background image

Drew Jennifer

Playboy z zasadami

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY
„Sprzedam suknię ślubną. Rozmiar 6. Nie używana. Cena 

do uzgodnienia. Tel. 555 - 1221".

Ogłoszenie tej treści ukazało się w prasie.
 - Przyszedłem w sprawie sukni ślubnej.
Domofon   Julie   Myers   miał   zwyczaj   zabawnie 

zniekształcać dźwięki. Tym razem jednak głos mówiącego do 
mikrofonu wcale nie brzmiał dziwacznie. Julie dosłyszała w 
nim seksowną nutę. Przez chwilę miała ochotę nie wciskać 
guzika domofonu i nie otwierać drzwi obcemu mężczyźnie. 
Było   jednak   mało   prawdopodobne,   że   ma   do   czynienia   z 
psychopatycznym zabójcą, bo którzy z nich czytają rubrykę 
drobnych ogłoszeń i nachodzą osoby chcące sprzedać ślubny 
strój?

  -   Czy   pan   Tom   Brunswick?   -   spytała,   wziąwszy 

uprzednio do ręki kartkę z zapisanym nazwiskiem.

 - Tak. To ja.
 - Proszę wejść.
Przyciskiem   domofonu   uruchomiła   drzwi   do   holu   na 

parterze   i   zaraz   potem   uchyliła   własne,   czekając,   aż   gość 
wejdzie na drugie piętro. Co za człowiek kupuje suknię ślubną 
dla narzeczonej? Jeśli liczył na okazyjnie tani zakup i chciał 
zrobić dobry interes, to przyszedł w odpowiednie miejsce. Za 
wszelką   cenę   i   za   każde   pieniądze   chciała   pozbyć   się   tej 
nieszczęsnej kiecki.

Ze swego punktu obserwacyjnego najpierw ujrzała czubek 

głowy   nieznajomego.   Włosy   złocistoblond   z   przedziałkiem 
pośrodku.   Długie,   gęste   i   potargane.   Chwilę   później,   gdy 
mężczyzna   pokonał   ostatni   schodek,   skończyło   się   jego 
podobieństwo   do   kudłatego   psa.   Oczom   Julie   nieznajomy 
ukazał się w całej okazałości. Wysoki i dobrze zbudowany. W 
krótkiej,   wytartej   skórzanej   kurtce   i   obcisłych,   spłowiałych 
dżinsach prezentował się wspaniale.

background image

Spojrzał na kartkę, którą trzymał w ręku.
 - Czy to pani nazywa się Julie Myers? - zapytał.
 - Tak.
  - Zamierza pani tędy przecisnąć suknię? - Zajrzał przez 

szparę w drzwiach, przez którą go podglądała.

  - Och, nie. Przepraszam. - Czy zawsze musi głupieć w 

obecności przystojnych facetów i zachowywać się jak ostatnia 
idiotka? - Proszę chwileczkę poczekać.

Długo nie mogła uporać się z łańcuchem. Wreszcie udało 

się   jej   otworzyć   drzwi.   Gdy   przekonała   się,   że   przystojny 
mężczyzna nadal przed nią stoi, odetchnęła z ulgą.

 - Proszę wejść. - Wprowadziła nieznajomego do saloniku. 

- Leży na kanapie.

Wszedł   głębiej   i   zaczął   uważnie   mierzyć   wzrokiem 

sylwetkę Julie. Od ciemnej grzywki na czole aż po nogi w 
grubych skarpetach, obute w sandały z szerokimi paskami.

 - Wygląda pani odpowiednio.
 - Odpowiednio do czego?
Obszedł   Julie   wokoło,   żeby   móc   lepiej   ją   obejrzeć. 

Wydawało się jej, że ciemne oczy mężczyzny jak promienie 
lasera przenikają przez jej ubranie i widzą wszystko. Powinna 
rzucić   się   do   ucieczki,   krzyczeć   czy   zachować   spokój   i 
przytomność umysłu?

  - Jest pani zgrabniejsza i szczuplejsza niż Tina, ale to 

chyba nie ma znaczenia. Dolna część sukni wygląda na bardzo 
obszerną.

  - Chce pan powiedzieć, że noszę ubrania tego samego 

rozmiaru co pańska narzeczona?

Cała   ta   sprawa   wydała   się   Julie   dziwaczna.   Gdzie   się 

podziała żelazna zasada, że narzeczony nigdy przed ślubem 
nie powinien oglądać sukni swej wybranki?

 - Nie mam narzeczonej.

background image

Podszedł do sukni, artystycznie udrapowanej przez Julie 

na kanapie obitej kwiecistą tkaniną.

 - No to dlaczego... - Julie zamilkła. To nie był jej interes. 

Musiała jak najszybciej pozbyć się sukni.

 - Jest potrzebna mojej siostrze.
 - Kupuje pan suknię dla siostry?
 - Tak. Tina i ja jesteśmy bliźniakami. - Mężczyzna wytarł 

dłonie o boki dżinsów, a potem ostrożnie uniósł rękaw sukni, 
chcąc   widocznie   sprawdzić   jego   długość,   nie   dotykając 
haftowanego   perełkami   stanika.   -   Kupiła   już   sobie   suknię. 
Zostawiła ją w sklepie do poprawki i akurat wtedy wybuchł 
tam pożar. Czad i woda poczyniły nieodwracalne szkody, a 
już za późno na szycie nowego stroju.

 - Okropne - szepnęła Julie. Nie wiedziała, czy mężczyźnie 

spodobała się suknia, czy też nie. Kiedy niezdarnie i nieśmiało 
chwycił za obrębek, wyglądał jak młody chłopak zerkający 
nauczycielce pod spódnicę. - To miło, że pomaga pan siostrze.

  -   Całkiem   przypadkiem   wpadło   mi   w   oko   pani 

ogłoszenie,   gdy   sprawdzałem,   czy   ktoś   nie   chce   sprzedać 
karnetu na mecze Byków na cały sezon.

 - Kiedy ślub?
Julie chciała powiedzieć coś, co pomoże nieznajomemu 

zdecydować   się   szybciej   na   zakup,   ale   on   zaczął   znów 
przyglądać się jej samej. Była skrępowana i onieśmielona.

 - W najbliższy weekend.
 - Pańska siostra musi być w trudnej sytuacji.
  -   Pracuje   w   liniach   lotniczych.   Jej   samolot   utknął   w 

Denver z powodu śnieżycy i nie wiadomo, kiedy będzie mógł 
wystartować. Przez cały czas Tina musi być w pogotowiu i nie 
ma żadnej szansy zrobienia zakupów.

  -   Jest   z   pewnością   zdenerwowana.   Chciałaby   jak 

najszybciej tu wrócić i wciąż nie ma ślubnej sukni.

background image

Julie   usiłowała   wyobrazić   sobie   damską   wersje   swego 

gościa.   Ciemne,   lekko   zamglone   oczy,   zwichrzone   blond 
włosy i piękna sylwetka. Jeśli siostra jest podobna do swego 
bliźniaczego brata, to pan młody ożeni się z nią nawet wtedy, 
kiedy zamiast eleganckiej sukni będzie miała na sobie worek.

 - Ta suknia nie była noszona?
 - Tak jak podałam w ogłoszeniu, jest zupełnie nowa. Nie 

mogłam   jej   oddać,   bo   magazyny   nie   przyjmują   zwrotów 
ślubnych strojów.

 - Pani miała ją włożyć?
 - Tak.
 - I co się stało?
Ton   głosu   nieznajomego   świadczył   o   tym,   że   zadał 

pytanie   bez   zbytniej   ciekawości,   raczej   grzecznościowo,   i 
niewiele obchodziła go odpowiedź, jaką usłyszy. Zresztą nikt 
nie mógł być zdziwiony faktem, że popularny Brad Wilson, 
wesoły   młody   człowiek   robiący   błyskotliwą   karierę,   puścił 
kantem spokojną i nijaką Julie Myers, ale przyznawanie się do 
tego, że zrobił to w dniu, w którym miał odbyć się ślub, nadal 
sprawiało jej przykrość.

 - Pan młody na kawalerskim przyjęciu poznał dziewczynę 

swoich   marzeń.   Żeby   zdobyć   pieniądze   na   kontynuowanie 
studiów, pracowała jako striptizerka.

 - Przykro mi.
Jest   mu   przykro   dlatego,  że   w   ogóle   zadał   to   pytanie, 

uznała Julie.

  - Już się z tym pogodziłam. Od tamtej pory minęło pół 

roku. Oczywiście, rodzice musieli zapłacić za wynajętą salę. 
Zmarnowało się też parę innych rzeczy. Czy pańska siostra 
przypadkiem  nie   potrzebuje  ślubnych   dzwoneczków?   - 
zapytała, traktując to jako żart.

Tom Brunswick nie zareagował.

background image

 - Nie, dziękuję. A co do sukni... Na pewno chce pani ją 

sprzedać?   Jestem   przekonany,   że   taka   miła   dziewczyna 
niebawem znajdzie okazję, żeby włożyć ślubny strój.

 - Potrzebuję w szafie więcej miejsca.
Nie przyznała się, jak bardzo zależy jej na tym, aby jak 

najprędzej   pozbyć   się   rekwizytu   budzącego   przykre 
wspomnienia. Oby znalazł się jak najdalej od jej mieszkania, 
przedmieścia Roseville, a najchętniej stanu Illinois.

 - Dlaczego nazwał mnie pan miłą dziewczyną? - spytała.
 - Bo... - Odwrócił wzrok, udając, że uważnie ogląda dół 

sukni, okrywający aż trzy poduszki kanapy. - Bo wydaje mi 
się, że pani taka jest.

Julie nagle zbuntowała się wewnętrznie. Ten przystojniak 

nigdy, przenigdy nie zainteresowałby się taką dziewczyną jak 
ona. Gdyby wszedł do kwiaciarni, w której pracowała, nawet 
by na nią po raz drugi nie spojrzał. Nie miała nic do stracenia, 
mogła więc zadać nurtujące ją od dawna pytanie. Być może 
była to jedyna szansa, aby usłyszeć gorzką prawdę.

  -   Rzeczywiście   jestem   miłą   dziewczyną   -   przyznała.   - 

Nawet bardzo miłą. Dlaczego więc tacy przystojni faceci jak 
pan nie chcą mieć ze mną nic do czynienia?

 - Julie, nie znam pani na tyle dobrze, żeby...
 - Proszę się nie wykręcać i odpowiedzieć mi na pytanie! 

Co złego w tym, że jest się miłą dziewczyną?

 - Tylko dlatego, że jakiś łobuz z panią zerwał...
  -   Wystawił   mnie   do   wiatru.   Dał   nogę   prawie   sprzed 

ołtarza, twierdząc, że jestem dla niego za dobra.

  -  Bo   pewnie   to  prawda.  -   Tom   wzruszył   ramionami   i 

uniósł w górę drugi rękaw sukni. - Chyba spodoba się mojej 
siostrze.

  - To dobrze. Oddam ją panu za setkę mniej, niż mnie 

kosztowała.   Oto   rachunek   ze   sklepu.   Ale   stawiam   jeden 
warunek. Przedtem powie mi pan, co złego jest w tym, że jest 

background image

się miłą dziewczyną. Założę się, że nieraz używał pan tego 
samego kiepskiego argumentu.

 - Chyba nigdy dosłownie tak nie powiedziałem...
Tom wziął do ręki pomięty rachunek i zorientował się, że 

może   kupić   suknię   prawie   za   bezcen.   Ale   było   mu   trudno 
dogadać   się   z   jej   właścicielką.   Szczerze   powiedziawszy, 
poczuł się niepewnie. Nie tak dawno temu użył dokładnie tych 
samych słów, żeby zerwać z  ładną, rudowłosą  dziewczyną, 
której chyba jedną z nielicznych wad była chęć zamążpójścia.

 - Czasami brak jest wzajemnego pociągu fizycznego albo 

rzecz   odbywa   się   w   nieodpowiednim   czasie   dla   którejś   ze 
stron - powiedział.

Zastanawiał się, dlaczego Julie wzbudziła w nim poczucie 

winy. Nie był motylem przeskakującym z kwiatka na kwiatek. 
Tylko za bardzo cenił sobie wolność, żeby dać się usidlić i 
wrobić w małżeństwo. Interes, który założył i prowadził, to 
znaczy   magazyn   nie   wykończonych   mebli,   wreszcie   zaczął 
przynosić jaki taki zysk, a on sam pragnął korzystać z życia.

 - Brak wzajemnego pociągu - powtórzyła Julie, krzywiąc 

mały, ładny nosek i spoglądając na Toma dużymi, niebieskimi 
oczyma.   -   Zaraz   pan   powie,   że   mężczyźni   lubią   miłe 
dziewczyny, ale wyłącznie jako kumpelki.

Nieco  skonsternowany, Tom  przestąpił  z   nogi   na   nogę. 

Nie wiedział, co robić. Podnosić Julie na duchu czy uciekać 
jak najdalej od jej różowych, ponętnych usteczek? Sądził, że 
nie   chciałaby   usłyszeć,   że   „złe"   dziewczyny   są   znacznie 
atrakcyjniejsze dla mężczyzn, bo bywają bardziej rozrywkowe 
i jest mniej prawdopodobne, że gdy będą przechodziły obok 
wystawy jubilera, zaczną wzdychać na widok obrączki.

 - Jeśli chodzi o suknię...
 - Mam dość bycia dobrą dziewczyną, puszczoną kantem.

background image

 - Julie opuściła ramiona i Tom obawiał się, że zaraz zrobi 

mu   się   jej   żal.   -   Ale   nie   mam   pojęcia,   co   zrobić,   aby   się 
zmienić. Proszę mi powiedzieć, od czego mam zacząć?

Tom   zastanawiał   się,   dlaczego   właśnie   u   niego   ta 

dziewczyna   szukała   wsparcia.   Dawanie   rad   w   sprawach 
stosunków   męsko   -   damskich   nie   było   jego   mocną   stroną. 
Rozsądek i instynkt  samozachowawczy nakazywały mu jak 
najszybciej opuścić ten dom, lecz duże, niebieskie, bezradne 
oczy Julie przyprawiały go o zawrót głowy. Było oczywiste, 
że   ta   dziewczyna   potrzebuje   pomocy.   Co   mu   szkodzi   jej 
udzielić? Dobre rady kosztują niewiele.

  -   Powinna   pani   się   zmienić   -   oświadczył   po   chwili.   - 

Chodzi nie o wizerunek, lecz o życiową postawę.

 - Ale jak to zrobić?
Tom   poczuł,   że   jedną   nogą   wstąpił   na   śliski   grunt. 

Nadeszła   pora,   aby   się   wycofać   i   przegrupować   siły.   Ta 
dziewczyna miała wystarczająco dużo zalet zewnętrznych, aby 
znalazł  się ktoś, kto zwróci  na  nią  uwagę. Długie, ciemne, 
jedwabiste włosy. Zgrabne kształty, których nie zdołały ukryć 
ani dżinsy, ani workowata, czerwona bluza od dresu. Uroczą 
buzię z ponętnymi ustami.

  -   Jest   pani  ładna.   A   ponadto   otwarta,   bezpośrednia, 

łagodna i...

 - O mały włos, a dodałby „miła". - Powinna pani stać się 

bardziej   zamknięta   i   powściągliwa.   Pełna   rezerwy.   I 
niedostępna.

I   nie   powinna   pani   prosić   nieznajomych   o   radę   w 

sercowych sprawach, miał ochotę dodać.

  -   To   wszystko   mówiła   mi   mama,   kiedy   przed   laty 

zaczynałam spotykać się z chłopakami, a w pańskich ustach 
brzmi to tak, jakby zdradzał pan tajemnicę państwową. Jestem 
powściągliwa i pełna rezerwy. Ale to nie moja wina, że nadal 
jestem dostępna.

background image

Jeśli  ona   jest   powściągliwa   i   pełna   rezerwy,   to   on   jest 

chińskim   cesarzem.   Wszystko,   co   zaobserwował   u   tej 
dziewczyny, było przeciwieństwem wymienionych przez nią 
cech.   Była   bezpośrednia   i   słodka.   Podatna   na   zranienie. 
Jednym słowem, to bardzo miła i dobra dziewczyna z gatunku 
tych,   które   facet   prowadzi   do   domu,   żeby   przedstawić 
rodzicom. Należała więc do dziewczyn, od których on sam 
starał się zawsze trzymać jak najdalej.

  -   Kiedy   istnieje   wzajemny   pociąg   fizyczny...   -   zaczął. 

Julie westchnęła głęboko.

 - W szkole średniej o mały włos, a oblałabym fizykę. A 

więc bierze pan suknię czy nie?

Jej   ton   wyraźnie   świadczył   o   tym,   że   jego   rada   nie 

przypadła jej do gustu.

  -   Jest  ładna.   Mojej   siostrze   na   pewno   się   spodoba. 

Najpierw jednak muszę się z nią porozumieć. Ma dzwonić do 
mnie   dziś   wieczorem.   Czy   mogłaby   pani   do   rana 
zarezerwować dla nas tę suknię?

 - Zgoda.
  -   A   w   ogóle   to   proszę   się   nie   zamartwiać.   Wiele 

przemawia za tym, żeby nie spieszyć się z małżeństwem. A 
pani przecież ma zaledwie... dwadzieścia jeden łat?

 - Dwadzieścia pięć.
  - To jeszcze bardzo młody wiek. - Tom uśmiechnął się 

szeroko, lecz Julie spoglądała na niego z powagą.

  -   Zatrzymam   suknię,   dopóki   nie   porozumie   się   pan   z 

siostrą. A jeśli uważa pan, że cena jest zbyt wygórowana...

  - Nie. Cena jest przystępna. - Wstydziłby się kupować 

suknię   za   jeszcze   mniejsze   pieniądze.   Bądź   co   bądź   ta 
dziewczyna   została   wyrolowana   przez   jakiegoś   bęcwała.   - 
Kiedy tu wrócę, postaram się dać pani kilka wskazówek.

 - To będzie miłe z pańskiej strony.

background image

Julie odprowadziła go do drzwi i, zanim zdążył dojść do 

schodów, błyskawicznie je zamknęła.

  -   Powiem   ci,   kochana,   jaki   jest   problem   z   miłymi 

dziewczynami - wymamrotał pod nosem. - Miłe dziewczyny 
sprawiają, że faceci mojego pokroju czują się jak łajdacy.

Po załatwieniu po drodze jeszcze kilku spraw Tom dotarł 

wreszcie   do   domu.   Gdy   tylko   znalazł   się   w   mieszkaniu, 
sprawdził   nagrania   automatycznej   sekretarki.   Było   późno, 
dochodziła   północ,   ale   postanowił   przesłuchać   wszystkie 
rozmowy, aby się przekonać, czy Tina nie dzwoniła z Denver.

Nie   miał   najmniejszego   zamiaru   reagować   na   liczne 

telefony   Bambi,   ale   brakiem   wiadomości   od   Grety   był 
rozczarowany.  Poznał   ją   podczas   narciarskiego   weekendu   i 
miał ochotę na krótki romansik.

Tina zadzwoniła akurat w chwili, gdy zmęczony padał na 

łóżko.   Już   po   pierwszych   słowach   siostry   wiedział,   że   jest 
wykończona nerwowo. Im szybciej odbędzie się ten ślub, tym 
lepiej dla wszystkich, nie wyłączając jego samego, pomyślał z 
westchnieniem.

 - Opisz, jak ta suknia wygląda - poleciła bratu. - Jest biała 

czy kremowa?

  - Mam wrażenie, że biała. U góry z przodu jest obszyta 

małymi perełkami - dodał, świadomy paniki przebijającej w 
głosie Tiny.

 - Perełki? A koronki? Czy nie ma zbyt wielu ozdób? Jest 

w dobrym guście?

 - Tak. Uważam, że jest ładna. I zupełnie nowa. Nigdy nie 

noszona.   Dziewczynie,   która   ją   sprzedaje,   chłopak   uciekł 
sprzed ołtarza. Ona nosi ten sam rozmiar co ty, jest twojego 
wzrostu, ale nie ma tak obfitych bioder. Nie martw się, suknia 
jest   tak   szeroka,   że   mogliby   się   pod   nią   zmieścić   wszyscy 
weselni goście.

background image

 - Odziedziczyłam po mamie nie tylko rozłożyste biodra, 

ale także rozsądek - przypomniała bratu Tina. - A co będzie, 
jeśli dziewczyna sprzeda suknię komuś innemu? Tom, jesteś 
zupełnym idiotą. Dlaczego nie kupiłeś jej od razu? Przecież 
wiesz, że jestem w podbramkowej sytuacji!

 - Nie przejmuj się. Suknia jest zarezerwowana dla ciebie.
  -   Jeżeli   właścicielce   ktoś   zaproponuje   lepszą   cenę,   z 

miejsca sprzeda suknię. Czy chociaż zostawiłeś zadatek?

 - Jakoś nie przyszło mi to do głowy.
Próbował   cierpliwie   znosić   cierpkie   uwagi   siostry,   ale 

coraz   bardziej   zaczynała   go   denerwować.   Nigdy   by   nie 
przyznał się Tinie, zresztą z trudem przyznawał się do tego 
przed samym sobą, że  nie  miałby  nic  przeciwko ponownej 
wyprawie   do   panny   Myers   i   ponownemu   rzuceniu   na   nią 
okiem.

Żal było mu Julie. W jego życiu stanowiła nowość. Na 

swojej drodze nie spotkał dotychczas wielu miłych osóbek o 
kształtach   tak   ponętnych,   zwłaszcza   zaś   dziewczyn   tak 
wpadających w oko, jak ta porzucona panna młoda.

Dla   faceta,   który   chciałby   na   stałe   mieć   ją   w   łóżku, 

stanowiła smakowity kąsek. Pewnie okazałaby się doskonałą 
żoną.   Jego   samego   jednak   nie   interesowały   tego   rodzaju 
więzy.

 - Kup ją, Tom - nalegała Tina. - Bez odpowiedniej sukni 

nie mogę iść do ślubu. I, pamiętaj, nie zawał tej sprawy.

Następnego dnia z samego rana zadzwonił do Julie.
  - Moja siostra zdecydowała się na suknię - oznajmił. - 

Przyjadę   po   nią   dzisiaj,   o   której   pani   zechce.   W   styczniu 
handel idzie kiepsko.

  - Tak - przyznała. - W tym miesiącu wysyłam kwiaty 

tylko do szpitali i domów pogrzebowych.

background image

  -   Ach,   tak.   -   Wizja  łóżek   z   chorymi   i   trumien   nie 

pasowała   do   obrazu   słodkiej   buzi,   długich,   gęstych   rzęs   i 
zaróżowionych policzków.

 - Pracuję w kwiaciarni - wyjaśniła. - Po suknię może pan 

zgłosić się wieczorem.

Minutę po szóstej wcisnął guzik domofonu Julie Myers. 

Przedstawił się.

 - Proszę wejść - powiedziała po chwili.
Nawet słyszana przez domofon miała sympatyczny głos. 

Była jednak miłą dziewczyną i jako taka nie miała u niego 
żadnych szans.

Tym   razem   wpuściła   Toma   od   razu,   bez   oglądania   go 

przez   uchylone   drzwi.   Miała   mocno   zaróżowione   policzki, 
jakby dopiero co weszła do domu, i była lekko zadyszana.

 - Zostawiłam suknię rozłożoną, żeby mógł pan jeszcze na 

nią popatrzeć - powiedziała.

Odwróciła się od Toma, aby doprowadzić go do kanapy 

znajdującej   się   w   niewielkim   saloniku   o   ścianach 
pomalowanych na ostry żółty kolor i zgniłozielony. Stały tu 
małe   stoliki   o   barwie   mchu.   Bardzo   podobne   do   stolików, 
które sprzedawał w swoim magazynie.

 - Ładne mebelki - pochwalił, zastanawiając się, dlaczego 

podczas poprzedniej bytności w tym domu ich nie zauważył.

Policzki Julie zaróżowiły się jeszcze bardziej.
 - Miło mi, że się panu podobają. Kupiłam je w magazynie 

mebli nie wykończonych i sama wszystkie pomalowałam.

 - W galerii na Euclid?
 - Skąd pan wie?
 - Bo to mój magazyn. Wykonała pani niezłą robotę. Wiele 

osób   maluje   meble   bez   uprzedniej   obróbki   i   wygładzenia 
powierzchni. Nic dziwnego, że potem wyglądają okropnie.

Tom uprzytomnił sobie, że cała ta rozmowa nie ma nic 

wspólnego z suknią dla Tiny. Jego radość z powodu kupienia 

background image

u   niego   przez   Julie   dwóch   małych   stolików   była   czystym 
idiotyzmem.

  -  Chyba  sprzedał je pani któryś z moich pomocników - 

dodał. Czy to możliwe, że już przedtem widział tę dziewczynę 
i nie zwrócił na nią uwagi?

 - Nie. Stoliki kupiłam od starszej pani.
 - Czasami pomaga mi matka.
  - Była bardzo sympatyczna. - Na wargach Julie pojawił 

się lekki uśmiech.

 - Przypomniała sobie pani coś śmiesznego?
 - Nie powinnam tego mówić.
  - Nic, co dotyczy mojej  matki, nie jest w stanie mnie 

zaskoczyć.

  - Wspomniała, że ma syna, i pragnie, aby znalazł sobie 

jakąś miłą dziewczynę.

Tom jęknął. Julie zachichotała.
 - To była taka nie zobowiązująca wymiana zdań. Pewnie 

wspomniałam,   że   kupuję   te   stoliki,   aby   przemeblować 
mieszkanie po tym, jak...

 - Wróćmy do sprawy sukni. - Tom nie zamierzał dopuścić 

do tego, żeby Julie wróciła myślami do niedoszłego ślubu. - 
Zapłacę gotówką. Nie będzie pani musiała martwić się, czy 
czek ma pokrycie.

  -   Nie   wygląda   pan   na   kogoś,   kto   płaci   czekami   bez 

pokrycia.

  -   Dziękuję   -   odparł   z   udawaną   powagą.   -   Jestem 

zadowolony, że od razu rzuca się w oczy mój dobry charakter.

 - Włożę suknię do plastykowego pokrowca, w którym ją 

kupiłam.

 - To będzie mił... Dobrze, dziękuję.
Miał ochotę zobaczyć Julie w tej sukni. A jeszcze bardziej 

przyglądać się jej, gdy się przebiera. Miała na sobie krótką 
spódniczkę z zielonej wełny i Tom mógł potwierdzić swoje 

background image

wczorajsze   podejrzenia,   że   ta   dziewczyna   ma   fantastycznie 
zgrabny   tyłeczek.   Zastanawiał   się,   czy   nosi   koronkowe 
majteczki, do kompletu z biustonoszem. Wyglądałaby w nich 
bardzo seksownie... Jeśli rzeczywiście chce usłyszeć, jak stać 
się   złą   dziewczyną,   wskazówka   numer   jeden   powinna 
brzmieć: Noś bardzo seksowną bieliznę.

Julie   poszła   do   sypialni   i   po   chwili   wróciła   z   długim 

workiem   z   przezroczystego   plastyku   i   wywatowanym 
wieszakiem, obitym białą satyną.

 - Proszę nie pognieść sukni.
Zaczęła rozglądać się po pokoju, tak jakby czegoś szukała 

wzrokiem.

 - O co chodzi?
 - O nic. Zastanawiam się tylko, jak to zrobić.
  -   Mogę   pomóc?   -   Nie   czekając   na   odpowiedź,   Tom 

wypalił bez namysłu: - Wpychanie dużych rzeczy w ciasne 
miejsca to moja specjalność.

 - Sama dam sobie radę - odparła Julie, lodowatym tonem 

reagując na nie zamierzoną dwuznaczność.

Dopiero   teraz   Tom   uprzytomnił   sobie,   co   powiedział. 

Zaczerwienił się po korzonki włosów.

  -   Miałem   na   myśli   meble   -   zaczął   się   tłumaczyć.   - 

Mówiłem o pakowaniu ich do transportowego wozu. Proszę 
dać mi ten worek, a samej wziąć suknię. Jeśli zrobimy to na 
łóżku, pójdzie nam jak z płatka. Unikniemy ciągnięcia sukni 
po podłodze.

Tom nie dał wyboru Julie. Wszedł do sypialni, rozłożył 

pokrowiec na łóżku pokrytym wielobarwną narzutą i rozsunął 
zamek   błyskawiczny.   Usiłował   przy   tym   nie   wdychać 
drażniącego   nozdrza   zapachu,   który   wypełniał   niewielki 
pokój. Jeśli chodzi o perfumy, ta dziewczyna miała świetny 
gust.

background image

  -   Dla   złej   dziewczyny   zasada   numer   dwa:   Nigdy   nie 

dopuść   do   tego,   żeby   facet   zauważył,   jak   bardzo   jesteś 
wystraszona - oznajmił, kiedy Julie ukazała się w drzwiach 
saloniku z suknią przewieszoną przez ramię.

  - Wcale nie jestem wystraszona! Po prostu zastanawiam 

się, jak będzie najłatwiej ją spakować. - Okrążyła łóżko, tak że 
znalazła  się  po przeciwnej  stronie  niż  Tom.  - A jak brzmi 
reguła numer jeden?

 - Pozwoli pani, że na razie zachowam ją dla siebie.
Na myśl, jak bardzo zaszokuje tę dziewczynę, mówiąc o 

seksownej   bieliźnie,   Tom   uśmiechnął   się   lekko.   Na   razie 
jednak nie wolno mu było ryzykować, Julie mogłaby wyrzucić 
go z mieszkania, nie pozwalając zabrać sukni. Gdyby zawalił 
sprawę, Tina obdarłaby go żywcem ze skóry.

Łóżko było jednoosobowe. Tak wąskie, że prawie stuknęli 

się   głowami,   gdy   oboje   równocześnie   nachylili   się,   aby 
wsunąć suknię do plastykowego pokrowca.

  - Proszę uważać, żeby nie zahaczyć spódnicą o suwak - 

ostrzegła Julie, kiedy Tom zaczął zamykać pokrowiec.

 - Pani zrobi to lepiej ode mnie - powiedział. Wyprostował 

się   i   gdy   Julie   ostrożnie   zasuwała   zamek   błyskawiczny, 
przyglądał się czubkowi jej głowy.

  - Może wybierze się pani ze mną na ten ślub? - zapytał 

bezwiednie.

Zaskoczyły go własne słowa. Julie podobała mu się, to 

fakt.   Było   na   czym   zatrzymać   oko.   Ale   nie   miał   zamiaru 
adoptować tej dziewczyny. Odgrywanie roli dobrego wujaszka 
nie leżało w jego charakterze.

 - Na ślub pańskiej siostry?
Na Julie słowa Toma zrobiły piorunujące wrażenie. Nie 

wiedziała, co powiedzieć. Tom wstrzymał oddech i błagał ją w 
duchu, żeby odmówiła. Nie musiał wspominać, że w tej to 
właśnie chwili wystawia do wiatru swą aktualną dziewczynę.

background image

  - Będzie tam sporo wolnych facetów. Może pozna pani 

kogoś ciekawego.

Tom  żałował   odruchowo   wypowiedzianych   słów.   Był 

przekonany,   że   Julie   odrzuci   jego   zaproszenie.   Ostatnią 
rzeczą, jaką  chce oglądać niedoszła panna młoda,  jest inna 
kobieta w jej własnej ślubnej sukni! Julie zaskoczyła Toma.

  -   Właściwie   czemu   nie   miałabym   pójść?   Zgoda.   W 

zeszłym   miesiącu   jakoś   przeżyłam   wesele   kuzynki,   a   tym 
razem będzie lepiej. Nikt, oprócz pańskiej siostry, nie będzie 
szeptał za moimi plecami: ta biedaczka Julie.

Dla   Julie   propozycja   Toma   była   równie   atrakcyjna   jak 

pójście do stomatologa na leczenie kanałowe zęba, ale on już 
nie   mógł   cofnąć   swego   idiotycznego   zaproszenia.   Może 
właśnie   dobrze   jej   zrobi   udział   w   takiej   uroczystości?   A 
zresztą   nie   było   żadnego   powodu,   aby   miał   się   nią 
przejmować.

 - Jest pani pewna? - Dawał Julie szansę zmiany zdania i 

nieprzyjęcia propozycji.

 - Czyżby się pan rozmyślił? - spytała nieśmiało.
  -   Nie,   wcale   się   nie   rozmyśliłem.   Pomoże   mi   pani 

przebrnąć przez tę uroczystość. Moja matka ma cztery siostry, 
które za cel swego życia uważają wyswatanie mnie z jakąś 
miłą dziewczyną. Jeśli pokażę się im w towarzystwie pani, 
dadzą mi spokój.

 - Jeśli pójdę z panem...
 - Sądziłem, że to postanowione. - Tom wrócił za Julie do 

saloniku   i   z   kieszeni   marynarki   wyciągnął   kopertę   z 
pieniędzmi. - Proszę. To należność za suknię.

 - Dziękuję. Od chwili naszego poznania się mam ochotę o 

coś pana poprosić, ale się wstydzę.

 - Proszę mówić. Prosto z mostu.
 - Jeśli mam z panem iść...

background image

 - To przecież postanowione. Przyjadę po panią wcześniej, 

bo muszę witać i wprowadzać gości. Około wpół do trzeciej.

 - Czy mógłby pan udzielić mi paru lekcji, w jaki sposób 

zwrócić na siebie uwagę mężczyzn? - spytała jednym tchem.

Zrobiła   się   tak   czerwona,   że   Tom   nie   miał   serca   robić 

sobie żartów z jej śmiesznej prośby.

 - Chyba nie nadaję się do dawania tego rodzaju rad.
  -   Proszę   uznać   się   za   nauczyciela.   Od   zerwania   z 

narzeczonym ani razu nie byłam na żadnej randce, Nikt nie 
zaproponował   mi   spotkania.   Tak   jakbym   nosiła   na   szyi 
tabliczkę z napisem; „Panna Ostrożnicka".

 - Jest pani dla siebie zbyt surowa.
 - Och, to był tylko żart. Mój brat miał zwyczaj tak mnie 

nazywać, bo nigdy nie pakowałam się w żadne tarapaty.

 - Pójście na ślub może okazać się kiepskim pomysłem.
 - Wycofuje pan zaproszenie?
 - Ależ skąd! - On sam powinien nosić na szyi tabliczkę z 

napisem: „Jestem idiotą. Możesz dać mi kopa".

  -   A   więc   zawrzyjmy   handlową   transakcję.   Będzie   to 

wzajemna wymiana usług - zaproponowała Julie. - Wspomniał 
pan, że w drobnych ogłoszeniach sprawdzał pan, czy ktoś nie 
chce sprzedać karnetu na mecze Byków. Były narzeczony dał 
mi w prezencie dwie karty wstępu na cały sezon. Oczywiście, 
sam zamierzał korzystać z jednego miejsca, ale jak do tej pory 
nie miał odwagi prosić mnie o zwrot karnetu. Nie musi pan 
gwarantować rezultatów swoich lekcji. Da mi pan tylko parę 
wskazówek, a karty wstępu na wszystkie mecze koszykówki 
staną się pańskie.

 - Bardzo chciałbym kupić je od pani.
 - Nie są na sprzedaż.
Tom nie potrafił ukryć swojej radości. Karty wstępu na 

wszystkie   mecze   w   sezonie   w   zamian   za   odgrywanie   roli 
kupidyna? Toż to interes stulecia! Kiedy tylko jego kumple 

background image

zobaczą Julie, sami za niego to załatwią. Znał wielu facetów, 
którzy   nie   bali   się   miłych   dziewczyn.   Akurat   kilku   z   nich 
nawet rozglądało się za odpowiednimi żonami.

  -   Jest   to   najbardziej   zwariowana   transakcja,   o   jakiej 

kiedykolwiek słyszałem - oświadczył.

 - A więc pan się zgadza?
 - Mogę okazać się mało przydamy.
  - Nie szkodzi. Ale jeśli mój były narzeczony zdobędzie 

się na odwagę i spróbuje wyłudzić ode mnie te karnety, będę 
zachwycona, mogąc mu oznajmić, co z nimi zrobiłam.

Toma zatkało. Wziął głęboki oddech. Stojąca przed nim 

dziewczyna w pełni zasługiwała na to, żeby wziąć odwet na 
tym łajdaku. Polubił ją jeszcze bardziej, wiedząc, że nie ma do 
czynienia z ideałem.

 - Umowa stoi. - Wyciągnął rękę.
 - A więc do zobaczenia. - Uścisnęła mu dłoń.
Kiedy  Tom   wyszedł,  Julie   oparła  się  ciężko  o  framugę 

drzwi, w obawie że nie zdoła dojść do najbliższego krzesła. 
Przy   mężczyznach   pokroju   Toma   czuła   się   zawsze   bardzo 
skrępowana.   Nie   byli   do   niej   podobni.   Należeli   do 
odmiennych światów.

Nie mogła uwierzyć, że Tom przystał na tę zwariowaną 

umowę.   Zdumiewające,   że   odważyła   się   zaproponować   mu 
coś takiego. Nie mogła także uwierzyć w to, że zaprosił ją na 
ślub   własnej   siostry,   jeszcze   zanim   przyznała   się,   że   ma 
upragnione przez niego karnety. Wiedziała jednak dokładnie, 
co zrobi z trzymanymi w ręku pieniędzmi.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI
  - Bardzo chciałabym, Karen, ale mam już inne plany - 

powiedziała   Julie   do   słuchawki   przyciśniętej   ramieniem   do 
głowy. Waśnie kończyła układać kwiaty w koszyczku, który 
jako   prezent   zabierała   na   ślub   siostry   Toma,   i   były   jej 
potrzebne obie wolne ręce.

 - Inne plany? Tak odpowiadasz najlepszej przyjaciółce ze 

szkolnej ławy? - spytała Karen. - Coś mi mówi, że wybierasz 
się na randkę.

 - Nie na randkę, tylko na ślub.
  - Dlaczego nie powiedziałaś tak od razu? Kto wychodzi 

za mąż?

Julie chwyciła słuchawkę, która zsunęła się jej z ramienia. 

W   każdej   innej   sytuacji   chętnie   opowiedziałaby   Karen   o 
wszystkim,   ale   nie   mogła   przecież   nic   mówić   o   swej 
idiotycznej umowie z Tomem. Nadal nie mogła uwierzyć w 
to,   że   odważyła   się   poprosić   go,   aby   pomógł   jej   stać   się 
atrakcyjną dla mężczyzn i znaleźć kogoś odpowiedniego.

 - Nie znasz tych ludzi. To nikt ważny. Po prostu znajomi 

znajomych.   Jeśli   możesz   powstrzymać   się   z   pytaniami   do 
jutra, spotkamy się i opowiem ci z detalami, jak było.

 - Nic z tego. Idę do mamy na kolację. Powiedz mi teraz 

coś więcej o tym ślubie. Idziesz ze znajomą czy ze znajomym?

  -   Ze   znajomym,   który   w   ostatniej   chwili   potrzebował 

jakiejś towarzyszki.

 - Julie, to wspaniale! Jeśli nawet ta randka nie wypali...
  - To nie będzie randka, tylko coś w rodzaju handlowej 

umowy.   Jeśli   wcześniej   wrócę,   jeszcze   dziś   do   ciebie 
zadzwonię i zdam pełną relację.

Julie   poczuła   się   tak,   jakby   miała   gorączkę.   Spoconą 

dłonią odłożyła słuchawkę na widełki.

Ponownie skupiła uwagę na ślubnym prezencie, ale zanim 

do końca ułożyła kwiaty, znów odezwał się telefon.

background image

 - Cześć, Julie. Mówi Tom Brunswick.
Była pewna, że dzwoni, aby odwołać spotkanie.
 - Jeśli zmieniłeś zdanie... - zaczęła mówić nerwowo, nie 

dając Tomowi dojść do słowa.

Z   gorzkiego   doświadczenia   aż   za   dobrze   znała   ten 

schemat.   Wieczór   kawalerski,   striptizerka   i   odwołane 
spotkanie.

  -  A   dlaczego   miałbym   zmienić   zdanie?   Jest   mi   tylko 

przykro, że nie miałem czasu wcześniej się z tobą zobaczyć i 
dać ci paru wskazówek, zanim tam pójdziemy. Otrzymaliśmy 
wczoraj nową dostawę mebli, było sporo zamieszania i nie 
zdążyłem   do   ciebie   zadzwonić.   Po   pracy   musiałem   iść   na 
próbę uroczystości ślubnej, a później na wieczór kawalerski.

 - Jeśli zmieniłeś zdanie, nie będę trzymać cię za słowo. - 

Julie   sama   miała   ochotę   się   wycofać,   ale   o   tym   nie 
wspomniała.

  - Od pójścia się nie wykręcisz. Jak umowa, to umowa. 

Zamierzałem dać ci wcześniej parę wskazówek. Na przykład 
taką,   żebyś   zawsze   się   śmiała   z   dowcipów   faceta,   ale   z 
umiarem. To samo dotyczy wszelkich uśmiechów. Powinny 
być powściągliwe i nieco tajemnicze. Niech facet myśli, że 
masz przed nim sekrety.

 - Tom, sądzę, że nie powinniśmy tego robić...
  - I nie zaszywaj się w kącie z jakimś nieudacznikiem, 

wsłuchując się w każde jego słowo, tylko po to, żeby nie stać 
samotnie. Chwilowy brak towarzystwa nic ci nie zaszkodzi. 
Wręcz  przeciwnie,   w   ten   sposób   wykażesz   się   pewnością 
siebie. A poza tym aby poczuć się bezpieczniej, nie trzymaj 
się kurczowo żadnej grupki kobiet. I bez względu na to, co 
robisz, staraj się zachować spokój.

 - Wszystko to wiem już od czasów szkoły średniej!
  -   Przepraszam,  że   moje   wskazówki   nie   są   oryginalne. 

Będę bardziej pomocny wówczas, gdy zobaczę cię w akcji. 

background image

Muszę zobaczyć, co robisz źle. Trudno jest uczyć kogoś tych 
rzeczy, gdy nie zna się jego zachowań i sposobów działania.

 - Nie stosuję żadnych sposobów.
Jak   mogła   prosić   Toma   o   takie   lekcje?   Chyba   musiała 

upaść na głowę. Miała jednak nadzieję, że jej niepoczytalność 
była tylko chwilowa.

 - Przyjadę po ciebie o wpół do trzeciej - oświadczył.
  -   Piękne   dzięki   za   poprawienie   mi   samopoczucia   - 

mruknęła z ironią do głuchego już telefonu.

Była w nędznej formie, ale w żaden sposób nie zamierzała 

tego  okazać.  Żeby   podtrzymać  się   na   duchu,  poczyniła  już 
pewne   inwestycje.   Część   pieniędzy   za   sprzedaną   suknię 
wydała na szałową krótką kieckę, którą w eleganckim butiku 
kupiła   okazyjnie   na   wyprzedaży.   W   przeliczeniu   na   jeden 
dekagram kosztowała znacznie więcej niż każdy inny strój, 
jaki   Julie   kiedykolwiek   posiadała.   Była   tak   lekka,   że   z 
powodzeniem   dawała   się   zważyć   na   pocztowej   wadze   do 
listów.

Dziesięć   minut   przed   zapowiedzianym   terminem 

pojawienia   się   Toma   Julie   podeszła   do   szafy   i   otworzyła 
drzwi, na których znajdowało się duże lustro. Obejrzała swoje 
odbicie.   Miała   przed   sobą   całkowicie   obcą   dziewczynę   w 
różowo - czerwonej sukience z długimi rękawami i dekoltem 
odsłaniającym jedno ramię. Spódnica sięgająca zaledwie do 
połowy ud dowodziła bezspornie, że nie trzeba być tyczką, 
aby wyglądać jak długonoga supermodelka.

Może podczas uroczystości ślubnej powinna mieć na sobie 

płaszcz?

A może nie?
Dziewczyna  z  gatunku  złych nie   miałaby   żadnych tego 

typu obiekcji. Paradowałaby dumnie w swej szałowej kiecce, 
z   bombową   fryzurą   i   w   pantofelkach   na   niesamowicie 
wysokich obcasach.

background image

Julie na próbę przeszła się po pokoju, spoglądając przez 

ramię w lustro, żeby sprawdzić, jak prezentuje się w ruchu.

Wyglądała doskonale. Aż za dobrze. Julie opadły nagłe 

wątpliwości,   czy   nie   powinna   włożyć   na   siebie   czegoś 
bardziej nobliwego. Miała jeszcze czas, aby przebrać się w 
niebieską sukienkę z dzianiny, długą do połowy łydki.

Kiedy   podchodziła   do   szafy,   odezwał   się   brzęczyk 

domofonu.

Tom powoli wspinał się po schodach. Nie było mu lekko 

ani   na   duszy,   ani   na   ciele.   Zastanawiał   się,   czy   wieczór 
kawalerski był wart kaca i bólu głowy. Bądź co bądź był to 
zwyczaj tradycyjny, ale barbarzyński.

Wypożyczone   lakierki   skrzypiały   przy   każdym   kroku   i 

uciskały palce. Tom gotów był przysiąc, że nie była to ta sama 
para,   którą   mierzył   dwa   tygodnie   temu.   Na   domiar   złego 
dzisiejszego   wieczoru   czekało   go   jeszcze   okropne   zadanie. 
Musiał pomóc Julie poderwać jakiegoś sensownego faceta.

Czy w ogóle potrafi zrobić jej wykład na temat: jak być 

atrakcyjną dla mężczyzny? Odkąd sięgał pamięcią, był zawsze 
po przeciwnej stronie barykady i mógł się poszczycić całkiem 
skutecznymi sposobami uwodzenia dziewczyn.

Podszedł   do   drzwi   Julie.   Odetchnął   głęboko,   żeby 

opanować   stargane   nerwy.   Musiał   być   przygotowany   na 
najgorsze.   Jeśli   żaden   facet   nie   chciał   spotykać   się   z   tą 
dziewczyną,   mimo   że   miała   fantastyczne   ciało,   to   tylko 
dlatego,   iż   ubierała   się   jak   jego  dziewięćdziesięcioletnia 
babka. Jeśli tym razem też tak będzie wyglądała, to on będzie 
ugotowany. Wisząc jak kamień u nogi, Julie załatwi go na 
cały wieczór, aż do końca weselnego przyjęcia. A cieszyć się z 
tego będą jedynie ciągle swatające go ciotki.

Tym razem Julie nie otworzyła wcześniej drzwi. Musiał 

zapukać.   W   tym  momencie   poczuł   odrobinę   nadziei.   Może 
Julie ogarnął strach i postanowiła się wycofać?

background image

Gdzieś w tym rozległym i gęsto zaludnionym mieście na 

pewno   istnieje   inna   karta   wstępu   na   mecz   chicagowskich 
Byków.   Po   raz   pierwszy   od   lat   było   go   stać   na   kupienie 
biletów od konika. Wcale nie musiał  męczyć się przez pół 
dnia tylko po to, żeby obejrzeć rozgrywkę ulubionego zespołu. 
W   tym   momencie   zdał   sobie   sprawę   z   tego,   że   nie   chce 
ponosić   odpowiedzialności   za   wprowadzanie   Julie   w 
romansowe życie.

Powoli otworzyły się drzwi. Na to, co zobaczył, Tom był 

całkowicie nie przygotowany.

 - Jak widzę, o ubieraniu się wiesz wszystko. Nie mam cię 

czego   uczyć   -   oświadczył,   ochłonąwszy   z   wrażenia.   - 
Wyglądasz szałowo.

 - Dziękuję. Jesteś bardzo miły, że tak mówisz.
 - Nawet nie usiłowałem być miły. Sukienka jest super. - 

Podobnie jak zakryte nią ciało, dodał w myśli. W tej chwili 
ból zaczął pulsować mu nie tylko w głowie. - Czy możesz dać 
mi szklankę wody i dwie aspiryny?

 - Oczywiście.
Włożyła płaszcz, podczas gdy Tom stał przy zlewie w jej 

malutkiej   kuchence   i   przełykał   białe   tabletki.   Miała 
granatowy, wełniany płaszcz z patką z tyłu i długim szalikiem 
wsuniętym pod kołnierzyk. W tym stroju wyglądała dokładnie 
tak, jak się spodziewał. Dobrze, lecz nie rzucała się w oczy. 
Ale sukienka to było coś zupełnie innego. Aż przyjemnie było 
pokazać się  z tak zgrabną i wystrzałowo ubraną laską. Tom 
wypił   drugą   szklankę   wody.   Miał   nadzieję,   że   siostra   nie 
będzie miała mu za złe, że chce biesiadować aż do świtu.

 - Gotowa? - zapytał.
  - Sama nie wiem. Chodzi mi o jeszcze jedno. Jak mam 

poznać   innego   mężczyznę,   kiedy   będziemy   oboje   sprawiać 
wrażenie pary? Może powinieneś iść beze mnie.

background image

Kilka minut przedtem Tom nie marzył o niczym innym, 

ale teraz nie był tego tak bardzo pewny. Będąc w tej kiecce, 
Julie   potrzebowała   osobistego   ochroniarza   Jedyne,  co   mógł 
zrobić, to poznać ją z jakimś przyzwoitym facetem.

  -   Byłem   przekonany,   że   zawarliśmy   umowę   - 

przypomniał.

 - Tak. Tutaj masz bilety na mecz.
Julie podała Tomowi białą kopertę, ale on jej nie przyjął.
 - Albo kupię te bilety, albo na nie zarobię - oświadczył. - 

Nie możesz mi ich tak po prostu dawać.

 - Dlaczego nie mogę? Przecież nic mnie nie kosztowały. 

Ja też otrzymałam je w prezencie.

  - To było co innego. Zostaw w domu bilety i chodź ze 

mną. Zobaczymy, co da się zrobić, ale podejrzewam, że nie 
potrzebujesz moich rad.

 - Wobec tego nie ma sensu, abym z tobą poszła. W jaki 

sposób twoi przyjaciele i znajomi zdołają się zorientować, że 
jesteśmy razem i równocześnie osobno?

  -   Już   ja   sam   o   to   zadbam,   żeby   się   dowiedzieli   -   z 

uśmiechem zapewnił ją Tom.

Z   zawadiackim   uśmiechem   na   twarzy   czekał,   aż   Julie 

odłoży kopertę z biletami. Wczoraj wypity alkohol sprawił, że 
Tom wzrok miał jak rentgen. Bo kiedy Julie wróciła, nadal 
miał ją przed oczyma w czerwonej, kusej sukience, mimo że 
miała na sobie starannie zapięty płaszcz.

Nieco   później,   w   kościele,   Tom   zajął   przydzieloną   mu 

pozycję   przy   wejściu.   Do   chwili   rozpoczęcia   uroczystości 
Julie  została  sama.  Wpisała  się  do księgi  pamiątkowej  pod 
zazdrosnym   okiem   trzymającej   ją   wymalowanej   blondynki, 
zrobiła   zbędną   wyprawę   do   toalety,   przez   szybki   w 
zamkniętych   drzwiach   obejrzała   klasy   niedzielnej   szkółki, 
wreszcie   udawała,   że   czyta   komunikaty   dla   parafian 
zamieszczone na tablicy informacyjnej.

background image

Z   minuty   na   minutę   czując   się   coraz   gorzej   i   mniej 

pewnie, wyruszyła na poszukiwanie bocznego wyjścia. Zanim 
zdołała   je   odnaleźć   i   opuścić   kościół,   odnalazł   ją   Tom. 
Nalegał,   żeby   usiadła   w   pierwszym   rzędzie   przy   przejściu 
między   ławkami,   tuż   za   miejscami   zarezerwowanymi   dla 
rodziny panny młodej.

  -   Nie   zdejmiesz   płaszcza?   -   zapytał.   Zaofiarował   się 

odnieść go do szatni.

 - Tu jest dość chłodno - skłamała Julie.
  - Ukrywasz swoje walory? - zażartował i szybko wrócił 

do powierzonych mu obowiązków.

Julie siedziała z zaczerwienioną twarzą i wymyślała różne 

cięte riposty, którymi nie zdążyła się Tomowi zrewanżować.

Przybywali coraz liczniejsi goście. W miarę jak zapełniali 

kościelne ławki, Julie robiło się coraz goręcej. Rozpięła guziki 
przy płaszczu, zsunęła go z ramion i okryła nim plecy.

Nie była stworzona do roli dziewczyny z gatunku złych. 

Pozostawała   w   kościele   tylko   dlatego,   że   wychodząc, 
zwróciłaby na siebie uwagę innych osób. No i przy drzwiach 
jak  cerber   stał   Tom,   zamykający   drogę   ucieczki.  Wszystko 
wskazywało na to, że na bilety na mecz chicagowskich Byków 
postanowił solidnie zapracować.

Wreszcie rozpoczęła się ceremonia. Mała dziewuszka w 

biało - seledynowej sukience z zapałem sypała z koszyczka 
płatki   białych   róż.   Tuż   za   nią   szły   druhny   w   aksamitnych 
sukniach   barwy   mchu.   Julie   musiała   przyznać,   że   stroje   są 
znakomite.

Dobierając   je,   panna   młoda   wykazała   się   wyśmienitym 

gustem.   Julie   z   coraz   większym   przerażeniem   myślała   o 
czekającym  ją   weselnym   przyjęciu.   Czuła   się   coraz   gorzej. 
Jeszcze nigdy na ślubie nie widziała tyłu zgrabnych i ładnych 
druhen panny młodej. Wśród wszystkich wytwornych strojów 

background image

jej jaskrawa, czerwona sukienka będzie za bardzo rzucała się 
w oczy.

Na widok kroczącej panny młodej wszyscy podnieśli się z 

miejsc. Julie zrobiła to samo. I nagle poczuła się tak, jakby 
ktoś   zdzielił   ją   obuchem   w   głowę.   Przecież   siostra   Toma 
miała na sobie jej własną suknię!

Żeby kupić ślubny strój, Julie nachodziła się po sklepach. 

Wreszcie   znalazła   to,   czego   szukała.   I   to   ona,   wsparta   na 
ramieniu ojca, powinna iść teraz w stronę ołtarza. Zamknęła 
oczy i z nienawiścią pomyślała o obcej dziewczynie ubranej w 
jej ślubny strój. Po chwili jednak uniosła powieki. Musiała 
spojrzeć prawdzie w twarz. Nie mogła okazać się tchórzem.

Suknia   był   cudowna.   Jak   marzenie.   Z   satynowym 

stanikiem   obszytym   drobniutkimi   perełkami   i   niezwykle 
szeroką,   powiewną   spódnicą,   która   na   tle   białego   chodnika 
wyglądała jak migocący obłok.

Oczy   Julie   wypełniły   się   łzami.   Z   trudem   zmusiła   się, 

żeby spojrzeć na twarz panny młodej. Damska wersja Toma 
była dziewczyną o uderzającej urodzie. Nic dziwnego, skoro 
jej bliźniaczy brat był najatrakcyjniejszym mężczyzną, jakiego 
Julie kiedykolwiek poznała.

Musiała   chyba   zwariować,   prosząc   go   o   pomoc.   Niby 

dlaczego Tom miałby w stosunku do niej odgrywać taką samą 
rolę,   jak   profesor   Higgins   w   życiu   Elizy   Doolittle?   Julie 
postanowiła, że kiedy tylko nadarzy się odpowiednia chwila, 
wymknie się z  kościoła  i taksówką wróci  prosto do domu. 
Potem wyśle Tomowi pocztą bilety na mecz, z liścikiem, w 
którym przeprosi go za zjawienie się na ślubie jego siostry.

Pan młody był przystojny. Prezentował się doskonale. Dla 

Julie   nie   było   to   zaskoczeniem.   Miał   jednak   albo 
gigantycznego   kaca   po   wieczorze   kawalerskim,   albo   był 
śmiertelnie   wystraszony.   Jego   kredowoblade   oblicze 
kontrastowało   z   okalającymi   je   kruczoczarnymi   włosami. 

background image

Kiedy   jednak   zrobił   parę   kroków   w   przód   w   stronę   swej 
wybranki, jego twarz opromienił ciepły uśmiech.

Julia uprzytomniła sobie, że Brad nigdy nie patrzył na nią 

takim   wzrokiem.   Ku   własnemu   zaskoczeniu,   do   byłego 
narzeczonego nie czuła już nic. Brad kochał tylko Brada. Dla 
niej pozostawało w jego życiu niewiele miejsca. Obsadziła go 
w roli swego jedynego ukochanego, ponieważ bardzo pragnęła 
mieć   przy   sobie   kogoś   wyjątkowego.   To   marzenie   zostało 
zniweczone. Nie przez nią, lecz przez Brada.

Przyjście   na   ślub   siostry   Toma   było   dla   Julie   terapią 

wstrząsową. Spoglądanie na kobietę biorącą ślub w jej sukni 
było   wprawdzie   bardzo   bolesne,   ale   wzbudziło   zdrowy 
sprzeciw   i   konstruktywny   gniew.   Była   dobrą   i   miłą 
dziewczyną. Nie zasługiwała na to, aby ją porzucano.

Z pleców Julie zsunął się płaszcz, ale ona nie zwróciła na 

to uwagi. Wyprostowała się. Koniec z siedzeniem w domu i 
użalaniem się nad samą sobą! Zamierzała się przekonać, czy 
rzeczywiście złe dziewczyny mają radośniejsze życie.

Kiedy   nowożeńcy   odeszli   od   ołtarza   i   główną   nawą 

zaczęli iść przez kościół, Tom i jeszcze inny młody człowiek, 
pełniący podobną funkcję, pozostali z przodu i wypuszczali 
gości   z   kolejnych   rzędów   ławek.   Tom   stał   tuż   obok   Julie, 
uśmiechając   się   do   wychodzących  i   zamieniając   z   nimi   po 
parę słów. Było widać, że niektórzy mężczyźni źle się czują 
wbici   w   uroczyste   smokingi.   Tom   zachowywał   się   bardzo 
naturalnie   w   swym   formalnym   czarnym   stroju   i   sztywnej 
białej koszuli. Zwichrzone  ciemnoblond włosy, wijące się na 
karku,   opadały   mu   na   czoło,   łagodząc   ostry   zarys   szeroko 
rozstawionych kości policzkowych i silnej szczęki.

Julie stała tak blisko, że bez podnoszenia głowy nie mogła 

zobaczyć jego twarzy, ale to, co widziała, wystarczało, aby 
przebiegały   ją   dreszcze.   Płaski   brzuch   i   umięśnione   ciało 
Toma poruszyły jej wyobraźnię.

background image

 - Twoja kolej - nachylił się i szepnął jej do ucha, tak że 

poczuła powiew ciepłego powietrza. - Cieszę się, że jednak 
zdjęłaś płaszcz.

Naciągnęła płaszcz na ramiona, gdy dołączyła do tłumu 

idącego do wyjścia  i  w pobliżu drzwi  ustawiającego się  w 
kolejce. Onieśmielona, nie chciała sama podchodzić do panny 
młodej   z   życzeniami.   Przystanęła   w   luce   obok   wyłożonej 
księgi pamiątkowej, żeby zaczekać, aż nadejdzie Tom.

 - To pani przyszła z Tomem.
Ładna,   umalowana   blondynka,   która   wręczała   gościom 

księgę, niechętnym spojrzeniem obrzuciła Julie.

 - Tak.
W   pierwszej   chwili   miała   zamiar   wyjaśnić,   skąd   się   tu 

wzięła,   ale   zawistny   wzrok   dziewczyny   pobudził   instynkt 
obronny. Podjęła wyzwanie.

To   by   było   na   tyle,   jeśli   chodzi   o   pozyskanie   nowych 

przyjaciół.

Wreszcie   odnalazł   się   Tom.   Nalegał,   aby   Julie   poznała 

Tinę.   Okazało   się   to   wcale   nie   takie   straszne.   Potem 
samochodem   Toma   pojechali   oboje   do   klubu,  w   którym  w 
wynajętej sali miało się odbyć weselne przyjęcie. Na szczęście 
dla Julie, droga była niedaleka. Cała rozmowa ograniczyła się 
do paru konwencjonalnych uwag na temat samego ślubu.

Wewnątrz   przestronnego,   kwadratowego   budynku   Tom 

doprowadził   Julie   do   przenośnych   wieszaków   ustawionych 
rzędem w holu i przez podwójne drzwi wiodące do głównej 
sali popatrzył na zebranych tam gości. Trzyosobowy zespół 
muzyczny stroił instrumenty.

Julie rozpięła płaszcz. Stojący za nią Tom pomógł jej się 

rozebrać. Gdy jego palce musnęły obnażone ramię, poczuła 
przebiegający prąd.

  -   Tom,   rezerwuję   u   ciebie   taniec   -   powiedziała 

przechodząca obok wysoka, złotowłosa druhna.

background image

 - Brendo, to była świetna robota! - krzyknął za nią Tom. 

Julie miała ochotę zapytać, o jaką robotę chodziło. Zadanie 
druhen   było   przecież   niezwykle   proste.   Ograniczało   się   do 
robienia dobrego wrażenia.

Gdy tylko weszli na salę, przyłapała Toma wymalowana 

dziewczyna od księgi pamiątkowej.

 - Świetnie ci w tym smokingu - oświadczyła, wlepiając w 

niego wzrok.

  -   Mnie   więcej   tak   dobrze,   jak   pięćdziesięciu   innym 

facetom, którzy wypożyczali go przede mną.

  -   Założę   się,   że   nie   możesz   się   doczekać,   kiedy 

pozbędziesz się tego stroju.

  - Karlo, jeśli będę potrzebował pomocy przy odpinaniu 

spinek w mankietach koszuli, natychmiast dam ci znać.

  -   Czy   to   jest   zła   dziewczyna?   -   spytała   Julie,   gdy 

spławiona   przez   Toma   blondynka   ruszyła   na   dalsze 
polowanie.

  - Jest... rozrywkowa. - Tom uśmiechnął się jak urwis i 

objął Julie w talii. - Co ci przynieść do picia? Z rozpoczęciem 
zabawy   powinniśmy   poczekać,   aż   młoda   para   przestanie 
pozować   fotografom.   Zrobią   nowożeńcom   tyle   zdjęć,   że 
będzie można wytapetować nimi ściany w salonie.

 - Proszę o cytrynową wodę sodową - odparła Julie.
  -   Zła   odzywka   -   skarcił   ją   nauczyciel.   -   Powinnaś 

poprosić o szprycer z białego wina lub o dżin z tonikiem, jeśli 
nawet zamierzasz wylać je do doniczki z kwiatkiem, gdy tylko 
się od ciebie odwrócę.

  - Nawet  wtedy, kiedy  umieram   z  pragnienia  i   gdy  od 

dżinu puchnie mi nos?

  -   Ten   nos?   -   Błyszczącymi   oczyma   Tom   zaczął 

przyglądać się twarzy Julie.

background image

  -   Tylko  żartowałam   -   powiedziała   szybko.   -   Jeśli   to 

konieczne, proszę o białe wino. Czy złe dziewczyny muszą pić 
alkohol?

 - Nie. Złe dziewczyny niczego nie muszą i na tym polega 

ich urok. Przyniosę ci wodę sodową. W plastykowym kubku. 
Nikt nie zobaczy, co pijesz.

Zostawiwszy   Julie   pod  ścianą,   Tom   podszedł   do   baru, 

przy którym znajdowało się parę osób. Zaczęła rozglądać się 
wokoło.   Żałowała,   że   nie   zna   tu   nikogo.   Nie   zważając   na 
reguły obowiązujące złe dziewczyny, wolałaby znajdować się 
teraz w gronie przyjaciółek.

  -   Czy   to   ciebie   widziałem   w   towarzystwie   Toma?   - 

zapytał Julie jakiś młody człowiek.

Tom   miał   rację.   To,   że   stała   samotnie,   podziałało   jak 

trzeba.

  -   Tak,   ale   jesteśmy   tylko   przyjaciółmi.   -   Julie   z   góry 

wymyśliła sobie takie wyjaśnienie.

  - A więc Tom jest głupszy, niż myślałem - oświadczył 

nieznajomy. - Jestem Jerry.

  -   Tylko   Jerry?   Tak   jak   Madonna?   Ma   mi   wystarczyć 

samo imię czy też nosisz jakieś nazwisko?

Zaczynała pogrywać ostro, ale w tej roli czuła się fatalnie.
  -   Cieszę   się,   że   zapytałaś.   Jestem   dumny   ze   swojego 

nazwiska.   Jest   niezwykłe.   Nazywam   się   Poomph.   Jerry 
Poomph. Rymuje się z tryumf. Masz ochotę zatańczyć?

 - Jeszcze nie grają.
  -  Sam   załatwiam   sobie   muzykę   i   lubię   tańczyć 

nieprzyzwoicie.

  -   Spływaj,   Poomph   -   powiedział   Tom,   zachodząc 

Jerry'ego od tyłu.

  -   Właśnie   poznałem   twoją   dziewczynę.   Wygląda   na 

rozrywkową laskę.

 - Ale taka nie jest.

background image

  - Nie ma problemu. Dużo tu dzisiaj fajnych dziewczyn. 

Nic   dziwnego,  niemal   same  stewardesy,  przyjaciółki  twojej 
siostry.

Poomph pożeglował dalej. Włożył ręce do kieszeni, żeby 

podciągnąć w górę marynarkę i napiąć spodnie na odsłoniętej 
tylnej   części   ciała.   Nawet   miłe   dziewczyny  znały   ten   stary 
trik.

  -   Nie   musisz   zachowywać   się   jak   starszy   brat   - 

powiedziała Julie do Toma, biorąc od niego kubek z wodą 
sodową. - Wiem, w jaki sposób pozbywać się mężczyzn. Cały 
mój kłopot polega na tym, jak któregoś przy sobie zatrzymać.

 - Pamiętasz moją wskazówkę? Nie daj się podrywać byle 

jakim facetom tylko dlatego, że nie chcesz stać samotnie.

 - Świetnie wiem, czego mam nie robić - odparła Julie. - 

Ale powiedz mi, co robić powinnam.

 - Nic.
 - Nic? Znów mi to powtarzasz. Zaraz usłyszę od ciebie, że 

powinnam być sobą, a ja ci powiem, jak to jest fajnie.

 - Zatańczysz ze mną, jeśli zdejmę lakierki?
 - Tak. Chyba tak.
 - Nienawidzę wypożyczonych butów. Zsunął je i wykopał 

pod samą ścianę.

 - Nie możemy jako pierwsi wyjść na parkiet. Jeszcze nie 

ma nowożeńców.

 - Słyszysz muzykę?
 - Tak, właśnie zaczynają grać, ale...
  -   Dziewczyna   z   gatunku   złych   lubi   zachowywać   się 

niekonwencjonalnie. A poza tym Tina będzie miała potem do 
mnie pretensję, a nie do ciebie.

Poprowadził   Julie   na   zupełnie   pusty   środek   sali,   na 

wywoskowany drewniany parkiet, i wziął ją za ramiona. Na 
chwilę się zawahał.

 - Daj mi swoje pantofle.

background image

 - Nie będę deptać ci po palcach. Dobrze tańczę.
  - Miło to słyszeć. - Tom nachylił się, uniósł jedną nogę 

Julie i zdjął jej pantofel. Widząc, że ludzie zaczynają się im 
przyglądać,   Julie   szybko   zsunęła   drugi.   Oba   wepchnęła 
Tomowi do kieszeni smokinga.

  - Zaraz wszyscy dowiedzą się, że tu jesteś - powiedział 

żartobliwym tonem i tak znakomicie poprowadził ją w tańcu, 
jak nikt inny dotąd.

Trzymał rękę nisko na plecach Julie. Czuła na czole jego 

ciepły oddech. Idealnie zgrani, tańczyli znakomicie. Tak jakby 
robili to od dawna. Julie odwróciła głowę, żeby nie pobrudzić 
szminką śnieżnobiałej koszuli Toma. Nachylił się i przytulił 
twarz   do   jej   policzka.   Tańczyli   w   takt   sentymentalnej, 
powolnej melodii.

Byli sami po środku dużej sali. Na parkiecie nie dołączył 

do nich nikt.

Na   domiar   złego   skierowano   na   nich   reflektory,  tak   że 

stali się prawdziwą atrakcją. Gdy tylko orkiestra zrobiła krótką 
przerwę   przed   następnym   utworem,   Julie   wyszarpnęła 
pantofle z kieszeni Toma i prawie biegiem uciekła z parkietu.

Przez kwadrans ukrywała się w toalecie. Wyszła stamtąd z 

niezłomnym   postanowieniem   udowodnienia   Tomowi,   jak 
bardzo pojętną jest uczennicą.

  -   Zobaczymy,   jak   teraz   ci   się   spodobam,   doktorze 

Frankensteinie - mruknęła przez zaciśnięte zęby.

Poszło   jej   o   wiele   łatwiej,   niż   się   spodziewała. 

Ryzykownym   tańcem   z   Tomem   zwróciła   na   siebie   uwagę 
wielu mężczyzn. Ani na chwilę nie pozostawała sama. Jadła 
kolację   w   towarzystwie  drugoligowego   gracza   w   baseball, 
który poprosił ją o numer telefonu, a ponadto tańczyła z tak 
wieloma partnerami, że nie była w stanie nawet zapamiętać 
ich   imion.   Tylko   na   jednego   z   nich   zwróciła   uwagę.   Na 
niejakiego   Petera   Carlyle'a.   Rudowłosy   i   piegowaty,   był 

background image

najprzystojniejszym z drużbów pana młodego. Po czwartym 
wspólnym tańcu nie odstępował już jej ani na krok.

Tom   obserwował   podopieczną.   Zainteresowanie   tą 

dziewczyną wielu jego znajomych wcale go nie dziwiło, ale 
też nie wzbudzało zachwytu. W gruncie rzeczy Julie Myers 
niewiele go obchodziła. Nie była w jego typie, ale za to, że 
poderwie ją jakiś beznadziejny facet, nie chciał być jednak 
odpowiedzialny. Kiedy na dobre przyczepił się do niej Pete 
Carlyle i bez przerwy z nią tańczył, Tom uznał, że nadeszła 
pora na interwencję. Zaprosił ją do tańca.

 - Jak leci? - zapytał, spoglądając Julie głęboko w oczy i 

zastanawiając się, czy ma policzki zaróżowione od wypitego 
szampana, czy z powodu zdobytej popularności. - Widzę, że 
włożyłaś pantofle - zauważył.

 - Było mi zimno w stopy.
Jej drobna, dziewczęca dłoń niemal ginęła w trzymającej 

ją ręce Toma, lecz ruchy jej ciała, a zwłaszcza bioder, wcale 
nie   były   młodzieżowe   i   niewinne.   Julie   była   albo   trochę 
wstawiona,   albo   pod   kierunkiem   swego   mistrza   uczyła   się 
naprawdę szybko. W jego ramionach topniała teraz jak wosk. 
Przy  niej  Tom  wydawał  się  sobie  zbyt duży, niezdarny  i... 
podniecony.

Opuścił   powieki,   lecz   czujności   nie   tracił.   Jego   mózg 

pracował   na   pełnych   obrotach.   W   myśli   Tom   dokonywał 
przeglądu zaproszonych mężczyzn i dzielił ich na łobuzów i 
facetów od biedy do przyjęcia. Uznał, że im szybciej Julie 
pozna   jakiegoś   w   miarę   przyzwoitego   faceta,   tym   lepiej. 
Wiedział, że szałowa czerwona kiecka, zaróżowione policzki i 
seksowny taniec były jedynie zasłoną dymną. Tej dziewczynie 
zależało   nie   tylko   na   chwilowej   rozrywce   i   Tom   dobrze 
zdawał sobie z tego sprawę. On sam na kandydata do stałego 
związku absolutnie się nie nadawał. Bez względu na to, jak 
bardzo   pragnął   ściągnąć   majteczki   z   Julie   i   gruntownie 

background image

wyuczyć ją wszystkiego, co powinna znać, będąc naprawdę 
złą dziewczyną.

  - Nie musisz odwozić mnie do domu - powiedziała w 

pewnej chwili. - Zrobi to Peter.

 - Ten facet miał już cztery narzeczone.
 - Och, wiem. Wszystko mi opowiedział.
Nie potrafiła dobrze kłamać. Nie była też najponętniejszą 

kobietą, z jaką tańczył dzisiejszego wieczoru, ale robiła  na 
nim   największe   wrażenie.   Prężne,   obfite   piersi   Julie 
przylegały ściśle do jego torsu, lecz usztywniona koszula nie 
przeszkadzała mu wyobrażać sobie, jak jej sutki ocierają się o 
jego obnażoną skórę.

Kiedy   objęła   go   za   szyję   i   przyciągnęła   do   siebie   jego 

głowę, usiłował trochę zwiększyć dystans, odsuwając ją od 
siebie. Szło mu opornie, gdyż nigdy przedtem podobnie się nie 
zachowywał.

 - Dziękuję za wszystko, co dla mnie zrobiłeś - wyszeptała 

mu do ucha.

Tom poczuł przebiegający ciało dreszcz podniecenia, ale 

Julie natychmiast się odsunęła.

Ta jej niewinność była wprost żałosna. Właśnie dlatego 

Tom wolał zawsze mniej naiwne dziewczyny. Osóbki pokroju 
Julie Myers nadawały się do trwałego związku, a on jeszcze 
do niego nie dojrzał.

Rzucił okiem na świeżo upieczonego szwagra, przyjaciela 

jeszcze ze szkolnych czasów, i oczyma wyobraźni ujrzał go z 
łańcuchem i kulą u nogi. Toma cieszyło szczęście siostry, ale 
od tej pory wieczorne wypady jej męża wyłącznie w męskim 
gronie ulegną drastycznemu ograniczeniu.

Muzyka   ucichła   i   Julie   znów   znalazła   się   w   objęciach 

Petera. Zdaniem jej mentora, popełniła błąd. Na sali właśnie 
przygaszono   światła   na   znak,   że   jest   to   ostatni   taniec 
wieczoru.   Tom   tańczył   z   Brendą   Butler.   Była   koleżanką   z 

background image

pracy Tiny, ale dopiero teraz się poznali. Wpadła mu w oko 
podczas próby uroczystości ślubnej. Wszystko wskazywało na 
to, że ta druhna panny młodej ma ochotę na flirt i z łatwością 
da się poderwać.

Teraz,   w   tańcu,   wysyłała   sygnały   potwierdzające 

wcześniejsze spostrzeżenia Toma. Miał ochotę na przelotny 
romans z tą efektowną dziewczyną. Jako stewardesa latała z 
Atlanty   w   międzynarodowe   rejsy.   Zdaniem   Toma,   idealnie 
nadawała się do flirtu.

  -   Cieszę   się,   że   wreszcie   poznałam   seksownego   brata 

Tiny - oznajmiła Tomowi.

Miał na nią ochotę, ale także inne zobowiązania.
  - Przyszedłem tu w damskim towarzystwie - przyzna! z 

niechęcią. - Moja znajoma liczy na to, że odwiozę ją do domu.

 - Jestem bardzo rozczarowana - stwierdziła Brenda.
  -   Ja   też,   ale   co   pomyślałabyś   o   mnie,   gdybym   miał 

zwyczaj wystawiać dziewczyny do wiatru?

  -   Uznałabym   cię   za   okropnego   człowieka   i   nie 

zmieniłabym tej opinii co najmniej przez trzydzieści sekund - 
oznajmiła ze śmiechem, który działał na zmysły Toma.

A więc przeczucie chyba go nie myliło. Miał przed sobą 

bardzo złą dziewczynę.

Taniec   się   skończył.   Na   sali   rozbłysły   światła.   Było   to 

oficjalne zakończenie przyjęcia. Tom odnalazł Julie i wyrwał 
ją   z   łap   Petera   mimo   protestów   obojga   zainteresowanych. 
Trzymając mocno za ramię, poprowadził ją ku wyjściu.

Julie nie była tym zachwycona.
 - Nie wiem, dlaczego tak się upierasz, żeby odwieźć mnie 

do domu. Peter bardzo chciał...

 - Peter zawsze bardzo chce. A ponadto zanim wsiądziesz 

do   samochodu   jakiegoś   faceta,   musisz   się   jeszcze   trochę 
poduczyć. Są ci potrzebne następne lekcje.

 - Przy Peterze nic by mi się nie stało.

background image

 - Być może. Gdyby był trzeźwy.
  -   Czy   dasz   mi   dyplom,   kiedy   skończę   kurs?   A   może 

poznasz mnie z bardziej odpowiednim mężczyzną?

Tom   lubił,   gdy   Julie   prawiła   mu   złośliwości.   Słabe, 

łagodne   i   uległe   kobietki   nie   interesowały   go   wcale. 
Oczywiście,   podobnie   jak   Julie   Myers.   Żeby   ostudzić 
pobudzone   zmysły,   musiał   szybko   znaleźć   się   na   świeżym 
powietrzu. Albo też niezwłocznie odnaleźć Brendę.

Zdjął z wieszaka płaszcze ich obojga i poprowadził Julie 

pod ścianę.

  -   Odwożenia   mnie   do   domu   nie   było   w   umowie!   - 

protestowała Julie.

W jej oczach Tom ujrzał iskierki gniewu. Czuł, że wpada 

w tarapaty.

 - Przyjechałaś tutaj ze mną, więc odwiozę cię do domu. 

Tak być powinno.

 - Przecież to nie była randka.
 - Nie szkodzi. Etykieta nakazuje takie postępowanie.
Głupotą   było   wygadywać   takie   rzeczy,   ale   Julie   nie 

uwierzyłaby, gdyby powiedział prawdę. Tom miał mętlik w 
głowie. Zupełnie nie pojmował, dlaczego od razu nie zajął się 
seksowną   i   chętną   druhną   panny   młodej,   dziewczyną   z 
gatunku złych, lecz uparł się, żeby odwieźć Julie do domu. 
Fakt ten z pewnością nie wpłynął korzystnie na poprawę jego 
samopoczucia.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI
Samochód wyraźnie się skurczył.
Gdy   jechali   z   Julie   na   wesele   Tiny,   w   małym 

volkswagenie Toma ledwie mieściły się jego szerokie ramiona 
i   długie   nogi.   Czuł   się   jak   ostryga   przylegająca   do   ścian 
skorupki.   Julie   skuliła   ramiona,   żeby   uniknąć   fizycznego 
kontaktu   z   Tomem,   i   ścisnęła   kolana,   aby   kierowca   mógł 
swobodnie   operować   drążkiem   zmiany   biegów, 
umieszczonym w podłodze, nie dotykając jej nóg.

Wdychała   zapach   płynu   po   goleniu   i   czuła   się   lekko 

odurzona.   Być   może   atmosfera   w   małym   samochodzie 
wiązała się także z tym, że Julie wciąż miała przed oczyma 
Toma   podczas   czułego   tańca   z   druhną   panny   młodej   o 
wyszczerzonych zębach.

  -   Naprawdę   niepotrzebnie   odwozisz   mnie   do   domu   - 

powtórzyła. Co innego mogła powiedzieć mężczyźnie, który 
przez   większość   wieczoru   zamieniał   fokstrota   we   wstępną 
miłosną grę?

 - Uznaj mnie za przydzielonego ci kierowcę.
 - Prawie nie piłam szampana.
 - Zauważyłem. Ale Peter nie wylewał zawartości swojego 

kieliszka do kubełka z lodem, kiedy był przekonany, że nikt 
tego nie widzi.

 - Bawiliśmy się doskonale, co wcale nie oznacza, że był 

pijany.

Tom zatrzymał samochód przed domem Julie.
  -   Jesteśmy   na   miejscu.   Odprowadzę   cię   do   drzwi. 

Zaczynał ją denerwować. Wykazywał wyraźny talent w tym 
kierunku.

 - Nie musisz. Między drzwiami a miejscem, w którym się 

teraz   znajdujemy,   nie   ma   nawet   mysiej   dziury,   w   której 
mógłby ukryć się jakiś łomiarz.

 - Pozwól mi udawać dżentelmena.

background image

 - To właśnie robisz? - Julie zachichotała mimo woli.
 - Uważasz, że jestem źle wychowany?
  -   Nie,   oczywiście,   że   nie.   -   Znów   zaczęła   się   śmiać. 

Chyba jednak tego szampana było trochę za dużo.

Tom wysiadł, obszedł z przodu samochód i stanął przy 

drzwiach od strony pasażera. W ciemnym płaszczu, którego 
rozwiewające się poły ukazywały eleganckie spodnie, mógł z 
powodzeniem   uchodzić   za   arystokratycznego   playboya.   Do 
tego obrazu nie pasowały tylko jego zwichrzone włosy.

Doprowadził   Julie   do   wejścia   do   budynku,   ręką   bez 

rękawiczki   obejmując   ją   w   talii.   Przez   wełnianą   tkaninę 
płaszcza czuła ciepło promieniujące z jego dłoni. Albo tak się 
jej tylko wydawało. Dzisiejszego wieczoru miała wyostrzone 
zmysły   i   uwrażliwione   wszystkie   partie   ciała. 
Przypomniawszy sobie, jak bąbelki szampana łaskotały ją w 
nosie, z trudem powstrzymała się, aby go nie potrzeć.

Otworzyła   torebkę,   żeby   poszukać   kluczy.   Tom 

natychmiast włożył rękę do środka i znalazł je od razu. I od 
razu   trafił   bezbłędnie   na   klucz   otwierający   drzwi   do 
wejściowego holu.

 - Skąd wiedziałeś, który to klucz?
 - Ach, to kwestia doświadczenia - odparł nonszalanckim 

tonem, uśmiechając się znacząco.

Julie uznała, że miał po prostu szczęście.
 - Dziękuję - powiedziała.
 - Jak do drzwi, to do drzwi. - Wskazał schody i zaczął iść 

w ich kierunku, gestem zachęcając Julie, żeby szła za nim. - 
To należy do kodeksu dżentelmena.

 - Och, naprawdę jesteś... - zamierzała dodać „głupi", lecz 

uznała, że nie ma sensu kłócić się z Tomem. Bądź co bądź 
stanowił jedynie jej eskortę, i do tego nie za darmo.

Gdy tylko wręczy mu karnet na mecze Byków, od razu go 

się   pozbędzie.   Przekupiła   Toma,   aby   pokazał   jej   odrobinę 

background image

ciekawszego życia. Po pierwszym tańcu, w którym ściągnął na 
nią uwagę mężczyzn, do samego końca przyjęcia bawiła się 
znakomicie.   Spodobał   się   jej   Peter.   Był   przystojny   i,   w 
przeciwieństwie   do   większości   swych  rówieśników,   potrafił 
rozmawiać z kobietą. Nie opowiadał bezsensownych kawałów 
ani sportowych historyjek.

  -  Świetnie   się   bawiłam.   Jeszcze   raz   ci   dziękuję   - 

powiedziała   do   Toma,   stając   przed   drzwiami   swego 
mieszkania.   Lekką   zadyszkę   przypisała   wspinaniu   się   na 
drugie   piętro.   -   Poczekaj   chwilę,   zaraz   dam   ci   karnet   na 
mecze.

Otworzył zamek u drzwi i oddał klucze Julie.
  - Jeszcze nie zarobiłem na te bilety - odparł z poważną 

miną.

 - Niestety, jeden mecz już rozegrano. Weź od razu karnet, 

żebyś nie straci! następnego.

Prawie nie kiwnąwszy palcem, aby pomóc Julie, czułby 

się jak ostatni łobuz, biorąc od niej bilety.

  - Przynajmniej pozwól mi za nie zapłacić. - Wszedł do 

mieszkania. Nie chciał sterczeć na klatce schodowej.

  -   Nie   mogę.   Takie   były   warunki   naszej   umowy. 

Spędziłam   fantastyczny   wieczór,   ale   było   głupotą   z   mojej 
strony prosić cię o nauki.

  -   Dołączyłaś   do   grona   najlepszych   uczniów   w   klasie. 

Lubił drażnić się z Julie, a dziś zasłużyła na to, żeby jej trochę 
podokuczać. Stracił  przez  nią randkę z Brendą  i nawet nie 
wiedział, dlaczego odmówił tak napalonej dziewczynie.

  - A więc  uznaj karnet za wyraz mojej  wdzięczności - 

powiedziała Julie.

Miała zaróżowione policzki albo od chłodu panującego na 

dworze,   albo   z   powodu   coraz   większego   napięcia   między 
nimi.   Ta   dziewczyna   była   wyjątkowa.   Po   długiej   i 
wyczerpującej   zabawie   na   jej   twarzy   nie   było   śladu 

background image

zmęczenia.   W   ostrym   świetle   palącym   się   w   przedpokoju 
nadal wyglądała świeżo jak poranek.

 - Co ja zrobiłam z karnetem? - Ze zmarszczonym czołem 

Julie poprowadziła Toma do saloniku. - Był w białej kopercie. 
Muszę się zastanowić, gdzie ją położyłam.

 - Nie ma pośpiechu...
 - Pozwól mi pomyśleć.
 - Byłaś wtedy pod wrażeniem naszej randki. Zaraz sobie 

przypomnisz.

  - Wcale nie byłam pod wrażeniem! I nie była to żadna 

randka.

 - Podczas przyjęcia dałem ci subtelnie do zrozumienia, że 

nie   będę   miał   do   ciebie   pretensji,   jeśli   ktoś   zacznie   cię 
podrywać.

  - Zachowywałeś się subtelnie? Sposób, w jaki ze mną 

tańczyłeś, był... był daleki od subtelności.

Numer   telefonu   Brendy   w   motelu,   w   którym   się 

zatrzymała, Tom zapisał na kartce, którą schował do kieszeni 
marynarki. Znów zaczął się zastanawiać, dlaczego zadał sobie 
trud   odwiezienia   Julie   do   domu.   Nie   chciał   mieć   jej   na 
sumieniu, a zarazem nie miał najmniejszej ochoty uwikłać się 
w   romans   z   niewinną,   niedoszłą   panną   młodą.   Być   może 
powinna   zacząć   umawiać   się   z   Peterem,   ale   Tom   miał 
nadzieję, że trafi się jej ktoś bardziej wartościowy. W każdym 
razie udało mu się utrudnić kontakty Julie z tym pacanem. 
Gdyby znów trafiła na niewłaściwego człowieka, on ponosiłby 
za to odpowiedzialność.

  - Wytykasz mi brak subtelności. A jak oceniasz własne 

pląsy z Peterem Carlyle'em? - zapytał drwiącym tonem

  - Tańczyliśmy zupełnie zwyczajnie. Może położyłam te 

bilety na biurku. - Julie zaczęła przewracać jakieś papiery. Po 
chwili przerwała poszukiwania. Zdjęła pantofle.

background image

 - Zupełnie zwyczajnie? - powtórzył Tom z przekąsem. - 

Gdyby ktoś wsunął między was kartkę papieru, roztarlibyście 
ją na miazgę.

Tom   był   rozdrażniony.   I   to   nie   dlatego,   że   Brenda 

opuszczała   Chicago   z   samego   rana,   zanim   zdołał   ją   bliżej 
poznać.

Mimo   braku   doświadczenia   w   sprawach   damsko   - 

męskich   Julie   Myers   była   osobą   niebezpieczną.   Ubrana   w 
obcisłą   czerwoną   sukienkę   miała   mnóstwo   wdzięku   i 
emanowała   seksem,   a   brak   pantofli   nadawał   jej   wygląd 
dziwnie   bezradny   i   niewinny.   Wszystko   to   mogło 
doprowadzić  mężczyznę  do  białej   gorączki.  Gdyby  on  sam 
miał   trochę   oleju   w   głowie,   machnąłby   ręką   na   karnet   na 
mecze Byków i zmykał gdzie pieprz rośnie.

Od   pierwszej   chwili   wyczuwał   instynktownie,   że   im 

szybciej jego „uczennica" zwiąże się z jakimś facetem, tym 
mniej będzie kusiło go samego, żeby zabrać ją do kina lub na 
jakąś   imprezę.   Oczywiście,   wyłącznie   jako   kumpelkę. 
Niestety,   tak   zwane   miłe   dziewczyny   pokroju   Julie   Myers 
stanowczo zbyt serio traktowały każdą, nawet najdrobniejszą 
propozycję   i   przywiązywały   zbyt   dużą   wagę   do   każdego 
spotkania, nawet najzwyklejszego pod słońcem. A on nie miał 
zamiaru   zwodzić   tej   dziewczyny   i   wzbudzać   płonnych 
nadziei.

  -   Jak  śmiesz   mówić   o   nieprzyzwoitych   pląsach?   Sam 

trzymałeś   mnie   tak   blisko,   że...   -   Rozzłoszczonej   Julie 
zabrakło słów.

  -   To   małe   piwo   w   porównaniu   z   ostatnim   tańcem 

wieczoru, jaki odstawił z tobą Peter.

  - Chyba byłeś zbyt zajęty, aby cokolwiek zauważyć! - 

odcięła się Julie.

  - A jednak zauważyłem. I zaraz mogę zademonstrować, 

na   czym   polega   różnica.   -   Tom   chwycił   Julie   za   ramię   i 

background image

pociągnął   w   swoją   stronę.   Mimo   woli   znalazła   się   w   jego 
ramionach. - Zechciej zwrócić uwagę na mój bezbłędny styl, 
sposób,   w   jaki   ujmuję   partnerkę,   i   na   prąd   powietrza 
przepływający między obydwoma ciałami.

Obrócił Julie w tańcu, o włos unikając zderzenia z ostrym 

kantem stołu, i odchylił ją w tył.

  -   Nasz   pierwszy   taniec   był   zupełnie   inny!   - 

zaprotestowała.   Swoim   dźwięcznym,   perlistym   śmiechem 
przyprawiła Toma o gęsią skórkę.

  - Peter obściskuje w tańcu partnerkę - oświadczył. - O, 

właśnie tak. - Przyciągnął Julie blisko do siebie. Jej miękkie 
włosy łaskotały go w nos. - A do tego dołącza pracę rąk - 
wyszeptał Julie wprost do ucha, przesuwając dłoń z góry na 
dół   wzdłuż   jej   pleców,   gdy   bez   muzyki   tańczyli   tuż   przed 
kanapą na niewielkim skrawku podłogi.

 - Peter wcale tak nie robił - zaprzeczyła ponownie Julie, 

gdy   dłoń   Toma   zatrzymała   się   na   tylnej   części   jej   ciała.   - 
Czyżbyś chciał mnie podniecić?

 - Nigdy tego nie mów żadnemu mężczyźnie. To poważny 

taktyczny błąd.

 - Dlaczego?
  - W ten sposób wytrącasz go z transu. I zmuszasz do 

przyjęcia   zupełnie   innej   metody.   To   potencjalna   śmierć 
wszelkich rodzących się związków.

 - Ech, wymyślasz przedziwne rzeczy.
Czubek jednego z wypożyczonych lakierków Toma otarł 

się   niebezpiecznie   o   nie   obutą   stopę   Julie.   Szarpnęła   się, 
ratując przed nadepnięciem, i oparła o swego partnera, chcąc 
zachować równowagę.

 - Przykro mi - przeprosił Tom.
A jakże, było mu naprawdę  przykro. Z całkiem  innego 

powodu.   Spoglądał   na   piękne   piersi   przyciśnięte   do 
usztywnionego   gorsu  koszuli   i   o   mały   włos,  a   przesunąłby 

background image

odruchowo   dłoń   wzdłuż   linii   szyi,   popełniając   kardynalny 
błąd.

Puścił Julie i odsunął się o krok.
  -   Tyle   na   temat   tańca   -   oświadczył   pozornie 

beznamiętnym głosem. - Cieszę się, że dobrze bawiłaś się z 
Peterem. Na mnie już czas.

 - Ale bilety...
 - Nie są mi potrzebne. Zapomnij o nich.
  -   Nie   mogę.   I   nalegam,   abyś   je   wziął.   Kiedy 

demonstrowałeś   taneczne   figury,   przypomniałam   sobie,   co 
zrobiłam z karnetem. - Julie zostawiła Toma  i pobiegła do 
kuchenki.   Po   chwili   wróciła   z   triumfalną   miną.   -   Przed 
wyjściem   na   przyjęcie   przyczepiłam   bilety   magnesem   do 
lodówki, aby łatwo je było znaleźć.

Tom   westchnął   ukradkiem.   Ta   dziewczyna   powinna   się 

nauczyć, jak należy łechtać męską próżność. Zamiast być pod 
wrażeniem   tańca,   ona   myślała   o   karnecie.   Było   to 
niewybaczalne. Popatrzył na bilety wyciągnięte w jego stronę. 
Nadal   miał   obiekcje,   czy   powinien   je   wziąć.   Czuł   się   tak, 
jakby   brał   wynagrodzenie   za   to,   że   działał   we   własnym 
interesie.   Im   mniej   dziewczyn   pokroju   Julie   Myers   będzie 
chodziło   po   ulicach   tego   miasta,   tym   on   będzie 
bezpieczniejszy. Prawdę powiedziawszy, Julie była pierwszą 
tego typu spotkaną przez niego osóbką. Do tej pory nie znał 
takiej jak ona dziewczyny.

Zanim   się   spostrzegł,   Julie   doprowadziła   go   do   drzwi 

mieszkania.   Wykazywała   wielki   talent   w   pozbywaniu   się 
mężczyzn.

  -   Cieszę   się,   że   mogłam   cię   poznać   -   powiedziała, 

zręcznym ruchem wsuwając mu do kieszeni białą kopertę z 
karnetem.

  -   Zrobiłem   dla   ciebie   zbyt   mało   -   jeszcze   raz 

zaprotestował Tom.

background image

Julie   kategorycznie   odmówiła   przyjęcia   biletów. 

Wyciągnął więc rękę na pożegnanie. Bądź co bądź karnet na 
mecze Byków wart był uściśnięcia dłoni. Ale nie wiadomo 
dlaczego   usta   Toma   wylądowały   na   gładkiej   skórze   czoła 
Julie, nad wąską, ciemną brwią.

Zaskoczyło   to   dziewczynę.   Jeśli   tak   miał   wyglądać 

przyjacielski pocałunek, byłoby lepiej, gdyby Tom ograniczył 
się wyłącznie do podania ręki.

 - Życzę ci dobrej nocy - powiedziała dźwięcznym głosem.
 - Dobranoc. Piękne dzięki za bilety.
 - Żeby móc je odzyskać, Brad sprzedałby duszę diabłu. W 

pierwszej chwili Tom nie wiedział, o kim mówi Julie.

Zdołał zbiec na sam dół po dwa schody naraz, wyjść przed 

dom i znaleźć się w chmurze śniegu miotanego lodowatym, 
przenikliwym wiatrem, zanim przypomniał sobie, że Brad to 
były narzeczony Julie.

Julie  obserwowała z okna, jak Tom  wsiada do małego, 

niebieskiego garbusa, szybko wykonuje manewr zawracania i 
z głośnym wyciem silnika rusza przed siebie.

Była zaskoczona. Kto by pomyślał, że nagle okaże się tak 

miły i ją pocałuje? Ale czy taki przelotny całus w ogóle się 
liczył? Bardziej przypominał muśnięcie wargami niż zwykły 
pocałunek.

Mimo   to   paliła   ją   teraz   skóra   na   czole.   Czuła   jeszcze 

poniżej   pleców   dotyk   rozwartej   dłoni   Toma,   gdy   niezbyt 
dokładnie naśladował w tańcu styl Petera.

Była zbyt wstawiona, aby dłużej zastanawiać się, dlaczego 

słabła w ramionach Toma i robiło się jej dziwnie słodko. Jeśli 
tak fantastycznych emocji doznają dziewczyny z gatunku tych 
złych, to chętnie zasili ich szeregi.

Następnego dnia Tom budził się z trudem i bardzo powoli. 

Mrużył   oczy,   gdyż   promienie   ostrego,   zimowego   słońca 
przezierały przez uchylone żaluzje. 

background image

Dopiero czwarty z kolei dzwonek telefonu dotarł do jego 

świadomości, ale Tom nie zamierzał z nikim rozmawiać. Był 
spóźniony. O tej porze powinien już być w domu rodziców i 
patrzeć,   jak   Tina   rozpakowuje   ślubne   prezenty.   Tak   jakby 
nowożeńcy nie mieli nic lepszego do roboty.

 - To dziwaczne - wymamrotał zadowolony, że nigdy nie 

spotka   go   los   pana   młodego,   którego   wczesnym   rankiem 
wyciąga się z małżeńskiego łoża, żeby na łeb, na szyję gnał do 
świeżo upieczonych teściów po to, aby wszyscy tam zebrani, 
na czele z matką panny młodej, nie musieli się głowić, jak 
udała się noc poślubna.

Tom nie miał kaca po wczorajszym wieczorze, ale czuł się 

jak ogłuszony. Co za diabeł podkusił go, aby po zakończeniu 
przyjęcia demonstrować Julie różne style tańczenia i całować 
ją   w   czoło?   Od   szczeniackich   czasów,   kiedy   to   wyjął   z 
akwarium złotą rybkę i wrzucił ją za dekolt bluzki szkolnej 
koleżance,   nie   zdarzyło   mu   się   zrobić   nic   podobnie 
kretyńskiego.

Telefon zadzwonił ponownie. Tom zrzucił kołdrę i drżąc z 

zimna,   poczłapał   nago   do   aparatu   stojącego   na   kuchennym 
blacie.   Zamiast   podnieść   słuchawkę,   czekał,   aż   włączy   się 
automatyczna   sekretarka,   i   rozglądał   w   poszukiwaniu 
szlafroka. Gdy włożył go na siebie, cofnął taśmę i odtworzył 
nagrane   wiadomości.   Pożegnalny   telefon   od   zawiedzionej 
Brendy,   zaproszenie   od   Karli,   którą   ledwie   pamiętał,   na 
przyjęcie u kogoś z jej znajomych, a wreszcie prośbę Petera o 
numer telefonu Julie.

  - Do diabła z tym wszystkim! - zaklął Tom pod nosem, 

mając na myśli przede wszystkim ostatni telefon.

Dlaczego ten bęcwał sam Julie o to nie poprosił? On zrobił 

aż   za   wiele,   przyprowadzając   tę   dziewczynę   na   weselne 
przyjęcie. Postanowił na razie nie dzwonić do Petera. Niech 
poczeka, wyjdzie mu to na dobre.

background image

W   każdym   razie   Tom   postanowił,   że   skontaktuje   go   z 

Julie.   On   sam   musi   przestać   przejmować   się   problemami 
panny Myers. Chciał, aby jego znajomi zainteresowali się tą 
dziewczyną.   Czterokrotnie   zaręczony   Peter   był   akurat   w 
trakcie szukania odpowiedniej dziewczyny, gdyż bez takowej 
nie   mógłby   zaręczyć   się   po   raz   piąty.   Tom   był 
przeświadczony,   że   im   szybciej   Julie   Myers   wypadnie   z 
obiegu i stanie się niedostępna, tym lepiej dla niego samego. 
Odzyska   spokój   ducha.   Musiał   przyznać,   że   dotykanie   jej 
wargami,   nawet   w   najbardziej   niewinny   sposób,   stanowiło 
bardzo złe posunięcie. Julie była dziewczyną stanowczo zbyt 
ponętną,   żeby   nie   zagrażać   bezpieczeństwu   każdego 
mężczyzny będącego w wolnym stanie.

Tom   uznał,   że   siebie   nie   oszuka.   Julie   Myers   była 

piekielnie ładna, zabawna i słodka. Z chęcią poszedłby z nią 
do   łóżka,   ale   interesowały   go   zupełnie   inne   dziewczyny. 
Panny   lubiące   się   dobrze   bawić   i   unikające   trwałych 
zobowiązań.

Niestety, Julie Myers były potrzebne dalsze dobre rady, a 

on nadal czuł się zobowiązany do ich udzielenia, bo nie spłacił 
do końca biletów na mecze Byków. Ale gdy tylko któryś z 
jego kumpli połknie haczyk i zainteresuje się Julie, on sam 
będzie mógł wreszcie zapomnieć o tej dziewczynie.

 - Zapomnieć - na głos powtórzył Tom i uznał, że to dobre 

rozwiązanie.

Dopóki   będzie   zachowywał   właściwą   perspektywę   i 

sprawę z Julie traktował jak handlową umowę, dopóty sam nie 
wpadnie w zastawioną przez nią pułapkę.

Mimo najlepszych chęci, nie zadzwonił do Julie ani tego 

dnia, ani w ciągu dwóch następnych.

W  środę rano udało mu się sprzedać duży trzyczęściowy 

zestaw   wypoczynkowy.   Nie   mógł   się   go   pozbyć   od   wielu 
miesięcy. Już więcej nie popełni błędu i nie będzie trzymał u 

background image

siebie   w   magazynie   żadnego   tego   rodzaju   kompletu.   Prace 
wykończeniowe przy zestawie tak dużych mebli onieśmielały 
klientów.   Chcieli   szybko,   w   ciągu   jednego   weekendu, 
osiągnąć   zamierzony   cel,   mogąc   doprowadzić   do   porządku 
kupione  meble.  Dlatego interesowały  ich  przede  wszystkim 
niewielkie mebelki, takie jak szafki z szufladkami czy fotele 
na   biegunach.   On   sam   nie   mógł   za   to   ich   winić.   Czemu 
mieliby tracić wiele czasu i energii robiąc coś, co może nie 
spełnić oczekiwań?

Po   co   człowiek   miałby   podejmować   długoterminowe 

zobowiązania w stosunku do tylko jednej kobiety, skoro było 
to równoznaczne z koniecznością pożegnania się na dobre z 
bujnym   i   wesołym   życiem   towarzyskim?   Kto   w   ogóle 
wymyślił coś tak niedorzecznego jak trwały związek?

Tom   wziął   sobie   wolne   popołudnie,   zostawiając   w 

magazynie  współpracownika, który o tej  porze  roku będzie 
miał niewielu klientów, i spędził półtorej godziny, ćwicząc w 
siłowni. Przyrzekł sobie, że nie będzie zastanawiał się, czy 
Julie Myers utrzymuje kontakt z Peterem lub z jakimś innym 
pacanem, któremu wpadła w oko na weselnym przyjęciu.

Po   powrocie   do   domu   Tom   sprawdził   automatyczną 

sekretarkę. Jego uwagę zwróciło tylko jedno nagranie.

  - Cześć, Tom. Czy jeszcze mnie pamiętasz? Tu Brenda. 

Pewnie dziwi cię, że dziś dzwonię, ale mój rozkład lotów w 
ostatniej   chwili   uległ   zmianie.   Dopiero   jutro   opuszczam 
lotnisko w Chicago i lecę do Rzymu. W związku z tym mam 
wolny   wieczór.   I   całą   noc.   Z   przyjemnością   z   tobą   się 
spotkam.

Tak   więc   szykowała   mu   się   kolacja   w   towarzystwie 

atrakcyjnej kobiety. Czyżby Brenda zamierzała w jego łóżku 
spędzić  całą   noc?   Telefonując,   nie   zostawiła   numeru,   pod 
którym mógłby ją zastać. Nie był to dobry znak.

background image

Przez chwilę Tom zastanawiał się, czy przed spotkaniem z 

Brendą powinien solidnie wysprzątać mieszkanie. Jednak całe 
porządki ograniczył do wyrzucenia pudełka po mleku, które 
rano   opróżnił,   jedząc   owsiankę.   Zaraz   potem   zadzwonił 
telefon.

 - Czy otrzymałeś moją wiadomość? - zamruczała Brenda 

głosem bohaterek filmów porno.

 - Tak. Co powiesz na chińszczyznę? - zapytał.
  -   Wspaniale!   Mam   ochotę   na   coś   egzotycznego, 

pieprznego...

 - Dokąd po ciebie przyjechać?
 - Jestem w motelu przy Hagenback Road.
 - Wiem, gdzie to jest. Daj mi godzinę.
 - Zamierzam dać ci znacznie więcej...
Tom odłożył słuchawkę. Brenda otwarcie stawiała sprawę. 

A   on,   prawdę   powiedziawszy,   miał   ochotę   na   spokojną, 
przyjacielską   pogawędkę  i  na  jakiś  film   akcji   z  ciekawymi 
efektami specjalnymi, a nie na odgrywanie roli ogiera.

Nie wiadomo dlaczego pomyślał o Julie. Bilety na mecze 

Byków   nadal   leżały   na   szafce   własnoręcznie   przez   niego 
wykończonej   i   swego   czasu   wystawionej   jako   reklama   na 
otwarcie magazynu. Nie mógł jeszcze na dobre zapomnieć o 
tej dziewczynie, bo nadal był jej dłużnikiem, jako że przyjął 
tak wspaniały prezent. Zauważył, że miejsca są świetne. Nadal 
istniało kilka rzeczy, których mógł nauczyć Julie. Jak na razie 
bardzo zaniedbał obowiązki nauczyciela.

Przy   telefonie   jeszcze   leżała   gazeta   z   ogłoszeniem   o 

sprzedaży ślubnej sukni. Tom wybrał numer telefonu Julie, a 
potem   rzucił   okiem   na   zegar.   Przed   spotkaniem   z   Brendą 
zostało   mu   niewiele   czasu.   Musiał   jednak   trochę   uprzątnąć 
mieszkanie i wziąć prysznic.

  -   Cześć.   Akurat   nie   ma   nas   w   domu.   Jeśli   państwo 

podadzą swoje nazwisko i numer telefonu, to zadzwonimy.

background image

Tom   wysłuchał   tego   tekstu   i   z   uśmiechem   na   twarzy 

odłożył słuchawkę. Julie udawała, że nie mieszka sama. Ze 
strony   samotnej   dziewczyny   było   to   mądre   posuniecie,   ale 
mogło   odstraszać   amantów   dzwoniących   po   to,   aby 
zaproponować   jej   randkę.   Nie   wiedzieli   bowiem,   czy   Julie 
mieszka z kobietą, czy z mężczyzną. Tom westchnął głęboko. 
Ta dziewczyna jeszcze wiele musiała się nauczyć.

Automatycznej sekretarce nie zostawił żadnej informacji. 

Uznał, że to zdecydowanie nieodpowiedni sposób na podanie 
następnej   porcji   zasad,   jakimi   powinna   się   kierować 
dziewczyna z gatunku złych.

Kiedy  Tom   przyjechał   do  motelu,   Brenda  już  na   niego 

czekała. Była gotowa. Ale nie do wyjścia przy bliskiej zera, 
wietrznej pogodzie.

 - Pomyślałem sobie, że zjemy wczesną kolację, a potem 

wybierzemy się do kina - oświadczył Tom na wstępie.

Od razu zauważył, że pod krótką, opięta żółto - zieloną 

sukienką Brenda nie nosi biustonosza. Przedtem nie zwrócił 
uwagi na to, że ma bardzo duże usta. Może nie było to takie 
złe, pomyślał. Wyglądała tak, jakby miała więcej zębów niż 
inni ludzie.

  -   Możemy   zamówić   kolację   do   pokoju   -   powiedziała. 

Zwilżyła językiem dolną wargę. Tom uznał, że będzie musiał 
wspomnieć   Julie   o   tym   sposobie.   A   także   ostrzec   ją,   żeby 
używała   go   tylko   wtedy,   kiedy   będzie   chciała   zaprosić 
mężczyznę do łóżka.

  -   Zasługujesz   na   lepsze   jedzenie   niż   potrawy 

przesiąknięte   zapachem   kartonowych   pojemników.   Znam 
takie miejsce, gdzie podają oryginalne dania kantońskie.

Dziwnym zbiegiem okoliczności miejsce to było oddalone 

zaledwie o parę przecznic od kwiaciarni, w której pracowała 
Julie.   Tom   postanowił,   że   po   drodze   na   chwilę   do   niej 

background image

wpadnie, a potem z czystym sumieniem będzie mógł raczyć 
się słodko - kwaśną chińszczyzną.

Wyciągnął Brendę z motelu i wsadził ją do samochodu.
 - Muszę na chwilę się zatrzymać - oświadczył, wjeżdżając 

na miejsce do parkowania w pobliżu kwiaciarni. - Poczekaj w 
samochodzie. To potrwa tylko chwilę.

 - Tommy, nie musisz kupować mi kwiatów - powiedziała, 

ale chyba już jej nie usłyszał.

Zostawił włączony silnik, bo w niewielkim volkswagenie 

ogrzewanie nie działało we właściwy sposób. Trudno mu było 
uwierzyć, że zostawia seksowną, lecącą na niego dziewczynę 
w lodowatej blaszance, a sam idzie do Julie, aby udzielić jej 
następnych rad. Zależało mu na tym, aby ta dziewczyna nie 
wplątała się w jakąś aferę z nieodpowiednim facetem, ale być 
może   w   zapewnianiu   jej   bezpieczeństwa   posuwał   się   za 
daleko.

Dzisiejszego   wieczoru   Julie,   mimo  że   zazwyczaj 

pracowała  z   przyjemnością,  była  zadowolona,  że   za  chwilę 
będzie mogła zamknąć kwiaciarnię. Z przykrością myślała o 
czekających   ją   samotnych   powrotach   do   domu   w   ciemne, 
zimowe wieczory. Przypomniawszy sobie weselne przyjęcie, 
westchnęła   głęboko.   Mimo   że   tyle   wysiłków   włożyła   w 
udawanie   złej   dziewczyny,   nadal   jej   telefon   milczał   jak 
zaklęty.

Skończyła właśnie wycierać drzwi od chłodni i poszła na 

zaplecze   sklepu,   zamierzając   zaraz   wrócić   i   wywiesić 
tabliczkę   z   napisem:   "Zamknięte",   gdy   nagle   odezwał   się 
dzwonek nad drzwiami, zapowiadający przyjście klienta.

Millie,   właścicielka   kwiaciarni,   w   swoim   biurze   na 

zapleczu   przygotowywała   utarg   do   przekazania   do   banku, 
więc   Julie   podbiegła   do   łady,   aby   przywitać   spóźnionego 
gościa. Nagle stanęła jak wryta.

background image

 - Tom! - Jej serce zabiło mocniej na widok atrakcyjnego 

mężczyzny   w   ciasnych   dżinsach   i   w   skórzanej,   lotniczej 
kurtce,   ale   szybko   się   opanowała.   Postanowiła   zachować 
spokój i dystans.

 - Czym mogę ci służyć?
 - Chciałem tylko z tobą pogadać.
 - Jak widzisz, jeszcze pracuję.
Julie   nie   miała   pojęcia,   o   czym   Tom   zamierza   z   nią 

rozmawiać. W każdym razie nie zamierzała okazać, jak wiele 
o   nim   myślała   po   tym,   jak   pożegnał   ją   nieoczekiwanym 
pocałunkiem w czoło.

 - Wobec tego przygotuj dla mnie małą wiązankę.
 - Z jakich kwiatów?
 - Sama wybierz coś ładnego. Byle nie goździki farbowane 

na niebiesko.

Julie czuła, jak wzrok Toma prześlizguje się po jej ciele, 

mimo że miała na sobie bezkształtne, luźne różowe wdzianko, 
w jakie Millie ubierała personel kwiaciarni.

 - Mogą być kwiaty różowe i białe?
 - Niech będą - powiedział całkowicie obojętnym tonem i 

dodał:   -   Chciałem   cię   ostrzec.   Peter   prosił   mnie   o   numer 
twojego telefonu. Czy już do ciebie dzwonił?

 - Nie. Jakie chcesz przybranie?
 - Zdecyduj sama. Jeśli jeszcze nie telefonował...
 - Pewnie się nie odezwie.
  -   Odezwie.   Odezwie.   Nie   tylko   on.   Ale   zrobisz   zły 

początek, jeśli zgodzisz się spotkać z nim w najbliższą sobotę 
wieczorem.

Dzwonek nad drzwiami kwiaciarni zadźwięczał ponownie, 

ale Julie tak była przejęta wizytą Toma, że nie zwróciła na to 
uwagi.

background image

  - Już możesz przestać udzielać mi lekcji - oświadczyła. 

Odwróciła   się   i   podniosła   w   górę   gustowną   wiązankę 
drobnych kwiatów. - Wstążka ma być różowa czy czerwona?

 - Wszystko jedno. A teraz słuchaj, co ci powiem. Nigdy 

nie dawaj facetowi do zrozumienia, że nazajutrz masz wolny 
czas   i   możesz   się   z   nim   zobaczyć.   Powiedz,   że   jesteś   już 
umówiona. Następnym razem niech prosi cię o spotkanie ze 
znacznie dłuższym wyprzedzeniem.

  -   Te   kwiaty   są   dla   mnie?   -   Długonoga   blondynka, 

demonstrując   w   uśmiechu   imponujące   wielkością   zęby, 
podeszła do Toma i ujęła go za rękę.

Julie,   ubrana   w   sklepowy   strój,   nie   miała   pojęcia,   czy 

niedawna druhna panny młodej rozpoznała w niej dziewczynę 
z   przyjęcia.   Jej   samej   wystarczył   charakterystyczny   zapach 
perfum, aby przypomnieć sobie Brendę oplatającą ramionami 
Toma niczym trujący bluszcz.

Julie odwróciła się, żeby zawinąć bukiet, a potem ustaliła 

należność   i   dokonała   niezbędnych   manipulacji   z   kartą 
kredytową Toma, ani razu na niego nie spoglądając.

  -   Pamiętaj   o   mojej   przestrodze   -   powiedział   prawie 

szeptem, wepchnąwszy kwiaty w ręce Brendy i ruszając ku 
wyjściu.

 - Dobrze, panie ekspercie - mruknęła Julie, gdy tylko za 

gośćmi   zaniknęły   się   drzwi   -   a   ty   sam   z   jak   długim 
wyprzedzeniem umawiasz się z Brendą, dziewczyną z gatunku 
tych złych?

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY
Tego   wieczoru   Julie   zawarła   umowę   z   samą   sobą. 

Postanowiła solennie, że jeśli jakiś mężczyzna zadzwoni do 
niej   w   środę,   zgodzi   się   na   spotkanie,   a   jeśli   dopiero   w 
czwartek - odmówi delikwentowi.

Brzmiało to całkiem sensownie, więc dlaczego czuła się 

tak, jakby zawarła pakt z diabłem?

Nie   była   nawet   pewna,   czy   lubi   Toma   Brunswicka, 

dlaczego   więc   miałaby   słuchać   jego   rady?   No   i   czemu 
przerwał randkę z druhną panny młodej, żeby wpaść do niej 
do kwiaciarni i namawiać, aby pogrywała ostrzej i stała się dla 
mężczyzn bardziej niedostępna?

Julie pomyślała, że należało Tomowi po prostu sprzedać te 

nieszczęsne bilety. Nie czułby się zobowiązany do dawania jej 
dobrych rad, a ona sama nie siedziałaby teraz bez apetytu nad 
talerzem   makaronu   z   serem   i   nie   myślała   o   swoim 
nauczycielu,   zabawiającym   się   z   Brendą   w   pozycji 
horyzontalnej.

  -   Może   wybrali   się   do   kina   -   powiedziała   do   siebie 

półgłosem, wrzucając do wiadra prawie nie tkniętą kolację.

A   w   gruncie   rzeczy   co   za   różnica,   czy   poszedł   z   tą 

dziewczyną   na   film,   czy   do   łóżka?   Inną   rzeczą   było 
wyobrażanie sobie długich, umięśnionych nóg splecionych w 
tańcu z jej własnymi i męskich warg dotykających skóry na 
czole,   a   zupełnie   inną   tracenie   głowy   i   serca   dla   playboya 
gustującego   w   łatwych   i   nachalnych   kobietach   pokroju 
Brendy.

Na   jednego   przyzwoitego   mężczyznę,   któremu   można 

było   zaufać,   przypadało   stu   innych,   dla   których   pospolita 
striptizerka była bóstwem seksu.

Julie uznała, że nie mając szansy wygrania w pojedynkę, 

powinna dołączyć do dziewczyn z gatunku złych i walczyć 
bronią   tą   samą   co   one.   Sukces   osiągnięty   na   przyjęciu 

background image

udowodnił   Julie,   że   mężczyźni   lgną   do   takich   właśnie 
dziewczyn. Po to, żeby zmienić swoje życie, jej samej były 
potrzebne   nie   lekcje   i   dobre   rady,   lecz   pewność   siebie   i 
odwaga. W tej chwili była nastawiona bardzo bojowo. Uznała, 
że   jest   w   stanie   spróbować   wszystkiego.   Była   wściekła 
zarówno na Brada za to, że okazał się łobuzem, jak i na Toma, 
bo gustował w łatwych i bezwartościowych kobietach.

Zresztą to, co robił Tom Brunswick, nie miało już dla niej 

znaczenia.

Zadzwonił telefon. W pierwszej chwili Julie pomyślała, że 

Tom wystawił do wiatru swoją zdobycz. Zaraz potem jednak 
miała ochotę rąbnąć głową o ścianę, żeby ukarać się za tak 
kretyńskie myśli.

Wzięła do ręki słuchawkę. W tej chwili każda rozmowa 

była dobra, aby przerwać jej smętne rozważania.

 - Czy to Julie Myers? - zapytał nieznany męski głos.
  -   Tak   -   odparła,   postanawiając   szybko   spławić 

telefonicznego handlarza. Oświadczenie mu, że jest bez forsy, 
bo akurat straciła pracę, było już zbyt ograne i powinna na 
poczekaniu wymyślić coś innego.

 - Tu mówi Jerry.
 - Jerry? - Julie poczuła w głowie kompletną pustkę. Nie 

miała pojęcia, z kim rozmawia.

 - Tu mówi Jerry Poomph. Do rymu z tryumf. Poznaliśmy 

się na przyjęciu.

 - Ach, tak. Cześć, Jerry.
 - Jak ci się wiedzie?
 - Świetnie.
 - Pomyślałem, że może dostarczę ci powodu do nowego 

tryumfu z Poomphem. Na przykład w sobotni wieczór.

Julie pamiętała zawartą z sobą umowę. Była środa, więc 

należało powiedzieć: tak. Ale przecież cyrografu nie podpisała 
własną krwią.

background image

 - Przykro mi, Jerry. Miło, że chcesz się ze mną zobaczyć, 

ale mam już inne plany.

 - Co za plany?
  -   Spotkanie.   -   Zabrzmiało   zbyt   enigmatycznie.   - 

Umówiłam się z kimś, kogo od dawna znam.

 - Z mężczyzną czy z kobietą?
 - Z mężczyzną. - To powinno mu wystarczyć.
 - Co zamierzacie robić?
 - Jeszcze nie wiemy.
 - Żyję nocą jak sowa. Proponuję, abyśmy zobaczyli się po 

twoim spotkaniu.

 - To nie jest dobry pomysł.
 - Oj, słonko, nie wiesz, co tracisz.
 - Chyba wiem. Nawet na pewno. Żegnaj, Jerry.
Taki powrót do rzeczywistości był jak dla niej stanowczo 

zbyt przykry!

Następnego dnia całe miasto pokryło się warstwą mokrego 

śniegu   i   Julie   szybciej   dotarłaby   do   domu,   pchając   swój 
samochód,   niż   usiłując   nim   jechać.   Złościły   ją   korki   na 
drodze.   Wracając   z   kwiaciarni,   marzyła   o   tym,   aby   jak 
najszybciej   znaleźć   się   w   domu.   Była   zmęczona.   Od   rana 
wszyscy   klienci   kupowali   dziś   różowe   goździki   lub 
przynajmniej tak się jej wydawało. I za każdym razem, gdy 
brała   któryś  do   ręki,   zastanawiała   się,   co   Brenda   zrobiła   z 
kwiatami od Toma. Czy była osobą sentymentalną i zasuszyła 
jeden z nich między kartkami albumu? Julie nie potrafiła sobie 
tego wyobrazić, a zresztą nie była to jej sprawa.

Kiedy wreszcie dotarła do domu, od razu odebrała telefon 

od   matki,   która   opowiadała   bez   końca   o   znajomej, 
rozwodzącej się po trzydziestu siedmiu latach małżeństwa.

  - Nie jestem w stanie tego zrozumieć - powiedziała do 

Julie  po  raz   dwudziesty  z  rzędu. -  Dlaczego teraz, po  tylu 
latach wspólnego życia?

background image

  -   Mamo,   ja   naprawdę   nie   umiem   odpowiedzieć   na   to 

pytanie. Nie  wiem nic o prawdziwej  miłości  - oświadczyła 
Julie. - Pogadamy później.

Matka przyjmowała wszystko dosłownie. Mężowi kłaniała 

się   w   pas.   Przysięgała   przed   ołtarzem,   że   będzie   mu 
posłuszna, więc zawsze spełniała każde jego życzenie.

Przez   chwilę   Julie   wydawało   się,   że   rozmawia   z   obcą 

osobą, której niewiele ma do powiedzenia, ale ten jałowy tok 
myśli przerwał następny telefon.

 - Julie, tu mówi Peter Carlyle.
  -   Cześć.   Miło   cię   słyszeć.   -   Julie   uśmiechała   się   do 

słuchawki, dopóki nie uprzytomniła sobie, że jest czwartek.

  -   Dzwonię,   żeby   zapytać,   czy   nie   wybralibyśmy   się 

gdzieś razem w sobotę wieczorem.

  -   W   sobotę...   W   sobotę...   Chciałabym   bardzo...   -   W 

czwartek jest zbyt późno, by umawiać się na sobotnią randkę. 
Tak   brzmiało   orzeczenie   Toma,   wypowiedziane 
kategorycznym tonem. - Ale, niestety, mam już inne plany.

 - Żałuję.
W   głosie   Petera   zabrzmiał   tak   wielki   smutek,   że   Julie 

miała ochotę pogłaskać go po głowie i pocieszyć.

  -   Jest   mi   naprawdę   przykro   -   powiedziała   łagodnym 

tonem, niepewna, jak Peter przyjmie odmowę.

  - Następnym razem będę musiał zadzwonić wcześniej - 

oświadczył zupełnie spokojnie.

Postąpiłam   głupio,   pomyślała,   odłożywszy   słuchawkę. 

Właśnie   zrezygnowała   ze   spędzenia   wieczoru   z   miłym 
chłopakiem tylko dlatego, że jej to odradzono. Chyba nie była 
to dobra rada.

Na sobotni wieczór zaplanowała domowe zajęcia, ale gdy 

nadeszła ta pora, nie miała ochoty ani wypróbowywać nowej 
odżywki do włosów, ani szorować kafelków w łazience.

background image

Czyżby   jednak   była   nieodrodną   córką   swojej   matki   i 

uznawała   autorytet   mężczyzny   tylko   dlatego,   że   miał 
seksowny, głęboki bas?

Nie!   Nie   dopuści   do   tego,   aby   jakiś   prawie   obcy   facet 

kierował   jej   życiem   uczuciowym,   a   raczej   tym,   co   mogło 
uchodzić za takowe. W sobotni wieczór tkwiła sama w domu, 
bo...   bo   dawał   jej   zadowolenie   odpoczynek   w   domowych 
pieleszach   na   zupełnym   luzie,   w   starym   dresie,   z   włosami 
związanymi w koński ogon. I przewidywanie, że niebawem 
sobie popłacze, oglądając na wideo jakiś wypożyczony film. 
Gdyby   jednak   nie   zrekompensowało   to   w   pełni   wieczoru 
spędzanego w towarzystwie jakiegoś sympatycznego faceta, 
czekała   na   nią   w   lodówce   duża   torba   czekoladowych 
karmelków.

 - Zostałam w domu wcale nie dlatego, że tak poradził mi 

Tom   -   oznajmiła   fiołkowi,   podlewając   nędzną   roślinę   o 
delikatnych kwiatkach, stojącą na kuchennym stole.

A to, że powiedziała Peterowi, iż już się z kimś umówiła, 

było zdrowym, instynktownym odruchem. Dała temu facetowi 
do zrozumienia, że powinien zadzwonić wcześniej.

Dlaczego więc czuła się głupio, siedząc sama w domu?
Film okazał się melodramatem, i to okropnie kiczowatym. 

Mimo   to   Julie   obejrzała   go   aż   do   rozpaczliwie   smutnego 
końca. Niestety, nastąpiło to o wpół do dziesiątej. Było zbyt 
wcześnie, aby iść do łóżka, a za późno, żeby zabrać się do 
mycia kafelków.

Zaskoczył   ją   brzęczyk  domofonu.   Nie   spodziewając   się 

nikogo, miała ochotę w ogóle się nie odezwać.

Zwyciężyła ciekawość. Julie zdjęła z widełek słuchawkę.
 - Kto tam?
 - Tom Brunswick. Mogę wejść?
Długo nie odpowiadała. Tom sądził, że każe mu iść precz.

background image

 - Tak - powiedziała wreszcie obojętnym głosem. - Chyba 

tak.

 - Piękne dzięki - mruknął pod nosem.
Ta   dziewczyna   z   prawdziwym   talentem   dawała 

mężczyźnie do zrozumienia, że nie ma ochoty go oglądać.

No,   ale   przynajmniej   posłuchała   jego   dobrej   rady.   Od 

jednego z kumpli dowiedział się, że spławiła biednego Petera. 
Czy sama też była przygnębiona?

Tom   uznał,   że   udzielanie   przez   niego   dobrych   rad 

nieszczęśnikom   miało   też   złe   strony,   graniczące   z 
poświęceniem. Po to, żeby odwiedzić Julie i sprawdzić, co się 
u niej dzieje, musiał zrezygnować ze spędzenia wieczoru z 
napaloną dzierlatką w obcisłych dżinsach, które miała ochotę 
dla niego zdjąć.

Im   szybciej   przestanie   myśleć   o   Julie,   tym   dla   niego 

lepiej. Nie przespał się z Brendą. Po krótkiej kolacji wsadził ją 
wraz z bukietem kwiatów do samochodu i odwiózł do motelu, 
żeby się szykowała do porannego wyjazdu.

Atrakcyjna stewardesa już pod stołem rozpoczęła ostrą grę 

wstępną. Wiadoma część ciała Toma reagowała na zaczepki, 
ale jego umysł nadal był zaprzątnięty myślą o Julie ubranej w 
luźne,   różowe   wdzianko.   Wysłuchawszy   jego   dobrej   rady, 
stała   się   jeszcze   bardziej   nieszczęśliwa.   Gdy   chodziło   o 
romanse,   ta   dziewczyna   była   beznadziejna.   I   zupełnie 
bezbronna, jak owieczka w lesie pełnym wilków.

Jak miała poznać odpowiedniego faceta, skoro nawet nie 

potrafiła uporać się z odwleczeniem pierwszej randki? Gdyby 
nawet   był   zmuszony   ograniczyć   do   absolutnego   minimum 
własne  życie   towarzyskie   i   całą   energię   skierować   na 
skojarzenie   Julie   Myers   z   jakimś   właściwym   mężczyzną, 
byłby to na dłuższą metę wysiłek opłacalny. Abstrahując od 
biletów na mecze chicagowskich Byków, Tom chciał, żeby 
Julie znalazła sobie odpowiedniego partnera, no i żeby była, 

background image

musiał to przyznać, szczęśliwa. Dopiero wtedy, kiedy tak się 
stanie, on sam będzie mógł spać spokojnie. Poczuje się wolny 
jak ptak i będzie mógł robić wszystko, co mu się spodoba.

 - Po co, do licha, tu przyszedłeś? - spytała Julie, stając w 

drzwiach, gdy tylko zasapany Tom  wbiegł  po schodach na 
drugie piętro.

 - Po prostu wpadłem na chwilę.
 - Widzę. Ale po co?
Sam nad tym się zastanawiał. Z ulgą przyjął fakt, że Julie 

odsunęła się na bok i wpuściła go do mieszkania.

  -   Wracałem   z   pracy   do   domu.   Było   mi   po   drodze   - 

oznajmił tytułem wyjaśnienia. Nie musiała wiedzieć, że zdążył 
przedtem   spotkać   się   z   napaloną   dziewczyną   w   obcisłych 
dżinsach, ale szybko się urwał z tego spotkania.

  - Nie byłeś z nikim umówiony? - podejrzliwie spytała 

Julie. - To do ciebie niepodobne.

 - Byłem - przyznał. - Ale tylko na kolację.
 - Urwałeś się z randki?
  -   Ależ   skąd!   -   zaprotestował,   kłamiąc   bez   mrugnięcia 

okiem.   -   Masz   o   mnie   fatalne   wyobrażenie.   Mieszkam 
wprawdzie  sam, ale nie  lubię  spożywać posiłków tylko we 
własnym   towarzystwie,   zwłaszcza   gdy   muszę   je   przedtem 
ugotować.

 - Udała ci się kolacja z druhną panny młodej?
 - Jedliśmy chińskie dania - odparł wymijająco.
Nie chciał rozmawiać o Brendzie. Rozzłoszczona, pewnie 

zdążyła   go   już   zdyskredytować   w   oczach   wszystkich 
stewardes od Chicago do Hongkongu.

 - Były też bułeczki i ciasteczka z wróżbami? - dopytywała 

się Julie.

  - Tak. A potem  życzyłem Brendzie spokojnego lotu do 

Rzymu. - A ona z kolei wyraziła życzenie, żeby mnie diabli 
wzięli, dodał w myśli.

background image

Julie   wyglądała   na   uradowaną,   ale   Tom   nie   pochlebiał 

sobie, że przez nią przemawia zazdrość. Jak świat światem, 
takie   jak   ona   miłe   dziewczyny   z   natury   nie   znosiły   kobiet 
pokroju Brendy. Był zadowolony, że przyjechał do Julie. Od 
szkolnych czasów nie zdarzyło mu się spojrzeć po raz drugi na 
dziewczynę z końskim ogonem, ale ta, którą miał teraz przed 
sobą, wyglądała ślicznie, mimo że miała na sobie stary dres. 
Tak rozciągnięty, że oboje mogliby nosić go równocześnie.

 - Powiedz prawdę. Dlaczego tu się zjawiłeś? - nie dawała 

za wygraną Julie.

 - Prosiłaś, abym ci pomógł.
 - Zmieniłam zdanie.
  -   Za   późno.   Jeśli   chcesz   znaleźć   stałego   partnera, 

potrzebna ci moja pomoc.

 - Nie wiem, co da tkwienie w domu w sobotni wieczór, na 

co mnie namówiłeś.

W głowie Toma zrodziło się niejasne podejrzenie, że Julie 

ma do niego pretensję. Ta dziewczyna miała całkiem spaczone 
poglądy   i   kiepskie   poczucie   humoru,   ale   w   jego   osobie 
napotkała twardego przeciwnika. Grubo się myli, jeśli myśli, 
że łatwo wytrąci go z równowagi.

  - Nie jestem wcale pewny, czy rola piątej narzeczonej 

Petera   stawia   cię   w   gronie   triumfatorek.   Przykro   mi,   że 
popsułem ci dobrą zabawę, ale uważam, że przed bitwą należy 
przeprowadzić rekonesans.

  -   Traktujesz   zwykłe,   jednorazowe   spotkanie   jak 

wojskową operację - skomentowała Julie.

Uśmiechnęła   się   lekko,   co   utwierdziło   Toma   w 

przekonaniu,  że   dobrze   się  stało,  iż   tu przyszedł. Zrobił   to 
przecież tylko po to, aby się przekonać, jak sprawuje się jego 
uczennica. Nic innego, oczywiście, nie wchodziło w grę.

 - Prosiłaś mnie o pomoc, a ja łatwo się nie zniechęcam - 

oświadczył. - Krok pierwszy polega na wprowadzeniu cię do 

background image

obiegu, a krok drugi to zawężenie pola obserwacji. Dopiero 
wtedy   będziesz   mogła   skoncentrować   się   na   odpowiednim 
facecie.

  - A ty zamierzasz wszystko zaaranżować tylko dlatego, 

żeby mi się odwdzięczyć za bilety na mecze koszykówki?

  - Nie, nie tylko. Głównie dlatego, że lubię podejmować 

wyzwania.

  - Piękne dzięki - z sarkazmem mruknęła Julie. - Może 

powinieneś dać ogłoszenie matrymonialne.

  -   Niczego   takiego   nie   miałem   na   myśli.   Twój   kłopot 

polega nie na przyciąganiu do siebie facetów, bo z tym sobie 
radzisz, lecz na wybraniu odpowiedniego i przytrzymaniu go 
przy sobie.

  - Jeśli powiesz choć słowo na temat Brada... - zagroziła 

Julie ostrym tonem.

  - Och, ten pacan to przeszłość. - Tom podniósł w górę 

ręce w geście poddania i odetchnął z ulgą, gdy zobaczył, że 
Julie się uspokaja. - Pozwól, że zrekompensuję ci ten wieczór. 
Wyskoczmy na pizzę. A potem dostaniesz parę wskazówek 
dotyczących spotkań w przyszłym tygodniu.

 - O ile w ogóle jakieś będą.
  -   Mając   mnie   jako   osobistego   konsultanta,   będziesz 

musiała założyć rejestr zgłoszeń. Idziemy na pizzę?

  -   Czemu   nie?   Daj   mi   tylko   minutę,   żebym   mogła   się 

przebrać.

Tom miał ochotę powiedzieć Julie, że może iść tak jak 

stoi, bo ładnie wygląda, ale jakie miał prawo sugerować jej, co 
powinna   na   siebie   włożyć?   Jeśli   chodziło   o   ślubną   suknię, 
wykazała dobry gust, a on nie miałby nic przeciwko temu, 
gdyby mógł obejrzeć teraz coś z tego, co skrywał obszerny 
dres.

background image

Julie   poszła   do   sypialni,   zamknęła   za   sobą   drzwi   i 

błyskawicznie   ściągnęła   bluzę   i   spodnie.   Jeśli   chodzi   o 
szybkość przebierania się, mogłaby pobić rekord świata.

Włożyła na siebie prawie najlepsze, sprane dżinsy i luźny 

sweter w kolorze czerwonego wina. Musiała pamiętać, że nie 
idzie   na   randkę,   więc   nie   powinna   w   żaden   sposób   się 
upiększać.   Szybko   rozczesała   koniec   końskiego   ogona,   ale 
zostawiła kosmyk włosów opadający na lewy policzek. Gdyby 
teraz   zmieniła   uczesanie,   Tom   mógłby   fałszywie   to 
zrozumieć.

Żadna   szanująca   się   dziewczyna   z   gatunku   złych   nie 

przyjęłaby zaproszenia od faceta, który przypadkiem do niej 
wpadł. Pójście z Tomem na pizzę nie było, oczywiście, żadną 
randką,   nie   mogła   więc   sprawiać   wrażenia   osoby,   której 
zależy na tym, aby ładnie wyglądać.

Przeciągnęła   szminką   po   wargach,   ale   nadal   niepokoiła 

się, że Tom opacznie zrozumie to, iż się przebrała. Przyszło jej 
nawet do głowy, żeby ponownie włożyć dres. Uznała jednak, 
że szybkość, z jaką przygotowała się do wyjścia, świadczy o 
tym,   że   do   wypadu   z   Tomem   na   pizzę   nie   przywiązuje 
większego znaczenia.

Tom chodził nerwowo po małym saloniku i już żałował 

spontanicznego zaproszenia. Było oczywiste, że Julie musi się 
przebrać. Kobiety celują w doborze ubiorów na każdą okazję. 
W   stroju   do   oglądania   telewizji   nie   wyjdą   z   domu. 
Popełniłyby   wówczas,   ich   zdaniem,   tak   poważny   błąd   jak 
ktoś, kto paraduje po ulicy w piżamie.

Oczywiście,   Julie   nie   ma   pojęcia,   co   dzieje   się   z 

mężczyzną,   gdy   tylko   kobieta   zamknie   przed   nim   drzwi, 
oświadczając, że idzie się przebrać. Nie zdaje sobie sprawy z 
tego,   jak   żywo  działa   męska   wyobraźnia.   Tom   nie   chciał 
widzieć oczyma duszy rozbierającej się tuż za ścianą Julie, ale 
nic na to nie mógł poradzić, bo takimi torami krążą męskie 

background image

myśli. Zastanawiał się więc, jak wygląda w samych majtkach i 
biustonoszu i czy nosi zwykłą, bawełnianą bieliznę, czy też 
seksowną, z przezroczystej koronki.

Teraz, gdy zamknięte przed nim drzwi uruchomiły jego 

fantazję, Tom wyobrażał sobie, jak by to było stanąć za Julie i 
ująć  w dłonie  jej  ponętne piersi. A potem  położyć ręce  na 
małym,   płaskim   brzuszku   i   wsunąć   palce   pod   gumkę 
majteczek...

Wizja ta sprawiła, że głośno jęknął.
  - Dobrze się czujesz? - zapytała Julie przez zamknięte 

drzwi.

Uff! Nie miał pojęcia, że go usłyszała.
 - Uderzyłem się o kant stolika - skłamał i szybko usiadł 

na   kanapie,   krzyżując   nogi,   aby   ukryć   widoczny   objaw 
podniecenia.   Ale   nie   dlatego,   że   czuł   się   winny,   iż   jego 
zdrowa i żywa wyobraźnia sprowadziła go na manowce.

Po jakie licho tu się zjawił? Musiał doznać chwilowego 

zamroczenia umysłu, jeśli uznał, że powinien odwiedzić Julie 
i sprawdzić, co się z nią dzieje.

Czemu przyszło mu do głowy, że może leży rozciągnięta 

na   kanapie   i   namiętnie   całuje   się   z   Peterem   lub   z   jakimś 
innym,   jeszcze   bardziej   odrażającym   i   niebezpiecznym   dla 
niej podrywaczem?

Nie bądź idiotą, upomniał sam siebie. Właśnie przekonał 

się   na   własne   oczy,   że   Julie   nie   jest   obściskiwana   przez 
żadnego z jego kumpli. Przynajmniej na razie.

To oczywiste,  że ostatecznym celem jego poczynań jest 

wyswatanie   Julie.   Aby   to   się   stało,   ta   dziewczyna   musi 
stosować   się   do   jego   wskazówek.   Na   tak   bezbronną   istotę 
czyhają liczne pułapki. Tom wierzył w jej rozsądek, ale że gra 
szła   o   wysoką  stawkę,   musiał   być   czujny.  Żaden   facet   nie 
zaczyna   kręcić   z   dziewczyną   w   nadziei,   że   skończy   z 

background image

łańcuchem i kulą u nogi. W każdym razie nie robi tak nikt, 
kogo on zna. No i z pewnością nie on sam.

Chwilę później zjawiła się Julie ubrana w sprane dżinsy i 

obszerny sweter. Sam lepiej nie ubrałby tej dziewczyny. To 
prawda,   że   spodnie   obciskały   ponętne   biodra   i   pośladki, 
przyciągając męski wzrok, ale gdy on sam usiądzie w pizzerii 
po   przeciwnej   stronie   stołu,   nie   będzie   musiał   oglądać 
wydatnych piersi Julie, bo skrywał je luźny sweter.

Włożyła skafander. Opuścili mieszkanie.
Tom   dobrze   znał   Roseville,   gdyż   na   tym   przedmieściu 

mieścił   się   jego   magazyn.   Sam   mieszkał   daleko,   w 
południowym   Barrett.   Najlepszą   pizzę   można   było   zjeść 
zaledwie   o   pięć   minut   drogi   samochodem   od   domu   Julie. 
Przystała na jego wybór.

Niewiele   mieli   sobie   do   powiedzenia.   Tom   słyszał,   jak 

Julie szczęka zębami. Od wyziębionych siedzeń volkswagena 
musiały zlodowacieć jej uda. Marzł też krągły tyłeczek.

Toma   rozgrzała   imaginacja,   pobudzona   tą   anatomiczną 

wizją.

 - Jest bardzo zimno w tym samochodzie - stwierdził. - W 

furgonetce   byłoby   cieplej,   ale   zostawiłem   ją   przed 
magazynem.

 - Nie szkodzi.
Słyszał, jak Julie nadal szczęka zębami. Na żółtym świetle 

przejechał przez skrzyżowanie, żeby jak najszybciej dotrzeć 
na miejsce przeznaczenia.

Pizzeria   Armanda   była   obszernym   pomieszczeniem   z 

sufitem   przybranym   na   stałe   wielobarwnymi   lampkami 
bożonarodzeniowymi i rzędem kolumn oddzielających boksy 
od wolno stojących stolików. Udało im się znaleźć pusty boks 
na   tyłach   sali,   z   dała   zarówno   od   grupy   krzykliwych 
wyrostków usiłujących zrobić wrażenie na przyprowadzonych 

background image

dziewczynach, jak  i od rodziny z rozkapryszonymi dziećmi, 
które już dawno temu powinny leżeć w łóżkach.

 - Jaką chcesz pizzę? - zapytał Tom.
Julie zsunęła z ramion skafander. Nawet nie rzuciła okiem 

na menu.

  -   Z   kiełbasą,   grzybami   i   zielonym   pieprzem   - 

błyskawicznie wyrecytowała jednym tchem.

  -   Dobry   pomysł.   Weźmiemy   jedną   pizzę   i   zjemy   na 

spółkę. Zdradzę ci moją tajemnicę. Uwielbiam słodowe piwo. 
Od czasów gdy byłem dzieckiem.

  -   Dobry   pomysł.   Od   wieków   nie   miałam   w   ustach 

słodowego piwa. Chętnie się go napiję.

Kiedy   zaproponował   Julie   pójście   do   pizzerii,   nie 

pomyślał   o   tym,   że   między   zamówieniem   a   otrzymaniem 
pizzy z reguły upływa dużo czasu. Powinien wykorzystać go 
na przekazanie swojej uczennicy następnej porcji dobrych rad.

 - Z mojej winy nie umówiłaś się z Peterem. Mam z tego 

powodu wyrzuty sumienia, ale...

 - Mam ci za to podziękować?
Julie miała zwyczaj patrzeć rozmówcy prosto w oczy. Nie 

robiła słodkich min i nie trzepotała rzęsami. Nie okazywała 
fałszywej   skromności.   Nie   posługiwała   się   drobnymi, 
babskimi   trikami   jak   marszczenie   nosa,   pocieranie   ucha, 
przesuwanie   opuszkiem   palca   od   brody   w   dół   i   innymi 
gestami, które miały na celu zwrócić uwagę na jej ładniutką 
buzię.   Próbował   rozmawiać   z   nią   jak   z   kumplem,   ale 
wychodziło   mu   to   kiepsko.   W   przeciwieństwie   do   Julie, 
denerwował się nie wiadomo dlaczego.

  -   Wierz   mi,   odmową   wcale   nie   zniechęciłaś   Petera   - 

stwierdził.   -   Jedynie   ustaliłaś   podstawowe   zasady   tej 
znajomości.

background image

  -   W   pierwszej   chwili   byłam   niezadowolona,   że   go 

spławiłam, ale potem doszłam do wniosku, że chyba miałeś 
rację.

Swego czasu pozwalałam Bradowi dyktować mi, co mam 

robić.   Tak   samo,   jak   do   dziś   robi   to   mój   ojciec.   Jest 
wojskowym, emerytowanym majorem. Od razu to widać.

 - Czy nadal pracuje?
 - Tak. W firmie ubezpieczeniowej. Moja matka nigdy nie 

miała pełnoetatowego zajęcia. Teraz zajmuje się graniem w 
brydża. A twoi rodzice?

 - Ojciec pracuje w straży pożarnej. Mama pomaga mi w 

sklepie,   ale   przedtem   prowadziła   ośrodek   dziennej   opieki. 
Pochodzi z licznej rodziny i chciała mieć sześcioro własnych 
dzieci, ale po narodzinach Tiny i moich okazało się, że nie 
może   mieć   więcej   potomstwa.   Teraz   ciągle   męczy   nas   o 
wnuki. Mam nadzieję, że Tina jej ich dostarczy, a mnie mama 
da spokój.

  - Mój brat Dean ma dwójkę dzieci, ale babciom chyba 

zawsze marzy się więcej wnucząt.

  - Dziwisz się? Bawią się z dobrymi dzieciakami, a złe 

odsyłają z powrotem rodzicom.

 - Jesteś cyniczny.
 - Być może. - Tom postanowił zmienić temat rozmowy. - 

Powiedz, co robisz zwykle z wolnym czasem?

Tom dowiedział się, że Julie ma przyjaciółki. To dobrze. 

Lubiła   sport.   Jeszcze   lepiej.   Zanim   postawiono   przed   nimi 
pizzę, ustalił, że żadna cecha charakteru tej dziewczyny nie 
przeszkodzi jej pójść do ołtarza. Uznał, że im szybciej Julie 
ukończy   szkołę   polowania   na   męża,   tym   on   sam   będzie 
szczęśliwszy. Bo jak na razie swoim istnieniem sprawiała mu 
pewnego rodzaju kłopot. Wprawdzie nadal podniecały go inne 
kobiety,   ale   coraz   bardziej   zaprzątały   jego   uwagę   kłopoty 
Julie.

background image

W  normalnych warunkach przebywanie w towarzystwie 

jednej kobiety i równoczesne myślenie o innej nie jest rzeczą 
złą.   Tym   razem   jednak,   mimo   że   Julie   była   atrakcyjna 
fizycznie,   jej   dążenie   do   zamążpójścia   wszystko 
komplikowało.   Była   dla   niego   owocem   zakazanym,   ale   od 
czasu do czasu, gdy na nią spoglądał, trudno mu było o tym 
pamiętać. Pizza była gorąca, prosto z pieca.

  - Zamierzasz jeść widelcem? - zapytał Julie zdziwiony 

Tom.

  - Tylko kilka pierwszych kawałków, dopóki trochę nie 

wystygnie i nie przestanie z niej spływać roztopiony ser.

Chwyciła wargami nitkę bladej mozzarelli i zwinęła ją w 

ustach.   Tom   patrzył   na   nią   zafascynowany   i   na   chwilę 
zapomniał o swojej pizzy.

  -   Jeszcze   skwierczy   -   oznajmiła   Julie.   -   Ale   jest 

rewelacyjna. Lubię gorące potrawy.

Odrobina   sosu   przywarła   do   jej   górnej   wargi.   Tom 

odruchowo sięgnął ponad stołem i starł sos swoją serwetką.

  - Och, uważasz, że brzydko jem! Czy łamię przy tym 

jakieś zasady?

 - Nie. Żadnych.
Nie miał zamiaru mówić Julie, jak bardzo podniecające 

jest   obserwowanie,   jak   je.   Robiła   to   w   sposób   przesycony 
erotyzmem. Nie powie nic, co mogłoby uprzytomnić jej ten 
fakt. Brad, były narzeczony, musiał być ostatnim idiotą, jeśli 
nie widział, jak bardzo ponętna jest ta dziewczyna, albo po 
prostu stchórzył przed pójściem do ołtarza. Tom nie mógł zbyt 
surowo go potępiać za to, że spanikował. Na samo brzmienie 
słowa   „małżeństwo"   padał   na   niego   blady   strach.   Julie   nie 
mogła uwierzyć, że, zachęcona przez Toma, pochłonęła aż pół 
dużej   pizzy.   Poczuła   się   syta   i   senna.   Odżyła   dopiero   na 
świeżym powietrzu i w lodowatym volkswagenie, ale nie na 
tyle,   aby   zdołać   wymyślić   jakiś   sprytny   pomysł   szybkiego 

background image

spławienia   Toma   przed   wejściem   do   swego   mieszkania. 
Szczerze mówiąc, nie bardzo się o to starała. Mimo że nie była 
to randka, dobrze się bawiła. Zbyt dobrze, pomyślała z obawą.

 - Wejdziesz do środka? Zjesz lody? - spytała, gdy stanęli 

przed drzwiami.

 - Chętnie.
  -   Szczerze   mówiąc,   mam   tylko   czekoladowe   mrożone 

mleko. Dużo w nim cukru, ale mało tłuszczu, jeśli zwracasz 
uwagę na takie rzeczy.

Widocznie   Tom   nie   robił   tego,   bo   wszedł   za   nią   do 

mieszkania.   Od   razu   Julie   zaczęła   mieć   wątpliwości,   czy 
postąpiła słusznie, zapraszając tego mężczyznę. Nie powinien 
pomyśleć, że to spotkanie traktuje jak randkę, zwłaszcza że 
nie pozwolił jej zapłacić za zjedzoną połowę pizzy.

Jeszcze zanim włączyła górną lampę, zobaczyła migające 

światełko   automatycznej   sekretarki.   Miała   ochotę   je 
zignorować,   ale   pomyślała,   że   jeśli   to   zrobi,   Tom   uzna   jej 
zachowanie za dziwne. Pewnie telefonowała jej mama lub też 
Karen zamierzała zdać relację z pierwszej randki z nowym 
znajomym. .

 - Chyba powinnam sprawdzić, kto dzwonił - powiedziała 

w formie wyjaśnienia, włączając odtwarzanie nagranej taśmy.

 - Cześć, Julie. Mówi Peter. Uwierz, że nie dzwonię po to, 

aby cię sprawdzić. Na dzisiejszy wieczór nie miałem ochoty 
umawiać się z żadną inną dziewczyną. Jeśli nie masz planów 
na   następną   sobotę,   wpisz   mnie   do   swojego   kalendarza. 
Wkrótce się odezwę. Do zobaczenia.

  -   Chyba   teraz   mi   wierzysz   -   oznajmił   Tom   tonem 

mogącym uchodzić za sarkastyczny.

 - Co masz na myśli? - spytała Julie, czekając, aż taśma się 

przewinie i będzie gotowa do dalszych nagrań.

background image

  -   Trochę   rezerwy   na   początku   znajomości   zawsze   się 

opłaca.   Oczywiście,   umawianie   się   aż   z   tygodniowym 
wyprzedzeniem też może okazać się niezbyt fortunne.

  -   Teraz   to   przesadzasz!   -   warknęła   Julie.   -   Najpierw 

uznałeś, że Peter dzwoni za późno, a teraz twierdzisz, że za 
wcześnie. I tak źle, i tak niedobrze?

  - Może wcześniej odprowadził dziewczynę do domu, a 

potem sprawdził, czy naprawdę wybrałaś się na randkę.

 - Jesteś okropny! Z jego strony to był miły gest, że dziś 

się odezwał. Co w tym złego, że chce umówić się ze mną z 
tygodniowym wyprzedzeniem?

 - Nic złego. Po prostu za bardzo objadłem się lodami.
 - Nie lodami, lecz mrożonym czekoladowym mlekiem.
 - Obojętne. Chyba już sobie pójdę.
Tom   użył   słowa,   którego   Julie   nie   znosiła   najbardziej. 

Obojętność zawsze kojarzyła jej się z lekceważeniem.

  - Sądzę, że zaniepokoiło cię to, że Peter zadzwonił tak 

wcześnie.

  - Nie, ale skończmy tę dyskusję. Uważam, że starczy ci 

moich nauk jak na jeden wieczór.

 - W zupełności. Dziękuję za pizzę.
Tom   wyszedł,   zanim   Julie   zdążyła   za   nim   podejść   do 

drzwi.   Niezadowolona,   wydęła   wargi,   lecz   zaraz   potem 
odkryła   powód   do   niewielkiej   satysfakcji.   Nauki   Toma   nie 
poszły na marne i dały rezultat, jakiego raczej jej mistrz się 
nie spodziewał.

Co za grę prowadził z nią Tom Brunswick?
I dlaczego tak bardzo zależało jej na tym, aby poznać jego 

zamierzenia?

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY
Julie   nie   mogła   uwierzyć,   że   to   już   czwartek.   W   tym 

tygodniu   czas   mijał   szybko,   gdyż   miała   zamiar   przyjemnie 
spędzić   weekend.   Peter   był   pełen   entuzjazmu.   Dzwonił 
wieczorami   w   poniedziałek   i   w   środę,   aby   potwierdzić 
sobotnie spotkanie i ustalić szczegóły.

Co   więcej,   czekała   ją   jeszcze   jedna   randka.   Na   późne 

niedzielne   śniadanie   umówiła   się   z   Alanem   Raynesem,   z 
którym tańczyła na przyjęciu. Nie bardzo pamiętała, jak on 
wygląda.   Zapamiętała   tylko   barczyste   ramiona   i   oddech 
pachnący miętą.

Jej   dotychczasowe,   praktycznie   nie   istniejące   życie 

towarzyskie   ruszało   pełną   parą.   Z   radością   oczekując 
weekendu,  w kwiaciarni   z  anielską  cierpliwością   załatwiała 
również najbardziej wymagających klientów. Nawet spokojnie 
przeczekała ożywioną dyskusję trzech zapalczywych osób w 
podeszłym wieku na temat podziału kosztów zakupu kwiatów 
na pogrzeb. Dopiero wtedy, kiedy zaczęli się zastanawiać, kto 
ma zapłacić dwadzieścia dwa centy, a kto dwadzieścia trzy, 
zaczęła tracić cierpliwość. Gdy wreszcie zamknęła wejście do 
kwiaciarni   i   wywiesiła   tabliczkę   z   napisem:   „Zamknięte", 
jakiś   spóźniony   klient   zaczął   pukać   w   szybę.   Szefowa   nie 
życzyła sobie, aby personel otwierał drzwi spóźnialskim i ich 
obsługiwał,   ale   Julie   miała   zawsze   wyrzuty   sumienia,   gdy 
klient widział ją w środku, lecz musiał odejść z kwitkiem.

Gdy   zobaczyła,   kto   dobija   się   do   wejścia,   otworzyła 

drzwi.

  -   Cześć   -   powiedział   Tom.   Wniósł   z   sobą   powiew 

mroźnego, lutowego powietrza.

 - Jeśli potrzebne ci kwiaty, będziesz musiał wziąć gotową 

wiązankę. Po godzinach nie wolno mi obsługiwać klientów.

background image

 - Czyżbyś łamała zasady, wpuszczając mnie do środka? - 

Tom uśmiechnął się od ucha do ucha. - To świetnie. Taki gest 
dobrze wpływa na faceta. Czuje, że jest kimś wyjątkowym.

 - Taki wyjątek zrobiłabym dla każdego, kogo znam.
 - Jesteś stanowczo zbyt uczciwa i prawdomówna.
  - Mówisz tak, jakby to były wady. - Julie zaśmiała się 

cicho, ale nie było jej wesoło. - Skoro niepotrzebne ci kwiaty 
dla dzisiejszej łóżkowej partnerki, to po co przyszedłeś?

  - Jesteś nie tylko uczciwa i prawdomówna, lecz także 

brutalnie   bezpośrednia!   Czy   wiesz,   jak   to   koszmarne 
połączenie   cech   charakteru   odbija   się   tragicznie   na 
romansowym życiu dziewczyny?

  - Zdaję sobie z tego sprawę - suchym tonem przyznała 

Julie. - Coś mi się zdaje, że powinnam ci podziękować za mój 
powrót, jak ty to określasz, do obiegu.

 - Czy Peter dzwonił w sprawie waszej randki? - W głosie 

Toma nie wyczuwało się entuzjazmu.

 - Dwukrotnie. W poniedziałek i wczoraj wieczorem.
 - Pacan jest nadgorliwy.
  -   Dzięki   tobie.   Nigdy   przedtem   nie   rezygnowałam 

rozmyślnie ze spotkania tylko dlatego, że proponowano mi je 
ze zbyt krótkim wyprzedzeniem. A teraz, kiedy zastosowałam 
się do twojej rady, na koniec tygodnia szykują mi się aż dwie 
randki.

 - Dwie? Zgodziłaś się ponownie umówić z Peterem? - nie 

ukrywając oburzenia zapytał Tom.

  -   Nie.   Na   niedzielę   umówiłam   się   z   innym   z   twoich 

przyjaciół. Jest nim Alan Raynes.

  -   Raynes.   -   Tom   zmarszczył   czoło,   zacisnął   wargi   i 

ściągnął brwi. Julie przestraszył jego wygląd. Nie chciała, aby 
był na nią zły. - To nie jest mój przyjaciel - wycedził po chwili 
przez zęby.

 - Był na przyjęciu. Przez cały czas ssał miętowe cukierki.

background image

 - Aha, to ten bubek. Pracuje z Danem, to znaczy z moim 

szwagrem. Chyba jest w porządku.

  -   Czyżby   było   mi   wolno   umawiać   się   tylko   z 

mężczyznami,   którzy   figurują   na   twojej   liście   osobników 
pozytywnych? - Julie nawet nie próbowała ukryć zdziwienia.

  -  A  czy   tutaj   spotykasz  wielu  facetów?   - Tom  omiótł 

wzrokiem pomieszczenie kwiaciarni.

  -   Tak.   Większość   z   nich   kupuje   bukiety   dla   swoich 

kobiet.

 - W ten sposób poznałaś Brada?
Teraz Tom zaczynał stosować nieładne zagrania.
  - Nie. Był znajomym znajomego - odparła wymijająco 

Julie,   najbardziej   wyniosłym   tonem,   na   jaki   potrafiła   się 
zdobyć.

 - Wara mi od tego tematu?
Rozbrajający   uśmiech   na   twarzy   Toma   zmusił   Julie   do 

rozchmurzenia oblicza,

 - Tak. Ale chyba powinnam być ci wdzięczna.
 - Za wszystkie dobre rady?
 - Nie, za to, że zabrałeś mnie na ślub i weselne przyjęcie.
 - Jeśli już mówimy o dobrych radach...
 - Nie przypominam sobie, abym o nich cokolwiek mówiła 

- odparowała Julie.

 - Ale pamiętasz, że o nie prosiłaś?
Julie natychmiast przypomniały się stare filmy, na których 

pojedynkowano   się   na   szpady,  co  uwielbiała   oglądać.   Tom 
Brunswick   świetnie   wiedział,   jak   walczyć.   Garda, 
odparowanie i zadanie ciosu.

 - Tak, prosiłam.
 - Kiedy więc wybierzemy się dokądś razem, żebym mógł 

wygłosić następny wykład?

 - Jak wiesz, w sobotę i niedzielę jestem już zajęta.

background image

Julie przypomniała sobie nauki Toma. Jeśli facet zadzwoni 

w środę, umów się z nim, jeśli zaś w czwartek, odmów. Tom 
ostrzegał ją, żeby nie przyjmowała propozycji spotkań zbyt 
entuzjastycznie. Teraz niech na własnej skórze się przekona, 
czy mu się to spodoba, czy nie. Mimo że nie chodzi o randkę 
w dosłownym znaczeniu tego słowa.

 - Co powiesz na jutrzejszy wieczór? - zapytał.
 - Umówiłam się już z koleżankami - odparła. - To będzie 

babskie spotkanie.

 - Żaden problem. Powiesz, że jesteś zajęta. Z kumpelkami 

zobaczysz się kiedy indziej.

 - Widujemy się raz w miesiącu. Regularnie jak w zegarku 

i nic nie jest w stanie tego zmienić. Nasza paczka trzyma się 
razem jeszcze od szkolnych dzięki właśnie tym spotkaniom. 
Odrzucamy inne, choćby nawet atrakcyjniejsze propozycje, bo 
nasze babskie wieczorki są dla nas najważniejsze.

  -   Aha,   więc   moja   propozycja   jest   wydaje   ci   się 

atrakcyjniejsza - stwierdził Tom.

Pomyślał z satysfakcją, że Julie w końcu się wygadała.
  -   Masz   na   myśli   wykład   na   temat   damsko   -   męskiej 

etykiety? Och, nie jest to przecież ciekawa propozycja!

  - Czy jeszcze będąc w szkole nie spostrzegłaś., że złe 

dziewczyny otrzymują atrakcyjniejsze propozycje i od razu z 
nich korzystają? Uważasz, że to, co robisz, daje ci większą 
frajdę? - zapytał z lekkim sarkazmem.

  - Idziemy razem na kolację, a potem do nocnego klubu 

dla samotnych, chyba że akurat nadarzy się jakaś ciekawsza 
propozycja.

 - Jeśli jesteś taka sama jak moja siostra i jej koleżanki, to 

zapewne przez większość czasu obgadujecie mężczyzn.

  -   Chyba  żartujesz   sobie!   Spotykamy   się   dlatego,   żeby 

podtrzymać dawne przyjaźnie, a nie po to, aby plotkować na 
temat mężczyzn.

background image

Zdegustowana rozmową, Julie pomyślała, że nie powinna 

była   w   ogóle   otwierać   Tomowi   drzwi   i   wpuszczać   go   do 
środka.

  -   Wyglądasz   ładnie,   kiedy   się   dąsasz.   -   Chłodnym 

czubkiem   palca   przesunął   po   policzku   Julie.   Przebiegły   ją 
dreszcze.

  -   Wróćmy   jednak   do   tematu.   Czy   nie   wydaje   ci   się 

podejrzane,   gdy   jakiś   facet   proponuje   sobotnią,   wieczorną 
randkę aż z tygodniowym wyprzedzeniem?

 - Podejrzane? Wcale nie. Uważam, że działa sprytnie.
 - Sprytnie. - Twarz Toma wyrażała głęboką dezaprobatę.
  - Ostrzegałeś mnie przecież przed facetami, którzy zbyt 

późno umawiają się na randki, i twierdziłeś, że nie należy się z 
nimi   spotykać.   Teraz   chcesz,   abym   była   podejrzliwa   w 
stosunku   do   mężczyzny   dlatego,   że   dzwoni   zbyt   wcześnie. 
Sądziłam, że złe dziewczyny kierują się własnymi zasadami!

  -   Gdybyś   naprawdę   chciała   zostać   złą   dziewczyną, 

spławiłabyś swoje koleżanki.

  -   W   ostatniej   chwili?   To   idiotyzm.   Przy   tobie   chyba 

naprawdę można zwariować.

  - Nie chcę, żebyś zawiodła swoje przyjaciółki. Uważam 

jednak, że powinienem przekazać ci jeszcze kilka rad, zanim 
twoje romansowe życie stanie się zbyt skomplikowane.

  - Umawiałam się już z facetami  na randki - mruknęła 

Julie.

 - Radziłam sobie z nimi bez problemu.
Tom   nie   miałby   bardziej   sceptycznego   wyrazu   twarzy, 

gdyby Julie oświadczyła mu, że spotyka się z kosmitą.

  -   Zgoda   -   przyznała   mało   przyjaznym   tonem.   -   Masz 

rację. Prosiłam cię o pomoc,

  - Ja ci się tylko odwdzięczam - przypomniał Tom. - Z 

niecierpliwością   czekam   na   pierwszy   mecz   koszykówki. 
Będzie w przyszłym tygodniu.

background image

  -   A   więc   potrzebuję   twojej   rady.   Wobec   tego   może 

załatwmy to dzisiaj?

Lekkie   wahanie   ze   strony   Toma   potraktowała   jako 

odmowę.   Z   żalem   w   sercu   zastanawiała   się,   jaki   typ 
dziewczyny   preferuje   Tom   w   tym   tygodniu.   Blondynkę, 
szatynkę czy rudowłosą?

Tom   zauważył,   że   Julie   posmutniała.   Sam   poczuł   się 

kiepsko.   Tak   jakby   przed   chwilą   ukradł   lalkę   małej 
dziewczynce. Nie lubił być w takiej sytuacji.

  - Sądzę, że powinniśmy zrezygnować z tego pomysłu - 

powiedziała   spokojnie,   aczkolwiek   rzeczowość   jej 
wypowiedzi ani na chwilę nie zmyliła Toma.

Nie   zamierzał   mówić   Julie,   dokąd   wybiera   się   tego 

wieczoru, aczkolwiek nie było to nic szczególnego. Nie chciał 
zabierać jej z sobą, ale przy tej dziewczynie zanim na coś się 
zdecydował, już układał to w słowa.

  - Nie, wcale nie. To istotny element twego kształcenia. 

Sądzę, że możesz iść ze mną. - Znów popełnił błąd.

 - Dokąd?
Zobaczył,   jak   nagle   zaiskrzyły   się   jej   ciemnoniebieskie 

oczy. A może tylko tak mu się wydawało?

  -   Do   ciotki   Betty.   Pewnie   pamiętasz   ją   z   weselnego 

przyjęcia. Jest jedną z czterech sióstr mojej matki.

  -   Przepraszam,   ale   twoje   ciotki   rozróżniałam   tylko   po 

kolorze ich sukien. Brąz, oliwka, koral i ziołowy likier.

 - To ta dama przy kości.
 - A więc ziołowy likier.
  - Być może. - Nikt nie mógł od niego wymagać, aby w 

ogóle zauważył barwy strojów, w jakich występowały ciotki. - 
Dziś  wieczorem   odbywa  się  u  niej  rodzinne   zgromadzenie, 
żeby powitać Tinę, no i oczywiście Dana, po ich powrocie z 
podróży poślubnej.

 - To była bardzo krótka podróż poślubna.

background image

 - Na parę dni polecieli do Las Vegas. Wzięli sobie tylko 

po tygodniu urlopu.

 - Vegas to chyba romantyczne miasto - zauważyła Julie.
  -   Sądzę   jednak,   że   nie   powinnam   uczestniczyć   w 

rodzinnej kolacji. Byłabym intruzem.

Zaledwie   przed   minutą   Tom   nie   miał   najmniejszego 

zamiaru zapraszać Julie, a teraz nie chciał dopuścić do tego, 
aby się wykręciła od pójścia. Każdy żołnierz wymaga ćwiczeń 
bojowych. A co by się stało, gdyby Julie poderwała jakiegoś 
faceta, który miał tak absorbującą rodzinę jak jego własna?

 - Dzięki temu, że zabrałeś mnie na przyjęcie, umówiłam 

się z dwoma mężczyznami. Ale mam własne doświadczenia. 
Chodziłam na randki z chłopakami, ledwie zdjęłam klamry z 
zębów.

 - A ja umawiałem się z dziewczyną, która miała... - Nie, 

Julie nie  powinna  wysłuchiwać jego zwierzeń. - Nieważne. 
Nie boisz się spotkania z moją rodziną?

 - Nie. Ale...
 - Dobrze. A więc wszystko zostało uzgodnione.
 - Nie powiedziałam, że z tobą pójdę.
 - Ale nie powiedziałaś, że nie pójdziesz. - Tom roześmiał 

się radośnie.

 - Jeśli to ma być śmiech triumfatora...
 - Nie, tylko optymisty.
 - Tom, naprawdę nie wiem, czy powinnam z tobą pójść. 

Dodatkowa osoba na kolacji...

 - To żaden argument. Moja ciotka zawsze gotuje tyle, że 

starczyłoby dla całej armii.

 - Powinnam jechać do domu, aby się przebrać...
  -   To   całkiem   zbędne.   -   Pod   różowym   wdziankiem 

udawało mu się dostrzec niewiele, ale wiedział, że Julie ma 
świetny gust.

 - Możesz pojechać w tym, co masz na sobie.

background image

 - Gdzie mieszka twoja ciotka?
  -   Dojazd   do   jej   domu   zajmie   nam   mniej   więcej   pół 

godziny. Jesteś gotowa?

  -  Czy   musiałbyś  zboczyć  z   drogi,   żeby   odwieźć   mnie 

potem do domu?

Nie   była   pierwszą   istotą   płci   żeńskiej,   która   nie   miała 

ochoty odmrozić tyłeczka w jego volkswagenie.

 - Pojedziemy furgonetką i nie przyjmuję odmowy.
Znów przedobrzył. Nie był nawet pewien, czy ma ochotę 

zabrać z sobą Julie, a już zdołał namówić ją na jazdę do ciotki.

 - Zgoda - odparła chłodno. - Ale pod jednym warunkiem. 

-   Wiedziała,   jak   powinna   zachowywać   się   zła   dziewczyna. 
Widocznie   pierwsze   lekcje   Toma   nie   poszły   na   marne.   - 
Pojadę za tobą własnym samochodem. .

 - To zbyteczne.
  -   A   niby   dlaczego?   -   Julie   roześmiała   się   głośno.   - 

Przecież to nie randka.

 - Oczywiście, że nie.
  -   Jesteś   pewien,   że   nie   chcesz   zabrać   z   sobą   kogoś 

innego? Czy ta dziewczyna sądzi, że on co wieczór umawia 
się z babkami? Pewnie tak.

 - Gdybym chciał, nie zapraszałbym ciebie.
  - Jasne. Jestem gotowa do wyjścia, ale w żadnym razie 

nie chcę ograniczać twoich kontaktów z innymi kobietami.

 - Och, nie musisz się tym martwić. Nie pozwolę ci na to. 

Co za wierutne kłamstwo. Ostatnio żył niczym mnich tylko 
dlatego,  że   był   zaabsorbowany   znalezieniem   dla   tej 
dziewczyny   jakiegoś   odpowiedniego   mężczyzny,   a   ona 
uważała go za szukającego wrażeń playboya.

Opuścił   kwiaciarnię   i   wsiadł   do   furgonetki.   Po   chwili 

zobaczył   wychodzącą   Julie.   Miała   na   sobie   znany   mu   już 
narciarski skafander, a na głowie czapeczkę.

background image

Na   szczęście   jego   rodzina   lubiła   przyjmować 

nieoczekiwanych gości. Ratowało ich to przed kiszeniem się 
przez   cały   wieczór   we   własnym   sosie.   Jego   matka   i   ciotki 
potrafiły przez dwie godziny rozmawiać na temat półpaśca. 
Każdego   z   ich   bliższych   i   dalszych   znajomych   dotknęła 
kiedyś jakaś choroba, a one znały lepiej wszelkie objawy niż 
lekarze robiący specjalizacje.

Co   strzeliło   mu   do   głowy,   że   prawie   nie   znając   tej 

dziewczyny, zabiera ją na rodzinne spotkanie? Uderzył się w 
czoło,   a   potem   zaczął   przyglądać   się   Julie   idącej   w   stronę 
furgonetki,   ostrożnie   wymijającej   zamarznięte   kałuże   i 
ślicznie kołyszącej przy tym biodrami.

Do licha, ta dziewczyna zasługiwała na kogoś znacznie 

lepszego niż Peter Carlyle. Dać ją temu patałachowi to tak jak 
postawić   przed   kotem   miskę   z   kawiorem!   Z   dwojga   złego 
lepiej pasowała do Raya, dopiero co rozwiedzionego kuzyna.

Na samo przypomnienie sobie wyczynów Raya przy stole, 

polegających na ruszaniu uszami i równoczesnym wciąganiu 
do ust metrowego spaghetti, Tom głośno jęknął.

Kiedy włączyli się do ulicznego ruchu, ponownie przyszło 

mu do głowy, że zapraszanie Julie na rodzinne spotkanie było 
wielkim błędem.

Ciotka   Betty   i   jej   mąż   Horace,   który   od   dnia   swoich 

pięćdziesiątych urodzin prosił, aby nazywano go Budem, ale 
nikt w całej rodzinie o tym nie pamiętał, we wczesnych latach 
swego   małżeństwa   kupili   dom   i   następne   trzydzieści   lat 
spędzili na upiększaniu posiadłości.

Julie i Tom szli teraz krętą ścieżką okoloną żywopłotem 

ogołoconym z ostatnich jesiennych listków. Tom jedną ręką 
obejmował Julie w talii. Jego ramię wibrowało pod wpływem 
rozkosznych   ruchów   jej   ciała.   Chodziła   tak   wspaniale,   jak 
wyglądała.

background image

Drzwi otworzyły się szeroko, zanim zdążyli zadzwonić. 

Jak   zwykle,   bezbłędnie   zadziałał   wewnętrzny   radar   pani 
domu. Tom nagle zdał sobie sprawę z tego, że przywożąc tu 
Julie, musiał być niespełna rozumu. Gdy oboje znaleźli się w 
ciepłym   wnętrzu,   matka   wraz   z   siostrami   obstąpiła 
niespodziewanego   gościa,   witając   Julie   z   tak   spontaniczną 
serdecznością, jakby to ona wracała z podróży poślubnej w 
domowe   pielesze.   Albo   jak   dziewczynę,   której 
przeznaczeniem było doprowadzenie pewnego szczęśliwego, 
pełnego życia młodzieńca do ołtarza.

  -   Julie,   jasne,  że   cię   pamiętam   -   z   entuzjazmem 

oświadczyła ciotka Toma o imieniu Betty. - Chodź, zaraz się 
przekonasz,   czy   znasz   wszystkich.   Czekaliśmy   z 
niecierpliwością, kiedy znowu cię zobaczymy.

Tom niechętnie powlókł się za Julie w głąb mieszkania. 

Nie mógł jej zostawić na pastwę rodziny.

  - Oczywiście, że panią pamiętam - mówiła właśnie do 

jego ciotki Pru. - Na weselnym przyjęciu miała pani na sobie 
piękną koralową suknię.

Ciotka   Toma   wyglądała   na   rozanieloną.   Zresztą   było 

widać,   że   Julie   spodobała   się   całej   rodzinie.   Na   tę   myśl   z 
gardła przerażonego Toma wydarł się cichy jęk.

Zakazany   owoc,   pomyślał,   odczuwając   ogarniający   go 

smutek. To, że uznał Julie za nieodpowiednią dla siebie, wcale 
nie musiało oznaczać, że nie wolno mu było myśleć o niej w 
sposób niegodny przyzwoitego opiekuna czy nauczyciela. Na 
widok   doskonałego   zarysu   piersi   pod   różowym   sweterkiem 
zrobiło   mu   się   gorąco   i   musiał   wytrzeć   spocone   dłonie   o 
dżinsy.

Znał   ładniejsze   od   niej   kobiety   i   umawiał   się   z 

seksowniejszymi.   Dlaczego   więc   tak   reagował   na   tę 
dziewczynę? Może dlatego, że nigdy nie miał okazji popatrzeć 
w   jej   niesamowite,   błękitne   oczy   wtedy,   kiedy   była   naga. 

background image

Może   gdyby   zobaczył  wszystko,   co   było   do   obejrzenia,   i 
poczuł pod sobą ponętne ciało Julie, przestałby odczuwać tak 
wielkie pożądanie.

Jeśli  jednak  nie   weźmie  się  ostro  w  garść  i  nie  będzie 

pilnował   się   na   każdym   kroku,   ani   się   obejrzy,   a   będzie 
sterczał   na   końcu   kościelnej   nawy   wbity   w   wypożyczony 
smoking,   widząc,   jak   przed   oczyma   przesuwa   mu   się 
dotychczasowe życie.

Niedoczekanie!
Julie   była   fantastyczną   dziewczyną,   ale   nie   taką,   jakiej 

potrzebował.   Nie   szukała   krótkotrwałej   rozrywki,   a   on   nie 
zamierzał   dać   się   zaobrączkować   i   skończyć   jako   ojciec 
gromady dzieciaków.

Oboje z Julie znali swoje miejsce. Dobrze wiedzieli, na 

czym im zależy. Do niego należało tylko przeholować ją od 
pierwszej   randki   z   odpowiednim   facetem   do   stóp   ołtarza. 
Kaszka   z   mlekiem.   Nic   trudnego.   Taką   miał   przynajmniej 
nadzieję.

 - Nie stój jak kołek, głuptasie! - Tina od tyłu zaszła brata i 

klepnęła go w ramię. - A swoją drogą to do ciebie zupełnie 
niepodobne dać się tak załatwić.

 - O czym ty mówisz? - zapytał zdziwiony Tom.
  -   O   szczęśliwej   chwili,   w   której   będziesz   musiał 

odszczekać pod stołem wszystko, co mówiłeś. No wiesz, te 
brednie o tym, że chcesz być zawsze wolny jak ptak.

 - Coś mi się zdaje, że przybyło ci ostatnio ze dwa kilo. - 

Usiłując   zmienić   temat,   starym   zwyczajem   Tom   zaczął 
dokuczać   siostrze.   -   Czy   nie   powinnaś   zająć   się   robieniem 
dziecka, zamiast znęcać się nad resztą rodziny?

  - To jest dziewczyna, która sprzedała ci ślubną suknię. 

Mam rację? Skoro jesteś nią zainteresowany i przyprowadziłeś 
ją na moje wesele, to dlaczego spędziła prawie cały wieczór, 

background image

tańcząc z Peterem Carlyle'em? Trudno uwierzyć, że taki facet 
może być twoim rywalem.

 - Trudno uwierzyć, że śledziłaś mnie na własnym weselu 

- odciął się Tom. - Jak wiedzie ci się w małżeńskim życiu?

  - Odpowiadasz pytaniem na pytanie? Oj, aż za dobrze 

znam twoje niecne metody.

Tom   rozejrzał   się   wokoło,   szukając   drogi   ucieczki,   ale 

dopiero teraz zorientował się, że siostra zagnała go do małej 
alkowy, którą wuj Horace zbudował tylko po to, aby móc w 
niej   wystawić   swoje   pierwsze,   i   jak   się   okazało   jedyne, 
trofeum   otrzymane   za   zwycięstwo   w   grze   w   kręgle.   Teraz 
wnęka w gruncie rzeczy niewiele się różniła od damskiego 
buduaru.   Z   poustawianymi   na   półkach   porcelanowymi   i 
szklanymi cackami, kolekcją zebranych przez ciotkę pamiątek 
po księżnej Dianie i różnych innych dziwnych drobiazgów. 
Wszystko było oświetlone górnym światłem.

  - Ja tylko pomagam Julie, dając jej dobre rady. Bo jeśli 

chodzi o mężczyzn, do tej pory prześladował ją pech. W ten 
weekend spotyka się z Peterem.

  -   Chyba  źle   oceniłam   tę   historię.   -   W   ustach   Tiny 

brzmiało to jak coś w rodzaju przeproszenia.

  -   Stajesz   się   przewrażliwiona,   bo   zaczynasz   tyć   - 

oświadczył Tom. Nagle przyszła mu do głowy zdumiewająca 
myśl. Czy w przyszłości Tina upodobni się do którejś z ich 
ciotek? - Lepiej pójdę w sukurs Julie - oświadczył. - Ray już 
pokazuje   swoje   sztuczki   -   dodał   i   rzucił   się   pędem   przez 
pokój, żeby ratować dziewczynę.

 - Ciotka Betty jest znakomitą kucharką - powiedział przy 

stole   do   Julie,   usiłując   z   lepszej   strony   zaprezentować   jej 
rodzinę.   -   Wprawdzie   zestawienia   serwowanych   przez   nią 
potraw mogą wydawać się szokujące, ale wszystko jest bardzo 
smaczne.

background image

Tom nałożył na talerz solidną porcję spaghetti, a potem 

trochę   marynowanych   buraków   i   wielkie   szkarłatne   jajo. 
Zastanawiał się, czemu matka nalegała, żeby dziś zjawił się tu 
ojciec,   który   rzadko   kiedy   brał   udział   w   zgromadzeniach 
krewnych swojej żony.

 - Och, upuściłam serwetkę - szepnęła Julie.
 - Zaraz ją podniosę - zaofiarował się Tom.
Łatwiej   jednak   było   obiecać,   niż   wykonać   to   z   pozoru 

łatwe   zadanie.   Jadalnia   ciotki   Betty   była   wypełniona   po 
brzegi.   Stołem   o   rozłożonych   skrzydłach   i   mnóstwem 
składanych   krzeseł,   które   wokół   niego   pani   domu   kazała 
rozstawić dla gości.

Siedząc tuż przy ścianie, Tom nie miał żadnej swobody 

ruchów. Nie pozostało mu więc nic innego, jak tylko zsunąć 
się   z   krzesła   pod   stół   i   tam   po   omacku   rozpocząć 
poszukiwania.

To jednak, co po chwili znalazło się w jego ręku, niczym 

nie   przypominało   serwetki.   Było   szczupłe,   dobrze 
ukształtowane i miłe w dotyku.

 - Hej, to moje kolano! - syknęła Julie.
  - Przepraszam. - Tom przesunął dłonią wzdłuż smukłej 

nogi obciągniętej gładką pończochą, aż po koniec stopy ukryty 
w   miękkich   pantofelkach,   przez   cały   czas   poruszając 
energicznie   palcami   i   mając   nadzieję   odszukać   lnianą 
serwetkę.

  - Nic z tego. - Tom wynurzył się spod stołu, spocony i 

czerwony. - Weź moją.

 - Możemy korzystać z jednej.
Tom   rozmawiał   z   Julie   prawie   szeptem,   chociaż   było 

pewne, że nikt ich nie usłyszy. Trzeba by chyba ryknąć na 
cały   głos,   żeby   zwrócić   na   siebie   uwagę   pozostałych   osób 
siedzących przy stole i przekrzykujących się nawzajem.

 - Masz ochotę stąd wyjść? - zapytał Tom.

background image

 - Nie. Dobrze się bawię - głośno odparła Julie.
Była to prawda. Julie pochodziła z niezbyt licznej rodziny, 

której   członkowie   żyli   rozproszeni  po  całym  kraju.  Krewni 
Toma mówili zbyt głośno i ciągle wybuchali śmiechem. Ich 
zachowanie   wskazywało   na   to,   że   lubią   się   nawzajem. 
Sprawili, że ona, osoba całkiem obca, czuła się wśród nich 
dobrze.   Okazywali   jej   serdeczność.   Julie   jednak   świetnie 
wiedziała,   że   ze   strony   rodziny   Toma   nie   jest   to   uczucie 
bezinteresowne. Wszyscy bowiem mieli nadzieję, że uda się 
jej   ujarzmić   i   wreszcie   zaobrączkować   najbardziej 
zdeklarowanego kawalera z ich grona.

Julie nie chciała o tym w ogóle myśleć. Tom oświadczył 

w sposób nie pozostawiający żadnych wątpliwości, że w jego 
życiowych planach  nie   ma  żadnego  długotrwałego  związku 
ani   tym   bardziej   małżeństwa.   A   Julie   była   nadal   zbyt 
rozżalona na poprzedniego partnera i rozczarowana, aby dać 
się   porwać   następnej,   beznadziejnej   namiętności.   Innymi 
słowy,   jej   nagłe   zainteresowanie   się   osobą   Toma   było 
absolutnie pozbawione sensu.

Kolano Julie nadal lekko drżało. Noga Toma ocierała się 

ciągle o jej stopy. Byli tak ściśnięci przy stole, że Julie uznała 
to za rzecz naturalną.

  -   A   teraz   toast   -   zapowiedział   wuj   Horace,   wznosząc 

kieliszek pełen ciemnoczerwonego wina. - Za nowożeńców. 
Danny, miesiąc miodowy masz już za sobą. Od tej chwili, mój 
chłopcze, Tina będzie prowadzała cię na smyczy.

 - Amen - mruknął Tom tak cicho, że tylko Julie mogła go 

dosłyszeć.

Horace  był   nie  tylko  tęgi,  lecz   także   bardzo gadatliwy. 

Wykorzystywał każdą okazję, aby wznosić następne toasty.

Zaraz po skończonej kolacji część osób wstała od stołu. 

Tom pospiesznie zrobił to samo i w jego ślady poszła Julie, z 
trudem   przeciskając   się   bokiem   między   krzesłami.   Nagle 

background image

przyszła jej do głowy dziwna myśl. Że gdyby Tom miał... to 
znaczy, gdyby był podniecony, pewnie by mu się to nie udało.

Jak mogła pomyśleć o czymś podobnym?!
Byli otoczeni tłumem krewnych Toma, a ona drżała z...
Z   podniecenia.   Tak,   należało   wreszcie   do   tego   się 

przyznać.

Zawędrowali do kuchni. Byli tu zupełnie sami. Na blacie 

stało   mnóstwo   urządzeń   elektrycznych,   więcej   niż   w 
jakimkolwiek sklepie z tego rodzaju kuchennymi pomocami.

  - Wuj Horace uwielbia wszelkie automatyczne cacka - 

wyjaśnił Tom, ujrzawszy zdziwienie na twarzy Julie. - Gdyby 
pod choinkę lub na urodziny ciotka Betty dostała coś innego, 
pewnie by zemdlała z wrażenia.

Julie nie mogła oderwać wzroku od opiekaczy, mikserów, 

sokowirówek,   podgrzewaczy   i   innych   przedziwnych 
przyrządów, których przeznaczenia nawet się nie domyślała.

 - Dlaczego tu są aż trzy mikrofalówki?
 - Na wypadek gdyby dwie się popsuły - wyjaśnił Tom, a 

Julie parsknęła śmiechem. - Chodź - zaproponował - może uda 
nam się znaleźć jakieś zaciszne miejsce.

Poprowadził   Julie   do   piwnicy,   ale   i   tu   każdy   kąt   był 

zajęty. W jednym z pomieszczeń znajdował się bar, a obok 
stół   pingpongowy,   obstawiony   graczami.   Tom   wprowadził 
Julie   do   małej   alkowy   z   maszyną   do   szycia   i   otworzył 
następne   drzwi,   za   którymi,   w   salce   wyłożonej   boazerią, 
zastali   parę   rudowłosych,   młodych   krewniaków   Toma 
grających   na   przedpotopowym   automacie   w   jednorękiego 
bandytę.

  - Nie powinniście tak się zabawiać - skarcił ich Tom. - 

Ale jeśli szybko stąd spłyniecie, będziecie mogli skorzystać z 
magnetowidu   w   sypialni   wuja.   W   szafce   znajdziecie   tam 
„Wrota czasu". Stoją obok pięciu kaset cioci Betty z kopiami 
„Gorączki sobotniej nocy".

background image

  -  Świetnie   radzisz   sobie   z   młodzieżą   -   pochwaliła   go 

Julie, z uśmiechem na twarzy przyglądając się dzieciakom w 
pośpiechu opuszczającym pokój. - Ale dlaczego jest tam aż 
pięć kopii?

 - Moja ciotka ma słabość do Travolty.
 - A ty rozrywkową rodzinę.
 - Julie...
 - Źle mnie zrozumiałeś. - Usiadła na zniszczonej kanapie. 

- Na szczęście, już wkrótce nie będziesz musiał mnie szkolić.

 - Rozumiem.
Julie poczuła nagły żal.
  - Z przyjemnością ci pomagam, lecz mam ograniczone 

możliwości. Mogę cię nauczyć już tylko niewielu rzeczy. - 
Tom ze  smutkiem  pokręcił głową. - Czasami  wychodzę  na 
głupka.

 - W każdym razie na miłego głupka.
Julie   pomyślała,   że   gdyby   kiedyś   udało   się   jej   znaleźć 

właściwego mężczyznę, byłoby dobrze, gdyby był podobny do 
Toma.   Nie   musiałby   mieć   jego   ciągle   potarganych 
ciemnoblond włosów, które aż prosiły się, aby przeczesać je 
palcami,   ani   też   brązowych   oczu,   od   których   spojrzenia 
uginały się pod nią nogi. Fascynowała ją jednak budowa ciała 
Toma. Szeroki tors i smukłe, umięśnione nogi, których każdy 
ruch uwidaczniały obcisłe dżinsy.

 - Twoja siostra jest chyba bardzo szczęśliwa.
 - Owszem.
 - Mąż wpatruje się w nią jak w obraz.
  - Płaszczy się przed nią. - W słowach Toma brzmiała 

ironia.

  - Chyba nigdy nie poznam odpowiedniego mężczyzny - 

nieoczekiwanie stwierdziła Julie.

background image

  -   Nie   zamartwiaj   się.   Masz   najlepszego   na   świecie 

nauczyciela.   Nie   dopuszczę   do   tego,   abyś   związała   się   z 
salonowym pieskiem pokroju Dana.

 - Nie lubisz szwagra?
  -   Jasne,  że   go   lubię.   To   jeden   z   moich   najlepszych 

przyjaciół.

  -   To   już   sobie   wyobrażam,   jak   wstrętne   rzeczy 

wygadujesz o każdym, kogo nie lubisz!

  - To nie jest kwestia sympatii. Dan płaszczy się przed 

moją siostrą. Kiedy Tina powie mu „służ", to służy jak piesek. 
A jeszcze niedawno był z niego całkiem rozsądny facet. A 
teraz   co?   -   Zrezygnowany   Tom   machnął   ręką.   -   Stał   się 
oswojonym i dobrze wytresowanym zwierzakiem domowym.

 - Pewnie zależy mu na tym, aby uszczęśliwić Tinę.
 - Może - ponurym tonem mruknął Tom.
  -   A   ty   chyba   obawiasz   się,   że   coś   takiego   może 

przydarzyć się tobie.

  - Pełnię wyłącznie funkcję doradcy. - Tym razem głos 

Toma brzmiał poważnie i stanowczo. - W swoim życiu nie 
zmienię niczego. Lubię je takie, jakie jest.

 - Moje gratulacje. Dlaczego miałbyś uszczęśliwiać tylko 

jedną   kobietę,   skoro   możesz   umilać   życie   wielu   z   nich?   - 
powiedziała Julie z sarkazmem.

  - Zaczynasz odbiegać od tematu. Zapominasz, kim dla 

ciebie jestem. Moja rola polega na tym, aby uświadomić ci 
popełniane błędy. Żeby nie powtórzyła się taka historia jak ta 
z Bradem.

 - Och!
  - Uważam, że wasze zerwanie nie było twoim błędem. 

Ale dość mówienia o przeszłości. Skupmy uwagę na twoich 
randkach w tym tygodniu.

 - Zgoda.

background image

Julie popatrzyła na dłoń Toma Zapragnęła nagle, aby dłoń 

ta spoczęła na jej kolanie. I zaraz potem skarciła się ostro za 
to, że znów pociąga ją nieodpowiedni mężczyzna.

 - Dziewczyny z gatunku złych same ustalają zasady. Jeśli 

mówią, że coś się kończy, to tak jest w istocie. I pierwsza ich 
randka   nigdy   nie   trwa   długo.   Musisz   dać   facetowi   do 
zrozumienia,   jak   cenny   jest   twój   czas.   A   co   do   całusa   na 
dobranoc...

 - W tej sprawie nie potrzebuję twojej rady.
 - Wiem. - Tom uśmiechnął się krzywo. - I to jest jeszcze 

jeden powód, dla którego powinnaś stosować się do moich 
wskazówek. Bądź powściągliwa.

 - Sądziłam, że złe dziewczyny lubią seks.
  -   Jaki   seks?   Na   razie   mówimy   tylko   o   pocałunku   w 

policzek na zakończenie pierwszej randki.

 - Albo w czoło - kpiącym tonem dodała Julie.
  - Jeśli facet zechce pocałować cię w usta, pozwól mu 

tylko musnąć je wargami.

 - Nie wybieram się na randkę z motylem.
  -   Mam   nadzieję,   że   moje   słowa   potraktujesz   serio. 

Najgorsze, co możesz zrobić, to pozwolić facetowi wprosić się 
do twego mieszkania już na pierwszej randce.

 - Tom, takich rad udzielały nasze babcie swoim córkom. 

Jestem   rozczarowana.   Liczyłam   na   to,   że   usłyszę   coś 
przydatnego.

  -   Jeśli   chcesz,   żebym   mówił   prosto   z   mostu,   bardzo 

proszę. Większość mężczyzn interesuje wyłącznie zaliczanie 
kobiet.

 - Zaliczanie? - powtórzyła, nie rozumiejąc, Julie.
 - Im więcej, tym lepiej - wyjaśnił Tom.
  -   Mówisz   to   na   podstawie   własnego   doświadczenia? 

Zignorował tę uwagę, czego Julie nie znosiła.

background image

  -   W   sprawach   damsko   -   męskich   to   jedyny   pewnik. 

Faceci pragną przede wszystkim tego, co jest nieosiągalne.

 - Och, o tym wiedziałam już w przedszkolu.
Julie   droczyła   się   z   Tomem,   ale   tak   naprawdę   to   była 

wściekła   wyłącznie   na   samą   siebie.   Dlaczego,   do   licha, 
pozwoliła zdeklarowanemu kawalerowi dawać sobie rady, jak 
zdobyć męża? Nie była nawet pewna, czy jeszcze zależy jej w 
ogóle na kimkolwiek!

  - Wiedzieć a robić to dwie różne rzeczy - skonstatował 

Tom.

 - Wracam do domu.
 - Uciekaj sobie, uciekaj, ale popełniasz wielki błąd, jeśli 

myślisz, że...

Pod sufitem zamrugały neonówki.
 - Horace powinien już wreszcie wymienić całą instalację - 

mruknął Tom.

Po   chwili  światła   zgasły   na   dobre.   W   podziemnym 

pomieszczeniu zrobiło się czarno jak w piekle.

  -   Gdzie   są   bezpieczniki?   -   spytała   Julie,   odruchowo 

zrywając się z miejsca.

  - Pewnie gdzieś w pobliżu urządzeń grzewczych. Zaraz 

ktoś się tym zajmie - ponownie odezwał się Tom i dodał: - Zła 
dziewczyna wiedziałaby, co teraz robić. - Jego głos brzmiał 
zupełnie inaczej niż zwykle.

 - Poszukałaby latarki?
 - Dwója.
Julie   wysunęła   rękę   i   położyła   dłoń   na   torsie   Toma. 

Usłyszała, jak głośno westchnął.

 - Załóżmy, że jestem teraz z kimś, kto nie nadaje się na 

męża... - powiedziała cicho.

 - Jeśli tak, to obowiązują zupełnie inne zasady.
 - Zła dziewczyna wykorzystałaby panujące ciemności...

background image

  - Ja zrobiłbym to z pewnością... - szeptem odparł Tom. 

Poczuła jego gorący oddech, a zaraz potem dotyk warg na 
czole.

  - Czyżbyś chciał się ogrzać? - zaryzykowała wyzwanie. 

Tom objął ją i zaczął głaskać po plecach. Jego usta odszukały 
jej wargi. Zapominając o wszelkich przestrogach, odruchowo 
poddała   się   pieszczocie.   Tom   rozpiął   biustonosz,   powoli 
uwalniając   pełne   piersi   z   koronkowych   sieci.   Nie   musiał 
niczego   uczyć   tej   dziewczyny.   Wszystko,   co   czyniła,   było 
przesycone   erotyzmem.   Składała   teraz   na   wargach   Toma 
drobne pocałunki.

 - Och... - jęknął.
  - Nie powinniśmy... - Julie zamilkła, gdy Tom rozchylił 

kolanem jej nogi.

 - Nie tutaj...
Nagle zapłonęły wszystkie neonówki. 
 - Nie możemy. - Julie w panice odsunęła się od Toma.
 - Pojedziemy do ciebie.
  - Nie! - Rzuciła się do ucieczki i po chwili już jej nie 

było.   Tom   westchnął.   Wystarczyło   parę   pocałunków,   aby 
uciekła.

Ale to on powinien zwiewać przed dziewczyną polującą 

na męża. Podnieciła go nieprzytomnie, musiał jednak oprzeć 
się pokusie. Julie Myers powinna pobudzać zmysły. Ale nie 
jego zmysły, lecz tych nielicznych facetów, którzy palili się do 
żeniaczki.

Nagle wpadł mu do głowy szatański pomysł. Uśmiechnął 

się. Wiedział już, jak działać dalej. Wraz z paroma kumplami 
zrobi Julie nie lada niespodziankę.

Zakłóci babski wieczór.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY
 - Czemu uparłeś się, żeby jechać do kręgielni? - zapytał 

Buck   Kelly   z   tylnego   siedzenia   furgonetki.   -   Sądziłem,   że 
wybierzemy się na mały podryw do Erniego.

 - Możemy jechać tam później - odparł Tom.
 - Byłem przekonany, że nie lubisz kręgli - ciągnął Buck.
 - Chcę tylko sprawdzić, czy moja znajoma tam jest. Zaraz 

potem możemy spływać. - Tom zwrócił się do Dana: - Co się 
stało, że na dzisiejszy wieczór przyłączyłeś się do nas?

  -   W   zastępstwie   chorej   koleżanki   Tina   leci   teraz   do 

Londynu. A zresztą jej tygodniowy urlop już się skończył - 
dodał smętnym tonem.

 - Głowa do góry, staruszku - wtrącił Buck. - Żonaty facet 

też musi mieć czasami wychodne. Jestem jednak zdziwiony, 
że żonka pozwoliła ci spotkać się ze mną.

  -   Tina   nie   mówi,   co   mam   robić,   a   czego   nie.   Przed 

wyjazdem powiedziała tylko jedno: „Trzymaj się z dala od 
mojego   narwanego   brata.   Nigdy   nie   wiadomo,   co   temu 
nicponiowi może przyjść do głowy".

  - Kochana siostrunia - mruknął Tom, szukając wolnego 

miejsca na zatłoczonym parkingu obok kręgielni.

  - Tylko nie wpakujcie mnie w tarapaty - prosił Dan. - 

Żadnych historii z podejrzanymi laskami.

  -   Jesteśmy   na   to   zbyt   dojrzali   -   z   udawaną   powagą 

oznajmił Buck.

Po chwili znaleźli się w hali. Tom szedł przodem i widział 

dokładnie   to,   co   spodziewał   się   ujrzeć.   Chmarę   dziewczyn 
markujących grę w kręgle i bandę napalonych facetów, nawet 
nie udających, że interesuje ich ta zespołowa zabawa. Jak Julie 
może tu przychodzić? zastanawiał się zdegustowany. Kto jest 
w stanie przewidzieć, co potrafi wyczyniać jedna dziewczyna, 
a co dopiero cały babski gang? Kręgielnia nie była miejscem 
odpowiednim   dla   Julie,   istoty   słodkiej   i   naiwnej.   Mogła   tu 

background image

przecież wpaść w łapy jakiegoś podrywacza. Ta dziewczyna 
nie zdawała sobie sprawy z tego, jak bardzo jest seksowna i że 
może wielu mężczyzn uwieść bez problemu.

Ale czy była na to przygotowana?
A on sam?
Tom nigdy tu nie był, lecz topografia wszystkich kręgielni 

jest   mniej   więcej   taka   sama.   Zaczął   systematycznie 
przeszukiwać   wzrokiem   wszystkie   stanowiska   gry.   Dość 
szybko dostrzegł Julie. Nie miał pojęcia, jak wytłumaczy jej 
swoją   obecność.   Po   wczorajszym   wieczorze   nie   będzie 
zachwycona jego widokiem.

Dan   i   Buck   zginęli   w   tłumie.   Tom   usiadł   na   ławce   za 

grającymi z Julie zawodniczkami, mając nadzieję, że nie od 
razu zostanie dostrzeżony. Dziewczyny były niezłe, wysokie i 
zgrabne, ale on nie mógł oderwać wzroku od Julie.

Wydawała się bardzo przejęta grą, czego nie można było 

powiedzieć   o   facetach   zajmujących   sąsiedni   tor.   Robili 
wszystko, by zwrócić na siebie uwagę Julie i jej koleżanek.

Po chwili wrócił Dan z ogromnym, kartonowym pudłem 

wypełnionym   po   brzegi   frytkami.   Usiadł   obok   Toma   i 
ochoczo zabrał się do jedzenia. Czy małżeństwo sprawi, że ten 
przystojny młody człowiek stanie się w przyszłości tak opasły 
jak wuj  Horace?  zastanawiał  się Tom.  Był zadowolony, że 
trafił się siostrze przyzwoity mąż, ale zachowanie się Dana 
jeszcze bardziej utwierdzało go w przekonaniu, że nigdy nie 
powinien dostać się pod babski pantofel.

Nie wiedział, co złości go bardziej. Faceci z sąsiedniego 

stanowiska,   chcący   poderwać   Julie   i   jej   koleżanki,   czy   też 
całkowity brak reakcji tej dziewczyny na ich umizgi. Gdyby 
chciała   zwrócić   na   siebie   uwagę,   poprosiłaby   sąsiadów   o 
pomoc,   zamiast   popisywać   się   swymi   umiejętnościami. 
Powinna brać lekcje u jednej z grających z nią bliźniaczek 

background image

ubranych w obcisłe, czarne dżinsy i różniące się tylko kolorem 
pasiaste koszulki.

Kiedy Julie podeszła do toru, Tom podniósł się z miejsca i 

zagadał do jednej z dziewczyn:

  -  Cześć.  Ja   też   mam  siostrę  bliźniaczkę.  Czy  byłyście 

kiedyś na naszym zjeździe?

Mówił tak, jakby on sam chociaż raz uczestniczył w takiej 

imprezie! Tina wolałaby raczej wstąpić do klubu morsów i 
kąpać się w styczniu w przerębli niż pokazać się obok brata na 
zjeździe bliźniaków.

Julie   przygotowywała   się   akurat   do   wyrzutu   kuli,   gdy 

nagle   zza   pleców   dobiegł   ją   głos   Toma.   Odwróciła   się 
odruchowo, wypuszczając kulę z rąk. Straciła rzut.

  - Na zjazd jeździmy prawie co roku  -  odparła jedna z 

sióstr. - Tanya przed każdym wyjazdem grymasi, ale potem 
świetnie się bawimy.

Julie   była   wściekła   na   Toma,   że   się   pojawił   i   zaczaj 

podrywać   jej   przyjaciółki.   Obstąpiły   go   wszystkie   trzy   i 
gadały jak najęte. Kiedy przyszła kolej na następny rzut, Julie 
znów się nie popisała. Na placu boju pozostały dwa kręgle.

  -   Julie,   poznaj   Toma.   On   też   jest   jednym   z   bliźniąt   - 

powiedziała Monica. Nie zamierzała podjąć gry, mimo że była 
to jej kolej.

 - Już go znam - odparła Julie.
  -   Gdzie   chowałaś   przed   nami   tak   świetnego   faceta?   - 

spytała Karen. - Monico, teraz twoja kolej.

Dokończyły serię rzutów. Tak źle Julie nie grała od lat. 

Była wściekła na Toma. Do licha, po co tu przylazł?

Kiedy   Tanya   rozpoczęła   nową   serię   rzutów,   Julie 

oświadczyła:

 - Grajcie sobie dalej. Ja mam już dość.
 - Przyniosę ci coś do picia - zaofiarował się Tom.

background image

Ujął Julie za łokieć i poprowadził do bufetu. Zobaczyła 

Dana.

 - A ten co tu robi? - spytała zdziwiona widokiem świeżo 

upieczonego   małżonka   Tiny.   -   Tom,   po   kiego   licha   tu 
przyszedłeś? Nie powinnam ci mówić, dokąd się wybieramy. 
Jak możesz podrywać moje przyjaciółki!

  - Tina już pracuje. Jest w drodze do Londynu - odparł 

gładko na pierwsze pytanie.

 - A co wy dwaj tu robicie?
 - Jest z nami jeszcze jeden kolega. Chyba lubi kręgle. Ja 

tylko przedstawiłem się twoim przyjaciółkom. Przyszedłem po 
to, żeby cię poobserwować.

 - Co takiego?!
Tom   zamówił   dwie   wody   sodowe   i   po   chwili   wręczył 

Julie wysoką szklankę. W pierwszej chwili miała ochotę oblać 
go lodowatym płynem, ale w porę przypomniała sobie nauki 
matki,   że   w   miejscach   publicznych   powinna   zawsze 
zachowywać się jak dama.

 - Czy nie uważasz, że taki babski wypad jest dobrą okazją 

do poznania facetów?

 - Nie sądzę. Czy ty i wszyscy twoi kumple nie robicie nic 

innego poza podrywaniem dziewczyn?

 - Teraz moich kumpli interesuje tylko jedna dziewczyna. 

Ty. Na weselu zrobiłaś na nich wrażenie. Jeśli nie pomogę ci 
znaleźć   odpowiedniego   faceta,   sama   nie   dasz   sobie   rady. 
Przyznaj   uczciwie,   na   tym   polu   nie   masz   żadnego 
doświadczenia.

  -   Piękne   dzięki   za   podtrzymywanie   mnie   na   duchu   - 

warknęła Julie.

Spuściła wzrok, bo nagle przypomniała sobie wydarzenia 

z   poprzedniego  wieczoru.  Świadomość,  że   pocałunki  Toma 
sprawiły jej niezwykłą przyjemność, była przerażająca Między 

background image

nimi zmieniło się wszystko. Julie nie mogła dłużej udawać, że 
Tom jest wyłącznie jej znajomym.

 - Ja tylko próbuję ci przyjść z pomocą - powiedział, jakby 

odczytawszy jej myśli.

 - A ostatni wieczór... - Julie zawiesiła głos.
 - Jest mi naprawdę bardzo przykro.
 - Przykro?
 - Trudno jest utrzymywać stosunki z kobietą wyłącznie na 

stopie   koleżeńskiej.   -   Tom   uśmiechnął   się   nieśmiało.   - 
Zwłaszcza z tak ładną jak ty.

Julie poczuła się raźniej. Może jednak ich przyjaźń nie 

została zniszczona?

 - Wino...
  - Nie miało z tym nic wspólnego - oświadczył Tom z 

rozbawieniem.   -   Przez   cały   wieczór,   pomimo   tych   toastów 
wuja   Horace'a,   wypiłaś  zaledwie   jeden  kieliszek.  To   chyba 
rekord w mojej rodzinie.

 - Zauważyłeś?
 - Tak. Zauważyłem.
Julie czuła, że Tom badawczo się w nią wpatruje, nadal 

jednak nie potrafiła spojrzeć mu w oczy. Chyba nie przyszło 
mu do głowy, że się nim zainteresowała! Przecież zachęcał ją 
do spotkań z innymi mężczyznami,  dając  w ten sposób do 
zrozumienia, że sam nie jest do wzięcia!

 - A co do twoich sposobów... - zaczął powoli.
Julie wypiła następny łyk zimnej wody. Była pewna, że 

nie spodoba się jej to, co usłyszy od Toma.

 - Jakich sposobów? - spytała z niechęcią.
 - Właśnie w tym rzecz. Nie stosujesz żadnych. - Rozejrzał 

się wokoło. - Spójrz na tor siódmy. Jakaś dziewczyna bierze 
lekcje u jednego z facetów, którzy przedtem podrywali twoje 
przyjaciółki.

background image

 - To okropny typ! A tę dziewczynę widywałam przedtem. 

Gra w lidze z wysoką lokatą. Potrafiłaby tak silnie wyrzucić 
kulę,   że   rozłupałaby   kręgle   jak   zapałki.   Tom,   chcesz 
powiedzieć, że powinnam udawać niezaradną?

  - Nie. Ja tylko pokazałem ci jeden ze sposobów, jakich 

używają złe dziewczyny.

  -  Łatwo jest być złą, gdy ma  się  odpowiednie walory 

fizyczne.

 - Ważne jest to, jak się z nich korzysta.
Tom znów ujął Julie za łokieć i zaprowadził w miejsce, z 

którego było dobrze widać jej grające przyjaciółki.

 - Jedna z bliźniaczek jest złą dziewczyną - oświadczył.
 - To śmieszne! Są przecież identyczne. Trzeba dobrze je 

znać, żeby móc powiedzieć, która z nich to Monica, a która 
Tanya.

 - Poczekaj tu na mnie. Zaraz wrócę.
Poszedł   do   bufetu   i   po   chwili   z   trzema   szklankami   w 

rękach podszedł do przyjaciółek Julie. Nie miała pojęcia, co 
chce   jej   udowodnić.   Ze   sceptyczną   miną   przyglądała   się 
Tomowi   w   akcji.   Po   ostatniej   kolejce   rzutów,   gdy 
zawodniczki przestały grać, podał dziewczynom przyniesione 
szklanki,   a   kiedy   Karen   i   Tanya   sięgnęły   do   portmonetek, 
odmówił przyjęcia pieniędzy.

Monica wzięła napój, jakby się jej należał. Nawet z daleka 

było widać, jak uwodzicielsko spogląda na Toma.

Julie   była   zdziwiona.   Przyjaźniły   się   od   szkolnych   lat. 

Czyżby   Monica   miała   podwójne   oblicze   i   dlatego   Julie 
podświadomie zawsze trochę bardziej lubiła Tanyę?

Do   Toma   dołączyli   dwaj   młodzi   ludzie,   z   którymi 

przyszedł  do   kręgielni.   W   siódemkę   zasiedli   w   jednym   z 
większych   boksów.   Julie   dostrzegła   manewr   Moniki,   żeby 
usiąść   między   Danem   a   jego   kolegą.   Pamiętała   go   z 
weselnego przyjęcia.

background image

Tom zniknął na parę minut, po czym pojawił się przed 

Julie z torbą prażonej kukurydzy. Miał na sobie czerwono - 
czarne buty do kręgli.

  - Czy teraz dostrzegłaś różnicę między bliźniaczkami? - 

zapytał, biorąc Julie za rękę i odciągając od grupy.

 - Chyba będziesz musiał mi to wyjaśnić.
 - Obie są ładne, ale Monica dobrze zdaje sobie sprawę z 

tego,   że   jest   atrakcyjna.   A   to   z   kolei   sprawia,   że   staje   się 
jeszcze bardziej atrakcyjna.

 - Bo uważa, że zasługuje na hołdy mężczyzn?
 - Dokładnie tak.
 - Ale zupełnie nie rozumiem, co to ma ze mną wspólnego.
 - Chodź. Pora na dalsze lekcje.
 - Na temat zwracania na siebie uwagi mężczyzn?
 - Nie. Będą to lekcje gry w kręgle. Widzę, że wolny jest 

tor dziewiętnasty.

  - Nie sądziłam, że przyszedłeś tutaj, żeby sobie pograć. 

Tom   objął   Julie   ramieniem   i   natychmiast   zapomniał,   jak 
bardzo nie znosi pożyczanych butów.

  - Zaczynaj pierwsza - powiedział, siadając na ławce dla 

graczy.

Julie była skrępowana, ale kiedy Tom uśmiechem zachęcił 

ją do wyrzucenia kuli, zbiła wszystkie kręgle.

 - Dobra robota - pochwalił ją. - Pozwól jednak, że dam ci 

parę dodatkowych wskazówek. - Z lubością przesunął dłonią 
po odkrytym przedramieniu Julie, ubranej w podkoszulek. - 
Przyjmij taką pozycję. - Zademonstrował, o co mu chodzi.

  -   Nie   sądzę,   że   to   poprawi   moją   grę   -   powiedziała 

szeptem, od którego ciałem Toma wstrząsnął potężny dreszcz.

 - Zaufaj mi.
 - Przypomina to twój taniec na weselu.

background image

  - A teraz, kiedy nadajesz kuli ruch toczący... - ciągnął 

Tom,   udając,   że   udziela   lekcji.   Otaczając   Julie   ramieniem, 
czuł się wspaniale.

  - Usiłujesz zwrócić na mnie  uwagę innych mężczyzn? 

Czy   to   ma   być   odpowiednik   naszego   tańca   na   weselu?   - 
spytała, odsuwając się.

  - Pokazuję ci, jak wyrzucać kulę. Mężczyźni uwielbiają 

instruować kobiety.

 - Wobec tego, profesorku, pokaż, co potrafisz.
Tom   wybrał   cięższą   kulę   i   rzucił   ją   przed   siebie.   Zbił 

wszystkie kręgle.

 - Czysty przypadek - orzekła Julie. - Założę się, że tego 

wyczynu nie potrafisz powtórzyć.

Tom zagrał trochę gorzej niż za pierwszym razem. Julie 

radziła sobie świetnie. Wcale nie był pewien, czy uda się ją 
pokonać. Zmusiła go do solidnego wysiłku. Bolały go palce u 
nóg, ale nie mógł dać za wygraną ani się poskarżyć, bo Julie 
by od razu go wyśmiała. Z trudem udało mu się wygrać z nią 
zaledwie jednym punktem.

  - Czego miałam się nauczyć? - spytała, kiedy Tom po 

jednej kolejce rzutów zaproponował koniec gry.

 - Jeśli chcesz przyciągnąć uwagę mężczyzn, udawaj nieco 

bezradną.

 - Tak jak robią to uczennice szkoły średniej?
 - Mniej więcej.
  -   A   potem   wskakują   do   łóżka   kapitanowi   drużyny 

futbolowej?

 - Nie! Co to za frajda, gdy dziewczyna jest łatwa? Żadna.
 - Ale ja powinnam gorzej rzucać kulę, żeby mój partner 

mógł wygrać?

  - A tak nie robiłaś? - Tom podejrzewał, że tak właśnie 

było.

 - Nigdy się nie dowiesz.

background image

Julie doskonale już rozumiała, o co chodzi Tomowi, ale 

jego lekcje działały na nią przygnębiająco. Miała wątpliwości, 
czy kiedykolwiek potrafi przestać być sobą, to znaczy miłą, 
nudną, przeciętną dziewczyną.

Podeszli   do   kasy.   Julie   nie   pozwoliła   Tomowi,   żeby 

zapłacił za jej grę.

  -   Znów   postąpiłaś   źle   -   oznajmił.   -   Twoja   ocena   z 

czterech minus spadła do trzech z plusem - dodał żartem. - 
Następnym razem popracujemy nad postawą. Powinnaś być 
tajemnicza i pełna wdzięku.

 - Akurat tego mi jeszcze potrzeba.
Tak naprawdę to była jej potrzebna tylko aspiryna, a nie 

dalsze   nauki   Toma.   Niestety,   sama   go   o   nie   prosiła. 
Westchnęła głęboko. Może byłoby lepiej, gdyby z królewicza 
przemienił się w żabę. Wtedy byłoby jej łatwiej skupić uwagę 
na treści lekcji, zamiast na niezwykle seksownym nauczycielu.

 - Pozwól, że pomogę ci zdjąć buty - oświadczył i zabrał 

się do dzieła.

Należał   do   mężczyzn,   przy   których   dziewczyny 

zapominają, że przysięgały stracić dziewictwo dopiero w noc 
poślubną. Julie myślała tylko o jednym. Pragnęła znaleźć się 
sam na sam z Tomem. W porównaniu z tym, co przychodziło 
jej   teraz   do   głowy,   pocałunki   z   poprzedniego   wieczoru 
wydawały się dziecięcą igraszką.

Tom siedział tak blisko, że Julie obawiała się, iż odczyta 

jej myśli. Było to niemożliwe, gdyż w oczach Toma nie miała 
żadnej   wartości   jako   kobieta.   Gdyby   wiedział,   o   czym 
myślała...

  - Moje przyjaciółki są już chyba gotowe do wyjścia - 

zmienionym głosem powiedziała do Toma.

Objął ją ramieniem i mocniej przycisnął do siebie.
 - Poczekają.
 - Powinnam iść po płaszcz.

background image

 - Ja ci go przyniosę.
Julie dała Tomowi numerek do szatni i czekała na jego 

powrót.   Miał   na   sobie   skórzaną   kurtkę.   Rozpięta, 
uwidaczniała jego szeroki tors i płaski brzuch.

Julie   spojrzała   jeszcze   niżej.   Tom   to   zauważył. 

Zareagował dostrzegalnym podnieceniem.

  -  To   była   najbardziej   seksowna   rzecz,   jaką   przy   mnie 

zrobiłaś - powiedział miękkim głosem, podając Julie płaszcz.

Na szczęście, nie mógł widzieć jej twarzy! Była czerwona 

jak rak.

 - Moje przyjaciółki czekają - przypomniała.
 - Bądź dziś złą dziewczyną i rób to, na co masz ochotę.
 - Mam ochotę z nimi stąd wyjść - skłamała.
 - Poczekają.
 - Ale...
 - Niech czymś się zajmą przez ten czas. Zaraz damy im 

powód do poplotkowania...

Obrócił Julie w swoją stronę i dotknął wargami jej ust. 

Całował ją długo i namiętnie.

Z wrażenia nie mogła oddychać. Nie miała nawet szansy 

odwzajemnienia pocałunku.

 - Dobrej nocy - wyszeptał pieszczotliwie Tom.
Julie jeszcze nigdy nie słyszała tak podniecającego głosu. 

Odruchowo   wyciągnęła   ręce   w   stronę   Toma,   ale   gdy 
otworzyła oczy, już go przy niej nie było.

Szedł szybko, a właściwie prawie biegł. W połowie drogi 

do wyjścia z kręgielni zobaczył Dana i Bucka. Dał im znak, 
żeby   szli   jego   śladem,   ale   się   nie   zatrzymał.   Musiał 
natychmiast znaleźć się na dworze, żeby ochłonąć.

Jeszcze nigdy w życiu nie czuł się aż tak podniecony.
Był   aroganckim   młodym   człowiekiem,   który   usiłował 

nauczyć   Julie,   jak  powinna   uwodzić   mężczyzn.  A   ona,  nie 
znając żadnych trików ani innych sposobów, niemal ścięła go 

background image

z nóg! Siedząc w furgonetce i czekając na Dana i Bucka, ze 
złością   myślał   o   swojej   fizycznej   reakcji   na   bliskość   tej 
niewinnej dziewczyny.

Rozmowa   z   kumplami   w   drodze   powrotnej   dawała   mu 

mniej   więcej   tyle   frajdy,   co   pogaduszki   z   dentystą 
przygotowującym się do borowania zęba. Zarówno Dan, jak i 
Buck, umierali z ciekawości. Oni też widzieli, co Tom robił z 
Julie.

Odwiózł ich i wrócił do swego mieszkania. Dopiero wtedy 

odtworzył cały przebieg zdarzeń.

Rozpamiętywał   swoje   dotychczasowe   poczynania   w 

stosunku   do   Julie.   Musiał   uczciwie   przyznać   przed   samym 
sobą,   że   to   on   sam   wrobił   tę   dziewczynę   w   spotkanie   z 
Peterem Carlyle'em. Cwaniakiem, który, jak niosła wieść, od 
razu szedł na całego już na pierwszej randce. Julie nie musiała 
brać   żadnych   lekcji,   żeby   spodobać   się   Peterowi.   Wręcz 
przeciwnie.   Był   jej   potrzebny   kurs   samoobrony.   Zanim   w 
ogóle zorientuje się w sytuacji, ręka tego bęcwała wyląduje 
pod jej spódnicą.

Tom musiał przyznać, że pokpił sprawę.
Czy Julie naprawdę pozwoliła mu wygrać?
Cała ta historia z udawaniem przez Julie złej dziewczyny 

zaczynała mu się coraz mniej podobać.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY
  - Mam  myśleć  tylko o Peterze  - mruczała  pod nosem 

Julie.

Usiłowała rozpędzić nękające ją myśli i skoncentrować się 

na mężczyźnie, z którym szła na pierwszą randkę, ale nawet 
dokładnie   nie   pamiętała,   jak   on   wygląda.   Twarz   Petera 
Carlyle'a wyłaniała się z mgły, ale zaraz potem przesłaniało ją 
oblicze Toma Brunswicka.

Wszystko to było jego winą. No, prawie wszystko. Nie 

powinien jej całować. Julie przyłożyła dłoń do warg, chcąc 
wymazać smak ust Toma. Bezskutecznie. Jedyną szansą, żeby 
mogła przestać o nim myśleć, było spędzenie miłego wieczoru 
w towarzystwie Petera.

Postanowiła dobrze się bawić. Wybierali się na kolację. 

Wprawdzie nie znała restauracji, w której Peter zarezerwował 
stolik,   ale   sama   jej   nazwa,   „Gospoda   nad   Mglistym 
Wybrzeżem", kojarzyła się Julie ze świecami i romantyczną 
muzyką.

Jeszcze   raz   starannie   obejrzała   zrobiony   makijaż   i 

uperfumowała się lekko swoimi najlepszymi perfumami.

Tom pewnie poradziłby jej, żeby włożyła szałową, kusą 

sukienkę, którą kupiła na wesele jego siostry, ale nie mogła 
tego zrobić, bo Peter widział ją już w tym stroju. Bez względu 
na   to,   co   myślał   jej   nauczyciel,   sama   wiedziała,   jak 
postępować, żeby mieć udaną randkę.

Włożyła więc prawie nową zieloną sukienkę. Skromną aż 

do przesady. Z golfem pod szyją i długimi rękawami. Suknia 
ta  sięgała   prawie   do   ziemi   i   była   bardzo   obcisła,   a   długie 
rozcięcia po bokach ukazywały nogi. Julie wyjęła sukienkę z 
szafy   i   zaczęła   przeglądać   pantofle.   Jakiego   wzrostu   jest 
Peter? Nie mogła sobie przypomnieć.

Na wszelki wypadek wybrała czarne pantofle na płaskich 

obcasach.   W   wysokich   szpilkach   mogłaby   dorównywać 

background image

partnerowi wzrostem, a to byłby błąd. Ledwie zdążyła włożyć 
sukienkę i pantofle, gdy rozległ się brzęczyk domofonu. Na 
spotkanie z Peterem było stanowczo za wcześnie.

 - Halo? - odezwała się do słuchawki.
 - To ja, Tom. Mogę wejść?
Julie   miała   ochotę   powiedzieć,   żeby   spływał,   ale 

odruchowo nacisnęła przycisk domofonu.

Po   chwili   Tom   zapukał   do   drzwi.   Julie   policzyła   do 

dwudziestu, zanim wpuściła go do środka.

  -   Przychodzisz   nie   w   porę   -   oznajmiła,   udając   lekko 

zirytowaną, tak, żeby nie dostrzegł, jak duże wrażenie zrobiła 
na niej jego obecność.

  -   Nie   mogłem   wpaść   wcześniej.   Byłem   zajęty. 

Uśmiechnął   się,   od   czego   po   plecach   Julie   przebiegły 
dreszcze.

 - Po co przyszedłeś?
 - Zobaczyć cię przed randką. I upewnić się, czy dałem ci 

wszystkie niezbędne rady.

 - Od twoich rad robi mi się niedobrze! Naprawdę nie są 

już potrzebne.

Tom rozsiadł się na kanapie i wyciągnął przed siebie nogi.
 - Najważniejsze to nie wpuszczać pacana do mieszkania. 

Na pierwszej randce to karygodne posunięcie.

  -   Czyżbyś   zapomniał,   że   mam   uchodzić   za   złą 

dziewczynę?

 - Większość ze znanych mi złych dziewczyn do tej pory 

nie poderwała na stałe żadnego mężczyzny.

 - Zrobiłbyś wielką karierę jako swat.
 - Ja tylko usiłuję pomagać ludziom w potrzebie.
Tom   podniósł   się   z   kanapy   i   wolnym   krokiem   obszedł 

Julie. Uznał, że Peter nie zasługuje na tyle starań z jej strony.

 - Nie martw się. Jakoś sobie poradzę. Jak już mówiłam, 

byłam na wielu pierwszych randkach.

background image

  - A czy doprowadziły one do następnych? - Powinien 

ugryźć się w język. Zamiast podnieść Julie na duchu, on ją 
zniechęcał.

 - Na dalsze randki nie miałam ochoty.
Tomowi podobała się nuta bezradności w głosie Julie. A w 

ogóle   to   lubił   wiele   dotyczących   jej   rzeczy.   Na   przykład 
sukienkę, którą włożyła dla Petera. Niby skromna, lecz obcisła 
tam gdzie trzeba, ukazywała spory kawał nóg. Na ten widok 
Peter pewnie się obślini. Była to niepokojąca perspektywa.

 - Chodzi mi o to, że powinnaś być wybredna.
Żeby zachować spokój ducha, Tom musiał się upewnić, że 

pierwsza   randka   Julie   pociągnie   za   sobą   następne,   które 
doprowadzą   do   jakiegoś   trwałego   związku.   Byle   nie   z 
Peterem.

Tom zdjął skórzaną kurtkę i przerzucił ją przez oparcie 

fotela   na   biegunach.   Szykował   się   do   następnego   kroku, 
niezbędnego do realizacji zwariowanego planu, jaki zaświtał 
mu w głowie.

Julie   przeczesała   włosy.   Czyżby   denerwowała   się   jego 

obecnością? W jakimś sensie Tom był z tego zadowolony, ale 
przecież przyszedł tu w ściśle określonym celu.

 - Zapomniałam o kolczykach!
Julie wykrzyknęła to takim głosem, jakby stało się jakieś 

nieszczęście. Tom poszedł za nią do sypialni, gotów pomóc 
szukać świecidełek, a nawet włożyć je Julie w uszy. Dosięgała 
go   fala   zapachu   jej   perfum,   a   każdy   wie,   że   to   potężny 
afrodyzjak. Tom nie miał pojęcia, jak by podziałały, gdyby 
zbliżył się jeszcze bardziej.

Tak naprawdę ostatnio złościło go, że przestał podniecać 

się  widokiem   kobiet.   Była   to   prawdopodobnie   cena,   jaką 
musiał   zapłacić   za   to,   że   porzucił   życie   towarzyskie,   aby 
pomóc zbłąkanej istocie. Bez przerwy o niej myślał.

background image

Może   powinien   spróbować   zająć   się   inną   dziewczyną? 

Zbyt świeżo w pamięci miał przykre doświadczenie z Brendą. 
Wolał nie ryzykować.

Patrząc   na   Julie,   czuł   się   tak,   jakby   wysyłał   małego 

Czerwonego Kapturka na spotkanie z groźnym wilkiem.

Julie   nałożyła   kolczyki.   Teraz   czekało   ją   trudniejsze 

zadanie. Musiała pozbyć się Toma przed przybyciem Petera.

Za późno. Gdy wróciła do saloniku, odezwał się domofon.
 - Mam otworzyć drzwi? - zapytał Tom.
 - Nie! - Julie upewniła się, że to Peter, i poinstruowała go, 

jak   ma   trafić   do   jej   mieszkania,   co   zresztą   nie   było   takie 
trudne. Zaraz potem zwróciła się do Toma: - Musisz się ukryć.

 - Dlaczego?
 - Peter nie może cię tu zobaczyć!
 - Czemu?
  - Nie wiesz? Potrafisz każdego doprowadzić do szału! 

Julie miała rację i Tom o tym wiedział. Gdyby Peter zastał go 
tutaj, szansa Julie na udaną randkę byłaby równa zeru. Tom 
chciał jednak zobaczyć, jakich użyje ona środków perswazji.

 - Ukryj się! - poleciła stanowczo.
Oparł   się   chęci   zasalutowania   i   trzaśnięcia   obcasami. 

Powlókł się do sypialni. O rany, jaka ta dziewczyna stawała 
się seksowna, kiedy była wściekła! Aż przyjemnie było na nią 
patrzeć.

 - Mówiłem ci chyba, że powinnaś wyjść na korytarz i tam 

spotkać się z gościem, nie wpuszczając go do mieszkania - 
powiedział, stając w drzwiach sypialni.

  -   Chciałam   tak   właśnie   zrobić,   ale   przylazł   mój 

nadgorliwy  nauczyciel i przeszkodził w przygotowaniach do 
wyjścia - warknęła ze złością.

 - Przepraszam. Wyglądasz świetnie.
 - Daj spokój, Tom! - poprosiła błagalnym tonem.

background image

  - Wymknę się zaraz po twoim wyjściu  -  obiecał, gdyż 

zrobiło   mu   się   żal   zaniepokojonej   dziewczyny.   -   Baw   się 
dobrze. - Ale nie za dobrze.

Wszedł   do   łazienki.   Przez   cienkie   drzwi   słyszał   każde 

słowo   Petera.   Od   wychwalania   przez   niego   wspaniałego 
wyglądu Julie Tomowi zrobiło się niedobrze.

Peter przesadzał z komplementami, ale Julie przyjmowała 

je   z   wdzięcznością.   Niepomna   rad   Toma   i   w   ogóle   jego 
obecności   za   drzwiami,   miała   ochotę   spędzić   wspaniały 
wieczór.

 - Jestem gotowa - oznajmiła gościowi.
Podeszła do szafy po płaszcz i w tej chwili uprzytomniła 

sobie, że długa sukienka będzie spod niego wystawała. Pewnie 
lepiej by wyglądała w sportowym skafandrze, ale przecież szli 
do eleganckiej restauracji.

Peter okazał się sporo niższy, niż Julie się wydawało. Na 

płaskich obcasach dorównywała mu wzrostem. Ale to przecież 
nie   miało   znaczenia.   Ubrany   był   w   świeżo   odprasowany 
garnitur   i   elegancki   czarny   płaszcz.   Prezentował   się 
doskonale.

Na   parkingu   Peter   wziął   Julie   pod   rękę,   żeby   nie 

pośliznęła   się   na   oblodzonym   przejściu,   a   potem   otworzył 
przed nią drzwi nowego modelu buicka. Julie pamiętała, że 
Peter  ma  poczucie   humoru   i   używa  płynu po  goleniu  mile 
drażniącego nozdrza. Jeśli uda się jej przestać myśleć o Tomie 
ukrytym w jej łazience, wieczór z Peterem będzie na pewno 
udany.

Tom   szybko  opuścił   kryjówkę.  Z   niesmakiem   myślał   o 

Peterze Carlyle'u. Nic dziwnego, że ten nieudacznik tak często 
się  zaręczał.   Kwiecistymi   komplementami   maskował 
nieciekawą osobowość.

Powinienem przestać go się czepiać, pomyślał Tom. Lubił 

Petera, zanim ten facet zaczął interesować się Julie.

background image

Tom   wszedł   do   saloniku   i   z   poręczy   fotela   zdjął 

pozostawioną   tara   celowo   kurtkę.   Czyżby   Peter   był   tak 
ogłupiały   wyglądem   Julie,   że   nie   zauważył   dobrze   mu 
znanego okrycia? Wprawdzie akurat nie z tego powodu kurtka 
znalazła się w saloniku, ale co to miało za znaczenie? Sięgnął 
do kieszeni, wyciągnął kluczyki od wozu i umieścił je, tak jak 
to   sobie   dokładnie   zaplanował,   na   dywanie   za   tylną   nogą 
fotela.

Opuścił   mieszkanie   Julie,   zatrzaskując   za   sobą   zamek. 

Miał przed sobą dobre parę godzin czekania. Położył się na 
chodniku   przed   drzwiami.   Był   piekielnie   zmęczony.   Po 
ciężkim dniu pracy zasnąłby nawet na stojąco. Zadowolony ze 
swego podstępu, mógł wreszcie odpocząć.

Julie   wcieliła   się   w   rolę   czarującej   towarzyszki. 

Przypomniała   sobie   radę   Toma:   śmiej   się   z   opowiadań   i 
dowcipów partnera, ale z umiarem.

Peter   zachowywał   się   nienagannie.   Otwierał   przed   nią 

drzwi,   pomagał   zdejmować   płaszcz,   wysuwał   krzesło   w 
restauracji,   a   nawet   w   jej   imieniu   złożył   kelnerowi 
zamówienie.   Do   zadań   Julie   należało   łaskawie   pozwalać 
Peterowi   na   wszystkie   uprzejmości   oraz   zachowywać   się 
tajemniczo i z dystansem.

Niestety,   przez   cały   czas   nie   mogła   przestać   myśleć   o 

Tomie. Inspirował ją do tego nawet muskularny tors kelnera i 
jego długie nogi.

Piekielny Tom! To z jego winy nie bawiła się dobrze w 

towarzystwie   sympatycznego,   dobrze   ułożonego   młodego 
człowieka,   który   w   stosunku   do   kobiet   nie   obawiał   się 
zachowywać szarmancko.

Starała   się   śledzić   tok   opowiadań   Petera   o   jego   pracy. 

Pewnie   tak   właśnie   powinna   zachowywać   się   dobra   żona. 
Słuchać, co mąż ma do powiedzenia, i podtrzymywać go na 

background image

duchu.   Ona   jednak   chciała   od   życia   czegoś   więcej. 
Podniecenia, wyzwań i romansu.

Uśmiechnęła się do Petera, który akurat zakończył kolejne 

opowiadanie.   Uznała,   że   powinna   pochwalić   potrawy. 
Przyszło   to   jej   z   łatwością.   Łosoś   był   wyborny   i   podany 
elegancko.

Potem zamówiła sernik z owocami. Właśnie nachylała się 

nad deserem, gdy Peter zaczął mówić o byłych narzeczonych.

  -   Pewnie   jesteś   ciekawa,   dlaczego   aż   cztery   razy   się 

zaręczałem - zaczął udręczonym głosem.

Julie   zrobiło   się   go   żal.   Opowiedziała   mu   swoją 

niechlubną historię z Bradem. Tom pewnie nie pochwaliłby 
tego kroku, ale postanowiła robić to, co się jej podoba.

Wyznanie Julie zrobiło wrażenie na Peterze.
  -   Niektórzy   nie   mają   szczęścia   w   miłości   -   oznajmił, 

popijając   bezkofeinową   kawę.   -   No   i   bywają,   oczywiście, 
ludzie jeszcze nie gotowi do trwałego związku.

On był gotów. Dał to do wyraźnie zrozumienia. A więc 

darował jej wspaniałomyślnie jedną życiową wpadkę!

Julie   ogarnęły   wyrzuty   sumienia.   Peter   był 

sympatycznym, przystojnym człowiekiem. Odpowiedzialnym 
i mającym dobrą pracę. A na dodatek nie obawiał się iść do 
ołtarza. To ona zachowywała się brzydko. Na jego koszt jadła 
wykwintne   potrawy,   przez   cały   czas   myśląc   o   Tomie.   A 
przecież chciała poznać kogoś takiego jak Peter!

Kolacja zbliżała się ku końcowi.
  - Pora iść - oznajmiła Julie, zabarwiwszy głos odrobiną 

żalu.

 - Zagadałem cię na śmierć - tłumaczył się Peter.
  -   Bawiłam   się   doskonale   -   zaprotestowała   Julie. 

Opowiadania   o   byłych   narzeczonych   Petera   stanowiłyby 
świetny scenariusz opery mydlanej.

background image

  -   Jest   jeszcze   wcześnie.   Znam   klub,   w   którym   można 

spokojnie potańczyć. Nie usłyszysz tam głośnego rocka i innej 
jazgotliwej muzyki.

Julie grzecznie odmówiła. Peter nie nalegał.
Nie miała zamiaru słuchać rady Toma i szybko kończyć 

pierwszej randki, ale po obfitej kolacji zrobiła się senna.

W   samochodzie,   w   drodze   powrotnej   do   domu, 

dziękowała losowi, że Peter bez przerwy coś opowiadał. Był 
partnerem mało wymagającym. Wystarczało udawać, że się go 
słucha.   Jeśli   Julie   miała   z   tym   trudności,   uśmiechała   się   i 
zadawała krótkie pytania.

 - Odprowadzić cię na górę? - zapytał Peter, zatrzymując 

się przed drzwiami domu Julie.

 - Nie ma sensu. Dziękuję za mile spędzony wieczór.
  - Wejście po schodach to żaden kłopot. Po sutej kolacji 

przyda mi się trochę ruchu.

 - Może innym razem.
Peter nie nalegał. Punkt dla niego. Pochylił się i pocałował 

Julie w policzek. Odchodząc, obiecał:

 - Zadzwonię.
Dla Julie skończył się wreszcie męczący wieczór. Byłoby 

miło, gdyby nie Tom. Dlaczego pojawił się w ostatniej chwili 
i uzmysłowił jej swój urok i seksapil? Musiała jednak wybić 
sobie z głowy tego niepoprawnego donżuana. Ale jak mogła 
przestać o nim myśleć, skoro bez przerwy ją nachodził?

Chcąc otworzyć kluczem drzwi mieszkania, o mały włos, 

a potknęłaby się o leżącą w poprzek korytarza parę długich 
nóg.

 - Co się dzieje?
Tom   podniósł   głowę.   Wstał.   Ziewając,   rozciągnął 

zesztywniałe mięśnie.

 - Twardą masz podłogę.
 - Co ty tu robisz?

background image

 - Musiałem zostać. - Na widok rozzłoszczonej miny Julie 

szybko wyjaśnił: - Naprawdę nie chciałem cię szpiegować - 
skłamał   gładko.   Teatralnym   gestem   wywrócił   na   wierzch 
podszewkę   kieszeni   skórzanej   kurtki.   -   Zgubiłem   gdzieś   u 
ciebie   kluczyki   od   furgonetki.   Musiały   wypaść,   gdy 
zdejmowałem   kurtkę.   Zorientowałem   się   dopiero   po   twoim 
wyjściu. Czekając na ciebie, zasnąłem.

Kupiła tę bujdę? W każdym razie nie była zachwycona.
 - Co by było, gdybym zaprosiła Petera?
 - Ale tego nie zrobiłaś. - W głosie Toma brzmiało uczucie 

ulgi. - Kolacja się udała?

  -   Było   wspaniale!   -   Julie   oznajmiła   to   tonem 

zarezerwowanym   zwykle   na   oświadczenie,   że   właśnie 
rozgniotła pająka.

 - Mogę wejść do środka i poszukać kluczyków?
  -   Będzie   lepiej,   jeśli   szybko   się   znajdą   -   mruknęła 

złowrogo.

Weszła   do   mieszkania.   Zdjęła   płaszcz   i   pantofle.   Tom 

liczył na to, że pomoże mu w poszukiwaniach. Nie miałby nic 
przeciwko   temu,   gdyby   na   czworakach   zaczęła   chodzić   po 
pokoju.

Zawiodła   Toma.   Rozłożyła   się   na   kanapie.   Podciągnęła 

kolana od brodę. Jej mina nie wróżyła nic dobrego, ale przed 
znalezieniem   kluczyków   spoczywających   spokojnie   za 
fotelem Tom musiał się dowiedzieć, jak przebiegła randka.

 - Jak było? - zapytał obojętnym tonem.
 - Spędziliśmy miły wieczór.
Miły! To słowo nie oznaczało absolutnie nic!
 - I co?
Julie  opowiedziała, co jedli  kolację, tak jakby Toma  to 

obchodziło, oraz dorzuciła, że Peter był uroczy i dowcipny, co 
Tomowi wcale się nie podobało. Nie wytrzymał.

 - Pocałował cię? - zapytał.

background image

 - W policzek.
 - Obok ust?
 - W pobliżu.
 - W pobliżu? A co to znaczy?
  -   Zaraz   ci   to   zademonstruję.   -   Julie   wstała   z   kanapy, 

położyła Tomowi ręce na ramionach i pocałowała go lekko w 
policzek. - Teraz już wiesz - oznajmiła, nie odsuwając się ani 
o krok.

Piersi Julie ocierały się o tors Toma. Pomyślał, że drażni 

się   z   nim   lub   że   nie   kupiła   historyjki   z   kluczykami   do 
furgonetki.   A   może   ćwiczyła   tylko   zachowanie   się   złej 
dziewczyny?

Starał   się   stać   nieruchomo,   co   wymagało   żelaznej   siły 

woli.

 - Tak, już wiem - mruknął.
 - Zastanawiasz się, czy posłuchałam twojej rady? - Julie 

wyraźnie się z nim przekomarzała.

 - A posłuchałaś?
Odurzały go perfumy Julie. Odruchowo pochylił się w jej 

stronę.

 - Wiele od ciebie się nauczyłam.
To   prawda!   Nauczyła   się   nawet   wykręcać   przed 

odpowiedziami na pytania. Kiedy podniosła głowę i kosmyk 
włosów   podrażnił   mu   skórę   na   szyi,   Tom   zadrżał 
wewnętrznie. Miał ochotę pocałować Julie.

W   ostatniej   chwili   zdołała   mu   się   wymknąć.   Gdzie   ta 

dziewczyna nauczyła się, jak i kiedy tak właśnie reagować?

  -   Jestem   zmęczona   -   stwierdziła,   z   trudem   tłumiąc 

ziewanie.   -   Czy   zamierzasz   pojawić   się   tutaj   przed   moją 
jutrzejszą południową randką?

 - Nie - mruknął Tom z niechęcią.
Ani się obejrzał, a już Julie wypchnęła go z mieszkania i 

zamknęła drzwi. Panna Myers miała jeszcze przed sobą długą 

background image

drogę do zdobycia szlifów złej dziewczyny, ale Tom musiał 
przyznać,   że   zadatki   na   wyrafinowaną   uwodzicielkę   miała 
niezłe.   A   na   dodatek   to   on   stał   się   przedmiotem   jej 
eksperymentów.   Sprawiła,   że   chodził   podenerwowany   i 
napalony. Może powinien poszukać zapomnienia w ramionach 
innych kobiet?

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY
 - Julie, od kogo ten bukiet? - Karen dojrzała kwiaty, gdy 

tylko   przyjaciółka   weszła   do   mieszkania.   -   Ładne.   Co   u 
ciebie? Nie widziałyśmy się całe wieki. Od naszego spotkania 
w kręgielni.

 - Kwiaty są od Petera. Jak udał ci się pobyt na Florydzie?
  -   Ojczym,   jak   zwykle,   był   nieznośny.   Ale   z   mamą 

miałyśmy sporo rozrywek. Przywiozłam ci trochę muszelek i 
kamieni.   -   Karen   wręczyła   Julie   plastykową   torebkę   ze 
skarbami znad morza i zdjęła skafander. - Na pewno zrobisz z 
nimi   coś   sensownego.   A   więc   co   się   działo?   Randka   z 
Peterem, jak widzę, była udana.

  -   To   sympatyczny   młody   człowiek.   Mile   spędziliśmy 

wieczór.

 - Umówiłaś się z nim ponownie?
 - W sobotę wieczorem idziemy razem do klubu „Teraz". 

Podobno gra tam interesujący zespół.

 - A jak się udało spotkanie z tym drugim facetem?
  - By! nieznośny. Wpadł w złość, bo plasterek bekonu, 

który mu podano, nie był dostatecznie chrupki.

  - No, a teraz mów o tym, co najważniejsze. O swoim 

przystojnym wielbicielu.

Z zaciekawioną miną Karen rozsiadła się na kanapie. Julie 

nie   chciała   rozmawiać   o   Tomie.   Zresztą   nie   było  o   czym 
opowiadać.   Kilkakrotnie   dzwonił   do   niej,   ale   od   czasu 
pierwszego spotkania z Peterem już się nie pokazał.

 - Nie wiem, o kim mówisz - mruknęła pod nosem.
 - Och, nie udawaj! Widziałam, jak się całowaliście. Było 

przy tym ze stu lub więcej świadków, więc się nie wyprzesz. 
Gdyby ktoś mnie tak całował...

 - Byłabyś speszona. Lepiej opowiadaj o Florydzie.
  -   Dobrze   wykorzystałam   dwa   tygodnie   ciężko 

zapracowanego   urlopu.   Opaliłam   się   i   poznałam   wielu 

background image

mężczyzn.   Paru   z   nich   miało   nawet   własne   zęby   i   włosy. 
Wróćmy jednak do tematu...

 - Peter to naprawdę sympatyczny chłopak. Robi karierę w 

agencji sprzedaży nieruchomości.

  -   Czy   jest   tak   wysoki   jak   Tom?   -   Dla   Karen   wysoki 

wzrost mężczyzny był jedną z jego największych zalet.

 - Niższy.
 - No to daj sobie z nim spokój. Czym zajmuje się Tom?
 - Posiada magazyn z meblami. Ale między nami nie ma 

nic.

 - Akurat. Kiedy cię całował, widziałam twoją rozanieloną 

minę. Takie maślane oczy ma dziewczyna zaraz po przespaniu 
się z facetem lub wtedy, kiedy o tym marzy.

 - Daj spokój!
  - Julie, możesz ze mną  rozmawiać szczerze. Masz już 

dwadzieścia pięć lat. Najwyższy czas...

  -   Nie   chodziłaś   jak   błędna,   gdy   romansowałaś   z 

Howardem.

  - Nie możesz porównywać go z Tomem. Czułam iskry 

przeskakujące między wami.

Po raz pierwszy Julie z ulgą pożegnała Karen. Nie miała 

ochoty się jej zwierzać. A zresztą byłoby trudno opisać stan 
ducha, w jaki wprawił ją Tom. Nocami marzyła, żeby stał się 
pierwszym mężczyzną w jej życiu, ale było to niemożliwe. 
Nigdy   nie   romansował  z   dziewczyną,  o  której   wiedział,  że 
chce wyjść za mąż. Być może nawet trochę mu się podobała, 
ale to wszystko. Unikał jej od dwóch tygodni.

Być   może   Peter   rzeczywiście   jest   mniej   atrakcyjny 

fizycznie   niż   Tom,   ale   zachowywał   się   nienagannie.   Był 
opiekuńczy i troskliwy. Każda kobieta doceniłaby te zalety.

W   samym  środku   piątkowej   nocy   Tom   uznał,   że   nie 

będzie   czekał   na   wynik   meczu   w   hokeja,   który   oglądał   w 
telewizji.  Zaczął  przerzucać   kartki  notesu z   adresami.   Było 

background image

zbyt późno na telefonowanie do kogokolwiek. Zresztą jedyną 
osobą, do której  miałby  ochotę teraz zadzwonić, była Julie 
Myers.   Unikał   jej,   ale   nie   przestawał   o   niej   myśleć.   Po 
krótkich rozmowach telefonicznych czuł tylko niedosyt. Był w 
kiepskiej formie. Z nikim się nie spotykał.

Kiedy   zamyślony   przysiadł   na   krawędzi   łóżka,   nagle 

zadzwonił   telefon.   Tom   zwykle   czekał,   aż   włączy   się 
automatyczna sekretarka. Tym razem jednak od razu podniósł 
słuchawkę. Była jedna szansa na tysiąc, że dzwoni Julie, aby 
zdać sprawozdanie z nowej randki lub prosić o rady.

Bardzo by tego chciał.
  -   Cześć.   Jeśli   Tom   Brunswick   jest   twoim   dłużnikiem, 

rozmawiasz   z   jego   automatyczną   sekretarką   -   warknął   do 
słuchawki.

Każdy, kto dzwonił o północy, zasługiwał na tak brutalne 

potraktowanie.

  -   Cześć,   Tom.   Mówi   Monica   Travis.   Czy   mnie 

pamiętasz? W głowie miał kompletną pustkę.

 - Hm...
 - Poznaliśmy się w kręgielni.
  - Aha, bliźniaczka - odrzekł po chwili. Zła dziewczyna, 

przypomniał sobie własną ocenę.

  -   Wiem,  że   ty   i   Julie   jesteście   przyjaciółmi.   W 

przeciwnym razie nie odważyłabym się do ciebie zadzwonić. 
Miałyśmy z Tanyą jechać na narty do Wisconsin, ale moja 
biedna   siostra   okropnie   się   zaziębiła.   A   ja   siedzę   i 
zastanawiam się, co zrobić z weekendem. Chciałabym pójść 
do klubu „Teraz". Gra tam podobno fantastyczny zespół.

 - Coś mi się obiło o uszy.
Już   wcześniej   Tom   postanowił,   że   przestanie   żyć   jak 

mnich.  A, jak się  okazało, Monica  miała  ochotę  się  z nim 
umówić.

background image

  - Moja koleżanka zna kierownika tego klubu - mówiła 

dalej - i dała mi dwie bezterminowe karty wstępu. Ale sama 
nie mogę pojawić się w takim miejscu. No, wiesz, chodzi o 
moją reputację.

  -   Fakt.   Reputacja   to   ważna   rzecz   -   odrzekł   Tom   z 

udawaną   powagą.   Nie   zamierzał   pomagać   Monice   w 
prowadzonej przez nią grze. Jeśli chce go poderwać, musi się 
bardziej postarać. Użyć cięższej artylerii.

 - Wiem, że dzwonię zbyt późno...
Tom  świetnie pamiętał swoje nauki. Po czwartku nigdy 

nie umawiaj się na sobotę. Ale gdyby jednak spotkał się z 
Moniką,   byłaby   to   swoista   terapia.   Przynajmniej   na   parę 
godzin przestałby myśleć o Julie.

Czy zachowuje się jak ostatni łajdak, idąc na randkę, i do 

tego z dziewczyną, która jest mu całkiem obojętna? Gdyby 
poderwał   Monikę,   jego   poziom   testosteronu   wróciłby   do 
normalnego poziomu. Kiedy jednak pomyślał, że mógłby iść 
do łóżka nie z Julie, natychmiast opuszczały go wszystkie siły 
i czuł się zwiędły jak liść zerwanej przed tygodniem sałaty.

 - To będzie nie randka, lecz tylko spotkanie dwóch osób, 

które mają ochotę lepiej się poznać - oświadczyła Monica. - 
Tom milczał, więc dodała: - Jeśli tego chcesz.

  -   Czemu   nie?   -   W   głosie   Toma   zamiast   entuzjazmu 

brzmiała rezygnacja. - Przyjadę. Gdzie to jest?

Z   widocznym   zadowoleniem   Monica   podała   mu   adres 

klubu   „Teraz"   i   wytłumaczyła,   jak   tam   dojechać.   Odłożyła 
słuchawkę.

Tom zrobił to samo. Popatrzył tępym wzrokiem na plakat 

z Michaelem Jordanem wiszący na ścianie jego sypialni. A 
więc   się   umówił.   I   dobrze   zrobił.   Od   czegoś   trzeba   było 
zacząć.

Dzięki   wskazówkom   Moniki   z   łatwością   dojechał   do 

klubu, znajdującego się na dalekim przedmieściu. Z zewnątrz 

background image

wyglądał jak opuszczony magazyn, wewnątrz zaś jak ogromna 
piwnica, prawie pozbawiona dekoracji. Pośrodku znajdowało 
się obszerne, wyłożone terakotą miejsce do tańca, w kątach 
stały małe stoliki, a do ścian przylegały wąskie boksy.

 - Tu jest wspaniale! - entuzjazmowała się Monica, której 

twarz w strumieniach ostrego światła stawała się raz żółta, a 
raz czerwona, uwidaczniając zapuchnięty nos. Musiała mieć 
solidny katar. Była przeziębiona. Przekonana, że Tom tego nie 
widzi, co chwila popijała jakiś syrop z butelki.

Nawet w panującej w klubie atmosferze całkowitego luzu 

ubiór Moniki wydawał się, jak na gust Toma, zupełnie nie na 
miejscu. Spod kusej bluzki z białej koronki przeświecał czarny 
biustonosz, a przez poziome rozcięcia w dżinsach było widać 
czarne, skąpe majtki. Chciała zrobić wrażenie na Tomie, ale to 
się   jej   nie   udało.   Sprawiła,   że   w   jej   towarzystwie   czuł   się 
coraz gorzej.

Znaleźli wolny boks i Monica początkowo miała zamiar 

zająć   miejsce   naprzeciw   Toma.   Po   chwili   jednak   zmieniła 
zdanie i usiadła obok, przypierając go do ściany. Zjawiła się 
kelnerka w szortach i krótkiej bluzce.

  - Moja kolej - oznajmiła Monica i zamówiła japońskie 

piwo,   o   którym   Tom   w   ogóle   nie   słyszał.   Kiedy   kelnerka 
oznajmiła, że tego gatunku nie mają, niezadowolona partnerka 
Toma zdecydowała się na białe wino.

 - Dla mnie proszę podać coś prosto z beczki - oświadczył 

Tom,   przerywając   kelnerce   długą   wyliczankę   dostępnych 
koniaków.

Monica upiła łyk wina.
 - Jesteś pewna, że ten schłodzony trunek ci nie zaszkodzi? 

- zapytał Tom.

 - Och, to tylko alergia. Nie ma problemu.
Nie ma problemu, w myśli powtórzył Tom, równocześnie 

przyznając,   że   był   idiotą,   przystając   na   tę   randkę.   Monica 

background image

wyraźnie   go   podrywała,   a   on   należał   do   mężczyzn,   którzy 
sami wolą zrobić pierwszy krok i dokonywać wyboru.

Wpadł w jeszcze gorszy nastrój. Był zły, że w ogóle tu 

przyszedł. Jedyną dziewczyną, z którą chciałby teraz siedzieć 
w tym lokalu, była Julie, ale to nie wchodziło w rachubę.

Smętnym   wzrokiem   zaczął   wodzić   po   sali   i   nagle 

dostrzegł znajomo wyglądającą parę młodych ludzi, którzy po 
przeciwnej stronie sali rozglądali się w poszukiwaniu wolnego 
stolika.   Kiedy   go   nie   znaleźli,   ruszyli   przez   parkiet   ku 
boksom.

Tom na chwilę wstrzymał oddech, a potem, widząc, jak 

Peter entuzjastycznie macha do niego ręką, skinął mu głową. 
Obok Petera szła Julie. Wyglądała świetnie. Miała na sobie 
króciutki   czarny   sweterek   nałożony   na   biały   podkoszulek, 
opięte spodnie i pantofle na płaskich obcasach, co sprawiało, 
że przy Peterze wydawała się drobna i delikatna.

Do licha, czemu ten pacan ją tu przyprowadził? zżymał się 

Tom. Gdyby on sam przyszedł do tego klubu z Julie, wybrałby 
najodleglejszy i najciemniejszy kąt sali, posadził ją sobie na 
kolanach i...

Peter uśmiechał się do Toma dobrodusznie i przyjacielsko. 

Na   Monikę   ledwie   rzucił   okiem.   Musiał   być   naprawdę 
zainteresowany   swoją   partnerką,   skoro   nie   zrobiło   na   nim 
wrażenia   to,   co   ta   wyzywająca   dziewczyna   demonstrowała 
pod przezroczystą koronką.

 - Czy możemy usiąść obok was? - zapytał Peter, gestem 

wskazując   Julie   miejsce   naprzeciw   Toma.   Zawahała   się, 
spojrzała na swego nauczyciela tak, jakby szukała jego rady, a 
potem   powoli   i,   jak   Tomowi   się   wydawało,   z   niechęcią, 
usiadła   po   drugiej   stronie   stołu.   Przywitała   się   z   Moniką. 
Zaczęły rozmawiać, ale Tom, oszołomiony obecnością Julie, 
nie słyszał, o czym.

 - Chodźmy zatańczyć - zwrócił się do Moniki.

background image

Czemu oświadczył, że podrywanie jej przyjaciółek wcale 

go nie interesuje? Julie uzna go za kłamcę. I co z tego? Bądź 
co bądź nie on zainicjował dzisiejsze spotkanie. I to nie jego 
wina, że Julie miała taką koleżankę.

Po chwili zaczęli tańczyć. Orkiestra zrobiła sobie przerwę, 

a muzyka z taśm była tak przeraźliwie głośna, że większość 
par opuściła parkiet. Tom miał ochotę zrobić to samo.

  -   Poczekajmy,   aż   wróci   orkiestra   -   zaproponował,   ale 

Monica już była w swoim żywiole. Jej wyzywający strój, a 
także   wariacki   taniec,   wzbudzały   zainteresowanie   innych 
mężczyzn. Tom poczuł się skrępowany. Upłynęło sporo czasu, 
zanim udało mu się ściągnąć z parkietu szalejącą dziewczynę. 
Miał   wszystkiego   dość   i   chciał   iść   do   domu.   Ruszyli   do 
stolika, przy którym siedzieli Julie z Peterem.

Peter zamówił dla swojej towarzyszki wodę mineralną, a 

dla siebie importowane piwo. Monica rwała się do tańca, co 
wkurzyło Toma, lecz rozbawiło Julie. Wiedziała, że Monica 
nie potrafi normalnie tańczyć i zawsze się wygłupia. Jeśli Tom 
chciał   mieć   nie   wzbudzającą   sensacji   tancerkę,   powinien 
zaprosić   Tanyę.   Gdyby   zapytał,   Julie   chętnie   by   mu 
opowiedziała o zwyczajach Moniki.

Ale niby dlaczego miałby pytać ją o radę?
  -   Kochanie,   pozwól,   że   na   chwilę   cię   opuszczę   - 

powiedział  Peter do Julie. - Usiłuję sprzedać dom tej parze, 
która siedzi tam, pod ścianą. Powinienem się przywitać z tymi 
ludźmi i zamienić z nimi parę słów.

Od kiedy to Julie była „kochaniem" Petera? zżymał się 

Tom.

  - Idę do toalety - oznajmiła Monica i szybko odeszła, 

prowokacyjnie kręcąc biodrami.

Tom został sam z Julie.
 - To ona wyciągnęła mnie z domu - wymamrotał.

background image

 - Czyżby? - spytała Julie głosem słodkim jak miód. - W 

czwartek Tanya mówiła mi, że właśnie wybierają się na narty.

 - Tanya jest bardzo zaziębiona.
 - Więc Monica zadzwoniła do ciebie...
  - W piątek, w środku nocy - ponurym głosem przyznał 

Tom.

 - To znaczy, że mężczyźni mogą umawiać się w ostatniej 

chwili. Nigdy nie zrozumiem tych twoich pokrętnych rad.

 - Powinienem odmówić. - Tom ściągnął brwi.
Julie   ogarnęła   ochota,   żeby   dotknąć   jego   policzka, 

przycisnąć wargi do ust... Zakochała się w Tomie. Nie mogła 
dłużej zwodzić samej siebie.

  -   Nic   mnie   nie   obchodzi   twoje  życie   towarzyskie   - 

skłamała.

  - Lepiej pogadajmy o sprawie znacznie ważniejszej. Jak 

idzie ci z Peterem? Oświadczył się?

 - Nie bądź głuptasem. Przecież ledwie go znam.
  -   Czy   sądzisz,   że   należy   przestrzegać   jakichś   ściśle 

określonych reguł czasowych? - Zobaczywszy karcący wzrok 
Julie, szybko się wycofał: - Przepraszam, żartowałem.

 - Kiedy ten fakt nastąpi, dam ci znać - oświadczyła sucho. 

Po chwili milczenia spytała: - Podobają ci się rozgrywki?

 - Jakie rozgrywki?
  -   W   kosza.   Mecze   Byków.   A   o   jakich   innych 

rozgrywkach mogłabym mówić?

 - Jasne, że o Bykach. Byli górą w zeszłym tygodniu. Grali 

świetnie.

Tom   coraz   bardziej   męczył   się   w   towarzystwie   Julie. 

Zalazła mu za skórę i nie był z tego zadowolony. Im wcześniej 
ta dziewczyna pozna odpowiedniego mężczyznę, tym lepiej.

 - Cieszę się, że w tym sezonie dobrze sobie radzą.
Tom   nadal   czuł   się   nieswojo.   Julie   podniecała   go 

fizycznie,   ale   równocześnie   zdał   sobie   sprawę   z   tego,   że 

background image

bardzo   ją   lubi.   Jeszcze   nigdy   tak   pozytywnie   nie   oceniał 
żadnej   dziewczyny.   U   Julie   podobało   mu   się   dosłownie 
wszystko. Jej serdeczność, poczucie humoru i uczciwość.

 - Czemu się uśmiechasz? - spytała.
 - Nie miałem pojęcia, że to robię.
 - Coś cię jednak rozbawiło.
 - Nie sądzę.
Przecież nie mógł się przyznać, że ją lubi. Popełnił jednak 

błąd, bo spojrzał Julie w oczy i od razu się stracił zimną krew. 
Miał   ochotę   pogładzić   ją   po   policzku,   odgarnąć   kosmyk 
włosów   opadających  na   czoło   i   wdychać   zapach   jej   skóry. 
Miał ochotę przeskoczyć przez stół i porwać Julie w objęcia. Z 
trudem wziął się w garść. Ta dziewczyna powinna tu być z 
nim, a nie z Peterem.

 - Julie...
 - Tom...
Powinien   coś   powiedzieć,   żeby   zlikwidować   powstałe 

napięcie. Julie wyciągnęła rękę i dotknęła zaciśniętej w pięść 
dłoni Toma.

  - Monica prosiła, żebym tu z nią przyszedł. Popełniłem 

błąd.

  -   Coś   wiem   na   temat   błędów.   Nie   są   mi   obce.   Miała 

smutny głos, a Tom pragnął, aby była radosna.

 - Nie rób tego więcej - oświadczył.
 - Czego? - Cofnęła rękę i szybko się odsunęła, tak jakby 

ktoś ją uderzył.

 - Nie staraj się być złą dziewczyną. Żaden facet, który nie 

docenia twoich zalet, na ciebie nie zasługuje.

  -   Nie   umiem   udawać,   że   jestem   kimś   innym.   -   Julie 

roześmiała się dźwięcznie.

 - I dobrze. Jesteś śliczna, słodka...
  -   Przepraszam   za   tak   długą   nieobecność   -   powiedział 

Peter, podchodząc do stolika. - Moi klienci mieli sporo pytań.

background image

 - Nie szkodzi. Zdążyłeś na czas.
Akurat na salę wkroczył słynny zespół, na który wszyscy 

czekali. Pięć blondynek. Zjawiła się też Monica, z kieliszkami 
wina w obu rękach. Peter nalegał, żeby iść na parkiet. Julie 
rzuciła Tomowi błagalne spojrzenie, ale on nie zareagował. 
Został sam przy stoliku, smętnie popijając ciepłe piwo. Patrzył 
na tańczącą, uśmiechniętą Julie i miał wszystkiego dość.

Odnalazł   Monikę   uwijającą   się   wśród   tańczących   i 

zaproponował jej opuszczenie lokalu.

 - Przecież zabawa dopiero się zaczyna - jęknęła.
 - Ja wychodzę. Zrób to samo.
Monica  nie   miała   najmniejszego  zamiaru  rezygnować  z 

zabawy. Nie mógł się z nią szarpać. Była dorosła i umiała 
dbać o samą siebie.

Julie dopadła go, gdy otwierał furgonetkę.
  -   Nie   możesz   zostawiać   Moniki!   -   powiedziała 

rozgniewana.

 - Dlaczego? Odmówiła wyjścia. Wielu innych mężczyzn 

chętnie podwiezie ją do domu. Jeśli tak bardzo martwisz się o 
kumpelkę, to wraz z Peterem sami ją odstawcie.

 - Nie ma mowy! Ty ją tu przywiozłeś, więc ty musisz się 

nią zaopiekować.

Wrócili   na   salę   i   ledwo   udało   im   się   namówić   pijaną 

Monikę na opuszczenie klubu.

 - Sam z nią nie wsiądę do samochodu - oświadczył Tom. 

- Julie, to twoja przyjaciółka, więc się nią zajmij.

  - Dobrze - zgodziła się z niechęcią Julie. - Musiał jej 

zaszkodzić ten syrop na przeziębienie. Pojadę z wami.

Peter postanowił jechać za samochodem  Toma  i zabrać 

Julie   spod   domu   Moniki.   Na   szczęście,   pijana   dziewczyna 
szybko zasnęła w furgonetce.

Julie i Tom jechali w całkowitym milczeniu. Potem wraz z 

Peterem   wytaszczyli   Monikę   z   samochodu   i   odstawili   pod 

background image

same   drzwi.   Ledwie   trzymając   się   na   nogach,   Monica 
powtarzała   uparcie,   że   to   wina   syropu   i   że   zaskarży 
producenta.

Julie wsiadła do wozu Petera, który przez całą drogę od 

czci i wiary odsądzał Monikę. Gdy podjechali pod dom Julie, 
nawet   się   nie   pofatygował,   aby   wysiąść   z   samochodu   i 
odprowadzić ją do drzwi.

Co za okropny wieczór! pomyślała. A Tom to idiota. Czy 

nie widział, że dziewczyny pokroju Moniki dla niego się nie 
nadają? Jeśli zależy mu na tym, aby mieć złą dziewczynę, ona 
sama nią się stanie. Ale tylko i wyłącznie na jego użytek.

Czy kiedykolwiek jednak będzie miała po temu okazję?

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
 - Co w ciebie wstąpiło? - zapytała Tina.
  -   Zapędziłaś   mnie   do   roboty   w   kuchni.   Czy   to   nie 

wystarczy? - warknął Tom, opróżniając lodówkę rodziców z 
resztek jedzenia.

 - Chyba nie chcesz, żeby mama sama sprzątała po swoim 

urodzinowym przyjęciu.

 - Jasne, że nie. Ale dlaczego nie może tego zrobić twoja 

osobista pomoc domowa? - spytał drwiącym tonem.

 - Przez cały tydzień Dan nie mógł się doczekać meczu w 

hokeja, więc teraz go ogląda.

 - A ja to co? - warknął Tom. - Nienawidzę sportu?
  -   Od   dnia  ślubu   nie   miałam   okazji   z   tobą   spokojnie 

pogadać. Widzę, że ci coś doskwiera - stwierdziła Tina.

Tom   nie   zamierzał   rozmawiać   z   siostrą   na   osobiste 

tematy. Znała go zbyt dobrze.

 - Postawiłem na Czerwone Skrzydła. I przegrałem.
 - Zachowujesz się dziwnie. Nie jesteś sobą - mówiła dalej 

zamyślona Tina. - Czy ma to coś wspólnego z Julie Myers?

 - Nie.
Zaprzeczył zbyt ostro i szybko. I to był błąd. Wiedział, że 

Tina go rozgryzła i mu nie popuści.

  -   Dlaczego   prowadza   się   z   Peterem,   skoro   tobie   się 

podoba? W to, że cię odstawiła, nigdy nie uwierzę.

  - Nie mogła puścić mnie kantem, bo nigdy nie byliśmy 

parą. - Tom z całej siły trzasnął drzwiami lodówki.

 - Jeśli ci na niej zależy...
 - Nie zależy! Nie jest w moim typie.
 - W twoim typie? - Tina roześmiała się głośno i ścierką 

pacnęła Toma w ramię. - W twoim typie jest każde stworzenie 
obdarzone biustem.

 - Odkąd wyszłaś za mąż, zrobiłaś się nieznośna.

background image

  -   Nieznośna   byłam   już   przedtem.   Tom,   przez   chwilę 

porozmawiajmy   serio.   Julie   mi   się   podoba.   To   raiła 
dziewczyna.   Może   już   nadszedł   czas,   żebyś   przestał 
romansować z byle kim.

 - Może już nadszedł czas, żebyś się ode mnie odczepiła.
  -   Oj,   ale   jesteś   drażliwy!   I   chyba   w   dość   kiepskim 

nastroju.

 - Słuchaj, Tino...
 - Zazwyczaj mówimy sobie o wszystkim.
 - Nie ma o czym.
 - Doszły mnie słuchy, że Peter polubił Julie, ale nie jest 

do końca przekonany, czy jest naprawdę wyjątkowa.

 - Ten baran nie ma pojęcia, czy coś jest wyjątkowe, czy 

nie.

 - Aha, więc tak się sprawy mają - mruknęła Tina.
Tom nie znosił, gdy siostrze udawało się przejrzeć go na 

wylot.

 - Odchrzań się - mruknął, trzaskając szufladą.
  -   Może   nadszedł   czas,   abyś   wreszcie   wydoroślał   - 

powiedziała bez urazy w głosie.

 - Muszę już iść.
 - Jesteś rozgniewany.
 - Nie.
Nie   był   zły,   lecz   zdegustowany   tym,   że   nie   potrafił 

wyjaśnić   siostrze   swych   uczuć   do   Julie.   Nawet   Tina   nie 
rozumiała tego, że jej brat nie powinien wiązać się z żadną 
dziewczyną. Wiedział, że większość kobiet ma smykałkę do 
swatania.   Zrobią  wszystko,  żeby   zarzucić   sidła   na 
niezależnego, wolnego mężczyznę.

Toma niepokoiła jedna rzecz. Uważał, że Julie powinna 

znaleźć   sobie   kogoś   bardziej   wartościowego   niż   Peter. 
Obiektywnie facet nie był zły, miał dobrą pracę i lubił Julie, 
ale czy był dla niej naprawdę odpowiedni?

background image

Zamiast   wrócić   do   domu,   Tom   powędrował   do 

handlowego centrum i w salonie komputerowych gier szalał 
dopóty,   dopóki   się   nie   zorientował,   że   otaczają   go   same 
dzieciaki. Bolała go uwaga Tiny, że jest jeszcze infantylny, ale 
to przecież Julie do góry nogami przewróciła całe jego życie.

Jeśli  zdecyduje  się  na Petera, to niech go sobie  bierze. 

Trzeba będzie pogodzić się z tym faktem. W ciągu ostatnich 
kilku tygodni miała też inne randki, ale nic z nich nie wyszło. 
Może należało się przekonać, jak bardzo zależy jej na Peterze, 
i, jeśli  trzeba, pchnąć  naprzód ich sprawę?  On sam  odżyje 
dopiero wtedy, kiedy będzie miał Julie definitywnie z głowy. 
Ciągle   o   niej   myślał,   mimo   że   był   facetem   z   natury 
poligamicznym.

Peter! Mógłby znienawidzić tego palanta, ale zazdrość nie 

była cechą jego natury. Nie dopuści do siebie myśli o tym, że 
ten   obleśny   fagas   obściskuje   Julie.   Jeśli   on   sam   chce 
zachować dotychczasowy styl życia, musi na dobre połączyć 
Julie z Peterem. Wtedy straci pretekst do odwiedzania jej i 
wreszcie będzie miał święty spokój.

Nagle zorientował się, że nogi niosą go w stronę domu 

Julie. Do licha, dlaczego?

Skręcił w prawo i zwolnił kroku. W tej chwili przyszła mu 

do głowy zupełnie nowa myśl. Może cały problem polegał na 
dawanych przez niego wskazówkach? Peter pragnął ożenić się 
z miłą dziewczyną, a Julie robiła wszystko, by - zgodnie z 
naukami Toma - udawać kobietę złą? Było możliwe, a nawet 
dość prawdopodobne, że jego światłe rady były do niczego!

Okazał   się   człowiekiem   gorszym   niż   sam   doktor 

Frankenstein. Śliczną, słodką istotę usiłował przekształcić w 
próżną, bezwartościową dziewczynę. Nic dziwnego, że Peter 
zaczynał mieć wątpliwości co do Julie.

background image

Tom westchnął głęboko. Poczuł spoczywający na barkach 

ogromny   ciężar   odpowiedzialności.   Wiedział,   co   należy 
uczynić.

Usłyszawszy dzwonek domofonu, Julie łudziła się, że w 

słuchawce odezwie się matka, babka z Peorii lub nawet jakiś 
telefoniczny sprzedawca. W każdym razie ktoś, kto nie wie o 
istnieniu Toma Brunswicka. Była w nim zakochana po uszy, 
mimo   że   wiedziała,   iż   jest   to   całkowicie   bezsensowne.   He 
czasu   zajmie   wybijanie   go   sobie   z   głowy?   Z   niechęcią 
odniosła słuchawkę.

  -   Julie,   tu   mówi   Tom.   Czy   mogę   wpaść,   żeby   z   tobą 

pogadać?

 - Pytasz, czy możesz przyjść?
Była zdumiona, gdyż Tom zjawiał się zawsze wtedy, gdy 

przychodziła   mu   na   to   ochota,   i   psuł   jej   cały   dzień, 
przypominając,   że   nie   jest   do   zdobycia.   Julie   pragnęła 
przebywać razem z nim, ale ciągnięcie wątpliwej zabawy w 
uczennicę i nauczyciela stawało się coraz boleśniejsze.

 - Sądzę, że powinnaś zmienić podejście - oznajmił.
 - Jakie podejście?
 - To sprawa dość skomplikowana. Wolałbym wyjaśnić ją 

osobiście, a nie przez domofon.

Julie czuła, jak wali jej serce. Nie chciała widzieć Toma w 

swym   małym   mieszkaniu.   Coraz   bardziej   ją   tu   przytłaczał. 
Wydawało   się,   że   zużywa   cały   tlen   znajdujący   się   w 
powietrzu. No i zawsze groziło, że...

  -   Nie   wchodź   na   górę   -   odparła   słabym   głosem.   - 

Spotkamy się w barku przy Hoovera. Wiesz, gdzie to jest?

 - Tak. Za dwadzieścia minut?
 - Dobrze.
Barek   był   prawie   pusty.   W   niedzielę   zamykano   go 

wcześniej niż zwykle. Tom siedział już przy małym stoliku 

background image

pod oknem i w zamyśleniu drobił palcami cynamonową bułkę 
z rodzynkami. Nie wziął jej nawet do ust.

Na widok Julie podniósł się z miejsca. Wysunął krzesło, 

gdy podeszła do stolika.

 - Czy mogę coś dla ciebie zamówić?
Zobaczyła, że nawet nie tknął stojącej przed nim kawy.
 - Nie, dziękuję.
Minę miał  niewyraźną. Julie wydawało się, że w myśli 

dobiera słowa.

 - Nic nie układa się dobrze - oznajmił nagle, tak mocno 

zaciskając palce na bułce, że, rozkruszona, wypadła mu z ręki.

 - Tom, nie musisz...
 - Muszę.
Jak ma to wytłumaczyć tej dziewczynie? Mógł powiedzieć 

prosto z mostu: „Julie, dawałem ci kretyńskie rady", albo też 
bardziej   oględnie:   „Julie,   są   różne   sposoby   podrywania 
facetów".

 - O co ci właściwie chodzi?
  - Pomyślałem sobie, że... - zamilkł. Cały kłopot polegał 

na   tym,   że   kiedy   Julie   tak   siedziała   naprzeciw   niego,   z 
zaróżowionymi   policzkami   i   rozchylonymi   wargami, 
wyglądała jak z obrazka. Na swój sposób była fantastyczną 
dziewczyną, a on okazał się aroganckim głupcem, który chciał 
ją zmienić. - Pomyślałem sobie, że moglibyśmy oboje razem 
wybrać się na randkę.

Zaskoczył siebie bardziej niż Julie, ale jego słowa miały 

sens. Będą udawali, że umówili się na randkę w ciemno, i on 
przekona   Julie,  że   jest   znacznie   bardziej   pociągająca   niż 
jakakolwiek inna dziewczyna.

Milczała.
Tom usiłował wytłumaczyć, o co mu chodzi.
  - Będę się zachowywał tak, jakbym spotkał cię po raz 

pierwszy. A ty będziesz zachowywała się zupełnie naturalnie i 

background image

pozwolisz sobie na całkowitą bezpośredniość. W ten sposób 
przekonamy się, gdzie tkwi błąd.

 - Mam być całkowicie bezpośrednia? - zdziwiła się Julie. 

- Nie rozumiem, co chcesz osiągnąć.

Nie wiedziała, co powiedzieć. Mężczyźni wprawdzie nie 

padali jak muchy u jej stóp, ale nie narzekała na obecne życie. 
Jedyny szkopuł polegał na tym, że była zakochana. Czy Tom 
nadal chciał ją koniecznie przekształcić w femme fatale? I, co 
ważniejsze, dlaczego?

  -   Zaufaj   mi   -   powiedział   z   ciepłym,   rozbrajającym 

uśmiechem, od którego serce Julie topniało jak wosk.

Zdrowy   rozsądek   ostrzegał,   żeby   nie   zgadzała   się   na 

dziwaczną propozycję Toma. Więcej rozczarowań nie było jej 
do szczęścia potrzebnych, ale niezbędny był jej Tom. Powinna 
brać to, co daje los.

 - Zgoda.
Uśmiechała się. Kiedy swego czasu prosiła Toma o pomoc 

i radę, święcie wierzyła, że on sam nie będzie dla niej znaczył 
nic. Awersja Toma do małżeństwa powinna z góry uodpornić 
ją na urok tego człowieka.

A   ona   zakochała   się   w   nim   nieprzytomnie,   ale   nie 

wiedziała,   jak   mu   powiedzieć,   że   przestała   się   interesować 
innymi   mężczyznami.   Pragnęła   być   z   Tomem,   jeśli   nawet 
miałoby oznaczać to życie z dnia na dzień i brak nadziei na 
trwały związek.

 - Jutro? - zaproponował.
  -   W   poniedziałek?   -   zdziwiła   się,   lecz   zaraz   potem 

wyjaśniła: - Jasne, przecież to nie będzie normalna randka. 
Dobrze, ten termin mi odpowiada.

 - Mogę przyjechać po ciebie o ósmej?
 - Przyjedź.
  - Bądź tylko i wyłącznie sobą - dorzucił, podnosząc się 

zza stolika.

background image

Julie była całkowicie zdezorientowana. Nie pojmowała, o 

co   tym   razem   chodzi   Tomowi.   Przecież   przez   cały   czas 
mówił, że powinna zachowywać się zupełnie inaczej. Czyżby 
jutrzejsze spotkanie miało być ostatecznym sprawdzianem u 
pana profesora? Jeśli tak, to Julie była przekonana, że egzamin 
obleje.

Przez cały następny dzień funkcjonowała jak w transie. 

Nie   mogła   się   skupić   na   żadnej   pracy.   Poniedziałki   miała 
zawsze   ściśle   zaplanowane.   Były   to   dni   przeznaczone   na 
chodzenie do pralni, płacenie rachunków i sprzątanie łazienki. 
W poniedziałki z reguły nikt nie umawiał się na randki, co 
utwierdziło Julie w przeświadczeniu, że ma to być pożegnalny 
wieczór.

Zanim   Tom   nacisnął   guzik   domofonu   i   znalazł   się   na 

górze, powzięła niezłomne postanowienie zademonstrowania 
mu   wszystkiego,   czego   nauczył   ją   w   ciągu   ostatniego 
miesiąca. I w żaden sposób nie da po sobie poznać, że się w 
nim zakochała.

Zaczynała się gra.
 - Cześć. Jestem Tom.
  - A ja Julie. Jesteśmy umówieni na randkę w ciemno - 

odparła, naśladując narzucony przez Toma ton.

 - Wyglądasz świetnie.
 - Dziękuję. Ty też.
Jeszcze nigdy nie wyglądał tak atrakcyjnie. Miał na sobie 

sportową,   brązową   marynarkę   w   jodełkę,   ciemnobrązowe 
spodnie   i   dobraną   kolorystycznie   elegancką   koszulę. 
Przystrzygł włosy i roztaczał wokół siebie nikły zapach dobrej 
wody po niedawnym goleniu.

 - Pozwól, że coś zrobię - oznajmiła Julie. Grając rolę złej 

dziewczyny, udała, że poprawia Tomowi kołnierzyk u koszuli, 
równocześnie   przesuwając   palcami   po   jego   podbródku.   - 
Teraz wyglądasz doskonale.

background image

Wręczyła Tomowi swój płaszcz i odwróciła się do niego 

plecami,   aby   pomógł   go   jej   nałożyć.   Idąc   po   schodach, 
wsunęła mu rękę pod ramię.

Jazda zajęła im mniej niż dwadzieścia minut. Zatrzymali 

się przed restauracją serwującą steki. Mało romantyczną, ale 
nie zatłoczoną w poniedziałkowy wieczór.

 - Podają tu soczyste mięso i sporo innych dobrych potraw 

- oznajmił Tom.

  -   Jesteś   amatorem   steków?   -   spytała   Julie, 

przypomniawszy sobie, że udają z Tomem, iż są na pierwszej 
randce.

 - Tak.
Julie   usiłowała   prowadzić   swobodną   konwersację, 

podczas   gdy   Tom   z   uwagą   studiował   kartę   potraw.   Żeby 
wreszcie zwrócił na nią uwagę, zdesperowana, otarła stopą o 
jego łydkę. Jeśli to nie pomoże...

Nie pomogło.
Zdjęła pod stołem pantofel i palcami nóg zaczęła suwać po 

łydce Toma. Podniósł wzrok.

  -   Idzie   nasz   kelner   -   oświadczył   obojętnym   tonem. 

Pozwoliła, żeby wybrał dla niej potrawy. Odetchnęła z ulgą, 
gdy zamiast ogromnego steku zamówił eskalopki. Poprosiła o 
manhattan, mimo że go nie lubiła, ale uznała, że sama nazwa 
tego koktajlu brzmi efektownie.

Na   sali   było   niewiele   osób.   Mieli   więc   dla   siebie   cały 

przyciemniony kąt sali. Julie nadal była bez pantofla. Zdjęła 
drugi. Jej stopy błądziły pod stołem w różne strony. Wreszcie 
zdobyła się na odwagę. Uniosła jedną nogę i czubkiem stopy 
wycelowała w newralgiczną część ciała Toma.

To   mało   powiedziane,   że   go   zaszokowała.   W   geście 

samoobrony   szybko   odepchnął   stopę   Julie,   ale   i   tak   na 
kolanach musiał położyć serwetkę.

 - Zjedz sałatkę.

background image

Była   to   chyba   najgłupsza   rzecz,   jaką   kiedykolwiek 

zdarzyło mu się powiedzieć. Obwiniał samego siebie. Sprawił, 
że   Julie   zachowywała   się   prowokująco,   w   sposób   niemal 
wyuzdany.   Bezwstydnie   dawała   mu   znać,   że   ma   na   niego 
ochotę. Wstydził się spojrzeć jej w oczy.

 - Wystarczy tego dobrego - mruknął pod nosem.
  - Czy zasłużyłam na piątkę, panie profesorze? - spytała 

Julie   z   filuterną   miną,   ale   nie   do   końca   potrafiła   ukryć 
skrępowanie.

 - Julie, to było nieładne.
Jakim   prawem   ją   karcił?   zastanawiał   się   Tom, 

zdegustowany swoim postępowaniem.

 - Przepraszam - powiedziała z pełną skruchy miną.
  -   To   moja   wina   -   przyznał   Tom.   -   Wszystko,   co 

wygadywałem   o   złych   dziewczynach,   jest   do   chrzanu.   Nic 
niewarte. Zapomnij o tym. Nie powinnaś się zmieniać. Jesteś 
idealna.

 - Nie rozumiem.
Julie   wyglądała   na   przerażoną.   Tom   czuł   się   jeszcze 

gorzej, niż gdyby ją uderzył.

 - Rozumiesz, rozumiesz. Jesteś dobrą, słodką dziewczyną, 

a   ja   usiłowałem   zrobić   z   ciebie   wampa   w   stylu   Moniki. 
Zapomnij o moich poprzednich słowach.

 - Ale twoje rady chyba były dobre. Podziałały.
Tom   zapragnął   scałować   niepokój   i   konsternację,   które 

ukazały się na twarzy Julie, lecz wszystko, co teraz by uczynił, 
jeszcze bardziej pogorszyłoby sprawę.

  -   Mimo   stosowania   się   do   moich   rad,   spodobałaś   się 

Peterowi, chociaż  miał  podobno jakieś drobne  zastrzeżenia. 
Julie,   zabierz   swój   karnet   z   jeszcze   nie   wykorzystanymi 
biletami.   Weź   sobie   Petera   lub   kogo   tylko   chcesz.   Nie 
potrzebujesz   żadnych   moich   rad.   Twój   Brad   był   kretynem. 
Nie docenił cię. Jesteś wspaniałą dziewczyną.

background image

Julie z wrażenia aż otworzyła usta. Widziała, że Tom jest 

zły. Nie na nią, lecz na siebie.

  -   Zaprosiłem   cię   tu   dlatego,   żeby   to   wszystko   ci 

powiedzieć - oznajmił ponurym głosem.

Julie poruszyła się nerwowo na krześle.
 - Odechciało mi się jeść. Przepraszam cię, zwłaszcza za... 

Wiesz...

 - Tę partię rozegrałaś jak należy. - Uśmiechnął się słabo.
  -   Ale   mnie   poraziłaś.   Nie   jestem   jeszcze   gotowy   do 

wyjścia...

  -   Zostanę,   pod   warunkiem   że   zatrzymasz   sobie   resztę 

biletów. Nie jesteś moim dłużnikiem.

 - Dzięki. - Miał na myśli nie bilety na mecze koszykówki, 

lecz   wspaniałomyślność   Julie.   -   Chcę   prosić   cię,   żebyśmy 
pozostali przyjaciółmi.

Tom wiedział, że składanie takiej propozycji to dla niego 

samobójstwo. Ale nie potrafił wykluczyć Julie ze swego życia. 
Przynajmniej   dopóty,   dopóki   ta   wspaniała   dziewczyna   nie 
znajdzie sobie stałego partnera. Musiał się o niego postarać. 
Był to obowiązek do spełnienia.

O   dziwo,   reszta   wieczoru   minęła   przyjemnie, 

przynajmniej dla Toma. Rozmawiali o sobie, a nie o randkach 
i   metodach   podrywania.   Tom   opowiedział,   w   jaki   sposób 
udało mu się otworzyć sklep z meblami. Julie przyznała się, że 
za pieniądze, które w spadku zostawił jej dziadek, chce kupić 
małą kwiaciarnię, ale dopiero wówczas, gdy zdobędzie więcej 
doświadczenia. Oboje okazali się amatorami zespołowych gier 
i   ludowych   festiwali.   Tom   bardzo   polubił   Julie.   I   to   go 
przerażało.

Dochodziła północ, kiedy podprowadzał ją pod dom.
 - Mogę wejść na górę? - zapytał w holu.
 - To wykluczone po pierwszej randce.

background image

Kpiła   sobie   z   niego.   Działało   to   znacznie   bardziej 

podniecająco niż pieszczoty pod stołem.

 - Tylko na chwilę - prosił.
 - Nie. Raczej nie. - Zaczynała się wahać.
  -   Mogę   pocałować   cię   na   dobranoc?   Chyba   diabeł   go 

podkusił, żeby o to zapytać.

 - W policzek. O, tu. - Julie pokazała mu miejsce z dala od 

ust.

Igrała z ogniem i mogła się sparzyć. Tom zdawał sobie z 

tego   sprawę,   ale   ta   dziewczyna   doprowadzała   go   do 
szaleństwa. Chciał się z nią kochać.

Lekko pocałował Julie w kącik ust. A gdy objęła go za 

szyję, wsunął język między rozchylone wargi.

Nie   był   to   pocałunek   typowy   dla   pierwszej   randki.   W 

małym holu nagle zrobiło się duszno i gorąco.

  - Chodź do mnie, ale tylko na chwilę - szepnęła Julie. 

Tom dyszał z podniecenia. Wiedział, czym to się skończy.

 - Nie mogę - oświadczył.
Odsunął się od Julie. Wyglądała na zdruzgotaną, ale zaraz 

potem podziękowała mu za kolację, ale tego już nie słyszał, 
gdyż jak szalony wypadł przed dom.

Musiał przestać widywać tę dziewczynę. Mógł zrobić z 

nią, co zechciał, ale do przelotnego flirtu się nie nadawała. A 
może wystarczy, gdy prześpi się z nią tylko raz?

 - Nie oszukuj się, stary - mruknął do siebie pod nosem.
Za bardzo zalazła mu za skórę. Chciał mieć ją w łóżku i 

poza łóżkiem, ale nie na jej warunkach.

Nie   było   innego   wyjścia.   Trzeba   było   zakończyć   całą 

sprawę. Jutro pożegna się z Julie na zawsze.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
Jak mógł całować ją tak szaleńczo i namiętnie, a potem 

zniknąć i nawet się nie odezwać?

Julie z trudem przetrwała wtorek. Myliła się, licząc róże i 

kłuła sobie palce. Żyła w ciągłym napięciu. Za każdym razem, 
gdy otwierały się drzwi kwiaciarni, miała nadzieję ujrzeć w 
nich Toma.

Po pracy pognała wprost do domu, nie wstępując nawet do 

pralni.

A  może   powinna  do  Toma   zadzwonić?   Ostatnio  radził, 

żeby była sobą i zachowywała się normalnie, ale prawdziwa, 
nieśmiała   Julie   Myers   nie   miała   odwagi   oświadczyć 
mężczyźnie, że jest w nim szaleńczo zakochana. Ale jeśli Tom 
tego   nie   usłyszy,   to   jak   się   o   tym   dowie?   Był   nadal 
przekonany,  że   ma   do   czynienia   z   dziewczyną  polującą   na 
męża, a on jak ognia bał się jakichkolwiek zobowiązań.

Już od drzwi dostrzegła mrugającą lampkę automatycznej 

sekretarki. Julie tak bardzo pragnęła, żeby to dzwonił Tom, ale 
bała   się   rozczarować.   W   końcu   zdecydowała   się   nacisnąć 
odpowiedni guzik, żeby odtworzyć nagraną rozmowę.

Z taśmy odezwał się głos Toma.
 - Wczoraj byłaś rewelacyjna - oznajmił. - Uznaj naukę za 

zakończoną. Życzę ci wiele szczęścia z Peterem czy z jakimś 
innym facetem. Może jeszcze kiedyś się odezwę.

Jak mógł zrobić coś takiego! Julie była wstrząśnięta do 

głębi.

Ostatniego wieczoru pragnął się z nią kochać. Wiedział, że 

ona nie ma nic przeciwko temu. Ale pewnie chciał okazać się 
człowiekiem szlachetnym. Playboyem z zasadami, który nie 
uwodzi dziewczyny zbyt poważnie traktującej seks. A teraz 
było już zbyt późno, by oznajmić Tomowi, że przestała mieć 
fioła na punkcie małżeństwa.

background image

Z   oczu   Julie   popłynęły   łzy.   Przełykając   je,   przyrzekła 

sobie jedno. Jeśli jeszcze kiedyś los da jej szansę, doświadczy 
wszystkiego,   czego   może   doznać   kobieta.   Tom   okazał   się 
drugim mężczyzną, przez którego przeżyła rozczarowanie. Za 
pierwszym razem była narażona na szwank tylko jej duma, 
teraz ucierpiało serce.

Julie ogarnął nagły gniew.
  - Ten głupek nie potrafi odróżnić wybuchu wulkanu od 

strugi   błota!   -   warknęła,   z   minuty   na   minutę   popadając   w 
coraz większy gniew. Tom odrzucił coś, co dla nich obojga 
mogło być wspaniałym romansem. Julie wiedziała, że nigdy 
nie potrafi stać się złą dziewczyną, ale była przekonana, że 
mogłaby okazać się bardzo, ale to bardzo dobrą kochanką.

W czwartek zadzwonił Peter i oznajmił, że wyjeżdża na 

seminarium  do Milwaukee, więc w najbliższy weekend ich 
spotkanie   jest   nieaktualne.   Jego   słowa   Julie   przyjęła   dość 
obojętnie. Od chwili gdy Tom zniknął z jej życia, czuła się jak 
odrętwiała.

 - Była to zła wiadomość - mówił dalej Peter. - Teraz kolej 

na dobrą. Zostałem uznany za najlepszego ajenta ostatniego 
kwartału i w nagrodę firma funduje mi weekend w Las Vegas.

 - To świetnie, Peter. Moje gratulacje.
 - Jest to wyjazd opłacony dla dwóch osób. Pojedziesz ze 

mną?

 - Sama nie wiem...
  -   Zobaczymy   kasyna,   no   i   prawdziwy   wielki  świat. 

Będzie wspaniale.

 - Nie jestem...
  - Proszę, nie odmawiaj. Wyjazd nie pociągnie za sobą 

żadnych konsekwencji. To ci obiecuję. Jeśli chcesz, możemy 
zamieszkać w dwóch osobnych pokojach.

Po skończonej rozmowie Julie musiała przyznać, że Peter 

potrafi   znakomicie   przekonywać   ludzi.   Nie   dała   mu 

background image

wprawdzie   pozytywnej   odpowiedzi,   ale   obiecała,   że   się 
zastanowi. Do licha, nad czym tu się zastanawiać? Przecież 
lubiła   tego   chłopaka.   Wyjazd   z   nim   do   Las   Vegas   byłby 
wielką frajdą. To nie wina Petera, że nie jest Tomem.

Wielka marcowa  wyprzedaż mebli  u Toma  wypadła na 

tyle   dobrze,   że   mógł   zatrudnić   dodatkowego   sezonowego 
pracownika. Przez cały tydzień sklep był otwarty do późnych 
godzin   wieczornych.   Sam   szef   pracował   jak   wariat.   Po 
czternastogodzinnym dniu pracy wracał do domu i skonany 
padał   na   łóżko.   Było  to   lepsze   niż   obijanie   się   po   domu   i 
ciągłe myślenie o Julie.

Podczas ostatnich trzech tygodni wielokrotnie zdarzało mu 

się   podnosić   słuchawkę   z   zamiarem   zadzwonienia   do   tej 
dziewczyny.   Ale   co   mógł   jej   powiedzieć?   Zrobił   to,   co 
należało, ale że w tchórzliwy sposób, bo nie osobiście, lecz za 
pośrednictwem automatycznej sekretarki, to już całkiem inna 
sprawa.

Jak ognia unikał Dana. Nie chciał wysłuchiwać opowiadań 

o Peterze i Julie i o tym, jak bardzo się do siebie zbliżyli.

Akurat znajdował się sam we frontowej części sklepu, gdy 

w   drzwiach   ukazała   się   Tina.   Zawsze   była   niezwykle 
atrakcyjną   dziewczyną,   ale   Tom   musiał   przyznać,   że 
małżeństwo sprawiło, iż stała się jeszcze ładniejsza. Z jej oczu 
bił blask.

 - Cześć, skarbie - podchodząc bliżej, przywitał siostrę. - 

Świetnie   wyglądasz.   W   dolnych   partiach   ciała   jesteś   nadal 
trochę przyciężka, ale niektórzy faceci to lubią.

 - Tom, jeśli jeszcze raz...
 - Tylko żartowałem. Co cię tu sprowadza? Mamy już nie 

ma. Pracuje do drugiej.

 - Przyszłam do ciebie.
 - Brzmi groźnie.

background image

  - Zamierzam przemówić ci do rozumu, odkąd stałeś się 

odludkiem.

 - To, co robię, nazywa się ciężką pracą.
  - Nie jesteś pracoholikiem. Zawsze znajdowałeś czas na 

rozrywki.

Nie   było   sensu   dyskutować   z   siostrą.   Zbyt   dobrze   go 

znała.

 - W sobotę wraz z Danem organizujemy przyjęcie. Jesteś 

zaproszony.

 - Będzie to duża feta?
  - Taka, na jaką pozwolą nasze warunki mieszkaniowe. 

Sporo   z   moich   znajomych   z   Chicago   będzie   miało   akurat 
wolny weekend.

 - Chyba nie mówisz o...
 - O Brendzie? Nie. Nie przypadłeś jej specjalnie do gustu.
 - A czy przyjdzie Julie?
 - Ja jej nie zapraszałam. Możemy liczyć na ciebie?
 - Jasne. - Tom musiał zacząć żyć jak normalny człowiek, 

a przyjęcie u Tiny było doskonałą po temu okazją. - Przyniosę 
piwo i chipsy.

 - Bądź o ósmej. Dan się ucieszy, kiedy cię zobaczy.
 - Czy lew w klatce jeszcze pamięta słodkie dni wolności?
  -   Pewnego   dnia   sam   wpadniesz   w   pułapkę   i 

przytrzaśniesz sobie ogon.

Tina odwróciła się i opuściła sklep.
Tom   był   wściekły,   że,   jak   zawsze,   do   niej   należało 

ostatnie słowo.

Mieszkanie Tiny i Dana było obszerne i znajdowało się na 

parterze. Kiedy Tom zjawił się tam parę minut po dziewiątej, 
było już w nim pełno gości. Dwie torby z piwem i chipsami 
zostawił w kuchni, w sypialni zrzucił kurtkę na stos innych 
okryć i wmieszał się w hałaśliwy dum.

background image

Dziewczyn   było   do   wyboru,   do   koloru.   Blondynki, 

brunetki i rudowłose. Większość zgromadzonych osób chyba 
nie  tworzyła par. Tom  postanowił  poszaleć. Całkiem  fajnie 
było znów wracać do świata żywych.

Upatrzył sobie rudowłosą dziewczynę w minispódniczce i 

obcisłym sweterku. Torując sobie drogę w jej stronę, nagle 
ujrzał   Julie.   Stała   obok   Petera,   który   gestem   posiadacza 
obejmował ją za ramiona.

Tom błyskawicznie skręcił w bok, unikając konieczności 

przywitania   się,   i   ze   złością   ruszył   na   poszukiwanie   Tiny. 
Zastał ją w kuchni. Wyjmowała z lodówki tacę z kanapkami.

  - Co ona tu robi? Mówiłaś, że jej nie zapraszałaś, więc 

skąd się wzięła? - z oburzeniem naskoczył na siostrę.

 - Kto?
 - Świetnie wiesz, że chodzi mi o Julie!
 - Ja jej nie zapraszałam. Widocznie Peter, jako gość Dana, 

przyprowadził ją z sobą. Być może jeszcze nie wiesz, że Julie 
i Peter są uważani za parę.

 - Świetnie. Bardzo się cieszę. Tego właśnie chciała.
  - Sama nie wiem. - Tina zdjęła z kanapek arkusz folii i 

wręczyła Tomowi tacę. - Zanieś, proszę,

 - Co to znaczy, że sama nie wiesz?
  - Kiedy się im przyglądam, wydaje mi się, że są sobie 

dość   obojętni.   Zastanawiam   się,   czy   Julie   nie   jest 
zainteresowana innym mężczyzną.

  -   Pewnie   wciąż   myśli   o   niedoszłym   mężu,   który 

czmychnął sprzed ołtarza.

 - Nie sądzę. O nim zdążyła zapomnieć.
 - To mówi ci babska intuicja? - zakpił Tom.
 - Poczekaj, a sam się przekonasz.
Tom   wrócił   do   gości,   zajął   się   rozmową   z   rudowłosą 

dziewczyną i unikał Julie.

background image

Niestety, donośny głos Tiny, który z kokpitu był w stanie 

dotrzeć   do   pasażerów   na   końcu   ogona   boeinga   747,   dotarł 
teraz do Toma, gdy zwracała się do Carlyle'a:

  -   Peter,   bądź   tak   dobry   i   pomóż   mi.   Podskocz   do 

minimarketu i przywieź trochę lodu. - Powiedziała to tonem 
wyćwiczonym   na   pasażerach,   którzy   byli   przekonani,   że 
ograniczenie   wypijanych   drinków   do   dwóch   dotyczy 
wyłącznie pilota.

  - Zostań, proszę. Wrócę za parę minut. Nie ma sensu, 

żebyś przerywała sobie zabawę - odezwał się Peter do Julie, 
która wspaniałomyślnie ofiarowała się jechać razem z nim.

Kiedy po raz pierwszy dziś ujrzała Toma, serce podeszło 

jej do gardła. Niepotrzebnie uległa namowom Petera i przyszła 
na to przyjęcie, ale uznała, że nie może bez przerwy żyć pod 
dyktando Toma. Nigdy więcej.

Została   sama.   Zaczęła   rozglądać   się   nerwowo   w 

poszukiwaniu jakiejś znajomej twarzy.

Sprawy weekendu w Las Vegas jeszcze nie rozstrzygnęła. 

Nie musiała się spieszyć. Bilety i rezerwacje były ważne przez 
trzy   miesiące.   Dobra   dziewczyna   odmówiłaby   wyjazdu   z 
Peterem, a zła - oczywiście pojechałaby z nim. Julie miała 
zamęt w głowie. Sama nie wiedziała, jaka właściwie jest.

Wszystkiemu był winien Tom.
Jak   daleko   Tina   wysłała   Petera?   Jeśli   nawet   ten 

minimarket znajdował się na drugim końcu miasta, to i tak 
trzeba było działać szybko.

Energicznym krokiem Julie podeszła do Toma i przerwała 

mu konwersację z długonogą blondynką.

 - Czy możemy chwilę porozmawiać? - spytała.
 - Jasne. Przepraszam, Candy.
 - Mandy - sprostowała towarzyszka Toma, równocześnie 

rozglądając się po sali za innym mężczyzną.

Tom zatrzymał wzrok na Julie.

background image

 - Ładnie wyglądasz - oświadczył.
Miała na sobie czerwoną sukienkę, ale tym razem nie po 

to, aby dodać sobie animuszu.

 - Możemy porozmawiać w cztery oczy?
 - To będzie trudne. Zobaczmy, czy ktoś jest w sypialni. - 

Kiedy   Julie   zawahała   się,   dorzucił   z   nikłym   uśmiechem:   - 
Kiedy byłem tam po raz ostatni, góra wierzchnich okryć na 
łóżku niemal sięgała sufitu.

Tak było rzeczywiście. Julie milczała.
 - O co chodzi? - zapytał Tom, zamykając drzwi.
 - Chciałam podziękować ci za pomoc.
 - Całkiem niepotrzebnie.
 - Mam nadzieję, że skorzystałeś z biletów.
 - Tak. Obejrzałem dobre mecze.
  - Mam prośbę. Czy mógłbyś na koniec dać mi jeszcze 

jedną radę?

 - Jaką?
  -   Peter   zaprosił   mnie   na   weekend   do   Las   Vegas.   Co 

powinnam zrobić?

 - To, co chcesz.
  -   Kiedy   ja   sama   nie   wiem.   Czy   w   takich   sprawach 

obowiązuje   jakaś   ogólna   zasada?   Poradź,   proszę,   jak   mam 
postąpić.

 - Przykro mi, ale limit moich rad już się wyczerpał.
 - Aha.
Julie przegrała tę rundę, mimo to jednak postanowiła się 

nie   poddawać.  Spojrzała   na   Toma.   Zobaczyła,  że  unika  jej 
wzroku.

Na chwilę w pokoju zapanowała krępująca cisza.
Przerwała ją Julie.
 - Mówi się trudno. W każdym razie dziękuję.
Wspięła się na palce i z całą mocą pocałowała Toma. Nie 

odrywając   warg   od   jego   ust,   zamknęła   oczy.  Myślała,  że 

background image

zemdleje   z   wrażenia.   Szybko   jednak   wzięła   się   w   garść, 
wywinęła i pędem ruszyła w stronę drzwi. Kiedy chwyciła za 
klamkę, dobiegł ją głos Toma:

  - Sądzę, że powinnaś jechać do Las Vegas - oznajmił 

szorstkim, twardym głosem. Nie próbował jej zatrzymać.

Julie wypadła z sypialni i po chwili niemal zderzyła się z 

Peterem, który zdążył wrócić z wyprawy po lód i szukał jej 
wśród gości.

  - Postanowiłam jechać do Las Vegas - oświadczyła bez 

żadnych wstępów. - Czy najbliższy weekend ci odpowiada?

Uszczęśliwiony Peter objął ją czule.
A więc przypieczętowała swój los.
Odruchowo rzuciła okiem przez ramię. I tuż za plecami 

ujrzała Toma. Słyszał wszystko.

Gdyby jego spojrzenie mogło zabijać...
Julie ogarnął potworny ból. Zachwiała się na nogach, tak 

że Peter musiał ją podtrzymać.

Tom bez słowa przeszedł obok nich. Tego wieczoru Julie 

już go nie widziała, ale ani na sekundę nie potrafiła przestać o 
nim myśleć.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY
Późnym  niedzielnym  wieczorem  Julie   wróciła   do domu 

zmęczona. Żałowała, że dała się namówić Karen na weekend 
w   Wisconsin,   który   miał   jej   zrekompensować   utratę   innej 
przyjemności. W marcu Milwaukee nawet nie umywało się do 
słonecznego Las Vegas, zwłaszcza że przez prawie cały czas 
padał deszcz, deszcz ze śniegiem i śnieg.

Zwiedziły muzeum sztuki, w miejscowym kinie obejrzały 

film i w przerwach między domowymi obiadami ciotki Karen 
setki   razy   grały   z   nią   w   scrabble.   Najgorsze   jednak   ze 
wszystkiego   było   udawanie   przez   Julie,   że   jest   w   dobrym 
humorze.

Na parę dni przed zamierzonym wypadem do Las Vegas 

spakowała  rzeczy, ale  nie  potrafiła  zmusić  się do wyjazdu. 
Pewnie było głupotą rujnować sobie przyjacielskie stosunki z 
przemiłym, poważnie myślącym chłopakiem, i to z powodu 
nicponia, jakim był Tom. Julie wreszcie pojęła, że przed nimi 
nie ma żadnej przyszłości. Niestety, zakochała się i zwodzenie 
Petera byłoby nieuczciwe. Wiedziała, że nigdy nie obdarzy go 
miłością. By! przyzwoitym człowiekiem, nie zasługiwał na złe 
traktowanie.   Tylko   dziewczyny   z   gatunku   złych 
zdecydowałyby się jechać z nim do Las Vegas. Ona sama do 
nich nie należała.

Odmowę Julie Peter przyjął lepiej, niż się spodziewała. 

Może nawet był jej wdzięczny, że zaproponowała rozstanie 
przed oficjalnymi zaręczynami. Pewnie nie chciał po raz piąty 
czytać  ogłoszenia w rubryce towarzyskiej o swej kolejnej i 
niedoszłej próbie ożenku.

Być może uda się Julie spotkać na swej drodze innego 

przyzwoitego   człowieka,   najpierw   jednak   będzie   musiała 
wyleczyć się z uczucia, jakie żywiła do Toma. Nie potrafiłaby 
grać   na   dwa   fronty.   Spotykać   się   z   jednym   mężczyzną,   a 

background image

kochać w innym. Na razie jednak nic nie wskazywało na to, że 
kiedykolwiek wybije sobie z głowy Toma Brunswicka.

Zdążyła powiesić płaszcz w szafie i zdjąć pantofle, zanim 

zauważyła   mrugającą   lampkę   automatycznej   sekretarki.   W 
okienku obok godziny widniała liczba cztery. Tyle czekało na 
nią zarejestrowanych rozmów.

Julie miała ochotę wyciągnąć wtyczkę z gniazdka i iść do 

łóżka,   nie   wysłuchawszy   żadnej   wiadomości,   ale   zawsze 
obawiała się, czy jej rodzicom nie przydarzyło się coś złego. Z 
niechęcią   uruchomiła   magnetofon   w   automatycznej 
sekretarce.

 - Julie, jeśli jesteś w domu, podnieś słuchawkę.
Był   to   głos   Toma.   Rozpoznałaby   go   wszędzie.   Czemu 

dzwonił? Przecież w tym czasie miała  być w Las Vegas z 
Peterem.   A   poza   tym   naprawdę   nie   mieli   ze   sobą   o   czym 
rozmawiać.

  - Julie, do licha, gdzie się podziewasz? Tu mówi Tom. 

Dochodzi piąta.

Następne dwa nagrania pochodziły także od Toma i były 

mniej więcej tej samej treści.

Tom wydawał się być czymś poruszony, zaniepokojony i 

zły. Julie nie miała pojęcia, po co w ogóle do niej dzwonił, i 
do tego aż czterokrotnie.

Wykręciła   jego   domowy   numer,   lecz   automatycznej 

sekretarce nie zostawiła żadnej wiadomości. Bo co miałaby 
powiedzieć?

Ale czego Tom od niej chciał?
W   poniedziałek   rano   akurat   przygotowywała   wieniec 

pogrzebowy, gdy w z impetem otwartych drzwiach kwiaciarni 
zobaczyła   Toma.   Jak   bomba   wpadł   do   środka,   ubrany   w 
lotniczą kurtkę i czarny golf. Podbiegł do Julie.

background image

  -   Gdzie   byłaś   przez   cały   weekend?   -   wykrzyknął. 

Oszołomiona,   nie   mogła   wydobyć   z   siebie   głosu,   a   tym 
bardziej oznajmić Tomowi, że to nie jego sprawa.

 - Gdzie byłam? - powtórzyła pytanie. A co go to mogło 

obchodzić?

 - Musimy porozmawiać - oświadczył Tom tak donośnym 

głosem, że z zaplecza sklepu wynurzyła się szefowa Julie.

 - Masz jakiś problem? - spytała.
  - Nie, nie mam - szybko zapewniła ją Julie. - Jeśli pani 

pozwoli, teraz zrobię sobie przerwę na lunch.

 - Na twoim miejscu postąpiłabym tak samo - oświadczyła 

starsza   pani,   na   której   przystojny   chłopak   wywarł   silne 
wrażenie, mimo że była już babcią.

Julie   przeszło   przez   myśl,   że   jeśli   szybko   nie   opuści 

kwiaciarni, Tom porwie ją na ręce, przerzuci przez plecy i 
wyniesie na ulicę. Pod czujnym okiem gościa, który chyba 
obawiał   się,   że   Julie   ucieknie   tylnym   wyjściem,   chwyciła 
płaszcz   i   torebkę.   Tom   otoczył   ją   ramieniem   i   niemal 
dosłownie wyniósł ze sklepu.

  - Co to wszystko ma znaczyć? - spytała, odzyskawszy 

głos, bardziej zaskoczona niż rozeźlona na Toma.

Otworzył drzwi furgonetki stojącej tuż przed wejściem do 

kwiaciarni w niedozwolonym miejscu.

 - Wsiadaj. Proszę.
 - Dokąd mnie zabierasz? A w ogóle o co chodzi?
 - Ty mnie pytasz? Sama musisz wszystko mi wyjaśnić.
  -   Co   takiego?!   -   Julie   była   bliska   płaczu,   lecz 

równocześnie   ogarniał   ją   histeryczny   śmiech.   -   Tom, 
odpowiedz! Natychmiast!

Jechali   przez   parę   minut,   po   czym   Tom   zatrzymał 

furgonetkę   w   małym   handlowym   pasażu   z   eleganckimi 
ciuchami, chińską restauracją i sklepem jubilera.

background image

  -   Nie   wysiądę,   dopóki   nie   powiesz,   o   co   chodzi   - 

zagroziła Julie.

 - Wysiądziesz, wysiądziesz.
Po   raz   pierwszy   na   twarzy   Toma   pojawił   się   uśmiech, 

którym ten drań zawsze potrafił ją rozbroić.

 - Ani mi się śni!
Tom otworzył drzwi od strony pasażera, wyciągnął rękę, 

żeby odpiąć pas bezpieczeństwa, potem wziął Julie na ręce i 
wydobył ją z samochodu.

  - Natychmiast mnie puść! - Zabrzmiało to idiotycznie. 

Julie zdawała sobie z tego sprawę. Objęła Toma mocno za 
szyję, nie mając pewności, czy rzeczywiście nie wypuści jej z 
objęć.

  -   Obiecujesz,  że   pójdziesz   ze   mną   i   będziesz 

zachowywała się spokojnie? - zapytał.

Z   nie   znanego   Julie   powodu   Tom   wydawał   się   coraz 

bardziej rozbawiony.

Skinęła głową. Postawił ją na chodniku, wziął za rękę i 

pociągnął za sobą do sklepu jubilera.

  -   Chcemy   obejrzeć   zaręczynowe   pierścionki   -   ku 

ogromnemu   zaskoczeniu   Julie   powiedział   do   sprzedawcy.  - 
Ładne   są   na   tych   tackach   -   dodał,   wskazując   jedną   ze 
szklanych gablot.

Usiadł   na   stołku   wybitym   pluszem,   przeznaczonym   dla 

klientów, i przyciągnął Julie do siebie.

  - Wybierz sobie pierścionek. Chyba że jest już na to za 

późno - dodał kamiennym tonem. Uniósł lewą rękę Julie i z 
zadowoleniem   przyglądał   się   jej   palcom   pozbawionym 
jakiegokolwiek pierścionka. - Weź ten, który najbardziej ci się 
podoba. Cena nie gra roli.

 - Do licha, co ty wyczyniasz?
Serce Julie biło jak oszalałe. Z wrażenia niemal straciła 

oddech. To było nieprawdopodobne! Chyba śni!

background image

 - Oświadczam ci się. Co myślisz o tym pierścionku? Jest 

ładny.   -   Wskazał   brylant   tak   ogromny,   jakiego   Julie   w 
pierścionku w ogóle sobie nie wyobrażała.

 - Przecież jeszcze nie byliśmy na pierwszej randce!
Łysy sprzedawca w średnim wieku przestał wyjmować w 

gabloty następne tacki. Wyglądał na zmieszanego.

  -   Darujemy   sobie   wszystkie   wstępy.   Teraz   będziemy 

postępować zgodnie z moimi regułami - oświadczył Tom.

 - Jakimi regułami? Przecież nie chcesz się ożenić!
 - Jesteś tego pewna?
Spojrzenie, jakim Tom obrzucił Julie, było tak gorące, że 

mogłoby stopić metal. Trwało zaledwie ułamek sekundy, ale 
dzięki   niemu   Julie   zobaczyła   dotychczas   nie   znanego   jej 
Toma. Rozanielonego, zakochanego i impulsywnego.

 - Tom, błagam cię, nie szalej! - jęknęła.
Była   skonsternowana,   lecz   równocześnie   bardzo 

szczęśliwa.   Tom   postanowił   zignorować   obecność 
sprzedawcy. Wstał i ujął dłonie Julie.

  -   W   ostatni   weekend   poleciałem   do   Las   Vegas,   żeby 

wyperswadować   ci   małżeństwo   z   Peterem   -   oświadczył   ku 
zaskoczeniu   Julie.   -   Bezskutecznie   przeszukałem   wszystkie 
hotele.   Odchodziłem   od   zmysłów.   Zachowywałem   się   jak 
wariat. Czy nie wysłuchałaś pozostawionych ci wiadomości?

  -   Wysłuchałam.   Aż   cztery.   Sądziłeś,   że   w   Las   Vegas 

zamierzam wyjść za Petera?

 - Tina wspomniała mi... Obiło się jej o uszy... że do Las 

Vegas   jeździ   się   po   to,   aby   wziąć   szybki   ślub   w   jednej   z 
tamtejszych słynnych kaplic. Ja... ja... też was tam szukałem.

  -  Ale   z   ciebie  wariat!  -  oznajmiła  Julie   z   czułością.  - 

Weekend w Las Vegas był nagrodą, którą otrzymał Peter w 
swojej   firmie   za   to,  że   w   ostatnim   kwartale   okazał   się 
najlepszym   ajentem.   W   Las   Vegas   miałam   mieć   osobny 
pokój,   ale   i   tak   nie   zdecydowałam   się   tam   pojechać.   Czy 

background image

naprawdę wybrałeś się do Las Vegas, żeby powstrzymać mnie 
przed małżeństwem z Peterem?

Tom spoglądał na Julie badawczym wzrokiem.
 - Co powiedziałaś? - Jego oczy paliły jak ogień. Ciskały 

złowrogie błyskawice.

 - W nagrodę za dobrą pracę Peter dostał...
 - Nie. Potem. O tym, że się nie zdecydowałaś.
 - Tak. I nie pojechałam z Peterem.
 - Nie pojechałaś?
 - Nie pojechałam.
Z groźnego potwora Tom przemienił się nagle w małego, 

łagodnego chłopca, którego przyłapano z ręką w pudełku z 
ciastkami. Julie nie wiedziała, które z tych wcieleń bardziej jej 
odpowiada.

  -   Niepotrzebnie   tam   pojechałeś.   Czemu   to   zrobiłeś?   - 

spytała.

Sprzedawca odstawił na miejsce tacki z pierścionkami i 

wycofał   się   w   najodleglejszy   kąt   sklepu,   udając,   że   nie 
przysłuchuje się dziwacznej rozmowie klientów.

  -   Czemu?   -   powtórzyła   Julie.   Musiała   się   tego 

dowiedzieć.

Tom   nabrał   wody   w   usta.   Było   to   do   niego   zupełnie 

niepodobne. .

  - Możemy porozmawiać gdzie indziej - zaproponowała 

łagodny głosem.

Wyprowadziła Toma ze sklepu.
 - Wsiądźmy do tylnej części furgonetki.
Tom   rozsunął   drzwi   i   podał   rękę   Julie,   pomagając   jej 

dostać się do środka. Usiadł obok niej i zatrzasnął drzwi.

  -   Kiedy   uzmysłowiłem   sobie,   że   uciekłaś   z   Peterem   - 

zaczął   niepewnym   głosem,   ujmując   dłonie   Julie   -   zdałem 
sobie sprawę... pomyślałem... przeraziłem się, że mogę stracić 
cię na zawsze.

background image

 - Nie wyjdę za Petera, bo go nie kocham. Ale ty nigdy nie 

chciałeś wiązać się z jedną kobietą.

 - Tak. Zanim poznałem ciebie.
Pochylił się i zrobił wreszcie to, co powinien zrobić już 

dawno temu. Pocałował Julie. Żarliwie i namiętnie.

 - Kocham cię - wyszeptał chrapliwym głosem.
Były to cudowne słowa. Julie jeszcze nigdy nie słyszała 

piękniejszych.

 - Pragnę cię - dodał i przygarnął ją mocno do siebie. - Ale 

nie   chcę   spędzić   w   mamrze   miodowego   miesiąca.   -   Z 
westchnieniem odsunął się od Julie. - Nic więcej na parkingu 
zrobić nie możemy.

 - Tom...
 - Julie, nie mogę bez ciebie żyć.
 - Nie będziesz musiał.
 - Zrobię wszystko, żebyśmy byli razem. Bez przerwy się 

dręczyłem. Jestem gotowy na wszystko. Wypożyczę znów te 
piekielne wieczorowe lakierki, czarny smoking i...

 - Tom, przestań, proszę.
 - Przecież powiedziałem, że cię kocham, no nie?
  - Nie. To znaczy tak. Kochaj mnie! Ale nie chcę, abyś 

żenił się ze mną.

 - Ale ja chcę...
 - Nie powinieneś! Nie podejmuj pochopnej decyzji, żebyś 

potem niczego nie żałował. Tylko dlatego, że...

  - Zwariowałem na twoim punkcie. Umrę, jeśli zaraz nie 

pójdziemy do łóżka.

 - Wezmę dłuższą przerwę na lunch.
 - Zwolnij się z pracy do końca dnia.
Julie uśmiechnęła się. Nagle wydało się jej, że stała się 

wartościowszym człowiekiem.

Trzy dni później nadal czuła się tak, jakby znajdowała się 

na karuzeli, która nigdy się nie zatrzymuje. Była oszołomiona 

background image

i   szczęśliwa.   Wiedziała,   że   nie   starczy   jej   życia,   aby 
przyzwyczaić się do bycia z Tomem, ale o tym nie myślała.

Wniósł ją na rękach do apartamentu dla nowożeńców w 

hotelu w Las Vegas.

  - Jak ci się podoba? - zapytał, spoglądając na ogromne 

łóżko.

 - Jest cudownie!
 - A teraz, pani Brunswick, od czego woli pani zacząć?
 - Od... od gry w ruletkę. Tak. Od ruletki.
 - Od ruletki - powtórzył Tom. - Najpierw jednak będziesz 

musiała pocałować swojego męża.

 - Czy to jeszcze jedna z twoich reguł?
Julie   oparła   się   o   Toma.   Nadal   nie   mogła   się   nim 

nacieszyć. W ciemnoszarym garniturze wyglądał wspaniale.

 - Koniec z regułami.
Całował   mocno   i   namiętnie,   równocześnie   rozpinając 

guziki jasnego, lnianego żakietu Julie. Miała pod nim tylko 
biustonosz.   Tom   wsunął   dłoń   pod   cienką   koronkę   i 
oswobodził pierś żony.

 - Jak ci się podobał ten cyrk? - zapytał.
 - Nie było tak źle. Na szczęście kwiaty były prawdziwe, a 

nie z plastyku, jak cała reszta.

Szybko pozbawił Julie żakietu, biustonosza, spódniczki i 

majteczek.   Stanie   nago   w   ramionach   Toma   ubranego   w 
nieskazitelny garnitur działało na nią podniecająco.

  - Sądzisz, że nasze rodziny kiedykolwiek wybaczą nam, 

że   ukradkiem   wzięliśmy   tu   ślub?   -   z   niepokojem   zapytała 
Julie.

  -   Ucieczka   była   niezbędna.   Nie   mieliśmy   czasu   na 

zdobycie ślubnej sukni dla ciebie.

Ręce Toma przesuwały się w dół ciała żony. Julie drżała i 

z wrażenia ledwie trzymała się na nogach.

background image

 - Można zdobyć suknię, i to szybko. Sam tego dowiodłeś. 

Język Toma drażnił sutki Julie, a ręka powoli rozwierała jej 
uda.

  - Nie martw się rodziną. Wyrównają rachunki i jeszcze 

dadzą nam do wiwatu. Będą nas fetować dopóty, dopóki nie 
padniemy na kolana, błagając o litość.

 - To będzie całkiem niezła rozrywka.
Ale nie tak dobra, jak kochanie się z Tomem. Zachowywał 

się   cudownie   Był   czuły,   delikatny   i   zdumiony,   że   jest   jej 
pierwszym kochankiem.

 - Moja żona, moja miłość - wyszeptał.
  -   Czy   o   czymś   nie   zapomniałeś?   -   spytała   Julie, 

zaczynając rozpinać jego koszulę.

Tom rozebrał się szybko i po chwili oboje znaleźli się w 

łóżku.

Kochali się długo i namiętnie. Pożądanie Toma wzrastało 

coraz bardziej. Uważał, że żeniąc się błyskawicznie z Julie, 
zrobił   najlepszą   rzecz   pod   słońcem.   Jego   żona   była 
najładniejszą   z   kobiet,   jakie   kiedykolwiek   oglądał.   I 
najseksowniejszą.   Jeszcze   nigdy   pieszczoty   nie   dostarczały 
mu tak cudownych doznań.

 - Kocham cię. Kocham. Kocham - szeptał, przytulając do 

siebie Julie.

 - Ja też. Żyłabym z tobą bez Ślubu. Sypialibyśmy razem...
 - Musieliśmy się pobrać. Zgodnie z regulaminem.
 - Jakim znów regulaminem?
 - Zamieszczonym w poradniku, który zamierzam napisać. 

Zatytułuję go „Jak zdobyć odpowiednią żonę" - oświadczył 
Tom. - Nasze małżeństwo było koniecznością.

 - Bo naraziłam twój honor na szwank?
 - Bo kocham cię tak bardzo, że nie mogłem dopuścić do 

tego, aby podrywał cię byle tępak.

 - Nie do wiary! Jesteś zazdrosny!

background image

 - Już nie.
 - Kocham cię - oświadczyli równocześnie, przytulając się 

do siebie.

  - Jesteśmy małżeństwem dopiero od paru godzin, a już 

reagujemy   identycznie   -   chichocząc,   stwierdziła   Julie, 
wzbudzając u Toma następną falę pożądania.

 - Czyżbyś miała teraz ochotę na ruletkę?
 - Jesteśmy w Las Vegas jedynymi ludźmi, którzy wrócą 

do domu bogatsi, nawet nie zaglądając do kasyna.