background image

Sharon Brondos

Miękkie lądowanie

background image

ROZDZIAŁ 1

Gdy malutki samolot kołami podwozia dotykał asfaltu szosy, Nan 

Black   -   jadąca   z   przeciwka   samochodem   kombi   z   przyczepą   -   po 
prostu marzyła. Przez ułamek sekundy niebezpieczeństwo wydawało 
się jej częścią marzeń, ale mózg zareagował natychmiast.

Wróciła   do   rzeczywistości,   mimo   woli   krzyknęła   i 

wymanewrowała   samochodem   tak,   by   nie   doszło   do   czołowego 
zderzenia z kołującym samolotem. Udało się, ale sama wylądowała w 
płytkim   rowie,   biegnącym   wzdłuż   szosy   przecinającej   południową 
Dakotę. Zawirował pył, silnik jęknął i zgasł. Nan kurczowo zaciskała 
dłonie na kierownicy - tak mocno, że aż zbielały opuszki jej palców. 
Straciła oddech, a potem z kolei oddychała tak, jakby w jej płucach 
zgromadził się nadmiar powietrza. Była bliska zemdlenia.

I dopiero potem pomyślała, że żywcem obedrze ze skóry idiotę, 

który omal jej nie zabił!

Puściła kierownicę i wysiłkiem woli na tyle opanowała drżenie 

rąk,   by   odpiąć   pas.   Dzięki   Bogu,   zawsze   zatrzaskiwała   go   niemal 
odruchowo! Gdyby nie to, wyleciałaby przez przednią szybę.

W miarę ustępowania strachu rosła w niej złość. Nim wydostała 

się   z   samochodu,   była   przygotowana   do   natarcia.   Rozdygotana 
wygrzebała   się   z   rowu,   wyszła   na   środek   szosy   i   stanęła   w 
wyczekującej postawie.

Samolot   znajdował   się   już   na   końcu   drogi,   śmigło   ledwo   się 

obracało. Nawet z tej odległości widziała, że to zdezelowana maszyna 
- poobijana, jakby powiązana drutem i posklejana gumą do żucia! I 
pomyśleć,   że   coś   takiego   omal   nie   doprowadziło   do   śmiertelnego 
wypadku! Wszystko się w niej gotowało. Postanowiła nie czekać i 
ruszyła   w   kierunku   zwalniającego   samolotu,   w   myślach   rzucając 
wyzwanie   szalonemu   pilotowi.   Niech   no   spróbuje   uciec   od   jej 
gniewu! Ale mu pokaże! Wściekłość zdusiła w niej wrodzoną niechęć 
do zaogniania sytuacji. Była gotowa do prawdziwej awantury.

Samolot jeszcze bardziej zwolnił, a potem pilot wykonał manewr, 

który   ją   zaskoczył:   zawrócił   i   ruszył...   w   jej   kierunku.   Poprzez 
wirujące   śmigło   widziała   sylwetkę   mężczyzny,   ale   obraz   był 
zniekształcony i nie na tyle wyraźny, by móc określić, z kim będzie 
miała za chwilę do czynienia.

background image

W miarę jak samolot się zbliżał, rosła w niej pewność, że siedzi 

tam jakiś maniak o morderczym instynkcie, który specjalnie na nią 
poluje   w   wiosenne   słoneczne   popołudnie.   Ogłuszał   ją   ryk   silnika. 
Sunąca wprost na nią maszyna rosła przerażająco w oczach. Nerwy 
puściły, rozpaczliwie zaczęła rozglądać się za jakimś schronieniem, 
ale preria ofiarowywała pustkę: ani jednego drzewa po horyzont, ani 
kawałka skały! Jedyną szansę dawał jej własny samochód. Zaczęła 
biec w jego kierunku,  żałując, że nie posłuchała  przyjaciół,  którzy 
radzili, by nie podróżowała bez broni w kieszeni. Gdyby miała przy 
sobie rewolwer, mogłaby się bronić. Ukucnęła za przyczepą, jej serce 
waliło   jak   młotem.   Co   będzie,   jeśli   pilot   uderzy   jak   taran? 
Zastanawiała się też, czy byłaby zdolna strzelić do kogoś, kto chciałby 
ją zabić.

Czy ten lunatyk naprawdę próbuje ją zaatakować i dlaczego?
Nie miał tego zamiaru! Samolot zatrzymał się. Przesunęła się parę 

kroków i wyjrzała ostrożnie zza maski samochodu. Motor charknął, 
sapnął   i   zamilkł.   Śmigło   zrobiło   jeszcze   jeden   obrót   i   stanęło   z 
piskliwym   łomotem,   jakby   jakiś   smok   przeżuwał   żelazny   złom. 
Przemknął jej przez głowę obraz robota z filmu „Terminator". Czekała 
skulona, wstrzymując oddech. Przez chwilę Nan słyszała tylko lekki 
szmerek wiatru w suchej zmartwiałej trawie na poboczu drogi. No i 
głośne   bicie   własnego   serca.   Głośno   klnąc,   na   ziemię   wyskoczył 
mężczyzna.   Bogaty   repertuar   dosadnych   epitetów   nawiązywał   do 
wszystkich   antenatów   maszyny.  Rzucał   przekleństwami,   obchodząc 
samolot, rozdawał też kopniaki oponom. Mówił do siebie, jej chyba 
nie widział. Nan podniosła głowę i uważnie się przyglądała.

Mężczyzna   nie   był   wysoki,   ale   za   to   szeroki   w   ramionach, 

potężnej budowy. Nie potrafiły tego ukryć zużyte dżinsy i stara czarna 
skórzana   kurtka   pilota.   Spadochroniarskie   buty   dopełniały   stroju 
domniemanego   szaleńca.   Brakowało   tylko   białego   jedwabnego 
szalika, będącego symbolem tego typu powietrznych awanturników. 
Rysów jego twarzy dobrze nie dostrzegała, ponieważ nie patrzył w jej 
kierunku.   Postawa  wskazywała   na   osobnika   zahartowanego 
przeciwnościami  i   pewnego   siebie.   Jasny   szatyn,   włosy   kręcone,   z 
blond przebłyskami. Przestał wreszcie kląć i odszedł kilka kroków od 
maszyny. Z wewnętrznej kieszeni kurtki wyciągnął cygaro i zapalił. 
Takie paskudztwo!

background image

- No dobrze, droga pani! - zawołał. - Już może pani wyjść! Dziś 

po południu nie gryzę!

-   Ale   ja   gryzę!   -   odkrzyknęła.   Jego   sarkastyczny,   pełen 

zniecierpliwienia ton powtórnie rozpalił w niej gniew. - Omal mnie 
pan nie zabił! Poważnie myślę o zaskarżeniu pana!

Zrobił krok w jej kierunku.
- I niech się pan nie zbliża. Mam broń i umiem z niej strzelać!
- A jakiego kalibru? - spytał, wyjmując z ust cygaro.
Z   żalem   pomyślała,   że   rewolwer   jest   schowany   głęboko   w 

przyczepie bagażowej.

- No... czterdzieści pięć! Kula zatrzyma towarowy pociąg!
- Możliwe! - odparł. Rzucił cygaro i przydeptał je obcasem. - Ale 

jeśli potrafi pani strzelić i trafić z czterdziestki piątki, żeby przy okazji 
nie odrzuciło pani do sąsiedniej parafii, to w istocie opuściło mnie 
szczęście.   W   nagrodę   może   mnie   pani   zabić!   No,   niechże   pani 
wyjdzie i ruszamy!

-   Ruszamy?   -   Schowała   głowę,   w   gardle   poczuła   suchość.   Po 

horyzont nie było dookoła widać śladu życia. Tylko niebieskie niebo, 
złota preria, ten mężczyzna i jego maszyna, ona sama i samochód z 
przyczepą. Podszedł i położył dłonie na karoserii z przeciwnej strony. 
Nawet nie usłyszała. Uśmiechnął się, lecz nie był to ciepły uśmiech.

- Ruszamy, bo wydaje mi się, że jesteśmy jedynymi ludźmi w 

promieniu stu kilkudziesięciu kilometrów. Mamy tylko siebie i pani 
jest mi potrzebna.

Nan patrzyła niemo, niezdolna się poruszyć. Próbowała odgadnąć 

znaczenie jego słów. Studiowała twarz. Z bliska wydawał się całkiem 
przystojny. Miał zielone oczy i szerokie usta, które wyglądały, jak 
wyrzeźbione.   Agresywny   haczykowaty   nos   i   zarys   dolnej   szczęki 
nadawały mu z lekka zawadiacki wygląd.

- Niech pan pamięta, że mam rewolwer! - powiedziała.
- Niechże pani...! - zaczął. Z kurtki wyjął nowe cygaro. - Nie ma 

pani   żadnej   broni,   bo   gdyby   pani   miała,   już   dawno   by   mi   pani 
wymachiwała nią przed nosem. Może i na to zasłużyłem. Nie miałem 
zamiaru pani przestraszyć.

Zaskoczyła ją nutka zakłopotania, jaką wyczuła w jego głosie.
-   Dwa   razy   przeleciałem   nad   szosą   -   ciągnął   dalej,   zapalając 

cygaro. - Byłem pewny, że mnie pani usłyszy. Motor mi nawalił i 
pomyślałem, że jeśli nie usiądę na szosie, to na długo zagrzebię się w 

background image

prerii.   Zawsze   wożę   ze   sobą   radio,   ale   tym   razem   gdzieś   się 
zapodziało   i   nie   mógłbym   nawet   wezwać   pomocy.   Zapłacę   za 
podwiezienie do miasta, zapłacę za uszkodzenie samochodu...

- Zapłaci pan za podwiezienie? I za szkody? - wyprostowała się 

powoli. Wreszcie mówi z sensem, pomyślała.

-   Oczywiście!   I   nawet   usiądę   za   kierownicą.   Prowadzenie 

samochodu  nie należy  do pani silnych stron, jak widać. Jak to się 
mogło stać, że mnie pani nie słyszała? Radio grało za głośno?

Przepłynęła ku niej smuga dymu z cygara. Zapach przypominał 

dieselowskie spaliny, których nawdychała się w czasie tej podróży aż 
nadto.

Zakaszlała, prostując się całkowicie.
-   Radio   nie.   Po   prostu   byłam   zamyślona.   Zawsze   jestem 

zamyślona, jadąc pustą drogą. Nie słyszałam pana i nie widziałam. 
Zobaczyłam dopiero wtedy, kiedy pan nagle spadł z nieba tuż przede 
mną.

- Musiała pani myśleć o absorbujących sprawach - roześmiał się. - 

A   co   by   było,   gdybym   to   był   nie   ja,   a   cyklon?   Wtedy   by   pani 
usłyszała?

-  Oczywiście,  że bym usłyszała.  Zawsze w drodze sprawdzam 

pogodę. Na niebie nie ma ani chmurki. - Zatoczyła dłonią po pustym 
bezmiarze   dakotańskiego   nieba.   -   To   znaczy   nie   ma   chmury 
stworzonej przez naturę - dodała, sztyletując go wzrokiem.

Jess   Rivers   zmrużył   oczy   i   zaczął   się   uważniej   przyglądać 

kobiecie.   Poprzednio   był   zbyt   zajęty   samolotem   i   własnymi 
kłopotami, by zauważyć cokolwiek więcej niż jej młody wiek i blond 
włosy.   Teraz   stwierdził,   że   jest   bardzo   ładna.   Jasne   włosy   koloni 
zboża, rosnącego na farmie  jego ojca, oczy bardziej  niebieskie  niż 
niebo, na które wskazywała. Regularne rysy i ciemnoczerwone wargi 
bez śladu szminki.  Kolor policzków wyraźnie kontrastował z jasną 
cerą. Pomyślał, że to wypieki ze złości. Dostrzegł ją teraz w oczach 
dziewczyny.   Przez   chwilę   były   pełne   strachu   i   sprawiało   mu   to 
wyraźną   przykrość.   Wiedział,   że   jego   gburowate   zachowanie 
odstręczało   kobiety,   zwłaszcza   przy   pierwszym   spotkaniu.   Ręką 
niemal odruchowo sięgnął do kieszeni z cygarami.

- Niech mnie pani posłucha! Nie miałem zamiaru spychać pani z 

szosy!   Po   prostu   potrzebowałem   pani   pomocy.   Czy   to   jest 
przestępstwo?

background image

- A może by pan tak przeprosił, panie cwaniaku. - Nan podparła 

się pod boki. - Przez pańskie sztuczki z samolotem postarzałam się o 
dziesięć   lat.   -   Odczuwając   wielką   ulgę,   że   już   jej   nic   nie   grozi, 
powiedziała to ostrym głosem, który wyraźnie zagrał mężczyźnie na 
nerwach.

- Mam przepraszać? - Jess zmarszczył brwi. - A za co? Przecież 

wcześniej sygnalizowałem swoje intencje. Każdy kierowca z kilkoma 
włączonymi   komórkami   mózgowymi   musiałby   mnie   zauważyć   i 
usłyszeć. To nie moja wina, że przebywała pani w krainie czarów, 
prawdopodobnie   marząc   o   jakimś   facecie.   -   Znów   włożył   do   ust 
kolejne cygaro, zaciskając na nim fachowo zęby.

Zaczerwieniła się jeszcze bardziej.
- Nie marzyłam o żadnym facecie! Ma pan brudne i ograniczone 

myśli. Myślałam o pewnym miejscu. To były myśli przyzwoite nawet 
dla dziecka. I czy zdaje pan sobie sprawę, że jest to trzecie cygaro od 
pięciu   minut?   Co   się   z   panem   dzieje?   Jest   pan   aż   tak   strasznie 
nerwowy?

Wyjął z ust cygaro i zaczął mu się przypatrywać.
-   Nawet   sobie   nie   zdawałem,   psiakrew,   sprawy...   -Kwaśno   się 

uśmiechnął.   -   Staram   się   przestać.   Nawet   mi   się   całkiem   udawało 
przez   ostatnie   tygodnie.   Nie   jestem   nerwowy.   Może   to   napięcie... 
-Trzecie   cygaro   zgasło   rozgniecione   obcasem.   -   Brzydki   nałóg   i 
przeszkadza ludziom dookoła. Obiecałem sobie, że przestanę na dobre 
przed   Bożym   Narodzeniem.   Zostało   mi   jeszcze...   No,   około 
dziewięciu miesięcy.

- To pierwsza dobra rzecz, którą o panu wiem. - Nan wyszła zza 

samochodu,   nadal   gromiąc   wzrokiem   mężczyznę.   Powróciła   jej 
odwaga. - A co pan zrobi teraz z samolotem? Przecież nie można go 
zostawić na środku szosy.

- Więc zabierze mnie pani?
- Jeśli pan obieca nie palić... - Wzruszyła ramionami. - Chyba nie 

mogę tak pana zostawić na pustkowiu. Noce są nadal zimne, chociaż 
już prawie maj. - Opuściła podwinięte rękawy bawełnianej koszuli. 
Popołudniowy wiatr przeszywał pierwszym chłodem, mimo że słońce 
świeciło jaskrawo.

- Dobrze - odparł potakując głową, jakby otrzymał odpowiedź, 

której się spodziewał. - Pomoże mi pani z samolotem?

- Ja?

background image

- Nie widzę w pobliżu nikogo innego. - W kąciku wyrzeźbionych 

warg pojawił się wyraz zniecierpliwienia. - Tak, pani! - Obrócił się 
plecami   i   ruszył   w   stronę   samolotu.   Nan   pozostała   na   miejscu   z 
rękami wspartymi na biodrach.

- Nie jestem żadna pani, tylko Nan. Nan Black. I bardzo lubię, 

żeby dodawano słowo „proszę", kiedy ktoś czegoś ode mnie chce.

-   Niech   będzie.   A   więc   proszę,   Nan.   Proszę   mi   pomóc   z 

samolotem.   A   jak   tę   pomoc   dostanę,   to   wtedy   powiem:   dziękuję 
bardzo.

- No, to już brzmi lepiej. Co mam robić?
- Pchać.
- Pchać?
- Musimy usunąć samolot z drogi. Byłby groźną przeszkodą po 

zapadnięciu mroku. - Pięścią uderzył w bok kabiny. - Już jest groźną 
przeszkodą.

- Ja nie dam rady pchać takiej maszyny! Obrzucił ją uważnym 

spojrzeniem.

- Nie ma obawy, dasz radę, Nan! Jesteś młoda i na oko zdrowa. 

Wesprzyj ramieniem w tym miejscu, mocno! -Uśmiechnął się do niej i 
to był pierwszy uśmiech, jaki ujrzała na jego twarzy. Stał się nagle 
zaskakująco przystojny. - Jazda, spróbuj! - dodał zachęcająco.

Usłuchała,   mając   w   pamięci   tę   przystojną   twarz.   Dziękowała 

gwiazdom, że na drogę włożyła starą bawełnianą koszulę i dżinsy. Nie 
zwracając uwagi na brud i smary na kadłubie, zaczęła pchać. Ku jej 
wielkiemu zdziwieniu maszyna potoczyła się kilka cali.

- Oooo! - wykrzyknęła zdumiona.
- Widzisz? To jest bardzo lekkie, łatwe do przetaczania z miejsca 

na miejsce. - Zrzucił lotniczą kurtkę, odsłaniając umięśniony tors w 
czarnej podkoszulce. Cisnął kurtkę na ziemię, dłonie wsparł o kadłub. 
- Samolot służy do akrobacji powietrznych, więc musi być lekki. - 
Bez większego wysiłku przesunął go o parę metrów. - Jedziemy dalej, 
pomagaj!

Pchając spoglądała na niego przez plastykową obudowę kabiny.
- Do akrobacji? Robienia sztuk w powietrzu?
- Aha! Uwielbiam to. - Wyciągnął ramię, naprowadzając maszynę 

na właściwy kierunek. - Człowiekowi się zdaje, że ma skrzydła. Boisz 
się latać, Nan?

Samolot zbliżał się do skraju szosy.

background image

- Nie boję się, jeśli samolot jest duży albo jeśli to mi się śni. 

Pasuję na widok takiego jak ten - odparła. - Wiesz przecież, że mogłeś 
się zabić. Nie znam się na motorach  samolotowych, ale ten chyba 
skonał, nim dotknąłeś ziemi.

- Eee, chyba nie! - Znowu skorygował kierunek, gdy jedno z kół 

wjechało na żwir i kępki trawy. - Nawet gdyby silnik zawiódł, to bym 
ześlizgnął się na strumieniu powietrza. Tylko że wtedy uszkodziłbym 
pewno podwozie. I  dlatego wylądowałem,  zanim  motor  całkowicie 
wysiadł. A więc ty latasz we snach? - Wydawał się rozbawiony.

- Oczywiście! - odparła, potykając się na wysokiej kępie zeschłej 

trawy. Wypatrywała dalszych przeszkód na drodze.

-   Chyba   wszyscy   latają   we   snach.   Jak   daleko   mamy   pchać   to 

ptaszysko?

-   Tak   daleko,   aby   nie   dosięgały   go   reflektory   samochodowe, 

chyba że ktoś go będzie specjalnie szukał. Ja nie mam snów ani ó 
lataniu, ani w ogóle. Żyję latając, zamiast bawić się w sny.

- Wszyscy śnią i marzą - upierała się, pchając mocniej.
- To zostało naukowo dowiedzione.
- Ja nie. Nic mi się nie śniło od czasu, kiedy byłem dzieckiem. Na 

jawie też nie. - Zatrzymał się i spojrzał za siebie na drogę.

Nan obeszła samolot od przodu.
- Nie masz absolutnie racji! Opracowania naukowe, na których 

można polegać, jednogłośnie stwierdzają to, co powiedziałam. Każdy 
ma  sny. A  sny  na  jawie   są  bardziej  lub   mniej   wyraziste.   Moje  są 
bardzo wyraźne, ponieważ nad tym pracuję.

- Mam na imię Jess. Jess Rivers. Mów do mnie Jess, a poza tym 

mam   w   no...   nic   mnie   nie   obchodzi,   co   opowiadają   jacyś   tam 
naukowcy. Wiem co wiem, znam siebie. - Wydawało się, że uważał 
temat za wyczerpany, ale nagle twarz mu złagodniała, pojawił się na 
niej chochlikowaty uśmiech. -Chociaż przyznam, że chętnie bym się 
dowiedział, o czym są te wyraziste sny, jakie miewasz.

Spoglądał   na   dziewczynę,   która   ponownie   się   zarumieniła. 

Spotkanie zaczęło się od wzajemnej nadziei, że szybko się zakończy, 
ale teraz nabierało interesujących akcentów... Zastanowił się, dokąd to 
owa czerwieniąca się blondynka z ognistym temperamentem zdążała 
swoim   kombi   z   przyczepą.   Trafił   na   nią   na   drodze   do   rodzinnego 
miasta. Jeśliby nie miała gdzie zatrzymać się na noc, to mógłby jej 

background image

zaofiarować zapasową pryczę w swoim domu i czekać, do czego to 
doprowadzi. ..

Nie, nie, Jess! Nie wtedy, kiedy Jimmy jest w domu! Co się z 

nim,   do   diabła,   dzieje?   Nigdy   w   podobny   sposób   nie   myślał   o 
kobiecie zaledwie w kilka minut po jej poznaniu. Wolał zawsze, aby 
uczucia wobec damy dojrzewały w nim powoli. Musi to być skutek 
zwiększonego   poziomu   adrenaliny,   która   wezbrała   w   nim,   gdy 
stwierdził,   że   opada   na   ziemię.   Nie   ze   strachu,   ale   raczej   z 
podniecenia. Afirmacja życia! Tak, właśnie to! I w tym momencie 
zorientował   się,   że   przekroczył   dopuszczalną   granicę.   Dziewczyna 
była skonfundowana i nieswoja. Zmarszczył się, zły na siebie.

- Hej, hej! Nie chciałem ci zrobić przykrości ani cię speszyć. Tak 

sobie tylko żartowałem - skończył, sam teraz mocno zażenowany. Nie 
lubił takiego uczucia.

- Wszystko okay! - odparła, wzruszając ramionami, a ruch ten 

ujawnił,   że   pod   bawełnianą   koszulą   jest   silniej   zbudowana,   niż 
sugerowałyby   to   delikatne   rysy   jej   twarzy   i   wąskie   biodra.   Pod 
wpływem   słonecznego   uśmiechu,   jakim   go   niespodziewanie 
obdarzyła, postanowienie, że będzie wobec niej chłodno grzeczny i 
zachowa dystans, rozpłynęło się. Zniknęła też jej płochliwość lub to, 
co za nią wziął.

- Sama się o to prosiłam! - powiedziała. - Mam pewne skłonności 

do mędrkowania na temat sennych marzeń i snów na jawie. Ale to 
prawda, Jess, że niektórzy ludzie nigdy nie pamiętają swoich snów po 
obudzeniu i nawet nie potrafią dostrzec, że ich myślenie jest czymś w 
rodzaju snu na jawie. To bardzo ludzkie. Może ty nazywasz podobne 
myślenie   po   prostu   twórczym.   -   Wykrzywiła   twarz   w   sztucznym 
uśmiechu   i   gotów   był   przysiąc,   że   coś   wesołego   błysnęło   w   jej 
niebieskich oczach. - Koniec wykładu. Czy mamy jeszcze dalej pchać 
to skrzydlate pudło?

- Nie, nie, wystarczy! - Otworzył drzwiczki do kabiny pilota i 

zaczął coś majstrować przy zegarach, a potem z kabiny wyjął klocki 
pod koła. - Wracaj do samochodu. Za chwilę tam przyjdę. - Ta chwila 
była mu potrzebna do „twórczego myślenia".

Nan skinęła głową nieco zdziwiona nagłą zmianą wyrazu jego 

twarzy.   Jakby   zamknął   się   w   sobie.   Mimo   okazywanej   słowami 
brawury   musiał   doznać   szoku,   gdy   się   zorientował,   że   bliski   jest 
rozbicia samolotu na absolutnym pustkowiu. A jego zachowanie nie 

background image

było   znowu   najgorsze.   Poza   tym   w   miarę   upływu   wspólnie 
spędzonego   czasu   wydawał   się   mniej   brutalny,   a   coraz   bardziej 
przystojny.   Człowiek   może   się   przyzwyczaić   do   takiej   twarzy, 
pomyślała. Bardzo interesujący mężczyzna.

Wracając do samochodu zastanawiała się, gdzie on mieszka i czy 

byłby   jej   potencjalnym   klientem.   Uśmiechnęła   się   do   siebie. 
Najprawdopodobniej nie, skoro ma taki negatywny stosunek do snucia 
fantazji.   Chociaż   nigdy   nie   można   tego   przewidzieć.   Wewnętrzne 
życie   ludzi   jest   czasami   zupełnie   inne,   niż   można   by   sądzić   po 
zewnętrznych   oznakach.   Myślała   o   tym   jeszcze   przez   chwilę   po 
powrocie do samochodu, a potem zajęła się sprawdzaniem, czy jej 
dobytek w przyczepie nie ucierpiał.

Nim   skończył   zabezpieczanie   samolotu   i   zbieranie   osobistych 

rzeczy, był pewien, że w pełni kontroluje swe zbłąkane erotyczno - 
romantyczne   zainteresowania.   Aby   zupełnie   się   uspokoić,   zaczął 
pogwizdywać   ulubioną   melodię.   Czuł,   że   popołudniowy   wiaterek 
bardzo   się   oziębił,   co   zapowiadało   zimną   noc.   Tym   bardziej   był 
wdzięczny   losowi,   że   udało   mu   się   znaleźć   środek   transportu   i   to 
wcale   wygodny.   Podniósł   z   ziemi   lotniczą   kurtkę   i   w   drodze   do 
samochodu włożył ją na siebie. Przyjrzawszy się kątowi, pod jakim 
koła utkwiły w rowie, doszedł do wniosku, że bez większego trudu 
uda   się   wyprowadzić   wóz,   nawet   razem   z   przyczepą.   Nie   widząc 
nigdzie Nan zawołał ją.

- Jestem tu! - odparła. Idąc za jej głosem, zszedł do przyczepy i 

nagle stanął jak wryty na widok kuszącego tyłeczka dziewczyny. Do 
połowy   zakrywała   ją   bagażowa   czeluść.   Bawełniana   koszula 
podwinęła się, odsłaniając część gładkich pleców i wąską talię. Ten 
widok wywołał w nim przedziwne uczucia i chęć dotknięcia Nan.

Tak nie można, pomyślał, sięgając po kolejne cygaro. Przecież 

jest zbyt doświadczony, zbyt kuty na cztery nogi, żeby dać się omotać 
czyjejś twarzy i ciału. Zdał sobie nagle sprawę z komizmu sytuacji. 
Uśmiechnął się do siebie i wyjął rękę z kieszeni kurtki, nie biorąc 
cygara. Zgodnie z opinią swego młodziutkiego brata był już za stary 
na   szaleńcze   uczucia.   Niech   i   tak   pozostanie.   Kiedy   Nan   Black 
wygramoliła   się   z   przyczepy   i   uśmiechnęła,   skwitował   to   krótkim 
skinięciem głowy.

Na początku podróży do najbliższego miasta milczał, niechętnie 

przerywając   ciszę   jednosylabowymi   odpowiedziami   na   pytania 

background image

dziewczyny.   Ona   chętnie   by   porozmawiała,   nawet   z   człowiekiem, 
który nie miał wielkiej ochoty na towarzyskie uprzejmości, ponieważ 
podczas minionych dni była sama. Jess Rivers nie miał jednak ochoty 
na żadną rozmowę. Nan głowiła się, co też wprowadziło go nagle w 
ten ponury nastrój i wreszcie przypisała to niepokojowi o samolot. 
Być może była to również spóźniona reakcja na niedawne przeżycia w 
powietrzu, gdy groziła mu katastrofa. Pomyślała, że Jess należy do 
ludzi, którzy niechętnie dostrzegają kruchość swego życia. Tak czy 
inaczej nie dopuszczał myśli, że mógłby popełnić jakiś błąd. A jej 
zdaniem ten samolot w ogóle nie powinien już latać.

Musiała natomiast przyznać, że bez kłopotu wydobył samochód z 

rowu, wykazując wielkie umiejętności jako kierowca. Kiedy jednak 
pochwaliła go, jedynie coś mruknął. Później zgodził się, by Nan zajęła 
miejsce za kierownicą. Wysłuchał tłumaczenia, że jej ubezpieczenie 
nie obejmuje innego kierowcy. W milczeniu usiadł obok, podnosząc 
kołnierz kurtki, jakby chciał odseparować się od niej i od jej głosu. Na 
tylne siedzenie rzucił niezwykle zniszczoną teczkę. Nan zastanawiała 
się przez krótką chwilę, co też pilot wyczynowy robi z taką starocią. 
Ale co ją to obchodzi? Wkrótce się pożegnają.

- Mogę cię podwieźć do najbliższego miasta - powiedziała, gdy 

ruszyli. - Albo gdzie indziej. Jadę jeszcze dużo dalej.

- Właśnie najbliższe mnie interesuje. Czarcia Dziura. Mam tam 

przyjaciela, który mi pomoże naprawić maszynę.

- Świetnie. A ja jadę do Henningtonu, będę tam mieszkała.
Cisza.   Jess   usłyszał   radosny   chichot   jakiegoś   diabełka: 

Hennington było jego rodzinnym miastem. Miał ochotę nucić. Zawsze 
nucił, gdy chciał uspokoić napięte nerwy. Tym razem powstrzymał się 
jednak.

-   W   Henningtonie   otwieram   interes.   Firma,   dla   której   pracuję, 

sądzi,   że   handel   pójdzie   tam   doskonale.   -   Może   to   obudzi   jego 
ciekawość?

Cisza.   Jess   zastanawiał   się   nad   figlami   losu.   Ze   wszystkich 

możliwych ludzi, których mógłby spotkać w drodze, musiał trafić na 
ponętną   kobietę,   mającą   właśnie   zamiar   otworzyć   jakiś   sklep   w 
Henningtonie.   Zdał   sobie   sprawę,   że   przesadza.   Owszem,   ona   jest 
milutka, ale i głupiutka. Z pewnością rozsądek nie pozwoli mu dać się 
w   nic   wciągnąć.   Minęły   już   dni,   kiedy   bardziej   interesowały   go 
ponętne kształty kobiety, niż jej charakter. Owszem, był gotów się 

background image

zaangażować i nawet związać, ale z osobą zapowiadającą się na dobrą 
żonę.   Na   poczekaniu   stworzył   teraz   w   wyobraźni   portret   takiej 
kobiety.   Na   pierwszym   miejscu   wśród   wad   znajdowała   się   uroda, 
maskująca płytki umysł.

-  Kiedy  się  urządzę i  otworzę  interes,   zorganizuję  promocyjne 

przyjęcie. Chcesz zaproszenie?

-   Co   to   będzie   za   interes?   -   spytał,   wcale   nie   pragnąc   znać 

odpowiedzi. Wypisz, wymaluj, Nan Black reprezentowała wszystko, 
czego bardzo nie lubił.

Nan   spojrzała   na   niego   kątem   oka.   Wyglądał   przez   okno 

samochodu.

- Wypożyczalnia kaset wideo. W obu systemach. VHS i Beta. Ale 

nie   taka   wypożyczalnia,   gdzie   jest   wszystko.   Mam   zamiar 
specjalizować się w klasyce i w rozrywkowych filmach familijnych. 
W   bardzo   dobrych   filmach!   W   tym   wszystkim,   co   nadaje   się   dla 
zacnej małomiasteczkowej klienteli. I po bardzo niskich cenach! Moja 
firma, FFR - Fantastyczne Filmy Rodzinne, uznaje zasadę: najlepsza 
jakość i najniższe ceny.

- Oooo!
- Nie lubisz kina? - Jego odezwania zaczynały być denerwujące.
- Nie.
- A telewizję?
- Wiadomości, czasem sport. Niewiele więcej.
- Rozumiem. A co pan właściwie robi ze swoim wolnym czasem, 

panie   Rivers?   Kiedy   pan   nie   ćwiczy   przymusowych   lądowań   na 
szosie?

-   Żyję!   -   Spojrzał   na   nią   bacznie.   -   Żyję,   pracuję,   bawię   się! 

Chyba tak jak wszyscy  ludzie. Życie jest  zbyt interesujące,  aby  je 
tracić   na   oglądanie   filmowych   fantazji.   Wolę   przeżywać   przygody 
osobiście, a nie za pośrednictwem aktora.

- To może mieć fatalne skutki - odparła Nan poważnie. - Znałam 

takich   jak   ty.   Żyli   na   krawędzi   przepaści   i   nie   zawsze   dożywali 
trzydziestki.

- Ja dożyję i to wkrótce. I wcale nie żyję na krawędzi. Staram się 

zapewnić sobie maksymalne bezpieczeństwo.

Nan zaśmiała się.
- Już dobrze, dobrze! Wiem. Zrobiłem błąd i musiałem awaryjnie 

lądować. Ale nawet się nie zadrapałem! Ty też nie. I to, co myślałaś, 

background image

wjeżdżając do rowu, było na pewno bardziej ekscytujące niż niejedna 
z twoich fantazji.

- Czułam tylko przeraźliwy strach. Komu to potrzebne? Poza tym 

mój sen na jawie, który przerwałeś, należał do przyjemniejszych.

- Opowiedz, jeśli to było takie wspaniałe - prychnął. - Jeśli masz, 

oczywiście, odwagę.

Pozostawała   im   jeszcze   godzina   jazdy   do   Czarciej   Dziury. 

Brakowało   mu   już   cnót   przyszłej   żony   do   wpisania   na   listę,   więc 
postanowił ponudzić się w towarzystwie Nan, aby nie dosięgła go i 
nie   zniewoliła   jej   kalifornijska   uroda.   Doskonałym   sposobem 
ponudzenia   się   było   w   tym   wypadku   słuchanie   jakiejś   głupawej 
historii.

Źle   to   wykombinował.   Przez   następne   czterdzieści   minut   jak 

zaczarowany   wsłuchiwał   się   z   głębokim   zainteresowaniem   w 
opowieść o wielkiej przygodzie i miłości. Nie o seksie, ale o miłości. 
Po   raz   pierwszy,   od   kiedy   dorósł,   cała   jego   uwaga   była 
skoncentrowana   na   ludziach   i   wydarzeniach,   które   nie   należały   do 
rzeczywistego świata.

W opowieści Nan były skąpane latem  pola i zniewolone zimą 

góry, jeziora kryształowej wody i pachnące lasy; była też radość życia 
i   piękna   księżniczka   obiecana   czarciemu   mędrcowi.   Odważny   i 
wierny centaur ratuje księżniczkę z opresji i wraz z nią udaje się na 
poszukiwanie   skarbu,   którym   można   się   wykupić   od   zobowiązania 
wobec   czarta.   No   i   szczęśliwe   zakończenie,   które   zdumiało   Jessa 
swoją przemyślnością.

- Ej, jakże to możliwe? Centaur ginie w górach po odnalezieniu 

skarbu  -  zaprotestował,  podejrzewając  tu  brak logiki.  -  Jakże  więc 
może być mędrcem?

- Po prostu jest nim! - Nan gestykulowała żywo drobną dłonią. - 

Bo widzisz, on ją od początku kochał, ale nie mógł zburzyć muru jej 
nieufności i lęków. Dopiero zamieniwszy się w centaura...

- Ale przecież umarł!
- Mędrca- czarodzieja nie można zabić ani zniszczyć. Takie jest 

prawo   fantazji,   Jess!   Czarodzieje   to   bardzo   przemyślny   gatunek. 
Świetnie się bawiłam, wymyślając zakończenie. Dziękuję, że uważnie 
słuchałeś.

- To wszystko wymyśliłaś teraz?

background image

- Nie wszystko. Główne wątki miałam gotowe. Ale dopiero jak 

mam   słuchacza,   nawet   takiego,   którego   do   słuchania   zmuszają 
okoliczności, wszystko dopracowuję.

- Czy kiedyś próbowałaś to zapisać? - Był zainteresowany wbrew 

swoim   chęciom.   I   również   wbrew   sobie   musiał   przyznać,   że 
dziewczyna ma talent.

-   Jestem   gawędziarką,   a   nie   pisarką.   -   Potrząsnęła   przecząco 

głową. - Nie potrafię zapisywać. Właściwie powinnam urodzić się w 
czasach, kiedy wieczorami ludzie zasiadali wokół ogniska i słuchali 
legend.   Nie   wiem   tylko,   czy   wówczas   pozwalano   opowiadać 
kobietom.

- Tobie by pozwolono. Jesteś świetna.
Uśmiechnęła się na ten komplement i powiedziała „dziękuję".
Jess znów milczał, wdzięczny Nan, że nie próbuje przerwać ciszy. 

Może   się   zmęczyła   długim   mówieniem,   pomyślał.   Teraz   on   musi 
przemyśleć kilka spraw.

Był oczarowany. Tym razem nie urodą, ale wyobraźnią. Bawił 

się, słuchając wdzięcznej historyjki. Podobała mu się zresztą. To było 
lepsze   niż   słuchanie   radia   w   celu   zabicia   czasu,   kiedy   się   jedzie 
samochodem.   Co   więcej   i   on   zaczął   uzupełniać   obrazy,   tworzyć 
scenki... Fantazjował!

Fantazjował! Nagle nieomal klepnął się w czoło.
A więc to ona jest adresatką tych wszystkich kartonów! Przed 

dziesięcioma dniami ładował je w Rapid City i zauważył wówczas, że 
nadawcą była firma o dziwnej nazwie ze słowem „fantazjować" czy 
„fantastycznie".   Odbiorcą   miała   być   osoba,   która   jeszcze   nie   ma 
adresu, ale będzie w Henningtonie. Skontaktował się z nadawcą, gdzie 
mu potwierdzono, że odbiorcą jest N. Black i że się zgłosi w swoim 
czasie.   Firma   bez   kwestionowania   zapłaciła   składowe.   Teraz 
uświadomił sobie wszystko. Chciał powiedzieć jej o tych kartonach, 
ale postanowił poczekać. Zresztą już wjeżdżali do Czarciej Dziury. 
Gdyby   teraz   przyznał   się,   że   mieszka   w   Henningtonie,   musiałby 
jechać  z  nią   dalej   po  załatwieniu   sprawy   -  omówieniu  z  Charliem 
sposobu   ściągnięcia   samolotu.   Biorąc   pod   uwagę   zachwiany   stan 
swego libido i umysłu uznał, że kontynuowanie podróży z dziewczyną 
stanowi pewne ryzyko.

Gdy   wjechali   do   miasteczka,   Nan   obrzuciła   ciekawymi 

spojrzeniami   zabudowania,   przypominające   dekoracje   filmu   z 

background image

Dzikiego Zachodu i ludzi spacerujących i przystających od czasu do 
czasu na krótkie pogawędki.

Miała nadzieję, że Hennington będzie podobne: zdrowa moralnie, 

bezpieczna   przystań   w   owej   prawdziwej   Ameryce,   gdzie   jeszcze 
można   odnaleźć   wartości   i   cnoty,   których   ją   uczono,   gdy   była 
dzieckiem.   Wartości   odmienne   od   tych,   wśród   których   żyła   przez 
minione kilka lat.

-   Gdzie   chcesz   wysiąść?   -   spytała   swego   pasażera,   żałując 

właściwie, że za chwilę go pożegna. Intrygował ją. Szorstki, to znów 
pełen   uprzejmości.   Jego   reakcja   na   jej   fantastyczną   opowieść   była 
zachęcająca. Gdyby miała dość czasu, to na pewno przekonałaby go 
do filmów i telewizji. - Czy mam podjechać pod twój dom?

- Ja tu nie mieszkam. - Wskazał jej palcem hangar z karbowanej 

blachy   już   u   wylotu   z   miasteczka.   Szyld   nad   bramą   zapowiadał 
warsztat. Przed wejściem stały wysłużone ciężarówki i mała platforma 
samochodowa. - O, proszę tutaj się zatrzymać. Mój przyjaciel pomoże 
mi z samolotem.

- Okay! - Z dużym powątpiewaniem spoglądała na blaszaną budę, 

wokół której cały teren zasłany był śmieciami i zarośnięty zeschłym 
zielskiem.   Jakiejż   to   pomocy   potrafi   udzielić   właściciel   takiego 
przybytku? - Jeśli jesteś pewien, że...

- Jestem pewien - odparł. Sięgnął ręką na tylne siedzenie, chwycił 

za teczkę, zastanawiając się, jakby tu się pożegnać z dziewczyną, żeby 
dobrze wyszło.

- Hm! -powiedział zwracając się do niej. -A więc...!
- A więc, panie Rivers...! - podała mu rękę. - To było bardzo 

interesujące spotkanie. Mam szczerą nadzieję, że jeśli któregoś dnia 
zawitasz do Henningtonu, to odwiedzisz moją wypożyczalnię. Nawet 
jeślibyś   nie   potrzebował   kaset,   będzie   mi   bardzo   miło   odnowić 
znajomość.   Zwłaszcza   że   niełatwo   przychodzi   człowiekowi 
nawiązywanie   znajomości   w   obcym   miejscu.   A   już   szczególnie   w 
małym mieście. Nie odrzucę więc tej szansy...

Jess trzymał jej dłoń. Była tak delikatna i drobna, że zawahał się 

przed   jej   uściśnięciem.   Ona   natomiast   uścisnęła   mocno   jego   rękę. 
Potem wysiadł od razu z samochodu, mówiąc na pożegnanie:

- Tak, tak... Wpadnę, kiedy będę mógł...
Nan widziała jego plecy, gdy pchnięciem otwierał blaszane drzwi 

szopy.   Wyglądał   i   postępował   jak   człowiek,   który   pragnie   jak 

background image

najszybciej   się   od   niej   oddalić.   Potrząsnęła   głową,   włączyła   tylny 
bieg, cofając ostrożnie, by przyczepa nie zrobiła skrętu.

Najpierw   wdarł   się   w   jej   życie   niczym   romantyczny   bohater, 

potem   zachowywał   się   tak,   jakby   go   jednocześnie   przyciągała   i 
odpychała,   a   jeszcze   później   niespodziewanie   dał   się   ponieść   jej 
fantazjowaniu.   A   teraz   zniknął,   jak   mógł   najszybciej.   Ujawnił 
poważne skazy charakteru. Nie była pewna, czy polubiłaby go przy 
bliższym poznaniu.

A jednak miała nadzieję, że wkrótce znów ujrzy Jessa Riversa, 

pilota wyczynowego.

background image

ROZDZIAŁ 2

-   Czy   to   firma   przesyłkowa   Alsa?   -   spytała   Nan.   Z   wielkim 

trudem hamowała się, by nie zacząć krzyczeć na młodociany głos z 
drugiej   strony.   -   Mam   list   z   informacją,   że   moja   firma   wysłała 
przesyłkę dla mnie...

- To nie firma przesyłkowa żadnego Alsa, proszę pani. To jest 

kompania ALS. Czy jest pani pewna, że chodzi o Hennington? Bardzo 
bym chciał pani pomóc, ale ja tylko zastępuję szefa...

-   Kompania   Alsa...   to   znaczy   ALS,   Hennington,   Południowa 

Dakota. - Nan rozglądała się po pustych półkach swego lokalu. Musi 
mieć te taśmy wideo, jeśli chce jutro otworzyć wypożyczalnię. - A czy 
szef   jest?   Chcę   rozmawiać   z   kimś,   kto   zajmuje   się   przesyłkami.   - 
Natychmiast   pożałowała   ostrego   tonu,   jakim   mówiła.   Przecież 
chłopiec starał się być uprzejmy. - Bardzo proszę! - dodała.

- Nie ma go teraz, proszę pani. Dostarcza przesyłki. Czy może mi 

pani   zostawić   swój   numer   telefonu?   Zadzwoni   do   pani,   jak   tylko 
wróci.

Podała numer telefonu, westchnęła i odwiesiła słuchawkę. Patrząc 

nie   widzącymi   oczami   na   puste   półki   pomyślała,   że   właściwie 
powinna się spodziewać czegoś takiego. Począwszy od spotkania z 
szalonym pilotem, które mogło skończyć się tragicznie, miały miejsce 
w jej życiu same miłe wydarzenia i szczęśliwe zbiegi okoliczności. Po 
przybyciu   do  Henningtonu   udała   się   natychmiast   do  Alicji   Turner, 
pośredniczki   lokalowej,   którą   znała   z   korespondencji   i   kontaktu 
telefonicznego. Była to bardzo przyjazna i miła kobieta, która wkrótce 
pokazała Nan dom do wynajęcia, tak idealnie pasujący do jej potrzeb, 
jakby był dla niej zbudowany.

Lokal   na   wypożyczalnię   był   jeszcze   lepszy:   tuż   za   rogiem 

głównej   ulicy,   łatwo   dostrzegalny.   Poprzednio   zajmował   go   sklep 
spożywczy. Nie potrzeba było usuwać żadnych przepierzeń ani burzyć 
ścian. Przed wejściem znajdował się placyk z wieloma miejscami do 
parkowania   samochodów.   Składzik   na   sklepowym   zapleczu 
ostatecznie skłonił Nan, by natychmiast zadzwonić do firmy FFR i 
uzyskać zezwolenie na podpisanie kontraktu wynajmu. Pani Turner 
ujęła   ją   komplementami   pod   adresem   właściciela   wynajmowanego 
lokalu. W tym mieście ludzie są sobie przyjaźni, pomyślała Nan.

- Lokal był przez długi czas pusty - opowiadała pani Turner. - 

Kiedy Ed Mack przeszedł na emeryturę, nie mógł znaleźć nikogo, kto 

background image

chciałby ciągnąć interes. Pani wie, że drobnym kupcom coraz trudniej 
konkurować z supersamami.

Mackowi  przydadzą  się  pieniądze!   Ma chorą  żonę,  która  musi 

mieć pielęgniarską opiekę. Ileż to kosztuje!

Nan była więc podwójnie zadowolona, że wynajmuje ten właśnie 

lokal. Bardzo jej odpowiadał, a ponadto zrobiła dobry uczynek. To 
bardzo ważne!

Zamknęła   na   chwilę   oczy,   wspominając   przeszłość. 

Wyswobodziła się z małżeństwa bez miłości i bez szans. Porzuciła też 
rodzinę. Mamę, ojca i rodzeństwo: Jenny i Sama. Wszystkich kochała, 
ale   żadne   z   nich   nie   rozumiało   jej   pragnień.   Wybrała   z   banku 
pieniądze otrzymane w spadku po babce, kupiła samochód, spakowała 
manatki   i   postanowiła   jechać   do   Kalifornii.   Zamierzała   jednym 
natarciem podbić Hollywood - wspaniałymi pomysłami na unikalne 
scenariusze   do   filmów.   Sława   i   majątek   znajdowały   się   w   zasięgu 
ręki!

Tak jej się wydawało.
Obraz zmienił się. Przypomniała sobie, jak wszystko odbyło się 

naprawdę.  Zniechęcona   i   przygnębiona   niemożnością   zwrócenia   na 
siebie   uwagi   filmowców,   poszła   drogą   wielu   innych   marzących   o 
sławie   dziewcząt,   które   przybywały   do   Miasta   Blichtru:   zaczęła 
pracować w restauracji. Oszczędności, jakie jeszcze miała, topniały 
mimo   obfitych   napiwków.   Zaczęła   poważnie   rozmyślać   o 
niechwalebnym powrocie do domu.

I wtedy w kadrze pojawił się Scott. Wszedł w jej życie i pociągnął 

na   romantyczny   wyścigowy   tor   miłości   z   szybkością,   na   której 
wspomnienie jeszcze teraz traciła dech. Ofiarował jej odpowiedzialną 
pracę, która odkryła przed nią nowy nie znany świat. Stwierdziła, że 
posiada   prawdziwy   talent   do   interesów.   Jednakże   w   ostatniej 
sekwencji okazała rozsądek i uciekła od Scotta oraz jego szalonych 
pomysłów.   Znalazła   przytulisko   w   firmie   prowadzącej   sieć 
wypożyczalni   taśm   wideo.   Nauczyła   się   dobrze   lekcji:   polegaj 
wyłącznie na sobie, nigdy na kimś lub czymś innym. Poznaj swoje 
możliwości i...

- Niech mi pani nie próbuje wmówić, że jest pani tutaj, na tym 

świecie. Znów sny na jawie? Proszę nie zaprzeczać.

background image

Nan otworzyła oczy. Przed nią stał Jess Rivers, z dłońmi opartymi 

na ladzie, na której już znajdowały się komputer i drukarka. Trzymał 
między zębami nie zapalone cygaro.

- Co... Kto...? - wyjąkała, a serce zaczęło jej walić. - To znaczy... 

jak pan tu wszedł?

Kciukiem wskazał za siebie.
- Tamtędy. Przez stare dobre frontowe drzwi. Pukałem, widziałem 

panią przez szybę. Stała pani, ale przebywała znów w krainie czarów. 
Nie potrafi pani pięciu minut pozostać w rzeczywistym świecie, a ma 
pani zamiar prowadzić interes?

- Już prowadziłam, i to z pełnym powodzeniem, panie Rivers! 

Dobrze wiem, jak się sprzedaje towar! Nie sądzi pan chyba, że tak 
poważna firma  jak FFR przysyła nowicjuszkę, by zakładać filię?  - 
Chciała mu też powiedzieć o kierowanym przez nią Video-Centrum w 
San   Jose,   ale   w   ostatniej   chwili   uznała,   że   to   nie   zrobi   na   nim 
wielkiego wrażenia. Jego następne słowa potwierdziły tę obawę.

- FFR? Firma o takiej nazwie? Wszystko się może pod nią kryć. - 

Uśmiech   złagodził   impertynencję.   Od   zewnętrznych   kącików   oczu 
przebiegały w kierunku skroni urokliwe zmarszczki.

Nan przyglądała się uważnie. Wyglądał jeszcze niechlujniej niż 

podczas ich pierwszego spotkania, choć wydawało się to niemożliwe. 
Do   dżinsów,   ciężkich,   wojskowych   butów,   podkoszulka   i   starej 
lotniczej   kurtki   doszedł   kilkudniowy   blond   zarost   i   do   tego 
zmierzwione włosy: Nadal był jednak przystojny na swój zawadiacki 
sposób.

-   Widzę,   że   nie   powiodło   się   rzucenie   palenia   -   powiedziała 

sięgając ręką ponad ladą i wyjmując mu z ust cygaro z zastygłym 
popiołem. Wyrzuciła je do blaszanego kosza na śmieci.

- A niech mnie! - Uśmiechnął się jeszcze szerzej, chociaż w jego 

oczach pojawił się jakby wyraz bezradności. - Wiesz co, od naszego 
spotkania ani razu nie wziąłem cygara do ust? I teraz nawet nie wiem, 
kiedy   i  jak.  Jakaś  dziwna nerwowość, pewno z  twojej  winy.  Albo 
podniecenie...

Roześmiała się, echo rozniosło dźwięki po pustej przestrzeni.
Jess wciąż się uśmiechał. Ileż prawdy mieściło się w jego żarcie... 

Podniecenie wzrosło w nim od chwili, kiedy zadzwonił do domu i 
Jimmy przekazał mu wiadomość, że pani Black chce z nim mówić. 
Wiedział, że nie może uniknąć spotkania, ponieważ w magazynie miał 

background image

przesyłkę - górę kartonów. Zdecydował się więc na natychmiastową 
konfrontację. Wmawiał sobie, że nie chciał jej więcej spotkać, niech 
więc   będzie   ten   jeden   raz   już   dzisiaj.   Gubił   się   we   własnych 
uczuciach,   co   tylko   potęgowało   zdenerwowanie.   Gdy   ją   zobaczył, 
stwierdził ze zdumieniem, że odczuwa podniecenie i to nie mniejsze 
od zdenerwowania. Przez minione dziesięć dni wielokrotnie słyszał w 
miasteczku o przybyszce z Kalifornii. Jaka jest ładna, jak to dobrze, że 
postanowiła   się   tu   osiedlić,   wreszcie   będzie   można   obejrzeć 
przyzwoite filmy... Z powodu dużej odległości od stacji nadawczych 
do   miasteczka   nie   docierało   wiele   programów   wielkich   sieci 
telewizyjnych, a instalacja anten satelitarnych wypadała zbyt drogo - 
stąd radość. Jess słyszał też, jak samotni mężczyźni zastanawiali się, 
czy   dziewczyna   będzie   chętnie   umawiać   się   na   randki   i...   dziwnie 
reagował. Gdyby tak dobrze siebie nie znał, myślałby, że odczuwa 
zazdrość.

Było to śmieszne przypuszczenie. Interesował go jedynie czek, 

który otrzyma, gdy dostarczy jej pokaźną przesyłkę.

- Szukałaś mnie? O co chodzi?- zapytał.
- Wcale nie szukałam - odparła zdziwiona.
- Dzwoniłaś przecież do biura. Jimmy powiedział mi, że bardzo 

na niego krzyczałaś. Przecież to jeszcze dziecko!

- To ty jesteś ten Al?
- Nie, na imię mi Jess, zapomniałaś już?
- Ale nazwa firmy...?
- A, el, es. To skrót od nazwy Agencja Lotniczej Spedycji. Nie ty 

pierwsza popełniłaś omyłkę. Być może nie powinienem był wybierać 
takiej nazwy. Ale bardzo mi się podobała, kiedy ją wymyśliłem.

- I masz dla mnie przesyłkę? Taśmy, plakaty? Sprzęt wideo?
- Mam. Miałem dostarczyć jutro. O której godzinie chciałabyś to 

mieć?

- Wszystko muszę mieć już dziś rano - odparła Nan, starając się 

ukryć złość. - Na jutro planuję otwarcie i potrzebny mi będzie cały 
dzień i pół nocy, żeby wszystko rozpakować i porozmieszczać. Jeśli 
przywieziesz to natychmiast, może jeszcze zdążę.

-   Jest   pewien   drobny   problem   -   przestąpił   z   nogi   na   nogę. 

-Przykro mi!

-   No  to   rozwiąż   ten   problem.   -   Oparła   się   dłońmi   na  ladzie   i 

pochyliła do przodu. - Muszę mieć moją przesyłkę. Dałam ogłoszenie 

background image

do lokalnego tygodnika i rozgłośni radiowej. Jutro otwarcie! Proszę 
mi natychmiast dostarczyć moje rzeczy!

- Mogę to zrobić najwcześniej po południu albo wieczorem. Mam 

przedtem inne zobowiązania. Wobec Charliego w Czarciej Dziurze. 
Tego, który mi pomógł z samolotem.

- To je pan odłoży! Albo niech ktoś inny cię zastąpi! Jesteś mi to 

winien!

-   Hej,   hej,   jestem   też   coś   winien   Charliemu!   A   on   nie   tylko 

podwiózł mnie do miasta. Muszę mu zawieźć pewien sprzęt i pomóc 
przy reperacji ciężarówki. Przykro mi bardzo z powodu całej sprawy, 
ale na pewno dostaniesz wszystkie te swoje rupiecie. Obiecuję!

- Rupiecie?
-   Przepraszam,   mam   na   myśli   towar   czy   też   inwentarz.   Nie 

miałem zamiaru... Tak mi się wyrwało.

-   Tak,   tak,   oczywiście!   -   odparła   z   ironią.   -   Wiem   jedno: 

koleżeńskie usługi stawiasz ponad zawodowe obowiązki. I posłuchaj 
uważnie:   jeśli   usługi   twojej   firmy   nie   będą   na   poziomie,   wybiorę 
sobie innego przewoźnika. Jestem pewna, że...

-   W   tym   zakątku   nie   ma   innej   firmy   przewozowej.   -   Jego 

zadowolona twarz mówiła wyraźnie „Mam cię!" - Wystarczy pracy 
tylko   dla   jednego.   Zbyt   mały   ruch   w   interesie   dla   wielkich 
przewoźników, a poczta jest droga i działa powolnie. Jestem jedyny, 
panno Black! Weźmiesz mnie takim, jakim jestem, albo rzucisz. - W 
kącikach ust pojawił mu się ledwo dostrzegalny uśmieszek. Bawił się 
świetnie.

Nan odwróciła się na chwilę, rezygnując z ciętej odpowiedzi. No 

cóż,   miał   rację.   Będzie   musiała   korzystać   z   jego   usług...   Nim 
wyjechała do Henningtonu, dyrektor regionalnego oddziału w Denver 
powiedział   jej,   że   ALS,   mała   prywatna   firma   przewozowa,   będzie 
najlepszym pośrednikiem w dostarczaniu taśm wideo i innego sprzętu. 
Należało   to   właściwie   zrozumieć:   będzie   jedynym   pośrednikiem. 
Musi jednak jeszcze dziś otrzymać swoją przesyłkę! Poczuła się nagle 
tak bezradna, że zaczęło jej się zbierać na płacz. Za żadne skarby nie 
okaże jednak słabości i nie rozpłacze się w obecności tego człowieka.

Jednakże   Jess   dostrzegł   jej   wzburzenie.   Ogarnęła   go   dziwna 

słabość i zmieszanie.

- Hej! - powiedział, kładąc jej dłoń na ramieniu. - Nie po to tu 

jestem, żeby cię denerwować. Przyszedłem, bo zadzwoniłaś do mnie, 

background image

więc pomyślałem, że będzie grzeczniej, jeśli wpadnę, zamiast tylko 
oddzwonić.

-   Wiedziałeś,   że   masz   moje   taśmy.   Bez   nich   nie   musiałeś 

przychodzić. - Szarpnęła się do tyłu, by pozbyć się jego dłoni. Była 
ciężka i zbyt gorąca. Nie zdążyła: łza kapnęła prosto na wierzch dłoni 
mężczyzny.

Otarł szybko dłoń o dżinsy jak oparzony.
Patrzyli   na   siebie.   Lada   uniemożliwiała   jakikolwiek   bliższy 

kontakt fizyczny, ale nie stanowiła bariery dla emocji. Nan poczuła, że 
traci poczucie rzeczywistości. Spojrzenie nie kłuło już jak ostra stal, w 
jej oczach był żar. Jędrne, rozchylone wargi czekały, już gotowe na 
pocałunek. Wydawało się jej, że potrafi wejrzeć w głąb jego serca i 
duszy. Nie rozumiejąc nic z tego, co się w niej dzieje, wiedziała z całą 
pewnością,   że   stoi   przed   człowiekiem,   który   jest   kimś   więcej   niż 
szorstkim   mężczyzną,   jakiego   postanowił   udawać.   Gotowa   była 
otworzyć przed nim serce, a ciało ...

A jej ciało w tym właśnie ułamku sekundy zdecydowało, że Jess 

Rivers   jest   najwspanialszym   mężczyzną   ze   wszystkich,   na   których 
kiedykolwiek zdarzyło się jej krzyczeć.

Jess nie próbował analizować sytuacji. Po prostu wiedział, że jeśli 

natychmiast stąd nie wyjdzie, to przeskoczy przez ladę robiąc z siebie 
głupca.   Jej   oczy,   skóra   i   włosy   zdawały   się   promieniować 
wewnętrznym   światłem,   które   przyciągało   go   niby   ćmę   do   lampy. 
Dłonie   wyrywały   się,   by   pogładzić   jedwabiste   blond   włosy,   by 
dotknąć, wędrować...

Jakże głupio wpakował się w sytuację, przez którą może trafić do 

więzienia albo jeszcze gorzej! Wszystko dlatego, iż wpadło mu do 
głowy,   że   szaleje   za   nią,   podczas   gdy   w   istocie   było   to   jedynie 
chwilowe pożądanie. Fakt, że ostatnio myślał często o ożenku, czynił 
go bezbronnym wobec kobiet. Tak, to jest właśnie to! Spojrzał w bok i 
chrząknął.

-   Muszę   już   iść   -   powiedział.   -   Charlie   na   mnie   czeka.   Ale 

postaram się dzisiaj wszystko dostarczyć, naprawdę. Zgoda?

Nan otrząsnęła się. Słowa Jessa zabrzmiały niemal gniewnie. Z 

twarzy   znikło   pożądanie   i   dziwna   miękkość.   Znów   wyglądał   na 
twardego i wybuchowego człowieka, którego należy unikać, jeśli to 
tylko możliwe!

background image

- Nic nie mogę poradzić - odparła. - Już wiem, dlaczego w ogóle 

masz jakichkolwiek klientów. Jak się jest jedyną firmą. .. Odrobina 
konkurencji,   a   natychmiast   zmieniłbyś   swoją   śpiewkę   i   zapewniał 
serwis z uśmiechem i zaangażowaniem.

-   Wszelkie   pragnienia   wyparowały   z   niej.   Chciała   tylko,   żeby 

szybko wyszedł z lokalu. 

- Szanowna pani ma gadane, trzeba przyznać. Ale to nic nie da, 

nie w tej okolicy. Może to się opłaca w Kalifornii. Tam ściągnęłabyś 
na siebie uwagę. Może. Ale nie tu... 

- W Kalifornii nikt nie potrzebował mówić, że „mam gadane". 

Przez cały czas pobytu na kalifornijskim wybrzeżu nigdy, ani razu, nie 
spotkałam osoby tak nieokrzesanej i wybuchowej. A jeśli chodzi o 
ściąganie   na   siebie   uwagi,   to   łatwiej   to   osiągnąć   dobrocią   niż 
złośliwościami.   Jeśli   któregoś   dnia   będziesz   chciał   poćwiczyć 
myślenie, to się nad tym zastanów. Wystaw moje rzeczy z magazynu 
na rampę, jeśli takową masz, a wynajmę kogoś w mieście, żeby mi 
wszystko   podwiózł.   Nie   jesteś   mi   potrzebny.   Może   założę   własną 
firmę przesyłkową.

-   Mam   rampę,   ale   bez   mojego   zezwolenia   nikt   nie   ma   prawa 

wstępu na teren. - Pochylił się, wlepiając w nią złe spojrzenie. - I 
życzę szczęścia w nowym przedsięwzięciu transportowym. Na wiele 
kilometrów   dookoła   nie   znajdzie   się   ani   jeden   człowiek,   który   by 
chciał pracować dla osoby przebywającej przez pół dnia w czwartym 
wymiarze.

- W czwartym wymiarze? - Stanęła na palcach, aby znaleźć się 

twarzą w twarz ze swoim przeciwnikiem,  i próbowała pokonać go 
wściekłym spojrzeniem. - Może to lepsze niż pętanie się w trzecim 
wymiarze pod niebem, w samolocie nadającym się na złom. Z mojego 
czwartego   wymiaru   mogę   zawsze   wyjść   żywa.   Ty   ze   swojego 
trzeciego wyjdziesz któregoś dnia dwuwymiarowy, w plasterku.

-   Wyjdę   w   plasterku?   Ha!   -   Jess   miał   ochotę   wybuchnąć 

śmiechem. Miał też ochotę sięgnąć po nią i przytulić do piersi. I ta 
ochota nie miała nic wspólnego z pożądaniem, ale z jakimś ciepłym 
uczuciem. Za jej nieustanną gotowość toczenia słownej walki, za jej 
hardość!

No i zrobił to.
Objęły   ją   silne   ramiona   i   przyciągnęły   do   siebie.   Zbyt   była 

oszołomiona i zaskoczona, by się opierać. Wdychała zapach skórzanej 

background image

kurtki,   cygara   i   zapach   mężczyzny.  Wydawał   się   silny   jak   skała   i 
wspaniały! Jęknęła tylko i zamknęła oczy. I...

I już go nie było. Zniknął, jak znika postać ze snu. Od drzwi 

krzyknął tylko, że wróci. Nan otworzyła oczy, obróciła się i zdołała go 
jeszcze dostrzec, gdy odchodził szybkim krokiem, zapalając cygaro.

- No i jaka ona jest, Jess? - spytał Jimmy, pomagając ładować 

kartony do furgonetki. - Bo wygląda na ładną. Wczoraj Żółw pakował 
jej   zakupy   w   supersamie   i   powiada,   że   jest   ekstra.   Bardzo   dla 
wszystkich miła. A z bliska jeszcze ładniejsza, powiada Żółw.

Po   całym   dniu   pracy   Jess   czuł   się   wyjątkowo   zmęczony. 

Chwilami   zdawało   mu   się,   że   odczuwa   ból   głowy   z   powodu   zbyt 
długiego zastanawiania się nad odpowiedzią na pytanie, dlaczego ją 
rano przytulił? Spojrzał na młodszego brata.

- Dla ciebie czy Żółwia panna Black jest starszą panią. Około 

trzydziestki albo bardzo blisko tego. - Ale nie dla mnie, pomyślał. 
Kiedy   jednak   miał   szesnaście   lat,   jak   obecnie   Jimmy,   ludzie 
trzydziestoletni   wydawali   mu   się   już   właściwie   starzy.   Czy   on   w 
oczach brata jest już starym człowiekiem? Tego wieczoru Jess czuł się 
bardzo staro. Był zmęczony, nie potrafił uładzić i zrozumieć własnych 
uczuć. Zaczął nucić pod nosem Mozarta. To mu zwykle rozjaśniało 
myśli.

Jimmy   skrzywił   twarz   w   uśmiechu,   wzruszając   ramionami. 

Spostrzegł, że temat drażni brata, i cieszył się ze swej chwilowej nad 
nim   przewagi.   Nucenie   Mozarta   oznaczało,   że   Jess   jest   bardzo 
zmieszany lub zdenerwowany i chce to ukryć przed światem.

- No tak, ona jest taka stara jak ty. Ale jest ładna, mogę sobie 

pomarzyć, no nie? - odezwał się Jimmy.

Jess tylko coś mruknął, powstrzymując się od pouczania brata. 

Chłopak był od niego o trzynaście lat młodszy i Jess często czuł się 
bardziej ojcem niż starszym bratem. Ale obaj mieli ojca, i to bardzo 
dobrego. Jimmy nie potrzebował ojcowskich pouczeń ze strony brata. 
Mieszkał z nim tylko dlatego, że miał bliżej do szkoły. Jess przyglądał 
się chłopakowi, gdy ten, zaśmiewając się, przenosił bez trudu ciężkie 
kartony. Riversowie zawsze byli silni. Jimmy wyrastał na schwał. I 
jak szybko rósł! Jess nagle ze zdumieniem zdał sobie z tego sprawę. 
Szczupły, wysoki - o parę centymetrów wyższy od brata - miał tylko 
zbyt   wielkie   dłonie,   stopy   i   nos.   Ale   to   się   zmieni,   proporcje   się 
wyrównają i kiedy tę nieco chuderlawą sylwetkę wypełnią mięśnie, 

background image

będzie postawnym facetem. Jess miał nadzieję, że Jimmy też potrafi 
zapanować   nad   takim   właśnie   mężczyzną,   jakim   się   stanie.   I   to 
znacznie lepiej niż jego brat.

- Marz sobie, ile chcesz - powiedział, wycierając dłonie o dżinsy. 

- Za marzenia i za pół dolara dają wszędzie tylko kubek kawy, nic 
więcej.

- Eee, gadasz takie głupstwa, Jess - odparł Jimmy i, nieświadomie 

naśladując   brata,   też   otarł   dłonie   o   dżinsy.   -   Zawsze   musisz 
powiedzieć   coś   przykrego.   -   Otworzył   szeroko   usta,   ukazując   w 
uśmiechu srebrne klamerki, pozostałość dawniejszej szyny. Nosił ją 
przez lata, by wyprostować krzywo rosnące zęby. Nic więc dziwnego, 
że   mało   się   wtedy   uśmiechał,   a   jeszcze   rzadziej   był   to   uśmiech 
szeroki.

- Jedziemy! Ty prowadzisz - odparł Jess. - Przedstawię cię pani 

Black.   Będziesz   mógł   ocenić,   co   i   jak,   i   powiedzieć   Żółwiowi   i 
pozostałym, żeby szukali na własnych poletkach.

- A ty ogrodziłeś już ją na swoim drutem kolczastym, co? - To 

odkrycie   zmniejszyło   radość   Jimmy'ego,   że   może   prowadzić 
furgonetkę. Jego starszy brat to nie Romeo, święta prawda, ale wyraz 
twarzy i ton głosu zdradzały, że panna Black mocno nim poruszyła! 
Bardzo interesujące, bardzo!

- Nic takiego nie zrobiłem. Uważam tylko, że jest za stara, by 

dzieciaki   rozprawiały   o   niej   w   ten   sposób.   Zrozumiałeś?   -   Słowa 
brzmiały jak warknięcia.

- Niech będzie, Jess! - Jimmy ukrył uśmieszek. Znowu trafił na 

czułe   miejsce.   Sytuacja   rozwija   się   doskonale!   -Niech   będzie, 
rozumiem, fajno!

Nan   była   wściekła.   W   ciągu   minionej   godziny   trzykrotnie 

dzwoniła   do   firmy   ALS   i   za   każdym   razem   słyszała   głos 
automatycznej   sekretarki.   Była   pewna,   że   Jess   robi   to   naumyślnie. 
Dlatego że nie znosi filmów. Dlatego że go zdenerwowała. Dlatego... 
Dlaczego właściwie ją przytulił?

Wszystko razem jakoś nie miało  sensu. On jest przedsiębiorcą 

odpowiedzialnym   wobec   klientów.   Powiedział,   że   wróci.   Tak 
powiedział,   prawda?   Wyjrzała   na   zewnątrz.   Chociaż   słońce   nadal 
mocno świeciło, zbliżała się już szósta. Zapomniała, że na północy 
dzień trwa tak długo. Za parę tygodni będzie jasno jeszcze o dziesiątej 
albo i później.

background image

Stanowiło   to,   oczywiście,   wyzwanie   dla   jej   przedsięwzięcia. 

Byłoby lepiej otworzyć interes, kiedy jest zła pogoda i długie noce. Z 
drugiej jednak strony ludzie będą dłużej chodzić po ulicach, a więc i 
dłużej   szukać   czegoś   do   zabicia   czasu   po   zmroku.   Zapominając   o 
swoim gniewie i problemach, jakie miała z Jessem Riversem, zaczęła 
się zastanawiać, jak wykorzystać lato. Po paru minutach usiadła za 
biurkiem   i   zaczęła   robić   notatki   w   brulionie.   Miała   całą   masę 
pomysłów,   i   to   dobrych.   Odruchowo   sięgnęła   do   radia   i   włączyła 
lokalny   program.   Muzyka   country   wypełniła   cały   lokal.   Nan   była 
jednak tak zatopiona w myślach, że prawie jej nie słyszała.

- Czy ona nas nie słyszy? - Jimmy spojrzał zdziwiony na brata, 

który stał z ustami zaciśniętymi w wąską linijkę. Znajdowali się pod 
głównym wejściem do dawnego sklepu spożywczego i bez przerwy 
walili w drzwi. A kobieta, którą wołali, znajdowała się za ladą w głębi 
lokalu i nie reagowała na hałas. Siedziała z pochyloną głową, bawiła 
się ołówkiem i własnymi włosami.

Co   z   nią   jest?   -   pomyślał   Jess.   A   może   ona   świadomie   go 

ignoruje, bo jest na niego wściekła? Przeciągnął ręką po twarzy. Czuł 
się   przeraźliwie   zmęczony   całodzienną   pracą   w   kantorze, 
rozwożeniem   przesyłek   i   pomaganiem   Charliemu.   Jimmy   stanowił 
wielką pomoc w noszeniu ciężarów i odbieraniu telefonów, gdy Jess 
był   zajęty,   ale   więcej   już   nie   można   go   było   wykorzystać.   Do 
biurowej pracy się nie nadawał, a poza tym musiał jeszcze odrabiać 
lekcje. Te przeklęte filmy dostarczali o dzień wcześniej tylko dlatego, 
że jej się tak zachciało. Jeśli ona myśli, że to świetny dowcip trzymać 
go na zewnątrz, kiedy on tak wrzeszczy i wali w drzwi, to bardzo się 
myli. Jeszcze jej pokaże!

- Zobaczę od tyłu - powiedział bratu. - Wal dalej w drzwi. Masz 

babo placek, oto podziękowanie za to, że na jej prośbę zrobił wyjątek. 
Specjalna dostawa, niech to...!

Było drugie wejście. Jess bez kłopotu dostał się tylnymi drzwiami 

na   zaplecze.   Zapomniała   nawet   o   ich   zaryglowaniu!   Postępuje 
bezmyślnie i nierozważnie. Co prawda Hennington było miasteczkiem 
nie   znającym   prawie   przestępczości,   ale   nigdy   nic   nie   wiadomo. 
Nieraz przejeżdżały tędy różne typy. W przyszłości będzie trzymała w 
lokalu gotówkę, no i będzie sama. Od frontu ryczało radio. W takim 
hałasie nie usłyszy kogoś zakradającego się od tyłu. Rozejrzał się po 
zapleczu magazynowym i stwierdził, że jest bardzo czysto. Znalazła 

background image

więc   coś   do   roboty   w   ciągu   dnia,   bardzo   dobrze!   Ciekawe,   jak 
zareagowałaby,   gdyby   zaproponował,   żeby   sprzątała   jego   dom. 
Prawdopodobnie by ją zatkało.

- Kto tam się kręci? - usłyszał nagle głośno i wyraźnie. - Ani 

kroku dalej! Mam rewolwer i dzwonię po szeryfa!

- To tylko ja, Nan! - odparł i nie zważając na nic, uchylił drzwi do 

frontowej części lokalu. Zastygł w bezruchu, gdy zobaczył, że tym 
razem   Nan   nie   blefuje.   Lufę   rewolweru   skierowała   prosto   w   pierś 
domniemanego napastnika. Po chwili podniosła ją ku sufitowi.

- Boże drogi! - wykrzyknął. - Czyś ty zwariowała? - Kątem oka 

dostrzegł   Jimmy'ego,   który   przerażony   sytuacją   walił   namiętnie   w 
przeszklone drzwi.

- Ja nie zwariowałam - odparła, zabezpieczając rewolwer - ale 

tobie   odbiło.   Jak   mogłeś   zachodzić   mnie   tak   od   tyłu?   Najpierw 
zobaczyłam   jakiegoś   szczeniaka,   który   chce   wyrwać   drzwi   z 
zawiasów,   a   potem   usłyszałam...   kogoś   na   zapleczu.   Co   miałam 
myśleć? - Schowała rewolwer do szuflady biurka i wyłączyła radio.

Jess omal się nie zakrztusił, wyrzucając z siebie słowa oddające 

tylko   po   części   to,   co   myślał.   Ale   nim   zdążył   powiedzieć   coś 
zrozumiałego, uspokoił się i ograniczył do sprostowania faktów:

- Chłopak nie chce się włamać, tylko zwrócić twoją uwagę. To 

mój   brat   i   przywieźliśmy   kartony,  szanowna   pani   Black.   Powiedz, 
gdzie złożyć, bo chcemy to od razu zrobić i zniknąć stąd, jak tylko 
można najszybciej.

-   Och!   -   powiedziała   siadając   i   spoglądając   ku   drzwiom,   za 

którymi stał Jimmy z bardzo dziwnym wyrazem twarzy. Nie walił już 
w   szybę.   -   Przepraszam.   Po   prostu   nie   sądziłam,   że   jeszcze   dziś 
przyjedziecie.

Jess wolał nie odpowiadać; był jeszcze zbyt wściekły. Podniósł 

blat lady i poszedł wpuścić Jimmy'ego. Nim ten zdążył otworzyć usta, 
polecił mu krótko:

- Koniec! Zaczynaj rozładowywać!
Nan patrzyła na obu, czując się niesłychanie głupio. Właściwie 

miała rację zachowując się tak, jak to uczyniła, niemniej  czuła się 
dziwnie   zawstydzona.   Było   to   niemiłe   znajome   uczucie,   które,   jak 
myślała,   zdusiła   w   sobie   przed   laty.   Wpatrywała   się   w   Jessa 
zdumiona,   że   mogła   kiedykolwiek   myśleć,   iż   jest   przystojnym 

background image

mężczyzną.   Jakże   mogła   dopuścić,   aby   ją   kiedykolwiek   dotknął? 
Przytulił?!

Ale wraz z bratem dotrzymał obietnicy. Gdy siedziała w bezruchu 

za ladą, obaj wnosili kartony i skrzynki.

Dostrzegła podobieństwo między nimi. Chłopak nie dorównywał 

jeszcze Jessowi tężyzną i muskulaturą, ale zupełnie wyraźnie rósł na 
jego obraz i podobieństwo - równie przystojny...

Co się z nią, u diabła, dzieje? Nan zmusiła się, by wstać. Słabość 

w kolanach  była śladem ostatniego  przeżycia. A najgorsze było to 
celowanie z nabitego rewolweru w żywego człowieka. Szkoliła się w 
tym co prawda w Kalifornii, ale jednak... Dzięki Bogu, że to był Jess!

Ale jak on wszedł? Była pewna, że zaryglowała tylne wejście. 

Mimo   iż   Hennington   wydawało   się   spokojnym   i   przyjaznym 
miejscem, nie była na tyle głupia, by narażać siebie i swój dobytek. 
Odwróciwszy się od obu mężczyzn poszła na tył lokalu.

Drzwi   były   otwarte.   Zamknęła   je,   ale   otworzyły   się   znowu. 

Trzasnęła więc nimi i usłyszała, jak języczek zamka zaskoczył. Były 
po   prostu   spaczone.   Będzie   musiała   wezwać   stolarza.   Dobrze,   że 
odkryła to, nim wpłynęła jakakolwiek gotówka i jest pusto.

- Każdy łatwo mógł wejść! - Wzdrygnęła się, słysząc głos Jessa 

tuż za plecami. - A skąd masz tę armatę? Jak będziesz nią machała 
przed nosem niewłaściwego faceta, to wylądujesz w więzieniu. I to na 
długo, jeśli się okaże, że źle się nią posłużyłaś.

- Znam przepisy! - Nan obróciła się ku niemu. Była zdecydowana 

zachować spokój i nie dać się sprowokować. - Już cię przeprosiłam. 
Byłam pewna, że drzwi są zamknięte i że wszedł złodziej.

- Drzwi były otwarte. - Stał przed nią w rozkroku z założonymi 

rękami i wściekłą twarzą.

- Teraz już wiem. - Lekko pchnęła drzwi. - Są spaczone. Znasz 

dobrego stolarza? Chciałabym to jak najszybciej zreperować.

- Jess może to pani naprawić jeszcze dziś wieczorem. - Jimmy 

wszedł do magazynu i stanął tuż za plecami brata. - W garażu ma 
wszystkie potrzebne narzędzia.

Jess był wyraźnie niezadowolony z tej interwencji.
- Jimmy, to jest pani Black! Mój brat, Jimmy Rivers! - Kciukiem 

wskazał stojącego za nim chłopca. Nan uśmiechnęła się i chciała coś 
powiedzieć,   ale   Jess   jeszcze   nie   skończył.   -   Mógłbym   zająć   się 

background image

drzwiami, ale co będzie z tymi wszystkimi kartonami i skrzyniami? 
Ktoś się może na to i owo połakomić.

- Nie ma obawy, będę tu siedziała chyba do rana. Wiele godzin 

zajmie   mi   ułożenie   wszystkiego   na   półkach.   Dobrze   zapłacę,   jeśli 
zreperujesz   te   drzwi   jeszcze   dziś.   Będę   się   czuła   bezpieczniejsza 
wiedząc,   że   są   dobrze   zamknięte.   -   Przesunęła   dłonią   po   dolnej 
listwie.   -   Może   ten   wczorajszy   deszcz   spowodował,   że   zmokły   i 
spaczyły się?

Jess   spoglądał   na   jej   palce.   Wydawało   mu   się,   że  dziewczyna 

pieści   drzewo.   Nieświadomie   uwodzicielski   gest!   Czegóż   on   nie 
wymyśli! Nagle wygasła cała złość i wszystkie pretensje. Zapragnął 
jej   pomóc.   Zreperowanie   drzwi   nie   zajmie   nawet   godziny. 
Odchrząknął. Poczuł, że Jimmy stuka go zachęcająco.

-   Dobrze  -   powiedział   -   zreperuję   dziś   drzwi,   ale   pod  jednym 

warunkiem, związanym z twoim bezpieczeństwem.

- Co to za warunek? - Nan wyprostowała się i odgarnęła dłonią 

parę kosmyków, które opadły na jej twarz. Była zmęczona i nie w 
nastroju   do   tolerowania   opiekuńczych   popisów,   wynikających   z 
męskiej zarozumiałości Riversa.

- Niech tu zostanie Jimmy. Jest prawie dorosły, potrafi zniechęcić 

przygodnych intruzów i może pomóc. Jest bardzo silny jak na swoje 
lata.

Ta propozycja ją zaskoczyła.
- Na pewno wolałby spędzić wieczór z kolegami - powiedziała. - 

Ale dobrze, chociaż obawiam się, że będzie się tu nudził.

- Eee, w mieście nic się nie dzieje, proszę pani! - roześmiał się 

Jimmy. - To śpiące miasteczko. A poza tym to wieczór, kiedy jest 
szkoła. Chętnie pani pomogę. Zresztą nie jestem Jess -ja lubię filmy. 
Bała się pani, że nie lubię?

- No, przynajmniej jeden z was potrafi ocenić moje taśmy. Mów 

do mnie Nan, Jimmy. Jak słyszę „pani Black", to wydaje mi się, że 
jestem okropnie stara.

Oboje się roześmieli, ale Jess pozostał poważny. Pani Black! Coś 

w nim nagle zastygło. Uświadomił sobie, że ona może być mężatką. 
Na szczęście Jimmy zaczął zasypywać „panią Black" pytaniami i nikt 
nie zauważył nagłego zmieszania Jessa.

background image

ROZDZIAŁ 3

W kilka godzin potem Jess miał sporo rzeczy do przemyślenia. 

Owo przemyśliwanie odbywało się w mieszkaniu Nan.

Pierwsza   sprawa:   Nan   była   mężatką,   akcent   na   „była".   Jess 

pociągnął spory łyk piwa. Rozwiodła się przed kilku laty. Zerknął na 
ekran telewizora i czekał. Rozsadzała go ciekawość. Jego myśli były 
skłębione, przeżywał bardzo dziwne emocje, ale czynił wysiłek, by je 
zignorować.   W   pewnym   stopniu   udawało   mu   się   to.   Kopalnią 
informacji dotyczących „pani Black" był Jimmy i w chwilach, gdy 
potrafił   oderwać   uwagę   od   ekranu,   przekazywał   je   bratu. 
Odpowiadało to Jessowi, gdyż nie musiał zadawać pytań.

- Więc kiedy porzuciła wreszcie tego faceta Blacka w Wyoming - 

ciągnął   Jimmy   -   to   pojechała   do   Kalifornii.   Przez   pewien   czas 
próbowała się zaczepić przy pisaniu scenariuszy, ale to nie wyszło. 
Więc   została   administratorką   zespołu   takiego   jednego   rajdowca 
samochodowego,   Scotta   czy   coś   takiego...   -   Jimmy   zamilkł,   gdyż 
zaabsorbowała go dramatyczna scena na ekranie.

Jess  siedział   rozwalony   na  kanapie,  ale   teraz  wyprostował   się. 

Znajdowali się obaj w saloniku mieszkania Nan, oglądając film wideo 
wybrany im w nagrodę za pomoc. Jess naprawił drzwi, potem długo 
pomagał   Jimmy'emu,   porządkując   lokal   sklepowy   na   jutrzejsze 
otwarcie. Dzięki temu, że było ich troje, udało się wszystko skończyć 
po paru godzinach. Były to miłe godziny dla Jessa, gdyż znajdował się 
w towarzystwie Nan. Tylko miłe? To słowo wydało się nagle zbyt 
słabe,   by   określić   iskrzenie,   jakie   wywoływała   w   jego   ciele   jej 
bliskość. Gdy wszystko skończyli i Nan zaproponowała przedłużenie 
wspólnego   wieczoru,   nie   miał   siły   oponować,   chociaż   miało   to 
polegać na oglądaniu jakiegoś głupiego filmu z jej kolekcji. Poza tym 
Jimmy   nie   ukrywał   radości   z   otrzymanej   propozycji.   Gdyby   Jess 
odmówił, zepsułby wszystko.

Był to wojenny film i sceny walk powietrznych wzbudziły pewne 

zainteresowanie Jessa, chociaż nie potrafiłby opisać filmowego wątku. 
Bratu film bardzo się podobał. Jess błądził myślami po rewelacjach 
Jimmy'ego. Scott...?

- Może to był Scott Fielding? - zapytał nagle brata.
-   Chyba   tak   -   wymamrotał   Jimmy,   zapychając   sobie   usta 

kawałkiem pizzy i nie odrywając oczu od ekranu. - Tak, na pewno 

background image

Fielding, i ona powiedziała, że taki sam nadęty pyszałek jak tamten 
Black. - Przełknął z zadowoleniem i sięgnął po następny kawałek.

Nagrodą   była   też   zaproponowana   im   przez   Nan   kolacja.   Jess 

powitał   propozycję   z   entuzjazmem.   Z   głodu   aż   mu   burczało   w 
brzuchu. Nan Black była teraz w kuchni, szykując właściwy posiłek, 
który zapowiadał się jako nie lada uczta, sądząc po pizzy podanej na 
zakąskę.   Rozejrzał   się   po   niedużym   saloniku,   podziwiając 
przytulność, jaką zdołała nadać zwykłemu pokojowi w tak krótkim 
czasie. Meble były stare, choć w doskonałym stanie: kanapa, fotel i 
niski stolik tworzyły kącik wypoczynkowy. Reszta wyposażenia też 
nie była nowa, ale w dobrym gatunku. Na ścianie nad kanapą wisiał 
obraz. Nieco amatorski, ale w zasadzie dobry: mały dom na fermie, w 
tle   niebo   prerii.   Nie   dostrzegł   żadnych   rodzinnych   fotografii   ani 
bibelotów. Koło fotela na podłodze leżał stos książek, co wskazywało, 
że Nan karmi swój umysł czymś więcej niż fantazjowaniem na jawie. 
Uderzał   brak   osobistych   akcentów,   lecz   całość   sprawiała   miłe 
wrażenie.

Jess rozmyślał o tym, co przed chwilą powiedział Jimmy.  Scott 

Fielding!   Więc   ona   administrowała   ekipą   Scotta   Fieldinga? 
Samochodowi kibice znali dobrze jego mistrzostwo, a jednocześnie 
chorobliwe reklamiarstwo i popisywanie się na torze wyścigowym. 
Skąd   się   tu   wzięła,   dlaczego   otwiera   malutką   wypożyczalnię   taśm 
wideo   w   zapomnianym   przez   ludzi   i   Boga   Henningtonie?   Osoba, 
która towarzyszy sławnemu zawodnikowi w karierze, może wybierać 
pracę i dyktować warunki.

- A nie mówiła ci, czy kiedykolwiek spotkała kogoś, kto nie byłby 

nadętym pyszałkiem? - zapytał Jimmy'ego.

- Na przykład Jimmy nim nie jest - padła odpowiedź z ust Nan, 

która pewno słyszała całą ich rozmowę. Jess spojrzał w stronę drzwi 
kuchennych. Nan stała wsparta o framugę i wycierała ręce w ścierkę. 
Nadal   była   w   dżinsach,   ale   bawełniany   sweterek   zmieniła   na 
flanelową koszulę. Wyglądała smukło, domowo i ponętnie. - A co do 
ciebie, to poczekam z wydaniem wyroku. - Roześmiała się. - Kolacja 
gotowa, chodźcie, chłopaki!

Na to zaproszenie obaj natychmiast się zerwali.
Nan   postawiła   pośrodku   stołu   półmisek   spaghetti   z   mięsnymi 

krokietami   i   usiadła.   Dziwne   to   uczucie   znów   podawać   kolację 
mężczyznom! Sięgała po widelec, kiedy obaj pochylili głowy. Zrobiła 

background image

to   samo,   słuchając   krótkiej   prostej   modlitwy   Jessa.   Potem   od  razu 
rozpoczęło się pałaszowanie.

- Wspaniale jedzonko! - wymamrotał Jimmy z pełnymi ustami. 

Nim Nan zdążyła zjeść połowę własnej porcji, już dwa razy sobie 
dobierał.   -   Po   pracy   wieczorem   Jess   otwiera   tylko   jakąś   puszkę   i 
podgrzewa - poskarżył się.

-   Doceniam   prawdziwe   jedzenie   -   wyjaśnił   Jess.   -   I   na-   wet 

potrafię gotować. Ale naprawdę nie mam już na nic ochoty, kiedy 
wreszcie   wieczorem   dobrnę   do   kuchni.   -   Wytarł   resztki   z   talerza 
czosnkowym chlebem i sięgnął po repetę.

- Wyglądacie obaj na zagłodzonych - stwierdziła Nan, nakładając 

sobie na talerz trochę sałaty i rezygnując z wyścigu po krokiety. - 
Może powinnam podziękowanie rozciągnąć w czasie - powiedziała. - 
Naprawdę jestem wdzięczna za to wszystko, co dla mnie zrobiliście i 
taka kolacja nie wystarczy, jest zbyt skromna.

- Może mogłaby pani... - zaczął Jimmy.
- Już nam pani dostatecznie podziękowała - przerwał mu Jess. - A 

co do jedzenia, to w weekendy jeździmy na farmę do domu. Mama 
wspaniale gotuje. - Spojrzał na swój talerz. Już właściwie zapomniał o 
domowym jedzeniu. I o własnym rodzinnym domu także.

- Od kiedy to... - ponownie zaczął mówić Jimmy, ale Jess raz 

jeszcze mu przerwał.

- Kończ jedzenie, Jimmy! Musimy wracać do siebie. Jutro rano 

czeka cię szkoła, a jest już po jedenastej.

- Nie zdążyłem obejrzeć filmu...!
- Innym razem, dobrze? Musisz odpocząć.
-   Jess,   nie   bądź   taki...   -   zaczął   Jimmy,   ale   brat   uciszył   go 

znaczącym spojrzeniem.

Nan poczuła, że ta reakcja popsuła jej dobry nastrój. Nie miała 

prawa   się   wtrącać,   ale   miała   ochotę   stanąć   w   obronie   chłopca. 
Wiedziała dobrze, co czuje, zmuszony do słuchania starszego brata. 
Przeżywała to często w rodzinnym domu. Połknęła ostre słowa, które 
miała   na   końcu   języka,   i   zaproponowała,   żeby   zjeść   deser   przy 
telewizorze,   Jimmy   obejrzałby   koniec   wojennych   przygód,   a   ona 
podałaby   lody   truskawkowe,   a   do   tego   czekoladowe   ciasteczka. 
Kupiła   je   w   supersamie   w   chwili   uśpienia   własnej   czujności, 
dotyczącej kalorii.

background image

- Zrezygnujemy z deseru - oświadczył Jess, wstając od stołu i 

biorąc swój pusty talerz. - Może innym razem. Bardzo dziękujemy.

Na twarzy Jimmy'ego odmalowało się bezgraniczne zdumienie i 

rozczarowanie.

Obaj pomogli sprzątnąć ze stołu, zaproponowali także, że zmyją, 

ale Nan kategorycznie odmówiła. Ponieważ Jimmy musi się wyspać, 
powinni już wracać do domu, powiedziała z sarkazmem, mącąc nieco 
nastrój   wieczoru,   ale   i   równoważąc   częściowo   złośliwości   Jessa. 
Wściekłość   wywołana   krzywdą   Jimmy'ego   przekształciła   się   w 
głęboką niechęć do jego brata. Chociaż co ją to wszystko obchodzi?

Na   progu   Jess   nieco   się   zrehabilitował.   Posłał   Jimmy'ego,   by 

uruchomił   samochód   i   wtedy   spróbował   się   usprawiedliwić.   Żółte 
światło żarówki złociło mu włosy jakby aureolą, a on spojrzał Nan 
głęboko w oczy.

- To mój jedyny brat - powiedział. - Kocham go jak własnego 

syna. Może nie zawsze robię tak, jak by należało, ale naprawdę staram 
się... Rozumiesz?

- Niezupełnie - odparła. Zmarszczyła brwi, patrząc mu prosto w 

twarz. - Ja byłam najmłodsza w rodzinie. I brali mnie diabli, kiedy 
wszyscy dookoła wiedzieli, co jest dla mnie najlepsze. Może i masz 
rację na temat dzisiejszego wieczoru. Jest późno. Ale nie należało go 
tak ostro ucinać.

- Ostro?
- Naprawdę tego nie widzisz? - Patrząc na niego stwierdziła, że 

jest zmieszany. - Przerwałeś mu co najmniej trzy razy. Nie pozwoliłeś 
ani razu skończyć zdania. Sądząc z jego wyrazu twarzy można by 
powiedzieć, że podeptałeś jego uczucia roboczymi buciorami.

- O Boże, ja to naprawdę zrobiłem? - Przeciągnął ręką po twarzy. 

- Bardzo mi przykro.

- Nie mnie przepraszaj. Porozmawiaj z Jimmym. - Złożyła ręce na 

piersiach. Wieczór był chłodny, noc zapowiadała się zimna. Dlaczego 
tak paliły ją policzki?

- Tak, proszę pani nauczycielki, uczynię to! - Obdarzył ją miłym 

uśmiechem.   -   Za   mało   myślałem   o   jego   uczuciach,   dziękuję   za 
uprzytomnienie   mi   tego.   -   Uśmiech   zatarł   wyrzeźbione   troskami 
bruzdy. - I dziękuję za jedną z najlepszych kolacji, jakie kiedykolwiek 
jadłem. Właściwie to ja nie jeżdżę podczas tych weekendów do domu 

background image

na farmę. Tylko Jimmy. - Pochylił się i musnął wargami jej skroń. - 
Dziękuję za wszystko, Nan!

- Zawsze gotowa do usług - zażartowała. Czuła lekkie drżenie w 

kolanach. Stała bez ruchu, patrząc za nim.

Usiadł z przodu furgonetki obok brata, który się odwrócił, gdy 

Jess   zaczął   coś   mówić.   Rozmawiali,   uśmiechali   się,   a   odjeżdżając 
wesoło pomachali do Nan. Czekała, aż zniknęły czerwone światełka.

A potem wróciła do domu  zastanawiając się, co się właściwie 

dzieje między nią i Jessem Riversem.

Następnego ranka to pytanie spadło na sam dół listy problemów 

dnia.   Było   wiele   ważniejszych   spraw.   Dzięki   otrzymanej 
poprzedniego   wieczoru   pomocy   była   gotowa   na   otwarcie 
wypożyczalni   już   o  dziesiątej,   i   wtedy   uroczyście   otworzyła   drzwi 
kluczem. Specjalnie wybrała piątek na otwarcie, bo oczekiwała tego 
właśnie dnia klientów chcących uczcić weekend oglądaniem filmów 
w gronie rodzinnym. Nie spodziewała się oczywiście wymachującego 
pieniędzmi  tłumu   amatorów  kaset,  ale  miała   nadzieję,  że  ten  i  ów 
zainteresowany   nowym   punktem   usługowym   wpadnie   zobaczyć, 
czym dysponuje wypożyczalnia. Trochę się rozczarowała. O dziesiątej 
czterdzieści starsza pani, wspierająca się na solidnej lasce, weszła do 
lokalu, przejrzała półki, wpatrując się badawczo w obwoluty filmów, 
zignorowała ofiarowaną przez Nan pomoc w wyborze i wyszła. Nan 
wzruszyła   ramionami,   zmieniła   w   magnetowidzie   kasetę 
„Gwiezdnych   Wojen"   na   „Bambiego"   oraz   poprzewieszała   parę 
afiszów   reklamowych.   Pomyślała   sobie,   że   musi   dobrze   poznać 
lokalne gusty i dostosować się do nich przy wyborze filmów, które dla 
reklamy wyświetla na ustawionym w lokalu telewizorze.

W   południe   przyszło   kilka   kobiet;   powitały   wesoło   Nan   i 

oświadczyły, że chcą zobaczyć tylko, co tu jest. Wyszły, rozmawiając 
o   tasiemcowych   serialach   pełnych   tragedii   miłosnych.   Na   tej 
podstawie   Nan   ponownie   zmieniła   film   w   magnetowidzie   na 
romansidło „Gdzieś w każdym czasie". Lubią takie podniety, będą je 
miały! Przez następne kilka godzin nie pojawił się nikt inny.

Odetchnęła   z   ulgą,   gdy   o   trzeciej   trzydzieści   „Każdy   czas" 

zakończył   się   wstrząsającym   finałem.   Na   jego   miejsce   włączyła 
„Czarnego Ogiera". Ledwo film się zaczął, gdy do lokalu wtargnęła 
gromadka hałaśliwych dzieci, a za nimi weszły dwie kobiety, które 

background image

rozmawiały  i śmiały  się bez żenady równie głośno. Nan obdarzyła 
wszystkich szerokim uśmiechem.

- Cześć! - powiedziała wyższa z kobiet. Z jej piegowatej twarzy 

pod rudawymi włosami biła energia. - To pani jest ta Nan Black? - 
Podała rękę. - Jestem Sue Petersen. - Nan uścisnęła jej dłoń. - Mój 
mąż   Walker   jest   przyjacielem   Jessa   Riversa.   Jess   powiedział,   że 
muszę koniecznie przyjść i obejrzeć wypożyczalnię.

- Taak? - Nan dalej się uśmiechała. Więc Jess naprawdę polecił 

jej „towar". - Jakie filmy panią interesują?

Sue   Petersen   przedstawiła   swoją   przyjaciółkę   Bertie   Reynolds. 

Bertie   przyjechała   do   miasta   jedynie   na   zakupy.   Mieszkała   z 
dwojgiem dzieci na ranczu ponad siedemdziesiąt kilometrów stąd.

- Chcemy filmy dla dzieciaków - odparła Bertie, krępa brunetka o 

wspaniałych,   jakby   rzeźbionych   rysach   twarzy.   Nan   skłonna   była 
przypuszczać, że ta kobieta ma w sobie indiańską krew. Słowa Bertie 
jakby to potwierdziły: żadnych kowbojów czy Indian!

- Dzieci Bertie bardzo lubią Indian - wyjaśniła Sue -w związku z 

czym zwyczajowe zakończenie filmu niesłychanie je smuci.

- Chyba mam coś dla nich - powiedziała Nan i podeszła do działu 

filmów fantastycznonaukowych. Wzięła do ręki kasetę w krzykliwej 
obwolucie. - Proszę nie oceniać filmu po tej okładce. To wspaniały 
film przygodowy. A bohaterem jest amerykański Indianin, stojący na 
czele osady kolonistów na odległej planecie. Myślę, że będzie się to 
podobało wszystkim dzieciom.

Bertie wzięła kasetę i przeczytała informacje podane na odwrocie.
- Wspaniale - orzekła. - Nic nie słyszałam o takim filmie.
- Nie było go na ekranach - odparła Nan. - Cała frajda z filmami 

wideo   polega   na   tym,   że   jest   tam   masa   tytułów,   których   nie 
wyświetlano, ponieważ uważano, że nie są zbyt kasowe, chociaż były 
dobre. Oczywiście wiele z tych nie wyświetlanych to śmiecie, ale ja 
staram się przedtem obejrzeć każdy z proponowanych przeze mnie 
filmów, żeby wiedzieć, co można, a czego nie należy polecać. A ten 
bardzo mi się podobał. - Postukała paznokciem w pudełko.

-   Jess   mi   mówił,   że   jest   pani   bardzo   energiczna.   -   Sue 

uśmiechnęła się dyskretnie - Rozmawiali dziś rano u mnie w kuchni, 
Walker i Jess. Mieli omawiać wyprawę na ryby, ale Jess stale mówił 
tylko o pani.

Nan uniosła brew, ale Sue Petersen nie dodała nic więcej.

background image

Obie klientki postanowiły wybrać jeszcze parę filmów dla dzieci, 

a Nan zaproponowała romantyczną opowieść dla Sue i jej męża, aby 
mogli sobie obejrzeć, kiedy dzieci pójdą już spać. Z tych kilku słów 
wypowiedzianych   przez   Sue   było   widać,   że   ona   i   mąż   stanowią 
dobraną parę. Nan poznała to po błysku w oczach Sue, gdy mówiła o 
nim.   Poczuła   ukłucie   zazdrości.   Gdyby   znalazła   mężczyznę,   na 
którego podobnie by reagowała, wyszłaby za niego natychmiast.

- Wiem, że jest pani bardzo zajęta, ale może spotkałybyśmy się na 

lunch? Chciałabym, abyśmy się lepiej poznały - zaproponowała Sue, 
szykując się do wyjścia.

Oczy Nan rozbłysły na to pierwsze zaproszenie, ale czyż mogła je 

przyjąć? Kiedy?

-   Bardzo   bym   chciała,   ale   nie   mając   pomocy   jestem   tutaj 

uwiązana. Mam wolne tylko niedziele...

Przedtem   Nan   długo   zastanawiała   się,   czy   zamykać 

wypożyczalnię   w   niedzielę   czy   poniedziałki,   lecz   ostatecznie 
zdecydowała, że zrobi lepszy interes i przyciągnie więcej klientów, 
jeśli   pozwoli   im   zatrzymywać   wypożyczone   w   sobotę   filmy   do 
poniedziałku.   I   choć   niedziela   byłaby   dobrym   dniem   dla 
wypożyczalni,   trudno,   trzeba   mieć   przecież   wolny   dzień.   Zacznie 
może chodzić do kościoła po przerwie od wyjazdu z Wyoming?

- No to w niedzielę - odparła Sue i na karteczce zapisała adres. - 

Około pierwszej. Będzie cała rodzina i jeszcze parę osób, ale okazji do 
porozmawiania nie zabraknie.

-   Przyjdę   z   wielką   radością   -   zgodziła   się   Nan.   -   Co   mam 

przynieść?

- Siebie samą z dużym apetytem. Zawsze przygotowuję za dużo 

jedzenia, a potem mam kłopoty z resztkami.

Rozmawiały  jeszcze przez dobrą chwilę, a potem Sue i Bertie 

opuściły lokal, a za nimi gromadka dzieci z pudełkami filmów wideo 
pod   pachą,   szczęśliwych,   że   mają   rozrywkę   na   całe   popołudnie. 
Karteczkę   z   adresem   Nan   schowała   do   szuflady.   Zaproszenie   do 
rodziny   na   niedzielny   lunch   było   nie   lada   podarunkiem   w   nowym 
środowisku!   To   najpiękniejsze   powitanie,   jakie   mogła   sobie 
wyobrazić w obcym miejscu.

Pozostałe   godziny   popołudnia   minęły   raczej   spokojnie,   choć 

zjawiło się kilku klientów, którzy wypożyczyli nie tylko filmy, ale i 
odtwarzacze wideo i prosili o informacje na temat możliwości kupna 

background image

magnetowidu.   Jeśli   ludzie   przyzwyczają   się   do   oglądania   filmów 
wideo, to wówczas zechcą mieć własny sprzęt Oceniała teraz mądrość 
dyrektorów firmy FFR, którzy podjęli decyzję otwarcia wypożyczalni 
w   małych   peryferyjnych   miastach.   Takie   filie,   jeśli   są   dobrze 
prowadzone,   mogą   przynosić   spore   zyski.   A   Nan   była   osobą 
gwarantującą dobre prowadzenie interesu. Ponadto pasjonowało ją to 
zajęcie.

Chociaż nie chciała się do tego przyznać, miała nadzieję, że nim 

nadejdzie wieczór, zawita w jej progi Jess Rivers. Po siódmej przyszło 
sporo klientów. Niektórzy, by tylko obejrzeć tytuły, inni, by obejrzeć 
samą   Nan.   Wobec   tych   ostatnich   zachowywała   się   całkowicie 
obojętnie. Była zresztą zbyt zajęta tymi, którzy potrzebowali pomocy 
albo chcieli wypożyczyć kasety.

Wielu pytało o filmy, których nie posiadała i nie miała zamiaru 

ich sprowadzać.

- Nie mam żadnych filmów porno - odpowiedziała chłopakowi 

mniej  więcej  w wieku Jimmy'ego  Riversa. -  Tylko filmy  dla  całej 
rodziny.   Mogę   ci   polecić...   -   ale   chłopak   wyszedł,   nim   zdołała 
skończyć zdanie.

Stojąca za nim kobieta gniewnie prychnęła. Nan uśmiechnęła się 

do   niej,   inkasując   należność   za   film   komediowy,   który   klientka 
wybrała.

- Znam matkę  tego chłopaka - powiedziała.  - Spaliłaby  się  ze 

wstydu, gdyby to słyszała.

- Jest jeszcze młody - odparła Nan, jakby tłumacząc podrostka. 

Była pewna, że matka chłopca o wszystkim się dowie. - Nie sądzi 
pani, że dzieci są zawsze skłonne zrobić coś głupiego, co podpatrzyły 
u starszych?

Z   wyrazu   twarzy   klientki   Nan   domyśliła   się,   że   jest   ona 

odmiennego   zdania,   więc   nie   kontynuowała   rozmowy.   Poczuła 
pewien   niepokój.   Jak   to   dobrze,   że   reprezentuje   firmę,   która 
postanowiła ograniczyć się do filmów dozwolonych. Inaczej mogłaby 
popaść   w   kłopoty.   Postanowiła   bardzo   starannie   wybierać   tytuły   z 
otrzymywanej co miesiąc listy propozycji. Tylko przyzwoite i dobre 
filmy!

Jess się nie pokazał. Ani Jimmy, co ją nieco zdziwiło. Zatrzymała 

film,   który   Jimmy   oglądał   poprzedniego   wieczoru,   w   nadziei   że 
chłopak dokończy oglądanie podczas weekendu. Być może pojechał 

background image

na farmę, pomyślała. Mógł zabrać odtwarzacz i parę filmów! To mu 
się należało za pomoc. Kolacja była zbyt skromnym podziękowaniem.

Sprawiedliwie trzeba przyznać, że i Jess jej pomógł. Tylne drzwi 

zamykały się teraz doskonale, a ponadto zostały wyposażone w mocną 
zasuwę, dzięki której czuła się zupełnie bezpieczna. Pierwszorzędna 
robota! I nie chciał wziąć za to żadnych pieniędzy. Krępowało ją, że 
stawała się dłużniczką. Kolacja to zbyt mało.

- Czy są jakieś „Jamesy Bondy"? - spytała niecierpliwym głosem 

wysoka   blondynka,   zupełnie   jakby   pytała   już   wielokrotnie   i   nie 
otrzymała żadnej odpowiedzi.

Pytanie wyrwało Nan z zamyślenia.
Nim zamknęła lokal, zrobiła rachunki i dobrze zaryglowała tył i 

front. Była tak zmęczona, że gdyby pojawił się Jess i błagał o wspólne 
obejrzenie filmu, z pewnością by odmówiła. Wróciła samochodem do 
domu,   ziewając   po   drodze,   i   po   zjedzeniu   przez   rozum   połowy 
kanapki   z   masłem   orzechowym   natychmiast   rzuciła   się   na   łóżko. 
Wkrótce będzie musiała rozejrzeć się za jakąś dorywczą pomocą. Była 
to jej ostatnia myśl przed zaśnięciem. Zmęczenie przyniosło głęboki 
sen i rano nie mogła sobie przypomnieć, o czym śniła.

Sobota minęła podobnie jak piątek. Rano i po południu pustawo, 

wieczorem większy ruch. Ale jednak gdy na drzwiach wejściowych 
umieszczała   wieczorem   szyld   „Zamknięte",   nie   była   już   tak 
zmęczona,   jak   poprzedniego   dnia.   Pewno   dzięki   temu,   że   dobrze 
przespała noc.

Była jednak  rozkojarzona  i  niespokojna.   Chciałaby  znaleźć   się 

między ludźmi, móc z kimkolwiek porozmawiać... Być z kimś...

Pomyślała o Jessie Riversie... Być z kimś...!
Kochać się... Z kimś...!
No   cóż,   było   to   niemożliwe,   stwierdziła   z   prawdziwą   złością. 

Wybrała taką drogę, trzeba było iść nią dalej. Nawet gdyby należała 
do   gatunku   kobiet   poszukujących   towarzysza   na   sobotni   wieczór, 
byłoby to nierozważne w takim miasteczku. Była nową mieszkanką 
Henningtonu.   Jeśli   chce   rozkręcić   interes,   musi   zachować   się   w 
sposób odpowiadający lokalnym obyczajom: zamykać wypożyczalnię 
o   dziesiątej   wieczorem   i   wracać   samotnie   bezpośrednio   do   domu. 
Szkoda! Po pewnym czasie będzie na pewno miała krąg przyjaciół, 
chwilowo   jednak   zalecana   jest   powściągliwość   i   dyskrecja.   Przed 

background image

opuszczeniem wypożyczalni zabrała więc z półki jakiś film, aby z nim 
spędzić resztę wieczoru.

Telefon   zadzwonił,   gdy   wchodziła   do   domu.   Podbiegła,   by 

zdążyć go odebrać.

-   Cześć,   mamo!   -   odparła   słysząc   głos   matki,   pytającej,   czy 

przypadkiem   nie   dzwoni   w   nieodpowiedniej   chwili.   -   Właśnie 
wróciłam   z   wypożyczalni.   Bardzo   się   cieszę,   że   zadzwoniłaś. 
Naprawdę! - Przyciągnęła krzesło kuchenne i usiadła. Zaczerpnąwszy 
głęboko powietrza, zaczęła opowiadać o wszystkim, co wydarzyło się 
od   chwili   przybycia   do   Henningtonu.   Prawie   o   wszystkim.   Nie 
wspomniała   wcale   o   przystojnym   pilocie   wyczynowym   a   zarazem 
przewoźniku.

W trakcie rozmowy uleciało rozczarowanie, jakiego doznała, gdy 

usłyszała w słuchawce głos matki, a nie Jessa. Poczuła się też winna: 
należało zadzwonić do matki wcześniej, by nie musiała się niepokoić i 
telefonować.   Potem   do   telefonu   podszedł   ojciec,   mruknął   coś   na 
powitanie   i   życzył   jej   powodzenia.   Nan   wyczuwała   ich   troskę   i 
miłość, ale nie potrafiła już na to odpowiednio reagować. Niepokój, 
który   okazywali,   sprawiał,   że   czuła   się   jak   dziecko   wymagające 
nieustannej   opieki.   Dawno   przestała   nim   być,   chociaż   oczywiście 
nadal pozostała jedyną córką. Mieszkała daleko od rodzinnego domu i 
rodzice nie mogli się z tym pogodzić. Nie mogli się również pogodzić 
z jej rozwodem i brakiem oznak, że ponownie zamierza wyjść za mąż. 
Kończąc rozmowę była jednak przekonana, że trochę ich uspokoiła, 
chociaż sama spokoju nie odczuwała.

Nalała szklankę mleka i przeszła do saloniku. Włożyła kasetę do 

odtwarzacza, usiadła w fotelu, który niegdyś należał do jej babki, i 
wyciągnęła nogi. Zaczął się film, ale Nan, zatopiona w myślach, nie 
rejestrowała obrazu.

Jess ze złą miną siedział pochylony nad kuflem piwa. Pieścił ten 

kufel już od dłuższego czas. Na dnie miał jeszcze parę centymetrów 
zwietrzałego   płynu.   Spojrzał   na   zegarek.   Dziesięć   po   jedenastej. 
Chyba już wróciła do domu? Jakaś ballada country wdzierała się w 
uszy nieprzyjemnym zgrzytem. Gwar wokół baru szarpał nerwy. Bar 
„Kantyna"   był   miejscem   sobotnich,   mało   atrakcyjnych   spotkań 
mieszkańców. Tuż za miastem była druga gospoda, gdzie zbierali się 
bardziej hałaśliwi klienci. Jess wolał jednak tutejszy tłumek, w którym 
mógł się czasem odprężyć podczas interesujących rozmów. Był tu już 

background image

od kilku godzin, od chwili gdy jadąc w stronę wypożyczalni kaset na 
szczęście zmienił zamiar, zanim zdążył zrobić z siebie durnia. 

Jak ćma do ognia!
Śmieszne w tym wszystkim było to, że nie miał  pojęcia, skąd 

biorą się te wszystkie myśli i chęci. Dlaczego z jednej strony czuł do 
niej   pociąg,   a   z   drugiej   nieprawdopodobny   przed   nią   lęk?   Jess 
roześmiał   się,   reagując   jak   inni   na   dowcip   któregoś   z   mężczyzn, 
siedzących przy tym samym stole. Uczynił tak, chociaż nie dotarło do 
niego ani słowo. Czyjaś żona, siedząca przy sąsiednim stole podeszła i 
powiedziała „cześć" podejrzanie dziwnym głosem. Za dużo wypiła. 
Jess uniósł dłoń w geście powitania,  lecz natychmiast  powrócił  do 
swych   myśli.   Kobieta   odwróciła   się   i   poszła   w   stronę   bardziej 
towarzyskiej kompanii.

Co   się   z   nim   dzieje?   Nan   jest   ładna,   inteligentna...   dobrze 

gotuje...! Nie lepsza ani gorsza od innych kobiet! Dlaczego nie może 
przestać o niej myśleć? Rozejrzał się po barze. Dwie samotne kobiety 
zerkały w jego stronę. Z obiema już bywał na randkach. Niektóre z 
obecnych   w   lokalu   mężatek   też   rzucały   mu   od   czasu   do   czasu 
zachęcające spojrzenia. Nie zwracał jednak na to uwagi. To nie w jego 
stylu.

Jess dopił piwo i wstał. Zachowuje się absolutnie głupio. Wróci 

do domu i pójdzie spać.

Nan schowała ręce do kieszeni kurtki. Noc była chłodna. Niebo 

iskrzyło   się   gwiazdami,   powietrze   szczypało.   Spacer   pomagał   jej 
rozluźnić się - film tego nie dokonał. W pełni zdawała sobie sprawę z 
tego, co przeżywa. Wszystko zaczęło się wtedy, gdy po rozwodzie 
zerwała z rodzicami, a pogłębiało podczas tych lat, gdy prowadziła w 
Kalifornii bujne, lecz nie zawsze sprawiające satysfakcję życie. To 
łączyło się, a może  było wynikiem spalających ją ambicji?  I teraz 
trzeba stawić temu czoło. Czy potrafi? Trudne zadanie.

Należało uspokoić splątane myśli i skoncentrować się na pracy.
Właśnie to jest trudne.
Chodnik skończył się,  gdy  wyszła poza najbliższą  ulicę. Dalej 

trzeba   było   już   iść   skrajem   jezdni.   Na   poboczach   stały   tu   jeszcze 
mniejsze   domki,   ogródki   przed   nimi   były   mniej   zadbane.   W 
Henningtonie nie było wielu zamożnych ludzi -jedni dawali sobie radę 
lepiej, inni gorzej. Stanęła, rozglądając się dookoła. Po prawej stronie 
drogi   dwa   samochodowe   wraki   stanowiły   dekorację   trawnika.   Za 

background image

następnym   skrzyżowaniem   skończyła   się   asfaltowa   szosa   i   dalej 
biegła   droga   szutrowa.   Jeszcze   jedno   skrzyżowanie   zupełnie   już 
wiejskich dróg i miasto pozostało za jej plecami, a przed sobą miała 
płaską prerię. Co zatrzymuje tu ludzi przez całe życie?

Co zatrzymuje tu takiego mężczyznę jak Jess Rivers?
I   znów   myśli   o   nim,   zamiast   o   swoich   problemach!   Trzeba 

wyznać   prawdę:   oczekiwała   na   niego   wieczorem.   Nic   z   tego,   co 
opowiedział   jej   Jimmy,   nie   wskazywało,   by   brat   miał   jakąś   stalą 
przyjaciółkę. Z drugiej strony nie oczekiwała, by podobny mężczyzna 
prowadził klasztorne życie. Na pewno nie!

Usiłowała   sobie   wyobrazić   Jessa   w   towarzystwie   jakiejś 

miejscowej piękności. Nie sprawiło to trudności, gorzej było ten obraz 
zmienić.   Skuliła   ramiona   i   ruszyła   w   kierunku   otwartej   prerii. 
Sportowe   pantofle   na   gumowej   podeszwie   chrzęściły   na   szutrze. 
Skręciła   z   drogi   na   pole   porośnięte   kępkami   trawy.  Jeśli   tak   ci   to 
dokucza, zrób coś. Kopnęła grudę ziemi. Zaproś go, spotkaj się z nim 
na   gruncie   towarzyskim.   Może   ci   przejdzie?   Stanęła,   zadzierając 
głowę   ku   bezmiarowi   nieba.   Zaczerpnąwszy   głęboko   czystego 
chłodnego powietrza poczuła się znacznie lepiej.

Jess   jechał   wolno   ulicą,   czując   się   bardzo   głupio.   Z 

samochodowego radia dochodziły głośne dźwięki klasycznej muzyki. 
Cała kabina była ich pełna. Radio ryczało, jakby waliło sto bębnów. 
Przebiegła   mu   przez   głowę   myśl,   że   zachowuje   się   jak   niemądry 
szczeniak. Dłonie miał wilgotne, był napięty, a jednocześnie fizycznie 
podniecony... W mieszkaniu Nan paliło się jeszcze światło. Mógłby 
stanąć i zapukać. Mógłby...

Mógłby   też   zrobić   z   siebie   ostatniego   durnia.   Było   już   po 

północy. Co by pomyślała, gdyby przyszedł o tej porze? Zajrzałby jej 
głęboko w oczy? Poszedłby z nią do łóżka?

Jess   zwolnił   i   uśmiechnął   się   kwaśno.   W   obu   pomysłach   coś 

było! Kogo chce oszukać, siebie? Chciał się z nią po prostu spotkać. 
Pomysł wzięcia jej do łóżka był też całkiem dobry. Kiedy wreszcie 
dorośniesz? - zadał sobie pytanie. Ściszył muzykę. Chcesz się z nią 
zobaczyć, no to się zobacz! Zadzwoń do niej, umów się! Zachowujesz 
się zupełnie jak Jimmy, a nie jak dorosły mężczyzna, który ma ochotę 
na kobietę. Zawrócił na środku ulicy i pojechał do domu. Poczuł się 
znacznie lepiej. Dużo lepiej!

background image

ROZDZIAŁ 4

  W niedzielę rano Nan obudziła się wypoczęta, mimo iż poszła 

spać po pierwszej nad ranem. Przez okno wdzierało się słońce, które 
rozświetliło sypialenkę podnosząc Nan na duchu. Wyskoczyła z łóżka 
jak na sprężynie, pełna energii i miłych przeczuć.

Prysznic jeszcze bardziej ją ożywił. Kiedy usiadła do śniadania, 

na które składał się tost i owsiane płatki zalane mlekiem, była w tak 
dobrym humorze, iż z trudem mogła usiedzieć na miejscu. Podjęła 
mądrą i prostą decyzję, która dotyczyła niejakiego Jessa Riversa, na 
popołudnie   miała   zaproszenie   na   lunch   do   kobiety,   z   którą   się   z 
pewnością   zaprzyjaźni,   interes   ruszył   z   kopyta...   Czy   mogło   być 
jeszcze lepiej?

Miała   wiele   powodów,   by   być   wdzięczną   losowi.   Postanowiła 

pójść do kościoła. Sprawdziła w lokalnej książce telefonicznej, że nie 
ma   dużego   wyboru   parafii.   Kościół   był   tylko   jeden,   pod   nazwą 
Kościoła Henningtońskiej Wspólnoty - nazwa może nie inspirująca, 
ale praktyczna. W książce były wymienione jeszcze parafie innych 
wyznań, lecz w dość dużej odległości od miasta. Znalazła również 
ogłoszenie   świątyni   Domowego   Ogniska,   ale   pomyślała,   że   nowy 
przybysz, o którym mało kto jeszcze wie, może nie być tam dobrze 
widziany. Tak czy inaczej, wolała zwykły, normalny kościół. Chciała 
stać   się   cząstką   tutejszej   społeczności,   więc   powinna   poznać 
tutejszych parafian. Z podanej w książce godziny niedzielnej  mszy 
wynikało,   że   ma   jeszcze   sporo   czasu,   więc   poszła   do   saloniku, 
zagłębiła   się   w   wygodnym   fotelu   swojej   babki   i   przez   następną 
godzinę   pisała   listy   do   przyjaciół   w   Kalifornii   oraz   kartkę   do 
rodziców, w której obiecywała im odwiedziny w możliwie najbliższej 
przyszłości.   Zaklejając   adresowaną   do   nich   kopertę,   miała   lekkie 
wyrzuty sumienia. Wiedziała dobrze, że nigdy ich nie odwiedzi, a oni 
również to wiedzieli. Niemniej ta kartka była dowodem, że ich nadal 
kocha.

Dwadzieścia po dziesiątej poszła do sypialni, aby się ubrać. A 

dziś strój będzie kobiecy, pomyślała. Dżinsy dobre są na co dzień do 
pracy,   ale   była   gotowa   się   założyć,   iż   henningtońskie   damy   na 
niedzielę   ubierały   się   elegancko.   Wybrała   jaskrawopurpurową 
sukienkę z wełnianojedwabnej tkaniny.

Wciągając   rajstopy   pomyślała,   że   właściwie   nienawidzi   tego 

wynalazku. Któregoś dnia jakiś geniusz wymyśli coś na kobiece nogi, 

background image

co będzie nie tylko ładne, ale i wygodne. Ależ to wówczas zmieni 
świat! Roześmiała się i skończywszy z rajstopami sięgnęła po suknię. 
Miękka   tkanina   objęła   jej   ciało.   Wróciły   wspomnienia.   Kupiła   tę 
suknię i nosiła ją, gdy była ze Scottem. Kochany, zwariowany Scott! 
Pieszczotliwie   gładziła   materiał.   Na   początku   wydawał   się   być 
ideałem. Przystojny, romantyczny, podniecający i szukający przygód. 
Człowiek z marzeń na jawie. Ale to było tylko to: marzenie na jawie. 
Poprawiła na sobie suknię. Scott był w rzeczywistości dzieckiem, a 
nie   mężczyzną,   którego   udawał.   Nie   można   było   na   nim   polegać. 
Zapięła guziczki i klamerki oraz pasek. Mimo to zawsze będzie miała 
dla niego ciepłe uczucia i będzie mu wdzięczna za to, iż pozwolił jej 
zrozumieć,   że   prawdopodobnie   nie   znajdzie   idealnego   mężczyzny. 
Takiego,   który   by   łączył   szalone,   podniecające   cechy   z   męskim 
charakterem, który by potrafił zapewnić kobiecie wsparcie przez całe 
życie. Poszła do łazienki i zrobiła leciutki makijaż. Taki ideał istniał 
zapewne jedynie w jej wyobraźni. Spinkami podpięła włosy po obu 
stronach,   zdecydowała   jednak,   że   wygląda   za   młodo   w   takim 
uczesaniu, zmieniła więc je, zagarniając włosy do góry.

Złapała jeszcze długi jedwabny szalik, lekki wełniany płaszczyk i 

poszła do kościoła.

Jess siedział z przodu, przeklinając, że zgodził się dziś śpiewać. 

Zwykle   był   bardzo   zadowolony,   gdy   Walker   go   o   to   prosił,   dziś 
jednak oddałby prawą rękę, byleby tylko być gdzie indziej.

Nan Black siedziała w ławce wśród innych parafian, spoglądając 

na   Jessa,   jakby   był   zielonoskórą   zjawą   z   Marsa.   Sama   natomiast 
wyglądała na zjawisko, które zstąpiło z niebios.

No i co z tego? Miała tu prawo być, jak każdy inny! To jego 

wina, iż nie podejrzewał, że ona uczęszcza do kościoła. Poruszył się 
na stołku, usiłując skoncentrować się na organowej muzyce. Jeszcze 
pogubi się z powodu jakiejś tam kobiety.

Muzyka go uspokajała. Nie każda muzyka, ale ta dobra. O ile był 

sam,   słuchał   muzyki   podczas   pracy.   Pola   zasiane   pszenicą   na 
rodzinnej   farmie   obchodził   w   rytmie   snujących   mu   się   po   głowie 
melodii.   A   przede   wszystkim   -   gdy   latał,   pędził   przez   muzyczne 
strzępy. Bach przenosił go na wyżyny. Działał na jego wyobraźnię, 
porywając do podniebnego, akrobatycznego tańca. Jess odprężył się. 
Gdy   rozległ   się   donośny   głos   Walkera,   wzywający   do   modlitwy, 
powrócił na ziemię. Poczuł się dobrze. Był w domu.

background image

Nan wstała wraz z innymi i śpiewała znane jej strofy pierwszego 

psalmu. Była jednak zdenerwowana i czuła się nieswojo. Trzęsły się 
jej ręce. Miała nadzieję, że stojąca obok niej starsza kobieta nic nie 
zauważyła. Nan chodziła do kościoła często, od dziecka, i nie była 
onieśmielona nabożeństwem. Nie w tym leżał problem...

Najpierw,   kiedy   dwaj   mężczyźni   prowadzili   do   podestu 

nowicjanta, nastolatka dźwigającego krzyż, myślała przez chwilę, że 
to właśnie Jess Rivers jest tutaj pastorem. Ale uświadomiła sobie, że 
to drugi mężczyzna ubrany jest na czarno, natomiast Jess ma na sobie 
szary garnitur. I świetnie w nim wyglądał. Skrzywdziła go myśląc, że 
jest   skazany   na   dżinsy   i   podkoszulki,   bo   nie   ma   ani   krawata,   ani 
garnituru.

No i teraz ten drugi mężczyzna! A więc pastor nazywa się Walker 

Petersen.   Mąż   Sue.   Zamknęła   oczy   zawstydzona.   Powinna   była 
zauważyć przedtem to nazwisko na tablicy przy wejściu.

Sue widząc wchodzącą Nan machała do niej wesoło z pierwszej 

ławki,   ale   nic   do   siebie   nie   mówiły,   ponieważ   Nan   chwilkę   się 
spóźniła   i   już   brzmiały   pierwsze   tony   organów.   O   Boże!   Wczoraj 
poleciła   Sue   dość   wyrafinowaną   opowieść   miłosną.   Niezbyt 
odpowiedni   film   dla   kaznodziei   i   jego   żony.   Nan   poczuła,   że 
czerwienieje jak burak.

Runęło marzenie o zbudowaniu takiego obrazu własnej osoby, by 

poparły   ją   opiniotwórcze   koła   Henningtonu.   Popatrzyła   na   surowe 
oblicze Walkera, gdy obrzucał wiernych przenikliwym spojrzeniem. 
Włosy miał ciemne, przetykane srebrem, a od skroni wyraźnie łysiał. 
Zdecydowanie   nie   wyglądał   na   człowieka,   którego   bawiłby 
wypożyczony od Nan film i pokazywane w nim miłosne igraszki. Z 
trudem powstrzymała przeszywający ją dreszcz przerażenia. A do tego 
ów Walker wcale nie wyglądał na człowieka, który mógłby podobać 
się Sue. Zbyt sztywny, zbyt zimny. Zagadka! Spojrzała na tył rudej 
głowy   Sue,   obok   której   siedziała   czwórka   dzieci.   Każde   o   głowę 
niższe   od   poprzedniego.   Jak   schody!   Kto   wie,   może   przewielebny 
pastor ma czas i miejsce w sercu na odrobinę ciepła i uczucia? Nie 
wolno oceniać człowieka na pierwszy rzut oka, zwłaszcza gdy widzi 
się go w roli „pasterza ludzkich dusz".

Opadła na ławkę po zakończeniu psalmu, ale natychmiast wstała, 

gdy zobaczyła, że nikt inny nie usiadł. Jej rumieńce się pogłębiły. Za 
jakież   to  grzechy  musi  się  przez  cały   poranek  wstydzić   za  siebie? 

background image

Popełniła dwa wielkie błędy - z wyborem taśmy filmowej dla Sue i 
sukienki dla siebie. Była ubrana zbyt ekstrawagancko. Owszem, Jess 
miał na sobie szary garnitur, ale był jednym z niewielu mężczyzn tak 
ubranych. Wielu miało na sobie dżinsy. Także kobiety, podobnie jak i 
dzieci. Każdy wydawał się wyszorowany i wypucowany, ale nikt nie 
był   zbyt   wyelegantowany.   Zupełnie   jakby   wszyscy   przyszli   na 
nieoficjalne rodzinne zgromadzenie, a nie na uroczyste nabożeństwo. 
Być   może   zasady,   jakie   jej   wpojono   za   młodu,   tutaj   nie 
obowiązywały. Spoglądała na plecy Petersena, gdy intonował słowa o 
żalu za grzechy i przebaczaniu. Głos jego brzmiał sucho i uroczyście. 
Wierni siedzieli w pełnym skupieniu.

Nagle pastor obrócił się ku zebranym i podniósł ręce.
Twarz miał zupełnie odmienioną uśmiechem wielkiego szczęścia. 

Zdumiewające!

- Otrzymaliśmy przebaczenie! - powiedział. - Powitajcie swych 

braci i siostry!

Nan stała zamieniona w słup soli, gdy dookoła niej rozległy się 

radosne śmiechy, a ludzie zaczęli podawać sobie ręce i obcałowywać 
się. Jess i kaznodzieja objęli się i poklepali po ramionach, radośnie 
uśmiechnięci.   Ich   przyjaźń   i   wzajemna   miłość   były   widoczne   dla 
wszystkich.

-   Pani   Black?   -   rozległ   się   cichy   głos   obok   Nan.   Drobna 

siwiuteńka kobieta uśmiechała się do niej, wyciągając rękę.

- Jestem Inga Frank. Witamy! - powiedziała.
-   Bardzo   dziękuję-   odparła   Nan,   ujmując   ostrożnie   podaną   jej 

drobną dłoń. Otrzymała jednak silny  uścisk. - Jak... skąd zna pani 
moje nazwisko?

- Wiadomości w małym mieście rozchodzą się szybko -odparła 

Inga   Frank.   -   W   małym   mieście!   Jak   to   miło,   gdy   młoda   kobieta 
ubiera się tak starannie do kościoła.

Nan poprzednio nie zauważyła stroju kobiety. Żałowała teraz, że 

nie zwróciła większej uwagi na osoby stojące obok. Starsza ! pani 
miała na sobie różowy wełniany kostium i malutki czarny kapelusz z 
malutką woalką.

- Przedtem wszyscy ubierali się do kościoła starannie, ale teraz 

nikomu się nie chce - powiedziała kobieta, a jej uśmiech odebrał tej 
uwadze   znamiona   krytyki.   Najwidoczniej   przyjmowała   nowe 
obyczaje   jako   naturalne,   co   nie   oznaczało,   że   je   aprobowała.   Nan 

background image

odpowiedziała   uśmiechem,   przestając   się   wreszcie   martwić   swoim 
ubiorem.

- Pani Black! - usłyszała za sobą. Obróciła się i uśmiechnęła do 

pastora Walkera Petersena. Wysoki, barczysty mężczyzna pochwycił 
jej   dłoń,   serdecznie   nią   potrząsając.   W   spojrzeniu   nie   miał   nic 
karcącego. Poczuła do niego natychmiast jakąś przedziwną sympatię, 
podobnie jak w piątek do Sue.

- Wiem, że przychodzi pani dziś do nas na lunch - powiedział. - 

Czekam z niecierpliwością na to spotkanie. - Spojrzał w przeciwległy 
kąt kościoła, gdzie stał Jess rozmawiając z jakąś rodziną. - Chociaż z 
jeszcze większą czeka na to mój najlepszy śpiewak kościelny.

Jess   nie   podchodził   do   nich,   chociaż   przesuwał   się   w   tłumie 

parafian od rodziny do rodziny, jak polityk ubiegający się o wsparcie 
wyborców. Widać było, że czuje się tu dobrze i jest ogólnie lubiany. 
Nan   również   przywitała   się   z   kilkoma   osobami   w   najbliższym 
otoczeniu, a potem usiadła koło pani Ingi.

- Młody Rivers wydaje się dziś bardzo stremowany - szepnęła 

starsza kobieta. - Prawdopodobnie dlatego że zobaczył tutaj panią.

-   Co   też   pani   przyszło   do   głowy!   -   Nan   spojrzała   bacznie   na 

sąsiadkę.

-   Jest   pani   tu   nowa   -   wyszeptała   pani   Inga,   wzruszając   lekko 

ramionami,   jakby   dziwiła   się   pytaniu   Nan.   -   Przyjechała   pani   z 
Kalifornii,   gdzie   na   pewno   słyszała   pani   wielu   doskonałych 
śpiewaków. A on jest, ot, chłopcem z miasteczka.

Obie zamilkły, słuchając lekcji z Pisma Świętego. Nan pomyślała, 

że Walker ma styl. Aż dziwne, że jest pastorem w tak małej parafii. Z 
podobnym   głosem   i   ze   swoją   postawą   pasował   raczej   do   katedry, 
gdzie   także   potrafiłby   porwać   parafian.   Nadeszła   kolej   następnego 
psalmu. Tym razem wstał tylko Jess. Pani Inga lekko szturchnęła Nan.

Nan   siedziała   jak   zaklęta,   gdy   Jess   zaczął   śpiewać.   Bez   nut. 

Dostrzegała   brak   szkoły,   własnego   stylu,   lekkie   drżenie   głosu   na 
wysokich   tonach,   a   jednak   ten   śpiew   robił   duże   wrażenie.   Jess 
wyśpiewywał słowa starej modlitwy bez żadnego akompaniamentu, 
przenosząc wszystkich w jakiś odległy czas, kiedy to słowa potrafiły 
silnie zapadać w ludzkie serca. Barwą swego głosu budował obrazy 
pełne piękna i wiary. Gdy skończył i usiadł, Nan miała w oczach łzy 
wzruszenia.

background image

Pastor Walker postąpił w przód parę kroków, parafianie wstali. 

Padły   słowa   ewangelii.   Nan   rozejrzała   się   ukradkiem   dokoła,   aby 
zobaczyć, czy ktoś inny wzruszył się jak ona. Chyba nie. No cóż, 
słuchali śpiewu Jessa Riversa od lat, a co młodsi od urodzenia.

W lekkim oszołomieniu  chłonęła kazanie. Krótkie, zmierzające 

jasno   do   założonego   celu,   podnoszące   na   duchu.   Tematem   było 
posłanie  Pisma   Świętego  o nowych początkach.  Kazanie  zawierało 
parę prostych analogii do wiosennego odrodzenia, parę nauk na temat 
straconych okazji i zapewnienie, że każdy może zacząć dziś od nowa. 
Nan   znów   rozejrzała   się   dyskretnie   i   stwierdziła,   że   znakomita 
większość   obecnych   słucha   bardzo   uważnie.   Tylko   jakiś   staruszek 
zasnął. Co to za dziwna parafia? Pamiętała z dziecięcych lat długie i 
nudne kazania, hałaśliwe dzieci i gromadnie chrapiących mężczyzn. A 
tutaj   wszyscy   zachowywali   się   tak,   jakby   ich   nauczono   słuchać   i 
wierzyć, że słowa płynące od kaznodziei przy pulpicie rozjaśnią im 
umysły.

Nabożeństwo   skończyło   się   wcześniej,   niż   była   na   to 

przygotowana.   Przedtem   Jess   zaśpiewał   jeszcze   raz   piękną, 
wzruszającą pieśń, ale w języku, którego nie rozumiała.

- To po norwesku - oświeciła ją pani Inga. - Nauczył się tego od 

swojej babki. Bardzo stary psalm. Bardzo stary - dodała, potrząsając 
głową.

-   Rozumiem   -   odparła   Nan   sądząc,   że   istotnie   zaczyna   coś 

rozumieć. Mimo że nazwisko Rivers nie brzmiało obco, mogło być 
niegdyś   nazwiskiem   skandynawskim.   Po   babce   Jess   odziedziczył 
słuch i umiłowanie dobrej, starej muzyki. Spadek wart przekazania 
następnemu pokoleniu!

Po nabożeństwie otoczyła ją gromadka wiernych, którzy chcieli 

powitać   nową   parafiankę.   Pani   Inga   objęła   rolę   opiekunki. 
Oprowadzała Nan po całym kościele, aby mogła poznać sąsiadów i 
przyjaciół   starej   kobiety.   Wśród   obecnych   Nan   rozpoznała   kilka 
swoich   piątkowych   i   sobotnich   klientek.   Właściwie   wszyscy   byli 
bardzo   mili,   chociaż   w   paru   wypadkach   powiało   lekkim   chłodem. 
Pomyślała, że to zupełnie zrozumiałe wobec obcej osoby.

- Cześć, piękna pani! - dobiegł ją zza pleców męski głos. Niemal 

podskoczyła. Obróciwszy się zobaczyła Jessa roześmianego niby mały 
chłopak.

background image

- Cześć - odparła, czując się głupio z tym szerokim uśmiechem. Z 

zupełnie   niezrozumiałego   dla   niej   powodu   miała   to   samo   uczucie 
nieporadności   i   zakłopotania,   jakie   odczuwała   jako   nastolatka,   gdy 
pytał ją o coś chłopak, który robił na niej wrażenie.

- Jak ci się podobało...? - Jess jakby stracił zdolność płynnego 

wysławiania się.

Nan pierwsza odzyskała równowagę.
- Twój występ był wspaniały i stanowił wielką niespodziankę! - 

powiedziała. - Przyszłabym chętnie nawet na sam śpiew.

- Wyglądasz bardzo ładnie! - Zielone oczy błyszczały mu bardziej 

niż kiedykolwiek przedtem. - Jak z okładki żurnala.

-   Dziękuję.   -   Znów   się   zaczerwieniła.   -   Chyba   troszeczkę 

przesadziłam   z   tą   sukienką.   Nie   miałam   pojęcia,   co   tutejsi   ludzie 
noszą do kościoła.

-   Kiedy   naprawdę   jesteś   bardzo   ładnie   ubrana   -   mówił   cicho, 

pieszczotliwym głosem. - Nigdy się nikim nie przejmuj. Ubieraj się 
zawsze tak, jak uważasz. Świetnie wyglądasz! Bardzo... jesteś ładna...

- Puśćże ją, Jess, i pozwól porozmawiać z ludźmi, których jeszcze 

nie zna - przerwała pani Inga, biorąc Nan pod łokieć. - Mam dla niej 
lepsze zajęcie niż stanie tutaj i słuchanie, że jest ładna. Ona o tym już 
wie,   a   jeśli   nie   wie,   to   powinna.   -   Starsza   pani   mówiła   karcącym 
tonem, ale Jess miło się uśmiechnął.

-   Pani   Frank   była   przez   lata   moją   nauczycielką   w   niedzielnej 

szkole - wyjaśnił Jess. -I kiedy mi każe skoczyć, to tylko pytam, jak 
daleko.

- Czasami ci się udawało, czasami nie, ale muszę powiedzieć, że 

byłeś   chłopakiem,   który   myśli.   I   dlatego   należałeś   do   dobrych 
uczniów.

Jess   wzruszył   ramionami.   Nan   odnotowała   kolejny   fragment 

informacji o mężczyźnie, który ją interesował. Chodzili w trójkę po 
całym kościele, spotykając się z coraz to nowymi ludźmi. A więc Jess 
był   chłopcem   myślącym,   dobrze   się   uczył.   Ciekawe,   czy   pozostał 
„myślącym"?   Czy   też   ustawił   życiową   poprzeczkę   na   tak   zwanym 
normalnym poziomie, na którym nie potrzeba sobie zadawać pytań na 
temat istoty spraw i kryjących się w tym szans? A jeśli rozmyślał, to 
czy był gotów dzielić się z kimś, kogo kochał i komu ufał, czy też był 
osobnikiem zamkniętym w sobie, kimś w stylu Johna Wayne'a?

Czy rzeczywiście zależało jej na tym, żeby się tego dowiedzieć?

background image

Jess   szedł   za   obiema   kobietami   zadowolony,   że   to   pani   Inga 

postanowiła wprowadzić Nan w tutejszy świat. Wydawało mu się, że 
ma   język   przyklejony   do   podniebienia   i   gdyby   spróbował   coś 
powiedzieć, słowo nie wyszłoby mu z krtani. Ale przynajmniej poszło 
mu   łatwo   z   tym   powitaniem.   "Cześć,   piękna   pani!"   Dobry   Boże! 
Tylko   potem   pytał,   jak   jej   się   podobało   kazanie   Walkera,   a   ona 
zrozumiała,   że   pyta   o   śpiew.   Pomyślała,   że   dopomina   się   o 
komplementy.   W   końcu   już   zupełnie   się   zagubił.   Mówił   jak 
aktorzyna,   głupek   z   czwartorzędnego   filmu:   „Wyglądasz   bardzo 
ładnie!"

Wcale   nie   wyglądała   bardzo   ładnie!   Wyglądała   przecudownie, 

zapierała   dech   w   piersiach,   była   ubrana   nadzwyczaj   elegancko   i 
skromnie zarazem. Była i tak niezwykle ładna, bez żadnej specjalnej 
oprawy, ale w tym stroju rzeczywiście zapierała człowiekowi dech w 
piersiach. Nan była piękna! Po co używać innych słów?

I z jaką łatwością poruszała się wśród jego przyjaciół! Z każdym 

rozmawiała   swobodnie,   jakby   go   znała   od   lat,   a   jednocześnie   nie 
zanadto   poufale.   Było   widać   jak   na   dłoni,   że   ludzie   z   miejsca 
odczuwają do niej sympatię. Przez cały czas nawiązywała doskonałe 
kontakty, które przyniosą wiele dobrego dla wypożyczalni. Robiła na 
ludziach wrażenie, na pewno!

Uderzyło go nagle, że Nan osiąga swój cel bez mizdrzenia się, 

bez widocznego wysiłku, naturalnym zachowaniem. Ciekawe, ile ją 
właściwie tak naprawdę obchodzą ludzie, z którymi rozmawia? Jess 
przypatrywał się z boku twarzy Nan. Nie malowało się na niej nic, co 
by pozwalało odpowiedzieć na to pytanie. Wydawała się dość szczera, 
jej niebieskie oczy błyszczały, śmiech towarzyszący rozmowom był 
jak   najbardziej   prawdziwy.   Pokazywała   się   taka,   jaka   jest,   czy 
udawała?

Podeszła Sue Petersen i uściskała Nan, coś do niej szepcząc. Nan 

roześmiała się i wyglądało, jakby spadł jej ciężar z serca. Ciekawość 
Jessa wzrosła, gdy zobaczył, iż obie kobiety bardzo się zaczerwieniły. 
Wiedział, że zdarza się to Nan, ale nigdy jeszcze nie przytrafiło się 
rudej  żonie  najlepszego   przyjaciela,  bez względu  na okoliczności  i 
prowokacje. Interesujące!

- Pędzę teraz do kuchni - powiedziała Sue, zagarniając gromadkę 

swoich dzieci. Najmłodsze złapało za rąbek jej dżinsowej spódnicy. 
-Niedługo się zobaczymy!

background image

- Czy mogłabym w czymś pomóc? - spytała Nan.
Sue   przez   chwilę   przypatrywała   się   jej,   a   potem   podała 

pucołowatego, rudego berbecia o nadąsanej buzi.

-   Doskonale!   -   powiedziała.   -   Masz   pod   opieką   Tommy'ego. 

Chodźmy!   Zaraz   cię   zapędzę   do   roboty!   -   Obróciła   się   i   poszła 
pierwsza ku drzwiom, prowadząc pozostałą trójkę dzieci.

Jess patrzył, jak zachowa się Nan. Spoglądała na Tommy'ego, a 

Tommy na nią. Nie uda jej się z nim wygrać, pomyślał Jess.

Nie udało się i udało zarazem. Tommy odczekał może dziesięć 

sekund, a potem rozdarł się na całe gardło, wzywając mamę, która 
była   już   prawie   za   drzwiami.   Przez   sekundę   Nan   wydawała   się 
zagubiona, a potem pochwyciła mocno szkraba, podniosła i umieściła 
pod pachą, wsparłszy  go o biodro. Potrafi  się zabrać za dzieciaka, 
pomyślał Jess. Głową wskazała wieszak odzieżowy.

- Podaj mi płaszcz, Jess! - poprosiła, wykorzystując w tym celu 

krótkie przerwy między pojedynczymi wrzaskami. - Ten szary. I biały 
szalik.   -   Tommy   stwierdziwszy,   że   znalazł   się   na   drugim   planie, 
rozkrzyczał się jeszcze głośniej.

Jess poszedł po płaszcz z trudem powstrzymując się od śmiechu. 

Z doświadczenia wiedział, że Tommy swym przeraźliwym krzykiem 
potrafi niemal nadwerężyć konstrukcję domu. Przykre doświadczenie 
dla Nan. Musi teraz dotrwać do końca.

Kiedy wrócił z płaszczem, śmiał się już całkiem otwarcie. Nan 

zupełnie to zignorowała. Wystawiła prawą rękę i włożyła ją w rękaw 
płaszcza. Potem wykonała pół obrotu i rozwrzeszczany dzieciak otarł 
się o klatkę piersiową Jessa. Rozpoznając znaną mu osobę Tommy 
wyciągnął ręce i nim Jess się zorientował, na piersiach zawisło mu 
dziecko. Tommy nadal ryczał, ale odgłosy tłumiła pierś mężczyzny, 
do którego się przytulił, zlewając łzami szary garnitur. Malutkie rączki 
trzymały szyję Jessa niby w kleszczach. Nan uśmiechnęła się, kończąc 
wkładanie płaszcza.

-   Ładna   robota   -   powiedziała   Inga   Frank.   Włożyła   już   także 

płaszcz i teraz go zapinała. - Potrafisz sobie radzić z mężczyznami i z 
dziećmi, moja droga!

- Może to instynkt, bo nie doświadczenie - odparła Nan, idąc w 

stronę   drzwi.   Nagłe   olśnienie!   Rzuciła   okiem   na   Jessa   i   jego 
wydzierający się „pakunek". - Oddałam mu to, na co zasłużył. Gdyby 
ze mnie nie podkpiwał, nie musiałby teraz dźwigać dzieciaka.

background image

Oczywiście Jess nie bardzo temu uwierzył.
Niosąc   z   kuchni   naręcze   talerzy   Nan   pomyślała   sobie,   że 

niedzielne  obiady w domu  Petersenów  muszą  mieć  długą  tradycję. 
Cała rodzina mieszkała w obszernej, starej plebanii tuż obok kościoła 
i na niedzielny posiłek zjawiali się wszyscy, którzy nie mieli rodziny, 
czuli się samotni lub po prostu nie mieli ochoty tego dnia gotować. 
Niektórzy przynosili nawet własne wiktuały.

Jedna z przyczyn wprowadzenia tego rytuału stała się jasna, gdy 

po wniesieniu   przez  Walkera  i  Jessa  wielkich  półmisków  i  równie 
wielkich   waz,   pastor   powiedział   do   Nan,   że   gotowanie   jest   jego 
życiowym hobby. Walker zdjął już kościelne odzienie i teraz miał na 
sobie teksaską koszulę z podwiniętymi rękawami.

- I bardzo lubię przygotowywać wszystko w sobotę wieczorem, a 

podczas roboty przemyślać nad niedzielnym kazaniem.

- Dzisiejsze kazanie bardzo mi się podobało - odparła Nan. Ponad 

ramieniem pastora rzuciła okiem na Jessa, stojącego w pobliżu drzwi 
kuchennych i zatopionego w rozmowie z jakimś mężczyzną. - Ale co 
mnie najbardziej zaskoczyło, to...

- Śpiewanie Jessa? Ja też stałem jak wryty, słuchając go po raz 

pierwszy.

- Kiedy to było? - spytała Nan, przez cały czas zerkając w stronę 

Jessa, któremu ów niski mężczyzna o rumianej twarzy wyszeptał do 
ucha jakieś żale.

- Kiedy? Zaraz... - Walker żartobliwie usiłował pochwycić swą 

najstarszą   córkę,   gdy   ta   prześlizgiwała   się   wdzięcząc   do   niego. 
Ciemnowłosa dziewczynka zachichotała i pozwoliła, żeby ją przytulić. 
Kiedy odeszła, pastor ciągnął dalej: - Około siedmiu lat temu. Dopiero 
co się wprowadziliśmy. Jeszcze nie urodziła się Jessica. A on właśnie 
powrócił...

- Jessica? Czy jej imię...?
- .. .ma związek z Jessem? Oczywiście! Poród był spodziewany w 

połowie   lutego.   Ale   bóle   zaczęły   się   wcześniej.   Nastąpiły   różne 
komplikacje, z którymi nasz doktor Muller nie potrafił sobie poradzić. 
Jess zabrał moją żonę samolotem do Rapid. Trudny był to lot i w 
czasie złej pogody. Ale to ocaliło Sue i Jessicę. - Walker obrócił się i 
spojrzał na przyjaciela. - Nigdy nie potrafię mu spłacić zaciągniętego 
długu.

background image

Nan   korciło,   żeby   dowiedzieć   się   czegoś   więcej,   ale   obiadowi 

goście zaczęli właśnie zapełniać jadalnię. Spostrzegła, że Jess klepie 
po   plecach   mężczyznę,   który   mu   się   zwierzał,   a   teraz   miał   łzy   w 
oczach.   Czy   Jess   właśnie   pomagał   innemu   przyjacielowi?   Jaki   on 
właściwie jest, ten Jess? Kim on jest? Co innego wyczyniać akrobacje 
powietrzne   dla  przyjemności  albo  zarobkowo, a  co innego  narażać 
życie dla kogoś.

Gdy   się   zbliżał,   patrzyła   na   niego   ze   zwiększonym 

zainteresowaniem. Jess zdjął już marynarkę i krawat, i podwinął do 
łokcia   rękawy   koszuli.   Muskularne   ramiona   były   podniecające. 
Jasnorude włosy lśniły w południowym słońcu. Na chwilę wstrzymała 
oddech. Nie opuszczaj mnie, rozsądku, pomyślała.

W   oczach   Nan   Jess   dostrzegł   coś,   czego   przedtem   nie   było. 

Walker musiał naplotkować. To ją wytrąciło z równowagi. Musi na 
ten temat pogadać z przyjacielem...

A   właściwie   dlaczego   Walker   nie   miałby   z   nią   rozmawiać   i 

opowiadać różnych rzeczy? Jeśli Nan ma zostać parafianką. .. jeśli jej 
pobyt w kościele wynikał ze szczerej potrzeby, a nie był rezultatem 
ciekawości czy nudy... Co za różnica, z kim mówi i o czym mówi? I 
co go to obchodzi? Ależ ona jest piękna!

- Widzę, że byłeś zaabsorbowany problemami tego niskiego pana 

-   odezwała   się   Nan   przyciszonym   głosem,   wskazując   głową 
mężczyznę,   który   z   przejęciem   napełniał   sobie   talerz.   Odgarnęła 
dłonią opadający na twarz kosmyk jasnych włosów.

Jessa świerzbiły palce, żeby poprawić ten kosmyk.
- To jest Charlie. Przypominasz sobie? Mój przyjaciel z Czarciej 

Dziury.

-   Ooo?   -   Spojrzała   ponownie   na   Charliego   i   pokiwała   głową, 

jakby już wszystko zrozumiała. - On tu przyjeżdża do kościoła?

- Przyjeżdża na darmowy obiad, I wówczas, kiedy ma kłopoty i 

musi ze mną porozmawiać. - Jess włożył ręce do kieszeni spodni. - 
Znamy się już kupę lat. Ale to nie były dobre dla niego lata. Pomagam 
mu, jeśli mogę. To jest nadal najlepszy mechanik w całym stanie. Nikt 
mnie tyle nie nauczył o silnikach i ich naprawie, co on.

- Rozumiem - odparła i wydawało jej się, że naprawdę rozumie.
Charlie jadł z wielkim apetytem.  Trzęsły  mu  się ręce, a twarz 

zdradzała upodobanie do płynów mocniejszych niż herbata czy kawa. 

background image

Były mąż Nan chyba jeszcze nie był w tym stanie, ale już niedługo 
będzie.

- Spoglądasz z dezaprobatą - zauważył Jess, patrząc w ślad za jej 

spojrzeniem, które wyraźnie stężało. Był niezadowolony.

- To nie moja sprawa! - Wzruszyła ramionami.
- W istocie nie twoja! - Ściągnął gniewnie usta.
- A gdzie jest Jimmy? - spytała, chcąc zmienić temat, by oczyścić 

atmosferę. - Myślałam, że będzie z tobą w kościele.

- Pojechał do domu. - Jess troszkę się rozluźnił. - Cała rodzina 

chodzi do wiejskiego kościoła w pobliżu farmy ojca. Walker jeździ 
tam   czasami   odprawiać   nabożeństwo.   Warto   go   tam   posłuchać. 
Krzyczy i nie owija słów w bawełnę. Aż wióry lecą.

- Bardzo się przyjaźnicie, prawda?
- O, tak! - Jess uśmiechał się teraz szeroko. - Nie ma lepszego 

przyjaciela!

- Wydaje mi się, że on jest takiego samego zdania. - Ujęła go pod 

ramię. - Chodźmy coś zjeść. Zgłodniałam!

Jess   chętnie   przyjął   propozycję,   a   Nan   odetchnęła   z   ulgą,   że 

nastąpiło   zawieszenie   broni.   Wydawało   się,   iż   potrafią   razem 
przebywać, czując się dobrze w swoim towarzystwie.

Tego popołudnia wydarzyły się jednak jeszcze dwie rzeczy, które 

nie pozwoliły Nan uspokoić się całkowicie. Jedna była dobra, druga 
zła.

Dobrą   była   rozmowa   pozwalająca   stwierdzić,   że   nie   popełniła 

towarzyskiego   czy   też   środowiskowego   nietaktu,   wypożyczając 
Petersenom film erotyczny. Chociaż Sue już poprzednio podziękowała 
szeptem, mówiąc, że film bardzo jej się podobał, Walker nic o tym 
jednak   nie   wspomniał.   Lecz   kiedy   większość   gości   pożegnała   się, 
spytał:

-   Czy   pani   sprzedaje   jakieś   karty   członkowskie   do   swojej 

wypożyczalni, Nan? - Siedzieli we czwórkę przy kuchennym stole. 
Pod   stołem   bawiły   się   dzieci,   raz   po   raz   wybiegając   do   drugiego 
pokoju.   Nikomu   oprócz   Nan   czyniony   przez   nie   hałas   nie 
przeszkadzał. - Takie karty ze zniżką dla regularnych klientów.

- Oczywiście. - Nan odstawiła kawę. - Za kilka dni zacznę też 

proponować tak zwane okazje tygodnia. Jak tylko zorientuję się, że 
będzie ruch w interesie.

background image

- No to proszę nas wpisać na listę oczekujących na klubowe karty. 

- Walker uśmiechnął się mało świątobliwie. Nan też się roześmiała. - 
Bardzo nam się podobał ten film, który wczoraj oglądaliśmy - dodał, 
spoglądając na żonę.

-   Czy   znów   będę   ojcem   chrzestnym?   -   spytał   z   udawanym 

przerażeniem Jess. - Za dalsze dzieci nie biorę już odpowiedzialności, 
zapowiadam!

-   Nic   się   nie   martw.   -   Sue   poklepała   jego   dłoń.   -   Po   prostu 

podobał   nam   się   film,   który   i   ty   powinieneś   obejrzeć.   Twojej 
stwardniałej duszy przyda się trochę romantycznych przeżyć.

- Kiedy ja nie...
- Mamo! - płaczliwy głos najstarszej córki przerwał odpowiedź 

Jessa. Jessica przybiegła z dworu, zatrzaskując za sobą drzwi. Nan 
przyglądała się i słuchała reprymendy, jaką dziewczynka dostała za 
niegrzeczne   przerywanie   starszym.   Zrobiły   na   niej   wrażenie 
przeprosiny malej, ale zastanowiły słowa:

-  Mamo,  kiedy  ja się  bawiłam  z Billym,  to on powiedział,  że 

wcale nie jesteśmy dziećmi Pana Boga. - Niebieskie oczy napełniły 
się łzami.

Walker potarł brodę i spojrzał w niebo. Jess coś mruknął i wlepił 

wzrok w filiżankę z resztką kawy.

-   A   z   jakiego   powodu   on   to   powiedział,   kochanie?   -   Matka 

zachęcająco położyła córce dłoń na ramieniu.

- Z powodu filmów. - Dziewczynka przełknęła i próbowała się 

uśmiechnąć. - Billy nie ma racji, prawda, mamo?

- Wydaje nam się, że nie ma. - Matka przytuliła córkę.
- Zdejmij płaszczyk i zostań w domu. Zrobiło się chłodno.
- Jessica znów się uśmiechnęła ocierając łzy i popędziła schodami 

na górę, nawołując siostry, by poszły za nią.

Walker mruknął coś pod nosem. Był wyraźnie zły. Jess jeszcze 

bardziej.

- Z powodu filmów? - Nan odczuła nagłą pustkę w żołądku. - Z 

powodu moich filmów?

- Nic się tym nie przejmuj, moja droga! - powiedziała Sue. - Po 

prostu są między nami ludzie, których moralność jest staroświecka.

- Brak im tolerancji, są po prostu dziwni - dodał Walker. Jess nie 

odezwał się.

background image

-  Trzeba  mnie  odwieźć do domu,  Jess!  - przerwała  pani Inga, 

która   weszła   do   kuchni   z   saloniku,   gdzie   rozmawiała   z   paroma 
przyjaciółmi. Jess już wstawał na to polecenie, ale Nan zaofiarowała 
się odwieźć starszą panią mówiąc, że też już musi wracać. Inga Frank 
chętnie przystała na zmianę osoby kierowcy. Nan wydawało się, że w 
oczach   Jessa   dostrzega   żal.   Czy   dlatego   że   lubił   odwozić   starszą 
panią?

Czy może żałował, że Nan odchodzi?

background image

ROZDZIAŁ 5

Jednakże następnego dnia Nan doszła do wniosku, że to nie ona 

była przyczyną żalu Jessa. Nie zadzwonił, nie przyszedł, nie uczynił 
nic, żeby się z nią spotkać. Z niezbyt dużym powodzeniem usiłowała 
o nim  nie  myśleć  i  skoncentrować  się  na  ważnych  rzeczach  w  jej 
życiu: na wypożyczalni kaset i planach na przyszłość.

W poniedziałek pojechała do pracy z nadzieją, że Jess się pojawi, 

chociaż   nie   ma   dla   niej   żadnej   przesyłki.   Niebo   było   pokryte 
stalowymi chmurami, preriami gnał wiatr, uderzając w miasto. Nan z 
zadowoleniem powitała ostre podmuchy, wiedząc, że zapowiadają one 
cieplejsze dni.

Myliła   się.   Ani   Jess   się   nie   pojawił,   ani   pogoda   nie   uległa 

poprawie.  Ten   wiatr  zapowiadał   opady   śniegu,   który  -  lepiący  się, 
mokry - pokrył miasto i prerie dokoła. Nie utrzymał się jednak długo i 
pozostawił   po   sobie   brunatną   breję.  Ranczerzy   i   farmerzy   ratowali 
nowo   narodzone   bydło,   szczęśliwi,   że   temperatura   nie   opadła   zbyt 
nisko   i   że   błoto   nie   jest   zbyt   wielkie.   Pozostali   ludzie   nie   mieli 
żadnych powodów do zadowolenia.

Interes   Nan   rozwijał   się   znakomicie.   Matki,   które   zwykle 

pozwalały   dzieciom   bawić   się   na   zewnątrz   nawet   przy   niskich 
temperaturach, teraz, w obawie o skutki zabaw w błotnistej mazi - 
głównie dla ubrań i butów - zatrzymywały swoje pociechy w domu. 
Wszyscy wydawali się jakby rozkojarzeni w tych wiosennych dniach, 
sprzyjających budzeniu się natury. W poniedziałek Nan wysłuchiwała 
urywków matczynych rozmów, gdy kobiety oddawały kasety wzięte 
na   weekend.   Wystarczyły   lekkie   sugestie   ze   strony   Nan,   aby 
zwiększyła się ilość filmów wypożyczanych dla dzieci.

- Jak mogliśmy przedtem istnieć bez twoich filmów! -powiedziała 

Sue, zwracając po południu kasety. W tym czasie w wypożyczalni 
było jeszcze sześć kobiet. Przeglądały nerwowo kasety, chcąc zdążyć 
coś obejrzeć, nim dzieci powrócą ze szkoły. - Dziś rano na zakupach 
słyszałam   głównie   rozmowy   na   temat   twojej   wypożyczalni.   Każdy 
miał nadzieję, że upatrzony film powróci do ciebie przed wieczorem i 
będzie do wzięcia. Przy takiej pogodzie zrobisz majątek!

- Przykro mi, że jest zła pogoda dla ranczerów - odparła Nan, 

odnotowując na komputerze wybrane przez Sue kasety.

-   Pamiętam,   kiedy   byłam   jeszcze   w   domu...   w   Wyoming, 

wiosenne śniegi potrafiły narobić wiele szkody.

background image

-   To   prawda.   Mamy   jednak   szczęście.   Ziemia   tylko   trochę 

rozmokła.

- Człowiek zapomina, jakie znaczenie ma pogoda. – Nan zerknęła 

na niski stół, który ustawiła specjalnie dla dzieci. Siedziały przy nim 
dwie   młodsze   córeczki   Sue   i   kilkoro   innych   przedszkolaków, 
kolorując obrazki w specjalnych zeszytach. - Zwłaszcza w tej części 
kraju - dodała. - W Kalifornii potrzeba trzęsienia ziemi albo wielkiego 
pożaru   czy   obsunięcia   zbocza,   żeby   zwrócić   czyjąś   uwagę.   W 
codziennym życiu i doraźnych planach pogoda nie jest ważna.

-   Tutaj   jest   -   odparła   Sue   i   poprawiła   Tommy'ego,   którego 

trzymała na rękach. Dziecko, ssąc w buzi dwa paluszki, przyglądało 
się podejrzliwie Nan. - Już tego doświadczyłaś.

Nan uśmiechnęła się do obojga.
-   Wydaje   mi   się   chwilami,   że   znowu   jestem   w   rodzinnych 

stronach, do których obiecałam sobie nie wracać.

- Dlaczego przyjechałaś właśnie tu?
-   Po   prostu   nadarzyła   się   okazja.   Dobre   miejsce   na   założenie 

biznesu. To pierwszy krok w interesach. Mam nadzieję otworzyć kilka 
wypożyczalni. I to jak najszybciej. - Była już gotowa opowiedzieć w 
szczegółach,   jakie   są   jej   zamiary,   ale   dostrzegła,   że   uwaga   Sue 
przeniosła   się   na   dzieci.   Czyżby   jakimś   słowem   ją   ubodła?   Może 
nieświadomie   dotknęła   jakiejś   nie   zabliźnionej   rany?   Ze   swoich 
obserwacji   wyciągnęła   wniosek,   że   przygotowanie   i   możliwości 
Walkera były znacznie większe niż te, których zazwyczaj wymaga się 
od   małomiasteczkowego   kaznodziei.   Życie   Sue   było   związane   z 
mężem   i   dziećmi.   Czy   to   ją   satysfakcjonowało?   Może   po   cichu 
cierpiała z powodu jednostajnego życia, jakie tu prowadziła?

Nie   zaprzyjaźniła   się   jeszcze   na   tyle   z   Sue,   by   oczekiwać 

zwierzeń.

-   Raz   jeszcze   bardzo   dziękuję   za   wczorajsze   zaproszenie   - 

powiedziała,   gdy   Sue   odwróciła   się   do   niej.   -   Wspaniały   obiad, 
czułam   się   u   ciebie   doskonale.   I   byłam   bardzo   miło   przyjęta   w 
kościele. Wszystko było wspaniałe.

- Jedna wielka rodzina... - oczy Sue patrzyły ciepło.
- Decydując o przyszłości i karierze Walkera mogliśmy wybierać. 

On jest teraz bardzo szczęśliwy...

Nan   chciała   prosić   o   bliższe   wyjaśnienie   dość   enigmatycznej 

informacji, ale weszły dwie klientki, kładąc kres prywatnej rozmowie. 

background image

Szybko wybrały filmy i wdały się w miłą rozmowę z Sue i Nan. Nagle 
otworzyły się drzwi i wszedł jakiś mężczyzna. Nan spojrzała kątem 
oka i stwierdziwszy, że to nie jest Jess, przestała się nim interesować, 
ale   nie   na   długo.   Rozległ   się   krzyk   przestraszonego   dziecka   i 
zobaczyła, że mężczyzna wyszedł zza jednej z półek i zaczął odciągać 
od   stoliczka   córeczkę   Sue,   Callie.   Dziewczynka   rozpłakała   się, 
mężczyzna   zaś   szarpał   ją,   cały   czerwony   ze   złości.   Krępy, 
chuderlawy, ale z potężnym brzuchem. Rozległą łysinę okalała korona 
siworudych włosów.

- Oburzające, pani Petersen! - krzyknął i pchnął Callie w stronę 

matki. Sue przygarnęła ją, niemalże upuszczając Tommy'ego. - Pani 
córka ogląda wyzywające obwoluty świństw, rozprowadzanych przez 
tę kobietę! - Palcem wskazywał Nan. - I to robi córka sługi Boga! 
Ogląda podsuwane przez szatana obrazki! A matka stoi obok i nic na 
to nie mówi! Powinna się pani wstydzić!

Nan i Sue jednocześnie odzyskały mowę.
-   Proszę   wyjść   z   mojego   lokalu!   -   krzyknęła   Nan,   wskazując 

drzwi.

- Niech pan nie śmie dotykać mego dziecka! - zagrzmiała Sue, 

tuląc małą. Tommy również się rozpłakał. Pozostałe kobiety i dzieci 
stały osłupiałe, oszołomione nagłym wybuchem mężczyzny.

Nan wyszła zza lady, zatrzaskując za sobą blat.
-   Jazda,   wynosić   się!   -   rozkazała,   idąc   w   stronę   mężczyzny. 

Ustąpił przed nią, jakby zdumiony, że kobieta reaguje w ten sposób. 
Prawie wypchnęła go za drzwi. W chwilę potem brnął przez rozmokły 
śnieg do poobijanej furgonetki.

Gdy   już   odjechał,   rozbryzgując   śniegową   breję,   zdała   sobie 

sprawę, jak. bardzo ją zdenerwował. Oklaski aprobaty świadczyły, że 
obecne w sklepie klientki są po jej stronie.

- Czy nic jej nie zrobił? - spytała z niepokojem, spiesząc w stronę 

Sue. - Wezwę policję.

- Nie, nic. Tylko bardzo przestraszył - Sue klęcząc przy córce, 

potrząsnęła przecząco głową. Gładziła główkę Callie. Dziecko już nie 
płakało, tylko od czasu do czasu wstrząsał nim szloch. - Już wszystko 
w porządku, kochanie, prawda?

- Tatuś Billy'ego bardzo niedobry - powiedziała mała. Spojrzała 

na Nan. - Pani postraszyła! - Na drobnej buźce pojawił się uśmiech.

background image

-   Booo!   -   stwierdził   malutki   Tommy,   który   siedział   teraz   na 

podłodze. Przestał płakać i był najwidoczniej zafascynowany całym 
wydarzeniem. Zaczął wymachiwać rączkami.

Nan pochyliła się i wzięła szkraba na ręce. Tommy natychmiast 

złapał ją za włosy.

- To był ojciec Billy'ego, aha! - powiedziała, przypominając sobie 

wczorajszy incydent z Jessicą Petersen. - I nie chcesz wzywać policji? 
Jesteś pewna?

-   On   jest   stuknięty   -   powiedziała   któraś   z   kobiet,   a   inne   jej 

przytaknęły. - Ale nieszkodliwy. - Roześmiała się. - A pani go tak 
wystraszyła, że na pewno pognał aż do Czarciej Dziury.

Sue podniosła się z klęczek, dźwigając Callie.
- W każdej miejscowości znajdzie się taki. Wydaje mu się, że ma 

bezpośrednią linię telefoniczną do Pana Boga. W swoim domu założył 
kaplicę i przewodzi jakiejś sekcie. Żal mi jego rodziny. - Zwróciła się 
następnie do Nan: - Dziękuję, że stanęłaś w mojej obronie. Tak mnie 
zaskoczył, że nie byłam zdolna jasno myśleć.

-   Tatuś   Billy'ego   niedobry   -   stwierdziła   Callie,   bacznie 

przyglądając się Nan.

- Nie mów tak, kochanie - powiedziała Sue, tuląc główkę dziecka 

do   ramienia.   -   Tatuś   Billy'ego   nie   zrobił   tego   naumyślnie.   Nie 
wiedział, co robi. Musisz  mu  wybaczyć i o wszystkim zapomnieć. 
Dobrze, córeczko?

Callie skinęła główką, już prawie zupełnie uspokojona.
Nan pomyślała, że to przebaczenie jest zbyt pochopne, ale nic nie 

powiedziała.

To nie była jej córka. Natomiast to był jej lokal i postanowiła 

sprawdzić,   jakie   kasety   są   na   półce   i   co   tak   mogło   zdenerwować 
„kochanego"   tatusia   Billy'ego.   Z   tego,   co   pamiętała,   wszystkie 
obwoluty były zupełnie niewinne.

Może z wyjątkiem paru. Czasami obwoluta przejaskrawiała treść. 

Trzeba jednak bardziej uważać w przyszłości.

- Niech się tylko Jess o tym nie dowie - Sue zwróciła się do Nan z 

tą dziwną prośbą tuż przed odejściem, gdy przez chwilę znajdowały 
się sam na sam. - Jess nie znosi Douglasa Neilsona. To jest właśnie 
ojciec   Billy'ego.   Łagodnie   mówiąc,   nie   są   przyjaciółmi.   Już   od 
niepamiętnych czasów.

- Dobrze, nic mu nie powiem - zgodziła się Nan - ale...

background image

- Dziękuję. - Sue odebrała Tommy'ego z rąk Nan. Dziecko nie 

chciało   puścić   jej   włosów.   Kiedy   żartując   zajęczała,   Tommy   się 
zaśmiał.   Machał   do   niej   rączką   nawet   wtedy,   kiedy   już   siedział 
zapięty pasem w samochodzie.

Korzystając   z   chwili   spokoju   Nan   poszła   sprawdzić   obwoluty. 

Nie   znalazła   absolutnie   niczego,   co   mogłoby   kogokolwiek 
doprowadzić do podobnego wybuchu. Dziwne. Dlaczego Sue prosiła, 
by nie dowiedział się o tym Jess? Rozumiałaby, gdyby chodziło o 
Walkera.   Był  przecież   ojcem   dziecka,   które   doznało   krzywdy.  Ale 
Jess? I dlaczego Sue w ogóle myślała, że Nan będzie miała okazję 
powtórzyć   to   Jessowi?   Czy   Jess   ciągle   rozmawia   na   jej   temat   ze 
swoimi   przyjaciółmi?   Czy   będzie   miała   okazję   dowiedzieć   się 
wreszcie z jego własnych ust, co o niej myśli? Czy też usłyszy o tym 
wyłącznie z małomiasteczkowych plotek?

W ciągu następnych dni nie miała okazji nic mu powiedzieć, bo 

go nie widziała. Do środy już prawie zapomniała o poniedziałkowym 
incydencie.   Nie   było   też   żadnych   reperkusji   ze   strony   Douglasa 
Neilsona,   samozwańczego   cenzora   obyczajów.   Nikt   nie   wspominał 
przykrego   wydarzenia,   nawet   żadna   z   osób,   które   były   tego 
świadkami. Przeszło, minęło, pomyślała Nan. Brudna woda spłynęła 
rzeką, teraz płynie czysta - przypomniała sobie stare powiedzenie.

Pierwsza   połowa   tygodnia   upłynęła   zadziwiająco   dobrze   pod 

względem liczby wypożyczonych kaset. Nan wysłała wstępny raport 
do   dyrekcji   FFR,   prosząc   o   przysłanie   następnej   partii   filmów   i 
ostrzegając   przed   wyborem   obwolut,   mogących   obrazić   czyjeś 
uczucia. Przedstawiła też plan promocji i zniżek dla stałych klientów. 
Niedzielne   pytanie   Walkera   w   tej   sprawie   skłoniło   ją   do 
zastanowienia   się,   czy   nie   należałoby   dostosowywać   cennika   do 
lokalnych warunków, zamiast stosować ogólnie obowiązujące zasady 
narzucane przez dyrekcję. Przekazała parę oryginalnych, jak sądziła, 
sugestii w tej sprawie i niecierpliwie czekała na odpowiedź.

Wiedziała,   że   wkrótce   potrzebna   będzie   jej   pomoc.   Przez 

pierwsze dni pracowała bez wytchnienia i nic nie wskazywało na to, 
że cokolwiek się zmieni. Może wszystko w końcu się unormuje, ale 
tak czy owak na dłuższą metę nie udźwignie interesu sama. I musi 
mieć czas dla siebie. Każdy tego potrzebuje. Co prawda ona chyba 
mniej niż inni. Jej pokarmem była praca, a siłą napędową ambicja. 

background image

Niemniej   samo   życie   wymaga   wykonywania   wielu   przyziemnych 
czynności.

W środę wieczorem poszła po zakupy.
Śnieżna breja już prawie zniknęła,  ziemia  pozostawała miękko 

gliniasta.   Powietrze   było   ciepłe   nawet   po   zachodzie   słońca   - 
temperatura   około   piętnastu   stopni   Celsjusza.   Pachniało   wiosną,   w 
nozdrza   wdzierał   się   ostry   aromat   przegniłej   ziemi,   budzący 
przedziwne,   niemal   zmysłowe   sensacje.   W   Nan   coś   się   poruszyło. 
Stanęła na parkingu przed supersamem i jeszcze przez kilka minut 
siedziała w swoim kombi zatopiona w myślach.

W czasie pobytu w Kalifornii nie odczuwała tak silnie zbliżenia z 

naturą. Ot, żyła wśród niej. Dziwne, że teraz każdy haust świeżego 
powietrza i wilgotny zapach ziemi zawierał jakąś tajemną obietnicę. 
Rozbawiona   tymi   myślami   potrząsnęła   głową.   Wyszła   z   wozu   i 
sprawdziwszy, czy ma  listę  zakupów, skierowała kroki do wielkiej 
hali.

Stała właśnie pochylona nad półką z owocami i jarzynami, kiedy 

usłyszała głos:

- O tej porze roku nie ma wielkiego wyboru. Ale od przyszłego 

tygodnia zaczynam dostarczać samolotem świeże truskawki.

- Jess Rivers! - wykrzyknęła, prostując się. - Zaskoczyłeś mnie! - 

Powstrzymywała szaleńczy bieg serca.

- Przepraszam! - sięgnął po mały pomidor. - Powinienem był się 

zapowiedzieć. Może masz rację. - Nie uśmiechał się i nie patrzył na 
nią. Ta sama kamienna twarz, jaką zobaczyła, gdy spotkali się po raz 
pierwszy.

Miał na sobie to samo stare ubranie: dżinsową, wytartą kurtkę 

pilota   i   długie   spadochroniarskie   buty.   Tylko   podkoszulek   zastąpił 
gimnastyczną bawełnianą koszulą, tak starą i znoszoną, że nie można 
już było odcyfrować znaku klubowego umieszczonego na przodzie. W 
ustach, o dziwo, nie trzymał cygara, natomiast chyba od niedzieli się 
nie golił. Ostre jarzeniowe oświetlenie wydobywało zarost, dodając 
męskości smagłej twarzy. Bardzo pociągające!

-   Byłeś   pewno   bardzo   zajęty?   -   spytała,   chcąc   nawiązać   jakiś 

kontakt.

- Aha -odparł.
- Jimmy też pewno ciężko pracował?
- Ma dużo lekcji do odrabiania.

background image

- Powiedz mu, żeby wpadł. A ty również nie zapominaj o mnie. 

W niedzielę  nie  mieliśmy   właściwie  okazji  porozmawiać,   a jestem 
ciekawa...   Kiedy   usłyszałam   twój   śpiew...   Chciałabym   wiedzieć, 
dlaczego...

-   Dlaczego   się   tym   interesujesz?   -   spytał   niemiłym   głosem. 

Patrzył przy tym bacznie, jakby ze złością.

- Co proszę? - była zaskoczona.
- No właśnie. - Odrzucił kartofel, który spadł i potoczył się na 

ziemię. - Co cię to obchodzi, skoro przyjechałaś tylko po to, żeby 
zrobić   interes?   Zrobisz,   nie   będziemy   ci   więcej   potrzebni   i 
wyjedziesz!

- Od pierwszej chwili podejrzewałam, że pleciesz coś bez sensu. 

O   co   ci   chodzi,   Jess?   -   Jego   zaczepne   zachowanie   wzburzyło   ją. 
Chciała rozpocząć miłą  rozmowę  i okazać przyjaźń, a on wykopał 
topór wojenny z powodu, którego w ogóle nie mogła zrozumieć.

Jess   nabrał   powietrza.   Postanowił   nie   dać   się   wytrącić   z 

równowagi. Od początku założył, że nie będzie dużo mówił. Ciarki po 
nim przebiegły, gdy zobaczył ją w sklepie, ale kiedy podszedł, by się 
po   prostu   przywitać,   wszystkie   zamierzenia   ulotniły   się.   Był 
wytrącony   z   równowagi.   Wzruszeniem   ramion   usiłował   pokryć 
targające nim uczucia. Wpatrzył się tępo w cebule na półce i wydusił z 
siebie:

- Po co masz nawiązywać jakiekolwiek znajomości, jeśli jedynie 

czyhasz na okazję, żeby się stąd wydostać?

- Aaa, to cię gryzie! - Początkowo Nan nie miała pojęcia, o czym 

on   mówi,   teraz   sobie   przypomniała.   -   Że   powiedziałam   Sue,   iż 
Hennington jest miejscem mojego startu w interesach? Że zamierzam 
otworzyć wypożyczalnie w całym okręgu, objąć moją działalnością 
większy teren? A co w tym złego?

- Absolutnie nic! - Wydawał się zafascynowany błyszczącymi, 

suchymi   płatami   łusek   wyjątkowo   wielkiej   cebuli.   Delikatnie 
przesuwał po niej palcami, a ciemna łuska szeleściła i był to podkład 
dla słów.

- Czy to nie to samo, co ty robisz? Zaspokajasz potrzeby lokalne i 

całego regionu. Nie mógłbyś się utrzymać z przewożenia materiałów i 
paczek z jednego końca Henningtonu na drugi!

-   Oczywiście,   ale...   Nie   mówmy   o   tym!   -   Jess   skarcił   się   w 

myślach.   Zaplątał   się.   Przewrażliwiona   reakcja   na   to,   co   mu 

background image

powiedziała Sue. Zrobił z siebie głupca! - Jestem po prostu w złym 
humorze,   tylko   to.   Napatoczyłaś   się   i   oberwałaś...   -   usiłował   się 
uśmiechnąć. - Zapomnijmy o tym.

- Co się stało, Jess, powiedz! Coś z Jimmym? - Położyła mu dłoń 

na ramieniu.

Wydawało mu się, że nawet przez grubą skórę starej kurtki czuje 

ciepło   tego   dotyku.   Widział   na   jej   twarzy   prawdziwy   niepokój.   O 
niego czy o młodszego brata? Może tylko o niego? Nie czuł już żalu o 
stosunek Nan do Henningtonu.

- Masz ochotę na piwo po sprawunkach? - zapytał.
- Oczywiście - odparła uśmiechając się. - Jeśli tylko nie będziesz 

się wstydził pokazywać publicznie ze spadochroniarką.

- Spadochroniarką?
- No wiesz, osobą spuszczaną, jak to się mówi, na spadochronie. 

Oczywiście w przenośni. Taka osoba przyjeżdża, żeby ubić interes, 
zebrać głosy, wygrać wybory, a potem ucieka. Albo zachowuje się jak 
Rett w „Przeminęło z wiatrem". Być może będę musiała stąd odejść, 
ale nie mam zamiaru nikogo wykorzystać, zyskać niczego za darmo. 
Poza tym bardzo mi się tu podoba. I podobają mi się ludzie, których 
poznałam... dotychczas...

- Masz jednak wątpliwości? - zapytał myśląc, że pewno też jest 

zaliczany do grupy ludzi, wobec których Nan ma wątpliwości.

- Gdybym ich nie miała, to byłoby dziwne - odparła. - No więc, 

idziemy na to piwo, czy nie?

Niemalże dal się wciągnąć w tę zabawę. Jess jeszcze jako dziecko 

oglądał   „Przeminęło   z   wiatrem"   i   teraz   miał   wielką   ochotę 
odpowiedzieć: „Tak, miss Scarlett!" Zamiast tego odparł:

- Przecież cię zaprosiłem, no nie? - a twarz miał przy tym bez 

wyrazu.

Rozejrzawszy   się   dokoła   Nan   stwierdziła,   że   bar   przedstawia 

nieco   unowocześnioną   wersję   kowbojskiej   tawerny   z   Dzikiego 
Zachodu. Tylko zamiast pianina i brzdąkającego pianisty stała w rogu 
szafa   grająca.   Całą   przestrzeń   wypełniały   dźwięk   muzyki   country. 
Koło stołków przy barowej ladzie nie było mosiężnych spluwaczek, a 
klienci   nie   palili   skręcanych   machorkowych   papierosów,   chociaż 
powietrze było ciężkie od dymu. Najwidoczniej nie obowiązywały tu 
zarządzenia   nakazujące   wentylowanie   pomieszczenia.   Nie   było   też 
fordanserek, wciągających pijanych kowbojów schodkami na piętro, 

background image

niemniej   wielu   młodszych   gości   planowało   romantyczne   eskapady 
jeszcze tego samego wieczoru. Nan była o tym przekonana. Podawane 
piwo było zimne, z pianką, i zdecydowanie nie należało do gatunku 
słabych. W lokalu panował mrok, nie taki jednak, by nie dostrzegać 
twarzy osób siedzących w pobliżu. Było wspaniale!

-   Boskie   miejsce!   -   oświadczyła  dość   głośno,   by   przekrzyczeć 

hałaśliwą muzykę. - Często tu przychodzisz?

- Od czasu do czasu - odparł i pociągnął łyk piwa. Przyjechali tu 

osobno, każde swoim samochodem. Od chwili wejścia do „Kantyny", 
jak nazywał się lokal, Jess niewiele się odzywał.

Tego wieczoru było tu bardziej hałaśliwie niż zwykle. Ktoś na 

zapas   nafaszerował   grającą   szafę   ćwierćdolarówkami.   Jess   wolałby 
mieć chwile ciszy, by spróbować wreszcie porozumieć się z Nan. Jej 
najwidoczniej   lokal   bardzo   odpowiadał,   bo   uśmiechała   się 
zadowolona. Postanowił się odprężyć.

- To jest bar dla miejscowych - powiedział.
-   Widziałam   drugi   za   miastem   -   odparła,   palcami   wystukując 

melodię na blacie stołu. - Chyba specjalizuje się w klienteli, jakby to 
powiedzieć, mało okrzesanej.

- Trzymaj się z daleka od tamtego lokalu. To nie jest miejsce dla 

dam.

Nan   omalże   nie   parsknęła   śmiechem.   A   więc   nagle   stała   się 

damą?   Coś   nowego.   I   ten   styl   Jessa   zapożyczony   z   filmów   Johna 
Wayne'a!

Świadomość,   że   mu   na   niej   zależy,   że   troszczy   się,   by   nie 

wpakowała   się   w   sytuację,   która   może   być   niezręczna   albo   nawet 
wręcz niebezpieczna, była miła. Ona również ostrzegłaby Jessa, by nie 
zjawiał   się   na   zebraniu   kobiet,   walczących   przeciwko   męskiej 
dominacji.

- Dziękuję za ostrzeżenie, zapamiętam! - odparła.
Jess miał zamiar mruknąć coś niezobowiązującego, kiedy nagle 

muzyka umilkła. Skończyły się ćwierćdolarówki. Gwar rozmów nie 
ucichł, ale ponieważ Jess i Nan siedzieli na uboczu, wydawało im się, 
że   zapanowała   nagła   cisza.   Cokolwiek   powie   teraz,   powinno   mieć 
istotne znaczenie, pomyślał. Wolał milczeć.

- Mieszkałeś tu całe życie? - spytała Nan.
- To moje rodzinne okolice...
- Duża rodzina?

background image

- Tu jest tylko Jimmy. Reszta została na farmie. - Pociągnął łyk 

piwa i odstawił szklankę. Przyglądał się Nan uważnie.

- Ty nie lubisz farmy?
- Nie jestem farmerem.
Nan   uśmiechnęła   się.   Rozmowa   z   nim   podobna   była   do 

wyrywania   zębów.   Niemal   już   zapomniała   sztukę   wydzierania 
informacji z milczących, zamkniętych w sobie osobników. Większość 
mężczyzn, z którymi miała do czynienia na przestrzeni minionych lat, 
pałała chęcią mówienia o sobie. Wkrótce wiedziało się wszystko o ich 
stosunkach   z   matkami   i   ojcami,   o   znakach   szczególnych   na 
pośladkach, o życiowych marzeniach. I potrafili wyjawić to szybciej, 
niż człowiek zdecydował, czy w ogóle go to interesuje. Mali chłopcy, 
pałający   chęcią   zabłyśnięcia   i   zwrócenia   na   siebie   uwagi...   Nan   w 
dalszym   ciągu   nie   była   pewna,   czy   interesują   ją   szczegóły   z 
osobistego   życia   Jessa,   w   każdym   razie   jego   zachowanie   było   tak 
inne, że stanowiło miłą odmianę.

- A twój ojciec chciał, żebyś został farmerem?
- Ma moją siostrę i jej męża - odparł, wzruszając ramionami. - 

Jane i Steve kochają ziemię, lubią ją uprawiać, mają na farmie swój 
dom. - Uśmiechnął się. - Ja też kocham ziemię, ale głównie kiedy 
patrzę   na   nią   z   wysoka.   Wygląda   jak   wspaniały   kilim.   Ale   nie 
wyobrażam sobie życia, które by zależało od tego, co mi wyrośnie i 
czy pogoda się utrzyma.

-   Latanie   też   przecież   zależy   od   pogody.   Co   wspólnego   z 

kochaniem czy niekochaniem ziemi ma to, co robisz?

- Ma wiele wspólnego. Wszystko! - Wyprostował się. -Ziemia to 

ludzie. Oni nadają jej kształt. Ja kocham ludzi. A oni mnie potrzebują 
w wie...

-   W   wielu   sprawach   i   wielu   okolicznościach!   -   Przypomniała 

sobie opowieść Walkera. - Tak, to nie tylko biznes i dostawy paczek. 
Bezpieczeństwo,   zdrowie,   utrzymanie   łączności   z   innymi 
miejscowościami.

- Widzę, że rozumiesz. - Patrzył na nią ciepło, lekko zdziwiony. - 

Biznes   idzie   dobrze   i   pomagam   przy   tym   ludziom.   Czuję   się 
szczęśliwy i nie wyobrażam sobie lepszego życia.

I to jego życie nie wydaje się wcale złe, pomyślała Nan. Gotowa 

była założyć się jednak, że mogłoby być lepsze. Przede wszystkim 
mógł   wykorzystać   talent   muzyczny.   Postanowił   ograniczyć   się   do 

background image

śpiewania   w   kościelnym   chórze   czy   solo   podczas   nabożeństw. 
Świadomie ograniczył swoje ambicje. Życie było gotowe ofiarować 
mu   więcej,   a   jego   stopowały   jakieś   hamulce.   Człowiek   powinien 
sięgać   po   to,   czego   pragnie,   a   nie   tylko   po   to,   co   w   zasięgu   rąk. 
Ograniczone spojrzenie na życie i świat!

Brać, co w zasięgu ręki? Musiała przyznać, że to, co widziała 

dzisiaj, było dosyć miłe. Może dlatego pragnęła się do niego zbliżyć, 
poczuć   na   swojej   skórze   ciepło   jego   ciała,   choćby   przez   ubranie. 
Atakował ją jego zapach, czuła też zapach skórzanej kurtki. Ani śladu 
woni   cygara.   Tylko   zapach   mężczyzny!   Zdała   sobie   sprawę,   że 
wzbudził w niej pożądanie. Ni stąd, ni zowąd zaczęła myśleć o tym, 
jaki byłby w łóżku. Bardzo dawno, kiedy po raz ostatni...

- No, a ty? - spytał.
- Co, co? - Pytanie zadane w chwili, gdy snuła seksualne fantazje, 

zupełnie ją zaskoczyło.

- A co ty? Jakiego  życia szukasz? Powiedziałaś,  że być może 

ruszysz stąd dalej. Z wyboru?

- Raczej z konieczności. - Trochę zdążyła ochłonąć i zaczęła mu 

się zwierzać ze swych zamiarów: - Bo widzisz, w tej mojej firmie 
zaczynam od skromnego przedsięwzięcia. Wzięłam teren, na który oni 
zbytnio nie liczyli. Rozwinę interes, zacznie przynosić dobre zyski. 
Wtedy mnie  awansują. Dostanę cały  region, znów rozwinę interes, 
znów awansuję i tak dalej, aż na sam szczyt. Będę nadzorowała całość 
w skali krajowej.

- Ho ho! - Nie przestał bacznie się jej przyglądać, a jego ,.ho ho" 

nie było pełne podziwu, lecz raczej rozbawienia.

- Czy źle myślę? - zapytała. - Jestem doskonała w robocie. Jeśli 

się będę przykładała, to musi mi się udać.

- Dlaczego nie?
Zaczęła  ją  rozsadzać  złość.  Śmiał  się  z  niej,  bo  miała  wielkie 

marzenia i nadzieje. Kpił z jej ambicji. Z jej życiowych planów. Już 
miała rozpocząć przeciwnatarcie, kiedy na swoim ramieniu poczuła 
wilgotne męskie łapsko i usłyszała pytanie:

- Hej, to pani wypożycza te filmy...?
Nan   podniosła   głowę.   Mężczyzna   nie   sprawiał   wrażenia 

nieokrzesanego awanturnika. To raczej Jess w swoim obszarpanym 
ubraniu i nie ogolony bardziej pasował dziś do takiego określenia. 
Tamten   był   gładko   uczesany,   właściwie   przylizany.   W   pulowerze 

background image

wciągniętym   na   białą   koszulę   wyglądał   na   łagodnego   urzędniczka. 
Tylko w jego oczach było coś...

-   Mam   wypożyczalnię   taśm   -   starała   się   mówić   spokojnie   i 

grzecznie - ale ja nie...

- Owszem, owszem, słyszałem, jakie ma tam pani świństwa! - 

Mężczyzna   przeniósł   wzrok   z   Nan   na   jej   towarzysza.   Zamrugał.   - 
Cześć, Jess! Widzę, że przebywasz w złym towarzystwie.

- Przyszedłem na piwo ze znajomą, Les! - odparł Jess, patrząc 

zmrużonymi   oczami.   -   Chciałbym  natomiast   wiedzieć,   po  co   ty   tu 
przylazłeś, skoro nie pijesz. Po co się pętasz po barach? - Jess siedział 
nieruchomo, lecz Nan widziała, że jest spięty. Ręce trzymał na blacie 
stolika.

Les   szybko   oblizał   wargi,   przez   chwilę   widać   było   koniuszek 

języka podobny do węża.

- Chcę, żeby ta dama się dowiedziała, co myślą niektórzy z nas na 

temat   jej   wypożyczalni   porno   w   naszym   mieście.   Deprawującej 
umysły naszych dzieci i w ogóle.

- Porno? - Nan zerwała się z miejsca, ale silna dłoń Jessa usadziła 

ją z powrotem.

- Les, posłuchaj! - powiedział Jess łagodnie. - Natychmiast się 

stąd wynoś i raz wreszcie zajmij się własnymi sprawami!

- Mam prawo...!
- Oczywiście, że masz prawo chodzić, gdzie chcesz. Wykorzystuj 

więc swoje prawo, ale nie tu, gdzie nam przeszkadzasz! Rozumiesz?

Mężczyzna   jakby   się   zastanawiał   nad   wyborem   sposobu 

zachowania. Dłoń Jessa ujęła mocno  dłoń Nan. Bardzo mocno. Po 
chwili Les jakby ostygł.

- Dobra - odparł. - Idę, bo nie chcę publicznych awantur. Ale...
- Zmiataj stąd, Lester! - zawołał ktoś z sali i zawtórował mu chór 

głosów.

Nan   rozejrzała   się   dokoła.   Poprzednio   była   tak   wściekła   i 

zaabsorbowana incydentem, że nie zauważyła, iż zwrócił on uwagę 
wszystkich obecnych w lokalu. Widząc, że jest osamotniony, Lester 
pośpieszył do wyjścia i zniknął przy wtórze oklasków. Cała ta sprawa 
przypomniała jej niemiłą konfrontację z Douglasem Neilsonem przed 
paru dniami.

-   W   porządku?   -   spytał   Jess,   nadal   trzymając   ją   ciepłą,   suchą 

dłonią. W tym dotyku czuła wsparcie.

background image

- Oczywiście, że w porządku - odparła. - Kto to był?
-   Miejscowy   facet   o   kurzym   móżdżku   i   wąskim   spojrzeniu.   - 

Uśmiechnął się. - Czy w wielkim mieście nie ostrzeżono cię przed 
takimi typami na głuchej prowincji?

- No cóż, każdy lubi krytykować to, czego nie zna. -Z kolei Nan 

się roześmiała. - Nigdy wszystkich się nie zadowoli. Jak mu słusznie 
powiedziałeś, ma prawo do swoich opinii.

- Nie przejmuj  się nim.  Wielka gęba, mały  móżdżek, żadnego 

działania.   Typowe   dla   takich   ludzi.   -   Zmarszczył   brwi   w   nagłym 
nawrocie gniewu. - Mamy tutaj kilku takich, tak jest wszędzie. Ale nie 
ma   się   czym   przejmować.   Zwykle   tkwią   w   cnotliwej   postawie   w 
swoich norach i stamtąd ujadają. To ich problem, nie twój.

- Masz chyba rację. - Delikatnie wyswobodziła swoją dłoń. Jess 

zesztywniał, jakby zaskoczony, że w ogóle ją trzymał. - Dziękuję ci, 
żeś mnie powstrzymał. Mogłabym stracić panowanie i niepotrzebnie 
urządzić jakąś scenę.

-   Ty   miałabyś   stracić   nad   sobą   panowanie?   Zrobić   scenę? 

Niemożliwe!

- Zbędny sarkazm, panie Rivers!
Jess   usiłował   znaleźć   jakąś   odpowiedź,   kiedy   do   ich   stolika 

podeszły dwie pary.

- Dobrze mu powiedziałeś, Jess - stwierdził Ben Starks, klepiąc 

Jessa po plecach. - Stary Lester zaczął się ostatnio zanadto rzucać.

- Les to pierwotniak - stwierdziła Lisa Starks. - Nie przejmuj się 

nim, Nan. Bardzo nam się podoba twoja wypożyczalnia!

Miło było słyszeć takie słowa. Nan uśmiechnęła się. Obie pary 

poznała   podczas   niedzielnego   nabożeństwa.   Jess   zaprosił   stojące 
osoby, by usiadły. Przysuwały więc krzesła, a Nan rozmyślała. To był 
już   drugi   incydent,   dotyczący   wypożyczanych   przez   nią   filmów. 
Należy   obmyślić   jakąś   strategię,   która   by   zabezpieczała   przed 
podobnymi   wydarzeniami   w   przyszłości.   To,   że   nie   doszło   do 
znacznie   poważniejszego   spięcia,   nie   oznacza,   że   można   o   tym 
zapomnieć   i   nie   przeciwdziałać.   Trzeba   przygotować   się   na 
prawdziwą batalię.  Jeśli  do niej  dojdzie, tym lepiej. Ale ona sama 
musi być gotowa, musi być odpowiedzialna. Tego wymaga jej praca. 
Drgnęła, gdy kolanem dotknęła kolana Jessa pod stołem. Usiłowała 
zignorować dreszcz, jaki przebiegł jej ciało. I na tym polega życie.

background image

Po chwili opuściła towarzystwo, czyniąc to tak szybko, by Jesss 

nie zdążył zaproponować, że ją odprowadzi. Miała do przemyślenia 
wiele   spraw,   które   nie   miały   nic   wspólnego   z   jego   osobą.   Przez 
ułamek sekundy wydawało się jej, że gdy wstawała od stołu, w oczach 
Jessa dostrzegła żal. Ponieważ jednak nie zrobił i nie powiedział nic, 
pomyślała, że to wytwór jej nadmiernej (tylko w odniesieniu do Jessa) 
wyobraźni.   Postanowiła   się   nim   nie   przejmować.   Chwilowo!   Były 
inne ważniejsze sprawy.

background image

ROZDZIAŁ 6

Niepokoje   Nan   znalazły   potwierdzenie   już   następnego   dnia. 

Wychodzący   w   Hennington   „Tygodnik   Południowej   Dakoty" 
opublikował artykuł, dotyczący wypożyczalni kaset. Autorka - młoda 
dziennikarka   zafascynowana   ambicjami   Nan   -   pisała   pochlebnie   i 
obiektywnie.   Nawet   zdjęcie   Nan   było   zadziwiająco   dobre,   gdyż 
przeważnie   na   takich   fotografiach   wyglądała   na   piętnastolatkę. 
Niestety,   tuż   obok   artykułu   redaktor   pisma   wydrukował   listy   do 
redakcji, a znakomita większość z nich sprzeciwiała się ostro otwarciu 
wypożyczalni.

Nan   piła   poranną   kawę   ze   ściśniętym   gardłem   „Pornografia, 

rozpusta, moralne unicestwienie", czytała skrajne określenia. Gdzie ci 
ludzie to widzieli, co oglądali? Z pewnością nie jej filmy! Zdawała 
sobie   sprawę,   że   autorzy   listów   stanowili   maleńki   odsetek 
mieszkańców,   niemniej   podobne   nagłośnienie   sprawy   nie   wróżyło 
dobrze.   Nie   należąc   do   gatunku   ludzi   czekających   pokornie   w 
defensywie,   przygotowywała   się   w   myślach   do   batalii.   W   czasie 
prysznicu i ubierania się intensywnie snuła plany działania.

Zabrała   się   do   rzeczy   natychmiast   po   otwarciu   wypożyczalni. 

Zupełnie zapomniała o Jessie Riversie, a gdy jego obraz na chwilę się 
pojawił, czym prędzej się go pozbyła. Wszystkie siły potrzebne były 
do rozwiązania problemu.

Do  południa   załatwiła   swój  udział  w  programie  lokalnej  stacji 

radiowej. Zadzwoniła również do redakcji „Tygodnika" i poprosiła o 
przeprowadzenie   z   nią   wywiadu.   Napisała   także   krótki   „gościnny" 
artykuł   na   temat   pornografii   i   wynikających   z   konstytucji   praw, 
podkreślając, że nie broni żadnej niemoralności, ale jedynie prawa do 
prowadzenia biznesu, polegającego na wypożyczaniu filmów wolnym 
obywatelom   wolnego   kraju.   Zadzwoniła   również   do   miejscowego 
inspektora   szkolnego,   prosząc   go   o   umożliwienie   jej   odczytu   w 
szkole.

-   Nie   mam   zamiaru   reklamować   mojej   wypożyczalni 

-powiedziała w rozmowie telefonicznej. - Dzieci już o niej wiedzą. 
Chcę po prostu wyjaśnić parę spraw natury ogólnej.

-   To   mogłoby   być   interesujące   jako   element   programu 

wychowania   obywatelskiego   -   odparł   inspektor   Dick   Tanner.   - 
Zadzwonię w tej sprawie do Genny Weaver, dyrektorki gimnazjum. 
Zaraz dam pani znać.

background image

I  dotrzymał  słowa:  Nan miała  mieć  pogadankę już następnego 

dnia.

Ledwo skończyła rozmowę z Dickiem Tannerem, zjawiła się Sue. 

W   wypożyczalni   akurat   nie   było   klientów.   Rzuciła   „Tygodnik"   na 
ladę i powiedziała:

- Czytałam. Pewno się zdenerwowałaś. Chcesz ze mną pogadać 

na ten temat?

Nan opowiedziała dokładnie, co już przedsięwzięła, na co Sue 

wyraziła   pełną   aprobatę.   Tak   właśnie   należało:   publicznie 
odpowiedzieć, przerzucając piłeczkę na pole przeciwnika.

- Gdzie podziałaś dzieciaki? - spytała wreszcie Nan zmieniając 

temat. - Trudno cię poznać bez rodzinnego wianuszka.

-   To   mój   wolny   dzień   -   pochwaliła   się   Sue   radośnie. 

-Zorganizowałyśmy   coś   w   rodzaju   kooperatywy   dla   opieki   nad 
maluchami. Trzy dni w tygodniu mamy wolne, możemy swobodnie 
pooddychać, gdzieś iść... Mam kilka godzin, żeby popracować. Nikt 
nareszcie   nie   łapie   mnie   za   spódnicę   i   nie   domaga   się   wyłącznej 
uwagi.

- O jakiej pracy mówisz? - spytała Nan, napełniając kawą dwa 

kubki. Podniosła blat kontuaru wpuszczając Sue, która zajęła wolne 
krzesełko przy biurku. - Gdzie pracujesz?

- W domu! - Sue upiła łyk kawy i sięgnęła po cukier.
-   Piszę   do   religijnych   czasopism.   Różne   informacje,   porady 

rodzinne   i   tym   podobne.   Czasami   nawet   spłodzę   jakieś   krótkie 
opowiadanie   albo   i   wiersz,   ale   przeważnie   porady   lub   artykuł   o 
czyichś problemach. W naszej parafii problemów nie brak, możesz 
być pewna!

- Jestem zbudowana! - powiedziała Nan siadając. - Myślałam, że 

oddajesz wszystkie... cały czas... - Nie dokończyła zawstydzona, że 
nie doceniała swej nowej przyjaciółki.

- Walkerowi i dzieciom? - Sue rozsiadła się wygodniej.
- O, nie! Wszystko to ułożyłam sobie już przed wielu laty. Bo 

wiesz,   kiedy   się   pobraliśmy,   Walker   był   trochę   zagubiony.   Nie 
potrafił zdecydować, co jest dla niego ważniejsze: ja czy kościół. Nie 
mieliśmy jeszcze dzieci, nie sądziliśmy nawet, że będziemy mieli. I 
zauważyłam, że z tygodnia na tydzień Walker się ode mnie oddala. 
Były   to   samotne   tygodnie.   Opanowało   go   szaleństwo   pracy. 
Wydawało mu się, że jest jedynym rycerzem chrystusowej armii. To 

background image

było   chore.   Usiłowałam   mu   to   wytłumaczyć,   ale   nie   potrafił 
zrozumieć. Kochał mnie, ale nie chciał lub nie mógł pojąć, czego ja 
chcę. Postanowiłam więc zrobić coś, co by zwróciło jego uwagę.

- Zaczęłaś pisać? - Nan była zafascynowana opowieścią.
- Ależ skąd. Opuściłam go.
- Co?
- Szokujące, prawda? - Sue skrzywiła się w uśmiechu i wypiła łyk 

kawy. - Żona pastora pakuje manatki i odchodzi! Ale to zdarza się 
częściej niż myślisz. Nie miałam zamiaru się rozwodzić. Pojechałam 
do   Casper   na   letnie   seminarium.   A   mieszkaliśmy   wtedy   w   małej 
miejscowości o nazwie Postęp w stanie Wyoming.

- Znam ją. Niczym się nie różni od miasteczka, w którym mieszka 

moja rodzina, i gdzie się wychowałam.

-   No   więc   możesz   sobie   wyobrazić,   jak   się   tam   czułam. 

Wszystkie   dni   podobne.   Nawet   gdybyśmy   na   samym   początku 
założyli rodzinę, to i tak wkrótce pozostałabym sama, bez skrawka 
własnego życia. Walker jest dla mnie wszystkim, ale to za mało, jeśli 
rozumiesz, co chcę przez to powiedzieć.

- Chyba rozumiem. Więc opuściłaś go, pojechałaś na kurs. Jak on 

na to zareagował?

- Niezbyt dobrze.
Sue   zaczęła   opisywać   drogę   ku   wzajemnemu   zrozumieniu   z 

Walkerem.   Dzięki   profesorowi   anglistyki   odkryła,   że   ma   talent 
literacki. I co ważniejsze: znalazła odbiorców swoich tekstów. Z kolei 
Walker nauczył się rezygnować z absolutnej zależności od parafian i 
parafii   na   rzecz   formowania   własnej   tożsamości.   Nauczył   się   być 
przede wszystkim mężem i przyjacielem, a dopiero potem pastorem. I 
kiedy cały pył już osiadł, kochali i kochają się jeszcze bardziej niż 
przedtem.

- Tworzywem naszej miłości okazał się konflikt i wielki ból - 

zakończyła Sue.

- W moim przypadku było inaczej. - Nan odstawiła kubek. - Mój 

eks- mąż wymagał, abym siedziała w domu, zajmując się niemalże 
przeżuwaniem mu każdego kęsa. Kiedy mówiłam, że nie chcę, wpadał 
w złość i był obrażony jak małe dziecko. Nie wytrzymaliśmy długo. 
Nie było szansy. Myślę, że małżeństwo do mnie nie pasuje.

-   Może   któregoś   dnia   jakiś   mężczyzna   przekona   cię,   że   jest 

inaczej.

background image

- Nie wiem. Już myślałam, że takiego znalazłam w Kalifornii. 

Reprezentował to wszystko, czego brakowało mojemu byłemu. Wolny 
ptak.   I   chciał,   żebym   była   taka   sama.   Ale   nie   miał...   głębi.   Jeśli 
mojego   męża   można   nazwać   robakiem,   to   Scott   był   wspaniałym, 
pięknym motylem. Ani jeden, ani drugi właściwie nie nadawał się do 
małżeństwa.

- Myślę, że po prostu w przyszłości nie powinnaś szukać wśród 

robaków czy poczwarek, z których rodzą się motyle.

-   Czasami   myślę,   że   oni   wszyscy   są   tacy.   -   Nan   trzepnęła   ze 

złością w „Tygodnik". - Wszystkie listy napisali mężczyźni. A co ich 
kobiety? Co myślą? Czy zgadzają się z tym?

- Kto wie? - Sue zmarszczyła brwi. - Nie potrafię tego zrozumieć, 

ale wydaje mi się, że niektórym kobietom odpowiada chodzenie krok 
w krok za mężami.

-   A to   jest   całkiem   dogodna  pozycja:  od  tyłu  dać  mężczyźnie 

kopniaka.

Roześmiały się. Po kilku minutach dalszej rozmowy Sue wyszła 

oświadczając,   że   ma   do   napisania   artykuł,   a   Nan   wydaje   się   już 
dostatecznie pocieszona.

Po południu nie było wielu klientów. Czwartki nie są dobre dla 

wypożyczalni   taśm.   Wielki   ruch   zaczyna   się   dopiero   w   piątki   po 
południu.   Wolny   czas   poświęciła   więc   na   napisanie   listu   do 
kierowniczki   reklamy   w   swojej   firmie,   informując   ją   o   powstałym 
problemie   i   podjętych   już   krokach.   Może   kierowniczka,   jako 
specjalistka  od kontaktów z prasą  i opinią  publiczną,  będzie miała 
jakieś sugestie. Nan jest otwarta na każdą propozycję.

Nim zasiadła do pisania listu, nastawiła magnetowid z ulubionym 

filmem przygodowym i od czasu do czasu zerkała na znane już sceny. 
W połowie filmu zdała sobie sprawę, że zamiast bohatera na ekranie 
widzi   twarz   Jessa   Riversa.   Usiłowała   wyrzucić   ten   obraz   ze 
świadomości mówiąc sobie, że chyba oszalała, ale po chwili puściła 
wodze fantazji. Skończyła pisanie, odsunęła się od biurka. Zamknęła 
oczy, zapominając o problemach...

Łatwo   było   ujrzeć   w   Jessie   Riversie   romantycznego   amanta 

filmowego,   chociaż   w   rzeczywistości   reprezentował   typ   zbyt 
pospolity, by mógł zostać bohaterem srebrnego ekranu. Ale od czego 
marzenia? Całe ich piękno na tym właśnie polega.

background image

Kiedy film się skończył, w wyobraźni Nan pojawiały się dalsze 

obrazy,   połączone   własnym   wątkiem.   Jej   Jess   -bohater   był 
wojowniczym   królem   na   odległej   planecie   w   odległym   czasie 
przyszłym,   bohaterką   zaś...   ona.   Tylko   znacznie   ładniejsza, 
mądrzejsza   i   godna   miana   królowej   pokojowo   nastawionego   ludu. 
Królowa   rzuciła   wyzwanie   królowi   i   naturalnie   zwyciężyła   siła 
miłości. A później razem pokonali wspólnego wroga, uosobienie zła. 
W jej opowiadaniach zawsze był wątek romantyczny. Musiał też być 
jakiś zły  duch. Teraz  był nim Douglas Neilson.  Zapewniła mu  też 
spektakularną   porażkę,   wszystko   za   to,   że   przestraszył   Callie   i 
zdenerwował Sue.

W   świecie   fantazji   przebywała   aż   do   zamknięcia   lokalu,   a   w 

pełnych marzeń snach aż do wczesnych godzin następnego poranka.

Ponieważ spotkanie w szkole wyznaczone było na dziewiątą, nie 

pojechała rano do wypożyczalni. Ubrała się w stosowny  wizytowy 
kostium,   starą   teczkę   wyładowała   broszurami   i   ulotkami   na   temat 
praw konstytucyjnych, do kartonu wrzuciła parę wizualnych pomocy 
dydaktycznych i ruszyła prosto do szkoły. Przed wejściem czekał na 
nią Jimmy Rivers.

-   Cześć,   Nan!   -   powiedział   czerwieniąc   się   i   uśmiechając 

jednocześnie.   -   To   znaczy,   dzień   dobry,   pani   Black!   Wyznaczono 
mnie na pani przewodnika.

- Jestem zaszczycona - odparła z uśmiechem, oddając mu karton. 

- Gdzie idziemy?

-   Tędy!   -   wskazał   ręką.   -   To   nie   jest   taka...   żadna   wspaniała 

szkoła.   Nie   mamy   prawdziwego   audytorium.   W   tym   celu 
wykorzystujemy stołówkę.

- Stołówka będzie świetna! W audytorium musiałabym wchodzić 

na podium, a tego nie lubię.

Idąc przez obszerny hol rozmawiali. Nan zauważyła, że szkoła 

jest   dość   nowa.   Jeszcze   pachniała   świeżością.   Budynek   był 
przestronny,   nowoczesny,   czyściutki   i   jasno   oświetlony.   Sprawiał 
doskonałe wrażenie.

Gdy   Jimmy   otworzył   drzwi   do   stołówki,   ogarnął   ją   nagły 

niepokój:   ujrzała   wielką   salę   pełną   rozgadanych   nastolatków.   Gdy 
weszła,   wielu   chłopców   zaczęło   z   uznaniem   gwizdać.   Kres   temu 
położył jakiś dziwny okrzyk wydany przez Jimmy'ego.

background image

Nie   tylko   ten   okrzyk,   ale   i   głos,   który   wydobywał   się   przez 

głośniki, nakazał spokój. I zapadła absolutna cisza.

- To jest nasza nieustraszona przywódczyni, dyrektorka szkoły - 

wyjaśnił szeptem Jimmy, wskazując przeciwległy koniec sali.

Przed   mikrofonem,   na   palcach,   by   móc   go   dosięgnąć,   stała 

kobieta o tak nieprawdopodobnie kręconych, rudych włosach, że Nan 
podejrzewała perukę. Na potężnym, haczykowatym nosie, podobnym 
do   orlego   dzioba   spoczywały   okulary   o   soczewkach   w   kształcie 
półksiężyców. Prześwidrowała wzrokiem uczniów. W sali nikt nawet 
nie drgnął.

- Mamy dziś bardzo miłe spotkanie - oświadczyła pani Weaver 

donośnym   altem   kontrastującym   z   delikatną   sylwetką   i 
nieprawdopodobnymi włosami. - Pani Black wygłosi pogadankę na 
temat praw konstytucyjnych. - Na sali rozległy się jękliwe szmery. 
Ustały natychmiast, gdy pani dyrektor spojrzała na zebranych sponad 
swoich okularów. Ciągnęła: - Jimmy, przyprowadź, proszę, naszego 
gościa i przedstaw go!

Nan z trudem powstrzymała uśmiech, dostrzegłszy zakłopotanie 

Jimmy'ego.   Przemógł   się   jednak   i   dumnie   podszedł   do   mikrofonu. 
Odchrząkiwał   parę   razy,   a   wśród   dzieci   rozległy   się   śmiechy. 
Wreszcie opanował się.

- Pani Black pochodzi z Wyoming - poinformował rówieśników. - 

Ale przez długi czas mieszkała w Kalifornii. Tak więc dobrze wie, jak 
jest w jednym i drugim miejscu. To dla nas bardzo ważne, bo my 
wiemy   tylko,   jak   jest   u   nas.   Ale   najważniejsze,   że   wszystkie   te 
miejsca to jedna Ameryka, która ma wszędzie taką samą konstytucję. I 
ona o tym właśnie nam powie. - Cofnął się od mikrofonu, otrzymując 
kilka oklasków.

- Kto z was lubi filmy? - spytała z miejsca Nan podszedłszy do 

mikrofonu. Podniosło się bardzo wiele rąk. Rozległy się tu i ówdzie 
kpiące   śmiechy.   -   A   jakby   się   wam   podobało,   gdyby   policja   nie 
pozwoliła   wam   chodzić   do   kina?   -   Wszystkie   ręce   się   opuściły, 
zapadła cisza.

Nan   mówiła   przez   następne   dwadzieścia   minut,   informując   o 

prawach   wynikających   z   Pierwszej   Poprawki   do   konstytucji,   a 
odnoszących się do twórczości. Było to oczywiście dość pobieżne i 
powierzchowne, ponieważ brakowało czasu, by im wtłoczyć w głowy 

background image

całą   konstytucyjną   wiedzę,   odnoszącą   się   do   wolności   publikacji   i 
rozpowszechniania informacji.

Kiedy   jednak   nadszedł   czas   pytań,   Nan   była   pewna,   że   do 

młodzieży trafiły główne myśli.

- Czy ja mogę  iść na każdy film,  na jaki chcę? - spytał jakiś 

chłopiec,   któremu   włosy   opadały   na   oczy.   Odsuwał   je   lewą   ręką, 
prawą trzymając wysoko podniesioną.

- Nie, głupku - odparł mu jakiś obok siedzący kolega.
- Nie jesteś dość duży.
- To prawda - potwierdziła Nan, dominując nad głosami z sali 

dzięki głośnikom. - Do czasu aż dorośniesz, potrzebujesz pozwolenia 
rodziców, bo inaczej cię nie wpuszczą. To jest również twoje prawo, 
wynikające   z   konstytucji.   Masz   prawo   ochrony   przed   pewnymi 
produkcjami i tematami, aż będziesz na tyle dojrzały, by je zrozumieć. 
Na przykład...!

-   Nan   podniosła   przyniesiony   afisz,   zapowiadający   wyjątkowo 

okrutny horror. Rozległ się prawdziwy chór chichotów i pomruków. - 
Które z was pozwoliłoby obejrzeć taki film małej siostrzyczce albo 
braciszkowi? Byłaby to dla nich dobra czy zła rozrywka?

Chór głosów ryknął, że zła. Nan osiągnęła cel.
Przez   następne   kilka   minut   padło   jeszcze   wiele   pytań,   potem 

rozległ się dzwonek na koniec godziny lekcyjnej i mikrofon przejęła 
pani Weaver.

-   Wszyscy   tu   zebrani   dziękujemy   serdecznie   pani   Black,   że 

zechciała poświęcić nam swój cenny czas. - Rozległy się oklaski. - 
Rozejść się! - zakończyła pani dyrektor.

Harmider, jaki nastąpił po tym poleceniu, nieco oszołomił Nan. 

W mgnieniu oka sala jadalna opustoszała. Pozostała jedynie Nan, pani 
Weaver i Jimmy.

-   Szkoda,   że   nie   miałam   okazji   spotkać   pani   wcześniej,   pani 

Black - powiedziała pani Weaver ściskając jej dłoń.

-   Nazywam   się   Genny   Weaver,   jestem   dyrektorką   tej   szkoły, 

bardzo mi miło poznać panią. Chciałam z początku czekać na panią 
przy wejściu i eskortować, ale niestety potrzebny był ktoś, żeby to 
bractwo upilnować - uśmiechnęła się.

- Rozumiem. Proszę mówić do mnie Nan. Muszę przyznać, że 

doskonale się to pani udało.

background image

- Mów do mnie Genny, Nan. Ty też sobie nieźle dajesz radę. - 

Pani Weaver obrzuciła spojrzeniem Jimmy'ego, który w zakłopotaniu 
przestępował  z nogi na nogę. - Ty  też  sobie świetnie  poradziłeś  z 
przedstawieniem naszego gościa. Możesz już wrócić do klasy.

-   Może   ja...   Może   pomogę   pani   Black   zanieść   jej   rzeczy   do 

samochodu...?

- To niepotrzebne... - zaczęła Nan, ale dostrzegła nagle coś we 

wzroku chłopaka. - Chociaż właściwie przydałaby mi się pomoc. - 
Obróciła   się   do   dyrektorki.   -   O   ile,   oczywiście,   nie   masz   nic 
przeciwko temu...?

- Ależ skąd, proszę bardzo. - Genny na moment zrezygnowała z 

postawy sierżanta. - Tylko pośpiesz się z powrotem, Jimmy.

- Tak jest, proszę pani.
-   Jeszcze   raz   bardzo   dziękuję!   Będziemy   w   kontakcie 

-zapowiedziała dyrektorka.

- Będę niecierpliwie czekała - odparła szczerze Nan. Intrygowała 

ją   ta   drobniutka   kobieta   o   sile   i   osobowości   zdolnej,   jedynie   przy 
użyciu głosu, zapanować nad setką rozbrykanych dzieci. Pożegnały 
się i pani Weaver odeszła.

-   Ale   ona   jest,   co...?   Dobra   ona   jest!   -   stwierdził   Jimmy, 

podnosząc karton. - Kiedy tu przyszedłem z podstawówki, to się jej 
piekielnie bałem.

- A teraz?
-  Też się  boję, ale  w zupełnie  inny  sposób. - Jimmy  rozjaśnił 

twarz w uśmiechu.

-   Dorastasz   i   robisz   się   mądrzejszy.   -   Nan   przez   chwilę   się 

zastanawiała,   jaką   przyjemność   sprawia   Jessowi   przyglądanie   się 
procesowi dojrzewania brata. Jeśli jest tego świadom... Ruszyli przez 
duży hol ku drzwiom wyjściowym.

-  Uhm,   kiedy  o  takim   czymś  mówimy...  -  zaczął  Jimmy   -  To 

bardzo mi się podobało, co pani tam powiedziała...

0 prawach, odpowiedzialności i takich innych rzeczach...
- Dziękuję.
-   Naprawdę,   bardzo   mnie   to   zainteresowało.   -   Uchylił   i 

przytrzymał   jej   drzwi,   co   przypominało   naturalną   grzeczność   jego 
starszego brata. - A wielu z nas wiedziało, o kim pani dzisiaj mówiła. 
O   tych   głupkach,   co   nie   chcą,   żeby   pani   miała   w   mieście 
wypożyczalnię filmów.

background image

- Niezupełnie, Jim. Myślałam, że postawiłam sprawę jasno. Ci 

ludzie też mają pełne prawo do wypowiadania swojej opinii, jeśli nie 
narusza to praw moich czy twoich.

- Tak, tak. Właśnie sobie pomyślałem... - zamilkł.
- No co? - Stanęła i obróciła się ku niemu twarzą. - Mów, jeśli 

masz coś do powiedzenia! Jazda!

-   Czy   pani   nie   potrzebuje   pomocnika,   pani   Black?   No   bo   ja 

pracuję dla Jessa, to prawda. Ale właściwie to on potrzebuje kogoś 
tylko do przenoszenia, ładowania i odpowiadania na telefon. Każdy to 
potrafi. Ja nic... niczego się nie uczę. Może bym się czegoś nauczył, 
pracując u pani?

- Potrzebuję pomocy - odpowiedziała szybko Nan. - Już dłużej nie 

potrafię   poradzić   sobie   sama.   Ale   czy   twoja   praca   u   mnie   nie 
stwarzałaby   dla   ciebie   problemów?   Potrzebny   mi   ktoś,   kto   może 
zostawać na weekendy. A ty jeździsz wtedy na farmę.

-   Równie   dobrze   mogę   zostać   w   mieście.   -   Jimmy   wzruszył 

ramionami. - Jestem na tyle dorosły, że mogę sam decydować. A Jess 
mi właściwie nie płaci. Pracuję u niego za wikt i opierunek. A u pani 
byłaby prawdziwa praca. To będzie dobrze wyglądać na podaniu na 
uniwersytet. Że pracowałem!

I czegoś bym się nauczył, prawda? Jess mi nigdy nic nie mówił na 

temat   moich   konstytucyjnych   praw.   My   tylko   pracujemy.   No,   wie 
pani, jak to jest...

- Wiem, mój drogi. Możesz zacząć u mnie od jutra? -Uśmiechnęła 

się,   widząc   radość   rozlewającą   się   na   jego   twarzy.   -Albo   jeszcze 
lepiej: przyjdź dziś po południu, po szkole. Chyba, że masz coś do 
roboty dla brata.

- Jessa nie ma w mieście aż do końca weekendu. Ma dostawy do 

Północnej Dakoty dla jakichś tam weterynarzy. Nie zostawił mi nic 
specjalnego do roboty, bo myślał,  że po szkole pojadę od razu na 
farmę. Mogę zadzwonić do Steve'a, że nie musi mnie odwozić.

- W niedzielę wypożyczalnia jest zamknięta. Nawet ja mogę cię 

wtedy odwieźć, jeśli chcesz pojechać do domu.

- Och, nie warto. Nie chcę zajmować pani czasu. Chcę się tylko 

czegoś nauczyć. - Entuzjazm go rozsadzał.

- Angażuję cię, Jimmy  Riversie! Z początku nie będę ci wiele 

płacić,   ale   jeśli   okażesz   się   dobrym   pracownikiem,   to   otrzymasz 
właściwą rekompensatę. Będę sprawiedliwym pracodawcą. - Podała 

background image

mu rękę i w ten sposób umowa została zaklepana. -I na miłość boską, 
przestań mówić do mnie „pani". Jestem Nan.

Szeroki   uśmiech   rozjaśnił   mu   twarz.   Zostawił   ją   przy 

samochodzie i wrócił do szkoły, a Nan jeszcze parę minut siedziała, 
nie ruszając się z miejsca. Tego ranka podjęła szereg kroków, które z 
pewnością będą owocowały w przyszłości. Była zadowolona z siebie.

Spoglądając na zegarek stwierdziła, że jeszcze nie ma dziesiątej. 

Może   szybko   wrócić   do   domu   i   przebrać   się   przed   otwarciem 
wypożyczalni. A jeśli otworzy kilka minut później, to też nic się nie 
stanie. Nie ma sensu spędzać całego dnia w wyjściowym kostiumie, 
zwłaszcza że będzie dużo do roboty!

Całe szczęście, że będzie dużo roboty!
Jess walił w szybę drzwi, zastanawiając się, czy przypadkiem Nan 

nie poszła na tył lokalu i nie pogrążyła się tam w marzeniach, zamiast 
otworzyć wypożyczalnię punktualnie o dziesiątej. Nigdzie jednak nie 
dostrzegał jej samochodu. Może postanowiła leniuchować i jeszcze 
śpi?   Jak   można   tak   prowadzić   interes,   pomyślał   z   niesmakiem. 
Spojrzał   na   zegarek.   Musi   już   zmykać.   Nie   ma   czasu   na   dalsze 
czekanie. Nie ma też czasu, żeby wpaść do niej do domu. Psiakrew!

Chciał po prostu zapytać, czy nie poszłaby z nim na kolację w 

niedzielę wieczorem. Do tego czasu zdąży wrócić. Tamtego razu w 
„Kantynie"   trochę   go   co   prawda   rozzłościła,   wstając,   ot   tak,   i 
odchodząc. Ale właściwie dlaczego był zły? Chciał nawiązać bliższy 
kontakt z Nan, a nic z tego nie wyszło. Randka bez satysfakcji, o ile w 
ogóle można to nazwać randką. Obiecał sobie, że ją zaprosi. Czy to 
takie trudne? W praktyce okazało się skomplikowane. Ale dlaczego? 
Nan wcale nie jest skomplikowana. Po prostu kobieta. Taka sama jak 
inne. Energiczna kobieta, która wie, czego chce i ma wielkie plany. I 
jest pewna ich realizacji, choć, jego zdaniem, są to mrzonki. Więc co 
go niepokoi?

A jednak sytuacja była niejasna. Jeszcze nigdy  - mimo  całego 

doświadczenia, jakie miał  przecież z kobietami  - naprawdę jeszcze 
nigdy nie był w sytuacji podobnie zawikłanej, w której odczuwałby 
własną   przedziwną   nieporadność.   Bardzo   go   to   niepokoiło   i,   co 
najdziwniejsze,   bardzo   pragnął   .   spotkać   się   z   Nan...   Chciał   z   nią 
porozmawiać, lepiej ją poznać.

Włożył   ręce   do   kieszeni   i   wrócił   do   furgonetki.   Odjeżdżając 

poczuł jeszcze większą pustkę niż ta, która go już gnębiła od kilku 

background image

dni. Nie wpłynęło to na poprawę humoru. I nie spodziewał się, by w 
najbliższych godzinach zdarzyło się coś, co by tę sytuację zmieniło.

W   niedzielę   rano   w   kościele,   czując   głęboką   wdzięczność 

rozsadzającą jej serce, Nan położyła na tacy złożony czek. Nigdy tego 
nie robiła, nie czuła potrzeby, ale właśnie dziś miała na to ochotę. 
Pomyślała sobie, że jest wiele powodów, by była wdzięczna losowi.

Po   pierwsze,   zamilkli   samozwańczy   obrońcy   moralności.   A 

obawiała   się   obraźliwych   telefonów   i   nawet   pikietowania 
wypożyczalni. Chwilowo nic się nie wydarzyło i nikt z jej klientów 
nie powiedział słowa w obronie owych ultrakonserwatystów. Chyba 
zdobyła poparcie znakomitej większości.

Po drugie, Jimmy okazał się świetnym pracownikiem. W piątek 

pojawił się w kilkanaście minut po zakończeniu lekcji. Skorzystał z 
podwiezienia samochodem przez kolegę, aby - jak to wyjaśnił Nan - 
nie tracić czasu na drogę piechotą. Miała już przygotowaną dla niego 
listę rzeczy, których powinien się nauczyć. Zdumiała ją szybkość, z 
jaką   sobie   wszystko   przyswoił,   okazując   się   wysoce   inteligentnym 
chłopcem.   Jego   zapał   i   miłe   zachowanie   zjednywały   każdego,   kto 
wchodził   do   lokalu.   Nan   była   pewna,   że   właśnie   dzięki   temu 
zwiększyła   się   liczba   wypożyczonych   na   ten   weekend   filmów. 
Zdecydowała, że da mu podwyżkę znacznie szybciej, niż pierwotnie 
zamierzała. Zwolniła go w sobotę po południu, gdy do miasteczka 
przyjechał jego szwagier, Steve, aby zabrać chłopca na farmę. Nie 
mieli   okazji   porozmawiać,   gdyż   akurat   była   wtedy   bardzo   zajęta 
klientami. Usłyszała tylko, że Jimmy żegna się mówiąc, że przyjdzie 
do pracy w poniedziałek po południu.

Trzecia  rzecz, za którą powinna być wdzięczna, to właśnie jej 

obecność w drugą już niedzielę w tej samej kościelnej ławce obok 
nowej przyjaciółki, Ingi Frank. Inga ciepło ją powitała  i ponownie 
wyraziła wielkie uznanie dla jej stroju i dobrego smaku. Nan miała na 
sobie ten sam kostium, który włożyła w piątek na spotkanie w szkole, 
ale   wzbogacony   bluzką   pełną   koronek,   i   biżuterię.   Pochwały   Ingi 
zrobiły   jej   wielką   przyjemność,   chociaż   i   bez   nich   wiedziała,   że 
wygląda bardzo dobrze. Ale Inga stała się dla niej ważną osobą. Miły 
nastrój potęgowały młode głosy dziecięcego chóru. Poruszały jakieś 
struny w jej sercu.

Gdy po nabożeństwie znalazła się w gronie parafian, była wręcz 

wzruszona. Czuła zbierające się w jej oczach łzy. Po raz pierwszy od 

background image

lat   znajdowała   się   wśród   ludzi,   którzy   otworzyli   dla   niej   serca   i 
przyjęli do swego grona, nie zadając żadnych pytań.

Stwierdziła   też   z   ulgą,   że   nikt   nie   zamierza   nawiązywać   do 

kontrowersji powstałej wokół wypożyczalni.

U Petersenów przystąpiła z miejsca do roboty, pomagając przy 

obiedzie. A gdy wreszcie zaczęła zapełniać swój talerz, zaśmiewając 
się z opowiadanego jej żartu, poczuła na swym ramieniu ciepłą dłoń i 
usłyszała zza pleców głos:

- Nie objedz się zanadto, bo jeśli nie masz nic lepszego do roboty, 

to zabieram cię na kolację.

Obróciła się tak szybko, że omal nie zrzuciła porcji kartofli puree 

na dywan.

- Halo, Jess! - powiedziała, a jej serce zaczęło bić tak mocno, że 

niemal pozbawiło ją zdolności oddychania. - Już wróciłeś? - usiłowała 
zadać to pytanie jak najbardziej normalnym głosem.

Jess wyglądał bardzo pociągająco w białej koszuli, popielatych 

spodniach i w granatowej wełnianej kamizelce. Krawata nie nałożył, 
ale   świeżo   się   ogolił   i   miał   gładko   zaczesane   włosy,  chociaż   parę 
niesfornych   kręconych   ciemnych   loków   nie   dało   się   poskromić. 
Zapragnęła dotknąć jednego z nich, tego, który groził opadnięciem na 
czoło.

- Aha! I bardzo jestem z tego powodu zadowolony. Pogoda nie 

była   zachwycająca,   natomiast   zachwyceni   byli   weterynarze,   że   im 
przywiozłem parwoszczepionkę.

- Jaką szczepionkę? Porno?
-   Parwowiroza!   -   Roześmiał   się.   Oczy   miał   rozbawione,   ale   i 

pełne serdecznej sympatii. - Choroba, która zabija psy. Nie ma nic 
wspólnego z twoimi kłopotami - dodał i spoważniał. - Słyszałem, że 
oberwałaś parę dni temu w „Tygodniku". Nie czytałem tych listów, 
ale mi opowiedziano. Przykro mi.

-   Nie   musi   być   ci   przykro.   -   Odsunęła   się,   by   ułatwić   innym 

dojście do stołu. - Istotnie... Ale to nieważne! - dodała, przypominając 
sobie,   iż   miała   nic   nie   wspominać   o   Neilsonie.   -   Mówiłeś   coś   o 
kolacji? Oczywiście, chętnie. Ale...

- Wyjdźmy  stąd, Nan! - Poprowadził ją do kuchni. -Chodźmy 

gdzieś, gdzie można pogadać, dobrze?

- Jess, nie masz monopolu na Nan! - zawołała Sue znad zlewu. - 

Obiecała mi pomóc w zmywaniu.

background image

- Co oznacza, że i ja muszę przystąpić do tej roboty, jeśli chcę 

mieć   jej   towarzystwo!   -   Skrzywił   się   i   zaczął   podwijać   rękawy 
koszuli. Mrugnął do Nan. - Niech to...!

Nieco później ona jechała do domu swoim samochodem, a Jess za 

nią swoim.

-   Przebiorę   się   -   powiedziała   Nan,   gdy   zaparkowali.   -Wejdź! 

Zostawię cię na parę minut. Rozgość się.

-   Kiedy   jest   ci   dobrze   w   tym,   co   masz   na   sobie   -   stwierdził, 

przyglądając się jej. Nadal siedział za kierownicą. -Chodź, jedziemy! 
Mamy daleką drogę.

- Dokąd właściwie idziemy na kolację? - Nan uśmiechnęła się 

kwaśno. - Nie jestem właściwie ubrana na pójście do lokalu, chyba że 
mnie chcesz gdzieś zabrać samolotem.

-   Czy   musisz   wiedzieć?   -   W   jego   zielonych   oczach   tańczyły 

chochliki. Kąciki ust zadrgały, chociaż usiłował zachować poważną 
minę.

-   Ty   paskudo!   -   Obdarzyła   go   uśmiechem.   -   Chcesz,   żebym 

wystraszyła   wszystkich   z   lokalu   uniformem   biznesmenki? 
Niedoczekanie! Siedź tu, jeśli chcesz! Za chwilę wrócę.

Jess   patrzył,   aż   zniknęła   za   drzwiami.   Według   niego   zupełnie 

dobrze   wyglądała   w   kostiumie.   Postukał   palcem   o   ramę   drzwi 
karoserii. I wyglądała w nim jak wielka dama biznesu! Ona właśnie o 
tym marzy. Niech sobie marzy, jeśli tego rzeczywiście pragnie.

A   on   po   prostu   zabiera   teraz   na   kolację   przystojną   kobietę. 

Przecież nie ma zamiaru się z nią żenić! Zbyt daleko odbiegała od 
jego ideału żony. Po prostu zaspokajał „emocjonalne swędzenie", jeśli 
tak można określić to, co czuł do jej osoby. Nic więcej...

W czasie weekendu myślał tylko o niej. Loty były rutynowe i 

nudne,   mimo   niezbyt   dobrych   warunków   meteorologicznych,   więc 
miał wiele czasu na rozmyślanie. Ona nazwałaby to pewno snuciem 
marzeń, pomyślał, znów stukając w blachę. Ale on przecież myślał o 
niej tylko dlatego... żeby jakoś mijał czas...

A od myślenia nikt przecież nie choruje.
Naprawdę?

background image

ROZDZIAŁ 7

 Nan rzeczywiście pojawiła się po kilku
minutach.  Miała na sobie białą koszulową bluzkę i spódnicę z 

materiału   dżinsowego,   na   nogach   długie,   czarne,   eleganckie   buty 
kowbojskie, w ręku niosła czarny szal. Aha: jeszcze czarny skórzany 
pas. Pierwsza klasa! Bardzo prosto, bardzo w stylu Zachodu.

Bardzo nie w stylu kobiety interesu!
- A więc gdzie jedziemy? - spytała, siadając obok Jessa. Weszła 

do   samochodu   tak   szybko,   że   nie   zdążył   wyjść   i   otworzyć   jej 
drzwiczek.   Nie   był   zresztą   pewien,   jakby   przyjęła   tego   typu 
galanterię. - Powiedziałeś, że to gdzieś daleko?

- Spory kawałek. - Jess włączył bieg. - Nie masz nic przeciwko 

przejażdżce?

- Oczywiście, że nie. - Zgarnęła blond włosy z kołnierza koszuli. - 

Piękne popołudnie!

- Piękne - zgodził się Jess, zerkając na jej profil.
Gdy   wyjechali   z   miasta,   Nan   się   rozluźniła,   odetchnęła. 

Ubiegłotygodniowy śnieg zniknął już całkowicie, szosa była prawie 
sucha. Zielone plamy na polach były większe, co stanowiło ostateczny 
znak, że to już wiosna zmierzająca ku latu. Na niebieskim niebie nie 
było nawet śladu chmur.

-   Zapewne   bardzo   lubisz   latać   podczas   takiej   pogody 

-powiedziała. - Niebo takie wspaniałe, że człowiekowi się wydaje, iż 
można lecieć bez końca.

- Nie daj się zwieść pozorom. - Pochylił się nad deską rozdzielczą 

i włączył magnetofon. Rozległy się dźwięki klasycznej melodii. - To 
piękne czyste niebo jest pełne prądów powietrznych z dołu do góry i z 
góry w dół. Lecąc można nagle spaść jak kamień o trzysta metrów 
niżej.   Bez   najmniejszego   uprzedzenia!   I   z   gwarancją   opróżnienia 
żołądka w przyśpieszonym tempie.

-   Straszne!   -   Wzdrygnęła   się.   -   Chyba   pozostanę   przy   starych 

dobrych odrzutowcach.

-   Bardziej   ufam   sobie   i   mojemu   samolotowi.   A   poza   tym   nie 

znoszę pokładowego jedzenia.

- Tu podzielam twoją opinię. Jak również w sprawie samolotu. 

Jesteś   profesjonalistą,   wiesz,   co   robisz.   Jestem   pewna,   że   twoim 
hasłem   jest   bezpieczne   latanie   bez   przymusowych   lądowań.   - 
Roześmiała   się   i   położyła   dłoń   na   siedzeniu   tuż   koło   jego   nogi.   - 

background image

Oczywiście, nie liczy się lądowań pośrodku szosy, ani spadania niby 
jastrząb na nie spodziewające się niczego niewinne ofiary.

- To się zdarzyło raz. Przyznaję, że popełniłem błąd, biorąc tego 

dnia to stare pudło. Stoi teraz na klockach. Nie polecę nim, póki nie 
sprawdzę, że wszystko jest w porządku.

- Hej, no! Nie przejmuj się tak. Ja sobie tylko żartuję.
- Poklepała dłonią siedzenie.
Jess spojrzał na jej rękę. Jeszcze kilka centymetrów, a dotknęłaby 

go. Pragnął tego. Naprawdę tego chciał!

-   Masz   rację,   jestem   strasznie   przeczulony,   gdy   chodzi   o 

bezpieczeństwo   lotów.   O   moje   osiągnięcia   w   tym   względzie.   - 
Wyczuwał przedziwną niemoc w dobieraniu i wypowiadaniu słów. - 
Każdy pilot o to się martwi. Żeby nie miał na koncie wypadków.

- A jeśli ma za dużo?
- Zostaje uziemiony. Idzie pod ziemię albo mu odbierają licencję.
- Och! - Zabrała dłoń z siedzenia i zwijając ją w trąbkę położyła 

na   kolanach.   Z   magnetofonu   popłynęła   romantyczna   melodia.   Nan 
patrzyła   na   przesuwające   się   za   oknem   płaskie   pola.   Niektóre   już 
zaorane   -  wielkie   brunatne   przestrzenie   z  drobniutkimi   paseczkami 
skib   -   inne   ze   spłowiałym   zarostem   -   rżyska   nadal   nie   tknięte.   W 
myślach zaczął rysować się obraz, który usiłowała rozmyć, zniszczyć: 
samolocik roztrzaskany na ziemi.

- Porozmawiajmy o czymś weselszym - odezwał się Jess.
-   Twój   interes   rozwija   się   dobrze   mimo   opublikowania   listów 

tych głupoli?

- Owszem, zupełnie dobrze. Nawet ci chciałam...
- Żebym nie zapomniał... - przerwał jej. - Zauważyłem w domu 

magnetowid i jakieś kasety. Wiem, że Jimmy nie mógł tego kupić, bo 
nie   ma   pieniędzy.   Domyśliłem   się,   że   to   ty   mu   dałaś,   żeby 
zrewanżować się za pomoc. Zrewanżowałaś się już kolacją. Nie chcę, 
żebyś czuła się w jakikolwiek sposób zobowiązana.

- Jess, dość! Nie czuję się do niczego zobowiązana. Magnetowid i 

filmy   to   robota,   jaką   Jimmy   dla   mnie   wykonuje.   Zaczął   u   mnie 
pracować   w   piątek   po   południu   i   dałam   mu   do   przejrzenia   filmy, 
których   sama   nie   zdążyłam   obejrzeć.   Prosiłam,   żeby   je   zabrał   do 
domu i powiedział, co o nich myśli...

- Jimmy pracuje u ciebie? O czym ty mówisz?
- Przyjęłam go do pracy. Na parę godzin dziennie. Mam.

background image

- Ty go zatrudniłaś? Za moimi plecami? Kiedy mnie nie było w 

mieście? - Zjechał prawie do rowu, odbił gwałtownie w lewo i znalazł 
się na przeciwnym pasie ruchu.

- Uważaj! O mój Boże! - krzyknęła Nan przerażona. Omal nie 

nastąpiło zderzenie z ciężarówką jadącą naprzeciw. Jej kierowca trąbił 
z wściekłością, gdy Jess w ostatnim ułamku sekundy wracał na swój 
pas. Potem zwolnił i zatrzymał się na poboczu. Oboje siedzieli przez 
dłuższą chwilę oddychając ciężko i nie patrząc na siebie.

- Przepraszam! - powiedział wreszcie i pochylił się, kładąc głowę 

na dłoniach obejmujących kierownicę.

- Słusznie robisz, że przepraszasz! - odezwała się Nan ze złością. 

Odpięła   pas   bezpieczeństwa   i   obróciła   się   w   kierunku   Jessa.   - 
Zwariowałeś?   Nie   ma   powodu   do  takiego   zachowania!   Ja  ci   tylko 
powiedziałam,  że dałam pracę twemu  młodszemu  bratu. Płacę mu. 
Chłopak   się   czegoś   uczy.  Czy   to   zasługuje   na   podobną   reakcję?   - 
Machnęła rękami nad głową.

- Może rzeczywiście nie. - Jess uniósł głowę i spojrzał na Nan. - 

Kiedy to się wszystko stało?

-   Co   znaczy   kiedy...?   W   ostatni   piątek.   Poszłam   do   szkoły   z 

pogadanką   na   temat   praw,   wynikających   z   konstytucji.   To   cząstka 
mojej taktyki obronnej w obliczu tych napaści w „Tygodniku", no i... 
tego   człowieka,   który   tak   wstrętnie   mnie   potraktował   w   barze. 
Uczniom   się   to   podobało,   dobrze   zrozumieli,   o   czym   mówię. 
Większości się podobało, Jimmy'emu też. I spytał, czy nie dałabym 
mu u siebie pracy.

Potrzebowałam   jakiejś   pomocy   w   wypożyczalni.   No   i   Jimmy 

okazał się bardzo pojętny. Doskonale pracuje.

- Wiem o tym. - Spoglądał na nią, ale bez najmniejszych objawów 

sympatii. - Więc ty jesteś „spadochroniarka", co?

- O co ci chodzi?
-   Zjawiasz   się   w   mieście,   podbechtujesz   ludzi.   Zwabiasz 

nieletnich! Świetny byłby z tego film, prawda?

Przeniósł wzrok na drogę i włączył bieg.
- Zapnij pas! - Ruszył, gdy wykonała polecenie. - Wiem jedno: 

Jimmy nie może u ciebie pracować!

- A to dlaczego? Ty mu nie płacisz. A przecież mógłbyś.
- Mógłbym, ale tego nie robię. Nie o to jednak chodzi.

background image

- Wobec tego chciałabym bardzo wiedzieć, o co? Co się z tobą 

dzieje?   Nie   chcesz   stracić   paru   godzin,   podczas   których   jesteś 
wielbiony przez młodszego brata?

Rzucił na nią krótkie ostre spojrzenie.
- To niesprawiedliwe! Co ty o nas wiesz? Jestem po prostu jego 

bratem, a nie żadnym bohaterem.

- Przyznaję ci rację! Bohaterem nie jesteś! Jimmy dobrze potrafi 

oceniać ludzi.

- A cóż to ma znowu znaczyć?
- Przyjrzyj się sobie. Jakim ty jesteś dla niego wzorem? Latasz. 

Zgoda, to  dodaje  splendoru.  To   znaczy  dodawałoby!  Ale nie  takie 
latanie!   Robisz   coś,   co   pewnie   jest   dziś   bezpieczniejsze   niż 
prowadzenie   furgonetki.   Jesteś   skorupiakiem,   Jessie   Riversie! 
Skorupiakiem,   który   uczepił   się   bezpiecznej   strony   kamienia   na 
znajomym terenie. Mieszkasz o kilka kilometrów od miejsca, gdzie 
się urodziłeś. Chodzisz do tego samego kościoła, do którego chodziłeś 
jako   dziecko.   Jesteś   ograniczony   w   swoim   spojrzeniu   na   świat, 
ponieważ nigdy nie próbowałeś zerknąć poza horyzont!

- Może dasz mi coś powiedzieć, psiakrew! Ja...
-   Nie,   poczekaj,   jeszcze   nie   skończyłam!   A   wiesz,   dlaczego 

Jimmy poprosił mnie o pracę? Nie z powodu pieniędzy czy dlatego, że 
to jest wypożyczalnia filmów! Z powodu tematu, który poruszyłam w 
szkolnej pogadance. On chce się uczyć, Jess! Chce dorosnąć! Chce 
sięgnąć poza granice swoich dotychczasowych doświadczeń.

- Wiem o tym.
- No to dlaczego...?
- Wybacz mi, Nan, jeśli to zabrzmi jak komunał: tobie się zdaje, 

że zjadłaś wszystkie rozumy!

- To nieprawda!
- Mówisz tak, jakbyś wszystko o mnie wiedziała. - Powiedział to 

głosem   bardzo   przyciszonym,   ledwo   słyszalnym   wśród   dźwięków 
muzyki.

-   I   właśnie   wiem,   mój   drogi   Jessie   Riversie!   -   Pochyliła   się   i 

wyłączyła   radio.   -   Wyrosłam   wśród   mężczyzn   takich   jak   ty.   I   za 
jednego nawet wyszłam.

- Ooo, naprawdę?
- Tak. Naprawdę. - Zacisnęła dłonie trzymane na kolanach, aby 

nie było widać ich drżenia. Czuła w sobie gniew tak wielki, że aż 

background image

bolał.   -   Myślisz,   że   jesteś   bogiem,   skoro   zdobyłeś   powodzenie   na 
swoim podwóreczku? Wychowałam się w takim samym mieście jak 
Hennington. Moja wiedza ograniczała się właśnie do takiego małego 
światka. Wiedziałam wyłącznie, kto ma pieniądze, a kto jest biedny, 
kto u kogo sypia, kto się upija...

- No i kto z kim sypiał?
- Przestań ze mnie kpić! Moi rodzice, brat i siostra uwielbiają to 

miasteczko. Wcale ich nie nęci świat poza nim. Moi nauczyciele w 
gimnazjum   byli   tacy   sami.   Wychowanie   obywatelskie   w   szkole 
polegało na omawianiu miejscowych problemów, a tak naprawdę to 
plotek i pomówień. Nauka historii świata? To, czego nauczano w tym 
przedmiocie,  to były popłuczyny. Język angielski?  Nauczyciele nie 
potrafiliby odróżnić dobrej powieści od złej nawet wówczas, gdyby od 
tego zależało ich życie. Szczytem marzeń wszystkich dziewcząt było 
opuścić wreszcie szkołę i wyjść za mąż. Wszystko jedno, co robić, 
byle uciec od straszliwej nudy.

- Innymi słowy odniosłaś sukces, jeśli zastosujemy to kryterium 

oceny.

- Taki sukces, że się nieomal nim usidliłam! - Zamknęła oczy, 

głowę   miała   pełną   wspomnień.   -   Z   początku   kochałam   Paula. 
Naprawdę! I myślałam, że rysuje się przed nami wspaniałe wspólne 
życie. Ileż to miałam pomysłów! Jakie plany! Jakie wielkie nadzieje!

- I co się stało?
Otworzyła oczy. Stali na poboczu. Słońce było już znacznie niżej 

nad horyzontem, złocąc krajobraz późnymi promieniami. Płaskie pola 
po lewej zamieniły się w płytkie jary, za którymi wznosiły się nagie 
pagórki. Przecudowna pustynna sceneria! Jess wpatrywał się w twarz 
Nan.

- On nie potrafił marzyć - odparła, obracając ku niemu głowę. 

Oczy   ją   zapiekły,   po   policzkach   spłynęły   łzy.   -I   chciał   mi   także 
odebrać moje marzenia!

Jess   zaniemówił.   Spodziewał   się   listy   zwykłych   żalów:   że   się 

nudziła,  że  mieli   złe  współżycie  fizyczne, że  pił,  że  był leniwy, a 
może robił awantury i tym podobne. Spodziewał się wszystkiego, ale 
nie   tego.   Nie   tego   okrzyku,   płynącego   z   głębi   serca.   Nie   takiego 
pragnienia, które musi być zaspokojone. I nie miał pojęcia, co na to 
odpowiedzieć.

Więc się ku niej pochylił i pocałował ją.

background image

Nan   poczuła   jego   wargi   na   swoich,   nim   jeszcze   zdała   sobie 

sprawę   z   tego   faktu.   I   zanim   zdała   sobie   sprawę   z   czegokolwiek 
innego, zarzuciła mu ręce na szyję, rozchylając usta do pocałunków. 
Pasy uniemożliwiały większe zbliżenie.

Nie było ono nawet potrzebne. W tej chwili poczuła się bliżej 

Jessa   niż   jakiejkolwiek   innej   osoby   kiedykolwiek   w   życiu.   Jego 
pocałunek był delikatny, czuły i jednocześnie namiętny. Dawał, biorąc 
jednocześnie; smakował ją czubkiem języka, ale nie nalegał. Czuła 
świeży zapach jego skóry, płynu po goleniu - prosty, miły zapach, 
czuła na policzku ciepło jego oddechu. Palcami wiodła po miękkich 
włosach   i   po   wygolonych   miejscach   na   karku,   gdzie   włosy   już 
odrastały, tworząc kłującą szczecinę. Wyczuwała na plecach węzły 
twardych mięśni, a przede wszystkim uświadamiała sobie, że topnieje, 
niby świeca w żarze...

Jess   natomiast   stał   na   skraju   bezdennej   przepaści,   kuszącej 

mglistym ciepłym niebytem, który go za chwilę obejmie przecudowną 
rozkoszą i nieodwołalnie ściągnie na samo dno. Jej wargi były takie 
miękkie, takie wilgotne i łakome pocałunków... Taka słodycz! Jej dłoń 
dotykała   mu   karku,   palce   pieściły   wrażliwą   przestrzeń   za   uchem... 
Spiął mięśnie. Był gotów wyrwać się z pasa bezpieczeństwa i rzucić 
na Nan.

- Przepraszam! - powiedział, odrywając ją od siebie i odsuwając. - 

Nie należało tego robić! - Chwycił za kierownicę i utkwił wzrok przed 
siebie.

- Przemawiaj jedynie w swoim imieniu! - Miała krótki oddech, 

ale panowała nad sobą. - Mnie się to podobało! Mogłam przy okazji 
stwierdzić,   iż   rzeczywiście   jeszcze   wszystkiego   o   tobie   nie   wiem. 
Nigdy bym nie przypuściła, że tak dobrze całujesz. - Uśmiechała się i 
usta nadal miała półotwarte, wilgotne.

Była  urzekająca.  Na  jej   policzkach   wykwitły   czerwone  plamy, 

jakby prosząc, by ich dotknąć. Z wielkim wysiłkiem opanował się i 
też uśmiechnął.

- No to co, będziemy się dalej kłócić? - spytał.
-   Nie!   -   Ścisnęła   mu   ramię.   -   Niepotrzebnie   pozwoliłam 

przeszłości   zakłócać   teraźniejszość.   Jesteśmy   przyjaciółmi,   chyba 
potrafimy   spokojnie   dyskutować   i   rozwiązywać   nieporozumienia.   - 
Rozejrzała się dokoła. - Gdzie my jesteśmy?

background image

Jak   tu   pięknie!   Spójrz   na   słońce,   tuż,   tuż   na   skraju   wzgórz! 

Purpura, zieleń i złoto! I jaskrawa czerwień!

- Są tacy, co nazywają ten krajobraz pustkowiem. -Wskazał na 

bruzdy jarów i usiłował odgadnąć, co Nan miała na myśli, określając 
ich stosunek mianem przyjacielskiego. To słowo jakoś nie pasowało 
do tego, co czuł w obecnej chwili. - To skraj obszaru, który otrzymał 
nazwę Złej Ziemi. A te kolory, które widzisz, daje przedziwny skład 
ziemi   i   skał.   Najlepiej   na   to   patrzeć   z   powietrza.   Człowiek   ma 
wrażenie, iż leci  nad inną planetą. Zła Ziemia  to pustynne połacie 
Południowej Dakoty.

-   Naprawdę?   -   Spojrzała   na   niego   ponownie,   a   on   dostrzegł 

gwiazdy w jej oczach. - Chciałabym któregoś dnia...

- Chciałabyś któregoś dnia polecieć? Zabiorę cię na pewno, kiedy 

tylko...

-   Będzie   bezpieczniej?   -  dokończyła  i  uśmiechnęła   się,  by  nie 

pomyślał, że ona znów kpi z jego pilotowania.

- Właśnie. A nie należy o tym myśleć?
- Ty się stale bronisz, jakby cię ktoś atakował. Mieliśmy się już 

nie kłócić. - Przechyliła głowę i spojrzała mu w oczy. - Jess, byłeś 
kiedyś żonaty?

- Nie.
- Ale prawie, prawie?
- Tak, jeden raz. - Zapuścił silnik. - Jedziemy. Nie wiem jak ty, 

ale ja jestem głodny, bo nie jadłem obiadu.

Jechali   w   milczeniu.   Nan   korciło,   żeby   dowiedzieć   się   czegoś 

więcej   o   owym   „prawie   jeden   raz",   ale   się   powstrzymała.   Nie   jej 
zmartwienie, nie jej sprawa, to jego emocjonalne życie! Starała się 
zapomnieć o pocałunku Jessa i swojej reakcji. To po prostu odruch 
wzruszenia. Jedyna sprawa, która domagała się wyjaśnienia, dotyczyła 
Jimmy'ego. Nan była zdecydowana walczyć o prawa chłopca i o jego 
niezależność.

Restauracja   znajdowała   się   na   skraju   małego   miasteczka,   przy 

którym   Hennington   wydawało   się   metropolią.   Mieścina   sprawiała 
wrażenie   niespodziewanej   narośli   na   płaskiej   prerii:   pojawiła   się 
nagle,   bez   ostrzeżenia,   bez   przyczyny   i   jakby   bez   racji   bytu.   Jej 
wygląd też nie wzbudził entuzjazmu Nan. Budynek był z cementowo 
-żużlowych bloków, częściowo oszalowany deskami. Czerwony neon 
zapowiadał krótko i wymownie: JEDZENIE. Na wysypanym żużlem 

background image

parkingu   pełno   było   najrozmaitszych   samochodów   i   ciężarówek. 
Spojrzała niepewnie na Jessa.

- Zaufaj mi! - powiedział uśmiechając się.
Jess   miał   rację.   Kiedy   weszli,   poczuła   zapach   dobrej   kuchni   i 

głód.   Wystrój   wnętrza   był   okropny:   plastykowa   boazeria   udająca 
drewno, na ciemnym de obrazy wielkookich dzieci, fałszywe zegary 
„z epoki" i odpryskujące kawałki plastyku na krzesłach. Wszystko to 
zdawało się zupełnie nie przeszkadzać klientom, którzy pałaszowali z 
wielkim apetytem. Wielu z nich pozdrowiło Jessa, przyglądając się 
Nan z nie ukrywaną ciekawością. Jak to dobrze, że się przebrała! Rolę 
gospodyni   pełniła   potężnej   budowy   niewiasta   o   siwych   włosach   i 
przyjaznym   uśmiechu,   który   zrobił   się   bardziej   szeroki,   gdy 
spostrzegła Jessa.

-   Halo,   rzadki   gościu!   -   powiedziała,   skinieniem   głowy 

pozdrawiając oboje. - Dawno tu nie byłeś, Jess!

-   Cześć,   Saro!   -   odparł   i   ujął   Nan   pod   rękę   gestem 

podkreślającym, że to jego kobieta. Przedstawił jej Sarę, właścicielkę i 
gospodynię. - Masz dla nas stolik dla niepalących? - zapytał.

- Ooo, widzę, że młoda dama zamierza zupełnie pozbawić pana 

cygar, panie Rivers! - roześmiała się Sara. - Będzie nam tu brakowało 
ich aromatu!  - skrzywiła się jakby z obrzydzeniem i poprowadziła 
gości w stronę przepierzonych kojców w głębi sali. „Dla niepalących" 
oznacza, że możesz palić albo nie palić, pomyślała Nan widząc, że 
Sara po prostu zabiera ze stołu popielniczkę.

Jedzenie było wspaniałe! Zgodnie z sugestią Jessa wzięła rostbef. 

Otrzymała mięso tak delikatne, że można je było krajać widelcem. 
Podano im bułeczki - świeże, pulchne i gorące. Jedynym minusem 
okazała się woda. Gdy sięgała po szklankę, Jess położył dłoń na jej 
dłoni.

- Nawet nie próbuj! - ostrzegł. - Będziesz potem przez tydzień 

wyciągała   z   zębów   grudki   minerałów.   Zrobiłem   wszystko,   żeby 
namówić Sarę na sprowadzanie butelkowanej wody, ale ona upiera się 
przy wodociągu. I twierdzi, że woda jest bardziej „naturalna".

- Rzeczywiście! - powiedziała Nan, podnosząc szklankę pod nos i 

wąchając jej zawartość. - Chyba wezmę piwo.

Zamówił je dla niej, pozostając przy swojej wodzie sodowej.
- Ty się nie napijesz piwa? - spytała. - Dlatego że prowadzisz? 

Czy też chcesz mnie upić, bo coś knujesz?

background image

-   Nie.   -   Rękami   podparł   brodę   i   przyglądał   się   Nan.   -W   tym 

tygodniu latam. Właściwie już jutro. Mam zasadę, by nie pić alkoholu 
poprzedniego dnia.

- Nawet piwa? - Potrząsnął przecząco głową. Zaimponował jej. - 

Jesteś   bardzo   zdyscyplinowanym   mężczyzną,   Jessie   Riversie!   - 
powiedziała.

- Po prostu ostrożnym. Tak jak każdy lubię wypić drinka od czasu 

do czasu, ale wiem, jakie mogą być skutki. Mój przyjaciel, Charlie... - 
przerwał, gdy pojawiła się kelnerka z talerzami.

- Widziałam, że ma problem z piciem - odezwała się Nan, gdy 

znów zostali sami. - W zeszłą niedzielę wyglądał...

- Nie osądzaj go zbyt surowo - Jess mówił cicho, ale stanowczo, 

wpatrując   się   w   nią   intensywnie.   -   Charlie   przebył   długą,   ciężką 
drogę.

- Przepraszam... - dotknęła jego ręki. - Jest mi trudno okazywać 

wyrozumiałość w sprawie picia. Bo, widzisz, jedną z milutkich wad 
mojego byłego męża było właśnie to.

- Pił?
- Z tego, co wiem, pije nadal. - Zamrugała nerwowo, spojrzała na 

talerz   i   nagle   straciła   apetyt.   -   Nieproszona   informuje   mnie   o   tym 
moja rodzina.

- Sporo doświadczyłaś- stwierdził. Przyglądał się jej, jakby szukał 

czegoś   w   twarzy.   -   Może   dlatego   jesteś   tak   bezkompromisowa   - 
powiedział.

-   Znalazłeś   grzeczny   sposób,   żeby   mi   powiedzieć,   iż   jestem 

uparta i przemądrzała.

- Aha! - zgodził się i uśmiechnął. Widziała jednak w jego oczach 

zrozumienie i sympatię.

Apetyt powrócił jej w dwójnasób.
-  W wielu sprawach nie  masz  jednak racji - nawiązał  Jess do 

poprzedniego tematu, gdy podano im deser.

-   Na   przykład?   -   odprężona   i   niemal   przejedzona   nie   była   w 

nastroju do sporów. Postanowiła, że nie da się sprowokować, nawet 
gdyby stawał na głowie. Najwyżej będzie się śmiała.

-   Na   przykład,   jeśli   chodzi   o   mnie.   Albo   o   Jimmy'ego.   On 

naprawdę nie może u ciebie pracować.

- Dlaczego? - Znów poczuła wzbierający gniew, ale opanowała 

się z wielkim wysiłkiem. Była zdziwiona, że Jess tak łatwo potrafi 

background image

wyprowadzić ją z równowagi. - Daj mi jeden wystarczający powód, 
który bym mogła zrozumieć!

- Wiem, że mu płacisz i doceniam to. Chyba powinienem był już 

dawno to zrobić. Wart jest zapłaty. Ale on musi nauczyć się rzeczy 
praktycznych, czegoś o prowadzeniu interesu, o świecie, stosunkach 
między   ludźmi,   a   nie...   faszerować   sobie   głowę   mrzonkami, 
marzeniami i takimi tam...

-   I   tobie   się   wydaje,   że  u   mnie   nauczy   się   jedynie  marzyć?   - 

Czuła, że wszystko w niej tężeje.

- Dużo mówisz o marzeniach i sprzedajesz wytwory fantazji.
-   Wszyscy   ich   potrzebujemy.   Poza   tym   ja   właśnie   prowadzę 

interes!

- Być może. Od tygodnia. I jesteś jeszcze zielona. Poza tym jesteś 

osobą   kontrowersyjną.   Spójrz   prawdzie   w   oczy,   Nan.   Sama 
powiedziałaś, że dziś jesteś tu, jutro tam. Tu pozostaniesz jedynie tak 
długo, jak to będzie odpowiadało twoim interesom. Czegóż to Jimmy 
może się nauczyć, jakiego doświadczenia nabierze w miejscu, które 
jest... chwilowe.

- Trudno wprost uwierzyć, że możesz mówić coś podobnego!
- Poza tym: nie można odrywać chłopaka od nauki. Musi odrabiać 

lekcje, musi pilnować dobrych stopni.

- Oczywiście, że musi, choćby miał skończyć tak jak ty!
- Jak ja? - Jess oparł się wygodnie. - Nie ma mowy. Dopilnuję 

tego.   Teraz   wszystko   idzie,   ale   przez   długi   czas   nie   szło.   Miałem 
bardzo marne stopnie i mało brakowało, a nie skończyłbym szkoły, bo 
tak byłem zajęty myśleniem o przyszłości. Właśnie marzeniami, jeśli 
wolisz to tak nazwać.

- Ty zajęty marzeniami? Koń by się uśmiał!
- Właśnie ja! Widzisz! - Pochylił się nad stołem wskazując na nią 

palcem.   -   Jeszcze   w   jednej   sprawie   się   mylisz.   Nazwałaś   mnie 
skorupiakiem. No to wiedz, że moja skorupa przez długi czas miała 
nogi.

- Co?
-   Nan,   poszedłem   do   pracy,   kiedy   byłem   trochę   młodszy   od 

Jimmy'ego. A jeszcze przedtem pracowałem na farmie dla ojca. Ale 
on   próbował   nauczyć   mnie   uprawiania   ziemi,   podczas   gdy   ja 
marzyłem o lataniu.

- No i zacząłeś latać.

background image

-   Oczywiście.   I   ten   ktoś,   u   kogo   pracowałem,   nauczył   mnie 

patrzeć w niebo i w chmury, a nie na ziemię.  Kiedy pierwszy raz 
znalazłem  się   w powietrzu,   wiedziałem,  że  właśnie   to  jest  coś   dla 
mnie. Przy okazji: to był ten sam samolot, który niemalże spadł ci na 
głowę w dniu, kiedy się poznaliśmy. Ten ktoś już nie może latać, a 
ja...

- Charlie?
-   Kiedy   otrzymałem   licencję   pilota...   -   Jess   potakująco   skinął 

głową nie przerywając - zabrałem manatki  i  odszedłem.  Bo wtedy 
właśnie   Charlie   zaczął   dużo   pić,   a   ja   byłem   jeszcze   zbyt   wielkim 
szczeniakiem,   żeby   móc   poradzić   sobie   z   podobnym   problemem. 
Odbyłem służbę w wojsku i potem postanowiłem zostać na swoim. 
Wynajmowałem   się   tylko   małym   liniom   lotniczym,   właścicielom 
prywatnych   maszyn,   każdemu,   kto   potrzebował   pilota.   Nie   byłem 
żadnym   tam   skorupiakiem.   Byłem   toczącym   się   kamieniem,   a   na 
kamieniu nie było nawet śladu mchu.

- Wierzę ci. I dlaczego tu wróciłeś? - Nan była zafascynowana 

opowieścią. A więc się myliła. Jess wyjaśnił tajemnicę tego, co jest w 
nim głęboko ukryte, a co ona zawsze dostrzegała: okiełznaną dzikość. 
Może w istocie nie jest takim zmurszałym sztywniakiem?

- Wróciłem, bo chciałem i czułem potrzebę. Tutaj jest mój dom. 

Oczywiście, w tamtym świecie czułem się wolny jak ptak. Ale nie 
byłem szczęśliwy. I stawałem się nieco niebezpieczny. Dla siebie i dla 
każdego w pobliżu.

- To wtedy właśnie o mało się nie ożeniłeś?
- Z córką pracodawcy. - Skrzywił twarz w uśmiechu. -Możesz w 

to uwierzyć? Nie mogę do tej chwili przejść do porządku dziennego 
nad   tym,   że   mogłem   być   taki   głupi.   Pilotowałem   wtedy   samolot 
wielkiego potentata z Georgii. Córeczka tatusia pojawiała się od czasu 
do czasu na lotnisku. Piękna i bogata. I to mnie z pewnością zaślepiło 
i oszołomiło.

- Ty ją też pewno oszołomiłeś. - Nan podparta brodę dłońmi.
- Cały problem na tym właśnie polegał. - Podniósł rękę, dając 

znać   kelnerce,   że   prosi   o   rachunek.   -   Myślałem,   że   się   kochamy. 
Byłem   gotów   akceptować   wszystkich   snobów   w   rodzinie, 
zdruzgotanych   tym,   że   nie   należę   do   ich   klasy.   Ale   któregoś   dnia 
przebudziłem się z pięknego snu i stwierdziłem, że to koszmar - ona 

background image

nie   kocha   Jessa   Riversa,   tylko   wyimaginowanego   romantycznego 
bohatera przestworzy.

- Rozumiem! - W istocie Nan nie rozumiała: jak można było tak 

się   pomylić?!   Owszem,   ponętny   dla   kobiety   i   umie   całować,   ale 
zupełnie pozbawiony aury romantycznego bohatera. - Przykra sprawa! 
- zgodziła się.

-   Właściwie   nie.   Wkrótce   potem   zdecydowałem   się   powrócić 

tutaj. Któregoś dnia...

Nie   dowiedziała   się,   co   miał   przynieść   „któryś   dzień",   gdyż 

podeszła kelnerka z rachunkiem. Jess zapłacił i wyszli.

W   drodze   powrotnej   do   domu,   gdy   jechali   szosą   zalaną 

księżycowym światłem, powrócił do poprzedniego tematu.

-   Rozumiesz   już   teraz,   dlaczego   nie   chcę,   by   Jimmy   u   ciebie 

pracował?

-   Wcale   nie   rozumiem.   Nie   widzę   żadnego   związku   między 

twoimi doświadczeniami a jego pragnieniami. Opowiadasz stale, że 
nie lubisz marzyć i snuć fantazji, a z twoich słów wynika co innego. A 
ja   z   pewnością   potrafię   Jimmy'ego   nauczyć   i   wpoić   mu   kilka 
zdrowych   zasad   biznesu.   I   nie   zmieni   tego   fakt,   że   wypożyczam 
kasety filmowe, a nie sprzedaję chińskich konfitur. Zasady są zawsze 
te same. .

- Być może... - Wydawał się znacznie mniej pewny siebie.
-   Poza   tym,   to   była   inicjatywa   Jimmy'ego.   Jego   pomysł.   Czy 

chcesz zasłużyć na miano czarnego charakteru?

- Nie rozumiem?
-   Czy   twój   ojciec   zgłaszał   obiekcje,   gdy   chciałeś   pracować   u 

Charliego?

- Mieliśmy na ten temat parę rozmów.
- Nie wątpię. Jestem też pewna, że w twoim przekonaniu ojciec 

stał się po owych rozmowach niemalże mordercą marzeń. I uważałeś, 
że on ciebie zupełnie nie rozumie, prawda?

Jess nic na to nie odpowiedział.
-   Posłuchaj   i   nie   obrażaj   się:   owej   piękności   wydawałeś   się 

romantyczną   postacią   z   Południa.   Jimmy'emu   przypominasz 
oklapłego, mało rozumiejącego starca! Na pewien czas zostaw brata w 
spokoju. Ja będę pilnować, by nie zaniedbał nauki.

background image

- Więc twierdzisz, że jestem stary nudziarz? Oklapły? Że Jimmy 

widzi we mnie starca, który czeka na bujający fotel? - mówił z żalem 
w głosie.

- Chwileczkę! Ja po prostu usiłowałam przedstawić ci sytuację z 

punktu widzenia nastolatka. Uważam, że jesteś... bardzo miły.

- Boże drogi! Miły!
-   Jess,   spojrzyj   prawdzie   w   oczy!   Jesteś   miły.   Masz   dobrze 

prosperujący interes, tak mi się w każdym razie wydaje. Masz własny 
dom. Masz wiele zalet: chodzisz do kościoła, nie pijesz, przestałeś 
palić. Dla większości kobiet jesteś ideałem, o jakim marzą.

- A dla ciebie?
- Ja ciebie po prostu lubię. Nie bądź przeczulony. Jesteś, no...
- Nudny?
- Jess...!
- Powiedz, chcę wiedzieć!
-   No   więc   dobrze.   Errolem   Flynnem   nie   jesteś!   -   Umilkła   i 

zaczęła przyglądać się jego profilowi. Jess nie wydawał się zbytnio 
przejęty jej krytyką, a z jego miny mogła wywnioskować, że go to 
bawi. Dobrze, wobec tego pójdźmy dalej, pomyślała. - Jeszcze mniej 
przypominasz Indianę Jonesa.

- Kogo?
-   Nieważne.   Jimmy   ci   powie.   Jesteś   prawie   kulturalnym 

analfabetą, jeśli nie wiesz...

- Och, już wiem, to ten facet w dużym kapeluszu, z biczyskiem! I 

to jest twój ideał?

- Jeden z wielu.
- Człowiek aktywny, zawsze gotowy podjąć ryzyko?
- Powiedzmy! Tak!
- A co robisz w następną niedzielę?
- Co, co? - pytanie ją zaskoczyło. - Nie wiem, co będę robiła. To 

dla mnie zbyt odległa przyszłość.

- Zarezerwuj sobie popołudnie. I powiedz Sue, że nie będziesz u 

niej na obiedzie.

- Kolejne zaproszenie? Bo jeśli tak, to musimy przedtem wyjaśnić 

kilka drobnych spraw, zanim zdecyduję, czy je przyjmę.

- Na przykład sprawę Jimmy'ego?
- O nim też myślałam.

background image

- Dobrze. - Jess zwolnił i Nan spostrzegła, że już wjechali do 

Henningtonu.   Z   odrobiną   żalu   stwierdziła,   że   Jess   wybrał   inną, 
znacznie krótszą drogę powrotną. Prawdopodobnie w chęci pozbycia 
się   jej   jak   najszybciej,   by   już   nie   słuchać   tych   mało   pochlebnych 
opinii na swój temat.

- Może masz częściowo rację - powiedział Jess. - Już ci mówiłem, 

że   w   przypadku   Jimmy'ego   bywam   zaślepiony.   Dam   tobie   i   jemu 
szansę. Tydzień! Jeden tydzień. Jeśli po tym czasie zacznie wzdychać, 
jęczeć, marzyć na jawie...

- To wtedy ja go pierwsza wyrzucę - odparła Nan. - Zgadzasz się?
-   Chyba   tak.   Miałaś   rację,   mówiąc   o   moim   wtrącaniu   się.   To 

byłby błąd i miałby do mnie żal. Ale obiecaj mi...

- Obiecać ci mogę tylko jedno: że będę grała w otwarte karty, 

sprawiedliwie.

Nie odpowiedział od razu. Podjechał pod jej dom i zatrzymał się. 

Nan chwyciła za klamkę.

- Nie odchodź - powiedział miękko, patrząc przed siebie. - Mamy 

jeszcze do wyjaśnienia parę rzeczy.

background image

ROZDZIAŁ 8

Nan przeszył dreszczyk podniecenia.
- O czym chcesz mówić? - spytała.
Nie  odpowiadając i nie  obracając się ku niej, odpiął pas. Przez 

szyby   auta   wdzierał   się   blask   księżyca   -   srebrnoszare   światło 
wiosennych   nocy   na   prerii.   Wydobywało   rysy   twarzy   Jessa, 
pogłębiało cienie, nadając jej niemal groźny, a zarazem podniecający 
wyraz. Gdyby nawet chciała, nie potrafiłaby się poruszyć.

- Kiedy całowaliśmy się tam, daleko na prerii, chciałem, żeby to 

trwało zawsze - powiedział.

- Ja też - odparła. Zabrakło jej tchu.
- Działasz na mnie w sposób, którego nie oczekiwałem - dodał, 

patrząc na wprost przez szybę samochodu. - A właściwie nie mamy 
nic wspólnego, nic nas nie łączy. Nie rozumiem...

- A musisz rozumieć? - Miała ochotę go dotknąć, choćby po to, 

by   dodać   mu   odwagi.   Wydawał   się   zagubiony.   -   Dlaczego   nie 
możemy po prostu cieszyć się tym, co się wydarza?

- Tylko tego chcesz? - spojrzał na nią uważnie. - Korzystać z 

chwili?   Cieszyć   się   tym?   W   prawdziwym   życiu   odegrać   scenkę   z 
marzeń?

- A czy jest w tym coś złego, Jess? Wydaje mi się, że masz głowę 

przeładowaną  tylko  realiami.   -  Dopiero  teraz   położyła  mu  dłoń   na 
ramieniu. - Mógłbyś choć raz wychylić czarkę fantazji. - Przysunęła 
się, ręką objęła go za plecy. Pod dłonią wyczuwała napinające się 
mięśnie. - A może jeszcze parę łyżeczek zwykłych marzeń - dodała 
cichutko. - Masz do tego takie samo prawo jak każdy inny.

-   Grasz   ze   mną   nieuczciwie   -   powiedział   głosem 

przypominającym ciche warczenie. - Bardzo nieuczciwie! - Marszczył 
czoło, ale w kącikach ust widziała przyzwolenie.

- Wiem o tym - odparła, przebierając delikatnie palcami w jego 

włosach.   -   Powiedziałeś,   że   mamy   kilka   rzeczy   do   wyjaśnienia. 
Myślę,   że   jedno   już   wyjaśniliśmy:   bardzo   sobie   odpowiadamy. 
Oczywiście tylko pod pewnymi względami. Czy zgadzasz się ze mną?

- Byłbym strasznym kłamcą, gdybym odpowiedział, że nie.
-   No   widzisz!   -   Przysunęła   się   jeszcze   bliżej,   tak   blisko,   że 

wyczuwała żar jego ciała. Była podniecona. Ale skłonna raczej do 
zabawy niż do poważnego seksu. Uświadomiła sobie, że nigdy nie 
próbowała doprowadzić do podobnej sytuacji z innymi mężczyznami. 

background image

Przeciągnęła palcem po jego karku, brodzie, a potem wyrysowała linię 
wzdłuż rzeźbionych ust.

Westchnął,   oparł   się   plecami   o   siedzenie   i   zamknął   oczy. 

Zniżonym głosem powiedział:

- Bawisz się dynamitem. Jeśli lont zaiskrzy, to nie masz po co 

wzywać   ratunku.   Nie   będzie   tu   żadnego   rycerza   na   białym   koniu. 
Tylko ja.

-   Wystarczysz   mi   -   odparła   szeptem,   całując   go   w   szyję.   Pod 

ustami   wyczuwała   pulsującą   arterię,   skórę   miał   gorącą,   tętno 
przyśpieszone.   -   Zupełnie   mi   wystarczysz!   -   Czubkiem   języka 
smakowała skórę szyi.

Jess pomyślał, że właściwie bardzo go bawi sytuacja, gdy zbliża 

się do granicy, poza którą nie ma już odwrotu, a jednocześnie robi 
wszystko,   aby   jej   nie   przekroczyć.   Perwersyjna   gra.   Podobna   do 
szukania rozkoszy w bólu: doznania stają się tak do siebie podobne, że 
nie można ich odróżnić. Jej piersi niemalże dotykały jego ramienia, a 
udo było jeszcze bliżej jego nogi. W nozdrza wdzierał się jej zapach i 
mącił mu w głowie. Wszystko w nim wołało o więcej, więcej, ale 
czekanie było rozkoszą. Nie teraz!

Później? Może.
Nan dobrze wiedziała, co się z nim dzieje. Tak jej się w każdym 

razie zdawało. Przyzwalał, by go podniecała, a w rzeczywistości to on 
kontrolował   sytuację.   Stąd   jej   poczucie   bezpieczeństwa.   Chciałaby 
zmienić   ten   stan   rzeczy,   pchnąć   go   poza   obszar,   nad   którym 
sprawował kontrolę. Niech ją straci! Niech utraci panowanie nad sobą. 
Rozpoczęła wędrówkę dłonią po jego piersi, ale się zawahała.

To   nie   było   w   jej   stylu.   Odsunęła   się   i   spojrzała   na   Jessa. 

Przyglądał   się   jej   spod   półprzymkniętych   powiek.   Nie   potrafiła 
odczytać wyrazu jego twarzy. Zresztą nie potrzebowała. Całym ciałem 
wyrażał pożądanie.

- Ciebie to bawi - powiedziała. - Podpuszczasz mnie i zacierasz w 

myślach ręce, prawda?

-   Jeszcze   nie   wołam   o   pomoc,   jeśli   ci   o   to   chodzi.   -   Ślad 

uśmiechu.

- Jessie Rivers, ty jesteś.
- Bezradnym niewolnikiem miłości...
- Nędznikiem!

background image

-   Tak  lubisz  całować  nędzników  w  szyję?   Jest   to  co  najmniej 

dziwne. - Szczery uśmiech.

-   Być   może!   -   Lekki   ton,   jaki   przyjęli,   złagodził   olbrzymie 

napięcie i pozwolił zachować romantyczny nastrój. Uśmiechnęła się i 
oparła o jego ramię. - Zupełnie miły pocałunek. Ty zresztą też tak 
pomyślałeś.

Poruszył się niespokojnie, a potem objął ją ramieniem.
-   Chyba   tak.   Nawet   nędznicy   podniecają   się   po   odpowiedniej 

stymulacji. A ty jesteś wspaniałą stymulatorką, możesz mi wierzyć!

- Kiedy znów możemy się spotkać? - spytała Nan, wtulając głowę 

w jego pierś.  - Czeka mnie  zwariowany tydzień, ale  przy  pomocy 
Jimmy'ego...

Potrząsnął głową. Raczej wyczuła, niż dostrzegła ten ruch. Dłonią 

gładził delikatnie jej ramię.

- Ja też będę bardzo zajęty, a nie chcę się nigdzie spieszyć, gdy 

się spotkamy. Może w niedzielę?

- Doskonale. W takim razie...
-   Nie,   nie   rób   żadnych   planów!   Mam   parę   pomysłów. 

Niespodzianka! Domyślam się, że należysz do kobiet uwielbiających 
niespodzianki.

- Wyłącznie dobre. - Spojrzała mu w oczy.
Po   tym   pocałunku   szyby   były   już   całkowicie   zaparowane. 

Pożegnanie   go   było   jednym   z   najtrudniejszych   zadań,   jakie   Nan 
kiedykolwiek wykonała.

Dni   mijały   powoli,   ilekroć   myślała   o   Jessie,   a   pędziły,   gdy 

pracowała.   Parogodzinna   obecność   Jimmy'ego   po   południu   lub 
wieczorem stanowiła olbrzymią pomoc, a poza tym Nan dobrze się 
czuła w jego towarzystwie. Z początku nieco się obawiała, że Jimmy 
zacznie pałać do niej cielęcą miłością, ale na szczęście tak się nie 
stało. Spostrzegła, że w naturalny sposób zaczyna go traktować jak 
własnego   młodszego   brata,   któremu   można   radzić   i   dyskretnie 
kierować we właściwą stronę.

W tym wszystkim jedno było niepokojące: Jimmy ani razu nie 

wspomniał swego starszego brata.

We   wtorek   wczesnym   wieczorem   przyszła   Genny   Weaver. 

Obeszła cały lokal, powitała Jimmy'ego i skinęła głową Nan.

background image

-   Chciałabym   porozmawiać   -   powiedziała   przyjaznym   i 

spokojnym   głosem,   przez   który   przebijało   jednak   jakieś 
zdenerwowanie.

- Oczywiście, słucham! - Nan podparła się na łokciach.
-   Wspaniale   wypadłaś   podczas   tego   spotkania   z   uczniami...   - 

Genny   zerknęła   w   stronę   Jimmy'ego,   który   zapamiętale   odkurzał 
półki. -Chciałabym jeszcze raz ci podziękować. Nauczyciele mówili, 
że   poruszony   przez   ciebie   temat   był   inspiracją   do   wielu   debat   i 
dyskusji na lekcjach.

- Cieszę się.
- Niestety, nie wszyscy tak uważają. Pomyślałam, że cię ostrzegę.
- Nie rozumiem...
-   Są   ludzie,   których   denerwują   twoje   rzekomo   nieprzystojne 

filmy.   Oburzają   się   też,   że   publicznie   wystąpiłaś   przeciwko   ich 
protestom i groźbom.

-   Groźby?   Wobec   mnie?   Nikt   mi   niczym   nie   groził...   -   Nan 

zamrugała, niezdolna w pełni pojąć to, co usłyszała.

- Wiem, nie chodzi o bezpośrednie groźby. I to w ogóle nie jest 

ważne.   Przed   piętnastu   laty   moja   siostra   podjęła   fatalną   decyzję 
poślubienia niejakiego Neilsona, Douglasa Neilsona. Od niej właśnie 
dowiedziałam się, że wywołałaś olbrzymie poruszenie w miejscowych 
kołach   ultrakonserwatywnych.   Douglas   nie   może   zapomnieć,   że 
wyrzuciłaś go z lokalu.

- Prosił się o to swoim zachowaniem.
-   Oczywiście.   Ale   jego   ugrupowanie   uważa   to   za   obrazę. 

Obawiam się, że masz obecnie wrogów zupełnie ci nie znanych.

- Nie miałam zamiaru przysparzać sobie wrogów. Musiałam się 

bronić.   Tak   jak   powiedziałam   w   piątek:   wszyscy   mają   prawo   do 
wyrażania   swoich   opinii.   Tak   długo,   dopóki   nie   naruszają   moich 
praw.

-   To   wszystko   nie   jest   takie   proste   -   powiedziała   Genny 

przyciszając   głos.   -   I   musiałabyś   być   bardzo   naiwna,   a   chyba   nie 
jesteś,   by   sądzić,   że   problem   da   się   łatwo   rozwiązać.   Rzuciłaś   im 
wyzwanie, ponadto jesteś kobietą, co jeszcze pogarsza sprawę.

- Dajże spokój! W którym roku żyjemy?
-   Coś   się   stało,   Nan?   -   podszedł   Jimmy,   trzymając   w   ręku 

ściereczkę do kurzu. - Dzień dobry, pani dyrektor!

background image

- Nie miałam zamiaru wciągać ciebie do tej sprawy, Jimmy! - 

powiedziała  pani Weaver. - Skoro jednak tu pracujesz, powinieneś 
wiedzieć. Pani Black rozzłościła parę osób w tym mieście.

-   Tak,   proszę   pani,   wiem   -   odparł   Jimmy.   -   Ale   paru   moich 

kumpli pilnuje lokalu, kiedy nas tu nie ma.

-   Boże   drogi!   -   Nan   trzepnęła   dłonią   o   ladę.   Kilku   klientów 

obejrzało się ciekawie. - Co tu się dzieje? Czy może muszę żądać 
policyjnej   ochrony,   ponieważ   wypożyczam   filmy,   które   się   nie 
podobają paru ludziom?

- Nie, nie, sytuacja nie jest znów tak poważna - odezwała się pani 

Weaver. - Mam nadzieję, że wkrótce będziesz przez nich akceptowana 
jako   zło   konieczne.   Ale   Jimmy   ma   rację.   Możesz   spodziewać   się 
drobnych   przykrości   albo   nawet   wandalizmu,   nim   ci   ludzie   się 
uspokoją bądź znajdą sobie inny cel.

-   Wszystko   to   bardzo   mi   się   nie   podoba.   -   Nan   westchnęła 

głęboko. - Ale dziękuję ci, że znalazłaś czas, by mnie o tym uprzedzić. 
Nigdy nie przewidywałam tego rodzaju problemów. Prowadzę bardzo 
ostrą selekcję filmów.

-  Treść   filmów   przestała  być  ważna.  Upokorzyłaś  Douglasa  w 

obecności wielu ludzi i on nie może tego darować. To już się raz 
zdarzyło i... - Genny spojrzała na Jimmy'ego.

- Co mianowicie? - spytała Nan. - Co się zdarzyło?
- Chodziło wówczas o jego brata - dyrektorka wskazała głową 

Jimmy'ego.

- Właściwie o Charliego! - poprawił chłopak. Widać jednak było, 

że niechętnie wspomina ten temat. - Chciał tutaj otworzyć warsztat, 
kiedy...   kiedy   stracił   licencję   pilota   i   ten   Neilson...   pan   Neilson 
spowodował, że rada miejska nie dała mu zezwolenia z powodu jego...

- Pijaństwa? Wiem, Jess mi opowiadał - odezwała się Nan.
- Aha! - Jimmy spojrzał na panią Weaver. - No i Jess nie chciał 

się   z   tym   pogodzić.   Domagał   się   podania   przyczyn.   I   publicznie 
zarzucił   Neilsonowi,   że   boi   się   konkurencji   Charliego,   który   jest 
lepszym od niego mechanikiem. Jess powiedział, że Charlie może być 
w sztok pijany, a szybciej rozbierze i złoży każdy motor, niż Neilson 
zdąży   obetrzeć   sobie   tyłek.   -   Jimmy   zaczerwienił   się   jak   burak.   - 
Przepraszam, pani dyrektor!

-   Nic   nie   szkodzi.   Byłam   tam   i   słyszałam   to.   Tak   właśnie 

powiedział twój brat.

background image

-   Ach,   więc   chodziło   tu   również   o   interesy!   -   Nan   palcem 

postukała   w   kontuar.   -   Mam   nadzieje,   że   inna   firma   wideo   nie 
zamierza otworzyć tu punktu usługowego a pan Neilson nie jest tym 
osobiście zainteresowany?

- O, nie! - Genny potrząsnęła rudymi lokami, które zatańczyły 

energicznie. - Odbiło jemu i paru innym. Oni naprawdę boją się, że 
chociaż nie robisz tego teraz, to zaczniesz wypożyczać filmy porno.

- Nigdy! Ale gdybym je miała,  broniłabym prawa każdego do 

wypożyczania ich. To jest sprawa sumienia.

- Słusznie! - Jimmy podniósł pięść, aprobując słowa Nan. Genny 

też się roześmiała, ale w jej oczach widać było ślady niepokoju. Kiedy 
wybrała sobie kasetę i wyszła, Nan odciągnęła Jimmy'ego na bok i 
powiedziała półgłosem, by nikt z klientów nie mógł usłyszeć:

- Neilson tu był w zeszłym tygodniu. Przestraszył córeczkę Sue. 

Wyrzuciłam   go   z   lokalu.   Powiedziałam,   żeby   tu   nigdy   więcej   nie 
przychodził. Powiedz mi teraz, czy napytałam sobie kłopotów? Muszę 
to wiedzieć.

- Jess o tym wie? - spytał Jimmy.
- Chyba że mu ktoś powiedział. Ja nie. Sue prosiła, żebym mu o 

tym nie wspominała.  Zdziwiłam  się, dlaczego. Powiedziała,  żebym 
właśnie Jessowi nie mówiła.

-   Bo   Jess   poszedłby   i   kopnął...   no   wiesz,   gdzie...   Neilson   to 

wstrętny gad, ale jest chytry. Kiedy ostatnim razem zadarł z Jessem, 
skończył   z   rozkwaszonym   nosem   i   bardzo   się   przestraszył.   Wziął 
nawet   adwokata,   żeby   przekonał   sędziego,   że   jest   w 
niebezpieczeństwie.   I   sędzia   wydał   orzeczenie,   zakazujące   Jessowi 
zbliżania się do Neilsona. Niech go tylko Jess palcem dotknie, zaraz 
pójdzie do więzienia. Bo wiesz, Nan, Jess, kiedy był w moim wieku, 
nie prowadził spokojnego życia. Łatwo wpadał w gniew. Jeszcze teraz 
to potrafi.

-   No   tak,   rozumiem.   -   Nan   przymknęła   na   chwilę   oczy.   Już 

wiedziała,   skąd   te   rady   Sue.   Jess   w   więzieniu!   Byłby   jak   dzikie 
zwierzę   zamknięte   w   klatce.   -   No,   miejmy   nadzieję,   że   wszystko 
minie i rozpłynie się. Kłopoty są mi raczej niepotrzebne.

-  Wiem.   Ale wiem  też,  że jakby  co,  to  podobnie  jak  Jess  nie 

podtulisz ogona i nie uciekniesz.

- Może i tak. - Pomyślała o rewolwerze schowanym głęboko w 

szufladzie   biurka.   Nie   wyobrażała   sobie,   że   kiedykolwiek   może 

background image

nadejść chwila, w której będzie musiała myśleć o użyciu go. Boże 
drogi...!

Jess   zmniejszył   obroty   i   w   lekkim   łuku   położył   samolot   na 

skrzydło, przygotowując się do lądowania na pasie wskazanym przez 
kontrolera   ruchu.   Namiętnie   żuł   koniec   nie   zapalonego   cygara. 
Kwaśny, ostry smak tytoniu pomagał mu w koncentracji. Wylądował 
gładko.

Jak jedwab na lodzie! Uśmiechnął się do siebie. Zawsze czuł się 

dobrze i rozpierała  go duma, gdy przypominał  sobie to określenie, 
jakiego używał Charlie na lądowanie swojego młodego ucznia. Jak 
jedwab na lodzie! Dobry, stary Charlie! No, wziął się teraz w garść. 
Jest już trochę lepiej. Dużo lepiej. Bardzo trudno walczyć z nałogiem.

Dopiero   gdy   wprowadził   maszynę   w   strefę   bezpieczeństwa, 

wyrzucił   przeżute   cygaro   i   z   kieszeni   kurtki   wyjął   świeże.   To   już 
zapalił. Pociągnął i wypuścił kłąb dymu, który owiał mu głowę.

- Hej, Rivers!
Obrócił   się   i   uśmiechnął.   Patrick   Wall   był   jego   dobrym 

przyjacielem.   Zbliżyli   się   wówczas,   gdy   Jess   pomagał   staremu 
Charliemu w jego kłopotach. Wall podszedł. Podali sobie ręce.

- Cześć, Pat. Jak się masz! Kawał czasu się nie widzieliśmy! - 

powiedział Jess.

- Mam się dobrze, stary draniu! - Pat poklepał go po plecach. - A 

ty   dalej   ze   swoimi   wiechciami   tytoniu?   –   Rozgarnął   dłonią   dym  i 
zakaszlał. - Myślałem, żeś się wreszcie od tego świństwa odżegnał. 
Coś się wydarzyło, że znów musisz się tak podpierać?

- Nie! - odparł szorstko Jess i zauważył, że defensywność tonu nie 

umknęła uwadze Pata. Wyjął cygaro z ust i wetknął je do wiadra z 
piaskiem, stojącego pod ścianą. - Wszystko idzie świetnie.

- Chciałbyś pogadać o tym, co tak świetnie idzie? - spytał Wall. - 

Mam u siebie w biurze dzbanek gorącej kawy...

- Kiedy naprawdę nic się nie stało, Pat. Po prostu trudno jest z 

tym skończyć. Zły nałóg. To wszystko. U Charliego też wszystko w 
porządku. Nie martw się o nas.

-   Skoro   tak   mówisz...   -   Pat   nie   był   przekonany.   Raz   jeszcze 

przyjaźnie go klepnął. - Ale wiesz, gdzie jestem. Jeśli potrzebujesz 
rady...

-   Będę   pamiętał.   I   dziękuję   ci!   -   Jeszcze   przez   parę   minut 

rozmawiał z Patem, a potem poszedł odszukać urzędnika, który miał 

background image

dokumenty przewozowe. Machinalnie sięgnął do kieszeni po cygaro, 
ale cofnął  dłoń, gdy już prawie go dotykał. Rzeczywiście, przestał 
panować nad sytuacją.

Zaczęło się to w niedzielę późnym wieczorem po odwiezieniu do 

domu   Nan   Black.   Chęć   wzięcia   cygara   do   ust   stała   się   tak 
nieprzeparta,   że   zatrzymał   samochód.   Zaczaj   grzebać   w   schowku, 
dogrzebał   się   starego   cygara,   które   kruszyło   się   już,   ale   dało   się 
jeszcze   zapalić.   Dopalił   je   do   malusieńkiego   skrawka.   Następnego 
dnia kupił nowe pudełko cygar i schował, by nie zobaczył go Jimmy...

Jess stanął, zastanawiając się nad sobą i analizując słowa Walla. 

Pat   był   starym   doświadczonym   działaczem,   niemalże   weteranem 
stowarzyszenia   AA-   Anonimowych   Alkoholików   -   człowiekiem, 
który wielu ludziom pomógł zwalczyć demona nałogu alkoholowego. 
Skoro coś zauważył w zachowaniu czy słowach Jessa, to znaczy że 
nie jest najlepiej! Widocznie nałóg zwyciężył.

Albo też była to reakcja na pożądanie niejakiej pani Nan Black. 

Nie zaspokojone pożądanie. Jeśli tak, to co należy zrobić?

Nan   bohatersko   kończyła   śpiewać   ostatni   werset   pierwszego 

hymnu podczas niedzielnego nabożeństwa, kiedy do ławki obok niej 
wśliznął   się   Jess   i   ujął   księgę   psalmów   z   prawej   strony.   Inga 
podtrzymywała ją z lewej. Nan stała teraz pośrodku, z przyjemnością 
słuchając śpiewu Jessa.

- Przepraszam za spóźnienie!.- wyszeptał jej do ucha, gdy usiedli. 

Delikatnie dotknął palcami jej ramienia i znacząco ścisnął.

-   Bogu   spóźnienie   nie   przeszkadza   -   odszepnęła   Inga,   która 

usłyszała słowa Jessa.

Nan z trudem powstrzymała śmiech, gdy Jess zaczerwienił się po 

korzonki włosów i jak oparzony puścił jej ramię. Do końca siedział 
blisko niej, ale nie za blisko. Dopiero po skończonym nabożeństwie 
ujął ją delikatnie pod ramię.

-   Chodźmy   stąd   -   powiedział   -   zanim   nas   obstąpią   ludzie.   - 

Wyprowadził Nan z kościoła na parking, do jej samochodu. - Jedź do 
domu i przebierz się. Spotkamy się na lotnisku.

-   W   co   mam   się   przebrać?   I   gdzie   jest   lotnisko?   Jeszcze   nie 

miałam czasu zorientować się w okolicy. - Ogarnęła ją falą jakiejś 
czułości   do   Jessa.   W   porannym   słońcu   wyglądał   bardzo   młodo. 
Podobny   do   tego   narowistego   chłopaka,   jakim   był   niegdyś.   Do 

background image

chłopaka,   o   którym   tyle   już   się   dowiedziała.   Dłonią   musnęła   jego 
policzek.

- Oj, nie rób tego, Nan! - powiedział cichutko. - Bo przestanę 

odpowiadać za własne czyny. - Uśmiechnął się czule. - Tęskniłem za 
tobą przez cały tydzień - przyznał.

- Miło to słyszeć. - Właściwie chciała powiedzieć mu to samo, ale 

słowa uwięzły jej w gardle. W ciągu tygodnia widziała go jedynie raz 
przez okno wypożyczalni, gdy przyjechał po Jimmy'ego. Pomachał jej 
wtedy, ale nie wszedł do środka. Było jej przykro i poczuła na niego 
złość. Tak troszkę. Następnego dnia Jimmy wyjaśnił, że wtedy Jess 
był już strasznie spóźniony. Wszystko w porządku, pomyślała. Ona 
też przecież wie, co to znaczy prowadzić interes.

-  Miałem  piekielny   tydzień  -  powiedział,  trzymając jej   dłoń.  - 

Dobra pogoda oznacza dobre interesy. A to z kolei oznacza, że bez 
ustanku jestem w powietrzu, przypalając sobie ogon...

- Nie wygląda, żeby był... - Udała, że spogląda na jego tył.
- Wsiadaj. Lotnisko jest trzy kilometry za miastem na południe. 

Nie ma mowy, żeby zabłądzić. Będę tam na ciebie czekał. - Puścił jej 
dłoń i cofnął się o krok. Miał w oczach intrygujący błysk.

- Jess...?
-   Do   zobaczenia!   -   zasalutował   z   uśmiechem   i   odszedł.   Nan 

powoli jechała do domu. Nie miała pojęcia, co też on

wymyślił,   chociaż   w   programie   musiała   być   też   przejażdżka 

samolotem.   Nic   nadzwyczajnego.   Już   latała   małymi   samolotami   i 
wcale nie była tym zachwycona. Pewno chciał jej pokazać pustynię z 
góry.   Dzień   był   piękny,   wymarzony   wiosenny   dzień!   Chyba 
bezpieczny   do   latania.   No   dobrze,   niech   tam!   Może   będzie   nawet 
przyjemnie.

Ale   plany   Jessa   obejmowały   coś   więcej.   Była   tego   absolutnie 

pewna. Poczuła podniecenie, które rosło, w miarę jak przebierała się 
w dżinsy i sweter. Włosy związała z tyłu w koński ogon. Na wszelki 
wypadek wrzuciła do samochodu wiatrówkę i wyruszyła w drogę.

Lotniskiem   był   jeden   utwardzony   pas   startowy   pośrodku   pola. 

Szutrowa droga biegła od głównej szosy do paru budynków tuż przy 
lądowisku.   Nan   stanęła   koło   zamkniętego   hangaru   z   cementowych 
bloków, na którym wisiał szyld anonsujący, że tu mieści się firma 
spedycyjna ALS. Drugi budynek był także hangarem o półokrągłym 
dachu, ale wrota miał otwarte. Stała przed nimi furgonetka Jessa.

background image

Nan wysiadła i zaczęła go wołać, ale nikt jej nie odpowiedział. 

Zamknęła samochód i poszła w stronę otwartego hangaru. Po drodze 
stwierdziła, że pas startowy jest świeżo zamieciony. Nie było na nim 
źdźbła   trawy,   żadne   zielsko   nie   wyrastało   z   pęknięć   w   asfaltowej 
płycie,   bo   wszystkie   pęknięcia,   rozpełzające   się   niby   czarne   węże, 
były   starannie   zalane   smołą.   Jess   Rivers   dobrze   dbał   o   swoją 
własność!

Hangar był większy, niż początkowo sądziła. Stały w nim trzy 

samoloty. Z rękami w kieszeniach dżinsów Nan oglądała wszystko z 
zaciekawieniem. Największy z samolotów był dwusilnikowcem. Na 
kadłubie miał znak firmowy Jessa. Prawdopodobnie „flagowy statek 
floty", pomyślała. Malutka maszyna, która spadła jej niemal na głowę 
przed paroma tygodniami, znajdowała się w głębi hangaru, otoczona 
wianuszkiem   części   silnikowych   rozłożonych   na   brezentowych 
płachtach. Była świadoma, że tylko w jej oczach części te wydawały 
się bezładnie porozrzucane. Jess na pewno znał miejsce każdej śrubki 
i uszczelki. Zawołała go jeszcze raz. Głos jej odbijał się w wielkiej 
przestrzeni hangaru, Jess jednak nie odpowiadał. Poirytowało ją to. 
Jeśli to ma być jakiś żart, to nie w jej guście. Podeszła do trzeciego 
samolotu.

Wydawał się w równie złym stanie, jak wrak w głębi. Pojęcia nie 

miała, ile taka maszyna mogła mieć lat. Pewno była starsza od niej. 
Samolot miał bardzo prostą tablicę rozdzielczą, a dwa fotele pokryte 
były   prawdziwą   skórą.   Dotknęła   obić.   Zniszczone,   połatane,   ale 
prawdziwa   skóra!   Jess   najwidoczniej   lubował   się   w   podobnych 
starociach.   Poczuła   zapach   benzyny   i   gorącego   oleju.   Dotknęła 
kadłuba starego samolotu  i stwierdziła,  że jest ciepły. A więc Jess 
musiał tu przed chwilą być! Co się z nim stało?

Wcisnęła dłonie głębiej w kieszenie spodni i wyszła na zewnątrz. 

Czuła   głód.   Jej   żołądek   protestował   burczeniem   przeciwko 
pozbawieniu go obiadu u Petersenów. Jeśli Jess nie pojawi się w ciągu 
najbliższych pięciu minut,  to sobie pójdzie, postanowiła.  Podniosła 
głowę i wpatrzyła się w błękit nieba.

Z początku nie dostrzegła go, usłyszała jedynie bzyczenie silnika. 

Reagując   zgodnie   z   instynktem   prymitywnych   stworzeń 
znieruchomiała  i rozejrzała się dokoła w poszukiwaniu źródła tego 
dźwięku. Nim jednak zorientowała się, skąd dochodzi, nagle tuż nad 
lotniskiem zmaterializował się mały samolot. Krzyknęła z przerażenia.

background image

Samolot wydawał się jak zabawka, gdy prawie czesał suchą trawę 

na polu. Dostrzegła Jessa w fotelu pilota. Machał do niej, idiotycznie 
się   wyszczerzał   i   chociaż   tego   nie   mogła   słyszeć,   była   pewna,   że 
przemykając i podrywając maszynę ku niebu krzyknął przeciągle w 
upojeniu ,jo-ho!"

Nie ruszając się z miejsca, Nan obserwowała pokaz. Wprowadzał 

malutki samolot, a wraz z nim jej serce, w niezliczone powietrzne 
wygibasy   i   esy-floresy,   z   których   każdy   był,   w   jej   przekonaniu, 
potencjalną groźbą - mógł runąć na pas startowy. Nogi wrosły jej w 
ziemię, nie potrafiłaby ruszyć się z miejsca, tylko oczy wędrowały za 
podniebną   ekwilibrystyką.   Beczki,   korkociągi,   nieprawdopodobne 
mistrzowskie   popisy.   W   pewnej   chwili   wydawało   się   jej,   że   Jess 
wydźwiguje   maszynę   prosto   ku   słońcu.   Nagle   wyjący   dotychczas 
silnik   zamilkł   i   samolot   wpadł   w   śmiertelny   ześlizg   ku   ziemi.   Po 
czym, lecąc stale w dół, równie nagle zaczął pracować. Poczuła, że 
nogi ma jak galareta, ugięły się pod nią kolana, usiadła na cementowej 
płycie.

Jess dostrzegł, że Nan siedzi na ziemi i doszedł do wniosku, że 

przesadził.   Przecież   nie   uprzedził   jej   o   niczym   i   nie   zdołała   się 
przygotować.

Niech   ma!   Zasłużyła   na   to,   pomyślał.   Prawie   go   oskarżyła   o 

tchórzostwo,   a   niemal   dosłownie   powiedziała,   że   jest   nudny   i 
bezbarwny.  Że   można   zawsze   przewidzieć,   co   zrobi   i   że   stara   się 
unikać trudnych sytuacji! Być może, ale potrafi być także inny. Taki, 
jak teraz!

Słyszał   dudnienie   własnego   serca   i   poczuł   przyśpieszony 

przepływ krwi w żyłach, gdy wprowadził malutką cessnę w jeszcze 
jeden   ranwers.   Szybował   ku   słońcu   z   cudowną   muzyką   w   uszach. 
Wyszedł nieco z wprawy w manewrowaniu maszyną, potrzebna mu 
jest praktyka. Melodię, którą słyszał w uszach, dopasował do nowego 
rytmu pracy silnika. Sezon akrobacji powietrznej był za pasem. Kiedy 
pokaże, co naprawdę umie, to ci gapie na ziemi też usłyszą muzykę!

Ostrożnie, bardzo ostrożnie  manewrował sterami,  radowało mu 

się serce, gdy samolot reagował na jego najmniejszy ruch. Będzie się 
to podobało sędziom, a widzowie oszaleją!

Właśnie szykował się do kubańskiej ósemki, kiedy uznał, że już 

dość. Popisuje się jak szczeniak. Już jej pokazał, co umie i że się nie 
boi. Zerknął w dół, na drobną figurkę na ziemi. Był tak blisko, że 

background image

widział   blond   włosy   wokół   białej   jak   ściana   twarzy.   Przeszyło   go 
poczucie winy. Zatoczył koło do lądowania.

Gdy   kołami   dotknął   ziemi,   Nan   ponownie   zaczęła   oddychać. 

Serce z gardła powróciło na właściwe mu miejsce, ale czuła, że nogi 
jej   nadal   drżą.   Przeraźliwy   lęk   jednak   ustąpił.   Ogarnęła   ją   złość. 
Podeszła do samolotu gotowa słownie wychłostać Jessa w taki sam 
sposób,   jak   to   zrobiła   przy   pierwszym   spotkaniu.   Kiedy   jednak 
wyskoczył z samolotu i ujrzała jego wniebowziętą twarz, ostre słowa 
zamarły jej na ustach.

- Przepraszam, nie miałem zamiaru cię przestraszyć - powiedział 

z uśmieszkiem dziecka złapanego przez matkę na wyjadaniu konfitur. 
- Chciałem się troszkę popisać...

-   Jess,   umierałam   ze   strachu!   -   Z   wysiłkiem   hamowała 

napływające do oczu łzy. Ale się nie udało: zaczęła płakać. To, co 
mogło  się  zdarzyć, zdarzyło się  już wiele  razy  w jej   wyobraźni.  - 
Dlaczego to zrobiłeś? Silnik przerwał! Słyszałam przecież!

- Nie przerwał, tylko ja go zdławiłem. Tak miało być. - Pogłaskał 

skrzydło samolotu. - To zawsze wywołuje wrażenie u publiczności.

-   Wrażenie?!   -   Łzy   obeschły.   Podparła   się   pod   boki,   gromiąc 

Jessa   wzrokiem.   Nagle   zdała   sobie   sprawę,   co   on   powiedział:   - 
Wrażenie u publiczności? Popisujesz się publicznie?

- Oczywiście! - Podszedł i położył jej obie dłonie na ramionach. - 

Powiedziałaś, że jestem nudny, zaskorupiały, nie podejmuję ryzyka 
jak twoi bohaterowie z marzeń. Może i tak, bo to, co robię, wcale nie 
jest   niebezpieczne.   Tylko   tak   wygląda.   W   lecie   oblatuję   wszystkie 
pokazy lotnicze w całym stanie. Robię popisy akrobacji lotniczej.

- O mój Boże!
Była   nadal   blada   jak   prześcieradło.   Jess   objął   ją   jedną   ręką   i 

przyciągnął, a następnie podprowadził do maszyny.

-   Spójrz   na   to   cacuszko!   Jest   przystosowana   do   akrobacji 

powietrznej. Ma specjalną konstrukcję, specjalne wyposażenie. Inną 
maszyną nie próbowałbym ranwersu ze zdławieniem.

Nan dotknęła kadłuba.
- Ranwersu? Mówisz o takim podjeździe i jakby skoku w dół? Jak 

delfin, co wyskakuje z wody i wali się...?

-   To   jest   klasyczna   sztuczka   na   pokazach   akrobacji.   Ludzie 

szaleją. Ilekroć to robię, to ten od nagłośnienia i puszczania muzyki na 

background image

ziemi wie, że ma wyłączyć głośniki, żeby wszyscy dobrze usłyszeli, 
że zdławiłem silnik.

- Mówisz poważnie? Naprawdę popisujesz się za pieniądze? Nie 

wierzę ci!

- A niby dlaczego nie? - Cofnął się o krok. - Wolałabyś, bym 

naprawdę   był   nudny   i   żeby   zawsze   można   było   przewidzieć,   co 
zrobię? I bezpieczny? I bez polotu?

- Nie to miałam... chciałam... To znaczy, nie spodziewałam się, 

że...

-   Właśnie!   -   Miał   teraz   surowy   wyraz   twarzy.   -Nigdy   nie 

spodziewałaś   się,   że   mógłbym   być   inny   niż   twoje   wyobrażenie   o 
mnie.   Wybaczy   mi   pani,   pani   Black,   ale   śmiem   twierdzić,   że   nie 
potrafiłaby   pani   odróżnić   prawdziwego   bohatera   od   zwykłego 
człowieka nawet wówczas, gdyby bohater przyszedł i ugryzł panią w 
co   by   tam   chciał.   Zbyt   długo   była   pani   pogrążona   w   swoich 
marzeniach.

- Masz rację, Jess! - Przyjmowała jego zarzuty spokojnie. Miała 

tylko zastrzeżenia do uwag na temat snucia marzeń. To jej marzenia, a 
nie jego! Nikt nie ma prawa do nich się mieszać.

- No, dobrze już! - Zaczęła go opuszczać pewność siebie i duma. - 

Dobrze. Nie twierdzę, że jestem jakimś wielkim bohaterem z bajki. 
Ale uważam, że byłaś wysoce niesprawiedliwa.

- Masz rację, byłam. - Patrzyła mu prosto w oczy. - Przyznaję się. 

Miałeś rację!

Jess poczuł się nagle znacznie mniej pewny niż przed pokazem 

swojej   brawury.  Rozmawiała   z  nim   jak   rozsądna,   dojrzała   osoba   - 
poczuł się nagle niemądrym chłopaczkiem. I teraz ona zacznie myśleć, 
że chciał się jedynie popisać. A czy nie będzie miała racji? Tak, po 
prostu   się   popisywał.   I   okazał   brak   rozsądku   -   nawet   nie   ustawił 
posterunku strażackiego  na lotnisku,  na którym odbywał się popis. 
Trzeba   wszystko   przecież   przewidzieć.   Podobna   niedbałość   może 
kosztować życie. Nie wolno być tak lekkomyślnym.

- Mam na dziś jeszcze parę niespodzianek - powiedział, kręcąc 

czubkiem buta w miękkiej ziemi. - Będą chyba milsze...

-   Wszystko   jest   milsze   od   patrzenia   na   śmiertelne   popisy   - 

odparła.

- Widzisz ten drugi samolot z dwoma fotelami? Przelecimy się 

nim nad pustynią. Pokażę ci fantastyczną scenerię. A potem, jeśli się 

background image

zgodzisz,   chciałbym   cię   zawieźć   do   moich   rodziców.   Właściwie 
czekają na nas z niedzielnym obiadem. Zgadzasz się? - Wstrzymał 
prawie oddech, oczekując odpowiedzi.

background image

ROZDZIAŁ 9

Chciałbym cię zawieźć do moich rodziców! Słowa te brzęczały 

jej   w  uszach   przez   cały   czas   lotu.   Już   od   dłuższego   czasu   byli   w 
powietrzu.   Nan   zaciskała   dłonie   na   metalowym   pręcie,   biegnącym 
wzdłuż   siedzenia.   Drętwiały   jej   palce.   Dlaczego   chce   ją   pokazać 
rodzicom?   Nie   wydawał   się   człowiekiem,   który   wszystkie   swoje 
kobiety  przedstawia tatusiowi i mamusi.  Chyba że znów się co do 
niego omyliła! Jess mógł kochać rodzinę, chociaż prowadził osobne 
życie.

A może chodzi o to, że Nan zatrudnia Jimmy'ego: oni usłyszeli 

plotki na temat wypożyczalni kaset i Jess chce wszystko wyjaśnić. 
Mimo pewnych konfliktów bracia bardzo się kochali. Tak, to może 
mieć związek z pracą Jimmy'ego.

Samolot zatoczył łuk na lewo i zaczął gwałtownie opadać. Nan 

głośno wciągnęła powietrze, przeniosła jedną dłoń na stalową linkę, a 
drugą nadal kurczowo trzymała się pręta.

- Odpręż się, Nan! - ledwo usłyszała słowa Jessa, bowiem kazał 

jej   przedtem   nałożyć   na   uszy   coś   w   rodzaju   tłumiących   klapek.   - 
Jesteś całkowicie bezpieczna!

Nawet nie trudziła się z odpowiedzią. W starej maszynie nie było 

bocznych   osłon.   Warkot   silnika   i   świst   wiatru   czyniły   rozmowę 
niemożliwą.   Poprzednio   zaciągnęła   pas   bezpieczeństwa,   jak   tylko 
mogła najciaśniej, ale mimo to wydawało jej się teraz, że lada moment 
wyleci z samolotu. Lecieli paręset metrów nad ziemią - pod spodem 
pusta przestrzeń!

Musiała jednocześnie przyznać, iż start z lotniska był wspaniałym 

przeżyciem,   właśnie   dzięki   owej   pustej   przestrzeni,   w   którą   się 
wdzierali. Nigdy nie doświadczyła podobnego uczucia! Może należało 
też dodać: nigdy jeszcze „nie doświadczyła" kogoś takiego, jak Jess 
Rivers. Jakże się myliła co do jego osoby! Nigdy, ale to nigdy nie 
podejrzewałaby w nim tej żyłki przygody. Być może dawniej, kiedy 
był młodszy, kiedy zaledwie skończył być nastolatkiem, owo igranie 
ze śmiercią było rzeczą naturalną przy takim charakterze -igranie dla 
zabawy   i   własnej   podniety!   Ale   obecnie   wydawał   się...   taki 
zasiedziały. Niezrozumiałe!

Przestała kurczowo trzymać się linki, gdyż zdrętwiały jej palce. 

Jess   wyjaśnił   już   wszystko   na   temat   samolotu,   którym   lecieli. 

background image

Opowiedział historię pipera model J3 „Szczeniak", zapewnił, że na 
maszynie można polegać we wszystkich okolicznościach.

- Modele, które nie mają w sobie siły przeżycia, nie wytrzymują 

tak długo, jak ten samolot - oświadczył. - W tej maszynie jesteś ze 
mną bezpieczniejsza niż w swoim kombi na szosie.

Samolot znów ześliznął się ostro ku ziemi. Nan obróciła głowę w 

stronę pilota, by wyrazić swoją dezaprobatę. Zobaczyła, że wskazuje 
palcem w dół. Spojrzała na ziemię: obrus w paski i prostokąty upraw. 
Ale na horyzoncie rany zadane ziemi: pustynia! Obróciła głowę ku 
Jessowi i uśmiechnęła się, zapominając o pretensjach.

Kiedy kolejny raz samolot, skręciwszy, rzucił się niby drapieżny 

ptak ku ziemi, już nie szukała fałszywego poczucia bezpieczeństwa w 
prętach i linkach. Postanowiła mimo wszystko zaufać pilotowi. Dzięki 
temu postanowieniu mogła się wreszcie rozluźnić. Przelatywali teraz 
nad dziką, majestatyczną pustynią. Oczy Nan zachodziły łzami, mimo 
iż miała gogle. Widziała fantastyczne formacje skalne i przedziwne 
barwy. Przepiękne i egzotyczne. Jakby leciała  nad księżycem.  Nad 
jednym ze światów ze swych marzeń na jawie. Oczekiwała, że lada 
chwila   ujrzy   na   szczycie   którejś   ze   skał   armię   rycerzy   na 
gigantycznych gadach. Włosy wymknęły się jej spod zbierającej je 
wstążki   i   smagały   twarz.   Była   szczęśliwa,   zachwycona,   z   piersi 
wydarł się jej radosny okrzyk.

Jess usłyszał to i zdał sobie sprawę, że jest świadkiem ważnego 

wydarzenia. Czuł jej bliskość, wykraczającą poza granice fizycznego 
zbliżenia. To było wspaniałe, chociaż im dłużej znał Nan i dłużej z nią 
przebywał, tym bardziej stawał się urzeczony aurą zmysłowości, jaką 
nieświadomie roztaczała. Przestało być ważne, że ona tylko w połowie 
należy do rzeczywistego świata, a w połowie jest produktem własnych 
marzeń. Dał się złapać na haczyk i to złapać na dobre!

Do tych wszystkich wniosków doszedł po tygodniu samotnych 

rozmyślań. Kiedy teraz widział jej blond włosy tworzące na wietrze 
aureolę wokół twarzy, pomyślał, że dobrze by było mieć taką aureolę 
na poduszce obok siebie. I obiecał sobie, że stanie się to niebawem.

Musi się stać, bo inaczej oszaleje.
Był pewien, że ona też go pragnie. Ujawniła to wyraźnie podczas 

poprzedniego weekendu. Oczywiście były to bardzo subtelne zabawy 
i   prowokujące   gierki   -   niemniej   domyślał   się   wulkanu!   Nan   była 
kobietą zdolną do wielkich namiętności, mimo częstego uciekania od 

background image

rzeczywistości   w   marzenia.   Patrzył   na   nią,   gdy   wychylała   się   z 
maszyny,   kontemplując   ziemski   krajobraz.   Usta   miała   lekko 
rozchylone w zachwycie.

Wielka namiętność!
Ona musi należeć do niego!
Oczywiście, że musi! Jess lekko przechylił drążek, wprowadzając 

samolot w lekki skręt. Czy to, co myślał, nie przypomina fragmentu 
książki bądź sceny ze złego filmu o łzawej miłości? Nan na tyle go 
lubi, że chętnie z nim wychodzi, ale jej pocałunki tamtego wieczoru 
nie   sygnalizowały   nadzwyczajnego   zainteresowania   czy   chęci 
większego zbliżenia. Flirtowała z nim i to wszystko. No, Jess, może 
przeprowadzisz mały sprawdzian? Obniżył lot, by przelecieć wzdłuż 
kanionu poniżej jego skrajów. Przeprowadź prostą próbę, która cię 
upewni.

O Boże, jak bardzo jej pragnie!
Gdy samolot raz jeszcze zaczął się wznosić, Nan obejrzała się. 

Jess pokazywał jej spektakl, jakiego nigdy nie zapomni. Była mu za to 
wdzięczna z głębi serca. Wydawało jej się jednak, że Jess jest spięty. 
Skrywały   go   co   prawda   gogle   i   nauszniki,   ale   dostrzegała   coś   w 
twarzy.  Coś   dziwnego.   Spodziewałaby   się   raczej,   że   bawi   się   dziś 
doskonale.   Ona   świetnie   się   bawiła.   Uśmiechnęła   się   do   Jessa   i 
spojrzała przed siebie.

Po   paru   minutach   pustynia   się   skończyła.   Z   pozycji   słońca 

zorientowała   się,   że   lecieli   teraz   na   północ,   bardzo   nisko,   tuż   nad 
polami. Była całkowicie odprężona, podniecała ją świadomość pędu i 
unoszenia się w powietrzu. Nawet w swoich marzeniach i podczas 
snucia fantastycznych obrazów nie czuła się tak wspaniale jak teraz: 
nieposkromiona i wolna, a zarazem całkowicie bezpieczna!

A wszystko dlatego, że pilotował Jess Rivers! Zamknęła oczy i 

zaczęła marzyć na poły sennie, na poły na jawie.

Jess wyciągnął rękę i lekko dotknął swego pasażera. Przygotował 

się do lądowania na drodze prowadzącej przez zbożowe pola farmy 
ojca i nie chciał, by Nan wtedy drzemała. Wyrwana z odrętwienia 
poderwała się i chwyciła za obrzeże kabinki. A więc jednak spała? 
Nawet sobie z tego nie zdawała sprawy. Pewno dlatego że poszła za 
radą Jessa i całkowicie mu zaufała. Nie musiała czuwać. Sen dowodzi 
całkowitego zaufania do pilota.

Jess natomiast zastanawiał się, o czym śniła tym razem.

background image

Rozbudzona pomachała do niego ręką, ale nie obróciła głowy. 

Bała   się,   że   mógłby   odczytać   w   jej   oczach   zakończenie   jej 
erotycznego snu. Mógłby nawet dostrzec, iż odgrywał w nim główną 
rolę. Spojrzała w stronę zbliżającej się ziemi.

Jess obniżał lot, kierując się ku szutrowej drodze, która biegła 

wzdłuż   świeżo   zaoranego   pola.   Drogą   jechał   mały   samochód 
dostawczy z otwartą platformą, pozostawiając za sobą chmurę pyłu. 
Wytężyła wzrok i zobaczyła, że z kabiny kierowcy macha do nich 
Jimmy. A więc Jess naprawdę zabiera ją do rodzinnego domu!

Na   nierównej   drodze   lądowanie   nie   było   zbyt   gładkie.   Nan 

zaczęła odpinać pasy, gdy tylko zatrzymało się śmigło. Jess zdążył już 
wyskoczyć na ziemię i podkładał klocki pod koła. Podał jej rękę, by 
mogła wydostać się z kabiny.

- Jak ci się podobało? - spytał.
-   Było   wspaniale!   -   podniosła   obie   ręce   nad   głowę.   –   Nic 

dziwnego, że tak kochasz swoją pracę... Czujesz się wolny, latając 
niby ptak nad ziemią...

- Zaraz, zaraz, to nie wygląda tak, kiedy się pracuje! - odparł z 

uśmiechem. - Dziś było latanie dla przyjemności. Jutro będzie praca. 
Wyznaczone czynności, określone harmonogramy...

-   No   tak,   ale...   -   dotknęła   kadłuba   -   masz   zawszę   przy   sobie 

maszynę, a więc i możliwości...

- No tak, możliwość jest zawsze blisko - dotknął jej potarganych 

włosów.

- Halo, Jess, halo, Nan! - zawołał do nich Jimmy, który podjechał 

otwartą furgonetką.

- Mam nadzieję, że jesteś bardzo głodna - powiedział Jess, biorąc 

Nan pod rękę. - I że nie stosujesz żadnej diety. Mama tylko rzuci na 
ciebie   okiem,   a   już   będzie   wiedziała,   iż   jej   posłannictwem   jest 
uzupełnienie twojej wagi o co najmniej pięć kilo. Przygotowana pani?

- Uważasz, że jestem za chuda?
- Ja na pewno nie! Ale mama będzie tak uważała. Zobaczysz! - 

Usiłował zachować powagę.

Nan poznała Neda Riversa, ojca Jessa. Czekał w samochodzie. 

Był wyższy od obu swych synów, miał przerzedzone blond włosy, 
opaloną twarz i niebieskie oczy. Uśmiechał się ciepło, nie odsłaniając 
jednak zębów.

background image

-   Miło   mi   panią   powitać   -   powiedział   do   Nan,   raczej 

przetrzymując jej dłoń w swojej niż ściskając. - Bardzo jestem pani 
wdzięczny za to, co pani zrobiła dla moich chłopaków.

- Dziękuję, ale ja właściwie nie zrobiłam nic wielkiego. - Nan 

zamrugała zakłopotana. - Jimmy świetnie pracuje, a Jess, Jess jest... 
dobrym przyjacielem.

Ned   Rivers   tylko   mrugnął   znacząco,   ale   nie   powiedział   nic 

więcej. I w ogóle w czasie jazdy na fermę bardzo mało mówił.

Jess   nie   odezwał   się   ani   słowem,   natomiast   Jimmy   ćwierkał 

radośnie przez cały czas.

Nan,   wciśnięta   między   obu   braci,   usiłowała   słuchać   tego,   co 

mówi. Nie bardzo udawało jej się skoncentrować, gdyż było ciasno i 
Jess był właściwie w nią wtulony, a ponadto objął ją ramieniem ponad 
samochodowym   oparciem.   Jimmy   przeważnie   opowiadał   o   swoich 
szkolnych przyjaciołach, których Nan nie znała i kiedy wjechali na 
farmę, zdała sobie sprawę, że właściwie nie zapamiętała nic z tego, co 
mówił. Jej myśli koncentrowały się wokół pytania, czy będzie miała 
dziś szansę pozostać sam na sam z Jessem. Chyba nie.

- Więc kogo zapraszasz na promocyjny bal? - spytał Ned Rivers 

młodszego syna, pozostając przy rozpoczętym przez niego temacie. - 
Córkę Andersenów?

- Chyba tak - odparł Jimmy bez większego przekonania.
-   Nie   słyszę   entuzjazmu   w   twoim   głosie   -   zauważył   Jess, 

przerywając po raz pierwszy milczenie. - Bal promocyjny to bardzo 
ważna   impreza.   Powinieneś   zabrać   dziewczynę,   którą   naprawdę 
lubisz. - Dłoń Jessa znalazła się nagle na ramieniu Nan.

- A z kim ty byłeś na promocyjnym balu, Jess? - spytał ojciec. - 

Jeszcze pamiętasz?

- Nie.
Nan zerknęła na niego: zmarszczył brwi, wykrzywił twarz. Albo 

naprawdę zapomniał, albo nie chciał pamiętać.

Przybyli   na   miejsce.   Mieszkalny   budynek   odpowiadał 

wyobrażeniom   Nan:   jednopiętrowy,   malowane   na   biało   deski   i 
niebieskie   okiennice.   Wielkie   drzewa   rosnące   dokoła   czyniły   dom 
mniejszym, niż był w rzeczywistości. Frontowa weranda uwypuklała z 
kolei coś, co można by nazwać rodzinną przytulnością tego budynku.

Naprzeciwko,   po   drugiej   stronie   trawnika,   stał   drugi, 

skromniejszy   dom.   Pewno   mieszkała   tam   siostra   Jessa,   pomyślała 

background image

Nan.   Wszyscy   wyszli   z   furgonetki,   skrzypnęły   pierwsze   drzwi   - 
drewniana   rama   na   zawiasach   obciągnięta   drobniutką   siateczką   i 
spełniająca rolę ekranu chroniącego przed owadami.

-   Jess!   -   ukazała   się   niska,   ciemnowłosa   kobieta   w   fartuchu 

nałożonym   na   bawełnianą   sukienkę.   Na   nogach   miała   pantofle   na 
płaskim   obcasie.   Gdy   się   zbliżyła,   Nan   spostrzegła,   że   nie   używa 
żadnych upiększających kosmetyków. Nie potrzebowała ich twarz o 
gładkiej skórze, jasna cera z naturalnymi rumieńcami na policzkach i 
czerwone wargi.

- Jestem Julia Rivers - powiedziała do Nan. - Bardzo jestem pani 

wdzięczna, że za pani przyczyną ten brzydki chłopak zawitał wreszcie 
do domu na niedzielny obiad. - Uściskała Nan.

W   podobnie   serdecznej   atmosferze   przebiegała   cała   wizyta. 

Ciepło   i   miłość   promieniowały   w   tej   rodzinie,   w   której   duchem 
przewodnim   była   matka   -   energiczna,   wesoła,   bezpośrednia.   Tuż 
przed  rozpoczęciem  obiadu  zjawiła  się   siostra   Jessa,  Jane,  oraz jej 
mąż, Steve. Jane była mocnej budowy, twarz miała okrągłą, podobną 
do matki, włosy nieco jaśniejsze, i jak wszyscy w rodzinie - niebieskie 
oczy. Tylko zielonooki Jess był wyjątkiem.

- Jimmy opowiadał nam, że twój interes świetnie idzie
-   powiedziała   Jane,   gdy   zasiedli   do   stołu,   na   którym   ilość 

smakołyków   na   półmiskach   wystarczyłaby   dla   kompanii   wojska. 
Mimo tego Julia nadal znosiła z kuchni następne. Wszyscy grzecznie 
czekali, aż skończy. To było widowisko przygotowane i reżyserowane 
wyłącznie przez Julię, która jak gdyby nie dosłyszała oferty pomocy 
ze strony Nan.

- Idzie dość dobrze - odparła Nan, przyglądając się matce Jessa, 

która wprost pławiła się w celebrowaniu tego obiadu.

-   Ale   to   także   dzięki   pomocy   Jimmy'ego.   Nie   znalazłabym 

lepszego pomocnika.

- Dziękuję - odparł chłopak i zaczerwienił się po czubki uszu.
Rozmowy   na   chwilę   umilkły,   Julia   Rivers   zajęła   miejsce   u 

szczytu stołu. Wszyscy skłonili głowy i ujęli się za ręce. Ned Rivers 
odmawiał modlitwę. Nan zastanawiała się, czy prąd, który spłynął z 
dłoni Jessa do jej dłoni, łączy tylko ich oboje, czy i pozostałe osoby. 
Gdy skończyli modlitwę i Nan podniosła głowę, zauważyła, że Jess 
bacznie jej się przygląda. Przez dłuższy czas czuła jeszcze mrowienie 
w dłoni.

background image

Podczas   posiłku   miał   niewiele   do   powiedzenia.   Odzywał   się 

jedynie w odpowiedzi na zadawane mu  pytania. Nie dąsał się, nie 
okazywał   złego   humoru,   był   po   prostu   przyciszony,   jakby   się   nad 
czymś  głęboko   zastanawiał.   Nan  zauważyła,  że  po  pewnym  czasie 
wszyscy   przestali   się   nim   zajmować,   widząc,   że   chce   pozostać 
samotny ze swoimi myślami. Natomiast między Jimmym a jego matką 
trwał   nieprzerwany,   interesujący   szczebiot.   Wielokrotnie   Nan 
wybuchała śmiechem aż do łez. Po obiedzie zaproponowała pomoc w 
zbieraniu naczyń. Julia tym razem chętnie się zgodziła. Tak więc Nan 
odnosiła talerze do kuchni, mając wrażenie, że człapie jak kaczka - 
taka była objedzona.

- Wiem, że chodzisz do kościoła w mieście - powiedziała Julia. - 

Słyszałaś, jak mój chłopak śpiewa?

- O tak! - Nan przyniosła właśnie stos półmisków. - Doskonale.
- Tak chciałam, żeby uczył się muzyki! - Julia westchnęła. - Ale 

on   nie   chciał.   Bo   musiał   latać   z   Charliem   Deaverem.   -   Znów 
westchnęła,   uśmiechając   się   smętnie.   -   Dzieci   nie   chcą   słuchać 
rodziców. Zawsze wolę robić to, co im się podoba.

-   Ale   Jess   jest   szczęśliwy.   -   Nan   odstawiła   brudne   naczynia   i 

poszła po następne. - I tylko tego bym życzyła moim dzieciom.

- Masz dzieci? - spytała Julia. - Słyszałam, że byłaś mężatką.
- Nie, do dzieci jeszcze nie doszło. - Nan czuła, jak oblewa ją żar. 

- Od samego początku pojawiły się problemy. A poza tym byliśmy za 
młodzi.

- Nie jest się za młodym na dzieci, kiedy już się pobrało. - Julia 

zaczęła szorować garnki. - Nim się człowiek obejrzy, może być za 
stary.

-   Może   i   racja   -   powiedziała   Nan   i   umknęła   z   kuchni,   chcąc 

uniknąć   tego   tematu   i   jemu   podobnych.   Zupełnie   jakby   słyszała 
własną   matkę,   która   nieustannie   nagabywała   ją   o   dzieci   i   prawiła 
komunały na temat małżeństwa.

- Już cię mama dopadła? - spytała z uśmiechem Jane, która w 

jadalnym   pokoju   składała   obrus.   -   Mama   jest   przekonana,   że   Jess 
przyprowadził cię na inspekcję, czy nadajesz się na żonę.

- O mój Boże! Wcale mnie nie ostrzegł! A gdzie on jest?
-   Wszyscy   poszli   na   obchód   farmy,   rozprawiając   na   temat 

pogody, ziemi i zbiorów. Farmerskie pogaduszki.

background image

- Mówisz to tak, jakbyś nie tkwiła sercem w tym wszystkim? 

Mam rację? - spytała Nan, przyglądając się Jane.

-   Wybrałam   to   -   odparła   Jane   pogodnie,   choć   z   poważnym 

wyrazem twarzy. - Wychodząc za Stevena Lindberga wiedziałam, że 
jest   farmerem,   tak   jak   ojciec.   Steven   miał   to   we   krwi   i   byłby 
nieszczęśliwy,   robiąc   cokolwiek   innego.   Ale   w   zeszłym   roku 
zapisałam się do szkoły pielęgniarskiej. I już kończę.

- To wspaniale!
- Wspaniale albo i nie. Zależy od tego, z kim się rozmawia. - Jane 

wyglądała na znużoną i Nan zauważyła, że jest bliska łez. - Presja 
zewsząd, bym wreszcie „założyła rodzinę", jak to nazywają. A ja chcę 
i nie chcę. Jeszcze nie teraz.

- No to poczekaj. Sprawa prosta...
- Wcale nie taka prosta, Nan. Podziwiam ciebie. Ty jasno sobie 

wszystko wytknęłaś. Ja się zagubiłam. - Odsunęła grzywkę z czoła. - 
Może jakoś sobie ułożę. Jestem  inna od mamy, dla której  farma  i 
rodzina   to   całe   życie.   Nie   potrafię   być   również   taka   jak   ty.   Mam 
Steve'a, chcę mieć dzieci...

- Życzę ci powodzenia - oświadczyła Nan. Uśmiechnęły się do 

siebie, wzajemnie akceptując się i rozumiejąc.

Jess powrócił na farmę bardzo niespokojny. Nie miał w planach 

pozostawienia Nan sam na sam z matką. Oczywiście była tam Jane 
jako tarcza, ale niewiele by pomogła, gdyby matka wystartowała na 
całego   ze   swoją   apoteozą   małżeństwa   i   macierzyństwa   jako 
najwznioślejszego   posłannictwa   kobiety.   Nan   miała   zdecydowane 
opinie, ale matka umiała nacierać.

Jess coś o tym wiedział. Chociaż bardzo ją kochał, wolał czasami 

być   gdzieś   daleko,   żeby   go   całkowicie   nie   zniszczyła   i   nie 
zdominowała. W jakim stanie znajdzie teraz Nan?

Kiedy jednak wszedł do jadalni, dobiegły go z kuchni odgłosy 

ożywionej   dyskusji.   Jane,   która   stała   przy   kredensie,   polerując 
widelce   i   noże   przed   schowaniem   ich   do   szuflady,   powitała   go 
szerokim uśmiechem.

-   Mama   trafiła   na   twardą   partnerkę.   Najpierw   twoja   pani   na 

minutkę podkuliła ogon, ale zaraz potem skoczyła w sam ogień. Nie 
daje się! Trudno teraz powiedzieć, kto jest górą.

- Po pierwsze to nie jest „moja pani" - odparł, ale poczuł ulgę, że 

matce nie udało się zgnębić Nan. - Natomiast jestem zadowolony, że 

background image

nie krwawi. Matka ze swoim ostrym językiem mogła... Ale Nan nosi 
grubą zbroję.

- Być może - odparła siostra. - Ale też nie zionie ogniem. - Jane 

się roześmiała. - Czy ty słyszysz? Obie się ze sobą nie zgadzają, ale, 
posłuchaj, wcale się nie kłócą. Mają bardzo podobne opinie, wyrażają 
je tylko w odmienny sposób. Słuchaj!

-   Nie,   nie.   Muszę   wracać,   nim   się   ściemni.   Mogłabyś   iść   do 

kuchni i wyciągnąć stamtąd Nan?

- W żadnym wypadku! - Jane powróciła do zastawy. -Zrób to 

sam!

Jess mruknął coś pod nosem i wszedł do kuchni. Zmywanie było 

już na ukończeniu. Nastąpiły pożegnania, po czym Steve odwiózł ich 
do samolotu.  Potem obiecał  przywieźć Jimmy'ego  do miasta  przed 
dziesiątą wieczorem. Do samego odlotu kręcił się koło nich, tak więc 
Jess nie miał możliwości spytać Nan, co sądzi o jego rodzinie. Będzie 
musiał poczekać, aż wrócą.

- Twoja matka powinna być adwokatem - poinformowała go Nan, 

gdy wylądowali w Henningtonie. - Ma niesłychanie bystry umysł. Nie 
da się na niczym przyłapać. I co za energia! Byłam zmęczona samym 
patrzeniem na nią.

- Dobrze cię rozumiem - zgodził się Jess. - Powinienem był cię 

ostrzec,   ale   nie   zamierzałem   zostawiać   cię   samej   z   matką.   Ojciec 
chciał pogadać...

- Nie potrzebowałam ostrzegania. Czego chciał ojciec? Stało się 

coś niedobrego?

Jess spojrzał na nią. Jej twarz wyrażała zaniepokojenie.
- Nie, nic złego. Chciał po prostu porozmawiać, bo już dawno 

tego nie robiliśmy.

- Praca?
- Co praca?
-   Praca   cię   zatrzymywała?   Twoja   matka   powiedziała,   że   dziś 

pojawiłeś się po raz pierwszy od Wielkanocy. Bardzo się smuci, że 
tak rzadko zaglądasz.

- No tak - odparł. - Praca zajmuje dużo czasu. - Zatrzasnął drzwi 

do kabiny bagażowej.

Nan spoglądała na jego plecy i stwierdziła, że dostrzega w nich 

jakąś   nagłą   sztywność.   Jess   kłamał.   I   prawie   była   pewna,   że   wie, 
dlaczego.   Był   najstarszym   z   dzieci   i,   nadal,   kawalerem.   I   nie 

background image

wyprodukował gromadki wnuków. Julia Rivers nalegała na Jane i nie 
zrezygnowała też z syna. Więc kiedy teraz sprowadził do domu Nan...

-   Jess,   co   ty   o   mnie   myślisz?   -   zapytała   nagle.   -   Dlaczego 

zaprosiłeś mnie do domu rodziców?

Nagle   się   wyprostował   i   uderzył   głową   o   skrzydło.   Zaczął 

rozcierać bolące miejsce, obrócił się i spojrzał na Nan.

- Właściwie sam nie wiem - odparł. - Wystarcza ci to?
- Zawsze mi wystarcza uczciwa odpowiedź. - Odstąpiła o krok, 

wkładając wiatrówkę. - Bawiłam się dobrze. Bardzo ci za wszystko 
dziękuję. - Zabierała się do odejścia.

- Nan!
- Słucham?
- Idziesz do domu?
- Jutro dzień pracy. - Wzruszyła ramionami. - Pomyślałam sobie, 

że trochę odpocznę.

- Nie chciałbym się jeszcze z tobą żegnać...
Poczuła nagle przedziwne uczucie w dole żołądka, które nie mało 

nic wspólnego z olbrzymim posiłkiem na farmie.

- A co byś chciał, Jess? - spytała.
Nic nie odpowiedział. Nie przestając na nią patrzeć, podszedł do 

ściennego   przycisku.   Nacisnął   i   drzwi   hangaru   zamknęły   się   z 
głośnym stukiem. Gdy zapadła cisza, powiedział:

-   Chcę   ciebie,   Nan!   Nie   miałem   zamiaru   mówić   tego   tak 

obcesowo, ale nie mogę ci pozwolić odejść dziś wieczór, nim się nie 
dowiesz, co czuję. - Złożył ręce na piersiach i oparł się o ścianę. - Nie 
mogę   przestać   myśleć   o   tobie,   a   kiedy   próbuję,   jestem   bliski 
szaleństwa.

- I ja ciebie pragnę, Jess! U ciebie czy u mnie?
- Czy kochałaś się kiedyś w samolocie, Nan Black?
Potrząsnęła   tylko   głową,   nie   potrafiąc   inaczej   odpowiedzieć. 

Dziwne uczucie w dolnej części brzucha przekształciło się w wyraźne, 
zmysłowe podniecenie. Gdy szedł ku niej po cementowej podłodze 
hangaru, pomyślała, że w życiu nie widziała bardziej pociągającego 
mężczyzny.

- No cóż, wszystko musi mieć swój pierwszy raz - powiedział, 

obejmując ją w pasie i kładąc dłonie na plecach. Dotyk promieniował 
żarem ogarniającym całe ciało. - Chcesz...?

background image

-   Ja...   To   znaczy   na   podłodze?   -   Jego   oczy   wypełniały   cały 

dostrzegany przez nią świat, słodka słabość odbierała wolę. - Nie, nie, 
chciałam spytać... W locie?

- Tym razem jeszcze nie w locie! - powiedział. Pochylił głowę, 

ich usta niemal się stykały. - To znaczy, samolot nie pofrunie. Ale ja 
tak. - Jeszcze zbliżył usta.

- Czuję się, jakbym przeżywała jedno z największych marzeń na 

jawie. - Oparła dłonie  na jego biodrach. - Chociaż nie. Tego bym 
nawet nie wymarzyła, nie potrafiła...

-   To   nie   marzenie,   Nan.   To   rzeczywistość!   -   Pocałował   ją 

delikatnie półotwartymi ustami. Czuła żar jego oddechu. -Chcesz się 
wreszcie obudzić?

- Tak! - odparła tuląc się do niego i podniosła ręce, by objąć go za 

szyję.   Usta   ich   ponownie   się   spotkały,   potem   zwarły   z   siłą,   która 
niemal sprawiała ból. Jego język tańczył w jej ustach, drażnił, brał, 
smakował. Cała się rozprężyła wtapiając w niego. Przylegała każdym 
skrawkiem ciała, czując się słaba i uległa, rozpalona i tak gotowa do 
ostatecznego   miłosnego   zwarcia,   że   była   bliska   omdlenia   na   samą 
myśl o radości, która ją czeka. Przez ułamek sekundy zastanawiała się, 
co się dzieje. Znajduje się niewątpliwie w samym centrum sennego 
marzenia.   Prawdziwa   Nan   nigdy   przecież   tak   bardzo   nie   pragnęła 
mężczyzny!

Jess   podniósł   ją.   Wydawało   mu   się,   że   unosi   wielkiego 

jedwabistego kota, silnego i ciepłego, muskularnego i miękkiego, bez 
ani   jednej   kostki.   Zaniósł   ją   do   samolotu   i   postawił   na   ziemi, 
otwierając drzwi obszernej  kabiny. Przylgnęła do niego, rozpinając 
mu  guziki  koszuli.  Był gotów i modlił  się,  by zachować nad sobą 
kontrolę przez jakiś minimalnie przyzwoity czas.

- Jest tam śpiwór - powiedział, pomagając jej wejść do kabiny 

bagażowej. - Trzymam go tutaj na wypadek, kiedy...

-   Chodźmy   do   przodu   -   odparła.   Jej   szeroko   rozwarte   oczy 

błyszczały w półmroku pożądaniem. - Na fotel pilota!

- Za ciasno! - Miał trudności z oddychaniem, ponieważ walące 

nieprzytomnie  serce wydawało się zajmować całą przestrzeli  klatki 
piersiowej. - Nie będzie dość miejsca.

- Miejsce nie będzie potrzebne! - Pochwyciła go za przód koszuli 

i przyciągnęła jego usta do siebie. - Potrzebny mi jesteś tylko ty, Jess. 
Teraz! Szybko!

background image

Całował ją czując, jak jej żar jeszcze bardziej go rozpala. Wsunął 

ręce pod jej sweter i dłońmi objął piersi, wyczuwając twardość sutek. 
Skórę miała jedwabistą. Jeśli chce w fotelu pilota, będzie miała fotel 
pilota!

- No to jazda! - powiedział, puszczając ją na chwilę. -Ale uważaj 

na głowę. Niski sufit!

- Idź, Jess! - Zdjęła sweter przez głowę odsłaniając ciało, które 

przed chwilą pieścił, i prosty bawełniany staniczek. -Za chwilę dojdę.

Odszedł, niezdolny się sprzeciwić. Nan rozebrała się, jak tylko 

mogła   najszybciej.  Drżały   jej   palce,  nie  była  zdolna  jasno  myśleć. 
Potrafiła iść jedynie za głosem pożądania i wierzyć, że to, co robi, jest 
słuszne. Rozpuściła luźno włosy i poszła do Jessa.

Kiedy wgramoliła się do kabiny i usiadła mu na kolanach, Jess 

wyglądał jak człowiek, który przestał rozumieć, co się z nim dzieje. 
Oczy   miał   jeszcze   bardziej   zielone,   a   powieki   ciężkie   od   nie 
zaspokojonego pożądania.

- Wciągnęłaś mnie do jednego ze swoich snów, czarodziejko! - 

szepnął, przebierając palcami w jej włosach. - Bo przecież ja śnię!

-   Ja   też!   -   Przejechała   dłonią   po   jego   piersiach   i   brzuchu,   po 

miękkich skręconych włosach, które dochodziły aż do dżinsów. Był 
bardziej muskularny niż sądziła. Gdy ją całował i pieścił, rozpięła jego 
spodnie.

- Jesteś piękny - wyszeptała.
- To tekst mężczyzny... Nic nie pasuje do tego, co ja chciałem ci 

powiedzieć. Powiem tylko: dziękuję, ty też jesteś piękna.

Jego oczy mówiły znacznie więcej.
Nan   odgadywała   te   nie   wypowiedziane   słowa.   Tuliła   się   do 

mężczyzny,   upajała   niezwykłym   doznaniem,   zetknięciem   obu   ciał. 
Jego   dłonie   delikatnie   ją   pieściły,   wprowadzając   w   ekstazę.   Kiedy 
poczuła, że już dłużej nie wytrzyma, przyjęła go. I wtedy...

Jess przechylił głowę do tyłu i zacisnął zęby. To nie wulkan, to 

było coś więcej! Pochwyciła go w jedwabne kleszcze, wykrzykując 
mu   do   ucha   rozkosz   i   namiętność.   Okręcała   się   wokół   niego   jak 
rozpalony,   wilgotny,   atłasowy   pyton,   w   swej   miłosnej   chciwości 
wysysając   z   niego   wszystkie   siły.   Czuł   pod   dłońmi   jej   najpierw 
wilgotną, potem zupełnie mokrą skórę. Zębami wgryzła się w jego 
ramię,   puściła,   przesunęła   usta   ku   jego   ustom.   Chwycił   pęk   jej 
włosów, docisnął do siebie pulsujące łono.

background image

Uleciał!

background image

ROZDZIAŁ 10

  Nan wyraźnie to czuła. Jego mięśnie zamieniły się w stalowe 

postronki,   był   żarłoczny,   rozgrzany   do   temperatury   wrzenia. 
Zareagowała   gwałtownym   rozdygotaniem,   a   kiedy   wreszcie 
wykrzyczał swoją pasję, ona wzywała jego imię. Brakowało jej tchu, 
trzymał ją w żelaznym objęciu, jakby pragnął połączenia obu ciał na 
wieczność.

Potem długo tkwili razem w bezruchu, spleceni we wzajemnym 

uścisku,   przechodząc   stopniowo   do   stanu   sennego   zamroczenia   po 
spełnionym   i   zaspokojonym   pragnieniu.   Oparła   mu   głowę   na 
ramieniu, wsłuchując się w jego oddech, w bicie jego serca, jeszcze 
stale   czując   go   w   sobie.   Nan   nie   doświadczyła   nigdy   przedtem 
podobnego fizycznego zespolenia. Nie wyobrażała sobie nawet, że coś 
podobnego może się zdarzyć.

- Ilekroć będę teraz leciał tą maszyną, zawsze będę myślał o tobie. 

- Jess pierwszy odzyskał zdolność mowy. Głaskał potargane, wilgotne 
na karku włosy Nan. - Coś ty ze mną zrobiła?!

- To było działanie zespołowe - odparła całując go w obojczyk. - 

Bardzo skuteczne działanie zespołowe!

-   Aha...   -   Dłonią   przesunął   po   jej   plecach.   -   Jesteś   naprawdę 

piękna.   Usiłowałem   sobie   wyobrazić,   jak   wyglądasz   nago,   ale 
rzeczywistość przekroczyła moje oczekiwania.

- Czy to ma znaczyć, że snułeś fantazje na mój temat?
- Nan usiadła wybuchając śmiechem.
-   Jakby   to   powiedzieć...   Chyba   trochę   tak.   Najważniejsze,   że 

rzeczywistość jest wspanialsza niż wszelkie wyobrażenia. - Rozejrzał 
się po kabinie. - Poza tym nigdy bym nie pomyślał o takim miejscu. 
Twórczy pomysł.

- Jesteś wyłącznie nocno - łóżkowym kochankiem?
- Jestem otwarty na wszelkie sugestie.
- Oto więc sugestia, którą czynię bardzo niechętnie. - Pocałowała 

go lekko w usta. - Powinniśmy już iść. Poniedziałek jest dla mnie 
bardzo   trudnym   dniem.   Wszyscy   zwracają   wtedy   wypożyczone   na 
weekend taśmy.

- Jak ty  możesz  myśleć o pracy  w takiej  chwili?  - Twarz mu 

pociemniała. - Nan, ja chcę...

- Czego chcesz, Jess? - Poczuła jakby zimny przeciąg.
- Kochaliśmy się, było wspaniale, ale życie idzie naprzód.

background image

-   Odsunęła   się   od   niego   i   dopiero   wtedy   zauważyła,   że   ma 

prezerwatywę. - Hej, kiedyś ty zdążył to założyć? - spytała.

-   Nie   jestem   nieodpowiedzialnym   kochankiem   -   odparł   nie 

patrząc na nią i zbierając części swego ubrania. - Byłaś nieco... zbyt 
przejęta, by racjonalnie myśleć, by w ogóle myśleć, więc ja...

- Ja byłam przejęta? Straciłam kontrolę? Myślałam, że nas oboje 

porwała ta chwila. Widzę, że się myliłam. - Zsunęła się z jego kolan i 
poszła po swoje ubranie. Dlaczego ogarnął ją nagle taki gniew? Czy 
była zła, dlatego że on z góry zaplanował, że będą się kochali, czy też 
dlatego   że   sugerował,   iż   straciła   panowanie   nad   sobą?   Do   oczu 
napłynęły jej łzy, choć ciało nadal drżało wspomnieniem spełnionego 
aktu. Czuła się głęboko zraniona, rozbita.

- Byłem wniebowzięty, psiakrew. Ale nawet w takich chwilach 

nie tracę rozumu.

- Już dobrze, przepraszam. - Usiadła wkładając tenisówki. - Ja 

także go nie tracę. Biorę pigułki antykoncepcyjne.

- Ooo! - Nie patrząc na nią zeskoczył z samolotu na ziemię.
-   Cóż   to   ma   znaczyć,   takie   „ooo"?   -   Wzięła   wiatrówkę   i   też 

zeskoczyła na beton hangarowej podłogi. - Co to jest za ton?

-   Nic...   nie   chciałem   nic   powiedzieć   -   odparł,   nadal   unikając 

spojrzenia w jej kierunku. Nacisnął guzik na ścianie i drzwi hangaru 
rozsunęły się z hałasem. - Chyba nie powinienem być zdziwiony.

- Że się zabezpieczam? Czy że w każdej chwili jestem gotowa na 

przyjęcie   kochanka?   -   Jej   ciepłe   uczucia   zastąpiła   wściekłość.   - 
Pomyślałeś sobie może, że jesteś jednym z wielu, co?

- Nie, ja po...
-   Możesz   sobie   myśleć,   co   chcesz,   panie   Rivers!   Dobranoc!   - 

Zrobiła   kilka   kroków   w   mrok   wieczoru,   obróciła   się   i   dodała:   -   I 
żegnam!

- Nan! - zawołał Jess i dogonił ją kilka metrów  za hangarem. 

Chwycił za ramiona  i obrócił  twarzą do siebie. - Poczekaj chwilę. 
Posłuchaj mnie!

-   Nie   mam   po   co   słuchać!   -   Usiłowała   się   wyrwać,   ale   Jess 

trzymał ją mocno. - Znam cię, Jessie Riversie! Spotkałam w życiu 
wielu   takich   jak   ty!   Dla   nich   kobieta   może   być   albo   świętą,   albo 
grzesznicą. Do jakiej kategorii mnie zaliczasz? Do tej drugiej?

background image

-   Nie   masz   racji,   Nan!   -   Puścił   ją,   nie   chcąc   w   tej   sytuacji 

zatrzymywać jej siłą. - Wysłuchajże mnie! Nic nie mogę poradzić na 
to, co myślę, ale mogę kontrolować reakcje. A ty to potrafisz?

- Co chcesz przez to powiedzieć?
-  Nan, to  co między  nami  zaszło,  należy  do kategorii  przeżyć 

naprawdę wielkich. Zgodzisz się z tym, prawda?

Skinęła głową, nie rozumiejąc jeszcze, do czego on zmierza.
-   Moje   uczucia   uzewnętrzniają   się   pod   różną   postacią.   Jestem 

zazdrosny.   Jestem   zazdrosny   o   każdego   mężczyznę,   który   w 
przeszłości mógł na ciebie spojrzeć, nie mówiąc już o tych, z którymi 
spałaś. Czy to nierozsądne? Czy nie potrafisz tego zrozumieć?

- Nie wiem...
- Ja sam nie rozumiem, co się tam stało... - wskazał ręką samolot. 

Podszedł   bliżej   i   musnął   palcami   jej   policzek.   -   Mam   już   prawie 
trzydzieści   lat   i   jeszcze   nigdy   w   życiu   czegoś   podobnego   nie 
przeżyłem z żadną kobietą. Przyznaję, że się trochę boję... Nie depcz 
po mnie, kiedy leżę na ziemi...

- Och, Jess! - obróciła głowę i pocałowała jego dłoń. - Ja też 

trochę... się boję. Jestem zaskoczona. Co teraz zrobimy?

-   Gdybym   nie   był   pewien,   że   samolot   spadnie   na   ziemię, 

zaproponowałbym, aby to powtórzyć w powietrzu! - Uśmiechając się, 
wziął ją w ramiona. - Niestety, kochanie ciebie stanowi zbyt wielką 
dystrakcję dla pilota.

- Ty mnie nie kochasz, tylko pożądasz! - Oczy jej płonęły, głowę 

wtuliła w jego rozgrzane ciało.

- Nie będziesz mnie uczyła, co czuję! - odparł. Przez cały czas 

delikatnie   głaskał   jej   włosy.   -   A   ja   nie   będę   ci   sugerował,   co   ty 
czujesz. To chyba sprawiedliwe?

- Chyba tak.
Znów zwarli się w pocałunku, lecz tym razem był to pocałunek 

świadomy, kontrolowany. To, co się między nimi zdarzyło, minęło. 
Nan   czuła   przedziwną   pustkę,   czuła   samotność   i   chłód,   chociaż 
wieczór był ciepły. Na szczęście ramiona Jessa były jakby specjalnie 
skonstruowane, by dawać poczucie bezpieczeństwa i pocieszać. Gdy 
prowadził   ją   do   samochodu,   myślała   sobie,   że   jednak   minie   sporo 
czasu,   nim   oboje   będą   mogli   czuć   się   bezpieczni   w   swoim 
towarzystwie.

background image

Przez cały tydzień przestrzegała postanowienia, iż skoncentruje 

się na pracy, pozostawiając fantazjowanie i marzenia na boku. Nie 
pozwalała sobie nawet snuć marzeń wieczorem, przed zaśnięciem, co 
przynosiło jej zawsze takie ukojenie i tyle radości. Obecnie wszystkie 
takie myśli kończyły się przypominaniem sobie wspólnego przeżycia 
w samolocie, a to obok ekstazy przynosiło ból.

Natomiast   Jimmy,   mimo   iż   przypominał   brata,   był   mile 

widzianym   towarzyszem   pracy.   Odbyła   z   nim   krótki   kurs 
prowadzenia   ksiąg   handlowych.   Zaskoczył   ją   łatwością,   z   jaką 
opanował tajniki księgowości. Będzie z niego dobry biznesmen!

- Ojciec koniecznie chce, żebym poszedł do szkoły  rolniczej - 

odparł,   gdy   sugerowała   mu   kierunek   handlowy.   -   Mówi,   że   Steve 
będzie za kilka lat potrzebował pomocy na farmie.

- Być może. Ale wybór uczelni musi zależeć do ciebie.
-  Nie  bardzo, jeśli  mam   się  uczyć za  pieniądze  ojca. Już  Jess 

chciał iść na uniwersytet. Ale ojciec powiedział, że nie będzie płacił 
za uczenie się głupot. - Jimmy ze smutkiem potrząsnął głową.

- Rozumiem.
- Więc Jess wyjechał z domu i wstąpił do wojska. A ja tego nie 

chcę.

-   Są   stypendia,   Jimmy.   Pożyczki   dla   studentów.   Może   Jess 

zapłaci.

-   Jess   i   ja   nie   bardzo   się   ostatnio...   no,   nie   bardzo...   -Jimmy 

gorzko się roześmiał.  - Nie zapłaciłby  mi  teraz nawet za tabliczkę 
czekolady. Przez cały tydzień tylko szczerzy zęby jak wilk, patrzy 
spode łba. Jak jest w domu, to tylko gniewnie mruczy.

Nan   nie   dała   po   sobie   poznać,   jak   bardzo   ją   ta   informacja 

poruszyła. Interesujący był również fakt, że Jess przebywał daleko od 
Henningtonu   prawie   przez   całe   dwa   następne   tygodnie.   Kiedy 
przysłano jej pakunki z nowymi taśmami, dostarczył je Jimmy, gdyż 
uzyskał   wreszcie   pozwolenie   Jessa   na   prowadzenie   furgonetki   w 
czasie jego nieobecności. Jimmy był tym zachwycony. Powiedział też 
Nan, że Jess podpisał kontrakty na przewozy poza stan Południowej 
Dakoty.

Nie   było   go   też   w   mieście,   gdy   oficjalnie   wpisano   ją   na   listę 

parafian.

Wiele odbyto na ten temat rozmów z Walkerem i Sue oraz z Ingą, 

która wyraziła chęć oficjalnego wprowadzenia Nan do kongregacji.

background image

Wprowadzenie miało charakter krótkiej ceremonii. Kiedy spytała, 

czym   mogłaby   parafię   wspomóc   oprócz   uczestniczenia   w 
niedzielnych   nabożeństwach   i   składania   datków,   natychmiast 
zaproponowano   jej   uczestnictwo   w   świeckich   komitetach,   które 
administrowały   parafią.   Wybrała   komisję   finansową.   Nikomu   nie 
przyszło do głowy poinformować Nan, kto przewodniczy tej komisji.

Jess   siedział   sam   w   pokoju   posiedzeń   pochylony   nad 

sprawozdaniem skarbnika. Czekał na pozostałych członków komisji, 
aby im przekazać złe wieści. Ed Mack złożył rezygnację i było jasne 
jak słońce, że uczynił to o kilka miesięcy za późno. Księgi finansowe 
były w fatalnym stanie. Potrzeba będzie finansowego geniusza, by je 
uporządkować   i   uzupełnić.   Jess   nie   miał   na   to   absolutnie   czasu,   a 
podejrzewał,   że   brak   mu   również   kwalifikacji.   Nie   był   też   zbyt 
pewien,  czy  wśród członków komisji  będzie ktoś  gotów poświęcić 
czas, by rozplątać problemy finansowe parafii.

- Cześć, Jess! - Na salę wszedł miejski aptekarz, Warren Moffitt. - 

Ciężki tydzień? - spytał siadając.

- Tak sobie - odparł Jess odkładając sprawozdanie. - Masz coś na 

ból głowy, Warren? Na taki bardzo duży ból głowy.

-   Aha,  sprawozdanie   Eda?  -   Warren  rzucił  okiem  na  pierwszą 

stronę. - Coś nie klapuje?

- Jak najbardziej nie. - Jess masował twarz dłonią. Weszły dwie 

członkinie   komitetu,   nauczycielka   i   jej   siostra,   pielęgniarka   w 
miejscowym szpitalu. - Panno Ryan, czy pani albo Tess znacie się na 
księgowości?

- O nie, Jess! - starsza z sióstr Ryan uśmiechnęła się do swego 

byłego ucznia. - Umiemy tylko wydawać, ale nie zapisywać, na co 
wydałyśmy.

-   Piękna   sytuacja!   -   mruknął   Jess.   Właśnie   przyszedł   ostatni 

członek komisji, Lars Handley, szef miejscowej policji, i zajął miejsce 
przy stole. - Piękna sytuacja! - mruknął raz jeszcze Jess. - Być może 
trzeba będzie wynająć zawodowego księgowego, ponieważ nikt z nas 
nie   potrafi   tego   uporządkować.   Nie   podoba   mi   się   jednak   takie 
wydawanie kościelnych pieniędzy.

- Może będzie mogła pomóc nowa członkini naszego komitetu - 

powiedział Lars swym przyjaznym basem. - Zaraz tu przyjdzie. Miała 
dziś jakieś kłopoty w swoim sklepie, ale mówiła mi, że pamięta o 

background image

zebraniu.   -   Miało   się   wrażenie,   że   mówca   z   trudem   powstrzymuje 
śmiech.

- Nowa członkini?
- Witam wszystkich! Przepraszam za spóźnienie! - Weszła Nan 

Black   ciągnąc   za   sobą   smugę   bardzo   nieprzyjemnego   zapachu.   -   I 
przepraszam   za   ten   smród.   Próbowałam   się   nawet   kąpać   w   soku 
pomidorowym, ale to nie pomogło.

Jess wytrzeszczył oczy. Zapach był rzeczywiście nieprzyjemny, 

ale Nan wyglądała schludnie i była w doskonałym humorze. Policzki 
miała zaróżowione, a korona włosów okalających twarz przypominała 
świetlistą aureolę. Powróciło nagle całe pożądanie, jakie skrywał w 
swojej świadomości od ostatniego spotkania. Odzyskał wreszcie głos:

- Co, do dia...? Co się stało?
-   Po   prostu   skunks.   Dobry   wieczór,   Jess!   -Nan   usiadła   na 

odległym   końcu   stołu,   z   dala   od   wszystkich,   ale   na   wprost   niego. 
Widział ją, ilekroć podniósł oczy.

-   Jakiś   żartowniś   wpuścił   przed   wieczorem   skunksa   do   lokalu 

wypożyczalni   -   wyjaśnił   Lars.   -   Chyba   że   zwierzak   sam 
przywędrował.   Nan   jest   skłonna   przypuszczać,   że   ktoś   to   zrobił 
specjalnie. Naprawdę nie wiem...

- To nie miejsce ani czas na roztrząsanie tej sprawy -oświadczyła 

Nan. Z oczu strzelały jej błyski. - Mówmy o sprawach parafialnych, a 
o moich kiedy indziej. - Spojrzała ostro na Jessa, jakby cała sprawa 
była jego winą.

Jess oparł się w fotelu, zreferował zaistniałą sytuację, kończąc 

uwagą, że Ed robił, jak potrafił.

- A poza tym wszyscy wiemy - dodał - że Ed ma bardzo chorą 

żonę, jest pod ciągłą presją, ponadto ostatnio sam zapadł na zdrowiu. 
Niestety,   odbiło   się   to   na   książkach   rachunkowych,   na   naszej 
księgowości.   Proszę   więc   o   sugestie,   pomoc,   jakieś   pomysły, 
cokolwiek.

Wszyscy zaczęli mówić jednocześnie. Nan przebiła się przez chór 

głosów.

-   Proszę   mi   pokazać   sprawozdanie!   -   powiedziała   wyciągając 

rękę.   Zapadła   cisza,   gdy   Jess   podawał   jej   plik   papierów.   Po 
przejrzeniu paru stron powiedziała: - Zajmę się tym. I tak nie mogę 
otworzyć wypożyczalni, póki ten odór nie wywietrzeje. Mogę nad tym 
wszystkim popracować.

background image

- To bardzo ładnie z twojej strony - odezwał się Jess ostrożnie - 

ale czy jesteś pewna, że dasz sobie radę? - Było przecież możliwe, że 
ofiarowała się tylko dlatego, żeby czymś się zająć, póki jej problem 
nie... wywietrzeje? Niepokoiło go także jej zachowanie. Była dziwnie 
opanowana, a zarazem buńczuczna.

-   Jestem   jedyną   osobą,   która   się   zgłosiła   dobrowolnie   i   mam 

doświadczenie w księgowaniu. - Spojrzała ironicznie w stronę Jessa. - 
Nie masz alternatywy. Jestem twoją jedyną szansą.

- Ja tylko... - Poruszył się niespokojnie w fotelu.
- Łap okazję, Rivers! - odezwał się Moffitt. -Zaryzykuj, dając to 

pani do roboty. Mówi, jakby wiedziała, co mówi.

-   Dobrze,   Nan!   -   Jess   podniósł   ręce   do   góry.   -   Dostajesz   to 

zadanie. Pójdę do Eda po książki i dostarczę ci je w ciągu tygodnia. 
Kiedy...

- Teraz! - Wstała. - Dziś wieczorem. Pójdę z tobą do domu Eda. 

To znaczy będę szła za tobą, bo po tym, co się stało, nie będziesz 
chciał mnie mieć zbyt blisko. - Wyraz jej twarzy wskazywał wyraźnie, 
że myśli nie tylko o skutkach wizyty skunksa. - Jestem taka wściekła, 
że muszę się czymś zająć, żeby nie myśleć o tym... bydlaku.

Kiedy   wyszli   z   parafialnego   budynku,   Jess   spostrzegł,   że 

zostawiła światła w samochodzie.

- Teraz akumulator musi się podładować - poradził. - Chodź ze 

mną.   Mam   słaby   węch,   przytępiony   wieloletnim   paleniem. 
Pojedziemy do Eda, a potem odwiozę cię do domu. Jutro zabierzesz 
stąd samochód.

- Uprzedzam cię, że będziesz żałował.
- Być może, ale chodź! - Poszli do furgonetki i Jess stwierdził, że 

Nan ma rację. Była piękna, powabna, ale niemiłosiernie śmierdziała. I 
po   prostu   dusiła   ją   wściekłość.   Jess   próbował   się   opanować,   ale 
przychodziło   mu   to   z   wielkim   trudem   i   w   połowie   drogi   do   Eda 
wybuchnął śmiechem.

- Nie ma w tym nic śmiesznego! - warknęła.
- Wiem o tym, ale... - Krztusił się zarówno od śmiechu, jak i 

smrodu.   -   Chciałbym   widzieć   twoją   twarz,   kiedy   zwierzaczek   cię 
opryskiwał.

-   Jesteś   świntuch.   Zwierzę   było   równie   przerażone   jak   ja.   Na 

szczęście nikogo nie było wtedy w lokalu. - Westchnęła. - I wcale 
bym nie śmierdziała, gdybym tak nie lubiła zwierząt. Usiłowałam go 

background image

wziąć   i   wynieść   na   dwór.   No   i   wtedy   to   się   stało...   Cuchnę 
nieprawdopodobnie... Jak zgniła róża...

Jess parsknął jeszcze raz. Zagwizdał parę taktów piosenki „Moja 

dzika   irlandzka   róża".   Jednocześnie   ogarnęła   go   fala   wielkiego 
uczucia dla Nan. Była wściekła, ale zachowywała się dzielnie, bez 
histerii.   No   i   to   zgłoszenie   się   na   ochotnika,   żeby   uporządkować 
księgi...

- To ten świntuch Neilson wpuścił skunksa do składu na tyłach. 

To jego robota. Tylko on mógłby taką rzecz wymyślić

- powiedziała.
-   Co   powiedziałaś?   -   Jess   zahamował   w   miejscu,   furgonetka 

stanęła niemal w poprzek ulicy. Nan chwyciła się tablicy rozdzielczej. 
- Skąd ty znasz Neilsona? Co tu się dzieje, o czym ja nie wiem?

- Nie, nie... - Przeraziła się złego wyrazu twarzy Jessa.
- Zapomnij o tym.
- Akurat! Powiedziałaś, że to zrobił Neilson. Musiałaś więc mieć 

z nim jakiś zatarg w przeszłości. Dlaczego mi o tym nie powiedziałaś, 
Nan?

- Bo to nie twoja sprawa, Jess.
- Właśnie, że moja! - Jess zaciskał palce na kierownicy.
- Nie znasz tego człowieka. To zupełny szaleniec.
- Wszyscy się z tym zgadzają. - Dotknęła jego dłoni.
- Dajmy  spokój, Jess. Jest tak, jak powiedziałam:  to nie twoja 

sprawa.

- Więc pewno słyszałaś o sprawie Charliego?
- I o sądowym nakazie, byś się nie zbliżał do tego człowieka. 

Przestań już nudzić. Potrafię sobie radzić z takimi ludźmi jak Neilson. 
Już raz sobie poradziłam.

Nic nie odpowiedział. Studiując jego profil doszła do wniosku, że 

albo się obraził, albo też jest zatopiony głęboko w myślach. Nie była 
pewna,   co   by   w  tej   chwili   wolała.   A  wszystko   to   razem   nie   było 
pocieszające.

W dwa dni później w życiu Nan znów zaczęło świecić słońce. 

Księgi rachunkowe przedstawiały się lepiej niż wszyscy myśleli. Po 
wielu   godzinach   rozgryzła   metodę   księgowania   zastosowaną   przez 
Eda i od tej chwili wszystko było już bardzo łatwe.

-   Uratowałaś   nas   przed   katastrofą   -   powiedział   Jess,   studiując 

przygotowane przez nią zestawienia, które mu przyniosła do biura na 

background image

lotnisku. - Widzę, co zdziałałaś, ale pojęcia nie mam, jak ci się to 
udało.

-   Po   prostu   starałam   się   myśleć   jak   Ed   Mack.   -   Wzruszyła 

ramionami. - Gdy przejrzałam jego system, wszystko było już proste.

- Dziękuję ci bardzo. - Przez chwilę siedział nic nie mówiąc. - 

Muszę cię chyba przeprosić. - Palcami wybijał rytm na oparciu fotela.

- Za co?
Nie   odpowiedział   od   razu,   tylko   się   jej   przyglądał.   Nan 

spodziewała   się   pewnego   napięcia   w   związku   z   tym,   co   nastąpiło 
między   nimi,   kiedy   po   raz   ostatni   była   na   lotnisku,   ale   to,   które 
wyczuwała, nie miało absolutnie nic wspólnego z seksem.

Jess uśmiechnął się.
-   Powiem   ci,   Nan.   Pod   wieloma   względami   źle   cię   oceniłem. 

Zrobiłem   kilka   fałszywych   założeń.   Podobnie   zresztą   jak   ty   w 
stosunku   do   mnie.   Potrafisz   sobie   dobrze   radzić   z   rachunkami. 
Słuchałem   pilnie   Jimmy'ego,   gdy   opowiadał   o   swojej   pracy   i 
spostrzegłem,   że   wiele   się   od   ciebie   nauczył.   Nie   żadnego 
fantazjowania, ale twardych zasad biznesu. A ostatnim dowodem jest 
to - poklepał przyniesione przez nią zestawienia. - Nie należysz do 
kobiet wagi piórkowej. A więc cię przepraszam!

- Za myślenie, że...
- Że jesteś jedynie marzycielką. Wcale tak nie jest.
Nie wiedziała przez dłuższą chwilę, jak na te słowa zareagować.
- To znaczy że... Kochałeś się ze mną  myśląc, ze trzymasz w 

objęciach głupawą blondynkę?

-   Nigdy   nie   powiedziałem,   że   tak   o   tobie   myślę.   Po   prostu 

sądziłem, że jesteś... mniej praktyczna. Zbyt wielka marzycielką, by 
być dobrą biznesmenką.

- To ty jesteś głuptas, Jess! Wiesz o tym? - Wstała, zabierając 

papiery.

Oparł się w fotelu i wyciągnął do niej ręce.
-   Masz   rację,   Nan.   Wiem   o   tym.   Chodź   tutaj!   Porzuciwszy 

papiery i teczkę podeszła i usiadła mu na kolanach.

- Nie mogę długo zostać - powiedziała. - Muszę dziś otworzyć 

wypożyczalnię. Skunks jest tylko wspomnieniem dzięki twojej radzie 
- wzięłam faceta z firmy odkażającej mieszkania.

background image

- A ja za kilka minut muszę lecieć - odparł, zanurzając dłoń w jej 

włosach.   -   Nie   oznacza   to   jednak,   że   tych   paru   minut   nie   mogę 
pożytecznie wykorzystać. - Co powiedziawszy pocałował ją usta.

Nan poddała się pocałunkowi. Siedzenie na kolanach mężczyzny 

przy porannym słońcu grzejącym plecy wydało się nagle najbardziej 
naturalną przyjemnością na świecie. Jego pocałunki były zmysłowe, 
lecz nie domagające się niczego więcej. Były to pocałunki kochanka, 
ale i przyjaciela jednocześnie. Pragnienie, które ją ogarnęło, było teraz 
gorące i rozlewało się po całym ciele. Ale to nie pożar, który domaga 
się natychmiastowego ugaszenia.

Pragnienie mogło poczekać. Miała na tyle opanowania.
W reakcji na słodki ciężar na kolanach i smak jej ust na jego 

ustach   Jess   poczuł   wzrastające   podniecenie.   Do   diabła   z 
harmonogramami   lotów,   pomyślał.   Dłonią   przesunął   po   plecach 
kobiety,  potem   wzdłuż   jej   ud   aż  do   zaciśniętych   kolan.   Delikatnie 
zaczął je rozdzielać.

-   Hej,   hej!   -   szepnęła   mu   do   ucha,   jeszcze   bardziej   go 

podniecając.   -   Przestań,   mój   panie,   bo   nie   wystartujemy   z   nowym 
dniem! - Odsunęła się.

- A jaki to jest dzień? - spytał. Podniósł głowę i stwierdził, że 

choć Nan usiłuje  żartować,  ma  przyspieszone  tętno.  Widział  to  po 
pulsującej żyłce na jej szyi. - I jaki rok?

- Rok, w którym mam zamiar narobić wiele szumu w dyrekcji 

mojej   firmy.   -   Ześliznęła   się   z   jego   kolan   i   stanęła,   wygładzając 
obiema rękami spodnie, jakby chciała pozbyć się resztek jego dotyku. 
- A nie uda mi się to, jeśli zostanę tu dłużej. -Zabrała ze stołu papiery i 
teczkę.   -Przyjmuję   jednak   twoje   przeprosiny.   W   związku   z   czym 
może zjedlibyśmy późny obiad dziś wieczorem, u mnie?

- Nie mogę - odparł. - Nie wracam dziś wieczorem. -Miał zamiar 

wrócić, ale teraz właśnie postanowił, że tego nie zrobi. - Muszę zostać 
w Omaha w interesach.

- Och! - powiedziała z żalem, przeczesując włosy palcami, aby 

odtworzyć choćby częściowo fryzurę, jaką miała przychodząc tutaj. - 
No trudno, więc się zobaczymy, kiedy się zobaczymy.

- Zadzwonię! - obiecał, nie ruszając się z fotela. Gdyby wstał, 

musiałby pochwycić ją w ramiona i już więcej nie puścić bez względu 
na jej protesty i wołania, że musi otworzyć wypożyczalnię. Do diabła 
z jej wypożyczalnią!

background image

- Świetnie - odparła z uśmiechem. Wydawało mu się, że jej dolna 

warga drży, ale doszedł do wniosku, że to mu się tylko wydaje. - 
Szczęśliwego lotu, Jess!

Gdy poszła, patrzył jeszcze długo na pusty fotel po drugiej stronie 

biurka, na którym Nan siedziała, wyjaśniając mu tajniki ksiąg parafii. 
Zdał sobie sprawę, że jest zazdrosny. Głupio, chorobliwie zazdrosny. I 
nie była to zazdrość o innego mężczyznę, którego znała, czy zna teraz. 
Nic go nie obchodzili jej kochankowie. Był zazdrosny o jej rozum! Co 
gorsze: był zazdrosny o jej pogoń za sukcesem. Z takim kochankiem 
nie mógł konkurować. Przegrywał przed startem.

Coś podobnego! Wstał osłabiony i rozdygotany. Sięgając po plan 

lotu stwierdził, że trzęsie mu się dłoń. Pożądał Nan! Jeszcze bardziej 
niż Charlie pożądał whisky.

Nie! Nie pozwoli! Nie spodziewał się, że kobieta może go tak 

zniewolić.   Może   któregoś   dnia,   kiedy   pojawi   się   owa   wyjątkowa 
kobieta w jego życiu, ta, którą będzie chciał poślubić, wówczas być 
może będzie za nią szalał. Ale za Nan?

Burcząc pod nosem wpakował dokumenty do starej teczki. Nie 

pozwoli, nie dopuści do tego, by stać się niewolnikiem nałogu. W 
żadnym   wypadku!   Postara   się   znaleźć   lekarstwo.   Pomyślał   o 
dziewczynie,   którą   znał   w   Nebrasce,   ale   natychmiast   odrzucił   ten 
pomysł. Siłę musi znaleźć w sobie, a nie szukać jej w kimś trzecim.

Na wszelki wypadek wrzucił do teczki nowe pudełko cygar.
-   Nan,   czy   będziesz   bardzo   zajęta   w   sobotę?   -   spytał   Jimmy 

Rivers,   stojący   przed   ladą   z   dwoma   kolegami   o   twarzach   pełnych 
nadziei.

- No, nie wiem, zwykle zamykam dopiero o dziesiątej wieczorem, 

ale... - potrząsnęła głową zaskoczona pytaniem.

-   A   nie   mogłaby   pani   zamknąć   wcześniej?   -   zadał   pytanie 

rudzielec, stojący po prawej ręce Jimmy'ego. - Ten jeden raz, proszę 
pani!

-   Proszę   cię   bardzo,   Nan!   -   powiedział   Jimmy.   -   A   jeśli   nie 

możesz,   to   pozwól,   że   ja   kogoś   wynajmę   do   pilnowania   lokalu   i 
zapłacę sam.

- Ale o co chodzi? - Oparła się o kontuar i przyglądała chłopcom. 

Wiedziała, że rudzielec to Żółw, najlepszy przyjaciel Jimmy'ego. Ten 
drugi nazywał się Fred jakiś tam. - Jesteście tacy zdenerwowani. Co 
się stało?

background image

- Potrzebujemy opiekunów - przyzwoitek.
- Co?
-   Wybrano   nas   do   komitetu   opiekunów   -przyzwoitek   balu 

promocyjnego.   Leżymy,   jeśli   nie   znajdziemy   jeszcze   jednej   pary 
odpowiedzialnych   dorosłych,   którzy   zechcieliby   przyjść   na   bal. 
Pomyśleliśmy o tobie, że może ty i Jess...

- Hola, hola! Czy rozmawialiście z nim na ten temat?
- Jeszcze nie! - odparł Żółw, odsłaniając aparat na zębach. - Ale 

założę się, że dla niego okazja, żeby z panią pójść, to jak złapanie 
Pana Boga za nogi.

- Trochę za późno mnie o to prosicie, no, ale dobrze, zgadzam się 

-   odpowiedziała   Nan   po   dłuższej   chwili   zastanowienia.   -   W   jedną 
sobotę   mogę   zamknąć   wcześniej.   A   jakie   miałabym   obowiązki   na 
balu?

-   Wiedziałem,   wiedziałem,   że   ona   się   zgodzi!   -   Żółw   aż 

podskoczył z radości.

- Bo myśmy myśleli, że Jess przyprowadzi tę panią z Sioux Falls, 

z   którą   chodził.   Albo   jedną   z   tych   w   Caspar   -   pospieszył   Fred   z 
wyjaśnieniem przyczyn późnego zwrócenia się do Nan. - Ale Jimmy 
nam powiedział...

- Zamknij się! - warknął Jimmy, patrząc na niego ze złością. - Ale 

ty masz wielką gębę!

Nan   nic   nie   powiedziała,   ale   pomyślała,   że   na   człowieka 

nieustannie czyhają niespodzianki.

Jess   nie   zatelefonował   ani   następnego   dnia,   ani   następnego. 

Pomyślała sobie, że ona - Nan - znajduje się pewnie gdzieś na końcu 
listy   pełnej   dam   serca.   Jeśli   wierzyć   plotkom,   oczywiście. 
Dlaczegóżby miała nie wierzyć? Był przecież kawalerem do wzięcia i 
to   w   okolicy,   gdzie   zamążpójście   było   przedmiotem   najwyższych 
aspiracji wielu młodych kobiet Wiedziała, jak to jest. Wychowała się 
przecież w małym miasteczku w okręgu rolniczym. A poza tym Jess 
nie zdobył swych umiejętności kochania się z lektury. Z pewnością 
prowadził   bardzo   ożywione   życie,   o   jakim   Nan   nawet   nie   miała 
pojęcia.

Bez sensu było jednak to, co w związku z tymi myślami czuła. 

Gdy   tylko   pomyślała   o   jakiejkolwiek   innej   kobiecie   w  zbliżeniu   z 
Jessem - takim, jak to ubiegłej niedzieli, czuła wściekłość i zazdrość.

background image

Nie chciała tego. To do niej nie pasowało. I nie była osobą, za 

jaką chciała uchodzić we własnych oczach: silną, w pełni niezależną, 
która nie potrzebuje żadnego wsparcia, aby odnieść sukces życiowy i 
być szczęśliwą. Taką starała się być, lecz nie w odniesieniu do Jessa.

W   piątek   rano   zjawiła   się   w   wypożyczalni   Sue   w   otoczeniu 

dzieci.

- Dziś ja mam przy nich dyżur! - oświadczyła. - Idziemy właśnie 

do parku, ale wpadłam po drodze po jakiś film na popołudnie.

Nan zaprowadziła ją do półki z kasetami filmów dziecięcych i 

wskazała nowe tytuły.

-   Na   twojej   dwudziestopięciodolarowej   karcie   masz   jeszcze 

kredyt na pięć filmów - poinformowała. - Wybieraj!

-   Słyszałam,   że   w   sobotę   wieczorem   masz   wystąpić   w   roli 

pogromczyni lwów - powiedziała Sue. - W mieście sporo rodziców 
będzie   ci   bardzo   wdzięcznych,   że   zwolniłaś   ich   z   ciężkiego 
obowiązku.

- O mój Boże! - Nan klepnęła się w czoło. - Bal promocyjny! 

Zupełnie   o   nim   zapomniałam.   -   Uprzytomniła   sobie,   że   Jess   nie 
zadzwonił.  Miał  jej  przecież  partnerować, chyba że źle  zrozumiała 
chłopców.

Zaraz,   zaraz!   Przecież   nie   powiedzieli,   że   on   ją   zabierze. 

Powiedzieli tylko, że potrzebują dwu dorosłych osób. Nan poczuła 
wielkie   zawstydzenie.   To   tylko   ona   wyraziła   zgodę   jako   jedna   z 
dorosłych osób!

- Co się stało, Nan? - spytała Sue. - Wyglądasz, jakbyś się miała 

zaraz rozpłakać.

- Nie... Tylko zdałam sobie sprawę, że nie mam się w co ubrać. 

Nie mam nic takiego, w czym wyglądałabym jak osoba, która idzie na 
zebranie   jakiegoś   komitetu;   nic,   co   nadaje   się   na   bal   nastolatków. 
Poza tym jaka ja się tam będę czuła stara!

- Nic podobnego! - Sue przez chwilę się zastanawiała, potem na 

jej twarzy pojawił się przebiegły uśmieszek. - Chyba mam kogoś, kto 
ci pomoże w kłopocie.

background image

ROZDZIAŁ 11

Jess   zaparkował   tuż   za   budynkiem   szkolnym.   Parking   był   już 

przepełniony   i   szczęściem   nazwać   można   było   znalezienie   tego 
miejsca. Każdy szczeniak, który znalazł jakiś sposób, aby wyprosić, 
wybłagać lub wykrzyczeć samochód  na ten wieczór, oczywiście to 
uczynił. Jimmy i jego towarzyszka skorzystali z samochodu Żółwia, 
który   go   wypożyczył   od   ojca.   Jess   z   wielu   powodów   przyjechał 
furgonetką.   Sam   i   wściekły,   a   może   nie   tyle   wściekły,   co   bardzo 
niezadowolony. Nie chciał tu być sam. Chciał być z Nan.

I był sam nie dlatego, że nie próbował skontaktować się z nią. 

Próbował. Wysiadł z wozu i wsunął kluczyki do kieszeni smokingu.

Czuł się w tym stroju jak zakuty w żelazną zbroję. Nie znosił go, 

ale wiedział, niestety, że na bal trzeba tak się ubrać. Marynarka była 
zbyt   obcisła   w   ramionach   i   na   piersiach.   Trudno.   Musiał   to 
paskudztwo   wyciągnąć   z   szafy   i   włożyć   na   dzisiejszy   wieczór. 
Oczywiście wszystkie szczeniaki wypożyczyły na bal smokingi! Poza 
tym Jimmy byłby niesłychanie zawiedziony, gdyby jego starszy brat 
pojawił   się   w   niedzielnym   ubraniu.   Zanim   jeszcze   usiłował,   bez 
powodzenia, skontaktować się z Nan, już sobie myślał, co też ona 
powie, gdy go zobaczy. Zrobił z siebie pajaca!

Telefonował   i   telefonował.   Nigdy   jej   nie   było   w   domu.   Do 

wczoraj nie zostawiał żadnej wiadomości automatycznej sekretarce, 
gdyż   ciągle   miał   nadzieję,   że   ją   wreszcie   zastanie.   Na   wczorajszą 
wiadomość też nie zareagowała. Wynika z te-go, że nie ma jej dla 
niego. Poprawił wykrochmalony kołnierzyk i muszkę.

Nic  się  ostatecznie   nie  stało.  Właściwie  nie  planował  zabrania 

Nan na ten bal. Kiedy Jimmy  powiedział mu, że Nan zgodziła się 
pełnić rolę opiekunki, założył, że zamierza pójść właśnie z nim - z 
Jessem. Widocznie się mylił. Niestety!

Nieco spóźniony ruszył w stronę szkoły. Było już po dziewiątej, 

na ulicy słychać było dźwięki orkiestry. Wiosenny wieczór był dość 
chłodny, ale przy tylu rozgrzanych parach temperatura na sali jadalnej 
zamienionej   na   balową  z   pewnością   podskoczy   w  górę.   Wszystkie 
okna   otworzono.   Dobiegające   melodie   były   inne,   ale   ich   rytm   nie 
zmienił   się   od   czasu,   gdy   jako   szesnastolatek   szedł   na   swój   bal 
promocyjny. Jak dawno to było! Jess stanął.

Powróciły wspomnienia. Wówczas jego towarzyszką na balu była 

Mary   Beth   Styles.   Teraz   już   mężatka   z   czterema   czy   pięcioma 

background image

dzieciakami! Nie był w niej zakochany, ale ponieważ ona była już 
licealistką, a on jeszcze gimnazjalistą, zabranie jej na bal to był wielki 
sukces.   Jakże   był   wówczas   skrępowany,   a   jednocześnie   dumny.   I 
przerażony myślą, że być może wypada się do niej dobrać. Może ona 
tego oczekiwała? Uśmiechnął się do siebie.

Gdyby mógł był porozumieć się z Nan, postarałby się, aby ten 

wieczór był dla nich obojga czymś specjalnym. I skończyłyby się już 
wątpliwości  i obawy przed kochaniem się z nią. Mimo wszystkich 
dobrych intencji i obietnic nie potrafił przestać o niej myśleć od tego 
poranka, kiedy widzieli się po raz ostatni. A teraz nie wiedział, czego 
ma się spodziewać. Skulił ramiona, wcisnął dłonie zwinięte w pięści 
do   kieszeni   smokingu   i   ruszył   w   stronę   dźwięków   orkiestry.   Przy 
wejściu sali jadalnej stanął.

Spora sala została jak zwykle przemieniona w bajkowe wnętrze. 

Przekroczenie zasłony ze srebrzystych serpentyn oznaczało wejście do 
innego świata. Mrugnął parę razy, usiłując przystosować wzrok do 
następujących   po   sobie   jaskrawości   i   półmroku.   Stroboskopowe 
światła niby rakiety przebijały całą przestrzeń nad głowami, reflektory 
zalewały   światłem   orkiestrę,   natomiast   pobocza   sali   i   zakątki 
pozostawały w pełnym cieniu. Takie było zamierzenie. Patrolowanie 
owych ciemnych stref było wymagającym taktu zadaniem opiekunów 
- przyzwoitek. Uśmiechnął się, przypominając sobie ponownie własny 
bal i wszedł do sali.

Prawie natychmiast zobaczył Nan Black.
Nie   otaczał   jej   wianuszek   pełnych   zachwytu   mężczyzn.   A 

powinien!   W   oczach   Jessa   była   zjawą   symbolizującą   piękno   i 
najbardziej   pociągającą   kobietą.   Nie   mógł   sobie   wyobrazić 
mężczyzny,   który   nie   zostałby   urzeczony   jej   widokiem.   Była   w 
długiej   sukni   z   czarnej   koronki   na   srebrnym  spodzie   -   fason   z   lat 
pięćdziesiątych.   Natomiast   włosy   miała   upięte   wysoko,   skręcone 
loczki opadały w uroczym nieładzie, budząc skojarzenia z fryzurami 
Starego Południa. Obnażone ramiona wydawały się świecić własnym 
blaskiem. Był pewien, że przez zatłoczoną, hałaśliwą salę dociera doń 
delikatny  zapach jej  perfum.  Stała rozmawiając  z Genny Weaver i 
dwiema   nauczycielkami,   które   Jess   dobrze   znał.   Podszedł   więc   do 
nich, niezdolny się temu oprzeć, podobnie jak ćma nie potrafi oprzeć 
się światłu.

background image

- Halo, Jess! - powiedziała Nan, obracając się ku niemu. Wzrok 

jej przesunął się po jego twarzy. Jess nie wiedział zupełnie, co sądzić 
o tym spojrzeniu. - Ale pięknie dziś wyglądasz! - stwierdziła głośno, 
by przebić się przez muzykę.

- Dziękuję. - Poczuł, że robi mu się gorąco. - Przysięgam, że po 

raz   ostatni   włożyłem   na   siebie   ten   kaftan   bezpieczeństwa!   - 
oświadczył,   przesuwając   palcem   pod   skrajem   kołnierzyka.  - 
Normalny  człowiek tylko w dwu wypadkach powinien coś takiego 
mieć na sobie. Kiedy idzie na ślub i kiedy go wiozą na cmentarz.

- Powiedziałeś tak, jakby to były uroczystości podobne do siebie - 

odezwała się jedna z nauczycielek.

- Może tak właśnie myśli - odparła za niego Nan podnosząc brwi. 

- Podróż się udała?

-   Wróciłem   przed   godziną.   -   Ujął   ją   pod   rękę.   -   Chodźmy 

przyzwoitkować, pani Black! - szepnął pochylając się ku niej. - Panie 
nam wybaczą!

Gdy   ją   prowadził   w   ciemniejsze   rejony   sali,   czuła   na   sobie 

ciekawe spojrzenia tańczących. Było tam nieco ciszej.

- Jess, nie skończyłam rozmowy z paniami, a ty...
- Gdzie byłaś? - Puścił jej rękę i objął ją w talii. Ponieważ suknia 

była   bardzo   głęboko   wycięta   z   tyłu,   jego   kciuk   spoczął   na   ciepłej 
skórze pleców. Pachniała cudownie. Loki tańczące na szyi kusiły, by 
ich dotknąć. - Dzwoniłem i dzwoniłem. ..

-   Spędzałam   dużo   czasu   z...   moją   krawcową.   Nie   miałam   co 

włożyć na dzisiejszy wieczór i Inga zgodziła się w drodze wyjątku 
spełnić tę rolę. Było mało czasu, więc ostatnią noc spędziłam u niej. 
Mogłeś zadzwonić do wypożyczalni!

- Dzwoniłem wiele razy! Linia była zawsze zajęta albo nikt nie 

odpowiadał. Jak ci już powiedziałem: dopiero co wróciłem i ledwo 
zdążyłem się przebrać. Wiem, że miałem ci towarzyszyć. Czy Jimmy 
ci tego nie powiedział?

- Jimmy tylko spytał, czy zgadzam się być opiekunem na balu. 

Powiedział, że i ty nim będziesz, ale nic nie wspominał, że mamy 
przyjść razem.

- Powinien ci to powiedzieć!
Nan stanęła i obróciła się: wyglądał w tym smokingu cudownie, 

może lepiej powiedzieć - wspaniale. Ale jeszcze miała do niego żal. 

background image

Jeśli planował ją zabrać na bal, to mógł o tym powiedzieć wcześniej, 
przed wieloma dniami, kiedy się po raz ostatni widzieli.

-   Nic   nie   zakładam   z   góry,   gdy   o   ciebie   chodzi,   Jess! 

Przyjechałam tu z Jimmym, Żółwiem i ich damami, więc wrócę do 
domu...

- Ze mną! - Palcem ujął ją pod brodę. - Nan, ja również niczego 

nie   zakładam   z   góry,   gdy   chodzi   o   ciebie!   Sprawdź   swoją 
automatyczną   sekretarkę,   a   zobaczysz,   że   mówię   prawdę.   Wczoraj 
dzwoniłem do ciebie z dziesięć razy.

Uważnie   spojrzała   na   niego   i   uwierzyła.   W   jego   oczach 

dostrzegła jakieś nowe światło.

-   Powinnam   do   ciebie   zadzwonić,   kiedy   zgodziłam   się   na 

propozycję   Jimmy'ego.   Ale   obie   z   Ingą   byłyśmy   takie   zajęte, 
przerabiając tę starą suknię...

- Tańczymy, Nan! Inga być może okazała się mistrzynią igły, dla 

mnie jednak mogłabyś mieć na sobie stary worek, a też wyglądałabyś 
pięknie! - Przesunął dłoń po jej plecach.

- Chociaż łączność między nami zawiodła, możemy radować się 

dzisiejszym wieczorem.

- No, chyba tak - zgodziła się. Jej dłoń spoczęła w jego dłoni. - 

Nie zapominaj jednak, że mamy obowiązek pilnować, by dzieciaki nie 
bawiły się w niewłaściwy sposób.

-   Pamiętam.   -   Przytulił   ją   do   siebie.   Koronka   jej   sukni   na 

jedwabnym spodzie cichutko szeleściła. Wdychał subtelny zapach jej 
skóry i perfum. Odchyliła głowę i mógł cieszyć oczy linią jej ramion, 
szyi i piersi.

I właśnie wtedy to się wydarzyło! Gdy spojrzała na niego szeroko 

otwartymi, szczerymi oczami i rozchyliła usta jakby do pocałunku, 
Jess Rivers zakochał się w niej.

Uświadomienie sobie tego faktu przyszło nagle, niemal boleśnie, 

niby cios pięścią. Jak ryba wciągnął bezradnie powietrze i mocniej ją 
uchwycił. Bo jeśli mocniej ją przytuli, to ona nigdy nie będzie mogła 
odejść! Nigdy nie będzie mogła sprawić mu bólu zniknięciem.

- Co się stało, Jess? - Podniosła dłoń z jego ramienia i dotknęła 

twarzy. - Nagle zbladłeś...

- Chyba niestrawność - powiedział z wymuszonym uśmiechem. - 

Na kolację połknąłem zbyt szybko kanapkę.

background image

-   Jesteś   pewien,   że  to  nic   innego?   -   Ponownie   dotknęła   jego 

twarzy   i   Jess   zadygotał,   jakby   porażony   prądem   przepływającym 
przez opuszki jej palców muskających skórę.

-   Nie,   wszystko   w   porządku.   -   Ty   idioto,   beształ   siebie   w 

myślach. Co za głupek z ciebie! Miałeś dziesiątki, ba, setki kobiet, z 
których mogłeś wybierać, i musiałeś zakochać się właśnie w niej. W 
kobiecie, której plany i marzenia nie obejmują twojej osoby.

- Hej, Jess, hej, Nan! Zamierzacie tak długo tańczyć?
- Obok nich pojawił się Jimmy w towarzystwie swojej partnerki. 

Dziewczynka była spocona, zaciskała palce na jego dłoni. Pot spływał 
także po twarzy Jimmy'ego. Młodziutka para dyszała ciężko. - Dziś 
nie ma tańczenia w zbliżeniu! -przypomniał Jimmy.

-   Zobaczymy,   co   się   da   zrobić   -   odparł   Jess   z   szerokim 

uśmiechem.   -   Dobry   wieczór,   Betty.   -   powitał   dziewczynkę, 
zadowolony z pojawienia się obojga i przerwania jego myśli. -Bardzo 
ładnie dziś wyglądasz! -Betty Andersen zaczerwieniła się.

Nan była zaniepokojona. Jess zachowywał się przedziwnie, jakby 

był chory. Niestrawność to jedno, ale przypomniała sobie, że podobny 
symptom zapowiada czasami chorobę serca. Jess palił. Może przestał, 
ale... przedtem palił. Wykonywał pracę, której towarzyszyły przeróżne 
napięcia. Był wyraźnie kandydatem do choroby serca. Chociaż teraz 
wydawał się już w lepszej formie. Nan przywitała się z towarzyszką 
Jimmy'ego, rada, że jej młody przyjaciel i pracownik dobrze się bawi. 
Słyszała   przecież,   że   nie   wyrażał   wielkiego   entuzjazmu   na   temat 
dziewczyny, gdy ojciec o niej wspomniał w związku z balem. Jimmy 
wyznał   potem   Nan,   że  Betty   jest   przyjaciółką   zbyt  dawną  i   osobą 
nadto   mu   znaną,   by   mogła   budzić   w   nim   romantyczne   uczucia. 
Zakpiła, że Jimmy oglądał zbyt wiele filmów. Starała się przekonać 
go,   że   w   prawdziwym   życiu   miłość   rzadko   sygnalizuje   swoje 
nadejście zawaleniem się nieba na czyjąś głowę. Zwykle wkrada się 
po cichutku i powolutku. Jimmy wysłuchał wszystkiego w skupieniu, 
choć nie zdawał się być nadto przekonany.

-   Porozmawiam   z   orkiestrą   -   powiedział   Jess.   -   Chcę,   żeby 

wreszcie zagrali coś wolniejszego. Poczekaj tu, zaraz wrócę. - Ścisnął 
dłoń Nan i zniknął.

-   Co   mu   się   stało?   -   spytał   Jimmy   patrząc   za   bratem, 

przeciskającym się w kierunku estrady. -Zwykle lubi szybkie tańce. 
Potrafi nieraz przetańczyć całą noc.

background image

- Nie czuje się zbyt dobrze - odparła Nan, przypatrując się, jak 

Jess   rozmawia   z   dyrygentem   orkiestry,   chudym   młodzieńcem   o 
fryzurze znacznie obfitszej i bujniejszej niż jej własna. - Dziwnie się 
zachowuje.

- Jimmy powiada, że to od czasu, jak się pani pojawiła w naszym 

mieście - poinformowała ją Betty. - On myśli, że...

- Tańczymy, Betty! - Jimmy pociągnął Betty za sobą, nim zdążyła 

dokończyć. Zagrała muzyka, zgubili się w mimie.

Tłum falował teraz wolniutko w rytmie romantycznej, zmysłowej 

melodii. Jess wrócił i znów przytulił Nan w tańcu.

- Poprosiłem o tylko jeden taki taniec - wyjaśnił. - Nie trzeba 

zanadto rozbudzać namiętności u naszych nastolatków. - Prowadził ją 
zręcznie po parkiecie. - Sam pamiętam moje reakcje...

-  A teraz,  oczywiście, w  pełni  nad sobą  panujesz!  - zakpiła   z 

uśmiechem.

- W pełni! - potwierdził z uśmiechem. Byli absolutnie zgrani w 

tańcu. - Jestem przecież dorosły.

Nan odnotowała w świadomości jego miłosne zapędy i zaczęła 

robić plany na dalszy ciąg wieczoru. Potem zagubiła się w tańcu i 
przestała   jasno   myśleć.   Poznała   już   rozkosz   oglądania   jego 
obnażonego ciała, ale ciało ubrane w smoking też stanowiło podnietę. 
Jego barczyste ramiona wydawały się jeszcze szersze w smokingowej 
marynarce,   dotyk   gładkiego   materiału   budził   przedziwne   sensacje. 
Sala  była  rozgrzana  i  Jess  coraz  gorętszy.  Żar wręcz  buchał  przez 
marynarkę. Chociaż taniec był wolny, na czole perlił mu się pot, a 
zapach skóry i płynu po goleniu był jeszcze bardziej intensywny. Nan 
wdychała go żałując, że nie są teraz  sami,  aby mogła  uczynić coś 
więcej, dużo więcej.

Jess  trzymał ją jak najbliżej  siebie.  Ręce mu  drżały  z wysiłku 

tulenia do siebie kobiety. Wchłaniał muzykę, rytm, miłosną melodię, a 
potem   oddawał   jej   to   w   tańcu.   Jej   włosy   niby   delikatny   oddech 
muskały mu policzki, rozkoszował się zapachem jej skóry. Poruszała 
się w tańcu, jakby stanowiła część swego partnera. Nic nie mąciło 
wrażenia tej jedności. Wydawało się, że tańczą tak razem od milionów 
lat.

Jimmy   przyglądał   się   bratu.   Tak   jest!   Tym   razem   nie   było 

wątpliwości. Jess zakochał się w Nan. Jimmy nigdy nie widział brata 
zachowującego się podobnie w towarzystwie innej kobiety. Radował 

background image

się za niego, a jednocześnie czuł ukłucie zazdrości. Zazdrość, że Jess 
ma kogoś, kogo może tak trzymać i kochać. Rzucił okiem na Betty. O 
nie! To nie to! Jest za długo koleżanką, by mogła być dziewczyną z 
marzeń... Ale dziś ładnie wyglądała i była blondynką...

Tok   myśli   przerwała   mu   głośna   kłótnia.   Orkiestra   ucichła,   a 

potem umilkła.  Jimmy  stanął  na palcach, aby zobaczyć, co też się 
stało.

Ujrzał Jessa przytulonego do Nan. Ale wyraz twarzy brata nie 

miał nic wspólnego z miłością.

Nan   spostrzegła   nagłe   napięcie   w  zachowaniu   swego   partnera. 

Przed   sekundą   trzymał   ją   w   uścisku,   a   teraz   odpychał   za   siebie, 
zaciskając dłonie w pięści tak mocno, że zbielały mu kostki palców.

-   Niemoralna   zabawa!   Niemoralna   muzyka!   Niemoralne 

zachowanie!   -   skandowała   grupka   dorosłych,   głównie   mężczyzn, 
idących   w   jej   kierunku.   Młodzież   się   rozstąpiła,   pozwalając   im 
przejść.   Na   czele   tej   grupki   szedł   Douglas   Neilson.   Wskazywał 
palcem   Nan,   skandując   słowo   „zachowanie".   Pochwycił   go   snop 
światła stroboskopowej lampy, barwiąc mu twarz to na czerwono, to 
na niebiesko, to na trupio żółto. Nan stała jak skamieniała.

Zapaliły się sufitowe światła, przez głośniki dobiegł głos Genny 

Weaver:

- Nikt was tu nie zapraszał! Natychmiast opuśćcie salę, bo wezwę 

policję! To jest szkolna zabawa.

- Niemoralne zachowanie! - zawyła grupka przybyłych, idąc ku 

podium   orkiestry   i   ignorując   wezwanie   dyrektorki   szkoły.   Muzycy 
byli bardzo zakłopotani. Gitarzysta miał minę, jakby chciał płakać.

Jess uczynił krok do przodu. Nan złapała go za rękaw i szepnęła:
- Nie, nie! Zostaw! Niech to Genny sama  załatwi. Potrafi  dać 

sobie z nimi radę.

- Tak, wiem, ale...
- Jess...! - zawołała głośniej. Widziała, że mężczyzna trzęsie się 

ze złości.

- Niemoralna  rozrywka! Szatan w naszym gronie! - od grupki 

oderwał się Neilson wskazując ją palcem. - Wysłanniczka szatana! - 
krzyknął, niemalże ogarnięty jakimś szałem.

Jess rzucił się w jego kierunku. Nan pociągnęła go za ramię i z 

ulgą spostrzegła, że to samo robi Jimmy, ciągnąc za drugie. Z tłumu 

background image

młodzieży dobiegały podniecone szepty i okrzyki strachu. Wiedziała, 
że musi natychmiast coś zrobić, aby rozładować napięcie.

Roześmiała   się.   Beztrosko,   na   cały   głos.   Rzuciła   okiem   na 

Jimmy'ego,   który   skutecznym   chwytem   unieruchomił   Jessa,   i 
wskoczyła   na   podium   orkiestry.   Grupka   protestujących   powoli 
umilkła.   Od   piosenkarza   przejęła   mikrofon   i   dając   znak   orkiestrze 
krzyknęła:

- Uwaga! „Galop zajączka"! Wszyscy tańczą!
Nim   Neilson   i   jego   poplecznicy   zorientowali   się   w   nowej 

sytuacji,   cała   młodzież   wypełniająca   salę   zaczęła   piszczeć, 
wrzeszczeć, jazgotać  i podskakiwać w wijącym się  wężu tancerzy, 
trzymających się jeden drugiego. W tym hałasie zginęły skandowania 
przybyłych. Uśmiech triumfu rozświetlił twarz Nan, zniknął jednak 
natychmiast pod przejmującym do szpiku kości, pełnym nienawiści 
spojrzeniem Neilsona w chwili, gdy dwaj rosłej budowy nauczyciele 
„pomagali" mu wyjść z sali i z budynku szkoły.

-   Możesz   mnie   już   puścić,   braciszku   -   powiedział   Jess, 

wyzwalając się z rąk Jimmy'ego. - Już mu nic nie zrobię!

-   Spojrzał   na   brata.   -   Dziękuję   ci,   zareagowałeś   szybko   i 

właściwie! Lepiej niż ja.

- Nie ma o czym mówić, Jess. - Na twarzy chłopca odmalowało 

się   jednak   zadowolenie,   a   rumieniec   był   widoczny   nawet   w   tak 
słabym świetle. - Ty mnie tego nauczyłeś!

Jess   miał   ochotę   przycisnąć   brata   do   piersi   i   zmierzwić   mu 

przyjaźnie   włosy,  ale   ostatecznie   podał   mu   jedynie   rękę.   Uścisnęli 
sobie dłonie jak dwaj mężczyźni. Dwaj równi sobie.

Jess   przeniósł   wzrok   na   podium,   gdzie   nadal   stała   Nan, 

przyglądając się wyjściu intruzów. Dyrygent wziął z jej rąk mikrofon i 
zachęcał młodzież do galopowania i śpiewania. Wreszcie Nan zeszła z 
estrady. Oczy jej błyszczały, lecz nie z powodu odniesionego sukcesu. 
Sądząc   z   wyrazu   twarzy   mogły   to   być   raczej   łzy.   Serce   Jessa 
wyrywało się do niej, był dumny, że w taki sposób zapanowała nad 
sytuacją.

Znalazła się znacznie lepiej niż on. Zamiast rozumu chciał użyć 

pięści. Była to reakcja odruchowa, gdy zobaczył, że jego kobieta jest 
w   niebezpieczeństwie!   Gdyby   przedtem   miał   jeszcze   jakiekolwiek 
wątpliwości   co  do  swoich  uczuć  wobec  niej,  to  obecnie  wszystkie 

background image

zniknęły. Jeśli ona się tego domyśli, będzie gorzej, niż gdyby trzepnął 
Neilsona w nos. To grozi poważnymi konsekwencjami!

Z drugiej strony... Czyż nie jest tchórzostwem nie powiedzieć jej 

o tym? Jess poszedł na tył estrady. Powinien jej powiedzieć, co czuje. 
Uczciwość to nakazuje! Nan czekała na niego i podała mu rękę, gdy 
pomagał jej zejść.

- Dobra robota! - pochwalił, odprowadzając ją w kąt sali.
- W zarodku opanowałaś kryzysową sytuację. Szybko myślisz! 

Mogło dojść do niezłej  awantury, gdyby oni się dłużej wydzierali. 
Wszyscy powinni być ci wdzięczni.

-   Dziękuję   za   pochwały   -   wzdrygnęła   się   ponownie   na 

wspomnienie   niemiłego   zajścia,   nie   chcąc   jeszcze   szukać 
bezpieczeństwa w ramionach Jessa. To byłoby tylko pozorne. Nie ma 
prawa żądać czegoś, co zapewnić musi sobie sama. Jej odwaga i siła 
muszą pochodzić tylko od niej, w przeciwnym bowiem razie mogłyby 
zawieść któregoś dnia. Życie ją nauczyło tej gorzkiej prawdy.

-   Ale   cyrk,   prawda?   -   Postanowiła   zlekceważyć   całą   sprawę. 

Roześmiała  się.  - Nawet  nie byłam  pewna, czy tutaj  znają „Galop 
zajączka". Na szczęście to już przeszło niemal do klasyki. - Mówiła 
szybko, mając nadzieję, że Jess nie usłyszy drżenia w jej głosie.

- Czy wszystko w porządku? - spytał. - Tak dziwnie przed chwilą 

patrzyłaś... Jakbyś... Jakbyś miała się rozpłakać. .. Jeśli ten Neilson 
tak cię zdenerwował, to ja...

-   To   nic   -   odparła.   Zamrugała   parę   razy,   aby   pozbyć   się 

zdradzających   ją   łez.   -   Przecież   nie   płakałabym   z   powodu   takiego 
głupstwa.   Po   prostu   to   silne   światło   reflektorów...   Ten   reflektor 
skierowany na orkiestrę jest morderczy dla oczu.

- Położyła mu rękę na ramieniu. - To nieważne. Natomiast ty mi 

powiedz, czy czujesz się już lepiej? Uspokoiłeś się? W pewnej chwili 
sprawiałeś wrażenie szaleńca gotowego udusić Neilsona.

- Chyba bym to zrobił. Całe szczęście, Jimmy nauczył się chwytu, 

który potrafi mnie zatrzymać, gdy się awanturuję.

- Uśmiechał się krzywo, choć szczerze. - Masz jeszcze ochotę 

potańczyć?

- Oczywiście!
Skończył   się   „Galop   zajączka"   i   orkiestra   szykowała   się   do 

hałaśliwego   rocka.   Niezbyt   ją   to   frapowało.   Wolałaby   coś 
wolniejszego, tęsknego, by mieć pretekst do wtopienia się w ramiona 

background image

Jessa, znalezienia bezpiecznego schronienia i owej cudownej jedności 
z   nim,   w   której   się   pławiła   przez   kilka   minut   przed   niefortunnym 
zajściem. Tego wszystkiego pragnęła dla siebie!

Jednakże ten wieczór nie był dla niej. Przypomniała to sobie w 

porę.   Miał   być   poświęcony   młodzieży.   Bądź   wesoła!   Zatańcz   to! 
Przyoblekła   twarz   w   uśmiech,   uniosła   do   góry   jedną   rękę,   drugą 
chwyciła Jessa. Wydawszy dziki okrzyk wciągnęła go w rozkołysany, 
kręcący się młodzieńczy tłum. Zaczęli podskakiwać jak inni.

Jessa   zaraziła   jej   energia.   Nim   ochłonął   ze   zdziwienia,   że   tak 

szybko odzyskała humor, sam już wyginał się zapamiętale w tańcu, 
wcale   nie   gorzej   od   niej.   Tańcząc   niemalże   zapomniał   o   swoich 
problemach. Odprężył się i znów zaczaj się dobrze bawić, dochodząc 
do   wniosku,   że   zmartwienia   mogą   poczekać   aż   do   chwili,   kiedy 
będzie emocjonalnie gotów stawić im czoło.

Mieli   także   obowiązki   opiekuńcze.   Między   tańcami,   kiedy   do 

Nan podeszła Genny Weaver, aby jej podziękować za rozładowanie 
sytuacji stworzonej przez Neilsona, Jess poszedł z Tomem Davisem, 
nauczycielem   historii   i   trenerem   rugby   na   patrolowanie   szkolnych 
korytarzy.   Za   szatnianymi   szafkami   rozpędzili   grupkę   popijającą 
alkohol,   a   licznym   parkom   kryjącym   się   po   ciemnych   kątach 
poradzili,   by   swe   zapędy   i   energię   przenieśli   w   miejsca   nieco 
jaśniejsze i na parkiet.

- Ale masz dziewczynę! - powiedział Tom do Jessa, kiedy poszli 

skontrolować parking i ciemne wnętrza samochodów. - Gdybym nie 
był szczęśliwym małżonkiem, miałbyś we mnie ostrego konkurenta.

- Już sobie nie daję rady z konkurencją - odparł Jess, wpatrując 

się w tarczę księżyca w pełni. - Wyobraź sobie, zawarła związek ze 
swoją karierą. I też jest szczęśliwą małżonką.

- Bzdura! - stwierdził Tom, waląc go przyjaźnie po plecach. - Nie 

ma   kobiety,   która   nie   poświęciłaby   kariery   dla   odpowiedniego 
mężczyzny.

Jess   nie  miał   ochoty   wdawać   się   w  dyskusję.   Tom   przez   cale 

życie   mieszkał   w   promieniu   paruset   kilometrów   od   Henningtonu, 
nawet   w   latach   uniwersyteckich   studiów.   Nie   miał   na   tyle 
doświadczenia,   by   zdać   sobie   sprawę,   że   taka   kobieta,   jak   Nan, 
poświęci absolutnie wszystko dla osiągnięcia celu, który wybrała. I 
myślał o tym jeszcze, wracając na salę.

background image

Nan zauważyła jego ponurą minę i sądziła, że nie w smak mu 

było odciąganie nastolatków od ich młodzieńczych szaleństw.

-   Chyba   nie   masz   zacięcia   do   pełnienia   roli   policjanta   - 

powiedziała. - Znacznie łatwiej przychodzi ci łamanie prawa. Masz 
nieokiełznany charakter.

- Tak sądzisz? - Uśmiechnął się, zapominając o złych myślach, 

rozbrojony   jej   pokpiwaniem   i   urzeczony   promieniejącą   urodą.   - 
Dlaczego tak sądzisz?

- Nie jestem pewna. - Położyła mu dłoń na piersi. - Może dlatego 

że masz w sobie więcej z dawnego bandyty z Dzikiego Zachodu niż z 
szeryfa.

- Znów fantazjujesz?
- Masz mi to za złe?
- Już nie. - Objął ją i tym razem jego dłonie spoczęły o wiele 

centymetrów poniżej talii. - Im bardziej nieokiełznane i dzikie będą 
twoje marzenia w stosunku do mojej osoby, tym będę szczęśliwszy. 
Do takiego właśnie wniosku doszedłem.

Dotyk jego dłoni podniecał ją.
- Wobec tego nie mam najmniejszych wątpliwości, że mogę cię 

uczynić   bardzo   szczęśliwym!   -   wymruczała.   Orkiestra   ponownie 
zaczęła   grać.   Nan   wciągnęła   Jessa   na   parkiet   Wielkie   podniecenie 
przeistoczyło się w szalony taniec.

Minęło czterdzieści minut, wybiła północ i promocyjny bal na rok 

przeszedł   do   historii.   Ostatni   taniec   był   wolny,   spokojny,   światła 
stłumione,   nastrój   wielce   romantyczny.   Była   to   jednak   słodka, 
niewinna   romantyczność   młodości.   Naśladując   wiele   młodych 
dziewcząt   Nan   oplotła   dłońmi   szyję   partnera,   tuląc   się   mocno   do 
niego.   Skopiowanie   stylu   nastolatków   miało   być   żartem,   lecz   on 
zareagował obejmując ją z kolei tak mocno, że ktoś patrzący na tę 
parę odnosił wrażenie, iż oboje są w siebie wrośnięci.

- Chcę cię zaraz, dzisiaj! - wyszeptał jej do ucha. - Na twoich 

warunkach, Nan. Czegokolwiek zażądasz. Tak cię pragnę...!

W   jego   głosie   wyrażającym   fizyczne   pragnienie   nie   było 

romantycznej   nuty.   Po   prostu   dojrzały   samiec   poddawał   się 
kobiecemu  wabikowi. On jej  potrzebował!  Serce zaczęło jej bić w 
tempie   nie   mającym   nic   wspólnego   z   rytmem   ostatniego   tańca. 
Wyczuwała   całą   powagę   jego   słów.   Czegokolwiek   ona   żąda?   Jej 
warunki?

background image

Nie   miała   żadnych.   Była   gotowa   ofiarować   swoją   miłość   bez 

żadnych warunków, bez zobowiązań. Czyż nie takiej wolnej miłości 
pragną   zawsze   mężczyźni?   Poczuła   natłok   niespokojnych   myśli   i 
postanowiła nie dopytywać się, o co dokładnie mu chodzi.

Nie pozwoli mu nawet tego powiedzieć. Gotowa była założyć się, 

że   to   wynik   jakiegoś   wspomnienia   albo   reakcja   na   grożącą 
konfrontację z Neilsonem. Może też wydawało mu się pod wpływem 
chwili,  że żywi do niej uczucia, jakich w istocie  nie posiada.  Być 
może myśli, że naprawdę zakochał się w niej, a przecież ona dobrze 
wiedziała,   że   to   nieprawda.   Mogło   ich   łączyć   pożądanie,   ale   nie 
miłość. Nie pozwoli mu dziś wieczorem popełnić błędu i powiedzieć, 
czy zrobić czegoś, czego rankiem będzie żałował.

Ale   ona   też   go   pożądała.   Bardzo!   Musi   być   jakiś 

sposób...odwrócenia jego uwagi, by zrobił, co chce. To, co naprawdę 
chce, a nie to, co myśli, że chce.

Jess   nie   potrafiłby   powiedzieć,   jaka   jest   reakcja   Nan   na   jego 

słowa. Nie zesztywniała, nie odsunęła się, co zrobiłaby - jego zdaniem 
- gdyby sugestia była niemile widziana. Zamiast tego jakby jeszcze 
bardziej   wtopiła   się   w   niego,   stała   się   bardziej   uległa,   gorętsza   i 
delikatniejsza. Bardziej pociągająca. Kiedy jednak skończyli tańczyć i 
spojrzał w jej oczy, dostrzegł jedynie rozbawienie.

Czyżby śmiała się z jego pożądania?
Niczego nie był jeszcze pewien, kiedy żegnał się z pozostałymi 

opiekunami - przyzwoitkami. Jimmy i Żółw oraz ich partnerki należeli 
do komisji czystości i byli skazani na pojawienie się w szkole rano, by 
przywrócić sali jej codzienny wygląd stołówki. Stąd też Jess domyślał 
się, że Jimmy jak najszybciej wróci do domu i położy się spać. Mógł 
więc spokojnie pozostać całą noc poza domem bez obaw, że da zły 
przykład bratu. Ujął połyskujący srebrem wełniany szal Nan i otulił 
nim jej obnażone ramiona. Wyszli na dwór.

Noc   była   łagodna   i   ciepła.   Na   niebie   świeciły   gwiazdy, 

pucołowaty   księżyc   w   pełni   wydawał   się   ciekawie   spoglądać   na 
ziemię. Światło zdawało się przepływać falą wokół włosów, twarzy i 
ramion Nan, nadając postaci eteryczny wygląd. W tej srebrnej sukni 
wydawała   mu   się   wspanialsza   od   wszystkich   księżniczek   świata. 
Brakowało jedynie tiary.

background image

A   kimże   jest   on?   Zwykłym   śmiertelnikiem,   sięgającym   po 

nieosiągalne.   Szaleńcem.   Rzeczywiście   zaczął   sobie   wyobrażać 
rzeczy niemożliwe.

- Moje warunki? - Zaskoczyła go nagłym pytaniem.
- Wszystko, czego chcę? Tak powiedziałeś?
Jess spojrzał na nią i nadal wydawało mu się, że Nan wewnętrznie 

dygoce ze śmiechu. Śmiertelnie się przestraszył.

A   jednocześnie   uczuł   nieprawdopodobne,   nigdy   jeszcze   nie 

doświadczane podniecenie.

-   Tak   powiedziałem   -   odparł.   -   Jakie   więc   warunki   mi 

podyktujesz?

Odpowiedzi szukała przez ułamek sekundy. I już wiedziała, co 

ma zrobić i co powiedzieć. Uśmiechnęła się do mężczyzny, czując w 
sercu magię nocy i własnych uczuć.

background image

ROZDZIAŁ 12

Nan spytała:
- Jakie potrafiłbyś wymyślić najbardziej romantyczne miejsce do 

uprawiania miłości?

-   Zupełnie   nie   wiem   -   odparł   Jess   zdając   sobie   sprawę,   że 

nadzieje,   jakie   wiązał   ze   spełnieniem   zrodzonej   w   nim   potrzeby 
zbliżenia do niej są nierealne i grożą ich dobrej komitywie. Nawet 
Nan Black nie potrafi zaspokoić jego pragnień. Bez trudności jednak 
przybrał poważną minę, postanawiając z rozmysłem grać w jej grę, 
choć było to igranie z własnymi uczuciami.

- Chyba łóżko odpada, to jest za zwyczajne...
- Myślę, że to zależy od łóżka i od osób, które w nim się znajdują. 

- W jej oczach tańczyły diabliki. - I od tego, co się uważa za rzecz 
normalną.

-   A   co   ty   uważasz   za   normalne?   -   odparował   pytaniem. 

Znajdowali się już przy furgonetce. Jess dotknął palcem policzka Nan. 
Pożądanie, jakie w tej chwili odczuwał, przekraczało wszystko, czego 
w życiu doświadczył. Miała skórę tak delikatną, jakby była zrobiona z 
księżycowej poświaty. Kręciło mu się w głowie. Wirowały myśli.

- Normalne jest to, co nam odpowiada - odparła dotykając czarnej 

muszki. Jednym pociągnięciem rozwiązała ją. Kolejny ruch palcami i 
rozpięła mu koszulę pod szyją.

-   Już   rozumiem   -   powiedział   załamującym   się   głosem.   Poczuł 

nagłą suchość w ustach, miał trudność z przełknięciem.

Odpięła kolejny guzik. Widziała pulsowanie arterii na szyi Jessa. 

Pocałowała to miejsce, liznęła delikatnie skórę, nim się cofnęła. Jess 
jęknął i położył rozpalone dłonie na jej ramionach.

-   Chyba   wejdziemy   do   kabiny   -   powiedział.   -   Ulica   jest   zbyt 

publicznym miejscem na to, co robimy.

- Czyżby? - zapytała Nan. - Myślałam, że wszystko ma odbyć się 

na moich warunkach. - I jeszcze jeden guzik, i następny. Uwolniła 
poły koszuli. Chłodnymi palcami dotknęła jego piersi. Pocałowała go 
pod obojczykiem, gdzie skóra była miękka i gdzie biło serce.

- Nan! Dość tego! - Rozejrzał się dokoła. Chwilowo byli sami, 

choć ze szkolnego parkingu wyjeżdżały samochody.

- Ktoś będzie tędy przejeżdżał i nas zobaczy!
- I co z tego? - Z koszuli smokingowej zaczęła odpinać tasiemkę z 

guzikami. W następnej kolejności poszły szelki.

background image

- Wcale mi to nie przeszkadza, że ludzie się dowiedzą, że ciebie 

pożądam. Tobie przeszkadza? - Spojrzała niewinnymi oczami. Kąciki 
ust zadrgały. Przesunęła językiem po wargach.

I spokojnie rozpięła mu spodnie.
Jess   zawył,   chwycił   ją,   przerzucił   przez   ramię   i   władował   do 

szoferki.   Dopiero   gdy   obszedł   furgonetkę   i   zasiadł   za   kierownicą, 
spostrzegł, że Nan trzęsie się ze śmiechu. Śmieje się tak serdecznie, że 
po policzkach spływają jej łzy.

- Ale śmieszne! - powiedział zatrzaskując drzwiczki. -Cholernie 

śmieszne!

-   To   było   strasznie   śmieszne!   -   Ocierała   oczy   z   łez.   -Gdybyś 

zobaczył swoją twarz!

- Bez lustra trudno mi było patrzeć. Lepiej wkładać pas cnoty, 

jeśli się kręcisz w okolicy.

- Jess, kochany, nie mogłam się po prostu oprzeć. Czy uraziłam 

twoją   godność?   -   Już   się   nie   śmiała,   ale   nadal   miała   trudności   z 
utrzymaniem poważnej miny.

- Tak!
Nan pochyliła się nad nim,  obserwując go uważnie. W istocie 

przybrał   pozę   obrażonego,   ale   się   uśmiechał.   Udało   się   jej   więc 
podgrzać ogólną sytuację, ale bez wpadania w poważny ton! A poza 
tym to była wspaniała  i jednocześnie bardzo podniecająca zabawa. 
Nie   wiadomo,   co   by   jednak   jeszcze   zrobiła,   gdyby   jej   nie 
powstrzymał.

- No, wybaczysz mi? Obiecuję, że ci to wynagrodzę! -powiedziała 

cicho.

Obrócił się ku niej podnosząc brew.
-   Naprawdę   wynagrodzę!   -   powtórzyła   i   wsunęła   dłoń   pod 

rozpiętą koszulę.

Nic nie odpowiedział, tylko pochylił się i zapalił silnik.
Tej nocy zaspokajali swoje pragnienia w łóżku. Nan hojnie go 

wynagrodziła. Po napięciach, podnieceniu i wydarzeniach wieczoru 
kochanie   się   z   nią   było   jakby   nurzaniem   się   w   ciepłej,   miękkiej, 
kojącej   otchłani.   Z   początku   myślał,   że   czeka   go   kolejny   seans 
szaleńczych igraszek, jak wówczas w samolocie. Jednakże to, co tej 
nocy   ofiarowała   mu   Nan,   było   znacznie   bardziej   wyrafinowane. 
Otuliła go miłością, zniewoliła i wessała w siebie tak perfekcyjnie, że 
były chwile, kiedy przestawał wiedzieć, kim jest. Znajdował się w 

background image

świecie ekstazy, wykraczającej poza fizyczne doznania. Zagubił się w 
niej absolutnie.

Nan leżała z otwartymi oczami jeszcze długo potem, kiedy Jess 

zasnął objąwszy ją i położywszy głowę na jej piersiach. Zaczęło się w 
całej   tej   sprawie   dziać   coś,   co   ją   lekko   wystraszyło.   Miłość   i 
emocjonalne zaangażowanie nie były dla niej nowiną. W przeszłości 
była   przecież   mężatką,   potem   przez   długi   czas   miała   kochanka. 
Wobec obu żywiła w swoim czasie gorące uczucia i była wówczas 
pewna, że ich kocha. Jednakże to, co zdarzyło się teraz, odbiegało od 
schematu.   Żaden   z   tamtych   mężczyzn   nie   kochał   się   tak,   jak   Jess 
Rivers. Z nim doświadczała wstrząsu, który działał potężniej niż się 
spodziewała. Innymi słowy Jess znajdował się na dobrej drodze, by 
uzyskać nad nią przewagę... I zmusić ją do zakochania się w nim!

Tej nocy wypowiedział sakramentalne słowa. Może nie będzie ich 

potem pamiętał, ale słyszała wykrzykiwane swoje imię i wyznanie, że 
ją   kocha.  Ulotna   prawda   w  chwili   zapomnienia!   Potem,   w  jasnym 
świetle   poranka,   zapomina   się   o   niej.   Niemniej   był   to   element 
potęgujący   niepokój.   Jej   nie   wolno   się   zakochać!   Nie   teraz!   Jess 
poruszył się i wargami przesunął po jej piersi. Dłoń wsparł o jej twarz. 
Gdy   głaskała   go   po   głowie,   ogarnęło   ją   wzruszenie.   Jakie   piękne, 
kręcone włosy! A wyglądały twardo, niby kosmyki na głowie odlanej 
z brązu. Jaki on jest silny i hardy, a zarazem taki... łagodny i czuły! 
Mocny człowiek, ale nie wolny od achillesowej słabości. A może już 
go zraniła w to miejsce? Przeraziło ją to więcej niż obawa, że się w 
nim   zakocha.   Już   świtało,   gdy   wreszcie   zasnęła   z   sumieniem 
udręczonym wyimaginowanymi winami.

Po   obudzeniu   Jess   czuł   się   wspaniale.   Obok   niego   Nan 

spoczywała   w   głębokim   śnie.   Choć   twarz   miała   odprężoną,   na 
delikatnym owalu widział ślady głębokiego wyczerpania. Ale jaka jest 
piękna! Niech jeszcze śpi. Ostrożnie i cichuteńko wstał.

Było bardzo wcześnie. Poszedł do kuchni. Wsuwając dzbanek z 

kawą   do   kuchenki   mikrofalowej   zerknął   na   podwórze.   Wiosna 
rozkwitała   na   każdym   kroku.   Malutkie   zielone   listki   rosły   jak   na 
drożdżach.   Żonkile   już   przekwitały.   Powinno   się   je   przyciąć.   Nan 
tylko wynajmuje ten dom, pomyślał biorąc do ręki kubek z podgrzaną 
kawą. Nie ma czasu na zajmowanie się ogrodem. Aromat kawy nie 
potrafił  zabić dusznego, zmysłowego zapachu, jaki pozostał mu na 
skórze. Dobrze byłoby teraz wziąć prysznic, ale nie chciał jej budzić. 

background image

Powinna jeszcze spać, niech ma więcej czasu na senne marzenia! Nan 
nieustannie   się   śpieszyła.   Robota   w   ogródku   jest   dla   tych,   którzy 
rezygnują z szybkiej jazdy. Dla niego, na przykład...?

Jess usiadł przy kuchennym stole. Nie miał już wątpliwości, że 

się w niej zakochał. Zwłaszcza po ostatniej nocy. Ale co mu z tego 
przyjdzie? Ona i on są istotami z różnych planet. Nan nie zostanie w 
takiej mieścinie jak Hennington, a on z niej nie wyjedzie.

Ogarniały go ponure myśli. Wspaniałe było przebudzenie u boku 

Nan, ale myśli po przebudzeniu nie były już takie. Kawa przyprawiała 
go niemal o mdłości. Potrzebny mu jest prysznic, a potem śniadanie. 
Spojrzał na przegub i przypomniał sobie, że zegarek zostawił koło 
łóżka. Wkradnie się do sypialni, pozbiera swoje rzeczy i wymknie się 
do domu. Resztę kawy wylał do zlewu. Wszedł do sypialni w chwili, 
gdy   rozległ   się   dzwonek   telefonu.   Niewiele   myśląc   podbiegi   i 
podniósł słuchawkę. Automatycznie się przedstawił.

- Miło mi,  panie Rivers! - odparła minoderyjnym tonem jakaś 

kobieta. - Czy jest tam Nan? Albo raczej: czy może rozmawiać, bo 
jeśli nie, rozkoszny chłoptasiu, to chętnie pogadam z tobą?

- Kto to? - spytała Nan siadając i spoglądając półprzytomnie spod 

przymkniętych powiek.

-   Chwileczkę!   -   powiedział   Jess   do   słuchawki,   a   potem 

przesłaniając dłonią mikrofon poinformował Nan: - Do ciebie, jakaś 
kobieta. Chyba międzymiastowa. Możesz odebrać?

Wyciągnęła rękę. Wcisnął jej w dłoń słuchawkę i obrócił się, by 

pozbierać swoje rzeczy. Nan przetarła oczy i powiedziała „halo!"

-   Cześć,   Nan,   kochanie!   Tu   Denise   z   twojej   ukochanej   firmy. 

Możesz mówić?

- Cześć, Denise! - Nan przeciągnęła się. - Dlaczego dzwonisz w 

niedzielę rano? - Denise, szefowa od reklamy, znana była ze swoich 
dość   ekscentrycznych   kontaktów   z   kierownikami   wypożyczalni, 
niemniej telefon o takiej porze był dla Nan absolutnym zaskoczeniem. 
Skoro dzwoniła w niedzielę, mogło to oznaczać jakąś złą wiadomość. 
Nan odruchowo się spięła. - Mów, o co chodzi?

- Co za rozkoszny chłoptaś odebrał telefon? Ma bardzo miły głos. 

Czy przerwałam wam coś ważnego?

Nan obejrzała się - Jessa już nie było.
- Niczego nie przerwałaś, Denise. Spałam. Powiesz mi wreszcie, 

o co chodzi?

background image

-   Spałaś?   Och!   Zupełnie   zapomniałam,   że   jestem   w   Nowym 

Jorku, a nie w Kalifornii, kochanie! Tutaj jest już ósma. A więc nie 
jesteś jednak klasztorną mniszką! Czy ten Jess to pojedyncza sztuka, 
czy też masz kilku takich?

- Denise! - Nan prawie krzyknęła, opuszczając nogi na ziemię i 

siadając. - Po co dzwonisz?

-   O,   nic   ważnego,   chciałam   ci   tylko   powiedzieć,   że   w   tym 

kwartale   zdobyłaś   tytuł   najlepszego   terenowego   menadżera. 
Dowiedziałam się o tym wczoraj wieczorem i postanowiłam sprawić 
ci   dziś   niespodziankę,   abyś   nie   musiała   czekać   do   jutra,   aż   jakiś 
urzędniczyna   do   ciebie   zadzwoni.   No   i   mam   przyjemność 
porozmawiania z tobą.

-   Nie   żartujesz,   Denise?   -   Nan   wstała,   ciągnąc   za   sobą 

prześcieradło. - Chcesz powiedzieć, że miałam największe obroty? Aż 
trudno mi w to uwierzyć!

- Wszystkim było trudno! Częściowe wytłumaczenie może leżeć 

w tym, że nie masz żadnej konkurencji. Działasz zupełnie sama. No i 
masz dobre pomysły, które wprowadzasz w życie.

-   Masz   rację,   to   wynik   braku   konkurencji.   -   Nan   trochę 

otrzeźwiała. - Jestem tu jedyna!

-   Mówiąc   o   jedynych!   Powiedz   mi,   czy   ten   Jess   Rivers   jest 

rzeczywiście taki dobry, jak to zapowiada jego głos? Wyłuskałaś go, 
czy może on też jest jedyny w mieście?

- Ja... Naprawdę nie wiem... To znaczy, on jest jedyny, którego 

udało mi się poznać. Bardzo ciężko pracowałam...

-   Widać   rezultaty!   No   dobrze,   kochanie.   Wracaj   do   swego 

chłopca i baw się dobrze. I zmniejsz na dziś tempo pracy. Zasługujesz 
na to. W tempie, w jakim się rozwijasz, szefowie szybko wyciągną cię 
z   nicości.   A   jak   trafisz   w   dyrekcyjne   progi,   to   skończą   się   wolne 
niedziele. Jeśli będziesz chciała utrzymać się na wierzchu i iść wyżej. 
A chcesz iść wyżej, Nan?

- O, tak! - Przycisnęła prześcieradło do piersi. - Ja... Bardzo mnie 

zachęciłaś dzisiejszą wiadomością. Dziękuję, że zadzwoniłaś.

-   Cała   przyjemność   po   mojej   stronie,   kochanie!   Byłam   ci   to 

winna.   To   ty   mi   pomogłaś   dostrzec,   jakim   ciężarem   dla   mojej 
psychiki był Mark. Od kiedy go wysłałam do wszystkich diabłów, 
czuję się stokroć lepiej. A jak mi wzrósł współczynnik wydajności 

background image

pracy! Moje szanse są równie wspaniałe, jak i twoje! Na szczęście nie 
konkurujemy ze sobą, bo mogłaby się polać krew.

- Bzdura! Jesteśmy przyjaciółkami!
-   Prawda,   prawda,   jesteś   najrozsądniejszą   kobietą,   jaką   znam. 

Jedyną osobą, jaką mi przyszło poznać, która nigdy nie dopuści do 
tego, żeby jakiś dureń zawrócił jej w głowie i sprowadził z obranej 
drogi. Podziwiam cię, Nan. Daleko zajdziesz!

- Dziękuję - odparła Nan dość niepewnie. Usiadła na skraju łóżka. 

- I raz jeszcze dziękuję za telefon. Będę w kontakcie.

Gdy wreszcie pożegnała Denise i odłożyła słuchawkę, zawołała 

Jessa. Nie odpowiadał. Wstała, włożyła szlafrok i poszła go szukać. 
Jess zniknął, przed domem nie było już furgonetki. Chciała pędzić do 
telefonu i dzwonić do niego, ale uszy miała jeszcze pełne pochwał 
Denise,   więc   wróciła   do   łóżka.   Gdy   tylko   się   położyła,   zamknęła 
oczy. Wiedziała, że szuka ucieczki w marzeniach. W chwili obecnej 
na nic innego nie miała siły. Jedynie na ucieczkę. Dziś nie pójdzie na 
nabożeństwo, a jutro porozmawia z Jessem.

W   poniedziałek   rano   zaspała   -   rezultat   ciągłych   drzemek   w 

niedzielę i wytrącenia z rytmu. W prawdziwy sen zapadła dopiero po 
północy.   Ledwo   zdążyła   na   czas,   by   otworzyć   wypożyczalnię. 
Właśnie dzwonił telefon. Gdy jednak podniosła słuchawkę, usłyszała 
tylko brzęczenie.

Zła na siebie podeszła do drzwi frontowych i zdjęła z haczyka 

koszyk   pod   otworem,   przez   który   wypożyczający   mogli   zwracać 
kasety po zamknięciu lokalu. Humor jej się pogorszył, gdy kilka kaset 
wypadło z pudełek. Zainstalowała koszyk dla wygody klientów, ale ci 
powinni   ostrożnie   wsuwać   pudełka.   Na   niektórych   były   czerwone 
plamy. Prawdopodobnie keczap. Postanowiła przygotować szyldzik z 
prośbą   o   troskliwsze   obchodzenie   się   z   kasetami.   Gdy   sięgała   do 
koszyka, ktoś otworzył drzwi.

- Zaraz idę! - odparła, słysząc głos Sue Petersen. Nagle dotknęła 

w   koszyku   czegoś   miękkiego   i   wilgotnego.   Zaczęła   krzyczeć. 
Krzyczała, aż wszystko obróciło się w czerń.

-   To   był   tylko   zdechły   wąż   -   powiedział   Walker   do   Jessa. 

Siedzieli na kanapce w saloniku Nan. Sue była z nią w sypialni.

- Doznała szoku. Widocznie jest uczulona na takie rzeczy...
- Chyba tak - odparł Jess trzymając dłonie razem, aby nie było 

widać ich drżenia. - Ciekawe, kto mógł o tym wiedzieć?

background image

- Nikt nie musiał wiedzieć, że taka będzie jej reakcja. - Walker 

chwycił go za ramię. - Wąż to przecież symbol. O symbol chodziło.

- Symbol zła?
- Tak. Czasami. Ale również symbol gojenia się ran. Kaduceusz 

lekarski to dwa splecione węże.

-   Sprawka   Douga   Neilsona   -   stwierdził   Jess   z   pełnym 

przekonaniem. Mówił przez zaciśnięte zęby.

- Tego nie wiesz. To był wieczór balu promocyjnego. Młodzież 

potrafi płatać głupie figle. Ktoś przejechał węża na drodze. I każdy 
mógł go...

- A ja ci mówię, że nie każdy mógł! I wiesz to równie dobrze jak 

ja. Ten bydlak postanowił zatruwać jej życie. Czy będziesz to tylko 
zbywał wzruszeniem ramion i przyglądał się z boku? Bo ja nie!

- I co chcesz zrobić, Jess?
Jess   podniósł   głowę   -   Nan   wyszła   właśnie   z   sypialni   w 

towarzystwie   Sue.   Musiały   słyszeć   dość   głośne   wypowiedzi   Jessa. 
Nan   była   jeszcze   blada,   ale   już   opanowana.   Uśmiechnęła   się 
słabiutko.

- Niczego mu nie dowiedziesz. Tylko sobie zaszkodzisz... Wstał 

czując, że jego gniew zupełnie nielogicznie przenosi się na Nan.

-   To   moja   sprawa,   czy   sobie   zaszkodzę,   czy   nie!   -   niemal 

krzyknął.

-   Niezupełnie   twoja,   bo   dotyczy   mnie.   -   Podeszła   bliżej   z 

podniesioną głową, patrząc gniewnie.

-   Spokojnie,   spokojnie!   -   Walker   wstał   i   stanął   między   nimi, 

kładąc im dłonie na ramionach. - Jeśli chcecie się czubić, róbcie to, 
kiedy zostaniecie sami. Ja i Sue mamy lepsze rzeczy do roboty, niż 
wysłuchiwanie waszego warczenia.

- Błagam cię, zostaw tę sprawę w spokoju, Jess! - odezwała się 

Sue. - Prosiłam Walkera, żeby cię w ogóle nie wzywał.

Przez   ułamek   sekundy   Jess   miał   szaleńczy   pomysł   ogłoszenia 

wszem i wobec swoich uczuć dla Nan, ale duma wzięła górę. - Macie 
rację, to nie moja sprawa! - powiedział. - Tylko że mój brat pracuje u 
Nan. A gdyby tak Neilson wrzucił do koszyka żywego grzechotnika? 
To wtedy co?

-   O   tym  nie   pomyślałam,   o   mój   Boże!   -   Nan   skryła   twarz   w 

dłoniach, blednąc jak ściana.

background image

- Wątpię, żeby sobie na coś podobnego pozwolił - zauważył z 

wahaniem   Walker.   Widać   było   jednak,   że   przejął   się   taką 
możliwością. - Nawet gdyby to był Neilson. To nie jest zły człowiek, 
tylko straszliwy fanatyk.

- Bzdura, nie o to chodzi, Walker! - wystąpił ostro Jess. - Nie 

chowaj się za usprawiedliwienia. Neilsona zalewa krew, ponieważ po 
raz   drugi   zrobiła   z   niego   głupka.   Co   to   w   ogóle   znaczy   człowiek 
dobry   czy   zły?   Czy   przypadkiem   złym   człowiekiem   nie   można 
nazwać tak zwanego dobrego, który nie potrafi zrozumieć,  że ktoś 
inny,  a   zwłaszcza   kobieta,   ma   prawo   myśleć,   co   chce?   Wrzucenie 
zdechłego węża to był haniebny czyn!

- Niestety, twoja argumentacja jest bardzo słuszna! - pastor usiadł 

składając dłonie. - Jeśli za tym kryje się Neilson, to wina jest i po 
części moja. Widocznie nie potrafiłem nawiązać z nim właściwego 
kontaktu, jak chrześcijanin z chrześcijaninem. ..

- To by nie zrobiło żadnej różnicy. Nie w przypadku tego pokroju 

człowieka. - Sue usiadła obok męża. - Miałeś już tego przykład w 
przeszłości. Pamiętasz, kochanie? - objęła go za szyję.

-   Masz   rację.   Jednych   się   zdobywa,   innych   traci!   -   Walker 

uśmiechnął się i ujął ją w pasie. - Nie moją rzeczą jest nawracać cały 
świat! Nikt nie potrafi postępować bezbłędnie. - Recytował te słowa, 
jakby powtarzał modlitwę.

- To dobrze, że sobie przypomniałeś! - Sue przytuliła się do męża.
- Chodźmy do kuchni - powiedział Jess do Nan. - Kiedy wpadają 

w   taki   nastrój,   nie   trzeba   wprowadzać   ich   w   zakłopotanie   swoją 
obecnością. - Objął ją i wyprowadził za kuchenny załom. - Zresztą, 
mam dla ciebie propozycję...

-   Jaką   propozycję?   -   Nagle   obróciła   się   ku   niemu,   z 

niewiadomych przyczyn bardziej przestraszona, niż kiedy wyciągała 
zdechłego węża.

- Bezpieczeństwo!
Była   tuż,   bardzo   blisko,   mając   jego   twarz   o   kilkanaście 

centymetrów od swojej twarzy. To jedno słowo i jego czułe spojrzenie 
spowodowały,   że   najchętniej   znalazłaby   się   w   jego   ramionach, 
wtopiła   w   nie,   prosząc,   aby   się   nią   zaopiekował,   rozwiązał   jej 
problemy, stał się jej wsparciem. Tak, zapewnił jej bezpieczeństwo...!

Innymi słowy miała ochotę się poddać!

background image

-   Co  chcesz   przez   to   powiedzieć?   -  spytała,   odsuwając   się   od 

niego.   -   Od   kiedy   zreperowałeś   mi   tylne   drzwi,   lokal   jest 
zabezpieczony.   Nie   stać   mnie   na   wynajmowanie   nocnego   stróża. 
Takie rzeczy, jak z tym wężem, zdarzają się. Niewiele mogę na to 
poradzić,   biorąc   pod   uwagę   okoliczności.   Nie   mamy   żadnych 
dowodów.   To   rzeczywiście   może   nie   być   człowiek,   którego 
podejrzewamy. - Założyła ręce na piersiach i czekała, patrząc przez 
kuchenne okno.

- Masz rację - odparł przyglądając się spiętej Nan. Ledwie oparł 

się przemożnej chęci dotknięcia jej. - Ale pracuje tu Jimmy i jestem 
głęboko   zainteresowany   twoim...   jego   bezpieczeństwem.   Będę 
przyjeżdżał każdego ranka na otwarcie wypożyczalni.

- Nie możesz! - Obróciła się gwałtownie. - Musisz dbać o własny 

interes. Przez większość tygodnia nie ma cię w ogóle w mieście.

- Zorganizuję sobie wszystko!
- Nic nie zorganizujesz! Powtarzam: to nie twój problem, Jess! - 

Poczuła nagle wielką słabość. - A niedługo już nie będzie też moim. - 
I ponownie obróciła się do okna, aby nie dostrzegł jej łez, których 
pojawienia się nie potrafiłaby nawet wytłumaczyć. - Już niedługo.

- Jak mam to rozumieć?
- Ten telefon wczoraj rano. Pamiętasz?
- Pamiętam.
- Od starej przyjaciółki z firmy. Powiedziała, że moja rejonowa 

wypożyczalnia została oceniona bardzo wysoko i zostałam uznana za 
najlepszego menadżera kwartału...

- Co z tego wynika?
- Nie pogratulujesz mi? - Spojrzała na niego przez łzy.
-   Niech   będzie.   Gratulacje!   Ale   co   to   ma   wspólnego   z 

bezpieczeństwem i twoim problemem?

- To oznacza, że za kilka miesięcy już nie będę musiała się o to 

wszystko   martwić.   Otrzymam   awans,   powołają   mnie   na   wyższy 
szczebel   organizacyjny,   opuszczę   to   miejsce.   Oczywiście,   jeśli 
wszystko pójdzie zgodnie z harmonogramem.  Neilson będzie sobie 
mógł szaleć. Będzie mógł do mojej skrzynki wrzucać wszystkie swoje 
śmieci.   Fakt,   że   interes   się   rozwija,   dowodzi,   iż   Neilson   nie   ma 
żadnego wpływu na powodzenie czy brak powodzenia wypożyczalni. 
A ja będę poza jego zasięgiem.

background image

- Rozumiem. - Jessowi cały świat runął na głowę. - No dobrze, z 

tego wynika, że mnie nie potrzebujesz. Do zobaczenia...

- Jess, poczekaj! - Z jego twarzy bez trudu odczytała, jak bardzo 

go przybiła ta wiadomość. Poczuła się strasznie. Wyciągnęła do niego 
ręce, ale już odszedł. Usłyszała trzaśnięcie wejściowych drzwi, a po 
dłuższej chwili pisk samochodowych opon.

- Nan? - Sue zajrzała do kuchni. - Wszystko w porządku?
- Te łzy to tylko spóźniona reakcja. Naprawdę - skłamała, szybko 

skinąwszy głową. Przecież wszystko idzie zgodnie z planem. A więc 
ma rację potwierdzając Sue, że wszystko jest w porządku!

- Jeśli chcesz porozmawiać...
- Wiem, że z wami zawsze mogę. - Uściskała Sue. - Jesteście 

prawdziwymi przyjaciółmi. Nie wiem, jakbym sobie dała radę sama. 
Strasznie głupio, że zemdlałam, ale brzydzę się węży i... Bardzo mi 
pomogliście...

- Większość z nas ma taką konstrukcję psychiczną - powiedział 

Walker, pojawiając się zza pleców żony. - Potrzebujemy ludzkiego 
wsparcia w różnych chwilach, częściej, niż nam się wydaje. - Położył 
dłoń na ramieniu Sue. - Jadę za miasto, kochanie. Muszę zajrzeć do 
jednej z moich owieczek. Nie potrzebujesz mnie teraz?

-   Nie,   nie.   Nan   odwiezie   mnie   do   domu,   dobrze?   -   Dłonią 

dotknęła policzka męża.

- Oczywiście, że cię odwiozę! - odparła Nan. - Muszę przecież 

wrócić do wypożyczalni.

Odwiozła   Sue   unikając   w   czasie   drogi   tematu,   który   miałby 

związek   z   nagłym   zniknięciem   Jessa.   Było   dla   niej   oczywiste,   że 
Walker pojechał go odszukać, aby się dowiedzieć, co między nimi 
zaszło. Nan czuła, że Sue aż korci, by zadać jakieś pytanie, ale dobre 
wychowanie   nakazywało   milczeć.   Niemniej   Nan   powiedziała   o 
telefonie od Denise.

- To wspaniałe! - ucieszyła się Sue. - Dostaniesz jakąś premię?
- Premię nie. To po prostu polepsza moją pozycję w firmie. - Nic 

nie wspomniała o możliwości wyjazdu. Dość, że powiedziała Jessowi 
i wywołała gwałtowną reakcję. - Dyrekcja zwróci na mnie uwagę.

- To chyba dobrze, prawda?
- Chyba tak.
Gdy   Nan   wróciła   do   wypożyczalni,   czuła   się   przygnębiona. 

Pomyślała, że to właściwie nic dziwnego po tylu przykrych emocjach. 

background image

Wzdrygnęła się przechodząc koło kosza. Trzeba wziąć się w garść, 
nim zawita któryś z klientów. Należy zapomnieć o tym, co się stało, a 
myśleć   o   szansach   na   przyszłość.   Jess   nazwałby   to   ucieczką   od 
rzeczywistości. Ona zaś koncentrowaniem się na tym, co ją czeka. 
Udawało się w przeszłości, uda się i obecnie.

Telefon zadzwonił ponownie. Chwyciła słuchawkę i omalże jej 

nie   rzuciła,   gdy   przedstawił   się   pierwszy   zastępca   dyrektora   FFR. 
Denise   się   myliła:   nie   byle   jaki   urzędnik   zawiadamia   ją   o 
wyróżnieniu!

Gdy   zaczął   mówić,   zadźwięczały   jej   w   głowie   dzwoneczki 

alarmowe.   Między   słowami   o   awansach   i   innych   wyróżnieniach 
rozmówca   podkreślał   parokrotnie   fenomenalne   wyniki   jej   filii   w 
porównaniu   z   innymi   filiami   w   całym   kraju.   Nan   Black   jest   ze 
wszystkich najlepsza?  Zgoda, doskonale jej  szło, ale skąd nagle te 
najlepsze   wyniki?  Zupełnie   nie  można   tego  zrozumieć!  Bardzo  się 
dziwił.

O trzeciej piętnaście pojawił się Jimmy.
-   Słyszałem   o   tym   wężu   -   powiedział,   przyglądając   jej   się 

uważnie. - Wszystko w porządku?

- Doskonale! - Nan układała na ladzie komputerowe wydruki z 

ubiegłotygodniowych   obrotów.   -   Mało   kto   dziś   tu   zajrzał.   Czyżby 
rozeszła   się   wiadomość,   że  hoduję  gady?  -   Usta   złożyły   się   jej   w 
uśmiech, na który nie miała najmniejszej ochoty.

- Chyba wszystko jest w porządku, skoro potrafisz już żartować? - 

Z kolei Jimmy się uśmiechnął. - Jess zostawił mi wiadomość, że nie 
możesz dojść do siebie.

- Jess myśli i widzi po swojemu - odparła. Obróciła się w stronę 

komputera. - Nie zawsze odpowiada to rzeczywistości.

- Rozumiem - odparł Jimmy po dłuższym zastanowieniu i poszedł 

do pracy.

Po   godzinie   znów   zadzwonił   telefon.   Nan   z   bijącym   sercem 

podniosła   słuchawkę   myśląc,   że   to   Jess.   Jednakże   telefonował 
redaktor   największej   stanowej   gazety.   Zapytał,   czy   może   przysłać 
dziennikarza,   który   napisałby   artykuł   o   niej   i   jej   wypożyczalni. 
Powiedział,   że  wiadomość  o  wyróżnieniu   warta  jest  rozgłosu.  Nan 
zgodziła się na wywiad. Jego publikacja przyczyni się do dalszych 
sukcesów.

background image

-   To   wspaniale!   -   powiedział   Jimmy,   gdy   wspomniała   mu   o 

rozmowie. - A co będzie, kiedy okażesz się taka dobra w interesach, 
że będą cię chcieli stąd zabrać do czegoś ważniejszego?

- No, to wyjadę- odparła i zobaczyła w oczach Jimmy'ego wyraz 

podobny do tego, który pojawił się dziś rano u Jessa.

- No, ale ty i Jess...? - zaczął Jimmy, odwracając głowę.
-   Ja   i   Jess,   co?   -   Nan   pochyliła   się   nad   ladą.   -   Słuchaj   no, 

kawalerze.   Lubię   twego   brata.   Bardzo   go   lubię.   Nie   chciałabym 
jednak,   żeby   ktoś   wyciągał   z   tego   fałszywe   wnioski.   Zostanę   w 
Henningtonie tak długo, jak będzie to konieczne, i ani dnia dłużej.

- Boisz się starego Neilsona? - Chłopak wpatrywał się w Nan, 

twarz miał smutną i urażoną.

- Nie! - Uderzyła dłonią w ladę. - I dosyć tego gadania! Zabierz 

się do roboty! - Bolało ją serce, gdy to mówiła, ale nie mogła znieść 
zawiedzionego   spojrzenia,   które   zbyt   przypominało   zabarwione 
złością spojrzenie Jessa. A złość była jedynie przykrywką dla bólu. 
Jimmy zabrał się do roboty, odwracając się, aby nie zauważyła, że 
połyka łzy. Kiedy poprzednio pytał o nią Jessa, ten coś warknął i nic 
nie   odpowiedział.   Teraz   zrozumiał,   dlaczego   czuł   się   tak 
rozczarowany i urażony. Taki był pewny, że Nan i Jess się kochają.

Ale był głupi! Chociaż mniej niż Jess!
Jimmy   postanowił,   że   nigdy,   ale   to   nigdy   nie   pozwoli 

doprowadzić się do stanu, w jakim dziś po południu znajdował się 
jego brat. Był bliski szaleństwa. Schował się za półki i porządkował 
kasety. Nie chciał teraz widzieć Nan. Nie wtedy, kiedy rozmyślał o 
bólu Jessa. A najgłupszą rzeczą w całej tej sprawie było to, że oboje 
kłamali. Ona opowiadała, że chce wyjechać. On mówił, że im prędzej, 
tym lepiej. Jednakże Jimmy  widział ich w niedzielę wieczorem na 
balu. Wiedział, że spędzili razem noc. Jess nie był zakonnikiem, ale 
też nie sypiał z kobietami pochopnie. I nie w mieście, gdzie mieszkał. 
Jeśli spędził noc z Nan, to oznacza, że ona jest dla niego kimś bardzo 
ważnym.

Ale nie on dla niej. Wyślizgnęła mu się z rąk kaseta i z hałasem 

upadła na ziemię. Przykucnął, żeby ją podnieść. Poczuł na ramieniu 
dłoń.

- Przepraszam cię, Jimmy... - Nan miała oczy pełne łez. - Nie 

powinnam była na ciebie krzyczeć. Nie zasłużyłeś na to. Straciłam 

background image

panowanie   nad   sobą.   -   Wyciągnęła   do   niego   obie   ręce.   -   Dalej 
przyjaźń?

- Jess... - zaczął Jimmy wstając. Zamilkł zastanawiając się, jakby 

jej   powiedzieć,   że   jego,   Jimmy'ego,   rozczarowanie   jest   niczym   w 
porównaniu z dramatem, jaki przeżywa Jess.

- Zostawmy Jessa w spokoju. - Patrzyła teraz twardym wzrokiem. 

-   Mówmy   o   nas   dwojgu.   -   Zamrugała   oczami   i   po   jej   policzku 
potoczyła się łza, zadając kłam rzekomej twardości.

I Jimmy przejrzał: ona też go kocha! Nie miała tylko dość odwagi 

lub rozumu, żeby się do tego przyznać. Uścisnął jej dłoń. - Dobra, 
Nan, przyjaźń trwa!

Nan zaczęła płakać na całego. Jimmy stał jak wrośnięty w ziemię, 

gdy obróciła się na pięcie i umknęła na zaplecze.

Przez   chwilę   myślał,   żeby   za   nią   iść,   ale   usłyszał   otwieranie 

frontowych   drzwi.   Skoro   ona   poszła   płakać,   to   on   musi   obsłużyć 
klienta. Wyszedł zza półek zastanawiając się, dlaczego odczuwa takie 
zadowolenie z jej nagłego załamania i łez. W zasadzie nie lubił tego 
ani   u   dziewcząt,   ani   u   kobiet.   Zawsze   było   mu   głupio,   gdy   na   to 
patrzył.

Spojrzał w kierunku wejścia i zobaczył starszego pana z młodą 

dziewczyną.   Obcy,   nie   z   Henningtonu.   Jimmy   oblekł   twarz   w 
najlepszy uśmiech, jaki miał do dyspozycji i powiedział:

- Witam państwa, czym mogę służyć? Dziewczyna obróciła się i 

uśmiechnęła.

W tym momencie Jimmy Rivers oddał jej... serce.

background image

ROZDZIAŁ 13

Nan wreszcie się opanowała i powróciła za kontuar. Była gotowa 

skłamać   i   powiedzieć   Jimmy'emu,   że   czuje   się   już   dobrze.   Ze 
zdumieniem stwierdziła, że on wcale nie siedzi w kącie ze spuszczoną 
głową,   lecz   jest   zatopiony   w   rozmowie   z   nastolatką   -   blondynką, 
zapowiadającą   się   na   bardzo   urodziwą   kobietę.   Mimo   własnych 
zmartwień   Nan   uśmiechnęła   się.   Jimmy   był   najwidoczniej 
oczarowany.

- Dzień dobry! - powiedziała do starszego mężczyzny, stojącego 

obok rozmawiających. - Czym mogę panu służyć?

Obrócił się i Nan doznała mieszanych uczuć. Był przystojny i z 

siwizną   na   skroniach   wyglądał   bardzo   dostojnie.   Miał   wyjątkowo 
przenikliwy   wzrok.   Ubrany   był   w   starą   tweedową   marynarkę   i 
spodnie koloru khaki. Idealny kandydat dla reżysera potrzebującego 
aktora do roli poważnego profesora. Uśmiechał się szeroko, pokazując 
przy tym rząd białych zębów.

- Przyszedłem tylko dla córki! - odparł mężczyzna, zbliżywszy się 

do Nan. - Jestem David Conners. Zamieszkaliśmy tu na lato. - Mówił 
ciepłym i pewnym siebie głosem. Podał jej rękę.

Dłoń   miał   ciepłą   i   suchą,   ale   bardziej   miękką   niż   dłonie 

mężczyzn, które Nan zwykła ściskać w Henningtonie. Nie było w nim 
jednak nic podejrzanego czy budzącego lęk.

- Witam pana w naszym mieście! - powiedziała. - Jestem Nan 

Black.   To   moja   wypożyczalnia.   Proszę   się   rozejrzeć,   wybrać   coś 
sobie... Pierwszy film wypożyczam za darmo!

- To bardzo uprzejmie z pani...
- Nan! - przerwał Jimmy, prowadząc młodą panienkę. - To jest 

Angel. Angel, to jest Nan.

Angel uśmiechnęła się, jakby trochę spłoszona i podała drobną 

dłoń. Cichutko wyszeptała słówko „cześć". Nan zauważyła, że Jimmy 
nie   potrafi   oderwać   od   niej   oczu.   Nic   dziwnego,   dziewczyna   była 
naprawdę   śliczna.   Kiedy   jednak   dotknęła   jej   ręki,   znów   sobie 
przypomniała oślizgłego węża.

-   Miło   mi   cię   poznać,   Angel   -   odparła,   usiłując   odpędzić 

przedziwne   myśli,   jakie   zrodziły   się   w   jej   głowie.   To   zupełnie 
niemądre. Z pewnością opóźniona reakcja po szoku, jakiego doznała 
rano. Teraz wszystko skupia się na parze Bogu ducha winnych ludzi! 
Postanowiła, że będzie wobec nich podwójnie uprzejma.

background image

- Państwo przyjechali do Henningtonu na lato? - zwróciła się do 

obojga. - Na wypoczynek?

-   Piszę   westerny   -   odparł   Conners,   ponownie   błyskając 

śnieżnobiałymi   zębami.   -   Oczywiście   pod   pseudonimem   i   mój 
wydawca powiesiłby  mnie  na belce pod sufitem,  gdybym zdradził, 
pod   jakim.   Żadnej   reklamy,   póki   nie   wyjdzie   książka,   to   zasada, 
rozumie pani? Przyjechałem w teren, jeśli tak można powiedzieć, no i 
żeby   pisać.   -   Objął   ramieniem   córkę.   -   Angel   spełnia   rolę   mojej 
sekretarki. Najlepsza sekretarka, jaką sobie można wyobrazić.

Angel zaczerwieniła się. Spojrzała w ziemię, a potem podniosła 

wzrok na Jimmy'ego.

Nan   z   trudem   powstrzymała   się,   żeby   nie   zrobić   jakiejś 

sarkastycznej uwagi. Byłoby zaskakujące, gdyby ta laleczka Barbie 
potrafiła pobrudzić sobie paluszki jakąkolwiek robotą.

- Jestem tego pewna - odparła, wypowiadając nie te słowa, które 

miała   na   końcu   języka.   I   zaraz   potem   się   zawstydziła:   może 
niesłusznie ocenia dziewczynę po jej wyglądzie.

- Wiesz co, Nan? - powiedział Jimmy z głupawym uśmiechem, 

zaczerwieniony po same uszy. - Na razie Angel nie będzie pomagać 
ojcu,   bo   on   musi   najpierw   poznać   dobrze   teren,   więc   może   tutaj 
popracować? - Zrobił grymas, w którym można było tylko z trudem 
domyślić się porozumiewawczego mrugnięcia. - No wiesz, pomagać 
w ciągu dnia, póki ja nie przyjdę ze szkoły...

Była   gotowa   odpowiedzieć,   że   się   nie   zgadza.   Przeszły   ją 

dreszcze na myśl, że Angel miałaby się tu kręcić przez cały dzień.

- Muszę się nad tym zastanowić, Jim! - odparła. - Mój budżet...
- Ale ja nie chcę żadnych pieniędzy - powiedziała Angel patrząc 

olbrzymimi, pełnymi szczerości oczami. - Chciałabym po prostu coś 
robić, a Jimmy mówi, że to wspaniałe miejsce, żeby poznać ludzi... 
Bardzo proszę, pani Black!

- Nie narzucaj się pani, Angel! - powiedział ojciec. -Znajdę ci 

dużo do roboty, kochanie!

- Ja po prostu kocham filmy! - ciągnęła Angel, nie patrząc na 

ojca. - Zwłaszcza dawne!

- No cóż, chyba nie zaszkodzi jeszcze jedna para rąk.
- Nan westchnęła. - Zanim jednak zaczniesz się cieszyć - dodała, 

widząc   uśmiech   rozjaśniający   twarz   dziewczyny   -   muszę   ci 
powiedzieć o... trudnościach, jakie możesz napotkać.

background image

- O, ja się nie boję trudności - odparła Angel, patrząc raczej na 

Jimmy'ego niż na Nan.

- Moja córka jest zaradna i silniejsza, niż na to wygląda
- powiedział ojciec. - Może pani dużo pomóc.
- Pan nie rozumie, o co mi chodzi! - Nan opowiedziała historię z 

wężem i kłopoty z opozycjonistami spod znaku Neilsona. - Nie wiem, 
czy chce się pan znaleźć w środku intrygi. Osobiście nie sądzę, aby 
istniało   realne   niebezpieczeństwo.   Gdybym   tak   uważała,   nie 
pozwoliłabym tu pracować Jimowi.

Jimmy się żachnął, ale nic nie powiedział. Zarówno ojciec, jak i 

córka zbagatelizowali opowieść Nan.

- Eee, tacy ludzie lubią czasami robić dużo hałasu - odezwał się 

Conners, usiłując mówić z zachodnim akcentem, ale wypadło to dość 
sztucznie.   -   Nie   należy   się   przejmować,   pani   Black.   No,   skoro 
zaofiarowała   pani   bezpłatną   próbkę   z   zestawu   swoich   filmów,   to 
proszę pomóc wybrać nam coś, co by nas zainteresowało. Coś, czego 
jeszcze nie oglądaliśmy. Jeśli pani pozwoli, to może Jimmy pokaże 
Angel, co jest do dyspozycji.

-   Proszę   bardzo   -   odparła   Nan   wychodząc   zza   lady.   Miała 

przedziwne wrażenie, że jest przedmiotem jakiejś manipulacji, ale to 
była chyba tylko jej chorobliwa wyobraźnia. To z pewnością bardzo 
mili ludzie. Powinna być dla nich uprzejma.

Jess podjął decyzję. To była jego własna decyzja, choć pomogła 

popołudniowa   rozmowa   z   Walkerem:   jeśli   chce   postępować   jak 
prawdziwy mężczyzna, musi wyznać Nan swoje uczucia. Nieważne 
nawet, czy to ją interesuje. Powinna wiedzieć, co on czuje. Nie znosił 
wielu   jej   cech,   niemniej   było   niezbitym   faktem,   że   ją   pokochał. 
Naprawdę!

Skręcając furgonetką w ulicę, która prowadziła do wypożyczalni, 

pomyślał sobie, że miłość płata przedziwne figle. Nie tylko zupełnie 
zmienia mężczyznę, ale czasami potrafi zrobić z niego tchórza, który 
boi się własnego uczucia, a jeszcze bardziej uczuć kochanej kobiety.

Z samochodowych głośników płynęła romantyczna piosenka. Jess 

był w dobrym humorze, pewny siebie, przekonany, że czyni słusznie. 
Zaparkował   wóz   na   placyku   przed   wypożyczalnią.   Wiedział,   że 
zastanie Jimmy'ego, ale zamierzał poprosić Nan o prywatną rozmowę 
na zapleczu. Na parkingu stał jeszcze jeden samochód z rejestracją 
stanu   New   Jersey.   Dziwne!   Co   przedsezonowy   turysta   robi   w 

background image

wypożyczalni kaset wideo? W miejscowych motelach nie ma chyba 
magnetowidów.   Nieważne!   Jess   wyszedł   z   furgonetki   i   schował 
kluczyki do kieszeni.

Gdy wszedł do wypożyczalni, odwaga prawie go opuściła. Nan 

stała sama pośrodku wielkiego lokalu, a gasnące słońce barwiło jej 
jasne włosy na znacznie ciemniejszy, czerwonawy kolor. Wydawało 
mu się przez chwilę, że patrzy na niego, wcale go nie dostrzegając. Na 
jej twarzy widać było świeże przeżycia, wyraźnie ujawniało się na niej 
jakieś wewnętrzne napięcie. Oczy wydawały się większe niż zwykle i 
jakby   przestraszone.   Ostrzej   rysowały   się   kości   policzkowe.   Zdał 
sobie sprawę, że schudła. Zbyt obcisłe  dżinsy, które przed paroma 
tygodniami   ją   oblepiały,   teraz   wydawały   się   za   luźne.   Po   paru 
sekundach   Nan   jakby   się   ocknęła   i   dostrzegła   go.   Nagle   wyraz 
niepokoju na jej twarzy zastąpiła tak wyraźna radość, że nie wierzył 
własnym   oczom.   Surowa   sylwetka   od   razu   nabrała   ciepła   i 
delikatności.

- Muszę z tobą porozmawiać, Nan - powiedział bez wstępów.
Podeszła,   mając   zamiar   wyciągnąć   ręce,   ale   się   powstrzymała. 

Postanowiła nie kierować się uczuciem, a rozumem. Na przestrzeni 
kilkudziesięciu   centymetrów,   które   ich   dzieliły,   zbudowała 
niewidzialny mur.

- Cześć, Jess - powiedziała z oficjalnym uśmiechem, zamykając 

mu tym usta. - Chyba nie przyszedłeś wypożyczyć kasety?

-   Z  pewnością   nie.   -   Ogarnęła   go   złość,   ale   starał  się  słuchać 

jedynie głosu serca. - Czy moglibyśmy...? - Zamilkł na widok obcego 
mężczyzny, który wyszedł zza półek. W ręku miał dwie kasety, na 
twarzy zaś szeroki uśmiech skierowany do Nan.

I był, drań, przystojny!
- Nieważne - powiedział Jess. - Widzę, że jesteś bardzo zajęta. 

Przyszedłem zabrać Jimmy'ego.

- Oooo - odezwała się niepewnie. - Jimmy oprowadza Angel. Jeśli 

chcesz chwilę poczekać...

- Nie - odparł krótko i wyciągnął z kieszeni klucze. - Powiedz mu, 

że byłem...

- Cześć, Jess. - Jimmy wyszedł z zaplecza, a za nim pojawiła się 

drobna, ładna blondynka. - Chcę, żebyś kogoś poznał.

background image

- Myślę, że powinieneś - wtrąciła się Nan cicho. Nie patrzyła na 

Jessa,   tylko   na   siwiejącego   mężczyznę.   W   Jessie   wszystko   się 
zagotowało.

- To jest Angel - oświadczył Jimmy, wskazując szerokim gestem 

dziewczynę, która stanęła teraz u jego boku. Patrzyła w chodnik, ale w 
kącikach ust krył się lekki uśmiech. – Angel Conners - kontynuował 
Jimmy. - A to mój brat, Jess Rivers -przedstawił z kolei Jessa.

-   Jestem   David   Conners   -powiedział   mężczyzna   podchodząc   i 

podając Jessowi rękę. - Obaj jesteście miejscowe chłopaki? - spytał.

- Aha - odparł Jess ściskając podaną dłoń. - To pański wóz przed 

sklepem? - Nie podobał mu się ten człowiek i wiedział, że nie ma to 
nic   wspólnego   z   zazdrością.   Nan   widać   też   nie   była   zachwycona 
nowymi przybyszami. Z ulgą stwierdził, że reaguje na wysyłane przez 
nią prądy. Docierają do niego jej uczucia i doznania.

Natomiast Jimmy to zupełnie inna sprawa. Jess przyglądał mu się 

kątem oka w czasie wymiany tych paru słów z Connersem. Miłość od 
pierwszego wejrzenia! Chłopak był zupełnie nieprzytomny.

-   Przyjechaliśmy   ze   Wschodu   -   powiedział   David   Conners.   - 

Jestem autorem westernów. Chcę posmakować miejscowego klimatu, 
jeśli tak można powiedzieć.

- Pan Conners pozostanie tu przez całe lato - dodała Nan, nadal 

unikając   patrzenia   na   Jessa.   -   Angel   zaofiarowała   się   bezpłatnie 
pomagać mi w wypożyczalni. - Uśmiechnęła się do dziewczyny, ale 
Jess był gotów przysiąc, że dostrzega w tym uśmiechu jakiś cień. - 
Przez parę tygodni, do końca roku szkolnego. A potem, jeśli będzie 
dobrze szło, możemy przedłużyć umowę.

Jess odparł, że to bardzo ładnie, i jeszcze- przez chwilę słuchał, 

jak wszyscy są dla siebie niesłychanie uprzejmi, wypowiadając nic nie 
znaczące   zdania.   Zwłaszcza   Jimmy   zachowywał   się   i   odzywał   jak 
zupełny idiota. Jess zdecydował, że ma tego dość.

-   Muszę   z   tobą   porozmawiać   w   pilnej   sprawie,   Nan,   teraz   - 

odezwał się, nie bacząc, komu i co przerywa.

-   Kiedy...   -   spojrzała   na   niego   zagubionym,   a   nawet   nieco 

przestraszonym   wzrokiem.   -   Kiedy   ja   nie...   -   Nie   potrafiła   sklecić 
jednego rozsądnego zdania.

- O, mój Boże! - wykrzyknął Conners, spoglądając na zegarek na 

ręku. - Już dawno minęła godzina zamknięcia! Angel, idziemy!

background image

-   Mogę   panu   pokazać   miasto   -   zaproponował   Jimmy.   -Mam 

niedaleko z domu do motelu.

- Doskonale, synu. Będziemy bardzo wdzięczni. Prawda, Angel? - 

ojciec zwrócił się do córki, przyjaźnie klepiąc Jimmy'ego po plecach. - 
I przy okazji może pójdziemy na lody albo coś takiego?

Jimmy   z   ochotą   przystał   na   propozycję.   Conners   i   jego   córka 

pożegnali się wylewnie i wreszcie Jess oraz Nan pozostali sami.

-   Nie   spodziewałam   się,   że   przyjedziesz   -   powiedziała   Nan   i 

poszła zasłaniać frontowe okna. - Rano zniknąłeś w czarnym nastroju.

- Miałem powody.
- Jess, nie... - powiedziała, opierając się o ścianę.
- Co nie? - spytał podchodząc. - Czego ode mnie nie chcesz? 

Chciałbym bardzo to wiedzieć.

-   Wiesz   dobrze,   o   co   chodzi   -   powiedziała,   spoglądając   na 

spochmurniałego   Jessa.   -   Nie   chcę   się   wiązać,   by   potem   zrywać 
więzy, gdy będę opuszczała Hennington. Po prostu tego nie chcę.

-   Ot   tak,   po   prostu?   Po   prostu   mnie   nie   chcesz,   tak?   -   spytał 

martwym głosem. - Ależ ja jestem głupi!

- Nie, to wszystko moja wina. Nie powinnam była... -Potrząsnęła 

głową, w oczach miała łzy.

- Czego nie powinnaś była? - Wszystko było w nim napięte do 

ostatecznych granic. - Nie powinnaś była się ze mną kochać?

- Myśl sobie, co chcesz. - Jakby się nagle skurczyła. - Nie cofnie 

się tego, co się stało. I nie należy żałować. Mówię to, ponieważ nie 
chcę cię zranić...

-   Dziękuję   szanownej   pani!   -   Z   trudem   powstrzymywał 

rozsadzającą   go   wściekłość.   Nie   tak   miała   wyglądać   planowana 
rozmowa. Nic na to nie poradzi! - Ale zraniłaś mnie głęboko! Chcę, 
żebyś   to   wiedziała.   Bo,   widzisz,   Nan,   ja   cię   pokochałem.   Nie 
chciałem, ale tak się stało. I nie potrafię tego zmienić po to tylko, 
żebyś mogła mieć czyste sumienie. Pomyślałem, że powinnaś o tym 
wiedzieć. - Obrócił  się na pięcie i wyszedł rad, że trzyma w ręku 
kluczyki do samochodu. Gdyby długo ich szukał, być może obnażyłby 
przed nią swój ból i głęboki żal.

A do tego nie chciał dopuścić za żadną cenę.
Nan stała jak skamieniała, do chwili gdy usłyszała zgrzyt skrzyni 

biegów w furgonetce. To ją zelektryzowało. Wybiegła z lokalu, nie 

background image

zamykając za sobą drzwi i dosłownie rzuciła się na samochód. Zaczęła 
walić pięścią w szybę kabiny od strony pasażera.

- Otwórz, Jess! - krzyknęła. - Otwórz! Nie możesz tak ode mnie 

uciec!

- Ja nie uciekam! - zawołał na tyle głośno, by usłyszała przez 

szybę. - Po prostu zabieram się stąd! Odsuń się od samochodu!

- Nie! - krzyknęła, łapiąc za klamkę. Drzwi były zamknięte od 

wewnątrz.

- Jak chcesz. - Pochylił się i włączył muzykę. Usłyszała głośne 

tony Bacha. Skręcił ostro w lewo. Klamka wyrwała się jej z rąk. Nie 
myśląc   o   konsekwencjach   chwyciła   za   skraj   bocznej   klapy 
odjeżdżającego pojazdu, spięła się i skoczyła, lądując na plecach w 
furgonetce.

Przez dłuższą chwilę leżała usiłując odzyskać oddech. Było już 

ciemno,   jeszcze   tylko   na   zachodnim   skraju   horyzontu   dogasała 
słoneczna purpura. Na niebie migotały gwiazdy, jakby naśmiewając 
się z przedziwnej pozycji, w jakiej je obserwowała. Usiadła.

Przez   wąskie   okienko   kabiny   widziała   tył   jego   głowy.   Patrzył 

przed siebie nieświadomy, że wiezie pasażera. Podczołgała się pod 
szybkę i zaczęła w nią walić.

Jess omal nie wpadł na słup telegraficzny. Z trudnością odzyskał 

panowanie   nad   kierownicą   i   z   piskiem   opon   zahamował   pośrodku 
głównej ulicy miasteczka. Wyskoczył z kabiny, a serce waliło mu ze 
strachu, czy nic się Nan nie stało. Gdyby spadla albo zraniła się, nie 
darowałby sobie tego do końca życia!

Leżała na plecach, patrząc nie widzącymi, niebieskimi oczami w 

czarne niebo. Jess wskoczył na platformę i pochylił się nad bezwładną 
sylwetką.

- Nan! Nan! O Boże, odezwij się, Nan! - Trzęsącymi się palcami 

dotknął jej policzka.

- Straciłam... oddech... ale... to nic - wymamrotała i, słabiutko się 

uśmiechając, dodała: - Wspaniale prowadzisz, mistrzu. - Uniosła ręce 
i oplotła nimi szyję Jessa. - Naprawdę mnie kochasz, Jess?

- Głupio z mojej strony, prawda? - Przykrył ją całą swym ciałem, 

zatapiając palce w jej zwichrzonych włosach. Męska duma przestała 
mieć jakiekolwiek znaczenie. Liczył się tylko fakt, że nic jej się nie 
stało. Nie odniosła żadnych obrażeń. Pocałował ją w szyję.

background image

-   Prawdopodobnie   bardzo   głupio   -   zgodziła   się   cieniutkim 

głosem. Do oczu napłynęły jej łzy. - Ja bym ci to odradzała, gdybyś 
był  spytał.   -   Zaczął   całować   ją   w   usta.   Coś   w   niej   topniało.   Jego 
czułość, jego siła, jego...

-   Hej,   Jess!   Cześć,   Nan!   Zakładacie   wspólne   gospodarstwo 

pośrodku ulicy?

Ostre światło latarki raziło ją w oczy. Szef policji, Lars Handley, 

chrząknął z rozbawieniem.

- Lars! - Jess poderwał się do pozycji siedzącej. - Nie, myśmy... 

bo wiesz... po prostu...

Lars zgasił latarkę, której w ogóle nie potrzebował zapalać, by ich 

dostrzec. Światła licznych reflektorów oświetlały scenę jaśniej niż na 
planie filmowym.

Scena z filmu. Tak to wyglądało. Nan przypomniała sobie, gdzie 

się   znajduje,   i   aż   jęknęła   zawstydzona.   Furgonetka   Jessa   stała   w 
poprzek   ulicy,   tarasując   oba   kierunki   jazdy.   Od   chwili,   gdy   Jess 
zahamował,   ruch   na   ulicy   ustał.   Zebrał   się   spory   tłumek,   ludzie 
powychodzili z samochodów i przyglądali się, jak para kochanków 
wygrzebywała się z pudła furgonetki. Nan czuła, że musi wyglądać, 
jakby uciekła z pożaru - erotycznego pożaru na blaszanej podłodze 
pojazdu. Jess wyglądał zresztą podobnie.

-   Samochód   wpadł   w   poślizg   -   oświadczył,   usiłując   zachować 

godność.   Wstał   i   pomagał   podnieść   się   Nan.   Siły   ją   opuściły   i 
niemalże   upadłaby   z   powrotem,   gdyby   jej   nie   podtrzymał.   -   Nan 
jechała z tyłu i kiedy nagle zahamowałem... poszedłem sprawdzić, czy 
nic jej się nie stało, no i zapomniałem, gdzie stoję... Przepraszam!

-   Dobrze,   dobrze!   Zjedź   ze   środka   ulicy!   -   powiedział   Lars, 

ruchem   ręki   dając   znać   zgromadzonym   ludziom,   że   widowisko 
skończone. Odstąpił krok, gdy zeskoczyli na ziemię. - Zachodzę tylko 
w głowę, jak człowiek może się poślizgnąć na suchym asfalcie - dodał 
pod nosem. Nan stwierdziła, że Lars z trudem powstrzymuje się od 
śmiechu.

Ktoś   zatrąbił,   by   zwrócić   uwagę   Jessa,   i   zapytał   jowialnym 

tonem:

- Kiedy ślub, Jess?
Nan   zrobiła   się   czerwona   jak   burak.   Jess   odwrócił   głowę. 

Pomachał   przyjaźnie   pytającemu   i   otworzył   drzwiczki   kabiny 

background image

furgonetki, by Nan mogła wejść. Wgramoliła się niemalże pokornie, 
usiadła i opuściła szybę.

Jess zajął miejsce za kierownicą. Spod oka spojrzał na Nan, nie 

mówiąc ani słowa. Gdy zapalał silnik, coś uderzyło w przednią szybę 
samochodu po stronie dziewczyny. Wzdrygnęła się i instynktownie 
zasłoniła   twarz   rękami.   Przez   otwarte   okno   usłyszała   nabrzmiały 
nienawiścią okrzyk: „Grzesznica!" Słowo to rozbrzmiewało w mroku 
nocy.

Jess wyskoczył z kabiny, nim zdołała go powstrzymać. Otwartą 

dłonią   zgarnął   z   szyby   błotnistą   pacynę   i   stanął   przed   zderzakiem 
samochodu.

-   Kto   to   zrobił?   -   ryknął   rozwścieczonym   głosem.   -Niech   się 

pokaże ten tchórz, napastujący ludzi błotem i kłamstwami! - Podniósł 
brudną dłoń, z której ściekło na ziemię błoto. - Kto to zrobił? Niech 
się przyzna!

Nikt się nie odezwał. Na ulicy panowała taka cisza, że słychać 

byłoby   upadającą   szpilkę.   Samochodowe   reflektory   oświetlały 
sylwetkę   Jessa   jak   aktora   na   scenie.   Nan   pomyślała,   że   poświata 
wokół   jego   włosów   upodabnia   je   do   loków   z   brązu   na   posągach 
greckich   bogów,   a   cała   postać   odziana   w   podkoszulek   i   dżinsy 
wyglądała jak wyrzeźbiona z marmuru. Obrócił głowę i ujrzała jego 
profil. Silny, szlachetny, niemal klasyczny...

Nagle do jej świadomości dotarło wspomnienie tego, co stało się 

przed   paroma   minutami,   gdy   byli   sami   na   furgonetce!   Na   chwilę 
straciła oddech, jakby się zadyszała.

- Skunksy, węże, błoto! - ryknął znowu Jess, otrzepując dłoń z 

resztek mazi. - Podobne posłania świadczą tylko, że to nadawca jest 
brudny i śmierdzi! -Jeszcze przez chwilę piorunował wzrokiem rząd 
reflektorów,   po   czym   wsiadł   do   samochodu,   trzymając   z   dala   od 
siebie zabłoconą dłoń.

Jakby oglądała popis sztukmistrza: drugą, czystą ręką zatrzasnął 

drzwiczki i zapuścił motor.

- Masz chusteczkę? - zapytał spokojnym głosem. - Nie chciałbym 

zabrudzić kierownicy.

Rozejrzała   się   dokoła   i   znalazła   jakąś   szmatę.   Gdy   mu   ją 

podawała, ich palce zetknęły się. Zrobiła to celowo, by odczuł to, co 
czuła ona. Sądząc po jego spojrzeniu był zdziwiony tym, co wyczytał 
z jej twarzy. Otarł dłoń z resztki błota i rzucił szmatę na podłogę.

background image

- Zjeżdżamy stąd! - oświadczył.
-   Jedziemy   do   domu.   Chcę   się   z   tobą   kochać   -   powiedziała. 

Zapragnęła go tak bardzo, że w ogóle przestała myśleć o przeżytym 
przed chwilą incydencie, o okrzyku „grzesznica". Wzbierała w niej 
duma:   Jess   ruszył   w   jej   obronie   i   wyzwał   niewidzialnego   wroga! 
Serce miała w tej chwili wielkie i kochające. Tak wielkie, że potrafiło 
zmieścić  ogrom  uczuć, jakie  ją przepełniały. Nigdy  nie sądziła,  że 
mogłaby pałać takimi uczuciami do prawdziwego, a nie wymarzonego 
mężczyzny. I uczucia te wybiegały daleko poza zmysłowe pragnienia.

- Jess, ja...
-   Nic   nie   mów,   Nan!   -   Powoli   zjechał   z   miejsca   niedawnego 

zajścia.   Jakaś   poczciwa   dusza   pożegnała   ich   trąbieniem.   Nikt   inny 
poza tym nie odezwał się i nie ruszył. - Jesteś teraz zbyt roztrzęsiona. 
Będziesz mówiła rzeczy, których potem na zimno zaczniesz żałować.

- Skąd takie przy...
- Po prostu nie chcę usłyszeć słów, z których wycofasz się, gdy 

będziesz opuszczać miasto. - Jess mówił z takim smutkiem, że coś 
chwyciło ją za gardło.

I   miał   rację.   Nan   spojrzała   na   swoje   dłonie,   splecione   na 

kolanach. Połączone sprawiały wrażenie pięści wymierzonych w nią 
samą. W istocie byłoby okrucieństwem powiedzieć mu, że myśli tak 
samo.

-  Zawieź mnie  do wypożyczalni  - powiedziała  głosem  bliskim 

szeptowi. - Na tyłach zostawiłam swój wóz.

- Przecież nie powiedziałem, że z ciebie rezygnuję - odezwał się 

po dłuższym milczeniu. - Pragnę cię! Teraz! Jesteś jak narkotyk, bez 
którego nie mogę się obejść. - Przykrył dłonią jej zaplecione palce, 
wlał w nie żar, wlał żar w nią całą. - I nie martw się. Nic na to nie 
poradzisz. Kocham cię taką, jaka jesteś i nic tego nie zmieni.

- Dziś rano nie odniosłam wrażenia, żebyś mnie nadmiernie lubił 

- zdobyła się na odpowiedź.

- Kochać a lubić to dwie różne rzeczy - odezwał się z gorzkim, 

stłumionym   śmiechem.   -   Chyba   na   nikogo   w   życiu   nie   byłem   tak 
wściekły, jak właśnie na ciebie. Ale to już minęło.

- Po rozmowie z Walkerem?
- Walker jest dobrym przyjacielem. Właściwie bratem.
- Przełożył rękę na kierownicę. Poczuła chłodny dreszcz, tracąc 

kontakt z jego gorącymi palcami. - Przyszedł do mnie do biura, kiedy 

background image

byłem   bliski   ziania   ogniem.   Rozmawialiśmy.   Ale   to   ja   podjąłem 
decyzję,   żeby   ci   powiedzieć   o   moich   uczuciach.   Decyzja   była 
wyłącznie moja! - Nacisnął pedał hamulca, pojazd zwolnił i stanął.

Nan podniosła głowę. Była tak pochłonięta słuchaniem Jessa, że 

nawet nie spostrzegła, dokąd jadą. Stali przed jego domem.

- Byłem już raz zakochany - powiedział odpinając pas.
- To znaczy wydawało mi się, że jestem zakochany. Co tu dużo 

mówić, lubiłem kobiety. Ale żadna nie wzięła mnie nigdy tak jak ty!

- Nie miałam zamiaru...
- Oczywiście, że nie miałaś. - Założył ręce na piersiach.
- Czy ja mam do ciebie pretensję, że mnie w sobie rozkochałaś? - 

Spojrzał bacznie. - Ale gdybym choć przez sekundę wierzył, że ty 
dzielisz moje uczucie, to bądź pewna, że zrobiłbym wszystko, żeby 
cię przy sobie zatrzymać!

Nan spoglądała nań w milczeniu. Była przerażona myślą, że jest 

niesłychanie blisko wyznania, co czuje i że też go kocha. Wyznanie 
mu miłości było równoznaczne z oddaniem mu władzy nad duszą.

I nie miała wątpliwości, że gdy Jess River raz tę władzę uzyska, 

nie odda jej już nigdy. W obliczu takiej możliwości skłamała:

- Po prostu pragnę ciebie! Ale nie mogę zostać u ciebie na noc. 

Jimmy...   -   palcami   wydłubywała   jakąś   nitkę   z   samochodowego 
siedzenia.

- Jimmy stanowi dobrą wymówkę - odparł kiwając głową. Dłoń, 

którą przerzucił za oparcie jej fotela, powędrowała w stronę jej karku. 
Bardzo delikatnie pogłaskał szyję Nan.

- Będzie ci mógł służyć za wymówkę jeszcze przez parę tygodni 

szkoły, bo potem wraca na farmę.

-   Wraca   na   farmę?   -   Chciała   uwolnić   się   od   pieszczoty   jego 

palców, ale nie była zdolna się poruszyć.

- Gdy tylko skończą się lekcje. Ojciec potrzebuje pomocy.
-   Poruszył   ręką,   dotknął   węzła   mięśni   poniżej   karku.   Stężała. 

Chrząknął cichutko. W jej uszach zabrzmiało to jak erotyczny zew. - 
Chociaż   wątpię,   czy   Jimmy   pojedzie   bez   oporów   po   zobaczeniu 
aniołka z New Jersey, panny Angel.

Nie   chcąc   poddać   się   ogarniającej   ją   fali   podniecenia,   Nan 

usiłowała siedzieć wyprostowana jak struna.

- I co będzie? Staniesz po jego stronie, jeśli odmówi wyjazdu?

background image

- Po co zaprzątasz sobie głowę jego problemami, Nan? Masz dość 

swoich. - Oparł obie dłonie na jej ramionach.

- Jesteś tak spięta, jakbyś była wystrugana z drzewa. - Dłońmi 

przesunął wzdłuż jej kręgosłupa, muskając palcami czułe miejsca i 
wlewając żar w ciało. Wbrew sobie jęknęła z rozkoszy i wygięła się 
jak kotka. - Masz dość własnych problemów - jeszcze raz wyszeptał 
jej do ucha. - Chyba zdajesz sobie z tego sprawę?

Z niczego nie zdawała sobie sprawy. Nie w tej chwili. Objęły ją 

męskie dłonie, wsunęły się pod koszulę, wywołując pożar. I zanim 
pocałunek zamknął jej usta zdołała wyszeptać tylko jedno słowo: Jess!

Po paru minutach leżeli już w jego łóżku, zwarci ze sobą, spleceni 

w akcie najwyższej miłości. I gdyby wtedy wszedł do sypialni nie 
tylko Jimmy, ale cała jego klasa, też by jej nie zauważyli.

Nan   obudziła   się   w   kilka   godzin   potem.   Była   otulona 

prześcieradłem i Jessem. Leżała na plecach, a on częściowo na niej, w 
głębokim śnie, w pełni odprężony, ale nadal pożądliwy. W świetle 
księżyca   widziała   szczegóły   umięśnionych   zgrabnych   pleców. 
Palcami   przesunęła   po   gładkiej   skórze,   ponownie   się   dziwiąc   jej 
delikatności,   zwłaszcza   w   zestawieniu   z   wielką   siłą   jego   mięśni. 
Poruszył się pod wpływem pieszczoty i kusiło ją, by go obudzić i raz 
jeszcze   powrócić   na   szczyty   ekstazy,   jaką   przeżyli   przed   paroma 
godzinami.

Zrezygnowała   jednak   i   delikatnie   wysunąwszy   się   spod   Jessa 

wstała i zaczęła się ubierać. Powtarzała sobie w myślach, że robi to ze 
względu   na   Jimmy'ego.   Jeśli   zobaczyłby   rano,   że   ona   wychodzi   z 
sypialni brata, to nie tylko źle odczytałby stosunki, jakie ich łączą, ale 
odebrałby informację, która mogłaby wypaczyć jego moralność. Jeśli 
Jimmy jest naprawdę zainteresowany poważnie Angel Conners, to nie 
powinien sądzić, że chodzenie razem do łóżka jest rzeczą normalną w 
podobnych   sytuacjach.   Z   drugiej   strony   trudno   było   przypuścić,   iż 
chłopak jest tak naiwny, że nie domyślił się jeszcze, iż Jess i Nan są 
kochankami.

Nie tylko Jimmy nie powinien wiedzieć, co Nan naprawdę czuje 

do Jessa, ale i sam Jess. Nie można dopuścić, by się domyślił, jak 
wielkim uczuciem zaczęła go obdarzać. Po ciemku poszła na palcach 
do wyjścia, bezgłośnie otworzyła drzwi i wyszła w pełnię nocy. Jess 
uczciwie ją ostrzegł. Wzięta to sobie do serca. Gdyby się dowiedział, 
jak bardzo Nan go kocha...

background image

Spojrzała na dom. Czy Jess za chwilę się obudzi, przesunie ręką i 

dotknie... pustki? Co pomyśli, co będzie czuł?

Czy  ona  go  naprawdę  kocha?   Niestety,  tak.  Równym krokiem 

ruszyła w stronę śródmieścia. Niewiele już godzin pozostało do rana, 
ale wróci do siebie, by coś zjeść i wziąć gorący prysznic. Przedtem 
powinna jednak pójść do wypożyczalni i zabrać samochód.

Szła   szybko,   głęboko   zatopiona   w   myślach,   nie   zwracając 

większej uwagi na to, co dzieje się dokoła. Patrzyła jedynie pod nogi, 
by   omijać   drobne   przeszkody   czy   dziury   w   chodniku.   Dopiero   w 
pobliżu wypożyczalni podniosła głowę i rozejrzała się. W lokalu było 
ciemno. Nan zesztywniała. Przecież zostawiła wszystko tak jak było, 
w pośpiechu biegnąc za Jessem: zasłony zaciągnięte, ale światła nie 
wyłączone! Czyżby Jimmy wrócił i wszystko zamknął?

Czy też wszedł ktoś niepowołany?
Schyliła się i pobiegła pędem przez pusty parking. Przylgnęła do 

muru domu tuż przy drzwiach wejściowych i spróbowała je ostrożnie 
otworzyć.   Zaryglowane!   Zlodowaciała.   Musiał   to   chyba   zrobić 
Jimmy! To jedyne racjonalne wytłumaczenie. Nie była jednak niczego 
pewna i wewnętrzny głos ostrzegał, że coś nie jest w porządku. Chyba 
jednak   niepotrzebnie   ulega   panice!   Niemniej   cichutko   i   ostrożnie 
obeszła budynek, idąc tam, gdzie stał jej kombi. Jedyny zaparkowany 
tu   samochód.   Wszystko   wyglądało   normalnie.   Odetchnęła, 
wyrzucając sobie nadmierną wyobraźnię. Właśnie to, z czego Jess...

Tylne drzwi stały otworem.
Czy aby nie uległa złudzeniu? Nie były otwarte, lecz uchylone 

może   o   centymetr.   A   przecież   po   dokonanej   przez   Jessa   reperacji 
pasowały ściśle do framugi. Nie powinno być żadnej szpary. Podeszła 
cicho i pchnęła drzwi. Otworzyła je na tyle, by móc się wśliznąć.

Coś usłyszała! Spadające na ziemię pudełka z kasetami! I większy 

hałas.   Upadająca   półka?   Przestała   się   bać,   przestała   nad   sobą 
panować:   ruszyła,   krzycząc   głośno   z   wściekłości.   Wbiegając   do 
frontowej części lokalu włączyła oświetlenie. W jasnym blasku lamp 
zobaczyła   stojącą   pośrodku   sklepowego   pomieszczenia   postać   w 
narciarskiej masce przeciwwietrznej. Nie dlatego jednak stanęła jak 
wryta.   Zatrzymał   ją   jej   własny   rewolwer   w   ręku   intruza.   Z   lufą 
skierowaną w jej głowę!

background image

ROZDZIAŁ 14

 Nan padła na ziemię licząc na to, że drewniany kontuar zapewni 

jej   osłonę   przed   kulą.   Strzał   w   istocie   padł,   ale   zamiast   odgłosu 
pocisku   trafiającego   w   drewno   rozległ   się   inny   hałas: 
roztrzaskiwanego szkła. Dźwięk ten wypełniał całą jej świadomość i 
zdawał się trwać wiecznie. Prawie ogłuszona przywarła do podłogi z 
głową osłoniętą rękami.

Potem zapanowała cisza, w której słyszała łomot własnego serca i 

świszczący oddech.

Podniosła się. Nikogo już nie było. Nie było również frontowej 

witryny,   przez   którą   napastnik   uciekł.   Ulgę,   jaką   zrazu   przyniosło 
zniknięcie   groźby   dla   życia,   zastąpiła   furia   z   powodu   aktu 
wandalizmu   dokonanego   na   jej   własności.   Wyszła   zza   kontuaru 
trzęsąc się ze złości i głośno klnąc.

Wypożyczalnia była zdewastowana. Napastnik zdołał zniszczyć 

wiele   kaset   wideo,   wyciągając   z   nich   taśmę   magnetyczną.   Na 
podłodze   walały   się   setki   metrów   taśmy,   zniszczone   obwoluty   i 
pudełka oraz ocalone kasety. Jedną z półek przewrócono. Obok leżał 
rewolwer. Podniosła go. Jeden nabój wystrzelono. Otworzyła bębenek 
i wysypała na dłoń pozostałe pięć kul. Wpatrzyła się tępo w lśniące, 
mosiężne   łuski   i   dopiero   wówczas   uświadomiła   sobie   w   pełni,   co 
mogło   się   stać.   Łzy   zaczęły   napływać   jej   do   oczu   i   przestała 
cokolwiek   widzieć.   Chyba   nie   usłyszała   policyjnej   syreny   ani 
wzywającego ją głosu Larsa Handleya.

Odłamki szkła z wielkiej witryny chrzęściły pod butami Jessa. Z 

głębokiego snu zbudził go Lars. Powiedział, że Nan nie chciała go 
niepokoić, jednakże on sam uznał, że Jess powinien o wszystkim się 
dowiedzieć.

Strzał oddany w szybę od wewnątrz spowodował, że większość 

odłamków wyleciała na parking przed wypożyczalnią. Kawały szkła 
podobne do lodu pokrywały czarny asfalt odbijając pierwsze, krwawe 
światło dnia. Jess pchnął drzwi wejściowe, cały spięty i gotów rzucić 
się na zboczeńca, który uczynił Nan taką krzywdę.

Dziewczyna siedziała na podłodze wśród zniszczonych kaset.
-   On   mógł   cię   zabić!   -   powiedział   drżącym,   pełnym   uczucia 

głosem.   -   Nie   powinnaś   była   ode   mnie   wychodzić!   Dlaczego...?   - 
urwał.   Lars   Handley,   który   z   drugim   policjantem   przeprowadzał 
skrupulatne oględziny lokalu, podniósł na chwilę głowę i widząc Jessa 

background image

powrócił do swojej roboty. -I nadziałaś się na napastnika z bronią w 
ręku! To była głupota!

- Nie wiedziałam, że wziął mój rewolwer! - Patrzyła na Jessa, a 

chłód   tego   spojrzenia   mógł   konkurować   z   podobnymi   do   lodu 
odłamkami   szkła.   -   To   jest   mój   lokal!   Mój!   Co   miałam   robić? 
Podwinąć   ogon   i   uciec?   Iść   do   mojego   wspaniałego   mężczyzny   i 
prosić   o   pomoc?   -   Jej   sarkastyczny   ton   podziałał   na   Jessa   jak 
smagnięcie w policzek.

Poczuł oblewającą go falę gorąca.
- Nie powinnaś była uciekać ode mnie w ten sposób w środku 

nocy. Odwiózłbym cię, gdybyś mnie obudziła...

- No i co wtedy, Jess? - Wstała, wzrok jej ciskał błyskawice. - 

Rzuciłbyś się na niego, żeby odebrać mu broń? A może nadstawiłbyś 
pierś?

- Lepiej ja niż ty...
-   Co   takiego?   -   Zachłysnęła   się.   -   A   cóż   to   za   durne,   męskie 

gadanie?   I   już   niemodne!   -   Przybrała   filmową   pozę.   -„Odsuń   się, 
śliczna panienko! Przyjmę za ciebie ołowianą kulkę!" - kpiła. - Taki 
miałeś zamiar?

- Spokojnie, Nan! Doznałaś szoku... - podszedł Lars i położył jej 

rękę   na   ramieniu.   -   Przecież   to   nie   wina   Jessa.   To   nie   on   cię   tak 
urządził!

Te słowa ją uspokoiły. Zrobiła się jakby mniejsza, gniew zaczął ją 

opuszczać jak powietrze uciekające z przekłutego balonu. Serce Jessa 
rwało się do niej, chciał podejść, objąć Nan i utulić. Pozostał jednak 
tam, gdzie stał. W głębi duszy wiedział, że mimo dobrych chęci nie 
czas teraz na obejmowanie i pocieszanie. Może takie doświadczenie 
było   jej   potrzebne.   Samej   stawić   czoło   przeciwnościom!   Tak   czy 
owak dobrze zrobił nie reagując. Świadczył o tym jej kolejny krok.

- Wiem - odparła i słabiutko uśmiechnęła się do Jessa, ocierając z 

twarzy łzy, które nagle pociekły z oczu. - Przepraszam cię, Jess! Po 
prostu musiałam dać upust wszystkiemu, co jest we mnie, a ty akurat 
się napatoczyłeś. - Zniknął lód w spojrzeniu, pozostała tylko niebieska 
pustka.

Wpakował ręce głęboko do kieszeni dżinsów, aby nie spostrzegła, 

że trzęsą mu się dłonie, i nie domyśliła się, jak bardzo pragnie wziąć 
ją w ramiona i przygarnąć do piersi.

background image

-   Rozumiem...   -   Potem   spytał   gwałtownie:   -   Czy   poznałaś 

napastnika?

- Widziała, ale nie poznała - odezwał się Lars, patrząc surowo na 

Jessa. - Powiedziałem ci to przecież przez telefon. I dodałem, że nic 
się jej nie stało. Nie poznała, nie wie kto, a jeśli zaczniesz pochopnie 
podejrzewać, kto to był, i oskarżać, to osobiście cię przymknę!

- Nie mam zamiaru nikogo pochopnie podejrzewać, Lars!
- obiecał Jess. Słowa te jednak wcale nie oznaczały, że będzie 

siedział z założonymi rękami.

- Moja firma ma ubezpieczenie na inwentarz i lokale swoich filii - 

powiedziała Nan, już w pełni opanowana kobieta interesu, odczytując 
z twarzy Jessa jego zamiary. - Nie będzie mnie  to kosztowało ani 
centa. - Rozejrzała się dokoła z żalem i oburzeniem w oczach. - Tylko 
że   już   nie   pozwolę   tu   nikomu   pracować.   To   zbyt   niebezpieczne. 
Jimmy będzie musiał...

- Jimmy tu zostanie! - odparł zdecydowanie Jess. - I ta młoda 

dziewczyna, jak jej tam. Lokal musi być na okrągło pilnowany. Nie 
ma obawy, będą tu bezpieczniejsi niż u siebie w domu.

- Chyba nie roi ci się jakaś tam straż obywatelska, Jess?
-   zapytał   Lars   marszcząc   brwi   i   uprzedzając   w   proteście   Nan, 

która już otwierała usta. - Bo jeśli o tym myślisz, to ja nie...

- Daj spokój, Lars! Chyba nie posądzasz mnie o taką głupotę! - 

Jess wyjął ręce z kieszeni i wziął się pod boki. - Bez względu na to, co 
poniektórzy myślą, nie mam zamiaru małpować Johna Wayne'a. Po 
prostu myślę o bezpieczeństwie samego lokalu. Bydlak, który tu był, 
nie przyszedł z rewolwerem. Miał łut szczęścia, że koło kasy znalazł 
broń Nan i mógł sobie zapewnić wyjście przez witrynę. Facet nie miał 
zamiaru uczynić jej krzywdy, bo wtedy... - Zabrakło mu słów, które 
oddawałyby   jego   myśli.   Jednakże   Nan   zrozumiała   i   z   aprobatą 
kiwnęła głową.

- To prawda, święta prawda! - Jednocześnie zaczerwieniła się po 

czubki   włosów.   -   A   jeśliby   inne   sprawy...   osobiste...   nie   oderwały 
mojej   uwagi,   to   bym   nie   zapomniała   o   obowiązkach...   Nie 
zostawiłabym  otwartych  drzwi.  Nikt  by  tu  nie  wszedł,  gdyby były 
zaryglowane, z włączonym alarmem. ..

- Ale ktoś wszedł! - Jess zbliżył się do Nan. - Czy z kasy dużo 

zginęło?

background image

-   Nie   brak   nawet   jednego   centa.   Bardzo   to   dziwne.   Przecież 

wybiegłszy zostawiłam w kasie kilkaset dolarów. Nietknięte. Wziął 
tylko rewolwer. - Rzuciła okiem na broń leżącą teraz na ladzie. - I 
pewno   zatarłam   wszystkie   odciski   palców,   biorąc   go   do   ręki.   Nie 
pomyślałam o tym...

- Odcisków palców to ja mam na kopy! - powiedział Lars. - Ale 

co   mi   z   tego   przyjdzie?   Ilu   miejscowych   może   być   w   jakiejś 
policyjnej   kartotece?   Bardzo   niewielu.   Po   to,   żeby   komuś   pobrać 
odciski,   trzeba   mieć   uzasadnione   podejrzenie,   że   gość   popełnił 
przestępstwo.   A   jakie   ja   mogę   mieć   uzasadnienie?   Chwilowo 
żadnego.

- Nie ma więc podejrzanego? A motywacja?
- Nie widzę podejrzanego z motywacją. No bo kto? - powiedział 

policjant.

- No, nasz kochany...
-   To   nie   był   Neilson!   -   Nan   domyśliła   się,   kogo   Jess   chce 

wymienić. - Rozpoznałabym go nawet w masce. Ten napastnik był 
szczuplejszy i wyższy. Nie przypominał żadnej ze znanych mi osób.

- Neilson mógł go wynająć...!
- Jess! Uspokój się! Neilson uderzył ci na mózg? - Lars wrócił w 

kąt pomieszczenia, gdzie drugi policjant zdejmował odciski palców, 
rozpylając na jasną powierzchnię ciemny proszek. - Zostaw Neilsona 
w spokoju, Jess! On by nie wymyślił takiej rzeczy. Jest na to za głupi. 
- Głową wskazał Nan. - Zabrałbyś ją lepiej do domu.

- Nie wrócę do domu, póki agent towarzystwa ubezpieczeń nie 

sporządzi protokółu strat - oświadczyła zdecydowanie Nan patrząc na 
Larsa, jakby się spodziewała protestów z jego strony.

Mimo całej złości Jess miał ochotę się roześmiać: Lars jeszcze nie 

znał takiej Nan. Niełatwo mu z nią pójdzie! Była gotowa do słownej 
batalii.

W   efekcie   osiągniętego   kompromisu   Nan   pojechała   sama   do 

domu, by coś szybko przełknąć, wziąć prysznic i przebrać się. Zaraz 
potem miała wrócić. Pomyślała sobie, że dobrze jej zrobi pozostanie 
sam   na   sam   z   własnymi   myślami,   choćby   na   krótki   czas.   Była   w 
zdecydowanie   złym   humorze.   I   to   nie   tylko   z   powodu   włamania, 
aktów wandalizmu i chwil grozy, jakie przeżyła.

Bardzo   żałowała,   że   wylała   złość   na   Jessa.   W   tym,   co   się 

wydarzyło,   nie   było   przecież   jego   winy.   Niemniej   to   on   stworzył 

background image

sytuację, w której nie pomyślała o zabezpieczeniu lokalu. A jej wina 
polega na tym, że pozwoliła się tak ponieść emocjom. I o tym właśnie 
chciała chwilę porozmyślać.

Jednakże   podczas   brania   prysznicu   miała   przed   oczami   tylko 

narciarską,   wełnianą   czapkę   z   wycięciami   na   oczy   i   sylwetkę 
napastnika, słyszała piekielny trzask rozpryskującej się witryny i echo 
strzału. Zamknęła oczy szczerze żałując, że nie ma tu Jessa, by mógł 
ją pocieszyć i przytulić.

Od skłębionych myśli oderwał ją przeraźliwy dzwonek telefonu. 

Dzwonił dziennikarz, który poprzednio prosił o wywiad w związku z 
sukcesem   jej   wypożyczalni.   Dowiedział   się   o   włamaniu   od 
informatora   monitorującego   policyjne   częstotliwości.   Chciał 
informacji na temat aktów wandalizmu oraz uwag z pierwszej ręki, 
jak  to   określił,  na  temat   akcji   przeciwko  filmom   pornograficznym, 
prowadzonej w małym miasteczku Południowej Dakoty.

- Nie mam  i nie wypożyczam takich  filmów. Nie mam  nawet 

filmów o tak zwanej ograniczonej oglądalności. Kto panu powiedział, 
że   mam   filmy   porno?   -   Była   oburzona,   choć   usiłowała   mówić 
spokojnie.

- Ja... Ja nie mogę ujawniać źródeł informacji, pani Black. Chyba 

to pani rozumie...

-   Jeszcze   lepiej   rozumiem,   czym   grozi   zniesławienie,   panie 

Sanders! - odparła słodziutkim głosem. - I zna się na tym doskonale 
moja firma, FFR. Nie sądzę, aby jej dyrektorzy siedzieli cicho, gdy 
ich   przedstawicielka   zostaje   oskarżona   o   posiadanie   kaset   filmów 
sprzecznych z przyjętą polityką programową.

Po   tym   wyjaśnieniu   pan   Sanders   zdecydowanie   zmienił   swoje 

zachowanie i styl rozmowy. Po odłożeniu słuchawki była pewna, że 
to,   co   pismo   opublikuje,   będzie   bardziej   jej   przychylne.   A   trochę 
przychylności teraz się przyda. Ten ostatni incydent, bez względu na 
doskonałe wyniki handlowe filii, nie przysporzy jej wielu przyjaciół w 
dyrekcji FFR. Z wewnętrznymi oporami zdecydowała, że zadzwoni 
do   firmy   i   zawiadomi   ją   o   wydarzeniu,   jak   tylko   nadejdzie   pora 
otwarcia biur w Kalifornii.

Gdy wreszcie zadzwoniła, wicedyrektorka, która odebrała telefon, 

oświadczyła   po   wysłuchaniu   całej   historii,   że   popiera   Nan   we 
wszystkich   jej   działaniach   i   żeby   się   nie   martwiła,   gdyż   w   ciągu 
godziny wysłany będzie pełen asortyment kaset. Dodała, że wszyscy 

background image

ją podziwiają za pełne inicjatywy działania i przebojowość. Nan była 
mile zaskoczona.

Odwiesiła słuchawkę i odetchnęła z ulgą. Coś ją jednak w tym 

wszystkim   niepokoiło.   Usiłowała   sobie   powiedzieć,   że   nie   ma   po 
temu podstaw, niemniej nurtowała ją myśl, że ten spokój w obliczu 
tak   poważnego   wydarzenia   jakoś   tu   nie   pasuje.   Kobieta,   z   która 
rozmawiała,  powinna  okazać przynajmniej  zgorszenie,   zaskoczenie, 
czy też złość. A tu nic! Nieważne, pomyślała. Ostatecznie jej sprawą 
jest   działalność   wypożyczalni   w   Henningtonie.   O   resztę   niech   się 
martwi   dyrekcja.   Odpowiednio   ubrana   do   sprzątania   wróciła   do 
wypożyczalni,   zdecydowana   jak   najszybciej   wznowić   działalność 
handlową.

Wkrótce zorientowała się, że włamanie było głównym tematem 

porannych rozmów w całym mieście. Trudno o lepszą reklamę. Radio 
i prasa  były zupełnie  niepotrzebne!  Ludzie gromadnie  przychodzili 
obejrzeć   miejsce   wydarzenia.   Nan   mogła   przy   okazji   stwierdzić 
stopień polaryzacji opinii miejscowej społeczności. Wsparcie i objawy 
sympatii   brały   górę.   Tak,   miała   wyraźne   poparcie   większości. 
Przyszło   wielu   jej   nowych   przyjaciół,   zwłaszcza   członków 
kongregacji,   aby   przed   udaniem   się   do   pracy   czy   codziennych, 
domowych   zajęć   wyrazić   jej   swoją   sympatię.   Wielu   proponowało 
pomoc   przy   usuwaniu   skutków   wandalizmu.   Zjawili   się   też   Sue   i 
Walker pełni niepokoju o Nan.

-   Wieczorami   nie   możesz   zostawać   sama   -   oświadczył 

zdecydowanie   pastor.   -   W   głowie   mi   się   to   nie   mieści!   U   nas,   w 
Henningtonie? Wręcz niemożliwe! - Ze smutkiem i rozczarowaniem 
patrzył na rozbitą witrynę. Nan widziała, że Walker bardzo się przejął. 
Sue z kolei przeżywała fakt, że jej mąż tak nad tym cierpi, co zresztą 
nie oznaczało, że głęboko nie współczuła przyjaciółce.

-   Jestem   pewna,   że   to   nikt   z   mieszkańców   Henningtonu!   - 

powiedziała   Nan,   kładąc   rękę   na   ramieniu   pastora.   -   Ja   dobrze 
rozpoznaję   sylwetki   znanych   mi   osób.   To   nie   był   nikt   stąd.   A   w 
żadnym wypadku nie Douglas Neilson. Na kilometr poznałabym ten 
brzuch.   -   Uśmiechnęła   się,   pragnąc   rozpogodzić   oblicze   Walkera, 
bardzo zmartwionego, że to mogła być któraś z jego owieczek.

Pastor   nie   rozchmurzył   się   jednak.   Nieco   później,   kiedy   już 

wyszedł, Sue zwierzyła się, że to przejaw skłonności do dźwigania 
całego ciężaru win i do zbawiania świata. - I oczywiście wziął na 

background image

swoje barki cały ciężar twojej przygody, Nan. Wraz z winą sprawcy 
włamania - zakończyła.

-   Właśnie   miałam   ci   powiedzieć,   że   wybierając   między 

buńczuczną męskością Jessa...

-   Poruszyłaś   istotny   temat   -   przerwała   jej   Sue.   -   Zdaję   sobie 

sprawę, że to nie czas na prawienie ci lekcji, ale jest wyraźna różnica 
między   człowiekiem,   który   usiłuje   imponować   swoją   męskością   a 
osobnikiem zakochanym, troszczącym się o kobietę.

- Wnioskuję z tego, coś powiedziała, że Jess był u was i... - Nan 

zaczerwieniła się po czubki włosów.

- Wpadł po drodze, gdy szedł zorganizować pomoc dla ciebie. I 

nie   odtrącaj   jej,   Nan!   -   radziła   Sue.   -   Chyba   że   jesteś   absolutnie 
pewna, że go nie kochasz. Ja wiem, że to wszystko razem nie moja 
sprawa, ale jesteśmy przyjaciółkami, a przyjaciele powinni rozmawiać 
ze sobą szczerze.

Oczy Nan zaszły łzami. Rozejrzała się po lokalu. Emerytowany 

stolarz oczyszczał ramę okienną przed wprawieniem nowej witryny. 
Inny   członek   kongregacji   zmiatał   z   podłogi   szkło.   Za   kontuarem 
siedziała   Inga,   pracowicie   zwijając   te   taśmy,   które   nie   były 
uszkodzone, a tylko wyciągnięte z kaset.

- Naprawdę nie wiem, jak bardzo kocham Jessa - odpowiedziała 

Nan. - Wiem tylko, że nie chcę dopuścić do tego, by pomagając mi, 
sam się narażał.

- Nie do ciebie należy taki wybór - odparła spokojnie Sue.
Nan nie mogła kontynuować rozmowy, gdyż przyszła inspektorka 

towarzystwa   ubezpieczeń.   Trzeba   było   oprowadzić   ją   po   lokalu, 
pokazać uszkodzony sprzęt i wyposażenie.

- Widzę, że szybko zebrała pani ekipę ratowniczą - powiedziała 

inspektorka   po   zakończeniu   obchodu.   -   Świadczy   to   o   trosce   o 
majątek i wspomnę o tym w moim raporcie. -Przez cały czas robiła 
notatki.

-   To   jest   grono   przyjaciół   -   wyjaśniła   Nan.   -   Oni   sami   się 

zmobilizowali. Ja nawet nie kiwnęłam palcem.

-   To   wspaniale!   Pomówmy   teraz   o   dodatkowych 

zabezpieczeniach. - Obserwowała Nan spod przymkniętych powiek. - 
Będzie   pani   musiała   zabezpieczyć   się,   aby   podobny   wypadek   nie 
mógł się powtórzyć.

background image

Nan już otwierała usta, aby wyjaśnić, że zamierza ustawić polowe 

łóżko   na   zapleczu   i   spać   tam,   dopóki   sprawca   szkód   nie   zostanie 
schwytany,   kiedy   nagła   cisza   wśród   obecnych   powstrzymała   ją   i 
kazała ich śladem skierować wzrok w stronę drzwi.

Stał w nich Jess Rivers, który wyglądał jak postać z filmu Clinta 

Eastwooda. W zgięciu łokcia trzymał strzelbę o krótkiej lufie. Ubrany 
był w swoje odwieczne dżinsy, czarny podkoszulek i wytartą kurtkę 
lotniczą.   Obrazu   dopełniały   lotnicze   okulary   przeciwsłoneczne. 
Inspektorka głośno wciągnęła powietrze.

-   To   jest   właśnie   moje   zabezpieczenie!   -   powiedziała   Nan,   a 

słowa   te   wyszły   z   jej   ust   właściwie   bezwiednie.   -   Ma   pani   jakieś 
uwagi na ten temat?

Kobieta zanotowała coś i szybko wyszła, nie mówiąc ani słowa. 

Mijając Jessa w drzwiach patrzyła na niego okrągłymi, przerażonymi 
oczami.

-   Witam   szanowne   towarzystwo!   -   powiedział   Jess   wesoło, 

zdejmując okulary i chowając je do kieszeni. - Masz chwilkę, Nan? 
Chciałbym z tobą porozmawiać.

- Oczywiście! - odparła zapraszając go za kontuar. - Pójdziemy na 

zaplecze.   Sprawiasz   piorunujące   wrażenie   na   ludziach,   nosząc   tę 
armatę  pod pachą. Inspektorka  pewnie pomyślała,  że ty jesteś  tym 
bandytą.

Skrzywił twarz w uśmiechu. Inga pomachała do niego wesoło, 

jakby   był   w   drodze   do   kościelnego   podestu   i   szykował   się   do 
odśpiewania psalmu. Prowadząc go na zaplecze Nan miała wrażenie, 
że wszystko, co się dzieje dokoła, jest fragmentem snu.

- Co do tej strzelby - powiedziała, obracając się ku niemu -to ja 

nie mogę...

- Spokojnie, Nan! - powstrzymał ją Jess, otwierając przepiłowaną 

dubeltówkę i wyjmując nabój. - W kartuszu jest sól. To nikogo nie 
zabije, ale, powiedzmy, zwróci uwagę faceta...

- W dalszym ciągu uważam, że...
- O co ci chodzi? Nie ty będziesz z tego strzelała. - Odstawił nie 

naładowaną broń i ujął jej twarz w dłonie. - Przez chwilę posłuchaj! 
Wiem,   że   twarda   z   ciebie   i   szczwana   sztuka.   Nie   musisz   tego 
udowadniać nikomu, zwłaszcza mnie. Ale nie możesz być wszędzie w 
tym   samym   czasie.   Jeśli   to   włamanie   nie   jest   dziełem   Douglasa 
Neilsona, lecz kogoś innego, kto ma coś konkretnego przeciwko tobie 

background image

i   twojej   wypożyczalni,   to   masz   poważny   problem.   Z   Neilsonem 
umiałaś sobie poradzić. Znane zło lepsze od nieznanego. Potrzebujesz 
pomocy!

Nan czuła przepływającą przez ciało falę słodkiej słabości i naglą 

ulgę.   Chciałaby   móc   się   rozpłakać,   przytulić   twarz   do   jego   piersi, 
poczuć obezwładniającą siłę ramion. Zamiast tego wymamrotała:

- Ja... ja wiem... Co proponujesz?
- Mam ugadanych trzech dobrych facetów - powiedział, a kamień 

spadł   mu   z   serca:   Nan   była   gotowa   go   wysłuchać.   Gdyby 
protestowała, sam pilnowałby jej wypożyczalni, nawet bez jej wiedzy. 
Jeśli natomiast zaakceptuje jego pomysł, będzie to z ogólną korzyścią 
dla wszystkich. - Będą pełnili ośmiogodzinne dyżury na trzy zmiany. 
Na zapleczu. Będą pilnowali ciebie i lokalu. Zrobimy to tak, żeby nikt 
nie   widział,   nie   wiedział   i   nawet   się   nie   domyślał.   A   gdyby   twoi 
wrogowie nawet czegoś się domyślili, to jedynie ich zniechęci. No co?

- To niemożliwe, Jess. Ja przecież nie mogę...
- Sza, kochanie! - Zaczął dłońmi pieścić jej włosy, potargane i 

miękkie. - To nie będzie kosztowało ani centa. Twojego czy mojego. 
Oni chcą pomóc po prostu z dobrej woli.

- Właściwie dlaczego? - Bez pytania o zgodę zaczęła wędrować 

dłońmi   po   czarnym   podkoszulku,   pod   którym   wyczuwała   spięte 
mięśnie i żar.

- Bo to są moi przyjaciele. - Złożył delikatny pocałunek na jej 

ustach. Jej zmysły rozkoszowały się smakiem i zapachem mężczyzny. 
I w tym momencie uświadomiła sobie w pełni, że go kocha i że jej 
plany, marzenia i logika przestały być ważne. Ważny jest jedynie Jess 
i siła jej uczuć do niego. Jakaż była niemądra, a przy tym zagubiona!

Chwilowo zatrzymała przy sobie ten osobisty sekret. Udało się jej 

też ze spokojem wysłuchać dodatkowych informacji na temat trójki 
przyjaciół:

- Mike Dap był sierżantem w piechocie morskiej  - powiedział 

Jess odsuwając się nieco, jakby podczas pocałunku nie zdarzyło się 
nic specjalnego. - Mieszka teraz w Północnej Dakocie, ale z radością 
zgodził się przyjechać. Powiada, że o tej porze roku tu się lepiej łowi 
ryby. Fred Press to też kumpel z wojska. Co prawda siedzi na wózku 
inwalidzkim, ale to mu w niczym nie przeszkadza. Trzeci, to Charlie!

- Jess, jesteś pewien, że on... ?

background image

-   Charlie   to   najlepszy   z   nich   trzech.   Niech   cię   nie   myli   jego 

obecny wygląd. Jest trzeźwy jak sędzia trybunału wydający wyrok. 
Obsycha już z alkoholu. I zgodził się brać nocną zmianę.

-   Muszę   się   z   nimi   wszystkimi   spotkać   -   powiedziała   Nan   po 

chwili namysłu, odrzuciwszy wątpliwości natury osobistej. - I muszę 
ustalić pewne zasady...

- Oczywiście!
- Jess, ja...
- Co?
- Hmm... Ja się po prostu zastanawiam, dlaczego ty nie wziąłeś 

sobie żadnej zmiany... - Usłyszała w uszach swój własny nerwowy 
śmiech. - Kiedy tu wszedłeś, udając Charlesa Bronsona, ja...

- Kogo znowu?
- Nieważne, nieważne! - Roześmiała  się, tym razem wesoło. - 

Któregoś dnia pokażę ci film z Bronsonem.

-   Będziesz   miała  po  temu  wiele  okazji  -   odparł  Jess.  Wyjął  z 

kieszeni przeciwsłoneczne okulary. - Sam nie wziąłem żadnej zmiany, 
ponieważ   od   tej   chwili,   moja   panno,   jestem   twoim   osobistym 
gorylem. Jeśli chcesz, będę spał na kanapce w holu, ale przez cały 
czas będę bliziutko. W dzień, podczas pracy, chronić cię będą moi 
przyjaciele,   nocami   ja.   -   Włożył   okulary,   aby   nie   mogła   odczytać 
wyrazu jego oczu. I szybko wyszedł, aby nie zdążyła wymyślić żadnej 
odpowiedzi.

-   Nan,   kochanie!   Jest   tutaj   pewien   pan,   który   chce   z   tobą 

porozmawiać! - zawołała Inga.

Nan otrząsnęła się z działania magicznego uroku Jessa i podeszła 

do   kontuaru,   przy   którym   stał   David   Conners,   trzymając   w   ręku 
kasetę, którą wziął poprzedniego dnia.

-   Słyszałem,   że   były   jakieś   problemy   minionej   nocy.   Czy   to 

prawda? - zaczął rozmowę.

- Chyba nie brak śladów - odparła biorąc taśmę. - Jakiś bydlak 

pomylił mój lokal z ujeżdżalnią.

- Widzę, że nie jest pani w najlepszym nastroju. To zrozumiałe. - 

Z twarzy Connersa zniknął uśmiech. Skierował się w stronę wyjścia.

- Przepraszam pana - powiedziała szybko Nan, wychodząc przed 

kontuar.   -   Niech   pan   chwilkę   zostanie.   Przedstawię   panu   moich 
przyjaciół.

background image

Zdziwiło ją, że Inga wita się z nim bardzo chłodno. Gdy wyszedł, 

spytała przyjaciółkę o powód.

- To jakiś śliski typ. Tak mi się wydaje. - Drobną, pomarszczoną 

dłonią wygładzała zgniecioną taśmę. - Mam instynkt.

- Ale co konkretnie masz mu do zarzucenia?
- Nic. Instynkt mnie ostrzega. - Inga nie patrzyła jej w oczy. - 

Większość   ludzi   nie   zdaje   sobie   sprawy,   że   starzy   ludzie   umieją 
patrzeć i dużo widzą. Widziałam, jak na ciebie spoglądał. Wstrętnie! 
To zły człowiek, Nan. Bardzo mi się nie podoba.

Nan   nie   odrzuciła   z   miejsca   intuicyjnej   analizy   Ingi,   ale 

niebawem   już   nie   miała   czasu   o   tym   myśleć.   Rano   jej   lokal 
odwiedzali   ludzie   przyjaźni,   oferując   pomoc.   W   porze 
popołudniowego   lunchu   była   świadoma   istnienia   innych,   mniej 
przychylnych. Zaczęło się od telefonów. Anonimowe głosy wyrażały 
zadowolenie z włamania twierdząc, że Nan na to zasłużyła. Potem na 
zewnątrz  zgromadziła   się  gromadka,   głównie  kobiet,  aby  gapić   się 
ponuro na ludzi pomagających w sprzątaniu.  Przy okazji wręczano 
przygodnym   osobom   fatalnie   zredagowane   paszkwile.   Filmy   z 
wypożyczalni   Nan   były   w   nich   nazywane   podarunkami   szatana. 
Czasami   też   przejeżdżał   samochód,   którego   kierowca   trąbił 
manifestacyjnie.

Sprawę   telefonów   Nan   rozwiązała   szybko,   po   prostu   nie 

podnosząc słuchawki. Gdy jazgotliwy, nieustanny dzwonek telefonu 
zaczął   działać   jej   na   nerwy,   wyłączyła   aparat.   Rozdających   ulotki 
odpędziła   od   drzwi   wejściowych,   ale   przegrupowali   się   szybko   na 
przeciwległym chodniku, stanowiącym drogę publiczną i tam już Nan 
ingerować   nie   mogła.   A   trąbienie?   No   cóż,   choć   przykra,   była   to 
mimo wszystko demonstracja owych praw i wolności, o które sama 
tak zaciekle walczyła.

Jimmy pojawił się tuż po trzeciej. Był dziwnie obojętny w obliczu 

wyrządzonych   szkód.   Wpadł   podekscytowany   do   lokalu,   ledwo 
rzucając   okiem   na   dyktę   zasłaniającą   otwór   po   rozbitej   witrynie. 
Poranni ochotnicy skończyli swoją robotę, w wypożyczalni pozostała, 
oprócz Nan, jedynie Inga oraz Sue z dwiema starszymi córeczkami, 
sklejając porozrywane pudełka od kaset. Jimmy nawet nie zauważył 
Sue, za to jeszcze na progu zapytał o Angel.

- Nie mam zielonego pojęcia, gdzie ona jest - odparła pracująca 

na komputerze Nan. - Czy możesz...? - Nie zdążyła dokończyć, gdyż 

background image

Jimmy   przerwał   jej   zawiadamiając,   że   idzie   szukać   Angel,   która 
obiecała się z nim spotkać w wypożyczalni.

- Hola, stop, Jimmy! - Nan wstała od komputera. - Podobno tu 

pracujesz?   Właśnie   jest   już   na   to   czas.   Masz   pewne   zobowiązania 
wobec mnie, jesteś mi potrzebny. Nie możesz gdzieś pędzić i szukać 
swojej przyjaciółki, bo ci się akurat tak podoba. Istnieją z pewnością 
ważne powody, dla których się nie zjawiła.

Jimmy obrócił się i Nan zobaczyła na jego twarzy otwarty bunt. 

Przez chwilę myślała, że postawi na swoim i wyjdzie. Wyraz buntu 
zastąpiła jednak chmurna mina.

- Dobra - powiedział. - Co mam robić?
Po raz pierwszy od zakończenia krótkiego „kursu" u Nan Jimmy 

o to zapytał. Zawsze przedtem doskonale wiedział, czego się od niego 
oczekuje.   Nan   poczuła   się   zawiedziona.   Zrobiło   się   jej   bardziej 
przykro niż po anonimowych telefonach i trąbieniu.

Tłumaczyła sobie jednak, że Jimmy to jeszcze dzieciak, mający 

pełne prawo do popełniania błędów i wpadania w złe humory. Zresztą 
tak   jak   każdy.   Spokojnie,   choć   chłodno   uświadomiła   mu,   że   Sue 
potrzebuje pomocy. Jimmy skinął głową i niechętnie poczłapał w kąt 
lokalu.   Nan   widziała   wyraz   twarzy   Sue,   świadczący   o   tym,   że 
zrozumiała   sytuację.   Pomyślała   też,   że   właściwie   winna   jest 
Petersenom dożywotnie bezpłatne karty na filmy wideo. To i tak nie 
wystarczyłoby, żeby odwdzięczyć się za ich pomoc.

Po paru godzinach Sue i dziewczynki poszły do domu, a z nimi 

pani Inga. Nan została sama z Jimmym. Ilekroć otwierały się drzwi 
wejściowe,  podskakiwał   i  wykręcał  szyję,  by  zobaczyć, czy  to   nie 
Angel. A im więcej wchodziło osób, w tym bardziej ponury nastrój 
wpadał.   O   siódmej   wieczorem   nadawał   się   na   oddział   szpitala 
psychiatrycznego.

- Dziś wcześniej zamykam, Jimmy! - poinformowała go Nan. - 

Myślę, że przez następnych kilka dni ludzie będą siedzieli w domach 
po zapadnięciu zmroku. Sama tak bym postąpiła. Jeśli chcesz, możesz 
iść i poszukać swojej przyjaciółki.

-   Nigdzie   nie   pójdę   -   odpowiedział   patrząc   w   ziemię.   - 

Powiedziała mi, że spotkamy się tutaj. Jeśli nie przyszła, to znaczy że 
nie chce mnie widzieć.

background image

- Co ty wygadujesz? - Nan chwyciła chłopaka i obróciła ku sobie. 

-  Rezygnacja  ze  strony  Riversa?   Defetyzm?   Tego  się   po  tobie   nie 
spodziewałam!

- Ty porzucisz Jessa, prawda? No... wtedy, kiedy wyjedziesz. Ona 

też nie jest stąd. Wyjedzie. Po co mi to?

Nan odskoczyła jak oparzona. Cóż mogła powiedzieć? Poza tym 

tyle   przecież   wydarzyło   się   ubiegłej   nocy,   kiedy   to   Jess   zadał   jej 
prawie   takie   samo   pytanie.   Ale   wówczas,   zaledwie   wczoraj,   nie 
wiedziała jeszcze, że go kocha.

- Nie porównuj mnie z Angel - odparła wreszcie. - Jesteście oboje 

jeszcze strasznie młodzi. To nie tak samo.

-   Racja   -   powiedział   Jimmy   niezbyt   przekonany   i   bardzo 

nieszczęśliwy.

W   tej   chwili   otworzyły   się   drzwi   frontowe   i   weszła   Angel 

Conners z miłym uśmiechem na ładnej buźce.

-   Cześć,   Jimmy!   -   powiedziała   lekko.   -   Przepraszam,   że   tak 

późno. Ojciec powiedział mi, że były tutaj jakieś problemy i w ogóle 
nie chciał, żebym przychodziła. - Podeszła do Jimmy'ego i wzięła go 
pod ramię. - Ale mimo to przyszłam. - Uśmiechnięta obróciła się do 
Nan: - Cześć, pani Black!

-   Cześć,   Angel!   -   Nan  zaobserwowała   nagłe   przeobrażenie   się 

Jimmy'ego   z   zawiedzionego   dzieciaka   w   bojowego   młodzieńca.   - 
Jimmy, skoro ojciec Angel nie chce, żeby ona tutaj przychodziła, to 
może lepiej...

- Nie, nie, wszystko w porządku! - przerwała dziewczyna. - Tata 

pracuje.   Nawet   nie   zauważy,   że   mnie   nie   ma.   Co   będziemy   dziś 
wieczorem   robić,   Jimmy?   Przez   cały   dzień   bardzo   chciałam   cię 
zobaczyć...

Jimmy uśmiechnął się głupawo i wydał przedziwny bulgot. Nan 

miała właśnie zaproponować, by bez względu na to, czy tata zauważy, 
czy nie, zadzwonić do niego i powiedzieć, że Angel tu jest, kiedy 
ponownie otworzyły się drzwi i... Nan zapomniała zarówno o Angel, 
jak i o jej ojcu.

background image

ROZDZIAŁ 15

Było ich czterech, a wyglądali, jakby wyjęci z westernu. Czterech 

twardych mężczyzn, nieco przygaszonych przez czas i życie, ale nadal 
pełnych werwy i woli walki. Głównym bohaterem był w tej czwórce 
oczywiście Jess. Zniewalająco przystojny!

- Cześć, Nan! - przywitał się. - Cześć, Jimmy! -W kierunku Angel 

skinął tylko głową.

-  Halo, Jess!  -  Nan przyglądała się pozostałej trójce.  Charliego 

oczywiście   poznała   i   musiała   teraz   stwierdzić,   że   prezentuje   się 
znacznie lepiej niż za pierwszym razem. Nadal był chudy i żylasty, ale 
cerę   miał   zdrową   i   jego   oczy   patrzyły   wesoło.   Mężczyzna,   który 
wszedł   tuż   za   nim,   szeroki   w   barach,   potężny   jak   byczysko, 
dwukrotnie  przekraczał  rozmiarami  Charliego.  Siwe włosy  przyciął 
krótko, na modłę żołnierzy  piechoty morskiej. Przedstawił się jako 
Mike.   Trzeci   przybysz   siedział   w   wózku   inwalidzkim.   Miał 
muskulaturę ramion zapaśnika i rozbrajający uśmiech.

- Cześć, chłopaki! - powiedziała Nan. Polubiła natychmiast całą 

trójkę, nie wyłączając Charliego.

- Charlie Deaver, Mike Dap i Fred Press! - przedstawił ich jeszcze 

raz formalnie Jess.

Nan   zaczęła   im   dziękować   za   przyjście.   Wyrażała   swoją 

wdzięczność, lecz nie chcieli nawet tego słuchać.

- Przyszliśmy się zabawić i poharcować - poinformował ją Fred. - 

Okazja spotkania starych przyjaciół i oddania przysługi Jessowi. No i 
pani, bo pani jest jego ulu...

- Jimmy! - przerwał Jess Fredowi. - Na furgonetce jest sprzęt. 

Mógłbyś przynieść?

-   Aha!   -   odparł   Jimmy,   patrząc   spod   oka   na   Angel,   która   do 

wszystkich słodko się uśmiechała. - Już niosę. Ale czy mógłbyś potem 
pożyczyć mi furgonetkę na wieczór? Jeśli jej nie potrzebujesz...

- Daj chłopakowi wóz, Jess - odezwał się Mike Dap. -Pojedziemy 

sobie  moim   land  roverem.  Wygodniejszy  od twojego gruchota.   To 
twoja przyjaciółka, Jimmy?

Nan przyglądała się, jak Jimmy, bardzo zażenowany, przedstawia 

Angel. Rozumiała go bardzo dobrze. Przecież i jej serce zaczęło bić z 
szybkością stu kilometrów na godzinę, gdy wszedł Jess. Właściwie 
trudno   jej   było   oderwać   wzrok   od  niego.  Wyglądał   na  bardzo 
zmęczonego, co wskazywało, że przebrnął przez ciężki dzień. Pewno 

background image

nie miał nawet czasu na prysznic. Przynajmniej się ogolił. Zmęczony 
czy   nie,   w   jej   oczach   wyglądał   wspaniale.   Prawdziwy   mężczyzna! 
Budzący   pragnienia!   Mężczyzna,   którego   kochała!   Mężczyzna, 
którego   będzie   musiała   jednak   kiedyś   porzucić,   choćby   obojgu 
przyszło to bardzo ciężko. Odpędzała od siebie tę myśl, lecz wracała 
jak natrętna mucha.

Wreszcie wszystko zostało uzgodnione. Jimmy, uszczęśliwiony 

otrzymaniem na parę godzin furgonetki, wyszedł z Angel. Ustalono 
dyżury. Mike miał wieczorną zmianę, Charlie nocną, a Fred od rana. 
Przybysze urządzili sobie na zapleczu wygodną kwaterę wyposażoną 
w   kuchenkę   elektryczną,   łóżko   polowe,   fotel   i   telewizor.   Nan 
dorzuciła do tego magnetowid i podłączyła go, zapraszając mężczyzn, 
by brali filmy, jakie chcą.

- Ale tu podobno nie ma filmów z gołymi babkami - powiedział 

ze   smutkiem   Charlie   robiąc   oko   do   Nan,   aby   zapewnić   ją,   że   to 
jedynie żart.

- A nie ma, nie ma! - odparła z całą powagą. - Tylko dobre filmy 

dla całej rodziny, bierzcie, co chcecie!

Podjechała   z   Jessem   pod   swój   dom   już   blisko   północy. 

Przyjechali jej wozem kombi. Przedtem Jess zakwaterował u siebie 
członków   ekipy.   Do   chwili   opuszczenia   jego   mieszkania   Jimmy   i 
Angel jeszcze się nie pojawili.

- Jestem wściekły i bardzo się niepokoję - przyznał Jess. - Jimmy 

wie, że go obedrę ze skóry za tak późny powrót, gdy rano ma lekcje. - 
Siedział za kierownicą nie rozpiąwszy nawet pasa.

- Uspokój się, na miłość boską! - odezwała się Nan. - Jutro rano 

są lekcje, zgoda. Ale powiedz mi, kto i czego uczy się w ostatnim 
tygodniu   przed   wakacjami?   Chcesz   pojechać   do   miasta,   szukać 
Jimmy'ego?

- Nie.
- No to przestań marudzić. Twoi przyjaciele dobrze mu nagadają, 

kiedy   wróci.   Założę   się,   że   usłyszy   kilka   mocnych   słów.   I   pokpią 
sobie.

- W dalszym ciągu mnie to martwi. On ledwo zna tę dziewczynę!
-   Słuchaj,   Jess:   pan   Conners   zna   moje   nazwisko,   zna   twoje. 

Jeśliby się martwił, to czy nie zadzwoniłby do ciebie albo do mnie? 
Logiczniejsza wydaje mi się troska ojca o córkę, niż starszego brata o 
młodszego.

background image

-   Ja   ufam   Jimmy'emu.   Ma   dobry   charakter,   jest   dobrze 

wychowany. Miał wpajane zasady, od kiedy zaczął raczkować...

- No więc, o co ci chodzi?
- Nie znam dziewczyny.
- Jess, mieliśmy długi dzień. Jestem taka zmęczona, że już śpię. 

Jeśli chcesz tu siedzieć, odgrywając dramat zatroskanego ojca, twoja 
rzecz, ale ja...

- Nan!
-   Co?   -   spytała   spoglądając   bacznie,   gdyż   coś   w   jego   głosie 

zastanowiło ją.

-   Dlaczego   nie   protestowałaś   przeciwko   mojemu   pomysłowi 

wprowadzenia się na te dni do ciebie? - W świetle księżyca widziała 
jego błyszczące oczy. I tylko oczy, gdyż cała twarz była skryta w 
cieniu.   Wyglądał   prawie   niebezpiecznie.   -   To   zupełnie   do   ciebie 
niepodobne...   tak   łatwo   zgodzić   się   na   inwazję...   zakłócenie... 
prywatnego życia.

- Skąd ty wiesz, co do mnie podobne, a co nie?
- Doświadczenie! - odparł przymykając oczy, a ona domyśliła się 

jego uśmiechu.

-   No   cóż...   -   Palcem   przeciągała   po   ściegu   obicia.   -   Nie 

protestowałam   chyba   dlatego,   że   nie   jestem...   przeciwko   takiej 
inwazji, jak ją nazwałeś. Zdaję sobie sprawę, że żywisz wobec mnie 
uczucie...

- Kocham cię!
- Mówisz, że mnie kochasz i...
-   Ja   nie   mówię,   ja,   psiakość,   stwierdzam   fakt!   –   Odpiął   pas   i 

otworzył drzwi. Wyszedł i obszedł samochód. Znalazł się po stronie 
Nan, nim zdążyła się ruszyć.

- Dosyć słów, dosyć czczego gadania! Wysiadaj szybko z wozu, 

zaraz pokażę ci, jak bardzo cię kocham. - Wyciągnął do niej rękę, 
pomagając wyjść. Podała mu dłoń.

Dotrzymał danej obietnicy.
Przez następne kilka tygodni świadomość Nan zatrzymała się w 

mglistym,   szczęśliwym,   zmysłowym   kadrze.   Nie   zdarzyło   się   nic 
złego, a i samo życie wydawało się lepsze niż kiedykolwiek przedtem. 
Nie potrafiłaby jednak powiedzieć, w czym tkwiła różnica. Wiedziała 
tylko,   że   jest   lepsze,   niż   mogła   spodziewać   się   po   życiu   w 
Henningtonie.

background image

Po oberwaniu od Jessa za ów pierwszy wieczór z Angel, trwający 

prawie do rana, Jimmy był wzorem przykładnego zachowania. Słowna 
chłosta nie stłumiła jednak romantycznego uczucia młodszego brata i 
Jimmy   przez   cały   czas   co   drugie   słowo   wplątywał   imię   Angel. 
Każdego,   kto   chciał   tylko   słuchać,   przekonywał,   że   to   uosobienie 
wszelkiej doskonałości i anielskiej moralności. Jest skromna, słodka i 
czysta   jak   anioł,   obwieszczał.   Chociaż   Jessowi   trudno   było   w   to 
uwierzyć, Jimmy twierdził z uporem, że owego pierwszego wieczoru 
nawet   nie   trzymali   się   za   ręce,   tylko   rozmawiali,   zapominając   o 
bożym świecie.

- Jesteś hipokrytą - powiedziała Nan Jessowi, gdy miotał się po 

kuchni wyrzekając na Jimmy'ego. - My tutaj bezwstydnie i otwarcie 
żyjemy   w   grzechu,   a   ty   masz   jakieś   zastrzeżenia   do   niewinnych, 
romantycznych poczynań brata. Przecież Jimmy cię zapewnił, że nic 
nie było! To ty musisz czuć się winny. Inaczej nie mogę zrozumieć 
twojej podejrzliwości i niepokojów.

- Nie możesz?! - Wpatrywał się w nią tak długo i intensywnie, że 

poczuła, jak oblewa ją żar. - Jimmy jest moim młodszym bratem! - 
dodał i wyciągnął ręce do Nan. - A ja nie robię nic złego, kochając 
ciebie. I nie czuję się winny.

Na tym chwilowo zakończyła się rozmowa.
Jimmy przekonał ojca, by zrezygnował z jego pomocy na farmie i 

pozwolił pozostać mu w mieście. Po skończeniu szkoły zaczął więc 
pracować   u   Nan   w   pełnym   wymiarze   godzin,   oczywiście   za 
odpowiednią   pensję   i   świadczenia.   Mimo   iż   był   całkowicie 
pochłonięty swoim aniołem, Nan nie miała powodu do narzekania - 
nadal był świetnym pomocnikiem, a sama jego obecność wzmacniała 
w niej poczucie bezpieczeństwa.

Jak   za   dotknięciem   różdżki   skończyły   się   wszelkie   kłopoty 

wypożyczalni.   Zupełnie   jakby   nigdy   nic   się   nie   zdarzyło.   Jedynie 
dykta na miejscu witryny i „gwardia" na zapleczu przypominały  o 
owej strasznej nocy. Nie było także telefonów z wymyślaniem, przed 
wypożyczalnią nie stały bogobojne patrole z potępiającymi ulotkami. 
Nie widziała ani razu Douglasa Neilsona ani jego towarzyszy, chociaż 
przedtem często ich spotykała podczas zakupów w mieście.

A najważniejsze: nikt nie podrzucał skunksów i zdechłych węży. 

Natomiast dyrekcja FFR dopełniła obietnicy i przysłała nowy zestaw 
kaset   oraz   materiałów   reklamowych.   Nan   była   co   prawda   trochę 

background image

rozczarowana, gdy zauważyła, że na pudełkach i afiszach wyskrobano 
pieczęcie innych wypożyczalni. Nie przysłali jej nowych filmów, ale 
odpady   z   innych   filii.   Właściwie   nic   w   tym   nie   było   złego,   ale 
wydawało jej się to dziwne.

Zawiadomiła dyrekcję o przedsięwziętych środkach ostrożności i 

w   odpowiedzi   otrzymała   list   pochwalny,   w   którym   nie   żałowano 
pięknych   słów.   Nic   dziwnego   -   strażnicy   nie   kosztowali   przecież 
firmy ani centa. W liście tym obiecywano też Nan pokrycie rachunku 
za   nową   witrynę.   Poza   tym   ukazał   się   bardzo   przychylny   artykuł 
napisany przez dziennikarza Pete'a Sandersa. W odczuciu Nan autor 
posunął się zbyt daleko, wyrażając swój entuzjazm nie tylko dla jej 
przedsięwzięcia, ale broniąc także innych wypożyczalni kaset wideo, 
oferujących   klientom   filmy,   które   można   by   nazwać,   „bardziej 
rozebranymi". Nie powinna jednak narzekać - dobra reklama to dobra 
reklama. A dobra prasa to dobra prasa, bez względu na towarzystwo, 
w jakim się występuje.

I dobra prasa opłaciła się! Interesy szły coraz lepiej. Nan obawiała 

się, że koniec roku szkolnego i początek wakacji przyniosą pewien 
zastój   w   interesie,   bowiem   zarówno   młodzież,   jak   i   dorośli   będą 
woleli w ciepłe, długie letnie dni pozostawać na świeżym powietrzu. 
A   tymczasem   napłynęła   nowa   klientela,   nawet   z   odległych 
miejscowości, wypożyczając filmy na cały tydzień. Nan ustanowiła 
specjalny cennik dla rodzin odwiedzających miasto  raz na tydzień, 
gdyż zbyt drogo musieliby płacić według stawek dziennych, ogólnie 
obowiązujących.   Co   prawda   było   to   sprzeczne   z   ustalonymi   przez 
FFR   zasadami,   jednakże   wyjaśniła   sprawę   w   dyrekcji   i   uzyskała 
zezwolenie.  Założyła  też  sobie   kajet,   w którym skrzętnie   notowała 
własne   pomysły,   odbiegające   wprawdzie   od   firmowych   ustaleń   i 
normalnych   praktyk,   ale   pasujące   do   konkretnej   sytuacji   w 
Henningtonie.

Z dnia na dzień pogłębiała się też jej przyjaźń z Sue i Walkerem. 

Kiedy   przyjaciółka   odwiedzała   Nan   trzymając   na   rękach   małego 
Tommy'ego, dziecko póty się wyrywało i marudziło,  póki Nan nie 
przygarnęła   go   do   siebie.   Dziewczynki   -   a   zwłaszcza   Callie, 
pamiętająca   wydobycie   jej   z   opresji   podczas   furiackiej   napaści 
„tatusia Billy'ego" - także przepadały za Nan i bardzo lubiły kręcić się 
koło niej w lokalu wypożyczalni, w kościele, w domu Petersenów i 
wszędzie tam, gdzie udało im się ją dopaść.

background image

Biorąc pod uwagę fakt, że Hennington było małym miasteczkiem, 

dopadały ją często. Nan ze zdziwieniem stwierdziła, że wcale nie brak 
jej   wielkiego   miasta   z   gwarnymi   tłumami,   nieustannym   chaosem   i 
rozgardiaszem.   Oczywiście   i   tu   istniały   problemy,   powodowane 
głównie przez małomiasteczkowość i tępotę niektórych umysłów, ale 
w   ostatecznym   rozrachunku   życie...   było   lepsze.   Czuła   większą 
energię,  żyła  w mniejszym  napięciu  i   bardziej   radowała  się   dniem 
dzisiejszym.

Co ciekawsze, brak napięć dotyczył również stosunków z Jessem. 

Obawiała   się,   że   po   jego   wprowadzeniu   zaczną   rodzić   się   stresy. 
Okazało się jednak, że ich współżycie układa się dobrze. Była także 
mile zdziwiona, że właściwie nikt nie czuł się specjalnie zgorszony 
faktem ich wspólnego mieszkania bez ślubu. W każdym razie nikt o 
tym   nie   wspominał,   co   według   Nan   było   grzecznym   sposobem 
unikania   niezręcznych   tematów.   Wspólnemu   mieszkaniu 
towarzyszyły, rzecz naturalna, pewne chwilowe spięcia wynikające z 
dobrych raczej intencji, ze wzajemnego pożądania, a także z chęci 
przyjaznego   rozwikłania   konfliktów,   będących   rezultatem   różnic 
opinii na prawie każdy temat - od sposobu wyciskania tubki pasty do 
zębów   aż   po   czytanie   porannej   gazety.   Były   to   wszystko   spięcia 
przeżywane przez każde małżeństwo.

A   jeśli   na   tym   czystym   horyzoncie   Nan   dostrzegała   czarną 

chmurę,   to   wynikało   to   jedynie   z   przekonania,   że   pewnego   dnia 
przyjdzie kres idylli. I stanie się tak z jej przyczyny. Wolała zatem nie 
patrzeć w przyszłość. Mówiła sobie, że będzie miała jeszcze czas tym 
się   martwić.   I   starała   się   nie   myśleć,   że   stwarza   niedobrą   wersję 
Scarlett 0'Hara z „Przeminęło z wiatrem".

Po dokonaniu koniecznych korekt w sprawach zawodowych Jess 

spędzał prawie wszystkie wieczory w domu. Jeśli się nie pojawiał, to 
Nan mogła być pewna, że dom jest strzeżony przez jednego z rycerzy 
Świętej Trójcy, jak nazwała Mike'a, Charliego i Freda. Wszyscy trzej 
należeli   teraz   do   kręgu   jej   bliskich   przyjaciół.   Nan   zaczęła   też 
rozumieć oddanie Jessa dla Charliego. Ten eks -pilot miał cięty humor 
i niesłychanie bystry umysł. Miał też złote ręce - nie było aparatury, 
której by nie potrafił naprawić. Jeśli Jessa nie było w pobliżu, Nan 
mogła w pełni polegać na Charliem. Jess był jednak przeważnie przy 
niej.

background image

Spędzali razem także weekendy. Teraz, kiedy Jimmy pracował w 

pełnym wymiarze godzin, a pomagała mu Angel, Nan mogła sobie 
pozwolić   na   więcej   wolnego   czasu.   Zaczęła   się   pasjonować   tymi 
„zwariowanymi" popisami akrobatycznymi.

Najpierw uczęszczała na zawody i pokazy lotnicze w niedzielne 

popołudnia   w   sąsiednich   powiatach.   Jess   leciał   samolotem,   a   ona 
dojeżdżała samochodem. Początkowo przeżywała każdą sekundę. Gdy 
Jess   wykonywał   swe   podniebne   sztuki   będące   wyzwaniem   dla 
śmierci,   zastygała   w   straszliwym   napięciu   i   truchlała   ze   strachu. 
Powoli   jednak   do   wszystkiego   się   przyzwyczaiła,   poznała 
poszczególne   figury   i   dostrzegła,   że   Jess   jest   w   zasadzie   bardzo 
ostrożny. To wszystko znacznie ją uspokoiło.

O tym właśnie rozmawiali któregoś dnia, siedząc na dworze pod 

usianym gwiazdami niebem. Na takie wieczorne okazje Jess wynosił 
zawsze ogrodowe fotele i ustawiał je na trawniku za domem.

- Moje podniebne zabawy już cię nie denerwują, prawda? - spytał, 

ściskając leżącą na oparciu fotela dłoń Nan. -W każdym razie już nie 
jesteś taka blada i wystraszona, kiedy podchodzisz do samolotu po 
wylądowaniu.

- Ciągle się boję - odparła leniwym, sennym i nieco zmysłowym 

głosem. - Ale mam do ciebie zaufanie. Wiesz, co robisz, chociaż ja nie 
wiem. Ot i wszystko.

- No to już lepiej. - Bokiem kciuka pieścił grzbiet jej dłoni. - Ale 

zdradzę ci jedno: już wkrótce nie będę uczestniczył w tych popisach.

- Dlaczego nie? - Coś w jego głosie kazało Nan zwrócić baczną 

uwagę na te słowa.

- Jestem coraz starszy. - Wzruszył ramionami i ruch ten wyczuła 

w jego dłoni. - Pełne bezpieczeństwo zapewnia wielka koncentracja 
uwagi na szczegółach. Do tego trzeba być bardzo młodym. Za kilka 
miesięcy będę miał trzydzieści lat.

- To niewiele.
-   Nie   chcę   rzucać   wyzwania   sprzyjającemu   mi   dotychczas 

szczęściu. Szybki refleks potrzebny w czasie tych konkursów może 
mnie   któregoś   dnia   opuścić.   Mam   lepsze   rzeczy   do   roboty   niż 
obliczanie, jakie jest prawdopodobieństwo, że mogę spaść z nieba na 
ziemię.   Będę   musiał   również   myśleć   o   innych   osobach...   Mam 
nadzieję...

background image

- Jess, ja... - Zaczęły ją palić łzy. Wiedziała dobrze, o czym Jess 

mówi.   Milczał,   a   Nan   czuła   wzbierające   wokół   napięcie,   pełne 
jakiegoś żalu. - Chciałabym bardzo...

- Czego byś chciała, Nan? - Podniósł jej dłoń i dotknął nią swego 

czoła.   -   Gdybym   tylko   wiedział,   czego   ty   naprawdę   chcesz   i 
pragniesz, to poruszyłbym niebo i ziemię, żeby ci to dać. Możesz być 
tego   pewna.   I   dostarczyłbym   ci   przesyłkę   do   samego   serca, 
ekspresem.

- O Jess! - jęknęła, a po twarzy zaczęły jej spływać łzy. - Nie 

mów tego! To szantaż! - Chciała wyrwać mu dłoń, ale ją przytrzymał.

- To nie szantaż. Wiem, że nie potrafię cię tu zatrzymać, tak jak 

teraz na chwilę zatrzymałem twoją rękę. Niestety, wiem to dobrze...

- Gdyby tylko był jakiś sposób - odparła, z trudem powstrzymując 

łzy. -Ale ja bym tu zginęła, stłamszona, tak jak zaczęło mi to grozić w 
Wyoming. I zaczęłabym winić ciebie za zatrzymanie mnie. Już nie 
chodzi o mnie, ale nie mogę tego zrobić ze względu na ciebie.

-   No   cóż,   nie   ma   sensu   martwić   się   tym,   co   ma   się   stać   w 

przyszłości - odparł po dłuższej chwili milczenia. - Co może się stać. 
Grunt, że teraz jest nam ze sobą dobrze. I to powinno wystarczyć... - 
zgarnął ją z fotela i posadził sobie na kolanach.

Chętnie to przyjęła, chociaż w głębi serca nadal płakała. Dlaczego 

tak się dzieje, że człowiek, którego wreszcie znalazła, zamieszkuje tu, 
na skraju świata, gdzie, przysięgała sobie, nigdy nie będzie mieszkać?

Ale czy dotrzyma przysięgi?
Jess był przekonany, że Nan nie zrezygnuje ze swoich ambicji. 

Uważał,   że   jego   miłość   nie   zmieni   jej   postanowienia,   że   opuści 
Hennington. Nie miał zamiaru poniżać się i prosić, czy szantażować ją 
emocjonalnie. Chciał, żeby sama dokonała wyboru, kiedy przyjdzie na 
to czas. Sam chciałby mieć prawo do podobnego wyboru.

Chociaż jeszcze nie wypowiedziała tych słów, był przekonany, że 

ona też go kocha. Rozmyślał o tym znacznie później, gdy leżał koło 
niej w nocy, nie mogąc usnąć. Problem polegał na tym, że pojęcie 
„miłość", czy słowo „kochać" znaczyło co innego dla każdego z nich. 
Patrząc na jedwabiste, posrebrzone księżycem włosy Nan pomyślał 
sobie, że dla Nan Black kochanie łączyć się będzie zawsze ze snem na 
jawie. Z romantycznymi marzeniami, których nigdy nie można ziścić. 
Miłość romantyczna to wspaniała rzecz, ale prawdziwa miłość to coś, 

background image

co wymagało zapuszczenia korzeni. Może nie leżało to w charakterze 
Nan?

Tym   cenniejsza   wydawała   się   obecnie   każda   minuta   z   nią 

spędzana. Było to dla obojga gorzko-słodkie uczucie, oboje bowiem 
nie wiedzieli, jak długo będzie trwać. Z sercem przepełnionym bólem, 
którego nie potrafił stłumić, objął ramieniem tę jedyną kobietę, którą 
będzie zawsze kochał w jakiś specjalny sposób.

Przeszedł   czerwiec   i   ustąpił   miejsca   lipcowi.   FFR   nadal   nie 

sfinansowała wybitej witryny, obiecując ciągle, że to zrobi. Nan była 
w stałym kontakcie z rozmaitymi osobami w dyrekcji i z dnia na dzień 
stawała się coraz bardziej niespokojna o losy firmy. Jej przyjaciółka 
Denise   też   wypowiadała   się   dość   enigmatycznie.   Jeśli   od   bliskiej 
osoby nie mogła dowiedzieć się prawdy, to znaczyło, że nie mogła 
wierzyć   już   nikomu.   Powoli   zaczął   jej   świtać   prawdziwy   obraz 
sytuacji, w jakiej się znalazła i postanowiła, że skoro nic nie może 
dostrzec przez dymną zasłonę, to musi pojechać tam, gdzie się pali.

A paliło  się w Kalifornii.  Nan z wielkim smutkiem  myślała  o 

wyjeździe   z   Henningtonu.   Porównywała   swoje   obecne   życie   z 
warunkami   w   Kalifornii   i   cała   niemal   sztywniała   na   myśl   o 
codziennych problemach przedzierania się zatłoczonymi autostradami, 
o obojętnych czy zgoła wrogich albo niemiłych klientach.

Jakże inaczej było tutaj! Tylko pięć minut zabierała jej spokojna 

jazda po opuszczeniu rano ramion Jessa. Co za różnica w porównaniu 
z parogodzinnymi dojazdami w Los Angeles. Owszem, w ciągu dnia 
ciężko   pracowała,   ale   pozostawał   jej   czas   na   miłe   rozmowy   z 
przyjaciółmi,   którzy   wpadali   do   wypożyczalni   na   pogawędkę.   W 
niedzielę   chodziła   do   kościoła   z   własnym   mężczyzną,   z   którym 
później spędzała wolny czas. Życie było pełne i dobre.

Usiłowała zapomnieć o niepokojach dotyczących firmy. Sięgnęła 

do gotówkowych rezerw i  z własnych pieniędzy  wstawiła  witrynę. 
Chociaż   była   bardzo   zadowolona   z   obecności   Świętej   Trójcy, 
postanowiła położyć kres nieustannym dyżurom na zapleczu. Nic się 
nie   zdarzyło   od   czasu   napadu   i   była   przekonana,   że   incydent 
odstraszył jej wrogów. Mike i Fred rozjechali się więc do domów 
oświadczając, że przyjadą natychmiast, jeśli tylko pojawi się potrzeba. 
Charlie kręcił się jeszcze kilka dni, jako że nie chciał, by Jimmy był w 
domu sam, bez brata. Ponieważ jednak nic nie wskazywało na to, że 

background image

ów wróci do własnego domu, zmuszony był zrezygnować z czekania i 
powrócił do Czarciej Dziury.

Jimmy   tymczasem   żył   w   przecudownym   świecie   swoich 

własnych   marzeń.   David   Conners   nie   ograniczał   towarzyskich 
kontaktów   Angel,   a   ona   cały   czas   spędzała   z   Jimmym.   Nan   bez 
wahania uwierzyła chłopakowi, gdy wyznał, że między nim a Angel 
nie doszło do żadnego fizycznego zbliżenia. Ich stosunki wyglądały 
na cielęcy romans. Doszła do wniosku, że choć Angel była śliczna, to 
jednak nie wyróżniała się inteligencją. Miała natomiast wielki talent 
stwarzania   sytuacji,   w   których   Jimmy   mógł   się   czuć   niesłychanie 
ważny. Okazywała zawsze, że pilnie słucha każdego jego słowa, a 
wypowiadał ich wiele, i nieustannie. W pewnym sensie Angel była 
idealną   przyjaciółką   dla   nastolatka   -   ładna,   choć   aseksualna,   mało 
konkretna i bezwolna, doskonały rekwizyt młodzieńczych marzeń. Ta 
przyjaźń nie stanowiła żadnej groźby, nie była też wyzwaniem. Angel 
zaspokajała wszystkie potrzeby chłopca.

Tak,   Jimmy   i   Angel   nie   stanowili   problemu.   Problem 

przedstawiała przyszłość jej samej, Nan. I wiedziała, że musi temu 
wkrótce stawić czoło. Po prostu po to, by nie skrzywdzić samej siebie, 
a co ważniejsze - nie skrzywdzić Jessa. Winna mu była wyjaśnienie 
tego, co go może czekać.

Czwartego lipca podjęła wreszcie decyzję. Był to bardzo gorący 

dzień   -   z   nieba   buchał   żar   jak   z   rozpalonego   pieca.   Ten   dzień 
narodowego   święta   był   obchodzony   w   Henningtonie   hucznie, 
odbywały   się   liczne   imprezy.   Na   dużym   polu   na   skraju   miasta 
zorganizowano   festyn   uświetniony   późnym   wieczorem   pokazem 
sztucznych ogni. Ochotnicza orkiestra wygrywała patriotyczne pieśni, 
czyniąc to z wielką werwą i z nieco mniejszą perfekcją. Wszędzie 
słychać   było   krzyki   dzieci,   biorących   udział   w   najrozmaitszych 
konkursach pod okiem dorosłych.

Nan udała się na ten piknik w towarzystwie Jessa, Petersenów i 

pani Ingi. Na rozłożonym na trawie kraciastym obrusie, w ocienionym 
miejscu na skraju pola, znalazły się pieczone kurczęta, jajka na twardo 
i   upieczone   na   tę   okazję   ciasta.   Za   rzędem   topoli   szemrał   wesoło 
wąziutki   strumyk.   Jess   z   Walkerem   rozłożyli   kempingowy   stolik   i 
krzesła,   ale   Nan   wolała   siedzieć   z   dziećmi   na   ziemi,   zajadając   z 
apetytem   jajka   oblepione   źdźbłami   trawy.   Dodaje   to   niezwykłego 
smaku domowym produktom, pomyślała.

background image

Po jedzeniu Tommy zasnął na jej kolanach. Buzię i rączki miał 

ubrudzone   tłuszczem   i   ziemią,   a   rude   włoski   zlepione   potem 
przykleiły się do twarzy. Nan chciała go umyć, ale Sue wolała nie 
budzić tak smacznie śpiącego malca.

- Wygląda jak aniołek - powiedziała Nan.
- Brudny aniołek - stwierdziła Callie. - Przestanie być aniołkiem, 

jak się obudzi. Drze się na całe gardło, kiedy jest spocony.

Jess łagodnie sczesał palcami włosy chłopczyka z mokrego czoła. 

Na pyzatych policzkach malca wyraźnie odcinały się długie, zawinięte 
rzęsy.

Walker i Jess poszli na plac nadzorować wyścigi w workach.
Sue spojrzała na tłum, wyrażając nadzieję, że nikt nie dostanie 

udaru.

- Na wszelki wypadek czekają sanitariusze - odpowiedziała Nan, 

wskazując palcem na skraj pola: młodzi chłopcy z ochotniczej straży 
ogniowej   spokojnie   chrapali   koło   ciężarówki,   przygotowawszy 
zawczasu   wieczorny   pokaz   ogni   sztucznych.   -   Możesz   się   nie 
martwić.

Pomyślała   sobie   jednocześnie,   że   Walker,   bardzo   sprawny 

fizycznie,   nie   musi   się   jeszcze   niepokoić   o   swój   stan   zdrowia. 
Szczupły i wysportowany poruszał się niezwykle zręcznie. Jeśli idzie 
o Jessa...

Od początku lata Jess zdążył się opalić na ciemny brąz. Pojaśniały 

mu włosy poddane ciągłej operacji słońca, pojawiły się w nich złote 
pasemka.   Walker   włożył   szorty,   natomiast   Jess   był   jak   zwykle   w 
dżinsach, zdjął jedynie podkoszulek. Nan poczuła ukłucie zazdrości, 
że ten wspaniały męski tors mogą podziwiać inne kobiety. Spocona 
skóra   pokrywająca   mięśnie   błyszczała   niby   zbroja.   Siedząc   tak   w 
cieniu i patrząc, jak Jess biega i bawi się z nastolatkami i dzieciarnią, 
Nan pomyślała, że nigdy już nie zapragnie tak innego mężczyzny, jak 
teraz pragnie właśnie jego.

Spojrzała na śpiącego na jej kolanach malca. Spojrzała na Sue, 

czytającą coś swoim trzem dziewczynkom. Spojrzała na panią Ingę 
drzemiącą w leżaku.

I nagle odbyła podróż w czasie do przeszłości.
Mała   dziewczynka   siedzi   u   kolan   swojej   matki,   przygląda   się 

przerzucaniu kartek książki, nie opodal jej ukochana babcia cichutko 
chrapie,   nieco   dalej   w   kompanii   innych   młodych   mężczyzn 

background image

wykrzykuje   coś   wesoło   rozbawiony   ojciec.   Był   to   piknik 
zorganizowany z okazji Święta Pracy we wrześniowy poniedziałek i 
ojcowie   tego   dnia   grali   sobie   w   piłkę   nożną,   a   nie   ścigali   się   w 
workach.   Przypomniała   sobie   spojrzenie   matki:   patrzyła   na 
rozbawionego męża tak, jak patrzy się na swojego mężczyznę.

Mimo   woli   Nan   wydała   krótki   okrzyk   „oo!",   jakby   sobie   coś 

nagle uświadomiła. Tommy omalże nie zsunął się z jej kolan, poruszył 
się i jęknął, ale spał dalej.

- Co się stało? - zapytała Callie. - Ugryzła cię pszczoła?
Nan   uśmiechnęła   się   do   dziewczynki.   Dostrzegła   jej   poważną, 

zaniepokojoną   twarzyczkę   i   pomyślała   sobie,   że   któregoś   dnia   w 
przyszłości na zalanej słońcem łące Callie być może przeżyje podobne 
doświadczenie,   obserwując   własnego   kochanka   rozprawiającego   z 
przyjaciółmi. Wypowiadając każde słowo z osobna, by Callie dobrze 
zrozumiała, Nan odparła:

- Nie pszczoła. To chyba była miłość.
Callie   zmarszczyła   brwi,   wzruszyła   ramionami   i   odeszła.   Nan 

uśmiechnęła   się   do   siebie   i   przeniosła   wzrok   na   pole.   Była   teraz 
zupełnie inną osobą niż przed kilkoma minutami.

Jess obwieścił, że zwycięzcą wyścigów w workach został jeden z 

chłopaków   Dansonów.   Potem   poszedł   do   wozu   strażackiego,   żeby 
zmyć z ciała pot i brud. Ociekając wodą podszedł do grupki kobiet i 
dzieci wiedząc, że słońce szybko go osuszy.

Jęknął głośno, padając na trawę obok Nan.
-   Ojej!   Chyba  straciłem   kondycję   -   powiedział.   -   Te   dzieciaki 

zupełnie mnie wykończyły!

- Wydajesz się być w doskonałej formie! - odparła, a ton, jakim to 

powiedziała, kazał mu bacznie na nią spojrzeć. Jaka ona jest piękna, 
pomyślał. Nie! Jeszcze coś! Ona jest...

Nie miała na twarzy nawet śladu szminki. Długie włosy związała 

w koński ogon, ale parę kosmyków wymknęło się, okalając jej twarz i 
lepiąc się do wilgotnej skóry policzków, czoła i karku. Zamiast bluzki 
miała na sobie białą dżersejową koszulkę, poplamioną już resztkami 
jedzenia   i   szorty   khaki   z   wielkimi   kieszeniami.   Zdjęła   sandały   i 
siedziała boso. Tommy spał twardo na jej kolanach.

Uśmiechała się z zupełnie nowym wyrazem twarzy. Było w niej 

coś, czego nie widział nigdy przedtem.

- Co tam kombinujesz? - spytał.

background image

Nan przyglądała mu się tym nowym spojrzeniem. Dzięki temu, że 

niedzielne   popołudnia   spędzała   na   rozmaitych   lotniskach,   gdzie 
popisywał się Jess, ostre letnie słońce zdążyło ją opalić. Z kącików 
oczu rozchodziły  się ku skroniom drobniutkie zmarszczki  śmiechu. 
Delikatnie zarysowane brwi zjaśniały do koloru szampańskiego wina, 
a z jej pięknych włosów słońce wyjadło cały kolor prawie do bieli. 
Wyciągnęła   rękę.   W   miejscach,   w  których   jej   palce   dotykały   jego 
skóry przeszył go jakby prąd elektryczny.

- Muszę pojechać do Kaliforni - powiedziała.
- Kiedy? - Jess poczuł nagły chłód.
- Wkrótce. - Ale nie wydawała się tym zmartwiona czy przejęta. - 

Dawno   już   miałam   zamiar   to   zrobić.   I   powinnam   była.   A   także 
porozmawiać   z   tobą   na   ten   temat,   ale   po   prostu   nie   chciałam   cię 
martwić swoimi sprawami. I nie mogłam się na to zdobyć.

- Czym miałbym się martwić? - Chłód zniknął, na jego miejsce 

pojawiło się palące uczucie gniewu i rozczarowania. I jakiegoś lęku.

-   Moją   firmą.   -   Tommy   poruszył   się.   Musnęła   palcami   jego 

główkę. - Podejrzewam, że plajtują.

- Bankrutują? - Patrzył, jak Nan pieści włoski' Tommy'ego, i zdał 

sobie sprawę, że marzy o tym, by pieściła ich dziecko. Mała szansa, 
by się ziściło.

-   Tak.   -   Spoglądała   na   niego,   a   jej   niebieskie   oczy   wyrażały 

absolutny   spokój.   Przedziwne   spojrzenie   pełne   wewnętrznego 
spokoju.   -   Tak   mi   się   wydaje.   Tak   rozszyfrowuję   otrzymywane 
sygnały. Ale muszę sama tam pojechać, żeby się upewnić.

-   Rozumiem   -   odparł   założywszy   ręce   na   kolana   i   patrząc   w 

przestrzeń.   -   Ale   dlaczego   wybrałaś   ten   moment,   żeby   mi   o   tym 
powiedzieć?

- Ponieważ - zaczęła bardzo spokojnym głosem - przed chwilą 

zdałam sobie sprawę, że tak cię kocham, iż chcę resztę życia spędzić z 
tobą.

background image

ROZDZIAŁ 16

Po tygodniu Jess nadal nie był pewien, czy Nan wypowiedziała te 

słowa z pełnym przekonaniem.  Jej wyznanie miłości  absolutnie  go 
ogłuszyło.   Ponieważ   oświadczenie   zostało   złożone   właściwie   w 
miejscu publicznym, postanowił chwilowo nie kontynuować tematu, a 
później okazało się, że wyciąganie od niej jakichkolwiek wyjaśnień 
było podobne do wyrywania zębów. I choć nieustannie potwierdzała 
swoją   miłość   czynami,   nie   potrafił   skłonić   jej   do   rozmowy   na  ten 
temat.   Cierpiał   nad   tym,   że   nie   wie,   co   ją   właściwie   skłoniło   do 
zmiany   stanowiska.   Nie   wątpił   w   szczerość   wyznania.   Nie   to   go 
niepokoiło. Chciał po prostu wiedzieć, czy Nan nastawia się na życie 
w rzeczywistym świecie, pozostawiając za sobą zarówno przeszłość, 
jak i świat czwartego wymiaru. Zdaniem Jessa, jeśli marzenia nie są 
ujarzmione   i   osadzone   w   konkretnym   kontekście,   potrafią 
doprowadzić   do   erozji   rzeczywistości.   O   ile   więc   oboje   nie   będą 
uwzględniać zwykłych, czasami ciemnych, aspektów życia i miłości 
na równi z romantycznymi...

- Powiedziałam, co czuję do ciebie - oświadczyła w drodze do 

Rapid City, dokąd Jess odwoził ją na samolot do Los Angeles. - Czy 
nie wyraziłam się wówczas dostatecznie jasno?

- Dlaczego nie chcesz, żebym poleciał z tobą? - spytał. - Po co 

wydawać pieniądze na bilety lotnicze?!

- Już o tym mówiliśmy - odparła Nan. - Ta wyprawa jest czymś, 

przez   co   muszę   przejść   sama.   A   poza   tym   i   tak   zbyt   wiele   czasu 
straciłeś   na   mnie.   Musisz   teraz   skoncentrować   się   na   własnych 
interesach.

Jess zacisnął dłonie na kierownicy. Poprzedniego wieczoru Nan 

poleciła mu wrócić do siebie na czas jej nieobecności. Uczyniła to 
serdecznie,   ciepło,   rozsądnie,   niemniej   fakt   pozostawał   faktem: 
wykopsała go. Nie mógł tego zrozumieć. Dlaczego to zrobiła, jeśli go 
kocha?   Czyżby   chciała   pozbyć   się   go   w   elegancki,   bezbolesny 
sposób? A może chce poświęcić swoje własne uczucia do niego dla 
zaślepiającej ją ambicji?

-   Interesy   ponad   wszystko,   co?   -   zakpił   z   goryczą,   zupełnie 

zagubiony.

Nan wyczuła dziwny ton jego słów. Niepokoił się jej wyjazdem. 

Cóż mogła na to poradzić? Zanim otworzy serce i podejmie ostateczne 
zobowiązanie,  musi  sprawdzić,  czy  potrafi  zrezygnować ze starych 

background image

marzeń. Jeśli nie potrafiłaby, jeśli okazałoby się, że myli zadurzenie i 
fizyczny pociąg z miłością, to wówczas oboje drogo by za to zapłacili. 
Postanowiła nie dopuścić do tego za żadną cenę.

- Miej cierpliwość! - położyła dłoń na jego udzie. - Wrócę, jak 

tylko będę mogła najszybciej. Wtedy porozmawiamy o wszystkim.

-  Nie  rozumiem,   dlaczego mamy   czekać do  twojego  powrotu? 

Dlaczego   nie   możemy   porozmawiać   teraz?!   -   Czuł   ten   porażający 
prąd, ilekroć Nan go dotykała.

- Nie nalegaj, Jess! - cofnęła dłoń. - Bardzo cię, proszę! Bądź 

rozsądny!

- Tak cię kocham, że to aż boli, Nan! Nie potrafię być rozsądny.
- Będziesz musiał - to była jej ostateczna odpowiedź. Spoglądając 

na jej profil pomyślał, że jest jak wyrzeźbiona

w   szlachetnym   kamieniu.   Piękna,   zimna   i   twarda.   Na   podróż 

zrezygnowała   z   codziennego   ubrania,   włożyła   kostium   typowy   dla 
biznesmenki.   Może   należało   powiedzieć   „dla   kobiet   Wielkiego 
Biznesu"?   Włosy   zaplotła   we   francuski   warkocz,   co   dodawało   jej 
powagi   i   wieku.   Makijaż   zrobiła   bezbłędny.   Natomiast   migotliwy 
błysk   jej   oczu   był   odbiciem   światła   słonecznego   -   trudno   było 
podejrzewać, że są to łzy.

Milczeli przez resztę drogi na lotnisko. Żegnając ją przy wyjściu 

do samolotu Jess stwierdził, że ma zbyt wiele do powiedzenia. Setki 
słów   napływały   w   bezładzie   niby   wielka   fala.   W   rezultacie   zdołał 
wymamrotać tylko krótkie pożegnanie:

- Dbaj o siebie! - I to było wszystko. Pragnął jej wyjaśnić, że 

chciałby widzieć ją jak najszybciej z powrotem, bo była mu bardziej 
potrzebna niż powietrze do oddychania; chciałby dać do zrozumienia, 
że pragnie ją mieć z powrotem, nawet ze wszystkimi jej marzeniami, 
ale   nie   roztrzaskanymi   przez   rzeczywistość,   tylko   zakotwiczonymi 
mocno w ich wspólnym życiu. Nic z tego wszystkiego nie powiedział, 
a ona po prostu pocałowała go mocno i długo spoglądała mu w oczy, 
nim odwróciła się i poszła do drzwi samolotu wąskim korytarzykiem, 
wyłożonym   dywanem.   Szła   krokiem   zdecydowanym,   świadomym, 
wyrażającym dążenie do konkretnego celu. W lewej dłoni kołysała się 
teczka. Nie obejrzała się. Nie obejrzał się również Jess. Widział przed 
sobą czekające go długie lata życia - byłyby puste bez niej. Ale bez 
niej takiej, jaką poznał i pokochał w Henningtonie, a nie takiej, jaka 

background image

odeszła   teraz   -   prawie   obca   osoba.   Płonącym   wzrokiem   śledził 
samolot, aż wtopił się w niebo.

W tydzień potem, nadal przebywając w Kalifornii, Nan trudziła 

się   nad   każdym   słowem   pisanego   przez   siebie   listu.   Dokoła   nad 
basenem   motelowym   siedzieli,   rozmawiali,   bawili   się   ludzie. 
Komponując list prawie ich nie dostrzegała.

Droga Mamo,
Wiele   się   wydarzyło   od   naszej   ostatniej   rozmowy,   a   jeszcze 

więcej   od   mojego   ostatniego   listu.   Firma,   dla   której   pracowałam, 
likwiduje   się,   pozostawiając   mnie   jak   rozbitka   w   samym   sercu 
Południowej Dakoty. Ale wydaje mi się, że to jest dobra wiadomość. 
Muszę poważnie skorygować moje życiowe plany. Przede wszystkim 
zaczynam rozumieć wartość lat, które spędziliście wspólnie z ojcem, 
zwłaszcza   lat,   kiedy   byłam   z   wami.   Nigdy   nie   potrafiłam   tego 
dostatecznie zrozumieć i ocenić. Chyba instynktownie szukałam tego 
samego w moim pierwszym małżeństwie. Prawdziwa miłość! Teraz 
znalazłam   człowieka,   którego   będę   kochała   przez   całe   życie.   Tym 
razem wiem to na pewno. Nie jest żadnym ideałem i życie, jakie może 
mi   zaoferować,   jest   dokładnie   tym,   czego   nie   chciałam,   kiedy 
wyruszyłam   z   domu   w   świat.   Ale   jest   wspaniałym   człowiekiem   i 
wydaje   mi   się,   że   wiem,   jak   uczynić   nasze   wspólne   życie 
szczęśliwym.   Mam   tylko   nadzieję,   że   moje   marzenia   na   ten   temat 
potraktuje on jako swoje, tak jak ja jestem gotowa uczestniczyć w 
jego marzeniach, w ich spełnianiu. Życz mi szczęścia, mamo! Ten mój 
mężczyzna   to   twarda   sztuka   i   przyjmę   każdą   pomoc.   Możesz   się 
nawet zacząć za mnie modlić. Ucałowania...

Długo   patrzyła   na   zapisaną   kartkę   papieru,   nim   podpisała   się 

imieniem,   złożyła   ją   i   schowała   do   zaadresowanej   już   koperty. 
Następny   list   miał   być   do   Jessa.   Usiłowała   porozumieć   się   z   nim 
telefonicznie   przez   cały   tydzień.   Za   każdym   razem   trafiała   na 
automatyczną sekretarkę, zostawiała więc krótkie wiadomości prosząc 
o połączenie się z nią, lecz nie było reakcji.

Zadzwonił natomiast Jimmy, przekazując wiadomości na temat 

Angel, wypożyczalni i brata. W tej właśnie kolejności. Jess wyjechał z 
Charliem   na   objazd   wielu   festynów   ze   swoimi   akrobatycznymi 
popisami. I to na dwa tygodnie. Nie mając łatwej łączności z bratem 
Jess jest wściekły  - informował  Jimmy  - zwłaszcza  że Nan jest w 
Kalifornii i Jess nie jest pewny, czy ona wróci. Nan odpowiedziała 

background image

Jimmy'emu,   że   podobne   przypuszczenie   to   absolutny   nonsens, 
niemniej Jimmy potwierdził, że Jess właśnie tak myśli.

- Pani Black? Pani Nan Black? - usłyszała i podniosła głowę. Stał 

przed   nią   chudy   młodzieniec,   w   którym   rozpoznała   motelowego 
recepcjonistę.

- Słucham? - odparła, zdejmując okulary.
- Międzymiastowa do pani. Mówią, że bardzo pilna.
Jess   usłyszał,   jak   wchodzi   do   pokoju.   Wiedział,   że   to   Nan, 

ponieważ   serce   zaczęło   mu   walić   jak   młotem   i   poczuł   się   nagle 
zdecydowanie bardziej żywy niż kiedy wyciągnięto go ze szczątków 
samolotu. Dotknęła jego dłoni i ten miłosny dotyk, który przeniknął 
całe ciało, wydusił z jego ust krótki okrzyk i jej imię.

- Sza! - powiedziała i nawet to krótkie słowo pełne było łez. - 

Jestem, Jess! I nie odejdę stąd. Na pewno nie do Kalifornii. Nigdzie 
nie odejdę od ciebie. Już nigdy więcej. Nigdy cię nie opuszczę!

Uwierzył. Zdążył jeszcze pochwycić jej palce, a potem znękane, 

poranione   ciało   kazało   mu   powrócić   w   głęboki,   tym   razem 
uzdrawiający sen.

Nan pozostała u boku Jessa, trzymając jego dłoń, wpatrzona w 

jego   twarz.   Doznał   ciężkich   obrażeń,   poinformował   ją   doktor.   Ale 
wyliże się. Chwilowa ślepota ustąpi. Personel szpitalny, który się nim 
zajmował,  zgodnie twierdził,  że Jess miał  wielkie szczęście.  Silnik 
jego samolotu zgasł w czasie, kiedy Jess wchodził do ranwersu, pnąc 
się w górę. Na szczęście było to jeszcze nisko nad ziemią. Maszyna 
runęła, ale ponieważ wysokość i prędkość były małe, nie zabił się na 
miejscu. Gdyby to się stało o kilka sekund później...

Ale Jess żył! Nan była pewniejsza niż kiedykolwiek swej miłości 

do niego. Marzenia, które przez tak długi czas usiłowała za wszelką 
cenę   zrealizować,   okazały   się   czczą   fantazją   w   porównaniu   z 
marzeniem ofiarowanym przez Jessa. Miłość na całe życie!

- Cześć, Nan.
Nawet nie usłyszała wejścia Charliego. To właśnie on przekazał 

tę   straszliwą   wiadomość.   Powiedział,   że   dzwoni   jeszcze   przed 
zawiadomieniem rodziny.

-   Halo,   Charlie   -   powiedziała   drgnąwszy.   -   Przyleciałam,   jak 

mogłam najszybciej. Dziękuję, że mnie zawiadomiłeś. Z twego głosu 
odczytałam, co przeżywasz.

background image

- Przyznam ci się, że kiedy dzwoniłem, stał koło mnie kumpel z 

AA - powiedział Charlie wzdychając i oparł się o ścianę. - Pilnował, 
żebym   przypadkiem   nie   skręcił   do   portowego   baru   po   alkoholowe 
wsparcie.   Byłem   bliżej   niż   kiedykolwiek   w   ostatnich   czasach 
zaprzepaszczenia   trzeźwego   żywota.   Stale   miałem   przed   oczami   tę 
jego maszynkę idącą do góry i nagle... klops. Widziałem, jak spadał... 
Sama   rozumiesz.   ..   Chciałem   zetrzeć   ten   obraz   ze   świadomości. 
Utopić go w whisky.

- Dobrze cię rozumiem.
-   Kto   wie,   może   i   rozumiesz   -   odparł   Charlie,   długo   jej   się 

przyglądając. - Powiedzieli ci, że się wyliże?

- Doktor właśnie mi to oznajmił. - Wzrok jej powrócił ku Jessowi. 

Głowę miał obandażowaną, oczy także. Uderzenie było tak mocne, że 
nastąpiło czasowe porażenie nerwu wzrokowego. Był słaby, bezsilny, 
wszystko   go   jeszcze   bolało.   Wiedziała,   jakie   groźby   niesie   taki 
wypadek. Zastanawiała się także nad urazami psychicznymi. Ostatnio 
brał udział w zawodach lotniczych w Casper w Wyoming, konkurując 
z   dużo   młodszymi   od   siebie   pilotami.   Robił   właśnie   to,   co 
zapowiedział   -   porzuci   zawody,   bo   czuje   się   za   stary.   -   A   ty   co 
sądzisz, Charlie? Wyzdrowieje całkowicie?

- Ja bym powiedział, że to zależy - odparł Charlie podchodząc do 

okna. - Jess od samego początku obarcza siebie winą. Teraz niedawno, 
kiedy trochę oprzytomniał  po tych wszystkich narko... jak im tam, 
którymi go faszerują, powiedział mi, że już chyba nigdy nie będzie 
latał.   Powiedział,   że   sam   wszystko   zepsuł.   Że   nawalił.   Że   to   jego 
wina,   bo   latał   wtedy,   kiedy   nie   był   zdolny   skoncentrować   się   na 
lataniu, tylko myślał o innych rzeczach. I że mógł przez to zabić wiele 
osób, gdyby to się stało w momencie, kiedy był nad publicznością. 
Racja.

- Powiedział, że nigdy nie będzie latał? - wykrzyknęła przerażona 

Nan. - Przecież to całe jego życie!

- Ano tak - zgodził się Charlie. - Wiem to jeszcze lepiej od ciebie.
Jimmy   i   rodzice   dzwonili   niemal   co   godzinę,   pytając   o   stan 

zdrowia Jessa. Dowiedziawszy się, że w szpitalu jest Charlie i Nan, i 
że życiu syna nic już nie grozi, państwo Riversowie zrezygnowali z 
długiej jazdy do stanu Wyoming. Jimmy mógł zamiast Nan prowadzić 
wypożyczalnię,   natomiast   farma   wymagała   nieustannej   pracy 
wszystkich członków klanu.

background image

Niebawem z krótką wizytą przyjechał Walker.
-   Chcę   za   niego   wyjść!   -   powiedziała   Nan   w   parę   godzin   po 

przybyciu pastora, gdy pili kawę w szpitalnej kafeterii. Jess, który był 
bardzo   uradowany   odwiedzinami   Walkera,   po   wymianie   z 
przyjacielem kilku dosyć kulawych żartów, zaraz zasnął. - Podjęłam 
decyzję podczas pikniku czwartego lipca. Potem, w czasie pobytu w 
Kalifornii, jeszcze bardziej się upewniłam, że tego właśnie chcę. Ale 
teraz nie mogę mu tego chyba powiedzieć, prawda?

- Trudna sprawa - odparł Walker kręcąc głową. - Wiesz, co on 

pomyśli?

- Pomyśli, że robię to z litości?
- Prawdopodobnie. Nie znam drugiego, który by miał taką dumę. 

Wolałby chyba nigdy cię już nie widzieć, niż zobaczyć, że siedzisz tu 
przy   nim   z   litości.   Musisz   być   niesłychanie   ostrożna   w   słowach   i 
absolutnie   pewna   tego,   co   robisz.   A   najważniejsze,   musisz 
postępować tak, żeby on wiedział, dlaczego robisz to, co robisz. Żeby 
znał istotę twoich decyzji. Ich źródło.

Nan w pełni się z tym zgadzała.
I   chociaż   przez   cały   następny   tydzień   prawie   nie   opuszczała 

szpitalnego pokoju Jessa, nie mówiła mu nic o swojej miłości ani nie 
wspominała   o   wspólnej   przyszłości.   Zamiast   tego   opowiadała 
przeróżne historie.

Spowiła go w marzenia, wymyślne opowieści i fantazje, aby tylko 

nie   myślał   o   swojej   sytuacji   i   okolicznościach,   które   do   tego 
doprowadziły.   Ofiarowała   mu   swoją   bezgraniczną   miłość,   ale   bez 
słów. Ofiarowała mu, co miała najlepszego, tym razem nie w sensie 
fizycznym,   ale   emocjonalnym.   I   odkryła,   że   uczynienie   z   Jessa 
centrum jej życiowego zainteresowania dobrze na nią działa. Po raz 
pierwszy,   od   kiedy   mogła   sobie   przypomnieć,   czuła   się   osobą 
pełnowartościową.   Zdała   sobie   sprawę,   że   uleczyła   swoją   duszę, 
odżywając jednocześnie fizycznie.

Jess powoli osadzał się w rzeczywistości. Szybko powracał do 

zdrowia, być może stosując żartobliwe rady lekarzy, by nie udawał 
chorego. Lekarze obiecywali, że szybko odzyska wzrok. Ich zdaniem 
była to jedynie sprawa czasu i pełnego spokoju. Nikt mu nawet nie 
pisnął, że ślepota może okazać się trwała, niemniej Jess rozmyślał o 
tym, nie mając nic innego do roboty. Wszystko, czego pragnął od 
życia, zależało od jego oczu. Spełnienie wszystkich pragnień. Jednego 

background image

mógł być pewien: ilekroć się budził, Nan była u jego boku i prawie 
przez cały czas tam pozostawała. Okazywała mu miłość, pocieszała. 
Czasem tylko, gdy zaczynał narzekać, ostro przemawiała do niego. 
Tak więc otrzymywał od niej wszystko, co było mu potrzebne.

Z wyjątkiem jednego: zapewnienia, że zostanie z nim na zawsze. 

I że jest teraz przy nim z miłości, a nie z powodu uczucia litości, czy 
też winy. Starał się o tym nie myśleć, niemniej  uparcie powracało 
podejrzenie,   że   jeśliby   odszedł   z   miejsca   wypadku   na   własnych 
nogach, to Nan nadal przebywałaby w Kalifornii. Któregoś wieczoru, 
kiedy   już   dłużej   nie   mógł   wytrzymać   niepewności,   podszedł   do 
sprawy okrężną drogą.

-   Już   cię   rozgryzłem   -   powiedział.   Tył   szpitalnego   łóżka   był 

podniesiony do góry, Jess znajdował się w pozycji siedzącej. Bandaże 
zdjęto mu z oczu poprzedniego dnia, ale jeszcze nic nie widział. Był 
świadomy tego, że Nan siedzi w nogach łóżka. Stamtąd dobiegał jej 
głos, opowiadający kolejną historię.

- Czyżby? - spytała pijąc coś. Jess słyszał wsysanie przez słomkę. 

- A mianowicie?

-   Jesteś   jak   bohaterka   opowieści   z   tysiąca   i   jednej   nocy. 

Pamiętasz? Musiała sułtanowi co wieczór opowiadać jakąś historię, 
żeby nie uciął jej głowy.

- Boże drogi, Jess! - Zmieniła pozycję i łóżko się poruszyło. - Co 

za ponure porównanie!

- No, w twoim wypadku karą za nieopowiedzenie bajki byłoby 

zanudzenie się tutaj ze mną na śmierć.

- Myślisz, że z tobą mogłabym się nudzić? - Znieruchomiała. Jess 

odniósł wrażenie, że siedzi spięta.

- No, chyba tak. - Rozłożył ręce. - Siedzieć tu dzień w dzień, noc 

w  noc.   W   Kalifornii   byłaś   w  gronie   przyjaciół...   Wiele   rzeczy   się 
działo, bawiłaś się... A tutaj pewno już masz ochotę wdrapywać się na 
ścianę.

- Tak uważasz? - Poruszyła się. - A mnie się zdawało, że jestem w 

coraz lepszym humorze, w miarę jak zdrowiejesz.

- To chyba niemożliwe. - Wyprostował się, serce mocniej zaczęło 

mu bić z niepokoju. - Może teraz, kiedy czuję się już lepiej... Może 
już wrócisz tam i...

Nie zdołał powiedzieć nic więcej, ponieważ zamknęła mu usta 

pocałunkiem.   Wzięła  jego głowę  w  ramiona,  przytuliła,   uklękła  na 

background image

łóżku   biorąc   jego   nogi   pomiędzy   kolana   i   mocno   ściskając.   Jess 
pomyślał   sobie,   że   gdyby   nie   byli   teraz   w   szpitalnym   pokoju,   do 
którego w każdej chwili ktoś mógł wejść, to tu, teraz, wziąłby ją... I 
jednocześnie   olśniła   go   pewność,   że   całkowicie   wyzdrowieje.   Już 
zdrowieje!

-   Nie   mam   zamiaru   nigdzie   jechać,   bo   cię   kocham,   głupku   - 

powiedziała Nan, gdy już oderwała się od jego ust i pozwoliła mu 
nabrać powietrza w płuca. - Nie chcę być gdzie indziej. - Przytuliła się 
do niego. - Z wyjątkiem miejsc, gdzie możemy być sami...

Jess aż jęknął ze zmysłowej frustracji, ale znów poczuł się lepiej. 

Objął ją i trzymał mocno w ramionach. - Mów! Mów dalej, chcę tego 
słuchać!

Zaczęła mu opowiadać o swojej kalifornijskiej podróży. Był to 

temat dotychczas przez nią pomijany.

-   Jest   tak,   jak   myślałam.   FFR   leży   na   obie   łopatki.   Zrobiłam 

dobry interes, kupując od nich cały mój inwentarz filmów po kilka 
centów za dolara rzeczywistej wartości. Miałam trochę oszczędności i 
akurat   wystarczyło.   Tak   prawdę   mówiąc   jestem   teraz   golutka,   ale 
mam nowe pomysły. I to dobre!

-   Na   przykład?   -   zapytał.   Mimo   wszystkiego,   co   zostało 

powiedziane, nadal obawiał się, że Nan od niego odejdzie, przenosząc 
się do miejscowości, gdzie będzie lepiej prosperować. Zdawał sobie 
sprawę, że bez wsparcia, jakim była wielka firma, nie będzie mogła 
długo przetrwać w Henningtonie. Przycisnął ją jeszcze mocniej.

- Boli! - krzyknęła, wyślizgując się z jego ramion. - Co robisz? 

Co ty jesteś - boa dusiciel? Połamiesz mi żebra i wyląduję obok ciebie 
w szpitalu. Nie mam na to czasu.

- A na co masz czas, Nan? - Odsunął się nieco i założył ręce na 

piersiach. - Na budowanie imperium czy na mnie?

- Muszę wybierać?
- Nie wiem. - Czuł się całkowicie wyczerpany. - Kocham cię, ale 

chyba jeszcze ciebie nie znam. W dalszym ciągu nie mogę jeszcze 
wykombinować, czego ty właściwie chcesz... czego pragniesz...

Uciszył go głos pielęgniarki, która uchyliła drzwi i powiedziała, 

że odwiedzający powinni już opuszczać szpital. Weszła do pokoju.

- Panie Rivers, są tu panowie, którzy chcą się z panem widzieć. 

Mówią, że to oficjalne...

background image

Nan   zsunęła   się   z   łóżka   i   poprawiła   na   sobie   ubranie.   Jess 

cichutko   zaklął.   Do   pokoju   weszli   dwaj   mężczyźni.   Jess   zapytał 
półszeptem,   czy   są   w   garniturach,   a   kiedy   Nan   potwierdzająco 
ścisnęła go za ramię, zaklął ponownie, równie cicho, ale z większą 
emfazą.

Nowo   przybyli   reprezentowali   Federalny   Zarząd   Lotnictwa 

Cywilnego.   Inspektorzy!   Nan   była   przez   cały   czas   obecna,   gdy 
przesłuchiwali   Jessa   na   temat   wypadku   i   poprzedzających   go 
okoliczności. Interesował ich każdy szczegół, jaki Jess potrafił sobie 
przypomnieć.   Zimny   pot   oblewał   Nan:   Jess   mógł   stracić   licencję 
pilota,   jeśliby   się   okazało,   że   wypadek   nastąpił   z   jego   winy.  Tym 
samym straciłby możliwość zarobkowania jako lotniczy przewoźnik. 
Gdy   zaczęła   analizować   to,   co   słyszała,   ogarnął   ją   paniczny   lęk. 
Usiłowała bez skutku przyhamować wyobraźnię odsuwającą obrazy 
grozy. Podczas rozmowy z inspektorami trzymała rękę na ramieniu 
Jessa,   chcąc   mu   przekazać   swoje   wsparcie   i   siłę.   I   miłość.   Jess 
instynktownie to wyczuwał. Po pewnym czasie ujął jej dłoń w swoją i 
trzymał niby talizman zapewniający szczęście.

I   talizman   zadziałał!   Gdy   inspektorzy   wychodzili,   Jess   już 

wiedział, że wypadek nie nastąpił z jego winy. Chociaż inspektorzy 
nie mogli mu jeszcze nic powiedzieć oficjalnie, wyczuł z ich pytań, że 
zaczynają gdzie indziej szukać przyczyny zatarcia silnika. Podzielił 
się tymi wnioskami z Nan.

Zaczęła   płakać.   Usiłowała   hamować   łzy,   by   się   nie   domyślił. 

Jednakże miał tak wyostrzone zmysły, że odgadł.

-   Nie  martw  się,   kochanie  -   powiedział.  -   Wszystko  będzie  w 

porządku.

-  Tego jeszcze nie wiesz  - odparła,  znów wtulając się  w jego 

ramiona, wyszeptując swoje obawy: - Jess, ci inspektorzy myślą, że 
ktoś chciał cię zabić!

Jess usiłował ją uspokoić, przepędzić lęki, ale do chwili, gdy Nan 

opuszczała   pokój   wyproszona   przez   przełożoną   pielęgniarek,   nie 
osiągnął   rezultatów.   W   nocy   leżał   bezsennie,   usiłując   przemyśleć 
wszystkie implikacje tego, co Nan mu powiedziała, a do czego sam 
nie doszedł w czasie rozmowy z inspektorami. Może to jej wybujała 
wyobraźnia? Nie udało mu się dojść do żadnego wniosku, niczego 
rozwiązać. Nad ranem zapadł w niespokojny sen.

background image

Następnego   ranka   przejrzał.   Obrazy   były   jeszcze   zamglone   i 

lekarz   nakazał   mu   nie   męczyć   wzroku.   Dano   mu   też   do   noszenia 
okulary o przyćmionych szkłach. Pod warunkiem że natychmiast odda 
się w ręce swojego własnego lekarza w Rapid City, uzyskał, choć z 
pewnymi oporami, zwolnienie ze szpitala w Casper.

Gdy skończył z formalnościami wypisywania, Nan czekała już na 

niego.

- Zapakowałam wszystkie twoje rzeczy - powiedziała. - A Charlie 

już   wyjechał.   Mike   i   Charlie   będą   się   opiekowali   twoją   firmą 
spedycyjną,   do   czasu   aż   będziesz   mógł   latać.   Jimmy   daje   sobie 
wspaniale radę z wypożyczalnią, a...

- A ty wyglądasz przecudownie! - powiedział.
Nan   stała   przed   zasłoniętym   oknem,   ale   jaskrawe   promienie 

słońca   potrafiły   się   przecisnąć   na   tyle,   by   ozłocić   jej   jasne   włosy, 
nadając im urokliwą świetlistość, jaką już pamiętał. Jej uczesanie nie 
było wyszukane: blond włosy luźno spływały na ramiona. Była ubrana 
w obcisłą jedwabną bluzkę bez rękawów i letnią spódnicę w kwiaty. 
Wydawała   się   jeszcze   bardziej   opalona,   niż   kiedy   opuszczała 
Hennington. Mimo to na jej policzkach odcinały się czerwone plamy, 
ujawniające   wielkie   podniecenie.   Nic   dziwnego,   on   także   był 
podniecony.

-   Chodźmy   stąd   do   diabła!   Nie,   nie   do   diabła,   ale   gdzieś   do 

zacisznego, prywatnego zakątka! - powiedział zbliżając się do niej.

- Nie możemy, Jess - odparła czerwieniąc się jeszcze bardziej. - 

Już zwolniłam pokój w motelu, spakowałam rzeczy, jesteśmy gotowi 
do  drogi.   -   Jednakże   z  wyrazu   jego   twarzy   i  widocznego   napięcia 
zorientowała się, że jej staranne planowanie dnia raczej się nie przyda. 
- Nie mamy czasu ani...

-   Położyła   mu   dłoń   na   piersi.   Nie   dokończyła.   W   jej   oczach 

pojawił się nowy blask. Pogłaskała jego tors. - Ty też jesteś piękny!

- Gdzie się tak śpieszymy? - zapytał zagarniając jej dłoń swoją. - 

Jeśli   oba   nasze   wielkie   przedsięwzięcia   handlowe   znajdują   się   w 
rękach   ludzi,   do   których   mamy   zaufanie,   to   czy   przypadkiem   nie 
możemy sobie pozwolić na krótki odpoczynek? - Spodziewał się, że 
Nan   zaprotestuje,   by   po   pewnym   czasie   ustąpić   i   przyjąć   jedynie 
zaproszenie na intymne spotkanie, a potem zażąda jak najszybszego 
powrotu do Henningtonu. Nic z tego! Chciał ją mieć wyłącznie dla 
siebie   i   jak   najdłużej   można.   Podniósł   jej   rękę   do   ust,   pocałował, 

background image

koniuszkiem języka smakował dłoń. To było cudowne, jak niegdyś! 
Nan nie protestowała. Co więcej, nie powiedziała nic o powrocie do 
Henningtonu i potrzebie zabrania się do roboty. Mówiąc ściśle, nie 
odzywała się prawie wcale przez kilka następnych godzin.

Gdy Nan otworzyła oczy, popołudniowe słońce kładło się złotymi 

plamami na prześcieradle. Ich wzajemne pożądanie rozpalone było do 
cna, gdy wprowadzili się do motelowego pokoju. W takiej sytuacji nie 
miała sensu żadna dyskusja. Obecnie byli wyczerpani, lecz nasyceni.

Spojrzała   na   Jessa,   który   drzemał.   Leżał   na   plecach,   dłonią 

przesłaniał oczy. Na twarzy perliły mu się kropelki potu. Po tym, co 
wyprawiał  w miłosnym  szale, nie  byłaby dziwna głęboka zapaść  - 
pomyślała.

- Śpisz? - zapytała cichutko.
- Rozważam tę możliwość - odparł. - A może masz jakąś inną 

propozycję? - Odjął rękę od oczu i spojrzał spod półprzymkniętych 
powiek.

Nan   usiadła   chowając   pod   siebie   nogi.   Stwierdziła,   że   bolą   ją 

mięśnie.

Nic   dziwnego!   I   tak   była   w   dobrej   formie   uwzględniając 

niezwykle wyczerpujące igraszki obojga.

- Nie dałbyś więcej rady - odparła. - W żaden sposób. A gdybyś 

był normalnym człowiekiem, to byłbyś już półżywy.

- Rzucasz mi wyzwanie? - Wyciągnął rękę i zaczął głaskać jej 

kolano. - Uwielbiam wyzwania.

- Uspokój się, Jess! Odpręż! Chcę porozmawiać. Co się z tobą 

dzieje? Jesteś dziś jak dziki zwierz.

-   Tak   długo   pozbawiałaś   mnie   siebie,   że   dziś...   moja 

determinacja... - Dłoń Jessa zaczęła wędrować w interesujące rejony 
jej uda. -

- Powiedziałabym raczej, że twoja deprawacja... - Odsunęła się od 

jego pełzających palców, nim zdołał ją zbytnio rozkojarzyć. - Dosyć! 
Naprawdę musimy porozmawiać.

- Niech będzie - westchnął i obrócił na bok. Prześcieradło, które 

pokrywało go do pasa, zsunęło się na nogi. Nan była pewna, że jeśli 
się zbliży, by je podciągnąć, rozmowa nie odbędzie się. Pozostawało 
jej   teraz   kontrolować   pragnienia   zarówno   własne,   jak   i   Jessa.   -   O 
czym   tak   bardzo   chcesz   rozmawiać?   -   Pilnie   obserwował   ją   przez 
szparki oczu.

background image

- O nas - odparła. - Bo to... - poklepała łóżko - chociaż wychodzi 

nam wspaniale, nie może stanowić podstawy wspólnego bytowania 
przez   następnych   pięćdziesiąt   lat.   Nie   może   stanowić   jedynej 
podstawy - poprawiła się. Jeśli tak potrafił uprawiać miłość mając lat 
trzydzieści,   to   powinien   być   dobry   w   łóżku   chyba   do 
osiemdziesiątki...

-   O   czym   ty   mówisz?   -   Jess   usiadł,   a   z   jego   oczu   zniknęła 

zmysłowa mgiełka.

-   No,   że   my...   -   Nan   urwała,   a   miała   już   to   wypowiedzieć... 

Wyglądałoby na to, że prosi go o rękę. Wobec kogoś innego można by 
tak postawić sprawę, ale nie wobec Jessa. On na pewno wolałby to 
zrobić w tradycyjny sposób. Jess to nie byle jaki mężczyzna. Jeśli 
chciała, by miał szacunek dla jej poglądów i obyczajów, ona musi 
okazać   to   samo.   -   Musimy   porozmawiać   o   mojej   wypożyczalni   - 
powiedziała, zmieniając zamiar. - I o twojej firmie...

- Ooo! - westchnął z rozczarowaniem i położył się z powrotem, 

zamykając oczy. Miał obojętny wyraz twarzy. - No, to mów.

-   Długo   myślałam   -   zaczęła   krzyżując   nogi   i   dla   większej 

skromności osłaniając oboje prześcieradłem, co było bardzo niemądre 
biorąc   pod   uwagę,   co   niedawno   wyrabiali.   -   Długo   myślałam,   nie 
tylko podczas tej podróży, ale już przedtem, zanim dowiedziałam się, 
że firma upada i ja zostaję na swoim. Nawet notowałam moje pomysły 
w   dzienniczku.   Mam   na   przykład   zamiar   zmienić   nazwę   mojej 
wypożyczalni z FFR na FDR. Filmy dla rozrywki. To lepiej trafia do 
ludzi   niż   filmy   fantastyczne.   Nie   uważasz?   -   Nie   czekając   na 
odpowiedź kontynuowała: - Wszystko ci pokażę, kiedy wrócimy do 
domu.   Oczywiście,   jest   problem   samodzielnego   przetrwania   w 
Henningtonie   ze   względu   na   mały   krąg   potencjalnych   klientów. 
Nawet gdyby każdy mieszkaniec miasta co dzień brał jeden film na 
wieczór, a przecież to niemożliwe, żeby wszyscy brali, to wątpię, bym 
miała   z   tego   odpowiedni   dochód,   nie   mówiąc   już   o   funduszu 
operacyjnym na zakup nowych filmów.

Zaczyna   się,   jesteśmy   w   domu,   pomyślał   Jess.   Zaraz   usłyszy 

ważne oświadczenie. Zamknął zwilgotniałe nagle oczy.

- A więc dokąd chcesz wyjechać?
- Nie mam zamiaru.
- Co? - Otworzył szeroko oczy. - Co powiedziałaś?

background image

- Nie ma potrzeby wyjeżdżać, skoro mam pod nosem najlepszą w 

całym   stanie   firmę   spedycyjną.   -   Uśmiechnęła   się.   Jego   palcem 
pogładziła sobie nos. - I to jaką firmę!

- Chcesz powiedzieć, że... - Zaczynał coś pojmować.
-   Jeślibym   samolotem   dostarczał   ci   co   tydzień   paczkę,   to 

mogłabyś   dalej   prowadzić   tu   interes,   korzystając   z   usług   firm   w 
pobliżu moich lądowisk?

- Właśnie! - Twarz jej spoważniała. - Oczywiście musiałabym na 

jakiś rok wziąć kredyt bankowy ze względu na koszty ogólne. Nie 
obliczyłam jeszcze, ile kosztowałby fracht lotniczy, ale...

- Absolutnie nic. - Przetoczył się na łóżku obejmując Nan w talii. 

- Fracht wynosi zero! - Przyciągnął ją do siebie, a gdy chciała coś 
powiedzieć, przykrył jej usta swoimi. Po pewnym czasie zapytał: - 
Naprawdę chcesz zostać w Henningtonie?

- Przecież powiedziałam, prawda? - Zmierzwiła dłonią jego i tak 

już potargane włosy. - Wszyscy moi przyjaciele tam mieszkają. Tam 
ułożyłam sobie życie. Jestem uznanym członkiem wspólnoty z dobrze 
prosperującą placówką handlową. Dlaczego miałabym opuszczać to 
miasto i zaczynać od nowa? Proces wrastania w nową społeczność 
trwa   długo.   Czy   wyglądam   na   idiotkę,   która   by   porzucała   dobry 
interes... i coś jeszcze?

- W istocie - powiedział Jess. - Na taką nie wyglądasz. A teraz 

zobaczymy, jak długo możesz trwać bez ruchu...

Okazało się, że bardzo krótko!
Pozostali w Casper tego wieczoru. Podczas kolacji w eleganckiej 

chińskiej   restauracji   w   śródmieściu   Nan   opowiedziała   Jessowi   o 
swoich planach na najbliższe kilka dni:

- Chciałabym pojechać z tobą na północ, do mojego rodzinnego 

miasteczka, żebyś poznał moją rodzinę. Ja poznałam twoją, ale...

- Wspaniale! - przerwał kryjąc jej dłoń w swojej i pomyślał, że 

wkrótce znajdzie odpowiednią chwilę, by się jej oświadczyć. Jedyne, 
co   go   jeszcze   od   tego   powstrzymywało,   to   potrzeba   ostatecznego 
upewnienia się, że jej decyzje co do pozostania w Henningtonie są 
niezłomne. Plany planami, wydawały się zupełnie dobre, ale czy ona 
jest   pewna,   że   tego   właśnie   pragnie?   Czy   nie   wykombinowała 
wszystkiego pod wpływem chwili, aby dopasować sprawy do swych 
uczuć   dla   niego?   -   Bardzo   bym   chciał   spotkać   twoich   rodziców. 
Podziękować im za ciebie...

background image

-   Kocham   cię,   Jess.   -   powiedziała   takim   głosem,   że   Jessowi 

wydawało   się,   że   przeżywa   pierwszą   szczęśliwą   chwilę   w   życiu. 
Poprosi   ją   o   rękę   później   wieczorem,   postanowił.   Teraz   chce   się 
delektować chwilą.

Kiedy   wrócili   do   motelowego   pokoju,   zobaczyli   migającą   na 

aparacie   telefonicznym   zieloną   lampkę   oznaczającą,   że   w   recepcji 
czeka na nich wiadomość. Ogarnięta nagłym lękiem Nan zastanawiała 
się,   czy   w   ogóle   podnieść   słuchawkę.   Zrobiła   to   jednak.   Poczucie 
odpowiedzialności zwyciężyło.

Powiedziano jej, że dzwonił Walker. Bardzo pilne! Ponieważ nie 

wiedziała, czy dotyczy to spraw jej, czy Jessa, pozwoliła zadzwonić 
jemu.   Sama   siadła   na   skraju   łóżka,   obserwując   wyraz   twarzy 
rekonwalescenta.   Już   po   wysłuchaniu   paru   słów   Walkera   Jess 
spochmurniał.

Gdy   odłożył   słuchawkę,   nieskończenie   długi   czas   milczał. 

Wreszcie odezwał się:

-   Nan,   twoja   wypożyczalnia   została   zamknięta.   Jimmy   jest 

aresztowany za wypożyczanie filmów pornograficznych.

- Co powiedziawszy, po raz pierwszy spojrzał jej w oczy.
- Kto prowadzi pierwszy, ty czy ja?

background image

ROZDZIAŁ 17

- Pojęcia nie mam, jak to się stało! -Jimmy przykrył twarz dłońmi. 

Nie   płakał,   ale   był   bliski   łez.   -   Nie   mam   zielonego   pojęcia.   A 
właściwie to wiem, że niemożliwe!

-   A   jednak!   -   Jess   szalał   po   pokoju,   zbyt   zdenerwowany   i 

rozkojarzony,   by   móc   usiąść   i   rozważyć   spokojnie   całą   sprawę.   - 
Musimy   dociec,   jak   to   się   mogło   stać!   Te   filmy   nie   pojawiły   się 
znikąd! Czarna magia?  - Niemal  się zakrztusił  na ostatnim  słowie, 
wypowiedzianym prawie bezwiednie, bowiem wśród wielu zarzutów 
stawianych   Nan   przez   złe   języki   ograniczonych   ludzi   było   i 
oskarżenie jej o to, że jest czarownicą i uprawia czarną magię. Nan 
zachowywała spokój.

-   To   wcale   nie   musi   być  wina   Jimmy'ego.   Jeśli   skończyłeś   w 

wrzaskami, Jess, to usiądź, proszę, i spokojnie zastanówmy się nad 
sytuacją.

Jess spojrzał ostro, potem z zakłopotaniem, wreszcie usiadł.
Nan   rozejrzała   się   po   pokoju.   Wiadomość   o   aresztowaniu 

Jimmy'ego   okazała   się   nieprawdziwa,   ale   ponieważ   był 
odpowiedzialny  za wypożyczalnię w czasie, gdy znaleziono w niej 
filmy   pornograficzne,   mimo   że   nieletni,   został   postawiony   w   stan 
oskarżenia.   Natomiast   główną   oskarżoną   była   Nan   i   jej   groziło 
postępowanie   karne.   Dochodzenie   już   właściwie   się   rozpoczęło. 
Należałoby   je   raczej   nazwać   dalszym   ciągiem   prześladowania. 
Znalezione filmy były ohydne i znajdowały się wśród kaset z filmami 
dla   dzieci,   w   pudełkach   dziecięcych   filmów.   Ilu   maluchów,   dla 
których   wypożyczono   te   taśmy,   doznało   w   czasie   ich   oglądania 
prawdziwego szoku? Mimo wszystko Nan czuła się odpowiedzialna i 
była tym okropnie przygnębiona.

-   Zarzut   prokuratorski   dotyczący   wypożyczania   filmów   porno 

nieletnim   nie   jest   najgorszy.   To   małe   piwo   -   powiedział   Lars.   - 
Najważniejsze,   że   wielu   rodziców  ma   zamiar   wnieść  powództwo 
cywilne przeciwko tobie i twojej firmie. A to może kosztować!

Nan   poczuła   paraliżujące   zimno.   Chwilowo   ratowała   ją   długa 

nieobecność. Trudno bowiem przypuścić, że filmy porno znajdowały 
się w pudełkach od wielu tygodni, jeszcze przed jej wyjazdem, i że 
dopiero   teraz   ktoś   z   wypożyczających   na   nie   trafił.   Właśnie   filmy 
dziecięce   były   wypożyczane   najczęściej.   Znakomita   ich   większość 
prawie codziennie.

background image

Podmiana kaset musiała nastąpić w ciągu ostatnich czterdziestu 

ośmiu godzin. Nie wcześniej.

I dlatego było jasne dla Jessa, że Jimmy - zdając sobie z tego 

sprawę czy też nie - był kluczem do tajemnicy.

Zasiedli   teraz   wszyscy   w   małej   salce   konferencyjnej   ratusza: 

Jimmy, Jess, Nan, Walker, Lars i dobra znajoma Jessa, Edna Wilson, 
prawniczka - miejscowa pani adwokat. To Nan poprosiła o wskazanie 
jej adwokata, gdy zorientowała się w implikacjach prawnych i zdała 
sobie sprawę, że musi bronić się sama, nie mając zaplecza w postaci 
firmy,   która   by   zapewniła   jej   pomoc   prawną.   Nan   chciała   mieć 
adwokata,   na   którego   honorarium   było   ją   stać   i   któremu   mogłaby 
zaufać.

-   Lars   ma   rację   -   powiedziała   Edna   robiąc   jakąś   notatkę.   - 

Przepisy   prawne   regulujące   rozpowszechnianie   sprośnych   i 
nieprzyzwoitych   materiałów   są   bardzo   mętne.   Najprawdopodobniej 
oskarżenie   publiczne   nie   będzie   wniesione.   Natomiast   naszym 
koszmarem   mogą   się   okazać  pozwy   cywilne,  wniesione   za   szkody 
wyrządzone dzieciom, ich psychice.

- No, to jestem załatwiona - powiedziała Nan. Nagle jakby się 

załamała. - Nie mam żadnych argumentów do dyskusji z rodzicami, 
których dzieci oglądały te bezeceństwa, wstydziłabym się tego. To 
tak, jakbym usiłowała przerzucić odpowiedzialność na dzieci...

-   To   przecież   nie   twoja   wina,   Nan!   -   Jimmy   poderwał   się   z 

zaciśniętymi pięściami. - Ciebie tu nie było!

- Jestem odpowiedzialna, Jimmy. To moja wypożyczalnia.
-   Wszyscy   wiemy,   kto   jest   odpowiedzialny   -   odezwał   się 

gniewnie   Jess.   -   Ale   nikt   nie   chce   głośno   wypowiedzieć   jego 
nazwiska. Przez pewien czas Neilson siedział cicho, ale dziś niemal 
tańczył idąc główną ulicą miasta. - Jess wziął do ręki leżący na stole 
ołówek i zaczął stukać nim o blat. - Nan mogłaby bez trudu wytoczyć 
mu   sprawę   za   oszczerstwa,   które   na   nią   rzuca.   -   Trzymany   w 
zaciśniętej dłoni ołówek pękł na dwoje.

- Douglasa Neilsona też nie było w mieście - poinformował Lars. 

-   To   pierwsza   rzecz,   którą   sprawdziłem.   Zniknął   na   tydzień   przed 
odkryciem tych filmów. Poza tym nie miał sposobu dokonać wymiany 
kaset. Ani on, ani jego poplecznicy. Byliby przez kogoś zauważeni. - I 
Lars opowiedział im, że chcąc mieć pełny obraz, odbył szczegółowe 
rozmowy zarówno z klientami, jak i wrogami wypożyczalni.

background image

Jimmy poruszył się niespokojnie w krześle, jakby go paliła skóra. 

Wiedział dobrze, kto miałby okazję wymienić kasety, ale nie chciał 
nawet przez sekundę wierzyć, że to mogła być ta osoba. Pan Conners 
był jego przyjacielem! Pan Conners nawet lubił Nan. Wspomniał, że 
bardzo jest jej wdzięczny za to, że pozwoliła pracować u siebie jego 
córce. Pan Conners był bardzo zadowolony, że Angel spędza czas z 
Jimmym, a nie lata za chłopakami na mieście. Nie, to niemożliwe!

Chyba że pan Conners zasnął w wypożyczalni tamtej nocy i ktoś 

wszedł,   i   zamienił   kasety.   Właśnie,   może   tak   się   stało?   Ale   pan 
Conners nie wspomniał nic, że zasnął; Powiedział, że przez cały czas 
czytał i pracował. Ojciec Angel nie mógł być złym człowiekiem, to 
niemożliwe!

Jimmy wcisnął się głębiej w krzesło i nawet zasłonił usta dłonią, 

aby nie wyrwało mu się na ten temat żadne słowo. David Conners był 
obcy w tym mieście i Jimmy wiedział, że ani Jess, ani Nan nie czuli 
do niego wielkiej sympatii. Jimmy znalazłby się w opałach, gdyby się 
dowiedzieli,   że   zostawił   wypożyczalnię   na   kilka   godzin   późnym 
wieczorem w sobotę pod opieką Connersa. I nikt o tym nie wiedział, 
bowiem pan Conners twierdził, że nie było absolutnie nikogo. Charlie 
nie   zostawał   na   noc   na   zapleczu,   od   kiedy   zajmował   się   firmą 
spedycyjną   Jessa.   Musi   więc   być   jakieś   inne   wytłumaczenie 
tajemnicy.

Musi być! I Jimmy musi je znaleźć!
Zebranie skończyło się blisko północy. Edna ostrzegła Nan, aby z 

nikim nie rozmawiała o sprawie, nie reagowała na żadne zaczepki i 
groźby, nie robiła absolutnie nic.

- Bądź spokojna i cierpliwa - poradziła. - Większość z nas jest po 

twojej stronie i wkrótce prawda wyjdzie na wierzch.

Te   skądinąd   rozsądne   słowa   adwokata   nie   pocieszyły   zbytnio 

Nan. Wypożyczalnia była zamknięta. Jej firma zbankrutowała. Część 
jej   marzeń   runęła   w  gruzy,  rozpadła   się   w  pył  w  wyniku  jednego 
podłego czynu. Ale była jeszcze gorsza strona całej sprawy: straciła 
zaufanie   w   Henningtonie.   Wyczuwała   to   nawet   u   takich   ludzi   jak 
Lars. Poprzednio bardzo przyjazny, teraz traktował ją z dystansem i z 
wystudiowaną   grzecznością;   wyjechała   do   Kalifornii,   a   w   jej 
wypożyczalni znaleziono filmy porno! Sąsiedzi też okazywali chłód, 
ledwo   odpowiadając   na   powitanie.   Tego   poranka   w   sklepie 
spożywczym wiele kobiet ją zignorowało, a sprzedawca był po prostu 

background image

niegrzeczny.   Czy   Nan   mogła   mieć   do   nich   pretensję?   Fakt   był 
niezbity: dzieci zostały narażone na szok z jej winy. Jimmy  to też 
jeszcze dziecko i nie powinna go była zostawiać samego na tak długo.

Oczywiście Sue i Walker jej nie opuścili. Ani pani Inga, która 

była   oburzona   tą   prowokacją   wobec   Nan   i   ucierpiała   tylko   z   tego 
powodu, że zdecydowanie jej broniła.  Była to jednak mała  grupka 
przyjaciół,   niewystarczająca,   by   zmienić   negatywny   stosunek 
mieszkańców Henningtonu. Poza tym przyjaciele przyjaciółmi, ale to 
nie było ich własne zmartwienie.

Nan uważała, że bez względu na okoliczności łagodzące wszystko 

było   jej   winą.   Teraz   trzeba   ponieść   konsekwencje.   Po   wyjściu   z 
ratusza   Jess   chciał   z   nią   zostać   na   resztę   nocy,   ale   zdecydowanie 
odmówiła.

- Muszę nad wszystkim pomyśleć - powiedziała. - Chyba mnie 

rozumiesz? Chcę być teraz sama!

- A ja chcę być z tobą i pomóc ci! - upierał się. Widać było w jego 

oczach, jak bardzo boli go odmowa Nan. - Jeśli jednak uważasz, że 
mnie nie potrzebujesz, no cóż, muszę się z tym pogodzić.

I   tak   zostało   już   bez   dalszych   dyskusji.   Jess   miał   rację, 

potrzebowała jego pomocy. Jego wsparcia. Ale rodziło się pytanie, 
czy   teraz   ona   mu   jest   potrzebna.   Wróciła   do   punktu,   w   którym 
znajdowała   się   poprzednio:   rozważała   możliwość   opuszczenia 
Henningtonu jak tylko to będzie możliwe. Bez względu na to, czym 
by się teraz zajęła, tu, na miejscu, nigdy już nie będzie akceptowana 
tak, jak poprzednio.

- Porozmawiamy jutro - powiedziała i szybko się odwróciła, aby 

nie zobaczył jej łez. I musiało się to zdarzyć w chwili, kiedy była taka 
pewna, że czeka ich wspólna przyszłość. Rozbite marzenia!

Jess   wrócił   do   domu.   Trawił   go   ogień   bezsilności,   czuł 

beznadziejną gonitwę myśli. Czy to koniec nadziei na wspólne życie? 
Zdawał sobie sprawę, że ludzie mają prawo być poruszeni skandalem, 
ale   uważał,   że   przesadzają   w   reakcjach.   Czy   w   ogóle   można   było 
zarzucić   Nan   bodaj   moralną   odpowiedzialność?   Nawet   gdyby 
przegrała powództwa cywilne w sądzie, to przecież nie można było 
niczego zarzucić jej osobiście. Jej tu przez cały czas nie było! Ona nie 
ponosi najmniejszej winy! Z drugiej strony Jimmy...

Jess zatrzasnął za sobą drzwi frontowe i głośno zawołał brata. 

Żadnej   odpowiedzi.  Psiakrew!   Było po  północy,  a chłopak  nie  ma 

background image

przecież   samochodu.   Gdzie   się   więc   podziewa?   Znowu   z   tą 
dziewczyną? Sięgnął po słuchawkę i wykręcił numer pokoju Connersa 
w motelu. Nikt nie odpowiadał.

Jess   odłożył   słuchawkę.   Przez   dłuższy   czas   siedział   myśląc   i 

słuchając   głosu   serca   -   chyba   po   raz   pierwszy   w   życiu   wiedział 
wyraźnie, co czuje. Potem raz jeszcze podniósł słuchawkę.

Nan   odpowiedziała   dopiero   po   blisko   trzydziestu   dzwonkach. 

Bała się. Była pewna, że dzwoni ktoś, kto chce jej nawymyślać albo 
jeszcze gorzej - użalić się na temat krzywd doznanych przez dzieci 
demoralizowane jej filmami porno.

- To ja, Jess. Płakałaś?
- Tak - głos jej się załamał. - Troszkę...
-   Kochanie...   -   słyszała   jego   oddech.   -   Żeby   tak   można   było 

cofnąć czas...

-   Ale   nie   można.   I   trzeba   pogodzić   się   z   faktami.   Zawsze   mi 

tłumaczyłeś, że trzeba stawiać czoło przeciwnościom. Wobec tego...

- Nan, czy wyjdziesz za mnie?
- Co takiego? -Omal nie upuściła słuchawki. Serce podskoczyło 

jej z radości.

- Posłuchaj! Planowałem zaproponować ci to przy księżycu i z 

pękiem róż, podczas wspaniałej kolacji przy butelce dobrego wina, ale 
wiem,   że   muszę   to   powiedzieć   teraz.   Pewnie   myślisz   sobie,   że 
najlepsze, co możesz zrobić, to spakować manatki i wyjechać. Ale źle 
myślisz. Posłuchaj swojego serca. Jesteś mi potrzebna, Nan! Kocham 
cię!  Chcę  z  tobą   spędzić  resztę  życia!  A jeśli  zajdzie  potrzeba,   to 
gotów jestem wyjechać do Timbuktu! Wyjdź za mnie, kochanie!

- Jess, ja... Nie chcesz się nad tym dobrze zastanowić? Wydaje mi 

się...

- Już dostatecznie długo nad tym myślałem, do diabła! Więc co 

powiesz? Tak czy nie?

- Tak.
- Nan! Do diabła... Co powiedziałaś? Że tak?
- Tak! - Zaczęła płakać i śmiać się jednocześnie. - Tak. Kocham 

cię i wyjdę za ciebie. Ile czasu zajmie ci zjawienie się tutaj, żebym to 
mogła powiedzieć osobiście?

-   Zaraz   będę...   Nie,   nie.   Nan,   nie   mogę.   Jimmy'ego   nie   ma. 

Dzwoniłem nawet do motelu, do Connersów, bo może Jimmy i Angel 
wzięli samochód, ale nikt nie odpowiada. Nie ma nikogo.

background image

- To bardzo dziwne. - Nan usiadła na łóżku. - Spodziewałabym 

się, że po tym, co się zdarzyło, Conners skróci smycz Angel. Przecież 
ona   pracowała   w   wypożyczalni   tego   wieczoru,   kiedy   podobno 
podmieniono filmy. Jimmy co prawda przysięga, że ani na chwilę nie 
spuścił jej z oczu...

- Wierzysz mu?
- To twój brat, Jimmy. Miałby kłamać? Nawet dla Angel? Która, 

tak na marginesie, ma rozumek komara. Wykluczam jej uczestnictwo 
w tej aferze.

- Jesteś tego absolutnie pewna?
- No wiesz...
- Poczekaj! Chyba słyszę Jimmy'ego. Drzwi frontowe! Muszę iść. 

Kocham cię, Nan!

Wpatrywała   się   przez   chwilę   w   słuchawkę.   A   więc   się 

oświadczył! I to w żaden wyrafinowany, tradycyjny sposób. Tak po 
prostu! Uśmiechnęła  się. Łączyło ich to najistotniejsze: miłość. Na 
dłuższą metę nic innego nie było ważne. Zawsze będą towarzyszyły 
życiu jakieś przeciwności, ale miłość potrafi je pokonać. Ich miłość na 
pewno   pokona.   Odwiesiła   słuchawkę   telefonu   i   zaczęła   się 
przygotowywać do pójścia spać. Po raz pierwszy od dłuższego czasu 
nie miała żadnych kłopotów z własnym sercem. Biło spokojnie.

- Muszę z tobą porozmawiać, Jess! - Jimmy przerwał bratu jego 

wykład   na   temat   głupoty   pozostawania   na   noc   poza   domem   bez 
zawiadomienia kogokolwiek w sytuacji, w jakiej się znaleźli. - Czy na 
chwilę możesz porzucić rolę starszego brata i posłuchać?

- Słucham cię! - Jess uspokoił się wreszcie i z powrotem usiadł. - 

Przepraszam za mój wybuch. Po prostu martwiłem się o ciebie.

-   Ja   też   się   martwiłem.   -   Jimmy   wpatrywał   się   tępo   w   swoje 

dłonie. - Chyba już wiem, jak to się stało z tymi filmami...

-   I   nic   nie   powiedziałeś   podczas   zebrania   na   ratuszu?   -Jess 

ponownie   wybuchnął.   Zerwał   się   i   zaczaj   biegać   po   pokoju.   -   Na 
miłość boską, Jim! I pozwalasz, by Nan została wystawiona na pastwę 
oskarżeń? Jak mogłeś to zrobić?

- Zdajesz sobie sprawę, że po raz pierwszy nazwałeś mnie Jim? - 

odezwał się Jimmy po dłuższym milczeniu.

- Że co?
- Nazwałeś mnie Jim, a nie Jimmy. Nan często mówiła do mnie 

Jim. Jak do dorosłego. Wiem, że jeszcze nie jestem dorosły, ale ona 

background image

mnie tak traktuje. Jeśli zrobiłem jej krzywdę, to nieświadomie. Ona 
jest naprawdę moim  dobrym przyjacielem,  Jess! Wcześniej  nic nie 
powiedziałem, bo nie wiedziałem, aż do tej chwili. I dalej nie jestem 
pewien, że wszystko już wiem.

- O czym wiesz? - Jess opadł na fotel, dłonie miał zaciśnięte. -No 

więc mów, Jim! Słucham!

- David Conners. To on musiał wymienić kasety. Nie chciałem 

takiej myśli dopuścić z powodu Angel. Ale po konferencji w ratuszu 
poszedłem   na   spacer.   Chciałem   sobie   porozmyślać,   rozumiesz? 
Poszedłem do motelu. Ale nie zastałem tam Angel ani jej ojca. W 
każdym razie nikt nie odpowiadał, kiedy zapukałem do drzwi, i nie 
było   ich   auta.   To   mnie   zaniepokoiło,   ponieważ   przedtem   Angel 
zawsze była w motelu, kiedy przychodziłem. O każdej porze. No więc 
poszedłem pieszo aż na lotnisko. Zastałem tam jeszcze Charliego i 
Mike'a.   Jess,   dlaczego   mi   nic   nie   powiedziałeś,   że   ktoś   chciał   cię 
zabić? - Spojrzał na brata i Jess dostrzegł łzy w jego oczach.

- Nie mam żadnej pewności - odparł. - Nan też to podejrzewała 

przysłuchując się pytaniom, jakie mi  zadawali inspektorzy  Zarządu 
Lotnictwa Cywilnego, ale...

- Oni cię dziś szukali, ale nie mogli znaleźć, bo byłeś jeszcze w 

drodze   z   Nan.   Ale   dodzwonili   się   do   Charliego.   Odkryli   ślady 
sabotażu maszyny. Świadomego sabotażu. Ktoś chciał, żebyś zginął w 
katastrofie!

Jess zastygł, starając się zrozumieć to, co mu powiedział Jimmy. 

Jaki on był ślepy!

- Przed chwilą spytałem Nan, czy za mnie wyjdzie - powiedział 

cicho. - Powiedziała, że tak.

- To wspaniale! - Jimmy otarł z oczu łzy. - Jestem niby prawie 

dorosły, a ryczę jak dzieciak.

- Powiedz mi wszystko, Jim. - Jess rozparł się wygodnie, rękę 

przerzucił   przez   oparcie   fotela.   -   Muszę   znać   wszystkie   fakty   ze 
szczegółami, a potem zdecydujemy, co mamy robić.

- My zdecydujemy?
- Tak, ty i ja.
Jimmy   spojrzał   na   starszego   brata,   jakby   go   po   raz   pierwszy 

zobaczył.   Jako   swego   bohatera.   Wielkiego,   potężnego   i 
niebezpiecznego   dla   wrogów.   I   uczynił   teraz   Jimmy'ego   swoim 

background image

partnerem.   Już   nie   widział   w   nim   szczeniaka,   ale   przyjaciela   i 
równego sobie. Jim zaczął mówić.

I wszystko zaczęło stawać się jasne.
Nan   usiłowała   rozsiąść   się   wygodnie   na   zimnym,   twardym, 

składanym   krześle,   ale   bez   powodzenia.   Nie   tylko   ona.   Wszyscy, 
których widziała w wielkiej sali zebrań, kręcili się niespokojnie. Nic 
dziwnego. Napięcie było olbrzymie. I podniecenie. Żaden z filmów z 
jej wypożyczalni nie zapewniał podobnie dramatycznego spektaklu, 
jaki szykował się tutaj, gdyby emocje wzięły górę.

Lars   zwołał   zebranie   mieszkańców  Henningtonu.   Zwołał   je  po 

trwającym długie godziny spotkaniu z Jessem i Jimmym rano tego 
samego dnia. Choć był to wtorek po południu, sala była przepełniona. 
Sądząc po liczbie obecnych prawie każda rodzina miała tutaj swojego 
przedstawiciela.  A niektóre  reprezentowane były nawet przez kilka 
osób.

Douglas   Neilson   i   jego   poplecznicy   zajęli   co   najmniej   jedną 

czwartą   miejsc.   Trzymali   transparenty   obwieszczające,   że   Nan   jest 
uosobieniem   zła,   a   jej   filmy   -   instrumentami   szatana.   Ilekroć 
spoglądała   w   ich   kierunku,   robiło   jej   się   dziwnie   słabo.   Ludzie 
Neilsona   zachowywali   się   stosunkowo   spokojnie,   zapewne   dzięki 
Larsowi, który ostrzegł ich, że o ile zakłócą spokój, zostaną usunięci z 
sali.   Niemniej   emanowała   z   nich   nie   ukrywana   nienawiść.   W 
większości   nie   są   to   chyba  źli   ludzie,   pomyślała.   Po  prostu   osoby 
ograniczone, dające sobą manipulować. Neilson to już co innego. Jest 
też ograniczony, ale to on wodzi wszystkich za nos.

Nie chciała o nim myśleć. Pragnęła myśleć jedynie o Jessie i jego 

propozycji małżeństwa. Ich droga będzie ciężka, ale Nan wierzyła w 
niego. I po raz pierwszy naprawdę wierzyła w siebie. Razem dojdą do 
wytkniętego celu. Bez względu na przeciwności!

- Wyglądasz wyjątkowo radośnie jak na osobę, która ma być za 

chwilę spalona na stosie - zauważyła Sue z żartobliwym uśmiechem. 
Nan siedziała między Sue i Ingą.

- Po prostu patrzę w przyszłość - odparła Nan. - I bez względu na 

to, co nastąpi, mam wiele do zawdzięczenia...

- A gdzie jest ten, komu zawdzięczasz? - spytała pani Inga. - Nie 

widziałam dziś ani Jessa, ani Jimmy'ego, ani Walkera - sądziłam, że 
będą tu z tobą.

background image

- Powiedzieli, że mają jeszcze coś do załatwienia. - Nan także nie 

w smak była ich nieobecność. Miała jednak zaufanie do Jessa. Prosił, 
żeby mu zaufała. I zapewniał, że wszystko skończy się dobrze. Całym 
sercem pragnęła mu wierzyć, choć przy takiej wrogości na sali było to 
niesłychanie trudne.

Burmistrzyni   obwieściła   rozpoczęcie   zebrania,   uderzając 

drewnianym młotkiem w stół. Uciszanie było zbędne, gdyż jak tylko 
wstała, zapanowała głęboka cisza.  Wydawało się, jakby wszystkim 
zebranym   zabrakło   tematów   do   rozmów   i   ploteczek.   Burmistrzyni 
podziękowała zebranym za przybycie, z grubsza przedstawiła sytuację 
i zaprosiła Larsa na podium.

- Jak wiecie - odezwał się  barczysty policjant - w sprawie tej 

nikogo jeszcze nie aresztowano. - Ciszę na sali przerwały głośne syki 
popleczników   Neilsona.   Lars   spojrzał   surowo   w   ich   kierunku   i 
zamilkli. - Niemniej mamy zamiar dokonać aresztowań jeszcze przed 
zakończeniem niniejszego zebrania - dodał.

Szpileczki przebiegły po plecach Nan. Aresztowań?
- Po co ją aresztować? - odezwał się głos z sali. - Oblać smołą i 

wytarzać w pierzu!

- Zamknij się, Les! - to polecenie rzuciła kobieta siedząca blisko 

Nan. - Daj mówić szefowi policji!

- Mam dużo do powiedzenia - kontynuował Lars Handley. - Ale 

chwilkę   poczekam.   Zaraz   pojawi   się   tu   parę   osób   z   sensacyjnymi 
informacjami.

Podwójne drzwi w głębi sali otworzyły się z trzaskiem. Wszyscy 

obrócili się w tym kierunku. Wmaszerowali Jess, Jimmy  i Walker. 
Między braćmi szedł David Conners. Domniemany pisarz wyglądał 
na nieco poturbowanego. Pastor prowadził Angel, która szła z nisko 
pochyloną głową.

Rozległy   się   szepty,   słychać   było   pytania.   Gdy   cała   piątka 

podeszła do podium, ktoś głośno zapytał, co to wszystko ma znaczyć. 
Ktoś   inny   przyłączył   się   do   pytania   i   po   chwili   dziesiątki   głosów 
domagały się wyjaśnień.

Nan patrzyła wyłącznie na Jessa. Przez chwilkę spoglądał w jej 

kierunku, a potem skierował wzrok na salę.

-   Witam   zebranych   -   powiedział.   -   Tak   sobie   pomyślałem,  że 

chcielibyście   osobiście   poznać   dowcipnisia,   który   powkładał   filmy 
porno na półkę z kasetami dla waszych dzieci. - Wskazał palcem na 

background image

Davida   Connersa,   który   jakby   się   skurczył.   Trzymający   go   Jimmy 
miał ponurą minę i jakby o dziesięć lat więcej.

- Łżesz, Rivers! - ryknął jakiś mężczyzna z grupy  Neilsona. - 

Sypiasz z czarownicą, więc chcesz jej bronić i dla niej kłamiesz!

Jess uśmiechnął się zimnym, przerażającym uśmiechem.
- Żenię się z Nan Black - oświadczył - ale dla niej nie kłamię. 

Conners   podmienił   kasety.   Przyznał   się   do   tego.   Zrobił   to   wtedy, 
kiedy   jego   córeczka   umizgami   odwracała   uwagę   mego   brata.   - 
Spojrzał   na   Angel   i   twarz   mu   nieco   zmiękła.   Dziewczyna   płakała 
stojąc   ciągle   z   pochyloną   głową.   Nan   widziała,   że   Jess   się   waha. 
Niektórzy z obecnych na sali zaczęli szeptem wyrażać wątpliwości co 
do winy Angel.

Wtedy głosem pełnym oburzenia odezwał się Jimmy:
-   Nie   uniewinniajcie   jej   pochopnie!   Wiedziała   dobrze,   co   jej 

ojciec kombinuje. Zapłacono za to obojgu. Otrzymywała pieniądze, 
żeby się do mnie przymilać. Jest tak samo winna, jak jej ojciec. A 
poza tym ktoś chciał zabić mego brata! I myślę, że te obie sprawy się 
łączą! Wszystko to ma związek!

Ten   gniewny   wybuch   Jimmy'ego   spowodował   nową   falę 

pomruków i szeptów. I nagle właśnie Angel wyjaśniła całą tajemnicę. 
Wskazując   palcem   na   Douglasa   Neilsona   powiedziała   z   głośnym 
płaczem:

- To on! To on! Przyszedł do mojego taty i powiedział, że mu 

dobrze zapłaci, jeśli doprowadzimy do upadku wypożyczalni kaset i 
spowodujemy   wyrzucenie   jej   właścicielki   z   miasta.   Ale   tata   nigdy 
nikogo fizycznie nie skrzywdził. Kiedy został przyłapany tamtej nocy, 
to specjalnie strzelił w okno. I to nie on próbował zrobić coś złego 
panu Riversowi!

- Kłamstwo! - krzyknął Neilson, zrywając się na równe nogi. - 

Ona kłamie! Taka sama z niej dziwka jak ta Black! Nie wierzcie jej!

- Wszystkie jesteśmy dziwkami, co? - wrzasnęła Nan wstając i 

zwracając się w stronę Neilsona. - Taką ma pan opinię o wszystkich 
kobietach? - Za swymi plecami Nan usłyszała, że wspiera ją pani Inga.

-   Niech   wszyscy   zamilkną!   Cisza!   -   krzyknął   Lars,   chcąc 

zapanować nad salą. - Siadajcie! Ludzie, siadać!

-   Wszyscy   jesteście   pachołkami   szatana!   -   wrzasnął   dziko 

Neilson, machając nieprzytomnie rękami. - Całe miasto stacza się do 
bram   piekielnych.   I   pójdziecie   do   piekła,   jeśli   dacie   wiarę   tym 

background image

czarownicom!   -   Zaczął   kręcić   się   w   kółko   jak   wariat,   rzucać   we 
wszystkie strony, a stojący obok umykali mu z drogi potykając się o 
krzesła.   Nan  zobaczyła,  jak  Jess   zeskakuje  z  podestu.  Podbiegł  do 
niego Walker i położył mu rękę na ramieniu uspokajającym gestem.

Neilson   stracił   kontenans.   Znieruchomiał,   ciężko   oddychając   i 

spoglądając dziko dookoła.

-   Nie   jestem   pisarzem   -   usłyszeli   stłumiony   głos   Davida 

Connersa. - Jestem aktorem. Byłem bez pracy. Zgłosił się do mnie 
Neilson.   Dostał   moje   nazwisko   od   wspólnych   znajomych.   Chciał, 
żebym   zagrał   rolę   i   dokonał   niewinnego   sabotażu,   spowodował 
nieszkodliwe   zamieszanie.   -   Conners   spojrzał   w   kierunku   stojącej 
Nan. - Pani Black, taki byłem przerażony tamtej nocy, kiedy mnie 
pani przyłapała, że nie potrafiłem nawet myśleć o niczym z wyjątkiem 
jednego: żeby jak najszybciej umknąć! Bardzo mi przykro.

Nan tylko skinęła głową.
- Ale przyznaje się pan do podłożenia tych wstrętnych kaset? - 

spytała pani Inga wstając. - Pan to zrobił, a nie Nan, prawda?

- Tak, to ja - Conners spuścił głowę. - Tak mi okropnie przykro. 

Nie   miałem   pojęcia,   że   to   takie   świńskie   filmy...   takie   okropne... 
Neilson powiedział, że są tylko zbyt odważne dla dzieci, ale to była 
ohyda! Mówił, że chodzi tylko o to, żeby pani Black zamknęła interes 
i wyjechała. Przysięgam, że nie wiedziałem, co to za filmy. Gdybym 
wiedział, nie zrobiłbym tego za żadne pieniądze! - Jego przygnębienie 
zniknęło zastąpione szczerością i prawdziwym oburzeniem.

- A jak to było z samolotem Jessa? - zapytała Nan świadoma, że 

rozmawia' z aktorem, a więc człowiekiem, który potrafi przybierać 
dowolne postawy. - Kto...?

-   Douglas   Neilson   osobiście   -   odparł   Conners.   -   Jeździł   za 

Riversem na lotnicze pokazy czekając na okazję, kiedy będzie mógł 
pomajstrować w silniku jego samolotu. Powiedział mi nawet, że jak 
pozbędzie   się   Riversa,   to   pani   szybciej   wyjedzie   z   Henningtonu. 
Wydaje mi się, że on bardziej nienawidzi Riversa niż pani, ale...

Przerwało mu wycie i szaleńczy wrzask Douglasa Neilsona, który 

zaczął   przepychać   się   w   stronę   wyjścia.   Lars   dał   znak   i   dwóch 
policjantów pobiegło za uciekającym, ale pozsuwane krzesła i tłum 
podnieconych   ludzi   uniemożliwiły   im   dopadniecie   go.   Zniknął   za 
drzwiami.   Nan   spojrzała   na   Jessa.   Ruszył   ku   tyłowi   sali,   jakby 
zupełnie nie zainteresowany tym, co dzieje się wokół niego.

background image

- Jess! Nie! - zawołali jednocześnie Jimmy i Walker.
To   go   jednak   nie   powstrzymało.   Był   całkowicie   opanowany. 

Zniknęła gdzieś paląca nienawiść do Neilsona. Widział w nim jedynie 
niebezpiecznego   szaleńca,   którego   należy   za   wszelką   cenę 
powstrzymać. Opuścił salę tylnym wyjściem za podestem.

Kiedy po obejściu budynku dotarł do głównego wejścia, ludzie 

już wychodzili. Ani śladu Neilsona! Poczuł rękę na ramieniu i obrócił 
się gwałtownym ruchem, gotów do konfrontacji.

- To ja - powiedziała Nan przestraszona. - Co ty robisz?
- My robimy - poprawił ją Jess pewny swego planu. - Musimy 

schwytać Neilsona. Gdzie masz samochód?

Wkrótce   byli   w   hangarze   Jessa   na   lotnisku   i   Nan   pomagała 

wypchnąć   na   pas   startowy   starego   pipera   „Szczeniaka".   Dużego 
samolotu nie było, gdyż Charlie i Mike doręczali właśnie przesyłki.

- Wsiadaj, Nan - polecił Jess. - Będziesz moim obserwatorem.
- Co? Co ty kombinujesz, Jess?
- Odnajdziemy Neilsona i zawiadomimy Larsa, dokąd ma wysłać 

swoich ludzi w pościg. Neilson jest niebezpiecznym szaleńcem. Im 
wcześniej   go   pochwycą,   tym   mniejsze   prawdopodobieństwo,   że 
uczyni komuś krzywdę. Nie marudź, wsiadaj!

Lecieli nisko, z początku tuż nad drzewami. Wszystko się w niej 

skręcało   ze   strachu.   Nagle   uświadomiła   sobie,   czego   tak   się   boi. 
Przecież Jess powiedział Charliemu, że pewno już nie będzie mógł 
latać!   A   Nan   wiedziała,   że   nie   odzyskał   jeszcze   pełnej   ostrości 
wzroku! Samolot wgryzł się w powietrze i poszybował ku niebu. Nie 
ma obaw! Zresztą nie ma i powrotu.

Jess   zataczał   wielkie   koła   wokół   Henningtonu,   penetrując 

wszystkie   możliwe   drogi,   zarówno   asfaltowe,   jak   i   szutrowe   czy 
terenowe.   Na   żadnej   z   nich   nie   dostrzegał   ciężarówki   Neilsona. 
Pochyliwszy się do przodu, parę razy klepnął Nan w plecy. Zdjęła 
słuchawkę z jednego ucha.

-   Wypatruj   tumanów   pyłu   -   polecił.   -   Jeszcze   mam   zamglony 

wzrok.

-   W   porządku!   -   wykrzyknęła.   -   A   jak   wylądujemy? 

-Sparaliżowana strachem pochwyciła stalową linkę.

-   Dam   radę.   Wypatruj   pojedynczej   ciężarówki,   pędzącej   jakby 

wszyscy diabli ją gnali. I nic się nie martw. Potrafię wylądować z 
zamkniętymi oczami.

background image

Nan   zaczęła   się   rozglądać.   Pomyślała,   że   ten   lot   to   czyste 

szaleństwo. Zza pleców słyszała trzaski i niewyraźny głos przez radio. 
Jess rozmawiał z Larsem. Wpatrywała się w ziemię. Absolutnie nic.

I nagle ujrzała.
-   Jest,   tam,   tam!   -   krzyknęła   wskazując   palcem.   -   Jedzie   na 

północ.   -   I   znowu   krzyknęła,   tym   razem   ze   strachu,   gdy   malutki 
samolot wykonał ostry skręt w prawo. Z całej siły trzymała się linek, 
ale jednocześnie uniosła się na siedzeniu, by móc spojrzeć za siebie, 
na Jessa. Jedną ręką trzymał drążek, w drugiej miał mikrofon. Opadła 
na siedzenie i zamknęła oczy, mając w sercu nadzieję, że ten lot nie 
skończy się rozbiciem maszyny na drobne szczątki. Wraz z nimi.

Jess   pilotował,   jakby   miał   w   głowie   radar.   Usłyszała   jego 

wołanie, by się czegoś chwyciła, co i tak czyniła od początku. Zaraz 
potem poczuła, że spada w otchłań. Jess pikował.

Przeleciał tak blisko nad kabiną ciężarówki Neilsona, że dostrzegł 

pełne strachu i wściekłości oczy szaleńca. Poderwał maszynę, potem 
przypikował   raz   jeszcze.   „Szczeniak"   nie   był   przystosowany   do 
akrobatycznych   lotów,   a   pilot   doprowadzał   go   do   kresu   jego 
możliwości. Jess zrobił koło, wyprzedził ciężarówkę, zatoczył drugie 
koło, obniżył lot i pognał wprost na jadący z przeciwka samochód.

Nan dostrzegła zbliżający się z obłędną szybkością pojazd. Jess 

wydawał   się   zdecydowany   na   czołowe   zderzenie.   Krzyk   rozpaczy 
uwiązł jej jednak w gardle, gdy usłyszała donośny głos Jessa:

- Przypominasz sobie? Tak się właśnie poznaliśmy!
Przypomniała sobie tę okropną chwilę przed paroma miesiącami, 

kiedy była pewna, że samolot rozbije się właśnie na niej. W ułamku 
sekundy pojęła, że teraz też wszystko skończy się dobrze. Grawitacja 
wepchnęła ją w oparcie fotela, ale niemalże roześmiała się, ponieważ 
Jess poderwał maszynę tuż przed nosem ciężarówki, która zjechała z 
szosy, zwolniła i wreszcie utknęła w kępie bylicy. A w oddali widać 
było migające czerwone światełko samochodu policji drogowej.

Jess zataczał duże koła nad okolicą.
Neilson,   wyraźnie   oszołomiony,   wyszedł   ze   swego   pojazdu. 

Wkrótce   dopadli   go   policjanci.   Jeden   z   nich   pomachał   w   stronę 
samolotu.   Jess   odpowiedział   parokrotnym   przechyleniem   skrzydeł, 
przelatując   po   raz   ostatni   nad   drogą.   Nan   odetchnęła   z   ulgą. 
Skończyło się!

background image

Po prawej ręce widziała złotoczerwone promienie słońca, które 

właśnie   wtapiało   się   w   horyzont.   Spojrzała   na   Jessa   zdając   sobie 
sprawę,   że   niedługo   poślubi   prawdziwego   bohatera,   a   nie 
wyimaginowanego   rycerza   z   marzeń,   który   zawsze   znika   w 
pierwszym,   ostrym   świetle   rzeczywistości.   Jess   rozjaśnił   twarz   w 
uśmiechu i podniósł kciuk ku górze.

Powrócili do domu.

background image

ROZDZIAŁ 18

Nan   przeglądała   się   w   wielkim   lustrze.   Ślubna   suknia,   którą 

mierzyła,   nie   była   biała.   Pierwszy   ślub   brała   w   bieli   i   przesądnie 
wolała   nie   przypominać   tej   katastrofy.   Tym   razem   suknia   była 
jasnoniebieska. Bardzo jej się podobała.

Wybór nie był zasługą Nan. Zajęta reorganizacją wypożyczalni i 

szukaniem   nowych   dostawców   kaset   pozostawiła   planowanie   i 
przygotowywanie   ślubu   innym,   którzy   byli   wprost   szczęśliwi,   że 
mogą jej pomóc. Uśmiechnęła się do swego odbicia i wygładziła fałdy 
sukni.

-   Wygląda   wspaniale!   -stwierdziła   jej   matka.   Milda   Wilkes 

mieszkała u córki już od dwóch tygodni. Pomagała w wykończeniu 
sukni   szytej   przez   panią   Ingę,   a   matce   i   siostrze   Jessa   w 
przygotowaniu uroczystości ślubnej i późniejszego przyjęcia. - Więcej 
niż wspaniała - poprawiła się. - Ingo, jesteś geniuszem igły!

- Miałam dobrą modelkę - odparła Inga, czerwieniąc się na słowa 

pochwały. - Łatwo szyć, skoro modelka ma taką figurę...

- Miejmy nadzieję, że wkrótce się to zmieni - oświadczyła Julia 

Rivers. - Chcę mieć wnuki. Im szybciej, tym lepiej.

Nan   kwaśno   uśmiechnęła   się   do   przyszłej   teściowej.   Już 

przyzwyczaiła się do jej rozbrajająco naiwnej szczerości.

- Nie składam żadnych obietnic nikomu oprócz Jessa -odparła. - 

Więc proszę się nie ekscytować.

-  Na  temat  dzieci   nie  składaj  nigdy  obietnic   mężowi   -wtrąciła 

wesoło Sue. - Widzisz, co mnie się przytrafiło.

-   Powinnaś   być   wdzięczna   Bogu   -   stwierdziła   Milda,   która 

właśnie   zaczęła   rozpinać   długi   rząd   haftek   wzdłuż   pleców   ślubnej 
kreacji Nan. - Masz wspaniałe dzieci.

- I jestem wdzięczna Bogu. Jak najbardziej! - odparła Sue.
Nan   chętnie   słuchała   tych   rozmów   o   małżeńskim   życiu   i 

dzieciach. Przecież właśnie miała założyć rodzinę i każda rada była 
dobra. Nic już jej nie przerażało. Właśnie takiej miłości, jak jej i Jessa, 
szukała przez całe dorosłe życie.

Jess zapewniał jej pełnię kobiecości i dawał odczuć, że ona czyni 

go w pełni mężczyzną. Nie byli sobie podobni, w wielu sprawach nie 
zgadzali się, ale ich wzajemna miłość stawała się co dzień silniejsza i 
trwalsza. A różnice dodawały jej jedynie smaku.

background image

-   Słyszałam,   że   panna   Angel   Conners   będzie   mieszkać   u 

zastępczej  rodziny  w  Pierre,   w czasie   gdy   jej   ojciec   pełni   za  karę 
publiczną służbę - powiedziała Jane zmieniając temat.

- Obojgu się udało.
- Właściwie trudno mieć pretensje do Angel - stwierdziła Nan. - 

Po prostu uległa ojcu i chęci szybkiego zarobienia pieniędzy. Nigdy 
nie myślała, że może to być kryminalne przestępstwo. Widziała w tym 
niemalże zabawę, odgrywanie roli...

- Ale gdybyś wytoczyła im sprawę, mieliby  się z pyszna! Źle 

skończyłaby się dla nich ta zabawa - powiedziała Julia.

- I dlatego sprawy nie wytoczyłam. Czarnym charakterem w tym 

wszystkim okazał się Neilson. Tam, gdzie go umieszczą, nikomu już 
nie zaszkodzi.

-   Chory   psychicznie   o   przestępczych   skłonnościach   -mruknęła 

pani Inga. - Kto by pomyślał!

Przez chwilę kobiety milczały.
- Córka Connersa była w pewnym sensie ofiarą - stwierdziła Nan. 

-   Mam   nadzieję,   że   zastępcza   rodzina   nauczy   ją   lepiej   rozróżniać 
dobro od zła.

- Walker zna jej opiekuna społecznego - poinformowała Sue. - 

Jest pewien, że Angel wyjdzie ze wszystkiego obronną ręką. Przecież 
przeżyła wielki szok. To było dla niej okropne doświadczenie.

- To był wstrząs i dla mojego syna - powiedziała Julia.
-   Ale   Jimmy   jakoś   się   wykaraskał.   Znowu   chodzi   z   córką 

Andersenów.

Nan   uśmiechnęła   się.   Obaj   synowie   Julii   Rivers   jakoś   się 

wykaraskali. Jess czuł się doskonale i latał jak ptak. Prawie co dzień! 
Oświadczył   jednak,   że   skończył   z   publicznymi   popisami 
akrobatycznymi. Owszem, czasami, dla przyjemności, ale bez ryzyka, 
jakie niesie uczestnictwo w akrobatycznych zawodach. Bardzo jej to 
odpowiadało i była zadowolona, że Jess podjął tę decyzję sam, bez 
presji z jej strony. W ich wzajemnych stosunkach najcudowniejsze 
było to, że postanowili wzajemnie nie wtrącać się do marzeń, lecz 
pomagać sobie, o ile będzie to możliwe.

Jess bardzo jej pomagał. W kilka dni po aresztowaniu Neilsona, 

kiedy   zastanawiali   się   nad   częstotliwością   dostaw   nowych   filmów, 
Jess oświadczył:

background image

- Już wiem, czego naprawdę pragniesz, Nan. I jestem niezmiernie 

szczęśliwy, że będę ci mógł pomóc w osiągnięciu tego. - W oczach 
tańczył mu chochlik.

- No mów! Prędko! Co masz na myśli?
-   Rozbudowę!   Ty   nieustannie   chcesz   coś   rozbudowywać! 

Chorujesz,   jeśli   nie   tworzysz   czegoś   nowego.   Kiedyś   w   złości 
nazwałem   cię   budowniczym   imperium.   W   pewnym   sensie   miałem 
rację. Nie obchodzi cię, gdzie to będziesz robiła, bylebyś tylko mogła 
rozszerzać swój interes, rozbudowywać go bez końca.

- Czy to dobrze, czy źle?
-   Nie   o   to   chodzi.   Po   prostu   taka   jesteś.   Zastanówmy   się 

spokojnie, dokąd nas to zawiedzie.

Jess   miał   rację.   Bezsporny   był   również   fakt,   że   jej   ukochany 

zaczynał poznawać ją znacznie lepiej, niż ona sama.

Kontynuowała rozmowę z matką i gronem przyjaciół, ale myślała 

o Jessie. Nadal był niesłychanie podniecający, gdy znajdowali się sam 
na sam. Czuła się szczęśliwa i bezpieczna. Jej życie wspierało się na 
solidnym fundamencie jego miłości. To był jej największy podarunek!

-   Jest   tu   ktoś?   -   W   drzwiach   pojawił   się   Jess   z   szerokim 

uśmiechem na twarzy. Wszystkie kobiety z wyjątkiem Nan zaczęły 
wypychać   go   za   drzwi.   Oblubieńcowi   nie   wolno   asystować   przy 
mierzeniu   sukni   ślubnej!   Stojąca   w   bieliźnie   Nan   tylko   się 
uśmiechnęła. Spłoszony, zdołał jedynie zapowiedzieć, że wróci koło 
siódmej, a Nan skinęła głową na zgodę. Była szczęśliwa, że mogła go 
choć przez chwilę zobaczyć.

W   miarę   upływu   dnia   zaczął   ją   ogarniać   przedziwny,   rosnący 

stale niepokój. I ani przez chwilę nie była sama, by móc spokojnie i 
racjonalnie zastanowić się nad przyczyną tego stanu. Przez cały czas, 
gdy  stała  w  ślubnej  sukni,   obstępowały  ją  obie  rodziny.  Chwilami 
czuła się zupełnie stłamszona.

Na   późniejsze   godziny   zaplanowany   był   kawalerski   wieczorek 

panów,   ale   przedtem   obie   rodziny   i   specjalnie   zaproszeni   goście 
zasiedli do uroczystego obiadu. Miała to być radosna okazja, ale Nan 
stawała się coraz bardziej niespokojna.

Kochała Jessa z całej duszy. Co do tego nie miała najmniejszych 

wątpliwości.   Zaczęła   ją   jednak   męczyć   owa   tradycja,   na   którą 
powoływały się na każdym kroku obie matki. Jej ojciec też. Ojciec i 
matka   zachowywali   się   tak,   jakby   zamążpójście   było   największym 

background image

osiągnięciem życiowym Nan. Cała rodzina tłoczyła się wokół niej, 
życząc   wszelkiej   pomyślności   i   szczęścia.   A   matka   opowiadała   na 
lewo i na prawo, że jej córka wkrótce porzuci pracę i zacznie hodować 
dzieci.   Jane   mrugała   do   Nan   porozumiewawczo,   ilekroć   o   tym 
mówiono, a Nan czuła się, jakby wsysały ją marzenia i plany innych 
ludzi.

Nawet   Jess   poczuł   się   wciągnięty   siłą   w   ten   cudzy   małżeński 

scenariusz. Traktował Nan z dworską grzecznością, ale widać było, że 
czuje się bardzo zażenowany i nieswój. Kiedy opuszczał obiadowy 
stół, by udać się z mężczyznami na z pewnością hałaśliwy kawalerski 
wieczór, Nan poczuła się niesłychanie osamotniona i zdesperowana.

-   Przedmałżeńskie   niepokoje?   -   spytała   Sue   w   parę   minut   po 

wyjściu „chłopców". - Wyglądasz tak, jakbyś doszła do wniosku, że 
jesteś ofiarą wielkiej konspiracji.

- Jest to aż tak widoczne? Rzeczywiście, mam ochotę uciec stąd 

jak najdalej.

- Ja czułam to samo. - Sue przyglądała się Nan ze spokojem. - I 

byłam już w połowie drogi do Denver, kiedy Walker dopadł mnie w 
przeddzień ślubu.

- Żartujesz?
- Ona nie żartuje - potwierdził pastor, który pojawił się u boku 

żony. - Jeśli ci się zdaje, że Julia Rivers patrzy na ciebie jak na klacz 
dla riversowskiego ogiera, to powinnaś była słyszeć, co moja matka 
powiedziała Sue. A mianowicie, że tyle będzie warta, ile da mi dzieci. 
Z wielką dezaprobatą odnosi się do dziennikarskiej pracy Sue, a kiedy 
Sue zostawiła mnie, żeby kontynuować studia, moja matka niemalże 
dostała ataku apopleksji.

-   Bardzo   źle   układają   się   moje   stosunki   z   teściową   -   dodała 

beztrosko Sue. - Ale się tolerujemy. Myślę, że po pewnym czasie ty 
też osiągniesz jakie takie porozumienie z Julią.

- Ale ty uległaś! Zrobiłaś to, co ona chciała! - Nan zmarszczyła 

brwi.

- Zrobiłam to, co sama chciałam. Przecież zawsze chciałam mieć 

dzieci,   nawet   wówczas,   kiedy   obawialiśmy   się,   że   okaże   się   to 
niemożliwe. - Sue ujęła Walkera kokieteryjnie pod rękę. - Oczywiście 
Walker postarał się o to, by ziściły się nasze pragnienia...

-   Uczestniczyłem   raczej   w   przyjemnej   fazie   -   sprostował   w 

rewanżu   Walker.   -   Posłuchaj,   Nan.   Wiem,   że   już   raz   poszłaś 

background image

małżeńską drogą i droga prowadziła donikąd. Ale małżeństwo to coś 
więcej   niż   związek   dwojga   kochających   się   ludzi.   Jest   to   również 
zobowiązanie   wobec   społeczności,   w   której   się   żyje,   zarówno   tej 
małej społeczności, jak i tej wielkiej - ludzkości.

- Pewno masz rację. Co nie przeszkadza, że czuję się w tej chwili 

jak schwytana w sidła.

- Bardzo normalne - powiedziała Sue. - Przejdzie ci. Nikt nigdy 

nie twierdził, że małżeńskie życie jest łatwe.

Chociaż   rozmowa   z   Petersenami   trochę   pomogła   jej   odzyskać 

spokój   i   spojrzeć   na   problem   bardziej   obiektywnie,   Nan   czuła   się 
nadal nieswojo, kładąc się tego wieczoru spać.

A   zrobiła   to   dość   wcześnie,   gdyż   matka   zaczęła   ją   po   prostu 

nękać, powtarzając w nieskończoność, że panna młoda musi być w 
dzień swego ślubu świeża i wypoczęta.

Traktuje mnie jak młode, niedoświadczone dziewczę, pomyślała 

Nan.   Matka   tkwiła   w   nierealnym   świecie   swoich   wyobrażeń. 
Podobnie   zresztą   jak   i   Julia   Rivers.   Nie,   Nan   nigdy   nie   poświęci 
swojej pracy dla rodziny! Ale potrafi połączyć jedno z drugim. Jess 
także o tym wiedział.

Myśląc o nim poczuła się nieco lepiej. Jess był prawie ideałem. 

Poza tym był partnerem. Tak, ich małżeństwo będzie się opierać na 
partnerstwie. Już teraz się to ujawniło, gdy wspólnie tropili Neilsona. 
Jess   zabrał   ją   w   niebezpieczny   lot,   oczekując   od   niej   pomocy.   I 
uzyskał ją.

Zamknęła oczy. A teraz zjechała się rodzinka. Na dłuższą metę 

nie powinno być problemu. Ułoży sobie z nimi stosunki. Obróciła się 
na bok. Byłoby lepiej, gdyby te rodzinne sprawy mogła roztrząsać z 
Jessem, a nie sama, opierając się na radach Sue i Walkera. Musiała 
przyznać się przed samą sobą, że jest zazdrosna o te kilka godzin, 
które   Jess   spędza   ze   swoimi   przyjaciółmi   i   kumplami.   Hola,   moja 
panno, czy przypadkiem nie postępujesz dokładnie tak, jak obie matki, 
którym masz tyle do zarzucenia? Zastanowiła się: chcę, żeby mnie 
szanowano taką, jaka jestem. Tego samego pragnie Jess. Jeśli chce się 
zabawić po raz ostatni jako kawaler, niech się bawi. Widocznie jest 
mu to potrzebne. Ma do tego prawo.

Obróciła   się   na   drugi   bok.   Czy   jak   zwykle   podczas   takich 

kawalerskich   wieczorów   będą   tam   mieli   wielki   tort,   z   którego 
wyskoczy w pewnej chwili naga dziewczyna? I czy właśnie dlatego 

background image

Walker   nie   poszedł   na   to   spotkanie?   Zabolało   ją   bardzo,   gdy 
wyobraziła sobie Jessa, zabawiającego się z innymi kobietami. Była 
zazdrosna! Jakie ma prawo skarżyć się na tradycje, skoro sama im 
hołduje? Położyła się na plecach, słuchając w ciemnościach tykania 
starego budzika, który stał przy łóżku, i pukania jakiejś gałęzi w okno.

Gałąź bije w okno? Usiadła. Nie było przecież żadnego wiatru! I 

nie   ma   drzewa   pod   oknem.   Ogarnął   ją   strach.   A   jeśli   to   jeden   z 
popleczników Neilsona chce jej uczynić krzywdę tuż przed ślubem? A 
jeśli   choroba   umysłowa   dotknęła   nie   tylko   Neilsona,   ale 
rozprzestrzeniła  się wśród innych, którzy także chcą zniszczyć ją i 
Jessa?

To   chyba   niemożliwe!   Opadła   na   poduszki   wściekła   na   swoją 

wybujałą   wyobraźnię.   Widziała   przecież   na   własne   oczy,   jak 
przerażeni byli „neilsonowcy", kiedy się dowiedzieli o jego ekscesach 
i występnej działalności. Nawet najbliższy towarzysz Neilsona, Lester 
Gray,   gorąco   ją   przepraszał,   bardzo   zawstydzony.   Nie!   Może   się 
niczego   nie   obawiać   ze   strony   tych   ludzi.   To   po   prostu   fantazja 
stwarza   scenariusz,   który   wymaga,   aby   pojawił   się   bohater   - 
oczywiście Jess - i wybawił umiłowaną z opresji. Głupie pomysły! 
Jeszcze jedno bezużyteczne marzenie o romantycznym bohaterze!

- Nan! Jesteś tam? Podejdź do okna! - usłyszała wzywający ją 

głos.

Krzyknęła   z   radości.   Za   oknem   sypialni   Jess   pukał   palcem   w 

szybę i kiwał na nią. Nan wstała.

- Co ty tutaj robisz...?
- Pssst!  -  Zaczął  wymachiwać rękami.  - Na miłość  boską,  nie 

obudź swojej matki!  Zedrze ze mnie skórę, jeśli  mnie przyłapie, a 
ochłap przekaże mojej matce, żeby dokończyła dzieła

- Co? - Podeszła do okna i otworzyła je. - Co ty tutaj robisz? I co 

ty wygadujesz? Upiłeś się?

-   Jestem   trzeźwy   jak   sędzia   przed   wydaniem   wyroku.   -Zęby 

błysnęły mu w uśmiechu. - Wyszedłem ze spotkania, nim zaczęło być 
zbyt frywolnie. Myślę, że moja obecność bardzo ich przygnębiała. A 
poza tym chciałem być z tobą.

- Naprawdę? - Uklękła przy oknie, z twarzą na wysokości jego 

twarzy. - Ja też chciałam być z tobą. Ale mama kazała mi iść do łóżka. 
Byłaby oburzona, gdybym jej nie posłuchała, a poza tym pomyślałam, 
że skoro poszedłeś pogrążyć się w rozpuście...

background image

- Kto to mówi! - Sięgnął po jej dłoń i ucałował ją.
-   O   dolo!   Dorosłe   osoby   traktowane   są   jak   dzieci.   Jedno   ma 

obowiązek grzecznie położyć się w panieńskim łóżeczku, a drugie... 
drugie musi radować się ostatnim wieczorem wolności! Ha!

- To strasznie głupie, prawda? - Nan zachichotała.  Czuła stale 

jego pocałunek. - Tak jak gdybyśmy stale byli jeszcze ich własnością, 
a nie należeli już od dawna do siebie.

- Nie ma obawy, należymy do siebie - oświadczył Jess i końcem 

języka zaczął pieścić jej dłoń. - Jazda, idziemy.

- Pociągnął ją za rękaw koszuli.
- Dokąd? Co ty robisz? - szarpnęła się. - Jest już po północy!
- Wiem dokładnie, która jest godzina! - Jess ujął ją pod pachy i 

wyciągnął przez okno. Wrześniowa noc była nieco chłodna, a Nan 
miała   na   sobie   tylko   cieniutką   bawełnianą   koszulkę.   -   To   właśnie 
godzina na miłość. Jutro czeka nas ciężki dzień!

- Szaleniec - powiedziała, zarzucając mu ręce na szyję. Był nadal 

w   odświętnym   garniturze,   miał   tylko   zdjęty   krawat   i   częściowo 
rozpiętą koszulę. - Puść mnie! - zażądała.

- Nie! - Niosąc ją ruszył w kierunku furgonetki.
- Jess!
-   Bądź   cicho.   Obudzisz   rodziców.   -   Stanął   pośrodku   ulicy   i 

pocałował ją. Nan zrobiło się nagle gorąco.

Obszedł furgonetkę i umieścił Nan na siedzeniu obok kierowcy.
- Dokąd jedziemy? - zapytała. - Nie możemy przecież jechać do 

ciebie, masz tam rodzinę upakowaną po sufit. Właściwie u mnie jest 
to samo.

- Wiem - odparł zapuszczając motor.
- A więc?
- Pomyślałem sobie, że powrócimy na miejsce zbrodni. Chciałem 

powiedzieć:   na   miejsce   znamiennego   wydarzenia.   Aby   raz   jeszcze 
przeżyć to samo, jeśli to możliwe... - Spoglądał na nią długo, oczami 
obiecywał   wszystko,   co   by   chciała   od   niego   usłyszeć:   przeszłość, 
teraźniejszość   i   przyszłość.   Nan   oblał   żar.   Opuściły   ją   wszystkie 
wątpliwości i niepokoje.

W niemalże uroczystym milczeniu pojechali na lotnisko. Nie było 

potrzeby   o   niczym   mówić.   Nan   położyła   mu   dłoń   na   kolanach. 
Westchnął głęboko z wielkim zadowoleniem.

Zaparkował wóz przy hangarze i wniósł ją do środka.

background image

- Zbyt wiele różnych rzeczy leży na ziemi. A ty jesteś boso - 

wyjaśnił, gdy zaczęła protestować mówiąc, że woli iść sama. - Poza 
tym   to   wcale   przyjemne   tak   cię   nosić.   I   upodabniam   się   do   tych 
twoich bohaterów filmowych.

- Trochę mi głupio - odparła, chociaż wcale nie było jej głupio. - 

Jestem w nocnej koszuli. Co będzie, jeśli ktoś przyjdzie tu cię szukać? 
Twoi kumple?

- Nikt tu nie przyjdzie. Powiedziałem im wyraźnie, że to mnie nie 

bawi.   -   Zaniósł   ją   do   wielkiej   cessny.   -   Wszystko   starannie 
przygotowałem na dzisiejszą noc. - Posadził ją na skrzydle samolotu i 
poszedł otworzyć luk bagażowy. - Spójrz!

Nan spojrzała i zobaczyła w głębi luku dekorację przypominającą 

sułtański   namiot   w   miniaturze:   na   ściankach   działowych   wisiały 
jedwabne   tkaniny,   a   metalowa   podłoga   zarzucona   była   poduchami 
różnej barwy i kształtu. Pośrodku stał niski stolik z butelką wina i 
dwiema   szklankami.   Jess   zrzucił   obuwie   i   wskoczył   do   luku. 
Wyciągnął dłoń do Nan.

-   Chodź   tutaj!   Gwarantuję   ci,   że   w   tym   oto   pałacu   marzeń 

spełniona zostanie każda twoja fantazja!

Nan zrobiła parę kroków po skrzydle trzymając się dłoni Jessa. 

Serce jej biło jak szalone i miała poczucie, że jej ciało rozpalone jest 
do białości. Kiedy ona niedorzecznie grymasiła na swój los i martwiła 
się, on przygotowywał tę wspaniałą scenerię. Wcisnęła się do luku.

Poranek wdarł się do hangaru wąskimi pasemkami światła. Jeden 

z   promyków   spoczął   na   twarzy   Nan,   która   leżała   na   posłaniu   z 
poduszek,   w   żelaznym   uścisku   ramion   Jessa.   Zmrużyła   oczy, 
przypominając sobie przeżytą ekstazę.

- Jess! - wykrzyknęła usiłując się zerwać. - Jest już rano! Ale 

oberwiemy!

- Która godzina? - spytał rozluźniając uścisk i przetaczając się na 

plecy.

- Pojęcia nie mam. Mój zegarek leży na nocnym stoliku w domu.
- Hmm - zamyślił się. Usiadł trąc twarz. Spojrzał na swój zegarek 

i objął Nan jedną ręką, a drugą zaczął ją uwodzicielsko głaskać.

- Nic się nie martw - powiedział. - Jest jeszcze bardzo wcześnie. 

Mamy wiele czasu.

- Pozwól, że ci coś wytłumaczę, mój przyszły mężu - usiłowała 

zachować   poważną   minę.   -   Za   parę   godzin   będziesz   legalnie 

background image

spowinowacony z moją rodziną. Leży więc w twoim interesie mieć 
jak najlepsze stosunki z moją matką.

- A jeśli ona odkryje, że w wigilię naszego ślubu zachowaliśmy 

się jak uliczne kocury, to...?

- Zrobi z nas omlet!
- Wobec tego jedziemy! - Puścił ją i wstał, podnosząc z ziemi 

swoje ubranie.

Na   szczęście   wszyscy   jeszcze   spali,   kiedy   Jess   pomagał   Nan 

powrócić   przez   okno   do   sypialni.   Pocałowała   go   na   pożegnanie   i 
potem patrzyła jak odjeżdża do siebie, do domu, który stanie się jej 
domem, gdy wrócą z podróży poślubnej. Rzuciła okiem w lustro nad 
toaletką i doszła do wniosku, że najlepszym sposobem zmycia śladów 
nocnych   poczynań   będzie   prysznic.   Pod   strumieniem   ciepłej   wody 
wspominała minione godziny.

Jess   nie   miał   tyle   szczęścia,   co   Nan.   Chociaż   Jimmy   jeszcze 

chrapał w najlepsze na kanapie, a ojciec spał smacznie w sypialni, 
matka kręciła się już w kuchni. Schwyciła go na gorącym uczynku 
przemykania tylnymi drzwiami.

- Wyglądasz, jakby cię kot wytarmosił! - skarciła syna tłumionym 

głosem, podając mu kubek gorącej kawy. - Będziesz miał cały dzień 
kaca!

-   Nie,   mamo.   -   Usiadł   z   kubkiem   w   ręku.   -   Nie   piłem   wiele 

wczoraj wieczorem.

-   Wyglądasz,   jakbyś   się   schlał!   -   przyglądała   mu   się   bardzo 

zgorszona. - Co sobie pomyśli Nan, kiedy uniesiesz jej welon, a ona 
zobaczy te przekrwione oczy.

- Jestem absolutnie pewien, że zrozumie.
-   To   dobra   kobieta,   Jess.   Silna.   -   Julia   zamaszyście   mieszała 

ciasto na naleśniki. - Nie będziesz już mógł tak sobie pozwalać, jak to 
robiłeś całe życie. Ona by tego nie zniosła.

-   Zapomniałem   o   szaleństwach   w   dniu,   kiedy   ją   poznałem, 

mamo!

-   Potrafiłeś   to   zrobić,   synu?   -   przyglądała   mu   się   bacznie.   - 

Zawsze   robiłeś,   co   chciałeś,   niewiele   martwiąc   się,   co   inni   o   tym 
myślą...

- To nieprawda, mamo. - Jess odstawił kubek. - Zawsze ciebie 

kochałem. Całą rodzinę kochałem. A że nie zawsze robiłem to, co 
wam odpowiadało, to inna sprawa. Nan i ja mamy iść wspólną drogą. 

background image

Jedną drogą. Jedno obok drugiego. Mam nadzieję, że tyle mamy dla 
siebie miłości, że wystarczy jej do końca tej drogi... Wierz mi.

- Chyba ci wierzę, mój synu - powiedziała po dłuższej chwili.
Jess wstał i uścisnął matkę. Potem oboje się od siebie odwrócili, 

by ukryć cisnące się im do oczu łzy.

- Ile zjesz naleśników? - spytała matka, gdy już mogła odezwać 

się normalnym głosem.

- Ile dasz radę zrobić - odparł z uśmiechem.
-   Cześć,   mój   wielki   bracie   -   powitał   Jessa   Jimmy. 

Najprawdopodobniej zwabiły go zapachy naleśników, boczku i kawy. 
Usiadł   na   kuchennym  krześle   i   rozbawiony   przyglądał   się   bratu.   - 
Gdzie tak zabradziażyłeś?

- Pił i harcował z kolesiami - odparła Julia, lecz jej dezaprobata 

była już złagodzona przez poprzednią rozmowę.

- Żebym ja tylko ciebie nigdy nie zobaczyła w tym stanie!
- Wcale go nie było z kolegami, mamo - Jimmy szybko pożarł 

naleśnik. - Mówili mi, że na tym kawalerskim wieczorze był bardzo 
krótko i potem zniknął. - Rzucił na Jessa krytyczne spojrzenie. - Więc 
gdzieś spędził resztę nocy?

-   Latałem   sobie   -   odparł   Jess.   Nabrał   na   widelec   kawałek 

naleśnika oblanego syropem i włożył do ust. Zamknął oczy i powoli 
żuł. Kiedy połknął, powtórzył szeptem z poprawką:

- Lataliśmy!
Nan szła po kościelnym dywanie prowadzona przez ojca.
Thad Wilkes niezbyt często wyjawiał swe skryte myśli, ale tym 

razem potrafił się na to zdobyć i niemal wycisnął łzy szczęścia z oczu 
córki,   kiedy   powiedział,   że   jest   z   niej   niesłychanie   dumny,   iż   po 
katastrofie pierwszego małżeństwa potrafiła tak przebudować swoje 
życie.

- Nie chciałem cię nigdy martwić, córeczko, więc nie mówiłem - 

powiedział. - Byłaś zawsze taka uparta i wszechwiedząca, i nigdy nie 
chciałaś   wysłuchać   niczyjej   opinii.   Ale   ten   jegomość,   z   którym 
związałaś się za pierwszym razem, to był nicpoń, nic nie wart. Teraz 
miałaś lepszego nosa. Jess to dobry człowiek.

- Ja też tak uważam, tato!
- On będzie się tobą dobrze opiekował.
Nan uśmiechnęła się do ojca. Był wysoki, szczupły, trzymał się 

prosto. Twarz miał ogorzałą, mimo iż tyle czasu spędzał w swoim 

background image

sklepie  spożywczym. Pomyślała,  że jest do niego  bardzo podobna. 
Widział rzeczy zawsze po swojemu. Bo ona nauczyła się już trochę 
ustępować. Teraz  będzie mogła  wreszcie kochać ojca takim,  jakim 
jest, a nie walczyć z nim i z matką.

-   Wiem   o   tym   -   odparła,   nie   dodając,   że   będzie   się   z   kolei 

opiekować Jessem. Będą nie tylko mężem i żoną, ale partnerami. A 
partnerzy wzajemnie o siebie dbają.

Jej partner czekał na nią przy ołtarzu. Każdy szczegół jego twarzy 

mówił o miłości i wszystko w nim budziło jej pożądanie.

Jess   patrzył   na   nią,   gdy   się   zbliżała.   Wyglądała   jak   marzenie 

przeniesione   do   rzeczywistości.   Była   piękna   do   szaleństwa!   Była 
wspaniała i Jess wiedział, że nie mógłby już być szczęśliwszy. Ich 
małżeństwo   było   wyzwaniem.   Nigdy   w   życiu   nie   zabraknie   im 
wspaniałych   doznań.   Wiedział,   że   w   tak   uroczej   chwili   powinien 
zachować powagę, ale nie potrafił. Na ustach pojawił mu się uśmiech 
radości.

Nan czuła podobną radość. Gdy ujmowała jego dłoń, wiedziała, 

że spełniły się wszystkie jej marzenia na jawie. Znalazła szczęśliwą 
przystań i swego prawdziwego bohatera.