background image

Graham Masterton

Czerwona maska

The Painted Man

Przekład Piotr Kuś

background image

Dla Wiescki z najgorętszą miłością, jak zawsze

oraz dla

Grażyny i Tomasza Szponderów

z podziękowaniami

background image

Cud róży

Cud wydarzył się wczesnym wtorkowym popołudniem. Był to najmniejszy z możliwych 

cudów i wydawał się cudem szczęśliwym. Był jednak pierwszym spośród wielu cudów, które, 
w miarę jak upływał dzień, stawały się coraz mroczniejsze i bardziej przerażające — a cuda te 
były jak posągi, które odwracają głowy, i wanny do kąpieli, które wypełniają się krwią, i 
martwi ludzie, którzy kroczą ulicami.

Trzy ostrzeżenia

Był   drugi   tydzień   maja.   Molly   malowała   szkarłatną   różę,   po   której   łodydze   pełznie 

biedronka.   Do   jej   pracowni   weszła   Sissy   i   przez   kilka   minut   się   jej   przyglądała.   Molly 
siedziała przy otwartym oknie, przez co z podwórza wpadały do pracowni podmuchy ciepłego 
wiatru, a na książkę o ogrodnictwie, do której zerkała, padały promienie słońca.

Po drugiej stronie jej biurka stało okrągłe lustro. Odbijał się w nim obraz Molly oraz jej 

ręka, pieczołowicie malująca płatki róży cienkim sobolowym pędzelkiem. Na każdym palcu 
Molly   tkwił   srebrny   pierścionek;   nawet   na   kciuku.   Jej   paznokcie   pomalowane   były   na 
metaliczny błękitny kolor.

Miała na sobie także efektowny staromodny naszyjnik, właściwie bardziej podobny do 

bransoletki   z   wisiorkami   niż   do   naszyjnika.   Zwisały   z   niego   dzwoneczki,   maskotki   i 
gwiazdki, ozdobione kamieniami półszlachetnymi. Kiedy Molly malowała, naszyjnik migotał, 
błyszczał i czasami podzwaniał.

— Napijesz się jeszcze wina? — zapytała Sissy.
— Poproszę tylko o pół kieliszka. Kiedy wypiję za dużo, zawsze kręci mi się w głowie.
Sissy wróciła po chwili do pracowni z oszronionym kieliszkiem zinfandela i postawiła go 

na parapecie.

— To jest piękne. — Wskazała głową na różę.
Molly zamoczyła pędzelek w słoiku po galaretce owocowej, teraz pełnym mętnej wody.
— Nazywa się „Pan Lincoln” — powiedziała. — Ma wspaniały zapach. Szkoda, że nie 

mogę uprawiać ich w moim ogrodzie. Jednak wszystkie kwiaty, które próbuję wyhodować, 
niszczeją od jakiejś zarazy albo pożerają je gąsienice.

— Widzisz, być ogrodnikiem to jest tak, jakby być pielęgniarką — stwierdziła Sissy. — 

Twoje   rośliny   są   twoimi   pacjentami.   Jeśli   chcesz,   żeby   były   szczęśliwe,   potrzebują 
bezustannej opieki. Popatrz, ja na przykład śpiewam moim kwiatom.

— Śpiewasz do nich?
— A dlaczego nie? Moje pnące róże uwielbiają Schody do nieba. Problem jedynie w tym, 

że kiedy dochodzę do ostatniego wersetu, nie mogę złapać tchu.

— Nie powinnaś tyle palić.
Do pracowni przydreptał Pan Boots, czarny labrador Sissy. Różowy język zwisał mu z 

boku pyska.

— Hej, Panie, chyba chciałbyś pójść na spacer, co? — zapytała Sissy, targając go za uszy.  

— Cóż, na razie jest na to za gorąco, ale usiądziemy sobie w cieniu gdzieś na zewnątrz.

— Dołączę do was, jak tylko to skończę — powiedziała Molly. — Ostateczny termin 

dostarczenia ilustracji upływa w piątek.  Duszek Fifi w Krainie Kwiatów,  taki tytuł będzie 
nosiła książka. Powinnaś przeczytać tekst. Albo nie, jeśli nie chcesz się porzygać. „Duszek 
Fifi podskakiwał i tańczył wokół róż. Miał dzwoneczki na palcach rączek i nóżek”.

— Wszyscy święci, miejcie litość nad nami.

background image

W dniu, w którym  Trevor po raz pierwszy przywiózł  tutaj  Molly,  ona i Sissy zostały 

najlepszymi przyjaciółkami. Mimo że różnica wieku między nimi wynosiła około trzydziestu 
lat,   miały   wiele   wspólnych   cech:   były   spektakularnymi   bałaganiarami,   ubierały   się   jak 
cyganki, uwielbiały pić wino, przepowiadać przyszłość i słuchać hipisowskiej muzyki dzieci 
kwiatów z lat sześćdziesiątych. Hey, Mr Tambourine Man, często śpiewały chórem, starając 
się przekrzyczeć jedna drugą.

Połączyła  ich tak ciepła  więź, że potrafiły przesiadywać  razem  w jednym  pokoju, nie 

odzywając się do siebie długimi godzinami, a jedynie wymieniając krótkie uśmiechy, jakby 
dzieliły   pomiędzy   sobą   sekret,   którego   za   żadne   skarby   nie   zdradzą   nikomu,   nawet 
Trevorowi.

Już w szkole podstawowej Trevor narzekał, że Sissy wygląda i zachowuje się jak wróżka z 

wędrownej trupy. Miała zawsze rozwiane włosy, wielkie kolczyki i czarną suknię w pstrokate 
kwiaty.  Molly także   była   takim   swobodnym   duchem  i  Sissy  była   przekonana,  że  Trevor 
uwielbia ją między innymi dlatego, iż jest równie niekonwencjonalna jak jego matka.

Molly przypominała Sissy młodą Mię Farrow z czasów, gdy grała w Dziecku Rosemary, 

gdyż miała włosy jak drobne brązowe ogniki, twarz w kształcie serca — z niewiarygodnie 
wielkimi   brązowymi   oczami   —   oraz   piersi   jak   jabłka.   Jej   kipiące   energią   ciało 
podtrzymywały chudziutkie nogi i Sissy czasami odnosiła wrażenie, że ona sama wyglądała 
tak, kiedy była w jej wieku, a było to wtedy, gdy The Platters wypuścili na rynek Only You, 
jej ojciec odwoził ją po lekcjach w szkole średniej nowym jasnoniebieskim edselem.

Sissy wyszła na zewnątrz, na wybrukowane czerwonymi cegłami małe tylne podwórko, na 

którym stały terakotowe donice. Niebo było lekko zamglone, lecz bezchmurne, a wilgotność 
powietrza wynosiła znacznie powyżej osiemdziesięciu procent. Usiadła w cieniu winorośli, 
przed małym stolikiem ogrodowym z kutego żelaza, i położyła na nim paczkę marlboro oraz 
karty DeVane. Pan Boots ułożył się na ziemi u jej stóp, ciężko dysząc.

Przez otwarte okno zobaczyła w okrągłym lustrze odbicie Molly i pomachała do niej ręką z 

papierosem. Dym uniósł się ku niebu pomiędzy liśćmi winorośli.

Sissy   zaczęła   rozkładać   karty   DeVane.   Były   duże,   znacznie   większe   od   kart   tarota, 

powyginane   na   rogach,   ale   wciąż   jaskrawokolorowe.   Wyprodukowano   je   we   Francji,   w 
osiemnastym wieku i chociaż nazywano je „kartami miłości”, znajdowało się na nich także 
mnóstwo   tajemniczych   znaków,   zawoalowanych   złych   przepowiedni   i   omenów, 
zapowiadających zbliżające się nieszczęścia.

Karty   DeVane   mogły   równie   dobrze   przepowiedzieć,   że   młoda   dziewczyna   spotka 

wysokiego, przystojnego nieznajomego i zdecyduje się na ślub jeszcze przed końcem roku, 
jak i to, że samochód wiozący ją do ślubu dachuje na drodze prowadzącej do kościoła, a ona 
sama  ujdzie  z  życiem   z tego  incydentu,  ale  będzie  połamana   i  z  poparzeniami  trzeciego 
stopnia.

Tego popołudnia Sissy chciała zapytać kart, czy nadszedł już czas powrotu do Connecticut. 

W końcu przebywała już w Cincinnati od siedmiu tygodni i zaczynała podejrzewać, że Trevor 
jest już mocno zirytowany jej przedłużającym się pobytem tutaj.

Ułożyła   karty   w   tradycyjny   Krzyż   Lotaryński.   Następnie   wyłożyła   na   środku   Kartę 

Przepowiedni,   która   symbolizowała   ją   samą.   Karta   nazywała   się   La   Sybille   des   Salons, 
inaczej mówiąc, Przepowiadaczka z Salonu, i widniała na niej stara kobieta w czerwonym 
płaszczu   i   okularach   w   złotej   oprawie.   Sissy   potrafiła   układać   przepowiednie   już   od 
jedenastego roku życia i potrafiła tłumaczyć przyszłość ze wszystkiego, od liści herbaty po 
kryształowe kule. Nigdy sama sobie nie zadawała pytania, co jest źródłem tej umiejętności. 
Widzenie z wyprzedzeniem tego, co wydarzy się najbliższego poranka, było dla niej równie 
naturalne jak pamięć o tym, co wydarzyło się poprzedniego dnia nad ranem.

Pierwsza karta, którą odkryła, nazywała się Les Amis de la Table i przedstawiała czterech 

ludzi siedzących przy stole jadalnym, zastawionym pieczonymi bażantami, pieczenia wołową 

background image

i dużym łososiem, udekorowanym majonezem i plasterkami ogórka. Każdy z siedzących przy 
stole dysponował przynajmniej siedmioma różnymi sztućcami. Dla Sissy był to jasny znak, że 
tutaj,   gdzie   teraz   przebywa,   będzie   mile   widzianym   gościem   jeszcze   przynajmniej   przez 
kolejny tydzień.

Śliczna młoda kobieta siedząca u szczytu stołu trzymała w ręce owoc granatu i śmiała się. 

Śmiał   się   również   mężczyzna   siedzący   obok   niej.   Owoc   granatu   symbolizuje   czystość   i 
miłość — jako jedyny owoc, którego nie tykają robaki, ale jest także symbolem krwi, ze 
względu na kolor swojego soku.

Młoda kobieta i młody mężczyzna sprawiali wrażenie beztroskich, jednak blisko przy nich 

siedziała także starsza kobieta, a na jej twarzy malował się wyraz głębokiego zmartwienia. 
Lewą   dłoń   przyciskała   do   policzka   i   ze   zmarszczonym   czołem   patrzyła   na   czwartego 
biesiadnika, jakby się go bała. Nie można było jednak dostrzec jego twarzy, ponieważ miał na 
sobie szary płaszcz z wysokim kołnierzem, który nie zakrywał jedynie czubka jego nosa. 
Płaszcz przypominał trochę habit mnicha.

Przed tym czwartym człowiekiem stał lśniący półmisek. W półmisku odbijała się twarz 

mężczyzny, odbicie było jednak tak zniekształcone, że Sissy nie była w stanie określić, jak 
właściwie ten mężczyzna wygląda.

Oto   więc   czworo   towarzyszy   jadło   wieczorny   posiłek,   jeden   spośród   nich   był   jednak 

bardzo   tajemniczy,  a  jego  obecność  bez   wątpienia  niepokoiła   jednego   z  pozostałej  trójki 
biesiadników. W obrazie tym tkwił jeszcze jeden dziwny element: z kandelabru nad stołem 
zwisała czerwona róża, zawieszona kwiatem w dół.

Sissy odkryła następną kartę. Ukazała się La Blanchisseuse, Praczka. Karta przedstawiała 

młodą kobietę w białym kapturku wyciągającą z drewnianej balii białą suknię lub koszulę 
nocną. Młoda kobieta miała zamknięte oczy. Albo była bardzo zmęczona, albo bezwiednie o 
czymś marzyła, albo po prostu nie chciała patrzeć na okropności swojej pracy, balia bowiem 
po brzegi wypełniona była krwią. Koszula nocna także była niemal cała skąpana we krwi.

Wysoko pod sufitem znajdowało się małe okienko i do środka zaglądał przez nie jakiś 

mężczyzna. Najprawdopodobniej stał na drabinie. Miał uważne spojrzenie i czerwoną twarz, 
niemal tak czerwoną jak krew w drewnianym kuble. Ramę okna oplatały czerwone róże.

Sissy   bardzo   długo   wpatrywała   się   w   karty.   Pan   Boots   zdał   sobie   sprawę,   że   coś   ją 

zaniepokoiło, ponieważ podniósł głowę i jęknął żałośnie z głębi gardła.

— Co o tym myślisz, Panie Boots? — zapytała go Sissy, pokazując mu kartę. — Bo dla 

mnie to wygląda tak, jakby ktoś miał wkrótce odnieść poważne rany, a ktoś inny będzie 
próbował prać dowody.

Pan Boots warknął, tylko jeden raz. Sissy powoli położyła kartę z praczką na stoliku i 

sięgnęła po następną. Była jeszcze dziwniejsza. Nazywała się Le Sculpteur i przedstawiała 
młodego rzeźbiarza w pracowni. Rzeźbiarz był szczupły, miał długie włosy i sprawiał dziwne 
wrażenie,   że   jest   obojnakiem.   Z   powodzeniem   mogła   to   być   dziewczyna   w   chłopięcym 
ubraniu.

Rzeźbiarz wykuwał w bloku marmuru figurę nagiego mężczyzny. Postać wznosiła do góry 

obie ręce,  jakby się komuś  poddawała albo prosiła o zrozumienie.  Ręce  miały czerwony 
kolor, jakby broczyły krwią.

Na suficie pracowni wyryte były kwiaty róży.
— Ktoś odniesie ciężkie rany, a ktoś inny będzie zacierał ślady. Ale wygląda mi na to, że 

jakaś trzecia osoba stworzy obraz, który wskaże na prawdziwego sprawcę nieszczęścia. A 
więc… Kto spośród znanych nam osób mógłby to zrobić, Panie Boots?

Sissy zebrała karty i już miała zabrać je do domu, żeby pokazać Molly, kiedy kątem oka 

dostrzegła niewyraźną jaskrawoczerwoną plamę. Odwróciła się i w jednej z donic zobaczyła 
wysoką szkarłatną różę. Jej płatki przypominały tulipany. Po łodydze wędrowała biedronka.

Powoli podeszła do kwiatu, zdjęła okulary i przyjrzała mu się z bliska. Była całkowicie 

background image

pewna, że przedtem go tu nie było.

Powąchała kwiat, jednak nie miał żadnego zapachu.
— Molly!  —  zawołała,  za  pierwszym  razem  jednak za  cicho,   dlatego  powtórzyła:  — 

Molly!

—   Jestem   w   kuchni   —   odkrzyknęła   jej   Molly.   —   Przygotowuję   świeżą   wodę   do 

malowania.

— Zostaw wodę i chodź tutaj, szybko!
Molly ukazała się na werandzie.
— O co ci chodzi? Ja naprawdę muszę dokończyć tę ilustrację.
— Myślałam, że nie możesz uprawiać róż — powiedziała Sissy.
—   Nie   mogę.   Przecież   ci   mówiłam.   Jeśli   chodzi   o   prace   ogrodowe,   jestem   aniołem 

śmierci.

— A więc co to jest?
Molly wyszła boso do ogrodu. Z niedowierzaniem popatrzyła na różę, po czym roześmiała 

się i powiedziała:

— Oszalałaś, Sissy. Włożyłaś tę różę tutaj, żebym wyszła na idiotkę.
Sissy potrząsnęła przecząco głową.
— Popatrz tylko, Molly. To jest przecież ta sama róża, którą właśnie malujesz. Identyczna 

jest nawet ta biedronka.

Molly delikatnie ujęła kwiat za łodygę i lekko pociągnęła.
— Masz rację — powiedziała. Jej duże oczy zrobiły się jeszcze większe. — Wyrasta z 

ziemi. I to jest dokładnie ta sama róża. D o k ł a d n i e . Sissy, to jest niesamowite! Ona ma na 
płatkach kwiatu nawet ślady po pociągnięciu pędzlem.

— To niemożliwe — stwierdziła Sissy. Znowu powąchała różę. — Ale widocznie musi 

być możliwe. Przecież widzę tę różę i nawet czuję jej zapach.

— Musimy ją pokazać komuś jeszcze — zasugerowała Molly. — Może miałyśmy coś w 

sałatce.

— W sałatce? Na przykład co?
— Nie wiem. Bieluń albo coś takiego. Być może, jak to powiedzieć, mamy halucynacje.
— W jaki sposób bieluń mógł się dostać do naszej sałatki? Przecież widziałam, jak ją 

przygotowujesz.  Nie było  w niej  nic  oprócz rokietty,  młodej  cebuli,  plasterków buraka  i 
ugotowanych na twardo jajek.

—   Ale   przecież   ta   róża   nie   może   naprawdę   istnieć.   Ja   jej   nie   posadziłam,   ja   ją 

namalowałam!

— Może to jest cud? — zapytała Sissy.
— Sama w to nie wierzysz, prawda?
— Jeśli to nie jest cud, to co to może być innego? Może to znak od Boga?
— Dlaczego niby Bóg miałby przekazywać nam właśnie taki znak? Jeśli to Jego sprawka, 

co chce nam przez to powiedzieć? Że nie mamy uprawiać róż? Że wolno nam je wyłącznie 
malować?

— Może  to jest coś więcej  niż znak?  — zapytała  Sissy.  — Może to  ostrzeżenie?  — 

Uniosła   do   góry   karty   DeVane.   —   Właśnie   przepowiadałam   moją   najbliższą   przyszłość. 
Popatrz tylko na to: przy stole siedzą cztery osoby, jedna z nich wygląda tak, jakby stanowiła 
zagrożenie dla pozostałych trzech. A teraz to: praczka, wyżymająca zakrwawioną koszulę. I 
znowu: rzeźbiarz rzeźbi mężczyznę, który ma krew na rękach.

— Nie rozumiem. Co to właściwie ma znaczyć?
— Myślę,  że chodzi tutaj o coś, co nam się przydarzy,  albo o coś, w co się wkrótce 

nieświadomie wplączemy. Ktoś odniesie poważne rany, a może nawet zostanie zabity.

— Ale nie żadna z nas?
— Mam ogromną nadzieję, że nie. Ale ten rzeźbiarz… Myślę, że on przedstawia ciebie. 

background image

Niezależnie od tego, kto będzie odpowiedzialny za to zranienie lub morderstwo, to ciebie 
policja poprosi, żebyś naszkicowała jego portret.

Molly potrząsnęła głową.
— Daj spokój, Sissy, już od miesięcy policja nie prosiła mnie o żadne rysunki. Ostatni 

szkic wykonałam chyba w lutym, kiedy zgwałcono tę nauczycielkę w Summie Country Day 
School. Policja kryminalna preferuje dzisiaj komputery.

— Ale to wszystko jest przecież w kartach, Molly. A karty nie mają żadnego powodu, 

żeby kłamać.

— Wiesz co, być może powinnaś jeszcze powróżyć z liści herbaty, żeby mieć pewność. 

Karty pewnie nie kłamią, ale przecież mogły się pomylić, prawda?

— Molly, na wszystkich tych kartach są róże i one także coś znaczą, chociaż nie wiem co. 

A poza tym, co tutaj mamy, co tutaj rośnie, na naszych oczach?

Molly wyglądała na zdezorientowaną i zaniepokojoną.
— Posłuchaj — powiedziała. — Nie wiem, co o tym myśleć. Najlepiej zrobię, jak wrócę 

do środka i dokończę malowanie. A ty może spróbuj jeszcze raz z kartami, dobrze? Może tym 
razem powiedzą ci coś zupełnie innego? Coś mniej… rozumiesz, brrrr!

Sissy wzruszyła ramionami.
— Dobrze, mogę spróbować. Ale zapewniam cię, że znowu pokażą się te same karty albo 

inne, ale będą one znaczyły to samo. Zawsze tak się dzieje. To jest równie jasne jak to, że po 
nocy następuje dzień.

Molly wyciągnęła rękę w stronę kwiatka i przez moment Sissy myślała, że zamierza go 

zerwać. Ta jednak zawahała się i cofnęła dłoń, jakby zerwanie kwiatu mogło uczynić  go 
bardziej realnym.

— W sumie mogę ją tutaj zostawić — powiedziała. — Prawdopodobnie to jest jedyna 

róża, która wyrosła i kiedykolwiek wyrośnie w moim ogrodzie.

Posłała Sissy krótki, niepewny uśmiech i wróciła do domu. Sissy odwróciła się w kierunku 

winorośli.

— No, Panie Lincoln sprawdźmy,  czy przyszłość może się nam jednak ukazać trochę 

bardziej różowo. Albo trochę mniej.

Wygładziła sukienkę na udach, zamierzając usiąść, lecz nagle Molly znów ukazała się w 

drzwiach.

— Sissy? — Jej głos był bezbarwny jak zimna woda.
— Co się stało, Molly?
— Chodź, sama zobacz.
Sissy podążyła za nią do pracowni. Na biurku leżał podręcznik dla ogrodników, otwarty na 

róży odmiany „Pan Lincoln”. Wciąż stało na nim także okrągłe lustro oraz pudełko z farbami. 
Jednak kartka papieru rysunkowego, na którym jeszcze przed chwilą malowała różę, była 
zupełnie pusta.

Sissy wyjrzała przez okno. Na zewnątrz, w jaskrawych promieniach słońca, lekko chwiała 

się szkarłatna róża. Po jej łodydze wciąż pełzła biedronka. Sissy spojrzała na Molly.

—   Namaluj   coś   jeszcze   —   powiedziała.   —   Jeszcze   jedną   różę.   Albo   może   ptaka. 

Cokolwiek.

Czerwona winda

Jimmy jeszcze raz nacisnął guzik przywołujący windę i powiedział:
— Do diabła, co oni robią tam na górze? Wystygnie mi bagietka.
— Jakiś głupol pewnie zostawił otwarte drzwi — zauważył Newton. — Zawsze tak robią, 

kiedy przenoszą swoje meble z piętra na piętro. Nic ich nie obchodzi, że ktoś inny chce 

background image

szybko wrócić do biura.

Jimmy nacisnął przycisk i przytrzymał na nim palec, jednak wskaźnik położenia windy 

nadal pokazywał, że kabina stoi na piętnastym piętrze. Przy drzwiach kabiny zgromadziło się 
już pięciu  czy sześciu  urzędników  z  pojemnikami  zawierającymi  lunch  na  wynos  lub  ze 
styropianowymi   kubkami   z   kawą.   Pojawił   się   też   kurier   z   firmy   Skyline,   bezustannie 
pociągający  nosem,  dzierżący  pod  pachą   wielką   papierową  torbę,   która   mocno  pachniała 
cynamonowym chili.

— Cholera jasna, to się staje nie do zniesienia — mruknął księgowy w koszuli z krótkim 

rękawem, starający się utrzymać na neseserze trzy kartony pizzy La Rosa i trzy pojemniki z 
zupą. — Czy ktoś chciałby się przebiec tam na górę i sprawdzić, co się dzieje?

Jimmy położył dłoń na piersi i powiedział ze świszczącym oddechem.
— Przykro mi, stary, ale mam astmę. Piętnaście pięter by mnie zabiło. Newton, stary, a 

może ty tam pobiegniesz? Zaopiekuję się twoim hamburgerem.

Przy   windzie   pojawiło   się   trzech   kolejnych   urzędników,   a   każdy   miał   ze   sobą   porcję 

lunchu na wynos.

—   Cholerna   winda   znowu   nie   działa   —   wyjaśnił   im   księgowy   w   koszuli   z   krótkim 

rękawem, jakby to jeszcze nie było oczywiste.

W Giley Building, stojącym  w centrum Cincinnati, znajdowały się trzy windy,  jednak 

przez większość czasu działała tylko jedna z nich i nawet jeśli działała, jej drzwi zawsze 
zamykały  się samoczynnie  z takim impetem,  że Jimmy obawiał się, iż nigdy już się nie 
otworzą, a on sam utkwi w windzie jak w pułapce.

Giley Building powstał w niecałe  jedenaście miesięcy,  podczas Wielkiego Kryzysu  — 

wybudowało go kilkuset robotników marzących wówczas o jakiejkolwiek pracy. Ponad trzy 
lata   wcześniej   budynek   przeznaczono   do   wyburzenia,   ale   miejscowi   konserwatorzy 
przeprowadzili   skuteczną   walkę   w   obronie   jego   fasady   w   stylu   charakterystycznym   dla 
architektury włoskiej, wykonanej z brązowych cegieł, oraz jego ponurego holu z brązowego 
marmuru, ozdobionego płaskorzeźbami przedstawiającymi  historię Cincinnati, na przykład 
przypłynięcie pierwszego statku rzecznego, zbudowanie pierwszego mostu na filarach ponad 
rzeką Ohio czy wreszcie otwarcie pierwszej fabryki mydła przez firmę Procter & Gamble.

Obecnie   budynek   zajęty   był   mniej   więcej   w   dwóch   trzecich.   Wiele   pięter   było 

opustoszałych. Na korytarzach odbijało się echo, walały się przewrócone krzesła i tablice 
informacyjne, wciąż pełne przypiętych do nich żółtych karteczek.

— Szlag by to trafił — westchnął Newton.
Podał jednak Jimmy’emu pudełko z hamburgerem White Castle i ruszył w kierunku klatki 

schodowej.   W   tej   samej   chwili,   w   której   złapał   za   klamkę   prowadzących   na   nią   drzwi, 
rozległo   się   ciche   „bang”   i   na   wskaźniku   położenia   windy   zaczęły   się   zmieniać   cyferki. 
Najpierw ułożyły się w liczbę 14, potem szybko w 12.

—   Alleluja!   —   zawołał   księgowy.   Pozostali   urzędnicy   zdobyli   się   tylko   na   cyniczny 

rechot.

Newton wrócił po swojego hamburgera.
—   Zamierzam   zmienić   pracę,   człowieku   —   powiedział.   —   Chciałbym   pracować   w 

budynku, w którym windy bezawaryjnie jeżdżą w dół i do góry, w którym naprawdę działa 
klimatyzacja i w którym połowy biur nie zajmują duchy.

Przypomniał sobie, jak słyszał ludzi spacerujących późno wieczorem po pustych piętrach, 

głosy, zwielokrotniane przez echo, i dzwonki telefonów, których nikt nie odbierał.

— Stary, chyba oszalałeś — odparł Jimmy. — Przecież doskonale wiesz, że nie ma czegoś 

takiego jak duchy.

— Naprawdę? A jak myślisz, dokąd udają się ludzie po śmierci?
— Donikąd. Kiedy ktoś umrze, to jest tak, jakby wyłączono jakieś światełko, którego już 

nikt nigdy nie włączy z powrotem. I powiem ci jeszcze, że gdyby nawet po śmierci ludzie 

background image

dokądś się udawali, z całą pewnością nie przychodziliby do jakichś tam biur.

— A już na pewno nie ja — wtrącił się księgowy. — Kiedy ja umrę, pójdę sobie do Vegas.
Wskaźnik położenia windy przez cały czas podzwaniał, a tymczasem ta sunęła coraz niżej, 

aż   wreszcie   dotarła   do   holu.   Urzędnicy   zbili   się   przed   jej   drzwiami   w   ciasnym   kręgu, 
czekając, aż się otworzą.

I kiedy to się wreszcie stało, wszyscy odruchowo postąpili krok do przodu. Natychmiast 

jednak   cofnęli   się   o   krok,   ponieważ   postać   w   windzie   niespodziewanie   osunęła   się   na 
podłogę.

— Jezu! — zawołał Jimmy.
— O mój Boże — wyjąkała kobieta za jego plecami.
Na środku windy leżała twarzą do podłogi młoda kobieta, a pod jej ciałem spoczywał 

jeszcze mężczyzna w średnim wieku. Leżał na boku, plecami zwrócony do drzwi. Kobieta 
ubrana   była   w   kremowy   kostium,   a   mężczyzna   miał   na   sobie   jasnoniebieską   sportową 
marynarkę, ale ich ubrania pokrywała krew. Zresztą była nią zbryzgana cała kabina windy, od 
podłogi aż po sufit. Na lustrach widać było mnóstwo krwawych odcisków dłoni.

Najbardziej przerażające było jednak to, że z prawego ramienia młodej kobiety wystawał 

wielki nóż kuchenny.

Księgowy bez chwili wahania odłożył na bok neseser z ułożonymi na nim kartonami z 

pizzą i pojemnikami z zupą.

— Dzwońcie pod dziewięćset jedenaście! — zawołał. Wszedł do windy i przyłożył dwa 

palce do tętnicy szyjnej młodej kobiety. — Ona żyje! Pomóżcie mi.

Jimmy oddał pudełko z lunchem Newtonowi i także wszedł do windy. Jej podłoga była tak 

śliska od krwi, że stracił równowagę i niemal się przewrócił.

— Niech mi pan powie, co mam robić — poprosił księgowego.
— Wynieśmy ją stąd, tylko delikatnie. Połóżmy ją na podłodze, na boku. Czy ktoś już 

dzwonił   na   dziewięćset   jedenaście?   Potrzebne   nam   są  koce,   prześcieradła,   cokolwiek,   co 
pomoże podtrzymać  ciepłotę jej ciała. I trzeba sprawdzić, gdzie została ugodzona nożem. 
Jeżeli ma uszkodzone arterie, musimy założyć opatrunek uciskowy.

— Nie powinniśmy wyciągnąć noża? — zapytał Jimmy.
— Nie, niech lepiej zostanie, gdzie jest. Wyciągną go ratownicy. Wiele osób ugodzonych 

nożem umiera dlatego, że ktoś niefachowo wyjmuje nóż z rany.

Księgowy i Jimmy wspólnie wyciągnęli kobietę z windy i ułożyli ją na podłodze. Uklękła 

przy niej jakaś niemłoda sekretarka o matczynym wyglądzie, po czym rozpięła jej kamizelkę i 
bluzkę, próbując znaleźć rany od noża.

— A co z nim? — zapytał Jimmy.
Księgowy jedynie popatrzył na mężczyznę w windzie i potrząsnął głową.
— Wygląda na to, że otrzymał cios prosto w serce. A także kilka ciosów w płuca.
— Niewiarygodne — odezwał się Newton. — Cholernie niewiarygodna sprawa.
Niespodziewanie odezwała się sekretarka.
— Myślę, że ta młoda dama miała sporo szczęścia. Ma niegroźne rany na plecach i na 

dłoniach. Zapewne ciężko walczyła o życie.

Jimmy ukląkł obok kobiety. Jej oczy koloru orzechów laskowych były otwarte, chociaż 

zdawały się niczego nie widzieć. Miała około dwudziestu pięciu lat, jasnobrązowe włosy 
związane w długi koński ogon, teraz pozlepiany krzepnącą krwią. Na jej czole i prawym 
policzku widniały krwawe odciski palców.

— Nic pani nie jest? — zapytał ją Jimmy.
Młoda   kobieta   nie   odpowiedziała   mu,   widać   było   jednak,   że   oddycha,   a   jej   wargi 

nieznacznie się poruszyły.

— Wszystko będzie dobrze — kontynuował Jimmy. — Obiecuję, wyjdzie pani z tego.
Zgromadzeni   przed   windą   usłyszeli   syreny   radiowozów   i   ambulansów   docierające   z 

background image

zewnątrz i po chwili hol budynku zalały refleksy czerwonego i niebieskiego światła.

Jimmy wstał. Podszedł do niego księgowy w koszuli z krótkimi rękawami i powiedział:
— Dobra robota, synu. Dziękuję.
— Co  pan  mówi,  przecież  ja  nic  nie  zrobiłem.   To  głównie  pan jej   udzielił  pierwszej 

pomocy.

—   Widzisz,   służyłem   kiedyś   w   Marines.   W   Iraku.   Możesz   mi   wierzyć,   mam 

doświadczenie, widziałem mnóstwo ludzi z ranami na całym ciele.

— Cholera jasna! — zawołał  Newton. — Ten, kto na nich napadł, wciąż jest w tym 

budynku,   prawda?   Przecież   nie   zszedł   po   schodach!   A   jeśli   nie,   to   nie   ma   żadnej   innej 
możliwości, żeby się wydostał na zewnątrz.

— Chyba że wyskoczył z piętnastego piętra — powiedział księgowy ponuro.

Ogród rzeczy niewytłumaczalnych

Kiedy detektyw Kunzel zadzwonił do drzwi, był już wieczór i większość ogrodu skrywał 

mrok. Sissy i Molly nadal siedziały pod pnączami winorośli. Popijały wino i wpatrywały się 
w ogród z mieszaniną trwogi i niedowierzania, ale również z uwielbieniem, ponieważ w tym, 
co się wydarzyło, było tak wiele magii.

W trakcie popołudnia Molly namalowała jeszcze pięć róż w różnych kolorach, od maślanej 

żółci   po   najciemniejszą   purpurę.   Namalowała   także   czerwoną   malwę,   słonecznik   i   białą 
stokrotkę. A teraz te kwiaty kwitły w ogrodzie, chyląc się w podmuchach słabego wiatru, 
równie prawdziwe, jak gdyby rosły tutaj od momentu zasiania albo posadzenia.

— Jak myślisz, jak to się dzieje? — zapytała Molly. — Czy to jest jakiś miraż? Czy to jest 

optyczna iluzja, mimo że przecież możemy tych kwiatów dotknąć?

Sissy wydmuchnęła dym z papierosa.
— Jeśli o mnie chodzi, kochanie, uważam, że o wiele ważniejsza jest odpowiedź, dlaczego 

tak się dzieje niż jak. Takie rzeczy nigdy nie zdarzają się bez powodu. A przynajmniej ja nie 
widziałam czegoś takiego w całym moim długim i pełnym doświadczeń życiu.

Były świadkami cudu. Po tym, jak Molly namalowała różę, cofnęły się od stołu i obie 

patrzyły, jak kwiat stopniowo znika z papieru, jakby papier szybko blaknął w padających na 
niego promieniach słońca. Jednocześnie wypatrywały przez okno i widziały, jak ta sama róża 
materializuje   się   w   jednej   z   donic,   początkowo   mała   i   słaba,   ale   z   każdą   chwilą   coraz 
mocniejsza. W końcu była już na tyle duża, aby można ją było zerwać albo powąchać. Jej 
kolce naprawdę kłuły, przebijały skórę i sprawiały, że pojawiała się na niej krew.

Tak   samo   było   z   każdym   następnym   kwiatem   i   z   chrząszczem.   Molly   nie   chciała 

namalować ptaka w obawie, że powstanie twór anatomicznie niepoprawny i nie będzie mógł 
latać.

Sissy jeszcze raz rozłożyła karty DeVane i poprosiła je, żeby dokładniej wyjaśniły cud. 

Tym razem jednak karty okazały się niezwykle enigmatyczne i trudne do interpretowania. 
Kiedy zachowywały się w taki sposób, Sissy zawsze narzekała, że mamroczą.

Ostatnią   kartą   była   La   Sourde–Muette,   Głuchoniema.   Przedstawiała   młodą   kobietę, 

przyodzianą jedynie w przepaskę na biodrach splecioną z różowych róż. Jeden palec trzymała 
na   ustach,   a   dłoń   drugiej   ręki   zwinęła   przy   prawym   uchu,   jakby   wysilała   się,   żeby   coś 
usłyszeć.   Stała   nad   brzegiem   ciemnego   jeziora,   po   którym   pływały   trzy   nieme   łabędzie. 
Druga   strona   jeziora   porośnięta   była   rzędem   drzew,   wśród   których   skrywał   się   nagi 
mężczyzna. Jego skóra była bardzo biała, jakby z marmuru, obie ręce miał jednak szkarłatne.

— Na Boga, co tam robi ten mężczyzna? — zapytała ją Molly.
— Nie wiem. Być może ta karta oznacza, że nie powinnyśmy zadawać zbyt wielu pytań. 

Przynajmniej na razie. Łabędzie są symbolem cierpliwości, ale także symbolem tragicznej 

background image

śmierci. I popatrz na tę postać, niczym posąg w pracowni rzeźbiarza. No i jeszcze więcej róż. 
To wszystko jest bardzo dziwne.

— Myślałam, że karty powinny wyjaśniać sprawy, a nie komplikować je jeszcze bardziej.
— Nie zawsze tak jest — odparła Sissy. — Od czasu do czasu mawiają, że nie mogą 

niczego   powiedzieć.   Zwykle   znaczy   to,   że   czeka   na   ciebie   sześć   albo   siedem   różnych 
możliwych   dróg   przyszłości,   a   karty   nie   są   w   stanie   zdecydować,   którą   z   tych   dróg 
przyszłości pójdziesz.

— Ale ja myślałam,  że całe moje życie zostało dokładnie zapisane i zaplanowane, od 

chwili, w której się urodziłam. Rozumiesz, jak karma.

— Och, nie. Całkowicie się mylisz. Zawsze masz jakiś wybór! Zdarzają się jednak w życiu 

decydujące   momenty,   kiedy   całą   przyszłość   może   zmienić   pojedyncze   przypadkowe 
wydarzenie. Na przykład zaśpisz na autobus albo akurat pada deszcz, twoja torba na zakupy 
całkowicie przemokła i pękła i pewien niezwykle atrakcyjny nieznajomy pomaga ci pozbierać 
zakupy   z   chodnika.   Przypomnij   tylko   sobie,   jak   spotkałaś   Trevora   w   Chidlaw   Gallery. 
Poszedł tam tylko po to, żeby zmienić im sumę ubezpieczenia.

Molly pokiwała głową i uśmiechnęła się.
— Po pierwszej rozmowie z nim pomyślałam: „Jaki przystojny facet, a mimo to nadęty 

nudziarz”. Ale potem popatrzył na któryś z moich obrazów i powiedział: „To nadzwyczajne, 
jakby zaraz miało ożyć”, a przecież nawet nie wiedział, że ja to namalowałam.

— No właśnie — przytaknęła Sissy. — W takich momentach karty zdają się czekać na to, 

aby   jeszcze   jeden   element   układanki   wskoczył   na   właściwe   miejsce,   i   dopiero   wtedy  są 
gotowe powiedzieć, co ci się wkrótce przydarzy. — Dopiła wino i dodała: — Karty DeVane 
to   jednak   nie   tylko   przepowiadanie   przyszłości.   One   są   jak   klucz   do   wszystkich 
niewytłumaczalnych zdarzeń, jakie dzieją się w życiu. Dlaczego się rodzimy?  Po co tutaj 
jesteśmy? Ta rudowłosa kobieta, którą widziałam w ubiegłym tygodniu w Fountain Square… 
dlaczego ona płacze? Dlaczego Frank umarł tak młodo i zostawił mnie samą na tak długo?

— Jak to się dzieje, że maluję róże, które później rosną żywe w moim ogrodzie?
Sissy wzięła do ręki pusty kieliszek.
— Ha! Chciałabym ci na to odpowiedzieć. Ale może mogłabyś namalować dla nas jeszcze 

jedną butelkę zinfandela?

Zadzwonił dzwonek przy drzwiach.
— Chyba nikogo się nie spodziewasz, prawda? — zapytała Sissy.
—   To   prawdopodobnie   Sheila,   chce   mi   zwrócić   formę   do   pieczenia.   Nie   rozumiem, 

dlaczego jej sobie nie zatrzyma. Jeśli chodzi o wypieki, jestem jeszcze gorsza od ciebie.

— Moja droga, nie ma nikogo, kto byłby gorszy ode mnie w pieczeniu ciast. Kiedykolwiek 

się do tego zabierałam, w moim domu omal nie dochodziło do pożaru.

Molly   weszła   do   domu.   Sissy   wzięła   do   ręki   kolejnego   papierosa,   jednak   Pan   Boots 

przechylił łeb z dezaprobatą, co sprawiło, że wsunęła papierosa z powrotem do paczki.

— I ty mi mówisz, że nie chowa się w tobie duch Franka — odezwała się do psa. Pochyliła 

się do przodu tak mocno, że jej twarz znalazła się niemal przy pysku psa, i powiedziała: — 
Jeśli   tam   jesteś,   Frank,   obiecuję   ci,   że   z   tym   skończę.   Zacznę   nawet   żuć   gumę 
antynikotynową.

Molly wróciła do ogrodu w towarzystwie dwóch mężczyzn. Jeden z nich miał szerokie 

ramiona i był niski, krępy, z włosami ostrzyżonymi na jeża i oczami osadzonymi blisko siebie 
jak porzeczki w cieście. Ubrany był w beżową marynarkę, stanowczo zbyt na niego ciasną w 
klatce piersiowej, oraz w zieloną koszulę, która robiła wrażenie, jakby nierówno pozapinano 
jej guziki. Jego wielki brzuch zwisał ponad paskiem spodni.

Za nim stanął chudy osobnik o celowo zmierzwionych  włosach i twarzy przystojnego 

gryzonia. Sprawiał wrażenie  wiecznie  zniecierpliwionego.  Ubrany był  w czarną markową 
koszulę, w której kieszeni na piersiach trzymał drogie okulary przeciwsłoneczne.

background image

Molly podprowadziła dwóch mężczyzn do altany.
— Sissy, to jest detektyw Mike Kunzel, a to detektyw… Przepraszam, jak brzmi pańskie 

nazwisko?

— Bellman, Freddie Belłman.
— Przyłapaliście mnie na rozmowie z moim zmarłym mężem — powiedziała Sissy. — 

Sądzicie panowie pewnie, że postradałam zmysły.

Detektyw Kunzel popatrzył na Pana Bootsa i odparł:
— Ależ skąd, proszę pani. Miałem kiedyś sukę labradora o najgorszym charakterze, jaki 

można sobie wyobrazić, i byłem  w stu procentach przekonany,  że posiadł ją duch mojej 
zmarłej teściowej, świeć panie nad jej duszą.

— Jak się masz, Mike? — zapytała Molly. — Jak się ma Betty? Wciąż śpiewa w zespole 

Footlighters?

—   Betty   ma   się   doskonale,   dziękuję.   Właśnie   otrzymała   rolę   Milly   w  Siedmiu 

narzeczonych dla siedmiu braciA Goin’ Courtin’ utkwiło mi w głowie na długie tygodnie.

— Jezu… Mnie też… — zaczął Bellman, ale zaraz przywołał na twarz krótki, krzywy 

uśmiech, żeby pokazać, że nie zamierzał nikogo obrazić.

— Co więc mogę dla ciebie zrobić, Mike? — zapytała Molly. — Napijecie się czegoś, 

panowie? Może lemoniady? Albo soku porzeczkowego? A może po małym piwku?

— Gdybym nie był na służbie, Crayola, z wielką przyjemnością wypiłbym kufel piwa, 

zimnego jak lód. Jednakże muszę podziękować. Przyjechałem poprosić, żeby pojechała pani 
ze mną do Szpitala Uniwersyteckiego i wykonała rysunek pewnej osoby.

Molly natychmiast popatrzyła na Sissy, a wyraz jej twarzy mówił wszystko: „Mój Boże, 

twoja karta z rzeźbiarzem to przewidziała, zaledwie kilka godzin temu. Zaraz jednak spojrzała 
ponownie na detektywa Kunzela i powiedziała:

— Myślałam, że w tych czasach jesteście już całkowicie skomputeryzowani.
— Prawie całkowicie. Ale porucznik Booker pomyślał, że pani będzie najlepsza do tej 

konkretnej roboty,  ze względu na to, jak pani potrafi zadawać pytania  świadkom. Mamy 
młodą   kobietę,   która   dziś   w   porze   lunchu   została   zaatakowana   w   Giley   Building.   Jakiś 
szaleniec z nożem dopadł ją w windzie i zadał jej trzy ciosy nożem w plecy. Przeżyła atak, 
jednak w windzie był z nią jeszcze jeden facet, który nie miał już tyle szczęścia. Kobieta jest 
zszokowana, bardzo zestresowana, a tymczasem w windach w Giley Building nie ma kamer 
przemysłowych   i   dlatego   tylko   na   podstawie   jej   zeznania   możemy   odtworzyć   wygląd 
napastnika. Chcemy to zrobić jak najszybciej. To dlatego porucznikowi Bookerowi zależy na 
kimś, kto potrafi rysować i właściwie stawiać pytania. Rzecz jasna, tylko pani przyszła mu do 
głowy, nikt inny.

— Miło to słyszeć. Z przyjemnością pomogę. Mam z wami zaraz jechać?
— Zawieziemy panią, jeżeli pani pozwoli. Po drodze przedstawię pani wszystkie ponure 

szczegóły.

— Czy ktoś jeszcze widział zabójcę? — zapytała Sissy.
—   Nie,   proszę   pani.   Ta   młoda   kobieta   to   jedyny   naoczny   świadek.   Przeszukaliśmy 

budynek od dołu do góry, wszystkie dwadzieścia trzy piętra, i wciąż nie mamy pewności, w 
jaki sposób udało się mu uciec. Jednak w tym budynku pracuje siedemset siedemdziesiąt pięć 
osób, więc raczej nie miał trudności, żeby zniknąć w tłumie.

— On albo ona — poprawiła go Sissy.
— Tak, oczywiście. Nie mamy jednak raczej do czynienia z atakiem, do jakiego zdolna 

byłaby kobieta.

— Pewnie nie, jeśli waszej młodej kobiety i zmarłego mężczyzny nie łączył romans i nie 

zaatakowała ich zazdrosna żona.

— Nie brak pani wyobraźni — stwierdził detektyw Kunzel. — Na razie jednak najlepiej 

trzymajmy się sprawdzonych faktów.

background image

— Czasami fakty potrafią oszukiwać — zaprzeczyła mu Sissy. — Potrzebuje pan raczej 

spojrzenia wewnętrznego.

— Moja teściowa przepowiada przyszłość — wyjaśniła Molly. — Jest bardzo dobra… 

praktycznie potrafiłaby przepowiedzieć, co wybierze pan jutro na deser.

Detektyw Kunzel starał się sprawić wrażenie, iż bardzo mu to zaimponowało.
— O kurczę. Taki talent moglibyśmy wykorzystać. Pozwoli pani, że się z nią skontaktuję, 

jeśli   ta   sprawa   zabrnie   w   swego   rodzaju   martwy   punkt?   Albo   jeżeli   będę   potrzebował 
pewniaka na derby Kentucky?

— Staje się pan sarkastyczny, detektywie. Ale niech się pan nie martwi, jestem do tego 

przyzwyczajona. Mój zmarły mąż był detektywem w Policji Stanowej stanu Connecticut i 
także odnosił się sceptycznie do kwestii przepowiadania przyszłości. Będę jednak niezwykle 
szczęśliwa,   jeśli   zechce   pan   skorzystać   z  mojej   pomocy.   Jeśli   wypowie   pan   takie   proste 
słówko, „proszę”.

— Proszę?
Sissy doskonale sobie zdawała sprawę, że takie „proszę?” jest właściwym tylko dla ludzi z 

Cincinnati zapytaniem „słucham?” albo „nie zrozumiałem”, jednak udała, że tego nie wie.

— No — odezwała się. — Nareszcie przeszło to panu przez gardło.
W tym momencie na podwórku pojawił się Trevor, trzymając za rękę Victorię. Pierwsza i 

jedyna wnuczka Sissy miała obecnie dziewięć lat. Była bardzo szczupła, miała — jak jej 
matka — wielkie brązowe oczy oraz długie ciemne włosy, splecione w warkocze. Ubrana 
była w różową koszulkę bez rękawów, białe krótkie spodenki i olśniewająco różowe adidasy.

Trevor   był   bardzo   podobny   do   swojego   zmarłego   ojca.   Miał   falujące   czarne   włosy   i 

niebieskie oczy, chociaż jego twarz była bardziej okrągła i nie tak ostro wyrzeźbiona jak 
twarz   Franka,   no   i   Trevor   nie   odziedziczył   po   Franku   zdolności   do   błyskawicznego 
przywoływania na nią zaraźliwego uśmiechu. Poza tym nie przejawiał żadnych skłonności, by 
wstąpić, śladem ojca, w szeregi policji. Był od niego bardziej powściągliwy i ostrożny, wolał 
starannie kalkulować ryzyko, niż je podejmować. Miał na sobie niebieską koszulę w kratę i 
starannie uprasowane spodnie khaki.

— Hej, Mike! — zawołał. — Co tutaj robisz, stary?
Detektyw Kunzel przybił z nim piątkę.
— Cześć, Trevor. Przepraszam cię, ale wpadliśmy, żeby pożyczyć na godzinę lub dwie 

twoją utalentowaną żonę.

— Co się stało? Ktoś zaginął?
—  Zabójstwo.  Zasztyletowano  kogoś  dziś  rano  w  Giley  Building.  Mamy   jedną   ofiarę 

śmiertelną i jedną ciężko ranną.

— Słyszałem o tym, kiedy jechałem, żeby odebrać Victorię z lekcji. Chryste.
— Wiecie co? Zabiorę Victorię do domu i dam jej coś do picia — powiedziała Sissy. — 

Jak przebiegła lekcja tańca, Victorio?

— Było okropnie! Przez cały czas obracałam się w złą stronę.
Sissy wzięła ją za rękę i zaprowadziła do kuchni.
— Ja także tak tańczyłam na początku. Bez przerwy obracałam się w złą stronę. W gruncie 

rzeczy spędziłam w ten sposób całe życie.

Victoria usiadła przy dużym sosnowym stole i Sissy nalała jej do szklanki mleka o smaku 

truskawkowym.

— Zjesz coś słodkiego?
— Nie wolno mi przed kolacją.
—   Twoja   mama   musi   dziś   wieczorem   trochę   popracować   dla   policji,   myślę   więc,   że 

wszyscy pójdziemy na kolację do miasta, a jeśli nie je się kolacji w domu, można zjeść 
wcześniej   coś   słodkiego,   żeby   mieć   siły   na   czekanie,   zanim   kelner   przyniesie   to,   co   się 
zamówiło. Co powiesz na wypad do Blue Ash Chili i na taką wielką kanapkę z kurczakiem i 

background image

serem?

Oczy Victorii rozszerzyły się.
— Naprawdę?
— No jasne. Najwyższy czas, żebyśmy zjadły coś niezdrowego.
Sissy  właśnie   szła   do   pokoju   dziewczynki,   żeby   przynieść   jej   ubranie,   kiedy   Victoria 

odezwała się:

— Babciu… Upuściłam jedną z twoich kart.
Sissy popatrzyła na ziemię. Jedna z kart DeVane wysunęła się z talii, jednak zamiast upaść 

płasko, utkwiła pod kątem prostym w szparze pomiędzy deskami podłogowymi.

— Co za przypadek, prawda? Jestem pewna, że już nigdy bym tego nie powtórzyła.
Sissy wahała się przez chwilę, po czym wyjęła kartę ze szpary i popatrzyła na nią przez 

szkła okularów.

Une Jeune Filie Tombante, Upadająca Młoda Kobieta. Na karcie widniała dziewczyna w 

żółtej sukience wpadająca do studni. Ręce miała uniesione, jakby ktoś trzymał ją za nie, i 
puścił, a na jej twarzy wymalowane było skrajne przerażenie. Ponad nią jakiś mężczyzna w 
przekrzywionym berecie uśmiechał się, patrząc, jak dziewczyna leci w dół. Rzucał za nią 
róże, jakby jej upadek stanowił swego rodzaju przedstawienie. Pod dziewczyną, do połowy 
zanurzony w najciemniejszych czeluściach studni, widoczny był czarny potwór. Wypatrywał 
ku niej wyczekująco. Miał obnażone kły i szpony gotowe, żeby rozerwać jej suknię.

Sissy patrzyła  na kartę ze zmarszczonym  czołem.  Kilkakrotnie  postukała  nią w stolik. 

Przecież jesteś tylko kartą, pomyślała. Nie staraj się mnie przechytrzyć.

— Babciu? — zapytała Victoria.
— O co chodzi, kochanie?
— Co się stało, babciu? Chyba to nie była straszna karta, co?
—   Oczywiście,   że   nie.   Właściwie   to   była   sympatyczna   karta.   Z   małą   dziewczynką, 

wskakującą do jakiejś wody. Cóż, być może znaczyła, że mama i tata zabiorą cię na wakacje.

Sissy jednak podejrzewała, że karta jest kolejnym ostrzeżeniem, szczególnie dlatego, że 

przyciągnęła   jej   uwagę   w  taki   niecodzienny   sposób.   Jakim   cudem   karta   mogła   spaść   na 
podłogę   w   taki   niezwykły   sposób   i   w   niej   po   prostu   utkwić?   Bez   wątpienia   było   to 
ostrzeżenie, że gdzieś bardzo blisko znajduje się ktoś krwawy i gwałtowny i że objawi się 
raczej prędzej niż później. Dziewczyna wpadająca do studni. Czarny potwór czekający, żeby 
rozerwać ją na strzępy.

— Tato obiecał, że nas zabierze do Disney Worldu — powiedziała Victoria z kawałkiem 

domowego ciasta w buzi.

— To by było wspaniale, prawda? — Sissy uśmiechnęła się.
Położyła dłoń na głowie Victorii. Une Jeune Filie Tombante. Świat dna studni był zupełnie 

innym światem, takim, w którym potwory mogły oddychać, w którym jednak ludzie tonęli. 
Karty mówiły, że cokolwiek się zbliża, nadchodzi z zupełnie innego i dziwnego miejsca — 
miejsca refleksów i cieni, gdzie wszystko jest na opak, gdzie w pustych pokojach do późna w 
nocy rozlegają się podniesione głosy.

Do domu weszła Molly. Kunzel, Bellman i Trevor weszli za nią.
— Do zobaczenia, Sissy — powiedziała Molly. Z oparcia jednego z krzeseł zdjęła zielony 

szydełkowy sweter i włożyła go. — Nie wiem, jak długo mnie nie będzie. Zapewne przez 
dwie lub trzy godziny, to zależy. Zajmiesz się moją dwójką, prawda?

— Och, oczywiście — zapewniła ją Sissy. — Zajmę się nimi jak należy, bądź spokojna. 

Nakarmię, przeczytam bajkę na dobranoc i przypilnuję, żeby umyli zęby, zanim położą się 
spać.

— Ha! — zawołał z rozbawieniem detektyw Kunzel.
— Mamo — jęknął Trevor w proteście. — Na miłość boską, dałabyś spokój.

background image

Czerwona Maska

Jane   Becker   umieszczono   w   separatce   niedaleko   Oddziału   Chirurgii   Urazowej.   Kiedy 

Molly   szła   korytarzem,   jedno   ze   świateł   fluorescencyjnych   mrugało,   przez   co   odniosła 
wrażenie,   że   znajduje   się   wśród   dekoracji   do   jednego   z   tych   nieznośnych   japońskich 
horrorów, na przykład The Ring.

Na krześle przy drzwiach siedział umundurowany policjant, czytając „Cosmopolitan”.
— Niczego innego nie było pod ręką — wyjaśnił, kiedy Molly uśmiechnęła się na ten 

widok.

— Kiedy przyjdę tu następnym razem, przyniosę panu „Penthouse’a” — odparła.
Ściany separatki pomalowane były w neutralnym kolorze magnolii, a na ścianie wisiał 

oprawiony   plakat   z   „Bluegrass   Country”.   Żaluzje   były   zaciągnięte,   przez   szpary   Molly 
dostrzegała jednak pobłyskujące światła Bethesda Avenue.

W łóżku, wsparta wysoko na poduszkach, leżała młoda kobieta o kręconych, brązowych 

włosach. Mimo że była bardzo blada, Molly zauważyła, że jej twarz jest jedną z takich, które 
należą do „słodziutkich trzpiotek”. Jej zadarty mały nosek, niczym cynamonem, obsypany był 
piegami. Jej oczy miały kolor jasnozielony,  a ładnie wykrojone usta były bardzo różowe. 
Jednak jej lewy policzek był napuchnięty i przecięty czerwoną szramą, a na lewej brwi miała 
założone   szwy   chirurgiczne.   Obie   dłonie   dziewczyny   była   owinięte   białym   muślinowym 
bandażem.   Pod   różową   kwiecistą   szpitalną   pidżamą   Molly   dostrzegła   opatrunek 
usztywniający.

Kiedy Molly weszła do sali, potężnej postury czarnoskóra pielęgniarka akurat sprawdzała 

działanie kroplówki.

— Pani jest tą malarką? — zapytała.
— Tak.
— Proszę — powiedziała pielęgniarka i przystawiła fotel do łóżka dziewczyny. — Tylko 

niech jej pani za bardzo nie zmęczy. Wciąż ma zbyt niskie ciśnienie krwi, a to znaczy, że 
nadal jest w szoku.

— Nic mi już nie będzie, naprawdę — odezwała się młoda kobieta głośnym szeptem, który 

zupełnie do niej nie pasował.

— Czyżby?  Z mojego doświadczenia  wynika,  że ci, którzy mówią,  że nic im już nie 

będzie, najszybciej umierają.

Molly oparła o krzesło oprawny w skórę szkicownik, po czym zawiesiła na oparciu torbę z 

ołówkami i kredkami pastelowymi.

— Jestem Molly… Molly Sawyer — powiedziała i uśmiechnęła się. — Nie mogę ci podać 

ręki, ale… Cześć.

— Cześć — odpowiedziała młoda kobieta. — Jane Becker. O mały włos świętej pamięci 

Jane Becker.

—   Masz   pewność,   że   jesteś   na   to   gotowa?   —   zapytała   Molly.   —   Policja   potrzebuje 

podobizny jak najszybciej, ale mogę przyjść jutro rano.

Jane Becker zdecydowanie potrząsnęła lokami.
— On zabił tego biednego mężczyznę na moich oczach, bez żadnego powodu. Dźgał go 

nożem i dźgał, i dźgał, a potem rzucił się z tym nożem na mnie. Właściwie  d l a c z e g o ? 
Przecież nawet go nie znałam i ten mężczyzna też go chyba nie znał.

— Cóż, policja nie dotarła jeszcze do żadnej przyczyny,  dla której miałby zaatakować 

którekolwiek z was — powiedziała Molly. — Mężczyzna, który zginął, był pośrednikiem w 
handlu nieruchomościami. George Woods, tak się nazywał. Pracował w Ohio Relocations, na 
dziewiętnastym piętrze. Miał czterdzieści jeden lat, żonę i dwie córeczki w wieku siedmiu i 
pięciu lat.

background image

— Tak mi przykro. — W oczach Jane Becker pojawiły się łzy. — Jakoś trudniej to teraz 

znieść,  znając jego nazwisko, prawda? To już nie jest po prostu martwy mężczyzna,  ale 
George Woods.

— Prawda — przytaknęła Molly. Wyszarpnęła z pudełka na nocnym stoliku papierową 

chusteczkę i podała ją dziewczynie. — Ale czyż nie motywuje nas to jeszcze bardziej do 
odnalezienia faceta, który go zamordował? Pomyśl o rodzinie George’a Woodsa. Pomyśl o 
jego dziewczynkach. Nie zobaczy, jak one dorastają, a one przecież nie będą go pamiętać. Ale 
należy się im przynajmniej sprawiedliwość, prawda?

Jane Becker pokiwała głową.
— Pomogę ci, obiecuję. Potrafię dokładnie opisać twarz tego człowieka. Tak jakby był w 

tym pokoju.

Wyciągnęła   zabandażowaną   rękę   ku   Molly,   tak   jakby   zabójca   stał   obok   niej   i   mogła 

naprawdę go dotknąć. Molly usiadła i położyła szkicownik na kolanach.

— Jane, zanim zaczniesz mi opisywać mężczyznę, który cię zaatakował, chciałabym się 

czegoś o tobie dowiedzieć.

Jane Becker zamrugała.
— O mnie? Jestem zwykłą sekretarką w kancelarii prawniczej; wsiadłam do windy i jakiś 

psychol zaczął mnie dźgać nożem, to wszystko.

—  Wiem.   Chciałabym   jednak   zobaczyć   tego  mężczyznę  twoimi  oczami.   Różni  ludzie 

widzą różne rzeczy na zupełnie inne sposoby, szczególnie kiedy znajdują się w poważnym 
stresie.   Jeśli   na   przykład   pójdziesz   do   sądu   i   wysłuchasz   zeznań   pięciorga   naocznych 
świadków, nie zechcesz uwierzyć, że wszyscy opisują to samo przestępstwo. Sprawcy byli 
Latynosami. Sprawcy byli  czarni. Sprawcami byli  biali mężczyźni  w czarnych  kapturach. 
Jeździli niebieskim buickiem albo szarym oldsmobile’em, albo srebrną hondą accord. Mieli 
pistolety, mieli noże, mieli kije baseballowe. Pobiegli na wschód, odjechali na zachód.

— Jasne. Rozumiem. Ale nie wiem, co miałabym ci powiedzieć.
— Zacznijmy od tego, ile masz lat.
— W kwietniu skończyłam dwadzieścia pięć. Jestem spod znaku Barana, chociaż nigdy się 

nie zachowuję jak typowy Baran. To znaczy, nie jestem osobą asertywną.

— Jesteś sama? Chwila ciszy.
— Tak, jestem sama.
— Mieszkasz sama?
—   Przez   jakiś   czas   mieszkałam,   prawie   osiemnaście   miesięcy.   Ale   w   październiku 

zeszłego roku wprowadziłam się z powrotem do domu, do mamy i taty. Och, i do mojego 
wstrętnego młodszego brata Kevina.

— A gdzie jest ten dom?
— W Lakeside Park. Przeżyłam tam całe życie. Chodziłam do Villa Madonna Academy, a 

potem do Thomasa More’a.

Ciche,   konserwatywne   sąsiedztwo,   pomyślała   Molly,   niezbyt   zamożne,   głównie   z 

tradycyjnymi domami.

— Co sprawiło, że wróciłaś do rodziców?
— Miałam mieszkanie przy Elm Street, w centrum miasta. Lubiłam je, ale było dla mnie 

stanowczo za drogie.

— Rozumiem… Lubisz muzykę?
— Och, jasne. Uwielbiam Imogen Heap. Have You Got It In You? I Tori Amos.
— Lubisz czytać?
—   Tak.   Kocham   Danielle   Steel.  I  The   Lovely   Bones.  To   jest   ostatnia   książka,   jaką 

przeczytałam.

— A co z życiem towarzyskim? Spotykasz się z kimś?
— Czasami wychodzę gdzieś z chłopakami. Ale zwykle w większej grupie znajomych z 

background image

biura, rozumie pani. Nie mam nikogo specjalnego, przynajmniej nie w tej chwili.

— A w ogóle miałaś kiedyś kogoś specjalnego?
Jane   Becker   niespodziewanie   zaczęła   kaszleć.   Po   długim   ataku   sięgnęła   wreszcie   po 

szklankę z wodą. Kiedy wypiła i trochę się uspokoiła, powiedziała:

— Nie rozumiem pytania. To znaczy, co to ma wspólnego z napadem na mnie?
— Jane, chodzi tylko o tło. Twoja odpowiedź pozwoli mi wyobrazić sobie mężczyznę, 

który na ciebie napadł, takiego, jakim ty go widziałaś. Postrzegałaś go swoimi emocjami i 
tym, kim jesteś, równie mocno jak swoimi oczami.

— Czy nie mogę ci go po prostu opisać?
— Przepraszam — powiedziała Molly. — Nie chciałam cię urazić. Jasne, przystąpmy od 

razu do rzeczy i może uda nam się ożywić tego człowieka.

Wyciągnęła pierwszą kartkę ze szkicownika i sięgnęła po kredkę w kolorze sepii.
—   Co   uderzyło   cię   w   nim   najbardziej.   To   znaczy,   gdybyś   miała   opisać   go   w   trzech 

słowach, co byś powiedziała?

— Jego twarz. Miał jasnoczerwoną twarz. Była tak czerwona, że właściwie szkarłatna. 

Jakby się brzydko opalił albo często pił alkohol. A oczy miał jak szczeliny, zresztą usta także. 
Można było odnieść wrażenie, że nosi czerwoną maskę.

— A sądzisz, że mógł mieć maskę?
— Och, nie. To była jego prawdziwa twarz. Ale była taka czerwona…
— Czy wyczułaś w jego oddechu alkohol?
— Nie. Ale miał zapach… zapach jakiegoś zepsucia i wypalenia. Jak zapach płonących 

włosów.

— Dobrze.  Miał  czerwoną  twarz  i  oczy jak szparki.  Czy  byłabyś   w  stanie  odgadnąć, 

jakiego   był   pochodzenia   etnicznego?   Może   wyglądał   na   kogoś   ze   Wschodu?   Albo   na 
rdzennego Amerykanina?

Ołówek   Molly   już   pracował   i   z   kartki   zaczęły   spoglądać   oczy   bez   twarzy,   tak   jakby 

wyłaniały się z innego wymiaru.

—   Nie   wiem,   kim   był.   Wyglądał   po   prostu  n i e b e z p i e c z n i e ,   to   wszystko.   Czy 

widziałaś kiedyś takich ludzi? Są spięci, gotowi do ataku, jak bul teriery, rozumiesz?

— Rozumiem. Jakiego był wzrostu?
— Miał przynajmniej sześć stóp. Może sześć stóp i jeszcze dwa cale. A może jeszcze 

trochę więcej?

— Jak był zbudowany?
— Był potężny, miał bardzo szerokie ramiona. I grubą szyję. No i to, w jaki sposób stał. 

Nawet to było przerażające. Pochylał się ku mnie w taki sposób, jakby próbował zerwać się 
ze smyczy.

— Jak opisałabyś kształt jego twarzy? Była owalna, okrągła, a może kwadratowa?
— Kwadratowa. Zdecydowanie kwadratowa. A czoło miał szerokie, płaskie.
— Jego nos?
Jane Becker zamknęła oczy.  Molly czekała w milczeniu, z kredką nad szkicownikiem. 

Wiedziała   już,   że   Jane   Becker   potrafi   sobie   wyobrazić   twarz   swojego   napastnika   tak 
wyraźnie,   jakby   w   tej   chwili   stał   tuż   przy   niej,   i   nie   chciała   przerywać   tej   intensywnej 
wizualizacji. Żałowała tylko, że nie może jej z nią dzielić.

— Jane? — przynagliła ją po chwili. — Jego nos? Czy to był nos długi czy zadarty? A 

może prosty? To naprawdę ważne. Przypomnij sobie, jak karykaturzyści rysują ludzi; zawsze 
wyolbrzymiają ich nosy.

Jane Becker znowu otworzyła oczy.
— Nie chcę się pomylić. Kiedy on dźgał tego biednego mężczyznę, byłam jakby w innym 

świecie. A nie chciałabym, żeby policja aresztowała niewłaściwego człowieka.

— Jane, zostaw to mnie.  Ja jestem rysownikiem  policyjnym  i to moim  zadaniem jest 

background image

sporządzenie właściwego portretu.

Jane Becker jeszcze przez chwilę się wahała, po czym powiedziała:
— Dobrze. Jego nos był spiczasty i dostrzegłam na nim jakby brodawkę. Miał bardzo 

wysokie   kości   policzkowe.   I   masywny   podbródek   z   dołkiem.   To   pamiętam.   Naprawdę 
głęboki dołek.

Ołówek   cicho   przesuwał   się   po   kartce,   a   tymczasem   Molly   cieniowała,   wypełniała   i 

krystalizowała twarz człowieka. Przestępca powoli materializował się przed jej oczyma, jakby 
się zbliżał ku niej przez gęstą białą mgłę.

— Jakie miał włosy? — zapytała.
— Rudawe… Rudawe, ale przechodzące w siwe. I bardzo krótko ścięte. Niemal na jeża.
Molly   wyciągnęła   pudełko   kredek   pastelowych.   Znów   przez   kilka   chwil   szkicowała   i 

cieniowała. Czerwoną twarz, z odcieniami zieleni i błękitu dla podkreślenia głębi i kształtów.

— Nie widziałaś, jakiego koloru miał oczy?
— Jak już mówiłam, to były tylko wąskie szparki. Mogę sobie jedynie wyobrazić, że były 

czarne.

Po chwili Molly odwróciła i uniosła szkicownik, żeby Jane Becker mogła zobaczyć to, co 

w myśl jej wskazówek narysowała.

Jane Becker zakryła oczy zabandażowaną dłonią.
— O mój Boże — wyszeptała. — Mój Boże, to przecież prawie on.
— Jesteś pewna?
Jane Becker popatrzyła na szkic uważniej.
—  Może   kości   policzkowe   są   za   ostre.   Jego   policzki   były   jakby  pełniejsze,   nie   takie 

zapadnięte. I miał gęściejsze rzęsy. Pamiętam jego rzęsy, bo były szczeciniaste i równie rude 
jak włosy.

Molly rozjaśniła cienie pod policzkami, po czym zmieniła twarz na pełniejszą i bardziej 

okrągłą. Szybko narysowała również bardziej gęste rzęsy.

— To jest to — powiedziała Jane Becker. — To jest mężczyzna, który dźgał mnie nożem. 

Wprost nie mogę uwierzyć, że to zrobiłaś.

— Słuchałam jedynie tego, co mówisz — odparła Molly.  — Powiedziałaś mi,  jak on 

wyglądał, i oto go masz. Powiedziałaś mi też, że jesteś sekretarką w kancelarii prawniczej i 
mieszkasz z rodzicami w Lakeside Park, co było bardzo ważne.

Nie powiedziała, że narysowała podejrzanego jako osobnika znacznie mniej agresywnego, 

niż opisała go Jane Becker. Podejrzewała, że Jane Becker, mimo swojej urody, ma pewne 
problemy w relacjach z mężczyznami. Zapewne niezbyt poważne — pewnie nie chodziło o 
nic   więcej   niż   brak   zaufania   albo   zniechęcenie   po   ostatnim   nieudanym   związku.   Jednak 
osobiste   uprzedzenia   świadków   mogły   znacznie   wpływać   na   ich   opisy   przestępców. 
Czarnoskórzy podejrzani bywali często opisywani przez białych jako znacznie ciemniejsi i 
budzący   większą   grozę,   niż   okazywali   się   w   rzeczywistości,   po   aresztowaniu. 
„Niebezpieczny” wygląd nie miał wpływu na długość nosa ani na ułożenie uszu, ani na kolor 
włosów podejrzanego.

Molly zamknęła szkicownik i zapakowała ołówki i kredki.
— Dziękuję, Jane. Byłaś bardzo dzielna i bardzo mi pomogłaś.
— Co będzie się działo dalej? — zapytała Jane Becker.
— Teraz wrócę na policję, żeby dokończyć ten szkic, po czym zostanie on opublikowany 

w prasie i w telewizji. Powinni go pokazać już dzisiaj w wieczornych wiadomościach, a jutro 
rano będzie w gazetach.

—   Myślisz,   że   go   złapiecie?   Nie   zniosłabym   myśli,   że   coś   takiego   mogłoby   spotkać 

jeszcze kogoś innego.

Molly ponownie otworzyła szkicownik i popatrzyła na twarz mężczyzny, który napadł na 

Jane Becker.

background image

— Jeżeli ten szkic jest tak dokładny, jak twierdzisz, to owszem, jestem zupełnie pewna, że 

go złapiemy.

— Mogę cię jeszcze o coś spytać?
— Oczywiście.
— Skąd masz taki fantastyczny naszyjnik? Nie mogę od niego oderwać oczu.
Molly lekko uniosła naszyjnik.
— Nadzwyczajny, prawda? Kupiłam go na pchlim targu w Kellog. Nie sądzę, żeby był coś 

wart,   ale   zakochałam   się   w   nim   od   pierwszego   wejrzenia.   Jest   tu   dosłownie   wszystko, 
prawda? Słońca, księżyce, nawet małe zwierzęta.

Wyszedłszy z pokoju Jane Becker, Molly pokazała szkic policjantowi, który siedział przed 

drzwiami.

— To ten mężczyzna… Mówię panu na wypadek, gdyby tu przyszedł i chciał dokończyć 

dzieła.

— Wygląda jak sobowtór mojego wuja Hermana — powiedział policjant. — Chętnie bym 

go oddał w pani ręce jako podejrzanego.

Polowanie na mordercę

Kiedy Molly wróciła do domu w Blue Ash, Sissy i Trevor siedzieli na podwórku (więc 

Sissy mogła palić).

— Jesteś głodna? — zapytała Sissy. — W lodówce jest trochę humusu

*1

.

— Nie, dzięki, jedynie się napiję. Padam ze zmęczenia.
— Jak poszło, kochanie? — zapytał Trevor, nalewając jej wino do kieliszka.
— Było smutno, jak zwykle. Smutno, strasznie i beznadziejnie.
— Jak to się stało?
Molly usiadła.
— Dziewczyna wyszła z biura po lunch na wynos, to wszystko. Wsiadła do windy na 

dwudziestym pierwszym piętrze. Na dziewiętnastym piętrze dosiadł się ten mężczyzna z biura 
pośrednictwa w handlu nieruchomościami. Na następnym piętrze do windy wsiadł przestępca. 
Gdy dojechali do piętnastego, przestępca zablokował windę i zaatakował. Dźgnął mężczyznę 
dwadzieścia osiem razy nożem, uderzając po całym ciele, także w twarz. Następnie rzucił się 
na   dziewczynę.   Walczyła   z   nim,   próbowała   uciec,   otworzyć   drzwi   windy,   ale   wtedy 
otrzymała trzy pchnięcia w plecy. Zmagając się z drzwiami, musiała je odblokować, bo winda 
ruszyła w dół. W pewnym momencie napastnik znowu ją zatrzymał i uciekł.

— Jezu, ilu szaleńców chodzi po świecie — powiedział Trevor. — Jeśli nie można czuć się 

bezpiecznie nawet w windzie w zatłoczonym budynku biurowym…

— Jak się czuje dziewczyna? — zapytała Sissy. — Chodzi mi o to, w jakim jest stanie po 

tym, co przeszła.

— Nadal jest w szoku, jednak nie ma aż tak wielkiego urazu, jak początkowo sądziłam. 

Niektóre ofiary podobnych napaści nie są w stanie wydobyć z siebie sensownego słowa przez 
wiele tygodni. Czasami w ogóle tracą mowę.

— Czy ona znała człowieka, który ją napadł?
— Hmm… Opisała go bardzo dokładnie i nie wygląda mi on na faceta, którego chciałoby 

się znać, uwierzcie mi. Był wysoki, dobrze zbudowany, ale tak naprawdę wrażenie wywarła 
na niej jego twarz. Mówi, że była bardzo czerwona, niemal jakby napastnik miał czerwoną 
maskę.

Sissy sięgnęła po leżące na stole karty DeVane. Przekładała je, dopóki nie znalazła La 

1

*

 Humus — arabski sos z grochu, ziaren sezamowych, czosnku i soku z cytryny (przyp. tłum.).

background image

Blanchisseuse, Praczki. Podała kartę Trevorowi i powiedziała:

— Tak jak przepowiedziały karty. Mężczyzna o czerwonej twarzy, wysoko na drabinie. 

Oczywiście   kiedy   te   karty   wydrukowano,   nikt   nie   miał   pojęcia,   że   zostaną   wynalezione 
windy. Młoda kobieta i wanna pełna krwi. Inaczej mówiąc, krwawa kąpiel.

— To zwykły przypadek, mamo, zbieg okoliczności. Zawsze interpretujesz wszystko po 

swojemu i wmawiasz sobie nieistniejące rzeczy.

—   Na   pewno   nie.   Nie   tym   razem.   Kolejna   karta   przepowiedziała,   że   ktoś   narysuje 

podobiznę   mężczyzny   z   zakrwawionymi   rękami,   a   jak   myślisz,   co   Molly   robiła   tego 
wieczoru?

— Czy on naprawdę miał aż tak czerwoną twarz? — zapytał Trevor.
— Tak właśnie opisała go dziewczyna.
— A może on po prostu był pomalowany? Rozumiesz, może chciał wyglądać jak demon 

albo jak Darth Maul z Gwiezdnych wojen, żeby jeszcze bardziej straszyć ludzi?

Molly wzruszyła ramionami.
— Być może. Ale nie musiał przecież malować twarzy, żeby przestraszyć tę dziewczynę. 

Była już dość wystraszona. Była zupełnie pewna, że za chwilę umrze.

— A co o wszystkim sądzi policja? — zapytał Trevor.
— Na razie nie mają wyrobionej opinii. Sprawdzają kontakty zamordowanego mężczyzny, 

na wypadek gdyby ten maniak, Czerwona Maska, jak o nim mówią, znał go i miał z nim 
jakieś   zatargi.   Facet   był   pośrednikiem   w   handlu   nieruchomościami,   więc   to   możliwe. 
Technicy   dokładnie   oglądają   miejsce   zbrodni,   a   poza   tym   zadają   ludziom   pracującym   w 
budynku mnóstwo pytań. Raczej jednak niewiele osiągną, przynajmniej dzisiaj wieczorem.

— Zobaczymy cię w telewizji?
— Mnie nie. Ale mój rysunek owszem. Prawdę mówiąc, jest już w Internecie.

Nadlatują cykady

Ponad   podwórkiem   unosił   się   księżyc   w  trzeciej   kwadrze.   Był   tak   pomarańczowy,   że 

niemal szkarłatny. Chociaż była już prawie dziesiąta wieczorem, powietrze wciąż było gęste i 
ciepłe. Sissy popatrzyła w niebo i zapytała:

— Czujecie, jak coś wibruje w powietrzu?
— O Boże, mam nadzieję, że nie — powiedziała Molly. — Przynajmniej jeszcze nie teraz.
— Zamknij  dzisiaj  okno w sypialni,  mamo  — ostrzegł Trevor. — Naprawdę, zrób to 

bardzo dokładnie.

— To przecież tylko owady — powiedziała Sissy.
— Oczywiście, że to tylko owady. Nie gryzą ludzi i w ogóle nie czynią żadnej krzywdy. 

Ale jeszcze nigdy nie byłaś w Cincinnati w porze cykad. Pojawiają się miliardami, latają i są 
po prostu wszędzie. Jak myślisz, dlaczego zakryłam basem i rozwiesiłam gazę nad drzewami 
brzoskwiniowymi?

— Nigdy mi nie mówiłaś, że są aż takim utrapieniem.
— Próbowałam zachowywać się po stoicku, mamo; w końcu mam tutaj pracę i nie mogę 

przenieść   się   w   inne   miejsce.   Ale   one   wpadają   we   włosy,   zatykają   szyby   wentylacyjne, 
rozbryzgują się na szybie samochodu, kiedy jadę do pracy. To dlatego w porze cykad nigdy 
nie robimy pikników na otwartym powietrzu. Potrafią bombardować z lotu nurkowego sałatkę 
ziemniaczaną. A najgorszy jest hałas — mówiła Molly. — Powodują go samce, które próbują 
znaleźć partnerkę. Piszczą i piszczą bez końca. Chyba wiedzą, że żyją tylko sześć tygodni.

— Nie można się ich pozbyć?
— Można, ale w tym celu trzeba by przekopać całe Cincinnati do głębokości dziewięciu 

cali, bo właśnie na tej głębokości zimują ich larwy. Niestety, jedynym  rozwiązaniem jest 

background image

tolerowanie ich i rozdeptywanie tylu, ile tylko się da. Albo wyjazd na wakacje w czasie, kiedy 
one tutaj są. Większość ludzi sobie z nich żartuje. Są tacy, co je smażą i zjadają z orzechami 
wodnymi.

— Chyba zemdlałabym na taki widok.
Wzięli kieliszki z winem i weszli do domu. Trevor starannie zamknął drzwi.
—   Tak   przy   okazji,   mamo,   jeśli   znajdziesz   w   łóżku   kilka   cykad,   nie   panikuj. 

Zainteresowanie seksualne okazują jedynie samicom własnego gatunku.

— Nie świntusz przy matce — napomniała go Sissy i lekko klepnęła w ramię.
Trevor włączył telewizor plazmowy w salonie i nastawił kanał 5, WLWT.
— Ci faceci są zawsze dobrzy, jeśli chodzi o crime–du–jour — skomentował.
Musieli przeczekać reklamy produktów finansowych, porady, jak przebudować dom, żeby 

w  końcu   wyglądał   jak   plan   do  kręcenia   sitcomu,   ale   doczekali   się   wreszcie.   Na  ekranie 
pojawiło się dwóch spikerów z poważnymi twarzami. Za ich plecami wyświetlono rysunek 
Molly przedstawiający mężczyznę o czerwonej twarzy. Napis na ekranie głosił: MORDERCA 
W CZERWONEJ MASCE.

— Policja z Cincinnati nadal poszukuje napastnika z nożem, który zasztyletował na śmierć 

czterdziestojednoletniego   pośrednika   w   handlu   nieruchomościami   oraz   ciężko   zranił 
dwudziestopięcioletnią   sekretarkę   z   kancelarii   prawniczej.   Do   brutalnego   ataku   doszło   w 
windzie na piętnastym piętrze Giley Building przy Race Street. Kiedy winda dotarła na parter 
i otworzyły się jej drzwi, oczom urzędników ukazało się coś, co jeden z nich określił słowem 
„rzeźnia”.

Nastąpiły   chaotyczne   wywiady   z   Jimmym   i   Newtonem,   księgowym   oraz   z   innymi 

świadkami. W tle przez cały czas błyskały koguty radiowozów policyjnych.

—   Kurczę,   drzwi   się   otworzyły   i,   mój   Boże,   zobaczyłem   krew!   Oczywiście,   zaraz 

sprawdziłem, czy ten mężczyzna daje znaki życia, ale… Nie widziałem, żeby ktokolwiek 
opuszczał   budynek,   nikogo   podejrzanego,   nikogo…   Był   spokojnym,   ciężko   pracującym 
człowiekiem, który kochał swoją rodzinę… Tragedia…

Z ramienia policji oświadczenie wygłosił podpułkownik James L. Whalen, szef wydziału 

kryminalnego. Miał śnieżnobiałe włosy, opaloną na brąz twarz i mówił monotonnym głosem, 
stosując niesłychanie długie przerwy.

— Mimo ogromnych wysiłków trzydziestu funkcjonariuszy wydziału kryminalnego oraz 

przewodników z psami, którzy w ciągu kilku minut pojawili się na miejscu zbrodni, wciąż nie 
natrafiono na ślad sprawcy. Nie znaleźliśmy też świadków, którzy widzieliby, jak sprawca 
wchodzi do Giley Building lub go opuszcza. Do tej pory nie mamy żadnych istotnych śladów, 
które pozwoliłyby wskazać, kto popełnił ten ohydny czyn lub jakie były jego motywy. Młoda 
kobieta,   która   została   poważnie   poraniona   przez   napastnika,   udzieliła   jednak   pewnych 
wskazówek. Pomogła rysownikowi policyjnemu wykonać bardzo dobry portret pamięciowy 
napastnika.

Trevor odwrócił się i posłał Sissy spojrzenie, które nie do końca zrozumiała. Sprawiał 

jednak wrażenie rozczarowanego lub wstrząśniętego.

Podpułkownik Whalen wskazał na rysunek Czerwonej Maski.
— Podejrzanego określiliśmy kryptonimem  „Czerwona Maska”, chociażby po to, żeby 

ludziom,   którzy   go   kiedyś   widzieli   albo   go   jeszcze   spotkają,   łatwiej   było   to   spotkanie 
zapamiętać.   Jego   twarz   jest   bardzo   zaczerwieniona,   prawdopodobnie   opalona,   o   bardzo 
wąskich oczach.

Wszyscy w milczeniu patrzyli, jak wizerunek Czerwonej Maski stopniowo powiększa się 

na ekranie. Pan Boots zawył i schował się za kanapą.

— Ktokolwiek napotka tego mężczyznę, niech nie próbuje go łapać ani nawet się do niego 

zbliżyć.   Przestępca   jest   w   najwyższym   stopniu   niebezpieczny.   Trzeba   zachowywać   się 
dyskretnie,   tak   aby   się   nie   zorientował,   że   został   rozpoznany.   Należy   jak   najszybciej 

background image

poinformować policję i nie ryzykować żadnych heroicznych czynów, nawet posiadając przy 
sobie broń. Jeszcze nie wiemy, jaki jest stan psychiczny mordercy i jak działa. Nie wiemy też, 
jaką może posługiwać się bronią.

Sissy   wbiła   wzrok   w   Czerwoną   Maskę   na   ekranie.   W   swoim   rysunku   Molly   celowo 

stonowała poczucie zagrożenia, jakie wywołał u Jane Becker widok Czerwonej Maski. W 
końcu mężczyzna był prawdziwym zabójcą, a nie jakimś łobuzem z komiksu. Z jego oczu 
nadal jednak spoglądała śmierć, jakby nie kryła się w nich ludzka istota. Nie było w nich 
blasku, współczucia, żadnego ludzkiego uczucia. Cienkie wargi były lekko wykrzywione w 
lewo, jakby świadomość, że występuje w telewizji, wywoływała w nim zdziwienie.

— Przerażający, nie sądzicie? — zapytała Molly.
— Oczywiście — zgodziła się Sissy. — Ale… Sama nie wiem. Mam takie dziwaczne 

uczucie, że znam tę twarz, że kiedyś już ją gdzieś widziałam.

— Nie wiem, jakim sposobem — odezwał się Trevor. — Przecież nigdy wcześniej nie 

byłaś w Cincinnati.

— Cóż, mam już swoje lata, Trevor. Wiele w życiu podróżowałam i widziałam wiele 

interesujących rzeczy.

Molly poszła do kuchni, żeby dokończyć zmywanie. Trevor obejrzał się, żeby się upewnić, 

że żona go nie słyszy, po czym powiedział:

— Mamo… Muszę z tobą porozmawiać o tym wróżeniu z kart.
— Chcesz, żebym i tobie powróżyła? Z przyjemnością.
— Nie, dziękuję. — Urwał i kilkakrotnie zamrugał, tak jak wtedy, kiedy był chłopcem i 

chciał   poprosić   o   kieszonkowe.   —   Chodzi   o   to,   że   uważam,   że   twoje   karty   naprawdę 
przyprawiają o gęsią skórkę.

— Trevor, kochany, one tylko nam mówią, co jest czym. Albo co będzie czym.
— Nie interesuje mnie to, mamo. Przyprawiają o gęsią skórkę, a to jest mój dom i szczerze 

mówiąc, nie podoba mi się, kiedy wróżysz z nich tutaj.

— Och, przepraszam. Nie zdawałam sobie sprawy.
— Naprawdę dostaję przy nich gęsiej skórki. I zawsze tak było, szczególnie kiedy byłem 

mały. Strach mnie oblatywał, kiedy tylko na nie spoglądałem. Grabarze, klauni, dziwaczni 
ludzie maszerujący przez las. Przerażające stworzenia w sterczących kapturach, odcinające 
siekierami własne palce. Oto twoje karty.

—   Powinieneś   był   powiedzieć   mi   to   wcześniej.   Nigdy   przecież   nie   chciałam   cię 

denerwować.

— Jezu, mamo, niejeden raz dawałem ci to do zrozumienia. Nie chciałem, żeby Molly 

angażowała się we współpracę z policją, szczególnie po tym, co się stało z tatą. Bez przerwy 
się boję, że jakiś bandyta zechce się na niej mścić. Ale ta sprawa z Czerwoną Maską…

Sissy ujęła dłoń Trevora. Mimo że miała już ponad siedemdziesiąt lat, jej oczy były równie 

bystre jak jego. Popatrzyła na syna z ogromną miłością.

— Kochanie, tego nie sprawiły karty. To się musiało zdarzyć tak czy inaczej.
— Być może. A może nie. Czy kiedykolwiek przyszło ci do głowy, że twoje karty nie 

przepowiadają po prostu przyszłości, lecz w gruncie rzeczy ją zmieniają? Dobrze, być może 
ten typ, Czerwona Maska, i tak zadźgałby tych ludzi. Ale dlaczego policja musiała prosić 
właśnie Molly o wykonanie jego portretu?

— Nikomu nie zdradzili jej nazwiska, Trevor.
— Nie. Ale przecież nie trzeba Sherlocka Holmesa, żeby odszukać jedynego rysownika 

policyjnego   w   promieniu   trzech   stanów,   który   nadal   używa   jedynie   ołówka   i   kredek 
pastelowych. Zaledwie we wrześniu w ubiegłym roku był o niej artykuł w „Enquirerze”.

Sissy odwróciła rękę Trevora i zaczęła delikatnie sunąć końcem palca po liniach na jego 

dłoni. Trevor spojrzał na to, zdał sobie sprawę, co robi jego matka, i szybko wyrwał jej rękę.

— No nie! Chyba nie zamierzasz teraz jeszcze czytać mi z ręki! Nie ma mowy! I nie życzę 

background image

sobie, żebyś przepowiadała przyszłość Molly, a już szczególnie Victorii! Przyszłość musi być 
niespodzianką, mamo. Gdybyśmy wszyscy wiedzieli, co się ma wydarzyć… To nienaturalne.

— Absolutnie  się z tobą nie  zgadzam.  To jest najbardziej  naturalna  rzecz na świecie. 

Myślę,   że   wszyscy   moglibyśmy   poznawać   przyszłość,   nawet   ty   mógłbyś   ją   poznawać, 
gdybyśmy tylko żyli w większym związku ze wszystkim, co nas otacza.

— Cholera jasna, przecież co niedzielę chodzimy do kościoła.
Sissy rozłożyła szeroko ręce.
— Nie mówię o kościele. Mówię o czasie, o przeznaczeniu i o sposobie, w jaki boże dni i 

ludzkie decyzje przeplatają się i mijają ze sobą jak wskazówki na zegarze. Problem polega na 
tym,   że   zbyt   mocno   koncentrujemy   się   na   małych   rzeczach.   Nie   ma   już   w   nas   wiary. 
Zatraciliśmy poczucie cudów i właściwie na nic nie reagujemy.

— Jasne. Ale na co niby nie reagujemy?
— Na ostrzeżenia, które są nam dawane, kochanie. Kiedy ma się wydarzyć coś naprawdę 

okropnego, powinniśmy być zdolni do odczuwania, że takie zdarzenie się zbliża, jakbyśmy 
nasłuchiwali   pociągu   ekspresowego   nadjeżdżającego   z   oddali.   Przecież   szyny   zaczynają 
dźwięczeć, kiedy pociąg jest jeszcze bardzo daleko, prawda? — Sissy zacisnęła kościstą dłoń 
w pięść i uniosła ją do góry. — Nawet powietrze staje się gęstsze.

— Co ty mówisz, mamo? — zapytał Trevor. — Twierdzisz, że przydarzy nam się coś 

złego?

— Módlmy się, żeby tak się nie stało. Ale jeśli już to ma się zdarzyć, najlepiej byłoby się 

dobrze przygotować.

Olbrzym

Sissy   uszanowała   tej   nocy   życzenie   Trevora   i   zostawiła   karty   DeVane   nietknięte   na 

nocnym stoliku, chociaż kusiło ją, żeby po raz kolejny odczytać przepowiednię. W kościach 
czuła, że poruszają się pod nią koła świata i że w ciągu kilku następnych dni dojdzie do 
zmian, a cienie poruszać się będą w opozycji do słońca.

Ubrała się w długą białą płócienną koszulę nocną i usiadła przed toaletką. Wyciągnęła 

szpilki i grzebyki i starannie wyszczotkowała włosy.

Przez ułamek sekundy, w świetle różowej lampki nocnej, widziała siebie taką, jaka była, 

kiedy poślubiła Franka i siedziała przed swoją toaletką w Connecticut, szczotkując włosy 
przed pierwszą nocą, którą mieli spędzić razem. Wciąż miała takie jak wtedy szerokie szare 
oczy i delikatne kości policzkowe oraz afektowany wygląd osoby jakby nie z tego świata, 
który sprawiał, że Frank mówił na nią „syrena”.

Wciąż jestem twoją syreną, Frank. Dziewczyna, w której się zakochałeś, nadal żyje na tym 

świecie.   Jestem   tą   samą   dziewczyną,   która   biegała   boso   po   wydmach   w   Hyannis   tego 
lipcowego popołudnia tak dawno temu.

Pochyliła głowę lekko w lewo i światło lampy nagle ją zdradziło. Zobaczyła zmarszczki 

dookoła oczu i wokół ust, i skórę na szyi, która wyglądała jak pognieciona serwetka. Piski 
mew nagle ucichły, zamarł ciepły wiatr od oceanu i oto znowu siedziała w dusznym pokoju 
gościnnym w domu Trevora — teraz zupełnie sama, coraz starsza z każdą mijającą nocą.

Do drzwi zapukała Molly.
—   Sissy?   Potrzebujesz   czegoś?   Może   masz   ochotę   na   szklankę   ciepłego   mleka?   — 

zapytała.

— Wystarczy, jak mi przyniesiesz wehikuł czasu. Popatrz tylko na mnie. Ani się obejrzę, 

jak   skończę   siedemdziesiąt   dwa   lata.   Jak   to   się   stało?   Przecież   ja   się   nie   czuję   na 
siedemdziesiąt dwa.

Molly zamknęła drzwi i usiadła na skraju łóżka.

background image

— Poza tym nie zachowujesz się jak siedemdziesięciodwulatka, dzięki Bogu.
—   Wieczorem   rozmawiałam   z   Trevorem.   Nie   chce,   żebym   przepowiadała   przyszłość, 

kiedy jestem w jego domu. Mówi, że dostaje od tego gęsiej skórki.

— Nie musisz rezygnować z wróżenia ze względu na Trevora. Wiesz, jaki on jest. Jeśli 

czegoś   nie   można   zważyć,   zmierzyć   albo   obliczyć,   wtedy   to   coś   dla   niego   nie   istnieje. 
Tymczasem on żyje z tego, że odgaduje przyszłość, tak jak ty. Różnica polega jedynie na tym, 
że on chce wiedzieć, co się nie wydarzy.

— Trevor się boi, że Czerwona Maska dowie się, że to ty narysowałaś jego podobiznę, i 

będzie chciał cię dopaść.

— To raczej mało prawdopodobne. Coś takiego wydarzyło się w przeszłości tylko jeden 

raz. Jakiś facet, który molestował dzieci, zagroził, że obleje mnie kwasem. Myślę jednak, że 
w tym wypadku obrałam najlepszy z możliwych sposób obrony. Narysowałam portret, który 
jest ogromnie podobny do sprawcy, dzięki czemu bardzo szybko zostanie złapany.

Sissy związała włosy szarą jedwabną szarfą.
— Powiedziałaś Trevorowi o kwiatach?
Molly odwróciła głowę. Milczała.
— Pytałam, czy…
— Nie, nie powiedziałam. Jeszcze nie.
— A zamierzasz to zrobić?
— Nie wiem. Prawdę mówiąc, mam wobec nich mieszane uczucia. A co ty sądzisz?
— One są cudem, Molly! W jakiś sposób dokonałaś cudu! A on jest twoim mężem! Nie 

sądzisz, że powinien wiedzieć?

Molly   zaczęła   się   bawić   naszyjnikiem,   który   pobłyskiwał   w   świetle   lampy.   Jednym   z 

ulubionych  wisiorków Molly był  drobny złoty egipski  krokodyl  z czerwonymi  granatami 
zamiast oczu.

— Myślałam o tym, żeby mu powiedzieć, naprawdę. Gdyby sam je zauważył, z pewnością 

bym to zrobiła. Ale w pewnej chwili nawet stanął przed tymi pięknie wyrośniętymi różami, 
stokrotkami, dzwonkami, ale nie zauważył ich.

— Cóż, Trevor jest taki sam jak większość mężczyzn. Widzą tylko to, co chcą widzieć.
— To nie tylko o to chodzi — powiedziała Molly. — Kocham go, ponieważ jest taki 

rozsądny i pragmatyczny… Chyba nie chcę, żeby zaczął wierzyć w cuda.

—   Dobrze,   jasne.   Skoro   uważasz,   że   tak   jest   najlepiej,   proszę   bardzo.   Twoja   stara, 

pomarszczona teściowa daleka jest od wtrącania się w sprawy swojej pięknej synowej.

Molly objęła ją i cmoknęła w prawe ucho.
— Nie jesteś wcale pomarszczona, nie jesteś wcale taka stara, jak ci się wydaje, a poza tym 

zawsze liczę się z twoim zdaniem. Naprawdę.

Po tych  słowach  obie  zaczęły  śpiewać  A  Hard Rain’s  A–Gonna  Fall,  z  każdą  chwilą 

równiej i głośniej. Na koniec prawie krzyczały.

— …i tak ciężko… i tak ciężko… i tak ciężko!!!
W drzwiach do sypialni stanął Trevor.
— Na miłość boską, kobiety! Wydajecie odgłosy jak dwa zarzynane skunksy!

* * *

Sissy śniło się, że jest bardzo młoda, ma mniej więcej sześć, siedem lat, i siedzi na tylnym 

siedzeniu wielkiej limuzyny z brązową skórzaną tapicerką. W pewnej chwili uklękła i zaczęła 
obserwować krajobraz przesuwający się za szybami. Krajobraz również był brązowy i bardzo 
płaski; składały się na niego bezkresne mile pól kukurydzianych, rozciągających się aż po 
horyzont.   Chmury   były   dziwnie   wydłużone.   Wyglądały,   jakby   ktoś   rozciągał   na   niebie 
ciemnobrązowe cukierki toffi.

background image

Nie mogła dostrzec, kto siedzi za kierownicą limuzyny. Kierowca miał na głowie jasny 

kapelusz panama z brązowym otokiem. Na palcu prawej ręki nosił sygnet, który od czasu do 
czasu   pobłyskiwał.   Skrzył   się   również   brylantowy   symbol   znajdujący   się   na   środku 
kierownicy. Sissy rozpoznała go i nagle zrozumiała, co to za samochód i kto nim kieruje. 
Znajdowała się w hudsonie hornecie z roku 1954, należącym do jej wuja Henry’ego.

Daleko   w   tle   grało   radio   samochodowe,   rytm   był   nieregularny,   słowa   poprzekręcane. 

Widziałeś mnie przez otwarte drzwi… Czego szukałeś, patrząc przez te drzwi…

— Wujek Henry — powiedziała. Jej głos brzmiał inaczej i był bardzo niewyraźny.
Wujek Henry nie odwrócił się, ale powiedział:
— Już niedaleko, Sissy. Siedemdziesiąt mil, nie więcej.
— Gdzie jesteśmy? — zapytała Sissy.
— Na zachód od wschodu i na wschód od zachodu.
Niemal w tym samym momencie minęli znak informujący, że wjeżdżają do Borrowsville, 

zamieszkanego przez 789 osób.

— Czy to odpowiedź? Czy to jest miłość? Czy to odpowiedź anielska?
Jechali i jechali, a po bokach wciąż ciągnęły się brązowe pola, miła za milą! Chmury 

rozciągały się w najbardziej fantastyczne wydłużone kształty, a potem pękały i odfruwały w 
siną dal. Nie podoba mi się ten sen, pomyślała Sissy. Wydarzy się w nim coś złego.

Minęli   kolejną   tablicę.   Opuszczali   Borrowsville.   Zaledwie   po   kilku   minutach   Sissy 

zobaczyła z przodu przy szosie jakiś wysoki kształt. W pierwszej chwili pomyślała, że to jest 
wieża ciśnień. Ale w miarę jak samochód się do niej zbliżał i mrużąc oczy, widziała ją coraz 
wyraźniej, zaczynała sobie zdawać sprawę, że przy drodze stoi człowiek. Wydawało się to 
niemożliwe, bo musiał być olbrzymem. Miał co najmniej trzydzieści stóp wzrostu.

— Wujku Henry.
— Słucham, Sissy?
— Tam stoi olbrzym. Nie odpowiedział.
— Wujku Henry, boję się olbrzymów.
Wujek wciąż milczał.
Sissy, coraz bardziej przestraszona, pociągnęła za rękaw jego sportowej marynarki.
— Boję się olbrzymów!  Nie chcę, żebyśmy  go mijali!  Proszę, wujku Henry!  Czy nie 

możemy zawrócić?

Wujek Henry powoli odwrócił głowę. Sissy odniosła wrażenie, że potrafi to zrobić, nie 

poruszając resztą ciała. Z przerażeniem popatrzyła na jego twarz. Przecież to nie był wujek 
Henry — a przynajmniej nie taki wujek Henry, jakiego pamiętała, w okularach ze złotymi 
oprawkami i z wąsikiem na podobieństwo Teddy’ego Roosevelta.

Ten „wujek Henry”  miał  jasnoczerwoną twarz, niczym  emaliowana  maska,  z wąskimi 

szparkami na oczy i trochę szerszą czarną szparą na usta. Miał kanciaste policzki i wielki 
podbródek z głęboką szramą na środku, jakby ktoś go w tym miejscu uderzył siekierą.

— Nie możemy teraz zawrócić, Sissy — powiedział takim samym gardłowym głosem, 

jakim śpiewano piosenki docierające z radia. — Teraz jest już za późno.

Sissy ogarnął wielki chłód. Złapała za klamkę i spróbowała otworzyć tylne drzwi, były 

jednak zablokowane.

— Nie możemy zawrócić, Sissy. Tego, co się stało, już nie cofniemy. A od teraz to się 

będzie powtarzać bez końca. Dla przeklętych nie ma spoczynku, Sissy.

Sissy jeszcze raz z całej siły szarpnęła klamką i w tej samej chwili od samochodu odpadły 

całe   drzwi.   Potoczyły   się   razem   z   nią   przez   pola,   błyskając   wśród   łanów   kukurydzy, 
podskakując i oddalając się coraz bardziej od samochodu. Sissy wylądowała na plecach w 
jakiejś bruździe i drzwi z brzękiem upadły na nią. Z trudem wydostała się spod nich, kopiąc i 
uderzając w nie piąstkami. Popatrzywszy z góry, stwierdziła, że to wcale nie są drzwi od 
samochodu. Było to coś ciężkiego, ale miłego w dotyku i jakby puszystego. Była to jej kołdra 

background image

w kratkę, a ona sama leżała w łóżku w domu Trevora i Molly.

Usiadła i zaczęła kaszleć. Było bardzo ciemno i usłyszała, że za oknami pada deszcz. 

Zegar przy łóżku wskazywał godzinę drugą jedenaście nad ranem.

— Ty głupia stara krowo — zganiła samą siebie. Sięgnęła do włącznika nocnej lampki i 

zapaliła ją. Nie zobaczyła żadnych pól kukurydzianych, żadnych porozciąganych, chudych 
chmur, żadnych olbrzymów. Otaczała ją tylko sypialnia, udekorowana perkalem, z grafikami 
Currier   &   Ives   na   ścianach.   Może   Trevor   ma   rację?   —   pomyślała.   Może   doszukuję   się 
dodatkowych znaczeń tam, gdzie ich nie ma?

Połknęła pigułkę na serce i popiła ją trzema dużymi łykami wody. Szklankę przykryła już 

wcześniej   niewielką   przykrywką,   ozdobioną   paciorkami.   Pierwszej   nocy   po   przyjeździe 
obudziła się i razem z wodą połknęła utopioną w niej ćmę.

Opadła z powrotem na poduszkę i wróciła myślami do swojego snu. Może stanowił coś 

więcej niż tylko wspomnienie? Kiedyś, gdy miała siedem lat, odwiedziła wujka Henry’ego i 
ciocię Mattie na ich farmie w Iowa, ale już nie pamiętała drogi na farmę. Pamiętała jednak 
spotkanie   z   matką   na   Penn   Station,   kiedy   wracała   do   domu,   zatem   przynajmniej   część 
podróży musiała odbyć pociągiem.

Ale dlaczego przyśniło jej się to akurat dzisiaj? I dlaczego wujek Henry wyglądał jak 

Czerwona Maska? I co miał znaczyć ten olbrzym? Nawet teraz, na jawie, kiedy rozmyślała o 
olbrzymie, wydawał się jej przerażający.

Popatrzyła na karty DeVane, ale… Nie, przecież obiecała Trevorowi, że do nich nie zajrzy, 

a więc nie zajrzy. Wyłączyła światło i leżała w ciemności przez ponad godzinę, próbując 
wyrzucić z głowy piosenkę, która w jej śnie dobiegała z radia samochodowego.

Zaraza

Molly odciągnęła zasłonę i powiedziała:
— Dzień dobry, Sissy! Mamy gości!
Sissy usiadła na łóżku i zamrugała. Molly postawiła na nocnym stoliku szklankę z sokiem 

pomarańczowym, po czym ucałowała ją w głowę.

— Kto przyjechał?
— Cykady! Byłam niemal pewna, że się zjawią, kiedy w nocy zaczęło padać. Spójrz tylko 

na tę dziką jabłoń!

Sissy wygramoliła się z łóżka i podeszła do okna. Widziała przez nie kwietnik biegnący po 

lewej stronie podwórza. Ziemia dookoła starej dzikiej  jabłoni pokryta  była  niezliczonymi 
małymi kominkami z błota, a kora i niższe gałęzie drzewa były oblepione setkami lśniących 
żółtych nimf cykad. Cykady siedziały nawet na różach i liliach, które namalowała Molly.

— Mój Boże! Jak ich dużo!
Trevor zapukał i wszedł do pokoju. Zaciągał właśnie żółty krawat; był już gotowy, żeby 

wyjechać do pracy.

— Entomolodzy nazywają je „nasyceniem drapieżników”. Wszyscy zjadają cykady: ptaki, 

nietoperze, koty, a nawet ludzie. „Post” w zeszłym tygodniu podał nawet przepis na cykady 
smażone z warzywami. Przetrwanie gatunku cykady jest możliwe tylko poprzez wydawanie 
bardzo licznego potomstwa. Są ich dosłownie miliony.

— Mówiłeś chyba, że potrafią latać? — zapytała Sissy.
— Och, oczywiście, że latają. Ze skóry, w jakiej je teraz widzisz, potrafią uwolnić się w 

okamgnieniu i błyskawicznie przemieniają się w dorosłe cykady ze skrzydłami i czerwonymi 
oczami. Pozostaną na tym  drzewie mniej więcej przez tydzień, dopóki nie wyschną i nie 
wzmocni   się   ich   skóra.   Wtedy   zaczniesz   je   znajdować   dosłownie   wszędzie,   aż   będziesz 
naprawdę miała ich serdecznie dość. Nie da się nawet grać w tenisa, żeby nie złapać kilku z 

background image

nich pomiędzy oczka rakiety; i to za każdym machnięciem.

* * *

Trevor wyjechał do pracy. Zabrał Victorię, żeby wysadzić ją przed Sycamore Community 

School. Chociaż cykady jeszcze nie latały,  Sissy postanowiła zjeść śniadanie w domu, w 
kuchni.   Molly  przygotowała   jej   kilka   naleśników   z  mąki   gryczanej,   polanych   syropem   z 
dzikiej róży.

—   Miałam   dziś   w   nocy   przedziwny   sen   —   powiedziała   Sissy,   skończywszy   jeść.   — 

Śniłam, że jadę przez Iowa z wujkiem Henrym, ale zaraz się okazało, że to wcale nie jest 
wujek Henry. To był ten facet, Czerwona Maska.

— Żartujesz!
— Nie. To był naprawdę on, taki, jak go narysowałaś. I rozmawiał ze mną. Powiedział, że 

tego, co się stało, już nie można cofnąć i trzeba to będzie robić jeszcze wiele razy.

— Ale… Sissy… ja też o nim śniłam!
Sissy miała dziwne uczucie, że słońce nagle zachodzi i natychmiast wschodzi z powrotem, 

a zegar pomknął całe pięć minut do przodu w czasie, z którego upływu w ogóle sobie nie 
zdawała sprawy.

— Czy on może prowadził samochód? Tylko mi nie mów, że prowadził.
— Nie. Stał na środku podwórza, w deszczu, i cały był pokryty cykadami. Niemal był w 

nie ubrany, jak w płaszcz.

— Czy coś mówił?
— No nie. Po prostu stał i się nie ruszał. Ale ten sen był taki realny. Kiedy się obudziłam, 

musiałam podejść do okna, żeby sprawdzić, czy go przypadkiem nie ma na zewnątrz.

— Nalejesz mi jeszcze kawy? — zapytała Sissy. — Będziesz miała coś przeciwko temu, 

że zapalę papierosa?

— Nie, skądże. Możesz palić.
Sissy   usiadła   na   obitym   materiałem   krześle   przy   oknie,   żeby   wydmuchiwać   dym   na 

zewnątrz. Molly podała jej kubek świeżej kawy, po czym usiadła obok niej.

— Wiem, co chcesz powiedzieć — odezwała się po chwili.
— A więc ty także potrafisz czytać w myślach?
—   Nie,   ale   tym   razem   tak   się   składa,   że   się   z   tobą   zgadzam.   Tym   bardziej   że   obie 

miałyśmy podobny sen.

— Obiecałam Trevorowi, że nie będę tego robiła.
— Wiem. Ale Trevora nie ma, a to, czego Trevor nie widzi, nie będzie go bolało. To, o 

czym nie wiemy, nie może nas zranić.

Sissy zgasiła papierosa w niebieskiej ceramicznej popielniczce.
— Dobrze — powiedziała. — Ale bardzo cię proszę, nie mów Trevorowi. Nie chcę, żeby 

sobie pomyślał, że go nie szanuję.

Poszła do sypialni i po chwili przyniosła karty DeVane. Potem obie usiadły przy stole w 

kuchni i Sissy rozłożyła je według Krzyża Lotaryńskiego. Miała przepowiedzieć przyszłość 
Molly, zatem jako Kartę Przepowiedni wybrała La Fleuriste, Kwiaciarkę. Karta przedstawiała 
młodą kobietę z obnażonym biustem, w przezroczystej sukience z podwyższoną talią i w 
obszernym czepku, zawiązanym pod brodą, ozdobionym wzorami w kwiaty, jabłka i kiście 
winogron. Spacerowała pomiędzy dwoma rzędami czerwonych chryzantem, podlewając je 
wodą z lśniącej złotej konewki.

W   tle   jakiś   młody   mężczyzna   w   żółto–niebieskim   stroju   błazna   pchał   taczkę.   Molly 

przyjrzała się uważnie i dostrzegła, że taczka wyładowana jest fragmentami ludzkich zwłok 
— zakrwawionymi rękami, nogami i tułowiami. W oddali, na wzgórzu, widziała cmentarne 
krzyże i pomniki.

background image

Młody mężczyzna miał na głowie spiczasty kapelusz, a może to tylko jego włosy zostały 

postawione na sztorc?

Lecz kiedy znowu uważniej przyjrzała się karcie… Molly zdała sobie sprawę, że to nie jest 

ani   kapelusz,   ani   jego   włosy.   Młodzieniec   miał   wbitych   na   sztorc   w  głowę   dziesięć   lub 
jedenaście wielkich kuchennych noży.

Na skraju ogrodu, za chryzantemami, stały rzędy uli. Pracowali przy nich zakonnicy. Ich 

twarze zakrywały muślinowe siatki przypięte do kapeluszy w kształcie dzwonów.

— Połóż dłoń na swojej karcie i zadaj jej konkretne pytanie. Nie mów mi, co to za pytanie.  

Odpowie ci na nie karta, a nie ja — powiedziała Sissy.

Kiedy   skończyła,   wyciągnęła   z   talii   trzy   karty   i   ułożyła   je   przed   Molly   w   kształcie 

wachlarza,   zakryte,   tak  aby Molly  mogła   na  odwrocie  każdej   z  nich  zobaczyć   La  Lunę, 
Księżyc. Lekko dotknęła każdej karty, jednej po drugiej.

Po niemal minucie milczenia Molly zapytała:
— No i co?
Sissy popatrzyła na nią. W soczewkach jej okularów odbiło się światło słoneczne i przez 

chwilę można było odnosić wrażenie, że jest niewidoma.

— Jesteś pewna, że chcesz usłyszeć, co mówią karty?
— A dlaczego nie? Co się stało? Chyba nikt nie umrze, co?
— Nie wiem. Karty są bardzo wymijające. Może to, o czym mówią, się wydarzy, a może 

nie. Kiedy zachowują się w taki sposób, czuję się bardzo nieswojo.

— Mimo wszystko powiedz mi, Sissy. W końcu to są tylko karty.
Sissy wzięła do ręki La Fleuriste.
— Widzę pewne ostrzeżenia. Nie do końca rozumiem, czego dotyczą. Jednak popatrz na 

swoją kartę przepowiedni. Oto piękna młoda kobieta, która przywraca kwiaty do życia. To 
jesteś ty. Ale w tym ogrodzie jest także ból i śmierć — poćwiartowane ciała, wywożone z 
cmentarza.

— A ten młody człowiek z nożami w głowie? Co on oznacza?
— To Le Pitre, Klaun. Reprezentuje śmiech, szczęście i przyjaźń. Jednak ktoś dźgnął go w 

głowę. Niezależnie od tego, kim jest Klaun, za jego pośrednictwem napastnik chce szerzyć 
pomiędzy ludźmi strach i podejrzenia, chce sprawić, żeby ludzie tracili do siebie zaufanie. 
Ten ktoś chce zabijać radość i zabawę.

— A ci ludzie przy ulach?
—   Nie   ma   najmniejszej   wątpliwości,   co   oznaczają.   Karty   nie   są   gotowe,   żeby   nam 

powiedzieć, co się wydarzy. Jednak są całkowicie pewne, kiedy nastąpią te wydarzenia. Ule 
wskazują chmarę owadów, a przecież wystarczy, że wyjrzysz przez okno, żeby zobaczyć, co 
się dzieje na dworze. Cokolwiek więc się stanie, nastąpi to bardzo szybko, być może nawet 
dzisiaj.

Molly skinęła w kierunku trzech kart rozłożonych w kształcie wachlarza.
— A te karty? Co one mówią?
Sissy odwróciła kartę leżącą po lewej stronie.
—   Ta   mówi,   dlaczego   twoja   przyszłość   skieruje   się   w   takim   kierunku,   w   jakim   się 

skieruje. Określa coś, co już zrobiłaś, czego więc już nie można zmienić, od czego nie ma 
odwrotu.

— Le Porte–Bonheur, Amulet?
Karta przedstawiała młodego człowieka maszerującego przez las. Niósł długi pastorał, na 

którego   czubku   znajdowało   się   oko   z   kamienia   szlachetnego.   Po   obu   stronach   ścieżki 
poskręcane korzenie drzew przemieniły się w węże i stały wyprostowane, jakby za chwilę 
miały zaatakować.

— To symbolizuje twoją zdolność do ożywiania przedmiotów za pomocą rysunków. Karty 

zdają   się   uważać,   że   za   tę   zdolność   jest   odpowiedzialny   talizman,   podobny   do   tego   na 

background image

pastorale.

— Przecież ja nie mam niczego takiego — powiedziała Molly. Nagle położyła dłoń na 

naszyjniku i dodała: — To znaczy mam. Ale to nie jest nic specjalnego. Zapłaciłam za to 
jedynie pięćdziesiąt pięć dolarów i dorzucili mi do tego jeszcze parę strasowych spinek do 
włosów.

— Kiedy to kupiłaś?
—   Dwa   tygodnie   temu,   na   pchlim   targu.   Było   tam   zresztą   mnóstwo   podobnych 

wspaniałości.   Widziałam   na   przykład   czarujący   miedziany   ekran   kominkowy   z 
wymalowanymi na nim duszkami. O mało go nie kupiłam.

— Czy dowiedziałaś się, skąd pochodzi ten naszyjnik? Bo ja nigdy czegoś takiego nie 

widziałam.

Molly uniosła naszyjnik do oczu i popatrzyła na niego uważnie.
— Ja także. Sprawia wrażenie, jakby babcia kobiety, która mi go sprzedała, złożyła go w 

całość,   kawałek   po   kawałku.   Popatrz   na   tę   drobną   twarzyczkę,   wyrzeźbioną   w   kości 
słoniowej. I na tę jaszczurkę. Są niesłychane.

— Być może naszyjnik nosi w sobie jakiś rodzaj mocy — zauważyła Sissy. Wyciągnęła 

prawą rękę i pokazała Molly ametystowy pierścionek, który miała na środkowym palcu. — 
Podarowała mi to matka i zawsze byłam przekonana, że pomaga mi odgadywać, czy ludzie, z 
którymi rozmawiam, mówią mi prawdę. Kiedy kłamią, kamień staje się ciemniejszy. Czasami 
zmienia  kolor z purpurowego na czarny.  Musisz wiedzieć,  że także  człowiek  potrafi  być 
amuletem. Twoje kwiaty ożywały tylko w mojej obecności, zauważyłaś to? Takie zjawiska 
może  wywoływać   nasza  naturalna   chemia.  Nasze  siły  witalne,   my  razem,  ty  i  ja.  Nasza 
charyzma.

— Czego dotyczą pozostałe karty? — zapytała Molly.
Sissy odwróciła kartę po prawej stronie.
— Le Marionettiste, Lalkarz. To jest to, co przyniesie dzisiejszy dzień.
Karta   przedstawiała   młodego,   niedbale   ubranego   mężczyznę   w   trójkątnym   kapeluszu, 

siedzącego   na   drewnianej   ławeczce.   Trzymał   w   rękach   sznureczki   dwóch   tańczących 
marionetek: baletnicy ze strusim piórem we włosach i żołnierza o krzaczastych wąsach, w 
jaskrawoniebieskiej kurtce mundurowej. Pokój, w którym bawił się marionetkami, był bardzo 
ponury, oświetlony tylko jedną słabą latarnią.

Tuż za młodzieńcem czaił się w cieniu mężczyzna w pelerynie z czarnym kapturem. Ręce 

miał skrzyżowane na piersiach, a w każdej z nich trzymał wielki nóż rzeźnicki.

— W ogóle tego nie rozumiem — powiedziała Molly.
— Ja także nie jestem pewna — przyznała Sissy.  — Myślę, że to jest jedna z takich 

przepowiedni, których nie rozumiemy, dopóki się do końca nie spełnią.

— Czy ten mężczyzna zamierza zasztyletować lalkarza?
— Pamiętaj, że te karty powstały ponad dwieście lat temu. Lalkarz może przedstawiać 

kogokolwiek, na przykład instruktora aerobiku albo szefa wielkiej firmy.  Nawet polityka. 
Każdego, kto jest w stanie kontrolować życie innych ludzi.

— Rozumiem. A ostatnia karta?
Sissy   miała   już   takie   wyczucie,   że   wiedziała,   co   pokaże   ostatnia   karta,   i   nie   miała 

najmniejszej ochoty jej odkrywać. Mogłaby powiedzieć Molly jakieś proste kłamstewko, ale 
wątpiła, czy Molly jej uwierzy. Zresztą, jaki miałoby to cel? Przecież rozłożyła karty po to, 
żeby się dowiedzieć, co wkrótce się wydarzy. Im więcej obie się dowiedzą, tym lepiej będą 
do tego przygotowane.

Poza tym, gdyby skłamała, ametyst w pierścionku jej matki pociemniałby. Zawsze była 

zresztą przekonana, że karty zdają sobie sprawę z tego, jak słuszna jest ich interpretacja. 
Istniała możliwość, że gdy zechce skorzystać z nich po raz kolejny, będą milczeć i nie udzielą 
jej   już   żadnych   wskazówek   na   temat   przyszłości.   Pozostaną   jedynie   kolorowymi, 

background image

niezrozumiałymi rysunkami.

Odwróciła kartę. Była cała szkarłatna, bez żadnej ilustracji. La Carte Ecarlate, Szkarłatna 

Karta.

— Co to znaczy? — zapytała Molly.
— W większości wypadków wszechogarniającą wściekłość. Wiesz, mówi się, że komuś 

robi się czerwono przed oczyma. Ale ta karta może także oznaczać krew. Mnóstwo krwi. Tak 
wiele krwi, że prawie można by się w niej utopić.

Molly siedziała, wpatrując się w kartę, ale jej nie dotknęła.
— Wiesz, jakie było moje pytanie? — zapytała.
—   Nie   musisz   mi   mówić,   jeśli   nie   chcesz,   szczególnie   jeśli   karty   już   udzieliły   ci 

odpowiedzi.

— Zapytałam, czy Czerwona Maska jeszcze kogoś zamorduje.

Siedemnaste piętro

Następny poranek był jasny, lecz mglisty i bardzo wilgotny. Jimmy przyjechał do Giley 

Building   niemal   godzinę   wcześniej   niż   zwykle   —   było   jeszcze   tak   wcześnie,   że   pan 
Kraussman,   portier,   musiał   otworzyć   mu   drzwi.   Pan   Kraussman   był   łysym   osobnikiem 
baryłkowatego  kształtu  z wałkami  tłuszczu  na szyi.  Miał na sobie zieloną  koszulę w tak 
krzykliwą kratę, że niemal oślepiała. Wyciągnął z ust tłustą kanapkę i zawołał:

— Jimmy! Ach du Lieber Gott! Gdybyś przyszedł do pracy jeszcze wcześniej, zobaczyłbyś 

siebie samego, jak wychodzisz poprzedniego wieczoru.

Jimmy wprowadził do holu swój srebrny rower górski.
— Dzięki, panie Kraussman. Muszę dokończyć tę głupią animację. Próbowałem wczoraj 

wieczorem, ale już nad nią zasypiałem.

—   A   co   teraz   animujesz?   Tylko   mi   nie   mów,   że   znów   tworzysz   jakieś   śpiewające 

pieluszki. — Pan Kraussman wyprzedził Jimmy’ego, pobrzękując kluczami. — Śpiewające 
pieluszki! Powiem wam coś, moje dzieci, pieluszki nigdy nie śpiewają, ale za to z pewnością 
śmierdzą. Ha, ha, ha!

Roześmiał   się   głośno   z   własnego   dowcipu,   a   potem   mocno   pociągnął   nosem,   jakby 

koniecznie chciał wyłowić z powietrza jakiś zapach.

— Tym razem to będą butelki z napojami gazowanymi — powiedział Jimmy, wstawiając 

rower do komórki na środki czystości. Po chwili rower zajmował bezpieczne miejsce wśród 
mopów, szczotek i wiader. — Butelki, które tańczą w rytm muzyki country and western.

— Słucham?
—   Butelki   z   napojami   gazowanymi,   panie   Kraussman,   tańczące   w   rytm   country   and 

western. Mamy o jedenastej ostateczną prezentację, co znaczy, że pozostało mi trzy i pół 
godziny na dokończenie roboty, która normalnie zajmuje pięć godzin.

— Tragedia — westchnął pan Kraussman. — Pomyśleć tylko, że taki wielki artysta jak ty 

dla chleba zajmuje się butelkami, które tańczą country and western.

— Panie Kraussman, ja nie jestem Leonardo da Vinci. Jestem animatorem i tyle.
—   Hej,   przecież   mi   nie   powiesz,   że   ten   portret,   który   namalowałeś   mojemu   małemu 

Freddiemu, nie jest wspaniałym dziełem. Wisi u mnie w salonie i jestem z niego dumny jak 
cholera.

— Cóż, cieszę się, że się panu podoba. Ten pański Freddie to naprawdę urocze dziecko.
Jimmy nie wspomniał, że kiedy malował Freddiego, z lewej dziurki od nosa wisiał mu 

wielki smark i aż go korciło, żeby uwiecznić to na portrecie.

Jimmy podszedł do wind. Drzwi do tej, w której napadnięto  George’a Woodsa i Jane 

Becker, wciąż były zalepione żółtą policyjną taśmą, a na drzwiach sąsiedniej windy wisiała 

background image

kartka   NIECZYNNA.   Trzecia   winda   jednak   działała.   Jimmy   nacisnął   przycisk   i   czekał. 
Tymczasem Kraussman stał nieprzyjemnie blisko za jego plecami, uśmiechał się bez żadnego 
powodu   i   nadal   pociągał   nosem.   Jak   wielu   przybyszów   znad   Renu,   znalazłszy   się   w 
Cincinnati, miał problemy z zatokami.

— Hej, a może namalujesz również moją żonę, co?
—   Jasne,   jeśli   tylko   znajdę   czas   —   odpowiedział   Jimmy.   Tylko   w   myślach   dodał:   i 

odpowiednio dużą kartkę papieru.

Winda zjechała na parter i Jimmy wsiadł.
—   Może   na   nasze   rubinowe   gody?   Dwunastego   sierpnia   —   zdążył   zasugerować 

Kraussman,   zanim   zatrzasnęły   się   drzwi.   W   ostatniej   chwili   dorzucił   jeszcze.   —   Nie   za 
darmo! Zapłacę ci parę dolarów!

Kiedy winda ruszyła w górę, Jimmy oparł się o ścianę wyłożoną lustrami i zamknął oczy. 

Czuł się kompletnie wykończony. Już od sześciu tygodni pracował nad animacją żurawinowej 
wody sodowej Sea Island, siedem dni w tygodniu, a już kilkakrotnie wstawał od komputera 
dopiero o drugiej nad ranem. Jednak to zamówienie miało zasadnicze znaczenie dla firmy, w 
której pracował, Anteater Animation, i wiedział, że jeśli dobrze wykona tę robotę, zostanie 
sowicie wynagrodzony. Być może nawet będzie mógł zabrać swoją dziewczynę Devon do 
Disney Worldu.

Jimmy był chudy i drobny. Miał kręcone czarne włosy, bardzo bladą twarz i zakrzywiony 

nos. Brakowało mu dwóch miesięcy do dwudziestych dziewiątych urodzin. Devon mówiła, że 
przypomina jej czaplę. Nic sobie z tego nie robił, ponieważ Devon była równie chuda jak on, 
jeśli ttie chudsza, i chociaż była ładna, ona również miała lekko haczykowaty nos.

Tego poranka Jimmy miał na sobie czapeczkę Cincinnati Reds (założoną tyłem do przodu) 

oraz białą koszulkę z czerwonym napisem  2007 Cornhole Champions,  wydrukowanym na 
plecach, i wyświechtane czerwone spodnie. Na nogach miał wielkie srebrne buty sportowe 
firmy Nike o symbolu „TN8”.

Winda zatrzymała się ze zgrzytem i Jimmy otworzył oczy. Już miał wysiąść, kiedy zdał 

sobie sprawę, że dotarł jedynie do siedemnastego piętra. Nieoświetlony korytarz wyłożony 
był niebieskim dywanem. Walało się na nim mnóstwo pogniecionych papierów. Po symbolu 
firmy, która zajmowała kiedyś to piętro, pozostały jedynie dwie dziury w ścianie naprzeciwko 
windy.

Jimmy wytknął głowę z kabiny, żeby zobaczyć, czy może ktoś na nią czeka. Korytarz był 

jednak pusty i na piętrze panowała cisza, jeśli nie liczyć odgłosu wody kapiącej nieregularnie 
ciężkimi kroplami z jakiegoś kranu.

Nacisnął guzik w kabinie, chcąc jechać na dwudzieste trzecie piętro. Drzwi windy zaczęły 

się   zamykać,   lecz   nagle   znów   się   rozsunęły,   z   trzaskiem,   który   sprawił,   że   Jimmy’emu 
przebiegły ciarki po plecach. Usłyszał zgrzyt  mechanizmu napędowego i kabina zadrżała, 
jakby coś blokowało jej ruch. Poczuł smród przegrzanego oleju i przypalonego kurzu.

Szybko wyszedł z windy i znalazł się na korytarzu. W życiu widział już wiele filmów, w 

których windy opadały bezwładnie aż do piwnicy, zazwyczaj pełne rozwrzeszczanych ludzi, i 
wiedział, że w momencie uderzenia w ziemię, nogi pasażerów windy łamią się jak zapałki.

Tymczasem   drzwi   windy   niemal   natychmiast   się   zatrzasnęły.   Nacisnął   przycisk   przy 

drzwiach,   ale   ponownie   już   się   nie   otworzyły.   Usłyszał   natomiast   jęk   mechanizmu 
świadczący, że kabina kontynuuje jazdę w górę. Niestety, bez niego.

— Cholera jasna — powiedział.
Nacisnął przycisk jeszcze kilkakrotnie, ale winda nie reagowała. Odczekał, aż dojechała do 

dwudziestego piątego piętra, lecz nawet wówczas nie był w stanie ściągnąć jej na dół.

— Cholera jasna. Co za pieprzone gówno.
Nie miał wyboru. Musiał ruszyć na górę schodami, Miał tylko nadzieję, że drzwi na klatkę 

schodową nie będą zamknięte na klucz w obawie przed dzikimi lokatorami.

background image

Ruszył korytarzem w kierunku miejsca, gdzie kiedyś znajdowała się recepcja. Piętro było 

podzielone na niemal sto małych kantorków z wbudowanymi biurkami. W niektórych wciąż 
wisiały   przylepione   do   ścian   karteczki   z   notatkami,   jakieś   wykresy   i   grafiki,   ilustrujące 
poziom   sprzedaży.   Gdzieniegdzie   wisiały   nawet   rodzinne   fotografie.   Przedstawiały 
uśmiechniętych młodzieńców, dzieci w brodzikach czy ukochane psy.

Jimmy, z torbą obijającą mu się o uda, ruszył pomiędzy kantorkami. Jedną rękę uniósł na 

wysokość   oczu,   ponieważ   poranne   słońce   odbijało   się   od   szyb   budynków,   stojących   po 
przeciwnej   stronie   Race   Street,   i   oślepiało   go.   Zaczął   kaszleć,   jak   zawsze,   kiedy   się 
denerwował.

Dotarł do podwójnych drzwi, które prowadziły na klatkę schodową. Pociągnął za klamkę, 

jednak, tak jak się obawiał, drzwi były zamknięte na klucz.

— Cholera.
Wyjrzał przez zbrojoną drutem szybę w drzwiach i zobaczył schody.
Gwałtownie szarpnął za klamkę. Spróbował wyważyć je ramieniem, po czym kopnął je z 

całej siły. Drzwi były jednak twarde, dębowe, zabezpieczone solidnym zamkiem; zrozumiał, 
że na otwarcie ich nie ma żadnej szansy.

Wyciągnął z kieszeni telefon komórkowy. Brak zasięgu. Do ciężkiej cholery! Cóż, może 

tylko przy schodach nie ma zasięgu? Szybko podszedł do okna. Popatrzył w dół i dostrzegł na 
ulicach poranny ruch samochodów, a na chodnikach urzędników śpieszących do pracy. Z tej 
wysokości   wyglądali   na   drobinki,   ale   przynajmniej   nie   tkwili   jak   on   w   pułapce   na 
siedemnastym piętrze, niczym mucha w słoiku z dżemem. Znowu spróbował skorzystać z 
telefonu komórkowego, jednak aparat wykazywał brak zasięgu.

Zaczął chodzić po biurze, jednak w żadnym  punkcie nie mógł złapać zasięgu. Wszedł 

nawet do jednego z kantorków, podniósł słuchawkę z któregoś aparatu na biurku, Jednak — 
oczywiście — w słuchawce nie było sygnału.

Uznał, że musi wracać do windy. Może kiedy zacznie uderzać w drzwi, usłyszy go na dole 

pan Kraussman?

Jednak kiedy znajdował się w połowie drogi, z lewej strony dobiegł go krótki, głośny 

trzask. Zatrzymał  się i zaczął nasłuchiwać. Po chwili usłyszał ten sam dźwięk ponownie. 
Trrrttt! Jakby wydawała go jakaś wielka cykada. Jimmy z trudem łapał już oddech i nie był w 
stanie powstrzymać się przed kasłaniem.

Trrrttt! Tym razem trzask dobiegł z prawej strony, Jimmy obrócił się dwa razy wokół 

własnej   osi,   jednak   w   pobliżu   nikogo   nie   było;   a   przynajmniej   nie   był   w   stanie   nikogo 
zauważyć.

Trrrttt! Trrrttt! Trrrttt–trrrttt–trrrttt!
Jimmy odwrócił się znowu i nagle wyrwało mu się:
— Jezu Chryste!
Zaledwie   dwadzieścia   stóp   od   niego   w   jednym   z   kantorków   stał   mężczyzna.   Jimmy 

widział go jedynie od piersi do czubka głowy, lecz mimo to zauważył, że mężczyzna jest 
dobrze zbudowany. Z powodu promieni słonecznych, które wpadały przez okno znajdujące 
się za mężczyzną, Jimmy nie był w stanie zobaczyć jego twarzy.

— Hej! — wyrzęził z trudem. — Człowieku, wystraszyłeś mnie jak jasna cholera!
Mężczyzna nie poruszył się ani nic nie powiedział. Jimmy wskazał palcem za siebie, w 

kierunku korytarza.

— Ta głupia winda. Dusiłem i dusiłem na guzik w ścianie, ale nie chciała zjechać. A drzwi 

na klatkę schodową są zamknięte na klucz.

Mężczyzna nadal milczał i nadal się nie ruszał.
—   Jak   się   tutaj   dostałeś,   stary?   —   zapytał   go   Jimmy.   —   Jest   tu   jeszcze   jakieś   inne 

wyjście? Jeszcze jedna klatka schodowa czy coś takiego?

Cisza.

background image

—   Dalej,   stary,   ja   naprawdę   muszę   się   stąd   wydostać!   Mam   mnóstwo   roboty   do 

skończenia… To dlatego przyszedłem tak wcześnie.

Jimmy znowu zakaszlał, raz i drugi, i zaraz przesta: nad swoim kaszlem panować. Zaczął 

nerwowo szukać w torbie inhalatora. Kiedy go znalazł, rozpylił sobie w ustach dwie dawki 
salbutamolu, po czym zamknął oczy i policzył do pięciu. Kiedy je otworzył, mężczyzny nie 
było. Rozejrzał się łzawiącymi oczyma, za wszelką cenę starając się zdusić kaszel.

— Proszę pana! Proszę pana! Jest pan tam jeszcze.
Przez chwilę trwała cisza i nagle w odległym  końcu biura znowu rozległ się znajomy 

trzask. Trrrttt!

— Przepraszam, ale ja naprawdę muszę się stąd wydostać. Mogę stracić pracę, jeśli zaraz 

nie znajdę się w biurze.

To nie miało sensu. Facet albo był jakimś pomyleńcem, albo był głuchoniemy, albo był 

jednym spośród tych bezdomnych ludzi z ulicy, którzy rozmawiają tylko z podobnymi sobie. 
Jimmy ruszył korytarzem, od czasu do czasu zerkając za siebie, aby się upewnić, że tamten 
nie idzie za nim. Może winda już działała? Zresztą nawet jeśli nie, Jimmy zamierzał narobić 
tyle hałasu, żeby zwrócić na siebie uwagę pana Kraussmana.

Dotarł do drzwi windy. Wskaźnik nad nimi wciąż pokazywał, że kabina znajduje się na 

dwudziestym piątym piętrze. Nacisnął przycisk wzywający windę i przytrzymał na nim palec. 
Proszę, Boże, zjedź na dół i zabierz mnie stąd, pomyślał błagalnie.

W pierwszej chwili nie się nie wydarzyło. Oderwał palec od przycisku i po chwili nadusił 

go   jeszcze   raz.   Jeszcze   przez   sekundę   nic   się   nie   działo,   lecz   nagle   Jimmy   usłyszał   jęk 
mechanizmu windy i wskaźnik zaczął pokazywać, że kabina ruszyła w dół.

Jimmy   zakaszlał   i   znów   wciągnął   lek   przez   inhalator.   Wskaźnik   pokazał,   że   winda 

znajduje się na dwudziestym trzecim, potem na dwudziestym drugim piętrze.

— Tak szybko stąd pryskasz? — usłyszał za sobą ochrypły głos.
Popatrzył w bok i niemal stracił równowagę. Mężczyzna stał mniej niż pięć stóp od niego. 

Był jeszcze potężniejszy, niż się wydawało, kiedy stał w kantorku, i wyglądał o wiele bardziej 
przerażająco. Najgroźniejszy był „nim sposób, w jaki stał; lekko pochylony do przodu, jakby 
miał się rzucić do ataku, z głową głęboko wciśniętą w ramiona i z ramionami skrzyżowanymi 
na piersiach.

Miał na sobie czerwoną koszulę, ale jego twarz była jeszcze bardziej czerwona niż koszula. 

Skóra na niej była  mocno  naciągnięta, niczym  na masce, z wąskimi  otworami na oczy i 
równie   wąskim   otworem   na   usta.   Była   dziwnie   zamazana.   Jimmy   odnosił   wrażenie,   że 
spogląda na nią przez brudną szybę.

Otworzył usta, lecz zaraz je zamknął. Niemal mu się wyrwało: „To ty, prawda? Czerwona 

Maska? To ty jesteś facetem, który zaatakował tych ludzi w windzie?” Słowa jednak uwięzły 
mu w gardle i zdołał tylko zakaszleć.

Wskaźnik położenia windy wydawał sygnały, które świadczyły, że kabina ciągle jest w 

ruchu. Jimmy popatrzył na niego i stwierdził, że dotarła już do dziewiętnastego piętra.

—   Czy   ja   cię   przerażam?   —   zapytał   mężczyzna   o   czerwonej   twarzy.   —   Nie   wiem 

dlaczego, ale sprawiasz wrażenie, jakbyś był śmiertelnie przerażony.

— Ja… — zaczął Jimmy. — Ja chcę się tylko stąd wydostać, nic więcej. — Słyszał swój 

głos, ale nie był w stanie go rozpoznać. Brzmiał jak głos przestraszonego dwunastolatka. — 
Mam jeszcze do wykonania mnóstwo pracy, rozumie pan? Całą tę animację. Jeśli nie skończę 
na czas…

— Animację, powiadasz? Ożywiasz martwe rzeczy?
Jimmy pokiwał głową. Winda zadzwoniła, zatrzymując się na osiemnastym piętrze.
— Kiedy już coś ożywisz, nie ma od tego odwrotu, prawda? Co zostało raz stworzone, to 

już zostało stworzone, nieodwołalnie. To jest tak samo jak z dżinami wyskakującymi z lampy. 
Albo z kotami uwalnianymi z worków.

background image

—   Przepraszam   —   rzucił   Jimmy   drżącym   głosem.   —   Nie   jestem   pewien,   czy   pana 

rozumiem. Ale zdaje się, że winda w końcu postanowiła zadziałać, i muszę się pożegnać. 
Spotkanie z panem było bardzo interesujące. Ale teraz, sam pan rozumie, hasta luego.

Winda   znowu   zadzwoniła   i   ku   wielkiej   uldze   Jimmy’ego   drzwi   do   kabiny   niemal 

bezszelestnie rozsunęły się tuż za nim.

— Co zostało zrobione, to zostało zrobione, synu — powiedział mężczyzna o czerwonej 

twarzy. Jeszcze mocniej pochylił się do przodu, mimo że jego stopy ani drgnęły. — A kiedy 
już   raz   coś   zrobiono,   trzeba   to   będzie   powtarzać   bez   końca.   Nie   ma   wytchnienia   dla 
przeklętych, tak chyba się mówi, prawda? Nie ma także pokoju dla niewinnych.

Jimmy zaczął tyłem wchodzić do windy.
— Naprawdę nie wiem, jak się mówi, proszę pana. Ale to bardzo pouczające stwierdzenie. 

Cieszę się, że pana spotkałem. Do zobaczenia.

Znalazłszy się w windzie, nacisnął przycisk holu i drzwi zaczęły się zasuwać. Tylko nie 

zaklinujcie się tym razem, proszę. Po prostu się zamknijcie i pozwólcie mi w końcu znaleźć 
się w moim biurze.

Drzwi zamknęły się. Winda ruszyła  w dół. Jimmy nigdy dotąd nie odmawiał modlitw 

dziękczynnych, jednak tym razem to uczynił. Dobry Boże, dzięki Ci za to, że przyciągnąłeś tę 
windę i ocaliłeś mi dupę. Już nigdy, przenigdy nie będę wątpił w Twoje istnienie. Wejdę po 
dwustu trzydziestu pięciu stopniach kościoła Niepokalanej na Mount Adams i na każdym z 
nich powiem: „Dziękuję Ci, Panie”.

Zbliżył   się   do   lustra   na   ścianie   i   przyjrzał   swojemu   odbiciu.   Pomyślał,   że   wygląda 

stosunkowo normalnie, mimo  stanu skrajnego przerażenia, w jakim się znajdował jeszcze 
przed   chwilą.   Musiał   teraz   postanowić,   co   robić   dalej.   Powinien   zadzwonić   na   policję   i 
powiedzieć, że Czerwona Maska kryje się na siedemnastym piętrze. Ale co potem? Miałby 
wrócić do swoich tańczących butelek z napojami gazowanymi, jakby nic się nie stało?

Winda zadzwoniła i zatrzymała się na szesnastym piętrze. Drzwi rozsunęły się, ukazując 

kolejny opuszczony hol recepcyjny, z logo „Kings Communications, spółka z ograniczoną 
odpowiedzialnością”, wymalowanym na ścianie. Panował tu większy mrok niż piętro wyżej, 
ponieważ wszystkie kotary na oknach były zasunięte. Na korytarzu pod ścianami ustawione 
były sięgające sufitu sterty drewnianych krzeseł, wstawionych jedno w drugie.

— Na miłość boską, ruszaj — powiedział Jimmy i znowu nacisnął przycisk holu.
Drzwi zaczęły się zamykać, ale w tym samym czasie Jimmy usłyszał taki odgłos, jakby 

ktoś   biegł.   Znowu   nacisnął   przycisk,   jednak   było   już   za   późno.  Mężczyzna   o  czerwonej 
twarzy pośpiesznie wcisnął się do windy przez szparę w drzwiach. W uniesionych rękach 
trzymał trójkątne noże rzeźnickie.

Jimmy uskoczył w bok i podniósł ramię, żeby się nim osłonić. Mężczyzna o czerwonej 

twarzy   zaatakował   go   jednak   z   niesłychaną,   wręcz   niepowstrzymaną   furią.   Dźgnął   go   w 
łokieć, potem w przedramię, a potem drugim nożem rozorał mu policzek.

Ku swemu zaskoczeniu Jimmy wcale nie czuł bólu. Czuł jedynie uderzenia i spróbował 

wyrwać   noże   z   rąk   napastnika.   Ten   jednak   dźgał   go   i   dźgał,   a   ostrza   dziurawiły   palce 
Jimmy’ego i jego dłoń. Krew z jego ran zaczęła tryskać na wszystkie strony.

Po chwili napastnik pozrywał ścięgna na przegubach jego rąk i dłonie Jimmy’ego opadły 

bezradnie niczym czerwone gumowe rękawice. Mężczyzna atakował dalej — w czoło, w nos, 
a po chwili odkroił mu fragment policzka. Następnie dźgnął go równocześnie w oboje oczu, 
przez co w jednej chwili całkowicie go oślepił.

Jimmy padł na podłogę windy. Słyszał teraz tylko szum własnej krwi w uszach i słabe 

odgłosy uderzeń. Nie czuł żadnego bólu, tylko lekki dyskomfort, kiedy rozrywała się jego 
skóra, i okropne zimno w żołądku.

— Gdzie ja jestem? — wyszeptał zakrwawionymi ustami.
— W piekle, synu. Tam, gdzie jest twoje miejsce — odpowiedział mu głos, który rozległ 

background image

się tuż przy jego uchu.

Znaki i cuda

Usłyszały o tym w telewizji, kiedy Sissy przygotowywała lunch: szwajcarski ser, kanapki z 

ciabaty i podłużne pomidory.

Marcia LaBelle z WLWT mówiła:
—   W   kabinie   windy   w   Giley   Building,   w   centrum   Cincinnati,   zasztyletowany   został 

dwudziestoośmioletni   mężczyzna.   Jego   śmierć   nastąpiła   zaledwie   w   dwadzieścia   cztery 
godziny   po   podobnym   napadzie,   w   którego   wyniku   zginął   mężczyzna,   a   młoda   kobieta 
odniosła poważne rany.

— Molly! Słyszałaś? — zawołała Sissy. Wzięła do ręki pilota i wzmocniła dźwięk.
— Rzeczniczka policji powiedziała, że jest jeszcze zbyt wcześnie, aby stwierdzić, czy ta 

zbrodnia popełniona została przez tego samego napastnika. Przyznała jednak, że oba ataki 
łączy   „kilka   istotnych   podobieństw”.   Nazwisko   ofiary   nie   zostanie   podane   do   publicznej 
wiadomości,   dopóki   o   jego   śmierci   nie   zostaną   poinformowani   najbliżsi   krewni,   jednak 
zgodnie   z   informacją,   jaką   uzyskał   Kanał   piąty,   ofiarą   morderstwa   jest   animator,   który 
pracował dla Anteater Animations, firmy z branży grafiki komputerowej, mieszczącej się na 
dwudziestym trzecim piętrze Giley Building.

Molly stanęła w progu z pędzlem malarskim w ręce.
— O Boże! Znam parę malarzy, która pracuje dla Anteater. Klausa i Sheilę. Mam nadzieję, 

że to nie Klaus jest ofiarą. Muszę do nich zadzwonić.

Marcia LaBelle kontynuowała:
—   W   związku   z   wczorajszym   napadem   nadal   poszukiwany   jest   ten   człowiek.   —   Na 

ekranie pojawił się rysunek Molly. — Policja nadała mu pseudonim „Czerwona Maska”, ze 
względu na jego rumianą, opaloną, a być może po prostu pomalowaną twarz. Policja ostrzega 
wszystkie   osoby,   które   go   zobaczą,   aby   się   do   niego   nie   zbliżały,   lecz   natychmiast 
zadzwoniły pod numer alarmowy. Mężczyzna ten niemal na pewno jest uzbrojony i skrajnie 
niebezpieczny.

Sissy usiadła  na jednym  z kuchennych  taboretów.  Nagle  zrobiło jej się gorąco. Czuła 

wielki niepokój i rozterkę.

— Czy Marcia powiedziała „animator”?
— Tak — odparła Molly.
Wzięła   do   ręki   słuchawkę   bezprzewodową   i   pośpiesznie   wystukała   numer   Anteater 

Animations.

— Animator, rozumiesz? Posłuchaj tylko. Co pokazały karty? Lalkarza. Kogoś, kto ożywia 

martwe figury.

— Zajęte — powiedziała Molly i nadusiła przycisk ponownego wybierania numeru. — 

Ciągle zajęte.

— Dlaczego nie zażądałam od kart więcej informacji? — narzekała Sissy. — Nawet nie 

wiesz, jak bardzo czuję się winna.

—   Sissy,   przecież   nie   byłaś   w   stanie   dokładnie   przepowiedzieć,   kto   zostanie   zabity, 

prawda? Nie mogłaś przewidzieć ani kto to będzie, ani gdzie, ani kiedy.

— Nieprawda! Gdybym tylko naciskała na karty, prawdopodobnie dotarłoby do mnie, że 

atak   nastąpi   w   tym   samym   miejscu,   w   którym   miało   miejsce   wczorajsze   morderstwo. 
Poznałabym także porę dnia. Odkryłam przecież Szkarłatną Kartę, prawda? Wiedziałam więc, 
że na jednym zabójstwie się nie skończy, i wiedziałam, że kolejne nastąpi bardzo szybko. 
Przecież mogłam ostrzec policję. Mogłam ocalić życie tego młodego człowieka!

— Sissy, na miłość boską, nie możesz brać na siebie winy za to zabójstwo.

background image

— Mogę i robię to! Zostałam obdarzona darem przewidywania przyszłości i powinnam z 

tego   daru   korzystać   w   sposób   odpowiedzialny   i   mądry,   chociażby   po   to,   żeby   chronić 
niewinnych ludzi przed złem, jeśli się zorientuję, że coś im grozi.

— Jasne. Ale co chcesz teraz zrobić?
— Zamierzam znowu powróżyć z kart, a jeśli one mnie ostrzegą i powiedzą, że będzie 

jeszcze więcej zabójstw, zadzwonię do tego twojego znajomego policjanta.

— Do Mike’a  Kunzela?   Prawdę mówiąc,   Sissy,   bardzo  wątpię,  czy  Mike  ci  uwierzy. 

Wiesz, jakim on jest sceptykiem.

—   Tak   długo,   jak   długo   istnieje   szansa,   aby   ocalić   chociaż   jedną   niewinną   istotę, 

sceptycyzm tego człowieka w najmniejszym stopniu mnie nie interesuje.

— Cóż, rób to, co uważasz, że powinnaś. Cholera jasna, telefon jest zajęty. Może wciąż 

mam jego numer do domu?

W czasie gdy Molly próbowała się połączyć z Klausem, Sissy poszła do sypialni i po 

chwili wróciła z kartami. Szybko sprzątnęła ze stołu i owinęła kanapki folią. Ani ona, ani 
Molly nie miały w tej chwili apetytu.

Tymczasem Molly połączyła się w końcu z dziewczyną Klausa, Anitą. Kiedy skończyła 

rozmowę, wyglądała na spokojniejszą.

— To nie był Klaus, tylko inny młody chłopak, niejaki Jimmy Molton. Anita nic więcej 

nie wie. Wygląda na to, że ten Jimmy był pierwszą osobą, która przyszła tego ranka do pracy, 
ten kto go zabił, musiał więc kryć się w budynku przez całą noc i czekać na niego w środku.

Sissy   rozkładała   Krzyż   Lotaryński.   Odwróciła   La   Blanchisseuse,   Praczkę   z   balią 

ociekającą   krwią.   Następnie   od’   kryła   L’Avertissement,   Ostrzeżenie.   Karta   przedstawiała 
grupę   elegancko   ubranych   ludzi   —   mężczyzn,   kobiety   i   dzieci   —   zbliżających   się   do 
drewnianego mostu. Na środku tego mostu stał mężczyzna w łachmanach, z potarganymi 
włosami,   z   ręką   uniesioną   do   góry,   jakby   ostrzegał   całe   towarzystwo,   by   pod   żadnym 
pozorem nie wchodziło na most. Jego barierki oplecione były jakby czerwonymi pnącymi się 
różami, kiedy jednak Sissy zdjęła okulary i przyjrzała się im uważniej, zdała sobie sprawę, że 
to wcale nie są róże, lecz poodcinane ludzkie ręce różnej wielkości — niektóre bardzo duże, a 
niektóre małe i drobne. Wszystkie były czerwone od krwi.

W tle, na wzgórzu, ustawione były dwa krzyże w kształcie litery „X”. Do krzyży przybici 

byli dwaj mężczyźni.

Ostatnią kartą okazała się Le Ciche–Cache, Zabawa w Chowanego. Przedstawiała grupę 

myśliwych idących z latarniami przez dębowy las. Mieli także psy. Wszystkie dęby miały 
jednak   zniekształcone   ludzkie   twarze,   a   ich   gałęzie   układały   się   w   kształt   wzniesionych 
ramion z rozczapierzonymi pająkowatymi palcami. Jedno z drzew wyglądało tak, jakby zaraz 
miało chwycić od tyłu niczego się niespodziewającego myśliwego. Z wielu gałęzi zwisały 
ludzkie nogi, jakby już wcześniej dziesiątki myśliwych zostały przez drzewa oderwane od 
ziemi i zlinczowane.

Molly pochyliła się nad ramieniem Sissy.
— Pokażesz to więc Mike’owi Kunzelowi? I co mu powiesz?
— Powiem mu, że zabójca jeszcze nie skończył dzieła i według tych kart, jeszcze przez 

długi   czas   nie   zamierza   kończyć.   Zamierza   natomiast   bezustannie   zabijać.   Powiem   mu 
również, że poszukując zabójcy, on sam i jego ludzie muszą być bardzo ostrożni. Widzisz tę 
kartę Ciche–Cache? Oznacza, że myśliwi sami staną się zwierzyną. Zanim odnajdą Czerwoną 
Maskę, poniosą mnóstwo strat. Jeśli w ogóle go znajdą.

— No cóż, próbuj — powiedziała Molly. — Ja jednak twierdzę, że Mike Kunzel jest 

jednym z tych ludzi, którzy nie uwierzą, że woda jest gorąca, zanim nie wetkną ręki we 
Wrzątek.

—   W   tych   kartach   jest   tak   wiele   szczegółowych   informacji…   godziny,   daty.   Na   tym 

obrazku jest nawet zegar słoneczny, wskazujący kwadrans po dziesiątej. A na drogowskazie 

background image

siedzi pięć srok. Oznaczają piąty miesiąc roku, maj.

— Sissy, ja wierzę, że potrafisz przewidywać przyszłość. Problem polega jednak na tym, i 

to właśnie chcę ci uświadomić, że musisz do swoich przepowiedni przekonać Mike’a. A do 
tego nie wystarczy kilka kart.

— Spiszę wszystko, co się da, a potem poproszę cię, żebyś mnie zawiozła na policję.
— Sissy…
—  Zginą   ludzie,   Molly!  Będą   mordowani!  I  ja  jestem  jedyną   osobą,  która  może  tym 

morderstwom zapobiec! Muszę więc przynajmniej spróbować, do jasnej cholery!

— Dobrze — zgodziła się Molly. — Ale udzielę ci kilku rad. Staraj się mówić o swoich 

przypuszczeniach   jak   najprościej.   Nie   mów   Mike’owi,   że   pięć   srok   oznacza   maj.   I   nie 
wspominaj o żadnej magii.

* * *

Na dokładne przestudiowanie kart Sissy poświęciła ponad godzinę. Odnotowała każdy, 

nawet najdrobniejszy niuans, jak na przykład odległe zamki w tle i unoszące się nad nimi 
klucze gawronów, dwugłowe koty czy chłopi śpiący pod wozami z sianem. Nie była w stanie 
wszystkich tych detali zinterpretować i zaczęła odnosić wrażenie, że karty celowo starają się 
wprowadzić ją w stan frustracji.

Usiadła na parapecie i wyjrzała na podwórko. Nimfy cykad zaczęły już linieć. Ich skorupy 

pękały i wyłaniały się z nich czerwone oczy,  czarne ciała i skrzydła. Popękane skorupki 
spadały na ziemię, przez co ziemia pod drzewem zaśmiecona była setkami cienkich łupin.

Molly wzięła do ręki kieliszek z winem.
— Jak ci idzie? — zapytała.
Sissy uniosła notatnik. Napisała w nim jedynie:  Czerwona Maska: Przewidywane wzory  

zachowania. Te trzy słowa podkreśliła siedem razy.

— To wszystko?
— Nie jestem w stanie zrobić nic więcej, Molly. Nic, co by podlegało prawom logiki. 

Wiem,  co   mówią  mi   karty  —  ponieważ  to   wiem.  Ale  nie  jestem  w  stanie   nikomu  tego 
wyjaśnić. Dlaczego niby pięć srok ma oznaczać miesiąc maj? No bo tak, i już. Nie potrafię ci 
powiedzieć dlaczego. Molly usiadła obok niej.

— Jasne. Ale mimo że nie potrafisz nikomu wyjaśnić, skąd wiesz, co teraz zrobi Czerwona 

Maska, przecież jednak wiesz. Jakie są więc jego zamiary?

— Chce zabić jeszcze z tuzin ludzi. Tego jestem pewna. Już się rozsmakował w zabijaniu. 

Widzisz tę kartę? Widzisz tego człowieka w tle, opychającego się flakami? Wziąwszy pod 
uwagę to, co mówią karty, jestem mocno zdziwiona, że Czerwona Maska zabił dzisiaj tylko 
jedną   osobę.   On   uwielbia   dźgać   ludzi   nożem.   Delektuje   się   krwią,   bliskim   fizycznym 
kontaktem z ofiarami i władzą, jaką ma nad nimi. I z jakiegoś powodu jest bardzo agresywny, 
mściwy   i   zadufany   w   sobie.   Wierzy,   że   wszystkie   morderstwa   są   całkowicie 
usprawiedliwione. Karty mówią mi coś jeszcze. Czerwona Maska chce być rozpoznawalny. 
Chce uzyskać  złą  sławę. Chce, żeby wszyscy w mieście  się go bali. Myślę,  że niedługo 
skontaktuje się z policją albo z dziennikarzami  i zacznie  miotać groźby.  Popatrz na tego 
mężczyznę wykrzykującego coś ze szczytu wieży.

— A te róże? Te róże są naprawdę makabryczne, prawda? Te, które przypominają ręce 

polane krwią?

Sissy wyciągnęła papierosa i zapaliła go.
— Co do tych róż jeszcze nie jestem pewna. Ale ukazują się praktycznie na każdej karcie, 

prawda?   Muszą   więc   mieć   znaczenie.   Mam   wrażenie,   że   karty   koniecznie   chcą   mi 
powiedzieć, iż umyka mi coś bardzo oczywistego, ale za nic w świecie nie jestem w stanie 
dociec, co to takiego.

background image

* * *

Zaterkotał telefon. Molly podniosła słuchawkę.
— Dom Sawyerów, słucham.
— Molly? Tu Mike Kunzel.
— Mike? Chyba czytałeś w moich myślach. Właśnie miałam do ciebie zadzwonić.
— Naprawdę? Rozumiem, że słyszałaś już o kolejnym Morderstwie w Giley Building?
— Tak, tak, słyszałam. To straszne. Ten zasztyletowany młody człowiek, Jimmy Molton, 

pracował z jednym z moich przyjaciół w studio animacji.

— Cóż, to była cholernie brutalna zbrodnia. Jeszcze nie widziałem ofiary tak strasznie 

pociachanej nożem.

— Myślisz, że szukamy tego samego sprawcy?
—   Nie   mamy   jeszcze   ekspertyzy,   ale   osobiście   jestem   o   tym   w   dziewięćdziesięciu 

dziewięciu procentach przekonany.

— Moja teściowa też tak uważa.
—   Twoja   teściowa?   —   Chwila   ciszy.   —   Mówisz   o   teściowej,   która   przepowiada 

przyszłość?

— Tak, o niej.
—   Cóż,   to   mnie   uspokaja,   bo   jest   dodatkową   wskazówką,   że   przyjęliśmy   właściwy 

kierunek.

—   Mike…   Ona   wróżyła   z   kart   i   jest   przekonana,   że   wie,   jaki   będzie   następny   ruch 

Czerwonej Maski. Zapewne mogłaby też pomóc ci w odnalezieniu zabójcy.

— Molly, z całym szacunkiem. Ja w tej sprawie szukam dowodów, a nie domysłów.
— Ale ja nie mówię o domysłach. Sissy wcale nie snuje domysłów. Ona czyta karty i 

interpretuje to, co one mówią jej o przyszłości. Dowiedziała się z nich wiele o Czerwonej 
Masce,   o   stanie   jego   umysłu…   Cóż,   powiedziałam   Sissy,   że   prawdopodobnie   w   to   nie 
uwierzysz.   Czy   jednak   nie   sądzisz,   że   warto   by   było   chociaż   posłuchać,   co   ona   ma   do 
powiedzenia? Jej wcale nie chodzi o to, żeby marnować twój cenny czas, możesz być tego 
pewien.

— Zdajesz  sobie  sprawę,  co  powiedzą   media,   kiedy  się dowiedzą,   że  rozmawiałem  z 

wróżką? Wrócę do kierowania ruchem drogowym, zanim się spostrzeżesz.

— Dziennikarze o niczym się nie dowiedzą. Mike, nie masz nic do stracenia.
Detektyw przez chwilę milczał.
— Dobrze, Molly — powiedział wreszcie. — I tak cię potrzebuję, więc możesz przyjechać 

do mnie z teściową. Mamy świadka, który twierdzi, że przez krótką chwilę widział sprawcę. 
Chciałbym, żebyś naszkicowała jeszcze jeden portrecik.

— Jesteś nadal w Giley Building?
— Tak. Zaraz wysyłam po was radiowóz.
Molly odłożyła słuchawkę.
— Dzięki, że się za mną wstawiłaś — powiedziała Sissy. — Byłaś wielka.
— Już ci mówiłam. Wierzę w ciebie. Zawsze wierzyłam. Ale nie mogę zagwarantować, że 

wywrzesz wrażenie na Mike’u.

— Daj mi chwilę. Moje włosy są w takim nieładzie…
— Wszystko z nimi w porządku.
— Jak możesz tak mówić? Moje włosy są zawsze w nieładzie.
Sissy   stanęła   przed   lustrem   przy   drzwiach,   starając   się   na   nowo   poupinać   spinki   i 

grzebienie, które podtrzymywały jej postrzępiony, asymetryczny kok.

— Bardzo się boję tej całej Czerwonej Maski — powiedziała do swojego odbicia.
—   A   czego   tu   się   bać?   —   zapytała   Molly.   —   Masz   tylko   opowiedzieć   Mike’owi 

background image

Kunzelowi o tym, co widziałaś w kartach. Tylko od niego zależy, czy w to uwierzy, a pewnie 
nie uwierzy.

— A jeśli ten zbrodniarz się dowie, co zrobiłam?  Już się chyba przekonałaś, jaki jest 

mściwy i okrutny?

— A w jaki sposób miałby się niby dowiedzieć? Mike Kunzel nikomu nie powie, że z nim 

rozmawiałaś, tego możesz być pewna. Możesz też być pewna, że nie zrobi tego nikt inny.

— Nie wiem. Coś w tej Czerwonej Masce zaczyna mnie bardzo mocno niepokoić. Tym 

razem karty zachowują się inaczej niż zwykle. Zazwyczaj potrafię z nich odczytać, z jakimi 
ludźmi mam do czynienia. Potrafię wyczuć, czy mam do czynienia bardziej z artystami czy 
bardziej  z realistami.  Z ludźmi  pewnymi  siebie czy nieśmiałymi.  Czasami potrafię nawet 
określić, z jakich rodzin pochodzą, czy mają braci albo siostry. Ale Czerwona Maska… nie 
mam żadnej podpowiedzi. Tylko pustkę. Ciemność. Nic poza złością, żądzą zemsty i tym 
straszliwym pragnieniem krwi.

— Sissy, oni go złapią. Na tym polega ich praca. Złapią go i zamkną, i prawdopodobnie 

dadzą mu śmiertelny zastrzyk.

Sissy ujęła dłonie synowej i mocno je uścisnęła.
— Przepraszam cię. Po prostu widzę te wszystkie znaki i ostrzeżenia i zwykle wyczytuję z 

nich zbyt wiele. Masz absolutną rację.

Zadzwonił dzwonek do drzwi.
— To chyba po nas — powiedziała Molly. — I pamiętaj, żadnych srok.

Czerwona tajemnica

Policjant   w   mundurze   zaprowadził   je   do   holu,   gdzie   detektywi   Kunzel   i   Bellman 

rozmawiali z technikami, którzy zbadali miejsce zbrodni. Jeden z nich był czarnoskóry i miał 
siwe   włosy,   przez   co   wyglądał   jak   kuzyn   Morgana   Freemana,   z   lekką   nadwagą.   Drugi, 
blondyn w okularach, był chudy jak patyczak.

— Molly, dziękuję, że przyjechałaś — powitał ją detektyw Kunzel. — Aha, i dziękuję, że 

zabrałaś ze sobą teściową.

— Cała przyjemność po mojej stronie — powiedziała Sissy. — Zrobię wszystko, co w 

mojej mocy, żeby panu pomóc.

Kunzel   poprowadził   Molly   do   pomieszczenia   portiera.   Wbudowane   było   w   łukowatą 

ścianę   po   prawej   stronie   holu,   a   jego   okna   wychodziły   prosto   na   drzwi   do   wind.   Pan 
Kraussman siedział przy swoim biurku, zarzuconym rachunkami i gazetami, na których leżała 
niedojedzona kanapka częściowo owinięta w pognieciony papier. Na ścianie przed biurkiem 
wisiały   fotografie   żony   pana   Kraussmana,   jego   dzieci,   sznaucera   i   samego   Kraussmana 
stojącego przy wielkim pomniku Paula Bunyana i jego Błękitnego Byka gdzieś na polach 
stanu Wisconsin.

— Molly, to jest pan Herbert Kraussman. Jest tu portierem. Panie Kraussman, to jest pani 

Molly Sawyer, nasz policyjny rysownik.

Pan Kraussman wstał, wytarł dłoń w przód koszuli i wyciągnął rękę do Molly.
— Będzie tak jak w telewizji? Ja pani powiem, jak ten facet wyglądał, a pani go narysuje?
— Dokładnie tak, panie Kraussman.
—   Sam   nie   wiem,   co   mógłbym   pani   powiedzieć.   Jak   już   mówiłem   obecnemu   tutaj 

detektywowi, widziałem go tylko przez mgnienie oka. Mgnienie oka! I już go nie było.

— Cóż, może jednak zaskoczy pan samego siebie — powiedziała Molly. — Umysł ludzki 

jest jak aparat fotograficzny. Teraz może się panu zdawać, że nie widział pan zbyt wiele, gdy 
tak naprawdę widział pan wszystko bardzo wyraźnie. Musi pan jedynie przywołać fotografię 
przed oczy umysłu i mi ją opisać. Pozwoli pan, że usiądę?

background image

— Och, przepraszam…
Pan   Kraussman   zdjął   z   drewnianego   krzesła   stojącego   przed   biurkiem   niebieskie 

plastikowe pudełko ze ścierkami do kurzu i jakimiś środkami chemicznymi w sprayu. Molly 
usiadła i położyła na kolanach szkicownik.

— Nie będziemy przeszkadzać — powiedział detektyw Kunzel i zwrócił się niepewnie do 

Sissy: — A my tymczasem moglibyśmy trochę podyskutować o przyszłości, prawda?

Wyszli do holu. Drzwi do trzeciej windy był szeroko otwarte i zablokowane, co pozwoliło 

Sissy dostrzec, że całe wnętrze, od podłogi po sufit, jest poplamione krwią. Na podłodze 
kabiny klęczał kuzyn Morgana Freemana i robił zdjęcia. Przy każdym błysku lampy winda 
zdawała się jakby podskakiwać. Jego chudy jasnowłosy partner rozpylał na lustrach proszek, 
w poszukiwaniu odcisków palców, a kolejny technik, obdarzony sumiastymi wąsami, mierzył 
laserem hol. Wokół prowizorycznego stołu zgromadziło się jakieś pół tuzina policjantów. 
Wszyscy, a wśród nich detektyw Bellman, oglądali plany architektoniczne Giley Building.

— Uważa pan, że zabójca wciąż tutaj jest? — zapytała Sissy.
— Jestem tego prawie pewien. Kiedy w pewnej chwili drzwi windy się otworzyły, pan 

Kraussman zobaczył, jak podejrzany wystawił przez nie głowę. Jak jednak powiedział, trwało 
to tylko ułamek sekundy. Drzwi zaraz zamknęły się ponownie i winda pojechała do góry. 
Zatrzymana się na siedemnastym piętrze, gdzie ją znaleźliśmy, ze zwłokami ofiary w środku. 
Oczywiście po zabójcy nie było już śladu. Przez cały czas otwarte było tylko jedno wejście o 
budynku. Z tyłu znajdują się wyjście ewakuacyjne oraz drzwi służbowe dla dostawców i tym 
podobnych,   jednak   nad   ranem   były   one   zamknięte   na   klucz   i   dodatkowo   zabezpieczone 
łańcuchem, a z kolei wyjścia ewakuacyjne są na stałe zaplombowane i trzeba złamać plombę, 
żeby je otworzyć. Logiczny wniosek jest więc taki, że podejrzany wciąż ukrywa się gdzieś w 
budynku, w związku z czym  przeszukujemy piętro po piętrze. To bardzo skomplikowany 
stary   budynek,   ze   strychem,   pomieszczeniami   magazynowymi,   zabudowanymi   szafami   i 
wnękami, mamy jednak siedemdziesięciu siedmiu funkcjonariuszy i dwóch przewodników z 
psami, zatem jeśli zabójca jest w środku, z pewnością go znajdziemy.

Sissy  uniosła   głowę.   Hol   rozbrzmiewał   rozmowami   i   odgłosami   kroków  na   posadzce, 

trzaskami fleszy. Ktoś nawet uderzał w coś młotkiem.

— Mike! Mike, chodź tutaj, dobrze? — wołał detektyw Bellman.
Jakiś inny policjant mówił głośno do radionadajnika:
— Stan, tracę zasięg. Stan, w ogóle cię nie słyszę.
Jednak Sissy zamknęła oczy i pozwoliła działać wyostrzonym zmysłom; było to tak, jakby 

ona sama spała, a jej duch uniósł się na lśniącym złotym łańcuchu ponad żyrandolem w stylu 
art   deco,   wysadzanym   sztucznymi   brylantami,   potem   przez   kasetonowy   sufit   i   zaczął 
przeszukiwać budynek piętro po piętrze.

Poczuła obecność policjantów przeszukujących poszczególne biura, nawet widziała błyski 

ich   latarek.   Poczuła   ciężkie   dyszenie   psów;   oba   psy,   o   wiele   bardziej   wrażliwe   niż   ich 
przewodnicy, zatrzymały się i odwróciły łby z bezgranicznym zdumieniem, czując mijającą je 
niezidentyfikowaną i niewidoczną istotę.

Dotarła aż do dwudziestego piątego piętra, a potem na poddasze, gdzie znajdowały się 

zbiorniki z wodą i system napędowy windy. Mogła wznieść się wyżej, przez dach w kształcie 
korony,   i   popatrzeć   z   góry   na   całe   Cincinnati,   ze   stojącymi   tuż   nad   wodą   budynkami 
biurowymi,   ogromnym   parkiem   i   szerokim   zakolem   rzeki   Ohio,   poprzecinanej   mostami, 
opatulonej lekką mgłą. Opadła jednak z powrotem do holu i powoli otworzyła oczy.

Kunzel przerwał rozmowę z Bellmanem.
— Co się z panią dzieje, pani Sawyer? — zapytał. — Odnoszę wrażenie, że przez dłuższą 

chwilę pani medytowała.

— Jego tu nie ma — powiedziała Sissy z naciskiem.
— Słucham?

background image

— Czerwonej Maski. Jego tutaj nie ma. Gdyby był, wyczułabym.
— Z całym szacunkiem, proszę pani — wtrącił się detektyw Bellman — ale nie miał 

żadnej możliwości, żeby się wydostać z budynku. On musi tutaj być.

— Nieważne, co pan mówi. Jego tu nie ma.
— Właściwie dlaczego jest pani tego tak pewna? — zapytał detektyw Kunzel.
— Detektywie, od urodzenia mam pewien dar, szczególne umiejętności, które, chociaż 

trudno jest mi wyjaśnić je innym ludziom, są dla mnie tak naturalne jak dla innych wzrok, 
słuch i węch. Jego tutaj już nie ma. Poszedł sobie. Nie wyczułam go nigdzie w tym budynku.

— Hmm… Mimo wszystko musimy dokończyć przeszukanie. W najgorszym wypadku 

dowiemy się, w jaki sposób udało mu się niespostrzeżenie wydostać z budynku.

— Znowu zabije — ostrzegła Sissy. — Nabrał na to apetytu. Następnym razem zabije 

jednocześnie troje albo czworo ludzi. A może jeszcze więcej.

Detektyw Kunzel i detektyw Bellman wymienili znaczące spojrzenia.
— I wyczytała to pani z kart? — zapytał Kunzel. — A może tym razem skorzystała pani z 

kryształowej kuli?

— Może pan sobie ze mnie drwić — powiedziała Sissy. — A kryształowe kule doskonale 

się nadają do przewidywania przyszłości. Potrafią widzieć bardzo daleko, o wiele dalej niż 
karty i liście herbaty.

— A jaki jest jego motyw? — wtrącił się detektyw Bellman.
Detektyw Kunzel potrząsnął głową z taką irytacją, że zatrzęsły się jego obwisłe policzki, 

Bellman jednak kontynuował:

— Daj spokój, Mike… Pani Sawyer zadała sobie przecież wiele trudu, żeby do nas dotrzeć 

i opowiedzieć o swoich przewidywaniach. Chciałbym jej wysłuchać. Moja babcia też wróżyła 
mi z ręki.

— Racja! Komu są potrzebne odciski palców, DNA czy zeznania świadków? Może od 

razu zapełnijmy cały komisariat tabliczkami ouija

*

? — zaproponował z sarkazmem detektyw 

Kunzel.

Sissy bynajmniej nie peszyła ich rozmowa. Frank był również, tak jak ci dwaj, przez całe 

życie sceptyczny wobec jej zdolności parapsychicznych, nawet wtedy, kiedy zaprowadziła go 
do kierowcy,  który zbiegł  z miejsca wypadku  i ukrywał  się w nieczynnej  pralni w New 
Canaan, albo wtedy, gdy ostrzegła go o strzelaninie z ofiarami śmiertelnymi, jeszcze zanim 
do tej strzelaniny doszło. Skoro zatem detektyw Kunzel nie chciał jej wierzyć, miał do tego 
prawo. Była jednak pewna, że Czerwonej Maski nie ma w Giley Building. I była tego pewna 
tak samo jak tego, że zamierza on popełnić kolejne morderstwa.

— Powiedziałam już Molly… byłam bardzo zdziwiona, kiedy się dowiedziałam, że dzisiaj 

zabił   tylko  jedną osobę.  Karty  mówią,   że  bardzo  szybko  ponowi  ataki.  A jeśli  chodzi  o 
motyw, on mści się za coś, co odbiera jako wielką niesprawiedliwość. Jest przekonany, że 
został wykorzystany i skrzywdzony. Wierzy, że strach i cierpienie, któremu został poddany, 
upoważnia go do karania wszystkich i każdego, nawet ludzi, którzy osobiście nie mieli nic 
wspólnego z niesprawiedliwością, jakiej zaznał.

— Ma pani jakieś przypuszczenia, dokąd uciekł? — zapytał detektyw Bellman. — Wiem, 

że wróżki potrafią czasami widzieć oczyma podejrzanych i identyfikować miejsca, w których 
się znajdują. Widziałem taki film. Wróżka usłyszała bicie dzwonów i wkrótce podejrzanego 
znaleziono w kościele.

— Freddie, to był tylko film — powiedział detektyw Kunzel z przesadną grzecznością. — 

I wcale nie chodziło o dzwony, ale o gwizd lokomotyw, a podejrzany ukrywał się w stodole.

— To były dzwony.
— Szczerze mówiąc, gówno mnie to obchodzi, mogła to być nawet orkiestra symfoniczna 

z Cincinnati. To była fikcja, a teraz mamy do czynienia z realną sprawą. Obecna tu pani 

* Chodzi o tabliczki do przeprowadzania seansów spirytystyczna (przyp. tłum.).

background image

Sawyer nie może mieć najmniejszego pojęcia, dokąd uciekł Czerwona Maska.

— Tak, ma pan rację — odezwała się Sissy. — Nie wiem. Widzi pan… Nigdy dotąd nie 

miałam do czynienia z kimś takim. Czuję jego złość. Czuję jego potrzebę zemsty. Ale nie 
czuję jego samego,  ani  trochę.  Nie potrafię  nawet  w najmniejszym  stopniu określić  jego 
osobowości.

Detektyw Kunzel położył dłoń na ramieniu Sissy.
— Dziękuję, że stara się pani nam pomóc,  mimo  wszystko.  Pragnąłbym,  żeby więcej 

dobrych ludzi z Cincinnati starało się nam pomóc w łapaniu przestępców tak bardzo jak pani.

— Jeszcze jedno, detektywie.
— Jestem Mike, proszę mi mówić po imieniu.
— Czerwona Maska pragnie zdobyć sławę, złą sławę. Prawdopodobnie już widział się w 

wiadomościach   telewizyjnych   i   w   gazetach.   Zapewne   osobiście   zechce   się   z   panem 
skontaktować. Zacznie pana uprzedzać o swoich planach. Będzie chciał ustanowić w mieście 
własne rządy.

— Mogę tylko powiedzieć, że zna mój numer.
W   tym   momencie   z   kantorka   pana   Kraussmana   wyszła   Molly,   trzymając   w   ręce 

szkicownik. Bez słowa rozłożyła go i pokazała swój rysunek.

Detektyw Bellman aż gwizdnął.
—   Ten   sam   facet.   Jeszcze   nigdy   nie   widziałem,   żeby   dwie   różne   prace   policyjnego 

rysownika były do siebie tak podobne.

Rysunek przedstawiał mężczyznę o czerwonej twarzy, ze sterczącymi włosami na głowie i 

skośnym   czołem,   wyglądającego   przez   wąską   szparę   pomiędzy   rozsuniętymi   drzwiami 
windy. Miał ostre kości policzkowe i duży podbródek z głębokim dołkiem. Jedyna różnica 
pomiędzy tym  rysunkiem  a rysunkiem,  który Molly sporządziła  na podstawie  opisu Jane 
Becker, polegała na tym, że tutaj oczy mężczyzny zdawały się triumfalnie lśnić.

— Doskonale — powiedział Kunzel. — Dobra robota, Molly. Weźmiemy to na komisariat 

i zaraz roześlemy do mediów.

Szurając nogami, podszedł do nich siwowłosy Murzyn w niebieskim fartuchu.
— Tym razem mamy jakieś odciski butów, detektywie.
— Jakiego rozmiaru, mniej więcej?
— Mniej więcej dziesiątka. Bardzo szeroka stopa. Jednak na podeszwach, nie ma żadnych 

wzorów, zupełnie nic. Nawet pęknięć.

—   Byle   jaki   odcisk   jest   lepszy   niż   żaden   —   stwierdził   detektyw   Bellman.   —   Przy 

pierwszym morderstwie na podłodze było mnóstwo krwi, a mimo to sprawca nie pozostawił 
żadnego śladu.

— Nie zgadzam się — powiedział kuzyn Morgana Freemana. — Być może zostawił ślady, 

tylko my nie potrafiliśmy ich odczytać. Połowa ludzi z biur w tym budynku człapała po całej 
windzie,  a potem jeszcze  połowa wydziału  zabójstw. Kiedy wreszcie  stamtąd  powyłazili, 
odcisków na podłodze było tyle, co w sali tanecznej po wielkiej zabawie.

— Bernard często się wścieka, kiedy podejrzewa, że ktoś mu zapaskudził miejsce zbrodni 

— wyjaśnił Bellman.

—   Pojedziesz   ze   mną   na   komisariat   czy   wolisz   wrócić   do   domu?   —   Molly   zapytała 

teściową. — Myślę, że to nie potrwa dłużej niż godzinę.

— Pojadę do domu — odparła Sissy. — O wpół do czwartej wraca Victoria, pamiętasz? 

Dam jej mleko i ciasteczka.

— Tym się może zająć Trevor. Nie potrafi gotować, ale podgrzać mleko i dodać do niego 

kilka herbatników jeszcze umie.

— Mimo wszystko wolę wrócić do domu — powiedziała Sissy i pomyślała: Chociażby po 

to, żeby mieć pewność, że mała jest bezpieczna.

Wciąż  nie rozumiała  znaczenia  wizerunku pływającej  w oceanie  dziewczynki  w białej 

background image

koszuli   nocnej   i  pozbawionej  głowy ryby,  wykrwawiającej  się   do  wody.  Właśnie  z   tego 
powodu była bardzo niespokojna.

— Jesteśmy tutaj — wyszeptał ktoś, prosto do jej prawego ucha.

Umieranie w mroku

— Co? — zapytała, odwracając się.
Nie dostrzegła jednak nikogo nieznajomego.
— Słucham panią? — zdziwił się Kunzel.
— Usłyszałam jakiś słaby szept. Myślę, że to był głos kobiety. Powiedziała: „Jesteśmy 

tutaj”.

— Może to echo. Niech pani pojedzie z tym funkcjonariuszem. — Detektyw wskazał na 

jednego z policjantów. — On się panią zaopiekuje.

Nie zostawiaj nasJesteśmy tutaj.
Sissy uniosła do góry rękę i powiedziała:
— Cicho! Znowu ją usłyszałam. Powiedziała: „Nie zostawiaj nas”.
Detektyw Kunzel rozejrzał się dookoła.
— Tutaj nie ma żadnej kobiety, pani Sawyer. Chyba zawodzi panią słuch.
Sissy jednak wyraźnie wyczuwała już obecność kobiety. Niemal czuła na szyi jej oddech. 

Kobieta miała czarną skórę, była w średnim wieku i nosiła okulary z brudnymi szkłami. Jej 
imię zaczynało się na „M” albo na „N”.

I z pewnością znajdowała się w pobliżu.
Sissy zaczęła się obracać, wciąż z uniesioną ręką, nasłuchując.
Nie zostawiaj nasZlituj się, nie zostawiaj nas.
— Sissy, co się stało? — zapytała Molly. — Dobrze się czujesz?
— Ona jest bardzo blisko — powiedziała Sissy jakby nieobecnym głosem. — Próbuje mi 

powiedzieć, gdzie się znajduje.

Rozległ się głośny, suchy trzask. To dwaj technicy składali statywy, na których ustawiono 

reflektory oświetlające miejsce morderstwa.

— Ciii… — wysyczała Sissy.
Detektyw Bellman zareagował natychmiast.
— Hej, ludzie! Uciszcie się. Potrzebujemy chwili absolutnego spokoju.
Jesteśmy tutaj — wyszeptała kobieta.
— Gdzie? — nalegała Sissy.
Proszę, nie zostawiaj nas.  Jest ciemno, zimno, niczego nie widzę.  Henry i Lindy już nie  

żyją albo są bardzo blisko śmierci.

— Jak masz na imię, kochanie? — zapytała Sissy. Detektyw Kunzel popatrzył na Molly i 

uniósł lewą brew. MaryMary Clay.

— Mary, zostań tam, gdzie teraz jesteś, ponieważ cię słyszę i zamierzam cię znaleźć.
— Mary? — zdziwił się detektyw Kunzel. — Do diabła, kto to jest?
— Jaka jest ostatnia rzecz, którą pamiętasz, Mary?
Skończyliśmy sprzątanie na dwudziestym drugim piętrze.  Czekaliśmy, żeby pojechać na 

górę do pana Radcliffe’a.  Drzwi się otworzyły.  Nie wiedziałem, że ten też pracuje, mówił  
Henry.

— Winda… Mówisz o windzie?
Detektyw Kunzel popatrzył na Molly.
— Czy ona często tak rozmawia sama ze sobą? — zapytał.
Molly zareagowała jednak w sposób, jakiego nie oczekiwał.
— Ciii… Już ją kiedyś  widziałam w takiej sytuacji. Z kimkolwiek teraz rozmawia, ta 

background image

osoba ją słyszy, a ona słyszy tę osobę, nawet jeśli my nie mamy takiej możliwości. Ona to 
nazywa rozmową astralną.

— Taką, jaką prowadziła Patricia Arquette w Medium! Chodzi o rozmawianie z martwymi 

ludźmi albo takimi, którzy nigdy nie istnieli?

— Tak, chodzi o coś w tym rodzaju.
Sissy przestała krążyć po holu i zatrzymała się na środku.
— Jesteś blisko, Mary, czuję twoją obecność.
Lindy powiedziała, że chyba już działaA więc weszliśmy i drzwi się zamknęły.
— I co było potem, Mary?
Winda strasznie zadrżała i wszyscy się mocno przestraszyliśmyTrzęsąc się, ruszyłaAle 

nie   pojechała   do   góry,   jak   chcieliśmy,   tylko   w   dół.  Znów   zadrżała   i   stanęła.  Dlaczego 
stanęła? Chyba nie zostaliśmy uwięzieni? Nie wytrzymam w takim zamknięciu
.  Odczuwam 
klaustrofobię nawet w zatłoczonym kościele
Wtedy zawsze wychodzę na zewnątrz i oddycham  
świeżym powietrzem.

Mary gwałtownie oddychała, a w jej głosie nabrzmiała panika.
Drzwi  się otworzyły.  Na  którym piętrze  byliśmy1?  Nie   wiem.  Ale  nie  mieliśmy  żadnej  

szansy,   żeby   sprawdzić,   bo   on   wpadł   do   środka   jak   szalony   i   zaczął   dźgać   nas   dwoma  
wielkimi nożami
Henry padł na kolana i krew zaczęła tryskać z jego szyi, a Lindy opadła do  
tyłu i wtedy on zaczął dźgać także mnie
.  Czułam, jak noże wbijają się w moje ramiona i  
dłonie, a potem zapadła ciemność.

Sissy znowu zamknęła oczy. Czuła, że Mary jest ciężko ranna i że umiera. To dlatego 

mogła ją słyszeć. Duch już ją opuszczał. Wylatywał z materialnego ciała ku niezmierzonej 
światłości.

— Mary? — zapytała. — Mary, czy mnie słyszysz? Proszę, odszukaj nas — powiedziała 

Mary. — Nie pozwól mi umrzeć w ciemnościMoje dzieciMoja mama.

Sissy powoli podeszła do środkowej windy, tej, na której drzwiach wisiała tabliczka z 

napisem „nieczynne”. Nacisnęła obiema dłońmi na drzwi, wzięła głęboki oddech, po chwili 
drugi.   Za   każdym   razem   przez   dłuższą   chwilę   przetrzymywała   powietrze   w   płucach. 
Usłyszała czyjś głos:

Mary? Mary, czy to ty?
Był to głos innej kobiety, starszej od Mary.
Nie odwracając się, Sissy zawołała:
— Mike!
Detektyw Kunzel pośpieszył ku niej i nacisnął przycisk przywołujący windę. Drzwi nie 

otworzyły się i zawołał:

— Kraussman! Hej, Kraussman! Niech mi ktoś zawoła tego cholernego portiera!
Pan Kraussman wybiegł ze swojego kantorka, mrugając oczami.
— Proszę otworzyć drzwi tej windy, i to natychmiast!
— Oczywiście, już otwieram. Mam klucz.
Wrócił  do  kantorka  i  zaraz   przybiegł  z  pękiem  głośno pobrzękujących  kluczy.   Ukląkł 

przed drzwiami. Przekręcił w zamku właściwy klucz i szarpnął drzwi, żeby je otworzyć, ale te 
ani drgnęły.

— Poczekajcie, wezmę łom.
Pobiegł do kantorka i znowu wrócił, tym razem z łomem i łyżką do opon. Wręczył klucz 

najlepiej zbudowanemu spośród umundurowanych policjantów i obaj, cal po calu, zaczęli 
rozsuwać drzwi windy. Te powoli poddawały się ich wysiłkom, wydając przy tym dziwne 
dźwięki, jakby jęczały z bólu. Do kabiny zaczęło się przedostawać światło z holu. Ściany były 
czerwone od krwi.

Na podłodze kłębiły się trzy ciała — dwóch kobiet i mężczyzny. Wszyscy troje mieli na 

sobie   zakrwawione   jasnoniebieskie   fartuchy.   Wyglądali   tak,   jakby   niespodziewanie 

background image

zaatakował ich jakiś uwielbiający happeningi malarz, który wylał na nich kubeł czerwonej 
farby.

— Gott in Himmel — wycharczał pan Kraussman. — To sprzątacze.
— Ratownicy! — wrzasnął Kunzel. — Ratownicy, szybko!
Pan Kraussman zachwiał się i padł plecami na ścianę, jakby go ktoś popchnął.
— Myślałem, że skończyli  robotę kilka godzin temu. Zazwyczaj  kończą o drugiej nad 

ranem. Myślałem, że już dawno poszli do domu, przysięgam.

— Spokojnie, spokojnie — powiedział Bellman. — To nie pana wina.
Kunzel pochylił się i przyłożył palce do tętnic szyjnych wszystkich ofiar po kolei.
— To jest Mary — powiedziała Sissy, starając się zapanować nad drżeniem głosu. — Ta w 

środku, w okularach. Czy jeszcze żyje?

Detektyw Kunzel po raz drugi sprawdził puls Mary i po chwili potrząsnął głową.
— Wszyscy są martwi, cała trójka. Bardzo mi przykro.
— Wiecie, co powiedziała mi Mary przed śmiercią? Że nie chce umierać w ciemnościach.
Molly objęła Sissy ramieniem i uścisnęła ją współczująco.
— Ale przynajmniej ich znalazłaś — powiedziała.
Detektyw Kunzel wyprostował się.
—   Nie   wiem,   jak   pani   to   zrobiła,   pani   Sawyer,   ale   muszę   przyznać,   że   jestem   pod 

wrażeniem.

— Gdybym tylko usłyszała ją wcześniej.
— Biorąc pod uwagę jej rany, pani Sawyer, raczej nie sądzę, by mogła przeżyć, nawet 

gdyby znaleziono ją znacznie wcześniej.

Detektyw  Bellman   był  wyraźnie   zdenerwowany.  Nadymał  policzki   i  nerwowo  uderzał 

stopą o podłogę.

— Ten facet to kompletny maniak. Jeszcze nie widziałem, żeby ktoś zadał nożem aż tyle 

ran. Nigdy.

—   A   to   byli   tacy   mili,   sympatyczni   ludzie   —   wyjąkał   jCraussman.   —   Zawsze 

uśmiechnięci. Zawsze mieli czas, żeby trochę pożartować. Komu oni przeszkadzali?

— W jednej sprawie miała pani rację — powiedział do Sissy detektyw Kunzel. — Tym 

razem Czerwona Maska zabił więcej osób. Molly… Bardzo cię proszę, jak najszybciej zawieź 
swój szkic na komisariat. Im szybciej go opublikujemy, tym lepiej. Musimy przy skrzynie 
drania, zanim zaatakuje następną ofiarę.

— Żałuję, że nie potrafię  wyczuć,  dokąd się udał  — odezwała  się Sissy.  — Próbuję, 

próbuję i próbuję, ale bez skutku.

— Daj spokój, Sissy. Jesteś w szoku. Tak jak i my wszyscy — stwierdziła Molly. — Niech 

policjanci zawiozą cię teraz do domu. Napijesz się dobrej herbaty i od razu poczujesz się 
lepiej.

Sissy pokiwała głową. Była sfrustrowana i zdenerwowana jak nigdy.  Zazwyczaj  czuła, 

dokąd   udała   się   konkretna   osoba,   ponieważ   każdy   pozostawiał   za   sobą   pewną   falę 
psychiczną: na przykład drżenie powietrza czy załamanie światła. Było to mniej więcej tak, 
jakby   pozostawiali   odciski   stóp   albo   zapach.   Czasami,   kiedy   szukana   osoba   była 
rozzłoszczona lub wzburzona, drżenie powietrza utrzymywało się jeszcze przez wiele godzin.

Jednak Czerwona Maska zniknął bez śladu, jakby w jednej chwili wyszedł z tego świata i 

zamknął za sobą drzwi. Nie pozostawił za sobą żadnych emocji, żadnego obrazu, żadnego 
załamania światła. Nawet najsłabszego echa.

Głos braku rozsądku

Sissy i Molly miały właśnie przejść przez drzwi obrotowe prowadzące na ulicę, kiedy 

background image

zaczęli się przez nie przepychać ratownicy medyczni, więc kobiety pośpiesznie się wycofały. 
W   tym   samym   momencie   melodyjką  Hang   On   Sloopy  zadzwonił   telefon   komórkowy 
Kunzela.

— Kunzel — przedstawił się detektyw. — Kto? — rzucił po chwili. I po kolejnej chwili: 

— Kto mówi? — Nagle uniósł do góry rękę i zawołał: — Molly! Pani Sawyer! Zaczekajcie 
chwileczkę!

Obie   niechętnie   się   odwróciły   i   zawróciły.   Ratownicy   klęczeli   już   przy   zwłokach   w 

windzie, po raz kolejny sprawdzając, czy któraś z ofiar nie daje jednak znaku życia. Sissy 
odwróciła   wzrok,   gdy   jej   spojrzenie   padło   na   leżące   na   podłodze   brudne,   zakrwawione 
okulary należące do Mary.

Tymczasem detektyw przełączył  telefon na głośne mówienie. Rozległ się z niego jakiś 

skrzypiący głos:

— …już za późno i tyle…
— To on — wyszeptał Kunzel.
Sissy milczała, zbliżyła się jednak do telefonu, żeby lepiej słyszeć głos.
— Co się stało, to się stało i się nie odstanie, choćby nie wiadomo co. Ale to się musi dziać 

jeszcze wiele razy, dopóki zło nie zostanie wynagrodzone, dopóki nie zostaną spłacone długi i 
dopóki   sprawiedliwości   nie   stanie   się   zadość.   Nie   ma   odpoczynku   dla   przeklętych, 
detektywie. Ani dla winnych.

— Czego chcesz? — zapytał detektyw Kunzel. — Gdybyśmy wiedzieli, czego właściwie 

chcesz, moglibyśmy zawrzeć jakiś kompromis.

— Jeśli w grę wchodzi sprawiedliwość, nie ma miejsca na kompromisy.  Można tylko 

odbierać   swoje   należności   dopóty,   dopóki   nie   zostaną   spłacone,   dopóki   nie   zapanuje 
sprawiedliwość.

— A co, twoim zdaniem, jesteśmy ci winni? Jestem przekonany, że moglibyśmy znaleźć 

sprawiedliwe rozwiązanie, gdybyśmy tylko wiedzieli, do kogo i o co masz żal.

—   Wie   pan,   co   straciłem,   detektywie?   Straciłem   szczęście.   Straciłem   wszystko,   co 

uczyniło   mnie   tym,   kim   byłem.   Straciłem   zaufanie   do   siebie,   straciłem   moją   tożsamość. 
Straciłem siebie!

— Co chcesz przez to powiedzieć? Że odebrałeś życie pięciu niewinnym osobom tylko 

dlatego, że twoje ego zostało zranione? Wybacz, ale w moich, uszach wcale to nie brzmi jak 
wyrównywanie rachunków.

— Tak uważasz? Poczekaj. Do jutra jeszcze więcej niewinnych uda się na spotkanie ze 

Stwórcą. A pojutrze jeszcze więcej. To będzie masakra, detektywie. Powinieneś ostrzec przed 
nią mieszkańców tego miasta. Musisz im powiedzieć, że Czerwona Maska jest zdecydowany, 
żeby wyegzekwować sprawiedliwość, i że żaden z nich nie jest bezpieczny.

— Czerwona Maska? Właśnie taki nadaliśmy ci pseudonim. Może powiesz mi jednak, jak 

się naprawdę nazywasz?

— Czerwona Maska brzmi doskonale. To wystarczy. Tak właśnie postanowiliście mnie 

nazwać. Bo ja naprawdę jestem Czerwoną Maską.

— A jak brzmi twoje prawdziwe imię? Przecież nie mogę przez cały czas zwracać się do 

ciebie: „Czerwona Masko”, prawda?

— Możesz się do mnie zwracać i nazywać mnie tak, jak sobie życzysz. Jest mi to obojętne. 

Możesz   mnie   nazywać   Mordercą   z   Windy   albo   Maniakiem   z   Nożem   Rzeźnickim,   albo 
Szkarłatnym Koszmarem. Możesz nazywać mnie Nagłą Śmiercią na Dwóch Nogach, jeżeli 
tak ci się podoba. A ja powiem ci tylko, że ludzie w Cincinnati powinni zostać ostrzeżeni 
przed tym, co zamierzam z nimi zrobić.

— Posłuchaj mnie… — zaczął detektyw Kunzel, jednak w głośniku rozległ się tylko krótki 

trzask, a potem sygnał świadczący,  że połączenie zostało przerwane. Detektyw  nie dawał 
jednak za wygraną. — Hej, jesteś tam jeszcze? Czerwona Masko? Jesteś tam jeszcze?

background image

— Myślę, że powiedział wszystko, co chciał — odezwała się Sissy. — Przynajmniej na 

razie.

Detektyw Kunzel odchrząknął.
—   O   ile   pamiętam,   sugerowała   pani,   że   on   do   mnie   zadzwoni,   prawda?   Jak   pani   to 

odgadła?

— Ja niczego nie odgadywałam, Mike. Ja wiedziałam. Karty to przepowiedziały.
— Jak sądzę, karty raczej nie objawiły pani adresu jego zamieszkania? Przepraszam, nie 

zamierzałem być sarkastyczny.

— Właściwie nie musisz przepraszać. Karty często mi mówią z dużym przybliżeniem, 

gdzie   przebywają   konkretni   ludzie.   Określają   okolicę,   a   przynajmniej   ogólną   lokalizację, 
nawet jeśli nie podają ulicy. Ale w przypadku Czerwonej Maski nie mówią po prostu nic. 
Nawet   tego,   z   którego   brzegu   rzeki   pochodzi.   Nie   wyjaśniają   też   motywów   jego 
postępowania.   Owszem,   mówią   mi,   co   zamierza   zrobić.   Ale   nie   podsunęły   mi   nawet 
najdrobniejszej wskazówki, dlaczego robi to, co robi.

Detektyw Kunzel zwrócił się do otaczających ich oficerów:
—   Czy   któryś   z   was   wyłapał   coś   istotnego   z   tej   rozmowy?   Jego   akcent?   Jakąś 

charakterystyczną manierę? Cokolwiek?

— Dla mnie  brzmiał  jak ktoś miejscowy — odparł detektyw  Bellman.  — Ale jak na 

seryjnego zabójcę facet za bardzo sprawia wrażenie skrzywdzonego maminsynka. I ta cała 
opowieść o utraconym szczęściu. „Straciłem siebie”. To całkiem jak opowieść z czasopisma 
dla kobiet.

— Jest wykształcony — odezwał się jeden z umundurowanych policjantów. — Próbuje 

mówić   krótko   i   cwanie,   ale   przyjmę   każdy   zakład,   że   ukończył   przynajmniej   college. 
Zwróćcie uwagę na słowa, jakich używa. Poza tym ani razu nie zaklął.

— Wiek?
— Trudno powiedzieć, myślę jednak, że jest młodszy, niż próbuje nam zasugerować. Ma 

około dwudziestu pięciu lat, być  może trochę więcej. Wysila się, żeby jego głos brzmiał 
szorstko.

— To mi się wcale nie podoba — stwierdził detektyw Kunzel. — Wolę szalonych psycholi 

niż wykształconych odmieńców. Pamiętacie zabójcę z Lincolnem? Nigdy go nie złapaliśmy. 
Najbardziej przebiegły seryjny morderca, z jakim mieliśmy kiedykolwiek do czynienia.

— Kim on był? — zapytała Sissy.
— Zwykłą papugą. Był historycznym seryjnym mordercą, który swoje zbrodnie wzorował 

na innych. Odciął głowy trzem kobietom, naśladując morderstwo dziewczyny o nazwisku 
Pearl Bryan w tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym szóstym roku, najbardziej makabryczną 
zbrodnię w Cincinnati. Głowy Pearl Bryan nigdy nie znaleziono. Głów kobiet, zabitych przez 
naszego zabójcę, także nie znaleźliśmy. Jest taka tradycja, że kiedy ludzie odwiedzają grób 
Pearl Bryan, rzucają na niego jednocentówkę, twarzą Lincolna do góry, aby biedna Pearl 
miała   głowę,   kiedy   nadejdzie   dzień   Sądu   Ostatecznego.   Zabójca   z   Lincolnem   zawsze 
zostawiał taką monetę na miejscu odciętych głów. Taki sobie intelektualny żarcik, prawda?

— Gdybyśmy tylko mogli się dowiedzieć, dlaczego Czerwona Maska jest taki rozżalony 

— powiedziała Sissy.

— Kto to może wiedzieć? — westchnął detektyw Kunzel. — Niech pani tylko pomyśli o 

Columbine. Albo o strzelaninie w Virginia Tech. Nie było pytań o motywy. Sprawcy byli po 
prostu awanturnikami z wielkimi gnatami w rękach, i to wszystko.

— Myślę, że będę musiała zadać pytania jednej z jego ofiar.
— Słucham? Zdaje się, że poza jedną dziewczyną, jak jej tam, Jane Becker, wszystkie jego 

ofiary są martwe. A Jane Becker powiedziała nam wszystko, co wiedziała, i raczej nie było 
tego zbyt wiele.

— Może pozostałe ofiary widziały więcej?

background image

Oczy detektywa Kunzela zwęziły się.
— O czym pani właściwie mówi?
— O czymś, co ty zapewne byś nazwał seansem spirytystycznym. Umiem rozmawiać z 

ludźmi,   którzy   opuścili   ten   świat,   Mike,   szczególnie   jeśli   odczuwają   pilną   potrzebę 
wyjaśnienia, co się z nimi stało. A wielu z nich właśnie taką potrzebę odczuwa.

— Rozumiem.  Cóż, może pani spróbować. Oficjalnie jednak nie wolno mi wplątywać 

wydziału zabójstw w podobne historie.

Sissy przekrzywiła głowę na bok.
— Wcale  się tego  nie  spodziewam.  Ale  jestem  zadowolona, że  nie  objawiasz już tak 

wielkiego sceptycyzmu, jak jeszcze niedawno.

— Hej, chyba pani nie przypuszcza, że zostałem wyznawcą tych nadprzyrodzonych metod 

prowadzenia poszukiwań? Wciąż uważam, że nie możemy znać przyszłości, dopóki się ona 
nie wydarzy, i wciąż uważam, że kiedy człowiek jest martwy, to jest po prostu martwy. Po 
tym jednak, co pani zrobiła dzisiaj… Powiedzmy, że mój umysł trochę się otworzył. Może 
rzeczywiście potrafi pani widzieć to, czego nie widzą inni ludzie. Może rzeczywiście potrafi 
pani przewidzieć to, co przyniesie kolejny dzień.

— Kto był pierwszą ofiarą Czerwonej Maski? — zapytała Sissy.
— George Woods, pośrednik w handlu nieruchomościami  — odpowiedziała  Molly za 

policjanta.

— Ma pan jego adres?
— Jasne — odparł Kunzel. Wyciągnął z kieszeni marynarki notes, poślinił palec i zaczął 

przerzucać kartki. — Jest — powiedział po chwili. — Avondale Riddle Road numer 1445. 
Mam także numer telefonu. Jego adres nie jest tajny, podawały go gazety, a numer telefonu 
jest   w   książce   telefonicznej,   niech   pani   jednak   nie   mówi   wdowie,   że   otrzymała   pani   te 
informacje ode mnie, dobrze?

— Będę bardzo dyskretna — zapewniła go Sissy. — Być może pani Woods nie zgodzi się 

na seans, ale raczej tego nie przewiduję. Przez wszystkie lata bardzo rzadko natrafiałam w 
takich sytuacjach na odmowy. Większość ludzi gotowa jest uczynić wszystko, żeby choć raz 
jeszcze usłyszeć swoich najbliższych.

Detektyw Kunzel popatrzył na Molly.
—   Czy   twoja   teściowa   naprawdę   jest   w   stanie   to   zrobić?   No,   a   gdybym   ja   chciał 

porozmawiać z moim ojcem?

— Zawsze mi mówiłeś, że nienawidziłeś ojca — powiedział detektyw Bellman. — Zawsze 

go określałeś takim słowem, którego nie użyję ze względu na nasze szacowne towarzystwo.

— Tak, to prawda. Źle o nim mówiłem. Ale nigdy nie zdobyłem się na to, żeby mu moją 

pogardę wykrzyczeć prosto w twarz. Dałbym wiele, żeby to jeszcze zrobić.

Trzej mężczyźni i dwie kobiety z biura koronera przedefilowali przez hol, pchając trzy 

wózki, na których za chwilę miały spocząć zwłoki, wciąż znajdujące się w windzie.

Sissy wzięła do ręki srebrny krzyż, wysadzany perłami, który zawsze nosiła na szyi.
— Zegnaj, Mary — powiedziała.  — Spoczywaj  w pokoju. Proszę cię, wybacz mi,  że 

pozwoliłam ci umrzeć w ciemności.

Magiczny ogród

Sissy i Molly pocałowały się na schodach Giley Building. Przed budynkiem stało mnóstwo 

samochodów   policyjnych,   ambulansów   i   furgonetek   należących   do   stacji   telewizyjnych. 
Tłoczyły się też liczne zastępy ciekawskich. Podniecenie tłumu było takie, jakby w każdej 
chwili przed budynek miała podjechać limuzyna ze sławną gwiazdą filmową.

— Oto kwiat tego miasta — powiedziała Molly z niesmakiem. — Sissy, do zobaczenia. 

background image

Opiekuj się Victorią. I Trevorem. Chociaż wiem, że przecież troszczyłaś się o niego przez 
całe życie.

Molly   wsiadła   do   jednego   z   samochodów   policyjnych,   który   miał   ją   zawieźć   do 

komisariatu   przy   Ezzard   Charles   Drive.   Na   Sissy   natomiast   czekał   potężnie   zbudowany 
funkcjonariusz   o   kręconych   siwych   włosach.   Pomógł   jej   zejść   po   schodach   i   wsiąść   do 
radiowozu, którym miała wrócić do Blue Ash.

Rozsiadła   się   wygodnie   na   tylnej   kanapie.   Wnętrze   samochodu   mocno   było   czuć 

hamburgerami.

— Przepraszam za ten zapach, droga pani — odezwał się funkcjonariusz. — Ale przez 

sześć godzin nie miałem czasu niczego zjeść. Nawet słodkiego batonika.

Kiedy tylko samochód ruszył, policjant otworzył żółte pudełko ze styropianu, wydobył z 

niego wielkiego hamburgera i odgryzł wielki kęs.

— Przepraszam panią, ale widzi pani, co ten mój kapitan sobie myśli? Że chcę głodować 

tak jak miliony w Afryce? Zawsze powtarzam, że aby funkcjonować, trzeba jeść. Nikt nie jest 
w stanie pracować z pustym żołądkiem.

— Cóż, ma pan rację — odparła Sissy.
W skupieniu patrzyła przez okno, próbując wyczuć bicie serca wiozącego ją policjanta.
Bum.   Przerwa.   Bum,   bum.   Przerwa.   Zablokowane   arterie.   Czuła   je.   Czuła   też   ból, 

ściskający jego lewe ramię, jakby za chwilę miał doznać ataku serca.

— Kupiłem to u Zipa — mówił policjant. — Najlepsze cholerne hamburgery w Cincinnati.
— Mimo wszystko — odezwała się Sissy — powinien pan uważać, co pan je i w jaki 

sposób.

— Droga pani, chciałbym mieć taki luksus. Gdyby tak było, nie jadałbym hamburgerów w 

radiowozie. Siedziałbym elegancko przy stole, z serwetką zatkniętą za kołnierzyk i jadałbym 
steki z ziemniakami puree i mnóstwem gęstego sosu, świeży chleb oraz ciasto jagodowe i 
lody na deser.

— Jak się pan nazywa?
— Chce pani wiedzieć, jak się nazywam? Jestem Gerald. Gerald Clyde. Mam czterdzieści 

jeden lat i jestem dumnym ojcem trzech małych dziewczynek.

— Chcesz być świadkiem, jak twoje dziewczynki dorastają, Gerald?
— Słucham?
— W krótkim czasie możesz poważnie zapaść na zdrowiu — ostrzegła Sissy. — Musisz 

trochę zwolnić tempo i pójść do swojego lekarza na badania.

Policjant popatrzył uważnie na jej odbicie we wstecznym lusterku.
— Droga pani, jestem tylko przepracowany, to wszystko. Może mam trochę nadwagi. A 

poza tym jestem zdrowy jak byk, na dwieście procent. Mógłbym teraz zatrzymać samochód i 
wykonać na chodniku dziesięć pompek na jednej ręce.

— Przepraszam pana za moje uwagi — powiedziała Sissy. — To chyba jednak nie moja 

sprawa. Chodzi o to, że miewam bardzo silne przeczucia co do losów innych ludzi.

— Naprawdę?
— Naprawdę. Ale niech pan nie zwraca na to uwagi. Jestem po prostu trochę zwariowaną 

starą kobietą, to wszystko.

Policjant z każdą chwilą żuł hamburgera coraz wolniej.
— I ma pani przeczucie co do mojej osoby? — zapytał. — Na przykład jakie?
— Bardzo pana proszę, nie powinnam była w ogóle się odzywać. Jestem zmęczona, to 

wszystko. Widok tych zamordowanych ludzi…

— Wiem. Nic miłego.
Policjant jechał przez kilka minut w milczeniu, po czyE1 znowu zapytał:
— Ma pani przeczucie, że coś złego się ze mną dzieje? Że niby jestem chory, czy co?
— Nie, naprawdę. Bardzo proszę, niech pan o tym zapomni.

background image

Zatrzymali się na skrzyżowaniu Madison Road i Dana Avenue. Policjant odwrócił głowę. 

Przez ułamek sekundy jego twarz była strasznie zmieniona. W oczodołach widać było jedynie 
białka, niczym piłki bilardowe, białe miał także wargi, jakby napił się wybielacza.

Po chwili odezwał się.
— Niech mi pani wierzy, potrafię o siebie dbać. Niech się więc pani o mnie nie martwi. 

Jadam mnóstwo owoców. Piję jogurt. I codziennie biegam, przynajmniej przez piętnaście 
minut.

Jego   twarz   znowu   wyglądała   normalnie.   Miał   czerwone   policzki,   niebieskie   oczy   i 

uśmiechał się. Zanim światła sygnalizacji zmieniły się na zielone, ugryzł kolejny potężny kęs 
hamburgera.

* * *

Kiedy wróciła do Blue Ash, Trevor i Victoria byli już w domu. Victoria oglądała w salonie 

School of Rock, a Trevor na podwórku zamiatał suche wylinki po cykadach. Drzewa i krzaki 
wciąż były pokryte setkami lśniących owadów, powoli schnących w popołudniowym słońcu. 
Pan Boots wybiegł na spotkanie Sissy, cicho powarkując. Z entuzjazmem polizał jej dłoń.

— Jak było? — zapytał Trevor.
— Źle. Strasznie. On wcale nie zabił tylko tego jednego młodego człowieka. Zamordował 

również troje sprzątaczy biurowych.

— Molly już mi o tym powiedziała przez telefon. Powiedziała mi też, że słyszałaś jego 

głos.

Sissy pokiwała głową.
— To takie straszne. Ten zabójca jakby chciał mścić się n& każdym i na wszystkich. A ja 

ciągle nie mogę zrozumieć, z jakiego powodu.

— Daj spokój, mamo. Nie powinnaś się tym aż tak przejmować. Przecież złapanie go to 

nie twój obowiązek.

— Ale jeśli mogę pomóc, Trevor…
— Mamo, gliniarze wiedzą, co robią. Dopadną zabójcę prędzej czy później i wcale nie 

będą   do   tego   potrzebować   kart,   z   których   przepowiada   się   przyszłość,   ani   seansów 
spirytystycznych.

— Aha, rozumiem. Molly powiedziała ci o seansie?
— Oczywiście, że mi powiedziała. Ale ty masz siedemdziesiąt jeden lat i nie mogę cię 

powstrzymać,   prawda?   I   to   niezależnie   od   tego,   co   myślę   o   tych   twoich   rozmowach   z 
umarlakami.

Sissy bardzo delikatnie położyła dłoń na jego ramieniu.
— Jesteś taki jak ojciec. Nie chciał wierzyć w duchy nawet wtedy, kiedy dotarłam do jego 

siostry Joan, a ona mi powiedziała, gdzie ukryła swój pamiętnik.

Trevor zmiótł na kawałek kartonu ostatnie skóry cykad i suche liście, po czym wrzucił je 

do pojemnika na śmieci.

— Hej, widziałaś to? — zapytał Sissy i wskazał na róże, malwy i stokrotki. — Są piękne, 

prawda? Nie wiem dlaczego, ale dotychczas ich nie zauważałem.

— Są cudowne.
— Pomyślałem, że dobrze byłoby je ściąć, zanim cykady wyssą z nich całe życie.
— Dlaczego nie? Wstawię je do wazonu.
Trevor wyciągnął z kieszeni scyzoryk i uciął każdą z róż u podstawy łodygi.
—   Cudownie   pachną,   nie   uważasz,   mamo?   Przypominają   mi   odmianę   New   Milford. 

Pamiętasz te róże, które hodował tato wokół altany.

— Tak — powiedziała Sissy. — Pamiętam.
Przez chwilę odnosiła wrażenie, że widzi Franka, stojącego przed pnączami winorośli, ale 

background image

to była tylko gra promieni słonecznych i cienia.

Weszli do domu, do kuchni. Sissy otworzyła szafkę przy zlewie i znalazła wąski szklany 

wazon. Do kuchni weszła też Victoria  i zaczęła  obserwować, jak babcia ustawia róże w 
wazonie i przeplata je paprociami.

— Jak było dzisiaj w szkole? — zapytała Sissy.
— W porządku.
— Po prostu w porządku?
— Byłam zmęczona. Na geografii prawie zasnęłam, jednak pan Pułaski stanął nade mną i 

głośno klasnął, żebym nie spała.

— Dlaczego byłaś zmęczona? Źle spałaś w nocy? Po tej wielkiej porcji spaghetti, którą 

zjadłaś wieczorem, myślałam, że będziesz spała jak suseł.

— Spałam długo, ale miałam złe sny.
— Złe sny? O czym?
— Śniło mi się, że goni mnie olbrzym.
Sissy postawiła wazon z różami na kredensie.
— Olbrzym? Jak wyglądał?
Wujku Henry, ja się boję olbrzymówWujku Henry, czy możemy zawrócić?
— Nie widziałam. Było zbyt ciemno. Poza tym biegłam co sił w nogach, żeby przed nim 

uciec.

— A więc olbrzym cię nie dogonił, prawda?
— Nie dogonił. Obudziłam się i szybko sobie powiedziałam: takie olbrzymy nie istnieją. I 

od razu poczułam się lepiej. Ale potem znowu zasnęłam i śniło mi się, że spadam do wielkiej 
czarnej dziury, jak Alicja z Krainy Czarów.

— Co za straszne sny! Nie dziwię się, że jesteś po nich zmęczona.
— Może powinnam dzisiaj połknąć kilka tabletek valium, zanim pójdę do łóżka?
— Kilka tabletek valium? To chyba nie jest najlepszy pomysł. Ale dostaniesz ode mnie 

przed snem kubek ciepłego słodkiego mleka.

Zadzwonił telefon. Trevor podniósł słuchawkę, ale zaraz podał ją Sissy.
— To Mike Kunzel. Do ciebie.
— Mike?
— Witam jeszcze raz, pani Sawyer. Pomyślałem, że będzie pani chciała to wiedzieć. Miała 

pani   rację.   Przeszukaliśmy   Giley   Building   od   dachu   po   piwnicę.   Każde   biuro,   każdy 
zakamarek. Sprawdziliśmy nawet zsypy na śmieci. I nigdzie nie natrafiliśmy na najmniejszy 
nawet ślad po Czerwonej Masce. Nie mamy także odcisków palców, a odciski butów są 
całkowicie bezużyteczne.

— A czy zdołałeś dojść do tego, w jaki sposób się wydostał na zewnątrz?
—   Moim   zdaniem   wyszedł   sobie   po   prostu   głównymi   drzwiami,   kiedy   dozorca 

telefonował na policję. Doskonale wiem, że spanikowani ludzie nie zauważają wielu rzeczy.

— Co chcesz teraz robić?
— Pozostało niewiele do zrobienia. Musimy go po prostu szukać i apelować do ludzi, żeby 

mieli oczy szeroko otwarte. Przy okazji, Molly wyjechała jakieś piętnaście minut temu. Ta 
dziewczyna naprawdę wspaniale rysuje.

— Tak, to prawda — powiedziała Sissy, wpatrując się w wazon z różami. — Nawet lepiej, 

niż sądzisz.

Po chwili skończyła rozmowę.
— No i co? — zapytał Trevor.
— Nic. Molly powinna wkrótce wrócić. Chcesz, żebym ci zrobiła kolację? Co powiesz na 

smażonego kurczaka z sałatką i frytkami?

— Nie, nie. Nie jestem głodny. Jadłem lunch z pewnym facetem z Brukseli w Nick & 

Tony. Euro Investments… Szukają punktu zaczepienia tutaj, w Stanach.

background image

— Trevor…
— Tak?
Chciała   mu   powiedzieć,   jak   wiele   dla   niej   znaczy,   jak   wiele   znaczą   dla   niej   Molly   i 

Victoria, jednak z jakiegoś powodu nie była w stanie znaleźć właściwych słów. Zawsze była 
czuła i opiekuńcza, jednak nie przypuszczała, by Trevor akurat teraz docenił jej matczyne 
uczucia.  W końcu był  już poważnym,  dorosłym  mężczyzną.  Cokolwiek działo się z jego 
rodziną to właśnie on był teraz za nią odpowiedzialny.

— Tylko mi nie mów, że jestem jak ojciec — powiedział. — Zawsze to powtarzasz, ale 

ojciec był ojcem, a ja jestem mną. Ojciec był człowiekiem, który często ryzykował. A ja 
zawsze wszelkie ryzyko długo kalkuluję.

—   Chciałam   ci   tylko   powiedzieć,   że   jestem   z   ciebie   dumna.   Czy   to   jest   aż   takie 

przestępstwo?

Przytulił ją mocno do siebie, przez co zdała sobie sprawę, jaka jest delikatna i koścista.
— Nie, to nie jest przestępstwo.
— Olbrzymy muszą być prawdziwe, nie sądzisz, tato? — odezwała się nagle Victoria. — 

Jeśli nie są prawdziwe, kto je wymyślił i dlaczego wszyscy wierzą w ich istnienie?

— Gdybym znał odpowiedź na to pytanie, kochanie — odparł Trevor — byłbym bardzo 

bogatym człowiekiem.

* * *

Mniej   więcej   po   dziesięciu   minutach   przyjechała   Molly.   Była   blada   i   zrezygnowana. 

Przełożyła pasek torby przez głowę i powiesiła ją na oparciu kuchennego krzesła.

— Boże, jestem totalnie padnięta. Rysowanie tej Czerwonej Maski… Sama nie wiem, z 

jakiegoś powodu, wysysa za mnie wszystkie siły.

— Cóż, nieprzyjemny facet, prawda? — zauważyła Sissy. — Nie da się spokojnie o nim 

myśleć, a co dopiero go rysować.

— Właśnie. Ale to nie wszystko. Przez cały czas odnosiłam wrażenie, jakby patrzył na 

mnie z mojego szkicu i pytał: „No dalej, dalej, zobaczymy, ile życia jesteś w stanie tchnąć we 
mnie”.

— Może napijesz się wina? — zapytała Sissy.
— Nie. Chyba najpierw wezmę prysznic. Czuję się taka jakaś nieczysta, jakby ten facet 

mnie zbrukał.

— To tylko rysunek, kochanie — powiedział Trevor. — Nie powinnaś brać tej pracy tak 

bardzo do siebie.

— Wiem, ale kiedy go rysowałam, myślałam tylko: „No, w porządku, już go mam, już 

kończę”. Ale po chwili czułam, że muszę trochę wzmocnić rzęsy, pogrubić włosy, a potem 
zmienić wyraz oczu. Kiedy skończyłam, wyglądał znacznie młodziej niż na początku, i jakby 
był z siebie zadowolony. No i zadowolony także ze mnie.

Sissy ujęła jej dłoń.
—  Daj  spokój,  kochanie.  To,  co   dzisiaj   widziałyśmy,  ci   wszyscy  martwi  ludzie,  było 

naprawdę traumatycznym przeżyciem. I w pewnym sensie, kiedy rysowałaś ich zabójcę, to 
było tak, jakbyś stała twarzą w twarz z człowiekiem, który ma na sumieniu ludzką krew, 
prawda?

— Chyba tak. Tak właśnie się czułam. Trevor objął ją i mocno uścisnął.
— Od tej pory będziesz rysowała tylko dobre wróżki, dobrze?
— Dobrze — uśmiechnęła się Molly. Po chwili dodała: — Victoria, odrobiłaś już lekcje?
— Tak! To była fajna zabawa. Zadanie domowe dotyczyło cykad, a ja kocham cykady.
— Cieszę się, że chociaż ktoś je kocha. Już zaczynają latać. Kiedy policjant odwoził mnie 

do domu, co chwilę jakaś rozbijała się o szybę samochodu.

background image

Victoria jednym tchem wyrzuciła z siebie:
— Cykady żyją pod ziemią przez siedemnaście łat, żywiąc się sokami z korzeni drzew. 

Potem drążą tunele, żeby wyjść na powierzchnię i się rozmnażać. Mają bardzo twardą żółtą 
skórę.   Cykady   rodzaju   męskiego   wydają   okrzyki   godowe,   napinając   mięśnie   brzucha. 
Odgłosy, jakie wydają, osiągają głośność nawet stu decybeli.

— A cykady rodzaju żeńskiego? — zapytała Sissy.
— Nie wydają żadnych dźwięków.
— Widzicie? — zapytał Trevor. — Gatunek doskonały.
— Po dokonaniu aktu reprodukcji cykady męskie natychmiast giną.
— Zgadzam się — powiedziała Molly. — Gatunek doskonały.
Odwróciła się, chcąc wyjść z kuchni, i w tym momencie zobaczyła na kredensie wazon z 

różami. Posłała Sissy szybkie, lekko zdziwione spojrzenie i zapytała:

— Ścięłaś te róże?
—   To   Trevor   —   odparła   Sissy   spokojnym   głosem.   —   Są   śliczne,   prawda?   I   pachną 

zupełnie tak, jakby nie pochodziły z tego świata.

— Dziwne jest jednak to — zauważył Trevor — że dotychczas nie zauważyłem, że tu 

rosną.

— Naprawdę? — zapytała Molly. — Nie wiem, jak mogłeś ich nie dostrzec.
— Ja także nigdy ich nie widziałam — powiedziała Victoria.
Molly wzięła wazon do ręki i lekko pogłaskała płatki róż. Następnie wciągnęła ich zapach. 

Sissy   widziała,   że   jest   niezadowolona.   Te   róże   były   przecież   cudem,   stworzonym   przez 
ołówek i akwarele, a nie zwykłą dekoracją na stół.

Sissy popatrzyła na nią z ukosa. Cuda to cuda, droga Molly. Gdybyśmy wiedzieli, skąd się 

biorą, nie byłyby cudami. Byłyby jedynie sztuczkami.

Dziwny chór

Tej nocy Sissy znów śniła, że podróżuje przez Iowa w samochodzie marki Hudson Hornet, 

należącym do wuja Henry’ego. Radio grało w tle tę samą dziwną, nierówną muzykę, a za 
szybami auta krajobraz przesuwał się jak płyta na talerzu gramofonu.

— Wujku Henry — odezwała się.
Wujek   Henry   jednak   nie   odwracał   głowy.   Po   prostu   prowadził   samochód,   uderzając 

obrączką ślubną o kierownicę w takt muzyki.

Widziałem wczoraj cię…
Gdy stałaś przy ścianie…
Myślałem, że to ty…
Ale to nie ty…

Chmury miały kolor sepii, jakby pochodziły z jakiejś starej fotografii. Sissy widziała na 

wschodnim   horyzoncie   ponurą   ciemność,   cień,   który   unosił   się   coraz   wyżej,   jak   chmara 
szarańczy. Szarańczy albo cykad.

Byłem zupełnie pewien,
Że rozpoznałem twoją twarz,
Lecz kiedy głowę odwróciłaś,
Nie zobaczyłem nic…
Tylko pustkę.

background image

Mniej więcej pół mili przed samochodem dostrzegła wielką postać stojącą przy drodze. Jej 

kontury wyraźnie  odcinały się na bladym  tle gasnącego dnia. Postać musiała  mieć dobre 
trzydzieści stóp wysokości. Sissy uklękła na siedzeniu i z całej siły uderzyła wujka w ramię.

— Wujku Henry, tam jest olbrzym. Ja się boję olbrzymów!
Wujek Henry nie odpowiadał.
— Wujku Henry, proszę! Czy możemy zawrócić?
Owady zaczęły uderzać w przednią szybę samochodu, pozostawiając na niej brązowożółte 

plamy i połamane fragmenty skrzydeł, które jednak natychmiast odpadały.

— Wujku Henry!
W   końcu   odwrócił   głowę.   Nie   był   to   jednak   wujek   Henry,   lecz   Czerwona   Maska   z 

triumfalnie błyszczącymi oczyma.

— Nie ma spokoju dla przeklętych, dziecko! Ani litości dla niewinnych. Co się stało, już 

się stało i się nie odstanie.

Owady   coraz   mocniej   uderzały   w   szybę,   aż   w   końcu   dźwięki   tych   uderzeń   zaczęły 

przypominać   odgłosy   gradobicia.   „Wujek   Henry”   nadal   prowadził   samochód,   jednak   nie 
odwrócił głowy, żeby widzieć, co się dzieje za przednią szybą. Wciąż patrzył i szczerzył zęby 
do Sissy, jakby zachęcał ją, żeby go powstrzymała.

Sissy wydała przenikliwy wrzask. Z każdą chwilą krzyczała coraz głośniej, ale „Wujek 

Henry” zaczął krzyczeć równie głośno, aż wreszcie Sissy ogłuchła. Piosenka docierająca z 
radia zamilkła, a wnętrze samochodu wypełniło się dziwacznymi trzaskami.

Otworzyła oczy. Już nie krzyczała, nie było też „Wujka Henry’ego”, jedynie trzaski nie 

ustawały. Przerywały je odgłosy, które przypominały dźwięki nurkujących samolotów.

— Mój Boże — powiedziała sama do siebie. — Cykady.
Niepewnie wydostała się spod pościeli i odsunęła kotary na oknach. Musiała osłonić oczy 

przed jaskrawym porannym słońcem.

Na   podwórzu   tłoczyły   się   tysiące   cykad.   Były   to   męskie   osobniki,   wydające   okrzyki 

godowe. Większość oblepiała drzewa i krzewy, jednak mnóstwo latało w powietrzu. Niektóre 
uderzały w szybę, tak jak w Sissy śnie.

Do jej pokoju weszła Molly. Miała na sobie różową koszulę nocną i różową chustkę na 

głowie.

— Widzę, że miałaś już budzenie — powiedziała z uśmiechem.
— Nigdy nie przypuszczałam, że one mogą być tak cholernie głośne. Nie potrafię sobie 

wyobrazić, jak ty to wytrzymujesz.

— Na szczęście to się zdarza raz na siedemnaście lat. Opowiadamy sobie nawet dowcipy 

na ten temat. Dwie cykady siedzą przy barze i w pewnej chwili jedna mówi do drugiej: „Jeśli 
nie będziemy miały dziś szczęścia, siedemnaście lat mamy zmarnowane”.

— Może zaparzę kawę? — zaproponowała Sissy. — Mogę też usmażyć jajka. Wczoraj 

wieczorem nic nie jedliśmy, prawda?

— Oczywiście, wspaniale.
Przeszły do kuchni. Pan Boots wciąż spał w swoim koszu. Zdawało się, że chór cykad 

wcale mu nie przeszkadza. Tymczasem owady oblepiały już ramy okien. Jeszcze wczoraj 
Trevor   osłonił   sklejką   i   zabezpieczył   kilkoma   warstwami   taśmy   izolacyjnej   otwór 
wentylacyjny   nad   kuchenką.   Zakleił   taśmą   także   dziurki   do   kluczy   i   zastawił   kartonami 
wywietrzniki w drzwiach.

Molly otworzyła lodówkę. Wyciągnęła z niej karton soku z żurawiny i granatów, po czym 

nalała wszystkim do szklanek. Już miała wypić, kiedy niespodziewanie zapytała:

— Co zrobiłaś z różami?
Sissy odwróciła się i popatrzyła na kredens. Wazon wciąż tam stał, jednak teraz były w 

nim tylko paprocie. Potrząsnęła głową i powiedziała:

— W ogóle ich nie dotykałam.

background image

— Ani ja. Może zabrała je Victoria?  Trochę teraz wariuje na punkcie pań młodych  i 

wspaniałych ślubów. Założę się, że zrobiła z nich bukiet dla Barbie.

Sissy zaczęła przygotowywać ekspres do kawy.
— Nadal nie chcesz powiedzieć Trevorowi, skąd się wzięły te róże?
— Nic dobrego by z tego nie wyniknęło.
— Ale też pewnie nic złego.
—   Och,   daj   spokój,   Sissy.   Przecież   znasz   Trevora.   Musi   czuć,   że   ma   kontrolę   nad 

wszystkim. To dlatego tak nie lubi wróżenia z kart. Nie mają nic wspólnego z logiką i Trevor 
zupełnie   nie  rozumie,  jak  to  działa.   Gdybym   mu  powiedziała,   że  stworzyłam  prawdziwe 
kwiaty, po prostu je malując, nastroszyłby się. Zacząłby patrzeć na mnie jak Qa kogoś, kogo 
po tylu latach małżeństwa jeszcze do końca nie zna, a nie chcę, żeby się tak czuł.

Sissy włączyła ekspres do kawy.
— Myślę, że zignoruję te robale i wyjdę na papierosa.
— Cóż, są ohydne i hałaśliwe, ale nie zrobią ci krzywdy. Tylko uważaj, żeby żaden nie 

wpadł ci we włosy.

—  Mam   uważać?   A   może   osiągną   to,   co   nigdy  się   nie   udało   Frankowi   i   Trevorowi: 

zmuszą mnie do rzucenia palenia.

Opatulona w zielony jedwabny szlafrok, w adidasach Trevora na nogach — na wypadek 

gdyby nadepnęła na cykadę — Sissy wyszła na zewnątrz. Pan Boots podreptał tuż za nią. Na 
podwórzu   dźwięki   wydawane   przez   samce   były   głośniejsze   i   wyższe,   a   odgłosy 
przypominające nurkujące samoloty jeszcze bardziej dziwaczne. Brzmiało to tak, jakby ktoś 
grał na pile.

Szybko zrzuciła kilka owadów z ręki, ale jeden z nich mocno przylgnął do niej drobnymi 

pazurkami i wpatrzył się w nią szkarłatnymi, szeroko rozstawionymi oczami.

— Mój Boże, popatrz tylko na siebie — powiedziała do cykady Sissy. — Musiałaś się 

chyba żywić sokami z korzeni jakiegoś chorego drzewa.

Zapaliła papierosa i wydmuchnęła dym na cykadę. Ta natychmiast odfrunęła, przelatując 

zaledwie   o   cal   od   nosa   Pana   Bootsa.   Pies   kłapnął   pyskiem,   ale   tylko   dlatego,   że   intruz 
kompletnie go zaskoczył. Kiedyś spróbował zjeść osę i od tego czasu wszystko, co przed nim 
latało, brzęczało albo świergotało, traktował z najwyższą ostrożnością.

Suche trzaski nie ustawały i Sissy siłą rzeczy powróciła myślami do swojego snu. Bardzo 

rzadko miewała sny, które się powtarzały, i nawet kiedy już coś takiego się stało, to przerwa 
między podobnymi snami trwała całe miesiące, a nawet lata. Musiała przyjąć, że tym razem 
miała do czynienia z czymś więcej niż tylko zwykły sen; było to raczej ostrzeżenie albo 
omen, który podsuwała jej podświadomość albo czyjś duch. Olbrzym stojący przy drodze 
mógł   być   rodzajem   symbolu.   Ale   co   miał   symbolizować?   I   dlaczego   wydawał   się   taki 
przerażający?

Przeleciała przed nią, jak szarańcza we śnie, chmara  cykad.  W tym  momencie  ujrzała 

donicę,   do   której   zmierzały   cykady.   Wyrastało   z   nich   pięć   róż   wznoszących   główki   ku 
porannemu słońcu, razem z malwami i stokrotkami. Były świeże, nietknięte, jakby Trevor 
nigdy ich nie ścinał.

Sissy poczuła w głowie jakby lekkie ukłucie. Cóż, to nie mogły być prawdziwe róże. To 

musiało   być   coś   zupełnie   innego.   Fatamorgana?   Halucynacja?   Nie   była   w   stanie   tego 
zrozumieć.

— Molly! — zawołała. — Chodź tutaj. Do diabła, co o tym sądzisz?

* * *

Molly wpatrywała się w róże przez długą chwilę.
— Nie wiem. Jak to się mogło stać? — Zacisnęła palce na jednej z łodyg i pociągnęła za 

background image

nią. — Jest mocno zakorzeniona, tak jak na początku.

Sissy odwróciła głowę i zmarszczyła czoło.
— Czy kiedy je malowałaś, wyobrażałaś je sobie właśnie tutaj, w tej konkretnej donicy?
— Tak. Dokładnie. Nawet tę pierwszą różę, którą malowałam dla Duszka Fifi.
— Może one muszą tutaj wracać, ponieważ ta donica jest jedynym miejscem, w jakim 

mogą istnieć?

— Nie wiem, co masz na myśli.
—   Szczerze   mówiąc,   ja   także.   Spróbujmy   jednak   czegoś.   Zetnijmy   je   jeszcze   raz   i 

zobaczmy, czy powrócą w to miejsce po raz drugi.

Molly wahała się.
— Może po prostu powinnyśmy je zostawić samym sobie? Cała ta historia przyprawia 

mnie o gęsią skórkę.

— Molly, pomyśl tylko, co przepowiedziały karty. Przemoc i rozlew krwi. Możesz w to 

być w jakiś sposób wplątana. Rzeźbiarz, malarz, kreator podobieństw: to prawie na pewno 
jesteś ty.

— Być może Trevor miał rację. Może nie powinnam była rysować wizerunku Czerwonej 

Maski?

—   Sama   nie   wiem.   Nadal   jednak   uważam,   że   róże   są   kluczem   do   wszystkiego.   Jeśli 

zrozumiemy,   w   jaki   sposób   i   dlaczego   zaczęły   żyć,   być   może   ocalimy   cię   przed 
niebezpieczeństwem.

Pan Boots zaczął ścigać cykady. Skakał na nie, kiedy wznosiły się do lotu, jednak bardzo 

uważał, żeby żadna nie wpadła mu do pyska.

— Dobrze — powiedziała Molly. — Przyniosę jakieś nożyce.
Kiedy Molly ścinała róże, Sissy w milczeniu paliła papierosa. Zaniosły kwiaty z powrotem 

do domu i umieściły w wazonie tak jak poprzednio. Trevor wszedł do kuchni, akurat kiedy 
stawiały wazon na kredensie. Czarne włosy miał potargane i ziewał.

—   Pierwsza   okazja,   żebym   mógł   pospać   sobie   kilka   godzin   dłużej,   i   co?   Za   oknami 

wyśpiewuje mi dziesięć tysięcy napalonych cykad.

— Twoja mama zaraz usmaży jajecznicę. Zjesz trochę?
— Dla mnie najpierw kawa. Czarna. Muszę rozruszać serce na dzień dobry.

Czas zabijania

Chrissie   Wells   wygramoliła   się   z   taksówki   i   zahaczyła   paskiem   torebki   o   klamkę   w 

drzwiczkach.  Kiedy starała się ją odczepić, upuściła na ziemię  telefon komórkowy i plik 
papierów, które trzymała  pod pachą. Poranny wiatr natychmiast  porozrzucał  je po całym 
chodniku.

Kiedy   wreszcie   zdołała   odhaczyć   torebkę   i   podnieść   telefon,   pośpiesznie   pozbierała   z 

chodnika   porozrzucane   kartki,   pochylając   się   gwałtownie   jak   ptak   dziobiący   ziarno.   W 
pewnym   momencie   pękł   szew   na   plecach   jej   czerwonej   bawełnianej   sukni.   Taksówkarz 
czekał   na   nią   z   wyrazem   twarzy,   który   przypominał   świętego   Sebastiana   męczennika, 
przebijanego na wylot setką strzał.

Chrissie   zaczęła   gmerać   w   torebce,   aż   wreszcie   wydobyła   z   niej   banknot 

dwudziestodolarowy,   przypadkowo   wyrzucając   na   podłogę   i   przednie   siedzenie   taksówki 
kilkanaście drobnych monet. Taksówkarz wydał jej dziesiątkę i powiedział:

— Niech się pani nie kłopocze napiwkiem. Pozbieram go sobie później z podłogi.
Chrissie, jak zwykle, była spóźniona. Zawsze bywała spóźniona, niezależnie od tego, na 

jak   wczesną   godzinę   nastawiała   budzik.   Odnosiła   wrażenie,   że   jest   zupełnie 
niezsynchronizowana   z   całą   resztą   planety.   Spóźniała   się   na   każdy   autobus   i   na   każde 

background image

umówione spotkanie. Nigdy nie zdążyła jeszcze na czas na żaden koncert i zawsze musiała 
czekać w holu na przerwę. Zawsze się śpieszyła, zawsze była spocona, zawsze brakowało jej 
tchu i wciąż nigdzie nie mogła zdążyć.

Podbiegła   po   schodach   do   głównego   wejścia   Giley   Building,   jednak   przy   drzwiach 

zatrzymało ją dwóch policjantów.

— Dzień dobry pani. Poprosimy o jakiś dokument, jeśli to nie sprawi kłopotu.
— Dokument?
— Na przykład prawo jazdy. Cokolwiek.
Chrissie   otworzyła   torebkę   i   znowu   upuściła   wszystkie   papiery.   Jeden   z   policjantów 

pochylił się i pośpiesznie je pozbierał. Chrissie przetrząsnęła torebkę i w końcu znalazła kartę 
Biblioteki Publicznej Cincinnati.

— Dobrze, to wystarczy — powiedział jeden z policjantów. — I tak nie wygląda pani na 

seryjnego mordercę.

— Jeszcze go nie znaleźliście? Rano nie miałam czasu, żeby sprawdzić w wiadomościach.
— Jeszcze nie, proszę pani. Ale go znajdziemy. Może być pani tego zupełnie pewna.
Chrissie weszła do środka przez drzwi obrotowe. Wszystkie trzy windy już działały,  a 

drzwi tej po lewej stronie były otwarte. Zawołała:

— Proszę poczekać! Poczekać! — I pobiegła przez hol w ich kierunku, głośno stukając 

obcasami.

Kiedy jednak dotarła do windy, tłoczyło się w niej ponad dziesięć osób i praktycznie nie 

było już miejsca. Tym bardziej że ci, którzy zdążyli wsiąść do kabiny, patrzyli na Chrissie 
złowrogo, jakby chcieli powiedzieć: tylko się nie waż tu wciskać. Po chwili drzwi windy się 
zamknęły i ludzie zniknęli.

Chrissie nacisnęła przycisk, wzywając kolejną windę. Kiedy to uczyniła, dołączyło do niej 

kolejnych pięcioro urzędników, były to sekretarki i młodsi pracownicy biurowi. Dwie osoby 
trzymały   w  rękach   papierowe   kubki   z   cappuccino,   a   jedna   —   papierową   torbę,   z   której 
dobiegał ostry zapach gorącego pastrami.

— Wcale mi się to nie podoba — powiedział jeden z dwóch urzędników trzymających 

kubki z kawą.

— Niby co ci się nie podoba, na miłość boską? — zapytał go kolega.
— Dobrze wiesz. — Facet z cappuccino skinął głową w kierunku drzwi windy i wykonał 

ręką ruch, jakby kogoś dźgał nożem.

— Och, dałbyś spokój. Gliniarze przecież dokładnie przeszukali cały budynek, od góry do 

dołu. Ten facet prawdopodobnie jest już dawno poza granicami naszego stanu.

Ku swemu przerażeniu Chrissie zobaczyła, jak przez obrotowe drzwi wchodzi jej szefowa, 

Elaine Vickers, ciemnowłosa, szczupła, w czarnym żakiecie, cholernie pamiętliwa baba. W 
tej   chwili  Chrissie  powinna  się już znajdować  w pokoju  konferencyjnym,   z  rozłożonymi 
starannie dokumentami i próbnymi wydrukami całego katalogu na najbliższy sezon. A na 
stole powinien stać termos z herbatą ziołową i talerzyki z ulubionymi cienkimi ciasteczkami 
migdałowymi Elaine.

Kilkakrotnie jeszcze nacisnęła przycisk wzywający windę. Wskaźnik jej ruchu pokazał 

czwarte, trzecie, potem drugie piętro i zatrzymał się. Boże, pośpiesz się, błagała w duchu 
Stwórcę Chrissie. Kątem oka zobaczyła, że Elaine zatrzymała się na środku holu i rozmawia z 
jakimiś   dwiema   kobietami.   Gdyby   winda   się   teraz   zjawiła,   mogłaby   na   nią   nie   zdążyć; 
Chrissie wpadłaby pierwsza do pokoju konferencyjnego i miałaby jeszcze kilkanaście sekund 
na przygotowanie wszystkiego.

Drzwi   windy   otworzyły   się.   W   środku   znajdowało   się   dwóch   techników   z   ekipy 

konserwatorskiej, a między nimi na wózku leżały części jakiegoś silnika elektrycznego. Jeden 
z   techników   chwycił   drzwi,   żeby   się   nie   zamknęły,   a   drugi   zaczął   powoli   i   nieporadnie 
manewrować wózkiem, żeby wywieźć silnik z kabiny. Boże, proszę, pośpieszcie się. Elaine 

background image

skończyła już rozmowę i szła w kierunku wind swoim zwykłym krokiem, nogi w szpilkach 
stawiając w jednej linii, tak jak to podpatrzyła u modelek na wybiegach.

Technicy  wreszcie   zdołali  wydostać   wózek   z  windy  i  Chrissie   natychmiast  weszła   do 

środka, a za nią jeszcze pięć osób. Elaine miała do windy jeszcze tylko kilka kroków.

—   Dwudzieste   pierwsze   poproszę   —   powiedziała   Chrissie   do   mężczyzny   z   brązową 

papierową torbą.

Elaine   uniosła   rękę   i   mężczyzna   z   brązową   torbą   przytrzymał   palec   na   przycisku 

uniemożliwiającym  zamknięcie się drzwi. Chrissie wbiła wzrok w jego kark i pomyślała: 
Umrzesz za to, sukinsynu. Umrzesz i pójdziesz do piekła.

— Poproszę dwudzieste pierwsze — powiedziała Elaine i weszła do windy.
Drzwi zamknęły się i winda ruszyła do góry. Chrissie wcisnęła się w kąt kabiny, starając 

się ukryć przed szefową za plecami facetów, którzy trzymali kubki z kawą. Jednak po chwili 
zorientowała się, że Elaine doskonale ją widzi w jednym z luster.

Reaguj   pozytywnie,   pomyślała.   Tylko   nie   okaż,   że   się   boisz.   Głęboko   odetchnęła   i 

wysunęła się zza facetów z cappuccino.

— Dzień dobry, Elaine.
Szkarłatne   wargi   wydęły   się   i   wyglądały   jak   pąki   trującej   róży.   Jedna   brew   kobiety 

wygięła się w ostry łuk.

— Ale korki były dziś w mieście, prawda? Udało ci się dojechać bez problemów? — 

zapytała ją Chrissie, bardzo się starając, aby jej pytanie zabrzmiało jak najswobodniej. — 
Most I–75 to był dzisiaj koszmar. Moja taksówka utknęła w miejscu na całe dwadzieścia pięć 
minut.

— Mieszkam w Mount Adams, jeśli pamiętasz — odparła Elaine. — Nie przejeżdżam 

przez mosty.

— Ach, rzeczywiście. Mieszkasz więc niedaleko Vidala Sassoona. I jego żony.
— Ile czasu potrzebujesz, żeby przygotować prezentację? — zapytała Elaine.
—   Najwyżej   piętnaście   minut.   Mam   ciekawe   projekty.   Rozpinane   swetry.   I   trzy 

fantastyczne nowe kolory.

Elaine   odwróciła   się,   żeby   zmierzyć   Chrissie   wzrokiem.   Ani   razu   nie   mrugnęła 

powiekami. Bardzo cicho, tak aby nikt inny w windzie nie słyszał, odezwała się:

— Tak dalej być nie może, Chrissie. Wiesz o tym tak samo dobrze jak ja.
— Elaine…
— Ciągle się spóźniasz, nie przychodzisz na czas na spotkania, a co za tym idzie, nie 

szanujesz ludzi, z którymi pracujesz. My ciebie szanujemy. Dlaczego ty nie szanujesz nas?

Usta Chrissie otworzyły się i zamknęły.
— Wszystkiemu winien jest czas — powiedziała po chwili. — Sama nie wiem, jak to się 

dzieje. Cokolwiek bym zrobiła, czas zachowuje się tak, jakby był moim wrogiem.

— Czas jest twoim wrogiem? — zdziwiła się Elaine.
— Zegar przeskakuje, kiedy na niego nie patrzę. Jest wpół do czwartej. Po pięciu minutach 

patrzę na zegar ponownie, a tu prawie piąta. Jestem pewna, że mój zegarek chodzi o wiele 
szybciej niż wszystkie inne.

Elaine już miała coś odpowiedzieć, ale winda stanęła i drzwi się otworzyły. Korytarz za 

nimi wydawał się ciemny i opuszczony.

— Czternaste piętro, wysiada ktoś? — zapytał mężczyzna z papierową torbą.
— Ja chcę na dziewiętnaste — odparł wysoki czarnoskóry.
— Tutaj i tak niczego nie ma — zauważył jeden z mężczyzn. — Kiedyś było tu Atlas 

Carriers, ale się przenieśli.

Mężczyzna z papierową torbą nacisnął guzik dziewiętnastego piętra. Drzwi się zamknęły i 

winda ruszyła. Jednak na żądanym piętrze w ogóle się nie zatrzymała.

— Hej, powiedziałem dziewiętnaste! — zaprotestował czarnoskóry.

background image

— Przecież wdusiłem. Powinna była się zatrzymać.
Czarnoskóry przepchnął się w kierunku panelu z przyciskami i nadusił właściwy guzik. 

Winda   jednak   jednostajnie   jechała   do   góry:   dwudzieste   drugie,   dwudzieste   trzecie, 
dwudzieste czwarte piętro i wreszcie dotarła do dwudziestego piątego, gdzie się zatrzymała. 
Drzwi jednak ani drgnęły.

— Cholerny budynek  —  westchnął   jeden  z  mężczyzn  z  kawą. —  Powinniśmy  podać 

właścicieli   do   sądu,   wiecie?   Zapewne   zdążyli   już   naruszyć   wszelkie   możliwe   przepisy 
bezpieczeństwa.

— Trzeba użyć telefonu alarmowego — powiedziała Elaine. Czarnoskóry otworzył małą 

skrzyneczkę i wyciągnął z niej czerwoną słuchawkę telefonu. Podsunął ją Elaine przed nos. 
Drut był odcięty.

Jeden z mężczyzn podał kubek z kawą koledze i wyciągnął telefon komórkowy.
— Ci cholerni  właściciele.  Kiedy postawię ich przed sądem,  zbankrutują, możecie  mi 

wierzyć.   Oskarżę   ich   o   wszystko.   O   zaniedbanie,   bezprawne   uwięzienie   w   windzie   i   o 
wszystko, co mi jeszcze przyjdzie na myśl.

Wystukał na telefonie jakiś numer i przyłożył słuchawkę do ucha.
— Cholera, nie ma sygnału. Ktoś z was ma sygnał w telefonie?
Nagle wszyscy wyciągnęli telefony komórkowe, jednak zaraz okazało się, że znajdują się 

poza zasięgiem sieci.

— Czy to nie są jakieś czary?  Przecież  będziemy tu teraz tkwili, dopóki ktoś się nie 

zorientuje, że nie ma nas w pracy. A znając moją sekretarkę, w moim przypadku to potrwa do 
lunchu.

— A nie można jakoś wyłamać tych drzwi? — zapytała Elaine.
— Niby czym?
— Może chociaż zaczniemy walić w nie pięściami i krzyczeć. Ktoś przecież z pewnością 

nas usłyszy.

— Racja. Walmy pięściami w drzwi i krzyczmy. Wysoki czarnoskóry zacisnął pięści i 

zaczął uderzać w drzwi.

— Pomocy! — wrzasnął. — Jesteśmy uwięzieni w windzie! Pomocy!
Pozostali do niego dołączyli, trochę skrępowani tym, że wydają dźwięki w najróżniejszych 

tonacjach.

—   Chryste   —   powiedział   mężczyzna   z   torbą.   —   Brzmimy   jak   zgraja   przerażonych 

kurczaków.

— Cicho — zażądał czarnoskóry, unosząc rękę.
Umilkli i zaczęli nasłuchiwać, jednak za drzwiami windy nic się nie działo. Słychać było 

jedynie   zawodzenie   wiatru   w   pustym   korytarzu   i   smutne,   słabe   pobrzękiwanie   kabli, 
utrzymujących kabinę windy. Dodatkowym odgłosem było odległe echo zamykających się i 
otwierających drzwi innych wind.

— Dobra, próbujemy jeszcze raz.
Zaczął walić w drzwi z jeszcze większą zaciekłością.
— Pomocy! Jesteśmy uwięzieni w windzie! Pomocy!
Po chwili znowu nasłuchiwali, czekając na jakieś reakcje, jednak nie było żadnej.
— To jest niesłychane — warknęła Elaine, ale w jej głosie było więcej strachu niż złości.
W tym samym momencie winda gwałtownie zadrżała, opadła dwie lub trzy stopy w dół i 

znowu się zatrzymała. Wszyscy krzyknęli z przerażeniem, a jedna z sekretarek wybuchła 
płaczem.

— Wypuśćcie mnie stąd! Wypuśćcie mnie. Ja muszę stąd wyjść!
— Wszystko  jest pod kontrolą — zapewnił  ją czarnoskóry.  — Wszystkie windy mają 

hamulce bezpieczeństwa. Żadna z nich nie może spaść aż do piwnicy.

— Cóż, uspokoiłeś mnie — powiedział jeden z mężczyzn z cappuccino.

background image

Winda znowu zadrżała, opadła w dół o kolejne dwie stopy, zatrzymała się i opadła jeszcze 

raz. Z każdym spadkiem ludzie w windzie wydawali z siebie przeraźliwe wrzaski.

Chrissie chciało się sikać, jeszcze zanim wysiadła z taksówki przed Giley Building, i teraz 

się zmoczyła; jedynie troszeczkę, jednak to wystarczyło, by spotęgować jej strach i poczucie, 
że nie panuje nad swoim losem.

— Musimy krzyczeć z całych sił, bez przerwy — powiedziała Elaine.
W odpowiedzi czarnoskóry wrzasnął:
— Niech nas ktoś uwolni! Niech nas ktoś uwolni! Jednocześnie zaczął walić w drzwi 

obiema pięściami.

Udało mu się osiągnąć jedynie tyle, że twardy metal, z którego zrobione były drzwi, lekko 

się wgniótł.

Winda   znowu   opadła   przynajmniej   piętnaście   stóp   w   dół,   po   czym   zatrzymała   się 

gwałtownie,   tak   że   wszyscy   w  kabinie   stracili   równowagę.   Gorąca   kawa   rozprysnęła   się 
dokoła. Zanim zdołali odzyskać równowagę, winda znowu trochę opadła i się zatrzymała. Po 
chwili wszystko się powtórzyło. Uwięzieni mogli tylko uklęknąć na podłodze, opierając się 
na rękach i kolanach, podczas gdy winda krótkimi zrywami opadała coraz bardziej w dół. 
Czasami   zaledwie   kilka   cali,   a   czasami   aż   kilkanaście   stóp   naraz.   Kiedy   dotarli   do 
dziewiątego piętra, nikt w kabinie już nie jęczał, nikt nie krzyczał, nikt nie błagał o pomoc. 
Przerażeni pasażerowie klęczeli na podłodze i modlili się w duchu, aby winda nie dotarła zbyt 
szybko do parteru i aby nikomu nie stała się żadna krzywda.

Minęli ósme, siódme i szóste piętro. Minąwszy piąte, spadli aż do trzeciego piętra. Tam 

winda zatrzymała się gwałtownie. Chrissie z impetem rzuciło na młodego urzędnika, tak że 
trafiła  czołem  prosto  w  jego  szczękę.  Jego  krew zalała  oczy dziewczyny;  przez  moment 
niczego nie widziała.

Tymczasem winda nie zamierzała  stawać. Skokami  dotarła na pierwsze piętro i wtedy 

zaczęła niemal pełzać w dół, cal po calu, straszliwie drżąc. Kiedy znalazła się w piwnicy i 
wreszcie stanęła, uwięzieni w niej ludzie niemal tego nie zauważyli, tak powolny był jej ruch.

—   Stoimy   —   powiedział   po   chwili   czarnoskóry.   —   Dzięki   Bogu,   w   końcu   się 

zatrzymaliśmy.

Wszyscy wstali. Jeden z urzędników nacisnął przycisk, chcąc otworzyć  kabinę, jednak 

drzwi ani drgnęły.

— Teraz powinniśmy krzyczeć — stwierdził czarnoskóry. — Stąd nas z pewnością ktoś 

usłyszy.

— Na pomoc! — krzyknęła sekretarka. — Na pomoc! Wypuśćcie nas stąd!
I wtedy, zupełnie niespodziewanie, drzwi windy się otworzyły. Nastąpiła sekunda pełnej 

napięcia   ciszy   i   nagle   jakaś   czerwona   sylwetka   wpadła   do   kabiny   z   dwoma   rzeźnickimi 
nożami w rękach, po czym natychmiast zaczęła zadawać przerażonym ludziom chaotyczne, 
gwałtowne   ciosy.   Cofali   się,   wrzeszcząc   ze   wszystkich   sił,   zasłaniając   się   ramionami. 
Zapanowało istne pandemonium. Napastnik jednak nie miał litości dla nikogo, zadawał ciosy 
dopóty,   dopóki   krew   nie   zaplamiła   całej   kabiny.   Była   dosłownie   wszędzie   i   tryskała   z 
otwartych ran niczym ciemnoczerwony ulewny deszcz.

Krwawa kąpiel

Niemal dokładnie w tym samym czasie w centrum handlowym Four Days na Fountain 

Sąuare   West   Marshall   Willis   i   jego   narzeczona   Dawn   Priennik   pochylali   się   nad   ladą 
wystawową w sklepie jubilerskim Newmana, próbując wybrać ślubne obrączki.

Marshall   optował   za   bardzo   szeroką   z   fasetami   w   kształcie   diamentów,   odbijającymi 

światło, ale Dawn wolała węższą z przeplatających się pasków żółtego i białego złota.

background image

— Nie ma prawa, które nakazywałoby, żeby państwo młodzi nosili identyczne obrączki — 

powiedział   sprzedawca.   Jego   łysa   czaszka   lśniła   w   świetle   punktowych   lampek, 
umieszczonych  w podwieszonym  suficie.  — Poza tym,  chciałbym  zauważyć,  że  jest  pan 
obdarzony dużymi palcami. Bardzo dużymi, jeśli porównać je z palcami pani.

Marshall nie tylko palce miał bardzo duże. Właściwie wszystko w nim było wielkie. Miał 

sześć   stóp   i   trzy   cale   wzrostu,   ogromną   kanciastą   głowę,   która   wyglądała,   jakby   ktoś 
pośpiesznie wyciosał ją z twardego drewna, szeroką szyję i klatkę piersiową jak u bizona.

Dawn natomiast była bardzo drobna. Miała zaledwie pięć stóp i dwa cale wzrostu, długie, 

lśniące, kasztanowe włosy i okrągłą, śliczną buzię jak lalka. Jej długie czarne rzęsy trzepotały 
jak   kolibry,   szczególnie   kiedy   była   czymś   podekscytowana.   Najbardziej   jednak   uwagę 
przykuwały jej piersi, napierające na kamizelkę, jakby w każdej chwili chciały ją rozerwać. 
W   kwietniu   Marshall   zapłacił   za   operację   powiększenia   jej   piersi   i   był   to   jego   prezent 
urodzinowy   dla   ukochanej.   Matka   Dawn,   zdegustowana   tym,   stwierdziła,   że   ten   prezent 
Marshall kupił raczej sobie niż narzeczonej.

— Ja jednak chciałbym, żebyśmy mieli identyczne obrączki — powiedział Marshall. — 

Kiedy   dwoje   ludzi   nosi   identyczne   obrączki,   to   znaczy,   że   całkowicie   należą   do   siebie 
nawzajem.

— Ale my przecież wiemy, że całkowicie do siebie należymy. Dlaczego jeszcze musimy 

udowadniać to wszystkim dookoła?

Marshall   powoli   potrząsnął   głową.   W   tej   chwili   ukazywał   swoją   ciemną   stronę 

bezwzględnego posiadacza. Podarował Dawn powiększone piersi, ale kiedy tylko widział, że 
jakiś inny mężczyzna wodzi za nią wzrokiem, natychmiast gotów był do awantury.

— Gapisz się na moją dziewczynę? No to się jeszcze raz dobrze przyjrzyj, frajerze, bo to 

jest ostatnia osoba na ziemi, jaką widzą twoje oczy.

A   gdy   Dawn,   nie   daj   Boże,   uśmiechnęła   się   do   kogoś   innego,   dostawała   w   twarz 

natychmiast   po   powrocie   do   domu   i   była   oskarżana,   że   zachowuje   się   Jak   dziwka   spod 
latarni”. Oczywiście później Marshall zawsze ją przepraszał, kupował kwiaty i tak dalej. Ale 
sytuacja się powtarzała.

— Może powinniśmy najpierw pójść na kawę i jeszcze się zastanowić? — zasugerowała 

Dawn.

Widziała, że Marshall wpada w swój okropny nastrój, który charakteryzował się tym, że 

wszystkim dookoła zarzucał prawdziwe albo urojone winy. „Zobacz, co zrobiłaś”, krzyczał na 
Dawn, przewróciwszy telewizor albo rzuciwszy o ścianę talerzem z kolacją, albo złapawszy 
dziewczynę za ramię tak mocno, że miała krwawe siniaki.

Matka Dawn twierdziła, że jej córka jest chyba szalona, skoro decyduje się wychodzić za 

niego za mąż. Był brutalem. Gorzej, był infantylnym brutalem. Dawn jednak go kochała i 
tylko ona jedna wiedziała, jaki potrafi być delikatny i troskliwy. Bywał infantylny i naiwny, 
owszem.   Ale   chociażby   z   tego   powodu   jeszcze   bardziej   chciała   go   chronić   przed   całym 
światem. To nie była jego wina, że cały świat tak często i z taką mocą stawał przeciwko 
niemu.

Wyszli ze sklepu jubilerskiego i poszli przez loggię w kierunku wind. Centrum handlowe 

Four   Days   miało   dopiero   osiemnaście   miesięcy.   Było   wyłożone   marmurami,   lśniło   i 
pachniało   damskimi   perfumami,   skórą   oraz   aromatem   świeżo   zaparzonej   kawy.   Główne 
atrium miało pięć pięter wysokości, a wieńczył je dach z czyściutkiego szkła, dzięki czemu 
obiekt zalany był naturalnym światłem i wszystko dookoła lśniło. Cztery piętra pod stopami 
Dawn i Marshalla znajdowała się fontanna z nierdzewnego metalu, przedstawiająca Orleans, 
pierwszy statek parowy, który przypłynął rzeką Ohio do Cincinnati w 1811 roku.

Na   zewnętrznej   ścianie   budynku   poruszały   się   cztery   przeszklone   windy,   zapewniając 

swoim użytkownikom przyprawiający o zawrót głowy widok na Race Street i Seventh Street. 
Z najwyższego piętra widać było nawet rzekę, błyszczącą teraz w porannym słońcu, oraz 

background image

miasto Covington w stanie Kentucky, na przeciwległym brzegu.

Gdy drzwi najbliższej windy otworzyły się, Marshall i Dawn weszli do środka. Dawn 

natychmiast podeszła do barierki i zaczęła spoglądać na ruch uliczny w dole.

— Popatrz! — zawołała do narzeczonego. — Te samochody wyglądają jak zabawki!
— Naprawdę? — zapytał Marshall. Nigdy nie lubił dużych wysokości, stał więc daleko za 

plecami Dawn.

Przez kilka sekund mieli windę wyłącznie dla siebie, jednak tuż przed zamknięciem drzwi 

do środka wpadła grupka rozwrzeszczanych nastolatków. Śmieli się, żartowali i robili sobie 
głupie dowcipy.

Jeden z chłopców miał bladą piegowatą twarz i czapkę baseballową Cincinnati Reds z 

długim daszkiem, założoną tyłem do przodu. Niespodziewanie wyciągnął z kieszeni różowy 
damski pasek do pończoch i zaczął nim wymachiwać w powietrzu. Do paska były jeszcze 
przyczepione metki.

— Hej, zobaczcie, co podwędziłem!
— Och, Mikey! — pisnęła jedna z dziewcząt. — Włożysz go? Pokażesz nam, jak w nim 

wyglądasz?

Jeden z chłopców objął go ramieniem i powiedział:
— Nigdy nam nie mówiłeś, że jesteś transwestytą, Mikey. Gdybym wiedział, kupiłbym ci 

na urodziny koronkowy stanik zamiast tej koszulki.

— Odpieprz się, Tyler, to jest prezent dla Lindy.
— Och, jasne, dla Lindy. Jestem pewien, że już jej się znudziło, że nosisz jej majtki, 

musiałeś więc jej kupić coś, co normalnie kupujesz dla siebie!

— Uspokójcie się, chłopcy — wtrącił się Marshall. — Tutaj jest dama.
Chłopak   w   czapce   baseballowej   Cincinnati   Reds   odwrócił   głowę,   rozdziawił   usta   i 

zamrugał powiekami.

— Dama? Gdzie? Gdzie? Nie widzę tu żadnej damy. Marshall złapał go za przód bluzy i 

niemal uniósł go z podłogi.

— Nie żartuj sobie ze mnie, gnojku. Ta dama jest moją narzeczoną, jasne? Odnoś się do 

niej z szacunkiem.

Inni nastolatkowie, bynajmniej nie wystraszeni, zaczęli drwić.
— Słyszałeś gnojku? Ta dama to jego narzeczona.
Marshall odwrócił się i stanął twarzą do nich, wciąż zaciskając dłoń na bluzie chłopaka.
— Szukacie kłopotów, głupie fiuty?  Tego wam potrzeba? Możecie mi  wierzyć,  ja nie 

żartuję.

— Oooooo — zawyli chłopcy.
— Daj  spokój, Marshall,  zostaw  tego dzieciaka  — powiedziała  Dawn. — On nic  nie 

zrobił.

— Tak, Marshall — odezwał się chłopak w czapce baseballowej. — Zostaw dzieciaka w 

spokoju. Kim ty, do cholery, jesteś, Marshall? Strażnikiem Teksasu?

Marshall pchnął chłopaka tak mocno, że ten stracił równowagę i padł na przeciwną ścianę 

kabiny.

— Psychol! — wrzasnął jeden z chłopców.
Marshall pchnął również jego, po czym natychmiast naparł na pozostałych chłopaków i 

dziewczynę. Ta padła na przeszkloną ścianę, boleśnie tłukąc sobie ramię.

— Marshall! — zawołała Dawn i z całej siły pociągnęła go do tyłu. — Marshall, zostaw 

ich w spokoju!

Chłopak   w   czapeczce   Cincinnati   Reds   wycelował   w   Marshalla   palcem   i   krzyknął 

łamiącym się głosem:

— Właśnie, człowieku, zostaw nas w spokoju. Ale i tak zatelefonuję do zoo i powiem, 

żeby wsadzili cię tam, gdzie jest twoje miejsce. Do klatki z pieprzonymi gorylami!

background image

Marshall znowu zacisnął dłoń na bluzie chłopaka i mocno nim potrząsnął. W tej samej 

chwili winda dotarła do trzeciego piętra i drzwi się otworzyły. Na zewnątrz czekała spora 
gromada klientów centrum, głównie rodzice z dzieciakami, które trzymały baloniki. Kiedy 
zobaczyli Marshalla i chłopaka próbującego się wyrwać z jego uścisku, wszyscy zrobili krok 
do tyłu.

Jeden z chłopaków w windzie krzyknął:
— Spieprzaj stąd, człowieku!
— Zawołajcie policję! — wrzasnęła dziewczyna piskliwym głosem. — Niech ktoś zawoła 

policję! Ten człowiek oszalał!

Zanim jednak ktokolwiek zdołał zareagować, przez tłum klientów przepchnął się potężnie 

zbudowany mężczyzna w czarnym garniturze, wszedł do windy i nacisnął guzik pierwszego 
piętra. Jakaś zgrabna młoda kobieta z tlenionymi włosami chciała wejść zaraz za nim, ale ten 
ją tylko odepchnął wyciągniętą ręką.

— Hej, ty! — zawołała, jednak drzwi windy zaraz się zamknęły i winda ruszyła w dół.
Mężczyzna popatrzył na Marshalla, potem na Dawn i wreszcie po kolei uważnie zmierzył 

badawczym   wzrokiem   wszystkich   młodych   ludzi,   jakby   chciał   sprawdzić,   jakie   stanowią 
zagrożenie.   Jego   twarz   była   tak   czerwona,   jakby   ją   mocno   opalił   albo   pomalował.   Miał 
szczeciniaste   rude   włosy,   a   jego   oczy   i   usta   wyglądały   jak   wąskie   otwory   wycięte   w 
japońskiej masce. Był niższy od Marshalla i nie tak potężnie zbudowany, jednak otaczała go 
niemal namacalna aura nienawiści. Marshall puścił chłopaka i ostrożnie zrobił krok do tyłu, 
jednocześnie podnosząc ręce w geście poddania.

— Mieliśmy tu małe nieporozumienie, proszę pana. Nic szczególnego.
— On mnie napadł! — powiedział pryszczaty chłopak. — Chciał mnie zabić!
Mężczyzna popatrzył na Marshalla, nie zmieniając wyrazu twarzy.
— A pan jest… Kim pan jest? — zapytał go Marshall. — Ochroniarzem, czy kimś takim?
— Ochroniarzem? — powtórzył  mężczyzna chrapliwym,  niewyraźnym  głosem. — Nie 

masz takiego szczęścia.

— A więc kim? Te dzieciaki uraziły moją narzeczoną i postanowiłem dać im nauczkę, nic 

więcej. Poza tym one coś ukradły ze sklepu. Nie wierzy mi pan? Niech pan im każe opróżnić 
kieszenie.

— Myślisz, że mnie to obchodzi?
Jeden z nastolatków znów wskazał Marshalla palcem i powiedział:
— Ten facet to wariat. Zaatakował nas zupełnie bez powodu!
Marshall był zdezorientowany.
— Nic nie rozumiem,  proszę pana. Nie jest pan ochroniarzem,  więc kim pan jest, do 

diabła?

— Nie uwierzyłbyś, gdybym ci powiedział.
Dawn przylgnęła do ramienia Marshalla i za nic w świece nie zamierzała go puścić. Nagle 

zdała   sobie   sprawę,   że   twarz   mężczyzny,   który   wszedł   do   windy,   już   widziała,   w 
wiadomościach telewizyjnych.

— Marshall! — wyjąkała. — Marshall, to on!
Ale Marshall jej nie słuchał. Zbyt już był zajęty starciem z nieznanym mężczyzną.
— Co? Nie żartuj ze mnie, koleś. Co ty sobie, do diabła, wyobrażasz?
— Ten facet to Czerwona Maska — wysyczała Dawn do ucha narzeczonego, jednak on 

nadal nie zwracał na nią uwagi.

—   Chcesz   się   dowiedzieć,   co   sobie   wyobrażam?   —   Mężczyzna   o   czerwonej   twarzy 

szeroko wyszczerzył zęby. — Wciąż to samo. Wciąż to samo. Oto, co sobie wyobrażam.

— Niby co, do jasnej cholery?
— Powinien pan go zamknąć — odezwała się dziewczyna. — Powinien pan go zamknąć i 

wyrzucić klucz!

background image

— Hej, co się stało, to się stało — przerwał jej mężczyzna o czerwonej twarzy. — Ale to  

nie znaczy, że nie możemy za to żądać kary, prawda? Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz. 
Nie ma spokoju dla przeklętych. Przenigdy. Ani wybaczenia dla niewinnych.

— O czym ty, koleś, do diabła, mówisz? — napierał Marshall.
—   Proszę…   Nie   chcemy   żadnych   kłopotów   —   odezwała   się   Dawn.   —   Nikt   z   nas. 

Wysiądźmy wszyscy z windy i zapomnijmy o tym incydencie, co pan na to?

— Co ja na to? — powtórzył mężczyzna o czerwonej twarzy. — Co ja na to? Powiem ci, 

co ja na to. Nadszedł czas na odrobinę naturalnej sprawiedliwości. Nadszedł czas, a dzisiejszy 
dzień jest dniem wyrównywania starych rachunków. Zgadzasz się ze mną?

— Nie wiem, o co panu chodzi — powiedziała Dawn. — Przykro mi, ale nie rozumiem 

pana. Jaka sprawiedliwość? Jakie rachunki? Przecież my nawet pana nie znamy!

Winda zatrzymała się z ostrym zgrzytem, pomiędzy czwartym a trzecim piętrem.
— Hej! — zawołał Marshall. — Chciałbym wysiąść, i tyle!
— Człowieku, daj nam spokój — powiedział chłopak w czapce Cincinnati Reds. — Skoro 

ten pan chce o wszystkim zapomnieć, niech już tak będzie, dobrze? Wypuść nas stąd.

— Przykro mi, moi drodzy — odparł mężczyzna o czerwonej twarzy. — To już koniec 

przejażdżki. Przynajmniej dla was.

Złożył ręce na piersiach, po czym lewą sięgnął pod prawą połę marynarki, a prawą pod 

lewą. W tym momencie czas jakby się zatrzymał i wydawało się, że nawet wszelkie dźwięki 
zawisły w powietrzu. Marshallowi przyszło do głowy, że facet zaraz wydobędzie z kieszeni 
rewolwery, jak rewolwerowiec ze starych westernów.

Tymczasem   przy   akompaniamencie   ostrego   szczęku   metalu   mężczyzna   wyciągnął   z 

płaszcza dwa wielkie noże o trójkątnych ostrzach i uniósł je nad głowę.

—   Daj   spokój,   człowieku   —   powiedział   Marshall.   —   To   już   przestało   być   zabawne, 

rozumiesz?

Z jedną ręką wysoko uniesioną postąpił krok w kierunku mężczyzny.
— Marshall, nie! — krzyknęła Dawn. — To jest Czerwona Maska!
Było   już   jednak   za   późno.   Kiedy   Marshall   lekko   odwrócił   głowę   ku   narzeczonej, 

mężczyzna o czerwonej twarzy dziabnął go nożem w sam środek uniesionej dłoni. Niemal w 
tym samym momencie, bez wahania, drugim nożem trafił w jego ramię.

— O kurczę! Jezu Chryste! — zaczęły wołać dzieciaki.
Dziewczyna wydała z siebie przenikliwy pisk, tak wysoki, że niemal na granicy ludzkiej 

słyszalności. Dawn jeszcze mocniej przylgnęła do ramienia Marshalla i odezwała się:

— Marshall… Marshall…
Po chwili jej twarz była cała zbryzgana krwią.
Mężczyzna o czerwonej twarzy zaczął dźgać Marshalla gdzie popadnie. Celował nożem w 

jego dłonie, ręce, ramiona. Przy każdym pchnięciu Marshall wydawał jakiś nieartykułowany 
dźwięk, jednak mimo poważnych ran zaatakował mężczyznę i jak futbolista objął go wpół w 
biodrach.

Jednak napastnika nic nie było w stanie powstrzymać. Pchnął Marshalla w szyję, niedaleko 

kręgu szczytowego, i nagle rozległ się wyraźny trzask, dowodzący, że rozerwany został rdzeń 
kręgowy. Marshall padł ciężko na podłoga a mężczyzna o czerwonej twarzy odwrócił się w 
kierunku pozostałych osób stojących w windzie. W obu rękach wciąż groźnie ściskał noże.

Młodzi ludzie oszaleli z przerażenia. Zaczęli uderzać pięściami w drzwi i wspinać się na 

poręcze, zamontowane na ścianach. Dawn cofnęła się jak najdalej od napastnika, drżąc ze 
strachu. Plecami przylgnęła do przeszklonej ściany. Tymczasem mężczyzna przeszedł nad 
ciałem Marshalla i zbliżył się do niej ze wzniesionymi nożami.

— Nie rób mi krzywdy — powiedziała błagalnie.
— Co? Nie usłyszałem cię, kochanie. Ci gówniarze dookoła zbyt głośno wrzeszczą.
— Proszę, nie rób mi krzywdy. Przyjechałam tu tylko po to, żeby wybrać ślubną obrączkę.

background image

Chłopak w czapce baseballowej spróbował zajść napastnika od tyłu, jednak ten szybko się 

odwrócił i pchnął go jednym z noży.

— Gdzieś się wybierasz, dzieciaku? Zdaje się, że próbowałeś na mnie skoczyć, co?
— Nie! Nie, skądże. My wszyscy chcemy tylko stąd wyjść, proszę pana. Nie chcemy 

umierać!

— Nikt nie chce umierać, dzieciaku. Nikt, nigdy.  Ale skoro już przyszedłeś na świat, 

obojętnie w jaki sposób, śmierć jest w końcu twoim jedynym przeznaczeniem, prawda? Nic 
dziwnego, że ludzie wciąż modlą się do Boga o długie życie.

— Proszę, niech mi pan nie robi krzywdy — jęczała Dawn. Po jej policzkach ciekły łzy, 

rozmazując na twarzy dziewczyny czarny tusz z rzęs. — Przysięgam, że nikt z nas nie będzie 
zeznawał   przeciwko   panu.   Przysięgam.   Powiem,   że   to   wszystko,   co   się   stało,   to   z  winy 
Marshalla.   On   pana   sprowokował.   On   na   pana   napadł.   On   taki   był,   wiecznie   na   kogoś 
wściekły i z czegoś niezadowolony. Ciągle z kimś zadzierał.

Mężczyzna o czerwonej twarzy jakby się nad czymś  zastanawiał, chociaż szparki jego 

oczu niczego nie zdradzały.

— Ile masz lat? — zapytał wreszcie Dawn. Musiał podnieść głos, żeby go usłyszała wśród 

pojękiwań i szlochów młodych ludzi.

— Osiemnaście i pół — odparła Dawn.
Zdołała   wydobyć   na   twarz   słaby,   krzywy   uśmiech.   Miała   nadzieję,   że   mężczyzna, 

dowiedziawszy się, jaka jest młoda, daruje jej życie.

— Osiemnaście i pół — powtórzył mężczyzna. Po chwili wrzasnął: — Łżesz!
W tym samym momencie pchnął ją oboma nożami w klatkę piersiową. Implanty popękały, 

a nóż, który napastnik trzymał w prawej ręce, przebił jej serce.

Przez chwilę Dawn wpatrywała się w niego, jakby nie potrafiła zrozumieć, co się stało. 

Tymczasem mężczyzna  o czerwonej twarzy wyrwał  noże z jej ciała  i pozwolił zwłokom 
opaść na podłogę windy.

* * *

Ned   Jennings   robił   fotografie   na   Siódmej   Ulicy.   W   pewnej   chwili   podniósł   głowę   i 

zobaczył, że szklana kabina zewnętrznej windy centrum handlowego jest cała czerwona.

Ned był studentem sztuk plastycznych na Xavier University. Miał kręcone włosy, okulary 

w grubych oprawach, a ubrany był w płową sztruksową marynarkę. Kompletował studium 
fotograficzne architektury art deco centrum Cincinnati. Tego dnia sfotografował już Union 
Terminal, Lazarus Building i kilka innych budynków biurowych, a teraz właśnie zastanawiał 
się,  czy na swoich fotografiach  powinien  uwiecznić  także  centrum  handlowe Four Days. 
Właściwie wszystko wskazywało na to, że powinien, ponieważ architekci pięknie ozdobili 
jego fronton cegłami w stylu art deco, jakby oddając cześć dniom architektonicznej glorii tego 
miasta.

Popatrzył więc do góry i zobaczył, że jedna ze szklanych zewnętrznych wind Four Days 

utknęła pomiędzy piętrami. Ale nie tylko to go zdziwiło. Szklane ściany windy były całe 
czerwone, jakby ktoś w wielkim pośpiechu je pomalował.

Miał już kontynuować marsz, kiedy przez czerwień ściany windy przebiła się biel ludzkiej 

dłoni, mocno przyciśniętej do szkła. Przez szybę dała się również dostrzec połowa ludzkiej 
twarzy. Wyglądała jak twarz młodej dziewczyny i mimo że Ned nie mógł jej słyszeć, szeroko 
otwarte usta zdawały się krzyczeć. Widział ją zaledwie przez dwie albo trzy sekundy, po 
czym twarz zniknęła. Na szkle pozostał jedynie rozmazany odcisk dłoni i prawego policzka.

Ned zawahał się. Nie był w stanie zrozumieć tego, co przed chwilą zobaczył. Wandale? 

Jakiś chwyt reklamowy? Ale kto niszczyłby szklaną windę w środku dnia? A jeśli chodziło w 
tym wypadku o jakąś reklamę, to co niby można w taki sposób reklamować?

background image

Gdyby nie zobaczył dłoni i twarzy dziewczyny, pewnie przeszedłby nad tym obojętnie. 

Nie uczynił tego jednak. Wszedł do centrum handlowego i podszedł do ochroniarzy, którzy 
stali przy fontannie Orleans, wesoło rozmawiając z trzema młodymi kobietami.

— Myślę, że coś dziwnego dzieje się w jednej z waszych wind — powiedział.
Ochroniarz przyłożył zwiniętą dłoń do ucha i zapytał go:
— Co myślisz?
Centrum  rozbrzmiewało  echem muzyki  z  głośników, stukotem  butów setek  klientów  i 

głośnym szumem wody w fontannie.

— Wygląda na to, że ktoś maluje ściany windy czerwoną farbą. Myślę też, że w windzie 

jest uwięziona dziewczyna. I ma jakieś kłopoty.

— Czerwoną farbą? Jaką czerwoną farbą?
— Nie wiem. To przynajmniej wygląda jak czerwona farba.
— Jasne. O którą windę chodzi?
Ochroniarz podszedł do rzędu drzwi. Ned niemal deptał mu po piętach. Przy drzwiach po 

prawej stronie zgromadziła się już mała grupa ludzi i kiedy ochroniarz stanął przy nich, jakiś 
starszy mężczyzna w bermudach powiedział:

— Nie działa. Wygląda, jakby utknęła pomiędzy piętrami.
Do drzwi zbliżył się także drugi ochroniarz. Nacisnął przycisk przy drzwiach. Wywołał 

jedynie jakiś chrobot i nic więcej.

— Najlepiej zawołaj Wally’ego — powiedział do kumpla.
— A może powinniście zatelefonować po policję? — zasugerował Ned. — Nie widziałem 

dokładnie, co się dzieje w środku, ale ta dziewczyna naprawdę wyglądała na przerażoną.

— George, wyjdź na zewnątrz i popatrz na tę kabinę.
— W pierwszej chwili pomyślałem, że to może jakaś akcja reklamowa — powiedział Ned 

do ochroniarza.

— Aha. Nikt mi niczego takiego nie zgłaszał, a skoro nikt mi nie zgłaszał, to znaczy, że nie 

ma żadnej akcji reklamowej.

Jeden z ochroniarzy wyszedł na ulicę, ale niemal równocześnie winda zaczęła zjeżdżać w 

dół. Na wskaźniku pokazały się po kolei oznaczenia trzeciego, drugiego i pierwszego piętra. 
Po chwili winda zjechała na parter.

— George! Wszystko w porządku! Już działa.
Wszyscy zastygli  w oczekiwaniu na otwarcie drzwi, ale tymczasem winda zjechała na 

poziom   P1,   czyli   na   podziemny   parking.   Ochroniarz   jednak   znowu   nacisnął   przycisk   i 
wskaźnik zaczął pokazywać, że winda wraca na górę. Kabina stanęła na dłuższą chwilę, po 
czym jej drzwi otworzyły się. Całe wnętrze skąpane było w tępym karmazynowym kolorze. 
Kabina przypominała sześciokątną kaplicę z czerwonymi witrażami w oknach.

Ochroniarz zrobił krok do przodu, po czym przystanął i powiedział słabym głosem:
— Święta Matko Boska.
Na podłodze windy leżały martwe ciała. Ich ręce i nogi były splątane, dlatego niemal 

niemożliwe  było  natychmiastowe  określenie,  ile  osób  zostało   zamordowanych.   Ich  liczbę 
można by było wywnioskować, jedynie licząc twarze. Wszystkie były blade i poważne, jak 
twarze średniowiecznych świętych.

Za lustrem

Krótko po jedenastej przed południem nad Cincinnati nadciągnął z południowego zachodu 

ciężki całun szarobrunatnych chmur, przesuwających się bardzo nisko nad ziemią, i zaczął 
padać ciepły deszcz.

— Przynajmniej nie latają robale — powiedziała Molly.

background image

Prowadziła samochód drogą I–71, kierując się ku zjazdowi w Avondale. Kiedy jednak 

włączyła  wycieraczki,  na przedniej szybie samochodu i tak było  ich dość, by ich resztki 
smarowały ją półkolami na brązowo i żółto.

— Bardzo bym chciała strząsnąć z siebie to uczucie — powiedziała Sissy.
— Jakie uczucie?
— Sama nie wiem. Nie nazwałabym tego przeczuciem. Bardziej mi przypomina zabawę w 

„co nieprawidłowego jest na tym obrazku?” Jakbym miała przed oczami coś, co zupełnie nie 
pasuje do całości, ale jednocześnie nie potrafiła wyróżnić tego w skomplikowanym tle.

Molly miała na głowie czarną jedwabną chustkę, przewiązaną tak, jak wiązali je dawni 

piraci. Zwisały z niej przyczepione na łańcuszkach małe srebrne monety. Sissy pomyślała, że 
jej synowa bardziej niż kiedykolwiek wygląda teraz jak Mia Farrow. Ona sama ubrana była w 
szkarłatną  sukienkę z długimi  rękawami  w duże czerwone chryzantemy.  W uszach miała 
długie kolczyki, które Frank zawsze nazywał jej „żyrandolami”.

— Tylko mi nie mów, że przed wyjazdem znowu czytałaś karty.
— Chciałam uaktualnić moją wiedzę.
— Dobrze. No i co?
— Ciągle mówią to samo. Ostrzeżenia, gra w chowanego. No i ta krwawa karta, wciąż się 

pokasuje.

— Żadnych nowych wskazówek?
Sissy potrząsnęła przecząco głową.
— Nigdy nie sądziłam, że karty mogą być tak pomocne i tajemnicze zarazem. Zachowują 

się tak, jakby ktoś do mnie mówił: „Pod żadnym pozorem nie wychodź jutro z domu, bo tego 
pożałujesz”. Jednocześnie ten ktoś nie ma zamiaru oświecić mnie, dlaczego właściwie nie 
mam wychodzić.

Zjechały z I–71 i ruszyły  w kierunku Riddle Road. Deszcz  padał coraz mocniej.  Nad 

jezdnią unosiła  się mgiełka  z ciężkich  kropel wody.  Wycieraczki  pracowały intensywnie, 
jednak niemal nie nadążały ze zbieraniem deszczu.

Kiedy dotarły do domu Woodsów, deszcz jednak niespodziewanie przestał padać i gdy 

Molly   parkowała   samochód   na   podjeździe,   słońce   przebijało   już   przez   chmury   i   skrzyło 
wśród liści cedrów, otaczających dom ze wszystkich stron.

Avondale było spokojną mieściną w starym stylu, a dom przy Riddle Road numer 1445 był 

solidnym   budynkiem   w   starym   stylu.   Miał   dwa   piętra   i   długą   werandę   biegnącą   wzdłuż 
całego frontu. Molly i Sissy podeszły po kilku schodach do drzwi wejściowych. Pomalowane 
były na kolor ciemnej purpury, a na ich środku przymocowana była  mosiężna kołatka w 
kształcie roześmianej twarzy — klauna albo po prostu figlarza.

Molly   zapukała   i   drzwi   otworzyły   się   niemal   natychmiast.   Powitała   je   chuda   kobieta, 

sprawiająca wrażenie bardzo nerwowej. Jasne włosy miała spięte w kok, a na sobie miała 
czarną sukienkę z krótkimi rękawami. Tuż obok niej stanęła mała dziewczynka z pluszowym 
czarnym królikiem w rączce.

— Pani Woods? — zapytała Sissy, uśmiechając się. — Jestem Sissy Sawyer. A to moja 

synowa, Molly.

— Zapraszam do środka — odparła pani Woods. — I proszę mówić mi po imieniu. Jestem 

Darlene.

Poprowadziła kobiety do dużego salonu, którego umeblowanie stanowiły dwie stylowe 

sofy i cztery krzesła z wygiętymi oparciami. Patrząc od drzwi, po lewej stronie pokoju w 
ścianę wbudowany był ładny kominek ze żłobkowanymi  kolumnami i wiszącym  nad nim 
szerokim lustrem o złoconych ramach. Po lewej stronie stał kredens z ciemnego mahoniu. Na 
jego półkach za szybą lśniły dziewiętnastowieczne srebra — dzbanki, kandelabry i zdobione 
kufle z przykrywkami.

Pomiędzy   sofami   stała   niska   ława   ze   szklanym   blatem.   Leżały   na   niej   kolorowe 

background image

czasopisma   i   kryształowe   przyciski   do   papieru.   Zdobiło   ją   kilka   brązowych   figurek 
skaczących koni. Ale uwagę Sissy przykuł mały postument, ustawiony pod oknem. Przykryty 
był   czarnym   aksamitem   i   stała   na   nim   fotografia   w   srebrnej   ramie,   przedstawiająca 
uśmiechniętego   mężczyznę  o  łagodnych   rysach   twarzy,   z kosmykiem   brązowych   włosów 
opadającym na czoło.

Wokół   fotografii   ułożone   były   muszelki   morskie,   wielokolorowe   świeczki   i   szklane 

paciorki. Były wyrazem hołdu, jaki córki składały swojemu zamordowanemu ojcu.

— Naprawdę nie wiem, w czym mogę wam pomóc — powiedziała Darlene.
— Jestem pewna, że nam pomożesz — stwierdziła Sissy. — A poza tym my możemy 

pomóc tobie.

Rozejrzała się po salonie, starając się wyczuć obecność zmarłego George’a Woodsa. Nie 

było to łatwe, ponieważ wyczuwała równocześnie setki ludzi, którzy mieszkali tutaj od czasu, 
kiedy dom został zbudowany. Niemal słyszała głosy, śmiechy i śpiewy, które rozlegały się tu 
przez te wszystkie lata, obserwowała urodziny, śluby, obchody Bożego Narodzenia i Święta 
Dziękczynienia. Czuła też spokój, jaki ogarniał to miejsce po ich śmierci.

— Amando. — Darlene zwróciła się do dziewczynki. — Zabierz Floppy’ego na górę do 

swojego pokoju, dobrze? Muszę chwilę porozmawiać z tymi paniami.

— Mogę wziąć sobie ciasteczko? — zapytała Amanda.
— Oczywiście, kochanie. Ale tylko jedno.
— A czy Floppy też może zabrać ciasteczko?
Darlene potrząsnęła przecząco głową.
— Podzielisz się z nim swoim. Wkrótce przecież będzie lunch. — Kiedy Amanda wyszła, 

Darlene powiedziała: — Proszę, usiądźcie. Muszę powiedzieć, że wasz telefon trochę mnie 
wyprowadził   z   równowagi.   Same   rozumiecie,   ta   sugestia,   że   możemy   porozmawiać   z 
George’em…

—   Nie   jestem   oszustką,   Darlene   —   powiedziała   Sissy.   —   Przeprowadzam   seanse 

spirytystyczne od dawna, od czasu, kiedy odkryłam, że potrafię się kontaktować z ludźmi, 
którzy   zeszli   z   tego   świata.   Nigdy   nie   żądałam   za   to   pieniędzy   ani   żadnego   innego 
wynagrodzenia. I nigdy nie zażądam.

—   Powiedziałaś,   że   ty   i…   Molly,   tak?   Powiedziałaś,   że   współpracujecie   z   policją   z 

Cincinnati?

—   Jestem   rysownikiem   policyjnym   —   wyjaśniła   jej   Molly.   —   Gdy   dojdzie   do 

przestępstwa, rozmawiam ze świadkami, a potem próbuję rysować twarze osób podejrzanych 
o popełnienie tego przestępstwa.

— Rozumiem.  — Darlene pokiwała głową. — Widziałam takich  ludzi  w  Policyjnych 

zagadkach Nowego Jorku. Ale dlaczego musisz rozmawiać z George’em?

— Świadkiem śmierci George’a była tylko jedna osoba, młoda dziewczyna, która także 

została   wielokrotnie   ugodzona   nożem,   dlatego   do   szpitala   dotarła   w   dużym   szoku.   Ale 
Czerwona   Maska   zaatakował   ponownie,   a   przynajmniej   jesteśmy   przekonani,   że   kolejna 
zbrodnia to także jego dzieło. I znów mamy tylko jednego świadka, ale ten świadek wcześniej 
widział w telewizji mój rysunek, wykonany po pierwszym napadzie, jego pamięć może więc 
być  obarczona   tą  wizją.  Świadkowie   często  starają  się być  bardzo  pomocni,  ale   czasami 
bywają   za   bardzo   pomocni,   jeśli   rozumiesz,   co   mam   na   myśli.   Starają   się   powiedzieć 
policyjnemu rysownikowi to, co zdaje im się, że ten chce usłyszeć, a nie dokładnie to, co 
widzieli w rzeczywistości.

—   Im   więcej   świadków   opowie   o   swoich,   spostrzeżeniach,   tym   dokładniejszy   będzie 

portret, który sporządzi Molly — powiedziała Sissy. — Dlatego właśnie musimy nawiązać 
kontakt z George’em.

— Czy to naprawdę jest możliwe? — zapytała Darlene. — Moja matka chodziła czasem 

do medium, żeby porozmawiać ze swoją starszą siostrą. Mówiła mi potem, że prowadziła z 

background image

nią długie rozmowy, nie mogę jednak stwierdzić, że całkowicie jej wierzyłam. Uważałam, że 
jej opowieści to jedynie projekcje pobożnych życzeń.

Sissy ujęła dłoń Darlene i uspokajająco ją uścisnęła.
— To jest możliwe, oczywiście. Pozwól mi jednak na pewne zastrzeżenie: jeśli się boisz, 

że nasz seans może cię w jakikolwiek sposób wyprowadzić z równowagi, Molly i ja po prostu 
wstaniemy, pójdziemy sobie i nigdy już nas więcej nie zobaczysz.

— Czy będę w stanie go usłyszeć?
Sissy pokiwała głową.
— To jest bardziej niż prawdopodobne. Musisz jednak zdać sobie sprawę, że nie wszyscy, 

którzy zeszli z tego świata, chcą rozmawiać z ludźmi,  którzy na nim pozostali—  Często 
obawiają się takiej rozmowy, pragną zaoszczędzić bliskim dodatkowego bólu. Seans nie jest 
także dla nich łatwym  doświadczeniem.  Niechętnie oglądają to, co nieodwołalnie utracili, 
opuszczając nasz świat, niełatwo jest im rozmawiać z najbliższymi, których już nigdy nie 
będą mogli dotknąć czy uściskać.

Darlene popatrzyła na fotografię zmarłego męża, ustaloną na podwyższeniu przy oknie.
— Dobrze — powiedziała  po długiej  chwili. — Co będziemy robić?  Wyciągać  przed 

siebie ręce, czy coś w tym rodzaju?

— Możesz wyciągnąć ręce, jeśli uważasz, że to ci pomoże w koncentracji — odparła 

Sissy. — Ale to nie jest konieczne. Jeśli George tutaj jest, jeśli jest w stanie i chce z nami 
rozmawiać, będzie rozmawiał. Musisz jedynie przywołać go w myślach takiego, jakim go 
najlepiej pamiętasz. Spróbuj sobie przypomnieć, jak wyglądał. Spróbuj sobie przypomnieć, co 
czułaś, kiedy go dotykałaś. Wyobraź sobie, że on nadal z tobą jest. Wyobraź sobie, że George 
żyje.

Sissy otworzyła torbę z wzorzystego materiału i wyciągnęła z niej cztery małe woreczki, 

które ułożyła przed sobą na szklanej ławie.

— Krwawnik, jaskółcze ziele, cykoria i mięta — wyjaśniła. — Nie wiem, czy działają czy 

też nie, ale mówi się, że pomagają tym, którzy odeszli, znaleźć powrotną drogę.

Wyciągnęła   także   czerwoną   świeczkę   w   małym   okrągłym   kamiennym   świeczniku   i 

zapaliła zapalniczką. Świeczka zaczęła wydawać mocny, przesłodzony zapach podobny do 
gnijących brzoskwiń.

— Teraz myślisz o George’u, prawda? — zapytała Sissy.
Darlene kiwnęła potakująco głową.
— Zamknij oczy, jeśli dzięki temu będzie ci łatwiej. Spróbuj sobie wyobrażać, że on tutaj 

jest, że stoi w tym pokoju i cię obserwuje.

Darlene   zamknęła   oczy.   Przez   krótką   chwilę   milczała.   Jej   dłonie,   zaciśnięte   w   pięści, 

najdobitniej świadczyły, że mocno się koncentruje.

— George — wyszeptała. — George, gdzie jesteś, kochanie? Przyjdź i porozmawiaj z 

nami.

Sissy zaraz do niej dołączyła.
— George, musimy zadać ci kilka pytań. Przyjdź do nas, George. Jest tutaj Darlene, czeka 

na ciebie.

W ciszy minęła niemal minuta.
—   Proszę   cię,   George   —   znowu   odezwała   się   Darlene.   —   Bardzo   za   tobą   tęsknię. 

Dziewczynki tęsknią za tobą. Muszę ci powiedzieć, że nadal cię kocham i zawsze będę cię 
kochała. Muszą usłyszeć od ciebie, że ty także wciąż mnie kochasz.

Sissy nagle zobaczyła  jakieś załamanie w powietrzu, tuż przed kominkiem. Popatrzyła 

znacząco na Molly i wskazała jej na punkt załamania. Molly także to zobaczyła. Wyglądało to 
tak, jakby żłobkowana kolumna po jednej stronie kominka powoli falowała, jakby znajdowała 
się pod lustrem wody.

Lustro nad kominkiem zaczęło przybierać ciemną barwę. Sissy dotknęła ramienia Darlene 

background image

i powiedziała:

— Popatrz.
Odbicie salonu w lustrze zaczęło się zmieniać. Im ciemniejsza stawała się powierzchnia 

zwierciadła, tym wyraźniejsza była na niej blada twarz mężczyzny. Mężczyzna wypatrywał 
przed siebie niewidzącym wzrokiem, niczym człowiek uchwycony na bardzo starej fotografii. 
Jego oczy były rozmazane, a rysy twarzy niewyraźne, jednak Darlene natychmiast zerwała się 
na równe nogi. Wyciągnęła rękę w kierunku lustra, a jej oczy wypełniły się łzami.

— George! To jest George! O mój Boże, jak to zrobiłaś? G e o r g e !
Sissy wstała również. Molly popatrzyła na nią z niepokojem, jednak ta powiedziała do 

synowej:

— Nic się nie bój. To jest tylko jego wizerunek. Używa pamięci lustra… impresji, które 

pozostawił na jego srebrnej tafli, kiedy żył.

Mimo wszystko czuła obecność George’a tak silnie, jakby w tej chwili stał tuż przed nią, 

mimo że jego osobowość była zakłócona, zniekształcona, a on sam nadal znajdował się w 
stanie szoku. Podeszła do lustra i skoncentrowała się na uspokajaniu przybysza z zaświatów.

Spokojnie, George, spokojnieTrzymaj się, wszystko będzie dobrze.
— George, czy mnie słyszysz? — zapytała głośno w pewnej chwili. — Nazywam się Sissy 

Sawyer. Jestem przyjaciółką Darlene.

Głowa   George’a   lekko   się   poruszyła,   jego   usta   drgnęły,   lecz   Sissy   usłyszała   jedynie 

odległy, zduszony dźwięk, jak głos z odległego głośnika w wietrzny dzień.

— George, muszę ci zadać kilka pytań w sprawie twojego morderstwa.
Kolejne   zduszone   dźwięki…   A   potem   niespodziewanie   w   pokoju   rozległo   się   bardzo 

wyraźnie słowo: „Przepraszam”.

Sissy położyła  dłoń na ramieniu Darlene, która już otwarcie płakała. Wierzchem dłoni 

musiała wytrzeć nos.

— George? Słyszysz mnie, George? — zapytała Sissy.
W tej chwili nie liczyło się już, jak bardzo wzruszona jest Darlene. Nie mogła pozwolić, 

żeby George teraz się oddalił. Musiała z nim porozmawiać, ponieważ gdyby zniknął, mogłaby 
stracić możliwość przywołania go w przyszłości. Jak wielu przed nim, George mógłby uznać 
kontakt z minionym życiem za tak bolesny, że już nigdy nie zechciałby go powtórzyć.

— George, kochanie — powiedziała Darlene. — Tak bardzo za tobą tęsknię.
— …także tęsknię… i za Kitty… i za Amandą…
— Och, George.
— Co się stało, George? — Sissy przerwała małżonkom. — Czy pamiętasz człowieka, 

który cię zadźgał?

Wizerunek George’a nagle zadrżał, ale po chwili powrócił, wyraźniejszy niż do tej pory.
— …to było takie… nagłe… ja nie…
— Mężczyzna, który cię zaatakował, George. Czy możesz mi powiedzieć, jak wyglądał?
— …dźgał mnie i dźgał… ale to dziwne… ja tego nie czułem… niczego nie czułem…
Teraz Molly wstała.
— George, mam na imię Molly.
George patrzył na nią, jakby mu się zdawało, że powinien ją znać.
— Jestem malarką, George. Policyjnym rysownikiem. Jeśli mi powiesz, jak on wyglądał, 

narysuję go i pomogę policji go złapać.

— …zaraz zaczął mnie dźgać…
— Był biały? A może czarnoskóry? W co był ubrany?
— …nie widziałem wyraźnie… widziałem tylko ten nóż…
— George, posłuchaj mnie — nalegała Molly. — Był wyższy od ciebie? Opisz, jak był 

zbudowany.

George popatrzył czule na Darlene. Na jego twarzy malował się wyraz bólu i bezkresnego 

background image

żalu.

— Tak mi przykro, Darlene… czy kiedykolwiek mi wybaczysz?
— George, to nie była twoja wina. O nic cię nie obwiniam.
— …gdybym tylko nie…
— To nie była twoja wina, George. Skąd mogłeś wiedzieć, że on wejdzie do tej windy za 

tobą?

— …ale… ona…
Wizerunek George’a w lustrze zadrżał.
— Nie! — krzyknęła Darlene. — Nie, George, nie odchodź! — Podbiegła do kominka, po 

czym przycisnęła dłonie i czoło do lustra. — Nie! — łkała. Jej własne odbicie w zwierciadle 
stawało się coraz wyraźniejsze i jaśniejsze. Powoli w lustrze zaczynał się ukazywać salon za 
jej plecami. — Proszę cię, George, musimy jeszcze porozmawiać. George!

Sissy podeszła do niej i delikatnie objęła ją ramieniem.
— On odszedł, Darlene. Przynajmniej na jakiś czas. Dla tych, którzy odeszli, rozmowa z 

nami jest tak samo bolesna, jak dla nas rozmowa z nimi. Ale on nigdy nie będzie daleko od 
ciebie,   nigdy.   Będzie   blisko   ciebie,   dopóki   ty   będziesz   o   nim   myśleć,   dopóki   będziesz 
pamiętać, jaki był, jak mocno cię kochał, obiecuję ci.

Darlene, zrozpaczona, odwróciła się od lustra. Odbicie jej ręki, jak dłoni ducha, przez 

chwilę widoczne było na szkle, ale po chwili zniknęło, podobnie jak George.

— Nie musiał mnie przepraszać — powiedziała. — Dlaczego mnie przepraszał?
—   Cóż,   ci,   którzy   nas   zostawiają,   często   mają   z   tego   powodu   wyrzuty   sumienia, 

przepraszają rodzinę, że pozostawili ją samą. I czasami rodziny mają do zmarłych pretensje o 
ich śmierć, a przecież oni są niewinni.

Darlene wyciągnęła chusteczkę z ozdobnego pudełka na ławie i wytarła oczy.
— Myślisz, że będę mogła jeszcze kiedyś z nim porozmawiać?
— Mam nadzieję, że tak. Tym bardziej że jest taki skruszony. Daj mu jednak trochę czasu. 

Jeśli chcesz, mogłabym wrócić mniej więcej za tydzień i spróbować nawiązać z nim kontakt 
jeszcze raz. Darlene skinęła głową.

— Tak, chcę. A teraz co powiecie na drinka? Może to mnie uspokoi.
— Dla mnie na alkohol jest trochę za wcześnie. Ale myślę, że filiżanka kawy dobrze mi 

zrobi.

Darlene poszła do kuchni, pozostawiając Sissy i Molly stojące przed lustrem.
—   To   niewiarygodne   —   powiedziała   Molly.   —   Naprawdę   sprawiłaś,   że   się   ukazał… 

Jeszcze nigdy w życiu tak się nie bałam.

—   On   bardzo   chciał   się   nam   pokazać,   dlatego   poszło   mi   tak   łatwo.   Bardzo   chciał. 

Odczuwał potrzebę, by przeprosić Darlene.

— Gdyby popełnił samobójstwo, może bym to zrozumiała. Ale żeby przepraszać żonę za 

to, że zginęło się z ręki mordercy?

— Tak, oczywiście, masz rację — powiedziała  Sissy.  Wyciągnęła  przed siebie rękę z 

ametystem, który kiedyś należał do jej matki. Kamień błyszczał, jednak był teraz zupełnie 
czarny. — Nasz przyjaciel w lustrze kłamał.

— Kłamał? W którym momencie? Poza tym, powiedział przecież bardzo mało.
—   Cóż,   pomyślmy   przez   chwilę.   Po   pierwsze,   powiedział,   że   morderstwo   przebiegło 

bardzo szybko. Po drugie, powiedział, że nie czuł żadnego bólu. I po trzecie, powiedział, że 
nie miał żadnej szansy, żeby zobaczyć twarz zabójcy.

Molly zmarszczyła czoło.
— Przecież Jane Becker też powiedziała, że wszystko wydarzyło się bardzo szybko. I ona 

też mówiła, że nie czuła żadnego bólu; dopadł ją dopiero później. I widziała Czerwoną Maskę 
bardzo wyraźnie.

— Zatem może  George także  widział  jego twarz, ale z jakiegoś, sobie tylko  znanego 

background image

powodu nie chce się do tego przyznać. Może to wcale nie był taki przypadkowy atak faceta z 
nożami? Może Czerwona Maska zabił George’a, bo chciał zabić właśnie jego?

— Ale jeśli to prawda… Dlaczego zabił również tego artystę i troje sprzątaczy?
Sissy wsunęła woreczki z ziołami z powrotem do torby i zdmuchnęła świeczkę.
—   Nie   mam   pojęcia   —   przyznała.   —   I   chyba   karty   też   tego   nie   wiedzą.   Mamy   do 

czynienia z kimś naprawdę dziwnym. Dzieje się coś, co wykracza poza moje dotychczasowe 
doświadczenia.

Do salonu wróciła Darlene. Niosła tacę z trzema filiżankami do kawy. Kiedy postawiła 

tacę na ławie, Sissy zauważyła, że jedna z filiżanek zawiera już sporą ilość bursztynowego 
płynu. Nie mogła jednak mieć o to do Darlene pretensji. Ona sama przez długie miesiące po 
tym jak Frank został zamordowany, sięgała po butelkę Jacka Daniel’sa, kiedy jej samotność 
stawała się nie do zniesienia.

— Jeszcze się trzęsę — powiedziała Darlene, nalawszy do filiżanek aromatycznej czarnej 

kawy.

—  George   zapewne   także   wciąż   drży   —  odparła   Sissy.   —   Śmierć   wcale   nie   odbiera 

zmarłemu  uczuć ani emocji. Śmierć nie sprawia, że przestajemy kochać, nienawidzić czy 
odczuwać przyjemność.

— Uważasz, że on wciąż mnie kocha, tak samo jak ja jego?
— Uważam, że gorzko żałuje, iż cię opuścił.
Sissy upiła łyk kawy. Trzymając filiżankę przy ustach, zauważyła, że Darlene bez przerwy 

wpatruje się w lustro, jakby podświadomie się spodziewała, że George jeszcze raz się w nim 
ukaże.   Sissy   bardzo   pragnęła,   żeby   tak   się   stało.   Tak   wiele   pytań   chciała   mu   zadać.   W 
szczególności chciałaby się dowiedzieć, z jakiego powodu ma w sobie tak wielkie poczucie 
winy. Za co właściwie chciałeś przeprosić żonę, George?

Czerwona Maska i wielka panika

Wracając do domu, zatrzymały się w Rookwood Pavilion w Norwood, żeby Molly mogła 

dokupić w „Art of Gola , specjalnym sklepie dla artystów, kredki i farby, a w Stein Marcie 
powłoczki   na   poduszki,   zdobione   purpurowymi   koralikami.   Następnie   zafundowały   sobie 
lody truskawkowe i przeszły przez całe centrum handlowe, oglądając wystawy sklepów.

— Na czym więc stoimy? — zapytała Molly w pewnej chwili.
— Jeszcze nie jestem pewna — przyznała Sissy. — Myślę jednak, że George powiedział 

coś ważnego. Albo raczej kłamał w jakiejś bardzo ważnej sprawie.

— Sissy, on nie żyje. Dlaczego miałby kłamać? W jakim celu?
— Ludzie kłamią zwykle dlatego, że zrobili coś, czego się wstydzą.
— Ale przecież nikt się nie może wstydzić tego, że został zamordowany.
— Tak, ale dlaczego George został zamordowany?
Oglądały akurat letnie sukienki w T. J. Maxx, kiedy zadzwonił telefon komórkowy Molly.
— Tak — powiedziała do słuchawki. Po chwili powtórzyła — Tak. — I zaraz dodała — 

Och, Boże, tylko nie znowu.

— Co się stało? — zapytała Sissy.
— Czerwona Maska. W windzie w Giley Building zabił kolejne siedem osób. Ale wiele 

wskazuje na to, że pojawił się morderca, który próbuje go naśladować. W windzie centrum 
handlowego Four Days zasztyletowano jedenaście osób, niemal w tym samym czasie.

— Zatem są aż dwie Czerwone Maski? — zdziwiła się Sissy. — To straszne. Jakim cudem 

może ich być dwóch?

— Mike Kunzel mówi, że ma świadków. Przeżyły trzy osoby: jedna w Giley Building i 

dwie w centrum handlowym.  Chce, żebym  pojechała do szpitala  i porozmawiała  z nimi. 

background image

Twierdzi,   że   wszyscy   opisali   napastnika   jako   mężczyznę   o   czerwonej   twarzy,   z   dwoma 
nożami.

— To jest po prostu straszne. Nic dziwnego, że moje karty przepowiedziały tak dużo krwi.
— Chcesz jechać ze mną? — zapytała Molly. — Może jeśli siądziesz przy mnie, kiedy 

będę konstruowała kolejny Portret, przyjdzie ci coś ważnego do głowy?

— Jasne, oczywiście. Jadę z tobą.
Wróciły  do  samochodu  Molly.   Niebo  było  już  bezchmurne,  śmieciło   jaskrawe  słońce, 

jednak nad ziemią wciąż unosiła się lekka mgła. Na drzewach otaczających parking cykały 
tysiące cykad. Wyjechały z parkingu, rozbryzgując wodę z kałuż, i skierowały się ku Allison 
Street.

Molly włączyła  radio. Stacja 700 AM nadawała właśnie rozmowę  z podpułkownikiem 

Whalenem, szefem biura śledczego.

Głos podpułkownika świadczył, że jest on do głębi wstrząśnięty.
— Jest o wiele za wcześnie, by mówić o tym, kogo właściwie poszukujemy. Owszem, 

możemy mieć do czynienia z naśladowcą. Ale z drugiej strony w grę wchodzi możliwość, że 
istnieje organizacja, która posługuje się dwoma terrorystami, a może nawet jest ich więcej. 
Ktokolwiek zabija i jakikolwiek przyświeca mu cel, z całą pewnością dąży też do tego, żeby 
wywołać w naszym mieście jak największą panikę i dezorganizację.

— Jakich rad mógłby pan jednak udzielić mieszkańcom Cincinnati? — pytał reporter. — 

Jakie nadzwyczajne środki bezpieczeństwa powinni przedsięwziąć?

— Przede wszystkim powinniśmy mieć oczy szeroko otwarte. Musimy też pamiętać, jak ci 

mężczyźni  wyglądają,  i bardzo uważnie się przyglądać  wszystkim,  zanim wsiądziemy do 
windy.

— Ale skoro nie możemy czuć się bezpieczni w przeszklonej windzie wielkiego centrum 

handlowego, której wnętrze doskonale jest widoczne z zatłoczonej ulicy, to gdzie właściwie 
jesteśmy bezpieczni?

— W obecnej chwili radziłbym wszystkim mieszkańcom Cincinnati, żeby zachowywali 

podwyższoną czujność niezależnie  od tego, gdzie się znajdują i co robią. Jeżdżąc windą, 
spacerując w parku, robiąc zakupy, nawet przebywając w domu. Do tej pory, owszem, ci 
mężczyźni atakowali ludzi jedynie w windach. Nie mamy jednak żadnej gwarancji, że nie 
zmienią tego zwyczaju, i nie mamy pojęcia, kiedy i gdzie zamierzają znowu uderzyć, jeżeli w 
ogóle mają jeszcze takie zamiary, bo tego w tej chwili też nie wiemy’

— A zatem nie jest pan w stanie nawet odgadnąć, jakie są ich motywy?
— Jeszcze nie. Jest bardzo prawdopodobne, że sprawcy morderstw mają jakiś plan, który 

układa się wyłącznie dla nich w sensowną całość. W ubiegłym roku, jeśli pan pamięta, James 
Kellman zastrzelił w autobusie dwoje niewinnych dzieci tylko dlatego, że podejrzewał je, iż 
się śmieją z jego myśli.  Na razie  muszę  stwierdzić  jednoznacznie,  że nie  mamy pojęcia, 
dlaczego zbrodniarze zaatakowali tych ludzi. W imieniu policji mogę jedynie wyrazić ich 
bliskim nasze serdeczne współczucie.

* * *

Chrissie przeżyła. Elaine otrzymała ciosy w twarz, oboma nożami naraz, i padła na plecy, 

porywając   za   sobą   Chrissie   i   nakrywając   ją   własnym   ciałem.   Chrissie   otrzymała   trzy 
dźgnięcia w lewe ramię i jedno w lewą nogę, ponad kolanem, lecz mimo że ostry nóż przebił 
jej mięsień tak głęboko, że dotarł aż do kości, o ćwierć cała ominął tętnicę udową.

W   tej   chwili   była   zupełnie   oszołomiona   silnymi   środkami   uspokajającymi.   Wodziła 

wzrokiem po sali szpitalnej, jakby wciąż się bała, że napastnik pojawi się znowu.

Molly ją uspokajała.
— Jesteś już bezpieczna, Chrissie. Jego już nie ma i nigdy nie wróci. Obiecuję ci.

background image

— Tak się bałam. On ciągle krzyczał: „Przeklęci, przeklęci!” Koniecznie chciał zabić nas 

wszystkich.

— Wiem. Dlatego właśnie chcę, żebyś mi powiedziała, jak wyglądał.
— Jego twarz. Jego twarz była taka czerwona. Tak jakby ktoś go spalił.
Molly uniosła jedną z kredek.
— Czy to był ten odcień czerwieni? — zapytała.
— Nie. Ciemniejszy.
Molly wzięła do ręki następną kredkę.
— Może taki?
Chrissie pokiwała głową.
— Tak, to była dokładnie taka czerwień. I jego oczy… Można było odnieść wrażenie, że 

on w ogóle nie ma oczu.

Sissy siedziała po drugiej stronie szpitalnego łóżka. Czuła strach Chrissie, tak mocny, że 

niemal   namacalny.   Jednak,   co   dziwne,   nie   wyczuwała   Czerwonej   Maski,   tylko   Pustkę. 
Odnosiła wrażenie, że Chrissie opisuje raczej postać z koszmarnego snu niż rzeczywiście 
istniejącą osobę. Zazwyczaj  kiedy rozmawiała z przestraszonymi  lub pobitymi  kobietami, 
potrafiła   wyczuć   odległą   obecność   osoby   będącej   źródłem   strachu.   Bandyci   lub   okrutni 
mężowie   żyli   w   świadomości   swoich   ofiar,   posiadali   je   niczym   złe   duchy.   Tymczasem 
opisując Czerwoną Maskę, Chrissie nie przywoływała zupełnie nikogo. Ciemność. Chłód. 
Ani żywej duszy.

Przysunęła krzesło bliżej łóżka i delikatnie ujęła Chrissie za rękę.
— Mogę? — zapytała.
— Oczywiście — odparła Chrissie.
Sissy   odwróciła   jej   rękę   i   popatrzyła   na   dłoń.   Miała   długą,   podwójną   linię   życia,   co 

oznaczało nadzwyczajną odporność na wszelkie negatywne wydarzenia w życiu. Powinna 
dożyć późnego wieku, mimo czyhających na nią po drodze niebezpieczeństw, widocznych na 
dłoni.   Pierwszym   z   nich   prawdopodobnie   był   atak   nożownika,   który   właśnie   przeżyła. 
Kolejne   załamania   na   linii   życia   przepowiadały,   że   za   kilkanaście   lat   przeżyje   wypadek, 
zagrażający życiu. Wypadek, a może poważną chorobę.

Jej linia Wenus była popękana, co oznaczało, że ma w sobie wiele czułości i potrzebę 

pomagania innych ludziom. Jednak linia Apolla była krótka i złamana, co znaczyło, że jest 
marzycielką, której brakuje zdolności do koncentracji i która z niczym nie potrafi zdążyć na 
czas.

Ale  jej   linia  losu  była   bardzo  niezwykła.  Układała  się   w skomplikowany  wzór;  Sissy 

widziała   podobny  tylko  raz,   u  kobiety,   która  twierdziła,  że   przemówiła  do  niej   statua   w 
ogrodach w Darien w stanie Connecticut i ostrzegła ją, że jej córka wkrótce umrze.

Wzór świadczył, że Chrissie widziała niezwykle silny fenomen psychiczny — coś, czego 

większość ludzi nie jest w stanie zobaczyć nawet wtedy, gdyby żyli sto razy. Czyli cud.

Molly szybko szkicowała twarz napastnika. Jego głowa była trochę węższa niż na dwóch 

poprzednich   portretach,   a   policzki   bardziej   wyraziste,   jednak   nie   można   było   mieć 
wątpliwości, że chodzi o tego samego człowieka.

Kiedy skończyła, uniosła szkicownik i odwróciła go, aby Chrissie mogła zobaczyć efekt jej 

pracy. Dziewczyna spojrzała na portret i natychmiast odwróciła głowę.

— To on. Proszę, nie chcę więcej na to patrzeć. On dokładnie tak wyglądał.
Sissy, trzymając dłoń Chrissie, odezwała się:
— Nic się nie martw. Już nigdy więcej go nie zobaczysz. Twoja dłoń mówi, że będziesz 

jeszcze   w   życiu   szczęśliwa,   zdrowa   i   przeżyjesz   wiele   długich   lat.   Aha   i…   urodzisz 
przynajmniej pięcioro dzieci.

Chrissie otworzyła usta z niedowierzaniem.
— Piątka dzieci! Ale ja przecież nie jestem zamężna! Nie mam nawet chłopaka!

background image

— Będziesz miała. Widzisz wzgórek Wenus, o tutaj, tuż u podstawy kciuka? Jest bardzo 

wysoki i okrągły, a to znaczy, że czeka cię życie pełne gorącej miłości i udane małżeństwo. 
No i piątka dzieci; jeden palec oznacza jedno dziecko.

Molly wstała.
— Moja teściowa nigdy się nie myli, możesz mi wierzyć. Madame Blavatsky to przy niej 

amatorka.

— Dziękuję — powiedziała Chrissie. — Mam nadzieję, że szybko złapiecie tego psychola.
Sissy i Molly popatrzyły na siebie. Dziewczynie widocznie nie powiedziano, że tego ranka 

w mieście, niemal równocześnie, doszło do dwóch napadów i sprawcą obu jest mężczyzna o 
czerwonej twarzy.

— Złapiemy go — zapewniła ją Molly. — A ty musisz stopniowo dochodzić do siebie.
Kobiety już miały wyjść, kiedy Chrissie odezwała się niespodziewanie:
— Aha, pamiętam jeszcze coś. Ten mężczyzna… Brakowało mu kawałka ucha.
Molly stanęła w miejscu.
— Brakowało mu kawałka ucha? Nie rozumiem.
—   Widziałam   jego   prawe   ucho.   W   małżowinie   usznej   brakowało   mu   jakby   małego 

trójkątnego fragmentu.

— Możesz mi to pokazać na rysunku?
— Jasne.
Molly   zakryła   większą   część   twarzy   mężczyzny,   a   tymczasem   zaznaczyła   na   uchu 

Czerwonej Maski znak w kształcie litery „V”.

— Bardzo dobrze — powiedziała  Molly.  — To bardzo ważny szczegół. Z pewnością 

pomoże policji.

Chrissie popatrzyła na Sissy.
— Jesteś pewna, że już nigdy w życiu go nie zobaczę? — zapytała.
— Absolutnie — odparła Sissy. — Daję ci moje słowo.

* * *

Zdołały też porozmawiać z jednym z chłopaków, którzy zostali zaatakowani w szklanej 

windzie centrum handlowego Four Days. Siedemnastolatek miał na imię Ben, był chudy i 
pryszczaty, a czarne włosy na głowie, ostrzyżone na jeża, sterczały mu jak szczotka.

Kiedy   mężczyzna   o   czerwonej   twarzy   zaatakował,   Ben   przykucnął   w   kącie   windy   i 

zasłonił twarz rękami. Ostrze noża przedarło się przez jego dłonie siedem razy i policzek miał 
rozerwany do kości, ale miał też szczęście: noże ominęły jego oczy.

— Widzi pani, on wyglądał tak, jakby ktoś pomalował mu twarz na czerwono. Jeśli chce 

pani wiedzieć, to przestraszył mnie na śmierć. Ten facet mówił mu, żeby się odczepił i w 
ogóle, ale on tylko wyciągnął te noże i nikt nie miał żadnej szansy.

— Był wysoki, niski czy średniego wzrostu?
— Był jakiś taki nieokreślony.
— A jego twarz? Miał twarz kwadratową, podłużną czy owalną?
— Wyglądał jak Hulk. Gdyby Hulk był czerwony, a nie zielony, wyglądałby dokładnie tak 

jak ten facet.

— Zauważyłeś coś szczególnego na jego uszach?
— Uszach? Ani mi było w głowie patrzeć na jego pieprzone uszy, proszę mi wybaczyć.
— Zrobiłbyś coś dla mnie, Ben? — zapytała Sissy.
— Jasne, wszystko.
Sissy otworzyła torebkę i wyciągnęła z niej karty DeVane. Ben obserwował zdumiony, jak 

szuka którejś z nich. Wreszcie znalazła L’Apprenti, Praktykanta, którą wyciągnęła jako Kartę 
Przepowiedni   Bena.   Przedstawiała   młodego   mężczyznę   w   długim   skórzanym   fartuchu 

background image

piłującego   drewno   w   warsztacie   stolarza.   Za   plecami   młodzieńca   trzy   okratowane   okna 
wychodziły na ogród. Za każdym  oknem stała naga dziewczyna  z warkoczami.  Brunetka 
zakrywała oczy, blondynka uszy, a ruda usta, niczym trzy mądre małpy. Odzwierciedlały brak 
doświadczenia życiowego młodego człowieka.

Położyła tę kartę na łóżku, po czym pozostałe podała Benowi.
— Wybierz z talii cztery karty. Którekolwiek.
Ben   popatrzył   niepewnie   na   pielęgniarkę   o   azjatyckich   rysach   twarzy,   która   właśnie 

uzupełniała jego kartę pacjenta. Ta tylko wzruszyła ramionami, jakby chciała powiedzieć: 
„Rób, co chcesz, ja nie mam nic przeciwko temu. Mała przepowiednia jeszcze nigdy nikomu 
nie zaszkodziła”.

Wybrał   cztery   karty,   które   Sissy   następnie   położyła   przy   czterech   bokach   Karty 

Przepowiedni.

—   To   już   jest   za   tobą   —   powiedziała,   wskazując   na   kartę   poniżej   Praktykanta.   — 

Pokłóciłeś się z dziewczyną, na której naprawdę ci zależało.

Ben popatrzył na nią z niedowierzaniem.
— Skąd pani to wie? Rozmawiała pani z moimi starymi?
Sissy tylko się uśmiechnęła i potrząsnęła przecząco głową.
— A zatem to prawda? — zapytała.
—   W   weekend   zerwałem   z   moją   dziewczyną.   Właściwie   przez   cały   czas   tylko   się 

kłóciliśmy.

— Jasne — powiedziała Sissy i wskazała na kartę po lewej stronie. — A to jest twoje 

pragnienie.

Karta, Le Violiniste, przedstawiała młodego człowieka w zielonej aksamitnej marynarce, 

grającego na skrzypcach przed widownią składającą się z najróżniejszych zwierząt — psów, 
kóz, lam oraz lampartów. Wszystkie zwierzęta poubierane były w bardzo wytworne ludzkie 
stroje.

— Chcesz być muzykiem — stwierdziła Sissy. — Gitarzystą rockowym, jeśli poprawnie 

odgaduję. A z dziewczyną kłóciłeś się dlatego, że była zazdrosna o wszystkie inne, które cię 
podziwiały, kiedy grałeś.

— To nie do wiary — jęknął Ben.
Sissy skierowała uwagę na kartę po prawej stronie, Le Marcheur. Widniał na niej chudy 

mężczyzna   w   trójkątnym   kapeluszu   maszerujący   błotnistą   polną   drogą.   Padał   deszcz,   a 
mężczyzna był w towarzystwie przemokniętego czarnego psa.

— A to jest twoja przyszłość, Ben. Sukcesy nie przyjdą ci łatwo. Będziesz musiał przejść 

bardzo długą drogę, zanim osiągniesz to, co chcesz. Po drodze napotkasz wiele przeciwności, 
czasami  będziesz  przybity i sfrustrowany.  Ale w końcu ci się uda. Widzisz  ten prześwit 
pomiędzy chmurami? Pewnego dnia, kiedy się tego będziesz najmniej spodziewał, i dla ciebie 
zaświeci słońce.

Ben milczał, ale po chwili wskazał na ostatnią kartę.
— A ta, co ona znaczy?
— To jest Le Temoin, Świadek. To jesteś ty i dzisiejsze zdarzenie.
— Nie pojmuję.
Karta   przedstawiała   mężczyznę   w   peruce   z   krótkimi   kitkami   i   w   długiej   sukience, 

patrzącego na obraz. Jedną rękę miał uniesioną, żeby osłonić oczy przed promieniami słońca. 
Tymczasem rama, mimo że była bardzo bogato rzeźbiona w zakrętasy i kiście winogron, była 
po prostu pusta.

Sissy wzięła kartę do ręki i uważnie ją obejrzała.
— Ja też nie rozumiem tej karty.
— Pozwól, że ja ją obejrzę — poprosiła Molly.
Sissy podała jej kartę.

background image

— To jest mężczyzna, który patrzy po prostu na nic.
— Zgadza się — przytaknęła Sissy. — Ale najwyraźniej tego czegoś się boi, mimo że tam 

nic nie ma.

Rysując nic

Przed   salą,   w   której   leżał   Ben,   natknęły   się   na   detektywa   Bellmana,   rozmawiającego 

właśnie z ładną umundurowaną policjantką o jasnych włosach. Detektyw Bellman sprawiał 
wrażenie   bardzo   zmęczonego.   Jego   zwykle   potargane   włosy   były   w   jeszcze   większym 
nieładzie niż zazwyczaj, a krawat miał poluźniony i przekrzywiony.

— Cześć, Molly. Masz już kolejne rysunki? — zapytał.
Molly   otworzyła   szkicownik   i   pokazała   policjantowi   dwa   rysunki,   które   niedawno 

wykonała. Detektyw Bellman porównał je i powiedział:

— Wygląda na to, że mamy dwie Czerwone Maski, prawda?
— Jest pan absolutnie pewien, że jeden człowiek nie byłby w stanie dokonać obu tych 

napadów? — spytała Sissy.

— W żadnym wypadku. Do morderstwa w Giley Building doszło mniej więcej piętnaście 

po dziewiątej. W Four Days wszystko się zaczęło o dziewiątej osiemnaście. Nawet Spiderman 
nie byłby w stanie przemieścić się z Giley Building do Four Days tak szybko.

— W tym wszystkim jest coś bardzo dziwnego — stwierdziła Sissy. — Widziałam kiedyś 

w telewizji  program o seryjnych  zabójcach. Czasami  miewają  wielbicieli  i naśladowców, 
którzy   są   nimi   zafascynowani   i   popełniają   kolejne   morderstwa   na   ich   sposób,   prawda? 
Zachowują się, jakby oddawali im cześć. Ale jeśli te dwa ataki wydarzyły się mniej więcej w 
tym samym czasie, to nie może być przypadek, prawda? Jeśli istnieją dwie Czerwone Maski, 
to musiały to wymyślić razem.

— Doszliśmy do niemal identycznych wniosków — powiedział detektyw Bellman. — Te 

zabójstwa   to   nie   przypadek.   Zostały   zaplanowane   i   przeprowadzone   z   premedytacją.   — 
Popatrzył na zegarek. — Zabierzmy te szkice na komendę. Dokończy je pani i przekażemy je 
dziennikarzom. Podwieźć panie?

* * *

Godzinę później w jasno oświetlonym  pokoju na czwartym  piętrze komendy miejskiej 

policji w Cincinnati Sissy stała przy oknie, popijając z plastikowego kubka słabą herbatę 
cytrynową, a Molly kończyła kolorowanie i cieniowanie portretów Czerwonych Masek.

— Popatrz, jaki mamy piękny dzień — powiedziała Sissy, wyglądając na Ezzard Charles 

Driver i patrząc na błyszczące samochody przesuwające się po asfalcie. — Nikomu by nawet 
nie przyszło do głowy, że w mieście wydarzyło się coś strasznego. Przynajmniej nie dzisiaj. 
To przecież jeden z tych najpiękniejszych bożych dni.

— Złe rzeczy zawsze się dzieją w piękne dni. Byłam już na wielu pogrzebach i nigdy 

wtedy nie padało, jak to zwykle bywa w telewizji — odparła Molly. — W czasie pogrzebów 
zawsze świeci słońce, a ja wtedy spoglądam na trumnę i myślę sobie, przepraszam, właśnie 
zmarły człowieku, dlaczego nie stoisz tu wśród nas i nie podziwiasz tej przepięknej pogody? 
Ale pewnie przeżyłabym szok, gdyby któregoś dnia ktoś mi z trumny odpowiedział.

Otworzyły   się   drzwi   i   wszedł   detektyw   Kunzel.   Sprawiał   wrażenie   jeszcze   bardziej 

zmęczonego niż Bellman. Poła koszuli wysunęła mu się spod paska spodni, a na policzkach 
miał szczecinę, która świadczyła, że dzisiaj rano się nie ogolił.

— Hej, Molly — przywitał się. — Jak rysunki?
— Cześć, Mike — odparła Molly, rozmazując kciukiem cynobrową pastelową kredkę na 

background image

policzkach Czerwonej Maski. — Mógłbyś dać mi jeszcze pięć minut? Muszę dać tutaj jeszcze 
trochę głębi.

— Jasne, Molly, masz jeszcze czas. Biuletyn informacyjny publikujemy dopiero kwadrans 

po pierwszej.

Padł na krzesło obok Sissy i przesunął dłonią po ściętych na jeża włosach.
— A co słychać u pani, pani Sawyer? Ma pani jakieś pomysły? W tej chwili gotów jestem 

przyjąć każdą pomoc.

— Naprawdę? Nawet pomoc z zaświatów?
— Nic mnie to nie obchodzi, przyjmę nawet pomoc z Indianoplace, jeśli tylko będzie w 

niej jakiś wiarygodny ślad.

— Indianoplace?
— Chodzi o Indianapolis — wyjaśniła Molly. — Tam nikt niczego nie wie o niczym. 

Przynajmniej tak twierdzą mieszkańcy Cincinnati.

Detektyw Kunzel pociągnął nosem i po chwili wydmuchał go w jednorazową chusteczkę.
— Cholerne zatoki — powiedział z westchnieniem. Po chwili dodał: — Chcecie, panie, 

żebym był z wami zupełnie szczery? Nie mam zielonego pojęcia, czy mamy do czynienia z 
dwoma   sprawcami,   którzy   wyglądają   tak   samo   i   działają   według   jakiegoś   z   góry 
ukartowanego planu, czy też z przypadkową  zbieżnością, a może nawet z facetem,  który 
potrafi przebywać w dwóch miejscach jednocześnie.

— Naprawdę nie mam żadnych sugestii — stwierdziła Sissy. — Przynajmniej takich, które 

miałyby sens.

— Niech pani spróbuje.
—   Cóż,   jeśli   spojrzeć   wstecz   i   sięgnąć   ku   wczesnym   dniom   amerykańskiego 

spirytualizmu,   ku   czasom   Ojców   Pielgrzymów,   możemy   dotrzeć   do   kilku   zanotowanych 
przypadków istnienia ludzi, którzy potrafili przebywać w dwóch miejscach jednocześnie. Ale 
oni byli tylko wizjami, wyobrażeniami, wie pan? Straszyli ludzi, oczywiście, ale nikomu nie 
uczynili żadnej krzywdy i nigdy nie spowodowali żadnego zła. Tym bardziej nie byli skłonni 
nikogo atakować nożami. W ogóle nie sądzę, aby duchy były do tego zdolne.

— Oczywiście, mówiąc o pomocy z zaświatów, jedynie żartowałem, pani Sawyer. W grę 

muszą wchodzić dwaj różni ludzie, prawda?

— Nie jestem pewna. To znaczy, prawdopodobnie tak.
— A motyw? Ma pani w tej sprawie jakieś nieziemskie przypuszczenia?
— Myślę,   że  Czerwona  Maska  mógł  rozpoczynać   napaści  z  jakimś  swoim  logicznym 

motywem, ale teraz już go nie ma. Odnoszę wrażenie, że on po prostu mści się na wszystkich 
i na każdym. Jest zły na ludzi po prostu za to, że żyją. I najwyraźniej znalazł wspólnika, który 
ma podobne odczucia.

Detektyw Kunzel uniósł brwi.
— A ma pani jakieś przeczucie, dlaczego tak jest?
— Raczej nie. Nie przychodzi mi do głowy nic sensownego.
— Karty nic pani nie mówią?
Sissy potrząsnęła przecząco głową.
— Zazwyczaj karty są bardzo konkretne. Ale nie tym razem, nie w kwestii Czerwonej 

Maski.   Mogłabym   spróbować   jakichś  innych   form  przepowiadania   przyszłości,   wróżby  z 
fusów kawy albo patyczków.

— Dobrze… Jeśli będzie pani czegoś potrzebowała, proszę mówić.
Kunzel wstał. W tym samym momencie zagrał jego telefon i detektyw zaczął przetrząsać 

kieszenie marynarki, żeby go odnaleźć.

—   Kunzel   —   powiedział   wreszcie.   I   niemal   natychmiast   zakrył   dłonią   mikrofon.   — 

Czerwona Maska.

Przełączył telefon na tryb głośnomówiący, aby Sissy i Molly mogły słyszeć całą rozmowę. 

background image

To była ta sama osoba którą słyszały poprzednio, ten sam chrapliwy i niewyraźny głos, z 
wyraźnym akcentem z Cincinnati. Zabójca bez wątpienia był bardziej z siebie zadowolony niż 
poprzednio.

— No i jak się pan teraz czuje, detektywie? Może jest pan trochę zaniepokojony?
—   Zaniepokojony?   Nie   jestem   zaniepokojony,   ty   chory   draniu!   Ty   i   twój   kumpel 

stanowicie   parę   sadystycznych   durniów.   Ale   złapiemy   was,   nie   miejcie   co   do   tego 
wątpliwości, i obaj otrzymacie to, na co zasługujecie. Po miłej, odpowiednio dużej dawce 
chlorku potasu. Prosto do żyły.

Nastąpiła chwila ciszy. Po chwili znowu rozległ się głos Czerwonej Maski.
— Mój kumpel?  O czym  ty mówisz,  detektywie?  Ja już od dawna nie mam żadnych 

kumpli. Takie miałem życie. Straciłem wszystko, w tym samego siebie.

— Skoro nie masz kumpli, to kto zadźgał dziś rano tych wszystkich niewinnych ludzi w 

Four Days?

— To byłem ja, detektywie. To ja, Kat ze Szklanej Windy.
— No jasne. A kto zabił ludzi w Giley Building?
— Także ja. Krwawy rzeźnik z piwnicy.
— Nie ma mowy. Nie mogłeś sam dokonać obu zbrodni. To jest po prostu niemożliwe.
— To pan powiedział, detektywie.
Detektyw Kunzel wziął głęboki oddech, po czym powiedział z naciskiem:
— Posłuchaj mnie,  ty,  jakkolwiek sam siebie nazywasz.  Czego chcesz, żebyś  przestał 

zabijać?

— Aha! Naprawdę chcesz wiedzieć?
— Oczywiście, że chcę wiedzieć. Jeśli masz jakieś żale, jeżeli jest to coś, o czym możemy 

porozmawiać, dlaczego nie mielibyśmy spróbować? Już ci to mówiłem, prawda? Masz jakiś 
problem? Jestem gotów cię wysłuchać.

— Tego cię nauczyli na lekcjach negocjacji? Kazali ci logicznie rozmawiać z przestępcami 

i wyciągać do nich gałązkę oliwną?

— Chciałbym, żebyś przestał mordować niewinnych ludzi, to wszystko.
— Oczywiście, przestanę, detektywie. Obiecuję ci.
— Jasne. Kiedy?
—   Kiedy   ulice   Cincinnati   zaleje   powódź   krwi.   Kiedy   na   cmentarzach   nie   będzie   już 

miejsca na nowe ciała, a piece krematoriów tak zapchają się ludzkimi prochami, że pogasną 
ich płomienie. Wtedy przestanę. Być może.

Po tych słowach w telefonie rozległ się trzask; to Czerwona Maska gwałtownie przerwał 

połączenie.

— Cholera jasna — mruknął detektyw. Popatrzył na Sissy i dodał: — Przepraszam, pani 

Sawyer. Nie zamierzałem urazić pani uszu.

— Nic się nie stało, detektywie. Na pana miejscu powiedziałabym pewnie coś znacznie 

gorszego.

— On się przyznaje do obu dzisiejszych ataków. Ale przecież nie mógł być w dwóch 

miejscach jednocześnie.

— Rzeczywiście, nie mógł — przyznała Sissy. — Ale z drugiej strony uważam, że podał 

nam bardzo istotną wskazówkę.

— Naprawdę? Jaką?
Sissy   nie   odpowiedziała,   bo   w   tym   momencie   znowu   zadzwonił   telefon   detektywa 

Kunzela.

— Tak, proszę pana — powiedział. — Natychmiast, proszę pana. Tak jest.
Wstał.
— Kapitan chce mnie natychmiast widzieć, spotkam się więc z panią później. Molly, jak 

najszybciej dokończ rysunki. I… pani Sawyer, niech pani przygotuje dla mnie swoje teorie, 

background image

obojętnie czy okażą się niedorzeczne czy racjonalne, dobrze?

Wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Kiedy tylko zniknął na korytarzu, Sissy odezwała się do 

synowej:

— Gdzie masz oryginały?
— Co takiego?
— Gdzie są oryginały twoich szkiców? Gdzie je trzymasz?
Molly wskazała na szarą stalową szafę pod ścianą pokoju.
— Tam. A dlaczego?
— Pokaż mi drugi rysunek Czerwonej Maski. Ten, który sporządziłaś, kiedy zginął Jimmy 

Molton i tych troje nieszczęsnych sprzątaczy.

Molly podeszła do szafy i wyciągnęła trzecią szufladę od dołu. Wyciągnęła z niej żółtą 

biurową   teczkę   opatrzoną   napisem  Rysunek   Czerwonej   Maski/Kraussman  i   datą   jego 
wykonania.

— Proszę — powiedziała i podała teczkę teściowej. Sissy otworzyła ją. Zawierała tylko 

pustą białą kartkę grubego papieru.

— Och! — zawołała Molly. — Prawdopodobnie dziennikarze sobie go pożyczyli, żeby 

zrobić   dodatkowe   kopie,   i   zapomnieli   oddać.   Zawsze   są   tacy.   Może   włożyli   rysunek   do 
niewłaściwej teczki?

Wyciągnęła kolejną, w której trzymała rysunek Czerwonej Maski, wykonany z kolei na 

podstawie opisu Jane Becker. Otworzyła także i tę teczkę. Również ona zawierała podobną 
białą kartkę.

— Tylko mi nie mów, że dziennikarze pożyczyli także ten rysunek.
Molly uważnie przyjrzała się kartce.
— Nie — powiedziała. — To jest ten sam papier, na którym rysowałam Czerwoną Maskę. 

Popatrz,   w   prawym   dolnym   rogu   są   moje   inicjały,   MS.   I   na   tym   rysunku   na   podstawie 
spostrzeżeń Kraussmana też. Tyle że nigdzie nie ma rysunku. Pustka.

Sissy przycisnęła palce do czoła i na chwilę zamknęła oczy.
— Tak samo jak z różami — powiedziała powoli. — Dokładnie tak samo.
— Co? Otworzyła oczy.
—   Namalowałaś   róże,   ale   one   zniknęły   z   papieru   i   jednocześnie   zaczęły   rosnąć   na 

podwórzu.

— Chyba nie twierdzisz, że kiedy rysowałam Czerwoną Maskę…
— Stało się to samo. Jestem tego pewna. Rysowałaś go, a twoje rysunki ożywały.
— Sissy, przecież to niemożliwe. To się po prostu nie mogło stać.
— Przecież stało się z różami, prawda? A inne kwiaty, które malowałaś? A pamiętasz tę 

biedronkę? Ona także ożyła  — Czerwoną Maskę narysowałaś dwukrotnie, prawda? Więc 
teraz mamy trzy Czerwone Maski, oryginał, który zamordował George’a Woodsa, i dwie 
dodatkowe   kopie,   które   wykonałaś.   I   to   dlatego   zabójca   mógł   zabić   ludzi   w   centrum 
handlowym Four Days w tym samym czasie, w którym zabijał w Giley Building.

— Nie mogę w to uwierzyć. Przecież to jakiś koszmar.
— To nie jest żaden koszmar, kochanie, tylko fakt. Może to brzmi nieprawdopodobnie, ale 

jest jedynym sensownym wyjaśnieniem tego, co się dzieje.

— Ale gdzie on jest? Albo „oni”, skoro jest ich aż trzech.
—   Nie   wiem,   gdzie   jest   teraz   prawdziwa   Czerwona   Maska.   Ale   przypuszczam,   że 

przynajmniej jeden osobnik z twoich rysunków ukrywa się gdzieś w Giley Building.

— Przecież policja przeszukała cały budynek, i to z psami, prawda? I ty także próbowałaś 

go tam znaleźć.

— Wiem. Ale skoro on jest tylko rysunkiem, nie posiada duszy, którą mogłabym wyczuć, 

ani ludzkiego zapachu, który potrafiłyby zwietrzyć psy.

Wzięła do ręki szkicownik Molly. Rysunek Czerwonej Maski popatrzył na nią martwymi 

background image

oczami.

— Nie potrafiłam go wyczuć także wtedy, kiedy rozmawiałam z tą nieszczęsną Chrissie. 

Czułam jedynie zimno i pustkę. Nic więcej. A co się stało, kiedy poprosiłam Bena, żeby 
wyciągnął kartę? Wybrał z talii pustą ramę do obrazu.

— A co z tymi dwoma nowymi rysunkami? — zapytała Molly. — Jeżeli wydarzy się to 

samo…

— Musisz je zniszczyć.  Spal  je. Nie możemy  sobie  pozwolić  na to, żeby po mieście 

biegało pięć Czerwonych Masek. To by doprowadziło do masakry.

—   Ale   co   powiem   Mike’owi   Kunzelowi?   Przecież   on   chce   za   dwadzieścia   minut 

przekazać te rysunki do gazet!

—   Powiedz   mu,   że   nie   byłaś   z   nich   zadowolona.   Powiedz,   że   rozlałaś   na   nie   kawę, 

cokolwiek. Zawsze może dać dziennikarzom ten pierwszy rysunek. W końcu i tak chodzi o 
tego samego człowieka.

Molly zawahała się. Po chwili wydarła ze szkicownika ostatnie dwa rysunki Czerwonej 

Maski i zgniotła je. Przytrzymała papier nad stalowym koszem na śmieci, a Sissy natychmiast 
podpaliła kartki zapalniczką. Molly wrzuciła płonące rysunki do kosza. Obie przez chwilę 
obserwowały, jak papier zamienia się pod wpływem płomieni w czarny popiół.

— Mam nadzieję, że nie popełniamy błędu — powiedziała Molly.
— Lepiej być nadmiernie ostrożnym, niż później bardzo mocno czegoś żałować — odparła 

Sissy. — A o tym, czy mamy rację, przekonamy się, kiedy zaczniemy szukać pozostałych 
Czerwonych Masek.

— Słucham? M y  mamy ich szukać?
—   Policjanci   szukają   tej   pierwszej   Czerwonej   Maski,   prawda?   Tego   prawdziwego 

mordercy. Lecz przecież nie będą poszukiwać dwóch ożywionych rysunków! A nawet jeśli, 
przecież nie zdołają aresztować dwóch mężczyzn, którzy w rzeczywistości nie istnieją.

— Sama nie wiem, Sissy. Poza tym, jak mamy się do tego zabrać? No a co zrobimy, kiedy 

znajdziemy te rysunki?

— Już ci mówiłam, to jest tak jak z różami. — Sissy otworzyła torebkę i wyciągnęła talię 

kart DeVane. — Te róże są kluczem do wszystkiego. Od samego początku.

— Nic nie rozumiem.
— Są na każdej karcie, jaką odwróciłam, odkąd namalowałaś tę pierwszą. Stanowią jakby 

kod. Jeśli zrozumiemy, co mówią nam karty, wówczas, jak sądzę, będziemy wiedziały, jak 
odszukać Czerwoną Maskę. Albo Czerwone Maski w liczbie mnogiej.

— Sissy… Myślę, że nie powinnyśmy nawet rozważać tego, żeby go szukać. Szczerze 

mówiąc, to jest dla nas zbyt niebezpieczne.

— Jeśli my nie zaczniemy szukać, to kto? Poza tym, kto nam uwierzy, gdy wszem i wobec 

oznajmimy, do jakich doszłyśmy wniosków? Wyobrażasz sobie twarz Mike’a Kunzela, kiedy 
mu powiemy, że ma szukać dwóch ożywionych rysunków?

Detektyw  Kunzel wszedł do pokoju, jakby został słowami Sissy wywołany.  Przeżuwał 

resztki hamburgera.

— No i co? Rysunki gotowe? — zapytał. Nagłe zakaszlał i zaczął machać ręką. — Do 

diabła, co wy tu sobie urządziłyście? Ognisko w budynku?

— Przepraszamy — powiedziała Sissy. — To był tylko drobny wypadek.

Zakapturzony gość

Jechały do Blue Ash w chmurze cykad. Rozbijały się o przednią szybę samochodu niczym 

szarańcza w śnie Sissy. Żeby widzieć drogę przed maską, Molly przez cały czas musiała 
używać spryskiwacza do przedniej szyby i wycieraczek.

background image

— Te robaki są już mocno podniecone — narzekała. I przez to giną.
— Cóż, seks to sprawa życia i śmierci, nawet u owadów.
— Szczególnie u owadów. Nawet te, które nie zabiją się o szyby mojego samochodu i 

zdołają   przygruchać   sobie   pary,   i   tak   umrą,   kiedy   tylko   wypełnią   swoje   obowiązki 
reproduktorów.

Gdy dojechały do domu, odkryły, że również podwórko pełne jest cykad. Molly złapała 

starą rakietę do squasha i zaczęła je rozganiać. Pan Boots starał się jej pomóc, podskakując i 
warcząc.

Róże wciąż lśniły w słońcu, mimo że były prawie całkowicie oblepione cykadami. Sissy 

zapaliła marlboro i patrzyła na nie przez długą chwilę, wypuszczając nozdrzami dym.

— Myślę, że to jest cud — powiedziała.
— Tak — zgodziła się Molly.  — Ale są przez to jeszcze bardziej przerażające. Linia 

pomiędzy cudem a koszmarem jest bardzo cienka, nie sądzisz?

W pewnym sensie te róże są prawdziwe, pomyślała Sissy. Ich kolce potrafią przebijać 

ludzkie palce i sprawić, że będą krwawiły, tak jak noże Czerwonej Maski potrafią ciąć ciało 
ludzkie. A mimo to przecież nie istnieją. Nie mogą. Powstały z niczego, po prostu z ołówków, 
kredek i farb.

Może   są   jak   duchy   albo   wizerunki   zmarłych   ludzi,   ukazujące   się   podczas   seansów 

spirytystycznych?   Ale   duchy   można   poddać   egzorcyzmom,   a   wizerunki   zmarłych   ludzi 
można odsyłać z powrotem do świata cieni. Zatem te róże można by odesłać z powrotem do 
dwuwymiarowego   świata   papieru,   do   którego   tak   naprawdę   należą.   A   skoro   można   tam 
odesłać róże, zapewne można odesłać z powrotem również żyjące rysunki Czerwonej Maski.

Sissy była już teraz prawie pewna, że karty DeVane właśnie to przez cały czas chcą jej 

powiedzieć.   Ich   przepowiednie   były   straszne   i   dziwne,   ale   jeśli   razem   z   Molly   potrafiła 
odkryć sekret róż, może również będzie mogła zmienić przyszłość? Może można położyć kres 
temu   zabijaniu?   Może   dwie   Czerwone   Maski,   które   popełniły   morderstwa   dzisiejszego 
poranka,   będzie   można   na   powrót   umieścić   w   szkicowniku,   w   którym   powstały,   ich 
podobizny będą mogły zostać podarte i spalone, a ich prochy porozrzucane raz na zawsze.

—   Jest   gorąco   —   powiedziała   Molly.   —   Wejdę   do   domu   i   się   przebiorę.   Wypijesz 

kieliszek wina?

— Dlaczego nie? Zwilżę trochę moje stare gardło. Sissy usiadła pod winoroślą. Trevor 

wyciął róże, one jednak jakimś sposobem znowu odrodziły się w donicy. Uciął je, lecz one 
były przecież tylko wizjami, wyobrażeniami, a nie prawdziwymi kwiatami, a wizje należą do 
miejsca, w którym stworzył je ich kreator, tak jak duchy zmarłych należą do zaświatów.

Róże stworzyła  Molly,  zatem tylko  Molly mogła  spowodować, by trwale i na zawsze 

zniknęły.

Pan Boots wydał głęboki skowyt z głębi gardła. Było mu gorąco, był zmęczony i cykady 

zaczynały go denerwować. Sissy podrapała go za uszami i powiedziała:

— Niech się pan nie przejmuje, proszę pana. Wkrótce ich już nie będzie.
Molly   wyszła   z   domu   w   obcisłej   różowej   koszulce   i   w   białych   spodniach.   W   rękach 

trzymała kieliszki schłodzonego zinfandela.

— No i co, udało ci się już znaleźć klucz do zagadki?
— Jeszcze nie. Ale zaczynam dochodzić do wniosku, że to ty powinnaś ściąć te róże. Ty 

osobiście, ponieważ ty je namalowałaś. Uważam też, że ucinając je, powinnaś użyć raczej 
noża, który wcześniej namalujesz, niż takiego, który po prostu przyniesiesz z kuchni.

— Mam używać namalowanego noża?
—   Trevor   użył   prawdziwego   noża,   jednak   prawdziwe   noże   egzystują   tyko   w   naszym 

świecie, a nie ma ich w tym namalowanym. Mógł sobie wyobrażać, że róże są ścięte, przez 
tak długi czas, przez jaki poświęcał im całkowitą uwagę. Ale kiedy tylko zainteresował się 
czymś   innym,   iluzja   się   skończyła   i   róże   powróciły   tutaj,   do   tej   donicy,   takie,   jakie   je 

background image

namalowałaś.

— Wiesz co? Chyba na razie nie rozumiem, o czym, do diabła, mówisz. Posłucham cię 

jednak i mimo wszystko postaram się zrozumieć.

— To proste. Gdyby jakiś artysta namalował nas obie, jak sobie siedzimy na podwórku, a 

potem poprzebijał swój obraz nożem, nic by nam się nie stało, ani na naszym świecie, ani na 
obrazie, prawda? Ale gdyby ten sam artysta  narysował, że ty atakujesz mnie nożem i ja 
krwawię, wówczas mój wizerunek miałby rany, nawet gdyby mnie samej nic się nie stało. 
Zgadza się?

Molly potrząsnęła głową.
— Czasami, Sissy, bardzo, bardzo mocno mnie wyprzedzasz w rozumowaniu, wiesz o 

tym?

— Przecież to nie jest wcale trudne do zrozumienia. Pomyśl tylko o  Portrecie Doriana 

Graya. Prawdziwy Dorian Gray pozostał młody i przystojny, prawda? A tymczasem jego 
portret   starzał   się   i   brzydł.   Istnieją   dwie   różne   rzeczywistości   —   rzeczywistość   realna   i 
rzeczywistość obrazów. Wiem, że Portret Doriana Graya to tylko opowieść, ale Oscar Wilde 
podobno oparł ją na słynnym wydarzeniu, do którego doszło w Paryżu w dziewiętnastym 
wieku. Pewien kardynał w tajemnicy pożądał pięknej prostytutki, kazał więc namalować jej 
portret, a potem go pobłogosławił. Pozostała piękna i bez skazy przez ponad trzydzieści lat, aż 
do śmierci. Ale kiedy znaleziono jej portret, ukryty na strychu jej domu, wyglądał podobno 
tak ohydnie, że ludzie, którzy popatrzyli na niego, wymiotowali. Istnieją także inne opowieści 
o ludziach zamkniętych w obrazach i wcale nie uważam ich wszystkich za nonsensowne. Jeśli 
wejdziesz do Whitney Museum w Stamford  tu, w Connecticut,  natrafisz  na wielki  obraz 
rodziny kolonialistów odmawiającej modlitwę. Sama zresztą już widziałam ten obraz. Został 
namalowany w tysiąc siedemset osiemdziesiątym piątym roku, ale na obrazie u szczytu stołu 
siedzi   mężczyzna   ubrany   w   marynarkę   i   mający   na   ręce   zegarek   z   lat   czterdziestych 
dwudziestego wieku. Obraz badały dziesiątki ekspertów, ale nie ma wątpliwości co do wieku 
marynarki i zegarka. Mężczyzna z zegarkiem został namalowany w tym samym czasie co 
wszystkie inne osoby na obrazie.

— Dobrze, już dobrze — powiedziała Molly, chociaż ton jej głosu świadczył, że wcale nie 

została  przekonana. — Myślę,  że to, co mówisz,  mimo  wszystko  ma  jakiś szalony sens. 
Postaram się namalować nóż.

Weszły z powrotem do domu. Molly wyciągnęła z drewnianego bloku, ustawionego na 

kuchennym stole, jeden z noży do steków, poszła do pracowni i przypięła do deski czystą 
kartkę. Sissy stanęła obok niej i patrzyła, jak synowa najpierw szkicuje nóż, a potem koloruje 
go farbkami wodnymi.

Kiedy skończyła, obie obserwowały dzieło przez ponad dziesięć minut. Jednak nóż nie 

zniknął z kartki nawet wtedy, kiedy wyschła farba.

— Może straciłam ten magiczny dotyk? — zapytała Molly. — Może to działa tylko w 

przypadku żywych rzeczy, a nie przedmiotów nieożywionych?

Sissy rozejrzała się po pracowni.
— Co się tutaj ostatnio zmieniło?
— Nic się nie zmieniło. Zupełnie nic.
— Czy to są te same farby, których używałaś poprzednio?
— Te same farby, te same pędzle. Ten sam papier.
— Nie wiem, nie wiem, w czym jest rzecz. Albo wiem. Nie masz naszyjnika.
— Rzeczywiście, nie mam. Zdjęłam go, kiedy się przebierałam.
—   Ostatnim   razem   miałaś   na   sobie   naszyjnik.   Miałaś   go   także   wtedy,   kiedy 

przygotowywałaś rysunki Czerwonej Maski. Karty ukazywały cię z talizmanem, pamiętasz? 
Z czymś, co sprawia, że twoje rysunki ożywają. Załóż go i spróbuj jeszcze raz namalować ten 
nóż.

background image

Molly poszła do sypialni i po chwili wróciła z naszyjnikiem. Kiedy trzymała go w dłoni 

wyglądał na tani, nieciekawy. Ale kiedy Sissy zapięła go jej na szyi, nagle rozbłysnął.

— Mówiłam, że on posiada moc, pamiętasz? A ty bez wątpienia jesteś osobą, która go 

ożywia.

Molly zaczęła po raz drugi szkicować i malować nóż. Obserwując ją, Sissy odczuwała 

ogromną potrzebę zapalenia kolejnego papierosa, nie chciała jednak palić w domu, mimo że 
Molly nie robiła jej z tego powodu wyrzutów. Papierosy mógł wyczuć Trevor, nawet po wielu 
godzinach, podobnie zresztą jak kiedyś Frank.

Czekały. Cicho szumiała klimatyzacja, a cykady za oknem bez ustanku i niezmordowanie 

cykały. Minęło pięć minut, a nóż pozostawał na papierze i nie zanosiło się na to, żeby miał 
zacząć blednąc.

— Może masz rację i to jednak nie działa z martwymi przedmiotami.
— Nie… Popatrz!
Nóż do steków zaczął znikać z papieru dokładnie wtedy, kiedy mijała siódma minuta jego 

istnienia. Po ośmiu minutach na papierze nie pozostało już po nim nic poza słabym cieniem. 
Po dziewiątej nie było nawet cienia i papier był pusty.

Sissy dotknęła kartki opuszkami palców. Nie poczuła niczego, nawet chropowatości, która 

powinna pozostać po nożu. Papier był zupełnie pusty, tak jak niedawno papier po Czerwonej 
Masce. Noża nie było. Nie było nawet wspomnienia po nim.

Obie   kobiety   wyszły   z   domu.   Na   podwórzu   roiło   się   od   cykad,   lśniących   w   słońcu 

wczesnego   popołudnia,   jednak   natychmiast   poraził   ich   oczy   inny   blask.   Blask   noża   do 
steków, leżącego na stole.

— Zrobiłaś to — powiedziała Sissy.
— To zrobił naszyjnik, a nie ja.
— Jestem pewna, że to wasze wspólne dzieło, twoje i naszyjnika. Podobnie jak pierścień 

mojej matki nie ciemnieje bez powodu, tak samo naszyjnik nie działa, kiedy ty go nie masz na 
szyi. Jesteś artystką. Jesteś nadzwyczajną artystką i naszyjnik doskonale o tym wie.

Molly sięgnęła ręką po nóż. Przesunęła palcem po jego ostrzu i powiedziała:
— Kurczę, dokładnie jak prawdziwy.
— Cóż, zobaczmy, jak mu pójdzie cięcie róż.
Molly uklękła na jedno kolano i ścięła róże możliwie najniżej przy ziemi. Powąchała je, a 

potem podała Sissy, aby uczyniła to samo. Kwiaty miały pełny, zmysłowy zapach, mimo że 
przecież należały do innego świata.

Molly zaniosła róże do pracowni i położyła je na stole.
— Zobaczmy, co stanie się teraz — powiedziała Sissy. — Jeśli pozostaną ścięte, będziemy 

wiedziały, że możemy fizycznie wpływać na namalowane rzeczy, mimo że one naprawdę nie 
istnieją.

— Tak jak Czerwona Maska, to chcesz powiedzieć?
— Miejmy nadzieję, że tak.

* * *

Jeszcze tego samego popołudnia, gdy Molly przygotowywała mięso w cieście z jarzynami, 

Sissy znów wiele czasu spędziła nad kartami DeVane, próbując odszyfrować symbolikę róż.

Od czasu do czasu spoglądała na kwiaty, ciągle leżące na biurku Molly, jednak nic nie 

wskazywało na to, by chciały ponownie zamienić się w obraz, i ciągle pachniały tak samo 
intensywnie jak w chwili, kiedy były ścinane. Zapach przypomniał Sissy dzień, w którym 
poślubiła Franka. Pierwszej nocy Frank wprost zasypał ich małżeńskie łoże dziesiątkami róż, 
szkarłatnych i białych.

Molly pożyczyła wcześniej z biblioteki cztery książki na temat róż; wykorzystywała je do 

background image

pomocy przy rysowaniu ilustracji do  Duszka Fifi w Krainie Kwiatów. „Róże są symbolem 
piękna   i   miłości   —   głosiła  The   Illustrated   Rose  —   ale   z   drugiej   strony   są   smutnym 
przypomnieniem, że piękno i miłość zawsze umierają”.

„Róże są też symbolem wielkiej tajemnicy. Istnieje przypowieść, że Kupidyn podarował 

różę   Harpokratesowi,   bogowi   milczenia.   Chciał   go   w   ten   sposób   przekupić,   by   ten   nie 
ujawniał rozwiązłości seksualnej bogini Wenus. W starożytnym Rzymie i Grecji gospodarz, 
który   zawiesił   nad   stołem   różę   kwiatem   w   dół,   miał   prawo   się   spodziewać,   że   goście 
zgromadzeni przy tym stole utrzymają treść swoich dyskusji i rozmów w tajemnicy. Stąd 
wziął się termin sub rosa”.

Sissy zmarszczyła czoło. Róża, zawieszona nad stołem, kwiatem do góry? Szybko wybrała 

z kart DeVane Les Amis de la Table, pierwszą kartę, którą odwróciła po tym, jak Molly 
namalowała róże, które ożyły. Karta przedstawiała cztery osoby siedzące przy wystawnym 
obiedzie — dwóch młodych mężczyzn, starszą kobietę i tajemniczą postać o twarzy ukrytej 
pod szarym kapturem. A nad ich głowami wisiała, kwiatem w dół, róża, przywiązana wstążką 
do kandelabru.

W przeciwieństwie do niektórych innych kart, Les Amis de la Table nie zawierała, poza 

tytułem, żadnych napisów, zatem wizerunek róży mógł znaczyć tylko jedno. Sam rysunek 
musiał zawierać sekret. Ale jaki?

Ułożyła karty na dwóch kupkach na stole i potasowała je. Kiedy wyjęła z talii kartę po raz 

kolejny, natrafiła na tę samą, Les Amis de la Table. Spróbowała ponownie; tym razem jeszcze 
staranniej potasowała karty. I znowu wyciągnęła Les Amis de la Table. Jeszcze wielokrotnie 
ponawiała próbę i za każdym razem wyciągała tę samą kartę.

Przyniosła karty do kuchni, gdzie Molly szatkowała marchewkę.
— Widzisz tę kartę? — zapytała. — Kiedy pierwszy raz ją wyciągnęłam, pomyślałam, że 

oznacza, iż zapraszasz mnie, bym spędziła u ciebie jeszcze jeden tydzień.

— No i tu jesteś — zauważyła Molly.
— Tak, ale ta sama przeklęta karta wyszła mi teraz cztery razy z rzędu. Tasuję karty, 

wyciągam jedną i zawsze jest to ta sama. Karty powtarzają się w taki sposób zawsze wtedy, 
kiedy chcą mi powiedzieć, że coś przeoczyłam. Tak, jakby wołały: Halo, poczekaj, głupia!

— Co więc mogłaś przeoczyć?
— Nie jestem pewna. Ale odwrócona róża znaczy, że gdzieś w kartach znajduje się ukryty 

sekret.

Molly popatrzyła na kartę i wzruszyła ramionami.
— Nie widzę tu żadnego sekretu. Chyba że… poczekaj, przecież na rysunku nie widać 

twarzy tego zakapturzonego faceta, prawda? Nie można więc powiedzieć, dlaczego ta stara 
kobieta wygląda na bardzo nim zmartwioną.

— Może chodzi właśnie o to? A może to jest ktoś sławny? Albo ktoś, kto był sławny w 

osiemnastym   wieku?   Jakiś   artysta?   Może   polityk?   A   może   jakiś   święty?   Być   może, 
gdybyśmy wiedziały, kto to jest, zaczęłybyśmy rozumieć, w jaki sposób cofnąć okrutnych 
morderców z powrotem na rysunki.

Molly spojrzała na kartę jeszcze uważniej.
— Popatrz, odbicie jego twarzy można chyba zobaczyć także w tej pokrywce, nie sądzisz?
— Tak, ale jest bardzo rozmazana. Właściwie widać tylko nos.
— Och, to łatwo poprawić.
Molly wzięła do ręki chochlę z suszarki zawieszonej nad płytą pieca i niemal przyłożyła ją 

do karty. W krzywiźnie chochli ukazała się wówczas twarz zakapturzonego mężczyzny, co 
prawda odwrócona, jednak jego rysy wydawały się prawie normalne. Odwróciła kartę na stole 
i teraz twarz znalazła się w prawidłowym położeniu.

— Mój Boże — powiedziała Sissy. Poczuła, że podłoga usuwa się jej spod stóp. Długo 

patrzyła z niedowierzaniem na twarz zakapturzonego mężczyzny, aż wreszcie spojrzała na 

background image

Molly. — To niemożliwe.

Molly potrząsnęła głową.
— To on, prawda? — odezwała się. — Ale jak to się stało?
Czoło   zakapturzonego   mężczyzny   było   trochę   zbyt   duże,   a   policzki   zbyt   małe,   Sissy 

rozpoznała go jednak od razu. Twarz na karcie Les Amis de la Table, wykonanej niemal 
dwieście pięćdziesiąt lat temu i odbijającej się teraz w chochli, należała do jej zmarłego męża, 
Franka.

Rysunek z pamięci

Podjęły jeszcze jedną próbę, tym razem używając lśniącej srebrnej patery, którą Trevor 

wygrał  w sierpniu  na  turnieju  golfowym   o puchar  Blue  Ash. Dzięki  niej   odbicie  twarzy 
mężczyzny było większe.

— To jest Frank, prawda? — zapytała Sissy. Jej serce biło tak szybko, że aż odczuwała 

ból. — Nie tylko wygląda jak on. To jest po prostu on. Ma nawet tę szramę w kształcie rombu 
na policzku. Miał ją od czasu, kiedy jakiś wariat rzucił w niego śrubokrętem.

— Ale ja całkowicie nie rozumiem, jakim cudem to może być on? — powiedziała Molly.
— A dlaczego ludzkie twarze ukazują się na szybach albo na kawałkach chleba? Kiedyś 

nawet   na   banknocie   dziesięciodolarowym   komuś   ukazała   się   twarz   Chrystusa,   zastępując 
Alexandra Hamiltona.

Molly otoczyła ją ramieniem i uspokajająco uścisnęła.
— Chyba nie jesteś zła, co?
— Jestem. Trochę. Bardzo. Mam ochotę płakać, ale chyba nie potrafię.
— Może się jeszcze napijemy?
— Nie, ja mam dosyć. Muszę tylko przez chwilę spokojnie posiedzieć.
— Przynajmniej karty zaczynają ci udzielać jakichś odpowiedzi.
— Tak, chyba tak. Ale te odpowiedzi wcale mi się nie podobają.
— A właściwie co chcą ci powiedzieć?
Sissy   usiadła   na   skraju   kanapy.   Wyciągnęła   paczkę   marlboro,   jednak   nie   zapaliła 

papierosa.

— Prawdziwa policja złapie prawdziwą Czerwoną Maskę, prawda? On musi mieć jakiś 

adres, który będą potrafili wyśledzić, i DNA, które porówna się ze śladami z miejsca zbrodni. 
Ale   kiedy   o   tym   dłużej   myślę…   Właściwie   jaki   gliniarz   będzie   w   stanie   złapać   parę 
namalowanych Czerwonych Masek?

— Chyba nie sugerujesz tego, co myślę, że właśnie sugerujesz? Sissy, mam nadzieję, że 

nie mówisz poważnie?

— Nie? A jak myślisz, co innego pokazała nam ta karta? Oto proszę, czworo ludzi siedzi 

przy stole. Ten młody to Trevor. Ta dziewczyna to ty. Starsza kobieta to ja. I popatrz tylko na 
jej twarz. W pierwszej chwili myślałam, że jest zmartwiona, albo przestraszona, ale nic z 
tego. Ona wymawia słowo „proszę”. Popatrz, w jaki sposób przyciska lewą dłoń do policzka. 
„Proszę, błagam cię, pomóż mi”.

— Sissy, nie mogę!
—   Dlaczego   nie?   Zrobiłaś   to   z   różami   i   z   rysunkami   policyjnymi.   Mam   mnóstwo 

fotografii, z których mogłabyś korzystać przy malowaniu.

— Sissy, ile lat miał Frank, kiedy został zamordowany?
— Czterdzieści siedem. Dlaczego?
— Czterdzieści siedem. Co się więc stanie, kiedy go namaluję, on ożyje i będzie miał tylko 

czterdzieści siedem lat, a ty aż siedemdziesiąt jeden? Rozumiesz? Jak sobie z tym dasz radę? 
Jak będziesz z nim rozmawiać, dodatkowo pamiętając, że on przecież nie żyje? A Trevor? Jak 

background image

on na to zareaguje? A Victoria?

Sissy głęboko westchnęła. Wiedziała, że to, o czym myśli, jest głęboko nienaturalne i że 

prawdopodobnie się myli. Nie wierzyła już w Boga. Kiedy zamordowano Franka, przestała 
chodzić   do   kościoła.   Wierzyła   jednak   w   moce   nadprzyrodzone   i   w   porządek   moralny. 
Wydawało jej się, że przywołanie Franka z powrotem do życia musi się równać stawianiu 
czoła Bogu, jeśli istnieje. Pomyślała o wszystkich tych nieprawdopodobnych historiach, na 
przykład o tej, w której zrozpaczony ojciec przywrócił życie straszliwie poranionemu synowi. 
Zawsze uważała, że pakt z diabłem to zbyt wysoka cena za tymczasowe dobro. Jednak w 
literaturze   było   pełno   przykładów   takich   paktów.   Czy   coś   podobnego   mogło   się   jednak 
zdarzyć w prawdziwym życiu?

— Szczerze mówiąc, nie wiem, jak sobie z tym poradzę — przyznała. — Ajak sądzisz, jak 

zareaguje Frank, kiedy mnie zobaczy? Zresztą na razie wcale nie jesteśmy pewne, czy dasz 
sobie radę z tym rysunkiem, prawda?

— Sissy…
— Musimy spróbować, Molly. Karty są w tej chwili pewne przynajmniej jednego: wkrótce 

nastąpi masakra. Jak myślisz, czy później będziemy mogły sobie spojrzeć w oczy, jeśli nie 
uczynimy niczego, żeby ją powstrzymać?

— To jest zbyt przerażające.
Sissy wyciągnęła rękę i dotknęła jej dłoni.
— Daj spokój, Molly. Frank nigdy się nie bał. Był twardym facetem i bardzo dobrym 

gliniarzem.   Zawsze   postępował   uczciwie,   był   uprzejmy   i   miał   nadzwyczajne   poczucie 
humoru.

—   Tak,   ale   on   nie   żyje,   Sissy.   Zmarł   ponad   dwadzieścia   lat   temu,   a   my   przecież 

rozmawiamy o tym, żeby go przywrócić do życia. To właśnie mnie przeraża.

Sissy przez chwilę nic nie mówiła, jednak popatrzyła na rękę Molly, jakby w niej tkwiła 

odpowiedź na wszystkie nurtujące ją pytania. Wreszcie odezwała się cicho:

— Czy przynajmniej spróbujesz?
— Muszę zapytać Trevora. W końcu Frank był jego ojcem. Być może będzie po prostu 

chciał, żeby go zostawić w spokoju.

— Nie  możesz  pozwolić,   żeby  zginęli   następni  niewinni  ludzie,  Molly.   Wiem,   że  nie 

ożywiłaś   swoich   rysunków   specjalnie,   dla   kaprysu.   Morderstwa   nie   zostały   popełnione   z 
twojej winy. Musisz jednak przyjąć do wiadomości fakt, że jesteś jedyną osobą, która może 
zniszczyć tych morderców i położyć wszystkiemu kres.

Molly wstała i podeszła do okna.
— Myślę, że najpierw muszę się dowiedzieć czegoś więcej na temat tego naszyjnika. Nie 

chcę   ożywiać   więcej   żadnych   rysunków,   dopóki   się   nie   dowiem,   jakie   będą   tego 
konsekwencje. Przykro mi, Sissy, ale się boję. Aż cierpnie mi skóra na myśl, jakie jeszcze 
kolejne nieszczęście mogłabym spowodować.

— Pamiętasz, kto ci sprzedał ten naszyjnik?
— Otrzymałam  od tej kobiety bilet wizytowy.  Powiedziała, że prowadzi mały sklep z 

antykami niedaleko klubu podmiejskiego.

Molly weszła do pracowni, żeby poszukać torebki. Niemal natychmiast rozległ się jej głos:
— Sissy! Chodź tutaj, szybko!
Sissy poszła za nią.
— Co się stało?
— Nic. Zupełnie nic. Ale popatrz.
Wskazała na deskę do rysowania. Róże zniknęły. Przynajmniej „prawdziwe róże”. Ale na 

kartkach papieru, na których je położyła, znowu widniały jako kolorowe obrazy.

— Cholera jasna.
Sissy wzięła do ręki obraz czerwonej róży i powąchała go. Pachniała jedynie tekturą.

background image

— Możemy to zrobić — powiedziała. — Jestem pewna, że możemy to zrobić.
— Ale ja się boję, Sissy.
— Oczywiście. Wiem, że się boisz. Musimy zatem dowiedzieć się czegoś więcej na temat 

twojego naszyjnika.

Molly przez chwilę szperała w torebce.
— Mam — powiedziała  wreszcie.  — O, tutaj.  Dorothy Carven, Persimmon  Antiąues, 

Madison Road. Zadzwonimy do niej?

W tej chwili obie z Sissy usłyszały, jak otwierają się drzwi do domu i Trevor krzyczy z 

progu:

— Cześć, Molly! Cześć, mamo! Wróciliśmy!

* * *

Persimmon   Antiques   okazało   się   wymyślnym,   drogim   sklepem   z   antykami.   W   oknie 

wystawowym stało tylko jedno bardzo drogie krzesło. Podłogę przykrywał gruby brązowy 
dywan. Kiedy Sissy i Molly otworzyły drzwi, ich wejście obwieścił dźwięk dzwoneczka.

— To miejsce ma klasę — przyznała Sissy.
W sklepie znajdowało się mniej niż tuzin mebli na sprzedaż: dwa szezlongi, para ręcznie 

rzeźbionych   foteli,   dwa   sekretarzyki   i   złocone   biurko.   Na   jednym   z   sekretarzyków   stały 
osiemnastowieczne figurki pasterzy i pasterek, a na drugim miśnieńska zastawa stołowa. Na 
ścianach wisiały obrazy olejne, głównie pejzaże i widoki rzeki Ohio.

Z zaplecza wyszła kobieta z ustami pełnymi jedzenia. Była wysoka, mniej więcej w wieku 

pięćdziesięciu lat, na nosie miała okulary bez oprawy. Miała też bujne siwe włosy. Ubrana 
była w purpurowy jedwabny kostium. Na jej rękach pobrzękiwało przynajmniej dwadzieścia 
złotych bransoletek.

— Mogę paniom w czymś pomóc? — zapytała i natychmiast przyłożyła palce do ust. — 

Przepraszam. Właśnie kupiłam sernik z truskawkami i nie mogłam się doczekać, kiedy wrócę 
do  domu   i będę  go  mogła  spróbować.  A  próbowały  panie  biszkoptów  z wiśniami   i  bitą 
śmietaną? Są wprost wspaniałe, mówię paniom, niebo w gębie.

— Pani Carven? — zapytała Molly. — Pewnie mnie pani nie pamięta, ale na pchlim targu 

kupiłam od pani ten naszyjnik. — Pokazała go na wyciągniętej dłoni.

Kobieta popatrzyła na naszyjnik przez szkła okularów, wreszcie wyciągnęła po niego rękę 

i podniosła go.

— Pamiętam, oczywiście, że pamiętam.  Jest niezwykły,  prawda? Mimo że są to tylko 

szkiełka, robi niesamowite wrażenie. Drugiego takiego nigdy nie widziałam.

— Czy ma pani jakieś informacje o jego pochodzeniu? — zapytała Sissy.
— O pochodzeniu? On chyba nie ma żadnego pochodzenia. Po prostu, to jest jakaś tania 

ozdoba. Czasem znajdowałam takie bibeloty, sprzątając domy. Tutaj bym czegoś takiego nie 
sprzedała, od czasu do czasu sprzedaję więc na pchlim targu, żeby przynajmniej znać ceny 
podobnych rzeczy.

— A więc nic pani o nim nie wie? Skąd pochodzi albo kto dawno temu kolekcjonował 

podobne rzeczy?

— Cóż, ten naszyjnik akurat kupiłam od pewnej starszej kobiety w Hyde Parku. Zmarł jej 

mąż i chciała się wszystkiego po nim pozbyć. Był właścicielem kilku pięknych obrazów, o ile 
pamiętam, oraz wspaniałego stojącego zegara. Ale miał też mnóstwo śmieci. Całe kartony 
starych gazet, programów teatralnych, guzików i monet. Myślę, że był jednym z takich ludzi, 
którzy nigdy niczego nie wyrzucają.

— Zna pani nazwisko tej kobiety?
— A mogę wiedzieć, kto o to pyta?
— Och, piszę właśnie książkę o klejnotach i związanych z nimi przesądach — skłamała 

background image

Sissy. — Wie pani, chodzi o bransolety z breloczkami, szczęśliwe kamienie i tego rodzaju 
rzeczy. A, jak pani powiedziała, ten naszyjnik jest bardzo niezwykły, prawda? Jestem pewna, 
że nosi w sobie jakąś historię.

Pani Carven podeszła do złoconego biurka, otworzyła najwyższą szufladę i wyciągnęła z 

niej   księgę,   oprawną   w   skórę.   Pośliniła   palec   i   zaczęła   ją   kartkować.   Po   krótkiej   chwili 
natrafiła na stronicę, której szukała.

— Proszę bardzo, mam. Pani Edwina Branson, Observatory Road numer 1556. Jeśli pani 

sobie życzy, mam także numer telefonu.

* * *

Edwina Branson była już dobrze po osiemdziesiątce. Miała siwiuteńkie włosy, była drobna 

i przygarbiona. Nosiła się jednak elegancko. Przywitała gości w ładnej kremowej bluzeczce z 
perłą wpiętą w kołnierzyk i w zielonej płóciennej spódnicy. Bez wątpienia potrafiła o siebie 
dbać.

Mieszkała w mieszkaniu na parterze, którego okna wychodziły na mały ogródek. Jej rudy 

kot spał na ceglanym parapecie za oknem. Mieszkanie było wyposażone wyłącznie w nowe 
meble. Stała w nim ładna beżowa kanapa, dwa beżowe krzesła i mały stoliczek z dębowym 
blatem. Ściany zdobiły wyłącznie fotografie dzieci i wnuków pani Branson.

— Jeśli macie, panie, ochotę, poczęstuję was mrożoną herbatą — powiedziała.
— Dziękujemy — odparła Sissy. — Nie chcemy pani zabierać zbyt wiele czasu.
— Ależ ja uwielbiam przyjmować gości. W moim wieku nie ma się wielu przyjaciół, bo 

przeważnie nie żyją. A dzieci są zbyt zajęte, żeby często składać mi wizyty. — Popatrzyła na 
Molly i dodała: — Bardzo do pani pasuje ten naszyjnik, moja droga. Miałam go na sobie 
chyba tylko raz. Nie lubiłam go. Dla mnie jest zbyt ekstrawagancki.

— Nie należał więc do pani od początku? — zapytała ją Sissy.
Edwina Branson pokręciła przecząco głową.
— Nie. Podarował mi go mój zmarły mąż, Felix. Przywiózł go z Francji po drugiej wojnie 

światowej. Widzi pani, wykładałam historię Europy w Miami University w Oxfordzie i Felix 
uznał, że ten naszyjnik mnie zainteresuje.

— Wie pani coś o nim? Do kogo należał wcześniej?
— Felix powiedział mi, że otrzymał ten naszyjnik od pewnej kobiety w Paryżu, w zamian 

za czekoladę. Cóż, mam nadzieję, że to była prawda. Ta kobieta określiła podarunek jako 
„naszyjnik szczęścia”. Żaden z jego kamieni nie jest wiele wart, jednak podobno każdy z nich 
należał wcześniej do jakiejś sławnej osoby.

— Na przykład?
—   Ta   kobieta   nie   znała   wszystkich   nazwisk.   Jednak   kamień   z   małym   krokodylkiem 

prawdopodobnie   należał   do   Aleksandra   Dumasa,   autora  Trzech   muszkieterów.   Podobno 
przypinał ten kamień do łańcuszka od zegarka. Z kolei te wisiorki przywiózł z Diabelskiej 
Wyspy   Alfred   Dreyfus,   po   ułaskawieniu.   Ta   obrączka   z   małym   czerwonym   kamieniem 
należała do samego Vincenta van Gogha.

— A więc to z pewnością jest warte fortunę?
— Niekoniecznie. Żaden z kamieni nie jest szczególnie cenny, a poza tym nie ma żadnego 

niezbitego dowodu na ich pochodzenie. Felix i ja przeprowadziliśmy trochę badań, jednak nie 
udało   nam  się   potwierdzić  żadnej  z  legend.  Nie   dotarliśmy   do  żadnych   certyfikatów,   do 
żadnych listów. Żadnych dowodów kupna–sprzedaży. Mieliśmy tylko słowa Francuzki, która 
bardzo pragnęła zjeść czekoladę. — Pani Branson przez chwilę milczała, po czym dodała: — 
Obecnie już się nie interesuję historią tak jak dawniej. Historia to nic przyjemnego. Jedynie 
odbiera nam tych, których kochaliśmy.

— Mówi pani, że obrączka prawdopodobnie należała do Vincenta van Gogha?

background image

Edwina Branson podniosła naszyjnik, trzymając go za obrączkę. Zacisnęła ją pomiędzy 

palcem wskazującym a kciukiem.

— To jest mosiądz, a ten kamień to tylko granat. Ale jeżeli to jest naprawdę obrączka van 

Gogha, musi się za nią kryć bardzo interesująca historia. Wiecie, panie, że van Gogh się 
zastrzelił, prawda?

Molly pokiwała głową.
— Uczyłam się o nim w szkole plastycznej.
— Ja, niestety, widziałam jedynie film z Kirkiem Douglasem — wyznała Sissy.
— Cóż, pewnego dnia Vincent van Gogh wyszedł w pole i strzelił sobie z rewolweru w 

pierś.   Nie   umarł   jednak   od   razu.   Zdołał   dotrzeć   do   gospody,   w   której   mieszkał,   i   tam 
dogorywał  na łóżku jeszcze przez dwa dni, zanim zszedł z tego świata. Dotarłam  do tej 
historii w Internecie. Natrafiłam nawet na list, który malarz zdążył napisać do swojego brata 
Thea.  Najwyraźniej  nie  mając  pieniędzy,   Vincent   dał  tę   obrączkę   pokojówce  z   gospody, 
dziewczynie, która się nim opiekowała, kiedy umierał. Vincent powiedział jej, że cokolwiek 
się stanie, nie powinna dawać tej obrączki żadnemu innemu artyście, ponieważ zawiera ona w 
sobie   szaleństwo.   Powiedział   coś   jak  „je   suis   deux   personnes”,  czyli   że   Jestem   dwoma 
osobami: dobrą i złą, a obrączka była w stanie je rozdzielać i pozwalać złej stronie mojej 
osobowości   opuszczać   mnie   na   długi   czas”.   Miał   rozdwojoną   osobowość,   prawda? 
Przypuszczam, że w ten sposób opisał, co w związku z tym czuł. Zabawne, ale według Thea 
miejscowy rolnik widział, jak Vincent stał przed sztalugami na krótko przed samobójstwem. 
Kilka sekund później widział go po raz drugi, kawałek dalej, z rewolwerem w ręce. Mówił, że 
„był to jakby inny Vincent, podążający za tym pierwszym, zamierzający go zastrzelić”.

Sissy   posłała   Molly   znaczące   spojrzenie,   uniosła   jednak   palec   do   ust,   nakazując   jej 

milczeć.

Edwina Branson chwyciła kolejny amulet, drobną cytrynową broszkę, ze zwisającą z niej 

pojedynczą perłą.

— Opowiem wam jeszcze historię, która kryje się za tym przedmiotem. Broszka należała 

do Marii Curie. Otrzymała ją od swojego pierwszego chłopaka, krótko przed wyjazdem z 
Warszawy do Paryża. Chłopak miał nadzieję, że dzięki niej Maria się opamięta, pozostanie w 
Polsce i wyjdzie za niego za mąż. Pomyślcie tylko, jaki inny byłby świat, gdyby Maria Curie 
rzeczywiście   pozostała   wtedy   w   Warszawie!   Żadnej   radioaktywności!   No,   ale   z   drugiej 
strony, nie moglibyśmy się prześwietlać.

—   Nawet   jeśli   ten   naszyjnik   nie   jest   autentyczny   —   powiedziała   Sissy   —   stanowi 

wspaniałą   kanwę   do   długich   rozmów.   Jestem   zaskoczona,   że   nie   chciała   go   pani   sobie 
zatrzymać.

Edwina Branson odłożyła naszyjnik.
— Nie, nie chciałam. I nie chcę was do niego zrażać, ale nigdy go nie lubiłam. To dlatego 

miałam go na sobie tylko raz. Czułam się wtedy tak, jakby zwisali mi z szyi martwi ludzie.

Trevor mówi „nie”

— Nie — powiedział Trevor. — Absolutnie się na to nie zgadzam. Już sama myśl o tym 

jest szalona.

— Ale to może być jedyny sposób — nalegała Sissy.
— Czy ty słyszysz samą siebie? Chcesz ożywić mojego ojca? Nawet przez sekundę nie 

wierzę, że jesteś w stanie to zrobić.

— Pokazałyśmy ci róże.
—   W   porządku,   pokazałyście   mi   róże.   Ale   co   to   jest   za   dowód?   Przecież   mogłyście 

wyrzucić prawdziwe róże i namalować nowe.

background image

— Ale tego nie zrobiłyśmy.
Trevor zasłonił rękami uszy, żeby pokazać matce, iż nie ma zamiaru słuchać jej obłędnych 

teorii ani przez chwilę dłużej.

— Nie obchodzi mnie, czy to są te same róże. Chcecie, żebym uwierzył, że dwa rysunki 

Molly   niespodziewanie   ożyły   i   zaczęły   mordować   ludzi?   Rysunki   nie   ranią,   mamo.   To 
potrafią tylko ludzie.

—   Te   rysunki   są   właśnie   ludźmi.   Ale   i   są   jednocześnie   rysunkami.   Właśnie   dlatego 

potrzebujemy twojego ojca. Żeby ich dopadł.

—   Zwariowałaś   —   powtórzył   Trevor   ze   złością.   —   Gdzie   jest   twój   szacunek   dla 

zmarłego? Rozumiesz, że same takie rozmowy są niemoralne?

— Jaka to różnica, skoro nie pozwalasz nam wykonać tego rysunku?
— Ogromna różnica, mamo. Zobacz.
Trevor   zdjął   z   półki   fotografię   swojego   ojca,   oprawioną   w   srebrną   ramkę.   Frank   był 

mężczyzną o poważnej, kościstej twarzy. Na policzku miał szramę w kształcie rombu.

— Oto mój ojciec, mężczyzna, o którym rozmawiamy. Mój ojciec i twój mąż. Mężczyzna, 

który nas kochał, który się nami opiekował i zginął na służbie. To nie jest jakiś superbohater z 
komiksu.

—   Wiem,   Trevor.   Pomyśl   jednak   o   tych   wszystkich   niewinnych   ludziach,   którzy   już 

zostali zamordowani. Uważasz, że twój ojciec zgodziłby się na te zbrodnie, gdyby uważał, że 
jest w stanie je zatrzymać?

— Mamo, słuchaj, co mówię. Tato nie żyje. On nic nie wie o Czerwonej Masce i nigdy się 

nie dowie. Leży na Morningside Cemetery przy Squash Hollow Road i tam pozostanie. W 
pokoju. Na wieki wieków, amen. Nie niepokojony. I nie będzie ścigał po całym Cincinnati 
portretu jakiegoś mordercy.

Sissy wzięła głęboki oddech. Victoria poszła do swojego pokoju, niby po to, żeby odrobić 

zadanie domowe, jednak po chwili dobiegł jej śmiech i wesoły głos. Rozmawiała ze swoją 
przyjaciółką Alyson.

Molly skończyła wycierać talerze po obiedzie. Milczała. Trevor był jej mężem i Trevor był 

jedynym   synem   Franka   Sawyera,   skoro   więc   nie   życzył   sobie,   żeby   podjęła   próbę 
doprowadzenia do jego zmartwychwstania, nic nie mogła na to poradzić.

— Te Czerwone Maski zabiją jeszcze wiele osób. Wiesz o tym? — zapytała Sissy.
— Tak twierdzą twoje karty.
— Tak. Do tej pory miały absolutną rację.
— Do tej pory wprowadzały totalne zamieszanie. A jeśli sądzisz, że pozwolę ci ożywić 

ojca tylko dlatego, że wyobrażasz sobie, że zobaczyłaś jego twarz w tej cholernej misce…

— Nie wierzysz, że to możliwe?
— To nie jest możliwe! Do diabła, niby jak mogłoby być? Ale już samo myślenie o tym 

jest wystarczającym świętokradztwem.

Sissy usiadła na skraju kanapy.
— Rozumiem, że to jest twoje ostatnie słowo? Telewizor przez cały czas był włączony, 

jednak głos miał maksymalnie przyciszony. Minęła godzina jedenasta i wiadomości WKRC 
pokazywały   właśnie   centrum   Cincinnati.   Dziennikarze   zadawali   pytania   zatroskanym 
przechodniom — Sissy wzięła do ręki pilota i usłyszała, jak reporterka Kit Andrews mówi:

—   …unikać   wind   we   wszystkich   budynkach   biurowych   i   największych   centrach 

handlowych.

Po chwili na ekranie ukazał się pułkownik Thomas H. Streicher, szef policji w Cincinnati.
—  Nie  mogę   zaprzeczyć,  że   centrum  miasta  zaczyna  ogarniać   fala  paniki.  Ostatniego 

popołudnia   centrum   wyglądało   jak   miasto   duchów.   Pracownicy   mieszczących   się   tutaj 
instytucji natychmiast po pracy wyjeżdżali do domów i praktycznie nikt nie robił zakupów. 
Niemniej   jednak   pragnę   zapewnić   z   całą   mocą,   że   moi   funkcjonariusze   bez   wytchnienia 

background image

ścigają sprawców morderstw, przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Jestem pewien nie 
tylko tego, że wkrótce sprawcy zostaną schwytani, ale również tego, że do momentu ich 
schwytania   policja   jest   w   stanie   skutecznie   chronić   wszystkich   mieszkańców   Cincinnati. 
Proszę jednak, bądźcie czujni i ostrożni, ale żyjcie swoim zwykłym życiem. Czerwone Maski 
pragną wywołać w nas strach i dezorientację. Nie możemy jednak na to pozwolić.

— No i proszę — westchnęła Sissy. — Oto człowiek, który stoi na straży bezpieczeństwa 

miasta.   Ludzie,   wychodźcie   na   ulice   i   pozwólcie,   żeby   maniacy   o   czerwonych   twarzach 
dźgali was nożami.

— Jesteś cyniczna, mamo. Jak zawsze.
— Wcale nie jestem cyniczna, Trevor. Jestem realistką.
— Realistką? To słowo absolutnie nie pasuje do kobiety, która chce przywrócić do życia 

swojego zmarłego męża poprzez namalowanie jego portretu.

Sissy sięgnęła po cukierek leżący na stole, odwinęła go z papierka i wsunęła do ust. Nie 

ufała   sobie.   Obawiała   się,   że   jeśli   się   odezwie,   powie   coś   niegrzecznego.   Wolała   zatem 
milczeć.

* * *

Tej nocy śniła, że znajduje się gdzieś na południu Francji i jest gorące popołudnie. Niebo 

miało piękny błękitny kolor, a na polach falowały żółte łany zbóż. W powietrzu unosił się 
odgłos   świerszczy   cykających   w   żywopłotach   i   skrzeczenie   wron   krążących   wysoko   na 
niebie.

Szła   suchą   drogą   z   wyżłobionymi   koleinami,   wzdłuż   długiego   kamiennego   muru.   Na 

końcu muru znajdowała się dębowa brama, złożona z dwóch skrzydeł. Przed bramą stał jakiś 
mężczyzna, zwrócony do niej plecami. Miał bujną rudą czuprynę i ubrany był w czerwoną 
koszulę   w   kratę.   Zdawało   się,   że   nie   może   sobie   poradzić   z   rozłożeniem   jakiegoś 
skomplikowanego drewnianego leżaka.

— Monsieur — odezwała się. — Czy mogę panu w czymś pomóc?
Mężczyzna   rozłożył   jednak   leżak   i   postawił   go   przed   bramą.   Odwrócił   się   i   wtedy 

zobaczyła,   że   to   jest   Czerwona   Maska.   Jego   oczy   lśniły  jak  srebrne   kulki,   a   czoło   było 
wilgotne od potu.

—   Co   się   stało,   to   się   nie   odstanie   —   powiedział.   —   Co   jest   namalowane,   to   jest 

namalowane.

— Nie może pan uciec — odparła. — Nieważne, dokąd pan pójdzie, ktoś pana znajdzie. 

Mogę to panu obiecać.

Czerwona Maska wydawał się rozbawiony.
—   Nawet   jeśli   mnie   znajdziesz,   dziecko,   co   będziesz   mogła   mi   zrobić?  Je   suis   deux 

personnes.

Z tymi słowami odwrócił się i odszedł. Przeszedł przez bramę z półkolistym sklepieniem i 

zniknął w sadzie, który się za nią znajdował. Doszedł do rogu zrujnowanej kamiennej stodoły 
i zniknął. Sissy czekała, ale wcale nie miała ochoty pójść za nim. W końcu miała przecież 
dopiero siedem lat.

Już miała kontynuować spacer, gdy zobaczyła tego samego człowieka maszerującego ku 

niej szybkim krokiem z drugiej strony. W każdej ręce trzymał trójkątny rzeźnicki nóż. Sissy 
cofnęła się, przestraszona, i pozwoliła, żeby ją minął.

Kiedy doszedł do bramy,  zatrzymał  się i popatrzył na Sissy takim wzrokiem, jakby ją 

widział po raz pierwszy w życiu.

— Na co tu czekasz, dziecko? Nie ma sensu czekać. Co się stało, to się stało, możemy 

teraz tylko chcieć jeszcze więcej. Nie ma spoczynku dla przeklętych. Nie ma sprawiedliwości 
dla   niewinnych.  Je   suis   un   fou,   qui   crois,   qu’il   est   moi–même.  Jestem   szaleńcem,   który 

background image

wierzy, że jest mną.

Z tymi słowami przeszedł przez bramę do sadu i zniknął za starą kamienną stodołą. Sissy 

poczuła, że ogarnia ją zimny strach, i pobiegła przed siebie, byle tylko jak najszybciej znaleźć 
się daleko od bramy.

Tymczasem niebo przed nią poszarzało. Pojawiły się też błyskawice. Topole wzdłuż drogi 

zaczęły szumieć i groźnie się giąć. Nagle na horyzoncie Sissy dostrzegła sylwetkę olbrzyma. 
Stał przy drodze, tak jakby na nią czekał.

Zatrzymała się, z trudem łapiąc oddech. Nie wiedziała, co robić. Nie chciała wracać do 

bramy, bo nie chciała znowu natknąć się na rudowłosego mężczyznę z nożami. Była jednak 
zbyt   przestraszona   widokiem   olbrzyma,   by   zrobić   chociażby   jeden   krok   naprzód. 
Zastanawiała się, czy nie pobiec przez pola.

Tymczasem niebo było coraz ciemniejsze, z każdą chwilą wzmagał się wiatr. Na polu po 

lewej stronie Sissy dostrzegła kilka kamieni nagrobnych. Niektóre z nich były pochylone pod 
dziwnym kątem.

Frank, pomyślała. Frank może mnie uratować. Nieważne, że jest martwy. Tylko on może 

mnie uratować.

* * *

Molly   postawiła   przy   niej   na   nocnym   stoliku   szklankę   świeżo   wyciśniętego   soku 

grejpfrutowego i podeszła do okien, żeby odciągnąć zasłony. Poranek był ponury. Na niebie 
wisiały ciężkie, szare chmury. Po szybach okiennych wciąż pełzały cykady.

— Wygląda, jakby miało padać — powiedziała Molly.
Sissy usiadła na łóżku.
— Rozmawiałaś jeszcze raz z Trevorem? — zapytała.
— Próbowałam, Sissy, mówię szczerze, jednak to nie miało sensu. Przecież on nigdy nie 

brał   na   serio   twoich   zdolności   parapsychicznych,   prawda?   Poza   tym,   kiedy   Trevor   coś 
postanowi, nikt i nic nie jest go w stanie odwieść od raz podjętej decyzji. Upór to jego drugie 
ja.

— Znowu śniła mi się Czerwona Maska — powiedziała Sissy. — A właściwie to był sen o 

van Goghu. O dwóch van Goghach. Jeden ścigał drugiego, z nożami.

— To chyba wpływ tego naszyjnika, prawda? Sissy upiła łyk soku grejpfrutowego i otarła 

usta.

— Mówiąc dokładniej, kochanie, uważam, że bardziej chodzi o tę obrączkę. Van Gogh 

namalował mnóstwo autoportretów i założę się, że każdy autoportret, który malował, mając 
na palcu tę obrączkę, ożywał.

Molly wzruszyła ramionami.
— To i tak nie ma już znaczenia. Nie namaluję już ani jednego obrazu, mając na szyi ten 

dziwny naszyjnik.

Sissy nic nie odpowiedziała. Przez chwilę myślała jedynie o przechylonych kamieniach 

nagrobnych   na   polu   i   o   burzowych   chmurach   na   niebie.   A   potem   pomyślała   o   Franku, 
leżącym w trumnie w całkowitej ciemności. Niemal fizycznie czuła, jak bardzo go potrzebuje.

— Czy jestem samolubna? — zapytała w pewnej chwili swoją synową.
— Nie rozumiem — odparła Molly.
— Czy chcę to zrobić, żeby ocalić ludzi, czy też chcę to zrobić dla siebie?
— To jest akademickie pytanie, Sissy. Przecież to się i tak nie wydarzy.  Wielki wódz 

Trevor już postanowił.

— Nawet jeśli będę cię błagać?
— Sissy,  nie.  Trevor  i  ja nigdy się  nawzajem  nie  okłamujemy.  Żadne  z  nas  nie  robi 

niczego   poza   plecami   drugiego.   Poza   tym   potrafię   zrozumieć,   co   on   czuje.   Nawet   jeśli 

background image

namaluję Franka, a on nie ożyje, będzie to równie zły postępek, jakby Frank miał jednak 
ożyć.

Sissy pomyślała o Mary, sprzątaczce, która umarła w windzie pogrążona w ciemności. 

Wspomnienie jej śmierci znów wywołało w niej poczucie winy. Gdyby Mary przed śmiercią 
mogła chociaż zobaczyć światło dzienne… Poza tym Sissy doskonale wiedziała, co Frank by 
o tym sądził. Zawsze był bezinteresowny. Tego popołudnia, kiedy został zabity, podjął akcję, 
zupełnie nie dbając o własne bezpieczeństwo.

Ale, oczywiście, wtedy była to jego decyzja, a nie jej. Może Trevor ma rację? Jak mogła  

wskrzesić Franka, nie wiedząc nawet, czy będzie zadowolony ze swego zmartwychwstania, 
czy może będzie miał do niej o to pretensje, a może będzie strasznie zły? Może umarli wolą 
pozostać umarli i przez całą wieczność spoczywać w pokoju?

— Pojedziemy gdzieś dzisiaj razem na lunch? — zaproponowała Molly.
— A Trevor i Victoria?
— Trevor obiecał,  że zabierze  ją dzisiaj  do miasta,  żeby jej kupić jakieś wystrzałowe 

dżinsy.

— Wystrzałowe dżinsy? Przecież ona ma dopiero dziewięć lat!
— I uważasz, że z tego powodu nie chce się modnie  ubierać? Ma już nawet i–Poda; 

kupiliśmy go jej za zwycięstwo w konkursie ortograficznym.

— Hmm… Rozumiem. Nie jestem jednak pewna, czy Trevor powinien ją zabierać do 

centrum miasta.

— Mnie też to się wydało nie najlepszym pomysłem. Ale Trevor powiedział, że na wszelki 

wypadek nie będą wsiadać do żadnych  wind. Poza tym  Trevor nie wierzy,  że Czerwona 
Maska spróbuje jeszcze raz kogoś zaatakować. Zbyt wielu gliniarzy kręci się po mieście.

— Może nie ta prawdziwa Czerwona Maska. Ale co z pozostałymi dwiema?
— Ja też go o to zapytałam. On jednak w nie nie wierzy. To znaczy, wierzy w nie, ale 

uważa, że są to po prostu dwaj faceci o twarzach pomalowanych na czerwono. Nie sądzi, by 
to były moje ożywione obrazy. — Molly na chwilę umilkła i zaraz dodała: — On cię kocha, 
Sissy.   Wiem   o   tym.   Ale   uważa,   że   się   zbyt   szybko   starzejesz,   a   ja   nie   wiem,   jak   mu 
uzmysłowić, że to wcale nie jest prawda.

— Uważa, że robię się dziecinna?
— W ten sposób się nie wyraził.
— A więc jak się wyraził, dokładnie?
— Chyba użył słowa „zbzikowana”.
—   Już   ja   mu   dam   zbzikowana.   Już   ja   mu   pokażę,   gdzie   raki   zimują.   Taka   będę 

zbzikowana, że on to sobie dobrze zapamięta.

— Daj spokój, Sissy. Przecież wiesz, jaki jest Trevor. Pragmatyczny.
— Chyba tak. Mam nadzieję, że jest również ostrożny. Może być sobie pragmatyczny, ale 

dla mnie jest bezcenny. Podobnie jak Victoria.

— A więc co z naszym lunchem?
— Jedziemy, a jakże. Masz na myśli jakieś konkretne miejsce?
— Wielką smażalnię kurczaków, Through The Garden. Smażone kurczaki, podawane w 

jamajskiej polewie.

Sissy nie potrafiła powstrzymać uśmiechu.
— Doskonale wiesz, że nie oprę się takiej pokusie.

Krew w pasażu

— Dobrze — powiedział Trevor. — Przeliteruj jeszcze „powyłamywany”.
— Och, tato! Nie przepytuj mnie przez cały dzień. Dość mam tego w szkole!

background image

— Jeszcze tylko to jedno słowo. Jeśli je poprawnie przeliterujesz, zrobisz na mnie wielkie 

wrażenie.

Trevor i Victoria szli pasażem zawieszonym na wysokości drugiego piętra, z doskonałym 

widokiem   na   Fountain   Square.   Po   drugiej   stronie   placu   znajdowała   się   fontanna   Tylera 
Davidsona, zwieńczona figurą kobiety o wysokości dziewięciu stóp. Z jej rozłożonych rąk 
spływały kaskady wody.  Mimo że padał deszcz, plac, jak w każdą sobotę, powinien być 
zatłoczony.  Dzisiaj   jednak  był   niemal   wymarły.  Klienci   przemykali   chyłkiem   po lśniącej 
ceglanej posadzce, jakby pragnęli znajdować się w tej chwili gdziekolwiek, tylko nie tutaj.

Białe samochody policyjne  ustawione były  na czterech  rogach placu, a umundurowani 

policjanci stali przy drzwiach niemal każdego sklepu. Trevor widział rano w wiadomościach 
telewizyjnych, że do pomocy miejscowej policji wezwano dwudziestu jeden agentów FBI. 
Wśród nich znajdowali się eksperci od seryjnych zabójstw i aktów terroru oraz specjaliści od 
profili psychologicznych.

— P–o–w–y–ł–a–m–y–w–a–n–y — przeliterowała Victoria z triumfem.
— Hej, doskonale! Za to, jak już kupimy dżinsy, pójdziemy do kawiarni i kupię ci wielki 

koktajl czekoladowy. Słyszałem, że te koktajle doskonale wpływają na linię.

Przeszli   nad   Fifth   Street   i   nadal   szli   nadziemnym   pasażem   w   kierunku   centrum 

handlowego Tower Place. Mostek, który przebiegał nad Race Street i wpadał w Saks Fifth 
Avenue,   był   ze   wszystkich   stron   otoczony   szkłem.   Teraz   na   szkle   błyszczały   kropelki 
deszczu. Musieli iść do Saksa, ponieważ był to jedyny sklep w całym Cincinnati, w którym 
sprzedawano   dżinsy   marki   Seven   for   all   Mankind   dla   dzieci.   Nowiuteńkie   egzemplarze 
wyglądały na wielokrotnie prane i noszone już przez kogoś przez wiele lat, ale takich właśnie 
dżinsów zażyczyła sobie Victoria. Popatrz tylko, w jakim stanie są te spodnie — powiedział 
Trevor   niechętnie,   kiedy   znaleźli   się   w   sklepie   w   odpowiednim   dziale.   —   Przecież   są 
kompletnie znoszone. Victoria, to są szmaty! Gorsze niż w sklepie dla ubogich.

— Tato, właśnie o to chodzi. Co myślisz o tych? Czy nie są najlepsze?
— Aniołku, one przecież mają wielką trójkątną dziurę na pupie. A poza tym kosztują 

sześćdziesiąt pięć dolców.

— Dziurę mogę sama zaszyć. Tato, proszę. One mi się od razu spodobały.
Trevor podszedł do sprzedawczyni, bladej dziewczyny w bluzeczce od Marca Jacobsa i w 

dżinsach   marki   Rock,   mocno   przetartych   na   kolanach.   Uśmiechnął   się   do   niej 
porozumiewawczo,   jakby   chciał   powiedzieć:   Cóż,   dzieci.   Co   ja   mogę   na   to   poradzić? 
Dziewczyna posłała mu jednak chłodne spojrzenie, które miało znaczyć: Przecież jesteś tylko 
facetem w średnim wieku i nosisz brązowy sportowy płaszcz. Cóż więc możesz wiedzieć o 
gustach dzieci?

— Gotówka czy karta? — zapytała głośno.
— Czy otrzymam zniżkę za tę dziurę?
—   Chce   pan   zniżkę   za   dziurę?   —   znów   zapytała   dziewczyna,   tym   razem   z   wielkim 

niedowierzaniem.

— Przecież mogę zapytać, nie? — Trevor wsadził palec do dziury i uniósł na nim spodnie. 

—   Przecież   nie   mogę   pozwolić,   żeby   moja   dziewięcioletnia   córka   pokazywała   zadek 
wszystkim dookoła.

— Tato! — zaprotestowała Victoria.
— Zapytam szefa — powiedziała sprzedawczyni. Na końcu języka miała słowo „dupku”, 

jednak go nie wypowiedziała.

Dziesięć minut później wychodzili ze sklepu z wystrzałowymi dżinsami.
— Tato, czasami potrafisz narobić wstydu — stwierdziła Victoria.
Dotarli niemal do mostka nad Race Street, prowadzącego do Tower Mail, kiedy Trevor 

usłyszał,  że za  ich plecami  ktoś bardzo  szybko  biegnie.  Nagle, zupełnie  bez ostrzeżenia, 
pomiędzy   niego   a   Victorię   wpadł   mocno   zbudowany   mężczyzna,   niemal   przewracając 

background image

dziewczynkę na ziemię.

— Hej, niech pan uważa! — zawołał Trevor.
Mężczyzna   jednak   nadal   biegł   w   kierunku   mostka.   Kiedy   do   niego   dotarł,   nagle   się 

zatrzymał.

Przez mostek przechodziło przynajmniej ze dwadzieścia osób, wśród nich kilkoro dzieci w 

różnym   wieku.  Trevor   widział   dokładnie  wszystko,   co  potem   nastąpiło,   jednak  nie  mógł 
uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.

Z   drugiej   strony   mostka   pojawił   się   kolejny   mocno   zbudowany   mężczyzna.   Trevor 

dostrzegł, że ubrany jest w czarną marynarkę i w czerwoną koszulę, a włosy ma krótko ścięte 
na jeża. Jednak to wygląd jego twarzy najmocniej zaalarmował Trevora. Miała szkarłatny 
kolor, czarne oczy przypominające wąskie otwory i wąską czarną szparę zamiast ust.

Drugi mężczyzna skrzyżował ręce na piersiach, a gdy je wyprostował, trzymał w nich dwa 

wielkie noże, który wyciągnął z kieszeni marynarki. Pierwszy mężczyzna uczynił to samo. 
Ostrza wydały przeciągły metaliczny odgłos i zalśniły złowieszczo, kiedy mężczyźni wznieśli 
je ponad głowy. Jakaś kobieta dwukrotnie krzyknęła, a któryś z mężczyzn zawołał:

— Co jest, do diabła? Co?
Dwaj   mężczyźni   z   nożami   ruszyli   naprzeciwko   siebie,   wykonując   w   powietrzu   gesty, 

jakby zadawali  ciosy.  Mostek miał  około stu metrów  długości. Zostali  na  nim uwięzieni 
klienci centrów handlowych i ich dzieci. Niektórzy zaczęli uderzać pięściami w przeszklone 
ściany,   starając   się   zwrócić   na   siebie   uwagę   kierowców   samochodów,   przejeżdżających 
poniżej. Inni krzyczeli z przerażeniem w głosie, jeszcze inni zaczęli tulić się do siebie.

Nie   mieli   żadnej   szansy,   żeby   uciec.   Dwaj   mężczyźni   zaatakowali   ich   z   dwóch   stron 

mostka, i to z taką furią, że Trevor po chwili zobaczył latające w powietrzu poodcinane palce. 
Nagle wszędzie była krew, kapała i tryskała z rozrywanych tętnic gęstym deszczem na szyby i 
na posadzkę. Ludzie padali na kolana, osłaniali rękami głowy, dwaj napastnicy dźgali ich 
jednak   bezlitośnie   i   bezustannie.   Ostre   noże   rozrywały   ich   ramiona,   robiły   dziury   w   ich 
szyjach, plecach i głowach.

Nikt już nie krzyczał. Niektórzy tylko skamleli i skowyczelłi jak zwierzęta. A noże przez 

cały czas błyszczały w powietrzu i słychać było odgłosy gwałtownego zadawania ciosów.

Trevor szarpnął Victorię za rękaw i mocno przyciągnął ją do siebie. Oboje szybko wbiegli 

do jakiegoś sklepu i dali nura pomiędzy letnie płaszcze i żakiety.

— Oni ich zabijają, tato — wyszeptała dziewczynka. — Wszystkich tych biednych ludzi. 

Oni ich zabijają!

Trevor zaczął szukać po kieszeniach telefonu komórkowego.
— Ciii — syknął. — Nie ruszaj się. Zachowuj się najciszej, jak potrafisz.
— Ale oni ich zabijają! — zaprotestowała Victoria. Spróbowała usiąść, jednak Trevor 

pociągnął ją na podłogę, jeszcze głębiej pomiędzy płaszcze.

— Co teraz zrobimy? — znowu odezwała się Victoria. — Co zrobimy, jeśli oni zaczną nas 

szukać?

Trevor wystukał numer telefonu alarmowego.
— Policja? Znowu ktoś zaatakował ludzi nożami. Właśnie trwa napad. Tak, właśnie w tej 

chwili. W pasażu nad Race Street, pomiędzy Saksem a centrum handlowym Tower Place. 
Przyślijcie tu kogoś jak najszybciej!

— Może mi pan podać swoje nazwisko? — zapytał dyżurny policji.
Trevor zatrzasnął klapkę telefonu i przykucnął.
— Jesteś gotowa do ucieczki? — zapytał Victorię.
Dziewczynka,  prawie cała  ukryta  pod jakimś różowym  płaszczem w kwiaty,  pokiwała 

głową.

— No to uciekamy.

background image

Wezwanie

Molly podała Victorii połowę silnej tabletki na uspokojenie i położyła ją do łóżka. Trevor 

wybrał zamiast środka uspokajającego pół szklanki Jacka Daniels’a, a Sissy zdecydowała się 
na to samo.

— Nie mogłem uwierzyć oczom — powiedział Trevor, zasiadłszy wygodnie w fotelu w 

salonie. — To wszystko wyglądało tak, jakbym oglądał horror w telewizji. Wszędzie było 
tyle krwi.

Wiedzieli już z wiadomości telewizyjnych, że w oszklonym  pasażu ponad Race Street 

śmiertelnie   rannych   zostało   siedemnaście   osób,   mężczyzn,   kobiet   i   dzieci.   Napad   trwał 
niecałe trzy i pół minuty, tymczasem na ciałach ofiar naliczono aż trzysta dwadzieścia cztery 
rany.

Dwaj mężczyźni, którzy dokonali napadu, odpowiadali opisowi Czerwonej Maski, albo 

raczej opisom dwóch spośród trzech Czerwonych Masek. Świadkowie z obu stron mostka 
widzieli, jak napastnicy biegną przez pasaż na krótko przed atakiem, jednak nikt nie widział, 
w jaki sposób opuścili miejsce zbrodni.

— Usilnie apelujemy do wszystkich osób, które mogły widzieć, jak ci dwaj mężczyźni 

opuszczają miejsce zbrodni — mówił w telewizji porucznik Kenneth Moynihan z wydziału 
zabójstw. — Do tej pory nie mamy żadnej informacji i nie rozumiemy, w jaki sposób zdołali 
uciec, niezauważeni przez nikogo. Nie wiemy, czy przebiegli przez centrum handlowe, czy 
przez   któryś   ze   sklepów,   czy   może   kontynuowali   ucieczkę   pasażem.   Mogli   uciec 
samochodem z parkingu pod Fountain Square, jednak również tam nie zauważono nikogo, kto 
odpowiadałby ich opisowi.

Trevor wyłączył dźwięk w telewizorze.
— Masz jakiś pomysł? — zapytał matkę.
— Tak — odparła. — Ale czy naprawdę chcesz, żebym ci powiedziała, jaki to pomysł?
— Mamo, tak jak teraz i tutaj widzę ciebie, widziałem dzisiaj dwie Czerwone Maski. 

Widziałem tych facetów na własne oczy i widziałem, co zrobili. Mój Boże, gdybym nie żądał 
zniżki w tym  sklepie  z dżinsami, pewnie i ja, i Victoria także znaleźlibyśmy się na tym 
mostku pomiędzy dwoma mordercami.

— Dziękuję losowi, że cię oszczędził.
— Powiedz mi jednak, jak sądzisz, w jaki sposób oni uciekli?
Sissy upiła odrobinę whiskey.
— Widziałeś  wczoraj  wieczorem  te róże.  W jednej  chwili  miały trzy wymiary  i  były 

prawdziwe. W następnej pozostały im tylko dwa wymiary i były jedynie rysunkiem. I co to 
niby ma znaczyć?

— Róże to róże. Róże nie mają mózgu i w żadnym momencie żadnej możliwości wyboru. 

Róże nie potrafią podejmować decyzji. Ale ludzie potrafią. Zaczynam przypuszczać, że te 
dwie Czerwone Maski mają zdolność wybierania, kiedy chcą funkcjonować realnie, a kiedy 
chcą być tylko rysunkami. Człowieka można wyśledzić, za to rysunek można ukryć wszędzie 
— na ścianie albo na kawałku papieru — i po prostu poczekać na moment, kiedy znowu 
opłaci się zostać trójwymiarowym człowiekiem.

— Trudno mi to wszystko ogarnąć — stwierdził Trevor. — Uważam jednak, że cała ta 

historia musi mieć jakieś inne wyjaśnienie.

— Na przykład jakie?
—   Może   mamy   do   czynienia   z   jakąś   sztuczką   prestidigitatorską?   Słyszałaś   chyba   o 

Harrym   Houdinim?   Przecież   potrafił   znikać,   rozpływać   się   w   powietrzu,   prawda?   A   z 
pewnością nie był rysunkiem.

Sissy położyła dłoń na jego ramieniu.

background image

— Wszystko jest w kartach, Trevor. Karty pokazują rysunek, który ożywa. Tak jak te 

morderstwa z dzisiejszego przedpołudnia. Karty je przepowiedziały, ale ja nie rozumiałam, co 
one chcą mi powiedzieć.

Popatrzyła na kartę L’Avertissement i wręczyła ją synowi.
— Popatrz tylko. Most i człowiek, który ostrzega innych, żeby na niego nie wchodzili. 

Czerwone róże owinięte wokół barierek… Ale przecież tak naprawdę to wcale nie są róże, to 
są  ludzkie  ręce,  skąpane   we  krwi.  Jest  ich   dokładnie  siedemnaście,   jeśli   postarasz  się  je 
policzyć. Ręce dorosłych i ręce dzieci. Jedna ręka odpowiada każdej osobie, która została 
dzisiaj zamordowana.

— To może być przypadek — powiedział Trevor.
— Może być, owszem. Ale przypadkiem nie jest tych pięć srok, które oznaczają piąty 

miesiąc roku, i te dwa krzyże na wzgórzu. Krzyże w kształcie litery „X”. Jaką mamy dziś 
datę? Dwudziesty maja. Rzymskie liczby, dwie nasze litery „X”, oznaczają dwadzieścia. Poza 
tym   popatrz   na   tych   mężczyzn   przybitych   do   krzyża.   Obaj   mają   rude  włosy  i   czerwone 
twarze.

Trevor dopił whiskey i odstawił szklankę.
— Napijesz się jeszcze? — zapytała go Molly.
— Chętnie bym się napił, ale muszę zachować trzeźwy umysł, żeby to wszystko ogarnąć.
— Jakąkolwiek decyzję podejmiesz, kochanie, wiesz, że ją uszanuję — powiedziała Molly.
— Wiem. Ale chyba nie mam wyboru, prawda? Po tym, co widziałem, po tej masakrze, 

której byłem świadkiem, nie mam wyboru.

— Zgadzasz się więc, żebyśmy to zrobiły? — zapytała Sissy.
— Pod jednym warunkiem. Że tato naprawdę będzie  c h c i a ł   nam pomóc. Jeśli go za 

bardzo zdenerwujecie albo jeśli w ogóle cokolwiek pójdzie źle, natychmiast wyślecie go z 
powrotem tam, gdzie jest jego miejsce, i to będzie koniec. I zostawimy go tam na zawsze w 
świętym spokoju.

— Oczywiście — powiedziała Sissy.
Teraz, kiedy Trevor zgodził się na próbę ożywienia Franka, Sissy była trochę mniej pewna 

siebie  i nie  emanował  już z niej taki wielki entuzjazm jak na początku. Fantazjowanie  i 
marzenia to jedno, a zmierzenie się z rzeczywistością to całkiem co innego…

— Chyba muszę zapalić.
— Tacie wcale się nie spodoba, kiedy się dowie, że nadal palisz.
— Chyba masz rację. Nic mi po papierosie. — Sissy zawahała się i po chwili dodała: — 

Cholera jasna, a właśnie że muszę zapalić.

Wyszła na podwórze, gdzie cykady cykały jeszcze hałaśliwiej niż dotąd. Zapaliła papierosa 

i głęboko wciągnęła dym w płuca.

Minęło prawie dwadzieścia pięć lat od dnia, w którym młodzi policjanci stanęli na progu 

jej   domu   z   kapeluszami   w   rękach   i   jąkając   się,   powiedzieli   jej,   że   Frank   został   zabity. 
Zareagowała   jedynie   krótkim   „O   mój   Boże”.   Nie   rozpłakała   się.   Nie   płakała   nawet   na 
pogrzebie.

Po raz pierwszy załkała po śmierci Franka zupełnie niespodziewanie. Siedziała wtedy z 

przyjaciółką   w   Aurora’s   Cafe,   piła   kawę   i   słuchała   piosenki  Pretty   Woman,  płynącej   z 
głośnika szafy grającej. Frank często śpiewał jej właśnie tę piosenkę; nie miał zbyt dobrego 
głosu, ale zawsze z trudem przychodziły mu wszelkie komplementy, dlatego pozwalał, żeby 
to Roy Orbison prawił je Sissy w jego imieniu.

Teraz zaśpiewała sobie po cichu:
— Pretty woman… walking down the street…
Na podwórko wyszła Molly. Pod pachą trzymała gruby album z fotografiami, oprawny w 

skórę.

— Znalazłam mnóstwo fotografii, z których będę mogła skorzystać. Oczywiście, jeżeli 

background image

wciąż tego chcesz.

— Ciągłe nie mogę uwierzyć, że nie dostrzegłam w kartach ostrzeżenia — powiedziała 

Sissy. — Dwudziestego maja, piętnaście po dziesiątej, na mostku. Wszystko było w kartach, 
gdybym to tylko poprawnie odczytała. Mogłabym ocalić życie tych wszystkich ludzi.

— Sissy, przecież ty przepowiadasz przyszłość. Rozmawiasz z martwymi ludźmi, którzy 

ukazują się w lustrach. Jesteś najbardziej niesamowitym medium, jakie znam. Ale nie jesteś 
nieomylna. Nikt z nas nie jest nieomylny.

Sissy odwróciła się twarzą do niej.
— Kiedyś byłam. Kiedyś byłam nieomylna. Ale… cóż… Może Trevor ma rację? Może 

tracę mój dar? Może po prostu dziwaczeję?

Molly wcześniej zaznaczyła odpowiednią stronę w albumie i teraz go na niej otworzyła. Z 

kolorowej fotografii popatrzyła na nie uśmiechnięta twarz Franka, stojącego na brzegu oceanu 
w Hyannis. Sissy sama zrobiła to zdjęcie, zaledwie dwa tygodnie przed jego śmiercią. Włosy 
Franka rozwiewał wiatr od oceanu. Miał niebieskie oczy. Sissy prawie już zapomniała, jak jej 
się kiedyś podobały.

— Tak, to jest dobre zdjęcie. Bardzo mi się podoba.
— Nie namaluję go jednak na plaży. Namaluję go, jak stoi tutaj.
— Jasne. Najlepiej gdyby pojawił się przed ścianą porośniętą winoroślą. Co ty na to?
— Mogę go namalować gdziekolwiek. Nawet jak stoi w salonie, jeśli chcesz.
— Wiem. Ale kiedy się zmaterializuje, jeśli to w ogóle nastąpi, nie powinniśmy wszyscy w 

tym uczestniczyć. Niech to będzie coś bardzo osobistego.

Molly   pokiwała   głową.   Rozumiała,   co   Sissy   ma   na   myśli.   Nawet   nie   potrafiła   sobie 

wyobrazić, co Frank będzie czuł w momencie niespodziewanego zmartwychwstania, kiedy 
zeskoczy z obrazu, jednak wyobrażała sobie, że będzie to dla niego chwila trudna i doniosła, 
zarówno fizycznie, jak i emocjonalnie.

— Co powiesz Victorii? — zapytała Sissy, kiedy wróciły do domu.
— Nie wiem. W końcu jeszcze nic nie zrobiłyśmy, prawda? A jak zrobimy… Cóż, pewnie 

po prostu powiem jej prawdę.

— „Victorio, to jest twój dziadek, który umarł na długo, zanim się urodziłaś. Powiedz mu 

dzień dobry”. Czy tak?

— Sissy, jesteś cyniczna.
— Wcale nie. Jeśli chcesz wiedzieć, jestem rozdygotana. Po prostu staram się nad sobą 

zapanować.

* * *

Molly siedziała przy biurku, a Sissy tuż obok niej. Trevor przechadzał się nerwowo od 

okna do ściany. Co jakiś czas nerwowo chrząkał, jakby czekał w kolejce na rozmowę w 
sprawie nowej pracy.

Mając przed sobą fotografię Franka w Hyannis oraz trzy mniejsze zdjęcia, przedstawiające 

jego   prawy   i   lewy   profil,   a   także   całą   sylwetkę   od   kolan,   Molly   zaczęła   szkicować. 
Oczywiście nigdy w życiu nie widziała Franka, jednak Trevor tyle jej o nim naopowiadał, że 
odnosiła   wrażenie,   jakby   znała   go   bardzo   dobrze.   Doskonale   wiedziała,   że   do   życia 
podchodził  rzeczowo  i miał  ironiczne  poczucie  humoru.  Ale wiedziała  też, że z zapałem 
pomagał innym ludziom, szczególnie tym  najbardziej nieszczęśliwym i bezradnym  — nie 
zawsze ofiarom przestępstw, czasami też przestępcom.

Frank   Sawyer   przez   długi   czas   robił   wszystko,   co   leżało   w   jego   mocy,   żeby   pomóc 

dziewiętnastoletniemu   narkomanowi   o   nazwisku   Laurence   Stepney   w   powrocie   do 
normalnego życia. Ale pewnego dnia około południa zobaczył, jak Stepney z jakimś innym 
młodym chłopakiem próbują się włamać do samochodu na parkingu przed supermarketem 

background image

Big   Bear,   niedaleko   Norfolk.   Podszedł   do   Stepneya   i   zapytał   go,   co   sobie   właściwie 
wyobraża.   Młodzieniec   bez   wahania   wyszarpnął   zza   paska   potężny   rewolwer   kaliber 
trzydzieści osiem i strzelił Frankowi prosto w twarz.

— Doskonale — powiedziała Sissy, kiedy Molly zaczęła szkicować policzki Franka. — 

Naprawdę potrafisz uchwycić podobieństwo. Ale kiedy przejdziesz do oczu… Wiesz, zawsze 
odnosiłam  wrażenie,  że Frank patrzy daleko przed siebie,  jakby skupiał  wzrok gdzieś za 
moimi plecami, przynajmniej wtedy, kiedy ze mną rozmawiał. Któraś z moich przyjaciółek 
powiedziała   mi,   że   w   czasie   rozmowy   z   nim   czuła   się   przezroczysta,   tak   jakby   Frank 
spoglądał przez nią na wylot.

Trevor podszedł do nich, popatrzył ponad ramieniem Molly na szkicownik i powrócił do 

nerwowego spaceru.

— To się nie uda, wiecie? — odezwał się po chwili. — To się po prostu nie może udać.
— Trevor, nawet jeśli nam się nie uda, przynajmniej będziemy mieli przepiękny portret 

twojego ojca — odparła Sissy. — Widzisz więc powód do narzekań?

— Cały ten pomysł jest szalony. A ja jestem szalony dlatego, że się na niego zgodziłem.
— Trevor, ja bardzo lubię, kiedy okazujesz trochę szaleństwa. Przez całe życie jesteś zbyt 

poważny. Byłeś poważny nawet wtedy, kiedy jeszcze siusiałeś do nocnika.

— Na miłość boską, mamo!
— Czy wiesz, dlaczego twój ojciec się ze mną ożenił? Kiedyś mi powiedział: „Sissy, jesteś 

najbardziej irracjonalną osobą, jaką spotkałem w życiu. Jesteś kompletnie szalona, a tego 
właśnie potrzeba w moim życiu. Chociaż odrobiny szaleństwa”.

— Żałuję, że ani odrobiny tego szaleństwa po tobie nie odziedziczyłem.
— Tak myślisz? A moim zdaniem odziedziczyłeś. Uważam, że jesteś bardziej podobny do 

mnie, niż chciałbyś przyznać.

Molly   wypełniała   teraz   cienie   pod   policzkami   Franka   i   linie   wokół   jego   ust.   Sissy 

pomyślała, że naprawdę jest znakomitą malarką. Jej portrety bynajmniej nie przypominały 
fotografii. Miały w sobie o wiele więcej. Portretowanym osobom dodawały charakteru, jakby 
wpajały w nie życie, dawały im dusze. Kiedy Molly namalowała usta Franka, Sissy odniosła 
wrażenie, że dawno zmarły mąż zaraz się do niej odezwie. W miarę jak praca nad portretem 
dobiegała końca, Trevor spacerował coraz wolniej, aż wreszcie stanął za żoną i z fascynacją 
oraz tłumionym bólem spoglądał na nieżyjącego ojca.

— Okay — powiedziała w końcu Molly. Uniosła portret trochę wyżej, żeby mogli mu się 

lepiej przyjrzeć. — Teraz pozostaje nam tylko czekać i patrzeć, co się wydarzy.

— Proponuję, żebyśmy zostawili go w samotności — zasugerowała Sissy. — Usiądźmy 

gdzieś spokojnie, napijmy się i niech każde z nas pomodli się do Boga, w którego wierzy.

Molly   starannie   umyła   pędzelek   i   wsunęła   go   do   słoika   po   dżemie.   Zanim   wstała, 

przesunęła dłonią po naszyjniku. Natrafiła dłonią na mosiężną obrączkę z granatem i mocno 
zacisnęła na niej środkowy palec i kciuk.

— Modlisz się do Vincenta van Gogha? — zapytała ją Sissy.
— Proszę o jego błogosławieństwo — odparła Molly. — Jeśli ktokolwiek miał pojęcie, 

czym jest szaleństwo, strach i rozczarowanie, tym kimś był właśnie on.

Wyszli z pracowni i wrócili do salonu. Trevor napełnił szklanki doskonałą whiskey, po 

czym wszyscy troje usiedli. Spoglądali po sobie, jakby przed chwilą wspólnie uczynili coś, co 
powinno powodować u nich poczucie winy.

— Zapalisz, mamo? — zapytał Trevor.
Sissy popatrzyła na niego z niedowierzaniem.
— Chyba nie pytałeś poważnie?
— Do diabła, jak najpoważniej. Zapalisz?
— Cóż, dzięki, że pytasz, jednak wkrótce wraca twój ojciec, a przecież wiesz, co on sądził 

o paleniu papierosów.

background image

Siedzieli   w   ciszy   jeszcze   przez   pięć   minut.   Nagle   zaterkotał   telefon.   Było   to   tak 

niespodziewane, że Sissy aż podskoczyła. Molly podniosła słuchawkę:

— Mieszkanie Sawyerów. Och, Mike, to ty? Jak się masz? Wiem, to straszne. Victoria 

naprawdę   jest   w   nie   najlepszym   stanie.   Cóż,   Trevor   także.   Wiem.   —   Zakryła   dłonią 
mikrofon.  — To Mike  Kunzel.  Pyta,  czy mogę  wykonać  dla niego  jeszcze  jeden portret 
pamięciowy.

— W tym naszyjniku nie możesz.
—  Oczywiście.  Nie   będę  nawet   musiała   jechać  do  miasta.  Trevor   widział  morderców 

najlepiej ze wszystkich świadków. Mogę więc malować tutaj. — Odsłoniła mikrofon.  — 
Jasne, Mike. Mogę to zrobić. Daj mi godzinę, a wyślę ci ten portret pocztą elektroniczną. — 
Urwała   na   chwilę.   —   Tak…   Tak,   oczywiście.   —   Podała   słuchawkę   Sissy.   —   Chciałby 
zamienić słówko także z tobą.

— Ze mną?
Sissy wzięła słuchawkę do ręki.
— Pani Sawyer? — usłyszała głos detektywa Kunzela. — Dzień dobry. Co u pani słychać?
— Cóż, wszyscy jesteśmy mocno wzburzeni.
—   Kiedy   ostatnim   razem   Czerwona   Maska   zadzwonił   na   mój   telefon   komórkowy, 

powiedziała pani, że dał nam przez to wskazówkę. Nie powiedziała pani jednak, co to za 
wskazówka.

— Rzeczywiście, nie powiedziałam i w sumie się teraz z tego cieszę. Nie sądzę bowiem, 

aby pan wtedy uwierzył w moje słowa.

— Niech pani spróbuje teraz, pani Sawyer. Nigdy nic nie wiadomo. Jestem uważany za 

największego pragmatyka w wydziale zabójstw, jednak czasami nawet pragmatycy chwytają 
się, jak tonący brzytwy, różnych dziwnych sposobów na wybrnięcie z trudnej sytuacji. Dzisiaj 
po południu urządziliśmy trzy zasadzki, poszukując mężczyzn  o czerwonych  twarzach — 
jedną w Betts–Longworth i dwie w Oper–the–Rhine. Jednak po akcji jedyne czerwone twarze 
należały tylko do nas.

Sissy starannie dobrała następne słowa.
—   Pozwoli   pan,   detektywie,   że   wyrażę   się   w   sposób   następujący.   Słyszał   pan 

kiedykolwiek o doppelgangerach, dokładnych kopiach swoich własnych postaci?

— Proszę mówić dalej.
— Myślę, że dwie Czerwone Maski, mordercy z Giley Building i z centrum handlowego 

Four Days, oraz dwie Czerwone Maski, które zamordowały dzisiaj tych ludzi w pasażu, mogą 
być swego rodzaju doppelgangerami.

— Nie rozumiem pani. Chodzi o identycznych bliźniaków?
— W pewnym sensie. Jednak identyczne bliźniaki to dwie odrębne osoby. A tutaj mamy 

dwukrotność tej samej osoby. Jak dwie kopie tego samego obrazu.

Nastąpiła długa cisza. Wreszcie detektyw Kunzel odezwał się:
—   Przykro   mi,   pani   Sawyer,   ale   mnie   pani   zaskoczyła.   Naprawdę,   nic   z   tego   nie 

rozumiem.

— To, czy pan rozumie czy nie, nie ma żadnego znaczenia, detektywie. Najważniejsze, 

żeby policja działała teraz bardzo ostrożnie. Kiedy będzie pan wysyłał swoich ludzi na dalsze 
poszukiwania Czerwonych Masek, niech im pan powie, żeby mieli oczy szeroko otwarte i 
dookoła   głowy.   Moje   karty   udzieliły   mi   bardzo   silnego   ostrzeżenia:   myśliwi   mogą   się 
zamienić w zwierzynę.

— Cóż… Jestem jeszcze bardziej zdezorientowany niż minutę temu — powiedział Kunzel. 

— Jednak będę pamiętał o pani słowach. Powiem moim ludziom, żeby szukali jednego faceta, 
który może być dwoma facetami.

— Może w ogóle nie być człowiekiem — zauważyła Sissy.
Znowu długa cisza.

background image

— Pozostańmy na razie przy pani doppelgangerach — odezwał się detektyw Kunzel. — 

Ale jeśli pani będzie miała jeszcze jakieś inne teorie…

Sissy przerwała połączenie i oddała słuchawkę Molly.
— Mam bardzo złe przeczucia — powiedziała.
Pan Boots, śpiący dotąd na dywanie obok kanapy, niespodziewanie podniósł głowę i wydał 

przenikliwy skowyt.

— Widzisz? Pan Boots czuje to samo.

Portret Franka

Wybiła jedenasta. Molly była zbyt zmęczona, żeby czuwać, dlatego poszła spać. („Ale jeśli 

coś się wydarzy, musicie mnie obudzić!”)

Po kolejnych dwudziestu minutach Trevor także udał się do sypialni. W salonie pozostała 

jedynie Sissy i Pan Boots. W ciszy słuchać było tylko śpiew cykad za oknem i miarowe 
tykanie ściennego zegara.

Sissy poszła do pracowni Molly, żeby zobaczyć, czy portret Franka wciąż jest na miejscu. 

Popatrzyła na niego ze smutkiem i dotknęła palcami jego ust, jakby się spodziewała, że znów 
je poczuje na sobie, tak jak pewnego jesiennego dnia, kiedy biegali po parku zasypanym 
żółtymi  liśćmi  i Frank w pewnej  chwili powiedział  do niej: „Tak łatwo jest się w tobie 
zakochać. I tak łatwo b y ć  w tobie zakochanym”.

— Frank — wyszeptała.
Wróciła do salonu i usiadła na kanapie. Zaczęła drapać śpiącego Pana Bootsa za uszami. 

Co mu się śniło? Na pewno nie olbrzymy, tego była pewna. Ani mężczyźni o czerwonych 
twarzach, z nożami rzeźnickimi i z wąskimi szparkami zamiast oczu.

Zasnęła i zaczęła chrapać, nie zdając sobie z tego sprawy. Śniła, że idzie przez wielki 

parking i słyszy zwielokrotnione przez echo odgłosy rozmów, krzyków i opon piszczących na 
betonie. Nie miała pojęcia, jak się wydostać z parkingu.

— Miejcie oczy szeroko otwarte i dookoła głowy! — krzyknęła, jednak jej głos był słaby i 

zduszony.  Nie była  pewna, czy ktoś ją słyszy.  — Jest ich dwóch! Miejcie  oczy szeroko 
otwarte i dookoła głowy!

Obudziła się nagle. Salon był ciemny,  jednak lampka na biurku w pracowni ciągle się 

paliła. Pan Boots wzdrygnął się przez sen. Zegar na ścianie wskazywał dziesięć po drugiej.

Niezdarnie wstała z kanapy i poszła do kuchni. Nalała sobie zimnej wody mineralnej z 

lodówki i wypiła ją jednym haustem. Odstawiwszy szklankę, przez chwilę z trudem łapała 
oddech. Na podwórzu było ciemno, mimo że niebo na horyzoncie było pomarańczowe od 
świateł  niedalekiego  miasta.  Sissy  otworzyła   drzwi   i  stanęła  na  progu,  wsłuchując  się  w 
dźwięki nocy.

Kiedy  jej   oczy  przyzwyczaiły  się  do  ciemności,   zobaczyła  pod  ścianą  winorośli  jakąś 

sylwetkę. Był to mężczyzna, siedzący bez ruchu na ławeczce. Powoli podniosła dłoń do ust i 
ugryzła się w palec, częściowo ze strachu, a częściowo po to, aby się upewnić, że naprawdę 
już   nie   śpi.   Jeszcze   nigdy   czegoś   takiego   nie   czuła:   mieszaniny   euforii   i   strachu.   Nie 
wiedziała, czy powinna zawołać Trevora i Molly czy też wrócić do kuchni i zamknąć za sobą 
drzwi. Czy może stanąć twarzą w twarz z nieznajomym mężczyzną. Jednak to on odezwał się 
pierwszy.

— Przepraszam — zagadnął. — Gdzie ja właściwie jestem?
Można było odnieść wrażenie, że zasnął podczas długiej podróży pociągiem i właśnie się 

obudził.

Sissy podeszła do niego. Jego twarz ukryta była w mroku, jednak natychmiast rozpoznała 

falę siwych włosów.

background image

— Frank… — odezwała się. — Frank, czy to ty?
— Gdzie ja jestem? Do diabła ciężkiego, zupełnie nie wiem, jak się tutaj znalazłem. Czy to 

jest sen?

Sissy usiadła obok niego. Teraz już widziała, że to naprawdę jest Frank. Miał tę samą 

pociągłą, kanciastą twarz. Szramę w kształcie rombu na policzku. Nawet pachniał jak Frank, 
wodą po goleniu Bossa, którą mu podarowała na Boże Narodzenie dwadzieścia cztery lata 
temu.

— To nie jest sen, Frank. Zawołaliśmy cię z powrotem.
— Zawołaliście mnie z powrotem? Skąd?
— Niełatwo to wyjaśnić. Ale to jest dom Trevora w Cincinnati.
— Dom Trevora? Co to znaczy? Chcesz powiedzieć, że Trevor nie mieszka już z nami?
— Trevor jest już dorosłym mężczyzną, Frank. Ma żonę i dziewięcioletnią córkę.
— Trevor? To przecież niemożliwe. On ma dopiero jedenaście lat.
— Nie było cię z nami, Frank. Od dwudziestu czterech lat.
— Co ty mówisz? Co to znaczy, że mnie nie było? A gdzie właściwie byłem?
Sissy położyła dłoń na jego dłoni, lecz on niemal natychmiast cofnął rękę.
— Słyszałeś o ludziach, którzy zapadli w śpiączkę? — zapytała Sissy. — Z tobą stało się 

coś podobnego.

— Byłem nieprzytomny? Przez dwadzieścia cztery lata? Chyba się nie spodziewasz, że w 

to uwierzę?

—   To   prawda,   Frank.   Zaprowadzę   cię   do   domu,   żebyś   zobaczył   Trevora.   Wtedy   mi 

uwierzysz.

Frank milczał przez prawie pół minuty. Cykady bezustannie cykały, a ciszę nocy na chwilę 

zakłócił odgłos odległej syreny samochodu policyjnego.

— Kim więc ty jesteś? — zapytał Frank w końcu. — Jestem pewien, że rozpoznaję twój 

głos.

— Wiele rzeczy się zmieniło. Także ja się zmieniłam.
— Sissy?
— Tak, to ja — powiedziała. Była bliska łez. — Już nie całkiem taka Sissy, jaką mnie 

pamiętasz, ale wciąż ta sama.

Frank wstał i światło z kuchennego okna oświetliło jego twarz. Sissy wprost nie mogła 

uwierzyć, że wygląda tak młodo. Kiedy miał czterdzieści siedem lat, a ona czterdzieści pięć, 
uważała, że oboje zaczynają objawiać pierwsze oznaki zbliżającej się starości.

— Pozwól — powiedział i wyciągnął do niej rękę. Sissy przyjęła ją, a Frank pomógł jej 

wstać na nogi. — Twoje włosy — wyszeptał. — Kochanie, co się stało z twoimi włosami?

Weszła w smugę światła padającego z okna.
— Nie tylko z moimi włosami, Frank.
Bardzo łagodnie dotknął jej policzka. W jego oczach lśniły łzy.
—   Nie   rozumiem   —   powiedział.   —   Czyżbym   naprawdę   tak   długo   pozbawiony   był 

świadomości?

Ujęła go za przegub dłoni i pocałowała opuszki jego palców.
— Przepraszam cię. Nie powinnam była wzywać cię tu z powrotem, prawda?
— Ale ja nadal nic nie rozumiem. W jaki sposób straciłem świadomość? Dlaczego nie 

jestem w szpitalu albo w podobnym miejscu? Powiedziałaś, że to trwało dwadzieścia cztery 
lata?

Frank z zaciekawieniem rozejrzał się po podwórzu, trochę dłużej patrzył na zbite gromady 

cykad.

— To jednak jest sen, prawda? To się nie może dziać naprawdę. Ale jest przecież tak 

cholernie realistyczne.

— Może wejdziesz do domu? — zaproponowała Sissy. — Wtedy ci wszystko wyjaśnię.

background image

Frank popatrzył jej w oczy.
— O mój Boże — powiedział. — To jednak nie jest sen, Prawda?

Złe wspomnienia

Frank szedł  za  Sissy do  kuchni  jak  człowiek  ze  wstrząśnieniem  mózgu.  Rozejrzał   się 

dookoła,   zatrzymując   wzrok   dłużej   na   kwiecistych   czerwono–żółtych   zasłonach   oraz 
zdobiących   ściany  dekoracyjnych  talerzach  i   kubkach.  Uważnie   przyjrzał  się  fotografiom 
rodzinnym wiszącym obok lodówki.

— To jest…? — zapytał, wskazując na fotografię Trevora.
Sissy pokiwała głową.
— Tak. Bardzo podobny do ciebie, nie sądzisz?
— A to jest jego żona? I córka?
—   Molly   i   Victoria.   Molly   jest   malarką.   Popatrz   na   te   wszystkie   kwiaty.   To   ona   je 

namalowała. Także ten pejzaż. Rozpoznajesz go? To jest New Milford Green. Namalowała 
go, kiedy przyjechali do mnie z Trevorem ostatniej jesieni.

Frank wysunął krzesło spod kuchennego stołu i usiadł.
— Trudno mi się z tym oswoić, Sissy. Z tym, jak wyglądasz, no po prostu ze wszystkim.  

Ale wciąż jesteś urocza, jak zawsze. Chyba jednak przegapiłem wiele łat. Jak to się mogło 
stać?

Sissy usiadła naprzeciwko niego i chwyciła jego dłonie.
— To cudowne, że znowu ciebie mam. Nie masz pojęcia, jak strasznie za tobą tęskniłam.
— Jest tutaj Trevor? Nie powiesz mu, że wróciłem?
—   Oczywiście,   że   mu   powiem.   Jest   jednak   coś,   o   czym   powinieneś   się   dowiedzieć 

najpierw. Będzie to dla ciebie bardzo trudne do zrozumienia i jeśli się na mnie rozzłościsz, 
wcale się nie zdziwię.

— Znalazłaś sobie kogoś innego? O to chodzi? Po dwudziestu czterech latach, kochanie, 

przecież nie będę mógł cię za to winić.

— Spotykałam się z różnymi mężczyznami, owszem. Miałam wielu przyjaciół. Niektórzy 

byli bardzo dobrzy. Ale z nikim się nie związałam na poważnie. I nie spotkałam nikogo, kto 
mógłby mi ciebie zastąpić.

— Dlaczego więc miałbym być zły?
Sissy   znowu   wstała   i   podeszła   do   zlewu.   Zdjęła   ze   ściany   małe   lusterko   w   ramce   z 

ceramicznych pelargonii. Podała je Frankowi i powiedziała:

— Popatrz na siebie, Frank. I powiedz mi, co widzisz?
Frank   popatrzył   w   lustro   i   zmarszczył   czoło.   Następnie   kilkakrotnie   dotknął   palcami 

różnych części swojej twarzy.

— Nie wyglądam staro, prawda? — powiedział. — Nie wyglądam tak staro jak ty. Jak to 

możliwe?

— Powiedzmy, że ostatnie dwadzieścia cztery lata cię po prostu ominęły, Frank.
— Ominęły mnie? Na miłość boską, co to znaczy?
— Pamiętasz chłopaka o nazwisku Laurence Stepney?
— Jasne, że pamiętam.  Prawdziwe utrapienie, ale jeśli go wyprostuję, naprawdę może 

daleko zajść. Ale… zaraz, zaraz. Skoro minęły dwadzieścia cztery lata, Laurence musi mieć 
teraz około czterdziestki?

— Pamiętasz, jak chciał ukraść samochód z parkingu przed supermarketem Big Bear?
Frank przez chwilę się zastanawiał. Wreszcie powoli pokiwał głową.
— Tak jakby… On i jeszcze jeden gówniarz. Nazywał się Thomas Cusack.
— Próbowałeś go powstrzymać, Frank. Pamiętasz?

background image

Oczy Franka, które zawsze sprawiały wrażenie,  jakby były  skupione na czymś  bardzo 

odległym, teraz skupiły się na czymś oddalonym jeszcze bardziej. Na przeszłości. Wyciągnął 
przed siebie rękę, jakby chciał położyć dłoń na czyimś ramieniu.

— Tak, tak. Pamiętam. Powiedziałem: „W ten sposób nie skrzywdzisz mnie, Laurence, ale 

samego siebie. I swoich rodziców”.

— I co się później stało?
Frank opuścił rękę i popatrzył na Sissy ze zdumieniem.
— Nie wiem. Mówię szczerze, nie wiem. Co się stało?
— Laurence  Stepney zastrzelił  cię, Frank. Strzelił  do ciebie  bez ostrzeżenia  z bliskiej 

odległości.

Frank popatrzył na swoją koszulę, jakby się spodziewał, że zobaczy na niej krew.
— I to z tego powodu zapadłem w śpiączkę?
— Nie, Frank. — Sissy urwała na moment. Następne słowa przyszły jej z ogromnym 

trudem. — On cię zabił.

* * *

Frank siedział w całkowitym milczeniu, a Sissy tymczasem opowiadała mu wszystko o 

różach, obrączce i Czerwonej Masce oraz o tym, co przepowiedziały karty DeVane.

— Dlatego zawołaliśmy cię z powrotem, Frank. To jest jedyny sposób, jaki mi przyszedł 

do   głowy,   żeby   ocalić   mnóstwo   ludzi   przed   śmiercią   z   rąk   tych   morderców.   Jednak 
zgodziliśmy się z Trevorem, że jeśli nie będziesz chciał nam pomóc, jeśli zechcesz nadal 
spoczywać w spokoju, uszanujemy twoją wolę i pozwolimy ci powrócić tam, gdzie jest twoje 
miejsce.

Frank uniósł rękę i popatrzył na swoją dłoń.
— Mówisz mi więc, że jestem martwy i to jest ręka martwego człowieka?
— Frank Sawyer, za którego wyszłam, prawdziwy Frank Sawyer, nie żyje, owszem, a jego 

szczątki   spoczywają   na   Morningside   Cemetery   w   New   Milford.   Ale   ty   jesteś   podobizną 
Franka Sawyera. Masz jego wspomnienia, jego charakter i, mam nadzieję, posiadasz też jego 
umiejętności w dziedzinie ścigania przestępców.

— Jestem obrazem?
— Zostałeś wskrzeszony jako obraz. Nie wiemy dokładnie, jak to się odbywa, uważamy 

jednak, że pewna mosiężna obrączka znajdująca się w naszyjniku Molly ma moc ożywiania 
obrazów, które ona maluje.

Frank wstał. Dotknął włosów Sissy i owinął siwy kosmyk wokół palca.
— Fryzura porozwiewana jak zawsze — powiedział. — Nie znałem innej kobiety, która 

nosiłaby włosy w takim nieładzie.

— Kochałam cię, Frank. Bardzo cię kochałam. Kiedy cię zamordowano, to było tak, jakby 

równocześnie zamordowano i mnie.

— Ale jak ja mogę być obrazem? — Frank przesunął palcem po brwi Sissy, dotknął jej 

policzka, a potem ust. — Czy obraz może chodzić, rozmawiać i owijać sobie wokół palca 
twoje włosy?

— Nie wiem. Po prostu nie wiem. Ale znam wiele opowieści o tym, jak ożywają obrazy i 

rysunki.

— To jest szalone — powiedział Frank i potrząsnął głową. — Zawsze uważałem cię za 

szaloną, prawda? I tak bardzo cię kocham za to szaleństwo.

— Zostaniesz i pomożesz nam? — zapytała Sissy. — Czy może jednak chcesz wrócić?
— Umarłem. A teraz żyję znowu. Być może jestem jedynie obrazem, ale przecież czuję się 

sobą. Jak więc sądzisz?

— Obudzę Trevora i Molly, dobrze?

background image

Sissy odwróciła się w kierunku korytarza, który prowadził do ich sypialni, jednak wcale 

nie musiała ich budzić. Trevor i Molly stali w drzwiach, wpatrując się we Franka jak dzieci, 
które właśnie zobaczyły Świętego Mikołaja z workiem prezentów.

— Tato — odezwał się Trevor ochrypłym głosem. — Tato, nie mogę uwierzyć!
Postąpił krok do przodu. Przez krótką chwilę wpatrywali się w siebie — dawno utracony 

ojciec i dorosły syn. Po chwili padli sobie w ramiona i przylgnęli do siebie tak mocno, jakby 
już nigdy nie chcieli się od siebie oderwać.

— To jest cud — powiedział Trevor. — To się naprawdę stało. Cud!
Sissy popatrzyła na Molly i uśmiechnęła się. Żona Trevora ocierała łzy rękawem nocnej 

koszuli.

— Wykonałaś wspaniałą robotę, Molly. Podarowałaś mi Franka, dokładnie takiego, jakim 

go pamiętam.

Molly trzymała w ręce naszyjnik. Teraz podniosła go do oczu.
— Popatrz — powiedziała. — Zobaczyłam, jak błyszczy na moim nocnym stoliku, i od 

razu wiedziałam, że coś musiało się stać.

Kamień w obrączce van Gogha lśnił tak jasno, jakby miał w środku czerwoną żaróweczkę.
— To działa jak twój pierścień, Sissy — rzekła Molly. — Tyle że twój pierścień ciemnieje, 

kiedy ludzie kłamią.

—   Tak   —   odparła   Sissy.   Odebrała   od   niej   naszyjnik   i   przytrzymała   go   przed   twarzą 

Franka.   Obrączka   teraz   zalśniła   w   jego   oczach,   dwiema   bliźniaczymi   czerwonymi 
gwiazdkami. — Czuję, że żyjesz — powiedziała do niego. — I popatrz, im bliżej ciebie, tym 
jaśniejszy blask.

— Może się czegoś napijemy, żeby uczcić to spotkanie? — zaproponował Trevor.
— Przecież jest trzecia nad ranem.
— No i co z tego? Trzymam w lodówce butelkę cuvee napa, jeśli ktoś reflektuje. A mamy 

chyba co uczcić, prawda? — Trevor zawahał się i popatrzył na Franka. — Tato? Wypijesz z 
nami, prawda? To znaczy, mam nadzieję, że możesz pić?

Frank wzruszył ramionami.
— O ile mi wiadomo, to owszem. Czuję się wystarczająco prawdziwy, żeby pić, i chyba 

taki  jestem,  co?  Uważam,  że  mogę  również  jeść. Sissy,  nadal  przyrządzasz  zapiekanki  z 
peklowaną wołowiną?

* * *

Siedzieli   w  salonie   tak   długo,   aż   wreszcie   na   dworze   zaczęło   świtać.   Mimo   że   Sissy 

wiedziała, że „Frank” siedzący przed nią wcale nie jest tym Frankiem, którego pochowała, 
radość, jaką jej dawało oglądanie go i siedzenie obok niego na kanapie, była tak wielka, że jej 
twarzy nie opuszczał uśmiech.

Zasmuciło ją dopiero wspólne odbicie ich twarzy w lustrze, a to dlatego, że Frank był na 

tym odbiciu o wiele młodszy od niej. Dwadzieścia cztery lata wyżłobiły linie wokół jej oczu i 
ust, a na szyi musiała już nosić jedwabną chustę albo duży naszyjnik, żeby ukryć zmarszczki.

— No i co teraz? — zapytał Frank. — Jak mam znaleźć te dwie Czerwone Maski?
— Myślę, że najlepiej zacząć poszukiwania w Giley Building — powiedziała Sissy. — To 

tam Czerwona Maska napadł po raz pierwszy. Już ci mówiłam, że nie potrafiłam wyczuć 
zabójcy, a policyjne psy tropiące nie złapały zapachu. Ale to po tym ataku Molly narysowała 
jego pierwszy portret i uważam za bardzo prawdopodobne, że on ukrywa się właśnie gdzieś w 
budynku.

— A jak ich znajdziemy, co dalej?
— Wymierzymy sprawiedliwość. Nie ma sensu ich aresztować i wsadzać do więzienia. Po 

prostu by zniknęli. Musimy ich zniszczyć. To proste.

background image

Frank dopił wino musujące.
—   Bardzo   dobre   —   powiedział.   —   Jeszcze   nigdy   nie   piłem   czegoś   takiego.   Kto   by 

pomyślał dwadzieścia cztery lata temu, że młody Trevor będzie edukował ojca w zakresie 
wysublimowanych smaków.

— Zacznę od sprawdzenia, czy potrafisz wyczuć, gdzie ukrywają się te Czerwone Maski. 

W końcu ty też jesteś obrazem, tak jak oni, i możesz podążać za nimi do miejsc, do których 
nikt inny nie będzie w stanie się dostać.

— Nie potrafię wróżyć jak ty, Sissy. W poprzednim życiu nigdy nie potrafiłem zrozumieć, 

skąd wiedziałaś, że ktoś wkrótce złoży nam wizytę,  nawet godzinę wcześniej. Albo skąd 
wiedziałaś, że w niedługim czasie wydarzy się coś złego.

— Rozumiem cię, kochanie. Jednak ty zawsze miałeś intuicję i talent do tropienia złych 

ludzi,   prawda?   A  moim   zdaniem   wkrótce   się   przekonasz,   że   po   śmierci   nabyłeś   jeszcze 
dodatkowe zdolności.

Frank odwrócił głowę.
— Coś słyszę — powiedział. — Słyszę to, odkąd się tutaj pojawiłem.
Wstał i podszedł do obrazu Molly przedstawiającego New Milford Green, z kolonialnymi 

domami, szerokimi werandami i żółtymi liśćmi na trawie. Uniósł dłoń i wskazując na obraz, 
powiedział:

— Czuję wiatr, Sissy. Słyszę przejeżdżające samochody i rozmawiających ludzi.
Odwrócił się do niej, ale zaraz się zachwiał i ugięły się pod nim kolana. Złapał za oparcie 

jednego z kuchennych krzeseł, jednak upadł na podłogę, a krzesło przewróciło się na niego.

— Frank! — zawołała Sissy i uklękła obok niego. — Frank, nic ci nie jest?
Frank   popatrzył   na   nią.   Źrenice   jego   oczu   były   bardzo   małe,   jakby   wpatrywał   się   w 

jaskrawe światło.

— Już wszystko dobrze, chyba już dobrze. Zabawne… Przez sekundę nie wiedziałem, 

gdzie jestem.

Sissy ujęła go za rękę, uniosła ją ku swoim ustom i pocałowała obrączkę ślubną na jego 

palcu.

— Gdziekolwiek jesteś, Frank, zawsze będziesz ze mną. Zawsze.

Zabawa w chowanego

Detektyw Kunzel siedział przy kontuarze baru w Hathaway’s, restauracji utrzymanej w 

stylu lat pięćdziesiątych. W najlepsze zajadał na śniadanie jajecznicę. Kelnerka miała właśnie 
go   zapytać,   czy   życzy   sobie   dodatkową   porcję   masła   jabłkowego,   kiedy   zadzwonił   jego 
telefon komórkowy.

— Kunzel — powiedział do słuchawki.
— Życzę smacznego, detektywie. — W telefonie rozległ się chrapliwy szept Czerwonej 

Maski. — To może być twoje ostatnie śniadanie, jeśli nie będziesz ostrożny. Ostatni posiłek 
potępionego detektywa.

— Czego chcesz, ty morderco, ty śmieciu?! — zawołał detektyw Kunzel tak gwałtownie, 

że starszy mężczyzna, siedzący niedaleko niego, aż się poderwał z barowego stołka.

— Nie chodzi wcale o to, czego ja chcę. Przecież i tak wszystko dostaję, prawda? A pragnę 

w końcu tylko zemsty, nazywając rzecz po imieniu. Nie,, detektywie, teraz porozmawiamy o 
tym, czego ty chcesz.

— Mów dalej — powiedział detektyw Kunzel i odłożył widelec na talerz. Nagle stracił 

cały apetyt.

— Chcesz mnie, prawda? Chcesz mnie widzieć zakutego w kajdanki i zamkniętego w celi, 

a   potem   postawionego   przed   sądem   i   skazanego   na   śmierć.   Chcesz   zobaczyć   mnie   w 

background image

Mansfield, prawda? W Mansfield, z igłą w ramieniu.

— Dobrze to ująłeś. Nie zakładam jednak naiwnie, że się poddasz i sam się zgłosisz na 

policję.

—   Oczywiście.   Przecież   nie   jestem   głupcem.   Ale   sprawiedliwość   to   sprawiedliwość, 

detektywie. Zawsze trzeba dać jej szansę i dlatego ja tobie daję szansę na uchwycenie mojego 
tropu.

— A niby dlaczego? — zapytał detektyw Kunzel. Machnął ręką na kelnerkę, która do 

niego podeszła, i powiedział: — Nie, dziękuję.

— Może jestem znudzony? A może oprócz zemsty szukam także dreszczyku emocji w 

zmaganiach   z   tobą?   Może   zabijanie   tych   wszystkich   niewinnych   ludzi   jest   zbyt   łatwe? 
Przecież to jest prawie tak, jakbym strzelał do ryb w beczce.

— Więc tego właśnie chcesz?
— Możesz nie przyjąć mojej oferty, detektywie. Ale będziesz miał tylko jedną szansę. 

Potem znowu się zaczną masakry. Nie ma spoczynku dla przeklętych, pamiętaj. Ani litości 
dla niewinnych.

—  Jasne,   panie   Masko  —   powiedział   detektyw   Kunzel.   —  Jaka   jest   właściwie   twoja 

propozycja?

—   Znajdziesz   mnie   dokładnie   w   południe   na   wielopoziomowym   parkingu   przy   Giley 

Building.   Weź   ze   sobą   mnóstwo   policjantów,   by   udzielili   ci   wsparcia,   bo   będziesz   go 
potrzebował.

Wypowiedziawszy   te   słowa,   Czerwona   Maska   rozłączył   się.   A   detektyw   Kunzel 

natychmiast wystukał na telefonie numer porucznika Bookera w komendzie miejskiej.

* * *

Zatrzymali samochód po drugiej stronie ulicy przed Giley Building i wyszli na chodnik. 

Mimo   że   dochodziło   już   południe,   ulica   była   skryta   w   cieniu,   a   powietrze   zdawało   się 
nienaturalnie chłodne.

— Nie mógł wybrać bardziej ponurego miejsca, nie sądzisz? — zapytał detektyw Bellman, 

patrząc w górę, na ośmiopiętrowy parking.

Parking zbudowany został pod koniec lat pięćdziesiątych i przewidziany był do zburzenia 

natychmiast, kiedy opustoszeje Giley Building. Jego budulec stanowił szary beton, obecnie 
brzydki, pokruszony, z licznymi ciemnymi zaciekami na ścianach. Boki każdego piętra były 
otwarte, jednak zabezpieczono je, zardzewiałą już teraz, stalową siatką.

Trzy samochody policyjne parkowały już na Race Street, a kolejnych dwanaście miało 

przyjechać   w   ciągu   kilku   minut,   z   wyłączonymi   światłami   i   syrenami.   Policja   szczelnie 
otoczyła kordonem kwartał składający się aż z sześciu przecznic, pomiędzy Elm i Vine Street 
oraz od Siódmej Ulicy na południe aż do Trzeciej.

— Nadjeżdża  kawaleria   — powiedział  detektyw   Kunzel,   ujrzawszy  dwie  furgonetki   z 

oddziałami antyterrorystycznymi, wyjeżdżające zza rogu.

Bezpośrednio za nimi podążały srebrne, lśniące samochody osobowe, wiozące agentów 

FBI.   Z   północnego   wschodu   dobiegał   odgłos   rotorów   policyjnego   helikoptera.   Na   jego 
pokładzie znajdowali się dwaj strzelcy wyborowi, ale załoga maszyny miała rozkaz trzymać 
się   w znacznej   odległości   od  centrum  wydarzeń   tak  długo,  dopóki   Czerwona  Maska  nie 
znajdzie się na płaskim dachu wielopoziomowego parkingu.

Do detektywów podeszli dwaj agenci FBI. Jeden z nich był wysoki i miał szerokie ramiona 

oraz sterczący podbródek. Jego zaczesane do tyłu czarne włosy przywodziły na myśl Jacka 
Lorda z pierwszych odcinków  Hawaii Five–O. Drugi agent był czarnoskóry i miał głowę 
ogoloną na zero oraz skoczny chód człowieka, który wstaje codziennie o piątej rano i poddaje 
się morderczemu treningowi biegowemu.

background image

— Agent Morrison, agent Greene. — Detektyw Kunzel przedstawił ich Bellmanowi.
Agent specjalny Morrison popatrzył na parking.
— Co więc tu się właściwie dzieje, detektywie? Porucznik Booker powiedział nam, że ten 

narwaniec wyznaczył panu tutaj spotkanie.

— Zgadza się. Powiedział mniej więcej tyle, że już się znudził zabijaniem bezbronnych 

ludzi i szuka nowych wrażeń.

— Mówi pan tak, jakby jednak chodziło tylko o jednego sprawcę.
— Wiem. Ale jestem pewien, że przez cały czas wydzwania do mnie ten sam człowiek. I 

stanowczo twierdzi, że nie ma żadnego wspólnika.

Agent specjalny Morrison popatrzył na agenta specjalnego Greene’a.
— No i co, uwierzyłbyś?  Przez tyle  lat mam do czynienia  ze schizofrenikami, którzy 

całkiem poważnie uważają, że są dwoma różnymi osobami. Po raz pierwszy trafiam na dwóch 
różnych ludzi wmawiających policji, że istnieje tylko jeden.

— Może mamy do czynienia z bliźniakami? — zasugerował agent specjalny Greene. — 

Czasami tacy ludzie potrafią doskonale zsynchronizować swoje ruchy. Sam rozumiesz, jeden 
z nich wali młotkiem we własny kciuk, a drugi w tym samym momencie woła „o kurwa!”

Detektyw Kunzel wydmuchał nos.
— Niezależnie od tego, jaka jest prawda, ci faceci nie kierują się logiką, najwyraźniej nie 

mają motywów i właściwie wszystko wskazuje na to, że zabijają ludzi po prostu dla zabawy. 
Pamiętajcie jednak, co powiedziałem, kiedy wprowadzałem was w sprawę: abstrahując od 
tego, ile istnieje tych Czerwonych Masek, wszyscy ci faceci potrafią zjawiać się i znikać 
niezauważeni i nie mają żadnych skrupułów, bez litości atakują, kogo popadnie.

— Jasne, detektywie. Dzięki. Miejmy nadzieję, że dokończymy tę sprawę za pana.
Dwa   oddziały   antyterrorystów,   każdy   złożony   z   dziesięciu   funkcjonariuszy,   opuściły 

furgonetki i zebrały się przed ścianą parkingu. Wejście do środka było niskie, zwieńczone 
betonowym  łukiem,  na którym  widniał  napis G LEY BI D G PAK ING. Tuż  za ścianą 
ustawiona była biało–czerwona budka, w której zwykle siedział dozorca i pobierał opłaty. Za 
budką betonowa rampa skręcała w lewo. Jej nawierzchnia aż lśniła od wielu lat bezustannego 
używania.

— Dlaczego mam takie cholernie złe przeczucie? — zapytał głośno detektyw Bellman, 

kiedy jeden z oddziałów antyterrorystów ruszył rampą do góry. Gumowe podeszwy butów, w 
które   wyposażeni   byli   funkcjonariusze,   aż   zapiszczały   na   wyślizganym   asfalcie.   Drugi 
oddział rozdzielił się i ruszył w prawo: czterech ludzi w kierunku wind, a sześciu w kierunku 
schodów.

— Zaczynasz gadać jak pani Sawyer — zauważył detektyw Kunzel. — Na każdym kroku 

węszysz   jakieś   irracjonalne   problemy.   Zapewniam   cię,   że   całą   tę   działalność   Czerwonej 
Maski da się logicznie wytłumaczyć, niezależnie od tego, czy morderca jest jeden, czy też jest 
ich dwóch. — Wciąż jednak przychodziły mu na myśl ostatnie słowa Sissy: „Proszę uważać, 
bo myśliwi mogą skończyć jako zwierzyna”. Oddziały antyterrorystów dotarły do pierwszego 
poziomu parkingu. Jeden z funkcjonariuszy podszedł do zardzewiałej siatki i krzyknął:

— Pierwsze piętro puste!
Usłyszawszy te słowa, dwaj agenci FBI natychmiast wyjęli spod marynarek pistolety i 

weszli na parking. Skierowali się rampą na pierwsze piętro.

— My też wejdziemy? — zapytał detektyw Bellman.
— Nie ma potrzeby, przynajmniej na razie. Ci faceci znają się na swojej robocie.
— Poziom drugi czysty! — usłyszeli z radiotelefonu detektywa Bellmana.
Poczekali kilka minut, po czym usłyszeli znowu:
— Poziom trzeci czysty.
—   Czerwonej   Maski   raczej   tam   nie   ma   —   powiedział   detektyw   Bellman.   — 

Prawdopodobnie obserwuje nas z jakiegoś biurowca po drugiej stronie ulicy i śmieje się do 

background image

łez.

—   Winda…   Zepsuła   się   winda   —   dobiegł   z   radiotelefonu   inny   głos.   Po   chwili 

kontynuował: — Jesteśmy unieruchomieni pomiędzy szóstym a siódmym poziomem.

— Cholera jasna — zaklął detektyw Kunzel.
Cisza w radiotelefonie zdawała się trwać wieczność. Wreszcie urządzenie ożyło.
— Potrzebujemy technika, żeby nas stąd wydostał. Sami próbowaliśmy już wszystkiego. 

Przycisk bezpieczeństwa chyba jest odłączony. Ktoś pociął prawie wszystkie cholerne druty. 
— Kolejna cisza, po czym głos rozległ się znowu. — Drzwi są zakleszczone. Nie możemy ich 
otworzyć. Jesteśmy tu uwięzieni.

— On tutaj jest, Freddie! — warknął detektyw Kunzel. — Czerwona Maska gdzieś tutaj 

jest! Za mną!

Przebiegli   przez   ulicę   i   skierowali   się   na   parking.   Jednak   zanim   wbiegli   do   środka, 

zadzwonił telefon detektywa Kunzela.

— Tu Kunzel. Czy to ty?
— Czekam na ciebie, detektywie. Mimo wszystko myślałem, że do ostatniej rozgrywki 

staniemy tylko my dwaj — ty i ja.

— Stanę z tobą twarzą w twarz, kiedy zechcesz. Powiedz mi tylko, gdzie jesteś?
— Przykro mi, detektywie. Sam będziesz musiał mnie znaleźć. W samo południe. Taki 

tytuł nosił pewien film, prawda?

Kunzel i Bellman wbiegli na parking. Śmierdziało tu olejem, kurzem i starym betonem; 

nieludzkie zapachy. Jednak najbardziej zaskakująca była absolutna cisza, jaka tu panowała. 
Słychać było tylko kapanie wody z jakiejś rynny i szelest gazety, którą podmuchy wiatru 
gnały po parkingu.

— Którędy? — zapytał detektyw Bellman. Stał na ugiętych nogach, trzymając przed sobą 

automatycznego SIG–Sauera.

— Nie wiem. Wbiegnijmy na razie na drugi poziom i sprawdźmy, co się dzieje.
Ostrożnie ruszyli rampą do góry. Zatrzymali się dopiero na drugim poziomie. Stał tu tylko 

samochód, trzynastoletni buick kombi, pokryty grubą warstwą kurzu.

— Może powinniśmy iść schodami?
— Nie wiem, człowieku. I w ogóle mi się to nie podoba. Dlaczego tu jest tak cicho? 

Przecież  w całym  budynku  przebywa  niby dwudziestu  antyterrorystów,  a pusto  tu jak w 
jakimś pieprzonym kościele.

Detektyw Kunzel pociągnął nosem.
— Może już namierzyli Czerwoną Maskę i teraz siedzą cicho, bo nie chcą zdradzić swojej 

pozycji?

— Naprawdę w to wierzysz?
— Nie wiem, w co wierzyć. Jednak niczego się nie dowiemy, dopóki nie wejdziemy na 

samą górę i się nie rozejrzymy, prawda?

Podeszli   do   drzwi,   które   prowadziły   na   klatkę   schodową.   Kiedy   detektyw   Kunzel   je 

otworzył, usłyszeli krzyki i odgłosy szamotaniny dobiegające z jednego z wyższych pięter. 
Potem   rozległ   się   przeciągły   wrzask.   Detektywi   popatrzyli   w   górę,   pomiędzy   filarami   z 
ciemnego betonu, a potem po sobie.

— Jezu Chryste — jęknął Kunzel.
Słyszał już w życiu ludzkie krzyki: osób postrzelonych, ugodzonych nożem, płonących 

żywcem i takich, którym łamano ręce i na których płonęła benzyna. Ale takiego krzyku, jak 
przed   chwilą,   nie   słyszał   jeszcze   nigdy   w   życiu.   Początkowo   był   to   przenikliwy   falset 
przerażonego człowieka błagającego o litość, który niemal natychmiast przeszedł w agonalne 
wycie.

Po chwili wycie nagle się urwało.
Kunzel odpiął od paska radiotelefon.

background image

— Kontrola?   Tu Kunzel.  Do  cholery,   co  się dzieje?   Jesteśmy  w budynku   i  słyszymy 

wrzaski, które dobiegają z wyższych poziomów.

Radio zatrzeszczało i po chwili dało się usłyszeć:
— …sygnał… nie… natychmiast wycofać…
— Kontrola? Źle cię słyszę! Co tam się dzieje?
— …widzę kto…
Radio znowu zaskrzeczało i zamilkło. Kunzel potrząsnął nim, ze złością trzasnął je otwartą 

dłonią, ale już nie zadziałało.

— Cholerne chińskie gówno. Spróbuj swojego — powiedział do Bellmana.
Bellman   spróbował   uruchomić   swoje   radio.   Włączył   je,   kilkakrotnie   energicznie   nim 

potrząsał,   przez   kilkanaście   sekund   uważnie   wsłuchiwał   się   w   głośnik,   ale   po   chwili 
zrezygnowany jedynie potrząsnął głową.

— Chyba słyszałem, jak ktoś krzyczy, ale to było zupełnie niezrozumiałe.
— Coś się musiało spieprzyć w akcji — powiedział Kunzel. — Powinniśmy biec na górę.
— Naprawdę uważasz, że to dobry pomysł? Przecież tam są antyterroryści i dwóch ludzi z 

FBI. Myślisz, że sobie nie poradzą z takim psycholem jak Czerwona Maska albo nawet z 
dwoma psycholami?

—   A   może   jest   ich   trzech?   —   odparł   Kunzel.   —   Zresztą   nieważne,   niczego   się   nie 

dowiemy, jeśli sami tego nie sprawdzimy.

Mimo to poczuł, że nagle ogarnia go strach. Oddziały antyterrorystyczne z Cincinnati są 

doskonale wyszkolone i mają opinię jednych z najlepszych w kraju. Uzbrojone są w karabiny 
Colt, automatyczne pistolety marki Glock oraz strzelby,  które strzelają gazem łzawiącym. 
Dysponują także granatami oszałamiającymi i paralizatorami, przenoszącymi prąd o napięciu 
pięćdziesięciu  tysięcy  woltów.  Tymczasem  Kunzel  do  tej  chwili   nie  usłyszał   przez  radio 
komunikatu, by kogoś aresztowali. Nikt ani razu nie strzelił, dowódca akcji nie przekazał 
żadnej informacji. Jedynym sygnałem, że coś się dzieje, był zapierający dech w piersiach 
wrzask, po którym panowała już tylko cisza.

— Może powinniśmy wezwać więcej wsparcia? — zapytał Bellman.
Kunzel znowu włączył radio. Podobnie jak przed chwilą Bellman, odniósł wrażenie, że 

słyszy ciche, odległe głosy, słabe jak bzyczenie muchy. Tak jakby ktoś szeptał do mikrofonu, 
jednak słów nie sposób było zrozumieć.

— Kontrola — powtórzył do mikrofonu. — Kontrola, słyszysz mnie? Kontrola?
Na jego wezwania nikt nie zareagował.
— Człowieku, po prostu nie możemy tu złapać sygnału — stwierdził detektyw Bellman. 

— Te mury mają pewnie po sześć stóp grubości.

— Pewnie masz  rację. — Detektyw  Kunzel znowu popatrzył  w górę. — Wróćmy na 

zewnątrz.

Znajdowali się mniej niż w połowie rampy na pierwsze piętro, kiedy usłyszeli kolejny 

wrzask,   równie   przeraźliwy   jak   poprzednio   i   jeszcze   wyższy,   jak   finałowe   tony 
najważniejszej   arii   w   jakiejś   okropnej   operze.   Wrzask   rozbrzmiał   wśród   betonu 
zwielokrotnionym   echem,   a   zakończył   go   grzmot,   który   brzmiał   raczej   jak   trzaśnięcie 
drzwiami niż jak strzał z broni palnej.

Detektyw Kunzel wyciągnął broń i zawrócił biegiem do góry. Jego brzuch podskakiwał 

pod brązową koszulą w kratę. Bellman niechętnie pobiegł za nim.

Kiedy znaleźli się przy końcu rampy, detektyw Kunzel krzyknął:
— Tu policja! Policja! Detektywi Kunzel i Bellman! Na Boga, co tam się dzieje? Panowie! 

Niech   się   odezwie   dowódca   antyterrorystów!   Słyszycie   mnie?   Sierżancie   Rookwood! 
Kenneth! Agencie specjalny Morrison!

Nikt mu nie odpowiedział. Przez chwilę słyszał jakiś dziwny odgłos, jakby drapanie, a 

potem znowu zapanowała absolutna cisza.

background image

— Jezu — mruknął Kunzel i pobiegł w kierunku schodów.
— Mike! To nie jest dobry pomysł! — zawołał za nim Bellman.
Kunzel otworzył drzwi na klatkę schodową. Ciężko dyszał, a na czoło wystąpiły mu krople 

potu.

— Przecież coś złego dzieje się z naszymi ludźmi, Freddie. Jak myślisz, co w tej sytuacji 

powinienem robić?

— Daj spokój, Mike. Jeżeli Czerwona Maska zabił antyterrorystów i tych dwóch agentów 

FBI, dlaczego i my mielibyśmy iść na pożarcie?

— Taka już nasza praca, Freddie. Musimy bronić ludzi, którzy są w niebezpieczeństwie. 

„Chronić i służyć”, już nie pamiętasz?

— Pamiętam, oczywiście, ale przecież nikt nie kazał nam popełniać samobójstwa. Kto 

pierwszy powiedział mi, żebym nigdy nie pakował się bez wsparcia w sytuację, w której 
mógłbym zginąć?

— Więc co według ciebie mamy zrobić, Freddie? Wrócić na ulicę i wołać o dodatkowe 

wsparcie, gdy tymczasem tutaj giną nasi ludzie?

—  Na   miłość   boską,   Mike!  Przecież   nawet   nie   wiesz   na   pewno,  czy  giną!   Nie   masz 

żadnego pojęcia, co się dzieje na górze!

— A jak to brzmi, Freddie? Ludzie tak wrzeszczą tylko w obliczu śmierci. Nie mów, że nie 

pamiętasz tego młodego chłopaka na Walnut Street, tego, którego zmiażdżył autobus. Biegnę 
na górę i nie możesz nic zrobić, żeby mnie przed tym  powstrzymać.  A jeśli jeszcze coś 
powiesz, i tak cię nie posłucham.

Po tych słowach złapał za barierkę i ruszył po schodach do góry.
Detektyw Bellman jeszcze przez chwilę się wahał, po czym krzyknął:
— Biegnę po wsparcie, dobrze?
— Dobrze, dobrze! Rób, do cholery, co ci się podoba!

Ludzka padlina

Detektyw Kunzel dotarł na następny poziom parkingu i kopniakiem otworzył drzwi. Przez 

chwilę nasłuchiwał i czekał. Nic się nie działo. Żadnego odgłosu, poza kapaniem wody i 
cichym   szumem   dobiegającym   z   klatki   schodowej,   jakby   cała   konstrukcja   była   starym 
człowiekiem dogorywającym na raka i wydającym z siebie ostatnie tchnienia.

Wysunął głowę przez próg. Szybko spojrzał w lewo i w prawo. Odbezpieczony i gotowy 

do strzału pistolet trzymał w obu rękach.

— Czerwona Masko! — krzyknął głuchym głosem.
Wciąż nic.
—   Agencie   specjalny   Morrison!   Agencie   specjalny   Greene!   Czekał   i   czekał,   ale   nie 

otrzymał żadnej odpowiedzi.

Ciężko dysząc, zaczął pośpiesznie wchodzić po schodach na kolejny poziom parkingu. 

Jego  buty  szurały  na  betonie,  przypominając  odgłos  jadącego   pociągu.   Żałował,   że  zjadł 
obfite śniadanie. Czuł ucisk w piersiach, a w uszach słyszał szum własnej krwi.

Pozostało mu do przejścia jeszcze jedno piętro, kiedy usłyszał kolejny krzyk, pełen udręki. 

Zatrzymał się, nasłuchując. Z trudem łapał oddech. Mimo że konstrukcja budynku niemal nie 
pozwalała określić, z jakiego kierunku docierał krzyk, czuł, że jego źródło znajduje się gdzieś 
bardzo blisko.

Boże, ocal tego człowieka, ktokolwiek to jest. I mnie również ocal. Rozmyślał tak, bo 

wiedział,   że   nie   może   się   już   zatrzymać.   Mógłby,   co   prawda,   zaczekać   teraz   na   klatce 
schodowej, aż Bellman sprowadzi posiłki, ale gdyby tak postąpił i później przekonał się, że 
kontynuując akcję, ocaliłby kogoś od śmierci, do końca życia nie mógłby spojrzeć sobie w 

background image

oczy w lustrze.

Kontynuował wspinaczkę.
— Idę, ty draniu — powtarzał. — Nadchodzę, draniu. Nadchodzę… ty… draniu.
Dotarł do następnego poziomu. Wyciągnął z kieszeni wielką czerwoną chusteczkę. Starł 

nią pot z czoła, wytarł ręce i rękojeść pistoletu. Przeżegnał się, mimo że przecież nie był 
katolikiem. Pomyślał, że to na wszelki wypadek. Otworzył drzwi i wszedł, stąpając po betonie 
na ugiętych nogach niczym instruktor walca. Machnął pistoletem na lewo, na prawo, i znowu 
na lewo, w każdej chwili gotów do oddania strzału.

W pierwszej chwili pomyślał, że także to piętro jest opustoszałe. Nie było ani jednego 

samochodu,   a   na   wszystkich   miejscach   postojowych   po   prawej   stronie   walały   się   puste 
kartony   i   rulony   jakiegoś   strasznie   zniszczonego   zielonego   dywanu   przeznaczonego   na 
schody.

Odczekał kilka sekund i wreszcie powoli ruszył. Minąwszy klatkę schodową, skierował się 

na główny plac do parkowania, nadal stąpając ostrożnie, wciąż z pistoletem wymierzonym 
przed siebie i gotowym do strzału. Kiedy wyjrzał za róg, zamarł, a treść żołądka podskoczyła 
mu do gardła, jakby nagle stanął na krawędzi jakiegoś wysokiego budynku.

Z rur pod sufitem zwisały poszarpane ciała członków oddziału antyterrorystycznego — 

wszystkich   dziesięciu   —   oraz   dwóch   agentów   FBI.   Ich   głowy   w   jakiś   sposób   zostały 
wciśnięte w wąskie przestrzenie pomiędzy rurami a betonowym sufitem, po czym reszta ich 
ciał została dosłownie porozrywana na strzępy. Można było odnieść wrażenie, że każdy z 
funkcjonariuszy otrzymał przynajmniej sto ciosów nożem.

Kunzel   znowu   spróbował   uruchomić   radiotelefon,   jednak   słychać   było   tylko   trzaski. 

Powoli znów ruszył po betonie, na ugiętych nogach, wysoko trzymając pistolet gotowy do 
strzału.   Patrzył   na   każde   zwłoki,   które   mijał,   jednak   nie   chciał   przyglądać   się   im   zbyt 
dokładnie.   Niektóre   były   potwornie   okaleczone;   z   rozprutych   brzuchów   wypłynęły 
wnętrzności i lśniącymi  pętlami  zwisały pomiędzy udami nieszczęśników. Większość ciał 
wciąż krwawiła.

Odniósł   wrażenie,   jakby  przechodził   przez   spiżarnię   jakiegoś   strasznego   mięsożernego 

potwora. Znowu się przeżegnał, jednak tym razem bardziej prosząc o boską ochr°’ nę, jeśli 
coś takiego istniało, niż z szacunku dla zmarłych

— Czerwona Masko! — zawołał. Chciał, żeby jego głos zabrzmiał groźnie, jednak to, co 

wydobywał   z   gardła,   było   jedynie   piskliwym   krzykiem.   —   Czerwona   Masko!   Gdzie   się 
chowasz, ty sadystyczny łotrze?

Musiał   lekko   skręcić,   żeby   ominąć   wiszące   zwłoki   agentów   specjalnych   Morrisona   i 

Greene’a.   Twarz   Morrisona   była   tak   strasznie   okaleczona,   że   rozpoznał   agenta   tylko   po 
ciemnym garniturze i starannie wypastowanych butach.

— Czerwona Masko! Wyłaź i pokaż się! A może jesteś cholernym tchórzem?
Przeszedł przez plac do parkowania i skierował kroki ku windzie.
— Czerwona Masko! Chciałeś mnie zobaczyć, prawda? Więc oto jestem!
Kiedy skręcił za róg, aż podskoczył z przerażenia i niemal strzelił. Na białej otynkowanej 

ścianie,   dokładnie   naprzeciwko   siebie,   zobaczył   naturalnej   wielkości   rysunek   Czerwonej 
Maski. Zabójca w obu rękach trzymał  ociekające krwią noże rzeźnickie. Jego twarz była 
szkarłatna i uśmiechał się triumfująco.

Detektyw  Kunzel  wykonał  zwrot na pięcie,  spodziewając się, że prawdziwy napastnik 

zaatakuje go z tyłu, jednak za jego plecami nikogo nie było. Podszedł więc do rysunku na 
ścianie,   z   mieszaniną   konsternacji   i   strachu.   Kto   to,   do   diabła,   namalował,   i   dlaczego? 
Rysunek był wykonany tak starannie, że sylwetka Czerwonej Maski wyglądała na nim jak 
żywy człowiek.

— Czerwona Masko! — krzyknął jeszcze raz.
— Szukasz mnie? — usłyszał niespodziewanie za plecami ochrypły głos.

background image

Znowu   się   odwrócił.   Czerwona   Maska   stał   zaledwie   kilka   stóp   od   niego,   ubrany   w 

czerwoną koszulę i czarny garnitur. Jego twarz była jeszcze bardziej czerwona, niż Kunzel 
mógł   to   sobie   wyobrazić,   i   strasznie   błyszczała.   Oczy   mordercy   były   jedynie   wąskimi 
czarnymi otworami, jakby je ktoś wyżłobił w twarzy ostrym nożem.

Mimo że był bardzo blisko, jego sylwetka zdawała się falować, jakby znajdowała się pod 

taflą niespokojnej wody, albo za warstwą gorącego powietrza.

Kunzel odchrząknął, po czym powiedział:
—   Wyciągnij   noże   z   kieszeni,   bardzo   powoli,   a   potem   pchnij   je   po   ziemi   w   moim 

kierunku.

Czerwona   Maska   uniósł   obie   ręce   do   góry,   z   rozczapierzonymi   palcami,   niczym 

prestidigitator.

— Nie mam żadnego noża, detektywie. Czyżbyś nie widział?
—   Odchyl   poły   marynarki.   Spokojnie   i   powoli.   Czerwona   Maska   wykonał   polecenie. 

Detektyw Kundel nie dostrzegł żadnego noża.

— W porządku… Teraz połóż się na betonie. Płasko, twarzą w dół. Rozłóż szeroko ręce i 

nogi.

—   Co   to,   to   nie,   detektywie.   Przyszedłem   tutaj,   żeby   z   tobą   porozmawiać,   a   nie   się 

poddawać. Rozejrzyj się dookoła. Jeszcze nie skończyłem mojej pracy. Do tego jest jeszcze 
daleko.

— Liczę do trzech i masz pocałować beton. Jeśli doliczę do trzech, a ty tego nie zrobisz, 

zastrzelę cię, przysięgam.

— Jeśli to zrobisz, nie dowiesz się przecież, w jaki sposób zdołałem zrobić siekane mięso z 

twoich kumpli. Popatrz tylko na nich, detektywie. Dwunastu mężczyzn, jeszcze niedawno 
pełnych życia. Wszyscy byli bardzo odważni. Nawet bohaterscy. I uzbrojeni po zęby. W jaki 
sposób jeden człowiek zdołał powywieszać ich pod sufitem, niczym półtusze wołowe? Jeden 
człowiek przeciwko nim wszystkim. Jeśli znasz odpowiedź na to pytanie, detektywie, możesz 
się nie wahać i natychmiast mnie zastrzelić. Ale jeśli jej nie znasz, lepiej posłuchaj, co ci mam 
do powiedzenia, i to posłuchaj bardzo uważnie.

— Jeden — powiedział Kunzel ostrzegawczym tonem. — Dwa.
— Nie zastrzelisz mnie, detektywie, a to z tego powodu, że jesteś przekonany, iż moich 

postaci jest więcej, przynajmniej dwie, a może jeszcze więcej. Nie uwierzysz, nawet jeśli ci 
przysięgnę, że tak nie jest, prawda? No bo jeśli jest nas więcej, dwóch, trzech, a może pięciu? 
Jeśli teraz mnie zastrzelisz, skąd się dowiesz, czy oni istnieją naprawdę, gdzie teraz są i co 
zamierzają?

— Trzy — powiedział detektyw Kunzel. — Koniec.
Czerwona Maska podniósł obie ręce wysoko do góry — nie był to jednak gest poddania, 

lecz raczej irytacji.

— Detektywie, nie masz zielonego pojęcia, przeciwko czemu stajesz. Absolutnie żadnego 

pojęcia. Pozwól, że ci cos powiem: cokolwiek teraz zrobisz, czy naciśniesz spust czy nie, 
ulice  Cincinnati  i   tak  spłyną  krwią,   a  ludzie  będą   w niej  broczyć   po  kostki.  I  nie   masz 
absolutnie żadnej możliwości, żeby temu zapobiec. Cholera, absolutnie żadnej.

Kunzel   zawahał   się.   Wiedział,   że   Czerwona   Maska   ma   rację.   Gdyby   go   w  tej   chwili 

zastrzelił, bez odpowiedzi pozostałoby zbyt wiele zasadniczych pytań, a zginęłoby zapewne 
jeszcze więcej niewinnych ludzi.

— Więc co chcesz mi powiedzieć? — zapytał.
— Staram się oddać ci przysługę, detektywie. Nigdy mnie nie dopadniesz, nigdy mnie nie 

dotkniesz, chociażbyś nie wiadomo jak bardzo się starał. Więc przestań marnować swój czas i 
cenne   środki.   Przestań   narażać   swoich   ludzi   na   pewną   zgubę.   Czy   wiesz,   ile   kosztuje 
wyszkolenie funkcjonariusza policji? I popatrz, co z tych funkcjonariuszy zostało! Martwe 
mięso, co do sztuki! — Postąpił kilka kroków w kierunku Kunzela. Jego głos przeszedł w 

background image

szept. — Pewnego dnia mogę poczuć, że sprawiedliwości stało się zadość i że moja żądza 
zemsty  została  zaspokojona. Dobre  słowo, co?  „Zaspokojona”.  Ale  ten  dzień  jeszcze   nie 
nadszedł. Mówię ci to z przykrością, to nie nastąpi ani dziś, ani jutro.

Załatw go! — rozległ się głos w głowie detektywa Kunzela. Ale w tym samym momencie 

usłyszał za sobą dziwaczny dźwięk, jakby ktoś przedzierał na pół wielką płachtę papieru. 
Odwrócił się, niemal tracąc przy tym równowagę, ale uczynił to w porę, by zobaczyć, jak 
rysunek   Czerwonej   Maski  zstępuje   ze   ściany.   Wyglądało   to   tak,   jakby  Czerwona   Maska 
wszedł na parking przez jakieś niewidzialne drzwi.

Obie jego ręce uniesione były wysoko do góry i detektyw Kunzel dostrzegł w nich błysk 

ostrzy upstrzonych rdzawymi plamami krwi.

Strzelił. Huk wystrzału na parkingu był ogłuszający. Od ścian poodpadały kawałki cegieł, 

a kula odbiła się od jednej z nich z ponurym świstem.

Znowu   strzelił,   z   bardzo   bliska,   i   tym   razem   trafił   Czerwoną   Maskę   w   samą   klatkę 

piersiową. Odwrócił się w kierunku pierwszej Czerwonej Maski i krzyknął:

— Na ziemię! Natychmiast!
Tamten jednak tylko się do niego uśmiechnął i pozostał w miejscu. Tymczasem drugi 

osobnik zaszedł go od tyłu i dźgnął nożem, najpierw w ramię, a następnie w głowę, tuż za 
uchem. Kunzel poczuł, jak ostrze wbija mu się w czaszkę.

Uniósł rękę, żeby się bronić przed ciosami, jednak Czerwona Maska pchnął go jednym 

nożem w łokieć, a drugim w tył ręki, w której trzymał pistolet. Detektyw poczuł, jak ciepła 
krew tryska mu na twarz.

Spróbował strzelić jeszcze raz, ale nóż, który dźgnął go w łokieć, pozrywał też ścięgna. 

Jego palce rozwarły się i pistolet poleciał na ziemię.

Napastnik uderzał raz za razem, Kunzel jednak ignorował ciosy i nawet gdy przebijały mu 

dłonie, zdołał odepchnąć od siebie Czerwoną Maskę. Pierwsza Czerwona Maska robił uniki, 
lecz blokował mu swobodę ruchów.

— Chcesz nas opuścić, detektywie? Tak szybko? Przecież dopiero zaczynamy się dobrze 

bawić!

Otrzymał kolejne uderzenie z tyłu — jedno w ramię, a drugie pomiędzy żebra. Upadł na 

kolana, jednak zanim druga Czerwona Maska zdołał mu zadać kolejny cios, wykonał nagły 
unik i mimo ogromnego bólu, w konwulsjach skrajnej wściekłości, podniósł się z ziemi.

Zderzył się z pierwszą Czerwoną Maską i odepchnął go na bok. Następnie ruszył biegiem 

przez parking, klucząc pomiędzy zwisającymi z sufitu zwłokami i betonowymi filarami. Już 
od lat nie biegł tak szybko, jednak był zdecydowany, że ani nie pozwoli się zasztyletować na 
śmierć, ani powiesić pod sufitem.

Słyszał własny ciężki oddech, tak jakby pochodził on od kogoś biegnącego tuż za nim. 

Widział krople krwi padające na beton tuż przed nim, przy każdym jego kroku.

Matka nie urodziła mnie po to, żebym zginął w taki sposób. A ojciec nie zabierał mnie na 

mecze   baseballowe   po   to,   żebym   tak   skończył.   Przecież   nie   poszedłem   do   akademii 
policyjnej, żeby w ten sposób umrzeć. Chcę wyzionąć ducha we własnym łóżku, otoczony 
przez rodzinę, kiedy przez zasłony na oknach będą jeszcze prześwitywały ostatnie promienie 
wieczornego słońca.

Dotarł do drzwi prowadzących na schody i otworzył je szarpnięciem. Obejrzał się do tyłu i 

zobaczył,   że   druga   Czerwona   Maska   już   go   nie   ściga,   lecz   stoi   pomiędzy   wiszącymi 
zwłokami dwóch antyterrorystów, mniej więcej w odległości trzydziestu jardów od niego, i 
jedynie na niego patrzy, z nożami wzniesionymi do góry. Jego twarz lśniła w jasnym słońcu 
jak czerwona lampka ostrzegawcza.

Przeszedł przez próg, ale tam czekał już na niego Czerwona Maska numer jeden. On także 

trzymał w obu rękach zakrwawione noże. Bez wahania wbił je w brzuch detektywa i wykonał 
dwa poprzeczne cięcia. Pierwsze pobiegło w dół z lewej strony na prawą, a drugie, również w 

background image

dół, z prawej na lewą.

Detektyw Kunzel poczuł tak ogromny ból, że jego ciało zaczęło drżeć bez kontroli. Ale 

wciąż zdawało mu się, że to wszystko jest niemożliwe, że taki ból w ogóle nie ma prawa 
istnieć.   Wbił   spojrzenie   w   Czerwoną   Maskę   i   spróbował   coś   powiedzieć,   ale   z   jego   ust 
popłynęła jedynie spieniona krew.

— Takiego sportu mi było potrzeba — wyszeptał Czerwona Maska. — Zabawa i zemsta, 

dwie przyjemności w jednym. I wciąż nierozwiązana zagadka. Jestem tylko jeden? A może w 
dwóch postaciach? A może w żadnej? Może jestem oboma jednocześnie? To smutne, że już 
nigdy się tego nie dowiesz, detektywie.

Cofnął   się   i   schował   noże   pod   marynarką.   Detektyw   Kunzel,   chwiejąc   się,   zdołał   się 

oprzeć o ścianę. Stał przez chwilę i z trudem łowił powietrze. Następnie upadł na bok i 
potoczył się w dół po dwudziestu dwóch schodach. Cały we krwi, zatrzymał się dopiero na 
półpiętrze.

Jeszcze   nie   był   martwy.   Widział   nad   głową   światełka,   wmontowane   w   sufit.   Słyszał 

ludzkie głosy i tupot zbliżających się kroków. Pomyślał o matce. Wyobraził ją sobie stojącą 
przy oknie w kuchni. Uśmiechała się do niego i mówiła coś, co docierało do niego bardzo 
niewyraźnie.

Brzmiało to mniej więcej jak liebling…
— Mama? — wycharczał. — Mamo, czy to ty?
Usłyszał ogromny huk, który dobiegł z parkingu, nie dowiedział się już jednak, że to był 

odgłos   windy,   która   spadła   do   piwnicy   razem   z   pozostałymi   ludźmi   z   oddziału 
antyterrorystycznego.

Świt bardzo złego dnia

Sissy otworzyła oczy. Leżała na różowo— zielonej kołdrze, całkowicie ubrana, jedynie 

bez butów. Obok niej leżał Frank, przykryty, i wciąż spał.

Wyciągnęła   rękę   i   dotknęła   jego   włosów,   jedynie   po   to,   żeby   się   upewnić,   że   jest 

prawdziwy. Świadomość tego cudu znów sprawiła, że jej oczy wypełniły się łzami. Jeszcze 
przez wiele minut głaskała go po ramieniu i dotykała jego ucha.

Uniosła lekko głowę i popatrzyła na budzik, który stał na nocnym stoliku. Było prawie 

wpół do dwunastej. Po tym, jak Frank upadł, Sissy nalegała, żeby się położył i odpoczął. 
Mógł sobie nie być Frankiem, a tylko jego wizerunkiem, lecz nadal go kochała i nadal chciała 
się nim opiekować.

Rozległo się ciche pukanie i zaraz otworzyły się drzwi. Stanął w nich Trevor, a tuż za nim 

pojawiła się Molly.

— Jak on się czuje? — zapytał Trevor.
— Chyba dobrze. Śpi.
— Powiedzieliśmy Victorii.
— Jak to przyjęła?
— Wygląda na to, że całkiem dobrze. Ale wiesz, jakie bywają dzieci. Wszystko uważają 

za   możliwe,   dopóki   się   nie   przekonają   ponad   wszelką   wątpliwość,   że   coś   jest   jednak 
niemożliwe. Myślę, że Victoria jeszcze wierzy w duchy. No i pamiętaj, co powiedziała o 
olbrzymach.

— Ona może mieć rację — powiedziała Sissy. Uniosła się na łokciu. — Sama zaczynam 

wierzyć w olbrzymy. Nie potrafię się od nich uwolnić, wciąż je widzę w snach. A właściwie 
śnię tylko o jednym, konkretnym olbrzymie.

— Uważasz, że ten sen coś znaczy? — zapytała Moll.
Sissy popatrzyła na Franka i nie potrafiła powstrzymać uśmiechu.

background image

— Nie wiem. Prawdopodobnie nie. Może ja po prostu potrzebuję wiary w magię?
Frank poruszył się, otworzył oczy i, ujrzawszy Sissy, zmarszczył czoło.
— Frank? Dzień dobry. Jak się czujesz?
Frank zamrugał powiekami i usiadł.
— Dobrze, chyba dobrze. Jak długo spałem?
— Jesteś głodny? — zapytała Molly.
— Jasne. Tak. Są naleśniki?
W tym momencie do sypialni nieśmiało weszła Victoria i złapała swoją mamę za rękę. 

Miała na sobie dżinsy i haftowaną bluzeczkę. Stanęła i popatrzyła na Franka z poważnym 
wyrazem twarzy.

— Victorio — powiedział Trevor. — To jest twój dziadek. Powiesz mu „cześć”?
Frank uśmiechnął się do niej.
— Cześć, Victorio. Miło mi cię poznać. Jesteś śliczną dziewczynką. Tak jak twoja mama.
— Mama mówi, że cię namalowała.
— Rzeczywiście. Dlatego tu jestem. Myślę, że można to określić jako cud.
— Nie jesteś taki stary jak babcia.
— Nie, nie jestem, ponieważ tak właśnie wyglądałem, kiedy widziano mnie po raz ostatni 

żywego.

Victoria podeszła trochę bliżej.
— Wyglądasz jak prawdziwy.
— I czuję się prawdziwy. Nawet czuję, że jestem głodny.
Frank wyciągnął do Victorii rękę. Dziewczynka zawahała się, ale po chwili dotknęła jej. 

Popatrzyła dziadkowi prosto w oczy, jakby szukała w nich jakiegoś znaku, że jego obecność 
to tylko sztuczka albo przywidzenie.

— Uważasz, że Bóg znowu zrobił cię prawdziwym? — zapytała.
— Bóg? Nie wiem, kochanie. Mogę tylko powiedzieć, że jestem Mu bardzo wdzięczny. 

Nawet jeśli nie będę mógł zostać z wami bardzo długo, przynajmniej mam okazję zobaczyć 
moją wnuczkę, syna i twoją mamę. No i przede wszystkim znowu mogę porozmawiać z moją 
żoną.

* * *

Sissy siedziała obok niego w kuchni, a tymczasem Frank zajadał naleśniki z syropem i 

smażone jajka. Wypił już dwa kubki czarnej kawy. Victoria usiadła naprzeciwko niego i przez 
cały czas się w niego wpatrywała, z widoczną fascynacją.

— Nie gap się tak, Victorio — napomniała ją Molly.
— Niech patrzy, ile chce — powiedział Frank. — Przecież nie co dzień mama ożywia 

zmarłego dziadka, prawda? Jestem pewien, że wszyscy ludzie w Betanii robili wielkie oczy, 
kiedy Jezus przywrócił do życia Łazarza. — Odłożył wreszcie nóż i widelec. — Jeślibyście 
mnie zapytali, powiedziałbym wam, że wszyscy jesteśmy jednocześnie tym czym jesteśmy 
naprawdę, i tym, w jaki sposób sobie samych siebie wyobrażamy. Słyszałem o posągach, 
które płaczą i poruszają głową, a przecież z czego takie posągi są zrobione? Z kamienia, brązu 
albo gipsu, oczywiście, ale to jeszcze nie wszystko, prawda? Ich budulcem jest także ludzka 
wyobraźnia. Taki posąg jest również tym, na co wygląda — tak jak ja.

— Cieszę się, że ożyłeś — powiedziała Victoria. Frank wyciągnął rękę ponad stołem i 

zmierzwił jej włosy.

* * *

Po śniadaniu wszyscy wyszli na podwórze. Powietrze było bardzo wilgotne. Niebo było 

background image

zamglone, a cykady cykały jeszcze głośniej niż dotąd, jakby obecność Franka nie wiadomo 
dlaczego wprowadziła je w stan zaniepokojenia.

— Małe domowe zwierzątka, co? — powiedział Frank, zdejmując jedną z cykad z rękawa.
Pan Boots wydawał się zdumiony obecnością Franka. Kiedy ten chciał go poklepać po 

grzbiecie,  pies  natychmiast  uciekł  ze  skulonym   ogonem,  jednak nie  przestał  się  w  niego 
wpatrywać. Stanął pod płotem z przechylonym łbem i co chwilę wydawał z głębi gardła cichy 
skowyt.

Molly wykorzystała zwinięty egzemplarz „Enquirera”, żeby strząsnąć cykady z ławeczki 

pod winogronami. Z kolei Sissy wyciągnęła skądś pudełko papierosów.

— Musimy zdecydować, jak dopadniemy Czerwoną Maskę — powiedziała.
— Ty nadal palisz? — zdziwił się Frank.
— Przepraszam. Miałam zamiar rzucić po… — Chciała powiedzieć „po twoim pogrzebie”, 

ale ugryzła się w język. — Próbowałam rzucić już kilka razy, ale to nie jest łatwe, szczególnie 
jeśli mieszka się samemu. Papierosy mnie uspokajają.

— Cóż, chyba nie mam prawa mówić ci, co powinnaś robić — stwierdził Frank. — Musisz 

jednak myśleć o swoim zdrowiu. In dłużej będziesz żyła, tym więcej czasu Victoria będzie 
mogła spędzać ze swoją babcią.

— Powinniśmy po południu pojechać do Giley Building i przeszukać go od góry do dołu. 

— Sissy zmieniła temat. — Może ja go nie znajdę, Frank, ale założę się o wszystko, co 
zechcesz, że tobie się to uda.

— Myślisz, że policja nam na to pozwoli? — zapytał Trevor. — Po ostatnim napadzie cały 

budynek został ewakuowany i, o ile mi wiadomo, do tej pory policja nie pozwoliła nikomu do 
niego wrócić.

— Zadzwonię do Mike’a Kunzela. Jestem pewna, że zaczynam go do siebie przekonywać. 

Powiem   mu,   że   muszę   sprawdzić,   czy   w   budynku   nie   występują   jakieś   nowe   rezonanse 
psychiczne.

— Rezonanse psychiczne?
— Kiedy ktoś opuści budynek, pozostawia za sobą swoiste echo. Mogą to być ostatnie 

wypowiedziane słowa. W większości wypadków jednak ludzie pozostawiają swoje emocje, 
szczególnie jeśli się czegoś bali, byli na coś źli lub bardzo zdenerwowani. Czasami takie 
rezonanse utrzymują się przez całe dni, tygodnie albo jeszcze dłużej. Czy mówi ci coś słowo 
„widmo”?

Trevor przycisnął dłoń do czoła, jakby zaczynała mu dokuczać migrena, jednak nic nie 

powiedział.

— Chodzi mi po głowie jedna rzecz — odezwał się Frank. — Powiedziałaś, że George 

Woods najprawdopodobniej w jakiejś sprawie kłamał, ale nie wiesz w jakiej. George Woods 
został zabity jako pierwszy, prawda? Razem z nim ofiarą napadu była dziewczyna… Jak się 
nazywała?

— Jane Becker.
—   Właśnie,   Jane   Becker.  Nie   wygląda   mi   jednak,   by   Czerwona   Maska   chciał   ją 

skrzywdzić.   Została   ranna   chyba   dlatego,   że   próbowała   powstrzymać   go   przed 
zamordowaniem George’a Woodsa. W końcu nie były to zbyt poważne obrażenia, prawda? 
Cóż, uważam, że początkowo Czerwonej Masce chodziło tylko o George’a Woodsa. Uważam 
też, że Czerwona Maska miał bardzo poważny powód, żeby go zabić, chociaż tego powodu 
teraz nie znamy. Mogła to być zemsta, jasne. Ale zemsta za co?

— Może była to zemsta za coś, co chciał ukryć przed żoną? — zasugerował Trevor.
Sissy wyciągnęła z włosów jedną ze spinek i po chwili staranniej wsunęła ją w kok.
— Naprawdę nie wiem, jaki mógł być jego motyw. Problem w tym, że George Woods nie 

chciał go zdradzić, a nie jestem pewna, czy potrafię wywołać jego ducha po raz drugi. Na 
pewno on sam będzie się przed tym wzbraniał. Myślę, że mogłabym wyłożyć mu karty; to by 

background image

nam może coś powiedziało. I tak miałam zamiar się nimi zająć, żeby się dowiedzieć, jak 
znaleźć Czerwoną Maskę.

— Ty i te twoje przeklęte karty, Sissy.
— Wiem, Frank, że nigdy im nie wierzyłeś. Ale nawet jeśli przemawiają zagadkami, w 

końcu i tak okazuje się, że mają rację. A mnie uspokajają, tak jak papierosy. Przynajmniej 
zawsze wiem, co się będzie dookoła mnie działo.

—   Z   takimi   zabójcami   jak   Czerwona   Maska   miałem   już   do   czynienia   kilka   razy   — 

powiedział   Frank.   —   Kiedy   zabijają   po   raz   pierwszy,   czynią   to   z   bardzo   konkretnego 
powodu, głownie z nienawiści albo dlatego, że czują się oszukani albo znieważeni, albo nie 
dość   szanowani   w   stosunku   do   swoich   oczekiwań.   Całkiem   poważnie   poszukują 
sprawiedliwości. Ale kiedy już się przekonają, jak ekscytujące jest zabicie drugiej ludzkiej 
istoty, jakie to daje poczucie władzy…

Sissy zaczęła szybko rozkładać karty. Papieros wystawał jej z ust, jedno oko zamknęła 

przed gryzącym dymem.

—   Hmm…   —   mruknęła,   skończywszy.   —   Widzę   trochę   zmian.   Jednak   wiele   kart 

pojawiło się ponownie. Nie ma L’Avertissement, Ostrzeżenia, pewnie dlatego, że ten atak w 
pasażu   jest   już   kwestią   przeszłości.   Nie   ma   też   karty   Ciche–Cache,   czyli   Zabawy   w 
Chowanego.

— Czy to dobry czy zły znak?
—   Mam   nadzieję,   że   dobry.   Przepowiadała,   że   każdy   policjant,   który   zacznie   szukać 

Czerwonej Maski, zostanie zmasakrowany, a karty, dzięki Bogu, nie mówią, że to się już 
stało.

Odwróciła przedostatnią kartę. Była to znów Karta Krwi, cała czerwona.
— A to co znaczy?
— Niestety, znaczy, że zabójstwa jeszcze się nie skończyły. Ale to nie jest karta ostatnia, a 

to sugeruje, że wciąż istnieje jakiś sposób na ich zatrzymanie.

Sissy odwróciła ostatnią kartę. W całej swojej karierze wróżki wyłożyła i odwróciła ją 

dotychczas tylko jeden raz, kiedy na Wzgórzach Litchfield, tuż przy granicy z Massachusetts, 
zaginęła czteroletnia dziewczynka. Na sugestię Sissy policjanci z psami tropiącymi zaczęli jej 
szukać   w   najgłębszych   zakamarkach   legendarnej   groty   Colebrook.   Po   trzech   dniach 
dziewczynkę znaleziono, wycieńczoną i głodną, ale żywą.

Karta   nazywała   się   Le   Flambeau   de   la   Vertu,   Pochodnia   Prawości.   Przedstawiała 

mężczyznę   w   ciemnoniebieskiej   pelerynie,   spacerującego   w  jakimś   zacienionym   miejscu, 
które mogło  być  zarówno grotą, jak i puszczą albo tunelem. Wysoko nad głową trzymał 
płonącą pochodnię, która pozwalała mu znajdować drogę, ale prowadził go też wielki czarny 
pies myśliwski, albo pies świętego Huberta, jak go nazywali Francuzi.

Pies miał na szyi obrożę ze splecionych róż.
— To jest to — powiedziała Sissy. — To właśnie musimy zrobić, żeby znaleźć Czerwone 

Maski.

— Mamy wyjść na spacer z psem?
— To jest pies tropiący. Żeby znaleźć Czerwone Maski, potrzebujemy psa tropiącego i 

pochodni, żeby je podpalić.

— Podpalić?
— Oczywiście. Przecież to są rysunki, obrazy. Bardzo łatwo się palą.
— Tak jak ja — powiedział Frank.
— Chyba tak, kochanie. Mimo to jestem szczęśliwa, że mam cię przy sobie.
— Gdzie my znajdziemy psa myśliwskiego? — zapytał Trevor. — Pan Boots raczej nie 

wchodzi w grę. Niedawno rzuciłem mu kij, a on wrócił do mnie z jakąś starą dętką rowerową.

— Nie myślałam o Panu Bootsie. Potrzebujemy specjalnego psa tropiciela; Molly może go 

po prostu namalować.

background image

— Co?  Chwileczkę,   mamo!  —  zawołał  Trevor.  —  Już raz  postąpiłaś   wbrew  naturze, 

przywołując do życia ojca… Teraz chcesz stworzyć jeszcze psa?

— Nie mamy innego wyjścia. Czerwona Maska nie ma przecież zapachu, który mógłby 

podchwycić prawdziwy pies. Pomyśl tylko, co się stało dziś rano, kiedy twój ojciec patrzył na 
obraz Litchfield Green. Słyszał i czuł, co się na nim dzieje; namalowany pies będzie miał te 
same umiejętności.

— Mój Boże — jęknął Trevor.
Sissy zdusiła wypalonego papierosa.
— Molly, potrafisz to zrobić? — zapytała.
Molly popatrzyła na Trevora i uścisnęła jego dłoń.
— Pozwól mi to zrobić, kochanie. Przecież już tak daleko zabrnęliśmy. A teraz chodzi 

tylko o psa.

— Na miłość boską! A może namalujesz jeszcze kilka koni, co? Będziesz mogła jeździć 

wierzchem do miasta.

— Trevor — powiedziała Sissy poważnym tonem. — Zginęło już ponad czterdzieści osób 

i jeśli niczego nie zrobimy, zginie jeszcze znacznie więcej.

Trevor już miał jej odpowiedzieć, kiedy zadzwonił jego telefon komórkowy. Wyjął go z 

kieszeni koszuli.

— Trevor Sawyer. — Przez chwilę słuchał, potakiwał, po czym podał telefon Sissy. — To 

do ciebie, mamo. Dzwoni detektyw Bellman. Chyba stało się coś bardzo, bardzo złego.

Polowanie na Maskę

Przed barierą policyjną na Siódmej Ulicy zatrzymał ich potężnie zbudowany czarnoskóry 

policjant z drogówki. Powiedział, że mają skręcić w lewo w Vine, a później w prawo w 
Szóstą   Ulicę.   Zaparkowali   przed   Giley   Building.   Na   schodach   czekał   już   na   nich 
zniecierpliwiony detektyw Bellman.

Mimo że na dworze wciąż było ciepło i wilgotno, niebo miało niebieskoszary kolor, a na 

jego południowo–zachodniej stronie pojawiały się języki błyskawic. Trochę dalej na Race 
Street stało w rzędzie przynajmniej dziesięć ambulansów, pobłyskując światłami na dachach, 
oraz samochody osobowe i furgonetki z biura koronera.

Detektyw   Bellman   otworzył   od   zewnątrz   drzwi   po   stronie   pasażerów   i   pomógł   Sissy 

wysiąść.

— Byłam zszokowana, kiedy mi pan powiedział o detektywie Kunzelu — powiedziała 

natychmiast. — Tej śmierci nie przewidziałam.

— Wszyscy jesteśmy wstrząśnięci — odparł detektyw Bellman. — Mike Kunzel, jak by to 

powiedzieć, wydawał się człowiekiem odpornym na wszystko. Na kule, na ciosy noża, nawet 
na śmierć.

— Ma pan jakichś świadków?
Detektyw Bellman potrząsnął przecząco głową.
— Jak już pani mówiłem przez telefon, powiedział nam, że zadzwonił do niego Czerwona 

Maska i zaprosił go właśnie tutaj, w samo południe. I powiedział mu w dodatku, że może ze 
sobą zabrać tylu dodatkowych ludzi, ilu mu się tylko podoba. Bezczelność, prawda?

— Ile ofiar? — zapytała Molly.
— Dwadzieścia   trzy,   łącznie   z  Mikiem.  Dwanaście  osób zasztyletowanych  na  trzecim 

poziomie parkingu oraz sześciu zasztyletowanych na schodach pomiędzy piątym a szóstym 
poziomem.   Proszę   mi   wierzyć,   zostali   wręcz   zmasakrowani.   Kolejnych   czterech   naszych 
ludzi poniosło śmierć, kiedy winda z dużej wysokości spadła do piwnicy.

W tej chwili Frank obszedł samochód i skinieniem głowy przywitał się z Bellmanem.

background image

— Detektywie, to jest mój młodszy brat, Frank — przedstawiła go Sissy.
— Miło mi cię poznać — powiedział detektyw Bellman. — Rozumiem, że jesteś z policji 

stanu Connecticut?

Frank pokazał mu odznakę identyfikacyjną z symbolem orła o rozpostartych skrzydłach, 

którą wcześniej narysowała Molly.

— Tak jest, detektywie. Cieszę się, że będę miał okazję wam pomóc.
Bellman wskazał na wielopoziomowy parking.
— W tej chwili przeszukuje go ponad siedemdziesięciu  funkcjonariuszy,  od dachu po 

piwnicę. Na razie nie natrafili na żaden ślad sprawcy. Nie dysponujemy nawet odciskami 
butów.

— A czy ktoś widział, jak opuszczał parking, kiedy już było po wszystkim?
—   Nie.   Na   tyłach   parkingu   biegnie   wąska   alejka,   jednak   przez   cały   czas   ją 

obserwowaliśmy. Poza tym nie ma żadnego bezpośredniego przejścia z parkingu do samego 
Giley   Building.   Istniało   połączenie   na   wysokości   trzeciego   piętra,   jednak   ze   względów 
bezpieczeństwa zostało zdemontowane mniej więcej trzy lata temu.

— A co z Giley Building? Przeszukaliście go jeszcze raz?
— Detektyw Bellman potrząsnął przecząco głową.
— Od ostatniego napadu stoi zamknięty i pilnie strzeżony. Nie ma mowy, żeby sprawca 

mógł stamtąd wyjść na parking i potem wrócić.

—   Co   powiedział   porucznik   na   moją   prośbę,   żebym   to   ja   mogła   wejść   do   środka   i 

przeszukać budynek? — zapytała Sissy.

— Powiedział, że może pani wejść i szukać dodatkowych śladów. Pod warunkiem, że nikt 

się nie dowie, jakiego rodzaju ślady mamy na myśli. Szczególnie chodzi o to, żeby informacje 
o tym nie przedostały się do dziennikarzy.

—   Niech   się   pan   nie   martwi.   Słowa   „rezonans   psychiczny”   w   żadnym   wypadku   nie 

opuszczą moich ust.

— Zdaje się, że przekonała pani Mike’a o tym, że w tej sprawie mamy do czynienia ze 

zjawiskami parapsychicznymi,  prawda? To się stało chyba wtedy, kiedy usłyszała pani tę 
sprzątaczkę wołającą z windy.

— A pana przekonałam?
— Mnie? Nie, ja nie wierzę w zjawiska paranormalne. Ale równocześnie nie uważam, że 

nie powinno się spróbować tylko dlatego, że ja w to nie wierzę. W końcu nie jestem Bogiem, 
prawda? Poza tym odnoszę wrażenie, że porucznikowi Bookerowi zależy, żeby spróbować 
pani metod. Kiedy pracował w Shaker Heights, dawno temu, użył medium, żeby odnaleźć 
zaginione dziecko. Kobieta znalazła to dziecko po niecałych dwóch godzinach. Co prawda 
były to już tylko zwłoki.

Trevor podszedł do bagażnika swojej furgonetki i otworzył go.
— Chodź, stary — powiedział, a z bagażnika natychmiast wyskoczył  wielki owczarek 

niemiecki ze sterczącymi uszami.

Trevor przypiął psu smycz.
— Możemy wziąć z nami Szeryfa? — zapytała Sissy. — To doskonały pies tropiący.
— Jasne — odparł detektyw Bellman. — Oczywiście. To jest nawet dobry pomysł.
Weszli   po   schodach   do   głównych   drzwi   Giley   Building   pilnowanych   przez   dwóch 

policjantów z karabinami. Jeden z nich podniósł żółtą taśmę policyjną i otworzył kluczem 
obrotowe drzwi.

— Funkcjonariusz będzie wam towarzyszył, na wypadek gdybyście mieli jakieś problemy. 

Jeżeli usłyszycie albo zobaczycie cokolwiek podejrzanego, nie strugajcie bohaterów, dobrze? 
Od razu uciekajcie, i to szybko.

— Rozmawiałeś już z Betty? — zapytała Bellmana Molly.
Detektyw pokiwał głową.

background image

— Byłem u niej kilka godzin temu i powiedziałem, że Mike’a już nie ma wśród nas. 

Zareagowała milczeniem. Myślę, że w tej chwili jest w takim stanie jak reszta z nas. Nie 
wierzymy, że już nigdy nie wejdzie do komisariatu i nie zagwiżdże tej swojej cholernej Goin’ 
Courtin’.

— To takie smutne. Był wspaniałym człowiekiem.
— A mówiłem mu. Mówiłem mu, że nie powinien wchodzić sam na ten parking. Już 

wtedy wiedzieliśmy, że potrzebujemy poważnego wsparcia. Mike przecież zawsze pierwszy 
mówił, że nie należy w pojedynkę ładować się na niesprawdzony teren. A mnie dzisiaj nie 
posłuchał.   Pobiegł   tymi   schodami   jak   wściekły   byk.   Wtedy   po  raz   ostatni   widziałem   go 
żywego.

Jakby   chciał   okazać   im   swoje   współczucie,   Szeryf   podszedł   do   Molly   i   detektywa 

Bellmana, po czym wydobył z gardła jeden krótki, ale ostry warkot. Był pięknym psem, miał 
inteligentne brązowe oczy i długą, czarno–brązową sierść. Zresztą nie miał wyboru, musiał 
być   ładny:   malując   go,   Molly   korzystała   z   trzech   kolorowych   fotografii   najlepszego   psa 
tropiącego w Cincinnati, Fritza.

W   ramach   ostrożności,   podczas   oczekiwania   na   pojawienie   się   Szeryfa,   Pan   Boots 

zamknięty został w komórce, na wypadek gdyby nowo przybyły pies wywołał jego zazdrość. 
Ostatnią rzeczą, na którą wszyscy mieli obecnie ochotę, było rozdzielanie walczących psów.

Jednak   mimo   to,   kiedy   Szeryf   zmaterializował   się   na   podwórku   i   zaczął   prychać   na 

cykady, z komórki zaczęło dobiegać urywane wycie Pana Bootsa. Działo się coś dziwnego i 
mądry pies doskonale o tym wiedział.

Detektyw Bellman poklepał Szeryfa po łbie.
— Dobry pies. Idź i wywąchaj mi tych łotrów, którzy zabili mojego partnera, dobrze? Jak 

to zrobisz, dostaniesz ode mnie tyle kości, ile tylko zapragniesz, obiecuję ci. Do końca życia 
będę ci dostarczał tyle kości, ile tylko zechcesz.

Funkcjonariusz Gillow jako pierwszy pchnął obrotowe drzwi. Był niskim, przysadzistym 

młodym człowiekiem o rudych włosach ściętych na jeża i wyłupiastych niebieskich oczach. 
Miał wojowniczy wyraz twarzy, nie opuszczający go ani na chwilę, jakby w każdej chwili był 
gotów   zmierzyć   się   z  kimś,   kto   mu   wejdzie   w  drogę  albo   co  najmniej   niewłaściwie   się 
zachowa.

Stanęli na środku holu. Było  tu mroczno  i cicho. Jedyne  dźwięki wydawały ich buty, 

stukające o wypolerowaną marmurową posadzkę oraz ślizgające się na niej łapy Szeryfa.

— Gdzie pani chce zacząć? — zapytał Gillow.
Sissy otworzyła torebkę i wyciągnęła z niej kawałek czerwonego bawełnianego materiału. 

Był   to   rękaw   koszuli   Czerwonej   Maski,   a   raczej   —   mówiąc   dokładniej   —   replika   tego 
rękawa. Molly namalowała ten rękaw (razem z odznaką policji stanu Connecticut dla Franka) 
na podstawie opisu, który otrzymała od pana Kraussmana.

— „Miał czerwoną koszulę, tak czerwoną, jakby ją już wcześniej moczył we krwi…”
Pochyliła się i przytrzymała rękaw przed nosem Szeryfa. Pies wciągnął powietrze, warknął 

i potrząsnął łbem.

— Najwyraźniej tego nie lubi — zauważył Frank. Po chwili Sissy odezwała się bardzo 

cicho:

— Najważniejsze, że już chwycił trop. Gdyby to był prawdziwy pies, nic by z tego nie 

wyszło.

Szeryf warczał teraz bez chwili przerwy. Szarpnął gwałtownie smycz i pobiegł w kierunku 

wind.

— Wygląda na to, że chce jechać do góry — powiedział Frank. — Co pan na to, panie 

policjancie?

Gillow odpiął od paska radiotelefon i powiedział do mikrofonu:
— Charlie, wsiadamy do windy. Odezwę się natychmiast, kiedy zatrzymamy się na jakimś 

background image

piętrze.

Nacisnął   przycisk   wzywający   środkową   windę.   Po   chwili   jej   drzwi   otworzyły   się   z 

drżeniem i wszyscy wsiedli do środka. Sissy przyjrzała się sobie w lustrze. Pomyślała, że 
wygląda na całkiem spokojną, jeśli wziąć pod uwagę sytuację. Ale gdy po naciśnięciu guzika 
zamknęły się drzwi i winda zaczęła piąć się w górę, odniosła wrażenie, że widzi w lustrze 
otaczające ją cienie. Cienie Mary Clay, sprzątaczki, która zmarła po ciemku w tej windzie, i 
jej dwojga współpracowników.

Jesteśmy tutaj. Pomóż nam. Jesteśmy tutaj. Nie pozwól nam umrzeć w ciemności.
Mijali piętro za piętrem. Na każdym Gillow otwierał drzwi, aby Szeryf mógł przez chwilę 

powęszyć.

— Zaczynam sądzić, że ten kundel po prostu lubi jeździć windą — powiedział Trevor, 

kiedy zatrzymali się na szesnastym piętrze.

Drzwi otworzyły się, Szeryf wciągnął nosem powietrze z holu recepcyjnego, lecz nawet 

nie drgnął.

— Do góry — zarządziła Sissy.
Podczas jazdy na siedemnaste piętro Szeryf niespodziewanie zrobił się niespokojny. Zaczął 

chodzić wzdłuż ścian windy, uderzając o nie ogonem.

— Co jest, piesku? — zapytał Frank. — Czujesz coś? Może Czerwoną Maskę?
Stanęli na siedemnastym piętrze. Szeryf zaczął podskakiwać i drapać pazurami w drzwi 

kabiny.   Policjant   wyciągnął   pistolet   i   dopiero   wtedy   zdecydował   się   nacisnąć   przycisk 
otwierający rozsuwane drzwi.

— Trzymajcie się za moimi plecami — poinstruował pozostałych. — Jeśli natrafimy na 

jakiekolwiek kłopoty, natychmiast uciekamy.

Trzeszcząc i drżąc, winda się otworzyła. Gdyby Frank nie trzymał Szeryfa na smyczy, pies 

natychmiast ruszyłby przed siebie i pewnie zniknął w korytarzu, zanim ktokolwiek by go 
powstrzymał. Dzięki Frankowi nic takiego nie nastąpiło, pies jedynie mocno szarpnął. Kiedy 
obroża zaczęła go dusić, zakrztusił się i zaskomlił. Frank musiał używać wszystkich swoich 
sił, żeby go utrzymać na uwięzi.

— Chwileczkę, piesku, co takiego poczułeś?
Szeryf   znowu   szarpnął   i   pociągnął   Franka   korytarzem   do   głównego   pomieszczenia 

biurowego,   wyłożonego   powycieranym   dywanem   i   podzielonego   na   boksy   przejrzystymi 
ściankami.

— Spokojnie, piesku, tylko spokojnie.
— Jak myślicie, co on poczuł? — zapytał Trevor.
— Ślad, na pewno ślad — odparła Sissy. — Tutaj pewnie Czerwona Maska chował się 

wcześniej. Niestety, prawdziwe psy policyjne go nie wyczuły. No i ja także.

Uniosła wysoko głowę i na chwilę zamknęła oczy. Nie czuła obecności Czerwonej Maski 

w   tym   miejscu,   nawet   teraz.   Nie   czułą   niczego,   poza   ledwo   słyszalnym   echem,   jakie 
pozostało po ludziach, którzy pracowali w tym biurze, zanim je zamknięto. Słyszała cichutkie 
głosy   dzieci   z   rodzinnych   fotografii.   Jeszcze   cichsze   śmiechy   z   fotografii   wakacyjnych. 
Podskakiwanie piłki plażowej na betonowej ścieżce. Były to jednak odgłosy bardzo dawne i 
bardzo odległe.

— Tutaj! Tutaj chyba coś jest! — zawołał Frank.
Szeryf dopadł do szafy na materiały biurowe. Jak opętany, zaczął warczeć i drapać w jej 

pomalowane farbą drzwi.

Gillow wystąpił kilka kroków, trzymając przed sobą broń.
—   W   porządku,   proszę   pana.   Być   może   coś   mamy.   Zachowajmy   nadzwyczajną 

ostrożność, dobrze?

Przez chwilę wszyscy milczeli.
— On ma rację, Frank — powiedziała wreszcie Sissy. — Bądź bardzo ostrożny. Może to 

background image

nic poważnego, może rozjuszył go tylko słaby zapach. Ale nigdy nic nie wiadomo.

Frank powoli wyciągnął rękę i złapał za klamkę. Okazało się, że szafa jest zamknięta na 

klucz. Szeryf jednak wciąż ją drapał i piszczał. Było oczywiste, że nie przestanie, zanim szafa 
nie zostanie otwarta.

Z jednego z biurek policjant wziął nóż do otwierania listów. Wsunął pistolet do kabury i 

przyklęknął przed drzwiami, po czym wsunął nóż do zamka.

— Klucza na pewno nie ma od wewnątrz — powiedział po chwili. — A więc nikt się w 

niej raczej nie zamknął chyba że specjalnie wyciągnął klucz.

Wyprostował się i potężnie kopnął w szafę. Było to tak nagłe i niespodziewane, że nawet 

Szeryf  podskoczył.  Drzwi pękły,  jednak nadal nie było widać, co znajduje się w środku. 
Gillow kopnął w nie po raz drugi i tym razem całe wpadły do środka, opierając się na stercie 
kartonów z materiałami piśmienniczymi.

Szeryf skoczył do przodu tak gwałtownie, że Frank wypuścił z dłoni smycz. Pies rzucił się 

w stronę szafy, warcząc z wściekłością.

— Szeryf! — krzyknął Frank.
Nikt nie był przygotowany na to, co nastąpiło w tym momencie. Pudełka niespodziewanie 

się posypały i w pewnej chwili rozległ się głośny trzask, jakby coś ciężkiego spadło z dużej 
wysokości.   Nagle   rozległ   się   nieopisany   chrapliwy   wrzask,   który   bardziej   pasował   do 
potężnej bestii niż do istoty ludzkiej.

Gillow   momentalnie   znowu   sięgnął   po   pistolet   i   jednocześnie   zaczął   przez   radio 

nawoływać o wsparcie.

—   Siedemnaste   piętro!   Siedemnaste   piętro!   Newman!   Bitner!   Ruszcie   dupy,   i   to 

natychmiast! Przyskrzyniliśmy drania!

Rozległ się kolejny wrzask i w tym momencie Czerwona Maska wyskoczył z szafy, jakby 

eksplodował.   Wokół   niego   wirowały   kartki   białego   papieru   do   pisania   z   porozrywanych 
paczek. Złapał Szeryfa za kark i uniósł go wysoko nad podłogę. Palcami tak mocno wpił się 
w  jego   szyję,   że   psu   aż   oczy   wyszły   na   wierzch,   a   jego   oddech   zamienił   się  w  krótkie 
urywane piski.

Czerwona Maska miał szkarłatną twarz, był potężnie zbudowany i buchał wściekłością. 

Wolną ręką zaczął dźgać psa wielkim trójkątnym nożem kuchennym. Po chwili pierś i brzuch 
zwierzaka pokryła krew, która zaczęła kapać na podłogę.

— Puść tego psa albo strzelam! — zawołał Gillow. — Powiedziałem, rzuć…
Frank   spróbował   podejść   do   przodu,   jednak   Czerwona   Maska   zamierzył   się   na   niego 

nożem i go powstrzymał.

— Ostatnie ostrzeżenie! — zawołał Gillow, ale już nie czekał i natychmiast strzelił.
Napastnik   zachwiał   się.   Wyglądało   to   tak,   jakby   straciło   ostrość   odbicie   widoczne   w 

stawie, do którego wrzucono kamień. Poza tym jednak strzał jakby nie zrobił na nim żadnego 
wrażenia. Znowu krzyknął i zaczął wymachiwać psem z boku na bok. Szeryf piszczał z bólu, 
a   Czerwona   Maska   rozkołysał   go   jeszcze   mocniej,   po   czym   z   całej   siły   rzucił   nim   w 
plastikowe  przepierzenie.  Pies natychmiast  wyzionął  ducha, a na przezroczystym  plastiku 
pozostały jedynie strugi jego krwi, spływającej na podłogę.

— Nie ruszaj się! — zawołał Gillow. — Załóż ręce za głową i uklęknij na podłodze.
Czerwona   Maska   trzymał   jeden  nóż   w  prawej   ręce,   a  teraz   powoli,   z  zuchwałą   miną 

wyciągnął drugi nóż zza poły marynarki. Zamiast oczu miał czarne szparki, a jego usta były 
jedynie głęboką czarną czeluścią.

— Myślałem, że będziecie mieli trochę więcej rozumu — powiedział i popatrzył po kolei 

po wszystkich, którzy go otaczali.

— Mówiłem, natychmiast klękaj na podłogę, gnoju! — znowu krzyknął Gillow. — Jesteś 

głuchy czy co?

— Och, słyszę cię doskonale, możesz być tego pewien — odparł Czerwona Maska. — 

background image

Słyszę   cię   równie   dobrze   jak   cykady.   Jesteś   głośny,   równie   irytujący,   ale   o   wiele 
obrzydliwszy od nich.

— Liczę do trzech — ostrzegł Gillow. Mierzył z pistoletu dokładnie w klatkę piersiową 

złoczyńcy.

Czerwona Maska zaczął się powoli zbliżać do swoich przeciwników.
— Na twoim miejscu nie podchodziłbym do nas, przyjacielu — powiedział Frank.
— Przyjacielu?  Nie jestem waszym  przyjacielem.  Jednak znam jedną z tych  osób. — 

Popatrzył na Molly i dodał: — Znam ciebie, kochanie, wiesz? Ciebie i twoje kredki.

— Co on bredzi? — zdziwił się Gillow.
— Twoje kredki, moja droga, takie miłe w dotyku, pieszczące moją skórę, jakby to był 

czubek twojego języka. Kolorujesz mnie nimi starannie, doprowadzając mój wizerunek do 
doskonałości. I znam twoje ołówki… Uwielbiam, jak cieniują moją twarz, szybko, sprawnie, 
jak nadają mi kształt, siłę… Zostałaś obdarzona cudownym darem. Umiesz wywoływać życie 
z niczego, z absolutnej bieli.

Na piętro dotarł odgłos szybko jadącej windy. W każdej chwili należało się spodziewać 

wsparcia.

Czerwona Maska powoli opadł na kolana, chociaż wciąż trzymał nad głową dwa noże. 

Giłlow zbliżył się do niego, celując mu teraz prosto w twarz.

Czerwona Maska wciąż wpatrywał się w Molly.
— Nadałaś mi osobowość. Dałaś mi wszystko. Powinienem ci być wdzięczny, prawda? 

Ale nie jestem, dobrze o tym wiesz. Narysowałaś mnie tylko po to, żebym został schwytany, 
osądzony i skazany na śmierć. Nic dziwnego, że nie wierzę w ludzką dobroć, co?

—   Rzuć   noże!   —   zażądał   Gillow.   Na   twarzy   był   niemal   tak   samo   purpurowy   jak 

Czerwona Maska i obficie się pocił.

Ale morderca nie spuszczał wzroku z Molly.
—   Jednak   to,   w   jaki   sposób   przywołałaś   mnie   do   życia…   To   było   takie   zmysłowe. 

Zobaczyłem   cię,   kiedy   tylko   narysowałaś   moje   oczy.   Już   wtedy   pragnąłem   zemsty. 
Urodziłem się tylko dla niej.

Nagle odwrócił głowę i patrzył teraz na Gillowa.
— Nie ruszaj się! — krzyknął policjant, ale Czerwona Maska zerwał się na równe nogi, 

jakby był eksplodującym czerwono–czarnym wulkanem. W jego rękach groźnie błyszczały 
noże.

Gillow strzelił dwa razy. Sissy pochyliła głowę i zakryła uszy rękami. Była pewna, że 

policjant   trafił   Czerwoną   Maskę,   jednak   kule   nie   zrobiły   na   nim   żadnego   wrażenia.   Z 
materiału jego marynarki oderwały się na plecach jedynie dwa czarne krążki.

Trevor spróbował obejść Czerwoną Maskę i skoczyć mu na plecy.
— Trevor! Nie! — krzyknęła Molly, ale było za późno. Czerwona Maska najpierw wbił 

mu w brzuch swój prawy łokieć, a potem zdzielił go lewą pięścią w twarz i Trevor padł na 
podłogę.

Po tej akcji, bez chwili wahania, Czerwona Maska zaatakował nożami Gillowa i wbił mu 

je najpierw w ramiona, potem w klatkę piersiową, a następnie w szyję. Gillow zachwiał się, 
cofnął. Podniósł ręce, chcąc chronić twarz, jednak nagły atak był tak skuteczny, że żadna 
obrona na nic się już nie zdała. Policjant runął plecami na oparcie stojącego za nim krzesła, a 
wtedy napastnik dosłownie zwalił się na niego. Jego noże pracowały jak łopaty żniwiarki, 
dosłownie rozrywały mundur nieszczęsnego człowieka na strzępy.

Teraz na Czerwoną Maskę rzucił się Frank. Zgiętą ręką złapał go za szyję i wbił mu kolano 

w plecy.

—   Zejdź   ze   mnie!   Złaź   ze   mnie,   natychmiast!   Bo   cię   potnę   na   strzępy!   —   ryknął 

Czerwona Maska.

— Naprawdę, sukinsynu? Tylko spróbuj!

background image

Frank jeszcze mocniej pociągnął za głowę Czerwonej Maski, złapał go za przegub prawej 

ręki i powoli zaczął uderzać nią w blat biurka.

— Złaź ze mnie. Wyrwę ci za to wnętrzności, słyszysz? Chcesz zobaczyć własne flaki? 

Pokażę ci je, ty cioto, i to w technikolorze! Złaź ze mnie!

Frank trzasnął jego przegubem o krawędź biurka i nóż wypadł z jego dłoni na podłogę. 

Następnie Frank obrócił przeciwnikiem i z kolei złapał za jego lewą rękę, przyszpilając ją do 
blatu. Przez chwilę się siłowali, patrząc sobie prosto w twarze. W pewnej chwili Czerwona 
Maska wydał niespodziewany okrzyk triumfu.

— Cholera jasna, jesteś taki sam jak ja! Widzę to w twoich oczach! Widzę to w twojej 

twarzy! Ty kawałku gówna! Jesteś namalowany, tak samo jak ja!

— Frank! — krzyknęła Sissy, już na dobre bojąc się o niego, niemal pewna, że Czerwona 

Maska go pokona. Jednocześnie w duchu błagała go o wybaczenie za to, że tak samolubnie 
spowodowała przywrócenie go z powrotem do życia. Na tak krótko.

Frank i Czerwona Maska ciągle walczyli, a tymczasem Trevor i Molly odciągnęli na bok 

Gillowa. Miał mnóstwo ran kłutych, a jego mundur był postrzępiony i przesiąknięty krwią. 
Drżał na całym ciele, jednak nadal był przytomny. Odpiął od paska zakrwawiony radiotelefon 
i podał go Trevorowi.

— Wywołaj ich. Zapytaj, dlaczego, do cholery, tak się guzdrzą.
Trevor wziął do ręki urządzenie i włączył mikrofon.
— Halo! Halo! Tutaj Trevor Sawyer i funkcjonariusz Gillow, jesteśmy na siedemnastym 

piętrze. Mamy poważne kłopoty. Funkcjonariusz Gillow jest bardzo ciężko ranny. Pośpieszcie 
się…

— …cholerna winda utknęła między piętrami. Musimy iść po schodach.
— Na miłość boską, pośpieszcie się! I przyślijcie ratowników z noszami! Natychmiast!
Frank i Czerwona Maska wciąż walczyli. Pokrzykiwali, charczeli i okładali się nawzajem 

ciosami. Kulali się po podłodze, zderzali z biurkami i krzesłami. Czerwona Maska wciąż miał 
nóż; starał się dosięgnąć nim twarzy Franka. Celował w oczy.

Trzykrotnie dźgnął Franka w czoło i raz w mostek nosa, ale Frank walczył tak zaciekle, że 

nie udało mu się go oślepić.

— Uderz go krzesłem — powiedziała Sissy do Trevora.
Jednak   zanim   Trevor   podniósł   krzesło   i   stanął   nad   walczącymi   mężczyznami,   ci 

kilkakrotnie się przekulnęli. Ich walka była tak dynamiczna, że Trevor obawiał się zadać cios, 
żeby zamiast Czerwonej Maski nie trafić krzesłem ojca.

Czerwona Maska zacharczał i znowu spróbował dosięgnąć do twarzy Franka. Frank jednak 

przyszpilił jego rękę do dywanu i zadał mu pięścią potężny cios w głowę. Następnie uniósł się 
trochę i nacisnął prawym kolanem na dłoń trzymającą nóż. Jednocześnie ręką bił Czerwoną 
Maskę   po   głowie.   Tamten   teraz   już   tylko   wił   się   pod   nim   i   wrzeszczał   w   bezsilnej 
wściekłości.

— Sissy! — zawołał Frank. — Sissy, zapalniczka!
— Co?
Usta Czerwonej Maski nadal były tylko wąską czarną dziurą. Syknął bezsilnie i można 

było odnieść wrażenie, że ulatuje z niego para, która osiągnęła niebezpieczne ciśnienie.

Czerwona   Maska   rozpaczliwie   usiłował   złapać   Franka   za   rękę,   ten   jednak   stopniowo 

przybliżał zapalniczkę do jego twarzy.

Jego głos był już o oktawę niższy niż na początku walki.
— Nie ośmielisz się — charczał.
— Tak uważasz?
— Kim ty właściwie jesteś, jakimś męczennikiem w słusznej sprawie? Jeśli ja spłonę, ty 

też spłoniesz. Myślisz, że ktoś z tych ludzi jest tego wart?

— Nisko się cenisz.

background image

— Zostałem stworzony. Wyskoczyłem z bieli. Tak samo jak ty. Obaj byliśmy jak badacze 

Arktyki, zagubieni w śniegu, a pewnego dnia po prostu się pojawiliśmy na świecie.

Czerwona Maska zakaszlał. Był to pierwszy znak tego, że walka z Frankiem kosztowała go 

wiele wysiłku.

— Nie pozbędziesz się tak po prostu swojego życia, przecież  nie jesteś aż taki głupi. 

Chcesz to zrobić tylko po to, żeby mnie ukarać?

Frank pstryknął zapalniczką i pojawił się na niej wysoki niebieski płomień.
— Frank! — krzyknęła Molly. — Frank! Uważaj! Pamiętaj, że jesteś tylko…
Jednak Frank stopniowo przejmował kontrolę nad sytuacją i płomień wkrótce dotarł do 

policzka Czerwonej Maski. Ten wrzasnął, wierzgnął nogami i usiłował się podnieść, jednak 
Frank zdołał utrzymać płomień przy jego twarzy. Czerwona skóra zaczęła się marszczyć jak 
celofan i Sissy usłyszała, jak trzeszczy pod wpływem ognia.

— Zabierz to ode mnie! Zabierz to ode mnie!
Czerwona Maska zdołał wyrwać lewe ramię i natychmiast zaczął dźgać nożem ramiona i 

boki Franka. Przez cały czas wrzeszczał. Ale w końcu jego twarz zajęły płomienie, które 
szybko buchnęły wysoko i przeniosły się na jego ramiona i całe ręce.

— Frank! — krzyknęła Sissy. — O mój Boże, Frank!
Płomienie ogarnęły i jego. Zapaliły mu się włosy, a w ciągu kilku sekund ogień przerzucił 

się mu na plecy, jakby chciał go szybko ubrać w płomienny kaftan.

Przez   cały   czas   Frank   i   Czerwona   Maska   zmagali   się   ze   sobą,   co   chwilę   wydając 

przerażające   okrzyki,   jednocześnie   pełne   bólu   i   nienawiści.   Po   podłodze   krążyła   wielka 
pomarańczowa kula, w którą wkrótce zamieniły się ich ciała. Wreszcie uderzyli w środkowy 
filar podtrzymujący sufit i znieruchomieli. Ogień był tak gwałtowny, że Sissy musiała osłonić 
twarz ramieniem, żeby uniknąć poparzenia.

Wkrótce nastąpiła głośna eksplozja i nagle całe biuro wypełniło się białym popiołem, który 

zaczął   krążyć   w   powietrzu.   Unosiły   go   mocne   podmuchy   ciepłego   powietrza,   które   nie 
wiadomo skąd przedostały się do biura.

Wreszcie  nastąpiła  chwila,  gdy Sissy,  Molly i Trevor  stanęli  bez  ruchu wśród powoli 

opadającego  na podłogę  popiołu. Jego widok przypomniał  Sissy pierwsze  święta  Bożego 
Narodzenia   po   tragicznej   śmierci   Franka.   Spędzała   je   zupełnie   sama.   Kiedy   wyszła   na 
podwórze, padał śnieg. Był tak samo biały jak ten popiół.

— Zrobiłeś to dla mnie, Frank — wyszeptała.
Jej oczy wypełniły łzy,  których  nie była  w stanie powstrzymać,  mimo  że bardzo tego 

pragnęła.

Róże są czerwone

Trevor klęczał nad Gillowem. Policjant charczał i kaszlał, jednak wciąż żył. Obok niego 

uklękła także Sissy i chwyciła go za rękę, lepką od krwi.

— Jak panu na imię, policjancie?
— Herbert, proszę pani, ale wszyscy wołają na mnie Duke.
— Wyzdrowiejesz, Duke. Jestem wróżką i czuję to. Dojdziesz do siebie, obiecuję ci.
— Nie musi mnie pani okłamywać.
— Nie muszę i nie kłamię. Jednak kiedy wyliżesz się z ran, odejdziesz z policji i założysz 

własny biznes. Piekarnię albo restaurację. Ożenisz się i będziesz miał przynajmniej piątkę 
dzieci, same dziewczynki.

Gillow zamrugał. Jego twarz upstrzona była płatkami białego popiołu.
— Pięć dziewczynek? — zapytał z niedowierzaniem. Jednocześnie w jego ustach pojawiły 

się bąbelki krwi. — Niech mi pani po prostu pozwoli umrzeć.

background image

Podeszła do nich Molly.
— Biedny Szeryf jest martwy.
Sissy wstała i uścisnęła jej rękę.
— Szeryf był bardzo dzielny. Ale pamiętaj, że to tylko papier i farby — powiedziała.
Nie musiała dodawać, że również Czerwona Maska i Frank składali się jedynie z farby i 

papieru. Ich prochy wciąż opadały na dywan.

— Tylko Szeryf mógł wyczuć zapach Czerwonej Maski — dodała. — A tylko Frank mógł 

go spalić. Sama widziałaś, ile razy ten policjant do niego strzelał i nie wyrządziło mu to 
żadnej szkody.

— Przecież musimy odszukać jeszcze jedną Czerwoną Maskę — przypomniała jej Molly. 

— A policja nadal nie może wpaść na trop prawdziwej Czerwonej Maski.

— Cóż, schwytanie tej prawdziwej to ich sprawa — powiedziała Sissy. — My możemy 

szukać tylko tych namalowanych.

Obie kobiety w tej samej chwili usłyszały stukot butów, dobiegający z klatki schodowej, i 

czyjeś krzyki:

— Rozwalaj framugę! Rozwalaj framugę!
— Słyszysz to, Duke? — zapytała Sissy. — Twoi koledzy już biegną po ciebie. Zaraz się 

tobą zajmą.

Od drzwi dotarł odgłos potężnego uderzenia i natychmiast puściły zamki. Trevor podszedł 

do Sissy i położył jej dłoń na ramieniu.

— Jak my im to wyjaśnimy, mamo?
— Możemy tylko powiedzieć całą prawdę. Ale czy nam uwierzą czy też nie, to już ich 

sprawa.

— Chcę ci tylko powiedzieć, że… To wszystko, co opowiadałem o twoich wróżbach…
Sissy poklepała go po dłoni.
— Nie musisz nic mówić. Bywa, że i ja sama z trudem akceptuję pewne rzeczy, a przecież 

czasami rozmawiam z ludźmi, którzy już umarli. To było jak sen, prawda. Wskrzeszenie 
twojego ojca i w ogóle. I mnie chwilami się wydawało, że zaraz się obudzę sama w łóżku, 
daleko stąd, w Connecticut.

Pomiędzy   boksy   gwałtownie   wbiegło   z   pół   tuzina   policjantów   i   dwóch   młodych 

ratowników medycznych. Ratownicy natychmiast zajęli się Gillowem, a dwóch policjantów 
podeszło do Sissy, Molly i Trevora. Jeden z nich miał potężny brzuch i sumiaste wąsy. Drugi 
miał okrągłą twarz, czerwone policzki i sprawiał wrażenie, że jest o wiele za młody, żeby być 
policjantem.

— Co się tutaj, do diabła, wydarzyło? — zapytał policjant z sumiastym wąsem.
Sissy zaczęła mówić pierwsza.
— Szukaliśmy dowodów w związku z popełnionymi przestępstwami.
— Szukaliście tutaj dowodów w związku z popełnionymi przestępstwami?
—  Właśnie.   Doszliśmy  do  wniosku,  że  w  tym   biurze  unoszą   się  zapachy  związane  z 

niedawnymi   morderstwami,   ale   w   pewnym   momencie   pojawił   się   podejrzany   i   bez 
ostrzeżenia zaatakował funkcjonariusza Gillowa.

— Pani też szukała dowodów w związku z popełnionymi przestępstwami? — powtórzył 

policjant z sumiastym wąsem. — Pani?

— Niezupełnie ja, przynajmniej nie ja sama. Również mój syn i moja synowa.
— Porucznik Booker i detektyw Bellman wyrazili na to zgodę — wtrąciła się Molly. — 

Jestem   policyjnym   rysownikiem,   a   moja   teściowa…   ma   nadzwyczajne   umiejętności   w 
dziedzinie gromadzenia dowodów sądowych.

Policjant popatrzył na nią bardzo uważnie. Była ubrana w niebieską cygańską bluzkę i 

obcisłe   dżinsy.   Następnie   zmierzył   wzrokiem   Sissy   —   kobietę   po   siedemdziesiątce   o 
rozwianych białych włosach, ze srebrnymi bransoletami na rękach, ubraną w czarno–srebrną 

background image

suknię ozdobioną księżycami i gwiazdami.

— Nadzwyczajne umiejętności w dziedzinie gromadzenia dowodów? — zdziwił się. — 

Już to widzę.

— Mieliśmy ze sobą psa tropiącego — wyjaśnił Trevor. — Węszył za Czerwoną Maską aż 

do tej szafy. Kiedy funkcjonariusz Gillow wyłamał jej drzwi, rozpętało się piekło.

— To był tamten pies?
Trevor pokiwał głową.
—   Czerwona   Maska   zasztyletował   go   na   śmierć,   a   potem   rzucił   się   na   policjanta. 

Zachowywał się jak szaleniec. Wariat.

Policjant rozejrzał się po pomieszczeniu, zasypanym przez popiół.
— I gdzie on teraz jest? — zapytał. — Ta cała Czerwona Maska?
— Zniknął — odparła Sissy.
— Jasne. Którędy uciekł?
— Nie wiem dokładnie. Sam pan rozumie, panowało tu ogromne zamieszanie. Szaleniec z 

nożami, krzyki i tak dalej. Odniosłam wrażenie, że rozpłynął się w powietrzu.

— A pan widział, dokąd on uciekł? — Policjant z sumiastym  wąsem zapytał Trevora, 

jakby ten był jego ostatnią nadzieją na przytomną odpowiedź.

— Hmm… Nie. Właściwie nie.
— A skąd wziął się ten popiół? Co tu się spaliło?
— Papier. Po prostu papier się zapalił.
— Mówi pan, że papier? A jak to się stało?
— Proszę pana — odezwała się Sissy. — Czy jest z panem detektyw Bellman?
— Detektyw Bellman jechał do góry windą i ugrzązł pomiędzy piętrami. Nasi specjaliści 

oceniają, że ponowne uruchomienie windy zabierze co najmniej pół godziny.

— Koniecznie muszę z nim porozmawiać. On doskonale zrozumie, co się tutaj stało.
Policjant wsunął notes do kieszeni na piersi.
— Dobrze, proszę pani. Proszę bardzo, niech pani sobie czeka na Bellmana, jeśli chce pani 

jemu złożyć zeznanie, tylko proszę nam nie przeszkadzać. Ale proszę się nigdzie nie oddalać. 
Zaczeka pani na niego w budynku, dobrze?

— Oczywiście. Pozostanę w holu.
Policjant z wąsem i jego partner o czerwonych policzkach zaczęli badać ślady po ogniu na 

dywanie. Jedno z przypaleń miało kształt mężczyzny z rękami rozrzuconymi na boki.

—   Dasz   radę   zejść   po   schodach,   mamo?   —   zapytał   Trevor.   —   To   przecież   aż 

siedemnaście pięter.

Sissy zabrała ze stołu torebkę. Jednocześnie uniosła wysoko głowę i zmarszczyła czoło.
— Mamo, możemy poczekać, aż naprawią windy.
— W rzeczy samej, kochanie, najpierw chciałabym pójść na górę.
— Na górę? Do diabła, po co?
— Jeśli dobrze pamiętam, George Woods pracował na dziewiętnastym piętrze, prawda, 

Molly?

— Tak. Był pośrednikiem w handlu nieruchomościami. Pracował w Ohio Relocations.
— Chciałabym tam pójść i się rozejrzeć.
— Nie rozumiem.
— Ja też chyba wszystkiego do końca nie rozumiem. Po prostu czuję dziwne mrowienie 

wzdłuż   kręgosłupa.   W   czasie   seansu   spirytystycznego   George   Woods   celowo   skłamał. 
Dlaczego?

— Ale…
— Ci, którzy należą już do innego świata, bardzo rzadko kłamią, nawet jeśli mogą poprzez 

kłamstwo oszczędzić swoim najbliższym trochę bólu. Powiedziałam o tym Frankowi i on 
również był ciekaw, dlaczego George Woods kłamał.

background image

Kiedy Sissy, Molly i Trevor ruszyli w stronę klatki schodowej, wąsaty policjant zawołał:
— Da pani sobie radę po tych schodach?
— Nie jestem inwalidką, proszę pana. Codziennie przemierzam pieszo po dziesięć mil i 

wypalam czterdzieści papierosów, do samego filtra.

—   Nie   ma   to   jak   zdrowy   tryb   życia,   proszę   pani.   Zanim   wstąpili   na   schody,   Trevor 

powiedział do matki:

— Posłuchaj, muszę pojechać do biura, żeby odwalić jeszcze trochę papierkowej roboty. 

Dołączę do was później, dobrze? Wrócę do domu taksówką.

— Inaczej mówiąc, nie chcesz mieć nic wspólnego z tym, co będę teraz robić, tak? — 

zapytała go Sissy, patrząc mu w twarz. — No, ale skoro masz inne obowiązki, cóż…

Trevor uniósł do góry obie ręce.
— Mamo, jeśli chodzi o wróżbiarskie śledztwo, od biedy mogę je znieść. Ale jeśli chodzi o 

poszukiwanie seryjnych morderców… Cóż, chyba wolałbym nic na ten temat nie wiedzieć. 
Szczególnie   że   będziesz   chciała   myszkować   w   czyimś   prywatnym   biurze.   Muszę   raczej 
skupić się na mojej pracy.

Sissy uderzyła się otwartą dłonią w czoło, tak mocno, że zadzwonił mały dzwoneczek na 

jej palcu wskazującym.

— Przepraszam, Trevor. Gdzieś odezwał się we mnie taki cichy głosik, który każe mi 

pójść do góry.

— Tak, mamo. Wierzę ci. Chciałbym tylko, żebyś nie zrobiła niczego głupiego. Nie chcę, 

żebyś w podeszłym wieku skończyła w więzieniu dla kobiet. Molly, przypilnuj mamę, żeby 
odpowiednio się zachowywała.

Następnie Trevor pocałował matkę w oba policzki, a potem ucałował też Molly. Wreszcie 

ruszył schodami w dół. Sissy i Molly szybko się rozejrzały, żeby sprawdzić, czy nikt na nie 
nie patrzy, po czym poszły na górę.

— Jezu miłosierny.  — Pokonanie jednego piętra kosztowało Sissy więcej wysiłku, niż 

przypuszczała. Kiedy znalazły się na osiemnastym piętrze, oparła się o barierkę, chcąc trochę 
uspokoić oddech. — Co się ze mną stało, Molly? Przecież jeszcze niedawno biegałam po 
schodach jak kozica.

—   Przykro   mi   to   mówić,   ale   czterdzieści   sztuk   marlboro   dziennie   musiało   na   ciebie 

wpłynąć.

— Nie wierzę. Po prostu teraz budują bardziej strome schody niż w czasach, kiedy byłam 

dziewczynką.

—   Przecież   Giley   Building   postawiono   w   tysiąc   dziewięćset   trzydziestym   pierwszym. 

Wtedy cię jeszcze nie było na świecie.

— Och, nie dziel włosa na czworo.
Powoli   weszły   na   dziewiętnaste   piętro.   Sissy   pchnęła   drzwi   prowadzące   do   Ohio 

Relocations. Ku jej zaskoczeniu nie były zamknięte na klucz.

— No proszę, to jest nam jak najbardziej na rękę — powiedziała Sissy i popatrzyła w 

kierunku biur. — A już myślałam, że będę musiała użyć moich nadzwyczajnych umiejętności.

— Potrafisz otwierać drzwi zamknięte na klucz?
— Nauczył mnie tego pewien bardzo przystojny złodziej. Zresztą nauczył mnie jeszcze 

wielu   innych   rzeczy.   Jak   się   okazuje,   jedynym   niezbędnym   narzędziem   do   otwierania 
wszelkich drzwi jest przede wszystkim odpowiednia spinka do włosów.

— Ludzie pewnie w panice opuścili te biura zaraz po ostatnim napadzie. I zapomnieli 

porządnie je zamknąć.

Po chwili znalazły się w biurach Ohio Relocations. Przestrzeń, wynajmowana przez firmę, 

podzielona   była   na   przeszklone   boksy   niemal   identycznie   jak   na   siedemnastym   piętrze. 
Różnice  polegały na tym,  że plastikowe ściany były  wyższe,  a krzesła i biurka znacznie 
ładniejsze i nowocześniejsze. Dywany miały ciemnopurpurowy kolor. Na ścianie widniał też 

background image

purpurowy napis: OHIO RELOCATIONS — MOVING OHIO i rysunek cyrkowego siłacza 
unoszącego nad głową potężny kasztanowiec.

— Sissy? — zapytała Molly. — Dobrze się czujesz?
— Trochę brakuje mi oddechu. Ale poza tym czuję się zdrowa jak koń.
— Przecież wiesz, co mam na myśli. Chodzi mi o Franka.
Sissy odwróciła wzrok.
— Przecież to nie był prawdziwy Frank, dobrze o tym wiesz.
— Był wystarczająco realny, by znów cię uszczęśliwić.
— Tak. Ale przecież wiedziałam, że to nie może trwać. A poza tym popatrz, jaka różnica 

wieku nas dzieliła.

— Czerwona Maska numer dwa nadal istnieje.
— No i co?
—   To,   że   pewnie   będziemy   potrzebowały   jeszcze   jednego   Franka.   I   jeszcze   jednego 

Szeryfa.

Sissy przyłożyła dłoń do ust i trzymała ją tam przez dłuższy czas.
— Skoro tak twierdzisz… — powiedziała w końcu.
— Tak, ale co potem?
— Potem?
— Co będzie, jeśli tym razem Frank przetrwa?
— Chyba masz mnóstwo gumek do mazania, prawda?
— Nie jestem pewna, czy mówisz poważnie.
— Ani ja — przytaknęła Sissy. — Ale będziemy się nad tym zastanawiały dopiero wtedy, 

kiedy problem stanie się realny, dobrze?

Molly zajrzała do jednego z boksów.
— Właściwie co spodziewasz się tutaj znaleźć? — zapytała.
— Nie wiem. Może sprawdźmy sekretariat.
— Chyba nie masz jakiegoś przeczucia, co?
— Mam, ale sama dokładnie nie wiem, co to za przeczucie. Uważam, że w czasie seansu 

spirytystycznego Georgie Woods bardzo chciał coś ukryć. To było coś, czego się wstydził. 
Zazwyczaj  martwi ludzie wyznają bez oporów wszystko, co ich dotyczy.  Pragną rozwiać 
wszystkie niejasności. Ale George Woods coś ukrywał i założę się, że odpowiedź na pytanie, 
co to było, ma jakiś związek z jego życiem w tym biurze. Bo przecież nie miał żadnego 
innego życia. Bywał jedynie w domu i w biurze.

Ruszyły korytarzem, aż natrafiły na drzwi z matowego szkła, do których przymocowana 

była tabliczka ze złotym napisem: FRANCES DELGADO, ASYSTENTKA PREZESA. Sissy 
weszła do biura i zaczęła się rozglądać. Zobaczyła biurko, komputer osobisty, przesuszoną 
jukę w doniczce. Poza tym w pomieszczeniu stał regał z półkami na książki, jednak mieściły 
się na nich jedynie akta i fotografie w ramkach, przedstawiające rodzinę pani Delgado.

Sissy wzięła do ręki jedną z fotografii i popatrzyła na nią z bliska przez dwuogniskowe 

okulary.

— Boże wszechmogący. Przecież oni wyglądają jak orangutany.
Molly podeszła do szarej zamykanej szafy z napisem „Akta personalne OR”, szafa była 

jednak   zamknięta.   Sissy   otworzyła   szuflady   w   biurku.   Asystentka   prezesa   była   bardzo 
uporządkowaną   osobą,   jednak   szuflady   nie   zawierały   nic   poza   starannie   ułożonymi 
markerami, różnej wielkości spinaczami do papieru, starannie ułożonymi  w kartonikach, i 
płytami do komputerów, oznaczonymi kolejnymi literami alfabetu.

Zamykając szuflady, Sissy zauważyła kartonowe pudełko zastępujące nóżkę pod bocznym 

stolikiem, na którym stała juka. Nogą wypchnęła pudełko spod stolika, żeby się nie schylać, 
podniosła je i położyła na biurku pani Delgado. Na wierzchu ktoś napisał grubym mazakiem 
„G. Woods, biurko”.

background image

W środku znalazła głównie śmieci. Pełne pudełko zapałek z Jeff Ruby’s Steakhouse and 

Neon’s.   Egzemplarz   broszury  Jak   wygrywać   na   wyścigach   konnych,  z   pozadzieranymi 
rogami.   Małą   niebieską   latarkę   bez   bateryjek.   Instrukcję   obsługi   drukarki   HP.   Cążki   do 
paznokci. Kilka zepsutych długopisów. Drewnianą indiańską głowę, kiepsko wyrzeźbioną, z 
napisem Quamus na podstawie.

Znalazła   także   stertę   starych   paragonów   za   różne   zakupy.   Paragony   za   benzynę,   za 

lekarstwa   i   za   drinki   z   baru   w   Japp’s   and   the   Crowne   Plaża.   I   pięć   paragonów,   każdy 
potwierdzający zakup tuzina róż.

Wyciągnęła z pudełka paragony z kwiaciarni. Od razu zrozumiała, że to właśnie one na nią 

działały. Kłuły ją wręcz, niemal jak prawdziwe róże. Jak róże, które ukazywały się na każdej 
karcie DeVane, którą ostatnio wykładała z talii. Znowu róże.

Wszystkie róże zakupiono w kwiaciarni Jones the Florist na Fountain Square. Dostarczano 

je co wtorek, przez pięć tygodni, dla pani Jane Becker do sekretariatu kancelarii prawniczej 
Taft, Clecamp & Evans, mieszczącej się na dwudziestym pierwszym piętrze Giley Building w 
Cincinnati.

— Widzisz to? — zapytała Sissy. — Myślałam, że Jane Becker powiedziała ci, że wcale 

nie znała George’a Woodsa.

— Bo tak mi powiedziała. Nazywała go „biednym nieszczęsnym człowiekiem”.
— Naprawdę? Cóż, ten „biedny człowiek” posyłał jej co tydzień tuzin róż. Koszt jednej 

przesyłki wynosił pięćdziesiąt trzy dolary, łącznie z dostawą. Trwało to od drugiego tygodnia 
marca do trzeciego tygodnia kwietnia.

— Myślisz, że mieli romans? — zapytała Molly, patrząc na paragony ponad ramieniem 

teściowej. — To by nam wyjaśniało, dlaczego George Woods tak bardzo przepraszał żonę, 
prawda?

—   Tak.   Jednak   nie   rozumiem,   dlaczego   Jane   Becker   zależało,   żeby   wszyscy   odnosili 

wrażenie, iż w ogóle nie znała George’a Woodsa. Przecież gdyby jakiś mężczyzna przesyłał 
mi   przez   pięć   tygodni   w   regularnych   odstępach   bukiet   róż,   jasne,   że   chciałabym   się 
dowiedzieć, kto to taki.

— Na każdym zamówieniu była identyczna wiadomość — wskazała Molly. — Popatrz: 

„Zapamiętaj Vernon Manor, gdzie spełniły się nasze marzenia”. Musiała więc wiedzieć, kim 
on jest.

— Chyba musimy z nią porozmawiać — powiedziała Sissy. — Jestem zupełnie pewna, że 

opowiedziała nam tylko połowę całej historii. Skoro romansowała z George’em Woodsem, 
Czerwona Maska miałby motyw, żeby na nią napaść, nie sądzisz? Wcale nie zaatakował jej 
przypadkowo i tylko dlatego, że znalazła się w windzie w niewłaściwym czasie. To był napad 
z premedytacją. On chciał zranić właśnie ją. Być może nawet zamierzał ją zabić.

Sissy wsunęła paragony z kwiaciarni do torebki i razem z Molly wyszła z biura Frances 

Delgado. Kiedy zaczęły długie, uciążliwe schodzenie w dół po schodach, Molly odezwała się:

— Czerwona Maska mógł być jednym z chłopaków Jane Becker… albo facetem z jakąś 

obsesją na jej tle, zazdrośnikiem, który nie mógł znieść, gdy kręcił się przy niej jakiś inny 
mężczyzna.

— Albo krewnym pani Woods — zasugerowała Sissy. — Bratem lub kuzynem,  który 

chciał ukarać parkę za romans na boku. Istnieje więc duże prawdopodobieństwo, że Jane 
Becker wie, kto to jest.

— Dlaczego więc kłamała?
— Tego właśnie musimy się dowiedzieć.
Sissy zatrzymała się na czternastym piętrze i przycisnęła dłoń do piersi.
— Chcesz przez chwilę odpocząć? — zapytała Molly.
— Nie. Chciałabym jak najszybciej wyjść z tego budynku. Pamiętaj, że gdzieś tutaj krąży 

jeszcze druga Czerwona Maska.

background image

Kontynuowały schodzenie. Na dziewiątym piętrze Sissy powiedziała:
— Pamiętaj, nawet jeśli się dowiemy, kim jest druga Czerwona Maska, nie powstrzymamy 

go przed dalszym  zabijaniem. Musimy go wytropić i przy skrzynie… Tak samo jak tego 
dzisiaj.

— Chcesz, żebym jeszcze raz wskrzesiła Franka?
Sissy popatrzyła synowej prosto w twarz. Jej oczy błyszczały.
— A jak myślisz?

Rozmowa z detektywem Bellmanem

Po   prawie   godzinie   spędzonej   w   windzie   detektyw   Bellman   był   spocony   i   wściekły. 

Siedział  na jakimś  krześle  biurowym  z poluźnionym  krawatem  i popijał wodę mineralną 
prosto z butelki. Biała koszula kleiła mu się do pleców.

Sissy   szybko   opowiedziała   mu   dokładnie,   co   się   zdarzyło   na   siedemnastym   piętrze. 

Powiedziała mu prawdę o Franku, o tym, kim był naprawdę, i w jaki sposób Molly stworzyła 
Szeryfa.   Opisała,   jak   Czerwona   Maska   wypadł   z   szafy   i   dźgał   nożami   funkcjonariusza 
Gillowa.

Powiedziała mu też, jak Frank i Czerwona Maska spłonęli na popiół, na jej oczach.
Detektyw Bellman słuchał jej bardzo uważnie. Nie robił notatek. Kiedy Sissy skończyła, 

powiedział ponuro:

— I niby co ja mam napisać w raporcie?
— Nie wiem — odparła Sissy. — To zależy od tego, czy pan mi wierzy czy nie.
— Nic od tego nie zależy.  To jest szaleństwo. Gdybym  o tym  napisał, mój porucznik 

odebrałby mi sprawę i natychmiast wysłałby mnie na przymusowe leczenie do szpitala dla 
psychicznie chorych. To jest opowieść rodem z Alicji w Krainie Czarów. Ot, zabawa kartami, 
ożywianie rysunków i tak dalej.

— A jak pan myśli, skąd Lewis Carroll wziął pomysł na tę książkę? Przecież korzystał z 

wzorców  odnotowanych   już  wcześniej  w  wielu  kulturach.   Już   bardzo  dawno  mawiano   o 
portretach, które wychodzą z ram, czy poruszających się rzeźbach.

Detektyw Bellman wypił jeszcze łyk wody i wytarł usta wierzchem dłoni.
—   W   kulturze   policji   miasta   Cincinnati,   proszę   pani,   coś   takiego   nie   zostanie   jednak 

odnotowane. To pozostanie naszym małym sekretem. Capiche?

Oko w oko z olbrzymem

Wieczorem przygnębieni zasiedli do kolacji. Molly była zbyt zmęczona i rozkojarzona, 

żeby   gotować,   Trevor   pojechał   więc   do   Blue   Ash   Chili   i   przywiózł   trzy   porcje   chili   z 
czterema składnikami oraz jedną porcję z pięcioma składnikami — specjalnie dla Sissy, która 
uważała, że chili bez fasoli to nie jest chili. Zresztą długo powątpiewała także, że chili można 
jeść ze spaghetti.

— Kto to widział jadać chili ze spaghetti? — pytała. — Przecież to wbrew wszelkim 

prawom boskim.

— Przyzwyczaisz się, zobaczysz — mówił Trevor. — Pewnego dnia, kiedy wrócisz do 

New   Milford,   pomyślisz   sobie:   muszę   zjeść   chili   z   pięcioma   składnikami,   tak   jak   w 
Cincinnati, czyli wielką porcję chili, sera, cebuli i fasoli, ze stertą spaghetti na wierzchu, i to 
natychmiast!

— Czy dziadek nie przyjdzie na kolację? — zapytała Victoria.

background image

Sissy popatrzyła na Molly. Skoro mieli wskrzesić Franka jeszcze raz, żeby ścigał drugą 

Czerwoną Maskę, nie można było  dziecku po prostu powiedzieć,  że „dziadek wyjechał”. 
Jeszcze nie teraz.

— Dziadek ma pilne sprawy do załatwienia — powiedziała. — Pewnie wróci do nas jutro.
— I zamieszka z nami tak jak ty, babciu?
— Musisz zrozumieć, że to nie jest twój prawdziwy dziadek. On jest jakby wizerunkiem 

twojego dziadka, tyle że wizerunkiem, który potrafi chodzić i mówić.

— Wiem — odparła Victoria. — Ale to nieważne. Przecież i tak jest moim dziadkiem, 

prawda? I przecież może odebrać mnie ze szkoły, patrzeć, jak się bawię, i w ogóle?

— Victorio, kochanie. — Sissy ujęła dziewczynkę za rękę. — Nie wiem, czy dziadek 

będzie mógł długo mieszkać razem z nami.

— Powiem mu, że musi tu zostać na zawsze.
Sissy przez dłuższą chwilę poważnie się nad tym zastanawiała, ale wreszcie powiedziała:
— Jasne. To mi wygląda na całkiem dobry plan. Kiedy wnuczka o coś poprosi, żaden 

dziadek nigdy jej tego nie odmówi, prawda?

Sissy zdołała  przełknąć tylko  kilka łyżek  chili.  Starała się tego nie okazać,  ale  widok 

płonącego Franka bardzo nią wstrząsnął. Od czasu do czasu lekko drżała, mimo że wieczór 
był ciepły, i czuła w sercu tę samą beznadzieję, zimną jak stal, która ogarnęła ją dwadzieścia 
cztery lata temu, kiedy do jej drzwi zapukali policjanci z ponurą wiadomością.

Pomyślała, że namówienie Molly, by wskrzesiła Franka, było szaleństwem. A przecież 

wkrótce to szaleństwo miało się powtórzyć.

— Nie  jesteś  głodna,  mamo?   — zapytał  ją Trevor.  —  Nic  się nie  martw,   Pan Boots 

uwielbia chili z fasolą.

— Chyba nie dasz tego Panu Bootsowi? — zaprotestowała Victoria. — Po takim jedzeniu 

zawsze puszcza bąki.

— Wiesz co, to wcale nie Pan Boots — powiedziała Molly. — To twój tata tak robi. Ale 

zawsze zwala winę na Pana Bootsa, a przecież biedny pies nie może powiedzieć, że to nie on.

Kiedy   zaczęła   zbierać   ze   stołu   talerze   po   kolacji,   zadzwonił   telefon.   Molly   podniosła 

słuchawkę.

— Mieszkanie Sawyerów. — Chwilę słuchała ze zmarszczonym czołem, a potem zapytała: 

— A kto mówi?

Trevor wstał od stołu.
— Co się stało, kochanie? Lepiej daj mi słuchawkę.
Molly zakryła dłonią mikrofon i popatrzyła na męża rozszerzonymi oczami.
— To jest chyba Czerwona Maska.
— Daj mi słuchawkę!
—   Nie,   poczekaj!   —   zaprotestowała   Sissy.   —   To   może   być   coś   ważnego!   Przełącz 

rozmowę na głośnik i posłuchajmy, co on ma do powiedzenia. Victorio, mogłabyś coś dla 
mnie zrobić? Zabierz Pana Bootsa na podwórze i wysyp mu to chili do miski.

— Ale…
— Victorio, nie powinnaś słuchać tej rozmowy, rozumiesz? Bądź więc dobrą dziewczynką 

i nakarm Pana Bootsa na podwórku.

Tymczasem Molly kontynuowała rozmowę z Czerwoną Maską.
— Skąd masz mój numer telefonu?
Przez chwilę słuchała odpowiedzi.
— Rozumiem…
Poczekała, aż Victoria wyszła z kuchni, i przełączyła rozmowę na zewnętrzny głośnik.
—  Zdaje   się,   że   chcesz   mnie   wytropić,   co,   Molly?   —   charczał   Czerwona   Maska.   — 

Stworzyłaś mnie i wyobrażasz sobie, że przysługuje ci boskie prawo do wytropienia mnie i 
unicestwienia?

background image

—   Jesteś   seryjnym   mordercą   —   odparła   Molly.   —   Czegóż   innego   więc   się   po   mnie 

spodziewasz?

— Spodziewam się, że przyjmiesz odpowiedzialność za swoje własne dzieło, Molly. Czy 

to moja wina, że kieruje mną żądza zemsty? Muszę wyegzekwować sprawiedliwość, Molly. 
Pragnienie zemsty jest w mojej krwi albo w tym, co płynie w żyłach, kiedy jest się tylko 
papierem oraz śladem po ołówku.

— Nie sądzisz, że dość już tej sprawiedliwości? Po prostu przestań zabijać, okaż ludziom 

miłosierdzie.

— Nie mogę, Molly. Nie tak zostałem narysowany. Jeszcze niedawno myślałem, że będę 

mógł przestać, ale teraz wiem, że nie mogę. Dzisiaj mnie zabiłaś, spaliłaś. A jednak niczego 
wtedy nie poczułem. I to mnie wcale nie oczyściło. Nie poczułem się wyzwolony. Po tym 
spłonięciu odnalazłem za to w sobie jeszcze większe pragnienie zemsty. Mam ochotę zabić 
jeszcze więcej ludzi, całe mnóstwo, setki! Chciałbym, aby ich krew lała się jak ciepły letni 
deszcz.

— Musisz z tym skończyć — powiedziała Molly. — Jeśli się nie powstrzymasz, wtedy ja 

skończę z tobą, przysięgam. — Zapadła cisza. Słychać było jedynie urywany,  świszczący 
oddech Czerwonej Maski, niemal do złudzenia przypominający cykanie pojedynczej cykady. 
W końcu odezwał się:

— Przeceniasz się, Molly, składając taką obietnicę. Skoro jednak przysięgasz, że będziesz 

mnie ścigała, to ja, na Boga, przysięgam, że również będę ścigał ciebie.

— Odłóż słuchawkę! — syknął Trevor.
Sissy   uniosła   jednak   rękę,   nakazując   mu,   żeby   nie   przeszkadzał.   Chciała   usłyszeć 

wszystko, co Czerwona Maska miał do powiedzenia.

— Uważaj na siebie — mówił chrapliwy głos. — Bój się każdego cienia na ścianie. I 

pilnuj   swoich   najbliższych.   Kiedy   zostałem   stworzony,   to   twoją   twarz   zobaczyłem   jako 
pierwszą,   Molly.   Dlatego   możesz   być   pewna,   że   moja   twarz   będzie   ostatnią,   jaką   ty 
zobaczysz w życiu. Trevor złapał za słuchawkę i warknął:

— Słuchaj mnie, ty skur…
W telefonie rozległ się jednak krótki trzask i Czerwona Maska przerwał połączenie.
— No, to się doczekałem! Doczekałem się! — zawołał Trevor. — On śmie grozić mojej 

rodzinie.   Ale   nic   z   tego.   Jutro   z   samego   rana   ruszamy   na   poszukiwanie   tego   psychola! 
Złapiemy go i spalimy tak samo jak dzisiaj!

— Muszę się czegoś napić — powiedziała Sissy. — I nie tylko. Muszę zapalić.
Wyszła do ogrodu. Victoria wciąż siedziała na kuchennych  schodach, patrząc, jak Pan 

Boots wyjada z miski porcję chili.

— Widzisz, babciu? Pan Boots bardzo lubi spaghetti.
Sissy zapaliła marlboro.
— Pan Boots lubi wszystko z wyjątkiem tuńczyka. Usiadła obok Victorii i wypuściła dym 

w ciepłe wieczorne powietrze.

— Dlaczego palisz papierosy, babciu? To jest naprawdę bardzo niebezpieczne dla zdrowia.
— Wiem. Jestem głupiutka. Próbowałam już rzucić palenie tyle razy, że już nie potrafię 

zliczyć. I wiesz co, za każdym razem, kiedy zapalam papierosa, słyszę głos twojego dziadka: 
„Dlaczego nie rzucisz palenia, Sissy?” I wtedy sobie myślę, że lepiej go słyszeć, jak to mówi, 
niż nie móc go słuchać w ogóle.

— Kocham go — powiedziała Victoria.
— Tak. Ja również.
W tym  momencie  Pan Boots skończył  jeść i podszedł  do nich, oblizując  pysk.  Trącił 

mokrym nosem Victorię, ta jednak zawołała:

— Odejdź ode mnie! Odejdź! Te dżinsy były dzisiaj wyprane.
Trevor wyjrzał przez okno.

background image

— Czy coś się stało? — zapytał.
Sissy uśmiechnęła się.
— Nic, z czym nie poradziłaby sobie wilgotna ściereczka.

* * *

Sissy otworzyła oczy. Był już jasny dzień. Jej policzek niemal przykleił się do skórzanego 

siedzenia w hudsonie hornecie wujka Henry’ego. Leżała jeszcze przez chwilę, nasłuchując 
monotonnego szumu silnika. Czuła, jak zawieszenie auta podskakuje i opada na nierównej 
drodze.

Nie   mogła   sobie   przypomnieć,   co   właściwie   tutaj   robi.   Przecież   już   tak   dawno   nie 

odwiedzała wuja Henry’ego i cioci Mattie, że nawet nie była pewna, czy oni wciąż żyją. Ale 
najwidoczniej żyli,  bo przecież  siedziała w samochodzie wuja Henry’ego  i to wuj Henry 
siedział za kierownicą.

Po chwili się wyprostowała. Jasne, przed sobą miała tył głowy wuja Henry’ego. Widziała z 

boku jego opalony, piegowaty policzek. Na głowie miał swój słomkowy kapelusz, z otokiem 
z wężowej skóry, a na koszuli wyraźnie odcinały się jego czerwone szelki.

Wyjrzała przez okno. Preria sprawiała ponure wrażenie i zdawała się ciągnąć bez końca. W 

oddali Sissy dostrzegła zabudowania jakiejś farmy i pomalowaną na biało stodołę. Niebo było 
zakryte   ciężkimi,   brązowymi   chmurami.   Ale…   Może   to   nie   były   chmury,   lecz   chmary 
cykad?.

Z   radia   dobiegały   dźwięki   dziwnej   piosenki.   Miała   niezrozumiały,   nieregularny   rytm, 

jakby ktoś puszczał ją od końca do początku.

Widziałam cię w ogrodzie…
Widziałam, jak odwracasz się…
Widziałam, jak się śmiejesz, i zapytałam cię…
Lecz gdy się śmiałeś, wiem, że łgałeś…

— Gdzie jesteśmy, wujku Henry? — Jej głos zabrzmiał, jakby mówiła przez tekturową 

tubę.

— Na zachód od wschodu i na wschód od zachodu.
— Tak, ale dokąd jedziemy?
— Nie pamiętasz? Jest pora burzowa. Musimy jechać przed siebie, żeby uciec przed burzą, 

nie wiesz?

Sissy usiadła na środku tylnego siedzenia i popatrzyła przez przednią szybę. Niebo z każdą 

chwilą coraz bardziej ciemniało, mimo że zegar w samochodzie wskazywał dopiero godzinę 
drugą. W powietrzu czuć było zapach deszczu.

Minęli znak obwieszczający,  że wjeżdżają do Borrowsville.  W tym  samym  momencie 

Sissy   wyłowiła   wzrokiem   wielką   sylwetkę   mężczyzny   stojącego   na   poboczu   drogi.   Był 
jeszcze daleko, ale mimo to był dobrze widoczny, więc musiał być naprawdę ogromny.

Nieświadomie zadrżała, jak to się jej czasami zdarzało w czasie snu, tym razem jednak 

drgnęła z przerażenia.

— Czy możemy zawrócić? Ja nie lubię olbrzymów.
— Nie tym razem, Sissy.
— Co to znaczy?
— Przecież  wiesz, co to znaczy.  Tym  razem musimy  mu  się przyjrzeć  uważniej. Nie 

możesz już tego dłużej odwlekać, niezależnie od tego, jak bardzo się boisz.

— Ale to jest olbrzym, a ja nie lubię olbrzymów. Proszę cię, zawróć. Proszę…
— Nie tym razem, Sissy.

background image

Byli coraz bliżej. Sissy była tak przerażona, że jej oddech stał się krótki i urywany. W 

miarę jak olbrzym rósł w ich oczach, wujek Henry jechał coraz wolniej. Wreszcie pozwolił 
hornetowi   toczyć   się   na   jałowym   biegu.   W   końcu   samochód   stanął.   Od   stopy   olbrzyma 
dzieliło ich mniej więcej trzydzieści stóp.

— No, Sissy. Popatrz na niego uważnie.
— Wujku, ja się go strasznie boję.
— Musisz to zrobić. Nie ma innego wyjścia. Znalazłaś się tutaj z bardzo konkretnego 

powodu, Sissy Sawyer, i dobrze o tym wiesz. Musisz więc opanować swój strach, młoda 
damo, i zrobić to, co konieczne.

Wuj   Henry   zaciągnął   hamulec   ręczny   i   wysiadł   z   auta.   Obszedł   pojazd,   podszedł   do 

drzwiczek   po   stronie   Sissy   i   otworzył   je.   Jego   obszerne,   luźne   spodnie   furkotały   w 
podmuchach ciepłego wiatru z południowego zachodu.

— Chodź, Sissy. On ci nie zrobi nic złego.
Niechętnie,   niepewnie,   Sissy   wzięła   wujka   za   rękę   i   wyszła   z   samochodu   na   drogę. 

Ziarenko piasku wpadło jej do oka i musiała szybko zamrugać, żeby się go pozbyć. Wuj 
Henry   poprowadził   ją   poboczem   drogi   przecinającej   prerię,   która   była   porośnięta   przede 
wszystkim purpurową koniczyną. Preriowe rośliny pochylały się ku ziemi, smagane silnym 
wiatrem.

Dotarli do stóp olbrzyma. W pierwszej chwili Sissy nie chciała podnieść na niego wzroku. 

Jego   stopy   były   czarne,   czarne   były   jego   spodnie,   dosłownie   cały   był   czarny,   jakby 
pomalowany czarną farbą.

— Podnieś głowę, Sissy. Musisz. Popatrz mu prosto w twarz.
— Wujku, proszę cię, nie chcę, za bardzo się boję. Co będzie, jeżeli on mnie rozpozna i 

zacznie mnie ścigać w snach?

— On jest z drewna, Sissy. Nie może cię ścigać.
— Jesteś pewien?
— Całkowicie. Jestem tego pewien tak samo jak tego, że stoję tu obok ciebie.
Powoli, bardzo powoli, Sissy podniosła głowę. Olbrzym miał na sobie czarną marynarkę, a 

pod nią ciemnoczerwoną koszulę. Ręce trzymał złożone na piersiach, a w każdej ręce miał 
wielki, lśniący, trójkątny nóż rzeźnicki.

Zobaczywszy jego twarz, Sissy zamarła. Twarz olbrzyma była pomalowana na czerwono i 

miała dwa wąskie wycięcia na oczy oraz jedno szersze wycięcie na usta.

— Czerwona Maska — wyszeptała. — Mój Boże, to jest Czerwona Maska.
Wujek Henry potrząsał głową, uśmiechał się i mówił coś do Sissy, jednak silny wiatr 

sprawiał, że nie rozumiała znaczenia jego słów.

— Nie słyszę cię. Nic nie rozumiem.
Wujek ujął ją pod ramię i wskazał na stojący blisko wielki budynek o ścianach z lśniącego 

aluminium. Przed budynkiem stało wiele ciężarówek i furgonetek. Ogromny symbol na dachu 
obwieszczał, że wielki budynek należy do hurtowni mięsa w Borrowsville.

— To jest reklama i nic więcej. Nigdy i nigdzie nie będzie cię ścigać.
Niespodziewanie usłyszała chrapliwy głos:
— Ufasz wujkowi Henry’emu, co? Ale wujek Henry umarł wiele lat temu. Co on może 

wiedzieć   o   rzeczywistości?   Poczekaj   tylko,   aż   krew   zacznie   tryskać   niczym   ciepły   letni 
deszcz.

Rozległ się głuchy grzmot i deszcz rzeczywiście zaczął padać. Najpierw spadło tylko kilka 

wielkich   srebrzystych   kropli,   potem   deszcz   przybrał   na   sile,   aż   wreszcie   rozszalała   się 
gwałtowna burza. Uciekaj, Sissy. Uciekaj!

background image

Oblicze strachu

— Obudź się, Sissy — powiedziała Molly. — Ktoś chce się z tobą zobaczyć.
Otworzyła oczy. Był wczesny ranek i do jej sypialni wpadały jaskrawe promienie słońca. 

Molly stała obok jej łóżka, a w ręce trzymała  wielką szklankę świeżo wyciśniętego soku 
grejpfrutowego.

— Co? Kto chce się ze mną zobaczyć? Czy nie może poczekać, aż się trochę ogarnę?
— Och, nie przejmuj się. Ten ktoś z pewnością już niejeden raz widział cię w koszuli 

nocnej.

Sissy usiadła i sięgnęła po okulary leżące na nocnym stoliku. Kiedy je założyła, do pokoju 

wszedł Frank, ubrany w niebieską koszulę w paski i spodnie w kolorze khaki. Podszedł prosto 
do niej, chwycił jej dłonie i pocałował ją.

— Mój Boże, Frank. Nie wierzę.
— Nie  mogłam   spać  —  wyjaśniła  Molly.  —  Zamiast   przewracać  się  z  boku na  bok, 

pomyślałam, że mogę zrobić coś pożytecznego, no i… Znowu przywróciłam go do życia.

— Och, Frank.
Sissy przytuliła go i odwzajemniła pocałunek. Przez kilka chwil, miłych jak marzenie, nie 

pamiętała, że ma do czynienia tylko z podobizną Franka, a ona sama jest aż o dwadzieścia 
cztery lata starsza od niego. Dotykał jej jak Frank, pachniał jak Frank i tak bardzo pragnęła, 
żeby był przy niej, żywy i prawdziwy, że aż poczuła w sobie ogień.

— Sissy — powiedział Frank. — Wcale się nie zmieniłaś.
— Moje włosy są siwe, Frank. Mam zmarszczki. I popatrz na moje ręce.
Frank obdarzył ją słabym i smutnym uśmiechem.
— Nie to miałem na myśli. A przecież i tak lepiej mieć zmarszczki, niż być martwym, 

prawda?

— Pamiętasz, co się wydarzyło wczoraj? — zapytała Sissy.
— Oczywiście, że pamiętam. Mogę sobie być obrazem, ale moja krótkookresowa pamięć 

jest w porządku.

— Czy kiedy się paliłeś… To bolało?
— Niczego nie czułem. Pewnie byłoby inaczej, gdybym był prawdziwym człowiekiem. 

Ale znałem w życiu ludzi, którzy płonęli żywcem i także niczego nie czuli. Kiedy spłoną 
końcówki nerwów, potem nie ma już bólu. Człowiek spokojnie się pali, jakby był z drewna.

— Skoro wspomniałeś o drewnie… W nocy miałam sen o drewnianym człowieku. To był 

Czerwona Maska, jestem pewna.

— Nie rozumiem. Czerwona Maska z drewna?
Sissy pokiwała głową.
— Nigdy nie widziałeś tych olbrzymich figur przy drogach? Na przykład Paula Bunyana 

albo Muffler Manów? Kiedy byłam dzieckiem, jeździłam w odwiedziny do wujka Henry’ego 
i cioci Mattie na ich farmę w Iowa i przy drodze do Webster stała potężna figura mężczyzny, 
ubranego na czarno, z dwoma nożami rzeźnickimi w rękach. Przerażał mnie tak bardzo, że 
kiedy obok niego przejeżdżaliśmy, zawsze mocno zaciskałam powieki i nawet nie chciałam o 
nim myśleć. Ale zaczął mi się śnić od czasu, kiedy Molly wykonała szkic Czerwonej Maski. 
We śnie widziałam go na horyzoncie, jednak zawsze za bardzo się bałam, żeby popatrzeć na 
jego twarz. Do dzisiejszej nocy.

— No i co? Czy to na pewno był Czerwona Maska?
— Bez wątpienia. On jest przydrożną reklamą jakiejś hurtowni mięsa w Borrowsville.
— Poczekaj, Sissy — odezwała się Molly.  — Dlaczego ktoś miałby się ukrywać pod 

postacią przydrożnej figury z Iowa? Chce na siebie zwrócić uwagę, czy co? Sama nie wiem. 
To jest tak cholernie niejasne…

background image

— Przy drogach jest mnóstwo takich olbrzymich  figur — powiedział Frank. — To są 

indiańscy bohaterowie, kowboje, różne dziwadła albo dziewczęta w kostiumach kąpielowych. 
A w New Milford mamy na przykład wysoką na trzydzieści stóp słomianą kukłę.

— Wiem. Dlaczego zatem wybrał sylwetkę reklamującą jakąś hurtownię mięsa z Iowa?
Sissy zsunęła z siebie kołdrę.
— Myślę, że jak najszybciej musimy porozmawiać z Jane Becker. Mam złe przeczucia.
— Pojadę do niej z tobą — powiedział Frank. — I zabierzemy Szeryfa.
Sissy popatrzyła na Molly.
— Chyba tego nie zrobiłaś?
—   Oczywiście,   że   zrobiłam.   Miałam   pracowitą   noc,   kiedy   ty   śniłaś   o   przerażających 

olbrzymach.

Sissy wyszła z łóżka i podeszła do okna. Na podwórku Pan Boots i Szeryf razem polowali 

na cykady.

— Od razu się zaprzyjaźnili — powiedziała Molly. — Moim zdaniem Pan Boots jakoś 

rozumie, że Szeryf wcale nie zamierza zająć jego miejsca.

— Tak myślisz? — zapytała Sissy. — A moim zdaniem Pan Boots jest po prostu dość 

inteligentny,  żeby nie wdawać się w walkę z o połowę młodszym  od siebie owczarkiem 
niemieckim.

— Ubierz się, Sissy — powiedział Frank. — Ja tymczasem wypiję kawę, zanim wystygnie, 

i dokończę pekanowe ciasteczka w polewie czekoladowej, które twardnieją z każdą chwilą.

Kiedy Frank wyszedł do kuchni, Sissy zapytała.
— Czy Victoria już go widziała?
— Nie. Wyszła do szkoły, zanim się… rematerializował, czy jak to nazwiemy.
— Będzie zachwycona.
— Wiem. Ale nie jestem pewna, czy tego chcę. Przecież to nie może długo trwać, prawda? 

Przecież Frank jest jedynie obrazem, wizerunkiem, a nie realnie istniejącą, żywą postacią.

— W dotyku jest bardzo realny.
Molly popatrzyła ostro na Sissy.
— On przecież jest dla ciebie za młody. Niczego sobie nie wyobrażaj.
— Na miłość boską, Molly! Przecież to mój mąż!

* * *

Pod dom Beckerów w Lakeside Park podjechali kilka minut przed południem. Dzień był 

gorący i słoneczny. Po niebie płynęła tylko jedna samotna chmurka. Dom był duży, piętrowy, 
zbudowany   w   stylu   kolonialnym   z   cegły   o   różowym   odcieniu.   Otaczał   go   ogród   o 
powierzchni mniej więcej trzech czwartych akra, porośnięty głównie suchą trawą. Cykanie 
cykad było tu głośniejsze niż w Blue Ash.

— Miejmy nadzieję, że dziewczyna jest w domu — powiedział Frank.
Na podjeździe stały dwa samochody: czarny jeep cherokee i czerwona honda civic. Do 

tylnej szyby hondy przylepiona była naklejka z napisem Glaring Anomalies.

— Glaring Anomalies? — zdziwił się Frank.
— To taki zespół rockowy — wyjaśniła mu Molly. — Niestety, powstał ładnych kilka lat 

po twoim odejściu.

Stanęli przed drzwiami i Sissy zadzwoniła. Bardzo długo czekali, ale wreszcie w drzwiach 

stanęła Jane Becker, ubrana w o wiele na nią za dużą koszulkę, z plamami po keczupie na 
piersiach. Miała bardzo bladą twarz, a jej kręcone kasztanowe włosy były związane z tyłu 
jasnozieloną nylonową wstążką.

— Tak? — zamrugała powiekami.
—  Cześć,   Jane   —  powiedziała   Molly.   —   Pamiętasz   mnie?   Jane   Becker   przez   chwilę 

background image

patrzyła na nią ze zmarszczonym czołem, ale zaraz odezwała się:

— Och, tak. Oczywiście. Pani szkicowała tego… Ale co państwo tutaj robicie?
— Chciałam jeszcze raz z tobą porozmawiać. Chyba  widziałaś w telewizji,  że policja 

jeszcze   nie   złapała   tej   Czerwonej   Maski.   Dlatego   przyszło   mi   do   głowy,   że   mogłabyś 
opowiedzieć mi o nim coś jeszcze. Coś, co zapamiętałaś, a co umknęło twojej uwagi, kiedy 
rozmawiałyśmy po raz pierwszy. Byłaś w końcu pod wpływem szoku, no i w ogóle.

— Cóż… chyba nie…
Jane  Becker   popatrzyła   ponad  głowami   niespodziewanych   gości   na   trawnik,   jakby  się 

spodziewała, że z krzaków zaraz wyskoczy Czerwona Maska.

— Moglibyśmy na chwilę wejść? Nie sprawimy ci kłopotów? To jest Sissy, moja teściowa, 

a to detektyw Frank Sawyer.

Frank błysnął przed jej oczyma odznaką. Zrobił to tak szybko, że nie zdążyła zobaczyć, że 

jest to odznaka policji stanu Connecticut, a nie Cincinnati.

— Naprawdę nie wiem, co jeszcze mogłabym dodać. Wizerunek, który pani narysowała… 

To był dokładnie on. Dokładnie.

Mimo że najwyraźniej nie miała ochoty rozmawiać z niespodziewanymi gośćmi, Jane, bez 

słowa zaproszenia, szerzej otworzyła drzwi, by mogli wejść do holu, po czym poprowadziła 
ich do salonu.

Dom był czysty, starannie urządzony. Na podłogach leżały dywany w kolorze łososiowym, 

a kanapy i krzesła miały bladożółte obicia. Nad kominkiem wisiał amatorski obraz olejny 
przedstawiający kamienny mostek, pod którym płynął nieprawdopodobnie niebieski strumień. 
Kominek  zdobiły jeszcze  lśniące mosiężne  głowy psów, był  on jednak sztuczny,  a samo 
palenisko — elektryczne.

—   Jest   pani   absolutnie   pewna,   że   nie   widziała   Czerwonej   Maski   nigdy   wcześniej,   to 

znaczy przed atakiem w windzie?

Jane Becker usiadła na krześle przy kominku.
— Nigdy. To był ktoś dla mnie zupełnie obcy.
— I nie ma pani pojęcia, dlaczego chciał zabić pana Woodsa?
— Nie mam pojęcia.
Sissy poczuła w palcach mrowienie. Uniosła rękę i zobaczyła, że ametyst w pierścionku jej 

matki stał się o kilka odcieni ciemniejszy. Prawdopodobnie więc Jane Becker kłamała. Ale w 
jakiej sprawie? W grę wchodziły dwie możliwości: kłamała, że nie zna Czerwonej Maski lub 
że nie wie, dlaczego zamordował George’a Woodsa.

Jednak to mrowienie wywoływał nie tylko pierścionek matki. Czuła je, kiedy bardzo blisko 

znajdował się silny albo znaczący obiekt. Na przykład kiedy któryś z jej klientów przynosił 
do   niej   szal   zmarłej   ukochanej   osoby   albo   chociażby   parę   jej   rękawiczek,   żeby   ułatwić 
nawiązanie   kontaktu   z   kimś   zza   grobu.   Odczuwała   je,   kiedy   wchodziła   do   jakiegoś 
pomieszczenia i jej wzrok padał na fotografię kogoś niedawno zmarłego. Zawsze wiedziała, 
kiedy człowiek ze zdjęcia nie żyje, nie trzeba jej było tego mówić.

— …może jednak — ciągnęła Molly — przypomnisz sobie coś z nim związanego. Coś 

szczególnego   w   związku   z   jego   fryzurą,   karnacją   skóry,   czymkolwiek.   Miał   blizny? 
Zauważyłaś jakieś blizny? Blizny i rany mogą być ważną wskazówką, ponieważ mogą być 
wynikiem kontuzji sportowych albo wypadków przy pracy.

Sissy powoli obracała się, próbując dociec, co jest źródłem mrowienia w palcach. Frank 

złapał ją za rękę i zapytał:

— Sissy, dobrze się czujesz?
— Tak. Doskonale. To tylko…
— Nie pamiętam nic więcej poza tym,  co już pani powiedziałam — upierała się Jane 

Becker. — Może i miał jakąś bliznę, ale ja tego naprawdę nie pamiętam. Niech pani weźmie 
pod uwagę, że walczyłam wtedy o życie.

background image

— Czy mogłabym skorzystać z łazienki? — zapytała niespodziewanie Sissy.
— Oczywiście. Proszę pójść korytarzem, drugie drzwi na prawo.
— Dziękuję.
Sissy wyszła z salonu. Idąc korytarzem, uniosła prawą rękę i przymrużyła powieki, żeby 

się lepiej koncentrować. To tutaj, Sissy. Odpowiedź znajduje się właśnie tutaj. W jednym z 
tych pokoi.

Minęła jadalnię. Nie było w niej nic poza lśniącym dębowym stołem i ośmioma dębowymi 

krzesłami.   W   powietrzu   nie   unosił   się   żaden   zapach,   jakby   z   pokoju   korzystano   bardzo 
rzadko. Dotarła do łazienki. Kiedy nacisnęła na klamkę, nagle poczuła mrowienie w karku. 
Dopiero w tej chwili spostrzegła, że naprzeciwko jadalni znajduje się jeszcze jeden pokój, a 
jego drzwi są niedomknięte.

Zawahała się. Przez chwilę stała nieruchomo, nasłuchując. Podeszła do drzwi i uchyliła je 

trochę mocniej. Był  to gabinet. Znajdowało się tu biurko z komputerem,  a pod ścianami 
ustawione były półki z mnóstwem książek. Ten, kto używał tego gabinetu, nie był specjalnie 
porządną osobą; na biurku stał pusty kubek po kawie, leżały porozrzucane długopisy i płyty 
kompaktowe oraz poprzedzierane wydruki transakcji dokonanych kartami kredytowymi. Na 
obudowie   monitora   komputerowego   poprzylepiane   były   dookoła   ekranu   notatki   na 
niewielkich żółtych karteczkach. „Fryzj. 8!!!” „Tel. Ken. B. w spr. ubezp…” „Reklamacja!!!”

Na ścianie po lewej stronie, patrząc od strony biurka, wisiała korkowa tablica. Ktoś gęsto 

poprzypinał   do  niej   pocztówki,   podkładki   pod  kufle,   jadłospisy  restauracji   prowadzących 
sprzedaż na wynos oraz rodzinne fotografie. Sissy powoli do niej podeszła i teraz niemal 
słyszała swoje mrowienie, a czuła je w sobie tak, jak się czuje musowanie wody sodowej w 
szklance.

Niemal   na   środku   korkowej   tablicy,   częściowo   zakryta   listem   dziękczynnym   z   jakiejś 

lokalnej   fundacji   dobroczynnej   pomagającej   dzieciom,   znajdowała   się   pocztówka 
przedstawiająca ogromną postać o czerwonej twarzy, która trzymała w rękach trójkątne noże. 
Podpis pod pocztówką głosił, że przedstawia Młodego Rzeźnika  z Borrowsville  w stanie 
Iowa.

Sissy  zdjęła   pocztówkę   z   tablicy   i   odwróciła   ją.   Na   odwrocie   przeczytała   informację: 

„Młody Rzeźnik  był  reklamą  hurtowni  mięsa  w Borrowsville  w stanie  Iowa. Inaczej  niż 
większość podobnych wielkich figur przydrożnych nie został wykonany z włókna szklanego, 
ale wyrzeźbiony z jednego pnia dębu przez miejscowego rzeźbiarza Deana S. Ferndale’a II. 
Młody Rzeźnik miał 32 stopy i 7 cali wysokości i ważył mniej więcej 6300 kilogramów. W 
1974   roku   został   poważnie   uszkodzony   przez   uderzenie   pioruna   i   usunięty   ze   swojego 
miejsca”.

Ktoś   napisał   też   na   pocztówce   wiadomość:   „Pozdrowienia   dla   Ricka   i   całej   rodziny! 

Buziaki z ponurej Iowy! Lonnie mówi, że też tak będę wyglądał, jeśli będę się zbyt długo 
wylegiwał na słońcu! Do zobaczenia piętnastego. Ściskam, Dave M.”

Pocztówkę wysłano dwunastego maja 1993 roku, a więc Jane Becker mogła ją po raz 

pierwszy zobaczyć, kiedy była bardzo mała. Na tyle mała, żeby się jej przestraszyć.

Sissy wróciła do salonu. Jane Becker wciąż odpowiadała na pytania Molly i Franka.
— Przykro mi, nic więcej nie pamiętam. Te wszystkie morderstwa są straszne, okropne. 

Żałuję, ale nie przychodzi mi do głowy nic, co mogłoby pomóc w złapaniu tego człowieka.

Sissy rzuciła na stolik pocztówkę, tuż przed Jane.
— Kogo on ci przypomina? — zapytała.
— Zaraz, pani to zabrała z pokoju mojego ojca!
— To, skąd to zabrałam,  moja droga, teraz nie jest ważne. Ważne jest to, kogo ci to 

przypomina.

Frank wziął do ręki pocztówkę i przeczytał jej opis.
— Młody Rzeźnik. To on panią zaatakował?

background image

— Miał czerwoną twarz, identyczną. Albo miał krew na twarzy. Nie wiem. Musiało mi się 

coś pomylić.

Molly także popatrzyła na kartkę.
— Jane, przecież to jest on, do ostatniego szczegółu, zgodnie z opisem, jaki mi podałaś. 

Nie dziwię się, że powiedziałaś, że jego oczy i usta wyglądały jak szparki. Bo to są szparki, 
wyrzeźbione dłutem.

Sissy usiadła obok dziewczyny.
— Jane, powiedz mi, jak on naprawdę wyglądał? Ten człowiek, który cię zaatakował. Kto 

to był?

Oczy Jane Becker wypełniły się łzami.
— Nie wiem! Nie pamiętam! W ogóle go nie widziałam!
— Co? — zawołała Molly. — Przecież byłaś wszystkiego zupełnie pewna.
— Wiem. Ale kiedy kazała mi go pani opisać, nie chciałam pani rozczarować, i tyle! Po 

prostu opisałam najbardziej przerażającą postać, jaką widziałam w życiu.

— Opisałaś więc Molly osobę, która nie istnieje?
Jane Becker, płacząc, pokiwała głową.
— Myślałam, że nikomu nie zrobię przez to krzywdy. Przecież on nie jest prawdziwy, a 

więc policja go nigdy nie znajdzie, no i nic złego się nie stanie.

— Ale… Jane, skoro Czerwona Maska faktycznie nie istnieje, kto popełnia te wszystkie 

morderstwa?

— Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Myślę, że jacyś szaleńcy postanowili się do niego 

upodobnić. Przecież słyszeliście o mordercach naśladujących innych morderców, prawda? To 
jest okropne. Naprawdę okropne. Ale to przecież nie moja wina!

—   Niezupełnie   —   powiedziała   Sissy.   —   Kiedy   Molly   narysowała   podobiznę   tej 

Czerwonej Maski, stało się coś dziwnego. Można by to określić jako cud.

— O czym pani mówi?
— Możesz w to uwierzyć albo nie, Jane. Wszystko zależy od ciebie. Rysunek Czerwonej 

Maski, który Molly wykonała na podstawie twojego opisu, ożył. Czerwona Maska nie istniał, 
zanim oskarżyłaś go o to, że cię zaatakował w windzie, ale potem niespodziewanie zaczął 
istnieć. Ożył.

Jane Becker popatrzyła na Sissy z niedowierzaniem.
— Słucham? Ożył? Och, niech pani da spokój. To jakiś żart, prawda?
Skierowała spojrzenie na Molly,  jakby przynajmniej po niej spodziewała się zdrowego 

rozsądku. Sissy wstała.

—   Tak   jak   ci   powiedziałam,   nie   musisz   w   to   wierzyć.   Ale   morderca   narysowany   na 

podstawie twojego opisu po prostu ożył i to on popełnił następne zbrodnie. Kiedy jeden ze 
świadków opisał zabójcę, Molly wykonała kolejny szkic i ten szkic także ożył. Wtedy na 
wolności były już dwie Czerwone Maski, które mają na sumieniu kolejne dwa zbrodnicze 
ataki.

—   To   prawda,   Jane   —   powiedziała   Molly.   —   Wiem,   że   to   brzmi   całkowicie 

niewiarygodnie, ale widziałam to na własne oczy. Wczoraj unicestwiliśmy jedną Czerwoną 
Maskę, udało nam się go podpalić, wciąż jednak drugi osobnik pozostaje na wolności.

—   Wiemy   teraz   przynajmniej,   że   nigdy   nie   było   tej   „prawdziwej”   Czerwonej   Maski, 

człowieka z krwi i kości — zauważyła Sissy. — Pierwowzorem Czerwonej Maski jest Młody 
Rzeźnik, który prawdopodobnie trzydzieści pięć lat temu posłużył za podpałkę do ognia, po 
tym, jak trzasnął w niego piorun.

Jane Becker wytarła nos.
— Nie wierzę w to wszystko — powiedziała. — Uważam, że powariowaliście.
—   Przykro   mi,   Jane,   ale   to   prawda   —   odparła   Sissy.   —   Teraz   potrzebujemy   twojej 

pomocy, żeby skończyć z Czerwoną Maską raz na zawsze.

background image

— A co ja mogę zrobić?
— Możesz stanąć z nim twarzą w twarz, tylko tyle. Możesz stanąć przed nim, pokazać mu 

tę pocztówkę i powiedzieć mu, że go wrobiłaś w zabójstwo. On żyje, ponieważ wierzy, że 
żyje. Żyje, ponieważ jest przekonany, że jest wizerunkiem prawdziwej postaci. Trzeba mu 
powiedzieć,   że   nigdy  nie   istniał   naprawdę,   że   był   tylko   drewnianym   posągiem   i   niczym 
więcej i że nawet ten drewniany posąg już od dawna nie istnieje.

—   Co?!   —   zawołała   Jane   Becker.   —   Naprawdę   uważacie,   że   po   prostu   podejdę   do 

jakiegoś   szalonego   mordercy   i   powiem   mu,   że   go   wymyśliłam?   Jesteście   bardziej 
nienormalni, niż myślałam!

— Jesteś jedyną osobą, która może to zrobić — powiedziała Sissy.
Teraz wstała Jane Becker.
— Wiecie co? Najlepiej będzie, jeśli już sobie stąd pójdziecie.
— Jane — odezwała się Molly. — Musisz pójść z nami! Jeśli tego nie zrobisz, zginie 

jeszcze mnóstwo ludzi.

— Jeśli natychmiast stąd nie wyjdziecie, zawołam policję.
— To ja jestem policją — przypomniał jej Frank.
— W takim razie zadzwonię do pańskiego przełożonego, do kogokolwiek, i powiem, że 

mnie pan molestuje.

Ruszyła w kierunku aparatu telefonicznego, ale Frank wyciągnął rękę, żeby ją zatrzymać.
—   Naprawdę   potrzebujemy   pani   pomocy,   pani   Becker.   Wiem,   że   to   wszystko   brzmi 

dziwacznie   i   niewiarygodnie,   bo   mówimy   o   rysunkach,   które   ożywają,   i   obrazach,   które 
popełniają   zbrodnie.   Ale   dla   tego,   co   się   dzieje   w   mieście,   nie   ma   żadnego   innego 
wyjaśnienia. Jest to wyjaśnienie jedyne i prawdziwe. Jest tak prawdziwe jak to, że stoję przed 
panią.

— Wychodzicie czy nie? — zapytała Jane Becker.
Frank nie ruszył się z miejsca.
— Pozwoli pani, że ją o coś zapytam. Skoro George’a Woodsa nie zabił Czerwona Maska, 

to kto to zrobił?

— Nie wiem. Mówiłam to już setki razy.
— Nie, nie mówiła pani. Wskazywała pani na Czerwoną Maskę jako na zabójcę, a teraz 

przyznała pani, że Czerwona Maska nie istnieje. Kto więc zabił George’a Woodsa?

— Nie wiem. Jakiś mężczyzna. Nie potrafię go opisać.
— Spróbujmy go sobie wyobrazić. Mężczyzna przeciętnej budowy, przeciętnego wzrostu, 

bez żadnych cech szczególnych.

— Dokładnie. Wszedł do windy i zaatakował.
— Mówiła pani, że wcześniej nie znała George’a Woodsa, prawda?
— Tak jest. Nigdy wcześniej nie widziałam go na oczy.
Sissy powoli sięgnęła do torebki i wyciągnęła jeden z paragonów z kwiaciarni Jones the 

Florist.

— Tuzin róż, tydzień po tygodniu, przez pięć tygodni.
Jane Becker spróbowała jej wyrwać paragon, jednak Sissy zdążyła cofnąć rękę.
— To jest moja prywatna sprawa, ty wredna suko! — zawołała Jane Becker. — Nic ci do 

tego!

— Myli się pani — powiedział Frank. — Tym bardziej że z pani powodu zginęło tak wiele 

osób. Co się wydarzyło  pomiędzy panią  a George’em Woodsem,  pani Becker? Mieliście 
romans i coś się w nim przestało układać? Co się stało?

— Romans? — Jane Becker aż się zatrzęsła.
Kiedy Molly rozmawiała z nią w szpitalu, odniosła wrażenie, że dziewczyna jest aż nazbyt 

spokojna i łagodna, zważywszy na to, co się jej przytrafiło. Nie pałała żądzą zemsty wobec 
napastnika. Teraz jednak była  agresywna,  nie panowała nad słowami, a jej oczy iskrzyły 

background image

niepohamowaną złością.

— Nie mieliśmy żadnego romansu!
— Rozumiem. Może to była po prostu tylko krótka szalona przygoda? „Zapamiętaj Vernon 

Manor, gdzie spełniły się nasze marzenia”.

— Jego marzenia, ale mój koszmar.
— Jak mam to rozumieć?
Jane Becker musiała kilkakrotnie głęboko odetchnąć, żeby się uspokoić.
— To było  takie  weekendowe seminarium.  Uczestniczyli  w nim pośrednicy w handlu 

nieruchomościami i prawnicy. Rozmawialiśmy o prawie własności, depozytach i takich tam. 
George Woods przyuważył mnie natychmiast po przyjeździe i nie odstępował mnie ani na 
krok.

— I co pani zrobiła?
— Mówiłam mu, żeby się odczepił, ale nie chciał mnie słuchać. — Jane Becker umilkła. 

Teraz jej złość ustąpiła miejsca rozżaleniu. Dwie łzy powoli potoczyły się po policzkach. — 
Powiedziałam mu, żeby się odczepił, jednak chyba mi coś dosypał do drinka. Może rohypnol? 
Ale nigdy się do tego nie przyznał. Nic z tego nie pamiętam, ale zaciągnął mnie na górę do 
swojego   pokoju   i   zgwałcił.   —   Ciężko   westchnęła   i   kontynuowała.   —   Zgwałcił   mnie, 
wykorzystał na wszystkie możliwe sposoby. Kiedy się obudziłam, cała pościel była we krwi. 
A on wciąż przy mnie był, uwierzycie? Siedział na skraju łóżka z drinkiem w ręce i uśmiechał 
się   do   mnie   jak   kot   nad   miską   mleka…   Wsadził   we   mnie   nawet   butelkę   po   wódce, 
uwierzycie?

Sissy położyła jej dłoń na ramieniu.
— Usiądź — powiedziała łagodnie.
Jane przez chwilę mrugała, jakby nie zrozumiała jej słów, lecz w końcu usiadła na kanapie. 

Sissy zajęła miejsce obok niej.

— A więc nie było żadnej Czerwonej Maski ani żadnego mężczyzny przeciętnego wzrostu 

i przeciętnej budowy? — zapytała.

— Nie — wyszeptała Jane Becker.
— Jak to zrobiłaś? Przecież zdołałaś zadać sobie całkiem głębokie pchnięcia w plecy.
— Widziałam to kiedyś w jakimś programie telewizyjnym. W nowoczesnej windzie na 

pewno by mi się to nie udało, ale windy w Giley Building są stare i rozklekotane.

— Zasztyletowałaś więc George’a Woodsa, a potem wsunęłaś nóż pomiędzy rozsuwane 

drzwi i kilkakrotnie dźgnęłaś sama siebie, napierając na niego plecami, tak? A kiedy winda 
zjechała do holu, nóż po prostu wypadł spomiędzy drzwi i nikt się nie domyślał, że to ty jesteś 
morderczynią. Mam rację?

Jane Becker pokiwała głową.
— Byłam tak podekscytowana, że te dźgnięcia nawet mnie nie bolały. W pewnym sensie 

to mi się nawet podobało. To było tak, jakbym karała samą siebie. Nie za zabicie George’a 
Woodsa, za to nie zasługiwałam na karę. Zabicie George’a było karą za jego przestępstwo. Ja 
zasługiwałam na karę za to, że pozwoliłam George’owi, żeby zrobił ze mną te wszystkie 
odrażające rzeczy.

— To nie była twoja wina — powiedziała Sissy. — Przecież nie mogłaś go powstrzymać. 

Oszołomił cię narkotykiem.

— Nie, byłam głupia. Powinnam była od samego początku zdać sobie sprawę, jaki on jest. 

Pozwoliłam, żeby zrujnował mi życie, żeby okradł mnie z całej mojej osobowości. Popatrzcie 
tylko na mnie. Teraz jestem nikim. Nikim!

Sissy znowu wstała i podeszła do Molly oraz Franka.
— Wiecie,  kogo mi  ona przypomina?  Czerwoną Maskę. Ona mówi  dokładnie  tak  jak 

Czerwona Maska. Czerwona Maska to ktoś taki jak ona. Ktoś, kto wprowadza w czyn żądzę 
zemsty, jaką nosi w sobie Jane Becker.

background image

Dziewczyna wytarła nos.
— Co teraz będzie? — zapytała. — Aresztuje mnie pan?
— Niekoniecznie — odparł Frank. — Może zawrzemy jakiś układ? Jeśli pomoże nam pani 

w poszukiwaniu Czerwonej Maski, być może wszyscy zapadniemy na amnezję i już nigdy 
sobie nie przypomnimy o pani porachunkach z George’em Woodsem.

— Mówi pan poważnie? Naprawdę moglibyście to zrobić?
Frank położył dłoń na jej ramieniu.
—   Pani   Becker,   byłaby   pani   zaskoczona,   gdyby   się   pani   dowiedziała,   co   ja   jeszcze 

potrafię. Mogę zrobić wszystko, co tylko pani wymyśli.

* * *

W tym momencie zadzwonił telefon komórkowy Molly.
— Czerwona Maska? — zapytała Sissy.
Molly potrząsnęła przecząco głową.
— To Yvonne, nasza sąsiadka. — Przez chwilę słuchała, po czym zawołała: — O nie! Nie, 

tylko nie to! Kiedy?

— Co się stało? — dopytywała się Sissy.
—   Chodzi   o   Victorię.   Yvonne   odwoziła   ją   dzisiaj   ze   szkoły.   Kiedy   wysiadały   z 

samochodu, jakiś facet ją porwał. Wszystko stało się tak szybko, że Yvonne nawet mu się 
dobrze   nie   przyjrzała,   zobaczyła   jednak,   że   miał   na   sobie   czarną   marynarkę   i   czerwoną 
koszulę i musiał być bardzo silny, bo po prostu złapał Victorię z chodnika i natychmiast 
zniknął.

— Boże — wyszeptała Sissy. — Tylko nie Czerwona Maska.
— Wszystko wskazuje, że to jednak on — zauważył Frank. — Czy ta sąsiadka zadzwoniła 

na policję?

— Natychmiast. Boże, żeby tylko nie zrobił jej krzywdy.
— Teraz ty zadzwoń na policję — powiedział Frank do Molly. — Powiedz im, gdzie 

jesteś, i podaj numer komórki. Następnie zatelefonuj do Trevora. Powiedz mu, że spotkamy 
się z nim przed Giley Building.

— Giley Building? Dlaczego tam?
— Bo to jest terytorium Czerwonej Maski. Jego gniazdo, jeśli wolicie. Założę się, o co 

zechcecie, że właśnie tam zabierze Victorię.

— Powinnam więc uprzedzić o tym policję.
— Nie, to zbyt ryzykowne. Nawet jeśli gliniarze go znajdą, to co mu zrobią? Zastrzelą go? 

Wiesz przecież, że nie są w stanie nawet go zranić. A przy okazji Victorii może się stać 
krzywda.

— Nie, Frank, tylko nie to.
— On to  zrobił   specjalnie,   Molly.   Zrobił  to  po  to, żeby się  zemścić   na  tobie.  Ty  go 

stworzyłaś, a teraz próbujesz go zniszczyć i jesteś jedyną osobą, która to może zrobić. Jego 
zdaniem go zdradziłaś. — Frank popatrzył na Jane Becker. — Cóż, proszę pani. Wygląda na 
to, że pomoże nam pani prędzej, niż się tego spodziewaliśmy. Przebierze się pani?

— Mówi pan poważnie?
— Nigdy nie byłem bardziej poważny. Czerwona Maska wyraźnie chce, żebyśmy zaczęli 

go   szukać,   i   ustala   swoje   reguły   gry.   Tak   jak   w   przypadku   detektywa   Kunzela   i   tych 
nieszczęsnych  antyterrorystów.  Zależy mu  na widowiskowej rozgrywce  na koniec. No to 
będzie ją miał. Chyba go nie rozczarujemy, co?

background image

Spadająca dziewczynka

Kiedy wracali do miasta przez most Roebling Suspension, Sissy wzięła od Molly telefon 

komórkowy i zadzwoniła do detektywa Bellmana. Jezdnia na moście była tak nierówna i 
samochód   tak   hałaśliwie   na   niej   podskakiwał,   że   musiała   mówić   bardzo   głośno,   żeby 
policjant mógł coś zrozumieć.

— Freddie? Tu Sissy Sawyer. Mamy poważny kryzys.
— Znowu dzwonił Czerwona Maska?
—   Nie,   od   wczorajszego   wieczoru   nie   dzwonił.   Wszystko   jednak   wskazuje   na   to,   że 

właśnie porwał córeczkę Molly, Victorię.

— Co? Jezu Chryste? Zgłosiliście to już?
— Sąsiadka Molly zatelefonowała na policję natychmiast po tym, jak to się stało. Doszło 

do  tego  jakieś  dwadzieścia   minut  temu,   przed  ich  domem  w  Blue  Ash. Molly już także 
telefonowała na policję i rozmawiała z sierżant Haskins.

— Aha, z Bella Haskins, znam ją. To doskonała policjantka. Zapewniam, że w sprawę 

włączy się też FBI. Zawsze tak jest, kiedy chodzi o dziecko poniżej dwunastego roku życia. 
Dokąd on mógł ją zabrać? Ma pani jakieś przypuszczenia?

— Jesteśmy przekonani, że ukrył się z nią w Giley Building. To jedyne miejsce, w którym  

Czerwona Maska czuje się prawdziwym człowiekiem.

— Rozumiem. Dopilnuję, żeby budynek natychmiast otoczono.
— Freddie, muszę cię poprosić o wielką, bardzo wielką przysługę. Wiem, że nie wierzysz 

mi w sprawie tego, co wczoraj wydarzyło się w Giley Building.

W  słuchawce  zapanowała  cisza,   którą  przerywały  jedynie   krótkie  trzaski  powodowane 

zakłóceniami na linii. Wreszcie Bellman powiedział:

— Szczerze mówiąc, pani Sawyer, muszę stwierdzić, że trochę to zwiększyło moją wiarę 

w życie pozagrobowe. Przyzna chyba pani, że w całej sprawie próbuję zachowywać otwarty 
umysł. W końcu sam widziałem, że coś, a może nawet ktoś, spłonęło na dywanie w biurze w 
Giley Building.

— To był Czerwona Maska, Freddie. Przysięgam.
— Cóż, być  może.  Nie widziałem  jednak ludzkich  szczątków. W gruncie rzeczy pani 

opowieści nie potwierdzają żadne dowody materialne.

—   Posłuchaj,   Freddie,   Czerwona   Maska   był   jedynie   imaginacją,   papierowym 

wizerunkiem. Podobnie jak Frank. I pies tropiący. Oni zniknęli. Kiedy żywy wizerunek ginie, 
po prostu rozpływa się w powietrzu. Kończy byt i jest tak, jakby go nigdy nie było. Nawet 
kartka papieru, na którym powstał wizerunek, pozostaje czysta.

— No, już dobrze, dobrze… Co to za wielka przysługa, pani Sawyer? — zapytał Bellman. 

Było jasne, że nie zamierza brnąć w żadną egzystencjalną dyskusję.

— Chcielibyśmy wejść do Giley Building, żeby poszukać Victorii. Możesz wejść z nami, 

jeśli chcesz, jednak wolelibyśmy szukać jej sami. Moim zdaniem to jest jedyna szansa, żeby 
znaleźć Czerwoną Maskę i odzyskać Victorię całą i zdrową.

— „Sami”, to znaczy kto, konkretnie?
— Ja, Molly, Frank…
— Frank? Ma pani na myśli swojego męża? Coś mi się tutaj nie zgadza. Wydawało mi się, 

że opowiadała mi pani, że zniknął.

— Tak, Freddie, ale jak ci już mówiłam wczoraj…
— Tak, tak. Kto jeszcze?
— Jane Becker. Pamiętasz ją? To ona była ofiarą pierwszego ataku, wtedy gdy zginął 

George Woods. Potrzebujemy jej, żeby zidentyfikowała Czerwoną Maskę. No i jest jeszcze 
nasz pies tropiący.

background image

— Tylko niech mi pani nie mówi, że ożywiliście również tego psa.
Sissy   odwróciła   się   i   popatrzyła   na   Szeryfa,   który   siedział   tuż   za   nią,   w   bagażniku 

połączonym z kabiną dla pasażerów. Pies dyszał tak ciężko, jakby przed chwilą biegał za 
królikami.

— Ujmijmy to inaczej. To jest podobny pies tropiący.
Detektyw Bellman znowu długo milczał. W tle Sissy słyszała jakieś inne rozmowy, a także 

głośne wycie policyjnej syreny. W końcu Bellman powiedział:

— Pani Sawyer, nie dysponuję wystarczającą władzą, żeby się zgodzić na coś takiego. 

Poza tym jest to całkowicie sprzeczne z naszymi procedurami. W czasie dochodzenia czy też 
w trakcie akcji mającej na celu aresztowanie podejrzanego pod żadnym pozorem nie wolno 
nam narażać na szwank życia i zdrowia cywilów.

— Rozumiem — westchnęła Sissy. Znów nastąpiła długa cisza.
—   Z   drugiej   strony   —   powiedział   detektyw   —   i   pani,   i   ja   wiemy,   że   bez   cienia 

wątpliwości mamy do czynienia z jakąś zagmatwaną i dziwaczną sprawą. Szukamy sprawców 
okrutnych przestępstw, którzy pojawiają się i znikają, jakby potrafili przenikać przez ściany. 
Rozmawiamy   o   zabójcach,   którym   wystarczyły   kuchenne   noże,   żeby   zlikwidować   całą 
jednostkę   antyterrorystyczną,   wyposażoną   i   uzbrojoną   po   zęby   w   broń   półautomatyczną. 
Rozmawiamy o ludziach, którzy ożywają, kiedy nam wszystkim się zdaje, że spłonęli.

— Wiem, Freddie, wiem. Pozwól mi jednak, że…
— Muszę przyznać, że jestem skołowany, pani Sawyer, a jednocześnie bardzo sceptyczny, 

jeśli chodzi o wszystkie sprawy pozaziemskie. Jednak Mike Kunzel był równie sceptyczny, a 
nawet   on   przyznawał,   że   te   wszystkie   ataki   z   nożami   są   bardzo   nietypowe   i   mają   jakiś 
dziwaczny podtekst. Zatem chociażby przez wzgląd na pamięć o nim pozwolę pani wejść do 
Giley   Building.   Dam   pani   trzydzieści   minut   i   mam   nadzieję,   że   tyle   wystarczy.   Pod 
warunkiem, że nigdy nikomu pani o tym nie powie i że nie pozwoli pani, aby ktokolwiek 
postronny odniósł rany lub, broń Panie Boże, zginął. Gdzie pani teraz jest?

— Właśnie zjechaliśmy z mostu Roebling Suspension i mijamy park.
— W porządku. Spotkamy się za pięć minut przed Giley Building.
— Dzięki, Freddie. Nie będziesz tego żałował, zapewniam cię. Prawdopodobnie szybko 

dostaniesz awans.

Sissy wyłączyła telefon i poklepała Franka po ramieniu.
— Dał nam łaskawie trzydzieści minut. Może więc byśmy przyśpieszyli?

* * *

Kiedy zajechali przed Giley Building, detektyw Bellman już na nich czekał. Na ulicy było 

pełno   furgonetek   i   hummerów   z   ekipami   policyjnych   techników.   Pojawiły   się   też   wozy 
transmisyjne z ekipami telewizyjnymi, od Kanału 5 po Kanał 12 i radio WLKW. W końcu 
chodziło   o największe  seryjne   morderstwa   w Cincinnati  od  1987 roku,  kiedy pielęgniarz 
Donald Harley zabił czterdziestu pacjentów w Drakę Hospital.

— Czuję się tak, jakby to wszystko mi się śniło — rzekł detektyw Bellman, kiedy stanęli 

na schodach.

— Może to jest najlepsza metoda? — powiedziała Sissy. — W końcu cała ta sprawa jest w 

pewnym sensie snem.

— Wejdę z wami. Pamiętam, co mi pani powiedziała, i wiem, że moja broń nie może 

zrobić temu przestępcy żadnej krzywdy. Ale, po pierwsze, to ja prowadzę tę sprawę, a po 
drugie, muszę być przy niej do samego końca. Jestem to winien Mike’owi.

Jeden   z   umundurowanych   funkcjonariuszy,   którzy   pilnowali   budynku,   otworzył   drzwi 

obrotowe i cała grupa weszła do środka. Hol był jak zwykle mroczny,  a na marmurowej 
podłodze głośno rozlegał się stukot obcasów.

background image

— Naprawdę nie chcę tego robić — powiedziała Jane Becker.
— Myślę, że nikt z nas tego nie chce — odparł Frank. Sissy przystanęła na środku holu, 

pod żyrandolem, i zamknęła oczy. Wzięła kilka głębokich oddechów, żeby się jak najbardziej 
rozluźnić, po czym  pozwoliła swojemu duchowi powoli wznieść się ku górze, przez cały 
budynek, piętro po piętrze. Mijała opuszczone biura, powywracane krzesła, martwe ekrany 
komputerów. Słyszała  dzwonienie telefonów, których  nikt nie odbierał.  I w końcu, kiedy 
dotarła do dwudziestego trzeciego piętra, poczuła delikatne mrowienie w dłoniach, a pod jej 
zamkniętymi powiekami zaczęło się rozlewać opalizujące światło.

Uniosła się wyżej, na dwudzieste czwarte piętro, i po chwili nie miała już wątpliwości. 

Victoria  tu była,  właśnie tutaj, na dwudziestym  piątym  piętrze,  niemal  dokładnie  nad jej 
głową. Wyczuła jej obecność, miała wrażenie, jakby wystarczyło, że wyciągnie rękę i będzie 
mogła pogłaskać ją po głowie. Niemal ją widziała — bladą, drżącą, z podkrążonymi oczami.

Victorio, to ja, twoja babciaJuż tu jesteśmyJuż po ciebie idziemy.
Babcia? Gdzie jesteś? Babciu, tak bardzo się boję.
Nic nie mów, kochanie
I się nie ruszajNie daj po sobie znać, że mnie słyszysz.
On mówi, że chce nas zabić, babciu
.  Mówi, że będzie nas dźgał i dźgał, a potem nas  

porozrywa na strzępy.

Nic   się   nie   przejmuj,   Victorio.  Nie   pozwolimy,   żeby   ci   zrobił   krzywdę.  Obiecuję   ci

Tymczasem bądź dzielna.

Duch Sissy powrócił do ciała i znowu była w holu. Otworzyła oczy. Obok niej stała Molly, 

nerwowo przygryzając palce.

— Znalazłaś ją? — zapytała. — Jest tutaj? Proszę cię, powiedz, że ją znalazłaś.
— Dwudzieste piąte piętro — odparła Sissy. — Wygląda na to, że jest tam zamknięta w 

jakimś ciemnym miejscu.

— Czy on jej coś zrobił?
— Groził jej, ale jeszcze nie uczynił żadnej fizycznej krzywdy.
Przez cały czas Szeryf węszył pod ścianami holu. Kiedy stanął przed środkową windą, 

głośno i ostro warknął.

— Czy windy już działają? — zapytała Sissy.
— Mam nadzieję, że tak — odparł detektyw Bellman. — Nie mam ochoty przeżywać tego 

jeszcze raz. Dostaję klaustrofobii już w centrum handlowym Tower Place, a co dopiero w 
małej windzie, w towarzystwie siedmiu innych gliniarzy z nadwagą.

—   Cóż,   albo   zaryzykujemy   przejażdżkę   windą,   albo   pójdziemy   po   schodach   — 

powiedziała Sissy. — Jeśli chodzi o mnie, nie mam zamiaru korzystać z nich po raz drugi. 
Nie   zostało   mi   już   wiele   oddechów   do   końca   życia   i   nie   zamierzam   ich   wszystkich 
wykorzystywać w ciągu jednego dnia.

Wskaźnik nad drzwiami poinformował, że winda znajduje się na siedemnastym piętrze. 

Frank nacisnął przycisk przy drzwiach i kabina powoli zaczęła zjeżdżać. Wskaźnik po kolei 
pokazał: trzynaste… jedenaste… dziewiąte… siódme… Wtedy detektyw Bellman wyciągnął 
pistolet.

— Cofnijmy się, bo ten cały Czerwona Maska może nagle wypaść z windy i skoczyć na 

nas z nożami jak Edward Nożycoręki — powiedział.

Z artretycznym jękiem winda stanęła na parterze i drzwi powoli, z drżeniem, otworzyły 

się. Detektyw Bellman odbezpieczył broń i wskoczył do kabiny, jednak w środku nikogo nie 
było.

— W porządku. Możecie wchodzić.
Weszli do windy. Frank od razu nacisnął przycisk dwudziestego piątego piętra, ale w tej 

samej chwili od drzwi w holu ktoś krzyknął:

— Czekajcie!
To Trevor przeciskał się niezdarnie przez obrotowe drzwi. Po chwili przebiegł przez hol i 

background image

wskoczył do windy. Kiedy już znalazł się w środku, dyszał niemal tak głośno jak Szeryf.

— Przepraszam. Korki w mieście. Jest tu Victoria?
Sissy wskazała palcem do góry.
— Na najwyższym piętrze. Czerwona Maska gdzieś ją zamknął. Tak mi się przynajmniej 

wydaje. Nie zrobił jej krzywdy.

— Zabiję go. Naprawdę go zabiję. Nieważne, czy to jest obraz, wizerunek czy coś innego. 

Rozpieprzę mu łeb na strzępy.

Frank popatrzył na Sissy i uniósł brwi. Ani on, ani ona jeszcze nigdy nie widzieli Trevora 

tak  rozzłoszczonego.  No ale  w końcu rodzina  ich syna  jeszcze  nigdy nie znalazła  się w 
obliczu tak wielkiego zagrożenia.

Winda   powoli,   jakby   z   wielkim   trudem,   ruszyła   do   góry.   Jej   mechanizm   trząsł   się   i 

zgrzytał. Na każdym piętrze kabina zwalniała, jakby z wahaniem, mimo że drzwi się nie 
otwierały. Podczas jazdy wszyscy milczeli, jedynie Szeryf, w miarę jak mijali kolejne piętra, 
stawał się coraz bardziej niespokojny. Stawał na tylnych łapach i skakał na drzwi.

W końcu dotarli na dwudzieste piąte piętro. Drzwi się otworzyły i ostrożnie wyszli na 

korytarz. Piętro było pogrążone niemal w kompletnych  ciemnościach i dopiero ujrzawszy 
napis nad recepcją, HAMILTON PHOTO PROCESSING, Sissy zrozumiała, dlaczego  tak 
jest. Chociaż sprzęt fotograficzny już dawno stąd usunięto, wszystkie okna były starannie 
zasłonięte i tylko kilka wąskich prześwitów pomiędzy zasłonami zdradzało, że na dworze jest 
jasny, słoneczny dzień.

Na piętrze unosił się kwaśny odór wywoływaczy fotograficznych i jeszcze jeden okropny 

zapach — smród rozkładu, może jakiegoś martwego zwierzęcia.

Mrok   nie   wywarł   żadnego   wrażenia   na   Szeryfie.   Zaczął   krążyć   po   recepcji,   węsząc 

zawzięcie, i nagle pociągnął Franka korytarzem na prawo.

Sissy ruszyła zaraz za nimi. W ogóle nie wyczuwała obecności Czerwonej Maski, ale czuła 

Victorię.  Była  bardzo  blisko, Sissy odnosiła  wrażenie,  że słyszy jej  śpiew dobiegający z 
sąsiedniego pomieszczenia.

— W lewo — powiedziała w pewnej chwili.
Właściwie nie musiała, ponieważ Szeryf ciągnął już Franka w tym kierunku. Ponieważ 

Frank nie nadążał, smycz była napięta i można było odnieść wrażenie, że pies chwilami się 
dusi.

Na ścianach korytarza wisiały czarno–białe fotografie przedstawiające burze z piorunami, 

widoki wielkich miast i kuszące kobiety, kryjące się w głębokich cieniach. Na samym końcu 
znajdowały się czarne drzwi, oznaczone napisem CIEMNIA. Szeryf rzucił się na nie i zaczął 
gwałtownie szczekać.

— Sissy? — odezwał się Frank.
— Tam jest Victoria. Za tymi drzwiami.
Frank skrócił smycz Szeryfowi i owinął ją sobie wokół zaciśniętej pięści.
— Problem w tym, że jest tam także Czerwona Maska.
—   No   to   co   zrobimy?   —   zapytała   Molly.   —   Przecież   musimy   ją   stamtąd   wydostać. 

Victorio! Victorio! To ja, twoja mamusia! Jestem tutaj! Przyszłam po ciebie!

Frank przyłożył palec do ust, żeby ją uciszyć.
— Na razie musimy wszystko rozgrywać według jego scenariusza — powiedział.
— Rozwalmy te cholerne drzwi i rzućmy się na niego — zaproponował Trevor. — Dalej, 

przecież jest nas trzech silnych mężczyzn, a on tylko jeden.

— Wcześniej było dziesięciu antyterrorystów, Trevor, i dwóch agentów FBI, a ich tylko 

dwóch.

— Tato, tam jest nasza córka! I twoja wnuczka! Nie możemy jej przecież zostawić z tym  

psycholem!

Nagle Szeryf przestał szczekać i cofnął się od drzwi ciemni. Detektyw Bellman znowu 

background image

wyciągnął pistolet i odbezpieczył go.

— Co jest, piesku? — zapytał Frank. — Co się stało?
Usłyszeli, jak w drzwiach obraca się klucz, i drzwi do ciemni stanęły otworem. Szeryf 

nastroszył   futro,  opuścił   głowę  i  cicho  zaskomlał.   W  ciemni  paliła   się  jedynie  czerwona 
lampka, dlatego w pierwszej chwili można w niej było dostrzec jedynie jedną sylwetkę — 
postać potężnie zbudowanego mężczyzny z kwadratową głową. Przed nim znajdowała się 
jednak jeszcze jedna postać, mniejsza, bledsza.

—   Proszę,   proszę   —   powiedział   Czerwona   Maska   chrapliwym   głosem.   —   A   więc 

zgromadziłaś potężne siły, Molly. Widzę, że poprowadziłaś na mnie własną armię.

—  Oddaj  mi   córkę!  —  krzyknęła  Molly.   Spróbowała   rzucić   się  na  Czerwoną   Maskę, 

jednak Trevor złapał ją za rękę i pociągnął do tyłu. — Oddaj mi córkę, ty potworze!

— Połóż ręce na głowie — zażądał detektyw Bellman. — Rzuć na ziemię broń, którą masz 

przy sobie, i padnij na kolana!

— Chyba jednak nie — odparł Czerwona Maska.
Wypowiedziawszy te słowa, wyszedł z ciemni na korytarz, pchając przed sobą Victorię. 

Lewą dłoń zaciskał na jej lewym ramieniu, a drugą rękę, uzbrojoną w nóż, trzymał przy jej 
szyi.

— Przelewanie krwi dziecka nigdy nie jest miłe, prawda? Taka strata! Pomyślcie tylko o 

wielu latach, które ta dziewczynka mogłaby jeszcze przeżyć. Ale zemsta to zemsta, Molly. A 
sprawiedliwość jest ślepa. Nie ma spoczynku dla przeklętych, przecież wiesz. Ani litości dla 
niewinnych.

— Puść ją — wyszeptała Molly. — Proszę, puść ją.
Victoria  była  bardzo blada,  widać było,  że płakała.  Czerwona Maska trzymał  nóż  tak 

blisko jej gardła, że nie mogła opuścić głowy i nawet nie ośmieliła się wypowiedzieć słowa.

— Stworzyłaś mnie, Molly. Stworzyłaś mnie z wyobraźni prawdziwego człowieka. Więc 

ja też stałem się człowiekiem, a człowiek jest niezależnym stworzeniem, poświęconym Bogu, 
niezależnie od tego, w jaki sposób powstał. Nie masz zatem prawa ścigać mnie z tym psem i 
tą dziwaczną bandą znajomych, którzy chcą mnie zniszczyć. — Czerwona Maska z każdą 
chwilą   oddychał   gwałtowniej   i   było   widać,   że   ogarnia   go   coraz   większa   wściekłość.   — 
Przecież  zamierzasz zniszczyć  własne dzieło!  To, co chcesz zrobić,  nazwać można  tylko 
aborcją!

— Puść dziewczynkę — powiedziała Sissy łagodnie. — Przecież ona ci nic nie zrobiła.
— Nie? A dlaczego niby miałaby żyć, kiedy ja umrę? Ja też jestem dzieckiem tego samego 

Boga.

— Nie jesteś. Nie jesteś, nigdy nie byłeś i nie będziesz.
— Precz! Zejdźcie mi z drogi! — wrzasnął Czerwona Maska. Zaczął pchać Victorię przed 

sobą, zmuszając Sissy i pozostałych do cofnięcia się. — Dzisiaj wymierzę sprawiedliwość. 
Dzisiaj się zemszczę. Dzisiaj zyskam szacunek, na jaki zasługuję.

— Nie zasługujesz na żaden szacunek, ty łotrze — powiedział Trevor. — Jesteś tylko 

zwyczajnym rzeźnikiem.

— Właśnie. Mój syn nawet nie wie, jak trafnie to ujął — odezwała się Sissy. — Bo ty 

naprawdę jesteś rzeźnikiem. Jesteś…

—  Zamknij   się!   Zamknij   się,   do  cholery!   Jeszcze   jedno   słowo,  a   na   waszych   oczach 

poderżnę gardło temu dziecku!

Szedł korytarzem,  pchając Victorię, a wszyscy pozostali  cofali się przed nim.  Jedynie 

Szeryf warczał i szczerzył zęby, ale też się cofał, ciągnięty przez Franka.

Kącikiem ust detektyw Bellman mruknął do Franka:
— Uważaj, Frank, zaraz będę miał dobre pole do strzału. Trafię go prosto między oczy, 

bez pudła.

— Nie, nie ma  mowy — odparł Frank. — Nawet taki strzał  go nie zabije. Za to go 

background image

rozwścieczy i… — Zrobił wymowny ruch, naśladujący podcinanie gardła.

Cofali się, aż dotarli do wind.
— Proszę — zaczęła błagać Molly. — Jeśli ją puścisz, obiecuję ci, że nie…
— Że nie będziesz mnie ścigać? Myślisz, że ci uwierzę?
Czerwona Maska nacisnął guzik windy po lewej stronie. Drzwi otworzyły się, ale nie było 

za nimi kabiny, a jedynie pusty szyb, ze lśniącymi stalowymi linami pośrodku. W szybie 
świszczało ciepłe powietrze, ponurą, refleksyjną melodią.

—   Chcesz,   żebym   puścił   twoją   córkę?   —   zapytał   Czerwona   Maska   chrapliwie.   — 

Oczywiście, puszczę ją.

O mój Boże, pomyślała Sissy.  Karta. Dziewczynka wpadająca do studni, jak Alicja w 

Krainie Czarów. Karta to przepowiedziała. On ją wrzuci do szybu.

— Nie! — krzyknęła Molly, jednak Czerwona Maska pchnął Victorię na kraj szybu, wciąż 

trzymając nóż przy jej gardle.

— Uwolnij ją, ty łotrze! — krzyknął Trevor. Czerwona Maska tylko przesunął nożem po 

gardle Victorii. Natychmiast pojawiła się na nim cienka strużka krwi.

— Mówiłem wam już czy nie? Zamknijcie się, do ciężkiej cholery! Jeśli usłyszę jeszcze 

chociaż jedno słowo, ta mała pofrunie w dół!

Victoria pisnęła żałośnie, a Czerwona Maska zaraz na nią warknął:
—   Ciebie   to   też   dotyczy,   kochanie.   Ani   słowa.   —   Po   chwili   zaczął   mówić   trochę 

spokojniej. — Molly mnie stworzyła. Molly może mnie więc zniszczyć. A przecież nie mogę 
pozwolić,   żeby  po świecie  wałęsał   się ktoś,  kto  posiada   moc   zniszczenia  mnie,   prawda? 
Jednak żadne stworzenie nie posiada mocy zniszczenia swojego stwórcy, dobrze mówię? Nie 
mogę cię zniszczyć, Molly, tak samo jak ty nie możesz zniszczyć Boga. Istnieje tylko jedna 
osoba, która może  ciebie  zniszczyć,  Molly.  Jesteś nią ty sama.  Masz więc wybór.  Jeżeli 
skoczysz do tego szybu, życie twojej córki zostanie oszczędzone. Jeśli tego nie zrobisz, wtedy 
ona tam poleci, a ja zniszczę was wszystkich, tak jak tu stoicie.

— Jesteś szalony! — krzyknął Trevor. — Jesteś całkiem nienormalny!
Czerwona Maska pchnął Victorię tak mocno, że na podłodze stały tylko jej pięty, a reszta 

stóp wystawała nad szybem.

— Ostrzegałem! Jeszcze jedno słowo i dziecko poleci!
Molly postąpiła krok do przodu. Miała wysoko uniesioną głowę i mocno zaciśnięte pięści.
— Nie, Molly. Nie możesz — odezwał się Trevor.
Molly podeszła jednak do Czerwonej Maski, stanęła przed nim i powiedziała:
— Jeśli to ma ocalić moją córkę, niech tak będzie. Zrobię to.
Czerwona   Maska   wbił   w   nią   spojrzenie   wąskich   czarnych   oczu.   Jego   twarz   była 

pozbawiona wyrazu. Wyglądał w tej chwili dokładnie tak jak malowana drewniana figura 
samotnie stojąca przy pustej drodze.

Cofnął się o krok od szybu windy.
— Proszę bardzo — powiedział. — Droga wolna. Muszę ci powiedzieć, że to jest dla mnie 

niemal religijne doznanie. Pomyśl sobie, co musieli czuć Żydzi, kiedy wznosili oczy ku górze 
i widzieli Chrystusa na krzyżu. Strach. Ale i euforię.

Molly stanęła na skraju szybu.  Jej włosy natychmiast rozwiał ciepły powiew. Victoria 

patrzyła  na nią z przerażeniem,  jednak Czerwona Maska trzymał  nóż tak blisko przy jej 
gardle, że nie mogła wydobyć z siebie żadnego dźwięku.

W   tym   momencie   nagle   Frank   skoczył   do  przodu,   jednocześnie   puszczając   końcówkę 

smyczy,  na której trzymał  Szeryfa. Zderzył  się z Molly,  szybko odepchnął ją od szybu i 
naparł na Victorię oraz Czerwoną Maskę. W tym samym momencie skoczył Szeryf i głęboko 
zatopił kły w ręce napastnika.

Czerwona Maska zachwiał się i upuścił nóż.
— Łap ją! — krzyknął Frank i Molly natychmiast otoczyła Victorię ramionami.

background image

Frank odwrócił się, tak że matka i córka mogły odejść od szybu.
Czerwona Maska chwycił nóż z podłogi i zaczął nim ciąć Szeryfa. Robił to tak długo, aż 

pies   puścił   jego  rękę   i   padł   pod   ścianą,   cicho   skomląc,   cały   we  krwi.   Czerwona   Maska 
wyprostował się.

— Myślicie, że dzięki temu się uratujecie? — zapytał jadowicie. — Że któreś z was opuści 

ten budynek żywe? Nic z tego! Posiekam was wszystkich bez wyjątku.

Frank   schylił   się   i   zamarkował   cios,   jednak   Czerwona   Maska   nie   dał   się   zwieść. 

Natychmiast zaatakował go nożem trzymanym w wyprostowanej ręce. Przeciął przegub jego 
prawej ręki i natychmiast na podłogę trysnęła krew. Zaraz dźgnął go także w lewe przedramię 
i w ramię.

Czerwona   Maska   uniósł   nóż   wysoko   nad   głowę   i   już   miał   zatopić   ostrze   w   klatce 

piersiowej Franka, kiedy ten niespodziewanie złapał za klapy jego marynarki i pchnął go w 
kierunku otwartych drzwi windy. Nie puścił go jednak i obaj w mgnieniu oka zniknęli w 
szybie.

— Mój Boże! — krzyknęła Sissy.
Stanęła nad szybem, a Bellman i Trevor tuż za nią.
Czerwona Maska i Frank zawisnęli mniej więcej piętro niżej na jednej ze stalowych lin, 

dokładnie na środku szybu. Czerwona Maska zdołał w locie złapać lewą ręką za linę, a potem 
puścił   nóż,   żeby   pomóc   sobie   także   prawą.   A   Frank   dosłownie   wisiał   na   nim,   mocno 
trzymając się klap jego marynarki.

— Trzymaj się! — zawołał Bellman. — Trzymaj się! Zaraz znajdę jakąś drabinę!
— Frank! Frank! — krzyknęła Sissy. — Spróbuj, może dasz radę wspiąć się po linie!
— Nie dam rady, Sissy.
— Frank, musisz spróbować! Nie chcę cię znowu stracić!
— Nigdy mnie nie straciłaś. I nigdy nie stracisz. Zawołaj Jane!
— Puść mnie! — krzyczał do niego Czerwona Maska. — Puszczaj!
— Zawołaj Jane! — nalegał Frank.
Marynarka Czerwonej Maski rozdarła się i Frank opadł dobre sześć cali w dół.
— Jane, chodź do mnie, szybko! — zawołała Sissy.
Jane Becker natychmiast podeszła.
— Co mam robić? — zapytała.
— Krzyknij do niego!
— Nie mogę!
— A więc ja go zawołam — powiedziała Sissy. — Czerwona Masko! Słyszysz mnie?
Czerwona Maska zdołał obrócić głowę i dostrzegł Sissy.
— Jest tutaj ktoś, kto ma ci coś do powiedzenia, morderco!
Czerwona Maska stęknął z wysiłku, jednak milczał.
Tymczasem   Jane  Becker  sięgnęła  do  kieszeni   dżinsów  i  wyciągnęła   z niej   pocztówkę 

przedstawiającą rzeźnika.

— Widzisz to? — zawołała drżącym, niepewnym głosem. — To jesteś ty!
— Powiedz mu! — krzyknął Frank. — Na miłość boską, powiedz mu!
— Nigdy nie byłeś prawdziwą osobą. Nigdy nie istniałeś! To ja cię wymyśliłam!
Mimo że Czerwona Maska był nienaturalnie silny, jego dłonie zaczęły się zsuwać po linie, 

zostawiając na niej krwawe ślady.

— Co ty gadasz, do cholery? — zawołał przez zaciśnięte zęby.
— Ty nigdy nie istniałeś! Kiedy Molly zapytała, kto na mnie napadł, opisałam ten posąg! 

To jest drewniany posąg z Iowa!

Czerwona   Maska   popatrzył   ponad   ramieniem   w   kierunku   Jane.   W   wyciągniętej   ręce 

trzymała pocztówkę, tak żeby mógł jej się przyjrzeć.

—   Nigdy   nie   byłeś   człowiekiem,   słyszysz?   Nigdy!   Nigdy   nie   żyłeś.   Byłeś   jedynie 

background image

kawałkiem drewna.

Czerwona Maska milczał. Nagle zaczął blednąc i znikać. Najpierw Sissy zobaczyła przez 

jego   dłonie   linę   podtrzymującą   kabinę   windy,   ponieważ   całe   jego   ciało   stawało   się 
przezroczyste. Następnie jego purpurowa twarz zrobiła się różowa, a potem jeszcze zbladła.

Frank popatrzył na Sissy. Wciąż trzymał się resztek rozpływającego się w mgnieniu oka 

ubrania Czerwonej Maski. Tylko wizerunek, taki jak Frank, mógł trwać w tej pozycji tak 
długo. W gruncie rzeczy był tak samo niematerialny jak Czerwona Maska.

— Sissy! — zawołał.
— Frank! Znowu cię ożywimy! Obiecuję ci, Frank! Zrobimy to jeszcze tej nocy!
Jednak w tym momencie Czerwona Maska całkowicie się rozpłynął i Frank zaczął spadać. 

Wkrótce bez żadnego odgłosu zniknął w ciemnych czeluściach szybu.

Sissy czekała,  nasłuchiwała, jednak nie usłyszała uderzenia  ciała o beton. Można było 

odnieść   wrażenie,   że   Frank   również   rozpłynął   się   w   powietrzu,   podobnie   jak   Czerwona 
Maska.

Molly położyła dłoń na ramieniu teściowej, a potem mocno ją uściskała.
— Och, Sissy.
Sissy otarła łzy z policzków.
— Powiedziałam mu, że znowu go ożywimy. Powiedziałam, że jeszcze tej nocy.
— Możemy to zrobić, Sissy. Możemy. Chcesz tego?
Sissy   odwróciła   się.   Trevor   mocno   przyciskał   do   siebie   Victorię.   Detektyw   Bellman 

klęczał   przy   Szeryfie,   starając   się   chusteczką   zatamować   krew   płynącą   z   jego   ran.   Jane 
Becker głaskała psa po głowie.

—  Nie   —   odparła   Sissy.   —  Zanim   spadł,   Frank  zdążył   jeszcze   potrząsnąć   przecząco 

głową.

— Jesteś pewna?
Sissy przytaknęła.
— Chyba powinnam już wrócić do domu. Chciałabym położyć kwiaty na jego grobie.
— Dobrze się czujesz, mamo? — zapytał Trevor.
— Tak, nic mi nie jest. Chodźmy już stąd, dobrze? Naprawdę muszę zapalić.

Namalowany człowiek

Dwa dni później jedli razem śniadanie, jajka na miękko i wafle z dżemem truskawkowym. 

Spakowana torba podróżna Sissy czekała już na nią w holu.

— Babciu, codziennie będę wysyłała ci e–maila — powiedziała Victoria.
Sissy uśmiechnęła się.
— Wspaniale.  Będę czekała.  Ale nie zapomnij  przysłać  mi  kilku  fotografii z twojego 

występu. Umieram wprost z ciekawości, jak będziesz wyglądała w kostiumie Tin Mana.

Molly wręczyła Sissy małe zawiniątko z niebieskiego aksamitu.
— Pamiątka — powiedziała.
Sissy rozwiązała paczuszkę. W środku znajdowała się obrączka van Gogha.
— Tylko nigdy nie daj jej żadnemu malarzowi — dodała.
W tym momencie wszedł Trevor i spojrzał na obrączkę.
— Może powinnaś to przetopić? Przecież nie chcemy, żeby podobna historia przydarzyła 

się komuś innemu.

— Nie — powiedziała Sissy. — Nieważne, skąd ta obrączka pochodzi i jaką ma moc; nikt 

nie ma prawa jej zniszczyć.

— Sam nie wiem. Przecież następna osoba, która dzięki niej powstanie, może się okazać o 

wiele gorsza od Czerwonej Maski.

background image

— Cóż, dla ciebie do tylko kwestia ślepego losu. Tymczasem karty nauczyły mnie, że 

życie   składa   się   z   wyborów   i   przypadków.   Dobrych   wyborów   i   złych   wyborów,   złych 
przypadków i szczęśliwych przypadków. Ta obrączka przywołała do życia Czerwoną Maskę, 
ale przecież pozwoliła mi także znowu zobaczyć Franka.

Wstała i podeszła do okna z filiżanką kawy w ręce. Po podwórku biegali Pan Boots i 

Szeryf; razem ścigali cykady. Szeryf trochę kulał, ale poza tym nic mu nie dolegało.

—   Przy   okazji   —   powiedziała   Molly.   —   Rano   dzwonił   do   mnie   Freddie   Bellman. 

Zapytałam go o Jane Becker… Pytałam, czy aresztuje ją za zamordowanie George’a Woodsa.

— No i?
— Powiedział mi, że to, co wyznała Jane, poszło w niepamięć. Nikt nigdy tego nie słyszał. 

Oficjalnie   więc   policja   wciąż   poszukuje   mężczyzny   odpowiadającego   wyglądem   opisowi 
Czerwonej Maski.

Molly   objęła   ramieniem   Sissy   i   przez   chwilę   obie   wyglądały   przez   okno.   Słońce 

prześwitywało   przez   pnącza   winorośli,   a   stokrotki   delikatnie   pochylały   się   w   łagodnych 
podmuchach wiatru.

— Może zasadzisz tu róże? — zapytała Sissy. Molly się roześmiała.
— Róże? Chyba nie. Ale… Czekaj, mam dla ciebie coś jeszcze. Jeszcze jedną pamiątkę.
Poszła   do   pracowni   i   po   chwili   wróciła   z   niewielkim   rulonem.   Rozwinęła   go   i   Sissy 

zobaczyła  akwarelowy portret  Franka stojącego na brzegu oceanu  w Hyannis,  z włosami 
rozwianymi przez wiatr.

— Kiedy go malowałam, nie miałam na sobie naszyjnika, więc nic się nie martw. On nie 

ożyje.

— Wygląda cudownie — powiedziała Sissy.
Przeniosła akwarelę w jaśniejsze miejsce, żeby dokładnie jej się przyjrzeć. Frank był na 

niej   jak   żywy.   Właściwie   podświadomie   Sissy   się   spodziewała,   że   za   chwilę   do   niej 
przemówi.

— Zapalisz przed podróżą? — zapytał Trevor.
Sissy potrząsnęła przecząco głową.
— Nie, dziękuję. Twój ojciec by tego nie pochwalił. — Po chwili dodała cichutko do 

siebie: — Nie pochwaliłbyś, Frank, prawda?


Document Outline