background image

 

Anne Barbour  

NIE KOCHAJ ŁOTRA 

Nie kochaj łotra 01 

 

Po  okresie  zimnych  deszczów  wiosna  nareszcie  zawitała  do  Londynu.  Pewnego  pięknego  marcowego 

poranka słońce odbiło się od misternie rzeźbionej metalowej balustrady i wypolerowanych klamek u drzwi, 
po  czym  rozświetliło  pokój  w  eleganckim  domu  na  Berkeley  Square.  Błyszczało  na  srebrnych  sztućcach 
i delikatnej porcelanie, połyskiwało na złotych lokach siedzącej przy stole i popijającej kawę lady Elizabeth 
Rushlake. 

-  Mamo,  naprawdę  nie  chciałam  cię  urazić,  ale...  -  Elizabeth  przerwała  ciszę,  która  wraz  ze  słońcem 

wkradła się do pokoju. 

 - Lizo - powiedziała surowo dama siedząca po drugiej stronie stołu. Była niewysoka, a jej brązowe włosy 

nosiły pierwsze siady siwizny. - Wiesz przecież, że mam na uwadze jedynie twoje dobro. Nie traktuję tego 
jako  wtrącanie  się,  ale  muszę  zrobić  uwagę  dotyczącą  wczorajszego  wieczora.  Twoje  wczorajsze 
zachowanie względem Gilesa było karygodne. 

Liza westchnęła. Matka miała rację. Zachowała się obrzydliwie w stosunku do Gilesa Daventry’ego, który 

zawinił tylko tym, że ośmielił się jej oświadczyć. Znowu. 

- On się staje nudny, mamo. Powinien już dawno zrozumieć, że nie mam zamiaru wychodzić za niego za 

mąż. Ani teraz, ani nigdy. 

- Ależ moja droga, on od lat jest ci tak oddany! Przecież on... 
-  ...jest  takim  miłym  młodzieńcem  i  doskonałą  panią.  -  Liza  z  uśmiechem  dokończyła  zdanie  razem 

z matką. - Co do tego się zgadzamy. Jestem bardzo szczęśliwa, że jest moim przyjacielem, ale nie chcę go 
za męża. 

- A kogo byś chciała? Doprawdy nie rozumiem, dlaczego pozwoliłaś, żeby tyle doskonałych partii uciekło 

sprzed nosa. Chętnych było aż za wielu. Już dawno powinnaś być mężatką i bawić dzieci. 

- Mamo, mówiłam ci wiele razy - odparła trochę szorstko Liza - że jest mi dobrze tak, jak jest. 
Letycja, wdowa po księciu Burnsall, spojrzała na córkę ze zniecierpliwieniem. 
-  Na  miłość  boską!  Takie  oświadczenie  byłoby  do  przyjęcia,  gdybyś  była  ubogą  brzydulą,  a  nie  jedną 

z najpiękniejszych kobiet w Londynie. Co też napisał młody Chatsfield w odzie na twoją cześć? 

-  Mamo, proszę. Ja jem - zaprotestowała  Liza.  Lady  Burnsall zachichotała i  dokończyła nie zważając na 

protesty córki: 

- „...jaśniejąca, złocistowłosa bogini o lazurowych oczach...” Zapomniałam, co było dalej. 
Liza nieomal warknęła ze zniecierpliwieniem. 
- Oto co dostaję w zamian za... Dobrze, że nie porównał mnie do Junony jak Freddie Dashwood. To było 

coś, co nikomu nie powinno ujść płazem. 

- Jesteś zbyt drobna na Junonę. Lepiej pasowałaby Diana, albo... - Matka uśmiechnęła się przekornie. 
Liza uciszyła ją błagalnym gestem i podeszła do okna. Wyjrzała na piękny ogród, który znajdował się za 

domem. Tego poranka miała na sobie praktyczną suknię z zielonego jedwabiu, szeleszczącą przy każdym 
gniewnym ruchu. Księżna spojrzała na nią z przyganą. 

- Wiesz, że ojcu nie spodobałoby się twoje nastawienie, moja droga. Z całego serca życzył sobie, abyś się 

wreszcie ustatkowała. 

Piękne usta dziewczyny ułożyły się w uśmiech pełen czułości. 
-  Możliwe,  mamo.  Jednak,  dzięki  Bogu,  ojciec  miał  do  mnie  tyle  zaufania,  że  pozwolił  mi  zachować 

niezależność.  -  Odwróciła  się  gwałtownie.  -  Czy  nie  rozumiesz,  że  ja  już  się  ustatkowałam?  Mam 
dwadzieścia cztery lata! Mam dom, przyjaciół, ciebie i Charity. Czego mogłabym chcieć więcej? 

- Męża, oczywiście - nieśmiało szepnęła matka. 
-  Mamo,  tyle  razy  o  tym  rozmawiałyśmy.  Nie  mam  zamiaru  zamienić  mojej  niezależności  na  uroki 

małżeństwa. Nawet na to, co ostatnio określa się jako małżeństwo z miłości. Nie znam żadnego mężczyzny, 
któremu chciałabym poświęcić całe moje życie. 

-  Nie  zawsze  tak  było  -  odparła  cierpko  jej  matka.  -  Przypominam  sobie  czas,  kiedy  wzdychałaś 

i rumieniłaś się jak każda inna zadurzona po uszy panienka. To było oczywiście ładnych parę lat temu... 

- To prawda - rzekła Liza głucho. - To było wiele lat temu. Dużo się nauczyłam od tego czasu. 
- Ojej, moja droga, tak mi przykro. Wcale nie chciałam wyciągać... 
Przerwał jej śmiech dziewczyny. 

background image

 

- Mamo, chyba nie myślisz, że nadal płaczę nad tym, co się stało? To było tak dawno. Czasem wydaje mi 

się, że ta niedoświadczona dziewczynka, która zakochała się tak beznadziejnie w Chadzie Lockridge’u, była 
jakąś zupełnie obcą mi osobą. 

- Chyba nie „beznadziejnie”? Może i nie był odpowiednim dla ciebie mężczyzną, ale mogłabym przysiąc, 

że odwzajemniał twoje uczucie. 

-  Hmm...  -  Liza  zdawała  się  zupełnie  nie  zainteresowana  rozmową.  -  Może  i  tak.  Taka  była  moda.  - 

Wróciła  do  stołu,  by  dokończyć  kawę.  -  Muszę  już  iść,  mamo.  Za  pół  godziny  jestem  umówiona 
z Thomasem. 

Odwróciła  się  w  stronę  drzwi,  lecz  nie  zdążyła  ich  jeszcze  otworzyć,  gdy  do  pokoju  wpadła  szczupła 

dziewczyna; miała burzę jasnobrązowych włosów. 

- Mamo! Lizo! - zawołała bez tchu. - Nigdy byście nie uwierzyły... Chodźcie i same zobaczcie! 
Zakręciła się na pięcie i zniknęła tak szybko, jak się pojawiła. Liza po raz kolejny doszła do wniosku, że 

chociaż  jej  osiemnastoletnia  siostra  już  dwa  lata  temu  ukończyła  szkołę,  zachowała  entuzjazm 
uprzykrzonego  szczeniaka.  Wymieniając  rozbawione  spojrzenia,  Liza  i  młoda  wdowa  podążyły  za 
dziewczyną. 

- Charity, co się stało, na miłość boską?... - Księżna zwróciła się do młodszej córki. 
- Ktoś się wprowadza do domu obok - odparła podniecona Charity, wskazując ręką ulicę. Wszystkie trzy 

obserwowały szybko rosnącą górę mebli, które robotnicy wyładowywali z wozu stojącego przed sąsiednią 
posesją. 

-  Ależ  to  niesłychane  -  powiedziała  Liza  ze  zdumieniem.  -  Jestem  pewna,  że  Thomas  nie  oddałby  tego 

miejsca nie mówiąc mi ani słowa! Czy wiesz może, kim są nowi lokatorzy? 

Odwróciła się do matki, lecz ta odpowiedziała jej pustym spojrzeniem. 
- Nie mam pojęcia. Wiesz przecież, że dom stał nie zamieszkany od miesięcy. Widziałaś kogoś? - zapytała 

młodszą córkę. 

Charity  odczekała  kilka  sekund  dla  lepszego  efektu.  W  jej  brązowych  oczach  migotały  iskierki, 

a rumieniec  na  policzkach  miał  ten  sam  kolor  co  jej  poranna  suknia.  Liza  westchnęła,  powstrzymując 
zniecierpliwienie. 

-  Najwyraźniej,  droga  siostrzyczko  -  zamruczała  Charity  -  nasz  nowy  sąsiad  pochodzi  z  Indii.  -  Znowu 

przerwała, tym razem aby nacieszyć się zdumieniem, jakie wywarły jej słowa. - Dżentelmen w olbrzymim 
turbanie kieruje tu wszystkim. Pewnie jest teraz w środku... nie, właśnie wychodzi. 

Zdziwione spojrzenie trzech kobiet podążyło za turbanem i jego właścicielem - ciemnoskórym mężczyzną, 

który  właśnie  podszedł  do  robotników,  by  wydać  im  nowe  polecenia.  Jednocześnie  zobaczyły  najeżone, 
krzaczaste  brwi,  wspaniałą  brodę,  spod  której  widać  było  śnieżnobiałą  tunikę,  tak  wielką,  że  mogłaby 
spokojnie  wystarczyć  jako  narzuta  na  trzy  łóżka.  Imponująca  postać  miała  bogato  zdobione  kapcie  na 
masywnych  stopach.  Przybysz  stał  na  ulicy  i  przemawiał  do  nieszczęsnych  robotników  w  jakimś 
niezrozumiałym języku. 

- No cóż! - westchnęła lady Burnsall. 
- Wielkie nieba! - powiedziała Liza. 
- Czyż on nie jest wspaniały? - zapiała z zachwytu Charity. 
- To się jeszcze okaże - odparła starsza siostra i ruszyła do drzwi. 
Stanęła  na  ulicy  w  chwili,  gdy  hinduski  dżentelmen  bez  wysiłku  podnosił  z  wozu  ogromną  komodę, 

z którą  wcześniej  nie  mogli  dać  sobie  rady  robotnicy.  Postawił  skrzynię  na  chodniku  i  już  miał  zrugać 
biedaków, gdy zobaczył nadchodzącą Lizę. Zatrzymał się i spojrzał na nią z zaciekawieniem. 

- Dzień dobry - powiedziała, by jakoś zacząć tę rozmowę. 
Twarz mężczyzny, pozostająca w cieniu potężnego nosa, rozjaśniła się w uśmiechu. Potem, składając ręce, 

Hindus wykonał zamaszysty ukłon, nieomal zwalając ją z nóg. 

- Czy pan jest nowym... nowym właścicielem? - zapytała niepewnie. 
Za odpowiedź musiało jej starczyć całkowicie niezrozumiałe, acz radosne i określone szerokimi gestami 

przemówienie. 

Lady Liza Rushlake rzadko kiedy nie wiedziała, co ma zrobić, jednak po paru następnych, bezowocnych 

próbach  porozumienia  się  z  tym  brązowoskórym  olbrzymem,  musiała  dać  za  wygraną.  Wróciwszy  do 
salonu, nie była w stanie udzielić matce ani siostrze żadnych konkretnych informacji. 

- Już niedługo będziemy wszystko wiedziały - powiedziała zakładając skórkowe rękawiczki. - Mam zamiar 

wszystko  wyciągnąć  z  Thomasa.  Nie  rozumiem,  jak  mógł  wynająć  ten  dom  hinduskim  emigrantom. 

background image

 

Z drugiej  strony,  jak  on  mógł  wynająć  go  komukolwiek,  nie  powiadomiwszy  mnie  o  tym.  Przecież  jest 
moim doradcą! 

Podniósłszy wzrok napotkała niezadowolone spojrzenie matki. Uniosła brwi w niemym pytaniu. 
-  To  nic.  -  Lady  Burnsall  westchnęła.  -  Po  prostu  myślałam  o  twojej  wyprawie  do  centrum.  Dlaczego 

znowu tam jedziesz? To już trzeci raz w tym tygodniu! 

Liza stłumiła w sobie niechęć. Dlaczego matka nie mogła się pogodzić z faktem, że lubiła szum i wrzawę 

miasta? Nie przerywając ani na chwilę przygotowań do wyjścia, uśmiechnęła się przelotnie do księżnej. 

- Razem z Thomasem mamy pewne plany - powiedziała starając się, by jej głos zabrzmiał zdecydowanie. - 

Osobiście  powinnam  dopilnować  szczegółów  i  dlatego  będę  się  z  nim  widywała  dość  często  w  ciągu 
następnych paru dni. - Wyjrzała przez okno. - Fletching już podprowadził powozik. Muszę lecieć. 

Pocałowała matkę w policzek, pomachała siostrze i w wielkim pośpiechu wybiegła z pokoju. 
 
Siedząc  już  w  powozie,  zamyśliła  się.  Dlaczego  kobieta,  która  postanowiła  zrobić  coś  pożytecznego 

w swoim życiu, zamiast pozostać bezwolną kurą domową, w najlepszym razie jest uważana za dziwaczkę, 
a w najgorszym za bezwstydnicę urągającą normom społecznym? Liza doskonale zdawała sobie sprawę, że 
jej skandalizujące zachowanie jest głównym tematem szeptów skrywanych za wachlarzami na przyjęciach. 
Parę razy tylko jej nieugięty charakter i zdecydowanie powstrzymały pełnych dobrych chęci wujków przed 
wtrącaniem się w jej sprawy. 

Już  parę  lat  temu  Liza  odkryła  w  sobie  gwałtowną  chęć  zbuntowania  się  przeciw  nakazom  i  zakazom 

Dobrego Towarzystwa.  Z przykrością uświadomiła sobie, że ta potrzeba  dała o sobie znać właśnie wtedy, 
gdy Chad... 

Zacisnęła dłonie w pięści.  Pomimo  upływu lat wspomnienie było zadziwiająco  wyraźne. Wydało  jej się 

nagle, że Chad jest razem z nią w powozie. Wystarczyło, by zamknęła oczy, a już czuła na policzku jego 
dotyk, jego pocałunki na swoich wargach. Przypomniała sobie chwilę, gdy zobaczyła go po raz pierwszy - 
na przyjęciu w londyńskich ogrodach. Ujął wtedy jej dłoń, a uśmiech rozjaśnił jego niesamowicie zielone 
oczy.  Wiedziała  doskonale,  że  ma  przed  sobą  wesołego  nicponia.  Równie  dobrze  mogłaby  się  rzucić 
w ramiona czarującego pirata. Gdy pochylał się nad jej dłonią, by złożyć na niej pocałunek, rudawe włosy 
opadły niesfornie na czoło. Poczuła wtedy bijące od niego ciepło. Choć teraz wydawało się to niemożliwe, 
wtedy natychmiast dała się porwać w cudowny sen o pierwszej miłości. Była tak pewna, że Chad czuł to 
samo! Podarowała mu serce z przekonaniem, że on je weźmie i zatrzyma na zawsze. 

Wyprostowała  się,  wracając  do  rzeczywistości.  O,  nie  -  pomyślała  lodowato.  Zbyt  wiele  trudu  włożyła 

w umiejętność panowania nad sobą, co z czasem stało się jej cechą charakterystyczną. To, co się wydarzyło 
między nią a Chadem, zakończyło się sześć lat temu i nie chciała więcej o tym myśleć. 

Z  pewnym  wysiłkiem  skierowała  uwagę  na  przyjemniejsze  tematy.  Uśmiechnęła  się  na  wspomnienie 

pierwszej  wyprawy  do  Change  Ailey.  Wszyscy  pracownicy  ojca  byli  zdumieni,  że  przyprowadził  córkę, 
uczennicę  jeszcze,  na  to  zakazane  męskie  terytorium.  Wziął  ją  z  sobą  na  Threadneedle  Street,  gdzie 
załatwiał  interesy  z  właścicielem  Banku  Anglii.  Liza  była  zafascynowana  nieustannie  przepływającymi 
obok  poważnymi  dżentelmenami,  z  których  jedni  wyglądali  całkiem  zwyczajnie,  a  inni,  odziani 
w niezwykłe szaty, mówili nieznanymi językami. 

W drodze do domu prosiła papę, by wyjaśnił, na czym polegają jego interesy. Już wcześniej opowiadał jej 

o zadaniach  właściciela  papierów  wartościowych  i  dumny  uśmiech  rozjaśniał  jego  twarz,  gdy  widział,  że 
Liza chętnie słucha wyjaśnień. 

Potem, wiele razy, dziewczyna odwiedzała firmę ojca, aż w końcu lord Burnsall dał jej niewielki kapitał, 

by mogła zacząć uczyć się, jak inwestować. Nie była zbyt ostrożna, ani  zbyt mądra, gdy po raz pierwszy 
zapuszczała  się  na  zdradliwe  wody  handlu.  Przez  własną  nieostrożność  kilkakrotnie  straciła  nie  tylko 
zainwestowane pieniądze, ale i szacunek do samej siebie. Ale uczyła się szybko. 

Oj,  tak,  myślała,  gdy  powóz  skręcił  w  aleję  Nicholas  i  zatrzymał  się  przed  dostojnie  wyglądającym 

budynkiem,  opatrzonym  gustowną  tabliczką  „Panowie  Stanhope,  Finch  i  Harcourt  -  Maklerzy  Giełdowi”. 
Nauczyła  się  bardzo  dużo  od  ojca  i  teraz,  gdy  wchodziła  do  domu  przy  Threadneedle  Street,  wszyscy 
pozdrawiali  ją  z  szacunkiem  -  począwszy  od  najbiedniejszego  urzędnika,  a  skończywszy  na  samym  panu 
Mellish, przewodniczącym Rady Dyrektorów Banku. 

Zanim zdążyła wspiąć się na schodki  prowadzące do biura, drzwi otwarły  się  gwałtownie i  Liza została 

powitana z wielkim honorem przez urzędnika, który - pomijając tłum mniej ważnych klientów czekających 
na niewygodnych drewnianych ławeczkach - wprowadził ją do pokojów zajmowanych przez najmłodszego 

background image

 

członka firmy - Thomasa Harcourta. 

-  Lizo!  -  Mężczyzna,  który  podniósł  się  na  jej  powitanie  zza  zawalonego  papierzyskami  biurka,  był 

średniego wzrostu i miał przyjazne brązowe oczy. - Wyglądasz jak zwykle prześlicznie. Napijesz się kawy? 

Gdy przytaknęła, skinął na młodego urzędnika i wskazał jej fotel po drugiej stronie biurka. 
- Thomasie, nie próbuj mnie zwieść. - Liza roześmiała się. - Z doświadczenia wiem, że gdy jesteś dla mnie 

taki miły, chcesz mnie naciągnąć na coś, co wcale nie będzie mi się podobało. 

Thomas Harcourt uśmiechnął się z sympatią do siedzącej przed nim młodej kobiety. Znali się od wielu lat 

i był  nawet  czas,  kiedy  do  furii  doprowadzał  go  fakt,  że  synowi  wikarego,  dysponującemu  niewielkim 
majątkiem, nie wolno było oświadczyć się córce lorda. Jednak na zawsze zachował ciepłe i szczere uczucie 
dla tej dziewczyny. 

-  Co  też  ty  mówisz!  -  zaprotestował  i  roześmiał  się.  -  Szkoda,  że  moje  przebiegłe  metody  są  dla  ciebie 

równie  przejrzyste,  co  woda  w  strumieniu.  Masz  rację.  Dostałem  niedawno  doskonałą  ofertę,  która  na 
pierwszy  rzut  oka  może  ci  się  wydać  kolejną  fatamorganą.  Jednak  przede  wszystkim...  -  Podniósł  się 
i podszedł do ukrytego w ścianie sejfu. 

Liza wyprostowała się gwałtownie. 
- Thomasie! Naprawdę udało ci się go zdobyć? Masz go przy sobie? 
- Tak. Pojechałem do Aylesbury i wróciłem dopiero wczoraj po południu. Właścicielem, zgodnie z moimi 

informacjami, był lord Wilbrahm. Nie miał pojęcia o jego wartości, zapewne dlatego, że nabył go za bezcen 
od człowieka, który znajdował  się pod dużą presją. Wilbrahm  udawał,  że nie ma ochoty  go sprzedać, ale 
w końcu... 

To  mówiąc  wyciągnął  ze  skrytki  małą  paczuszkę  i  podał  dziewczynie.  Jej  oczom  ukazało  się  misternie 

rzeźbione drewniane pudełeczko. Otworzyła wieczko i gwałtownie wciągnęła powietrze, gdy padające przez 
okno promienie słoneczne roznieciły ogień, który zapłonął między jej palcami... 

W dłoni dziewczyny leżało oszałamiające dzieło jubilerskie. Był to wisiorek, ale równie dobrze można by 

go  nazwać  miniaturową  rzeźbą  z  kości  słoniowej.  Był  wielkości  ludzkiej dłoni  i  przedstawiał  sokolnika  - 
stał z dwoma psami myśliwskimi u stóp i na przegubie ręki trzymał sokoła. To niesamowite dzieło otoczone 
było kilkoma rzędami rubinów, szmaragdów i diamentów, a zwieńczone trzema ogromnymi perłami. 

- Thomasie, to jest naprawdę Naszyjnik Królowej - szepnęła Liza. 
- Czy masz zamiar powiadomić Chada, że go odzyskałaś? 
- A niby dlaczego? - zapytała ostro. - Przecież to nie ma z nim nic wspólnego. 
- Nie ma z nim nic wspólnego? Dobry Boże, Lizo, ten naszyjnik był w jego rodzinie od wieków, a kiedy 

zaginął, wszyscy byli przekonani, że... 

-  Brednie.  I  tak  nikt  w  to  nie  uwierzył.  Chad  złodziejem?  Ma  wiele  wad,  wierz  mi,  ale  nikt,  kto  zna  go 

bliżej, nigdy nie wątpił w jego uczciwość. 

- Byli i tacy, którzy tylko czekali na okazję, by go posądzić o najgorsze. 
- Brednie - powtórzyła. 
Odetchnęła z ulgą, gdy wszedł chłopiec niosący tacę. Liza włożyła naszyjnik z powrotem do pudełka, a to 

z kolei do atłasowego mieszka, po czym wyprostowała się na krześle i przyjęła filiżankę gorącej kawy. 

- Wspaniała kawa. Dziękuję ci za wysiłek, jaki włożyłeś w odnalezienie tego drobiazgu. A teraz powiedz 

mi,  proszę,  czy  dopisało  ci  szczęście  z  Brightsprings?  -  Pytanie  było  zbyteczne,  gdyż  odpowiedź  już 
wyczytała w jego posmutniałym spojrzeniu. - Nie martw się, mój drogi. Dobrze wiem, jak niewiele da się 
zrobić, jeżeli właściciel naprawdę nie chce sprzedać. Może takie już moje szczęście, że nigdy go nie będę 
miała. 

- No cóż - przerwał jej Thomas. - Brightsprings jest domem twojego dzieciństwa i nic dziwnego, że chcesz 

go odzyskać. Przykro mi, że nie mogłem ci tego zapewnić. Nie byłem nawet w stanie dowiedzieć się, kto 
jest  obecnie  właścicielem  posiadłości.  Przez  kilka  lat  mieszkała  tam  pewna  rodzina,  wynajmując  dom, 
jednak  ani  razu  nie  spotkali  się  z  właścicielem  ziemi,  egzekutor  zaś  był  bardzo  tajemniczy  i  uporczywie 
puszczał mimo uszu moje pytania. 

Widząc zakłopotanie przyjaciela, Liza zmieniła temat. 
- Opowiedz mi o tych twoich fatamorganach. 
- Ach, tak. - Oczy Thomasa rozbłysły. - Od niedawna istnieje firma zajmująca się rozwojem kolei. 
- Kolei? - zapytała Liza z niedowierzaniem. Jej gładkie czoło przecięła zmarszczka. - Wiem, że wagoniki 

jeżdżące  po  torach  już  od  jakiegoś  czasu  są  używane  w  kopalniach,  ale  podobno  nie  zdało  to  egzaminu 
nigdzie poza tym. 

background image

 

- Ano właśnie. Jednak grupa przyszłościowo myślących ludzi wpadła na pomysł położenia szyn pomiędzy 

miastami  i  zbudowania  odpowiednio  dużych  wagonów,  by  można  nimi  przewozić  nie  tylko  towary,  ale  i 
ludzi. 

- Nigdy nie słyszałam większej bzdury! 
-  Zgadzam  się,  ale  pomyśl  tylko,  jakie  byłyby  możliwości,  gdyby  to  się  udało!  Na  razie  nikt  nie  chce 

wkładać  w  ten  interes  żadnych  pieniędzy,  ale  warto  by  było  pomyśleć  o  nim  na  przyszłość.  Wyślę  paru 
ludzi, by się rozejrzeli i powiem, że ty... to znaczy, że pan R. Lake rozważa możliwość współpracy. 

Liza uśmiechnęła się. 
- Wszyscy pomyślą, że R. Lake, poważany finansista, wreszcie postradał rozum. 
Przez następne dwie godziny rozważali możliwości inwestycji Lizy, troskliwie ukrytych pod pseudonimem 

pana R. Lake’a. Wielu znajomych zdziwiłoby się niepomiernie, gdyby się dowiedzieli, jak złożone operacje 
prowadzi  Liza i  jak ogromne zyski  jej  przynoszącą. Jednakże nikt ze śmietanki towarzyskiej  Londynu nie 
traktował  poważnie  jej  działalności  w  świecie  finansów,  uważając  ją  za  dziwaczkę  i  wielkodusznie 
wybaczając  jej  to  przez  wzgląd  na  jej  pochodzenie  i  stan  majątkowy.  Liza  nie  wstydziła  się  swojej 
działalności, lecz odkąd jej inwestycje rozrosły się do rozmiarów małego przedsiębiorstwa, zdawała sobie 
doskonale  sprawę  z  tego,  że  podanie  do  publicznej  wiadomości  faktycznego  stanu  jej  konta  mogłoby 
przysporzyć jej wielu kłopotów. 

W końcu podniosła torebkę i nowy nabytek, po czym zaczęła zbierać się do wyjścia. Podeszła do drzwi, 

lecz zanim wyszła, raz jeszcze odwróciła się do przyjaciela. 

-  O  mało  nie  zapomniałam!  Kim  jest  to  przedziwne  stworzenie,  któremu  wynająłeś  moją  posiadłość  na 

Berkeley Square? 

Pytanie zaskoczyło Thomasa. 
- Dziwne stworzenie? - zapytał po chwili. 
- Wynająłeś ten dom, prawda? 
- Tak, ale... 
- Ogromnemu Hindusowi? 
Przez  długą  chwilę  Thomas  tylko  patrzył  na  nią.  Gdy  wreszcie  zrozumiał,  o  co  jej  chodzi,  oblał  się 

rumieńcem. 

-  To  pewnie  był  Ravi  Chand.  Ale  on  nie  jest  nowym  lokatorem.  Właściwie  jest  kamerdynerem  nowego 

lokatora. Dżentelmen, który... hm... wynajął to miejsce, jest Anglikiem z krwi i kości. Niedawno powrócił 
z Indii i jeszcze nie zdążył znaleźć sobie czegoś dogodniejszego. 

-  Naprawdę?  - zapytała  ciekawie.  Zastanawiała się, dlaczego Thomas  poci  się, jakby właśnie mu  groziło 

śmiertelne niebezpieczeństwo. 

- Wpadł do mnie parę dni temu. Podobno zatrzymał się w hotelu Fenton na ulicy Świętego Jakuba. Prosił, 

bym  znalazł  dla  niego  jakiś  dom  do  czasu,  aż znajdzie  coś  na  stałe.  Zapewniam  cię,  że  nie  będzie  z  nim 
żadnych kłopotów. Nie sądziłem, że możesz mieć coś przeciwko temu - zakończył dość sztywno. 

-  Ależ  nie  mam  -  zapewniła  go  pospiesznie.  -  Przecież  tak  już  bywało  w  przeszłości.  Czy  znasz  tego 

człowieka?  Czy  ma  dużą  rodzinę?  Złożę  im  wizytę,  gdy  tylko  trochę  się  urządzą.  Po  tak  długiej 
nieobecności w kraju zapewne stracili kontakt ze znajomymi. Jak się nazywa mój nowy lokator?  

Thomasowi znowu głos ugrzązł w gardle. 
- No, jeżeli o to chodzi, to na pewno nie będzie ci on obcy, gdyż... 
Doszli właśnie do poczekalni i jedna z osób, które siedziały na ławeczkach pod ścianą, starsza już kobieta, 

podeszła do Thomasa. Lizie wydało się, że przyjął to z ulgą. 

- Jest pan wreszcie, panie Harcourt. - Kobiecina miała niezwykle przenikliwy głos. - Czekam na pana już 

ponad  godzinę, młody  człowieku, i  widzę, że zajmuje się pan wszystkimi,  tylko  nie mną.  - Rzuciła  Lizie 
nieprzychylne spojrzenie. - Mój czas jest cenny i nalegam, by natychmiast mnie pan przyjął. 

-  Pani  Beddoes!  -  Ku  rozbawieniu  Lizy  w  głosie  Thomasa  słychać  było  jedynie  miłe  zaskoczenie.  -  Nie 

miałem pojęcia, że pani tu czeka. Myślałem, że jesteśmy umówieni dopiero na południe, ale najwyraźniej 
zaszła jakaś pomyłka. - Odwrócił się do Lizy i mrugnął do niej wesoło. - Pożegnam się już, lady Elizabeth. 
Mam nadzieję, że nie chce pani pozbawić mnie jednej z najcenniejszych klientek. 

Liza  uśmiechnęła  się  ze  zrozumieniem,  skinęła  głową  nadal  kipiącej  gniewem  pani  Beddoes,  po  czym 

opuściła przybytek panów Stanhope’a, Fincha i Harcourta. 

Miała do załatwienia jeszcze kilka spraw, więc zanim wróciła do domu,  było już późno. Gdy wysiadała 

z powoziku,  przed  sąsiednim  domem  zatrzymała  się  gustowna  dwukółka  i  Liza  nie  potrafiła  powściągnąć 

background image

 

ciekawości. 

Pomyślała, że wysoki mężczyzna, który właśnie wysiadał i podawał bat  służącemu, to jej nowy lokator. 

Jedyne,  co  mogła  na  razie  zauważyć,  to  wzrost  nieznajomego  i  piękny,  obramowany  futrem  płaszcz.  Był 
sam. Najwyraźniej żona czekała na niego w domu. 

Podeszła do nieznajomego w chwili, gdy już nieomal wchodził do domu. 
-  Przepraszam  pana...  -  zaczęła,  lecz  nie  dokończyła  zdania.  Pozostało  zawieszone  w  powietrzu.  Nic  nie 

rozumiejąc Liza patrzyła na człowieka, który się do niej odwrócił. Ze zdumieniem zobaczyła, jak rozjaśniają 
się jego zielone oczy, a usta przybierają dobrze znany, kpiący wyraz. 

Serce jej zamarło. Szepnęła bezwiednie: 
- Chad! 

- Liza! 
Chad był równie zaskoczony co ona. Przez moment stał patrząc na nią i zastanawiając się, czy nie  uległ 

złudzeniu. Od chwili gdy postawił nogę na przystani w Portsmouth, nie mógł przestać o niej myśleć. 

Dobry Boże, była jeszcze piękniejsza, niż zapamiętał. Zdawało się, że sześć lat, które upłynęły od czasu, 

gdy odwróciła się od niego z pogardą i gniewem, jedynie dodało jej urody i siły. Szczupłe ciało było piękne 
i prowokujące jak zawsze. Patrząc na nią, tak samo jak dawniej czuł, że zapada się w jej niesamowite oczy. 
Zawsze  się  zastanawiał,  jak  to  jest,  że  choć  wiele  kobiet  ma  błękitne  oczy,  jedynie  oczy  Lizy  miały 
fioletowy  odcień  i  tę  niezwykłą  właściwość  szybkiego  przechodzenia  od  roziskrzonego  humoru,  poprzez 
ciepłą czułość, aż do lodowatej pogardy. 

Do diabła z rym, zganił sam siebie. Nie po to miesiącami harował jak wariat starając się o niej zapomnieć, 

by teraz stać na środku ulicy niczym zdenerwowany uczniak. Co się z nim działo? 

W chwili gdy ich ręce się spotkały, dla Lizy cały świat przestał istnieć. Zdawało się jej, że są sami i nic 

poza  nimi  nie  istnieje.  Nie  wiedziała,  jak  długo  trwali  w  zaskoczeniu  i  zapomnieniu.  W  końcu  jednak 
odzyskała panowanie nad sobą i wyrwała dłoń mając nadzieję, że nie zauważył jej rumieńca. 

 
a  Liza  i  tak  nic  by  nie  zauważyła.  Nic  nie  jadła,  tylko  przesuwała  jedzenie  na  talerzu.  Siedziała 

z pochyloną głową, wiedząc doskonale, że Chad obserwuje ją ukradkiem. Z początku odpowiadał na uwagi 
Letycji tylko monosylabami, lecz wkrótce dał za wygraną i jego odpowiedzi stały się dłuższe. 

-  Ależ  nie,  w  czasie  letnich  upałów  wielu  moich  przyjaciół  wyjeżdżało  z  Kalkuty  w  góry.  Ja,  niestety, 

byłem uwiązany w mieście interesami. Nie potrafię wyrazić, z jak wielką niecierpliwością czekam na lato 
w Anglii po tak długiej nieobecności. 

- A czy był pan kiedyś w dżungli? - wtrąciła się zaciekawiona Charity. - Czy widział pan słonia? 
-  Właściwie  zaprzyjaźniłem  się  z  maharadżą  Chatipoor,  którego  poznałem  przy  okazji  załatwiania 

interesów. Bardzo lubił polować na tygrysy i często zabierał mnie z sobą. W czasie takiej wyprawy najlepiej 
podróżuje się właśnie na grzbiecie słonia. 

Szczegółowe opisy Chada, jak wygląda jazda na słoniu przez dżunglę, dobiegały do Lizy jakby z oddali. 

Podniosła  na  moment  głowę  i  napotkała  karcące  spojrzenie  matki.  Zesztywniała.  Dobry  Boże,  znowu 
zachowywała  się  jak  zadurzona  po  uszy  smarkula!  Już  dawno  pogodziła  się  z  odejściem  Chada  i  nie 
powinna zachowywać się tak, jakby nadal opłakiwała ich rozstanie. 

- Proszę nam opowiedzieć o swoim niezwykłym służącym, panie Lockridge - poprosiła lekko znudzonym 

tonem. - Miałam okazję porozmawiać z nim dziś rano. 

Po  raz  pierwszy,  odkąd  usiedli  do  stołu,  Chad  spojrzał  jej  prosto  w  oczy.  Zdawało  się,  że  przebiegła 

między  nimi  jakaś  iskra  porozumienia,  którą  Liza  na  próżno  starała  się  zignorować.  Ostre  rysy  twarzy 
Chada złagodził uśmiech. 

-  Poznałaś  Ravi  Chanda?  Imponujący,  prawda?  Był  ze  mną  przez  cały  czas  mojego  pobytu  w  Indiach 

i nalegał, że będzie mi towarzyszyć w podróży do tego „barbarzyńskiego kraju”, jak określił Anglię. 

- Sądząc po tym, co powiedział Thomas, twój pobyt na Berkeley Square nie będzie zbyt długi? - zapytała 

Liza  jednocześnie  przypominając  sobie,  że  przy  najbliższej  okazji  będzie  musiała  przedyskutować 
z przyjacielem pewną sprawę. 

Uśmiech Chada zgasł. 
-  To  prawda  -  odparł  chłodno.  -  Szukam  domu,  który  mógłbym  nabyć  na  własność  i  mam  nadzieję,  że 

znajdę go dość szybko. 

-  A  czego  dokładnie  pan  szuka?  -  znowu  wtrąciła  się  Charity.  -  Pamiętasz,  mamo,  jak  mówiłaś,  że 

background image

 

Pevenseyowie chcą sprzedać dom na North Audley? 

- Ależ, moja droga - skarciła ją matka. - Chyba nie sądzisz, że pan Lockridge chciałby kupić tę ruderę. To 

nie jest miejsce dla samotnego dżentelmena. Chyba że... - Rzuciła Chadowi pytające spojrzenie. - Chyba że 
planuje... to znaczy... - Jej głos zawisł w powietrzu, a Liza miała ochotę zapaść się pod ziemię. Jak można 
się było spodziewać, ziemia pozostała niewzruszona pod jej stopami. 

-  Nie,  proszę  pani  -  odparł  Chad.  -  Na  razie  nie  mam  zamiaru  się  żenić,  byłbym  jednak  głupcem 

wykluczając tę możliwość. - Mówiąc to patrzył na Lizę, ale ponieważ znowu siedziała ze spuszczoną głową, 
usłyszała jedynie rozbawienie w jego głosie. Zacisnęła dłonie w pięści. - Nie chciałbym zbyt dużego domu, 
lecz w Indiach jeszcze zapewniałem przyjaciół, że gdy tylko będą w Londynie, chętnie ich powitam w moim 
domu. Z tego powodu chciałbym nabyć dom odpowiednio duży dla co najmniej dwóch rodzin. 

Rozmowa  wróciła  na  bezpieczne  tory.  Liza  przybrała  minę  uprzejmego  zainteresowania,  natomiast  jej 

matka zabawiała  gościa  najnowszymi ploteczkami. W rewanżu, Chad opowiedział jeszcze parę historyjek 
dotyczących pobytu  w  Indiach, na co Charity zareagowała nowym  wybuchem  entuzjazmu.  Ku wielkiemu 
niezadowoleniu Lizy Chad najwyraźniej otrząsnął się już z pierwszego szoku ich nagłego spotkania i teraz 
starał  się  przypodobać  zarówno  matce,  jak  i  młodszej  z  sióstr.  On  i  Charity  najwyraźniej  zawarli  już 
przyjaźń, a zdawało się, że i lady Burnsall topnieje pod wpływem jego ujmującego uśmiechu. 

Lizie zdawało się, że minęła wieczność, zanim Chad wreszcie podniósł się z miejsca. 
Gdy już wszyscy stali na kamiennych schodkach przed domem, lady Burnsall powiedziała: 
-  Wiem,  że  w  ciągu  najbliższych  dni  wszystko  w  domu  będzie  miał  pan  powywracane  do  góry  nogami. 

Jeżeli będziemy mogły w czymś pomóc, proszę dać nam znać. 

Liza  spojrzała  na  matkę,  zaskoczona  serdecznością  w  jej  głosie.  Chad  zerknął  na  zaciętą  minę  Lizy 

i ukłonił się lekko. 

-  Dziękuję  pani  bardzo.  Mam  nadzieję,  że  pozwolą  mi  panie  odwdzięczyć  się  za  gościnność  już 

w niedługim  czasie.  Ravi  Chand  jest  zdumiewająco  efektywny  w  działaniu  i  jestem  przekonany,  że 
wszystko  doprowadzi  do  porządku  w  mgnieniu  oka.  W  tej  chwili  zapewne  wybiera  meble.  Niestety,  nie 
mogłem przywieźć z sobą zbyt wielu rzeczy. 

W  chwili  gdy  ruszył  w  stronę  swojego  domu,  na  ulicy  zatrzymał  się  gwałtownie  śliczny  powozik, 

z którego wyskoczył równie oszałamiający dżentelmen i uroczyście powitał zgromadzone na progu panie. 

- A niech mnie kule biją! - wykrzyknął ze śmiechem nowo przybyły.  - Komitet powitalny! Czyżby moje 

ciągłe wizyty wreszcie wywarły jakieś wrażenie? Nie potrafię wyrazić, jak mnie to cieszy! 

Był wysokim, szczupłym i gibkim mężczyzną, a jego srebrzyste włosy opadały w nieładzie na rozjaśnione 

śmiechem brązowe oczy. Podszedł, by ująć dłonie Lizy i jej matki nieświadomy obserwujących go oczu. 

- Giles - powiedział Chad. - Giles Daventry.  
W oczach przybysza zaświeciło coś dziwnego, co znikło równie szybko, jak się pojawiło. 
-  Lockridge!  -  wykrzyknął  po  nieomal  niezauważalnej  chwili  wahania  i  podbiegł,  by  się  przywitać.  - 

Grenville mówił mi wczoraj wieczorem, że podobno znowu pojawiłeś się na horyzoncie. Nawet nie wiesz, 
jak się cieszę, że cię widzę, stary przyjacielu! 

- Ja też się cieszę - powiedział Chad delikatnie wyswobadzając się z uścisku Gilesa. 
- Ale cóż to? - zapytał ten z udawaną surowością. - Czyżbyś znowu mnie wyprzedzał? Chociaż z drugiej 

strony nie powinienem być zaskoczony, że jako pierwszą odwiedzisz naszą Lizę. 

Dziewczyna znowu poczuła, że ma ochotę zapaść się pod ziemię, znowu jednak jej modlitwy nie zostały 

wysłuchane. 

- Pan Lockridge odwiedził nas na wyraźne zaproszenie mojej matki - powiedziała pospiesznie. - Poza tym 

było  właściwie  kwestią  przypadku,  że  w  ogóle  się  spotkaliśmy.  -  Nagle  zdała  sobie  sprawę,  że  jej  słowa 
brzmią nieuprzejmie. - To znaczy, pan Lockridge właśnie wprowadza się do sąsiedniego domu i... przyjął 
nasze zaproszenie na lunch. 

- Ach, tak. - Giles uśmiechnął się. - Jak zwykle masz szczęście, mój drogi. 
Chad nie odpowiedział, lecz zdawało się, że zesztywniał. Cisza zaczęła się niepokojąco przedłużać. Giles 

odkaszlnął, po czym kontynuował jowialnie: 

-  Jeżeli  nie  masz  jeszcze  planów  na  wieczór,  to  może  przyłączysz  się  do  nas?  Razem  z  Johnnym 

Tapworthem, George’em Martingale’em i kilkoma innymi znajomymi wybieramy się do White’a. Co ty na 
to? Później, oczywiście, zagramy w karty. 

- Dziękuję za zaproszenie, ale już obiecałem mojej ciotce, lady Torrington, że ją odwiedzę. 
Chad z rozbawieniem zauważył zdziwienie Gilesa. 

background image

 

-  Lady  Torrington  chce  cię  widzieć?  To  znaczy...  To  chyba  nic  dziwnego...  czyżby  chciała  upiec  dwie 

pieczenie przy jednym ogniu? 

- Zapewne - odparł Chad. - Nie chce mi się zbytnio jechać aż do Dwunastu Dębów, ale wiesz przecież, że 

gdy  ona  coś  powie,  wszyscy  mężczyźni  skaczą,  jak  im  zagra.  Nalegała,  żebym  ją  odwiedził;  poza  tym, 
pomijając jej nienaganne maniery, jest moją ulubioną ciotką. 

To mówiąc ukłonił się i odszedł. W ciągu paru sekund zniknął w drzwiach domu. 
- Nie wiedziałem, że Lockridge wrócił do łask - powiedział w zadumie Giles. - Zdawało mi się, że opuścił 

Anglię  pod  dużą  presją,  gdy...  -  Urwał  nagle  i  rzucił  Lizie  szybkie  spojrzenie.  -  Moja  droga,  bardzo  cię 
przepraszam! Nie wiem, jak mogłem być tak bezmyślny! 

Charity patrzyła bezradnie to na Gilesa, to na siostrę i w końcu wykrzyknęła: 
- Co się stało? Dlaczego musiał wyjechać? 
- To nie twój interes, młoda damo! - Lady Burnsall złapała młodszą córkę za ramię, po czym odwróciła się 

do Lizy. - O ile dobrze pamiętam, mieliście jechać na spacer do parku, kochanie? 

Liza przez chwilę patrzyła bezmyślnie, po czym otrząsnęła się i powiedziała z poczuciem winy: 
-  Mój  Boże,  zupełnie  zapomniałam!  Proszę,  wybacz  mi,  Giles.  Załatwianie  spraw  w  mieście  zajęło  mi 

więcej czasu, niż się spodziewałam... a potem jeszcze lunch się przedłużył... Wejdź, proszę, i poczekaj, aż 
się przebiorę. Zajmie mi to tylko chwilę. 

W  rzeczy  samej,  niecałe  pół  godziny  później  Liza  ubrana  w  uroczą  morelową  suknię  wsiadła  do 

zaprzężonego w dwa konie powoziku Gilesa. Niedługo potem wjechali do parku. 

Liza  patrzyła  na  Gilesa  ukradkiem,  podziwiając  jego  regularne  rysy  i  wrodzoną  elegancję.  Zastanawiała 

się, dlaczego, pomimo wszystkich zalet tego mężczyzny, nie potrafi się w nim zakochać. Giles miał cięty 
język, był czarujący i zabawny, a ponadto bardzo jej oddany. Słyszała co prawda niepokojące historie o tym, 
jak wziął pod swoją opiekę pewną aktorkę, lecz już dawno temu nauczyła się, że nie należy dawać wiary 
wszystkiemu, co się słyszy. Poza tym, czyż miała prawo go osądzać? 

Giles pochodził z dobrej rodziny, której z pewnością nie brakowało pieniędzy. Miał w posiadaniu ogromny 

majątek  ziemski  w  Leicestershire  i  inne  posiadłości  w  całej  Angin,  ponadto  był  ulubieńcom  swojego 
najbogatszego  wuja,  który  dał  jasno  do  zrozumienia,  że  będzie  pamiętał  o  bratanku  przy  sporządzaniu 
testamentu. Nic dziwnego, że lady Burnsall popychała starszą córkę w ramiona tego młodzieńca. 

- Czyżbym miał przekrzywiony krawat? 
- Co takiego? - zapytała zaskoczona Liza. 
- A może mam zaplamiony surdut?  - zapytał Giles ze śmiechem.  - Coś w moim wyglądzie musi być nie 

tak, skoro przyglądasz mi się z takim napięciem. 

Zaśmiała się z zakłopotaniem. 
- Właśnie myślałam o tym, jakie mam szczęście, że jesteś moim przyjacielem. 
Giles westchnął i powiedział z udawaną rozpaczą: 
-  Tak,  to  właśnie  jestem  cały  ja...  dobry,  stary  Daventry,  przyjaciel  całego  świata,  który  nie  posiada 

żadnego serca na własność. 

Liza zesztywniała. 
- Giles, chyba nie chcesz znowu... 
-  Nie,  nie  chcę  znowu  prosić  cię  o  rękę.  Postanowiłem,  że  nie  będę  ci  się  oświadczał  częściej,  niż  raz 

w tygodniu. 

Liza zachichotała wbrew własnej woli. 
- Jak to się dzieje, Giles, że jesteś jednocześnie tak zwariowany i tak... 
- Kochany? 
- Nie to miałam na myśli - odparła szczerze. - Chociaż właściwie kocham cię, mój drogi przyjacielu.  
Giles znowu rozdzierająco westchnął. 
- Czy mam się z tego cieszyć? Nie poddam się, ale zaoszczędzę ci kłopotu i nie będę ci się dziś narzucał. 

Jednak we wtorek za tydzień możesz się spodziewać, że znowu wrócę do tego tematu. Dobry Boże, zbliża 
się lady Cardover. Przecież w tym kapeluszu wygląda jak strach na wróble! 

Rozmowa  stała  się  znowu  lekka,  a  po  chwili  na  promenadzie  zrobiło  się  tłoczno.  Park  zapełniały 

eleganckie  powoziki.  Kłaniając  się  znajomym,  odpowiadając  na  pozdrowienia  i  bezmyślnie  gawędząc 
z Gilesem, Liza znowu pogrążyła się w myślach. Przypomniała sobie, jak na Berkeley Square Chad dotknął 
jej ręki i natychmiast cały świat zawirował. 

Wspomnienie uparcie stawało między nią a Gilesem. Zdawało się, że wystarczy, by wyciągnęła rękę, a już 

background image

 

mogłaby dotknąć twarzy Chada, poczuć miękkość jego włosów pod palcami. Dłonie dziewczyny zacisnęły 
się na kolanach. Jak to  się stało? Minęło  sześć lat, odkąd pogodziła się z jego odejściem  i  poszła własną 
drogą. Nauczyła się cenić swoją niezależność. Była uważana za duszę towarzystwa, a do szerokiego kręgu 
jej przyjaciół zaliczali się najbardziej wpływowi ludzie Anglii. 

Liza odpowiedziała uśmiechem na pozdrowienia dwóch dam mijających ich w pięknym powozie, po czym 

oparła się wygodnie o poduszki siedzenia. Była doprawdy śmieszna! Z pewnością winę za wszystko ponosi 
szok  wywołany  ich  nieoczekiwanym  spotkaniem.  W  jej  uporządkowanym  i  szczęśliwym  życiu  nie  było 
miejsca  dla  Chada  Lockridge’a.  Nie  pozwoli,  by  fakt,  że  są  teraz  sąsiadami  i  zapewne  będą  się  często 
widywać na różnego rodzaju przyjęciach, zakłócił jej spokój. 

Powiedziała sobie, że już dawno wyzwoliła się spod jego wpływu. 
Dlaczego więc wciąż ma przed oczyma jego ironiczny uśmiech? 

Kilka dni później Chad wyszedł rano z łazienki i wziął z rąk Ravi Chanda śnieżnobiałą koszulę. 
-  Sahib  zrobi  dziś  ogromne  wrażenie  na  wszystkich  -  powiedział  z  przekonaniem  służący  w  swym 

rodzimym dialekcie. - Czy sahib założy turecką satynową kamizelkę przyozdobioną tymi... no, jak im tam... 
kieszonkami? 

Chad westchnął. Ravi Chand był nieocenioną pomocą w czasie pobytu w Indiach, ale jako garderobiany 

pozostawiał wiele do życzenia. 

- Nie. Myślę, że jedwabna będzie odpowiedniejsza - odparł w tym samym języku. - Ta z jedną kieszonką - 

dodał wskazując na najskromniejszą z bogatego zestawu koszul ułożonych na łóżku. 

Patrząc na minę pana, Hindus zmarszczył brwi. 
-  Popełniłem  błąd,  panie.  Wybacz.  Wiem,  że  nie  nadaję  się  na  służącego  dżentelmena.  Słyszałem,  że 

chcesz zatrudnić kogoś odpowiedniejszego na to stanowisko. Czy już zacząłeś poszukiwania? 

- Nie. - Chad uśmiechnął się. - Ale zaraz to zrobię. 
Usiadł przy toaletce i wziął do ręki świeżo wykrochmalony krawat. Już miał go zawiązać w prosty węzeł, 

gdy  nagle  zastygł  w  bezruchu.  Oniemiały  patrzył  w  lustro,  w  którym  zobaczył  złotowłosą  dziewczynę 
o zadziwiająco  błękitnych  oczach.  Pełne,  uwodzicielskie  wargi  uśmiechnęły  się  do  niego  żartobliwie 
i zachęcająco. 

Odpowiedział  na  ten  uśmiech  grymasem.  Już  dawno  minęły  czasy,  gdy  lady  Liza  Rushlake  patrzyła  na 

niego  z  zachętą  w  oczach.  Najlepsze,  czego  mógł  się  po  niej  spodziewać,  to  spokojna  uprzejmość,  choć 
sądząc po ich spotkaniu sprzed kilku dni, i tak było to zbyt wygórowane oczekiwanie. 

Zamrugał  powiekami  -  własne  odbicie  w  lustrze  natychmiast  to  powtórzyło.  Chad  zastanawiał  się,  czy 

spotka ją dziś wieczorem. Od czasu gdy wpadli na siebie na Berkeley Square, widział ją tylko raz. Oboje 
wyszli o tej samej porze z domów, a jej bezosobowe „dzień dobry” mogłoby być skierowane równie dobrze 
do przypadkowego przechodnia. 

Wzruszył  ramionami. Niczego innego się nie spodziewał.  W końcu i  jego powitanie było  dość  cierpkie. 

Dobrze,  że  rozmawiając  z  nią  nie  czuł  już  złości.  Jakże  długo  wszelkim  wspomnieniom  towarzyszył  ból 
i rozgoryczenie! Jakże często, myśląc o niej, czuł gorzki smak porażki i zawodu! 

Zawiązał  krawat,  ułożył  dokładnie  wszystkie  fałdy  i  wpiął  w  nie  szmaragdową  spinkę.  Potem  włożył 

ostrożnie marynarkę z ciemnego jedwabiu, którą podał mu Ravi Chand. 

 
Do czasu gdy powóz Lizy przedarł się przez tłumy otaczające dom Mervale’ów przy Park Lane, bal został 

okrzyknięty przez gości smutnym niewypałem sezonu. 

-  Dobry  Boże  -  powiedziała  lady  Burnsall,  gdy  wreszcie  stanęły  u  stóp  schodów  wiodących  do  sali 

balowej. - Czyżby pozamykali teatry i kluby w całym mieście? Mam wrażenie, że zwalił się tu dziś cały ten 
świat... i jeszcze kilka sąsiednich. 

Gdy czekały w kolejce do wejścia, Charity uprzyjemniała im czas, komentując wygląd innych gości. 
-  Wielkie  nieba  -  szepnęła.  -  Spójrzcie  tylko  na  Janie  Porlock.  Założę  się,  że  zmoczyła  halki,  by  każdy 

mógł  dokładnie  obejrzeć  jej...  Och,  jest  i  Priscilla  Weston.  Prawda  jak  jej  do  twarzy  w  tym  nowym 
uczesaniu? Zastanawiam się, czy jest tu gdzieś jej brat, John? 

Matka spojrzała na nią ostro. 
- Nawet jeżeli jest, mam nadzieję, że nie zrobisz z siebie widowiska, jak to się działo na balu u Porthebych 

w zeszłym miesiącu. Gdybym nie zareagowała na czas, przetańczyłabyś z tym młodym człowiekiem aż trzy 
tańce jednego wieczora. 

background image

 

10 

- Oj, mamo! - Oczy dziewczyny otworzyły się szeroko w poczuciu urażonej niewinności. - Przecież tylko 

rozmawialiśmy.  Pan  Weston  jest  bardzo  zainteresowany  botaniką  i  przeprowadzał  fascynujące 
eksperymenty na... hm... mangel-wurzlu, tak to się chyba nazywa, to takie buraki cukrowe. - Lady Burnsall 
mruknęła znacząco, Charity mówiła więc szybko dalej: - Popatrzcie tylko! Co też przyszło do głowy panu 
Singletree,  że  założył  to  koszmarne  fioletowobrązowe  ubranie!  Jak  wam  się  wydaje,  czy  on  nosi  pod 
spodem gorset? Zawsze tak przedziwnie skrzypi! 

Liza  z  rozbawieniem  słuchała  tej  paplaniny,  rozglądając  się  po  tłumie  i  odpowiadając  uśmiechem  albo 

kiwnięciem głowy na pozdrowienia znajomych. Jej uwagę zwrócił dopiero radosny okrzyk siostry: 

- Jest i Chad! 
Obróciła się na pięcie, by spojrzeć w kierunku wskazywanym przez Charity. Stał u stóp schodów; dopiero 

zaczynał długą wędrówkę ku ich szczytowi. 

- Jak to się stało, że mówisz mu po imieniu? - zapytała ostro. 
- Jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi na świecie. Razem z Melanią i Dorotheą odwiedziłyśmy go wczoraj. 

Pokazał  nam  fascynującą  kolekcję  figurek  z  kości  słoniowej,  którą  zebrał  za  granicą.  -  Widząc 
nieprzychylną minę siostry, mówiła dalej z pośpiechem. - To naprawdę nic niestosownego. Mama Melanii 
była z nami. - Po chwili zastanowienia dodała: - Dlaczego aż tak go nie lubisz, Lizzy? 

Słysząc przezwisko z dzieciństwa, Liza zaczerwieniła się. Ku jej wielkiej uldze, właśnie w tej chwili lady 

Burnsall poklepała ją po ramieniu, by dać znak, że mogą już wejść do sali balowej. 

-  Letycja!  -  Okrągła  twarz  lady  Mervale  rozjaśniła  się  w  powitalnym  uśmiechu.  -  Jak  miło  cię  widzieć! 

Wyglądasz, jak zwykle, wspaniale! 

-  No  i  przyprowadziłaś  swoje  dwie  urocze  córki  -  zagrzmiał  tuż  obok  jej  mąż.  -  Teraz  zapewne  nie 

opędzimy się od młodzieńców! Moja droga, wyglądasz olśniewająco! - dodał zwracając się do Lizy, ubranej 
w wąską bursztynową suknię z ażurową narzutką w kremowym kolorze, ozdobioną malutkimi brylancikami. 
Na rozpuszczonych złotych lokach dziewczyny lśniła delikatna tiara z topazów. 

- Nawet jeżeli to prawda - zaśmiała się - to tylko dzięki pana łaskawemu oku, milordzie. 
Odsunąwszy się na bok, by przepuścić innych gości, Liza zderzyła się z mężczyzną stojącym tuż obok  
- Giles! - wykrzyknęła z radością. - Nie spodziewałam się tu ciebie spotkać. 
Uśmiechnął się. Jego włosy zalśniły srebrzyście w blasku świec. 
-  Przecież  pojawiam  się  z  regularnością  przypływów  na  każdym  przyjęciu,  które  zaszczycasz  swą 

obecnością. W zamian za moją bohaterską wytrwałość musisz mi obiecać pierwszy chodzony. 

-  Jakżebym  mogła  odmówić  tak  wytwornie  wyrażonej  prośbie?  -  Liza  roześmiała  się.  Zapisała  jego 

nazwisko  w  karneciku,  podobnie  jak  nazwisko  dżentelmena,  który  poprosił  ją  o  walca.  W  tym  samym 
momencie obstąpiło ją stałe grono wielbicieli i w ciągu  paru chwil nieomal cały karnecik miała zapisany. 
Orkiestra zaczęła grać pierwsze rytmy popularnego chodzonego tańca i Liza już miała zamiar położyć dłoń 
na ramieniu Gilesa, gdy usłyszała za sobą głęboki znajomy głos. 

- Lady Lizo, widzę, że został pani jeszcze jeden taniec wolny. 
Odwróciła się na pięcie; serce waliło jej jak oszalałe. 
- Czy możesz go dla mnie zachować? - zapytał Chad łagodnym, miłym tonem. 
Oddałaby  wszystko  -  no,  prawie  wszystko  -  żeby  wymyślić  choć  jeden  rozsądny  powód,  dla  którego 

mogłaby  mu  odmówić.  Jednak  czuła  się  tak,  jakby  jej  mózg  stał  się  jakąś  tępą  masą  i  potrafiła  jedynie 
bezgłośnie przytaknąć. 

Z uśmiechem wyjął z jej dłoni mały ołóweczek i zapisał swoje nazwisko przy ostatnim wolnym miejscu. 

Ukłonił  się  lekko  Gilesowi  stojącemu  obok  z  głupią  miną,  po  czym  włożył  go  z  powrotem  do  jej 
zmartwiałej ręki i usunął się na bok, by mogli dołączyć do pozostałych tancerzy. 

- Na Boga - mruknął Giles podczas jednego z nielicznych momentów tańca, gdy znaleźli się blisko siebie. 

- Dziwię się, że Lockridge się tu zjawił. - Gdy Liza uniosła pytająco brwi, odparł, trochę niezręcznie:  - Po 
tym skandalu, który wybuchł po jego wyjeździe... no wiesz... - dodał, widząc, że Liza nie rozumie, o co mu 
chodzi. - Ta afera z Naszyjnikiem Królowej. Nic dziwnego, że ludzie się zastanawiali, czy... 

-  On  nadal  jest  wnukiem  księcia  Montdaire  -  odparła  sucho.  -  To  otwiera  przed  nim  drzwi  najlepszych 

domów w Londynie. Poza tym, o ile wiem, naszyjnik się odnalazł. 

- Co takiego? Naszyjnik Królowej się odnalazł? Gdzie? Kto go ma? - Zdumiał się Giles. 
- Och, Giles, na miłość boską! - Liza ziewnęła, udając znudzenie, i przysłoniła usta palcami. - A co to za 

różnica? To było tak dawno temu. Jestem przekonana, że nikt i tak nie zwracał uwagi na te nonsensowne 
historie. 

background image

 

11 

- Ależ skądże - odparł pospiesznie. - Sądzę, że głównym powodem, dla którego w ogóle się pojawiły, był... 

no,  wiesz...  wszyscy  wiedzieli,  jak  bardzo  potrzebował  pieniędzy...  Potem  zniknął  tak  niespodziewanie... 
Nic dziwnego, że stało się to wodą na młyn starych plotkarek. Wiem, że jego ojciec powiedział, że sprzedał 
naszyjnik.  Wszyscy  byli  jednak  przekonani,  że  zrobił  to  tylko  po  to,  by  oczyścić  imię  syna.  To  tylko 
pogorszyło  sprawę.  Przecież  ten  naszyjnik  był  w  ich  rodzinie  od  wielu  pokoleń.  Sama  królowa  Elżbieta 
podarowała go jednemu z ich przodków, prawda? 

Liza tylko przytaknęła i szybko skierowała rozmowę na bezpieczniejszy temat. 
Gdy  już  przebrzmiały  wesołe  takty  tańca,  zdała  sobie  sprawę,  że  stoją  tylko  o  parę  metrów  od  Chada 

i pięknej dziewczyny, którą Liza rozpoznała jako Caroline Poole, córkę ponurego barona. Już miała zamiar 
odsunąć się na bok, gdy zatrzymał ją słodki, wysoki głos Caroline. 

-  Witam,  lady  Lizo.  Jak  miło  cię  widzieć...  I  cóż  za  piękna  suknia!  Wyglądasz  w  niej  prawdziwie  po 

królewsku. 

- Dziękuję, panno Poole - odparła sucho. 
W głosie Caroline zabrzmiał tylko niewinny podziw, a jednak pod wpływem jej słów Liza poczuła się jak 

ogromna  średniowieczna  baszta.  Sama  panna  Poole  natomiast  była  drobniutka,  szczuplutka  i  wiotka.  Jej 
twarz  w  kształcie  serca  okolona  była  ciemnymi  włosami.  Modre  oczy  pod  delikatnymi  brwiami  świeciły 
jasno i niewinnie. 

Jeszcze  w  dzieciństwie,  pomyślała  cierpko  Liza,  Caroline  musiała  usłyszeć  słowo  „eteryczny” 

i przywłaszczyć je sobie. Nawet jej gesty, delikatne i trzepotliwe, miały w sobie coś nieziemskiego. Nosiła 
zwiewną suknię z lazurowego tiulu, dzięki czemu jeszcze bardziej przypominała baśniową wróżkę. Na szyi 
miała drobniutkie diamenty podobne do tych, które zdobiły jej atramentowe włosy. 

- Ojej - powiedziała poruszając delikatnie wachlarzem, tak że włosy zatańczyły dokoła jej twarzy. - Tańce 

są  takie  podniecające,  nieprawdaż?  Moja  droga,  czy  mogę  przedstawić  ci  Chadwicka  Lockridge’a? 
Niedawno  wrócił  po...  -  Przerwała  rumieniąc  się  uroczo.  -  Och,  zupełnie  zapomniałam!  Wybacz  mi... 
przecież wy się już doskonale znacie... 

A ty o tym doskonale wiesz, warknęła Liza w myśli. Jednak jej uśmiech niczego nie zdradzał, gdy odparła 

opanowanym tonem. 

- O tak, pan Lockridge i ja znamy się... trochę. 
Chad  nie  odpowiedział,  lecz  podnosząc  wzrok  Liza  zauważyła  przelotny,  znajomy  cień  w  jego 

szmaragdowych oczach. Wstrzymała oddech. Na szczęście jej następny partner właśnie się zjawił i porwał 
ją na parkiet. 

Reszta  wieczoru  upłynęła  spokojnie  i  nic  nie  zakłócało  myśli  dziewczyny.  Właśnie  kończyła  taniec 

z nieśmiałym młodzieńcem w oszałamiającym mundurze huzara, gdy zobaczyła, że matka przyzywa ją. 

- Lizo! - szepnęła rozzłoszczona lady Burnsall. - Dlaczego nie zrobisz czegoś z Charity? 
- Co takiego? 
- Nie mów mi, że nic nie zauważyłaś! Cały wieczór narzuca się temu chłopcu od Westonów. Widzisz? 
Liza powiodła spojrzeniem za wzrokiem oburzonej matki i w odległym, ustronnym kącie zobaczyła siostrę 

- rozmawiała z wysokim jasnowłosym chłopcem. Westchnęła ciężko i podeszła do nich. Szkoda, że Charity 
nie potrafi się opanować! Z powodu śmierci lorda Burnsall przed dwoma laty jej pierwszy bal musiał być 
odroczony. Wypadł jednak wspaniale i dziewczyna miała już dwie bardzo dobre propozycje małżeństwa. Co 
prawda  odrzuciła  obu  kandydatów,  ale  na  szczęście  ani  Liza,  ani  matka  nie  chciały  jej  zmuszać  do 
małżeństwa.  Ich  kuzyn,  obecny  książę  Burnsall  i  głowa  rodziny,  przychylił  się  do  próśb  Charity 
i pozostawała więc jak na razie w panieństwie i bez złamanego serca. Nie zabiegała o wielbicieli, ale  Liza 
miała nadzieję, że siostra w końcu zwróci uwagę na wicehrabiego Wellbourne, który nie krył swoich uczuć 
do niej. I chociaż nie chciała jej do niczego zmuszać, już dawno przysięgła sobie, że jej mała siostrzyczka 
zrobi doskonałą partię. 

Młodzi byli tak zajęci sobą, że nie zauważyli Lizy, dopóki nie podeszła i nie położyła dłoni na ramieniu 

siostry.  Charity  podskoczyła  i  popatrzyła  na  nią  zaskoczona.  Chłopiec  niezdarnie  poderwał  się  na  równe 
nogi. 

- Dobry wieczór, lady Lizo - powiedział czerwieniąc się po same uszy. - Chari... to znaczy lady Charity i ja 

właśnie rozmawialiśmy o, ehm... mangel-wurzlach... 

- Tak - poparła go natychmiast dziewczyna. - Pan Weston opowiadał mi o najnowszych metodach uprawy. 

Wiesz zapewne, że mangel-wurzel jest podstawą produkcji roślinnej w Anglii. 

Liza uśmiechnęła się do siebie słysząc entuzjazm w głosie siostry. Była święcie przekonana, że Charity nie 

background image

 

12 

odróżniłaby mangel-wurzla od drzewa morwowego. 

Zachowała  jednak  poważny  wyraz  twarzy  i  z  uprzejmym  zainteresowaniem  zaczęła  wypytywać  Johna 

Westona o jego doświadczenia. Po chwili powiedziała: 

- Musi mi pan wybaczyć, ale porwę panu moją małą siostrzyczkę. - Odwróciwszy się do Charity, dodała: - 

Mama chciałaby zamienić z tobą słówko. 

Uśmiechnęła się, skinęła głową nieszczęśliwemu młodzieńcowi i ująwszy siostrę pod ramię, pociągnęła ją 

za sobą. 

- Czyżbyś zamierzała cały wieczór przegadać z tym młodym człowiekiem? - zapytała z irytacją. 
Charity spojrzała na nią nic nie rozumiejąc. 
- Ależ myśmy po prostu rozmawiali! 
- Może umknęło to twojej uwagi, ale rozmawialiście od chwili naszego przybycia. A teraz chodź, założę 

się, że twój karnecik świeci pustką. Musimy stanąć tak, abyś była na widoku. 

- Ale z Johnem było mi bardzo dobrze. Tak łatwo nam się rozmawia. 
Uśmiech Lizy stał się prawie łagodny. 
- Charity, a czy spotkałaś kogoś, z kim by ci się nie rozmawiało łatwo i przyjemnie? Wolałabym jednak, 

żebyś trenowała swoje gadulstwo na dżentelmenach, którzy stanowią trochę lepszą partię. 

Słysząc to Charity zacisnęła usta. 
-  A  co  ci  się  nie  podoba  w  Johnie?  Może  nie  jest  zbyt  bogaty,  ale  jego  pochodzeniu  nic  nie  możesz 

zarzucić. Poza tym lubię go. 

Liza  popatrzyła  na  siostrę  w  konsternacji;  nie  miała  pojęcia,  że  sprawy  pomiędzy  Charity  a  niezwykle 

sympatycznym, choć przeraźliwie nieodpowiednim Johnem Westonem zaszły aż tak daleko. Wychował się 
w  małej  posiadłości  w  Yorkshire  i  poza  wątpliwymi  naukowymi  eksperymentami  nie  miał  zbyt  wielu 
perspektyw na zyskanie uznania w świecie. Liza powstrzymała słowa cisnące  się jej na usta. Kłócenie się 
z Charity w tej chwili nie miało najmniejszego sensu. 

-  Ja  też  go  lubię  -  powiedziała  pojednawczo.  -  John  Weston  to  bardzo  sympatyczny  młody  człowiek... 

podobnie jak wielu tu obecnych. W końcu przyszłyśmy na ten bal, by tańczyć. 

Jakby  na  zawołanie  u  boku  Charity  pojawił  się  wysoki  młodzieniec  w  oszałamiającym,  bogato 

haftowanym fraku i poprosił ją do następnego tańca. Liza z ulgą obserwowała, jak siostra oddala się w jego 
ramionach na parkiet; a w chwilę później zjawił się jej następny partner. 

Wygrawszy  pierwszą  potyczkę,  Liza  z  zadowoleniem  powierzyła  siostrę  grupce  przyjaciół  i  podeszła  do 

matki,  która  rozmawiała  właśnie  z  Gilesem  i  dżentelmenem  wyglądającym  na  wojskowego.  Sir  George 
Wharburton, generał w stanie spoczynku, był jednym z najwierniejszych i najstarszych przyjaciół Letycji. 
Po śmierci papy Liza zastanawiała się nawet, czy to nie on zostanie drugim mężem mamy. 

Matka  właśnie  odrzuciła  do  tyłu  modnie  ufryzowaną  głowę  i  wybuchnęła  śmiechem  w  odpowiedzi  na 

jakąś ciętą uwagę generała. 

Cała czwórka gawędziła przez chwilę, po czym sir George zauważył: 
- Nadchodzi młody Lockridge. Miło, że już wrócił do kraju. 
-  Najwyraźniej  -  dodał  Giles  widząc  rumieńce  trzech  debiutantek,  obok  których  przeszedł  Chad  - 

podobnego  zdania  są  wszystkie  swatki,  mamuńcie  i  córeczki.  Słyszałem,  że  przywiózł  z  Indii  niezgorszą 
fortunę. 

Serce  Lizy  zamarło,  gdy  zdała  sobie  sprawę,  że  Chad  zapewne  idzie,  by  upomnieć  się  o  obiecany  mu 

taniec. Patrząc na niego musiała przyznać, że nie było nic dziwnego w fakcie, iż na jego widok rumieniły się 
panienki w promieniu mili. Nigdy bardziej nie przypominał pirata niż teraz, gdy jego długie ciemne włosy 
lśniły rudawo w blasku świec. Skromne ubranie tylko podkreślało szerokie ramiona i potężne mięśnie ud. 
Jak to dobrze, pomyślała Liza bez tchu, że już dawno wyrwała się spod jego uroku. 

-  Jak  ci  idzie  poszukiwanie  domu?  -  zapytał  Giles,  gdy  Chad  już  ukłonił  się  paniom  i  wymienił  uściski 

dłoni z obu dżentelmenami. 

-  Muszę  przyznać,  że  na  razie  niewiele  osiągnąłem  w  tej  dziedzinie  -  odrzekł  z  uśmiechem  zapytany.  - 

Przedstawiłem  listę  wymagań  mojemu  agentowi,  Thomasowi  Harcourtowi,  i  lecz  na  razie  nie  miałem 
szczęścia. 

- Harcourtowi? - zapytał z nagłym zainteresowaniem Giles.  - Lizo, czy to przypadkiem nie twój doradca 

finansowy? 

-  Tak  -  odparła  spokojnie.  -  To  mój  stary  przyjaciel,  któremu  wiele  lat  temu  przedstawiłam  pana 

Lockridge’a. Znam Thomasa od czasu, gdy miałam piętnaście lat i moja rodzina przeprowadziła się z Kentu 

background image

 

13 

do Buckinghamshire. 

- Wtedy gdy twój ojciec odziedziczył tytuł? 
- Tak - powtórzyła. - Thomas był synem wikarego i zaprzyjaźnił się ze mną, gdy byłam bardzo samotna 

i rozpaczliwie potrzebowałam przyjaciół. Okropnie tęskniłam za Kentem i zdawało mi się, że wszystko, co 
kochałam, pozostało w Brightsprings. 

- A tak... Brightsprings... - Giles zadumał się. - Czy Harcourt odkrył już tożsamość nowego właściciela? 
- Nie. - Dziewczyna posmutniała. - To chyba jakiś pustelnik, bo jego agent nie dość, że nie chciał podać 

nazwiska  swojego  klienta,  to  jeszcze  dał  wyraźnie  do  zrozumienia,  że  na  pewno  nie  będzie  chciał  mnie 
widzieć. 

-  No  cóż  -  rzekł  Chad.  -  Zdaje  się,  że  Thomas  zrobiłby  dla  ciebie  wszystko.  Nie  zdziwiłbym  się,  gdyby 

w końcu udało mu się nakłonić tego człowieka do pokazania się. 

-  To  prawda  -  włączył  się  Giles.  -  Liza  ma  dużo  szczęścia,  że  Thomas  Harcourt  jest  jej  agentem.  Już 

niejedno  dla  niej  zrobił.  -  Chad  uśmiechnął  się.  -  Czyżbyś  nic  nie  wiedział  o  sukcesach  naszej  Lizy 
w świecie finansów? 

- Och, doprawdy, Giles! - ucięła gniewnie. - Ktoś mógłby pomyśleć że zaczęłam występować na scenie! - 

Odwróciła się do Chada. - Po prostu Change Alley pociąga mnie i lubię od czasu do czasu narobić trochę 
szumu. 

Chad uniósł brwi. 
- I odnosić przy tym niemałe sukcesy - dodał Giles, poklepując ją poufale po ręce. 
-  Tak  -  powiedział  Chad,  nie  spuszczając  z  niego  wzroku.  -  Pamiętam  zamiłowanie  lady  Lizy  do 

wszystkich spraw pieniężnych. 

Zesztywniała słysząc ten przytyk; jej oczy zwęziły się w dwie szparki. 
-  Ma pan bardzo paskudny zwyczaj  złego interpretowania motywów ludzkich działań, panie  Lockridge  - 

wycedziła.  -  Pieniądze  właściwie  mnie  nudzą.  Podoba  mi  się  natomiast  podniecenie  towarzyszące  grze 
o wysoką stawkę. 

Uśmiech Chada ani trochę się nie zmienił. 
- Powiedziała to pani jak ktoś, kto ma więcej pieniędzy, niż może wydać. 
Liza zignorowała i ten przytyk. 
- W każdym razie - przerwał nieprzyjemną ciszę Giles - wszyscy się zgadzają, że bogowie fortuny stoją po 

jej  stronie.  Wszystkie  jej  inwestycje  odniosły  niebywałe  sukcesy.  W  naszych  kręgach  nazywamy  to 
Szczęściem Lizy. 

Chad nic nie powiedział, jednak dziewczyna zaczerwieniła się pod jego spojrzeniem. W tej samej chwili 

orkiestra zaczęła grać walca. Chad ukłonił się i podał ramię Lizie. 

- Mam wrażenie, że to obiecany mi taniec, szczęśliwa pani. 
Walc! Że też ze wszystkich tańców, jakie mogła z nim zatańczyć, musiał to być akurat walc. Z rezygnacją 

położyła  mu  dłonie  na  ramionach,  lecz  gdy  poczuła  jego  palce  na  plecach,  znajomy  dreszcz  przebiegł  jej 
ciało. 

Podniosła  na  niego  wzrok.  Intymny  kontakt  najwyraźniej  nie  wywarł  na  nim  żadnego  wrażenia,  gdyż 

spokojnie rozglądał się po tłumie tancerzy. Jednak po chwili powoli pochylił głowę i spojrzał jej w oczy. 

- Nadal używasz tych samych perfum - powiedział cicho. - To fiołki, prawda? 
- Ma pan zadziwiająco dobrą pamięć, panie Lockridge. 
Rozbawiony, spojrzał na nią z ukosa. 
-  Czy  nie  uważa  pani,  lady  Lizo,  że  skoro  znamy  się  już  od  tak  dawna,  moglibyśmy  wrócić  do  Chada 

i Lizy? 

Wciągnęła  głęboko  powietrze,  czując  wzbierającą  wściekłość.  Popatrzyła  mu  w  oczy  z  udawaną 

obojętnością. 

- Nie, panie Lockridge - wycedziła lodowato. - Nie moglibyśmy. 
Rozbawienie nie znikło z jego oczu. Wprowadzając ją pewnie w skomplikowany piruet, powiedział: 
- Nadal oporna, jak widzę. Nie miałem pojęcia, że nasza, ehm... znajomość aż tak ci dopiekła. 
Liza z trudem łapała powietrze. Ostatkiem sił zmusiła się do chłodnego uśmiechu. 
-  Ależ  skąd,  panie  Lockridge.  Poprzednio  wydawało  mi  się,  że  dobrze  pana  znam,  udowodniono  mi 

jednak, jak bardzo się myliłam. Teraz spotykamy się jako nieznajomi i wolę, by tak właśnie to pozostało. 

Zielone  oczy  pociemniały,  jak  zwykle,  gdy  targał  nim  gniew  lub  inne  silne  uczucie.  Ramię  Chada 

zacisnęło się mocniej na talii dziewczyny. 

background image

 

14 

Na  moment  głos  uwiązł  jej  w  gardle,  po  czym  wyswobodziła  się  gwałtownie  i  powiedziała  z  udawaną 

obojętnością: 

-  Powiedz,  proszę,  co  przywiozłeś  do  Anglii  po  tylu  latach  za  granicą?  Nowe  zachcianki?  A  może  coś 

konkretniejszego? 

- Wracając do domu wytyczyłem sobie bardzo wyraźny cel, moja pani - zamruczał łagodnie. 
Liza popatrzyła na niego szeroko otwartymi, pytającymi oczyma, w których czaił się strach. 

Odpowiadając  na  spojrzenie  dziewczyny  Chad  poczuł  nieprzepartą  ochotę,  by  przyciągnąć  ją  do  siebie 

i zanurzyć  twarz  w  złotych  lokach.  Lecz  zamiast  tego  nachylił  się  ku  niej  z  najbardziej  sardonicznym 
uśmiechem, na jaki było go stać i powiedział niewinnie: 

-  No  cóż,  mam  wiele  interesów  w  tym  kraju,  które  stanowczo  za  długo  pozostawały  w  rękach  moich 

wspólników. 

- Och! - Liza starała się zapanować nad głosem. 
-  Wszystko  było,  oczywiście,  prowadzone  bez  zarzutu,  jednak  dobrze  jest  od  czasu  do  czasu  samemu 

podoglądać własnych interesów. Nieprawdaż? 

- Nie rozumiem... 
- Myślałem, że skoro ostatnimi czasy sama zajmujesz się prowadzeniem interesów, zrozumiesz doskonale, 

o co mi chodzi? 

Rozbawienie w jego oczach było tak wyraźne, że Lizę aż ręka świerzbiała, by go spoliczkować. 
-  Jestem  tylko  słabą  kobietą,  panie  Lockridge  -  powiedziała  opuszczając  wzrok,  by  ukryć  gniew.  -  Nie 

może pan oczekiwać, żeby moje nieporadne działania sięgnęły rzeczywistych tajników tak męskiego świata, 
jakim są finanse. Żegnam pana. 

Orkiestra  właśnie  przestała  grać  i  Liza  obróciwszy  się  szybko  napięcie  poszła  w  kierunku  grupki 

znajomych i już po chwili była pochłonięta rozmową. 

Chad  obserwował  ją  z  satysfakcją.  Więc  jednak  łudziła  się,  że  jego  powrót  do  Anglii  obudzi  dawne 

uczucia! Dużo przyjemności sprawiło mu pozbawienie jej złudzeń. 

Oczy mu się zwęziły, gdy zauważył, że Giles Daventry zbliża się do grupki, w której znajdowała się Liza. 

Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że przyjaciele, którzy do niego pisywali, niewiele się 
mylili w ocenach sytuacji. Lady Liza Rushlke wreszcie zaczynała ulegać pochlebstwom Gilesa. Oczywiście, 
że nic go to nie obchodziło, ale co ona, do diabła, widziała w tym fagasie? Jak mogła pozwolić, by kręcił się 
dokoła niej mężczyzna o moralności hieny? A może nie wiedziała nic o poczynaniach pana Daventry’ego? 
Wzruszył  ramionami.  Nie  do  niego  należało  oświecanie  jej.  Z  wzbierającą  wściekłością  obserwował  rękę 
Gilesa spoczywającą z delikatną pieszczotą na nagim ramieniu dziewczyny. 

Obrócił  się  na  pięcie  i  poszedł  w  drugi  kraniec  sali  balowej.  Może  uda mu  się  porwać  do  tańca,  po  raz 

drugi tego wieczora, piękną Caroline Poole? Ona przynajmniej zdawała się być zadowolona z jego powrotu 
do  londyńskiego  światka...  podobnie  jak  wiele  młodych  ślicznotek.  Uśmiechnął  się  gorzko  na  myśl,  że 
z pewnością o wiele bardziej niż on sam, pociągała je jego fortuna. Dzięki Bogu nikt nie znał prawdziwej 
wielkości jego majątku. Gdyby ludzie wiedzieli, że jest jednym z najbogatszych ludzi w Anglii, na pewno 
przysporzyłoby mu to wielu kłopotów. 

Stojąc  u  boku  Gilesa  Liza  obserwowała  Chada  przemierzającego  salę.  Widziała,  jak  pochyla  się  ku 

delikatnej figurce panny Poole. Nie zostało jej nic innego niż odwrócić się do Gilesa i zapomnieć o nich. 

Tego  wieczora  Liza  już  ani  razu  nie  rozmawiała  z  Chadem,  ale  cały  czas  czuła  jego  obecność  tak 

wyraźnie, jakby nadal tonęła w jego ramionach. 

 
Kilka  godzin  później  Chad  wyszedł  z  domu  Mervale’ów  i  wciągnął  do  płuc  haust  chłodnego  nocnego 

powietrza.  Rozluźnił  krawat  i  rozpiął  górne  guziki  przepoconej  koszuli.  Pomyślał,  że  uroczyste  przyjęcie 
w Londynie jest równie męczące co noc spędzona w dżungli, w delcie Gangesu. 

Odprawił  lokaja,  który  podskoczył,  by  przyprowadzić  mu  powóz.  Ponieważ  Mervale’owie  mieszkali 

zaledwie dwie przecznice od Berkeley Square, dał swojemu woźnicy wolny wieczór. Wiedział, że po balu 
nocny spacer dobrze mu zrobi. 

Pogwizdywał  sobie  pod  nosem  zastanawiając  się  nad  wydarzeniami  wieczora.  Nadal  czuł  ciało  Lizy 

przytulone do niego w tańcu.  Znowu miał nieodparte wrażenie, że została stworzona tylko dla niego. Tak 
doskonale  pasowali  do  siebie!  Gdy  aksamitne  loki  dotykały  jego  twarzy,  wróciły  bolesne  wspomnienia 
długich spacerów, poufnych rozmów i pocałunków skradzionych w zarośniętych ogrodach. 

background image

 

15 

Uśmiechnął  się  ponuro.  Być  może  jego  umysł  już  pogodził  się  z  jej  stratą,  ale  ciało...  to  zupełnie  inna 

sprawa. Zareagował na jej bliskość tak gwałtownie, tak niespodziewanie! 

Nagle zdał sobie sprawę, że coś nie daje mu spokoju. Przed nim, w niedużej alejce, czaiło się w mroku coś 

dużego,  nieokreślonego  i  bezkształtnego.  Zauważył,  że  z  mroku  powoli  wyłania  się  pięć  mniejszych 
ludzkich cieni, lecz nie zwolnił kroku. Szybko rozejrzał się dokoła i z pewnym zdziwieniem stwierdził, że 
na ulicy nie ma nikogo oprócz niego. 

Zganił  się  w  myśli  za  to,  że  wyszedł  z  domu  nie  uzbrojony.  Ale  kto  mógł  się  spodziewać  awantury  na 

balu?  Przecież  nie  planował  wędrówki  po  nocnych  zaułkach  Londynu.  Chyba  będzie  musiał  wykorzystać 
umiejętności nabyte w czasie równie bezmyślnych wycieczek po ulicach Kalkuty. 

Nadal  szedł  spokojnie,  lecz  poczuł,  jak  mięśnie  i  nerwy  same  się  napinają,  szykując  się  do  walki.  Gdy 

doszedł  do  alejki,  zobaczył,  że  cienie  ruszają  w  jego  stronę  i  usłyszał  szept:  „Tak,  to  o  niego  chodzi”. 
Podniesiono pałki i pięści, lecz napastnicy szybko zorientowali się, że nie pójdzie im łatwo. Jeden wrzasnął 
dziko,  gdy  twardy  but  trafiał  go  w  czułe  miejsce  z  szybkością  atakującej  kobry.  Drugi  został  powalony 
ciosem  łokcia  w  szczękę  a  trzeci  zwalił  się  na  ziemię,  gdy  pięść  Chada  gwałtownie  wylądowała  na  jego 
skroni. 

Czwarty napastnik uniknął nieszczęścia za pierwszym podejściem i teraz wyciągnął zza pasa nóż. Usiłował 

zadać nim cios, lecz niespodziewane kopnięcie wytrąciło mu z dłoni broń. 

Chad  już  zaczął  sobie  gratulować,  że  udało  mu  się  uniknąć  kłopotów,  gdy  został  trafiony  za  uchem 

z ogłuszającą siłą. Jeden z przeciwników, którego najwyraźniej przeoczył, zadał mu ten cios, posyłając go 
na ziemię. 

Teraz  wszyscy  rzucili  się  na  nieszczęsną  ofiarę,  kopiąc  i  tłukąc,  gdzie  popadnie.  Chad,  zwinąwszy  się 

w kłębek, usiłował uniknąć razów. Przetoczył się na bok, po czym znów skoczył na równe nogi. 

Raz jeszcze zaczął rozdawać kopnięcia na prawo i lewo, tym razem w brzuchy, nosy i kolana. Niestety, 

odniesione obrażenia zaczęły dawać o sobie znać i Chad poczuł, że słabnie. Czwarty opryszek znalazł na 
ziemi swój nóż i ruszył do ponownego ataku. Chad, trafiony w ramię, zachwiał się. 

Kontury rozmywały mu się przed oczyma, gdy wtem usłyszał okrzyk przerażenia jednego z napastników. 

Z mroku tuż za nim wychynęła jeszcze jedna postać i rzuciła się na opryszków. Nieznajomy szybko poradził 
sobie z dwoma niedoszłymi zabójcami, lecz nożownik zaatakował raz jeszcze i Chad usłyszał okrzyk bólu. 
Najwyraźniej nóż doszedł celu, lecz zdawało się, że to tylko pobudziło przybysza do walki. 

Wreszcie odgłosy walki przyciągnęły czyjąś uwagę. Otworzyło się okno na piętrze i rozległy się pytające 

głosy. Na końcu ulicy zaświeciła latarnia jakiegoś przechodnia. Walka po obu stronach została przerwana, 
a już po chwili niedoszli zabójcy wtopili się w mroki nocy. 

Chad  popatrzył  na  swojego  wybawiciela  -  zobaczył  smukłego  młodego  mężczyznę,  właściwie  jeszcze 

chłopca.  Jednak  zanim  zdążył  otworzyć  usta,  by  coś  powiedzieć,  nieznajomy  osunął  się  bezwładnie  na 
ziemię,  krwawiąc  obficie  z  rany  na  ramieniu.  Chad  nie  zdążył  się  jeszcze  nad  nim  pochylić,  gdy  podeszli 
pierwsi gapie. 

Pomocne dłonie szybko podtrzymały chwiejącego się Chada, a przyciszone głosy komentowały okropne 

zdarzenie. Była to  zwykła reakcja na napad w  porządnej  dzielnicy tuż po północy. Chad opadł  na kolana 
przy  nieznajomym  wybawcy,  który  nadal  leżał  nieruchomo  na  chodniku.  Chad  uniósł  głowę  i  poprosił 
o przywołanie powozu. 

W niecałe piętnaście minut później przekazał nieznajomego w ramiona Ravi Chanda, który nie okazując 

zdziwienia  zaniósł  go  do  gościnnego  pokoju  na  drugim  piętrze.  Gdy  zdjęto  z  niego  ubrudzony  płaszcz 
i zgrzebną koszulę oraz opatrzono ranę, młody człowiek otworzył oczy; w bladej twarzy lśniły niezwykłym 
blaskiem. 

-  Spokojnie,  młody  przyjacielu  -  mruknął  Chad,  widząc,  że  nieznajomy  usiłuje  się  podnieść.  Był  jednak 

zbyt słaby i natychmiast znowu opadł na poduszki. 

Miał  włosy  koloru  nocy,  która  kryła  go  jeszcze  przed  kilkoma  minutami,  natomiast  jego  oczy  były 

jasnoszare,  jak  mgły  o  poranku.  Chad  ocenił,  że  młodzieniec  nie  mógł  mieć  więcej  niż  dwadzieścia  lat, 
jednak  blada,  ściągnięta  twarz  o  ostrych  rysach  dodawała  mu  powagi.  Odwrócił  lekko  głowę,  by  móc 
przyjrzeć się swojemu gospodarzowi. 

- Wielkie dzięki, panie - powiedział słabo. - Byłem w niezgorszych tarapatach. 
Chad  uniósł  brwi.  Pomimo  wyraźnie  obskurnego  wyglądu,  nieznajomy  wyrażał  się  jak  ktoś  dobrze 

wychowany.  Na  twarzy  młodzieńca  w  tym  samym  momencie  zagościł  niepokój  i  podpierając  się 
o poduszki, rozejrzał się podejrzliwie po pokoju. 

background image

 

16 

-  Niezłe  mieszkanko,  psze  pana  -  mruknął,  dziwacznie  akcentując  wyrazy.  -  Wszystko  na  wysoki  błysk, 

co? 

Chad zmarszczył brwi pod wpływem nagłej zmiany w jego obie mówienia. Nie skomentował tego jednak, 

tylko powiedział: 

- Uważam, że jest całkiem wygodne. Poza tym, to ja powinienem podziękować; ocaliłeś mi dziś życie. Jak 

to się stało, że byłeś na North Audley o tak późnej porze, i co cię opętało, by skoczyć ni stąd, ni zowąd... - 
Przerwał,  gdy  ranny  poruszył  się  i  jęknął  z  bólu.  -  W  każdym  razie  uważam,  że  powinniśmy  wezwać 
lekarza. 

- Nie! - zaprotestował ostro młodzieniec nad wyraz pewnym głosem. - Nie potrzebuję żadnego łapiducha. 

Jeżeli tylko pozwolicie mi odpocząć przez parę chwil, zaraz sobie pójdę. 

-  Bardzo  dobrze.  Zgadzam  się,  że  przede  wszystkim  potrzebujesz  odpoczynku.  Zapewne  jutro  poczujesz 

się lepiej i będziemy mogli spokojnie porozmawiać. 

- Do jutra już mnie tu nie będzie - mruknął gniewnie młodzieniec. 
- Nie sądzę - odparł łagodnie Chad. Wskazał na Ravi Chanda, który właśnie wynosił brudną stertę ubrań 

nieznajomego z taką godnością, jak gdyby były to szaty księcia. 

- Oj! - jęknął słabo ranny. - To moje! Nie możecie... 
-  Powiedziałem,  że  porozmawiamy  rano.  Teraz  śpij.  Widząc,  że  oczy  młodzieńca  same  zamykają  się  ze 

zmęczenia, Chad cicho wyszedł z pokoju i ruszył długim korytarzem do sypialni. Długo rozmyślał, zanim 
zdołał zasnąć. 

 
Obudził  się  nagle  w  środku  nocy  i  zdał  sobie  sprawę,  że  nie  jest  sam  w  pokoju.  Przez  chwilę  leżał 

spokojnie w mroku, gotując siły i usiłując ustalić, gdzie znajduje się intruz. Delikatny szelest dobiegający od 
strony szafy poderwał go na nogi. Chad rzucił się do ataku. 

-  Auu!  - dobiegł  go zduszony, lecz wyraźnie wściekły  głos.  - Na miłość boską, puść mnie! Ja nie żaden 

morderca, idioto! A już na pewno nie jestem ubrany do takiej roboty. 

Do  Chada  dotarło,  że  intruz  nie  ma  na  sobie  nic  poza  skąpą  bielizną.  Skoczył  na  równe  nogi.  Zapalił 

świeczkę i w zdumieniu popatrzył na postać, która nadal siedziała na podłodze jedną ręką trzymając się za 
ramię, a drugą podtrzymując na sobie resztki odzienia. 

- Co, do diabła...? - zaczął Chad, lecz młodzieniec mu przerwał. 
-  Dobry  Boże,  patrz,  coś  narobił!  Znowu  krwawię.  Coś  ty  chciał  zrobić? Zabrać  mi  resztę  tych  łachów? 

Nie ma tego za wiele, ale chcesz, to bierz!... Przepraszam bardzo - powiedział podnosząc się i przechodząc 
obok  Chada  stojącego  z  rozdziawionymi  ustami.  Wygrzebał  z  komody  jeden  z  krawatów  gospodarza 
i zawiązał go sobie wprawnie na ramieniu. Potem usiadł na łóżku i uśmiechnął się promiennie. 

- Przepraszam, że zakłóciłem waszą drzemkę, panie, ale jak już mówiłem, chcę iść. Ten czarny wielkolud 

zabrał moje szmaty, więc postanowiłem pożyczyć sobie pańskie ubranie. - Spojrzał na dopiero co zrobiony 
prowizoryczny bandaż. - Lepiej niech mu pan powie, żeby nie używał tyle krochmalu. Nie za bardzo nadaje 
się na lokaja, co? 

Chad usadowił się w fotelu przed kominkiem i powiedział niewiele myśląc: 
- Ravi Chand nie jest moim lokajem. Nie na stałe, w każdym razie. 
-  Nie  musi  mi  pan  tego  tłumaczyć,  psze  pana.  Wystarczy  spojrzeć  na  te  tu  buty.  Czernił  je  chyba  sadzą 

z komika. 

Chad obserwował chłopaka z zainteresowaniem. 
- Powiedz mi... jak się nazywasz? 
- Jem. Jem January moja godność. 
- Trochę dziwna, ehm, godność. 
- Słyszałem już dziwniejsze. A jak pan się nazywa? 
-  Chad  Lockridge.  Jeżeli  cię  to  interesuje,  jesteś  na  Berkeley  Square.  Nie  powiedziałeś  mi  jeszcze,  co 

robiłeś na ulicy North Audley o tak dziwnej porze, ani dlaczego pospieszyłeś mi z pomocą. 

Jem spokojnie spojrzał mu w oczy. 
- Można powiedzieć, że to przypadek. Stałem przed domem, tym dużym domem, w którym było przyjęcie. 

Obserwowałem  eleganckich  panów  przy  wyjściu,  a  potem  odszedłem  na  chwilę;  wróciłem  akurat  wtedy, 
gdy pan wchodził samotnie w te alejkę. Cholernie głupio z pańskiej strony, jeżeli wolno mi tak powiedzieć. 
Pomyślałem sobie, Jemmy, ten facet prosi się o kłopoty... więc tak jakby poszedłem za panem. No i miałem 
rację. Ci kolesie tylko czekali na frajera, który będzie koło nich przechodził. 

background image

 

17 

-  A  często  tak  stoisz  przed  domami,  w  których  jest  właśnie  przyjęcie?  Trochę  dziwne  hobby,  chyba 

zgodzisz się ze mną?  - Chad powiedział to  bardzo spokojnie, nie udało  mu się jednak ukryć rozbawienia 
w głosie i Jem spojrzał na niego ostro. 

- To jest tak, psze pana - rzekł z rozbrajającą szczerością. - Dorabiam sobie trochę, gdy jakieś eleganckie 

państwo  mają  przyjęcie.  Pomagam  damom  wsiadać  do  powozów  albo  dżentelmenom,  którzy  za  bardzo 
sobie popili. Nie rozumiecie? Takie eleganckie towarzystwo robi się hojne pod koniec udanego przyjęcia, 
tym bardziej jeżeli karta im poszła, albo było wyjątkowo miło. 

- Rozumiem - odparł Chad pogrążony w myślach. - Domyślam się, że pod koniec takiego wieczoru twoja 

sakiewka  Jest  nieźle  napchana.  Zastanawiam  się  jednak,  czy  ci,  hm,  panowie,  zdają  sobie  sprawę,  jakie 
sumy ci dają? 

Jem wyprostował się z całą godnością, na jaką było go stać w tych warunkach. 
- Mam nadzieję, że nie oskarża mnie pan o to, że mam lepkie paluchy? To byłoby poniżej mojej godności. 
-  Ach,  czyżby?  -  Chad  myślał  jeszcze  przez  moment,  po  czym  z  uśmiechem  podszedł  do  szary.  - 

Zobaczmy, co my tu mamy. - Wyciągnął po kolei marynarki, kamizelki i spodnie, aby Jem mógł zobaczyć, 
co będzie na niego pasowało. Gdy już pomógł mu się ubrać, odstąpił na krok, by ocenić wynik. 

- Hmm - zamruczał. - Obawiam się, że nic z tego. Jestem od ciebie wyższy i szerszy w barach. W moim 

ubraniu wyglądałbyś jak strach na wróble. 

- Święta racja, psze pana. 
-  Cóż,  w  takim  razie  najlepiej  będzie,  jeżeli  wrócisz  do  swojego  pokoju  i  poczekasz,  aż  Ravi  Chand 

przyniesie ci twoje własne ubranie. 

Jem westchnął ciężko i  obrócił się na pięcie. Chad patrzył, jak młodzieniec zdejmuje marynarkę i potem 

podnosi drugą, by się jej przyjrzeć. Założył ją i, złapawszy na sobie spojrzenie gospodarza, uśmiechnął się 
ponuro.  Musiał  doskonale  wiedzieć,  że  wygląda  w  niej  komicznie.  Chad  zdał  sobie  nagle  sprawę,  że 
kruchość Jema jest zwodnicza. Zdawało się, że pod delikatną powłoką ukryty jest stalowy szkielet. Poruszał 
się  z  gracją  i  pewnością  siebie,  która  sugerowała  siłę  pantery.  Chad  przypomniał  sobie,  że  pokonał  co 
najmniej trzech jego niedoszłych zabójców, zanim dosięgło go ostrze noża. 

Spod przymrużonych powiek obserwował, jak Jem przebiega palcami po jego ubraniach. 
- Zapewniam cię - powiedział cicho, nadal śledząc ledwie zauważalne ruchy młodzieńca - że nie trzymam 

niczego cennego w kieszeniach tych ubrań. 

-  Boże  miłościwy,  panie.  Ja  to  tylko  prostowałem.  -  W  jego  głosie  nie  było  nic  poza  niewinnym 

zdziwieniem. - Ten pański służący nie za bardzo radzi sobie też i z żelazkiem, co? - Ostentacyjnie podnosił, 
składał i umieszczał z powrotem w szafie poszczególne części garderoby. 

- Myślisz, że zrobiłbyś to lepiej? 
- Jasne jak słońce. Pracowałem kiedyś u krawca. Nie ma nic, czego bym nie wiedział o męskiej garderobie. 
- W takim razie może chciałbyś pracować u mnie? 
Jem aż otworzył usta ze zdziwienia. 
- Ja? Lokajem? Czy panu się już wszystkie klepki rozleciały? Czy ja wyglądam jak służący dżentelmena? 
- Nie - odparł Chad z uśmiechem.  - Proponuję tylko chwilową pracę. Jak sam słusznie zauważyłeś, dość 

rozpaczliwie potrzebuję kogoś, kto by zadbał o moje ubrania, a ty, że się tak wyrażę, spadłeś mi z nieba. 

Jem przez chwilę tylko mu się przyglądał. Chad wiele by dał żeby się dowiedzieć, jakie myśli kotłowały 

się za tymi szarymi, nieprzeniknionymi oczami. 

-  No  dobrze,  ale  dlaczego  właśnie  ja?  -  zapytał  w  końcu.  -  Agencje  pracy  mają  całe  mnóstwo  lokajów, 

którzy aż rwą się do pracy. Dlaczego nie weźmie pan jednego z nich? 

Dlatego, pomyślał Chad, że żaden z nich nie mówi jak dobrze wykształcony wychowanek Eton w jednej 

chwili,  a  jak  szczur  śmietnikowy  w  drugiej.  Poza  tym,  mój  drogi,  ani  przez  chwilę  nie  wierzyłem,  że 
znalazłeś  się  w  tej  ciemnej  alejce  przez  przypadek.  Uważam,  że  dobrze  by  było  kontynuować  naszą 
znajomość. 

Wzruszył ramionami. 
- Chyba dlatego, że jesteś pod ręką. Poza tym jestem ci coś winien. - Potarł ramię. - Ja też oberwałem tym 

nożem,  wiesz?  Obawiam  się,  że  gdyby  nie  ty,  jutro  rano  byłbym  głównym  przedmiotem  śledztwa 
o morderstwo. 

-  Obawia  się  pan,  co?  -  Jem  zaśmiał  się  chrapliwie.  -  Odnoszę  dziwne  wrażenie,  że  nie  ma  zbyt  wielu 

rzeczy,  których  się  pan  obawia.  -  Przechadzał  się  przez  chwilę  po  pokoju,  przedstawiając  sobą  komiczny 
wygląd w samej tylko bieliźnie, która powiewała dokoła niego jak wystrzępione piórka. - No, dobra. Ale nie 

background image

 

18 

na długo. Do czasu, aż najmie pan sobie na służbę prawdziwego lokajczyka. 

Z uśmiechem igrającym na wargach, Chad wyraził młodzieńcowi swoją wdzięczność. Odprowadził go do 

drzwi  pokoju,  po  czym  wrócił  do  łóżka.  Sen  długo  nie  chciał  nadejść,  gdy  Chad  wreszcie  zapadł 
w niespokojną  drzemkę,  niebo  za  oknami  zaczynało  świtać.  A  on  śnił  o  dziwnych  mrocznych  kształtach, 
błyskających ostrzach i głosach szepczących „To o niego chodziło”. 

Liza  obudziła  się  wcześnie  następnego  ranka.  Rozważając  zdarzenia  poprzedniego  wieczoru,  czuła  tępy 

ból w oczach. Ponieważ znowu wybierała się do miasta, szybko ubrała się w prostą, ciemną suknię i zeszła 
do jadalni. Śniadanie zjadła sama i wyszła z domu, zanim jeszcze matka i siostra wstały. 

- Żądam wyjaśnień! - To były jej pierwsze słowa, gdy tylko weszła do gabinetu Thomasa Harcourta. Od 

razu wiedział, o co chodzi. 

- Chodzi ci o twojego nowego sąsiada? - zapytał z uprzejmym uśmiechem. 
- Nie widzę w tym nic śmiesznego - odparła cierpko. - Jak mogłeś mi to zrobić? 
-  Ależ  Lizo,  dom  od  dawna  stał  pusty,  a  tu  nagle  trafił  się  klient,  który  chciał  od  razu  się  wprowadzać. 

Jakże mógłbym odmówić? - Spojrzał na nią ostro i dodał już poważnym tonem: - Czy to naprawdę robi ci aż 
taką różnicę, gdzie on mieszka? Wrócił do Anglii i czy chcesz, czy nie, będziesz go widywać od czasu do 
czasu. 

- Tak, ale... 
- Może jeżeli pomieszkasz jakiś czas obok niego, przekonasz się, że nie jest takim barbarzyńcą, za jakiego 

go uważałaś przez ostatnie sześć lat. 

-  Nigdy  nie  uważałam  go  za  barbarzyńcę  -  odrzekła  cierpko.  -  Po  prostu...  -  Przerwała  i  po  chwili 

zastanowienia dodała niepewnie: - Thomas, czyżbyś umieścił Chada tak blisko mnie z jakiegoś konkretnego 
powodu?  Czyżbyś  liczył  na  że  wrócimy  do  naszej  poprzedniej,  ehm...  znajomości?  -  Wciągnęła  głęboko 
powietrze. - Jak mogłeś? 

Thomas  pospiesznie  wstał  zza  biurka  i  podszedł  szybko  do  Lizy;  widział  ból  i  gniew  w  jej  oczach.  Gdy 

ujął jej dłonie, na jego twarzy malowało się współczucie. 

-  Lizo,  gdy  Chad  zjawił  się  u  mnie,  zdałem  sobie  sprawę,  ze  to  doskonała  sposobność,  by  wreszcie 

wyleczyć stare rany. Już najwyższy czas, byś wreszcie dała odpocząć duchom przeszłości. Nawiedzały cię 
już zbyt długo. - Nie dając jej dojść do głosu, szybko mówił dalej: - Wiem, wiem... Przez te sześć lat udało 
ci się przekonać cały świat, że dawno zapomniałaś o Chadzie Lockridge’u. Ale ja nie jestem całym światem. 
Jestem twoim przyjacielem. - Liza nic nie odpowiedziała, tylko jej oczy lśniły dziwnym blaskiem. Thomas 
wrócił na swój fotel za biurkiem i mówił dalej: - Już nic więcej na ten temat ode mnie nie usłyszysz. Obiecaj 
mi tylko, że będziesz go traktować jak zwykłego sąsiada. Obcego człowieka, który wprowadził się do domu 
obok. Zakończ wreszcie tę wojnę, bo uwierz mi, ludzie się zmieniają. Naprawdę. 

-  Prosisz  o  zbyt  wiele,  stary  przyjacielu  -  powiedziała  szorstko  Liza.  -  Oczywiście,  że  będę  dla  niego 

grzeczna,  ale  ta  wojna  trwa  już zbyt  długo.  Nie  możemy  zacząć  wszystkiego  od  nowa.  Wolałabym,  żeby 
nigdy  nie  wracał  z  Indii.  -  Przerwała  i  z  wysiłkiem  odzyskała  panowanie  nad  sobą.  -  Nie  wiedziałam,  że 
nadal jesteś jego agentem. Z tego, co wiem, nieźle sobie radził w... gdzie on był... w Kalkucie? 

Thomas uśmiechnął się niepewnie. 
- Nigdy nie pytałaś, a nie jest to informacja, którą chętnie się rozgłasza. Nigdy nie rozmawiam o sprawach 

jednego  klienta  z  innym,  nawet  najlepszym  przyjacielem.  Dlatego  obawiam  się,  że  niewiele  mogę  ci 
powiedzieć o jego sukcesach czy też ich braku. 

- Oczywiście. - Liza zesztywniała. - W końcu sama tego po tobie oczekuję. Poza tym nie interesują mnie 

sukcesy pana Lockridge’a czy też ich brak. Tylko rozmawialiśmy. 

- No jasne - odparł doradca. 
- Więc teraz opowiedz mi o tej nowej szkole dla dziewcząt - poprosiła, szybko zmieniając temat.  
Oczy Thomasa rozjaśniły się. 
- Mam wrażenie, że będzie takim samym  sukcesem  jak poprzednie. Znalazłem  bardzo dobrą przełożoną, 

a ona  poleciła  mi  jeszcze  parę  kobiet,  które  uczyły  wcześniej  we  własnych  domach  i  nadawałyby  się  na 
nauczycielki. 

- Wspaniale! - Omówili jeszcze kilka innych spraw, zanim Liza podniosła się do wyjścia. 
- Jak rozumiem, przyszłaś sama, bez pokojówki? - Thomas zmarszczył brwi. 
-  Tak,  mój  Panie  Poprawny.  Ale  wzięłam  ze  sobą  moich  dwóch  postawnych  przyjaciół.  -  Wskazała  na 

krzepkich służących czekających cierpliwie na korytarzu. - Pokojówki tylko plączą się pod nogami. 

background image

 

19 

- Wiesz, że ludzie znowu zaczną strzępić sobie języki. 
- Wiem - odrzekła szybko. - Jednak równie szybko przestaną, bo jestem bardzo bogata. 
-  O  tak.  -  W  brązowych  oczach  Thomasa  pojawiły  się  błyski.  -  Wszyscy  słyszeli  o  twoim  sławnym 

szczęściu. Nie, nie bij mnie! - zawołał ze śmiechem, gdy Liza pogroziła z udanym oburzeniem. 

- Wiesz doskonale - odparła z udawaną powagą - ze szczęście nie ma tu nic do rzeczy. No, może odrobinę 

- dodała po chwili zastanowienia. - Jednak przede wszystkim są to nie przespane noce, studiowanie trendów, 
robienie projektów i podejmowanie rozsądnych decyzji. 

- Oczywiście, mała czarodziejko. - Thomas zachichotał. - Należysz do tych moich nielicznych klientów, za 

których nie muszę myśleć, tylko wykonywać ich polecenia. Podejrzewam, właśnie po to mnie zatrudniłaś. 
Potrzebowałaś doradcy finansowego, który by nie psuł twoich własnych planów. 

Liza zaczerwieniła się i położyła mu dłoń na ramieniu. 
-  Potrzebowałam  doradcy,  który  byłby  sprytny,  uczciwy  i  niezwykle  inteligentny.  I  ku  wielkiej  radości 

znalazłam  go  w  jednym  z  najstarszych  i  najlepszych  przyjaciół...  nawet  jeżeli  ma  on  okropny  zwyczaj 
wtrącania się w nieswoje sprawy. 

- Nie zawstydzaj mnie, piękna pani. - Thomas uścisnął jej dłoń na pożegnanie. 
Liza  pomachała  mu  z  uśmiechem  i  poszła  ulicą  Cornhill  do  banku.  Przeciskała  się  przez  tłumy 

handlowców,  przemysłowców  i  spekulantów,  którzy  robili  istne  piekło  w  szerokim  hallu,  gdy  usłyszała 
znajomy głos: 

- Liza! 
Odwróciła  się  i  zobaczyła  Chada  -  zmierzał  w  jej  stronę.  Z  niezadowoleniem  skonstatowała,  że  na  jego 

widok przyspiesza jej puls, i zdała sobie sprawę, że gdy widzi jego uśmiech, znowu miękną jej kolana. 

- Chad! 
Musiał iść dość szybko, gdyż zdawało się, że on także nie może złapać tchu. 
-  Co  ty  tu,  na  miłość  boską,  robisz?  -  Rozejrzał  się  dokoła.  -  Czyżbyś  przyszła  do  banku  z  jakimś 

dżentelmenem? 

-  Nie.  Przyszłam  tu  sama,  by  załatwić  interesy  -  mówiąc  to,  odkłoniła  się  przechodzącemu  obok 

znajomemu. 

- Interesy? - Chad uniósł brwi. 
- Tak, przyszłam dowiedzieć się o najświeższe notowania giełdowe. 
- Ale po co? - Był nieomal śmieszny w swoim zdumieniu. 
- Żebym mogła podjąć odpowiednie decyzje co do inwestycji. - Wyjęła z torebki zwitek papieru. - Mam tu 

listę kilku interesujących propozycji. Jutro powiem Thomasowi, ile udziałów ma dla mnie kupić. 

Podała listę Chadowi. Przeglądał ją przez chwilę. Gdy podniósł  głowę, Liza zauważyła z zadowoleniem, 

że  wyraz  jego  twarzy  zmienił  się  z  niedowierzającego  na  pełen  szacunku  Odebrała  mu  papier  i  podała 
posłańcowi czekającemu obok. Chłopiec odwrócił się i odszedł. 

-  Ja  też  przyszedłem  tu,  by  rozważyć  możliwości  inwestycji  -  powiedział  wolno  Chad.  -  Nasze  listy  są 

zadziwiająco podobne. 

Zapadła  cisza.  Liza  czuła  bicie  własnego  serca.  Milczenie  zostało  przerwane,  gdy  potrącił  ich  pewien 

dżentelmen, spieszący w swoich sprawach. 

- Posłuchaj - rzekł Chad. - Zaraz zostaniemy tu stratowani. Czy mogę zaproponować ci filiżankę kawy? - 

Wskazał na kawiarnię w pobliżu. 

Liza  miała  zamiar  odmówić,  jednak  ze  zdumieniem  usłyszała  własną  zgodę.  Chad  podał  jej  ramię  i 

poprowadził ją do drzwi. 

Przeszli zaledwie parę kroków, gdy zastąpił im drogę pulchny dżentelmen unosząc przed Lizą kapelusz. 

Był to młody człowiek o błyszczących czerwonych policzkach i rysach dobrze odżywionego buldoga. 

- Tosz to lady Liza! - powiedział z mocnym niemieckim akcentem. - Jak miło mi cię wicieć, moja droga! 

Czy  poranek  pszyniós  ci  duszo  koszyści?  -  Jego  małe  oczka  uśmiechały  się  do  dziewczyny.  Gdy  Liza 
przytaknęła  ze  śmiechem,  przyłożył  palec  do  czubka  nosa.  -  Czy  pamiętasz,  co  ci  mófiłem  o  Horacym 
Pelham?  S  teko,  co  wiem,  chce  wybudować  jeszcze  jeden  taki  wiatrak  w  Lancashire.  Mątra  kobietka 
mokłaby zropić na tym sporo pieniędzy, prafda? 

Uśmiechnął się raz jeszcze i zniknął w tłumie. 
- Widzę, że zawarłaś niezwykłe znajomości w czasie podróży po świecie finansów. - Chad uśmiechnął się, 

gdy już usiedli przy stoliku w małej kawiarence. 

- O, to był młody pan Rotschild... ma na imię Nathan. 

background image

 

20 

- To był Nathan Rotschild... ten finansista? - W oczach Chada znowu pojawiło się zdumienie. 
- Słyszałeś o nim? 
- Znam to nazwisko. - Zmrużył oczy. - Nawet w Indiach słyszeliśmy o Rotschildach. Słyszałem, że młody 

Nathan,  jak  go  określiłaś,  całkiem  nieźle  radzi  sobie  w  tym  kraju  jako  agent  giełdowy.  Podobno  on 
w Anglii, a jego brat w Europie, mają w posiadaniu wszystkie finanse armii Wellingtona. Skąd go znasz? - 
zapytał ciekawie. 

- Spotkałam go przypadkowo parę miesięcy temu. - Liza roześmiała się. - A tak przy okazji, czy wiesz, że 

naprawdę  nazywają  się  Meyer?  Dopiero  od  tego  pokolenia  zaczęli  nazywać  się  Rotschildami...  to  znaczy 
Czerwona  Tarcza...  tak  jak  rejon  getta  we  Frankfurcie,  gdzie  dotąd  mieszkali.  W  każdym  razie  kilka 
miesięcy temu, gdy jechałam powozem przez przedmieścia, zobaczyłam pana Rotschilda z żoną i dwójką 
dzieci. - Przerwała na chwilę, a gdy po chwili mówiła dalej, w jej głosie słychać było niesmak. - Ośmiu czy 
dziesięciu  młodych obwiesiów przyparło ich do  muru. Najwyraźniej takie typki  nie mają nic lepszego do 
roboty niż znęcanie się nad Żydami. Nie znałam go wtedy, ale przecież musiałam im jakoś pomóc. Kazałam 
zatrzymać powóz, a moi służący szybko przegonili tchórzliwą bandę. 

- Dobry Boże - zdumiał się Chad. - Czy Rotschildom nic się nie stało? 
-  Nie,  ale  byli  bardzo  przestraszeni.  Młodzi  bandyci  zabawiali  się  na  razie  tylko  kapeluszem  pana 

Rotschilda, a jemu samemu nic nie zrobili. Pani Rotschild... ma na imię Hannah... była bardzo wystraszona. 
Starała się nie płakać, ale ich dzieci krzyczały ze strachu. 

- Mieli dużo szczęścia, że się zatrzymałaś. Niewielu by to zrobiło. 
- Być może... 
- Ale ty do takich nie należysz. - W oczach Chada zagościły ciepłe płomyki. - Pamiętam, jak pewnego razu 

zatrzymałaś mój powóz, by powiedzieć kominiarzowi, co myślisz o zatrudnianiu dzieci jako pomocników. 
Nie wyrażałaś się zbyt uprzejmie. - Roześmiał się widząc jej zakłopotanie. 

Liza opuściła wzrok na filiżankę kawy i szybko opowiadała dalej: 
-  Najwyraźniej  pan  Rotschild  sądzi,  że  jest  mi  coś  winien.  Co  prawda  już  parę  razy  mówiłam  mu,  że  to 

nonsens, ale on nalega.  Pozostaliśmy  więc swego rodzaju  dobrymi znajomymi. Czasami  dostaję od niego 
drobne informacje, które ułatwiają mi życie. A teraz powiedz mi, co sprowadza cię w te strony?  - dodała 
pospiesznie. - Słyszałam plotki o tym, jak to ci się powiodło w Indiach. Czyżbyś wrócił do kraju bogatszy, 
niż wyjechałeś? 

Chad milczał przez chwila, zanim odpowiedział z wymuszonym uśmiechem: 
- To prawda, że nieźle powiodło mi się w Kalkucie. 
Widząc zmianę w jego zachowaniu, Liza zaczerwieniła się. 
- Przepraszam - wymamrotała. - To nie moja sprawa... 
-  Lizo...  -  Chad  podniósł  dłoń  w  proteście.  -  Przestańmy  wreszcie  chodzić  dokoła  siebie  na  palcach  ze 

względu  na  to,  co  kiedyś  nas  łączyło.  Powróciłem  do  łask  w  towarzystwie,  więc  zapewne  będziemy  się 
często spotykać. 

Ku jego zaskoczeniu dziewczyna pochyliła się i uśmiechnęła chłodno. 
- No i jesteśmy teraz sąsiadami. 
- No, tak. Nigdy nie wiadomo, kiedy będzie wypadało wstąpić na kieliszek brandy czy coś w tym rodzaju. 

W każdym razie lepiej byłoby zapomnieć o przeszłości. 

-  Zrobiłam  to  już wiele lat  temu  - odrzekła niepewnie.  -  Mam nadzieję, że ty również. Ci  młodzi ludzie, 

którzy  tamtej  szalonej  wiosny  mamili  samych  siebie  romantycznymi  bzdurami,  byli  głupcami  ponad 
wszelką miarę. 

-  W  każdym  razie  -  Chad  wydawał  się  być  trochę  urażony  -  wyrobiłaś  sobie  pewną  pozycję.  Wszyscy 

o tobie mówią. 

-  Cóż...  -  Popatrzyła  na  niego  zaskoczona.  -  Lubię  chadzać  własnymi  ścieżkami,  ale  nie  uważam  się 

jeszcze za centrum wszechświata... niezależnie od tego, jak bardzo bym tego chciała... 

-  Czyż  mogłabyś  być  czymkolwiek  innym?  -  zapytał  z  humorem.  -  Jesteś  młoda,  piękna,  doskonale 

urodzona i bogata. Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią mi, że Pani Fortuna uśmiecha się do ciebie nad 
wyraz łaskawie. 

- Mam wrażenie, że za chwilę kogoś zamorduję, jeżeli jeszcze raz usłyszę określenie „szczęście Lizy”!  - 

Dziewczyna nieomal podskoczyła z oburzenia. 

- Czyżbyś się uważała za autorytet w dziedzinie finansów? - Chad nie potrafił ukryć rozbawienia. 
- Niezupełnie - odparła ponuro. - Jednak odniosłam pewien niewielki sukces. 

background image

 

21 

- Pozwól w takim razie, że zaproponuję ci mały zakład. 
- Co takiego? - Liza patrzyła przez moment nie rozumiejąc, o co chodzi. 
- Zakład. Zaczniemy oboje, powiedzmy, z sumą tysiąca funtów, i to z nas, któremu uda się w ciągu trzech 

miesięcy zyskać więcej, wygra. 

- To najdziwniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek słyszałam! - zawołała. 
- Czyżbyś bała się przegrać? 
- Nie, oczywiście że nie. Ale... 
-  Myślałem,  że  ucieszy  cię  możliwość  wykazania  swoich  umiejętności  wszystkim  niedowiarkom,  którzy 

przypisują twoje sukcesy zwykłemu łutowi szczęścia. 

Liza  przez  moment  tylko  mu  się  przyglądała.  Siedział  naprzeciw  niej  z przekrzywioną  głową,  zielonymi 

oczyma śmiejącymi się i błyszczącymi jak wiosenny deszcz na liściach drzew. Jak dobrze znała tę minę, jak 
dobrze  znała  uczucie,  które  właśnie  zaczynało  się  w  niej  budzić.  Nagle  zesztywniała.  Chad  musiał  mieć 
w tym jakiś cel. Na pewno nie robił tego tylko dla żartu. Chciał czegoś. 

- O co ci chodzi? - zapytała wreszcie. 
- Dowiedziałem się, że masz w swoim posiadaniu pewien okaz biżuterii. 
Patrzyła na niego oniemiała. Naszyjnik Królowej! Nawet gdyby wykrzyczał jej te słowa prosto do ucha, 

nie mogłaby zrozumieć go wyraźniej. Oczywiście! Dowiedział się, że naszyjnik się odnalazł; być może sam 
go szukał przez cały ten czas. Tylko jak, na miłość boską, dowiedział się, że to ona go kupiła? Czy to był 
powód  jego  nagłego  powrotu  do  Anglii?  Uśmiechnęła  się  zimno.  Jakże  musiał  być  zawiedziony,  gdy  po 
przybyciu do kraju dowiedział się, że sprzątnięto mu go sprzed nosa. I to kto? Jego dawna miłość! 

Myśli kotłowały się w jej głowie jak fale po wzburzonym morzu. Jakże musiała go ucieszyć propozycja 

Thomasa, by zamieszkał tuż obok niej. Pewnie był przekonany, że odnowi ich znajomość z korzyścią dla 
własnych  celów.  Dlaczego  po  prostu  nie  przyszedł  do  niej  i  nie  zaproponował  odkupienia  naszyjnika? 
Czyżby to przekraczało jego możliwości? Czyżby aż tak jej nie doceniał, że sądził, iż wyciągnie go od niej 
za pomocą drobnego zakładu? 

Wstała  od  stolika  ledwie  panując  nad  gniewem.  Jej  głos  brzmiał  jednak  pewnie,  gdy  mówiła  biorąc 

torebkę. 

- Zakładam, że mówisz o Naszyjniku Królowej. - Nie czekała na jego przytaknięcie. - To prawda, że jest 

on teraz w moim posiadaniu. Ale ponieważ jest dość cenny, nie zamierzam ryzykować stracenia go w tak 
błahy sposób. 

Odwróciła  się  i  już  chciała  odejść,  gdy  powstrzymał  ją  kładąc  dłoń  na  jej  ramieniu.  Pomimo  gniewu 

poczuła, że pod wpływem tego dotyku przeszył ją dreszcz. 

- Ależ moja droga - rzekł leniwie. - Jeszcze nie usłyszałaś, co ja stawiam w zakład. Widzisz, ja też ostatnio 

wszedłem w posiadanie pewnego cennego przedmiotu. Jestem właścicielem Brightsprings. 

- Brightsprings! - Była tak zaskoczona, że dopiero po paru sekundach dotarło do niej prawdziwe znaczenie 

tego, co słyszy. - O czym ty mówisz? 

- Jestem właścicielem Brightsprings - powtórzył. - Twojego dawnego domu. Tego, o którym tak marzysz. 
-  Ale  to  niemożliwe!  Obecny  właściciel  jest  odludkiem...  nikt  nawet  nie  wie,  jak  się  nazywa...  Nie 

możesz... - Urwała, wyczytawszy prawdę w jego oczach. 

-  Kupiłem  Brightsprings  trzy  lata  temu  od  człowieka,  któremu  sprzedał  dom  twój  ojciec,  gdy 

przeprowadzał się do Buckinghamshire. 

Liza poczuła wzbierający gniew. 
 - Dlaczego nic mi nie powiedziałeś? Dlaczego nie odpowiadałeś na pytania Thomasa? 
Czy to ma być twoja zemsta, Chad? - pytała w myśli. Chad udał, że nie widzi pytania w jej oczach i choć 

dużo go to kosztowało, zachował spokój. 

-  Uważałem  to  za  dobrą  inwestycję  -  powiedział  przeciągając  słowa.  -  Nie  chciałem  wchodzić  z  tobą 

w żadne układy. Teraz jednakże mam w ręku niezłą kartę przetargową. Nie uważasz, że to bardzo wygodna 
sytuacja? Każde z nas ma w swoim posiadaniu coś, czego pragnie drugie. 

Chciała  go  uderzyć.  Miała  ogromną  ochotę  podnieść  filiżankę  ze  stolika  i  chlusnąć  mu  jej  zawartością 

prosto w oczy. Jakże chętnie wydrapałaby mu oczy! Przeklinała przeznaczenie, ze znowu dało mu władzę 
nad  nią.  Ale  tym  razem  było  inaczej,  prawda?  Dawno  temu  to  miłość  przywiązała  ją  do  niego  tysiącem 
jedwabnych  więzów...  a  ona  z  radością  powitała  słodką  niewolę.  Teraz  czuła  jedynie  bezradność 
i wściekłość. 

Resztką sił odzyskała panowanie nad sobą i usiadła z powrotem przy stoliku. Zaciskając dłonie w pięści, 

background image

 

22 

powiedziała chłodnym głosem: 

-  To  doprawdy  bardzo  wygodna  sytuacja.  Tylko  po  co  zakład?  Czy  nie  lepiej  po  prostu  się  wymienić? 

Domyślam się, że wartość obu przedmiotów jest porównywalna. 

- Ależ to popsułoby zabawę. - Uśmiechnął się szeroko a Liza pomyślała, że wygląda jak wilk czyhający na 

ofiarę.  -  Poza  tym  mam  nadzieję,  że  wygram  ten  zakład  i  zostanę  właścicielem  zarówno  naszyjnika,  jak 
i Brightsprings. 

Zmusiła się do uśmiechu. 
-  Jesteś  bardzo  pewny  siebie,  ale  przecież  zawsze  taki  byłeś.  Zawsze  czekałeś  na  najlepsze  okazje. 

Przyjmuję twój zakład. Proponuję, by Thomas zajął się szczegółami. 

Bez słowa podniosła się i dumnie wyprostowana wyszła z kawiarni. A on tylko patrzył za nią. 
 
Kilka minut później Chad zjawił się w gabinecie zaskoczonego Thomasa Harcourta. 
- Ty... ty jesteś właścicielem Brightsprings? - jąkał się agent. - Ale... ale... 
- Mam nadzieję, że nie jest to dla ciebie zbyt wielkim ciosem, stary przyjacielu  - powiedział Chad. - Ten 

jeden jedyny raz przy załatwianiu interesów skorzystałem z usług innego agenta. Nie mogłem cię przecież 
prosić, byś brał udział w czymś, co z pewnością byłoby konfliktem interesów. 

-  Brednie  -  warknął  Thomas.  -  Chciałeś  zaskoczyć  Lizę,  gdy  nadejdzie  najodpowiedniejsza  chwila. 

Liczyłeś na jak największy efekt. 

- No pewnie! 
Prawnik zawahał się, zanim mówił dalej. 
- Czy aż tak ci zależy, by postawić ją w krępującej sytuacji? Czy dlatego wróciłeś? By mieć ją w swojej 

mocy? 

- Wielki Boże! - Chad zerwał się na równe nogi. - Czy ty naprawdę... - Przechadzał się po pokoju wielkimi 

krokami. - Ona też pewnie tak to widzi, co? - Thomas nic nie mówił, a Chad z powrotem opadł na fotel. - Za 
nic na świecie nie chciałbym jej zranić, rozumiesz? 

- Już to zrobiłeś. 
-  Czyżby?  -  Chad  wyprostował  się  gwałtownie.  -  To  nie  ja  zerwałem  nasze  zaręczyny,  zanim  zostały 

oficjalnie ogłoszone. 

- Dziwne - zamruczał Thomas. - Słyszałem co innego. 
- Czy powiedziała ci... czy oskarżała mnie, że... czy myślała, że jestem... 
-  Łowcą  posagów?  -  przerwał  mu  ostro  prawnik.  -  Nie.  To  nic  nie  znaczące  określenie  mogłaby  rzucić 

każda plotkarka w mieście. Właściwie  Liza nic  konkretnego mi nie powiedziała. Ja tylko  obserwowałem, 
jak  w  mgnieniu  oka  zmienia  się  ze  szczęśliwej,  roześmianej  dziewczyny,  porwanej  przez  wir  pierwszej 
miłości, w kruchą, ale twardo stąpającą po ziemi i niezbyt szczęśliwą kobietę. 

- Teraz wydaje się całkiem szczęśliwa. - Chad zacisnął usta. - Cały Londyn ma u swoich stóp... że już nie 

wspomnę o Gilesie Daventrym. 

- Więc już słyszałeś? - Thomas zmarszczył brwi. - Stukał do jej drzwi przez bardzo długi czas, właściwie 

zaczął, zanim jeszcze się poznaliście. Ale dopiero kilka tygodni temu zaczęła odpowiadać na jego umizgi. 

-  Zdaje  się  być  z  nich  zadowolona  -  mruknął  gniewnie  Chad.  -  Bądź  jednak  pewien,  że  sprawy  osobiste 

lady Lizy Rushlke nic mnie nie obchodzą. A teraz co do zakładu... 

A teraz co do zakładu... - powiedziała Liza. Siedziała naprzeciw Thomasa w rym samym fotelu, w którym 

przed godziną siedział Chad. - To najperfidniejsza rzecz, o jakiej kiedykolwiek słyszałam, ale jeżeli ma mi 
pomóc odzyskać Brightsprings... wchodzę w to. 

-  Dobrze.  Oboje  zainwestujecie  po  tysiąc  funtów,  jak  sobie  zażyczycie.  Ja  będę  załatwiał  wszelkie 

transakcje  i  sprawował  pieczę  nad  waszymi  dochodami  lub  stratami.  Po  upływie  trzech  miesięcy, 
dwudziestego trzeciego czerwca, wygra to z was, które więcej zarobi. 

-  Cudownie.  -  Liza  uśmiechnęła  się  radośnie.  -  Mam  już  obmyślone  miejsce  na  inwestycję,  na  dobry 

początek.  Proszę,  zajmij  się  ziemią,  która  jest  wystawiona  na  sprzedaż  nie  opodal  wioski  Tittiesfieid 
w Lancashire. - Opowiedziała mu dokładnie, co mówił Nathan Rotschild. - Jakiś czas temu powiedział mi, 
że pan Horacy Pelham chce wybudować w pobliżu młyn. Dzisiaj dowiedziałam się, że pan Pelham myśli 
o rozbudowie. 

- Rozumiem - przytaknął Thomas. - Działki w tej okolicy idą teraz pewnie za bezcen. Jeżeli kupisz trochę 

ziemi, za jakiś czas będzie ona wiele warta dla Pelhama. Doskonale, Lizo, zaraz się tym zajmę. 

background image

 

23 

Liza podziękowała za herbatę, pożegnała się i zamyślona poszła do domu. 
Co  skłoniło  Chada  do  zaproponowania  tego  idiotycznego  kładu?  Ani  przez  chwilę  nie  wierzyła  jego 

słowom, że to tylko okazja do zgarnięcia obu przedmiotów. Co prawda, nie miała wątpliwości, że bardzo 
zależało mu na naszyjniku. Zdawała sobie sprawę, ile znaczy dla niego odzyskanie tego drobiazgu. W końcu 
jego rodzina straciła go w niezbyt chwalebny sposób. Po raz pierwszy od wielu lat Liza pozwoliła sobie na 
rozmyślania o tym,  jak  bardzo Chad musiał  być upokorzony, gdy cały świat  obrócił się przeciwko niemu. 
W ciągu  kilku  miesięcy  okrzyknięto  go  złodziejem  i  łowcą  posagów.  Jakąż  wściekłość  musiała  w  nim 
wywołać ta jawna niesprawiedliwość! 

Kiedy wcześniej nie zastanawiała się nad tym, dlaczego zaczęła szukać naszyjnika. Na wieść, że znajduje 

się  on  w  posiadaniu  samotnie  żyjącego  lorda  Wilbrahma,  postanowiła,  że  go  odzyska.  Teraz,  po  raz 
pierwszy, zastanowiła się, co nią kierowało. 

Z pewnością nie myślała o zemście na Chadzie. Zmarszczyła brwi. W końcu nie była wiedźmą bez serca. 

Poza tym Chad nic już dla niej nie znaczył. Nic jej nie obchodziły jego radości czy smutki. Równie dobrze 
mógł  kupić  posiadłość  na  Park  Lane,  poślubić  tę  słodką  idiotkę,  pannę  Caroline  Poole,  i  żyć  z  nią 
szczęśliwie  lub  nieszczęśliwie  do  końca  swoich  dni.  Nic  jej  to  nie  obchodziło.  Ani  trochę.  Albo  jeszcze 
mniej.  Wmawiała  sobie,  że  kupno  naszyjnika  było  zwykłą  inwestycją.  Zdobyła  go  za  ułamek  prawdziwej 
wartości, więc gdy go prędzej czy później odsprzeda - bo nie miała wątpliwości, że wygra zakład - zarobi na 
nim fortunę. 

Uspokoiwszy własne sumienie, zwróciła myśli ku przyjemniejszym sprawom. Dziś wieczorem miało się 

odbyć przyjęcie i prawdopodobnie obejdzie się bez tańców, w związku z tym może założyć wąską suknię 
z włoskiej krepy. Wiedziała, jest to jedna z jej najpiękniejszych kreacji i przez moment zastanawiała się, czy 
Chad też będzie obecny. 

Choć oczywiście wcale jej to nie obchodziło. 
Powóz właśnie się zatrzymał przed frontowymi drzwiami domu i Liza pospiesznie udała się do swojego 

pokoju. Szybko przebrała się z prostej sukni „kobiety interesu” w poranną sukienkę z delikatnego zielonego 
jedwabiu z trzema falbanami u dołu 

Potem  usiadła  przy  mahoniowym  biurku  i  pogrążyła  się  w  zaległej  korespondencji.  Sięgnęła  po  czystą 

kartkę  papieru.  Umoczyła  pióro  w  kałamarzu  i  przez  chwilę  siedziała  obgryzając  pierzastą  końcówkę 
i wyglądając przez okno na Berkeley Square. 

Zdziwiła  się  widząc,  że  z  ciastkarni  Guntera  na  rogu  wychodzi  Chad  w  towarzystwie  Charity.  Ramię 

w ramię,  rozmawiając  z  ożywieniem,  przeszli  przez  południową  część  placu  i  skierowali  się  do  domu 
Rushlake’ów. 

Liza  nie  widziała,  jak  młodsza  siostra  wchodzi  do  domu  -  żeby  to  zobaczyć,  musiałaby  wychylić  się 

z okna,  co  było  poniżej  jej  godności.  Oderwała  nos  od  szyby  i  pobiegła  na  dół.  Nie  wiedziała,  że  Chad 
wszedł razem z Charity. 

Zastała go usadowionego między matką a siostrą w pokoju na dole. Na jej widok poderwali głowy. 
- Lizo! - wykrzyknęła Charity. - Zobacz, kto nas odwiedził! 
Tego  było  już  doprawdy  za  wiele!  Najpierw  przedstawił  jej  propozycję,  która  niewiele  różniła  się  od 

szantażu, a teraz usiłował przypodobać się jej rodzinie. Po co to robi? I jak to się stało, że mówił po imieniu 
dwóm osobom, które powinny traktować go co najmniej wrogo? Jak to się stało, że siedział tu sobie z nimi 
miło gawędząc, choć złamał serce ich córce i siostrze? 

- To miło - odrzekła z wymuszoną grzecznością. 
-  Dobrze,  że  do  nas  zeszłaś  -  powiedziała  Letycja.  -  Właśnie  muszę  porwać  Charity.  Obiecałam  cioci 

Candidii,  że  wpadniemy  do  niej  z  wizytą.  Odwiedzimy  też  pewno  lady  Gerard.  Dotrzymasz  Chadowi 
towarzystwa, prawda, kochanie. Może zechce zostać na lunch? 

Matka kiwnęła głową w stronę gościa i opuściła pokój, obierając ze sobą młodszą córkę. 
W małym, wypełnionym słonecznym blaskiem saloniku zapadła cisza. 
-  Nie  chciałbym  być  niegrzeczny  -  powiedział  Chad  przekornym  uśmiechem  w  oczach  -  i  wiem,  że 

będziesz ogromnie rozczarowana, ale muszę odmówić tak miłemu zaproszeniu na lunch. Obawiam się, że 
jestem już umówiony gdzie indziej. 

- O jakim zaproszeniu? - zapytała przez zaciśnięte zęby. 
-  Och,  czyżbyś  nie...?  -  W  jego  głosie  nie  było  nic  oprócz  niewinnego  zdziwienia.  -  Musiałem  się 

przesłyszeć. W takim razie, pójdę już sobie, miła pani. 

Wziął kapelusz i ruszył w stronę drzwi. 

background image

 

24 

- Jedną chwilę, panie Lockridge! 
Chad ze zdziwieniem uniósł brwi, ale posłusznie usiadł z powrotem na kanapie. Liza spoczęła na fotelu 

stojącym w znacznej odległości od niego. Usiądą na samej krawędzi, z dłońmi zaciśniętymi na kolanach. 

-  Pragnę  się  dowiedzieć,  sir,  jakie  ma  pan  zamiary  względem  mojej  młodszej  siostry.  -  Zmusiła  się  do 

spojrzenia mu w oczy. 

- Że co, przepraszam? - Chad mię mógł uwierzyć własnym uszom. 
- Przed chwilę odprowadził ją pan do domu z cukierni Guntera. 
- Bardzo przepraszam, lady Lizo - powiedział nie kryjąc rozbawienia. - Nie wiedziałem, że zafundowanie 

młodej damie lodów u Guntera jest karygodne. 

-  Oczywiście  że  nie.  Chodzi  mi  tylko  o  to,  że...  zauważyłam,  że  jesteście  ze  sobą  bardzo  blisko... 

i niepokoję się. 

Rozbawienie na jego twarzy było coraz bardziej widoczne. 
- Czyżbyś do wszystkich innych moich niegodziwości chciała dodać także uwodzenie nieletnich panienek? 
- Na szczęście - ucięła Liza - nie są mi znane wszystkie twoje niegodziwości. Martwię się o Charity, ale 

nie zdziwiłoby mnie, gdyby podobne zachowanie przyniosło ci sławę w przeszłości. 

Chad przestał się wreszcie uśmiechać. Wstał z kanapy i usiadł w fotelu blisko dziewczyny. 
- Proszę, przyjmij moje przeprosiny, Lizo - powiedział sztywno. - Nie chciałem przysparzać ci zmartwień. 

-  Pod spojrzeniem jego zielonych oczu jak zwykle poczuła się nieswojo.  -  Czyżbyś uważała, że prowadzę 
przeciwko tobie jakąś wendetę? Zapewniam cię, że tak nie jest. 

Ujął jej dłoń. Odniosła wrażenie, że promień słońca rozświetlił jej serce. 
-  To  bardzo  uprzejmie  z  pana  strony,  panie  Lockridge.  -  Na  szczęście  głos  jej  nie  zadrżał.  -  Nie 

odpowiedział pan jednak na moje pytanie. 

Chad gwałtownie wypuścił jej dłonie. 
- To prawda, że jestem zainteresowany Charity. 
Liza poczuła ogarniający ją chłód. Po chwili Chad mówił dalej: 
-  Nigdy nie brakowało  mi młodszej  siostry;  nigdy nie żałowałem, że nie mam siostrzenic,  ale  gdy bliżej 

poznałem  Charity,  bardzo  ją  polubiłem.  Zapewniam  cię  jednak,  że  ona  widzi  we  mnie  raczej  wujka. 
Właściwie cały czas rozmawialiśmy o pewnym młodym człowieku... Johnie Westonie... 

Liza poczuła, że z jej piersi spadł olbrzymi ciężar. Pierwszy raz od dłuższego czasu odetchnęła z ulgą. 
-  John  Weston.  -  Westchnęła.  -  Powinnam  się  była  domyślić.  Ten  młody  człowiek  naprawdę  robi  się 

nieznośny. Jest zupełnie dla niej nieodpowiedni - odpowiedziała szybko, widząc w jego oczach zdziwienie. - 
Bardzo  miły,  ale  nieodpowiedni.  Czy  uwierzysz,  że  ona  już  oddała  mu  serce?  Mam  nadzieję,  że  nie 
zdradzisz tej tajemnicy - dodała pospiesznie. 

- Cóż - odrzekł ostrożnie Chad. - Nie wiem, co się dzieje w sercu, ale w jej myślach z pewnością nie ma 

miejsca  dla  nikogo  innego.  Nie  znam  osobiście  tego  młodzieńca,  ale  z  tego,  co  ona  mówi,  jest  czymś 
pośrednim między sir Galahadem, Sokratesem i archaniołem Gabrielem. 

Liza zaśmiała się ponuro. 
-  Można  mieć  tylko  nadzieję,  że  gdy  pobędzie  z  nim  trochę  dłużej,  przekona  się,  że  jest  zupełnie 

zwyczajnym młodzieńcem. 

- O ile nie będzie na niego nadal patrzyła przez szkła miłości - powiedział Chad spoglądając natarczywie 

w oczy Lizy. 

- Tak - mruknęła. - Bo miłość rzeczywiście oślepia, prawda? 
- Być może - odparł krótko. - Ale co masz przeciwko niemu? 
- Nic nie mam przeciwko niemu. Po prostu nie wybrałabym go dla Charity. Może rozglądać się za mężem 

jak długo chce i gdzie chce ale poślubi człowieka, który będzie się o nią troszczył i który da jej takie życie, 
na jakie zasługuje. 

- A młody Weston nie spełnia twoich wspaniałych marzeń? 
Liza spojrzała mu w oczy i znowu utonęła w nich jak w morzu. 
-  Moje  marzenia  nie  mają  tu...  -  zaczęła  i  natychmiast  urwała,  zdając  sobie  sprawę,  że  wpadła 

w zastawioną  przez  niego  pułapkę.  -  Nie  mam  zamiaru  rozmawiać  z  panem  o  prywatnym  życiu  mojej 
siostry, panie Lockridge - dokończyła dumnie i wstała kierując się do drzwi. - A teraz proszę mi wybaczyć, 
ale mam dużo spraw na głowie. 

On jednak nie dał się zbyć tak łatwo. Również się podniósł, ale wcale nie po to, by wyjść. Podszedł do niej 

z uśmiechem spytał: 

background image

 

25 

- Czy zanim wyjdę mógłbym zobaczyć Naszyjnik Królowej? 
- Naszyjnik...? - powtórzyła niemądrze. 
- Czy nie trzymasz go w domu? 
- Ależ tak... oczywiście. Tak - powtórzyła przeklinając własną głupotę, 
Poprowadziła go do małego pokoiku z tyłu domu, którego używała jako gabinetu. Z kredensu stojącego 

pod  ścianą  wyciągnęła  małe  pudełeczko.  Wyjęła  z  niego  Naszyjnik  Królowej  i  położyła  na  jego 
wyciągniętej dłoni. 

Przez chwilę tylko patrzył, a Liza wykorzystała ten czas na to, by mu się dokładnie przyjrzeć. Dziwne, jak 

w jego obecności minione lata poszły w niepamięć. Wdychała znajomy zapach mydła i wody po goleniu, co 
wywołało, jak zwykle piorunujące wrażenie. Po raz tysięczny zastanowiła się, jak to się stało, że wszystko 
tak się między nimi zepsuło? Jak on mógł uwierzyć, że słuchała tych wszystkich okropnych plotek o nim? 
A najgorsze, jak mógł uwierzyć, że chciała go poślubić ze względu na jego tytuł i majątek? Jak?... 

- Co takiego? - Podniosła głowę, słysząc, że coś powiedział. 
-  Powiedziałem  tylko  „biedny ojciec”. Wiele kosztowało  go rozstanie się z tym  naszyjnikiem... a  on jest 

przecież  taki  brzydki!  Wyobrażam  sobie,  jak  zadowolona  była  królowa,  mogąc  się  go  pozbyć.  Pewno 
dostała go od jakiegoś nieszczęsnego ambasadora. 

-  Tak  -  odparła  cicho.  -  Podejrzewam,  że  tak  to  już  jest  z  klejnotami  rodowymi.  Moda  się  zmienia, 

a sentyment pozostaje. 

Oddając naszyjnik, ujął jej dłoń. Liza poczuła ciepło bijące od klejnotu. 
- Sentyment nigdy nie umiera - szepnął pochylając się ku niej. 
Dziewczyna zastygła w bezruchu, patrząc w jego oczy. Zdawało się, że czas stanął w miejscu. Tylko jej 

puls walił jak szalony. 

Dyskretne  kaszlnięcie  przy  drzwiach  zabrzmiało  jak  wystrzał.  Liza  szybko  obróciła  się  na  pięcie 

i zobaczyła cierpliwie czekającego służącego. Chad wyprostował się gwałtownie, jak człowiek wyrwany ze 
snu. 

- O co chodzi? - zapytała Liza. 
Służący podszedł i podał jej liścik. Szybko schowała naszyjnik na miejsce i otworzyła wiadomość. 
- Ojej! - zawołała rozpoznając pismo. - To od Gilesa! 
-  Ach  tak,  Giles  -  mruknął  Chad.  Poczuł  nieprzyjemne  kłucie  w  sercu  na  widok  radości  na  twarzy 

dziewczyny. Nie dość, że na pierwszy rzut oka rozpoznawała jego pismo, to jeszcze reagowała na liścik, jak 
gdyby był odpowiedzią na jej gorące modły. I to w chwili, gdy właśnie znowu zaczęli się rozumieć! Czyżby 
jej  serce  pozostało  zimne  jak  głaz?  A  jeszcze  przed  chwilą  mu  się  zdawało,  że  cały  tonie  w  lazurowych 
źrenicach jej oczu. 

- Cudownie! - zaświergotała Liza. - Giles urządza przyjęcie i wyprawę do Richmond. Chce, żebym z nim 

pojechała. Świetna zabawa! 

Chad zacisnął pięści, ale odpowiedział spokojnie: 
- Trochę chyba jeszcze za wcześnie, żeby rozbijać się po parku, ale mam nadzieję, że będziesz się dobrze 

bawić. Co do mnie... - Ukłonił się wytwornie. - Jak już mówiłem, muszę iść. Nie, nie, nie kłopocz się... sam 
znajdę wyjście. 

Odwrócił się na pięcie i wyszedł z pokoju. 
Liza patrzyła za nim nic nie rozumiejąc. 
 
Kilka  godzin  później  ponuro  wspominała  przepowiednie  Chada.  Drżąc  z  zimna  w  cienkim  płaszczu 

spoglądała na smutne szare niebo. Musiała przyznać, że chociaż zareagowała przy nim z takim zapałem  - 
dobry Boże, czyżby naprawdę chciała wzbudzić w nim zazdrość? - wcale świetnie się nie bawiła. 

Nie znała zbyt dobrze nikogo z zaproszonych przez Gilesa gości. Panowie byli ożywieni i aż rwali się do 

zabawy, a damy były aż nadto gorliwe, by się do nich przyłączyć. Po skończonym lunchu, pełnym śmiechu 
i przekomarzań, towarzystwo udało się do pobliskiego lasku. 

Giles  dotrzymywał  Lizie  towarzystwa  podczas  tej  wyprawy  do  czasu,  gdy  przyłączyły  się  do  nich  dwie 

panienki i rozmowa zeszła na bardziej damskie tematy. Wtedy Giles oddryfował do panów, dyskutujących 
z zapałem o walkach kogutów i przewadze koloru czerwonego nad szarym w wiosennej modzie. 

- Mam nadzieję, że nie zacznie padać. Popsułoby to piknik - zauważyła jedna z panienek, panna Wyvern. - 

Bardzo miło ze strony pana Daventry’ego, że nas zaprosił. 

-  Z  początku  matka  nie  chciała  mnie  puścić  -  dodała  panna  Chiltenham.  -  Pan  Daventry  przekonał  ją 

background image

 

26 

jednak  mówiąc,  że  będą  z  nami  jeszcze  dwie  starsze,  zamężne  pary..  -  Popatrzyła  z  powątpiewaniem  na 
państwa Taverner. W tej chwili pani Taverner flirtowała właśnie z roześmianym młodym kawalerem, a pan 
Taverner całą uwagę poświęcał butelce koniaku, którą przyniósł ze sobą. 

- W każdym razie - rzekła panna Wyvern z afektowanym uśmiechem - moja mama powiedziała, że sama 

obecność lady Lizy Rushlake wystarczy za świadectwo, że towarzystwo jest odpowiednie. 

Liza podziękowała jej słabo i zmieniła temat wskazując na krokusy, które właśnie zaczynały kwitnąć. 
Gdy  pochylały  się,  by  dokładnie  obejrzeć  kwiaty,  z  lasu  wyłoniło  się  dwoje  uczestników  zabawy  - 

szczupła dziewczyna i młodzieniec - oboje bardzo nieporządnie ubrani. 

-  Zobaczcie!  -  zawołała  panna  Chiltenham,  wskazując  palcem  w  ich  stronę.  -  To  Freddie  Fallganh  i  ta 

okropna Jane Bridgemore. 

-  A  jeszcze  dziś  rano Jane  opowiadała  mi,  jak  bardzo  się  martwi,  że  Freddie  pogodził  się  z  Sarą  Rand  - 

dodała panna Wyvern potrząsając lokami. 

Przez kilka chwil obie panienki głośno komentowały zachowanie i wątpliwe obyczaje panny Bridgemore. 

Nie zauważona Liza odeszła na bok. 

Podeszła do lasu, opuszczonego niedawno przez okropnego partnera. Rozmyślając o bezwstydnej parze, 

usiadła opierając się o pień potężnego dębu. Dzień był podobny do tego, w którym Chad po raz pierwszy ją 
pocałował. Przyjechali wraz z przyjaciółmi na piknik do parku i wymknęli się przy pierwszej sposobności. 
Zakochała  się  w  nim  już  wiele  tygodni  wcześniej,  ale  to  była  ich  pierwsza  okazja  do  ucieczki  przed 
przyzwoitkami  i  wszystkimi  starymi  dewotkami;  do  ucieczki  we  własny  świat.  Gdyby  nie  opanowanie 
Chada,  z  pewnością  zostałaby  wtedy  skompromitowana.  W  jego  ramionach  odbyła  pierwszą  magiczną 
podróż do krainy miłości. Zatopiła się w nim, zaskoczona i  oczarowana reakcją, jaką budziły  w niej jego 
wargi. 

Przycisnęła  palce  do  gorących  policzków.  Jakże  głupio  się  zachowywała!  Nie  była  już  naiwną 

dziewczynką,  której  serce  rozpalało  się  pod  wpływem  dotyku  Chada.  A  jednak...  tego  poranka 
odpowiedziała na jego dotyk z taką samą intensywnością. Cóż ją opętało, żeby...? 

Nagle  usłyszała  głosy  dobiegające  do  niej  wraz  z  szumem  wiatru.  W  jej  stronę  zmierzało  dwóch 

dżentelmenów,  którzy  także  brali  udział  w  pikniku.  Uwagę  Lizy  przyciągnęło  imię  Chada,  które  padło  w 
rozmowie. Siedziała schowana za pniem i nie widziana przez obu panów, słuchała. 

- To prawda, Percy. Ten facet to zwykły kryminalista. 
- Nie wiem, jak możesz tak mówić? - odrzekł Percy, jasnowłosy młody człowiek o zbyt blisko osadzonych 

oczach - przecież on bywa wszędzie. Podobno ma mnóstwo pieniędzy. 

- O to właśnie mi chodzi. Wszystko kradzione. Rozmawiałem wczoraj z pewnym człowiekiem; mówił, że 

jego  kuzyn  dopiero  wrócił  z  Indii.  Podobno  wszyscy  tam  wiedzą,  że  Lockridge  rozkręcił  swój  interes 
okradając biznesmena, u którego pracował. 

- Niemożliwe! 
- Ale to prawda. Podobno pławi się w kradzionym złocie, jakieś ciemne interesy. Słyszałem, że był nawet 

zamieszany w handel niewolnikami. 

- Cóż - powiedział Percy po chwili zaskoczenia.  - Chyb nie powinniśmy się dziwić. Przecież opuścił ten 

kraj kilka lat temu w aurze prawdziwej chmury gradowej. Słyszałem... 

Ich głosy oddaliły się. Liza siedziała przez chwilę jak wmurowana. Dłonie zacisnęły się jej w pięści i aż 

drżała  z  oburzenia.  Chciała  zawołać  za  nimi,  wykrzyczeć  im  w  twarz  że  kłamią.  Jak  oni  śmieli!  Dwóch 
żałosnych  kretynów,  których  jedynym  zajęciem  było  przymierzanie  nowych  ubrań!  Jak  oni  śmieli  tak 
szkalować człowieka, któremu nie byli godni nawet butów czyścić! 

Gdzież  mogli  usłyszeć  podobne  oszczerstwa?  -  zastanawiała  się  w  panice.  Któż  mógł  rozprzestrzeniać 

podobne  kalumnie  o  Chadzie?  Ciemne  interesy!  Handel  niewolnikami!  Te  same  podłe  oszczerstwa,  które 
wygnały go z Anglii sześć lat temu, znowu się pojawiły! Kto mógł...? 

- Tu jesteś, Lizo! - zawołał ze śmiechem Giles, zarzucając jej ramiona na szyję. - Wszędzie cię szukałem. 

Dlaczego... co się stało, kochanie? - zapytał widząc jej minę. Zaniepokoiły go łzy błyszczące w jej oczach. 

-  To...  to  nic  takiego,  Giles.  Ja  tylko...  -  Odwróciła  się  nagle  i  spojrzała  mu  w  oczy.  -  Powiedz,  czy 

słyszałeś jakieś plotki o... Chadzie, od czasu jego powrotu? 

-  Nie,  oczywiście  że  nie.  To  znaczy,  ludzie  zawsze  gadają,  ale  nie  było  to  nic  specjalnego.  Dlaczego 

pytasz? 

Po  chwili  wahania  Liza  w  kilku  słowach  streściła  mu  podsłuchaną  rozmowę.  Wskazała  młodych  ludzi 

stojących nie opodal. Giles zacisnął usta. 

background image

 

27 

- To Charlie Summersby. Tego można się było po nim spodziewać. Gadzina nigdy w życiu dobrego słowa 

o  nikim  nie  powiedziała.  -  Odwrócił  się  do  dziewczyny.  -  Nigdy  nie

 

należałem  do  bliskich  przyjaciół 

Lockridge’a i Bóg jeden wie, że miałem swoje powody... - Uśmiechnął się do niej szelmowsko. - Nie pałam 
do niego specjalną sympatią, ale uważam go za porządnego człowieka. Chodź. 

Złapał Lizę za rękę i pociągnął za sobą. Po chwili poklepał młodego Summersby ego po ramieniu. 
-  Czy  mogę  zamienić  z  tobą  słowo,  Charlie?  -  mruknął.  Młody  człowiek  odwrócił  się  i  ku  swojemu 

ogromnemu  zaskoczeniu  z  ogromną  siłą  został  odciągnięty  od  grupki  przyjaciół.  -  Podobno  rozmawiałeś 
niedawno o moim przyjacielu, Chadzie Lockridge’u - wysyczał Giles przybliżając twarz do młodzieńca. 

- Nawet jeżeli tak, to co? - spytał zaczepnie zaatakowany. 
- A gdzież to zdobyłeś informacje, którymi tak lekko szafowałeś? 
-  Aaa...  -  Summersby  gwałtownie  szukał  drogi  ucieczki.  -  No...  nie  wiem.  Siedziałem  wczoraj  z  grupką 

przyjaciół i padło jego nazwisko. 

- A czy którykolwiek z twoich przyjaciół miał choćby cień dowodu przeciwko Lockridge’owi? 
- Nie, ale... 
-  Więc  na  przyszłość  -  powiedział  Giles  niebezpiecznie  łagodnym  tonem  -  radzę  ci  nie  roznosić  tak 

podłych oskarżeń, tym bardziej że są to zwykłe plotki. Dałeś dziś niezłe podstawy panu Lockridge, by mógł 
pozwać cię do sądu za zniesławienie. 

Charlie Summersby najpierw zbladł, a potem zrobił się purpurowy. Nie odpowiedział, lecz odwrócił się od 

Gilesa  z  takim  wyrazem  twarzy,  jakby  właśnie  co  został  spoliczkowany,  zamruczał  pod  nosem  coś 
niezrozumiałego i odszedł chwiejąc się na nogach. 

- To było ładne przedstawienie - pochwaliła Liza. Oczy jej błyszczały. 
Giles uśmiechnął się ponuro. 
-  Sądzę,  ze  to  przerwie  podstępną  gadaninę  Charliego.  Mam  tylko  nadzieję,  że  zrobiłem  więcej  dobrego 

niż złego.  - A  widząc zdziwienie dziewczyny,  wyjaśnił:  - Mówiąc, co  wszystkim  myślę, obawiam  się, że 
mogłem niepotrzebnie ściągnąć wiele uwagi na całą sprawę. 

- Podstępną gadaninę... Giles, ty też to słyszałeś! Co jeszcze ludzie mówią o Chadzie? 
Giles niepewnie zaszurał nogami. 
- To prawda, moja droga, że słyszałem to i owo. Nie chciałem cię jednak niepokoić. 
- Dobry Boże, dlaczego ludzie są tak podli? 
-  Odkąd  tak  interesuje  cię,  co  ludzie  mówią  o  Chadzie?  -  Zadał  pytanie  zdawkowym  tonem,  jednak  pod 

jego uważnym spojrzeniem Liza się zaczerwieniła. 

- Nie... no, oczywiście, że... Po prostu nie lubię, gdy ktoś jest fałszywie oskarżany.  - Poczuła gwałtowną 

potrzebę zmiany tematu. - Giles, proszę, wróćmy już do wszystkich. 

Do  końca  popołudnia  nikt  już  nie  wspominał  Chada  i  po  powrocie  do  Londynu  Liza  pożegnała  Gilesa 

z uśmiechem. Była mu wdzięczna za okazane zrozumienie. 

Niełatwo  było  się  jej  pozbyć  myśli  o  całym  zajściu.  Zadowolona,  że  jest  sama  w  domu,  usadowiła  się 

w saloniku w wygodnym  fotelu  pod oknem,  skąd miała doskonały widok na Berkeley Square.  Patrzyła na 
skąpane w popołudniowym słońcu drzewa, lecz nie widziała ich. 

Nie mogła uwierzyć, że wszystko zaczyna się od początku - kłamstwa, plotki. To, co zrujnowało młodość 

Chada i zawisło niebezpiecznie nad jej własnym życiem. Po raz pierwszy od wielu lat jej oczy zaszkliły się 
łzami.  Zamrugała.  O,  nie.  Nie  płakała  od  czasu,  gdy  się  przekonała,  że  Chad  jej  nie  kocha,  i  nie  miała 
zamiaru teraz zaczynać od nowa. A jednak poczuła ból przenikający jej ciało prawie tak wyraźnie jak sześć 
lat temu. 

Wzruszyła  ramionami;  wstała.  To  wszystko  zdarzyło  się  tak  dawno  temu!  Szkoda,  że  Chad  nie  został 

w Indiach. Teraz znowu został wplątany w tajemniczą intrygę, która może zrujnować mu życie. 

Potrząsnęła  głową.  Może  faktycznie  zachowała  się  głupio?  Jedna  podsłuchana  rozmowa  to  jeszcze  nie 

intryga. Może wszystko było skutkiem czyichś złych informacji? Już chciała wyjść z pokoju, gdy jej uwagę 
przyciągnął powóz pospiesznie podjeżdżający przed dom. 

W chwilę później wyskoczyła z niego Charity. Najwyraźniej wracała z jakiejś wyprawy z przyjaciółkami, 

gdyż  w  powozie  można  było  zauważyć  jeszcze  kilka  innych  kapelusików.  Ale  co,  na  miłość  boską, 
przytrafiło  się  Charity?  Wyskoczyła  z  powozu  jak  oparzona,  policzki  miała  zaczerwienione,  a  jej  oczy 
rzucały błyskawice. Pobiegła do drzwi nawet nie pożegnawszy się z przyjaciółkami. 

Liza zbiegła na dół i weszła do hallu - zobaczyła, że młodsza siostra zrywa z głowy kapelusz i z furią ciska 

go na stoliczek pod lustrem. 

background image

 

28 

- Charity, co się, na miłość boską...? - Dziewczyna obróciła się na pięcie. 
-  Lizo,  cóż  za  okropieństwo!  Właśnie  się  przekonałam,  że  Sally  Jewett  jest  najpaskudniejszą  wiedźmą, 

jaką znam! - Wzięła głęboki oddech i dokończyła: - Obawiam się, że przed chwilą ją spoliczkowałam! 

- Coś ty powiedziała? - Liza nie mogła uwierzyć własnym uszom. 
- Opowiadała okropne rzeczy o Chadzie! 
Liza zaciągnęła siostrę do saloniku i posadziła na kanapie. 
- Co się stało? - zapytała rzeczowo. 
- Opowiadałam Sally i Dorocie Wells... była z nami także Trixie Satherswaite... o tym, jak Chad zaprosił 

mnie dziś  na lody do  Guntera. Wszystkie wprost  zżerała zazdrość. A najbardziej Sally, bo nie wiem, czy 
wiesz, ale ostatnio odmówił, gdy jej mama zaprosiła go na śniadanie. Nie wiem, czy zdajesz sobie z tego 
sprawę, ale Chad jest doprawdy rozrywany - powiedziała z dumą, jakby należał do rodziny. 

- Wiem, wiem. - Liza starała się nie okazywać zniecierpliwienia. - Co mówiła Sally o... 
Charity zesztywniała. 
-  Odrzuciła  włosy  na  plecy  i  tym  swoim  okropnie  przemądrzałym  tonem  powiedziała,  że  słyszała... 

z „wiarygodnego  źródła”,  czego  nie  omieszkała  podkreślić...  jakoby  Chad  był  ni  mniej,  ni  więcej,  tylko 
pospolitym złodziejem. Podobno całą swoją fortunę zdobył okradając w Indiach swojego pracodawcę. Czy 
możesz to sobie wyobrazić?  - Z zaczerwienionymi policzkami okładała poręcz kanapy, jak gdyby to była 
nieszczęsna  panna  Jewett  we  własnej  osobie.  -  A  potem,  czy  uwierzysz,  powiedziała,  że  Chad  musiał 
wyjechać  z  Anglii  dlatego,  że  jego  ojciec  złapał  go  na  kradzieży  jakiegoś  drogocennego  rodzinnego 
klejnotu. Podobno tym właśnie opłacił podróż do Indii. - Charity zerknęła na siostrę i kontynuowała: - Sally 
kończyła  to  wszystko  mówiąc,  że  chociaż  jego  rodzina  nie  była  biedna,  on  ledwo  utrzymywał  się  na 
powierzchni;  że  chciał  się  z  tobą  ożenić,  by  odzyskać  status  społeczny  i  majątek.  To  właśnie  wtedy  ją 
uderzyłam - zakończyła spuszczając wzrok. 

Podczas tego gwałtownego opowiadania Liza nerwowo przemierzała pokój, lecz teraz uklękła obok fotela 

siostry i ujęła jej dłonie. 

-  Moja  kochana,  powinnam  cię  zbesztać  za  tak  niepoprawne  zachowanie,  ale  podejrzewam,  że  sama  też 

bym tak zrobiła. - Podniosła się z kolan i usiadła na krześle. Zmarszczyła brwi. - Obawiam się jednak, że 
Sally tylko powtarza plotki, które zdają się krążyć po całym mieście. 

- Ale... jak to możliwe? 
- Nie wiem, lecz tak samo było sześć lat temu.  
Charity przez moment siedziała w bezruchu, a potem spojrzała jej prosto w oczy. 
- Czy dlatego z nim zerwałaś? 
Liza wydawała się wytrącona z równowagi. 
- Ja wcale nie... - zaczęła, lecz natychmiast urwała. Była bardzo blada. Obejrzała dokładnie swoje dłonie, 

zanim popatrzyła siostrze w oczy. - To Chad wszystko zepsuł. 

Sama  była  zaskoczona,  gdy  wypowiedziała  te  słowa.  Bardzo  zdziwił  ją  wyraz  współczucia  na  twarzy 

Charity, gdyż nie była przyzwyczajona do powagi na tej wesołej, młodej buzi. 

-  A  tak  -  powiedziała  niechętnie.  -  Wszystko  z  powodu  kłamstw,  bardzo  podobnych  do  tych,  które  dziś 

usłyszałaś. - Charity obserwowała ją bez słowa. - Zaczęło się od rozmowy podobnej do twojej z Sally Jewett 
-  zaczęła.  Zamknęła  oczy  i  znowu  poczuła  mdłości  na  wspomnienie  szoku,  który  wywołały  u  niej 
obrzydliwe  oszczerstwa  rzucone  na  Chada  przez  jakąś  nadgorliwą  przyjaciółkę  matki.  „Ależ  lady  Lizo, 
mówię  to  jako  pani  przyjaciółka.  Pani  rodzice  i  pani  dopiero  niedawno  przyjechaliście  do  stolicy  i  nie 
zdajecie  sobie  jeszcze  sprawy  ze  wszystkich  niebezpieczeństw  czyhających  na  młodą  panienkę  w  takim 
mieście. Mam na uwadze tylko twoje dobro i nie mogę znieść widoku tego Lockridge’a kręcącego się obok 
ciebie. Jest w rozpaczliwej sytuacji majątkowej i słyszałam, że...” 

Liza uśmiechnęła się gorzko do młodszej siostry. 
-  Ta  kobieta  mówiła  jak  nakręcona,  usiłując  możliwie  jak  najdelikatniej  dać  mi  do  zrozumienia,  że 

słyszano przechwałki Chadwicka Lockridge’a, jak to zamierza szybko się wzbogacić. Podobno główną rolę 
w  jego  planach  miał  odegrać  posag  lady  Lizy  Rushlake.  Byłam  wściekła.  Pobiegłam  do  Chada,  by  go 
ostrzec,  że  ktoś  rozpuszcza  o  nim  tak  potworne  plotki.  Myślałam,  że  będzie  z  nimi  walczył,  on  jednak 
odmówił jakiegokolwiek działania. Powiedział, że zależy mu jedynie na opinii przyjaciół, a oni i tak znają 
go  zbyt  dobrze,  by  uwierzyć  podobnym  oszczerstwom.  W  ciągu  następnych  tygodni  coraz  więcej 
znajomych  powtarzało  mi  plotki,  które  o  nim  słyszeli.  W  końcu  nawet  mama  i  papa  zaczęli  patrzeć 

background image

 

29 

podejrzliwie, gdy do mnie przychodził. Nigdy więcej nie rozmawiałam z nim o tych okropieństwach. Jedyną 
osobą,  której  mogłam  swobodnie  się  wyżalić,  był  Giles.  On  jeden  nie  wierzył  w  oszczerstwa  rzucane  na 
Chada, który jednak odwiedzał mnie coraz rzadziej, a czas, jaki spędzaliśmy razem, wypełniało milczenie. 
Wkrótce okazało się, że chmura, która zawisła nad Chadem, zatruła życie także i mnie. 

- Ale - wtrąciła Charity, która do tej pory siedziała w fotelu wpatrzona w siostrę z bolesnym napięciem. - 

Ale

 

przecież nadal chciałaś go poślubić? 

-  O,  tak.  Byłam  w  nim  ślepo  zakochana.  Zaplanowałam  wieczór,  podczas  którego  chciałam  wszystko 

naprawić.  Chad  był  zaproszony  na  obiad,  wbrew  woli  mamy  i  papy.  Mała  uroczystość  na  jego  cześć. 
Spodziewał  się  awansu  w  firmie,  w  której  pracował.  Byłam  też  pewna,  że  tego  wieczoru  poprosi  o  moją 
rękę.  Gdy  się  jednak  zjawił,  okazało  się,  że  awansowano  kogoś  innego.  Najwyraźniej  jego  pracodawca 
doszedł do wniosku, że nie powinien mu dłużej ufać. Zapytałam, czy usiłował jakoś się bronić, ale odparł, 
że byłoby to  bezsensowne.  -  Liza odkaszlnęła.  - Byłam tak zaślepiona  własnym  bólem, że nie  zwróciłam 
uwagi  na  jego  przeżycia.  Ciągle  nalegałam:  „Ale  dlaczego  nic  nie  powiedziałeś?  Jak  możesz  tak  to 
akceptować? Czy nie zdajesz sobie sprawy, że to może odwlec nasz ślub? Dlaczego nigdy nie zaprzeczyłeś 
tym kłamstwom?” Chad się wściekł. Złapał mnie za ramiona i powiedział głosem, jakiego wcześniej nigdy 
u niego nie słyszałam: „Ależ bardzo przepraszam, lady Lizo. Masz moje słowo, że nie jestem ani łgarzem, 
ani złodziejem. A już na pewno nie jestem łowcą posagów. Czy to cię tak niepokoi?” Czułam się zraniona. 
Zaprzeczyłam, ale on nie dał mi dojść do słowa. „A jeżeli chodzi o ślub, to może faktycznie najlepiej byłoby 
zapomnieć  o  całej  sprawie.  Biorąc  pod  uwagę  moją  pozycję  i  nie  najlepszą  reputację,  którą  tak  się 
przejmujesz,  lepiej  zrobisz  nie  wychodząc  za  mnie”.  Byłam  rozgoryczona  i  zła.  Prawie  wrzasnęłam  na 
niego:  „Jak  możesz  tak  myśleć?!  Mówiłam  o  ojcu!  Wiesz,  że  on...”  Odparł:  „Wiem  doskonale,  co  sądzi 
o mnie  twój  ojciec.  Widziałem  niepewność  w  jego  oczach,  a  teraz  widzę  ją  w  twoich”.”W  takim  razie 
widzisz  coś,  czego  tam  nie  ma”-  krzyczałam  zupełnie  już  nad  sobą  nie  panując.  „Od  wielu  tygodni  staję 
w twojej obronie, bo ciebie na to nie stać. Jeżeli chcesz wiedzieć, straciłam przez to paru dobrych przyjaciół. 
Więc jeżeli uważasz, że...”Znowu mi przerwał.  „Nawet  nie wiesz, ile to dla mnie znaczy, moja pani.  Nie 
wiedziałem, że musisz stawać w mojej obronie” Chad robił się coraz bardziej cyniczny. Odparłam, już nie 
licząc się z tym,  że  go ranię: „Ktoś musiał  to  zrobić, skoro ciebie to  nie obchodzi.  I zobacz tylko, co mi 
z tego  przyszło!  Ale  jeżeli  mówisz,  że  będzie  lepiej,  abyśmy  się  nie  pobierali,  to  może  masz  rację. 
Zaczynam wierzyć, że tak naprawdę będzie najlepiej”. 

Charity wciągnęła głęboko powietrze, a Liza przez moment milczała wstrząśnięta. W końcu rzekła. 
- Czekałam na jego odpowiedź i byłam pewna, że ona prędzej czy później nadejdzie. Ale Chad stał tylko 

na  środku  pokoju  z  taką  miną,  jakbym  go  uderzyła.  Kiedy  nic  mi  nie  odpowiedział,  krzyknęłam,  mając 
nadzieję wreszcie wymusić na nim jakąś reakcję: „Powinnam była posłuchać rad przyjaciół! A ja, głupia, 
wierzyłam, że mnie kochasz. Powinnam była się domyślić, że to mój majątek tak cię pociąga”. 

- Lizo! Jak mogłaś?! - Charity nie wierzyła własnym uszom. 
- Już w chwili, gdy co mówiłam, żałowałam tych słów. Wiedziałam, że posunęłam się za daleko, ale byłam 

przekonana, że teraz on zapewni mnie o swojej dozgonnej miłości. Już tak wiele czasu upłynęło od chwili, 
gdy po raz ostatni wyznał mi miłość. Chciałam to usłyszeć. Potrzebowałam tego. Ale on tylko spojrzał na 
mnie  tymi  swoimi  zimnymi  zielonymi  oczami,  aż  dreszcz  mnie  przeszedł.  Nie  mogłam  wytrzymać  jego 
spojrzenia  i  odwróciłam  wzrok.  W  końcu,  w  ogłuszającej  ciszy  usłyszałam  jego  bardzo  cichy  i  spokojny 
głos: „Tak, zdaje się, że powinnaś posłuchać rad przyjaciół. Jak to dobrze, lady Lizo, że na czas zrozumiałaś 
swój błąd. Dobrze dla nas obojga, gdyż zdaje się, że i mnie oszczędziłaś poważnego błędu. Proszę przekaż 
moje  uszanowanie  rodzicom”.  Zraniona  i  zaskoczona  usiłowałam  coś  powiedzieć.  Odwróciłam  się 
i chciałam  go  zatrzymać,  ale  już  go  nie  było.  W  chwilę  potem  usłyszałam  odgłos  zamykanych  drzwi. 
Myślałam oczywiście, że wróci. Ale nie wrócił. Po paru dniach wysłałam do niego list z przeprosinami za 
bezmyślne  zachowanie  i  prośbą,  by  przyszedł  mnie  odwiedzić.  Właśnie  wtedy  służący  przyniósł  mi 
wiadomość,  że  Chad  wyjechał.  Dopiero  po  paru  miesiącach  dowiedziałam  się,  że  popłynął  do  Indii.  Nie 
zależało mu na mnie nawet na tyle, poczekał na moje przeprosiny. 

Wycieńczona  opowieścią  Liza  opadła  na  krzesło.  Charity  tylko  się  jej  przyglądała,  a  po  chwili  zapytała 

cicho: 

- I nigdy do niego nie napisałaś, by wyjaśnić...? 
- Co wyjaśnić? To on wyjechał.  To on odszedł.  Starałam się zapewnić  go o moim  oddaniu,  a on obrócił 

przeciwko mnie moje własne słowa. Mam w końcu swoją dumę. 

-  Oj,  masz,  Lizo.  Z  pewnością  masz  -  odrzekła  siostra.  -  I  mam  nadzieję,  że  wystarcza  ci  ona  zamiast 

background image

 

30 

miłości Chada. 

Liza patrzyła na nią zaskoczona. 
 
Minęło  kilka dni,  zanim  Liza znowu zobaczyła  się z Chadem.  Pewnego poranka wyszła z domu  ubrana 

w zwykłą suknię, jedną z tych, które zakładała wychodząc do miasta. Koło swojego powozu stojącego przed 
domem zobaczyła dwukółkę Chada. 

Widząc,  że  też  właśnie  wychodzi  z  domu,  kiwnęła  mu  uprzejmie  głową.  Z  niezadowoleniem  zobaczyła 

w jego oczach błyski rozbawienia, gdy patrzył na jej prostą, ponurą suknię. 

- Czyżbyś miała zamiar znowu odwiedzić rozpustny przybytek Mamony? - zapytał ironicznie. 
- Jadę na spotkanie z Thomasem.  
Chad zawahał się, ale po chwili podszedł do niej.  
- Ja też jestem z nim na dziś umówiony. Może pojedziemy razem? 
Liza gwałtownie szukała wymówki, lecz z przerażeniem zdała sobie sprawę, że bliskość tego rudowłosego 

pirata odbiera jej zdolność logicznego myślenia. Zdołała jedynie wykrztusić: 

- To bardzo miłe z twojej strony. Może pojedziemy moim powozem? Na gorszące spotkania z finansistami 

wolę jeździć w krytych pojazdach. 

W  kilka  chwil  później,  siedząc  ramię  przy  ramieniu,  przejechali  przez  Mayfair,  przez  St.  James,  obok 

Pałacu  i  wreszcie  na  Pall  Mall.  Liza  każdą  cząstką  ciała  reagowała  na  jego  bliskość.  Wcisnęła  się 
w najdalszy  kąt  powozu  i  niemile  odczuwała  podskoki  kół  na  nierównej  drodze.  Wygładziła  suknię  na 
kolanach i usiłowała wymyślić jakiś bezpieczny temat rozmowy. Gdy Chad się odezwał, aż podskoczyła. 

- Co takiego? - zapytała niepewnie. 
- Zapytałem, jak się wam udała wyprawa do Richmond. 
- Wyprawa... ach, tak - wymamrotała, zdając sobie doskonale sprawę, że robi z siebie idiotkę. Spojrzała na 

niego z ukosa, zastanawiając się, czy okropne pomówienia Charliego Summersby dotarły już do jego uszu. 
Zdawało  się  jednak,  że  zadał  pytanie  zupełnie  niewinnie.  Uśmiechnęła  się  z  wysiłkiem  i  powiedziała 
spokojnie: - Obawiam się, że miałeś rację. Jest jeszcze za wcześnie na takie zabawy. Było zimno i mokro, 
a ledwo wyjechaliśmy z parku, zaczęło padać. Aż dziwne, że nikt się nie rozchorował. 

- Wiosna to zaskakująca pora roku - przytaknął Chad. 
-  Chyba  masz  rację  -  rzekła  nie  bardzo  wiedząc,  jak  ma  go  zrozumieć.  Na  szczęście  zajechali  już  przed 

dom zajmowany przez szanowną firmę Stanhope’a, Fincha i Harcourta. 

Ani Liza, ani Chad nie zajęli Thomasowi dużo czasu. Czekała na Chada krótko w przyległym gabinecie, aż 

usłyszała zbliżające się męskie głosy. Dołączyła do obu panów, gdy skończyli omawiać szczegóły. 

- Czy mi się zdaje, czy też usłyszałam nazwę „Macclesfield”? - zapytała. 
-  Tak  -  odparł  zupełnie  nie  zaskoczony.  -  Mam  zamiar  zbudować  tam  przędzalnię.  Czyżbyś  znała  ten 

zakątek kraju? 

- Niezbyt dobrze, chociaż wiem, że są to tereny pod uprawę jedwabiu. - Odwróciła się do Thomasa. - Czy 

mówiłeś  Chadowi  coś  o  moich  inwestycjach?  Ależ  skąd.  -  Sama  odpowiedziała  na  swoje  pytanie 
i roześmiała się. - To nie w twoim stylu. 

- Czy naprawdę masz tam przędzalnię? - Chad był szczerze zdziwiony. 
-  W  pewnym  sensie.  Nie  jestem  jej  właścicielką,  ale  mam  część  udziałów  kilku  firm  ze  Spitalfields. 

Zatrudniłam  kilka  rodzin  do  pracy  w  składzie  Jacquarda,  przy  maszynach,  które  kupiłam  we  Francji.  Nie 
jest  to  duże  przedsiębiorstwo,  ale  produkujemy  całkiem  niezły  jedwab  i  wstążki.  -  Pożegnawszy  się 
z Thomasem,  wyszli  z  budynku.  Po  drodze  do  powozu,  Liza  zapytała  zimno:  -  Odkąd  to  interesuje  cię 
wyrób jedwabiu? 

-  Jestem  właścicielem  pięciu  zakładów  w  Indiach.  Są  to  fabryki  położone  niedaleko  miejsc  wylęgowych 

jedwabników.  Nitki  z  kokonów  są  w  nich  oddzielane,  a  dopiero  potem  transportowane  do  innych  krajów 
w celu  dalszego  przetworzenia.  Na  przykładzie  moich  własnych  inwestycji  w  Madrasie  wiem,  że 
przędzalnie jedwabiu są bardzo rentownym przedsięwzięciem. 

Liza przez długą chwilę patrzyła na niego bez słowa, po czym powiedziała powoli: 
- Nie miałam pojęcia, że twoje inwestycje są tak różnorodne. 
Chad pospiesznie pomógł jej wsiąść do powozu. W drodze rozmowa nie kleiła się, a gdy przyjechali na 

miejsce, Liza pożegnała go szybko i zniknęła w głębi domu. 

 
Późnym popołudniem Chad wchodził po schodkach do klubu Jacksona na Bond Street. Rozmyślał właśnie 

background image

 

31 

o uroczym południu, które spędził w towarzystwie czarującej lady Rushlake. Jak zawsze w  jej obecności, 
czas zdawał się zwalniać swój bieg. Nieomal roześmiał się w głos na wspomnienie jej uśmiechniętej buzi 
w cieniu  tego  paskudnego  kapelusza.  Jakże  była  niemądra  sądząc,  że  okropny  ubiór  odbierze  jej  choćby 
gram uroku osobistego. Złociste loki wymknęły się spod spinek i dziewczyna wyglądała tak uroczo że Chad 
resztką sił powstrzymywał się, by nie dotknąć jej cudownie gładkiego policzka. 

Do  diabła!  Był  wściekły  na  siebie,  że  stare  uczucia  znowu  biorą  nad  nim  górę.  Nie  powinien  był 

proponować wspólnej jazdy do miasta. 

- Chad! Już myślałem, że się nic zjawisz! 
-  Jamie!  -  Chad  podniósł  oczy  i  uśmiechnął  się  do  młodego  człowieka  czekającego  na  niego  u  szczytu 

schodów. - Przepraszam za spóźnienie... coś mnie zatrzymało. Czy Fairburn już jest? 

- Przebiera się. Nie mógł się ciebie doczekać. Obiecuje, że dziś zmiecie cię z maty. 
Chad  ze  śmiechem  poszedł  za  swoim  przyjacielem,  Jamesem,  a  właściwie  jego  wielmożnością  lordem 

Whissenhamem.  Reszta  popołudnia  upłynęła  szybko  i  wyczerpująco  na  ringu.  Dużo  później,  ociekając 
potem  i  wymieniając  przyjacielskie  szturchańce,  udali  się  do  szatni.  Chad  skinął  głową  dżentelmenowi, 
który właśnie wychodził. 

- Selwyn! Jak miło cię widzieć, stary przyjacielu... nie zauważyłem, kiedy wszedłeś. 
Ku jego zaskoczeniu, mężczyzna nie odpowiedział i poszedł swoją drogą. Zdawało się, że nie słyszał. 
Chad odwrócił się do Jamiego z pytającym spojrzeniem. 
- Co, do diabła... - zaczął, lecz z jeszcze większym zdziwieniem zobaczył, że spuszcza oczy. - Jamie? 
Chad  poczuł  wzbierającą  wściekłość.  Jamie  wymienił  porozumiewawcze  spojrzenia  z  Stephenem 

Fairburnem, który właśnie do nich dołączył i najwyraźniej widział całe zajście. 

-  Czy któryś  z was  powie mi z łaski  swojej,  o co tu  chodzi.  -  Chad mówił spokojnie, lecz w jego  głosie 

pobrzmiewała groźba. 

Stephen Fairburn westchnął ciężko i położył mu dłoń na ramieniu.  
- Tu nie jest miejsce na takie rozmowy, przyjacielu. 
W kilka chwil później trzej mężczyźni siedzieli w kawiarence niedaleko Klubu Jacksona. 
- No dobra, wyrzućcie to z siebie - zakomenderował Chad głosem nie znoszącym sprzeciwu. - Powiedzcie 

mi, dlaczego facet, z którym przyjaźnię się jeszcze od szkolnych czasów, nagle udaje, że mnie nie zna? 

Na chwilę zapadła cisza, a potem Jamie wypalił: 
- To się znowu zaczęło, Chad. 
- Plotki - dokończył Fairburn widząc nic nie rozumiejące spojrzenie przyjaciela. 
- Dobry Boże! - Chad poczuł, że jakaś lodowata dłoń zacisnęła się w jego wnętrzu. Dreszcz przebiegł mu 

po karku. 

- Masz na myśli... 
- Tak. - W głosie Jamiego brzmiał niepokój. - Takie same świństwa jak... jak wtedy. Opowiadają je sobie 

ci sami co przedtem... plotkarze i śmiecie, którzy nawet cię nie znają. 

- To prawda - poparł go Fairburn. - Ci, co cię znają, wiedzą, że to wszystko brednie wyssane z palca. 
- Tak jak Selwyn? - zapytał z bólem Chad. 
-  Och,  Selwyn.  -  Jamie  wzruszył  ramionami.  -  Nigdy  cię  nie  lubił  od  czasu,  gdy  w  trzeciej  klasie  nie 

chciałeś  się  podporządkować  jemu  i  Asshetonowi  Minorowi.  Chyba  nie  upomniałeś,  jakie  były  z  nich 
przyjemniaczki? 

Chad po raz pierwszy uśmiechnął się ciepło. 
- O ile dobrze pamiętam, byłem już w bardzo opłakanym stanie, gdy wy dwaj się pojawiliście. - Pociągnął 

długi łyk ale. Powiedzcie mi teraz, co to znowu za plotki. Chyba tym razem nie mają podstaw, by nazywać 
mnie łowcą posagów? 

- Nie - zgodził się ponuro Jamie. - Teraz mówią, że jesteś złodziejem. Wiem - nie dał przyjacielowi dojść 

do  słowa.  -  Sześć  lat  temu  oskarżyli  cię  o  kradzież  Naszyjnika  Królowej,  ale  twój  ojciec  położył  kres 
plotkom. Przynajmniej niektórzy mu uwierzyli. 

- Teraz to całkiem co innego - wtrącił się Fairburn. - Mówią, że okradłeś swojego pracodawcę w Indiach. 
- Sir Wilfreda Bascombe’a? - Chad nie mógł uwierzyć. 
- Jeżeli tak nazywa się ten facet z Kalkuty... 
Chad przytaknął. 
-  Cóż,  ludzie  mówią,  że  sir,  ehm...  Wilfred  zwolnił  cię  gdyż  przyłapał  cię  na  kradzieży  pieniędzy 

i przedmiotów należących do niego... czy jego firmy. Nie oskarżył cię, bo nie miał dostatecznych dowodów, 

background image

 

32 

ale i tak wszyscy wiedzą, że to ty... 

-  Rozumiem...  -  zamruczał  Chad.  -  Domyślam  się,  że  mój  mały  sukces  za  granicą  też  zawdzięczam 

złodziejstwu? 

- Właśnie. Słyszałem, że trudniłeś się wszystkim... od piractwa aż po handel niewolnikami. 
- Dobry Boże - powtórzył Chad. 
- Podobno żaden przyzwoity Anglik w Indiach nie podałby ci ręki. 
- Ależ to niedorzeczne! - Nie bardzo wiedział, co powiedzieć. - Jak to się, na miłość boską, zaczęło? 
-  A  czy  przyszło  ci  do  głowy,  mój  stary  -  zapytał  łagodnie  Fairburn  -  że  może  te  plotki  są  dziełem 

obliczonym specjalnie na to, by cię zniszczyć? 

-  Tak  -  burknął  Chad,  ale  pod  ich  pytającymi  spojrzeniami  potrząsnął  głową.  -  To  tylko  przeczucie.  Nie 

rozumiem, po co rozprzestrzeniać plotki, które tak łatwo jest obalić? To znaczy, przecież jeżeli ktokolwiek 
utrzymuje  stałą  korespondencję  ze  znajomymi  w  Indiach,  szybko  się  przekona,  że  mam  rana  doskonałą 
reputację. 

- Tak, ale to zajmie sporo czasu - odparł Jamie po chwili zastanowienia. - Może twojemu wrogowi zależy 

na  czasie.  Ostatnio,  jego...  lub  jej...  efektem  działań  było  pozbawienie  cię  awansu.  Ciekawe,  o  co  teraz 
chodzi? 

-  Taak  -  rzekł  Chad  wbijając  w  niego  nieruchomy  wzrok.  -  Mam  wrażenie,  że  tym  razem  chodzi  o  coś 

więcej  niż  awans.  Tym    razem...  -  Podniósł  się  raptownie.  -  Panowie,  muszę  was  opuścić  Dziękuję  za 
wszystko,  co  dla  mnie  zrobiliście.  -  zawahał  się.  -  Gdy  przed  sześcioma  laty  wyjeżdżałem  z  Anglii, 
myślałem,  że  już  zupełnie  nie  mam  przyjaciół.  Udowodniliście,  jak  bardzo  się  mylę.  Wiem,  że  zwykłe 
podziękowanie to za mało, ale to wszystko, na co mnie dzisiaj stać. 

- Dudek! - mruknął lord Whissenham. 
- Pochlebca! - dodał pan Fairburn i zaczerwienił się. 
Chad wyszedł z uśmiechem na ustach. 

Chad, zatopiony w myślach, zręcznie prowadził swoją dwukółkę przez zatłoczone ulice Londynu. Dobry 

Boże, jak mógł być aż tak głupi... aż tak naiwny? Jego myśli pobiegły bolesnym torem aż do tego fatalnego 
dnia przed wielu laty, gdy zdał sobie sprawę, że jego życie legło w gruzach za sprawą jednej głupiej plotki. 

Kiedy  po  raz  pierwszy  usłyszał  o  pomówieniach,  był  zaskoczony  i  potraktował  to  z  niedowierzaniem. 

Potem doszło do tego upokorzenie i furia. Ale nawet gdy jego ukochana Liza obróciła się przeciwko niemu, 
obarczał winą swój los i przeklinał go. Rozgoryczony na niesprawiedliwość świata, wreszcie zrozumiał, ile 
nieszczęścia może spowodować plotka. Jedno małe kłamstewko wyszeptane komuś do ucha, kilka dalszych 
spotkanych na drodze, snujących się jak delikatne nitki  babiego

 

lata,  aż w końcu, zanim się spostrzeżesz, 

oplączą  cię  Jak  pajęczyna.  Widział,  jak  spotykało  to  innych;  widział  ich  życia  zrujnowane  przez  jedno 
nieostrożnie wypowiedziane kłamstwo, które nabrało własnego życia i przerażających rozmiarów. Zawsze 
był pewien, że spotkał go podobny los. 

No i  Liza. Obraz znowu się zmienił. Boże, jakim  był  głupcem! Był  gorzko rozczarowany, że nie dostał 

awansu,  ale  wiedział,  że  dla  Lizy  niczego  co  nie  zmieni.  Dla  jego  cudownej  Lizy,  której  szafirowe  oczy 
i nieskończona  piękność  skradły  mu  serce,  a  inteligencja,  cięty  język  i  niepohamowana  pasja  zniewoliły 
duszę.Tak długo nie przyjmowała do wiadomości oszczerstw na temat, tak długo i rozpaczliwie go broniła! 
Obserwował  z  bólem  jak  jej  wiara  umiera.  Uwierzył,  że  umarła  także  jej  miłość  do  niego.  Z  jakiegóż  by 
innego powodu odwróciła się do niego plecami owej fatalnej nocy? 

Dopiero teraz zrozumiał, że powodem jej zachowania były nie tylko plotki. Trucizna była wsączana do jej 

umysłu o wiele sprytniej, z wyjątkową chytrością i przewrotnością. Może więc źle ją ocenił? Czy przy całej 
swojej niewinności mogła ponosić odpowiedzialność za rozpad ich związku? 

Chad nie miał już wątpliwości, że ktoś bardzo dokładnie zaplanował zmiecenie go z powierzchni ziemi. 

Nie  miał  też  wątpliwości  co  do  tożsamości  spiskowca.  Zdawało  się,  że  jego  wróg  szykuje  się  teraz  do 
powtórzenia ataku. 

Podjeżdżając  pod  drzwi  domu,  Chad  uśmiechał  się  do  siebie.  Jak  dobrze  się  składa,  że  nie  jest  już 

niedoświadczonym młodzikiem, bez władzy i pieniędzy. 

Do  wieczora  zastanawiał  się  nad  nurtującymi  go  problemami  i  Jem  January  zmuszony  był  aż  dwa  razy 

pukać do drzwi jego pokoju, nim wreszcie doczekał się odpowiedzi. 

Ku wielkiemu  zaskoczeniu  Chada Jem  z łatwością dopasował  się do stosunków panujących w domu.  Po 

pierwsze,  postarał  się  o  dobre  stosunki  z  Ravi  Chandem  i  po  krótkim  czasie  słychać  było  ich  rozmowy 

background image

 

33 

prowadzone z wielką werwą w łamanej angielszczyźnie przemieszanej ze złodziejskim slangiem. 

Jednak najbardziej cieszył Chada  fakt,  że przechwałki Jema o znajomości  spraw dotyczących  garderoby 

nie były wyssane z palca. Wysokie buty do konnej jazdy lśniły niesamowitym blaskiem, a krawaty były co 
dzień  krochmalone.  Marynarki  wydawały  się  być  zawsze  świeżo  wyprasowane,  co  graniczyło  nieomal 
z cudem. 

Jem  pomógł  Chadowi  przebrać  się  do  obiadu.  Właśnie  podawał  panu  specjalnie  na  tę  okazję  wybraną 

kamizelkę. 

-  Dziękuję,  Jem,  ale  dzisiejsze  przyjęcie  nie  będzie  wcale  aż  tak  wystawne.  Nie  potrzebuję  satynowej 

haftowanej kamizela Wystarczy mi coś prostszego. 

Jem potrząsnął głową. 
- Wydawało mi się, że powinien pan założyć coś bardziej szykownego. 
- A to niby dlaczego? - Chad z zaskoczeniem odwrócił się do młodego człowieka.  - Czyżbyś uważał, że 

powinienem zrobić dobre wrażenie? 

- Nie - odrzekł nowo zatrudniony służący. - Ale... - Urwał, niezręcznie wzruszając ramionami. 
- No co, Jem? - zapytał ostro Chad. - O co ci chodzi? 
-  O  nic.  -  Jem  był  najwyraźniej  zakłopotany.  -  Zupełnie  o  nic.  Właściwie  pochwaliłem  się  kilku 

znajomkom,  że  pracuję  teraz  dla  pana.  Oj,  byli  ci  oni  zachwyceni,  byli.  Ale  to  są  chłopaki,  które  zawsze 
mają  oczy  i  uszy  szeroko  otwarte.  Gdy  tak  sobie  z  nimi  gadałem,  usłyszałem  jakieś  dziwne  strzępki 
informacji, jeżeli wie pan, o co mi chodzi. 

- Strzępki informacji? Chcesz powiedzieć, plotki? 
- No, tak, tak też można to nazwać. Ale ja i tak nic a nic im nie wierzyłem. 
- A niby dlaczego nie wierzyłeś? - Chad uśmiechnął się niepewnie. - Przecież wcale tak dobrze mnie nie 

znasz? 

Jem patrzył na niego przez długą chwilę, po czym powiedział powoli: 
-  Panie,  obijam  się  po  ulicach  Londynu  już  długie  lata

 

i  jeszcze  jakoś  żyję.  -  Chad  spojrzał  na  niego 

pytająco, więc potarł nos ręką i wyjaśnił: - Chodzi o to, że w tym mieście nikt, kto nie potrafi rozróżniać 
informacji  prawdziwych  od  fałszywych,  długo  nie  pociągnie.  Już  dawno  temu  nauczyłem  się  odróżniać 
porządnych ludzi od rekinów czy płotek. Po mojemu, pan jest porządny gość. 

Chad poczuł się mile połechtany. Myślał chwilę, po czym podszedł do łóżka i pociągnął za dzwonek. Po 

niedługiej  chwili  w  drzwiach  sypialni  pojawiła  się  zwalista  postać  Ravi  Chanda.  Chad  wskazał  mu  fotel 
przy  kominku  i  poprosił,  by  Jem  także  usiadł.  Sam  spoczął  nie  opodal  na  kanapie.  Mówił  powoli, 
z namysłem 

-  Ravi  Chand,  Jem  właśnie  opowiedział  mi  ciekawą  historyjkę.  Podobno  słyszał  na  mieście  niepokojące 

plotki o twoim znakomitym chlebodawcy. 

Hindus popatrzył z ukosa na chłopaka, zanim zwrócił się do Chada. Po chwili wahania powiedział: 
- Czy to tego samego rodzaju plotki, jakie wygnały cię do Indii? 
Jem spojrzał na niego zaskoczony. 
- O rany! Nie wiedziałem, że znasz tak dobrze angielski. Mówisz jak jakiś jaśnie wielmożny pan! 
Białe zęby zalśniły w ciemnej twarzy Ravi Chanda, gdy Hindus uśmiechnął się przekornie. 
-  Dawno  temu  nauczyłem  się,  że  Anglicy  nie  sądzą,  by  jakiś  cudzoziemiec  mógł  mówić  poprawnie  ich 

językiem. Zadziwia mnie natomiast, że oni sami nie uczą się żadnych obcych jeżyków. Zdają się uważać to 
za  stratę  czasu.  Ponadto  bardzo  bawią  ich  błędy  językowe  popełnione  przez  obcokrajowców,  ponieważ 
zazwyczaj robię to, czego się po mnie oczekuje, spełniam i te oczekiwania. 

Jem patrzył na niego z rozdziawionymi ustami. Nawet gdyby Hindusowi wyrosła druga głowa, chłopak nie 

byłby bardziej zaskoczony. Nie zareagował też, gdy Chad powiedział spokojnie: 

-  Zapewne  zgodzi  się  pan,  panie  January,  że  poprawne  lub  niepoprawne  użycie  języka  może  mieć 

najróżniejsze zastosowania. - Jem poprawił się na fotelu, a Chad mówił dalej z uśmiechem: - Zastanawiam 
się, czy ty i twoi, ehm... kolesie nie moglibyście oddać mi paru przysług. 

- Jasne jak słońce, jeżeli tylko się da. Mam nadzieję, że to nic nielegalnego? Chyba nie chce pan, żebyśmy 

kogoś sprzątnęli? 

- O nie, nic z tych rzeczy. No i oczywiście nieźle wam zapłacę. Chciałbym, żebyś ze swoimi przyjaciółmi 

poobserwował pewnego znanego mi dżentelmena. Nazywa się Giles Daventry. 

Łagodna twarz Jema przybrała dziwny wyraz. Odwrócił się i włożył nie chcianą kamizelkę z powrotem do 

szafy. 

background image

 

34 

- Czy ten pański Daventry sprawia kłopoty? - zapytał, cały czas zajęty poprawianiem ubrania. 
- Nie mam żadnych dowodów, ale podejrzewam, że nie życzy mi najlepiej. Jeżeli chodzi o same plotki, to 

będę musiał jakoś je wyjaśnić. Na razie jednak zależy mi na zlokalizowaniu źródła. Jestem pewien, że Ravi 
Chand udzieli ci wszelkiej pomocy, jakiej mógłbyś potrzebować. 

Ciemnoskóry olbrzym wstał i uśmiechnął się do chłopaka, na co ten zachichotał. 
- Nie bardzo wiem, jak mógłbyś kogoś śledzić, ale znajdą się chwile, w których będę potrzebował twojej 

pomocy. 

Patrzył, jak Ravi Chand dostojnie opuszcza pokój, po czym wybrał z szafy jeszcze jedną kamizelkę. Tym 

razem Chad kiwnął głową z aprobatą, więc pomógł mu ją założyć. Potem odsunął się o krok, by podziwiać 
efekt. 

- No, pięknie. Wygląda pan jak malowanie. 
Chad  uśmiechnął  się  do  niego  z  udawaną  skromnością;  wziął  kapelusz,  rękawiczki,  laskę  i  wyszedł 

z pokoju. 

 
W kilka dni po rozmowie z Jemem Januarym Chad staś wraz z lady Charity Rushlake w hallu Picadilli, 

gdzie  właśnie  urządzono  wystawę  poświęconą  wykopaliskom  z  Egiptu.  Oglądali  sarkofagi  ustawione 
wzdłuż ścian pomieszczenia. 

- Jak ja się dałem na to namówić? - nadal dziwił się sam sobie. 
- Tak bardzo chciałam zobaczyć tę wystawę - odrzekła promiennie Charity. - Wiesz przecież, że nikt dziś 

o niczym  innym  nie  mówi.  Pomyślałam,  że  skoro  interesujesz  się  sztuką,  a  będziesz  chciał  to  zobaczyć.  - 
Ujęła go pod ramię i poprowadziła ku schodom na piętro. - Jestem pewna, że ci się spodoba. 

Chad przystanął, patrząc na nią podejrzliwie. 
- Od kiedy to interesujesz się sztuką starożytną, młoda damo? 
- Od kiedy stało się to modne, rzecz jasna. - W jej śmiechu było coś zaraźliwego. Pociągnęła go za rękaw. 

- No, chodź. Bardzo proszę. 

Kilka kroków za nimi dreptała Peggy, pokojówka Charity. Gdy młodzi weszli na piętro, służąca, cały czas 

uważnie obserwując swoją panią, opadła na ławeczkę. 

- A to - wskazała Charity małe gliniane przedmioty - według przewodnika są kartusze. Zdaje się, że było to 

coś w rodzaju grawerowanych talerzy faraonów. 

Chad zauważył, że gdy mówiła, ani razu nie spojrzała na eksponaty w gablocie; jej oczy cały czas biegały 

po pokoju, jak gdyby kogoś szukała. 

Nagle jej wzrok się zatrzymał, a na policzki dziewczyny spłynął rumieniec. 
-  Ojej!  - zawołała.  -  To  John Weston! Ciekawe, co on tutaj  robi.  - Nareszcie wypuściła z gorączkowego 

uchwytu rękaw marynarki  Chada i  nieomal  podbiegła do młodego człowieka stojącego po drugiej stronie 
komnaty. 

Chad westchnął ze zniecierpliwieniem. Więc to o to chodziło! Młodociana pannica wystawiła go do wiatru 

równie  sprytnie,  co  niejeden  rekin  oszukujący  swoją  ofiarę.  Najwyraźniej  jego  rola  tego  popołudnia 
ograniczała  się  do  grania  przyzwoitki  tej  bezczelnej  pary.  Wzdychając  głęboko,  podążył  za  dziewczyną. 
Gdy podchodził, obdarzyła go promiennym uśmiechem. 

- Chad, czy znasz pana Westona? - Dokonała stosownej prezentacji i dodała: - Pan Weston interesuje się 

możliwością poprawy plonów. Parę razy rozmawialiśmy o tym. 

Rzuciła Chadowi pełne nadziei spojrzenie, a on wymruczał jak to miło jest mu poznać pana Westona. 
John Weston zaczął się jąkać, w końcu wykrztusił coś uprzejmego po czym zapadła niemiła cisza. 
- Jeżeli chcesz pooglądać wystawę, Chad, to nie musisz czekać na nas  - powiedziała niewinnie Charity. - 

Jestem trochę zmęczona i chciałabym na chwilę usiąść. Jestem pewna, że Jo... to jest pan Weston, dotrzyma 
mi towarzystwa. 

Młody człowiek jeszcze bardziej się zaczerwienił. 
- O, tak. To będzie dla mnie prawdziwa przyjemność, lady Charity. 
-  Na  szczęście  nie  będzie  to  konieczne  -  rzekł  gładko  Chad.  -  Tam  w  rogu  widzę  ławeczkę,  na  której 

wszyscy doskonale się zmieścimy. 

Policzki dziewczyny pokryły się szkarłatem, a oczy zabłysły. 
-  Pewno  podejrzewasz,  że  specjalnie  cię  tu  przywlokłam.  Na  pewno  myślisz,  że  zaplanowaliśmy  to 

z Johnem. 

- Ależ Charity, nie wolno ci tak mówić do pana Lockridge’a. - Weston podniósł dłoń na znak protestu. Ale 

background image

 

35 

Chad odrzekł gładko: 

- Prawdę mówiąc myślę, że zaaranżowałaś tę sytuację wcale nie pytając pana Westona o zdanie. - Obrócił 

się do Johna. - Na pańskim miejscu poważnie bym się zastanowił, czy aby warto kontynuować znajomość 
z obecną tu panną Machiavelli może wpakować pana w niezłe tarapaty. 

-  No  nie!  -  Charity  nie  mogła  uwierzyć  własnym  uszom.  -  Już  otwierała  usta,  by  coś  powiedzieć,  gdy 

zamilkła pod surowym spojrzeniem Chada. Dalej już tylko słuchała go potulnie. 

- A ty, moja droga, bardzo się mylisz, jeżeli sądzisz, że dam

 

ci się wciągnąć w te gierki. Daję ci pięć minut 

na rozmowę z panem Westonem o uprawie ziemi, a potem zabieram cię do domu. 

-  Chad!  -  To  był  jęk  rozpaczy.  John  Weston  stał  zdumiony  obok  nich,  nie  wiedząc,  czy  ma  pocieszać 

Charity, czy też może obrazić się na nich oboje. 

-  Nie  chcemy zachowywać się nieodpowiednio  -  rzekł  końcu, a Chad był zaskoczony pewnością i  dumą 

w jego  fosie.  -  Bardzo  jest  nam  jednak  trudno  widywać  się.  Ani  lady  Burnsall,  ani  siostra  Charity,  lady 
Elizabeth, właściwie nie zabroniły mi odwiedzin, ale... 

- Ale nie zachęcają cię również. I to tylko dlatego, że John nie jest wicehrabią czy kimś takim, i dlatego, że 

nie jest bogaty. To niesprawiedliwe! - zawołała dziewczyna w odwiecznym, bezradnym buncie młodości. 

- Rozumiem. - Chad uśmiechnął się do własnych wspomnień. - Ja też byłem kiedyś młody... i zakochany... 

Mam także doskonałą pamięć. I naprawdę wam współczuję. Nie mogę jednak pomagać wam w oszukiwaniu 
lady Burnsall i lady Elizabeth. 

- No tak, ale... - szepnęła Charity. 
- Och, ale sam pan rozumie... - powiedział w tej samej chwili John. 
-  W  oszukiwaniu  -  powtórzył  Chad  pewnie.  -  Nie  możesz  tak  bezmyślnie  ranić  siostry.  Chociaż  nie 

podzielam jej poglądów w tej sprawie, to ona i matka decydują o twojej przyszłości. To jest ich prawo. 

Charity zacisnęła usta. Nic nie odrzekła, lecz w jej oczach czaiła się furia. 
- Jednakowoż nie mam zamiaru popsuć wam dziś nastroju - kontynuował Chad. - Obiecuję, że zrobię, co 

w mojej mocy, by przekonać lady Lizę i jej matkę, by spojrzały na pana Westona nieco łaskawiej. 

To  musiało  zadowolić  dziewczynę.  Chad  zaprosił  ich  do  pobliskiej  cukierenki  na  kawę  i  ciastka,  więc 

reszta  popołudnia  upłynęła  w  przyjaznej  atmosferze.  Większość  czasu  rozmawiali  o  agronomicznych 
projektach  Johna  Westona  i  Chad  musiał  przyznać,  że  wiedza  młodego  człowieka  była  doprawdy 
imponująca. 

- Zdaje pan sobie sprawę, że populacja Anglii stale rośnie - mówił z zapałem John. - Równocześnie maleje 

ilość gruntów nadających się pod uprawę. Dlatego uważam, że powinniśmy zwiększyć wydajność z hektara 
poprzez wzmocnienie nasion i inne udoskonalenia roślin. 

Ku rozbawieniu Chada, Charity siedziała na brzegu krzesła, chłonąc każde słowo chłopca. 
- No widzisz? - powiedziała do niego, choć nadal z uwielbieniem patrzyła na Johna. - Mówiłam ci, że jest 

genialny. 

-  Właśnie  zaczynam  ci  wierzyć  -  odrzekł  zamyślony.  Po  czym  zwrócił  się  do  Westona:  -  Opowiedz  mi 

o tym swoim mangel-wurzlu. 

Kilka godzin później, odprowadzając Charity do domu na Berkeley Square, Chad podjął ich wcześniejszą 

rozmowę. 

-  Podtrzymuję  to,  co  powiedziałem.  -  Popatrzył  z  uśmiechem  w  jej  zaniepokojone,  brązowe  oczy.  -  Nie 

mam zamiaru brać udziału w twoich intrygach. Chcę także, byś mi obiecała, że nikogo nie będziesz w nie 
wciągać. 

- Ja go kocham - odparła dziewczyna z rozbrajającą szczerością. 
- Rozumiem. Czyżbyś myślała o poślubieniu tego chłopca. 
Spuściła oczy i zaczęła się bawić paskiem torebki. 
- John jeszcze nie poprosił mnie o rękę. Właściwie... - podniosła głowę - ...nic mi jeszcze nie powiedział. 

Wiem jednak, że odwzajemnia moje uczucia. To ta jego przeklęta

 

duma nie pozwala mu wyznać mi miłości. 

-  Chad  nagle  się  rozkaszlał.  -  Naprawdę.  On  uważa,  że  ponieważ  pochodzi  z  prostej  rodziny,  jest  biedny 
i nie ma perspektyw na przyszłość, nie jest mnie godny. Czy słyszałeś kiedykolwiek podobne bzdury? 

- Nigdy - odrzekł niepewnie Chad. 
Patrzyła na niego przez długą chwilę, po czym uśmiechnęła się ponuro. 
- Wiem, o czym  myślisz. Chyba nie powinnam  mieć pretensji do  Lizy,  co? Ale czy ty naprawdę nic nie 

rozumiesz? John jest... cudowny. I bardzo mądry. Niektóre z jego eksperymentów doskonale się udały. Jego 
rodzice mają farmę w Yorkshire, gdzie od dwóch lat hodują nową odmianę lnu. 

background image

 

36 

- Len nie należy do podstawy produkcji roślinnej tego kraju. - Chad zmarszczył brwi. - Jest zbyt delikatny, 

zbyt łatwo zagłuszają go chwasty. Nie należy też do roślin spożywczych. 

-  Ale  John  wyhodował  ziarna,  które  są  odporne  na  chwasty,  a  poza  tym  są  wyjątkowo  odżywcze, 

szczególnie dla małych cielaków. 

-  To  już  coś.  -  Chad  zamyślił  się.  -  Zastanawiam  się,  czy  by  nie...  -  Ale  właśnie  dotarli  do  domu 

Rushlake’ów  i  nie  dokończył  na  głos  swojej  myśli.  Oddał  lejce  czekającemu  służącemu  i  pomógł 
dziewczynie wysiąść z dwukółki. 

- Wejdziesz? - zapytała Charity. - Jest już późno, może więc zostaniesz na obiedzie? 
- Myślę, że miałaby tu coś do powiedzenia twoja siostra. - Chad uśmiechnął się. - Ponadto mam już plany 

na  wieczór.  Nie  wiem,  jak  mam  ci  się  odwdzięczyć  za  przemiłe  popołudnie.  Ale  muszę  jednocześnie 
przyznać, że nieźle dałaś mi do myślenia. 

Odprowadziwszy dziewczynę do drzwi, ukłonił się jej zamaszyście i poszedł do siebie. 

Po wejściu do domu Charity oddała pokojówce kapelusz i narzutkę, po czym udała się do swojego pokoju. 

Na schodach spotkała Lizę, która właśnie wychodziła z gabinetu. 

-  Nie  miałam  pojęcia,  że  jest  już  tak  późno  -  zauważyła,  patrząc  na  mały  zegarek  przypięty  do  sukni.  - 

Czas przebrać się do obiadu.  - Objęła Charity w pasie i  zapytała:  - Dobrze bawiłaś się z Chadem? Gdzie 
byliście? Na wystawie egipskiej? 

-  Tak, było  bardzo miło.  -  Charity zaczerwieniła  się. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie przyznać się 

siostrze do popełnionego przewinienia, ale Liza przerwała jej rozmyślania. 

- Czy pamiętasz, że będziesz dziś jadła sama? Idziemy z mamą do Carlton House. 
- Tak bym chciała iść z wami! Nigdy nie byłam wewnątrz rezydencji regenta. 
-  I  dziękuj  za  to  Bogu  -  jadowicie  odparła  siostra.  -  Będzie  niemożliwy  tłok  i  mnóstwo  pań  mdlejących 

z gorąca... albo po prostu dlatego, że znajdują się w oszałamiającym towarzystwie regenta. 

Później, tego samego wieczora, przeciskając się wraz z matką przez zatłoczony korytarz Carlton House, 

Liza  zdała  sobie  sprawę  z  prawdziwości  własnych  słów.  Zebranie  tego  wieczora  należało  do  najbardziej 
demokratycznych, gdyż obok osób dobrze urodzonych i utytułowanych można było spotkać ludzi z niższych 
warstw  społecznych,  zaproszonych  tylko  dlatego,  gospodarz  uważał  ich  za  czarujących,  zabawnych  lub 
użytecznych.  Przyjęcie  sygnalizowało  rozpoczęcie  sezonu  i  otwierało  niekończący  się  ciąg  tegorocznych 
zabaw i balów. Dlatego też zaszczyciła je cała śmietanka towarzyska Londynu. 

Liza  uśmiechnęła  się  sama  do  siebie.  Miała  zapewnioną  pozycję  towarzyską  ze  względu  na  majątek 

i zapewne dlatego dostała zaproszenie na bal. Podejrzewała jednak, że równie dobrze mogło to być zasługą 
jej zmarłego ojca, który był ulubionym i najbardziej zaufanym doradcą finansowym księcia regenta. 

Rozejrzała  się  dokoła.  Właśnie  weszły  do  purpurowo  udekorowanego  pokoju,  którego  ściany  zdobiły 

insygnia  oraz  Order  Podwiązki.  Bogato  zdobione  wnętrze  oświetlały  kryształowe  kandelabry,  w  których 
z kolei,  niby  w  lustrach,  odbijały  się  niesłychane  kosztowności.  Dziewczyna  czuła  się  jak  zamknięta 
w wypełnionej po brzegi szkatułce na klejnoty. 

- Poczekaj, aż zobaczysz nowe skrzydło dobudowane do konserwatorium - powiedział znajomy głos. 
Zobaczyła uśmiechniętego Gilesa. Powitała go radośnie i odwróciła się do matki, lecz zobaczyła, że jest 

pogrążona w rozmowie ze swoim stałym wielbicielem, generałem sir Georgem Wharburtonem. 

- Z kim tu przyszedłeś? - zapytała Gilesa. 
- Z moim szwagrem, Farnsworthem. - Wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Zazwyczaj nic bym sobie nie robił 

z zatłoczonego przyjęcia Jego Wysokości, nawet gdybym dostał zaproszenie. Ale Frarnsworth potrzebował 
wsparcia,  żeby  stawić  dziś  czoło  regentowi.  W  końcu  to  on  źle  mu  doradził  w  sprawie  młyna  Ketteringa. 
Biedne książątko straciło przez niego masę pieniędzy.  

- Czy jest tu gdzieś twoja siostra? 
-  Sukie?  Nie,  jak  wiesz,  lada  moment  spodziewa  się  rozwiązania.  To  będzie  ich  czwarte  dziecko. 

Wyglądasz  dziś  wyjątkowo  pięknie,  Lizo.  Przy  tobie  bledną  wszystkie  obecne  tu  kobiety,  łącznie  ze 
ślicznotkami namalowanymi na suficie. Mam nadzieję, że nie czujesz się urażona moimi słowami. 

-  Oczywiście  że  nie.  -  Liza  spojrzała  w  górę  i  uśmiechnęła  się.  -  Nie  wiem  tylko,  czy  mogę  się  równać 

z Wenus i całym jej dworem. 

Prawdę mówiąc ubrała się wyjątkowo starannie na dzisiejsze przyjęcie i doskonale wiedziała, że wygląda 

wspaniale w wąskiej lazurowej sukni, na którą narzuciła srebrną pelerynkę z koronki. 

- Na miłość boską - powiedziała za ich plecami lady Burnsall. - Tu jest niemożliwie gorąco. - Wachlowała 

background image

 

37 

się  energicznie  zwracając  się  jednocześnie  do  generała:  -  George,  jeżeli  zaraz  nie  wyprowadzisz mnie  do 
ogrodu, chyba żywcem się ugotuję. 

- Ojej! - Jej towarzysz czule poklepał ją po ręce. - Miałem raczej nadzieję, że zemdlejesz. Wtedy mógłbym 

cię wynieść w ramionach. 

- Nie przy dzieciach. - Dama zaśmiała się. Liza obserwowała ich z uśmiechem, gdy usiłowali przedrzeć się 

przez tłum gości. 

- Czyżby już się zdecydowali? - zapytał Giles. 
- Wiele dla siebie znaczą - odrzekła. - Ale czy zakończy się to małżeństwem, to już zupełnie inna sprawa. 
-  Nie  miałabyś  nic  przeciwko  temu?  Chodzi  mi  o  to,  że  twój  ojciec  zmarł  dopiero  przed  dwoma  laty. 

Wydawałoby się więc, że... 

- Ależ nie. Bardzo się cieszę z ich związku. Rodzice bardzo się kochali i choć jestem przekonana, że mama 

nie czuje wielkiej i porywającej miłości do generała, wiem, jak wiele dla

 

niej znaczy. Cieszę się, że jest im 

razem dobrze. 

- Ach tak - powiedział zamyślony Giles. - Czujesz... Dobry Boże! 
Liza spojrzała w tę stronę co on i na końcu korytarza baczyła wysokiego dżentelmena, w którego włosach 

odbijał się rudozłoty blask świec. 

-  Chad!  -  szepnęła.  W  tej  samej  chwili  wchodzący  podniósł  głowę  i  ich  oczy  się  spotkały.  Natychmiast 

przycichł  szmer  rozmów  dokoła  i  Liza  poczuła  znajome  uczucie.  Zdawało  się,  że  jest  z  nim  sam  na  sam 
w zatłoczonym  pokoju.  Wiedziała,  że  ją  zobaczył,  a  jednak  odwrócił  się  do  grupki  znajomych,  z  którymi 
rozmawiał. 

- Jak myślisz, co on tu robi? 
Odwróciła się do Gilesa, ale dopiero po paru chwilach zrozumiała sens jego słów. 
- Jak to, co tu robi? 
-  Wyrażę  się  jaśniej.  Jak  zdobył  zaproszenie?  -  Giles  dziwacznie  przekrzywił  głowę,  by  móc  widzieć 

Chada ponad zebranymi gośćmi. 

- Doprawdy, Giles. Powiedziałeś to tak, jakby był banitą. 
-  No,  niby  nie.  Jednak  byłbym  zdziwiony,  gdyby  nasz  książę  przyjął  go  z  otwartymi  ramionami.  - 

Odwrócił się do dziewczyny z powagą. - Nie chciałem ci tego mówić, Lizo, ale pomówienia na jego temat 
przybierają na sile. Mam nadzieję, ze Chad nie wda się dziś wieczorem w żadną burdę. 

- Jestem pewna, że sobie poradzi. - Liza poczuła wzbierający gniew. 
-  No  tak...  -  Giles  przerwał  gwałtownie,  jak  gdyby  przychodząc  do  siebie.  -  Oczywiście.  Wcale  nie 

chciałem sugerować, że cały Londyn obrócił się przeciwko niemu. Mam tylko nadzieję, że... Mam nadzieję, 
że przyjaciele nie odwrócą się dziś do niego plecami, jak to miało miejsce sześć lat temu. 

Liza  nie  odpowiedziała,  tylko  odwróciła  się,  by  skinąć  głową  znajomemu,  który  przechodził  obok.  Po 

chwili nie mogła już nigdzie dojrzeć Chada. 

Kilka chwil później pojawił się książę regent we własnej osobie, wywołując drobne zamieszanie i uczucie 

oczekiwania.  Wydawał  się  okrągłą  baryłeczką,  unoszącą  się  na  fali  jedwabiu  i  klejnotów.  Szedł  powoli 
między  gośćmi,  tu  wymieniając  uprzejmości,  tam  całując  dłonie.  W  końcu  stanął  przed  Lizą  a  w  jego 
spojrzeniu, którym omiótł ją od stóp do głów krył się podziw dla jej urody i gustownego stroju. 

-  Lady  Elizabeth!  -  wykrzyknął,  muskając  jej  dłoń  wydętymi  wargami.  Jego  wysiłkowi  towarzyszył 

dziwny, skrzypiący dźwięk, a Liza ledwo powstrzymała się od zmarszczenia nosa, gdy poczuła zbyt mocny 
zapach  wody  kolońskiej.  -  Wygląda  pani,  jak  zwykle,  czarująco!  -  Jego  małe  oczka  mówiły  wyraźnie, 
o czym  myśli,  i  dziewczyna  zaczerwieniła  się,  składając  ukłon.  -  Już  zbyt  wiele  czasu  upłynęło  od  czasu, 
gdy zaszczyciła nas pani swoją obecnością, lady Lizo. Nie widzieliśmy pani od... mój Boże, mam wrażenie, 
że od czasu świętowania zwycięstwa w zeszłym roku. 

- Wasza wysokość ma doskonałą pamięć - odparła gładko Liza. - Zostałam zaszczycona zaproszeniem na 

przyjęcie także tutaj, w zeszłym roku, w lipcu. 

- Ach tak! - wykrzyknął. - Czy dobrze się pani bawiła? Mam wrażenie, że udało się znakomicie. 
- W rzeczy samej, panie - odrzekła dziewczyna przypominając sobie niesamowity ścisk panujący w hallu 

zbudowanym  przez  Johna  Nasha  specjalnie  z  okazji  tego  właśnie  przyjęcia.  -  Baldachim  z  muślinu  był 
doprawdy  urzekający  i...  niezwykły.  -  Nie  dodała,  że  zapach  kwiatów  zdobiących  podium  dla  orkiestry 
nieomal zwalał wszystkich z nóg. 

-  Tak.  -  Regent  zachichotał.  -  Nieźle  się  wtedy  zabawiliśmy.  Bitwa  o  Tuluzę  była  jednym  z  naszych 

najważniejszych

 

zwycięstw. Prowadząc nasze wojska przez potworne szczyty Mont Rave wiedzieliśmy, że 

background image

 

38 

będzie to punkt zwrotny w tej wojnie. Wielu wspaniałych chłopaków straciło tam życie.  - W jego oczach 
lśnił dziwny blask i Liza zesztywniała. Mówił to tak jakby sam prowadził armię, a przecież każde dziecko 
wiedziało, że nigdy nie był w Hiszpanii, w każdym razie nie jako żołnierz. 

Z  trudem  wróciwszy  do  teraźniejszości,  regent  otrząsnął  się;  cekiny  na  jego  ubraniu  zafalowały. 

Zabrzęczały ordery przypięte na piersi. Raz jeszcze pochylił się nad dłonią dziewczyny. 

-  Jesteśmy wdzięczni,  że przydała pani  swoją obecnością nieco blasku naszemu  skromnemu  przyjęciu.  – 

Z uśmiechem  jeszcze  raz  pocałował  palce  Lizy,  po  czym  kiwnął  głową  Gilesowi,  którego  zresztą  chwilę 
wcześniej nie poznał, i podjął dalszą wędrówkę przez zatłoczoną salę. 

Liza i Giles wymienili rozbawione spojrzenia. 
-  Uuuu!  -  westchnął  Giles.  -  Zdaje  się,  że  nasze  książątko  wkrótce  dołączy  do  tatusia  w  zakładzie  dla 

obłąkanych. Prowadząc szarżę na Mont Rave, też mi coś! 

- Cicho bądź, błaźnie. - Liza stłumiła wybuch śmiechu. - Jeszcze chwila i zostaniesz oskarżony o zdradę 

stanu. 

W  tym  samym  momencie  dołączyła  do  nich  grupka  przyjaciół  i  dziewczyna  musiała  odpowiadać  na 

pytania dotyczące regenta i swojej znajomości z nim. 

Dopiero  kilka  godzin  później  znowu  zobaczyła  Chada.  Towarzystwo  szykowało  się  do  kolacji  i  Liza 

pozwoliła, by Giles poprowadził ją przez Owalny Salon udekorowany orientalnymi figurkami i statuetkami 
z  terakoty.  Tym  razem  usłyszała  Chada,  zanim  jeszcze  go  zobaczyła,  i  zdziwiła  się  bardzo,  gdy 
w odpowiedzi  na  jego  słowa  usłyszała  delikatny  głos  kobiecy.  Z  nieoczekiwanym  ukłuciem  w  sercu 
zobaczyła, że jest z nim panna Caroline Poole. Czyżby był jej eskortą na dzisiejszym balu? Może to przez 
nią  otrzymał  zaproszenie  na  przyjęcie  -  było  powszechnie  wiadome,  że  ojciec  panny  Poole  należał  do 
zaufanych przyjaciół regenta. 

Liza miała zamiar wycofać się, lecz Giles zdecydowanie popchnął do przodu. 
- Lockridge! - zawołał z przyjaznym uśmiechem. 
Chad obrócił się na pięcie i pochylił się nad dłonią Lizy. Panna Poole zdawała się zachwycona spotkaniem 

znajomych 

-  Mam  nadzieję,  że  wkrótce  podadzą  kolację.  Umieram  z  głodu.  Nie  mówiąc  już  o  tym,  że  zaraz  się  tu 

ugotuję. Czarująco pani wygląda, lady Lizo. 

Spojrzenie jasnoniebieskich oczu panny Poole spoczęło na szmaragdowym naszyjniku Lizy i wzrok jej się 

rozjarzył,  gdy  dotarła  do  niej  wartość  tych  klejnotów.  Liza  uśmiechnęła  się  i  wymruczała  w  odpowiedzi 
stosowny komplement. Prawda było, że Caroline wyglądała oszałamiająco w jasnoróżowej sukni ozdobionej 
haftowanymi różyczkami. 

- Dziwi mnie, że w ogóle się do siebie odzywacie  - zauważył Giles. Jego roześmiane spojrzenie błądziło 

między  Lizą  a  Chadem,  którzy  wydawali  się  zaskoczeni.  -  Zdaje  mi  się,  że  powinniście  być  raczej  na 
wojennej ścieżce. W końcu zakład to zakład. 

Chad spojrzał na Lizę, która odwróciła się do Gilesa. 
- O czym ty mówisz? - zapytała z wymuszoną wesołością. 
- Ależ moje dziecko, mam swoje źródła. - Pokiwał na nią palcem. - Nie wiem co prawda, jakie są stawki, 

ale słyszałem, że niebagatelne. 

Liza spojrzała szybko na Chada. Odezwał się bezczelnie: 
- Dziwię się, że jej łaskawość nic ci nie powiedziała. Ma w swoim posiadaniu pewien drobiazg, na którym 

mi zależy. Naszyjnik Królowej... zapewne o nim słyszałeś. 

Jasne oczy Gilesa rozszerzyły się ze zdumieniem. Odwróci się gwałtownie do Lizy. 
-  Nie  mówiłaś  mi,  że  masz  ten  naszyjnik!  -  Jednak  już  po  chwili  odzyskał  panowanie  nad  sobą.  - 

Przepraszam. Oczywiście nie musisz mi się zwierzać ze swoich interesów. Po prostu rozmawialiśmy o nim 
tamtego wieczora... i nic nie wspomniałaś. 

- Nie wspomniałam - przytaknęła ostro Liza. - Jak powiedziałeś, to moje interesy i nikogo poza tym. Nie 

lubię ich załatwiać na forum całego świata. - Spojrzała na Chada - uśmiechał się niedowierzająco. 

- Jakie to podniecające! - zawołała panna Poole. - O jaki naszyjnik chodzi? I co ty, Chad, postawiłeś? 
Chad  niechętnie  podał  im  warunki  zakładu,  czego  Liza  słuchała  z  rosnącą  wściekłością.  Uważała,  że 

zakład jest prywatną sprawą między nią a Chadem i była zła, że tak lekko wyjawił wszystko innym. 

- Więc to ty jesteś tajemniczym właścicielem Brightsprings. - Oczy Gilesa dziwnie lśniły. - A Liza latami 

rozpaczała nad jego utratą. Czyżbyś odkrył jej czułe miejsce, by się zemścić? 

Zanim Chad zdążył odpowiedzieć, został potrącony z tyłu przez korpulentną matronę. Odwróciła się, by 

background image

 

39 

go  przeprosić,  jednak  zobaczywszy,  kogo  potrąciła,  zesztywniała  i  ledwo  skinęła  mu  głową.  Odeszła  nie 
wypowiedziawszy ani słowa. 

- Przecież to była lady Moorehaven. - Caroline zdziwiła się. - Co jej się stało? Można by przypuszczać, że 

wcale się nie znacie, a nie dalej jak tydzień temu byliśmy u niej na przyjęciu. 

- Taak - mruknął Chad. - Zdaje się, że ostatnio wywołuję w tym mieście ogólną plagę niepamięci. 
Giles wymienił z Lizą porozumiewawcze spojrzenia, po czym powiedział sztywno: 
-  Posłuchaj,  stary,  jest  mi  doprawdy  bardzo  przykro...  to  znaczy  słyszałem,  że...  nie  zdawałem  sobie 

sprawy...  -  Urwał  i  westchnął  ciężko.  -  Posłuchaj,  jeżeli  chcesz  wyjść  stąd  wcześniej  by  uniknąć 
nieprzyjemności, będę szczęśliwy mogąc ci... 

- Wyjść? - Pisnęła panna Poole. - O czym ty mówisz? - Odwróciła się do Chada. - O czym on mówi? Co 

się stało lady Moorehayen? Jakie nieprzyjemności? 

- Dobry Boże, ja i mój niewyparzony jęzor  - rzekł Giles, zanim Chad zdążył zareagować.  - Sądziłem, że 

słyszeliście te plotki. Nie powinienem był nic mówić. 

Caroline odstąpiła a na krok od Chada i spojrzała na niego zimno. 
- Jakie plotki? Czy jest coś, o czym powinnam wiedzieć? 
Spokojny głos Lizy przerwał narastającą nieprzyjemną ciszę. 
- Na miłość boską, panno Poole, plotki istnieją od zawsze. Nie wyobrażam sobie, by ktokolwiek się nimi 

przejmował.  Czyżby  nie  słyszała  pani  najświeższych?  Dotyczą  księcia  Albemarle  i  hrabiny  Worthing, 
a przecież oboje są już dobrze po osiemdziesiątce. 

Liza  była  zaskoczona  własnym  spokojem.  W  jednej  chwili  miała  ochotę  rąbnąć  Chada  czymś  ciężkim 

w łeb,  a  w  następnej  chciała  wydrapać  oczy  tej  wrednej  lady  Moorehaven  i  zamordować  pannę  Poole  za 
sprawienie mu przykrości. Miała wrażenie, że za moment eksploduje. 

- Ma pani rację, lady Lizo. - Chad uśmiechnął się do niej, jednak gdy odwrócił się do Gilesa, w jego głosie 

nie  było  już  słychać  przyjacielskich  tonów.  -  Dzięki  za  współczucie,  stary,  ale  radzę  sobie  znakomicie. 
Plotka, podobnie jak szczęście, to zdradliwa kochanka. Na twoim miejscu pamiętałbym o tym. 

-  Może  ktoś  mi  powie,  o  co  tu  chodzi?  -  poprosiła  jękliwym  głosem  Caroline,  lecz  sama  mówiła  dalej, 

zanim ktokolwiek zdążył jej odpowiedzieć.  - Ojej! Nadchodzi jego wysokość. Może wreszcie dostaniemy 
kolację? 

Książę szedł przez salę, a tłum rozstępował się przed nim, gdy więc zbliżył się do nich, byli na widoku 

wszystkich. Regent ukłonił się Lizie, po czym jego spojrzenie padło na Chada. 

- Lockridge! - wykrzyknął i podszedł do niego. 
Liza  zamarła.  Skąd  książę  znał  Chada?  Czyżby  już  słyszał  nieszczęsne  plotki?  Czyżby  miał  zamiar 

wyrzucić go z przyjęcia? 

- Lockridge, przyjacielu! - Książę uśmiechał się wesoło i szczerze. - Cały wieczór cię szukałem. 
Kątem  oka  Liza  zobaczyła,  że  Gilesowi  szczęka  opada.  Chad  ukłonił  się  i  wymamrotał  pełne  szacunku 

słowa powitania. 

- Słyszałem, że spodziewasz się gości? - powiedział książę. 
- Tak, panie. Wiesz już zapewne, że odwiedzi mnie sir Alfred Bascombe. To on, jako pierwszy, zatrudnił 

mnie,  gdy  przybyłem  do  Kalkuty.  Od  tamtej  pory  bardzo  się  przyjaźniliśmy.  Przypłyną  razem  z  żoną 
w przyszłym tygodniu, zatrzymają się na dłużej. 

- Możecie we trójkę wziąć udział w małym przyjęciu, które planuję wydać w przyszłym miesiącu. To nie 

będzie nic wielkiego... jedynie paru starych przyjaciół. - Objął szerokie barki Chada pulchnym ramieniem. - 
Chodź, Lockridge. Nakazałem posadzić cię przy moim stoliku, gdyż chciałbym parę spraw z tobą omówić. 
Wiesz,  że  mam  kilku  przyjaciół  na  francuskiej  giełdzie  papierów  wartościowych...  -  jego  głos  zamierał 
w oddali - ...i słyszałem interesujące nowinki dotyczące… 

Liza nie słyszała, co mówi książę regent, gdyż byli już prawie przy drzwiach. Oszołomiona odwróciła się 

do Gilesa i z pewną satysfakcją zobaczyła, że na jego twarzy maluje się wyraz niedowierzania. 

10 

Chcesz mi wmówić, że Chad, nasz Chad, jest w dobrej komitywie z księciem regentem?  - Oczy Charity 

lśniły z podniecenia. 

- Najwyraźniej. - Liza roześmiała się. - Od obiadu książę nie wypuszczał go ze swoich macek. Natomiast 

lady Moorehaven, która go wcześniej tak okropnie potraktowała, nagle stała się ucieleśnieniem słodyczy. 

Charity  roześmiała  się  radośnie.  Obie  siostry  jechały  przez  park  w  wysokim  powoziku  Lizy.  Ponieważ 

zbliżała się godzina szczytu na promenadzie, zmuszone były jechać wolno, odpowiadając na pozdrowienia 

background image

 

40 

znajomych, którzy mijali je idąc pieszo, jadąc konno lub we wszelkiego rodzaju i rozmiaru powozach. 

Zgodnie  z  opinią  wszystkich  mijanych  znajomych  obie  panny  Rushlake  wyglądały  tego  popołudnia 

znakomicie.  Nawet  sama  wiosna  nie  mogła  się  równać  z  ich  urodą  i  wdziękiem.  Charity  miała  na  sobie 
suknię  w  ukochanym  różowy  kolorze,  który  tak  doskonale  harmonizował  z  rumieńcami  jej  policzkach, 
a gibkie kształty Lizy opinała elegancka fiołkowa suknia. 

Słysząc, że Charity wzięła głęboki oddech, Liza powiodła wzrokiem za spojrzeniem siostry i zobaczyła, że 

nadjeżdża John Weston wraz z siostrą, Priscillą. Zesztywniała, gdy ukłonił się uprzejmie unosząc kapelusz, 
a potem uśmiechnął się ciepło. 

- Dzień dobry, panie Weston - rzekła bez tchu młodsza siostra. - Panno Weston. 
- Dzień dobry - jednogłośnie odparło rodzeństwo. 
Liza odpowiedziała lekkim skinieniem głowy, a uśmiech ledwo zagościł na jej wargach. Wyglądało na to, 

że John miał ochotę zatrzymać się, by chwilę porozmawiać, jednakże Liza szybko przejechała obok. 

-  Doprawdy,  Lizo!  Jak  mogłaś  być  tak  nieuprzejma?  -  Charity  obróciła  się  gwałtownie,  by  spojrzeć 

siostrze  w  oczy.  Liza  tylko  uniosła  brwi  z  udanym  zdziwieniem.  -  John  chciał  się  zatrzymać,  a  ty 
przemknęłaś obok, jakbyś go nie widziała. No i Priscilli, oczywiście. 

- Ależ ja prawie nie znam pana Westona - powiedziała słodko Liza. - Mam wrażenie, że mój uśmiech był 

wystarczająco uprzejmy. 

- Lizo - rzekła Charity przez zaciśnięte zęby. - Dlaczego jesteś dla niego taka okropna? 
Zdziwienie na twarzy Lizy wydawało się całkiem szczere. 
- Przecież zawsze jestem dla niego miła. 
- Jesteś miła dla każdego, nawet dla obrzydliwych starych pierników, którzy chcą z tobą tańczyć. Jednak 

zawsze uśmiechasz się do nich tak promiennie i z takim brakiem zainteresowania jednocześnie, że pragną 
zapaść się pod ziemię niżej, niż żyją dżdżownice. Tak właśnie potraktowałaś Johna, a ja nie mam zamiaru 
dłużej tego tolerować! 

- Charity, czyżbyś chciała mi powiedzieć, że poważnie psujesz się Johnem Westonem? 
Charity wcale nie chciała jej tego mówić, w każdym razie sposób i nie teraz. Zacisnęła usta w wąską linię.  
-  Tak,  jestem  zainteresowana  Johnem  Westonem,  nawet  bardzo.  Pod  każdym  względem  przerasta 

wszystkich  nadętych  pajaców,  których  usiłowałaś  mi  naraić.  Dziwię  się, że  nie  doceniasz  jego  wartości... 
i siły charakteru... i... i jego inteligencji... i... 

- Charity! - powtórzyła Liza dobitnie. Patrzyła z konsternacją na siostrę, której policzki były zarumienione, 

loki  trzęsły  się  z  oburzenia,  a  pierś  unosiła  się  ciężkim  oddechem  jak  po  wyczerpującym  biegu.  -  Nie 
miałam pojęcia! Moja droga to nie ma sensu. Masz doskonałe pochodzenie, urodę i więcej niż przeciętny 
majątek. Nie wolno ci nawet myśleć o odrzuceniu tego wszystkiego dla... 

- Jeżeli powiesz jeszcze choć jedno słowo, wysiądę w tej chwili i wrócę do domu na piechotę - zagroziła 

z furią Charity. 

Liza  rozejrzała  się  dokoła  i  stwierdziła,  że  stały  się  przedmiotem  ciekawskich  spojrzeń  przechodniów. 

Wzięła głęboki oddech i spojrzała siostrze w oczy. 

-  Moja  droga,  nie  mam  zamiaru  wdawać  się  z  tobą  w  dyskusje  na  samym  środku  Hyde  Parku.  Nie 

chciałam też obrazić młodzieńca, dla którego najwyraźniej żywisz dużo uczucia. Najlepiej będzie omówić 
wszystko, gdy już dojedziemy do domu. 

Uniosła  dłoń  w  rękawiczce  w  odpowiedzi  na  pozdrowienie  przejeżdżającego  znajomego.  Charity  oparła 

się  o  poduszki  powozu  i  patrzyła  przed  siebie  przez  kilka  minut,  zanim  zrozumiała,  że  robi  z  siebie 
widowisko. Poczucie rozsądku podpowiedziało jej, że nagły atak spazmów i histerii do niczego dobrego nie 
doprowadzi, więc spokojnie się wyprostowała. 

- Spójrz, Lizo - powiedziała opanowanym głosem. - Czy to nie lord Miniver macha do ciebie? I czy to nie 

Cassie

 

Frederick siedzi obok niego? 

Liza uśmiechnęła się zadowolona z odmiany nastroju siostry. 
-  Tak,  zdaje  się,  że  mama  Cassie  chce  ją  wcisnąć  jego  lordowskiej  mości.  Wygląda  na  to,  że  jest  nią 

oczarowany. 

- Zobacz jest i Chad. Mój Boże, a kimże jest ta porywająca piękność obok niego? 
Liza  bezwiednie  zacisnęła  dłonie  na  lejcach  i  przez  chwilę  musiała  walczyć  z  parą  narowistych  koni, 

którym bardzo nie podobał się jej ostatni manewr. 

-  Nazywa  się  Caroline  Poole  -  rzekła  w  końcu.  -  Jej  ojcem  jest  sir  Henry  Poole.  Z  pewnością  już  ją 

spotkałaś. Była przecież na balu u Mervale’ów. Właściwie - dodała ironicznie - ostatnio zaczęła się dziwnie 

background image

 

41 

często pojawiać w towarzystwie. 

- A, tak. Już ją sobie przypominam. Zdaje się, że zupełnie omotała biednego Chada. 
-  Czyżby?  -  Liza  starała  się  zachować  obojętny  wyraz  twarzy,  lecz  jej  dłonie  ponownie  zacisnęły  się  na 

lejcach.  Odwróciła  spojrzenie  w  inną  stronę  i  popatrzyła  prosto  w  jasne  oczy  Gilesa  Daventry,  który 
odważnie zatrzymał się tuż obok jej wielkiego czarnego ogiera. 

- Witajcie! - powiedział radośnie. - Zdaje się, że cały świat właśnie dziś wybrał się na przechadzkę. 
Liza  powitała  go  serdecznie,  ale  czuła  się  wyjątkowo  niezręcznie  w  towarzystwie  starego  przyjaciela. 

Zdawało  się  jej,  że  wczorajszego  wieczora  Giles  był  zadowolony  z  towarzyskiego  bojkotu  Chada,  a  na 
przyjazne zachowanie księcia regenta zareagował wyraźnym niezadowoleniem. Z pewnością Giles nie mógł 
być aż tak złośliwy, by źle życzyć Chadowi. Przecież chyba nie uważał go za rywala?! 

Jej myśli musiały znaleźć wyraz na twarzy, gdyż Giles uśmiechał się niepewnie. 
- Piękna lady Lizo, czyżbym dzisiejszego poranka znajdował się na twojej czarnej liście? 
Zaskoczona  spojrzała  na  Charity,  ale  siostra  była  odwrócona  ku  przyjaciołom,  z  którymi  właśnie 

rozmawiała. Liza potraktowała Gilesa dość chłodno. 

- Dlaczego tak sądzisz? Czy dlatego, że wyciągnąłeś na światło dzienne moje prywatne sprawy? - Jej oczy 

nagle się zwęziły. - Właściwie skąd wiesz o naszym zakładzie? 

-  A  jak  to  się  dzieje,  że  w  tym  mieście  wszyscy  wiedzą  wszystko  o  wszystkich?  -  Giles  zaśmiał  się 

chłopięco.  - Pewnie jakaś stara plotkarka szepnęła o tym  słówko w mojej  obecności.  Jednak przepraszam 
cię,  że  wyciągnąłem  tę  sprawę  w  chwili,  gdy  najwyraźniej  nie  chciałaś  o  niej  mówić.  Zachowałem  się 
wyjątkowo głupio. 

-  To  prawda.  Będę  wdzięczna,  gdybyś  w  przyszłości  nie  traktował  moich  prywatnych  spraw  jako 

przedmiotu plotek. 

- Oczywiście, moja kochana. 
Nie  jestem  twoją  kochaną,  Giles,  pomyślała.  Zdziwiła  ją  własna  złość.  Aby  zatrzeć  niemiłe  wrażenie, 

uśmiechnęła się do niego jeszcze raz i położyła dłoń na jego ramieniu. 

- W końcu ten zakład to tylko interes. 
-  Oczywiście.  Zresztą  zobacz...  o  wilku  mowa.  -  Giles  patrzył  na  jakiś  punkt  poza  jej  plecami.  Uniósł 

kapelusz  w  pozdrowieniu,  gdy  Chad  poprowadził  swój  powóz  obok  nich.  Panna  Poole  siedziała  z  miną 
zwyciężczyni uczepiona jego ramienia. 

Ku wielkiej uldze Lizy Chad nie zatrzymał się obok, tylko przejechał szybko, ledwie unosząc kapelusz. 
-  No,  no,  no  -  mruknął  Giles  patrząc  za  oddalającą  się  parą.  -  Zdaje  się,  że  panna  Poole  prowadzi  grę. 

Wielki wyścig o usidlenie pana Lockridge’a zdaje się zbliżać ku końcowi. 

Charity  właśnie  skończyła  rozmawiać  ze  znajomymi  i  odwróciła  się  chwytając  ostatnie  słowa  Gilesa. 

Buzia zaokrągliła

 

się jej w zdziwieniu. 

- Chad? - pisnęła. - Chad się żeni? Z tą głupią pannicą? 
- Czyżbyś znała pannę Poole? - zapytał Giles. 
-  Nie,  oczywiście  że  nie  -  burknęła  Charity.  -  To  znaczy  spotkałyśmy  się  parę  razy,  ale  nie  znam  jej  za 

dobrze. Chodzi mi oto, że... no spójrzcie tylko, jak ona się na nim uwiesiła! Można by pomyśleć, że traktuje 
go jak świnkę, którą wygrała na wiosennym jarmarku. 

- Analogia wcale nie jest tak bardzo chybiona. - Giles zachichotał; oczy mu się zaświeciły. 
- Doprawdy, Giles. - Liza była już mocno poirytowana. Starała się nad sobą panować, lecz widok Chada 

pochylonego nad panną Poole i śmiejącego się z jej marnych dowcipów zabolał ją bardziej, niż chciała się 
przyznać.  Nic  nie  zostało  już  z  miłości,  którą  jej  wyznał  sześć  lat  temu.  Rozum  już  od  dawna  jej  to 
powtarzał,  lecz  głupie  serce  nadal  trzymało  się  kurczowo  nadziei,  że  wiążąca  ich  nić  uczucia,  mimo  że 
sponiewierana i cienka, nadal istnieje. 

Znowu się pomyliła. 
Giles spojrzał na nią ostro, lecz nie przestał się uśmiechać. 
- Nie zapomnij, że obiecałaś iść dziś ze mną do opery, moja droga. Oczywiście, mam także zarezerwowane 

miejsca dla twojej matki i lady Charity. Catalani będzie śpiewać jako Ciara w Duennie i podejrzewam, że 
cała śmietanka towarzyska Londynu zjawi się, by tego posłuchać. Może po przedstawieniu poszlibyśmy do 
Grillona na małą kolację? 

Liza  miała  nieprzepartą  ochotę  odmówić  mu,  ale  zanim  wypowiedziała  słowa  przeprosin,  inna  myśl 

przyszła  jej  do  głowy.  Określenie  „cała  śmietanka  towarzyska”  obejmie  zapewne  Chada  i,  niewątpliwie, 
pannę Poole. Jeżeli się nie pojawi w operze, Chad z pewnością dojdzie do wniosku, że została w domu, by 

background image

 

42 

ocierać łzy. Nie miała zamiaru dać mu tej satysfakcji. 

-  Będę  cię  oczekiwała  z  niecierpliwością.  -  Posłała  mu  promienny  uśmiech.  Z  godnością  potrząsnęła 

lejcami i jej tykana para pięknie dobranych koni szybko pociągnęła. 

Charity milczała przez chwilę, po czym powiedziała cicho: 
- Czy sądzisz, że Chad myśli poważnie o tej pannie Poole? 
- Nie wiem i wcale mnie to nie obchodzi. - Liza uważnie prowadziła narowiste konie. Właśnie wyjeżdżały 

na ulice on bramę Stanhope. 

Charity przyglądała się uważnie swoim dłoniom skrzyżowanym na kolanach. 
- Podejrzewam, że dziś wieczorem, w operze, nikt nie będzie mówił o niczym innym. 
- Zapewne masz rację. - Liza zdawała się być myślami bardzo daleko. - Nic mnie jednak nie obchodzi, co 

będzie tematem wieczora dla wszystkich przebrzydłych starych plotkarek tego miasta. 

Napotkawszy spojrzenie siostry, postarała się skupić na powożeniu. 
 
Wbrew  wszelkim  przepowiedniom  plotki  krążące  tego  wieczora  po  teatrze  dotyczyły  całkiem  czego 

innego.  Późnym  popołudniem  do  Londynu  doszły  wieści  o  ucieczce  Napoleona  z  więzienia  na  wyspie 
i o jego wyprawie do Paryża. 

-  Słyszałam  -  szeptała  do  Charity  Cassie  Stipplethwaite  -  że  Korsykański  Potwór  zbiera  wielotysięczną 

armię i maszeruje w kierunku Paryża. 

Panna Stipplethwaite wstąpiła do loży Gilesa podczas pierwszej przerwy, by poplotkować z Charity. Jej 

matka rozmawiała cicho w kąciku z lady Burnsall, a Giles poszedł do bufetu, by kupić jakieś przekąski. Liza 
przez parę minut była sama. Nie mając nic do roboty, obserwowała znajomych przez lornetkę. 

Mimo woli cały czas wracała spojrzeniem do loży znajdującej się nieomal dokładnie naprzeciw niej. Tak 

jak się spodziewała, siedział w niej Chad, nachylony ku pannie Poole. Jej przenikliwy głosik rozbrzmiewał 
w  całym  teatrze  niczym  aria  jakiejś  mało  utalentowanej  śpiewaczki.  Gdy  Chad  napotkał  spojrzenie  Lizy, 
skinął  uprzejmie  głową,  po  czym  wrócił  do  podziwiania  wątpliwych  wdzięków  Caroline  Poole,  ledwie 
przysłoniętych przez nieomal przezroczystą suknię, co Liza stwierdziła z pewnym rozgoryczeniem. 

Odwróciła głowę i włączyła się do rozmowy dziewcząt. 
- Nie wydaje mi się, żeby Napoleon zdołał dotrzeć do Paryża, panno Stipplethwaite. Będzie musiał włożyć 

wiele wysiłku w odzyskanie pozycji wielkiego imperatora. 

-  Ale  to  wszystko  jest  takie  przerażające,  prawda?  -  wykrzyknęła  dziewczyna  z  oczyma  okrągłymi  jak 

jednopensówki.  -  Któż  może  wiedzieć,  co  się  zdarzy?  Jeżeli  plan  tego  potwora  się  powiedzie,  możemy 
zostać zamordowani we własnych łóżkach. 

- Nie wydaje mi się. - Liza roześmiała się. - Sytuacja jest poważna, ale jest jeszcze o wiele za wcześnie, by 

spodziewać się inwazji. 

W tej chwili wrócił Giles z lemoniadą i ratafią. Rzucając ostatnie spojrzenie na przeciwległą lożę, wzięła 

od  niego  kieliszek  wina,  obdarzając  go  przy  okazji  uroczym  uśmiechem.  Kiedy  mu  dziękowała,  Giles 
położył  dłoń  na  jej  nagim  ramieniu.  Dla  postronnego  obserwatora  było  jasne,  że  lady  Liza  Rushlake  jest 
zachwycona towarzystwem pana Daventryego. 

Wieczór ciągnął się niemiłosiernie, a gdy wreszcie dobiegł końca i Giles odwiózł ją do domu, szybko się 

z nim pożegnała. Wykończona weszła po schodach do swojego pokoju.  Odprawiwszy pokojówkę, dłuższą 
chwilę  stała  w  oknie,  patrząc  na  mały,  ale  doskonale  utrzymany  ogród  z  tyłu  domu.  Marzec  właśnie 
szykował się do ustąpienia miejsca kwietniowi i noc była wyjątkowo ciepła, pełna obietnic nadchodzącego 
lata.  Księżyc  oświetlał  jasno  rozwijające  się  pąki  kwiatów  i  Liza,  powodowana  jakimś  impulsem,  cicho 
wyszła z pokoju. 

Zbiegła  szybko  na  dół  i  przez  drzwi  balkonowe  prowadzące  z  jej  gabinetu,  weszła  wprost  do  ogrodu. 

Zamyślona  spacerowała  wzdłuż  świeżo  skopanych  grządek,  po  czym  usiadła  na  kamiennej  ławeczce  pod 
okazałą  czereśnią.  Oddychając  głęboko,  poddała  się  urzekającemu  pięknu  nocy.  Wkrótce  zdała  sobie 
sprawę, że magia tej nocy polega głównie na przywoływaniu wspomnień. Wyciągnęła ramiona przed siebie, 
jakby  przeczuwając,  że  piękno  i  magia  mogą  pocieszyć  ją  w  smutku.  W  okamgnieniu  porwała  ją  fala 
ogromnego żalu i tęsknoty choć sama nie wiedziała za czym. Chciała móc wreszcie wypłakać wszystkie łzy, 
które nagromadziły się w jej piersi przez wszystkie te lata. 

Jakże była niemądra! Dała się porwać fali uczucia, niczym jakaś niedoświadczona panienka, i to z powodu 

mężczyzny, na którym w ogóle jej nie zależało... więcej, z powodu mężczyzny, który nie czuł do niej nic 
oprócz łaskawego politowania. Ona, lady Elizabeth Rushlake, ulubienica śmietanki towarzyskiej Londynu, 

background image

 

43 

najbardziej  poważana  kobieta  w  Anglii,  siedzi  we  własnym  ogrodzie  w  środku  nocy  i  łka  jak  mały 
zrozpaczony gnom, któremu jakaś księżniczka złamała serce. Cóż za ironia! 

- Czyżbyś nie wiedziała, że wiosenne powietrze bywa zdradliwe? 
Liza  aż  podskoczyła  na  dźwięk  głosu  dobiegający  z  bliska,  poderwała  się  i  uderzyła  w  głowę  o  nisko 

zwisające gałęzie czereśni. 

Obróciła się na pięcie i zobaczyła ciemną figurę stojąca w oknie sąsiedniego domu. 
- Chad! 
- Czy pomiędzy naszymi ogrodami jest jakaś furtka? 
- Nie... - zaczęła, lecz po chwili wahania sprostowała: - Tak, ale jest pewnie bardzo zarośnięta. 
Dobry Boże, co ją opętało, żeby to powiedzieć? Być może opowieści o szaleństwie przy blasku księżyca 

były  jednak  prawdziwe?  Gdy  znowu  podniosła  wzrok,  cień  w  oknie  zniknął.  Po  chwili  usłyszała 
szeleszczący odgłos przy murze łączącym ogrody. Wszedł Chad. 

- To... to jest bardzo niestosowne... - Boże, jak to głupio zabrzmiało! 
- Bywały czasy, gdy nie przejmowałaś się konwenansami 
Słyszała  rozbawienie  w  jego  głosie  i  była  zadowolona,  że  otaczające  ich  ciemności  kryją  jej  rumieniec. 

Bliskość  Chada  wprawiła  ją  w  zakłopotanie,  więc  cofnęła  się  pospiesznie  nieomal  tracąc  równowagę. 
Usiadła z powrotem na ławeczce. 

- Czy słyszałeś wieści o Bonapartem? 
- Tak. Ciekawe, czyje głowy się za to potoczą. 
- Nie wiem nawet, jak udało mu się uciec. 
- Podobno po prostu zebrał grupę sprzymierzeńców i odpłynął. Zdaje się, że zabezpieczenia i wartownicy 

nie byli warci funta kłaków. 

- Podejrzewam, że wyślą Wellingtona, by się z nim rozprawił. 
- Zapewne. Czy wiesz, że w świetle księżyca twoje włosy lśnią jak czyste srebro? 
- Rozmawialiśmy o Napoleonie. - Liza aż podskoczyła. 
-  Tak,  i  chyba  już  wyczerpaliśmy  temat.  Wolałbym  porozmawiać  o  nas.  -  Przysunął  się  do  niej  tak,  że 

poczuła jego oddech na policzku. Odsunęła się na brzeg ławeczki. 

- Ten temat wyczerpiemy jeszcze szybciej, bo nie ma już „nas”. 
- Myślę, że to oświadczenie bardzo ucieszyłoby Gilesa Daventry’ego. 
- Gilesa. - Liza poczuła się niepewnie. - A co to ma z nim wspólnego? 
-  Nic  oprócz  tego,  że  u  White’a  postawiono  duże  sumy  na  to,  kiedy  wreszcie  przyjmiesz  jego 

oświadczyny. 

- A ile ty postawiłeś? - Liza zesztywniała z oburzenia.  - Czyżbyś w ten sposób miał zamiar wygrać nasz 

zakład? 

- Nie - odrzekł spokojnie. - Niewiele bym wygrał. Ale, jak już powiedziałem, szansę Gilesa zdają się iść 

w górę po tym przedstawieniu, które dałaś dziś wieczorem... 

- Przedstawieniu? - Liza zerwała się na równe nogi; drżała z gniewu. 
-  Czuliłaś  się  do  niego  jak  pierwsza  lepsza  ulicznica.  -  Chad  także  się  poderwał.  -  Pozwalałaś  mu  się 

dotykać, jakbyś była towarem na sprzedaż, a on kupcem oceniającym twoja wartość. 

Niewiele myśląc, Liza podniosła dłoń, by go uderzyć, ale złapał ją za nadgarstek. Patrzyła na niego z furią. 
-  A  co  z  tobą  i  Caroline  Poole?  Nieomal  rozbierałeś  ją  na  oczach  całego  Londynu.  Co  prawda  niewiele 

miałeś do roboty, bo jej suknia urągała wszelkiej przyzwoitości. Niech mi pan powie, panie Lockridge, co 
się mówi u White’a na temat pana związku z rozkoszną panną Poole? 

Przez moment Chad stał nieruchomo i Liza czuła na sobie jego spojrzenie. Miała ochotę mu się wyrwać, 

ale trzymał ją mocno. Nagle westchnął. 

- Przepraszam, Lizo. Nie przyszedłem tu, by się z tobą kłócić. 
- A dlaczego przyszedłeś? 
W chwili gdy  wypowiadała te słowa, zrozumiała, że byłoby lepiej,  gdyby  nic nie mówiła. Chad  nic nie 

odrzekł, ale czuła pełną napięcia ciszę, która zawisła między nimi. W chwilę później Chad puścił ją tylko po 
to, by jedną ręką objąć w pasie, a drugą zanurzyć w burzy jej gęstych włosów. Cicho zaprotestowała, ale 
poddała  się,  gdy  przyciągnął  ją  bliżej.  Mimowolnie  odpowiedziała  na  jego  pocałunek,  gdy  ich  wargi 
złączyły się namiętnie. Nieświadomie uniosła ramiona, by objąć go za

 

szyję, i przytuliła się do niego całym 

ciałem. Jego wargi uwolniły wreszcie jej usta, tylko po to jednak, by całować policzki i skronie, aż poczuła, 
że brak jej tchu. Gdy znowu wrócił do jej ust, powitała go z radością. Przyciągając ją do siebie, wyszeptał 

background image

 

44 

z twarzą schowaną w jej fosach: 

- Boże, Lizo! Jakże ty zalazłaś mi za skórę! 
Pod wpływem jego głosu, Liza nagle odzyskała panowanie nad sobą. Wyrwała się z jego objęć, jak gdyby 

ją  uderzył.  Wstała  gwałtownie  i  ze  stłumionym  okrzykiem  pobiegła  do  domu.  Chad  patrzył  za  nią  długą 
chwilę. 

11 

A w czwartek pan Daventry całe popołudnie spędził u Limmersa - powiedział Jem January. - Towarzyszył 

mu niejaki Charles Summersby. 

- Summersby? - zapytał Chad. - Nie znam nikogo takiego.  
Obydwaj siedzieli w salonie, na parterze domu, który Chad wynajmował. Ten patrzył z rozbawieniem na 

swojego  służącego,  który  siedział  naprzeciw  biurka,  wygodnie  rozparty  w  fotelu.  Gdyby  nie  był  ubrany 
w prosty  strój  służącego,  ktoś  mógłby  pomyśleć,  że  co  przyjaciel  domu,  który  wpadł  na  pogaduszki  przy 
kieliszku wina. Dziwaczny slang, jakiego używał Jem przez pierwszych parę dni po przybyciu do domu na 
Berkeley Square, uległ zadziwiającej przemianie. 

-  Summersby...  -  spojrzał  do  wyświechtanego  notatnika,  który  wyjął  z  kieszeni  -  ...jest  obrzydliwym 

małym  gadem,  który  niczym  pijawka  przyssał  się  do  londyńskiego  towarzystwa.  Ubiera  się  jak  sam  król 
jegomość i jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności utrzymuje swoją pozycję finansową, ale

 

to człowiek zły 

do  szpiku  kości.  Albo  właściwie  byłby  zły  gdyby  nie  był  aż  takim  tchórzem.  Specjalizuje  się 
w obskubywaniu  młokosów  przybyłych  do  Londynu  ze  wsi,  ale  podobno  za  odpowiednią  opłatą  zrobi 
wszystko,  jeżeli  tylko  nie  wymaga  to  przemocy.  Najchętniej  roznosi  pogłoski,  co  czyni  go  niezwykle 
atrakcyjnym dla wielu starych plotkarek tego miasta. 

-  Plotkarek, powiadasz.  - Chad zamyślił  się. Oparł się łokciami na biurku i  splótł  palce.  -  Hm, masz coś 

jeszcze? 

-  Zdaje  się,  że  pan  Daventry  uważa  pana  Summersby’ego  i  kilku  jemu  podobnych  za  swoich  dobrych 

przyjaciół  i  często  korzysta  z  ich  usług.  Na  mieście  słyszy  się  pogłoski,  że  często  wysyła  ich  po  odbiór 
długów albo uświadomienie wierzycieli, że ich czas już minął. - Jem zmarszczył brwi. - Ostatnio zaś, późno 
w nocy, odwiedzały go bardzo dziwne typki. 

- Jak to - „dziwne”? 
- Niektórzy z nich to służący pracujący w różnych domach w całym mieście. Inni pracują jako podrzędni 

urzędnicy  w  instytucjach  państwowych,  głównie  związanych  z  finansami.  Mam  tu  ich  nazwiska  -  dodał 
unosząc notatnik. 

- Baardzo ciekawe - rzekł Chad odchylając się na krześle i obserwując uważnie Jema. - Zdaje się, że twoje 

informacje są wyjątkowo dokładne. Jak ci się udało je zdobyć? 

- Mam swoje źródła, panie - odparł spokojnie Jem. 
- I to, zapewne, całą ich sieć. Jak udało ci się to wszystko tak szybko zorganizować? A może to trwało już 

od dłuższego czasu? - Za odpowiedź musiała mu wystarczyć mina urażonej niewinności tak przekonująca, 
że  nieomal  roześmiał  się  na  głos.  -  Zdaje  się,  że  z  twoich  wiadomości  o  życiu  i  zwyczajach  pana 
Daventry’ego  można  by  ułożyć  całą  encyklopedię.  Nie  wydaje  mi  się,  żeby  tak  dokładne  i  wartościowe 
informacje mogły zostać zebrane w ciągu zaledwie paru dni. 

Jem  podniósł  się  powoli  i  schował  do  kieszeni  małą  książeczkę.  Spojrzał  na  zegar  stojący  na  kominku 

i powiedział: 

-  Proszę  zwrócić  uwagę,  że  do  wieczorka  muzycznego  Woodcrossów  zostało  bardzo  mało  czasu.  Lepiej 

będzie, jeżeli już teraz zacznie się pan przebierać. 

Mówiąc to stanął w drzwiach z wyczekującą miną, której nie powstydziłby się najlepszy lokaj pracujący 

w Mayfair od dziada pradziada. Chad zawahał  się, ale postanowił  nie przeciągać rozmowy. Kiwnął  głową 
i szybko wyszedł z gabinetu. 

Gdy  był  już  u  siebie  w  pokoju,  zadzwonił  po  ciepłą  wodę,  po  czym  bezmyślnie  podszedł  do  okna 

wychodzącego na ogród za domem. No i na ogród Rushlake’ów. I znowu, co ostatnio zdarzało mu się coraz 
częściej, pomyślał o tym wieczorze przed kilkoma dniami, gdy wyjrzawszy przez okno zobaczył w blasku 
księżyca siedzącą na kamiennej ławeczce Lizę, nieruchomą jak posąg. 

Jakże  był  głupi  pędząc  do  niej,  by  odświeżyć  wspomnienia  innych  wieczorów  skąpanych  w  świetle 

księżyca. Wiedział przecież, że jej bliskość nie pozostanie bez oddźwięku z jego strony. Jego zmysły zostały 
oszołomione  pełnym  zapachów  pięknem  ogrodu,  a  jej  bliskość  dokonała  reszty.  Wspomnienie  jej  ciała 
przytulonego do niego i miękkości jej warg jeszcze teraz wzbudzało w nim bolesną tęsknotę. 

background image

 

45 

Przecież  odpowiedziała  na  jego  pocałunki.  Na  jedną  małą  chwilę,  zanim  się  wyrwała,  przytuliła  się  do 

niego, ciepła, chętna i kobieca. A potem, w srebrzystym świetle księżyca, w jej cudownych oczach zobaczył 
oburzenie. 

Wzruszył ramionami. A czegóż innego się spodziewał? Przecież już wcześniej dała mu do zrozumienia, że 

jej  wściekłość  i  rozgoryczenie  wcale  z  upływem  czasu  nie  zmalały.  No  i  bardzo  dobrze.  Nie  miał 
najmniejszego zamiaru znowu paść ofiarą jej wdzięków. 

 
W  domu  obok  Liza  już  zaczęła  się  przygotowywać  na  przyjęcie  w  domu  lorda  i  lady  Woodcrossów. 

Słuchając  odgłosów  przygotowań  dobiegających  z  całego  domu,  patrzyła  ponuro  na  rozłożoną  na  łóżku 
bladozieloną  suknię.  Tego  wieczoru  lord  i  lady  Woodcrossowie  organizowali  doroczny  wieczorek 
muzyczny.  Lady  Woodcross  zawsze  witała  gości  roześmiana,  nie  starając  się  wypaść  lepiej  niż  inne 
gospodynie  w  Mayfair.  Z  pewnością  na  przyjęciu  zjawi  się  cała  śmietanka  towarzyska  Londynu.  Z  tego 
właśnie powodu wiele czasu i energii poświęcono decyzjom dotyczącym tego, w co panie Rushlake mają się 
ubrać. Po wielu wyprawach do sklepów, salonów mody i krawcowych, podjęto ostateczne decyzje. 

Przygotowania Lizy zostały ograniczone do minimum, gdyż zdawało się, że od pewnego czasu zupełnie 

straciła zainteresowanie wszelkimi przyjęciami. Zdania pani nie podzielała jednak jej pokojówka, Prescott. 

-  Jeżeli  myśli  pani  -  rzekła  -  że  pozwolę  jej  wyjść  z  domu  w  pomiętej  sukni  i  rozczochranej  jak  po 

przedzieraniu się przez dżunglę, to bardzo się pani myli. Muszę dbać o swoją reputację. 

Liza westchnęła z rezygnacją i rzuciwszy na łóżko długie rękawiczki, usiadła przy toaletce, by oddać się 

w doświadczone ręce służącej. Spojrzała w lustro z bólem. 

Ostatnie  cztery  dni  minęły  jej  w  dziwnym  zamroczeniu.  Gdy  dotarła  wreszcie  do  swojego  pokoju  owej 

nieszczęsnej  nocy,  kiedy  spotkała  się  z  Chadem  w  ogrodzie,  długie  godziny  przeleżała  na  łóżku  patrząc 
w sufit.  Nie  uroniła  ani  jednej  łzy.  Jakże  mogła  się  tak  zachować?!  Otworzyła  się  przed  nim  całkowicie, 
pozwoliła,  by  chroniące  ją  mury  runęły,  a  on,  zamiast  szeptać  jej  do  ucha  czułe  słowa,  ośmielił  się  mieć 
pretensje. 

Smutek zamienił się we wściekłość, gdy przypomniała sobie jego słowa. Co, u diabła, mógł mieć na myśli, 

mówiąc, że zalazła mu za skórę? Zabrzmiało to bardzo nieprzyjemnie. Pozwoliła, by Prescott narzuciła jej 
na ramiona zieloną krepę i siedziała biernie, podczas gdy służąca męczyła się sutymi włosami swojej pani, 
starając się poskręcać je w drobniutkie loczki. W końcu upięła je w ogromny kok na czubku głowy Lizy. 
Lady Elizabeth zapięła na szyi naszyjnik ze szmaragdów i wstała od toaletki. 

Na  dole  czekały  już  na  nią  matka  i  siostra.  Lady  Burnsall  była  ubrana  w  przepiękną,  srebrzystobłękitną 

suknię, która wdzięcznie opinała jej nadal młodzieńczo wyglądającą figurę u góry, a rozszerzała się w wiele 
falban u dołu. 

Charity  wyglądała  jak  marzenie,  w  kremowej  sukni  ozdobionej  małymi  diamencikami.  Na  miękkich 

jedwabistych włosach miała wianek z różyczek. 

Lady Burnsall poderwała się szybko. 
-  Wielkie  nieba,  zdaje  się,  że  już  mamy  lato.  Jeszcze  nigdy  w  kwietniu  nie  było  tak  ciepło!  Chodźcie, 

dziewczynki  -  dodała  zapędzając  je  do  drzwi,  niczym  niecierpliwy  pasterz  swoje  stadko.  -  Jeszcze  chwila 
i przekroczymy granicę dzieląca będące w dobrym tonie drobne spóźnienie a zwykłą niegrzeczność. 

- No cóż - powiedziała Charity podnosząc swój wachlarz i rękawiczki. - Powinnyśmy się cieszyć, że lady 

Woodcross lubi świeże powietrze. Mogę się założyć, że w tak piękny wieczór wszystkie okna w jej domu 
będą otwarte na oścież. 

Okazało się, że przewidywania dziewczyny sprawdziły się co do joty. 
- Och! - jęknęła Charity, wyławiając ćmę zza dekoltu. Podniosła wzrok na żyrandol, przy którym unosiło 

się  całe  mnóstwo  tych  nocnych  stworzeń.  -  Całe  szczęście,  że  jest  jeszcze  za  wcześnie  na  komary!  Nie 
znoszę tych paskudztw. 

Panie Rushlake przywitały się z gospodarzami, po czym oddaliły się, każda w swoją stronę. Liza rozejrzała 

się po pokoju, ale nigdzie nie widziała Chada. Jednak w mgnieniu oka zjawił się przed nią Giles Daventry. 

- Już myślałem, że wyjechałaś z Anglii - powiedział z uśmiechem. - Nie widziałem cię od wieków. 
- Nie udzielałam się towarzysko ostatnimi czasy. - Odwzajemniła uśmiech. - Byłam tylko z wizytą u paru 

przyjaciół. 

- No i oczywiście załatwiałaś interesy w mieście. 
Przytaknęła nadal uśmiechnięta, jednak nie zagłębiała się

 

w szczegóły owych interesów. 

- Jest nie do pomyślenia - kontynuował żartobliwie - żebyś pozbawiała nas blasku swojej obecności. Moim 

background image

 

46 

obywatelskim obowiązkiem jest wyciągnięcie cię z tej skorupy, w której się dobrowolnie zamknęłaś. Mam 
nadzieję, że mi się to uda, i że już wkrótce wszyscy będziemy znowu pławić się w blasku twojego uśmiechy. 

-  Za  bardzo  się  starasz,  Giles  -  odrzekła  sucho.  -  Przejdźmy  razem  ze  wszystkimi  do  salonu.  Mam 

wrażenie, że zostaniemy uraczeni poezją. 

Giles przyłożył dłoń do piersi. 
- Dla ciebie wszystko, mój aniele; ale czy naprawdę chcesz mnie katować godziną takiej nudy? Czyżbyś 

nie zdawała sobie sprawy, że będzie się dziś produkować nie kto inny, tylko sam Roddy Pemberton? 

-  O  nie!  -  mruknęła  Liza.  -  Któż  inny  oprócz  lady  Woodcross  mógłby  zrzucić  na  głowy  nic  nie 

podejrzewającej publiczności radosną twórczość swojego bratanka? Ale obowiązek wzywa, mój przyjacielu. 
Chodź i bądź dzielny. 

Poszła przodem, a Giles podążył za nią wydając rozpaczliwe westchnienie. 
Poetyckie  wystąpienie  bratanka  gospodyni  okazało  się,  zgodnie  z  przewidywaniami  Gilesa,  wyjątkowo 

nudne. Po godzinie nieszczęśni słuchacze z ulgą udali się do sali balowej, gdzie zobaczyli nowy tłum gości, 
niewinnie rozmawiających i nie zdających sobie sprawy, jaka przyjemność ich ominęła. 

Liza raz jeszcze rozejrzała się po sali i tym razem natychmiast zobaczyła Chada. I znowu, jak wcześniej, 

miał  podniesioną  głowę,  jak  gdyby  dopiero  co  go  zawołała.  Ich  oczy  spotkały  się.  Pod  przeszywającym 
spojrzeniem  jego  szmaragdowych  źrenic,  dziewczyna  zarumieniła  się.  Ruszył  w  jej  stronę,  lecz  gdy 
zobaczył Gilesa, skinął tylko głową. 

Nagle  poczuła  się  opuszczona  i  odsunęła  się  trochę  od  towarzysza.  W  oczy  wpadł  jej  John  Weston 

patrzący przed siebie z tak nieskrywaną czułością, że poczuła, jak oczy jej wilgotnieją. Odwróciła głowę, 
choć  i  tak  dobrze  wiedziała,  kto  przyciągnął  jego  uwagę.  Tak...  Nie  opodal,  w  grupie  rówieśników,  stała 
roześmiana Charity. Zupełnie jak gdyby John dotknął jej ramienia, nagle odwróciła się i na niego spojrzała. 
Jej policzki pokrył delikatny rumieniec; spuściła oczy. 

Wędrując  wśród  gości  po  chwili  znowu  natknęła  się  wzrokiem  na  Chada.  Czyżby  miała  być  to  noc  nie 

odwzajemnionych pragnień i niestosownych tęsknot? - pomyślała gorzko. 

Rozmowy  dotyczyły  głównie  Napoleona  i  jego  bezczelnej  ucieczki.  Mało  było  nowych  wieści,  jednak 

pogłoski,  że  Korsykański  Potwór  zbiera  niepokonaną  i  ogromną  armię,  zdawały  się  zamierać.  Rozmowy 
dotyczyły głównie Wellingtona i tego że z pewnością w mgnieniu oka rozprawi się z bezczelnym małym 
imperatorem. 

Podczas kolacji Liza siedziała obok podstarzałego baroneta. Uśmiechała się do niego i rozmawiała z nim 

tak długo, że nieomal stracił dla niej serce. Przekomarzała się z przyjaciółmi, zjednując ich sobie jak zwykle 
wesołym i ciętym językiem, dopóki wszyscy jak jeden mąż nie uważali, że lady Liza przeszła samą siebie. 
Po  kolacji  usiadła  na  małej  kanapce  w  sąsiednim  salonie  z  bohaterskim  postanowieniem  wysłuchania 
najnowszej hiszpańskiej solistki. Ku jej zaskoczeniu niedługo potem zjawił się Chad w towarzystwie panny 
Poole,  która  jak  na  nieszczęście  wybrała  sobie  fotel  bardzo  blisko  Lizy.  Pozdrowiła  ją  więc  uprzejmie 
i zwróciła  całą  uwagę  na  śpiewaczkę,  która  właśnie  zaczynała  pierwszą  arię.  Przez  cały  czas  trwania 
koncertu nie odrywała wzroku od korpulentnej pieśniarki. 

Gdy  przebrzmiały  ostatnie  tony,  Liza  podniosła  się  pospiesznie  i  skinąwszy  głową  damie,  która  razem 

z nią siedziała na kanapie, wyszła szybko z pokoju, nie zwracając uwagi na Caroline Poole. 

-  No  dobrze,  Lizo  -  usłyszała  za  sobą.  -  Odbębniłaś  swój  obowiązek,  więc  teraz  zapraszam  cię  do 

prawdziwej zabawy... na partię pikiety. 

-  Oj...  Giles.  -  Nie  wiedziała,  co  ma  powiedzieć.  -  Zastanawiałam  się,  gdzie  byłeś.  -  Za  jego  plecami 

zobaczyła  Chada,  który  położył  dłoń  na  nagim  ramieniu  panny  Poole  i  wyprowadzał  ją  z  salonu. 
Dziewczyna  obdarzyła  go  promiennym  uśmiechem.  Liza  poczuła  wściekłość  i  odwróciła  się  do  Gilesa, 
kładąc  mu  dłoń  na  ramieniu.  Dziwne  zamyślenie  w  jej  oczach  spowodowało,  że  Giles  przyjrzał  się  jej 
uważniej.  Nic  nie  powiedział,  ale  przyciągnął  ją  do  siebie,  uniósł  włosy  na  jej  karku  i  pocałował  ją 
delikatnie w szyję. Zarumieniła się i odskoczyła od niego. Spojrzawszy w bok zobaczyła, że Chad przygląda 
się jej z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Odwróciła się gwałtownie i podążyła za Gilesem i lady Cross do 
saloniku. 

- Jak idzie wasz zakład? - zapytał Giles podczas rozdawania kart. 
-  Za... a, zakład między  mną i  Chadem? Myślę,  że całkiem  nieźle. Uważam,  że udało  mi się zarobić już 

całkiem sporo pieniędzy. 

- A Chadowi? 
- Nie mam pojęcia. - Wzruszyła ramionami. - Nawet gdybym zapytała o to Thomasa, i tak nic by mi nie 

background image

 

47 

powiedział. A Chad tym bardziej.  - Uśmiechnęła się przekornie.  - Nie o  to  chodzi,  żebym  się tym  aż tak 
przejmowała. 

-  Hmm...  -  Giles  podniósł  swoje  karty  i  przyglądał  się  im  z  wyraźnym  zainteresowaniem.  -  Na  mieście 

mówią, że i on radzi sobie całkiem nieźle. 

- Giles! Skąd możesz cokolwiek wiedzieć o interesach Chada? 
- Nic nie wiem. Powtarzam tylko to, co słyszałem. 
- Co masz na myśli mówiąc „całkiem nieźle”? 
Zanim odpowiedział, długo zastanawiał się, jaką kartę ma wybrać. 
- Słyszałem, że zainwestował sporą sumę w Konsolę. 
-  To  dziwne.  -  Zmarszczyła  brwi.  -  Nie  wydaje  mi  się,  by  mógł  się  spodziewać  sporych 

krótkoterminowych zysków z inwestycji rządowych. 

-  Może  dlatego  radzi  sobie  tylko  „całkiem  nieźle”.  Ale  sądząc  po  tym,  co  słyszałem,  jego  pozostałe 

inwestycje mają się jeszcze gorzej.  Chyba słyszałaś o jego fabryce jedwabiu?  -  Liza potrząsnęła  głową.  - 
Spaliła się na popiół. A budowa nie była nawet ukończona. 

- Ależ to okropne! - Dziewczyna popatrzyła na nie szeroko otwartymi oczyma. - To przecież przyniesie m 

ogromne straty! 

Dlaczego Chad nic jej o tym nie powiedział? Nie było oczywiście, powodu, dla którego miałby jej mówić, 

ale tak czy inaczej serce jej zamarło. Wiedziała, że bardzo dużo zainwestował w tę fabrykę. Dobry Boże, 
takie nieszczęście mogło go zrujnować. 

Giles obserwował grę uczuć na wyrazistej twarzy dziewczyny i głośno się zastanawiał. 
- Sporo słyszy się o tym, że ma zamiar gromadzić inwestorów do położenia rur z gazem na północy kraju. 

Zapewne teraz straci trochę pewności siebie. 

-  Sporo  ostatnio  się  słyszy,  co?  -  Dziewczyna  zmarszczyła  brwi.  -  Czyżbyś  wtykał  nos  w  nie  swoje 

sprawy? 

Rumieniec rozlał się po policzkach Gilesa, a oczy dziwnie mu zalśniły, zanim pochylił głowę. 
- Nie mogę zaprzeczyć, że jestem zainteresowany jego poczynaniami, Lizo. Gdy słyszę jego nazwisko, czy 

chcę, czy nie, zawsze słucham. 

- Zupełnie nie rozumiem, co cię tak w nim interesuje. - Liza wachlowała się gwałtownie. 
Giles uśmiechnął się, lecz nic nie odpowiedział. Skupił się na kartach, które trzymał w ręce. Liza zupełnie 

nie myślała o grze - przed oczyma miała obraz katastrofy finansowej, na której skraju znajdowała się Chad. 
Machnęła ręką, by odpędzić natrętnego owada, który brzęczał koło jej ucha. 

- Równie dobrze moglibyśmy siedzieć na dworze. Wiem,

 

że gdyby wszystkie okna były zamknięte, byłoby 

tu niemożliwie gorąco, jednak lady Woodcross mogłaby pomyśleć o jakimś kompromisie. Jestem pewna, że 
jedno lub dwa otwarte okna na piętrze wystarczyłyby w zupełności. W każdym razie już pora na recital.  - 
Podniosła  się  od  stolika.  -  Słyszałam,  że  młody  pan  Gruber,  który  ma  dziś  dla  nas  grać,  jest  wyjątkowo 
dobry. 

Giles towarzyszył jej do drzwi pokoju, ale zostawił ją samą nie opodal wejścia do sali balowej. Liza poszła 

zatłoczonym korytarzem i zdumiona zobaczyła Charity rozmawiającą z ożywieniem z Chadem. Wchodzili 
właśnie do domu z dworu, a z wyrazu ich twarzy wywnioskowała, że nie wymieniali jedynie zdawkowych 
uprzejmości.  Chad  miał  mocno  zaciśnięte  usta,  natomiast  oczy  Charity  były  szeroko  otwarte  i  miały 
błagalny wyraz. 

O  co  chodzi?  -  zastanawiała  się  Liza.  Powiodła  za  nimi  spojrzeniem,  lecz  szybko  straciła  ich  z  oczu 

w zatłoczonym pomieszczeniu. 

Poszła do złotego salonu lady Woodcross i zapadła się w wygodny miękki fotel. 
Wielki pianista zjawił się w pokoju, zagrał porywająco kilka utworów i wyszedł, lecz Liza nic nie słyszała. 

Siedziała  nieruchomo,  nie  mogąc  przestać  myśleć  o  Chadzie,  jego  finansowych  problemach  i  spojrzeniu 
pełnym  niedowierzania,  gdy  pozwoliła,  by  Giles  ją  pocałował...  i  to  w  publicznym  miejscu.  Co  też  on 
musiał sobie o niej pomyśleć? 

Koncert  dobiegł  już  końca,  gdy  jej  myśli  podążyły  w  innym  kierunku.  W  końcu  nie  zrobiła  nic  złego. 

I jakie  to  miało  znaczenie,  co  Chad  o  niej  myślał?  Przecież  nic  do  niego  nie  czuła.  Jego  opinia  nie  była 
warta funta kłaków. Niech sobie myśli co chce. 

Podniesiona na duchu tymi rozsądnymi argumentami wstała i wyszła z pokoju. 
Zjawiwszy się w salonie, podeszła do matki, która rozmawiała z grupką przyjaciół. Przyłączyła się do nich 

i przez parę minut słuchała najnowszych ploteczek. Kilkakrotnie rozejrzała się po pokoju, lecz nigdzie nie 

background image

 

48 

zobaczyła Chada. Z ulgą pomyślała, że wyszedł podczas recitalu. 

Lekko  znudzona  słuchała  skandalizującej  plotki,  którą  powtarzała  właśnie  starszawa  przyjaciółka  matki, 

gdy ktoś potrącił ją od tyłu i z przerażeniem w głosie wymamrotał przeprosiny. 

Odwróciła się - ze zdziwieniem zobaczyła Johna Weston który torował sobie drogę przez zatłoczoną salę 

w kierunki ciemnego korytarza. 

Przypomniawszy  sobie  rozmowę  z  siostrą  sprzed  kilku  dni  obdarzyła  go  cieplejszym  niż  zazwyczaj 

uśmiechem. Zakłopotany, zamrugał gwałtownie. 

Liza spojrzała w głąb hallu. 
- Gdzież to pan idzie, panie Weston? Jeżeli szuka pan toalety, to znajduje się ona gdzie indziej. Zdaje się, 

że będzie pan musiał zejść na dół. 

- Ależ, nie... - Liza z zainteresowaniem obserwowała jego rumieniec. - Ja nie... to znaczy... ja tylko... 
Jego nieporadne wyjaśnienia zostały przerwane przez dziwny, stłumiony odgłos dobiegający spoza drzwi 

w ciemnym hallu. Potem słychać było cienki kobiecy głos oraz najróżniejsze inne dźwięki. Zdawało się, że 
za zamkniętymi drzwiami dzieje się dziwne i gwałtowne rzeczy. 

John  wyraźnie  zbladł,  a  gdy  inni  zaczęli  się  gromadzić  pod  tajemniczymi  drzwiami,  ruszył  szybko  do 

pokoju. Liza deptała mu po piętach, więc gdy tylko otworzył drzwi, zobaczyła

 

powód dziwnych odgłosów. 

Pokój  był  zastawiony półkami  książek i stały w  nim wygodne skórzane fotele i  kanapy. Na jednej  z nich 
leżała Charity, z suknią w nieładzie, włosami potarganymi i rozrzuconymi na ramionach. Na niej zaś leżał 
Chad Lockridge. 

12 

Przez  chwilę  trwała  cisza.  Potem  Chad  skoczył  na  równe  nogi  i  patrząc  na  grupkę  stojącą  w  drzwiach, 

wymamrotał: 

- Nietoperz! 
Liza spojrzała na siostrę. W chwilę później napotkała wzrok matki, po czym razem popatrzyły na Johna 

Westona.  Jego  ogromne  brązowe  oczy  gorzały  niesamowitym  blaskiem  w  bladej  twarzy.  Pozostali 
świadkowie zajścia szeptali coś między sobą urywanymi, ściszonymi głosami. 

- Nietoperz - powtórzył głośniej Chad, podczas gdy Charity usiłowała podnieść się z kanapy i doprowadzić 

do porządku fryzurę. Wskazał na trzepoczącą zasłonę w otwartym oknie, po czym dodał napiętym głosem: - 
Do  pokoju  wleciał  nietoperz.  Charity  bardzo  się  wystraszyła,  a  ja  usiłowałem  go  złapać.  Wpadliśmy  na 
siebie i straciliśmy równowagę. 

Jego słowom odpowiedziała cisza, w której nieomal namacalnie czuło się niedowierzanie. 
-  Nie  widzę  tu  żadnego  nietoperza  -  powiedziała  stara  pani  Tremont;  stała  na  samym  końcu  grupki 

i bezskutecznie usiłowała coś zobaczyć. 

Chad rozejrzał się dokoła siebie i rzekł niepewnie: 
- Podejrzewam, że... wyleciał. 
Charity podbiegła do Johna Westona, który nadal stał blady i nieruchomy. 
- Och, John - jęknęła. - Był taki duży i tak okropnie trzepotał skrzydłami! Tak bardzo się bałam! 
Zarzuciła  mu  ramiona  na  szyję,  ale  po  kilku  chwilach,  gdy  się  nie  poruszył,  odsunęła  się  od  niego 

niepewnie. 

W  tym  momencie  do  akcji  wkroczyła  Liza  i  złapawszy  siostrę  za  ramię,  popchnęła  ją  w  stronę  matki. 

Jednocześnie pocieszała ją łagodnymi słowami. 

-  Moje  biedactwo,  jakie  to  okropne!  Nietoperze  to  doprawdy  paskudne  stworzenia.  Mam  wrażenie,  że 

widziałam,  jak  wylatywał  z  pokoju,  gdy  wchodziliśmy.  No  już,  już  -  mówiła  pocieszająco,  jednocześnie 
obrzucając matkę znaczącym spojrzeniem. 

Lady Burnsall natychmiast podjęła wątek: 
-  Chodź,  kochanie,  pójdziemy  na  górę  i  znajdziemy  jakąś  pokojówkę,  która  ułoży  ci  włosy.  Może 

chciałabyś  napić  się  wina?  -  Otoczyła  córkę  ramieniem  i  szepcząc  jej  do  ucha  słowa  pociechy, 
wyprowadziła łkającą dziewczynę z pokoju. 

Od  chwili  wejścia  do  pokoju  John  nie  poruszył  się  ani  nic  nie  powiedział.  Chad  również  nic  nie  mówił, 

lecz poprawiając krawat, z niepokojem przyglądał się Lizie. 

- Chad - szepnęła przeszywająco. - Jak mogłeś? 
- Jak mogłem co? - W jego głosie również narastała furia. 
- Jak mogłeś tak skompromitować Charity? 
- Nonsens. Jedynie z nią rozmawiałem, gdy przez okno wpadł nietoperz, a ten głuptas zaczął histeryzować 

background image

 

49 

i biegać po całym pokoju. 

Liza miała ochotę podbiec do niego i zacząć okładać go pięściami. 
- Chyba nie myślisz, że ktokolwiek uwierzy w twoją bajeczkę o nietoperzu? - zawołała wskazując palcem 

korytarz. - Byliście sami, w ciemnym pokoju. Na miłość boską! To już samo w sobie jest kompromitujące. 
Co cię opętało, by umawiać się z nią na schadzki w takim miejscu? 

-  Ja  również  bardzo  chciałbym  znać  odpowiedź  na  to  pytanie,  panie  Lockridge.  -  John  Weston  wreszcie 

wydobył  i  siebie  głos,  lecz dla nich nie miało  to najmniejszego znaczenia. Nadal  patrzyli tylko  na siebie. 
Chad stał nieruchomo, i jego oczy tak pociemniały, aż stały się koloru wzburzonego morza. 

- Czyżby nazywała mnie pani kłamcą, lady Elizabeth? - zapytał cicho. 
- To, w co wierzę, nie ma tu nic do rzeczy - zaczęła, ale przerwał jej. 
- A jeżeli chodzi o schadzki z Charity, lepiej będzie, jeżeli pytania skierujesz do pana Westona. 
Liza obróciła się do młodzieńca, który zaczerwienił się równie nagle, jak przed chwilą zbladł. 
- Ja... ja nic nie rozumiem - wymamrotał po chwili. 
-  Nie  rozumiesz?  -  Głos  Chada  zabrzmiał  ostro.  Zwrócił  się  do  Lizy:  -  Być  może  powinienem  ci 

powiedzieć,  że  twoja  niewinna  mała  siostrzyczka  niecałą  godzinę  temu  zaciągnęła  mnie  na  taras.  Potem 
zaproponowała,  żebyśmy  weszli  do  salonu,  w  którym  grano  w  karty,  na  krótko  zanim  pianista  rozpoczął 
swój  występ.  Nie  chciała  mi  wyjaśnić  powodów  swojego  niezwykłego  zachowania,  a  gdy  się  jej 
sprzeciwiłem,  nieomal  wybuchnęła  płaczem.  To  mnie  zastanowiło.  Opuściła  moje  towarzystwo,  aby 
porozmawiać  z  przyjaciółmi,  ale  gdy  zbliżał  się  czas  występu,  znowu  do  mnie  podeszła  i  właściwie  siłą 
wciągnęła mnie do salonu. Zadała sobie wiele trudu, by matka ją zauważyła. Lady Burnsall uśmiechnęła się 
do nas, zapewne zadowolona, że jej córeczka na jakiś czas pozostanie pod opieką. Potem Charity przez kilka 
chwil rozglądała się po sali balowej, jak sądzę w poszukiwaniu ciebie, ale nigdzie cię nie było. Zaczęliśmy 
grać  w  pikietę,  ale  mała  spryciara  po  pięciu  minutach  wylała  sobie  na  suknię  kieliszek  szampana 
i powiedziała, że musi iść do łazienki i naprawić szkody. Wybiegła szybko z pokoju, a ja podążyłem za nią 
w dyskretnej odległości. Nie udała się jednak do łazienki, lecz weszła w ciemny korytarz wiodący do tego 
właśnie pokoju, w którym zastałem ją kilka chwil później. Domyślam się, że była umówiona na spotkanie 
z panem, panie Weston. 

John jęknął cicho, lecz Liza to zignorowała. Patrzyła na Chada płonącymi oczami. 
- Dlaczego od razu nie przyszedłeś do mnie? 
-  A  skąd  mogłem  wiedzieć,  gdzie  cię  znaleźć?  -  zapytał  wyraźnie  wściekły.  -  W  jakim  innym  ciemnym 

pokoju, z jakim innym kochankiem? - Liza gwałtownie wciągnęła powietrze, lecz Chad nie dał jej dojść do 
głosu. - Ponadto, tuż po tym, jak wszedłem do pokoju, wleciał ten piekielny nietoperz. Resztę już znasz. 

- Jeżeli wolno wiedzieć, panie Lockridge... - chociaż John Weston mówił cicho, jego słowa zabrzmiały jak 

wystrzał  armatni  -  ...dlaczego  widząc,  że  lady  Charity  wchodzi  do  pustego  pokoju,  nie  poszedł  pan 
natychmiast powiadomić jej matki? 

- Bo nie chciałem pakować jej w większe kłopoty, niż już się znalazła. - Urwał w pół zdania i popatrzył na 

zgromadzonych ze zdziwieniem. - Chyba nie chcecie mnie oskarżyć o nastawanie na cześć tej smarkuli?  - 
Jego głos był nadal nie głośniejszy od szeptu, lecz zawierał w sobie groźbę. John Weston pozostał jednak 
nieporuszony. 

-  Mówię tylko,  że sytuacja wygląda nieprzyjemnie, z której  strony by się na nią nie spojrzało.  - Dopiero 

teraz  do  wszystkich  dotarło,  że  John  Weston  aż  kipi  z  wściekłości.  -  Zauważyłem,  że  lady  Charity 
wyjątkowo ceni sobie pańskie towarzystwo, podobnie jak pan jej. A jeżeli chodzi o tę idiotyczną historyjkę 
z nietoperzem w roli głównej, to doprawdy nie wydaje mi się, żeby jedno małe stworzonko było w stanie 
potargać włosy lady Charity i zadrzeć jej suknię aż tak nieprzyzwoicie. 

- W takim razie niewiele wiesz jeszcze o kobietach, naiwny głupcze - warknął Chad. 
Liza obrócił się gwałtownie do Johna. 
- Czyżby chciał pan powiedzieć, iż wierzy w tak swawolne zachowanie Charity? Jakże mężczyzna, który 

podobno kocha kobietę, może tak łatwo dać się przekonać o jej nieuczciwości? Jak... - Jej pełną oburzenia 
przemowę przerwało gwałtowne otwarcie drzwi. Do pokoju wbiegła Charity, za nią pędziła matka. Fryzura 
Charity  już  została  doprowadzona  do  ładu,  a  suknia  leżała  jak  trzeba.  Oczy  dziewczyny  były  szeroko 
otwarte i pełne strachu. 

- Dobrze, że wszyscy tu jeszcze jesteście - wydyszała w pośpiechu. Jej spojrzenie powędrowało do Johna, 

który na jej widok z powrotem przybrał minę pełną oburzenia. Zatrzymała się gwałtownie. - John? - A gdy 
nie odpowiedział, podeszła i położyła mu dłoń na ramieniu. - O co chodzi, John? 

background image

 

50 

Chad wstał z rogu biurka, na którym przysiadł i poinformował ją: 
-  Twój  amant  jest  najwyraźniej  przekonany,  że  właśnie  przeszkodził  nam  w  chwili  namiętności.  Nie 

wierzy ani w mój charakter, ani w twoją cnotę, ani w destrukcyjne możliwości przeciętnego nietoperza. 

Charity spojrzała z niedowierzaniem na Johna. 
- Chyba nie myślisz, że Chad i ja... że my... - Urwała, po czym parsknęła z oburzenia, gdy John nadal tylko 

tępo  na  nią  patrzył.  Po  chwili  powiedziała  drżącym  głosem:  -  Już  rozumiem.  Uważasz  mnie  za  pospolitą 
ladacznicę, która spotyka się potajemnie z mężczyznami. - Podeszła do niego i spojrzała mu w oczy. - Ale 
przecież masz rację. W każdym razie częściowo... bo przecież zgodziłam się tu spotkać z tobą potajemnie. 
Możesz  być  jednak  pewien,  Johnie  Westonie,  że  nigdy  więcej  się  to  nie  powtórzy.  -  Umilkła  z  oczyma 
błyszczącymi od nie wypłakanych łez. 

Liza  odwróciła  się  do  Chada.  Gwałtowny  przypływ  emocji,  jakiego  doświadczyła,  gdy  weszła  do  tego 

pokoju i zobaczyła Charity w jego objęciach, nieomal doprowadził ją do utraty przytomności. W głębi serca 
wierzyła w historię o nietoperzu choć brzmiała ona wyjątkowo nieprawdopodobnie. Wiedziała że Chad jest 
człowiekiem  honoru. Dobrze też wiedziała, że Charity nie jest osobą, która kochając jednego mężczyznę, 
pozwoliłaby sobie na pieszczoty z innym. Raczej złamałaby wszelkie konwenanse, by osiągnąć to, na czym 
jej zależało. Było więc bardziej niż prawdopodobne, że chciała się tu spotkać z Johnem. 

Jednak  nie  miała  zamiaru  tak  łatwo  rozgrzeszyć  Chada.  Jego  wyniosłość  była  niewybaczalna, 

a zachowanie  w  odpowiedzi  na  jej  pytania  -  obrzydliwe.  Tak  jakby  sam  nie  robił  z  siebie  przedstawienia, 
klejąc się przez cały wieczór do Caroline Poole! Był odpowiedzialny za to, co się tu stało, i dlatego właśnie 
była na niego taka wściekła. 

Dla Chada ten wieczór był pasmem niepowodzeń i irytacji. Po pierwsze, wcale nie chciał iść na wieczorek 

muzyczny  do  Woodcrossów.  Lubił  posłuchać  kilku  piosenek  przy  obiedzie,  ale  wieczorek  muzyczny,  ze 
stałym  bębnieniem  w  pianino  i  szarpaniem  strun  skrzypiec,  nie  mówiąc  już  o  niewydarzonych  poetach 
produkujących się w przerwach, to było powyżej jego wytrzymałości. Jednak Caroline się uparła. A to była 
już  zupełnie  inna  sprawa.  Zdawało  się,  że  jakimś  dziwnym  trafem  znalazł  się  na  pozycji  pierwszego 
adoratora panny Poole, i jeżeli nie zacznie uważać, to wkrótce skończy jako oddany mąż pannicy. Caroline 
była śliczna i  czarująca  jak marzenie. Była miłym  towarzystwem  podczas nudnych przyjęć towarzyskich, 
zapewniając stały dopływ niewinnych ploteczek. Nie miał jednak zamiaru dać się jej zaciągnąć do ołtarza. 

Natomiast  zdawało  się,  ze  Liza  oddała  swoje  serce  w  chciwe  szpony  Gilesa  Daventry’ego.  Za  każdym 

razem,  gdy  miał  ją  w  polu  widzenia,  wdzięczyła  się  do  tego  niewydarzonego  lizusa,  pozwalając  mu  się 
dotykać  i  pieścić,  jak  gdyby  była  pieskiem  pokojowym.  Miał  nadzieję,  że  dostanie  w  nagrodę  to,  na  co 
zasłużyła. 

Stawiła  mu  czoło  z  zaciśniętymi  pięściami.  Dostrzegłszy  w  jego  oczach  niechęć  i  pogardę,  wpadła 

w gniew. 

-  Skompromitowałeś moją siostrę! Ty i  twoje zarozumialstwo... i  brak skrupułów... i  twoje wtrącanie się 

w nie swoje sprawy, zrujnowały jej życie. 

- Nie bądź śmieszna - burknął marszcząc brwi. 
- Być może, skoro tak długo przebywałeś za granicą, już zapomniałeś o zwyczajach, wedle których toczy 

się  życie  ludzi  z  wyższych  sfer  tu,  w  Anglii.  Charity  została  nakryta  w  twoim  uścisku.  Byliście  sami 
w pokoju.  Nie  było  z  wami  żadnej  przyzwoitki.  Sam  widziałeś  reakcję  Johna  Westona.  W  tym  kraju  nie 
znajdzie się ani jeden mężczyzna, który będzie chciał się z nią ożenić. 

Podczas jej gniewnego  przemówienia, Chad spokojnie patrzył  na nią niewinnymi oczami. Gdy wreszcie 

umilkła, podszedł do niej i położył jej dłonie na ramionach. 

-  W takim  razie ja to  zrobię  - powiedział i  odwrócił się do Charity, która już przestała rozpaczać i  wraz 

z matką  i  obserwowała  scenę  rozgrywającą  się  w  pokoju.  Na  ustach  igrał  mu  uśmiech  pirata  stojącego  na 
płonącym  pokładzie,  a  jego  głos  słychać  byłoby  zapewne  poprzez  szczęk  mieczy.  -  Lady  Charity,  czy 
wyświadczy mi pani ten zaszczyt i zostanie moją żoną? 

Liza gwałtownie wciągnęła powietrze, a Charity spojrzała na niego z niedowierzaniem. Głośno szeleszcząc 

jedwabiem, lady Burnsall podeszła do Chada. 

- Panie Lockridge, czy to jakiś kolejny potworny żart? 
Łobuzerski uśmiech nie znikał z twarzy Chada. 
- Jestem nad wyraz poważny  - zapewnił. - Wbrew nieuzasadnionym oskarżeniom pani starszej córki, nie 

jestem  barbarzyńcą.  Jestem  także  całkowicie  świadom  norm  moralnych  tutejszego  społeczeństwa,  choć 
uważam je za absurdalne. Dlatego też moim obowiązkiem, jako człowieka honoru jest poproszenie o rękę... 

background image

 

51 

pokrzywdzonej panienki. Co ty na to, Charity? 

Przez  chwilę  dziewczyna  stała  nieruchomo,  a  Liza  obserwowała  ją  z  poczuciem  bezsensowności  całej 

sceny.  Jedynym  odgłosem  rozlegającym  się  w  pokoju  było  brzęczenie  owadów  za  oknem  i  cichy  szmer 
rozmów dobiegający z odległej sali balowej. Zdawać się mogło, że znajdują się na bezludnej wysepce. 

Charity długo przyglądała się Chadowi, po czym na chwilę obróciła spojrzenie na Johna, który nadal nic 

nie mówił. Potem powiedziała cicho: 

- Dziękuję, panie Lockridge. Będę zaszczycona mogąc zostać pańską żoną. 
John  wciągnął  głęboko  powietrze  i  odwróciwszy  się  na  pięcie,  wyszedł  z  pokoju.  Charity  ponownie 

wybuchnęła płaczem, na co lady Burnsall podbiegła do niej z chusteczką w wyciągniętej ręce. 

Liza popatrzyła z niedowierzaniem na Chada i zobaczyła na jego twarzy wyraz niebotycznego zdziwienia. 

Zdawało się, że przyjęcie przez Charity jego oświadczyn było dla niego takim samym zaskoczeniem jak dla 
wszystkich obecnych. 

Przez kilka następnych  chwil  panował  chaos.  Lady  Burnsall była  rozdarta między pocieszaniem  Charity 

a patrzeniem z niedowierzaniem na Chada, który wcale nie był zainteresowany swoją narzeczoną, lecz Lizą. 
Ta z kolei, z niewiadomych powodów, zdawała się zachwycona biegiem wypadków. 

- Uważam, że najlepiej będzie, jeżeli opuścimy ten dom powiedział wreszcie Chad. - Przy końcu korytarza 

jest boczne wyjście, z którego możemy skorzystać. Zatroszczę się by podstawiono wasz powóz. 

-  To  bardzo  miło  z  pana  strony,  panie  Lockridge  -  odparła  Liza.  -  Mam  nadzieję,  że  zaszczyci  nas  pan 

swoją obecnością jutro rano. Będziemy musieli zacząć planować ślub. 

Jeżeli tym  oświadczeniem  chciała pozbawić  go  pewności  siebie, to  bardzo się pomyliła. Gdy wychodził 

z pokoju,  nie  zatrzymując  się,  uśmiechnął  się  do  niej  łobuzersko.  Tego  wieczoru  już  więcej  go  nie 
zobaczyła,  a  po  drodze  do  domu  cały  czas  zastanawiała  się  nad  jego  okropnym  zachowaniem.  Jedynym 
pocieszeniem  było  dla  niej  przeświadczenie,  że  Chad  nie  miał  łatwego  zadania  tłumacząc  całą  sprawę 
pannie Poole. 

Zatroszczywszy  się  o  to,  by  załamana  i  nieszczęśliwa  Charity  położyła  się  do  łóżka,  Liza  poszła  do 

sypialni matki, by odbyć z nią długą rozmowę. 

- I co my teraz zrobimy, mamo? Nie możemy dopuścić, by plotki o tych śmiesznych zaręczynach dotarły 

do opinii publicznej. Z drugiej strony, jeżeli wszyscy się dowiedzą, że Charity została przyłapana z Chadem 
w kompromitującej sytuacji, zaręczyny będą konieczne. 

- Myślę, że jedynym wyjściem jest umieścić ogłoszenie o zaręczynach  w jutrzejszym wydaniu „Morning 

Post” - powiedziała księżna kiwając ponuro głową. 

- Co takiego? - Głośno wypowiedziane słowa o ślubie siostry przyprawiły Lizę o dreszcz. - Nie pozwolisz 

jej chyba wyjść za Chada? 

-  Nie mamy  wielkiego  wyboru.  -  Matka zamrugała powiekami.  -  Po tym wszystkim,  czego byliśmy dziś 

świadkami, najważniejsze jest, by się zaręczyli. Potem, oczywiście, jedynym wyjściem będzie ślub. 

-  Może  jakoś  będzie  się  mogła  wymigać...  powiedzieć,  że  nie  pasują  do  siebie...  później,  gdy  już  zamęt 

trochę się uspokoi. - Liza miała kłopoty z logicznym myśleniem. 

-  Mogłoby  się  to  bardzo  źle  na  nich  odbić  w  przyszłości.  Charity  okazałaby  się  niepoprawną  flirciarą, 

a i Chadowi mogłoby to nieźle zaszkodzić. 

Na to zabrakło Lizie odpowiedzi. Wiedziała aż za dobrze, społeczeństwie traktuje się zwodnice. Ponadto 

mężczyzna porzucony przez kobietę zawsze stawał się przedmiotem kpin i niemiłych żartów.  

Westchnęła. 
-  No  dobrze,  mamo.  Jutro  rano  powiemy  Charity  co  postanowiłyśmy,  choć  mam  przeczucie,  że  będzie 

protestować. Zapewne już żałuje zbyt pochopnego przyjęcia niepoważnych oświadczyn Chada. 

Jednak gdy już znalazła się w sypialni, nie myślała o swojej niepoważnej siostrze, lecz o jej narzeczonym. 

Co  też  opętało  Chada,  że  oświadczył  się  Charity?  Przemawiało  przez  niego  poczucie  obowiązku,  rzecz 
jasna. Jednak z doświadczenia Liza wiedziała, że mężczyźni mówią o obowiązku, gdy widzą w tym jakiś 
własny cel. Tylko jaki? 

Westchnęła.  Nigdy  nie  potrafiła  zrozumieć  pobudek  kierujących  Chadem  Lockridge’em.  Jednego 

natomiast była pewna: że gdy Charity przemyśli wszystko raz jeszcze, będzie chciała zerwać zaręczyny jak 
najszybciej. 

Nie  mogąc  znaleźć  rozwiązania  swoich  problemów,  z  bezsilną  złością  okładała  poduszkę,  dopóki  nie 

zapadła w niespokojny sen. 

Niestety następnego dnia humor jej się nie poprawił. Ku jej ogromnemu zdziwieniu Charity zeszła rano na 

background image

 

52 

śniadanie i pozdrowiła wszystkich obecnych wesolutkim „dzień dobry”. Nałożyła sobie na talerz owsianki 
i usiadła przy stole. 

- Mój Boże - powiedziała radośnie uśmiechnięta. - Umieram z głodu. 
Liza z matką wymieniły spojrzenia. Księżna odkaszlnęła. 
- Charity, kochanie - zaczęła. - Właśnie rozmawiałyśmy o tym, co się wydarzyło wczoraj. 
-  Wczoraj?  -  zapytała,  jak  gdyby  nie  pamiętała,  o  czym  mówią.  -  A  tak,  oczywiście.  Chad.  On  jest  taki 

kochany, prawda? 

Liza aż podskoczyła i zacisnęła usta tak mocno, że siostra spojrzała na nią z niepokojem. 
-  Nie  przeszkadza  ci  to,  prawda,  Lizo?  -  zapytała  niewinnie.  -  Przecież  sama  mówiłaś,  że  on  już  nic  dla 

ciebie nie znaczy. Pomyślałam więc... 

Liza zacisnęła zęby ze złością. 
- Nie, nic dla mnie nie znaczy, ale... wielkie nieba, chyba nie wmówisz nam, że... że chcesz za niego wyjść 

za mąż? 

- A dlaczego nie? - Oczy Charity rozszerzyły się ze zdziwienia. 
- Dlatego, że on nie jest odpowiednim dla ciebie mężczyzną - warknęła niecierpliwie Liza. 
Charity odgarnęła włosy z czoła. 
- Przeciwnie. Ja uważam, że będzie idealnym mężem. Jest przystojny, bogaty, czarujący, no i... bardzo się 

lubimy. 

- Na miłość boską, Charity!  - Lady Burnsall westchnęła niecierpliwie. - Mówisz to tak, jakbyś wybierała 

sobie partnera do walca. Rozważałyśmy z twoją siostrą możliwość odwołania zaręczyn. 

- Ale dlaczego? 
-  No  cóż...  bo  nie  czujesz  do  niego  nic  poza  czymś,  co  można  by  nazwać  siostrzanym  uczuciem...  Poza 

tym zdajesz sobie chyba sprawę, że on nie ofiarował ci miłości. 

- Jestem pewna, że miłość przyjdzie z czasem. - Charity zarumieniła się. 
- Dlaczego chcesz go poślubić? - Liza potrząsnęła głową. - Czyż nie wolisz poślubić mężczyzny, którego 

już pokochałaś? 

-  Już  nigdy  nie  pokocham  żadnego  mężczyzny.  -  Dziewczyna  opuściła  głowę,  a  jej  matka  i  siostra  raz 

jeszcze spojrzały po sobie. 

-  Moja  kochana  -  rzekła  lady  Burnsall.  -  Dzisiaj  może  ci  się  wydawać,  że  masz  złamane  serce,  ale 

zapewniam cię, że to tylko drobna stłuczka. 

-  Zapewniam  cię,  mamo,  że  moje  serce  jest  nawet  nie  zarysowane.  Uważam,  że  głupotą  jest  budować 

małżeństwo  na  kaprysie  uczuć.  O  wiele  lepiej  jest  spędzić  życie  z  kimś,  kogo  się  szanuje  i  czyje 
towarzystwo się lubi. Nieprawdaż? A wybaczcie mi, mam sporo listów do napisania. 

To powiedziawszy wyszła z pokoju niby królowa, która właśnie zakończyła audiencję. 
- Ojej! - wyrwało się matce i córce w tej samej chwili. 
- Jest gorzej, niż myślałam - rzekła lady Burnsall. 
- Jestem pewna, że z czasem... - Liza nie dokończyła zdania. 
- No tak, ale jeżeli... 
Śniadanie zakończyło się w ponurym milczeniu. Gdy obie panie już wstawały od stołu, zjawił się służący 

niosąc list na srebrnej tacy. 

-  To  od  Chada!  -  zawołała  lady  Burnsall  rozrywając  kopertę.  -  Prosi  o  pozwolenie  złożenia  nam  wizyty 

dziś po południu. - Podniosła wzrok na Lizę. - Chce omówić swoje zaręczyny z Charity i zacząć planować 
wesele. 

13 

To bardzo miło z waszej strony, drogie panie, że zechciałyście mnie przyjąć. 
Chad siedział sztywno na kanapie, a obok niego, nieomal dotykając go ramieniem, zwinęła się w kłębek 

Charity. Naprzeciwko nich, w dwóch podobnych fotelach, siedziała Liza z matką. 

Chad westchnął. Odkąd wszedł do domu Rushlake’ów jakiś czas temu, Liza nie odezwała się do niego ani 

słowem. Od czasu do czasu czuł na sobie jej zimne spojrzenie, które nawet kamień mogłoby przewiercić na 
wylot. Nie miał wątpliwości, lady Liza Rushlake była przez niego bardzo nieszczęśliwa. I czy mógł mieć do 
niej pretensje? Dobry Boże, jakim cudem wpakował się w tę diabelską sytuację? 

Jak  mógł  się  dać  wmanewrować  w  tak  idiotyczne  położenie?  Oczywiście  że  Charity  miała...  Potrząsnął 

głową.  To  była  tylko  jego  wina.  Nikt  go  nie  zmuszał  do  wzięcia  na  siebie  odpowiedzialności  za  chaos 
spowodowany  jednym  małym  nietoperzem.  Nie  był  pewien,  czy  przypadkiem  jego  postępowanie  nie 

background image

 

53 

wywołało  jeszcze  większego  zamieszania.  Przyszło  mu  do  głowy,  że  dama  obdarzona  tak  tęgą  głową 
i bystrym  umysłem  jak  Liza  z  pewnością  wymyśli  inne,  lepsze  rozwiązanie.  Zdawało  mu  się,  że  Liza 
z jakichś  powodów  chciała  doprowadzić  do  jego  związku  z  Charity,  a  wydarzenia  poprzedniego  wieczora 
były  tylko  wymówką.  Bo  właściwie  dlaczego  zgodziła  się  na  jego  pospiesznie  zaproponowane  wyjście 
z sytuacji?  I  dlaczego  budziło  ono  w  nim  aż  tak  głęboki  smutek?  No  i  co  on  miał  teraz  zrobić?  Jak  miał 
postępować z Charity? 

Popatrzył z ukosa na siedzącą obok niego pannicę, najwyraźniej pochłoniętą pleceniem warkoczyków na 

frędzlach szala narzuconego na ramiona. W całym swoim życiu nie był bardziej zaskoczony niż w chwili, 
gdy  potraktowała  poważnie  jego  ofertę,  którą  on  sam  uznał  za  czysto  grzecznościową.  Mógłby  postawić 
w zakład  cały  swój  majątek,  że  smarkula  wcale  nie  chciała  za  niego  wychodzić  za  mąż.  Przyjęła  jego 
oświadczyny, bo czuła się zraniona i wystraszona, ale nie miała pojęcia, w co ich pakuje. Podniósł wzrok, 
gdy lady Burnsall delikatnie odkaszlnęła. 

-  Co  do  tego...  ehm...  ślubu  -  zaczęła.  -  Uważam,  że  najlepiej  będzie,  jeżeli  jeszcze  dziś  damy 

zawiadomienie  do  gazet,  gdyż  obawiam  się,  że  wszystkie  plotkarki  tego  miasta  już  się  dowiedziały 
o wczorajszym, ehm... incydencie. Obawiam się, że ich języki nie próżnują. 

Oczy  Charity  wypełniły  się  łzami,  a  twarz  nagle  zastygła  w  maskę  bólu,  lecz  już  po chwili dziewczyna 

opanowała się i usiadła znowu dumnie wyprostowana. 

-  Tak,  oczywiście  -  rzekł  Chad  po  chwili.  -  Zdaje  się,  że  tak  będzie  najodpowiedniej.  Może  od  razu 

ustalimy datę? 

- Jeżeli o to chodzi - powiedziała księżna ostrożnie - to uważam, że najlepiej będzie trochę poczekać. Na 

razie ogłosimy wasze zaręczyny. Gdy już zastanowimy się nad szczegółami... porozmawiamy o dokładnej 
dacie. 

Charity  już  chciała  coś  powiedzieć,  ale  rozmyśliła  się  i  z  powrotem  pogrążyła  się  w  milczeniu,  które 

spowijało pokój niczym mgła. 

Iskierka nadziei zapaliła się w sercu Chada. 
- Zdaje się że tak rzeczywiście będzie najlepiej. 
Liza patrzyła na twarze osób siedzących sztywno na swoich miejscach. Dobry Boże, myślała, zdawać by 

się  mogło,  że  omawiamy  szczegóły  pogrzebu,  a  nie  ślubu.  Jak  to  się  stało?  Nie  chciała,  żeby  jej  mała 
siostrzyczka  wychodziła  za  mąż  za  Chada  Lockridge’a,  nawet  gdyby  był  ostatnim  mężczyzną  na  świecie. 
Charity  nie  kochała  go,  a  Liza  mogłaby  przysiąc,  że  i  on  nie  czuł  dla  niej  żadnych  niezwykłych  uczuć 
oprócz zwykłej sympatii. 

Poprzedniego  wieczora  ich  ślub  zdawał  się  być  jedynym  rozwiązaniem.  Myśląc  o  tym,  poczuła 

nieprzyjemne kłucie na dnie serca. Jednocześnie zdała sobie sprawę, że nalegała na to rozwiązanie głównie 
po  to,  by  dać  Chadowi  nauczkę,  na  jaką  w  jej  mniemaniu  zasługiwał.  Tylko  za  co  miał  być  ukarany? 
Zastanowiwszy się chwilę, doszła do przykrego odkrycia. Za to, że przez niego poczuła się winna. I za to, że 
w tak obrzydliwy sposób kleił się do Caroline Poole. 

Te same myśli w kółko  tłukły się jej po głowie. Kimże ona jest, by zmuszać dwoje ludzi do czegoś, co 

z pewnością zrujnuje im życie? Czy mogłaby żyć ze świadomością, że unieszczęśliwiła dwoje ludzi tylko po 
to,  by  uczynić  zadość  własnej  dumie?  Ponadto  dlaczego  czuła  ból  na  wspomnienie  pogardy  we  wzroku 
Chada, gdy był  świadkiem  nie chcianych przez nią zalotów Gilesa? No bo przecież nic ją nie obchodziły 
jego śmieszne zaloty do panny Poole. 

A może obchodziły? 
Liza  przymknęła  oczy,  a  gdy  je  otworzyła,  zobaczyła,  że  Chad  miło  gawędzi  z  Charity  i  z  matką. 

Popołudniowe słońce lśniło na jego włosach, zamieniając ich zwykły rudy kolor w żywe złoto i zapalając 
w jego zielonych oczach migotliwe błyski. 

Sama przed sobą musiała przyznać, że obchodził ją fakt, iż Chad lada moment ma się zaręczyć z Charity. 

To,  że  według  niego  ona  sama  pozostawała  w  jakimś  dziwnym  związku  z  Gilesem,  także  nie  było  jej 
obojętne.  Wychodziło  na  to,  że  wbrew  wszystkiemu,  co  dotąd  twierdziła,  bardzo  zależy  jej  na  Chadzie 
Lockridge’u. 

Wstrzymała oddech, bojąc się tej myśli. W chwilę potem już zagoniła ją do ciemnego kącika, skąd przed 

chwilą  uciekła  i  zmuszając  się  do  promiennego  uśmiechu,  przyłączyła  się  do  rozmowy.  Zwróciła  się  do 
Chada: 

-  Już  od  dawna  chciałam  cię  zapytać  o  przędzalnię.  Słyszałam,  że  doszczętnie  spłonęła.  -  Zawahała  się, 

lecz szybko mówiła dalej. - Bardzo mi przykro z tego powodu. Zapewne był to dla ciebie potężny cios. 

background image

 

54 

- Skąd o tym wiesz? - zapytał Chad mrużąc oczy. 
- Zdaje się, że... tak, Giles wczoraj mi o tym napomknął. - Wiedziała, że się rumieni, ale nic nie mogła na 

to poradzić. - Dlaczego pytasz? 

- Bez powodu - odrzekł zamyślony. - Tyle że ja sam dowiedziałem się o pożarze dopiero dziś rano. 
-  Och...  -  Liza  nie  wiedziała,  co  powiedzieć.  -  Może  Giles  usłyszał  o  tym  od  przyjaciela,  który  akurat 

przyjechał z północy kraju? 

- Z pewnością. Ale nie jest tak źle. Pożar faktycznie  przysporzył wiele szkód, lecz nie można go nazwać 

katastrofą.  Jak  wiesz,  przędzalnia  była  dopiero  w  budowie,  poza  tym  była  ubezpieczona.  Miło  jednak,  że 
zapytałaś. 

W tej samej chwili Selkrik - lokaj z doskonałym wyczuciem chwili - wszedł do pokoju niosąc szampana. 

Gdy  już  wzniesiono  stosowny  toast,  Chad  zaproponował  Charity  spacer,  na  który  zgodziła  się  z  ponurą 
godnością. 

-  Tworzą  bardzo  ładną  parę,  nieprawdaż?  -  zapytała  lady  Burnsall  kilka  minut  później,  obserwując  ich 

z okna salonu. 

Zirytowana Liza odwróciła się gwałtownie do matki. 
- Nieprawda. Uważam, że zupełnie do siebie nie pasują. 
-  Tak myślisz?  -  Lady  Burnsall  przez chwilę nic  więcej  nie mówiła,  a potem  westchnęła  ciężko.  -  Zdaje 

się,  że  masz  rację.  Tylko  spójrz  na  nich.  On  się  z  nią  droczy,  jakby  nadal  była  małą  dziewczynką,  a  ona 
patrzy mu w oczy, jak gdyby prosiła go o cukierki. Aleśmy się wpakowały  - mruknęła. - Charity wyjdzie 
z tego ze złamanym sercem, albo zrujnowana... jedno z dwojga, albo oba na raz. 

- Oj, mamo! 
- Nie rozumiem tylko, dlaczego ona w ogóle przyjęła jego oświadczyny. Ani dlaczego zębami i pazurami 

trzyma się myśli, ze małżeństwo z Chadem zupełnie ją zadowala. Nie wyobrażam sobie, jak wydostaniemy 
się z tej sytuacji, jeżeli ona się upiera, że jest jej dobrze. 

-  Podejrzewam,  że  jej  chodzi  o  tego  Johna  Westona.  -  Liza  westchnęła,  na  co  Letycja  odwróciła  się 

gwałtownie i spojrzała na nią ze zdziwieniem, 

- Weston? Czy chodzi ci o tego młodego człowieka, który od pół roku nie opuścił ani jednego przyjęcia, na 

którym byłyśmy? 

- Tak. Obawiam się, że to on jest obiektem westchnień Charity. 
- Któżby pomyślał? - Letycja nie powiedziała nic więcej. 
- Jest dla niej zupełnie nieodpowiedni, rzecz jasna. 
- Masz rację. 
Przez  kilka  minut  obie  damy  stały  pogrążone  w  myślach,  po  czym  Liza  skierowała  rozmowę  na 

bezpieczniejsze tematy.  

 
Po drugiej stronie Berkeley Square Charity i Chad szli równie zamyśleni. 
- Chad... - Głos dziewczyny drżał lekko. - Co do wczorajszego wieczora... - Urwała, nie bardzo wiedząc, 

co  powiedzieć.  On  też  zbytnio  jej  nie  pomógł,  unosząc  jedynie  brwi.  -  Co  do  wczorajszego  wieczora  to 
chciałam  ci  powiedzieć,  jak  bardzo...  jestem  ci  wdzięczna,  że  zaproponowałeś  mi  to  małżeństwo. 
Wyratowałeś mnie z naprawdę okropnej sytuacji. - Chad nadal nic nie mówił, patrzył tylko na nią wzrokiem 
pełnym niewesołego rozbawienia. - Zdaję sobie sprawę, że ja byłam... jestem wszystkiemu winna. Gdybym 
się nie zakradła po kryjomu do tej biblioteki na spotkanie z Johnem... 

- Powiedziałbym, że nieomal na schadzkę - lakonicznie wtrącił Chad. 
- Obawiam się, że masz rację. - Charity zaczerwieniła się. Nagle łzy zaczęły gromadzić się w jej wielkich 

brązowych oczach. W chwilę potem już spływały po policzkach. - Och Chad! Oddałabym wszystko, by móc 
cofnąć  czas!  Nie  powinnam  była  tego  robić,  tym  bardziej  że  John  zachował  się  tak  potwornie.  -  W  jej 
zapłakanych oczach pojawiły się groźne błyski. - Jak on mógł pomyśleć, że...? 

Chad westchnął z rezygnacją i podał jej swoją chusteczkę. 
- A czy choć przez moment zastanowiłaś się, jak ty sama byś zareagowała, gdyby sytuacja była odwrotna? 

Co  ty  byś  pomyślała,  gdybyś  wpadła  do  pokoju  i  zastała  go  leżącego  na  zarumienionej  pannicy 
o potarganych włosach i sukni zaplątanej powyżej kolan? 

- Nigdy o tym tak nie myślałam. - Usta Charity tworzyły idealne „o”. - Ale gdyby wyjaśnił, co się stało... 

Gdyby powiedział mi, że... 

-  A  gdyby  ta  panna  była  kimś,  z  kim  John  byłby  bardzo  zaprzyjaźniony.  Z  kim  często  pokazywałby  się 

background image

 

55 

w towarzystwie? I gdyby opowiedział ci nieprawdopodobną historyjkę o nietoperzu...? 

- Ale to była prawda! - Charity bardzo energicznie wydmuchała nosek, jak gdyby chciała podkreślić wagę 

swoich  słów.  -  Poza  tym,  oczywiście  że  bym  mu  uwierzyła.  To  znaczy...  -  Znowu  urwała,  a  po  chwili 
westchnęła ciężko. - Masz rację. Cała sytuacja była zbyt nieprawdopodobna. Ale tak bardzo mnie boli, że 
mi nie zaufał... 

- A teraz... 
- No tak... a teraz wpakowałam nas w niezłe tarapaty. Po coś mi się oświadczył? 
-  Powiedziałem  to,  zanim  zdążyłem  pomyśleć.  -  Chad  zachichotał  ponuro.  -  Jeżeli  mam  być  szczery,  to 

byłem pewien, że mi odmówisz jednym pogardliwym potrząśnięciem pięknej główki. 

- Powinnam była tak zrobić. Och, Chad, czy my naprawdę będziemy musieli się pobrać? 
Na  widok  niekłamanego  przerażenia  wypisanego  na  jej  twarzy,  Chad  zdusił  uśmiech  i  zapewnił  ją  jak 

najpoważniej, że zrobi wszystko, co w jego mocy, by zapobiec tej katastrofie. 

 
Trzy dni  później wczesnym popołudniem  mieszkańcy Berkeley Square mogli zobaczyć ogromny  powóz 

zajeżdżający przed dom wynajmowany przez Chada  Lockridge’a.  Za powozem  podążały mniejsze woziki 
wyładowane skrzyniami i kuframi. Zdawało się, że to jakiś biblijny potwór przybył do miasta wraz ze swym 
potomstwem. 

Samego pana Lockridge’a można było zobaczyć, jak wybiega na powitanie gości, lorda i lady Bascombe, 

którzy po chwili dostojnie wysiedli z powozu. 

-  Sir  Wilfredzie!  -  zawołał  Chad  zbiegając  pospiesznie  po  schodkach.  -  I  lady  Bascombe!  Nie 

spodziewałem się, że przyjedziecie tak szybko! Jak minęła podróż? 

-  Szybko  i  gładko  -  odrzekł  sir  Wilfred.  Szerokie,  przygarbione  plecy,  łysa  głowa  i  krzaczaste  brwi 

nadawały mu wygląd dobrodusznego olbrzyma. 

Jego żona - przyjemnie okrąglutka, niska kobiecina - westchnęła z zadowoleniem. 
-  Myślałam,  że  już  nigdy  tu  nie  dojedziemy.  Zdawało  mi  się,  że  podróż  trwa  wieki.  Jakże  się  miewasz, 

drogi chłopcze? - zapytała nadstawiając mu policzek do pocałunku. 

-  Bardzo  się  cieszę,  że  panią  widzę,  droga  pani  -  odrzekł  prowadząc  ich  do  domu.  Ravi  Chand,  gdy 

przywitał się z gośćmi swojego pana, od razu zajął się nadzorowaniem rozładowywania ich bagażów. 

Sir  Wilfred  wraz  z  żoną  zostali  natychmiast  poprowadzeni  do  pokojów  specjalnie  dla  nich 

przygotowanych,  by  mogli  spłukać  z  siebie  kurz  po  podróży.  Później  wszyscy  usiedli  w  przestronnym 
salonie Chada, popijając - panowie brandy a lady Bascombe ratafię. 

Szybko zostały wymienione najświeższe ploteczki dotyczące znajomych, którzy pozostali w Indiach, oraz 

tych, których państwo Bascombe mieli wkrótce zobaczyć. W końcu jednak sir Wilfred odważył się poruszyć 
temat, który nie dawał mu spokoju, odkąd wszedł do tego domu. 

-  A  teraz  powiedz  mi,  o  jakich  to  oszczerstwach  pisałeś?  -  zagrzmiał  ponuro.  -  Mogę  ci  od  razu 

powiedzieć, drogi chłopcze, że nie pozwolę, by cię bezkarnie oczerniano. Po prostu nie pozwolę. 

Chad wyszczerzył zęby w uśmiechu. 
-  Nawet  pan  nie  wie,  jaki  kamień  spadł  mi  z  serca  w  tej  chwili.  Zdaje  się  jednak,  że  sytuacja  została  na 

razie opanowana. - Opowiedział im o zdarzeniach na balu u księcia regenta. 

-  I  regent  naprawdę  to  zrobił?  -  Siwe  brwi  zmarszczyły  się  z  niedowierzaniem.  -  Siedziałeś  z  nim  przy 

stole? Zasięgał twojej rady? Widać wywarłeś na nim niebotyczne wrażenie, gdy wróciłeś do Anglii! 

Chad uśmiechnął się ponuro. 
- Udało mi się skontaktować go z paroma znajomymi znającymi się na boksie, którzy doradzili mu kilka 

opłacalnych zakładów. No i powiedziałem mu, że ma doskonały gust, jeżeli chodzi o ubiór. 

- Aha! - rzekł sir Wilfred, jak gdyby to wszystko wyjaśniało. 
- Parę dni po tym,  gdy zaczęły krążyć plotki o mnie, powiedziałem jego wysokości, że byłoby dla niego 

lepiej, gdyby się ze mną publicznie nie pokazywał. Bardzo go to zaintrygowało, a gdy mu wyjaśniłem, o co 
chodzi, okropnie się na mnie obraził. 

- Taak, nasze książątko potrafi okazywać wielką lojalność, szczególnie jeżeli nic go to nie kosztuje. 
Chad zawahał się chwilę, zanim odpowiedział: 
-  Wiem,  że  wszyscy  się  z  niego  naśmiewają,  i  muszę  przyznać,  że  najczęściej  zachowuje  się  jak  duże 

rozpieszczone dziecko, ale ten drobny gest przyjaźni i zaufania z jego strony wiele dla mnie znaczy. 

- Dobrze powiedziane, mój chłopcze - mruknął jowialnie sir Wilfred. 
- Poza tym, jak ktokolwiek mógł uwierzyć w podobną bzdurę? - wtrąciła lady Bascombe. - Ale opowiedz 

background image

 

56 

nam, co robiłeś, odkąd przyjechałeś do Anglii? 

W zielonych oczach Chada zapaliły się przewrotne ogniki. 
- Niewiele poza tym, że się zaręczyłem i wkrótce się żenię. 
- Co takiego? - wyrwało się jego zaskoczonym gościom i minęła dłuższa chwila, zanim ich pytania zaczęły 

brzmieć sensownie. 

- Ale z kim się zaręczyłeś? - zapytała w końcu lady Bascombe. 
- Poznacie ją jutro wieczorem, ponieważ panie Rushlake zaprosiły nas na kolację. Mieszkają w sąsiednim 

domu. 

- Rushlake? 
- Mój drogi chłopcze! - wykrzyknęła radośnie lady B. - A więc wreszcie pogodziłeś się z lady Elizabeth!? 
-  Nie.  -  Chad  zaczerwienił  się.  Przełknął  z  trudnością,  jak  gdyby  coś  utknęło  mu  w  gardle.  -  To  lady 

Charity obiecała zostać moją żoną. 

- Och... - wyrwało się obojgu naraz. 
- Ale, Chad... - Głos lady Bascombe drżał lekko. - Ile lat ma to dziecko... to znaczy ta młoda dama? Jest 

przecież kilka lat młodsza od Elizabeth? 

- Frances! - rzekł jej mąż ostrzegawczo i teraz to ona się zaczerwieniła. 
- Chodzi mi o to - dodała pospiesznie - że nie wydaje mi się, abym ją znała. 
-  Ma  pani  rację,  lady  B.  -  powiedział  Chad  wzdychając  ponuro.  -  To  jeszcze  prawie  dziecko.  Niedawno 

skończyła osiemnaście lat. - Z rozbawieniem obserwował źle skrywane powątpiewanie w ich oczach. - Mam 
nadzieję, że to narzeczeństwo nie skończy się małżeństwem. To, co wam powiem jest przeznaczone jedynie 
dla waszych uszu, gdyż jesteście moimi najbliższymi przyjaciółmi i nie chciałbym was oszukiwać. 

Opowiedział  im  historię  wieczorku  muzycznego  u  Woodcrossów,  podstępnego  nietoperza  i  swojego 

honorowego, aczkolwiek nieco chybionego pomysłu, by ratować dobre imię lady Charity Rushlake. 

- Jakie to niezwykłe! - wykrztusiła wreszcie lady Bascombe. 
-  Czy  naprawdę  masz  zamiar  ożenić  się  z  tą  pannicą?  -  Lord  Bascombe  nie  mógł  wyjść  ze  zdumienia.  - 

Sądząc po tym co mówisz, to niezłe ziółko! 

- Ależ skąd! - Chad zachichotał. - To bardzo dobra i miła dziewczyna. Sami się o tym jutro przekonacie. 

14 

I w rzeczy samej, gdy następnego wieczora Charity została przedstawiona sir Wilfredowi i lady Bascombe 

na  parterze  domu  Rushlake’ów,  zachowywała  się  nienagannie.  Ukazywała  w  uśmiechu  dołeczki 
w policzkach i dygała z wielkim wdziękiem. 

Gdy  tylko  weszli  do  domu,  Chad  natychmiast  popatrzył  na  Lizę,  ale  nie  chciała  spojrzeć  mu  w  oczy. 

Ubrana w błękitną suknię doskonale podkreślającą kolor jej oczu, powitała gości bardzo serdecznie, a gdy 
w kilka chwil później do salonu weszła matka, przedstawiła jej wszystkich. Letycja powitała gości radośnie, 
tym bardziej że okazało się, iż chodziła do szkoły razem z siostrzenicą lady Frances Bascombe. 

Następnie pojawił się sir George Wharburton, powitany jowialnie przez lorda Bascombe, który szybko się 

zorientował, że spotkali się z generałem w Biharze wiele lat temu, gdy ten był jeszcze podoficerem. Przez 
kilka  minut  toczyła  się  ożywiona  rozmowa  dotycząca  Indii  „za  dawnych  dobrych  czasów”.  W  pewnym 
momencie dzwonek u drzwi zasygnalizował przybycia następnego gościa. 

Kiedy  lokaj  wprowadził  go  do  salonu,  Chad  osłupiał  z  oburzenia  i  zdziwienia  zarazem,  a  dłonie  same 

zacisnęły mu się w pięści. Giles Daventry! Bezczelny drań, który wchodził do pokoju, jakby się spodziewał, 
że zostanie przez wszystkich powitany z otwartymi ramionami. 

Z drugiej strony, dlaczego miałby się zachowywać inaczej? - pomyślał gorzko Chad. W końcu to Liza go 

zaprosiła, na miłość boską. 

Do diabła! 
Wrócił myślami do rozmowy, którą przed  godziną odbył z Jemem Januarym i  Ravi Chandem  w swoim 

gabinecie.  Jem,  patrząc  w  swój  nieodłączny  notes,  przedstawił  kolejny  raport  dotyczący  interesów  pana 
Daventry’ego, i sytuacja zaczęła wydawać się coraz mroczniejsza. 

-  Coraz  więcej  osób  odwiedza  go  po  nocy  -  mówił  Jem,  kartkując  jednocześnie  notesik.  -  Jakiś  tydzień 

temu  złożył  mu  wizytę  niejaki  Gyp  Mahoney,  znany  z  tego,  że  nigdy  jeszcze  nie  odmówił  wykonania 
żadnego polecenia, bez względu na to,  jak byłoby ohydne.  Następnego  dnia wskoczył  do powozu w Bull 
and Mouth z biletem do Macclesfield. A następnego dnia... - popatrzył prosto w oczy swemu chlebodawcy - 
...pańska przędzalnia jedwabiu spaliła się na popiół. 

W kącie pokoju zachybotał ogromny cień, gdy Ravi Chand podszedł do kominka. 

background image

 

57 

- Zdaje się, mój panie, że ten świat byłby o wiele lepszy bez pana Daventry’ego - powiedział cicho. 
-  Zgadzam  się.  -  Na  ustach  Chada  zagościł  uśmiech.  -  Muszę  cię  jednak  uprzedzić,  że  w  tym  kraju 

obowiązują  dość  surowe  prawa,  jeżeli  chodzi  o  te  rzeczy.  Szkoda  by  mi  było  cię  stracić  na  katowskim 
stryczku. Poza tym - dodał twardszym głosem - mam inne plany co do tego typka. 

Jem zawahał się, zanim położył na biurku swój notesik i usiadł w fotelu naprzeciw Chada. Oparłszy łokcie 

na kolanach nachylił się i spojrzał w oczy swojemu chlebodawcy. 

- Pan Daventry i tak już tonie w kłopotach po uszy. Słyszał pan o tych majątkach ziemskich, którymi tak 

bardzo lubi się chwalić? O tych, dzięki którym  ma tyle pieniędzy na hulanki w mieście? No cóż, one po 
prostu nie istnieją. 

-  Co  takiego?  -  Chad  nie  potrafił  ukryć  zdziwienia.  -  Wydawało  mi  się,  że  odziedziczył  spory  majątek. 

Jego rodzina nie należała przecież do biednych. 

- Ależ owszem, odziedziczył. Tyle że majątki te są już dawno sprzedane. Teraz utrzymuje się... a żyje na 

wysokiej  stopie  i  nie  żałuje  sobie  niczego...  z  pieniędzy,  jakie  przynoszą  mu  całkiem  dochodowe, 
aczkolwiek  bardzo  nieprzyzwoite  inwestycje.  Pod  innym  nazwiskiem  prowadzi  kilka  gustownych  burdeli 
i parę innych, już nie tak gustownych. Jest cichym wspólnikiem kilku hazardowych przedsięwzięć... i to nie 
takich,  do  jakich  można  byłoby  spokojnie  zabierać  młodych  kuzynków.  Ma  też  na  kącie  kilka  lewych 
interesów.  W  większości  zajmuje  się  sprzedawaniem  towarów  pochodzących  z  kradzieży.  -  Przerwał, 
widząc  uniesione  brwi  Ravi  Chanda,  ale  ponieważ  jego  chlebodawca  najwyraźniej  nie  potrzebował 
tłumaczenia,  kontynuował:  -  Ma  jeszcze  parę  innych  interesów,  równie  podejrzanych.  Plotki  głoszą,  że 
raczej  dość  czynnie  uczestniczy  w  handlu  niewolnikami.  W  każdym  razie  kilka  jego  co  bardziej 
dochodowych przedsięwzięć zostało zamkniętych za obrazę moralności tego miasta. Podejrzewam, że choć 
w  niedługim  czasie  zostaną  znowu  otwarte,  minie  trochę  czasu,  zanim  zaczną  z  powrotem  przynosić 
dochody. Pan Daventry żyje co najmniej ekstrawagancko, a i karta ostatnimi czasy mu nie szła. 

 Chada zastanowiła satysfakcja brzmiąca w głosie Jema, gdy wymieniał niepowodzenia Gilesa. 
- Mój Boże - szepnął, a po chwili dodał: - Nie wiesz może przypadkiem, czy między nocnymi gośćmi pana 

Daventry’ego nie było pracowników firmy Stanhope, Harcourt i Finch? 

- Maklerów giełdowych, tak? Zobaczmy. - Mrucząc coś do siebie niezrozumiale. Jem kartkował  notesik, 

aż w końcu znalazł stronę, o którą mu chodziło. - A tak. Facet o nazwisku Joshua Turnbull odwiedzał go 
dość  często.  Jest  tam  urzędnikiem.  No,  no...  -  zamruczał  do  siebie  ze  zdziwieniem.  -  Zdaje  się  że  Giles 
i Josh naprawdę się zaprzyjaźnili, gdyż Turnbull odwiedza go regularnie już od ponad roku. 

- Roku! Jem, jak długo obserwujesz Gilesa Daventry’ego? I dlaczego? 
-  Jest  wielu  gości,  którymi  się  zajmuję,  psze  pana  -  odrzekł  Jem  powracając  do  swojego  rynsztokowego 

slangu. 

Tego wieczora Chad nie był w stanie nic więcej z niego wydusić. 
 
Chad  obnażył  zęby  w  czymś,  co  miało  imitować  przyjazny  uśmiech,  i  wstał,  by  powitać  Gilesa 

Daventry’ego. Podziękował mu uprzejmie za życzenia szczęścia na nowej drodze życia. 

- Nie - odparła Charity na pytanie Gilesa. - Jeszcze nie ustaliliśmy daty, ale zapewniam cię, że wkrótce to 

uczynimy. - Uśmiechnęła się promiennie do swojego narzeczonego. 

Obiad  upłynął  Chadowi  w  poczuciu  oderwania  od  rzeczywistości,  pośród  towarzyskich  ploteczek 

i uśmiechów. Siedział nieomal u szczytu stołu; z lady Burnsall po prawej stronie, a po lewej  - Charity. Nie 
miał więc okazji, by choć przez chwilę porozmawiać z Lizą, siedzącą po drugiej stronie stołu i, co zauważył 
z goryczą, pogrążoną w ożywionej rozmowie z Gilesem. 

Klnąc  w  duchu,  odwrócił  się  do  Charity,  by  z  nią  porozmawiać,  przy  czym  po  raz  trzeci  tego  wieczora 

zauważył, że była wyjątkowo przygnębiona. Przez ostatnie kilka dni była niezwykle poważna. Co prawda 
nadal  była  skora  do  wybuchania  co  chwila  wesołym  śmiechem,  lecz  gdy  tylko  sądziła,  że  nikt  na  nią  nie 
patrzy, zapadała w ponure zamyślenie. Zdawało mu się, że wiedział aż za dobrze, co było powodem takiego 
zachowania  dziewczyny.  Oderwał  wzrok  od  złotej  główki  po  drugiej  stronie  stołu  i  z  werwą  zajął  się 
poprawianiem nastroju Charity. 

Rozmawiając  miło  z  Gilesem,  Liza  czuła,  że  uśmiech,  który  tego  wieczoru  przykleiła  do  warg,  zaraz 

pęknie.  Po  raz  pierwszy,  odkąd  się  poznali,  cięty  język  przyjaciela  nie  potrafił  jej  rozśmieszyć.  Prawdę 
mówiąc,  oprócz  irytacji,  jaką  wzbudziły  w  niej  jego  karesy  u  Woodcrossów,  jego  towarzystwo  coraz 
częściej ją nużyło. Co jej przyszło do głowy, że go tu zaprosiła? Spowodowały to częściowo prośby matki, 
ale przede wszystkim nie chciała sprawiać bólu staremu przyjacielowi. 

background image

 

58 

Gdy matka postanowiła wyprawić powitalną kolację na cześć Bascombe’ów, Giles stał się potrzebny do 

tego, by liczba  gości była parzysta. Przez chwilę poczuła się niepewnie  na myśl  o tym,  co pomyśli Chad 
widząc Gilesa zachowującego się w jej salonie jak u siebie w domu. Jednak natychmiast poczuła wściekłość 
na wspomnienie jego bezmyślnego zachowania u Woodcrossów. Nadal pamiętała jego umizgi do Caroline 
Poole i wspomnienie to straszliwie ją kłuło. 

Żałowała jednak swojej decyzji już w chwili, gdy Giles wszedł do salonu. Był jak zwykle swobodny, a gdy 

teraz z nią rozmawiał, odruchowo sięgał przez stół, by ująć jej dłonie. Ku własnemu zadziwieniu poczuła 
nieprzepartą ochotę, by gwałtownie wyrwać mu palce. Zamiast tego delikatnie się wyswobodziła i położyła 
dłoń na kolanie. 

Na  moment  w  oczach  Gilesa  błysnął  gniew,  lecz  już  po  chwili  wrócił  do  swojej  maski  łagodnego 

opanowania.  Wtrącił  się  do  ogólnej  rozmowy  dotyczącej  sytuacji  finansowej  Kompanii 
Wschodnioindyjskiej, w której sir Wilfred był członkiem zarządu. Wiedza Gilesa dotycząca Wschodu była 
w najlepszym razie minimalna, więc najszybciej, jak mógł, zmienił temat. Pochylił się nad stołem i zwrócił 
się do Chada: 

-  I  co,  Lockridge,  jak  tam  idą  twoje  interesy  dotyczące  zakładu  z  Lizą? Czy  nadal  uważasz,  że  będziesz 

w stanie pokonać szczęście lady Lizy? 

- Co takiego? - zapytał lord Bascombe. - Zakład? Między Chadem a lady Lizą? 
Dziewczyna  zaczerwieniła  się,  ale  uśmiechnęła  się  spokojnie  wyjaśniła  mu  warunki  zakładu.  Państwo 

Bascombe nie kryli zdziwienia i rozbawienia zarazem. 

Starając  się  zdusić  w  sobie  wściekłość  na  Gilesa,  że  jeszcze  uczynił  z  jej  prywatnych  spraw  publiczne 

pośmiewisko, mówiła dalej: 

-  Tak,  to  wyjątkowo  głupi  zakład,  jak  większość  zresztą.  -  Wyjaśniła,  co  jest  stawką,  i  ze  śmiechem 

odwróciła się do Gilesa. - Obawiam się, że pan Lockridge niechętnie by cię informował o swoich postępach, 
więc ja uczynię to samo. 

Przez kilka minut trwała jeszcze dyskusja na temat zakładu po czym wszyscy o nim zapomnieli. Tak się 

przynajmniej  wydawało.  Ku  wielkiemu  zdziwieniu  Lizy  temat  naszyjnika  wypłynął  ponownie,  gdy  całe 
towarzystwo przeszło do saloniku na kawę i brandy. 

- Powiedz mi coś więcej o Naszyjniku Królowej, moja droga - poprosiła lady Bascombe. - Słyszałam, że to 

prawdziwi dzieło sztuki jubilerskiej. 

-  W  rzeczy  samej  -  odparła  Liza.  Spojrzała  szybko  na  Chada.  -  Choć  jeżeli  mam  być  szczera,  to  jest  on 

raczej paskudny. Czy chciałaby go pani zobaczyć? 

- Chyba nie trzymasz go w domu? - wykrzyknął sir Wilfred. - Słyszeliśmy w Indiach, że Londyn stał się 

ostatnimi czasy bardzo niebezpieczny. 

-  Nie  jest  chyba  aż  tak  źle.  Poza  tym  zapewniam  was,  ze  naszyjnik  jest  dobrze  ubezpieczony.  Już  od 

jakiegoś czasu mam zamiar zanieść go do sejfu w banku i zapewne zrobię to jutro. Ale zanim  to nastąpi, 
chętnie urządzę dla was prywatny pokaz. 

Wyszła  szybko  z  pokoju,  a  po  kilku  chwilach  wróciła,  niosąc  drewniane  pudełeczko.  Wyjęła  z  niego 

naszyjnik  i  położyła  na  kolanach  lady  Bascombe.  Zdawało  się,  że  żyje  własnym  życiem,  strzelając 
płomieniami różnorodnych klejnotów. 

- Ojej! - Starsza dama aż sapnęła. 
Pozostali  podzielali  jej  zachwyt,  oglądając  naszyjnik.  Każdy

 

unosił  go  po  kolei  i  oglądał  przy  świetle 

świec, aż kolorowy blask wypełnił pokój. 

- Nie miałem pojęcia - szepnął cicho Giles - że to jest takie... takie... 
-  Duże?  -  wtrącił  Chad.  -  Moja  matka  często  groziła,  że  każe  go  połamać  na  mniejsze,  poręczniejsze 

kawałki. Twierdziła, że można by z niego zrobić co najmniej z siedem albo osiem mniejszych naszyjników. 
Mówiła,  że  sokolnik  nadawałby  się  doskonale  na  podnóżek.  Ojciec  zawsze  bardzo  się  złościł  słysząc 
podobne herezje. Cieszę się, że w końcu będę mógł go zwrócić na ehm... łono rodziny. 

- Oczywiście - odparła gładko Liza. - Gdy Brightsprings będzie już bezpieczne w moich rękach, rozważę 

możliwość odsprzedania ci naszyjnika. 

Sir Wilfred szturchnął Chada łokciem w bok, a jego potężny śmiech zabrzmiał w całym pokoju. 
- Coś mi się zdaje, drogi chłopcze, że nie pójdzie ci tak łatwo. 
-  Mój  Boże.  -  Giles  zafascynowany  przyglądał  się  naszyjnikowi.  -  Musiałaś  wydać  na  niego  fortunę...  - 

Przerwał  gwałtownie.  -  To  znaczy,  chciałem  powiedzieć,  że...  -  W  zakłopotaniu  strącił  z  podręcznego 
stolika kieliszek, którego zawartość rozlała mu się na rękaw i na dywan. Wezwano szybko służącego, lecz 

background image

 

59 

gdy  tylko  się  pojawił,  Giles,  zdenerwowany  towarzyską  gafą,  jaką  popełnił,  poprosił  go,  by  oczyścił  mu 
ubranie  w  bardziej  ustronnym  miejscu.  Jego  prośbę  skwitowało  milczenie,  a  Liza  pospiesznie  wyniosła 
naszyjnik  z  pokoju.  Rozmowa  wróciła  do  bezpieczniejszych  tematów,  a  Liza  modliła  się  w  duchu,  by 
niefortunna uwaga Gilesa nie sprowokowała spekulacji na temat jej prawdziwego majątku. 

 
Późnym  wieczorem,  Chad  chodził  niespokojnie  po  swojej  sypialni  nie  mogąc  spać.  Niepokoiło  go 

wspomnienie sposobu, w jaki Liza kładła dłoń na ramieniu Gilesa czy śmiała się z jego marnych dowcipów. 
Oczywistym  było,  że  facet  czuł  się  u  niej  w  domu  jak  u  siebie.  Wyszedł  z  pokoju,  by  wytrzeć  plamę 
z ubrania  ze  swobodą  członka  rodziny.  Równie  oczywiste  było,  że  Liza  nie  miała  pojęcia  o  jego 
prawdziwych  zajęciach.  Nie  wiedziała,  że  jego  „kompetencja  i  znajomość  tematu”,  nie  mówiąc  już 
o pieniądzach, pochodzą z najobrzydliwszych i najciemniejszych zaułków londyńskich slumsów. 

Czyżby ona naprawdę miała zamiar wyjść za mąż za tę szumowinę? Nie mógł do tego dopuścić. 
Podszedł do okna i wyjrzał na ogrody łączące się za ich domami. Jego wzrok odnalazł kamienną ławeczkę, 

na której niedawno siedziała Liza skąpana w blasku księżyca, z włosami lśniącymi złotem. Zdawała się być 
nimfą wyrzeźbioną w marmurze, lecz jej ciało, przytulone do niego, było ciepłe i gibkie, a jej usta poruszały 
się w odpowiedzi na jego pocałunki. 

Cóż,  nie  chciał  już  więcej  skradzionych  uścisków  pięknej  lady  Lizy.  W  następnej  minucie  mruknął 

gniewnie sam do siebie. O czym, do diabła, tu bajdurzył? Gdyby w tej chwili pojawiła się w ogrodzie, już 
w następnej  biegłby  tam,  by  do  niej  dołączyć.  Dobry  Boże,  co  się  z  nim  działo?  Co  się  stało  z  narzuconą 
sobie obojętnością? 

Zmusił się do oderwania od tego kuszącego tematu i skupił uwagę na Gilesie Daventrym. Zdawało się, że 

łajdak, nie mogąc zrujnować go towarzysko, usiłuje zrobić to na drodze finansowej. Ale dlaczego? Cóż on 
zrobił  takiego  potwornego,  by  zasłużyć  sobie  na  nienawiść  pana  Daventryego.  No,  oczywiście.  Liza. 
Daventry jej pragnął, ale czy można

 

mieć mu to za złe? Jednocześnie przyszło mu do głowy, że Giles równie 

mocno, co pięknej Lizy, może pragnąć jej wielkiego majątku. A może nawet mocniej? Skoro jego zasoby 
gotówki były nieomal na wykończeniu... Małżeństwo z dziczką tak ogromnej fortuny z pewnością bardzo 
szybko wyciągnęłoby go z kłopotów. Chad skrzywił wargi w uśmiechu. Gdy Giles zobaczył naszyjnik, oczy 
o mało nie wyszły mu na wierzch. 

Ale nawet jeżeli się mylił i Giles naprawdę kochał Lizę szczerze i gorąco, to i tak był wielkim łajdakiem, 

a Chad  nie  miał  zamiaru  dopuścić  do  tego  małżeństwa.  Nie  pozwoli  mu  jej  mieć!  Doszedłszy  do  ładu  ze 
swym  sumieniem  przynajmniej  w  tym  punkcie,  Chad  wreszcie  położył  się  do  łóżka.  Nie  wezwał  nawet 
służącego. Jakoś nie mógł się przyzwyczaić do myśli, że Jem jest jego służącym. 

Zastanawiał się nad zagadkową postacią pana January’ego, gdy ciszę nocy rozdarł kobiecy krzyk. Podbiegł 

do okna i  z przerażeniem zdał  sobie sprawę, że dobiegał  on z domu  Rushlake’ów! Pędem  zbiegł tylnymi 
schodami do ogrodu, po czym przez bramę w murze dostał się na teren sąsiedniej posesji. Słysząc za sobą 
tupot odwrócił się i zobaczył, że Ravi Chand i Jem depczą mu po piętach. 

Znowu rozległ się krzyk, do którego po chwili dołączyły inne podenerwowane głosy. Chad wraz z dwoma 

służącymi  wpadł  do  domu  bez  pukania.  Już  chciał  biec  do  salonu,  gdy  powstrzymał  go  widok  mniej  lub 
bardziej  ubranych  osób  zbierających  się  przed  drzwiami  gabinetu  Lizy.  W  centrum  grupy  znajdował  się 
młody  służący,  siedzący  na  schodach,  obejmujący  głowę  obiema  rękami  i  jęczący  cicho.  Nad  nim  stała 
pulchniutka pokojówka, która niedawno krzyczała. 

Z przeciwnego końca korytarza nadbiegła Liza wiążąc po drodze poły szlafroka. 
- O co chodzi? - zawołała. - Co się stało? 
Na widok swojej pani pokojówka zemdlała i z wielkim hukiem runęła na chłopaka. 
Chad podniósł ją i przekazał  Lizie, która z kolei powierzyła pieczę nad nieszczęsną dziewczyną stojącej 

obok kucharce. Potem pomógł wstać służącemu. Zauważył przy okazji, że był to ten sam młody człowiek, 
który pomagał Gilesowi, gdy przy kolacji wylał na siebie wino. 

W  odpowiedzi  na  pytające  spojrzenie  Chada  chłopak  podrapał  się  po  głowie,  jak  gdyby  dopiero  teraz 

wracała mu przytomność. 

- Nie wiem,  panie  - powiedział, masując cały  czas kark.  - Usłyszałem hałas dobiegający z  gabinetu lady 

Lizy i wszedłem do środka. Było ciemno jak w piekle. Zacząłem iść w kierunku tego głosu... to było jakby 
takie drapanie, czy coś... i dostałem przez łeb. Nie wiem, co się stało, bo jedyne, co w ogóle pamiętam, to 
Becky, stojącą nade mną i drącą się w niebogłosy. 

- Mój gabinet! - zawołała Liza blednąc gwałtownie. 

background image

 

60 

Razem z Chadem jednocześnie wpadli do pokoju. Zapaliła świecę i słysząc, jak Chad gwałtownie wciągnął 

powietrze, spojrzała na szafkę, w której trzymała Naszyjnik Królowej. Już go tam nie było. Z przerażeniem 
zobaczyła,  że  drzwiczki  kredensu,  w  którym  trzymała  naszyjnik,  były  szeroko  otwarte,  a  drewniane 
pudełeczko zniknęło. 

15 

Minęła  dłuższa  chwila,  zanim  zdołali  przekonać  służących,  że  na  nic  się  już  więcej  nie  przydadzą  i  że 

powinni  udać  się  na  spoczynek.  Kucharka,  uciszywszy  pokojówkę,  zwróciła  całą  swoją  uwagę  na 
poszkodowanego chłopca. Z pomocą Jema zaprowadziła nieszczęśnika do kuchni, gdzie położyła kompres 
na guz szybko rosnący na jego głowie. 

Lady Burnsall i Charity zjawiły się na korytarzu tuż przed tym, nim Chad i Liza weszli do gabinetu. Cała 

czwórka siedziała teraz na krzesłach przy biurku, a obok stał Ravi Chand, imponujący jak zwykle. 

-  Kto  mógł  to  zrobić?  Czy  to  był  złodziej? Jak  dostał  się  do  domu? Czy  zginęło  coś  jeszcze?  -  zapytała 

Charity i jej słowa zawisły w ciszy wypełniającej pokój. 

Ravi Chand podszedł do podwójnych drzwi wiodących z gabinetu wprost do ogrodu. Gdy nacisnął klamkę, 

otworzyły się z łatwością. 

- Czy to ty zostawiłaś jej otwarte? - Chad spojrzał pytająco na Lizę. 
-  Nie, to  znaczy... bardzo rzadko korzystam z tych drzwi.  Zarumieniła się na myśl  o tym,  że jej  ostatnia 

wyprawa  do  ogrodu  skończyła  się  ich  spotkaniem.  -  Poza  tym  Selkrik,  lokaj,  co  wieczór  sprawdza,  czy 
wszystkie drzwi są pozamykane. Zawsze jest bardzo dokładny. 

-  Najwyraźniej  tym  razem  zawiódł,  madame  -  wtrącił  Ravi  Chand.  -  Nie  widać,  żeby  ktokolwiek 

majstrował  przy  zamkach

 

w  drzwiach.  -  Podniósł  świecę  i  wyjrzał  do  ogrodu  -  Nie  widzę,  co  prawda, 

odcisków stóp, ale od dawna nie padało,

 

więc ziemia jest twarda. 

-  Mówisz  po  angielsku?  -  Liza  patrzyła  na  niego  z  niedowierzaniem.  Zdawało  się,  że  uczepiła  się 

kurczowo  tej  drobnostki,  by  nie  myśleć  o  nieszczęściu,  które  ją  spotkało.  Chad  spojrzał  na  nią  ostro,  nie 
rozumiejąc, dlaczego nadal przygląda się Hindusowi. 

- Wszystko w porządku? - zapytał szorstko. 
- Co takiego? - Obróciła na niego nie widzące spojrzenie. - A tak... tak... Zastanawiam się tylko... jak to się 

mogło  stać?  -  Wyprostowała  się  nagle,  a  w  jej  oczach  pojawiło  się  przerażenie.  -  Och,  Chad...  twój 
naszyjnik! Tak mi przykro! Musimy go odzyskać. Musimy powiadomić władze. 

- Tak - odrzekł marszcząc brwi. - Zdaje się, że to najlepsze, co możemy zrobić. 
- Zdajesz się wahać. - Zdziwiła się. 
Minęła długa chwila, zanim Chad odpowiedział. Był przekonany, że wie, kto jest złodziejem, ale wiedział 

równocześnie,  że  udowodnienie  podejrzeń  wcale  nie  będzie  łatwe.  Jak  zareaguje  Liza,  gdy  się  dowie,  że 
ktoś tak jej bliski ją okradł? Niech piekło pochłonie Gilesa Davenrry’ego! 

- Nie waham się - odpowiedział w końcu. - Ale jestem pewien, że policja będzie się zastanawiać, dlaczego 

drzwi  twojego  gabinetu  były  otwarte.  Mogą  wpaść  na  pomysł,  że  złodziej  współpracował  z  jednym 
z mieszkańców tego domu. 

- Ależ to niemożliwe! - wykrzyknęła Liza. - Nikt w całym domu nie wiedział, gdzie trzymałam naszyjnik. 

Aż  do  dzisiejszego  wieczora  nie  wyjmowałam  go  z  kredensu.  Nikt  nie

 

widział,  jak  to  robiłam.  Nikt  nie 

wiedział... - Przerwała gwałtownie, a Chad odwzajemnił jej spojrzenie i uśmiechnął się gorzko. 

-  Nikt  nie  wiedział,  gdzie  on  jest,  oprócz  mnie  -  dokończył  za  nią.  -  A  wyjmowałaś  go  już  wcześniej, 

prawda? Pokazałaś mi go niedługo po tym, jak się założyliśmy. 

- Ależ Chad! - Lady Burnsall podniosła dłoń do piersi, Charity natychmiast wpadła jej w słowo. 
- Chad, nikomu z nas nawet do głowy by nie przyszło... - przerwała, przyciskając palce do ust. 
-  Nie  uważacie  mnie  za  złodzieja?  -  Jego  głos  przypominał  daleki  odgłos  grzmotu.  -  Niedawno 

podejrzewano mnie o gorsze rzeczy. 

- Nie bądź śmieszny, Chad! Oczywiście, że to nie ty ukradłeś naszyjnik. Nikt z nas w to ani przez chwilę 

nie wierzył.  - Spokojnie wypowiedziane słowa Charity podziałały jak zimny prysznic na osłabione nerwy 
Chada. Skrzywił się w niewesołym uśmiechu. Już chciał coś powiedzieć, gdy jego uwagę przyciągnął Jem 
January, który właśnie wszedł do pokoju. Chad przedstawił do zgromadzonym paniom. 

- Jak się miewa młody Stebbins, panie ehm... January? - zapytała lady Burnsall. 
- Tak się nazywa ten chłopak? - zapytał Jem. - Głowa będzie mu pękała przez kilka następnych dni, ale to 

nic  poważnego.  -  Zawahał  się  przez  chwilę.  -  Wydaje  się  bardzo  przybity  faktem,  że  nie  był  w  stanie 
zapobiec temu włamaniu, madame. Jak długo jest u was na służbie? 

background image

 

61 

Lady Burnsall spojrzała na córkę. 
- Musiałbyś zapytać Selkrika, ale zdaje mi się, że niewiele więcej niż parę miesięcy - odparła Liza. 
- Rozumiem - rzekł Jem, po czym zamyślił się głęboko. 
Chad przyglądał mu się z zainteresowaniem. Po chwili znowu odwrócił się do Lizy. 
-  Jeżeli  chcesz  wszcząć  oficjalne  postępowanie,  radzę  ci  posłać  na  Bow  Street.  Jem  może  od  razu  tam 

pojechać. 

- A czy nie można by poczekać z tym do jutra rana? - Lady Burnsall jęknęła. 
Jem starał się ukryć niezadowolenie z planów Chada. Cicho zgodził się z księżną. 
- O ile wiem, najlepiej jest, gdy podobne postępowanie wszczęte jest tak szybko, jak to tylko możliwe.  - 

Chad  uśmiechnął  się  w  duchu.  Nagle  przyszło  mu  do  głowy,  że  i  tajemniczy  służący  mógł  nie  raz  brać 
udział w przesłuchaniach na Bow Street, ale po zupełnie innej stronie. 

Jem  westchnął  i  wyszedł.  W  niedługi  czas  potem  wrócił  prowadząc  z  sobą  dżentelmena  ubranego 

w elegancki  szary  płaszcz  i  czerwoną  bluzę,  która  była  znakiem  rozpoznawczym  śledczych  z  Bow  Street. 
Poinformował zebranych, że nazywa się George Thurgood, po czym wyjął z kieszeni sfatygowany notesik 
i zaczął  przesłuchiwać  rodzinę  i  służących.  Wyjątkowo  długo  rozmawiał  z  poszkodowanym  młodym 
Stebbinsem. Na Ravi Chanda patrzył z wyraźnym brakiem zaufania, ale przesłuchał go bardzo dokładnie. 

- Niewiele tego - powiedział na koniec. - Zdaje się, że to robota zawodowca. Niech się pani nie obrazi, ale 

ułatwiła mu pani zadanie. Zostawiając drzwi otwarte, sama się pani prosiła o nieszczęście. Kto, oprócz pani, 
wiedział, gdzie znajdowało się to świecidełko? 

Na moment zapadła pełna napięcia cisza. Nagle odezwał się Chad: 
- Lady Elizabeth była tak miła, że pokazała mi naszyjnik kilka tygodni temu. Powiedziała mi niedawno, że 

nikt poza mną o niczym nie wiedział. 

Śledczy nie powiedział nic poza tym, że zrobi, co w jego mocy i będzie z nimi w kontakcie. 
Szybko i energicznie opuścił dom przy Berkeley Square, a mieszkańcy i służba powoli wrócili do łóżek. 

Jem i Chand zniknęli bezgłośnie. Wkrótce tylko Chad i Liza pozostali w małym gabinecie. 

-  Dziękuję  za  pomoc  -  powiedziała.  Wydawała  się  bardzo  zmęczona.  -  Naprawdę  nie  wiedziałabym,  co 

robić.  -  Potrząsnęła  głową.  -  Czuję  się  tak,  jakbym  nadal  była  w  łóżku...  i  miała  obudzić  się  rano 
i przekonać, że to tylko potworny sen. 

- Mało przyjemny sposób na zakończenie wieczoru - zgodził się Chad. 
- A co z zakładem? 
- A co ma być? 
- Nie może być mowy o zakładzie, gdy jeden z przedmiotów, które były stawką, zniknął. 
- Zdaje się, że nie masz wielkiego zaufania do panów śledczych z Bow Street. Może cię zadziwią. Może 

złapią złodzieja i jeszcze zobaczysz swój naszyjnik. 

- Być może. - Uśmiechnęła się słabo. Chad miał ochotę natychmiast porwać ją w ramiona. Ku własnemu 

zdziwieniu, zapytał: 

- Dlaczego zadałaś sobie tyle trudu, by odnaleźć ten paskudny naszyjnik? 
Liza patrzyła na niego nie widzącym wzrokiem. Od dłuższego czasu łudziła się, że kupno naszyjnika było 

zwykłą inwestycją. Teraz jednak, gdy się nad tym głębiej zastanowiła, zrozumiała z całkowitą jasnością, że 
od samego początku chciała zwrócić go Chadowi. Zadała sobie trud wyczerpujących poszukiwań tylko po 
to, by zrobić mu przyjemność. By uczynić zadość wszystkim krzywdom, jakich doznał i jakie wygnały go 
z Anglii. Jedyne, czego pragnęła, to szczęścia Chada Lockridge’a. 

Złapała gwałtownie powietrze, gdy poczuła na sobie jego spojrzenie, tak natarczywe, jak gdyby chciał nim 

sięgnąć dna jej duszy. Ciepło płynące z jego dłoni, którą nadal trzymał na jej ramionach, rozlało się po jej 
ciele, docierając nawet do najbardziej tajnych zakamarków. Pochyliła się ku niemu, a gdy zaczął ją całować, 
bez  zastanowienia  objęła  go  za  szyję  i  przyciągnęła  do  siebie.  Jego  wargi  były  ciepłe  i  natarczywe,  a  ona 
niewiele  myśląc  oddała  mu  pocałunek  z  zachwytem  niewinnego  dziecka.  Jego  dłonie  przesunęły  się  po 
krzywiźnie pleców dziewczyny, a gdy wreszcie dotknęły jej piersi, jęknęła głucho. 

- Kochana moja - szepnął z wargami tuż przy jej ustach. - Niełatwo jest się pozbyć starych przyzwyczajeń, 

prawda? 

Odchyliła się, by móc spojrzeć mu w oczy i z zaskoczeniem zobaczyła, że jest prawie wściekły. 
Na  dźwięk  jego  słów  nieomal  zwinęła  się  z  bólu.  Stare  przyzwyczajenia!  Nie  tylko  jej  uściski  nie 

sprawiały mu przyjemności, ale były dla niego starym przyzwyczajeniem, w które popadał, gdy miał akurat 
ochotę na igraszki! Odsunęła się od niego, a jej konsternacja była wyraźnie widoczna. To, co dla niej było 

background image

 

62 

chwilą objawienia, dla niego było zwykłym podnieceniem i niczym więcej. 

-  Masz rację  -  powiedziała z przygnębieniem.  -  Ale tego jednego mam  zamiar się pozbyć. Nigdy więcej 

tego nie rób, Chad, gdyż jest to dla mnie nie do zniesienia. 

Odwróciła  się  na  pięcie  i  wybiegła  z  pokoju,  zostawiając  Chada  z  rozdziawionymi  ustami.  Zamyślony 

wrócił do swojego domu. 

Położył się do łóżka, lecz wiele godzin minęło, zanim zapadł w niespokojną drzemkę. 
 
Następnego  ranka  Liza  powiadomiła  Thomasa  o  kradzieży,  on  zaś  z  kolei  zawiadomił  towarzystwo 

ubezpieczeniowe. Jeszcze tego samego dnia przysłali swojego pracownika, by przeprowadził śledztwo. Liza 
wraz  z  matką  spędziły  bardzo  nieprzyjemne  popołudnie  odpowiadając  na  pytania  ponurego  mężczyzny 
w wyświechtanym płaszczu. 

Do  czasu  gdy  została  sama,  Liza  nabrała  przekonania,  że  musi  być  podrzędną  aktorką  w  jakiejś  bardzo 

marnej sztuce. Nastrój wcale jej się nie poprawił, gdy wieczór na przyjęciu u pani Colby-Chassins spotkała 
Chada. Odpowiadała na jego pytania dotyczące śledztwa wyjątkowo nieuprzejmie. 

-  Dżentelmeni  z  agencji  ubezpieczeniowej  wcale  nie  byli  pomocni.  Ośmielili  się  nawet  zasugerować,  że 

jeżeli miałam naszyjnik w domu, zamiast w bankowym sejfie, to wcale nie należy mi się odszkodowanie. 

- Czyżby? 
-  Tak,  ale  szybko  usadziłam  ich  na  miejscu.  Moja  umowa  z  nimi  mówi  jedynie,  że  ubezpieczone 

przedmioty  powinny  być  przechowywane  w  bezpiecznym  miejscu.  Co  prawda  okazało  się,  że  zamykany 
kredens nie jest tak bezpieczny jak bank, ale udało mi się ich przekonać, że spełniał warunki umowy. 

- Już widzę, jak wypędziłaś ich ze swojego progu mieczem ognistym. - Chad zaśmiał się. - Czy jeszcze nie 

odkryli, kto jest odpowiedzialny za tę kradzież? 

-  Nie,  ale  zadawali  mnóstwo  pytań.  -  W  migotliwym  świetle  świec  usiłowała  odkryć,  w  jakim  jest 

humorze.  -  Nie  zdziwiłabym  się,  gdyby  jutro  wpadli  do  ciebie.  -  Chad  nie  odpowiedział.  Mówiła  więc 
niepewnie dalej: - Oczywiście zapytali, kto oprócz mnie wiedział, gdzie ukryty był naszyjnik, i oczywiście 
bardzo się zainteresowali, gdy wymieniłam twoje nazwisko. Chcieli też wiedzieć, kto się pierwszy znalazł 
na  scenie  tuż  po  kradzieży,  że  się  tak  wyrażę.  Rozmawiali  ze  Stebbinsem,  bardzo  się  zdziwili  gdy 
powiedział, że wpadłeś do domu przez tylne drzwi w chwilę po tym, jak został ogłuszony. 

- Rozumiem - odrzekł Chad tak bezbarwnym tonem, że Liza nie była pewna, co myśli. Westchnęła. 
-  Tak  bardzo  mi  przykro,  Chad.  Oddałabym  wszystkie  klejnoty  z  tego  przeklętego  naszyjnika,  żeby 

odwrócić bieg zdarzeń. 

- Wiem. - W jego głosie słychać było ogromne zmęczenie, ale uścisnął ciepło dłoń dziewczyny. - W końcu 

musiałaś powiedzieć im prawdę. 

 
Potem Liza miała już bardzo mało czasu, by się zastanawiać nad wypadkami ostatnich dni. Przy śniadaniu 

usłyszała od matki, że powinny wreszcie wrócić do swoich towarzyskich obowiązków. 

-  Już zbyt  długo nie odwiedzałyśmy znajomych. Cat  Thurston  urodziła ostatnio synka, więc Richard jest 

bardzo dumny z siebie; choćby ze zwykłej uprzejmości nie powinnyśmy spóźniać się z gratulacjami. Poza 
tym siostry Falbourne odwiedziły nas już dwukrotnie od czasu naszej ostatniej wizyty u nich. 

Liza  jeszcze  nigdy  nie  miała  mniejszej  ochoty  na  składanie  wizyt  niż  teraz,  ale  z  tonu  matki  jasno 

zrozumiała, że w tej sytuacji żadne prośby i zaklęcia nie pomogą. 

Niecałą godzinę później Liza, wystrojona w zieloną wizytową suknię, z pasującym do całości kapeluszem 

przyozdobionym wielką zieloną kokardą, wyszła z domu u boku matki. Księżna szła młodzieńczym, raźnym 
krokiem,  ubrana  w  elegancką  brązową  suknię,  do  złudzenia  przypominającą  kolor  jej  włosów;  na wierzch 
miała  narzucony  kremowy  płaszcz  przewiązany  ciemnym  plecionym  paskiem.  Jej  kapelusz  także  był 
kremowy,  przyozdobiony  brązowymi  śliwkami,  które  chwiały  się  za  każdym  jej  krokiem.  Zdawać  się 
mogło,  że  ich  kolor  podkreślał  zaaferowanie  matrony,  gdy  zachwycała  się  nowo  narodzonym  dzieckiem, 
gratulowała dumnym rodzicom, a potem przepraszała siostry Falbourne. 

Odwiedziły także panie Runstead, Halstead i Winburton, oraz panią Gelbert, panią Frey i panny Cashbury. 

Gdy wyszły z domu tych ostatnich, Liza zwróciła się do matki. 

-  Mamo,  nic  mnie  nie  obchodzi,  ile  jeszcze  smoków  należących  do  śmietanki  towarzyskiej  powinnyśmy 

odwiedzić. Mam już dość. Po następnej filiżance herbaty moje zęby chyba się rozpuszczą. Najwyższy czas, 
abyśmy wróciły do domu. 

Lady Burnsall przytaknęła i wsiadłszy do powozu, wygodnie oparła się o poduszki. 

background image

 

63 

- Masz zupełną rację, kochanie - powiedziała łagodnie. Zdjęła kapelusz i przesunęła palcami po włosach. - 

Muszę przyznać, że był to wyjątkowo nudny poranek, ale każdy ma swoje obowiązki. 

Liza spojrzała szybko na matkę, po czym zaczęła przyglądać się szwom na swoich rękawiczkach. 
-  Nadal  nie  mogę  uwierzyć,  jak  prędko  plotki  rozbiegają  się  po  tym  mieście.  Co  najmniej  trzy  osoby 

współczuły mi z powodu kradzieży Naszyjnika Królowej. 

- Taak - westchnęła księżna. - Ja też słyszałam podobne komentarze. Nie mam pojęcia, od kogo plotkarki 

mogły usłyszeć tę wiadomość. 

-  Ja  też  nie.  -  Po  chwili  dodała:  -  Czy  podczas  rozmowy  o  kradzieży  nikt  przypadkiem  nie  wymienił 

nazwiska Chada? 

-  Nie  bezpośrednio.  -  Lady  Burnsall  znowu  westchnęła.  -  Chociaż  ta  nieznośna  Tina  Witherspoon 

wspomniała,  że  inspektorzy  przesłuchiwali  Chada,  podobnie  jak  wszystkich  innych,  którzy  wiedzieli 
o naszyjniku. 

Liza zacisnęła dłonie w pięści. 
- Mamo, nie zniosłabym myśli, że z mojej winy Chad znowu jest na językach wszystkich starych plotkarek 

tego miasta. 

- Wiem, kochanie. To byłoby okropne. Ale wiesz co? Chad jest teraz dużo starszy i z pewnością potrafi się 

obronić. - Wahała się, zanim dokończyła, jak mogła najdelikatniej: - To miło z twojej strony, że troszczysz 
się o dobre imię swego szwagra. 

Liza  pobladła,  ale  na  szczęście  nie  musiała  odpowiadać  gdyż  właśnie  w  tej  chwili  powóz  zatrzymał  się 

przed domem. Wysiadła pospiesznie i  jak burza  przemknęła obok zamiatającej schody pokojówki.  Zdjęła 
kapelusz  i  wzdychając

 

z  ulgą,  że  wreszcie  znajduje  się  we  własnym  domu  po  całym

 

poranku  spełniania 

towarzyskich  obowiązków,  weszła  do  saloniku,  przepuszczając  matkę  przodem.  Niestety  już  po  chwili 
wpadła na nią, gdyż starsza dama stanęła w drzwiach jak słup soli. 

Liza ze zdumieniem patrzyła, jak postać stojąca przy fortepianie rozdziela się gwałtownie na dwie osoby. 
- Charity! - wykrztusiła lady Burnsall. 
- Pan Weston! - pisnęła Liza. 

16 

Charity  i  John  odwrócili  się  gwałtownie,  by  stawić  czoło  nowo  przybyłym.  Dziewczyna  bezskutecznie 

usiłowała doprowadzić do porządku potargane włosy, a ręka Johna powędrowała odruchowo do karygodnie 
przekrzywionego krawata. 

- My nie... nie słyszeliśmy, jak wchodziłyście. - Charity nie mogła złapać tchu. 
- Najwyraźniej - warknęła lady Burnsall. - Charity, jak mogłaś? Jesteś przecież zaręczona! A co do pana, 

młody człowieku... - Spojrzała na Johna z gniewem w oczach. - Będę wdzięczna, jeżeli opuści pan ten dom 
i nigdy już nie wróci. 

Ale bezwstydna para ani drgnęła. Zamiast tego John, blady ze zdenerwowania, ale pewny siebie, ujął dłoń 

dziewczyny. 

-  Przepraszam  za  moje  niewłaściwe  zachowanie  -  powiedział  cicho,  lecz  stanowczo.  -  Ale  nie  będę  się 

tłumaczył i przepraszał za moją miłość do Charity. - Odwrócił się, by spojrzeć na stojącą obok dziewczynę. 
- Tym bardziej, gdy ona powiadomiła mnie, iż odwzajemnia moje uczucia. 

-  John  przyszedł  przeprosić  mnie,  że  zbyt  pochopnie  mnie  osądził  na  przyjęciu  u  Woodcrossów.  Że  źle 

zrozumiał  całą  tę  historię  z  nietoperzem  i...  to  wszystko.  -  Zawahała  się,  lecz  po  chwili  dodała  pewnie:  - 
John  przyszedł,  aby  mi  się  oświadczyć.  Odpowiedziałam,  że  będę  szczęśliwa  mogąc  zostać  jego  żoną.  - 
dokończyła z godnością. 

-  Przyjmij  moje  gratulacje,  siostrzyczko  -  powiedziała  bezbarwnie  Liza.  Razem  z  księżną  weszły  do 

pokoju i zamknęły za sobą drzwi. - Jesteś chyba jedyną dziewczyną w Mayfair, która może się pochwalić 
dwoma narzeczonymi. 

-  Nie  martw  się,  siostrzyczko  -  odparła  zjadliwie  zarumieniona  Charity.  -  Przy  najbliższej  sposobności 

powiadomię mojego drugiego narzeczonego, że już nie siedzę mu na karku. Wiesz przecież doskonale, że 
Chad  nie  chce  się  ze  mną  żenić  -  ciągnęła.  -  A  ja  na  pewno  nie  chcę  wychodzić  za  niego.  To  byłoby 
najbardziej niedobrane małżeństwo ze wszystkich, jakie znasz. Nie została jeszcze podpisana żadna umowa 
ani omówione żadne szczegóły. Nie rozumiem dlaczego... 

-  Charity  -  przerwała  jej  Liza.  -  Mówiłam  ci  już  wcześniej,  że  chociaż  John  Weston  jest  bardzo 

sympatycznym młodym człowiekiem, to życzeniem moim i mamy jest... 

-  Żebym  poślubiła utytułowanego idiotę, którego  nigdy w życiu nie pokocham!  - krzyknęła zrozpaczona 

background image

 

64 

Charity. 

Liza odwróciła się do Johna. 
- Mój drogi panie, nie chcę wprawiać pana w konsternacje, ale sam pan rozumie, że dziewczyna z pozycją 

społeczną Charity musi poślubić kogoś bardziej odpowiedniego. 

- Dlaczego? - zapytał John spokojnym tonem. 
- Co takiego? - Liza nie zrozumiała. 
-  Gdzie  jest  napisane,  że  młoda  kobieta  musi  poślubić  człowieka,  którego  nie  kocha?  Lady  Lizo,  lady 

Burnsall,  może

 

i  nie  jestem  utytułowany,  ale  mogę  zapewnić  Charity  szczęście.

 

Jestem  odpowiednio 

wykształcony i... - Zaczerwienił się pod gniewnym wzrokiem Lizy. - I właśnie powierzono mi prowadzenie 
dużego majątku na północy kraju. 

- Co takiego? - powtórzyła Liza równocześnie z niedowierzaniem. 
-  Otrzymałem  propozycję  od  dżentelmena,  który  posiada  ziemię  w  Northumberland.  Słyszał  o  moich 

badaniach nad unowocześnieniem i wzmocnieniem nasion. Chce, żebym wprowadził swoje metody na jego 
ziemi, ponadto zaproponował mi bardzo godziwą płacę. 

Księżna i Liza patrzyły na młodzieńca z szeroko otwartymi ustami. 
-  Ale...  -  zaczęła  Liza,  lecz  przerwało  jej  wejście  służącego,  który  zaanonsował  przybycie  gościa. 

Powiedział, że pan Giles Daventry czeka na lady Lizę w salonie. 

- Powiedz mu, że nie mam teraz czasu. - Skrzywiła się ze zniecierpliwieniem, ale po chwili zastanowienia 

dodała pospiesznie: - Albo lepiej powiedz, że zaraz do niego przyjdę. - Odwróciła się do pozostałych osób 
i spoglądając  na  matkę,  rzekła:  -  Panie  Weston,  to  nie  jest  najodpowiedniejsza  pora  na  kontynuowanie  tej 
dyskusji. Proponuję, by opuścił pan nasz dom, a wrócił jutro. Dzięki temu będziemy miały więcej czasu na 
rozważenie pańskiej oferty. 

-  Chyba  nie  myślicie,  że  uda  się  wam  przekonać  mnie,  żebym  zmieniła  zdanie!?  -  zawołała  gniewnie 

Charity. - Tak czy inaczej, nie zmienię go. Równie dobrze już teraz możecie się z tym pogodzić! 

-  Twoja  siostra  i  matka mają  rację,  Charity  -  powiedział John Weston  z tak  czułym  uśmiechem,  że  Liza 

poczuła dławienie w gardle. - Lepiej będzie, jeżeli poczekamy, aż emocje opadną. 

Ukłonił się paniom i wyszedł zapewniając, że zjawi się następnego dnia. Charity nic nie powiedziała, ale 

wypadła z pokoju z zaciętą miną, a Liza wymieniła z matką zaniepokojone spojrzenie i poszła w jej ślady. 

W salonie Giles nerwowo przechadzał się koło okna wychodzącego na Berkeley Square. 
-  Liza.  -  zawołał  biegnąc  ku  niej,  gdy  tylko  pojawiła  się  w  pokoju.  Serdecznie  ujął  jej  dłonie.  - Właśnie 

usłyszałem nowinę o kradzieży Naszyjnika Królowej. Pomyślałem, że przyjdę i powiem ci, jak bardzo mi 
przykro. 

Liza uśmiechnęła się. Zmusiła się do lekkiego tonu 
- Doprawdy, Giles, można by pomyśleć, że umarł ktoś z rodziny. To przecież tylko nic niewarta biżuteria. 
Giles  pociągnął  ją  na  kanapę  i  usadowił  z  wielkim  ceremoniałem.  Potem  usiadł  obok  i  odezwał  się 

ponownie: 

- Ależ, moja droga, jak to „nic niewarta”? Z pewnością musiałaś bardzo przeżyć taką stratę. Zakładam, że 

powiadomiłaś odpowiednie instancje? - Opowiedziała mu o wizycie inspektora z Bow Street oraz agentów 
ubezpieczeniowych.  -  Pewnie  ze  mną  też  będą  chcieli  porozmawiać  -  powiedział  zamyślony.  - 
I z wszystkimi, którzy byli tego wieczora na przyjęciu. 

- Ojej! - zawołała dziewczyna. - Nie pomyślałam o tym. Czy myślisz, że będą niepokoić sir George’a? I sir 

Wilfreda, i lady Bascombe? To okropne! Oni z pewnością będą bardzo przejęci. 

-  Nonsens.  -  Giles  roześmiał  się.  -  Jestem  pewien,  ze  przesłuchanie  będzie  krótkie  i  rutynowe. 

Zastanawiam  się...  -  Wstał  i  podszedł  do  okna.  Z  wielkim  zainteresowaniem  przyglądał  się,  jak  powóz 
zajeżdża przed dom Landsdowne’ów. - Zastanawiam się, czy powinienem wspomnieć inspektorom o tym, 
że Chad wiedział, gdzie trzymałaś naszyjnik. 

Liza patrzyła na niego z uczuciem, które dziwnie przypominało niechęć. 
- Skąd wiesz, że wcześniej pokazywałam Chadowi naszyjnik? - zapytała zjadliwie. 
- No... zdaje się, że mówił o tym, gdy wczoraj pokazywałaś go nam wszystkim. 
- Rozumiem. Ale tak się składa, że Chad sam poinformował o tym fakcie inspektora Thurgooda. 
Na twarzy Gilesa odmalowała się ulga. 
-  To  bardzo  dobrze.  Wahałem  się,  czy  udzielenie  tej  informacji  nie  przysporzyłoby  mu  niepotrzebnych 

kłopotów. 

- A myślisz, że przysporzyłoby? Czy myślisz, że stałby się głównym podejrzanym?  - Serce waliło jej jak 

background image

 

65 

młotem, gdy powiedziała to pytanie, ale na jej twarzy malowało się jedynie uprzejme zainteresowanie, co 
też Giles na to odpowie. 

- No cóż... - Wzruszył niepewnie ramionami. - Chodzi o to, że... - Zaczerpnął głęboko powietrza. - Prawdę 

mówiąc,  Lizo,  uważam,  że  Chad  zachował  się  wyjątkowo  okropnie.  -  Liza  nic  nie  powiedziała,  jedynie 
patrzyła  mu  w  oczy  z  wyczekującym  zainteresowaniem.  Mówił  więc  pospiesznie  dalej:  -  To  on  był 
podejrzany,  gdy  naszyjnik  poprzednio  zniknął. Wiem,  że  fakt,  iż  kupiłaś  go  od  osoby,  której  sprzedał  go 
jego ojciec, jest dostatecznym dowodem jego niewinności, jednak nadal... Poza tym, teraz posiada ogromny 
majątek, ale nikt nie wie, skąd go wziął. - Liza nadal nic nie mówiła, lecz jej dłonie coraz mocniej zaciskały 
się  w  pięści.  -  Nie  możesz  zaprzeczyć,  że  wydaje  się  co  najmniej  dziwne,  że  to  on  był  jedyną  osobą  na 
ziemi, oprócz ciebie, która wiedziała dokładnie, gdzie znajduje się naszyjnik. 

Giles  obserwował,  jakie  wrażenie  zrobiło  jego  przemówienie.  Milczenie  Lizy  nie  było  zbyt  obiecujące. 

Siedziała sztywno wyprostowana, z dłońmi zaciśniętymi w pięści, a w jej oczach migotały gniewne błyski. 
Podobny  bladoniebieski  blask  miewa  czasem  rozgrzany  do  białości  metal.  I  podobnie  jak  on,  oczy 
dziewczyny sypały iskry. 

- Mówiąc to mam na uwadze wyłącznie twoje dobro, moja droga - dodał pospiesznie. - Przez wiele lat go 

broniłem, ale musisz wreszcie spojrzeć realnie na ten świat. Rozumiem, że żywisz dla niego przyjaźń, i że 
jest  narzeczonym  twojej  siostry,  ale  wiem  też  dobrze,  jak  bardzo  ufasz  tym,  których  kochasz.  Wierz  mi 
jednak, że nie chciałbym widzieć, jak ktoś cię wykorzystuje. 

Pod  koniec  jego  przemówienia  Liza  była  bliska  wybuchu.  Już  otwierała  usta,  by  zniszczyć  jego 

przemądrzałość  i  zbytnią  pewność  siebie,  gdy  powstrzymał  ją  wyraz  szczerego  zaniepokojenia,  jasno 
wypisany na jego twarzy. Westchnęła więc i powiedziała sztywno: 

- Stary przyjacielu, dziękuję ci za troskę, ale sam rozumiesz, że to prywatna sprawa. Wolałabym, żebyśmy 

więcej o tym nie

 

mówili. Teraz zaś musisz mi wybaczyć... Mam mnóstwo spraw do załatwienia. 

To  powiedziawszy  zebrała  spódnice  i  wymaszerowała  z  pokoju,  tym  samym  zmuszając  Gilesa  do 

opuszczenia  zarówno  saloniku,  jak  i  domu.  Zanim  wsiadł  do  powozu,  stał  jeszcze  przez  chwilę  pod 
drzwiami i patrzył na dom. 

 
Gdy  już  siedział  w  powozie  i  jechał  powoli  w  kierunku  Bunrton  Street,  nie  wiedział,  że  jest  uważnie 

obserwowany.  Kiedy  powozik  zniknął  za  zakrętem  ulicy,  Jem  January  z  powrotem  zasunął  firankę 
i odwrócił  się  do  swojego  chlebodawcy.  Chad  siedział  w  fotelu  przed  kominkiem,  a  tuż  przy  drzwiach, 
z ramionami jak zwykle założonymi na piersi, stał Ravi Chand. 

- No cóż - rzekł Jem. - Przynajmniej nie zabawił długo. 
-  Prawdopodobnie jednak wystarczająco długo, by  wyjaśnić jej dokładnie, że jestem  jedyną osobą, którą 

można  zasadnie  podejrzewać  o  kradzież  tego  przeklętego  naszyjnika  -  mruknął  ze  złością  Chad.  - 
Oczywiście  powiedział  jej  to  wszystko  z  głębokim  smutkiem.  Jeżeli  nie  będę  się  miał  na  baczności,  ten 
łajdak mnie zniszczy. Ale opowiedz mi, Jem, coś więcej o tym służącym, Stebbinsie. Podejrzewam, że gdy 
Daventry usłyszał, że Liza chce następnego dnia odnieść naszyjnik do banku, wylał na siebie wino, by móc 
swobodnie z mim

 

porozmawiać. I Stebbins poinformował go, gdzie Liza trzyma klejnot. 

- Hmm... rozpoznałem go w tej samej chwili, gdy zobaczyłem go siedzącego na schodach i trzymającego 

się za głowę. Nie znał Daventry’ego bardzo długo, ale z pewnością odwiedzał go często w ciągu ostatnich 
paru miesięcy. Tyle wiem na pewno. 

- Mnie też wydał się znajomy - mruknął Chad. - Dopiero dzisiaj uświadomiłem sobie, że to on przyniósł 

Lizie  wiadomość  od  Gilesa  właśnie  wtedy,  gdy  pokazywała  mi  naszyjnik.  Z  pewnością  widział  otwarty 
kredens i pudełko, z którego Liza go wyjęła. 

- W takim razie nie ma wątpliwości, że pracuje dla pana Daventry’ego - powiedział cicho Jem. 
-  Ale  Giles  jeszcze  wtedy  nie  wiedział,  że  Liza  jest  w  posiadaniu  naszyjnika.  Dlaczego  miałby  trzymać 

swoją wtyczkę w jej domu? 

- Po prostu po to, by mieć ją na oku. Żeby znać jej rozkład zajęć i móc bywać tam, gdzie ona bywa. Żeby 

wiedzieć, z kim się spotyka, i w ten sposób znać swoich potencjalnych rywali. 

Jedyną odpowiedzią Chada był gniewny, zduszony pomruk. 
-  Zapoznałem  się  z  pokojówką  w  domu  pani  Lizy  -  wtrącił  ze  swojego  kąta  Ravi  Chand.  -  Bardzo  miłą 

młodą kobietką. Powiedziała mi, że wszyscy służący już od paru miesięcy oczekują „miłych zapowiedzin”, 
jak to określiła. Mówiła też, że oświadczyny Daventry’ego stały się stałym składnikiem jego wizyt, tak że 
służba opowiada już sobie o nich dowcipy. Zdaje się, że lady Burnsall bardzo pochwala ten związek - dodał 

background image

 

66 

zamyślony. 

Chad przejechał palcami po włosach. 
-  Zdaje  się,  że  wszystkie  swatki  w  tym  mieście  uważają  pana  Daventry’ego  za  wyjątkowo  dobrą  partię. 

Posiadłości ziemskie na północy... i cały ten kram. Dobry Boże, a co będzie, jeżeli ona zdecyduje się przyjąć 
jego oświadczyny? - Sama myśl o tym wywoływała u Chada nieomal fizyczny wstręt. 

Jem opadł na obity satyną fotel stojący obok kominka. 
- Mam wrażenie, że gdyby coś do niego czuła, już dawno by go przyjęła. Wydaje się, że on się koło niej 

kręci, odkąd wyjechał pan z Anglii. Z drugiej strony... - spojrzał na Chada spod opuszczonych rzęs - ...być 
może pani ma swoje powody, by trzymać go przy sobie. Jego i jemu podobnych byczków. 

Chad pochwycił jego spojrzenie i rzucił ironiczną uwagę: 
- Nadążasz za biegiem wydarzeń, co, młody panie January? 
-  Robię,  co  w  mojej  mocy,  psze  pana.  -  Jem  znowu  wstał  -  Wracam  do  sprawy  tego  naszyjnika.  Jestem 

przekonany, że to Stebbins otworzył drzwi drogiemu krasnoludkowi i z pewnością nie był to  Idealny Pan 
Daventry.  Jestem  przekonany,  że  pracował  wtedy  nad  swoim  alibi  u  White’a.  Nie  zdziwiłbym  się,  gdyby 
złodziejem okazał się Gyp Mahoney, zna się na rzeczy, a i Daventry już nie raz korzystał z jego usług do 
brudnej  roboty.  -  Jem  nagle  zachichotał.  -  Ciekawe  czy  Stebbins  zdawał  sobie  sprawę,  że  zarobi  takiego 
guza na głowie tylko po to, by wszystko uwiarygodnić? 

- Ba, ale jak my to wszystko udowodnimy? 
- A może porozmawiałbym z panem Stebbinsem - zaproponował cicho Ravi Chand. 
-  Jestem  pewien,  że  po  minucie  w  twoim  towarzystwie,  przyzna  się  do  każdej  zbrodni,  jaką  tylko 

wymienisz. - Jem zaśmiał się. - Jednak nie na wiele to się przyda. Mógłby wskazać palcem na Daventry’ego 
i wyliczyć wszystkie jego zbrodnie, ale ludzie tego pokroju są wyjątkowo sprytni, jeżeli chodzi o zrzucanie 
winy  na  kogoś  innego.  Słówko  szepnięte  przyjacielowi  z  wyższych  sfer,  gwinea  albo  dwie  wsunięte 
w odpowiednie  dłonie  i  takie  oskarżenia  nie  poparte  dowodami  topnieją  jak  płatki  śniegu  na  rozgrzanym 
piecu.  -  Odwróci  się  do  Chada.  -  Będzie  pan  musiał  złapać  go  na  gorącym  uczynku...  gdy  będzie  miał 
naszyjnik przy sobie. Albo przynajmniej u siebie w domu. 

-  Ale  jak  mam  tego  dokonać?  -  Chad  westchnął.  Zerknął  na  Ravi  Chanda,  który  odkaszlnął  znacząco.  - 

Nie, mój drogi, znam twoje zdolności włamywacza, ale mam nadzieję, że nie

 

będzie to konieczne. Poza tym 

sam mógłbyś wpakować się w tarapaty. Giles Daventry ma na swoich usługach zbirów i morderców, którzy 
zapewne pilnują, by nikt niepowołany nie dostał się do domu. 

- Być może ja będę w stanie coś tu pomóc - rzekł Jem po chwili zastanowienia. - Mam taki mały plan... ale 

o  tym  później  gdy  będę  znał  więcej  szczegółów.  -  Wstał  i  odwrócił  się  do  Ravi  Chanda.  -  Czy  nie 
powinieneś mieszać czegoś w kuchni. 

-  Wszystko  już jest  gotowe  -  z wielką godnością odparł  zapytany.  -  Goście mojego pana będą dziś  mieli 

królewską ucztę. 

- A co z nami, biednymi niewolnikami, którzy żywią się odpadkami z pańskiego stołu? 
Hindus  nie  zniżył  się  do  odpowiedzi  na  to  pytanie;  wyszedł  dziarsko  z  pokoju,  a  za  odpowiedź  musiał 

Jemowi starczyć błysk w jego czarnych oczach. 

Chłopak zachichotał. 
- Czy pan aby na pewno wie, na co naraża swoich gości? 
-  Obiecałem  państwu  Bascombe,  że  skosztują  kuchni  Ravi  Chanda.  Nie  wiem  natomiast,  czy  panie 

Rushlake  kiedykolwiek  miały  okazję  spróbować  indyjskich  dań?  Jeżeli  nie,  będzie  to  dla  nich  niezwykłe 
przeżycie. 

- Próbowałem kiedyś zjeść curry. Mało się nie przekręciłem. 
-  Mam  nadzieję,  że  to  cię  nauczyło,  że  do  indyjskich  potraw  należy  podchodzić  z  odpowiednią 

ostrożnością i uwagą. 

- Oraz dużą ilością czegoś mokrego i zimnego w dłoni. A teraz, mój panie i władco, czas się przebrać do 

obiadu. Czy mam ci przynieść ognioodporny krawat? 

 
Gdy w niecałą godzinę później pojawili się goście, w całym domu unosiły się egzotyczne, ostre zapachy. 

Charity pociągnęła wdzięcznie noskiem, gdy razem z matką, siostrą i sir George’em zostały wprowadzone 
do salonu. 

-  Mnm!  -  powiedziała  z  uśmiechem.  -  Jak  pięknie  pachnie,  Chad.  Nie  mogę  się  doczekać,  kiedy 

usiądziemy do stołu. 

background image

 

67 

- A czeka cię wiele niespodzianek, miła pani - zagrzmiał jowialnie sir Wilfred. - Ravi Chand jest mistrzem 

kuchni indyjskiej, pomijając inne jego zdolności. 

-  Mam nadzieję, że przygotował  curry  -  wtrącił sir George.  -  Nie miałem okazji zjeść porządnego curry, 

odkąd wyjechałem z Bengalu. 

Gdy  wreszcie  zasiedli  do  stołu,  nie  zawiedli  się.  Hindus  przygotował  zadziwiającą  ilość  potraw  i  każdą 

z nich serwował oddzielnie. 

- Mmm, a cóż to takiego? - zapytała ciekawie lady Burnsall, przyglądając się potrawie na widelcu. 
- Nazywamy to rhogan josh, memsahib - odrzekł Ravi Chand, a na jego ciemnym obliczu odmalowała się 

satysfakcja.  -  To  specjalność  prowincji,  z  której  pochodzę.  Przyrządza  się  ją  z  jagnięcia  i  garam  masala
specjalnej mieszanki ziół i przypraw, która zawiera między innymi kolendrę i cynamon. 

- Wielkie nieba! - zawołała dama. - Jakże udało ci się to wszystko znaleźć w Londynie? 
- Zadziwiające jest, jak wiele rzeczy można, kupić w tym barbarzyńskim mieście, jeżeli się wie, gdzie ich 

szukać - odparł Hindus skromnie wpatrzony w swoje pantofle. 

Chad  patrzył  na  Lizę,  która  siedziała  na  przeciwległym  krańcu  stołu.  Do  tej  pory  zachowywała  się 

z wyszukaną  uprzejmością,  ale  nie  liczył  na  to,  że  jej  wymuszone  uśmiechy  i  udawany  dobry  humor 
przetrwają do końca kolacji. Wiedział, że wiadomości, które ma dla niej, z pewnością wprawią ją w furię. 

Charity odkaszlnęła i powiedziała patrząc Chadowi w oczy: 
- John Weston odwiedził nas wczoraj. 
Dobry Boże, ta smarkula najwyraźniej czytała mu w myślach. Liza mimowolnie okazała niezadowolenie, 

patrząc na siostrę. Charity jednak nie zwracała na nią uwagi. 

- Miał dobre wieści. Ktoś zaproponował mu pracę. Będzie mógł sprawdzić swoje metody opracowywane 

w laboratorium. 

Sir  Wilfred  i  lady  Bascombe,  którzy  nic  jeszcze  nie  słyszeli  o  tym  młodym  człowieku,  zdawali  się  być 

trochę zaskoczeni tokiem rozmowy. Sir George zakrztusił się, a Liza zacisnęła usta. 

- Nie uważam, aby... - zaczęła, ale Chad powstrzymał ją. 
- Właściwie... - oznajmił spokojnie - nie miałem jeszcze okazji powiedzieć wam, że to ja zatrudniłem pana 

Westona  w  moim  majątku  w  Northumberland.  Będzie  tam  zarządcą.  -  Wrócił  spokojnie  do  jedzenia, 
najwyraźniej nie zdając sobie sprawy z zaskoczenia obecnych i wściekłości Lizy. 

- Co zrobiłeś? - wykrzyknęła. 
- Od jakiegoś czasu obserwowałem postępy Johna Westona i jestem pod dużym wrażeniem jego osiągnięć. 

Słyszałem o nim bardzo pochlebne opinie od członków Towarzystwa Agrarnego i uważam, że będzie dla 
mnie wprost nieoceniony. 

- Och, Chad! - Charity westchnęła, a potem na jej twarzy odmalowało się przerażenie. Powtórzyła: - Och, 

Chad! Muszę ci coś powiedzieć. 

-  Ale  chyba  nie  teraz?  -  wtrąciła  ostro  lady  Burnsall.  Posłała  obu  córkom  spojrzenie,  które  zrozumiały 

bezbłędnie. Charity opuściła wzrok na talerz, a Liza nadal patrzyła na Chada z piekącym oburzeniem. 

- Co myślicie o ostatnim wyskoku Bonapartego? - zapytał trochę zbyt głośno sir Wilfred.  - Podobno jest 

już u granicy belgijskiej. 

-  Nie  rozumiem,  dlaczego  nikt  nie  przeszkodzi  temu  Potworowi?  -  odezwała  się  lady  Burnsall.  - 

Najwyraźniej bez oporu zajął z powrotem całe terytorium, które zostało mu odebrane z tak wielkim trudem. 
I nikt nawet nie kiwnął palcem, aby go powstrzymać. 

-  Mamy  jeszcze  mnóstwo  czasu,  aby  to  zrobić  -  zapewnił  sir  Wilfred.  -  O  ile  wiem,  za  parę  tygodni 

Wellington wraca do Brukseli. Wtedy się przekonamy, co może zrobić ten mały korsykańczyk. 

-  Połowa  naszych  wojsk,  dotąd  stacjonująca  na  wybrzeżu,  popłynęła  walczyć  do  Ameryki,  połowa 

zaciągnęła się pod inne  sztandary. Stary Hookey będzie miał  nie lada orzech do zgryzienia,  chcąc zebrać 
odpowiednią liczbę żołnierzy zdolnych do walki. 

Sir Wilfred odwrócił się ze zdziwieniem. 
- Mój chłopcze, chyba nie sugerujesz, że Bonaparte wygoni nasze wojska z kontynentu? 
-  Myślę,  że  do  tego  nie  dojdzie  -  odrzekł  Chad  z  powagą  -  Ale  jeżeli  nasi  chłopcy  nie  zaprzestaną 

wiecznych kłótni między sobą, sytuacja może stać się poważna. 

Nieprzyjemny  nastrój  został  przerwany  przez  sir  George’a,  który  w  swój  zwykły,  bezpośredni  sposób 

zagrzmiał przez cały stół: 

-  Chciałbym  wiedzieć,  jak  wygląda  zakład  między  Chadem  a  Lizą,  jeżeli  naszyjnik  zniknął.  Paskudna 

sprawa  -  dodał  kiwając  współczująco  głową.  -  Odwiedził  mnie  wczoraj  dziwaczny  typek  podający  się  za 

background image

 

68 

inspektora z Bow Street. 

-  Ojej!  -  Liza  wydawała  się  zmartwiona.  -  Tak  bardzo  mi  przykro,  że  nachodzili  pana!  Myśleliśmy,  że 

będzie najlepiej... 

- Ależ nic się nie stało.  Właściwie było całkiem zabawnie. Nigdy jeszcze nie byłem na przesłuchaniu na 

Bow Street. Dziwną mają tam zgraję, ale podejrzewam, że znają się na

 

rzeczy. 

- To prawda - powiedział Chad. - Dlatego nie tracimy nadziei na odzyskanie naszyjnika. Jest dopiero maj, 

więc do końca naszego zakładu został miesiąc. 

Lizie  zdawało  się,  że  zaraz  wybuchnie  od  nadmiaru  rozsadzających  ją  emocji.  Jak  on  śmiał  oferować 

Johnowi  Westonowi  pracę,  a  tym  samym  dał  mu  podstawy  do  twierdzenia,  że  zdoła  utrzymać  rodzinę? 
Specjalnie starał się doprowadzić do zaręczyn Charity z Johnem, zwłaszcza że wiedział, jak bardzo Liza jest 
temu  przeciwna.  Na  dodatek  sam  był  przecież  zaręczony  z  jej  siostrą.  Bezczelność  tego  człowieka 
najwyraźniej nie znała granic! 

Galopują myśli dziewczyny nagle się uspokoiły. Taak, wszystko to miało swój sens? Czyżby Chad bawiąc 

się w swatkę między własną narzeczoną a Johnem Westonem usiłował sam wykręcić się ze zobowiązania? 
A może dobrze bawił się kosztem kobiety, której kiedyś przysięgał miłość? Czyżby cieszyło go psucie jej 
planów co do Charity? 

Liza  podniosła  wzrok  i  zobaczyła,  że  Ravi  Chand  przygotowuje  stół  do  podania  ostatniej  potrawy. 

Z wielką ceremonią postawił na stole paterę z czymś podobnym do ciasta. 

-  Gajar  Halva  -  obwieścił  dumnie.  -  Zrobiona  z  marchewki,  miodu,  orzechów  kokosowych  i  innych 

wyśmienitych składników. Wielce szanowni panie i panowie, mam nadzieję, ze będzie wam smakowało. 

Goście wypowiedzieli stosowne uwagi i po spożyciu pierwszych kęsów musieli przyznać Hindusowi rację. 

Było wyśmienite. 

W  tej  samej  chwili  do  pokoju  wszedł  służący  i  szepnął  coś  na  ucho  Ravi  Chandowi,  który  z  kolei 

powtórzył wiadomość Chadowi. 

- Thomas, tutaj? - zdziwił się Chad. Powiódł wzrokiem po gościach i powiedział: - Proszę mi wybaczyć na 

chwilę. Ktoś przyszedł zobaczyć się ze mną w bardzo ważnej sprawie. 

-  Thomas?  -  Liza  zdziwiła  się.  Thomas  Harcourt?  Co  mógł  mieć  aż  tak  ważnego  do  przekazania,  że 

przyjechał do Chada w porze kolacji? 

Po kilku minutach wrócił Chad. Był bardzo blady. 
-  Bardzo  mi  przykro,  ale  obawiam  się,  że  będę  musiał  was  opuścić.  Otrzymałem  właśnie  bardzo  złą 

wiadomość.  W  kopalni  w  Wiltshire,  której  jestem  właścicielem,  niedaleko  wioski  Hedgemoore,  nastąpiło 
tąpnięcie.  Nie  znam  jeszcze  losu  moich  pracowników  ani  żadnych  innych  szczegółów.  Służący  właśnie 
pakuje moje rzeczy i już poleciłem przyprowadzić powóz. - Spojrzał pytająco na swoich gości. - Sir Wilfred 
i  jego  żona,  mam  nadzieję,  będą  pełnić  honory  domu  pod  moją  nieobecność.  Przy  wtórze  głosów 
wyrażających  zaskoczenie,  wyszedł  z  pokoju.  W  drzwiach  stanął  jeszcze  na  chwilę.  -  Lizo?  -  zapytał 
niepewnie. - Czy mogę cię prosić na słówko? 

Wiadomość o nagłej katastrofie ostudziła jej wcześniejszy gniew, tak że bez namysłu podniosła się i poszła 

za nim. W hallu Chad ujął jej dłonie. 

- Chciałem porozmawiać z tobą później o Charity i Johnie, i całym tym  niedorzecznym zamieszaniu, ale 

zdaje się że nie będę już miał okazji. Proszę, uwierz mi, że ofiarowując Johnowi pracę miałem na uwadze 
dobro jego i twojej siostry. W żaden sposób nie chciałem cię skrzywdzić. Wiem, że gdy tylko spokojnie się 
nad  tym  zastanowisz,  zrozumiesz,  że  te  dzieciaki  naprawdę  się  kochają.  Charity  nie  będzie  szczęśliwa 
z nikim  innym.  A  przecież  to  na  jej  szczęściu  przede  wszystkim  ci  zależy,  prawda?  Nie  znajdzie  go  ani 
w bogactwie, ani w tytułach, ani w wyższych sferach; podobnie jak ty go tam nie znalazłaś. 

Przez moment jego zielone oczy zatopiły się w niej. Pochylił się i musnął wargami jej policzek, po czym 

odwrócił się do Jema, który schodził z walizkami po schodach. 

-  Nie  -  odpowiedział  krótko  na  jego  pytanie.  -  Jestem  pewien,  że  niczego  nie  zapomniałeś.  Nawet  jeżeli 

tak, to zatrzymam się po drodze i kupię coś. 

W  następnej  chwili  już  go  nie  było.  Zniknęły  także  walizy  i  Jem,  a  Liza  pozostała,  samotna,  z  dłonią 

przyciśniętą policzka. 

17 

W  dniach,  które  nastąpiły  po  wyjeździe  Chada  z  Berkeley  Square,  Liza  powtarzała  sobie,  że  chociaż, 

oczywiście, martwi się katastrofą, która zaszła w jego kopalni, wcale za nim nie tęskni. Nawet nie wiedziała, 
że  miał  kopalnię.  Co  prawda  nie  musiał  jej  mówić  o  swoich  inwestycjach,  zastanawiała  się  jednak,  jakie 

background image

 

69 

jeszcze niespodzianki chowa dla niej w zanadrzu. 

Wróciła  do  swoich  rutynowych  obowiązków,  lecz  na  dnie  serca  nosiła  wizerunek  Chada,  który  tylko 

czekał  okazji,  by  jej  o  sobie  przypomnieć.  Jeśli  nie  pochłaniały  jej  myśli  dotyczące  interesów, 
w najróżniejszych  miejscach  widziała  zielone  oczy  uśmiechające  się  do  niej  -  na  dnie  filiżanek  kawy, 
w szybach  wystaw  sklepowych,  w  migotliwym  płomieniu  nocnej  lampki.  Na  widok  rudawego  blasku 
wywołanego  promieniami  słonecznymi  na  skórzanej  poręczy  fotela  jej  nieposłuszne  myśli  natychmiast 
biegły do Chada. 

Starała  się  jednak  opanować.  Nie  mogła  przecież  zachowywać  się  jak  pierwsza  lepsza  zadurzona 

podfruwajka! Pomimo kradzieży naszyjnika nadal bardzo chciała wygrać ich zakład. Nie miała pojęcia, jak 
idzie Chadowi, ale była zadowolona ze swych zysków. W rzeczy samej rada Nathana Rotschilda okazała się 
doskonała.  Nabyła  sporo  ziemi  nie  opodal  małej  wioski  Tittiesfield,  a  po  miesiącu  odsprzedała  ją  panu 
Horacemu Pellharnowi za kilkakrotnie wyższą cenę. 

Wracając  do  domu  z  kolejnego  spotkania  z  Thomsem  Liza  uśmiechała  się  do  siebie  z  zadowoleniem. 

Pozostałe inwestycje poczynione za wstępny tysiąc funtów były równie rentowne co ziemia w Tittiesfield, 
tak więc Liza zaczęła nabierać coraz większej pewności, że jednak uda się jej wygrać zakład. 

A  co  potem?  Będzie  właścicielką  Brightsprings  i  Naszyjnika  Królowej,  bo  przecież  Chad  był  święcie 

przekonany, że go odzyska. 

Otrząsnęła się energicznie. Gdy powóz zajeżdżał przed dom na Berkeley Square, dziewczynie wyrwało się 

westchnienie ulgi. Od rana była zbyt zajęta, by mieć czas rozpamiętywać kradzież. 

Weszła  do  domu  i  przekonała  się,  że  czeka  na  nią  Charity,  ubrana  w  piękną  suknię  przyozdobioną 

francuską  koronką.  Dobry  Boże!  -  pomyślała  Liza  obserwując  zniecierpliwioną  minę  siostry  i  słysząc 
bynajmniej niedelikatne tupanie małej stopki pod złocistą spódnicą. 

-  Lizo!  -  zaczęła bez zbędnych wstępów Charity.  -  Minęło  już pięć dni,  odkąd John przyszedł,  by prosić 

o moją  rękę,  a  ty  nie  tylko  nie  raczyłaś  go  przyjąć,  gdy  był  tu  ostatnio,  ale  nawet  nie  byłaś  łaskawa 
porozmawiać na ten temat ze mną. 

- Bardzo mi przykro, kochanie, ale byłam... 
-  ...bardzo  zajęta.  Tak,  wiem.  Ale  wreszcie  jesteś  w  domu  i  o  ile  wiem,  żadna  z  nas  nie  ma  planów  na 

popołudnie. 

Liza opadła na kanapkę i poprosiła gestem, by siostra spoczęła obok. 
- Masz rację. To prawda, że cię unikałam - powiedziała z westchnieniem, po czym dodała impulsywnie: - 

Och, Charity, wiesz przecież, że mam na uwadze jedynie twoje dobro, Mama także. 

-  Wiem  o  tym  i  doceniam  to.  Ale  całe  życie  wszystko  za  mnie  załatwiałaś.  Mama  zawsze  polegała  na 

twoim zdaniu, nawet gdy byłaś jeszcze bardzo młoda... może dlatego, że tak

 

bardzo przypominasz papę. Ja 

nie chcę jednak, by tak było nadal.  - Charity wstała i zaczęła nerwowo przechadzać się po pokoju.  - Chcę 
poślubić Johna i to nie z powodu głupiego kaprysu. Znam własne serce i wiem, że nie ma w nim miejsca dla 
nikogo  innego.  -  Stanęła  przed  siostrą  i  spojrzała  jej  prosto  w  oczy.  -  Nie  mówię  tego,  by  cię  zranić,  ale 
jeżeli nie dasz nam pozwolenia na ślub, uciekniemy. 

- Charity! Nie zrobisz tego! Byłabyś zrujnowana! 
Usta dziewczyny ułożyły się w dziwnie dojrzały uśmiech, nie pasujący do jej pyzatej buzi. 
- Masz rację, nie sądzę, żeby mi to bardzo przeszkadzało, gdy będę już mieszkała w Northumberland. 
To oświadczenie wprawiło  Lizę w jeden z rzadkich u niej momentów osłupienia. Wspaniała przyszłość, 

o której śniła dla swojej małej siostrzyczki, obracała się w pył. Dlaczego Charity nie potrafiła dostrzec, jak 
wspaniała  przyszłość  ją  czeka?  Poślubiając  wiceksięcia  Wellbourne  zapewniłaby  sobie  wysoką  pozycję 
w towarzystwie oraz stabilność i bezpieczeństwo do końca życia. 

- Co ty takiego widzisz w Johnie? - zapytała ze zdumieniem. Charity zastanowiła się chwilę i odrzekła: 
-  Przede  wszystkim  jego  dobroć...  i  szczerość.  Podoba  mi  się  jego  determinacja  i  inteligencja,  a  także 

skromność. Jest zupełnie inny niż ci wszyscy nadęci panowie, których spotykamy na przyjęciach i balach. 
Nie uważam też, by było coś złego w tym, że lubię rozmawiać z nim o czymś innym niż rozdarcie płaszcza, 
ostatnie polowanie czy ostatnia partia pokera. Nie wiem, czy wiesz - zakończyła - ale on trochę przypomina 
mi papę. 

- Papę!? - Liza nie mogła uwierzyć własnym uszom. - Przecież papa nie oddałby życia w mieście za żadne 

skarby świata! 

-  Tak,  ale  czy  pamiętasz,  jaki  był  na  wsi?...  Chodził  w  wysokich  butach  do  konnej  jazdy  i  bryczesach, 

doglądał swojej ziemi, najpierw w Brightsprings, a potem w Chale. Tak bardzo cieszył się z plonów i nigdy 

background image

 

70 

nie był zbyt dumny, by pytać wieśniaków o radę. 

- To prawda, ale... 
- A jeżeli chodzi o te wszystkie wspaniałości, które dla mnie zaplanowałaś... bale, klejnoty, suknie i całą 

resztę...  Czy

 

kiedykolwiek  przyszło  ci  do  głowy,  że  wcale  ich  do  szczęścia  nie  potrzebuję?  Czy 

kiedykolwiek pomyślałaś, jak by to było

 

gdybym miała dzieci z mężczyzną, którego nie kocham? Ja chcę 

urodzić dzieci Johnowi! - zakończyła prawie z płaczem. 

Liza  patrzyła  na  siostrę  oniemiała.  Wróciła  myślami  do  tego  co  powiedział  Chad,  zanim  wyjechał  do 

Wincombe. Co by było, gdyby to ją ojciec zmusił do małżeństwa z jakimś dobrze urodzonym idiotą? Czy 
byłaby zachwycona perspektywą takiego życia? 

- Moja kochana - rzekła łagodnie, kładąc dłoń na ręce siostry. - Pragnąc jedynie twojego szczęścia, nigdy 

nie chciałam zamykać cię w więzieniu. Przykro mi, że tak to właśnie zaczęło wyglądać. - Uśmiechnęła się 
na widok budzącej  się nadziei na twarzy Charity.  - Jednak, z drugiej strony, jesteś jeszcze bardzo młoda. 
Czy możesz wiedzieć na pewno, że twoje serce nie kłamie? - Odpowiedź była aż nadto wyraźna w oczach 
młodszej dziewczyny. Liza westchnęła. - W takim razie masz moje błogosławieństwo, siostrzyczko. Zaraz 
porozmawiam z mamą. Uff! - Jęknęła pod wpływem nagłego potężnego uścisku Charity, która rzuciła się jej 
na  szyję.  Odpowiedziała  uściskiem  równie  serdecznym,  po  czym  rzekła  opanowanym  tonem:  -  Chad 
powiedział mi przed wyjazdem, że jeżeli o niego chodzi; jesteś wolna; całą sprawę rozwiąże więc jeszcze 
jedno  ogłoszeni  w  prasie.  Nie  jestem  jednak  przekonana,  czy  powinnaś  tak  o  razu  składać  przyrzeczenie 
komuś innemu. Uważam, że powinniśmy ustalić  datę ślubu za jakieś kilka miesięcy. Chyba nie  masz nic 
przeciwko trochę dłuższym zaręczynom? 

- Ależ skąd!... - Twarz dziewczyny pojaśniała. 
- Lepiej będzie, jeżeli omówisz to z Johnem - dodała dyplomatycznie. - A ja w tym czasie porozmawiam 

z mamą potem moglibyśmy się spotkać wszyscy razem i ustalić szczegóły. 

- O tak! - wykrzyknęła Charity z twarzą jaśniejącą szczęściem. - Och, Lizo, dziękuję! Jesteś kochana! 
-  Tak  wiem  -  odrzekła  Liza  z  rozbawieniem.  -  Ależ  nie,  nie...  nie  mów  już  nic  więcej.  Nie  rób  ze  mnie 

świętej. 

- Muszę wysłać liścik do Johna! - Charity zerwała się na równe nogi. - Może... to znaczy, czy myślisz, że 

mogłabym go oprosić na kolację dziś wieczorem? 

-  Będzie nam  wszystkim bardzo miło.  -  Liza roześmiała się głośno,  gdy  Charity odwróciła się na pięcie, 

przesłała jej pocałunek i wybiegła z pokoju. 

Słuchając  milknącego  w  głębi  domu  radosnego  śmiechu  siostry,  poczuła  nagły  smutek.  Niegdyś  i  ona 

czuła w sobie żar pierwszej miłości. Pamiętała, jak lekko niosły ją stopy po kolorowych bezdrożach marzeń. 
Miała  nadzieję,  że  Charity  znajdzie  szczęście  w  spełnieniu  swojej  pierwszej  miłości,  a  nie  ból  i  gorycz 
rozczarowania, które były jej udziałem. 

A teraz Chad wrócił, by ponownie zająć miejsce w jej życiu. Wolałaby... 
Wolałaby  nie  tęsknić  za  nim  aż  tak  bardzo.  Wolałaby,  żeby  na  każdą  myśl  o  nim  nie  dławiły  jej  nie 

wypłakane  łzy.  Wstała  raptownie  i  szybko  wyszła  z  pokoju.  Resztę  popołudnia,  aż  do  kolacji,  spędziła 
w swoim gabinecie na bezowocnych rozmyślaniach o tym, czy Chad wróci jutro do miasta. 

 
John Weston zjawił się w domu na Berkeley Square tuż przed oznaczoną porą kolacji. Liza powitała go 

przy drzwiach, a gdy młody człowiek pochylał się nad jej dłonią, zdawało się, że bije od niego jakiś blask. 
Patrząc mu w oczy, miała wrażenie, że widzi promienie słońca przebijające się przez liście drzew. 

Liza  przekonała  matkę,  że  zmiana  planów  co  do  ślubu  Charity  wszystkim  wyjdzie  na  dobre,  więc  teraz 

starsza pani siedziała u szczytu stołu i uśmiechała się promiennie. Liza cieszyła się szczęściem młodej pary, 
lecz ich zaślepienie wydało jej się z lekka nużące. 

 
Chad nie wrócił następnego dnia, a sądząc z zachowania służby, nie oczekiwano go w najbliższym czasie. 

Mimo to

 

wchodząc do sali balowej w domu Bretningów następnego wieczora, złapała się na tym, że szuka 

go w tłumie. 

Jednakże  nikt,  kto  na  nią  patrzył,  nie  podejrzewałby,  że  jest  smutna  czy  nieszczęśliwa.  Ubrana 

w przepiękną  zieloną  jedwabną  suknię  z  turkusową  narzutką,  flirtowała  z  większością  dobrze  urodzonych 
mężczyzn obecnych na przyjęciu, niejednemu dając nadzieję swoją urodą, ciętym językiem i wyrafinowaną 
elegancją.  Dwukrotnie  tańczyła  z  Reggiem  Hopgoodem,  po  czym  pozwoliła,  by  sir  George  Tomblinson 
odprowadził ją do stołu. Lord Comarty przyniósł jej szampana. 

background image

 

71 

Również Giles zawsze był w pobliżu. Widząc jego srebrną  głowę pochyloną nad dłonią rumieniącej  się 

debiutancki, z premedytacją starała się go uniknąć. Jednak gdy później złapała na sobie jego zrozpaczone 
spojrzenie, poddała się. Była zadowolona, że podczas chwili rozmowy, którą go zaszczyciła, nie poruszył 
żadnych osobistych tematów. Zabawiał ją i rozśmieszał jak zawsze - drobnymi ploteczkami i niewinnymi 
żarcikami. Gdy później całując jej dłoń oddał ją w ramiona następnego partnera, poczuła się znowu pewnie. 
Potem Giles zniknął w pokoju, gdzie grano w karty, i nie pojawił się aż do końca wieczoru. 

Liza zaczęła rozmowę z sir Wilfredem i lady Bascombe. 
- Już jutro? - zapytała zdziwiona. - Nie wiedziałam, w planują państwo opuścić nas tak szybko. Gdzie się 

teraz udajecie. 

-  Chcieliśmy  odwiedzić  naszego  syna,  który  mieszka  z  rodziną  w  Surrey  -  odparła  lady  Bascombe.  - 

Zostaniemy u niego miesiąc, po czym pojedziemy do córki, do Somerset. Po raz pierwszy będziemy mogli 
zobaczyć naszą wnuczkę. 

- No a potem - wtrącił sir Wilfred - będziemy uganiać się po całym kraju i odwiedzać różnych znajomych, 

których  od  lat  nie  widzieliśmy.  Na  koniec  wrócimy  do  Londynu,  by  jeszcze  raz  podręczyć  Chada  naszą 
obecnością. 

-  Bzdury.  -  Liza zaśmiała się.  -  Wiecie przecież doskonale, że Chad był  zachwycony mogąc was  gościć. 

Jestem pewna, że będzie bardzo zawiedziony, gdy nie zastanie was po powrocie do miasta. 

-  Biedny  chłopiec.  -  Lady  Bascombe  zachmurzyła  się.  -  Chciałabym  wierzyć,  że  nikt  nie  zginął  w  tej 

katastrofie. Obawiam się jednak, że to próżne nadzieje. 

Liza rozejrzała się po sali zatłoczonej bogato ubranymi i uśmiechniętymi ludźmi. 
- Zdaje się, że to zupełnie inny świat, prawda? - mruknęła. - Jak możemy żyć tak beztrosko, podczas gdy 

tuż obok nas, w tak wielu zakątkach naszego świata istnieje aż tyle podłości? 

- A cóż to za ponure rozmyślania w tak wystawny wieczór! - Liza odwróciła się gwałtownie i tuż za sobą 

zobaczyło jednego z przyjaciół Chada, lorda Whissenhama. - Zdaje się, że ten taniec należy do mnie - dodał, 
gdy orkiestra zaczęła grać walca. 

-  Oj,  Jamie,  doprawdy  nie  mam  ochoty  tańczyć  -  rzekła  z  uśmiechem  dziewczyna.  -  Może  moglibyśmy 

usiąść  gdzieś  i  przez  moment  porozmawiać?  Może  tam?  -  Wskazała  na  jedną  z  ławeczek  ustawionych 
wzdłuż ścian sali balowej. 

-  Oczywiście  -  odparł  kłaniając  się  głęboko.  Gdy  szli  wzdłuż  parkietu,  Liza  odpowiedziała  skinieniem 

głowy na pozdrowienia panny Caroline Poole, która okrążała salę w ramionach znanego w całym mieście 
rozpustnika. Nawet gdy już zniknęli im z oczu, słychać było w powietrzu piskliwy śmiech dziewczyny. 

- Nie wydaje się, by bardzo tęskniła za Chadem, co? - Zważył zgryźliwie Jamie. 
Liza spojrzała na niego zaskoczona. Gdy usadowili się na ławeczce, uważnie układała fałdy spódnicy. 
-  Czyżby  sprawy  między  nimi  zaszły  już  aż  tak  daleko?  -  Spytała  starając  się,  by  jej  głos  zabrzmiał 

naturalnie. 

- Dobry Boże, ależ skąd! - Jamie zaśmiał się głośno. - W każdym razie nikt jeszcze nic o tym nie wie. Po 

prosu  są  razem,  ona  wprost  nie  może  się  od  niego  odkleić.  -  Odwrócił  wzrok,  a  jego  twarz  nagle 
spochmurniała.  Liza  uniosła  pytająco  brwi.  -  Czy  masz  może  jakieś  wiadomości  o  swoim  naszyjniku?  - 
zapytał nagle. 

- Nie, ale Chad zdaje się wierzyć, że... 
- A może wiesz, kiedy wraca do Londynu? 
- Chad nie spowiada mi się ze swoich planów, Jamie. - Liza zesztywniała. - Nie jesteśmy już... 
- Przepraszam. Po prostu słyszeliśmy... bardzo dziwne plotki... niektóre wręcz niewiarygodne. 
- Jakie znowu niewiarygodne plotki? - Dziewczyna zdawała się bardzo spokojna. 
- Że Chad... że on... - Jamie wiercił się niespokojnie. 
- Że to on ukradł Naszyjnik Królowej? 
-  Więc  ty  także  to  słyszałaś?  -  Jamie  westchnął  przeciągle.  -  Tak.  To  i  jeszcze  więcej.  Że  Chad  jest  na 

skraju  bankructwa, że zainwestował  zbyt  wiele pieniędzy i  że teraz, przy tych wszystkich nieszczęściach, 
które na niego spadły... 

-  Dopuścił  się  kradzieży  cennego  klejnotu  z  domu  przyjaciółki  -  dokończyła  Liza  niebezpiecznie 

spokojnym głosem. 

- Tak by to mniej więcej wyglądało. - Jamie smutno pokiwał głową. - Dobry Boże, Lizo, nie wierzę, że to 

się znowu zaczyna! 

- Ja też. - Odwróciła się do niego gwałtownie. - Wiesz. Jamie... kiedy sześć lat temu Chad wyjechał z kraju 

background image

 

72 

z powodu tych plotek, myślałam, że to przykład niesprawiedliwości, jakie czasem płata nam los. Ale teraz... 
teraz zaczynam podejrzewać, że on po prostu padł ofiarą jakiegoś diabolicznego spisku. - Uśmiechnęła się 
smutno. - Jakże dramatycznie to brzmi. 

Jamie spojrzał na nią ostro. 
- Może i dramatycznie, ale i ja, wraz z kilkoma jego

 

przyjaciółmi, rozważaliśmy podobną możliwość. Czy 

wiesz kto mógłby... 

- Nie... oczywiście że nie. Nie wyobrażam sobie, by ktokolwiek mógł aż tak bardzo nienawidzić Chada, by 

pragnąć jego ruiny. Nie znam nikogo aż tak podłego. - Potrząsnęła głową. - Ale może jesteśmy w błędzie. 
W końcu takie rzeczy dzieją się tylko w tanich powieścidłach.  

Jamie spojrzał na nią przeciągle, lecz już nic więcej nie powiedział. W kilka chwil później odprowadził ją 

na  parkiet,  gdyż  następny  taniec  obiecała  Ceddie’mu  Packwoodowi.  Był  to  bardzo  poważny  młody 
człowiek, który aż kipiał od nowin na interesujący wszystkich temat - Napoleona. 

- Mówią, że już niedługo wkroczy do Belgii, a nikt nic nie robi, by go powstrzymać. Wielkie nieba, jest już 

prawie połowa czerwca, a ci idioci w Brukseli nadal nic nie robią! 

-  Spokojnie,  Ceddie  -  powiedziała  Liza  uspokajającym  tonem.  -  Jestem  przekonana,  że  książę  nad 

wszystkim panuje. Ma podobno problemy ze zwołaniem wojsk z okolic Półwyspu, zwłaszcza że spora część 
wojska pojechała walczyć do Ameryki, a jeszcze większa zdezerterowała. 

- Tak czy inaczej, nie powinien pozwolić, by Napoleon hulał po Francji i zbierał armię. 
- Z pewnością masz rację, ale muzyka już przestała grać. Może przeszlibyśmy do sąsiedniego pokoju? 
Ceddie  zarumienił  się  po  czubek  nosa,  wymamrotał  jakieś  przeprosiny  i  natychmiast  poprowadził  ją  do 

drugiego pokoju, gdzie stały bogato zastawione stoły. Tam, zachowując się niezwykle uniżenie, przyniósł 
jej szklaneczkę lemoniady. 

Chociaż  do  końca  wieczora  wydarzyło  się  jeszcze  mnóstwo  rzeczy,  myśli  Lizy  stale  wracały  do  jej 

rozmowy z lordem Whissenhamem. Czyżby Chad rzeczywiście padł ofiarą ludzkiej podłości? Ale to więcej 
niż podłość. Jeżeli to, co miało miejsce sześć lat temu i co  działo się teraz... oszczerstwa rzucane na jego 
charakter,  moralność,  a  nawet  na  jego  sposób  życia...  jeżeli  było  to  celowe  -  graniczyło  z  szaleństwem, 
a nawet ocierało się o kryminał. 

Było  już  bardzo  późno,  gdy  Serlkrik  wreszcie  wpuścił  ją  do  domu.  Przez  kilka  minut  masowała  bolący 

kark, a gdy wreszcie zaczęła wchodzić na górę po schodach, usłyszała głos matki dochodzący z salonu. 

- Lizo? Masz może chwilę czasu? 
Coś w jej głosie sprawiło, że Liza zatrzymała się z jedną nogą uniesioną nad stopniem. 
- Ależ mamo! Co ty robisz na nogach tak późno wieczorem? 
- George wyszedł przed kilkoma minutami. - Lady Burnsall uśmiechnęła się tajemniczo i gestem zaprosiła 

córkę do salonu. Gdy już obie usiadły, powiedziała: - Poprosił mnie o rękę. 

- Tylko tyle? Ależ mamo, on prosi cię o rękę regularnie już od półtora roku! 
- Tak, ale dziś wieczorem przyjęłam jego oświadczyny. 
- Och, mamo! - Przez chwilę Liza nie była w stanie wykrztusić słowa. Potem podskoczyła i impulsywnie 

uklękła u kolan matki. - Tak bardzo się cieszę! 

-  Naprawdę?  To  dobrze.  Wiem,  że  lubisz  George’a,  ale  nie  byłam  pewna,  czy  pogodzisz  się  z  tym,  że 

będziesz miała ojczyma.  - Zawahała się.  - To nie będzie tak, jak było  z twoim ojcem...  nic już nigdy nie 
będzie takie. Ale George jest taki... 

-  Ależ  tak,  mamo.  -  Liza  uścisnęła  dłoń  Letycji.  -  George  będzie  dla  ciebie  wspaniałym  towarzyszem 

i życzę wam obojgu wiele szczecią. 

Księżna odwzajemniła uścisk córki. 
- Dziękuję, Lizo. To wiele dla mnie znaczy. Nie chciałabym żyć sama. Nie lubię tego i nie potrafię tak żyć. 

Charity niedługo wychodzi za mąż, a i ty zapewne... Teraz, kiedy... to znaczy... kiedy Chad wrócił... 

-  Nie,  mamo.  -  Liza  podniosła  się  szybko.  -  Nic  mnie  nie  łączy  z  Chadem.  Nie  widzę  możliwości,  by 

wróciło to, umarło sześć lat temu. 

- Moja kochana...- Lady Burnsall poczuła się niepewnie. - Nie chciałam... Może w takim razie Giles...? 
-  Nie  sadzę,  mamo.  -  Liza  zmusiła  się  do  uśmiechu.  -  Ale  nie  rozmawiamy  o  mnie.  Powiedz,  czy  już 

ustaliliście datę ślubu? 

Letycja roześmiała się. 
- Zdecydowaliśmy się poczekać aż do ślubu Charity i Johna. Potem... 
Rozmawiały jeszcze długo, lecz wreszcie ogarnęło je zmęczenie i po serdecznych pocałunkach obie panie 

background image

 

73 

udały się do swoich pokoi. 

Liza miała mieszane uczucia. Cieszyła się szczęściem matki, lecz co będzie z jej życiem? Wiedziała, że 

w nowym domu matki zawsze znajdzie się dla niej miejsce, nie chciała jednak przeszkadzać parze starszych 
nowożeńców. 

Weszła pokojówka, by zabrać biżuterię. Liza odprawiła ją, po czym usiadła przy toaletce i wzięła do ręki 

szczotkę. Zdążyła przejechać nią po włosach zaledwie kilka razy,  gdy nagle jej uwagę przyciągnął  męski 
śmiech. 

Odwróciła się do okna i na drzewach w ogrodzie zobaczyła blask świec dobiegający z sąsiedniego domu. 

Choć nie rozumiała słów, wiedziała od razu, czyj głos usłyszała w mroku nocy. 

Rzuciwszy  szczotkę  na  podłogę,  podbiegła  do  okna  i  zapatrzona  w  noc,  słuchała  dzikiego  walenia 

własnego serca. 

Chad wrócił! 

18 

Ja, Chadwick Lockridge, biorę sobie ciebie, lady Charity Rushlake, za prawowitą sąsiadkę i przyjaciółkę, 

dopóki śmierć nas nie rozłączy. 

Stojąc pośrodku saloniku w domu przy Berkeley Square, Chad pochylił się nad dłonią Charity i złożył na 

niej ceremonialny i zarazem bardzo głośny pocałunek. 

- Och, Chad! Nie wygłupiaj się! - Charity zachichotała, ścisnęła go za rękę i dodała poważnie: - Jesteś taki 

kochany! 

- Oszczędź mnie, niegodna kobieto! - odparł Chad i jego uśmiech rozjaśnił cały pokój. - Już zawładnęłaś 

moim sercem więc błagam, nie igraj jeszcze z moją próżnością! 

Podprowadził Charity na bujany fotel pokryty satynowym obiciem, po czym opadł na drugi, tuż obok lady 

Burnsall. Dama uśmiechnęła się do niego i powiedziała do Lizy, siedzącej nie opodal na otomanie: 

- Nareszcie wszystko jest jak trzeba! 
Dziewczyna  uśmiechnęła  się  sztywno  i  nic  nie  odpowiedziała.  Chad  zaskoczył  ją,  zjawiając  się  na  ich 

progu  w  niecałą

 

godzinę  po  śniadaniu.  Jak  sam  powiedział,  przyszedł,  oficjalnie  zakończyć  swoje 

narzeczeństwo  z  Charity.  Na  jego  widok  serce  o  mało  nie  wyskoczyło  Lizie  z  piersi.  Uwielbiała  złociste 
blaski, jakie słońce rzucało na jego rudawą czuprynę zamieniając ją w szczere złoto. 

Ująwszy dłoń Charity, Chad życzył jej szczęścia w nowym, miejmy nadzieję stałym, związku. Sztuczny 

uśmiech Lizy zniknął na takie dictum, lecz postarała się opanować. Oczywiście, była zadowolona, że Chad 
i jej siostra nie byli zmuszeni do pozostania w związku bez miłości. Oczywiście, bardzo się cieszyła, że już 
wkrótce Charity poślubi człowieka, którego szczerze kocha. Ale co będzie z jej przyszłością? Już niedługo 
Charity ich opuści i odjedzie do własnego domu, w dzikiej głuszy w Northumberland. Wkrótce potem matka 
poślubi sir George’a i także przeniesie się do własnego domu. Liza ze zdziwieniem zdała sobie sprawę, że 
niechętnie  myśli  o  samotnym  mieszkaniu  w  ogromnym  domu.  Wiedziała,  że  bez  trudu  namówi  którąś 
z niezamężnych  ciotek,  by  dotrzymała  jej  towarzystwa,  ale...  to  już  nie  będzie  to  samo.  Westchnęła  cicho 
i podniósłszy wzrok, pochwyciła spojrzenie Chada. 

Boże, ależ ona jest piękna! - myślał Chad. Jej smukłe ciało zwinięte z gracją na otomanie zdawało mu się 

wprost stworzone do miłości. Zacisnął pięści. Czy kiedykolwiek będzie w stanie patrzeć na nią i nie czuć 
nagłej  chęci  przytulenia  jej  do  siebie?  Diabelnie  za  nią  tęsknił  podczas  tego  tygodnia,  który  spędził 
w Hedgemoore. Bardziej niż kiedykolwiek dotąd nie chciał poddać się jej urokowi, gdyż miał ważenie, że 
przy rozpędzonej machinie plotek na jego temat Liza prędzej czy później znowu odwróci się od niego. Tego 
dnia jednak była wyjątkowo zamyślona, a jej błękitne oczy, przybierające kolor jesiennego nieba, zdawały 
się dziwnie nieobecne. 

- Co takiego? - zapytał bezmyślnie, nie rozumiejąc pytania Charity. - A kopalnia? Zniszczenia były spore, 

ale  nie  aż  tak  ogromne,  jak  się  spodziewałem.  Na  szczęście  wybuch  nastąpił  w  czasie  przerwy  między 
dwiema  zmianami.  Robotnicy  dzienni  właśnie  wyjechali  z  kopalni,  a  nocna  zmiana  jeszcze  nie  zdążyła 
zjechać na dół. 

- Ale co było przyczyną wybuchu? - zapytała Liza. - Na pewno masz system zabezpieczeń, prawda? 
Spojrzał na nią przelotnie. 
- Mam. Toteż żeby wywołać tę katastrofę, ktoś musiał się nieźle napracować. 
- Och, nie! - wykrzyknęła lady Burnsall. - Kto mógł zrobić coś podobnego? I dlaczego? 
- Sądzę, że za odpowiednią opłatą wielu by się podjęło podobnego zadania. Na szczęście niedługo przed 

wybuchem tuż przy fabryce spotkano nieznajomego, którego rozpoznano jako niejakiego Gypa Mahoneya, 

background image

 

74 

typka poszukiwanego za wiele innych przestępstw. 

- Wielkie nieba! -  Liza pobladła i odwróciła się, by spojrzeć mu prosto w oczy. - Chcesz powiedzieć, że 

ktoś specjalnie wynajął tego człowieka, by zniszczył kopalnię? Setki ludzi mogły zginąć! 

- To prawda - rzekł Chad głosem wypranym z emocji. Obserwował ją uważnie. 
- Czy zniszczenia były poważne? - Liza nie umiała powściągnąć ciekawości. - Czy straty... to znaczy... 
-  Straty  są  niewielkie...  kopalnia  była  przecież  ubezpieczona...  ale  problem  jest  ogromny.  Nie  będzie 

można wznowić wydobywania węgla przez parę miesięcy. Poza tym, po pożarze przędzalni ludzie pomyślą, 
że wszystkie moje przedsięwzięcia są pechowe, a ja sam znalazłem się w fatalnej sytuacji. 

- Ależ to głupie! - zawołała Charity. 
-  Nawet  gdyby  to  była  prawda,  drogi  chłopcze  -  doda  Letycja  -  to  co  cię  obchodzą  opinie  starych 

plotkarek. 

Dwie damy zaśmiały się, lecz Liza nie widziała w uwadze matki nic śmiesznego.  
- To może naprawdę wiele zmienić, mamo - powiedziała cicho, z oczyma nadal utkwionymi w Chadzie. - 

Inwestorzy  z  wielką  ilością  pieniędzy  omijają  tych,  którzy  zdają  się  mieć  pecha.  Jeżeli  Chad  zostanie 
uznany  za  niegodnego  zaufania,  skończą  się  zamówienia  na  towary  przez  niego  dostarczane.  Może  mieć 
również problemy z wykwalifikowanymi pracownikami. Mogą nie chcieć u niego pracować, jeżeli będą się 
obawiać, że jest to zbyt ryzykowne. 

- Ooo! - zdumiały się zgodnym chórem Charity i lady Burnsall. 
-  Poza  tym  -  dodała  Liza  -  przy  wszystkich  tych  plotkach  krążących  po  mieście,  że...  -  Nagle  urwała, 

z przerażeniem uświadamiając sobie, co właśnie zamierzała powiedzieć. Z zakłopotaniem zacisnęła usta. 

- A poza tym - dokończył za nią Chad - przy plotkach krążących po Londynie, że to ja ukradłem naszyjnik 

Lizy, moja reputacja nie jest warta funta kłaków, a moje notowania stoją niżej niż muł rzeczny. 

Mówiąc  to,  zdawał  się  wyjątkowo  radosny  i  Liza  patrzyła  na  niego  zdumiona.  Niedługo  potem  Chad 

podniósł się z fotela i powiedział, że po tak długiej nieobecności ma w domu wiele spraw do załatwienia. 

Liza odprowadziła go do hallu, lecz zanim Selkrik otworzył przed nim drzwi, Chad raz jeszcze ujął dłoń 

dziewczyny. 

- Jeżeli chodzi o ten naszyjnik... - zaczął, ale Liza przerwała mu pospiesznie. 
- Nie jest aż tak źle. To tylko ta sama mała grupka głupich ludzi, którzy starają się zepsuć twoją reputację. 

Nikt ich nie słucha. 

- Taak - powiedział Chad zamyślonym tonem. - Zdaje się że to doprawdy mała grupka, jednakże o bardzo 

silnym głosie. - Podniósł wzrok i napotkał spojrzenie Lizy. Przyprawiło ją to o utratę tchu. Przez moment 
miała  wrażenie,  że  chce  unieść  jej  dłoń  do  ust,  lecz  wyraz  jego  twarzy  zmienił  się  gwałtownie,  jakby 
nieoczekiwana myśl zakłóciła jego spokój. Powiedział zimno: - Zdaje się, że powinienem dziękować, że na 
razie chociaż ty do niej nie należysz. 

- Chad! Mówisz to tak, jakbym była zdolna do... 
- A dlaczego nie miałabyś być? Zdaje się, że o to im chodzi. Kiedy ostatnio wszawy chórek plotkarzy piał 

o moich rzekomych niegodziwościach, w końcu do niego dołączyłaś. 

Liza  pobladła,  lecz  stłumiła  odpowiedź  cisnącą  się  jej  na  usta  ze  względu  na  obecność  Selkrika.  Chad 

odwrócił  się  na  pięcie  i  wyszedł,  zanim  zdążyła  wymyślić  stosowną  odpowiedź  Przez  moment  stała  jak 
porażona,  a  potem,  zamiast  wrócić  do  salonu  do  matki  i  siostry,  pobiegła  na  górę  do  swojej  sypialni 
Zatrzasnąwszy za sobą drzwi, opadła na łóżko. 

Jego  słowa  zraniły  ją.  Równie  dobrze  mógłby  ją  kopnąć.  Jak  mogła  być  tak  głupia  i  wierzyć,  że  jego 

uczucia dla niej stały się odrobinę cieplejsze? Kiedyś źle zrozumiał jej dziecinną walkę o jego uczucie i już 
teraz więcej jej nie zaufa. Najwyraźniej nie było w jej mocy przekonać go, że nigdy, ani razu w niego nie 
zwątpiła. 

Z drugiej strony - myślała rozzłoszczona - niby dlaczego miałaby go o czymkolwiek przekonywać? Jak on 

mógł choć przez chwilę pomyśleć, że go zdradziła? A może  - i ta myśl ją poraziła - nie chciał już nawet 
pamiętać o łączącym ich niegdyś płomiennym uczuciu pierwszej miłości? Tak, całował ją, ale dał aż nadto 
wyraźnie  do  zrozumienia,  że  nie  miało  to  nic  wspólnego  z  miłością.  Powiedział,  że  jest  jak  stara,  źle 
zaleczona rana. Nie mówiąc już o „starym przyzwyczajeniu”. Cóż, jej to przecież także nic nie obchodziło, 
nieprawdaż? Jeżeli on tak ławo zapomniał o wszystkim, co ich kiedykolwiek łączyło, ona

 

z pewnością też 

może  to  zrobić.  Właściwie  aż  do  tego  fatalnego  poranka  trzy  miesiące  temu,  gdy  wrócił  do  Londynu, 
naprawdę o nim nie myślała. 

Podeszła  do  okna  i  wyjrzała  bez  zainteresowania  na  Berkeley  Square.  Nie  widziała  powodzi  kolorów 

background image

 

75 

wywołanej czerwcowym słońcem, nie widziała drzew ani kwiatów. Jedyne, o czym mogła myśleć, to prosty 
fakt, że dawno temu Chad bez trudu zdobył mały kawałeczek jej duszy, który na zawsze pozostał w jego 
posiadaniu,  nawet  jeżeli  jego  to  już  nie  obchodziło.  Dobry  Boże,  przecież  nadal  była  szaleńczo  i  chyba 
nieodwracalnie zakochana w Chadzie Lockridge’u! 

Na  myśl  o  beznadziejnej  sytuacji,  w  której  się  znalazła,  łzy  zaczęły  wzbierać  w  jej  oczach.  Mogło  być 

prawdą,  że  Chada  pociągało  jej  ciało.  Wielkie  nieba,  przecież  i  ona  pragnęła  go  w  ten  sam  sposób!  Ale 
podstawy jej pożądania leżały w chęci dzielenia z nim życia - chwil dobrych i złych, radości i bólu. I dzieci. 
Boże, jak bardzo pragnęła urodzić jego dzieci! Pragnęła wszystkiego, co było z nim związane. 

W bezsilnej złości biła pięściami poduszkę, po czym nagle znieruchomiała. I co też miała zrobić z całym 

tym kramem? Łasić się do jego nóg jak pies, który popadł w niełaskę? Czekać, aż poklepie ją po głowie? 
O nie,  co  to,  to  nie!  A  może  wykorzystać  przeciwko  niemu  zapas  wdzięków,  jakimi  hojnie  obdarzyła  ją 
matka natura? Czyż nie mówiono jej wystarczająco wiele razy, że jest urocza? Odwróciła się, by spojrzeć na 
siebie  w  lustrze.  I  czarująca.  I  inteligentna.  I  zabawna.  Westchnęła  głęboko.  Chad  już  nie  raz  widział  ją 
w najlepszej,  najbardziej  uroczej  i  najświetniejszej  formie,  a  jednak  nie  zrobiło  to  na  nim  większego 
wrażenia. 

Zniechęcona, odwróciła się od lustra wzruszając ramionami. Niech więc będzie, co ma być. Ładnych parę 

lat udało się jej przeżyć bez miłości, więc dalej także da sobie radę. Powstrzymała łzy, które lada moment 
mogły wypłynąć na policzki.  Nie płakała przez Chada  - ani  nikogo innego  -  przez ostatnie sześć lat i nie 
miała  zamiaru  teraz  zaczynać.  Jej  życie  było  wypełnione  po  brzegi  i  nie  było  w  nim  miejsca  dla 
zielonookiego pirata z przeszłości, którego postura i złotorude włosy przyprawiały ją o zawrót głowy. Miała 
zbyt  wiele  pilnych  spraw  do  załatwienia.  Zbyt  wiele  projektów  do  przemyślenia.  Zbyt  wiele  decyzji  do 
podjęcia. 

Wyprostowawszy ramiona, szybkim krokiem wyszła z pokoju i ruszyła do gabinetu. Nie wyszła stamtąd 

przez cały poranek. 

 
W  domu  obok,  w  gabinecie  Chada,  odbywała  się  w  tym  czasie  kolejna  narada  wojenna.  W  pokoju 

brakowało  Ravi  Chanda,  który  został  pilnie  wezwany  do  kuchni,  by  załagodzić  jakiś  spór.  Na  miejscu 
znajdował się jednak Jem, który wprawdzie towarzyszył swojemu chlebodawcy do Hedgemoore, ale teraz 
miał na kolanach swój nieodłączny notes. Najwyraźniej był doskonale poinformowany, jak zwykle. 

- Mamy wiele szczęścia - rzekł radośnie do Chada. - Mahoneya nietrudno będzie przyskrzynić, a gdy już 

się to uda od razu wyjdą na jaw jego powiązania z Daventrym. Jeżeli wszystko pójdzie po naszej myśli, nie 
powinno  być  kłopotów  z  oskarżeniem  ich  obydwu...  nie  tylko  za  wybuch  w  kopalni,  ale  i  za  pożar 
w przędzalni. Że już nie wspomnę o napadzie na pana nie opodal domu Mervale’ów. 

- A naszyjnik? 
-  A  taak.  -  Jem  uśmiechnął  się  szeroko.  -  Bardzo  chciałem  z  panem  o  tym  porozmawiać.  Wpadły  mi 

w ucho wielce interesujące informacje w tej sprawie. Mam wrażenie, że otwierają się nowe możliwości. 

-  Poza  tym,  że  Ravi  Chand  zagrozi  mu  wypruciem  flaków,  co  niewątpliwie  ma  swój  urok,  nie  bardzo 

widzę, jak możemy udowodnić panu Daventry’emu popełnienie tego właśnie przestępstwa. Ale mów dalej. 
Cały zamieniam się w słuch. 

- I o to właśnie chodzi. Ja też niedawno cały zamieniłem się w słuch, a na dodatek miałem kogo słuchać. - 

Uśmiechnął się widząc pytające spojrzenie Chada.  - Parada informatorów regularnie odwiedzających dom 
pana Daventry’ego tak mnie zachwyciła, że wziąłem z niego przykład. - Uśmiechnął się jeszcze szerzej, gdy 
na twarzy Chada zaczęło się malować zrozumienie.  - Ano tak. Jakiś czas temu udało mi się zainstalować 
własną  wtyczkę  w  jego  domu.  Pełni  obowiązki  zwykłego  służącego,  ale  zapewniam  pana,  że  ma  jeszcze 
inne  walory  więc...  -  Wstał  i  złożył  swojemu  chlebodawcy  przesadnie  uniżony  ukłon.  -  ...Z  największą 
przyjemnością informuję, że Davenrry nie tylko ma w swoim posiadaniu Naszyjnik Królowej, ale że znam 
także miejsce jego ukrycia. 

- Wielkie nieba, Jem! - Chad również poderwał się na równe nogi. - Mówisz poważnie? 
- Jak nigdy. Możemy wydostać to świecidełko, gdy tylko powie pan słowo. 
- Nie, nie... to nic nie da. Musimy udowodnić mu kradzież w obecności detektywów. 
-  Nic  łatwiejszego.  Pamięta  pan  tego  fircykowatego  Robin  Hooda,  jak  mu  tam...  Thurgooda?  Można  by 

zatrudnić  przy  tym  mojego  znajomego  z  magistratu,  nazywa  się  Stogumber.  Za  jego  pośrednictwem 
możemy  uzyskać  nakaz  rewizji  przytulnej  rezydencji  pana  Daventry’ego  przy  Arlington  Street,  a  nawet 
pozwolenie przejęcia wszystkich znalezionych dóbr. 

background image

 

76 

- Mój Boże - westchnął Chad. - Nie mogę uwierzyć, że wreszcie trzymam Gilesa Daventry’ego w garści. 
- Ani ja - mruknął dziwnie gardłowo Jem. 
- A co ciebie obchodzi pan Daventry? - Chad spojrzał na chłopaka z zaskoczeniem. 
-  Być  może  opowiem  panu  moją  historię,  gdy  to  wszystko  już  się  skończy.  Na  razie  jednak...  -  Wstał 

i przeciągnął  się.  -  Lepiej  zajmę  się  paroma  sprawami.  Jeżeli  pan  sobie  życzy,  możemy  załatwić  sprawę 
jeszcze dziś wieczorem. 

-  Nie!  -  odrzekł  ostro  Chad.  -  Nie  chciałbym  być  zamieszany  w  jego  zatrzymanie  ani  aresztowanie.  - 

Zmarszczył brwi, widząc brak zrozumienia na twarzy Jema. - Nie chciałbym być postrzegany jako narzędzie 
jego zniszczenia. W każdym razie aż do... - Nie dokończył zdania. 

- Mówi się, że lady Liza żywi wiele sympatii dla pana Gilesa Daventry’ego. 
- To nie twoja sprawa - odparł wyraźnie wzburzony Chad. 
- Oczywiście, wasza wielmożność.  - Jem wcale nie przejął się groźbą w głosie chlebodawcy. Lecz nagle 

się zachmurzył. - Jeżeli nie ma pan zamiaru pójść po detektywów, to kto to zrobi? - Popatrzył podejrzliwie 
na uśmiechniętego Chada. - O nie, nie pański uniżony sługa. Co to, to nie. Moje stosunki z panami z Bow 
Street nie należą do przyjacielskich chciałbym więc... 

- Ale pomyśl tylko, jak bardzo wpłynie to na poprawę waszej znajomości. Jeżeli pomożesz Thurgoodowi 

rozwikłać sprawę naszyjnika, z wdzięczności padnie ci do stóp. 

Jem jeszcze trochę pomarudził, ale w końcu zgodził się poinformować detektywów. 
- Kiedy? - zapytał takim tonem, jak gdyby wyznaczał dzień własnej egzekucji. 
-  Cóż,  nie  wydaje  mi  się,  by  pan  Daventry  miał  zamiar  gdziekolwiek  wyjechać  czy  też  sprzedać 

naszyjnik...  w  każdym  razie  nie  w  najbliższej  przyszłości.  O  ile  wiem,  podstawowym  powodem  tej 
kradzieży była jego chęć zdyskredytowania mnie w oczach całego Londynu. Ponadto Naszyjnik Królowej to 
bardzo znane dzieło sztuki jubilerskiej, podejrzewam więc, że nie uda mu się sprzedać go zbyt łatwo. 

- Święte słowa. 
-  Chciałbym  poczekać  do  czasu,  aż  Gyp  Mahoney  zostanie  pojmany,  a  to  stanie  się  już  lada  dzień. 

Z informacjami, których może nam udzielić, będziemy mogli sprokurować o wiele ciekawsze dossiere pana 
Daventry’ego, niż kiedykolwiek mi się śniło. Może zdołamy udowodnić szereg innych jego zbrodni? 

- Podoba mi się pana styl, panie mój i władco. 
Po  tych  słowach  Jem  ukłonił  się  zamaszyście  i  wyszedł  szybko  z  pokoju.  Chad  obserwował  go 

zastanawiając  się  jednocześnie,  cóż  za  środowisko  i  okoliczności  mogły  ukształtować  tak  niezwykłego 
młodego człowieka? 

Wrócił do swojego pokoju pogrążony w myślach. Jak Liza

 

zareaguje na aresztowanie Gilesa za kradzież 

i inne przestępstwa? Z całego serca pragnął, by nie była zakochana w tym łajdaku ale nawet jeżeli była, to 
on nie zamierzał nadal taić przed nią prawdziwego charakteru łobuza. 

Miał nadzieję, że zobaczy dziewczynę jeszcze tego wieczora. W jakiś niepojęty sposób dał się namówić do 

zaproszenia Caroline Poole na przedstawienie Otella w teatrze przy Drury Lane. Westchnął ciężko. Zakręcił 
się dokoła tej głupiutkiej panny Poole wkrótce po przyjeździe do Londynu tylko po to, by wywołać iskierkę 
zazdrości  w  piersi  Lizy.  Obecnie  wolał  nie  rozważać  motywów,  które  nim  kierowały.  Cała  sprawa  już 
dawno wymknęła mu się spod kontroli. Zdawało się, że gdziekolwiek się odwrócił, wszędzie widział pannę 
Poole i z coraz większą trudnością udawało mu się omijać jej pułapki. Chad wiedział, że jego zachowanie 
nie jest godne dżentelmena, ale usprawiedliwiał się sam przed sobą tym, że pannę Caroline  Poole o wiele 
bardziej niż on sam obchodzą jego pieniądze. Dlatego też miał zamiar bez żadnych skrupułów wyswobodzić 
się z pajęczej sieci przygotowanej przez ślicznotkę. 

Uderzyła go inna myśl. Czy Liza pójdzie do teatru z Gilesem? 
Rozmasował sobie zmęczony kark, po czym skupił całą uwagę na dokumentach, które zaległy na biurku 

podczas jego nieobecności. 

 
Liza nie pojawiła się w teatrze razem z Gilesem, ale cały jej urok osobisty i dobry humor zdawał się być 

przeznaczony  dla  lorda  Francisa  Meldruna,  w  którego  towarzystwie  przybyła.  Za  nimi  siedzieli  Charity 
i John  Weston,  tak  zapatrzeni  w  siebie,  że zdawało  się,  że  cały  świat  mógłby  dla  nich  nie  istnieć.  W loży 
siedzieli jeszcze lady Burnsall i sir George. 

Chad  patrzył  krytycznie  na  lorda  Francisa.  Co  ten  gagatek  sobie  myślał,  siedząc  z  ramieniem  niedbale 

zarzuconym na oparcie fotela Lizy? I co ona sobie myślała, pojawiając się w teatrze w towarzystwie tego 
wykolejeńca? Niestosownego zachowania Lizy nie tuszował w oczach Chada nawet fakt, że jej suknia była 

background image

 

77 

wyjątkowo skromna. 

- Chad, najdroższy, spójrz - zagruchała Caroline. - Czy nie lady Weaveredge kiwa do ciebie? 
„Najdroższy”?  Czując,  że  krawat  nagle  zaczyna  go  dławić  Chad  zastanawiał  się  rozpaczliwie,  kiedy  to 

bezczelne dziewuszysko zaczęło czuć się z nim aż tak swobodnie? 

- Co sądzisz o grze Keana? - zapytał zamiast komentarzy cisnących mu się na usta. 
- O, cudowna! - odparła bez tchu, choć Chad wiedział, nie patrzyła na scenę dłużej niż przez pięć minut 

podczas ostatnich dwóch aktów. 

 
- Co sądzisz o grze Keana? - zapytał lord Francis, pochylając się dyskretnie nad ogromną koroną, w którą 

misternie poupinane były loki Lizy. 

-  O,  cudowna  -  odparła  dziewczyna,  choć,  jeżeli  miała  być  szczera,  sztuka  wcale  jej  nie  zachwyciła.  - 

Muszę  przyznać,  że  miał  rację  ten,  kto  powiedział,  że  oglądając  grę  Keana  ma  się  wrażenie  podobne  do 
czytania Szekspira przy świetle błyskawic. 

Lord  Francis  odrzucił  głowę  do  tyłu  i  wybuchnął  głośnym  śmiechem.  Słysząc  to  Liza  zacisnęła  zęby. 

Najwyraźniej  ktoś  kiedyś  powiedział  mu,  że  ma  bardzo  pociągający  uśmiech,  wiec  teraz  starał  się  aż  za 
bardzo.  Wybuchy  wymuszonego  dobrego  humoru  wywoływały  u  niej  ból  głowy.  A  może  było  to  coś 
innego? Na przykład ukradkowe spojrzenia, które cały wieczór rzucała w kierunku loży Chada Lockridge’a? 
Przez cały czas

 

kleił się wręcz nieprzyzwoicie do Caroline Poole, i to niecałe dwa dni po zerwaniu zaręczyn 

z Charity! Czy ten człowiek nie miał za grosz przyzwoitości? Odwróciła się od romantycznej sceny, która 
rozgrywała się tuż przed nią. 

Sir  George,  który  nawet  nie  usiłował  udawać,  że  lubi  Szekspira,  wciągnął  właśnie  Johna  Westona 

w dyskusję o siłach Wellingtona i o tym, czy uda mu się odeprzeć atak Napoleona. 

Liza zamknęła oczy ze znużeniem i marzyła o tym, by wieczór wreszcie się skończył. 
 
Jednakże nowinek o nadchodzącej bitwie nie udało się tak łatwo uniknąć i kilka dni później Londyn wpadł 

w gorączkowy szał na wiadomość, że Wellington wydał Napoleonowi bitwę w Belgii, nie opodal malutkiej 
twierdzy zwanej Ligny. Wieści nie były dobre. Podobno angielska armia uciekła w popłochu z pola bitwy, 
a wiadomość o porażce lorda Bluchera pod Ouarter Brass tylko dodała im skrzydeł. 

W końcu nadeszły wieści, których obawiała się cała Anglia. Wellington walczył z Napoleonem nie opodal 

małej wioski Waterloo i zdarzyło się to, co wydawało się niemożliwe - Wellington przegrywał! 

To od Chada  Liza dowiedziała się tych wstrząsających wieści,  gdy któregoś poranka  wyszli o tej samej 

porze z domów, by udać się do miasta. Po raz kolejny pojechali jednym powozem. 

-  Nie  bardzo  wierzę  tym  plotkom  -  skomentował  sucho  Chad.  -  Zdaje  się,  że  są  rozgłaszane  przez 

wszystkich  mieszkańców  tego  miasta,  a  im  mniej  ktoś  wie  o  stanie  naszej  armii  i  położeniu  Wellingtona, 
tym głośniej krzyczy o jego porażce. 

- Ale, jak powiedziałeś, jeżeli armia ucieka... 
-  Ja  tego  nie  powiedziałem.  Powtarzałem  tylko  to,  co  sam  słyszałem:  że  armia  się  wycofuje,  co 

w niektórych przypadkach jest najlepszą strategią i wcale nie musi oznaczać porażki. 

Prowadzili bardzo ożywioną rozmowę aż do czasu, gdy powoź zajechał  przed biuro Thomasa Harcourta 

i Liza musiała wysiąść. Zwróciła się do Chada uważnie dobierając słowa: 

- Być może to nie jest odpowiedni czas, by o tym mówić, ale czy myślałeś o tym, jaki wpływ może mieć 

porażka Wellingtona na wartość akcji naszego rynku? 

- Ależ myślałem. - Chad zaśmiał się bez cienia dobrego humoru. - Będzie to całkowitą klęską. O ile wiem, 

wiele osób

 

już sprzedaje swoje akcje. 

- A ty? - Liza myślała o ich zakładzie i o tym, że Chad podobno sporo pieniędzy ulokował w inwestycjach 

rządowych. 

-  To  prawda,  że  o  tym  myślałem.  Ale  postanowiłem  poczekać  z  podjęciem  decyzji  do  pojawienia  się 

informacji bardziej godnych zaufania. 

-  Podejrzewam,  że  zrobię  dokładnie  tak  samo.  Mam  niejasne  uczucie,  że  sprzedając  je,  sprzedałabym 

własny kraj. 

-  Bzdury.  Rządowi  nic  to  nie  pomoże,  jeżeli  pozwolisz,  by  powierzone  mu  pieniądze  uległy  całkowitej 

dewaluacji. Z drugiej strony, może wcale nie będzie potrzeby podejmowania aż tak drastycznych kroków. 

- Dobry Boże, mam nadzieję, że nie. - Liza westchnęła. 
Jednak z biegiem czasu wiadomości stawały się coraz mniej pomyślne i gdy pod koniec dnia Liza wróciła 

background image

 

78 

wreszcie do domu, w całym mieście słychać było o całkowitej klęsce brytyjskiej armii. Cały Londyn mówił 
o bezlitosnej rzezi. Podobno ulice Brukseli były czerwone od krwi rannych, przywożonych przez cały dzień 
z pola bitwy na ogromnych drewnianych wozach. 

Ku swemu wielkiemu niezadowoleniu Liza zastała czekającego na nią gościa. 
-  Giles!  -  wykrzyknęła,  zmuszając  się  do  uprzejmości,  na  którą  wcale  nie  miała  ochoty.  -  Nie 

spodziewałam się, że cię dziś zobaczę. 

- Muszę z tobą porozmawiać, Lizo. Tak bardzo oddaliłaś

 

się ode mnie ostatnimi czasy... 

Zawstydziła się. Uśmiechnęła się ze szczerą sympatią i wtrąciła delikatnie: 
- Bardzo mi przykro, Giles. Poproszę Selkrika, by przyniósł

 

nam coś zimnego do ogrodu. 

Ujęła go za rękę i poprowadziła do uroczego zakątka ogrodu, który jeszcze niedawno był świadkiem jej 

uścisków  z  Chadem.  Starając  się  o  tym  nie  myśleć,  Liza  wskazała  Gilesowi  miejsce  obok  siebie  na 
kamiennej  ławeczce  pod  czereśnią.  Miał  ze  sobą  nieduży  mieszek  z  miękkiego  materiału,  który  położył 
sobie na kolanach. Liza pomyślała z niejakim żalem, że w promieniach zachodzącego słońca, które lśniło na 
jego srebrnych włosach, wyglądał niezwykle przystojnie. 

- Moja droga - zaczął ze śmiertelną powagą. - Przynoszę ci zarazem dobre i złe wieści. - Liza spojrzała na 

niego  nic  nie  rozumiejąc.  -  To,  co  przyniosłem  tu  ze  sobą,  jest  kluczem  do  zagadki.  -  Wciągnął  głęboko 
powietrze. - Widzisz, wiem już, kto ukradł twój naszyjnik. 

19 

Giles! - wykrzyknęła Liza zupełnie zaskoczona. 
-  Tak  się  składa  -  kontynuował  Giles  -  że  miałem  u  siebie  na  służbie  młodego  człowieka  o  nazwisku 

Francher.  Ponieważ  liczba  moich  służących  stawała  się  zbyt  duża,  musiałem  go  zwolnić.  Poleciłem  go 
jednak Chadowi Lockridge’owi, który, jak się potem okazało, rzeczywiście go zatrudnił. 

- Ale co to ma wspólnego z...? - zapytała niecierpliwie. 
-  Pozwól  mi  dokończyć,  moja  droga.  Rzecz  jasna,  Francher  wiedział  o  kradzieży  Naszyjnika  Królowej, 

a po  wielu  rozmowach  w  pokojach  służby  dowiedział  się  wszelkich  szczegółów  dotyczących  klejnotu. 
Dlatego też, gdy znalazł to... - Giles zaczął otwierać mieszek, który przyniósł ze sobą - ...od razu wiedział, 
co to jest. 

Z wielką ostrożnością Giles wyciągnął z woreczka puste, małe drewniane pudełeczko i podał je Lizie. 
Przeciągnęła palcami po delikatnie rzeźbionych figurkach pokrywających szkatułkę. 
- W tym pudełku trzymałam naszyjnik! Gdzie, na miłość boską...? 
I znowu Giles przerwał jej niezwykle delikatnie: 
- Francher natknął się na to pewnego poranka odsuwając zasłony w gabinecie Chada. Leżało na podłodze, 

zakryte fałdami materii. Nie chciał się zgłaszać na Bow Street więc przyniósł je mnie. 

Liza nic nie rozumiejąc, patrzyła na swoje palce zaciśnięte na pudełeczku. Podniosła głowę i spojrzała na 

gościa. 

- Giles, czy chcesz powiedzieć, że Chad jest... jest złodziejem? 
Na jego twarzy malowało się zakłopotanie zmieszane z ogromnym smutkiem. 
- Obawiam się, że nie ma innego wyjaśnienia - powiedział łagodnie. 
- Rozumiem. - Liza nie mogła dać sobie rady z emocjami, które w niej szalały, lecz udało jej się zachować 

spokój.  -  Zastanawiam  się  tylko,  dlaczego  nie  zaniosłeś  tego  od  razu  na  Bow  Street,  skoro  jesteś  aż  tak 
przekonany o winie Chada. 

-  Dlaczego  nie...  -  Giles  zdawał  się  nie  rozumieć.  -  Zdawało  mi  się,  że  będzie  lepiej,  jeżeli  taką  nowinę 

przyniesie ci przyjaciel, a nie anonimowy urzędnik. Zdaję sobie sprawę, że odkrycie jego perfidii musiało 
być dla ciebie szokiem. 

Liza wstała z ławeczki i zaczęła się przechadzać między grządkami. 
-  Zgadzam  się,  że  to  wszystko  wygląda  podejrzanie,  ale  musi  być  jakieś  inne  wyjaśnienie.  Nie  mogę 

uwierzyć, że to Chad jest złodziejem. 

Wyraz  twarzy  Gilesa  zmienił  się  nie  do  poznania.  Już  nie  było  widać  pełnego  żalu  smutku,  lecz 

zaskoczenie graniczące z furią. 

- Lizo! Nie możesz oszukiwać samej siebie! Chad jest z całą pewnością winny i naszym obowiązkiem jest 

poinformować o tym stróżów prawa. 

-  Zgadzam  się,  że  musimy  poinformować  odpowiednie  instancje,  ale  powtarzam  ci,  Giles:  mimo  swoich 

wad  Chad  Lockridge  nie  jest  złodziejem.  Nawet  gdybym  spotkała  go  na  Bow  Street  z  Naszyjnikiem 
Królowej przyszpilonym do czoła, nadal wierzyłabym w jego niewinność. 

background image

 

79 

- Twoja lojalność jest godna podziwu - rzekł sucho Giles. - Ale zobaczymy, czy nie zmienisz zdania, gdy 

Lockridge zostanie aresztowany pod zarzutem kradzieży. - Wyciągnął rękę po drewniane pudełeczko, które 
dziewczyna nadal mała w ręce. Liza odsunęła się od niego. 

-  Nie,  Giles.  Masz  rację...  to  pudełko  jest  dowodem  przeciwko  Chadowi.  Bardzo  poważnym  dowodem. 

Dopilnuję by dostało się w ręce odpowiednich władz. 

Przy  ostatnich  słowach  podniosła  głos  tak,  że  stał  się  doskonale  słyszalny  w  sąsiednim  ogrodzie,  przez 

który właśnie przechodził Chad, który wracał ze stajni. 

Zatrzymał się nagle i patrzył w osłupieniu w stronę, z której dobiegły te słowa. 
 
Gdy Liza obudziła się następnego dnia, okazało się, że nad miastem wiszą niskie, szare chmury, z których 

siąpi  nieustający  deszcz.  Czuła  się  wyjątkowo  fatalnie,  gdyż  całą  noc  spędziła  na  bezowocnych 
rozmyślaniach, od czasu do czasu przerywanych waleniem pięścią w poduszkę lub niespokojnym kręceniem 
się  po  łóżku.  Gdy  już  pospiesznie  zjadła  śniadanie  składające  się  jedynie  z  kawy  i  grzanki,  wysłała 
wiadomość do Chada. 

- Dziękuję, że zjawiłeś się tak szybko - rzekła cicho, prowadząc go do saloniku. - Muszę ci coś powiedzieć 

i nie bardzo wiem, jak zacząć. 

Chad patrzył na nią z niepokojem. 
- Jak zwykle twój widok rozjaśnia najbardziej deszczowy dzień, ale widywałem cię już w lepszej formie, 

moja droga. 

-  Mam  nadzieję.  -  Kąciki  jej  ust  uniosły  się  w  zmęczonym  uśmiechu.  Poczekała,  aż  Chad  usiądzie 

wygodnie  w  fotelu  obok  kominka.  -  Ostatnia  noc  była  dla  mnie  wyjątkowo  długa.  Wczoraj  wieczorem 
odwiedził  mnie  Giles  Daventry.  Wydawał  się  przekonany,  że  to  ty  ukradłeś  Naszyjnik  Królowej.  -  Chad 
zaledwie  podniósł  brew  w  lekkim  zdziwieniu.  Liza  wzięła  głęboki  oddech  i  mówiła  dalej.  -  Wierzy,  że 
istnieją przeciw tobie poważne dowody, i że już wkrótce możesz zostać oficjalnie oskarżony. 

Podniosła oczy i ze zdziwieniem zobaczyła, że na jego ustach igra krzywy uśmieszek. 
- Takież to niezwykłe - powiedział tylko. - Czy ten dowód to coś szczególnego? 
Cała krew odpłynęła jej z twarzy, ale uniosła wysoko brodę. 
-  Jeżeli o to  chodzi,  to  nie mogę ci  powiedzieć,  ale... Chad,  czy ty nic nie rozumiesz? Giles jest  święcie 

przekonany, że to ty ukradłeś naszyjnik! 

-  Rozumiem.  -  Wyraz jego twarzy  stał  się nagle  bardzo zimny.  -  Ale widzisz, opinie pana Daventry’ego 

niewiele mnie obchodzą. 

-  O,  na  miłość  boską!  Powiedział  mi,  że  pójdzie  na  Bow  Street  i  opowie  detektywom  o  swoich 

podejrzeniach. Czy doprawdy tego nie rozumiesz? Możesz zostać aresztowany! 

- Wiem, moja droga. - Chad westchnął. - Zdaje się, że już kiedyś odbyliśmy podobną rozmowę. Czyżbyś 

naprawdę  chciała,  żebym  popędził  na  Bow  Street  i  zaczął  opowiadać,  jaki  to  jestem  niewinny?  Że  nie 
ukradłem żadnego naszyjnika i że na pewno nie jestem złodziejem? - Ujął jej dłoń. - Czy nie uważasz, że 
rozsądniej będzie poczekać, aż zostanę oskarżony o coś konkretnego? 

- No tak, ale... 
- Obawiam się, że w tej chwili nie jestem w stanie wiele zrobić, moja droga. 
- Może mógłbyś porozmawiać z Gilesem? 
- A po co? Żeby zapewnić go o mojej niewinności? - Chad zmarszczył brwi. - Nie sądzę. 
-  Czy  ty  naprawdę  nie  zdajesz  sobie  sprawy,  czym  ryzykujesz.  -  W  głosie  dziewczyny  słychać  było 

rozpacz.  -  A  co  powiedzą  ci,  którzy  są  święcie  przekonani,  że  lada  chwila  grozi  ci  bankructwo?  Dostaną 
tylko nową wodę na swój młyn! 

Nastąpiła długa chwila ciszy. Liza miała wrażenie, że różnorakie uczucia  wprost kłębią się między nimi 

i fizycznie ją przytłaczają. 

- Chad! - zawołała w końcu. - Giles jest moim przyjacielem. Chciał mi pomóc. 
Patrzył na nią niedowierzająco. Jeszcze nigdy nie zaznał takiego upadku ducha. Więc Liza znowu obróciła 

się  przeciwko  niemu!  Nie  miała  w  sobie  nawet  tyle  przyzwoitości,  by  go  poinformować,  że  zaniesie 
drewniane pudełeczko na Bow Street... jeżeli już tego nie zrobiła. Chciał złapać ją za ramiona potrząsnąć 
gwałtownie,  zawołać,  że  nie  jest  złodziejem  i  zapytać,  jak  w  ogóle  mogła  tak  pomyśleć?  Ale  -  pomyślał 
z ogromnym smutkiem - może to nie była jej wina, podobnie jak poprzednim razem? Czy mógł się po niej 
spodziewać  ślepego  zaufania,  gdy  cały  świat  okrzyknął  go  łotrem  i  złodziejem?  Pewno  nie...  ale,  dobry 
Boże,  jak  bardzo  pragnął,  żeby  tak  było!  Nawet  teraz  zdawał  sobie  sprawę,  że  chętnie  porwałby  ją 

background image

 

80 

w ramiona i zacałował. 

Nagle  zesztywniał.  Nie  miał  zamiaru  poddać  się  kobiecie,  która  w  tej  właśnie  chwili  odwracała  się  do 

niego  plecami.  Tym  bardziej  że  jednocześnie  zdawała  się  być  zakochana  w  kimś  innym.  Już  wcześniej 
potrafił zmusić się do wyrwania jej ze swojego serca. Uda mu się to i tym razem. 

A jednak, jego dłoń podniosła się i delikatnie poprawiła kosmyk włosów, który wymknął się spod spinek 

kunsztownego uczesania. 

Kiedy się odezwał, jego głos był stłumionym pomrukiem, stanowiącym kontrast z tkliwym gestem. 
- Rozumiem twoją lojalność dla... przyjaciela, Lizo, ale

 

muszę robić to, co uważam za stosowne. 

- Czyli zupełnie nic. 
- W tym momencie nic. 
Liza  miała  ochotę  wykrzyczeć  mu  w  twarz  szalejące  w  niej  uczucia.  Czyżby  miał  zamiar  pozwolić,  by 

historia się powtórzyła? Czy z powodu głupiej dumy raz jeszcze pozwoli wypędzić się z domu? Tym razem 
może się to skończyć oskarżeniem i nakazem aresztowania. Tym razem może zostać dosłownie zmuszony 
do  ucieczki  jak  złodziej,  pod  osłoną  nocy.  Myśl  o  tym  była  nie  do  zniesienia.  Jednak  zdawało  się,  że  nie 
mogła nic robić. Jednakże nie miała zamiaru powtarzać starych błędów. Wstała gwałtownie. 

-  Więc  nie  mamy  sobie  już  nic  więcej  do  powiedzenia  -  rzekła  lodowato,  przygotowując  się  do 

opuszczenia pokoju. Zatrzymała się na progu. - A tak przy okazji. Za tydzień mija termin naszego zakładu. 
Poprosiłam już Thomasa, by przygotował zestawienie moich dochodów. Może spotkamy się w jego biurze 
dwudziestego piątego o... powiedzmy, jedenastej? 

Chad  ledwie  raczył  skinąć  głową.  Zebrał  swoje  rękawiczki,  kapelusz  i  laskę,  i  już  był  gotów  do 

opuszczenia  domu  przy  Berkeley  Square.  Dziewczyna  odprowadziła  go  do  drzwi,  a  gdy  odsuwała  się  na 
bok, by go przepuścić, spojrzała na niego. Zobaczyła w jego oczach niczym niezmącony ból tak wyraźnie, 
że miała ochotę wyciągnąć dłoń, by dotknąć jego ramienia. Nie dopuściła jednak do tego. Dłoń opadła jej 
bezwładnie  do  boku  i  zatonęła  w  fałdach  sukni.  Po  wypowiedzeniu  zdawkowego  pożegnania,  zamknęła 
drzwi. 

Reszta dnia upłynęła jej tak ponuro, jak to sugerowała pogoda. Odważyła się wymknąć z domu na deszcz 

i udać  do  miasta  tylko  po  to,  by  odkryć,  że  banki  i  kantory  zamieniły  się  w  domy  wariatów.  Ledwo 
powstrzymywała się od zakrywania dłońmi uszu przed natarczywymi głosami wołającymi, by sprzedawać 
akcje, lub przynoszącymi kolejne złe wieści z frontu. 

W  rzeczy  samej,  po  miesiącach  całkowitej  beztroski,  w  Londynie  zawrzało  od  gorączkowych 

przepowiedni klęski. W salonikach damy szeptały sobie na ucho o nadchodzącej inwazji hord zdziczałych 
i opętanych żądzą Francuzów. W klubach panowie potrząsali głowami nad katastrofą, którą przewidzieli już 
dawno.  

Panie  Rushlake,  wysławszy  liścik  z  przeprosinami,  że  nie  zjawią  się  na  wieczorku  karcianym,  spędziły 

spokojne  popołudnie  w  domu.  Zjawił  się  także  John  Weston,  którego  wizyty  u  Charity  stały  się  już 
nieodłączną częścią każdego wieczoru. Przybył też sir George, by pogawędzić chwilę ze swoją narzeczoną. 
Liza  uśmiechała  się  do  siebie,  widząc,  że  matka  rumieni  się  jak  młoda  dziewczyna  pod  wpływem 
komplementów starszego pana. 

Nie  lubiąc  odgrywać  roli  przyzwoitki,  Liza  szybko  przeprosiła  towarzystwo  i  udała  się  do  swojego 

gabinetu,  by  rozważyć  wydarzenia  dnia.  Deszcz  wystukiwał  smutną  melodię  na  parapecie  i  to  jeszcze 
wzmogło jej zły nastrój. Właściwie niewiele było do rozważania. Poczynania Chada były tak dziwne, że nie 
była w stanie ich zrozumieć. Myśl o tym, że lada moment może zostać aresztowany za kradzież była... no 
cóż, była nie do zniesienia. Jak udawało mu się zachować spokój w obliczu takiej katastrofy? 

Nie  wiedziała  właściwie  nic  o  stanie  jego  majątku,  była  jednak  pewna,  że  podobne  oskarżenie  będzie 

miało  fatalne  skutki.  Przypomniała  sobie  nagle  o  jego  obietnicy  zatrudnienia  Johna  Westona 
w Northumberland. Czy Chad będzie w stanie jej dotrzymać? 

A co z zakładem między nimi? Jeżeli on naprawdę stał na skraju bankructwa, to jak mogłaby odebrać mu 

jeszcze  i  Brightsprings?  Zakładając,  oczywiście,  że  wygra.  A  jak  mogła  przegrać,  skoro  Chad  utopił 
większość  swoich  pieniędzy  w  akcjach  rządowych?  Wiedziała,  że  to  z  pewnością  nie  przyczyniło  się  do 
powiększenia jego majątku. Teraz, gdy zewsząd nadchodziły wiadomości o porażce Wellingtona, akcje będą 
spadać na łeb, na szyję. Zastanawiała się, co też on ma zamiar z tym zrobić? 

Odwróciła się wreszcie i zajęła papierami, które już od paru dni zalegały jej biurko. Najwyższy czas, by 

odsunęła swoje osobiste problemy na dalszy plan i wreszcie zajęła się interesami. Jednak umoczywszy pióro 
w kałamarzu, siedziała nadal nieruchomo, wpatrzona bezmyślnie w płomienie migoczące na kominku. 

background image

 

81 

Zmarszczyła  brwi,  gdy  jej  myśli  powędrowały  do  Gilesa.  Od  lat  był  jej  przyjacielem?  Prawie  od 

dzieciństwa. Zawsze przyjmowała za pewnik, że będzie go lubiła bez względu na nastrój i na co, jak bardzo 
będzie  się  jej  naprzykrzał  stałymi  oświadczynami.  Zawsze  bardzo  lubiła  jego  towarzystwo  i  z  radością 
myślała o spotkaniach z nim. A jednak ostatnio zauważyła, że oddalają się od siebie. Zdawała sobie sprawę, 
że  jej  nagła  zmiana  uczuć  miała  coś  wspólnego  z  Chadem.  Do  tej  pory  Giles  zawsze  starał  się  pomagać 
Chadowi w jego kłopotach. A teraz, zupełnie nagle, zmienił się nie do poznania. Była przekonana, że jego 
niechęć i brak zaufania do Chada zaczęły się na długo przed tym, nim jego były służący pokazał mu puste 
pudełko po naszyjniku. Właściwie zaczęła przypuszczać, że pomimo wcześniej okazywanych dobrych chęci 
Giles  nigdy  nie  należał  do  przyjaciół  Chada  Lockridge’a.  A  jeżeli  dobrze  się  zastanowić,  historyjka 
o służącym i drewnianym pudełeczku zawierała zbyt wiele dziwnych zbiegów okoliczności. 

Chociaż  w  pokoju  nie  było  zimno,  dziewczyna  zadrżała  i  wróciła  do  dokumentów.  Praca  tak  bardzo  ją 

pochłonęła, że gdy wreszcie podniosła znad niej wzrok, zobaczyła ze zdziwieniem, że świece wypaliły się 
prawie do końca. Spojrzała na mały zegar stojący na biurku. Dobry Boże, była już prawie północ! W rzeczy 
samej, lady Burnsall i Charity już kilka godzin temu wsunęły nieśmiało głowy przez drzwi, by życzyć jej 
dobrej nocy. Liza odłożyła wreszcie papiery na bok i wstała przeciągając się. 

Doszła  do  hallu  i  właśnie  miała  zacząć  wchodzić  na  schody,  gdy  drgnęła  pod  wpływem  natarczywego 

pukania  do  drzwi.  Ponieważ  wszyscy  służący  już  od  dawna  spali,  szybko  pobiegła  otworzyć. 
Z zaskoczeniem patrzyła na zwalistą postać, która stała przed nią, ociekając deszczem. 

- Ależ, panie Rotschild... co pan tutaj...? To znaczy chciałam powiedzieć... niechże pan wchodzi! 
-  Topry  wieczór,  lady  Elizabeth!  -  Nathan  Rotschild  wszedł  do  hallu  i  otrząsnął  się  niczym  ogromny 

mokry  pies.  Chmura  kropelek  wody  uniosła  się  dokoła  niego.  -  Wiem,  sze  to  nietopra  pora  na  skłatanie 
wisyt, ale mam wiatomości, które muszę pani natychmiast przekazać. 

- Ależ oczywiście - powiedziała zaskoczona. - Niechże mi pan pozwoli wziąć płaszcz... i kapelusz. 
- Nie, nie - zaprotestował. - Jestem za mokry, szepy wchocić do pani domu. Niech mi tylko pani pozwoli 

powiecieć... 

-  Nonsens.  -  Dziewczyna  energicznie  zdjęła  z  niego  przemoczony  płaszcz  i  zaprowadziła  go  do  pokoju. 

Tam posadziła go w fotelu tuż przed ogniem wesoło płonącym na kominku. - Może zadzwonię po herbatę 
dla pana? - zapytała. - A może trochę grzanego wina dobrze panu zrobi? 

-  Nein,  nein...  dziękuję  ci  barco,  moja  droga,  ale  nie  mokę  zostać  tu  tak  długo.  -  Zamachał  gwałtownie 

pulchną dłonią. - Usiąć, proszę. 

Posłusznie przycupnęła na kanapce naprzeciw niego i spojrzała wyczekująco. 
-  Lady  Elizabeth.  -  Jego  ton  był  bardzo  poważny.  -  Muszę  panią  prosić,  szepy  zachowała  pani  to,  co 

powiem  w tajemnicy.  -  Podniósł  dłoń, zanim zdążyła  go zapewnić, że będzie  milczeć.  - To nie jest  łatwe, 
o co  proszę.  Przynoszę  nofiny,  które  wstsząsną  miastem  asz  po  same  posady.  Jeszeli  powie  pani,  sze 
zachowa tajemnicę, uwieszę pani. Wiem, sze jest pani osobą honorową... i dyskretną. 

Liza patrzyła na niego z powątpiewaniem, ale Nathan Rotschild nie był człowiekiem, który rzuca słowa na 

wiatr. Zawahała się, po czym powiedziała szczerze: 

-  Oczywiście. Obiecuję panu, że nikomu nie powtórzę ani

 

słowa z naszej rozmowy. To znaczy, o ile nie 

jest to żadna sprawa kryminalna - dodała z niepewnym uśmiechem. 

-  Nein,  to  nic  s  tych  szeczy.  -  Usiadł  prosto  i  wreszcie  wykrztusił  z  siebie:  -  Topiero  co  wróciłem 

s Kontynentu. 

- Co takiego? - zawołała Liza. Nie byłaby bardziej zaskoczona, nawet gdyby jej oznajmił, że przed chwilą 

przyleciał z Księżyca. - Ale, jak to... w środku nocy... i przecież leje jak z cebra! 

- Taak, to była interesująca wiprafa. Moja droga, ostatnie tszy dni spędziłem w Belgii. - Oczy dziewczyny 

robiły się coraz większe i coraz bardziej okrągłe ze zdziwienia, nic jednak nie mówiła. - I jestem zachfycony 
mokąc  powiedzieć  pani,  sze  ksiąszę  Wellinkton  pokonał  Napoleona  wczoraj  wieczorem  niedaleko  wioski 
Waterloo. 

Liza tylko siedziała nic nie mówiąc, a pokój wirował dokoła niej. 
- Pokonał?! - zawołała w końcu. - Napoleona?... Ale przecież słyszeliśmy... 
-  Fiem,  co  słyszeliście,  ale  to,  co  mófię,  jest  prafdą.  Około  dziewiątej,  wczoraj  wieczorem,  Napoleon 

uciekł ze sfojeko sztabu na południe od Waterloo i pot osłoną nocy udał się to Paryża. 

- Nie mogę w to uwierzyć!  - Pod wpływem ulgi i radości głos odmawiał Lizie posłuszeństwa.  - Czy jest 

pan tego pewien, panie Rotschild? To znaczy, proszę mi wybaczyć, ale... 

-  Ja,  ja,  rosumiem.  Ja  tam  byłem  i  mófię,  co  widziałem.  To  było  krwawe  swycięstwo,  ale  odniósł  je 

background image

 

82 

Wellinkton. 

- Ależ to wspaniałe wieści! Dlaczego, na miłość boską, nie chce pan... ach! - wykrzyknęła, nagle wszystko 

rozumiejąc. 

-  Wice,  sze  jusz  pani  wszystko  srosumiała.  -  Oczy  Nathana  Rotschilda  rozbłysły.  -  Czy  spszedała  pani 

swoje akcje sządowe, jak to sropiła połowa miasta? 

- Nie, ale myślałam o tym i zapewne już jutro bym to zrobiła - przyznała się Liza. Potem się roześmiała. - 

Nie mogłam się do tego zmusić. Zamiast tego powiem mojemu agentowi, by kupował tyle akcji, ile tylko 
zdoła. 

- Topsze. 
- Komu jeszcze powiedział pan o naszym zwycięstwie? zapytała niepewnie. 
-  Nikomu  nie  pofiedziałem  ani  słowa,  tylko  pani,  lad  Elizabeth.  -  Wstał  i  ujął  jej  dłoń.  -  Kiedyś 

wyswiatczyła mi pani duszą pszysługę, a Nathan Rotschild nikdy nie zapomina o takich sprafach. 

Dziewczyna wstała także i uśmiechnęła się z wdzięcznością. Nagle coś przyszło jej do głowy i przez kilka 

chwil  nie  była  w  stanie  myśleć  o  niczym  innym.  Odprowadzając  postawnego  bankiera  do  drzwi  podjęła 
decyzję i już przy drzwiach spojrzała mu w oczy. 

-  Panie  Rotschild,  za  pana  pozwoleniem  chciałabym  przekazać  te  nowiny  jeszcze  jednej  i  tylko  jednej 

osobie.  -  Mówiła  szybko,  widząc  na  jego  twarzy  konsternację.  -  Ręczę  głową  za  jego  dyskrecję,  a  te 
wiadomości mogą go uratować. 

Nein - zawołał pan Rotschild, a twarz pociemniała mu z wściekłości. - Dała pani sfoje słowo! 
-  Wiem,  i  nie  złamię  obietnicy.  -  Położyła  mu  dłoń  na  ramieniu.  -  Powiedziałam  już,  że  zrobię  to  tylko 

wtedy, jeśli pan mi pozwoli. - Wzięła głęboki oddech. - Chciałabym powtórzyć to, co mi pan powiedział, 
Chadowi Lockridge’owi. Być może słyszał pan o nim. Z powodów, o których wolałabym teraz nie mówić, 
chciałabym przekazać mu te wiadomości. Nazwijmy to... sprawą honoru. 

- Jusz ja wiem, co to jest! - zawołał pan Nathan. - To ten wasz gupi zakład, czysz nie? 
Liza przytaknęła. 
- Skąd pan o tym wie? 
-  Jestem  człowiek  sukcesu.  -  Zrobił  pulchną  dłonią  nieokreślony  gest  wyrażający  coś  pomiędzy  irytacją 

a rozbawieniem. - Jak pani sople wyobrasza, sze to zrobiłem? Ja wiem wszystko! Czy chce pani powiedzieć, 
sze ten idiota włoszył  wszystkie pieniące w akcje? I dlaczego chce mu  pani  cokolwiek mófić? To mosze 
zniweczyć  pani  szansę  na  wygranie  zakładu!  -  Parzył  na  nią  z  niedowierzaniem.  -  Więc  to  tak!?  Wiele, 
wiem o panu Lockirdge’u. Potopno to honorowy człowiek. - Westchnął ciężko. - Bardzo toprze, moja droga, 
niech  pani  powie  sfojemu  młodemu  pszyjacielowi,  szeby  nie  sprzedawał  swoich  akcji.  Niech  mu  pani 
powie,  sze  Anglia  zwycięszyła  pod  Warerloo.  Ale...  to  wszystko.  Nie  po  to  natstawiałem  karku  w  taką 
deszczową noc, by informacje, jakie pszyniosłem, były poftaszane po całym Londynie. 

Narzucając  w  pośpiechu  płaszcz  na  ramiona,  Nathan  Rotschild  wypadł  przez  drzwi  i  pobiegł  do 

czekającego na niego powozu. 

Liza zaczęła wchodzić z powrotem po schodach, ale nagle zatrzymała się. W chwilę potem zbiegła na dół, 

złapała w pośpiechu płaszcz i wybiegła z domu na deszcz. 

20 

-  Ależ to  niesamowite!  -  zawołał  Chad łapiąc  Lizę za ramiona. Stali na środku hallu jego domu.  -  Jesteś 

pewna? 

- Tak! - Dziewczyna nadal nie mogła złapać tchu. - Wszystkie plotki o porażce były fałszywe. Wellington 

pokonał Napoleona! Och, Chad, zwyciężyliśmy! 

Chad nie mógł wykrztusić z siebie ani słowa, więc tylko poprowadził ją do gabinetu,  gdzie na kominku 

nadal płonął ogień. 

- Późno już. Jeszcze pracowałeś? - zapytała patrząc na porozrzucane na biurku papiery. 
-  Tak  -  odparł  krótko.  Jem  i  Ravi  Chand  wyszli z  gabinetu  tuż  przed  tym,  nim  Liza  zastukała  do  drzwi. 

Plany  zniszczenia  Gilesa  Daventry’ego  sięgały  punktu  kulminacyjnego.  Poprzedniego  wieczoru  złapano 
wreszcie Gypa Mahoneya, który wyśpiewał wszystko niczym ptaszyna zachwycona wiosną. Jeżeli wszystko 
pójdzie dobrze, nazajutrz o tej porze po panu Daventrym pozostanie jedynie niemiłe wspomnienie. - A teraz 
powiedz mi dokładnie, co mówił Rotschild - poprosił Chad. 

Liza  raz  jeszcze  opowiedziała  niesamowitą  historię  o  przeprawie  Nathana  Rotschilda  przez  Kanał 

i o wspaniałych wiadomościach, które przywiózł. 

-  Nie  znam  szczegółów,  ale  powiedział,  że  Napoleon  uciekł  do  Paryża  z  podwiniętym  ogonem.  Mówił 

background image

 

83 

również  -  dodała  z  nagłym  smutkiem  -  że  jest wiele  ofiar.  Obawiam  się,  że  to  zwycięstwo  zostało  drogo 
okupione. 

- Dobry Boże. - Chad spacerował po pokoju pogrążony w myślach. - Ależ zamieszanie będzie tu jutro! 
-  Tak,  ale  zapewne  nie  wcześniej  niż  późnym  popołudniem.  Pan  Rotschild  powiedział,  że  zapewne  tak 

długo zajmie dotarcie nowych wieści normalnymi drogami. Chad, wiesz, co to oznacza? 

Odpowiedź nadeszła powoli i niechętnie: 
-  To  znaczy,  że  jeżeli  dotrzymamy  obietnicy  danej  Rotschildowi,  przez  następne  osiemnaście  lub 

dwadzieścia  godzin  nikt  w  całym  kraju  nie  będzie  wiedział  o  zwycięstwie,  oprócz  nas.  -  Odwrócił  się 
gwałtownie w stronę dziewczyny. - Czy sprzedałaś... 

- Akcje? Nie. A ty? 
- Nie, bardzo niechętnie o tym myślałem. Widzisz, bardzo trudno było mi uwierzyć w klęskę Wellingtona, 

o której wszyscy tak gorączkowo mówili. Zdawało mi się, że nie mamy jeszcze dostatecznych informacji, 
by  wyciągać  podobne  wnioski.  Z  drugiej  strony...  zastanawiałem  się,  czy  nie  pojechać  jutro  do  miasta 
i jednak ich nie sprzedać? Zapewne tak właśnie zrobiłbym już jutro. - Spojrzał na nią ostro. - Oczywiście nic 
nikomu teraz nie powiem. Poczekam z podjęciem jakichkolwiek decyzji aż do oficjalnych doniesień, żeby 
nie wzbudzać podejrzeń. 

Usadowił  Lizę  w  fotelu  przed  kominkiem  i  nalał  sherry  dla  nich  obojga.  Usiadł  obok  i  zaczął  się  jej 

uważnie przyglądać. 

Liza nagle zdała sobie sprawę z panującej  między nimi  ciszy.  Zdawała  sobie sprawę również z tego, że 

wino  wyjątkowo  szybko  uderzyło  jej  do  głowy.  Patrząc  w  jego  szmaragdowe  oczy  czuła  zawrót  głowy 
i dziwny brak tchu. Gdy wyciągnął rękę i ujął jej dłoń, poczuła ogarniające ją ciepło, jak gdyby jakaś iskra 
wyskoczyła z paleniska i opadła na jej dłoń. 

-  Lizo...  -  Jego  głos  był  niski  i  dziwnie  nieśmiały.  -  Dlaczego  przyszłaś  tu,  by  mi  o  wszystkim 

opowiedzieć? 

Wiedziała,  że  gorąco  wypływające  jej  na  policzki  nie  jest  spowodowane  żarem  bijącym  z  paleniska. 

Chciała wyrwać dłoń z jego uścisku, lecz nie pozwolił na to. Jeszcze mocniej zacisnął palce, a ona spuściła 
wzrok. 

-  Słyszałam,  że  większość,  jeżeli  nie  wszystko,  z  tego  tysiąca  funtów,  jakie  postawiłeś  przeciwko 

Naszyjnikowi Królowej włożyłeś w akcje rządowe. - Spojrzała na niego szybko i zobaczyła na jego twarzy 
zadziwiającą grę uczuć... niedowierzanie walczyło w nim o lepsze z rozbawieniem. I z zaskoczeniem. - Nie 
chciałabym  wygrać  naszego  zakładu  ze  świadomością,  że  zataiłam  przed  tobą  informacje  mogące  mieć 
wpływ na jego wynik. - Popatrzyła mu w oczy z taką szczerością, na jaką było ją stać.  - Uważałam to za 
sprawę honoru. 

- Rozumiem. 
Przez  moment  Chad  nie  mógł  wydobyć  z  siebie  głosu.  Czuł  zachwyt,  niedowierzanie  i  budzącą  się 

nadzieję,  które  spowijały  go  niczym  poranna  mgła.  Liza  zrobiła  to  dla  niego!  A  przecież  ryzykowała 
przegraniem zakładu przekazując mu  te informacje! Brightsprings było  dla niej najważniejsze na świecie, 
a jednak zaryzykowała nawet to. Dla niego! 

Bezwiednie  pochylił  się  w  jej  stronę...  a  ona  poczuła  bijący  od  niego  zapach.  Jakby  trochę  piżmowy  - 

pomyślała dziwnie trzeźwo - ale z domieszką czegoś ostrzejszego. 

Podniósł dłoń i przesunął palcami po jej policzku. Liza czuła, że serce wali jej jak oszalałe. Pomyślała, że 

on na pewno także to czuje, ale nie miała siły oderwać się od niego. Gdy pochylił się nad nią jeszcze niżej, 
poczuła na szyi ciepło jego oddechu. Niewiele myśląc podniosła głowę, podając mu usta do pocałunku. 

Drzwi do gabinetu otworzyły się gwałtownie, a oni odskoczyli od siebie jak dwoje dzieci przyłapanych na 

gorącym uczynku. 

- Zapomniałbym... och! - zaczął Jem, po czym urwał raptownie na widok pary siedzącej przy kominku. - 

Bardzo  pana  przepraszam;  nie  wiedziałem,  że  ma  pan  gościa.  -  Szybko  cofnął  głowę,  którą  przed  chwilę 
wetknął przez drzwi, Chad jednak już był na nogach

- Nie, nie... wszystko w porządku, Jem. 
Liza także poderwała się i stanęła o dwa metry od swojego gospodarza. 
- Tak, ja już... już wychodziłam.  Miałam bardzo pilną wiadomość... uhm...  -  Zaczęła  gwałtownie  szukać 

kapelusza i płaszcza, które rzuciła gdzieś wchodząc do gabinetu. Jak prawdziwy służący z krwi i kości, Jem 
natychmiast pospieszył przynieść jej ubranie i pomógł je nałożyć. 

Liza i Chad nie odezwali się do siebie ani słowem, dopóki nie doszli do hallu. 

background image

 

84 

-  Może  pojechalibyśmy  wspólnie  do  miasta  jutro  rano?  -  zaproponował  Chad.  Dziewczyna  jedynie 

przytaknęła.  -  A  jutro  wieczorem...  pewno  do  tego  czasu  zacznie  się  świętowanie  zwycięstwa.  Czy  masz 
zamiar wyjść do miasta i bawić się razem z tłumem? 

-  Myślę,  że  tak...  och!  -  zawołała  nagle  blednąc.  -  Jestem  już  na  jutro  umówiona...  to  znaczy  dostałam 

zaproszenie do Vauxhall... a mama i Charity już od dawna bardzo się cieszyły, że pójdziemy. No, a jeżeli... 
to znaczy, nie bardzo wypada, żeby poszły beze mnie. 

- A to dlaczego? - Ton Chada był uprzejmy, ale dziwnie pozbawiony emocji. 
- Widzisz... - Najwyraźniej głos ją zawodził. - To Giles mnie zaprosił. 
- Rozumiem - odpowiedź Chada wydawała się zimniejsza od padającego im w twarze lodowatego deszczu. 

- W takim razie, lady Lizo, życzę pani dobrej nocy. I dziękuję za informację, którą pani przyniosła. 

Odprowadziwszy ją pod drzwi, Chad odwrócił się na pięcie i nie oglądając się siebie poszedł do domu. 
Liza zaczęła powoli wchodzić po schodach, a przez jej myśli przemykały z szybkością błyskawic epitety 

niegodne  damy.  Niech  szlag  trafi  tego  służącego  za  to,  że  wszedł  do  pokoju  w  tak  nieodpowiednim 
momencie! Niech szlag trafi jej własną głupotę i to, że pozwoliła, by nazwisko Gilesa Daventry’ego znowu 
stanęło między nimi, w dodatku w tak intymnej chwili. I niech szlag trafi samego Gilesa! Weszła do sypialni 
i zaczęła się rozbierać. Było już zbyt późno, by wzywać pokojówkę. 

Wcale  nie  miała  ochoty  na  spotkanie  z  Gilesem  następnego  wieczora.  Gdyby  nie  chodziło  o  mamę 

i Charity,  dawno  już  wysłałaby  mu  liścik  z  odmową.  Zakładając,  że  nowiny  o  zwycięstwie  Wellingtona 
dotrą  jutro  do  kraju,  w  Vauxhall  zgromadzi  się  więcej  ludzi,  niż  będzie  można  znieść.  Ale  nie  mogła 
przecież pozbawić siostry i matki przyjemności, na którą od dawna czekały! 

Postanowiła  natomiast,  że  tego  wieczoru  poinformuje  Gilesa,  że  nie  uważa  go  już  za  przyjaciela  ani 

powiernika i że dłużej nie zniesie jego szarogęszenia się w jej domu. 

Pogrążona w myślach w końcu zasnęła niespokojnym, nie dającym wypoczynku snem. 
 
W  sąsiednim  domu  Chad  borykał  się  z  podobnymi  trudnościami.  Znowu  ten  Giles  Daventry!  Liza 

stanowczo zbyt często dawała mu do zrozumienia, że woli towarzystwo tej gadziny niż jego. A jednak był 
przekonany,  że  ona  także  poczuła  iskrę,  która  przebiegła  między  nimi,  gdy  dotknął  jej  policzka  tego 
wieczora.  Gdybyż  ten  przeklęty  Jem  im  nie  przerwał...  Już  chciał  zapomnieć...  przynajmniej  na  tę  jedną 
króciutką,  cudowną  chwilę...  że  Liza  uważała  go  za  złodzieja.  Bo  czyż  powiedziałaby  mu  o  zwycięstwie 
Wellingtona wbrew prośbom Nathana Rotschilda, gdyby nic do niego nie czuła. Tłumaczyła się honorem, 
ale Chad czuł  instynktownie, ze chodziło o coś więcej.  Trzymał  się tej myśli tak kurczowo, jak człowiek 
zamarzający w śnieżnej głuszy trzyma się ostatniego płonącego kawałka drewna dającego ciepło. 

Nagle  zdał  sobie  sprawę,  że  jeżeli  wszystko  pójdzie  po  jego  myśli  Liza  nie  spotka  się  z  Gilesem  jutro 

wieczorem,  gdyż ten zostanie już aresztowany pod zarzutem kradzieży i kilku jeszcze innych przestępstw. 
W biurze na Bow Street wszystko było załatwione i jutro po południu Jem i Ravi Chand mieli się spotkać 
z inspektorem  George’em  Thurgoodem  w  mieszkaniu  Gilesa.  Wtedy  to  naszyjnik  zostanie  oddany  we 
właściwe ręce, a Giles Daventry zakończy swoje niecne praktyki. 

W  tym  czasie  Chad  chciał  dotrzymać  Lizie  towarzystwa,  na  wszelki  wypadek,  gdyby  wiadomości 

przyprawiły  ją  o  zbyt  duży  szok.  Teraz  jednak  starał  się  nie  myśleć  o  reakcji  dziewczyny  na  podobne 
wiadomości... w każdym razie będzie obok niej, by ją pocieszyć i podtrzymać na duchu... jeżeli mu na to 
pozwoli, oczywiście. 

 
Wszyscy byli zdania, że dzień nie mógłby być piękniejszy na taką okazję. Liza ani trochę się nie pomyliła 

w  przewidywaniach  -  nawet  ulice  otaczające  ogrody  Vauxhall  były  zatłoczone  do  granic  wytrzymałości. 
Giles wynajął małą lożę naprzeciw podium dla orkiestry, z której doskonale widać było tłumy kłębiące się 
na  placu.  W  środku  pawilonu  kelnerzy  roznoszący  białe  wino  i  kanapki  z  szynką  mieli  trudności 
z przedarciem się przez nowo przybyłe tłumy gości. 

Zgodnie  z  przewidywaniami  Nathana  Rotschilda  wiadomości  o  zwycięstwie  Wellingtona  pod  Waterloo 

dotarły do Londynu dopiero późnym popołudniem. Przed południem natomiast Liza wraz z Chadem udała 
się do miasta. Droga upłynęła im w przykrym milczeniu. 

- Co chcecie zrobić!? - Thomas nie mógł uwierzyć własnym uszom, gdy wyjawili powód swojej wizyty. - 

Przez  ostatnie  dwa  dni  nie  robiłem  nic  innego,  tylko  sprzedawałem  akcje  moich  klientów,  a  wy  chcecie, 
żebym  kupował?  - Przez kilka chwil  protestował bardzo zażarcie, ale w końcu ugiął się pod naporem  ich 
próśb. Od razu udali się do domu, znowu całą drogę spędzając w ciszy. 

background image

 

85 

A gdy słońce już zaczęło się chować za gonty dachów i panowie powoli opuszczali kluby, gdzie cały dzień 

omawiali  katastrofę,  która  spadła  na  kraj,  nagle  jeden  z  nich  podniósł  wzrok  i  ze  zdziwieniem  zobaczył 
powóz  mknący  krętymi  uliczkami  Londynu,  wiozący  kilku  pojmanych  żołnierzy  francuskich.  Niedługo 
trzeba  było  czekać,  by  po  oficjalnym  komunikacie  z  Ministerstwa  Obrony  dobre  wieści  rozbiegły  się  po 
całym mieście: od Hampstead do Hackney, od Greenwich aż do Lambeth, od wysokościowców na Mayfair 
aż do doków portu. Wkrótce cały Londyn kipiał. Dzikie okrzyki radości wydobywające się z tysięcy gardeł 
wypełniały ulice, a strzały z pistoletów i odgłosy wystrzeliwanych fajerwerków słychać było wszędzie. 

Giles zdawał się być szczególnie podniecony, co Liza zauważyła z pewnym zdziwieniem. Zjawił się pod 

drzwiami domu na Berkeley Square o oznaczonej godzinie, a jego piwne oczy lśniły nieomal gorączkowym 
podnieceniem.  Po  drodze  do  Vauxhall  usta  mu  się  nie  zamykały,  a  w  ogrodach  okazało  się,  że  zamówił 
lekką łódkę, by zawiozła ich do pawilonu. Postarał się nawet o czółno z flecistami, by akompaniowali ich 
krótkiej podróży. 

Teraz siedział obok Lizy z ramieniem nonszalancko zarzuconym na oparcie jej fotela. Dwa razy jego palce 

prześliznęły  się  po  jej  nagim  ramieniu,  które  okrywał  jedynie  delikatny  przezroczysty  szal.  Dziewczyna 
ubrana  była  w  piękną,  powłóczystą  suknię  z  różowego  jedwabiu.  Nie  mogła  się  powstrzymać  i  zadrżała 
z obrzydzenia  pod  wpływem  jego  dotyku.  Giles  spojrzał  na  nią  zdziwiony  spod  przymrużonych  powiek. 
Zauważyła, że Giles często spogląda na zegarek - zupełnie jakby na coś czekał. 

Tłum  zaryczał  z  zachwytu,  gdy  orkiestra  zaczęła  grać  patriotyczne  pieśni  opiewające  zwycięstwo, 

i natychmiast  z  wielu  gardeł  popłynął  żywiołowy  śpiew.  Potem,  gdy  na  cześć  pruskich  sprzymierzeńców 
Anglii w tej wojnie zagrano skoczną polkę wszyscy porwali się do tańca. Nawet John Weston powiedział, 
że nie ma zamiaru dłużej siedzieć bezczynnie i poderwał Charity na równe nogi pokrzykując radośnie. 

- Dołączymy do nich, moja droga? - zapytał Giles z ustami tuż przy uchu Lizy. 
- W tym tłumie? - Odsunęła się. - Zgnietliby nas na miazgę. Może raczej posiedzimy tu i popatrzymy. 
- Nonsens. - Poderwał się i ujął jej dłoń. - To jest noc świętowania! A im lepiej będziemy się bawić, tym 

lepiej ją zapamiętamy! Chodź! - zawołał wesoło i nie dając jej czasu na odpowiedź, pociągnął za sobą na 
dół. 

Gdy  już  zaczęli  tańczyć,  Liza  poczuła  się  bezlitośnie  gnieciona  przez  tłum  i  miała  ochotę  wyć 

z wściekłości.  Ale  na  szczęście  po  paru  chwilach  nawet  entuzjazm  Gilesa  opadł.  Z  przegraną  miną 
wyprowadził ją z ogrodu i wkrótce zgiełk zamilkł w mroku. 

- Uch! - Giles poprawił surdut. - Miałaś rację. Zdaje się, że ledwie udało nam się ujść z życiem. - Podniósł 

z ziemi szal dziewczyny i owinął nim jej ramiona. Potem pozwolił sobie na delikatne poprawienie kosmyka 
jej włosów. Lizie nigdy do tej pory nie przeszkadzały drobne intymne gesty z jego strony, takie jak te, ale 
tym razem nagle zesztywniała. Najwyraźniej zdziwiony Giles złapał ją za łokieć. Gdy odwrócił się do niej, 
był zaskakująco blady. 

-  Czy masz ochotę na mały spacer, zanim wrócimy do tego ścisku? Obawiam  się, że minie sporo czasu, 

nim zdołamy się przedrzeć z powrotem do naszej loży. 

Ten plan bardzo przypadł dziewczynie do gustu, gdyż sama szukała okazji do porozmawiania z Gilesem na 

osobności. Odwróciła się, by podążyć za nim, gdy nagle wpadł jej w oko błysk mdławej czupryny w tłumie 
tancerzy, którą dopiero co opuścili. 

Chad!  Co  on  tu  robił,  na  miłość  boską?  Liza  wykręciła  szyję  w  poszukiwaniu  Caroline,  ale  nigdzie  nie 

mogła  zobaczyć  ślicznotki.  W  następnej  chwili  Chad  zniknął  i  Liza  zaczęła  się  zastanawiać,  czy  aby  na 
pewno go widziała? Dała się poprowadzić krętymi dróżkami ogrodu. 

 
Gdzie ona jest, u wszystkich diabłów? - myślał Chad z przerażeniem. Przepchnął się przez tłum w pobliże 

loży w której jeszcze przed chwilą widział lady Burnsall i sir George’a. Niestety, nadal nie było w niej Lizy. 
Przed  chwilę  zauważył  Charity  i  Johna,  zarumienionych  i  szczęśliwych,  jak  przemykali  w  tanecznych 
podskokach nie opodal niego. Jednak po Lizie, która była zapewne w towarzystwie pana Daventry’ego, ślad 
zaginął. 

Dobry  Boże,  co  jeszcze  mogło  pójść  nie  tak?  Plan  przyłapania  Gilesa,  przygotowany  tak  dokładnie, 

zamienił się w totalną klapę. Jem wraz z Ravi Chandem wyruszyli przed kilkoma godzinami na spotkanie 
z inspektorem Thurgoodem w mieszkaniu Davenrry’ego. Wrócili niedługo później i oświadczyli ponuro, że 
zostali  powitani  w  progu  przez  podstawionego  przez  Jema  służącego,  który  aż  warczał  z  wściekłości. 
Powiedział, że ich ofiara wyszła z domu przed pięcioma minutami i zabrała ze sobą naszyjnik. 

Gorączkowo przeprowadzone poszukiwania w zwykłych kryjówkach Gilesa zawiodły - nikt go nie widział 

background image

 

86 

już od paru dni. Zrozpaczony Chad udał się do Vauxhall, modląc się, by tam wreszcie go dopaść. Bóg jeden 
wiedział, jak bardzo nie chciał robić tego w obecności Lizy, ale teraz nie miał innego wyjścia. Jem został 
przy  powozie  na  Arlington  Street,  a  Ravi  Chand  zabezpieczał  tyły  ogrodu.  Przekonali  inspektora 
Thurgooda, by im towarzyszył. Przed wejściem do Vauxhall rozdzielili się, ale przed chwilą Chad zauważył 
inspektora, który w rozbawionym tłumie robił wrażenie wyjątkowo nieszczęśliwego. 

 
Liza  szła  bez  słowa  u  boku  Gilesa.  Od  czasu  do  czasu  patrzyła  na  niego  z  ukosa,  zaskoczona  aurą 

niepokoju,  która  unosiła  się  dokoła  niego  przez  cały  wieczór.  W  ciągu  dnia  wymyśliła  kilka  stosownych 
przemówień i teraz gorączkowo starała się je sobie przypomnieć. 

- Giles - zaczęła, nie wiedziała jednak, co powiedzieć dalej. 
Dotarli właśnie do małej polanki, gdzie Giles zatrzymał się raptownie. 
- Lizo - powiedział prawie równocześnie. Oboje zaśmiali się z wymuszoną wesołością, po czym usiedli na 

małej  ławeczce  nie  opodal  drzwi  w  murze  ogrodu.  Giles  powtórzył:  -  Lizo!  Ostatnio  pomiędzy  nami 
zaistniała  potężna  przepaść,  którą  chciałbym  jakoś  zasypać.  Powiedz  mi,  moja  najdroższa,  cóż  takiego 
zrobiłem, że jesteś obrażona? 

Liza przybrała obojętny wyraz twarzy i powiedziała spokojnie: 
-  Ależ  Giles,  nie  zrobiłeś  nic  konkretnego,  co  mogłoby  mnie  obrazić.  Zdaje  mi  się  tylko,  że  ostatnio  ja 

i ty...  to  znaczy,  że  ty  masz  zupełnie  inny  system  wartości  niż  ja.  Najwyraźniej  widzimy  rzeczy  w  innym 
świetle i... 

- Nie! Nie mów tak! Wiesz, że zrobiłbym dla ciebie wszystko. Mówisz o Chadzie, nieprawdaż? Lizo, przez 

wiele  lat  ukrywałem  przed  tobą  jego  nikczemność.  Chciałem  ci  tego  oszczędzić.  Teraz,  gdy  zaczynam 
mówić prawdę, ty odwracasz się ode mnie. 

Spróbowała jeszcze raz: 
- Giles, nie mam pojęcia, co wiesz o Chadzie, ale nie mam zamiaru... 
-  Więc  wysłuchaj  tego.  -  Porwał  się  z  ławki  i  opadł  przed  zdumioną  dziewczyną  na  kolano.  -  Moja 

najdroższa, wiem jedno poza wszelką wątpliwość. W cieniu naszych nieporozumień moja miłość do ciebie 
lśni niczym gwiazda na horyzoncie. Wiedz, że wielbię cię i czczę, i niczego innego nie pragnę niż uczynić 
cię moją... abym mógł chronić cię przed typkami pokroju Chada Lockridge’a. 

-  Giles!  -  Liza była tak  zaskoczona, że pomimo  doprowadzających ją do wściekłości oskarżeń, omal nie 

wybuchnęła  śmiechem  słysząc  tę  pompatyczną  przemowę.  Bezskutecznie  starała  się  wyrwać  palce  z  jego 
uścisku.  Rozejrzała  się  dokoła  i  zobaczyła,  że  są  całkiem  sami  na  polance.  Zawstydzona,  ale  jeszcze  nie 
zaniepokojona jego dziwnym zachowaniem, poderwała się na nogi i rzekła ostro. - Giles, powiedziałeś już 
wystarczająco dużo. Jesteś śmieszny. 

-  Doprawdy?  -  zapytał  z  nieskończonym  smutkiem  i  również  się  podniósł.  Przez  chwilę  Liza  czuła 

ogromny  smutek,  że  ich  przyjaźń  skończyła  się  w  ten  sposób.  Już  otwierała  usta,  by  go  przeprosić,  gdy 
nagle złapał ją za ramiona. - Och, Lizo. Dlaczego nie mogłaś mnie pokochać? 

Pochylił się nad nią i delikatnie pocałował ją w usta. Liza nie zaprotestowała, lecz stała w jego objęciach 

sztywno  wyprostowana  i  niezachęcająca.  Po  chwili  zwolnił  uścisk  i  odstąpił  o  krok,  by  się  jej  przyjrzeć. 
Jego włosy lśniły niesamowitym blaskiem w świetle księżyca. Oczy zabłysły mu dziwnie. 

- Cóż, zdaje się, że to byłoby na tyle. - Liza wychwyciła nutę ponurego rozbawienia w jego głosie. - Zaraz 

odprowadzę cię na łono rodziny, ale jest jeszcze jedna rzecz, którą chciałbym ci pokazać. 

Ku wielkiemu zdziwieniu Lizy zaczął ją prowadzić w stronę furtki, którą wcześniej zauważyła. 
Czując się nagle bardzo niepewnie, cofnęła się o krok. 
- Giles, wracajmy już, proszę. 
- Obawiam się, że muszę nalegać, moja droga. 
Liza  poczuła,  że  coraz  silniej  popycha  ją  w  stronę  tajemniczych  drzwiczek.  Już  otwierała  usta,  by 

zaprotestować, gdy z mroku dobiegł zimny, opanowany głos: 

- Pani powiedziała, że nie ma ochoty, Daventry. Może nie lubi być uprowadzana? 
Giles i Liza odwrócili się w tym samym momencie. 
- Chad! - wykrzyknęła Liza. 
- A jeżeli już o to chodzi - dodał Chad, jakby jej nie słyszał - lepiej by było, gdybyś zabrał od niej swoje 

parszywe łapska. 

- Co ty sobie, u licha, myślisz?  - warknął Giles zasłaniając sobą Lizę. - Przeszkodziłeś nam w prywatnej 

rozmowie i... 

background image

 

87 

- Jeżeli w czymkolwiek ci przeszkodziłem, Daventry, to w porwaniu, bo tak zapewne będzie brzmiał akt 

oskarżenia. - W głosie Chada brzmiały tony, których Liza nigdy wcześniej nie słyszała. 

- O czym ty mówisz, Chad? - zapytała z niedowierzaniem. - Uprowadzenie? Porwanie? 
-  Myślę,  że  on  zwariował  -  mruknął  Giles.  -  Prawdopodobnie  kłopoty  finansowe  w  połączeniu 

z poczuciem winy spowodowanym wszystkimi jego aferami przyprawiły go o pomieszanie zmysłów. 

- Giles! - Liza nie wiedziała, co odpowiedzieć. 
-  Ależ  to  prawda!  -  Giles  podniósł  nieoczekiwanie  głos.  -  Poszedłem  dzisiaj  na  Bow  Street,  Lockridge, 

i powiedziałem  im  o  pudełku,  w  którym  był  naszyjnik  Lizy.  Powiedziałem  im,  gdzie  je  znaleziono. 
Podejrzewam,  że  gdy  wrócisz  do  domu,  zastaniesz  tam  inspektorów  czekających  na  ciebie  z  nakazem 
aresztowania. 

- Obawiam się, że to z tobą będą chcieli rozmawiać. - Głos Chada wydawał się lodowaty. - O naszyjniku... 

o piractwie... o handlu niewolnikami... i wielu jeszcze tym podobnych sprawach. Jeżeli... 

- Przestań! -  Liza mówiła podniesionym  głosem.  - Nie mam pojęcia, o co tu chodzi, ale mam zamiar się 

dowiedzieć. Chodźmy wszyscy do domu i... 

-  Och,  nie.  -  Giles  zaśmiał  się  nieprzyjemnie.  -  Nie  mam  umiaru  siedzieć  i  rozmawiać  z  Chadem 

Lockridge’em ani u ciebie w domu, ani nigdzie indziej. - Nadal trzymając dłoń Lizy w żelaznym uścisku, 
podszedł  do  furtki  w  murze,  która  okazała  się  otwarta.  Odwrócił  się  do  Chada  i  powiedział.  -  Jeżeli  nie 
chcesz zostawić nas w spokoju, sam odprowadzę lady Lizę do domu. 

Dziewczyna krzyknęła cicho, gdy Giles zaczął ją wypychać przed sobą przez drzwi. Chad skoczył naprzód 

z szybkością atakującej pantery. Krótki cios jego pięści trafił Gilesa w żołądek, a drugi - prosto w szczękę. 
Ogłuszony  zwalił  się  na  ziemię,  a  Chad  jednym  płynnym  ruchem  znalazł  się  na  swojej  ofierze  i  zacisnął 
dłonie na jej gardle. 

-  Wiem  doskonale  -  powiedział  -  że  masz  gdzieś  przy  sobie  ukryty  naszyjnik.  Powiedz  mi  gdzie,  zanim 

z wielką przyjemnością zaduszę cię na śmierć. 

Chad nawet nie miał przyspieszonego oddechu i mówił z ogromnym spokojem, który tym bardziej zmroził 

Lizę.  Poderwała  głowę  raptownie  i  zobaczyła,  że  na  scenie  pojawił  się  także  Ravi  Chand.  Poruszając  się 
bezszelestnie, jak gdyby należał do otaczających go mroków, podszedł do swojego pana nadal klęczącego 
na Daventrym. Liza zobaczyła w jego dłoni uniesione ostrze noża. 

- Nie! - krzyknęła przerażona. 
- Niech się pani nie obawia - rzekł spokojnie Hindus i uśmiechnął się. - To tylko dla ostrzeżenia. 
Jego  spojrzenie  z  powrotem  powędrowało  do  Gilesa,  który  nadal  szarpał  się  w  uścisku  Chada.  Jego 

protesty były coraz bardziej zduszone. 

-  Powiedz mi to,  co  chcę wiedzieć  -  nalegał  Chad, lecz w tym  samym  momencie Ravi  Chand delikatnie 

postukał go ogromnym nożem po ramieniu. 

-  Wybacz,  panie,  ale  zdaje  się,  że  ten  śmieć...  -  trącił  Gilesa  w  bok  olbrzymią  stopą  -  ...chce  coś 

powiedzieć. Może to nic ważnego, ale lada chwila go rozsadzi. 

Nagłym, płynnym ruchem Chad poderwał się na nogi. Gdy Ravi Chand podnosił Gilesa, powiedział cicho, 

z groźnym pomrukiem wzbierającym w gardle: 

- No, dalej, Daventry. Dawaj go! 
- Nie wiem, o czym mówisz - zachrypiał Giles, lecz w tym mym momencie Chad postąpił o krok, a Hindus 

westchnął głęboko. Ostrze ogromnego noża znowu zalśniło i tym razem opadło na guziki marynarki łotra. 

Giles  wydał  z  siebie  stłumiony  jęk  i  szybko  zaczął  grzebać  w  kieszeni.  Liza  nie  mogła  powstrzymać 

cichego okrzyku, gdy Giles cofnął rękę. Pośród jego palców rozbłysły czerwone i zielone płomienie. 

- Naszyjnik! - szepnęła. - Naszyjnik Królowej! Dobry Boże, Giles... - Bez zastanowienia podeszła do niego 

i spojrzała mu w oczy. - Dlaczego, Giles? - Jej głos się załamał. - Dlaczego? 

Bez słowa podał jej naszyjnik, po czym odstąpił o krok. 
-  Nigdy  byś  tego  nie  zrozumiała  -  powiedział  zmęczonym  głosem.  -  Ty,  z  twoim  majątkiem...  i  tą 

niezwykłą zdolnością robienia pieniędzy, gdy tylko tego zapragniesz... 

- I to dlatego - przerwał mu Chad bezlitośnie - chciałeś ją porwać i zmusić do małżeństwa? 
Liza obróciła się na pięcie i spojrzała na niego zaskoczona. 
- Zmusić do małżeństwa? - powtórzyła z niedowierzaniem. 

21 

Dziewczyna miała wrażenie, że tuż przed jej oczami świat rozpada się na miliony drobnych kawałeczków. 

To wszystko nie mogło dziać się naprawdę. Patrzyła na Gilesa i widziała obcego człowieka. 

background image

 

88 

- Chciałeś mnie zmusić do małżeństwa? - powtórzyła, z trudem wypowiadając słowa. 
- Wpuściłeś nas wszystkich w maliny, Daventry  - kontynuował Chad tonem przyjacielskiej pogawędki.  - 

Dużo czasu zajęło nam  przejrzenie twoich planów. Gdy już się zorientowaliśmy, że wyjąłeś naszyjnik ze 
skrytki  w  sypialni,  minęło  dobrych  parę  godzin,  zanim  dotarły  do  nas  wiadomości  o  powozie,  który 
wynająłeś. Miał jechać do Dover, nieprawdaż? Niech zgadnę... okazało się, że naszyjnik jest zbyt znany, byś 
mógł go sprzedać w Anglii? Czy to dlatego miałeś zamiar przeprawić się na Kontynent? 

- Bzdury - warknął Giles. 
-  Ale  przecież...  -  Chad  zdawał  się  go  nie  słyszeć  -  ...dlaczego  miałbyś  podróżować  samotnie?  Liza 

zdawała  się  nie  zwracać  uwagi  na  twoje  zapewnienia  dozgonnej  miłości,  a  przecież  coraz  bardziej  ci  się 
spieszyło, by wreszcie dorwać się do jej pieniędzy. 

Liza wydała zduszony okrzyk i  po  raz pierwszy  Chad spojrzał  na nią. W mroku panującym  w ogrodzie 

Liza nie widziała jego miny, ale odniosła wrażenie, że widzi współczucie i smutek w jego oczach. 

Przez chwilę zdawało się, że Giles nadal ma zamiar grać rolę urażonej niewinności. Lecz niespodziewanie 

zgarbił się i wydał z siebie przeciągłe westchnienie. 

-  To  wszystko  prawda,  Lizo.  Ale  kochałem  cię  od  tak  dawna...  uczyniłbym  cię  moją  królową!  Nie 

mogłabyś wybrać mężczyzny, który by bardziej... 

- A co z handlem niewolnikami, Giles? - Spokojne słowa Lizy cięły niczym lodowe ostrza. - Opowiedz mi 

o handlu niewolnikami. 

Giles opadł na kamienną ławeczkę z wyrazem całkowitej klęski jasno wypisanym na twarzy. 
-  I opowiedz jej jeszcze o burdelach, Daventry. I o wszystkich młodych kobietach, które zabrałeś z ulicy 

albo rodzinnych domów, by w nich pracowały. 

- O mój Boże, Giles... 
Jej głos zamarł w tym samym momencie, gdy na ścieżce prowadzącej na polankę rozległy się kroki. Po 

chwili,  klnąc  na  czym  świat  stoi,  wepchnął  się  między  nich  jakiś  mężczyzna.  Był  niski,  przysadzisty 
i wściekły jak diabli. Rozejrzał się dokoła i wydał z siebie poirytowane mruknięcie. 

- Więc tu się schowaliście. Już od ponad godziny rozglądam się za wami po najciemniejszych zakątkach 

tego  przeklętego  parku.  Dwa  razy  mnie  spoliczkowano,  a  nawet  ktoś  kopnął  mnie  w  zadek,  za 
przeproszeniem  łaskawej  pani.  -  George  Thurgood  zerknął  na  Chada,  po  czym  przyjrzał  się  dokładniej 
Gilesowi. - To ten ptaszek, którego szukamy? No, no... wyglądamy na pokonanego, co? 

Giles zdawał się nie zauważać inspektora nawet wtedy, gdy ten zaczął monotonnym głosem odczytywać 

stawiane  mu  zarzuty.  Ledwo  pan  Thurgood  skończył  swoją  litanię,  na  polance  pojawili  się  John  Weston 
i Charity, a tuż za nimi nadeszli lady Burnsall i sir George. 

- Liza? - zapytała Letycja z niedowierzaniem. - Chad? I Giles! Na miłość boską, wszędzie was szukaliśmy. 

Cóż wy tu robicie? 

- Lizo! - Tym razem zdumiony okrzyk wyrwał się z Charity. - Twój naszyjnik! Odnalazł się! Kto...? 
Wrzawa  wybuchła  od  nowa,  a  podniecone  okrzyki  przemieszały  się  z  kilkoma  cicho  wypowiedzianymi 

oskarżeniami. Gdy w końcu wszyscy dowiedzieli się o podstępie Gilesa, zapadła wymowna cisza. 

- Wielkie nieba! - wykrzyknął sir George wyrażając uczucia wszystkich obecnych. - Kto by pomyślał! 
-  Przepraszam  bardzo,  panie  Daventry!  -  powiedział  cicho  młody  człowiek  stojący  w  otwartych 

drzwiczkach  w  murze.  -  Już  dawno  minęła  godzina,  na  którą  kazał  mi  pan  przygotować  powóz.  Czy 
wszystko... - Słowa zamarły mu na wargach, gdy w małej grupce zauważył człowieka noszącego czerwony 
uniform inspektora z Bow Street. Gwałtownie zaczął się wycofywać. 

- Stebbins! - Liza myślała, że nic już jej tego wieczora nie zdoła zaskoczyć. Pisnęła ze zdziwieniem: - Co 

ty tu robisz? Czy ty też... 

-  Nie  pozwólcie  mu  uciec!  -  zawołał  Chad,  widząc,  że  służący  stara  się  zniknąć  ze  sceny  możliwie  jak 

najszybciej.  John  Weston,  który  stał  najbliżej  drzwi  ukrytych  w  murze,  zaskoczył  całe  towarzystwo  na 
równi  z  sobą  samym,  posyłając  dawnego  służącego  Lizy  na  ziemię  jednym  ciosem  wymierzonym  prosto 
w szczękę. 

- Och, John! - zawołała Charity, której oczy zrobiły się okrągłe ze zdziwienia i podziwu. 
- Dobra robota! - Chad zaśmiał się. - Nie miałem pojęcia, że pośród wielu innych talentów masz jeszcze 

tak dobry lewy sierpowy. 

Podszedł do Lizy i zobaczył szok w jej szeroko otwartych czach. W tym czasie inspektor Thurgood i Ravi 

Chand  podnosili  Gilesa  z  ziemi.  Potężny  Hindus  wsadził  sobie  nieszczęsnego  służącego  pod  lewe  ramię 
i podążył za inspektorem, wyglądając jak żona farmera niosąca kurczaka na targ. 

background image

 

89 

Nastąpiło małe zamieszanie, gdy z mroków wynurzył się nagle Jem January. Pod kurtką miał schowaną 

jakąś dużą paczkę. Zdawało się, że chłopak promienieje jakimś wewnętrznym blaskiem. 

-  Aaa,  pan  Daventry  -  powiedział  z  diabelskim  błyskiem  w  oczach.  -  Widzę,  ze  długie  ręce 

sprawiedliwości  wreszcie  pana  dosięgły.  Szkoda,  że  nie  było  mnie  tu,  bym  mógł  to  zobaczyć,  ale 
znalezienie interesujących mnie dokumentów w pańskim domu na Arlington Street zajęło mi sporo czasu. 
Czekam jednak z niecierpliwością na rozmowę z panem...  - rozejrzał się dokoła - ...w bardziej zacisznym 
miejscu. 

- Nie znam cię - powiedział Giles zaskoczony. Rozejrzał się po otaczających go twarzach. - Nie znam tego 

człowieka! - powtórzył, tak jakby ten prosty fakt mógł mieć wpływ na jego uniewinnienie. 

- Jem January, do pańskich usług  - odrzekł ten z uprzejmym ukłonem. -  I, owszem, znasz mnie; chociaż 

minęło już sporo czasu od naszego ostatniego spotkania. 

Giles  raz  jeszcze  spojrzał  na  Lizę,  po  czym  pozwolił  inspektorowi  Thurgoodowi  i  Ravi  Chandowi 

odprowadzić się w mrok nocy. 

 
Minęło kilka godzin, zanim zostały udzielone wyczerpujące odpowiedzi na wszystkie pytania. Gdy Giles 

i służący Stebbins zostali już usunięci ze sceny, reszta towarzystwa udała się do domu Chada. Tam zostały 
odsłonięte przed nimi tajniki wieczoru. 

-  No  i  nie  mogę  pominąć  pomocy,  jakiej  udzielił  mi  przyjaciel,  zesłany  przez  opatrzność  w  najbardziej 

nieoczekiwanym momencie - zakończył Chad z nagłym wybuchem śmiechu. 

Oczy wszystkich obróciły się na Jema, który wstał i złożył lekki ukłon. Pomimo jego dość dziwacznego 

wyglądu, zdawało się, że całe życie spędził w podobnych salonach. 

Chad  opowiedział,  jak  został  zaatakowany  nie  opodal  domu  Mervale’ów.  Liza  pobladła,  lecz  nie 

powiedziała ani  słowa. Opowiadając o dowodach łączących Gilesa z pożarem  w jego  fabryce i  katastrofą 
w kopalni, Chad nie spuszczał wzroku z jej twarzy. 

-  Dobry  Boże  -  szepnęła.  Zdawało  się  jej,  że  Chad  mówi  o  kimś,  kogo  nigdy  nie  znała...  o  jakimś 

podstępnym i okrutnym nieznajomym, który bez powodu puścił w ruch przerażającą machinę zniszczenia. 
Wróciła myślami do rzeczywistości. 

-  ...i  który,  przy  okazji,  obiecał,  że  wyjaśni  swoje  dziwne  zainteresowanie  działalnością  pana 

Daventry’ego. Panie, ehm... January? 

Jem spojrzał po otaczających go. Na wszystkich widać było zainteresowanie. Uśmiechnął się lekko. 
- Nie, nie January, jak już wszyscy zapewne się domyślili. Nazwisko przyjąłem od miesiąca, w którym po 

raz pierwszy pojawiłem się w Londynie. - Nabrał głęboko powietrza. - Powinienem przeprosić pana, panie 
Lockridge,  i  wszystkich  tu  zgromadzonych  za  to,  że  pojawiłem  się  w  waszym  życiu  pod  fałszywym 
nazwiskiem. Nazywam się Jeremy Standish i pochodzę z Gloucestershire. 

- Standish - powtórzył zamyślony Chad. - Znałem kiedyś ród o tym nazwisku. Mój ojciec kupował konie 

od Charlesa Standisha, który swego czasu był najlepszym hodowcą w Anglii. 

- Taak, Charles Standish był moim ojcem. - Uśmiech rozjaśnił szare oczy Jema. 
- Ale przecież... - dodał Chad - ...to nie był jakiś tam Charles Standish; był lordem Glenraven, nieprawdaż? 
-  To  prawda.  -  Jem  zaszurał  nogami,  nagle  onieśmielony.  -  Mój  ojciec  był  dziedzicem  sporego  majątku 

w Gloucestershire, gdzie mieszkaliśmy wraz z całą rodziną aż do chwili, gdy podstępem odebrano nam nasz 
dom.  Nie  będę  zanudzał  was  szczegółami.  Za  sprawką  Daventry’ego  i  jeszcze  jednego  pana  w  wieku 
czternastu  lat  zostałem  samiuteńki  i  rzucony  na  szerokie  wody  podziemnego  światka  Londynu.  Jednak 
zadziwiająco dobrze dawałem sobie radę w dokach portowych... 

- Mój Boże - mruczał do siebie Chad, a pozostali wymieniali między sobą podobne komentarze. 
-  ...I  udało  mi  się  zebrać  zadziwiająco  dużo  pieniędzy...  część,  muszę  się  przyznać,  niezbyt  uczciwymi 

metodami.  Udało  mi  się  również  zorganizować  nadzwyczaj  sprawną  siatkę,  ehm...  pomocników;  a  pośród 
nich wielu utalentowanych informatorów. 

- Ale, pozwól, że się wtrącę - rzekł sir George. - Jeżeli twój ojciec nie żyje... w takim razie to ty jesteś... 

jesteś teraz lordem Glenraven! 

- No cóż... - Jem wzruszył ramionami. - Na to wychodzi, choć tytuł jest znacznie bardziej imponujący niż 

to,  co  za  nim  idzie.  -  Poczekał,  aż  umilkną  pełne  zdziwienia  szepty  słuchaczy,  i  mówił  dalej:  -  Z  czasem 
coraz częściej myślałem o naprawieniu krzywd wyrządzonych przez Daventry’ego mojej rodzinie. Aby to 
osiągnąć, musiałem zdobyć o nim jak najwięcej informacji. - Odwrócił się z szerokim uśmiechem do Chada. 
- Poznaliśmy się dzięki temu, że śledziłem jego poczynania. Jest to chyba jedyna rzecz, za jaką jestem mu 

background image

 

90 

wdzięczny. Służenie panu było prawdziwą przyjemnością, wasza miłość. A jednak obawiam się, że jestem 
zmuszony  złożyć  wymówienie.  Nadszedł  czas...  -  Głos  mu  się  załamał  i  dokończył  szeptem:  -  Nadszedł 
czas, bym wrócił do domu. 

Chad wstał i uścisnął mu dłoń. 
- Jem... czy może raczej, milordzie, poznanie pana było dla mnie prawdziwą przyjemnością, jeżeli mogę ci 

w czymkolwiek pomóc, wystarczy, abyś powiedział. 

- Ja także - dodała Liza. - Ja również mam u pana dług wdzięczności. 
Jem podniósł dłoń w geście przypominającym salut. 
- Z przyjemnością pomogłem w odnalezieniu pani własności. I proszę przyjąć moje najlepsze życzenia na 

przyszłość. 

Chad popatrzył na pakiet dokumentów, który Jem nadal trzymał przyciśnięty do piersi. 
- Podejrzewam, że od razu wybierzesz się do Gloucestershire? 
- Gdy tylko uda mi się porozmawiać z Daventrym. Jest jeszcze kilka rzeczy, które muszę wiedzieć, a które 

tylko  on  może  mi  wyjawić.  -  Odwrócił  się  do  pozostałych.  -  A  teraz,  jeżeli  państwo  mi  wybaczą...  to  był 
długi dzień. Poza tym mam sporo do czytania. - Wskazał na dokumenty. 

Pozostali  w  pokoju  przez  kilka  chwil  myśleli  o  młodym  człowieku,  który  przed  chwilą  ich  opuścił. 

W końcu lady Burnsall podniosła się i podała dłoń sir George’owi. 

-  Jest  już  późno  i,  jak  słusznie  zauważył  ten  niezwykły  młodzieniec,  to  był  nad  wyraz  męczący  dzień. 

Proszę, odprowadź mnie do domu, mój drogi. Charity, już najwyższa pora, byś i ty znalazła się w łóżku. 

Dziewczyna wstała, a John Weston delikatnie otulił ją szalem. Liza także się podniosła i sięgnęła po swoje 

rzeczy, lecz Chad zatrzymał ją, kładąc dłoń na jej ramieniu. 

- Zastanawiam się, czy mógłbym z tobą porozmawiać, Lizo? 
- Ależ... - zaczęła lady Burnsall. A potem, spoglądając uważniej na starszą córkę, powiedziała tylko: - Nie 

wracaj zbyt późno, moja droga. 

W kilka chwil później Liza i Chad zostali sami w saloniku. Ujął jej dłonie. 
- Bardzo mi przykro z powodu tego wszystkiego - powiedział cichym głosem. 
- Chodzi ci o Gilesa? 
-  Tak...  wiem,  co  do  niego  czułaś...  i  bardzo  mi  przykro,  że  jego  aresztowaniem  sprawiłem  ci  ból.  Ale, 

Lizo, tak się bałem, że poślubisz go nie wiedząc, jaki jest naprawdę. Nie mogłem na to pozwolić. 

- Chad. - Starała się mówić spokojnie. - To, co mi powiedziałeś o Gilesie dzisiejszego wieczora... to, co on 

sam,  ujawnił...  jest  dla  mnie  bolesnym  szokiem,  ale  już  wcześniej  zaczęłam  czuć  się  niepewnie  w  jego 
towarzystwie.  Już  wcześniej  podejrzewałam,  że  to  on  jest  odpowiedzialny  za  plotki,  które  nieomal 
zrujnowały ci życie. - Potrząsnęła głową. - Uważałam go za przyjaciela. Jak mogłam aż tak się pomylić? 

Chad nic nie odpowiedział, tylko mocniej ścisnął jej dłoń. Jak zwykle doprowadziło ją to prawie do utraty 

tchu, lecz tym razem nie cofnęła się. Nieśmiało podniosła oczy i napotkała jego spojrzenie. 

- Cieszę się, że poprosiłeś, abym została. Ja także chciałam z tobą porozmawiać. 
Chad przyglądał się jej długą chwilę, zanim powiedział: 
- A o czym? 
- Termin naszego zakładu upływa za dwa dni - zaczęła niepewnie. 
- Taak - rzekł zastanawiając się jednocześnie, o co też może jej chodzić. - Zdaję sobie sprawę, że do tego 

czasu wartość akcji rządowych, które nabyłeś za swój tysiąc funtów, wzrośnie wielokrotnie. Być może to 
pozwoli ci wygrać zakład, ale nie chcę czekać aż tak długo. Chcę się poddać. 

Nigdy by się tego po niej nie spodziewał i teraz zdolny był jedynie do patrzenia na nią z szeroko otwartymi 

ustami. 

- Ale... dlaczego? 
- Dlatego że... - Zamilkła, a potem mówiła już z pośpiechem: - Po pierwsze dlatego, że był to wyjątkowo 

głupi zakład. Zgodziłam się na niego tylko dlatego, że zawsze chciałam... by Naszyjnik Królowej wrócił do 
prawowitego właściciela... do ciebie. 

Był to jeden z nielicznych momentów w jego życiu, gdy Chad Lockridge zapomniał języka w gębie. 
- Nie rozumiem - powiedział głupkowato. 
-  Sama  nie  wiem,  czy  to  rozumiem  -  przyznała  Liza  z  westchnieniem.  -  Czułam,  że  byłam  ci  to  winna. 

Byłam  rozgoryczona,  gdy  wyjechałeś  z  Anglii,  i  pomimo  że  nienawidziłam  cię  z  całego  serca  za 
opuszczenie  mnie...  w jakiś  sposób  czułam  się  odpowiedzialna  za  wszystko,  co  ci  się  potem  przytrafiło... 
pospieszny  wyjazd  z  kraju,  plotki,  że  to  ty  ukradłeś  naszyjnik.  Chciałam  odnaleźć  go  i  tym  samym 

background image

 

91 

udowodnić,  że  plotki  były  nieprawdziwe.  -  Zaśmiała  się  ironicznie  do  własnych  myśli.  -  Zapewne 
pomyślisz, że jestem kompletną idiotką, ale często myślałam, że zwrócę ci naszyjnik, o... tak. - Mówiąc to 
położyła mu klejnot na dłoni. - Może wygłoszę stosowną mowę, odpowiednio wytworną i poruszającą... tak 
byś  padł  do  moich  stóp  z  wdzięczności.  A  potem...  -  Ugryzła  się  w  język,  zanim  zdążyła  powiedzieć: 
„...a potem znowu byś mnie pokochał”. Boże, nieomal udało się jej zrobić z siebie idiotkę. 

Chad  czuł  się  tak,  jakby  stał  na  małej  tratwie  pośrodku  rozszalałego  morza  własnych  uczuć.  Ściskał 

w dłoni naszyjnik, a w myślach słyszał tylko jeden jedyny fragment z całego przemówienia Lizy. Fragment, 
który najbardziej nim wstrząsnął. 

- Ja... cię opuściłem?! Jak mogłaś...? Jeżeli mnie pamięć nie myli, to ty dosłownie odwróciłaś się do mnie 

plecami, a co więcej... może sobie przypominasz... dodałaś jeszcze, że powinnaś była słuchać rad przyjaciół. 
Przecież było to równoznaczne ze stwierdzeniem, że wszystkie stare plotkarki w mieście mówiły prawdę! - 
Na  wspomnienie  jej  szczupłej  figurki  odwróconej  do  niego  plecami,  złotych  włosów  spływających 
poskręcanymi falami na ramiona, znowu poczuł stary gniew, rozgoryczenie i odtrącenie, które tak skrzętnie 
chował w sobie przez lata. - Ufałem ci... kochałem cię. Byłaś moją ostoją w morzu oszczerstw, w którym 
tonąłem.  A  w  końcu  ty  także  mnie  zdradziłaś.  -  Płonące  spojrzenie  jego  szafirowych  oczu  spoczęło  na 
naszyjniku. - Doceniam twój wspaniałomyślny gest... ale Naszyjnik Królowej jest zbyt cenny, by używać go 
dla uspokojenia sumienia. Jednakże chętnie odwołam nasz zakład i z przyjemnością kupię to świecidełko. 

Upuścił  naszyjnik  na  kolana  dziewczyny,  podszedł  do  okna,  gdzie  stał  długi  czas,  spoglądając  w  mroki 

nocy.  Liza  patrzyła  na  niego  zdumiona.  Dobry  Boże,  jak  wszystko  mogło  pójść  aż  tak  źle,  jak  on  mógł 
pomyśleć, że...? Wzięła głęboki oddech i przywdziała maskę zimnego spokoju, wypracowaną przez lata. 

-  Może  będziesz  na  tyle  uprzejmy,  by  zrobić  dla  mnie  tyle  samo  w  sprawie  Brightsprings  -  powiedziała 

sztywno. 

Przez kilka chwil Chad nic nie mówił, a potem odwrócił się od okna, by spojrzeć jej w oczy. W jego głosie 

zabrzmiały dziwne nuty, gdy wreszcie rzekł: 

- Mam ci sprzedać Brightsprings? Obawiam się, że to niemożliwe. Widzisz, ja już je sprzedałem. 
Liza zamarła. Chyba źle usłyszała! Czy on aż tak jej nienawidził, że pokazał jej ukochaną zabawkę tylko 

po to, by dać ją komuś innemu? Nie mógł przecież tego zrobić! Jak mógł sprzedać majątek, który postawił 
jako stawkę w zakładzie? Tylko skończony łotr mógłby zrobić coś podobnego, a Chad Lockridge nie był... 
Podniosła wzrok i zobaczyła, że stoi tuż przed nią. 

- Chodź! - powiedział krótko. Oszołomiona Liza wstała i poszła za nim do sąsiedniego pokoju. Ogłuszona 

bólem  i  upokorzeniem  patrzyła,  jak  wyciąga  z  biurka  jakiś  dokument.  Zapraszając  ją  do  środka  pokoju, 
podał jej papier. - To akt własności Brightsprings. 

- Ale... myślałam, że... powiedziałeś... 
-  Sprzedałem  Brightsprings,  lecz  transakcja  jeszcze  nie  została  dokonana.  Czy  nie  chcesz  poznać 

tożsamości nowego właściciela? 

Czy to miała być jego ostateczna zemsta? - zastanawiała się. Zdusiła złość i sięgnęła po dokument. Szybko 

przebiegła  spojrzeniem  przez  linijki  zapisane  prawniczym  żargonem,  które  wcale  jej  nie  interesowały,  aż 
dotarła  do  ostatniej,  zatytułowanej:  „nabywca”.  Zamaszystym  pismem  było  w  niej  napisane...  jej  własne 
nazwisko! Podniosła na niego wzrok. 

- Nie rozumiem. Jak... 
- Wymusiłem na Thomasie, by działał w twoim imieniu. Nabyłaś ode mnie Brightsprings za sumę jednej 

gwinei.  Transakcja miała miejsce tego samego dnia, w którym  zgodziliśmy się na nasz zakład. Widzisz... 
zachowałem  się  podobnie  jak  ty  w  sprawie  naszyjnika...  i  z  podobnych  powodów.  Zainwestowałem 
pieniądze w akcje rządowe, gdyż bardzo nie chciałem wygrać zakładu. 

Liza poczuła ogarniające ją drżenie, które niestety słychać było także w głosie. 
- A czy pan także liczył na moją wdzięczność, panie Lockridge? Bo jeżeli tak, to obawiam się, że srodze 

się pan zawiedzie... o, do diabła! 

Ku  jej  rozpaczy  łzy,  które  dławiły  ją  w  gardle  od  czasu  powrotu  Chada  z  Indii,  właśnie  teraz  wybrały 

moment, by wypłynąć wreszcie na policzki. 

- Lizo! - zawołał. - Na Boga, nie rób tego! Nie płacz! - A ciszej dodał: - Nigdy nie widziałem, byś płakała. 
Ale gdy łzy raz zaczęły płynąć, nie mogła ich już powstrzymać. 
- To dlatego, że ja nigdy... nie płaczę... taką mam zasadę. Proszę, nie zwracaj na mnie uwagi. Och, jak ja 

nie znoszę tego wodotrysku! - wykrztusiła, a nowy strumień łez popłynął jej po twarzy. - Błagam, wybacz 
mi. Muszę... muszę już iść. 

background image

 

92 

Na oślep obróciła się na pięcie i wybiegłaby z pokoju, gdyby Chad nie złapał jej za ramiona i nie przytulił 

do siebie. 

- Lizo, o co chodzi? Myślałem, że się ucieszysz! 
- Ja też myślałam, że się ucieszysz ze zwrotu Naszyjnika Królowej, ale ty... O, na miłość boską... nie masz 

przy sobie chusteczki? 

Z  kieszonki  kamizelki  Chad  wyjął  pożądany  przedmiot,  a  Liza  energicznie  wydmuchała  nos  i  wytarła 

policzki. Odepchnęła go od siebie. 

- Nie wiem, dlaczego tak się zachowałam. Proszę, wybacz mi. 
- Zraniłem cię, Lizo, i bardzo mi przykro z tego powodu. 
-  Już  wcześniej  mnie  raniłeś  i  wcale  ci  nie  było  przykro.  -  Łzy  znowu  zaczęły  płynąć  po  jej  policzkach, 

więc wytarła je z furią.  - Jak mogłeś powiedzieć, że zwróciłam się przeciwko tobie? Mogłam powiedzieć 
wiele  rzeczy...  wiele  powiedziałam...  no  tak,  właściwie  to  odwróciłam  się  do  ciebie  plecami.  Ale  ty  nie 
miałeś mi nic do powiedzenia przez dwa tygodnie! Chciałam tylko... żebyś ze mną porozmawiał. - Ledwo 
mogła  mówić  z  powodu  łkań,  jakie  nią  wstrząsały.  -  Wiem,  że  zachowałam  się  głupio,  ale  starałam  się 
zmusić cię do jakiejś reakcji. Myślałam, że weźmiesz mnie w ramiona i... Ale ty nie... ty tylko... oooch! - 
Płakała  tak  samo  jak  sześć  lat  temu,  gdy  Chad  zamknął  za  sobą  drzwi  jej  pokoju.  Co  się  z  nią  działo? 
Dlaczego nie mogła przestać tak głupio się mazać? Jeszcze trochę i zaleje cały dywan! Co też on musi sobie 
o niej myśleć! 

Obróciła się na pięcie i uciekła od niego. Na oślep pobiegła korytarzem, wybiegła z jego domu i popędziła 

do siebie. Nie zatrzymała się, dopóki nie znalazła się w sanktuarium swojego gabinetu. Podbiegła do biurka 
i opadła na fotel. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że Chad biegł tuż za nią. 

- Co ty tu robisz? - zawołała, a łzy ciekły po jej policzkach strumieniami. - Chcę być sama! 
Gorączkowo zaczęła szukać chusteczki w szufladzie biurka. Podczas nerwowego przerzucania papierów ze 

skrytki wypadło małe drewniane pudełeczko i z cichym stuknięciem wylądowało na podłodze. 

Chad nie odpowiedział dziewczynie, tylko odruchowo pochylił się, by podnieść pudełko. Cała jego uwaga 

skoncentrowana  była  na  dziewczynie.  Dopiero  gdy  podszedł  do  biurka,  by  położyć  na  nim  szkatułkę, 
spojrzał na nią... a potem przyjrzał się jej dokładniej. 

-  Czy  to  nie  jest  przypadkiem  pudełko,  w  którym  trzymałaś  naszyjnik?  -  zapytał  dziwnym  głosem, 

obracając je w dłoni. 

- Tak - odparła nieuważnie, nadal szukając czegoś, czym mogłaby wysuszyć nie kończące się strumienie 

łez. 

- Nie zaniosłaś go na Bow Street? 
- Na Bow... nie, oczywiście że nie... Och! - Spojrzała na niego podejrzliwie. - Skąd wiesz, że...? 
-  Podsłuchałem  przypadkiem  fragment  waszej  rozmowy  w  ogrodzie  tamtego  dnia.  O  ile  dobrze 

zrozumiałem, miałaś zamiar popędzić z tym pudełeczkiem na Bow Street tak szybko, jak tylko możesz... 

- Wiesz, Chad, jesteś najgłupszym człowiekiem, jakiego znam! - Oczy tak bardzo spuchły jej od płaczu, że 

ledwie go widziała. Przetarła je poirytowana. - Czy naprawdę sądzisz, że dałabym im tak ewidentny dowód 
twojej winy? Przecież i tak wiedziałam, że jesteś niewinny... dlaczego miałabym robić sobie tyle zachodu 
i potem jeszcze przekonywać kogoś o nie popełnionych przez ciebie przestępstwach? 

Przez  długą  chwilę  Chad  tylko  patrzył  na  nią.  Zdawało  mu  się,  ze  żarzący  się  płomyk  nadziei  zapłonął 

wreszcie,  rozświetlając  najciemniejsze  zakątki  jego  duszy.  Nawet  te,  które  od  lat  pozostawały  spowite 
mrokiem zwątpienia. Przygarnął dziewczynę do siebie. Nie protestowała, ale od czasu do czasu mamrotała 
coś niezrozumiale głosem nabrzmiałym łzami. W końcu się uspokoiła i już tylko rzadkie szlochy wstrząsały 
jej ciałem. Nadal jednak nie podniosła głowy. 

-  Lizo,  jak  mogłem  być  taki  głupi?  -  zapytał  podnosząc  jej  brodę  i  zaglądając  w  oczy,  które  teraz 

przypominały małe jeziorka.  - A jeżeli już przy tym jesteśmy, jak ty mogłaś być taka  głupia? Ależ z nas 
para... pełna chorej dumy, która mogłaby zmarnować nam życie z powodu jednej głupiej, krótkiej rozmowy! 
- Wyjął z jej palców chusteczkę i  wytarł nią ostatnie łzy.  -  Okropnie  wyglądasz  - powiedział czule, na co 
Liza zaśmiała się cicho. 

- Z całą pewnością wiesz, jak pocieszyć damę, ty szelmo z piekła rodem. 
- To talent, z którym trzeba się urodzić - szepnął z ustami wtulonymi w jej włosy. Odsunął się lekko, by 

móc spojrzeć jej w oczy. - Czy myślisz, że... to znaczy... czy moglibyśmy wrócić do tego, co było...? Nigdy 
nie przestałem cię kochać, Lizo. I wiem, że nigdy nie przestanę. 

- Chad, nie sądzę, by udało się nam cofnąć czas, ale możemy iść naprzód. Bo ja też cię kocham. Bardzo. 

background image

 

93 

Mogłaby jeszcze wiele powiedzieć na ten temat, ale uciszył ją pocałunkiem. Przytuliła się do niego mocno 

i poddała cudownej pieszczocie. 

-  Chad,  mój  kochany  -  zamruczała  czule  chwilę  później,  gdy  wreszcie  oderwali  się  od  siebie  nie  mogąc 

złapać tchu. Położyła mu głowę na ramieniu. - Może jednak się myliłam co do cofania czasu? Przez ciebie 
znowu czuję się jak zakochany podlotek. 

- A nie jak najstarsza małpa, przewodniczka stada, którą się ostatnio stałaś? - zapytał natychmiast uciszając 

pocałunkiem jej oburzenie na taką herezję. Po bardzo długiej chwili Liza oderwała się od niego. 

- Myślę... - powiedziała ze śmiechem, którym jednak nie udało się jej pokryć drżenia głosu - ...że najlepiej 

pan  zrobi,  panie  Lockridge,  jeżeli  natychmiast  pan  sobie  pójdzie.  Zanim  do  reszty  zrujnuje  pan  moją 
reputację. 

-  Nic  nie  szkodzi  -  odrzekł  Chad,  raz  jeszcze  przyciągając  ją  do  siebie.  -  W  końcu  zaręczonym  wiele 

wypada. 

- Oo, czyżbyśmy byli zaręczeni? 
-  Moja  dobra  kobieto.  -  Chad  pochylił  się  nad  nią  z  karcącym  spojrzeniem.  -  Czy  przez  cały  czas  tylko 

bawiłaś się moimi uczuciami? Czy też... nie, masz rację. Wiedziałem, że coś umknęło mojej uwagi.  Lady 
Elizabeth, czy wyświadczy mi pani ten zaszczyt i zostanie moją żoną? Przy pierwszej sposobności. 

Zamiast odpowiedzi, dziewczyna ujęła jego twarz w obie dłonie i przyciągnęła do siebie. Przycisnęła usta 

do jego warg w namiętnym pocałunku. Tym razem to Chad przerwał ich uścisk. 

- Masz rację - zamruczał gardłowo. - Najwyższa pora, bym poszedł do domu. 
Przeszli w milczeniu  przez pogrążony w ciszy dom.  Nagle dziewczyna zatrzymała się,  gdy pewna myśl 

przyszła jej do głowy. 

- Czy pieniądze zarobione na nowo nabytych akcjach rządowych wystarczą na pokrycie strat zadanych ci 

przez Gilesa? 

Uśmiechnął się do niej w ciemności. 
-  Jest  jeszcze  jedna  sprawa,  o  której  zapomniałem.  Straty,  które  poniosłem,  nie  są  wielkie.  Lizo,  moja 

ukochana, muszę ci się do czegoś przyznać. Jestem niezwykle bogaty. 

-  Och  -  rzekła  tylko  przytulając  się  do  jego  ramienia.  Poszli  dalej.  -  Jutro  rano  będziemy  musieli 

powiedzieć Thomasowi. 

Zdawało się, że wypełniająca ją radość przenika mroki nocy. 
- O, taak... podejrzewam, że będzie zadowolony... z siebie. Myślę, że przez ostatnie trzy miesiące bawił się 

w naszą swatkę. 

-  No  proszę,  a  ja  myślałam,  że  zawdzięczam  to  wszystko  mojemu  słynnemu  szczęściu  -  odrzekła  ze 

śmiechem. 

- O, nie - powiedział Chad pochylając się, by ją pocałować. - Myślę, że to raczej ja miałem szczęście.