background image

SYLWIN ZABORSKI 
CZEGO śĄDA CZERWONA PIWONIA? 
 
Tower Press 2000 
Copyright by Tower Press, Gdańsk 2000 
 
Dzidce  
i wszystkim wyznawcom strachu  
 

Ostatni autobus 
Pewnego lipcowego dnia 19… roku Sylwin Radzikowski, zwany „Dzikiem”, wbiegł do  
budynku dworca autobusowego i nie bez irytacji spojrzał w kierunku zegara. DuŜa wskazówka  
przeskoczyła właśnie kolejną minutę. Było jedenaście po szesnastej. Schyłek upalnego  
dnia nie przyniósł ochłodzenia. Przeciwnie, rozgrzane słońcem mury nie dopuszczały do  
wnętrza miasta nadmorskich powiewów. Szczególnie dotyczyło to gdańskiego dworca, którego  
nowoczesne budynki miały tę dziwną właściwość, Ŝe ogrzewały latem, natomiast chłodziły  
zimą.  
W kilku długich kolejkach stali ludzie nie zraŜeni dusznym klimatem hali. Ich spocone  
twarze wyraŜały zdeterminowane pragnienie nabycia tego skrawka papieru, przepustki poza  
mury miasta. Sylwin nie zatrzymał się przy Ŝadnej z kas. Poprzestawszy na kilku niezbyt 
pochlebnych  
myślach dotyczących zastanej sytuacji popędził dalej, czemu nie naleŜy się dziwić.  
Autobus, na który spieszył, odchodził zwykle o szesnastej dziesięć. Jednak pomiędzy teorią  
rozkładu jazdy a praktyką istniały rozbieŜności, o których ten i ów na tej trasie podróŜny wie- 
dział. Wbiegł po schodkach prowadzących na peron i zgodnie z przewidywaniami ujrzał  
pstrokaty tłumek ludzi stłoczonych w oczekiwaniu na właśnie zbliŜający się do krawęŜnika  
pojazd. Był to stary Jelcz nie przypominający na pierwszy rzut oka autobusu. Jego silnik ki- 
chał co chwila, jak gdyby mało jeszcze rozgrzany. W skwarnym powietrzu unosiły się kłęby  
czarnego dymu. Bez wątpienia był to „szesnastowy”, jak mawiano o tym autobusie kładąc  
akcent na trzecią sylabę od końca. Sylwin zajął dogodną pozycję, bowiem, „szesnastowy”  
wkroczył właśnie do akcji.  
– Miesięczne! – powiedział kierowca otwierając przednie drzwi. Był krępym męŜczyzną o  
wyglądzie budzącym zaufanie. Miał na sobie spodnie ze śladami zaprasowanych kantów i  
rozpiętą koszulę z krótkimi rękawami. Jego władcza sylwetka widoczna nad falującym tłu- 
mem przywodziła na myśl „wilka morskiego”. Na owłosionej piersi i równie zarośniętych  
rękach szukało się mimo woli tatuaŜu. Niedbałym ruchem strząsnął ze stopni autobusu pierwszych  
ś

miałków próbujących dostać się do środka poza ustaloną hierarchią, a następnie,  

wrzuciwszy w tłum swą maczugowatą rękę, utworzył przejście, którym pospieszyli posiadacze  
biletów miesięcznych. Za nimi szli szczęśliwi właściciele biletów „w ogóle”, a na końcu  
czaili się kandydaci do podróŜy, którzy nie nabyli jeszcze do niej uprawnień. Wśród tych  
ostatnich większość stanowiły wiejskie kobiety z niezliczoną ilością pakunków. Umiały one  
zabiegać o swoje prawa i Sylwin nie mógł pozbyć się niepokoju o losy dalszej podróŜy.  
„Szesnastowy” zgodnie z rozkładem jazdy przeznaczony był dla podróŜnych z biletami mie- 
sięcznymi, niemniej nikt się tym faktem specjalnie nie przejmował. Kasy sprzedawały bilety  
kaŜdemu, kto chciał, a starzy bywalcy przychodzili wprost na przystanek. Sylwin nie był juŜ  
„starym bywalcem” od dawna.  
Teraz, popychany przez jakąś energiczną staruszkę kobiałką uplecioną z korzenia sosny,  
znajdował się juŜ w pobliŜu drzwi.  
– Full – stwierdził pogromca rozdygotanego pojazdu. Tym obcym słowem znanym najbardziej  

background image

z etykietki od piwa dawał do zrozumienia, Ŝe autobus jest pełen. Szmer dezaprobaty  
przetoczył się po oczekujących. Kierowca dokonał niewielkiego manewru swym zwalistym  
ciałem, przez co drzwi utraciły właściwą im na ogół przelotowość. Wpuszczeni juŜ do środka  
szczęśliwcy w pełni popierali to postępowanie. Z niesmakiem spoglądali na Ŝądną podróŜo- 
wania tłuszczę, która zagraŜała komfortowi ich jazdy.  
– Z gumy nie jest – perswadował kierowca. Pukając wielkim paluchem w blachę karoserii  
pokazywał zebranym, niczym jakąś kabalistyczną cyfrę, to miejsce, w którym wymalowano  
czarną farbą maksymalną liczbę pasaŜerów mogących podróŜować jego pojazdem. Wykazy- 
wał niestosowność dalszych nalegań oraz nędzę moralną płaszczących się przed nim podróŜ- 
nych, rysował pesymistyczną wizję przyszłości przez przypomnienie, Ŝe jest to ostatni w tym  
dniu autobus jadący do Wdzydz, aby pod koniec umiejętnie podkreślić własną dobroczynność  
i cechy ludzkie. – Paru jeszcze mogę wziąć – powiedział wreszcie.  
Stojący poczęli jeden przez drugiego podsuwać i uzasadniać swoje kandydatury, ale umilkli  
wkrótce pod surowym spojrzeniem rozkazodawcy. Ten popatrzył badawczo, patriarchalnym  
gestem wyciągnął dłoń i w milczeniu wskazał kolejno pięć osób. Z niewiadomych dla  
niego samego przyczyn Sylwin okazał się czwartą z nich. Następnie drzwi zawarły się z trzaskiem  
pociągnięte ramieniem Temidy w męskim przebraniu, a piątka wybrańców zaopatrzona  
została w bilety. Pyrkający cały ten czas silnik zacharczał znów pełną siłą i autobus miał ru- 
szyć, gdy nagle jego władca odwrócił się i ku zdumieniu publiczności wygłosił następującą  
mowę:  
– Panowie! śeby mi nie było pustych butelek i plucia na podłogę. Grać w karty moŜeta, ale  
czysto, bo sprzątaczka na urlopie.  
– Tak jest – odpowiedziano potulnie z kąta, gdzie kilku męŜczyzn zabierało się istotnie do  
partii „baśki”. Mieli wszyscy około czterdziestki i roztaczali łagodną woń piwa. Ich twarze,  
nie noszące juŜ śladów rannego golenia, wyraŜały dziecięce zakłopotanie, gdyŜ niespodziewanie  
stali się obiektem zainteresowania całego autobusu. Pochrząkiwali trącając się łokcia- 
mi, gestami dawali do zrozumienia, Ŝe zachowają się porządnie. Wreszcie usatysfakcjonowany  
kierowca potoczył wzrokiem po głowach swych podopiecznych i odwróciwszy się przy- 
stąpił do jazdy.  
Ostatni raz przemierzał Sylwin tę trasę kilkanaście lat temu, gdy zniechęcony wiadomością  
o budowie motelu we Wdzydzach postanowił szukać miejsc ustronniejszych i równie 
odpowiednich  
do letnich eskapad. Odtąd tęsknił do tych okolic wielokrotnie. Tajemnicze wezwanie  
Waldemara było stosownym pretekstem do przerwania cichego Ŝalu, jaki Ŝywił do  
wdzydzkiej strony za jej flirt z nowoczesnością. Na tyle stosownym, Ŝe aŜ dotąd nie zastana- 
wiał się nawet, co mogło przyjacielowi podsunąć stylistykę tak przeciwną jego naturze: „Zaklinam  
– stop – przyjeŜdŜaj – stop – Czarliński oŜył”. Tej treści telegram obracał Sylwin w  
palcach na próŜno usiłując dojść do ładu ze swoją pamięcią i odszukać w niej owego Czarliń- 
skiego. Tłok i gwar nie ułatwiały zadania. Koszula przylepiła mu się z upału do pleców, do  
koszuli zaś przywarła baba z kobiałką, gorąca jak stary piec, w którym diabeł pali. Machinalnie  
wsadził telegram do kieszeni podręcznej torby i zapadł w letargiczną zadumę. Jego umysł  
pracował na jałowych obrotach. W takich chwilach wydawało się, Ŝe w mózgu iskrzą poszczególne  
neurony. Jedyną, powracającą za to w róŜnych wariantach myślą była właśnie ta,  
o odmienności stylu telegramu i usposobienia Waldemara Boruty. Przyjaciel Sylwina pomimo  
satanicznego nazwiska odznaczał się wielką łagodnością charakteru i oszczędnością emocjo- 
nalną. Jego legendarna pracowitość szła w wyścigi z milkliwością, która w istocie była tylko  
sztuką powstrzymywania słów niepotrzebnych. Jeszcze w szkole, do której przez pewien czas  
chodzili razem, mówiono z przekąsem o Waldemarze, Ŝe idąc przez las z dwiema walizkami  
ksiąŜek, jeszcze chrustu na całą zimę przyniesie, a na pytanie, czy się nie zmęczył, pokręci  
tylko głową. Jeśli ten człowiek zaklinał, to znaczy Ŝe było co zaklinać. Taka była jedyna konkluzja,  

background image

na jaką Sylwin w danym momencie się zdobył.  
Tymczasem autobus zdąŜył zatrzymać się na kilku przystankach, przez co jego ludzka za- 
wartość uległa znacznemu zmniejszeniu. Wysiadło sporo osób z podmiejskich okolic Gdań- 
ska, wracających „szesnastowym” z pracy. Autobus stawał się coraz bardziej regionalny.  
Swojskość nacierała na Sylwina ze wszystkich kątów pojazdu. PodróŜ zrobiła się nagle przyjemna.  
Strzępy rozmów dolatujące do niego z róŜnych stron wskrzeszały wspomnienia sprzed  
lat. Były niczym fragmenty mozaiki, która po złoŜeniu ukazuje niespodziewanie obraz takŜe  
po swojej przeciwnej stronie. Wśród tych kaszubskich słów widział Sylwin tamte Wdzydze i  
siebie nastoletniego w upalne noce bez snu. Inwazja letniej, rozbuchanej przyrody i narastają- 
cej młodzieńczości nadawała Ŝyciu niesłychaną intensywność, do której juŜ nigdy nie wrócił.  
Po uciszonej wodzie płynęły wtedy słowa takie jak te. Teraz poczuł nagle tamtą świeŜość i  
niepowstrzymany głód Ŝycia.  
Pod Kościerzyną rozluźniło się na tyle, Ŝe wśród podróŜnych mógł Sylwin rozpoznać kilku  
mieszkańców Wdzydz. Byli to młodzi męŜczyźni wracający z pracy. Kilkanaście lat temu,  
jako mali chłopcy, asystowali w jego wędkarskich poczynaniach, zauroczeni egzotyką sprzętu  
uŜywanego przez miastowych do „wandzenia”. Teraz nie poznawali go. W rutynowanej, 
pozbawionej  
wyobraźni rozmowie, jaką teraz prowadzili, trudno było odnaleźć ciągłość z tamtym  
rozgorączkowanym dzieciństwem. Nie przypominali swoich wielkomiejskich rówieśni- 
ków, którzy pracując czy słuŜąc w wojsku długo jeszcze są chłopcami bawiącymi się w pracę  
i wojsko. Nie bawił się w wojsko przecieŜ ów „zlew” spod okna – Sławek od sołtysów, przebrany  
w mundur bosmański. Czy umiał jeszcze beztrosko łapać karaski w „kaszorek” albo  
gołymi rękami wyławiać spod kamieni miętusy? – pytał retorycznie Sylwin. I zaraz rozłado- 
wał tę nową falę nostalgii wizją Sławka – zawodowego marynarza, łapiącego ryby z pokładu  
kutra torpedowego. Rozumiał, Ŝe jego utopijna wizja wdzydzkiej strony nie wytrzymuje 
konfrontacji  
z rzeczywistością. Wdzydzkie piaski, tyle piękne co mało płodne, dawały często  
mniej ziarna, niŜ się zasiało. Bosonogim chłopcom pozwalały kochać się bezinteresownie, ale  
cóŜ miały do zaoferowania męŜczyznom? Wdzydze to piękna i zimna kobieta – pomyślał  
Sylwin. Mali boją się ją kochać, bo wysysa nie dając nic w zamian. Tych paru, którzy się na  
to odwaŜyli, pochodziło z zewnątrz. Mieli siłę wędrowców z niczym na stałe niezwiązanych.  
Nie dali się zwieść jak stolem Sorka, który w pogoni za ułudną Wdzydzaną wykopał wspa- 
niałe, lecz zimne jezioro. Nie byli teŜ podobni tym kochającym, choć pozbawionym pasji; ci  
gospodarując wytrwale po jego brzegach, niezdolni byli do rozmachu i fantazji, jak gdyby  
zniewoleni zimnym pięknem, zastygłym w dumnej kaszubszczyźnie. Byli zupełnie inni. W  
jakiś sposób naleŜał do nich takŜe Waldemar Boruta, właściciel sporego gospodarstwa na  
największej z wdzydzkich wysp. Jakim cudem ten stateczny młodzieniec, z woli ojca inŜynier  
budowy maszyn, objawił nagle wolę gospodarowania ziemią, tego nikt nie wiedział. Tym  
bardziej nie było wiadomo, skąd świeŜo upieczony ziemianin zdobył dokumenty potwierdza- 
jące jego rolnicze kwalifikacje, którymi musiał się wylegitymować kupując ziemię od 
poprzedniego  
właściciela Ostrowia. Ten ostatni z radością odstąpił większą część swojego po- 
kaźnego gospodarstwa, obrabianego z dawien dawna przez rodzinę Ginterów. Pan Franciszek,  
„gbur” jak się patrzy, pomimo niezwykle cichego i łagodnego usposobienia gospodarzył z  
rozmachem. Jego pola na tle nieurodzajnej okolicy prezentowały się okazale i były przedmiotem  
podziwu sąsiadów za wodą. Weronika Ginter, Ŝona gospodarza, potrafiła potulnego i  
pracowitego męŜa oraz swych rosłych synów natchnąć energią, o którą trudno ich było podej- 
rzewać. śelazna dama wyspy stanowiła mózg gospodarstwa, a „tatko” wraz z „trzema królami”,  
jak nazywała najmłodszych synów pozostałych jeszcze na Ostrowiu, jego moc napędo- 
wą. Z czasem jednak siły obojga sędziwych juŜ gospodarzy zmalały. Synowie myśleli tylko o  

background image

wyniesieniu się za wodę. Co roku nowy skrawek wyspy zdawano pod zalesienie państwu.  
Wreszcie liczące juŜ około czterdziestu hektarów gospodarstwo rozpisano na dwóch synów.  
Trzeci utonął wiosną poprzedniego roku. Nad wyspą zawisła Ŝałoba i zdawało się, Ŝe nigdy  
juŜ nie powróci ona do dawnej świetności. Tymczasem jednak Waldemar Boruta dokonał  
cudu. Sylwin Ŝartował na temat studiów przyjaciela, Ŝe nie tyle mechanikę, co machinacje  
musiał zgłębiać, skoro gospodarstwo udało mu się od Gintera wytargować. Potrzebna w tym  
celu była przecieŜ nie tylko spora suma pieniędzy, ale teŜ siła perswazji, przekonać musiał  
bowiem pana Franciszka o sensowności wspólnego na Ostrowiu gospodarowania. Co się tyczy  
synów, Stacha i Jerzego, gospodarowali oni jeszcze ze starymi, ale bez entuzjazmu. Trzeba  
się było liczyć z moŜliwością, Ŝe za kilkanaście lat staruszkowie pozostaną na wyspie samotni,  
oddzieleni pasmem wody od udogodnień cywilizacyjnych. Waldemar musiał widać  
przekonać ich o swych opiekuńczych zamiarach, skoro w dobrej wierze przyjęli perspektywy  
nowego sąsiedztwa. Odtąd dwa domy stały kilkaset metrów od siebie: jeden zwyczajny, „tutejszy”  
i drugi pełen dziwacznych wymysłów, budzących w okolicy zrozumiałe poruszenie.  
NaleŜał do nich olbrzymi wiatrak, górujący nad lasem. W swe zachłanne skrzydła łapał on  
wdzydzkie wiatry i za pośrednictwem inŜynieryjnych uzdolnień Waldemara zmaterializowanych  
pod postacią pokaźnej prądnicy i baterii akumulatorów oświetlił po raz pierwszy w historii  
wyspy tamtejsze domostwa. Z tego dobrodziejstwa korzystały oba domy, jak równieŜ z  
zapasów piwniczki Waldemara, którą umiał wypełniać ze znawstwem rozmaitymi produktami  
fermentacji miejscowych owoców leśnych. Nie sposób było natomiast zrozumieć, jakie było  
przeznaczenie wielkiego pokoju wypełnionego po brzegi ksiąŜkami, po co były potrzebne w  
domu Waldemara aŜ dwie łazienki – na kaŜdym piętrze jedna, czemu słuŜył wysypany Ŝwi- 
rem placyk na zapleczu willi. Największe zdziwienie budziła jednak, licząca moŜe ar powierzchni,  
sadzawka wykopana na łące, z której właściciel czerpał w razie potrzeby ryby na  
swój stół. Tutejsi tak dalece ufali zasobom „wdzydzciego jezora” i nielegalnym praktykom  
rybackim, Ŝe taki sposób zapewniania sobie świeŜych ryb wydawał się nie lada wymysłem.  
Inna sprawa, Ŝe Waldemar, jako przyjezdny, nie miał nawet swojej działki jeziora, na której  
owym praktykom mógłby się oddawać i to go częściowo tłumaczyło. Tutejsi sankcjonowali  
podział ustalony przed wiekami. Taka czy inna administracja jeziorem bynajmniej tego po- 
działu dóbr nie burzyła. Nie starał się takŜe niczego burzyć Waldemar. A jednak jego gospodarstwo  
promieniowało jakimś materialnym ładem, który milcząc prowokował i nie chcąc –  
zmieniał.  
Było kilka minut przed osiemnastą, gdy autobus znalazł się w Kościerzynie. Kierowca z  
werwą zajechał na odpowiednie stanowisko.  
– Koscerzyna! Weskakiwac! Bilety sztrajchowane czerwonym blajsztyftem nie rychtują –  
ogłosił, po czym zapowiedział przerwę na papierosa. Sylwin nie wysiadał. Patrzył przez okno  
na smutny plac, po którym kołatało się trochę niesionych wiatrem papierów. Ludzie przechodzili  
grupkami i gwarzyli między sobą. Dwóch „leśnych” przeszło tuŜ koło autobusu. Przy- 
pomniał mu się dawny leśniczy wdzydzki. Ten umiał nosić swój mundur! Nie poznać było  
nigdy, ile „miał wypite”, taki dumny i wyprostowany chodził, a ewentualne potknięcie czy  
zatoczenie umiał zamienić na „dzień dobry” wypowiedziane z godnością. Potrafiła ludność  
wdzydzka cenić sobie przychylnego im „leśnego” aŜ do jego nieoczekiwanej śmierci.  
Tymczasem najwytrwalsi pasaŜerowie autobusu poczęli schodzić się przewidując rychły  
jego odjazd. Istotnie zjawił się wkrótce szef wehikułu. Obrzucił spojrzeniem podróŜnych,  
nowo przybyłym sprzedał bilety i ruszył. Od Wdzydz dzieliło Sylwina osiemnaście kilometrów.  
Wśród nowo przybyłych tylko trzy osoby były znane Sylwinowi. Jedną z nich był Józek  
zwany „bezpalcym”, z którym znajomość była jednostronna, z powodu notorycznych luk po- 
wstających w pamięci tego ostatniego. Józek naduŜywał alkoholu, mówiąc delikatnie, nie  
najlepszej jakości. W kaŜdym razie obsługa okolicznych sklepów spoŜywczo-przemysłowych  
na serio zastanawiała się nad wydaniem imiennego zakazu sprzedaŜy denaturatu. Utrata palca  

background image

była Józkowi – jeśli moŜna tak powiedzieć – na rękę, gdyŜ spowodowała przyznanie mu renty  
inwalidzkiej. Nastąpiło to w dość dziwnych okolicznościach, w pobliskim tartaku. Na uwagę  
zasługuje fakt, iŜ pomimo intensywnych poszukiwań odciętego piłą tarczową palca nie 
odnaleziono.  
Stawiało to początkowo pod znakiem zapytania sprawę renty, jednak w końcu brak  
palca u ręki Józka uznano za znacznie waŜniejszy dowód, niŜ jego brak w trocinach zalegają- 
cych pobliŜe maszyny. W wiosce Józek był postacią dość lubianą, aczkolwiek unikano z nim  
bliskich spotkań jakiegokolwiek rodzaju ze względu na kategoryczne Ŝądanie kupna piwa,  
jakie ten wówczas wysuwał. Pozostałymi palcami ucapiał rozmówcę niezwykle mocno, niczym  
poeta Rydel, o ile jednak tamtemu zostawał zwykle tylko guzik od marynarki partnera,  
Józek pozostawał na placu z portfelem.  
Po przeciwległej stronie autobusu siedziały dwie osobistości zupełnie innego kalibru. Było  
to małŜeństwo w starszym wieku. Sylwin rozpoznał ich natychmiast, jeszcze na przystanku  
kościerskim. Weszli do autobusu razem z Józkiem, który być moŜe usiłował uprzednio bawić  
ziomków rozmową, ale zajęli miejsca odrębne. Uczynili to skromnie, z pełną prostoty godno- 
ś

cią. Mieli siwe włosy zaczesane starannie, ich twarze emanowały spokojem. Na kolanach  

trzymali pakunki. Kobieta, o twarzy surowej i ogorzałej, zerkała dyskretnie na boki i wtedy w  
jej spojrzeniu dawało się dostrzec oznaki filuternej wesołości, którą pokrywała godna postawa  
gospodyni. Jedno oko było umieszczone cokolwiek asymetrycznie, czy teŜ pokryte delikatnym  
bielmem, co owo wraŜenie filuterności tylko powiększało. MęŜczyzna patrzył przed siebie  
oczyma niezwykłej łagodności, o barwie jasnoniebieskiej. Błyszczały matowo wśród  
zmarszczek twarzy niczym górskie sadzawki. Razem tworzyło to konstelację przepojoną ja- 
kimś dziecięcym dobrem, melancholijnym uśmiechem. Stanowili parę dobraną na zasadzie  
uzupełniających się przeciwieństw.  
Po kilku minutach podróŜy niepozorny męŜczyzna siedzący za obserwowanym przez Sylwina  
małŜeństwem przechylił się do przodu i zagadał.  
– A my się z państwem musowo znamy!  
Miał inteligentną twarz z wąskimi ustami i charakterystycznym nosem. Uśmiechał się  
uprzejmie, aczkolwiek siedzący tyłem małŜonkowie nie mogli dostrzec wyrazu jego twarzy.  
Kobieta odwróciła się wolno i popatrzyła badawczo.  
– A skąd by? – zapytała.  
– Z wyspy. Skórki baranie targowałem.  
Twarz kobiety nie promieniała entuzjazmem, aczkolwiek dostojnym mruknięciem po- 
twierdziła znajomość. Wtedy mąŜ obrócił się takŜe i coś zagadał. Sylwin przypomniał sobie  
tego człowieka równieŜ. Płacił za skórki „z dołu”, dzięki czemu niemiłosiernie gospodynię  
okantował. Przyjechał na wyspę z „dochtorką”, która była cała mokra na skutek stawania na  
rękach w łodzi i wypadnięcia z niej. Chcieli gorzałki, ale gospodyni nie dała, nadmieniając w  
dodatku, Ŝe jak taka głupia jest, to nie moŜna jej wódki dawać i Ŝe ona u takiej „dochtorki”  
nawet by się nie leczyła. Teraz męŜczyzna prawił małŜeństwu jakieś komplementy, od których  
asymetryczne oko gospodyni błyskało coraz Ŝwawiej.  
– A pani młoda, jakby miała za mąŜ dopiero iść!  
– O, ja pierwsza przed tatkiem umrę.  
– To tatko sobie wtedy biełki poszuka.  
– Jo, jak ja kojfnę, on się wtedy od razu opartoli. 
Tatko ucieszył się. 
– Pewnie, pewnie – powiedział ugodowo. Miał minę Harry’ego Langdona. Mówił niewiele,  
gdyŜ nie wszyscy go rozumieli. Miał „skaŜoną mowę”.  
Autobus mijał właśnie Grzybowo. Droga wiła się coraz bardziej krętymi serpentynami.  
Kierowca poweselał. Niczym wilk morski za sterami rozkołysanego okrętu podśpiewywał  
dziarsko, a spracowane opony pojazdu popiskiwały na zakrętach. Przez dłuŜszą chwilę nie  

background image

było słychać ani słowa z rozmowy prowadzonej na przodzie autobusu. Obcy wyciągnął w tym  
czasie jakąś pokraczną machinę i począł ją składać zachwalając jej zalety. Sylwin usiłował  
zrozumieć coś z gestów nieznajomego. Po chwili oczom obserwatorów ukazało się urządze- 
nie przypominające wirówkę do mleka. Kierowca przywołał do porządku harcujący pojazd i  
takŜe obserwował scenę w lusterku. Na kolejnych zakrętach Sylwin czuł się nieswojo.  
– Nigdzie juŜ pani nie dostanie takiej – tłumaczył męŜczyzna. – JuŜ nie produkują.  
– Takiej to jo, boby zbankrutowali – odpowiadała gospodyni, akcentując słowo „zbankrutowali”  
na pierwszej sylabie. MęŜczyzna kręcił coraz szybciej korbą urządzenia. Rozległo się  
wycie przewyŜszające głośnością nawet warkot silnika. MęŜczyzna przestał kręcić i wsłucha- 
ny z lubością w jednostajny turkot wykonywał gesty oburzenia. Tatko przybrał płaczliwą mi- 
nę. Zdawał się zasypiać.  
– Przy takiej cenie to na pewno – potwierdził obcy – bo to jest cena specjalnie dla pani.  
– Na dobroczynność pieniędzy nie mam.  
– To ja pani dobroczynność robię i pół darmo daję maszynkę, jakiej nigdzie juŜ pani nie  
dostanie.  
– Za te pieniądze nową obstaluję.  
– Pięćset złotych spuszczę dla pani pięknych oczu. Za tyle nawet na blachę by nie star- 
czyło.  
– A ja myślałam, Ŝe śydzi teraz nie handlują, ale pan jeden jeszcze jo.  
– Pani sama nie po chrześcijańsku pazerna.  
– Nie pan mnie chrześcijaństwa będzie uczył. Chrystus cierpiał za ludzkość i nawet czterdziestki  
nie doŜył, a ja juŜ sześćdziesiąt dobijam i nie wiem, za kogo cierpię.  
MęŜczyzna ujął maszynę dramatycznym gestem i wzniósł nad głowę.  
– Jak ja mam tyle tracić, to juŜ lepiej mi się opłaca potłuc.  
– Tłucz pan, to ja panu jeszcze pomogę – dogadywała gospodyni sięgając takŜe do wirówki.  
– Pewnie, pewnie – dodawał tatko. Kierowca ku zaniepokojeniu Sylwina całkowicie prze- 
rzucił się na obserwację zaplecza, podczas gdy samochód zjeŜdŜał samopas w dół pokonując  
zawrotne zakręty. Znajdowali się juŜ koło potoku zwanego Studzienicami. Gdy Sylwin jechał  
do Wdzydz po raz pierwszy, wiodła tędy stroma, ciągle osypująca się od deszczu, piaszczysta  
droga. Polano ją asfaltem i puszczono w ruch autobusy, które co i raz wpadały w tym miejscu  
do rowu, zanim ich kierowcy przywykli do owego górskiego fenomenu w sercu Kaszub. Na  
szczęście targ dobiegał końca. Gospodyni ładowała nabytek w przepastną siatkę, a męŜczyzna  
chował pieniądze ukradkiem je przeliczywszy. Kierowca na powrót zwrócił swoją uwagę na  
szosę. Na rozległych łąkach pokrywających brzegi Studzienic pasły się krowy. Pod lasem  
widniała sylwetka Jerzyka od Bratków. Autobus wspinał się teraz z powrotem do przeciętne- 
go poziomu drogi. Na końcu ostatniej prostej widać juŜ było zabudowania Wdzydz. Zatrzymali  
się przy leśniczówce, gdzie większość osób wysiadła. Sylwin jechał do końca. Z „Krzy- 
Ŝ

a”, jak nazywali miejscowi skrzyŜowanie odnóg jeziora, było na wyspę najbliŜej. Teraz mógł  

wstać ze swego miejsca i podejść do małŜeństwa. Byli to państwo Ginterowie, właściciele  
„gburstwa” na wyspie. Poznali go. Przez chwilę rozmawiali konwencjonalnie, świadomie  
prowadzili Ŝonglerkę utartymi schematami. Bez zakłopotanego milczenia, jakie praktykują  
ludzie w mieście, gdy nie mają tematów do rozmowy, poruszali się w bezpiecznej strefie pogody,  
zasiewów, zbiorów. Pogoda była nieustalona, termin Ŝniw jeszcze daleki, a Ŝyto – kiepskie.  
Ludzie coraz mądrzejsi, a Ŝyto coraz głupsze – mówiła pani Weronika.  
Sylwin oglądał przez szybę autobusu nie znane mu dotąd budowle. Nie widział przecieŜ  
jeszcze skansenu, w którym uciekające z wioski Ŝycie miało stać się obiektem muzealnym.  
Zza wzgórza po przeciwnej stronie szosy mignął dach motelu „Pod Niedźwiadkiem”. Jego  
nazwa poszła od niewielkiego jeziorka kryjącego się w leśnym uroczysku. Dziś Niedźwiadek  
niewiele róŜnił się od pierwszej lepszej miejskiej sadzawki. Końcowy przystanek wypadał  
koło stanicy PTTK. Przybyło tam domków, las namiotów pokrywał brzegi Jelenia – północ- 

background image

nej odnogi jeziora. Kierowca zatrzymał pojazd, który w tym momencie z „szesnastowego”  
stał się „siódmowym”. Kilka osób czekało juŜ na ostatni autobus do Gdańska. Sylwin pomógł  
gospodarzom w wynoszeniu paczek. Szli milcząc wzdłuŜ drucianej siatki.  
W piwnym barze siedziało jeszcze kilka osób. SierŜant Jedziniak rozmawiał z dwoma cywilami  
w skórzanych kurtkach. Sylwin poznał go i pozdrowił. W rogu grupa młodych męŜ- 
czyzn piła hałaśliwie swoje piwo. Dwóch nowych zjawiło się nagle na ryczących pełną mocą  
silnika motocyklach i przywitawszy się z cywilami przysiadło do ich kompanów.  
Koło kiosku warzywnego zeszli nad jezioro, gdzie czekała łódź. Sprzedawca warzyw,  
Antoni Celiniak, zamykał właśnie swój kiosk.  
Sylwin patrzył na zimne wody Wdzydzkiego Jeziora, które kochał miłością beznadziejną i  
nieodwzajemnioną.  
 
II 
Dom 
Nie opodal Bukowej Góry stał dom. Jego pobielone niegdyś ściany wyrastały z masywnych  
fundamentów ułoŜonych z granitowych głazów. Od strony jeziora teren obniŜał się i  
patrzący mógł odnieść wraŜenie, Ŝe budynek wzniesiono na nadbrzeŜnej skale. Z frontu wy- 
glądał bardziej swojsko. Po podwórzu spacerował drób, z chlewika dobiegało świńskie po- 
chrząkiwanie. Sklecone dość niedbale obszerne budynki gospodarcze rzucały posuwiste cienie  
łagodzące ostre kontury domu. Wszystkie dachy pokryte były słomą. Wieczorem, gdy  
słoma stawała się jednolicie czarną masą strzechy, a trawnik porastający przestrzeń dzielącą  
dom od jeziora nie ujawniał swej soczystej zieleni, zabudowania miały w swoim wyglądzie  
coś naprawdę drapieŜnego.  
Nad czarną ławą lasów gasły ostatnie promienie słońca. Przed laty Waldemar Boruta stał  
na szczycie Bukowej Góry wpatrzony w to banalne, lecz zawsze podniosłe zjawisko. Północ- 
ny wiatr gnał wody jeziora wzdłuŜ stromego brzegu wyspy. Przeciwległy brzeg, porośnięty  
gęstym lasem, był juŜ niewidoczny. Czarne czeluście zatok pozwalały tylko domyślać się ich  
prawdziwego wyglądu. Zdawało się, Ŝe las patrzy na Waldemara tymi zatokami, niczym pustymi  
oczodołami. Jego sylwetka sterczała na szczycie łysej góry dominującej nad całą okoli- 
cą. Stojąc tam miało się ochotę pobiec w dół stromizny, aby po chwili wzlecieć wysoko nad  
powierzchnię wody i poszybować z wiatrem. Północny stok góry stanowiło urwisko poro- 
ś

nięte gigantycznymi bukami i dębami, pośród których rosły gęsto jałowce, świerki oraz  

mnogość rozmaitych krzewów. Ta otchłań wypełniona kolczastą gęstwą wabiła równieŜ, ale  
w inny, przewrotny i zdradliwy sposób.  
Ciemności rosły z minuty na minutę. Waldemar począł schodzić ku gospodarstwu, połoŜo- 
nemu niespełna dwieście metrów dalej. LeŜało ono w dolinie, za którą teren ponownie się  
wznosił, ale nie na tyle, aby zasłonić taflę wody na wschodnim brzegu wyspy i dalekie Zabrody  
za wąskim przesmykiem. Z tej strony góra opadała łagodnie przechodząc w równinę  
łąki. WzdłuŜ zarośniętego jaru, nad jeziorem, ciągnęła się wątła ścieŜynka, nikły ślad, Ŝe ktoś  
tędy czasami chadza. Po łące pełzły juŜ mleczne opary wieczornej mgły. Waldemar poczuł  
chłód i przyspieszył kroku.  
Pas bujnych chwastów i karłowatych drzew owocowych oddzielał obejście od łąki. Przejść  
tędy moŜna było przez wąski tunel wyrobiony w roślinności częstym chodzeniem. Waldemar  
dał nura w otwór i znalazł się w kompletnej ciemności. Poczuł mdły zapach wilgoci, zieleni i  
gnijących liści. Pochylił się, gdyŜ rozwiane wiatrem włosy zaczepiały o gałęzie. Roje owadów  
szukających schronienia przed wiatrem krąŜyły w powietrzu zderzając się z twarzą Waldemara.  
Nareszcie ukazał się wylot przejścia. O mało nie wpadł na masywną glinianą kopułę  
ziejącą czarnym otworem, która okazała się chlebowym piecem. Teraz był juŜ w obejściu.  
Wiatr tutaj nie dochodził. Było słychać, jak pomyka gdzieś bokiem, nad dachami, tu zaś pa- 
nowała napięta cisza, nasycona uporczywym brzęczeniem komarów unoszących się pod okapem  

background image

domu. Z komina wydobywał się dym. Wiatr porywał go od razu, skłębiał i niósł w dale- 
ką przestrzeń poza bezpiecznym azylem obejścia.  
Waldemar pchnął drzwi i znalazł się w niskiej sieni. Przez chwilę przyzwyczajał wzrok do  
ciemności łowiąc uchem odgłosy domu. Nie usłyszał Ŝadnych oznak ludzkiej obecności. Tylko  
sędziwe belki pułapu skrzypiały miarowo w takt podmuchów wiatru. Chrząknął dość gło- 
ś

no i czekał, ale w głębi nadal panowała cisza. Nacisnął klamkę po prawej stronie sieni i uj- 

rzał, a raczej tylko wyczuł w mroku przestrzeń sporej izby, z boku zaś zarys jeszcze jednych  
otwartych drzwi do innego pomieszczenia. W tej ciszy poczuł się niepewnie, jak intruz. 
Instynktownie  
cofnął drzwi, a potem otworzył je znów, ze sztucznym rumorem wydobytym  
ponad potrzebę i zaraz zawstydził się własnego udawania.  
– Dobry wieczór – powiedział, ale w głębi nikt się nie odezwał. Puścił drzwi, które za- 
mknęły się z trzaskiem tuŜ za jego plecami. Otworzył drzwi przeciwległe. Za nimi dostrzegł  
wnętrze kuchni, po którym snuły się odblaski ognia prześwitującego przez niedomknięte  
drzwiczki pieca. Fala gorąca wdarła się do sieni. Ogień palił się wyjątkowo niespokojnie,  
huczał w nagłych porywach albo przygasał wtłoczony w głąb pieca, to znów próbował wydo- 
stać się szparami na zewnątrz. Waldemar odczuł nagle jakąś niestosowność tego ognia, który  
powinien być kojącym azylem, schronieniem przed chłodem panującym na zewnątrz.  
– Jest tu kto? – zapytał, a po chwili z braku odzewu zamknął i te drzwi. Pozostały jeszcze  
jedne, naprzeciw wejściowych. Były co najmniej o dwadzieścia centymetrów niŜsze od pozo- 
stałych, a poza tym nie wyróŜniały się niczym szczególnym. Nacisnął klamkę i po chwili  
znalazł się w pomieszczeniu nader dziwnym. Była to komora o kwadratowej podłodze, której  
kaŜdy bok mierzył około dwóch metrów. Poczuł swąd dymu. Było tu, rzecz dziwna, słychać  
jednocześnie huczenie ognia i skowyt wiatru w innych pomieszczeniach przytłumiony, daleki.  
Waldemar postąpił krok naprzód i spojrzał w górę. Na wysokości trzech metrów pomieszczenie  
zwęŜało się gwałtownie przybierając kształt butelki. U samej góry widniał niewielki pro- 
stokąt nie przypominający w pierwszej chwili niczego znanego. Wyglądał jak ekran filmowy,  
po którym na granatowym tle przesuwają się z wielką szybkością obłoki jakiegoś jasnego  
oparu. Nagle poczuł, Ŝe stęŜenie dymu w powietrzu stało się duszące. Pomyślał, Ŝe trzeba  
wyjść i zrobił pół obrotu w tył, gdy nagle zobaczył język ognia buchający ze ściany. W tym  
momencie zrozumiał, gdzie trafił, ale zanim zdąŜył uświadomić sobie to w pełni, poczuł nagle  
silne pchnięcie w pierś. Olbrzymia postać całym cięŜarem ruszyła na niego. Usiłował usko- 
czyć do tyłu, ale potknął się o coś i upadł. JuŜ z ziemi, w blasku ognia, zobaczył niesamowitą  
twarz z białymi oczami. Z rozchylonych ust wyglądały dwa kły zachodzące aŜ na dolną war- 
gę. Tyle zdąŜył zobaczyć, nim postać, wydawszy przenikliwe i głębokie stęknięcie – coś na  
kształt „Ooe” – skorzystała z wolnej przestrzeni i zniknęła w okamgnieniu.  
Zanim jeszcze Waldemar zdąŜył się podnieść, usłyszał w sieni nowe kroki. W szparze po- 
między deskami pojawiło się światło. Nie było wyboru. Wstał czym prędzej i moŜliwie najo- 
ględniej, ale teŜ dość śmiało, by nie wyglądało, Ŝe robi to ukradkiem, otworzył drzwi.  
– Niech będzie pochwalony – powiedział w przypływie natchnienia.  
– A dyć co pan robi w kominie, na wieki wieków? – odparła kobieta stojąca w sieni. W  
jednej ręce trzymała naftową lampę z osłoną przeciw wiatrowi, w drugiej zaś puste wiadro.  
Przypatrywała mu się bez strachu, bacznie i Ŝyczliwie jednocześnie, a moŜe i trochę ironicznie.  
Nie wykluczone jednak, Ŝe było to mylne wraŜenie wywołane faktem, Ŝe jedno oko kobiety  
było pokryte szelmowskim bielmem i lekko zezowało.  
– Myślałem, Ŝe ktoś tam jest – powiedział Waldemar. Gospodyni spojrzała nań uwaŜnie.  
– A kto by?  
– No, tak w ogóle! – odparł niezbyt składnie. 
Kobieta uchyliła drzwi do kuchni i powiedziała: 
– Ta tu przecieŜ siedzi.  

background image

Waldemar ujrzał olbrzymią dziewuchę o okrągłej twarzy. Na jego widok zeskoczyła z zydla  
i próbowała ukryć się za tym sprzętem. Gdy to się nie powiodło, przybrała minę niezmiernie  
boleściwą i wypowiedziała z głębi piersi, tonem tragicznym, z przydechem i akcentem na  
pierwszej sylabie:  
– O BoŜe!  
– Dobry wieczór – powiedział Waldemar, speszony jako Ŝe rozpoznał w tym „Ooe” sprzed  
chwili.  
– Taak! – stęknęła dziewczyna z jeszcze większym przydechem i pokazała w uśmiechu  
dwa imponujące kły.  
– No proszę, niech pan wejdzie do pokoju – powiedziała gospodyni. – Jedyna córka, a… –  
machnęła ręką z widoczną rezygnacją. – A pan się w tym kominie pobrudził.  
Dopiero później dowiedział się, Ŝe takie kominy są powszechnie stosowane w tradycyjnych  
kaszubskich chatach. Pomieszczenie w kształcie butelki z kwadratowym dnem stanowi  
rdzeń budynku. Wpadają tam wyloty z poszczególnych pieców. Dym, zanim uleci górnym  
otworem przypominającym z zewnątrz normalny komin, oddaje swe ciepło ścianom domu.  
Wielu innych rzeczy miał się jeszcze dowiedzieć w ciągu lat, które upłynęły od tej pierwszej  
wizyty na wyspie. Nie spodziewał się nawet, Ŝe polubi tę ziemię i jej mieszkańców – Ginterów,  
a nawet Karusię, straszną dziewczynę z komina. Ani się obejrzał, jak zamieszkał na tym  
pustkowiu na stałe. Teraz siedział w bibliotece swego domu „Pod Lasem” i usiłował rozpro- 
szyć niewesołe myśli wspomnieniami. Tak samo jak wtedy wiatr wył w szparach okiennic.  
Niewielka lampka paliła się w rogu pokoju oświetlając grzbiety ksiąŜek na półkach. Pokój  
wyglądał dość zwyczajnie. WyróŜniał się tylko dość sporymi rozmiarami i natłokiem ksiąŜek.  
Ale w tej samotni sprawiał wraŜenie niezwykłego, urządzonego z przepychem salonu. Na  
kominku płonęły brzozowe szczapy, a w pokaźnym kielichu stojącym na biurku nie opodal  
Waldemara szklił się płyn o intensywnej karminowej barwie.  
Z zadumy wyrwało go nagłe ujadanie psów. Popatrzył nieufnie w okno, za którym wid- 
niała jednak tylko zielona powierzchnia okiennicy. Wstał i niepewnym krokiem wyszedł na  
ganek. Dom otoczony był drewnianą palisadą monstrualnej wielkości. Naprzeciw, w odległo- 
ś

ci moŜe trzydziestu metrów, rysowała się furtka, do której biegły rozsierdzone psy. JuŜ do- 

sięgały jej Herod i Gruby, pręgowany dog i czarny nowofundlandczyk, juŜ dostojnym truchtem  
dobiegał basset Horacy, juŜ doskakiwał niczym pchełka genialny pudelek Genio. Nawet  
Przygłup, niefortunny pasterz miejscowych krów, cudem uratowany przez Waldemara przed  
karą śmierci za niedopełnianie obowiązków słuŜbowych w gospodarstwie Ginterów, teraz  
poszczekiwał chwacko wbrew swej nieporządnej i rozproszonej naturze. Przez okratowane  
okienko, umieszczone w furtce na wysokości oczu, moŜna było zobaczyć uzębione paszcze  
Heroda i Grubego, z których zionęło nienawiścią i zalatującym padliną gorącem. Sylwin,  
gdyŜ on to stał po drugiej stronie palisady, wzdrygnął się na myśl o bezpośrednim kontakcie z  
taką paszczęką, w której ogniście czerwienił się ochłap jęzora, a na tym tle bielały kły. Na  
szczęście nim furtka stanęła otworem, ktoś z drugiej strony wypędził bestie, niewybrednym  
słowem popierając rękoczyn. Zgrzytnęły zasuwy. Sylwin i Waldemar stanęli oko w oko.  
Przez krótką chwilę mierzyli się wzrokiem, potem padłszy sobie w ramiona uściskali się 
serdecznie.  
Podczas tego krótkiego zbliŜenia Sylwin poczuł ostry zapach alkoholu i skojarzył go  
natychmiast z tą dziwną miękkością, z jaką Waldemar oparł się o niego. Nic nie mówiąc szli  
w kierunku ganku. Odgonione brutalnie psy przybliŜyły się ukradkiem, aby nieufnym 
powarkiwaniem  
wyrazić swe wątpliwości co do reputacji gościa. Tylko Przygłup zapomniał nagle o  
swoim gniewie i wykonywał, nietypowe dla psa, koliste ruchy ogonem.  
– MistrzSylwin pozdrawia mistrza Waldemara – powiedział Sylwin.  
Waldemar wprowadził gościa do środka i usadziwszy go w fotelu zajął się nalewaniem  

background image

wina. Gdy juŜ siedzieli obaj trzymając w rękach kielichy, napięcie znikło z twarzy Waldemara  
ustępując miejsca sztubackiemu śmiechowi.  
– W pańskie ręce perswaduję – powiedział.  
– Bynajmniej, bynajmniej – mitygował Sylwin. Obaj wypili do dna i teraz znowu przyglą- 
dali się sobie.  
– Czarna porzeczka? – zaryzykował Sylwin.  
– Z jeŜyną – sprecyzował Waldemar chwytając znowu za karafkę.  
Sylwin tymczasem rozglądał się po mieszkaniu. Wypite wino grzało przyjemnie. Czuł  
niemal, jak cząstki czerwonego nektaru dostają się do krwi wzbogacając ją swoim barwnikiem  
i napełniają ciało twórczym Ŝarem.  
Działanie alkoholu uwarunkowane jest nie tylko jego jakością, ale teŜ tym, co moŜna by  
nazwać aurą psychiczną biesiady. Ta zaś zaleŜy w równej mierze od ludzi, pogody i nieuchwytnych  
fluidów tworzących tak zwany nastrój. O ile pod wpływem znakomitego trunku  
mowa Sylwina stawała się bogatsza i pełna fantazji, o tyle Waldemar coraz widoczniej pogrą- 
Ŝ

ał się w jakimś topielczym alkoholizmie, dając się zdradliwemu płynowi mamić i zamraczać.  

Jego masywna postać zdradzała słabość i bezradność poruszając się ocięŜale po pokoju. Ręce  
drŜały nieznacznie. Widać nie po raz pierwszy spędzał Boruta w ten sposób wieczór.  
Sylwin nie dawał po sobie poznać, Ŝe zauwaŜył to wszystko, a moŜe naprawdę nie zauwa- 
Ŝ

ył, bo od momentu, gdy wraz z Ginterami począł przeprawiać się przez jezioro, trwał w ła- 

godnej euforii. Gdy siedział tak delektując się miejscowym specjałem, oglądając go pod  
ś

wiatło, wąchając, pukając paznokciem w kieliszek, aby wreszcie upić mały łyk, jego chło- 

pięca sylwetka wyraŜała pełne zadowolenie, pogodną Ŝyczliwość dla całego świata. Gdy  
wstawał, niby rosły i barczysty, ale jednocześnie jakiś efemeryczny, pokój napełniał się jego  
zapałem, promieniował jego ciepłem. W tym cieple odŜywał takŜe Waldemar, coraz bardziej  
upodabniając się do tamtego Waldemara, którym był, gdy się znali przed laty. Rwąca się po- 
czątkowo rozmowa stawała się wartkim dialogiem przyjaciół. Niespokojne języki ognia rzu- 
cały na pokój długie cienie. Twarze, a szczególnie oczy, nabierały niezwykłego, głębokiego  
wyrazu.  
– Siedzisz w tej samotni – mówił Sylwin – niczym jakiś prasłowiański ksiąŜę. Masz dom,  
parę hektarów ziemi, tyle to i radłem byś obrobił, no i masz palisadę z bali. Fosy jeszcze nie  
masz, ale jak cię znam, będziesz miał. Zrobiłeś sobie skansen i masz gdzieś natrętnych turystów,  
ośrodki, nawet kryzysy energetyczne i wszelkie uciąŜliwości cywilizacyjne. A ja, cóŜ  
jak się to wszystko zaczęło, to wulgaryzowanie Wdzydz, wypędzanie do muzeum całkiem  
jeszcze krzepkiej tutejszej ludowości, nawiałem po prostu.  
– Napisałeś wtedy ten reportaŜ – przypomniał zdawkowo Waldemar.  
– Owszem. Naczelnemu wmówiłem co prawda, Ŝe jest to fantastyka naukowa nawiązująca  
do problemów współczesnej ochrony środowiska. Wierzysz w moc słowa pisanego?  
Waldemar mimowolnie powiódł wzrokiem po półkach. Były wypełnione po brzegi. Stos  
ksiąŜek piętrzył się takŜe na stole. Szczególnie przyciągał wzrok niewielki tomik oprawny w  
skórę.  
– Gospodarzę, działam – powiedział Boruta. – Nie moŜna liczyć na reguły, zasady. Musimy  
kształtować swoje przestrzenie psychiczne, a potem dopasowywać do nich te fizyczne  
obszary, nasze otoczenie.  
Sylwin spojrzał na pustą niemal karafkę.  
– Jeśli dalej w ten sposób będziemy kształtować te, jak mówiłeś, psychiczne i fizyczne  
przestrzenie, jutro cały ten las będzie miał kaca. – Milczał przez chwilę, a potem dodał: –  
Działasz, ale chronisz się teŜ w enklawie. Odgrodziłeś swoją przyrodę, swoje drzewka,  
kwiatki i co tam jeszcze, bo tylko sobie ufasz.  
Boruta słuchał nieuwaŜnie. Zdawał się błądzić myślami w zupełnie innych regionach.  
– Nie trzeba teorii – powiedział. – Nie trzeba ideału, nie trzeba Ŝadnych myślowych konstrukcji.  

background image

Rzeczywistość jest pełna anomalii. – Schował twarz w dłoniach i trwał chwilę w tej  
pozycji. Potem spojrzał na Sylwina zmęczonymi oczami. – Osiągnąłem rodzaj pogodzenia,  
harmonii z rzeczywistością. Tą – wskazał w kierunku drzwi – a nie tą – zakreślił łuk obejmu- 
jący bibliotekę. To tylko wygląda na utopię, ten dom w środku lasu, sad, ogród, no i palisada i  
inne wymysły. W rzeczywistości jest bardzo normalne, dalekie od naszego młodzieńczego  
katastrofizmu, od wybrzydzania na cywilizację, od burzycielskich min. Pewnie, Ŝe nie jestem  
jakąś tutejszą Siłaczką, ale teŜ daleko mi do dawniejszego surowego dąŜenia… ja wiem?…  
ascetycznego pragnienia radykalnej naprawy, nagłej zmiany świata. O tak, ktoś zawsze musi  
głosić katastroficzne ewangelie, bo to swoista prawda i to powstrzymuje. Ale ja nie mam 
predyspozycji  
na „głodomora”, za bardzo mi smakuje tyle rzeczy na tym świecie…  
Sylwin popatrzył z udaną uwagą na nieco pękate kształty Waldemara.  
– I owszem, na ascetę nie wyglądasz – powiedział.  
Było jasne, Ŝe tematy ich młodzieńczych rozmów, w których egoistyczny Ŝal nad zakąt- 
kiem świata, gdzie przeŜyli tak wiele, nim bezimienna masa ludzka przystąpiła do wyniszczania  
go, mieszał się z autentyczną refleksją nad wszystkim co w kulturze ulotne, straciły aktu- 
alność. Trzeba było zrozumieć, Ŝe Waldemar po swoim antytechnologicznym przewrocie  
wewnętrznym stał się trzeźwym praktykiem. Ludzie najczęściej chcą być czymś przeciwnym,  
niŜ są, lub chociaŜ rozmawiać o tym. Gdy zaś przypadkiem ich pragnienie się zrealizuje, co  
innego mają wówczas w głowie.  
– A ty dalej „wolny strzelec”? – pytał Waldemar.  
Sylwin jak nigdy poczuł swoją chłopięcość. Poczuł nikłość wszystkiego, co robił dotychczas  
i o czym chciał Waldemarowi opowiedzieć. Bladły subtelne rozprawy literackie: „O klimacie,  
jako komponencie wizji człowieka kosmicznego w alchemii”, lub „O języku pogody”,  
traciły ostrze kampanie publicystyczne w sprawie połaci ziemi zagroŜonych wielkim przemy- 
słem, a nawet reprezentowanie Polski na ostatnim międzynarodowym zjeździe poświęconym  
terenom bagiennym. Zrozumiał, Ŝe w swym troskliwym pochyleniu nad wszystkim co tradycyjne  
i naturalne nie dorówna ani przez chwilę konkretowi, jaki przypadł w udziale temu  
człowiekowi: obcowaniu z ziemią. Przypadł w udziale? Raczej wywalczył go sobie. A teraz  
siedzi tu, niby powalony gigant.  
– Kto to jest Czarliński? – zapytał nagle Sylwin.  
Przez twarz Waldemara przebiegł cień – lub tylko zdawało się tak Sylwinowi, bo po chwili  
odpowiedział lekko i niewymuszenie:  
– Czarliński? Poznasz go jutro. Dziś całe towarzystwo pojechało do Gdańska.  
– Ale kim był? Co znaczy „oŜył”? 
Waldemar uniósł brwi. Był zdziwiony. 
– Najstarsi ludzie pamiętają, Ŝe był lekarzem. Jest nim nadal. Nie rozumiem, co masz na  
myśli.  
Sylwin sięgnął do kieszeni spodni, gdzie ostatnio znajdował się telegram. Kartki jednak  
tam nie było. Nerwowo przetrząsnął pozostałe kieszenie. Bez rezultatu.  
Waldemar przyglądał się tym zabiegom sceptycznie.  
– Mocne wino – powiedział znacząco.  
– Musiałem zgubić w autobusie, był cholerny tłok…  
– Mhm – przytaknął Waldemar. Takim tonem przemawia się do groźnego wariata.  
– Do diabła, mówię o telegramie od ciebie – wybuchnął Sylwin.  
– A cóŜ tam pisało? – głos Waldemara był ironiczny. 
Sylwin patrzył na niego nic nie rozumiejącym wzrokiem. Wreszcie zapytał: 
– Nie wysyłałeś telegramu? 
Boruta pokręcił przecząco głową. Był juŜ całkiem powaŜny. 
– Dostałem od ciebie telegram, przecieŜ czekałeś na mnie – powiedział Sylwin.  

background image

– Na nikogo nie czekałem, to znaczy czekałem, od pewnego czasu, mówił mi Bartosz, Ŝe  
jesteś w kraju, więc jakŜe byś miał mnie nie odwiedzić. Ale nie miałem pojęcia, Ŝe akurat  
dzisiaj. No, po prostu ucieszyłem się, ale gdybym wiedział, przecieŜ ucztę bym ci tutaj wy- 
prawił. Nie puściłbym ferajny do Gdańska.  
– A to wino, przygotowane na stoliku, no i przecieŜ wcale się nie zdziwiłeś.  
– I owszem, jeszcze jak! Co do wina, takie u nas obyczaje, zawsze tu stoi.  
Sylwin patrzył na lekko dygocącą rękę przyjaciela, gdy ten nalewał wino. W jego spojrzeniu  
było widać coś szczególnego, gdyŜ Boruta nagle wybuchnął.  
– MoŜe myślisz, Ŝe wysłałem ten telegram po pijanemu? 
Radzikowski zawstydził się swego spojrzenia. Machnął ręką i powiedział: 
– Ktoś zrobił głupi kawał. Bardzo głupi kawał.  
– A cóŜ tam było napisane? – spytał Waldemar 
Sylwin znów machnął ręką, ale po chwili powiedział niechętnie: 
– Zaklinam, przyjeŜdŜaj. Czarliński oŜył.  
Teraz Boruta patrzył na niego jak na pijanego w sztok. On sam zresztą nie wiedział juŜ,  
czy telegram nie jest wytworem alkoholu, który zdobywał nad nim coraz bardziej przemoŜny  
wpływ. Kwestia telegramu stała mu się obojętna. Ktoś ściągnął go w ten sposób w gościnę,  
no i dobrze.  
– I ty myślałeś, Ŝe ja bym takim tandetnym stylem z zeszłowiecznego dramatu? Ty, pisarz…  
– Właśnie dlatego od razu przyjechałem. No, ale cóŜ, ktoś go musiał wysłać…  
– O ile w ogóle go dostałeś.  
– Ktoś go musiał wysłać – powtórzył uparcie Sylwin. – Ale pan doktor Czarliński zrobi  
minę, gdy się dowie, Ŝe ktoś go uśmiercił i wskrzesił w jednym telegramie!  
– Ach nie, nie rób tego – krzyknął Waldemar, po chwili jednak zmitygował się. – To egzaltowana  
figura bez poczucia humoru. Zresztą to brzmi tak cudacznie, Ŝe… Nie obraŜaj się,  
przecieŜ wierzę w ten telegram, ale inni pomyślą… Najlepiej popytam wśród gości, moŜe to  
„koza”?  
Sylwin spojrzał pytająco.  
– Ach, nie pamiętasz, ale ona ciebie owszem, bardzo jej zaleŜało na twoim przybyciu.  
– A ładna? – spytał Sylwin.  
Było mu dobrze. Cieszył się z przyjazdu nie wnikając w jego przyczyny. Kuzynka miała  
być podobno ładna i posiadać inne przymioty, o których Waldemar informował juŜ zza drzwi,  
gdyŜ udawał się do toalety. Potem jeszcze wymienił jej imię, Jolanta, ale tak niefortunnie, Ŝe  
sąsiadowało ono z grubym przekleństwem wypowiedzianym na skutek potknięcia się w  
przedpokoju o torbę Sylwina. Ten ostatni w odpowiedzi począł bronić dobrego imienia dzieweczki  
i nastąpiła kłótnia, ale gdy Waldemar wrócił, wypili na zgodę i uściskali się, i znowu  
wypili, a wszystko to pośród radosnej twórczości językowej uprawianej przez obu jednocze- 
ś

nie. A potem, nie wiedzieć jak, psi weszli do pokoju, a oni się z nimi bratali, aŜ wszyscy po- 

społu rozłoŜyli się na dywanie i juŜ Herod z Grubym mógł uszczknąć trochę ludzkiego ciepła,  
juŜ Genio wylizywał twarz Waldemara, a Horacy próbował bezczelnie połoŜyć się na brzuchu  
Sylwina, Przygłup zaś biegał wkoło tego Ŝywego obrazu i szczekał jak wariat. Wtedy to we- 
szła Janka, która widać zagadała się u Ginterów, powiedziała: „A to ci dopiero” i rozpędziła  
towarzycho. Jak znalazł się w łóŜku, tego Sylwin juŜ nie pamiętał.  
W nocy obudził się nagle. Było duszno i całkiem czarno. Panowała niczym nie zmącona  
cisza. LeŜał bez ruchu myśląc nad tym, gdzie się znajduje. Natrętna obsesja dzieciństwa o  
zakopaniu Ŝywcem w grobie na skutek letargu powróciła na chwilę przejmując go nagłym  
dreszczem. Uniósł się gwałtownie aŜ do pozycji siedzącej, ale jego głowa nie uderzyła w  
wieko trumny. Bolała, owszem, ale z całkiem innych powodów. Teraz Sylwin pamiętał juŜ,  
co działo się wieczorem i dlaczego boli go głowa. Dlaczego się obudził? Wąziutka granica  
pomiędzy jawą a snem była w jego wspomnieniu naznaczona czymś niezwykłym, co właśnie  

background image

spowodowało obudzenie i cały niepokój. PrzezwycięŜając ocięŜałość członków wstał i począł  
po omacku poruszać się po całkowicie nieznanym sobie pomieszczeniu. Doszedłszy do ściany  
napotkał dotykiem jakąś wnękę, a w niej drewnianą powierzchnię desek. Zrozumiał, dlaczego  
w pokoju jest tak duszno. Skrzydła okiennicy nie były co prawda zaparte Ŝelazną sztabą, ale  
przysłaniały całkowicie okno, które poza nimi pozostawało ledwo odemknięte.  
Sylwin pchnął okno i stwierdził, Ŝe powietrze na zewnątrz wcale nie tchnie oŜywczym  
chłodem. Była parna, pochmurna noc, dość widna jednak, jako Ŝe zbliŜała się pełnia księŜyca.  
Panowała cisza, jedynie równomierny bzykot owadów dobiegał spod okapu, a moŜe spośród  
ś

wierków, które w cichej zadumie kłoniły swe niebosięŜne głowy ponad ostrym szczytem  

palisady. W dalekich Rybakach poszczekiwały psy.  
Nagle ciszę przeszył wysoki, nieludzko rozdzierający krzyk. Sylwin w jednej chwili zro- 
zumiał, co wybudziło go ze snu i Ŝe jego niepokój był podświadomym oczekiwaniem na 
powtórzenie  
wrzasku. Próbował racjonalizować porównując go z krzykiem Ŝurawi, ale w tym  
samym momencie rozległ się potworny, równie wysoki i przenikliwy chichot, który niczym  
ironiczne zaprzeczenie myśli Sylwina odbił się po lesie dalekim echem. Potem zapanowała  
dziwna, dygocąca cisza i tylko las trwał niczym nie poruszony.  
Obudził się, gdy promienie słońca wpadające przez okno sięgnęły jego łóŜka. Była jedenasta.  
Z zewnątrz dobiegały zwykłe odgłosy gospodarskie: gdakanie kur, dalekie porykiwanie  
bydła i naszczekiwanie Ginterowych psów. Piskliwy kobiecy głos śpiewał miejscową piosen- 
kę:  
Dzysô takô mueda je na całym swiece,  
jeden mô za wiele, drëdŜich biéda gniece,  
dzysô takô mueda, wszëtkue jidze lotem,  
nôprzód robią chrzcënë, a wieselé puetém.  
W wysokich teŜ rejestrach ulokowały się głosy lasu, tworząc nieustające świergotliwe tło  
dla tamtych. Wstał z łóŜka i podszedł do okna.  
Pośród drobiu krzątała się Janka rozsypując wokół ziarno. Psy pokładły się w ocienionych  
miejscach, tylko Przygłup bez przekonania próbował jeść kurzą strawę. Wszystko co Ŝywe  
zdawało się poruszać na zwolnionych obrotach.  
– Dzień dobry panu Sylwinowi – powiedziała Janka ujrzawszy go w oknie. – Jak się panu  
spało – dodała, a w jej głosie moŜna było wyczuć lekką ironię.  
– I owszem – odparł Sylwin ukłoniwszy się najpierw. – Tylko jakieś krzyki nie dawały mi  
spokoju.  
Janka pokiwała głową ze zrozumieniem i powiedziała:  
– Nie wszyscy mogą tyle pić co pan Waldemar. Lepiej radzę panu po lesie z nim się uga- 
niać albo i po jeziorze, niŜ za stołem siadać.  
Waldemar, gdy nie jadł i nie pił, co jednako bardzo lubił, włóczył się często po okolicy –  
jeśli robota na to pozwalała.  
– A pani ma pokój po drugiej stronie? – zapytał Sylwin.  
– A mam – Janka spojrzała podejrzliwie. – Na co to panu?  
Popatrzyła nań hardo. Nagie, nie opalone ramiona, masywna postać tej mniej więcej 
trzydziestoletniej  
kobiety wsparta teraz o mur domu przywodziły na myśl marmurową kariatydę.  
– Nie, nic. Chciałem po prostu wiedzieć, czemu pani nie słyszała tych krzyków.  
– Ja wina nie piję – powiedziała Janka z godnością i odŜeglowała z gracją w kierunku ganku.  
– Niech pan zejdzie i zje sobie śniadanie. Wszystko pan znajdzie w kuchni, ale trzeba  
wziąć samemu. Ja sługą nie jestem.  
Faktycznie nie była. Na pierwszy rzut oka moŜna by przypuszczać, Ŝe gospodarstwo Waldemara  
roi się od słuŜby, ale był to w rzeczywistości tłum współpracowników dobranych z  

background image

najdziwniejszych indywiduów. Pasterzem owiec na przykład był stary, brodaty męŜczyzna,  
którego Waldemar spotkał niegdyś w gdańskiej antykwarni. Człowieka tego, jako stałego tam  
bywalca, tolerowano pomimo łachmanów, w jakie był odziany. Przesiadywał długimi godzinami  
wertując starodruki – przewaŜnie dotyczące nauk tajemnych. Od zaprzyjaźnionego  
sprzedawcy dowiedział się Waldemar, Ŝe ten obdarty clochard włada biegle kilkunastoma  
językami, w tym kilkoma wymarłymi. Na Ŝycie miał jakoby zarabiać sezonowym strzyŜeniem  
owiec. Upłynęło kilka miesięcy i męŜczyzna z antykwarni znalazł się na wyspie, dzieląc swój  
czas pomiędzy owce a Waldemarową bibliotekę, gdzie sporządzał indeks do prac średnio- 
wiecznych gnostyków i oddawał się lekturze. Wieczorami zwykł śpiewać pieśni cerkiewne,  
jako Ŝe był starego obrządku. Przypominając przekonaniami „świętego starca”, pieniędzy za  
pracę nie brał, korzystając tylko z dóbr naturalnych – strawy i ksiąŜek. Inaczej było z drugim  
„parobkiem”, niejakim Tadeuszem Tymoteuszem Słyszkto. Rodzice, którzy dziecko o tak  
niesfornym nazwisku obdarzyli jeszcze niepoślednim zestawem imion, musieli liczyć się z  
konsekwencjami. JakoŜ ich syn został malarzem. PoniewaŜ – jak sam utrzymywał – prawdziwemu  
artyście nie jest dane zaznać sławy za Ŝycia, klepał tedy biedę. Imał się zgoła innego,  
bo pokojowego rodzaju malarstwa, a w chwilach wyjątkowego kryzysu materialnego, ale  
teŜ i duchowego, puszczał się na wieś i wysługiwał za parobka w duŜych gospodarstwach.  
Będąc znajomym Waldemara od dawna, chętnie przystał na propozycję pracy z nim. Sprawiał  
się teŜ, jako stary praktyk, wyśmienicie, niejednego sekretu natury wyuczywszy początkują- 
cego gospodarza. Potrafił nie tylko zająć się pracą polową, ale teŜ spełniał rolę domowego  
znachora lecząc ziołami, obficie występującymi w okolicy. Będąc Ŝywego usposobienia,  
wszczynał co i raz kłótnie dotyczące zarobków, zresztą dla samej przyjemności prowadzenia  
sprzeczki; jedynym jego stałym zakupem były farby i przybory malarskie. Stale bowiem ma- 
lował.  
Tak więc od czasu do czasu kłócili się z Borutą zaŜarcie niczym dwa tokujące głuszcze.  
Ktoś pomyślałby, Ŝe oto prześladowany parobek usiłuje daremnie uzyskać od chciwego pana  
naleŜny zarobek. A przecieŜ dzielny malarz nie pobrał jeszcze pensji sprzed kilku miesięcy,  
jako Ŝe pieniądze zwykł gubić natychmiast lub obcierać nimi pędzle.  
Było jeszcze kilku sezonowych pomagierów, o których szerzej rozprawiać nie potrzeba.  
Dość, Ŝe stanowili wszyscy solidarną społeczność, zjednoczoną wspólnotą pracy i dąŜeń oraz  
koleŜeństwem. Prym zaś wiodła w tym towarzystwie Janka, jedyna wieśniaczka z prawdziwego  
zdarzenia. Pozbawiona mityczno-literackich motywacji, trzeźwa racjonalistka i niezrównana  
organizatorka, była prawdziwą gospodynią w tym kawalerskim domu. Chodziły po  
okolicy, głównie w jej rodzimym Rowie, plotki, jakoby poprzez jej "słuŜbę" dom kawalerski  
zgoła przestawał być takim, nie będziemy wszak tych plotek powtarzać.  
Sylwin Radzikowski przyjął więc bez zmruŜenia oka zastrzeŜenia Janki, wkrótce teŜ zszedł  
do kuchni, gdzie w olbrzymim piecu płonął ogień. Było tam gorąco jak w piekle. Wbrew wła- 
snym słowom, Janka podzwaniając fajerkami stawiała do zagrzania gar świeŜego mleka. Jednak  
postawiwszy – wyszła z kuchni, dzięki czemu mógł zaspokoić pragnienie skacowanego  
gardła, nie czekając końca podgrzewania. Za kuchnią mieścił się pokój jadalny z dwoma wej- 
ś

ciami: od kuchni i od przedpokoju. Tam teŜ skierował się Sylwin nie mogąc dłuŜej wytrzy- 

mać temperatury pomieszczenia.  
W jadalni znajdował się solidny, cięŜki stół nakryty białym obrusem, na którym stały róŜ- 
ne gatunki serów, osełka masła, słój ciekłego jeszcze miodu oraz upleciona z korzenia sosny  
kobiałka wypełniona owocami. Stała równieŜ karafka z winem, dobrze mu juŜ znana, ale w  
tej chwili – nienawistna. Za stołem natomiast siedziała stara dama o profilu przypominającym  
Ŝ

ywo sępi dziób. Była to babcia Waldemara, niejaka Eryka Wegetariańska. W zamyśleniu  

spoŜywała wielką kromkę chleba tutejszego wypieku popijając kaŜdy kęs mlekiem. Chleb nie  
był posmarowany. Harmonizowało to z wyniosłą, ascetyczną postacią staruszki: filigranowa i  
krucha, jednocześnie wydawała się dziwnie masywna i Ŝylasta. W wątłej dłoni zaciskała wła- 

background image

ś

nie ucho kubka tak, Ŝe zdawało się jęczeć z bólu. Pomimo skromnego i cichego obejścia,  

budziła respekt. Niektórzy bali się jej nawet. Ci twierdzili, Ŝe bywa obcesowa i złośliwa. Kto  
jednak znał ją dobrze, temu zarzuty te wydawały się bezpodstawne.  
Przywitawszy się z wyniosłą damą Sylwin usiadł i spoŜywał w milczeniu obfite płody 
wyspiarskiego  
gospodarzenia. W tym czasie staruszka przyglądała mu się posępnie nie mówiąc  
ani słowa. Albo go nie poznawała, albo nie przywiązywała do jego osoby Ŝadnej wagi. W  
kaŜdym razie starał się zjeść śniadanie jak najszybciej. Nim jednak zdąŜył to uczynić, staruszka  
skończyła Ŝuć, wyjęła z torebki paczkę „Sportów” i załadowała swą szklaną lufkę pie- 
czołowicie wybranym spośród innych papierosem. Zapaliwszy wstała i wyszła z wielkim do- 
stojeństwem, otaczając się kłębami dymu. Niezadługo Sylwin takŜe opuścił jadalnię.  
Waldemar Boruta powracał właśnie z lasu. Jego twarz w świetle dziennym wydawała się  
bardziej jeszcze zmęczona niŜ wczoraj. Nie było jednak w nim widać śladów pijaństwa. Wy- 
glądał na człowieka przemęczonego pracą i codziennymi kłopotami.  
– Chcesz zobaczyć ogród? – powiedział i nie czekając na odpowiedź ruszył pierwszy w  
charakterze przewodnika.  
Ostrów Wdzydzki był podłuŜną wyspą ciągnącą się na trzy kilometry wzdłuŜ linii północ- 
południe, pośrodku Wielkiej Wody. Południowy kraniec wyspy naleŜał do lasów państwo- 
wych, północna zaś część dzieliła się między Ginterów i Borutę. Jej środkiem rozciągał się  
wysoki płaskowyŜ, który na wschodzie urywał się z nagła ku jezioru tworząc porośnięte  
chaszczami urwiska, zaś na zachodzie obniŜał łagodnie przechodząc w nadjeziorne płaszczy- 
zny torfowisk i łąk. Waldemar gospodarzył na płaskowyŜu. Ze szczytu jego domu widać było  
długi pas ornej ziemi ciągnący się między dwoma lasami. Ku północy pas ten nagle wchodził  
w dziwne zakrętasy, jakieś polodowcowe spirale, aby zejść do jeziora w miejscu, gdzie stał  
dom Ginterów. Kierując wzrok w lewo moŜna było zobaczyć pełną wymarłych drzew zatokę  
zwaną Babą, a za nią Bukową Górę. Za tym – juŜ tylko jezioro. Dalej w lewo rysował się na  
drugim brzegu cypel, Sosnowy Nurt, jeszcze zaś dalej było widać Owcze Bagna i Wygodę  
połoŜoną w głębi zatoki Czystej. Patrząc w prawo moŜna było ujrzeć za wodą dalekie Zabrody  
i Lipę, wysepki Przyrośla z Cyronkiem, aŜ do samych Rybaków, leŜących za majestatycz- 
ną Sorką. Gdzieś pomiędzy Lipą a Ostrowiem dno jeziora zapadało się pono tworząc siedem- 
dziesięciometrową głębię. Tak powiadali geografowie, ale miejscowi twierdzili, Ŝe jeszcze  
głębiej jest pod Wdzydzami, gdzie jezioro rozcięte zostało wiatrami na kształt krzyŜa.  
Dom stał pośród lasu nie wytrzebionego wcale, przeciwnie, przypominającego dzikie uroczysko.  
Tylko wokół budynku przebiegał kawałek wykarczowanej ziemi tworząc obejście.  
Drewniana palisada sięgała duŜo dalej, zagarniając i część lasu, gdzie, bywało, nocowały  
chowane półdziko indyki rozsiadłszy się w koronach drzew. Brama wjazdowa znajdowała się  
od zachodu, zaś w południowej stronie zagrody istniała furtka prowadząca do ogrodu 
wydzielonego  
osobno i chronionego przed natarczywością zwierząt domowych solidnym Ŝywo- 
płotem. Dalej były tylko pola uprawne, ale to juŜ za palisadą zaopatrzoną z tej strony w do- 
datkową bramę.  
Sam dom zbudowany został prosto. Fundamenty miejscowym zwyczajem uszykowano ze  
spojonych cementem głazów, dalej szedł zwykły mur. Piętro było sosnowe, boki domu natomiast  
w całości, od fundamentów po dach, wykonano z pruskiego muru – krzyŜówki czerwonej  
cegły z balami drewna. Spadzisty silnie dach pokrywała czerwona dachówka. Spojenia  
drewna z cementem świeciły Ŝółto miejscowym marglem, wypalonym w słońcu. We wnętrzu  
dom był przedzielony na dwie symetryczne połowy długim korytarzem, zakończonym  
drzwiami wychodzącymi na tyły domu. Trzeba jednak powiedzieć, Ŝe tę symetrię burzyło  
zagospodarowanie poszczególnych pokoi, które Janka miała za szczególnie ekstrawaganckie.  
O tym właśnie toczyła się rozmowa, gdy Sylwin z Waldemarem okrąŜywszy dom z lewa,  

background image

przeszedłszy obok ogrodu z sadem, zapuściwszy spojrzenie przez północną bramę na płasz- 
czyznę pól, docierali do „kuchennego wyjścia” po drugiej stronie domu. Tutaj rósł park, niewielki  
jeszcze, ale rokujący dobre nadzieje. Minąwszy go, skręcili pod południową ścianę i  
tam zatrzymali się.  
– Tu – powiedział Waldemar – przebiega granica. I województw, i mojej ziemi. Dalej nad  
wodą jest obniŜenie, zwane nawet przez tutejszych Granicą właśnie. Ale to miejsce zwie się  
częściej inaczej: Pod Lasem.  
– Pod Lasem? – zdziwił się Sylwin. – ToŜ tu wszędzie las. Raczej z drugiej strony bardziej  
ta nazwa pasuje.  
Waldemar pokręcił głową.  
– Nie, właśnie tutaj. Ten las, mój, sadzili Ginterowie. Tamten za płotem – robotnicy leśni.  
Tamten jest nieco starszy, a więc rósł, gdy mojego jeszcze nie było.  
– I wtedy mówiło się na to miejsce „Pod Lasem”?  
– Owszem, ale wątpię czy z tego powodu. RóŜnica między nimi wynosiła parę lat. Gdy tego  
jeszcze nie było, tamten był maleńkim zagajnikiem. Wątpię, Ŝeby o takim kurduplu mówili  
„las”!  
– Więc jeszcze wcześniej był tu jakiś las z prawdziwego zdarzenia.  
– OtóŜ to. Ginter jeszcze go pamięta. Podobno był wiekowy. Są teŜ róŜne romantyczne  
bajędy. Na przykład niektórzy mówią, Ŝe był tu kiedyś Ŝeński klasztor, jeszcze drewniany.  
Jeszcze inni wiąŜą to miejsce z zamkiem i zaklętą królewianką… Eee – machnął ręką – nic w  
tym nie ma.  
– A jednak ta nazwa – zastanawiał się Sylwin. – Widzisz, takie nazwy trwają wbrew rze- 
czywistości tylko wtedy, jeśli w takim miejscu znajdowało się coś waŜnego. Bywa, kawałek  
pustego pola potrafi zwać się Komorniki, bo dwa wieki wstecz mieszkali tam komornicy. To  
nie miasto, nie wystarczy przybić tablicę z nową nazwą. Tutaj, bracie, nazwa jest zabytkiem  
archeologicznym. Jeśli się zachowała, musiało tu coś być.  
– Z drewna, nie sprawdzisz – powiedział Waldemar. – Przypominasz mi księdza Knittera z  
Karsina. PrzyjeŜdŜał tu na wakacje. Ostatniego roku napisał poemat. Coś dla ciebie; on 
podtrzymuje  
tę legendę o zakonie, nawet przypisy do swojego poematu zrobił. UwaŜa to za pewnik,  
a dowody czerpie nawet ze „Starej baśni”. Nie dziwię się zresztą, Ŝe duchownemu zaleŜy  
na chrześcijańskiej przeszłości ulubionego miejsca.  
– Dajmy pokój Kraszewskiemu. CóŜ miał robić, kopać, szukać? PrzecieŜ sam powiedziałeś  
– drewno, zgniło i tyle. MoŜe miał wewnętrzną pewność, poczucie wyjątkowości tego miejsca.  
Takie, jakie mieli i inni: chociaŜby wtedy, gdy tu właśnie ustanowili granicę.  
Waldemar podniósł ręce pełen rezygnacji.  
– Poddaję się. O wierze się nie dyskutuje.  
Stali w milczeniu. Atmosfera była dziwnie uroczysta i pełna napięcia. Wydawało się, iŜ w  
dusznym powietrzu unosi się cały niepokój ostatniej nocy. Sylwin waŜył przez chwilę słowa,  
po czym powiedział:  
– Słyszałeś w nocy wrzaski?  
– Tak – Boruta wyglądał niezwykle powaŜnie. – Całą noc wrzeszczały białe myszki, pająki  
i węŜe.  
– Do jasnej cholery – nie wytrzymał Sylwin – przestańcie robić ze mnie pijaka! Po raz  
drugi chcesz zwalić coś na pijaństwo, a Janka teŜ robiła dziś jakieś głupie aluzje. Oświadczam  
więc po trzeźwemu…  
– Ale na kacu – wtrącił Boruta.  
– …po trzeźwemu, Ŝe telegram o śmierci Czarlińskiego miałem jeszcze w autobusie, a w  
nocy słychać było rozdzierające wrzaski.  
– Chłopie – perswadował Boruta – toŜ z tym Czarlińskim ci wierzę, dowiemy się w końcu,  

background image

kto to wysłał, nie rozumiem, o cóŜ ci chodzi. To przecieŜ bagatelka. A wrzaski? śebyś ty sły- 
szał, jak w tym lesie głośno wczesną wiosną! Tu moŜna ducha stracić z wraŜenia. Alkohol  
demonizuje takie nastroje. Wiem, wiem… no juŜ dobrze. Ale Ŝebyś się mógł wczoraj wi- 
dzieć! Pod koniec nie mogłeś ustać na nogach, więc pokazywałeś, jak chodzą psy. Ja do ciebie:  
„czemu chodzisz na czworakach?”, a ty mówisz: „tak chodzi Herod”. A potem nie mo- 
głeś juŜ unieść się na rękach i tylko pełzałeś. „Jestem Horacy” – głosiłeś, nawet mówiłeś do  
niego po angielsku.  
– Wiem – Sylwin machnął ręką. – Szekspira.  
– OtóŜ to. A gdy wróciła Janka, szczekałeś i ugryzłeś ją w łydkę, gdy tylko próbowała po- 
stawić cię na nogi. I ty się dziwisz, Ŝe ona jakieś aluzje robi.  
– W porządku – powiedział Sylwin. – Nic nie było. – W głębi jednak czuł się bardziej niŜ z  
rana pewny, Ŝe jednak odgłosy były realne. W opowiadaniu Waldemara był nadmiar jakiejś  
sztucznej wesołości. Zresztą Sylwin przypominał sobie nieco przebieg wieczoru. Bardziej  
rządziła nim euforia, radość ze spotkania ze starym przyjacielem, nawrót dziecięcej swawol- 
ności niŜ alkohol. Teraz utwierdził się w przekonaniu, Ŝe coś waŜnego jest z niewiadomych  
pobudek skrywane przed nim.  
Nie było jednak czasu zastanawiać się nad tym, gdyŜ od strony pola dała się słyszeć olbrzymia  
wrzawa. Wyszli przed furtę i zobaczyli Ginterowy wóz, zaprzęŜony w parę koni,  
raźno zbliŜający się w ich kierunku. Siedziało na nim spore towarzystwo osób, z których  
większość była wielce rozweselona. Na koźle znajdował się młody męŜczyzna przypominają- 
cy satyra. AŜ tutaj słychać było jego hałaśliwy śmiech.  
Tymczasem z zagrody wybiegły psy i ujadając towarzyszyły przybyszom. Nienawykłe do  
takich przeŜyć konie płoszyły się, przyspieszały biegu. Wóz przemknął koło bramy nie za- 
trzymując się. Waldemar z trudem przywołał psy i dopiero wtedy udało się zawrócić rozhukane  
konie. Wreszcie zaprzęg stanął.  
Pierwszy zeskoczył na ziemię woźnica, którym był Tadeusz Tymoteusz Słyszkto. Gadał  
nieustannie sam chyba siebie nie słysząc, taki gwar czyniła reszta przybyszów. Zachowywali  
się, jak gdyby podchmielili zdrowo po drodze. Wokół wozu biegał zdyszany wilczur, który  
przybył wraz z nimi.  
– Kogo mi asan tutaj przywiozłeś? – spytał ponuro Boruta, chociaŜ wszystkich znał. Na  
wozie siedziała bowiem kompania doborowa. Rej wiodła tam zaŜywna niewiasta o czerstwej  
cerze i takiej posturze, która mówiła duŜo i głośno, jako jedyna na wozie dorównując w tym  
malarzowi. Gestykulowała przy tym obficie, czemu Tadeusz Tymoteusz nie mógł sprostać w  
Ŝ

adnej juŜ mierze. Na głowie nosiła fryzurę a la „kołtun”, zwaną teŜ czasami kopą siana. Po- 

trząsała nią przy kaŜdej kwestii dla podkreślenia bezsporności swoich słów. Prawiła zaś z  
humorem i fantazją, krasząc najprostsze historyjki łatwostrawnym sosem przesady, frantowskiej  
bufonady, zawadiackiego szpanu. W tej chwili jednak nikt jej nie słuchał, z wyjątkiem  
cichej niewiasty o wydatnym nosie, czerwieniącej się przy lada okazji. Osoba ta nie miała  
prawdę mówiąc innej moŜliwości, gdyŜ siedząc w tylnym rogu wozu, wtłoczona w jego kąt,  
nie mogła się obrócić. Pierwsza z kobiet była matką Waldemara. Przypisane jej imię Zofia,  
oznaczające mądrość, zamieniła na Dzidkę. Pod tym wezwaniem znana była w niejednym  
miejscu. Mówiono do niej równieŜ Dzida, chociaŜ ze wszystkich rodzajów broni jako Ŝywo  
najbardziej przypominała dynamit. Przymusową słuchaczką natomiast była Ŝona jej bratanka,  
Gabriela Wegetariańska. MąŜ jej, brat cioteczny Waldemara i wnuczek pani Eryki, siedział w  
pobliŜu zachowując jednakowoŜ powagę, a nawet surowość oblicza. Ich stosunki z Waldemarem  
opierały się głównie na tym, Ŝe mieli się nawzajem za wariatów, co nie przeszkadzało, Ŝe  
mocno się lubili. Obok niego siedział, a raczej wiercił się na swoim miejscu, mniej więcej  
dziesięcioletni chłopak o niezwykle Ŝywym usposobieniu. Paplał razem z innymi, ale niezbyt  
głośno, gdyŜ mina ojca nie wróŜyła nic dobrego. Od czasu do czasu imieniem Czoper przy- 
woływał wilczura nastroszonego nieufnie na widok miejscowych psów.  

background image

Leszek Wegetariański, zwany czasami „szalonym Lesiem”, podpisywał się jako Lech,  
gdyŜ bardzo nie lubił zdrobnień. Wszelako jego postać była zdrobniała sama w sobie i na to  
nie było rady. Rekompensował to jednak wyćwiczonymi mięśniami i potęŜną dawką warcholstwa.  
Z byle powodu zwykł siec, rąbać, kłuć, miaŜdŜyć przeciwnika, chociaŜ, Bogiem a  
prawdą, nikt jeszcze nie widział spełnienia tych pogróŜek. Jego oblicze miało walory twarzy  
„pokerowej”. Na dodatek nosił zwykle przydymione okulary. Nad nimi rozciągała się rozległa  
płaszczyzna podanego nieco w tył czoła, dalej zaś, za rozległymi zakolami, zaczynały się  
twarde, wełniste i zmierzwione włosy, nasuwające podejrzenia o domieszce krwi murzyńskiej  
w rodzie Wegetariańskich. Całość twarzy, razem z okularami, przypominała to, co rysownicy  
ksiąŜek dziecięcych podpisują „Pan DŜdŜownica” lub „Pan Gąsienica”. Pani Zofia uwaŜała  
dodatkowo, Ŝe jej bratanek przypomina barana lub kozła, jako Ŝe wybornie naśladuje ich gło- 
sy i ma zbliŜone upodobania, ale dotyczyło to w szczególności zachowania Lesia. Związek  
ten przypisywała faktowi, Ŝe mąŜ ów jako dziecko Ŝywiony był mlekiem kozim.  
W tej chwili jednak najtrafniej byłoby porównać ponurego człeka do rozwścieczonego wę- 
Ŝ

a okularnika. Nic dziwnego, Ŝe jego syn, zwany Kajtkiem, nie pokazywał jeszcze swych  

pełnych, iście diabelskich moŜliwości, popiskując tylko nieśmiało, jak zastraszona mysz. Ktoś  
niezorientowany podobnie mógłby sądzić o nieśmiałym zachowaniu jego małŜonki, ale tu  
myliłby się. W małŜeństwie tym bowiem przemyślna słabość zręcznie oplątywała męskie  
furie.  
Pozostałych dwóch osób Sylwin nie znał. Domyślił się jednak od razu, Ŝe ma do czynienia  
z doktorem Czarlińskim i rekomendowaną juŜ przez Waldemara studentką, Jolantą Śpiewal- 
ską. Przedstawiciel świata medycznego był eleganckim męŜczyzną o ujmującej powierz- 
chowności i nienagannych, choć swobodnych manierach. Pochylał się z gracją nad dziewczy- 
ną tłumacząc coś ściszonym głosem. Ta słuchała jednak mało uwaŜnie. Zdawała się być 
rozproszona,  
a jej unerwiona twarz wskazywała jakieś oderwanie od reszty grupy. W tym odosobnieniu  
była ujmująco ładna.  
Tymczasem wrzawa nie ustawała, przeciwnie, narastała, w miarę jak ujawniał się jej  
przedmiot. Oto bowiem chodziło o pretensje zgłoszone pod opinię publiczną w stosunku do  
woźnicy. OskarŜycielem publicznym była, jak się łatwo domyślić, pani Zofia.  
– Spójrzcie na tego człowieka – perorowała. – Gdyby jego sposób powoŜenia był tak dobry,  
jak złe są jego obrazy, gdyby jego mądrość była równie wielka, jak głupi jest jego śmiech  
i gdybym ja, nie umiejąca malować, namalowała jego głupotę, to i tak jeszcze obraz ten nie  
będzie równie głupi jak on sam, a jego powoŜenie będzie gorsze od jego obrazów, których  
głupota – Bóg mi świadkiem – bije na głowę nawet jego śmiech.  
Malarz roześmiał się tylko na to, a Ŝe śmiech miał istotnie idiotyczny, wzbudziło to ogólną  
wesołość. Pani Zofia była jedyną specjalistką od brawurowego powoŜenia końmi. Niełatwo  
rezygnowała ze swoich uprawnień.  
Wśród pokrzykiwań i dalszych wesołości towarzystwo zsiadło wreszcie z wozu. Sylwin  
witał się ze wszystkimi, ale jego wzrok uciekał co i raz ku skromnej panience stojącej na uboczu.  
Tak jak wcześniej wydała mu się jakaś krucha i dziecinna, teraz narzuciła się swoją doj- 
rzałą kobiecością. Eteryczna talia przeczyła biodrom rozsadzającym dŜinsy, delikatne ramiona  
wyrastały nad piersiami zdającymi się łaknąć męskich rąk. Doświadczona powaga wyzie- 
rała z jej spojrzenia, chociaŜ jednocześnie na zaróŜowionej twarzy występowały filuterne doł- 
ki, ilekroć tylko uśmiechała się. Podała mu małą dłoń, którą przytrzymał nieco dłuŜej, niŜ  
naleŜało. Wtedy spojrzała na niego uwaŜniej i spłoszyła się. Widocznie we wzroku Sylwina  
musiało być coś niezwykłego. Puścił ją. Wtedy zauwaŜył, Ŝe od pewnego czasu jego usta coś  
mówią, wypowiadają jakieś komunały. Poczuł się speszony, ale nikt tego nie dostrzegał. Mo- 
Ŝ

e jeden Czarliński, który teraz patrzył na niego mruŜąc ironicznie łagodne, migdałowe oczy.  

– Pan pierwszy raz w tych stronach? – zapytał doktor witając się z Sylwinem. Ten zaprze- 

background image

czył gorąco. Nic podobnego, zna te strony jak własną kieszeń, wychował się tu niemalŜe…  
„Co ja gadam”, pomyślał nagle, „dlaczego zaczynam ni stąd ni zowąd opowiadać to 
nieznajomemu?”  
Znów urwał jakoś niezręcznie i spojrzał ukradkiem w kierunku panny. W oślepia- 
jącym słońcu południa świeciły ciemnym blaskiem palące oczy. „Apage”, pomyślał Sylwin i  
po raz pierwszy w swym blisko trzydziestoletnim Ŝyciu ucieszył się, Ŝe plecie duby smalone,  
Ŝ

e jest nieodpowiedzialny, Ŝe zachowuje się jak dziecko, Ŝe miłuje cały świat, a przede  

wszystkim – Ŝe sprawczyni tych wszystkich przypadłości, czarnobrewe półdiable, stoi tuŜ  
obok niego.  
Tymczasem w domu nakrywano juŜ pospiesznie do stołu, jako Ŝe nadeszła pora obiadu.  
 
III 
Przerwany obiad 
Prosto z podjazdu towarzystwo udało się na ganek, gdzie zmęczone upałem i ujadaniem  
psy rozkładały się juŜ pod ławkami ziając na wyścigi. Stamtąd ruszono na pokoje.  
Panie poczęły pomagać Jance w nakrywaniu stołu, czyniąc przy tym wiele rozgardiaszu,  
panowie zaś zanurkowali w chłodną głębię biblioteki Waldemara, skąd teŜ po chwili dobiegła  
subtelna muzyka potrącanych kieliszków i otwieranych butelek. Wkrótce do biblioteki prze- 
mieściła się takŜe pani Zofia, której czujnej uwagi wspomniane dźwięki nie uszły.  
Tymczasem Waldemar poszedł do lodowni, dla uzupełnienia zapasów. Była to wydzielona  
część piwniczki. LeŜały tam bryły lodu wyrąbanego zimą i przechowanego w trocinach.  
Wskutek dobrego odizolowania pomieszczenia topiły się bardzo wolno. Lodownia miała  
kształt piramidy i słuŜyła do przechowywania produktów szczególnie delikatnych. Prócz 
nasolonych  
mięs i wędzonych ryb spoczywały tam równieŜ niektóre bardzo lekkie gatunki win,  
a takŜe wyborny napój przyrządzany wiosną z soku brzóz zaprawionego rodzynkami. Ten  
wymagał zimna, gdyŜ inaczej rozrywał butelki. Chłodnia promieniowała swoim zimnem na  
piwniczkę, gdzie znajdowały się główne zapasy trunków. Waldemar zabrawszy wszystkiego  
po trochu wrócił zamykając skrzętnie pomieszczenie, którego musiał niestety strzec pilnie  
nawet przed najbliŜszymi.  
Strzeliły korki. Niektórzy próbowali mieszać musujący napój z lekkim winem malinowym,  
co dawało w rezultacie słaby, róŜowy szampan. Tak intensywne chłodzenie zmęczonych ciał  
oŜywiło, rzecz jasna, przygasający nastrój. Śmiech perlił się jak kropelki w oszroniałych  
szklankach i kieliszkach. Nagle obejście zaroiło się od owiec, które becząc bez miary skłoniły  
do zamilknięcia ludzi, zawstydzonych tą mimowolną parodią ich tłumnego rozgadania. Za  
owcami wszedł na podwórzec patriarchalny Maksym o surowej brodatej twarzy i zblakłych  
niebieskich oczach odbijających rozmarzone niebo. W ręku trzymał oprawne w cielę „Dzieje  
procesów o czary na Ukrainie” z wieku XVII, która to ksiąŜka przyszła właśnie w paczce i  
została dostarczona dzięki uprzejmości sąsiada z zabrzeŜnego Rowu. Wszedłszy do biblioteki  
niezwłocznie przekazał przesyłkę Waldemarowi. Obaj nie taili zapału.  
Wkrótce wszyscy znaleźli się w jadalni, gdzie w oczekiwaniu na główne danie raczono się  
gorzką wódką, zagryzaną dzwonkami wędzonego węgorza. Pito takŜe domorosły vermouth,  
którego jedynym brakiem, jak zapewniał twórca mikstury ziołowej do jego produkcji, Tadeusz  
Tymoteusz, była nieobecność piołunu alpejskiego, bogatego w absyntynę.  
Obiad podano. Najpierw stanęła na stole dymiąca waza flaczków pachnących imbirem,  
potem ziemniaki w mundurkach – młode jeszcze, gdyŜ późno w tych okolicach dojrzewały, a  
na końcu szaszłyki baranie nanizane na druty, przetykane cebulą i boczkiem, posypane pa- 
pryką. Pieczono je na niewielkim roŜnie przy kuchni, uŜywając do tego celu węgla drzewnego  
wygarnianego z chlebowego pieca. Jako dodatek do mięsa posiekano drobno mięsiste strąki  
papryki z niewielkim dodatkiem kiszonego ogórka. Był takŜe chrzan i ćwikła oraz grzyby  

background image

marynowane, z zeszłorocznych wszakŜe zbiorów, bo w tym roku jeszcze nie wysypały. Jedzenie  
było ostre, toteŜ pito przy tym sporo wina, a Maksym z Tadeuszem Tymoteuszem,  
zatwardziali abstynenci, odszpuntowali baryłkę domowego słodowego piwa.  
Gwar przy stole był wielki, jednak nie wszyscy mówili. Na cały stół odzywała się jedynie  
pani Borutowa i niekiedy sam Waldemar. Sylwin czuł, Ŝe nic nie stoi na przeszkodzie, aby i  
on zabrał głos wobec ogółu, lecz wolał wieść ściszony dyskurs z panną Jolantą, która dobrze  
zaplanowanym przypadkiem usiadła obok niego. Pozostali mówili tylko między sobą, nie  
wyłączając Leszka Wegetariańskiego. Ten, zwykle wygadany i agresywny, teraz wyładował  
się szybko, strzeliwszy podwójnie w przystrzyŜoną glacę swego pierworodnego za wylanie  
ojcu wina, zinterpretowane jako wynik wiercenia się juniora. Teraz dzielny mąŜ siedział juŜ w  
pogodzie ducha ze świadomością spełnienia ojcowskiego obowiązku, smaczne i mocne wino  
wprawiło go w błogostan i ukojenie, pod wpływem czego przybrał minę zadowolonego idioty.  
Tak pomyślałby kaŜdy, kto nie znał pasji komedianckiej szalonego Lesia.  
Niektórzy wreszcie nie mówili nic, a naleŜała do nich dobrego, acz uszczypliwego serca  
Gabriela Wegetariańska, szepcząca coś zaledwie pod nosem na temat swego męŜa, przede  
wszystkim zaś grupa sezonowych pomagierów zaciągniętych spośród młodzieŜy róŜnej płci.  
Ci, siedząc u końca stołu, nic nie gadali, tylko pałaszowali ile wlezie.  
Szczególną w tym wszystkim rolę odgrywała Janka, która kierowała przebiegiem obiadu.  
Ze swojego stanowiska dowodzenia mówiła do jakiegoś pomniejszego konsumenta: „przynieś  
sobie nowe nakrycie, a przy okazji sól dla pani Wegetariańskiej”. NajtęŜszym opojom kazała  
usługiwać w tej materii wokół bardziej wstrzemięźliwych dam, aŜ Boruta był zmuszony jeszcze  
raz zejść do piwniczki.  
Najszczególniejszą natomiast rolę odgrywała przy stole sędziwa staruszka, Eryka Wegeta- 
riańska. Co prawda nie mówiła ona nic, jedząc z niespotykanym nawet u młodych apetytem,  
ale za to jeŜeli juŜ zechciała coś powiedzieć, przerywała bez pardonu kaŜdą wypowiedź. Za- 
częte raz zdanie musiała bezwzględnie skończyć, nawet gdyby tymczasem zbombardowano  
wyspę. śując z wielką powagą nie zwracała Ŝadnej uwagi na otoczenie. Tak było właśnie  
teraz, a jednak staruszka odezwała się nagle, przerywając doktorowi Czarlińskiemu wypo- 
wiedź o poŜytku płynącym z uprawy tytoniu, skierowaną do niej.  
– Córcia, czy ty zawsze musisz tak pierniczyć, jak sobie wypijesz?  
Pani Zofia, do której te słowa się odnosiły, zamarła z oburzenia i zacisnąwszy zęby wypo- 
wiedziała przez nie kilka przekleństw. Rodzinny związek tych kobiet obfitował w nagłe erupcje  
tajonych uzaleŜnień, które ze strony „córci” przybierały postać teatralnej agresji, ze strony  
matki zaś – „maminego” strofowania. Była to mała rekompensata za uzaleŜnienie odwrotne,  
dominujące faktycznie w owym układzie. Tak więc pani Zofia rzekła w półudanej furii:  
– NoŜ kurcze… uwaŜaj lepiej, Ŝebyś nie udławiła się kością.  
– W szaszłykach ni ma kości – odparła staruszka z obraŜonym spokojem, po czym znów  
pochyliła się nad talerzem.  
Na stole zaś pojawił się właśnie „placek”, czyli dość skromne ciasto droŜdŜowe wypiekane  
w tych stronach na codzienny niemal uŜytek, oraz czarna kawa i herbata. Pojawił się takŜe  
nowy trunek w postaci wiśniaku na miodzie.  
Teraz pani Eryka takŜe zaŜądała kieliszka, co wywołało ze strony córki zjadliwe komentarze  
o niemieckiej jakoby naturze matki. Picie po jedzeniu było bowiem jej zdaniem najbardziej  
reprezentatywną i jednocześnie odraŜającą cechą tej nacji. Staruszka, która zaleŜnie od  
okoliczności przyznawała się do róŜnych domieszek krwi w swym rodzie, nie zaprzeczała,  
podkreślając, Ŝe dumna jest z tego przyzwyczajenia oszczędzającego jej Ŝołądek.  
– Znałam w Międzylesiu pewnego pijaka – ciągnęła dalej – który nabawił się nieŜytu Ŝo- 
łądka właśnie pijąc na czczo. Wkrótce zaczął pluć krwią i flegmą…  
– AleŜ, babciu – odezwała się z cicha milcząca Gabriela, spiekłszy uprzednio raka. – Jeste- 
ś

my przy deserze.  

background image

– Mówię tylko, Ŝe pluł flegmą – wznowiła staruszka obraŜonym głosem, wypowiadając  
słowa tak flegmatycznie, Ŝe tamta wypluwana w opowieści flegma nabierała realności.  
– Babciu, proszę cię – zaczął Waldemar.  
– … i wymiotował jakąś zieloną papką – ciągnęła Eryka Wegetariańska. – Raz tylko by- 
łam przy tym i potem przez tydzień nie mogłam myśleć o jedzeniu.  
– Czy zauwaŜyłaś, babciu, Ŝe my teŜ jemy obiad? – zapytał Waldemar bardzo zimno.  
– ToteŜ nic nie mówię, dziecko – powiedziała dama zasępiając się. – JuŜ niedługo nie bę- 
dzie mi wolno odezwać się.  
– Pijak umarł wkrótce w straszliwych męczarniach – próbował zakończyć sprawę Waldemar,  
ale staruszka znów się oŜywiła.  
– AleŜ, mój drogi, najpierw wypluł resztki Ŝołądka i wnętrzności! 
Po czym zapadła cisza, którą przerwał nagle Tadeusz Tymoteusz. 
– No to mamy i flaczki – powiedział i zaśmiał się niemądrze.  
Waldemar spojrzał na niego wzrokiem wisielca, a Sylwin popatrzył na zgrabną turystkę z  
sąsiedztwa i oboje parsknęli cichym śmiechem.  
– No, moi państwo – rzekł Czarliński. – Spróbujcie lepiej tego specjału! 
Rozległo się mlaskanie i cichy głos Gabrieli Wegetariańskiej zapytał: 
– Z czego ty robisz takie pyszności? 
Pytanie było obliczone na połechtanie próŜności gospodarza. Utrafiło teŜ w sedno. 
– Przepis jest bardzo prosty – objaśniał ze swobodną nonszalancją. – Bierze się pięćdzie- 
siąt kilo wiśni i tyleŜ miodu, patoki, i zakopuje w dębowej beczce na rok. MoŜna dodać trochę  
rodzynek, Ŝeby lepiej fermentowało.  
– Faktycznie bagatelka, pięćdziesiąt kilo miodu! – wykrzykiwali goście, a Waldemar  
uśmiechał się skromnie.  
– Im dłuŜej beczka jest zakopana, tym wiśniak lepszy – objaśniał dalej. – Ten ma dwa lata.  
W zeszłym roku nie miałem miodu. Pszczoły poleciały na las po drugiej stronie jeziora i  
czymś się potruły. Teraz muszę zadbać, Ŝeby przez cały sezon wyspa obfitowała w odpowiednie  
kwiaty. Ale na to trzeba czasu. Zanim mi to wyrośnie…  
Zapadła pełna zrozumienia cisza, w której ozwał się zmieniony trochę głos staruszki.  
– Waldeczku, a czy ja juŜ próbowałam tych twoich ziółek?  
Nie czekając na odpowiedź doktor Czarliński nalał pani Eryce ziołowego wina, które piła  
drobnymi łyczkami zaciskając pewnie kieliszek w nieco drŜącej ręce.  
Wtedy na drugim skraju stołu rozległ się głos Leszka, powaŜny i namaszczony, jak gdyby  
wnikliwie rozpatrywał sprawy ostateczne.  
– Ty wiesz, Waldku, co ja bym robił z takimi, co trują las?  
Nie otrzymawszy odpowiedzi na to retoryczne pytanie, jako Ŝe znający go dobrze wiedzieli,  
co by robił, Lesio ciągnął dalej, patrząc zza przydymionych okularów w sposób straszliwy  
i wyszczerzając zęby w zimnym, pozbawionym wesołości uśmiechu.  
– Ja bym takiego wziął na osobność, wykroił mu skórę wokół pępka, a potem przybił ją do  
duŜego dębu. No i kazałbym mu biegać dookoła popędzając nahajem, aŜ by całe flaki dookoła  
okręcił.  
– Nazywało się to darciem pasów – wtrącił fachowo Czarliński.  
– Takich flaków w człowieku jest kilkanaście metrów – próbował sobie wyobrazić rzecz  
Sylwin.  
Gabrysia popatrzyła na małŜonka jak na duŜe dziecko oddające się notorycznie zakazanej  
zabawie.  
– Ej, ty bohaterze – powiedziała. – Upiłeś się. On tak wcale nie myśli – zwróciła się do zebranych,  
jak gdyby ktoś mógł przypuszczać, Ŝe jej mąŜ zajmuje się na co dzień darciem pasów.  
– Waldeczku – powiedziała babcia. – Czy ja juŜ próbowałam tej nalewki?  
– Tak, próbowała babcia.  

background image

– Taaak?Popatrz, wcale nie pamiętam. Nalej mi jeszcze kuśtyczek.  
– Tato jest zupełny pierwotniak – powiedział nagle młody Wegetariański.  
JuŜ ręka ojcowska dosięgała czupurnego łba Kajtkowego, gdy udało mu się zanurkować  
pod stół. W tym samym momencie Gabrysia wydała piskliwy okrzyk i zerwała się ze swego  
miejsca.  
– WąŜ – krzyknęła.  
Oczom zebranych ukazał się jednak tylko pełen powagi Horacy, który wytoczył się spod  
stołu, popatrzył smutno na krzyczącą kobietę i majestatycznie wyszedł do sieni. Przedziwna  
kreatura była podługowata ponad miarę, nie wyłączając ogona. Ten właśnie ogon musiał do- 
stać się pod spodnie niewiasty, gdy wraŜliwy pies wycofywał się przed uciekającym Kajtkiem.  
Powszechnie znana niechęć Gabrieli do płazów, gadów, robaków tudzieŜ myszy miała  
się więc wzbogacić takŜe o psie ogony.  
Waldemar niezbyt poruszony zajściem zajrzał pod stół i wypędził stamtąd pozostałe zwierzaki,  
które przedostały się z sieni nie wiedzieć kiedy, wyjąwszy – ze zrozumiałych względów  
– Grubego i Heroda. Maksym oburzał się na to, bo przecieŜ „kaŜda Ŝywioła swoje prawo le- 
Ŝ

eć pod stołem ma – w czas obiadu”, ale porządek musiał być. Gdyby to obiad świąteczny…  

– Więc tak wygląda dzień powszedni na Ostrowiu? – zapytał Czarliński, zapalając cygaro  
niezbyt wygórowanej jakości.  
– Powiedzmy – dzień szczególny, ale nie świąteczny przecieŜ. Goście nie mają, niestety,  
mocy ustanawiania świąt.  
– Czasami mają – śmiał się Czarliński – tylko trzeba wiedzieć, kogo zapraszać.  
– Waldemar wie, kogo zapraszać – powiedziała Janka, ale nikt nie wiedział, co to miało  
znaczyć, chociaŜ wypowiedziane było tonem znaczącym.  
Czarliński wypuścił kilka kłębów dymu i powiedział:  
– Wie pan, sądziłem kiedyś, Ŝe ta cała pana gospodarka, w dzisiejszych czasach – to utopia.  
No bo postęp, produkcja, pośpiech, a pan wskrzesza jakiś patriarchalny ład, feudalizm  
niemal!  
– Ja teŜ „produkuję” – powiedział Waldemar – i nie jest to wcale taka utopia. Tu się na  
ogół pracuje, chociaŜ mógł pan jeszcze tego nie zauwaŜyć. To jest zwyczajna gospodarka,  
małorolna w dodatku i na kiepskiej ziemi, tyle Ŝe my tu wszyscy pracujemy normalnie, rozumie  
pan? – naturalnie, dla ziemi, nie dla postępu. I to się moŜe wielu wydać nienormalne,  
nienaturalne i dziwaczne. A przecieŜ to jest – zwyczajne.  
– Waldeczku, a tamtej nalewki próbowałam? – spytała babcia Wegetariańska.  
– To jest ta sama, którą babcia piła.  
– NiemoŜliwe! Jestem pewna, Ŝe tamta była w pomarańczowej karafce.  
– Więc naleję babci znowu – powiedział ulegle Waldemar i rzeczywiście nalał.  
– No, ale zgodzi się pan – podjął Czarliński – Ŝe gospodaruje pan w sposób anachroniczny,  
mało intensywny, no – nieoptymalny. Gdyby to ująć w karby nowoczesnej gospodarki, dopiero  
by było!  
– Nie znam się na nowoczesności – powiedział niechętnie Waldemar. – Wiem jednak, Ŝe  
czasami tradycyjność staje się bardzo nowoczesna, postępowa – na czasie. My tu przede  
wszystkim Ŝyjemy, a nie funkcjonujemy jako cząstki machiny produkcyjnej. A Ŝyjemy 
intensywnie!  
Gospodarujemy teŜ proporcjonalnie do tego, więcej moŜna by ziemi tylko – wydrzeć.  
Ta zagroda to jest taka „czarna skrzynka”. Chłonie róŜne rzeczy z zewnątrz, potem wydala  
odpowiednią ilość produktów gdzie trzeba, ale nie warto się zastanawiać, co jest w środku.  
– Bo się odkryje feudalne praktyki w środku cywilizowanej Europy – śmiał się Czarliński.  
– Waldziu, miałeś mi nalać tej nalewki – powiedziała z pretensją Eryka Wegetariańska.  
– PrzecieŜ przed chwilą babci nalałem! – zirytował się Boruta.  
– Mnie?! – oburzyła się – przecieŜ widzisz, Ŝe mam pusty kieliszek.  

background image

– No, bo babcia wypiła!  
– No wiesz, przecieŜ ja bardzo wolno piję. Chciałam tylko naparsteczek spróbować.  
– Mamo, wypiłaś juŜ kilka kieliszków – odezwała się pani Zofia z dezaprobatą.  
– A ty juŜ wypiłaś jedenaście kieliszków – rzekła starsza pani tocząc dokoła wzrokiem  
Ŝą

dnym podziwu dla jej ścisłości. Istotnie, staruszka miała manię liczenia. Liczyła wszystko,  

czy to były okna w mijanym domu, czy liście na pobliskim krzaku.  
– PrzecieŜ ty się upijesz, mamo! Co się z tobą zrobiło? PrzecieŜ kiedyś nie piłaś!  
– Moje dziecko – rzekła staruszka z godnością – i dzisiaj nie piję ponad miarę, tylko dla  
smaku: na spróbowanie.  
Nagle zrobiła minę złą i płaczliwą, po czym zatupała energicznie nogami w podłogę.  
– Ja chcę natychmiast nalewki – krzyknęła głosem nie znoszącym sprzeciwu.  
Waldemar spojrzał na matkę bezradnie, oboje wzruszyli ramionami. Napełniono kieliszek  
babci.  
– Pan ma zupełną rację – zwrócił się do doktora Tadeusz Słyszkto. – To gospodarstwo to  
haniebny przeŜytek feudalizmu, gdzie ludzie tacy jak my, słuŜący, jesteśmy skazani na pańską  
samowolę.  
– Milcz, lokajczyku – powiedział Waldemar.  
Nie znający się na rzeczy zamilkli przestraszeni, pozostali zaś nastawili z ciekawością  
ucha.  
– Bo nie wyjdę na pańszczyznę – zagroził Słyszkto.  
– To wyjdziesz na chłopszczyznę – stwierdził Waldemar. – Wyrzucam cię.  
– Są jeszcze związki zawodowe – powiedział mściwie Tadeusz.  
– Malarzy pokojowych?  
– Jestem artystą! – rzekł z dumą malarz. – Mimo to nie moŜesz wyrzucić mnie z pracy.  
– Z pracy? Nie spodziewałem się nigdy, Ŝe znasz takie słowo.  
– Znam jeszcze inne słowa!  
– Wcale w to nie wątpię.  
– Tyy!  
– Co „ty”?  
– Tyy! – Tadeusz pogroził mu pięścią.  
– Czy my kiedyś piliśmy brudzia? PrzecieŜ ty jesteś abstynentem.  
– Aaaa! – powiedział Tadeusz i zrobił odraŜającą minę.  
– Tadeuszu Tymoteuszu, dwojga imion, Słyszkto. Przywołuję was do porządku, jako wasz  
pracodawca.  
– Zrzucimy twoje jarzmo – wykrzyknął malarz i wyciągnął rękę. – Oto karząca dłoń spra- 
wiedliwości.  
To rzekłszy ruszył w dzikiej furii na Waldemara, wywołując popłoch w niezorientowanej  
części publiczności. Szalony Lesio zerwał się od stołu i chwycił biegnącego po nelsońsku, po  
czym obaj zastygli w tej głupiej pozie nie wiedząc, co dalej wypada czynić.  
– Panowie – rzekł nagle Sylwin – zbyt wiele przewrotów w dziejach ludzkości kończyło  
się morzem krwi. Proponuję, aby ta rewolucja pałacowa rozegrała się między dwoma 
zainteresowanymi.  
Ustawiono krzesła na rogu stołu i przeciwnicy poczęli zmagać się na ręce. Waldemar pa- 
trzył na malarza z nieskończoną pogardą, ten zaś robił dalej upiorne miny i toczył z ust pianę.  
– Pamiętam, jak w 1915, w Sławiańsku, Cyganiewicz walczył z Darnałłą. To była walka –  
powiedziała babcia Wegetariańska, patrząc z politowaniem na zmagania męŜczyzn. Na koniec  
westchnęła i upiła łyk wiśniaku.  
Walczący, nic sobie z tego nie robiąc, zmagali się dalej, kultywując raczej formę, niŜ treść  
pojedynku. W pokoju panowała cisza, w której dał się nagle słyszeć wyraźny, choć nieco 
dygotliwy  

background image

ś

piew:  

Góralu, czy ci nie Ŝal,  
Odchodzić od stron ojczystych.  
MęŜczyźni przerwali pojedynek, a Waldemar zakrzyknął:  
– Babciu, ty się upiłaś! 
Na co odrzekła: 
– SkądŜe znowu, dziecko. Po prostu nie wiem, czemu tak ostatnio lubię tę piosenkę. 
Na tle jej ostatniego słowa dało się słyszeć wyraźne czknięcie. 
W ogólnym ferworze nikt nie zauwaŜył, Ŝe pani Zofii nie ma juŜ od dłuŜszego czasu w po 
koju.  
Gdy w jadalni Waldemarowego domostwa rozległa się czkawka starszej pani, jego matka  
– zwana pieszczotliwie Dzidzią, znajdowała się juŜ o kilkaset metrów stąd, na zachodnim  
brzegu wyspy.  
Trudno dociec, w jakim celu się tam znalazła. MoŜna jednak przypuszczać, Ŝe stanowiło to  
cząstkę jej obyczajów biesiadnych.  
Pani Zofia była, wbrew pozorom, kobietą zahukaną Ŝyciem codziennym, jeŜeli jednak się  
bawiła, robiła to z całej duszy i na dwa zasadniczo sposoby: bądź wpadała w niepowstrzyma- 
ną euforię i sadziła psikusy typu raczej cyrkowego wszystkim, nie zachowując Ŝadnej święto- 
ś

ci, bądź wpadała w nastrój topielczy w dosłownym tego słowa znaczeniu. Wtedy, bywało,  

właziła do wody i płynęła, ale nie gdzie bądź, tylko ku wyraźnie wytkniętemu celowi, sym- 
bolizującemu ideał. W obu jednak wypadkach lubiła odejść od stołu przed wszystkimi i pu- 
ś

cić się gdzieś samopas. Wsiadała wtedy na dowolny pojazd znajdujący się w zasięgu ręki i  

hajda, choćby to był czołg. Dobrze się więc stało, Ŝe Waldemarowy traktor stał akurat w za- 
mknięciu.  
Cel takich eskapad nie był nigdy wiadomy, ale dla niej samej nie podlegał dyskusji. Była  
to ekspresja róŜnych cech osobowości zduszonych na co dzień, jak fantazja, swada, wyobraź- 
nia, pieniactwo. O ile tam, w mieście, pani Zofia przemykała ukradkiem pośród betonowych  
ulic, bojąc się wszystkiego i wszystkich, a „pijaków” w szczególności, w takich okoliczno- 
ś

ciach potrafiła okazać niespotykaną samodzielność i zadziorność, potrafiła dokonać czegoś  

ryzykownego i zwariowanego, potrafiła pójść i wypić butelkę wódki z robotnikami leśnymi,  
przed którymi w innych okolicznościach umknęłaby gdziekolwiek. Umiała jednym słowem  
ujawnić drugą, rozbrykaną stronę swojej natury, co nie znaczy, Ŝe ta pierwsza ulegała wtedy  
zupełnej redukcji. Szła na wędrówkę jako ktoś chwilowo inny, rozdokazywany bądź tragiczny,  
ale zawsze jednakowo niesubordynowany i zbuntowany przeciw światu. Ktoś odkrywają- 
cy niespodziane aspekty własnej osoby, będący pełnym butnej dumy z tego powodu.  
Na zachodnim brzegu, mniej więcej w połowie wyspy, rozciągała się olbrzymia podmokła  
łąka obrzeŜona bagnem. Kiedyś w całości stanowiła bagno, teraz jednak poziom wody opadł  
znacznie i od dwóch pokoleń wypasało się tam Ginterowe bydło. Tak czy owak tereny te nie  
zaŜywały dobrej sławy. Szczególnie najbardziej wysunięty na południe kraniec bagien, wpla- 
tający się juŜ w samopas rosnącą puszczę, matecznik tutejszego lasu. Stamtąd właśnie najczę- 
ś

ciej rozlegały się rozmaite wycia, stamtąd dobiegała pośród nocy tajemnicza jasność, stam- 

tąd teŜ nadchodziła burza, która – o ile przeszła przez wodę, była straszliwa. Najgorsze zaś  
było to miejsce, w którym grzęzawisko przechodziło w bór plątaniną chaszczy złoŜonych z  
malin, jeŜyn, dzikiej róŜy i akacji. Złe, zagoniwszy człowieka w ten zakątek jak rybę w sieci,  
rzucało się na niego, podczas gdy szarpał się bezbronny, nie mogąc wyplątać rąk spośród  
krzewów obłapiających go jak Ŝywe. A potrafiło złe zapędzić! CzyŜ nie jeździł tatko po jeziorze  
całą noc, z jednego cypla na drugi, słysząc wołanie zza wody? Dopiero Ginterowa miała  
mu powiedzieć: „ej, ty głupi stary, to purtkowe stegny, diobeł tam pieniądze przesusza”. Wie- 
dział o tym Ginter, ale Ŝeby głosem sąsiada nawoływał sam Purtk? Dowiedziawszy się jednak,  
kogo tatko słyszał, Ginterowa powiedziała: „na zimę będzie pięć lat, jak go chowali, toś  

background image

ty nie wiedzioł?” „A uon stojoł i na mje Ŝdoł” – powiedział tatko, który w cięŜkich chwilach  
posługiwał się mową ojców.  
Nie wiedziała o tym wszystkim pani Zofia, gdy w swej nieplanowanej wędrówce wzdłuŜ  
nadbrzeŜnego pasa malin znalazła się nagle na Błotach. Dopiero gdy przy kolejnym kroku  
noga jej ześliznęła się z kępy trawy i przebiwszy cienką warstwę torfu zagłębiła z ostrzegaw- 
czym klaśnięciem w przepastny muł, próbowała zawrócić. Jednak przestrzeń poza nią nie  
wzbudzała zaufania. Naruszona cięŜarem powierzchnia bulgotała i podchodziła wodą. CięŜki  
opar stęchlizny unosił się w powietrzu.  
W tym momencie spostrzegła na środku bagna postać ludzką. Musiał to być Ginter, a w  
pobliŜu na pewno pasły się jego krowy. Odetchnęła z ulgą i zawołała głośno po imieniu.  
Tamten odwrócił się i uczynił ruch, mogący być, dla znającego powściągliwość kaszubską,  
uwaŜany za znak. JakoŜ postać ruszyła z wolna przeskakując z kępy na kępę, jak gdyby  
wskazywała drogę wśród grzęzawiska. Dzidka ruszyła bez namysłu, posługując się tą samą  
metodą i stwierdzając z zadowoleniem, Ŝe postępuje po twardym gruncie. Gospodarz prowa- 
dził w kierunku zwartej ściany matecznika. Biegła szybko, aby z bliŜszej odległości lepiej  
widzieć, gdzie przewodnik stawia nogi. Gdy dotarł do pierwszych krzaków, była juŜ nie dalej  
niŜ dziesięć kroków od niego.  
Wtedy męŜczyzna zatrzymał się i obrócił przodem do niej, schylając się jednocześnie i za- 
słaniając twarz ramieniem. Lodowate zimno przeszyło jej ciało. Nie był to Ginter! Pośród  
bujnego siwego zarostu widniała chuda twarz z zapadniętymi policzkami. W głęboko osadzonych  
oczodołach paliły się jasno oczy obłąkańca.  
W tej samej chwili męŜczyzna cofnął się jakoś dziwnie i nagle – po prostu znikł. Rozwiał  
się na miejscu, a ona stała nie mogąc zrobić kroku. Wreszcie podeszła z wolna do tego miejsca,  
ale była tam tylko zwarta ściana ostrych, nieprzyjaznych zarośli.  
Nagle poczuła, Ŝe ogarnia ją gorąca fala paniki. Otaczająca przestrzeń zdawała się zacie- 
ś

niać wokół niej niewidzialnymi mackami. Mdłe światło zamglonego słońca Ŝółciło zimno  

rdzawą powierzchnię Błot. Tajemnicze Ŝycie bagienne pulsowało dziwnymi odgłosami. Powietrze  
było przesycone smrodem trupiego jadu. Wydawało jej się, Ŝe smród ten dobiega do- 
kładnie z miejsca, w którym zniknęła zjawa. Nawet odległe szczekanie psów mogło być zwy- 
kłym mamidłem. Oddalało się, to przybliŜało, to znów dochodziło z góry. A tam, po niebo- 
skłonie, przesuwały się psie zaprzęgi, watahy dzikich zwierząt umykały przed ich rozwartymi  
paszczami, z których skapywała piana drobniutkich obłoczków. Naraz pojawił się olbrzymi  
smok z rozpiętymi skrzydłami i ziejącą ogniem paszczą, który połknął nagle kulę słońca i  
zawisł złowrogo nad bagniskiem.  
Wtedy z zarośli uniósł się wysoki, rozdzierający krzyk. Wzleciał pod obłoki i powrócił  
zwielokrotniony, podczas gdy nagle zachmurzone niebo zdawało się spadać jej na głowę. Nie  
bacząc na nic rzuciła się do ucieczki. Biegła, zapadając się co chwila, aŜ dopadła płytkiej i  
bagnistej Mielnicy. Tam rzuciła się na wodę w ubraniu i starając się nie dotykać obrzydliwego  
mułu, chaotycznymi ruchami opłynęła nieprzebyty pas kolczastych zarośli. Gdy wyczoł- 
giwała się na brzeg, nad Błotami unosił się olbrzymi, majestatyczny Ŝuraw, ale nie mogła go  
widzieć, gdyŜ właśnie zagłębiła się w uroczysko matecznika i gnała potykając się o spróch- 
niałe pnie, wpadając do przykrytych gałęziami wykrotów. Byle do drogi.  
Nagle zderzyła się z czymś miękkim i cięŜkim, dziwnie bezwładnym. Siła uderzenia ode- 
pchnęła ją do tyłu i rzuciła na ziemię. Spojrzała w górę i zobaczyła postać ludzką bujającą się  
miarowo na sznurku.  
Posłyszała swój własny krzyk, a potem straciła pamięć wydarzeń. Musiała biec na oślep, z  
tym krzykiem, bo kiedy dotarła do domu, wszyscy stali na ganku i patrzyli na nią. W ich  
oczach zobaczyła własny strach.  
– Tam ktoś wisi – powiedziała, gdy przestała krzyczeć.  
 

background image

IV 
Matecznik 
Przez chwilę na ganku panowała przejmująca cisza. Słychać było tylko podziemną pracę  
hydroforu pompującego wodę na ogród.  
– No, to trzeba tam pójść – powiedział bez entuzjazmu Czarliński, ale nie ruszył się z miejsca.  
– Pójdzie pan z nami – potwierdził Waldemar. – Jako lekarz.  
– Trzeba zawiadomić milicję – przerwał tamten.  
– Niech pan idzie do automatu, jest przy stole – zadrwiła Janka. 
Czarliński uderzył się dłonią w czoło i zamilkł. 
– Co, myszy – powiedział Leszek do kobiet i Kajtka. – Boicie się? Nie ma czego. MoŜna  
się bać Ŝywych, ale nie martwych. – Potoczył dookoła oczami. – Dzida! – wyrzekł z 
pieszczotliwym  
politowaniem, gdy wzrok jego spoczął na własnej ciotce.  
Była ona umazana od stóp do głów czarnym błotem. Z zadrapań sączyły się struŜki krwi,  
nawet poprzez podartą i poprzylepianą do mokrego ciała odzieŜ. Jej blada twarz drŜała, a  
oczy przebywały w jakimś obcym świecie.  
– No i co, panowie, tchórz was obleciał? – powiedział Leszek zaczepnie. – No chodźcie,  
pójdę pierwszy – dodał łaskawie i w istocie skierował się ku bramie.  
Ruszyli za nim Sylwin i Czarliński oraz Waldemar, który uprzednio wycofał się na chwilę  
do kuchni. Kobiety w tym czasie zajęły się troskliwie panią Zofią, zaś pozostali męŜczyźni,  
zgodnie z poleceniem gospodarza, wrócili do zajęć.  
Gdy wyszli na drogę, Leszek, idący dotąd na przodzie, zboczył na chwilę do lasu, skąd  
wynurzył się z solidną pałką sosnową.  
– Taka pałka to dobra rzecz – powiedział nie pytany i zamachnął się w powietrzu parę razy.  
– Wisielcowi zwisa twoja pałka – rzekł Waldemar. 
Wszyscy wzruszyli ramionami na ten mimowolny kalambur, a Leszek mruknął: 
– Nigdy nic nie wiadomo. 
Uplasował się teraz na samym końcu pochodu. 
Las zamilkł juŜ uroczystą ciszą przedwieczorną. W powietrzu wisiał tylko lasu „ton pod 
stawowy”  
– jednostajne buczenie i szelest. Było duszno. Słońce całkowicie skryło się w  
chmurach, które zatraciły juŜ indywidualne cechy, pokrywając niebo jednostajną kopułą.  
Nadrabiali minami, ale wewnętrznie czuli, Ŝe przerwanie idylli jest jakimś złowróŜbnym  
znakiem zawisłym nad spokojem ich Arkadii. Odczuli wszyscy nagle rozerwanie cienkiej  
jeszcze skorupki ładu i bezpieczeństwa.  
Doszli do matecznika. Jego wnętrze tonęło w półmroku. Stali przez chwilę przyzwyczaja- 
jąc oczy do nowych warunków.  
– Zróbmy małą tyralierę – zaproponował Sylwin.  
– Ja będę ubezpieczał was od tyłu – zaofiarował się Leszek i istotnie pozostał wyraźnie w  
tyle.  
Matecznik był naznaczony złym, mrocznym pięknem. Pod spadzistymi strzechami świer- 
ków stały potworki karłowatych, wyrosłych bez słońca drzewek, których wzajemne sploty  
imitowały nieskończone szubienice. Trupy dawno zmarłych drzew kłoniły się w powietrzu  
przesyconym wilgotnym i zimnym oparem. Ta monumentalna świątynia przyrody całą swą  
budową zwrócona była w przeszłość. NajwyŜsze świerki i dęby rosły tu juŜ zapewne w 1258  
roku, gdy Sambor II zezwalał cystersom z Pelplina łowić ryby na „Lacus Widencze”; lub mo- 
Ŝ

e wyrosły dopiero w dwadzieścia lat potem, kiedy Mściwój II pisał po raz pierwszy słowo  

„Costerina” – Kościerzyna. Później wyrosły te trochę mniejsze, a w niedalekim Gdańsku akurat  
wysadzano Aleję Hindenburga lipami na cześć Napoleona, w bliŜszej Kościerzynie Ŝołnie- 
rze pruscy i francuscy, na przemian, rabowali dobytek ludności cywilnej, zaś we Wdzydzach  

background image

Kiszewskich rodziła się pięćdziesiąta dusza. Gdy malutki Franciszek Ginter igrał w sto lat  
później w młodniaku ledwo odrosłym od ziemi, tamte drzewa uczyły go szacunku dla prze- 
szłości, a małe samosiejki ginące pod wielkością przodków przypominały, Ŝe ludzie teraz  
nadejdą niepiękni, na podobieństwo zbliŜających się czasów. Te najpokraczniejsze, kaleko  
powykręcane porosty, nieśmiało podszywające się pod drzewa, pełzające zaledwie po powierzchni  
ziemi, dawały schronienie wdzydzkiemu Hindenburgowi – Alojzowi Grulkowskiemu,  
gdy drwił swą radiostacją z niemieckich porządków mających ogarnąć te nieporządne  
z gruntu lasy, jeziora i pola. Tak więc cały matecznik błyszczał na swej powierzchni dosko- 
nałością i sławą, w głębi jednak kłębiły się Ŝywioły wszelkiego gatunku. Tylko nieliczne z  
nich miały kiedyś wyrwać się z trującego łona chaszczów i stanąć ramię w ramię ze smukłymi  
ś

wiadkami dziejów.  

Takim lasem posuwali się teraz czterej męŜczyźni, rozglądając się uwaŜnie wokoło.  
– Dzidzie mogło się coś przywidzieć – rzekł z nadzieją Leszek. – Ona jest straszna panikara.  
Odkąd krawędź lasu przestała jaśnieć za nimi, posuwał się naprzód w pobliŜu Waldemara.  
Mocno zaciskał w ręku swą broń, od czasu do czasu utrącając nią suche gałęzie w sposób  
zawadiacki.  
Nagle posłyszeli głuche pojękiwania dobiegające spośród gałęzi pokrzywionej olchy. Sta- 
nęli niepewnie. Odgłos się powtórzył.  
– Panikarze – powiedział Leszek cicho i bez przekonania.  
Sylwin podszedł do drzewa i rozchylił jego gałęzie. Coś nadal jęczało z cicha, ale w mroku  
nie było nic widać.  
Wtem naprzeciw niego zajaśniał wąski sierp czegoś białego i począł się powiększać, niby  
księŜyc dąŜący do pełni.  
Waldemar rozchylał właśnie kurtynę gałęzi z drugiej strony. W nowym oświetleniu ich  
oczom ukazała się karykaturalnie krótka postać wisząca na sznurze, obracana wolno wokół  
własnej osi prądami powietrza. Jej twarz obracała się ku nim.  
W ciemności patrzyły na nich jarzące się oczy i spokojnie mrugały powiekami.  
– Na Boga, doktorze – krzyknął Sylwin. – On Ŝyje!  
– Trzeba go natychmiast odciąć!  
– Ma ktoś scyzoryk?  
– Jak mogliśmy nie wziąć noŜa?  
– Owszem, wzięliśmy – powiedział Waldemar wyciągając narzędzie.  
– Mmmm… – odezwał się nagle przez nos wisielec.  
– Panowie, on jest zakneblowany!  
Istotnie, mogli teraz dostrzec, Ŝe człowiek ów jest powieszony nie za szyję, lecz za pas od  
spodni oraz iŜ nie mógł powiesić się sam, gdyŜ był związany i zakneblowany. Jego ciało było  
zgięte w kabłąk. Kolana podchodziły prawie pod brodę, a pięty dotykały z tyłu ud. W tej scenerii  
wyglądał jak wielki embrion zawieszony na pępowinie.  
– Przytrzymajcie go, Ŝeby nie upadł – powiedział Waldemar, a gdy to uczynili, przeciął  
sznur.  
Potem zdjęli więzy krępujące jego kończyny i knebel. Był wolny.  
– No i co, panikarze – odezwał się triumfalnie Leszek wchodząc pod kopułę drzewa. –  
Warto się było bać?  
Tymczasem nieznajomy stał rozcierając sobie ścierpłe członki. Był to młody chłopak o  
ładnej, chociaŜ niesympatycznej twarzy, szarym, zimnym spojrzeniu i krótko ostrzyŜonych  
włosach. Ubrany był w dŜinsy i koszulę z surowego materiału. Nie wyglądał na atletę, ale  
twarda, łykowata budowa znamionowała siłę. Spoglądał na nich bardzo nieufnie i badawczo.  
– Co to za Ŝarty? – powiedział wreszcie. Spojrzeli na siebie w niemym zdziwieniu. – Kto  
mnie, do cholery, związał? – spytał niecierpliwie. Patrzył przy tym nader nieprzychylnie.  
– To samo pytanie ciśnie nam się na usta – rzekł Waldemar.  

background image

– Jeśli to pan, panie Boruta…  
– Pan mnie zna?  
– Mniejsza o to – zmieszał się niespodziewanie chłopak.  
– AleŜ, drogi panie – przemówił jowialnie Czarliński, nadając swemu głosowi nienaturalnie  
pieszczotliwy odcień. – Właśnie pana uwolniliśmy i na równi z panem chcemy wiedzieć,  
kto dopuścił się tego okrutnego czynu.  
Chłopak patrzył nadal nieufnie.  
– Skąd wiedzieliście, Ŝe tu wiszę? – zapytał.  
– Przestraszył pan pewną kobietę!  
– Jak mogłem, do jasnej cholery, przestraszyć kobietę? PrzecieŜ wisiałem! To ta idiotka  
rąbnęła o mnie z całej siły, a potem darła się.  
– Tylko nie idiotka – powiedział z obowiązku Waldemar. 
Młodzieniec zaśmiał się nieprzyjemnie. 
– To od pana, co? 
Waldemar nie odrzekł nic, oglądając sznurek, na którym tamten przed chwilą wisiał. 
– MoŜna kawałek na szczęście? – zapytał Leszek z niezwykłą powagą. 
Tamten spojrzał tępo i rzekł niepewnie: 
– Coś pan… jak rany, przecieŜ Ŝyję, nie? Chyba nie jestem wisielec?  
– Idzie o to – wyjaśnił Waldemar – Ŝe pan powiesił się, to znaczy – powieszono go nader  
nieskutecznie, czyli pozostały po tym sznur nie ma wcale właściwości ogólnie przypisywanych  
sznurom pozostałym po odcięciu wisielców.  
– Bajer, to pan masz – pokręcił głową młodzian – ale kto mnie urządził, to pan nie wie?  
– Nie mam pojęcia! Skąd miałbym wiedzieć?  
– To pana wyspa.  
– Tylko częściowo.  
– Diabła tam – machnął niecierpliwie ręką. – PrzecieŜ nic się nie dzieje na tej cholernej  
wyspie bez pana wiedzy!  
– Właśnie się coś zaczęło dziać – stwierdził zimno Waldemar. Tamten spojrzał na niego z  
zainteresowaniem.  
– CzyŜby? No załóŜmy, Ŝe tak. To ja panu coś powiem. To był wariat. Szaleniec! Rzucił  
się na mnie i nic juŜ nie widziałem. I pan nie wie nic o takim facecie? To na pewno jakiś z tej  
pańskiej ferajny. Wy tu wszyscy jesteście kopnięci!  
– Zdaje się, Ŝe ostatnie przeŜycia dość mocno podziałały na pana – powiedział Waldemar.  
– MoŜe pójdzie pan z nami i opowie wszystko dokładniej przy kolacji?  
– Wolałbym juŜ odejść – zaśmiał się drwiąco zaproszony.  
– Zrozumiałe, Ŝe jeśli pan chce, ale…  
– No to mogę czy nie? – przerwał z irytacją.  
– CóŜ za pytanie, a jakim prawem moŜemy pana siłą zatrzymywać? – wtrącił się Czarliński.  
– Jakim prawem? – roześmiał się złowrogo. – Prawem róŜnych zbirów i mętów, których tu  
stale pełno.  
Nie wiedzieli, co odpowiedzieć. Młodzian natomiast skłonił się ironicznie i z duŜą zręcz- 
nością zniknął w najbliŜszych krzakach. Przez chwilę stali skonsternowani spoglądając na  
siebie, po czym Waldemar wzruszył ramionami i powiedział:  
– Nic nie rozumiem.  
– A ja częściowo – rzekł Czarliński. – Nie wiem co prawda, kto mógł dokonać tej przedziwnej,  
hmm… egzekucji, ale rozumiem lęk chłopaka przed nami. Jeszcze po takim szoku…  
– Co pan chce przez to powiedzieć? – zainteresował się Sylwin.  
– Nic szczególnego. Po prostu wyspa nie cieszy się dobrą sławą u ludzi, w szczególności u  
turystów.  
Sylwin zaŜądał dalszych wyjaśnień. Droga powrotna upłynęła więc na kilku anegdotach z  

background image

Ŝ

ycia wyspy opowiedzianych przez Waldemara  

Owszem, było w tej „złej sławie” trochę i jego winy. W gościnę przyjmował często rozmaitych  
dziwaków (tu ukłon w stronę współtowarzyszy), a przynajmniej ludzi, których ekstrawagancja  
mogła szokować przypadkowych przechodniów – o ile na wyspie moŜna znaleźć  
się przypadkowo. Ale turyści nie są bez winy. W pewnym okresie, Sylwin o tym pamięta,  
skoro nawiał wtedy z tych stron, jezioro stało się tłoczne niebywale, przywoŜono ludzi całymi  
autokarami i puszczano na wodę w kajakach, choć wielu z nich znalazło się w takim terenie  
po raz pierwszy. Jedyne, co im przychodziło do głowy, to upić się jeszcze po drodze, a potem  
poszukać miłego zakątka na hulankę i dojść do siebie. Oczywiście, Waldemar zna rozkosze  
biesiady, ale ci ludzie byli tu obcy, to znaczy nie cieszyli się naturą ani ona nimi, właściwie  
wyśmiewali się z niej: „popatrz, jaki ptak, ale ucieka” albo: „zobacz na tego okonia, dołóŜ mu  
wiosłem”, albo: „ale jaja, widziałeś takie mrowisko?” Dewastowali często bezmyślnie las,  
traktując go jako miejsce jednorazowego uŜytku i niewiele moŜna było zdziałać perswazją.  
Kiedyś przyjechali kutrem i w poszukiwaniu prawdziwków przeczesali tyralierą całą wyspę.  
Co prawda efekt był taki, jak gdyby w młodniakach zrobiono przecinkę, ale teŜ Ginterom  
zginęły dwie kury, a jego, Waldemara, gęsi złamano skrzydło. Ponadto pod drzewami wysypywali  
całe stosy grzybów zebranych w pierwszej chciwości, a potem wymienianych na te  
lepsze. CzyŜ to jego wina, Ŝe w przypływie desperacji namówił wtedy Tadeusza Tymoteusza,  
aby obaj, wysmarowawszy się sadzami, biegali nago po wyspie wznosząc obłąkańcze okrzyki?  
Czy to jego wina, Ŝe Ŝona przewoźnika okazała się kobietą zabobonną i następnego dnia  
w całych Wdzydzach wiedziano, Ŝe Smętek i Purtk, dwa diabły kaszubskie, zamieszkały na  
Ostrowiu? Albo czy to jego wina, Ŝe jedyną radą na dzikich spływowiczów rozbijających się  
bez pytania, niszczących w ciągu jednej nocy hektar kartofli w poszukiwaniu kilku wyro- 
ś

niętych dostatecznie do upieczenia, a potem wrzeszczących dziko po nocy, okazało się 

posmarowanie  
Hektora i Grubego farbą fluoroscencyjną i puszczenie dwóch takich świecących  
potworów samopas?  
Tu wtrącił się Leszek i przytoczył chwalebną historię o tym, jak dwóch młodzieńców roz- 
biło namiot na Ginterowej łące i nie chciało jej opuścić, metodycznie niszcząc trawę swymi  
igrcami, aŜ dopiero on sam im w tym dopomógł. OtóŜ młodzieńcy wracali pewnego dnia z  
nader wesołej zabawy w motelu wdzydzkim. Aby dostać się do swego namiotu, musieli opły- 
nąć Bukową Górę, gdzie znajdowało się wtedy Lesia obozowisko. Waldemar takŜe był tam  
obecny. Siedzieli przy ogniu, gdy do brzegu przybiła łódź sterowana bardzo niezdarnie przez  
zawianych wioślarzy. Zachowując wielką pewność siebie, mimo oczywistej ignorancji, przy- 
stąpili do wspólnego ognia, gadając przy tym duŜo i głupio, a takŜe przechwalając się swą  
chytrością wobec głupiego chłopa, jakim ich zdaniem był Ginter pozwalający robić się w konia.  
Wysłuchano ich z tajoną niechęcią, a gdy zapytali o drogę do swego namiotu, Leszek  
powiedział: „nie znamy tych stron, Ŝadnej łąki w pobliŜu nie widzieliśmy”. Śmiejąc się z ich  
słabej orientacji, wsiedli młodzieńcy do łodzi i popłynęli zataczając ósemki na wodzie. Leszek  
zaś z Waldemarem natychmiast zwinęli Kajtkową „dwójkę” i pognali na łąkę, gdzie rozstawili  
ją w miejscu namiotu niepoŜądanych gości. Ci przyjeŜdŜają i wtarabaniają się do  
ś

rodka. Lesio im po oczach latarką, Ŝe nic w środku nie widzą i pyta: „Coście za jedni? Czego  

tu chcecie?” A oni: „Chcemy do namiotu”. „Niestety, jestem z kobietą” – powiada Lesio, a  
oni w krzyk: „W naszym namiocie?” Lesio na to zimno: „Ja juŜ tu dwa tygodnie jestem rozbity,  
a namiot mam od piętnastu lat”. Świecą latarką, oglądają, faktycznie. Spuścili więc z  
tonu i któryś pyta: „Najmocniej przepraszam w takim razie, ale nie wie pan, gdzie tu jeszcze  
druga taka łączka się mieści?” A co słowo powie, to mu się, pijakowi, odbija. Więc Lesio  
mówi: „Nie, Ŝadnej tu łąki więcej nie ma”. Oni zaś, słychać, coraz bardziej nagazowani, bo  
przy wiosłowaniu alkohol w krew musiał powchodzić, ale pytają: „JakŜe to, przecieŜ myśmy  
tu gdzieś się rozbijali, więc gdzie?” „MoŜe w innej okolicy?” – pyta grzecznie Lesio. „A  

background image

skądŜe w innej – na Ostrowiu”. „A, to nie wiem, gdzie to jest – Lesio na to – bo to miejsce  
nazywa się Great Island”. „Panie – krzyczą – takiej wyspy na Wdzydzach nie ma!” „Wdzydz  
takŜe tu w pobliŜu nie ma” – bezlitośnie powiada Lesio, podczas gdy Waldemar dusi się ze  
ś

miechu w poduszce. „Czy to jakiś archipelag?” – dodaje bez większego zainteresowania.  

„Jaki tam archipelag, to jezioro!” „To na pewno nie tutaj”, kończy dyskusję Lesio, „bo tutaj  
jest Trójkąt Bermudzki. Idźcie juŜ, panowie, bo jak nadmieniłem, ja tu jestem z kobietą”.  
Tamci śmieją się pusto i płaczliwie. „Coś pan zwariował? Gdzie my do cholery jesteśmy?”  
„Na Great Island, dobranoc” – mówi Lesio, a Waldemar zaczyna popiskiwać jak podszczyp- 
nięta sługa. „Panie, ale my przecieŜ jesteśmy w Polsce!” „Polska? Słyszałem. Czy to gdzieś w  
Azji?” Na zewnątrz znowu cisza, a potem pada ostatni argument: „Gdyby to było Great Island,  
to byśmy rozmawiali po angielsku, czy nie tak?” A Lesio na to bez mrugnięcia okiem:  
„ToteŜ właśnie rozmawiamy”. „Rozmawiamy po polsku!” „Wybaczcie, panowie, ale ja prze- 
cieŜ nie znam ani słowa w tym języku, sami więc widzicie, Ŝe jest to niemoŜliwe”. Na górze  
słychać odgłosy paniki, Lesio więc pociesza ich dobrotliwie: „No, nic takiego, jeśli rzeczywi- 
ś

cie wczoraj byliście w jakiejś Polsce, to na pewno sprawka UFO. Radzę wam, gdy wypły- 

niecie na wodę, posuwać się w kierunku latarni morskiej. Tam zgłosicie swój przypadek w  
Biurze Przesunięć w Przestrzeni i Czasie”. Słychać, jak wsiadają do łodzi, ale nagle któryś  
wraca. „A który rok mamy?”, pyta potulnie. „1938” – mówi Lesio. „To za rok będzie wojna”  
– powiada młodzian. Na to Lesio: ”NiemoŜliwe, kto wygra?” „Nasi”. „Dziękuję wam chłop- 
cy, za wiadomość, będę musiał sprzedać trochę akcji”. Byli juŜ na wodzie, gdy któryś krzyk- 
nął: „Ale my przecieŜ nie znamy angielskiego!”, ale Lesio nie daje za wygraną: „Słyszałem o  
facecie, który całe Ŝycie mówił prozą, sam o tym nie wiedząc” – odkrzykuje na całe gardło.  
„Jak moglibyście rozmawiać ze mną przez pół nocy, gdybyście nie znali języka, którym wła- 
dam?”  
Na wodzie istotnie paliła się latarnia morska, a to z tej racji, Ŝe pewien emerytowany kapitan,  
mieszkający w niewielkim drewniaczku na Domarusowej Łączce, zapalał co wieczór  
lampę gazową. Było to niejako jego przyzwyczajenie zawodowe. Gdy nasi młodzieńcy przybyli  
do jego chałupki pytając, czy mogą zgłosić przemieszczenie w czasie i przestrzeni, przy  
czym upierali się, Ŝe staruszek rozmawia z nimi po angielsku, bo jakŜe inaczej moŜe mówić  
urzędnik na Bermudach, kapitan wskoczył do samochodu i wrócił z lekarzem psychiatrii  
mieszkającym na letnisku w Wygodzie. Ten zbadawszy „chorych” stwierdził manię prześla- 
dowczą na tle omamów poalkoholowych i zastosował wodolecznictwo. Zaś swoje graty mogli  
odebrać na drugi dzień u Ginterów – zakończył Lesio, uśmiechając się do wspomnień.  
Tak, tak, powspominać było przyjemnie. „Zła sława” nie była niezasłuŜona. Waldemar  
takŜe się rozmarzył i z takimi, idiotycznie uradowanymi gębami, wkroczyli wszyscy czterej  
na podjazd, gdzie odchodzące od zmysłów panie czekały na wieści.  
– Na Boga, powariowali – powiedziała półgłosem Gabriela, szczypiąc się w policzek dla  
sprawdzenia wiarygodności obrazu.  
– Powariowali ze strachu – smutno uzupełniła pani Zofia, będąca juŜ najwidoczniej w lepszej  
formie.  
Psy, zawsze skore do radości, podjęły tę wesołość znudzone atmosferą panującą w domu  
przez ostatnią godzinę. Skakały wokół kobiet liŜąc ich zatroskane twarze, a gdy wyczuwały w  
nich przygnębienie, wracały w prysiudach ku męŜczyznom. Oddawały im bezinteresownie  
swoje rozbawienie, a w zamian dostawały ciepłe, silne dłonie nadające się do polizania. Spojeni  
tą wewnętrzną solidarnością beztroski spoglądali pobłaŜliwie na wiecznie zatroskane  
kobiety, te zaś z coraz większą czułością patrzyły na wiecznie bawiących się chłopców. I  
wtedy Sylwin poczuł, Ŝe musi odtrącić kudłatą mordę Grubego szukającą jego dłoni, aby  
przyjąć wyciągnięte ku niemu pytająco ręce naleŜące do ponętnej panny z dołeczkami na buzi.  
Tak teŜ uczynił. A wytrzymawszy niemy wyrzut emanujący z psich oczu, ujął wreszcie  
dłonie dziewczyny i powiedział:  

background image

– Wszystko w porządku. Fałszywy alarm.  
Ona uścisnęła go lekko i natychmiast puściła, jak gdyby niepokój i zagroŜenie, a nie pew- 
ność i spokój, dawały jedynie prawo do intymności.  
Po odpręŜeniu, jakiego wszyscy doznali, nastał w domu okres idylliczny. Wszyscy korzystali  
z upalnej pogody, szczególnie zaś młodzi Wegetariańscy, których urlop kończył się juŜ  
niedługo. Waldemar takŜe zdecydował zrobić sobie mały odpoczynek, toteŜ przez parę dni  
trwała ta sielanka.  
Motywem przewodnim rozmów towarzyskich prowadzonych podczas pływania, opalania  
się i gry w tenisa, były głównie strachy minionego wieczoru, z których naigrywano się juŜ  
dość mocno, tym bardziej Ŝe wydarzenia bieŜące tworzyły nowe imitacje strachów rzeczywistych,  
łatwo okazujące swe racjonalne oblicze. Skoro tak, myślano, dowiemy się kiedyś, kto  
związał owego chłopaka i po co. NajwaŜniejsze, Ŝe zjawy zawsze okazują się czymś zwyczajnym,  
wyolbrzymionym wyobraźnią.  
Co do wspomnianych imitacji, to były one na przykład takie.  
W namiotach Wegetariańskich, którzy nad gościnny dach Boruty przedkładali bliskość  
wody i łagodne wiatry orzeźwiające obóz pod Bukową Górą, od kilku dni ginęły rozmaite  
produkty Ŝywnościowe. Sprawa nie byłaby warta zachodu, gdyby nie dziwna aura tych zda- 
rzeń. Jak mógł na przykład zginąć pięciokilowy bochen chleba trzymany w namiocie 
gospodarczym  
i zawinięty w szczelny płócienny worek? Kto i gdzie wynosił słoiki z zawekowaną  
Ŝ

ywnością? Jeśli sprawczynią tych kradzieŜy miała być Psota – suczka Ginterów znana z takich  

skłonności, to gdzie ślady tego przestępstwa? A po cóŜ miałaby kraść konserwy, które  
równieŜ ginęły. Dla psoty? Inną podejrzaną była Karusia, która w swej ciekawości często  
podchodziła nocą pod obóz i z pobliskich krzaków obserwowała siedzących przy ognisku.  
Umiała się doskonale maskować. śartowano, Ŝe łatwiej jest podejść na wyspie stado dzikich  
kaczek niŜ Karusię. Postronny obserwator mógł teŜ przypuszczać, Ŝe krowy Ginterów chodzą  
cały dzień samopas, tak dalece nieuchwytna była sylwetka pasterki, stale im przecieŜ towa- 
rzyszącej. Jeśli jednak zdarzyło się, Ŝe taki postronny obserwator napotkał przypadkiem Ka- 
rusię, i jeśli w pokątnej ucieczce przed nim dziewczyna zabrnęła w ślepy róg, to strach przed  
ludźmi nakazywał jej iść na całego i wtedy na nieświadomego turystę ruszała zjawa błyskają- 
ca kłami i wydająca groźne pomruki. O efekcie takiego nagłego „objawienia” przekonał się  
kiedyś Waldemar na własnej skórze, toteŜ nie dziwił się plotkom o wampirze trzymanym jakoby  
na wyspie dla odstraszenia turystów. ChociaŜ więc niczego w sprawie znikającej Ŝyw- 
ności nie ustalono, zbyt często jednak ostatnimi czasy wystraszała Karusia nieświadomych  
gości, aby nie dało to do myślenia. Często siedząc w kręgu ognia wyczuwało się jakiś wzrok  
wpatrzony w ciemności ciekawie i łapczywie. W kaŜdym razie panie chodziły „w krzaczki”  
parami.  
W ciągu tygodnia po niespodzianym wydarzeniu Ŝycie powróciło do normy. Leśne niesa- 
mowitości, niewytłumaczalne pozornie zdarzenia, jakie przecieŜ zawsze wiąŜą się z Ŝywio- 
łem, od którego człowiek bezpowrotnie się oderwał, nabrały z powrotem właściwego wymiaru.  
A jednak tamto zdarzenie pozostawiło w umyśle Sylwina gorzki osad. Teraz wszystko  
było inne. Nocne odgłosy uroczyska nie straszyły juŜ jakimś naturalnym piętnem zła, ale wy- 
dawały się przewrotne i w dwójnasób dzikie. Sylwin z dreszczem przypominał sobie okrzyk,  
który słyszał podczas pierwszego noclegu i zastanawiał się, jak zareagowałby na niego teraz.  
Nie znaczy to, aby Sylwin nie uczestniczył w atmosferze ogólnego odpręŜenia panującego  
teraz na wyspie. Owszem, oddawał się z pasją pływaniu, jeździł na ryby z Borutą i jego mat- 
ką, powierzał się wraz z deską zaopatrzoną w Ŝagiel podmuchom południowego wiatru, go- 
niącego spienione wody Morza Kaszubskiego od Sorki po Cyronek nawet w najupalniejsze  
dni. Wieczorami grywał w tenisa aŜ do upadłego, a potem zaŜywał długich spacerów z panną  
Jolantą. Chodzili wtedy aŜ na koniec Ostrowia, skąd w odległości pięćdziesięciu metrów wi- 

background image

dać było przesławną wyspę – Glonek. Stali na ostrym cyplu kończącym wyspę i patrzyli na  
fale omywające go ze wszystkich stron. Przestrzeń między wyspami znana była ze zdradliwych,  
wiejących z róŜnych stron naraz wiatrów i ze sprzecznych z sobą prądów wody. To  
Glonek rozdzielał przychylny wiatr południowy i kazał mu być jednocześnie zefirem, odbitym  
nieco o Sorkę, ale teŜ i zachodnim wiatrem, dmuchającym gdzieś z Kniei i Przytarni.  
Ostrów z kolei, swym drapieŜnym jak pazur cyplem rozczesywał wody toczące się z północy.  
Korytem Wielkich Wód płynęły bowiem czarne wody Wdy i krystaliczne strugi źródełek  
podwodnych, pokrywających dno zachodniego wybrzeŜa. Tutaj, między wyspami, mieszały  
się ze sobą nagle, na przekór wiatrom usiłującym odepchnąć je w tył. Patrząc na te tajemne  
walki podwodne opowiadał Sylwin sentymentalne i bohaterskie historie o Glonku, gdzie poznali  
się kochankowie, Teodora z Fethków z Izydorem Gulgowskim, gdzie mieszkał Król  
Jeziora, pan Zaborski, oraz Remus ze „skaŜoną mową”. A gdy wracali mając jeszcze w  
uszach szum fal, chłonąc wdzydzkie powietrze, czyste i ostre, jak narkotyk odurzające wyziewami  
lasów, był rozmarzony i spokojny. WszakŜe potem nadchodziła noc i powracało  
uczucie nieznanego zagroŜenia, które przyczaiło się i odbywało gdzieś swój „okres wylęgu”.  
JakŜe przyjemnie było śmiać się z tych złudzeń nazajutrz, w porannym słońcu! Ale póki  
trwały duszne zmory nocne, wywołane gorącym i wilgotnym powietrzem, od kilku dni daremnie  
zapowiadającym burzę, trzeba było poddać im się bez zastrzeŜeń. Wydawało się wtedy,  
Ŝ

e kopuła nieba pokryta ołowiem chmur siada mu na piersiach, tamuje oddech, zniewala.  

Szedł do chłodnej biblioteki i czytał lub rozmawiał z Waldemarem i Maksymem, którzy z  
niewiadomych przyczyn takŜe mantykowali po nocach.  
Do najbardziej celebrowanych form Ŝycia towarzyskiego na wyspie naleŜały grzybobrania.  
Niestety, w tym roku na grzyby było za sucho. Był początek sierpnia, a przecieŜ nie było  
jeszcze nawet wysypu majowego! Nadaremnie pani Zofia, fanatyczka zbierania grzybów,  
przeczesywała wyspę. Wracała z pustym koszykiem. Na drugi dzień z rana zjawiła się u 
Waldemara  
delegacja, dająca do zrozumienia, w kuluarach podjęto decyzję udania się po grzyby  
„za wodę”, on sam zaś ma zorganizować przewóz tak wielkiej liczby osób. Daremnie tłuma- 
czył, Ŝe skoro grzybów nie ma na wyspie, to nie ma ich takŜe za wodą. Daremnie rozwodził  
się nad urodzajnością wyspy, przywołując jako przykład rok ubiegły, tak obfitujący w prawdziwki,  
Ŝ

e kaŜdy z grzybiarzy przynosił ich z lasu ponad sto za jednym wypadem. Daremnie!  

Kobiety uparły się, a na to nawet Boruta nie pomoŜe. Wyruszono więc niezwłocznie.  
Największy „czołen” Ginterów, płaskodenna łódź o nieszczególnym wyglądzie, cięŜka i  
niezwrotna, ale za to zupełnie pozbawiona wywrotności, przewiozła ich bezpiecznie na Sosnowy  
Nurt. Stamtąd rozsypali się po lesie.  
Lasy z tej strony wody były duŜe i rozległe, nie tak jednak piękne, jak lasy pokrywające  
wyspę. Wysokie sosny rosły równo, jak „pod linijkę”, tworząc na przemian z młodniakami i  
kwadratami wyrębów regularną szachownicę. Drzewostan był bardzo jednorodny. Dla po- 
rządku drzewa sadzono grupami: tu sosny, tam świerki, tam trochę liściastych. Nie budził taki  
las zaufania. Na pograniczach poszczególnych działek stały gdzieniegdzie czerwone tablice  
informujące, Ŝe na tym akurat obszarze wytruto „sówkę” albo po prostu, Ŝe nie wolno po lesie  
chodzić ze względu na niebezpieczeństwo poŜaru. Poszycie lasu niezbyt dobrze świadczyło o  
respektowaniu tych tablic. KrzyŜowały się tam liczne ścieŜki wydeptane przez ludzi. Przy- 
klapnięty mech teŜ zdradzał częstą ich obecność. Dopiero w głębi, z dala od uczęszczanego  
brzegu, ten nadmiernie uporządkowany, nudny las nabierał rumieńców, poczynał skrzyć się  
róŜnorodnością.  
Sylwin szerokim łukiem obszedł kroplistą połać bagna, na którym w sezonie zbierano Ŝu- 
rawiny i łochynie. Na jego skrajach rosły, bywało, czerwone kozaki, a pod jałowcami, na  
stromych stokach okalających błota zagajników spotykało się i prawdziwki. Niestety, daremnym  
było wypatrywać ich teraz. Widać taki był juŜ nieurodzajny rok.  

background image

Tam, gdzie bagno przechodziło w rozległą łąkę, na której stała ambona do nocnego strzelania  
dzików, skręcił w górę. Po chwili znalazł się na drodze prowadzącej z płęskiego pustkowia  
do Rowu. Był to piaszczysty trakt o poboczach obrośniętych wrzosem. Jeszcze dalej  
ciągnęły się młodniki pełne brzóz. I tutaj daremnie wypatrywało się kozaczych głów.  
Od Rowu dzieliło go nie więcej, jak pół kilometra. JuŜ miał zawrócić, gdy nagle z tyłu  
rozległ się tętent galopującego konia. Zadziwiony przystanął i wtedy oczom jego ukazał się  
widok zadziwiający. Od strony Płęs pędziła na koniu dziewczyna z rozwianymi włosami. Koń  
był biały, z lekka tylko nakrapiany, włosy dziewczyny teŜ miały kolor zdecydowanie jasny, z  
niewielkim poblaskiem miedzianym. Wpięta w nie była czerwona piwonia. Zanim Sylwin  
zdąŜył dostrzec coś więcej, koń zarył kopytami w ziemię tuŜ przed jego nosem. Patrzyły na  
niego czarne, śmiałe oczy. Na drobnej twarzy widniało parę piegów. Ruchliwe nozdrza oddy- 
chały nerwowo, jak gdyby chcąc się dostroić do ruchów końskich chrap.  
– Pan jest ten „Dzik”? – zapytała niespodziewanie. W jej głosie brzmiała miła wibracja,  
chociaŜ pozbawiony był wystudiowania i kokieterii. Słychać w nim było swoistość tubylczej  
mowy, ale nie mówiła gwarą.  
Sylwin stał bez ruchu, zaskoczony tą sytuacją. Zanim zdąŜył powiedzieć cokolwiek,  
dziewczyna odrzuciła włosy z niecierpliwością i powiedziała:  
– Ach, to na pewno pan! Nie trzeba tak wytrzeszczać oczów.  
Powiedziała to z rozbawieniem i wewnętrzną pewnością, które pokryły jej widoczne 
zdenerwowanie.  
Miała w sobie jakąś naturalność, brak dystansu do siebie, co sprawiało, Ŝe błąd  
gramatyczny, który zrobiła, przemienił się w uroczą ignorancję.  
– Co za milczek – powiedziała i rozejrzała się szybko wokoło. Potem zniŜyła się ku Sylwinowi  
i powiedziała ciszej: – Niech pan powie Borucie, Ŝe jest źle. Niech zwróci uwagę na  
spalony dom. To nie Ŝarty – dodała, widząc jego nierozumiejące spojrzenie.  
– Kim pani jest? – zapytał.  
– Ach, on będzie wiedział – powiedziała niecierpliwie. Potem zmierzyła Sylwina od stóp  
do głów dość bezczelnym spojrzeniem, wcale się z tym nie kryjąc. – MoŜe jeszcze się spotkamy  
– powiedziała uśmiechając się nieznacznie. Następnie uderzyła konia w boki gołymi  
piętami i popędziła w dalszą drogę.  
Pozostał na drodze nic nie rozumiejąc, aŜ dalekie wołania z dołu lasu skłoniły go do powrotu.  
 

Spalony dom 
Bukowa Góra wznosiła się tam, gdzie północny koniec wyspy przeginał się ku zachodowi,  
tworząc cypel o dziwnej nazwie: Ifranek. U stóp góry stały namioty Leszków. Gdy ich miesz- 
kańcy wychodzili o zachodzie słońca na brzeg jeziora, widzieli, jak czerwona, cięŜka kula  
zapada za lasem po drugiej stronie wody. Tam właśnie znajdowała się Zatoka Płęska, a na jej  
brzegu – spalony dom.  
Waldemar z Sylwinem podpłynęli pod brzeg na samym krańcu cypla i przestali wiosłować.  
Kajak posuwał się jeszcze przez chwilę siłą rozpędu, potem znieruchomiał na wodzie w miejscu,  
gdzie dno opadało z nagła, a linia wodorostów urywała się. Na jeziorze panowała cisza,  
tylko zza góry dobiegały pokrzykiwania Kajtka i burkliwe basowe gderanie Leszka. Patrząc  
na zachodzące słońce, Waldemar przypomniał sobie swój pierwszy przyjazd na wyspę. Wtedy  
czarne wcięcie w przeciwległym brzegu wydawało się daleko bardziej tajemnicze.  
Po chwili chwycili znów za wiosła i popłynęli w kierunku zatoki. Gdy przepłynęli kilka- 
dziesiąt metrów, Waldemar obejrzał się. Promienie słońca oświetlały teraz wyspę, nadając jej  
zdecydowany kształt i jędrne barwy. Zagięty palec Ifranka zdawał się wskazywać prosto na  
wnętrze Zatoki Płęskiej.  
Północny brzeg zatoki wznosił się ostro ku górze. Łatwo było trafić na piaszczystą drogę  

background image

prowadzącą do pustkowia Płęsy. Gospodarstwo to, wymienione ponoć juŜ w lustracji z 1664  
roku, pełniło funkcję sołectwa, chociaŜ faktycznie sołtys mieszkał jakieś cztery kilometry na  
południe, w Rowie. Te niezasłuŜone prerogatywy były solą w oku okolicznych mieszkańców.  
Gdy na przykład panią Weronikę Ginterową pytano o adres w kościerskim urzędzie, poda- 
wała tylko nazwę macierzystej wyspy, a następnie milczała jak grób. „CóŜ to, gospodyni, tyle  
lat mieszkacie i nie wiecie, jaka to gromada?” – dziwiła się urzędniczka i biegła sprawdzić w  
księgach wieczystych. „Gromada Płęsy” – pouczała po chwili, ale Ginterowa tylko na to cze- 
kała: „Płęsy? A cóŜ to za gromada! Dyć my na Ostrowiu nie gorsze gospodarstwo mamy, jak  
w Płęsach. Taka sama u nas gromada jak i tam!” Po czym wybuchała awantura, której nie  
powstydziłaby się nawet słynna niegdyś karczma Knitterów w Karsinie. Tak działo się 
nieodmiennie  
za kaŜdym razem. Przyczyny niechęci sąsiadów do płęskiego pustkowia były takŜe  
i inne, o tych jednak nie mówiono z obcymi, a i wśród swoich nikt nie potrafił powiedzieć  
niczego konkretnego. Ginterowa machała jedynie ręką i dawała do zrozumienia, Ŝe gospodarstwo  
to dotknęły takie same plagi, jak mieszkańców wioski. Znaczyło to, iŜ zaborcza ręka  
miasta sięgnęła i tutaj. Widziało się tam kobiety palące papierosy, a nawet pijące alkohol.  
Ludzie „byli tam słabe: jak we Wdzydzach, nic nie lepsze”.  
W jednej trzeciej drogi od jeziora do gospodarstwa stał spalony dom. O tym obiekcie w  
okolicy wiedziano najmniej. Pobudowało go ponoć dwóch męŜczyzn. Było to w pozaprze- 
szłym roku. W serce lasu zjechały naraz buldoŜery, dźwigi i wywrotki. Minęły dwa miesiące i  
w brzozowym zagajniku stanął piętrowy dom, zbudowany solidnie, choć bez smaku. Był cały  
z betonu, jedynie piętro wyłoŜono z zewnątrz drewnem, bardziej przez wgląd na modę niŜ na  
uŜyteczność. W oknach tkwiły grube kraty. Zbierający w okolicy grzyby widzieli czasami  
ludzi na tarasie domu, ale nikt nie wiedział, kto jest gospodarzem budynku. ChociaŜ nie ogrodzony,  
dom nie przyciągał jakoś, nie nęcił, nie zapraszał. Podobno kiedyś spragnionemu tury- 
ś

cie odmówiono tam szklanki wody. Wiedzeni instynktem autochtoni omijali więc zabudo- 

wania, których okolice zaczęły zresztą wkrótce straszyć wyniszczonym poszyciem i walają- 
cymi się śmieciami. Zastanawiano się tylko wieczorami, jak w środku państwowego lasu mo- 
gła powstać tak szybko ta budowla i „kto za tym stoi”. „Leśny” z Lipusza zachowywał na ten  
temat powściągliwe milczenie. „Dejta mnie ludzie spokój – mawiał najwyŜej. – Za wysokie to  
dla mnie sprawy, niech ta się na górze martwią”. Dawał jednak do zrozumienia, Ŝe dom jest  
„dzikim lokatorem” na terenie jego lasów.  
JakoŜ po pewnym czasie istotnie ktoś „na górze” zaczął się tym martwić, a na dodatek  
okazało się, Ŝe właścicieli, niespodziewanie dla nich samych, takŜe ktoś przerasta, bo dom  
nagle opustoszał. CięŜkie kłódki wisiały na drzwiach budynku, a takŜe na bramie drewnianego  
hangaru stojącego nad brzegiem jeziora, gdzie trzymano łodzie. Ci, którzy znali jakoby  
właścicieli, twierdzili, Ŝe przestali oni pojawiać się w okolicy. W domu, pomimo jego za- 
mknięcia, miały się natomiast dziać dziwne i tajemnicze rzeczy. MoŜe został zbudowany „po  
trupach”, przypuszczano, bo ze środka dobiegały często jakieś niesamowite dźwięki. A jakŜe!  
Wszyscy pamiętali tamten dom, daleko za Lipą, którego nazwy lepiej było nie wymawiać.  
Właściciel zamordował w szale Ŝonę i dwoje dzieci. Od tamtego czasu budynek był pusty. Bo  
chociaŜ spadkobiercy usiłowali go sprzedać, to przecieŜ nikt nie wytrzymał tam dłuŜej niŜ  
jedną noc. Uciekali z krzykiem i Ŝądali zwrotu pieniędzy. Niektórzy nawet prosto do wariatów  
trafiali – ci juŜ po forsę nie przychodzili. Dobry interes nawet był. Dopiero niedawno,  
trzecie czy czwarte pokolenie po tamtym dom sprzedało. Widać ofiara się spełniła. Ginterowa  
miała inną opinię: „panie, tych nowych ludzi to i duch się zalęknie!” Tak czy owak, skoro  
takie juŜ historie w okolicy się działy, tutaj sprawa mogła być podobna.  
– A jak jest naprawdę? – zapytał Sylwin. 
Waldemar uśmiechnął się z naiwności przyjaciela. 
– A skąd ja mogę wiedzieć, średniorolny gospodarz? Prędzej ty mógłbyś przywieźć jakieś  

background image

plotki gdańskie! To są sprawy na poziomie metropolii – ciągnął ironicznie. – My tu moŜemy  
tylko obserwować ich zewnętrzny kształt i poddawać się magicznym wyjaśnieniom.  
Sylwin spojrzał z niedowierzaniem.  
– Wierzysz w te opowieści?  
– Ach, nie! – skrzywił się. – One nie odpowiadają prawdzie, ale jakąś jednak prawdę mał- 
pują. Te metafory, bracie. Tu się mówi o czymś przez coś innego. Takie – struktury homologiczne.  
– Zmieńmy temat – powiedział Sylwin ziewając.  
– A więc dobrze. Widzisz, chodzi pogłoska, Ŝe ta turystka, czy turysta, któremu odmówiono  
wody, głośno złorzeczył niegościnnym gospodarzom. No i widzisz, dom się spalił. Tylko  
jeden sezon w nim przemieszkali. A takie rzeczy ludzie chwytają – i to olbrzymieje…  
– Olbrzymieeeje! – przedrzeźniał Sylwin. – Jak tak dalej pójdzie, zmienisz się w ludowego  
maga – dodał.  
– A zmienię – powiedział twardo Waldemar i zamilkł.  
– Po diabła my tam płyniemy, panie Boruta – podjął Sylwin po chwili. – Jakaś powiatowa  
lady Godiva posyła mnie ni stąd ni zowąd na jakieś nocne eskapady, a ja na dodatek nie mogę  
się dowiedzieć, o co chodzi!  
– W tej sprawie wiem tyle, co i ty.  
– A w innych sprawach?  
– Inne sprawy, jak sama nazwa wskazuje, są inne. Po prostu nie naleŜą do tej sprawy – zi- 
rytował się nagle Waldemar.  
– Jak taki betonowy dom mógł się w ogóle spalić? 
Sylwin dyplomatycznie zmienił temat. 
– OtóŜ to jest ciekawe – oŜywił się Boruta. – Mury się spaliły, ale las dookoła nie zajął się  
nawet. Chodzą słuchy, Ŝe ktoś musiał im pomóc, i to dość usilnie. MoŜe właściciel zoriento- 
wał się, Ŝe sprawa zabrnęła za daleko i postanowił zaŜegnać ją usuwając przedmiot całej afery  
– dom. W końcu ubezpieczenie teŜ jest coś warte!  
Wpłynęli do zatoki, gdy słońce całkowicie zniknęło za ścianą lasu. Tafla wody była tu cał- 
kowicie gładka. Kiedyś, gdy szczupaki występowały masowo we wdzydzkich wodach, tutaj  
przypływano na łowy. Zatoka była płytka. Jej bagniste dno porastała moczarka kanadyjska, a  
po wierzchu pływały nenufary. Brzegi porośnięte trzciną dawały dobre schronienie drapieŜni- 
kom. Płynęli właśnie wzdłuŜ pasa trzciny. Dopiero gdy siedzący z tyłu Waldemar skręcił 
zdecydowanie  
w prawo, Sylwin dojrzał wąski korytarz, prowadzący do brzegu. U jego końca  
widniała nieudolnie sklecona z bali kładka. Dobili do niej z trudem, tak płytko było w tym  
miejscu. Dno kajaka szorowało o muł, dobywając spod niego bąble śmierdzącego gazu.  
Wysiedli. Waldemar przywiązał kajak do pomostu i ruszyli w las. Wąska ścieŜka prowa- 
dziła pod górę. Pięćdziesiąt metrów dalej ich oczom ukazały się kikuty spalonego domu.  
Górne krawędzie ruin były ostro postrzępione i czarne od spalenizny. Sterczały w niebo,  
przywalone gdzieniegdzie nadpalonymi belkami, zwalonymi bezładnie. Puste oczodoły okien  
czerniły się złowrogo. W niektórych były jeszcze kraty.  
– Ludzie wynieśli, co się dało – rzekł szeptem Waldemar. – Kraty, kaloryfery, piec od  
centralnego. Zostało to, czego nie mogli wyrwać ze ścian. Po poŜarze traktowali dom…  
Przerwał nagle. Sylwin juŜ wcześniej to zauwaŜył.  
Z lewej strony ruin świeciło się w oknie. Przez pozbawiony szyb otwór widać było cienie  
ludzkie kładące się na ścianach wewnątrz pomieszczenia.  
– To duchy tych twoich budowniczych – rzekł Sylwin. W jego głosie nie było nadziei, Ŝe  
ta wypowiedź rozśmieszy rozmówcę.  
Kucnęli obaj przy krzaku rokitnicy. Przez dłuŜszą chwilę słyszeli tylko swoje oddechy.  
Potem dobiegły ich takŜe głosy z wnętrza.  
Spokojny, wibrujący głos męski wypowiadał miarowo słowa, których nie sposób było z tej  

background image

odległości zrozumieć. Chwilami przypominało to melorecytację, chwilami dziwaczną mszę  
zbliŜoną do wschodniego obrządku. Odpowiedzią były nieartykułowane dźwięki, wypowiadane  
przez kobietę. A moŜe była to tylko sugestia, gdyŜ na ścianie pokoju widać było, na tyle  
wyraźnie, na ile pozwalało migotliwe światło świecy lub lampy naftowej, cień długowłosej  
dziewczyny. Włosy zwieszały się tworząc rodzaj klosza nad czymś, nad czym pochylała się  
przez cały czas. Jej ciało, zgięte pod kątem prostym, kołysało się miarowo w takt słów 
wypowiadanych  
przez męŜczyznę. On sam stał wyprostowany tuŜ za nią. Ich cienie stykały się  
na ścianie i zdawały jednoczyć w tym niesamowitym kołysaniu. Po chwili wszystko ucichło.  
Cienie zapadły się gdzieś w dół. Zdawało się, Ŝe ze środka dobiegają teraz szepty lub oddechy,  
a moŜe tylko łagodne powiewy wiatru szeleściły liśćmi.  
Nie wiadomo jak długo to trwało. Nagle rozległ się wyraźny łoskot i głos kobiecy powie- 
dział:  
– MoŜna by sprzątnąć to Ŝelastwo. 
Głos sprawiał wraŜenie sennego, a słowa rozwlekały się nienaturalnie. 
Na ganku, a raczej tam, gdzie kiedyś znajdował się ganek, stała kobieta. Nie moŜna było w 
ciemności dostrzec szczegółów jej wyglądu. Zeskoczyła na ziemię i zniknęła za rogiem domu.  
Wróciła niedługo, ale nie weszła do środka, tylko powiedziała:  
– Chyba jadą.  
To samo pomyśleli ukryci obserwatorzy, gdyŜ istotnie dał się słyszeć warkot przybliŜający  
się z kaŜdą chwilą. Instynktownie poczęli wycofywać się w kierunku dalej połoŜonych krzaków.  
UwaŜali, aby nie zdradzić swej obecności, ale obawy ich były płonne. Dziewczyna stała  
przed spalonym domem i kołysała się lekko, jak gdyby nie mogąc uspokoić rozdokazywanego  
ciała. Nie przerwała tych ruchów nawet wtedy, gdy pod stopą Waldemara trzasnęła sucha  
gałązka. Początkowo zmroŜeni, a potem ośmieleni tym faktem, śmielej postąpili do tyłu i  
uplasowali się za rozłoŜystym krzakiem jałowca. Czas był najwyŜszy.  
Ś

wiatła reflektorów wdarły się raptem w uśpiony las przecinając go krzyŜowymi smugami.  

Rycząc silnikami motocykli na polanę wjechało kilku ludzi. Maszyn było chyba trzy, zaś  
przyjezdnych w sumie naliczył Sylwin pięciu. Po głosach moŜna było przypuszczać, Ŝe są to  
młodzi męŜczyźni. Siedzieli jeszcze na swoich opancerzonych rumakach i wydawali z nich  
groźne grzmoty silników. Władczo omiatali okolicę światłami reflektorów. Doprawdy, Sylwin  
z Waldemarem mogli sobie pogratulować, Ŝe wybrali kryjówkę tak gęstą.  
Nagle światło reflektora padło na dziewczynę. Z mroku wyłoniła się szczupła sylwetka. W  
tym oświetleniu wydawała się niemal chłopięca. WraŜenie to podkreślały krótko upięte,  
ciemne włosy i męska koszula zarzucona niedbale na nagie ciało.  
– Hej, Frania, komary cię potną – rozległ się młodzieńczy głos. Zawtórowały mu śmiechy.  
Dziewczyna zgarniała niezręcznie poły koszuli i zakrywała bez przekonania małe, ostre piersi  
próbujące wydostać się na wolność. Koszula była za mała. Zakrywając jedno, odsłaniała drugie.  
Chłopcy jeszcze przez jakiś czas mieli powody do wesołości, ale ona, pogrąŜona w ła- 
godnym transie, niewiele sobie z tego robiła. Odganiała złośliwe docinki, jak niedźwiadek  
uporczywą muchę. Wreszcie z wnętrza wyszedł męŜczyzna i śmiechy ucichły. Dziewczyna z  
ujmującą nieporadnością schowała się za jego plecami. Była to niezręczność rozkwitającej  
dopiero kobiecości, jak pomyślał Sylwin konstatując jej bardzo młody wiek.  
– Co za granda? – zapytał męŜczyzna, a poniewaŜ nie otrzymał odpowiedzi na to retoryczne  
pytanie, dodał: – Włazić do środka i nie hałasować.  
Gdy pojawił się przed domem, chłopcy przestali świecić w tym kierunku, toteŜ jego twarz  
tonęła w półcieniu. Miał na sobie spodnie, ale za to był bez koszuli. Odwrócił się teraz i  
pchnąwszy dziewczynę w ciemną wnękę wejścia zatrzymał w ręku jej jedyne okrycie. Ktoś  
puścił za nią zachłanny strumień światła, ale w ciemności zabłysły jedynie chude plecy męŜ- 
czyzny i jego ostrzegawczo uniesiona ręka. Reflektor zgasł natychmiast. Za chwilę nocni  

background image

jeźdźcy takŜe poczęli wchodzić do środka. Lampa oświetlająca pokój rozbłysła teraz jaśniej,  
ale zaraz potem ktoś podszedł do okna i zasłonił je kocem.  
Jeszcze przez kilka minut pozostali w swej kryjówce, aŜ Waldemar dał znak do powrotu.  
Nie kryjąc się zbytnio schodzili w dół tą samą drogą, którą przyszli.  
Sylwin szedł z tyłu. Patrzył na barczyste plecy Waldemara, który, znając lepiej drogę, wy- 
przedzał go coraz bardziej. Nurkował po krzakach, zostawiając bezradnego towarzysza w  
gąszczu. Ów zagłębiał się na chybił trafił w to miejsce zarośli, które zdradzało jeszcze koły- 
saniem obecność człowieka i rzeczywiście – w głębi wiła się ścieŜka. A tymczasem niecierpliwy  
przewodnik juŜ forsował następny krzak; tak przynajmniej wynikało z odgłosów.  
Koło hangaru krzaki urwały się. Plecy Waldemara zniknęły za rogiem budynku, ale Sylwin  
nie musiał juŜ spieszyć za nim. Byli na brzegu jeziora; drogę do kajaka znał. Pamiętał nawet,  
Ŝ

e idąc w górę, obchodzili budynek z przeciwnej strony. Tamta dróŜka wydawała się wygodniejsza.  

Zanim jego mózg zdąŜył zarejestrować podejrzany szelest usłyszany z boku, potęŜne kop- 
nięcie zwaliło go z nóg. Przeciwnik znał się na rzeczy! Jego noga wylądowała na prawej kostce  
Sylwina akurat wtedy, gdy lewa noga robiła krok w przód, a cięŜar ciała spoczywał na  
prawej. Przy kaŜdym kroku istnieje chwila, kiedy środek cięŜkości ciała wysunięty jest jak  
najdalej w bok, a człowiek balansuje na jednej nodze. Kto umie wykorzystać ten nieskończe- 
nie mały moment nierównowagi, potrafi zwalić z nóg nawet olbrzyma. Przeciwnik Sylwina  
nie był jednak Dawidem uciekającym się do podstępu wobec Goliata. Przeciwnie, gdy Sylwin  
musnąwszy zaledwie umysłem całą sytuację, przekonał się, Ŝe jego spręŜyste ciało zerwało  
się z ziemi i samoistnie przyjęło pozycję obronną, zobaczył przed sobą męŜczyznę dorównu- 
jącego mu wzrostem, lecz daleko bardziej krępego. I – do diabła: męŜczyzna ten trzymał w  
ręku strzelbę! O pomyłce nie było mowy. Najwidoczniej jednak nie zamierzał strzelać, gdyŜ  
teraz, gdy kluczyli wokół siebie na wąskiej ścieŜce niby zapaśnicy, ujął nagle broń za koniec  
lufy i zadał cios. I znów ciało Sylwina przypomniało sobie dawny trening. Myśli odnalazły go  
dopiero wtedy, gdy jego tors wychylał się maksymalnie w lewo. Kolba strzelby przeleciała o  
parę milimetrów od głowy. Jego prawa noga dosięgła klatki piersiowej przeciwnika. Tamten,  
trafiony znienacka w momencie, gdy zataczająca łuk broń pozbawiła go równowagi, upadł  
natychmiast, a chcąc zamortyzować upadek, wypuścił strzelbę z ręki. Wykonał za to miękkie- 
go kozła przez bark i juŜ stał gotowy do walki. Nie zwracał pozornie uwagi na leŜącą broń,  
ale Sylwin wiedział, Ŝe tak nie jest. KrąŜyli znów wokół siebie, aŜ Sylwin wyczuł moment i  
zadał cios, konstatując z zadowoleniem, Ŝe przeciwnik nie jest tak biegły w sztuce uników,  
jak on. CóŜ z tego! Cios nie zrobił na tamtym większego wraŜenia, chociaŜ Sylwin czuł jego  
siłę na własnych kostkach. Za to w następnym momencie, gdy odparował uderzenie przeciwnika,  
zdał sobie sprawę z jego mocy. Ręka zwisła na chwilę jak sparaliŜowana i gdyby nie  
zrobił uniku całym ciałem, walka zakończyłaby się dość marnie. Teraz wiedział przynajmniej,  
czego się trzymać. Przez jakiś czas pozwalał nieznajomemu zadawać ciosy w próŜnię. Był od  
niego o wiele szybszy, ale ciosy daremnie przeszywające powietrze wokół jego ciała budziły  
w nim grozę i szacunek. Gdy tak stali naprzeciw siebie, z wielkim rozmysłem manewrując  
spręŜonymi do skoku ciałami, dał się nagle słyszeć spokojny, w tonie konwersacji towarzyskiej  
utrzymany głos:  
– Witam pana doktora.  
Wystarczył ten krótki moment zdumienia, które nawet nie zdąŜyło odmalować się na twarzy  
przeciwnika, i noga Sylwina wylądowała w tym miejscu, które juŜ staroŜytnym było znane  
jako splot słoneczny. Nieznajomy zwinął się wpół, a głos Waldemara krzyknął:  
– Do kajaka! 
W trakcie szaleńczego biegu posłyszeli okrzyk: „stój”, a w ślad za nim rozległ się donośny  
wystrzał.  
– Strzela w powietrze – wydyszał uspokajająco Sylwin. – Szybko, jeśli nie chcemy mieć  
całej tej bandy na karku!  

background image

JuŜ byli jednak u celu. Waldemar brodząc ofiarnie po kolana w mule spychał kajak, w którym  
siedział Sylwin i pomagał mu odpychając się wiosłem od kładki. Ruszyli. Trzask pękają- 
cego drzewa uświadomił im, Ŝe zapomnieli odwiązać cumę.  
– Kajak czy pomost? – spytał Sylwin bez zbytniej ciekawości.  
Płynęli jednak bez przeszkód. Waldemar kierował w lewo, wzdłuŜ trzcin, gdzie wszystko  
tonęło w głębokim cieniu. Potem skręcili pod kątem prostym – na Ifranek. Za nimi kłębiły się  
wzburzone głosy, nie było jednak słychać, aby szykowano się do przeprawy przez wodę. Było  
to zrozumiałe, gdyŜ Ŝadna łódź nie stała przy brzegu, a wyciąganie jej z hangaru byłoby zbyt  
czasochłonne. Nie wiadomo nawet, czy mieli do niego klucze.  
Czarne kontury Bukowej Góry rysowały się na tle nieba. Wpływali stopniowo w zasięg jej  
działania. Niby magnetyczna góra z bajek wabiła ich pod skrzydła cienia rzucanego na wodę,  
ale było to przyciąganie oparte o siły dobra i bezpieczeństwa emanujące z jej wiekowych  
drzew, a nie moc nieludzka.  
Musiało być około dziewiątej, gdyŜ wschodził juŜ księŜyc. Wczoraj jeszcze w pełni, w  
dalszym ciągu oświetlał mocno jezioro. Na szczęście nie mogli być juŜ w Ŝaden sposób widoczni  
z drugiej strony.  
– Coś ty, u diabła, powiedział? – przypomniał sobie Sylwin.  
– Masz na myśli tego „pana doktora”? Doprawdy nic innego nie przyszło mi na myśl. Czy  
potrafiłbyś wymyślić coś bardziej zaskakującego?  
Istotnie. Nie potrafił. Efekt tych absurdalnych w głuszy leśnej słów był doprawdy zaska- 
kujący. Pomyślał z uznaniem o refleksie i lotności przyjaciela. Jego umysł wydawał mu się  
dotąd solidny i rozległy, ale nieco przycięŜki.  
Tymczasem po drugiej stronie usłyszeli warkot motorówki. Więc jednak otworzyli hangar!  
Nie mogła to być inna motorówka. Jezioro od jakiegoś czasu stanowiło strefę ciszy i tylko  
nieliczni pozwalali sobie na łamanie przepisów. Nasłuchiwali z niepokojem, ale motorówka  
minęła koniec Ifranka i pomknęła w głąb Wielkiej Wody. Wkrótce warkot umilkł za Bukową  
Górą. Oni tymczasem dobijali juŜ do obozu Wegetariańskich.  
Przy ognisku siedziało parę osób. Nastrój był nieszczególny. Znać było, Ŝe pokrzepiono się  
niedawno jakimś dobrym trunkiem, ale nie poprawiło to wcale humorów. Gabriela trzymała  
nawet w ręku naczynie z jej ulubionym likierem z Ŝółtek, ale wydatny nos wpuszczony niemal  
w kieliszek współgrał z półgłośnym mamrotaniem skierowanym ku męŜowi. Ten zaś  
próbował opowiadać dowcipy korzystając z faktu, Ŝe Dzidka, mająca krótką pamięć, nie pa- 
miętała ich z zeszłego roku. Osoby z lepszą pamięcią zaprotestowały jednak Ŝywo, twierdząc,  
Ŝ

e zdarza im się słyszeć dany dowcip nawet po raz piętnasty. Wtedy Leszek począł nucić jed- 

ną z trzech znanych sobie piosenek, a była to melodia góralska rozpoczynająca się od słów:  
„wzięli ją pod ręce”. Co powiedziała wtedy Gabriela, tego nikt nie usłyszał, ale Lesio przestał  
ś

piewać, a Kajtek zarŜał głupawym śmiechem. Głośne plaśnięcie ręki ojcowskiej o wystrzy- 

Ŝ

oną pałkę syna rozległo się w ciszy wieczoru.  

Wtedy właśnie Sylwin i Waldemar zjawili się przy ognisku. Waldemar rozumiał dobrze  
powody kiepskich humorów. Młodzi Wegetariańscy wyjeŜdŜali juŜ jutro do swojej Złotoryi.  
Czynili to niechętnie, wyrzekając na krótki urlop. Pani Zofia takŜe miała wyjechać za parę  
dni. Dodatkową przyczyną złego humoru babci Eryki był fakt, Ŝe matka natura niedostatecznie  
wygładziła powierzchnię wyspy, przez co ona, wychodząc gdziekolwiek, ustawicznie się  
potykała. Starsza pani była zresztą stale podenerwowana moŜliwością zaistnienia burzy, a  
takŜe ciągłą obawą o dzień następny: co teŜ jej dzieci, wnuki i prawnuk wymyślą. Nic dziwnego,  
Ŝ

e Waldemara zasypano z punktu wyrzutami, które spływały częściowo i na Sylwina.  

Jak mogli gdzieś pływać, skoro to poŜegnalny wieczór Leszków? Jak mogli w ogóle pływać  
po nocy, argumentowała dodatkowo babcia, skoro po ciemku moŜna się gdzieś zaplątać? – tu  
staruszka wyciągnęła Ŝylasto-kościste, ale mocne piąstki i poczęła wywijać w powietrzu  
młynka dla zilustrowania swoich słów.  

background image

Zaplątać? Owszem, zaplątali się! Waldemar w kilku słowach opowiedział o walce z nieznajomym  
napastnikiem, przemilczając jednak to, co widzieli w spalonym domu.  
– Szkoda, Ŝe mnie tam nie było – powiedział złowrogo Leszek. – A coś ty robił przy spalonym  
domu?  
Okazało się, Ŝe i Leszek zna to miejsce. Stamtąd przecieŜ przywiózł w zeszłym roku dwie  
pełne łodzie szczap brzozowych, które po spaleniu się domu pozostały bezpańsko w drewutni.  
AleŜ one się paliły! Kajtek aŜ westchnął na to wspomnienie. Czarliński, który właśnie zjawił  
się przy ognisku z Jolantą, takŜe przyznawał się do znajomości tego miejsca. Nawet Maksym  
wyznał, Ŝe zbłądził kiedyś w tamte strony, aby zerknąć, co teŜ „skatina” pobudował. Sylwin  
był do głębi rozczarowany tą powszechnością doświadczeń i powiedział, Ŝe cała przygoda  
wydaje mu się teraz o wiele mniej egzotyczna.  
– Ale walka pozostaje walką – powiedział Czarliński – bez względu na miejsce.  
– Co teŜ pan mówi – oburzyła się Janka. – Na swoim walczy się o wiele lepiej i dzielniej.  
Czarliński uśmiechnął się z lekka i powiedział z przesadną ugodowością:  
– Tym większa chwała naszemu rycerzowi, Ŝe napadnięty na obcej ziemi, dzielnie stawił  
czoła.  
Wszyscy się teraz uśmiechnęli. Sylwin zamiast rozŜalenia poczuł do Czarlińskiego  
wdzięczność za zbagatelizowanie wydarzenia. Stanowczo zbyt łatwo ulegał jakiejś naturalnej  
magii tutejszej, która wszystko wyolbrzymiała. Napad chuligański, który w mieście był nader  
przykrym, niespodziewanym epizodem, tutaj samoistnie zaczynał obrastać w jakieś fantastyczne  
znaczenia.  
– Z tego co słyszę, zna się pan na mordobiciu – rzekł, tym razem powaŜnie, Czarliński.  
Sylwin wzruszył skromnie ramionami, za to Waldemar rzekł z niejaką przechwałką w głosie:  
– O, to państwo nie wiecie, Ŝe Sylwin…  
Nie mieli się jednak dowiedzieć, co mianowicie, poniewaŜ przedmiot tej wypowiedzi po- 
trącił właśnie niechcący ramię pani Eryki, niosącej do ust szklankę tak zwanej „kowbojki” –  
herbaty parzonej wprost na ognisku, ta zaś wylała się na nogę jej córki. Podniósł się wrzask i  
obie kobiety wszczęły spór na temat poczucia winy. Sylwin z wytrwałością godną lepszej  
sprawy dowodził, Ŝe tylko on ponosi winę.  
– To państwo nie wiecie – ciągnął swoje Waldemar, ale tym razem Sylwin, czyszcząc  
usłuŜnie plamę na spodniach poszkodowanej, zawadził nogą o tacę z trunkami i przewrócił  
jedną z butelek. Co najmniej cztery pary rąk wyciągnęły się na ratunek, a tyleŜ par oczu z  
dezaprobatą spojrzało na Sylwina.  
– To państwo nie wiecie – zaczął po raz trzeci Waldemar spoglądając znacząco na przyjaciela  
i zanim doszło do nowego wypadku, dokończył: – Ŝe Sylwina nazywają „Dzikiem”?  
Wiadomość przywitano ze zdziwieniem. Panna Jolanta zaśmiała się nawet dźwięcznie i  
zaklaskała w dłonie z radości. Niektórym wydawało się, Ŝe Waldemar miał powiedzieć coś  
innego, ale w ferworze zdarzeń zapomniano juŜ, o co chodziło, tym bardziej Ŝe na usilne  
prośby Czarlińskiego Waldemar opowiedział częściowo i o tym, co widzieli w spalonym domu.  
– Zaraz, zaraz – powiedział Leszek. – Mówiłeś, Ŝe kobieta wewnątrz budynku miała długie  
włosy, a teraz okazuje się, Ŝe jednak miała krótkie. Coś tu jest nie w porządku.  
– MoŜe były tam po prostu dwie kobiety? – zaproponował Czarliński.  
– Mogła teŜ włosy podpiąć – podsunął Sylwin.  
– Opowiadam, co widzieliśmy – rzekł Waldemar. – A widzieliśmy najpierw cienie. Nietrudno  
się w takim wypadku pomylić.  
– Ja jednak sądzę, Ŝe wyraźnie… – zaczął Sylwin, ale przerwał mu okrzyk Waldemara.  
– Oj, bo znowu wyleje się herbata!  
Faktycznie, przestraszona krzykiem babcia uroniła parę kropel ze swej szklanki. Miała  
bowiem zwyczaj napełniać wszystkie naczynia aŜ po brzegi.  
– Pan coś zaczął mówić – upomniał się po chwili Czarliński.  

background image

– Ach, nic takiego – zbagatelizował Sylwin. – Po prostu chciałem powiedzieć, Ŝe w tym  
skąpym oświetleniu wyraźnie nie było widać. Jakiś inny cień mógł nakładać się na cień  
dziewczyny imitując włosy.  
– Ech, te dziewczyny! – rozmarzył się nagle bez wyraźnego związku Leszek, przeciągając  
się lubieŜnie. Potem wyciągnął się jak długi, wsadzając nogi niemal w ogień i kładąc głowę  
na kolanach Ŝony. – Co, Gabrycha, gniewasz się? – zapytał przymilnie, ona zaś prychnęła jak  
pogłaskana pod włos kotka.  
Potem juŜ nie powracano do tych tematów. Rozmowa przybrała ton paranoiczny, tak chęt- 
nie podejmowany przez mieszkańców wyspy. Waldemar z Lesiem, wodzireje takich rozmów,  
z chęcią dokooptowali na trzeciego Sylwina, takŜe lubującego się w absurdalnych rozwaŜa- 
niach. ToteŜ rozmowa toczyła się teraz z wolna i o niczym, a wśród mielizn idiotycznego,  
chłopięcego paplania, nie bez udziału Kajtka, wybuchały czasem perełki czystego nonsensu.  
Kobiety nadąŜały za nimi swą wesołością, chociaŜ płynęła ona ze źródła bardziej naturalnego  
– z czystej radości Ŝycia. Doktor Czarliński uśmiechał się uprzejmie, mając na uwadze powa- 
gę swojej osoby. Nawet Czoper merdał radośnie ogonem, gdy wybuchały salwy śmiechu.  
Jedynie babcia Wegetariańska, nie mająca zrozumienia do tego typu humoru, kiwała z 
politowaniem  
głową i zasępiała coraz bardziej i tak juŜ podobne do sępiego oblicze. Gdy zaś  
ś

miech sięgał zenitu, gdy potęŜny ryk Leszka mieszał się z niedoścignionym rechotem Tadeusza  

Tymoteusza het, pod pułapem obłoków, babcia Wegetariańska wzdychała cięŜko i mó- 
wiła: „oj, głupki, głupki”.  
Wracali późną nocą. Niebo, całkiem juŜ pokryte grubą warstwą chmur, przykrywało wyspę  
miękkim kloszem, odgradzało od świata zewnętrznego. Nie śmiali juŜ przerywać natchnionej  
ciszy panującej pod tą kopułą. Ich serca i umysły opanowała równieŜ cisza, tłumiąca niepo- 
kojące wraŜenia minionego dnia, kojąca myśl o rannym wyjeździe.  
Jolanta zbliŜyła się powoli do Sylwina i zaczęła wypowiadać półgłosem wiersz, którego  
nigdy wcześniej nie słyszał.  
Ciemno i sny ludzkie leŜą 
w swych pudełkach na wystawie 
cień skulony w lampie zamarzł 
nad oknami zmartwionymi łódź przepływa 
Smętek w chacie zasuszonej 
pod pułapem sieci łata 
mgiełka siwiutkiego Ŝycia 
w dzieŜy z chleba opróŜnionej 
Gra na skrzypcach paleniska diabeł stary 
co w kapliczce ma przydroŜnej domu strzęp 
w szybie zasłuchana olcha 
zamyślony korzeń sosny u jej brwi 
W oddali odezwał się niepokojąco puchacz. Sylwin poczuł głowę dziewczyny na swoim  
ramieniu.  
 
VI  
PoŜegnanie  
– Tak, tak, tak – powiedział w zadumie Waldemar.  
Siedział w swoim ulubionym fotelu obok kominka, w którym tej nocy nie płonął ogień. W  
bibliotece było jednak i bez tego bardzo gorąco. Sylwin przechadzał się z wolna wśród ksią- 
Ŝ

ek, zatopiony w myślach. Jak nigdy przedtem wyglądał w tym otoczeniu obco, jak egzotyczne,  

leśne zwierzę zamknięte nagle w klatce.  
– Nalej mi jednego – powiedział Waldemar nie ruszając się z fotela. 

background image

Spojrzał z wahaniem i podszedł do stolika spełniającego funkcję barku. 
– Ach, nie – zaśmiał się Boruta. – Nie powiesz mi, Ŝe za duŜo piję, bo to nie leŜy w twoim  
stylu. W tym stylu, do którego dzisiaj nagle powróciłeś. He, he – nie patrz tak na mnie. Mam  
na myśli całe twoje zachowanie. Chodzisz po tym dywanie jak dziki kocur. Te obrazy, ksiąŜ- 
ki, gryzą się z tobą, jak dwa kolory nieodpowiednio dobrane.  
– Ja sam równieŜ napisałem ksiąŜkę – rzekł zdawkowo Sylwin.  
– Ach, wiem – łagodził Boruta – co nie zmienia faktu, Ŝe teraz jesteś dawnym Sylwinem,  
który ma, hm… – zdrowy stosunek do literatury.  
– Zgadzam się z tobą, cokolwiek przez to rozumiesz – powiedział Sylwin z wyraźnym zamiarem  
zakończenia tej rozmowy.  
Po raz drugi tego wieczoru nawiązywał Boruta do jego przeszłości, która, aczkolwiek  
burzliwa i romantyczna, nie zasługiwała z pewnością na miano nienagannej. CzyŜby wtedy,  
gdy rozlanie herbaty przerwało szczęśliwie jego wywód, miał zamiar zdradzić źródło niezwy- 
kłych umiejętności prowadzenia walki wręcz, których dowody złoŜył Sylwin? Jako jedyny  
znał je w całej okazałości. Pamiętał te czasy, gdy niespokojna natura Sylwina Radzikowskiego  
dawała sobie upust w awanturach wielkomiejskiego podziemnego światka, gdzie zwierzę- 
ca sprawność fizyczna stanowiła podstawę podziałów społecznych. Gdzieś wysoko, bliski juŜ  
szczytów hierarchii tej społeczności, złapał nagle inny wiatr i szczęśliwie skierował swe Ŝycie  
w inną stronę. Pozostały mu jednak szczególne umiejętności udatnego rozbijania twarzy 
przeciwników  
i równie sprawnego chronienia swojego ciała przed ciosami tamtych. Pozostali teŜ  
przyjaciele, których przy największej oględności moŜna by nazwać dziwnymi. Doceniano  
wprawdzie fakt, Ŝe wielu z nich wchodziło pod jego wpływem na tak zwaną uczciwą drogę  
Ŝ

ycia, co traktował po części jako zadośćuczynienie swym młodzieńczym błędom, niemniej  

krąg znajomych autora poczytnej ksiąŜki i uczestnika powaŜnych zjazdów międzynarodo- 
wych budził opory jego nowego otoczenia.  
– AleŜ nie, Dziku – powiedział Waldemar, czytając jakby w jego myślach – nie zdradził- 
bym twojej andrusowskiej przeszłości. Nawet gdybyś nie potrącił tak perfidnie Bogu ducha  
winnej staruszki, rozlewając jej herbatę.  
– Ale zacząłeś mówić…  
– Och, chciałem tylko powiedzieć, Ŝe uczyłeś się na kursach samoobrony, czy coś w tym  
rodzaju.  
– I o tym lepiej było nie wspominać – odparł Sylwin, a na zdziwione spojrzenie przyjaciela  
dodał: – Nie wiem dlaczego, ale tak mi się wydaje.  
Waldemar wzruszył ramionami i rzekł:  
– Rozumiesz więc chyba, dlaczego nie chciałem prowadzić dalej tych rozwaŜań o włosach  
dziewczyny, czy była jedna, czy dwie. – Po chwili milczenia dodał: – Ale mnie się nie tylko  
w y d a j e. Ja mam powody, aby sądzić, Ŝe nie naleŜało wypowiadać swoich przypuszczeń.  
Od kilku chwil Sylwin stał przy pustym fotelu i zrzucał ubranie. Teraz był tylko w kąpie- 
lówkach i oglądał swoje ciało pokryte gęsto sińcami i zadrapaniami. Bez ubrania jego chło- 
pięca sylwetka stawała się nadspodziewanie barczysta, muskularna, zatracała smukłość i kru- 
chość. W tej chwili przerwał badanie stanu uszkodzeń swej osoby i spojrzał na mówiącego.  
– JakieŜ to są powody? – zapytał.  
– Szkoda mówić, chociaŜ jeśli tak dalej pójdzie, kiedyś będę musiał ci powiedzieć.  
– Do diabła! – wykrzyknął Sylwin w irytacji i podskoczył ku niemu. – A to jest dla ciebie  
mało?  
Podtykał mu pod nos siniaki i obtłuczone kostki rąk, aŜ Waldemar musiał cofnąć głowę,  
aby uniknąć uderzenia.  
– Co znaczy „kiedyś”?! – wściekał się dalej Sylwin. – Czy to moŜe znaczy, Ŝe powiesz mi  
o tym w mowie pogrzebowej nad moim grobem?  

background image

– Weź te giry! – krzyknął Boruta, gdy zobaczył tuŜ przed swoim nosem nogę Sylwina na- 
znaczoną kopniakiem napastnika.  
– Weź te giry – przedrzeźniał Sylwin. – A czemu wtedy nie kazałeś mi ich wziąć, gdy  
osłaniały twoje tajemnicze sprawy, o których nic nie wiem? Nie, albo się wreszcie dowiem,  
co tu się dzieje i dlaczego nadstawiam karku, albo wyjadę jutro.  
– AleŜ, człowieku! – twarz Waldemara wyraŜała bezbrzeŜne zdziwienie. – Jeśli chodzi o tę  
napaść, wiem równie mało, co ty. Nic nie wiem, rozumiesz? Ja mówię o czymś zupełnie innym.  
Popatrzył na Sylwina z wyczekiwaniem, ale tamten milczał zacięcie.  
– To są sprawy całkiem prozaiczne – ciągnął Waldemar. – Nie wiem, co sądzić o takich  
dziwnych wydarzeniach, jak telegram, który jakoby otrzymałeś, czy dzisiejsza napaść. Nie  
myślę jednak, aby miało to związek ze sprawą, dla której zabiegałem o ostroŜność w pochopnym  
wypowiadaniu niektórych uwag. Jest to, powtarzam, rzecz całkiem banalna, do której nie  
pasuje ta sensacyjna aura. Ona się jakby dobudowuje mimochodem, przypadkowo. Jeśli więc  
twoja ostroŜność wynika, jak się domyślam, z tej sensacyjnej wersji wydarzeń, jaką sobie  
budujesz, to moja – z prozaicznej. I zapewniam cię, Ŝe twoja interpretacja jest tworem wy- 
obraźni opartym na przypadkowych zdarzeniach.  
– Ja nie mam Ŝadnej interpretacji – rzekł Sylwin. – Mnie się to po prostu nie podoba.  
– Zaraz nie podoba! To twoja słynna intuicja?  
– Nie podoba mi się tylko, gdy mnie biją – odparł Sylwin.  
– Mnie teŜ to nie zachwyca, ale przede wszystkim z innych przyczyn niŜ ciebie. Te przypadkowe  
zajścia mogą narobić zgiełku wokół wyspy, co nie wyjdzie na dobre sprawie, o której  
mówię.  
– A więc? Dowiem się wreszcie, za jakąŜ to prozaiczną i banalną sprawę brałem po pysku?  
Waldemar parsknął ze zniecierpliwienia i rzekł:  
– Mogę ci pokrótce opowiedzieć, o co chodzi. Sam zobaczysz, Ŝe to nie moŜe mieć nic  
wspólnego z tym napadem. OtóŜ doktor Czarliński…  
– Więc jednak Czarliński?  
– Co „jednak Czarliński”? Jeśli powiesz coś o telegramie, przestanę mówić. ChociaŜ ma to  
i swoje dobre strony. Być moŜe dzięki temu zwrócisz na niego więcej uwagi i będziesz mógł  
mi pomóc. Ja nie mam właściwej perspektywy. Za długo go znam. To zasiedziały Kaszub. Po  
wojnie gdzieś zniknął. Wrócił w latach pięćdziesiątych. Leczy w Kościerzynie, w Lipuszu ma  
letni domek. No, a u mnie bywa częstym gościem z racji wspólnych działań. Trudno ci będzie  
w to uwierzyć, ale moje skromne próby, hm, pracy organicznej – tak to nazwijmy, nie umy- 
wają się do jego poczynań. Jest znanym w regionie społecznikiem.  
– To ten Czarliński? – zdziwił się Sylwin. – AleŜ w takim razie wiem o nim coś niecoś.  
Całkiem inaczej go sobie wyobraŜałem, nie myślałem teŜ, Ŝe jest doktorem medycyny. Ot,  
myślałem, stary, wąsaty Kaszuba, doktorat przedwojenny z prawa, czy coś takiego.  
– Brawo – zaśmiał się Waldemar. – To nawet pasuje do jego starszego brata. Ale tamten  
jest zupełnie przeciwnym typem. Siedzi ponoć w Gdańsku i nie wystawia nosa ze swojej samotni.  
Podobno doktor nie widział się z nim od wojny. Ale do rzeczy. OtóŜ Czarliński po- 
mógł mi trochę, gdy wpadłem na pomysł zamieszkania tutaj. Potem stoczyliśmy parę wspólnych  
batalii o zachowanie tych stron w jakim takim stanie naturalnym.  
Sylwin gwizdnął z ironicznym podziwem, jakby ostrzegając przed wchodzeniem w jego  
kompetencje, i zapytał:  
– Gdzie tu miejsce na nieufność, którą wobec niego przed chwilą objawiłeś?  
– Właśnie do tego zmierzam. Od pewnego czasu nasze drogi mimo woli rozeszły się. Do- 
kładniej – od momentu, gdy postanowiono tu załoŜyć park krajobrazowy. Znasz ten model  
ochrony przyrody i zabytków: usuwa się ludzi z zabytkowych chałup i tworzy skansen. Te  
domy i przedmioty codziennego uŜytku, które przydawały się jeszcze na co dzień, stają się  
martwe. Wieś-muzeum. Koszmarne! Checz bez ludzi wali się w rok, więc zatrudnia się bry- 

background image

gadę ludzi. Smołują, nacierają, podtrzymują, a i tak nie mają do niej podejścia. Tam trzeba  
chłopskiej ręki. Na takiej chałupie wisi gaśnica, bosak, obok – skrzynia piasku. I straŜak na  
etacie, Ŝeby to się nie zapaliło. Bo Kaszub mieszkał w takiej chałupie dwieście lat i się nie  
ceregielił, a nasza kochana higieniczna cywilizacja musi ją ogrodzić, zamknąć pod kluczem,  
oswoić jak kaŜde dziwadło z groźnego dla niej świata natury. Postanowiono teŜ wysiedlić  
ludzi z lasów i takŜe je ogrodzić. Rolnictwo, jak wiesz, wywołuje skaŜenie środowiska, 
gospodarstwa  
więc takŜe ulegną likwidacji. Czy pomyślał kto, Ŝe moŜna uprawiać ziemię sposobem  
biologicznym?  
– I owszem – wtrącił Sylwin. – Byłem ostatnio na zjeździe SECO. Większość europejskich  
rezerwatów zachowuje rolnictwo biologiczne. Uprawia się tam ziemię z powodzeniem metodami  
naturalnymi, bez środków chemicznych.  
– Ja teŜ tak uprawiam. Stąd ptaków u mnie coraz więcej, wyjadają szkodniki na całego.  
Sówka mi po lasach nie grasuje, bo ją dzięcioły likwidują. Rajska wyspa, bracie. CóŜ z tego,  
kiedy się uwidziało komuś, Ŝe człowiek z naturą nie moŜe Ŝyć. śe jeśli chce się zachować  
dzikość, to znów trzeba odczłowieczyć i ogrodzić. A co znaczy „środowisko naturalne czło- 
wieka”? To znaczy miejsce, gdzie Ŝyje się w symbiozie z przyrodą. Jeśli więc chcą chronić to  
ś

rodowisko naturalne przez izolowanie go od człowieka, to juŜ nie jest Ŝadne środowisko naturalne,  

tylko muzeum przyrody. Tak jak gdyby chronić mrowiska przez usunięcie mrówek.  
„Idź stąd sobie – mówią mi. – Tu nie wolno wchodzić, bo tutaj jest twoje naturalne środowi- 
sko”.  
– Chcą, abyś opuścił wyspę?  
– Właściwie tak. Gmina wykupuje wszystkie gospodarstwa w okolicy jeziora. Trzeba  
przyznać, Ŝe doskonale płaci za tę kiepską ziemię. ToteŜ wszyscy chętnie sprzedają. A ja nie  
mogę, bo wiesz dobrze, Ŝe nie sprowadziłem się tu dla robienia interesów na uprawie ziemi.  
– No, a Czarliński?  
– Właśnie. On jest rozdarty. IleŜ razy wspólnie przekonywaliśmy róŜnych ludzi do posu- 
nięć, które wychodziły regionowi na dobre. Bo mieliśmy jednak pewien wpływ na admini- 
strację regionu. Teraz ja znalazłem się nagle po przeciwnej stronie. Przedkładam, rozumiesz,  
interes prywatny nad dobro ogólne. A ja wcale nie uwaŜam, Ŝeby tak było. Tu, na wyspie,  
którą gmina chce odkupić za bajońskie sumy, ma powstać jakiś pensjonat, który moim zdaniem  
zrobi prawdziwe spustoszenie w przyrodzie, w przeciwieństwie do mojej naturalnej gospodarki.  
Czarliński jest w pewnym stopniu ze mną, ale nie moŜe być do końca. Nasze dzia- 
łania są teraz róŜne: on chroni przyrodę dla ogółu, ja jakoby – z pobudek prywatnych. Na  
dowód tego przytacza się wariactwa, które jakoby dzieją się na wyspie.  
Sylwin skinął głową i rzekł:  
– Jaka jest oficjalna rola Czarlińskiego?  
– Oficjalnie nie ma Ŝadnej roli. Prywatnie natomiast jest czynnikiem mediacyjnym. Namawia  
mnie na sprzedaŜ, mówi o konieczności historycznej i tym podobnych pompatycznych  
sprawach. Współczuje mi, ale – nie ma rady, powiada. „Musi pan sprzedać tę kiepską ziemię,  
z wielkim zresztą zyskiem, albo gmina zamieni panu na inną, Ŝyźniejszą gospodarkę za wodą.  
Przeminęło z wiatrem, powiedz pan sobie – nie pierwszy zresztą”. Kiedy indziej jednak,  
szczególnie gdy spędzimy parę wspólnych chwil przy kieliszku, nachyla się do mnie i mówi:  
„panie Waldemarze, nikt lepiej nie utrzyma tej wyspy w stanie naturalnym niŜ pan, który ją  
kocha. Zrobimy coś, aby pan tu został. Ubijemy razem interes”. Ale potem nie wraca do tego.  
– Ciągle jednak nie rozumiem, co do tego mają twoje dzisiejsze obawy.  
– To proste. Jestem pod wzmoŜoną obserwacją. Chodzi o to, Ŝeby mieć dodatkowe argumenty  
dotyczące mojej „prywaty”. śeby móc udowodnić, Ŝe jestem wilk-samotnik niechętny  
ludziom, Ŝe utrzymanie wyspy w moich rękach jest sprzeczne z interesem społecznym, Ŝe nie  
umiem Ŝyć z sąsiadami i tak dalej. Nie podejrzewam Czarlińskiego o złą wolę. Nie chcę jednak,  

background image

aby ktokolwiek z zewnątrz znał do końca domowe sprawy wyspy, gdyŜ tam muszą się  
one czasami wydawać niezrozumiałe. W tym nie chcę takŜe, aby ktoś wiedział, co robiliśmy  
za wodą. W końcu podglądaliśmy sąsiadów, a teraz zaczęliśmy juŜ roznosić plotki. Muszę  
przyjąć zasadę niewtrącania się w sprawy sąsiadów, a będę Ŝądał, aby i oni nie wtrącali się w  
moje.  
– Po co więc tam jeździłeś? Czemu obserwowaliśmy to wszystko, cokolwiek to miało  
oznaczać?  
– Sylwia, mój drogi – roześmiał się Waldemar. – Ta dziewczyna na koniu. Trzeba słuchać  
Sylwii, bo ona wie więcej, niŜ wszyscy mieszkańcy gminy Dziemiany razem wzięci. Skoro  
mówiła, Ŝe to waŜne…  
– AleŜ zaprzeczasz sam sobie! PrzecieŜ właśnie próbowałeś mi udowodnić, Ŝe te dziwne  
przypadki nie mają związku z twoimi kłopotami, Ŝe tak powiem administracyjnymi.  
– No bo nie mają, ale mogły mieć. Sylwia teŜ jest omylna. MoŜe to jakieś nieporozumienie.  
Spodziewałem się na przykład, Ŝe przyjechał ktoś waŜny z Gdańska i razem z tymi z Płęs  
robią jakąś wizję lokalną. Zresztą nie wiem – wzruszył ramionami. – W kaŜdym razie na  
pewno to, co zobaczyliśmy, nie było tym, co mieliśmy zobaczyć. To jest bez sensu i związku.  
Jeden tylko związek istnieje: tajemnicze pozornie zdarzenia, które zawsze nawiedzają takie  
dzikie okolice i które zawsze dadzą wyjaśnić się w sposób naturalny, nie powinny stać się  
zbyt głośne, gdyŜ mogą być wykorzystane przeciwko mnie w rozgrywce o wyspę. Jakieś  
przypadkowe zajścia mogą popsuć całą sprawę.  
– Przypadkowe zajścia? Zawsze się zdarzają? Dobre sobie! Chcesz mi wmówić, Ŝe wisielcy  
wiszą sobie po lasach jak gruszki na wierzbie, Ŝe w co drugim domu letniskowym odby- 
wają się co noc jakieś wyuzdane sceny…  
– Dzieje się duŜo gorzej. Ale w tłumie miasta – i wtedy to jest naturalne. Natomiast natura  
dawno przestała juŜ być naturalna. Nie zauwaŜyłeś, Ŝe wszystko wokoło jest tu jakby natchnione,  
tajemnicze? Zapewniam cię, Ŝe przez okrągły rok w tej głuszy zdarzają się rzeczy  
dziwne dla mieszczucha, ale naturalne dla tubylca, Ŝe wszystko z czasem daje się zwyczajnie  
wytłumaczyć, poniewaŜ właściwością tej bujnej przyrody jest wyolbrzymianie wszystkiego  
wobec ludzi, którzy dawno się od niej oderwali.  
– Dobrze – Sylwin nie był wcale przekonany. – Jeśli więc spotkam jutro ducha przeora cystersów  
z Pelplina, którzy mieli prawo łowienia na tym jeziorze, powiem sobie: „To normalne,  
w tej okolicy takie rzeczy się zdarzają. Taka juŜ przyroda, nie ma rady”.  
– Nawet dzisiaj moŜesz zobaczyć, bo juŜ od dawna „jutro” jest „dzisiaj”. 
Waldemar pchnął okiennice. Rzeczywiście, dniało juŜ. 
Ranek przyniósł pogodę równie parną i duszną, co dnia poprzedniego. Waldemar wstał  
dość wcześnie, gdyŜ naleŜało wyprawić w podróŜ Leszków Wegetariańskich. Sylwin takŜe  
nie spał długo. Włóczyli się teraz po śpiącym domu, ziewając z niewyspania i budząc irytację  
Janki. Niedługo zjawili się Leszkowie. Namioty ich były juŜ zwinięte, cały bagaŜ leŜał na  
brzegu u stóp Bukowej Góry i czekał na przetransportowanie. Oni sami natomiast przyszli  
zjeść proszone śniadanie, wypić strzemiennego i poŜegnać się z tymi, którzy nie mieli im to- 
warzyszyć w drodze przez jezioro.  
Na dźwięk kieliszków obudziła się takŜe pani Zofia i niezwłocznie wstała, aby wziąć  
udział w poŜegnalnym poczęstunku. Mimo pozorów wesołości wszyscy – choć kaŜdy z innych  
względów – byli nieco skwaszeni, Leszek zaś szczególnie. Miał dzisiaj prowadzić samochód,  
a to uniemoŜliwiało wypicie strzemiennego.  
Niedługo trwała impreza poŜegnalna. Wegetariańskich czekała długa droga; musieli nie- 
zwłocznie wyruszyć. Całe towarzystwo, w osobach wyjeŜdŜających, pani Zofii oraz Sylwina  
z Waldemarem, załadowało się w reprezentacyjną łódź napędzaną elektrycznym silnikiem  
pomysłu Waldemara. Była to wielka, waŜąca dwie tony – z powodu cięŜaru akumulatorów –  
kolubryna, poruszająca się wolno, lecz skutecznie. I cicho, na czym Waldemarowi zaleŜało  

background image

najbardziej. Z przystani, załoŜonej na północno-wschodniej części brzegu, zwanej niegdyś  
Wisiadłami, popłynęli po bagaŜe. Z mijanego Cyronka zerwały się dzikie kaczki. Znać nikt  
jeszcze nie przepływał tędy tego dusznego, leniwego dnia. Potem łódź skierowano prosto w  
gardziel pomiędzy Kozłowym Cuplem i Niwkami. Wkrótce byli na KrzyŜu. Przed nimi maja- 
czyły w rozedrganym od gorąca powietrzu Wdzydze.  
Wylądowali w zatoce zwanej Kątem. Stąd wypływała wąska struga łącząca Gołuń z Jeziorkiem,  
tutaj przebiegała granica dwóch części Wdzydz: Nystrony i Wsi. Z prawej strony  
wznosiła się zalesiona góra, na której przewieziony z Glonka kamień pokrywał grób Gulgowskich,  
legendarnych kochanków i dobroczyńców wioski. Na lewo widniało gospodarstwo  
Trudzi i Agnieszki złoŜone z dwóch domów: drewnianej checzy, jednej z najstarszych w wiosce,  
i nowego budynku wzniesionego własnoręcznie przez obie siostry – począwszy od wyrobu  
pustaków, skończywszy na elewacji. Ta drewniana była przed laty niepisaną własnością  
RóŜy, pięknej pisarki, która w tutejszym krajobrazie odnalazła bezpowrotnie utracony pejzaŜ  
dzieciństwa. Teraz, po jej śmierci, dom uniknął wyburzenia tylko dzięki interwencji bratanka  
Trudzi i Agnieszki, Romana. Potrafił on przekonać ciotki, aby udostępniły mu checz jako  
domek letniskowy. W budynku natomiast, oprócz sióstr, mieszkał Klemuś z Ulą, a i wnuków  
juŜ nie brakowało. Dom stawał się z kaŜdym dzieckiem coraz mniejszy, toteŜ systematycznie  
dobudowywano nowe pomieszczenia. Nabierał wskutek tego kształtów przedziwnych, ale  
funkcjonalnych.  
– Sylwuś – krzyknęła Trudzia. – Dzień dobry, dzień dobry! Gdzieś ty się tyle lat podzie- 
wał!  
Trudzia była niewielka i pękata. Toczyła się po obejściu niby balonik goniony wiatrem.  
Okrągłą główkę ozdabiały grube okulary błyszczące pod krótko przystrzyŜonymi włosami.  
Podobnie jak Agnieszka, Trudzia chodziła w spodniach. Pierwsze wprowadziły ten zwyczaj w  
wiosce, ku zgorszeniu innych kobiet.  
– To mnie jeszcze pamiętacie? – ucieszył się Sylwin. 
Agnieszka teŜ stała juŜ na progu i patrzyła na niego surowo. 
– Jak ty, Sylwuś, o nas przez tyle lat zapomniałeś, to nie myśl, Ŝe my tak samo o tobie – 
powiedziała powaŜnie.  
– A gdzie to Klemuś? – dopytywał się Waldemar, gdy na zaproszenie sióstr wchodzili do  
obszernego budynku. – Przywiózłbym mu do naprawy zbiornik na wodę. Dziury się zrobiły.  
Ale najpierw chcę się ugodzić…  
– A co ty będziesz się godzić! Jak pieniędzy nie masz, my tobie zawsze na borg zrobimy.  
Klemuś był kowalem. Obie siostry, pomimo niemłodego wieku, takŜe przyuczyły się do  
kowalskiego zawodu i przez parę lat pracowali wspólnie w samotrzeć zbudowanej kuźni. W  
ten sposób wypracowały sobie rentę.  
– Jeszcze tak źle to nie jest, Ŝebym na borg musiał, ale nie wiem, czy Klemuś zechce robić,  
jak mu powiem, ile tam dziur od rdzy wypadło.  
– JuŜ nasza głowa, Ŝeby zechciał – uspokajała Trudzia. – Klemuś do Kościerzyny pojechał.  
– Na kole? – spytał Waldemar. „Koło” to był rower.  
– Gdzie tam – Ŝachnęła się Agnieszka. – Na kozie pojechał.  
– Ludzie, nie róbcie ze mnie durnia – wtrąciła się pani Zofia. – Na kole w cyrku jeŜdŜą, ale  
na kozie – nie słyszałam!  
– Koza znaczy motorower – powiedział półgłosem Waldemar, a Trudzia zaoponowała  
ze zgorszeniem:  
– Koza to jest koza, i juŜ. Ty, Zośka, tyle lat nas znasz i nie wiesz, co to koza?  
Agnieszka prosiła juŜ na „arbatę”. Trudzia herbaty nie lubiła, ale poniewaŜ nie było nic  
mocnego… Co? Znalazło się, u Waldemara w kieszeni, więc Agnieszka i kieliszki postawiła,  
choć niechętnie, bo sama pić nie moŜe.  
– A co by było – rzekła Agnieszka – jakbyś ty kiedy zapomniał połówki?  

background image

– To Trudzia by sznapsa nie wypiła – odparł Waldemar, a Trudzia machała pulchnymi  
rączkami dla odgonienia takich myśli.  
– Jo – drwiła z pomysłu Agnieszki – on by zapomniał!  
Potoczyła się rozmowa. O rybach przede wszystkim. IleŜ tu ryb kiedyś było! Jakie szczupaki  
pod Trzepcynem, a u nich, w Kącie, jakie leszcze łowił Sylwuś, kiedy jeszcze był cał- 
kiem niedorosły. A RóŜyczka – całe miski okoni przywoziła spod błotka, na przeciwnej stronie.  
Na KrzyŜu zaś skakały trocie. Wysoko, na metr w górę. Kto je ujrzał, juŜ wsiąkł. Nie  
mógł Wdzydz zapomnieć. Sylwin pamiętał te czasy dobrze i coraz to potwierdzał, Ŝe Ŝadnej  
blagi w słowach sióstr nie ma. A teraz? Szkoda było mówić. A jednak mówili. W wodzie było  
coraz gorzej, cóŜ więc się dziwić, Ŝe i ludzie coraz marniejsi. Tutejsi coraz mniej pamiętają,  
Ŝ

e są Kaszubami. Turyści zaś nie lepsi. Ot, niedawno łąkę im stratowali, ten kawałeczek na  

cuplu, jak się wpływa w Kąt.  
– Nie chcieli zejść. Nawet namiot zamiarowali rozbijać, ale my ich zaczęły – kamniami! –  
Trudzia wykonała sugestywny gest, aŜ przewróciła swoją szklankę.  
O tak! Sylwin pamiętał, czego potrafią dokonać wojownicze siostry w obronie swoich racji.  
On sam kiedyś omal nie został obrzucony gradem kamieni, gdy nie spytawszy o pozwolenie  
łaził po łączce, przez którą przechodziło się do miejsca, w którym zwykły Ŝerować olbrzymie  
jak łopata leszcze. Wtedy jeszcze pasła się tam koza – nie motorower, ale koza  
prawdziwa. Ocalał dzięki temu, Ŝe miał w siatce piękną sztukę. Tym zaskarbił sobie podziw  
Agnieszki. Następnego dnia uczył Trudzię rzucać spiningiem – nie znanym jeszcze w wiosce  
narzędziem. Trudzia wysłuchawszy wskazówek ujęła wędzisko i zamachnąwszy się potęŜnie  
wyrzuciła wysoko w górę cięŜką błystkę, za którą podąŜyła nie tylko Ŝyłka, ale teŜ wędzisko z  
kołowrotkiem. Próba na szczęście odbywała się na górze pod domem, dzięki czemu cały  
sprzęt wylądował w kartoflach. Trudzia nie pamiętała tego. Nie lubiła pamiętać takich rzeczy.  
Bo Trudzia z Agnieszką za co się wzięły, robiły to dobrze i Sylwuś nie powinien opowiadać  
takich bajd.  
– Ty tak mówisz, jakbyś nas nie znał. MoŜe i tak było, ale po co tak gadać? Chyba urazy  
do nich nie ma o ten spining, a jeśli ma – to one go przepraszają.  
– Trudzia – rzekła Agnieszka – Ale chyba to nie je prawda. Rzucać byś nie umiała?  
Trudzia od razu się rozpogodziła. JakŜeby nie umiała. A kto lepiej kamniami w szkodników  
trafiał! Agnieszka teŜ nie gorsza! Jak przed wojną, tak się złoŜyło, musiała pracować w  
mieście u jednej pani, to tamta zaczęła półmiskami, talerzami miotać…  
– Ty, Agnieszka, uwaŜaj – krzyczy Trudzia ze śmiechem, ale trochę jest zła na siostrę. –  
To ty nie wiesz, Ŝe Sylwuś ksiąŜki pisze? On tylko słucha, uśmiecha się, a potem notuje i w  
ksiąŜce opisze!  
– A mnie to kole dupy lata! – stwierdza Agnieszka, ale przestaje opowiadać.  
– Ty tak mówisz – nie daje za wygraną Trudzia. – A pamiętasz, jak RóŜyczka przyniosła  
nam tę ksiąŜkę, co to ty z Franciszkiem rozmawiasz…  
– Jo! – zdenerwowała się Agnieszka. – Jak ja nią prasłam o ziemię, tylko strony fruwały!  
Bardzo rozeźlone juŜ są siostry, więc Waldemar zmienia temat, wypytuje o gospodarkę,  
chwali za zaradność. One teŜ pytają. Dlaczego Waldemar Ŝony sobie nie weźmie? Ludzie juŜ  
gadają, Ŝe stary kawaler, co gorsza podobno za białkami za wodę jeździ. A i u siebie, na wyspie,  
sam z młodą, fajną kobitą mieszka. O tej Jance teŜ mówią! No, a Leszek? Jak mu idzie?  
Czemu dzieciaka drugiego nie mają? Jednemu Kajtkowi przykro na świecie.  
Gabrysia rumieni się lekko i powiada, Ŝe teraz jeszcze duŜo pracy, ale za parę lat…  
– Za parę lat? – przerywa szyderczo Agnieszka. – Wtedy juŜ dupa bandze weg! 
Gabrysia milknie, a jej twarz przybiera kolor pąsowy. 
Tymczasem jednak nadeszło południe, co po części ratuje Gabrysię z opresji. Trzeba się 
zbierać.  
– To do przyszłego roku? – pyta Trudzia i całuje się kolejno ze wszystkimi Wegetariań- 

background image

skimi. Agnieszka nie. Ona jest powściągliwsza. ToŜ zanim Leszek sprowadzi taksówkę, zanim  
się załadują, pierwsza będzie.  
„Taksówka” to samochód Leszka, sędziwa warszawa, równie szalona jak on, zwana Garbusem,  
dla wydobycia charakterystycznych cech karoserii. W trakcie pobytu Wegetariańskich  
na wyspie samochód stał zwykle na dziedzińcu leśniczówki.  
Powściągliwość Agnieszki okazała się aŜ zanadto uzasadniona. Lesio wrócił po kilkunastu  
minutach – piechotą.  
– Znów coś się zepsuło? – zapytała Gabrysia twierdzącym tonem, jakiego uŜywają Ŝony,  
chcąc powiedzieć: a nie mówiłam?  
– Olej mi wyciekł – powiedział Leszek niezbyt wyraźnie.  
– To dolej – rzekła Gabrysia wzruszając ramionami nad męską niezaradnością.  
– Dolałem – odparł z jakimś oczekiwaniem w głosie.  
– No więc o co chodzi?  
– Dalej wycieka – powiedział ze zjadliwą satysfakcją i wyszczerzył zęby w uśmiechu 
pozbawionym  
wesołości.  
– O mój BoŜe! – powiedziała Gabrysia i przez długi czas nie odzywała się więcej.  
Korzystając z tego Leszek podjął decyzję: pojadą oto z Waldemarem do Kościerzyny,  
gdzie moŜna naprawić uszkodzenie. Na tyle drogi oleju wystarczy.  
Wszyscy zgodzili się z łagodną rezygnacją, z wyjątkiem pani Zofii. Nie lubiła ona, gdy  
ktokolwiek z jej rodziny wsiadał do Garbusa. PoniewaŜ i Wegetariańscy stanowili jej rodzinę,  
nie lubiła w ogóle, gdy Garbus znajdował się w ruchu, a szczerze mówiąc najbardziej ucie- 
szyłoby ją definitywne zniknięcie samochodu. Miała ku temu pewne podstawy. Pięć lat temu,  
w lipcu, Wegetariańscy zjawili się, aby zabrać ją na wyspę wraz z babcią Wegetariańską oraz  
ciocią Marysią z Wrocławia. Razem z nimi – sześć osób. Towarzystwo czyniło wielki tłok w  
nowoczesnym M-4 pani Zofii, o dziwo jednak zmieściło się nieźle w Garbusie, wraz z Czoperem  
i olbrzymim bagaŜem. Było to pierwszy raz, kiedy pani Zofia mogła ocenić umiejętności  
bratanka w prowadzeniu wozu oraz walory nowo kupionego samochodu. Trzeba od razu po- 
wiedzieć, Ŝe o ile przed podróŜą cena samochodu wydała jej się śmiesznie mała, o tyle juŜ za  
rogatkami miasta podjęła mniemanie zupełnie odwrotne. Jeśli mogła jeszcze cokolwiek  
mniemać.  
Stylu, w jakim Lesio prowadził Garbusa, z pewnością nie moŜna było nazwać rajdowym,  
ale na pewno postronnym wydawał się on niezwykle interesujący. Prawo jazdy otrzymał Le- 
sio równie dawno jak i okulary, które nosił, toteŜ nie wiadomo było, co gorzej: widzi czy  
prowadzi. Podczas jazdy leŜał nieomal na kierownicy, zaś jego kamienna twarz opierała się  
prawie szkłami okularów o przednią szybę. Trudno ocenić tę postawę, wiadomo tylko, Ŝe  
wywoływała ona wśród kierowców znaczną panikę. Gdańsk, w godzinach szczytu, stanowił  
dla niego nieodgadniony labirynt, w którym dawno zapomniane znaki drogowe migały 
chaotycznie.  
Jadąc przez miasto, szczególnie nocą, wymagał Leszek, aby go pilotowano. Nale- 
Ŝ

ało to czynić bardzo rzeczowo, gdyŜ kaŜde słowo rozumiał dosłownie. Gdy na przykład  

mówiło się: teraz skręt w prawo, naleŜało to powiedzieć właśnie w momencie skrętu, gdyŜ  
samochód gwałtownie zjeŜdŜał w prawo natychmiast po komendzie. Sforsowawszy dajmy na  
to wysepkę przystanku tramwajowego Lesio wjeŜdŜał w końcu w bocznicę, w którą miał  
skręcić kilkanaście metrów dalej i pytał w sposób rozbrajająco niewinny: dobrze jadę?  
WspółpasaŜerowie odpowiadali, Ŝe dobrze, mając na myśli fakt, iŜ na przystanku jednak nie  
było na szczęście nikogo. W dzień łatwiej było trzymać się szosy, gdyŜ wystarczyło omijać  
ludzi. Ci ostatni jednak utrudniali znacznie zadanie, gdyŜ zamiast stać nieruchomo, wyzna- 
czając w ten sposób trasę, łazili przez jezdnię, a nawet rozpierzchali się spod maski Garbusa  
na widok tragicznie napiętej twarzy Lesia, przylepionej do przedniej szyby i połyskującej  

background image

złowrogo ciemnymi szkłami okularów. O tym jednak ani pani Zofia, ani inni pasaŜerowie nie  
wiedzieli jeszcze zbyt dokładnie.  
Spod wieŜowca na Kołobrzeskiej ruszyli całkiem zgrabnie. Nie dyskredytował przecieŜ ani  
samochodu, ani kierowcy fakt zapalania pojazdu korbą. Nie było teŜ, zdaniem pań, niczego  
raŜącego w trzykrotnym okrąŜeniu gdańskiej obwodnicy, spowodowanym niemoŜnością zjechania  
na prawy pas – co było warunkiem późniejszego skrętu w Kartuską. Ostatecznie tak  
solidny jak Garbus samochód musiał mieć trudności z włączeniem się do ruchu. Przyspieszenie  
osiągał niewielkie, ale czynił przy tym taki łoskot, Ŝe w końcu za czwartym razem, wy- 
płoszywszy sąsiada, zjechał na odpowiedni pas. Za chwilę zaczęły się wątpliwości pani Zofii,  
które nigdy nie miały zniknąć.  
Zaczęło się od zgrzytania w skrzyni biegów. Pani Zofia sama kiedyś prowadziła, toteŜ jej  
uwaga dotycząca tej nieprawidłowości zabrzmiała bardzo profesjonalnie.  
– To jeszcze nic – uspokoił Lesio. – Grunt, Ŝeby hamulce działały – dodał zawieszając  
głos.  
Bała się odpowiedzi, a jednak spytała:  
– A nie działają?  
– Jak czasem – powiedział Lesio i wyszczerzył się. – O ty w mordę – dodał, zapewne pod  
adresem któregoś z sąsiednich samochodów.  
– Nie pleć, tylko uwaŜaj na drogę – zgromiła go Gabrysia.  
– Gabryśka, wiem, co robię.  
Nie zabrzmiało to pokornie, bowiem podczas jazdy Leszek był hardy, czując się panem  
Ŝ

ycia pasaŜerów. I był nim istotnie.  

– Jak przejeŜdŜaliśmy przez Wrocław – ciągnął konfidencjonalnie – wylazła mi na drogę  
taka cipa. Lezie takie… Ja na hamulec. Nie działa. Pompuję parę razy – ni cholery. To ja na  
klakson. Niby zakaz trąbienia, ale lepiej mandat zapłacić, niŜ mieć babę na sumieniu.  
– Ja dziękuję – powiedziała pani Zofia siląc się na swobodny ton. – Jak jej zaryczałeś nad  
uchem…  
– Gdzie tam – machnął niecierpliwie ręką, aŜ samochód skręcił niebezpiecznie pozbawiony  
kierownictwa. – Cisnę i cisnę, a tu nic – nie działa.  
– Hamulec? 
– Nie, klakson! Hamulec cisnąłem wcześniej. Teraz klakson i teŜ nic. A baba tuŜ i nic nie  
widzi.  
– Trzeba było hamować silnikiem!  
– A jak! Z góry jechałem, co miałem benzynę wypalać. Na wyłączonym.  
– To ona cię w ogóle nie słyszała!  
– No właśnie mówię! Więc chwytam za korbkę, Ŝeby spuścić szybę i krzyknąć, a tu korbka  
się kręci – i nic.  
– Jak to nic?  
– Normalnie. Szyba się nie chce spuścić. Dopiero jak szarpnąłem za ręczny…  
– Zahamowałeś ręcznym?  
– Gdzie tam. Tryby od razu poszły. Taki jazgot się zrobił, Ŝe zwiała, jak oparzona.  
Pani Zofia nie odzywała się, patrzyła tylko tępo przez okno na mijające ich pojazdy. Tymczasem  
dojechali do skrzyŜowania. Akurat zapaliło się czerwone światło. Za nimi ustawił się  
długi szpaler samochodów.  
– No widzisz? Działają – powiedział nie bez satysfakcji Leszek, mając na myśli hamulce.  
Ś

wiatło zmieniło się. Ruszyli kilkoma gwałtownymi podrygami, ale zaraz stanęli. Ci za  

nimi czekali cierpliwie. Silnik piłował niemiłosiernie, a ze skrzyni biegów dobiegał potworny  
zgrzyt.  
– Dzida, co ty! – powiedział Lesio do lusterka, w którym bielała jej przestraszona twarz. –  
To tylko biegi… O cholera!  

background image

Uniósł w górę dłoń, w której zaciskał urwaną dźwignię biegów.  
– Mówiłem, Ŝeby tego nie montować – wybuchnął. – Ale ty zawsze musisz mieć elegancko!  
Gabrysia cierpiała w milczeniu. Samochody za nimi trąbiły juŜ bez pardonu.  
– No, a jak chcesz przełączać biegi bez t e g o? – powiedziała cedząc słowa ciocia Marysia.  
Jej pseudoarystokratyczne maniery wyprowadzały z równowagi niejednego.  
– A jak? A tak! – wykrzyknął szalony Lesio i potęŜnym kopem zwalił blaszaną pokrywę  
skrzyni biegów. Zanurzył rękę w ciemnej czeluści i grzebał tam przez chwilę, a gdy wycią- 
gnął ją z powrotem, umazaną czarnym smarem, samochód istotnie ruszył do przodu krótkimi  
skokami.  
Powtórnie zatrzymał się kilkadziesiąt metrów dalej, przed gmachem sądu. Z otwartej cze- 
luści buchały teraz kłęby czarnego dymu.  
– To instalacja – wyjaśnił oględnie. – Trochę jest nie w porządku, trzeba będzie zrobić  
przegląd.  
– Pali się! – pisnęła ciotka. 
Lesio spojrzał na nią z miną wisielca i wcisnął w otwór trochę szmat. Ruszyli znowu, ale  
dym gęstniał.  
– Leszku, przecieŜ palą się szmaty! – powiedziała Gabrysia przerywając milczenie dla dobra  
ogółu.  
Istotnie, zaoliwione szmaty tliły się juŜ ochoczo. Otworzył okno i wyrzucił je na ulicę.  
– Działa! – ucieszył się podnosząc i opuszczając szybę dla sprawdzenia tego fenomenu.  
Następnie wyjął podręczną gaśnicę i wpuścił w otwór strugę aerozolu.  
– To najlepszy sposób – wyjaśnił. – Zawsze tak robię.  
– Tatusiu! Zgubiliśmy część! – meldował z tyłu Kajtek, klaszcząc w ręce z uciechy. Kierowca  
nie reagował jednak, prąc stale do przodu.  
– On mówi prawdę – potwierdziła Gabriela. – MoŜe zatrzymasz, a ja się po nią wrócę?  
– PrzecieŜ jedziemy! Zawsze wmontują człowiekowi jakiegoś niepotrzebnego szmelcu,  
Ŝ

eby tylko skórę zedrzeć!  

Jechali, i to jak! Na piętnastym kilometrze za Gdańskiem zagotowała się woda w chłodni- 
cy. Kajtka wysłano z wiadrem do pobliskiego gospodarstwa, ale wiadro było dziurawe i woda  
wyciekła po drodze. Po krótkich oględzinach Leszek stwierdził, Ŝe powodem przegrzania  
były hamulce, które blokowały koła przez całą drogę – nawet wtedy, gdy nie wciskał pedału  
hamowania.  
– Mówiłem, Ŝe działają! – powiedział z dumą i dodał: – Garbus wcale nie jest taki zły!  
Wtedy, po raz pierwszy w trakcie tej podróŜy, odezwała się babcia Wegetariańska.  
– Sraluś mazgaluś, rewelentuś duptuś! – powiedziała z wielką mocą. Wszyscy oniemieli,  
choć nikt nie wiedział, co to ma oznaczać.  
Nic dziwnego, Ŝe obarczona tymi wspomnieniami pani Zofia była niechętna przejaŜdŜkom  
Garbusem. Waldemar pojechał wszakŜe nie pytając.  
W tym samym czasie Sylwin przechadzał się po wiosce. Najpierw poszedł w górę, tam  
gdzie wieś kończyła się pozornie, a gdy u wrót leśniczówki poŜegnał jadących do Kościerzy- 
ny, ruszył dalej. Na skraju lasu i pól stało jeszcze Wiewiórkowo, potem ciągnęła się juŜ tylko  
leśna droga. Tędy miał iść ów Stolem, który przechodząc jezioro pod Komornikiem uronił z  
płachty szczyptę ziemi. Z niej powstała wyspa Trzepcyn, zaś z kropel wody, kapiących potem  
z materii, utworzył się długi ciąg coraz mniejszych i coraz rzadziej wzdłuŜ drogi połoŜonych  
jeziorek. Zwano je Wałachami. W pierwszym z nich Ŝyły pono spore szczupaki, ale na pewno  
nie dziś. Szerokim łukiem zawrócił do szosy i tropem wspomnień doszedł do Niedźwiadka.  
Niegdyś było to leśne „oko”, wabiące i tajemnicze, zdradliwie bagniste na krańcach. Był to  
teŜ matecznik legendarnych ryb monstrualnych wielkości. Jak mówiono w wiosce, Niedźwia- 
dek łączył się z Wielką Wodą podziemnymi kanałami. Tamtędy, jeszcze przed wiekami,  
miały wpływać ryby, które potem, nie mogąc znaleźć wyjścia, tkwiły w tym naturalnym wię- 

background image

cierzu. Tylko najwytrwalsi widzieli ich omszałe grzbiety podczas tarła. Siecią ani wędką nie  
sposób ich było dosięgnąć, gdyŜ dno jeziorka pokrywały wykarczowane pieńki. Kiedyś był tu  
las, potem łąka z kikutami pozostałymi po drzewach. Gdy łąkę zalała woda, a było to wtedy,  
gdy pod Kościerzyną przeprowadzono meliorację łąk, drewno skamieniało, tworząc podwodne  
zasieki. IleŜ błystek urwał Sylwin na tych zawadach! śałował ich tylko do czasu, gdy na  
rozlewisku zobaczył szczupaka, o jakim się nawet w ksiąŜkach nie czyta.  
Sylwetka motelu „Pod Niedźwiadkiem” zbyt uporczywie przywoływała do realności. Za- 
wrócił. Wycofał się tą samą drogą, którą przyszedł, by znów przeskoczyć wąski strumień  
Studzienic i nurzać się po pas w bujnej trawie łąki obejmującej go troskliwie – aŜ do ujścia na  
Jeleniu. Nie wrócił jednak na szosę, lecz stromym brzegiem Jeziorka, po którym tak chętnie  
spacerowała RóŜa, doszedł do Wsi. Miał wielką ochotę posiedzieć w starej checzy, gdzie jako  
chłopak spędzał wiele godzin w towarzystwie starego Wiktora, zwanego we wsi kustoszem.  
Checz wchodziła teraz w skład skansenu i jak on była ogrodzona drutem. W środku kręciły  
się grupki turystów. Zabytkowe chałupy poustawiano w rzędzie na przystrzyŜonych trawnikach.  
Przed kaŜdą stała pomalowana na czerwono skrzynia z piaskiem i słup z przybitą gaśni- 
cą. „Jego” checz trzymała się na uboczu, wśród drzew dorównujących jej wiekiem. ZbliŜając  
się zauwaŜył, Ŝe słyszalne na całą wioskę dźwięki dyskotekowej muzyki unoszą się właśnie  
stamtąd. Przed chałupą siedziała grupa młodych ludzi. Pili piwo. Z otwartych drzwi chaty  
ciągnęły się kable podłączone do magnetofonu stojącego na zewnątrz. Sylwin minął ich i  
wszedł do środka. Wszystko tam było w zasadzie takie jak dawniej, a jednak inne. Sprzęty  
zalegające wnętrze nie były juŜ przyjaznymi wytworami ludzkich rąk, lecz eksponatami. Po  
drabinie umieszczonej w sieni zaczął wchodzić na strych.  
– Dokąd? – usłyszał za sobą. 
Młody męŜczyzna stojący w dole patrzył na niego wyzywająco. 
– Chce pan zlecieć? My za to odpowiadamy.  
– Kto my?  
– No, uŜytkownicy tej chałupy. Urządzamy tu klub terenowy.  
– A zwiedzanie?  
– Na razie nie ma. Dopiero jak przyjmą przewodników. Ma być dwóch, magistrów.  
– A Wiktor? tutejszy kustosz.  
– Ten stary Kaszub? PrzecieŜ jego nikt nie rozumie!  
Czym prędzej wyszedł na dwór. Ścigały go słowa: „Jakby tak kaŜdy chciał indywidualnie  
włazić! Nie moŜna. Własność społeczna”.  
Idąc z powrotem w stronę KrzyŜa, Sylwin przypomniał sobie ostatnie plotki o libacjach w  
opuszczonym domu w Płęsach, o gangach młodzieŜowych działających jakoby w Wielu i  
pocieszał się, Ŝe taki klub teŜ ma swoje dobre strony. Znów przekroczył granicę Nystrony i  
wspiął się pod górę, aby w pustym obejściu szukać śladów siebie sprzed lat, aby na stoku  
prowadzącym do wody, wśród zachwaszczonego zboŜa tropić wyleŜałe, odparzone gnuśnymi  
i rozbuchanymi zarazem ciałami wiejskich dziewuch miejsca, w których jego ciało budziło się  
niegdyś do zmysłowości. MęŜczyzna, który stojąc u szczytu góry patrzył na niego nie pozna- 
jąc, był Jerzykiem. Wtedy co rano mówił: „o jeny, czas wstawajac”, gdy stara Bratkowa wy- 
grzebywała go z siana, słuŜącego im za legowisko. Pod wieczór chodzili na „szczukę”. Nie  
było nic waŜniejszego niŜ wieczorne mgły nad Niedźwiadkiem. W nich tkwiło wszystko! Czy  
poszedłbyś tam teraz? – pomyślał Sylwin – gdyby Niedźwiadek Ŝył jeszcze? Czy poszedłbyś  
pomimo, Ŝe jesteś pijany i ledwie stoisz na nogach? Tamten jednak przestał się interesować  
osobą Sylwina i odszedł do chałupy starym, zmęczonym krokiem. Sylwin przedostał się przez  
dziurę w płocie na teren szkoły, w której przestano uczyć z chwilą otworzenia szkoły zbiorczej  
w Wąglikowicach, i wyszedł znów na szosę. W tym miejscu Nystrona przechodziła w  
Szydlice. Kiedyś w tej części wioski roiło się od psów, dopóki kierowcy pięknych wozów  
mknących do motelu nie postarali się o zmniejszenie ich liczby.  

background image

Niedaleko spółdzielni stał zielony kiosk. Antoni Celiniak sprzedawał tam swoje warzywa.  
Był to cichy i niepozorny człowiek, chociaŜ niektórzy mówili, Ŝe przyszedł tu z wielkiego  
miasta, gdzie Ŝył sobie nawet nieźle i wesoło. MłodzieŜ kpiła z niego: „o takim to tylko wiersze  
pisać!” Sylwin wątpił, czy moŜna by napisać dobry wiersz o panu Antonim, lecz Waldemar  
zwykle wytykał mu, Ŝe nie zna się na poezji. „Być moŜe – odpowiadał wtedy. – Lecz  
znam się na Antonim Celiniaku”.  
Pan Antoni stał przy swoim straganie i układał jabłka. Co drugie zwracało się na świat swą  
czerwoną stroną, pozostałe zaś – zieloną. Gdy skończył, rozejrzał się wokoło i z pełnym  
obrzydzenia westchnieniem zabrał się do układania cebuli. Nie wiadomo, czy jego twarz w  
chwilę później wyraŜała radość z ujrzenia Sylwina, czy teŜ po prostu cieszył się z porzucenia  
prozaicznego zajęcia.  
– No co tu robisz, łaskawco – mówił, otwierając ramiona, w które Sylwin padł z ochotą. –  
Wiesz, miałem taki pomysł, Ŝeby tę cebulę jakoś niebanalnie ułoŜyć. Ja wiem? Warkoczyki  
jej zapleść, albo…  
– Nic pan się nie zmienił, panie Antoni – śmiał się Sylwin. – Kogo dziś obchodzi, jak pan  
cebulę układa? Trzeba im będzie, to kupią. Inaczej nie. A kupią, jak na wolną sobotę przyja- 
dą, bo w Gdańsku podobno jakieś braki… Wtedy bez układania wezmą.  
– O, nie ma pan racji, panie Sylwinie. Tak nie moŜe, łaskawco, być, Ŝeby juŜ nikomu na  
tym nie zaleŜało. MoŜe w Gdańsku… Pan wie, Ŝe ja tu przyjechałem, bo to miało znaczenie.  
O, mówili, Celiniak! Ten umie sprzedać, jakby na jarmarku w Wielu się szkolił!  
– Kolorowe jarmarki, co? – zaśmiał się Sylwin.  
– E, pan tak zaraz wszystko spłaszczy!  
– Samo się jakoś tak spłaszcza, panie Celiniak.  
– Wstydź się pan – powiedział surowo Celiniak patrząc mu w oczy. – Ja stary i miękki, ale  
się nie daję. Ot, widzisz pan, jarzynki sobie układam i Ŝeby nie wiedzieć co na świecie się  
działo – ja swoje zrobię.  
– Bo pan jest wyjątkowy, panie Antoni.  
Zawstydził się po dziecinnemu. Jego pomarszczona twarz nie miała wieku. Między powa- 
gą i uśmiechem był w niej dystans dzielący starca od niemowlęcia.  
– A pan u Boruty siedzi? – spytał po chwili i nie czekając na odpowiedź dodał: – Dzielny  
chłop, ale będzie musiał iść z wyspy.  
– Wie pan coś na ten temat?  
Celiniak wiedział duŜo i nigdy nie naleŜało lekcewaŜyć jego doświadczenia. Teraz jednak  
wzruszył bezradnie ramionami i odrzekł nie patrząc na Sylwina:  
– Wiem i nie wiem. PrzeŜyłem kawałek historii i czuję, Ŝe będzie musiał. Niczyja wina.  
Ot, układ – mechanizm taki, jak mówią.  
– Jest na to rada?  
– Jest. Powinien zostać na wyspie jako urzędowy opiekun obiektów rekreacyjnych, czy jak  
tam będzie to się nazywało. Niech pan patrzy: nic się w jego Ŝyciu nie zmieni, będzie siedział,  
gdzie siedzi, bez nerwów, bez napięcia. Nie będzie się martwił, czy wyrośnie alby czy się co  
nie spali. Te same przyjemności za mniejszą cenę – bez kłopotów, obaw, wielu obowiązków.  
– Panie Celiniak – powiedział Sylwin z wyrzutem. – Czemu pan nie wykorzystał tych  
przemyśleń sam kiedy…  
– W porządku – przerwał, podnosząc ręce. – Więc nie ma rady.  
– A Czarliński nie mógłby wpłynąć?  
– Przecenia pan chyba jego rolę. Zresztą, chociaŜ zdziałał wiele dobrego, w tym momencie  
jego kryteria dobra są inne niŜ pana Waldemara. Czarliński działa dla dobra ogółu, ale kto  
będzie działał dziś na rzecz jednostek?  
– Pan jest wielkim pesymistą, panie Celiniak – powiedział Sylwin bez przekonania.  
– Jestem wielkim realistą – powiedział Celiniak.  

background image

Ś

miejąc się z cicha układał jędrne korzenie marchwi. Na soczystej powierzchni czerniły  

się jeszcze grudki świeŜej ziemi, które strzepywał z kaŜdej z osobna. Sylwin wracał juŜ w  
Kąt, ale ów mądry śmiech brzmiał mu jeszcze w uszach.  
Tymczasem Garbus znajdował się juŜ gdzieś pod Wąglikowicami. Waldemar z niepokojem  
przyglądał się manewrom Leszka wśród zawijasów szosy. AŜ za dobrze pamiętał, jak  
podczas próbnej przejaŜdŜki do Gołunia Lesio próbował rozjechać rowerzystę – jedyny obiekt  
na pięciokilometrowej pustej szosie. Nawet na pustym polu istniała obawa, Ŝe Lesio wjedzie  
na jedyne tam rosnące drzewo.  
– Mamy szczęście, Ŝe tak szybko nam naprawili – powiedział Waldemar dla usunięcia 
niespokojnych  
myśli.  
– Łaski nie robią – odrzekł Leszek. – Inaczej mieliby ze mną do czynienia!  
Samochód wpadł przy tych słowach w poślizg niezupełnie kontrolowany, więc Waldemar  
zamilkł profilaktycznie. Począł ściągać spodnie – ostatnią część garderoby, jaką miał na sobie.  
– Tu moŜna się Ŝywcem upiec! – tłumaczył nie pytany.  
– Nie wyłączyłem ogrzewania – wyjaśnił skromnie Leszek.  
– Co?  
– No, nie wyłączyłem od zimy, zapomniałem.  
– Na Boga, jest lato, skwar! Jak Ŝeście tu przyjechali w tym piekarniku?  
– Miałem wstawiony kawałek dykty.  
– Nie uwaŜasz, Ŝe prościej byłoby wyłączyć ogrzewanie?  
– Kiedy mówię, Ŝe zapomniałem.  
– To po cholerę wstawiałeś dyktę?  
– W zimie wstawiłem, Ŝeby nie wiało. Potem nawet nie czułem, Ŝe włączone, no bo ta  
dykta nie wpuszczała do środka gorącego powietrza. A teraz, jak wymienili pompę olejową,  
to jakiś baran musiał ją wyjąć – no i masz skutki!  
Waldemar nic nie powiedział. Z przeraŜeniem stwierdził, Ŝe teraz, gdy zjeŜdŜali serpentynami  
w dół, tam gdzie Studzienice przecinają szosę, Ŝyczył sobie gorąco nagłego wypadku,  
aby uwolnić się czym prędzej z tego rzeŜącego, rozpalonego pudła, o którym nie wiadomo  
nawet było, czy w razie wypadku zechcą się w nim otworzyć drzwi! JakŜe przyjemnie byłoby  
wpaść na tę zieloną łąkę i nie zatrzymać się, aŜ na dnie potoku! Nic takiego się jednak nie  
stało i Garbus, mijając się z autobusem na grubość lakieru, wyjechał na prostą, z której juŜ  
widać było Wdzydze.  
Gdy wjechali na podwórze, Trudzia skromnie spuściła oczy, a Agnieszka wyraziła przypuszczenie,  
Ŝ

e „oni po drodze jeszcze mieli coś wypite”. Boruta ubrał się więc pospiesznie. W  

tym czasie Gabrysia mamrotała pod nosem słowa, które, aczkolwiek niesłyszalne, miały  
wielką moc sprawczą, bowiem Leszek nie zwlekając otworzył klapę samochodu i zabrał się  
do likwidowania ogrzewania. Pora była najwyŜsza, gdyŜ słońce miało się juŜ ku zachodowi.  
Na dachu wozu wiązano bagaŜe. Ceremonia poŜegnania przeciągała się w nieskończoność.  
Sylwin zszedł na dół i patrzył na jezioro. Nad Kątem pojawił się klucz przedwcześnie od- 
latujących na południe dzikich gęsi.  
Woda była dziwnie niespokojna. Migotliwe cienie tańczyły po powierzchni jeziora. Niekiedy  
wyglądało na to, Ŝe jakaś postać maszeruje wprost przez wodę. Przez chwilę wydało się  
Sylwinowi, Ŝe na podwodnej górce po drugiej stronie Gołunia, naprzeciw Kuczowego Błotka,  
majaczy sylwetka RóŜy Ostrowskiej, wędkującej z kajaka. Po chwili jednak wszystko roz- 
wiało się i tylko woda przybierała coraz bardziej ponurą, ołowianą barwę.  
 
VII  
PowaŜne ostrzeŜenie  
Następnego ranka mieszkańcy domu pod lasem obudzili się bardzo wcześnie. Przyczyną  

background image

tego niecodziennego zjawiska był ogromny warkot, od którego cały budynek dudnił i wibro- 
wał. Wibracja brała początek gdzieś z dołu, obejmowała wpół cały dom i – bezsilna wobec  
spokojnie chrapiącej na parterze babci Wegetariańskiej i nieczułej na hałasy Janki – wzbijała  
się pod pułap, ku pokoikom „na górce”. Tam, w męskim pandemonium, czyniła niepowetowane  
szkody, niszcząc sprawiedliwy sen mieszkańców tego regionu domu. Wkrótce teŜ na  
schodach pojawiły się zaspane postacie Waldemara i Sylwina.  
Pani Zofia, gdy nie folgowała ziemskim uciechom, wpadała w manię przeciwną i – pełna  
w tym momencie rygoryzmu wobec siebie i bliźnich – oddawała się z pasją dziełu czyszczenia  
ś

wiata. Opanowana obsesją higieny fizycznej i duchowej wygłaszała wtedy pochwały  

ładu, porządku i czystości. śe łatwiej jednak wyczyścić posadzkę niŜ dusze bliźnich, ta apoteoza  
boskiego ładu przejawiała się w konkretnych działaniach, które pani Zofia nazywała  
sprzątaniem, zaś Waldemar – religijnym kultem podłogi.  
W prywatnej kosmologii pani Zofii niepoślednie miejsce zajmował kurz. Ta tajemnicza  
substancja, licho wie skąd się biorąca, o której Picasso ponoć napisał naukową rozprawę po- 
chwalną, spędzała jej sen z oczu. Kurz, nie sposób dłuŜej ukrywać, był w jej koncepcji świata  
grzechem pierworodnym. Co dzień rano podejmowała krucjatę przeciwko niemu, a i tak nazajutrz  
bezszmerowy najeźdźca zalegał wszystkie kąty.  
Waldemar zatrzymał się u dołu schodów i patrzył z niemym zdziwieniem na ów widok dobrze  
mu znany, a przecieŜ dotąd szczęśliwie nie występujący na wyspie. Na środku korytarza  
stał spory sprzęt w kształcie wysokiego taboreta, oparty na trzech kółkach obracających się  
we wszystkie strony. Na plastykowej ścianie widniał napis wymalowany sporymi „bukwami”:  
Ural. Dalej biegła pokarbowana rura zakończona jakąś zmyślną szczotką, a u jej końca szalała  
pani Zofia, niby czarownica na miotle. Walcowaty kształt toczył się Ŝwawo za nią, ilekroć go  
pociągnęła. Warkot, jaki przy tym stale wydawał, moŜna – w braku bardziej stosownych ze- 
stawień – porównać do odgłosów silnika traktora lub samolotu odrzutowego.  
– Walkiria cwałująca na Uralu – powiedział półgłosem, gdy Sylwin stanął obok niego, ale  
tamten nie usłyszał ani słowa, więc powtórzył to samo wrzeszcząc mu prosto w ucho. W tym  
jednak momencie odkurzacz umilkł i donośny okrzyk rozniósł się po całym domu.  
– Czemu tak krzyczysz? – odezwała się pani Zofia, dając do zrozumienia swą miną, Ŝe nie  
lubi hałasów. Zastanawiała się, czy wypowiedziane słowa syna niosą ze sobą obrazę, czy teŜ  
jest to komplement.  
– Skąd to wzięłaś? – zapytał zimno Waldemar.  
– Ładny, prawda? – oŜywiła się. – Kupiłam w Kościerzynie. Ach, Ŝebyś widział jak on  
wciąga…  
– Czy musisz t o uŜywać tutaj? – indagował dalej Waldemar.  
– AleŜ nie bądź śmieszny – powiedziała z urazą w głosie. – Nie widzisz, ile tu kurzu? 
Po czym włączyła silnik na powrót i oddała się sprzątaniu. 
Boruta wykonał kilka nieskoordynowanych gestów, wreszcie zawrócił w górę schodów. 
– Na cholerę zakładałem ten prąd! – krzyknął w Sylwinowe ucho.  
– Nie rozumiem!  
– Po co było zakładać światło! – wrzasnął.  
– Co?  
– Gówno! 
Sylwin pokiwał głową i zrobił myślącą minę. Nic nie wskazywało na to, Ŝe zrozumiał.  
Waldemar machnął ręką i przyspieszył kroku. Dotarłszy do swego pokoiku, otworzył okno i  
począł wołać Jankę.  
– Czy agregat gotowy do naprawy? – zapytał, gdy znalazła się w polu widzenia.  
– Do jakiej naprawy?! – zdziwiła się.  
– Jak to, to nie wiesz, Ŝe zaraz przyjdzie mechanik? Trzeba natychmiast wyłączyć prąd,  
Ŝ

eby… – nie mógł znaleźć słowa, a Janka czekała z politowaniem. – śeby wszystko otęchło –  

background image

dokończył wreszcie i zatrzasnął okno. Janka zaś wzruszyła ramionami i poszła spełnić polecenie.  
Wkrótce męŜczyźni chrapali znowu w swoich pokojach. Nie na długo jednak, gdyŜ juŜ po  
godzinie pojawił się gość. Nie był to wcale mechanik.  
SierŜant Jedziniak został przyjęty na pięterku – na tak zwanym „balkonie”, który w istocie  
był oszklonym pomieszczeniem u końca korytarza. Tam trzymano kwiaty i przyjmowano  
niektórych gości. Na „balkonie” panował zdrowy bałagan, jak i na całej „górce”, gdzie ingerencja  
kobieca nie sięgała. Przyjęło się, Ŝe nie tylko nocowanie, ale nawet przebywanie tam  
kobiet jest cokolwiek dwuznacznym wydarzeniem. Tam wisiały strzelby, tam głównie wałko- 
niły się psy, o ile juŜ pozwolono im wejść do domu, tam w naturalnym nieładzie porozrzucane  
były nie tak znów liczne trofea myśliwskie. Przychodziło się tam nie tylko spać, ale i po- 
gawędzić w miłym towarzystwie, wypić sznapsa, pognuśnieć trochę. MoŜna było mieć zabło- 
cone buty na nogach, siano we włosach i przekleństwa na ustach, a mimo to uwalić się bez  
Ŝ

enady na kanapce, która zapobiegliwie stała tuŜ przy szafce z trunkami na oszklonym tarasiku.  

Prócz kanapy były tam jeszcze trzy wysłuŜone fotele i stolik drewniany nie nakryty niczym  
– nawet warstwą lakieru, dawno startego z powierzchni blatu. W środku pomieszczenia  
panował cień. Zielona tkanina roślin odgradzała od promieni słonecznych i czyniła powietrze  
wilgotniejszym.  
SierŜant Jedziniak przysiadł na skraju fotela. Od chwili zdjęcia słuŜbowej czapki nie mógł  
się zdecydować, jaki sposób zachowania ma przyjąć: prywatny czy słuŜbowy. Znali się prze- 
cieŜ z Waldemarem nie od dziś, z drugiej jednak strony kierowała nim obecnie wyraźna misja.  
Gospodarz ze swej strony takŜe czuł się nieswojo, głównie dlatego, Ŝe sierŜant Jedziniak  
odmówił wypicia „kieliszka” – co w Ŝadnym razie nie leŜało w jego zwyczajach.  
– Najpierw słuŜba – westchnął melancholijnie, czyniąc tym samym nadzieję na przyszłość.  
RozłoŜył przy tym podręczną torbę i wydobył z niej bardzo powaŜnie wyglądający notatnik.  
– Nazwisko? – zapytał.  
– Panie Jerzy – Ŝachnął się Waldemar – teraz Ŝeś pan przesadził.  
– No dobra – machnął ręką Jedziniak i począł wypełniać formularz korzystając z własnej  
pamięci. – Co ja mam za zawód panu wpisać? – przerwał nagle. – Rolnik? – pokręcił głową i  
dodał: – Pan jakiś nietypowy we wszystkim. Do formularza nawet nie pasuje, cóŜ dopiero do  
Ŝ

ycia… No dobra. Niech juŜ będzie – zadecydował desperacko uderzając się w kolano  

otwartą dłonią.  
Waldemar patrzył nie rozumiejąc.  
– Co ma być?  
– No ten tego – powiedział Jedziniak pociągając nosem.  
– Wódeczka? – zgadł gospodarz.  
– O właśnie – odetchnął sierŜant. Nie musiał juŜ wypowiadać tego niestosownego słowa. –  
Wypił wprawnie, odchuchnął i odstawił kieliszek. – Ja się panu dziwię – podjął – Ŝe pan, magister  
inŜynier, chce się w tych naszych tutejszych piaskach grzebać. Studia pan skończył i  
nijakiego z tego poŜytku. Czas zmarnowany i pieniądze. Tutaj majątki całe by ludzie oddali,  
Ŝ

eby do duŜego miasta trafić, a za magistra to by chyba i duszę… no, tego – chciałem powie- 

dzieć, ciało by własne zapisali. A pan chyba na złość tym ludziskom, na pośmiewisko:  
wszystko na odwyrtkę, Ŝeby tylko zadziwić.  
– Tu cię mamy – powiedział Boruta. – Co tam nowego, nakaz eksmisji? 
Jedziniak zamachał szybko rękami. 
– Nic z tych rzeczy! Ja w zupełnie innej sprawie, a to tak tylko… Zresztą, to nie te czasy,  
Ŝ

eby zaraz eksmisja!  

Nachylił się bliŜej i ciągnął poufnym tonem:  
– Ale tak między nami, po co to panu? Jak zaprojektowali skansen czy tam jaki ośrodek, to  
i tak go postawią i nic nie pomoŜe. A jak po dobremu nie wykupi się, to przecieŜ zawsze się  
jakiś sposób znajdzie. Niech pan się nie ogląda, tylko sprzedaje i bierze tę posadę dyrektor- 

background image

ską. Będziesz pan siedział dalej jak i teraz na tej swojej wyspie, tyle Ŝe kłopoty wszystkie  
spadną z głowy, ktoś inny za pana będzie się o nie martwił.  
– Kto? – zapytał Waldemar.  
– Tak w ogóle – powiedział zaskoczony sierŜant i umilkł wytrącony z rytmu. – No dobra –  
rzekł po chwili z namysłem. – Przystąpimy do rzeczy. – westchnął tęsknie, co zostało przez  
Waldemara zrozumiane prawidłowo. Odstawiwszy opróŜniony kieliszek, sierŜant Jedziniak  
rzekł: – Wpłynęła skarga.  
Waldemar nie wydawał się być specjalnie zdziwiony. Patrzył na Jedziniaka z uprzejmym  
zainteresowaniem.  
– Młody człowiek – ciągnął sierŜant nie doczekawszy się pytań ułatwiających – przyjechał  
na grzyby. Ktoś go pobił i związał.  
– Wiem – powiedział Waldemar. – Ja i moi przyjaciele uwolniliśmy go z więzów.  
– No dobra – waŜył słowa Jedziniak – ale on mówi, Ŝe… ten tego, Ŝe to ktoś od pana tak  
go urządził…  
– Dobre sobie – roześmiał się Boruta. – A kto na przykład?  
Dowódca posterunku milicji we Wdzydzach rozłoŜył ręce tak bezradnie, Ŝe Waldemar się- 
gnął po flaszkę i napełnił kieliszki.  
– On sobie spacerował po lesie – ciągnął gość – gdy nagle jakiś niedźwiedź…  
– Panie sierŜancie – zapewnił nad wyraz powaŜnie Boruta – u mnie na wyspie nie ma  
niedźwiedzi.  
Przez uchylone drzwi widać było pokaźną i zarośniętą sylwetkę pasterza Maksyma. Ze  
spokojem wlókł on przez korytarz jakieś wielkie pudło.  
– Maksym! – zawołał Waldemar. – Są u nas niedźwiedzie? 
Pasterz zbliŜył się do nich z godnością i powiedział waŜąc kaŜde słowo: 
– Sarny są. No niedźwiedzia – nie uświadczysz.  
SierŜant Jedziniak od pewnego czasu machał rękami, jak gdyby wyganiał z pokoju wypowiedziane  
słowa.  
– To taka, no, przerzutka – wyjaśnił spiesznie – to był jakiś olbrzym, zarośnięty jak…  
Urwał, a jego wzrok podąŜył za znikającą w głębi korytarza sylwetką Maksyma.  
– Jak? – ciekawił się Waldemar.  
– Nie przymierzając, jak ten tam – powiedział Jedziniak.  
– Maksym muchy nie skrzywdzi, to mistyk.  
– Kto?  
– Mistyk. Oddaje się medytacji religijnej, aby jego „ja” roztopiło się w duszy wszech- 
ś

wiata, w Bogu.  

Jedziniak sięgnął pospiesznie po kieliszek i wychylił go tak, jakby połykał lekarstwo.  
– Panie Boruta – powiedział konfidencjonalnie – wszystkie pana kłopoty biorą się stąd, Ŝe  
jest pan dziwakiem i otacza się dziwakami. Pan Ŝyje…  
– Nienormalnie?  
– Tak. Wie pan, w wiosce mówią, Ŝe tu po wyspie biega wariat, a niektóre elementy, ten  
tego, zacofane, mówią nawet, Ŝe tu diabeł biega.  
– MoŜe i biega – powiedział Boruta w zamyśleniu. Rozmaite obrazy z niedalekiej prze- 
szłości odwróciły na chwilę jego uwagę. Sprawiał wraŜenie nieobecnego.  
– Co proszę?  
– Nie, nic – roześmiał się. – PrzecieŜ pan, sierŜancie, nie wierzy w diabła?  
– No, ma się rozumieć, diabła wymyślili ludzie.  
– A wariata? 
Jedziniak patrzył nie rozumiejąc. 
– Wariat jest wariat – powiedział wzruszając ramionami.  
– Panie sierŜancie – uśmiechnął się Waldemar – czy ja na przykład wyglądam na wariata?  

background image

– No nie – powiedział bez przekonania tamten.  
– Ale są tacy, którzy mówią, Ŝe jestem wariatem, czy tak?  
– A owszem, sameś pan temu winien…  
– A teraz pytam się pana, panie Jedziniak, kto ma wyrokować, czy jest się wariatem, czy  
nie?  
– Lekarz, rzecz jasna!  
– Zapytam więc Czarlińskiego – powiedział Waldemar z uśmiechem. Pragnął jak najszybciej  
zmienić temat. – A co to był za chłopak? – zapytał.  
– Przyjezdny – powiedział Jedziniak niechętnie. – Swój człowiek – dodał, jak gdyby chcąc  
zamknąć ten temat. Ale Waldemar nie ustępował. Wlepił w rozmówcę pytające spojrzenie i  
nie odzywał się.  
– No dobrze – zasapał gość. – Przyjechała cała grupa, młode chłopaki jak się patrzy. Rozpiera  
ich ta młodość, to i rozrabiają trochę.  
– Legitymował ich pan? 
Jedziniak zrobił obraŜoną minę i rzekł nad wyraz oficjalnie: 
– PrzecieŜ mówię, Ŝe swoi. Skumali się z miejscowymi chłopakami – ciągnął łagodniej – i  
razem na wypady chodzą. Jak to młodzi.  
– W Płęsach, na prywatkach, teŜ bywają – bardziej stwierdził niŜ zapytał Boruta. Błysk  
zrozumienia prześwietlał jego twarz.  
– Ano właśnie – oŜywił się Jedziniak. – Byłbym zapomniał. Pan niepotrzebnie kręci się  
koło hangaru, wie pan, przy spalonym domu.  
– Wiem – potwierdził Waldemar. – Jeśli juŜ o tym mówimy, zostałem tam wraz z moim  
przyjacielem napadnięty przez jakiegoś osobnika.  
– Napadnięty, napadnięty – sierŜant machnął ręką, aby przepędzić ten wyraz. – Walek z  
Płęs pilnuje hangaru, bo go właściciel prosił. A Ŝe trochę gorliwie…  
– On miał broń – powiedział Boruta.  
– Pewnie wracał z polowania – zbagatelizował sierŜant. – Trzeba było się nie kręcić. Pan  
nie lubi, inni teŜ.  
– W porządku – powiedział Waldemar. – Ale długo będzie musiał pan Walek warować  
przy hangarze, skoro właścicieli zasądzili…  
– Właścicieli?  
– No tych dwóch…  
– Panie Boruta – powiedział chłodno Jedziniak z miną, jaką musiał niewątpliwie przybrać  
Sfinks zadając Edypowi swe słynne zagadki. – Ja nie dostałem Ŝadnego rozkazu, Ŝeby się tą  
sprawą zajmować, a i panu osobiście odradzam. Ani to na moją głowę, ani na pańską, choć  
pan taki wykształcony – ale tym bardziej nie na pańską.  
Waldemar słuchał od niechcenia. Rozlał do kieliszków resztę wódki, a pustą flaszkę po- 
stawił pod stół, aby nie denerwowała gościa.  
Jedziniak zdziwiony brakiem zainteresowania rzekł:  
– Jeden juŜ siedzi.  
ZłoŜywszy to intymne wyznanie czekał na jakąś reakcję, ale ku jego rozczarowaniu Waldemar  
powiedział tylko:  
– A drugi?  
– Jeden juŜ siedzi – powtórzył sierŜant Jedziniak w zadumie. – No dobra – ocknął się nagle  
i wstał. – Pora juŜ na mnie.  
Waldemar odprowadzał gościa aŜ do bramy: po części przez uprzejmość, ale teŜ dlatego,  
Ŝ

e pieski, jeŜąc sierść, krąŜyły wokół mrucząc nieprzyjemnie.  

– No dobra – powiedział jeszcze raz Jedziniak, juŜ za bramą. – Wszystko będzie dobrze –  
dodał bez przekonania i westchnął. – Oj, niech no tylko zwierzchność sobie wyjedzie… Panie  
Waldemarze, nade wszystko spokój. Niech pan nie wywołuje zadraŜnień. PrzecieŜ jeszcze nic  

background image

nie wiadomo…  
– Co nie wiadomo?  
– Tak w ogóle. A po wyspie mogą chodzić wszyscy, bo las to dobro, ten tego, publiczne.  
Po czym ruszył ścieŜką prowadzącą nad jezioro. Waldemar patrzył za nim dopóty, dopóki  
nie zniknął w owym „dobru publicznym”. Wtedy zamknął bramę i wrócił na górę.  
Tymczasem Sylwin, który znajdował się juŜ w jak najlepszej komitywie z panną Jolantą,  
zmierzał w kierunku Bukowej Góry, gdzie miał się właśnie z nią spotkać. Wybór tego miejsca  
był jej dziełem, a podyktowany został faktem, Ŝe na południowo-zachodnim stoku góry, 
aczkolwiek  
nie był on zalesiony, rosły w duŜych ilościach czerwone kozaki. Sylwin był nieco  
zazdrosny o te wspaniałe grzyby. To, Ŝe dziewczyna chciała upiec dwie pieczenie na jednym  
ogniu, świadczyło jego zdaniem o umiarkowanym zainteresowaniu nim samym.  
Zobaczył ją, gdy pochylona nisko wyrwała z ziemi duŜego mięsistego czerwonogłowca, a  
potem obejmując wzrokiem jego dumnie wyprostowany kształt, wydęła w pełnym uśmiechu  
olbrzymie od upału wargi. Usłyszawszy Sylwina odwróciła głowę i patrzyła na niego tym  
samym co przed chwilą spojrzeniem, a on podszedł uśmiechając się i po raz pierwszy poca- 
łował ją w rozchylone, czerwone jak kapelusz grzyba usta. Przez chwilę oddawała pocałunek,  
potem wyśliznęła się lekko z jego ramion i pobiegła w dół. Za niewielką łączką, porośniętą  
pastewnymi smakołykami dla Ginterowych zwierząt, wysterczał na zachód piaszczysty cypel,  
odgrodzony od reszty wyspy gęstą zaporą łozin. PołoŜyli się na gorącym piasku nic do siebie  
nie mówiąc. Słońce zniŜyło się juŜ nieco. Koniec cypla zdawał się wskazywać miejsce, w  
którym za niedługo winno zapaść za las po przeciwległej stronie. Było parno, światło sło- 
neczne nabierało chorobliwej, czerwonej poświaty. Jak od wielu dni, tak i teraz zapowiadało  
nadejście jakiejś meteorologicznej katastrofy. Rozleniwiona przyroda, tętniąca wkoło tajemnymi  
rytmami, groziła nie mogąc rozładować się w ostatecznym paroksyzmie. Sylwin poca- 
łował lekko szyję dziewczyny. Potem całował inne obszary jej ciała. Jak wszystko wokół,  
wpadali w bolesne i radosne zatracenie, które domagało się spełnienia, ale zarazem było 
zainteresowane  
w przedłuŜaniu własnego trwania. Wszedłszy raz w zdyszany rytm przyrody,  
trwali tak, dopóki słońce nie zapadło czerwono za zatoką Płęską. Wtedy ocknęli się i patrzyli  
na siebie nieśmiało jak przedtem, ale z nowym odcieniem: wspólnego wtajemniczenia, 
wzajemnego  
poznania.  
– Wysechł – powiedziała nagle Jolanta wskazując na grzyb porzucony na piasku. Roze- 
ś

mieli się jednocześnie.  

– Znów zmarnowałaś owoc, Ewo – powiedział Sylwin.  
– To nie owoc, tylko grzyb – powiedziała Jolanta. – Zresztą my nie marnujemy owoców.  
Przetwarzamy je zgodnie z własnymi potrzebami.  
– W kaŜdym razie chodźmy, zanim pojawi się archanioł.  
Istotnie, horyzont przybrał amarantową barwę. Ciemna chmura o jaskrawo podświetlonych  
brzegach rzucała na wyspę złowrogi cień. Chwilami po powierzchni wody przebiegała ulotna  
bryza. Pochłodniało.  
Szli objęci wąską ścieŜynką u stóp Bukowej Góry, po jej północnej stronie. Urwiste zbocze  
porastały potęŜne drzewa. Było tu prawie ciemno, jako Ŝe i u góry, tam gdzie kawałki  
nieba prześwitywały pomiędzy gałęziami, zmierzchało się juŜ. Nagle wśród szumu drzew  
spadły na nich jakieś głosy. Wiele głosów. Wiele dziwnych głosów.  
Sylwin zatrzymał się. Dopiero teraz usłyszała głosy Jolanta. Stali w milczeniu. Odczuli  
nagle nieprzyjemny mokry chłód tego miejsca. Stali jeszcze przez chwilę, ale nie udało im się  
zrozumieć, o czym mówiono na górze.  
– Pewnie jakiś spływ – powiedział Sylwin. – Będą się rozbijać na noc.  

background image

– PrzecieŜ tam jest szkółka. Waldek znów się wścieknie.  
– To górka Gintera. Nie naszego Franciszka, jego brata. Nie przepadają za sobą.  
– Mimo to się wścieknie – upierała się Jolanta. – Jemu chodzi o…  
Urwała szukając odpowiedniego słowa. Sylwin cmoknął ironicznie i wpatrzył się w jej  
oczy – po trosze z kpiną, po trosze z miłością.  
– O to, Ŝeby było gdzie mieszkać – powiedziała wreszcie, a Sylwin spowaŜniał, bo to była  
prawda.  
– Im teŜ o to chodzi – mruknął i ruszył w dalszą drogę, pociągając dziewczynę za sobą.  
– Im chodzi o mieszkanie na dzisiaj, Waldek martwi się o mieszkanie na jutro. Martwi się,  
Ŝ

e pewnego dnia wszyscy nie będziemy mieli gdzie mieszkać.  

– Naprzód, pani mądralińska – zakomenderował Sylwin, bo właśnie wyszli na łąkę, za któ- 
rą widniał dom Ginterów. Pobiegli trzymając się za ręce. Zbite w gromadkę gęsi komento- 
wały ten fakt wyciągając za nimi syczące szyje, niczym wielogłowy smok.  
Zanim wrócili do domu pod lasem, pili jeszcze świeŜo wydojone mleko i rozmawiali  
chwilę z gospodarzem, którego mowy Jolanta nie rozumiała. Po drodze minęli Karusię. Stała  
za starą stodołą i wpatrywała się w nadchodzącą noc. Z rozwartymi rękami kołysała się miarowo,  
a podmuchy wiatru szarpały jej podarte odzienie. Na wzniesionej do góry twarzy błysz- 
czały w świetle księŜyca dwa kły. Nie dostrzegła ich. Niewidzącymi oczami, których źrenice  
uciekły ku górze pozostawiając same białka, wpatrywała się w księŜyc szepcząc przy tym coś  
w sobie tylko zrozumiałym języku.  
Po kolacji, która toczyła się w niezbyt oŜywionej atmosferze, wszyscy rozeszli się do  
swoich pokoi, jako Ŝe większość domowników samopoczucie miała kiepskie. Sylwin pokręcił  
się chwilę po pustym obejściu i poklepawszy Grubego i Heroda po rozradowanych mordach  
wyszedł na drogę. Godzina była niezbyt późna. W odległych wioskach na lądzie pulsowało  
jeszcze Ŝycie. KsięŜyc skrył się za gęstwą chmur tak, Ŝe wyspa pogrąŜona była w ciemności.  
Idąc płaskowyŜem w kierunku zabudowań Ginterów, Sylwin doszedł do takiego miejsca, z  
którego widać było Bukową Górę. Na górze płonęło wielkie ognisko.  
Po kwadransie marszu znalazł się na ścieŜce, gdzie po raz pierwszy usłyszeli z Jolantą owe  
głosy. Było je słychać i teraz. Wydawały się jeszcze bardziej nienaturalne. MoŜna było wy- 
raźnie usłyszeć poszczególne głoski, a mimo to uchwycenie sensu słów, zdań, sprawiało Sylwinowi  
trudność. Był to jak gdyby chór odtwarzany na gramofonie, który co chwila zmienia  
szybkość obrotów. Falująca kakofonia spływała wśród drzew po urwistym zboczu i ścieliła  
się wokół, w niskich zaroślach, tworząc wraŜenie jak gdyby świat doznał obłędu.  
Sylwin słuchał przez chwilę, po czym ruszył pod górę niewielką rozpadliną wyrytą w zboczu  
przez spływające wody. Dno rozpadliny nie było zarośnięte, za to krzewy wyrastające na  
jej poboczach tworzyły rodzaj kopuły, tak Ŝe całość sprawiała wraŜenie tunelu. MoŜna się  
było w nim poruszać cicho i niespostrzeŜenie, choć z mozołem, zwaŜywszy ostre nachylenie  
zbocza. Dopiero u samego szczytu zarośla rzedniały i trzeba było zachować większą ostroŜ- 
ność. Sylwin przypadł do ziemi i począł się czołgać. Wkrótce dotarł do niewielkiego zagłę- 
bienia wieńczącego tunel. Przycupnął w nim i czekał, aŜ uspokoi mu się oddech. Potem wy- 
chylił ostroŜnie głowę ze swojego schronienia.  
Nie opodal, w pobliŜu rosłego jałowca płonęło ognisko. W kręgu światła siedziało kilkana- 
ś

cie osób. Byli to młodzi męŜczyźni, prawie chłopcy, jeśli nie liczyć człowieka siedzącego  

najbliŜej ognia, którego głos dominował nad głosami reszty. Oparty o grubą Ŝerdź wbitą w  
ziemię, na której zawieszony był jakiś ciemny przedmiot, rzucał wkoło pytania dźwięczące  
jakimś groźnym zaśpiewem. Odpowiadał mu głuchy i niejednocześnie wydany przez młode  
gardła pomruk. Sylwin wsłuchiwał się w ten dialog, a im dłuŜej się wsłuchiwał, tym bliŜszy  
był myśli, Ŝe zwariował. Jeśli to był spływ, to z pewnością naleŜał do najdziwniejszych, jakie  
spłynęły przez ostatni wiek po wodach Europy Wschodniej. A jeśli…  
MęŜczyzna siedzący pod Ŝerdzią wypowiedział formułę, której intonacja jak gdyby koń- 

background image

czyła jakiś wątek. Istotnie wszyscy poczęli wstawać – nieporadnie, w transie. Teraz tworzyli  
rozchwiane koło otaczające ogień, Ŝerdź i starszego męŜczyznę. I coś jeszcze. Kogoś!  
Teraz dopiero, gdy zwarty krąg siedzących ciał przestał zasłaniać przestrzeń wokół ogniska,  
Sylwin zobaczył dziewczynę. Była naga. LeŜała na ziemi. Jedna z jej rozrzuconych nóg  
dotykała czubka buta męŜczyzny. Była chyba nieprzytomna, ale od czasu do czasu poruszała  
głową.  
Znowu rozległy się słowa, ale teraz, gdy mówili stojąc, nie płuŜyły się juŜ niezrozumiale  
po ziemi, lecz dotarły do uszu Sylwina ze względną wyrazistością.  
– Czego Ŝąda czerwona piwonia?  
– Pić, pić, pić – rozległo się w kole.  
– PrzecieŜ juŜ dostała to, co dostać miała.  
– Nie! 
– CzyŜ nie piła, gdy „pić, pić” wołała?  
– Jedna z nich piła, druga nie zaznała!  
– Druga?  
– Czerwona na równi, piwonia ukryta!  
– A więc dajcie jej pić!  
– Damy ci pić!  
Psim gnatem, kobylim donatem!  
Tego się wszyscy źli ludzie spodziewajcie! 
– Stój! Kani nie ruszajcie, zanim przewiny winny spłaci…  
– Tak, tak! 
Sylwinowi od pewnego czasu wydawało się, Ŝe śni. 
Młodzieńcy, niczym diabły, schwycili swą ofiarę za ręce i nogi i pobiegli w dół zbocza. 
Pozostali rozbiegli się takŜe wyjąc dziko. Wkrótce wszyscy zniknęli w ciemności. Ognisko  
dopalało się powoli. Głosy ludzkie rozsypywały się po wyspie coraz dalszym wachlarzem.  
Sylwin wstał ostroŜnie i z wolna podszedł do ognia. Potknął się o drewniany podest sklecony  
z kilku desek. To na nim, a nie, jak przypuszczał, na ziemi leŜała dziewczyna. Nasłuchując  
czujnie odpiął rozporek i zgasił resztki płomienia starym traperskim sposobem. Teraz, nie  
będąc juŜ w kręgu światła, poczuł się bezpieczniej. Wpatrzony w ciemność słyszał, Ŝe obława  
(tak to w myślach nazwał) przemieszcza się gdzieś w okolice Waldemarowego lasu, podczas  
gdy gospodarstwo Ginterów, na lewo, za łąką, tonęło w spokoju. Po prawej stronie połyski- 
wała równie spokojna tafla jeziora i gdy tak stał z twarzą zwróconą na wschód, słyszał tylko  
wieczny poszum lasu za sobą – lasu, który przed chwilą dał mu schronienie – i oddalające się  
w głąb wyspy krzyki tych niewiarygodnych ludzi, będących tu przed chwilą.  
Sylwin podszedł do Ŝerdzi wbitej w ziemię i ujął w rękę to, co na niej wisiało. Było to  
ś

cierwo jakiegoś ptaka. Oderwał sznurek i wziął je ze sobą.  

Schodząc skrajem zalesionego urwiska zobaczył łunę. Rozświetlała wschodnią połać wyspy  
tak, Ŝe gdyby nie zbyt wczesna pora, moŜna by sądzić, Ŝe zbliŜa się wschód słońca. Syl- 
win odrzucił ptasie truchło w pobliski gąszcz i ruszył do przodu. W tym momencie łuna  
przemieniła się w tęczę i zgasła raptownie. W ciemności migotały tylko jakieś oślepiające  
ś

wiatełka. Wszechwładny ból opanował wszystko. Potem nie było juŜ nic.  

Po chwili otworzył oczy. Słońce stało wysoko. Boleśnie skrzywiona twarz Karusi nachylona  
nad nim kazała mu na powrót zamknąć oczy.  
– O BoŜe! – usłyszał nad sobą.  
Nie śnił. Otworzył ponownie oczy. Karusia pokazała w uśmiechu dwa kły. Sięgnął pamię- 
cią do minionych wydarzeń i pomyślał, Ŝe jeśli piekło jest nicością, to nie jest wcale takie  
straszne, gdyŜ nawet wieczna nicość trwa jedną chwilę.  
– Co się stało? – zapytał.  
Karusia wytrzeszczała się do granic moŜliwości i przewracała białkami. Była straszna i  

background image

ujmująca. Trzymała go wpół i niosła przed sobą wydając z siebie głuche postękiwania.  
– Do diabła, moja zalotna dzieweczko, dość czułości, bo pogruchoczesz mi wszystkie ko- 
ś

ci – wykrzyknął Sylwin usiłując bezskutecznie uwolnić się z uścisku. Ponad stukilogramowa  

dziewoja nie dawała się tak łatwo zbić z tropu.  
– No, moja piękna, pójdziemy tańcować – zaryzykował wreszcie.  
– Tańcować! – wykrzyknęła Karusia i pozwoliła mu stanąć na ziemi. Zaraz jednak chwy- 
ciła go z nieprawdopodobną siłą za przeguby i pytała podejrzliwie:  
– A dokąd to pany idą, co?  
– No przecieŜ tańcować trzeba w izbie, nie na polu.  
– Tam nie chodzić, tutaj, tutaj, tam nie chodzić – krzyknęła ze strachem i pociągnęła go z  
nadludzką siłą. Z trudem oswobodził rękę i pobiegł przed siebie. Znajdował się gdzieś na  
wschodnim brzegu, w pobliŜu Cyronka. Teraz dopiero poczuł w głowie bolesne pulsowanie.  
Pomacał się po obolałej czaszce. Na ręku zostało trochę krwi.  
W kuchni Ginterów Ŝycie toczyło się codziennym torem. Pani Weronika przyjrzała mu się  
krytycznie i błysnąwszy oczkiem powiedziała:  
– Pan Sylwin chyba cięŜką noc miał, bo źle wygląda.  
– Co tu się w ogóle dzieje? – spytał niecierpliwie. 
Patrzyła na niego powaŜnie i powiedziała: 
– Ja juŜ nie wiem, gdzie pan po nocy buszuje, ale coś mi się widzi, Ŝe pan nawet nie wie.  
– O czym?  
– No wej, doprawdy? śe pan Waldemar się palił?  
– Jak to się palił? Wódka się w nim zapaliła?  
– No jawcale nie Ŝartuję. Zagroda mu się paliła.  
– Jak to!  
RozłoŜyła ręce i patrzyła na Sylwina, jakby oczekiwała, Ŝe zrozumie. Wreszcie powie- 
działa:  
– My teŜ się kiedyś palili. Od burzy. A teraz czasy takie, Ŝe grom z jasnego nieba moŜe  
uderzyć.  
– PrzecieŜ nie było Ŝadnego gromu. Stałem wtedy na górce…  
– Całą noc pan stał? 
– Do północy moŜe stałem, a potem leŜałem. Dostałem od kogoś w łeb.  
– Od kogo?  
– Diabli wiedzą!  
– Jo, oni to wiedzą. No i sam pan widzi, Ŝe z jasnego nieba moŜe strzelić. No to niech pan  
przejdzie się tam do pana Waldka, bo juŜ u niego i milicja, i rychtyk – urwanie głowy. Jeszcze  
jakichś turystów pobili, wie pan, tych co się rozbili na tym cuplu, pod Cyronkiem.  
– Nawet wiem, kto to mógł zrobić.  
– Jo – powiedziała z powątpiewaniem – pan wie tyla, Ŝe w głowa dostał i więcej panu nie  
potrzeba wiedzieć.  
– Trzeba pomóc władzom w wyświetleniu tej sprawy…  
– Oni juŜ sobie radę dadzą i bez pana. Zresztą jak pan chce. – Podeszła do rozpalonej  
kuchni, na której stał olbrzymi sagan buchający parą. Zamieszała w nim i rzekła:  
– A ja tu jak w piekle, sam pan widzi: wszystko czarne od sadzy, wiecznie gorąco… Ja juŜ  
mówia…  
Była to rozmowa z gatunku rytualnych, którą raczyła wszystkich odwiedzających dopuszczonych  
do Ŝycia kuchennego.  
– A ta moja, to ani pomoŜe, wiecznie się gdzieś włóczy, juŜ nawet z krowami nie pójdzie.  
Nie widział jej pan gdzie?  
– I owszem – powiedział zdawkowo. – Mieliśmy tańcować. 
Popatrzyła na niego mrugając jednym okiem i wzruszyła ramionami. 

background image

– No teŜ coś!  
Nie zwlekając dłuŜej Sylwin opuścił dom Ginterów i udał się w kierunku zabudowań Waldemara.  
Z trudem szedł pod górę. Głowę miał cięŜką i obolałą. W powietrzu moŜna było za- 
wiesić siekierkę. Tak jak od wielu dni, zapowiadało się na burzę, która nie chciała nastąpić.  
– No dobra – powiedział sierŜant Jedziniak bez przekonania. – Przyzna pan jednak, Ŝe  
opowiada nam pan tutaj bardzo dziwne rzeczy.  
Spojrzał na kapitana siedzącego obok, szukając potwierdzenia. Tamten skinął patriarchalnym  
gestem i nic nie powiedział. To co tu ostatnio usłyszał i zobaczył, przekraczało jego wy- 
obraŜenia o pracy dochodzeniowej na prowincji i wolał zachowywać powściągliwe milczenie.  
W pokoiku na górce, oprócz dwóch przedstawicieli milicji, siedzieli teraz Waldemar,  
doktor Czarliński i Sylwin. W ciągu ostatniej godziny przez pokój przewinęli się wszyscy  
mieszkańcy zagrody, a takŜe poszkodowani na ciele i dobytku młodzi mieszkańcy namiotów  
na pobliskim cyplu. Teraz cała uwaga zebranych skupiła się na Sylwinie.  
– AleŜ, panowie – perswadował – nie rozumiem, czemu moja opowieść was nie zadowala.  
PrzecieŜ ja widziałem napastników!  
– Hm, tak – powiedział oficer i spojrzał na Jedziniaka znacząco. – Więc najpierw, mówi  
pan, gadali w niezrozumiałym języku…  
– Panna Jolanta moŜe to potwierdzić, gdyŜ wcześniej słyszeliśmy ich razem.  
– Panna Jolanta ma głowę zawróconą czym innym – wtrącił z przekąsem Czarliński.  
– Co pan chce przez to powiedzieć? – uniósł się Sylwin. Tamten zrobił nieokreślony, ale  
bardzo elegancki gest i umilkł.  
Zapadła denerwująca cisza. Waldemar odchrząknął dwa razy i rzekł tonem konwersacyjnym,  
jaki gospodarz stosuje zwykle dla podtrzymania rozmowy:  
– Podobno diabły posługują się zwykle niezrozumiałym dla nikogo językiem zwanym beł- 
kotem – wymyślanym zresztą na poczekaniu, natomiast w chwilach złego humoru uŜywają  
francuskiego z wyraźnym kaszubskim akcentem. Á propos, czy znasz, Sylwinie, francuski?  
– Dość tego – wybuchnął nagle oficer. – To są powaŜne sprawy. Pan opowiada bajki.  
Owszem, widział pan coś, co stało się podstawą dla pańskich fantastycznych rojeń. SierŜan- 
cie, proszę jeszcze raz sprowadzić jednego z poszkodowanych.  
– Którego?  
– No, sam pan będzie wiedział najlepiej.  
Jedziniak wyszedł i po chwili wrócił prowadząc ze sobą młodego męŜczyznę. W pierwszej  
chwili Sylwinowi wydało się, Ŝe jest to ten sam człowiek, którego niedawno znaleźli na uroczysku  
i uwolnili z więzów. Jednak był to ktoś inny. Inny, lecz jednocześnie taki sam, ulepiony  
z tej samej gliny, przedstawiciel tego samego gatunku.  
– Musi nam pan jeszcze raz opowiedzieć, co robiliście wczoraj wieczorem – powiedział  
kapitan.  
Młodzieniec wydął wargi w grymasie znudzenia. Poza tym jednak jego ładna twarz pozo- 
stała nieruchoma. Popatrzył na kapitana i oszczędnym gestem wskazał pobliskie krzesło, co  
mogło znaczyć zarówno „czy mogę usiąść”, jak i „to ja sobie usiądę”. JakoŜ i usiadł, zwinnym  
kocim ruchem, a Jedziniak ratując sytuację powiedział:  
– No, siadajcie sobie, ma się rozumieć.  
Młody człowiek uśmiechnął się Ŝyczliwie i kiwnął obandaŜowaną głową. Chyba nawet coś  
powiedział, a moŜe był to tylko odgłos przesuwania gumy do Ŝucia z jednego kącika ust w  
drugi.  
– A więc gdzie panowie spędzili wczorajszy wieczór?  
– Na tamtej górze – powiedział, robiąc nieokreślony gest. 
Sylwin siłą zapanował na sobą. 
– Zaraz, chwileczkę. Na Ifranku? 
Tamten wzruszył ramionami. 

background image

– A ja tam wiem? Jak się płynie z motelu, to potem nie na lewo, jak jesteśmy rozbici, tylko  
na prawo, tam jest taka łysa góra.  
Nie było wątpliwości, Ŝe mówi o Bukowej Górze.  
– Co Ŝeście tam robili? – zapytał znów kapitan. Było widoczne, Ŝe obaj odtwarzają przebieg  
rozmowy sprzed powrotu Sylwina.  
– Normalnie. Piekliśmy kiełbaski, wiara kupiła w wiosce parę win, trochę słuchaliśmy radia.  
– Czego dokładnie?  
– Radio Luksemburg. „Zis is e radio laksemberg, tu ou eit, tu-ru-tu-tu-tu” – sparodiował  
nieudolnie markując kilka tanecznych ruchów.  
SierŜant Jedziniak popatrzył wymownie na Sylwina i powiedział:  
– No to i ma pan ten swój język.  
– Czy były z wami jakieś dziewczyny? – kontynuował kapitan.  
– Nie – powiedział z Ŝalem. – Posucha.  
– Do której godziny siedzieliście przy ognisku?  
– MoŜe do północy. Potem nie było co wypić, zrobiło się drętwo, no i wróciliśmy do obozu.  
– I wtedy was napadnięto?  
– Tak. 
W tym momencie na korytarzu rozległy się kroki i ktoś zapukał do drzwi. Do pokoiku  
wsunęła się głowa Antoniego Celiniaka.  
– Widzę, Ŝe przyszedłem w mało odpowiednim momencie – powiedział cicho i chciał się  
wycofać, ale Waldemar stanowczą namową skłonił go do wejścia.  
– To jest nasz miejscowy sprzedawca warzyw – objaśnił sierŜant, na co kapitan uśmiechnął  
się ze zrozumieniem.  
– Badylarstwo, co? – zapytał mrugając wyrozumiale. 
Pan Antoni zamachał szybko ręką, jak gdyby odpędzając dym snujący się po pokoju. 
– GdzieŜ ja badylarstwo. Kiosk prowadzę w wiosce. Ale nie przeszkadzajcie sobie, panowie.  
Ja z interesikiem do pana Waldka, moŜe jednak poczekam na dole.  
– AleŜ nie przeszkadza nam pan, proszę usiąść – kapitan był bardzo wylewny. – Tylko  
niewiele będzie pan wiedział, bo pewnie nie słyszał pan, co się wydarzyło.  
– A jakŜe, a jakŜe – zachichotał Celiniak. – JuŜ mi panna Janka wszystko powiedziała. śe  
się paliło i Ŝe ktoś panów turystów powiązał w pęczki.  
Oficer podniósł pytająco brwi, na co Jedziniak natychmiast objaśnił:  
– Słu… znaczy, tego – pomoc domowa.  
MęŜczyźni pokiwali ze zrozumieniem głowami.  
– Czego te kobitki nie wymyślą – przypieczętował sprawę pan Antoni i zaśmiał się bezgło- 
ś

nie.  

– No dobra – rzekł sierŜant Jedziniak. – Stanęliśmy na tym, Ŝe was napadnięto. 
Młodzian potwierdził niedbałym skinieniem głowy i mówił dalej: 
– Więc właśnie. Ale juŜ powiedziałem, Ŝe dokładnie nie wiem, jak to było. Wyleciał ten  
szaleniec i wszystkich co do jednego.  
– Jeden człowiek?! – wykrzyknął Sylwin.  
– Chyba jeden – powiedział z zaŜenowaniem młodzian. – PrzecieŜ mówię, Ŝe to był szaleniec.  
Wyskoczył na mnie i nawet Ŝem nie pisnął, a juŜ leŜałem omotany jak…  
– Jak baleron – podsunął usłuŜnie Celiniak.  
– Jak co? – zdziwił się chłopak.  
– Do rzeczy – zirytował się Jedziniak. – Ad rem, jak to mówią.  
– I nie wie pan, jak wyglądał? – zapytał Sylwin.  
– A jakŜe. Mówię, Ŝe było ciemno. Jakiś taki kudłaty.  
– Dziś wszyscy kudłaci – rzekł sentencjonalnie sierŜant.  
– O nieprawda, to juŜ niemodne – oburzył się chłopak i machinalnie pogładził po krótko  

background image

przystrzyŜonej fryzurze.  
– Ale dlaczego nikt panu nie pomógł. PrzecieŜ Ŝeby wszyscy, ilu was tam było…  
– Dziewięciu.  
– No właśnie, jeŜeli napastnik działał sam…  
– Niby tak. Ale my nie szliśmy razem.  
– Jak to?  
– Normalnie. Wiara rozproszyła się po lesie, kaŜdy miał trochę wypite, wie pan, jak jest.  
– Ale czemu pan jest taki pewny, Ŝe napadł was jeden człowiek, a nie na przykład cała  
banda?!  
– A czemu pan chce coś wmówić świadkowi – powiedział z irytacją kapitan.  
– Bo widziałem to, co widziałem – rzekł z naciskiem Sylwin.  
– Widział pan tych chłopców. PrzecieŜ słyszy pan, Ŝe tam byli, piekli kiełbaski, wypili jabola,  
posłuchali radia – jak to młodzieŜ. Reszta jest tworem pańskiej chorej wyobraźni. Dzie- 
więciu ludzi zeznało to samo, a pan chce forsować swoją wersję. Zeznali teŜ, Ŝe poszli stam- 
tąd około północy. Czy pana zdaniem zaraz po nich przyszła jakaś nowa grupa – pan w tym  
czasie śnił o nagich kobietach – i zorganizowała napad na tamtych?  
Przez chwilę panowało milczenie, po czym oficer ciągnął dalej, znacznie juŜ spokojniej.  
– A teraz gdybym ja pana spytał, co robił pan pomiędzy północą a dziesiątą rano, bo z pana  
słów wynika, Ŝe o tej porze odzyskał pan przytomność? Wiem, wiem, dostał pan w głowę i  
nic nie pamięta. Ale dlaczego dostał pan w głowę na tej waszej górze, a ocknął się w pobliŜu  
zdemolowanych namiotów, hę?  
– Niosła mnie Karusia, mówiłem o tym…  
– Dobre sobie. Ile ona ma lat?  
– Osiemnaście chyba.  
– I ja mam uwierzyć, Ŝe ta dziewczyna przeniosła pana o dobry kilometr?  
– Obywatelu kapitanie – wtrącił Jedziniak – gdyby pan tę, hm, dziewczynę zobaczył…  
– Ja nie muszę widzieć, sierŜancie, są normy wiekowe siły…  
– Ale ona nie jest normalna.  
– Co? No właśnie, do tego zmierzam. Wszystko to jest nienormalne, a pana, panie…  
– Radzikowski.  
– … Radzikowski, przygoda w szczególności. Więc ja się nie pytam pana o to wszystko,  
chociaŜ mógłbym na przykład załoŜyć, Ŝe to pan w jakimś napadzie szału pobił tych chłop- 
ców i stąd się wzięło pana stłuczenie głowy.  
Zapadła denerwująca cisza. Niespodziewanie dla wszystkich odezwał się przesłuchiwany  
chłopak. Mówił bez dotychczasowej nonszalancji, z zaciętym przekonaniem. Zwracał się teraz  
wyłącznie do oficera, jak gdyby między nimi a pozostałymi osobami zapadła nagle niewidzialna  
kurtyna.  
– To wszystko jedna sprawka… jak wtedy… kaŜdemu wolno chodzić po wyspie. Najpierw  
powiesili Józka, niby za co, kaŜdy ma takie samo prawo… To trzeba ukrócić… to siedlisko  
wariatów…  
Wszyscy milczeli, a chłopak, wadząc się nagle z tą ciszą, krzyknął:  
– Do diabła, niech pan posłucha, co mówią ludzie wokoło!  
Rozmówca patrzył na niego wzrokiem, w którym musiało błyszczeć niezrozumienie, bo  
wyrzucił jeszcze z siebie:  
– O Borucie! – i znów po chwili ciszy: – To jest zagroŜenie dla spokojnych obywateli!  
W ciszy, jaka znów zapadła, rozległ się, zza owej niewidocznej bariery, cichy głos Antoniego  
Celiniaka.  
– A ja tu tyle, łaskawco, spaceruję, za grzybkami chodzę i jeszcze nikt mnie nie pobił.  
Rozległ się nieprzyjemny śmiech i chłopak powiedział, wracając do poprzedniego „luzu”:  
– Dobre sobie, kto by miał pana ruszać? Nawet pana tknąć nie trzeba, wystarczy wziąć na  

background image

huki i zaraz się pan rozpadniesz.  
Celiniak uśmiechnął się smutno.  
– Nawet się nie obraziłem – powiedział cicho – ale trudno mi będzie nie zapamiętać pań- 
skich, hm, wskazówek.  
Na tym skończyła się rozmowa z poszkodowanym. Jedziniak proponował Sylwinowi, Ŝe  
powoła powtórnie jeszcze któregoś z pobitych chłopców, lecz ten nie zdradzał na to Ŝadnej  
ochoty. Od pewnego czasu popadł jakby w letarg i tylko znający go dobrze Waldemar wie- 
dział, Ŝe jest to tylko pozór marazmu, któremu przyjaciel oddawał się wtedy, gdy czuł, Ŝe  
działanie praktyczne jest chwilowo skazane na zagładę i naleŜy oddać się wewnętrznej pracy  
umysłu. Wobec tego milicjanci poŜegnali się wkrótce i odeszli, zaś w domu pod lasem rozpo- 
czął się obiad pozbawiony zwykłej scenerii. Rozmowa albo nie kleiła się wcale, albo dotykała  
wydarzeń ostatniej nocy, a wtedy pani Zofia irytowała wszystkich snuciem najzupełniej 
fantastycznych  
wyjaśnień oraz katastroficznymi prognozami na przyszłość. Jedynym, który sta- 
nął w jej obronie, okazał się doktor Czarliński.  
– Ma pani po części rację, wszystkiego w tej sytuacji moŜna się spodziewać. Nie ulega  
wątpliwości – zwrócił się teraz do Waldemara – Ŝe po pańskiej wyspie grasuje wariat. Co do  
tego nie mylił się nasz młody przyjaciel z namiotów, tyle tylko Ŝe w młodzieńczej zapalczy- 
wości obrócił swą złość na najbliŜszy moŜliwy cel – przeciwko panu.  
– Do licha – rzekł Sylwin bez związku. – Zapraszam panów na mały spacer poobiedni.  
Wyspa stanowczo potrzebowała deszczu. Słońce praŜyło z taką Ŝywotnością, z jaką moŜe  
Ŝ

yć ten, kto umiera kaŜdego wieczora, a jednak rano zostaje mu darowany jeszcze jeden  

dzień. Czarliński zauwaŜył mimochodem, Ŝe dzisiaj na pewno będzie burza, ale oświadczenia  
tego typu były przyjmowane z rosnącą z dnia na dzień nieufnością. Po kilkunastu minutach  
marszu znaleźli się na stoku Bukowej Góry. Sylwin zatrzymał się w połowie jego wysokości.  
Nie było po co iść na górę: ślady po ognisku nie dowodziłyby niczego nowego. Gdzieś w tym  
miejscu Sylwin pamiętał jeszcze, co się działo. Gdzieś niŜej, moŜe tutaj, jego świadomość nie  
stąpała juŜ po tej ziemi.  
W piaszczystej, suchej ziemi widać było wiele śladów, nie odróŜniały się one jednak od  
siebie, gdyŜ nie miały wyraźnych konturów. W tym jednak miejscu ziemia na krawędzi stoku  
obsunęła się w sposób jednoznaczny. Sylwin zniknął nagle z oczu swych współtowarzyszy w  
gęstwinie porastającej urwisko. Po chwili wynurzył się stamtąd trzymając w ręku ptasiego  
trupa. Teraz, w świetle dnia, widać było, Ŝe jest to ptak wypchany. Jego głowa dyndała 
nienaturalnie,  
jak gdyby była juŜ odrywana i przyszywana.  
Sylwin wzniósł nad głowę ten jedyny dowód wspierający jego nocne fantasmagorie i za- 
pytał triumfalnie:  
– Co to jest?!  
– Milvus – powiedział spokojnie doktor Czarliński.  
– Co?! – krzyknęli równocześnie z Waldemarem.  
– Milvus – powtórzył tym samym tonem. – Po waszemu – kania.  
 
VIII  
Umarły powraca  
ZbliŜał się wieczór. Eryka Wegetariańska wstała z leŜaka stojącego w cieniu młodej ja- 
błonki i poczęła przesuwać go po wysokiej trawie sadu. Znalazłszy się w ostrym świetle nisko  
juŜ pochylonego słońca, usiadła z powrotem. Machinalnie policzyła kwiaty na klombie po  
drugiej stronie płotka. Pociągnąwszy parę razy nosem westchnęła w duchu, Ŝe inaczej niegdyś  
pachniała maciejka, po czym zamierzała powrócić do przerwanej lektury. Niestety, od furtki  
zbliŜał się pan Franciszek Ginter.  

background image

Rozmowy babci Wegetariańskiej z panem Franciszkiem odznaczały się tym, Ŝe starsza pani  
nie rozumiała ani słowa z tego, co mówił tamten, zaś gospodarz, nawykły do nieokiełzna- 
nych okrzyków niosących się het, po rozległych przestrzeniach jego wyspy, nie zawsze mógł  
dosłyszeć, co dystyngowana dama wypowiada pod nosem. ToteŜ teraz, nie znalazłszy w po- 
bliŜu nikogo innego, podchodził do pani Eryki nieśmiało, z cicha pęk, niby to oglądając  
drzewka, popatrując na chmurki, ona zaś oczekiwała go nastroszona i zła.  
– Ładno pogoda – zagaił Ginter znalazłszy się w pobliŜu leŜaka.  
– A, dzień dobry – odparła na chybił trafił babcia Wegetariańska.  
– Dobry, dobry – przyznał dobrotliwie gospodarz. Bawił go nieodmiennie dziwny obyczaj  
turystów – uporczywego chwalenia dnia, trzeba czy nie trzeba. Oni woleli raczej przy spotkaniu  
zagadnąć o zbiór, ocenić pogodę, wyjawić cel podróŜy – i to było ich powitanie.  
– Parno je – ocenił, nie dając za wygraną.  
– Owszem – zgodziła się dama. – Pod wieczór zawsze robi się chłodno.  
– Pewnie, pewnie – przyznał gospodarz, odznaczający się niezwykle zgodną naturą. Po  
chwili milczenia odezwał się znów. – śona prosi dziś z wieczora na poczanstunek – rzekł  
uroczyście.  
Słowo „poczęstunek” rozumiała babcia Wegetariańska w kaŜdym języku i w kaŜdej sytuacji.  
Nie wypadało jednak zgadzać się zbyt łatwo.  
– Ja chyba nie będę mogła – powiedziała z wahaniem – ale powtórzę córce.  
Ginter posłał jej rozpaczliwe spojrzenie i przestąpił z nogi na nogę. Co robić? Pamiętał  
wszak dobrze przykazanie Ŝony, które doścignęło go w chwilę potem, gdy wyszedł za próg  
chałupy.  
– Wszyscy, wszyscy, ta staro babko teŜ – powiedział wsłuchany głęboko w tamte Ŝonine  
słowa.  
Nos babci Wegetariańskiej wydłuŜył się raptownie i zagiął. Z gniewnym fuknięciem opa- 
dła na oparcie leŜaka i stanowczym gestem uniosła przed oczy ksiąŜkę, nie bacząc, Ŝe trzyma  
ją odwrotnie. Pan Franciszek postał jeszcze przez chwilę myśląc, czy dobrze wywiązał się z  
powierzonej misji, po czym rzekł: „tedy jo” i oddalił się zadowolony z siebie. Zaś starsza pani  
trwała w swoim siedzeniu nieruchomo i tylko fala oburzenia wylewała się z niej i zdawała  
toczyć po całej wyspie.  
W klimacie Ostrowia były te rzadkie momenty, gdy przyroda, jak gdyby znudzona wiecznym  
trwaniem, cichła gwałtownie, wycofywała się poza krawędź bytu, pozostawiając pustą  
scenę dla człowieka. Wtedy podnosiła się kurtyna namiętności i to, co zwykle pozostawało  
gdzieś w środku, stłamszone przez bogactwo świata zewnętrznego, teraz nagle wypełzało  
wszystkimi otworami, znaczyło naturę ludzkim niepokojem, ludzkimi lękami, ludzkim stra- 
chem. W takich chwilach wyspa zdawała się mówić całym swym ciałem, ale w rzeczywisto- 
ś

ci ziemia była wtedy niema jak nigdy. I tylko człowiek pozostawiony sam sobie, zawieszony  

z nagła w próŜni, odnajdywał własne odbicie w niemej przyrodzie i przypisywał jej grozę  
będącą jego własną projekcją.  
I oto nadszedł wieczór.  
Wierzchołki drzew duŜego lasu porastającego koniec wyspy zastygły w niemym oczekiwaniu.  
Wybuchające tu i tam z ziemi zagajniki, skupiska paproci, plantacje jagód, rozległe  
pajęczyny rozpięte pomiędzy drzewami – wszystko wydawało się martwe, sztuczne, powycinane  
z róŜnokolorowej materii. Rdzawe odcienie przypominające, Ŝe to juŜ schyłek lata, krople  
wieczornej rosy błyszczące w tym schyłkowym słońcu sprawiały, Ŝe las wyglądał, jak  
gdyby był skonstruowany z metali, minerałów, drogich kamieni. Jego sztuczność wydawała  
się wytworem najwspanialszej sztuki. Ale myśl ludzka nie znajdowała schronienia w tym  
pałacu, lecz odbijała się o jego zimne piękno nieskończonym echem, aby wreszcie nieodmiennie  
napotkać samą siebie.  
Sylwin i Jolanta zmierzali na kraniec wyspy krętą drogą wyjeŜdŜoną przez Ginterowy wóz.  

background image

Ich głosy ogromniały, wielokrotniały pod ciemną kopułą konarów i wiły się miękko po  
mchowych materacach wyściełających podłogę tego nagle wymarłego lasu. Sylwin sadził  
wielkimi krokami, pogrąŜony w myślach tak, Ŝe dziewczyna biegła prawie u jego boku, chcąc  
za nim nadąŜyć. Obok dreptał mały pudelek Genio, który w ostatnich dniach bardzo polubił  
oboje i przedkładał ich towarzystwo nad prostackie maniery Heroda i Grubego, nad głupotę  
Przygłupa i filozoficzne oddalenie od rzeczywistości Horacego. W lesie Genio starał się nie  
oddalać więcej jak na dwadzieścia centymetrów od nogi Sylwina, gdyŜ trawa ograniczała mu  
widnokrąg tak, Ŝe pozostawiony samemu sobie biegał w kółko.  
Dotarłszy na koniec wyspy ujrzeli Glonek. Unosił się nad wodą na mglanej podusze. Zda- 
wał się płynąć na obłoku, lecz była to tylko złudliwa gra cieni; wszystko wokół tkwiło nieruchomo  
pogrąŜone w sobie, dalekie, nierealne.  
Nie zabawili długo na cyplu. Jezioro nie miało dziś w sobie nic, co mogłoby wzbudzić  
ludzkie zainteresowanie. Było martwe i tylko zdawać się mogło w tej zawiesistej ciszy, Ŝe  
słychać, jak w dalekiej głębinie przetacza się leniwie, z północy na południe, ponura struga  
Czarnej Wody.  
Wracając milczeli. Przeistoczenia, jakim uległ las, nabrały teraz ostrości. Liście i szpilki  
pokryły się patyną rosy, kryształy mgły poosiadały na trawach i pajęczynach. NajlŜejszy szept  
dudnił wielokrotnym echem, niczym w olbrzymim hangarze. W głębi zamajaczyły sylwetki  
kilku młodych męŜczyzn zbierających grzyby. Rozmawiali głośno nie ulegając magii lasu.  
Sylwin miał przez chwilę absurdalne wraŜenie, Ŝe ich koszyki pełne są muchomorów. Dalej w  
tyle, nie zauwaŜona przez nikogo z nich, przemykała dziwaczna postać odziana w czerwień z  
zielenią, z szyszkami wplecionymi w skołtunione włosy i kosturem w ręce. Wyglądała niczym  
Borowa Ciotka, mściwa opiekunka lasów, ale Sylwinowi bardziej jednak przypominała  
Karusię od Ginterów.  
Wkrótce weszli w maślakowy zagajnik znajdujący się na granicy gospodarstwa Waldemara.  
Droga wiła się teraz pomiędzy dwoma nieprzeniknionymi ścianami drzew. Ich kroki nie  
odbijały się juŜ tubalnym pogłosem, lecz wypływały z ciszy w postaci sprasowanych, zgrzytliwych  
skrzypnięć. O ile przedtem szli niczym w wielkiej, blaszanej hali, o tyle teraz znaleźli  
się jakby w długiej, Ŝelaznej rurze. Przy tym kaŜdy krok był przedrzeźniany przez chrzęst  
piasku wzbijanego przez ich stopy i opadającego w chwilę później na ziemię. Zdawało się  
ciągle, Ŝe ktoś za nimi podąŜa w niewielkiej odległości, ale wystarczyło się zatrzymać na  
chwilę, aby złudne kroki rozbrzmiewające z tyłu ucichły.  
W takiej ciszy, dzwoniącej w powietrzu lękami ich najskrytszych myśli, rozległ się nagle  
upiorny, zawodzący chichot, który przeszedł w jęk skargi i skonał gdzieś w gęstwinie zagajnika,  
pozostawiając w powietrzu wibrujące na najwyŜszej nucie strachu wspomnienie.  
Sylwin Radzikowski, który stanął niegdyś oko w oko z Księciem Oruni w barze „Kotwica”,  
poczuł wyraźnie, jak po kręgosłupie przebiega mu stado mrówek. W swoim burzliwym  
Ŝ

yciu miał do czynienia z wieloma sytuacjami krańcowymi, lecz uczucie strachu nie nawie- 

dzało go zbyt często. Niebezpieczeństwo, z którym moŜna się było zmierzyć, pobudzało bardziej  
do działania niŜ do strachu. Teraz jednak poczuł, Ŝe tam, w wilgotnej gęstwinie czai się  
nieznane zło i Ŝe jest to to samo zło, którego tajemniczą obecność mieszkańcy wyspy czuli  
przez skórę juŜ od pewnego czasu.  
Gdy okrzyk zgasł zupełnie, na drodze zapanowała poprzednia cisza – tak wszechwładna,  
Ŝ

e to co usłyszeli przed chwilą, wydało się obojgu nierealnym złudzeniem. Teraz dopiero  

Sylwin spostrzegł, Ŝe ręka Jolanty zaciska się na jego dłoni aŜ do bólu, a Genio przywiera  
ciasno do jego stóp. Stojąc tak wsłuchiwali się w przestrzeń, ale las trwał nieporuszony.  
Wreszcie Sylwin poczuł, Ŝe jego ręka uwolniła się jakoś ukradkiem z jej dłoni. Pomyślał, Ŝe  
muszą wyglądać śmiesznie, zbici na tej drodze w gromadkę jak stado owiec, i poczuł zawstydzenie.  
– Jakiś ptak – powiedział konwersacyjnym tonem.  
– MoŜe kania – odparła równie obojętnie.  

background image

Zaniemówił na chwilę. Rozmawiał z nią o nocnych wydarzeniach bardzo ogólnikowo, a o  
porannym znalezisku wcale. Jeśli ktoś jej powiedział, to czemu teraz…  
– Dlaczego akurat kania? – spytał znów bez emocji. 
Wzruszyła ramionami. Było to bardzo przekonywające wzruszenie ramionami. 
– To takie drapieŜniki, bardzo podobne do sokołów. Podobno wydają takie przenikliwe  
wrzaski.  
– Hm, to bez wątpienia kania – rzekł bardzo autorytatywnie, chociaŜ pierwszy raz zoba- 
czył tego ptaka dziś rano i nie wiedział nawet, czy w ogóle wydaje jakieś odgłosy. Tą zgodą  
chciał zrehabilitować swoją podejrzliwość. Pomyślał, Ŝe to wszystko robi się chorobliwe,  
skoro niewinna rozmowa tak nastraja jego czujność.  
W tym momencie przeraźliwy wrzask powtórzył się w całej okazałości, jak gdyby dla 
zilustrowania  
ich rozmowy. Ich reakcja powtórzyła się takŜe, teraz jednak wiedzieli, jak zaczaro- 
wać niesamowitość, jak się odŜegnać od strachu.  
Ruszyli do przodu nie oglądając się za siebie. Sylwin spostrzegł, Ŝe musi się kontrolować,  
Ŝ

eby nie przyspieszać kroku. Wkrótce zagajnik pozostał za nimi. Z jednej strony drogi, na  

zboczu, ciągnął się teraz młodniak, nad którym znajdowało się Waldemarowe gospodarstwo,  
z drugiej strony stały wysokie sosny. Za nimi połyskiwała ciemna tafla jeziora oświetlona  
ostatnimi promieniami słońca.  
Sylwin skręcił ze ścieŜki i zatrzymał się pod pozorem zawiązania sznurowadła. Kucnąw- 
szy wśród grubych pni sosen mógł widzieć dokładnie drogę, którą przed chwilą szli. Nic się  
tam nie działo. Za to niŜej, na granicy zagajnika i łąki porastającej brzeg jeziora, zobaczył  
sylwetkę człowieka, spieszącego się najwyraźniej. Miał na sobie obszerną kurtkę i niósł coś w  
ręku. Z tej odległości i przy tym oświetleniu trudno było rozpoznać nawet jego płeć. Sądząc z  
wielkich, kołyszących kroków, jakimi przemierzał przestrzeń łąki, mógł to być męŜczyzna.  
Wyglądał na grzybiarza.  
– Jego teŜ wypłoszyło – uśmiechnął się Sylwin. – Chodźmy, bo Ginterowa będzie zła, Ŝe  
się spóźniamy.  
– ZałoŜę się, Ŝe będzie jajówa z kurkami – powiedziała Jolanta, lecz on nie przyjął zakła- 
du, bo wiedział, Ŝe to prawda.  
Droga biegła coraz bliŜej jeziora. Teraz juŜ po lewej stronie nie było lasu, tylko wąski pas  
łąki. Ciągnął stamtąd chłodny, wilgotny opar. Na prawo wznosiło się nadal zbocze porośnięte  
młodniakiem.  
I wtedy usłyszał ten szelest, a właściwie całkiem jawny chrzęst, i zanim uświadomił sobie,  
Ŝ

e słyszy kogoś przedzierającego się przez gęstwinę (chociaŜ myśli podsuwały mu, Ŝe moŜe  

któraś z krów gnanych zwykle przez Jerzyka górą zboczyła w gąszcz, on czuł obecność k o g  
o ś), zanim więc uświadomił to sobie, w powietrzu wibrował znów szaleńczy śmiech i krzyk  
rozkładający kaŜdy nerw ciała na strzępy, zawieszony w próŜni – poza rozumem, rozsądkiem,  
wolą. Najbardziej paraliŜująca była świadomość, którą właśnie posiadł, Ŝe to nieludzkie łka- 
nie wydawane jest przez człowieka. A więc Czarliński miał rację: na wyspę przedostał się  
jakiś zbiegły szaleniec i teraz ściga ich z Ŝelazną konsekwencją. Jakie zadanie sobie postawił?  
Przepędzić ich ze swojego dominium, nastraszyć, zniszczyć? MoŜe mieli się stać obiektem  
zemsty za krzywdy, jakich doznał od ludzkości? MoŜe ucieleśnili niespodziewanie jakiegoś  
ś

miertelnego wroga z jego upiornych rojeń?  

Bezradność. To było jedyne słowo nadające się do określenia tej sytuacji. Wejść tam, w  
czarną gęstwinę, gdzie czyhał obłąkany niczym osaczony odyniec? A zostawić sprawę wła- 
snemu biegowi, oznaczało pozostać nadal z tajemnicą.  
– Chodź – powiedział cicho Sylwin. – On przyjdzie.  
Poszli prosto na zabudowania Ginterów. Lasek skończył się. Za nimi pozostawała pusta  
przestrzeń. Było juŜ prawie ciemno. Jedynie wody zatoki zwanej Babą jaśniały jeszcze wie- 

background image

czorną poświatą.  
Zatrzymali się pod jabłonką rosnącą na zapleczu Ginterowej obory. W pobliŜu stał pieniek  
do rąbania drzewa. Pachniało trocinami i nawozem.  
Na tle jaśniejącej powierzchni wody zobaczyli zgarbioną postać przesuwającą się zdecydowanie  
wzdłuŜ brzegu. Zmierzała w kierunku Bukowej Góry. W jej działaniu widać było  
niewiarygodne zdeterminowanie, które przejmowało lękiem.  
Sylwin podszedł do pieńka i wyjął zeń siekierkę. Potem ruszył w kierunku Bukowej Góry  
północnym brzegiem. U jej stóp, na polanie, zatrzymał się obok duŜego namiotu wojskowego,  
który był tam stale rozstawiony jako podręczny magazyn dla przyjaciół i członków rodziny  
Waldemara obozujących w tym miejscu. Wtedy usłyszał za sobą szelest i zobaczył, Ŝe Jolanta  
podąŜa przez cały czas za nim.  
– Weź to i stój tutaj – powiedział szeptem oddając jej siekierę.  
W następnej chwili piął się pod górę gołym stokiem, rozglądając się na wszystkie strony.  
„NierozwaŜnie, ale skutecznie – i nawet w miarę bezpiecznie. W ten sposób musi mnie zoba- 
czyć – myślał – i co z tego. Na otwartej przestrzeni nie zaskoczy mnie. A nawet jeśli pozostanie  
w ukryciu, to przecieŜ teraz nie on osacza, nie on ściga, tylko jego tropią”.  
Był juŜ na samym szczycie, ale nic nie dostrzegł, a i jego chyba jeszcze nie zauwaŜono. Na  
gołym brzegu od strony Baby nie widać było nikogo. Porastające łagodne zbocze jałowce  
tkwiły bezszelestnie w półmroku, zaświadczając swą wyniosłą obojętnością, Ŝe nikt się za  
nimi nie kryje. Nie, zło tkwiło po przeciwnej stronie, na przepaścistym zboczu północnym.  
MoŜe przekrada się juŜ wąską ścieŜką u stóp góry lub teŜ czai się w którymś z jarów. MoŜe w  
tym, w którym on sam zeszłej nocy…  
Zobaczył go. Był takŜe na szczycie góry. Szedł bardzo wolno i ostroŜnie wzdłuŜ urwiska,  
prawie niewidoczny na tle ciemnej ściany drzew. Schodził w kierunku polany.  
A więc miał jasno wytknięty cel. Ten nieznajomy szaleniec dąŜy na polanę, gdyŜ tam spodziewa  
się ich zastać. Po co?  
Tamten zobaczył go równieŜ. Przez tę krótką chwilę namysłu Sylwin jeszcze raz przekonał  
się, Ŝe w takich sytuacjach myślenie jest za wolne, więc nieskuteczne. śe trzeba reagować  
instynktownie albo w ogóle nie pakować się w to. Ba, ale gdzie niby miały się te odruchy  
wyrobić. Nie co dzień spotyka się szaleńca. A on był szalony – teraz nie było co do tego wąt- 
pliwości. Zaplanował swoją akcję w kaŜdym szczególe, jak gdyby był jakimś tutejszym  
Monte Christo szykującym od lat plan zemsty – ale przecieŜ cały jego wysiłek był skierowany  
w próŜnię, gdyŜ nie znali się nawzajem. I właśnie ta Ŝelazna logika działań absurdalnych two- 
rzyła jądro jego szaleństwa. Teraz obrócił się z wolna i wtedy jego sylwetka zarysowała się w  
mroku wyraźniej. Ale tylko sylwetka. Ten człowiek bowiem nie miał twarzy.  
Znów myśl nie nadąŜała za zdarzeniami. MoŜe miał maskę, moŜe zasłonił twarz chustką, a  
moŜe po prostu był zarośnięty jak małpa – o tym wszystkim Sylwin nie zdąŜył pomyśleć pa- 
trząc na tamtego. Zobaczył coś, co nie podpadało pod myślenie. Ujrzał sylwetkę kanciastą,  
zakapturzoną, jakby zakutą w pancerz. Miejsce twarzy zajmowała bezkształtna plama. Na jej  
tle jarzyły się upiornie białe, nieludzkie źrenice oczu. ZbliŜał się ku niemu nieprzerwanie, a  
gdy juŜ był dostatecznie blisko, Sylwin ujrzał w jego ręku osadzone na długim drągu widły.  
Wtedy zaczął się cofać. Tamten opuścił swą broń ostrzem w jego kierunku i postępował za  
nim. Nieludzki manekin, robot z elektrycznymi oczami, superkonsekwentna maszyna do  
mordowania.  
– Siekierę! – krzyknął w kierunku polany. – Daj mi siekierę!  
Wtedy usłyszał śmiech tamtego i inne śmiechy z polany poniŜej, a potem dobiegł go głos  
Jolanty:  
– Dajcie mu siekierę! No dajcie mu tę siekierę!  
I wtedy Sylwin zrozumiał juŜ wszystko, wiedział, kim jest człowiek napierający na niego.  
Ale to była wiedza myśli. Natomiast całe jego jestestwo cofało się nadal w kierunku tych  

background image

ś

miechów, nie mogąc przyjąć do wiadomości tego, co oczy juŜ zobaczyły.  

A zobaczyły oczy Sylwina rzecz dziwną. Ujrzały mianowicie zakapturzoną postać Leszka  
Wegetariańskiego sunącą z obróconym ku niemu długim, rozwidlonym patykiem. Cofał się  
nadal w transie, jak zahipnotyzowany. I nawet wtedy, gdy Leszek zbliŜył się i odrzuciwszy kij  
poklepywał go po ramieniu rechocąc z uciechy – nawet wtedy najgłębsza istota Sylwina nie  
przyjmowała tego faktu do wiadomości.  
Następnego dnia z rana Sylwin opuścił wyspę. Wyjaśnienia, jakich udzielił, były mętne i  
fragmentaryczne, toteŜ ci, którzy nie znali go bliŜej, podejrzewali, Ŝe obraził się z powodu  
kawału wypłatanego mu przez Leszka. Prawdziwe powody były inne, chociaŜ on sam nie  
zaplanował jeszcze do końca celu podróŜy.  
Wczoraj, gdy wśród śmiechów i kpin osób niespodzianie zgromadzonych na polanie – a  
byli to pani Zofia, Waldemar i doktor Czarliński, wysłani przez gospodynię, w celu odszukania  
spóźnialskich – nastąpiły wyjaśnienia, Sylwin zrozumiał kilka spraw. Słuchał niby tego,  
co mówił Leszek o pękniętym wale korbowym, o nadziei na szybką naprawę, o tym, Ŝe w  
oczekiwaniu na nią postanowili jednak wrócić na wyspę, no i oczywiście, Ŝe tak wybornie  
udało mu się ich podejść. I jeszcze o cmentarzu w Legnicy, na którym pod kierunkiem zdolnych  
koleŜków wyuczył się był w latach szczenięcych tego upiornego okrzyku. Tego wszystkiego  
słuchał Sylwin jednym uchem, a naprawdę zastanawiał się nad mechanizmem psychologicznym  
tego, co się wydarzyło, nad działaniem ludzkiej wyobraźni. Jego własna wyobraź- 
nia nie naleŜała do wybujałych. Była bogata, lecz panował nad nią, potrafił ją poskromić, gdy  
była niepotrzebna. A przecieŜ przed chwilą zobaczył to, co chciał zobaczyć, co podsunęła mu  
wyobraźnia wcześniej – zdeterminowanego szaleńczym rojeniem wariata, a nie to, co widział  
naprawdę. Owszem: trudno było go rozpoznać w kapturze zasłaniającym prawie całą twarz,  
spod którego tylko szkła okularów świeciły odbitą poświatą nocy, ale teŜ nie ulegało wątpli- 
wości, Ŝe zobaczył w tej jednej sekundzie coś zupełnie innego niŜ obiekt, na który patrzył.  
Zachodziło pytanie, dlaczego jednak nie zobaczył Leszka, skoro tamten stał przed nim. Od- 
powiedź była prosta. Dlatego, Ŝe Leszek wyjechał. Nie było go na wyspie. Nie był brany pod  
uwagę. Po prostu go nie było. I choćby stanął w lepszym świetle, bez kaptura, to w tych oko- 
licznościach mógłby zostać nie rozpoznany, nie przyjęty do wiadomości. Jeśli fakty przeczą  
„zdrowemu rozsądkowi”, to tym gorzej dla faktów. MoŜna patrzeć i nie widzieć, jeśli wy- 
obraźnia nie akceptuje tego, na co się patrzy.  
I w ten sposób Sylwin przypomniał sobie dokładnie, co widział poprzedniej nocy. Widział  
grupę młodych ludzi zachowujących się, delikatnie mówiąc, dziwnie – teraz juŜ był ostroŜ- 
niejszy w formułowaniu pochopnych hipotez w oparciu o podsuwane przez wyobraźnię go- 
towe tłumaczenia, więc nie nazywał tego, co widział – a ich przywódcą był nie kto inny, jak  
doktor Czarliński. Teraz, gdy przekonał się, jak własna wyobraźnia umie płatać figle fałszując  
fakty, potrafił spojrzeć prawdzie w oczy. Czarliński był tam, chociaŜ być go nie mogło, nie  
powinno, chociaŜ było to nie do pomyślenia.  
I jeszcze jedno waŜne odkrycie dokonało się w świadomości Sylwina pod wpływem  
wstrząsu. Przypomniał sobie, z kim skojarzył nazwisko Czarlińskiego wtedy, gdy po raz  
pierwszy przeczytał zagubiony później telegram od Waldemara, którego zresztą tamten się  
wyparł.  
Ginterowa nie zdziwiła się specjalnie powrotem Leszka. Powiedziała, Ŝe słysząc krzyki na  
wyspie, od razu pomyślała sobie, Ŝe wrócił ten wesoły pan. Kolacja upłynęła, jak to się pięk- 
nie mówi, w miłej i pogodnej atmosferze. Jednak wesołość panująca w izbie wydawała się  
Sylwinowi mocno naciągana. On sam był roztargniony i pogrąŜony we własnych myślach,  
przez co zasłuŜył kilkakrotnie na naganę gospodyni. Około dziesiątej wszyscy się rozeszli i  
tylko Sylwin pozostał do północy. Rozmowa, jaką przeprowadził z Ginterem, podczas gdy  
pani Weronika przysłuchiwała się w milczeniu, z rzadka wtrącając słowo lub tłumacząc nie- 
zrozumiałe fragmenty, wyświetliła wiele spraw, ale teŜ wiele zaciemniła. Nazajutrz Sylwin  

background image

wyjechał.  
ś

ar miasta buchnął mu prosto w twarz. Drzwi autobusu zatrzasnęły się za nim, zrywając  

ostatnią nić łączącą go z wyspą. Wraz z nim wysiadło kilku przyjezdnych z rozmaitych wiosek  
rozsianych na trasie autobusu. Niektórzy tu pracowali i ci wsiąkali w parny zaduch miasta  
z obojętnością. Inni robili wraŜenie ludzi śmiertelnych, którzy nagle znaleźli się wśród 
olimpijczyków.  
Włączeni w potok szarzyzny emanowali jeszcze przecieŜ energią prowincjonalnych  
słońc.  
Jadąc dziesiątką sprzed dworca kolejowego na Siedlce, Sylwin jeszcze raz pomyślał o  
współczesnym olimpie. Tam, w gmachach obejmujących szpalerem trasę przejazdu, w zaciszu  
gabinetów, kształtował się często kierunek przepływu gwarnej masy wypełniającej ruchliwie  
brzuch miasta. Tam, na bliźniaczych półkach, tkwił spisany i skatalogowany świat.  
Na którejś z rzędu było być moŜe miejsce na wyspę zamkniętą w urzędowych słowach. A  
moŜe leŜała juŜ na jakimś biurku?  
Radzikowski miał w mijanych gmachach kilku znajomych, co jak się moŜna domyślić, nie  
było wynikiem jego burzliwej młodości, lecz raczej pisarskiego wieku dojrzałego. Z jednym z  
nich miał się zobaczyć za parę godzin, z drugim za chwilę, w jego prywatnym mieszkaniu.  
Był to stosunkowo młody, ale przebywający na rencie męŜczyzna, którego telefon mimo to  
miał jeszcze więcej magicznej mocy niŜ wiele innych telefonów. Na skutek czarów tkwiących  
w tej czarnej skrzyneczce, modnie wystylizowanej na aparaty z początku wieku, Sylwin 
niespodzianie  
znalazł się po trzech kwadransach na schodach starej kamienicy przy ulicy Mariackiej,  
przed drzwiami z wizytówką: Jerzy Czarliński, magister praw. Odczekawszy chwilę  
w gabinecie, którego pobieŜny ogląd wyzwolił w nim pomruk: „liceum klasyczne”, ujrzał  
starego człowieka o znajomych rysach. Wkrótce miał się przekonać, jak waŜna miała się oka- 
zać rozmowa, którą w chwilę potem odbyli.  
Drugie z planowanych spotkań odbyło się w chłodnej ciszy gmachu, w którym tu i ówdzie  
jeszcze działano nie bacząc na to, Ŝe jest po godzinach pracy. To spotkanie nasunęło Sylwinowi  
sporo niewesołych myśli. Zaraz potem udał się z powrotem na dworzec. Po dziesięciu  
minutach był na miejscu, aby stwierdzić, Ŝe „szesnastowy” juŜ odjechał. Wykupił bilet do  
Kościerzyny.  
Gdy przybył na miejsce, okazało się, Ŝe tego dnia nie pojedzie juŜ do wioski Ŝaden autobus.  
Informacja ta krąŜyła wśród podróŜnych pocztą pantoflową, gdyŜ w oficjalnym rozkła- 
dzie był jeszcze jeden kurs. Tym sposobem Sylwin znalazł się w pociągu jadącym do Czerska.  
Był to tak zwany „bumelant”, który dwunastokilometrową przestrzeń dzielącą Kościerzynę  
i Olpuch przebywał w całe trzy kwadranse. Sylwin stał przez kilka minut przy oknie i patrzył  
na mijane lasy, dopóki ciemność nie przykryła ich zupełnie. Potem skierował się do prze- 
działu. Dwóch męŜczyzn awanturowało się na korytarzu. Jeden z nich utrzymywał, Ŝe obo- 
wiązuje tam zakaz palenia, drugi uwaŜał, Ŝe owszem – wolno palić. Obaj, stojąc pośrodku  
korytarza w odległości dwóch metrów od siebie, wskazywali na odpowiednie symbole wyrysowane  
na ścianie i wymyślali sobie od analfabetów rysunkowych. Nadszedł konduktor i  
męŜczyźni odwołali się do jego zdania. Orzekł, Ŝe obaj mają rację, gdyŜ pół korytarza jest dla  
palących, pół zaś – dla niepalących. Sylwin wyszedł z przedziału i zapalił papierosa w bezpiecznej  
odległości od niepalącego podróŜnego, który siedział teraz na bocznym krzesełku i  
mruczał coś o alergii na dym i o absurdalności przepisów. Z toalety wyszła przystojna dziewczyna.  
Wyciągnęła papierosa i zwróciła się do siedzącego z prośbą o zapałki. Nieszczęśnik  
wstał i oddalił się do innego wagonu wyjąc z cicha. Sylwin znów wrócił do przedziału. Po raz  
kolejny wyjął z kieszeni zdjęcie, które wręczono mu przed paroma godzinami. Przedstawiało  
ono scenę z wystawnego pogrzebu. Krąg dobrze ubranych męŜczyzn otaczał otwartą trumnę.  
LeŜały w niej zwłoki jeszcze młodego męŜczyzny, którego rysy nie pozostawiały Ŝadnych  

background image

wątpliwości.  
Był nim doktor Czarliński.  
 
IX  
Czerwona piwonia  
Z Olpucha do Wdzydz prowadziła droga, która – niegdyś leśna – dziś przebiegała pomię- 
dzy ogrodzeniami ośrodków wypoczynkowych pobudowanych przez rozmaitych potentatów  
przemysłowych. Asfalt wcale nie ułatwiał sześciokilometrowego marszu, wpijając się swoimi  
nierównościami w stopy poprzez cienkie podeszwy tenisówek.  
Kąt był cichy i spowity mgłą. Na mostku stała Trudzia i wpatrywała się w jezioro. Sylwin  
zobaczył, jak się zestarzała przez te lata. Zrozumiał niespodziewanie, Ŝe Kąt nie będzie juŜ  
nigdy tym samym Kątem.  
– No i co tam, Sylwuś – powiedziała cicho odwracając ku niemu okrąglutką twarz i bły- 
skając okularami. – Spotkał ty są z Borówcą w lese, Ŝe jes taczi smutni?  
– Źle – odrzekł. – Trzeba będzie chyba iść z wyspy.  
– Ty se na to sroj – powiedziała z przyzwyczajenia, ale bez zwykłej werwy. Jej głos był  
zmęczony.  
Wsiadł w kajak pozostawiony rano przy pomoście i odbił od brzegu. Wir wodny pozostawiony  
po wiośle wzbił na powierzchnię wody kupę mułu, w którym gniły resztki dawnego  
bujnie rozkwitłego Ŝycia biologicznego zatoki. Zapachniało stęchlizną.  
Jezioro przykryte grubym płaszczem mgły wyglądało niezwyczajnie. Kontury brzegów i  
ostrowów unosiły się jakby w powietrzu łącząc z bryłami chmur w zaklęte zamki, królewianki  
i apokaliptyczne potwory zŜerające niebiańskie odbicia ziemskich rzeźb tego gigantycznego  
pałacu przyrody. Wydawało się, Ŝe jego sklepienie ledwo juŜ wisi i lada chwila pęknie, a  
przez szczelinę wyleje się na rozpalony wielotygodniowym upałem świat potok wody, która  
parując z sykiem rozsadzi do reszty niebieską kopułę – i jej ziemskie zwierciadlane odbicie.  
Przesmyk na Wielkie Wody spowity był śmiertelną ciszą. Opadłe liście – pierwsza zapo- 
wiedź nadciągającej jesieni, niedostrzegalnie płynęły na południe niesione podskórnym prą- 
dem Czarnej Wody. Olbrzymi cień Kozłowca przytłaczał wszystko, jakby to tu umiejscowiło  
się jądro nocy.  
Przybił do wyspy tuŜ przy gospodarstwie Ginterów, nie opodal szerokiej piaszczystej drogi,  
którą woŜono z jeziora pitną wodę. W checzy nie było nikogo. Rozwierał po kolei wszystkie  
drzwi i wzywał gospodarzy – bezskutecznie. Gdy juŜ wychodził z sieni, otworzyły się  
nagle drzwiczki od komina i niezmiernie czymś poruszona Karusia chwyciła go za rękę. Zaci- 
skając palce w Ŝelaznym uchwycie krzyczała:  
– Nie chodzić, panie, nie chodzić tam! 
Sylwin wyrwał się i wybiegł ścigany skowytem dziewczyny. 
Na wyspie coś się działo. Psy ujadały za palisadą z pni otaczającą dom Waldemara. Gdzieś 
z dołu las rozbrzmiewał polifonią zlewającą się w nieopisany harmider. W domu zastał jedynie  
babcię Wegetariańską, która machnąwszy zamaszyście ręką powiedziała:  
– Poszli łapać tego wariata!  
– Jakiego wariata? – krzyknął porywczo Sylwin. 
Staruszka stanęła bezradnie, mieląc językiem w ustach jakieś słowa, wreszcie odrzekła: 
– No tego szaleńca, co biega po wyspie.  
Sylwin zaklął z cicha i wybiegł z zagrody. Przez niedomkniętą bramę wyskoczyły za nim  
psy. Herod i Gruby zamilkły statecznie wydalając z siebie tylko krwioŜercze rzęŜenie, za to  
Genio rozjazgotał się namiętnie wznosząc łeb do księŜyca. Głupek usiłujący przejechać się na  
ogonie Heroda płakał, skarcony, nad swoim nieszczęściem. Tylko Horacy po przebiegnięciu  
kilkunastu metrów zawrócił swe bez miary podługowate cielsko i oddalił się w innym kierunku  
wąchając po drodze kwiatki. Reszta biegła obok Sylwina, który sadził wielkimi susami,  

background image

najpierw drogą prowadzącą w dół, potem podmokłym Błotkiem. Głosy dobiegały wyraźnie z  
matecznika, ale teŜ z lasu leŜącego powyŜej, na wzgórzu.  
Psy dobiegły pierwsze do ściany drzew i wkrótce było słychać, jak przedzierają się przez  
chaszcze obrastające matecznik. JuŜ były w środku i buszowały w tej otulonej ciasno przestrzeni.  
Ich szczekanie potęŜniało w łonie lasu i chociaŜ tłumione u spodu rozbrzmiewało  
donośnie w koronach drzew.  
Sylwin znajdował się teraz w odległości kilkunastu metrów od matecznika. Nie zdąŜył się  
jeszcze dobrze zastanowić, w jaki sposób sforsuje kolczastą barierę krzaków, gdy na krawędzi  
lasu wszczął się ruch. Szczupłe postaci wyskakiwały w róŜnych punktach „Ŝywopłotu” i nie  
zatrzymując się pędziły w jego kierunku. Byli to młodzi męŜczyźni. Wszyscy przypominali  
chłopaka uwolnionego przed paroma dniami z więzów. Rozbiegli się po równinie Błotka niczym  
młode pająki z pozostawionego w piasku plaŜy jaja. Głosy z góry dobiegały nadal. Były  
to głosy mieszkańców domu pod lasem. Rozbrzmiewały coraz niŜej, przybliŜały się.  
Jeden z młodzieńców zobaczył Sylwina i ruszył w jego kierunku. Czas był po temu naj- 
wyŜszy, gdyŜ rozbisurmanione pieski wypadły na powrót z lasu i poczęły harcować po Błotku  
wielce zadowolone z takiego polowania.  
– Do jasnej cholery, kto wypuścił te psy! – wrzasnął męŜczyzna znajdujący się najbliŜej  
Sylwina. Ten zatrzymał się i odkrzyknął:  
– To dobre pieski do polowania z nagonką!  
– Ale one tylko przeszkadzają!  
– To mądre pieski – obstawał przy swoim Sylwin.  
– Do diabła! – odezwał się piskliwie inny głos. – To weź je pan zawołaj!  
Sylwin spełnił Ŝyczenie głosu, którego właściciel wyłonił się wkrótce z ciemności, wska- 
zując wymownie tu i ówdzie postrzępione spodnie.  
– śeby to chudy byk wyruchał! – ocenił zwięźle sytuację patrząc na Sylwina bez sympatii.  
Temu zaś wydawało się to być obojętne. Z niecierpliwością wpatrywał się w ciemność, usi- 
łując przeniknąć ją wzrokiem. Albowiem w mateczniku nadal kotłowało się od ludzi.  
Teraz wypadł stamtąd doktor Czarliński i z wielkim wzburzeniem podszedł do Sylwina.  
– Do licha, młody człowieku, nie podejrzewałem pana o taką głupotę! Spłoszył pan gagatka,  
a nam uniemoŜliwił pościg!  
– Robiliście i tak wystarczający hałas – odpowiedział Sylwin spokojnie – a przecieŜ wam  
nie ucieknie. Jesteśmy na wyspie, doktorze.  
Czarliński zrobił ręką gest nieprzejednania, za to jeden z młodych ludzi poparł nieoczekiwanie  
Sylwina.  
– Racja! Będziemy się trzymać kupy, a te bestie wytropią faceta! 
Czarliński milczał obraŜony. 
Tymczasem z lasu wypadł Leszek siekąc kolczaste krzewy na prawo i lewo przy pomocy 
wielkiej dębowej pałki. Chciał coś powiedzieć, lecz w tym momencie w lesie rozległ się nowy  
hałas.  
Wszyscy rozpoznali przyduszony, ale całkiem wyraźny głos pani Zofii. Sylwin skoczył w  
kierunku zarośli. W biegu dostrzegł, Ŝe Leszek równieŜ wraca w gąszcz. Droga przetarta  
przez niego znacznie ułatwiła zadanie. Mimo to Sylwin czuł, jak ostre kolce rozdrapują mu  
skórę i przytrzymują za ubranie.  
Pani Zofia była w pobliŜu. Zaplątana w wysoki krzak dzikiej róŜy, a nogami wczepiona w  
kępki jeŜyn, szamotała się z bluzką okręconą wokół głowy i wydawała spod niej stłumione  
okrzyki.  
– O, ty chamie! Puszczaj, bo ci łeb rozwalę!  
Uwolnili ją z trudem, gdyŜ gryzła i kopała, dopóki nie zdjęto jej z oczu zasłony oplątanej  
w kolcach krzewu.  
Tymczasem juŜ wprowadzono w Ŝycie projekt dalszego pościgu. Podjudzane ze wszystkich  

background image

stron psy kręciły się nerwowo, ujadając na wiwat. Wreszcie, zrozumiawszy, czego się od  
nich oczekuje, pognały Błotkiem, wzdłuŜ kolczastej ściany, a potem przecięły drogę i po- 
mknęły w górę. Cała czereda ludzi ruszyła za nimi. Krzyczeli.  
– Przeczeszemy cały las!  
– Złapiemy drania! 
Sylwin uśmiechnął się. 
– Pieski wracają do domu i tyle – powiedział. – Chciałbym zobaczyć ich miny, nie piesków,  
rzecz jasna, tylko tych facetów.  
Pobiegł lekko za oddalającymi się głosami, zostawiając w ciemnościach panią Zofię z sio- 
strzeńcem.  
Psy istotnie pobiegły w kierunku zagrody, ale nie umilkły, lecz przeciwnie – ujadały coraz  
zacieklej. „CzyŜby rzeczywiście kogoś opadły?” – pomyślał Sylwin i przyspieszył biegu.  
Nagle wyrosły przed nim dwie sylwetki. Wyłoniły się z krzaków bezszelestnie i zastąpiły  
mu drogę. Zanim zdąŜył pomyśleć, usłyszał znajomy głos.  
– A dyć nie wie pan, czemu tak latają?  
Sylwin zdał sobie nagle sprawę, Ŝe nie wie dokładnie, co się tutaj dzieje, Ŝe uczestniczy w  
jakiejś absurdalnej pogoni za cieniem, za miraŜem wybujałej wyobraźni. Powtórzył machinalnie  
to, co sam usłyszał.  
– No cóŜ – rzekł z wahaniem. – Łapią tu jakiegoś szaleńca.  
– A czy tu jest jaki?  
W ciemności błyskało filuternie oko Ginterowej. Taką minę miała zwykle, gdy rozmawiała  
z gminnymi urzędnikami.  
– Z jednym to ja jezdem Ŝonata, ale na to ani sam pan Bóg nie pomoŜe.  
– Pewnie, pewnie – powiedział tatko zza jej pleców.  
– Macie państwo szczęście – powiedział Sylwin – Ŝe ta hałastra pobiegła bokiem, bo mogliby  
was uszkodzić bez dania racji. Ta cała pogoń jest równie szalona jak złudzenie, za którym  
goni.  
– My Ŝadnej pogoni nie widzieli – powiedziała gospodyni z głębokim przekonaniem. Sylwin  
pomyślał z podziwem o jej umiejętności „palenia głupa”. Musieli stać ukryci za tym ja- 
łowcem, gdy cała czereda przebiegała tędy, trzy metry od nich. Wiedział z doświadczenia, jak  
trudno jest zauwaŜyć w tym krajobrazie autochtona, gdy ten nie chce być zauwaŜony.  
– Pieski nas znają – powiedziała pani Weronika, pozornie bez związku.  
– UwaŜajcie na siebie – rzekł Sylwin. – Tak naprawdę nie wiadomo, co tu się dzieje.  
– Ja tera jezdem czysty gap – przyznała Ginterowa.  
– JaŜem wzął ten koł – zabulgotał z tyłu tatko. Istotnie, z ciemności wyłonił się drąg mo- 
gący się ubiegać o nazwę belki. – Jak ja rąbna, z takim zaro bandze kunc! – ciągnął pan Franciszek.  
– No dobra, stary, chodź do dom – przerwała małŜonka chwytając za „koł” i ciągnąc w  
kierunku drogi. – Nic tu po nas.  
– Ale tam coś się dzieje! – wykrzyknął Sylwin, gdyŜ hałasy na górze znowu przybrały na  
sile.  
– To juŜ nie nasz interes – powiedziała jakoś twardo pani Weronika. – My tu przyszli  
sprawdzić, czy kto lasu nie podpala albo kartoflów nie depce. Pan nam opowie – dodała, jakby  
usprawiedliwiając się ze swego braku ciekawości.  
– UwaŜajcie – powiedział nie wiadomo czemu Sylwin.  
Oddalali się z prostotą i godnością jednocześnie, a on znów wspinał się ku górze, do źródła  
niepokoju.  
Gdy znalazł się pod palisadą gospodarstwa, stało się dla niego jasne, Ŝe wydarzenia roz- 
grywają się w tym momencie na zewnątrz, od południowej strony ogrodzenia, w miejscu  
zwanym „Pod Lasem”. Pobiegł dość szerokim duktem, który przypominał, gdzie niegdyś  
przebiegała granica między polem a lasem. Droga kończyła się ślepo – gęstym, zaniedbanym  

background image

sosnowym laskiem. W tym kiszkowatym zakończeniu stali uczestnicy pogoni i naradzali się,  
podczas gdy ze środka lasku dobiegało histeryczne ujadanie.  
– Trzeba okrąŜyć! – radził Czarliński – Niech kilku z panów pójdzie tą ścieŜynką na prawo,  
a kilku na lewo. Tu tylko z pozoru jest trudno przejść – dalej one się poszerzają. A z tyłu  
jest wolna przestrzeń i zaraz jezioro. Nie ucieknie. No dalej!  
Wykonywano ochoczo jego polecenia, gdy nagle w krzakach rozległ się trzask i pojawiła  
się jakaś barczysta sylwetka. Dwóch młodzieńców rzuciło się na nią z pałkami.  
– Stać! – krzyknął Sylwin, a okrzyk ten uratował prawdopodobnie Waldemara Borutę  
przed niebezpiecznym ciosem.  
– Co pan tu robi? – po raz drugi tego wieczoru Czarliński był wyprowadzony z równowagi.  
– Do diabła – to samo co i pan! Ganiam za tym facetem!  
– Nie spotkał pan nikogo? – zapytał doktor, nieco udobruchany. 
Waldemar wzruszył ramionami uznając pytanie za retoryczne. 
– Tam się trudno przedrzeć. Jak psy nie poradzą, wtedy pójdziemy.  
– Lepiej zrobić to szybciej, jeŜeli ceni pan swoje pieski – rzekł Czarliński, a z lasu dobiegł,  
jakby na potwierdzenie tych słów, nienaturalny skowyt. – Panowie, obława! – dowodził doktor.  
– Rozstawić się! Ruszamy!  
– On jest w swoim Ŝywiole – rzekł Waldemar z niejakim zdziwieniem.  
– On tak – potwierdził Sylwin. – Ale czemu, do cholery, ty w tym uczestniczysz?  
– A ty? – odparował, a nie otrzymawszy odpowiedzi, zaczął mówić. – Wracałem kiedyś  
pociągiem z Bydgoszczy i wstąpiłem na piwo. Bufet pełen był kibiców. Wychwalali głośno  
grę swojego klubu, chyba „Arki”. Spytali mnie, czy jestem kibicem tej druŜyny. Powiedzia- 
łem, Ŝe nie i zanim zdąŜyłem dodać, Ŝe w ogóle nie interesuje mnie piłka noŜna, zostałem  
nazwany „lechistą” – to chyba jakiś klub konkurencyjny – i dostałem po głowie.  
Gęstwina rozbrzmiewała dzikimi okrzykami i trzaskiem łamanych gałęzi.  
– Musiałem się do tego przyłączyć, bo oni myślą, Ŝe jestem z n i m – powiedział cicho, a  
po namyśle dodał: – Albo n i m samym.  
– To znaczy kim?! Czy przypuszczasz, Ŝe on jest naprawdę?  
– Jest naprawdę, przynajmniej tylko w nas. Czy Lesio nie nauczył cię tego wczoraj?  
Uśmiechnął się sarkastycznie. Sylwin odgarnął włosy z czoła niecierpliwym ruchem i  
rzekł:  
– Bredzisz, jakbyś się objadł blekotu. Chcę wiedzieć, czy w tych krzakach siedzi ktoś na- 
prawdę, czy ci wszyscy ludzie powariowali doszczętnie.  
– Zaraz dowiemy się tego.  
Istotnie w chaszczach zawrzało. Rozległy się krzyki wyraźniej artykułowane niŜ poprzednio.  
Podekscytowane głosy obwieszczały coś, czego nie moŜna było zrozumieć. Po chwili  
pojęli, Ŝe męŜczyźni przywołują ze środka lasku Waldemara.  
Przejście przez gęstwinę nie stanowiło juŜ takiego problemu. Tyraliera męŜczyzn spusto- 
szyła zagajnik niczym stado słoni. Ciasno splecione suche gałęzie porastające dolne partie pni  
młodych sosen zostały poutrącane pałkami, w jakie zaopatrzyli się ścigający. Teraz między  
drzewkami zrobiło się całkiem luźno.  
Doszli szybko do miejsca, gdzie zgrupowała się większość uczestników obławy. O dziwo,  
nie pokrzykiwali juŜ, lecz wypowiadali ciche, wzburzone wewnętrznie kwestie wibrujące  
złowrogo w ciemności. TakŜe psy przestały ujadać. Sylwin oparł rękę o grzbiet Heroda. Pod  
dłonią poczuł zjeŜoną sierść. Po skórze zwierzęcia przelatywało falami nerwowe drŜenie.  
Koło stojących rozstąpiło się nagle. Weszli w powstałą lukę i zobaczyli to, co było dotąd  
niewidoczne, otoczone szeregiem ciał.  
Na ziemi leŜało równieŜ ciało, ale emanowało z niego coś świadczącego, Ŝe nie przynaleŜy  
juŜ ono do oŜywionej części natury. Porzuciwszy krąg niejasnych wraŜeń, Sylwin zdał sobie  
sprawę, Ŝe na ziemi leŜy po prostu trup młodej dziewczyny.  

background image

Wydobyta nieskromnie ze schowka ciemności ostrym światłem latarek, zdawała się oskar- 
Ŝ

ać tę głuszę o wspólnictwo w tej śmierci, a stojących wokół ludzi – o bezprawne wdarcie się  

w centrum tajemnicy. LeŜała przechylona na bok, skulona. Chude, dziewczyńskie nogi, wy- 
stające spod przykrótkiej spódnicy, były podwinięte. Blada twarz, kontrastująca z ciemną  
smugą włosów, miała ascetyczny, surowy wyraz. Gdyby nie to przedziwne śmiertelne 
znieruchomienie,  
wyczuwalne intuicyjnie, mogłoby się wydawać, Ŝe dziewczyna śpi.  
Sylwin przypadł do niej i dotknął jej szyi łagodnym, prawie czułym ruchem. Nie mógł się  
od tego gestu powstrzymać, tak bardzo wierzył w Ŝycie przesycające jeszcze to znajome  
skądś ciało. W następnej chwili nie miał juŜ wątpliwości. Nie Ŝyła. JednakŜe szok tej namacalnej  
prawdy okazał się owocny. Dotyk martwego ciała pozwolił Sylwinowi uprzytomnić  
sobie, kiedy widział je w pełnej krasie Ŝycia. Było to przed spalonym domem.  
Spojrzał wokoło i dostrzegł, Ŝe jego gest jest czymś wysoce nienaturalnym, nieprzystosowanym  
do okoliczności. Wbrew sobie, niejako machinalnie poprawiając tamten błędny ruch,  
ujął teraz rękę dziewczyny zrutynizowanym gestem i potrzymawszy przez chwilę orzekł:  
– Nie Ŝyje. Trzeba ją stąd wziąć w jakieś bardziej ludzkie miejsce. 
Uniósł bezwładne ciało nad ziemię, gdy nagle powstrzymał go głos Czarlińskiego. 
– Niech pan zostawi. To sprawa milicji. Nie moŜemy niczego ruszać, zanim oni nie przy- 
jadą.  
Sylwin musiał przyznać mu rację. PołoŜył ciało z powrotem na ziemi. Jej głowa przekrę- 
ciła się nagle na drugi bok jakby w geście niemej bezsilności. Włosy rozpełzły się po mchu.  
Oczom Sylwina ukazał się nagle nowy szczegół.  
W tych włosach tkwiła zmięta i zgnieciona czerwona piwonia.  
„Dziewczyna z Bukowej Góry” – pomyślał Sylwin, chociaŜ rozsądek podpowiadał mu, Ŝe  
niejedna piwonia rośnie na świecie, Ŝe twarzy tamtej dziewczyny nie widział ani przez chwilę  
i Ŝe wreszcie wiarygodność tamtych zdarzeń wydaje się jemu samemu coraz bardziej nikła. A  
jednak, gdy patrzył na rozlane wokół włosy dziewczyny, zalewały one takŜe i jego wyobraź- 
nię, łącząc ze sobą trzy punkty: spalony dom, Bukową Górę i to ciemne i wilgotne wnętrze  
lasu. Jej młodość, którą pamiętał z tamtych poprzednich spotkań, została nagle osaczona, 
zaszczuta.  
Tak, w lesie moŜna się obłąkać pośrodku drogi Ŝycia, ale wcześniej jest to zabójcze.  
Z zamyślenia wyrwało go delikatnie dotknięcie Waldemara. Przyjaciel pokazywał mu ruchem  
ręki kwiat we włosach dziewczyny. A więc pamiętał jego opowiadanie, te pozbawione  
sensu tyrady, które Sylwin przytaczał z pamięci, a które zostały przez słuchaczy przyjęte jako  
dowód pomieszania zmysłów.  
– Mamy teŜ czerwoną piwonię – powiedział nagle głośno rozglądając się wkoło. Nie zoba- 
czył jednak Ŝadnej twarzy. Tylko reflektory świeciły mu oślepiająco w twarz, jak na przesłu- 
chaniu.  
– Znów jakieś rojenia – rozległ się w ciemnościach spokojny głos doktora. – Wszyscy ją  
widzimy, ale cóŜ z tego wynika? Kwiat we włosach nie potwierdza jeszcze pańskich opowiastek,  
tak jak rozpalenie ogniska przez młodzieŜ nie kojarzy się na ogół z okropnościami, które  
nam pan niedawno opisywał. Na szczęście nie wszyscy mają tak chorobliwą wyobraźnię.  
Milczał przez dłuŜszą chwilę. Sylwin czuł, jak krąg wrogości obejmuje go za szyję.  
– No cóŜ – powiedział Czarliński z rozwagą. – Wydarzenie, które właśnie zaistniało,  
zmienia na szczęście perspektywę, z jakiej dotychczas patrzyliśmy na to wszystko, co się tutaj  
wyprawia. Dzisiejsze czasy odznaczają się sporą tolerancją na róŜne wariactwa. MoŜna nawet  
mówić o kulcie nienormalności, o dyktaturze obłąkanych. Demokracja czyni nas bezsilnymi  
wobec wybryków natury. Zanika poczucie ładu publicznego, naleŜyte zrozumienie wartości  
społecznych. Dopiero gdy dojdzie do takich tragicznych wypadków, mamy prawo interwe- 
niować. A wtedy jest zwykle za późno.  

background image

– Co pan chce, u diabła, przez to powiedzieć! – krzyknął Sylwin, ale tamten zignorował  
pytanie.  
– Ja teŜ Ŝądam wyjaśnień – powiedział spokojnie Waldemar.  
– Phhh – parsknął drwiąco Czarliński – wyjaśnień! Niestety wszystko wyjaśniło się samo!  
Pańskie, hm, dziwactwo, tak długo tolerowane… Znamy te rozmowy: prawo do odrębności,  
do bycia sobą. Uszanować inność! A wie pan, co to znaczy? Pan jest pomyleńcem, tyle Ŝe  
łagodnym, ale jakie to ma teraz znaczenie? Stworzył pan warunki rozwoju dla rozmaitych  
mętów, obłąkańców, warchołów i kryminalistów! Oto są rezultaty!  
Szmer uznania przebiegł po zebranych. Sylwin wstał i próbował wyjść z kręgu światła,  
lecz w murze ciał nie było Ŝadnej luki, w którą moŜna by się wcisnąć. Usłyszał głos Waldemara.  
– Więc twierdzi pan, Ŝe ja mam z tym coś wspólnego?!  
– AleŜ nie, to znaczy nie bezpośrednio…  
– A czemu nie? – wtrącił niespodzianie młody, arogancki głos. – PrzecieŜ gdy tu przyszli- 
ś

my, on pierwszy wylazł z tych krzaków. Co tam robił?  

– Nie pańska sprawa – powiedział Waldemar. – To samo co kaŜdy z was. RóŜnica polega  
na tym, Ŝe wy biegaliście po krzakach stadem, ja natomiast chodziłem sam. A stado zawsze  
ma rację, droga stadna jest zawsze słuszna…  
– Co on gada? – zabrzmiał głos innego młodzieńca.  
– Przerwijmy tę dyskusję – rzekł niecierpliwie Czarliński. – Nie chodziło mi o takie bez- 
pośrednie podejrzenia. Miałem na myśli to, Ŝe przez swój nadmierny liberalizm toruje pan  
drogę złu – oczywiście niechcący. To pańskie anachroniczne gospodarstwo od dawna wyma- 
gało likwidacji.  
– Niedawno był pan innego zdania…  
– O, bo pan umiał gadać! Jakich to ono owoców nie przyniesie! No i przyniosło.  
– Ale co ja ztym mam wspólnego, jeszcze raz pytam?  
– A to, Ŝe męt idzie zawsze tam, gdzie anarchia i warcholstwo, a nie tam, gdzie ład i po- 
rządek. Rozumie pan? Jest pan człowiekiem wykształconym, tak jak i większość pańskich  
przyjaciół. Wam więcej wolno, bo rozumiecie wiele spraw, nie przekraczacie, Ŝe tak powiem,  
granicy. Ale dla maluczkich wasze teorie mogą być niebezpieczne. Przeciętny człowiek nie  
moŜe wiedzieć o wszystkim. Naszym zadaniem jest sterować jego wiedzą o świecie. Nie mo- 
Ŝ

emy go do wszystkiego dopuszczać. Wszystkie piękne teorie są teŜ niebezpieczne, bo godzą  

w ład i porządek. MoŜe zajmować się nimi człowiek na poziomie, bo on nie przekroczy…  
– Skończ pan – powiedział niechętnie Waldemar. Pomimo ciemności Sylwin zobaczył na  
jego twarzy wyraz bezradności, który dobrze znał.  
– Patrzcie go – odezwał się ktoś w grupie. – Ład i porządek! I kto to mówi? Nasz kochany  
doktor?  
– Milcz – powiedział ktoś twardym głosem i dopiero po chwili Sylwin zrozumiał, Ŝe jest to  
głos Czarlińskiego. – Niczego jeszcze nie rozumiecie.  
– Staramy się – zaśmiał się ktoś w ciemnościach śmiechem puszczyka. Zapanowała cisza.  
– Trzeba wiedzieć, kiedy moŜna się bawić, a kiedy trzeba być odpowiedzialnym za siebie  
– rzekł Czarliński. – Na wyładowanie się są przeznaczone w Ŝyciu człowieka odpowiednie  
chwile po to, Ŝeby potem mógł ująć się w karby i słuŜyć społeczeństwu.  
– śycie nie moŜe mieć karbów – powiedział Waldemar. – Musi być całe realizacją siebie,  
„wyładowaniem” – jak pan to zechciał nazwać.  
– No i proszę – wykrzyknął doktor z pełną wrogości pogardą. – Ten wciąŜ swoje.  
– Ma rację doktor, a jak! – krzyczano w grupie. – Po dobrej robocie zasłuŜony wypoczynek.  
Ktoś roześmiał się cynicznie, ale nie był to juŜ śmiech skierowany przeciwko Czarlińskiemu.  
Sylwin usiłował dociec intuicyjnie, na czym opierało się spięcie zaistniałe przed chwilą  
między doktorem i młodzieŜą. Szukał słowa, które niczym haczyk zaczepiony o zwartą tkani- 
nę rozmowy, spruje ją nagle, ujawniając goliznę faktów. Ale słowo takie coraz bardziej się  

background image

oddalało. Zamiast tego Sylwin poczuł, Ŝe ogarnia go fala nieposkromionej wściekłości, nad  
którą daremnie próbuje zapanować rozum. Na chwilę wyłączył się z czasu. Oślepiająca ja- 
sność rozświetliła go od środka. „Tak, słusznie to nazywają białą gorączką” – pomyślał, gdy  
odzyskał zdolność myślenia.  
Sylwin rzucił się w kierunku głosu Czarlińskiego roztrącając po drodze ludzi tworzących  
krąg, niczym bezwolne manekiny. Nim ktokolwiek zdołał zrozumieć, co się stało, Radzikowski  
wylądował obok doktora chwytając go w tym samym momencie za kurtkę i podnosząc  
bez wysiłku z ziemi. Nikt na wyspie nie widział jeszcze tego szczupłego męŜczyzny o chło- 
pięcym wyglądzie w takim stanie. Jego oczy płonęły chorobliwie, ruchy zaś były tak brutalne,  
jak gdyby ten cherubinek zabierał się do koszenia rosnących wkoło drzew. Jednocześnie jednak  
były to ruchy bezbłędnie pewne, niezawodne. Przez chwilę zdawało się, Ŝe Sylwin, stoją- 
cy teraz dumnie, niczym wybraniec bogów, ciśnie gdzieś ciało nieszczęsnego doktora jak  
wyŜętą cytrynę. On jednak stał nadal trzymając tamtego bez wysiłku i tylko w pewnym momencie  
usłyszano jego cichy, łagodny szept. Sylwin przybliŜył ramię, w którym zaciskał  
doktora Czarlińskiego, w kierunku swoich ust i mówił. Dopiero teraz wyszło na jaw, jaka  
cisza panowała tu przed chwilą.  
– Ty draniu. Zgrywasz tutaj moralistę, a zaraz ci powiem, jaką podwójną grę prowadzisz.  
– Puść go, na Boga! – krzyknął z boku Waldemar. – PrzecieŜ on się dusi!  
– O, przepraszam, zapomniałem pana postawić przez roztargnienie – zmitygował się Sylwin  
i Czarliński stanął na własnych nogach.  
– Cieszę się – wystękał doktor, ale głos odmówił mu posłuszeństwa i nie chciał wydoby- 
wać się dalej ze sfatygowanej krtani. – Cieszę się – wycharczał powtórnie i znów utknął.  
– O? – zdziwił się uprzejmie Sylwin. – Z czegóŜ to?  
– Cieszę się – podjął po chwili zwracając się do Waldemara – Ŝe spotkało mnie to w obec- 
ności świadków. Bo to potwierdza wszystko, co panu powiedziałem. Rozumie pan? Wszystkie  
zarzuty! Skoro ten tu, zdawałoby się, najspokojniejszy… Kryptowariat! – wybuchnął.  
– Kto? – zapytał anonimowy młody głos.  
– No taki wariat, co udaje normalnego – wyjaśnił Czarliński z niezadowoleniem. Po chwili  
mówił dalej, z rosnącą wściekłością. – Dobrze się stało, wyszło szydło z worka. No, ale ja  
was teraz urządzę! Pójdziecie za kratki. Do czubków albo do kryminału. Wedle zasług.  
Zamilkł. W ciemnościach było słychać tylko jego cięŜki oddech. – Teraz idę – powiedział  
juŜ swoim zwykłym zdyscyplinowanym głosem. – Trzeba wysłać kogoś do wioski, Ŝeby za- 
wiadomił milicję. I naprawdę cieszę się, Ŝe to zaszło i Ŝe jest tutaj tyle osób postronnych. –  
Nie! – roześmiał się nagle – nie wykręcicie się sianem. Idę.  
Odwrócił się i ruszył do przodu. Nagle jak gdyby stalowe kleszcze zacisnęły się na jego  
ramieniu i przeniosły go na powrót do punktu wyjścia.  
– Jeszcze nie – powiedział łagodnie Sylwin i puścił ramię doktora. – Nie omówiliśmy naj- 
waŜniejszego. Rozumiem juŜ, jak cieszy pana ta tragedia, poniewaŜ spodziewa się pan zreali- 
zować jakieś swoje knowania. Usiłuję właśnie domyślić się, jakie to są knowania i po co pan  
je podejmuje. OtóŜ wiem juŜ, panie Czarliński, o czym nikt inny z tu obecnych, prócz pana,  
jeszcze nie wie, Ŝe nasz doktor Czarliński jest tym samym człowiekiem co pewien awanturnik,  
który jako członek grupy konspiracyjnej sławnego Hindenburga brał udział w skoku na  
niemiecką pocztę pod Olpuchem. Prócz bezwartościowych banknotów niemieckich było tam  
równieŜ paręnaście kilogramów złota. Sam Alojzy, były pana przełoŜony, mówił mi kiedyś o  
tym. Wtedy nie kojarzyłem oczywiście faktów. Czarlińskich na Kaszubach do diabła i trochę.  
Wracając do złota: zniknęło, razem z młodym, brawurowo odwaŜnym Ŝołnierzem podziemia.  
Razem z panem, doktorze. Pamiętają o tym i tubylcy. Mówią, Ŝe zakopał pan złoto i uciekł do  
Ameryki. Potem miał pan jakoby umrzeć. A złoto zostało. Pierwsze po wojnie miejscowe  
władze tak się na to złoto napaliły, Ŝe chciano przejąć wyspę na skarb państwa i rozpocząć  
systematyczne poszukiwania. Nie uczyniono tego. Potem sprawę zaczęto traktować jak le- 

background image

gendę. Ale oto pan wraca. Nieboszczyk zmartwychwstaje. O, niech pan nie zaprzecza. Mam  
zdjęcie z pańskiego pogrzebu. Dlaczego tak panu zaleŜało na ukryciu się, a jednocześnie nie  
zmienił pan nawet nazwiska?  
– Nie zaleŜało mi na tym – rzekł Czarliński beznamiętnie. – MoŜe, w pewnym okresie, ale  
później nie. Dlaczego miałbym zmieniać nazwisko? To co pan mówi, to pomieszanie prawdy  
i bujdy. Musiałem emigrować. Bałem się. Był na mnie wyrok, jak i na Alojza. Ludność miejscowa  
bała się coraz częściej udzielać pomocy, ze względu na coraz większe represje. Wyje- 
chałem. Natomiast z tym złotem to bujda. śe Alojz potwierdzał? AleŜ on w ostatnich latach  
plótł, co mu ślina na język przyniosła. Wyjechałem, wróciłem – to wszystko. I pracuję sumiennie  
na ziemi, z której wyszedłem.  
– Dlaczego z taką konsekwencją próbuje pan spowodować wysiedlenie Waldemara? Najpierw  
działał pan metodą węŜowatą, z ukrycia. Teraz nadarzyła się okazja uknucia intrygi, z  
której trzeba skwapliwie skorzystać, czy tak?  
– Do człowieka tak przesiąkniętego prywatą nie trafią argumenty, którymi się powoduję.  
Złoto, co? To dla pana jedyny sensowny motyw działania. Niech się pan dowie więc, Ŝe ist- 
nieją jeszcze inne względy: dobro ogółu…  
– Przestań pan – przerwał Sylwin. – Jest pan wrednym kłamcą. Mam tutaj zdjęcie z pań- 
skiego pogrzebu.  
Czarliński istotnie przestał.  
– Skąd je pan ma? – zapytał zmienionym głosem.  
– Od pańskiego brata, drogi panie. Odwiedziłem go. Ucieszył się. Skoro rodzony brat go  
nie odwiedza, bo jakŜe mógłby odwiedzać, skoro od pięćdziesiątego czwartego leŜy w grobie…  
Pamięta pan te zdjęcia, które robiliśmy sobie tydzień temu? Panu tak tam do twarzy z  
panną Jolantą u boku… OtóŜ mam takie zdjęcie, a raczej miałem. Pana brat zatrzymał na pa- 
miątkę. Nie chciał biedak uwierzyć, Ŝe to zdjęcie pochodzi sprzed tygodnia. W zamian dał mi  
tę fotografię z pańskiego pogrzebu. Wzruszające. Zachodni styl. Wygląda pan w tej trumnie  
niezwykle dystyngowanie…  
– Powieść układasz – mruknął Czarliński. – Ma pan dość specyficzną wyobraźnię.  
– O nie – roześmiał się Sylwin. – Tym razem nie pójdzie tak łatwo jak wczoraj. Większość  
ma zawsze rację i to jest pana atut. Jeśli kilku ludzi powie, Ŝe coś jest czarne, to jednostka  
musi w końcu przyznać rację – choćby było białe. Nie mogę panu udowodnić, Ŝe był pan  
wczoraj na Bukowej Górze, Ŝe była tam ta dziewczyna, jak to było? – „czego Ŝąda czerwona  
piwonia”, i tak dalej. Pan to mówił, chociaŜ nie mam pojęcia, co to wszystko znaczyło. Nie  
mam teŜ pojęcia, dlaczego zainscenizował pan swój pogrzeb, ale na to mam przynajmniej  
dowód: czarno na białym – dosłownie, bo fotografia jest czarno-biała.  
Sylwin wydobył z kieszeni zdjęcie pocztówkowego formatu i rozejrzał się w poszukiwaniu  
najbliŜszej latarki. Zanim jednak zdołał skierować snop światła na fotografię, ktoś nagłym  
ruchem wyrwał mu ją z ręki. Jednocześnie oślepił go snop światła skierowany prosto w twarz.  
Instynktownie jego ręce podąŜyły w kierunku, skąd przyszedł atak, ale napotkały tylko mur  
nieruchomych, ciasno stłoczonych ciał.  
– Kto zabrał zdjęcie? – krzyknął, czując, jak głupio i dziecinnie zabrzmiało to pytanie.  
– Jakie zdjęcie? – zdziwił się Czarliński, a po chwili dodał: – Chłopcy, czy widzieliście u  
pana jakieś zdjęcie?  
Ś

wiat nie przewrócił się w tym momencie do góry nogami. Nie drgnęła ani jedna gałąź  

trwającego nieporuszenie lasu. Zdawało się tylko, Ŝe tęŜejące zwłoki zgięły się w jakimś bolesnym  
skurczu.  
 
X  
Ś

cinanie kani  

– Czy my przypadkiem nie śnimy? – zapytał Sylwin po kilku minutach.  

background image

– Wykluczone – odparł Waldemar macając boleśnie rozbite w niewiadomych okoliczno- 
ś

ciach kolano. – Ta nielogiczna bzdura zdarza się nam naprawdę.  

Zostali przy zwłokach sami. Oddalające się głosy zacichły przed chwilą za lasem. Przera- 
Ŝ

ona przyroda budziła się z wolna z martwoty. Po trawach rozlegało się coraz śmielej cykanie  

owadów. Nocne ptaki poczynały rozmawiać ze sobą.  
– Chodźmy – rzekł Waldemar i jakby przeczuwając skrupuły Sylwina, dodał: – Ona rze- 
czywiście musi tu zostać. Teraz tym bardziej nie moŜemy niczego ruszać przed przybyciem  
milicji.  
Najkrótszą drogą wydostali się na zewnątrz lasku. Niebo pojaśniało teraz trochę, lecz cięŜ- 
kie chmury nadal wałęsały się po widnokręgu. Od czasu do czasu przezierał spoza nich rąbek  
księŜyca, świecącego niezdrowym blaskiem.  
Nagle po lewej stronie leśnego duktu coś zatrzeszczało i jak spod ziemi wyrosła w ciemno- 
ś

ciach jakaś postać. Sylwin zdołał uskoczyć w bok, jeszcze zanim Waldemar zauwaŜył zjawę.  

Z przyjemnością skonstatował powrót do dawnej formy.  
– Nie bij, łaskawco – rozległo się równocześnie w ciemności. – To ja, Celiniak.  
Snop światła z latarki Waldemara potwierdził prawdziwość tych słów. Z mroku wyłoniła  
się przestraszona sylwetka sprzedawcy warzyw.  
– A to pan – rzekł Boruta. – Co teŜ pana sprowadza do mnie?  
– Ano tak sobie zajechałem. Trochę za interesem, „Tygodnik” panu przy okazji przywio- 
złem…  
– Niezbyt szczęśliwie pan trafił – przerwał Waldemar. – U nas dzisiaj sądny dzień.  
– Słyszałem, słyszałem. Niech się pan nie dziwi. Ja mam dobry słuch. Zajęczy. A po drodze  
spotkałem jakichś młodzieńców. Takich bardziej… jeźdźców apokalipsy. Tak, dobrze  
mówię, toŜ nawet paru bicyklistów z wioski dało się rozpoznać. A ja się skryłem i niejedno  
usłyszałem. MłodzieŜ dziś głośno mówić nawykła.  
– Skoro pan wie o wszystkim, moje zadanie jest ułatwione. Zamierzam mianowicie prosić  
pana o przysługę. ZaleŜy mi na tym, Ŝeby po powrocie do wioski zameldował pan o zbrodni.  
Nie chcę, rozumie pan, aby taki meldunek wpłynął od osoby, która opatrzy go jakimś stronniczym  
komentarzem.  
– O, to drobiazg – zgodził się pan Antoni. – Zamienię tylko z panem kilka słów i zaraz  
pojadę.  
Tymczasem w domu panował niepokój i zamieszanie. Czarliński był tam przed chwilą i  
zawiadomiwszy panią Zofię o „znamiennym wypadku” poŜegnał się bardzo oficjalnie. Pomimo  
jednak katastroficznego nastroju nakryto do kolacji jak zawsze. Waldemar na widok  
zastawionego stołu, za którym siedzieli w komplecie wszyscy Wegetariańscy, pani Borutowa  
oraz pstrokata zbieranina sezonowych pomagierów z Maksymem i Tadeuszem Tymoteuszem  
na czele, wzruszył tylko ramionami i spytawszy pana Celiniaka, czy nie chce jeść, zabrał go  
do swego pokoju nie czekając na odpowiedź.  
Po kilku minutach wrócił sam i usiadłszy na swoim miejscu skubał po kawałku tej czy  
tamtej potrawy, nie mówiąc nic. Pani Zofia, zajmująca miejsce w tym końcu stołu, gdzie  
zwykły się grupować wszystkie stojące na nim butelki, takŜe nic nie mówiła, co było juŜ rze- 
czą wyjątkowo dziwną. Natomiast babcia Wegetariańska nie odzywała się w całkowitej zgodzie  
ze swoim zwyczajem, co jak zwykle rekompensowała sobie niezwykłą jak na jej wiek i  
ascetyczną postać, ilością pochłanianych potraw.  
Wkrótce pojawił się Sylwin z Jolantą, której zachowanie świadczyło o tym, Ŝe dowiedziała  
się o zajściu. Radzikowski czuł się całkiem nieźle. W jedzeniu konkurował z powodzeniem z  
babcią Wegetariańską, a pod względem samopoczucia wydawał się być maksymalnie 
zrelaksowany.  
Była to kwestia treningu. śycie w sytuacjach stresowych nastręczało wiele okazji do  
wyrobienia w sobie mechanizmów regulowania emocji. Właściwie doszło do tego, Ŝe w stresie  

background image

odŜywał i przejmował inicjatywę. Przypomniał sobie o tym teraz, po kilku latach, podczas  
których nie miał okazji praktykować swoich psychicznych „zaworów bezpieczeństwa”. Sie- 
dząc obok Jolanty prowadził z nią wyszukaną rozmowę na temat elementów erotyzmu w  
sztuce młodopolskiej, odwołując się konwencjonalnie do zdania innych biesiadników, którzy  
patrzyli na niego jak na głupiego. Janka mruknęła nawet coś o bezeceństwach i chciała wyjść  
z pokoju, wobec czego Sylwin zajął się koncepcją szatana w malarstwie bizantyjskim. Podczas  
tego monologu czuł, jak zmęczone całodziennymi zajęciami mięśnie wypoczywają, jak  
odŜywają te nieczynne chwilowo pokłady kory mózgowej, tak potrzebne w krańcowych 
momentach  
Ŝ

ycia, gdy intelektualizm musi ustąpić miejsca zwierzęcym instynktom.  

Pierwsze grzmoty rozległy się w chwili, gdy kolacja dobiegała końca. Ci, którzy spojrzeli  
w tym momencie w kierunku okna, ujrzeli w nim młode twarze przylegające do szyby. W  
ś

wietle dalekiej błyskawicy zabłysły ciekawe oczy obserwujące wnętrze pomieszczenia. Waldemar  

poderwał się z miejsca i wyszedł na ganek. Kilku chłopców z pobliskiego obozu pode- 
szło do niego.  
– Czy doktor pojechał do wioski? – zapytał jeden z nich.  
– A wybierał się?  
– Tak. Mówił, Ŝe on to musi załatwić, Ŝeby uniknąć dalszych nieporozumień.  
– Nieporozumień? Jeśli miał na myśli to, co się wydarzyło, to uŜył dość dziwnego określe- 
nia. W kaŜdym razie niepotrzebnie się trudził, gdyŜ ja juŜ zleciłem znajomemu z wioski  
sprawę zawiadomienia milicji. Co do Czarlińskiego, to tutaj go nie ma, więc pewnie pojechał.  
– Jak prędko moŜna się kogoś spodziewać?  
– Trudno powiedzieć. Mam nadzieję, Ŝe zdąŜą, zanim rozpęta się nawałnica. Burza idzie  
pod wiatr. Będzie niezła ruchawka, a jak przejdzie jezioro to… sami zresztą zobaczycie, jaki  
będzie kocioł na wyspie.  
Młodzieńcy popatrzyli na siebie z niedowierzaniem i jeden z nich rzekł:  
– Mówi pan, Ŝe aŜ tak będzie grzało? Ale chyba milicyjna łajba przejedzie. Z silnikiem od  
Lublina…  
– RóŜnie na tym jeziorze bywało – rzekł zdawkowo Waldemar. – A wracając do doktora  
Czarlińskiego, sądzę, Ŝe nie warto go w przyszłości szukać pod tym adresem. A nawiasem  
mówiąc, czy nie spotkali się panowie z moimi pieskami?  
Rozejrzeli się strachliwie dookoła.  
– Na szczęście nie – powiedział któryś. – Do diabła, zapomnieliśmy o tym. No to się  
zmywamy. Uszanowanie.  
– Pewnie biegają po wyspie – odezwał się Sylwin, który od paru chwil stał jak cień za plecami  
przyjaciela. – Strasznie się rozbisurmaniły w trakcie tej całej pogoni.  
Waldemar odburknął coś w odpowiedzi i wrócił do pokoju. Zaraz potem Maksym wyru- 
szył w teren. Po lesie rozległo się śpiewne, jękliwe nawoływanie. Nie minął kwadrans, jak  
psy znalazły się na powrót w zagrodzie. Brama została zamknięta na noc.  
Dalekie błyski pojawiały się to w tej, to w tamtej stronie wyspy. Były jeszcze na tyle odle- 
głe, Ŝe pomruki grzmotów wydawały się czymś oddzielnym, nie związanym z błyskawicami.  
Jedne i drugie przetaczały się leniwie gdzieś za jeziorem, jak gdyby gotując się do osaczenia  
wyspy w krzyŜowym ogniu. Na tle tej przyciszonej walki Ŝywiołów łomotanie do furtki roz- 
legło się całkiem wyraźnie.  
Psy nie szczekały. Przeciwnie, machały ogonami i krygowały się przed milczącą martwo  
bramą. Pomimo to w głębi domu usłyszano pukanie i wkrótce Waldemar wyszedł przed dom.  
Po drugiej stronie bramy stała Sylwia.  
Bez słowa wśliznęła się do środka, gdy tylko Waldemar uchylił furtkę, po czym nie cze- 
kając na niego podąŜyła ku domowi. Poruszała się pewnie, ze znajomością rozkładu pomiesz- 
czeń. Znalazł ją w bibliotece, siedzącą z podwiniętymi pod siebie nogami w fotelu. ZdąŜyła  

background image

nawet napełnić sobie kieliszek. Karminowe wino kołysało się w rŜniętym szkle, rzucając 
niespokojne  
refleksy na jej Ŝywą twarz okoloną włosami, w których migotały jeszcze barwy  
słońca. Ale były to kolory słońca schylającego się ku jesieni. TakŜe oczy, zwykle połyskliwe,  
nabrały teraz barwy głębokiej, przepaścistej toni.  
– Wiem o Frani – powiedziała. – Kto to mógł zrobić?  
– Znałaś ją? – zdziwił się Waldemar. 
Parsknęła ze zniecierpliwieniem i odrzekła: 
– Chyba byłeś przy spalonym domu, kiedy ci radziłam przez twojego pięknego przyjaciela?  
No więc ją widziałeś. Byłeś tam, gdy wychodziła?  
– Byliśmy z moim „pięknym przyjacielem”. Ale skąd ty znasz takie szczegóły? 
Roześmiała się machinalnie. 
– PrzecieŜ ja teŜ tam byłam. W środku.  
– Ty? No i co wyście tam, u diabła, robiły?  
– Bawiłyśmy się – powiedziała zdawkowo. 
Zamilkła. Zdawała się coś rozwaŜać. Wreszcie powiedziała: 
– Z doktorem Czarlińskim. 
Waldemar przestał chodzić po pokoju. Opadł na pobliski fotel i po chwili rzekł: 
– Gdziekolwiek się obrócę, prześladuje mnie nazwisko tego człowieka. Gdybym wiedział  
do końca, o co w tym wszystkim chodzi!  
– Właśnie dlatego miałeś tam przyjść. Myślałam, Ŝe będzie mowa i o tym.  
– O czym?  
– No, o skarbie. On mówił, Ŝe ty siedzisz na skarbach, tylko, Ŝe tyle się pozmieniało, Ŝe on  
nie wiedział, w którym to było miejscu.  
– Oto potwierdziła się moja teoria – powiedział Radzikowski wchodząc do pokoju. – Oto  
masz swojego Czarlińskiego!  
– Ale czy to był na pewno on? – dopytywał się Waldemar.  
– A któŜ by? Co to, pierwszy raz z nim byłam?  
– Ale coście robili w spalonym domu?  
– Ach, ty mój naiwny niedźwiadku, spędzaliśmy przyjemnie czas!  
– Z tymi młodziankami na motorach równieŜ?  
– Ach, nie, oni przyjechali pierwszy raz. Jakieś ograniczone typy. Nie wiem, skąd doktor  
ich wytrzasnął. Ale on był w ogóle jakiś inny.  
– Inny?  
– Tak. Irytujący. Płaski i chamowaty. Nie widziałam się z nim od tamtego czasu. Ale dlaczego  
my o tym mówimy? Czy nie ma waŜniejszych spraw?  
– Mówimy cały czas o sprawach zbieŜnych – wtrącił się Sylwin. – Jeśli boli panią ta  
ś

mierć, musimy rozpatrzyć wszystko, co moŜe mieć z nią związek.  

– A co to moŜe mieć wspólnego? – zdziwiła się arogancko, lecz spojrzenie rzucone przelotnie  
Sylwinowi zatrzymało się na nim i złagodniało jak wzburzone morze, na które wylano  
oliwę. – Mówmy sobie po imieniu – powiedziała innym tonem. – PrzecieŜ jesteśmy prawie  
imiennikami.  
– Do rzeczy – przerwał podejrzliwie Waldemar. – Sylwin był świadkiem dziwnej sceny.  
Proponuję, Ŝeby ci ją opowiedział. A nuŜ rzuci jakieś światło na sprawę?  
Sylwin istotnie zaczął opowiadać historię, która wydarzyła mu się na Bukowej Górze, ale  
po kilku zdaniach dziewczyna przerwała mu niecierpliwie.  
– Po co to opowiadasz, ja to znam na pamięć. To ścinanie kani.  
– Co?! – krzyknęli obaj, podczas gdy ona, zdziwiona tą reakcją, patrzyła na nich podejrzliwie.  
– No przecieŜ mówię. Ścinanie kani. Taki zwyczaj. Tutejszy zresztą. Ja dokładnie nie  
wiem, ale on mówił, Ŝe bardzo stary. No, ale on ma fioła na tym punkcie. On mówi, Ŝe to  

background image

jeszcze w Grecji było, zanim Chrystus się urodził. Ale u nas tego nie pamiętają, zresztą tu  
Greków nie bywało. No więc to jest tak: jak pan Jezus ze świętym Piotrem wędrowali po  
ś

wiecie, raz zachciało im się pić. Weszli do jednej kobiety, ale ona im nie chciała dać wody.  

Więc zamienili ją w kanię. Teraz lata po świecie i woła pić.  
– A czemu się ją ścina?  
– Bo to zła kobieta. Czarownica. Przez nią wszystko złe w okolicy. Zbiory niszczy i biał- 
kom spódnice podnosi.  
Mówiła prawie serio. Tylko wprawny obserwator mógł dostrzec, jak wiele ironicznego dystansu  
kryje się w tym mówieniu.  
– I ścina się kobietę? – spytał nagle Sylwin.  
– A skąd. Nawet kani się nie uŜywa, bo to rzadki juŜ ptak. Czasem wypchaną. Ale najczę- 
ś

ciej – czerwoną piwonię.  

Sylwin i Waldemar popatrzyli na siebie, a Waldemar spytał:  
– A jaka w tym rola kobiety?  
– Czarliński wszystko przerobił. Mówi, Ŝe tak jest bliŜej prawdy, niby tak, jak kiedyś się  
odbywało. U tych jego Greków czy Irańczyków.  
– MoŜe Indoeuropejczyków? – wtrącił Sylwin.  
– O, coś właśnie tak. Więc kobieta jest tutaj… ofiarowywana. Jako kapłanka diabła ponosi  
odpowiedzialność, eee… w planie lucyferycznym…  
Mówiła to z przekonaniem, a jednak trochę sztucznie, powtarzając jakby wyuczony wcze- 
ś

niej tekst. Sylwin z Waldemarem znów popatrzyli na siebie z niedowierzaniem.  

– Co rozumiesz przez ofiarowanie? Jak to się odbywa? – spytał Waldemar.  
– To niby nie wiesz, niedźwiadku? – zaśmiała się gardłowo. – Ja teŜ tak całkiem nie wiem  
– dodała po chwili przepraszająco. – Tańczyliśmy do upadłego i piliśmy jakiś gorzki napój.  
On sam go przyrządza. Potem wszystko jest inne.  
– Kto w tym uczestniczył?  
– On sam, mmm… guru, kilku chłopaków, no i dwie, trzy dziewczyny.  
– Mówiłaś, Ŝe tam, w spalonym domu, chłopcy przyjechali pierwszy raz.  
– Ach, to byli zupełnie inni. – Machnęła ręką i dodała z prostotą: – Tamci byli mądrzy i  
piękni. Jeden nawet czytał w… anskrykcie.  
– W sanskrycie?  
– O właśnie. 
Sylwin objął głowę rękami i trwał w tej postawie pełnej rezygnacji. 
– Co to znaczy ofiarowanie? – powtórzył pytanie Waldemara sprzed chwili. – Czy te kobiety  
ginęły?  
Spojrzała na niego z oburzeniem.  
– TeŜ wymyśliłeś! – krzyknęła. – PrzecieŜ to była zabawa. Nikt nie traktuje tego serio.  
Przynajmniej nie całkiem serio.  
– Posłuchaj więc do końca, co widziałem tamtej nocy – rzekł Sylwin – i tym razem nie  
przerywaj mi.  
Gdy skończył przerwaną opowieść, dziewczyna wykrzyknęła:  
– AleŜtobie się to chyba śniło!  
– Słyszałem juŜ kilkakrotnie taką opinię w ostatnich dniach – uśmiechnął się gorzko Sylwin.  
– Ale teraz wiele się zmieniło.  
Zatrzymała na nim pytające spojrzenie.  
– Zamordowali tę dziewczynę – rzekł beznamiętnie. – Tę samą, która uczestniczyła w tej  
waszej zabawie!  
– AleŜ to się nigdy nie odbywało tak, jak mówisz. Zamordowanie Franciszki to na pewno  
zupełnie inna sprawa. Przekonasz się. A zresztą skąd wiemy, Ŝe ona została zamordowana?  
– Wiesz, co ona ma we włosach? Czerwoną piwonię! A moŜe to takie symboliczne kwiatki  

background image

ś

cina się zamiast prawdziwej kani?  

– To czysty przypadek, zapewniam cię. Piwonię nosiłyśmy jako tajemny znak posiostrzenia.  
Czasem wpinała ją ta, która miała pełnić tego wieczoru rolę… Lucyferyssy. Mówię wam,  
Ŝ

e to była zabawa! Czy nie moŜecie się zająć tym, co naprawdę waŜne?  

– Właśnie to robimy – powiedział Sylwin.  
Drzwi do biblioteki otworzyły się i do środka weszła Jolanta. Dwa spojrzenia spotkały się  
na jej zgrabnej sylwetce ubranej w śmiały negliŜ, a następnie pobiegły ku sobie. Radzikowski  
dokonał prezentacji, po czym przeniósłszy wzrok z powrotem z Sylwii na Jolantę, pytał o  
przyczynę nocnego markowania.  
– Oni znów są – powiedziała głosem pełnym niepokoju. – Znów palą ogień na górze. Wi- 
dać przez okno z mojego pokoju.  
Sylwia poderwała się z fotela i chwyciła Jolantę za rękę.  
– Chodź, zobaczymy – powiedziała niecierpliwie ciągnąc ją w kierunku drzwi. 
Zabrzmiało to w taki sposób, Ŝe Waldemar spytał zdziwiony. 
– To wy się znacie?  
– Owszem – Sylwia zaśmiała się gardłowo. – Wszyscy znajomi doktora znają się nawzajem.  
Stanowimy zwartą paczkę.  
Dopiero teraz Waldemar uświadomił sobie, Ŝe Jolanta przyjechała tu z Czarlińskim. Ten,  
uwaŜany prawie za domownika, często przywoził swoich gości. Cieszyli się oni w domu pod  
lasem równie duŜym zaufaniem, co sam doktor. Lecz co teraz?  
Podczas gdy obie dziewczyny wbiegały po schodach na górę, Waldemar patrzył bezradnie  
na Sylwina, zadając to nieme pytanie. Ten zaś rozumiejąc go bez słów, odpowiedział:  
– Znają się z „Nowych Kaszub”. To takie stowarzyszenie folklorystyczne. Jeśli nie masz  
nic przeciwko temu, teraz jest moim gościem.  
Waldemar zgodził się w milczeniu i obaj przyjaciele podąŜyli na górę.  
Sypialnia Jolanty połoŜona była nad gankiem. Janka początkowo protestowała przeciwko  
temu, aby „porządna panienka” spała na górce, lecz widząc jej kumoterskie stosunki z „dzikusami”  
z góry machnęła na to ręką. W ogóle z wielką przykrością musiała stwierdzić, Ŝe coraz  
większa liczba dam przedkłada zwariowaną górę nad dystyngowany dół. Widziała w tym  
zgubny wpływ pani Zofii, czemu niejednokrotnie dawała wyraz.  
Tak więc sypialnia Jolanty była połoŜona na górce i Sylwin znał drogę do niej. Z okna,  
wychodzącego na południe, widać było spory wycinek jeziora, od Zatoki Czystej po Bukową  
Górę. Ta ostatnia była przedmiotem zainteresowania grupki, która się teraz przy tym oknie  
skupiła. Istotnie, płonął tam ogień. Wokół niego uwijało się kilka postaci. Słychać było dzikie  
krzyki. Dziewczyny sprawiały wraŜenie, jak gdyby widowisko takie było im dobrze znane.  
Sylwin równieŜ widział juŜ taki taniec, ale nie mógł myśleć o tym bez niepokoju. ToteŜ ze  
zdziwieniem obserwował beznamiętność Jolanty i Sylwii i wysłuchiwał ich rzeczowych  
uwag.  
– Czy ty równieŜ brałaś juŜ udział w czymś takim? – spytał dotykając ramienia Jolanty.  
– W ścinaniu kani? No jasne! 
Sylwin wzniósł bezradnie oczy ku niebu, zaś Waldemar mruknął: 
– MoŜna by sądzić, Ŝe w całym powiecie nie ma kobiety, która nie hasałaby z Czarlińskim  
przy ścinaniu kani. To juŜ nie kat, ale rzeźnik!  
– Na pierwszym roku studiów byliśmy na wycieczce z „Nowymi Kaszubami” – powie- 
działa uraŜonym tonem – i w programie była inscenizacja tego obrządku. To było na świętego  
Jana. Co w tym złego?  
– Nic – rzekł Sylwin nie spuszczając oka z ogniska. – Po prostu to za bardzo weszło niektórym  
w zwyczaj. Nie moŜna co dzień świętować.  
– Przejdę się tam – powiedziała w zamyśleniu blondynka z czarnymi oczami. – Dawno nie  
widziałam się z doktorem. MoŜe dowiem się czegoś?  

background image

– Ani się waŜ! – krzyknął Waldemar. – Czy ty nie rozumiesz, co się dzisiaj stało na wyspie?  
– Tam będę bezpieczna.  
– A moŜe właśnie tam nie?  
– Głupi jesteś – powiedziała nagle bardzo naturalnie. – Znam doktora nie od dziś. Jesteś w  
dwójnasób podejrzliwy, bo zrobił ci świństwo. Ale z Franciszką nie ma nic wspólnego. To nie  
jego styl.  
– AleŜ poza tym wcale go nie ma. Pojechał do wioski, po milicję.  
– Musi być. Bez niego nie odbywa się wieczór. On jeden zna formuły.  
– A ja cię nie wypuszczę – zawyrokował Waldemar. – Pomijając wszystko za chwilę roz- 
pęta się straszliwa burza.  
– No dobrze, juŜ nie nudź – powiedziała Sylwia ze zniechęceniem. – Twój dar przekonywania  
jest szalenie męczący.  
Waldemar nie przyzwyczajony do takiej uległości z jej strony mruknął coś pod nosem i  
dodał:  
– Najlepiej zrobisz zostając na noc. Znasz rozkład pokoi gościnnych.  
– Na razie posiedzę z Jolantą – odburknęła Sylwia i obie popatrzyły wyczekująco na męŜ- 
czyzn. Wkrótce zostały w pomieszczeniu same. Po półgodzinie, gdy hałasy w domu uciszyły  
się zupełnie i jedynie pokrzykiwania tańczących na Bukowej Górze przeplatane coraz wyraź- 
niejszymi grzmotami docierały do kaŜdego jego zakątka, zgasło takŜe światło w pokoju Jolanty.  
Gdyby jednak ktoś zechciał sprawdzić, czy dziewczyny juŜ zasnęły, zdziwiłby się bardzo  
zastawszy puste łóŜka. Usłyszałby zapewne ciche protesty psów, przekupionych po  
chwili dobrym słowem, a potem odgłosy otwieranej furty. Idąc dalej tym tropem natknąłby  
się po paru minutach na obie dziewczyny zmierzające w kierunku Bukowej Góry.  
Ognisko płonęło z mozołem. UłoŜone na metr wysoko co chwila podlegało kręconym  
wiatrom i presji zmieniającego się ciśnienia, wobec czego dusiło się własną okazałością. Skupieni  
wokół niego ludzie wyglądali groteskowo w swoim zapamiętaniu. Nie opodal ognia stał  
duŜy, okopcony kocioł, z którego uczestnicy dziwacznego tańca nabierali co pewien czas kubek  
napoju, zaraz przez nich wypijanego. Na drewnianym, niewysokim podeście stojącym w  
pobliŜu leŜała czerwona piwonia.  
– Co oni piją? – spytała szeptem Jolanta.  
LeŜały obok siebie w tej samej rozpadlinie, z której dwie noce wcześniej Sylwin obserwo- 
wał podobne widowisko. Wtedy jednak na podeście miała jakoby znajdować się kobieta. Czy  
to moŜliwe?  
– Zupę z muchomorów.  
– Z czego?  
– Ćśś! Z muchomorów.  
Jolanta wzruszyła ramionami i powróciła do obserwacji tańczących. Tymczasem w sposobie  
zachowania ludzi przy ognisku zachodziły jakieś zmiany. Jeden z nich stanął teraz przy  
kotle i bronił doń dostępu, przez co tamci zaprzestawali tanecznego krąŜenia wokół ogniska i  
skupiali się przy nim. Był to doktor Czarliński we własnej osobie. A więc nie pojechał za wo- 
dę. Dlaczego chciał, aby wierzono, Ŝe nie ma go na wyspie?  
– Pić, pić! – wołano ze wszystkich stron. Czarliński uniósł ręce i przywrócił ciszę. Potem  
przemówił sam.  
– Na razie, bracia, musicie obejść się smakiem. Nasze źródło radości wyschło.  
Wśród młodzieŜy podniósł się szmer oburzenia. Nad nim górował donośny głos Czarliń- 
skiego.  
– Ona go wysuszyła, bracia. O n a. Grzeszna czarownica, która dotąd spłacała grzechy swą  
uległością, zbuntowała się i zniszczyła naszą radość.  
– Biada! – krzyczeli młodzieńcy.  
– Jej siostra – kania takŜe nas zdradziła. 

background image

Rozległy się potakujące mruknięcia. 
– Wiecie, kto jest temu winien? 
W tłumie potwierdzono, ale Czarliński zdawał się tego nie słyszeć. 
– Ten, który zagarnia wspólną własność, który chce mieć wszystko dla siebie. On jest  
stronnikiem kani. On je buntuje.  
Wrzawa i podniecenie grupy rosło. Jolanta ze zdumieniem spostrzegła, Ŝe te płaskie i banalne  
słowa działają na młodych ludzi niczym czarodziejskie zaklęcia, wywołując na przemian  
dziecinny zachwyt lub dziki gniew. Spojrzała na Sylwię. Dziewczyna leŜała ciasno  
przytulona do niej. Przez cienką tkaninę czuć było wibrujące ciepło jej drobnego ciała. Była  
podekscytowana i wzburzona.  
– Nic nie rozumiem – wyszeptała napotykając w ciemnościach spojrzenie Jolanty. – Nigdy  
tak nie było. Ja…  
– Bracia! – rozległ się krzyk Czarlińskiego. – Niech się więc spełni egzekucja. Niech nas  
uwolni od win, które nie są nasze.  
Jeszcze nie skończyła rozbrzmiewać chóralna akceptacja, a juŜ Czarliński podszedł do  
drewnianego podium, na którym leŜała czerwona piwonia. W jego ręce zabłysnął nóŜ. Jeden z  
młodzieńców odebrał narzędzie rytualnym gestem i stanął w wyczekującej pozycji.  
– Giń, boś winna cudzych win i niech winny pójdzie za tobą! – krzyknął Czarliński. NóŜ  
spadł na dół, odcinając kwiat przy samej łodydze. Kilka rąk chwyciło go natychmiast i ponio- 
sło w stronę ognia. Gdy wpadł bezpowrotnie w płomienie, uczestników obrzędu ogarnęła  
Ŝ

ywiołowa radość. Poczęli znów pląsać dookoła ognia, a kilku z nich podeszło do kotła z zamiarem  

zaczerpnięcia napoju. JednakŜe Czarliński zatrzymał ich powtórnie.  
– Stójcie! Ofiara nie spełniona! – Stanęli niechętnie. – Trzeba, aby winny pogwałcenia  
praw naszej wyłączności sądu nad kanią przez samowolne i zbyt surowe osądzenie, przez co  
pozbawiono was przywilejów związanych z jurysdykcją…  
– On chyba połknął kancelarię – szepnęła Sylwia. – Naprawdę nie rozumiem, o co tu chodzi.  
Wszystko inaczej.  
Tymczasem wśród młodzieŜy, pomimo wyraźnych oznak upojenia wywołanego prawdopodobnie  
przyjmowanym napojem, narastał najwyraźniej konflikt ze słowami przywódcy.  
– Znaczy się, kto ma beknąć? – zapytał bez ogródek ładny chłopak w skórzanej kurtce.  
Czarliński jak gdyby wypadł z roli szamana i poczuł się zakłopotany.  
– Jak to? Nasz wróg! Który nie uznaje praw większości, który…  
– Szefie, ale przecieŜ nie on ją rąbnął! – powiedział ktoś inny.  
– No, nie on sam, ale czy muszę wam tłumaczyć, skąd się na wyspie bierze zło? To on nie  
bacząc na dobro ogółu bierze w opiekę rozmaite indywidua. CzyŜby czynił to bezinteresownie?  
Nie, na pewno ma w tym swe niecne cele…  
– Ale przecieŜ Frankę zadusił… – rzekł ktoś, ale natychmiast przerwał mu inny głos.  
– Cicho! 
– No, niewaŜne – podjął tamten – ale jak pan kazał montować kolektyw, wtedy, co ona  
powiedziała, Ŝe juŜ ją to nie bawi, to…  
– To co? – wykrzyknął Czarliński wytrącony juŜ z roli całkowicie.  
– To my ten kolektyw, tego no, za mocno…  
Dwa okrzyki rozległy się na Bukowej Górze: jeden jawny, w kręgu światła, drugi zduszony,  
w ciemnościach. Pierwszy był raczej okrzykiem zakłopotania, drugi – zgrozy, toteŜ choć  
cichszy, został przez wszystkich usłyszany. Czarliński, autor odzewu zakłopotania, natychmiast  
odzyskał zimną krew.  
– Ktoś jest w parowie! – krzyknął. – Mówiłem, Ŝeby tym razem postawić straŜ! Dalej, za  
nim!  
– Uciekajmy! – krzyknęła Sylwia, której mimowolny okrzyk był powodem demaskacji.  
Było juŜ jednak za późno. Szok niespodziewanej wiadomości, a potem nagłego odkrycia  

background image

sprawił, Ŝe zanim obie dziewczyny zdołały rzucić się do ucieczki, juŜ zostały pochwycone  
pomimo niepełnej sprawności prześladowców. Po chwili stały przy samym ogniu trzymane za  
silnie wykręcone do tyłu ręce.  
– O, stare znajome – powiedział Czarliński. Był na powrót zadowolony z siebie. NaleŜało  
się obawiać, Ŝe cierpi na nadmiar pomysłów. – Oto Lucyfer zsyła wam waszą nagrodę, chłop- 
cy – rzekł wskazując ręką na więźniarki. Nie trzeba było lepszej zachęty. Las rąk wyciągnął  
się w ich kierunku. Jolanta poczuła nagle, Ŝe unosi się rozkrzyŜowana w powietrzu. Ręce  
trzymały ją za ramiona i nogi, inne ręce zdzierały juŜ sukienkę opiętą na szeroko rozwartych  
udach.  
– Hola! Stać! – Autorytet doktora musiał być jeszcze bardzo wielki, jako Ŝe poczuła pod  
stopami znowu ziemię. – Mówiłem wam o dzisiejszej ofierze, ale nie chcieliście dać wiary. I  
oto Lucyfer zsyła dowód i nagrodę w dwóch osobach, które otrzymacie po spełnieniu ofiary.  
Jakby na potwierdzenie tych słów dał się usłyszeć potęŜny, całkiem juŜ bliski grzmot. Jed- 
nocześnie z nieba lunęły grube krople deszczu, a stłamszone do reszty ognisko gwałtownie  
przygasło. Wśród zgromadzonych przeleciał pomruk uległości.  
– A więc nieistotny jest bezwolny wykonawca, lecz sprawca właściwy. CzyŜ nie zostali- 
ś

my sprowokowani do tak drastycznych środków, przy których łatwo o wypadek?  

– A jak! – powiedziało kilka głosów.  
– Czy nie nasyła się na nas z premedytacją umysłowego, który w swym szaleństwie jest  
niebezpieczny? – znów rozległ się głos powszechnej aprobaty. – A nawet jeśli nie ma w tym  
jego rozkazu, to wystarczającą winą jest, Ŝe toleruje obecność wariata, ba! hołubi go na swojej  
ziemi!  
– Jasne! To jego wina! On nas sprowokował! 
Kolejny grzmot przetoczył się gdzieś nad płęskim pustkowiem. 
– Za chwilę więc przystąpimy do rozprawy, z wrogiem, a nagroda poczeka w naszym  
schowku. Napój mocy takŜe poczeka. Trochę deszczu mu nie zaszkodzi.  
Ulewa istotnie osiągnęła niebywały poziom. Ogniska juŜ prawie nie było widać. Tylko  
kłęby pary świadczyły o jego niedawnej obecności. Jolanta i Sylwia posuwały się w dół zbocza,  
prawie biegnąc, prowadzone przez Czarlińskiego i dwóch młodzieńców.  
Nagle, jak to bywa często w czasie gwałtownych burz, ulewa ustała na chwilę. Jest to  
zwykle krótki przerywnik, który nie wróŜy nic dobrego. Przeciwnie, wiadomo, Ŝe po chwili  
gdzieś blisko strzeli grom i na ziemię runie ściana wody ogromniejsza od poprzedniej. I teraz  
stało się podobnie. Zanim jednak rozległ się grzmot, w tej chwilowej, ulotnej ciszy zabrzmiał  
wysoki, przeraźliwie przenikliwy okrzyk.  
– Do diabła, to on! – krzyknął Czarliński.  
W istocie, musieli znać ten okrzyk nieźle, gdyŜ natychmiast przyspieszyli kroku. Tymczasem  
na górze, wśród pozostałej gromady, rozległy się krzyki przeraŜenia. W tym momencie  
gruchnęło znowu. Na tle rozświetlonego błyskawicą nieba ukazała się niepozorna sylwetka,  
która w monstrualnie wielkich skokach przemierzała przestrzeń dzielącą zarośla od byłego  
ogniska. Potem niebo zgasło i było słychać znów tylko krzyki.  
Sylwia i Jolanta, ośmielone nagłą odsieczą, poczęły stawiać gwałtowny opór swej eskorcie  
i wzywać pomocy. Nie na wiele to się jednak zdało. Prześladowcy zwiększyli dawkę przemocy,  
starając się na dodatek zasłonić im usta dłońmi. Niespodziewany pomocnik natomiast  
miał wiele roboty na górze. W blasku następnych błyskawic widać było, jak uwija się wśród  
zdezorientowanych postaci, które, o ile nie zdołały zbiec, nieodmiennie były ekspediowane  
przez drobnego napastnika w powietrze, skąd powrót okazywał się nader bolesny. CóŜ stąd!  
Zbawiciel nie widział w ciemnościach, gdzie zostały uprowadzone ani nie słyszał w szumie  
ulewy ich zduszonych krzyków. Jeszcze chwila i obie dziewczyny poczuły, Ŝe spadają gdzieś  
w dół, na coś miękkiego. Potem dał się słyszeć trzask. Zapanowała ciemność, której nie prze- 
rywało nawet światło błyskawic. Tylko deszcz bębnił gdzieś w górze.  

background image

Na powierzchni zdołano wreszcie opanować panikę i skonsolidować siły. Nie zdołano jednak  
ująć napastnika, który rozdawszy kaŜdemu porcję solidnych razów zniknął bez śladu.  
Czarliński z niesmakiem przyglądał się swoim podopiecznym. Wreszcie doprowadziwszy ich  
morale bojowe do pewnego porządku, wzmocniwszy nadwątloną przez nagły napad histo- 
ryczną wolę walki, rzekł:  
– A teraz idę na ostateczną rozmowę, po której nastąpi finał. 
Po czym rzeczywiście zniknął w ciemności na wschodnim stoku góry. 
Tymczasem w domu pod lasem panowało wielkie podniecenie. Obudzeni mieszkańcy 
stwierdzili brak Jolanty, Sylwina i Waldemara, czego w Ŝaden sposób nie potrafili sobie wy- 
tłumaczyć. Większość zebrała się na ganku. Wsłuchani w ryk burzy i dalekie nawoływania na  
Bukowej Górze poddawali się tchnieniu niesamowitości.  
– Gdzie oni wszyscy mogli pójść? – powiedziała cicho Janka. – W takiej chwili, po tym,  
co się stało na wyspie…  
– Właśnie – wtrąciła babcia Wegetariańska. – Jeszcze się przemoczą i dostaną kataru.  
– Babcia teŜ ma problemy – Ŝachnął się Lesio – przecieŜ im grozi niebezpieczeństwo, a  
babcia o katarze…  
Zapadła cisza, a po chwili rozległa się seria grzmotów na Płęsach i Sosnowym Nurcie.  
– Boję się – powiedziała pani Zofia i instynktownie przytuliła się do swego siostrzeńca. –  
Jeszcze trochę, a umrę na serce.  
– Kto ze strachu umiera, temu bździnami dzwonią – powiedziała ze złością babcia Eryka i  
oddaliła się do swego pokoju.  
 
XI  
W głębi ziemi  
Sylwin Radzikowski obudził się w swoim łóŜku i stwierdził, Ŝe przespał zaledwie godzinę.  
Niewytłumaczalny niepokój kazał mu wstać i wyjść na korytarz. Próbował znaleźć Waldemara,  
ale nie było go w sypialni. Nie było go równieŜ w bibliotece. Nie było go w ogóle w całym  
domu. Wracając na górę pomyślał nagle, Ŝe trzeba zajrzeć do dziewczyn. Ale i tam go nie  
było. Dziewczyn zresztą teŜ. Sylwin wrócił do swojego pokoju i nałoŜył spodnie i koszulę.  
Były mokre, ale na dworze i tak lało jak z cebra. Przez chwilę pochodził jeszcze po sadzie i  
nie zobaczywszy nikogo wyszedł za palisadę.  
Tymczasem burza dotarłszy do jeziora usadowiła się naprzeciw wyspy, od Kniei po Płęsy,  
i zbierała siły do dalszej ofensywy. Przestrzeń pomiędzy obydwoma pustkowiami zdawała się  
być poddana nalotowi dywanowemu, którego siła systematycznie rosła. JednakŜe woda nadal  
odpychała swą masą nawisy chmur. Za słaba była jeszcze ta burza na forsowanie Wielkiej  
Wody.  
Sylwin obszedł zagrodę zostawiając ją po lewej stronie i wszedł w las. Wybór takiej trasy  
nie był umotywowany niczym szczególnym. Początkowo miał zamiar pójść w kierunku Bukowej  
Góry, lecz nie płonęło tam juŜ ognisko, ani nie rozlegały się Ŝadne głosy. Nie wiedząc  
kiedy, skierował się ku miejscu, w którym rozegrały się dziś dramatyczne wydarzenia.  
Szedł wątłą granicą pomiędzy dwoma rodzajami lasu, zwaną przez miejscowych „Pod Lasem”,  
która teraz, gdy nie sposób było dostrzec, którędy prowadzi najekonomiczniejsza droga,  
wydawała się całkowitą fikcją geograficzną. Bo teŜ ciemności panowały całkowite. Sylwin  
trzymał w ręku latarkę gotową w kaŜdej chwili do uŜycia, ale na razie zgaszoną. Nie  
chciał być dostrzeŜony, nie chciał teŜ przyzwyczajać oczu do światła. Wolał widzieć w zarysach  
ogromniaste zwały drzew i krzewów, niŜ za cenę wąskiego kręgu światła wtrącić ota- 
czający świat w nieprzeniknione ciemności. Świat i to wszystko, co mogło się w nim czaić.  
Wkrótce znalazł się w ślepym zaułku, gdzie droga kończyła się nieprzeniknioną ścianą gę- 
stego zagajnika. Zdziwiony sam przed sobą uświadomił sobie, Ŝe od dłuŜszej chwili jego cel  
stał się jasny. Szedł do miejsca, w którym leŜała martwa dziewczyna. Motywacje tego odruchu,  

background image

jakiekolwiek były, nie tkwiły na pewno w sferze racjonalnej, toteŜ po krótkim zastanowieniu  
przestał ich dociekać. Wszedł w zagajnik i z mozołem począł przesuwać się do przodu.  
Trzask łamanych gałęzi, słyszalny dobrze pomimo ulewy, zdradzał dokoła miejsce jego  
pobytu, ale teŜ gęstość lasu uniemoŜliwiała ewentualny niespodziany atak. Zapalił więc latar- 
kę. Teraz odnalazł właściwą drogę o wiele szybciej. Została przetarta przez szereg osób prze- 
chodzących tędy ostatnio.  
Jednak po chwili stwierdził, Ŝe droga, jaką obrał, jest fałszywa. Przemierzył kilka razy w tę  
i z powrotem labirynt dróŜek ogołoconych z gałęzi – bezskutecznie. Zatrzymał się i penetru- 
jąc reflektorem otoczenie usiłował zorientować się w terenie. Nie było mowy o pomyłce. Ale  
tam, gdzie powinny leŜeć zwłoki, nie było ich. Tylko spora, podłuŜna kałuŜa chlupotała  
przyjmując w siebie kolejne porcje deszczu. A moŜe…?  
Wrócił raz jeszcze w tamto miejsce. Idąc spoglądał na ślady odciskane przez niego samego  
w wysokim, poduchowatym mchu. Były głębokie i podchodziły wodą.  
KałuŜa miała rozmiary niewielkiego wzrostem człowieka. Powstała niedawno, gdyŜ była  
całkiem płytka. Po jej powierzchni pływała potrącana kroplami deszczu czerwona piwonia.  
Sylwin począł bacznie obserwować poszycie. Tędy szedł i tędy równieŜ, ale ta dziura wy- 
pełniona wodą nie pozostała po nim. I ta dalej, równieŜ. To były ślady kogoś, kto szedł wcze- 
ś

niej. Musiał być cięŜki; namokłe poszycie oddawało wodę chętnie i szybko. Ale ślady nie  

były zbyt szerokie. Miał małą stopę; nie był to Ŝaden olbrzym. Raczej niósł coś cięŜkiego. Na  
przykład zwłoki. Gałęzie na wysokości brzucha Sylwina były obłamane bardziej, niŜ mogłaby  
to uczynić jedna osoba. A więc niósł ją przed sobą, na wyciągniętych ramionach. Był niewysoki.  
Zagajnik skończył się i Sylwin znalazł się na polanie. Przed nim ciemniało półkole duŜego  
lasu. Zgasił latarkę i przez bardzo długą chwilę przyzwyczajał wzrok do ciemności. Z wolna  
zaczął posuwać się wzdłuŜ ściany lasu, w niewielkiej od niego odległości. Poszycie tłumiło  
wszelkie odgłosy. Było w tym miejscu twarde. Woda nie wsiąkała w nie, lecz spływała niŜej,  
do zagajnika.  
Gdyby nie błyskawica przebiegająca wysoko po nieboskłonie, nie zauwaŜyłby zapewne tej  
postaci przemykającej bezszelestnie w poprzek polany. Natychmiast włączył reflektor. Z  
ciemności wyłoniła się pochylona sylwetka. Człowiek ten dobiegał właśnie do rogu polany i  
w następnej chwili zniknął za wielką karpiną. Sylwin nie zauwaŜył jej wcześniej, gdyŜ znaj- 
dowała się na granicy duŜego lasu. Drzewo, którego częścią była, nie zostało ścięte, lecz powalone  
starością. Był to olbrzymi buk nachylony pod kątem moŜe czterdziestu stopni i  
wsparty rozległymi konarami o pobliskie świerki. Karpina, wyschnięta i pozbawiona ziemi,  
wskazywała, Ŝe musiał upaść juŜ bardzo dawno.  
Sylwin zatrzymał się zdezorientowany. Nieznajomy rozpłynął się wśród drzew nie pozo- 
stawiając śladu. Obszedł karpinę oświetlając ją podejrzliwie latarką. Nie stwarzała Ŝadnych  
moŜliwości ukrycia. Podczas tej czynności musiał przekroczyć pień powalonego drzewa.  
Wspinając się narobił sporo hałasu, toteŜ zgasił latarkę i przycupnął na mchu o parę metrów  
dalej. Siedział tak moŜe z kwadrans nie wiedząc, co czynić dalej.  
Trzask, który dobiegł z okolic zwalonego drzewa, zarejestrował z opóźnieniem. Dopiero  
ś

wiadomość wydobyła go z szumu deszczu i zwróciła intuicji jako coś nienaturalnego. Wypu- 

ś

cił w tamtym kierunku snop światła i jednocześnie skoczył sam, jak gdyby ciągniony strumieniem  

fotonów. MęŜczyzna, którego w następnej chwili powalił na ziemię, krzyknął zduszonym  
głosem. Sylwin zastosował duszenie, po czym spokojnie oświetlił twarz leŜącego.  
Natychmiast teŜ rozluźnił chwyt.  
Człowiekiem, którego obezwładnił, był Waldemar Boruta.  
Sylwin oświetlił z kolei własną twarz wywołując tym drugi okrzyk napadniętego, tym razem  
radosny.  
– Skąd tu się wziąłeś? – powiedział Sylwin.  
– Mmm – odparł Waldemar i Sylwin spostrzegł, Ŝe nie rozluźnił uścisku do końca. Pomógł  

background image

przyjacielowi wstać i ponowił pytanie.  
– Szukałem dziewczyn – powiedział Waldemar. – Zniknęły gdzieś.  
– Nie o to chodzi. Skąd się t u wziąłeś. Wyrosłeś jak spod ziemi. Nie słyszałem, aby ktoś  
się zbliŜał, a tu nagle – ty.  
Boruta machnął ręką ze zniecierpliwieniem. Teraz dopiero Sylwin odkrył wielkie jego  
zdenerwowanie, które początkowo przypisywał swojej napaści.  
– Och, nie bądź śmieszny. Znów czepiasz się szczegółów. To niewaŜne – skąd. WaŜne, co  
z tego wynika. Rzeczywiście miałeś rację co do Czarlińskiego. Więcej jeszcze: pomimo  
swojej podejrzliwości nie przewidziałeś wszystkiego. To wariat! Nie ten, którego szukają.  
Tamten jest wymyślonym kozłem ofiarnym. Doktor współdziała z chłopakami. Nie wiem  
tylko, jak zaaranŜowali to pobicie. Nie wykluczone, Ŝe pobili się nawzajem, Ŝeby mnie skom- 
promitować i odwrócić uwagę od podpalenia. A głowę dam, Ŝe palisadę podpalił któryś z  
nich. Ale oczywiście, czy moŜe być podejrzany o podpalenie ktoś, kogo w tym samym czasie  
pobito?  
– Uspokój się. Skąd ci to wszystko przyszło do głowy?  
– Ktoś mi podpowiedział. Ktoś godny zaufania. Nie mogę ci powiedzieć, gdyŜ jestem  
związany przyrzeczeniem. Spotkałem się z nim właśnie. Nie podejrzewałem, Ŝe ten czło- 
wiek…  
Waldemar mówił nienaturalnie głośno i bezładnie. Sylwin przerwał mu wpół zdania.  
– Do diabła, łŜesz! Dlaczego mnie okłamujesz? Jestem tu od kilkunastu minut i nie wi- 
działem cię. Czy wiesz, Ŝe zniknęły zwłoki dziewczyny? Jakiś facet przebiegał tędy niedawno  
i nagle – jakby się zapadł pod ziemię. Potem ty wyrastasz ni stąd ni zowąd. I wmawiasz mi,  
Ŝ

e się z kimś spotkałeś właśnie tutaj. ChociaŜ istotnie: przecieŜ ty znikąd nie nadszedłeś.  

Chyba Ŝe…  
Sylwin zbliŜył się do karpiny i począł oświetlać ją ze wszystkich stron. Obszedł ją dwukrotnie  
dookoła, a potem niezadowolony z siebie zanurkował pod skośnie połoŜony pień  
zwalonego drzewa.  
– Co ty robisz, bądź powaŜny – perswadował Waldemar próbując odciągnąć go za rękę. –  
Chodźmy do domu, opowiem ci wszystko dokładniej.  
Sylwin był jednak nieprzekupny. Zniknął prawie cały w dziupli zwalonego drzewa, które  
okazało się w środku całkiem spróchniałe i wydrąŜone.  
– Hej, co ty wyprawiasz! – krzyknął Waldemar z nagłym przestrachem. – Wracaj natychmiast!  
Ale w odpowiedzi usłyszał radosny okrzyk Sylwina gwałtownie przemieszczający się z  
centrum pnia ku wnętrzu ziemi. Dźwięk modulował się niczym syrena karetki pogotowia  
gwałtownie mijającej słuchacza, aŜ wreszcie ugrzązł gdzieś w podziemiu. Waldemar wes- 
tchnął cięŜko i takŜe wlazł pod pień, a potem do dziupli. Suche próchno świeciło w ciemno- 
ś

ci. Było miękkie jak aksamit i miłe w dotyku. Niczym na dziecinnej zjeŜdŜalni ciało Waldemara  

pomknęło w dół i wylądowało obok stojącego tam Sylwina. Znajdowali się w niewielkim  
pomieszczeniu, którego ściany i sufit pokrywały bale z nieokorowanego drewna. Strop  
podparty był czterema słupami. Wylot „zjeŜdŜalni” wystawał prosto ze ściany. W pozostałych  
trzech ścianach widniały wnęki metrowej wysokości.  
– Wiedziałeś o tym? – spytał Sylwin. – Dlaczego nie chciałeś, abym tu wszedł?  
– Powiedziałem ci, Ŝe dałem słowo – burknął Waldemar niechętnie. 
Sylwin powiódł spojrzeniem po ścianach i spytał: 
– Jak się stąd wychodzi?  
– Tą samą drogą, tylko o wiele trudniej.  
– A dokąd prowadzą tamte wnęki?  
– Nie mam pojęcia – wzruszył ramionami Waldemar. – Słuchaj, sytuacja jest naprawdę  
dziwna. Powinniśmy wrócić do domu i pilnować zabudowań.  
– Nie martw się, zaraz przyjedzie milicja. 

background image

Waldemar pokręcił głową. 
– Nie tak zaraz. Celiniak dopiero pojechał. Czekał, aŜ poprawi się pogoda, aŜ wreszcie  
odwaŜył się wyruszyć w tę zawieruchę.  
Sylwin popatrzył na niego uwaŜnie. Nie zadał pytania, które miał na końcu języka, powie- 
dział natomiast:  
– Ale Czarliński pojechał i na pewno przywiezie milicję. To leŜy w jego interesie. 
Boruta roześmiał się złym śmiechem. 
– JuŜ nie! Teraz poszedł na całego. Nie znałem tego człowieka. To szaleniec. Gdy przyja- 
dą, moŜe się okazać, Ŝe mój dom spłonął „przypadkiem” podczas burzy. On potrafił zarazić  
swoim obłędem tych młodych ludzi!  
– Czy ty nie przesadzasz? Mówisz teraz dokładnie to samo co on. Wyszukujesz szaleńca!  
– Nie wiesz wszystkiego! On był kimś innym, niŜ znałem.  
– Był?  
– No tamten, który istniał w mojej wyobraźni, zanim pokazał pazury.  
Sylwin powstrzymał się od dalszych pytań i skierował ku wnęce znajdującej się po prawej  
stronie. Korytarz za nią miał wysokość człowieka i równieŜ był podstemplowany stosunkowo  
ś

wieŜym nieokorowanym drewnem. Waldemar poszedł za nim i po chwili obaj znaleźli się u  

końca tunelu. Skośna ściana, wyłoŜona deskami, zagrodziła im drogę. Sylwin spostrzegł na  
niej coś w rodzaju okiennic. Otworzył jedną z nich. Wiatr pomieszany z deszczem wdarł się  
do zacisznego pomieszczenia.  
Za prostokątnym otworem o dłuŜszym boku nie przekraczającym czterdziestu centymetrów  
kłębiła się gęsta roślinność. Trawa przeplatała się z kolczastymi pędami jeŜyny. Sylwin  
sięgnął po kij, który zobaczył juŜ uprzednio w rogu pomieszczenia, i rozgarnął zarośla. Po- 
wiało jeszcze bardziej. W świetle błyskawicy wyłoniły się nagle z ciemności refleksy spienionego  
jeziora, zarys Sorki, dalekie zabudowania Rybaków i jeszcze odleglejsze Zabory.  
Potem znów zapanowała ciemność.  
– AleŜto jest wschodni stok wyspy! – wykrzyknął Waldemar.  
– Nigdy nie widziałeś z zewnątrz tych okien?  
– Skąd! Brzeg jest urwisty i porośnięty kłującymi krzakami. Sam widzisz zresztą. 
Sylwin pokiwał głową i zamknął okiennicę. Ruszyli z powrotem. 
Gdy znaleźli się w punkcie wyjścia, Sylwin skierował się ku lewemu otworowi. Waldemar 
jednak chwycił go za rękę i pociągając gwałtownie krzyknął w zdenerwowaniu:  
– Doprawdy, tego za wiele! Nie moŜesz tego zwiedzić później? Dom jest w niebezpieczeń- 
stwie!  
– Dom! Jedyna rzecz, która cię interesuje! Dlaczego nie miałeś nic przeciwko temu, abym  
zwiedził tamten korytarz, a teraz powstrzymujesz mnie tak uparcie? Muszę tam wejść!  
Wyrwał rękę i dał nura w ciemny otwór. Pierwsze dwa metry nowego korytarza wyglądały  
podobnie do poprzedniego, dalej jednak zaczynało się gwałtowne obniŜenie. Tunel opadający  
pod kątem czterdziestu pięciu prawie stopni miał ściany i półkoliste sklepienie wybudowane z  
kamienia. Podłoga wysypana była Ŝółtym piaskiem. Widniały w nim wyraźne ślady pojedynczego  
człowieka.  
– Lochy urszulanek! – wyszeptał Waldemar stojący tuŜ za nim. 
Skinął głową i zaczął schodzić w dół. Nic nie było juŜ w stanie go zdziwić. 
– Stary ksiądz miał rację! – powiedział jeszcze Waldemar i podąŜył za nim.  
Tunel ciągnął się na przestrzeni około stu metrów i niespodziewanie urywał. Strome, kamienne  
schodki prowadziły w dół. Znaleźli się w niewielkiej, murowanej celi. I tu podłoga  
była wysypana Ŝwirem. Ślady stóp prowadziły do środka pomieszczenia i tam się kończyły.  
Stanęli przed okrągłą studzienką dwumetrowej średnicy. O pół metra niŜej połyskiwała ciemna  
tafla wody.  
Sylwin wstąpił na kamienne obramowanie studni i obszedł ją dookoła. Nigdzie nie było  

background image

dalszych śladów. Oświecił latarką powierzchnię wody. Strumień światła przebił ją i wdarł się  
w głąb. Woda była czysta i nieruchoma, a dno niewidoczne. Smuga światłości omiatała z  
wolna ściany studni. Nagle w jej zasięgu ukazało się srebrzyste wrzeciono. NieduŜa ryba  
znieruchomiała oślepiona blaskiem i trwała tak wachlując się leniwie płetwami.  
– To się łączy z jeziorem! – wykrzyknął Waldemar.  
– Nie tylko z jeziorem, jak sądzę. Ślady urywają się tutaj. Więc co? Uleciał w powietrze?  
Poświecił latarką w górę, ale kamienny strop mówił sam za siebie. Sylwin zaczął zdejmo- 
wać ubranie.  
– Człowieku, zwariowałeś! Co robisz!  
– To samo co mój poprzednik, tylko bez ubrania. Chcę być swobodniejszy. Nie próbuj  
mnie powstrzymać.  
Boruta machnął ręką i czekał zrezygnowany.  
– Trzymaj latarkę – rzekł Sylwin. – Będziesz nią świecił w głąb. Na razie prostopadle do  
powierzchni.  
To mówiąc wśliznął się delikatnie do wody opierając ręce na kamiennym obrzeŜu studni.  
Pluskał się przez chwilę, jak gdyby zaŜywał zdrowotnej kąpieli, po czym wywrócił kozła i dał  
nura pod wodę. Waldemar starał się podąŜyć za nim ze światłem, ale ciemny kształt ciała  
zniknął szybko w głębinie. Nie było go ponad trzy minuty. Waldemar liczył sekundy i pełen  
niepokoju szykował się juŜ do akcji ratowniczej, gdy nagle Sylwin wyprysnął spod wody.  
– Miałem rację – krzyknął oddychając cięŜko. – Tam niŜej jest przejście! Umiesz nurko- 
wać? Prawda, umiesz, chyba Ŝe juŜ się całkiem odzwyczaiłeś. Ale nie trzeba nurkować zbyt  
głęboko. NajwyŜej dwa metry.  
– Gdzie prowadzi to przejście?  
– Do takiej samej studni, tylko chyba większej. Dokładnie jej jeszcze nie oglądałem.  
– Co z latarką?  
– Do diabła! O tym zapomniałem!  
– Ale nie ja. Mam pomysł. – Waldemar rozebrał się szybko. Po zdjęciu spodni zabrał się  
za bandaŜ na swoim lewym kolanie. – Reumatyzm – wyjaśnił. – Przykładam kompresy. CóŜ  
zrobić, wyspiarski klimat.  
Pod bandaŜem znajdowała się spora cerata, w którą pospiesznie zawinął latarkę i zdjęty z  
ręki zegarek.  
– Myślałem, Ŝe jest wodoszczelny – zdziwił się Sylwin.  
– Owszem. Nie wypuszcza wody, która do niego nacieknie.  
Gotowy pakunek obwiązany paskiem od spodni schował pod kąpielówki i wskoczył do  
wody.  
– Gotowy – rzekł. W jego głosie wibrowała nagła wesołość lub teŜ tylko zdawało się tak  
Sylwinowi w ciemności.  
– Wejście jest po tej stronie – powiedział Sylwin. – Wystarczy opuścić się wzdłuŜ ściany.  
Waldemar nie dosłuchał go jednak do końca i zanurzył się pod wodę. Odczekawszy chwilę  
Sylwin uczynił to samo. Macając brzegi studni odnalazł po chwili otwór i prześliznął się na  
drugą stronę. Szerokim wyrzutem rąk skierował się ku górze. Nad sobą słyszał plusk wody.  
Widocznie Waldemar…  
Nagle jego głowa zderzyła się z czymś duŜym i miękkim. Instynktownie wyciągnął ręce.  
To coś, czego tu przedtem nie było i co na pewno nie było ścianą, miało kształt ludzkiego  
ciała. Waldemar? Co się mogło stać? Nagle snop światła wdarł się w wodę przynosząc gwał- 
towne rozwiązanie. Sylwin trzymał w ramionach sztywne ciało. Martwa twarz bielała upiornie  
w pomroce toni.  
Była to twarz doktora Czarlińskiego.  
Sylwin całym wysiłkiem woli zmusił się do tego, aby nie wypuścić trupa z rąk. Histerycznymi  
wyrzutami nóg wydostał się na powierzchnię wraz ze swoim bagaŜem. Krzyk Waldemara  

background image

podziałał na niego trzeźwiąco.  
Wspólnymi siłami wyciągnęli sztywne ciało na brzeg studni. Sylwin dyszał cięŜko patrząc  
z uwagą na Waldemara, który juŜ nie krzyczał, ale trwał w niemym osłupieniu. Zwłoki ude- 
rzyły głucho o piaszczyste podłoŜe. Ręce i głowa trupa wykonały kilka groteskowych ruchów,  
zanim znieruchomiały. Był bladosiny, o gąbczastej skórze namokniętej wodą. Otwarte  
oczy wpatrywały się w nich matowym, pozbawionym wyrazu spojrzeniem.  
– LeŜy juŜ tutaj od dłuŜszego czasu – powiedział Waldemar. – Spójrz, jak wygląda.  
– Nie znam się na tym. Niedawno Ŝył, a więc pozory mylą. Widocznie woda tak szybko  
wyciąga ślady Ŝycia.  
– Trzeba by doktora… – zaczął Waldemar i urwał. Sylwin spojrzał na niego niechętnie.  
Zapadła cisza.  
– Wiem, co sobie myślisz – wybuchnął Boruta po chwili. – Wygadywałem na doktora,  
byłem wściekły w chwilę później, jak wyszedłem spod ziemi, ukrywałem przed tobą istnienie  
lochu, a potem usiłowałem cię powstrzymać przed wejściem tutaj. Ale…  
– Dajmy temu na razie spokój – przerwał Sylwin. – Eksperymentalnie uwierzmy sobie nawzajem  
i chodźmy dalej. Te ślady znów są widoczne. To jest atut dla ciebie.  
Z pomieszczenia bliźniaczo podobnego do tego, w którym byli wcześniej, weszli w korytarz  
biegnący płaskim łukiem. Był on zbudowany jak poprzedni, ale znacznie bardziej zaniedbany.  
Miejscami popękany mur nie wiązał juŜ wchodzących w jego skład głazów i pozwalał  
im wysypywać się w poprzek tunelu. Za nimi sypał się piach tworząc w sumie przeszkodę  
trudną do przebycia. Na podłodze nie było Ŝółtego piachu, lecz jeziorny muł i szlam naznaczony  
gdzieniegdzie resztkami wodorostów. Widocznie był czas, Ŝe wdarło się tu jezioro.  
– Tracę orientację – powiedział Sylwin. Rzeczywiście, nierównomierna krzywizna korytarza  
uniemoŜliwiała dokładnie określenie połoŜenia. O ile moŜna było mniej więcej określić  
połoŜenie studni – gdzieś na pograniczu matecznika i podmokłych łąk – o tyle teraz trudno  
było ustalić kierunek marszu.  
– Mam kompas – powiedział Waldemar. – Na pasku od zegarka – dodał widząc zdziwienie  
towarzysza.  
Zatrzymali się, Sylwin poświecił latarką.  
– Idziemy na północ – stwierdził Waldemar. – Ale droga systematycznie skręca na zachód.  
Podejrzewam, Ŝe ten tunel przebiega w tym stromym wyrębie nad drogą. Ma w kaŜdym razie  
takie samo zakrzywienie.  
Przeszli około dwustu metrów i droga poczęła się gwałtownie obniŜać. Napotkali znów  
kamienne schody, tym razem karkołomnie powykrzywiane. NiŜej korytarz rozszerzał się  
gruszkowato. Pod stopami chlupotała woda. Sączyła się takŜe ze ścian mocno tu nadwątlo- 
nych.  
– Czy sądzisz, Ŝe jesteśmy tu bezpieczni? – zapytał Waldemar rozglądając się nieufnie do- 
okoła.  
– Nie mniej niŜczłowiek, którego tropimy – odrzekł Sylwin.  
– Ale przecieŜ ślady i tak się urwały.  
– Owszem, tylko Ŝe woda juŜ się kończy.  
Istotnie, tunel zwęŜał się znowu i wznosił ku górze. Miejscami ze stropu zwieszały się korzenie  
drzew świeŜo ogołocone z ziemi; znać, Ŝe lochy podlegały w tym miejscu wyjątkowo  
gwałtownej erozji. Po raz pierwszy teŜ od chwili wkroczenia pod ziemię usłyszeli odgłosy z  
powierzchni. Były to grzmoty.  
Ś

ladów stóp jednak nie było. Widocznie nieznajomy rozpłynął się w powietrzu lub utopił  

w wodzie zalegającej obniŜenie lochu. Mimo to szli dalej. Bliskość powierzchni działała na  
nich krzepiąco.  
Po kilkunastu krokach korytarzem, który nie był juŜ murowany, lecz jedynie zabezpieczony  
jak bądź drewnem przed osypywaniem, trafili na drewniane drzwi sklecone byle jak. Sylwin  

background image

nacisnął na klamkę, ale drzwi okazały się zamknięte. Daremnie szarpnął nimi kilka razy i  
wtedy rozległ się chrzęst zamka. Zapora ustąpiła. Zanim zdołał poszerzyć uczynioną szparę,  
ktoś z drugiej strony szarpnął za klamkę i otwarł drzwi na ościeŜ. Blask silnego reflektora  
oślepił go na chwilę. Poczuł, Ŝe silne ręce chwytają go z obu stron pod ramiona i machinalnie  
strząsnął napastników. Usłyszał brzęk tłuczonego szkła. W tym samym momencie zręcznym  
kopnięciem wytrącił latarkę z rąk człowieka stojącego naprzeciwko. Teraz światło jego wła- 
snej latarki było górą. Nowi napastnicy podbiegli ze wszystkich stron, ale Sylwin nie szyko- 
wał się na ich przyjęcie. Jak urzeczony wpatrywał się w twarz widniejącą przed nim. Była to  
bowiem twarz doktora Czarlińskiego. Niczego więcej nie zdołał zauwaŜyć przed utratą przy- 
tomności. Nie słyszał teŜ mimowolnego okrzyku przeraŜenia, jaki wydał Waldemar na widok  
zjawy, zanim nie został powalony na ziemię i związany.  
Jolanta i Sylwia, uwięzione w podziemnej kryjówce, daremnie nasłuchiwały odgłosów do- 
biegających z góry. Oprócz grzmotów i jednostajnego szumu deszczu słychać było jedynie  
nieartykułowane okrzyki towarzyszące walce. Wkrótce, ku wielkiemu Ŝalowi więźniarek,  
odgłosy walki ustały. Posłyszały strzępki słów, zrazu niezrozumiałych, rozrywanych wiatrem,  
potem coraz pełniejszych, w miarę jak prześladowcy zbliŜali się do kryjówki. Ktoś odchylił  
klapę znajdującą się na górze. Wiatr, deszcz i struga światła wdarły się do środka. Pojedyncze  
postaci, jedna za drugą, poczęły opuszczać się w dół po drabince ustawionej pod włazem.  
Gwar rozmów, od których Jolanta zadygotała ze strachu, wypełnił pomieszczenie.  
– Są tu nasze gołąbki? – zapytał ktoś świecąc po kątach latarką.  
– Pewnie Ŝe są – odpowiedział inny głos. – Zanim wyfruną, pogruchamy sobie trochę!  
– Nie wiem, czy po tym gruchaniu będą mogły jeszcze fruwać – roześmiał się pierwszy  
głos. – Chyba Ŝe z rozkraczonymi nogami.  
Roześmieli się wszyscy. Ktoś powiedział surowo:  
– Słyszeliście, co powiedział doktor? Najpierw robota, potem rozrywki.  
Odstąpili, nie tyle przez wzgląd na te słowa, ile przez pilniejsze potrzeby. PrzeraŜone,  
przemoknięte i ciasno do siebie przylegające, bardziej przypominały spłoszone owce niŜ go- 
łąbki, dziewczyny nie stanowiły na szczęście dostatecznie silnej pokusy, gdyŜ młodzieńcy  
pospieszyli do swoich zajęć. Jeden zapalił lampę naftową wiszącą u stropu. Pozostali skupili  
się pod przeciwległą ścianą pomieszczenia. Teraz dopiero Jolanta i Sylwia mogły obejrzeć  
dokładnie swoje więzienie. A wyglądało ono nader dziwnie. Najbardziej rzucającym się w  
oczy szczegółem był wielki okrągłodenny kocioł znajdujący się po lewej stronie włazu. Nad  
nim zwisał ze stropu rozłoŜysty parasol z okopconej blachy zwęŜający się ku górze, zakoń- 
czony rurą, prowadzącą prawdopodobnie gdzieś na zewnątrz. Pod kotłem mieścił się nieforemny  
piec ulepiony zapewne z miejscowej gliny, obok leŜały porozrzucane bezładnie fajerki.  
Całe palenisko było odsłonięte tak, Ŝe kocioł zawieszony na trzech łańcuszkach dotykał prawie  
Ŝ

arzących się węgli. Jego zawartość stanowiła bulgocząca ciecz, gęsta od pływających w  

niej kawałków… Czego? To wyglądało jak grzyby, a i mdławy opar unoszący się nad kotłem  
i niknący w otworze metalowego parasola pachniał grzybami. MoŜna by pomyśleć, Ŝe gotuje  
się tutaj po prostu grzybową zupę. Ale równie dobrze zapach mógł pochodzić ze sterty 
muchomorów  
leŜących po drugiej stronie drabiny, a nie z wywaru, chyba, Ŝe… AleŜ tak – przy- 
pomniała sobie Jolanta. – Sylwia mówiła coś o wywarze z muchomorów, lecz ona sądziła, Ŝe  
się przesłyszała! Ale przecieŜ to jest trujące! Jej wzrok lustrował dalsze rejony pomieszczenia,  
podczas gdy Sylwia, znająca juŜ je najwidoczniej, wpatrywała się w zamyśleniu w klapę  
włazu. Pod przeciwległą ścianą stała długa, drewniana ława, a na niej poustawiane nieporząd- 
nie szkło laboratoryjne – pojedynczo lub w skomplikowanych zestawach. Zwłaszcza jeden z  
nich był szczególnie imponujący: w kulistej szklanej kolbie tkwił termometr oraz prowadząca  
w bok spiralna rurka przykryta szklanym kołnierzem i wpadająca do drugiej, mniejszej kolby.  
Ta z kolei była zaopatrzona w pionową rurę napełnioną szklanymi kulkami i zakończoną ja- 

background image

kimś urządzeniem w kształcie litery Y. I w tej kolbie tkwił termometr, a pod obydwiema pa- 
liły się płomyki lampek spirytusowych. Prócz tego ta konstelacja szkła opleciona była gumowymi  
węŜykami, podłączonymi tu i tam. Końce ich sięgały beczki z wodą zawieszonej pod  
pułapem, z drugiej zaś strony – koryta wyŜłobionego w ziemi, spełniającego widać rolę zlewu.  
Z prawej strony ławy widniały jakieś drzwi zbite ze świeŜego drewna, pod nią leŜał porzucony  
miech kowalski. Na ziemi gdzieniegdzie walały się deski, a na nich stare materace i  
koce. W wielu miejscach chodziło się po gołej ziemi. Tylko tam, gdzie stali teraz gospodarze  
tego przybytku – pod drewnianą ławą, podłoga była ułoŜona porządnie.  
– Wchodź cicho na drabinę i wiej do Ginterów – szepnęła Sylwia prosto w jej ucho. –  
Właz nie jest zamknięty.  
– A ty? – poruszyła wargami Jolanta.  
– Ja zdąŜę za tobą. Są zajęci. No dalej!  
Rzeczywiście, młodzieńcy z uwagą, choć nieudolnie wykonywali jakieś operacje przy  
sprzęcie, co chwila coś upuszczając lub przewracając. Jak tylko moŜna było najczęściej  
chwytali naczynie stojące w finalnej części całego procesu i wychylali z niego całą zawartość  
krzywiąc się przy tym.  
– Dobre, chociaŜ nie doprawione – odezwał się jeden z nich przecząc tym samym swojej  
minie.  
– Słuchajcie, chłopaki, nie wygłupiajcie się – powiedział ten sam, który stanął poprzednio  
w obronie dziewczyn. – To moŜe być jeszcze niedobre.  
– Zamknij się – poradził mu pijący. – Nie twój zasrany interes.  
– Dobrze mówisz, Józek – przypochlebnie poparł go drobny chłopak w skórzanej kurtce. –  
Kunus jak coś powie, to całkiem bez jaj. Doktorek by ci kazał, to byś nawet wypuścił te… O  
ty w mordę!  
Jolanta wspięła się juŜ niemal do samej góry drabiny, gdy usłyszała okrzyk, który ją ze- 
lektryzował. Facet w kurtce pierwszy spostrzegł ich zamiary i rzucił się w kierunku drabiny.  
Za nim pospieszyli inni. Sylwia, która dopiero wstępowała na pierwszy szczebel, cofnęła się i  
usiłowała kopnięciem odpędzić pierwszego napastnika, jednakŜe ten chwycił ją za uniesioną  
nogę i zręcznym szarpnięciem pozbawił równowagi. Padając widziała, jak Jolanta pochwycona  
za nogi i oderwana od drabiny trzyma się kurczowo brzegu włazu. Nie trwało to długo.  
Wkrótce i ona spadła pomiędzy napastników.  
– Widziałeś psiekrwie? – spytał retorycznie jakiś głos. Jolanta poczuła, Ŝe niosą ją trzy- 
mając za ręce i nogi. Instynktownie zaczęła wierzgać, ale to tylko rozjątrzyło zapał przeciwników.  
Ramiona ugrzęzły w silniejszym uścisku, ręce trzymające ją za nogi powędrowały ku  
górze, zatrzymując się na wysokości ud w tym lubieŜnym, jak jej się zdawało, pełzaniu. Nie  
myliła się co do charakteru tych dotyków. Poczuła nagle, jak palec jednej z rąk pełznie jeszcze  
wyŜej i wyŜej i dotyka… O nie! Wierzgnęła teraz juŜ nie samymi kończynami, lecz całym  
ciałem, niczym płynący „delfinem” wyczynowiec. Niosący ją kondukt zafalował jak garść  
zŜętego zboŜa. Młodzi męŜczyźni szybko opanowali sytuację i poczęli prześcigać się w  
chwackich odzywkach mających pokryć ich zmieszanie.  
– Ma dziewucha parę w nogach!  
– Jak taka ułapi udziskami, to zadusi człeka.  
– Związać najpierw, a potem się zobaczy, kto silniejszy: my czy ona.  
– Taka nawet pułk przetrzyma!  
– Ale do czego przy7wiązać? Tu nic takiego nie ma.  
– No, normalnie związać, ręce i nogi.  
– O ty głupi, wtedy moŜesz sobie w dziurkę od klucza.  
– Mam – powiedział nagle młodzieniec nazywany Józkiem i – o dziwo – kłótnia raptownie  
wygasła. – ZwiąŜemy je jedna do drugiej. – PoniewaŜ w pierwszej chwili nie zrozumieli, do- 
dał: – No co za barany! Jedną do drugiej, plecami: lewa noga jednej do prawej nogi drugiej, i  

background image

tak dalej. Nie będą mogły bić, kopać, uciekać, a nam to nie przeszkodzi.  
W radosnym uniesieniu zabrali się do dzieła. Wypity na nowo napój musiał juŜ podziałać,  
gdyŜ wszystko wydawało im się nieodparcie śmieszne i ekscytujące. Płacząca z bezsilności i  
upokorzenia Jolanta zobaczyła z przeraŜeniem, Ŝe resztki mokrej odzieŜy rwą się na niej pod  
gwałtownym dotykiem tych niecierpliwych rąk.  
– Te, harcerka! – krzyknął ktoś na widok jej dumnej rezygnacji. – Nie martw się, zaraz 
poharcujemy!  
Poczuła za sobą niŜsze, lecz szersze w ramionach ciało Sylwii i ta obecność, zamiast dodać  
jej otuchy, przytłoczyła ją niepomiernie. Uświadomiła sobie, Ŝe od jakiegoś momentu zaczęła  
traktować Sylwię jako ostoję bezpieczeństwa i obecna bezradność towarzyszki wydała jej się  
symptomem nieodwracalności tego koszmaru. Były związane ze sobą i rzeczywiście, gorszej  
tortury nie mogłyby obmyślić diabły w piekle. Jakkolwiek chciałyby walczyć z napastnikiem,  
walczyły tylko z sobą. I wskutek tego zamiast nienawidzić prześladowcy, po pewnym czasie  
zaczynały nienawidzić siebie nawzajem. Metoda taka, znana od dawien dawna rozmaitym  
dyktatorom, zaowocowała po raz pierwszy, gdy Sylwia kopiąc na oślep rękę usiłującą pozba- 
wić ją spodniej części garderoby, dopomogła Jolancie mimo woli w rozchyleniu nóg, które  
dziewczyna z róŜnych względów wolała trzymać zsunięte.  
– Jak moŜesz! – krzyknęła, czując na ciele nieodwracalne skutki postępku Sylwii.  
– Przestań – powiedziała nagle Sylwia spokojnym głosem. – PrzecieŜ im o to chodzi, Ŝeby  
nas poróŜnić. Nie róbmy im tej przyjemności. Stańmy na baczność, jak mumie, niech się sami  
martwią. To niezdarne dzieciaki, zobacz, jak śmiesznie podskakują! Koguciki!  
W głosie Sylwii jarzyła się wesołość tak autentyczna, Ŝe Jolanta takŜe roześmiała się gło- 
ś

no, a młodzieńcy ulegli chwilowej konsternacji. Znów musieli nadrabiać miną. Chwycili  

związane ciała i przytrzymali je w pozycji, z której by strony nie patrzeć, nieprzyzwoitej.  
Właściciel skórzanej kurtki gwizdnął z cicha.  
– Ale kombajn! Nie wiadomo, skąd zacząć. Seks maszin, jak mówią Anglicy. – A po  
chwili dodał patrząc na prowodyra: – Józek to miał pomysł, co nie, Kunus?  
Adresat tych słów, milczkowaty chłopak tego samego wzrostu, nie odezwał się, gdyŜ wie- 
dział, Ŝe prawdziwym adresatem jest kto inny. Reszta przywitała wypowiedź pełnym aprobaty  
rechotem. Krąg zacieśnił się. Jolanta znów poczuła, Ŝe nie ma dla nich ratunku.  
Nagle u góry rozległ się głos, którego brzmienie nigdy nie było jej tak miłe, jak w tej  
chwili.  
– A co tu się właściwie dzieje? – krzyknął doktor Czarliński. – Powariowaliście?  
Szarpanina ustała. Część grupy miała ochotę wcale nie posłuchać doktora, jednakŜe do- 
mysł, Ŝe był on mimowolnym świadkiem ich niedawnej konfuzji, działał na nich konsternują- 
co. Nie było wiadomo, jak długo jego głowa, zwisająca groteskowo z otworu w suficie, śle- 
dziła akcję migdałowymi oczyma w dziwnej oprawie. Teraz głowa zniknęła na chwilę i w  
otworze ukazały się nogi. Doktor zszedł wolno na dół, zamykając za sobą klapę włazu.  
– Źle się bawicie, chłopcy – powiedział bez specjalnego gniewu. Skinął z zachętą, aby  
skupili się wokół niego. Mówił coś przez chwilę, póki nie uzyskał zbiorowego aplauzu 
nienaturalnie  
spotęgowanego działaniem narkotyku.  
– No widzicie! – powiedział z zadowoleniem i dodał: – One przecieŜ i tak są wasze!  
Jolanta nie miała Ŝadnych wątpliwości, kogo dotyczy to zdanie. Tymczasem doktor pod- 
szedł do drewnianej ławy z aparaturą i zrzędził dobrotliwie.  
– Oj, cepy jesteście. Aby się naćpać. O przyszłości nie pomyślą! No zobacz, jaka tu temperatura.  
PrzecieŜ za chwilę przejdzie ci muska… no, ta…  
– Muskaryna – powiedział ktoś.  
– A ty skąd wiesz?  
– No przecieŜ doktor tłumaczył.  

background image

– MoŜliwe. No więc przejdzie muskarydyna i strzelicie kopytami w kalendarz. Zresztą nie  
lepiej raz a dobrze, niŜ tak po kropelce?  
Kiwali głowami całkiem ulegli. Jolanta zauwaŜyła, Ŝe narkotyk rozpina ich moŜliwości  
psychiczne pomiędzy skrajnościami buntu i uległości. Jak moŜna by to wykorzystać w ich  
sytuacji?  
W tym momencie doktor zamilkł. Ruchem ręki nakazał ciszę chłopakowi w skórze, który  
otworzył usta, aby poprzeć przedmówcę. W powstałej ciszy usłyszano chrobotanie. Wzrok  
Czarlińskiego powędrował w okolice nie uŜywanych drzwi po prawej stronie pomieszczenia.  
Wtedy Jolanta zrozumiała, Ŝe ktoś po prostu naciska klamkę z tamtej strony.  
Czarliński omiótł drzwi ostrym strumieniem światła swojej latarki i przekonawszy się, Ŝe  
istotnie ktoś jest z tamtej strony, powiedział:  
– Który idiota pozwolił się zamknąć w środku? A kto wam w ogóle pozwolił tam wcho- 
dzić?  
I nie czekając na odpowiedź odsunął zasuwę zabezpieczającą drzwi. Natychmiast uchyliły  
się tworząc szparę na kilkanaście centymetrów i tak pozostały. Nikt nie wchodził. Czarliński  
szarpnął niecierpliwie za klamkę otwierając drzwi na ościeŜ. Do klamki z tamtej strony przy- 
legała jakaś ręka. W oślepiającym blasku reflektora ukazał się jej właściciel: Sylwin Radzikowski.  
Jego nagie ciało wysmarowane było błotem, we włosach zaschły pasemka wodorostów.  
Doktor zaklął cicho i wykonał gest w stronę swoich siepaczy. Nie musiał tego czynić.  
Dwóch z nich podbiegło juŜ do przybysza i schwyciło go pod ręce wykręcając je do tyłu. Jolanta  
nie zdąŜyła zobaczyć, jak to się stało, ale niemal w tej samej chwili atakujący wyjąc z  
bólu polecieli w dwa przeciwległe kąty celi: jeden o mały włos nie wpadłszy w kocioł z wywarem,  
drugi rozbijając parę sztuk pustego laboratoryjnego szkła. Jolanta aŜ zaklaskała w  
dłonie, nie zwaŜając na protesty Sylwii, której ręce wykręciły się przy tym do tyłu. Dalsi 
napastnicy  
podbiegli do Sylwina, ale Jolanta bez zdenerwowania obserwowała rutyniarski spokój,  
z jakim oczekiwał atakujących. Na dodatek zza jego pleców wyłoniła się spora sylwetka  
Waldemara, który robił na placu bitwy bezsprzecznie dobre wraŜenie, chociaŜ sztuka walki  
była mu obca. Tak więc Jolanta z Sylwią troszczyły się teraz tylko o połoŜenie ich podwójnego  
ciała, gdyŜ kaŜda z nich chciała widzieć, w co teraz wpadną pokonani prześladowcy. W  
tym momencie latarka doktora Czarlińskiego zgasła nagle, a jej właściciel znalazł się sam w  
kręgu światła znacznie słabszej latarki Sylwina. Cofnął się machinalnie i wtedy zaszło coś  
niewytłumaczalnego. Sylwin bynajmniej nie skorzystał z tej przypadkowej przewagi, a strach  
doktora nie pobudził go do działania. Stał jak zamurowany i wpatrywał się w przeciwnika  
nieruchomym spojrzeniem. Z jego bladej twarzy wyzierał strach. Zdawał się nie dostrzegać  
ludzi obezwładniających go ze wszystkich stron, nie słyszał teŜ okrzyku, który wydała Jolanta,  
gdy jeden z napastników zamierzył się do ciosu drewnianą pałką. Ugodzony w głowę osu- 
nął się bez przytomności. Dziewczyny usłyszały takŜe krzyk strachu wydany przez Waldemara,  
który dał się powalić i związać jak dziecko. Zamknęły oczy, aby oddalić absurdalne, jak z  
koszmarnego snu, przedstawienie. Triumfalne wycie dochodziło i tak do ich uszu.  
Około północy burza przekroczyła wody Morza Kaszubskiego i znalazła się na wyspie.  
Ładunek gromadzony przez wiele godzin, osaczający z przeciwległych brzegów, okazał się  
wreszcie dostatecznie silny. Po krótkiej ciszy, kiedy to nawałnica dokonywała desantu, z góry  
runęła lawina ognia. Pioruny siekły powierzchnię wyspy konsekwentnie i metodycznie. Nie  
słychać juŜ było pojedynczych grzmotów, ale nieustającą kanonadę towarzyszącą pulsujące- 
mu rozjarzeniu nieba. Dziwne, Ŝe w tych warunkach jeszcze padał deszcz, zamiast wyparo- 
wać razem z wyspą i jeziorem, potwierdzając tym jedynowładztwo ognia.  
W domu pod lasem od czasu odkrycia nieobecności gospodarza i dwojga mieszkańców  
nikt nie spał. Zebrano się w jadalni, gdzie dźwięki burzy dochodziły stosunkowo najsłabiej.  
Było to nie bez znaczenia, gdyŜ większość kobiet obawiała się grzmotów i błyskawic, a to co  

background image

działo się w tej chwili przekraczało najśmielsze wyobraŜenia na temat burzy. Babcia Wegeta- 
riańska zjawisk przyrody lękała się bardziej niŜ ludzi, toteŜ pogoda była dla niej sprawą  
pierwszoplanową. Borutowa paliła jednego papierosa za drugim, siedząc za stołem. Pani Zofia  
była i tak przeraŜona zaistniałą sytuacją: morderstwem (chociaŜ Waldemar lansował oficjalnie  
wersję ataku serca, intuicja jej nie miała Ŝadnych wątpliwości), zniknięciem syna, nie- 
pewnością sytuacji, a burza tylko podsycała, potęgowała ten niepokój, potwierdzając teorię  
Waldemara o obecności zjawisk pogody we wszystkim, co się wydarza człowiekowi. Leszek  
paląc chodził po pokoju. Jego Ŝona siedziała obok pani Zofii i nie mówiła nic, tylko czerwie- 
niała i bladła na przemian. Najweselszy w kręgu rodzinnym pozostawał młody Wegetariański.  
Niecodzienna okazja nocnego mantykowania była dla Kajtka wystarczającym powodem do  
Ŝ

ywiołowej radości, którą zresztą przypłacił niejednym kuksańcem zadanym cięŜką ręką 

podenerwowanego  
ojca. Pozostali domownicy nie zdradzali zdenerwowania, ale był to tylko  
pozór spokoju wynikający z lepszej umiejętności opanowania się. Nawet sezonowi pomagierzy,  
nie zaangaŜowani pozornie w sprawy domu, byli przejęci. Nic dziwnego: chcąc nie chcąc  
znaleźli się na tym samym wózku, co ich szef. Jedynym człowiekiem, którego na pewno nic  
nie obchodziło, był stary Maksym. Zagłębiony w lekturze „Nowego Średniowiecza” Bierdiajewa,  
nie dostrzegał prawdopodobnie panującej paniki.  
– Jak mogli tak zniknąć bez uprzedzenia – powiedziała z goryczą pani Zofia. – Człowiek  
ma dorosłego syna, a ciągle musi się o niego martwić. Ciekawe, w kogo on się wdał.  
– No, ciekawe – powiedział Leszek.  
– Jak on mógł mi to zrobić – dodała nie zwaŜając na zaczepkę.  
– Ale, Dzida, on nie zrobił tego t o b i e. Po prostu miał jakieś waŜne powody.  
– śeby wychodzić w taką burzę i w takiej sytuacji.  
– I nie wziął ze sobą parasola – wtrąciła babcia Wegetariańska.  
– AleŜ, mamo!  
– Naprawdę! Widziałam, Ŝe stoi w sieni. 
Pani Zofia zamilkła demonstracyjnie, ale nie wytrzymała tego zbyt długo. 
– I jeszcze zabrał tego swojego przyjaciela. Zostałyśmy całkiem same.  
Leszek zaniechał na chwilę chodzenia po pokoju i zastygł w pozie pełnej oburzenia. Tadeusz  
Tymoteusz roześmiał się bez przekonania.  
– No nie całkiem – zgodziła się niechętnie pani Zofia. – Ale prawie. śeby wreszcie ta milicja…  
Brzęk tłuczonego szkła przerwał jej wpół zdania. Przez stłuczone okno wleciał do pokoju  
spory kamień. Zawierucha wdarła się gwałtownie do środka. Leszek podbiegł do okna i wyj- 
rzał na zewnątrz. Usłyszał chrobot kamienia staczającego się po dachówkach. Inny kamień  
trafił w mur nie opodal niego, jeszcze inny opadł na ziemię, nie dolatując celu. Rzucano zza  
palisady, na oślep. Psy, pochowane przed deszczem w swoich budach, dopiero teraz usłyszały  
obcego. Ich ujadanie wzniosło się ku górze współzawodnicząc z rykiem nawałnicy.  
Wszyscy porwali się z miejsc i skupili koło okna. Nawet Maksym przerwał lekturę.  
– Swołocz jakaś – powiedział oglądając podniesiony z podłogi kamień. 
Panią Zofię ogarnęła histeryczna odwaga. 
– Czego rzucasz, bydlaku!? – krzyknęła w noc. Za palisadą ktoś zachichotał i męski głos  
odkrzyknął:  
– Bo nie zabrałem procy!  
Rozległ się zbiorowy śmiech. Grad kamieni posypał się na budynek. Kilka wpadło do pokoju,  
nie wyrządzając jednak nikomu krzywdy.  
– Odsunąć się od okna – zakomenderował Leszek. – Czego chcecie? – krzyknął bardziej  
ugodowo pod adresem napastników.  
– Wykurzyć was, zanim podpalimy tę budę! – usłyszeli zza palisady.  
– Gospodarz popłynął po milicję. Zaraz tu będą. Radzę wam zabierać się stąd!  

background image

– Gospodarz popłynął nie tam, gdzie chciał – odkrzyknięto. – Siedzi grzecznie związany  
razem z tym swoim zbirem z Gdańska.  
– Na Boga! Kto to jest? Czego oni chcą?! – powiedziała Zofia.  
– Trzeba popłynąć po pomoc – zawyrokował Leszek. – To nie są Ŝarty. Ale jak się stąd  
wydostać?  
– PrzecieŜ tata zawsze mówił, Ŝe da radę dwudziestu! – zaszczebiotał Kajtek w dobrej wierze.  
– Milcz, baranie! – Ojcowska ręka wylądowała na potylicy syna – i pozostała w tej nienaturalnej  
pozycji, gdyŜ jej właściciel popadł w nagłą zadumę. – Baran, baran – powtarzał cicho,  
jakby to słowo miało wyjątkową moc.  
– No co? – zaprotestował Kajtek, odnosząc tę monotonną serię wyzwisk do siebie.  
– Jajco! – odparł Leszek i przyłoŜył mu z drugiej strony – Mam pomysł! – obwieścił.  
– Ty wpadłeś na pomysł? – dziwiono się ze wszystkich stron.  
– Nie ja – odparł skromnie. – Odys.  
– Mój BoŜe, zwariował – powiedziała cicho pani Zofia.  
Tymczasem zamknięto okiennice, gdyŜ kamienie szybujące zza palisady padały coraz celniej.  
– On wpadł na pomysł – kontynuował Leszek – a ja go ulepszę. Nie mamy bowiem takich  
wielkich baranów.  
Udawano grzecznie, Ŝe nikt nie słucha tych bredni. Jedynie Tadeusz Tymoteusz Słyszkto  
zdawał się rozumieć intencję mówiącego. Po chwili obaj wyszli z jadalni. Pozostali w milczeniu  
wsłuchiwali się w złowróŜbne odgłosy z zewnątrz.  
Po kilku minutach Leszek wsadził głowę przez uchylone drzwi i rzekł:  
– Kajtek, nabij swój korkowiec!  
Pani Zofia wzniosła oczy ku niebu w bezradnej rozpaczy. Upłynęło jeszcze kilka minut.  
Na dziedzińcu rozległy się wystrzały. Pani Zofia, a za nią pozostali, wybiegli z pokoju.  
– Jeszcze wciągają w to dziecko! – mówiła pod nosem.  
Znalazłszy się na ganku, zobaczyli rzecz następującą. Po dziedzińcu biegały jak oszalałe  
Waldemarowe owce i krowy. Podenerwowane burzą zwierzęta na odgłos strzałów z korkowca  
wściekły się ostatecznie. Gdy juŜ wydawało się, Ŝe niechybnie rozwalą ogrodzenie, Tadeusz  
Tymoteusz rozwarł bramę wjazdową. Wystarczyło, Ŝe jedna z krów skorzystała z tego  
wyjścia, a wszystkie zwierzęta poszły w jej ślady. Brzegi bramy zatrzeszczały pod naporem  
ciał. Nie było mowy, aby ktoś przedarł się w stronę przeciwną, pod prąd rozszalałej masy.  
Okrzyki z zewnątrz wskazywały, Ŝe to tam zapanowała panika z powodu nagłej inwazji tabunu  
bydła.  
Ledwo ostatnia sztuka zniknęła za bramą, Tadeusz Tymoteusz zatrzasnął pospiesznie  
wrota i zasunął stalowe sztaby zabezpieczające je przed wywaŜeniem. Rozległo się wściekłe  
łomotanie, na szczęście za późno.  
– Najlepiej zrobimy chroniąc się do piwnicy – rzekł Tadeusz Tymoteusz do zgromadzonych  
na ganku. Tam nas nie znajdą, nawet gdyby sforsowali mur.  
Istotnie, piwniczka wykopana na zapleczu domu była dobrym schronieniem. Jej wejście,  
obrosłe chwastami, kryło się przed oczyma niewtajemniczonych. Pod budynkiem istniała  
jeszcze jedna, podręczna piwnica, ale ta na zewnątrz była główna. Łatwiej tam było trans- 
portować lód, który, przechowywany w trocinach, zastępował lodówkę. PoniewaŜ w piwnicy  
stały nieprzebrane zapasy domowych win i nalewek, Waldemar zwykł nosić klucz ze sobą.  
Na szczęście Maksym, jako abstynent obdarzony pełnym zaufaniem, posiadał drugi klucz,  
toteŜ szybko urzeczywistniono zamiar Tadeusza. Piwnica była obszerna i dobrze urządzona.  
Było nawet gdzie usiąść. Wejście zaparto od wewnątrz długim drągiem. Rozpoczęło się pełne  
napięcia oczekiwanie.  
Inwentarz Waldemara po wydostaniu się na zewnątrz długo jeszcze cwałował tratując  
wszystko, co stanęło na drodze. Nierozumna panika kazała zwierzętom biec dopóty, dopóki  
przedostawszy się brzegiem jeziora na koniec Ifranka, aŜ za Bukową Górę, nie stanęły w obliczu  

background image

konieczności omijania krzewów zwisających tuŜ nad samą wodą. Chłodne fale jeziora  
ostudziły nieco ich temperament. Rozproszone w trakcie biegu, wałęsały się teraz zdezorientowane,  
porykując bezradnie. Nagle, ku milczącemu zdumieniu natury i pozostałych zwierząt,  
jedna z krów, stojąca po kolana w wodzie, przemówiła ludzkim głosem.  
– No i gdzieŜeś wlazła, bydlę jedno. Wyłaź natychmiast!  
Był to głos Leszka Wegetariańskiego. Dobywał się prosto spod brzucha poczciwej krowiny,  
której mina nie wskazywała zadowolenia z tego faktu.  
– Wyłaź na brzeg, ty… ty… krowo! – zagrzmiał Leszek orientując się poniewczasie, Ŝe  
obelga nie była w tym wypadku zbyt trafna. W jego ręce zabłysnął nóŜ. Ktoś mógłby pomy- 
ś

leć, Ŝe szalony Lesio pragnie ukarać biedne zwierzę za domniemaną złośliwość, ale on po- 

czął przecinać sznurek, którym został uwiązany do swego rumaka. Za chwilę opadł we wzburzone  
wody jeziora i pełen rezygnacji wyszedł na brzeg. – I tak leje jak z cebra – pocieszył  
się, a potem, z braku innych słuchaczy, zwrócił się do krowy: – Jesteś marnym wierzchowcem…  
Przerwał, zorientowawszy się, Ŝe zwierzę, p o d którym się podróŜuje, nie jest nawet  
wierzchowcem. Krowa popatrzyła smutno i zamuczała tęsknie, jak gdyby z pretensją do 
stworzyciela,  
który obdarzył ją tak nędzną kondycją. PoniewaŜ im bardziej Ŝałosne jest to, z czym  
się spotykamy, tym więcej mamy powodów do doceniania własnej wartości, Leszek oddalił  
się w dobrym nastroju, aby spełnić cel swojego wypadu.  
Biegł brzegiem zatoki, tą samą drogą, którą przebył niedawno pod brzuchem krowy. Co  
chwila zapadał się w rozmokły piach lub na odmianę ślizgał na mokrych kamieniach, którymi  
usłana była linia brzegowa. W świetle błyskawic groteskowe pnie zatopione w Babie szcze- 
rzyły czarne zęby. Znalazłszy się w miejscu, gdzie Ifranek był najwęŜszy, skręcił w lewo i  
pobiegł w kierunku przeciwległego brzegu półwyspu. Łodzi naleŜało szukać właśnie na tamtym  
brzegu, gdzieś pomiędzy gospodarstwem Ginterów a cyplem pod Cyronkiem, gdzie do  
niedawna było jej miejsce postoju.  
PrzewęŜenie Ifranka było tak płaskie, Ŝe gdyby poziom jeziora podwyŜszył się chociaŜby o  
metr, cypel stałby się samodzielną wysepką, z przytłaczającym ją masywem Bukowej Góry  
pośrodku. Niewiele do tego brakowało. Leszek biegł po kostki w wodzie. Nie nadąŜała ona z  
wsiąkaniem w przesyconą wodą glebę. Dopiero na środku przewęŜenia, gdzie było najwyŜej,  
grunt wydawał się suchszy. Ale były to pozory. Leszek poczuł, Ŝe jego noga grzęźnie w bło- 
cie, zapada się z dziwną, niespotykaną poprzednio miękkością. Stracił równowagę i oparł się  
na kolanie. Z całej mocy próbował wyciągnąć z ziemi uwięzioną kończynę, lecz zamiast tego  
poczuł, Ŝe zapada się w głąb takŜe jego kolano i druga noga, i on cały wreszcie spada gwał- 
townie w dół wraz z tym kawałkiem ziemi, na którym przed chwilą ukląkł. W oblewanej  
strumieniami deszczu murawie powstała nagle przepaść, z której wzbił się pod rozszalałe niebo  
okrzyk równie rozpaczliwy, co nieprzyzwoity.  
Wylądowawszy miękko o parę metrów niŜej, Leszek metodycznie sprawdził całość swojej  
powłoki cielesnej, po czym zajął się oględzinami miejsca, w którym znalazł się w przymusowy  
i niewytłumaczalny sposób. Siedział na ziemi, ale była to prawdopodobnie ziemia, która  
zarwała się pod nim, gdyŜ kawałek dalej namacał inną powierzchnię: gładką, oślizgłą, pofał- 
dowaną nieco i gumiasto elastyczną. Wstał i poszukał w kieszeni niewielkiej latarki, którą  
przezornie zabrał ze sobą. Początkowo nie chciała się zapalić. Widać przemokła w kieszeni.  
Manipulując przy niej postąpił krok do przodu. Jego noga pośliznęła się na czymś miękkim.  
W tym momencie latarka wreszcie zaświeciła. Poświecił w dół i zrobiło mu się niedobrze.  
Pod jego butem połyskiwała blado stłamszona, wkopana w błoto twarz doktora Czarlińskiego.  
Nie panując nad sobą odskoczył w tył. Jego plecy uderzyły w ścianę, aŜ jęknęło. Cofał się  
teraz wzdłuŜ tej ściany potykając się co chwila o coś. Bez celu. Byle dalej od tego miejsca.  
Jego głowa zderzyła się z jakąś przeszkodą. Przejmujący ból zaćmił mu na chwilę świado- 
mość. Coś uderzyło głucho o ziemię. Machinalnie poświecił latarką. Poczuł nagle, Ŝe zwa- 

background image

riował. Usłyszał wibrujący w powietrzu krzyk obłąkańca. Prawdziwy, nie udawany. Swój  
krzyk. Popatrzył jeszcze raz w dół, ale normalność nie wróciła.  
Ludzka głowa toczyła się w kierunku jego stóp. Teraz, gdy znieruchomiała, nie było wąt- 
pliwości: z ziemi patrzyła na niego martwo jego własna twarz.  
XII  
Człowiek bez twarzy  
Upłynęła długa chwila, zanim Leszek przyszedł do siebie. To było po prostu niemoŜliwe, a  
więc nie mogło być straszne! Mimo to ukradkiem, wstydząc się samego siebie, pomacał się  
po głowie. Dopiero teraz odetchnął z ulgą. Rozejrzał się wokoło. TuŜ przy nim stała drewniana  
półka. To o nią musiał wyrŜnąć głową. Stamtąd teŜ spadła zapewne ta głowa, która – teraz  
zdał sobie z tego sprawę – była z gipsu. Nie zmieniło to jednak faktu, Ŝe była to jego głowa.  
Nie śmiał podnieść jej z ziemi; stał jak zahipnotyzowany wpatrując się w swoją twarz.  
– Dobry wieczór – usłyszał za sobą cichy głos i odwrócił się gwałtownie. Zobaczył w  
mdłym świetle swojej przemokniętej latarki niepozornego człowieka ubranego w baranicę  
przepasaną niedbale rzemieniem. Skóra była obrócona włosem na zewnątrz, tak Ŝe przybysz  
sprawiał wraŜenie kosmatego potwora, który dopiero co wyskoczył z buszu. Leszek przy- 
siągłby, Ŝe nieznajomy nosi brodę i bujne włosy. Dopiero z bliska przekonał się, iŜ to mylące  
wraŜenie powstało za sprawą kudłatego kołnierza jego dziwnego ubioru. Spod baranicy wy- 
stawały gołe i szczupłe nogi zabłocone aŜ do kolan. Wskutek tego nie moŜna było stwierdzić,  
czy przybysz nosi w ogóle obuwie. – A raczej dobranoc – kontynuował dziwny osobnik zbli- 
Ŝ

ywszy się ze swobodą salonowca – gdyby oczywiście to słówko chciało funkcjonować jak  

tamto lub jak „dzień dobry”. Niestety! Nasz język nie posiada nocnego pozdrowienia, lecz  
jedynie nocne poŜegnanie, które na dodatek stosuje się głównie u progu nocy. CóŜ za szkoda!  
Nocą, łaskawco, dzieje się tyle ciekawych rzeczy, jak pan zapewne miał sposobność zauwa- 
Ŝ

yć.  

To jakiś wariat – pomyślał Leszek i jednocześnie spytał:  
– Kim pan jest?  
– Po cóŜ pytać? PrzecieŜ i tak na pewno zadał pan sobie to pytanie wcześniej i nie wątpię,  
Ŝ

e odpowiedział w sposób zadowalający. CzyŜ nie mam racji?  

Leszek spojrzał w spokojne, bladoniebieskie oczy przybysza i speszył się. On potrafi czy- 
tać w myślach! – przyszło mu do głowy.  
– Ach, nie, niech się pan tylko nie boi, nie jestem jasnowidzem. Obserwuję ludzi i wycią- 
gam wnioski. Repertuar myśli większości z nas jest ubogi… Zresztą jasnowidzenie nie moŜe  
istnieć. Ta właściwość jest tak kłopotliwa dla otoczenia, Ŝe z pewnością ewolucja wyelimi- 
nowała ją w drodze doboru naturalnego. A jeśli nawet nie, to ludzie, którzy wymknęli się, jak  
panu wiadomo, doborowi biologicznemu, znaleźli doskonalsze sposoby selekcji. Ale ja pana  
nudzę. Jak pan znajduje swoją twarz? – Leszek spojrzał na obcego spode łba i nastroszył się.  
– Ach, rozumiem, nie musi pan odpowiadać. To niecodzienne przeŜycie stanąć oko w oko z  
własną facjatą, jakakolwiek by była.  
– Ja pana juŜ przecieŜ widziałem – powiedział Leszek przypatrując mu się uwaŜnie.  
– MoŜliwe – zgodził się – chociaŜ niech pan zbytnio nie ufa pamięci. Jestem podobny do  
wielu ludzi.  
– Ale przecieŜ…  
– Zmieńmy temat, łaskawco!  
– Drogi panie – powiedział Leszek. – Przyzna pan, Ŝe okoliczności są na tyle dziwne, Ŝe  
mam prawo Ŝądać, aby pan przedstawił się. Jeśli idzie o mnie, odnoszę wraŜenie, Ŝe pan mnie  
zna.  
– Nie myli się pan. Jestem mile zdziwiony rozpoznając w panu osobę przywiązującą wagę  
do takich spraw. ToteŜ zamiast odpowiedzieć: „moje nazwisko nic panu nie powie”, zdradzę  
panu swoją godność. Zaborski jestem. Mucha Zaborski. Świat nie zna mnie raczej pod tym  

background image

nazwiskiem, o ile w ogóle świat mnie zna.  
– AleŜmnie to nazwisko nie jest obce! – wykrzyknął Leszek. – Tak jak i pańska twarz.  
– No cóŜ – powiedział z wahaniem. – MoŜliwe, Ŝe gdzieś je pan słyszał, ale z pewnością  
nie chodziło o mnie.  
– Mam! Waspan Mucha, Król Jeziora! 
Zaborski spojrzał na niego zdumiony i w przypływie wylewności chwycił go za rękę. 
– A więc słyszał pan? To oczywiście nie ja, lecz mój pradziad. Pan na Zaborach. To z  
tamtej strony, na tym wysokim brzegu przed Rybakami. Tylko nazwa pozostała.  
Patrzył na Leszka badawczo. Powracał juŜ do właściwego sobie dobrodusznego dystansu  
wobec rozmówcy.  
– Hm, niech się pan przyzna. Pewnie czytał pan ksiąŜkę dra Majkowskiego, o Remusie?  
Od razu wiedziałem. Innych źródeł nie ma. CóŜ, nafantazjował sobie nasz Majkowski, ale  
takie prawo powieści. – nachylił się konfidencjonalnie do Leszka i mówił dalej. – Ale lochy  
na Glonku były jak się patrzy. Pradziadek przez całe lata krył się przed Prusakami i nie mogli  
go znaleźć. Dopiero w parę lat po jego śmierci przyszła burza: wszystko się zawaliło, trudna  
rada.  
Po chwili milczenia ciągnął:  
– Jego syn umarł bezpotomnie, jeszcze za Ŝycia Króla Jeziora. Ale została córka. Ona wła- 
ś

nie związała się z banitą Remusem, któremu pradziad umierając wręczył ten oto rodowy  

ryngraf, wyobraŜając sobie, Ŝe z tego związku narodzi się mściciel krzywd rodzinnych i 
kaszubskich.  
Istotnie, narodził się mój ojciec. TeŜ Zaborski, bo Remus nie wziął nigdy ślubu z  
babką; był juŜ Ŝonaty z jakąś Trąbiną. OwóŜ ojcu, oględnie mówiąc, daleko było do mścicie- 
la. Próbował raczej postawić na nogi gospodarstwo. A w tym celu musiał jak najlepiej Ŝyć z  
okupantem… Zresztą co ja panu będę tłumaczył!  
Znów zamilkł na chwilę.  
– Nie rozpieszczano mnie opowieściami o pradziadku banicie i o, jeśli tak moŜna rzec, nie- 
ś

lubnym dziadku Remusie, teŜ banicie i handlarzu jarmarczną literaturą. Ba! Ale od czegóŜ  

właśnie jest literatura! Dość powiedzieć, Ŝe nie tylko wiedziałem o nich wszystko jeszcze  
jako chłopak, ale teŜ prędko dorobiłem się swoich lochów. Właśnie tych, po urszulankach. W  
czasie wojny przysłuŜyły się niejednemu, potem straciły jakby na popularności, chociaŜ kto  
wie, czyby się czasem nie przydały. Jak pan widzi, jestem raczej królem jednoosobowego  
podziemia aniŜeli jeziora. W kaŜdym razie nikt nie próbuje wydrzeć mi tego władztwa, bo teŜ  
i nikt o nim nie wie. Czasem tylko jakiś intruz…  
– O, przepraszam – oburzył się Leszek. – Ja się tutaj nie prosiłem. – wymownym gestem  
poświecił w otwór szybu prowadzącego na powierzchnię.  
– Ach, nie mówię o panu! Są inni, bardziej natrętni. Na przykład ten pan.  
Schylił się i wyciągnął z błota maskę doktora Czarlińskiego. Mlasnęło niechętnie oddając  
łup w ludzkie ręce. W pustych oczodołach bieliła się powierzchnia gipsowej atrapy. Zaborski  
jednym ruchem ściągnął z niej właściwą maskę. Zawisła w jego ręku Ŝałośnie, jak przekłuty  
balon. Przyglądał się temu kawałkowi kauczuku odartemu nagle z pozorów człowieczeństwa,  
aŜ wreszcie rzekł:  
– Nie sądzi pan, Ŝe niektórzy ludzie umierają w sposób pozbawiony dobrego smaku? Mam  
na myśli nie tyle jakość umierania, co ilość zgonów. Ale to tylko pozór! Zły smak jest wszak  
wynikiem braku imperatywów moralnych, a te z kolei… Ale znów pana nudzę. Trzeba czytać  
Kanta i tyle. Dlaczego pan się tak przygląda tej masce?  
– Myślałem, Ŝe tam leŜy trup, w błocie – wyjąkał Leszek.  
– Dlatego pan krzyczał?  
– Nie, potem ta głowa, moja głowa…  
– Rozumiem. Jeden obraz nałoŜył się na drugi, a skoro pan myślał, Ŝe tu leŜy trup Czarliń- 

background image

skiego…  
– Ja nie myślałem – wyznał Leszek. – Ja się stuknąłem o tę półkę…  
– Mniejsza o to. W kaŜdym razie zdrowo pan krzyknął. Mamy podobny głos. ZałoŜę się,  
Ŝ

e napędziło to strachu naszym junakom. Á propos: myślę, Ŝe czas skończyć pogawędkę.  

Czekają na nas. Pan prawdopodobnie wyszedł po pomoc?  
– Tak. To juŜ regularny napad. I jeszcze zniknął gdzieś gospodarz z przyjacielem i jedną  
dziewczyną…  
– Dwiema – przerwał Zaborski. – Są tu niedaleko.  
– I co oni tam robią? – wykrzyknął Leszek w zdumieniu.  
– Nic. Dokładnie nic, czyli tyle, ile moŜna robić mając związane ręce i nogi. Za to z nimi  
mogą zrobić coś z czego ani pan, ani tym bardziej oni, nie będziecie zadowoleni. Krótko mó- 
wiąc: trzeba ich natychmiast uwolnić.  
– My? We dwóch?  
– A czemu nie?  
– Ale ja miałem jechać po milicję!  
– Nie zdąŜy pan. Nawet gdyby udało się przeprawić przez jezioro przy tej wichurze.  
– A ilu ich jest?  
– W tej chwili trudno powiedzieć. Nie więcej jak pięciu. A moŜe mniej, jeśli przystąpili juŜ  
do ostatecznego ataku na dom.  
– Oni myślą o tym na serio? Taki mają cel?  
– Nie myślą na serio o niczym, ani nie stawiają sobie celu. Są poddani celom i myślom  
przywódcy.  
– Mówi pan: pięciu – powiedział w zadumie Leszek i oblizał nerwowo wargi.  
– Chyba nie przeraŜa to pana? Słyszałem, Ŝe niezły z pana osiłek.  
– Od kogo?  
– Sam Ŝeś pan się chwalił, aŜ się rozlegało. Przechodziłem właśnie lasem. No więc jak,  
idziemy?  
– A broń? 
– Musimy się obyć bez niej. 
Leszek zawahał się i rzekł niespodziewanie: 
– MoŜe jednak, skoro pan tyle wie, zechciałby pan objaśnić mi, gdzie się właściwie znala- 
złem i co to wszystko znaczy.  
– AleŜ nie ma na to czasu! Powiedziałem panu tylko to, co było konieczne, aby nabrał pan  
zaufania do mojej osoby. CóŜ mam powiedzieć? Tu się po prostu robi maski. Te urządzenia  
na półce za panem to prawdopodobnie matryce. Nie znam się na tym. A tam dalej, widzi pan,  
leŜy jeszcze kilka takich jak ta.  
– Ale po cóŜ w tym wszystkim moja głowa?!  
– Nie wiem. Zastanawiałem się nad tym. MoŜe ma pan paszport?  
– Mam! Skąd pan wie? 
– Domyśliłem się. A teraz w drogę.  
– Czy mogę to wziąć ze sobą? – powiedział Leszek potrącając z szacunkiem swoją gipso- 
wą głowę czubkiem buta.  
– Będzie panu przeszkadzać.  
– Nie sądzę – rzekł Leszek szczerząc zęby w jednym ze swych zimnych uśmiechów. 
Zaborski popatrzył na niego z uwagą i powiedział: 
– Na panu facet by się pośliznął. śadna maska nie uwzględnia takich min. Chodźmy. Powiem  
panu po drodze, jak to urządzimy.  
– No i co, moi panowie? – zapytał doktor Czarliński klepiąc się dłonią po eleganckich oficerkach,  
jakie miał na nogach.  
Siedział na drewnianej ławie, zrobiwszy sobie miejsce wśród stojącej tam aparatury. Był  

background image

zadowolony z siebie i nie ukrywał tego faktu. Nie opodal niego, na brudnej i skotłowanej macie,  
leŜeli więźniowie. Sylwia i Jolanta w dalszym ciągu były związane wspólnie; Waldemar i  
Sylwin leŜeli kaŜdy z osobna z rękami wykręconymi do tyłu i przywiązanymi do kostek nóg.  
Prócz nich w pomieszczeniu znajdowało się dwóch młodzieńców Ŝujących leniwie gumę i  
przysłuchujących się monologowi Czarlińskiego.  
– Moje słodkie mądrale! LeŜycie tutaj, a tam waszych łupią. Przynajmniej tyle macie ko- 
rzyści, Ŝe was złupią na końcu. O nie! Nie mam zamiaru was zabić. Ale cóŜ poradzić, Ŝe  
chłopcy się rozhulali? Panienkom to juŜ na pewno nie przepuszczą, jak ich znam. Albo kto  
moŜe ręczyć, co stanie się z domownikami, panie gospodarzu, jeśli zechcą się zbyt długo  
opierać?  
– Ty draniu! – wystękał Waldemar szarpiąc się bezskutecznie z więzami. – Po co ci to,  
szaleńcze? PrzecieŜ cię złapią!  
– Mylisz się. Jutro będę daleko i nikt mnie nie będzie podejrzewał. GdyŜ motywy, które  
mam teraz, nie będą juŜ moimi motywami. Skomplikowane? Wierzę. Być moŜe opatrzność  
zlituje się nad wami i pozwoli doŜyć chwili, gdy to pojmiecie.  
– Jakie motywy? Twoje działanie jest pozbawione sensu.  
– O nie! Chcę zdobyć skarb. Twój przyjaciel, który jest w tej chwili cokolwiek śnięty, miał  
kilka dobrych informacji, chociaŜ całość nie mogła się przyśnić nawet jego powieściopisar- 
skiej głowie. Złoto – to motyw doktora Czarlińskiego. Spytasz, dlaczego nie zaleŜy mi na  
waszej śmierci, skoro znacie prawdę? AleŜ właśnie dlatego, Ŝe za parę godzin to przestanie  
mieć związek ze mną.  
– Co ma skarb wspólnego ze mną? Dlaczego napadacie na mój dom?  
– A po co się tam pobudowałeś? – wyciągnął z kieszeni kartkę papieru i rozpostarł ją przed  
sobą. – O widzisz? Tu jest wszystko zapisane. Z dokładnością do pół metra. Naprawdę szkoda,  
Ŝ

e się tam pobudowałeś. Bo ja nie lubię się dzielić. Zresztą tam są ponoć róŜne złotnicze  

cudeńka, a to trzeba zaraz przetopić na sztabki, tak bezpieczniej sprzedawać. Nie na twoją  
idealistyczną głowę takie interesy. Kręciłbyś nosem.  
– I nie widziałeś innego sposobu zdobycia złota, jak regularny napad?  
– O, i owszem. MoŜna by poczekać, aŜ będziesz sam i zastosować, powiedzmy, delikatną  
narkozę. Ale ty masz stale kupę gości. MoŜna było teŜ poczekać, aŜ kaŜą ci się wynieść z  
wyspy – i ten pomysł brał ostatnio górę. Chodziło o to, Ŝeby cię skompromitować i w ten sposób  
dopomóc władzom w decyzji. Niestety, ostatnio wiele rzeczy uległo zmianie. Park krajobrazowy  
nie przewiduje ośrodków ani pensjonatów.  
– Mówiłem! – wykrzyknął Waldemar zapominając o swoim połoŜeniu. 
Czarliński spojrzał na niego ze zdziwieniem i ciągnął dalej. 
– Pozostawała więc zorganizowana akcja, lecz nie tak ją sobie wyobraŜałem.  
– Nie bardzo to się trzyma kupy – rzekł Waldemar. – Nie chciałeś wspólnika, a tu nagle  
dobierasz sobie całą gwardię!  
– Oni? Są teraz w innym świecie. Meskalina robi swoje. Ich interesuje działanie, a nie ja- 
kieś złoto, bo wszystko, co robią, czują tysiąckrotnie mocniej.  
– Hej, chłopcze – zwrócił się nagle Boruta do jednego z młodzieńców. – Nie słyszysz, Ŝe  
tu się was nabija w butelkę. Robicie za kozły ofiarne i za darmo. Doktor wyjedzie, a wy pójdziecie  
siedzieć.  
Ale narkotyk działał juŜ zbyt mocno. Wyglądali jak maszyny z nagranym programem  
działania. Spojrzenia i ruchy mieli sprawne, lecz władza sądzenia opuściła ich.  
– Daj spokój – roześmiał się Czarliński. – Oni mają złoto gdzieś. Tamten krąg jest lepszy…  
– ZaleŜy, gdzie się ich pchnie, gdy są u progu. Ty ich pchnąłeś w zło!  
– Nieprawda! To miało być inne, zorganizowane! Oni mnie w to wepchnęli, mordując  
tamtą małą! A ja tylko chciałem, Ŝeby nie gadała, no chciałem… zmontować kolektyw. A  
teraz muszę być konsekwentny.  

background image

Upiorny krzyk rozległ się gdzieś niedaleko, przytłumiony, ale wyraźny. Spłynął jakby z  
góry, jednocześnie wypełniając podziemie. Czarliński drgnął mimo woli i skulił się w sobie.  
– Boisz się? – spytał szyderczo Waldemar. – Boisz się go jak śmierci – dodał tonem twier- 
dzącym.  
– Czemu mam się go bać? Nie znam go – ochłonął Czarliński.  
– Ja teŜ go nie znam. Ale nie muszę się go bać. I to jest najgłębsza róŜnica między nami.  
Zapadła cisza. Słychać było ciche pojękiwania Sylwina, który prawdopodobnie pod wpły- 
wem krzyku ocknął się do Ŝycia. Czarliński z tajonym niepokojem nasłuchiwał odgłosów z  
zewnątrz, ale krzyk juŜ się nie powtórzył. Tylko burza szalała z niesłabnącą siłą.  
Nagle klapa w suficie otworzyła się. W otworze ukazała się twarz okolona młodzieńczym  
zarostem. Czarliński skinął ręką i przybysz zszedł na dół.  
– Nie chcą wpuścić – powiedział bez wstępów. Był znacznie mniej oburzony od dwóch  
stale tu obecnych. Jego oczy płonęły za to emocją i szaleństwem. Waldemar ze strachem po- 
myślał o tamtych pod domem, takich samych jak on: zapamiętale dąŜących do zaprogramowanego  
celu, niczym śnieŜna kula staczająca się nieomylnie ku swojej finalnej postaci – lawinie.  
– Słyszałeś krzyk? – spytał Czarliński. 
Młody pokręcił głową. 
– Co dalej robić? – zapytał. Tylko ta jedna sprawa go interesowała.  
– No cóŜ – powiedział powoli Czarliński. – Sami sobie winni. 
Zwracał się po części do Waldemara, nawiązując do rozmowy sprzed chwili. 
– Chłopcy podpalają budę – powiedział chłopak. 
Waldemar i doktor wydali jednoczesny okrzyk, chociaŜ kaŜdy z innego powodu. 
– Czy wyście zwariowali? Zanim to ostygnie i będzie moŜna wejść, zrobi się dzień. A kiedy  
zdąŜę odnaleźć skarb?  
Argumentacja ta spadała jednak poza kręgami wyobraźni psychodelicznej. Jak lawina  
zmiata przeszkody ze swej drogi przypadkowo, gdyŜ jedynym jej celem jest spadanie, tak i  
oni działali juŜ poza wszelką przyczynowością, niszcząc dla niszczenia. Tak zostali pchnięci,  
w tę stronę polecieli – i teraz toczyli się bezwolnie i radośnie bez moŜliwości zatrzymania.  
Czarliński, którego ostatnie godziny nauczyły reagować bardzo elastycznie na to, co się wydarza,  
powiedział po chwili zastanowienia:  
– Dom jest murowany i ma piorunochron. Trudno przypuścić, Ŝe zapalił się od burzy. Lepiej  
jest podpalić las wokół domu. Ofiary takŜe rzucić w ogień, Ŝeby się trochę podpiekły –  
będzie wyglądało, Ŝe zginęli w poŜarze wywołanym burzą.  
– Więc jednak ofiary? – zapytał Waldemar.  
– A cóŜ pan myślał! KaŜde działanie wymaga ofiar.  
Młody przybysz słuchał wskazówek doktora bez specjalnego zainteresowania. Nie wyglą- 
dało na to, aby miał się okazać dobrym kurierem.  
– Zostań tu – powiedział Czarliński. – Sam pokieruję tą akcją.  
Chłopak został nie bez sprzeciwów, skuszony wreszcie sporą miarką oszałamiającego napoju,  
a gdy Czarliński oddalił się spiesznie, siadł na miejscu doktora i patrząc na więźniów  
pociągał drobnymi łykami wydzieloną mu dawkę eliksiru. Upłynęło moŜe pięć minut, ale na  
kosmicznym zegarze Buddy pojawił się znak wieczności. Nie było dobra ani zła, wystarczyło  
zniszczyć bestię, o której mówił mistrz i która od tego czasu była obecna wszędzie, takŜe tutaj.  
Jej stutysięczne macki wypełzały z oczu i uszu więźniów, kłębiły się coraz gęściej w 
pomieszczeniu.  
NaleŜało je natychmiast poobcinać. Bez nich więźniowie będą czyści i neutralni.  
Bestia krzyczała przenikliwie, gdy skoczył ku niej z noŜem. I wtedy zobaczył inną bestię,  
czteroręką i dwugłową: to ona krzyczała, usiłując go powstrzymać. Była wcieleniem piękna  
kosmosu. Gdy przywarł do jej ciała, ujrzał, Ŝe jej cztery odnóŜa oplatają go i wpychają w  
przepaść bezgranicznego poŜądania, z którego nie ma wyjścia. I wtedy znów usłyszał krzyk,  

background image

ale inny, i poznał, Ŝe został zwiedziony, gdyŜ właściwa bestia przyszła dopiero teraz, spadła z  
nieba, odbiła się o ziemię jak piłka, aby roztrącić tamtych dwóch jak figury na szachownicy,  
potem zaś wbiegła na ścianę i stamtąd – na jego pierś, jak zmora nocna. Jego ciosy noŜem  
trafiały w próŜnię, zaś uniki na nic się nie zdawały, gdy zjawa materializowała się, aby zadać  
cios. Nagle zaczął spadać w dół. Stracił świadomość.  
Sylwin, leŜący z zamkniętymi oczami, spostrzegł postać pochylającą się nad nim dopiero  
wtedy, gdy zaalarmował go cień padający mu na twarz. Usiłował przeciwdziałać zagroŜeniu,  
podrzucając swe ciało w gwałtownych skurczach, lecz nie było realnej moŜliwości zadania  
skutecznego ciosu. Mógłby się od biedy potoczyć nadchodzącemu pod nogi, lecz między nimi  
leŜał Waldemar, niezdolny do takiej ekwilibrystyki. Nagle spostrzegł, Ŝe Jolanta i Sylwia  
wstają z trudem ze swego miejsca i kołysząc się karykaturalnie podchodzą do napastnika.  
Ten, na widok syjamskich sióstr, obrócił swą uwagę w ich kierunku. Do Sylwina dotarł dopiero  
teraz fakt, Ŝe obie dziewczyny krzyczą na całe gardło.  
– Przestańcie krzyczeć, bo was zabije – usiłował przekrzyczeć ich głosy.  
Istotnie, chłopak ruszył w ich kierunku trzymając nadal nóŜ. Przestały krzyczeć, ale on nie  
zatrzymał się. Nagle jakby zmienił zamiary. Stał się napastnikiem erotycznym. Rzucił się na  
podwójne ciało i po chwili cała trójka tarzała się w groteskowym tańcu. Gra toczyła się mię- 
dzy pragnieniem połączenia, a potrzebą osobności. NóŜ trzymany przez napastnika cały czas  
czynił tę grę niebezpieczną i sprowadzał walkę na inne tory. Niespodziewanie z góry spłynął  
okrzyk szaleńca, znany juŜ dobrze wszystkim obecnym. W tym samym momencie, jakby na  
fali swojego głosu, wskoczyła do środka jakaś postać. Dwóch straŜników pochwyciło drewniane  
pałki i rzuciło się na przybysza. Ten jednak odbił się lekko od ziemi i wykonał w powietrzu  
przedziwny, niewymuszony szpagat, jak gdyby tańczył trepaka. Ugodzeni prawie  
równocześnie przeciwnicy zostali odrzuceni w przeciwległe rogi pomieszczenia, gdzie wy- 
rŜnęli cięŜko o ściany, aŜ zadygotał podtrzymywany stemplami strop. Dopiero teraz wyszła  
na jaw prawdziwa siła tego wykonanego niby od niechcenia uderzenia stóp. Tymczasem  
przybysz był nadal w ruchu. Gdy ugodzeni podnosili się z ziemi, szykując się do ataku, on  
wykonywał nowy skok, w kierunku trzeciego straŜnika. W pierwszej chwili wydało się, Ŝe  
jest to jawne samobójstwo, gdyŜ przeciwnik oczekiwał go z otwartym noŜem. Ale juŜ w powietrzu  
przybysz dokonał niewiarygodnej korekty lotu, jakiegoś cyrkowego przewrotu tak, Ŝe  
opadł po zgoła przeciwnej stronie chłopaka z noŜem. I znów się odbił w górę, trącając jakby  
przypadkiem swą lewą nogą dłoń z noŜem, która zwisła bezwładnie wypuszczając mordercze  
narzędzie. Zrobił to mimochodem, gdyŜ głównym jego celem była ściana, na którą niemalŜe  
wbiegł, tylko po to, aby znów zmienić kierunek i powrócić jak huragan do dwóch postaci  
stojących juŜ z powrotem na nogach.  
Sylwin przypatrywał się temu z wielkim zdziwieniem i niedowierzaniem. Zetknął się wiele  
razy z rozmaitymi przejawami wschodnich systemów walki, jednakŜe czegoś takiego nie wi- 
dział. Była to mieszanina wszystkich stylów karate, kung-fu i dŜudo, zjednoczona jakimś nie- 
zwykłym lokalnym szarmem, stylem wypracowanym na drodze chałupniczego mozołu, niby  
ś

miesznym w swej prowincjonalnej elegancji, ale zarazem niewiarygodnym, zapierającym  

dech, łamiącym bariery praw fizycznych. Zdawało się, Ŝe człowiek w baranicy, gdyby ze- 
chciał, mógłby z łatwością pochodzić trochę po suficie, jednocześnie rozbijając wszystkim  
głowy paroma wytwornymi gestami, nie przerywając przy tym czyszczenia paznokci. Wyda- 
wał się bawić walką i umyślnie, ponad potrzebę, popisywać cyrkowymi chwytami. Jak gdyby  
od wielu lat to była jedyna moŜliwość zyskania publicznej satysfakcji. Teraz przeprowadzał  
finałową szarŜę z okropnym krzykiem na ustach, od którego rozśpiewało się szkło przyrzą- 
dów, a ze stropów posypał się piach. Jeszcze nie przebrzmiało jego echo, gdy walka uległa  
zakończeniu. Jeden ze straŜników stracił przytomność, pozostali patrzyli ze strachem na przybysza  
nie ponawiając ataku.  
W czasie walki nie moŜna było w słabym świetle lampy naftowej dojrzeć rysów człowieka  

background image

w baranicy. Szybkość, z jaką się poruszał, uniemoŜliwiała to całkowicie. Teraz zatrzymał się  
na moment i wtedy Sylwin powiedział:  
– Na Boga, to pan? Stój! – krzyknął zgadując jego zamiary.  
MęŜczyzna odwrócił się błyskawicznie i skoczył do bocznych drzwi, tych samych, którymi  
przybyli Waldemar z Sylwinem. Ledwo jednak zdąŜył je otworzyć, gdy oczom obserwatorów  
ukazał się widok szokujący. Oto nad stosunkowo nieduŜą sylwetką uciekiniera pojawiła się  
napuszona, blada jak papier głowa Leszka Wegetariańskiego. Tak musiał wyglądać Humpty  
Dumpty na swoim murze. Przez ułamek sekundy głowa kołysała się groteskowo na czymś, co  
przypominało szyję Ŝyrafy, aŜ spadła z wielkim trzaskiem, prosto na głowę ich wybawiciela.  
W tym momencie ujrzeli, jak głowa Lesia pęka na kilka części, które z chrzęstem osypują się  
na ziemię. Człowiek w baranicy zachwiał się na nogach, ale nie upadł. Zaklął tylko z cicha i  
złapał się za potylicę.  
– Lepiej późno niŜ wcale – odezwał się zadowolony głos Leszka i oto ukazał się on sam.  
Spod przymruŜonych oczu lustrował pomieszczenie.  
– Dejta mnie flinta! – wykrzyknął z wyraźnym kaszubskim akcentem człowiek zdzielony  
po głowie, ale zaraz powściągnął zdenerwowanie i odezwał się swym zwykłym tonem. –  
Zdurniałeś, łaskawco?  
Leszek stanął jak wryty i patrzył z miną wyjątkowo głupawą.  
– To pan? – wyjąkał wreszcie. – Nie wziąłem okularów – usprawiedliwiał się. – Myślę sobie:  
i tak ciemno. Dobrze chociaŜ, Ŝe moja głowa była pusta…  
– Jest nadal – stwierdził sarkastycznie rozmówca. – Mogłaby być pełniejsza.  
– Ja mam na myśli…  
Ale człowiek w baranicy nie dowiedział się, co miał na myśli szalony Lesio, gdyŜ zniknął  
w czeluści lochu.  
– Niech pan pamięta! Wszystko według planu – dobiegł ich stamtąd oddalający się głos.  
Leszek chwycił leŜący na ziemi nóŜ i niezwłocznie uwolnił więźniów. Potem wszyscy  
udali się w głąb korytarza. Po drodze Leszek wprowadził ich w sytuację, streścił opowieść  
Zaborskiego oraz przedstawił plan działania naszkicowany przez niego.  
– NaleŜy mu zaufać – powiedział Sylwin. – Nie mamy zresztą wyboru. Ten człowiek zna  
wszystkie elementy mozaiki, nam są dostępne tylko fragmenty. ChociaŜ wydaje mi się, Ŝe i ja  
zaczynam mieć obraz całości.  
Niedługo doszli do pomieszczenia ze studnią. Zwłok Czarlińskiego, pozostawionych na jej  
brzegu, nie było. LeŜała tu tylko porzucona baranica. Przeprawili się po kolei na drugą stronę.  
Potem, idąc pod górę, dotarli do centralnego pomieszczenia pod bukową karpiną, skąd rozpo- 
częła się podziemna wędrówka Sylwina i Waldemara.  
– To musi być ten korytarz – powiedział Leszek rozejrzawszy się bardzo dokładnie do- 
okoła.  
– Nie wątpię – powiedział Sylwin. – W pozostałych dwóch juŜ byliśmy.  
W piwnicy panowało milczenie. Po odejściu Leszka, jeśli tak moŜna nazwać jego rajd pod  
krowim brzuchem, nie było komu reagować na zaczepne tyrady pani Zofii, toteŜ i ona zamil- 
kła wreszcie. Słychać było tylko nie słabnący szum deszczu, uderzenia piorunów i dzikie na- 
woływania napastników. Czas płynął niezwykle wolno. ChociaŜ początkowo wydawało się to  
niemoŜliwe, popadli wkrótce w monotonię strachu, w nudę napiętego oczekiwania. Ludzkie  
odczucia mają nieprzekraczalne bariery. Tylko nagłe objawienie niewiadomego moŜe je zbu- 
rzyć. Na dłuŜszą metę strach staje się po prostu atrybutem bytowania. śyć w osaczeniu moŜ- 
na, chociaŜ nie tak dobrze jak na wolności. Bo Ŝycie zawsze upomina się o pierwszeństwo.  
Nic więc dziwnego, Ŝe otoczeni juŜ wkrótce zaczęli wieść zorganizowane Ŝycie piwniczne,  
mościć się coraz wygodniej, pociągać ze stojących na półkach butelek, palić papierosy. Niektórzy  
nawet podsypiali dla nabrania sił. Dopiero nowe zdarzenie wytrąciło zebranych z tej  
szczególnej stagnacji.  

background image

– Pali się! – wykrzyknęła pani Zofia.  
Rzeczywiście, przez szpary w drzwiach sączyło się do środka monotonne, purpurowe  
ś

wiatło, które Ŝadną miarą nie mogło pochodzić od błyskawicy. Jego natęŜenie rosło wolno,  

lecz stale.  
– Koniec z nami! – odezwała się znowu.  
ChociaŜ wszyscy byli przyzwyczajeni do katastroficznego tonu jej wypowiedzi, tym razem  
zabrzmiało to wyjątkowo dramatycznie.  
– Piwnica nie spali się – pocieszył ktoś.  
– Ale się upieczemy Ŝywcem lub udusimy dymem!  
– Dom nie zajmie się tak prędko, przecieŜ leje deszcz.  
– Mają benzynę, bo inaczej niczego by nie podpalili.  
– Ale co właściwie płonie? Palisada?  
Wśród tych przypuszczeń, wyrzucanych z siebie w nerwowym pośpiechu, zabrzmiał nagle  
rozkazujący głos Janki.  
– Cicho! 
– Co za cicho?! – oburzyła się pani Borutowa.  
W tej samej chwili dowiedziała się dlaczego, chociaŜ Janka nie zamierzała odpowiedzieć  
na jej retoryczne pytanie. Oto z rogu piwnicy dobiegło niezbyt silne, lecz zdecydowane 
chrobotanie.  
– To myszy – zbagatelizował sprawę Tadeusz.  
– Aaaa! – powiedziały niektóre z pań usiłując schronić się na najbliŜszych im półkach, co  
ze zrozumiałych względów okazało się niemoŜliwe. Nawet babcia Wegetariańska straciła swą  
zwykłą flegmatyczność. Wpiła się w kark córki i zawisła na nim z nogami uniesionymi nad  
ziemią. Nic nie było w stanie jej stamtąd oderwać.  
– No, moŜe szczury – powiedział ugodowo Tadeusz Tymoteusz, zaskoczony reakcją kobiet.  
To jednak wywołało nowe piski, więc nie mówił nic więcej.  
Pani Zofia nie bała się myszy, tym bardziej jednak bała się w tej chwili. Rozumiała bowiem  
jasno, Ŝe dźwięki nie są spowodowane przez gryzonie. Odgłosy były co prawda przy- 
tłumione, ale na pewno duŜego kalibru. Podkop!  
Chwyciwszy się tej myśli, pani Zofia poczuła, Ŝe robi jej się zimno ze strachu. Teraz, gdy  
dźwięki przestały być tajemnicze, w kaŜdym szurnięciu rozpoznawała nowy, coraz bliŜszy  
ruch łopaty, w kaŜdym tąpnięciu – spadek kolejnej bryły ziemi dzielącej ich od napastników.  
Jej przeraŜenie było tak silne, Ŝe pozornie nic nie mogło go zdystansować.  
– Wino z wiśni! – krzyknęła nagle rozdzierająco i nie zwaŜając na staruszkę uczepioną jej  
nadal, rzuciła się w kierunku padającej półki. ZdąŜyła jeszcze zgarnąć oburącz kilkanaście  
butelek, zanim drewniana konstrukcja przewróciła się. Zadźwięczało tłuczone szkło. Piwnicę  
wypełnił bachiczny aromat. W miejscu półek ukazała się teraz ściana ziemianki, a w niej  
czarny otwór. Po chwili rozbłysło w nim słabe światełko, na którego tle kłębił się dym tytoniowy,  
poruszony nagle wytworzonym przeciągiem. Wtedy dopiero z jaskini wyszły cztery  
półnagie, wymazane czarnym błotem postaci.  
– Diabły – krzyknęła Janka.  
W tym momencie ukazała się postać piąta, jako tako podobna do człowieka. Był to Leszek,  
który powiedział:  
– Przyprowadziłem ich.  
Burza, dostawszy się raz na wyspę, nie była juŜ w stanie jej opuścić. W pierwszym ataku  
bluznęła długo zbieraną furią, dzięki której przed chwilą przekroczyła wodę, a teraz nie miała  
siły pójść za jezioro. Jej przeznaczeniem było siedzieć tu dopóty, dopóki się zupełnie nie 
wyczerpie.  
Janek Gołuński spojrzał na niebo i powiedział:  
– Jeszcze godzyna i bandze kuńc!  

background image

– Jo – potwierdził powaŜnie pan Męczykowski z Zabrodów. – A ostrowów i cupli – nie  
poznasz.  
– Ty, Manczykowsci, zawsze czarno myślisz! – powiedział Gołuński i zamilkli.  
Siedzieli w kilku chłopa pod jednym ze świerków-olbrzymów rosnących w mateczniku.  
Niektórzy kurzyli papierosy, inni podrzemywali. Pod gęstym kapturem świerkowych gałęzi  
było stosunkowo sucho i przytulnie.  
– Jerzy, śpisz? – zapytał Janek Gołuński. 
Młody Ginter zamruczał coś sennie, a potem powiedział dość wyraźnie: 
– Grzenia na mie jidze!  
– Wypijeta sznapsa? – spytał ktoś w ciemnościach.  
– Jo! – oŜywili się. Grzenia natychmiast odeszła.  
– Cos mnie swandzi – powiedział Jerzyk.  
– Pewnie robok ci se wkrancył.  
– Tero takie roboki – machnął ręką stary Gliszczyński. – Jak jo był w pruskiej armii – tam  
były wszy! Raz ida sobie – coś mie kąsa. To ja bach o ziemię, patrze, wsza. Taka była jucha  
wielka, Ŝe psy na nią szczekały. – Zamilkł, sprawdzając, czy wszyscy naleŜycie ocenili rozmiary  
wszy, a po chwili dodał: – Taka to w godzyne babką zostaje!  
– Zamknijta sę, knopy! Ktos jidze – powiedział Janek Gołuński. ChociaŜ był młody – szanowano  
go, jak całą rodzinę Gołuńskich, z której wywodziła się teŜ Weronika Ginter.  
W ciemnościach zamajaczyła jakaś postać.  
– Waspan Mucha? – zapytał Gliszczyński.  
– JuŜ pora – powiedział przybysz. 
Powstali z ziemi i ruszyli za nim w milczeniu. W rękach trzymali kosy, siekiery i bosaki. 
Benzyna rozlana brzegiem lasku, wzdłuŜ drogi, zapaliła się gwałtownie. Czarliński scho- 
wał zapalniczkę i patrzył, jak płomienie obejmują kolejne połacie mchu, jak przenoszą się na  
drzewka. Ulewa nie trwała jeszcze dostatecznie długo, aby zawilgocić poszycie po 
kilkunastodniowej  
suszy. Las wznosił się stromo, toteŜ ogień wspinał się w górę z błyskawiczną  
szybkością.  
– OkrąŜyć dom bokami! – krzyknął Czarliński. Jego ludzie ominęli płonący pas zagajnika i  
wyprzedzając ogień takŜe zaczęli piąć się ku górze. Od palisady domu Boruty dzieliło ich  
tylko kilkanaście metrów, gdy rozległ się dobrze im znany przenikliwy krzyk, paraliŜujący  
wolę swym nieludzkim brzmieniem. Przystanęli. Patrzyli w ciemność z zabobonnym strachem.  
– Naprzód! – krzyczał za nimi Czarliński. – Czego się boicie, Ŝe las ruszy na was? PrzecieŜ  
wszyscy są zamknięci w środku.  
W tym momencie las istotnie ruszył. Niektóre z drzew zaczęły schodzić w dół, kiwając się  
na boki. Rozległ się trzask łamanych gałęzi.  
Na ten widok młodzieńcy zamarli w panicznym strachu. Drzewa zaś skłaniały się coraz  
groźniej w ich stronę, z coraz większym chrzęstem i pobrzękiwaniem przedzierały przez las.  
Nagle usłyszeli głos:  
– Starczy, knopy! Teraz rozstawić się wzdłuŜ, wyciąć jakieś dwa metry zagajnika i usunąć  
poszycie. Kto ma czym gasić, niech pójdzie niŜej. Będziemy próbować.  
Wtedy niektóre z ruchomych drzewek opadły, inne, najdłuŜsze, ruszyły w dalszą drogę.  
Były coraz bardziej podobne do bosaków.  
Gdy przeszywający okrzyk dotarł do wnętrza piwnicy, przybyła tu przed chwilą piątka nie  
posiadała się z radości. A więc zdąŜyli! JuŜ są pod palisadą. Ich podkop do piwnicy, z którą  
korytarz lochu mijał się zaledwie o dwa metry, okazał się niepotrzebny. Awaryjne wyjście się  
nie przyda! Sylwin, nie zwaŜając na protesty nie zorientowanych w sytuacji więźniów, otwo- 
rzył drzwi piwnicy i wybiegł na dziedziniec. Zaraz za nim podąŜył Waldemar, skrzykując  
osoby zdatne do gaszenia poŜaru. Wkrótce ekipa uzbrojona w dość przypadkowe narzędzia  

background image

dołączyła do ludzi uwijających się na zewnątrz. Uczyniono juŜ wyręb mający zapobiec 
rozprzestrzenianiu  
się poŜaru. Teraz próbowano ratować płonący kawałek.  
Napastnicy w obliczu uzbrojonych ludzi, nie atakujących w dodatku, lecz lekcewaŜących  
ich w sposób, w jaki męŜczyzna lekcewaŜy dokuczliwe dziecko, rozpierzchli się po lesie. W  
grupie zapanowała kompletna anarchia. Nawoływania Czarlińskiego unosiły się jeszcze przez  
pewien czas nad wyspą, ale nie przynosiły rezultatów. Wkrótce chmura przesunęła się nad  
zagajnik, a pioruny, jak to mają w zwyczaju, zaczęły bić wzdłuŜ linii ognia, ześlizgując się  
jakby po ścianie dymu. Potem obce głosy ucichły i było słychać tylko zdawkowe uwagi pra- 
cujących ludzi. Tak zastał ich świt – na dymiącym pogorzelisku w samym sercu wyspy, wi- 
tającej dzień w całkiem nowych kształtach.  
– Więc mówi pan, Ŝe było ich dwóch? – upewniał się sierŜant Jedziniak.  
– Owszem – mówił Waldemar. – To znaczy był jeden, a drugi potrafił się doskonale  
upodobnić. Prawdopodobnie teŜ zabił wpierw tego autentycznego.  
– No dobra, ale po co?  
Była godzina jedenasta. Dzień był dość pogodny, choć chłodnawy. Waldemar od dwóch  
godzin bezskutecznie usiłował wyłoŜyć przybyłemu sierŜantowi swoją wiedzę o zaistniałych  
faktach. Teraz znajdowali się pod Bukową Górą, w piwnicy uŜytkowanej przez Czarlińskie- 
go.  
– O, tu produkowali narkotyk – objaśniał Waldemar.  
– Z tego?  
– Tak. To amanita muscaria. Zawiera meskalinę.  
– To? To przecieŜ muchomór! Trująca zaraza.  
– Zawiera teŜ muskarynę, którą moŜna oddzielić przy pomocy niezwykle skomplikowanych  
zabiegów laboratoryjnych. Temu słuŜył sprzęt, który pan widzi.  
Jedziniak milczał przez dłuŜszą chwilę, po czym cmoknął z niedowierzaniem.  
– To niemoŜliwe – powiedział.  
– JakŜeŜ! PrzecieŜ są dowody.  
– Ja widzę – sierŜant ujął go pod ramię niemal pieszczotliwie. – Widzę, panie Waldku, ale  
to niemoŜliwe, Ŝeby takie rzeczy istniały na świecie.  
Wyszli na powierzchnię i wolno udali się do domu. W bibliotece zgromadzili się juŜ prawie  
wszyscy uczestnicy wydarzeń. Pojawił się nawet Antoni Celiniak, który uśmiechając się  
nieśmiało rzekł:  
– Pomyślałem, łaskawco, Ŝebyśmy zebrali się do kupy i spróbowali połączyć naszą wiedzę  
o zaistniałych wypadkach na uŜytek pana sierŜanta.  
– Wiem juŜ dość duŜo – powiedział sierŜant.  
– Ale nie więcej niŜ Waldemar. A on nie wie wszystkiego. Pozwolę sobie i ja dorzucić cokolwiek  
do obrazu sprawy. Informacje o przedwojennych i wojennych losach doktora Czar- 
lińskiego, które zresztą są znane dzięki panu Sylwinowi, z pewnością gospodarz juŜ panu  
przekazał. Nie wiem jednak, czy ktokolwiek z panów orientuje się, co było dalej. OtóŜ doktor,  
wszechstronnie wykształcony i wyrafinowany umysł, a zarazem człowiek wraŜliwy na zmy- 
słową urodę świata, związał się z instytucją znaną w Kalifornii pod nazwą Kościoła Satanicznego.  
Jej obecnym prezesem jest bodajŜe Anton la Vey. Doktor doszedł tam do dość znacz- 
nych zaszczytów. Po powrocie do kraju, w latach pięćdziesiątych, rzucił się w wir rozmaitych  
działań pozytywnych, ale schyłkowy urok tamtej obrzędowości, kontakt ze sferą barbarzyń- 
ską w sobie…  
– Do rzeczy – przerwał sierŜant Jedziniak.  
– Proszę bardzo. Krótko mówiąc doktor Czarliński zbudował sobie przedziwną, kaszub- 
sko-grecko-prairańską mitologię i wykorzystując aurę Bukowej Góry, słuŜącej istotnie jako  
góra obrzędowa w prasłowiańszczyźnie, pokusił się o utworzenie własnej organizacji tego  

background image

typu. Była ona bardziej umowna, traktowana z przymruŜeniem oka… ale zawsze. Skupiała się  
tam najczęściej młodzieŜ inteligencka z „Nowych Kaszub”, którą dyskretny urok doktora  
potrafił zakazić pokusą. Pokusą czego? No, nie były to orgie. Raczej połączenie prakaszubskiego  
ś

cinania kani z doktryną kościoła satanicznego i z estetyką schyłku wieku. Całkowity  

eklektyzm. Całość nosiła znamiona dość pikantnej zabawy towarzyskiej. Prawda, pani Sylwio?  
Dziewczyna przytaknęła, a stojąca w pobliŜu Jolanta nie wiadomo czemu spiekła raka.  
– Ta postawa niezdecydowanego estety – ciągnął Celiniak – rzutuje zresztą na postępowa- 
nie Czarlińskiego wobec zakopanego skarbu. Latami zwleka, nie moŜe się zdecydować na  
wysiłek związany z odnalezieniem i sprzedaniem złota, a gdy juŜ decyduje się to uczynić –  
pojawia się przeszkoda. Pański dom, panie Waldemarze. Czarliński poszukuje miejsca, gdzie  
ukrył złoto, i wypada mu, Ŝe pan się akurat tu pobudował. Znów nie wie, co robić: czekać? a  
moŜe pan odnalazł złoto w trakcie budowy? a moŜe wejść w spółkę z panem? Z kłopotu wybawia  
go przypadek. Spotyka swego amerykańskiego kumpla, byłego podwładnego z satanicznej  
sekty, który teraz piastuje dość eksponowane stanowisko. To umysł trzeźwy i praktyczny,  
nie skaŜony nadmiarem wiedzy. O skarbie dowiedział się od doktora w Ameryce,  
gdyŜ tamten nie planował wtedy powrotu. Teraz popycha go do czynu, a nawet ułatwia mu  
wiele spraw dzięki swoim stosunkom. Ale Czarliński zaczyna kręcić nosem na metody  
wspólnika. Próbuje uwolnić się od tej narzuconej współpracy. Nie jest to łatwe. Wspólnikowi  
akurat powinęła się noga. Musi się ukrywać. Zabija doktora i wchodzi w jego skórę.  
– NiemoŜliwe – powiedział sierŜant Jedziniak. – Słyszałem juŜ o tych maskach, ale powtarzam  
– niemoŜliwe! PrzecieŜ on miałby stale ten sam wyraz twarzy!  
– Gdyby załoŜył maskę odpustową. Ale on był akurat specjalistą w tym zakresie i dzięki  
temu zresztą – bo innych predyspozycji nie miał – został przyjęty do tamtej satanicznej organizacji.  
OtóŜ specjalizował się w charakteryzacji. Słyszeliście, łaskawcy, o generale Montgomerym?  
OtóŜ pewien aktor udawał go przez jakiś okres wojny w celach strategicznych. To  
najbardziej znany przypadek, lecz nie jedyny. Takich mistyfikacji było wiele. Nie kaŜdy jednak  
generał miał podobnego do siebie aktora. Posługiwano się wtedy maskami. Sobowtór  
doktora Czarlińskiego brał udział w takich akcjach dwukrotnie.  
Zapadła chwila ciszy.  
– Tak – powiedział Sylwin. – Po raz pierwszy przyszło mi do głowy, Ŝe to fałszywy Czar- 
liński, gdy znaleźliśmy, nazajutrz po mojej przygodzie na Bukowej Górze, kanię. Pamiętasz,  
Waldek, co on powiedział? „Milvus. Po waszemu – kania”. Tak nie mówi Kaszub. A Czarliń- 
ski był Kaszubem. Z fałszywym doktorem musieliśmy mieć do czynienia juŜ w spalonym  
domu. No i z jego nową ekipą.  
– Owszem – powiedział Celiniak. – Nowy Czarliński zmienił takŜe uczniów, stosownie do  
swoich predyspozycji. Tamci nie daliby się na niego nabrać. Przechwycił za to język obrzę- 
dów doktora. O ile jednak tamten był do pewnego stopnia prawdziwym magiem i alchemikiem,  
o tyle nowy był szarlatanem. Ta cała sceneria, w której Czarliński się lubował, była dla  
niego tylko sztafaŜem traktowanym instrumentalnie, dla materialnych celów. No i oczywiście  
– to właśnie się na nim zemściło. Przestał panować nad Ŝywiołem, który rozpętał. Gdy 
zamordowano  
Franciszkę, nie przypuszczał, Ŝe to skutek jego własnych zaleceń. Dziewczyna za  
późno zorientowała się w „przeprofilowaniu” grupy i odgraŜała się za to, co ją spotkało pod- 
czas tego wieczoru, kiedy pan Sylwin dostał po głowie, a oni próbowali podpalić palisadę.  
Nasz sobowtór podszepnął komuś, aby przemówili jej do rozsądku – i przemówili! Wtedy,  
gdy jeszcze myślał, Ŝe kto inny ją zamordował, zamierzał to wykorzystać: pojechał jakoby na  
milicję, a w rzeczywistości został. Potem wyszłoby na to, Ŝe ci „szaleńcy z wyspy” to zrobili,  
skoro nikt nie zawiadomił władz. Podobnie niekontrolowany przebieg zaczęły mieć napady  
agresji wobec „zewnętrznego wroga”, wchodzące w skład kaszubskiego „ścinania kani”, które  
w tym wypadku przekroczyły ramy obrzędu. ToteŜ ujrzawszy, Ŝe przestał panować nad  

background image

grupą, fałszywy Czarliński postanowił tę agresję wykorzystać i poszedł na całego. Resztę  
znamy.  
– No dobra. Ale gdzie są zwłoki! Ba, i to nie jedne! Skoro mówicie prawdę, powinienem  
znaleźć dwa ciała męskie, no i oczywiście tę dziewczynę.  
– Będzie pan miał swoje trupy, sierŜancie – zapewnił Celiniak. – To kwestia czasu. Zwłoki  
doktora, przechowywane w podziemnej studni dla uniknięcia szybkiego rozkładu, miały słu- 
Ŝ

yć za kozła ofiarnego, w razie gdyby jednak wina Czarlińskiego wyszła na jaw. Wtedy milicja  

znalazłaby zwłoki winnego i zakończyła śledztwo. W innym wypadku pozostałyby w  
podziemiu. W momencie gdy przestępca zaczął się obawiać, Ŝe nie panuje nad grupą (było to  
w lesie, podczas rozmowy nad zwłokami Franciszki), i gdy pomyślał, Ŝe nie zawiadamiając  
na razie milicji skompromituje Borutę jeszcze bardziej, przyszło mu do głowy, Ŝe lepiej za- 
brać zwłoki dziewczyny, aby dysponować nimi w stosownym momencie. Ów moment nad- 
szedł, gdy jego podopieczni zaczęli podpalać las. Po spaleniu domu wszystkie ofiary wyda- 
rzeń miały być tam podrzucone – oczywiście po solidnym osmaleniu ogniem. Brzmi to zapewne  
dość mętnie, ale fałszywy Czarliński nigdy nie miał jednolitej koncepcji i działał w  
zaleŜności od bieŜących wydarzeń. Nie wiedział nawet, czy nie będzie musiał natychmiast  
uciekać, toteŜ wyszykował sobie gipsowy model głowy pana Leszka Wegetariańskiego, aby  
zrobić na tej podstawie maskę. Dzięki temu mógłby się posłuŜyć jego paszportem. Oczywi- 
ś

cie, los pana Wegetariańskiego byłby wtedy jednoznacznie przesądzony.  

– Ale, panowie – powiedział sierŜant Jedziniak. – Nie gniewajcie się, ale te maski zupełnie  
do mnie nie trafiają. Gdybym obejrzał taką jedną… W jaki sposób na przykład przekazuje  
mimikę nie tracąc swoich rysów?  
– Jest odlana z niezwykle plastycznego tworzywa, o skóropodobnej konsystencji. Resztę  
załatwia makijaŜ. Zrobienie matrycy do takiej maski… Zresztą moŜe pan obejrzeć jego pra- 
cownię.  
– Niestety – przerwał ponuro Leszek. – Byłem tam… chciałem znaleźć jeszcze jedną  
swoją twarz… no, na pamiątkę, zresztą – mniejsza o to. Tam się wszystko zawaliło. Cały ten  
loch.  
– A Zaborski? – wykrzyknęła pani Zofia. Leszek zdąŜył juŜ rozpowszechnić opowieść o  
swym tajemniczym spotkaniu.  
– Pan Zaborski został zapewne w podziemiu, przysypało go – powiedział Antoni Celiniak.  
– No właśnie – podchwycił sierŜant. – Pan mi, panie Waldemarze, opowiadał o tym czło- 
wieku, ale to brzmi najbardziej fantastycznie z całej tej historii.  
– To nie moja wina – rozłoŜył ręce Waldemar. – Rzeczywistość, im bardziej musi bronić  
się przed prozaicznością, w tym większą popada fantastyczność. Niewiele wiemy o panu 
Zaborskim.  
Był pierwszym, który spostrzegł, co się święci. Z niewiadomych pobudek zaczął  
działać. Próbował odstraszyć przybyszów. Tego chłopaka w mateczniku on schwycił i zwią- 
zał. Widziała go wtenczas moja matka. Twierdziła, Ŝe miał brodę. Potem ten człowiek zjawiał  
się w rozmaitych miejscach jak duch, niosąc nam pomoc. Był prawdziwym postrachem bandy.  
Miał niewiarygodną siłę i umiał walczyć. To on, w przewidywaniu poŜaru, sprowadził  
kilku okolicznych gburów, bez czego spaliłby się cały las. Teraz przepadł bez śladu.  
– Jak wszystkie dowody w tej sprawie – zirytował się Jedziniak. – Opowiadacie o zbrodniach,  
ale nie ma zwłok. Opowiadacie o maskach, ale zasypało ich wytwórnię. Opowiadacie o  
jakimś tajemniczym opiekunie – ale to istny duch! Zniknął, mówi jeden, został w podziemiu,  
mówi drugi. Na czym ja mam się oprzeć?!  
– Obiecałem panu te trupy – powiedział Celiniak – i będzie je pan miał. Dziewczyna i  
prawdziwy doktor leŜą pod palisadą, od północnej strony.  
– Skąd pan wie? – zapytał sierŜant z zawodową podejrzliwością.  
– Przechodziłem tamtędy – rzekł skromnie Celiniak.  

background image

Zapadła cisza. KaŜdy z obecnych porządkował sobie jak umiał chaos wydarzeń. Nagle  
Waldemar wykrzyknął:  
– A co z twoim telegramem?  
Sylwin usiłował zbagatelizować całą sprawę twierdząc, Ŝe to teraz nieistotne i Ŝe mógł go  
po prostu zgubić. Jednak wobec zainteresowania zgromadzonych opowiedział krótką historię  
telegramu.  
– Pan jest pisarzem? – spytał nagle bez związku Celiniak, a otrzymawszy odpowiedź  
twierdzącą mówił dalej:  
– I zapewne nosi pan duŜą i rozklapcianą torbę, bez której nie mógłby pan transportować  
ulubionych ksiąŜek?  
– Owszem.  
– Ale po przyjeździe tutaj stał się pan na powrót innym człowiekiem, dawnym Sylwinem- 
włóczęgą, którego odruchy nie koncentrują się bynajmniej wokół torby z ksiąŜkami?  
– MoŜe – przyznał z wahaniem Sylwin.  
– NiechŜe więc pan idzie przeszukać kieszenie swej porzuconej i zapomnianej torby – po- 
radził Celiniak.  
Sylwin wyszedł wzruszając ramionami i po chwili zjawił się wywijając odnalezionym telegramem.  
Rozległy się okrzyki uznania, na które pan Antoni odpowiadał zaŜenowanym  
uśmiechem.  
– Kto to mógł wysłać? – zapytał Waldemar obracając papier w ręku.  
– Zaborski, łaskawco – powiedział z przekonaniem Celiniak.  
– Jest pan pewien? – spytał Boruta.  
– Bardziej niŜ tego, Ŝe się nazywam Antoni Celiniak.  
– Wspominał pan o jakiejś fotografii z pogrzebu – przerwał sierŜant, który nie rozumiał  
ostatniej wymiany zdań.  
– Owszem – rzekł Waldemar z zaŜenowaniem. – Ale nie zachwyci pana okoliczność, Ŝe tej  
fotografii równieŜ nie ma. Zaginęła. Została wyrwana z ręki panu Radzikowskiemu przez  
członka bandy fałszywego Czarlińskiego.  
Jedziniak machnął ręką z lekcewaŜeniem i niedowierzaniem, dając do zrozumienia, Ŝe wobec  
takich świadków i z braku dowodów nie moŜna tu w ogóle pracować.  
– Jeśli mógłbym pomóc… – odezwał się nieśmiało pan Antoni. – Tak się składa, Ŝe mam  
akurat tę fotografię. – Wyjął z kieszeni zdjęcie i podał Jedziniakowi.  
– Skąd pan je ma? – zapytał tamten.  
– Poprosiłem jednego z chłopców Czarlińskiego, aby mi je dał. Muszę przyznać, Ŝe bardzo  
szybko spełnił moją prośbę.  
– Skąd pan go zna?  
– Kupował u mnie jarzyny. 
Jedziniak machnął ręką w geście kompletnego niedowierzania i wpatrzył się w zdjęcie. 
– A jak mam to rozumieć?  
– Najnormalniej w świecie – pospieszył z wyjaśnieniem Celiniak. – To nie ma związku ze  
sprawą. Zdjęcie przedstawia symboliczny pogrzeb starej powłoki cielesnej, stosowany w Ko- 
ś

ciele Satanicznym jako inicjacja w sprawy sekty. Jest to więc zdjęcie pamiątkowe.  

– I pan mówi: „najnormalniej w świecie” – westchnął sierŜant.  
W tym momencie w pokoju pojawił się funkcjonariusz przywieziony przez Jedziniaka do  
pomocy i zameldował:  
– Znalazłem zwłoki, obywatelu sierŜancie!  
Wyszli przed dom i podąŜyli za milicjantem, który poprowadził ich prosto do spalonej po- 
łaci lasu. Wśród osmalonych drzew leŜały zwłoki. Były tak zwęglone, Ŝe tylko z trudem moŜ- 
na było rozpoznać rysy doktora Czarlińskiego.  
– AleŜ on został trafiony przez piorun! – wykrzyknął Sylwin.  

background image

SierŜant Jedziniak po krótkich oględzinach pokiwał głową przyznając rację tej koncepcji i  
zapytał:  
– No więc, który to waszym zdaniem Czarliński? Prawdziwy czy fałszywy?  
– Oczywiście Ŝe fałszywy – rzekł Waldemar.  
– No więc ściągnijcie mu maskę – zaŜądał. – Niech ją wreszcie zobaczę.  
Waldemar kucnął z ociąganiem i próbował to uczynić. JednakŜe tworzywo przywarło 
najwidoczniej  
do skóry pod wpływem gorąca.  
– Nie da rady, wtopiło się – powiedział.  
– He, he – zaśmiał się Jedziniak. – Jeszcze jeden dowód, którego nie ma.  
W przypływie desperacji Waldemar szarpnął mocniej. Rozległ się zbiorowy okrzyk odrazy  
i przeraŜenia. Pod zerwaną maską nie było nic poza krwawym, bezkształtnym mięsem.  
– Mówiłem panu! – krzyknął Waldemar histerycznie. – PrzecieŜ jego trafił piorun. Parę  
milionów wolt!  
SierŜant nie próbował oponować. Był zaszokowany nie mniej od innych. Nagle tuŜ za nim  
rozległ się głos:  
– Dzień dobry. Czy tutaj potrzeba doktora? 
I znów po spalonym lesie poniósł się krzyk. Za nimi stał doktor Czarliński. 
– Więc pan Ŝyje? – wykrzyknął sierŜant.  
– AleŜ skąd – powiedział Antoni Celiniak zdejmując maskę. – Jest pan niedowiarkiem i  
właśnie dlatego byłem zmuszony do tej małej mistyfikacji. Oto maska: niech pan ją sobie  
obejrzy. Inaczej nigdy by pan nam nie uwierzył. A musi pan uwierzyć, gdyŜ mam jeszcze w  
zanadrzu jedną informację. OtóŜ poszukujecie z nakazu prokuratorskiego dwóch osobników,  
byłych właścicieli spalonego domu, czy tak?  
– To juŜ na pewno nie ma nic do rzeczy – powiedział niechętnie Jedziniak.  
– A ma. Jeden z nich jest juŜ pod kluczem, drugi zaś pozostaje dotychczas na wolności.  
Nazywa się…  
– Ćććć… – przerwał sierŜant rozglądając się dokoła.  
– OtóŜleŜy on tutaj, przed panem – rzekł Celiniak pokazując trupa.  
– O BoŜe! – wyrwało się sierŜantowi, po czym cofnął się instynktownie w tył.  
– Tak więc ta sprawa pozostanie chyba nie bez znaczenia w pańskiej karierze, panie Jerzy  
– rzekł Waldemar przyjaźnie.  
Jedziniak nie mógł ochłonąć jeszcze przez dłuŜszą chwilę. Wreszcie rzekł:  
– A jakaŜ dla mnie moŜe być kariera? Gdzie mi będzie lepiej niŜ na tym jeziorze?  
W przyjaznym nastroju, uspokojeni nagle po natłoku koszmarnych przeŜyć, wracali do  
domu. JuŜ w obejściu odezwał się nagle mały Wegetariański.  
– Tatusiu, a kto nam kradł Ŝarcie spod namiotów? 
Leszek pomyślał chwilę i odparł: 
– Nie wiem, synu. KaŜda historia musi mieć swoją tajemnicę. Tylko autorom sensacyjnych  
powieści wydaje się, Ŝe wszystko, co się zdarza, musi mieć swoje wyjaśnienie.  
– No dobra – przypomniał sobie sierŜant. – Ja juŜ we wszystko wierzę, chociaŜ to niemoŜ- 
liwe. Ale jak ja mam to wyjaśnić przełoŜonym? Jak ja mam napisać raport?  
– Mamy tu pisarza – rzekł Waldemar. – Sądzę, Ŝe panu pomoŜe, chociaŜ nie jest pisarzem  
gminnym.  
Zanim Sylwin zdołał zaprotestować, dobroduszny sierŜant wziął Ŝart Waldemara za dobrą  
monetę. Co było robić?  
Upłynął tydzień. Dom pod lasem opustoszał. Wyjechali Wegetariańscy, sezonowi pomagierzy  
zwolnili się z pracy, wyczerpani ostatnimi przeŜyciami. Zrobiło się cicho. śycie wra- 
cało do normy.  
– No i co? – zapytał Sylwin.  

background image

Waldemar ukazał się w otworze prowadzącym do piwniczki znajdującej się pod podłogą.  
Był powalany piaskiem i zły.  
– No i nic. Ten maniak musiał coś przekręcić, źle zrozumieć doktora. Albo tamten nie ufał  
dawnemu kumplowi i wprowadził go w błąd. To zupełnie moŜliwe, w końcu Czarliński nie  
był głupi.  
– Gdyby nie spłonął wraz z ubraniem ten papier, który widzieliśmy wtedy pod Bukową  
Górą…  
– Ba! Chyba jednak w tej sytuacji dam spokój. Skopałem całą przestrzeń pod domem, aŜ  
do fundamentów. Dalej nie mogę, bo mi się chałupa zawali!  
Zamknął właz i wyszli na dwór. Był cichy wieczór, słoneczny, choć naznaczony juŜ jesiennym  
chłodem. Babcia Wegetariańska siedziała pod drzewkiem jabłoni i liczyła dojrze- 
wające owoce. Za pierwszym razem wypadło jej o dwa mniej niŜ za drugim. Nie miała jednak  
ochoty liczyć ich jeszcze raz. Teraz powtarzała sobie dawno zapamiętane liczby.  
– Co babcia szepcze? – zapytał Waldemar. – Znów Toto-Lotek?  
Eryka Wegetariańska była fanatyczką tej gry. UwaŜała co tydzień, Ŝe wykryła system i  
zgrywała się do suchej nitki.  
– Nie, dziecko – odparła. – Powtarzam sobie takie numery, z kartki, którą ten wasz doktor  
zostawił kiedyś na stole.  
– Z jakiej kartki?!  
– No, poszedł prasować spodnie, a na wierzchu zostawił róŜne szpargały. Tę kartkę teŜ.  
Tam były same liczby, dlatego zapamiętałam.  
– Czy babcia moŜe je zapisać? – gorączkował się Waldemar.  
– Spokojnie – mitygował Sylwin. – To mogło być coś zupełnie innego. Zresztą okazuje się  
przecieŜ, Ŝe dane były nieścisłe i skarb nie znajduje się pod domem, jak przypuszczał oszust.  
– Jeśli to są liczby, to pewnie jakieś odległości…  
– A skąd wiesz, Ŝe nie szyfr?  
– … odległości, bo pomyłka jest wtedy moŜliwa: przez pomylenie jednostek miary. Czar- 
liński przywykł…  
– Jeśli odległości, to od czego mierzone?  
– Nie wiem jeszcze! Napisała babcia?  
Sylwin uśmiechnął się wyrozumiale i odszedł w kierunku furtki. Psy, rozleniwione do  
ostatnich granic, szczerzyły się radośnie. Poszedł drogą w górę wyspy. Potem skręcił nad jezioro.  
Jesienne barwy podświetlane zachodzącym słońcem tworzyły na powierzchni wody  
zmysłowe refleksy. Pod krzakiem rokitnika zobaczył Jolantę. Podszedł i pocałował ją w usta.  
Roześmiała się i wskazała wzrokiem na coś, czego dotąd nie spostrzegł. Za krzakiem stała  
Sylwia i takŜe się uśmiechała.  
– A ja? – powiedziała zbliŜając się do nich.  
Łagodny podmuch zmarszczył powierzchnię wody. Włosy dziewczyn rozpłynęły się w  
powietrzu muskając delikatnie roztańczone listki. Nitka babiego lata zasrebrzyła się w słońcu.  
– Czego Ŝąda czerwona piwonia? – zapytał powaŜnie.  
Sylwia wspięła się na palce i delikatnie musnęła jego usta wargami. Potem cała trójka we- 
szła w złote mroki jesiennego lasu.  
 
Wdzydze – Gdańsk 
sierpień 1979 – maj 1980