background image

SARA WOOD 

Wbrew wyrokom 

losu 

Toronto • Nowy Jork • Londyn 

Amsterdam • Ateny • Budapeszt • Hamburg 

Istambuł • Madryt • Mediolan • Paryż • Praga 

Sydney • Sztokholm • Tokio • Warszawa 

background image

Droga Czytelniczko! 
Niniejsza książka jest częścią trylogii. Każda z powieści 

opisuje inną historię i może być czytana niezależnie od pozo­
stałych. Dobrze jednak byłoby zachować kolejność zapro­

ponowaną przez autorkę, gdyż poszczególne tomy zostały 
napisane w porządku chronologicznym i będą pojawiać się 
w druku w następujących miesiącach: 

W październiku

 - ZWIĄZANI PRZEZ LOS 

Gdy Tanya wybiera się na ślub młodszego brata, nie ma 

pojęcia, że jedzie na spotkanie z własnym przeznaczeniem... 

W listopadzie -

 WBREW WYROKOM LOSU 

Mariann przybywa do Budapesztu, by spełnić ważną misję, 

ale los chce inaczej... 

W grudniu ~

 WIĘZY PRZEZNACZENIA 

Suzanne próbuje odgadnąć, kim jest zagadkowy mężczy­

zna, który nie spuszcza z niej oczu. Nie wie, że jej los jest już 
przesądzony... 

LOS... PRZEZNACZENIE... Nikt nie jest w stanie wal­

czyć z losem. Jego wyroki zdeterminowały również życie 
trzech sióstr Evans - Tanyi, Mariann i Suzanne. Opuściły one 
rodzinną Anglię, gdyż ich przeznaczeniem okazały się nie­
zwykłe, pełne tajemnic Węgry... 

background image

Tytuł oryginału: 

Unchained Destinies 

Pierwsze wydanie: 
Harlequin Mills & Boon Limited 1994 
Przekład: 
Kinga Taukert 
Redaktor serii: 
Krystyna Barchańska 
Korekta: 
Janina Szrajer 
Ewa Popławska 

© 1994 by Sara Wood 
© for the Polish edition by Arlekin - Wydawnictwo Harlequin 

Enterprises sp. z o.o., Warszawa 1996 

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji 
części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. 
Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu 
z Harlequin Enterprises II B.V. 
Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek 

podobieństwo do osób rzeczywistych - żywych czy umarłych 
- jest całkowicie przypadkowe. 
Znak firmowy wydawnictwa Harlequin 
i znak serii Harlequin Romance są zastrzeżone. 
Skład i łamanie: Studio Q 

Printed in Germany by ELSNERDRUCK 

ISBN 83-7070-917-6 
Indeks 360325 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

- Strzał w dziesiątkę! 
Mariann zastygła w drzwiach gabinetu szefa. Chyba zgłu­

piał, pomyślała z niesmakiem. Naprawdę nie ma nic lepszego 
do roboty, tylko rzucać strzałkami do tarczy? Nagle z szatań­

skim błyskiem w oku cisnął jedną z nich w stronę Mariann. 
Na szczęście udało jej się złapać. No, nie! Ze zwykłym szefem 
trudno wytrzymać, a co dopiero z wariatem! 

- Rzucaj! - warknął rozkazująco i skinął głową w kierun­

ku przeciwległej ściany. 

Posłusznie uniosła rękę, spojrzała we wskazanym kierunku 

i zawahała się. Wydawało się, że smoliste oczy człowieka 
z fotografii wpatrują się w nią intensywnie. 

- W niego? A kto to jest? 
- Co ty, nie wiesz? Vigadó Gabor! 

Ach, tak. Teraz wszystko jasne. Gabor, postrach wszy­

stkich wydawców. Uważniej spojrzała na mężczyznę na zdję­
ciu. Miała nieodparte wrażenie, że hipnotyzuje ją wzrokiem. 
W bezdennej głębi tych diabolicznych oczu ujrzała jakby wy­
rok na siebie. Niewolnica. 

Zdenerwowała się. Jej kobieca duma została urażona. Je 

szcze żaden mężczyzna nie zrobił na niej takiego wrażenia 

- Co za typek! I jaka mina! Zupełnie, jakby chciał zamor-

background image

6 WBREW WYROKOM LOSU 

dować fotografa - skomentowała zjadliwie. - Ciekawe, skąd 
ma tę bliznę na policzku? - spytała zaintrygowana. 

- Podobno się pojedynkował. 
Zaśmiała się sceptycznie. 
- Mamy przecież koniec dwudziestego wieku! 
- Ale to Węgier. Oni są impulsywni i nieobliczalni. 
- Czyżby walczył o kobietę? - zaciekawiła się. 
- Żeby o jedną! 
Tak, można się było tego spodziewać. Widać było po tym 

człowieku, że chce mieć wszystko i wszystkich u swoich 
stóp. To istny dopust boży, że zechciał się zajmować właśnie 

branżą wydawniczą. Bez litości i wahania wykańczał każdą 

firmę, którą akurat miał ochotę zniszczyć. 

Ciśnięta ze złością strzałka utkwiła w samym środku cy­

nicznie wygiętych, zmysłowych ust. 

- No i ustrzeliłam faceta! - zachichotała, żeby do końca 

wyzwolić się spod przedziwnego wpływu, jaki wywierał na 
nią mężczyzna ze zdjęcia. Był bez wątpienia łajdakiem, ale, 
trzeba przyznać, diabelnie atrakcyjnym łajdakiem... 

- Dobrze by było. Ktoś wreszcie powinien go powstrzy­

mać. Rujnuje jeden dom wydawniczy po drugim. - Lionel 
ciężko usiadł na krześle. - A teraz zamierza zniszczyć 
i mnie. 

Ze współczuciem spojrzała w zrozpaczone oczy swojego 

szefa. Po chwili pomyślała również o sobie. Jeśli jemu powi­

nie się noga, to przecież ona także straci pracę. Wcale jej się 
to nie uśmiechało. Tu właśnie otrzymała samodzielne stano­
wisko, gdzie indziej będzie musiała zaczynać wszystko od 
początku, znów trzeba będzie mozolnie wspinać się od same­
go dołu. Westchnęła. 

background image

WBREW WYROKOM LOSU 7 

- Czy ty aby nie przesadzasz? Co go może obchodzić taka 

nieduża firma? 

- Może przez zwykłą małpią złośliwość? - powiedział 

z nienawiścią w głosie. - Ten drań podkupuje moich najle­
pszych autorów! 

- Dopóki masz Mary 0'Brien, reszta jest nieważna - po­

śpieszyła z pocieszeniem. 

- Już jej nie mam. 
- Co takiego?! - zawołała z niedowierzaniem. 
Lionel nalał sobie następną szklaneczkę whisky. Sądząc 

po zawartości butelki, pocieszał się tak już od jakiegoś 
czasu. 

- Pojechałem do Cork, żeby omówić z nią parę spraw. 

Zniknęła. Ukryła się gdzieś, nie mam pojęcia gdzie. Zostawiła 
mi list. Vigadó ją skaptował. 

- Ależ to oburzające! Tak się nie postępuje! - wybuchnę-

ła. - Przecież to twoja najlepsza autorka... 

- Właśnie. Bez niej mogę zwijać interes - dokończył po­

nuro i z furią cisnął kolejną strzałkę w bezlitosną twarz swo­

jego wroga. 

- Jak to? - przestraszyła się. 
- Tak to. W banku już wiedzą, że Mary wystawiła mnie 

do wiatru. Ten drań musiał dać im cynk, bo skąd by wiedzieli? 
Nie chcą mi dalej udzielać kredytu, a bez tego leżę, rozu­
miesz? Równie dobrze mogę się powiesić - jęknął. 

Mariann patrzyła na niego z coraz większym niepokojem. 

Rzeczywiście wyglądał tak, jakby był bliski całkowitego za­
łamania. Trzeba mu jakoś pomóc. 

- Nie możesz się poddawać - powiedziała z przekona­

niem. -Nawet, jeśli Vigadó podkupi ci wszystkich autorów. 

background image

8 WBREW WYROKOM LOSU 

to co z tego? Ma ich, ale nie ma ciebie! To ty stworzyłeś ten 
dom wydawniczy, nie oni! 

- Owszem, to ja odkryłem 0'Brien i zrobiłem z niej słyn­

ną pisarkę. Ale to dzięki niej, a nie dzięki mnie, byliśmy dla 
banku wiarygodni i mogliśmy uzyskiwać pożyczki, by roz­

szerzać naszą działalność. A teraz... 

- To może znajdziesz jakiś nowy talent? - zasugerowała 

niepewnie. 

Zdecydowanie potrząsnął głową. 
- Na to trzeba czasu! Zanim kogoś znajdę, będę miał nóż 

na gardle. Odpada. Ty jesteś moją jedyną nadzieją. 

- Ja? A cóż ja mogę zrobić? Jeszcze kilka dni temu byłam 

sekretarką. 

Przyglądał jej się bardzo uważnie. 
- Mówisz trochę po węgiersku. Chyba niedawno stamtąd 

wróciłaś, prawda? 

- Owszem, pojechałam na ślub brata. - Dyplomatycznie 

przemilczała fakt, że do ślubu na razie nie doszło. - W dodat­
ku moja starsza siostra wychodzi za mąż za Węgra, Istvana 
Huszara. 

Nagle zrozumiała, o co mu chodzi. Vigadó pracował dla 

Dieter Ringel, jednej z największych firm wydawniczych na 
świecie. Bardzo szybko i bez większego trudu znalazł się na 
samym szczycie. Po prostu poślubił jedyną córkę właściciela. 
Najbogatsi ludzie w kraju, zwłaszcza niezbyt dużym, powinni 
się znać lub przynajmniej o sobie słyszeć. 

- Aha, pewnie obiło ci się o uszy; że Istvan to bardzo 

zamożny i wpływowy człowiek? Przykro mi, ale nie mogę 
wykorzystywać narzeczonego siostry... 

- Wcale tego nie chcę, chodzi mi o ciebie - przerwał jej 

background image

WBREW WYROKOM LOSU 9 

Lionel. - Widzisz, Gabor przenosi dział literatury pięknej 
z Londynu do Budapesztu. Archiwa są już na Węgrzech, ale 
Vigadó zostanie tutaj aż do końca miesiąca. Pojedziesz tam 
i wkręcisz się do pracy w jego biurze pod byle pretekstem. 
Musisz wykraść nowy adres Mary! Jeśli tylko będę mógł z nią 
porozmawiać w cztery oczy, na pewno skłonię ją do powrotu 
do nas. Znam ją jak nikt, wiem, jak z nią gadać. Ale muszę ją 
najpierw znaleźć. 

- O czym ty mówisz? Przecież nie mam żadnych szans, 

żeby dostać pracę w... 

- Czy ty nigdy nie patrzysz w lustro, czy co? - zdenerwo­

wał się. - Wezmą cię tylko po to, żeby móc się na ciebie gapić! 
Uwiodłabyś nawet klasztor zakonników, a nie tylko zwyczaj­
nych mężczyzn w jakimś biurze. 

Sceptycznie spojrzała na dopasowany czerwony żakiet 

i krótką spódniczkę. Chyba trochę przesadzał. 

- Zgadzam się, że nie jestem taka najgorsza, ale... 
- Jesteś bezbłędna! - przerwał jej ze zniecierpliwieniem. 

- Masz nogi do samej ziemi, a raczej do samego nieba, figurę 
seksbomby i oczy, za których spojrzenie faceci daliby się 

zabić! 

Mariann nie posiadała się z oburzenia. Sądziła, że dostała 

tę pracę ze względu na kompetencje, a nie na długie nogi. 

- Lionel, chyba się rozstaniemy szybciej, niż myślisz... 

- zaczęła ostrzegawczo. 

- Nic nie rozumiesz! - Z rozpaczą ukrył twarz w dło­

niach. - On sypia z moją żoną... 

W tym momencie wszystko stało się jasne. Nic dziwnego, 

że Lionel zachowywał się tak dziwacznie i wpadał na tak 
nieprawdopodobne pomysły, jak szpiegowanie w cudzym 

background image

10 WBREW WYROKOM LOSU 

. biurze. Obrzuciła mężczyznę na zdjęciu potępiającym spoj­

rzeniem. Skończony łajdak. Co, jak co, ale małżeństwo było 
dla Mariann świętością. 

- Jakby tego było mało, zatrudnił ją na eksponowanym 

stanowisku. Nie dość, że uwiódł mi żonę, to jeszcze się z tym 
afiszuje, żeby mnie upokorzyć... 

No, to już przekracza wszelkie granice! Najwyższy czas, 

żeby wreszcie ktoś odpłacił temu draniowi pięknym za nado­
bne. Och, co za szalona myśl. A może jednak? Mariann za­
częła się wahać. A gdyby jej się udało? Wywieść w pole kogoś 
takiego jak Vigadó to dopiero sztuka! Ale jaka ryzykowna... 
Lecz przecież właśnie to jest fascynujące, ryzyko tylko zwię­
ksza atrakcyjność wyzwania... 

W dodatku, gdyby uratowała wydawnictwo przed bankru­

ctwem, nie musiałaby się obawiać, że utraci pracę. Same korzy­
ści. Poza tym ponownie spotkałaby Tanyę, Johna, Istvana i znów 
zobaczyła malowniczy Budapeszt, który urzekł ją swoją urodą 
od pierwszej chwili. I ci smagli Węgrzy... Oczy jej zalśniły. 

- Załatwione - impulsywnie podjęła decyzję. - Tym ra­

zem przesadził. Pobijemy go jego własną bronią. On gra nie 
fair, to my też możemy. 

- Jesteś aniołem! - zawołał zachwycony Lionel. 
Mariann rzuciła ostatnie spojrzenie na zdjęcie. Ponownie 

odniosła wrażenie, że demoniczny Gabor ani na chwilę nie 
odrywa od niej wzroku. 

- No, Viguś - mruknęła w nadziei, że choć trochę rozwe­

seli szefa. - Jeszcze nie wiesz, co cię czeka! 

Mariann zamaszyście wymachiwała pędzlem, z gracją ba­

lansując na opartej na dwóch drabinach desce. Kolejna kropla 

background image

WBREW WYROKOM LOSU 11 

farby spadła na jej nagie ramię. Perlisty śmiech zabrzmiał 

w pustym biurze. Wszyscy pracownicy budapeszteńskiego 
wydawnictwa udali się już do domów. Dwaj dekoratorzy, 
z którymi odnawiała przeznaczony dla Vigadó gabinet, rów­
nież wyszli jakiś czas temu. 

Pora działać! Mariann odstawiła na bok puszkę z farbą 

i nagle poczuła skurcz w żołądku. Nigdy w życiu nie zrobiła 

nic nieuczciwego. Co się martwisz, to przecież w słusznej 
sprawie, dodawała sobie odwagi. W dodatku wszystko idzie 
świetnie, nikt niczego nie podejrzewa. 

Węgierski współpracownik Lionela zadzwonił do biura 

rzekomo w imieniu Gabora i poinformował, że gabinet szefa 
ma zostać na jego przyjazd odmalowany. W związku z czym 
przybędzie do biura ekipa remontowa i nie należy jej utrud­
niać pracy. Dodał również od niechcenia, że ta apetyczna 
blondynka została osobiście wybrana przez samego Gabora, 

jako, hm... bardzo rezolutna dziewczyna. 

Aluzja została zrozumiana bezbłędnie, gdy więc Mariann 

oznajmiła wieczorem, że zostanie trochę dłużej, żeby potem 
pochwalić się swoją pracowitością, nie zabroniono jej tego. 
Nikt nie zamierzał zadzierać z nową podrywką szefa. 

Boso, więc zupełnie bezszelestnie, przemknęła do sąsied­

niego gabinetu, w którym znajdowały się dane personalne. 
Doskonale wiedziała, gdzie są klucze, gdyż specjalnie popro­

siła zastępcę dyrektora, żeby starannie wszystko pozamykał, 
by potem nie było na nią, jeśli coś zginie... 

Otworzyła szufladę z literą „B" i przeszukała starannie. 

Nic. Zamknęła ją i włożyła kluczyk w szufladę oznaczoną 

literą „O". Nagle usłyszała czyjeś kroki. W panice wycofała 
się z powrotem, wspięła na drabinę, chwyciła puszkę i pędzel. 

background image

12 WBREW WYROKOM LOSU 

- Cóż za piękny intruz - dobiegł ją męski głos. 
Zerknęła w stronę drzwi. 
- Och! - Aż się zachwiała na wąskiej desce. 
Chwila, moment, co jest grane? Przecież miał siedzieć 

w Londynie jeszcze przez dziesięć dni! 

- Niech pani uważa! 
Uważać w tej sytuacji, dobre sobie! Wszystko wypadło jej 

z rąk, część farby wylała się na bluzkę i szorty, a ona sama 
straciła równowagę. 

- Ratunku! - krzyknęła rozpaczliwie, po czym despe­

rackim ruchem złapała blond perukę a la Marilyn Monroe. 
Wszystko jedno, może się połamać, ale nie może dać się 
rozpoznać! 

Upuszczona walizka uderzyła o podłogę, niemal jedno­

cześnie rozległy się szybkie kroki i Mariann spadła wprost 
w czekające na nią ramiona Vigadó Gabora. 

Chwycił ją bez trudu, jakby trzymanie w ramionach skąpo 

odzianej kobiety było dla niego chlebem powszednim. Cieka­
we, ile innych przewinęło się przez jego ręce, pomyślała z ura­
zą, ale i z dziwnym dreszczem podniecenia. 

Postawił ją na ziemi i odepchnął gniewnie od siebie. 
- Co za idiotka! - wybuchnął. 
Zaskoczona Mariann omal nie upadła, złapał ją więc po­

nownie i z niejakim ociąganiem przygarnął do siebie. Nogi 
się pod nią ugięły. 

- Dlaczego łapała się pani za włosy, a nie za drabinę? 

- spytał z irytacją. 

Boby mi spadły, pomyślała, z trudem tłumiąc chichot. 
- Zapłaciłam kupę forsy za to uczesanie - wypaliła bez 

namysłu. 

background image

WBREW WYROKOM LOSU 13 

- Ech, te kobiety! - skomentował z westchnieniem. 
Zadrżała i głośno pociągnęła nosem, by przekonać go, że 

ma do czynienia ze stuprocentową, w dodatku głupiutką, małą 
kobietką. Teraz dopiero doceniła pomysł Lionela. Jej szef 
upierał się przy tej blond peruce i przy tym, żeby Mariann 
udawała naiwną gąskę o złotym sercu. Nie podobało jej się 
to, uległa bez przekonania, ale w tej chwili okazało się, że 
miał rację. Robienie z siebie konkursowej idiotki było idealną 

strategią! 

- Takie wygibasy na wąskiej desce są naprawdę niebez­

pieczne. Mogła sobie pani skręcić kark! Mądra to pani nie 

jest. 

W duchu złożyła sobie gratulacje. Tylko tak dalej! Jeśli 

będzie uważał, że jest śliczną kretynką, to nigdy w życiu nie 
zacznie jej o nic podejrzewać. 

- Ojej! - zapiszczała cieniutkim głosikiem z udawanym 

przerażeniem. - Naprawdę? To straszne! Ale musi pan przy­
znać, że chociaż zleciałam, to moje włosy wyglądają ładnie. 
Miałam więc nosa, żeby je łapać, nie? - Prawie dusiła się ze 
śmiechu, gdy przytaczała tak idiotyczne argumenty. 

- Cóż, muszę ustąpić wobec tak logicznego rozumowania 

- powiedział, z trudem tłumiąc rozbawienie. Zdziwiło ją to. 

Skończony drań z poczuciem humoru? Rzadkie zestawienie. 

- A teraz proszę mi powiedzieć, kim... 

Zamarła, gdy zamilkł. Czyżby przypadkiem spojrzał 

w stronę sąsiedniego gabinetu i zauważył otwartą szafę? 
A może przekrzywiła jej się peruka? 

- Coś nie tak? - spytała w napięciu. 
- Owszem. 
Na moment przestała oddychać. 

background image

14 WBREW WYROKOM LOSU 

- Przykro mi, ale ma pani trochę farby na włosach. Chyba 

czeka panią kolejna wizyta u fryzjera. 

Odetchnęła z ulgą. 
- Niech pan nie dotyka! - zareagowała nerwowo, odsu­

wając się nieco, gdy podniósł rękę. - Mężczyźni zupełnie nie 
potrafią się z tym obchodzić - wyjaśniła i zalotnie zatrzepo­
tała rzęsami. - Nawet bohaterowie, którzy ratują słabe kobiety 
przed upadkiem - dodała kokieteryjnie i po raz pierwszy spo­

jrzała mu prosto w oczy. 

Co za facet, przemknęło jej przez głowę. To niesprawied­

liwe, żeby taki drań był aż tak atrakcyjny. I te oczy... Ciemne, 
ciepłe, hipnotyzujące. Można się w nich zakochać. A w do­
datku patrzą na nią tak pożądliwie... 

Pośpiesznie przypomniała sobie wszystko, co wiedziała 

o tym przystojniaczku. Narady w gabinetach pozbawionych 
krzeseł, żeby zmusić ludzi do mówienia krótko i do rzeczy. 
Wysokie pensje, a w zamian praca niemal do wyczerpania, 
nagłe wymówienia. Podsłuchiwanie cudzych rozmów i szpie­
gowanie konkurencji były u niego na porządku dziennym. 
Ponadto był psem na kobiety. Uwodził je i zostawiał bez 
wahania, rozbijał małżeństwa. 

Teraz zaś najwyraźniej miał ochotę na pewną blondynkę, 

która spadła mu prosto z nieba! Mariann nie miała najmniej­
szych wątpliwości, co do jego intencji. Spróbowała się więc 
odsunąć, lecz nie miał zamiaru wypuszczać z objęć swojej 
zdobyczy. 

- Musiałem panią złapać, nie miałem wyboru - mruk­

nął przeciągle zmysłowym głosem. - Wszedłem do pokoju, 
zobaczyłem parę prowokujących mnie zgrabnych nóg, i na­
gle prześliczna dziewczyna sama wpadła mi prosto w ręce. 

background image

WBREW WYROKOM LOSU 15 

A potem zaczęła kusząco drżeć, jakby prosiła o... Właśnie, 
o co? 

Mariann zmartwiała ze strachu. Jakoś nie odpowiadała jej 

rola obiadu dla wygłodzonego drapieżnika. Co robić? Przede 
wszystkim nie prowokować, pomyślała, gdy przypomniały jej 
się wiszące w każdym ZOO tabliczki: „Nie drażnić dzikich 
zwierząt". Pasowało jak ulał. 

- O nic. Najadłam się strachu, to wszystko. Ale już w po­

rządku, może mnie pan puścić. 

- Nie tak szybko. - Przyciągnął ją jeszcze bliżej do siebie. 

- Najpierw wyjaśnimy sobie, kim pani jest i co pani tu robi. 
Tak się bowiem składa, że to moje biuro i mam prawo wie­
dzieć, co się tu dzieje. Chyba jest trochę za późno na pracę, 
prawda? 

Wiedziała, że musi uśpić jego podejrzenia, co wcale nie 

wydawało się proste. Znacznie łatwiej było ciskać strzałkami 
w fotografię Vigadó. Z żywym szło jej nieco trudniej... 

- Ojejku! To pan? Mówią, że szybko dorobił się pan for­

tuny. Cwany z pana gość - szczebiotała ze szczenięcym za­
chwytem. 

- Też tak myślę - przyznał, nie spuszczając z niej uważ­

nego spojrzenia. - Jestem Vigadó Gabor. A pani? 

- Mimi - uśmiechnęła się słodko. 
- Mimi - powtórzył nieufnie. 
Natychmiast pożałowała, że wybrała sobie takie imię. 

Wszyscy inni mężczyźni w biurze wzięli je za dobrą monetę 
i byli nim zachwyceni, jednak ich szef miał więcej oleju 
w głowie niż oni wszyscy razem wzięci. Od razu wyczuł, że 

jest zbyt nieprawdopodobne. 

Stojąca przed nim czarująca blondynka zmarszczyła nosek. 

background image

16 WBREW WYROKOM LOSU 

- Wiem, że mam głupie imię, ale co zrobić? Kłócić się ze 

staruszkami? 

Patrzył na nią z namysłem. Mariann mimowolnie zadrżała 

pod jego przeszywającym wzrokiem. 

- Jesteś spięta, Mimi - zauważył mimochodem. - To 

dziwne, kobiety zazwyczaj lubią znajdować się w moich ra­
mionach. Boisz się mnie? 

- A bo pan... Pan ma takie niesamowite oczy! Aż mnie 

ciarki przechodzą, jak mi się tak pan przygląda. 

- Może i słusznie. Widzisz, bardzo nie lubię nieproszo­

nych gości. Mogę być dla nich nieprzyjemny. 

- Ale przecież ja tu pracuję - oburzyła się. 
- Pracujesz? - powtórzył z powątpiewaniem. 
- No jasne! - Skinęła głową w stronę porozstawianych 

drabin. - Chyba widać, nie? 

- Skoro tak, to czemu się denerwujesz? 

Szeroko otwarte zielone oczy wpatrywały się w niego 

z wyrazem absolutnej niewinności. 

- Bo w życiu nie byłam tak blisko prawdziwego milionera 

- wypaliła bez namysłu. 

- Miliardera - poprawił odruchowo. - Wiedziałaś, kim je­

stem, gdy tutaj wszedłem. Skąd? - spytał podejrzanie łagod­
nym tonem. 

Mariann miała wrażenie, że jej umysł pracuje na najwyż­

szych obrotach. 

- Nie jestem taka głupia, proszę pana - obruszyła się. 

- Kto inny mógłby mieć klucze? 

- Dozorca. 
- Skoro dozorca na Węgrzech zarabia tyle, że chodzi w ta­

kich kosztownych ciuchach, to chcę zostać dozorcą - peroro-

background image

WBREW WYROKOM LOSU 17 

wała ze swadą, lecz nagle przyszło jej do głowy, że nie po­
winna być taka bystra. Zamilkła, ponownie przybierając minę 
kompletnej idiotki. 

- Coś mi się zdaje, że źle na tym wszystkim wyjdziesz 

- ostrzegł cichym głosem. 

Symulowała, zdziwienie, trzepocząc rzęsami, kiedy na­

gle przyszła jej do głowy przerażająca myśl. Rozpoznał ją! 
Przecież oboje uczestniczyli w Międzynarodowych Targach 
Książki we Frankfurcie. Ale czy to możliwe? Kręciła się tam 
taka masa osób. W dodatku Mariann miała rude włosy, sta­
ranny makijaż, elegancki kostium oraz nienaganne maniery 
kobiety interesu. Teraz zaś stała przed Vigadó w charakterze 
mało rozgarniętej tlenionej blondynki w postrzępionych szor­
tach, w bawełnianej koszulce, boso i bez makijażu. Nie ma 
siły, żeby skojarzył, że te dwie tak różne kobiety to jedna i ta 
sama osoba! 

Odzyskawszy pewność siebie, teraz ona przypuściła atak. 

- Ależ pan ma tupet! Zostaję po nocy, robię wszystkim 

przysługę... 

- Nie wiem jak innym, ale mnie rzeczywiście robisz przy­

sługę, sama wpadając mi w ramiona - przytaknął. 

- Miałam na myśli, że staram się, żeby pański gabinet 

ładnie wyglądał. 

- Twoje wysiłki zostały uwieńczone powodzeniem. Dzię­

ki tobie mój gabinet wygląda wyjątkowo ładnie - mruknął 
zmysłowo. 

- Pewnie. A to tylko dlatego, że cudem się przez pana nie 

zabiłam. Nieźle mnie pan wystraszył, wchodząc tu tak znie­
nacka! - Mariann konsekwentnie udawała, że nie rozumie 
podtekstu jego wypowiedzi. 

background image

18 WBREW WYROKOM LOSU 

- Ty też mnie zaskoczyłaś. Angielka, która maluje po nocy 

jakieś biuro w Budapeszcie, nie jest powszechnie spotykanym 

zjawiskiem. 

Poczuła pewny grunt pod nogami. W kwestii pracy wszy-

stko zostało przemyślane i zaplanowane. Miała przygotowane 
wyjaśnienie. 

- Pomagam dwóm kumplom. Andras i Janos byli tacy 

kochani, że dali mi trochę zarobić, złote chłopaki. Znamy się, 
bo mama była Węgierką. Przyjeżdżam tu do rodziny. - No, 
przynajmniej trochę prawdy w tym morzu kłamstw, pomyśla­
ła z ulgą. - Muszę chyba coś jeść i gdzieś mieszkać, nie? A to 
kosztuje. - Nagle przyszło jej na myśl, że musi bardziej 
uprawdopodobnić swoje pochodzenie z niższych warstw. 
Najlepiej z lumpenproletariatu lub coś w tym rodzaju. - Mia­
łam harować przez pół nocy, żeby dostać więcej szmalu, a te­
raz chała. 

Z zadowoleniem obserwowała unoszące się brwi. 
- Obawiam się, że nie bardzo rozumiem. Do tej pory 

wydawało mi się, że znam dobrze angielski, ale widocznie się 
myliłem. 

- O rany, tak się u nas mówi - uśmiechnęła się łobuzersko. 

- Chodziło mi o to, że za dzisiejszy wieczór zarobię mniej, 
niż myślałam. Przepraszam. - Bezskutecznie próbowała się 

oswobodzić z jego stalowego uścisku. - Hej, to naprawdę 
trochę boli! 

- Doprawdy? - zdziwił się ze zjadliwą słodyczą. - No 

proszę, czyli jednak jest trochę racji w tym, co o mnie mówią. 
Podobno bywam niekiedy brutalny - uśmiechnął się nieprzy­

jemnie. - A ja po prostu wiem, że w pewnych sytuacjach 

dobrze jest użyć siły. 

background image

WBREW WYROKOM LOSU 19 

- W jakich sytuacjach? - spytała z przestrachem. 
Przyciągnął ją bliżej do siebie. 
- Na przykład w takich, jak ta... W sytuacjach, które 

mnie w jakiś sposób ekscytują. 

- Coś mi się widzi, że ekscytuje się pan nazbyt szybko 

- zauważyła drżącym głosem. 

- To zależy od tego, jak bardzo ktoś stara się doprowadzić 

mnie do stanu wrzenia... 

W mig pojęła aluzję. Przedobrzyła. Zagrała zbyt łatwą 

idiotkę. 

- Ale najpierw dowiem się o tobie wszystkiego, bo coś mi 

się tu ciągle nie podoba - ciągnął. 

- A mnie lepiej się rozmawia, jak mam czym oddychać! 

- wypaliła. 

- A mnie łatwiej wyciągać z kogoś informacje, gdy mam 

go w garści - szepnął i zaczął pieścić ciało Mariann. 

Nie ze mną takie numery, spryciarzu, pomyślała. Ja też 

potrafię robić kogoś w konia. Nabrała powietrza w płuca. Tak 

jak przewidziała, wzrok Vigadó natychmiast ześlizgnął się na 

opinającą się na jej biuście bluzeczkę. 

- Panie, coś pan! - wrzasnęła najgłośniej, jak tylko po­

trafiła. 

Zaskoczony, comął się odruchowo, obronnym gestem pod­

nosząc ręce do uszu. Uwolniona nagle Mariann na wszelki 
wypadek stanęła nieco bliżej drzwi. 

- Chyba ogłuchłem - stwierdził z irytacją Vigadó. 
Zachichotała z rozbawieniem, po czym nagle umilkła. 
- Jejku! Ma pan farbę na tej swojej drogiej koszuli! 
- Do diabła! - Pospiesznie ściągnął płaszcz, na szczęście 

nie pobrudzony, i rzucił go Mariann. - Popatrz, co narobiłaś! 

background image

20 WBREW WYROKOM LOSU 

Co za bezczelny typ, pomyślała z oburzeniem. Nie jestem 

jego służącą. Równie aroganckim gestem cisnęła kosztowny 

płaszcz na walizkę. 

- Wcale nie prosiłam, żeby czepiał się mnie pan tak kur­

czowo, jak tonący brzytwy! 

- Chroniłem cię przed skręceniem karku - wycedził lodo­

watym tonem. - I wypraszam sobie porównanie z tonącym! 

- No dobrze, przyczepił się pan jak pijawka - zgodziła 

się uprzejmie, choć jej zdaniem wampir byłby lepszym okre­
śleniem. 

Zmierzył ją ponurym wzrokiem. 
- Chyba wiem, co chciałaś przez to powiedzieć - stwier­

dził ze zjadliwą ironią, ale i ze znużeniem. Widocznie miał za 
sobą naprawdę ciężką podróż. Mariann przyjęła to z zadowo­
leniem. Zmęczony wróg, to słaby wróg. - Masz terpentynę 
lub coś takiego? 

- Jasne. - Zakrzątnęła się szybko i podała mu butelkę 

z rozpuszczalnikiem oraz gazę. 

- Najpierw ty - burknął, zbyt zmęczony, by silić się na 

uprzejmość. 

Podziękowała i usunęła plamy z rąk, dekoltu i nóg, świa­

doma tego, że Vigadó ani na chwilę nie spuszcza z niej oka. 
Serce waliło jej jak szalone. Nagle zrozumiała, że mniej oba­
wia się bycia zdemaskowaną, niż bycia... uwiedzioną. Co się 
z nią dzieje? Jeszcze nigdy żaden mężczyzna nie miał na nią 
takiego wpływu. Gdy tylko któryś zaczynał robić do niej 
słodkie oczy, bezlitośnie stroiła sobie z niego żarty. 

Ale ten człowiek do żadnej kobiety nie robił słodkich oczu. 

Brał to, co chciał. Oburzało ją to, a zarazem zniewalało, gdyż 
wydawało się takie niesamowicie męskie. Z przerażeniem 

background image

WBREW WYROKOM LOSU 21 

zdała sobie sprawę z tego, że z rozkoszą utonęłaby w tych 
czarnych oczach, w tych silnych ramionach... 

Och, czemu on nie jest jakimś chuderlawym brzydalem? 

Byłaby wtedy znacznie pewniejsza siebie. W tej zaś sytuacji 
czuła się równie bezpiecznie jak królik w legowisku tygrysa. 
Trzeba zmykać. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Mariann pakowała swoje rzeczy, podczas gdy Vigadó z fu­

rią próbował doczyścić ubranie. Nagle przypomniał jej się 

inny mężczyzna, który również miał tendencję do rządzenia 
wszystkimi. Narzeczony jej starszej siostry, Istvan. 

Ależ z nich szczęściarze, pomyślała o tamtych dwojgu 

z zazdrością doprawioną szczyptą melancholii. Zawsze, gdy 
patrzyli sobie w oczy, miała wrażenie, że świata poza sobą nie 
widzą. Wiedziała jednak, że taka miłość zdarza się niezwykle 
rzadko i że jej szanse na spotkanie odpowiedniego mężczyzny 

są praktycznie żadne. 

Po chwili wszakże na jej ustach pojawił się lekki uśmiech. 

A może? Skoro starszą siostrę spotkało szczęście w postaci 
odwzajemnionego uczucia, to niby czemu ją miałoby to omi­
nąć? Burzliwy związek Tanyi i Istva'na udowadniał, że nawet 
po najczarniejszej nocy musi zaświecić słońce. 

I chyba nie tylko w miłości tak się dzieje. Może żona 

Lionela powróci do męża, gdy przekona się, że uwikłała się 
w romans z istnym potworem? Może Mary 0'Brien znów 
zacznie pisać dla swojej dawnej firmy? Głowa do góry, na 
pewno wszystko się uda. Trzeba tylko zdobyć jej nowy adres. 

- I co z tą farbą? Schodzi? - spytała z uprzejmym zain­

teresowaniem. 

- Nie! - warknął ze złością. 

background image

WBREW WYROKOM LOSU 23 

- Niech się pan nie martwi. W pralni chemicznej poradzą 

sobie z tym na pewno - zapewniła z przekonaniem i zakręciła 
butelkę. - No cóż, skoro pan wrócił, to ja zmykam. Nie będę 
panu przeszkadzać. 

- Nie tak szybko! Najpierw mi powiesz, Mimi, co zamie­

rzasz tu dalej robić. 

- Mam dla pana ogromną niespodziankę - oznajmiła za­

gadkowo. 

- Doprawdy? - spytał zimno i włożył ręce do kieszeni 

marynarki. - Chętnie się dowiem, co dla mnie szykujesz. 

Nie masz się do czego śpieszyć, pomyślała zjadliwie, roz­

koszując się wizją zemsty. 

- Jak pan sobie życzy. Proszę podejść. - Przyklękła obok 

swoich rzeczy. 

- Tutaj? Niekonwencjonalna z ciebie dziewczyna - za­

uważył prowokacyjnie. 

- Ale pan ma pomysły, też coś! - obruszyła się tak, jak 

powinna to zrobić głupiutka, ale porządna Mimi. Tłumiąc 
chichot, sięgnęła po puszki z farbą. W sklepie specjalnie wy­
brała najbardziej dziwaczne kolory, po czym kazała zapisać 
wszystko na rachunek firmy i przysłać do wydawnictwa. Śru­
bokrętem podważyła wieczko jednej z nich i z dumą zapre­
zentowała żółtawą ciecz. -I co pan na to? Super, nie? 

- Wiesz, jakoś nigdy nie marzyłem o tym, żeby pracować 

we wnętrzu ogromnego melona. - Przykucnął obok i sięgnął 
po leżący na torbie kombinezon do pracy. Z namysłem spo­

jrzał na wyhaftowany na kieszeni emblemat. 

- Kastely Huszar - rozpoznał natychmiast. - Skąd to 

masz? - spytał ostro. 

O rany, a jeśli on zna hrabinę? Trzeba będzie jeszcze dziś 

background image

24 

WBREW WYROKOM LOSU 

do niej zadzwonić i gorąco poprosić, żeby wyparła się jakich-
kolwiek koneksji rodzinnych z Mariann! 

- Nie ukradłam, jeśli o to panu chodzi - odparła z godno­

ścią. - Byłam tam dekoratorem. Wszyscy, którzy odnawiali 
zamek, dostali takie same. Nie zdarto ich z nas, gdy skończy­
liśmy robotę. 

- Naprawdę pracowałaś dla Istvana Huszara? 
Miała wrażenie, że jego badawcze spojrzenie przewierca 

ją na wylot. Do licha, że też musi być córką pastora! Gdy­

by nią nie była, rozmijanie się z prawdą przychodziłoby jej 
z większą łatwością. Zmobilizowała siły. 

- Zrobiłam dla niego to i owo - powiedziała, zadowolona, 

że jednak udało jej się nie skłamać. 

Przecież to właśnie ona wraz z młodszą siostrą, Sue, mu­

siała załagodzić gniew i rozczarowanie kilkuset gości, gdy 
ślub ich brata nie doszedł do skutku. A pakowanie z powro­
tem tych wszystkich prezentów? Koszmar! Tak, to był strasz­
ny dzień. Chociaż z drugiej strony, tylko dzięki temu wyjaś­
niło się, że Tanya i Istva'n darzą się prawdziwym uczuciem. 
Gdyby nie to, prawdopodobnie nie byliby teraz razem. Czyli 
nie ma tego złego... 

Vigadó podniósł się i z lekkim niedowierzaniem spojrzał 

na skąpo odzianą blondynkę. 

- I ja mam uwierzyć, że znasz się na dekorowaniu wnętrz? 
- No pewno! Spoko, zaraz panu pokażę, co jeszcze będzie 

zrobione. Bo ja się tu nie obcyndalam, wie pan. 

Westchnął ciężko. 

- Czy język, którym się posługujesz, też musi być taki, 

hm... udekorowany? - spytał z przekąsem. - Czy ty nie mo­
żesz mówić po ludzku? 

background image

WBREW WYROKOM LOSU 25 

Mariann uśmiechnęła się łobuzersko. Jak to miło robić 

takiego drania w konia! 

- Chodziło mi o to, że ciężko dla pana pracuję - wypaliła 

bezczelnie. - O, proszę. - Z wprawą otwierała kolejne puszki. 
- Sufit machniemy na kremowo, stiuki na morelowo, to lepiej 
się odznaczą, na drzwi pójdzie rozbielona śliwka, a framugi 
zrobi się na popielato. - Jej uśmiech stał się jeszcze szerszy, 
gdy ujrzała, że Vigadó osłupiał. - Ekstra, co? 

- To jest stary, zabytkowy budynek - powiedział wresz­

cie, gdy ochłonął z zaskoczenia. - Znajdujemy się w dawnym 
salonie z osiemnastego wieku... 

- Co, boi się pan być oryginalny? Przecież takie wystrza­

łowe zestawienie będzie pasować do takiego faceta, jak ulał! 
- Profesjonalnym spojrzeniem zmierzyła jego sylwetkę. 

Na pierwszy rzut oka było widać, że idealnie skrojony 

szary garnitur skrywa fantastycznie zbudowane ciało. Ech, że 

też los musiał być do tego stopnia łaskawy dla takiego ob­
rzydliwego typa. Nie szkoda było na niego zachodu? 

- Taak? A może zechciałabyś mnie oświecić co do mojego 

charakteru? - zaproponował z ironią. 

Zrobiłabym to z największą przyjemnością, pomyślała. 
- Jest pan pewny siebie, zdecydowany, twardy, trzyma 

wszystkich żelazną ręką, nie toleruje błędów, zawsze wszy­
stko wie najlepiej i idzie do przodu jak burza. Co się pan 
dziwi? Przecież to widać jak na dłoni. Wygląd, a szczególnie 
ubranie, zdradza prawdę o człowieku. Na przykład, co pa­
nu mówią moje ciuchy? - Machnęła ręką w kierunku sterty 
ubrań we wszystkich niemal kolorach tęczy, lecz ze zdecydo­
waną przewagą wściekłego różu. 

Popatrzył na nie z lekka zdegustowany. 

background image

26 WBREW WYROKOM LOSU 

- One nie mówią, one krzyczą - zawyrokował z deza­

probatą. - Krzyczą, że jesteś kompletnie postrzelona. Gdyby 
posadzono na nich kameleona, biedak dostałby rozstroju ner­
wowego. 

- Pan ma poczucie humoru! - zawołała ze zdumieniem. 
- Nieprzeciętne - skwitował ponuro. - Pokaż język. 
Zaskoczona tym nagłym rozkazem, omal nie posłuchała. 

Zreflektowała się w ostatnim momencie. 

- Co takiego? 
Już stał przed nią i patrzył na nią z góry. Mariann poczuła, 

że nogi miękną jej w kolanach. Te oczy... 

- Pokaż język - powtórzył cierpliwie i pochylił się nad 

nią. 

Zahipnotyzowana jego niesamowitym wzrokiem, przysu­

nęła się nieco bliżej. Och, miała taką ochotę pocałować te 
pełne, zmysłowe usta... 

- Doczekam się wreszcie, czy nie? 

O co mu, do licha, chodzi? Chce jej go odciąć, czy co? 

Zaintrygowana, jak również poirytowana pragnieniami, jakie 
w niej budził, z przyjemnością pokazała mu język, niczym 
obrażone dziecko. 

Wyjął z kieszeni śnieżnobiałą chusteczkę i zwilżył ją deli­

katnie. Ach, to o to chodziło, pomyślała z ulgą. Przyglądała 
mu się ukradkiem. Długie czarne rzęsy rzucały cień na poli­
czki, a pięknie zarysowane usta kusiły, by złożyć na nich 
gorący pocałunek. Miała coraz większą ochotę ulec tej po­
kusie. 

Poczuła, że serce zaczyna jej bić coraz szybciej. Lubiła 

mężczyzn, lubiła być całowana, brana w ramiona... i na tym 
koniec. Wiedziała, że gdyby pozwoliła sobie na więcej, ozna-

background image

WBREW WYROKOM LOSU 27 

czałoby to uwikłanie się w mniej łub bardziej poważny zwią­
zek. A Mariann bała się poddać emocjom. Miała już okazję 
obserwować z bliska, jak cierpią ludzie targani uczuciami 

- Tanya i Istva'n, John i Lisa... Owszem, w końcu osiągnęli 

szczęście, ale jakim kosztem! Ona nie zamierzała tak się za­
dręczać. 

Szkoda, że nie może pocałować tego przystojniaka. Każdy 

mężczyzna oczekuje, że to tylko preludium do bardziej za­
awansowanych pieszczot. Zachowanie Mariann dawało im tę 
nadzieję, przy czym, gdy tylko próbowali wykorzystać sytu­

ację, byli bez żalu porzucani. 

Ale z Vigadó by jej tak łatwo nie poszło, nie dałby się 

potem zbyć byle czym. Przy pierwszym pocałunku uznałby, 
że ma do niej prawo i niechybnie zrobiłby wszystko, by zwy­
kły flirt przeistoczył się w łóżkowy romans. Mariann ze zło­

ścią cofnęła język i zamknęła usta. Nie ma mowy! 

Zaczął starannie wycierać wilgotną chusteczką jej popla­

mione farbą czoło. Był tak blisko, że czuła promieniujące 
z jego ciała ciepło... 

Uśmiechnął się w zamyśleniu. 
- Ciekawe, które z nas jest silniejsze? Kto kogo zje, jak 

myślisz? 

Spojrzała na niego ze zdumieniem i z przestrachem. Zanim 

zdążyła odpowiedzieć, poczuła na policzku dotyk jego języka. 
Zrobiło jej się dziwnie słabo i gorąco. Potrząsnęła głową, by 
zebrać myśli. 

- Nie radzę. Może się to źle dla pana skończyć. 
- A co, otruję się? - zakpił. - Taka jesteś jadowita? 
- Nie, poplamiłam się farbą, a w niej jest ołów - odcięła 

się bez przekonania. 

background image

28 WBREW WYROKOM LOSU 

Zaśmiał się szatańsko. 
- Dzięki za ostrzeżenie. Rzeczywiście, muszę się mieć na 

baczności, gdy spotykam na swojej drodze piękną i tajemni­
czą dekoratorkę. 

Nie bardzo wiedziała, jak zareagować. Nie potrafiła zna­

leźć odpowiednich słów, myślenie przychodziło jej z trudem, 

jego bliskość rozpraszała ją w ogromnym stopniu. 

- Pochlebca! - mruknęła w końcu i kokieteryjnie zatrze­

potała rzęsami. 

- Tylko bez uwodzenia mnie - przykazał lodowatym to­

nem. - Nie znoszę takich gierek. Jeśli poczuję ochotę na jakąś 
kobietę, to i tak będzie moja. Nie potrzebuję, żeby dawała mi 
w ten sposób przyzwolenie. 

Zganiona Mariann rozpaczliwie szukała wyjścia z niezrę­

cznej sytuacji. Bezskutecznie. 

- Wcale pana nie uwodzę - wykrztusiła w końcu przez 

ściśnięte gardło. 

- Mam na ten temat inne zdanie - uciął zdecydowanie. 
Uwaga, nie jest dobrze! Zmień taktykę, kochana, bo stą­

pasz po cienkim lodzie. Nie wiadomo, w którym momencie 

się pod tobą załamie. Najlepiej byłoby w ogóle z niego zejść. 
Nie ma sensu dalej się stawiać, trzeba jak najszybciej stąd 
wyjść, a potem znaleźć jakiś sposób, żeby niepostrzeżenie 
zamknąć otwartą szufladę, zanim ktokolwiek się jutro zorien­

tuje, że ktoś szperał w papierach. 

- Cóż, przepraszam. Dobrze, w takim razie proszę mi po­

wiedzieć, jak ten gabinet ma być pomalowany, skoro nie 
odpowiada panu mój dobór kolorów. Cały czas uważam, że 
wyglądałoby to świetnie... 

- Nikogo nie obchodzi, co ty uważasz - przerwał ostro. 

background image

WBREW WYROKOM LOSU 

29 

- Decyzja w sprawie kolorystyki należy do kierownika biura, 
a nie do jakiegoś nieopierzonego podlotka. Powinnaś była 

skonsultować się z Sandorem Millassinem. 

- Antalem - poprawiła, patrząc mu prosto w oczy. 
Nawet nie mrugnął powieką. 
- Tak, rzeczywiście, Antalem Millassinem. Wyleciało mi 

z pamięci - skłamał bez zająknienia. 

Mariann nie miała najmniejszych wątpliwości, że chciał ją 

sprawdzić. Musisz się lepiej starać, jak chcesz mnie przyłapać, 

pomyślała ironicznie. 

- Antal ma urwanie głowy - wyjaśniła, zresztą zgod­

nie z prawdą. Kierownik był tak przerażony perspektywą 
przyjazdu upiornego szefa, który od tej pory będzie bezustan­
nie kontrolował jego poczynania, że nie obchodziły go takie 
detale, jak to, czy drzwi mają być pomalowane na kremo­
wo, czy na żółto. Dla niego mogły być równie dobrze fiole­
towe w pomarańczową kratkę. - Jest bardzo zapracowany. 

Przecież nie codziennie przenosi się siedzibę firmy i to tak 
wielkiej. 

Vigadó bez słowa podszedł do okna i wyjrzał na zewnątrz. 

Szalejąca od jakiegoś czasu śnieżyca uspokoiła się nieco 
i można było dojrzeć skuty lodem Dunaj, koronkowe wieży­
czki Parlamentu oraz spadziste, iskrzące bielą dachy zabytko­
wych kamieniczek. 

- Jak się nazywają ludzie, którzy cię wynajęli? 

Gdy podała mu nazwiska, odszukał numer w książce tele­

fonicznej i zapisał w notesie. 

- Rano tam zadzwonię - oznajmił tonem nie znoszącym 

sprzeciwu. 

- Nie ma potrzeby. Przyjdą tutaj. 

background image

30 WBREW WYROKOM LOSU 

- Ciekawi mnie, czemu oni nie pracują po nocy, tylko ty 

jedna? - dociekał niestrudzenie. 

Mariann poczuła się osaczona. Z jednej strony to nie koń­

czące się przesłuchanie, a z drugiej ten taksujący ją wzrok, 
bezwstydnie kontemplujący jej biust, krągłe biodra, długie 
nogi w króciuteńkich szortach... 

- Potrzebuję pieniędzy. I to bardzo - odparła z niejakim 

trudem. - Tak długo ich prosiłam, aż pozwolili mi zostać. 
W ten sposób z naszego wspólnego zarobku ja dostanę naj­
więcej. 

- Sprytna jesteś. 
Owszem. Wkrótce odczujesz to na własnej skórze. 
- W dodatku uwijamy się naprawdę szybko - pochwaliła 

się. - Skończymy tę robotę, zanim się pan zorientuje, co jest 
grane. - Szkoda, że tylko ona jedna może docenić tę grę słów. 

- To jak będzie? - ponagliła, gdy ociągał się z odpowiedzią. 

- Nijak nie będzie - odrzekł podenerwowany. - Wynoś się 

stąd razem z całym tym majdanem. - Przestał się silić na 

uprzejmość. - Sam wybiorę ludzi, którzy mi to zrobią. 

Mariann nie wierzyła własnym uszom. Jak to? Cały jej 

misterny plan legł w gruzach? Tyle zachodu na nic? Bezradnie 
przyglądała się, jak Vigadó przerzuca płaszcz przez ramię 
i podnosi walizkę. Posłał jej niechętne spojrzenie. 

- Powiedziałem ci, że masz stąd iść! 
- A moi kumple? Co ja im powiem? Będą na mnie wście­

kli, że zawaliłam sprawę — jęknęła z rozpaczą. Oczywiście nie 
chodziło jej wcale o Janosa i Andrasa, tylko o otwartą szufla­
dę, którą musiała jakoś zamknąć. Ale jak? 

- Czy ty naprawdę jesteś taka głupia,-na jaką wyglądasz? 

- warknął. - Nie zdajesz sobie sprawy z tego, z kim zadzie-

background image

WBREW WYROKOM LOSU 31 

rasz? Spróbuj dalej przeciągać strunę, to spotka cię coś wy­

jątkowo niemiłego — ostrzegł zimno. - Nie przywykłem do 

tego, by lekceważono moje rozkazy. 

Powoli omiótł ją spojrzeniem, od którego nogi ugięły jej 

się w kolanach. Gdy spotkała jego pogardliwy i bezlitosny 
wzrok, poczuła lęk. Dopiero teraz zrozumiała, co jej grozi 
i zaczęła się naprawdę bać. 

- Masz dziesięć sekund, żeby się ruszyć z miejsca i dwie 

minuty, żeby posprzątać ten bałagan - oznajmił rozkazująco. 

- Ależ to niemożliwe! Potrzebuję co najmniej... 
- Do roboty! 

Mariann z urazą wzruszyła ramionami. 
- Dobrze, już dobrze. Pan tu rządzi. O, chyba zgubił pan 

portfel albo coś takiego. - Wykonała nieokreślony gest w kie­
runku swoich rzeczy. 

Gdy odwrócił się i podszedł do nich, bezszelestnie po­

mknęła do sąsiedniego gabinetu, zamknęła szufladę i już była 
z powrotem. Strach dodał jej skrzydeł. 

- Nic tu nie ma - mruknął, minął ją, wszedł do gabinetu 

i zaczął przeglądać pocztę, jakby Mariann przestała istnieć. 

Zaczęła sprzątać, cały czas łamiąc sobie głowę nad wyna­

lezieniem jakiegoś sposobu, który jednak pozwoliłby jej do­

prowadzić wszystko pomyślnie do końca. Nie może przecież 
położyć uszu po sobie i przyznać, że przegrała. To byłoby 
okropne! Ten obrzydliwy brutal znów byłby górą. O, nie! Nie 
zgadzam się, żeby zawsze dostawał wszystko, czego chce! 

Przekupuje autorów, niszczy konkurencję, zastrasza wydaw­
ców. Dosyć tego! Ktoś wreszcie musi stawić mu czoło. 

Mariann buntowniczo wrzuciła jakieś drobiazgi do torby. 

Jeszcze nigdy w życiu nie wycofała się z tego, co sobie pin-

background image

32 

WBREW WYROKOM LOSU 

nowała. Ani razu się nie poddała. Czemu miałaby to zrobić 
tym razem? Tylko dlatego, że ten niemiły typ pojawił się nie 
w porę i zaczął nią komenderować? Też coś! 

Jakiś wewnętrzny głos podpowiadał, żeby dała sobie spo­

kój, że nie warto tak się szarpać, a co więcej, tak ryzykować. 
Zostawanie tu dłużej sam na sam z rozjuszonym Vigadó nie 
było zbyt rozsądne. Rzecz jednak w tym, że nigdy nie lubiła 
kierować się rozwagą. Stawiała raczej na swój upór i siłę 
przebicia. Jak dotąd, wychodziła na tym całkiem nieźle., 

Dlatego też wszyscy uważali ją za niezwykle silną kobietę, 

której wszystko przychodzi z łatwością i która nie ma żad­
nych problemów. Garnęli się do niej, gdyż kontakt z energi­
czną, zawsze promiennie uśmiechniętą Mariann każdego pod­
nosił na duchu. W rzeczywistości wcale nie była taka pogod­
na, na jaką wyglądała. Nauczyła się takiego postępowania, by 
ująć ciężaru rodzinie, ciężko doświadczonej przez los. Jedna 

Sue wiedziała, że starsza siostra czasem z ogromnym wysił­

kiem robi dobrą minę do złej gry. 

Uśmiechnęła się niewesoło, starannie czyszcząc pędzle. 

Czwórka rodzeństwa, a każde z nich inne. Opiekuńcza, po­
święcająca się dla wszystkich Tanya, romantyczny, impulsyw­
ny John oraz trzeźwo myśląca i twardo stąpająca po ziemi 
Sue. 

Ona zaś przyjęła na siebie rolę beztroskiej, pogodnej 

dziewczyny, która niestrudzenie rozpraszała smutki. Właśnie 
dlatego mężczyźni ją uwielbiali. Była duszą towarzystwa, 
potrafiła każdego zabawić, rozśmieszyć celnym dowcipem, 
błyskotliwym powiedzonkiem. Kobieta kojarząca się z kieli­
szkiem musującego szampana, a nie z zapachem domowych 
wypieków i ciepłem domowego ogniska. 

background image

WBREW WYROKOM LOSU 33 

Żaden z tych, którzy lecieli do niej jak ćmy do światła, nie 

wiedział, jaka jest naprawdę. Gdy próbowała się otworzyć, 
ukazać prawdziwą siebie, sprawić, by potraktowano ją poważ­
nie, uważano to za jej kolejny żart. Wcale nie chcieli znać 
prawdy, potrzebowali, by była przebojowa i nieugięta. Ciąg­
nęła ich wszystkich do przodu.,. 

Och, jak cudownie byłoby związać się z kimś silniejszym 

od siebie. Żeby wreszcie i ona mogła się na kimś wesprzeć, 
mieć problemy, wątpliwości... Ale na pewno nie z takim dra­
niem jak ten tutaj. Nie pozwoli, by akurat on okazał się od 
niej leps2y. I zaraz mu to udowodni. 

No, to do roboty! Sam przecież tego chciał, prawda? 
Uśmiechnęła się do siebie i bez namysłu wróciła do sąsied­

niego pomieszczenia. Vigadó nie usłyszał jej, gdyż wciąż 
chodziła boso. Już miała się odezwać, gdy zauważyła coś, co 
kazało jej się na chwilę powstrzymać. 

Wyjmował z walizki jakieś rzeczy, gdy nagle zesztywniał. 

Powoli podniósł oprawione w srebrną ramkę zdjęcie kobiety. 
Przez moment wpatrywał się w nią z niewypowiedzianą nie­

nawiścią, po czym gniewnie wrzucił fotografię z powrotem 
między ubrania. 

Żona? Na pewno nie była to połowica Lionela, gdyż tamta 

była szatynką, zaś tu chodziło o platynową blondynkę. Cie­
kawe. Nagle Vigadó podjął decyzję, odwrócił się w kierunku 
wyjścia i zamarł. 

I wtedy Mariann ujrzała wyraz jego oczu. Widniała w nich 

desperacja i niekłamana rozpacz. Coś takiego! Ten idący do 
przodu po trupach karierowicz potrafi żywić jakieś ludzkie 
uczucia. Dobry znak. Gdy kiedyś zajdzie taka potrzebo, będzie 
wiedziała, jak na tych uczuciach zagrać. 

background image

34 WBREW WYROKOM LOSU 

Na jej widok natychmiast przybrał surowy wyraz twarzy. 
- Ty jeszcze tutaj? 
- Chciałam tylko powiedzieć, że tak łatwo panu ze mną 

nie pójdzie. Jeszcze się zobaczymy. - Wyprostowała się 
dumnie, odwróciła na pięcie i z godnością opuściła pomiesz­

czenie. 

- A co? Zamierzasz umówić się ze mną na randkę? - za­

pytał, idąc za nią. 

- Nie. Spotkamy się w sądzie - rzuciła przez ramię. 
Zaśmiał się pogardliwie. 
- Będziesz mnie skarżyć przed sądem? A masz na piśmie 

zlecenie na wykonanie tej roboty? - spytał z przekąsem. 

- Owszem - oznajmiła z triumfem. 

Węgierski agent Lionela zadbał o to. Antal dostał odpo­

wiednią sumę za współpracę i gotów był podpisać wszystko. 
Mariann potępiała takie metody i gdyby to od niej zależało, 
nie dałaby ani grosza łapówki. Nie mogła jednak wpłynąć na 
decyzję swojego szefa. O rany, gdyby tata wiedział, co jego 
średnia córka wyprawia... 

- A zezwolenie na pracę? 
- Nie. 
- Aha! Czyli pracujesz na czarno. W takim razie nie 

możesz pozwać mnie do sądu na tej podstawie. Co w takim 
razie wymyślisz? Oskarżysz mnie o napastowanie seksu­
alne? 

Uśmiechnęła się tajemniczo. 
- Gdzie ja podziałam płaski pędzel? - Rozejrzała się 

z udawanym roztargnieniem. 

- Jeśli zaatakujesz w ten sposób,, to możesz być pewna, że 

moi prawnicy obrócą to na twoją niekorzyść. 

background image

WBREW WYROKOM LOSU 35 

- Zamierzam to rozegrać zupełnie inaczej - oznajmiła 

spokojnie i wystawiła jedną z drabin na korytarz. 

- Co ty, do diabła, knujesz? - spytał z ledwo skrywanym 

zdenerwowaniem. 

Tu cię mam! Mariann doskonale wiedziała, że wysoko 

postawieni ludzie nie znoszą zagadek. Muszą wszystko wie­
dzieć, by móc wszystko kontrolować. 

- Ja nic nie knuję, tylko walczę o swoje prawa. Zarabiam na 

życie uczciwą ciężką pracą. Nie zamierzam jej stracić - powie­
działa z pełnym przekonaniem, gdyż była to szczera prawda. 
Jeśli wydawnictwo Lionela splajtuje, ona też znajdzie się na 
bruku. - Haruję jak wół, ręce mi mdleją całymi godzinami 
wdycham opary z farby, a pan jeszcze stroi fochy. Wywala mnie 
pan z roboty tylko dlatego, że zachciało się panu przyjechać za 
wcześnie, a zlecenie jeszcze nie jest wykonane. A jakim cudem 
ma być? - Spojrzała na niego z oburzeniem. - Ale to nie ja będę 
pana ciągać po sądach, tylko pan mnie! 

Zdumiony Vigadó ściągnął brwi, próbując rozwikłać tę 

szaradę, Mariann zaś spokojnie sięgnęła po termos oraz ka­
napki i wyszła na korytarz. 

- Zaczekaj chwilę. - Podążył za nią. - Porozmawiajmy. 

Wytłumacz dokładnie, o co ci chodzi, to może dojdziemy do 
porozumienia. 

- Zamierzam opowiedzieć wszystko waszej największej 

gazecie. 

- - Wszystko? - Skoczył ku niej, chwycił pod pachy 

i uniósł do góry, by ich twarze znalazły się na tym samym 
poziomie. - To znaczy, co? 

- Powiem, jak mnie pan puści. A jak nie, to wyleję na pana 

całą kawę! - zagroziła. 

background image

36 WBREW WYROKOM LOSU 

Postawił ją z powrotem na ziemi, raczej mało delikatnie. 
- Gadaj!--zażądał gniewnie. 
- Węgrzy są ludźmi honorowymi i sprawiedliwymi. 

Właśnie do tego ich poczucia sprawiedliwości zamierzam się 
odwołać. Powiem, jak pan traktuje podwładnych. Jak pan 
myśli, wezmą stronę ciężko pracujących zwykłych ludzi, czy 
nieprzewidywalnego szefa, który wyrzuca pracowników 
z byle powodu? 

- Nie zrobisz tego. I bez twoich rewelacji mam ostatnio 

nie najlepszą prasę. - Przyjrzał jej się uważnie. - Jesteś dia­
belnie sprytna! Wiesz, jak stawiać na swoim - mruknął, ba­
wiąc się jednym z blond loków. - Muszę to docenić. 

- Cieszę się, że wreszcie uznał pan mój punkt widzenia 

- ucieszyła się szczerze. - Proszę, od razu wiedziałam, że pod 
tym pancerzem kryje się ludzkie serce... 

- Nie rujnuj mojej reputacji tyrana — przerwał jej. - Długo 

na nią pracowałem - zadrwił. 

- Dobrze, już nie będę. I obiecuję, że dam z siebie wszy­

stko... 

- Nie wątpię. Już ja się o to postaram - mruknął. - Wi­

dzisz, nie dziw się, że traktowałem cię tak podejrzliwie. Nie 
wyglądasz na dekoratora w najmniejszym nawet stopniu. 

- To przez ten strój, prawda? - spytała niewinnie, gdy 

bezceremonialnie kontemplował jej nogi. 

Jego pożądliwe spojrzenie mówiło wyraźnie, że pragnąłby 

je całować od stóp, coraz wyżej i wyżej... Czuła, jak ogarnia 
ją słodka niemoc. 

- Ciekawe, czemu się tak ubrałaś? A raczej rozebrałaś? 
- Pot się ze mnie lał strumieniami! - wypaliła, żeby znie­

chęcić go do myśli o seksie. - Gorąco tu nie do wytrzymania, 

background image

WBREW WYROKOM LOSU 

37 

a okien otworzyć nie można, bo na zewnątrz śnieżyca. My­
ślałam, że się ugotuję. Jestem dziewczyną ze wsi, lubię świeże 
powietrze, a nie taką duchotę. 

- Nie wiedziałem, że Londyn jest na wsi - zauważył od 

niechcenia. 

Na moment straciła kontenans. 
- Bo nie jest. Kilka lat temu przeprowadziliśmy się do 

hrabstwa Devon - wyjaśniła pospiesznie. 

- Czy właśnie dlatego dostałaś pracę w Kastely Huszar? 

To chyba nie przypadek, że hotelem zarządza Anglik właśnie 
stamtąd. 

Aha, mój rodzony brat, John. Ciekawe, jakby Vigadó za­

reagował na taką wiadomość? 

- Jak człowiek chce zarobić, to musi mieć znajomości 

- uśmiechnęła się rozbrajająco. - To co, możemy tu dalej 
pracować? 

- Możecie. Tylko masz się bardziej odpowiednio ubrać, 

jasne? Wolę, żeby moi ludzie zajmowali się swoimi zadania­

mi, a nie gapili się cały dzień na twoje nogi. 

- Załatwione - zapewniła z przekonaniem. - Mogę się dla 

pana poświęcić. 

- Bardzo by mnie to ucieszyło... - mruknął. - Wchodzi­

łem do biura ledwo żywy ze zmęczenia. Teraz mam wrażenie, 
że przy tobie staję się w znacznym stopniu ożywiony... 

Zdziwiła się. 
- Ledwo żywy? To nadziani faceci nie latają Concorde'a­

mi, w których są wszelkie możliwe wygody? 

- Owszem. Ale mały wypad do Sydney, Hongkongu 

i wreszcie Nowego Jorku robi swoje. Nawet klasa samolotu 
niewiele może wtedy pomóc. 

background image

38 WBREW WYROKOM LOSU 

Spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami, starannie 

symulując ogromne zainteresowanie. 

- O rany, jeszcze nigdy nie gadałam z kimś takim jak pan 

- powiedziała z podziwem. Trzeba za wszelką cenę uśpić jego 
czujność i udobruchać go. - Chętnie podzielę się z panem 
moją kawą. I kanapkami. I niech mi pan powie, co się robi na 
takich spotkaniach? Coś mi się zdaje, że pan to wali pięścią 
w stół i goni ludzi, żeby lepiej pracowali. Zgadłam? 

Przyjął termos, za jedzenie podziękował i przez chwilę 

zastanawiał się nad odpowiedzią. 

- Raczej rozmawiam. O planach wydawniczych, o auto­

rach - odparł wymijająco. 

- O rany, super! To musi być życie! - mówiła z udawa­

nym entuzjazmem. -I jakie książki pańska firma wydaje? 

- Różne. Historyczne, sensacyjne, romanse, książki po­

dróżnicze, sagi... - zawiesił głos. 

Mariann wydawało się, że napięcie między nimi ponownie 

rośnie. Miała wrażenie, że zachowują się jak para drapieżni­
ków, które krążą wokół siebie i oceniają siłę przeciwnika, 
zanim stoczą walkę. 

- No, to ma pan kupę roboty. Musi pan być rzeczywi­

ście wykończony. Chyba nie powinnam się dłużej naprzy­

krzać, co? 

- W takim razie do zobaczenia jutro - powiedział spokoj­

nie, zamknął drzwi gabinetu na klucz i oddalił się korytarzem, 
zostawiając ją samą. 

Gdy wróciła do hotelu, zadzwonił Lionel. Zdała mu relację 

z przebiegu wypadków. Mocno go to przygnębiło. O ile 
w ogóle cokolwiek mogło go jeszcze bardziej przygnębić. 

- Jutro wieczorem zdobędę ten adres, choćbym miała pod-

background image

WBREW WYROKOM LOSU 39 

palić to przeklęte biuro i wśród płomieni plądrować wszystkie 

szafki - zażartowała, by poprawić mu humor. 

- Dobry pomysł! - W głosie szefa brzmiała nie skrywana 

histeria. - Bank dał nam jeszcze tylko kilka dni. 

Następnego dnia Mariann z rozbawieniem obserwowała 

dziwne zjawisko. Pracownicy firmy zjawiali się w biurze, ze 
zdumieniem dowiadywali się o obecności szefa, po czym w ab­
solutnym popłochu i panice rzucali się do roboty. Wyglądało to 
trochę tak, jakby ktoś puszczał film w przyśpieszonym tempie. 

Ona też nie próżnowała, choć od malowania sufitu mdlały 

jej ręce i momentami miała wszystkiego dosyć. Jednak świa­

domość uczestniczenia w tak pasjonującej rozgrywce doda­
wała jej sił. Dziś wieczorem zdobędzie to, czego chce, a Vi-
gadó może się wypchać. W tym czasie będzie zapewne chra­
pał w swoim apartamencie usytuowanym na najwyższym pię­
trze budynku: 

- Znów zostajesz na noc? 
Zdrętwiała na moment. 
- Chciałam tylko skończyć ten kawałek, żeby mógł pan 

ocenić, czy taki kolor się panu podoba. Nie ma sensu, żeby 
pytać pana dopiero po skończeniu roboty i przemalowywać 
całość. Lepiej się upewnić. 

- Jutro zdecyduję. Na dzisiaj mam dosyć. - Włożył ręce 

do kieszeni. W jednej z nich coś zabrzęczało. Monety? A mo­
że klucze? - Dobranoc. 

Gdy poszedł na górę, bezszelestnie zakradła się do sąsied­

niego gabinetu. Po omacku sięgnęła po klucze. Nie znalaz­
ła. Spróbowała otworzyć szuflady. Zamknięte. Metodycznie 
przeszukała całe pomieszczenie. Nadaremnie. 

background image

40 WBREW WYROKOM LOSU 

To znaczy, że są w kieszeni jego garnituru. Albo gdzieś na 

wierzchu w jego apartamencie, jeśli już się przebrał. Ale jak 
wejść w ich posiadanie? Gdyby mogła się pod jakimś prete­
kstem dostać do niego... To chyba nawet nie byłoby takie 
trudne. Podobno jest seksowna... 

Pomyślała o tym z pewną niechęcią. Przekonała się, że 

bycie atrakcyjną ma tyleż samo wad, co zalet, o ile nawet nie 
więcej. Stwarzało masę niepotrzebnych problemów i niezrę­
cznych sytuacji, kiedy musiała przywoływać różnych męż­

czyzn do porządku. W dodatku nie życzyła sobie być postrze­
gana przez pryzmat ładnego ciała. Nie było ono jej zasługą, 
dlatego też bardziej chlubiła się swoim intelektem i wiedzą. 

Tym razem jednak postanowiła wykorzystać swój wdzięk. 

Wiedziała, że to ryzykowne, ale przecież obiecała Lionelowi, 
że wszystko będzie dobrze. Nie miała wyboru, ponieważ nig­
dy nie rzucała słów na wiatr. 

Dobrze, ale jaki pretekst ma wymyślić? Może się czegoś 

przestraszyła, dlatego przybiegła do niego? Ale czego? Prze­
cież nie pająka! Kogoś obcego? Idiotyzm, nikt by tu nie 
wszedł, budynek jest chroniony. Zaraz, zaraz... Czy mogę 
obejrzeć, jak pan mieszka? Nie, to jeszcze gorzej, pomyśli, że 
pcham mu się do łóżka. 

A gdyby coś jej się stało i potrzebowała pomocy? Nagle 

coś jej się przypomniało. Już raz jej pomógł, złapał ją, kiedy 
spadała z drabiny. A potem się zdenerwował, że mu przy tym 

ubrudziła koszulę. A gdyby mu zasmarowała farbą cały gar­
nitur? Na pewno natychmiast by się przebrał. Chwileczkę, 

a jeśli już to zrobił? To trzeba się dostać do łazienki, bo 
pewnie tam się rozbierał i tam mógł położyć klucze. Jak to 
zrobić? Bardzo prosto. 

background image

WBREW WYROKOM LOSU 41 

Szybko ściągnęła z siebie kombinezon, chwyciła puszkę 

z farbą i bez wahania wylała całą zawartość na szorty. Strugi 
żółtawej farby spłynęły jej po nogach. Bomba. 

Mariann uśmiechnęła się sama do siebie. 
- Jesteś genialna! - zawołała na głos. 
Rozejrzała się z przestrachem i popędziła na górę, zosta­

wiając na marmurowych schodach ślady farby. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Vigadó, przebrany w luźne spodnie i beżową marynarkę, 

trzymał w dłoni szklaneczkę z jakimś alkoholem i wcale nie 
wyglądał na zaskoczonego widokiem Mariann. Trochę ją to 
zaniepokoiło. 

- Proszę spojrzeć, co mi się przytrafiło! - zawołała płacz­

liwie. 

- Widzę. 
- Wyglądam okropnie! 
- Zdarza się. 
No, chyba przesadzano z tym jej seksapilem. Musiała go 

mieć tyle, co krowa na pastwisku, gdyż Vigadó ledwo raczył 
rzucić na nią okiem. 

- Ale ja nie mogę wyjść! Przecież nie włożę moich rzeczy 

na takie coś - jęknęła, pokazując smukłe nogi. Nawet nie 
spojrzał. - Strasznie przepraszam, ale czy mogę skorzystać 
z pańskiej łazienki? 

- Na dole jest łazienka dla pracowników - oznajmił, za­

mykając drzwi. 

Przytrzymała je. 

- Ale tam nie ma żadnej szczotki - poskarżyła się żałoś­

nie. - Skończyła mi się terpentyna, zupełnie nie wiem, jak 
sobie poradzić! 

background image

WBREW WYROKOM LOSU 43 

- Mam nadzieję, że wiesz, co robisz? - spytał nieco zmie­

nionym głosem. 

- No pewnie - odparła, choć wcale nie była do końca 

przekonana. Miała świadomość, że igra z ogniem, 

- Dobrze. Tędy. 
- Dzięki. - Weszła do łazienki i chciała zamknąć za sobą 

drzwi, ale on wszedł za nią. - Poradzę sobie - powiedzia­
ła, ukradkiem rozglądając się dookoła. A niech to! Żadnych 
ubrań, nic! 

- Pozwolisz? - Odkręcił wodę i dolał do kąpieli jakiegoś 

olejku. 

Patrzyła na jego poczynania dość podejrzliwie. Postanowi­

ła jednak zachowywać się jakby nigdy nic. 

- Ładnie pachnie. Jak bożonarodzeniowy pudding - za­

żartowała. 

- A ja zawsze myślałem, że to orientalny zapach - odparł 

z rozbawieniem. 

Dobrze idzie. 
- Bardzo panu dziękuję. Naprawdę proszę sobie nie za­

wracać mną głowy i wracać do swoich zajęć. 

- Właśnie to robię. Gdy przyszłaś, zamierzałem wziąć 

kąpiel i iść do łóżka. 

- Ale ja naprawdę szybko się uwinę. Zmyję to z siebie, 

a potem może pan wejść i.... 

- Bardzo się cieszę, że proponujesz mi wspólną kąpiel 

- powiedział z uśmiechem i zaczął rozwiązywać krawat. 

Mariann poczuła, że coś ją dławi w gardle. 
- Nie, wcale nie o to mi chodziło! - zaprzeczyła pośpie­

sznie. - Chciałam powiedzieć, że szybko zwolnię łazienkę, 
i zaraz będzie pan mógł się umyć i położyć spać. 

background image

44 

WBREW WYROKOM LOSU 

- Pewnie, że pójdę spać... - mruknął niskim, zmysłowym 

głosem. 

- Ale nie ze mną! — zawołała z przestrachem. - Zresztą, 

z pewnością jest pan bardzo zmęczony. 

- Nie na tyle, żeby nie docenić twojej urody. - Powoli 

zaczął rozpinać koszulę. - A piękna kobieta potrafi mnie oży­
wić w najwyższym stopniu. 

Do licha, robi się gorąco, pomyślała. 
- Właściwie jest już późno, chyba nie będę się kąpać, tylko 

się szybko obmyję. 

- Nie drocz się ze mną, nie mam na to ani czasu, ani 

ochoty. Wiemy, po co przyszłaś, więc oszczędź sobie tego. 
Sama mówiłaś, że potrzebujesz pieniędzy. Nie musisz na siłę 

podnosić swojej ceny. I tak wynagrodzę cię sowicie. 

Spiorunowała go wzrokiem. Jak on śmie? Nagle dłoń Vi-

gadó przesunęła się po krągłym biodrze i zaczęła pieścić jej 
uda i pośladki. Już miała go spoliczkować, gdy zrozumiała, 
że wtedy wszystko przepadnie, nie zdobędzie adresu Mary, 
wydawnictwo zbankrutuje, ona straci pracę, a Lionel niechyb­
nie postrada zmysły. 

Ta chwila wahania okazała się zgubna w skutkach. Ciało 

Mariann przestało słuchać nakazów rozumu i ulegle poddało się 
znacznie silniejszym prawom natury. Zadrżało z rozkoszy pod 
dotykiem mężczyzny, który pociągał ją od pierwszej chwili. 

- Nie - szepnęła. 
- Cóż za mało przekonująca odmowa. Dobrze, zaczynaj 

beze mnie, zaraz wracam - klepnął ją poniżej talii. 

- Och! - zaprotestowała. Miała ochotę wpakować mu ło­

kieć w żołądek. Co ją powstrzymywało? - Proszę sobie nie 
wyobrażać... 

background image

WBREW WYROKOM LOSU 45 

- Przestań się wygłupiać, nie mam do tego głowy. Uma­

wiamy się, że pomijamy gry wstępne i od razu lądujemy 
w łóżku, jasne? 

Odebrało jej mowę. Mężczyźni wielokrotnie składali jej 

różne propozycje, ale czegoś takiego w życiu nie słyszała. Jak 
można traktować kobiety jak przedmioty, jak erotyczne zaba­
wki na jedną noc? Wpatrywała się w niego z absolutną zgrozą 
i bezgraniczną pogardą. 

- Co, nie podoba ci się, że tak szybko przeszedłem do 

rzeczy? Zrozum, mój czas jest zbyt cenny, by go marnować 
na niepotrzebne rzeczy - wyjaśnił z przerażającą logiką. -
Dlatego z góry ci powiem, jakie mam preferencje. Lubię ko­
chać się w nietypowych miejscach, zmieniać pozycje i sytu­
acje. Nie znoszę nudy. Wolę wyrafinowanie i perwersję. 

- Co takiego? - zawołała przerażona. 
- Och, Mimi, zaskakujesz mnie. Chcesz szybko odwalić 

numerek, by się zbytnio nie napracować? - zadrwił i z roz­
czarowaniem potrząsnął głową. - O nie, będziesz musiała się 
postarać, skoro mam ci zapłacić. Nie znoszę wyrzucania pie­
niędzy w błoto - westchnął. - Co za czasy! Nawet dziwkom 
nie chce się pracować. 

- Komu?! 
- Dobrze, prostytutkom, jeśli wolisz. Nie zamierzałem 

urazić twojej dumy zawodowej - wzruszył ramionami. 

- Nie wiem, o czym pan mówi! 
- Czy kobiety zawsze muszą się sprzeczać? Zauważ, że 

ułatwiam ci pracę. Nie musisz się wysilać, żeby mnie skusić, 

od razu przechodzimy do pierwszej pozycji. Na przykład na 
stojąco... 

Ogarnęła ją fala nieznośnego gorąca. 

background image

46 WBREW WYROKOM LOSU 

- Nie ma mowy! 
- A, nie chcesz mi zdradzić? Świetnie, lubię niespodzian­

ki - uśmiechnął się szatańsko. Mariann nie miała pojęcia, 
czy on mówi poważnie, czy kpi z niej w żywe oczy. - Skoro 
nie przyniosłaś ze sobą żadnych utensyliów, to musimy coś 
zaimprowizować, żeby dodać pikanterii naszym igraszkom. 
Myślę, że bez problemu znajdę coś, czym przywiążę cię do 
łóżka. 

- Dosyć! - krzyknęła histerycznie, wstrząśnięta jego po­

mysłowością w tej dziedzinie życia. - Po co pan mi to wszy­
stko mówi? 

- Żeby ci uprzytomnić, w co się dobrowolnie wpakowałaś 

- wyjaśnił uprzejmie. 

Nerwowo zwilżyła końcem języka dziwnie suche usta. 
- Nie dałam panu żadnych podstaw do podejrzewania 

mnie o podobne zachowanie. 

- Nie byłbym tego taki pewien. Zdradź mi jedną rzecz, 

która bardzo mnie intryguje. Czy mam na ciebie aż tak ogrom­
ny wpływ? 

Ze zdumieniem zamrugała oczami. Zupełnie nie rozumia­

ła, do czego zmierza. 

- Chodzi mi o moją raczej staranną angielszczyznę. Czy 

to pod jej wpływem przestałaś mówić londyńskim slangiem? 

Oniemiała na chwilę. Nie było sensu zaprzeczać. Przechy­

trzył ją. 

- Jest pan piekielnie bystry - przyznała z niechęcią. 
- Zawsze to wiedziałem - wzruszył ramionami. Najwy­

raźniej czekał na wyjaśnienia w kwestii językowej. 

Musiała zyskać trochę czasu do namysłu. 
- Wszystko przez to, że pan mnie zdenerwował. 

background image

WBREW WYROKOM LOSU 47 

- Zwykle tak postępuję, żeby ludzie utracili kontrolę nad 

sobą. Wtedy ja mogę kontrolować ich - wycedził. 

- Mało to uczciwe. 
- Ale skuteczne - zauważył zimno. - Widzisz, ile możesz 

się ode mnie nauczyć? Dam ci jeszcze jedną wskazówkę. Na 
drugi raz staranniej przypinaj perukę. 

- Och, nie! - Miała wrażenie, że grunt powoli usuwa jej 

się spod nóg. Zrezygnowana, pozbyła się platynowych loków 
i odruchowo poprawiła włosy. 

- Wspaniałe - powiedział cicho i Mariann zamarła w po­

łowie gestu, zupełnie zaskoczona. - Czemu udajesz blondyn­
kę, skoro masz włosy niczym piękności z obrazów Tycjana? 

Ten nieoczekiwany komplement zbił ją z tropu. 
- Ja... Trudno mi było dostać pracę. Wyglądałam na zbyt 

rezolutną, a to się nie podobało. Wie pan, mężczyźni wolą 
blondynki. Miałam dosyć, poddałam się, założyłam perukę 
i od razu mnie zatrudniono. 

- Tak jesteś znacznie ciekawsza. Masz węgierski typ uro­

dy. Te oczy... 

- Wspominałam panu, że moja mama pochodziła właśnie 

stąd. - Skorzystała ze sposobności, żeby przerwać te kom­

plementy. Ilekroć mówił coś zmysłowego, jego głos stawał 

się inny, niski, cudownie wibrujący i wywoływał w ciele 
Mariann niezwykle silny odzew. - Dlatego tu przyjechałam. 
Chciałam poznać jej rodzinny kraj. Moja siostra i brat nawet 
zamierzają się tu osiedlić, nic więc dziwnego, że tyle mnie 
łączy z pańską ojczyzną. 

- Masz rodzeństwo? 
Jej napięta twarz złagodniała na wspomnienie rodziny 
- Tak. Ci dwoje, to Tanya i John. Jest jeszcze najmłodsza 

background image

48 WBREW WYROKOM LOSU 

z sióstr, Sue. Mama przyjechała do Anglii jako młoda dziew­

czyna i zamieszkała z ojcem w Widecombe. To taka wioska 
w Devon - mówiła z uczuciem. 

- To znaczy, że nie wychowywałaś się w Londynie - za­

uważył. 

- N-nie... Widzi pan, posługiwałam się tym prymityw­

nym slangiem, gdyż wydawało mi się, że pasuje do wizji 
nieskomplikowanej blondynki - wyjaśniła potulnie. 

Czuła się okropnie głupio. Jednak niepotrzebnie ustąpiła 

Lionelowi. Trzeba było słuchać intuicji i nie bawić się w aż 
tak daleko posuniętą mistyfikację. 

- Chodziło ci o to, że wszyscy mężczyźni będą skłonni iść 

na rękę ślicznej idiotce, która trzepocze rzęsami i kusząco 
wydyma usta? 

Spuściła wzrok. 

- Wiem, że wydaj ę się panu osobą bardzo wyrachowaną... 
- Bo nią jesteś. Ale też jesteś znacznie bystrzejsza, niż 

próbowałaś to udawać, prawda? - W jego oczach coś za­

lśniło. 

- Fakt, idiotką nie jestem. Tak samo, jak nie mam nic 

wspólnego z prostytucją. Nie życzę sobie takich insynuacji. 
Wiem, że oszukiwałam i jest mi przykro z tego powodu. Ale 
nie miałam wyjścia, zależało mi na pracy - żachnęła się lekko. 
- Po co ja to mówię, pan i tak nie zrozumie, że zwykli ludzie 
mogą rozpaczliwie potrzebować roboty i chwytają się róż­
nych sposobów, by ją dostać. 

- Doskonale to rozumiem - wtrącił łagodnie. 
Jasne. Zapomniała, jak on doszedł do zajmowanego stano­

wiska. Pewnie dołożył sporo starań, żeby osiągnąć tak fanta­
styczną figurę. Potem wystarczyło uwieść córkę odpowied-

background image

WBREW WYROKOM LOSU 49 

niego człowieka i gotowe. Mariann nie posiadała się z obu­
rzenia. I taki ktoś śmie ją oskarżać o wykorzystywanie swo­

jego wyglądu? Szczyt bezczelności. 

- Skoro tak, to rozumie pan, że byłam zdesperowana i go­

towa do różnych rzeczy. 

- Tak? Na przykład do jakich? - mruknął przeciągle. 
- Nie do takich, jakie ma pan na myśli! - odparowała. 

-

 Widzę, że ma pan wyjątkowo złe zdanie o kobietach. 

- Jakoś nie mogę spotkać takiej, która by mi udowodniła, 

że jestem w błędzie. 

- Widocznie obraca się pan w złym towarzystwie - par­

sknęła z irytacją. - Powtarzam jeszcze raz, że nie wykorzy­
stuję mojego ciała w celach, hm, handlowych. Gdy ktoś pró­
buje mnie traktować nieodpowiednio, natychmiast przywołuję 
go do porządku. 

- Tak jak mnie? - spytał ironicznie. 
Mariann spłonęła rumieńcem. 
- Zgadza się, powinnam była pana spoliczkować, zasłużył 

pan na to. Ale bałam się uderzyć pracodawcę. W końcu to 
pańska firma mnie zatrudniła. 

Przyglądał jej się nieufnie. 
- Jesteś bardzo przebiegła. Prawie uwierzyłem w twoją 

bajeczkę. 

Spojrzała na niego z rozpaczą. 

- Ależ to jest szczera prawda! 
W zamyśleniu pokręcił głową. 
- Ty coś kręcisz, wyczuwam to na kilometr. A ja nie mylę 

się co do kobiet. 

- Kiedyś musi być ten pierwszy raz - zareplikowała. 
- Cóż, przekonamy się. - Zmarszczył brwi. - To co, na-

background image

50 WBREW WYROKOM LOSU 

prawdę upierasz się przy tym, żebym wyszedł z łazienki? Nie 
chcesz się ze mną kochać? 

- Nie chcę - powiedziała z absolutnym przekonaniem. -

Proszę mnie źle nie zrozumieć. Nie chciałam pana urazić. 
Odpowiedziałabym tak każdemu mężczyźnie. 

- To dziwne. Mam wrażenie, że twoje ciało mówi coś 

zupełnie innego. 

Pośpiesznie zamknęła uchylone usta i cofnęła się nieco. 
- Cóż, jeśli się pomyliłem co do ciebie, to przepraszam. 

Ale jeśli nie... - powiedział złowieszczym tonem. - Jak się 
umyjesz, to zdecyduję, co z tobą zrobić. 

- Dobrze, proszę pana - westchnęła potulnie, co wcale nie 

przyszło jej z łatwością. Och, gdyby tak mogła mu wy­
garnąć... 

Vigadó był naprawdę bystrym obserwatorem i miał już 

wyrobione zdanie na temat jej charakteru. 

- Przestań udawać taką trusię. W rzeczywistości jesteś 

twarda, zdecydowana i przyzwyczajona do tego, że dostajesz 
wszystko, czego zechcesz - uśmiechnął się zimno. - Ciekaw 

jestem, czy tym razem nie powinie ci się noga. 

Mariann z najwyższym trudem powstrzymała się przed 

ciśnięciem w niego stojącą pod ręką paprotką. 

- Sądzę, że nie. Jedyne, czego chcę, to zmyć z siebie tę 

nieszczęsną farbę. - Ponadto znaleźć klucze i jak najprędzej 
uciec z tej jaskini lwa, dodała w myślach. 

- Wygląda na to, że gdy wyjdziesz z łazienki, będę cię 

musiał przepraszać za moje podejrzenia. Trudno. - Wyszedł, 
zamknął za sobą drzwi, po czym otworzył je z powrotem. 
- Chyba że znajdę dowody, które potwierdzą moje domysły. 
A wtedy pożałujesz, że się urodziłaś. 

background image

WBREW WYROKOM LOSU 

51 

Gdy została sama, ciężko usiadła na podręcznym stoliku. 

Nie ustałaby ani chwili dłużej, nogi się pod nią trzęsły. O co 
mu chodziło? Jak zamierza znaleźć dowody przeciw niej? Jest 

znakomicie kryta. Mariann odetchnęła z ulgą. Musiał blefo-
wać. Nie miał szans, żeby ją zdemaskować. 

Czuła się jak przepuszczona przez wyżymaczkę. Matko 

jedyna, co za facet! Lionel ostrzegał, że Vigadó jest jak goń­

czy pies, który - gdy wywęszy jakiś trop - nie spocznie, póki 
nie dopadnie ofiary i nie rozszarpie jej na strzępy. Święte 
słowa. W dodatku ten drań, oprócz wytrwałości w osaczaniu 
kogoś, wykazywał się brutalnością i piekielną wręcz inteli­
gencją. Nie ma co, trafił jej się potężny przeciwnik. 

Z westchnieniem spojrzała na swoje nogi, na których farba 

zdążyła już zaschnąć. Do licha, trudno będzie to zmyć. Naj­
lepiej byłoby wymoczyć się w wannie. Ale przecież ten łajdak 
może w każdej chwili wejść do łazienki i zastać ją w negliżu. 
A wtedy... Zadrżała na samą myśl. Czy tylko ze strachu? 

Nic z tego, właśnie, że nie wejdzie! Z determinacją prze­

kręciła klucz w zamku. Uspokoiła się nieco. Rozebrała się i 
z przyjemnością zanurzyła w pachnącej kąpieli. Mmm, co za 
rozkosz! Marmurowa wanna, stiuki na ścianach, kryształowy 
żyrandol. Nieźle mu się żyje. A w samym środku tych luksu­
sów gości szpiega... 

Zachichotała zwycięsko. Nic jej nie zrobi, nie ma szans. 

Ona zaś będzie udawała urażoną niewinność, jak on śmiał 
i tak dalej. Postara się choć na moment odwrócić jego uwagę, 
zdobędzie te przeklęte klucze, adres i złapie pierwszy samolot 
do Londynu. 

Spoważniała. Musi jej się udać. Po pierwsze, naprawdę 

bała się, że Lionel się załamie i zrobi jakieś głupstwo. Nigdy 

background image

52 WBREW WYROKOM LOSU 

by sobie tego nie wybaczyła. Po drugie, wreszcie trafiła jej 
się szansa zostania zastępcą szefa. Od kilku lat pracowała jako 
sekretarka i miała tego serdecznie dość. Wiedziała, że potrafi 
znacznie więcej. 

Wstała i starannie zmyła z siebie resztki farby. I pomyśleć, 

że nie byłoby tych wszystkich problemów,, gdyby Mary nie 
poleciała na pieniądze Gabora. 

- Świnia! - wyrwało jej się. 
- O kim mówisz? 
Wisząca w głębi przestronnej łazienki zasłona była teraz 

nieco odsunięta. W prowadzących do sypialni drzwiach stał 
Vigadó i wptrywał się w Mariann z wyraźną nienawiścią. Za­
słoniła się rękami. 

- Czego pan chce?! - krzyknęła z gniewem. 
- Zgadnij, czego może chcieć mężczyzna od nagiej atra­

kcyjnej kobiety? 

Zbladła. O nie, to zachowywała dla człowieka, którego 

obdarzy miłością. Nie wahała się ani chwili. Niech straci 
pracę, niech Lionel robi, co chce, niech się cały świat zawali. 
Nic nie jest warte jej dziewictwa. 

- Proszę wyjść! - zażądała stanowczo. 
- Mam prawo przebywać w mojej własnej łazience, kiedy 

tylko chcę- zadrwił, bezczelnie kontemplując każdy szczegół 

jej ciała. 

Ręcznik wisiał zbyt daleko i nie mogła się zasłonić. Pod 

ręką nie było nic ciężkiego, żeby cisnąć w intruza. Czarna 
rozpacz. 

- Niech się pan wynosi, do ciężkiej cholery! - wrzasnęła 

z furią. - Jak pan śmie tak traktować kobietę? 

- Ostrzegałem, że nie będę miał litości dla kogoś, kto mnie 

background image

WBREW WYROKOM LOSU 53 

oszukuje. Dałem ci przedsmak tego, co może cię czekać. 
Miałaś szansę, żeby tego uniknąć. Ale ty nadal prowadziłaś 
swoją grę. Sam nie wiem, czy bardziej cię nienawidzę, czy 
podziwiam. 

Mariann poczuła, że ogarnia ją lodowate zimno. O czym 

on mówił? Jakim cudem mógł się utwierdzić w swoich pode­

jrzeniach? 

- Nie mam pojęcia, o co panu chodzi. Czy pozwoli pan, 

że się ubiorę, a potem porozmawiamy? 

- Nie. Masz tak stać. 
Aż ją zatkało z wrażenia. Nie, dłużej tego nie zniesie. 
- Łajdak! 
- Aha - przytaknął spokojnie. - Zawsze taki byłem i za­

wsze świetnie na tym wychodzę. Doskonale zdaję sobie spra­
wę, że w ten sposób szybciej zmiękniesz i wyśpiewasz całą 
prawdę. Trudno się stawiać, będąc nagą, prawda? 

- Potwór! 
- A to jeszcze nie koniec - ciągnął z przerażającym spo­

kojem. - Za kilka godzin będziesz błagać o litość na kola­
nach. I do końca życia nie zechcesz spojrzeć w lustro. 

- Nie odważy się pan - wyszeptała zbielałymi wargami. 
- Założymy się? Nie przebieram w środkach, robię 

z ludźmi, co zechcę i nigdy nie wzruszają mnie niczyje pro­
śby. Nie licz na to, że mnie ubłagasz. To właśnie kobiety, 
piękne, zimne i wyrachowane kobiety zadbały o to, żebym 

stał się twardy jak głaz. 

Dopiero teraz zrozumiała, w jak ogromnym niebezpie­

czeństwie się znalazła. Ten człowiek nie żartował. 

- Jeśli mnie pan choćby tknie, podam pana do sądu. 
- Nie ty pierwsza - wzruszył ramionami. - Wiele osób to 

background image

54 WBREW WYROKOM LOSU 

robi, pragnąc wywołać skandal i zagrozić mojej pozycji. Nie­
raz wracałem do pokoju hotelowego i zastawałem w łóżku 

jakąś rozebraną panienkę. - Skrzywił się pogardliwie. - Nig­

dy nie miałem trudności z udowodnieniem, że to prowokacja, 
że podesłano mi prostytutkę. Tym razem będzie tak samo. 
Przegrasz z kretesem. 

Ach, to o to ją podejrzewa! A już zaczynała się obawiać, 

że jakimś cudem odgadł prawdę. 

- Dlaczego pan mnie wiecznie podejrzewa? Ma pan prze­

ciw mnie jakieś dowody? 

- Przeszukałem twoją torbę - poinformował zimno. 
- Co takiego?! To już szczyt wszystkiego! Zresztą tam nie 

ma nic, co mogłoby mnie... 

- ...zdradzić - wpadł jej w słowo. - I to właśnie jest za­

stanawiające. Babskie drobiazgi, przewodniki, różne takie. 
I żadnego dokumentu, stwierdzającego twoją tożsamość. Nic. 

Ani paszportu, ani kart kredytowych, ani prawa jazdy, żadnej 
wizytówki, notesu, kompletnie nic. I to jest najbardziej obcią­
żające. 

- Co za nonsens - jęknęła słabo. 
- Od samego początku czułem, że łżesz. Naciskałem, a ty 

cały czas utrzymywałaś, że nic nie rozumiesz. Zawahałem się 
dopiero wtedy, gdy na wzmiankę o seksie zaczęłaś się zacho­
wywać jak przerażona dziewica. Ale to było tylko kolejne 
oszustwo z twojej strony. 

- Wcale nie! - zaprzeczyła gorąco. 
Zaśmiał się cicho. 
- Trzeba było nie zostawiać beztrosko numeru telefonu 

w torebce. 

Rzeczywiście, nosiła przy sobie numer, który zostawił jej 

background image

WBREW WYROKOM LOSU 55 

Lionel. Powiedział, że to będzie ich skrzynka kontaktowa, że 
ma na wszelki wypadek nie dzwonić bezpośrednio do wydaw­
nictwa. Ale przecież ukryła ten skrawek papieru tak przemy­
ślnie, że chyba tylko Sherlock Holmes mógłby go znaleźć. 

- Zadzwoniłem tam. 
Mariann zmartwiała. 
- Miałem rację. Odezwała się agencja towarzyska. Od 

początku wiedziałem, że jesteś dziwką. 

- Nie, to niemożliwe! To jakieś straszne nieporozumienie! 

- zawołała z przerażeniem. - Musiano pana źle połączyć! 

- Nie ma mowy o żadnym nieporozumieniu. Sprawdzi­

łem. - Rzucił ręcznik w jej stronę. - Wyłaź z tej wanny, bo 

jak nie, to cię z niej wyciągnę siłą. 

Drżącymi dłońmi owinęła się dookoła i stanęła na marmu­

rowej posadzce. Uciekać, uciekać, myślała w panice. Ale jak? 
I jak to się stało, że Lionel pomylił numer? 

- A teraz zatańczysz, jak ci każę. - Postąpił krok w jej 

stronę. - Żaden facet nie wyprawiał z tobą takich rzeczy, jakie 
dziś będziesz musiała zrobić - ciągnął złowieszczym tonem. 
W jego ciemnych oczach płonęła nienawiść, pogarda i pożą­
danie. - Nawet ci się nie śniło, ty... 

Chciała krzyczeć, ale nie mogła. Nie potrafiła wydobyć 

głosu ze ściśniętego strachem gardła. 

- Zrobisz, co zechcę, gdzie zechcę, jak zechcę i ile razy 

zechcę - szeptał, podchodząc coraz bliżej. 

Mariann wpadła w panikę. Rzuciła się do tyłu, poślizgnę­

ła na mokrej podłodze i wpadła do wanny, uderzając głową 

i plecami o twardą krawędź. Na chwilę straciła przytomność. 
Poszła pod wodę jak kamień. 

Vigadó błyskawicznie wyciągnął ją na powierzchnię. 

background image

56 WBREW WYROKOM LOSU 

- Obejmij mnie za szyję. 
- N-nie - wyjąkała przez zaciśnięte zęby. 
- Głuptasie, chcę cię stąd wyciągnąć. 

Przerażona do granic wytrzymałości i kompletnie oszoło­

miona Mariann z całej siły wbiła palce w jego ramiona. Pod­
niósł ją delikatnie, posadził na krześle i łagodnie otarł ścieka­

jące jej po twarzy strugi wody. 

- Rozluźnij się. 
Mariann jednak zesztywniała w spazmatycznym skurczu. 

Nie mogła się ruszyć. 

- Powiedziałem, spróbuj rozluźnić mięśnie - powtórzył 

z irytacją. - Zrelaksuj się. 

Wydała z siebie urywany, zduszony śmiech. 
- Jasne... Zag-grożona gwałt-tem dziewica r-relaksuje się 

bez t-trudu..., 

- Kto?! - wykrzyknął ze zdumieniem. - Czy ty nie potra­

fisz przestać kłamać choć na moment? Czekaj, zabiorę cię do 
sypialni i... 

- N-nie-jęknęła z przerażeniem. 
Zaklął cicho. 
- Trzeba cię położyć i rozmasować te napięte mięśnie. To 

się naprawdę może źle skończyć! Już kiedyś widziałem coś 
takiego. Mój ojciec... Nieważne. Oddychaj głęboko. 

Mariann wciąż była sztywna niczym kawałek drewna. Gdy 

posłusznie mocniej wciągnęła powietrze, poczuła nieznośny 
ból w klatce piersiowej. . . . 

- N-nie mogę - poskarżyła się. 
- Bzdura - zdenerwował się. - Ty możesz wszystko. Po­

trafisz nawet celowo zlecieć z drabiny albo wpaść do wody, 
tylko po to, by wzbudzić we mnie współczucie. Ale nic z tego. 

background image

WBREW WYROKOM LOSU 57 

Ten człowiek naprawdę nie ma serca! 
- To były wypadki - szepnęła z rozżaleniem. 
- Nie wierzę w ani jedno twoje słowo. 
Z rozpaczą zamknęła oczy. I wtedy odniosła wrażenie, że 

poczuła na skroni delikatne muśnięcie warg. Nie, to niemo­
żliwe, coś jej się przywidziało. 

- Spokojnie, spokojnie - powtarzał łagodnie, głaszcząc 

ją po twarzy i szyi. Potem jego dłoń zaczęła się przesuwać 

w jednostajnym rytmie wzdłuż napiętego ciała Mariann. 

- Vigadó! - wyrwało jej się. 
Uniosła powieki i spojrzała wprost w ciemne, płonące 

oczy. Zaczęło ją ogarniać cudowne ciepło. Bezwiednie 
rozluźniła kurczowy uchwyt i otoczyła jego szyję ramionami. 
Pocałuj mnie... 

Nagle trochę otrzeźwiała. Co ona wyprawia? Tak reagować 

na wcielonego potwora? W dodatku żonaty mężczyzna jest 
absolutnym tabu. Nie może go pragnąć, to byłoby niemoralne. 

Wydawało się, że Vigadó bez cienia wątpliwości odczytał 

jej pragnienia, gdyż pochylił się i lekko, pieszczotliwie prze­

sunął wargami po uchylonych, spragnionych ustach. 

Świat zawirował, a ciało Mariann ponownie ożyło. Cu­

downe, zmysłowe pocałunki podobały jej się coraz bardziej. 
Och, gdyby mogło to trwać aż do skończenia świata, a nawet 
dłużej... Ale chyba nawet wtedy nie zaspokoiłby jej pragnie­
nia. Jeszcze... 

- Widzę, że moja metoda przynosi rezultaty - powiedział 

z zadowoleniem. - Rozluźniłaś się. 

Ach, więc to tak! Tylko o to chodziło! Drań! 
- A teraz zabiorę ten ręcznik i zbadam, czy nic ci się nie 

stało. 

background image

58 

WBREW WYROKOM LOSU 

- Nie, nie możesz tego zrobić! 
- Co ty wyprawiasz? Znowu jesteś spięta. 
- A dziwisz się? Nie ufam ci. 
- No, widzę, że wreszcie udało mi się wlać trochę oleju 

do tej ślicznej, głupio upartej główki - zadrwił. Następnie 
pocałował ją ponownie. 

Mariann znów straciła poczucie rzeczywistości. Pierwszy 

raz działo się z nią coś podobnego i nie potrafiła sobie z tym 
poradzić. Była nawet gotowa zapomnieć o jego charakterze 
i poddać się, spędzić upojną noc w tych silnych ramionach 
i rozkoszować się każdą chwilą spędzoną razem. Bardzo tego 
pragnęła. Ale wiedziała, że nie może tego zrobić jego żonie. 
Nie wolno krzywdzić ludzi, nie wolno, pomyślała z determi­
nacją i z najwyższym trudem odwróciła głowę, by uniknąć 
dalszych pocałunków - cudownych i wyśnionych... 

Nie skrzydzi tamtej kobiety. Gdyby to zrobiła, rzeczywi­

ście stałaby się taką, za jaką Vigadó ją uważa. 

- Boli - szepnęła. 
- Nic mnie to nie obchodzi - warknął. - Zapamiętaj, że 

tylko jedna rzecz doprowadza mnie do ślepej furii. Próba 
oszukania mnie. Nienawidzę kłamstwa. Dlatego zapłacisz mi 
za to. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

- Czy ty jesteś pozbawiony jakichkolwiek ludzkich 

uczuć? - spytała ze zgrozą. - Jest mi zimno, ociekam wodą 
i boli mnie przy każdym oddechu, a ty jeszcze mi grozisz? 

- Będzie ci ciepło, miękko, sucho i dostaniesz opiekę naj­

lepszego lekarza w Budapeszcie, o ile wyznasz prawdę. Kto 
cię wynajął, żebyś mnie uwiodła i zachwiała moją pozycję 
w firmie? 

Ze zdumieniem zamrugała oczami. 
- Proszę? 
- Mam wielu wrogów, którzy tylko czekają na mój upa­

dek. Co więcej, wszelkimi siłami starają się ów upadek spo­
wodować - warknął przez zaciśnięte zęby. - Tak właśnie wy­
gląda świat interesu: sfora wilków, które się nawzajem zagry­
zają. Każda metoda jest dobra, byleby tylko kogoś zniszczyć 
- zadrwił z goryczą. - Na mnie żadna nie skutkuje, gdyż nie 
mam słabych punktów. Jednak moi przeciwnicy wciąż zasta­
wiają pułapki, gdyż sądzą, że mam jeden... 

- Kobiety? - spytała, nie kryjąc pogardy. 
W zamyśleniu dotknął blizny na policzku. 
- Ciągle są mi podsyłane jako przynęta, na którą mam się 

złapać. Jak na razie, bezskutecznie - wycedził. - Kiedy wre­

szcie dorwę twoich mocodawców, to się z nimi policzę. Mów, 

kim oni są - rozkazał. 

background image

60 WBREW WYROKOM LOSU 

- Nie powiem. Ja... 
- Ależ ty jesteś głupia! - wybuchnął. - Chcesz być lojalna 

w stosunku do łajdaków, którzy nie potrafią niczego osiągnąć 
uczciwą pracą, więc uciekają się do oszustw i ohydnych intryg? 
Tym razem jednak przesadzili. Skoro zadano sobie tyle trudu, 
żeby załatwić ci pracę w moim biurze, to gra musi być warta 
świeczki. Coś mi mówi, że ktoś zamierza mnie usunąć z Dieter 
Ringel. Jesteś zamieszana w jakiś potężny spisek. 

- J-ja? - spytała ze zdenerwowaniem. 
- Zawsze wiem, gdy ktoś kręci. Nienawidzę oszustwa, 

a od ciebie czuć nim na kilometr. Już wiem, że nie jesteś 
dekoratorką, tylko prostytutką. Wiem też, że skoro tym razem 
wynajęto kobietę piękną, inteligentną i zarazem z klasą, to 
stawka musi być bardzo wysoka. Ale ja nie dam się przechy­
trzyć. Nie pozwolę sobie odebrać tego, co zobyłem kosztem 
ogromnego poświęcenia, rozumiesz? No, kto ci zlecił tę robo­
tę?! - krzyknął jej prosto w twarz. 

- Musisz znać wyjątkowo obrzydliwych ludzi - stwier­

dziła w osłupieniu. - Co cię spotkało, że podejrzewasz wszy­
stkich dookoła? Och! - zawołała, gdy szarpnął okrywający ją 
ręcznik. Chciała zakryć odsłonięte piersi, lecz chwycił ją moc-
no za ręce. - Co robisz, boli! Potrzebuję lekarza! - wymyśliła 
na poczekaniu. 

- Owszem, będziesz potrzebować chirurga, gdy wreszcie 

z tobą skończę - zagroził z furią. 

- Naprawdę boli. Pomóż mi - szepnęła, a w jej oczach 

pojawiły się łzy. Nie tyle z bólu, którego już nie czuła, co ze 
strachu. Znalazła się na łasce lubieżnego brutala. Czyż mogło 

ją spotkać coś gorszego? 

- Pomogę ci dopiero wtedy, gdy wszystko wyśpiewasz 

background image

WBREW WYROKOM LOSU 61 

- warknął gniewnie, ale tym niemniej jego dłoń uspokajająco 
gładziła jej skórę. - Zresztą przesadzasz, nic ci nie jest. -Na­

cisnął mocniej. 

Mariann jęknęła. 
- Gdzieś jeszcze cię boli? 
- Wszędzie - skłamała, by wzbudzić jego współczucie. 

Nagle dotarło do niej, co powiedziała. .- Nie, już nie! Nie 

dotykaj mnie nigdzie więcej! 

Zaskoczony, ściągnął brwi. 
- Zawstydzona? Ty? - Bez pośpiechu ogarnął wzrokiem 

nagie ciało Mariann. Upokorzona, zacisnęła szczelnie powie­
ki, jakby to mogło uczynić ją niewidzialną. - Przestań się do 
cholery wygłupiać i udawać cnotliwą panienkę. 

- Proszę, przykryj mnie. 
- Dopiero wtedy, gdy powiesz prawdę. Nie wcześniej. Ale 

ja mam czas, poczekam... A w trakcie oczekiwania na odpo­

wiedź będę napawał oczy twoją urodą. I nie tylko oczy... 
- Położył dłoń na jej biodrze. 

Próbowała się cofnąć, zmniejszyć, skulić, zniknąć... 
- Błagam, przestań! 
- Przecież jesteś pięknym ciałem na sprzedaż, nieprawdaż? 
- Nie - jęknęła, gdy jego ręka przesunęła się ku górze. 
Powoli zaczął pieścić jej piersi. Nagle zawahał się, gdy wy­

czuł szalone bicie serca Mariann. Spojrzał na nią ze zdumieniem. 

- Nic nie rozumiesz! -Nie mogła już dłużej powstrzymy­

wać łez, które spływały jej po twarzy. - Zostaw mnie! 

- Kobiece łzy to sztuczka stara jak świat. Nie robią na 

mnie żadnego wrażenia - oznajmił ze zjadliwą słodyczą. 

- Zdziwiłabym się, gdyby było inaczej - odparła, starając 

się opanować wstrząsający nią szloch. 

background image

62 WBREW WYROKOM LOSU 

Wiedziała, że wpadła w pułapkę. Miał nad nią ogromną 

przewagę. Pozbawiona ubrania i upokorzona, nie potrafi­
ła nawet logicznie myśleć, by znaleźć jakieś wyjście z tej 
rozpaczliwej sytuacji. W dodatku uśpione dotąd zmysły, obu­
dzone akurat przez jej największego wroga, spiskowały prze­

ciw niej na korzyść prześladowcy. Czuła się całkiem bez­
bronna. 

- Przysięgam, nie wiem nic o żadnej próbie skompromi­

towania cię - powiedziała bezradnie. 

- Kłamiesz - skwitował krótko. 
Mariann uznała, że najlepiej będzie mu się nie przeciwsta­

wiać i pozwolić, by wierzył w to, co wbił sobie do głowy. 

Inaczej będzie męczył ją tak długo, aż wreszcie domyśli się 

prawdy. Niech myśli, co mu się żywnie podoba, byleby tylko 

ją stąd wypuścił. Nietkniętą. 

- Mój szef skierował mnie do tej pracy - wyznała. - Ale 

daję słowo, że nie było mowy o zastawianiu pułapki na ciebie. 
Uwierz mi! 

- Na czyje polecenie działał? -. dopytywał się uparcie. 
- A skąd ja mogę wiedzieć takie rzeczy? - odparła trzeź­

wo. - Kazano mi się tu zatrudnić, opowiedziano mi trochę 
o tobie i to wszystko. Nic więcej nie wiem. Nikt mi nie opo­
wiadał o swoich planach. 

Ale Vigadó był nieustępliwy. 
- Niech to szlag! Muszę wiedzieć, kto za tym stoi, kto chce 

mnie zniszczyć. Tak, to było do przewidzenia, że nie będziesz 
znać szczegółów. Jesteś tylko pionkiem w tej grze. - Sięgnął 
po suchy ręcznik i owinął ją starannie. 

Wzdrygnęła się pod dotykiem jego rąk. Mylnie zrozumiał, 

że to z bólu. 

background image

WBREW WYROKOM LOSU 

63 

- Spokojnie, spokojnie - mruknął i zaczął ją gładzić po 

wilgotnym czole. 

- Nie mów do mnie jak do konia - zaprotestowała. 
- Zarówno kobiety, jak i konie, potrzebują silnej męskiej 

ręki - wycedził, po czym dodał: - Gdyż to mężczyzna ujeż­
dża konia, a nie odwrotnie. 

Przecież to istny barbarzyńca, pomyślała oszołomiona. 

Z takimi poglądami można było siedzieć w jaskini przed ty­

siącami lat, a nie paradować w elegancko skrojonym garni­

turze pod koniec dwudziestego wieku. Powinien odziany 
w skóry polować na dzikie zwierzęta, rozszarpywać mięso 
białymi jak u wilka zębami i brać sobie tę kobietę, na którą 
ma ochotę. 

Z drugiej jednak strony ta jego nieokiełznana natura i pry­

mitywna siła podobały jej się. Jeszcze nigdy nie spotkała 
mężczyzny, który by nad nią górował, który byłby w stanie 
nad nią zapanować. Czy to właśnie dlatego dopiero on obudził 

jej uśpione pragnienia? 

Mariann została wychowana w rodzinie uznającej trady­

cyjne wartości. Najwyższym dobrem była rodzina, oparta na 
fundamencie miłości i przyjaźni. Czystość przedmałżeńska 
była ceniona bardzo wysoko i nie ulegało wątpliwości, że 
najpierw przychodzą uczucia, a potem dopiero seks. Postępo­
wanie według tych norm jak dotąd przychodziło jej bez trudu. 
Dopiero teraz zrozumiała, że po prostu nie spotkała odpo­
wiedniego mężczyzny. 

Jeszcze nikt nigdy nie patrzył na nią tak, jakby była nie­

zwykle piękna, jeszcze nikt jej tak nie pragnął, jak teraz po­
żądał jej Vigadó. Czuła jego głód, równie potężny, jak jej 
własny... 

background image

64 WBREW WYROKOM LOSU 

, Nie, to niemożliwe, wmawia coś sobie. Przecież on ją 

nienawidzi, gardzi nią i zamierza się zemścić. Podniosła na 
niego rozżalone spojrzenie. Ciemne oczy patrzyły na nią z ta­
ką czułością, że serce w niej zamarło. 

Delikatnie przesunął dłonią po jej policzku i dotknął pal­

cami warg, które rozchyliły się niczym płatki róży, gdy padają 
na nie pierwsze promienie słońca. 

Uśmiechnął się leciutko. 
- W życiu nie widziałem równie pięknej kobiety - szepnął 

z zachwytem. 

On naprawdę tak myślał, dotarło do niej. Świadczył o tym 

jego przepełniony żarem i namiętnością głos, niski, trochę 

chrapliwy, jakby coś przeszkadzało mu mówić. Poruszona do 
głębi Mariann z trudem odwróciła głowę do ściany. Nie wolno 

jej tego słuchać, nie wolno jej ulec. Och, to niesprawiedliwe, 

że właśnie ten człowiek musi wywierać na nią tak magnety­
czny wpływ. 

- Teraz już wszystko wiesz - zaczęła z ociąganiem. Nagle 

zrozumiała, że wcale nie chce stąd wychodzić, że tak cudow­
nie byłoby zostać w jego ramionach już na całą wieczność. 

Stop! Chyba sam diabeł podszeptuje jej takie myśli. - Pozwól 

mi odejść. 

Reakcja Vigadó zaskoczyła ją całkowicie. Bez słowa zdjął 

przemoczoną marynarkę i koszulę. Zdjął? Raczej zerwał 
z siebie w gorączkowym pośpiechu i bez namysłu cisnął na 
podłogę. Mariann patrzyła na niego oniemiała. On był... pięk­
ny. Cudownie zbudowany, przypominał grecką rzeźbę o ab­

solutnie doskonałych proporcjach. I ta smagła cera... Och, 
i jak ona ma walczyć z taką pokusą? 

- Dlaczego...? - zaczęła ze zdumieniem i nagle zrozu-

background image

WBREW WYROKOM LOSU 65 

miała. Przecież powiedział, że ją ukarze! - Proszę, nie! - Co 
robić, jak go przekonać? On nie uwierzy w jej czystość, zre­

sztą, lepiej o tym więcej nie wspominać. Po pierwsze, może 
zechcieć sprawdzić, a po drugie, zacznie kolejne przesłucha­
nie i tym razem wyciągnie z niej prawdę. Trzeba spróbować 
obudzić w nim ludzkie uczucia. - Nie widzisz, w jakim je­
stem stanie? 

- Widzę - przytaknął z szatańskim uśmiechem. - Jesteś 

podniecona. 

Mariann poczuła się jeszcze bardziej upokorzona. O ile 

w ogóle było to możliwe. 

- Nie chcę! Będzie boleć! - przekonywała gorączkowo. 

- Zobaczysz, pożałujesz! Podam cię do sądu, opowiem wszy­

stko gazetom. Z detalami! 

Nie przejmując się zbytnio ani jej prośbami, ani pogróżka­

mi, wziął ją na ręce i zaniósł do sypialni. Mariann rozpaczli­
wie próbowała się wyrwać. 

- Nie, nie rób mi krzywdy! 
Położył ją na ogromnym łożu z zadziwiającą delikatnością. 
- Musiałaś chyba kiedyś spotkać jakiegoś obrzydliwego 

drania, skoro tak reagujesz - zauważył ponuro. 

- Owszem - odparła. To właśnie ty jesteś tym draniem, 

dodała w myślach. 

Gdy przykrywał ją kołdrą, pośpiesznie rozejrzała się do­

okoła. No tak, można się było tego spodziewać. Purpurowe 
zasłony, dywany, pościel. Wszystko na czerwono, jak w przy­
bytku uciech, pomyślała z odrazą. Nagle na komódce ujrzała 

leżącą zdjęciem do dołu fotografię. Natychmiast rozpoznała 
srebrną ramkę i ogarnął ją gniew. Och, co za łajdak! Gorzej, 

to wcielony diabeł. Pewnie dlatego jest taki piękny... 

background image

66 WBREW WYROKOM LOSU 

- A teraz ci powiem, co zamierzam zrobić - zaczął. 
- Nie! - Zasłoniła uszy dłońmi w obawie, że zaraz usły­

szy kolejne nieprzyzwoite propozycje. 

Z irytacją chwycił ją za nadgarstki i przyciągnął jej ręce 

do siebie. 

- Co ty sobie o mnie myślisz? - warknął. - Co ci takiego 

zrobiono, że umierasz ze strachu na widok mężczyzny? 

Wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami. 

- Opowiadano mi o tobie różne rzeczy... 
- Niezależnie od tego, co ci mówiono i o co mnie posą­

dzasz, zamierzam po prostu pozwolić ci odpocząć, zanim 
pójdziesz. 

- Naprawdę mnie stąd wypuścisz? - zawołała pośpiesz­

nie, by się upewnić. 

- Naprawdę. 
- To wolę iść już zaraz. - Usiadła na łóżku i wtedy do­

strzegła coś, co przedtem umknęło jej uwagi. Na jednym 
z krzeseł wisiał garnitur, który Vigadó miał dziś na sobie. 
Pogrzebana dawno nadzieja obudziła się w niej na nowo. 
Czyżby nie wszystko stracone? 

- Nalegam, żebyś trochę poleżała. Musisz dojść do siebie, 

inaczej zemdlejesz gdzieś po drodze. 

- Dobrze, ale tylko trochę - zgodziła się z udawanym 

ociąganiem, choć w rzeczywistości jego propozycja była jej 
bardzo na rękę. Położyła się z powrotem. 

Była tak spięta, że niemal podskoczyła, gdy tuż przy jej 

uchu rozległ się dzwonek telefonu. 

- Przepraszam. - Vigadó z uśmiechem usiadł na łóżku 

i przechylił się nad nią, by podnieść słuchawkę. Przez chwilę 
słuchał, a jego twarz stopniowo tężała. Rzucił przelotne spo-

background image

WBREW WYROKOM LOSU 67 

jrzenie na komódkę, a potem na Mariann. - Tak, rozumiem. 

Wpuść ją. Dziękuję. - Odłożył słuchawkę. - Hm, wcześniej, 
niż przypuszczałem - powiedział w zamyśleniu, po czym za­
topił spojrzenie we wpatrzonych w niego zielonych oczach. 
Niczym przyciągany jakąś magnetyczną siłą, pochylił się ni­
żej. - Muszę się z tobą kochać - wyszeptał, rozkoszując się 

już samą myślą. 

- Okłamałeś mnie! - krzyknęła z oburzeniem. Bez namysłu 

zaczęła go okładać pięściami. - Ani się waż! Będę krzyczeć! 

- Mmm, lubię dodatkowe atrakcje. - Chwycił drobne dło­

nie i przycisnął je do poduszki. 

Rozpaczliwie szukała jakiegoś argumentu, którym mogła­

by go przekonać. 

- Zostaw, nie chcę, boję się - szeptała gorączkowo. 
- Obiecuję, że będę uważał, żeby cię nie bolało. Dlatego 

przestań się szarpać i leż spokojnie. Chyba nie żądam zbyt 
wiele, prawda? 

Z twarzy Mariann, zdawałoby się, odpłynęła cała krew. 

Była śmiertelnie blada. 

- Przecież ty chcesz mnie zgwałcić! - zawołała ze zgrozą. 
- Co się z tobą dzieje? Zapłacę ci, i to dobrze. 

Otworzyła usta, żeby zaprotestować, lecz tym razem Viga-

dó skorzystał z okazji. Namiętny, gwałtowny pocałunek po­
zbawił ją nie tylko tchu, ale też chęci do opierania się. Co 
prawda, przez jej głowę przelatywały takie słowa, jak przemoc 
i niemoralność, ale szybko zostały zagłuszone tym, co szep­
tały nie tylko zmysły, ale również serce. 

Wciąż jednak próbowała walczyć, choć z coraz mniej­

szym przekonaniem. Pragnienie zatopienia się w ogarniającej 

ją słodkiej słabości potężniało coraz bardziej, wreszcie zaciś-

background image

68 WBREW WYROKOM LOSU 

nięte w pięści dłonie otworzyły się miękko. Puścił je wtedy, 
a ona otoczyła jego szyję ramionami. 

Całował ją teraz czule i delikatnie, starając się nakłonić 

Mariann do odpowiedzi. Nie musiał długo czekać, gdyż 
wszelki opór został już przełamany. 

- Vigadó! - wyszeptała bezradnie. 
Przesunął drżącą dłonią po gładkiej skórze. 
- Moja piękna, niezwykła, cudowna... 
Jego niecierpliwe ręce chciwie pieściły uległe ciało Mariann. 

Dopiero pod ich dotykiem rozpoznawała siłę swojego głodu, któ­
rego istnienia nawet nie podejrzewała przez te wszystkie lata. Jej 
piersi zdawały się idealnie pasować do jego dłoni, ich serca biły 
w tym samym szalonym tempie, ich oddechy były równie gorące. 

- Pragnę cię. Pragnę cię aż do szaleństwa! - usłyszała jego 

zmieniony głos. 

Straciła poczucie rzeczywistości. Na jego namiętne wyzna­

nie i pieszczoty odpowiedziała równie gwałtownie, gdyż jego 
pasja udzieliła się i jej, ogarnęła ją niczym niszczący płomień. 
I nagle... 

- Co się tu dzieje?! 
Zamarli oboje. Mariann, naga, półprzytomna, oniemiała 

z wrażenia, wpatrywała się w otwarte drzwi. 

- Cholera, na śmierć zapomniałem - powiedział cicho Vi-

gadó, unosząc głowę tak powoli, jakby naraz stała mu się 
ogromnym ciężarem. 

W drzwiach do sypialni stała blondynka z fotografii. Jej 

twarz była niemal równie biała, jak kosztowne futro, które 
miała na sobie. Żona? 

- Po co tu przyszłaś, Evo? - spytał z gniewem i odsunął 

się nieco od Mariann. 

background image

WBREW WYROKOM LOSU 69 

- Wytłumacz jej, co się stało! - zażądała histerycznie, po­

śpiesznie zakrywając się kołdrą. - To nie moja wina! 

- Zamknij się, dziwko - wysyczała Eva. - Myślałaś idiot­

ko, że upolowałaś bogatego faceta? Otóż on właśnie wszystko 

stracił! - Przeniosła wzrok na Vigadó. - Zawarliśmy umowę. 

Złamałeś ją. Jesteś skończony. 

- Dlaczego tu przyszłaś? - spytał ponownie. 
- Słyszałam, że wróciłeś, sądziłam, że może... - zamilkła 

na chwilę. - Obiecałeś mi! Miało przecież nie być żadnych 
kobiet! Obiecałeś! - krzyknęła i ze szlochem wybiegła z sy­
pialni, trzaskając drzwiami. 

Vigadó wstał i niewidzącym wzrokiem zapatrzył się przed 

siebie. 

- Stało się - powiedział bezbarwnym głosem. - Wszystko 

skończone. 

- Należało ci się! - Mariann aż się trzęsła z wściekłości. 

- Litujesz się nad sobą, kiedy to mnie i twojej żonie sprawiłeś 
ból? 

- Przepraszam. - W jego głosie brzmiała szczerość. 
Na chwilę zaniemówiła ze zdziwienia. Na jego twarzy 

widniała rozpacz i udręka, lecz nie zamierzała mu współczuć. 
Nie wierzyła, że on równie mocno przeżywał tę straszną sy­
tuację. Przecież on nie miał serca. 

- Przepraszasz? I sądzisz, że to wszystko załatwia? Ukar-

towałeś to! - wybuchnęła. - Założę się, że wiedziałeś, że ona 
tu idzie. Ten telefon był z portierni, prawda? 

Odwrócił się gwałtownie w jej stronę. 

- Tak, wiedziałem! A potem spojrzałem na ciebie i... i za­

pomniałem o wszystkim. To brzmi nieprawdopodobnie, ale 
tak właśnie było. 

background image

70 WBREW WYROKOM LOSU 

Nie mogła uwierzyć w to, co się stało. 
- Wykorzystałeś mnie - wyszeptała ze zgrozą. - Użyłeś 

do własnych celów. 

- Och, byłaś bardzo chętna do tego, żeby cię wykorzystać 

w inny sposób, więc jaka to dla ciebie różnica? - Wzruszył 
ramionami. - W dodatku dostaniesz forsę, chociaż nie nawy-
silałaś się zbytnio. I przestań robić minę urażonej świętości 
i udawać, że się czymkolwiek przejmujesz. 

- To było okropne. - Głos jej drżał. Wiedziała, że nigdy 

nie zapomni wyrazu twarzy tamtej kobiety. I jej oczu. Oczu 
zdradzanej żony... 

- Przecież prawie każdy facet, z którym spałaś, oszukiwał 

kogoś. Założę się, że nie pierwszy raz widziałaś taką scenę. 
A teraz ubieraj się i wynoś. Zapłacę ci i nie chcę cię więcej 
widzieć. 

Tak po prostu? Najpierw ją upokorzył, potem rozpalił jej 

zmysły, a wreszcie wykorzystał do tego, by zadać ból swojej 
żonie. Była marionetką w jego rękach, a teraz wyrzuca ją za 
drzwi, w dodatku obrażając bez opamiętania. Jak można być 
takim potworem? 

- W życiu nie widziałam równie wyrachowanego łajdaka! 

- Do oczu napłynęły jej gorące łzy. - Nienawidzę cię! 

- Ale z pewnością nie tak, jak ja samego siebie. - Wyjął ; 

z szafy czystą koszulę i ubrał się. - Ale ciebie również niena­
widzę. Poruszyłaś tę część mojej duszy, która wydawała się 
od dawna martwa, lecz zrobiłaś to zupełnie niepotrzebnie. 
Lepiej mi się żyło bez tego. Nie mam pojęcia, jak tego doko­
nałaś. Czarownica! 

Patrzył na nią z taką furią, że ponownie zaczęła odczuwać 

strach. Bała się, że zechce się na niej mścić za utratę stanowiska, 

background image

WBREW WYROKOM LOSU 71 

Pożegna się z nim na pewno, przecież Eva niechybnie poskar­
ży się ojcu, a ten z miejsca wywali zięcia z Dieter Ringel. 

- To nie moja wina! To ty doprowadziłeś do tego wszy­

stkiego. Z wyrachowaniem użyłeś jednej kobiety, by zadać 
cios drugiej. Nasze uczucia nic cię nie obchodziły. Ale prze­
sadziłeś, prawda? 

Wpatrywali się w siebie z nienawiścią, ciężko dysząc 

z gniewu. Targała nimi zarówno wściekłość, jak i obudzona, 
a nie zaspokojona namiętność. Najlepiej byłoby dać ujście 
tym potężnym uczuciom. Och, rzucić się na niego z pięściami, 
albo też... 

- Wiesz, że nadal cię pragnę. Doprowadzasz mnie do sza­

łu. Powinienem cię teraz wziąć. 

- I nienawidzić siebie jeszcze bardziej? - spytała pogard­

liwie. 

- Gorzej już być nie może. A tak znalazłbym choć chwilę 

zapomnienia. Tak, muszę cię mieć, bo inaczej omotasz mnie 
do końca i zupełnie stracę przez ciebie zmysły. - Jego głos 
stawał się coraz niższy i coraz bardziej chrapliwy. 

- O czym ty mówisz, nic nie robię, jestem niewinna! 
- Jesteś, ponieważ jesteś kobietą. - Czarne oczy wpatry­

wały się w nią hipnotyzujące Nie potrafiła oderwać od nich 
wzroku. - A ja jestem mężczyzną. Widzisz, jakie to proste? 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

To proste, powtórzyła w myślach. Kobieta, mężczyzna 

i nieuniknione, które się dzieje między nimi i popycha ich do 
siebie. Och, gdyby nie te smoliste, płonące oczy, gdyby nie 
ten elektryzujący dotyk... 

- Sam do tego doprowadziłeś, nie wiem jak - szepnęła. 

- Chyba zawarłeś pakt z diabłem. 

- I ty to mówisz? - żachnął się. - Ty, która leżysz przede 

mną i drżysz z pożądania, twoje usta błagają o pocałunki, 
twoja złocista skóra jest spragniona pieszczot. Cała płoniesz, 
pragniesz, żeby cię posiąść. Jak mężczyzna może nad sobą 
zapanować przy takiej istocie? Gdybyś żyła w średniowieczu, 
to spalono by cię na stosie za czary! 

Zawstydzona, ukryła twarz w dłoniach. 
- Dam głowę, że niejeden zapomniał przy tobie o swojej 

żonie i że niejedno małżeństwo rozbiłaś - ciągnął napiętym 
głosem. - Kiedy człowiek kocha się z tobą, wszystko inne mu 
obojętnieje i przestaje pamiętać, co do tej pory było dla niego 
najważniejsze w życiu. - Przesunął dłonią po wilgotnym od 
potu czole. - A co na to twoje sumienie, o ile je w ogóle 
posiadasz? Czy nigdy nie brzydzisz się tego, co robisz? 

Podniosła na niego zalane łzami oczy. 
- Nienawidzę tego - powiedziała z mocą. To wszystko 

rzeczywiście było ohydne, te niezliczone kłamstwa, to, że 

background image

WBREW WYROKOM LOSU 

73 

Vigadó traktował ją jak prostytutkę. Nie dość, że musiała to 
znosić, to jeszcze musiała stawić czoło obudzonej nagle zmysło­
wości. Miała wrażenie, że cała ta okropna sytuacja ją przerasta. 
- Ale nie wyobrażaj sobie, że jesteś lepszy. Wręcz przeciwnie. 

- Dobra, daleko mi do świętości, ale przynajmniej nie 

tkwię w takim bagnie, jak ty! - odparł podniesionym głosem. 
- W dodatku odnoszę wrażenie, że całkiem ci w nim dobrze 

i wcale nie zamierzasz się z niego wydobyć! 

Mariann opuściła głowę. W tym, co mówił, tkwiło ziarno 

prawdy, choć miał błędne wyobrażenie o sytuacji. Och, co by 
tata na to powiedział? Jego średnia córka oszukuje, udaje 
kogoś innego, uprawia szpiegostwo, próbuje ukraść klucze, 

leży naga w łóżku obcego mężczyzny, uchodzi za kobietę 
lekkich obyczajów... Poczuła się winna. 

- Jakie to wszystko obrzydliwe - wyszeptała. 

Spojrzał na nią ze smutkiem. 

- Jeśli chodzi o mnie, to więcej cię nie tknę. 
- Nie? - Spojrzała na niego przez łzy. 
- Rozczarowana? 
- Chyba żartujesz! - oburzyła się, starannie odpędzając od 

siebie myśl, że do końca życia będzie tęsknić za tym, co się 
dzisiaj nie stało... 

- Mogłabyś być trochę milsza - warknął. 
- Po tym wszystkim, co mi zrobiłeś? 
Patrzył na nią ponurym wzrokiem. 
- Oszukałaś mnie, musiałem dać ci małą nauczkę. 
- Małą? Nie wiem, kiedy dojdę do siebie po dzisiejszych 

przejściach. 

Sięgnął po portfel i pogardliwym gestem cisnął na łóżko 

zwitek banknotów. 

background image

74 WBREW WYROKOM LOSU 

- Może to pomoże ci się szybciej pozbierać. 
Urażona do żywego, równie wzgardliwie rzuciła je na pod­

łogę. 

- Nie chcę twoich pieniędzy! 
- Ten, który cię wynajął, zapłacił ci lepiej? - zadrwił go­

rzko. - Weź, przydadzą ci się. Przynajmniej przez jakiś czas 
odpoczniesz od najbardziej wymagających drani. Będziesz 
mogła przyjmować lżejsze zlecenia. 

Pobladła. 

- Niedobrze mi. 
Wyszedł na moment, po czym wrócił ze szklanką wody, 

którą z irytacją wcisnął do drżącej dłoni Mariann. 

- Chyba rzeczywiście przejęłaś się tą awanturą. 
- Co za spostrzegawczość! - skwitowała ironicznie. 
Westchnął ciężko. 
- Przez ciebie zaczynam mieć wyrzuty sumienia. 
- Powinieneś! - Gdy dokończyła pić wodę, zauważyła, że 

Vigadó przygląda jej się bardzo intensywnie. - O, nie! Nawet 
o tym nie myśl - ostrzegła. 

- Mam pewną propozycję. 
- Nie ma mowy - ucięła krótko.'- Jedyne, czego chcę, to 

ubrać się i wyjść. 

- Chodzi mi o pracę - ciągnął spokojnie, jakby w ogóle 

nie słyszał jej protestów. - Ale nie taką, do jakiej przywykłaś. 
Uczciwą pracę. Żadnego seksu. Żadnych kłamstw. Żadnych 
karkołomnych numerków z perwersyjnymi brutalami. Jak ci 
się to podoba? 

- Jak mam to rozumieć? - spytała nieufnie. 
- Co, boisz się każdej roboty, która wymaga większych 

kwalifikacji niż umiejętność leżenia na plecach? - zakpił. 

background image

WBREW WYROKOM LOSU 75 

Zacisnęła usta. 
- Zapewniam, że nadaję się do takich zajęć, o jakie mnie 

nawet nie podejrzewasz - syknęła z urazą. 

- Ja nie mówię o tańcu erotycznym ani o striptizie, na 

czym się pewnie świetnie znasz, ale o pracy, w której nie 
będziesz musiała sprzedawać swego ciała. 

Nagle pojęła. Chciał przywrócić upadłą kobietę społeczeń­

stwu. Dręczyły go wyrzuty sumienia, więc aby je uciszyć, 

postanowił się nią zająć. Zrobi z prostytutki porządną dziew­

czynę i dzięki temu poczuje się lepiej. 

- Mógłbyś mówić bardziej konkretnie? 
- Naprawdę lubisz urządzać wnętrza, czy to było kolejne 

oszustwo? 

Hurra, Lionel, jednak mogę ci pomóc! 
- Naprawdę lubię. 

- Zakładam, że rzeczywiście nie znałaś prawdziwych mo­

tywów, kierujących twoimi pracodawcami. Powiedziano ci, 
że masz spróbować mnie uwieść, by nadszarpnąć moją repu­
tację. Nie przyszłaś tu dzisiaj dlatego, że spodziewałaś się 
wizyty mojej żony, prawda? 

- Gdybym wiedziała, że ona przyjdzie, trzymałabym się 

od ciebie z daleka - zapewniła z najgłębszym przeko­
naniem. 

- Cóż, jestem prawie przekonany, że tak właśnie by­

ło. W takim razie, aby dać ci szansę wyrwania się z tego ba­
gna, w które wpadłaś, proponuję ci uczciwą pracę. Napra­
wdę zostaniesz dekoratorką. Najpierw dokończysz to, co za­
częłaś w biurze, następnie zajmiesz się moim apartamen­
tem, przydałoby się go odnowić, a potem znajdę ci inne 
zlecenia. 

background image

76 WBREW WYROKOM LOSU 

Chyba musiała się w czepku urodzić! Dzięki temu będzie 

miała masę okazji, żeby zawładnąć kluczami i znaleźć adres 
Mary 0'Brien! 

- To cudowne! - powiedziała szczerze, lecz nagle poczuła 

wyrzuty sumienia. Nie chciała więcej oszukiwać. Ale prze­
cież nie miała wyjścia, skoro miała uratować wydawnictwo 
i być może małżeństwo Lionela. Stawka była bardzo wysoka. 
A nad tym bezdusznym brutalem nie warto się litować i nie 
należy z nim grać uczciwie. - Ale... Ale nie rozumiem, cze­
mu zamierzasz się mną zajmować? Sądziłam, że nie chcesz 
mnie więcej widzieć. 

- Chyba musiałem zwariować - mruknął ponuro. Milczał 

przez chwilę. - Nie lubię, gdy kobieta się sprzedaje. Nie po-
winnyście myśleć o sobie jak o przedmiotach czy towarze 
- powiedział z przekonaniem. 

- Ale mężczyźni tak nas traktują. 
- Musisz znać niezłych drani. - Zmrużył oczy. - Ale 

w sumie nic dziwnego, że cię tak traktują. Jesteś chodzącym 
zaproszeniem do grzechu. Sposób, w jaki się ruszasz... -
Przerwał i odetchnął głęboko. - Nieważne. Najwyższy czas, 
by zmienić twoje życie. Jesteś piękna, inteligentna, przy­

szłość należy do ciebie. Musisz tylko zacząć cenić samą sie­
bie, a wtedy inni też będą cię szanować, zobaczysz - przeko­
nywał z żarem. - Musisz się podźwignąć... 

- Vigadó! - wyrwało jej się. Była kompletnie oszołomio­

na. - Tak mnie nawracasz, jakbyś coś z tego miał. 

Zmarszczył brwi. 
- Chyba powinnaś być mi wdzięczna? Mogłem cię oddać 

w ręce policji za oszustwo i pracę na czarno. 

- Wszystko, tylko nie to! - zawołała z przestrachem. - Ja 

background image

WBREW WYROKOM LOSU 

77 

naprawdę doceniam to, co dla mnie robisz. Bardzo ci dziękuję 
za tę pracę - zapewniła. 

To się nazywa mieć szczęście! Sam ułatwia jej zadanie. 

Teraz niepokoiło ją tylko jedno. Musi tak zdobyć adres Mary, 
żeby Vigadó nigdy się nie zorientował, że to Mariann wystry­

chnęła go na dudka. Gdyby bowiem odgadł prawdę... Ciarki 

przebiegły jej po krzyżu na tę myśl. Nigdzie nie byłaby bez­
pieczna. Znalazłby ją choćby na końcu świata i zemściłby się. 
Wolała nawet o tym nie myśleć. 

- Odpocznij. Wezmę prysznic i odwiozę cię do domu. 
- Dziękuję, ale nie ma potrzeby... - urwała. 

Wcale jej nie słuchał. Dotykał palcami leżącego na komo­

dzie zdjęcia. Powiedział coś cicho po węgiersku, a w jego 
głosie brzmiał ogromny smutek. 

- Och, głuptasie - szepnęła ze współczuciem. - Kochasz 

ją, prawda? 

- Co takiego? - Spojrzał na nią ze zdumieniem. 
- Słyszałam, jak mówiłeś teraz do niej. Do Evy. Założę 

się, że to właśnie jej fotografia. Dlatego radzę ci, biegnij za 
nią, spróbuj wszystko naprawić. Przekonaj, że ją kochasz, że 
nie chciałeś jej zranić. Wiesz co? Powiedz, że to wszystko 
moja wina. Że to ja zakradłam się do twojej sypialni, że 
wykorzystałam twoje zmęczenie... 

Z oszołomieniem potrząsnął głową. 
- Dziwna z ciebie osoba. 
- Idź, szukaj jej - ponagliła niecierpliwie. - Jeśli Ci naprą-

- wdę zależy. 

- Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo mi zależy! 

Przez chwilę panowało milczenie. 

- Sądzę, że winien ci jestem wyjaśnienie. Zresztą, teraz 

background image

78 WBREW WYROKOM LOSU 

i tak to się wyda, więc już wszystko mi jedno. Moja żona nie 

jest moją żoną. Rozwiedliśmy się trzy lata temu. 

- Trzy lata? - powtórzyła z niedowierzaniem. - W takim 

razie, po co udajecie, że jesteście małżeństwem? Podobno 
nienawidzisz kłamstwa? 

- Z pewnych przyczyn taka sytuacja mi odpowiada - od­

parł niechętnie. 

- A Evie? 
- Jej też. Widzisz, czuła się upokorzona. Jak to, ona nie 

utrzymała przy sobie mężczyzny? Teść też nie zamierzał się 
chwalić rozwodem córki. Utrzymałem pozycję dyrektora fir­
my w zamian za dochowanie tajemnicy. 

- Nieźle na tym wyszedłeś - skomentowała z ironią. 
- Nie do końca. Ale przyznaję, ma to pewne plusy. Wszy­

scy sądzą, że nadal jesteśmy parą, co do pewnego stopnia 
chroni nas przed zakusami wyrachowanych ludzi. Chociaż 

wiele kobiet leci na mnie nawet w obecności Evy... 

- Ach, stąd twoja pogarda dla kobiet - odgadła. 
- Owszem. Dla pieniędzy są gotowe zrobić wszystko. Dziew­

czyna twojej profesji przynajmniej nie udaje. One zaś są obrzyd­
liwymi hipokrytkami. Niektóre tak bardzo chcą mnie usidlić, że 
chętnie porzuciłyby własnych, mniej zamożnych mężów. 

- A nigdy nie przyszło ci do głowy, że pragną nie twoich 

pieniędzy, tylko ciebie samego? - spytała cicho. Dla niej był­
by atrakcyjny nawet wtedy, gdyby nie miał złamanego grosza. 
Nie wątpiła, że inne są równie wrażliwe na jego urok. 

Wzruszył ramionami. 
- Mnie? Nie, dawno pozbyłem się złudzeń. Potrafię roz­

poznać chciwość na pierwszy rzut oka. Większość ludzi sądzi, 
że bogactwo i władza przynoszą szczęście. 

background image

WBREW WYROKOM LOSU 79 

- A tymczasem? - zaciekawiła się, gdy zamilkł, pogrążo­

ny w myślach. 

Nie odpowiedział. Jego palce błądziły po srebrnej ramce 

odwróconej fotografii, a w oczach widniał smutek. Mariann 
zrobiło się go żal. Kochał byłą żonę, widocznie nie chciał tego 
rozwodu. Nie mógł być więc zupełnie złym człowiekiem, 
skoro żywił takie uczucia. 

- Tak mi przykro - szepnęła. - Żałuję, że nie mogę ci 

jakoś pomóc. Gdybym mogła obudzić w tobie nadzieję... 

- Po co? - spytał z goryczą. - Lepiej pozbyć się złudzeń, 

niż wciąż żyć nadzieją, która się nigdy nie spełni. Przez te trzy 

lata liczyłem na to, że wszystko się jakoś ułoży, choć nie było 
na to szans. Eva nie stawiała się na spotkania, łamała umo­
wy... Próbowała mnie w ten sposób ukarać. 

- Za co? - Przez chwilę szukała odpowiednich słów. - Za 

to, że nie byłeś jej wierny? 

Odpowiedział jej urągliwy śmiech. 

- Za to, że byłem silny i nie tańczyłem na dwóch łapkach, 

jak wszyscy inni przede mną. Nie adorowałem jej bezustannie 

i nie mogła tego znieść. Przez całe życie była oczkiem w gło­
wie tatusia, a ja nagle wyrządziłem jej taki afront! Byłem 
sobą, a nie dodatkiem do niej. Dlatego mściła się na mnie. 
Postanowiłem, że dłużej tego nie zniosę i że trzeba zerwać 
wszelkie więzy. 

Nagle zrozumiała wszystko. 
- Czyli jednak wykorzystałeś mnie - powiedziała cicho. 

- Postawiłeś wszystko na jedną kartę. 

- Tak - przyznał. - Ale nie zrobiłem tego z wyrachowa­

nia, lecz raczej z desperacji. Podjąłem decyzję błyskawicznie. 

Skoro już tu byłaś, a ona szła... Cóż, niechcący spełniłem 

background image

80 WBREW WYROKOM LOSU 

życzenia tego kogoś, kto się tobą posłużył. Wylecę z Dieter 
Ringel. 

Nagle przyszła jej do głowy okropna myśl, którą zdusiła 

w zarodku. Lionel nie mógłby sobie niczego lepszego wyma­
rzyć. Jego najgorszy wróg jest skończony. Czy nie o to właśnie 
mu chodziło? Czyżby posłużył się nią i wysłał wprost w ramiona 
przeciwnika? Znając nieposkromione żądze Vigadó, wiedział, że 
Mariann niechybnie wyląduje w jego łóżku. Nonsens. Przecież 
Gabor przyjechał do Budapesztu o dziesięć dni wcześniej, nikt 
nie mógł tego przewidzieć. Odetchnęła z ulgą. Gdyby Lionel 
okazał się łajdakiem... Strach pomyśleć. 

- To dlatego chciałeś się ze mną kochać - stwierdziła ze 

smutkiem. A ona idiotka sądziła, że to ze względu na nią 
samą... 

- Zrozum, muszę o niej zapomnieć - powiedział z tru­

dem. - Nie mam żony, nie mam wspomnień, nie mam nic. 
Koniec. 

Chciało jej się płakać. Był równie bezlitosny dla siebie, jak 

dla innych. Widziała, jak bardzo cierpi, dlatego wahała się 
tylko przez moment. Wstała, owinęła się ciasno cienką kołdrą 
i podeszła do niego. Spojrzał na nią ze zdumieniem, gdy 
wzięła go za ręce. Mocno ścisnęła jego dłonie, by pokazać 
mu, że nie jest sam, że ktoś mu szczerze współczuje. 

- Nie wolno się poddawać - przekonywała łagodnie. -

Gdyby Eva wiedziała, jak bardzo ci zależy... 

- Za późno. Wiem, co mówię - pokręcił głową. - Nie­

ustannie mnie zadziwiasz. Dlaczego to robisz? I dlaczego ja 
pozwalam ci się pocieszać? Każdego innego wysłałbym do 
wszystkich diabłów. 

- A dlaczego mam tego nie robić? Przecież potrzebujesz 

background image

WBREW WYROKOM LOSU 81 

ludzkiego ciepła - zdziwiła się. Dla niej było to zupełnie 
oczywiste, że pomaga się człowiekowi w potrzebie. - Sądzę, 
że powinieneś go z powrotem szukać u żony. 

- Znam ją. Nigdy mi nie daruje. Jest równie bezlitosna jak 

jej ojciec. I jak ja - dodał jakby z pewnym smutkiem. 

Nie pojmowała, jak można się tak zadręczać, nie dając 

sobie żadnej nadziei. Ona tak nie potrafiła. Głowa do góry, 
powtarzała zawsze sobie, i innym. Wtedy łatwiej dostrzec na­
wet najodleglejsze światło. 

- Nie wierzę, że nie zamierzasz walczyć o kogoś, kogo ko­

chasz! To zupełnie do ciebie niepodobne! - zawołała gorąco. 

Przez chwilę panowała cisza. 

- Całe moje małżeństwo było istnym piekłem. Nawet gdy 

się zakończyło, nie udało mi się uciec z tej złotej klatki. Mam 
dług wobec Dietera, nauczył mnie zawodu, postawił na mnie, 
wiele mu zawdzięczam. Dlatego robiłem, co chcieli, pokazy­
wałem się z Evą publicznie, uśmiechałem, udawałem dobrego 
męża. Z każdym dniem tej szopki czułem się coraz bardziej 
zniewolony i upokorzony. 

- Czyli wyżej cenisz wolność niż miłość? - spytała cicho. 
- Tak. Tylko głupcy dają się złapać w sidła uczucia, a po­

tem szarpią się w nich i cierpią. 

Cóż, była w tym pewna racja. Mariann też obawiała się 

niszczącej siły namiętności. Z drugiej wszakże strony... 

- A ty starałeś się z nich wyrwać, ale to nie pomogło. 

Nadal cierpisz. Czuję twój ból. 

Odwrócił wzrok. Intuicja podpowiedziała jej, że Vigadó 

zamierza skłamać. 

- To nic takiego. Poradzę sobie. - Starał się, by zabrzmia­

ło to jak najbardziej przekonująco. 

background image

82 WBREW WYROKOM LOSU 

Jednak Mariann nie miała najmniejszych wątpliwości, że 

sam nie uwolni się od bolesnych wspomnień. Chyba żeby ktoś 

mu w tym pomógł. Ogarnęło ją pragnienie, by to ona była tą, 
która wyleczy jego rany i przyniesie mu zapomnienie. Posta­
rała się odegnać od siebie tę myśl. Niewykluczone, że zawsze 
będzie kochał tylko Evę i że żadna inna kobieta nie jest w sta­
nie zająć jej miejsca. 

Wpatrywali się w siebie w milczeniu, a w swoich oczach 

mogli wyczytać coraz większą sympatię i wzajemne zrozu­
mienie. Wreszcie Vigadó uśmiechnął się leciutko i pogładził 

ją po włosach. 

- Jesteś niezwykła. Nieznośna, uparta, nie liczysz się ze 

słowami, bez większych oporów wykonujesz jeden z najbar­
dziej obrzydliwych zawodów świata, a przecież tyle w tobie 
dobroci i ciepła - zauważył w zadumie. 

Z radosnym zaskoczeniem stwierdziła, że jest w nim więcej 

ludzkich cech, niż sądziła. Miała ochotę go za to pocałować. 

- Kokota z sercem ze złota - zażartowała, żeby ukryć 

wzruszenie. - Ty zaś z kolei groźnie warczysz, pokazujesz kły 
i pazury, a tak naprawdę to bardzo byś chciał, żeby cię ktoś 
przytulił i pogłaskał. 

Uśmiechnął się z zakłopotaniem. 
- No cóż, może - przyznał. - Jesteś jedyną kobietą, która 

dostrzegła we mnie coś więcej niż zewnętrzne pozory. Czy to 
ze względu na to, że wiele przeszłaś, tak samo jak ja? - Oto­
czył ją ramionami. - Ciężkie warunki jednych łamią, zaś in­
nych zmieniają w zwycięzców. Stal wytapia się w ogniu. Dla­
tego jesteśmy tak do siebie podobni. 

- Wcale nie! - zaprotestowała. 
- Ty nigdy się nie poddajesz - mówił cicho, z namysłem. 

background image

WBREW WYROKOM LOSU 83 

- Gdy coś cię dotknie, chowasz się i liżesz rany, tak by nikt 
o tym nie wiedział. Nie pokazujesz słabych stron. Mimo pro­

fesji, jaką uprawiasz, nie cierpisz, gdy ktoś tobą rządzi. Masz 
więcej odwagi niż większość znanych mi mężczyzn. Jesteśmy 
ulepieni z jednej gliny. 

Nie, nie zgadzam się, myślała gorączkowo. On jest jej wro­

giem, musi go przechytrzyć, wyrwać z jego chciwych rąk pod­
kupioną autorkę, uratować swoje wydawnictwo, powstrzymać 
Lionela przed popełnieniem jakiegoś głupiego kroku. Powtarzała 
sobie, że jej celem jest oszukanie Vigadó, a nie rozumienie go. 
Jednak stopniowo nabierała coraz większego obrzydzenia do 
swojej misji. Nie miała jednak wyjścia. 

- Skoro tak twierdzisz... Przepraszam, ale chyba zrobiło 

się późno. 

- Dobrze, zaraz przyniosę twoje rzeczy i odprowadzę cię. 
- Ależ nie trzeba - zaprotestowała pośpiesznie. 
W ten sposób zrujnowałby jej plany. Zamierzała bowiem 

w czasie jego nieobecności zawładnąć kluczami, opuścić jego 
mieszkanie i znaleźć adres Mary. 

- Nie będziesz się sama włóczyć po nocy - oznajmił to­

nem nie znoszącym sprzeciwu. 

Wiedziała, że sprzeciw nic nie da. Ale przecież nie może 

pozwolić, by odwiózł ją do Hiltona! Zajmowała tam luksuso­
wy apartament Istvana, który nalegał, by zrobiła mu tę uprzej­
mość. Nie miał pojęcia, że było jej to bardzo nie na rękę. Kto 
to widział, żeby z trudem wiążąca koniec z końcem osoba 
mieszkała w ekskluzywnym hotelu? Nie mogła jednak odmó­
wić, gdyż nie chciała ani Istva'na urazić, ani zdradzać mu 
prawdy. Oboje z Tanyą sądzili, że Mariann zakłada w Buda­
peszcie filię wydawnictwa i że współpracuje z Vigadó. 

background image

84 WBREW WYROKOM LOSU 

- Dobrze, odprowadź mnie do centrum, a stamtąd wezmę 

taksówkę. 

- Aha, wstydzisz się pokazać, w jakim miejscu mieszkasz. 

W porządku, rozumiem. Chcę cię jednak ostrzec, że od jutra 
nie będziesz mieć przede mną żadnych tajemnic. Jestem two­
im opiekunem, daję ci pracę, chronię przed nieodpowiednimi 
facetami i muszę wiedzieć, gdzie się w danej chwili podzie-
wasz. Przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Jasne? 

No tak, jeszcze tego brakowało, pomyślała z furią. Gdy 

wyszedł, bez oporów zaczęła przeszukiwać kieszenie jego 
garnituru. Musi wykonać swoje zadanie jak najprędzej, bo 

jeśli Vigadó będzie jej pilnował, to marne jej widoki... 

Nie tylko zresztą dlatego. Im więcej czasu spędzała w jego 

obecności, tym bardziej stawała się podatna na jego urok. 
Wystarczyło, by na nią spojrzał, by jej dotknął, a miękła jak 
wosk i zapominała o wszystkim. A przecież Lionel tak na nią 
liczył, obiecała, że wyciągnie go z tarapatów. 

Kluczy nie było nigdzie. Mariann westchnęła ciężko. Po­

winna jak najszybciej wyjechać z Budapesztu. Jeśli zostanie, 
niechybnie padnie ofiarą hipnotyzującego wpływu Vigadó 
oraz własnych pragnień. Albo musisz złamać dane słowo, albo 
stracić niewinność, stwierdziła melancholijnie. 

Nagle przyszła jej do głowy paradoksalna myśl, że właśnie 

powinna oddać siebie, by zyskać coś znacznie cenniejszego. 
Coś, co mógłby jej ofiarować tylko Vigadó... 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Na zewnętrz było strasznie zimno. Mariann przystanęła na 

dziedzińcu, by naciągnąć na głowę kaptur różowej kurtki. 

Niechętnie spojrzała na zakratowane okna i masywne drzwi. 
Nie miała szans niepostrzeżenie wemknąć się do środka, gdy­
by wróciła jeszcze tej nocy. 

- O rany, to wygląda jak twierdza. 
- Wiele węgierskich budowli musiało swego czasu speł­

niać funkcje obronne - wyjaśnił. - Najazdy tureckie, ciągłe 
wojny. Dlatego wznoszono budynki piękne, lecz trudne do 
zdobycia. - Jego głos zmienił się nieco. - Ty też taka jesteś. 

Ten komplement nieoczekiwanie sprawił jej dużą przyje­

mność, lecz nie pokazała tego po sobie. 

- W takim razie możesz spać spokojnie. Nikt się tu nie 

włamie. 

- Musiałem się zabezpieczyć, inaczej konkurencja nie­

chybnie dobrałaby się do moich baz danych.-

- Baz danych? - wyrwało jej się. 
Lionel mówił, że oni mają tu wszystko skatalogowane, że 

ma szperać w papierach. Niedobrze. Nie dobierze się przecież 
do danych komputerowych, nie znając hasła. 

- Niestety, to biuro jeszcze nie jest w pełni skomputeryzo­

wane, ale dopilnuję, by zmienić to w najbliższym czasie. Weź 
mnie pod rękę, jest strasznie ślisko. 

background image

86 

WBREW WYROKOM LOSU 

- Dzięki, ale nie czuję się stuletnią staruszką- zażartowa­

ła, by ukryć zaniepokojenie. 

- Mówiłem, że lubisz być niezależna - mruknął. - To co? 

Przychodzisz jutro do pracy? 

- Będę już o ósmej - zaproponowała. Może rano nadarzy 

się jakaś okazja. A nuż gdzieś na wierzchu leży na przykład 
list od Mary? Z ich wydawnictwem nie kontaktowała się ni­
gdy telefonicznie, zawsze pisała do nich. 

- Przychodź, o której zechcesz, ja siedzę w robocie już od 

siódmej. Trzeba trzymać ludzi silną ręką, gdyż inaczej nic nie 
zrobią. 

- A nie przyszło ci nigdy do głowy, że pracowaliby lepiej, 

gdyby lubili szefa i czuli się emocjonalnie związani z firmą? 

- E tam, uczucia - parsknął pogardliwie. - Jak się im pod­

dajesz, to przestajesz logicznie myśleć, tracisz z oczu swój wła­
ściwy cel i stajesz się podatna na ciosy. Moi wrogowie tylko 
czekają na chwilę słabości. Zapewniam cię, że rzuciliby się na 
mnie całym stadem i rozszarpali na strzępy. Muszę być twardy. 

Jeśli za sukces trzeba płacić taką cenę, obym nigdy nie była 

bogata, pomyślała z goryczą. Nagle zauważyła, że Vigadó 
bardzo przypomina Istva'na. Tamten też bronił się przed uczu­
ciem, otoczył nieprzeniknioną skorupą, tłumił swoje najgłęb­

sze pragnienia. Też chciał być prawdziwym mężczyzną, który 
nie zna wzruszeń, do którego nie mają dostępu wątpliwości 
i którego nie można zranić. 

Jednak Tanya potrafiła dotrzeć do serca Istva'na i obudzić 

je do życia. Dopiero dzięki jej miłości poznał prawdziwy 

smak szczęścia. Mariann zapragnęła nagle, by kiedyś Vigadó 
spotkało coś równie cudownego. To dziwne, ale naprawdę 
życzyła mu jak najlepiej. 

background image

WBREW WYROKOM LOSU 87 

- Hej, ty się trzęsiesz z zimna - zauważył. - Chodź tutaj. 

- Przygarnął ją ramieniem. 

Wiedziała, że nie powinna na to pozwolić, ale z drugiej 

strony było to takie przyjemne, w dodatku jego bliskość na­

pawała ją poczuciem bezpieczeństwa, chociaż nie rozumiała, 

dlaczego. Przecież Vigadó był jej wrogiem, szalenie niebez­
piecznym wrogiem, skąd więc to niepojęte uczucie błogości 
i spokoju? 

Wyszli przez kamienną bramę i, kierowani tą samą myślą, 

przystanęli, by podziwiać rozciągający się przed nimi widok. 

Ośnieżone uliczki, skuty lodem Dunaj, otaczające ich zabyt­
kowe mury i baszty, a na niebie migoczące gwiazdy - wszy­
stko razem tworzyło niezapomnianą, bajkową scenerię. 

- Ale ci dobrze - szepnęła cicho, by nie zepsuć nastro­

ju. - Żyć i pracować w takim miejscu... Przecież tu jest 

cudownie. 

- Pracować tak, ale jeśli chodzi o życie... - zamilkł, nie 

kończąc myśli. 

Odgadła, że dręczą go bolesne wspomnienia związane 

z nieudanym małżeństwem. Ujęła go za rękę i uścisnęła ją, by 
dodać mu otuchy. 

- Zobaczysz, wszystko się ułoży. Skoro jesteś tak sil­

ny i odważny, nie obawiaj się pokazać Evie, jak bardzo ci na 
niej zależy. Jaka kobieta oprze się mężczyźnie, który otworzy 
przed nią swoje serce? Zapewniam cię, że twoja żona wyba­

czy ci wszystko, jeśli tylko pozna siłę twojej miłości. Musisz 
spróbować! - przekonywała gorąco. - Jesteś w stanie osiąg­
nąć wszystko, czego tylko zapragniesz. 

- Tak samo jak ty - uśmiechnął się lekko. 
Zrobiło jej się niewyraźnie. Jej celem było oszukanie go, 

background image

88 WBREW WYROKOM LOSU 

o czym myślała z coraz większą niechęcią. Och, czy życie 
musi być takie skomplikowane? 

Śnieg skrzypiał pod ich stopami, gdy szli w stronę pokrytego 

śniegiem pomnika świętego Stefana. Wokół panowała cisza. 

- Hej, ty zaraz zamarzniesz - zaniepokoił się Vigadó, gdy 

Mariann zadrżała po raz kolejny. - Masz. - Zawiązał wo­
kół naciągniętego kaptura swój szalik, żeby było jej cieplej. 
- Pewnie zimno ci w nogi, co? 

Zanim zdążyła zaprotestować, przykucnął i starannie pod­

ciągnął w górę pomarańczowe getry Mariann, by osłaniały 
również jej kolana i uda. Bez słowa patrzyła w dół na lśniące 
czarne włosy Vigadó. Najchętniej przyklękłaby obok niego, 
ujęła jego twarz w dłonie i obsypała ją czułymi pocałunkami. 

- Pomarańczowy z różowym. - Wstał i popatrzył na jej 

ubranie. - Ciekawe zestawienie. 

Roześmiała się. 
- Cóż, możesz je lubić albo nie... 
- Uwielbiam je - szepnął. - Wiele o tobie mówi. Lubisz 

być zauważana, co? Łatwo cię spostrzec, wyraźnie odcinasz 

się od dziewiczej bieli śniegu. 

Czy to miała być aluzja do jej „profesji"? Sfrustrowana 

Mariann, nie zastanawiając się nawet przez moment, schyliła 
się błyskawicznym ruchem, chwyciła garść śniegu i cisnęła 
mu prosto w twarz. Instynkt kazał jej się odwrócić i uciekać 
co sił w nogach. Nikt nie traktuje w ten sposób milionerów! 

- Aj! - zawołała, gdy wielka pacyna śniegu wylądo­

wała na jej kapturze. Proszę, milioner postanowił wziąć od­
wet. Odwróciła się i przykucnęła, by ulepić następną śnieżkę. 
- Jesteś okropny! - krzyknęła, gdy Vigadó trafił ją prosto 
w twarz. 

background image

WBREW WYROKOM LOSU 89 

- W walce wszystkie chwyty są dozwolone! - Ze śmie­

chem schował się za latarnią. 

- Zobaczysz, że dam ci radę! - Bez opamiętania bombar­

dowała go śnieżkami. 

- Ach, ty, zaraz ci pokażę! 
Pobiegł w jej stronę, więc zaczęła uciekać, lecz po chwili 

trafiła w ślepy zaułek pomiędzy jakimiś basztami. Odwróciła 

się z uśmiechem, lecz ku swojemu zdziwieniu nie dostrzegła 
nikogo. Nasłuchiwała przez chwilę. Cisza. Jedynie wiatr świ­
stał w gałęziach drzew. 

Wróciła i zauważyła na śniegu ślady stóp, poszła więc za 

nimi. W pewnym momencie zaczęło jej się jednak wydawać, 
że została zupełnie sama pośród milczących, czarnych ścian. 
Zrobiło jej się nieprzyjemnie. 

- Vigadó? - spytała z lekkim niepokojem. - Vigadó, 

gdzie jesteś? 

- Nad tobą. 
Gdy spojrzała w górę, ktoś zepchnął na nią leżący na murze 

śnieg. 

- Och! 
Zeskoczył lekko na ziemię i delikatnie wytarł chusteczką 

mokrą i roześmianą twarz Mariann. 

- To było nieuczciwe zagranie - poskarżyła się. 
- Ale skuteczne. Najważniejsze, żebym wygrał i dostał to, 

czego chcę - powiedział spokojnie. A potem pocałował ją. 

Przez chwilę trwała w jego objęciach, po czym z żalem 

wysunęła się z nich. 

- A fe! - Żartobliwie pogroziła mu palcem. - Co by po­

wiedzieli twoi wrogowie, gdyby zobaczyli, jak rzucasz śnież­
kami i gonisz jakąś postrzeloną dziewczynę? 

background image

90 WBREW WYROKOM LOSU 

- Rozumiem, że w ten sposób nareszcie uznajesz moją 

wyższość nad tobą? 

- Nie - odparła dumnie. - Posiadam cechy, których tobie 

brakuje, a które są najważniejsze. Ty jesteś zimny jak głaz, 
a ja mam duszę i serce. 

- Łatwo mogę pozbawić cię złudzeń i udowodnić, że lu­

dzie kierują się czymś innym. Ty też. 

Zdaje się, że ten człowiek miał zwyczaj niszczyć wszystko, 

co stawało mu na drodze. Ale Mariann nie zamierzała się 
ugiąć. 

- Nie dałbyś rady. 
- Nie prowokuj mnie - ostrzegł cicho. 
Uśmiechnęła się i opiekuńczym gestem troskliwej mamusi 

zaczęła otrzepywać śnieg z jego kołnierza. Wiedziała, że takie 
pobłażliwe traktowanie działa na zbyt pewnych siebie męż­
czyzn jak kubeł zimnej wody. Ale nie na tego. 

Chwycił ją za rękę, ściągnął rękawiczkę, po czym zaczął 

zmysłowo całować wnętrze jej dłoni. Gdy poczuła dotyk jego 

języka i zębów, ogarnęła ją fala gorąca. O matko, ten facet 

potrafiłby złamać opór najtwardszej kobiety! Co nie znaczy, 
że należy dać cokolwiek po sobie poznać. 

- Nie musisz mnie przekonywać, że jesteś znakomitym 

kochankiem - stwierdziła chłodno..- Ale seks i pożądanie nie 
mają nic wspólnego z tym, co się dzieje w ludzkiej duszy. 
A ponieważ tego nie pojmujesz, tracisz to, co w życiu naj­
ważniejsze. 

- Miłość? - spytał pogardliwym tonem. 
- Tak. Nie możesz zaprzeczyć, że ona istnieje i że... 
- Właśnie, że mogę. Sądzisz, że kochałem Evę. Mylisz się. 

Rządziły nami bardziej prymitywne potrzeby. Ponadto docho-

background image

WBREW WYROKOM LOSU 91 

dziły jeszcze inne sprawy, wyjątkowo skomplikowane. Nie­
ważne. W każdym razie mogę cię zapewnić, że coś takiego 

jak miłość między kobietą a mężczyzną nie istnieje. Po kilku 

latach wspólnego życia pożądanie wygasa, a ludziom spadają 
klapki z oczu. Koniec. 

- Czasami rzeczywiście tak się zdarza, Ale nie wtedy, gdy 

przy wyborze partnera kierujemy się sercem. Widziałam pra­
wdziwą miłość, której nie zniszczył upływ czasu. Między 
moimi rodzicami. Między moim bratem a dziewczyną z są­

siedztwa. Między starszą siostrą a... a jej ukochanym Wę­
grem. - Na wszelki wypadek wolała nie wymieniać imienia 
Istvana. - Wszyscy oni wiele przeszli, zostali wystawieni na 
ciężkie próby, ale ich uczucie przetrwało. Miłość istnieje. 

- Okłamujesz samą siebie. 
- To ty okłamujesz samego siebie - zaprzeczyła żarliwie. 

- A jeśli nie uwierzysz w miłość, to nigdy jej nie zaznasz. 

- Prostytutka-filozof, to ci dopiero! - parsknął urągliwie. 
W tym momencie zrozumiała, że trafiła w dziesiątkę. Za­

zdrościł tym, którzy poznali smak prawdziwego uczucia i już 
nie musieli iść przez życie samotnie. 

- Myślę, że w tym momencie zakończymy naszą dyskusję 

- oznajmiła z godnością. - Dalej pójdę sama. 

- Mogłabyś wrócić do mnie i nauczyć mnie miłości - za­

proponował. 

- Albo udać się do domu i wrąbać porcję frytek - zażar­

towała, by nie urazić go odmową. - Wybacz, ale chyba wolę 
to drugie. Umieram z głodu. 

Roześmiał się, lecz wyczuła, iż nieprędko zapomni, że dała 

mu kosza. Niewykluczone, że będzie chciał ją jakoś za to 
ukarać. 

background image

92 WBREW WYROKOM LOSU 

- Nie wiesz, co tracisz - mruknął. 
- Potrafię sobie wyobrazić. Przywiązałbyś mnie do łóżka, 

zanim zdążyłabym ściągnąć buty - zakpiła. 

- Ach, przejrzałaś mnie na wylot! - zawołał z udawaną 

rozpaczą. 

Dumny facet, pomyślała z uznaniem. Nieco mniej spodo­

bało jej się to, że odprowadził ją na postój i wsadził do ta­
ksówki. Zamienił z kierowcą parę słów po węgiersku, po 
czym pomachał jej ręką i odszedł. Gdy skręcili za róg, Ma­
riann poprosiła taksówkarza, by się zatrzymał, oznajmiła, że 
zmieniła zdanie, wcisnęła mu do ręki suty napiwek i pobiegła 
do znajdującego się nie opodal Hiltona. 

Kilka dni później Antal, który już przebolał, że Mariann 

nie jest platynową blondynką, podszedł do niej podczas pracy. 

- Powinnaś trochę odpocząć - zagaił. - Nie napiłabyś się 

ze mną kawy? 

Nagle za ich plecami rozległ się rozkazujący głos. Vigadó 

rzucił zaledwie kilka słów po węgiersku, a Antal już siedział 
przy swoim biurku, pozostali zaś pracownicy zaczęli się uwi­

jać w przyspieszonym tempie. 

- Chodź na słowo - powiedział do Mariann i oddalił się 

w kierunku swojego gabinetu. 

- Biegnij! - syknął przestraszony Antal. 
- Spokojnie, nie pali się - mruknęła. 
Nikt nie będzie jej rozkazywał. Bez pośpiechu sięgnęła po 

tabliczkę czekolady, odłamała kawałek, zjadła, po czym po­
woli podążyła za Vigadó. Coś mi się widzi, że chyba musiał 
wstać z łóżka lewą nogą, pomyślała melancholijnie. Perspe­
ktywy nie wyglądały różowo. 

background image

WBREW WYROKOM LOSU 93 

Przez ostatnie kilka dni skutecznie uniemożliwiał jej ja­

kiekolwiek poszukiwania. Przychodził pierwszy, siedział do 
późnego wieczora i opuszczał biuro ostatni, upewniwszy się, 
czy Mariann też skończyła swoją pracę. 

Ponadto niepokoił ją brak wieści od Lionela. Próbowała 

się do niego dodzwonić, ale ten numer kontaktowy, jaki jej 

podał, rzeczywiście należał do agencji towarzyskiej! Nic z te­
go nie rozumiała. Jak można było się pomylić w tak ważnej 

sprawie? 

- Wejdź - powiedział rozkazująco, gdy z wahaniem za­

trzymała się w drzwiach gabinetu, który jeszcze do niedawna 
należał do Antala Millassina. Kierownik biura chyba z każ­
dym dniem musiał coraz bardziej przeklinać przyjazd szefa 
i koniec dawnych, dobrych czasów. 

Westchnęła z rezygnacją, ale po chwili oczy jej zabłysły. 

Na jednym końcu ogromnego biurka leżał stos maszynopi­

sów. Nowe książki! Usiadła na krześle, które znajdowało się 

najbliżej interesujących ją papierów. Dobrze byłoby spraw­
dzić, czy wśród autorów znajduje się Mary 0'Brien. 

- Jak ci się podoba mój projekt urządzenia twojego apar­

tamentu? - zagaiła. 

- Świetny - warknął. - Zwłaszcza trafiła mi do przekonania 

dyplomatyczna uwaga, że sypialnia nie musi przypominać lupa-
naru. Może rzeczywiście gołębi błękit będzie bardziej na miej-
scu. Dlaczego nie nosisz nic pod kombinezonem? - spytał nagle. 

- Och! Skąd wiesz? 
- Nie jestem ślepy - zmarszczył brwi. - Inni mężczyźni 

też nie są. 

- Ależ ja ciężko pracuję fizycznie - zaprotestowała. - Go­

rąco mi. 

background image

94 WBREW WYROKOM LOSU 

- Antalowi chyba też, sądząc po tym, jak na ciebie patrzy. 

Łapy same mu się do ciebie wyciągają. Zlecam mu takie 
zadania, żeby trzymać go z daleka od ciebie, ale to nie znaczy, 
że możesz sobie na wszystko pozwalać i zachowywać się 
prowokacyjnie - wycedził. - Od jutra masz nosić bieliznę. 
Jasne? 

- Jasne, szefie. - Oparła łokcie o biurko i niby przypad­

kiem zawadziła o stos maszynopisów. Zsunęły się na blat, 
odsłaniając strony tytułowe. - O, przepraszam. To nowe 
książki do wydania? - Błyskawicznie przebiegła wzrokiem 
nazwiska autorów. Sami Węgrzy. 

- Ułóż to z powrotem - rozkazał. - I niczego więcej nie 

dotykaj. Na terenie biura masz nie tylko wyglądać, ale i za­
chowywać się odpowiednio. - Stojące na biurku dwa telefony 
dzwoniły już od dłuższej chwili, lecz Vigadó nie zwracał na 
to najmniejszej uwagi. - Mam dla ciebie następne zajęcie. Nie 
chcę, żebyś uległa pokusie dorabiania na boku starym sposo­
bem. Dostaniesz dodatkowe pieniądze, ale za coś innego. 

- Ale ja jeszcze nie skończyłam tej roboty. 
- To nie ma znaczenia - uciął. - Niedługo przyleci nasza 

nowa autorka z Anglii... 

- Autorka z Anglii? - powtórzyła w osłupieniu. 
- Tak. - Obserwował Mariann uważnie. - Zajmiesz się 

nią. Będzie jej przyjemnie, gdy to rodaczka oprowadzi ją po 
Budapeszcie, pokaże zabytki, ciekawe miejsca, domy towa­
rowe. Masz organizować jej czas, zabawiać, chodzić z nią po 
zakupy i tak dalej. Tym razem będziesz damą do towarzystwa 
dla przedstawicielki własnej płci - dodał ironicznie. - Jej bę­
dzie miło, ty trochę zarobisz, a ja nie będę musiał tracić czasu 
na głupstwa. 

background image

WBREW WYROKOM LOSU 95 

Starała się nie pokazać po sobie podekscytowania. Czyż­

by? Jeśli to 0'Brien, to stracił ją, zanim ją zyskał. Już Mariann 

jej wyperswaduje współpracę z Vigadó. A jeśli nie o nią cho­

dzi? Jeżeli to tylko zbieg okoliczności? 

- To jakaś sławna pisarka? Znam ją? 
- Potem się dowiesz, teraz nie mam czasu. - Odebrał oba 

telefony naraz i jeszcze wezwał sekretarkę, która pojawiła się 
w ułamku sekundy i zaczęła mu coś referować. 

Mariann przez chwilę patrzyła w niemym podziwie, jak 

Vigadó załatwia sprawy z trzema osobami jednocześnie, po 
czym wyszła bez słowa. Tak, od kilku dni w firmie zachodziły 
ogromne zmiany. Nowy szef pracował jak mrówka i tego 
samego wymagał od pracowników. Jak nożem uciął skończy­
ły się pogaduszki przy kawce, prywatne rozmowy telefonicz­
ne i obijanie się. 

Pierwszego dnia zwolnił dwie sekretarki za spędzenie go­

dziny na plotkach. Drugiego dnia wyrzucił z gabinetu młodą 
kobietę, która złożyła mu niedwuznaczną propozycję. Trze­
ciego wybuchła potężna awantura. Dieter Ringel, nie przebie­
rając w słowach, skrytykował zięcia za metody zarządzania 
firmą, Vigadó nie pozostał mu dłużny. Asystentki miały ocho­
tę zatkać uszy, gdyż epitety padały ponoć niewybredne, ale 
potem z dumą opowiadały wszystkim, że pan dyrektor wy­
szedł z tego zwycięsko i że jego racje zostały uznane. 

Ze zdumieniem stwierdziła, że wszyscy byli po stronie 

nowego szefa. Miała wrażenie, że gdyby tylko zechciał, to na 

jedno skinienie zrzuciliby Dietera ze schodów. Nic z tego nie 

rozumiała. Zagonił ludzi do roboty, a przecież wyglądali na 
zadowolonych. Tryskali energią, pomysłami i zapałem do 
pracy. W firmie zapanowała atmosfera entuzjazmu. 

background image

96 WBREW WYROKOM LOSU 

Hm, właściwie mnie też to się udziela, pomyślała z nieja­

kim zdumieniem. U Lionela wszystko szło powoli i ospale, 
tu zaś czuć, że coś się dzieje. Podoba mi się to, stwierdziła i 
z uśmiechem dokończyła zeskrobywanie warstwy starej farby 
z pośladków pucołowatego amorka pod sufitem. Zachichota­
ła. Chyba wysoko zaszłam, skoro czyszczę pupy aniołom? 

- Och, Vigadó ma dzisiaj taki zły humor - poskarżył się 

płaczliwie Antal, wchodząc do odnawianego gabinetu i zamy­
kając za sobą drzwi. - Zjedz ze mną obiad, Mimi. Potrzebuję 
kogoś, kto by mnie pocieszył. 

- Dzięki, ale nie skorzystam. - Zeszła na dół, by przysta­

wić drabinę do kolejnego amorka. 

- Pomogę ci. - Podszedł i wziął ją za rękę. 
- W ten sposób nie przestawisz drabiny. Zresztą Vigadó 

zabronił zawracać ci głowę. Podobno masz dużo pracy. 

- Jest teraz zajęty, rozmawia przez telefon z nową autorką. 

- Wzruszył ramionami. 

- To ciekawe. A jak ona się nazywa? To jakaś sława? 
- O, jaka ciekawa. - Pogłaskał ją po policzku. 
Mariann zacisnęła zęby. Miała ochotę go ugryźć, ale mu­

siała się powstrzymać. Może uda się z niego coś wyciągnąć. 

- Jak każda kobieta - odparła wymijająco, po czym sięg-

nęła ręką do tyłu i wyciągnęła z puszki ociekający farbą pę­
dzel. Na wszelki wypadek. - No, powiesz, jak się nazywa ta 
autorka? 

- Jak mi dasz buziaka, to ci powiem. 
Na samą myśl zrobiło jej się niedobrze. 
- Przestań się wygłupiać... Och! 
Antal bez dalszych ceregieli przyciągnął ją do siebie i za­

czął całować. Ogarnęło ją takie obrzydzenie i furia, że nawet 

background image

WBREW WYROKOM LOSU 97 

nie musiała się zastanawiać nad sposobem obrony. Kolano 
samo skoczyło jej do góry. Napastnik jęknął i zgiął się w pół, 
a Mariann mściwie przejechała mu po głowie i po twarzy 
pędzlem z szarą farbą. 

Jakaś dłoń złapała Antala za gardło i cisnęła nim o ścianę. 
- Won stąd! Żebym cię tu więcej nie widział! - wysyczał 

Vigadó, a następnie wyciągnął przerażonego mężczyznę za 
drzwi, gdzie po chwili rozległ się głuchy łomot i okrzyk bólu. 

- Coś ty zrobił? - spytała bez tchu, gdy wrócił, trzęsąc się 

ze złości. 

- Zrzuciłem go ze schodów. 
- No i po co? Przecież sama sobie z nim poradziłam. 
- Ale inne mogłyby mieć z tym trudności - skwitował. 

- Dlatego przynajmniej w mojej firmie nie będzie już napa­

stował żadnej kobiety. 

- Wylałeś go? 
- Żaden z moich pracowników nie będzie postępował jak 

ostatnia szuja! - stwierdził stanowczo. 

Mariann ściągnęła brwi. 
- Taak? A ty sam nigdy nie próbowałeś wykorzystać swo­

ich pracownic? - spytała, gdyż pamiętała, co jej opowiadał 
Lionel. 

- Nigdy. 
- Inaczej o tobie mówią. A nie przyszło ci do głowy, że 

może zbyt pochopnie go wyrzuciłeś? W zasadzie nic się nie 

stało. Chciał mnie tylko pocałować, dałam mu po łbie i po 
krzyku. 

Podszedł, chwycił ją za ramiona i spojrzał jej głęboko w oczy. 
- Czemu tak go bronisz? Czujesz się winna, bo sama go 

sprowokowałaś? Chciałaś zarobić? 

background image

98 WBREW WYROKOM LOSU 

- Nie. - Skrzywiła się z obrzydzeniem na samą myśl. - Po 

prostu przykro mi, że ktoś przeze mnie stracił pracę. W do­
datku wydaje mi się, że wykorzystując swoją władzę, wyrzu­

casz ludzi bez opamiętania. Tak się nie postępuje - powiedzia­
ła oskarżycielskim tonem. 

- Wymień choć jedną osobę, którą zwolniłem niesłusznie 

- zaproponował ostro. - Czy nie widzisz, że dzięki mojej 
polityce ludziom pracuje się lepiej? 

- No, właściwie... - przyznała z ociąganiem. - Ale nie 

mam pojęcia, czemu to przypisać. 

- Temu, że trzymam wszystkich żelazną ręką. 
- Jak konie i kobiety? - spytała ze zjadliwą słodyczą. 
Zignorował jej uszczypliwą uwagę. 
- W firmie panował bałagan, lenistwo, lizusostwo, liczyły 

się tylko układy. To spadek po zwyczajach panujących za 
komunizmu. Ludziom się ńic nie chciało. I nagle przyszedł 
ktoś, kto zaprowadził porządek, dał perspektywy awansu 
i wyższych dochodów, ustalił jasne reguły. Teraz pracują ucz­
ciwie i są lojalni wobec firmy, a to daje im poczucie własnej 
godności. Przedtem tego nie czuli - tłumaczył. - Są dumni 
z szefa, którego mogą szanować. Dlatego nie mogę trzymać 
takiego zastępcy, jak chciwy i służalczy Millassin. 

Spodobało jej się to rozumowanie, ale nie zamierzała 

mu tego mówić. I tak miał wyjątkowo wysokie mniemanie 
o sobie. 

- To twoja sprawa, ty jesteś szefem. Moją jest wycieranie 

pup aniołkom. Przepraszam. - Bezskutecznie spróbowała 
uwolnić się z jego uścisku. \ 

Vigadó nie mógł powstrzymać się od uśmiechu. 
- Biedny Antal, zaczyna mi go być trochę żal. Nie wie-

background image

WBREW WYROKOM LOSU 99 

dział, na kogo się porywa... No, dobra, ubieraj się - zakomen­
derował. 

- A niby dlaczego? 
- Ponieważ nie pójdziesz ze mną na obiad w pochlapa­

nym farbą kombinezonie. 

- Ja w ogóle nie idę z tobą na obiad - zareplikowała. 
- Zamierzasz żyć powietrzem? 
Machnęła ręką w kierunku dwóch pustych torebek po ja­

kichś chrupkach. 

- Już jadłam. 
- Chciałem pogadać o planach na nadchodzący weekend. 

A najlepiej rozmawia się przy soczystym befsztyku, popi­

janym pysznym węgierskim winem, mając w perspektywie 

strudel jabłkowy na deser oraz aromatyczną kawę. - Puścił ją 
i z zadowoleniem oczekiwał na efekt. 

- Och, przestań się znęcać! -jęknęła. - To gdzie idziemy? 
Vigadó wybrał malowniczą staroświecką karczmę, po 

czym z rozbawieniem patrzył, jak Mariann bez mrugnięcia 
okiem pałaszuje ostro przyprawione dania. 

- Fantastyczne - przyznała, gdy odsunęła ostatni pusty 

talerz. - Dostanę jakiś deser? 

- Ale najpierw coś mi obiecasz. - Uśmiechnął się przekor­

nie i dał znak kelnerowi. 

- No, tak. Czułam, że coś się za tym kryje - westchnęła. 
- Chcę, żebyś w jakimś eleganckim sklepie kupiła sobie 

coś prostego, czarnego i z klasą. Oczywiście za moje pienią­
dze. I żebyś dziś wieczorem poszła ze mną na przyjęcie. 

Spojrzała na niego nieufnie. 

- Przyjęcie i kiecka za darmo? Nie wierzę - stwierdziła 

cynicznie. - Musisz w zamian czegoś oczekiwać. 

background image

1 0 0 WBREW WYROKOM LOSU 

- Owszem. Twojego towarzystwa. 
- Jak mam to rozumieć? - spytała podejrzliwie. 

Przez chwilę zwlekał z odpowiedzią, gdyż kelner przyniósł 

deser. Mariann z pewnym ociąganiem zaczęła kroić posma­
rowany czymś dziwnym naleśnik. 

- Nie smakuje? 
- Nie przejmuj się, jak mam apetyt, to zjem cokolwiek. 

- Nonszalancko machnęła widelcem. 

- Nie jesteś zbytnio wybredna - skomentował. 
- Pewnie, że nie jestem. Przecież przyjęłam twoje zapro­

szenie na obiad - odparła cokolwiek złośliwie. 

- Ależ ty masz ostry język - stwierdził spokojnie. - Do­

brze, wracajmy do interesów. Otóż powinienem pokazać się 
na pewnym przyjęciu, choć nie mam na to najmniejszej ocho­
ty. Muszę jednak załatwić kilka spraw, spotkać się z paroma 
ważnymi osobami. Wolałbym jednak uniknąć zakusów ze 

strony pewnych kobiet. Gdy pojawię się bez żony, mogę mieć 

kłopot z uniknięciem niezręcznych sytuacji. Nie życzę sobie 

żadnych flirtów. 

- Zaczynam rozumieć... 
- Będziesz udawać moją kochankę. Masz klasę, świet­

nie się nadajesz do tej roli. Bądź czujna, otwarcie zazdrosna 
i trzymaj znudzone żony biznesmenów z dala ode mnie. Nie 
zamierzam ryzykować utraty zyskownych kontraktów tylko 
dlatego, że jakieś baby będą się do mnie kleić w czasie upoj­
nego tanga. 

- Mam zostać czymś w rodzaju ochroniarza? - zażarto­

wała. - Ale czemu nie zaangażujesz do tej roli jednej z twych 
licznych wielbicielek, żeby miłośnie wpatrywała ci się w oczy 
przez cały wieczór? 

background image

WBREW WYROKOM LOSU 

101 

Skrzywił się. 

- Bo potem nie mógłbym się jej pozbyć i miałbym nastę­

pny kłopot. 

- Ty naprawdę nie lubisz kobiet - zauważyła zadumana. 
- Tak samo jak ty nie lubisz mężczyzn - padła zaskaku­

jąca odpowiedź. 

Już miała zaprzeczyć, gdy nagle zdała sobie sprawę, że 

to właściwie prawda. Tyle razy zawiodła się na mężczy­
znach... Zakochiwała się, stawiała kolejny obiekt uczuć na 
piedestale, ale za każdym razem ów ideał musiał runąć 
z piedestału. Nie potrafiła znaleźć człowieka, którego mo­
głaby szanować za jego charakter. Wygląd, inteligencja 
i piękne słówka to nie wszystko. 

- Chyba masz rację. Tym niemniej przyjmuję propozy­

cję. Ale moja rola skończy się w momencie, gdy wyjdziemy 
z przyjęcia - zastrzegła się. - Aha, przy okazji chciałam o coś 
spytać. Skoro mam się zajmować tą twoją nową autorką, 
chyba dobrze by było, gdybym znała choć jedną jej książkę. 
Myślę, że sprawiłoby jej to przyjemność, nie sądzisz? Po­
wiedz, co napisała i jak się nazywa, a ja postaram się zdobyć 

jakąś powieść. - Czuła, jak drżą jej ręce. Uda się, czy nie? 

Wyglądało na to, że Vigadó rozważa jej propozycję, lecz 

właśnie podano kawę. Jakby w zamyśleniu sięgnął po małą 
czekoladkę i podał ją Mariann do ust. Serce zabiło jej mocniej. 
Pozwoliła się nakarmić. Nie odrywając wzroku od jej twarzy, 
wziął następną czekoladkę i zmysłowym gestem przesunął nią 
po rozchylonych wargach Mariann. Po chwili zbliżył twarz 

i zaczął muskać wargami jej uszy. 

- Czarownica, istna czarownica! - szeptał z żarem, obsy­

pując jej uszy pocałunkami. - Lepiej już pójdę. Masz, kup 

background image

1 0 2 WBREW WYROKOM LOSU 

sobie sukienkę. Spotkamy się w Hiltonie o ósmej wieczorem. 
Będę czekał w holu. 

Zanim zdążyła ochłonąć, już go nie było. No tak, nie dość, 

że znów wykręcił się od udzielenia odpowiedzi na jej pytanie, 
to jeszcze zrobił wszystko, żeby zawrócić jej w głowie. Teraz 

już wie, że nie potrafi mu się oprzeć. Z pewnością nie omie­

szka tego dzisiaj wykorzystać. A ona nie będzie mogła opo­
nować, przecież ma udawać jego kochankę... 

Niedobrze. Robi się coraz bardziej niebezpiecznie. Ale czy 

ma jakieś inne wyjście? Jeśli nie pójdzie na przyjęcie, Vigadó 
się niechybnie obrazi i gotów jest wybrać kogoś innego do 
zajmowania się angielską pisarką. Nagle nogi się pod nią 
ugięły i opadła na krzesło. 

Co on powiedział? W Hiltonie? Akurat tam? To już nie ma 

innych miejsc w Budapeszcie? Przecież łatwo może się wszy­
stko wydać. Jak mu wyjaśni fakt, że zajmuje jeden z najdroż­
szych apartamentów? Sytuacja wyglądała coraz groźniej. Na 
samą myśl o zemście Vigadó dostawała gęsiej skórki. Jeśli się 
zorientuje, że ponownie go oszukała... 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Ze współczuciem wpatrywała się w stojącego nie opodal 

hotelu starego człowieka, który grał na akordeonie. Musiał 
być już mocno zziębnięty, jego dłonie dawno już przybrały 
siną barwę, lecz niestrudzenie grał dalej, w dodatku bardzo 
pięknie. Jednak ludzie mijali go obojętnie. 

Mariann patrzyła na jego pochyloną siwowłosą głowę 

i serce jej się ściskało. Właśnie zdecydowała pobiec na górę, 
ubrać się ciepło i zanieść mu jakieś pieniądze, gdy naraz spo­
strzegła zbliżającego się Vigadó. Nerwowo przesunęła wilgot­
nymi nagle dłońmi po małej czarnej, która opinała jej ciało 
niczym druga skóra. Gdzie się podział jej spokój i opano­
wanie? 

Jednak niemal natychmiast zapomniała o swoim zdener­

wowaniu, gdyż jej uwagę przyciągnęła rozgrywająca się na 
ulicy scena. Stary człowiek odłożył instrument, wyjął z kie­

szeni paczkę papierosów i niezgrabnie próbował ją otworzyć. 
Wreszcie mu się udało. Trzęsącymi się dłońmi włożył papie­
rosa do ust i bezskutecznie usiłował go przypalić. Nagle Ma­
riann zrozumiała. Akordeonista był niewidomy... 

Coś ją zaczęło ściskać w gardle. Dlaczego nikt o nim nie 

pomyśli, dlaczego nikt nie zwróci uwagi? Nie, to nieprawda, 
że nikt. Vigadó podszedł, powiedział coś i przypalił papierosa 
zapalniczką. 

background image

1 0 4 WBREW WYROKOM LOSU i 

Ze wzruszeniem patrzyła, jak rozmawiają przyjaźnie, a na 

twarzy starego człowieka pojawia się uśmiech. Niewiarygodne! 
Na zakończenie podali sobie ręce, jak dobrzy znajomi, a Vigadó 
dyskretnym gestem wsunął do futerału kilka banknotów. 

- Nie potrafię cię zrozumieć - szepnęła ze zdumieniem. 

- Jaki ty naprawdę jesteś? 

To wydarzenie uświadomiło jej, że musi zrewidować swoją 

wysoce niepochlebną opinię o nim. Nie sądziła, że człowiek, 
o którym opowiadano jej najgorsze rzeczy, mógłby się tak 
pięknie zachować. A co najważniejsze, nie zrobił tego na 
pokaz. Nie miał pojęcia, że ktoś go obserwuje. 

Naraz przyszło jej do głowy, że Lionel nie przystanąłby, 

żeby pomóc staremu grajkowi. Nie, trzeba odpędzić od siebie 
takie myśli. Do licha, przecież ma nienawidzić Vigadó, ma go 
przechytrzyć, ma go z zimną krwią oszukać. Tymczasem ser­
ce jej topnieje jak wosk na myśl o jego postępowaniu. Ależ 
się wszystko komplikuje... 

I czy on naprawdę musi wyglądać tak zabójczo, pomyślała 

z urazą, gdy oddawał płaszcz do szatni. Brunet w czarnym 
fraku i śnieżnobiałej koszuli. Szał. Wszystkie kobiety musiały 
być tego samego zdania, gdyż nie odrywały od niego oczu. 
Podobnie, jak stojący nie opodal mężczyźni pożerali wzro­
kiem rudowłosą piękność w obcisłej sukience z ogromnym 
dekoltem na plecach... 

Szedł w jej kierunku, a ona miała wrażenie, że jest zestre­

sowana jak nastolatka na pierwszej w życiu randce. 

- Pozwól się przywitać, piękna pani - powiedział szar­

mancko, unosząc jej dłoń do ust. - Wyglądasz wprost czaru-

jąco - szepnął, po czym zawahał się. - Czy... Czy nie ze­

chciałabyś mi powiedzieć, jak masz naprawdę na imię? 

background image

WBREW WYROKOM LOSU  1 0 5 

- Mariann - odparła zmienionym głosem. 
- Mariann - powtórzył z niekłamanym zachwytem. 
Nie wiedziała, że można tak pięknie wypowiedzieć czyjeś 

imię, by stało się cudowną pieszczotą. Powiedz to jeszcze raz, 

poprosiła w myślach. Powiedz... 

-

 C-co mam robić? - spytała z trudem, nie odrywając 

wzroku od czarnych oczu o niezwykłym spojrzeniu. 

- Nic... Mariann - uśmiechnął się leciutko. - Wystarczy, 

że przez cały wieczór będziesz się wpatrywać we mnie tak, 

jak teraz, a nikt nie ośmieli się wkroczyć pomiędzy nas. - Po­

całował ją lekko. - Jesteś prześliczna. Wiesz, bardzo mi się 
podobają te kokardy na twojej sukience. 

Ucieszyła się. 
- Sama je przyszyłam. Bez nich wyglądała mniej ciekawie. 
- To miło, że zechciałaś przygotować dla mnie taki pre­

zent. Nie mogę się doczekać rozpakowania go. Pochlebia mi, 
że zadałaś sobie tyle trudu. 

- Och, wcale nie o to mi chodziło... 

Czyżby naprawdę nie o to, zapytała samą siebie. A kto 

przebierał w satynowych kokardach, niemal przyprawiając 
sprzedawczynię o ból głowy? Kto bez końca wypróbowywał 
różne fryzury? Kto nie mógł się zdecydować na kolor szminki 
i kredki do oczu? Kto trzy razy zmieniał makijaż? 

- Dotknij mnie. - Pochylił się ku niej. - Właśnie weszli 

moi znajomi. Pogładź mnie po twarzy, cokolwiek. Pamiętaj, 
że nikt nie może mieć najmniejszych wątpliwości, że należę 
do ciebie. 

Dobrze by było... Och, cóż za bezsensowna myśl! Mariann 

czuła, że serce ma w gardle, że trudno jej oddychać i że ręce 

jej się trzęsą. Drżącą dłonią dotknęła jego włosów, potem 

background image

1 0 6 WBREW WYROKOM LOSU 

smagłego policzka, silnie zarysowanej szczęki. Nie mogła już 
dłużej walczyć ze sobą, musiała się do niego przytulić. 

- Świetnie ci idzie - mruknął. - Moi znajomi nie spusz­

czają z nas oczu. Chciałbym tylko wiedzieć... - spojrzał jej 
głęboko w oczy - ...czy tak znakomicie potrafisz udawać, 
czy też twoje reakcje są autentyczne? 

- Chyba byłabym niezłą aktorką, nie sądzisz? - odparła. 

Nie przyzna się za nic na świecie, że to on tak na nią działa. 

- Wyjątkowa przekonującą- zauważył z uśmiechem. Je­

go dłoń od niechcenia przesunęła się pieszczotliwie po nodze 
Mariann. - Chodź. Rzućmy wszystkich na kolana. 

Przy twoim wyglądzie, zabójczym uśmiechu i nienagan­

nych manierach nie będzie to trudne, skomentowała w my­
ślach. Objął ją i udali się na przyjęcie. Vigadó nie puszczał jej 
od siebie ani na krok, z dumą przedstawiał znajomym i nie­
ustannie adorował. Nie zapominał o okazywaniu jej zaintere­
sowania nawet podczas rozmów o interesach. Każdy był prze­
konany, że są w sobie zakochani bez pamięci. 

Podoba mi się to, stwierdziła w pewnym momencie z lek­

kim zdziwieniem, opierając się na jego ramieniu i leniwie 

sącząc szampana. Trudno, jestem próżna, ale cieszę się, że to 

ja towarzyszę takiemu przystojnemu, inteligentnemu i niesa­

mowicie męskiemu facetowi. Nagle jej pogodny nastrój prysł 
w jednej chwili. 

Siedząca po przeciwnej stronie stołu oszałamiająca blon­

dynka pochyliła się ku nim i położyła wypielęgnowaną rękę 
na dłoni Vigadó. 

- Musisz ze mną zatańczyć, mój drogi - mruknęła kuszą­

co i zachęcająco pochyliła się jeszcze bardziej, by lepiej wy­
eksponować ponętny dekolt. 

background image

WBREW WYROKOM LOSU  1 0 7 

- Nie ma mowy. - Mariann bez ceregieli odtrąciła jej rękę 

takim gestem, jakby odrzucała żmiję. 

O matko, ja naprawdę jestem zazdrosna, pomyślała z nie­

pokojem. 

Tamta kobieta zignorowała jej uwagę. 
- Chodź, zatańczymy - nalegała. 
- Jeśli jej dotkniesz, to gorzko tego pożałujesz - syknęła 

Mariann. 

- Ależ znamy się z Helgą od wieków - zaprotestował Vi­

gado. -Jej mąż jest... 

- Zostań ze mną - poprosiła. Nie ścierpiałaby tego, by 

obejmowała go jakaś... 

- Zrozum, nie mogę odmówić. - Podniósł się. 
Nie, nie chcę, nie zgadzam się! 
- Kocham cię! - wyrwało jej się. 

Śmiertelnie zdumiony Vigadó opadł na krzesło i wpatry­

wał się w nią bez słowa. 

- Och! - jęknęła z rozpaczą. Musiała szybko pozbierać 

myśli. - Jeśli ty... ty też mnie kochasz, to przecież nie chcesz 
zrobić mi przykrości, prawda? - Starała się, by Vigadó sądził, 
że ona tylko odgrywa swoją rolę. 

- Oczywiście, moja słodka - szepnął. - Nie chcę. 
- Nigdy bym nie podejrzewała, że staniesz się niewolni­

kiem jakiejś kobiety - wtrąciła uszczypliwie Helga. - Po tym, 

jak obojętnie odnosiłeś się do Evy... 

- Bycie czyimś niewolnikiem może być czasem ekscytu­

jące - zauważył i porozumiewawczo mrugnął do Mariann. 

- Mmm, uwielbiam to - mruknęła niczym kotka, gdy Vi­

gado lekko ugryzł ją w ramię na użytek znajomych. - Och, 
mój ty brutalu... 

background image

1 0 8 WBREW WYROKOM LOSU 

Urażona Helga wstała od stołu i poszła szukać towarzystwa 

gdzie indziej. Wymienili rozbawione spojrzenia, niczym para 
urwisów, którym udało się splatać figla. Nagle poczuli się ze sobą 
bardzo dobrze. Vigadó pochylił się, by ją pocałować, a Mariann 
przyszło do głowy, że cudownie byłoby do niego należeć napra­
wdę. Z trudem odpędziła od siebie tę myśl. 

- Świetnie dajesz sobie radę - rzucił od niechcenia. 
- Lata praktyk - zażartowała. 
- Ciekaw jestem, czy ten mężczyzna, któremu szczerze 

wyznasz miłość, zorientuje się, że akurat jemu mówisz pra­
wdę? - powiedział z pewną goryczą. 

Spuściła wzrok. Wcale go nie okłamała. To wyznanie pły­

nęło prosto z serca. Zrobiło jej się niesłychanie przykro, że 
Vigadó sądził, iż powiedziała to z pełnym wyrachowaniem. 
Z drugiej jednak strony przecież lepiej, żeby nie orientował 
się w jej uczuciach? Zupełnie nie wiedziała, co ma o tym 
myśleć. 

- Hej, miałaś się mną zajmować - przypomniał nagle, gdy 

tak siedziała pogrążona w ponurych rozważaniach. - Powin­
naś się trochę do mnie powdzięczyć. 

- Wolałabym się pokłócić - odparła szczerze. 
- Jesteś niemożliwa - roześmiał się. - Nic dziwnego, że 

szaleję za tobą - szepnął. 

Zrobiło jej się gorąco. Och, jakby to było cudownie, gdyby 

mówił prawdę. Ale czy to możliwe, by czuł to samo co ona? 

- Czy mogę prosić panią do tańca? - Jeden ze znajomych 

Vigadó ukłonił się przed nią. - Widzę, że pani partner nie jest 
do tego skłonny, pragnąłbym nadrobić jego zaniedbanie. 

- Ta pani tańczy tylko ze mną. Nikt nie ma prawa jej tknąć, 

jasne? 

background image

WBREW WYROKOM LOSU  1 0 9 

Ta gwałtowna reakcja zaskoczyła ją. Przypomniała sobie, 

jak ona w podobny sposób potraktowała Helgę. 

- Dobrze, już dobrze. - Mężczyzna z uśmiechem pod­

niósł ręce do góry, jakby się poddawał. - Ale pamiętaj, że 
niebezpiecznie jest zaniedbywać piękną kobietę. Zawsze znaj­
dzie się jakiś pocieszyciel. 

- To prawda. Mogę cię prosić? - Gdy wyszli na parkiet, 

objął ją z czułością. - Dziękuję za cierpliwość. Pozwalałaś mi 
prowadzić interesy i nie narzucałaś się. 

- Przecież wiem, że to dla ciebie ważne. - Zadrżała, gdy 

przyciągnął ją bliżej do siebie. 

- Nie tylko to. Ale teraz mam już wszystko, czego potrze­

buję. 

Ja też bym chciała móc tak o sobie powiedzieć, pomyślała 

melancholijnie. W następnej chwili pożałowała tego, gdyż 
Vigadó, jakby czytając w jej myślach, zaczął to życzenie speł­
niać. Jego dłonie błądziły po nagich plecach Mariann... 

- Czyli uważasz dzisiejszy wieczór za udany? - spytała 

lekkim tonem, by nie dać po sobie niczego poznać. 

- Bardzo udany. Firma zawrze korzystne umowy z innymi 

korporacjami, gdyż udało mi się wejść w dobre stosunki z pa­
roma osobami. Obejdzie się bez różnych mało etycznych po­

sunięć, które sugerował Dieter, a których ja nie pochwalam. 
W dodatku dzięki tobie nie uraziłem żon moich partnerów. 
Wszyscy widzą, że możesz zrobić ze mną, co zechcesz. Świet­
nie się spisałaś. Wiedziałem, kogo wybrać na... ochroniarza. 

- Czy zawsze byłeś taki pewny siebie? 
- Przede wszystkim diablo uparty - mruknął, kołysząc ją 

łagodnie w ramionach w rytm fokstrota. - Od dziecka wie­
działem czego chcę. 

background image

110 WBREW WYROKOM LOSU 

- Bogactwa - zadrwiła z niechęcią. 
- To jeszcze za mało - zaprotestował. - Pragnąłem wszy­

stkiego, co życie może dać. Widzisz, rodzice mieszkali w ma­
łej wiosce. Byli bardzo biedni. Po wyjątkowo ciężkiej zimie 

mama zmarła na zapalenie płuc. Nie mieli czym palić w pie­
cu... Gdy ojciec przywiózł mnie do Budapesztu, byłem olś­
niony. - Uśmiechnął się lekko na to wspomnienie. - Postano­
wiłem, że muszę mieć swobodny dostęp do tych wszystkich 
pięknych i wspaniałych rzeczy, które znajdowały się niemal 
na wyciągnięcie ręki. Chciałem dotrzeć na szczyt, żeby mieć 
szerokie perspektywy. 

- Miałeś szczęście, że twoje pragnienia się spełniły. 
- Nie - powiedział z przekonaniem. - Spełniły się, gdyż 

dokładnie wiedziałem, czego chcę. Nie liczę na sprzyjające 
okoliczności, tylko stawiam sobie cel, planuję, jak go osiąg­
nąć, po czym osiągam go. I zawsze stawiam na swoim. 

- Zawsze? - spytała z powątpiewaniem, gdyż pomyślała 

o jego nieudanym małżeństwie. - Och, przepraszam - zrefle­
ktowała się. - Nie chciałam cię urazić. 

- Owszem, raz mi się nie powiodło., Ale to dlatego, że 

pozwoliłem, by zawładnęły mną uczucia - odezwał się szor­
stko. - Więcej nie popełnię tego błędu. 

Uniosła opartą na jego ramieniu głowę i przyjrzała mu się 

uważnie. 

- Niektórzy twierdzą - zaczęła z wahaniem - że ożeniłeś 

się, żeby szybciej dojść na szczyt. - Przyszło jej jednak do 
głowy, że nawet jeśli poślubił Evę z wyrachowania, to prze­
cież potem ją pokochał. Ale los go pokarał. Małżeństwo roz­

padło się i on cierpi z tego powodu. 

- Ile ty masz lat? - spytał nagle. 

background image

WBREW WYROKOM LOSU  1 1 1 

- Dwadzieścia trzy. 

-

 Miałem tyle samo, gdy się rozwiodłem. Ożeniłem się 

bardzo młodo. Za młodo - skrzywił się cynicznie. - Wielu 
rzeczy nie rozumiałem. Chciałbym bardzo, żebyś nie powtó­
rzyła moich błędów, Mariann. 

- Dlaczego? - Głos jej zadrżał. 
- Ponieważ widzę, że pod maską twardej, zdecydowanej 

kobiety kryje się dziewczyna o złotym sercu, która jednak 
próbuje na skróty dążyć do swoich celów. Ale widzisz, naj­
pierw trzeba się zastanowić, jakie będą konsekwencje. - Pa­
trzył jej w oczy z powagą i współczuciem. - Może się bo­
wiem okazać, że cena była za wysoka i że daliśmy się schwy­
tać w pułapkę. Uważaj, Mariann. Bardzo uważaj. 

Gdy tak patrzyła na jego posmutniałą twarz, przypomniała 

jej się legenda o niezwykle bogatym królu Midasie, który 

obracał w złoto wszystko, czego dotknął. Wkrótce jednak 
przekonał się, że ten dar był przekleństwem, gdyż odebrał mu 
to, co ukochał najbardziej - córkę. I oto miała przed sobą 
współczesnego Midasa. Ten, co prawda, nie miał córki, lecz 

stracił ukochaną żonę. 

- Dla mnie jest już za późno. Nie da się zmienić przeszło­

ści - ciągnął. - Ty jednak wciąż masz jeszcze szansę. 

- O czym ty mówisz? - spytała podejrzliwie. 
- Jesteś młoda, ambitna i silna. - W zamyśleniu dotknął pal­

cami płomiennych loków. - Zastanów się uczciwie, co chcesz 
osiągnąć. I jak. I z kim. Pamiętaj, że każdy może chcieć cię 
wykorzystać, z wyjątkiem twojej rodziny i... i mężczyzny, 
z którym będziesz dzielić życie. Wobec innych bądź ostrożna. 
Na przykład wobec szefa, który wplątał cię w paskudną sprawę 

i dla którego się sprzedajesz. - Przyglądał jej się z uwagą. 

background image

1 1 2 WBREW WYROKOM LOSU 

Jego troska wzruszyła ją do głębi. To, że mylił się co do 

jej pracy, nie miało znaczenia, liczyły się intencje. Pragnął 

ochronić ją przed rozczarowaniami, przed bólem, przed cier­
pieniem. Tak samo, jak ona pragnęła przynieść mu ulgę i za­
pomnienie. Gdyby tylko mogła uczynić jego życie szczęśli­
wszym. Och, co też jej przychodzi do głowy? Przecież to 
czyste szaleństwo! 

- Proszę, przemyśl to, co powiedziałem. Zastanów się nad 

swoim stosunkiem do pozbawionego wszelkich skrupułów 
człowieka, który wykorzystał cię do swoich celów - powie­
dział cicho i delikatnym gestem przytulił jej głowę do swoje­
go ramienia. 

Tańczyli powoli w rytm łagodnej muzyki i Mariann rzeczy­

wiście rozważała jego słowa. Oczywiście nie chodziło o jakiegoś 
nie istniejącego właściciela agencji towarzyskiej, o którym my­
ślał Vigadó, tylko o Lionela. O dziwo, wszystko się zgadzało. 
Posłużył się nią, wpakował ją w nie lada tarapaty, a sam gdzieś 
zniknął. Czeka, aż Mariann wszystko za niego załatwi i wcale 
go nie interesuje, czy ona nie potrzebuje pomocy. Gdy westchnę­
ła ciężko, poczuła na skroni lekki pocałunek. 

- Musimy poważnie porozmawiać - szepnął Vigadó. 
- Słucham. 
- Nie, nie tutaj. U mnie. 
Zesztywniała w jego objęciach. 
- Nie - zaprotestowała zdecydowanie, choć bardzo tego 

pragnęła. 

- Nie będę prowadził prywatnych rozmów w trakcie przy-

jęcia. Chodzi o Evę. I o ciebie. 

- Ależ... - zaczęła, lecz zamknął jej usta tak czułym po­

całunkiem, że nie miała siły i ochoty dłużej się opierać. 

background image

WBREW WYROKOM LOSU  1 1 3 

Zeszli do szatni i Vigadó odebrał swój płaszcz. 
- Gdzie twój numerek? - spytał. 
Pomyślała z rozpaczą, że gorszej idiotki świat nie widział. 

Czemu nie wpadła na to, żeby przynieść z pokoju jakieś okrycie? 

- Nie mam - odpowiedziała z ponurą determinacją. 
- Tak przyszłaś? - zdziwił się. - Na taki mróz? 
- Nie miałam nic odpowiedniego na taką okazję - skła­

mała na poczekaniu. - Przecież nie mogłam włożyć puchowej 
kurtki do eleganckiej sukienki. Zamówiłam więc taksówkę 
pod dom i szybko przebiegłam - tłumaczyła niezręcznie. -
Słuchaj, właściwie nie wiem, czy powinnam iść do ciebie... 

- Już nie chcesz dowiedzieć się czegoś o tej pisarce, którą 

masz się zajmować? - Otulił ją swoim ciepłym, miękkim 
płaszczem. 

Bez słowa skinęła głową, lecz zrobiło jej się głupio. Nie 

chciała go więcej oszukiwać. Opiekował się nią, troszczył się 
o nią. Miała wrażenie, jakby zdradzała przyjaciela. Ale teraz 
było już za późno, by się wycofać. 

- Tak, ale... - Nie wiedziała, jak ma to powiedzieć. - Mó­

wiłeś, że powinnam zacząć nowe życie. Ja też tego chcę. 
Dlatego muszę zacząć szanować samą siebie. - Głos jej drżał. 
- To znaczy, chodzi mi o to, że... - ciągnęła z trudem, stra­
szliwie zakłopotana. - Chyba nie byłoby w takim razie do­
brze, gdybyś... No, gdybyśmy... 

- Rozumiem. Nie obawiaj się, nie zamierzam cię wyko­

rzystać, tak jak inni mężczyźni. Nie zrobię niczego wbrew 
twojej woli - zapewnił. 

Odetchnęła z ulgą. Musiała jednak przyznać szczerze sama 

przed sobą, że była to ulga przemieszana z pewną dozą roz­
czarowania. 

background image

114 WBREW WYROKOM LOSU 

- Chodź. - Otworzył przed nią drzwi i postawił kołnierz 

marynarki. - Nie zamierzam udawać, że cię nie pragnę - ode­
zwał się po chwili zmienionym głosem. - Ale tym razem 
postaram się być cierpliwy. Przez lekkomyślny pośpiech zni­
szczyłem mój związek z Evą. Ale tego nie mogę zniszczyć. 

- Co masz na myśli? - szepnęła, poruszona do głębi. 
Uśmiechnął się na widok jej zdumienia. 
- To, że teraz już wiem, iż czasem lepiej zmierzać do celu 

powoli. Tak czy owak, zdobędę to, czego pragnę. 

- To znaczy co? - dopytywała się z uporem. 
- Ach, te twoje usta... - mruknął z rozmarzeniem. - Ta­

kie namiętne, takie gorące... Mogłyby chyba rozpalić nawet 
lodowiec. 

- Niewykluczone, że zajdzie taka konieczność. Zamarz­

niesz, jeśli dalej będziemy się tak wlekli - odparła poirytowa­
na faktem, że nie odpowiedział na jej pytanie. 

Roześmiał się tylko i przygarnął ją mocniej do siebie, żeby 

nie poślizgnęła się na oblodzonym chodniku. Gdy dochodzili 

do siedziby firmy, Mariann ponownie zaczęła się obawiać, że 
zbyt pochopnie wyraziła zgodę. Pokładanie zbytniej ufności 
w Vigadó mogło się okazać nad wyraz lekkomyślne. 

- Skoro już musimy rozmawiać w cztery oczy, to równie 

dobrze możemy zrobić to w biurze - zaproponowała. - Nie 
musimy iść do ciebie na górę. 

- Nie ma sprawy - zgodził się podejrzanie łatwo. - We­

jdziesz do mojego gabinetu i poczekasz na mnie przez chwilę. 

Gdybyś zechciała zrobić kawę, byłbym ci wdzięczny. Ja tym­
czasem skoczę na górę, muszę coś zabrać z mieszkania. - Wy­

jął z kieszeni klucze, odczepił od nich jeden, pozostałe zaś 

wręczył Mariann. - Postaram się szybko wrócić. 

background image

WBREW WYROKOM LOSU  1 1 5 

Z osłupieniem wpatrywała się w leżący na jej dłoni pęk 

kluczy. Z pewnością mogły otworzyć każdy zamek w biurze. 
Każdy? 

- O czym myślisz? - zagadnął znienacka. 
Uśmiechnęła się, by ukryć zakłopotanie. 
- Że też chce ci się nosić tyle żelastwa - zażartowała. 

- Ćwiczysz podnoszenie ciężarów? 

Gdy została sama, pobiegła wprost do jego gabinetu. Wie­

działa, że nie ma czasu do stracenia. Drżącymi dłońmi otwo­
rzyła drzwi, po czym dopadła upragnionej szafy. W nastę­
pnym momencie już wyciągała szufladę z literą „O". 

- Zapomniałem ci powiedzieć... 
Aż podskoczyła na dźwięk znajomego głosu. Vigadó pod­

szedł i położył dłonie na jej ramionach. 

- Nie ma się czego obawiać, to tylko ja. - Z szatańskim 

błyskiem w oku bacznie obserwował jej pobladłą nagle twarz. 
- Przyszedłem ci powiedzieć, gdzie trzymam kawę. 

- Och, przestraszyłeś mnie. Nie spodziewałam się... 
- ...że tak szybko przyjdę? - dokończył ze słodyczą 

w głosie. - Czego szukasz w moich papierach, Mariann? 

- Nie miałam pojęcia, że to dokumenty. Chciałam znaleźć 

kawę - tłumaczyła potulnie. 

- A ja sądziłem, że raczej interesują cię informacje o mojej 

nowej autorce. 

Ogarnął ją lęk. Wszystko na nic. On wiedział. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Vigadó uniósł pytająco brwi. 
- Czyż nie mam racji? Uparłaś się, że chcesz wiedzieć 

o niej wszystko, a ponieważ nie uzyskałaś ode mnie żadnych 
informacji na ten temat, postanowiłaś poszukać sama. - Puścił 

ją, podszedł do ekspresu i nastawił wodę. - Jak ty wbijesz 

sobie coś do głowy, to nie ma na ciebie siły, co? 

W życiu nie czuła większej ulgi. 

- Chcę być wobec niej uprzejma - powiedziała słabym 

głosem. 

- Obiecuję, że we właściwym czasie dowiesz się wszy­

stkiego. Najpierw jednak muszę ci opowiedzieć o czymś in­
nym, dlatego zwlekam z tamtym. - Zamknął otwartą szufladę 
i wsunął klucze do kieszeni. 

Do diabła, straciła taką okazję! 
- Piję czarną i bez cukru. Zaraz wracam - rzucił przez 

ramię i już go nie było. 

Bezsilnie opadła na stojący przy biurku fotel. Niedobrze, 

przestał jej ufać. Pamiętała, jak potrafi być niebezpieczny, gdy 
kogoś o coś podejrzewa. Najrozsądniej byłoby natychmiast 

stąd uciec. Nie, też źle. W ten sposób potwierdziłaby jego 
domysły. Lepiej będzie zostać i zachowywać się jakby nigdy 
nic. To powinno uśpić jego czujność. Wzięła się w garść. 

background image

WBREW WYROKOM LOSU 

117 

- Kawa gotowa - zaszczebiotała, gdy tylko usłyszała jego 

kroki. 

- Dziękuję - odparł tak dziwnym tonem, że Mariann za­

drżała. Filiżanki zachwiały się na podstawkach. Pośpiesznie 
postawiła je na biurku. 

- Coś nie tak? 
- Nie. Popatrz na to. 
Wzięła do ręki znaną już jej fotografię. Usiadła na fotelu, 

ledwie rzucając okiem na zdjęcie. 

- To twoja była żona. 
- Nie tylko. Przypatrz się uważniej. 
Zaintrygowana, przyjrzała się bliżej. W tle majaczyła jesz­

cze jedna postać. Mariann intuicyjnie odgadła, że to dziecko 
Vigadó. Miało takie same czarne oczy, których spojrzenie 
zdawało się przeszywać człowieka na wylot. 

- To twoja córka, prawda? 
- Tak. To Lindi - powiedział, nie patrząc na nią. - Dlatego 

starałem się ułożyć sobie dobre kontakty z Evą, gdyż chciałem 
być jak najbliżej dziecka. Tylko ją kochałem i tylko jej mi 
brak. Ale wiem, że muszę o niej zapomnieć, gdyż w przeciw­
nym razie chyba oszaleję. 

Mariann nie posiadała się ze zdumienia. 
- Chcesz powiedzieć, że utrata żony niewiele cię obeszła? 

- Dokładnie tak. - Usiadł i oparł się wygodnie. - Nigdy 

nie kochałem Evy. 

- Przecież ożeniłeś się z nią! - zawołała. 
- Ludzie pobierają się z różnych powodów - zauważył 

sucho. - Gdy urodziła się Lindi, zupełnie straciłem dla niej 
głowę. Eva była zazdrosna o córkę, o moje uczucia, o moją 

troskę. Dla małej byłem gotów zrobić wszystko. Moja żona 

background image

1 1 8 WBREW WYROKOM LOSU 

nie mogła tego przeboleć. Do tej pory cały świat kręcił się 
dookoła niej, rozpieszczonej, pięknej, bogatej. Wszyscy mieli 
być na jej usługi... - Zacisnął szczęki, starając się opanować 
emocje. Po chwili mówił dalej: - Z całych sił starała się 
przeciągnąć dziecko na swoją stronę. Mała nic z tego nie 
rozumiała, czuła się rozdarta między matką a ojcem, cierpiała. 
Nie mogłem patrzeć, jak się męczy. 

- I dlatego się rozwiodłeś - odezwała się cicho. 
- Nie miałem wyboru. Eva zniszczyłaby własne dziecko, 

byleby tylko mnie ukarać. Ale trudno ją potępiać. Ona nie 
umie kochać, nikt jej tego nie nauczył. Zawarliśmy umowę, 
że będę mógł widywać się z Lindi, jeśli zachowam nasz roz­
wód w tajemnicy. 

- Ale okazało się, że nie jest to takie proste - zauważyła, 

by zachęcić go do dalszych zwierzeń. 

- To było jak jątrząca rana, musiałem z tym skończyć. Eva 

dręczyła mnie na wszelkie sposoby. Mówiła, gdzie mam się 
udać, by zobaczyć córkę, rzucałem wszystko, wsiadałem do 
samolotu, po czym okazywało się, że w umówionym miejscu 
nikt na mnie nie czeka. Odsyłała moje prezenty dla małej... 

- Dlatego postanowiłeś wyrwać się z tego piekła i żyć bez 

nich obu - powiedziała ze współczuciem. Wreszcie zrozumia­
ła znaczenie tej pamiętnej sceny w jego sypialni. Jednocześ­
nie miała wrażenie, że kamień spadł jej z serca. Nie kochał 
Evy. Prawdopodobnie nie kochał żadnej kobiety. Jedynie cór­
kę. Co za ulga! - Ile Lindi ma lat? 

- Osiem. 
- Och! Przecież ty masz dwadzieścia sześć! Musiałeś być 

bardzo młody, gdy poznałeś przyszłą żonę. 

- Owszem. Byłem szczeniakiem, który pętał się przy ho-

background image

WBREW WYROKOM LOSU  1 1 9 

telach i zarabiał oprowadzaniem turystów po Budapeszcie. 

Miałem osiemnaście lat, ona dwadzieścia dwa. Była uparta 
i zbuntowana. Chciała za wszelką cenę pokazać, że ma własne 
zdanie. Już pierwszego dnia trafiłem do jej łóżka. Papcio 
zakładał tu filię swojego wydawnictwa, a jego ukochana có­
reczka zabijała czas romansowaniem z jakimś ubogim chły­
stkiem - stwierdził z gryzącą ironią. 

- Ty naprawdę jej nie kochałeś - zauważyła z lekką dez­

aprobatą. 

- Bardzo często seks nie ma nic wspólnego z miłością, 

sama o tym wiesz najlepiej - oznajmił zimno. - Przez dwa 
miesiące poznawałem inny świat. Jej świat. Eleganckie restau­
racje, luksusowe hotele, towarzystwo, blichtr... Spodobało mi 
się to wszystko... 

- Po czym wpadliście - zauważyła cicho. 

Spojrzał na nią ponuro. 

- Ja tak, ale nie Eva. Doskonale wiedziała, co robi. Zaszła 

w ciążę i uparła się, że mam ją poślubić. Jej ojciec szalał, ale 
zagroziła, że ucieknie z domu. Żadnemu z nas nie pozostawi-
ła wyboru. Dieter postarał się zrobić ze mnie człowieka na 
poziomie, wprowadził mnie w interesy. Miałem zobowiąza­
nia wobec nich dwojga. - Mówił tak beznamiętnie, jakby 
dotyczyło to kogoś innego. - Uznałem więc, że poślubienie 
Evy będzie ceną, jaką zapłacę za wejście do lepszego świata. 

- I zyskałeś wszystko. Z wyjątkiem szczęścia - szepnęła 

z przejęciem. Porównanie Vigadó do króla Midasa okazało się 
trafniejsze, niż przypuszczała. 

- To się jeszcze da naprawić. - Posłał jej zagadkowe spo­

jrzenie. - Sądzę, że znalazłem kobietę, która pomoże mi wy­

leczyć rany. Chodź do mnie - poprosił. - To, co mam ci do 

background image

120 

WBREW WYROKOM LOSU 

powiedzenia, jest zbyt intymne, by krzyczeć przez całą dłu­
gość stołu. Chodź. 

Jakby kierowana tajemniczym impulsem, posłusznie wsta­

ła i podeszła do niego. Przyciągnął ją do siebie. Stała między 

jego kolanami i nie była w stanie uciec, gdy jego ręce wślizg­

nęły się pod sukienkę. 

- Ależ ty na mnie działasz... - powiedział zdławionym 

głosem, gdy trafił na koronkowe podwiązki. 

- O ile dobrze pamiętam, to miałeś nie wykorzystywać 

sytuacji - przypomniała z urazą. Zaufała mu i ponownie się 
zawiodła. Po raz kolejny wpadła w zastawioną przez niego 

pułapkę. 

- Wolałbym nie łamać mojej obietnicy i nie zmuszać cię 

do niczego. Ale gdybyś sama zechciała... - przekonywał ci­
cho. - Mogłabyś znów uczynić mnie mężczyzną. 

Wpatrywała się w niego z osłupieniem. Przecież siedział 

przed nią stuprocentowy mężczyzna! O co mu chodziło? 

- Po raz pierwszy od sześciu lat pragnę kobiety - wyznał 

z determinacją. - Od czasu gdy zacząłem się dusić w mojej 
złotej klatce, nic już nie sprawiało mi przyjemności. Nie mia­
łem ochoty na nic, nawet na seks. 

- Ty? - wykrztusiła z najwyższym zdumieniem. 
- Ja. Ironia losu, nieprawdaż? Wszyscy sądzili, że uga­

niam się za spódniczkami, podczas gdy ja patrzyłem na ko­
biety z niechęcią po tym piekle, jakie mi zgotowała moja 
żona. Aż nagle zjawiłaś się ty. Zupełnie inna. Dunina, nieod­

gadniona, piękna, pełna seksapilu. Poczułem, że znów budzę 
się do życia. 

- Och! - Delikatnie dotknęła jego lśniących kruczoczar­

nych włosów. 

background image

WBREW WYROKOM LOSU 

121 

- Dlatego Eva nigdy nie była zazdrosna o moje rzekome 

podrywki. Wiedziała, że nie jestem nimi zainteresowany w ta­
kim samym stopniu, jak nie jestem zainteresowany nią. Do 
momentu, gdy zobaczyła nas razem... 

To znaczy, że Lionel się mylił. W dobrej wierze powtórzył 

jej zwykłe plotki o niemoralnym prowadzeniu się Vigadó. Jak 

to dobrze... 

-

 Okazujesz mi ogromne zaufanie - zauważyła cicho. 

- Ponieważ cię potrzebuję. - Jego ręce zmysłowo pieściły 

jej uda wciąż wyżej i wyżej. - Pragnę cię, Mariann. Ale gdyby 

zależało mi tylko na seksie, to wziąłbym cię już dawno, gdyż 
bez ciebie męczę się jak potępieniec. Ale to coś więcej niż 
pożądanie. 

- Więcej? - powtórzyła z jękiem, gdy jego niecierpliwe 

dłonie zaczęły badać obszary, których dotąd nie śmiał dotknąć 
żaden mężczyzna. 

Wstał, jednym ruchem zmiótł z biurka papiery i położył ją 

na blacie. Gwałtownym gestem obciągnął sukienkę do dołu, 
odsłaniając kształtne piersi. Spojrzał na nie z takim zachwy­
tem, że natychmiast przeszła jej ochota na protestowanie. 
Zamiast tego ogarnęła ją duma i radość. Jak to cudownie, że 
wydaje mu się tak pociągająca. 

- A teraz rozpakuję mój piękny prezent - szepnął i po 

chwili sukienka miękko spłynęła na podłogę. Vigadó nie od­
rywał roziskrzonych oczu od półnagiej Mariann, której wdzię­
ki osłaniały tylko jedwabne figi. Oprócz tego miała na sobie 

jedynie pończochy i czarne szpilki. 

- Dosyć. Musimy przestać - zaprotestowała słabo. 
- Nie możesz mi tego zrobić - przekonywał. - Przecież 

mnie tak nie zostawisz. 

background image

1 2 2 WBREW WYROKOM LOSU 

- Ale chyba nie tutaj. - Rozpaczliwie próbowała zyskać 

na czasie. Potrzebowała zebrać myśli. Wiedziała, że jeśli nie 
weźmie się w garść, ulegnie. - Och! - zawołała, gdy przycis­
nął ją do stołu swoim ciężarem i zaczął całować jej piersi. 
Nagle poczuła, że już nie ma siły się bronić. 

- Właśnie, że tutaj. Teraz, zaraz, natychmiast. - Gorącz­

kowo zdzierał z siebie marynarkę, krawat i koszulę. - Wiem, 
że też tego chcesz. Widzę to w twoich oczach, one nie kłamią. 
Przestań grać na zwłokę, nie dręcz mnie dłużej, zaspokój mój 
głód... - szeptał żarliwie. - Czekałem na ciebie sześć długich 
lat... - Ściągnął jej szpilki i zdjął pończochy. 

Zamknęła oczy. Gdyby wiedział, że nikt przed nim jej tam 

nie dotykał... On, który sądził, że należała do wielu męż­
czyzn. Gdyby mógł zrozumieć, co ona w tej chwili czuje, na 

jak wiele mu pozwala. 

- Dotknij mnie, Mariann - zażądał. - Inaczej chyba osza­

leję. Muszę cię mieć, choćbym miał za to oddać ci serce 
i duszę, choćbym miał zostać twoim niewolnikiem! 

Patrzyła na niego błagalnie. Jak mógł ją okłamywać w ta­

kim momencie? 

- Mówiłem ci, że to coś więcej niż pożądanie. - Ujął jej 

dłoń, pocałował, po czym położył na swoim ciele. Przebiegł 

ją dreszcz. - Nawet nie wiesz, na co się narażam. Jestem na 

prostej drodze do zakochania się w tobie. 

Czyż jakakolwiek kobieta potrafiłaby oprzeć się takim sło­

wom? Mariann miała wrażenie, że otwierają się przed nią 
wrota raju. Ale czyż mogła w to uwierzyć? 

- Ty i uczucie? Przecież nieraz powtarzałeś, że... 
- Nie myśl o tym. Po prostu pomóż mi. Wyciągnij mnie 

z piekła. Tylko ty jedna możesz to zrobić, ty, która jesteś 

background image

WBREW WYROKOM LOSU  1 2 3 

zarazem czarownicą i aniołem, dziewczyną o złotym sercu 
i wcieleniem seksu - szeptał, pokrywając gorącymi pocałun­
kami jej gładką skórę. 

Jak miała się bronić, gdy jego wyznania czyniły spustosze­

nie w jej umyśle, gdy jego usta i ręce skutecznie przełamy­
wały wszelki opór? Ogarnęła ją słodka niemoc. 

- Nie - jęknęła, podejmując ostatnią próbę. 
- Za późno, moja słodka. 
Za późno... Jakie straszne, a zarazem jakie cudowne sło­

wa! Przyniosły jej obietnicę spełnienia, zaspokojenia dręczą­
cego głodu, jaki odczuwała od pierwszej chwili, gdy spoczęło 
na niej spojrzenie płonących oczu Vigadó. 

Czuła na sobie ciężar jego nagiego ciała. Tak bardzo pra­

gnęła stać się jego częścią, stopić się w jedność, oddać mu 
siebie, swoją niewinność, swoją kobiecość, uczynić go szczę­
śliwym, a zarazem zaznać rozkoszy należenia do tak niezwy­
kłego mężczyzny... 

Ale co będzie potem? Tak łatwo ulec, a tak trudno żyć 

potem dalej. Czy miłość osłoni ją przed wstydem i wyrzutami 

sumienia? 

Miłość... Ona jedna... 
Kochała go, nie miała co do tego wątpliwości. Ale może 

i to by jej nie przekonało. Dopiero jego czułość i delikatność 
przeważyły szalę. Pragnął jej do szaleństwa, jednak dotrzy­
mywał słowa i nie chciał postąpić wbrew woli Mariann. Nie­
strudzenie obsypywał ją pieszczotami, adorował ją i czekał na 

jej przywolenie. Nie oparłaby się temu, nawet gdyby była 

z kamienia. 

- Tak, Vigadó - wypowiedziała wreszcie to magiczne sło­

wo. - Tak... 

background image

1 2 4 WBREW WYROKOM LOSU 

A potem świat zawirował wokół niej. Vigadó błędnie 

zrozumiał jej okrzyk i to, co potem nastąpiło, było istnym 
szaleństwem. Przez głowę Mariann, rozdartej pomiędzy bó­
lem a niewyobrażalną rozkoszą, przemknęła myśl, że po­
winna teraz umrzeć. W przeciwnym wypadku chyba po­
strada zmysły... 

- Moja, moja, wreszcie moja - powtarzał w upojeniu. 

Co za cudowne słowa. Tak bardzo pragnęła, by stały się 

prawdą, lecz wiedziała, że to niemożliwe. Zbyt wiele ich 
dzieliło. Gdyby można było wszystko odmienić, cofnąć czas, 
uniknąć kłamstw... Intuicja podpowiadała jej, że stanowiliby 

idealną parę. Wiedziała, że już nigdy nie spotka takiego męż­
czyzny. Wydawało się, że są dla siebie stworzeni. Ale wyroki 
losu były nieubłagane. 

Vigadó miał podobne odczucia. 
- Co ty ze mną wyprawiasz? - wykrztusił, podniósł ją i 

z furią przycisnął do ściany, strącając na podłogę jakieś obra­
zy. - Chyba rzuciłaś na mnie czary. Jeszcze żadna kobieta... 
Och, nienawidzę cię za to! Diablica! - wyrzucał z siebie bez­
ładny potok słów i kochał się z nią jeszcze namiętniej. 

Wyglądało to tak, jakby chciał ją ukarać. Mariann odgadła, 

że nienawidzi jej za bycie - w jego mniemaniu - kobietą 
lekkich obyczajów, za jej wyimaginowanych kochanków, za 

jej nie istniejącą niemoralną przeszłość. Domyślała się też, że 

równie silny gniew odczuwał w stosunku do samego siebie. 
Dać się opętać dziewczynie, która sprzedawała swoje ciało... 
Jego także ta sytuacja przerosła. On też był oszołomiony 
wyrokami losu, które rzuciły ich sobie w ramiona, by ich 
wkrótce nieuchronnie rozdzielić. 

- Nie krzywdź mnie! - krzyknęła, gdy jego gwałtowne 

background image

WBREW WYROKOM LOSU  1 2 5 

ruchy sprawiły jej ból. Nieokiełznana pasja Vigadó zaczęła ją 
przerażać. - Przecież ja cię kocham! 

I wtedy pocałował ją tak, że wszystko wokół zawirowało 

i zniknęło w złocistym wirze, który ją nagle ogarnął, osunęli 
się na podłogę, i mogłaby minąć chyba cała wieczność, i na­
wet świat mógł się skończyć, ale oni nie zauważyliby te­
go, niepomni na nic, pochłonięci bez reszty sobą, zanurzeni 
w bezgranicznym zachwycie i oddaniu... 

Zza okna dobiegały odgłosy miejskiego życia. Leżąca na 

miękkim dywanie Mariann powoli uniosła powieki. Niezatar­
te wspomnienia ostatniej nocy stanęły jej przed oczami jak 
żywe. Na bladej twarzy pojawił się rumieniec. 

Nigdy nie sądziła, że ludzie mogą się tak zachowywać... 

Ale przecież nie było w tym nic zdrożnego, pomyślała nagle. 
Żadnej perwersji, przemocy, nic, o co podejrzewała Vigadó 

i czego się skrycie obawiała. Owszem, była to noc czystego 
szaleństwa, lecz wynikało ono z uniesienia... i do pewnego 
stopnia z rozpaczy. Przecież nie istniała dla nich perspektywa 
wspólnej przyszłości. Kilka godzin, a może parę dni miało im 
wystarczyć na całą resztę życia. 

Nie, nie, nie powinna była tak postąpić. Nie wolno jej 

wspominać rozkoszy, jaką sprawiał jego dotyk. Uwiódł ją. Ją, 
tak dotychczas wyniosłą i niedostępną. Co się z nią stało? 
Oddała mu nie tylko ciało, ale również serce i duszę. Zapo­
mniała o swoich zasadach, o swoim wychowaniu, o swoim 
ojcu... Matko jedyna, co by tata na to powiedział! Z rozpa­

czą zakryła dłońmi płonącą ze wstydu twarz. Nie mogła pa­
trzeć na biurko, na którym... Na fotel, gdzie... A pod tamtą 
ścianą... 

background image

1 2 6 WBREW WYROKOM LOSU 

Podniosła się chwiejnie, z determinacją otworzyła oczy 

i rozejrzała dookoła. Gabinet przypominał istne pobojowisko, 
a na podłodze wśród porozrzucanych ubrań spał Vigadó, z tak 
spokojnym i szczęśliwym wyrazem twarzy, że zapragnęła 

przyklęknąć i pocałować go. Szybko jednak stłumiła ten na­

gły impuls. 

Przestań się wreszcie łudzić, idiotko. Naprawdę wierzysz 

w to, że przez sześć lat nie miał kobiety i że właśnie ty uczy­
niłaś go z powrotem mężczyzną? Jego? Śmiechu warte! Dałaś 
się nabrać i tyle. Głupia gęś... 

Z determinacją zaczęła zbierać swoje rzeczy. No tak, bie­

lizna w strzępach. Na szczęście sukienka ocalała. Ubrała się 
szybko, gdyż pragnęła opuścić to miejsce, którego wspomnie­
nie będzie ją prześladować do końca życia. Ale najpierw ma 
coś do zrobienia. 

Jeśli Vigadó sądzi, że ją pokonał, to się grubo myli. Prze­

grana bitwa nie oznacza przegranej wojny. Zacisnęła zęby 
i bezszelestnie podeszła do miejsca, gdzie leżał znajomy pęk 
kluczy. Schyliła się po nie i wtedy jej wzrok padł na jakieś 
papiery, które wysunęły się z przewróconej teczki Vigadó. 
Maszynopis powieści. Tknięta nagłym przeczuciem, wyjęła 
go ostrożnie. „Córki Irlandii"... Mary 0'Brien! 

Na karcie tytułowej widniała ręcznie napisana notatka. 

Adres... Visegra'd! Wiedziała, gdzie to jest! Nie opodal Bu­
dapesztu, nad Dunajem. Czyli Mary przebywa na Węgrzech? 
Przecież miała dzisiaj przylecieć z Londynu? Nieważne, trze­
ba tam jechać jak najszybciej. 

Pośpiesznie wsunęła szpilki, by wymknąć się niepostrze­

żenie, lecz przedtem zerknęła na pierwszą stronę i aż ją za­
tkało z wrażenia. Niewiarygodne! Nie przypominało niczego, 

background image

WBREW WYROKOM LOSU  1 2 7 

co 0'Brien napisała do tej pory. Było sto razy lepsze. Nie 
mogła się oderwać od lektury. Z wypiekami na twarzy prze­
wróciła kolejną kartkę. Genialne! To będzie bestseller! 

- Prawda, że wspaniałe? 

Och! Mariann gwałtownie obróciła się na pięcie. Vigadó 

nadal spoczywał na podłodze, opierając się wygodnie na 
łokciu. 

- Rzeczywiście - przyznała szczerze. - Ogromnie mi się 

podoba. Czy mogłabym to sobie pożyczyć? - spytała pozor­
nie obojętnym tonem. 

- Czy mam rozumieć, że zamierzałaś tak po prostu wyjść 

z tą książką, zostawić mnie tutaj i oddać się lekturze? - Jego 
głos wyrażał dezaprobatę. 

- Nie miałam śmiałości spojrzeć ci w twarz - wyznała. 
- Odłóż ten maszynopis z powrotem - nakazał spokoj­

nym głosem. - Zostanie tutaj. Ty też. 

Posłuchała go z ociąganiem. 

- Chcę już iść - powiedziała, nie kryjąc niechęci. 
- Po tym, co się tu działo? - Roześmiał się i wstał, ani 

trochę nie skrępowany swoją nagością. - Spójrz, jak to wy­
gląda! 

Poczuła, że znów się czerwieni. 
- Posprzątam... 
- Nie ma mowy! Czy nie rozumiesz, że ten bałagan do­

skonale odzwierciedla to, co się teraz dzieje w mojej głowie, 
w mojej duszy? Dzisiejszej nocy wyzwoliłaś mnie, ale zara­
zem wzięłaś w posiadanie. Obudziłaś we mnie coś, o czym 1 
nie wiedziałem, że istnieje. - Jego twarz nagle spochmurniała. 
- A robiłaś to tylko po to, by wykonać swoje zadanie... 

- O czym ty mówisz? - spytała czujnie. 

background image

1 2 8 WBREW WYROKOM LOSU 

- Proszę, przestańmy się wreszcie okłamywać. Już od 

dawna nie mam wątpliwości, że wynajęto cię, byś zabrała mi 
Mary 0'Brien. 

Zrobiło jej się strasznie wstyd. Wiedział, że go oszukuje. 

Mógł ją za to ukarać, dzisiejszej nocy miał okazję, by się 
zemścić, a nie uczynił tego. Oprócz zawstydzenia czuła jed­
nak również ulgę. Sądził, że ją wynajęto. To znaczy, że nie 
znał całej prawdy. Gdyby odkrył, że pracuje w wydawnictwie 
Lionela, chybaby ją rozdarł na strzępy... 

- Przykro mi, że musiałam cię oszukiwać - powiedziała 

cicho. 

- W takim razie niech cię pocieszy fakt, że ja też nie 

grałem do końca uczciwie - wycedził. - Od pierwszej chwili 
wiedziałem, że będziesz moja. - Uśmiechnął się ironicznie na 
widok szeroko otwartych oczu Mariann. - Ale sam też wpad­
łem w pułapkę, którą zastawiłem na ciebie - dodał. - Nie 
wiedziałem, że gdy już cię zdobędę, nie będę w stanie o tobie 
zapomnieć. Nie pozwolę, żebyś odeszła. Zostań ze mną. 

O cudzie, o radości niespodziewana, czyż mogło ją spotkać 

coś cudowniejszego? 

- Nie! - zawołała drżącym głosem. - To niemożliwe! 
- Co, nie chcesz sypiać z wrogiem swojego szefa? -- za­

kpił z goryczą. 

- Mam swoje powody. Nie i już! 
- Zastanów się - zasugerował spokojnie. - Pomyśl, czego 

naprawdę pragniesz i zdobądź to. 

Nie musiała się zastanawiać. Jej marzenie ucieleśniło się 

i stało przed nią, wystarczyło wyciągnąć rękę. Ale nie mogła 

tego zrobić. Bała się, że wkrótce stałaby się zabawką w jego 
rękach. Gdyby poddała się ogarniającej ją miłości, oddałaby 

background image

WBREW WYROKOM LOSU  1 2 9 

mu władzę nad sobą, a ten twardy, bezwzględny mężczy­
zna bez wahania uczyniłby ją swoją niewolnicą. Nie, po sto­
kroć nie! 

- Zrozum, byłoby głupotą tak się po prostu rozstać - prze­

konywał, ubierając się bez pośpiechu. - Przecież było nam 
razem fantastycznie. Zostań. Bez żadnych zobowiązań. 

- Nie bardzo to pojmuję. Chcesz, żebym została, choć 

wiesz o mnie wszystko? 

- Już mi nie przeszkadza, że jesteś prostytutką - stwier­

dził. - Nie dbam też o to, że pracujesz dla jednego z moich 
wrogów i kłamiesz, że nie wiesz, kim on jest. 

- A wiem? - spytała zaczepnie. 

Spojrzał na nią uważnie. 

- Tak samo dobrze jak ja. Lionel Marshall - oznajmił 

krótko. - To dla niego Mary przedtem pisała. 

- Dopóki jej nie podkupiłeś - syknęła z furią. Przegrała. 

Pierwszy raz w życiu. 

- Tak ci powiedział? - warknął. 
- A co? To nieprawda? - zaatakowała, chociaż w głębi 

serca pragnęła, by Lionel skłamał. 

- Zostań ze mną, a się przekonasz - zaproponował. 
Żachnęła się. 
- Więcej się z tobą nie prześpię! Wybij to sobie z głowy. 
Zaśmiał się szatańsko. 
- A kto mówi o spaniu? Nie dam ci zmrużyć oka, moja 

słodka. 

Mariann zacisnęła zęby. 
- Zaczynam żałować, że wyleczyłam twoją oziębłość. 

- Nie wierzę. - Z uśmiechem rozbierał ją wzrokiem. Wie­

działa, że powinna wyjść, lecz nie mogła się ruszyć. - Gdy-

background image

1 3 0 WBREW WYROKOM LOSU 

byśmy tego nie zrobili, stracilibyśmy najbardziej niezwykłe 
doświadczenie w życiu. Mariann, my jesteśmy dla siebie 

stworzeni. To niemożliwe, byśmy przeżyli coś podobnego 
z kimś innym. - Mówił to z taką pasją i z tak głębokim prze­
konaniem, że nie wierzyła własnym uszom. Zupełnie nie wie­
działa, co ma o tym wszystkim myśleć. - Musisz zostać. Czy 
nie zechciałabyś spotkać się z Mary? - zagadnął niewinnym 
tonem. 

Nie posiadała się z oburzenia. 
- Skończ wreszcie z tymi sztuczkami! - parsknęła jak 

kotka. - Owszem, mamy sobotę, ale jest druga po południu. 
Wydawało mi się, że mieliśmy się z nią zobaczyć rano. Są­
dzisz, że czeka na nas do tej pory? 

- Przełożyłem to na wtorek - oznajmił obojętnie. ~ Wie­

działem, że dzisiaj będziemy zajęci czymś innym. 

- Wiedziałeś?! 

Wzruszył ramionami. 
- Chyba się nie pomyliłem, prawda? - rzucił cierpko. - To 

jak będzie? Daję ci szansę. Możesz się zobaczyć z 0'Brien 

i spóbować ją namówić, by wróciła do Marshalla. 

- Czy ty przypadkiem nie jesteś zbyt pewny siebie? - spy­

tała z przyganą. 

- Nie bardziej niż ty, moja droga. - Spokojnie zawiązywał 

sznurowadła. - Gdy się spotkaliśmy, uważałaś mnie za nie­
wyżytego podrywacza, żeby nie użyć bardziej dosadnych 
określeń. W twojej opinii potrafiłem wzbudzić w kobie­
cie pożądanie, ale nic więcej. I tu popełniłaś błąd - mruknął 
w zamyśleniu. -Uraziłaś moją dumę. Postanowiłem udowod­
nić ci, że się mylisz. Wiedziałem, że jeśli rozegram to umie­

jętnie, to uda mi się zdobyć twoje serce. 

background image

WBREW WYROKOM LOSU  1 3 1 

Poczuła, że robi jej się słabo. Mimo wszystko nie pode­

jrzewała go o takie wyrachowanie. 

- A która kobieta oparłaby się łzawej historyjce o utraco­

nej córeczce? - W jej głosie brzmiało rozgoryczenie. 

- Nie zmyśliłem tego - zaprotestował z oburzeniem. 

- Chciałem, byś znała prawdę o moim życiu. Zaufałem ci. 

- A ta bajeczka o twojej oziębłości? - atakowała dalej. 
- Również to nie było kłamstwem. 
Nie patrzył na nią, więc nie dostrzegł jej zaciśniętych pięści 

i zimnej nienawiści w oczach. Nie odrywała od niego pełnego 
odrazy wzroku. Był na tyle niemoralny, że potrafił wykorzy­
stać nawet swoją życiową tragedię. Posłużył się nieszczę­
ściem, które go spotkało, by dostać to, co chciał otrzymać. 
Z premedytacją robił wszystko, by ją w sobie rozkochać. 

Okazał się gorszy, niż przypuszczała. Pozbawiony wszel­

kich skrupułów drań, niegodziwiec, nikczemnik, wyliczała 
w myślach. Ale mimo tego, że aż kipiała ze złości, starała się 
niczego po sobie nie okazywać. Rozluźniła dłonie, podeszła 
do okna i wyjrzała przez nie z pozorną obojętnością. Gdy 

patrzyła na śnieżne zaspy, oszronione drzewa i krę na Dunaju, 
miała wrażenie, że jej serce również zamienia się w lód. 

Dobrze więc. Chciał wojny, będzie ją miał. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Tak, pokusa wzięcia odwetu była zbyt silna, by Mariann 

mogła się jej oprzeć. Postanowiła nie wycofywać się z gry, co 
więcej, mieć w niej ostatnie słowo. 

- No cóż, przyznaję, że do pewnego stopnia udało ci się 

zawładnąć moim sercem - zauważyła bezbarwnym głosem. 
- Ale nie powiem, bym była tym zachwycona. 

Uśmiechnął się. 
- Szczerze mówiąc, dla mnie to też jest pewien problem. 

Ostatecznie straciłem Lindi, jedyną osobę, na której mi zale­
żało i nie było w moich planach zastępowanie jej kimś innym. 

Sytuacja przybrała nieco inny obrót, niż się spodziewałem. 

Dlatego uważam, że powinniśmy dać sobie trochę czasu na 
przemyślenie tego wszystkiego. 

- Co proponujesz? 
- Andras i Janos dadzą sobie radę bez ciebie. Wolałbym, 

żebyś się na razie tu nie pokazywała. Chyba że chciałabyś 
świadczyć mi usługi seksualne. Oczywiście po moich godzi­
nach pracy - dodał kpiąco. - W sprawach zawodowych spot­
kamy się we wtorek. Rozumiem, że chcesz zobaczyć się z Ma­
ry 0'Brien i przekonać ją, że powinna wrócić do Lionela 
Marshalla? 

Z niechęcią spojrzała na jego zadowoloną minę i postano­

wiła, że nie powie głośno, co sobie pomyślała. 

background image

WBREW WYROKOM LOSU  1 3 3 

- W porządku, przyjdę we wtorek - oznajmiła chłodno. 

To straszne. Będzie musiała wytrzymać bez niego całe dwa 
dni. I trzy noce... 

- Zastanawiasz się, co ze sobą robić przez ten czas? - za­

gadnął ze zjadliwą słodyczą. 

- Wcale nie. Z przyjemnością pozwiedzam Budapeszt 

i dowiem się czegoś więcej o kraju mojej mamy. - W jej 
głosie zabrzmiał żal. Wołałaby chodzić po mieście razem 
z Vigadó. Do licha, ten człowiek rzeczywiście ją opętał! 

Podszedł i położył dłonie na jej ramionach. 

- Ja też nie chcę być z dala od ciebie - wyznał, spogląda­

jąc w zasmucone oczy Mariann. - Ale wiem, że powinienem 

dać ci więcej czasu. - Pocałował ją lekko. - Chodźmy. Od­

prowadzę cię do Hiltona. 

- Dzięki - powiedziała odruchowo, nie dostrzegając pod­

stępu. Jego nieprzyjazne spojrzenie przestraszyło ją. - O co 
chodzi? 

- Nie poprawiłaś mnie, gdy wspomniałem o hotelu. 
Ze znużeniem zamknęła oczy. Czy on nigdy nie przesta­

nie? Czy zawsze musi zastawiać na nią pułapki? 

- Od jak dawna wiesz, gdzie mieszkam? 
- Od tego dnia, gdy wsadziłem cię do taksówki. Obie­

całem kierowcy niezłą sumkę w zamian za poinformowanie 
mnie, dokąd się udasz. Gdy dałaś mu suty napiwek i wysiad-
łaś, postanowił cię śledzić. Opłaciło mu się. 

- To znaczy, że podejrzewałeś mnie już od dawna! 
- Owszem. Czekałem jednak, aż dowiem się wszy­

stkiego. 

O nie, nie wiesz wszystkiego. A kiedy się wreszcie do­

wiesz, to mnie już tu dawno nie będzie. Mary też nie. Niedo-

background image

1 3 4 WBREW WYROKOM LOSU 

czekanie twoje. Żaden mężczyzna nie będzie nade mną trium­
fował. 

- Lionel ostrzegał, że gdy złapiesz trop, to jesteś gorszy 

niż gończy pies - uśmiechnęła się niewesoło. - Rozumiem, 
że od początku nie miałam szans? 

- Żadnych - oświadczył spokojnie. - Dlatego przestań 

kombinować, jak mnie podejść. Obiecaj, że będziesz grzecz­
na. Ja zaś zapewniam, że porozmawiamy sobie szczerze z Ma­
ry i wyjaśnimy, co zaszło między nią a Marshallem. 

- Dobrze, obiecuję - zgodziła się niechętnie. 
Dała się odprowadzić do hotelu, po czym zadzwoniła do 

Sue. Była tak przygnębiona ostatnimi wydarzeniami, że po­

trzebowała wsparcia. Siostra natychmiast wyczuła depresję 
w jej głosie i dyplomatycznie, lecz zarazem stanowczo, wy­
dobyła z Mariann całą prawdę. 

- Biedna - westchnęła ze współczuciem. - Rozumiem, 

jak się czujesz. Masz wrażenie, że on zagraża twojej nieza­

leżności i to cię przeraża. A wiesz, co ja ci powiem? Głu­

pia jesteś! Z tego co mówisz wnioskuję, że to musi być 
wspaniały facet. Trzymaj się go - podsumowała zdecydo­
wanie. 

- Ale ja mu nie ufam -jęknęła Mariann. - Raz wydaje się 

czuły i troskliwy, a kiedy indziej postępuje jak bezwzględny 
brutal. 

- Aha, wolałabyś potulnego nudziarza, żeby zawsze wie­

dzieć, co powie, co zrobi... - drwiła bezlitośnie Sue. - Regu­
larnie w każdą sobotę seks, w niedziele gra w golfa, we wtor­
ki obowiązkowo partyjka brydża... 

- Och, przestań! - zawołała, ale nie mogła się nie uśmie­

chnąć. - Ja naprawdę czuję się strasznie zagubiona. Wstyd mi, 

background image

WBREW WYROKOM LOSU  1 3 5 

że marzę o mężczyźnie pozbawionym wszelkich zasad. To 
niemoralne. A jeszcze bardziej wstydzę się tego, że mu się 
oddałam i że sprawiło mi to przyjemność. To okropne, ale 
chciałabym to powtórzyć... 

- Pragniesz go teraz? - spytała ze zrozumieniem. 
Tylko Sue mogła zadać Mariann takie pytanie i tylko jej 

mogła odpowiedzieć. 

, - Mhm - westchnęła ciężko. 

- Myślisz, że on cię kocha? 
- Cóż za nonsens! - zawołała ze zdumieniem. - Oczywi­

ście, że nie. 

- A ja się założę o milion dolarów, że tak - stwierdziła 

spokojnie Sue. 

- I dlatego celowo mnie w sobie rozkochał i jeszcze bez­

czelnie się do tego przyznał? - żachnęła się. - Po prostu chciał 
się ze mną przespać. 

- Ale to nie znaczy, że chodziło mu tylko o seks. To 

znaczy, że chodziło mu o ciebie. Widzisz różnicę? - przeko­
nywała Sue. - Kochanie, naprawdę podoba mi się ten czło­
wiek. Zauważ, że nie jest jak inni faceci, których spotkałaś. 
Tamci od razu pchali się do ciebie z łapami, widzieli w tobie 
tylko piękne ciało. On jeden zrozumiał, że jesteś wrażliwa, 
delikatna i wbrew pozorom szalenie romantyczna. Dlatego 
odwoływał się do twojego serca, do twoich uczuć i cierpliwie 
czekał na twoją odpowiedź. 

- Co mnie podkusiło, żeby do ciebie dzwonić? - mruknęła 

z wyrzutem Mariann. 

- Bardzo rozsądnie postąpiłaś - pochwaliła Sue. - Wie­

działaś, że poukładam ci w głowie. Dlatego powiem ci jeszcze 
coś. Nie podoba mi się ten Lionel. 

background image

1 3 6 WBREW WYROKOM LOSU 

- Daj spokój. Może trochę dziwnie się zachowuje, ale jest 

strasznie przygnębiony. Mówiłam ci, że żona go opuściła. 

- Widać miała swoje powody. 
Nagle coś zaświtało jej w głowie. Jeżeli Vigadó nie kłamał 

i naprawdę nie miał przez te lata żadnej kobiety, to Liz nie 
mogła być jego kochanką. A przecież Lionel twierdził... 

- Muszę to wszystko gruntownie przemyśleć - oznajmiła 

stanowczo. 

Gdy weszła do kawiarni, parę osób aż przerwało rozmowę 

na jej widok. Nic dziwnego, było na co popatrzeć. Piękna 
czerwona sukienka spływała miękko po zgrabnej sylwetce 
Mariann, a głębokie rozcięcia pozwalały podziwiać smukłe 
nogi aż po uda. 

Przy jednym ze stolików ujrzała Vigadó i nagle zrobiło jej 

się gorąco. Nie zachowuj się jak zadurzona pensjonarka, skar­
ciła się w myślach i z dumnie uniesioną głową skierowała się 
w jego stronę. A cóż to? Obok siedziała trzydziestoparoletnia 
kobieta z kapiącym makijażem i ubrana tak, jakby się oba­

wiała, że ktoś mógłby ją przeoczyć. W dodatku ewidentnie 
wdzięczyła się do Vigadó. 

Chwileczkę, to mój mężczyzna, pomyślała z oburzeniem 

Mariann i w efekcie przywitała się z nim bardziej entuzjasty­
cznie, niż planowała. Niech tamta wie, że Vigadó już jest 
zajęty. Swoją drogą ciekawe, kto to jest? 

- Poznaj naszą brytyjską autorkę - powiedział uprzejmie. 
- Jak to? Przecież powiedziałeś, że... To nie jest Mary 

0'Brien! - zdenerwowała się. 

Znów chciał ją podejść. Ale nic z tego. Widziała zdjęcie 

Mary na okładce jednej z powieści. 

background image

WBREW WYROKOM LOSU  1 3 7 

- Oczywiście, że nie - odparła tamta lodowatym tonem. 

- Jestem Vanessa Brewer. 

- Bardzo mi miło - rzuciła odruchowo. - Vigadó... - za­

częła ostrzegawczym tonem. 

- Zamówiłem ci kawę, proszę. - Usłużnie podsunął fili­

żankę. - A poza tym nie przypominam sobie, żebym mówił, 
że to Mary będziemy oprowadzać po Budapeszcie. Cały czas 
myślałem o Vanessie - wyjaśnił z niewinną miną. - Przecież 
umawialiśmy się, że dotrzymasz jej towarzystwa i umilisz 
pobyt na Węgrzech, prawda? 

Miała ochotę go zabić. Sadysta! Doskonale wiedział, co 

robi. Wystawił ją do wiatru, pozwolił wierzyć, że spotka Mary 
0'Brien. Trudno, przepadło. Ale przynajmniej nie da mu sa­
tysfakcji. 

- Och, przepraszam panią najmocniej - zaszczebiotała ra­

dośnie. - Musiałam pomylić autorki. Tyle tych spotkań, sama 
pani rozumie... Ale bardzo się cieszę, że będę mogła pokazać 
pani miasto. Chyba zaczniemy od zwiedzania muzeów, pew­
nie bardzo chce je pani zobaczyć. Domyślam się, że interesuje 
się pani sztuką i zabytkami, a nie chodzeniem po sklepach? 

Vigadó uśmiechnął się z podziwem, zaś Vanessa skrzywiła 

się tylko, po czym zaczęła rozwodzić się na temat swojej 

książki, kompletnie ignorując Mariann i zupełnie jawnie flir­
tując ze swoim nowym wydawcą. Najchętniej opowiadała 
o scenach erotycznych. 

- Pan na pewno lubi takie rzeczy... Och, pan jest taki 

pełen życia, energii. Czuję to... Chętnie bym pana opisała 
w jednej z moich powieści - mizdrzyła się. 

- Świetny pomysł - wypaliła znienacka Mariann. - Warto 

go opisać, to ciekawy okaz. Zawsze w niedziele gra w golfa, 

background image

1 3 8 WBREW WYROKOM LOSU 

we wtorki w brydża, a w soboty... Pani jest taka światowa, 
więc nie muszę ukrywać... W soboty musi mieć swoją porcję 
seksu. Punktualnie o dziesiątej. Można według niego zegarek 
nastawiać! 

Vigadó omal nie zakrztusił się kawą, a Vanessa oświadczy­

ła z urazą, że ma ochotę iść na zakupy i do fryzjera. 

Pokazali jej więc najelegantsze sklepy w Budapeszcie, 

przy czym sami z ulgą zostawali na zewnątrz. 

- Cackasz się z nią jak ze śmierdzącym jajkiem - mruk­

nęła z urazą Mariann, gdy czekali przed kolejnym sklepem. 
- Jesteś dla niej uprzedzająco grzeczny, prowadzasz ją pod 
rękę. Przecież wiedziała, że będzie dużo chodzić, po co więc 
wkładała szpilki na taki lód? 

- Owszem, jest próżna, ale to przecież nie powód, żeby 

miała sobie złamać nogę. - Uśmiechnął się i pocałował ją. 

- Masz rację - zawstydziła się. 
- Rozumiem cię. Ona jest naprawdę okropna. 
- Dobrze ci tak! - powiedziała z przekonaniem. - Jesteś 

równie okropny. Znowu mnie oszukałeś. Już nigdy więcej ci 
nie zaufam. 

- Zaufasz - szepnął i pocałował ją ponownie. 
- Przestań! - zażądała gniewnie. 
- Nie mów, że ci się nie podoba... 

. Po jakimś czasie pozbyli się wreszcie Vanessy, która udała się 

do fryzjera. Przedtem stanowczo zażądała obiadu sam na sam 
z Vigadó. Odetchnęli z ulgą gdy wreszcie zniknęła im z oczu. 

- Po drodze był sklep z zabawkami - zauważyła mimo­

chodem Mariann. 

- Masz nietypowe zainteresowania - skomentował z roz­

bawieniem. 

background image

WBREW WYROKOM LOSU  1 3 9 

- Widziałam na wystawie lalkę w tradycyjnym węgier­

skim stroju. Moja młodsza siostra jest kostiumologiem, ma 
zupełnego fioła na punkcie projektowania, szycia, haftowania. 
- Na jej ustach pojawił się ciepły uśmiech. - To cudowna 
dziewczyna, uwielbiam ją. W ogóle mam wspaniałą rodzinę. 
Są tacy kochani... 

- Nawet nie wiesz, jakie masz szczęście - stwierdził lekko 

zmienionym głosem. - Zazdroszczę ci. 

Gdy weszli do sklepu, sprzedawczynie niezwykle serdecz­

nie przywitały się z Vigadó. Mariann pomyślała, że pewnie 
przypadkiem właśnie tutaj kupował prezenty dla swojej córe­
czki. Ale dlaczego uważnie ogląda zabawki, skoro utracił 
Lindi bezpowrotnie? 

- Jak ci się podoba? - zagadnął, pokazując jej zabawnego 

pluszowego dinozaura. - Wezmę pięćdziesiąt, co? 

- Chcesz się jakoś rozerwać w czasie obiadu z Vanessą? 

- zażartowała, choć płonęła z ciekawości. - To może weź 

jeszcze te? Posłuchaj, jak fajnie piszczą, gdy sieje naciśnie. 

- Dobrze, te też wezmę - przytaknął spokojnie i poprosił 

jedną z ekspedientek o zapakowanie zabawek. Uśmiechnął 

się na widok zdumionej miny Mariann. - To dary dla bied­
nych dzieci. Widzisz, dlatego zainteresowałem się twoim po­
bytem w Kastely Huszar - wyjaśnił. - Istva'n robi coś podo­
bnego. Kilka razy spotkałem go na granicy. On też wozi 
ciężarówką różne rzeczy dla potrzebujących. Głównie do Ru­
munii. 

Coś ją zaczęło dławić w gardle. 

- Uprawiasz działalność charytatywną? 
Machnął ręką. 
- Przecież to nic wielkiego. Nie potrzebuję aż tylu pienię-

background image

1 4 0 . WBREW WYROKOM LOSU 

dzy, niech się więc komuś przydadzą. Co mam z nimi zrobić? 
Spać na nich? To już wolę kupić odzież, lekarstwa, żywność, 
zabawki. 

- I sam to potem rozwozisz ciężarówką? Poświęcasz swój 

czas, którego masz tak niewiele? - dopytywała sie z niedo­
wierzaniem. 

- Och, nie przesadzajmy - zbagatelizował sprawę. 
Mariann była poruszona do głębi. No i co ona ma teraz 

o nim myśleć? Jest w końcu bezdusznym draniem, czy nie? 
Udawała, że wybiera lalkę dla Sue, lecz w rzeczywistości 
obserwowała go uważnie. Uśmiechał się do sprzedawczyń, 
gawędził z nimi przyjaźnie i z entuzjazmem oglądał kolejne 
zabawki. 

Najbardziej uderzające było szczere przywiązanie, jakie 

mu okazywano. Przywiązanie? Wielkie nieba, ci ludzie go 
uwielbiali, co do tego nie było wątpliwości! To odkrycie 
wstrząsnęło nią do głębi. Lionel odmalował go w najczarniej­
szych barwach, zrobił z niego potwora. Tymczasem rzeczy­
wistość wyglądała inaczej. 

Zastanowiła się, czy Lionel kiedykolwiek zrobił coś dla 

innych. Jakoś nie mogła sobie przypomnieć nic takiego. Sko­

jarzyła też, że w całym wydawnictwie nie było osoby, która 

nie miałaby do niego o coś pretensji. Trudno powiedzieć, by 
ktoś go lubił, a co dopiero uwielbiał. 

Zagryzła wargi. Już nie chciała spotykać się z Mary. A nuż 

się okaże, że pisarka wcale nie została podkupiona, lecz miała 
ważne powody, by odejść z dawnego wydawnictwa. Wtedy 
nie namówiłaby jej na powrót. Niedobrze. 

Nagle zrobiło jej się gorąco. Przecież tak właśnie byłoby 

najlepiej! To oczyściłoby Vigadó z wszelkich podejrzeń. Oka-

background image

WBREW WYROKOM LOSU  1 4 1 

załby się godny miłości. Nie musiałaby już walczyć ze swoim 
uczuciem... 

- Chciałbym pokazać ci koronę króla Stefana - zapropo­

nował, gdy wyszli ze sklepu. - Bardzo mi na tym zależy. 

- Dlaczego? 
- Ponieważ to świętość dla Węgrów - wyjaśnił. - A ty 

chciałaś się dowiedzieć czegoś o kraju twojej matki. Czy mo­
żesz mi coś o niej opowiedzieć? 

- Uciekła przez zieloną granicę, gdyż musiała wykonać 

pewne zadanie. Przysporzyło jej to wielu kłopotów i cierpień. 
Ale nie ugięła się pod swoim ciężarem i spełniła to, co miała 
do spełnienia. 

- Co takiego miała zrobić? , 
Mariann potrząsnęła głową. 
- Przepraszam, ale nie wolno mi tego wyjawić. To był 

sekret i mama utrzymała go aż do śmierci. Mogę tylko powie­
dzieć, że poświęciła życie słusznej sprawie. 

- To musiała być niezwykła kobieta. Prawa, szlachetna 

i dysponująca ogromną siłą woli. - Uniósł jej dłoń do ust, po 
czym położył na swoim sercu. - Odziedziczyłaś to po niej. 
Ale czasem trudno żyć z takim dziedzictwem. Czy sądzisz, że 
kiedyś znajdziesz odpowiedniego dla siebie mężczyznę? Czy 
w ogóle wyjdziesz za mąż? 

Popatrzyła na niego z melancholijnym uśmiechem. 
- Nie sądzę. Szukam ideału. 
- Nikt nie jest idealny - zaprotestował. - To zdarza się 

tylko w marzeniach. Ale czas przestać żyć złudzeniami, Ma­
riann, trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. Zmuszę cię do tego. 
- Pocałował ją w policzek i nie wypuszczając jej dłoni, za­
prowadził do muzeum. 

background image

142 

WBREW WYROKOM LOSU 

Gdy stanęli przed gablotą, Mariann zrozumiała, czemu 

chciał jej to pokazać. Owszem, widziała już wspaniałe korony, 
w Londynie znajdowały się przecież bezcenne zbiory rega­
liów, ale ta była inna. Było w niej coś niezwykłego. Pocho­
dziła sprzed blisko tysiąca lat, a wieńczył ją przekrzywiony, 
prawie odłamany krzyż. 

- Czemu jest uszkodzona? 
- Ukrywano ją niezliczoną ilość razy. W przypadku wojen 

i najazdów najpierw zabezpieczano koronę. Ona symbolizuje 

naszą niepodległość i dumę narodową. 

Wpatrywała się w królewskie insygnia niczym urzeczona. 
- Jest wspaniała - szepnęła z przejęciem. 
- Wiedziałem, że zrozumiesz. Nie masz pojęcia, jak wiele 

to dla mnie znaczy. Węgry... zrobiłbym wszystko dla mojego 
kraju - uśmiechnął się do niej. - Cieszę się, że udało nam się 
pozbyć Vanessy. Chciałem być tu tylko z tobą. 

- Taak? - Posłała mu nieufne spojrzenie. - A niby czemu? 
- Przeczuwałem, że cię to poruszy. 

Poczuła się urażona. Nawet się nie wstydził przyznać, że 

ponownie chciał zagrać na jej uczuciach. Już było tak miło, 
a on musiał znowu wszystko zepsuć. Nie odezwała się więc 

już więcej do niego i resztę eksponatów obejrzeli w całkowi­

tym milczeniu. 

Mariann, jakkolwiek rozczarowana jego słowami, nie cof­

nęła dłoni z jego ciepłego uścisku. Nie zamierzała marnować 

jedynej w życiu okazji. Jeszcze z żadnym mężczyzną nie trzy­

mała się za ręce... Każdy wolał łapać ją za co innego, potem 
zaś łapał się za własny policzek, gdyż nie tolerowała podo­
bnego zachowania. On jeden potrafił okazać jej czułość. 

Gdy wyszli na ulicę, Vigadó rozejrzał się, po czym skinął 

background image

WBREW WYROKOM LOSU  1 4 3 

ręką. Po chwili zatrzymało się przed nimi nowe auto marki 
Alfa Romeo. Mariann popatrzyła na nie podejrzliwie. 

- Coś mi to nie wygląda na przypadek - mruknęła. 
- Posłałem po mój samochód jeszcze z kawiarni. Zabie­

ram cię do Visegradu. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

- Jak to? - zdumiała się. - A co z Vanessą? Miałeś się 

z nią spotkać. 

- Zajmie się nią mój zastępca. 
Z samochodu wysiadł szofer w liberii, uśmiechnął się serde­

cznie do swojego szefa i zapraszającym gestem otworzył drzwi. 

- Czy tym razem naprawdę zobaczymy się z Mary 

0'Brien? - Nauczona przykrym doświadczeniem Mariann 
wolała się upewnić. 

- Tak. Wsiadaj, tamujemy ruch. 
Zignorowała zarówno jego uwagę, jak i dające sygnał kla­

ksony. 

- I nie przeszkodzisz mi w swobodnej rozmowie? - dopyty­

wała się. - Będę mogła mówić, co zechcę i pytać, o co zechcę? 

-. Tak, tak - zniecierpliwił się. 

Gdy zajęła miejsce na tylnym siedzeniu, usiadł blisko niej. 

Zbyt blisko. Odsunęła się więc, co i tak nie przyniosło rezul­
tatu, gdyż Vigadó bezceremonialnie chwycił ją w ramiona 
i przyciągnął do siebie. Całował ją tak długo, aż przestała się 
opierać i odpowiedziała równie namiętnie. Po chwili zrefle­
ktowała się. To nie ma sensu. Wkrótce wróci do Londynu 
razem z Mary, zostawiając go na lodzie. Nagle myśl o zem­

ście przestała jej się podobać. Wolałaby zostać... 

- Proszę, nie - odwróciła głowę. 

background image

WBREW WYROKOM LOSU 

145 

- Miej litość - szeptał, pieszcząc jej kształtne piersi. - Od 

kilku godzin nie myślę o niczym innym. 

- Przestań! Nie jesteśmy sami - przypomniała z zażeno­

waniem. 

Vigadó opamiętał się, usiadł prosto i... przeprosił! Czy on 

nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać, pomyślała w oszoło­
mieniu. Przy nim niczego nie można być pewnym. A czy nie 
takiego mężczyzny właśnie szukałaś, spytał jakiś wewnętrzny 
głos. Owszem, kocham go, ale nie wiem, czy on odpowiada 
moim wyobrażeniom, argumentowała, rozmawiając sama ze 

sobą. Tak mało o nim wiem. Chciałabym wiedzieć, jaki był 
kiedyś, co czuł, czego pragnął. Znać każdą chwilę jego życia. 
Zebrała się na odwagę. 

- Czy mogłabym o coś zapytać? 
- Pytaj. 
- Ale to dotyczy przeszłości - uprzedziła, 
- Słucham. 
- Ta blizna... - zaczęła z wahaniem. - Podobno poszło 

o kobietę. 

Popatrzył na nią uważnie. 
- W zasadzie tak. 
Ogarnęło ją ogromne rozczarowanie. A więc jednak... 
- Ach, tak - powiedziała cicho i odwróciła twarz do okna, 

za którym przesuwał się zimowy pejzaż. 

Ujął ją za rękę i przez dłuższą chwilę zastanawiał się nad 

odpowiedzią. 

- Trudno mi o tym mówić, ale rzeczywiście powinnaś to 

wiedzieć. 

- Wcale mi nie zależy - burknęła nadąsana. - Nie intere­

sują mnie twoje podrywki. 

background image

1 4 6 WBREW WYROKOM LOSU 

Westchnął z irytacją. 
- Nie zrozumiesz, jaki jestem, jeśli ci o tym nie opo­

wiem. Widzisz, poszło o... o prostytutkę. Ale nie o luksuso­
wą dziewczynę na telefon. O taką zwykłą, która stoi na rogu, 
a potem idzie z klientem do ciemnej bramy. Widziałaś je kie­
dyś z bliska? 

- Na pewno nie tyle, co ty - odparła kąśliwie. 
Vigadó z trudem opanował gniew. 
- Spotkałem ją właśnie tego dnia, gdy zastanawiałem się, 

czy poślubić Evę i na skróty dojść do bogactwa. Zaczepiła 
mnie, po prostu chciała pogadać, miała chandrę. Spytała, czy 
zgadnę, ile ma lat. Czterdzieści, powiedziałem. Okazało się, 
że miała dwadzieścia cztery. Do tej pory pamiętam, jakiego 
doznałem szoku.' 

- Nie bardzo rozumiem... 
Nieobecnym wzrokiem patrzył na pokryte śniegiem poła. 
- Myślałem, że mówię jej komplement. Wyglądała jesz­

cze starzej. Zacząłem ją wypytywać. Pochodziła z małej wio­
ski, uciułane pieniądze wysyłała rodzinie, byli bardzo bied­
ni. Chciała do nich wrócić, ale w ten sposób pozbawiłaby 
ich dodatkowych dochodów. Nie wiedzieli, co dla nich ro­
bi, sądzili, że jest kelnerką. Nagle przyszło mi do głowy, 
że gdybym był bogaty, mógłbym zrobić wiele dobrego dla 
ludzi. Również dla niej. Nie zapominaj, że miałem osiemna­

ście lat. W tym wieku nietrudno o idealizm i romantyczne 

porywy. 

Jakie to wspaniałe, pomyślała z podziwem. 
- Mów dalej. 
- To przeważyło szalę. Zdecydowałem się na małżeństwo, 

ale przedtem pożyczyłem pieniądze, by dać je tej dziewczy-

background image

WBREW WYROKOM LOSU 

147 

nie. Niestety, jej alfons usłyszał, jak o nią wypytuję i nasłał 
na mnie kilku facetów, którzy mi dali wycisk. 

- Och! Bardzo cię pobili? - spytała nerwowo. 
- Złamali mi parę żeber. - Wzruszył ramionami. - Ale to 

było nic w porównaniu z wyrzutami sumienia, jakie odczu­
wałem. Już nigdy jej nie zobaczyłem. Nie pomogłem jej. I nie 
potrafię o niej zapomnieć. 

Patrzyła na niego ze wzruszeniem. 
- Czy Eva zna tę historię? 
- Nie. Nigdy nikomu tego nie mówiłem. 
To mi się podoba, pomyślała z uznaniem. Nie znosiła, gdy 

ktoś obnosił się ze swoją szlachetnością. Ale w takim razie 
czemu powiedział jej, właśnie jej? Czy dlatego, że w jego 
oczach też była kobietą lekkich obyczajów? Na pewno nie. 
Wyczuwała jego zakłopotanie, wiedziała, że bał sieją urazić 
tą opowieścią. W takim razie, czemu zaryzykował i podzielił 

się z nią swymi najgłębszymi przeżyciami? Odpowiedź pcha­

ła się natrętnie, lecz Mariann nie mogła w to uwierzyć. To 
tylko pobożne życzenia. 

- Uważam, że powinieneś to wszystko powtórzyć Evie. 

Bardzo byś jej tym pomógł. Przecież ona sądzi, że ożeniłeś 
się tylko dlatego, że nosiła twoje dziecko i że liczyłeś na 
pieniądze jej ojca. 

- I pewnie miała rację - mruknął przez zaciśnięte zęby. 
- Jesteś dla siebie zbyt surowy. Chciałeś zbawić świat, 

pomóc potrzebującym... - zawahała się. - Poruszyło mnie to. 
I zaręczam, że Eva poczuje to samo, uzna, że postąpiłeś szla­

chetnie. Widzisz, uważam, że powinieneś z nią szczerze po­
rozmawiać i postarać się zakończyć tę zimną wojnę między 
wami. Wiadomo, że do siebie nie wrócicie, ale przynajmniej 

background image

1 4 8 WBREW WYROKOM LOSU 

zaczniecie się rozumieć. A wtedy Eva prawdopodobnie po-
zwoli ci się widywać z Lindi. 

Jego brwi ściągnęły się boleśnie. 
- Uważasz, że to możliwe? 
- Tak - odparła zdecydowanie. 
Twarz Vigadó rozpogodziła się. Z uczuciem pocałował jej 

dłoń. 

- Ty naprawdę przywracasz mnie do życia. Spójrz, jeste­

śmy na miejscu. To mój dom. 

Mariann szeroko otworzyła oczy ze zdumienia. Samochód 

minął kutą bramę i zatrzymał się przed stojącym na wznie­

sieniu barokowym pałacykiem, otoczonym ogromnym ogro­

dem. Roztaczał się stąd przepiękny widok. Na przeciwległym 
wzgórzu wznosiły się ruiny jakiegoś obronnego zamczyska, a 
w dole lśniła kręta wstęga Dunaju. 

- Dom? - wykrztusiła w osłupieniu. 
Uśmiechnął się lekko i zaprowadził ją na górę po marmu­

rowych schodach. Na ich spotkanie wybiegła rudowłosa ko­
bieta w średnim wieku. 

- Witajcie, kochani! - zawołała z silnym irlandzkim 

akcentem. - Pani musi być Mariann, prawda? Vigadó mi mó-
wił, że chce pani porozmawiać. Chodźcie, chodźcie, napijemy 
się herbaty. - Szaroniebieskie oczy Mary 0'Brien patrzyły na 
nich pogodnie. - Ale nie takiej, jaką tu mają na kontynencie. 
Takiej, jak w Irlandii, z rumem. 

Weszli do eleganckiego, urządzonego ze smakiem wnętrza. 

Żadnego nowobogackiego przepychu, nic z tych rzeczy. Jed­
nak Mariann nie miała teraz głowy do drobiazgów. Nerwo­
wo przysiadła na brzegu krzesła. Żałowała, że w ogóle tu 
przyjechała. 

background image

WBREW WYROKOM LOSU  1 4 9 

- Przepraszam, ale wolałabym od razu przejść do rzeczy 

- oznajmiła sucho. - Dlaczego zachowała się pani nielojalnie 

,w stosunku do Lionela Marshalla, który odkrył pani talent, 

wylansował panią, hołubił... 

- Lionel? - zawołała z niedowierzaniem Mary. - Dziec­

ko, o czym pani mówi? On tyle pomaga pisarzowi, co umar­
łemu kadzidło! 

- Taak? - obruszyła się Mariann. - A kto założył promu­

jące ambitną literaturę wydawnictwo „Orbit"? 

- Jego żona - padła zdecydowana odpowiedź. - To był jej 

pomysł i to ona zbudowała firmę od podstaw. Mąż Liz nie 
odróżniłby poezji Szekspira od wypocin grafomana. 

- To nieprawda! 
Mary wzięła się pod boki. 
-• Jeśli kłamię, to proszę mi wyjaśnić, czemu wydawni­

ctwo dostawało kredyty dopóty, dopóki zostawałyśmy w nim 

ja i Liz? Bo Lionel był jedynie figurantem! - stwierdziła 

triumfalnie. - Potrzebny był ktoś do pokazywania się w me­

diach i spełniania funkcji reprezentacyjnej. Elizabeth miała 
tysiąc innych spraw na głowie. 

Czyżby tkwiło w tym ziarno prawdy? Jakoś nigdy przed­

tem nie zastanawiała się, czemu biurko szefa jest zawsze 
puste, zaś u jego żony piętrzą się stosy maszynopisów... 

- To nie ma nic do rzeczy - oświadczyła uparcie. - Nadal 

nie rozumiem, czemu pani odeszła. 

- Bo on psuje najlepsze teksty, poprawiając je po swoje­

mu! Gdy Liz miała dość bycia wykorzystywaną i opuściła go, 
próbowałam współpracować z Marshallem. Czy pani wie, co 

on zrobił z mojej ostatniej powieści? Płakać mi się chciało! 

- Załamała ręce. - Pojechałam więc za Liz. To wobec niej 

background image

1 5 0 WBREW WYROKOM LOSU 

jestem lojalna. I to ona potrafi wydobyć z pisarza to, co naj­

lepsze, a nie ten bęcwał. 

Mariann zamknęła oczy. Tak, widziała tę ostatnią powieść. 

Wspaniała. Dzięki temu, że 0'Brien zerwała z Lionelem. 
Och, czyli cały ten pościg za Mary był bez sensu. 

- To znaczy, że nie podkupiłeś jej? - spytała nieswoim 

głosem. 

- Nie. Elizabeth przeniosła się do Dieter Ringel z własnej 

woli, a pisarze z „Orbit" podążyli za nią. Lubią ją i mają 
wobec niej dług wdzięczności. Ja zresztą też. Ostrzegła mnie, 
że Lionel może coś knuć. Czuła się wobec mnie winna, gdyż 
wygadała się przed nim, że wcześniej przyjeżdżam do Buda­
pesztu, co starałem się trzymać w tajemnicy. Znając jego me­
tody postępowania, bała się, że on to wykorzysta i zastawi na 
mnie jakąś pułapkę. To niezwykle prawa i uczciwa kobieta. 
Wiedziałem, że mogę jej ufać. 

I wykorzystał! Mariann zerwała się z miejsca i zaczęła 

nerwowo krążyć po pokoju. Teraz wszystko jasne! Ta jasna 
peruka, robiąca z niej słodką i przystępną idiotkę. Bajeczka 
o uwiedzeniu żony. Przedwczesny przyjazd Vigadó. Telefon 
kontaktowy do agencji towarzyskiej. 

Marshall okłamał ją z całą premedytacją. Chciał się zem­

ścić na żonie i na autorach, którzy go opuścili i przeszli do 

konkurencyjnego wydawnictwa. Dlatego postanowił uderzyć 
w szefa firmy, który miał opinię podrywacza. Podesłał mu 
atrakcyjną dziewczynę, w nadziei, niepłonnej zresztą, że wy­
ląduje ona w łóżku Vigadó. Liczył na skandal, na to, że Dieter 
wyrzuci wiarołomnego zięcia z ciepłej posadki... 

Spełniła rolę przynęty. Wykorzystano ją. W obrzydliwy 

sposób. A Vigadó, ostrzeżony zawczasu przez Liz, podejrzę-

background image

WBREW WYROKOM LOSU  1 5 1 

wał ją od pierwszego momentu. Spodziewał się przecież, że 
Lionel będzie próbował go podejść. Ale nie zdemaskował jej 
od razu, tylko przystąpił do gry. Stała się bezwolnym pion­
kiem w rękach dwóch szczwanych, wytrawnych graczy. 

- Mężczyźni! - rzuciła z pogardą. 

Mary obserwowała ich uważnie. 

- Wiecie co, kochani? Sądzę, że powinniście sobie parę 

rzeczy wyjaśnić. Nie będę wam przeszkadzać. - Przystanęła 
na chwilę w drzwiach. - Byłabym zapomniała. Dzwonił nie­

jaki Istva'n Huszar. On i jego narzeczona, Tanya, zapraszają 

cię jutro na kolację. Zapraszają też siostrę Tanyi, niejaką Ma­
riann Evans. Domyślam się, że nie chodzi o panią, prawda? 
Tamta Mariann podobno jest z branży wydawniczej i współ­
pracuje z Vigadó na polecenie Marshalla. 

Gdy wyszła, spojrzeli sobie prosto w oczy. 

- Jedna z twoich sióstr ma na imię Tanya - odezwał się 

zmienionym głosem Vigadó. 

Wiedziała, że wszystko przepadło. Bez słowa pokręciła 

głową. 

Zerwał się na równe nogi. 
- A więc nadal pracujesz dla Marshalla! 
- Nie, ja nie wiedziałam! Nie waż się mnie tknąć! - za­

wołała z przestrachem. Pamiętała jego pogróżki, że jeśli jesz­
cze raz go oszuka, to gorzko pożałuje. Wiedziała, że w furii 

jest zdolny do wszystkiego. 

- Zrozumiałbym, gdybyś naprawdę była dziwką - syknął. 

- Ale ty jesteś gorsza! Przespałaś się ze mną z wyrachowania. 
Jesteś szpiegiem Lionela, chcieliście mnie zniszczyć! 

Mariann nie czekała na rozwój wypadków. W panice rzu­

ciła się do drzwi i wybiegła na zewnątrz. Biegła na oślep przed 

background image

1 5 2 WBREW WYROKOM LOSU 

siebie, potykając się w głębokim śniegu. Vigadó dopadł jej 
i z wściekłością pchnął. Upadłaby, gdyby nie pobliskie drze­
wo, którego zdążyła się chwycić. Dygocząc, oparła się o nie 
plecami. 

- Nie wiedziałam o planach Lionela, przysięgam! 
- Łżesz! - krzyknął jej prosto w twarz. - A ja, kretyn, zako­

chałem się w kobiecie pozbawionej wszelkich zasad! Nie dość, 
że szpiegujesz, to jeszcze puszczasz się na prawo i lewo! 

- Nieprawda! To byl mój pierwszy raz... - wyznała ze 

łzami w oczach. 

- Kłamiesz! 
- Nie! Lionel mnie oszukał! Powiedział, że mam znaleźć 

adres Mary, to wszystko. Nie miałam pojęcia o całej reszcie... 

- urwała nagle. - Czekaj, coś ty powiedział? Zakochałeś się 
we mnie? 

- Zapomnij o tym - warknął. - A raczej to ja pomogę ci 

zapomnieć. Teraz to ja się zemszczę. Tym razem nie będę taki 
miły. - Jego oczy zwęziły się niebezpiecznie. 

- Nie, nie krzywdź mnie! - krzyknęła rozpaczliwie. - Na­

prawdę byłeś moim pierwszym mężczyzną! 

Odpowiedział jej drwiący śmiech. 
- Daję słowo honoru! Spytaj Tanyi, Istva'na, oni mnie 

znają - przekonywała gorączkowo. - Mój ojciec jest pa­
storem... 

- Czyżby? - Podszedł do niej blisko, chwycił ją za ramio­

na i zaczął szarpać. Wydawało się, że oszalał z wściekłości. 

Mariann była śmiertelnie przerażona. Bała się jego gnie­

wu, gdyż wynikał on z rozpaczy i potwornego rozczarowa­
nia. Musiała go przekonać, inaczej stanie się coś strasznego, 
coś, co unieszczęśliwi ich oboje na całe życie. 

background image

WBREW WYROKOM LOSU  1 5 3 

- Przysięgam na pamięć mamy! - krzyknęła. - Tata jest 

pastorem! Zastanów się, przecież musiał mnie wychować 
w poszanowaniu pewnych wartości. Przypomnij sobie mój 
wstyd i mój strach, kiedy dochodziło do intymnych sytuacji. 
Czy to ci nie daje do myślenia? 

Vigadó znieruchomiał. Odetchnęła z ulgą, ale wiedziała, 

że to jeszcze nie koniec. Musi mu wyznać całą prawdę. On 
nie może o niej źle myśleć. Nie zniosłaby tego. 

- Zrozum, ja ci się oddałam z miłości. - Zarumieniła się 

na samo wspomnienie. - Nie potrafiłam się dłużej opierać... 
To było cudowne... Nie wiedziałam, że tak może być... 

Chciałam umrzeć w twoich ramionach... 

- Mariann, ty płaczesz? - Z wahaniem dotknął jej wilgot­

nego policzka. 

- Kocham cię - wyznała bezradnie. - Wiem, że źle na 

tym wyjdę, wiem, że mnie zdominujesz. Boję się. Ale nie 
mam wyboru. Chcę zostać z tobą, gdyż bez ciebie nic nie ma 

sensu. 

Porwał ją w ramiona i przytulił do siebie z całej siły. 
- Miłość! Ona zawsze przychodzi nieproszona, prawda? 

- Złożył czuły pocałunek na drżących ustach Mariann. - Ja 
też obawiałem się ciebie pokochać. Też nie zamierzałem tracić 
niezależności. A tu nagle okazało się, że zawładnęłaś mo­

im sercem. Cierpiałem na myśl o tym, że dotykali cię inni 

mężczyźni. Mógłbym ich zabić! Zachowywałem się jak nie­
poprawny romantyk. Marzyłem, że któregoś dnia wsunę ci na 
palec obrączkę, że urodzisz nasze dzieci, że zestarzejemy się 
razem... 

- Te marzenia przecież mogą się spełnić - wyszeptała ci­

chutko, jeszcze nie wierząc we własne szczęście. 

background image

1 5 4 WBREW WYROKOM LOSU 

- Wiem. Ja... Trudno byłoby mi opuścić Węgry... Ale 

jeśli chcesz, to zamieszkamy w Anglii, byś mogła opiekować 

się ojcem - dokończył mężnie. 

Teraz już nie mogła mieć najmniejszych wątpliwości. Do 

takiego wyrzeczenia zdolna jest tylko prawdziwa miłość. 

- Dziękuję ci. Ale wiem, że byłbyś nieszczęśliwy. Zostań­

my tutaj. Powinieneś pogodzić się z Evą i zajmować się Lindi, 
a ja mogę przecież odwiedzać tatę tak często, jak tylko zechcę.. 

- To w takim razie... czemu teraz płaczesz? 
- Z radości. Nie śmiej się ze mnie! - zawołała na widok 

jego rozbawionej miny, schyliła się i sypnęła mu śniegiem 

w twarz. 

- Ach, ty! - Vigadó przewrócił ją na ziemię i zaczął na­

cierać śniegiem. 

- No wiesz - powiedziała na poły ze śmiechem, na poły 

z oburzeniem. - To wcale nie jest romantyczne! 

Jednak wkrótce musiała zmienić zdanie. Udowodnił, że 

potrafi być niezwykle romantyczny. I wcale mu to nie prze­

szło po czarownej nocy spędzonej we dwoje. 

- Chciałbym złożyć u twoich stóp cały świat. - To były 

jego pierwsze słowa po przebudzeniu. 

- Wolałabym kanapkę z serem - zauważyła trzeźwo. 
Roześmiał się. 
- W takim razie musisz na nią zapracować - zażartował 

i przygarnął ją do siebie. 

Wieczorem spotkali się z Istva'nem i Tanyą, którzy również 

nie mogli się nacieszyć ich szczęściem. Mariann czuła, że 
rozkwita w atmosferze miłości. Przestała się jej bać. Zrozu­
miała, że Vigadó obdarzył ją prawdziwym uczuciem i że nie 

background image

WBREW WYROKOM LOSU  1 5 5 

ma mowy o żadnej dominacji, o żadnej walce. Były za to 
skrzydła u ramion, które mogły unieść wysoko, wysoko... 

- Teraz kolej na Sue - zaśmiała się perliście Tanya. 
- Nie licz na to - westchnęła z pewnym żalem Mariann. 

- Ona twardo stąpa po ziemi. 

- Dla miłości nie jest to żadną przeszkodą. Miłość potrafi 

zmienić nawet wyroki losu. - Vigadó z czułością pogłaskał 

jej płomiennorude włosy i wzniósł toast. - Za przeznaczenie. 

- Za przeznaczenie - uśmiechnęła się do niego w rozma­

rzeniu. - Obyśmy zawsze byli tak szczęśliwi jak teraz.