytał niespokojnie, marszcząc czoło.
– Nie jestem pewna, czy nie przesadziłam. Ale cóż, obiecałam, że przyjadę na

Święto Dziękczynienia. Zobaczymy, co z tego wyniknie.

– To dobrze, dla ciebie oczywiście – Charlie uśmiechnął się i potrząsnął głową.

Nagle się zmartwił. – Czy to znaczy, że opuszczasz Nowy Jork na stałe?

Jennifer ogarnęło przemożne pragnienie, żeby wyjść z domu żałoby.

background image

– Chodźmy na  powietrze  – rzuciła. Pospiesznie  włożyli  płaszcze  i bez  słowa

wymknęli się z mieszkania.

Stali na tarasie przy wejściu, patrząc w milczeniu na bezchmurne teraz niebo.

Tyle uczuć przepływało przez Jennifer. Rzeczywistość pogrzebu Gabby i perspektywa
powrotu do Los Angeles po raz pierwszy od czasu, kiedy tamto się zdarzyło. Świąteczny
obiad u ojca i jego rodziny, no i Charlie. Podniosła kołnierz płaszcza, żeby zasłonić uszy.
Rześkie powietrze przyjemnie chłodziło jej twarz, ale po paru minutach zaczęła drżeć. Za
dużo ją teraz spotykało. Gabby odeszła i będzie musiała radzić sobie sama.

Charlie instynktownie przysunął się bliżej, otoczył ją ramieniem i przytulił, by się

ogrzała.

– Jennifer – zaczął. – Nigdy nie znałem nikogo, kto bardziej kochałby babcię, tak

się nią opiekował i wspierał.

Jennifer   skinęła,   szepcząc   „Dziękuję”,   ale   słowa   Charliego   wyzwoliły   łzy   i

rozpłakała się serdecznie. Podtrzymywał ją i mówił, co ma na sercu.

–   Nie   wiem,   jak   długo   zamierzasz   zostać   w   Los  Angeles,   ale   jeśli   wszystko

pójdzie dobrze, chętnie bym tam przyjechał i poprosił, żebyś pokazała mi miasto.

Jennifer odchyliła się i przyjrzała Charliemu. Dostrzegła w jego twarzy nadzieję.
Charlie ocierał jej łzy i uśmiechał się wyczekująco.
– Jak mogłabym odmówić człowiekowi, który dał mojej babci ostatnią różę w jej

życiu!   –   odparła   pogodnie.   Pomyślała,   że   może   należałoby   trochę   przyhamować
Charliego, choćby dlatego, że nieprzyzwoicie się spieszył. Mogła się sparzyć. Z drugiej
strony, jak to miło wyobrazić sobie, że ktoś będzie cię ścigał przez cały kraj. Kto wie,
może skończyć się to na tym, że zamieszka w Nowym Jorku? Jennifer miała nieodparte
wrażenie,   że   Gabby   stamtąd,   gdzie   teraz   przebywa,   wymierza   jej   porządnego
szturchańca, domagając się zaufania jako swatka.

A potem, nagle coś sobie przypominając, Jennifer poprosiła trochę zaskoczonego

Charliego, aby wytłumaczył ją przed Friedą i resztą gości.

– Jest coś, co muszę zrobić – wyjaśniła.
Przyrzekła, że zaraz wróci i wyruszyła sama w noc.
Szła  z  determinacją,  wciąż  od nowa  przywołując  wspomnienia  ostatnich  paru

tygodni i podróży z babcią. Wkrótce znalazła się na ścieżce w Central Parku i po kilku
krokach dotarła do celu – ślizgawki Woolmana.

Patrząc na białą opalizującą taflę, Jennifer uśmiechnęła się z zaciekawieniem.

Wśród świateł i tłumu ludzi, wśród dźwięków muzyki nie przestawała myśleć o Gabby i
jej   siostrze   Annie,   jak   w   polskim   miasteczku   swego   dzieciństwa   śmigały   po
zamarzniętym stawie. I choć dotychczas się nie ślizgała, uznała, że na naukę nigdy nie
jest za późno. W taki właśnie sposób z początku chwiejnie, ale z rosnącą pewnością
kogoś, kto urodził się na łyżwach, zaczęła się ślizgać do utraty tchu. Ostrza łyżew krajały
lód, odpryski skakały w górę i lądowały na twarzy Jennifer, zimne i żywe. Wysoko
świecił listopadowy księżyc, a nocne niebo tańczyło razem z błyszczącymi gwiazdami.

Ślizgała się swobodnie, z cudowną lekkością. Ślizgała się dla Anny, którą Gabby

przez całe życie pragnęła jeszcze raz zobaczyć na łyżwach. Ślizgała się dla swojej matki
Liii, której duch nie opuszczał jej ani na chwilę. Ślizgała się dla siebie, ciesząc się, że
żyje. Ale przede wszystkim ślizgała się dla babki, która zmieniła bieg jej życia.

Poruszała się energiczne, co ją samą zdziwiło, z każdym okrążeniem nabierając

prędkości w rytmie melodii. Najpierw sunęła w procesji innych ludzi. Niebawem jednak,

background image

gdy zaufała własnym nogom, zobaczyła, że zostawia tłum za sobą i wsłuchuje się w
wewnętrzną muzykę, która wyciska z jej oczu łzy i śmiech, i budzi pamięć niezwykłej
kobiety, która ją uratowała.

Ślizgała się do późnej nocy, aż nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Ułożyła się

wtedy na śniegu obok tafli i patrzyła w lśniące nocne niebo. Jak kartki, które jeszcze
musiała   zapisać   w  dzienniku,   i  jak  białą   powierzchnię  lodu,   Jennifer  widziała  swoją
przyszłość – kusząco czystą i pełną możliwości. Czekała na zapisanie, na wypełnienie
nadchodzącymi dniami życia, które, Jennifer sama stworzy.

Spocona i zdyszana, uświadomiła sobie nagle, że bije w niej serce. Zdumiała się,

jakby poczuła te mocne, rytmiczne uderzenia po raz pierwszy.

Kładąc   rękę   na   piersi,   Jennifer   zamknęła   oczy  i   szepnęła   z   wdzięcznością:   –

Słyszę cię, babciu, naprawdę, słyszę.