background image

MAY GRETHE LERUM

OBCY KSIĘŻYC

background image

ROZDZIAŁ I

Jak lekko byłoby po prostu opadać. Zsuwać się w tej zielonej wodzie, takiej jasnej i 

łagodnej, i zimnej na tyle, by natychmiast zagłuszyć wszelki ból. W dole nie ma grobu, tylko 

po prostu wielka, wielka głębia  dla wszystkich. Ale nie chciał tam być  pierwszym,  tym, 

którego kości ogryzą głębinowe ryby i wstrętne robactwo. Chociaż wody fiordu znajdowały 

się daleko od otwartego morza, zimowy sztorm potrafił je spienić, przemienić we wściekły, 

szalejący żywioł. I niemal każdego roku o tej porze zdarzało się, że jakaś łódź trafiała na 

skały i pogrążała się w głębinach.

Ravi mrugał z wysiłkiem. Słona woda raz po raz spadała na jego twarz niczym zimny 

prysznic, łódź, która go zabrała, była ciężka, wiatr szarpał płócienny żagiel. Za każdym razem 

gdy fale uderzały gwałtownie o burtę, łódź trzeszczała, jakby się skarżyła.

Jak łatwo byłoby po prostu rozluźnić mięśnie. Pozwolić, by łódź straciła równowagę, 

położyła się na boku, bezgłośnie, bez najlżejszego plusku.

Wzburzone fale stłumiłyby z pewnością wszelkie dźwięki.

Woda ukoiłaby ból.

Dlaczego nie mogę tego zrobić? zastanawiał się Ravi, podczas gdy mgła przesłaniała 

mu oczy, a ręce zaciśnięte na burcie bielały coraz bardziej.

Lyster, wieczór sylwestrowy 1745

- Nikt jej nie widział, kiedy tak siedziała na rozstaju dróg i bardzo dobrze, bo za coś 

takiego zostałaby ukarana chłostą, a jeszcze musiałaby zapłacić grzywnę.

Nie odważyła się tutaj przyjść, dopóki mrok nie spadł na góry, a biała chmura nie 

przesłoniła   młodego   księżyca.   Miała   zamiar   czekać,   aż   rozlegnie   się   pieśń   kościelnych 

dzwonów, dopiero wtedy pójdzie do domu.

A wtedy z pewnością będzie o wiele mądrzejsza.

Miała tu do załatwienia bardzo niebezpieczną sprawę, ale ciało pokrywało się gęsią  

skórką,   a   krew   gwałtownie   pulsowała   w   żyłach   w   równej   mierze   ze   strachu,   co   i   z  

podniecającego oczekiwania. Dzisiejszej bowiem nocy miała posiąść ważną wiedzę. Wiedzę, 

która   pozwoli   jej   doprowadzać   mężczyzn   do   szaleństwa,   dzięki   której   zdoła   odpłacić   za  

wszystkie krzywdy, jakie jej wyrządzono...

Marja zrobiła krótką przerwę, by napić się gorącego piwa zmieszanego z cukrem, 

sokiem z jarzębin i jabłek.

- Opowiadaj dalej!

To nowa pokojówka, Inga, nie potrafiła się opanować. Opowieści Marji o dawnych 

background image

zwyczajach związanych z nocą sylwestrową sprawiły, że usta dziewczyny pobladły, a oczy 

lśniły w pełnym światła pokoju niczym srebrne talary.

Marja roześmiała się cicho.

- Będę opowiadać, poczekaj tylko, niech no nabiję fajkę...

Dziewczyna spoglądała przestraszona na starszą kobietę, która szczupłymi, białymi 

dłońmi   ujęła   zdobioną   srebrem   fajkę   i   wsunęła   ustnik   między   wargi.   Zapaliła   tytoń   od 

płomienia jednej z żółtych woskowych świec.

Słodkawy, ciężki dym unosił się do sufitu, dzielił się na niebieskie smużki i rozpływał 

z wolna po drodze w górę. „W końcu Marja westchnęła, umościła się wygodniej i opowiadała 

dalej   o   dziewczynie,   która   w   noworoczną   noc   siedziała   na   rozstaju   dróg.   Nie   było   to, 

oczywiście, byle jakie skrzyżowanie, lecz takie, z którego obie drogi wiodą do kościoła...

-   Trzeba   ci   wiedzieć,   że   i   tak   została   osądzona   -   dodała   Johanna,   kiedy   Marja 

skończyła opowieść.

Inga otuliła się mocniej chustką.

- Jeśli dobrze pamiętam, została zamknięta w więzieniu. Miała mniej więcej tyle lat co 

ty, Marjo, prawda? Słyszałam tę historię już chyba z tysiąc razy.

Marja stukała fajką o kant stołu, rzucając wnuczce pełne irytacji spojrzenia. Miała 

ochotę   krzyknąć,   żeby   Johanna   trzymała   język   za   zębami   i   nie   wyskakiwała   ze   swoimi 

złośliwymi  komentarzami.  Tym  gadaniem zabiła  przecież  taką  znakomitą  historię! Chyba 

jednak lepiej oszczędzić młodą kobietę. Wszyscy wiedzieli, że Johanna ma za sobą trudny 

rok. Ba, wiele trudnych lat, jeśli już chodzi o ścisłość. W końcu bowiem Ravi ściągnął na nią 

nieszczęście. Marja bardzo bolała z tego powodu, ponieważ zawsze świetnie się dogadywała 

z owym dziwnym mężczyzną. Czy raczej chłopcem, tak wolała o nim myśleć. Ojciec Raviego 

był przecież jej kochankiem, a nie tak znowu łatwo uznać, że jego syn jest już taki dorosły, co 

więcej, już następne pokolenie przyszło na świat.

Marja się zestarzała.

Dawno   przestała   eksperymentować   z   popiołem   i   drzewną   smołą,   atramentem   i 

farbami. Nic nie było w stanie ukryć białych pasem w jej dawniej kruczoczarnych włosach. 

Upinała je teraz wysoko lub wplatała w nie barwne wstążki.

Zbliżała się do sześćdziesiątych urodzin, ale w łagodnym świetle, zwłaszcza gdy miała 

dobry dzień, mogła uchodzić za osobę przed pięćdziesiątką; odrobinę przybrała na wadze, co 

bardzo ją cieszyło, bo okrągłe kształty ładnie wypełniały suknię i ujmowały jej lat. W każdym 

razie kiedy porównywała siebie z wychudłymi, kościstymi babami w tym samym wieku.

Nie buntowała się przeciw starości. Szczerze mówiąc, myślała, że będzie gorzej. Jakoś 

background image

nie zauważała, że życie tak szybko przepływa jej między palcami, zawsze miała mnóstwo do 

robienia i tyle do przemyślenia.

Johanna, biedaczka, jest młoda.

Ale już z dzieckiem na ręku i co najmniej jednym nieudanym małżeństwem za sobą. 

Erlenda   właściwie   nie   warto   wspominać.   Ale   Ravi,   ten   czarnowłosy   drań,   no   cóż,   jego 

Johanna będzie nosić w sercu przez resztę swego życia. Jeśli dopisze jej szczęście, wkrótce 

zdoła opanować gniew. Nie ma bowiem sensu złościć się i martwić kolejny raz. On przecież 

zawsze ją zawiedzie, nie został stworzony do życia wśród ludzi. W każdym razie nie wśród 

ludzi z Vildegârd ani z pałacu Marji. Nawet tutaj jest mu za ciasno, nawet tutaj więzy zbyt 

uwierają.

Johanna jadła jakiś owoc, nieduży, czerwony.

Ogień na kominku trzaskał cicho, ale wyraźnie teraz, kiedy ludzkie głosy umilkły. 

Marja pochyliła głowę i ukradkiem spoglądała na swoich bliskich. Nieco z boku siedziała 

Amelia w pięknej, jasnej sukni rozszerzającej się od piersi w dół. Ręce złożyła na brzuchu, 

jakby   się   modliła.   Dobra,   mała   Amelia,   która   potrafiła   wbić   w   swoją   matkę   badawcze 

spojrzenie tak, że tamta musiała odwracać wzrok, żeby jej serce nie pękło. Mała Amelia, 

która nigdy nie zaniedbała żadnego obowiązku. Zajmowała się ojcem, bratem, przyrodnim 

braciszkiem, dla wszystkich znajdowała miejsce pod swoimi skrzydłami. I za to wszystko 

matka zapłaciła jej kłamstwem i bólem. Zdarzało się często, że Marja zastanawiała się, co by 

to było, gdyby opowiedziała Karlowi Martinowi i Amelii o ich prawdziwym ojcu. W każdym 

razie  oszczędziłaby  córce  tego  strasznego  czasu,  kiedy  była  przekonana,   że  nosi  dziecko 

swego brata. Nie musiałaby starać się odkupić winy przed Bogiem i znosić tych strasznych 

upokorzeń i lęku w Sogndal pośród nędznych mieszkańców wybrzeża.

Może jednak stałoby się coś jeszcze gorszego, myślała Marja.

Przeniosła wzrok dalej, na pełnego życzliwości męża Amelii, syna Karla, owoc jego 

jedynej młodzieńczej przygody. Potem znowu patrzyła na Johannę, mały Benjamin zaczynał 

zasypiać. Starsza dziewczyna kuchenna zachorowała tuż przed świętami i pojechała do domu 

siostry, żeby tam wrócić do zdrowia. Ale Lina została, rumianolica i energiczna jak zawsze, 

miała Ingę do pomocy przy przygotowywaniu jedzenia.

W Vildegârd nie było zbyt wiele miejsca dla służby, ale w czeladnej izbie mieszkało 

czterech mężczyzn. Marja liczyła, że da sobie radę z jednym, najwyżej dwoma służącymi. Na 

razie nie miała nikogo, bo dom nie był jeszcze gotowy, palono tylko w obszernej kuchni. Ten 

dom miał być po prostu fantastyczny. Kiedy ludzie ze wsi gadali o jej budowie, słyszała w ich 

głosach wielkie zdziwienie. Nigdy przedtem nie widzieli domostwa, z kolumnami, tarasami i 

background image

wielkimi oknami w rzeźbionych futrynach. Ale Marja wiedziała, czego chce, pomieszała style 

z dwóch części świata i stworzyła coś bardzo osobistego.

Zamek Marji?

No, a dlaczegóż by nie?

Skuliła  się na swoim miejscu przed kominkiem  i popiła  znowu słodkiego napoju. 

Niedługo trzeba iść spać.

Najpierw jednak posłuchają bicia dzwonów obwieszczających nadejście roku 1746.

Bendik   wyciągnął   rękę   i   położył   na   ciemnym   blacie   stołu   swój   drogocenny 

kieszonkowy zegarek.

Marja nie lubiła jego tykania.

- To teraz opowiem wam o innym starym, bożonarodzeniowym zwyczaju. Słyszeliście 

o ofierze Thora? Tutaj w naszych okolicach od dawna się już tego nie praktykuje, wiem 

jednak,   że   wciąż   żyją   ludzie,   którzy   pamiętają,   jak   w   noworoczny   poranek   mężczyźni 

zdzierali z siebie koszule i biegali boso po polach, mając na sobie jedynie krótkie spodenki...

- Daj spokój, mamo... bądź teraz cicho - poprosiła Amelia zmęczonym głosem. Jej 

wciąż złożone ręce zaciskały się mocno.

Marja opadła na fotel i przymknęła oczy.

Skoro tak, to będzie milczeć.

W powietrzu wyczuwało się coś dziwnego, coś, co wcale nie zapowiadało, że ten 

nowy rok będzie dobry. Jeśli prawdą jest, że w tę noc w walce dobrego ze złym rozstrzyga się 

wszystko, co się ma wydarzyć w ciągu całego roku... to w takim razie Marja nie ma się czego 

dobrego spodziewać.

Helena drzemała i coś jej się śniło. Zdarzało się ostatnio coraz częściej, że pamiętała, 

co się działo wokół niej i w niej samej podczas snu. Niektóre sny były przerażające, oto 

spadała z jakiejś skały albo pływała w wodzie, która z przemożną siłą ciągnęła ją w dół, w dół 

do brunatnoczarnego dna. Woda była gęsta niczym syrop lub roztopiona smoła, a sen taki 

wyrazisty, że po obudzeniu dziewczyna długo jeszcze krztusiła się i kaszlała.

Ale dzisiejszej nocy miała przyjemne sny.

Zanurzona w świetle nagle, spadając, wyciągnęła ręce i uświadomiła sobie, że ma 

mewie skrzydła.

Nastrój snu zmienił się gwałtownie, pamiętała tylko, że ogarnęła ją szalona radość, a 

także coś w rodzaju zakłopotania. Czuła wiejący od dołu ciepły wiatr, który ją unosił. Choć to 

wydaje się bardzo dziwne, mogła w tym śnie spoglądać na ziemię, gdzie widziała maleńkich, 

pełzających   ludzi.   Jak   w   mrowisku!   Stwierdziła   nieoczekiwanie,   że   widzi   Vildegârd, 

background image

pośrodku dziedzińca płonie ognisko, nad którego płomieniami obracana jest z wolna tusza 

wielkiego wołu.

Chciała śpiewać, przychodziła jej do głowy jakaś stara, pijacka piosenka, kiedy jednak 

otworzyła usta, stwierdziła, że zrobiły się ostre i twarde, że to nie usta, lecz po prostu mewi 

dziób, z którego wydobywa się ptasi krzyk - długie, przejmujące zawodzenie, przypominające 

głos lunatyka.

Mimo to sen był bardzo piękny. Leżała, drzemiąc, i starała się go zatrzymać, chciała 

rozdzielić   różne   wydarzenia   ze   snu   tak,   jak   to   kiedyś   czyniła   z   pięknymi   kwiatami.   To 

dziwne, bo akurat uroda kwiatów nie da się rozdzielić, teraz też sen po chwili wydał jej się 

jakiś niejasny, mętny...

Helena ponownie zamknęła oczy i czekała.

Czekała, że czas będzie płynął, robiła tak od wielu miesięcy.

Kiedy   dzwony   zaczęły   bić,   wciąż   nie   spała;   nieoczekiwanie   drzwi   do   jej   pokoju 

zostały otwarte.

- Szczęśliwego Nowego Roku, Heleno! Przychodzimy, żeby spełnić z tobą toast. Nie 

śpisz? Zdawało nam się, że krzyczysz...

Głos Johanny brzmiał dziwnie niepewnie, jakby za każdym przyjaznym zdaniem czaił 

się płacz.

Ma   z   pewnością   czym   się   martwić   teraz,   kiedy   nareszcie   zrozumiała,   że   i   ona, 

podobnie jak Helena, przegrała. Jej też nie udało się zatrzymać Raviego.

Silne ręce ujęły chorą pod pachy, uniosły w górę, poduszki zostały przetrzepane i 

ułożone wysoko za jej plecami. Mrużyła oczy, patrząc na siedmioramienny świecznik, który 

ją oślepiał.  Niemal  pragnęła,  żeby sobie  poszli,  chciała  znaleźć  się  znowu w usypiającej 

ciemności.

Ale alkohol, który jej podano, był słodki i mocny. Przełknęła go razem z życzeniami 

szczęścia, uśmiechając się blado. No tak, przecież nie ma się na co skarżyć. Rysuje się przed 

nią   nie   najgorsza   przyszłość   na   progu   tego   nowego   roku.   Wiele   się   w   nim   zmieni   dla 

nieszczęsnej służącej gospodarza z Royse.

Nim   rok   dobiegnie   końca,   ona   zamieszka   we   własnym   domu,   hojnie   wyposażona 

przez tę kobietę i jej krewnych. Odzyska znowu swoje gibkie ciało, silne i prawie nowe. O 

dziecko  nie  musi  się  martwić.   Johanna  chce   je  wziąć  i  na  dodatek  chętnie   dobrze  za  to 

zapłaci. Kiedy Ravi znowu zniknął, Helenę ogarnął lęk, że Johanna się rozmyśli.  Ze nie 

będzie chciała mieć przy sobie potomstwa swojego narzeczonego z inną kobietą, które by jej 

wciąż przypominało, jaki to drań. Ale Johanna jest dziwna. Zresztą ma i tak swoje własne 

background image

dziecko, które przypomina jej o tym samym. Jedno mniej czy więcej nie ma w tej sytuacji 

znaczenia.

- Dziękuję za poczęstunek. I wam też życzę szczęśliwego Nowego Roku.

To   niezwykłe,   ale   oczy  Johanny  były  bardziej   lśniące,   niż  mogła  to   spowodować 

odrobina alkoholu. Może to kościelne dzwony wprawiły ją w taki nastrój?

- Heleno, ja... ja chciałam ci tylko powiedzieć, że... kiedy teraz wkraczamy w całkiem 

nowy rok... czy nie powinnyśmy wszystkiego złego zostawić za sobą? Wszystkich tych złych 

słów, wszystkich nieporozumień?

- Mnie tam wszystko jedno - odparła Helena i wzruszyła ramionami z wyrazem bólu 

na   twarzy.   Rude   włosy   były   teraz   mocno   ściągnięte   i   upięte   w   koronę,   znowu   były 

wystarczająco długie.

Drgnęła   niemal,   kiedy   Johanna   gwałtownie   pochyliła   się   nad   łóżkiem   i   objęła   ją 

mocno, bardzo mocno, jakby chciała przytrzymać tonące dziecko. Helena jęknęła cicho, nie 

mogła jednak zrobić nic innego, jak tylko odwzajemnić uścisk. Nie lubiła bliskości innego 

kobiecego ciała, ale nie mogła odepchnąć tamtej od siebie.

- Jesteś dojrzałą kobietą - szeptała Johanna do ucha leżącej.

Helena nie odpowiadała. Ta Johanna naprawdę jest jakaś dziwna. Zawsze taka była. A 

teraz biedaczka pewnie bardzo tęskni za Ravim. No cóż, musi się sama z tym uporać. Helena 

uświadomiła sobie jednak w tym momencie, że może inni w tym domu również cierpią, nie 

tylko ona.

Zresztą ona przynajmniej wkrótce odzyska wolność.

Ogromny   brzuch   poruszył   się   lekko,   jakby   na   potwierdzenie   tych   myśli,   kiedy 

Johanna znowu się wyprostowała.

- Jeśli chcesz... to powiem Indze, żeby spała dziś u ciebie?

Johanna mówiła niepewnie, wiedziała jednak, że większość ludzi nie chciałaby spać 

samotnie   tej   nocy.   Zbyt   wiele   sil   wychodziło   z   ukrycia.   Noc   noworoczna   jest   pod   tym 

względem chyba jeszcze gorsza niż noc sobótkowa.

Zasłoniła szczelnie okno w pokoju chorej, ktoś zostawił rozsunięte zasłony. W taką 

noc nikt nie powinien wyglądać na zewnątrz. Trzeba się też wystrzegać, żeby nie zaglądać 

przez okno do izby. Bo jeśli ktoś ma umrzeć, to można go zobaczyć bez głowy.

Johanna   zadrżała.   Za   nic   na   świecie   nie   chciałaby   nikogo   przestraszyć   takim 

widokiem.

Dziecko   spało   od   wielu   godzin,   ale   Johanna   czuwała   jeszcze   bardzo   długo   po 

zamilknięciu   dzwonów.   Wkrótce   noc   się   skończy.   Wkrótce   nadejdzie   ranek   z   różową 

background image

poświatą na niebie i będzie można wyjść na podwórze pokryte miękkim śniegiem. Być może 

wtedy poczuje się trochę lepiej.

To dziwne, ale tym razem ból zdawał się być łatwiejszy do zniesienia. Nie chciała w 

to wierzyć, bo za każdym razem musiała składać kawałki swego rozerwanego serca. Zszywać 

je razem, kleić wiarą i nadzieją. Za każdym razem jednak było trochę więcej wiary i trochę 

mniej nadziei.

Rzucała się na łóżku, pościel była miękka i ciepła, ale ciasny pokój zdawał się ją 

dławić.  Dzisiaj  napalono   solidnie  we  wszystkich  piecach,  takie   gorąco  to  coś  nowego w 

środku mroźnej zimy. Johanna wyciągnęła ostrożnie rękę w ciemności, ujęła kubek z wodą, 

który zawsze stał przy łóżku. Chłopczyk mruczał coś przez sen, a jego małe rączki zaciskały 

się na kołdrze. Było mu widocznie gorąco.

Biedna sierota bez ojca...

Johanna całą siłą woli zamykała oczy. Starała się oddychać wolno i spokojnie, wabiła 

do siebie anioły snu. Za wiele jednak spraw burzyło jej spokój, zbyt wiele myśli tłukło się po 

głowie niczym puste beczki od piwa. I ten lodowaty ucisk pod sercem. Ta nie dająca się 

usunąć ciężka bryła nieznośnej tęsknoty.

Nie mogła pozwolić, żeby się roztopiła, nie miała odwagi tchnąć w nią odrobiny życia. 

Tęsknota za Ravim o mało jej nie zabiła już dwa razy przedtem. Może teraz nie miała więcej 

nadziei,   mimo   wszystko   było   w   niej   coś,   co   utrzymywało   ją   na   powierzchni,   pozwalało 

odzyskać trochę spokoju i czegoś w rodzaju ukojenia.

Nadziei nie miała już od dawna.

Wypędziła go od siebie, nie w gniewie czy irytacji na jego nieznośne zwyczaje i brak 

jakiejkolwiek odpowiedzialności. Żył  tu wśród nich tylko  połowicznie zwrócony do nich, 

drugą częścią osoby pogrążony we własnym świecie. Mogłaby to wytrzymać. Co tam, coraz 

bardziej i bardziej pojmowała, że ta jego połowiczna obecność w życiu to jest to, co w nim 

kocha   najbardziej.   Alkohol   też   nie   wydawał   się   takim   niemożliwym   do   pokonania 

przeciwnikiem. Mogła była podjąć walkę.

Ale to, co się stało...

Rozgrzane ciało Johanny nagle ostygło.

Drżała,   zimne   dreszcze   sprawiły,   że   dziecko   zaczęło   wyczuwać   złe   myśli   matki. 

Rzucało się niespokojnie, Johanna zagryzała palce i modliła się, żeby ona i dziecko nie zostali 

zarażeni złem.

Ostrzegali  ją  wszyscy  bez   wyjątku.   Mówili,   że  to   posłaniec   diabła.   Więcej,   że  to 

demon.   Ze   przybywa   z   przeklętych   piekielnych   otchłani.   On,   który   posiada   władzę,   by 

background image

wypędzić chorobę Z ciała, mógł mieć również władzę zsyłania jej na ludzi. On, który potrafił 

widzieć to, co ukryte, ludzi i rzeczy, wydarzenia, które jeszcze się nie stały. Nie był aniołem, 

o,   nie,   nikt   by   go   nie   zaciągnął   do   kościoła.   To   przerażało   nie   tylko   Johannę.   Potem 

wydawało jej się, że go zrozumiała: on po prostu nie lubi tłumu. To nie świętość miejsca 

wprawiała go w przerażenie, to ludzkie oczy.

Teraz jednak musiała przyznać, że i ona zaczęła się zastanawiać.

Ravi zabił. Pod tym względem stali się sobie równi. O ile jednak jej grzech zabójstwa 

miał na celu powstrzymanie Erlenda, to grzech Raviego był tysiąc razy gorszy. Wykorzystał 

swoje zdolności, zwrócił je w stronę zła, zaprzedał własną duszę i ryzykował duszę swego nie 

narodzonego jeszcze dziecka.

Przeklął   Helenę,   do   której   niegdyś   zwracał   się   z   taką   czułością.   Ona  go   przecież 

uratowała,   ze   swoim   niepokornym   zachowaniem   i   złośliwym   językiem   mimo   wszystko 

nauczyła go wiele na temat uczuć.

W końcu nie był  w stanie między nimi wybierać. Nie był  w stanie albo nie miał 

odwagi. Johanna z trudem przełknęła ślinę, język lepił się do podniebienia mimo wody, której 

się dopiero co napiła.

Tchórz, tchórz, tchórz.

Tchórzostwo, gorsze niż większość innych  przywar.  Tchórzostwo pociąga za sobą 

inne wady, zdradę, zazdrość, gwałt, nieszczerość...

Biały krzyż... to było tak, jakby ktoś cisnął jej prawdę w twarz. I kiedy znalazła go 

spitego do nieprzytomności, przyznał, że rzucił przekleństwo.

Cóż było więcej do powiedzenia? Kiedy jąkał się i błagał, starał się ją przekonać, że 

zrobił to dla niej... wtedy mogłaby go zabić. Może powinna była to zrobić? Ravi bowiem jest 

chodzącym przekleństwem, najbardziej dla samego siebie.

Teraz Johanna to wszystko zrozumiała.

Ale w takie samotne świąteczne noce serce biło jej głośno, a ciało płonęło...

Modliła się i zaklinała Boga, ale też wstydziła tak, że łzy płynęły jej z oczu, kiedy w 

tego rodzaju chwilach uświadamiała sobie, że oddałaby wszystko, co posiada, by móc poczuć 

tutaj przy sobie jego obecność, by znowu być z nim i choćby na krótką chwilę uwierzyć, że 

oni oboje są sobie pisani.

Ale on odszedł.

Daleko.

Czuła, jak się od niej oddala, każdego dnia odległość robi się większa. Miała uczucie, 

jakby cząstka jej samej odeszła z nim, taki maleńki ptaszek, krążący wysoko ponad jego 

background image

głową wszędzie, dokądkolwiek szedł, i przynoszący jej wiadomości o wszystkim, co Ravi 

robi.

Bardzo trudno będzie zapomnieć.

Gdyby nawet teraz martwiła się i płakała, to i tak ból będzie z czasem narastał. Nie 

powiedziała o tym ani słowa nikomu, nawet babce Marji.

Helena będzie musiała umrzeć.

Białego krzyża nie można tłumaczyć inaczej.

A   Johanna   będzie   musiała   odgrywać   tak   samo   zaszokowaną   jak   wszyscy   inni. 

Bowiem   rudowłosa   obca   dziewczyna   wydawała   się   teraz   tak   pełna   życia.   Przeżyła 

nieszczęście. Może jednak wszystko się ułoży? Może tym razem będzie inaczej, niż kiedy 

Johanna ostatnio widziała krzyż? Biedna Karen, żona pastora, była taka słabowita, a dzieci 

urodziły się o wiele za wcześnie.

Helena jest silniejsza i nosi tylko jeden płód.

Boże kochany, pozwól, żeby dziecko przeżyło. Dziecko Raviego, pozwól mu, czy też 

jej, żyć. Będę kochać to dziecko, uratuję je, nawet gdyby miało w swoich żyłach złą krew 

ojca. O, pozwól mi spróbować, będę kochać malca, jakby był moim własnym dzieckiem...

Mały Benjamin zaczął cicho płakać.

Przytuliła   go   mocno   do   siebie,   okryła   swoją   kołdrą.   Uspokoił   się   szybko.   Wtedy 

pozwoliła, żeby z jej oczu popłynęły gorące, ciche łzy.

background image

ROZDZIAŁ II

Amelia   już   chyba   z   tuzin   razy   przeglądała   zawartość   skrzyni,   nigdy   jednak   nie 

męczyło   jej   to   siedzenie   na   zimnym   strychu   i   oglądanie   malutkich   ubranek,   powijaków, 

powłoczek. Niektóre przygotowano całkiem nowe, innych ona sama używała dla swojego 

biednego  przyrodniego  braciszka.  Jeszcze  inne  były  zupełnie  stare,  pochodziły z czasów, 

kiedy jej własna matka urodziła ją i brata bliźniaka; wtedy powijaki zrobiono ze starych, 

pożółkłych koszul Kari. Teraz Marja przyniosła cieniutką, piękną bawełnę i koronki takie 

ładne, że można ich było właściwie tylko używać do najpiękniejszych ubrań.

-   Weź   to   -   powiedziała   matka,   rzucając   stos   płótna   i   koronek   na   coraz   mniejszy 

podołek Amelii. Bendik się tylko uśmiechał. Najwyraźniej uważał, że nic nie jest za dobre dla 

oczekiwanego dziecka. Amelia wiedziała, że pragnął syna. Jednak czułość w jego oczach 

mówiła jej, że córeczkę też będzie kochał. Małą istotę o dziwnych, dwubarwnych oczach 

Johanny?   Czy   też   obdarzoną   jego   oczami,   jasnymi,   otwartymi?   A   może   będzie   bardziej 

podobna do swojej matki, mieć będzie jasne włosy i kruchą figurę?

Siedząc   na   niewygodnym   stołku,   Amelia   pogrążyła   się   w   marzeniach.   Dłońmi 

ogrzewała zimne płótno, len pod jej dotykiem zdawał się nabierać życia.

Niemal nie była już w stanie dłużej czekać. Lęk, który zawsze czai się gdzieś na dnie 

duszy brzemiennej kobiety, ją również czasami ogarniał, ale tysiąc razy silniejsza była radość 

i poczucie wdzięczności.

Tej wiosny będzie mnóstwo życia w starym Vildegârd.

Amelia ostrożnie odłożyła wszystko na miejsce, na drżących nogach zeszła po stromej 

drabinie. Dopiero teraz uświadomiła sobie, jak zimno jest na górze. Z dużego salonu docierał 

głos Ingi, która podawała Bendikowi i Marji coś gorącego do picia. Przed domem parskały 

konie. Tamci dwoje jeździli do wójta, by przekazać roczny podatek, i być może przywieźli 

jakieś nowiny. Kiedy lód był taki gruby jak w tym roku, rzadko słyszało się coś innego niż 

tylko   wiadomości   z   najbliższej   osady.   Zdarzało   się   jednak,   że   nauczyciel   lub   kupcy 

odwiedzali   okolicę,   niekiedy   major,   lensman   lub   nowy   proboszcz   przyjmowali   gości   w 

świątecznym   okresie.   Minęły   dopiero   trzy   dni   nowego   roku,   nadal   trwał   czas   zimowego 

świętowania.

- Mamo, chodź, musisz zobaczyć! To niewiarygodne, chyba nigdy nikt nie słyszał 

czegoś podobnego!

Głos   Johanny   był   wysoki   i   przenikliwy,   jednak   tym,   co   sprawiło,   że   Amelia 

przyśpieszyła kroku, była niekłamana radość w słowach córki. Bogu niech będą dzięki, to się 

background image

już dawno nie zdarzało.

- Patrz, patrz! Ojciec nas zaskoczył, nakupił tyle prezentów!

Bendik stał bez słowa i tylko pochrząkiwał, opatulony w liczne futra, wyglądał niczym 

ogromny niedźwiedź, na wąsach srebrzyły się sopelki lodu.

Sanie   były   wypakowane   do   połowy,   nad   całym   bagażem   rozciągnięto   nasączoną 

olejem płachtę.

- Wszystko to czekało w Dosen! Przyjechało z Marifjora!

Amelia uśmiechała się, obejmowała córkę. W oczach Johanny pojawiło się życie, była 

teraz znowu niczym mała dziewczynka. Matka z bólem patrzyła, jak uśmiech zmienia twarz 

młodej kobiety. Wprost trudno ją poznać. Boże drogi, jak daleko to wszystko zaszło. Jak 

bardzo przywykli do tego, by widzieć ją zbolałą i smutną.

Teraz tańczyła po ganku ze zbyt lekko ubranym Benjaminem w objęciach. Amelia 

chwyciła dziecko, opatuliła je swoją wełnianą chustką i z czułością robiła wymówki córce.

- Wracam z małym do domu, przecież zamarznie tu na sopel. A ty pomóż służącym 

wypakować to wszystko!

Bendik poszedł za nią, rzucił futro na ręce czekającej Ingi. Powiesi je do suszenia 

wysoko pod sufitem sypialni, gdzie nie jest za gorąco.

- Coś ty znowu wymyślił? - zapytała Amelia, ocierając mężowi z policzka topiący się 

lód.

- Ech, to miało być na Gwiazdkę. Ale tak to jest, jeśli nie zamówisz wszystkiego na 

sianokosy, to musisz czekać do Wielkanocy...

- Nic nie szkodzi. Widziałeś, jaka Johanna radosna? Myślę, że bardzo dobrze się stało, 

wigilia i święta to były dla niej trudne dni.

- Hm.  Tak,  ona dźwiga  ciężkie  brzemię.  Dałbym  wszystko  za to,  żeby jej  trochę 

ulżyć...

- Już ci się to udało - rzekła Amelia cicho i ostrożnie pocałowała swego męża w usta. 

Były zimne, poczuła smak tłuszczu, którym trzeba było się smarować, wyjeżdżając saniami w 

taki mróz.

Benjamin   starał   się   uwolnić   od   krępującej   go   chustki.   Posadziła   więc   dziecko   na 

podłodze, a ono ruszyło natychmiast w stronę tacy z jabłkami, która w okresie świątecznym 

stała na stole.

Na ganku rozległy się hałasy,  kiedy trzech mężczyzn  taszczyło do środka potężną 

skrzynię.

-   Ostrożnie!   Bendik   paroma   skokami   znalazł   się   przy   drzwiach   i   upominając 

background image

parobków, pomagał im dźwigać. Z wnętrza skrzyni dobywały się jakieś dziwne dźwięki. Czy 

to szkło? Brzmiało tak, jak uderzenia nożem o srebrną karafkę. Amelia potrząsała głową, po 

chwili opadła na krzesło.

Johanna przecisnęła się obok skrzyni i rzuciła ojcu na szyję.

- Ja wiem, co to jest, och, tatusiu, myślę, że wiem...

- Ciii, moja Hanno, nie zepsuj wszystkiego... - Rzucił pospieszne spojrzenie w stronę 

Amelii.

W tym momencie ona też zrozumiała.

- Czy to... czy to jest dla mnie? Ale, mój drogi, to przecież...

Spoglądała   to   na   jedno,   to   na   drugie.   Oczy   Johanny   wcale   nie   wyrażały 

rozczarowania. Dziecinna radość nie zniknęła, nawet kiedy się okazało, że prezent nie jest dla 

niej.

- Pośpiesz się, mamo, zobacz, co to! Och, już nie mogę się doczekać.

Amelia musiała się uśmiechnąć. Moje dobre, kochane dziecko, powinnam była się 

domyślić. Johanna zawsze uwielbiała dawać innym prezenty. Ten musieli oboje zaplanować. 

Bendik uśmiechał się tajemniczo i nożem oderwał pierwszą deskę z zamknięcia skrzyni.

Za   nimi   stała   Inga   w   towarzystwie   parobków,   a   nawet   kilkoro   dzieci,   które 

towarzyszyły   saniom   przez   wieś   w   drodze   do   domu.   Teraz   wytrzeszczały   rozpalone   z 

ciekawości  oczy.  Ubrane  w  wełniane   czapki,  postrzępione   szale  i  za  duże  samodziałowe 

kurtki, przestępowały z nogi na nogę.

Amelia wolno podniosła się z miejsca. Bendik oderwał jeszcze jedną deskę. Wewnątrz 

znajdowało się coś dużego, ale bardzo starannie opakowanego w mocno ubitą wełnę!

Cała podłoga została zarzucona tą wełną, zanim zawartość skrzyni nareszcie ukazała 

się patrzącym.

- Och, nie... Amelia przecierała oczy. Dzieciaki przy drzwiach spoglądały na siebie, 

niczego nie rozumiejąc. Co to, na Boga, za dziwaczne krzesło?

Nowy przedmiot był czarny i lśniący. Dwa świeczniki przymocowane do krzesła? I co 

za   niezwykłe   siedzenie,   lśniące   czarno   -   białe   szczapy   z   dziwnego   obcego   drewna.   Nie 

sprawiało wrażenia specjalnie wygodnego, chociaż było szerokie tak, że nawet gruba Jenny 

mogłaby na nim usiąść.

Parobcy podeszli bliżej, a gdy Bendik dał im znak głową, podnieśli ów przedmiot i 

wystawili ze skrzyni na podłogę.

Amelia zwilżała wargi, splatała dłonie, na policzkach pojawiły się czerwone plamy. 

Zakręciło jej się w głowie, ponieważ teraz nareszcie rozpoznała dar.

background image

- To... to... och, Bendik... z plebanii...

-   Twój   własny   instrument.   Twój   szpinet,   Amelio.   Zasłużyłaś   na   niego.   Musisz 

wiedzieć, że to nie tylko ode mnie.

Ukryła twarz na jego piersi. Johanna stała bez słowa z ręką na pięknym szpinecie. 

Widziała go parę razy przedtem, od wielu, wielu lat stał na plebanii. Ale po wyjeździe starego 

proboszcza nikt na nim nie grał. No i teraz Bendik kupił go do Vildegârd.

- Mamo... czy mogę sprowadzić innych?

- Tak, zrób to - skinął głową Bendik. Wciąż  stał obok żony,  obejmując ją czule. 

Johanna   pobiegła   w   stronę   nie   dokończonego   budynku,   w   którym   mieszkała   babka, 

przesiadując w podobnej do salonu kuchni.

Och,   co   za   radość   dla   mamy!   Będzie   się   naprawdę   cieszyć,   bardziej   niż   z 

czegokolwiek  innego.  Myślała  pewnie,  że nikt  tego nie  pamięta,  ale  to ona sama  kiedyś 

opowiedziała tę historię.

O ojcu, Karlu Oppdalu, który za młodu nie posiadał zbyt wiele. O tamtych trudnych 

latach, kiedy mieszkali w maleńkiej chatce i ledwie starczało jedzenia dla dzieci. O owym 

dniu, kiedy zawieźli drzewo na plebanię i Amelia usłyszała z pokojów bardzo piękną muzykę.

To był szpinet. Ktoś ze świątecznych gości pastora na nim grał. Z instrumentu płynęły 

kryształowe   dźwięki.   Chciało   jej   się   płakać   z   zimna   i   tęsknoty,   nigdy   ich   jednak   nie 

wpuszczano dalej niż do kuchni. Dźwięków pastor nie mógł zamknąć we wnętrzu, zamknął 

natomiast ciepło i światło, które są związane z bogactwem. Ojciec wziął ją wtedy za ręce i 

uniósł wysoko, przez niewielkie okno Amelia mogła zajrzeć do środka, do jasno oświetlonego 

pokoju, z którego dochodziła ta muzyka.

- Pewnego razu dostaniesz taki instrument. Wtedy zagrasz dla mnie, moja mała, dobra 

dziewczynko.   Twoje   śliczne   paluszki   wyczarują   jeszcze   ładniejszą   melodię   niż   ta   - 

powiedział.

Potem wydarzyło się tak wiele.

Amelia przestała tęsknić za szpinetem, żyła w pośpiechu, z tyloma sprawami musiała 

się zmagać.

No i teraz on, Bendik, kupił instrument.

Dwadzieścia lat po tym, jak mu opowiedziała tę krótką historię. Najpiękniejsza rzecz z 

plebanii należy do niej.

- Spróbuj zagrać - powiedział Bendik cicho, kiedy Marja zajęła miejsce w fotelu przy 

kominku.

Amelia z uroczystą miną podeszła do instrumentu, podsunięto jej pośpiesznie obity 

background image

pluszem stołek.

Palce zawisły w powietrzu ponad wypolerowanym drewnem.

- Kazałem go wyczyścić i nastroić. Zabrało to trochę czasu... miałaś dostać instrument 

na Gwiazdkę.

Amelia w rozmarzeniu potrząsnęła głową. Opuściła ręce, ale w momencie gdy palce 

już miały dotknąć klawiszy, cofnęła je pośpiesznie i uniosła do oczu.

- Nie, ja przecież nie umiem... po prostu wszystko zniszczę!

- Nie, nie, spróbuj, sprawdź, czy jest w nim głos! Uderzaj ostrożnie...

Wysunęła palec wskazujący. Dotknęła czarnego klawisza. Wydał czysty, jasny ton. 

Amelia podniosła oczy oszołomiona i przejęta. Palec jakby sam z siebie posuwał się dalej. 

Tony wydobywały się przy każdym najmniejszym dotknięciu, toczyły się niczym groszki z 

rozdartego worka.

Po czym ucichły. Amelia niemal z lękiem patrzyła na instrument. Johanna pierwsza 

odgadła, o czym myśli.

- Masz to w sobie, mamo. Zawsze kochałaś śpiew i muzykę. Możesz ją odczytywać. 

Spójrz... z tego możesz odczytać wszystko, co zechcesz.

Dwie grube księgi oprawione w brązową skórę. Johanna z zapałem przewracała kartki, 

przelatywały między jej palcami.

- To nuty, mamo! To takie litery, tylko łatwiej się ich nauczyć! Każda oznacza jakiś 

ton, każda oznacza takt. Spójrz, tutaj jest wszystko. Naucz się tego, mamo!

Amelia oszołomiona potrząsała głową, mimo to wzięła jednak książki i mrugała, żeby 

rozproszyć mgłę przesłaniającą jej oczy.

Marja  chrząknęła  zadowolona  w   swoim   kącie.   Po  chwili   wstała,  zdjęła  szkarłatną 

pelerynę, którą narzuciła na suknię, i pochyliła się obok córki nad klawiaturą.

Ręce miała stare, ale w czarnych, obcisłych rękawiczkach wydawały się nadal gibkie i 

lekkie, kiedy położyła je na klawiszach.

Wszyscy zebrani ze zdumieniem  wysłuchali  krótkiej, wesołej melodii,  która nagle 

rozległa się w pokoju, jakby jakieś barwne ptaki zerwały się z pokrytego śniegiem krzewu.

Helena słyszała rozproszone dźwięki, były takie nierzeczywiste i dziwne, jakby duchy 

krążyły pod sufitem i zrzucały dzwoniące kawałki lodu, które tworzyły się tam, gdy ciepła 

wilgoć z jej pokoju osadzała się na wysokim suficie.

Najpierw myślała,  że jej się to wszystko  wydaje, że w półśnie te dziwne dźwięki 

powstają   tylko   w   jej   głowie.   Powoli   jednak   otrząsała   się   z   tego   niemal   trwałego   stanu 

półprzytomnego oczekiwania i stwierdziła, że hałasy dochodzą do niej w rzeczywistości.

background image

Nastawiła   uszu,   ale   tymczasem   dźwięki   umilkły.   Słyszała   tylko   głosy   w   drugim 

salonie, tam się widocznie wszyscy zebrali. Co się dzieje? Teraz ciężkie drewniane podeszwy 

stukały na ganku, męskie głosy wykrzykiwały coś, a dzieciaki nawoływały się na podwórzu.

No tak, tak, to jej nie dotyczy. Skrzywiła wargi, ona do nich nie należy.

Przy   łóżku   leżała   książka   i   robótka   na   drutach.   Amelia   siadywała   tu   niekiedy 

wieczorami z robótką w ręce, prawdopodobnie starała się o dobre uczynki, które mogłaby 

dołożyć do swojego rachunku sumienia. Czuwała nad nieszczęsną Heleną.

Rudowłosa kobieta zaklęła w duchu. Już niedługo będzie z tym wszystkim koniec. 

Zdecydowała się, teraz wszyscy się dowiedzą, że tak naprawdę ma inny charakter  niż ta 

bezwładna leżąca figura, którą była w ostatnich czasach. Przekonają się wtedy, że jest to 

twardy orzech do zgryzienia. Potrafi zadbać o swoje sprawy. Drogo zapłacą jej za to, że tak 

długo nią rządzili.

Dziecko   będzie   ich   wiele   kosztowało.   Więcej   niż   proponują.   Nie   jest   byle   jaką 

przybłędą, której można ofiarować zapłatę albo w ogóle nie dać nic.

Powinna tu ubić wielki interes. Bo to nie jej wina, ta cała upokarzająca sytuacja. Oni 

to robią nie dla niej, ale dla swojego Boga. Miłość bliźniego, ha! Mają zbyt wiele grzechów, 

za które muszą zapłacić, a ona i tak jest bardzo uprzejma, że pozwala im to zrobić.

Coś się poruszyło w jej brzuchu. Nie czuła się dobrze po tym świątecznym tłustym 

jedzeniu. Święta Bożego Narodzenia aż ociekały od tłuszczu, jedzono szynkę i podpłomyki, 

gęste sosy, sery i słodkie ciasta. Na dodatek również wódka najlepszego gatunku.

Helena poczuła, że musi za swoją potrzebą... nienawidziła tego, nienawidziła smrodu i 

upokorzenia, że służąca musi jej pomagać, a ona nie może wstać z łóżka.

Ale   najwidoczniej   nie   ma   wyjścia.   Skurcze   w   brzuchu   rozrastały   się   do   granicy 

wytrzymałości. Potrząsnęła małym dzwoneczkiem, rozległ się wysoki, ostry dźwięk, potem 

czekała, cierpiąc, aż za drzwiami rozległy się pospieszne kroki służącej.

- Pomóżcie mi, dziecko jest w drodze! Proszę pani, proszę pani, niech pani przyjdzie 

jak najprędzej.

Inga   wpadła   do   salonu,   nie   zapukawszy   jak   wypadało,   była   tak   wzburzona,   że 

zapomniała nawet dygnąć przy drzwiach.

Ale panie najwyraźniej też tego nie zauważyły. Dwie twarze tuż obok siebie, cztery 

ręce zatrzymały się nagle, piękny instrument umilkł tak gwałtownie, jakby ktoś wylał wiadro 

wody na niewielkie ognisko.

- Co też Inga mówi? Ale słyszały dobrze. Jak na dany znak wszystkie trzy kobiety 

stanęły obok siebie. Johanna była biała jak ściana. Marja nawet nie uniosła brwi. Ale wargi 

background image

Amelii drżały. Bała się.

Johanna mocno oparła dłoń na ramieniu matki.

-   Zostań   tutaj.   Nie,   lepiej   zabierz   ją   do   siebie,   Marjo.   Marja   otworzyła   usta 

rozgniewana, że najmłodsza obejmuje dowodzenie. Przecież obie, i ona, i Amelia, mają dużo 

większe   doświadczenie   z   położnicami.   Ale   kiedy   spojrzała   wnuczce   w   oczy,   zobaczyła 

stanowcze, niemal ostrzegawcze spojrzenie. A przecież dopiero co Johanna tańczyła niczym 

młoda   dziewczyna,   teraz   w   jej   gładkiej   twarzy   była   jedynie   powaga.   Marja   niechętnie 

ustąpiła.

- Tak, tak chyba będzie najlepiej... a poza tym to pewnie potrwa. Chodź, poczęstuję 

wszystkich czymś smakowitym, bo będziemy musieli czekać. Bendik, ty możesz zostać. My 

nie chcemy mężczyzn w naszym domu - powiedziała Marja ironicznie.

Amelia zdobyła się na blady uśmiech.

Wiedziała, że kiedyś, kiedy Marja miała się urodzić, to jej ojciec Randar odbierał 

poród.

Johanna słyszała nawoływania z kuchni, grzano wodę i noszono ją do pokoju rodzącej. 

Prześcieradła czekały gotowe, stare i zniszczone. Nóż, nożyczki, dratwa, okrągły kawałek 

twardego drewna, na wypadek gdyby Helena musiała zacisnąć zęby...

Księga   Psalmów   i   pastor,   błyskawicznie   przeleciało   Johannie   przez   głowę,   kiedy 

biegła po swój obszerny fartuch i drewnianą rurkę, przez którą będzie nasłuchiwać bicia serca 

dziecka.   Oliwa,   tłusta   maść   zawierająca   wyciąg   z   babki.   Dziurawiec,   krwawnik,   mała 

buteleczka   kropli   z   apteki   w   Christianii.   I   jeszcze   narzędzie,   które   pastorzy   nazywali 

nożycami diabła. Teraz jest gotowa. Wciągnęła głęboki haust powietrza w płuca i uspokoiła 

się, pewnym krokiem weszła do izby rodzącej. Unosiło się tam w powietrzu coś strasznego. 

Och,  ratunku,  nie   wytrzymam!  Johanna  oparła  się  o  futrynę   drzwi  i  jeszcze   kilkakrotnie 

głęboko odetchnęła, zanim odważyła się przejść przez pokój i rozchylić zasłonę, za którą 

znajdowało się posłanie Heleny.

Przywitało ją spojrzenie zielonych oczu, przenikliwych jak u kota.

- A więc zaczęło  się! Helena  uśmiechnęła  się, między wargami  mignęły wilgotne 

zęby.

Johanna też zmusiła się do bladego uśmiechu.

- No tak, słyszę... jak się czujesz?

- Jak anioł! - zachichotała Helena, krzywiąc wargi, a Johanna poczuła ukłucie w sercu. 

Ale kobieta na łóżku miała rumianą twarz, włosy błyszczały w mdłym niebieskawym świetle 

styczniowego dnia.

background image

- Pomogę ci, nie bój się. Wiem, że możesz się obawiać, pierwszy raz jest zawsze 

najgorszy, ale ja zrobię... my postaramy się...

Uspokajające, gorączkowe słowa Johanny zamarły.  Uśmiech Heleny rozszerzył  się 

teraz na całą twarz.

- Ja się nie boję! Ja się po prostu cieszę. Nareszcie uwolnię się od tego brzemienia. 

Zapewniam cię, Johanno, że wkrótce opuszczę ten dom. Nie będziesz się musiała już więcej 

mną zajmować.

Johanna z całych sił powstrzymywała łzy.

- Heleno, nie powinnaś... my... my nie mamy nic przeciwko temu...

- Och, zamilcz! Daj mi trochę spokoju, bo teraz znowu zaczynają  się te cholerne 

bóle...

Johanna przestraszona odskoczyła  do tyłu, kiedy skurcz wstrząsnął ciałem Heleny. 

Widziała, jak tamta kobieta walczy z bólem, jak pragnie odzyskać spokój. Wargi jej zsiniały, 

zaciskała powieki i chyba nie widziała, co się dzieje w pokoju. Ręka pod kołdrą zamknęła się 

w pięść. Potem Helena jęknęła przeciągle, kiedy ostatni oddech zabrał ze sobą fale bólu.

- Przeszło! To jest jak zwyczajny ból brzucha, nie? Powiedz mi, Johanno, co będzie 

teraz?

Johanna uświadomiła sobie, że w odróżnieniu od większości młodych kobiet Helena 

nie miała żadnego doświadczenia, jeśli idzie o porody. Nigdy nie była w domu rodzącej, nie 

mówiąc   już   o   tym,   żeby   komuś   musiała   pomagać.   Nie   miała   matki,   ciotki,   sióstr   ani 

szwagierek, które wprowadziłyby ją w te sprawy i trochę przygotowały. Na wszystko jest za 

późno.

Przysunęła sobie stołek do łóżka Heleny.

- To trochę potrwa - powiedziała spokojnie. - Minie kilka godzin, podczas których 

skurcze będą się powtarzać coraz częstsze i coraz silniejsze. Jakby jakaś wielka ręka chwytała 

twój   brzuch   i   skręcała   wnętrzności...   wszystko   to   będziesz   odczuwała.   Będziesz   mieć 

wrażenie, jakby ten ból wyciskał z ciebie powietrze, być może będzie ci trudno oddychać. 

Będziesz   jednak   musiała.   Musisz   oddychać   głęboko   tak   jak   po   długim   biegu   z   wielkim 

obciążeniem.

- Dobrze! - zawołała Helena z zapałem.

- Potem to się zmieni... będziesz odczuwać innego rodzaju skurcze. Tępy ból, tak 

uważają niektóre kobiety, może nawet uczucie, że wszystko w tobie się rozrywa. Gorący i 

ciężki nacisk w dół... to dziecko zbliża się do wyjścia.

- Czy to nie następuje już teraz?

background image

- W jakimś sensie tak, ale twoje wnętrze musi się na to przygotować. Właśnie teraz 

pękają wiązania worka, w którym dziecko spoczywa. Poczujesz serię dość płytkich skurczów 

i worek się otworzy. A wtedy wypłynie woda. Na razie jesteś jeszcze sucha, prawda?

Helena rzuciła się na posłaniu, patrzyła na Johannę uparcie, choć skrępowana.

-   Inga   wszystko   uporządkuje.   Ja...   zadzwoniłam   po   nią!   Johanna   podniosła   się. 

Odległości między skurczami były długie, zrozumiała, że poród potrwa jakiś czas. A Helena 

nie była taka przestraszona, jak Johanna się spodziewała.

-   Inga   tu   posprząta,   zmieni   ci   pościel.   Ja   przyjdę   później.   Bądź   tylko   spokojna, 

wszystko będzie dobrze...

Krótkie prychnięcie z posłania.

- Wyglądasz na bardziej przestraszoną niż ja, Johanno. Ja nie dam się, do cholery, 

przestraszyć czemuś, z czym radzi sobie każda najsłabsza nawet kobiecina.

Johanna nie miała odpowiedzi, czuła się tak, jakby ją złapano na gorącym uczynku.

W pokoju palił się siedmioramienny świecznik i Amelia rozłożyła na małym stoliku 

pod oknem Biblię. Marja wróciła również, bo poród się przeciągał. Helena wciąż siedziała na 

posłaniu i pomiędzy skurczami zawodziła, a to żeby jej dać coś do picia, a to do jedzenia. 

Dawali jej tylko zwinięty gałganek zanurzony w wodzie z miodem. Chwilami stawała się 

niecierpliwa, zwłaszcza po zapadnięciu nocy, kiedy skurcze nie dawały jej spać. Bóle nie 

przybierały na sile, pojawiały się w nierównych odstępach i męczyły ją.

O świcie Bendik zaprzągł do sań i pojechał. Chciał zabrać ze sobą Amelię, widział 

bowiem, że to wszystko wywołuje w niej dreszcze, że biedaczka słania się na nogach. Ona też 

się bała, bała się tego, co może się stać z Heleną, ale przede wszystkim bała się o siebie i o 

maleństwo, które nosiła.

Wolała   jednak   zostać   w   salonie,   przy   szpinecie.   Ręce   po   prostu   spoczywały   na 

klawiszach, kazała jednak wstawić do świeczników dwie zapalone świece.

Z pokoju chorej nie docierały prawie żadne dźwięki.

To było najgorsze ze wszystkiego.

Helena wypiła gorzki wywar, wchłonęła go w siebie dwoma haustami i otrząsnęła się 

z obrzydzeniem.

- Tfu, ale gorzkie! Czy wy chcecie mnie otruć?

Wiedzieli jednak, że nic takiego nie myśli. Znosiła wysiłek nadspodziewanie dobrze. 

Minęła już prawie doba, odkąd się to wszystko zaczęło, nad ranem wydawało się nawet, że 

poród całkiem ustanie. Helena przespała dwa lekkie skurcze i Johanna położyła rękę na jej 

brzuchu, spoglądając wylękniona na babkę. Marja potrząsnęła głową. Obie akuszerki wyszły 

background image

z izby, przykrywszy ledwie do połowy drzemiącą Helenę.

- Nie wygląda to dobrze - powiedziała Johanna cieniutkim głosem.

Marja spojrzała na nią surowo.

- Głupstwa gadasz! Musiałaś już przedtem doświadczyć czegoś takiego, że poród na 

jakiś  czas  ustaje,  żeby potem ruszyć  ze  zdwojoną siłą.  To zupełnie  normalne,  nie widzę 

żadnego zagrożenia. I dziecko leży tak jak trzeba, Helena wcale nie jest zmęczona!

- Nie, ale...

- Johanno, ty się boisz! Marja objęła nagle wnuczkę i mocno przytuliła do siebie.

- No tak, to oczywiste, że się boisz, moje dziecko.

Całkiem zapomniałam... ona przecież właściwie rodzi twoje dziecko. Twoje... tęsknisz 

za Ravim strasznie, prawda? A teraz możesz dostać go z powrotem... Małą jego cząstkę w 

każdym razie. Och, Johanno, nie pomyślałam, jakie to dla ciebie musi być trudne.

Johanna poczuła, że łzy tryskają spod delikatnych błonek rozsądku, które z całych sił 

utrzymywała na oczach. Teraz łzy kapały wolno na nazbyt piękny w tej sytuacji brokatowy 

stanik Marji. Włosy babki pachniały uspokajająco lawendą i tytoniem. Johanna uczepiła się 

starej kobiety niczym malutkie, przestraszone dziecko.

- No, no... pozwól, że ja się tym zajmę. Możesz polegać na mnie. A jeśli będą jakieś 

problemy, to natychmiast cię zawołam. Idź teraz do matki! Ona boi się co najmniej tak samo 

jak ty. Zajmijcie się sobą nawzajem, a ja przeciwstawię się tej nie takiej znowu strasznej 

burzy.

Johanna wahała się, ale z izby za ich plecami rozległ się cichy jęk Heleny. Nie chciała, 

żeby rodząca zobaczyła jej łzy, jej zaczerwienione oczy. Powinna zrobić, jak babka mówi, 

przynajmniej na jakiś czas.

Marja zanurzyła głęboko ręce w swoim podróżnym kufrze, którzy parobcy przynieśli 

na górę.

-   Idź   teraz   i   odpocznij.   Nie   spałaś   całą   noc,   wiem   o   tym,   ja   postaram   się   nadać 

sprawom nowe tempo...

Nasypała szarobrunatnego proszku do pięknej srebrnej czareczki i zalała to gotującą 

wodą z garnka. Uśmiechała się.

- Cudowne lekarstwo - powiedziała. - Szkoda, że nie możemy tego dostać więcej. To 

działa wspaniale, zapewniam cię.

Johanna nie miała nawet odwagi zapytać, co to jest.

- O, do wszystkich diabłów...! Helena krzyczała i pluła.

- Co to za cholerstwo... Marja roześmiała się krótko.

background image

- Oczywiście!  Żebyś  tylko  wiedziała,  co się znajduje w  tym  wywarze!  Ale nigdy 

nikomu tego nie powiem, bo obiecałam to samej potężnej szamance.

- Komu? Helena odstawiła kubek na nocny stolik i oszołomiona wpatrywała się w 

Marję. Jej oczy miały jakiś dziwny blask.

- Ech, takiej jednej, którą znam. Nigdy jej nie spotkasz...

Marja popchnęła lekko wielkie ciało Heleny i dzięki temu mogła usiąść na krawędzi 

łóżka.

- Pozwól, że cię teraz zbadam. Nie możemy dopuścić, żebyś się dłużej męczyła. Czas 

najwyższy, żeby zobaczyć dziecko, no nie?

- Dziękuję, nie chcę - mruknęła Helena z coraz bardziej błogim uśmiechem.

Ręce Marji były stanowcze. Poszturchiwała i szczypała, ugniatała brzuch Heleny i 

masowała go leciutko po obu bokach. Powoli zaczynała wyczuwać, że brzuch twardnieje. 

Uśmiechała się zadowolona.

- Teraz wszystko pójdzie szybko - powiedziała cicho. - Przyj, Heleno!

Helena dała się zaskoczyć  pierwszemu gwałtownemu skurczowi, krzyknęła głośno, 

natychmiast jednak z irytacją we wzroku zdławiła krzyk.

-   Świetnie   -   szepnęła   Marja   spokojnie.   -   Teraz   zatańczymy   inaczej,   moja   droga 

Heleno!

Rodząca nie miała czasu odpowiedzieć, bo ledwo tylko pierwszy ból trochę zelżał, 

poczuła, że nadchodzi kolejna fala.

Na dworze zaczynało zmierzchać.

Daleko, gdzieś bardzo daleko słychać było leciutkie tony, jakby chrzęst lodu, szum 

wody i dźwięk srebrnych dzwoneczków.

Obie kobiety siedziały koło instrumentu przytulone do siebie. Żadna nie mówiła zbyt 

wiele.   Johanna   pierwsza   uderzyła   pięścią   w   klawiaturę   i   odkryła   głębokie,   groźne   tony 

całkiem na końcu, po lewej stronie.

Matka popatrzyła na nią zdumiona, prawie przerażona.

Potem   wolniutko   zbliżyła   drżący   mały   palec   do   kości   słoniowej.   Przesuwała   go 

leciutko z jednego klawisza na drugi...

Tony płynęły jeden za drugim coraz to wyższe, jakby według wzrostu.

Amelia powtórzyła to samo, ale w niższych rejestrach.

Uśmiechały się do siebie. W tym dziwnym meblu tkwi magia.

I tak rozmawiały ze sobą prawie bez słów.

- Oooch! Znowu nadchodzi... Och... do diabła!

background image

Marja z coraz większym szacunkiem patrzyła na tę walczącą kobietę. Widziała wiele 

rodzących. Usposobione histerycznie, które wytracały wszelkie siły, nie przestając krzyczeć. 

Twarde, które przeciwstawiały się, napinały mięśnie i zamykały wszelkie drogi dla siebie i 

dla dziecka. I widziała słabe, którym trzeba było dodawać otuchy, poszturchiwać, zaklinać, 

niemal   bić,   by   zaczęły   współpracować.   I   doświadczone,   które   wbijały   stopę   w   brzuch 

akuszerki i odpychały ją gwałtownie od łóżka.

Helena   zagryzała   mocno   kawałek   drewna,   który   trzymała   w   zębach,   oczy   były 

wytrzeszczone jak u śniętej ryby. Mięśnie jednak pozostały ciepłe i silne, tak silne, że Marję 

to niemal przerażało. Czy ona chce rozjątrzyć wciąż jeszcze świeże rany? To wprost straszne, 

ile siły tkwi w ciele Heleny, powinna być teraz całkiem wyczerpana, zwiędła niczym kwiat po 

pierwszych przymrozkach.

Tymczasem ona walczyła. Teraz walczyła z własnym ciałem w interesie dziecka, a 

robiła to z taką mocą, że Marja mogła się temu tylko przyglądać.

Szacunek  dla  tamtej  wciąż  narastał  i  ze szczerym  podziwem  szeptała  rodzącej  do 

ucha:

- Jesteś niezwykłą kobietą, Heleno. Można by sądzić, że urodziłaś już gromadę dzieci! 

Wszystko idzie znakomicie, dziewczyno, wszystko idzie znakomicie!

Helena lekko uniosła powieki, Marja wyjęła drewno z jej ust i położyła na języku 

rodzącej łyżeczkę miodu. Kolejny skurcz pochłonął je obie, zapomniały o upływie czasu. Bez 

najmniejszego jęku Helena poradziła sobie także z tą falą bólu. Teraz Marja zerwała z niej 

kołdrę.   Najwyższy   czas   wezwać   Ingę,   ale   coś   we   wzroku   Heleny   sprawiło,   że   się 

powstrzymała.

Na dworze zrobiło się całkiem ciemno. Słyszały jakieś dalekie porykiwania krów w 

oborze.

Delikatne tony przedzierały się przez ściany z salonu na dole.

Ręce Marji były czerwone od krwi.

Dwie kobiety na stołku siedziały przytulone do siebie. Dłonie Amelii odkryły, że jeśli 

wcisnąć równocześnie kilka białych klawiszy, to powstaje bardzo piękny dźwięk. Johanna 

wynajdywała coraz więcej krótkich melodyjek, rozbiegane palce bawiły się na nieznanym 

terenie i wydobywały dźwięczne melodie.

Czary, czary.

Nasłuchiwały odgłosów z izby rodzącej, ale tam jakby nic się nie działo. Zanurzone w 

nieznanych   dotychczas   dźwiękach,   nie   dostrzegały   nic   innego   prócz   tonów   instrumentu, 

własnych rąk i własnych oddechów.

background image

Kiedy drzwi zostały otwarte szeroko, obie podskoczyły tak gwałtownie, że ich palce 

wydobyły  przejmującą kakofonię. Obie podniosły się z miejsca, napotkały dziwny wzrok 

Marji. Jej twarz spływała potem.

Na pięknej sukni znajdowały się rozległe, brązowoczerwone plamy.

Amelia przesłoniła ręką usta i wytrzeszczyła oczy. Przewróciła stołek.

Marja odwróciła się lekko w drzwiach, spojrzeniem zapraszała je do środka. Johanna 

była pewna, że nogi jej nie utrzymają, że nie zrobi tych paru kroków. Dlaczego Marja po 

prostu nie powie, jak się rzeczy mają? Dlaczego tak stoi z tą uroczystą powagą w twarzy? 

Dlaczego się nie umyła? Nie...

Johanna myślała: Moja babka nie okazuje szacunku śmierci. Amelia przeszła przez 

pokój, prześlizgnęła się obok matki, która wciąż stała w progu.

Johanna czekała długo, w końcu Marja ujęła ją za rękę i poprowadziła przez pokój, do 

izby chorej.

Wciąż milcząc rozsunęła zasłonę przy łóżku.

Johanna zauważyła jedynie, że płomienie świec się chwieją. Ze kartki starej Biblii 

poruszyły się pod wpływem strumienia powietrza.

Chciała płakać, chciała opaść na kolana, chciała przeklinać i modlić się równocześnie.

Wtedy usłyszała słowa Amelii:

- Co za śliczne, śliczne dziecko...

Johanna   otworzyła   mocno   zaciśnięte   powieki.   Bała   się   spojrzeć,   bała   się   prawdy. 

Teraz ruszyła  chwiejnym krokiem, Marja puściła jej rękę. Babka pochyliła  się łagodnie i 

jakby z dumą nad łóżkiem. Uniosła w górę zawiniątko.

Oczy dziecka były wielkie i takie czyste jak wypolerowane szkło.

- To dziewczynka - powiedziała Marja i wyniosła zawiniątko do światła.

Cichutki krzyk dziecka sprawił, że nie tylko Johanna się ocknęła, lecz także Helena.

Amelia   złożyła   ręce,   szeptała   jakąś   dziękczynną   modlitwę.   Helena   uśmiechała   się 

zmęczona, ale spokojna. Johanna bezwolnie kręciła głową to w jedną, to w drugą stronę.

- Nie, nie... to nieprawda, to nie może być...

- Ja wiem - szepnęła Marja do Johanny. - Ja wiem, że ten poród był dla ciebie cięższy 

niż dla Heleny.

I   złożyła   dziecko   w   roztrzęsione   ramiona   Johanny.   Wtedy   znowu   popłynęły   łzy. 

Przytuliła   zawiniątko   do   siebie   i   szukała   w   maleńkim   człowieczku   znajomych   śladów. 

Znalazła je, były bardzo wyraźne, ten mały nosek, brwi, te długie, szczupłe paluszki.

Córka Raviego. Helena pociągnęła nosem i zapytała:

background image

-   A   co   z   kielichem   dla   położnicy?   A   może   w   waszych   stronach   nie   ma   takiego 

zwyczaju?

Marja   roześmiała   się,   ale   zanim   zdążyła   się   odwrócić,   już   Amelia   przyniosła 

najpiękniejsze kieliszki i karafkę ze słodkim, cudzoziemskim alkoholem z winogron.

Jak na dany znak na zewnątrz dały się słyszeć zajeżdżające sanie, w dalszym ciągu z 

dzwoneczkami,   które   zawieszono   przy  nich   w   wieczór   wigilijny,   żeby   odegnać   wszelkie 

paskudztwo, które w takie święte noce wychodzi z ukrycia i włóczy się po drogach.

Inga ledwie odważyła się wsunąć czubek nosa do izby.

- To dziewczynka! Wszystko dobrze! Sprowadź teraz wszystko, co pełza i chodzi w 

naszym dworze, powiedz, że czas wypić zdrowie położnicy.

- Mężczyzn też? - zapytała Inga zakłopotana i odrobinkę zła, że nie pozwolono jej 

pobyć przy łóżku rodzącej.

- Mężczyzn  także!  - zawołała  Helena ochrypłym  głosem.  Usiadła  znowu oparta  o 

poduszki i starała się uporządkować swoje rozczochrane włosy. Okryto jej ramiona czystym 

szalem i zmieniono pościel.

- Byłaś silna, Heleno! Nie słyszeliśmy najmniejszego jęku...

- Ona naprawdę jest twardsza niż kamień, ta dziewczyna. Jeszcze nie widziałam takiej 

położnicy!

Marja  oparła   ręce  na   biodrach  i   mrugnęła   do  rudowłosej,  która   odpowiedziała  jej 

bladym uśmiechem. Wszystkie kobiety widziały jednak, że usta jej drżą, kiedy piła alkohol, i 

że twarz jej bardzo pobladła. Była wyczerpana. Nic dziwnego.

-   Chcesz,   żeby   córeczka   poleżała   przy   tobie?   -   zapytała   Marja   łagodnie   szeptem, 

podczas   gdy   zebrani   opróżniali   swoje   kieliszki   i   głośno   zachwycali   się   zdrowym 

maleństwem.

Helena odwróciła głowę do ściany.

- Nie. Jestem zmęczona, chcę spać. Marja ostrożnie pogładziła ją po policzku.

-   Nic   dziwnego,   moje   dziecko,   a   zatem   śpij.   Johanna   stała   z   noworodkiem   w 

ramionach i wiedziała, że nigdy nikomu go nie odda.

- To głupie i nie ma sensu, Johanno. Dziecko potrzebuje piersi matki, wiesz o tym 

dobrze! I Helena mówi, że wszystko jest w porządku. On a wie, o co chodzi, Johanno! Nie 

chce tego dziecka, zrozumiałaś to już chyba?

Ale Johanna tylko potrząsała głową, uparta i milcząca.

Ostrożnie  zdjęła  z  ognia  garnek  z  gotującą   wodą,  do  którego  włożyła  małe   puste 

szklane butelki. Przygotowała też kawałek świńskiego pęcherza, gotowane mleko zmieszane 

background image

z wodą i miodem czekało na stole.

- Dziecko może umrzeć! Dobrze wiesz o tym  ty,  która na pewno widziałaś  wiele 

położnic o pustych piersiach! Takie maleństwa nie znoszą krowiego mleka, umierają...

- Wiem, co robię. Czytałam też o tym. Johanna była niezłomna. Wyniosła noworodka 

do swojego pokoju i najwyraźniej zamierzała tam go zatrzymać.

Marja westchnęła zdenerwowana.

- Cała odpowiedzialność spadnie na ciebie, ty uparta dziewczyno. Powinnaś jednak 

wiedzieć, że jesteś Helenie wiele winna. A najbardziej ze wszystkiego jesteś jej winna troskę 

o dobro tego biedactwa.

- Tak - potwierdziła Johanna. - Ale nie zajmuj się tym więcej, babciu. Helena nie 

zobaczy już dziecka, najlepiej by było, żeby też nie słyszała małej. Myślę, że bardziej zajmuję 

się jej zdrowiem niż ty!

- A jeśli ona zapyta? Johanna energicznie mieszała mleko.

- Wtedy jej odpowiemy. Ale nie teraz - warknęła odwrócona plecami do Marji.

- Miłość nie zawsze, niestety, jest piękna - mruknęła Marja zirytowana i wychodząc 

rzuciła:   -   A   poza   tym   przez   pierwszą   dobę   powinnaś   jej   dawać   tylko   wodę   osłodzoną 

miodem.

Do świata Heleny wkraczało coraz więcej jasności. Zasłona była krótka, przy oknie 

pojawiały się coraz intensywniejsze strumienie niebieskawego światła. Wyglądało na to, że na 

dworze jest mróz i pogoda.

Mówiono,  że   ten   dzień,   dzień   Trzech   Króli,   zwany  dniem   trzynastym,   zapowiada 

pogodę na cały rok. Jeśli jest ładnie, to rok będzie dobry i urodzajny. No cóż, w takim razie 

wróżba jest niezła.

Trzech Króli to także dzień pożegnań, goście z dworów i domów urzędników zbierają 

się do odjazdu, nawet jeśli nie zdążyli jeszcze podziękować za gościnę. To koniec świąt, teraz 

ludzie mają przed sobą wyłącznie długą i mroźną zimę.

Helena słyszała też, że spełnia się to, co się tej nocy śniło. Próbowała się zastanawiać, 

szukała w swoim zamroczonym umyśle, czy nie zostały tam ślady jakiegoś snu, ale niczego 

nie odkryła.

No cóż, dobrze i tak.

Wyciągnęła   się   na   łóżku.   Dotykała   dłońmi   brzucha,   czuła   ogarniającą   całe   ciało 

radość.

Nie   ma   już   tej   twardej,   ciężkiej   bryły.   Tylko   rozciągnięta,   miękka   skóra.   Marja 

powiedziała, że dzisiaj ją zabandażuje. Wkrótce znowu Helena będzie sobą.

background image

Czuła jednak ból w piersiach.

Położyła na nich dłonie. Były jakieś obce i, mój Boże, jakie wrażliwe. Pulsowało i 

swędziało w brodawkach, musiała je podrapać, mocno, niechętnie.

Stwierdziła, że na palce wypłynęły krople gęstego tłuszczu, widziała plamy na koszuli.

Helena przymknęła oczy i ponownie ciężko opadła na poduszki. Ból narastał, czyż nie 

będzie końca tym udrękom? Rany w dole brzucha, rany w piersiach.

I - teraz to sobie uświadamiała - bolesne rany w duszy.

background image

ROZDZIAŁ III

- No tak, wy możecie świętować! Cóż, niech Bóg błogosławi tę małą panienkę. Dużą 

zresztą też, no nie? Ale prawdę powiedziawszy, nie wszyscy mogą nastawiać piwo i radować 

się tak zaraz po świętach. Już pewnie słyszeliście? Ludzie ze Storlendet też nastawiają piwo. 

Na pogrzeb...

Bendik spojrzał w górę, stary żołnierz więcej niż chętnie dziękował za pełny kufel. W 

karczmie w Dosen w tym czasie nie spotykało się raczej obcych, łodzie nie przypływały, te 

niewielkie   ilości   towarów,   które   przysyłano,   trzeba   było   przewozić   na   saniach   przez 

zamarznięty fiord. Łodzie nie wyruszą w drogę, dopóki lody całkiem nie spłyną.

Bendik pochylił się do przodu. Miał do załatwienia interes na plebanii, trochę się lękał 

spotkania z pastorem. Oczy starego żołnierza lśniły z przejęcia, że to on pierwszy przekaże 

ważną wiadomość.

- Tak, tak, biedny stary... niedawno stracił najstarszego syna. Najmłodszy przyjechał 

do domu dzisiaj w nocy, z żoną, dzieciakami i wszystkim. O mało w drodze nie zamarzli na 

śmierć... przecież żaden rozsądny człowiek nie włóczy się w noc Trzech Króli, nie?

Bendik pociągnął spory łyk piwa. Cierpliwie czekał na szczegóły, które z pewnością 

nastąpią.

Stary głaskał się po brodzie, mlaskał i cmokał w udanym współczuciu.

- Ach, mój Boże, ach, mój Boże... Ludzie gadają, że ręka boska trafia sprawiedliwie. 

Ale czy nie za dużo szylingów Magnus musi wydawać na pochówki?

Bendik podniósł się z miejsca.

Przenikliwe   oczka   tamtego   wpatrywały   się   w   jego   twarz,   najwyraźniej   w 

poszukiwaniu reakcji, o której potem mógłby opowiadać i kupować za to kolejne kufle piwa.

Bendik mruknął jakieś pożegnanie i skierował się ku drzwiom. Musiał jak najprędzej 

załatwić sprawę z pastorem i wracać do domu. Nie mógłby z ręką na sercu powiedzieć, że 

tragedia   rodziny   ze   Storlendet   budzi   w   nim   jakieś   inne   uczucia   niż   pełne   goryczy 

zadowolenie. Ci ludzie dosłownie ich obrabowali, wydarli im niemal wszystko. Próbowali 

stawiać fałszywych  świadków przeciwko Johannie, omal im się nie Udało oskarżyć  jej o 

zamordowanie   Erlenda.   Chcieli   im   odebrać   Benjamina   i   nie   spoczęliby,   dopóki   nie 

oskubaliby ich całkiem. Gdyby nie to, że Marja i Karl Martin wrócili do domu...

Gdyby nie wrócili, to zegar Karla nie należałby już do rodziny. Ani piękne srebrne 

lichtarze po Antonie, ani meble, ani talerze, które Amelia tak lubi, ani pościel, ani książki, 

nic.

background image

Magnus Storlendet to chciwy i zły człowiek.

Teraz stracił drugiego syna.

Został mu już tylko jeden, słabowity biedaczyna ożeniony z córką kramarza z Hafsło. 

Od ślubu mieszkał u teściów. Ale Edvarda miała starszych braci, więc syn Storlendet był 

skazany na to, że do końca życia pozostanie nic nie znaczącym wyrobnikiem na cudzym.

Tak było aż do tej pory.

No   cóż,   śmierć   jednego   oznacza   błogosławieństwo   dla   kogoś   innego,   pomyślał 

Bendik.

Tak więc sprawa ma też pozytywne zakończenie.

W Vildegârd zapanuje mimo wszystko radość. I jeśli sprawy pójdą po myśli Bendika, 

to na Wielkanoc urządzi się chrzciny małej Ingalill. To był  jedyny warunek, jaki Helena 

postawiła w sprawie adopcji: żeby dziewczynka miała na imię Ingalill.

Johanna po kryjomu krzywiła się na to, ale ustąpiła. Zresztą imię pasuje do dziecka, 

małego aniołka, pogodnego i zadowolonego. Maleństwo prawie nigdy nie krzyczy. Ledwie po 

trzech dniach życia nauczyło się już skupiać na sobie wzrok dorosłych, a niekiedy Johanna 

wpadała uradowana do salonu, mówiąc, że dziecko uśmiechało się po mlecznej mieszance, 

którą ssało przez korek zrobiony ze świńskiego pęcherza i przedziurawiony.

Będą ją do chrztu trzymać oczywiście Bendik z Amelią. Posłano też po Karla Martina, 

ale on podziękował za zaszczyt i odmówił. W takim razie jego miejsce zajmie Marja i starsza 

pokojówka, która nie wiedziała, co rzec na taką wspaniałą propozycję.

No i Bendik zapłaci karę, jakiej żąda się zawsze, gdy trzeba zapisać w kościelnych 

księgach dziecko urodzone poza małżeństwem. Na szczęście ta opłata nie jest zbyt wielka, bo 

i ludzie Kościoła, i królewscy zdają sobie sprawę, że dziecko zostało poczęte przez teraz już 

nieżyjącego mordercę i obcą kobietę lekkich obyczajów. Opiekunowie Heleny mają jednak 

dość pieniędzy, by zapewnić jej spokój. Bendik wiedział, że mimo to Helena musi opuścić 

okolicę, gdy tylko będzie w stanie.

Machał batem w powietrzu i konie ciągnęły tak, że aż uprząż trzeszczała. Była sucha, 

mroźna pogoda, ale płozy sań widocznie przymarzły w pomieszanym ze żwirem śniegu przed 

gospodą. Biedne zwierzęta, będą musiały jeszcze czekać na mrozie, zanim on dogada się z 

pastorem. Ciekawe zresztą, jak się ten nowy proboszcz odniesie do całej sprawy. Nie dal się 

jeszcze   dobrze   poznać   dobrodziej   Jens   Borchsenius.   Gadano   po   wsi,   że   dużo   bardziej 

energiczną osobą jest jego małżonka, pani Anna, chociaż Borchsenius był  i kapelanem, i 

misjonarzem w murzyńskich krajach.

No niech tam, byle jak najszybciej załatwić sprawę. Bendik tęsknił do domu.

background image

Wszystko ułożyło się po jego myśli, więc pozwolił sobie zapytać, czy przy okazji 

pastor nie zechciałby odwiedzić Vildegârd. Musiał chyba płonąć z ciekawości, żeby zobaczyć 

nowy dom Marji.

Malutka, nowo narodzona dziewczynka szybko odnalazła drogę do piersi Johanny. 

Zwróciła   buzię   w   stronę   miękkiego   ciepła,   ale   jedzenia   tam   nie   było.   Widocznie   jednak 

mleko, które spływało do jej buzi, było smaczne, bo mała piła tak, że aż się zachłysnęła. 

Kaszlała,   jej   twarzyczka   zrobiła   się   całkiem   czerwona,   wkrótce   jednak   nauczyła   się,   jak 

należy sobie radzić.

Johanna położyła maleństwo w łóżeczku Benjamina, a chłopca brała teraz na noc do 

siebie.

Nie chciała, żeby myślał, że został odepchnięty, w żadnym razie nie wolno do tego 

dopuścić. Leżała więc obok chłopca, a kiedy budził się, bo mała płakała, szeptała mu do ucha 

uspokajające słowa:

- To jest twoja siostrzyczka, mój mały. Córeczka twojego ojca... a teraz jest także 

moja. O, będziemy się nią opiekować bardzo dobrze, prawda? Szybko, bardzo szybko zrobi 

się duża i będziesz mógł się z nią bawić. Nie ma nic piękniejszego na świecie niż siostra lub 

brat, mój kochany. I pomyśleć, jakie to dziwne, że niedługo moja mama też będzie miała 

dzidziusia...

Musiała się rozjaśnić, widząc spojrzenie mądrych oczu chłopca.

Patrzył na nią, a potem uśmiechnął się błogo i Johanna poczuła ciepłą wilgoć na ręce.

- Ha - ha - ha, chyba jesteś już na to za duży! Musisz się nauczyć wołać siusiu, teraz 

przecież mamy noworodka do przewijania!

Połaskotała go delikatnie, a cichy śmiech Benjamina sprawił, że maleńka dziewczynka 

zastygła jakby zaciekawiona.

- No to ucałuj teraz siostrzyczkę na dobranoc i śpij... Czuła w piersiach ciepłą, dużą 

kulę   radości,   zaczęła   cichutkim   głosem   śpiewać   obojgu   dzieciom   kołysankę.   Sama   też 

zamknęła oczy i pozwoliła, by niemal niedosłyszalne oddechy dzieci kołysały ją do snu.

W ciemne i długie noce po Bożym Narodzeniu Helena nie spała, wyczekując brzasku. 

Światło zresztą przychodziło też niekiedy z jej wnętrza, z dopiero co wyzwolonego ciała, lub 

pochodziło   od   złota,   które   mieniło   się   ciepło   za   każdym   razem,   kiedy   otwierała   nowy 

skórzany woreczek ukryty pod poduszką.

Miała tam majątek, majątek i bezpieczeństwo, jakie daje niezniszczalne złoto.

Tak właśnie chciała, nie żadne papiery ani srebrne monety z dziwnymi rysunkami, 

tylko czyste złoto. Wiedziała bowiem, że ze złotem w kieszeni nigdy nie zazna upokorzenia. 

background image

Może sobie kupić ziemię i dom albo po prostu miejsce na statku płynącym daleko, daleko... 

Na złocie wszyscy polegają. Za złoto można sobie kupić szacunek ludzi. W każdym razie 

tych ludzi, którzy nie wiedzą, skąd je ma. Helena sprzedała dziecko.

Nie!   Ona   dała   im   wszystkim   prezent.   Więc   co   takiego,   że   chcieli   zapłacić   za   tę 

radość? Johanna nigdy nie odzyska Raviego. Zapłaciłaby z pewnością sto razy więcej, gdyby 

to było możliwe.

Dostała jednak jego dziecko. Silne i zdrowe, obdarzone niezwykłą  życiową mocą. 

Wprawdzie  to  dziewczynka,   ale  co  najmniej  tyle   samo  warta  co  ten  chorowity słabeusz, 

którego Ravi spłodził z Johanną.

Johanna na pewno wie, że chłopiec długo nie pożyje. Dlatego to dla niej takie ważne, 

żeby mieć Ingalill. Ważne, ważne. Ważniejsze niż cokolwiek innego. Helena słyszała równe, 

miarowe   bicie   swego   serca.   Obcisłe   bandaże   na   brzuchu   uwierały   ją,   a   obrzmiałe   piersi 

bolały. Ale brodawki nie były już takie wrażliwe, a gorączka trwała tylko dzień. Marja dała 

jej do picia jakiś cierpki wywar, po którym Helena zrobiła się śpiąca. Kiedy się obudziła, 

mleko w piersiach nie było już takie gorące, mogła uciskać sutki palcami i nie krzyczeć z 

bólu.

Krwi też było już coraz mniej.

Marja powiedziała, cztery tygodnie, i Helena będzie mogła wstać i zacząć ćwiczyć 

zwiotczałe mięśnie.

Cztery tygodnie, myślała Helena, cztery tygodnie i będę daleko stąd. Po raz ostatni 

wyjęła sakiewkę i starannie przeliczała żółte krążki z ciężkiego metalu. Przyjemnie ogrzewały 

jej palce. Ale w sercu tlił się jakiś zimny ogień, mały biały płomyk trwał po prostu, ani się nie 

rozpalał, ani nie gasł w te ciche noce.

No i teraz to się stanie mimo wszystko, myślała Johanna zmęczona.

Teraz ona umrze! Właśnie teraz, kiedy modliłam się i dziękowałam Bogu przez cztery 

dni. Akurat teraz, kiedy odważyłam się uwierzyć, że przekleństwo zostało przełamane. Że 

może   Ravi   zdołał   je   cofnąć.   Że   nie   ściągnął   na   siebie   śmiertelnego   grzechu.   Że   może 

pewnego  dnia   zrozumie,   jak  bardzo  się  myliłam,  i   wróci...   Nie,  wiem,   że  to  tylko  moje 

pragnienia. Marzenia, a nie rzeczywistość.

Biały krzyż nad posłaniem... Helena to przeżyła. Dziecko również, to prawdziwy cud! 

Ale   przecież   nie   mogły   tego   sprawić   moje   modlitwy,   bo   za   Karen   modliłam   się   równie 

żarliwie. Nie mogły to być też krople Marji, bo ona nie ma większej siły niż moce, które 

tkwią w Ravim.

To tylko on sam mógł wszystko cofnąć.

background image

Ale   dlaczego   mi   o   tym   nie   powiedział?   Dlaczego   nie   zrobił   tego   zaraz,   zanim 

odkryłam zło? Twierdził wtedy, że to niemożliwe.

Johanna znała tylko jedno wyjaśnienie i pogodziła się z nim, wdzięczna za dziecko.

Przekleństwo zostało przełamane. W takim razie Ravi musiał umrzeć.

Ale   teraz,   zanim   rozpacz   po   stracie   ukochanego   dotarła   do   niej   pośród   zajęć 

powszedniego dnia, Helena znowu zachorowała. I Johanna uświadomiła sobie, że to sprawia 

jej znacznie większy ból niż nawet myśl o śmierci Raviego.

Helena nie może umrzeć. Biały krzyż zniknął, zniknął już dawno, Johanna widziała go 

tylko jeden jedyny raz.

Tak jak nad Karen, szeptał w jej duszy jakiś straszny głos. Karen też umarła po pięciu 

dniach...

Johanna wielokrotnie wychodziła na podwórze, kierując się do pałacu Marji, zanim 

jednak zdążyła tam dojść, zawsze rozsądek zwyciężał, i zachowywała całą sprawę dla siebie.

Dopóki Helena nie umrze, dudniło jej w uszach. Kiedy ona umrze, wtedy się chyba 

załamię. Do tej chwili będę udawać, że nic się nie dzieje. I Marja, i mama mają wystarczająco 

dużo   na   głowie.   Powinnam   pozwolić   im   się   cieszyć,   niech   urządzają   wszystko,   pieką, 

zamawiają,   co  potrzebne  do  wielkiego  przyjęcia   z  okazji  chrzcin.  Bendik   zaprosił   nawet 

samego pastora. To dopiero będzie wydarzenie, pastor na chrzcinach bękarta!

Nie, teraz mała należy do mnie.

Jest moja, moja, moja. A ja jestem szanowaną wdową. Ingalill będzie się musiała 

pewnego   dnia   dowiedzieć   prawdy,   ale   do   tej   pory   będę   kochać   ją   tak,   że   wybaczy   mi 

wszystko i będzie mnie uważać za swoją jedyną matkę.

Och, tak, opowiem dzieciom o Ravim. Powinny wiedzieć, że go kochałam, niezależnie 

od tego, co im inni wyjawią o jego niezwykłym życiu.

Johanna próbowała zachować spokój, kiedy w końcu zmusiła się, by pójść zobaczyć 

rozgorączkowaną   Helenę.   Malutką   zostawiła   na   łóżku,   a   Benjamin   był   w   kuchni,   gdzie 

niczym mały piesek siedział pod stołem i wypraszał kawałki ciasta. Na szczęście w domu 

mieli pod dostatkiem ciastek jeszcze ze świąt. Ale chrzciny ściągną z pewnością co najmniej 

połowę wsi, Amelia zaś nie należy do takich, które nie nakarmią i nie napoją wszystkich do 

syta.

Helena nie zwróciła uwagi na wchodzącą.

Marja dała Johannie znak, by była cicho, kiedy ta chciała odsunąć na bok jakąś upraną 

bieliznę, rozwieszoną do suszenia.

- Śpi teraz, biedaczka. Nie możemy zrobić nic więcej. Johanna przeszła obok babki, 

background image

zbliżyła   się   do  łóżka   chorej.   Mdłe   dzienne   światło   padało   na  koniec   posłania,   ale   twarz 

Heleny leżała w półmroku.

Johanna   chciała   zapytać   babkę,   czy   Helena   z   tego   wyjdzie.   Wiedziała   jednak   aż 

nazbyt dobrze, że nie ma takiej odpowiedzi. Pozostaje tylko czekać i czekać.

- A jak maleństwo? - spytała Marja.

- Dobrze. Ona jest jak aniołek. Je, śpi, bawi się. Naprawdę aniołek.

Obie opuściły pokój, Marja nie pozwoliła Johannie zostać. Wyszły na dwór, powietrze 

było czyste, na ziemi leżała cieniutka warstwa śniegu. Na zachodzie niebo szarzało, może w 

nocy spadnie go więcej?

-   Johanno,   muszę   ci   coś   powiedzieć.   Wkrótce   oczekuję   gości   i   nie   będę   mogła 

poświęcać wam tak wiele czasu. Czy myślisz, że dasz sobie radę? Z Amelii chyba nie będzie 

wielkiej pomocy...

- Mama powinna odpoczywać. Nie może się męczyć. Ale ja jestem przecież zdrowa. I 

dziewczęta mi pomogą, gdyby coś się działo. Na Wielkanoc będzie tu mnóstwo ludzi. Wiesz, 

że zawsze tak bywa.

- Och, tak. To najgorszy czas. Ale, Johanno... przecież wiesz, gdzie jestem.

- Tak.

Idąc, skrajami sukien wzniecały małe obłoczki śniegu, na górze, blisko domu Marji, 

ścieżkę znowu zawiało. Z budowy docierał odgłos siekiery. Dwaj cieśle pracowali wewnątrz 

nie dokończonego jeszcze budynku, od czasu do czasu pokazywał się szklarz, by przymierzać 

szyby do futryn.

- Kto przyjeżdża? Marja spojrzała na nią niepewnie.

- Nie znacie ich. To cudzoziemki... Pewna moja przyjaciółka i jej siostra.

- Podróżują same?

Marja potwierdziła skinieniem. Johanna uniosła leciutko brwi, ale właściwie nie była 

zaskoczona. To przyjaciółki Marji. Pewnie jakieś stare baby, hałaśliwe, palące tytoń, które nie 

przejmują się takimi drobiazgami, jak samotna morska podróż.

Marja przyśpieszyła kroku, Johanna podejrzewała, że babka ucieka od dalszych pytań.

Odprowadziła ją do schodów, potem zawróciła i poszła w kierunku Vildegârd.

Rozległ się dźwięk kościelnych dzwonów. Johanna dostała gęsiej skórki na rękach. 

Dzwony przypomniały jej, że to dzisiaj pogrzeb w Storlendet. Brat Erlenda... Może powinna 

była pójść. Ale nie, wszyscy rozumieją przecież, że nie może.

To   dziwne,   ale   nagle   zapragnęła   tam   być.   Chciała   spojrzeć   w   oczy   staremu 

gospodarzowi, bo być może znalazłaby tam jakiś cień żalu. Nie mogła znieść myśli, że oni 

background image

wszyscy powymierają i nie będzie miała szansy uwolnienia się od gniewu, który wciąż dla 

tych ludzi żywiła.

Może pewnego dnia. Może kiedy wyrośnie kolejne pokolenie. Wiedziała, że kiedyś 

Karlsgârd znowu do nich wróci. Nawet Amelia to przysięgała.

Johanna   zwróciła   twarz   w   stronę,   skąd   dochodziło   bicie   dzwonów,   wchłaniała   w 

siebie ich głos niczym głębokie hausty zimowego powietrza. Przez chwilę patrzyła na fiord, 

szara   płaszczyzna   była   dzisiaj   połyskliwa.   A   nad  horyzontem   różowe   niebo   zapowiadało 

nowe słoneczne dni. Jakiś ptak o rudej piersi odezwał się w zaroślach. Johanna drgnęła, to 

ptak Raviego. Ten, którego widziała, jak krąży nad jego głową i przynosi jej informacje o 

każdym kroku Raviego. Być może Ravi nie żyje. Ale ona w to nie wierzyła. Jeśli nawet 

choroba Heleny przepełniała ją lękiem, to musiała ze wstydem przyznać, że sprawia jej też 

głęboką radość: być może przekleństwo nadal trwa. A w takim razie Ravi żyje.

Żadnych czarnych ptaków, żadnych ciemnych chmur przesłaniających księżyc, nawet 

żaden   wróbel   nie   zaplątał   się   w   domu   ludzi.   Nie   było   znaków   ani   ostrzeżeń,   że   te 

poświąteczne zimowe tygodnie przyniosą ze sobą nieszczęście i chorobę, a mimo to najpierw 

zachorowała   młodsza   pokojówka,   a   potem   Bjorg.   W   domu   pojawiły   się   dwie   nowe 

dziewczyny, Eva i Gerd. Były siostrami i od dawna opiekowały się swoim starym ojcem. 

Teraz on umarł, a dług rodzinny był tak wielki, że mała zagroda i wszystko, co posiadali, 

poszło na jego spłacenie oraz na pogrzeb. Bendik wziął dziewczęta do domu i zaproponował 

im taką zapłatę, że kłaniały się do samej ziemi.

Mimo wszystko Amelia czuła się silniejsza niż kiedykolwiek, wielką radość sprawiała 

jej opieka nad dziećmi. Mogła godzinami siedzieć w swojej sypialni, gdy ogień płonął na 

kominku, i bawić się z obojgiem. Mała Ingalill już ją teraz poznawała. Benjamin zdążył się 

zakochać w swojej małej siostrzyczce, głaskał ją delikatnie po policzkach swoimi chudymi 

paluszkami. Amelia często lokowała dzieci na łóżku, obstawiała je poduszkami, małej dawała 

słodki gałganek do ssania, a chłopcu jakieś ciasteczka. Śpiewała im lub po prostu leżała przy 

nich, opowiadała im, głaskała i bawiła się.

Kiedy   zasypiały,   schodziła   na   dół   i   spędzała   jakiś   czas   w   izbie   chorych.   Tam 

najczęściej panował ruch i zamieszanie, bielizna wciąż gotowała się w pralni, saganki z wodą 

i mleczną zupą stały na piecach, a woń lekarstw i wywarów napełniała izbę. W porównaniu z 

tym posłanie Heleny było oazą spokoju. Wyglądało tak, jakby zamknęła się za swoją zasłoną. 

Amelia wchodziła tam na palcach i siedziała bez słowa, aż któregoś dnia Helena otworzyła 

oczy i powiedziała:

- Amelio, jesteś dobra.

background image

Była   zaszokowana   łagodnym   tonem   i   uśmiechem   na   ustach   dziewczyny.   Johanna 

skarżyła się często na wybuchy złości chorej, może to gorączka sprawiała, że wykrzykiwała 

tyle paskudnych słów.

Ale   wobec   Amelii   Helena   zachowywała   się   poprawnie.   Zresztą   jej   gwałtowne 

wybuchy złości też ustały, zrobiła się bardzo słaba.

- Heleno... lepiej ci trochę? Żadnej odpowiedzi. Mimo to Amelia usiadła.

-   Wyjdziesz   z   tego.   Nic   dziwnego,   że   leżysz.   Musisz   być   bardzo   wyczerpana. 

Obrażenia, które otrzymałaś... no i ciąża. Musisz poleżeć.

- Moje nogi - jęknęła Helena. - Całkiem zwiędły... nie mogę na nich ustać.

- O, mój Boże, chyba nie próbowałaś?

- Taaak... przez cały czas próbuję, po nocach. Ale nie jestem w stanie, Amelio. Myślę, 

że zostanę kaleką do końca życia. Chcę umrzeć, Amelio. Pomóż mi...

- Nie, nie możesz tak mówić! Oczywiście, że ci pomogę, ale nie mów tak więcej! 

Myśl o tym, co możesz zrobić, Heleno! Jesteś teraz zamożną kobietą, wiesz o tym. Nie jesteś 

już niczyją niewolnicą!

Helena wydala z siebie cieniutki pisk jak chory kot.

Amelia instynktownie wyciągnęła rękę, pogłaskała płomiennie rude włosy. Zrobiły się 

teraz ciemniejsze, jakby bardziej brązowe, i nie były już takie lśniące.

- Pokaż mi te swoje nogi. Może powinnam je trochę pomasować.

Helena   nie   protestowała.   Oczy   miała   jednak   półprzymknięte,   żadne   pocieszające 

słowa Amelii nie robiły na niej wrażenia.

Nogi były blade, prawie żółte pod kołdrą. Mięśnie sprawiały wrażenie kompletnie 

zwiotczałych,   jak   miękkie   kłębki   wełny   pod   skórą.   Bezkształtne,   przesuwały   się   pod 

naciskiem palców Amelii. Wychudłe kolana sterczały.

- Musisz się trochę ruszać. Jeśli tylko zdołasz. Ktoś musi ci pomóc, powinnaś zacząć 

wstawać.

- Próbowałam. Tysiące razy. Nogi nie są w stanie mnie utrzymać. Chcę umrzeć.

Nic więcej nie udało się Amelii z niej wydobyć.

-   Ona   wcale   nie   je   -   powiedziała   Gerd,   która   teraz   była   odpowiedzialna   za 

przygotowanie posiłków i utrzymywanie porządku w domu, jak i w czeladnej izbie.

Amelia nie mogła znieść myśli, że Helena postanowiła umrzeć w ich domu.

Wiedziała jednak, że depresja, w której pogrążała się ta młoda kobieta, wkrótce ją 

zadławi; jeśli ten stan utrzyma się dłużej, to któregoś dnia Helena po prostu zwiędnie niczym 

jesienny liść.

background image

Amelia   przyrzekła   sobie,   że   do   tego   nie   dopuści.   Poczuła   się   też   silniejsza   i 

zadowolona.   Okres   czekania   będzie   od   tej   chwili   miał   więcej   sensu.   I   jak   większość 

brzemiennych kobiet odczuwała potrzebę układania się z losem.

Jeśli mi się to uda, jeśli zdołam ją nakłonić, zachęcić do życia... to może wtedy spłynie 

na   mnie   błogosławieństwo,   Pan   Bóg   wysłucha   moich   próśb   i   okaże   swoją   łaskę   mnie   i 

mojemu dziecku.

Przesiadywała teraz codziennie przy posłaniu Heleny, odchodziła tylko po to, by zająć 

się dziećmi lub zjeść posiłek w towarzystwie Bendika. Zawsze jednak wracała, od czasu do 

czasu spędzała też przy chorej noc. Niezmordowanie przemawiała do Heleny, opowiadała jej 

o pogodzie, o ludziach w gospodarstwie, o dziwnych kobietach, które Marja gości w swoim 

domu. Mówiła o tym, jak bardzo podskoczyły ceny zboża, o nowej żonie dzwonnika, która 

osobiście wychłostała w szkole dwóch łobuzów, o różnych drobnych i większych sprawach, 

jakie działy się we wsi.

Opowiadała też o Bendiku, z ciepłym uśmiechem wspominała starą historię o chłopcu, 

który grał na flecie i ją zaczarował.

- Zobaczysz, Heleno, że gdzieś żyje też taki grajek dla ciebie. Ktoś, kto zdobędzie 

twoje biedne serce. Tylko musisz mu na to pozwolić, to bardzo ważne. Musisz się przed nim 

otworzyć.

Twarz Heleny była nieporuszona i martwa.

Amelii zdawało się jednak, że dostrzegła leciutkie drgnienie powiek. Zachęcona tym 

pogłaskała twarz Heleny.

Ona tęskni za dzieckiem, przyszło jej nagle do głowy.

Ona umiera z tęsknoty, z której nawet sama nie zdaje sobie sprawy. Ani razu nie 

spytała o Ingalill. Nikt też nie odważył się wspomnieć przy niej o dziecku, jestem tego pewna. 

O mój Boże, ona jest chora z tęsknoty! Dlaczegośmy tego nie pojmowali, dlaczego...

Ale na tę chorobę nie ma lekarstwa. Helena dokonała wyboru. Kto by więc teraz 

chciał jeszcze pogorszyć jej sytuację, kładąc obok niej maleństwo? Z pewnością ta zimna, 

zatwardziała   kobieta   sama   się   do   tego   nie   przyzna.   Ale   Amelia   wiedziała,   że   gdyby   w 

pierwszych  dniach po porodzie Helena miała przy sobie córeczkę, to ta dziwna gorączka 

nigdy by się nie pojawiła. W oczach Heleny nie byłoby też tej mgły, a złe myśli i tęsknota nie 

trawiłyby jej duszy.

Amelia   wstała   bezszelestnie.   Serce   tłukło   się   mocno   w   piersi,   zawsze   odczuwała 

niechęć dla Heleny, niechęć głębszą niż poczucie, co wypada i co należy robić. Helena była 

pyskata, niegrzeczna, a niekiedy po prostu ordynarna. Najgorsze jednak co zrobiła, to zdrada 

background image

wobec własnego dziecka. Miała przecież wybór. Mogła znaleźć sobie jakąś służbę, nawet z 

dzieckiem. Bendik chętnie by to załatwił. Ona jednak wolała pieniądze i wolność. Nie chciała 

dziecka.

Amelia   postanowiła,   że   spróbuje   wyciągnąć   Helenę   z   tego   stanu   chorobliwego 

uśpienia.

- Nie! Zabierz to... Drgnęła, jakby ją dotknięto rozpalonym żelazem, kiedy Amelia 

położyła jej córeczkę na piersi.

Ale się ocknęła! Zaczęła mówić! Raczej krzyczeć, ale zawsze, po chwili jednak głos 

znowu   zamarł   jej   w   gardle.   Machała   rękami   w   powietrzu,   widocznie   nie   miała   odwagi 

zepchnąć z siebie zawiniątka. Nie miała odwagi w ogóle go dotknąć.

-   To   twoja   córeczka,   Heleno.   Powinnaś   ją   zobaczyć.   Pogłaskać.   To   twoja   jedyna 

nadzieja, Heleno.

Helena zasłoniła twarz rękami i zawyła. Amelia wpadła w popłoch, co by to było, 

gdyby teraz weszła Johanna. Gdyby ktokolwiek tu wszedł. Szybko się jednak opanowała: czy 

to jakieś przestępstwo pozwolić matce, żeby zobaczyła swoje dziecko, nawet jeśli muszą się 

rozdzielić na zawsze? Zwłaszcza że jedno wiedziała na pewno: to jedyna nadzieja, że uda im 

się   uratować   życie   Heleny.   Nie   przyjmowała   bowiem   jedzenia,   nie   chciała   już   nawet 

spróbować   stanąć   o   własnych   siłach.   A   napady   gorączki   pojawiały   się   wciąż   w   coraz 

krótszych odstępach czasu.

- Nieee... nie...

Amelia stanowczo ujęła ręce Heleny, odciągnęła je siłą od twarzy. Po raz pierwszy od 

wielu miesięcy w spojrzeniu tamtej pojawił się gniew. Helena była przytomna.

- Powinnaś się z nią przywitać...! Powinnaś!

- Nie! Odejdź, idź sobie...

Amelia przytulała dziecko, które zaczęło wymachiwać rączkami, a mała buzia ułożyła 

się w podkówkę.

- Ciii,  przestraszysz  ją! Obudzisz  wszystkich...  opanuj  się,  Heleno, opanuj  się, na 

Boga!

Nie miała nadziei, że to zadziała, Helena nie należała do tych, którzy postępują w imię 

Boże. Teraz  jednak głęboko  wciągnęła  powietrze  i  ucichła.  Przestała  odpychać  od siebie 

zawiniątko, dziecko krzyknęło i też umilkło, spoglądając na obcą twarz.

Helena wyglądała, jakby za chwilę miała zemdleć, oczy zapadały się pod powieki, 

otwarte usta z trudem oddychały. Amelia jednak uśmiechnęła się do niej i powiedziała:

-   Do   końca   życia   będziesz   się   zastanawiać,   kim   ona   jest.   Będziesz   w   snach 

background image

poszukiwać  jej  twarzy,   żeby  sprawdzić,   do  kogo  jest  podobna.  Za   każdym   razem,   kiedy 

zobaczysz dziewczynę w jej wieku, będzie ci się zdawało, że ją rozpoznajesz. Myślę, że to z 

tego powodu nie jesteś w stanie żyć.

Trzymała   dziecko   przed   twarzą   Heleny.   Światło   padało   na   małą   buzię.   Oczy 

maleństwa   mieniły   się   lekko.   Dziewczynka   włożyła   paluszek   do   ust   i   ssała   go   jakby   w 

zamyśleniu, przyglądając się równocześnie twarzy swojej matki.

- Spójrz! Czy nie jest śliczna? Myślę, że ma włosy po ojcu, ale oczy twoje, Heleno. 

Twoje usta... widzisz to leciutkie wygięcie, jakie wy jesteście podobne...

Helena zadrżała i zaczęła szlochać. Ale patrzyła na dziecko.

Niczym złodziej pod osłoną nocy Amelia skradała się z powrotem przez izbę chorych, 

przez   ganek,   schodami   na   górę   do   swojego   pokoju.   Bendik   spal.   Bywał   teraz   bardzo 

zmęczony wieczorami, mnóstwo czasu spędzał w lesie razem z drwalami, a także na dole we 

wsi, gdzie zbierała się wiejska rada. Radzili nad działalnością szkoły i nad kasą zapomogową 

dla   biednych.   Już   drugi   rok   z   rzędu   Bendik   zasiadał   w   radzie   i   ku   swojemu   zdumieniu 

zachował to miejsce mimo nie załatwionej sprawy z ludźmi ze Storlendet.

Zrobił się ostatnio szczuplejszy. Amelia bardzo to lubiła, gdyby jeszcze zgolił brodę, 

to wyglądałby całkiem tak jak tamten młody chłopiec, w którym się niegdyś zakochała.

Ale to oczywiście nie miało żadnego znaczenia.

Ułożyła dziecko w kołysce, którą przeniosła tutaj z małego pokoiku Johanny, i z jedną 

ręką na oparciu kołyski, a drugą objąwszy męża, Amelia zasnęła spokojnie.

background image

ROZDZIAŁ IV

Tydzień przed środą popielcową Marja zapraszała na wielkanocne przyjęcie w swoim 

domu. Zaproszenia roznosi! Karl Martin, którego na ogół widywano mało. Czuł się widocznie 

dobrze w małym domku w Oppdal, domu dzieciństwa, który w końcu dostał na własność. Ale 

unikał   ludzi,   nie  przesiadywał  długo,   nawet  kiedy  w  niedzielę  przychodził   zjeść  obiad  z 

siostrą, matką i rodziną w Vildegârd.

Najczęściej nasuwał czapkę na oczy i wymawiał się, gdy ktoś próbował go zapraszać 

częściej niż na te niedzielne obiady.

Ale   teraz,   kiedy   powoli   zbliżała   się   Wielkanoc,   musiał   chyba   zrozumieć,   że   jego 

obecność jest pożądana.

Chodził po okolicy z długą listą i zapraszał ludzi. Marja wysyłała go również dalej z 

inną  listą,  Amelia  obawiała   się,  że  matka  traci   poczucie   rzeczywistości.  Zaprosiła  ponad 

trzydzieści   osób,   większość   to   ludzie,   którym   w   żadnym   razie   nie   była   winna   takiej 

gościnności. Niektórzy byli Amelii kompletnie obcy. Wypytywała delikatnie matkę, co ją do 

tego skłania. Marja odpowiadała tajemniczym uśmiechem i mówiła:

- Po prostu mam ochotę. Już dawno nie zapraszałam gości. To są starzy znajomi, 

Amelio, niektórzy jeszcze z czasów przed twoim narodzeniem...

- Tak, ale kim są ci obcy, którzy mają przyjechać z daleka? - zapytała w końcu Amelia 

matkę.

- Ech, to tylko parę osób, które spotkałam. Niektórym winna jestem to przyjęcie - 

śmiała się Marja szeroko.

- Nie mogłabyś zaczekać do wiosny? Matka śmiała się jeszcze bardziej.

- Kto wie, jak długo jeszcze pożyję? Nie, musiałam ich zaprosić na Wielkanoc. To 

wszystkim odpowiada. Przyznam jednak, że kiedy wysyłałam zaproszenia w zeszłym roku, 

byłam przekonana, że dom ukończymy do tego czasu.

Amelia potrząsała głową. No cóż, to w końcu zmartwienia matki. Z pewnością stać ją 

na to, by zapłacić za mieszkanie swoich gości. Sądząc zresztą po wspaniałych tytułach na 

liście zaproszonych, większość z nich jest też dobrze sytuowana.

Marja   zarządzała   cieślami,   wykłócała   się   ze   szklarzem,   wyrzuciła   malarza,   który 

zaczął malować wyszlifowane do połysku drewniane kolumny w wykładanym  marmurem 

salonie.

Wynajęła wszystkie najlepsze kucharki w okolicy i po długich staraniach uzyskała 

pozwolenie na nastawienie ośmiu dodatkowych porcji bimbru. Resztę produktów dostarczał 

background image

jej karczmarz, który zacierał ręce z radości, widząc okazję znakomitego zarobku.

Marja przyszła któregoś dnia do córki i powiedziała:

- Spotkasz ich wszystkich. Oni mają mnóstwo wspaniałych rzeczy do opowiadania...

Amelia uśmiechała się i próbowała wyglądać na zadowoloną, w głębi duszy jednak 

pragnęłaby te ostatnie miesiące przeżyć w spokoju. Dziecko zaczynało jej ciążyć, chociaż 

wciąż jeszcze poruszała się lekko i nie bała żadnej domowej pracy.

Lubiła tę porę roku, kiedy dnie stawały się coraz jaśniejsze, a choroby i niedostatek 

zbierały się do odwrotu. Na dodatek miała owe potajemne godziny przy posianiu Heleny, 

coraz więcej radości czerpała z pomagania tej kobiecie.

To   jednak   mozolna   praca,   ale   zanim   nadejdzie   czas   Amelii,   z   pewnością   Helena 

będzie zdrowa i na tyle silna, by zacząć myśleć o urządzeniu sobie życia.

Bendik chwalił ją za cierpliwość, ale nawet on nie wiedział, że czasami nocą zabiera 

ze sobą malutką dziewczynkę i pozwala Helenie się nią zajmować.

- Będziesz musiała dla nas zagrać! Och, myślę zresztą, że niektóre dziewczęta także 

umieją grać. Poczekaj, zobaczysz...  będzie tu mnóstwo niespodzianek.  Już się prawie nie 

mogę   doczekać,   żeby   wam   wszystkim   przedstawić   niektóre   z   dziewcząt.   Wytrzeszczycie 

oczy, obiecuję ci to! Tajemnice zostaną wyjaśnione i...

- Mamo, nudzisz. Marja umilkła, zaskoczona patrzyła na córkę. Ale oczy Amelii lśniły 

ciepło.

-   Musisz   zrozumieć,   mamo,   że   jestem   trochę   zmęczona.   Poza   tym   uważam,   że 

ściągasz sobie mnóstwo kłopotów na głowę, organizując teraz takie przyjęcie. Ale to twoja 

sprawa. Zrobisz, jak będziesz chciała. Zresztą zawsze tak robiłaś. Mam tylko nadzieję, że nie 

zamęczysz się robotą. I że służące się nie pochorują od tego ciągłego prania i sprzątania. 

Myślały, że po świętach odpoczną. A ty tymczasem każesz im znowu harować od świtu do 

nocy.

Marja potrząsnęła głową i wyciągnęła ręce do córki.

- Nie daję im żadnej pracy, w której bym też z nimi nie uczestniczyła!

Czerwone   plamy   po   ługu   do   prania   rysowały   się   niczym   kwiaty   na   jej 

pomarszczonych dłoniach. Amelia uściskała matkę.

-   Jesteś   niemożliwa,   mamo.   Ale   cieszę   się,   że   masz   tyle   energii.   Powinnam   była 

wiedzieć, że nie wrócisz do domu po to, by siedzieć w spokoju przy piecu.

Marja roześmiała się głośno. Klapnęła córkę w pośladek.

- Połóż się do łóżka, moja mała. Zobaczysz, że jak się zestarzejesz, to też będziesz 

miała więcej energii!

background image

Amelia odwzajemniła pocałunek i kręcąc głową, przyglądała się matce, która właśnie 

zauważyła w kącie izby chorych jakiś zapomniany kuferek.

- Och! Nareszcie znalazłam, myślałam, że już je straciłam. To moje lniane obrusy!

I znowu zabrała się energicznie do dzieła, sprowadziła Gerd, nabrała do miedzianej 

miski rozpalonych węgli z wciąż palącego się kominka i wyruszyła z tym do swojego domu. 

Tam ustawiono dziwne urządzenie. Gorące węgle ogrzewały dwa ściśle przy sobie ułożone 

metalowe walce, między którymi przeciągano obrusy, pościel, firanki i narzuty. Wychodziły z 

tego takie gładkie, że wprost trudno uwierzyć, iż to możliwe.

Amelia   tymczasem   siadła   zmęczona   przy   kuchennym   stole   i   pogrążyła   się   w 

rozmyślaniach.

Owszem, to bardzo dobrze widzieć, jak życie toczy się we dworze. Matka wypełniała 

sobą to miejsce, chociaż bywało, że nie pokazywała się przez wiele dni. Spędzała czas u 

siebie,   cieszyła   się   towarzystwem   swoich   gości   i   nie   starała   się   przedstawić   ich   innym 

mieszkańcom dworu.

To się teraz miało zmienić. Amelia doznawała uczucia, że Marja ma im wszystkim coś 

ważnego   do   powiedzenia.   Ale   cokolwiek   by   to   było,   dla   Amelii   nie   ma   nic   bardziej 

przejmującego i rozkosznie podniecającego niż przeżycia, jakie czekają ją za kilka miesięcy. 

Żadni goście, choćby byli z Afryki czy z głębiny morza, nie wzbudzą w niej takiego dreszczu 

i takiego słodkiego oczekiwania.

Jej dziecko...

To małe ukochane, które każdego wieczoru próbowała sobie wyobrażać.

Będzie   przyjęcie  tylko  dla  czworga,  przyjęcie,  jakiego  nikt  dotychczas   nie  wydal. 

Bendik, Johanna, dziecko i ona.

Świat   Amelii   bardzo   niechętnie   poszerzał   swoje   granice   akurat   teraz,   wprost 

przeciwnie, zauważyła, że kurczy się on z każdym dniem.

On   jest   jak   słońce,   a   uczeni   mężowie   są   teraz   zgodni   co   do   tego,   że   słońce   jest 

centrum, zaś wszystko inne kręci się wokół niego. Amelia przymknęła oczy, z Bendikiem jest 

tak samo jak ze słońcem: może widzieć i słońce, i męża, nawet jeśli zamknie oczy.

- Ukochana  Melio... tak się cieszę, że wszystko  idzie  dobrze. Nie powinnaś  teraz 

patrzeć na nic strasznego. Wiem, że to dobry znak, to wszystko co dzieje się z Heleną, że ona 

zdrowieje...

Z wolna skinęła głową. Bendik delikatnie przesuwał palce po jej brzuchu.

- Słyszysz mnie, moje maleństwo, musisz urodzić się bezpiecznie - przemawiał czule.

Amelia   czuła   się   lekka   i   radosna.   Dłonie   Bendika   miały   cudowną   zdolność 

background image

uspokajania jej. Jakby wygrywały jakąś melodię. Och, tak, ale ona jest czymś  więcej niż 

szpinet. I tylko Bendik potrafi tak grać...

- Chodź - wyszeptała i odsunęła kołdrę, żeby nie tylko rękę mógł pod nią włożyć.

Musiała   mieć   oczy   otwarte,   tak   rozkosznie   było   leżeć   w   tym   zamkniętym   raju   i 

poddawać się jego pieszczotom. Widziała włosy blond w blasku oliwnej lampki ustawionej 

przy łóżku. Pokój rozjaśniał też czerwony żar z kominka. Ogień parskał i syczał cicho za 

każdym razem, gdy silniejszy podmuch powietrza wpadał przez otwór okienny, żar rozpalał 

się wtedy płomieniem.

-   Wiesz...   nigdy   się   nie   rozstaniemy.   Jej   głos   brzmiał   jakoś   niepewnie.   Bendik 

ucałował   ostrożnie   żonę,   pewnie   chciał   ją   uciszyć,   a   może   po   prostu   nie   mógł   się 

powstrzymać. Amelia położyła z czułością dłonie na jego policzkach. Trzymała ukochaną 

głowę tuż przy swojej. Czuła słodki zapach własnego oddechu, w oczach Bendika czytała 

wszystko, co tylko chciała.

Uśmiechnęła się. Jego oczy też się uśmiechały. Pocałowała go, wargi były miękkie i 

gorące. Całowała go długo, bardzo długo, a z każdym pocałunkiem stawał się jeszcze bliższy, 

dotknięcie warg jeszcze delikatniejsze.

W końcu uwolnił się z jej objęć, wtulił twarz w zagłębienie przy szyi  i drżącymi 

rękami rozwiązywał jej koszulę na ramionach. Naga skóra po raz tysięczny wzbudzała jego 

zainteresowanie.   Amelia   czuła,   że   jego   oddech   staje   się   szybszy,   w   niej   również 

rozprzestrzeniało się gorąco.

W głębi jej istoty znajdowało się dziecko, chyba jeszcze nigdy nie przeżywała jego 

ciężaru tak wyraźnie jak teraz. Wiedziała, że Bendik się boi wyrządzić maleństwu krzywdę, a 

jego ostrożność dodawała zbliżeniu niesłychanej delikatności.

Położyła obie nogi na jego udach, otworzyła się przed nim. Bendik zastygł bez ruchu, 

ale wyczuwała w sobie delikatne drgnienia powstrzymywanej rozkoszy. Czekał, czekał na 

nią. Zwróciła ku niemu głowę, szukała jego oczu, ale lampka na stoliku zgasła i teraz czuła 

tylko jego oddech na twarzy.

- Chcę się położyć na twoim ramieniu. Wsunął rękę pod nią, tak jak lubiła. Przywarła 

do niego, ułożyła się prawie na boku. On obejmował ją mocno, wkrótce jednak dłonie znowu 

zaczęły się poruszać, głaskać ją i pieścić. Poddawała się jego rękom, powoli całe jej ciało 

zaczynało się kołysać niczym woda przypływu, jak idące ku niemu długie, powolne fale. On 

przyjmował je bez ruchu niczym kamienny brzeg, nie cofał się, wkrótce jednak on również 

uległ rytmowi fali, wychodził jej na spotkanie.

Amelia wiedziała, że zbliża się ekstaza, nie potrzebowała żadnych szybkich ruchów, 

background image

tylko jeszcze trochę tego słodkiego falowania. On położył dłoń na małym wzgórku, poczuła 

łagodny nacisk na najbardziej wrażliwej części swego ciała.

Miała wrażenie, że odpływa, unosi się w górę, przyjęła to z jeszcze jednym głębokim 

westchnieniem. Jak przez mgłę słyszała jego cichy jęk, niemal jak pieśń radości i rozkoszy.

- Mój Boże, jakże ja cię kocham... Odpowiedział jej tylko silniejszym uściskiem, ona 

zaś nie uciszała falującego morza, dopóki nie poczuła, że napięcie opada, a uderzenia serca 

Bendika są coraz spokojniejsze i cichsze.

- Melio, kochanie... dziękuję. Uśmiechała się w mroku, nie zwróciła uwagi na to, że z 

jej oczu płyną łzy, dopóki nie poczuła łaskotania na policzkach. Tyle szczęścia. Tego można 

się bać, pomyślała.

Gerd wsypała szczyptę najdelikatniejszego popiołu z brzozowego drewna do saganka 

z kaszą. Właściwie powinna wsypać całą garść, tak każe obyczaj, ale nie chciała bardziej psuć 

i tak mało wykwintnego jedzenia. Popiół ma ochraniać przed chorobami i wszelkim złem w 

okresie przed Wielkanocą i gospodynie od zawsze traktowały tę sprawę poważnie. No cóż, 

szczypta też wystarczy.  Dziewczyna zaniosła chudą kaszę do izby,  gdzie państwo czekali 

przy stole. W kuchni nakrywano dla parobków i służących, dla komornika, który tej zimy 

stracił żonę, a także dla tej przybłędy Heleny. Z każdym dniem czuła się teraz lepiej i dość 

często była w stanie ubrać się i zjeść posiłek przy stole, jak ludzie.

Gerd   nie   mogła   pojąć,   dlaczego   miła   pani   Amelia   trzyma   w   swoim   domu   kogoś 

takiego.   Na   dodatek   Johanna   zajmuje   się   jej   bękartem,   co   więcej,   zapłaciła   za   małą 

dziewczynkę   złotem!   Naprawdę  nie  ma  w  tym   żadnego  sensu.  Helena  nie  odpokutowała 

'wystarczająco za swoje grzechy, to jedno jest pewne. Nie ma w niej też pokory, nie okazuje 

najmniejszej wdzięczności. Bywa po prostu niegrzeczna, bez szacunku odnosi się do Boga i 

ludzi.

Ale Amelia uśmiecha się do niej i obsługuje ją jak królową, a nie ubogą znajdę, która 

nie nauczyła się nawet pacierza przy stole.

Amelia, taka dobra pani.

Z każdym  tygodniem  stawała się teraz  grubsza, widać to wyraźnie.  Rosła niczym 

ciasto na zakwasie! Ale była  zdrowa, rumiana,  a piękne włosy zachowały blask. Pracuje 

chyba  trochę za dużo, przecież nie musi nic robić. Tymczasem ona w starym  fartuchu z 

niebieskiego płótna naciągniętym  na brzuchu... to aż dziwne. Elegancka kobieta w takich 

okolicznościach zwykle kryje się przed ludźmi, w każdym razie nosi szerokie, bezkształtne 

suknie, by ukryć swój stan. Ale nie Amelia. Ona uśmiecha się do swojego męża tak, że to i 

wzruszające, i krępujące zarazem dla patrzących. Są jak młoda zakochana para, a nie dorośli 

background image

ludzie, który przeżyli ze sobą dwadzieścia parę lat.

Gerd nuciła nad garnkami, ale brwi pod spoconym czołem unosiła w górę. Trafiła do 

dziwnego domu. Do dziwnych ludzi. Co prawda wiedziała o tym już dawno, słyszała i sama 

widziała wiele rzeczy dotyczących rodziny Karlsgârd.

Ale to dobrzy ludzie, łaskawi i szczodrzy dla wysoko postawionych i dla biedaków. 

Nikt nie może zaprzeczyć. Ba, może nawet są zbyt łagodni, pan Bendik i jego rodzina, może 

w ten sposób sami zachęcają do wykorzystywania i oszustwa tym zbyt łatwym wybaczaniem 

winowajcom,  tą swoją serdecznością  wobec wszystkich,  którzy mają  im służyć.  Może to 

dlatego gospodarza ze Storlendet tak dręczy chciwość. I może dlatego kupcy oszukują na 

wadze, kiedy przysyłają tutaj zamówione beczki z solą i mąką.

Ona jednak nie ma się na co skarżyć. Już pierwszego dnia służby dostała nową suknię, 

parę solidnych zimowych butów, a na dodatek kompletnie niepotrzebną krajkę do włosów 

utkaną z pięknej czerwonej wełny.

Młodsza siostra dostała taką samą, tylko zieloną. Stroi się w nią w każdy sobotni 

wieczór, Gerd już dawno zauważyła, że niekiedy po kościele też nie zaraz wraca do domu. 

Trzeba chyba lepiej uważać na młodszą siostrę. Ale w końcu dziewczyna już jakiś czas temu 

dorosła do zamążpójścia, a jeśli pogłoski są prawdziwe, to Tinius z Rębni, dobrze sytuowany 

syn   Knuta   Johannessona   z   Morkrid,   się   koło   niej   kręci.   Co   prawda   nie   jest   dziedzicem 

gospodarstwa, ale zdążył już wykazać się zaradnością i załatwił sobie miejsce jako czeladnik 

u swego wuja szkutnika.

Tak, ktoś taki z pewnością potrafi zapewnić byt żonie. Mała nie jest chyba taka głupia. 

Gerd zdjęła saganek z ognia i zawołała głośno przez drzwi. Służba dostaje jedzenie, gdy tylko 

państwo w izbie zostaną obsłużeni. Dzisiaj wszystko pójdzie chyba  szybko, podejrzewała 

Gerd i zaczerpnęła palcem kaszy z popiołem.

Marja,   wystrojona   niczym   prawdziwa   królowa,   stała   przed   śniegowym   portalem   i 

uśmiechała się. W ciągu ostatnich  miesięcy omal nie zamęczyła  dziewczyn  w Vildegârd. 

Wciąż wymyślała jakieś nowe prace, które musiały być wykonane, zanim goście się zjadą. 

Czterdzieści dni między środą popielcową a Wielkanocą minęło niczym  sen, nigdy dzień 

pracy   nie   był   krótszy  niż   ustalone   szesnaście   godzin.   Zwłaszcza   Eva   przeżywała   ciężkie 

chwile, zdarzało się, że zasypiała nad jedzeniem. Gerd domyślała się, że owe osiem godzin, 

przeznaczone   na   nocny   odpoczynek,   siostra   spędzała   na   marzeniach   i   tęsknocie.   Trzeba 

porozmawiać z Bendikiem, zanim dojdzie do nieszczęścia. Byłoby najlepiej, gdyby chłopak 

zdecydował się na małżeństwo.

W   szpitaliku   życie   toczyło   się   spokojnie,   Amelia   i   Johanna   dawały   sobie   teraz 

background image

świetnie radę same. Przeważnie ludzie przychodzili z jakimiś niewielkimi dolegliwościami 

albo po drobnych wypadkach, a to drwal rozciął sobie nogę, a to ktoś odmroził ręce, jakieś 

dziecko zjadło tytoń ojca i się rozchorowało, a inne wylało sobie na rękę wrzątek.

Mogło się wydawać, że Amelia odgrodziła się od panującego na zewnątrz chaosu i 

zamknęła we własnym świecie. Uznała, że niektórzy pracownicy muszą być oddani w ciągu 

tych   tygodni   do   dyspozycji   Marji.   Tak   też   zrobiono,   w   końcu   Amelia   i   Johanna   mogły 

określić, co zdołają same w domu zrobić. Zajmowały się wszystkim, tylko obrządek w oborze 

i noszenie drewna zostawiły jak dotychczas Linie i Svenowi.

Ostatni wymysł Marji okazał się tak dziwaczny, że nie wiadomo było, czy śmiać się, 

czy   płakać.   Jakiś   czas   temu   narysowała   na   dużym   arkuszu   papieru,   o   co   jej   chodzi,   i 

natychmiast zaczęła cały pomysł realizować. Woźnice musieli jeździć nad fiord i przywozić 

przezroczysty morski lód, wyrąbywano ciężkie bloki i wożono je na saniach, potem układano 

wysoko, jedne na drugich. W ten sposób zbudowano okazały portal. Na samym  szczycie 

Marja poleciła ulokować słupek, który codziennie, dopóki będzie trzymał mróz, miało się 

polewać wodą. Mogłaby już być z tego zadowolona, portal bowiem połyskiwał szarością i 

bielą. Ale nie, dla niej było tego za mało, kazała wciąż wylewać wodę, aż powłoka czystego 

lodu zrobiła się gruba jak dwie ściany. Wtedy malarz i stolarz meblowy otrzymali kolejne 

zadanie, mieli w lodzie wyrzeźbić wzory, wijące się pnącza, podobne do tych, jakimi malarz 

ozdobił sufit w największej sali domu Marji.

Pewnego wieczoru tuż przed Wielkanocą Marja z tajemniczym uśmiechem zebrała 

wszystkich   mieszkańców   dworu.   Ubrali   się   ciepło   i   zaciekawieni   szli   ścieżką   do   jej 

posiadłości.  Stary Severin przeżegnał się z lękiem, kiedy zobaczył,  że między drzewami, 

daleko od otwartego morza, świecą morskie ogniki.

Ale nie zatrzymywali się, Marja prowadziła ich pośpiesznie, a kiedy zbliżyli się na 

tyle, by zobaczyć, co to właściwie tak świeci, wszyscy wydali z siebie przeciągły jęk:

- Ooooch...

Marja stanęła pod łukiem i wyciągnęła ręce w górę. Szeroki uśmiech pojawił się na 

twarzy,  w tym  dziwnym,  mieniącym  się świetle wyglądała  znowu niczym  piękna huldra, 

która niegdyś pojawiła się w Lyster, żeby podjąć walkę ze starym pastorem Revelinem.

Severin widywał ją wtedy, gdy stojąc na placu tingowym broniła swojej sprawy. I 

jeszcze wcześniej, kiedy wkraczała do kościoła z tą swoją wyzywająco urodziwą twarzą.

Poczuł, że serce zaczyna mu szybciej bić. Wspominał czasy, gdy nie było w okolicy 

chłopa, który by nie pożądał tej pięknej czarnowłosej.

- Czyż  to nie wspaniałe?  - zawołała Marja do zebranych.  Wszyscy zatrzymali  się 

background image

jakieś   piętnaście   kroków   od   świecącego   portalu.   Wszyscy   mrugali,   przecierali   oczy, 

mamrotali   coś   niewyraźnie.   To   prawie   niewiarygodne.   Wszystkie   te   światła   pośrodku 

ciemnego wieczoru, wydawało im się to nienaturalne. To może być niebezpieczne, uważali 

niektórzy.   Chociaż   dobrze   widzieli,   że   światło   nie   jest   odbiciem   piekielnego   ognia,   że 

pochodzi   z   mnóstwa   grubych,   krótkich   woskowych   świec   umieszczonych   w   małych 

czareczkach. Świece zostały ustawione w niszach wyciętych w lodzie, za cieniutką warstwą 

lodu, dlatego płomyki  migoczą  tak tajemniczo.  Niektóre mieniły się wszystkimi  barwami 

tęczy od czerwonego i zielonego do fioletowego i błękitnego. Nie mieli pojęcia, w jaki sposób 

Marja to osiągnęła, przyznać musieli jednak, że efekt jest wspaniały.

- Twoi goście zaniemówią - powiedziała Johanna z chichotem.

Uśmiech na twarzy Marji zamarł. Opuściła ręce.

-   Oczywiście   z   podziwu   -   dodała   Johanna   ze   śmiechem.   -   Babciu,   jesteś 

niewiarygodna, wiesz o tym? Skąd ty bierzesz te wszystkie pomysły?

Marja   wzruszyła   ramionami   i   nie   wspomniała   ani   słowem   o   lodowym   święcie   w 

carskim pałacu, zorganizowanym niegdyś, całe życie temu.

Nikt więcej o nic nie pytał. I dobrze. Nie potrafiłaby wytłumaczyć tego córce tak, żeby 

tamta zrozumiała. Mała Amelia, taka dobra i bogobojna, ona by się po prostu przestraszyła. A 

może nawet rozgniewała. Może znowu rzucałaby matce w twarz oskarżenia, oskarżenia, które 

bolały i piekły nawet serce Marji. Johanna by może zrozumiała. Tak, ona z pewnością chętnie 

by   posłuchała.   Ale   to   takie   trudne.   Właściwie   całkiem   niemożliwe.   Dlatego   Marja 

postanowiła zrobić tak jak jej matka, spisywała mianowicie wszystko. I może w tym,  co 

pierwsza   z   nich   zrobiła,   zawarta   jest   mądrość,   chociaż   kiedyś   Marja   czuła   się   boleśnie 

zraniona. Matka oddała swoje pamiętniki wnuczce. Nie Marji, swojej córce.

Teraz mierzyła spojrzeniem obie kobiety, które zbliżały się do niej wolno, widziała 

ostrożne kroki Amelii na śliskiej drodze, jej rękę osłaniającą brzuch i drugą, obejmującą talię 

córki. Widziała Johannę, czujną, gotową podtrzymać Amelię, gdyby się poślizgnęła. A po 

drugiej stronie szedł Bendik, nigdy dalej niż krok za żoną.

Nie, Amelii tego nie dam. Może ona w ogóle nie chciałaby czytać o tym, czego Marja 

się nauczyła. W każdym razie nie w tym stanie co teraz.

Ale Johanna to spragniona wiedzy dziewczyna. Spijała dosłownie litery ze stronic 

wszystkich duńskich książek. Nauczyła się nawet trochę niemieckiego i łaciny, by pojmować 

więcej.

Tak, Johanna jest chyba dojrzała.

Dojrzała do tego, by czytać więcej niż bazgroły swojej dziwnej babki? Powinna chyba 

background image

z nią o tym porozmawiać.

- A teraz chciałabym mieć ten zaszczyt i zaprosić was do środka - powiedziała Marja 

przesadnie   oficjalnie   i   z   uśmiechem   kłaniała   się   głęboko   przed   gromadą   dygoczących   z 

chłodu   ludzi.   Służba   instynktownie   cofnęła   się   o   krok   do   tyłu.   -   Nie,   nie,   zapraszam 

wszystkich. Oznajmiam, że święto rozpoczyna się dziś wieczorem.

- Ale gości jeszcze nie ma? Marja uśmiechnęła się.

- Wy jesteście. Zresztą kilkoro innych też przybyło. Spoglądali po sobie, śledzili ruchy 

ożywionej Marji. Severin i parę innych osób obeszło portal dookoła.

Wewnątrz czekała na nich orkiestra.

Czterech mężczyzn  grało na jakichś dziwnych skrzypcach, tony były łagodniejsze, 

jakby smutniejsze i wcale nie nadawały się do tańca. W orkiestrze była też kobieta, która 

szarpała struny dziwnego statywu i śpiewała, niezwykłe słowa, których nikt nie rozumiał.

- Oni pochodzą z Rosendal - prezentowała Marja. - Moja przyjaciółka baronowa...

- Przestań, mamo. Przechwalasz się! To przecież wszystko głupstwa, czyż nie...

Marja uśmiechała się tajemniczo. Ale przecież muzycy byli prawdziwi, chociaż nie 

grali niczego, co by przypominało muzykę z nocy świętojańskiej czy też dożynek.

Weszła jeszcze jedna kobieta, wyłoniła się zza czerwonej zasłony w głębi pokoju, po 

prostu pojawiła się i stała tam bez ruchu. Trzymała w ręce jakiś lśniący przedmiot. Bendik na 

jego widok aż podskoczył z zachwytu. Flet!

Wtedy wszyscy pięcioro zagrali niezwykłej  piękności utwór, skrzypce,  harfa i flet 

śpiewały równocześnie...

Wtedy   nawet   stary   Severin   złożył   ręce   i   z   szerokim,   bezzębnym   uśmiechem,   z 

błogością na twarzy słuchał muzyki.

- Chyba umarłem i jestem w niebie, pani Marjo, albo zabrałaś mnie do tej góry, z 

której, jak ludzie gadają, przyszłaś.

Marja zapraszała wszystkich do stołu zastawionego najrozmaitszymi tacami. Leżały 

tam,  Boże drogi,  cóż za  cud, owoce  różnych  rodzajów! Były  ciastka  dekorowane  czymś 

białym, co przypominało śnieg. I maleńkie kawałeczki twardego keksu pokryte żółtą, różową 

i ciemnoczerwoną masą.

-  A   oto  pasztety  -  rzekła  Marja,  wskazując   duże  tace.  -  Przygotowałam  je  sama! 

Spróbujcie i powiedzcie,  czy wam smakują! Spróbujcie też  cielęcej  wątróbki,  leży tam i 

czeka!

Johanna potrząsała głową.

- Cóż za niezwykłe jedzenie, babciu. Czy myślisz, że to wszystko zjemy?

background image

Marja śmiała się.

-   To   dopiero   smakołyki   na   początek.   Przecież   macie   w   żołądkach   tylko   kaszę, 

prawda? Chodź, pokażę ci migdałowy placek. Jestem z niego bardzo dumna. I popatrz, jak 

można znakomicie przyrządzić cielęce nóżki. Miesza się mięso z rosołem i studzi, czy nie 

sądzisz, że wygląda to jak świeży lód?

Rzeczywiście  mięso wyglądało, jakby zostało pokryte  cieniutką,  drżącą warstewką 

lodu.   Kiedy   jednak   Johanna   spróbowała,   uznała,   że   potrawa   smakuje   jak   zimny   rosół 

przyprawiony tak mocno, że piekło ją w język.

Potrząsała głową. Marja nie należała do najzdolniejszych kucharek. Ale to przecież 

musiała przygotować zupełnie sama. Johanna patrzyła na babkę, długie włosy zostały dzisiaj 

starannie upięte i okryte cieniutkim jedwabnym szalem. Marja wyglądała jak bogata Cyganka. 

Było jej z tym do twarzy.  Suknię też miała piękną, jedną z tych niezliczonych ślicznych 

kreacji, które ze sobą przywiozła i które często teraz nosiła nawet w robocze dni.

No   cóż,   babka   ma   chyba   prawo   do   odrobiny   szaleństwa.   Jest   przecież   stara, 

przypomniała sobie Johanna. Kiedy jednak zobaczyła, jak babka niemal uwodzicielsko śmieje 

się do swego zięcia, ujmuje go za rękę i prowadzi na lśniącą podłogę, żeby mu pokazać jakieś 

skomplikowane taneczne kroki, wcale nie uważała, że ma przed sobą starą kobietę.

Marja zachowała piękną figurę, ciało gibkie niczym młoda brzoza. Ręce też jej nie 

zdradzały,   ponieważ   ukryła   je   pod   fioletowymi   jedwabnymi   rękawiczkami.   Zęby   miała 

zdrowe i białe, a dzisiejszego wieczoru wargi pomalowała czerwoną farbką. Zdumiewające, 

ile młodości było w tej blisko sześćdziesięcioletniej twarzy.

Johanna uśmiechała się zadowolona. Przecież ona także powinna mieć we krwi trochę 

życiowej siły Marji. Może są one również we krwi matki i małego Benjamina...

To  daje nadzieję   na przyszłość.  Trzeba   wiele,  żeby złamać  kobiety  z  rodu Marji, 

pocieszała się Johanna. Być może Amelia myślała to samo, stała obok męża i uśmiechała się 

spokojnie. Zresztą może ona widzi tylko Bendika, widzi jego ramię obejmujące teściową, 

zmrużone oczy, które próbują podążać za spojrzeniem Marji? I stopy, które poruszają się dość 

niezdarnie pod komendę starszej pani, kręcącej się w kółko pod jego uniesioną ręką.

Kiedy taniec się skończył, wszyscy zaczęli bić brawa i wesołe śmiechy unosiły się do 

belek wysokiego sufitu.

- Bendik! Częstuj gości, jesteśmy wszyscy spragnieni - wołała Marja.

Podsunęła mu mały stolik na kółeczkach, zastawiony ciemnozielonymi  butelkami i 

podzwaniającymi przezroczystymi kieliszkami.

Amelia zdumiona potrząsała głową. W jej sercu zaczynało kiełkować podejrzenie.

background image

Dla   kogo   właściwie   Marja   przygotowała   to   całe   przyjęcie?   No   właśnie,   dla   kogo 

zbudowała ten bezbożnie wielki dom? Dla kogo te wszystkie starania, takie koszty?

Niemożliwe, żeby chciała tylko zaimponować kilkorgu gościom.

Zrozumiała   wszystko,   kiedy   napotkała   spojrzenie   matki.   Marja   chciała   przede 

wszystkim przeżyć taki wieczór, widzieć blask w oczach swoich bliskich.

Będzie się z pewnością długo cieszyć plotkami, które bez wątpienia zaleją wieś. Ani 

jeden człowiek z wyższej klasy nie czuł się zbyt dobry na to, by zabiegać o zaproszenie na to 

święto, by zobaczyć te wszystkie cudowności na własne oczy.

Lensman, wójt, pastor, ba, nawet asesor i oficerowie. Wszyscy lizaliby buty Marji, 

gdyby się to okazało konieczne. Nie ma więc znaczenia, że wydała na to ostatnie grosze. Dom 

pozostanie tu na wieki, będzie stał jeszcze długo, gdy ona sama już odejdzie.

Marja zbudowała sobie pomnik, domyślała się bowiem, że na kościelnym cmentarzu 

za żadne bogactwo nie kupi nic więcej niż tylko pustą pieczarę. Amelia, chociaż niechętnie, 

przyznawała   matce   rację.   To   niezwykła   kobieta.   Niełatwo   ją   kochać,   ani   dzieciom,   ani 

mężczyznom.

Ciekawe,   czy   kochała   Karla?   A   co   z   moim   własnym   ojcem,   synem   pastora, 

Justitianem? Zmarł wcześnie, Amelia prawie tego teraz żałowała. Chętnie poznałaby owego 

człowieka, chociaż był słaby i bez charakteru.

Ale   przecież   to   jego   krew   płynie   w   jej   żyłach.   Może   nawet   jej   nie   narodzone 

maleństwo będzie miało jego rysy.

Ech, to nie ma znaczenia. To będzie dziecko jej i Bendika. Z pewnością ładne i dobre, 

nie może być inaczej!

Odszukała wzrokiem męża, znalazła go przy gromadce starych kobiet z komorniczych 

domów. Były tam też ciotki Gerd i Evy, obie dziewczyny z pewnością pobiegły, żeby zanieść 

im niezwykłe zaproszenie Marji. Dwie stare wrony po prostu promieniały, uderzały się po 

kolanach, a ich zachwyty słychać było w całym pomieszczeniu. Bendik pomagał im rozsiąść 

się   na   ławie   i   ustawiał   przed   nimi   na   stole   talerze   z   jedzeniem.   Staruszki   dziękowały, 

wykrzykiwały coś głośno, wymachiwały dziwnymi narzędziami, które nazywano widelcami.

Amelia zauważyła, że Bendik się odwrócił, jakby poczuł jej spojrzenie na plecach. 

Natychmiast też ruszył ku niej przez pokój.

- Chcesz wracać do domu? - zapytał cicho obejmując ją ramieniem.

- Och, nie! Nie możemy sprawić zawodu Marji. Przyjęcie dopiero się rozpoczęło! 

Patrz, jak dziewczęta rozglądają się za chłopakami!

- Tak, tak, a oni żadnej nie zostawią samej ani na chwilę.

background image

- To pobądźmy i my jeszcze trochę. Chciałabym zatańczyć ze swoim mężem, jeśli ci 

muzykanci potrafią zagrać coś do tańca.

Bendik roześmiał się.

- Raczej nie sądzę. Czy możesz w ich muzyce  rozpoznać jakąś polkę albo galop? 

Może zagrają chodzonego, to można by zatańczyć.

- Spróbujmy i tak - rzekła Amelia stanowczo. On znowu się roześmiał i pocałował ją 

w policzek.

Był   bardzo   przystojny   w   swoim   granatowym   tużurku   z   czarnymi   spodniami.   A 

chusteczkę na szyję sama wyhaftowała dawno temu, w czerwony i morskiego koloru wzór. Te 

barwy ożywiały jego dość surową twarz, podkreślały chłopięcy uśmiech.

Musiała   się   roześmiać,   kiedy   obracał   ją   przed   sobą   w   tanecznym   kręgu   i 

demonstrował jakieś skomplikowane kroki.

- Zaczekaj, zaczekaj, nie tak szybko! Tobie łatwo, bo ty nosisz w sobie muzykę!

- Ty także, Amelio! Słyszałem przecież, jak grasz. Udało jej się w końcu wczuć w 

rytm obcej muzyki, płynącej spokojnie i dość monotonnie, mimo to przypominającej górski 

potok. Wchłaniała tony całą sobą, starała się poruszać w ich takt.

Kręcili  się   po  salonie,   zdyszani  i   zgrzani.   Wkrótce   Bendik  dostrzegł  jakiś   miękki 

mebel podobny do niedużej kanapki, ustawiony za smukłą marmurową kolumną. Obok stał 

mały stolik i kilka wysokich krzeseł. Posadził żonę na kanapie, sam usiadł tuż przy niej i ujął 

jej dłonie.

- Dziękuję za taniec, małżonko!

- To ja dziękuję, mój mężu - rzekła ze śmiechem. Bendik chrząkał, potrząsał głową 

Nagle na jego twarzy pojawiła się powaga, uważnie przyglądał się jej twarzy.

- Ty będziesz za tym tęsknić, prawda? Mam na myśli to, że tak rozkwitasz wśród 

ludzi. Lubisz ruch i zabawę! A tam, w naszym samotnym domu... tam będziemy tylko my, 

komornicy i dzieci.

Amelia w zamyśleniu pogłaskała go po policzku. Potem uśmiechnęła się.

-   Nie.   Za   niczym   nie   będę   tęsknić.   Nigdy  za   niczym,   dopóki   będę   mieć   ciebie   i 

Meisterplassen. Tam jest mój dom. Jestem tego pewna.

Wolno skinął głową.

-   Do   wiosny   wszystko   zostanie   przygotowane,   Amelio.   Gdy   dziecko   będzie 

wystarczająco odchowane... wyjedziemy.

- Tego lata. Och, wprost nie mogę się doczekać.

- Ale musisz, moja kochana! Bo ta mała istotka powinna urodzić się tutaj. Twoja 

background image

mama   nigdy   by   nam   nie   wybaczyła,   gdybyśmy   nie   pozwolili   jej   odebrać   porodu.   I 

zorganizować   później   największych   chrzcin,   jakie   tu   kiedykolwiek   widziano.   Nie   mam 

wątpliwości, że tak będzie!

- Do czerwca Marja na pewno już będzie miała dość gości i przyjęć. Ja myślę, że ona 

nam nigdy naprawdę nie mówiła, jaka wielka ma być ta wielkanocna uczta. Ale słyszałam, 

jak służące gadały... ma być co najmniej trzy tuziny ludzi! Wynajęła do pomocy ludzi ze wsi.

- Niech robi, co chce. „Wygląda na to, że ona robi się młodsza i bardziej żwawa po 

każdym wypełnionym obowiązku.

Amelia westchnęła z udaną zazdrością, poruszyła swoje coraz cięższe ciało i zrobiła 

żałosną minę.

- Podczas kiedy ja staję się starą, ociężałą babą, która nawet nie jest w stanie zatańczyć 

z własnym mężem.

- Pozwól, że odniosę cię do domu na rękach - rzekł Bendik ze śmiechem.

Ona zachichotała i oparła się ciężko na nim.

- Uważaj, bo mogę się zgodzić! Podeszła do nich roześmiana Marja.

- Aha, tutaj siedzicie! I gruchacie jak gołąbki, pomyślałby kto, że jesteście parą, która 

dopiero   co   przystępowała   do   konfirmacji!   Chodźcie   no,   i   zachowujcie   się   jak   dorosłe 

małżeństwo!

- To znaczy co, mamy stać przy zastawionym stole i spoglądać na siebie spod oka? O, 

nie, mamy inne obyczaje.

-   Widzę.   Ale   pozwólcie   mi   przynajmniej   przedstawić   was   mojemu   pierwszemu 

gościowi. Ta pani właśnie przyjechała, musi się tylko ogarnąć.

Amelia wstała, poprawiając instynktownie włosy. Marja oparła ręce na biodrach.

- Emilie Charlotte Margarete Ocherman. Z Christianii.

-   O,   mój   Boże!   A   ja   mam   na   sobie   domową   płócienną   suknię...   Mamo,   mogłaś 

powiedzieć!

Marja prychnęła.

- Emmi nie zwraca uwagi na ubrania. Ona sama przyjechała tu w spodniach!

Bendik roześmiał się głośno z żartu.

Ale pobladł, kiedy Marja wprowadziła drobną, niewysoką kobietę. Przybyła miała na 

sobie białą, błyszczącą bluzkę i na niej haftowaną kamizelkę. Na głowie kołysał się skromny 

kapelusik naszywany czarnymi paciorkami z kilkoma piórami z gęsi czy może z łabędzia. W 

ręce trzymała rodzaj sakiewki, a na jej palcach iskrzyły się drogocenne kamienie.

Pani ubrana była w czarne, szerokie męskie spodnie!

background image

-   Powitajcie   Emmi.   To  osoba,   która   mi   kiedyś   uratowała   życie.   Znajdowałam   się 

naprawdę w trudnej sytuacji, to było daleko stąd!

- A później ty uratowałaś moje - odparła Emmi z uśmiechem i wyciągnęła maleńką 

dłoń do Bendika. Uświadomił sobie wtedy ze wstydem, że stoi z otwartymi ustami, zamknął 

je natychmiast z cichym mlaśnięciem.

- W - w - witamy, łaskawa pani... pani Ocherman, jeśli się nie mylę?

Kobieta   potrząsnęła   głową,   teraz   wszyscy   zauważyli,   że   również   w   uszach   ma 

szlachetne kamyki. Mieniły się pięknie w blasku świec.

- O, bardzo proszę... nie jestem zamężna! I nigdy nie będę. Nie, proszę mówić do mnie 

Emmi. Wszyscy tak robią. Z wyjątkiem mojego tak zwanego ojca. On najchętniej nazywa 

mnie ladacznicą, upadłą kobietą, córą Babilonu albo po prostu dziwką.

Bendik przecierał oczy, nie mógł wprost uwierzyć, że ta mała istota stoi przed nim i 

wygaduje   takie   rzeczy.   Niewątpliwie   pochodziła   z   bardzo   dobrej   rodziny,   same   ubrania 

świadczyły   o  bogactwie   od  pokoleń.  A   jej   wdzięczny,   sympatyczny   głos   brzmiał  bardzo 

przyjaźnie. W oczach widać było iskierki humoru i życzliwość dla świata. Ale słowa, którymi 

się posługiwała, absolutnie nie pasowały do takiej eleganckiej kobiety.

Amelia zdążyła się już opanować. Wyciągnęła rękę do gościa i powitała jeszcze raz 

serdecznie. Marja stała tym razem w cieniu, Emmi natomiast rozpoczęła długą opowieść o 

pełnej przygód podróży z Christianii. Wielu gości zbliżyło się do niej, ponieważ Emmi z 

wielkim aktorskim talentem przedstawiała swoje przeżycia, jakby nadal siedziała na koniu, 

przyzwyczajona już do tego dość bolesnego środka transportu.

- Ale to najszybszy sposób podróżowania, jak mi powiedziano! A wiesz, Marri, że 

bardzo za tobą tęskniłam.

Marri. Te dwie kobiety patrzyły na siebie ze szczerym oddaniem.

Obca pani miała nawet własne pieszczotliwe imię dla gospodyni. Posiadała część jej 

osoby,  do której nikt inny nie miał dostępu. Te dwie były niczym  siostry.  Zapatrzone w 

siebie. Jak matka i córka!

To ja jestem córką Marji, płonęło w sercu Amelii. Na szczęście to ją Marja ujęła za 

rękę i oświadczyła w dumą:

- Emmi, Bóg pobłogosławił mnie dziećmi! Oczekuję właśnie kolejnego wnuka, czyż 

to nie cudowne?

-   Oczywiście!   Tak,   wnuki   chętnie   bym   zaakceptowała.   Ale   kiedy   pomyśleć   o 

wszystkim innym, co się z tym łączy...

Obie zachichotały.

background image

- Masz na myśli męża? Czy dzieci? O, Emmi, nie mówisz poważnie. Ale nie bój się, 

Amelia dla nikogo nie stanowi obciążenia. Ona żyje dla swoich dzieci, jest najlepszą matką 

na świecie! Bogu chwała, akurat pod tym względem niepodobna do mnie...

Przez moment Amelia poczuła ciepły policzek matki na swojej dłoni. Serce biło jej 

mocno. Poczuła się dziwnie zawstydzona. Bo przecież jako matka zawiodła. Może nawet 

bardziej niż Marja...! Bo Johanna nie odważyła się przyjść do swojej matki, chociaż Amelia 

miała dość czasu.

Marja była zawsze bardzo zajęta. To jakoś łatwiej wybaczyć niż matce, którą zaślepia 

własne szczęście.

Bendik natychmiast wyczuł napięcie mimo nieustannych wybuchów śmiechu Emmi i 

jej niezwykłych podróżnych historii.

-   Żono,   chyba   czas,   byśmy   się   wycofali.   To   był   cudowny   wieczór,   Marjo.   Ty 

naprawdę urzeczywistniłaś marzenie!

- Tak jest - odparła Marja zadowolona. - Ale to dopiero początek!

Wymieniły z Emmi porozumiewawcze spojrzenia.

background image

ROZDZIAŁ V

- Amelio, co ty robisz? Masz zamiar czytać te stare szpargały?

Podskoczyła, jakby przyłapał ją na czymś niedozwolonym.

- Bendik, ja... Rzeczywiście, taki mam zamiar. Chodź no, to ci coś pokażę.

Klęczała przy starej skrzyni po brzegi wypełnionej książkami i kawałkami materiału, 

małymi pudełeczkami i zwojami zawiniętymi w nasączone olejem płótno.

- To przecież rzeczy Marii!

- Tak, skrzynia mojej babki. Dała mi ją, nie pamiętasz?

- Wiem, mówiłaś mi. Ale myślałem, że postanowiłaś nigdy tego nie otwierać.

-   E,   nic   podobnego.   Tylko   że   ona   kiedyś   powiedziała...   Powiedziała,   że   mogę 

przeczytać jej pamiętniki, kiedy będę całkiem... szczęśliwa.

Bendik pochylił się, objął żonę ramieniem.

- I teraz jesteś? Potwierdziła z czułością we wzroku.

- Tak, mój mężu, teraz jestem. Nie mam żadnych poważnych zmartwień.

Bendik   uśmiechnął   się.   Wsunął   rękę   między   jej   dłonie   spoczywające   na   starej, 

oprawionej w czerwoną skórę książce. Na okładce widzieli wielką plamę z atramentu. Wiele 

innych   plam   świadczyło,   że   książka   nie   zawsze   leżała   pięknie   zapakowana   w   kuferku. 

Pożółkły papier był nierównej grubości, w wielu miejscach wklejono całkiem nowe stronice. 

Bendik   zobaczył,   że   Amelia   otwiera   książkę   w   przypadkowym   miejscu,   mniej   więcej 

pośrodku.   Bardzo   ładne   pismo   wypełniało   stronice.   Przewracali   jedną   kartkę   po   drugiej. 

Amelia zatrzymała się zdumiona na stronie, na której napisano tylko parę wierszy. Pismo 

unosiło   się   jakby   nad   papierem,   zamaszyste,   bez   tych   małych   ozdobników,   którymi 

przeważnie udekorowane były litery.

Meisterplassen, 18 grudnia 1672:

Odchodzę, odchodzę od tego miejsca i od jego jedynego, zatwardziałego w gniewie  

mieszkańca. Nigdy ono nie dało nikomu trwałego szczęścia. Obiecałam mojej matce spokój i 

będzie go miała.

Amelia ciężko przełknęła ślinę. Te gorzkie słowa otworzyły w niej jakąś śluzę, niemal 

zaczęła żałować, że wydobyła na światło dzienne te stare papiery.

- Twoja babka napisała to blisko sto lat temu - szepnął Bendik. Spojrzała na niego, 

wyglądał, jakby się bał. - Amelio, musiał być jakiś powód, że cię prosiła, byś zaczekała z 

czytaniem. Może powinnaś wstrzymać się, aż będziesz... aż będziesz trochę silniejsza. Aż 

dziecko się urodzi?

background image

Amelia wolno potrząsała głową.

- Nie, chcę przeczytać to teraz. Zaraz. Zniosę to, chociaż zgadzam się z tobą, że to na 

pewno nie jest żadna zabawna historia. Ale teraz chcę wiedzieć wszystko, Bendiku. Teraz 

jestem dorosła. Myślę, że jej bardziej chodziło o to, bym najpierw dorosła. Wtedy byłam 

prawie dzieckiem...

-   Nie   byłaś   dzieckiem.   Sama   miałaś   dziecko!   Amelia   patrzyła   na   niego   spod 

przymkniętych powiek.

- Można mieć dziecko i samemu też być dzieckiem. Popatrz na Helenę!

Nie odpowiedział. Coś jednak mówiło jej, że Bendik źle znosi jej zainteresowanie 

zapiskami babki. Wpatrywał się w skrzynię Marji z głęboką bruzdą na czole, a ona wiedziała, 

że obawia się wywołać w niej dawne przygnębienie. Zmusiła się, by uśmiechnąć się do niego 

beztrosko, zamknęła książkę i ułożyła starannie na miejscu. Potem zatrzasnęła wieko skrzyni.

- Chodź, zejdziemy na dół zobaczyć, co tak pysznie pachnie z kuchni. Będziesz miał 

bardzo grubą babę, Bendik, jeśli o mnie lepiej nie zadbasz. Jem teraz jak koń!

Przesłonił twarz dłońmi i udawał, że się przestraszył:

- Ratunku, ratunku, wielka świąteczna kiełbasa mnie atakuje! Zdusi mnie, zrobi ze 

mnie mokrą plamę.

Przeszedł przy ścianie na wąskich schodach, Amelia trzymała go mocno rozbawiona. 

Rzeczywiście jej drobne ciało zyskało trochę miękkości, a brzuch sterczący pod pełnymi 

piersiami   przyciskał   Bendika   niczym   wypełniony   wodą   worek.   Śmiali   się   oboje,   Amelia 

przytulała   się   do   niego,   po   chwili   ucichły   śmiechy   i   żarty,   całowali   się   oboje   z   bardzo 

uroczystymi minami, Bendik drżącymi rękami obejmował żonę.

- Nie zniósłbym, gdybyś była smutna - wyszeptał niemal niedosłyszalnie prosto do 

ucha Amelii.

Ona pochyliła się i oparła brodę na jego ręce. Poczuł, że potrząsa głową.

-   Nigdy   więcej   nie   będę   smutna.   Przynajmniej   dopóki   będę   miała   ciebie   i   nasze 

dziecko.

-   Masz   nas.   Jesteśmy   jednym,   ty,   ja   i   dziecko.   Nieoczekiwanie   Amelia   zadrżała, 

przeciąg ze strychu przeniknął ją niczym mroźny wiatr.

- Czasami się boję.

- Ja także.

- Przeważnie jednak jestem zadowolona i przekonana, że wszystko pójdzie dobrze!

Bendik uśmiechnął się.

- Ja też! Lepszych akuszerek nikt nie mógłby sobie wymarzyć, Amelio. Twoja matka 

background image

jest   niezwykłą   kobietą,   czasami   robi   wprawdzie   dziwne   rzeczy,   ale   zna   się   na   swoim 

rzemiośle. Tak, tak, myślę, że podczas tej swojej długiej podróży nauczyła się więcej, niż 

przypuszczamy. Wszystkie książki...

- Johanna też przeczytała wszystkie. Wie tak samo dużo.

- No a ty, moja kochana, sama też już przecież rodziłaś! I wszystko poszło dobrze, 

prawda?

Amelia przymknęła oczy, znalazła się znowu w Meisterplassen. W zimnej izbie, gdzie 

pachniało wilgocią i pleśnią. Nie było ognia, nie było ciepła. Tylko szaro - czarna mgła, 

koszmar, samotność, śmierć.

- Owszem - potwierdziła cicho - wszystko skończyło się dobrze. Przyjechała Maria.

Skinął głową. Amelia nie zauważyła tego.

-   Maria   przyjechała.   O,   Bogu   dzięki   za   to.   Gdyby   nie   ona...   mnie   i   Johannę 

kosztowałoby to życie. Byłam taka przerażona. I zmęczona... Przekonana, że musimy tam 

umrzeć. Ze nie zasłużyłam na życie, bo strasznie zgrzeszyłam.

- Biedactwo... co ja ci zrobiłem wtedy...

- To nie była twoja wina! Przecież nie wiedzieliśmy nic o grach mojej matki, nie 

mogliśmy wiedzieć! Karl był moim ojcem, nie mogłam w to wątpić.

- A  tymczasem  był  moim...  Amelia  odsunęła  głowę, spoglądała  w  jego przyjazne 

oczy. Palcem napotkała lok tuż za jego uchem, włosy bardzo już odrosły od czasu ostatniego 

strzyżenia.

- Dosyć gadania! Jestem głodna! Wziął ją za rękę.

- Chodź, mały łakomczuchu, znajdziemy coś, co cię nasyci. W kuchni wszyscy biegają 

jak w ukropie, bo trzeba również dostarczyć jedzenie do zamku Marji. Słyszałem, że dzisiaj 

przyjechała gromada gości.

- Szalone baby - prychnęła Amelia. Ale w jej głosie brzmiała życzliwość i szczery 

podziw   dla   matki,   która   wymyśla   te   wszystkie   dziwne   rzeczy,   wcale   się   nie   przejmując 

ludzkim   gadaniem,   które   bez   wątpienia   musi   mieć   miejsce.   Dziwne,   że   dotychczas   nie 

słyszano   nic   złośliwego   ani   niebezpiecznego   na   jej   temat,   mimo   tej   wielkiej   budowy, 

niezwykłego lodowego portalu i gości, których nikt tu nie zna.

Wprost przeciwnie, ludzie mówili o niej z wyraźnym szacunkiem, a nawet odrobiną 

zazdrości.   A   kiedy   wspominali   Marję,   używając   bardziej   dosadnych   określeń,   zawsze 

towarzyszył temu serdeczny śmiech i chętnie wznoszono toast za jej zdrowie.

Została   nawet   pewnego   dnia   zaproszona   do   pastorowej,   gdzie   częstowano   ją 

stołecznymi   ciasteczkami,   małymi   czerwonymi   kulkami   z   cukru   zdobionymi   kremem   ze 

background image

śmietany i żółtek. Udało jej się wyprosić przepis, dodała anyżu i cynamonu i piekła teraz 

pyszne ciasteczka, w jej wydaniu dużo smaczniejsze.

- Szalone baby - powtórzył Bendik takim samym ciepłym głosem.

Amelia nie byłaby w stanie powiedzieć dlaczego, ale akurat w momencie, kiedy miała 

poinformować matkę o swoim postanowieniu, głos ją zawiódł i język utkwił za zębami. Co to 

się stało? Marja ma prawo do tych papierów. Jest przecież córką. Ale wtedy... gdyby Maria 

nie   była   taka   smutna,   gdyby   nie   odwróciła   gwałtownie   głowy,   gdy   Amelia   napomknęła 

nieśmiało, że może córka powinna dostać to wszystko... Była przecież dorosła, bardzo dorosła 

i płonęła z ciekawości poznania życia swojej matki. Maria opowiedziała jej wiele, Amelia o 

tym wiedziała. Może wszystko. Może dlatego Marja nigdy nie pytała o te książki.

Amelia nie chciała więc teraz o nich wspominać. Może później. Może kiedy sama 

wszystko przeczyta.

Wtedy będą mogły porozmawiać, uzupełniać się nawzajem, wspólnie wspominać.

Rzeczywiście,   tak   chyba   będzie   najlepiej.   A   jak   będzie   miło!   Jakiegoś   późnego 

wieczoru, kiedy Bendik i dziecko pójdą już spać, a w obejściu zapanuje cisza... wtedy ona 

poprosi Marję do siebie i obie...

Amelia odchrząknęła i powiedziała:

- Mamo, czy mogłabyś zrobić mi ten swój pyszny wieczorny napój? Jestem trochę 

niespokojna, ale bardzo zmęczona. Myślę, że po twoim napoju będę lepiej spać.

- Oczywiście, Amelio! Pamiętaj tylko, żeby nie popijać potem z butelki Bendika, która 

stoi przy łóżku. Mojego napoju lepiej nie mieszać z wódką!

- Dobrze - mruknęła  Amelia  i odwróciła się na krześle. Zdarzało  się, że nogi jej 

drętwiały, a nacisk na dół brzucha codziennie był bardziej wyraźny. Zdarzały jej się skurcze 

mięśni i wtedy ogarniał ją dziwnie nerwowy nastrój.

Okres oczekiwania  miał  się ku końcowi. Wkrótce będzie kwiecień, potem maj. A 

potem już szybko nadejdzie czerwiec. Wtedy czas się dopełni.

Myślała teraz coraz częściej o Helenie, jakie to dla niej musiało być nieznośne, leżeć 

tak   samotnie   w   mrocznym   pokoju,   mając   za   towarzystwo   jedynie   swój   rosnący   brzuch. 

Zajmowali się nią, o, tak. Siadywali u niej wieczorami. Mimo wszystko jednak... Amelia nie 

mogła sobie wyobrazić, jakby zniosła ten czas bez Bendika, do którego mogła się przytulać w 

bezsenne noce, bez matki i córki i bez wszystkich tych znajomych twarzy, które codziennie 

spotykały ją z życzliwymi uśmiechami.

Bez   wszystkich,   którzy   ją   znali   i   wystarczyło   jedno   spojrzenie,   by   wiedzieli   i 

rozumieli.

background image

Przyszła matka z gorącym wywarem, z dużego kubka unosiła się niczym obłok para, 

po pokoju rozszedł się intensywny zapach. Bendik wziął kubek i ostrożnie przykrył denkiem.

- Chodź, położę cię do łóżka. Dziękuję, Marjo. A teraz baw się ze swoimi gośćmi. 

Miło było was odwiedzić.

Kiedy   mieli   wychodzić,   Emmi   przybiegła,   żeby   powiedzieć   im   dobranoc.   Amelia 

uśmiechała   się   blado,   czuła,   że   niezmordowana   aktywność   tej   drobnej   kobiety   czyni   ją 

jeszcze bardziej niezdarną. Emmi była niczym wiatr, nie spoczywała nigdy. Raczej biegała, 

niż chodziła, a może to jej dziwne stroje, pół kobiece, pół męskie, sprawiały to wrażenie 

nieustannego ruchu.

Wiewiórka, pomyślała Amelia z uśmiechem.

Emmi jak wiewiórka cmokała i mlaskała, swoje małe dłonie często trzymała w górze, 

a to chrupała ciastko, a to bawiła się podzwaniającymi ozdobami, których nosiła mnóstwo.

Pożegnali się i z matką, i z wiewiórką, po czym bardzo ostrożnie wyszli w łagodną, 

wczesnowiosenną noc. Śnieg jeszcze leżał, ale w ciągu dnia topniało go coraz więcej na 

polach, zalegał przeważnie w bruzdach, tworząc pasiaste wzory. Dzisiaj księżyc barwił to 

wszystko na srebrno i niebiesko.

- Jaka piękna noc - rzekł Bendik.

Za nimi nagle rozległ się śpiew.

Odwrócili   się,   zdziwieni.   Nasłuchiwali,   ale   nie   mogli   rozróżnić   słów.   Amelia 

potrząsnęła głową.

- Dziwne... można sądzić, że śpiewają psalm. Bendik, nie sądzisz, że oni śpiewają 

psalmy?

Usłyszał w głosie żony tęsknotę, wiedział, że brak szacunku matki  dla Kościoła i 

wszelkiej władzy dręczy Amelię.

- Tak jest - powiedział pewnie. - Rzeczywiście myślę, że śpiewają psalmy. Ci wszyscy 

ludzie... sama  widzisz, że są bardziej  zwyczajni,  niż sądziłaś. Bo widzisz, nawet jeśli są 

przyjaciółmi Marji, to przecież nie ma tak wielu jej podobnych. Większość uważa, że życie 

jest zbyt krótkie, by nie przejmować się wiecznością. A Emmi! Emmi jest przecież córką 

pastora!

Amelia uśmiechnęła się uspokojona. Szła teraz lżejszym krokiem ku Vildegârd.

Ale  Bendik skulił  się w  sobie,  śpiew  brzmiał  mu  w uszach  jeszcze  długo potem. 

Niepokoił go bardziej, niż odważyłby się przyznać.

Johanna   siedziała   przy   ogniu   w   dużej   izbie   chorych,   przytulała   mocno   do   siebie 

Ingalill, jakby dziecko mogło wypaść jej z objęć. Mała bardzo podrosła, ale chyba nigdy nie 

background image

stanie się owym małym, pulchnym cherubinkiem, o jakim Johanna marzyła. Mimo to była 

bardzo ładna. Miała długie paluszki, pociągłą buzię, co dziwne u niemowlęcia. Włoski, takie 

niesforne   i   ciemne   zaraz   po   urodzeniu,   teraz   zmieniały   barwę   na   jaśniejszą,   bardziej 

przypominały   rudawy   puch.   Pewnie   będzie   miała   rudą   czuprynę   swojej   matki.   Johanny 

specjalnie to nie cieszyło. Miała raczej nadzieję, że wyrośnie z niej czarnooka dziewczynka o 

potarganych włosach i ciemnej karnacji.

O karnacji Raviego, bardzo intensywnej, niezwykle czarnej. Dziwne, że rysy Heleny 

nie zostały przytłumione.  Im większe jednak było  dziecko,  tym  trudniej było  dostrzec  w 

maleńkiej buzi podobieństwo do Raviego. Była córką swojej matki. Chociaż Helena o tym nie 

wie.

Johanna z ulgą myślała, że Helena nie widziała dziecka od chwili porodu. I gdyby nie 

choroba, teraz znajdowałaby się już daleko, za siedmioma górami. Ale Helena bardzo powoli 

dochodziła do zdrowia, bywały noce, że wciąż jęczała z bólu. Niezbyt głośno, nie skarżyła 

się,   ale   ukrywała   twarz   w   poduszkę,   która   i   tak   nie   była   w   stanie   stłumić   wszystkich 

odgłosów.

Johannie żal było Heleny.

Już dawno dała jej pieniądze i teraz zaczynała pomału wierzyć, że Helena żyć będzie 

dostatecznie długo, by się nimi nacieszyć.

Z ulgą myślała o tym, że ostrzeżenie się nie spełniło, że przekleństwo Raviego zostało 

przełamane przez niego samego lub przez jej modlitwy.

Mimo to Johanna odczuwała głęboki niepokój, zwłaszcza w wieczory takie jak ten.

Nie mogła się uspokoić. Jej mała izdebka zaciskała się nad nią, ściany zdawały się 

przybliżać, nie była w stanie oddychać. Benjamin, ten słodki chłopczyk, spał teraz spokojnie i 

bezpiecznie.   Nie   obudziła   go   nawet,   kiedy   potknęła   się   i   z   hałasem   przewróciła   stołek, 

próbując po omacku wyjść z pokoju. Natomiast mała Ingalill drgnęła i zaczęła krzyczeć. 

Johanna wzięła ją ze sobą do izby.

Tutaj też wszyscy spali.

Johanna przymknęła oczy i kołysała się wolno, by uspokoić dziecko i siebie również.

W takie noce bardzo wyraźnie widywała twarz Raviego i płakała w milczeniu nad 

wszystkim, co utraciła.

Za   dnia  jednak  znowu  uśmiechała   się  do  rodziców,   a  zwłaszcza  do  ojca,  który  z 

pewnością otrzymywał liczne propozycje od mężczyzn, potrzebujących solidnej żony. Jeden z 

nich chciał nawet wziąć na dodatek dzieci.

Może powinna się na to zgodzić?

background image

Mąż, może jacyś dziadkowie na dożywociu, cała rodzina, którą trzeba się opiekować 

oprócz własnych krewnych. Musi myśleć o przyszłości, nie może dać się zwieść przekonaniu, 

że   sprawy   są   niezmienne.   Wkrótce   rodzice   wyprowadzą   się   do   Meisterplassen.   Pewnie 

zabiorą ze sobą którąś ze służących, może dwie. Marja też ma własne sprawy. Zresztą ona 

najwyraźniej chce już zakończyć pracę, nie okazuje wielkiego zainteresowania ani opiece nad 

chorymi, ani zielnemu ogrodowi.

Zostanę sama, dzwoniło Johannie w uszach.

Czuła, że niepokój wciąż narasta.

Zostanę tutaj sama ze służącymi, z parobkami i dziećmi. To nie byłoby dobrze, nie 

chcę takiego losu. Ale nigdy też nie przeszkadzałabym matce w zrealizowaniu jej marzenia, 

nie zrozumiałaby zresztą tego.

Powoli   kołysanie   uspokajało   ją,   dziecko   już   dawno   zasnęło.   Ona   wciąż   jednak 

siedziała pogrążona w rozmyślaniach.

Muszę sobie znaleźć męża, to on powinien sprowadzić się do mnie. Nie chcę żadnych 

majątków,   nie   chcę   zobowiązań   poza   Vildegârd.   Ale  ludzi   przyjmę   chętnie,   o,   tak,   miłą 

teściową, która potrafiłaby zapomnieć, że dzieci nie są jej wnukami.

Tylko gdzie znaleźć takich? Tutaj we wsi nie znam nikogo, w każdym razie takiego, 

na którego zgodziłby się ojciec...

Przerwała na chwilę.

Uniosła oczy i mrużąc je, wpatrywała się w pogrążoną w mroku izbę.

W przeciwległym kącie spał Markus Markusplassen.

Wdowiec, dwoje dzieci, zadłużony i teraz wynędzniały po chorobie, która omal nie 

odebrała mu życia. Ale jakoś się nie dał, zaczynał wracać do zdrowia i ostatnio rumienił się, 

kiedy Johanna odbywała swój codzienny poranny obchód, żeby sprawdzić, czy chorym się 

poprawia czy nie.

Przyszedł tutaj z dwojgiem swoich dzieci, wszyscy troje chorowali na tę samą zarazę. 

To zresztą dosyć znana choroba, chociaż akurat w ich wsi zdarzała się niezbyt często. Ludzie 

mówią o niej świnka, bo chory puchnie, głównie w okolicach uszu, i rzeczywiście wygląda 

wtedy, jakby miał świńskie policzki. Prawdopodobnie Markus zaraził się w czasie podróży do 

Bergen, gdzie spotykał rybaków i kupców przybyłych z dalekich krajów.

Spuchł cały od tego paskudztwa, najwrażliwsze części jego osoby wyglądały niczym 

nadmuchany świński pęcherz. Dzieci też były opuchnięte, ale przeważnie na buziach. Jedno 

wyglądało niczym śnięta ryba, ale wracały do zdrowia szybciej niż ojciec i teraz czuły się już 

prawie całkiem dobrze.

background image

Markus   nie   miał   do   kogo   ich   odesłać.   Nigdy   o   tym   nie   wspomniał,   ale   Johanna 

wiedziała, że boi się oddać dzieci swojej siostrze. Była bezdzietna. Bardzo dobrze wyszła za 

mąż gdzieś w Marifjora, z największą chęcią wzięłaby maleństwa do siebie. Mówiono jednak, 

że jest bardzo surowa, zarówno jeśli chodzi o katechizm, jak i inne sprawy, chętnie używa 

brzozowej rózgi. A Markus był człowiekiem łagodnego usposobienia, który nie uderzyłby 

konia nawet, gdyby go złapał na polu kapusty.

Johanna siedziała pogrążona w myślach.

Raz po raz jej wzrok wędrował w stronę chorego mężczyzny. Uświadomiła sobie, że 

nie jest w stanie wywołać w pamięci jego rysów, żeby nie wiem jak próbowała. To dziwne, 

bo przecież widywała go i rozmawiała z nim w młodości, kiedy spotykali się we wsi, no i 

teraz w ciągu tych ośmiu dni jego pobytu w szpitaliku.

Odetchnęła ciężko.

Nie ma pośpiechu.

Najpierw   trzeba   wyprawić   Helenę   z   domu.   Bo   to   jej   obecność   najbardziej   ze 

wszystkiego  dręczy Johannę. I już nie dlatego,  że była  związana  z Ravim.  Nie, Johanna 

bardzo starannie badała swoje uczucia, ale nie znalazła tam nawet śladu trującej zazdrości.

Chodzi o dziecko. Dziecko, które zaczyna mieć rude włoski.

Johanna była przekonana, że gdyby Helena zobaczyła córeczkę, nigdy by już jej nie 

oddała. Nawet za skrzynię złotych talarów.

Z niechęcią musiała przyznać, że ta myśl budzi w niej szacunek dla Heleny, o który by 

siebie nie posądzała.

Ostrożnie podniosła się z miejsca. Wróciła do swej izby i położyła dziecko w kołysce. 

Wieczorem   Amelia   wyglądała   na   rozczarowaną,   kiedy   Johanna   nie   pozwoliła   jej   wziąć 

Ingalill do sypialni. Ale przecież ona także potrzebuje nieprzerwanego snu, więc Johanna 

postanowiła tym razem zostawić dziecko przy sobie na całą noc. Teraz znowu bezszelestnie 

przeszła   przez   izbę   chorych,   przez   izdebkę   na   tyłach   szpitalika,   do   zasłony,   za   którą 

znajdowało się posłanie Heleny.

- Nie śpisz, Heleno?

Zza zasłony nie dochodził żaden dźwięk. Johanna nasłuchiwała, po chwili coś tam 

skrzypnęło. Zesztywniała, słuchała długo. Czy to jakaś postać nie przemyka się koło dużej 

szafy przy kuchennych drzwiach?

Nie,   żadnych   kroków.   Johanna   przeżegnała   się.   Wtedy   zza   zasłony   rozległa   się 

odpowiedź:

- Nie, nie śpię! Przychodzisz nocą jak złodziej, Johanno. Czego chcesz?

background image

Johanna  rozsunęła  leciutko  zasłonę,  zrobiła  szparę  wystarczająco  dużą,  by  światło 

świecy, którą trzymała w ręce padło na twarz Heleny.

- Musimy porozmawiać. Poważnie.

- O, nie, co to znowu? Do cholery, nie mam siły...

-   Milcz   teraz   i   słuchaj.   Helena   patrzyła   na   nią,   zmrużyła   oczy,   ukrywając   za 

powiekami trujące zielone spojrzenie.

- Jak ty się czujesz, Heleno? Wyglądasz dużo lepiej.

- Leżę tu bez przerwy. Po nocach prawie nie śpię, za to drzemię przez cały dzień. Nogi 

mam jak nowo narodzone cielę! Jestem śmiertelnie chora i ty o tym wiesz!

Johanna westchnęła.

-   Nie   umrzesz,   Heleno.   Ale   to   prawda,   nogi   zwiędną   ci   zupełnie,   jeśli   zaraz   nie 

zaczniesz wstawać. I nie podoba mi się kolor twojej gęby. Potrzebujesz świeżego powietrza. 

Słońca! Kiedy to po raz ostatni widziałaś słońce, Heleno?

-   Piętnaście   lat   temu   -   syknęła   Helena   z   wściekłością.   Johanna   poczuła,   że   ją   to 

ożywia,  że tak naprawdę lubi napięcie,  które zawsze między nimi  było.  Ze godzi się na 

wymianę drobnych złośliwości, które niezmiennie pojawiają się w ich rozmowach.

- Jesteś dorosłą kobietą. Nie możesz się zachowywać jak trzyletnie dziecko. Masz całe 

życie przed sobą i wiele rzeczy, z których mogłabyś się cieszyć. Czas zacząć żyć.

-   Oczywiście.   Daj   mi   tylko   jednego   z   tych   swoich   czarodziejskich   napojów,   to 

wyskoczę z tej trumny i będę tańczyć przed tobą na stole!

- Naprawdę chciałabyś  wstać, Heleno? - Słowa Johanny były twarde niczym szare 

kamienie.   -   Bo   musisz   wiedzieć,   że   zaczynam   coś   podejrzewać.   Zaczynam   myśleć,   że 

postanowiłaś zostać tu na dłużej, niż musisz. Badałam cię wczoraj. Myślisz może, że tego nie 

widzę,   ale   zwróciłam   uwagę,   że   twoje   nogi   są   silniejsze.   Odzyskujesz   powoli   mięśnie. 

Mogłabyś zacząć chodzić, gdybyś chciała!

- Co, do diabła...

Johanna energicznie odsunęła na bok zasłonę, postawiła świecę na stole. Dłonie oparła 

na biodrach.

- Wstawaj, do czarta! Chcę zobaczyć, jak chodzisz, Heleno!

- Ech, wynoś się stąd, ty czarownico! Nie stój tu i nie rządź mną, jakbym była twoim 

mężem, albo co! Jestem chora, dobrze o tym wiesz! Gdybym mogła chociaż dojść do drzwi, 

to czy myślisz, że leżałabym tu? W odorze twojego cholernego bogactwa? Myślisz, że to miło 

tak leżeć, wiedząc, że paskudzę własnymi odchodami twoją piękną pościel?

Johanna   walczyła   ze   śmiechem.   Ledwo   udało   jej   się   zachować   maskę   surowości. 

background image

Zrobiła krok naprzód, szarpnęła Helenę za ramię.

- Wstawaj! Wstawaj i chodź! Podniosę cię jeszcze dzisiejszej nocy, żebym cię miała 

dźgać jak świnię prowadzoną na rzeź!

Helena   zaczęła   wściekle   warczeć,   nie   miała   odwagi   krzyczeć   na   całe   gardło, 

porykiwała jedynie niczym rozzłoszczona krowa i wbijała palce w krawędź łóżka. Johanna 

śmiała się, szczypała przelewające się mięśnie na barkach Heleny.

-   Mam   rację,   jestem   tego   pewna!   Jesteś   tchórzem,   Heleno,   boisz   się!   Ale   teraz 

wstaniesz i zaczniesz żyć, choćbym miała cię stąd wykopać...

Helena opadła na poduszki, przestała kląć, otworzyła szeroko oczy.

- No dobra, dobra! Spróbuję wstać. Ale niech mnie diabli porwą, jeśli przyjmę twoje 

warunki. Potrzebuję czasu. Nie odejdę stąd, dopóki nie będę w stanie o siebie zadbać! Ty nie 

wiesz, co kobieta mojego pochodzenia musi znosić. Nie wiesz, że muszę mieć cholernie dużo 

siły, żeby walczyć ze wszystkim, co mnie czeka na zewnątrz!

Johanna również złagodniała. Osiągnęła to, co chciała. Helena mówiła teraz szczerze. 

Jeśli   Johanna   będzie   wystarczająco   ostrożna,   to   może   ta   dziwna   kobieta   zechce   jej   się 

zwierzyć, pozwoli sobie pomóc w walce ze strachem.

- Wiem, że mnie nienawidzisz. No trudno. Ale nie rozumiem...

- Wcale cię nie nienawidzę, Heleno. Chociaż nie bardzo cię lubię.

- Bo sprawiam, że zaczynasz się trząść niczym osikowy liść, nie? Łamiesz sobie głowę 

i zastanawiasz się, czy ja podniecałam go bardziej czy ty, no nie? O to właśnie chodzi, moja 

piękna pani, o to chodzi, że nigdy się nie dowiesz, którą z nas on zdradził bardziej, prawda? 

Od której odjechał, za którą bardziej tęskni?

Johanna poczuła, że zalewa ją fala gwałtownej złości. Zdołała jednak odpowiedzieć 

spokojnym głosem:

- Ravi był  moim mężem. To mnie kochał. Helena zaśmiała się gardłowo i okryła 

szczelniej kołdrą.

- No jasne, tak. Ale wiesz równie dobrze jak ja, że nie potrafił wybrać między nami. 

To dlatego odszedł, prawda?

Przed oczyma  Johanny migotały małe  czerwone punkciki. Usłyszała  swój własny, 

bardzo opanowany głos:

- Tak właśnie było, Heleno.

Nic innego nie mogła powiedzieć, ba, nic innego nie była w stanie pomyśleć. Mimo 

wszystko jednak taka myśl tkwiła gdzieś w jej głowie niczym mały pajączek i plotła sieć, w 

którą wpadły obie, i ona, i Helena.

background image

On odszedł,  ponieważ  dokonał  wyboru. Wybrał  mnie, ale  nie był  w stanie w tym 

wytrwać. Więc zesłał na ciebie śmierć Heleno. Zostałaś skazana na śmierć przez tego, o 

którym  myślisz, że cię  tak  kochał.  Jedynego,  który żywił  dla ciebie  jakieś  uczucie,  mogę  

przysiąc.

Nie chcesz znieść prawdy, Heleno, nawet ty nie potrafisz  tego znieść. Biały  krzyż 

widziałam tylko ja. Bo tylko ja mogłam to zrozumieć. Uratowałam ci życie, Heleno. Nie przed  

chorobą ani przed wrogami, lecz przed przekleństwem Raviego. Nigdy się o tym nie dowiesz, 

ale może twoja córka przeczyta o tym kiedyś, kiedy nadejdzie moja kolej, by przekazać jej 

pamiętniki.

Wolno uniosła znowu świecę, nie spuszczała jednak wzroku z Heleny. Ta musiała 

wyczuć coś niezwykłego w spojrzeniu Johanny, bo milczała i wciąż mrugała powiekami.

- Musisz stąd odejść, Heleno. Dla dobra nas obu.

- Tak - burknęła rudowłosa spod kołdry.  Ale ręce skrzyżowała  na piersi. Nocami 

czuła, że sutki boleśnie się napinają.

Następnej nocy Amelia przyszła dokładnie w godzinie, kiedy ranek zaczyna walczyć o 

swoje prawa, a ludzie pogrążeni są w najgłębszym śnie. Niewielka postać, otulona wielkim 

szydełkowym szalem z grubej wełny. Szurała domowymi pantoflami po podłodze, ale nie 

robiła hałasu.

Helena nie spała, czekała.

Delikatny, słodkawy zapach niemowlęcia mieszał się z zapachem jej ciała. Położyła 

maleńką pod kołdrą i próbowała spokojnie przyglądać się, jak różowe usteczka chwytają jej 

pierś. Amelia śledziła ją wzrokiem. Czasami, kiedy Amelia siedziała w ciemnym kącie w 

nogach jej łóżka, Helena słyszała, że tamta się modli. Trudno było rozróżnić słowa, ale szmer 

jej   warg,   wypowiadających   ciche   prośby,   Helenie   wystarczył.   Właściwie   powinno   ją   to 

złościć, i pewnie tak by było, gdyby miała pewność, że modlitwy Amelii dotyczą jej. Wtedy 

by protestowała. Helena odsuwała od siebie Boga, tego brodatego starca obdarzonego wielką 

siłą, od którego tyle wycierpiała.

Ale Amelia nigdy się nie narzucała.

Dzisiejszej nocy słowa płynęły cicho w mrocznej izbie i Helena słyszała, że Amelia 

modli się o wybaczenie swoich grzechów.

- A co ty takiego zrobiłaś? - zapytała szeptem. Westchnienie. Ciężkie ciało Amelii 

sprawiało, że przy każdym jej ruchu wyplatane krzesło lekko trzeszczało.

- Nie wiem, Heleno, czy postępuję słusznie. Nie mogłabym jednak żyć z myślą, że nie 

pozwolono   ci   zobaczyć   własnego   dziecka...   Bo   przecież   ona   jest   twoja.   Możesz   jeszcze 

background image

wszystko zmienić...

- Johanna by mnie zamordowała.

- Wcale tak nie myślę. Johanna... ona zrobiła dobry uczynek, chciała pomóc i tobie, i 

małej. Przecież sama mówiłaś, że nie chcesz żadnego dziecka.

- I nadal nie chcę! - rzekła Helena ostro. Amelia drgnęła, ktoś może się obudzić.

- Ale powiadasz, że czekasz na nią, chciałaś, żebym ci ją przynosiła...

- Tak, tak, tak! Każdy idiota w końcu wie, że niemowlę musi mieć mleko własnej 

matki. I tylko dlatego! Bo jeśli dziecko umrze, to może Johanna pożałuje swojej rozrzutności!

- Sama nie wierzysz w to co mówisz - szepnęła Amelia.

Niemowlę mlaskało cichutko, po chwili z lekkim czknięciem odwróciło główkę od 

piersi matki.

- Heleno, czas ucieka. Jesteś coraz zdrowsza, długo już nie będziesz mogła udawać. 

Wiem, że masz coraz więcej pokarmu w piersiach. Wkrótce Johanna się...

- Ona tu wczoraj była. Powiedziała, że muszę się jak najszybciej stąd wynieść.

-   Hmmm...   ona   ma   rację.   Musisz   iść.   Ale   zastanów   się   dobrze   jeszcze   raz:   jeśli 

zechcesz zabrać Ingalill, to masz do tego prawo. A pieniądze Johannie oddam ja.

Cisza ogarniała obie kobiety podobnie jak chłód wydobywający się spod łóżka. Głos 

Heleny był niczym lód.

-   Ty   oszalałaś!   Amelia   wstała   nieoczekiwanie   gwałtownie,   chwyciła   zasypiające 

dziecko, wyrwała je z objęć matki.

- Przemyśl to. Dziś w nocy. Ja tu już więcej nie przyjdę, ty niewdzięcznico! Jeśli 

chcesz zabrać Ingalill, to ją dostaniesz. Pieniądze są darem ode mnie, a jedyne, co musisz 

zrobić, to zapewnić mnie, że wykorzystasz je na coś, co stworzy małej dostatnie życie. Kup 

sobie gospodarstwo! Znajdź porządnego męża! I żyj jak dorosły człowiek!

Ta  wysyczana  przez  zęby tyrada  napełniła  Helenę  większym  wstydem  niż tysiące 

przekleństw. Naciągnęła kołdrę na obnażone piersi, czuła pieczenie w oczach. Dawne złe 

myśli  zostały jakby spłukane przez  słowa Amelii,  nie czuła już tej  siły,  która zazwyczaj 

pojawiała gdzieś się pod sercem i przemieniała w twardą niczym kamień gorzką odwagę.

Oni nie chcą jej tu dłużej widzieć.

Po tygodniach i miesiącach spędzonych w tym pokoju, który nazywała więzieniem, 

Helena   musiała   przyznać,   że  właściwie   to  nigdy  nie  chciała   stąd  odejść.   Świat   jest   zbyt 

surowy. Zbyt niesprawiedliwy i niebezpieczny. Helena ma krewnych, nawet niektórych z nich 

widziała tam, w tej dolinie za górami. Ale oni jej nie znają. Nigdy by nie pozwolili komuś 

takiemu wejść do rodziny. Jest przecież córką morderczyni, jej obecność nie oznacza niczego 

background image

dobrego.

Tutaj natomiast była Heleną. I cokolwiek ci ludzie mówili, to jednak czuli się za nią 

odpowiedzialni. Oni są jak dzieci. Kiedy jakiś ptak uderzył o piękną szybę w tym domu, to 

Amelia złożyła mu złamane skrzydło, usztywniła drzazgami i końskim włosiem.

Helena przesłoniła twarz rękami, tarła oczy zaczerwienione i obolałe, mimo to nie 

zdołała powstrzymać łez, które ją dławiły.

Z dworu dochodziło rzeczywiście delikatne kwilenie.

Wkrótce będzie ranek.

Wkrótce nadejdzie wiosna.

background image

ROZDZIAŁ VI

Trzy dni po zakończeniu sianokosów

- Co ona robi? Bendik miał poszarzałą, zmęczoną twarz. Sianokosy dobiegły końca, 

on sam też brał w nich udział. Teraz jednak konie zostały wyprzężone, orczyki  leżały w 

stodole, a pługi powieszono na płocie w oczekiwaniu kowala.

-   Czyta,   przez   cały   czas   czyta.   Prawie   nie   sypia.   Johanna   zachodziła   do   niej 

kilkakrotnie, ale jej też jest ciężko, z chorym Benjaminem i wszystkimi sprawami na głowie. 

Marjo, musisz z nią porozmawiać. Ona nie chce opowiedzieć nic o tym, co czyta... Powiada, 

że nie ma czasu, że będę mógł sam się dowiedzieć...

Ręce Marji leżały złożone na brzuchu, ale zaciśnięte wargi wymawiały ciche słowa, 

które wcale nie były pacierzem.

- To dziecko... muszę powiedzieć, że mnie bardzo martwi. Amelia jest marzycielką, 

pod   wieloma   względami   jest   dzieckiem.   Tak   łatwo   pogrąża   się   w   różnych   spekulacjach, 

dobrze o tym wiesz, Bendiku. Jej serce przepełniają uczucia. Boję się, że moja matka miała 

powody, by prosić, żeby te książki czekały, aż Amelia będzie naprawdę szczęśliwa.

Teraz Bendik się uśmiechnął.

- Ale ona jest! Jest szczęśliwa, wprost nie posiada się ze szczęścia. Ma w oczach to 

światło... Jakby w jej głębi żarzył się ogień. Stare zapiski twojej matki... ona coś w nich 

znajduje. Myślę, że szukała tego długo, ale...

- Ona jak zwykle przesadza. Mój Boże, to przecież mnóstwo książek!

- Siedem. Pierwszą połknęła w ciągu jednej nocy. Tę w czerwonych okładkach. Twoja 

matka robiła w niej zapiski aż do twojego urodzenia.

Marja skrzywiła się odrobinę, ręce jej drżały, kiedy zapalała swoją fajkę.

- Ach, tak? Jest tam coś specjalnego...? Bendik zarumienił się.

- Ja nie wiem za dużo... Myślę, że sama będziesz mogła to przeczytać, ty także...

Teraz Marja połknęła tak dużo dymu, że oczy zaszły jej łzami.

- Matka dała te notatki Amelii. Nie mnie. Myślę... że to chyba była mądra decyzja. 

Bendik, później o tym porozmawiamy... ale moje rzeczy powinna dostać Johanna.

Wyczuwało się w tych słowach cichy żal. Bendik wstał z obitej pluszem kanapki i 

strzepnął   ze   spodni   okruchy   chleba.   Marja   zaproponowała   mu   jeszcze   jedną   szklankę 

słodzonego brzozowego wina, ale odmówił.

- Więc porozmawiasz z nią? Boję się, że ona się zamęcza. Już od dawna mruży oczy, 

przystawia krzesło do okna, żeby móc dłużej czytać wieczorami... Przy okazji zaziębiła się.

background image

Marja odłożyła fajkę, pomachała ręką.

- Przyjdę do was. Ale bardzo bym się zdziwiła, gdyby mnie posłuchała.

Bendik uściskał ją z uśmiechem.

- Ona cię naprawdę bardzo kocha, mamo. Wiesz o tym.

Marja głęboko wciągnęła dym i bez słowa odwzajemniła zięciowi uścisk.

Ładne pismo tańczyło jej przed oczyma, ale nie mogła przestać. Bendik już dawno 

spal, z dołu też nie docierały żadne dźwięki.

Nawet   ze   szpitalika,   gdzie   leżało   ośmioro   chorych   na   płuca   i   dziewczyna,   której 

spłoszony   koń   zmiażdżył   na   łące   nogę.   Nie   słychać   było   nawet   popłakiwań   małego 

Benjamina, który w ostatnich dniach dostał okropnego kaszlu przerażającego całą rodzinę. 

Któregoś ranka miał krwotok z nosa, nie można było tego zatrzymać przez półtorej doby. 

Kiedy   w   końcu   krew   przestała   cieknąć,   dziecko   było   sine   i   wyczerpane.   Obawiali   się 

najgorszego, ale jakoś do tego nie doszło. Małemu ani nie było lepiej, ani gorzej, chociaż, 

odkąd zaczęli go wynosić na słońce, nabrał zdrowszych kolorów i jadł trochę więcej.

Ingalill spała. Helena spala. Prosiła o więcej czasu i Amelia nie mogła jej odmówić. 

Johanna na pewno podejrzewała, że te wszystkie  dolegliwości  Heleny,  o których  Amelia 

opowiada,   są   mocno   przesadzone,   ale   najwyraźniej   się   tym   nie   przejmowała.   Czuła   się 

widocznie bezpieczna, bo za dnia Ingalill leżała w kuchni albo opiekowały się nią służące, 

czasami również Johanna zabierała ją ze sobą na swoje wyprawy do wsi. I nie miała powodu 

wątpić,   że   Helena   nie   widziała   dziewczynki   od   dnia   porodu.   Była   więc   spokojna,   bez 

problemów wchodziła w rolę matki, a Benjamin nauczył się już w swoim języku wymawiać 

imię siostrzyczki.

Życie nie pozbawione było zmartwień, ale też kłopoty nie wydawały się niemożliwe 

do rozwiązania. Amelia coraz częściej zamykała się w swoim pokoju, w każdej wolnej chwili 

zasiadała w głębokim fotelu i otwierała księgi babki.

Historia   pochłaniała   ją   bez   reszty,   z   każdym   słowem,   które   wchłaniała,   czuła,   że 

zapuszcza w przeszłości coraz silniejsze korzenie. Dotychczas nie wiedziała nic o tej pustej 

przestrzeni,   która  teraz  wypełniała  się  kropla  po  kropli.  Księgi  Marii   były  nieocenionym 

źródłem, rzeką, łączącą te dwie istoty, które ledwo zdążyły się poznać. Zdawało jej się, że 

znowu słyszy głos Marii, kiedy słowa zapisane na żółtych stronicach ksiąg wpływały do jej 

serca, nie zawsze, jak jej się zdawało, korzystając z pośrednictwa oczu. Widziała to wszystko 

w wyobraźni, czuła zapachy, czuła obce smaki, które dawno temu pojawiały się na wargach 

babki.

Zdarzyło się kilkakrotnie, że Amelia zasnęła nad książkami z głową opartą o framugę 

background image

okna,   z   niewygodnie   wykrzywionym   karkiem   i   książką   opartą   o   brzuch,   w   którym 

spoczywało nowe życie niczym nie zapisana karta.

Zdarzało się, że przeczytane opowieści towarzyszyły jej we śnie, odzwierciedlały się 

w marzeniach, historie zyskiwały nowe barwy i przeradzały się w prawdziwą, niefałszowaną 

rzeczywistość.

Trudno wprost opisać, co czułam, kiedy znowu zobaczyłam Adriana. Kristina poznała 

go   natychmiast   i   rzuciła   mu   się   w   ramiona,   bo   przecież   to   jeszcze   dziecko.   Randar   go  

przyprowadził, jego kochana twarz była bardzo tajemnicza, kiedy wsunął głowę do mnie do 

izby chorych w niedzielę późnym wieczorem i zapytał, czy mam w garnkach coś do jedzenia  

dla rzadkiego gościa. Nie mógł długo zachować tajemnicy, wyciągnął do mnie ręce i zawołał:  

Adrian   wrócił!   Och,  dobry   Boże,  nie   wierzyłam,   że  dożyję   tego   dnia.  Tyle   było   różnych  

pogłosek, dwa lata temu słyszeliśmy, że ożenił się z jakąś hrabiną, wdową. Kristina była  

później przez wiele tygodni milcząca i smutna, ale kiedy jak co roku skrzynia z Kopenhagi 

dotarła do niej, odzyskała radość. Zapewniałam ją raz po raz, że on nie zapomni o swojej  

najstarszej córce, niezależnie od tego ile żon i dzieci będzie jeszcze miał.

No   i   oto   jest   teraz   tutaj.   Przyjechał   z   niewiarygodną,   niepojętą   i   absolutnie 

niemożliwą   wiadomością:   mamy   wyjechać   ze   Skjcervcer.   Dosłownie   płonę   z   radości   i 

zarazem ze strachu. Bo nawet jeśli to tutaj można nazwać przedsionkiem piekła, to zdołaliśmy  

utrzymać się przy życiu i wielu innych wraz z nami. Mamy ogródki, mamy ciepłe ubrania i 

lepsze domy. Teraz żyjemy nie gorzej niż większość ludzi, chociaż łańcuchy są równie ciężkie  

jak dawniej.

I   oto   musimy   jechać   tak   daleko.   Najświętsza   Panienko,   nie   potrafię   sobie   tego  

wyobrazić. Wydaje mi się, że jestem już za stara, by ponownie wyrywano mnie z korzeniami.  

A może ja już w ogóle nie mam żadnych korzeni? Randar się cieszy, on jest jak dziecko. On  

także. Mówi, że to otwarcie drzwi.

Z pewnością, ale do czego? Są to raczej drzwi do pieca, za którymi żarzy się ogień, niż 

brama do raju. Tak się boję. Ale oczywiście wyjeżdżamy. Oczywiście ja będę mu towarzyszyć.  

I chociaż Adrian nie mówi zbyt wiele, to przecież może się zdarzyć, że pewnego dnia Bóg 

doprowadzi nas do domu. Ale tylko On wie, że musimy pokonać straszliwie długą drogę...

Maria stwierdziła, że statek trzęsie i skacze na falach niczym trumna na zniszczonej 

furce. To porównanie wywołało w niej skurcz strachu, kręciło się jej w głowie, przywierała 

do ściany statku i po omacku szukała ręki męża. Randar spał. Odnalazła jednak jego szorstkie 

palce, gładziła blizny po odciętej części dłoni. Uspokoiła się trochę, czując pulsowanie krwi 

na jego nadgarstku. Odgłos oddechu śpiącego docierał do niej teraz wyraźniej. Przytuliła się 

background image

do   jego   boku.   Próbowała   odetchnąć   głęboko.   Ale   powietrze   w   małym   pomieszczeniu 

cuchnęło bardziej niż zazwyczaj, ludzie wokół pochylali się nad wiadrami, wstrząsani raz po 

raz powracającymi wymiotami, albo ze świstem starali się wciągnąć odrobinę powietrza.

Jeśli to potrwa dłużej, pomrzemy wszyscy co do jednego.

Ani   przez   chwilę   w   to   nie   wątpiła.   I   jeśli   oni   na   drugim   pokładzie   tak   strasznie 

cierpieli, to jak można wytrzymać na samym dnie, w ładowniach statku? A tam ludzie byli 

stłoczeni na znacznie mniejszej powierzchni niż bydlęta w Meisterplassen. Były ich tuziny, 

obdartych, trawionych morską chorobą. Śmierć byłaby dla nich wyzwoleniem, może byłaby 

odpowiedzią   na   ich   modlitwy,   gdyby   ów   straszny   sztorm   pochwycił   ich   statek   i   posłał 

wszystkich w morską głębinę.

Usłyszała   z   góry   jakieś   wołanie,   cieniutkie   krótkie   okrzyki,   docierające   do   niej 

poprzez   zawodzenie   wichru   i   straszny   łoskot   za   każdym   razem,   kiedy   na   statek   spadała 

kolejna wzburzona fala. Słyszała trzask łamanego drewna i zacisnęła oczy.

Czy woda będzie bardzo zimna? Czy wypełni usta i płuca, zanim ogarnie ją panika, 

czy zostanie brutalnie zadławiona słoną wodą? A może wszyscy będą pływać w morzu, a fale 

nie będą już zagrożeniem jak dla zamkniętych na ciasnych pokładach?

Maria   przymknęła   oczy.   Mdłości   też   przychodziły   falami,   znowu   wczepiły   ostre 

pazury w jej żołądek, między jednym a drugim atakiem jednak próbowała trochę odpocząć z 

nosem   wtulonym   w   kurtkę   Randara.   Kurtka   pachniała   ostro   wielotygodniowym   potem, 

swądem tranu, na którym smażyli jedzenie na górnym pokładzie oraz bliskością innych ludzi. 

Najbardziej jednak pachniała nim. Maria wczepiła się w śpiącego męża, gdy potężna fala 

szarpnęła statkiem, uniosła go w górę, jakby nic nie ważył, i ponownie cisnęła na wodę z 

wielką siłą.

Maria poczuła gwałtowny ból w biodrze, a Randar obudził się z krzykiem.

Wpatrywała się w ciemność tam, gdzie wiedziała, że znajdują się jego oczy.

- Pilnuj mnie - jęknęła bezradnie. Objął ją mocno ramionami.

- Ty mnie też pilnuj. Odpiął swój pas gruby zrobiony z elastycznej foczej skóry i 

owiązał mocno ich oboje. Koniec przymocował do masztu, przechodzącego od dna statku 

przez wszystkie pokłady.

Maria dygotała, bolało ją całe ciało. Wkrótce z pewnością to się skończy. I jeśli kiedyś 

ktoś ich znajdzie, to może odkryje dwoje związanych razem, nierozłącznych nawet w chwili 

śmierci.

Ta ponura myśl przyniosła jednak pociechę.

Randar uniósł rękę, coś dotknęło jej warg. Woda! Piła ze starej butelki, zrobionej z 

background image

wysuszonego   pęcherza   oplecionego   jałowcowymi   gałązkami.   Randar   skonstruował   to 

naczynie w ciągu jednego z licznych bardzo długich letnich wieczorów na ich wyspie.

Nigdy nie myślała, że to możliwe, ale w tej godzinie Maria błagała swego Boga, by 

wolność pozostała jedynie złym snem.

Z Kopenhagi  do Saint Thomas,  należącej  do Danii  wyspy w  Indiach Zachodnich, 

czyli, inaczej mówiąc, na Morzu Karaibskim, można dopłynąć w ciągu pięciu tygodni, jeśli 

pogoda jest dobra i wszystkie moce wspierają podróżujących.

Przypominała sobie jak przez mgłę, że Adrian coś takiego mówił, wspominał o tym 

wśród informacji, jakie im z zapałem przekazywał o życiu w tym słonecznym kraju. Sam tam 

kiedyś był i mieszkał w wielkim majątku, do którego teraz zmierzali. Przyrodnie rodzeństwo 

jego matki prowadziło tam plantacje, majątek leżał zaledwie pół godziny marszu od portu i 

czerwonej fortecy.  Nazywał się Brzozowy Zagajnik, tak znajomo i przytulnie. Widocznie 

rosły tam brzozy, podobno sam Hans Friederick Wendel je zasadził.

Pięć tygodni. Jak to krótko, myślała wtedy Maria. Pięć tygodni na statku, mając wiatr 

w twarz i wolność buzującą w sercu, to można przeżyć jak rozkoszny sen.

Ale wczoraj kapitan odprawił siódmą mszę, a będzie ich z pewnością jeszcze wiele, 

jeśli wiatry się nie zmienią. Po wielkim sztormie morze zastygło w bezruchu i już szesnasty 

dzień kołysali się na martwej fali. Czasami jakaś odbita fala poruszyła niemrawo statkiem, 

zdarzało się, że irytująco słaby powiew  wiatru dmuchnął we flagę. Marynarze  spoglądali 

wtedy spod szerokich kapeluszy, mięśnie napinały się, by chwycić za liny, wkrótce jednak 

wszystko   się   uspokajało   i   to   samo   palące   słońce   niezmordowanie   lalo   na   nich   żar   z 

czyściutkiego nieba.

- Przy dobrym wietrze potrzebujemy jakichś ośmiu dni - powiedział kapitan.

Następnego ranka znowu cztery ciała owinięto w nasączone oliwą płótno. Brak wody 

powalał najpierw najstarszych oraz tych, którzy chorowali, gdy zabierano ich z więziennych 

piwnic i domów kaźni, z królewskich przędzalni i innych zakładów.

Maria przestała liczyć dni. Ledwie rejestrowała piekące słońce, które przesyłało im 

przez żelazną kratę ostre promienie. Ładownie na dzień zamykano, chociaż to sprawiało, że 

powietrze   w   środku   stawało   się   jeszcze   gęstsze,   jednak   drzwi   chroniły   ich   trochę   przed 

gorącem.

Nocami robiło się nieco chłodniej, wtedy wilgoć z tuzina oddychających i oddających 

mocz ludzi skraplała się na ścianach statku, na ubraniach, we włosach i na skórze. Ludzie 

zlizywali ją, dopóki języki nie zaczęły krwawić, poranione szorstkim drewnem.

Tylko  w ciemności, późną nocą, mogli ostrożnie wyjąć korek z butelki Randara i 

background image

potajemnie przełknąć odrobinę wody. Nie było jej już wiele, ale Kristina może im przecież 

pomóc. Maria nie chciała, żeby było inaczej, to słuszne, że córka Adriana dostała miejsce w 

jednej z tych małych kajutek w tylnej części górnego pokładu. Tam, gdzie kapitan i trzej jego 

najbardziej   zaufani   ludzie   mieli   własne   koje,   uprzątnięto   trochę   miejsca   dla   młodej 

szlachcianki, która jechała do krewnych na Saint Thomas. Kapitan miał przy sobie również 

własną córkę, pozbawioną matki młodą kobietę, która odnalazła powołanie na tej obcej ziemi, 

gdzie   kobiety   pracujące   na   wielkich   plantacjach   potrzebują   zdolnej   opiekunki   ze   starego 

kraju. Kogoś, kto potrafi opiekować się dziećmi i wychowywać je w moralnych zasadach. Po 

dziesięciu   latach   spędzonych   w   klasztornej   szkole   w   Niemczech   córka   kapitana   była 

przygotowana do tego. Kristinę przyjęła bardzo dobrze od pierwszej chwili, jakby chciała 

sprawdzić swoje umiejętności, zanim zacznie się prawdziwa próba.

Ale służący Kristiny byli ludźmi tego samego rodzaju co inni przestępcy stłoczeni na 

dole   w   brzuchu   statku,   musieli   podróżować   jak   ludzie,   jakimi   w   istocie   są:   czyli   jak 

wyrzutkowie, bezbożni złodzieje i mordercy, którzy dzięki łasce Boga i króla otrzymali w 

życiu jeszcze jedną szansę - jako biali niewolnicy na niewolniczych wyspach.

Żeby tylko dotarli do celu...

Sztorm ustał, wiatr ich zawiódł. Nie pomógł im deszcz, nawet najmniejszy obłok nie 

przyszedł im z odsieczą, by choć na moment przysłonić palące słońce.

Randar nie mówił wiele, ale Maria zauważyła, że często wyjmował nóż, by rzeźbić 

piękne kwiaty na kawałku twardego drewna z beczki. Kwiaty, ptaki. I znaki ich obojga.

Myślała sobie: nie jest to wprawdzie krzyż, ale też i nie potrzebujemy krzyża w tym 

mokrym   grobie.   To   znak   ku   pamięci,   pięknie   rzeźbiony   kawałek   drewna,   który   może 

uradować jedną czy drugą rybę...

Suchy   śmiech,   który   towarzyszył   takim   myślom,   brzmiał   dziwnie   gardłowo,   a   na 

wargach pojawiały się małe, bolesne pęknięcia. Zlizała krew i pogładziła delikatnie męża po 

dłoniach. Nóż lśnił stalowo w strumieniu światła z góry.

Napotkała spojrzenie oczu Randara, były ciemne i szeroko otwarte pod krzaczastymi 

brwiami. Goli! się starannie za każdym razem, kiedy dzwon okrętowy wzywał na mszę, ale 

był tak brudny od kopcących lamp i wszelkiego pyłu, że twarz sprawiała wrażenie czarnej 

maski.

Widywała go takim już przedtem, znała go dobrze. To jednak lepsze niż kaptur kata. 

Umierać  jest mimo   wszystko  lepiej,  niż  mordować,  myślała   Maria.  Ale  Randar  odgarnął 

nożem wiórki, a potem siedział i długo, bardzo długo patrzył gdzieś ponad nim. Oczy mu 

lśniły, po chwili zacisnął je mocno, a ręce nagle zaczęły drżeć. Bardzo chciałaby zapytać, o 

background image

czym myśli. Wiedziała jednak, że jeśli pytanie zostanie postawione, to odpowiedź przeleci 

między jego palcami niczym piasek i być może przepadnie na zawsze.

Czekała, uśmiechała się do niego oczami, ustami nie mogła, bo nie chciała znowu 

rozrywać ran na wargach.

Pewna   stara   kobieta,   która   znalazła   sobie   miejsce   w   kącie   obok   nich,   kaszlała 

strasznie. Z całych sił zaciskała ręce na ciężkim worku, który ze sobą wszędzie dźwigała. Był 

po   brzegi   wypełniony   solą,   Maria   wiedziała   o   tym.   Szarą,   grubą,   ciężką   solą.   To   całe 

bogactwo baba wlokła za sobą w nowe życie,  żadnych  dodatkowych  ubrań, ani kawałka 

chleba, tylko ta sól. Zwierzyła się Marii już pierwszej nocy na statku, że przez wszystkie lata 

spędzone w zamknięciu w królewskiej przędzalni najbardziej tęskniła za solą. Sól uczyniłaby 

cienki kapuśniak jadalnym. Sól zabiłaby robaki, których tyle było w kaszy, i może chroniła 

ich   przed   biegunką,   na   którą   wszyscy   ciągle   cierpieli.   Ale   więzienni   strażnicy,   którzy 

przygotowywali jedzenie, odstawiali na bok worki z solą i sprzedawali je potem na targu. 

Zarabiali na tym sporo talarów.

Tylko sól.

Sól, mimo że zewsząd otaczało ich słone morze.

Maria nie miała serca powiedzieć kobiecie, że tam dokąd zmierzają, sól jest jedynym 

towarem, którego nigdy nie brakuje. Adrian opowiadał o wielkich zatokach, wypełnionych 

morską wodą, płytkich, sięgających zaledwie do kostek, które się zamyka, a reszty dokonuje 

słońce. Woda wyparowuje, zostawiając wszędzie piękne białe kryształy na czerwonej ziemi. 

Jest   ich   mnóstwo   i   są   takie   czyste,   że   te   małe   zatoczki,   z   których   wydobywano   sól   na 

Skjaervaer, w ogóle nie mogą się z nimi równać.

Tak, ona i Randar wiedzieli więcej niż większość tych biedaków o miejscu, do którego 

zmierzają.

O plantacjach, na których czarni ludzie pracują wielkimi gromadami. Uprawia się tam 

rurkowate   rośliny,   z   których   wygotowywuje   się   cukier.   A   także   dziwne,   żółte   warzywa. 

Tytoń,  owoce i niezwykłe  kwiaty,  które w beczkach  wypełnionych  do połowy ziemią  są 

wysyłane do pałacu Jego Królewskiej Mości w Kopenhadze.

Adrian mówił, że wyspa jest duża, w znacznej części pokryta gęstym lasem, gdzie 

owady i węże mogą bardzo szybko uśmiercić człowieka. Za to wysoko w górach panują 

dziwne duchy. O ile Maria dobrze zrozumiała, są to niespokojne duchy zmarłych Murzynów. 

W każdym razie wszyscy się ich boją. Posiadają one magiczną siłę, mogą nawet strzelać do 

wędrowców zatrutymi strzałami. Trafiają prosto w serce. Trudno jej było uwierzyć, że duchy 

mogą posiadać taką władzę, ale Adrian nie chciał niczego bliżej wyjaśniać. Zaczął natomiast 

background image

opowiadać, jakie wspaniałe plantacje posiada Brzozowy Zagajnik.

- Pracuje tam czterystu Murzynów! A na dodatek ponad tuzin ludzi. Zarządca nazywa 

się Wallisbjerg, ale wszyscy nazywają go Wa - Wa. To prawdziwe murzyńskie imię, ale też 

jest on spalony słońcem i ma kręcone włosy jak jeden z nich! Wa - Wa jest bardzo zaradny i 

nie   należy   do   skąpych.   Nawet   Murzynom   posyła   wódkę   w   świąteczne   dni   i   na   Boże 

Narodzenie.   No  właśnie,   Boże   Narodzenie!   Będziecie   mogli   zobaczyć   obchody,   o   jakich 

nigdy   byście   nawet   nie   pomyśleli!   Murzyni   tańczą   przez   całą   noc,   ich   bębenki   brzmią 

dziwnie, człowiekowi niemal włos się jeży na głowie... ale nie bójcie się, oni nie odważą się 

uczynić niczego złego. Wiedzą bowiem, że kara byłaby krwawa. Wiedzą też, że nie mieliby 

się  gdzie   schronić  przed   sprawiedliwością.   Nie,  idźcie   potajemnie   w  taką  noc  do  wioski 

niewolników, a zobaczycie taniec, którego człowiek nie jest w stanie opisać. Kobiety...

Adrian mrugnął do Randara.

- Możesz się cieszyć, że masz taką kobietę jak Maria, dziadku, bo w przeciwnym razie 

byłbyś...

Maria przerwała mu. Widocznie nalewka ziołowa i długa podróż sprawiły, że dobry 

Adrian gada byle co.

Ale teraz żałowała. Byłoby pożyteczne wiedzieć, co chciał powiedzieć o murzyńskich 

kobietach. Może są inaczej zbudowane niż kobiety, które dotychczas spotykała? Może mają 

po trzy piersi albo jeszcze co innego? Przerwała mu wtedy, ale mimo wszystko zadrżała, 

kiedy Adrian zaczął im opisywać, jak ciężko biali muszą pracować, by skłonić Murzynów do 

jakiego takiego normalnego zachowania. Niczym  mały chłopiec powtarzał słowa swojego 

kuzyna z wyraźnym, pomieszanym z lękiem zachwytem. Nie odmówił sobie też ostrzeżenia:

- I trzymajcie się z daleka, kiedy niewolnicy zaczynają śpiewać. Oni wzywają demony 

z Afryki. Ich śpiew sięga aż za morze! Tak, to jedyna sprawa, której można się obawiać, 

demony chorób bowiem, które przybywają na takie wezwanie, odebrały życie naprawdę wielu 

białym ludziom. Pewnego razu trzej synowie właściciela plantacji zmarli po takich śpiewach. 

A kiedy indziej dwie brzemienne kobiety spadły ze starego mostu i zabiły się. Niewolnicy 

śpiewali dla nich, kiedy niosły im wodę na pole...

Maria siedziała pogrążona w rozmyślaniach tak bardzo, że najpierw nie pojęła słów, 

które nieoczekiwanie rozległy się ponad ich głowami. Nie zwróciła też uwagi na delikatny 

stukot. Ale śpiący wokół niej ludzie zaczynali się budzić. Najpierw coś mamrotali, prawie 

niewidomi i głusi ze zmęczenia. Tliła się w nich jednak jeszcze jakaś iskra życia, bo powoli 

rozpoznawali dźwięki dochodzące od strony nieba.

Spadające, stukające, pukające i cudownie podniecające: krople deszczu uderzające o 

background image

pokład.

Wraz z deszczem nadszedł wiatr, błogosławiony łopot podniesionych żagli, skrzyp 

takielunku,   chrobot   lin.   I   tupot   biegnących   stóp,   ochrypłe,   stłumione   nawoływania 

wysuszonych gardeł:

- Deszcz! Deszcz! Wiatr! O, wielki Neptunie, jesteśmy uratowani!

Maria padła na kolana i czołgała się w stronę prostokątnego otworu pod kratą, która 

zrobiła się teraz lśniąca i czarna od wilgoci. Pociągała za sobą Randara, który spał z głową 

wspartą na jej udzie, wołała do niego:

- Pada, Randar! O, Panie Jezu, pada! Staruszka w kącie również wytrzeszczała oczy.

- Moja sól - wysyczała. - Moja sól, zamoknie...  Jakiś mężczyzna  rzucił się przed 

siebie, wylądował  na brzuchu pośrodku brudnej podłogi, zapewnił  sobie miejsce  tuż pod 

otworem, potem położył się na plecach z wyrazem błogiej rozkoszy. Krople wody padały mu 

na   twarz,   na   piersi,   on   starał   się   zlizać   jak   najwięcej   z   taką   dziką   łapczywością,   która 

przechodziła ludzkie pojęcie.

Randar chwycił szeroką miskę, w której raz na dobę dostawali soloną rybę i zbutwiały 

kapuśniak,   i   wyciągnął   ją   przed   siebie.   Krople   padały   gęsto,   były   coraz   większe,   statek 

kołysał się mocno, morze znowu uderzało o burty.

Powoli deszcz pokrył dno miski cieniutką warstewką wody, wciąż jej przybywało, w 

ciągu zaledwie paru minut napadało pół miski. Maria po prostu nie była w stanie czekać. 

Odsunęła gwałtownie wszystkich na boki i, rozpychając się łokciami, przesunęła się bliżej 

męża.

Ujęła miskę drżącymi rękami. Randar przytrzymywał naczynie, kiedy piła wielkimi, 

głośnymi haustami.

Potem ponownie wystawił miskę na deszcz i teraz on ją opróżnił, podczas gdy Maria 

starała się odzyskać spokojny oddech.

- Uratujemy się! - zawołała Maria. Chłodna woda złagodziła ból warg, otarcia na szyi 

nie musiały być już zapowiedzią śmierci. - Przeżyjemy to!

Randar rozsmarowywai ostatnie krople po twarzy, zmoczył także twarz Marii. Obie 

dłonie przyciskał mocno do jej policzków.

- Oczywiście, że przeżyjemy! Przecież pilnujemy się nawzajem, Mario. Zawsze tak 

robiliśmy!

Nagle z trzaskiem zamknięto luk i rozczarowanie ogarnęło wciąż spragnionych ludzi 

w ładowni. Mimo to uspokoili się. Bębnienie deszczu bardzo pomagało.

Wkrótce będzie więcej wody. Woda do picia, woda do zwilżenia szmat i może nawet 

background image

do mycia dla tych, którzy jeszcze zachowali taką potrzebę.

Maria   nie   zauważała   już   ukłuć   insektów,   wiedziała   jednak,   że   jej   głowa,   każde 

najmniejsze owłosione miejsce na ciele jest opuchnięte i bolesne od setek ukąszeń. Wszy 

dręczyły ją tak, że w pierwszych tygodniach na morzu omal nie oszalała. Później jednak 

musiała się przemóc i uznać, że w żaden sposób tego nie pokona. Nie było powodu, by tracić 

teraz kosztowne mydło. Pomieszczenie i tak było pełne tych podstępnych krwiopijców. Jeśli 

wyjdą   na   ląd,   będzie   się   myć   i   szorować   ciało   szorstkim   wiechciem,   aż   skóra   zacznie 

krwawić...

Kiedy wyjdą na ląd, poprawiła się teraz.

To  dziwne, jak deszcz ożywił  wszystkich,  dał  nową  nadzieję. Nigdy by w  to nie 

uwierzyła po długim życiu w lodowato zimnym, zacinającym deszczu, na jednej z najbardziej 

nagich i wysuniętych na północ wysepek świata.

Teraz przyszło Marii do głowy, że mimo obaw, mimo tych pełnych lęku myśli przed 

podróżą, nowe życie będzie wymagać od niej więcej, niż jest w stanie sobie teraz wyobrazić.

background image

ROZDZIAŁ VII

- Miałam sen - powiedziała Amelia, pociągając nosem. Bendik pogłaskał ją ostrożnie 

po policzku.

- Dzisiaj szaro i brzydko na dworze. Zimno, jak na tę porę roku. Odpoczywaj więc 

sobie, naprawdę nie ma powodu, żebyś wstawała. A śniło ci się chociaż coś ładnego?

- Taaak...

- No to śnij dalej, moja ukochana. Niedługo przyniosę ci miseczkę mlecznej zupy. 

Dzisiaj będę się zajmował Benjaminem, bo i tak muszę siedzieć nad papierami...

- Mhm... dziękuję.

Odwróciła się twarzą do ściany, skuliła się jakby wokół swojego wielkiego brzucha i 

ponownie zapadła w sen.

Stopy Marii drżały i trzęsły się. Pamiętała to uczucie, kiedy dawno temu postawiła 

nogę   na   chwiejnej   desce   wiodącej   na   ląd,   na   skalistą   wyspę   Skjjervaer.   Teraz   Randar 

obejmował   ją   ramieniem,   więc   się   nie   bala.   Mieli   zejść   do   małej,   płaskiej   łodzi,   która 

przypłynęła od strony lądu, gdy tylko statek zarzucił kotwicę.

Randar skoczył pierwszy, przytrzymywał żonę wyciągniętymi pewnymi rękami. Były 

odsłonięte  po łokcie,  bo oderwał połowę rękawów od koszuli  na opatrunek dla pewnego 

chłopca, który skaleczył stopę o krawędź masztu.

Kurtkę zrzucił dawno temu, niósł ją w węzełku razem z grubą chustką żony, ciepłą 

koszulą i wełnianą kamizelką. Powietrze na lądzie było jeszcze bardziej gorące.

- No to jesteśmy.

- Tak. Tu jest... pięknie.

- Tak. Pięknie. Chwiali się w niepewnej łodzi, rozglądali wokół, nie byli już oślepieni 

słońcem jak nowo narodzone myszy. Długo stali na pokładzie, kiedy statek dobijał do portu, 

w   ciągu   paru   krótkich   chwil   poczuli,   że   ich   blade   policzki   stają   się   gorące   i   rozpalone. 

Marynarze kazali im zawiązać chustki na głowach albo włożyć kapelusze.

To   nie   była   pojedyncza   wyspa,   znajdowała   się   pośród   wielu   mniejszych   i   głębiej 

zanurzonych  w wodzie wysepek, skal i głazów. Ta największa była  zielona, małe domki 

połyskiwały bielą wśród drzew tak potężnych, że nawet świerkowy las wokół Meisterplassen 

wydawał się w porównaniu z nimi jak zagajnik. Woda mieniła się niebiesko, zielono, była 

połyskliwa i przezroczysta. Brzegi pokrywał miękki, biały piasek. W zatoce kotwiczyło wiele 

statków, niektóre miały na dziobach pozłacane piękne figury. Na brzegu widać było jakieś 

niskie ceglane zabudowania, każdy budynek z małą wieżyczką i czerwoną latarnią z jednej 

background image

strony oraz niebieską z drugiej.

Pirackie twierdze, dowiedzieli się od marynarzy.

Maria głośno przełknęła ślinę. Zatęchły smak stojącej wody wzbudzał w niej mdłości. 

Ale już wkrótce znajdą się w domu. Będą spać pod dachem, podłoga nie będzie się pod nimi 

kiwać w górę i w dół. Zjedzą coś innego niż te wieczne solone lub świeże ryby, na wpół 

surowe, jakie musieli jeść pod koniec podróży, gdy opał się kończył.

Będą oddychać świeżym powietrzem, a nie zapachem przegniłych kapuścianych liści z 

beczek wypełnionych wodą pomieszaną z octem.

Obejrzała się przez ramię. Kristina wyglądała bardzo dobrze, stojąc obok kapitana i 

czekając, aż ktoś pomoże jej zejść na ląd. Włożyła niebieską sukienkę, tę, która leżała na 

samym dnie skrzyni, jaką Adrian przysłał jej przed podróżą.

Wyglądała niczym księżniczka. Wkrótce znowu będą się mogli uściskać. A Kristina 

nie musi wiedzieć, jak blisko załamania była Maria podczas podróży. Kristina podróżowała 

wygodnie, miała na twarzy zdrowe rumieńce i uśmiechała się niepewnie do córki kapitana. 

Tamta młoda kobieta była ubrana w czarną suknię z białym kołnierzykiem spiętym pod szyją 

szpilką   z   zielonym   łebkiem.   Na   głowie   nosiła   szeroki   czepek,   godny   raczej   zakonnicy. 

Kristina wyglądała niczym kwiat u boku wrony. Kapelusik miała ozdobiony powiewającymi 

jedwabnymi wstążkami, czerwoną, białą, żółtą i niebieską. Włosy trochę jej ściemniały w 

ostatnich latach, wciąż były jednak złociste i lśniące niczym jasny syrop albo lniane płótno 

farbowane w brzozowym soku.

- Maria! Randar! Zaczekajcie na mnie na lądzie!

Niecierpliwy   marynarz   popchnął   Marię,   zanim   zdążyła   odpowiedzieć,   i   mało 

brakowało, a byłaby się wykąpała prędzej, niż myślała.

Wyskoczyli z łodzi, woda sięgała im do kolan, ale przyjemnie chłodziła skórę. Maria 

poruszała  palcami  w  mokrych   butach  i  pragnęła  zerwać  z  siebie   wszystko,   każdą  sztukę 

ubrania i pozwolić się opłukiwać tym świeżym, czystym falom.

Ale znowu ktoś ją popychał. Rząd mężczyzn dźwigał coś jakby schody z budynku, 

przypominającego kościół. Czerwone murowane ściany odróżniały się wyraźnie od innych 

zabudowań, budowla była znacznie wyższa i większa. To musi być Chiristianfort, pomyślała 

Maria, ten, o którym opowiadał Adrian.

Rozległa się głośna komenda, marynarze wyprostowali się jak struny i zanim ktoś z 

tych   przybyłych   na   pół   żywych   biedaków   zrozumiał,   co   się   dzieje,   zaczęli   zatrzaskiwać 

żelazne obręcze na ich ramionach i po chwili wszyscy powiązani byli łańcuchami niczym 

zwierzęta prowadzone do rzeźni.

background image

Maria krzyknęła w szoku i rozpaczy. Za sobą słyszała rozpaczliwe wołania Kristiny.

Co się stało?  Oczywiście,  nadal są królewskimi  więźniami,  ale  Adrian powiedział 

przecież, że właśnie z łaski Jego Wysokości zostali przysłani tutaj, by resztę życia spędzić 

jako   pomocnicy   tych,   którzy   próbują   stworzyć   chrześcijańskie   społeczeństwo   pod   tym 

wiecznym słońcem.

Ostre  pokrzykiwania,  gwałtowne  rozmowy,  jakieś  polecenia.   Język,  który słyszeli, 

zdawał się obcy i dziwny, ale Maria rozpoznawała duńskie słowa, z których mogła wyczytać 

odpowiedź.

-   Troje   pierwszych   do   Brzozowego   Zagajnika.   Pozostałych   zaprowadzić   jutro   do 

gubernatora, pamiętajcie tylko, żeby ich porządnie odwszyć!

Randar   zgrzytnął   zębami,   kiedy   jeden   z   mężczyzn   szarpnął   za   łańcuch.   Protesty 

Kristiny zostały gwałtownie stłumione, ale słyszeli jeszcze, jak wolała:

- Przyjdę i zabiorę was! Ja będę...

- To musi być jakaś pomyłka - powiedziała Maria, kiedy rozpoczęli wędrówkę przez 

wąskie uliczki, cuchnące ludzkimi odchodami i gnijącymi resztkami.

- Zobaczymy - westchnął Randar, unosząc głowę. Musieli teraz iść noga w nogę, to 

był jedyny sposób poruszania się, by nie szarpać łańcuchami, nie zaciskać jeszcze bardziej 

obręczy, które ocierały boleśnie skórę nadgarstków.

Maria mocno zagryzła wargi. To musi być nieporozumienie. Adrian nigdy by ich nie 

wysłał na taki los. Są przecież ludźmi! Czy mają żyć powiązani niczym zwierzęta?

-   Kristina   porozmawia   ze   swoim   krewnym,   on   na   jej   prośbę   będzie   natychmiast 

interweniował.

- Tak - odparła Maria bezbarwnym głosem i poprawiła worek z ubraniem, który niosła 

na plecach. Co się stało z kuferkiem, który ze sobą wieźli, bała się myśleć.

-   Czujesz,   jak   te   drzewa   cudownie   pachną?   Głęboko   wciągała   powietrze,   była 

zdyszana szybką wędrówką.

- To pachnie jak... jak...

- Wanilia - powiedział jeden z prowadzących ich mężczyzn z szerokim uśmiechem 

bezzębnych ust.

Maria wolno skinęła głową. Ten człowiek nie wyglądał na wrogo usposobionego. I 

najwyraźniej   mówił   ich   językiem,   w   przeciwnym   razie   nie   wiedziałby,   nad   czym   się 

zastanawiają.

- Czy ty jesteś... z Danii?

- No, no. Należę do ludzi króla. Żołnierz Rikard Gejer! Tylko uważaj, kobieto, bo 

background image

najlepiej ze wszystkich ludzi gubernatora potrafię się posługiwać biczem! Mój ojciec był 

katem, odziedziczyłem po nim i dyscyplinę, i kleszcze, tak, tak, i siekierę też, jakby się kto 

pytał.

-   Czy   tu   panują   surowe   prawa?   -   spytała   Maria   ostrożnie   zachęcona   tym,   że 

mężczyzna w ogóle rozmawia z nią jak z człowiekiem.

- No, no! Nowe prawa, całkiem nowe. Interesują cię takie rzeczy, kobieto? A może 

studiowałaś prawo, siedząc zamknięta w królewskiej przędzalni?

Uderzał   się   po   kolanach   i   zanosił   głośnym   śmiechem.   Ale   w   jego   oczach   nie 

dostrzegała   zła,   mimo   że   wargi   wykrzywiały   się   pogardliwie.   Maria   zamilkła   i   spuściła 

wzrok. Ale Randar spojrzał tamtemu w oczy, jakby próbował się przejrzeć w jego wzroku.

Pan Hans Friedrick Wendel głośno wydmuchnął nos w piękną bawełnianą szmatkę i 

mrużył oczy, żeby lepiej widzieć.

Nowy transport niewolników został ustawiony pod południową ścianą fortu, nad tle 

krwistoczerwonego   muru   wyglądali   niczym   szachowe   figurki,   spokojni   i   nieruchomi   jak 

śmierć.

-   Tylko   dwa   tuziny   mężczyzn?   I   gromada   podstarzałych   bab?   Żadnych   młodych, 

zdrowych? Żadnych dzieci?

Brandenburski kapitan wsunął ręce w kieszenie i cmokał przez zęby.

- Widzisz, co masz. Może to nie najwartościowszy transport, ale jest wśród nich wielu 

silnych i wytrzymałych. Sam widziałeś, jak szybko poderwaliśmy ich na nogi.

- Za takich dostaniesz nie więcej niż pół ceny. Proponuję sto talarów za wszystkich, 

których sobie wybiorę.

- Ech, chyba za każdą parę, chciał pan powiedzieć? Pan Wendel otworzył usta.

- Nie. Za wszystkich.  Kapitan zaklął po niemiecku  i ruszył  przed siebie. Ale pan 

Wendel   miał   czas   i   mógł   czekać.   Jego  średniej   wielkości   plantacja   należąca   do  majątku 

Brzozowy   Zagajnik   była   jedną   z   najlepiej   tutaj   prowadzonych   i   miała   pod   dostatkiem 

pracowitych   i   zręcznych   niewolników.   W   gruncie   rzeczy   nie   potrzebował   więcej   ludzi. 

Przynajmniej w ciągu najbliższych tygodni. Produkcja cukru funkcjonowała bardzo dobrze, w 

zeszłym roku załadował na statki blisko czterysta tysięcy funtów, a ten rok chyba nie będzie 

gorszy. Gubernator był zadowolony z niego i jego pieniędzy, stary maruda naprawdę nie miał 

się na co skarżyć. Kompania również była zadowolona, często zapraszał do swojej obszernej 

siedziby i gubernatora, i pisarza.

Nie, pójdzie raczej poszukać tych dwojga służących i córki Adriana Mulda. Wkrótce 

się ściemni, a żaden biały człowiek, któremu życie miłe, nie chodzi po lesie po zachodzie 

background image

słońca. Pan, mrużąc oczy, przyglądał się zgromadzeniu na dziedzińcu twierdzy, niskie słońce 

oślepiało go. Ale tam! Dalej, przy wejściu do kaplicy, zobaczył w końcu młodą kobietę o 

jasnych blond włosach. Piękne stworzenie! Pan rzucił na ziemię zużytą chusteczkę do nosa, 

wiedział, że niewolnik, który idzie za nim, podniesie ją.

- Panna Kristina Muld! Witam panią na najładniejszej z duńskich wysp w Indiach 

Zachodnich!

Młoda kobieta sprawiała  wrażenie  kompletnie  przygnębionej. Wytrzeszczała  swoje 

wielkie oczy niczym wyrzucona na brzeg ryba, te oczy były też podobnie jak u ryby okrągłe i 

lśniące. Co się stało temu małemu biedactwu?

Skłonił się przed nią i wyciągnął rękę. Położyła drżącą małą dłoń w grubej rękawiczce 

na jego rękawie. Dygnęła. Przyciągnął ją do siebie.

- No, no, jestem przecież twoim krewnym, śliczna panienko. Pozwól, że natychmiast 

cię stąd zabiorę. Wyglądasz, jakbyś doznała szoku.

- Ja... ja... och, panie Wendel, musi pan ich natychmiast odnaleźć, Marię i Randara! 

Oni zostali zakuci w kajdany i odprowadzeni! Powiązani niczym zwierzęta, zabrani... nigdzie 

ich nie widzę, nie wiem, co się stało!

- No, no. Czy ty mówisz o naszych służących? Twój ojciec pisał mi, że oboje są 

porządnymi ludźmi. Wierzę mu, ale panienka powinna zrozumieć, że my tutaj mamy swoje 

przepisy, których trzeba przestrzegać...

- Musi ich pan odnaleźć, musi pan!

Westchnął zrezygnowany. Mała buzia w kształcie serca była przerażona i blada jak 

cieniutki   papier.   Ale   wargi   pozostały   czerwone   niczym   płatki   kwiatów   i   bardzo   chętnie 

wyobraziłby sobie uczucie ich dotyku na...

- Panie Wendel!

Jakiś ubrany na czarno pan w białej koszuli i kapeluszu z szerokim rondem zbliżał się 

do nich szybko. Jego długie nogi zręcznie przekraczały kosze z kukurydzą, bele bawełny i 

inne towary rozrzucone po placu.

- Pan gubernator! Proszę, proszę poznać moją drogą... kuzynkę. Panna Kristina Muld, 

córka oficera Adriana Mulda z duńskiej marynarki. Przyjechała, żeby u mnie zamieszkać i 

zająć   się   moimi   dziećmi.   Panno   Kristino,   proszę   uprzejmie   powitać   naszego   łaskawego 

gubernatora, pana Iversena.

Kristina dygnęła.  Wysoki  mężczyzna  skinął  jej  ledwo dostrzegalnie.  Uniósł rękę i 

ocierał pot, który strugami spływał spod gęstych, szarobrązowych włosów.

Kristina głęboko wciągnęła powietrze i wbiła wzrok w gubernatora.

background image

- Błagałam właśnie pana Wendela... moja przybrana matka gdzieś zginęła, obawiam 

się, że...

„Wuj” chwycił ją mocno za ramię.

- No, nie będziemy zawracać głowy panu gubernatorowi takimi drobiazgami. Czego 

sobie łaskawy pan życzy?

Kristina została odsunięta, spojrzenie krewnego ostrzegło ją surowo przed ponownym 

otwieraniem ust.

Opadła zatem na worek bawełny,  wzdychając  ciężko.  Wciąż  szukała  wzrokiem w 

gromadzie   ludzi,   ale   w   to,   co   widziała,   trudno   było   uwierzyć:   nagie   kobiety   i   nadzy 

mężczyźni o czarnej skórze byli przeganiani z jednego miejsca na drugie. Biali mężczyźni 

przechadzali się pomiędzy nimi z grubymi cygarami w ustach i kapeluszach naciągniętych na 

oczy, żeby chronić wzrok przed niskim słońcem.

Bez żenady szczypali kobiety w piersi.

Całkiem otwarcie, dyskutując równocześnie o cenach. Czarnym mężczyznom kazano 

napinać mięśnie, stali z twarzami bez wyrazu i tępo patrzyli przed siebie. Biali otwierali im 

usta, zaglądali w zęby, dobijali targu.

Kristina mocno zacisnęła powieki.

To   wygląda   jak   handel   końmi,   myślał   Randar.   Ale,   mój   Boże,   żeby   handlować 

ludźmi! No tak, przecież słyszeli o tym. Adrian opowiadał. Opowiadali też marynarze, którzy 

czasami zapuścili się na Skjaervaer. Opowiadali niestworzone historie o dzikich zwierzętach 

w ludzkiej postaci, istotach głupich jak bydło, ale silnych  i wytrzymałych.  Każdy z nich 

posiadał  siłę dwóch białych  ludzi, żyli  też dłużej niż inne zwierzęta  pociągowe. Są więc 

cenniejsi niż najlepszy wół, poza tym łatwiej ich wykarmić.

Randar w oszołomieniu kręcił głową, gdy nagle jeden z mężczyzn chwycił bardzo 

młodą murzyńską kobietę i zdarł z niej przepaskę biodrową. Dziewczyna krzyczała, kiedy on 

i inni  powalili  ją na brudną ziemię.  Mężczyzna,  który ją sprzedawał,  klął  i wymachiwał 

rękami.   Ten   drugi   wsunął   jej   pięść   między   uda   i   zmusił,   by   rozłożyła   je   możliwie   jak 

najszerzej. Randar zadrżał i usłyszał wołanie w czystej duńszczyźnie:

- Dziewica, co? Nie uwierzę, dopóki nie zobaczę! Sprzedawca odepchnął brutalnego 

kupca na bok, dziewczyna dygotała, ze skaleczonego łokcia płynęła krew.

Randar stał zupełnie bez ruchu, ale miał pewność, że Maria wszystko to widziała.

- O mój Boże! - szepnęła cicho. Wysoko na podium, gdzie sprzedawano Murzynów, 

ciężki młotek uderzył w metalową płytę.

- Trudno w to uwierzyć - rzekł Randar.

background image

- My... my też zostaniemy sprzedani. Nie odważył się jej odpowiedzieć. Nic nie było 

tutaj takie, jak się spodziewali.

Na drugim końcu placu rozległy się wrzaski i krzyki. Stał tam bardzo wysoki słup 

wkopany w ziemię. Dochodziły do nich uderzenia bata, nie mogli się mylić. Randar objął 

Marię, przycisnął ją mocno do siebie. Krzyki biedaka nie docierały zbyt daleko, bo zgiełk z 

targu niewolników  głuszył  wszystko - krzyki,  uderzenia bicza i śmiechy - swoją potężną 

kakofonią.

- Randar, ja tego nie zniosę...

-   To   się   zaraz   skończy.   Wkrótce   przyjdzie   pan   Wendel   i   nas   zabierze.   Adrian 

powiedział przecież, że będziemy pracować, tak jak to robią parobcy i służące w naszym 

kraju. Tylko że u nas nawet piekielny pastor z Lyster nie zakuwał służących w kajdany ani nie 

chłostał ich do krwi...

-   Może   Adrian   nie   znał   całej   prawdy   o   tych   wyspach,   ale   wszystko   się   ułoży. 

Kristina...

- Biedne dziecko. Mam nadzieję, że ją dobrze potraktują. Obiecałam Adrianowi, że 

będę się nią opiekować.

Ostatnie słowa zabrzmiały jak cichutki krzyk rozpaczy.

- Będziemy się nią opiekować. Poczekaj tylko trochę. Maria uspokoiła się. W dalszym 

ciągu ukrywała twarz na piersiach Randara, ale już nie dygotała. Oczy miała suche, wargi 

pobladłe, krew odpłynęła jej z twarzy.

- To jest potworne. Nawet jeśli to prawda, że oni nie są prawdziwymi  ludźmi. W 

naszym kraju nikt nie ma prawa, żeby tak traktować bydło!

Znowu   rozległo   się   uderzenie   młotka.   A   po   chwili   łańcuchy   zostały   zdjęte   z   ich 

ramion.

Wąską drogą, właściwie raczej ścieżką, ludzie i konie przedzierali się przez gęsty las. 

To   droga   na   skróty,   wyjaśnił   pan   Wendel,   czy   inaczej   wuj,   jak   chciał,   by   Kristina   go 

nazywała. Ona nigdy w życiu nie jechała jeszcze konno, ale klacz, na której siedziała, była 

spokojna, poza tym została przywiązana do gniadego wałacha pana.

Pierwszy obraz plantacji to były jakieś niskie, długie szałasy na leśnej polanie. Kiedy 

je   minęli,   Kristina   zobaczyła   z   daleka   na   wzgórzach   za   dworem   wiatraki.   Z   wysokiego 

budynku unosił się gęsty dym, to cukrownia, wyjaśnił gospodarz. W końcu zobaczyli dom 

ukryty za jasnozielonymi drzewami, w których Kristina rozpoznawała jakiś gatunek brzóz.

Brzozowy Zagajnik.

Rozglądała się za ludźmi, ale nigdzie nie widziała żywej duszy, z wyjątkiem dwóch 

background image

wyprężonych postaci po obu stronach wejścia. Strażnicy.

Ciemności   zapadały   teraz   bardzo   szybko,   tylko   w   ciągu   tych   paru   chwil,   gdy 

dojeżdżali do domu, niebo zmieniło barwę z pomarańczowoszarej na granatową.

W drzwiach powitała ich nieduża kobieta. Kłaniała się głęboko. Była Murzynką, ale 

skórę miała jaśniejszą i szorstką.

- Kiira, to moja młoda kuzynka, panna Kristina. Poprowadzi mi dom i będzie uczyć 

dzieci przyzwoitej mowy!

- Tak, mistrzu - odpowiedziała kobieta pokornie i znowu się skłoniła.

- Zajmij się nią - rozkazał ostro pan Wendel i wkroczył na świeżo wywoskowaną 

podłogę w swoich zakurzonych butach.

Kristina stała niepewnie w progu, przełykając ślinę i starając się ogarnąć wzrokiem jak 

największą część wnętrza, które ukazało się przed nią za wysokimi drzwiami.

Pokój mienił się srebrem i kryształami, nawet ściany zostały obite jakąś połyskliwą 

tkaniną. U sufitu wisiały ciężkie lampy o szerokich szklanych kloszach. Cieniutkie firanki 

upięto na oknach niczym małe żagle. Meble były ciemne i ciężkie, wzdłuż ścian stały ławy 

obite skórą. Podłoga, zrobiona z jakiegoś czerwonawego drewna, lśniła od wosku, znaczną jej 

część pokrywały barwne dywany.

Niedużego wzrostu służąca, kłaniając się, szła tyłem przez pokój.

Kristina z wahaniem ruszyła za nią. Jakoś dziwnie pachniało w tym domu, słodkawy 

zaduch przyprawiał ją o mdłości. Na ścianach i przy schodach wisiały obrazy w ciężkich 

pozłacanych   ramach.   W   niezliczonych   niszach   rozmieszczono   lampy.   Żywe   rośliny 

znajdowały się w wielkich, rdzawoczerwonych donicach, a przez moment Kristina widziała 

wnętrze   sąsiedniego   pokoju,   w   którym   ściany   pokrywały   tapety   oraz   jedwabne   draperie. 

Ogromne   szafy   z   lustrzanymi   drzwiami   i   srebrnymi   okuciami   umieszczono   zarówno   w 

pokojach, jak i na korytarzu, którym teraz szły.

Kiira otworzyła jakieś drzwi i znowu skłoniła się bez słowa. Kristina wolno weszła do 

środka.

- Pokój pani, podoba się?

Ten pokój był cały na biało. Białe ściany, biała podłoga. Białe dywany. Potężne łóżko 

pod czymś w rodzaju białego, przezroczystego namiotu, utkanego z delikatnej bawełny. Kiira 

weszła do środka, lekko przebiegła na drugą stronę, jej jaskrawo zielona sukienka wyraźnie 

odbijała się od bieli. Pospiesznie zamknęła zewnętrzne okiennice, zasunęła zasłony, odcinając 

w ten sposób dopływ chłodnego, nocnego powietrza.

Zapaliła wiele lamp, potem podeszła do Kristiny i zaczęła ją rozbierać. Dziewczyna 

background image

odskoczyła   przestraszona,   odepchnęła   od   siebie   ruchliwe,   brązowe   ręce.   Kiira   upadła   na 

kolana.

- Nie, nie, Kiira niedobra.

Uderzała sama siebie po rękach i zrozpaczona spoglądała na Kristinę.

- Sama to zrobię, dziękuję ci! Czy mogłabyś być taka miła i zamiast tego przynieść mi 

coś do picia?

- Być mila? Nie, nie, niemiła! Kristina przecząco pokręciła głową. Pokazała ręką na 

drzwi.

- Idź! Przynieś wody!

Wskazała na usta, zagulgotała, jakby przełykała napój. Usta Kiiri powoli układały się 

w uśmiech.

- A - ha! Tak, tak, Kiira poda. Zaraz, zaraz! Służąca zniknęła. Kristina opadła na jeden 

z niskich obitych materiałem pufów, ustawionych wokół okrągłego stołu przy oknie. Teraz 

zobaczyła,   że   w   rogu   pokoju   wisi   zasłona,   a   za   nią   stoi   duża   dziwna   wanna,   pięknie 

wyżłobiona   w   ogromnym,   porozrastanym   pniu   drzewa   z   korzeniami.   Naczynie   było 

wypełnione wodą, a na powierzchni leżały płatki kwiatów. Co to jest? Na brzegu naczynia 

widziała poskładane kawałki grubego materiału.

Nagle Kristina zrozumiała. To wanna do kąpieli! Wewnątrz domu!

Roześmiała się z radości. To dlatego ta kobieta chciała ją rozebrać. Ma się wykąpać. 

Na   samą   myśl   o   tym   całe   zmęczenie   momentalnie   zniknęło,   Kristina   ściągnęła   z   siebie 

ubranie   i   wskoczyła   do   niezwykłego   naczynia.   Świeża,   letnia   woda!   Mydło   różowe   i 

delikatne,   pachnące   kwiatami,   nie   szczypało   też   w   skórę   tak   jak   kawałki   zielonoszarego 

paskudztwa gotowanego w domu.

Jestem teraz elegancką kobietą, myślała Kristina z podziwem, chlapiąc się w wodzie.

Dostałam od ojca piękne sukienki i mnóstwo innych rzeczy. Córka kapitana nauczyła 

mnie posługiwać się nożem i widelcem. Już od dawna umiem czytać i pisać, potrafię też 

równie zręcznie jak Maria robić koronki z lnianych nici.

Ale dopiero teraz stałam się elegancką damą!

Z   wielką   przyjemnością   gładziła   swoją   skórę,   mydliła   piersi,   czuła,   że   wszystkie 

zmęczone mięśnie ożywają w tej pachnącej wodzie.

Nagle stanął za nią jakiś człowiek i chrząknął.

Kristina   wrzasnęła   głośno,   zaczęła   machać   rękami,   rozlewała   mydlaną   wodę   na 

miękki dywan, który stłumił kroki przybyłego.

W końcu jednego baraku znajdowała się cienka ściana z suszonych, przypominających 

background image

rurki   łodyg   jakiejś   rośliny.   W   pomieszczeniu   za   tą   ścianą   ulokowano   Marię   i   Randara, 

ociekających jakąś okropnie cuchnącą cieczą, którą polano ich głowy. Oboje byli nadzy, jak 

ich Pan Bóg stworzył, ubrania, w których przyjechali, zostały wrzucone na wielkie ognisko na 

tylnym dziedzińcu. Iskry strzelały wysoko w górę, kiedy do ognia dolewano cuchnącej wódki.

Maria zasłaniała się jak mogła, biegnąc przez plac, ciemność ją chroniła, mimo to 

policzki   płonęły   ze   wstydu   nad   tą   nagością.   Skóra   piekła   ją   po   kąpieli,   próbowała   się 

pocieszać, że odwszenie będzie skuteczne. Teraz pragnęła tylko spłukać tę paskudną ciecz z 

włosów, nic jednak nie wskazywało, że będzie to mogła zrobić.

Jakiś   mężczyzna   rzucił   im   dwie   długie   koszule,   dwa   plecione   kapelusze   i   coś   w 

rodzaju sandałów o podeszwach z miękkiego drewna i z rzemieniami do wiązania nad kostką.

Worki, które przywieźli, mogli zabrać ze sobą, ale skrzyni z całym wyposażeniem 

nigdy więcej nie zobaczyli.  Mężczyzna, który ich prowadził, mówił łamaną duńszczyzną. 

Opowiedział   im   pokrótce,   że   mają   położyć   się   spać   na   cienkich   matach   z   trzciny,   koce 

dostaną później. Jutro rano mają wstać wcześnie i wyjść na tył domu, gdzie wolni Murzyni i 

inni służący dostają śniadanie.

- Później spotkacie pana - powiedział mężczyzna, który poza tym na wszystkie pytania 

Randara wzruszał ramionami.

Zostali sami w ciemnym pomieszczeniu. Bzyczenie komarów było głośniejsze teraz, 

kiedy w ciszy przytulili się do siebie na macie.

W nocy płakało jakieś dziecko.

Jego krzyk został nagle przerwany.

- I pamiętajcie, żeby przede wszystkim unikać Mamy Win! Ona jest niebezpieczna, to 

naprawdę wściekłe babsko. Murzynka z plemienia Akwambo, z tych najdzikszych. Ale Mama 

Win   nie   odważy   się   przeciwstawić   mnie.   Okiełznałem   ją.   Nauczyłem,   że   dopóki   będzie 

pracować jako moja wierna niewolnica, to nic złego nie stanie się jej córce, Windeli. Jest tutaj 

służącą, tak samo niepokorna jak jej matka. Ciało ma jak bogini... i naprawdę potrafi się nim 

posługiwać!

Pan   uśmiechnął   się   krzywo   do   Randara   i   Marii.   Uniósł   w   górę   krzywy   palec 

wskazujący.

- Ale trzymaj się od niej z daleka, chłopie, jeśli ci twoja męskość miła! Te dwie suki 

Win tylko ja potrafię opanować. Umiem trzymać je w cuglach, Mario, więc nie musisz się 

niczego obawiać, kiedy zaczniesz swoją doktorską działalność.

Maria  wolno  wypuściła  powietrze  z  płuc. Ten  ich nowy pan nie  jest chyba  złym 

człowiekiem. Nie pomyślał tylko, że zostaną potraktowani tak jak inni niewolnicy.

background image

Po   obowiązkowym   odwszeniu,   sortowaniu   i   badaniu   zostali   odesłani   prosto   do 

Brzozowego Zagajnika. A tutaj mieszkała już Kristina.

-   W   pokoju   mojej   nieboszczki   żony.   To   najpiękniejsze   pomieszczenie   w   domu   - 

oznajmił pan z dumą. - Będziecie mogli spotykać Kristinę, w każdym razie w niedzielę. Bo 

będziecie chodzić do kościoła razem ze mną, tak samo jak wszyscy chrześcijanie z plantacji.

Maria   chciała   zaprotestować,   Adrian   nie   tak   to   wszystko   sobie   wyobrażał!   Maria 

miała być swego rodzaju pokojówką Kristiny. W każdym razie oni tak myśleli.

-   Ty   się   znasz   na   leczeniu   chorób.   Umiesz   składać   złamania   i   tamować   krew? 

Potrafisz   czyścić   rany,   może   nawet   umiesz   rozpuścić   kamień   w   pęcherzu   i   leczyć 

przepuklinę?   Jesteś   mi   potrzebna,   Mario.   Metody   starej   Mamy   są   niechrześcijańskie, 

nierzadko zdarza się, że swoimi czarnymi sztuczkami uśmierca moich cennych niewolników. 

Nie, już jej nie ufam. Ty zajmiesz się tymi sprawami.

Maria   potakiwała   wolno,   przerażona   myślą   o   niezliczonych,   cuchnących   czarnych 

ciałach.   Ale   chyba   są   oni   zbudowani   jak   normalni   ludzie,   zarówno   z   zewnątrz,   jak   i   w 

środku? Poza tym biedacy potrzebują tyle samo pomocy w swoich cierpieniach co wszyscy 

inni ludzie, których dotychczas leczyła.

- Randar, słyszałem, że masz zręczne palce. I że potrafisz rzeźbić w drewnie. No cóż, 

akurat takich rzemieślników nie potrzebujemy, co jeszcze umiesz?

Randar zwlekał z odpowiedzią.

- Nigdy nie uczyłem się na rzemieślnika, pominąwszy...

- On może mi pomagać! Nikt nie tamuje krwi tak jak Randar, nikt nie potrafi tak 

opatrzyć dużej rany!

Maria przerwała mu, uczyniła to instynktownie, ponieważ bała się, że może zostać 

ujawniony prawdziwy zawód Randara. W każdym razie nie chciała tego tutaj, w tym miejscu, 

gdzie prawdopodobnie kat jest nieustannie potrzebny, ponieważ wymierzanie kar najgorszego 

rodzaju stanowi codzienne zajęcie.

- Będę potrzebować kogoś do pomocy!  Kogoś, kto zdoła przytrzymać  człowieka i 

pomoże mi przygotowywać lekarstwa. Kogoś do noszenia! Tak, tak, sama sobie nie poradzę!

Pan Wendel chrząkał, spoglądał to na jedno, to na drugie.

- No dobrze. To tak się umawiamy. A na dodatek będę miał dla ciebie zajęcia w domu, 

Randarze. Przyda mi się biały człowiek do doglądania spraw pod moją nieobecność. Będziesz 

nadzorował   piwnice   i   przygotowywanie   jedzenia.   A   przede   wszystkim   zbrojownię. 

Przybyliście   do   bardzo   niebezpiecznego   świata.   Ale   to   z   pewnością   zrozumiecie   trochę 

później... Grudzień zbliża się szybko, za szybko...

background image

Więcej   nie   powiedział.   Maria   dostała   natomiast   pleciony,   podobny   do   szkatułki 

koszyk  z zamknięciem.  Był  duży i ciężki,  okazało się, że zawiera niezdarne  instrumenty 

lekarskie, jakich ona nigdy jeszcze nie widziała. Unosił się nad wszystkim zapach środka 

przeciw wszom, pomieszany z innymi odorami. Obok leżało mnóstwo małych pudełeczek i 

węzełków. Maria postawiła koszyk na ziemi.

- To Mamy Win - oznajmił  pan sucho. Maria zadrżała,  uświadomiwszy sobie, że 

przedmiot,   który   zaciekawiona   wyjęła   z   koszyka,   jest   obciętym   i   wysuszonym   męskim 

członkiem.

Nieduży   ciemnoskóry   chłopiec   leżał   na   ubitej   z   ziemi   podłodze.   Wyglądał   na 

nieżywego,   a   smród   bijący   z   chaty  sprawił,   że   Maria   wyskoczyła   z  niej   natychmiast   po 

przekroczeniu   progu.   Randar   pochylił   się,   chwycił   matę,   na   której   chłopiec   leżał,   i 

przeciągnął w jaśniejsze miejsce.

Z pleców chorego zerwała się chmara much.

Maria   wróciła,   na   widok   pleców   chłopca   głośno   przełknęła   ślinę.   Była   to   jedna 

krwawa masa. Muchy zrobiły już swoje, na chudych plecach leżały wszędzie ich odchody, 

między krwawymi strupami pełzały białe larwy. Żółta ropa zaczynała ciec, gdy strupy pękały, 

co następowało przy każdym najmniejszym poruszeniu ciała chłopca.

- Dobry Boże! - jęknęła Maria i upadła na kolana przy macie.

Kilkoro starców przyglądało im się ciekawie przez otwory w sąsiednich chatach. To 

były   mieszkania   wolnych   Murzynów,   chaty   zbudowane   wokół   wspólnego   ogniska,   z 

kawałkami uprawnej ziemi obok.

Maria pracowała ciężko, chodziła do szałasów, w których nocowali Murzyni. Dzisiaj 

trzeba   było   złamać   źle   zrośniętą   nogę   i   ponownie   ją   złożyć.   Jakiemuś   niewidomemu 

człowiekowi nie była w stanie pomóc, zniknął następnego wieczoru. Dwaj niewolnicy mieli 

paskudne poparzenia, kilka kobiet leżało w gorączce połogowej.

Opatrywała rany na plecach i groźne skaleczenia ostrym nożem. Dzisiaj pan wysłał ją 

do   małej   wioski   wolnych   Murzynów,   bo   potrzebował   do   magazynowania   cukru   tego 

chłopaka, który leżał w gorączce.

- Boże, zmiłuj się... co się tu stało?

Randar   chrząknął.   Dla   niego   sprawa   była   jasna.   Chłopiec   został   wychłostany 

twardymi, ciężkimi rzemieniami, z których każdy zakończony był ołowianą kulką. To cud, że 

dzieciak jeszcze żyje. Te rany muszą mieć już z tydzień.

Maria dotknęła ręką szyi chłopca, wyczuła słabiutki puls. Żył, ale na nic nie reagował, 

nawet kiedy zaczęła ścinać zakażone kawałki ciała i zdzierać strupy, usuwać ropę i larwy 

background image

much.

Smród  był   nie  do  wytrzymania   nawet  na  dworze.   Randar  jęknął  mimo  woli,   gdy 

Maria, zmrużywszy oczy, cięła nożem w niektórych miejscach aż do kości.

Potem pochyliła się znowu, usiadła w kucki z dużą bańką mieszanki spirytusu, wody i 

soli. Zawsze, gdy polewała rany tą mieszanką, chorzy mdleli z przejmującym wrzaskiem.

Ten chłopiec jedynie lekko drgnął. Maria otarła czoło bawełnianą chustką, którą sobie 

w tym celu zawiązała luźno na szyi.

- On tego nie przeżyje. Nie mogę mu pomóc, jest za słaby. Krwawił za mocno i za 

długo. Poza tym jest gorący jak ogień i prawdopodobnie nie pił od wielu dni.

Z bolesnym jękiem wycierała brudne ręce o kępkę trawy, która tutaj rosła.

Nieoczekiwanie na ciało chłopca padł cień.

Maria odwróciła się wolno, przygotowana na to, co się w końcu musiało stać.

Zdążyła jedynie zarejestrować, że starcy wycofali się ze swoimi plecionkami.

- Mama Win - rzekł Randar, wstając. Potężna kobieta zacisnęła pięści i patrzyła mu 

prosto w oczy.

- Ty! Randarra - bomba!

- Bomba?  Nie, ja jestem tylko sługą pana... Murzynka  roześmiała  się hałaśliwie  i 

uderzała się po tłustych udach. Randar musiał się uśmiechnąć, 'wymachiwała bowiem rękami 

dokładnie tak samo jak kobiety na Skjaervser. Szczerze mówiąc, przypominała mu też baby z 

rodzinnych okolic, mimo swoich czarnych oczu i szorstkiej, ciemnej skóry. Kobieta umilkła 

nagle, wsunęła do ust suszony liść tytoniu. Język natychmiast zabarwił się na czerwono.

- Twoja kobieta?

Stała z władczą miną niczym mężczyzna i tylko krótko wskazała głową na Marię.

- Tak. Moja. Widzisz, ona jest uzdrowicielką. Uzdrawia tego chłopca...

Tamta znowu wybuchnęła śmiechem. Starcy zarechotali sucho pod ścianami swoich 

chat.

Ogromna Mama Win wyciągnęła ręce tak energicznie, że sznury muszli i zwierzęcych 

zębów, które nosiła na szyi, zachrzęściły. Oczy jej pociemniały, zamiast śmiechu była w nich 

teraz groźba.

- Biała uzdrowicielka, śmierć! Śmierć, mówić Mama Win!

Wszystko wokół zamarło. Starcy mrużyli oczy. Mama Win błyskawicznie skoczyła do 

przodu   i   zanim   Randar   zdążył   cokolwiek   zrobić,   chwyciła   Marię   za   związane   włosy   i 

wyrwała kilka.

Znowu rozległ się śmiech, kobieta dumnie wymachiwała włosami, a potem wcisnęła 

background image

je między swoje ogromne piersi i biegnąc zdumiewająco lekko, zniknęła za którąś chatą.

Maria przerażona potrząsała głową, jakby nie mogła uwierzyć w to, co się stało.

W koronach drzew  nad nimi  zaszeleściło.  Wstali,  chłopiec  wciąż leżał  bez ruchu. 

Randar   przywołał   gestem   jednego   ze   starców,   który   najwyraźniej   miał   się   opiekować 

chłopcem, gdy rodzice pracują na polu.

- Daj mu wody. Pić, tak... Randar pokazał mu rękami. Starzec kiwał głową.

-   I   przemywaj   go   tym.   Podał   mu   mieszankę   spirytusu   i   wody.   Starzec   spojrzał 

przestraszony, gdy Maria dotknęła jego dłoni, a potem widzieli, jak tarł swoją rękę o ziemię, 

szorował z całych sił żwirem.

- Ona nas przeklęła - szepnęła Maria wolno. - To paskudne babsko... Pan Wendel 

mówił, że jej nie ma. Ze nie jest groźna, ha!

Randar wziął kosz z lekarstwami i narzędziami.

- Chodźmy. To po prostu głupstwa. Murzyńskie przesądy.

Maria słyszała jednak lęk w jego głosie.

Tej   nocy   Maria   nie   mogła   spać.   Do   upału   zaczynała   się   powoli   przyzwyczajać, 

podobnie   jak   do   tnących   owadów,   które   pełzały   po   podłodze   i   brzęczały   pod   sufitem. 

Smarowała się jakimś wywarem z roślin, który Murzyni gotowali w wielkich saganach, a 

który powstrzymywał owady. Nie pachniał jednak zbyt pięknie, białe kobiety starały się go 

nie   używać.   Zresztą   większość   nie   potrzebowała,   bo   na   zewnątrz   damy   wychodziły   w 

woalkach, a we własnych mieszkaniach zawsze chodziły za nimi niewolnice, wymachując 

palmowymi liśćmi.

Maria przewracała się na cienkiej macie z boku na bok, naciągnęła kołdrę na głowę, 

by odgrodzić się od wszelkich  zapachów i dźwięków. Jutro znowu będzie niedziela.  Dni 

mijały,   ale   zlewały   się   jakby   w   jeden   strumień   na   przemian   upału   i   ciemności,   upału   i 

ciemności.

Uświadomiła   sobie,   że   tęskni   za   północną   pogodą,   za   wciąż   dokonującymi   się 

zmianami w naturze, za chłodnym wiatrem. Tutaj wszystkie dni są takie same. Ale kiedy 

wspomniała o tym jednej z kobiet w obozie wolnych, ta zachichotała i rzekła:

- Zaczekaj tylko na porę deszczową. Maria czuła pulsowanie pod powiekami. Było jej 

dziwnie niedobrze. Jakby znalazła się z powrotem na statku i fale kołysały się pod nią i w jej 

wnętrzu.

- Ona umiera! To twoja znakomita znachorka, musisz jej pomóc! Daj mi w każdym 

razie więcej wody, to ją umyję. I daj mi łóżko! Nie jesteśmy przyzwyczajeni do tych mat, 

widocznie źle zrozumiałeś Adriana!

background image

Pan spoglądał przenikliwie w oczy Randara.

- Adrian Muld pisał mi, że jesteście dwojgiem skazanych na dożywocie więźniów, 

którzy z łaski króla mogą odbywać karę tutaj. Czy zdawało się wam, że idziecie do nieba? 

Sądziłeś   może,   że   będziesz   się   budził   w   pięknej   pościeli   i   miał   niewolników   na   każde 

skinienie palcem? Jesteście zwyczajnymi służącymi. I tak macie lepiej niż większość z nich. 

Ale przywykliśmy do tego, słabeusze z królewskich więzień nie mogą tu długo wytrzymać.

Wyjął fajkę, zapalił ją i siedząc pod parasolem, wydmuchiwał kółka ciemnego dymu.

- Jeśli baba jest chora, to uważaj, żeby się to nie rozniosło. Nikt nie będzie miał 

zaufania do chorowitej uzdrowicielki.

-   Mama   Win...   Murzyni   uważają,   że   ona   zaczarowała   Marię.   Wyrwała   jej   kilka 

włosów...

-   Co?   Ta   piekielna   baba,   dlaczego   natychmiast   nie   zameldowałeś?   Do   cholery, 

człowieku, czy ty niczego nie rozumiesz? Jeżeli to się rozniesie wśród wolnych Murzynów... 

twoja Maria jest śmiertelnie chora!

Randar zacisnął pięści.

- Ona nie jest chora śmiertelnie! Jest po prostu chora. Wymiotuje przez cały czas, nie 

jest w stanie utrzymać jedzenia...

- Ma żółte oczy? Opuchnięte stawy?

- Nnnie...

- Dobrze, w takim razie to nie jest śpiączka. Prawdopodobnie masz rację. Za rym kryje 

się Mama Win.

- Trucizna? Coś w jedzeniu czy w naszej butelce do wody?

Właściciel majątku roześmiał się ordynarnie.

- To nie jest takie proste, nie. Powiedziałeś, że ona wyrwała jej włosy? Człowieku, to 

śmiertelnie niebezpieczne! Nigdy nie pozwól, żeby jakiś Murzyn dotknął twoich włosów! Ani 

obciętych   paznokci,   nie   możesz   im   dać   najmniejszej   odrobinki!   Oni   wykorzystują   to   do 

swoich czarnych sztuczek, rozumiesz? Robią figurki, moczą je we krwi psów albo szczurów. 

Wbijają w nie szpilki, palą je, łamią im członki... i nieszczęście dopadnie każdego, komu to 

zrobią!

Randar potrząsnął głową.

- Głupstwa! To nie jest możliwe.  Fajka pana Wendela zgasła, zirytowany mieszał 

tytoń i przeklinał, że jest wilgotny. Potem pochylił się ku Randarowi i pokazywał na niego 

fajką.

-   Daj   jej   wódki   i   poproś   Kiiri   o   trochę   jej   kropli   na   żołądek.   Weź   parę   węgli 

background image

drzewnych z paleniska, rozgnieć je i zmieszaj z wódką i kroplami. Zobaczymy, czy jej się 

poprawi. Ale jeżeli Win naprawdę postanowiła... tak, tak, wszyscy kiedyś będziemy musieli 

umrzeć.

Randar stał bez słowa, nie chciał odchodzić. Audiencja była najwyraźniej skończona, 

gospodarz posyłał mu pełne irytacji spojrzenia.

- A gdzie mam szukać Mamy Win?

- Ha - ha! Ty jesteś głupszy, niż na to wyglądasz. Ty nie możesz tak po prostu pójść 

do Mamy Win! Nie znasz jej, ona jest twarda jak stal. A tutaj gra toczy się o jej honor!

Randar   zrobił   krok   w   stronę   siedzącego   gospodarza,   położył   obie   swoje   szerokie 

dłonie na delikatnym obrusie. Twarz tamtego znajdowała się zaledwie kilka cali od niego.

- Ty o tym wiedziałeś. Wiedziałeś, że prowokujesz tę babę! Wiedziałeś, że Maria 

zostanie... otruta! Co ty planujesz, panie Wendel? Czy ukrywasz coś jeszcze w zanadrzu, 

może kolejną intrygę, żeby tym razem pozbyć się mnie?

Popchnął stół, nie był w stanie powstrzymywać piekącego w piersiach gniewu. Biały 

człowiek patrzył na niego błyszczącymi oczyma, tytoń w fajce zaczął się znowu tlić.

- Odważny jesteś, ty hyclu. Nawet za odważny. Murzyn, który ośmieliłby się położyć 

swoje brudne łapy na moim stole, zostałby powieszony. A ty nie jesteś lepszy od Murzyna, 

kolego! Nawet jeśli masz białą skórę, to musisz przyznać, że niczym więcej się od nich nie 

różnisz.

Gospodarz podniósł się z miejsca.

- Jesteś moim niewolnikiem. Moją własnością. Zapamiętaj to sobie. Nie potrzebuję 

żadnych podstępów, żeby pozbyć się ciebie i tej twojej dziwki! Wystarczy, że wskażę na was 

palcem i będziecie martwi.

Randar stał niczym słup soli. Ręce piekły go z chęci chwycenia plantatora za gardło i 

przyciśnięcia   tak,   żeby   błagał   o   litość.   Ale   nie   mógł   tego   zrobić.   Nie   mógł   wylać   całej 

nagromadzonej goryczy, całej udręki i zmęczenia.

- Pan Adrian ci za to nie podziękuje. Łamiesz jego obietnice. On ci ufał! Kristina 

będzie...

- Nie martw się o Kristinę - warknął tamten. - Ona jest jak diament... na razie jeszcze 

nie oszlifowany, ale to prawdziwy klejnot, bądź pewien.

- Może chcesz sprzedać i ją? - syknął Randar, zanim zdążył pomyśleć.

W oczach właściciela zapaliły się jakieś światełka.

- Sprzedać ją? Zwariowałeś, taki piękny, biały skarb jak ona? Nie, pieniędzy mam pod 

dostatkiem.   Odkąd   jednak   moja   nieboszczka   żona   umarła...   No   cóż,   zakładam,   że   jesteś 

background image

jeszcze na tyle mężczyzną, by rozumieć męskie potrzeby.

Randar   rzucił   się   naprzód,   białe   zęby   błysnęły   złowieszczo.   Ale   pan   Wendel   był 

przygotowany, pusta butelka spoczywała w jego dłoni. Dno trafiło Randara w oko, runął pod 

bambusowe krzesła.

Nad nim górował właściciel niczym ciemna statua.

- Wstawaj, stary człowieku. Masz dość. Nie mam zwyczaju dobijać takich szczurów. 

Padniesz prędzej czy później, nikt taki jak ty nie wytrzyma w tym upale dłużej niż rok, może 

dwa. Sam widzisz, że baba już choruje. Adrian Muld nie może mieć o to do mnie pretensji. 

Nawet   Kristina   nie   może   zrobić   nic   innego,   jak   tylko   opłakiwać   swoich   brudnych 

przybranych rodziców. Ale ona jest młoda, szybko zapomni. W każdym razie gdy zadbam, 

żeby miała o czym myśleć!

Ordynarny śmiech ranił uszy Randara. Oszołomiony powoli zbierał się z podłogi.

Odnaleźć Mamę Win.

Niech się dzieje, co chce, byleby tylko cofnęła przekleństwo. Tylko ona może sprawić, 

że Maria znowu będzie zdrowa. Szybko, szybko, zanim będzie za późno.

background image

ROZDZIAŁ VIII

Amelia jęczała przez sen, chciała się uwolnić. Nie zauważała chłodnej dłoni Bendika 

na policzku, nie słyszała jego pełnych lęku słów. Zdołał ją jednak uspokoić, bo nie rzucała się 

już na łóżku, skuliła się jak małe dziecko i westchnęła ciężko.

Coś   jej   się   śniło,   może   dręczyły   ją   koszmary.   Ale   teraz,   teraz   kiedy   znowu   była 

spokojna, nie widział powodu, żeby budzić ją po nocy. Jak zwykle czytała wieczorem jeszcze 

długo po zapadnięciu niebieskawego letniego mroku. Noce nie były wystarczająco jasne, by 

móc czytać, ciężkie deszczowe chmury przesłaniały niebo.

Unosiła wysoko naczynie z wodą i ogniem, ziemią i krwią. Stała w małym  kręgu 

sama,   pośród   uśpionych   chat.   Randar   ją   odnalazł.   Nieoczekiwana   pomoc   nadeszła   od 

Windeli. Zostawili Marię w chacie, Kiira wysłała jedną ze swoich milczących pomocnic, by 

jej doglądała.

Może pomogły modlitwy Kristiny, może gospodarz opamiętał się i zaczął się obawiać 

reakcji Adriana?

Nic jednak nie mogli zrobić. Piersi Marii unosiły się boleśnie podczas zaledwie kilku 

chwil spokoju, potem znowu straszne bóle brzucha wracały.

Randar   stał   na   skraju   otwartego   placu,   patrzył,   jak   potężna   sylwetka   murzyńskiej 

kobiety wyciąga się ku niebu, ku księżycowi. Ten ukrywał się za wirującymi obłokami, nocą 

bowiem nad morzem pojawiała się mgła i przesłaniała niebo.

Słyszał,   że   Mama   Win   mamrocze   coś   cicho.   Mówiła   basem,   nigdy   by   nie 

przypuszczał,   że   kobiece   gardło   może   wydawać   z   siebie   taki   głos.   Czuł   pulsowanie   w 

skroniach. Z wielkim wstydem uświadomił sobie, że zawodzący śpiew tamtej ożywił krew w 

jego żyłach, że serce bije mocno, w odpowiedzi na tę nieznaną pieśń budziła się w nim jakaś 

prymitywna żądza.

Kobieta nie przestawała zawodzić. Nie miała pojęcia o nieproszonym gościu. Z tyłu za 

nim stała Windela, nagle zwrócił uwagę na jej półnagie ciało. Skulił się. Głos Windeli brzmiał 

mu w uszach łagodnie i ciepło.

- Ona wzywa bóstwa, które pozwolą duchom wejść w kobiece ciała. Ona to robi dla 

biednej Ginni.

- A co się stało?

- Ginni straciła dzisiaj dwoje dzieci. Pan sprzedał je na plantację na Wyspie Świętego 

Jana. Jej mąż zbierał pieniądze, dużo pieniędzy.  Za rok mógłby wykupić dzieci. Ale ona 

nigdy ich nie odzyska, Randar.

background image

Randar skinął głową.

Miał nadzieję, że Windela nie zauważy, iż z każdego poru w jego ciele wypływa pot. 

Taki szczególny pot, który można wyczuć jedynie podczas gorących uścisków. Nie ten, który 

zlewa człowieka w gorączce, ani ten, jaki wywołuje ciężka praca w upale.

Pot miłości. Zakłopotany odsunął się od niej. Widział jej obnażone niczym półksiężyc 

białe zęby. Oczy dziewczyny mieniły się lekko, poza tym zlewała się w jedno z ciemnością.

- Mama chyba będzie chciała porozmawiać z tobą. Ale nie denerwuj jej, to dumna 

kobieta. Noce należą do niej. Są jej potrzebne. Wtedy nie jest Mamą Win, ale znowu Azterą, 

przyjaciółką duchów - powiedziała Windela cicho i położyła mu dłoń na ramieniu. Jej twarz 

znajdowała się tak blisko, że czuł jej oddech i ruchy jej piersi.

Randar wciągnął powietrze głęboko w płuca, ponad wszystko pragnął, żeby ta młoda 

kobieta sobie poszła. Myślał o śmiertelnie chorej Marii, o strachu w oczach Kristiny koło 

kościoła, o ponurych scenach na placu kaźni koło fortu, nic nie pomagało.

Stał  tu  gotów   eksplodować  niczym  dojrzały owoc tylko   dlatego,  że  matka   jakiejś 

murzyńskiej dziewczyny śpiewała pieśń do księżyca.

Windela cofnęła rękę, jęknął cichutko z ulgą pomieszaną z rozczarowaniem. Matka 

skuliła się w kręgu ułożonym z małych kamyków, a potem córka podeszła do niej, kołysząc 

biodrami.

Rozmawiały krótko, Randar słyszał,  że głos  starej  jest ostry,  ale  nie rozumiał  ani 

jednego słowa.

Windela pomachała do niego.

- Mama  mówi:  usiądź,  biały człowieku.  Zrobił,  jak mu  kazała,  odchrząknął,  żeby 

oczyścić gardło. Szukał w kieszeni daru, który ze sobą przyniósł.

Jedwabna chustka Marii. Stary srebrny pierścionek, poczuł ukłucie w sercu na myśl, 

że musi go oddać. Ale co wart jest srebrny pierścionek bez niej?

Mama   Win  skinęła  głową  z   obojętną   miną.   Skrzyżowała   grube  ręce   na  piersiach. 

Windela pośpiesznie zbierała święte rzeczy matki, usuwała je. Niebo na wschodzie zaczynało 

jaśnieć.

- Mamo  Win, z całym  szacunkiem...  musisz  cofnąć przekleństwo, pozwolić mojej 

kobiecie żyć. Wynagrodzimy cię za to oboje jak tylko będziemy mogli.

Windela przetłumaczyła.

- Twoja kobieta nie zna duchów. Twoja kobieta wyrzuciła mamę z kano. Mama musi 

teraz pracować na polu!

Randar rozumiał. Nie miał nic więcej do powiedzenia. To prawda, że Maria przejęła 

background image

obowiązki Mamy Win. Biały pan Wendel bał się Mamy Win i jej sztuczek. Wierzył bardziej 

w chrześcijańskie modlitwy Marii i jej troskliwe ręce niż w gorączkowe zaklęcia Mamy Win 

oraz w lekarstwa ze zwierzęcej krwi, ekskrementów, soków roślinnych i przeżutej kory. Poza 

tym zmiana będzie się z pewnością podobać gubernatorowi. Bo to surowy i bardzo bogobojny 

człowiek. Prawie jak pastor.

- Mama Win... jeśli Maria umrze, to i tak będziesz musiała pracować na plantacji 

trzciny cukrowej. Nic nie zyskasz na odebraniu jej życia.

- Nikt nie będzie straszył Mamy Win. Mama Win zna ścieżkę duchów. Nikt inny nie 

potrafi przestraszyć złych duchów choroby! Nikt!

Randar   rozejrzał   się.   Chata   była   nieco   większa   od   innych.   Był   w   niej   porządny 

gliniany piec, a pod sufitem  wisiały liczne  narzędzia.  Przy wejściu pachniały przyjemnie 

suszone kwiaty.  Bawełniane szarfy,  którymi  powiązane były bukiety,  powiewały lekko w 

nocnym wietrze. Jak na niewolnicę, Mama Win była bogata. Jej umiejętności były wszystkim, 

co   posiadała.   Z   pewnością   nie   pożyłaby   długo,   gdyby   musiała   pracować   na   spalonych 

słońcem polach.

Randar westchnął i wstał. Podniecenie już go opuściło, był teraz w stanie spojrzeć 

pięknej Windeli prosto w oczy i widok jej nagich piersi nie budził w nim niepokoju.

Chciał już iść. Ale wtedy stara kobieta go zatrzymała.

- Ty iść ścieżką duchów, tak? Ty możesz, tak, tak! Windela patrzyła przerażona.

-   Moja   matka   mówi...   że   możesz   iść   z   nią   na   ścieżkę   duchów.   Ona   pozwoli   ci 

zobaczyć. Może znajdziesz jakiegoś dobrego ducha i pomożesz swojej Marii.

Randar zamknął oczy i potrząsnął przecząco głową. Stara pokazywała w uśmiechu 

szczerbate dziąsła. Córka wyniosła dużą miskę napełnioną jakimś wywarem i matka znowu 

podjęła swoje zawodzenie. Po chwili podały mu miskę. Cykady zamilkły na moment. Randar 

poczuł odór uryny pomieszany z zapachem czegoś mdłego. Coś pływało po powierzchni, co 

wyglądało jak kawałki skóry.

- Nie! Nie, ja nie mogę. Nie wolno mi. Droga duchów należy do ciebie. To ty musisz 

pomóc mojej Marii!

Bał się, że kobieta się rozzłości, być może wyleje mu zawartość miski na głowę albo 

zacznie wzywać wszystkie piekielne demony.

Zamiast   tego   Mama   Win   wybuchnęła   gwałtownym   śmiechem.   Córka   śmiała   się 

również, jej ciężkie piersi tańczyły mu przed oczyma. Wyciągnęła do niego ręce, powiedziała 

coś, czego nie rozumiał,  a tymczasem matka,  rechocząc, pociągnęła  solidny łyk  cieczy z 

miski.

background image

A więc to nie jest trucizna.

Chociaż musiał zwątpić, kiedy stara padła na ziemię, wywróciła oczy tak, że widać 

było tylko białka, a z jej gardła dobywał się gulgot. Skurcze wstrząsały potężnym ciałem. 

Windela   nie   okazywała   jednak   przestrachu.   Siedziała,   wpatrując   się   w   niego   swoimi 

ciemnymi oczyma, i szeptem wyjaśniła:

- Mama pójdzie sama. Ty jesteś mądry. Ona nie chce nigdy, nigdy mieć towarzystwa 

na ścieżce duchów. Jesteś mądry - powtórzyła.

Niebo pojaśniało. Windela ujęła go za rękę.

- Ty dobry człowiek. Ty pomożesz swojej kobiecie. Ale kto pomoże tobie?

Zanim zdążył ją powstrzymać, podeszła do niego bardzo blisko, ugryzła go leciutko w 

ramię. Z jej gardła dobywało się jakieś mruczenie, Randar poczuł, że jej ręce rozplątują sznur, 

którym przewiązał swoją szeroką szatę w pasie. Głaskała go też po nagiej skórze na piersiach.

Krew znowu się w nim burzyła, ale odsuwał się, uśmiechał niepewnie do dziewczyny, 

nie miał odwagi używać mocniejszych słów.

- Biały mężczyzna, biedny mężczyzna... Windela da ci nową siłę, tak? Ty jesteś nowo 

przybyły, jesteś głuptasem, który nic nie wie o tym życiu. Ale ja ci pomogę, tak?

Randar czul się beznadziejnie osaczony, nie odważył się jej odepchnąć, bał się, że 

matka  mogłaby go ukarać,  gdyby obraził  jej córkę. Ciało  zapłonęło  ponownie, ale  myśli 

pozostawały wciąż jeszcze jasne.

- Nie, Windela, ja nie mogę. Mam kobietę, wiesz o tym. Chorą kobietę, nie wolno 

mi... Odsuwał ją od siebie obiema rękami, niezbyt mocno, poczuł pod dłonią miękką pierś, 

podskoczył, gdy dotknął napiętej brodawki.

- Nie, Windelo, nie, nie teraz... Nagle go puściła. W mdłym świetle brzasku widział 

wyraźnie jej profil, niebo różowiło się na wschodzie, niosło obietnicę nowego, słonecznego 

dnia.

- Muszę iść, muszę do domu... Windela, wybacz mi...

I   pobiegł   co   tchu   przez   leśne   zarośla   oddzielające   chaty   wolnych   Murzynów   od 

długich baraków niewolników.

Czuł bicie serca w gardle. Maria, Maria, co ja zrobiłem? A jeśli ona umarła teraz, 

kiedy   ja   w   swojej   beznadziejnej   głupocie   szukałem   niemożliwego   ratunku?   Murzyńska 

magia, nic takiego nie istnieje. Dlaczego miałaby być odmienna od naszej? Maria zna magię, 

jej nie można dotknąć, to przecież ona została niegdyś skazana jako czarownica i nie może 

teraz umrzeć od sztuczek jakiejś Murzynki. Nie...

- Dzień dobry, Randar... Mógłby krzyczeć z radości. Zamiast tego padł na podłogę tuż 

background image

obok niej, obejmował drobne ciało, unosił je w górę, przyciskał ją do siebie tak, że aż jęknęła, 

mimo to popatrzyła na niego.

- Czujesz się lepiej, jesteś przytomna! Och, dzięki... Maria próbowała uwolnić rękę, 

chciała   pogłaskać   go   po   zaciśniętych   powiekach.   Wyczuwała   gwałtowne   uderzenia   jego 

serca, zdawało jej się, że cały drży, jakby biegał przez całą noc i odpędzał demony, które ona 

miała w sobie.

Kristina odkryła, że pochlebstwo jest śmiertelnie niebezpieczne, a wybuchy gniewu 

jeszcze   gorsze.   Kiiri   próbowała   ją   pocieszać,   ale   nie   znajdowała   dość   słów,   a   nie   miała 

odwagi   dotknąć   białej   kobiety.   Przychodziła   więc   z   maleńkimi,   pysznymi   owocowymi 

ciasteczkami,   przynosiła   kandyzowane   śliwki,   orzechy,   które   były   zanurzane   w   syropie, 

zanim je usmażono na maśle.

Układała wielkie bukiety pachnących kwiatów na stoliku przy oknie i nie ustawała w 

staraniach, by służyć Kristinie jak najlepiej.

Kristina już się więcej nie kąpała, ale pozwalała Kiiri przynosić mokre płaty bawełny, 

którymi ocierała pot i w których kryła swoje łzy.

Pewnego przedpołudnia Kiiri przyszła ze spuszczonym wzrokiem i oznajmiła, że pan 

życzy sobie towarzystwa przy śniadaniu.

- Nie! Jestem chora, powiedz, że jestem chora! Ja nie chcę, nie jestem w stanie...

Kiiri wpatrywała się w nią wzrokiem zbitego psa, potem jednak zawróciła na pięcie i 

bezszelestnie zamknęła za sobą drzwi.

Po paru minutach wróciła, wielka czerwona plama widniała na jej policzku, a wargi 

krwawiły.

-   Pan   mówi,   że   jestem   niedobrym   posłańcem.   Ja   mówię:   łaskawa   panienka   jest 

proszona.

Kristina przesłoniła usta dłonią.

- On cię uderzył? O, mój Boże, uderzył cię dlatego, że ja nie przyszłam?

Kiiri mrugała  przestraszona  i pochyliła  głowę. Kristina czytała  w  jej myślach.  To 

wszystko, jak się okazuje, wcale nie było dla Kiiri niczym nowym. Ona znała pana.

- Dlaczego nie powiedziałaś, że on tak samo po świńsku zachowuje się również wobec 

ciebie?

Kiiri ciężko przełknęła ślinę i padła na kolana.

- Ja być tylko głupia niewolnica. Panna Kristina mnie ukarać... ja głupia, głupia. Nie 

wiedzieć nic...

Kristina zacisnęła pięści.

background image

Do   jakiego   to   domu   wariatów   się   dostała?   Jak   ojciec   mógł   ją   wysłać   do   takiego 

potwora, do takiego poganina? Znajdowała się teraz w gorszym więzieniu niż na Skjaervasr, 

dziesięć razy gorszym, mimo pysznego jedzenia, pięknego pokoju, służby...

Od wielu tygodni nie widziała Marii. Ze swojego okna mogła spoglądać w dół na 

cukrownię i tam kilkakrotnie mignął jej Randar między obłokami pary i dymu. Wiedziała 

przynajmniej, że żyją. Nie mogła jednak z nimi rozmawiać, nie mogła się z nimi przywitać 

nawet w niedzielę, kiedy dosiadali koni i jechali do kaplicy w forcie, by słuchać, jak blady 

pastor opowiada o zwycięstwie Boga na pogańskich wyspach.

- Kiiri, to ja już zejdę. Ale muszę chyba włożyć kapelusz, prawda?

Niewolnica   wspięła   się   na   palce,   zdjęła   duży   kapelusz   upleciony   z   miękkich   i 

cieniutkich słomek. Kapelusz ozdobiony był różową wstążką.

Kristina chwyciła go i naciągnęła głęboko na czoło, w czym nie było jej zbyt ładnie. 

Pożyczyła  też sobie cieniutką bawełnianą bluzkę haftowaną w małe kwiatki, pasujące do 

kapelusza.

Dwaj potężni Murzyni, którzy dniem i nocą stali wyprostowani przy schodach, nawet 

nie drgnęli, kiedy obok nich przebiegła.

Za pierwszym razem, gdy próbowała wyjść, chwycili ją stalowymi łapami i odnieśli 

wrzeszczącą z powrotem do pokoju. Potem pan Wendel urażonym głosem wyjaśniał jej, że, 

niestety,   jest   zbyt  niedoświadczona  i   zbyt  ładna,  by mogła  sama   spacerować  po  wyspie. 

Wszędzie   czai   się   mnóstwo   niebezpieczeństw   i   byłoby   rzeczą   niewybaczalną   pozwolić 

młodej białej kobiecie wychodzić samotnie z domu.

I wtedy właśnie zrozumiała.

Potem nie wysunęła już stopy poza swoje białe więzienie, z wyjątkiem niedziel, kiedy 

pan Wendel wyprowadzał ją na oślepiające słońce i zabierał ze sobą do kościoła.

Teraz   w   chłodnej   jadalni   stół   nakryty   był   na   dwie   osoby.   Znowu   oszołomiło   ją 

widoczne tu bogactwo i zbytek. Pod sufitem zawieszony był ogromny wachlarz przemyślnie 

przywiązany,   w   rogu   pokoju   stała   Murzynka   i   rytmicznie   pociągała   za   jedwabny   sznur. 

Wachlarz   poruszał   się   tam   i   z   powrotem,   wywołując   ruch   powietrza   i   przeganiając 

jednocześnie owady.

- Panno Kristino! Jest pani podobna do kwiatu, do małego, nieśmiałego fiołka, które 

można wiosną zbierać u nas w Danii, w alei Kupców!

- Panie Wendel, nie udobrucha mnie pan pięknymi  słówkami. Jest pan potworem. 

Diabłem, który nazywa siebie chrześcijaninem!

Gospodarz odchrząknął cicho, ale nie wyglądał na zirytowanego.

background image

- Proszę bardzo, niech pani usiądzie przy stole. Chcę pani powiedzieć, że w najbliższej 

przyszłości będę miał trochę wolnego czasu. Plony z pól południowych są pod dachem, a 

kukurydza jeszcze nie całkiem dojrzała. Plantacje bawełny są pod dobrą opieką i nie muszę 

ich   doglądać.   Teraz   najważniejsze   ze   wszystkiego   jest   to,   że   oczekuję   gości.   Musimy 

wszystko   starannie   zaplanować,   moja   śliczna,   ponieważ   nasze   gospodarstwo   domowe   to 

prawdziwa katastrofa.

Kristina milczała. Posyłała mu tylko ponad stołem nienawistne spojrzenia.

Pan Wendel pochylił się, ujął tacę z sadzonymi jajkami. Na jego obrzmiałych wargach 

lśnił tłuszcz, żółtko przykleiło się do wąsów.

-   Proszę   się   poczęstować!   Mamy   też   smażone   mięso   i   żytni   chleb!   Prawdziwe 

staroświeckie śniadanie, takie jadaliśmy w ojczyźnie!

Kristina nigdy przedtem nie jadła na śniadanie jaj ani mięsa, na sam widok żołądek 

podchodził jej do gardła. Z wahaniem wzięła kukurydziane ciastko i posmarowała je lekko 

masłem. Pan Wendel nalał jej ciemnej herbaty, którą panie bardzo lubiły, piły ją i na gorąco, i 

na zimno, bo orzeźwiała.

- No więc jak powiedziałem, oczekuję gości. Zostaną tu aż do końca pory deszczowej, 

myślę, że potrwa to kilka miesięcy. Przyjedzie mój brat, złotnik, i jego piękna hiszpańska 

małżonka.   Będą   wraz   z   innymi   towarzyszyć   przedstawicielom   kompanii,   niektórzy 

zamieszkają u nas, niektórzy u gubernatora. Zamierzam udowodnić im, że to nie jest ani 

prymitywne, ani pozbawione kultury miejsce. Będziemy organizować przyjęcia i rozrywki, a 

pani   chciałbym   powierzyć   szczególne   zadanie,   panno   Kristino.   Spoglądała   na   niego   bez 

zainteresowania.

-   Może   będę   musiała   tańczyć   półnaga,   tak   jak   to   robią   dla   pana   murzyńskie 

dziewczęta? Tak, żeby każdy, kto zechce, mógł mi się przyglądać? A może życzy pan sobie, 

żebym   wysmarowała   ciało   zwierzęcym   tłuszczem   i   ziemią,   to   wtedy   przypominałabym 

bardziej niewolnicę, którą i tak mnie pan uczynił?

- Proszę się nie złościć, łaskawa panienko! Pozwolę sobie prosić o zmianę tonu! Nie 

jest pani niewolnicą! Jest pani moim gościem, moją szanowaną, młodą kuzynką. No, zresztą 

to kuzynostwo... traktuję panią raczej jako... guwernantkę.

- Tylko że dotychczas nie miałam jeszcze okazji poznać dzieci - ucięła chłodno.

Roześmiał się dziwnie, jakby rżał, oparł się wygodnie na krześle.

- Panno Kristino, marzenia pani zostaną spełnione z nawiązką. Chcę uczynić  pani 

zaszczyt, o jakim pani nigdy nawet nie śniła, moje małe biedactwo. Dorastające na skalistej 

wyspie...   wychowywane   przez   przestępców,   karmione   solonymi   rybami...   to   nie   jest 

background image

odpowiednie życie dla córki Adriana Mulda. Nie, pani jest przeznaczona dla czegoś lepszego. 

I Pan w swej łasce i sprawiedliwości znalazł rozwiązanie.

Gapiła się na niego z otwartymi ustami, widelec wypadł jej z ręki. Nie podobał jej się 

wyraz jego ordynarnej, opalonej gęby. Szybko przełykała ślinę, by stłumić mdłości, on zaś 

wytarł   czerwone   ręce   w   lnianą   serwetkę   i   beknął.   Ręce...   czuła,   jak   skóra   pali   ją   na 

wyobrażenie tych rąk dotykających jej nagiego ciała.

-   Panno   Kristino   Muld...   wyjdzie   pani   za   mąż.   Potrząsnęła   głową,   niczego   nie 

pojmując.

-   Wyjdzie   pani   za   mąż   za   pierwszego   człowieka   na   tej   wyspie.   Za   wytwornego 

mężczyznę, pochodzącego z dobrej duńskiej rodziny. Za człowieka, któremu wszystko się 

udaje   i   z   którego   inni   właściciele   plantacji   biorą   przykład.   Za   kogoś,   komu   nawet 

gubernatorzy okazują uprzejmość i którzy szanują go za jego moralność i za odpowiednie 

traktowanie zarówno białych,, jak i czarnych ludzi w jego domu. Za mnie.

Kristina drgnęła, zaciśniętą ręką potrąciła filiżankę, gorąca herbata rozprysnęła się na 

suknię.

- Nigdy w życiu! - warknęła wściekle. - Prędzej odbiorę sobie życie, ty brudny koźle.

Oczy pana Wendela mieniły się. Najwyraźniej nie słyszał, co powiedziała.

- Będziesz miała wesele, o którym będą sobie opowiadać na wszystkich Karaibskich 

Wyspach, wiadomości dotrą aż do Kopenhagi i dalej do najczarniejszej Afryki. Twój ojciec 

będzie krzyczał z radości, będzie mi dziękował. Co mnie zresztą nie zdziwi, bo chyba to 

właśnie miał na myśli, kiedy napisał do mnie...

- Przecież on myślał, że jesteś żonaty! Nie wiedział, że twoja nieszczęsna małżonka 

zmarła!

Wendel złożył ręce, udając smutek.

- Zmarła, tak, moja wierna Anna Victoria. Ale ty będziesz godną jej następczynią, 

matką moich dzieci, pociechą moich samotnych nocy...

- Nie! To już raczej wyjdę za jakiegoś Murzyna!

Teraz gniew eksplodował, pan Wendel rozerwał złączone dłonie i uderzył pięścią w 

stół tak mocno, że nakrycia zadzwoniły. Ze straszną miną okrążył stół i przycisnął swoje 

wargi do jej ust. Kristina wrzasnęła. Cień Kiiri zniknął za drzwiami. Wachlująca ich kobieta 

patrzyła w inną stronę, jej twarz nawet nie drgnęła.

Teraz dotarło do Kristiny, że ten człowiek posiada ją tak samo, jak posiada Kiiri oraz 

tę połyskującą od potu żywą figurę przy drzwiach.

Może ją obrażać, dręczyć, ożenić się z nią albo ją zamordować. Tutaj najwyraźniej nie 

background image

istnieje żadne prawo, tylko decyzje gubernatora i jego otoczenia.

- Panie Wendel - powiedziała cieniutkim głosem. - Powiedziałam to, co naprawdę 

myślę. Jeśli mnie pan zmusi do uległości, to odbiorę sobie życie.

- Ty przeklęta dziwko! Już ja zadbam o to, żebyś żyła. A co więcej, jeśli natychmiast 

nie zmienisz nastawienia do mnie, nie uznasz, że spotyka cię wielki zaszczyt, to zapłacą mi za 

to twoi nędzni opiekunowie! Twoja przybrana matka już i tak jest prawie nieżywa, gnije od 

środka, coraz bardziej z każdym dniem. I nie myśl, że ten olbrzym, twój przybrany ojciec, 

może w ogóle cokolwiek zrobić. Po paru tygodniach w cukrowni nie będzie miał siły walczyć 

o twoją cnotę!

Kristinie dzwoniło w uszach, jakby się tam znalazło tysiąc małych komarów. Kłuło ją 

i piekło, ciemniało jej w oczach, zdołała jednak opanować gniew, nie chciała wybuchnąć, nie 

chciała mu w żadnym razie pokazać, że jest na krawędzi załamania.

- Nie możesz zrobić im krzywdy. Ty... ty... mój ojciec przyjedzie i cię zabije!

Wendel cofnął się o krok. Przyglądał jej się spod oka.

- Myślałem o tym - rzekł wolno, przyczesując palcami sterczące wąsy. - Ale przecież 

możemy   zadbać   o   to,   żeby   nie   przyjechał...   mam   przyjaciół   na   morzu,   wielu   przyjaciół. 

Ludzi, którzy nie okazują posłuszeństwa innemu królowi poza bogactwem.  Ludzi, którzy 

chętnie uprowadzą nic nie wart pasażerski stateczek, jeśli im za to zapłacę. Twój ukochany 

ojciec... byłaby wielka szkoda, gdyby coś takiego się stało.

Nie   była   w   stanie   słuchać   dłużej.   Błądziła   wzrokiem   po   ścianach,   patrzyła   na 

nieruchomych niewolników, na malowidła utrzymane przeważnie w kolorach krwi i starego 

złota.

Wendel usiadł znowu, mówił teraz znacznie ciszej i znacznie spokojniej, jak kapłan, 

który najpierw miotał najgorsze przekleństwa na grzesznych ludzi, a teraz chce wskazać im 

drogę.

- Kristino Muld, dobijmy targu.

Randar nie rozumiejąc, o co chodzi, patrzył zmrużonymi oczyma na żołnierza, który 

zdejmował   z   niego   uprząż.   W   młynie   słychać   było   trzaski   i   zawodzenia   mechanizmu, 

czarnych mężczyzn było teraz tylko pięciu i gdy nieoczekiwanie odejdzie Randar ze swoimi 

wytrzymałymi mięśniami, będą musieli napinać swoje ciała jeszcze trochę poza granicę bólu.

- Masz iść do pana. Chce z tobą rozmawiać. Weź też swoją babę. Najpierw idźcie do 

łaźni. Kiiri na was czeka.

Randar mrugał, pot zalewał mu twarz. Mięśnie drżały po strasznym wysiłku, zrobiły 

się   ostatnio   znacznie   większe.   Młyn   w   cukrowni   to   morderczo   wyczerpująca   praca.   W 

background image

pierwszych dniach myślał, że tego nie przeżyje. Później jednak zauważył, że ciało się nie 

poddaje, a teraz był  silniejszy niż kiedykolwiek, nawet w młodości nie widział u nikogo 

takich wielkich, napiętych mięśni, jakie teraz on miał pod skórą na piersiach, na ramionach i 

na udach.

Maria też żyła teraz spokojniej. Chorzy przychodzili do ich chaty, nie musiała już 

wędrować po plantacji i dźwigać ciężkich koszy.

Zresztą trudno powiedzieć, że przychodziło wielu Murzynów. Nie biegali do Marii z 

własnej woli, nadzorca musiał ich wypędzać groźbami i razami.

Murzyni się jej bali. Tysiąc razy woleli złożyć sprawy swego życia w ręce Mamy Win.

Asystent nadzorcy, młody niemiecki żołnierz, ponaglał Randara, a potem baty spadły 

ze świstem na czarne plecy człowieka, który na chwilę przestał obracać wielkie koło.

- Kristina! O, mój Boże, wyglądasz bardzo dobrze! Bogu dzięki, nic ci się nie stało, 

moja mała Kristino, tak strasznie za tobą tęskniłam...

- Mnie nic nie jest, mamo. Ja... mam tu wszystko, czego potrzebuję. Ale ty byłaś 

bardzo chora, prawda? Pan Wendel powiedział... że nie mogę do ciebie iść, bał się, żebym się 

nie zaraziła...

Maria nie dostrzegała, że młodej tłumaczącej się kobiecie zanosi się na płacz.

Przyciskała Kristinę mocno do siebie i rozkoszowała się tym, że znowu czuje na szyi 

jej drobne ręce.

- Moja mała, kochana...

- Mamo, ja... my mamy ci coś do powiedzenia.

- Och, z pewnością masz mi do opowiedzenia tysiące rzeczy! Jak ci idzie z dziećmi, 

czy są posłuszne? Poznałaś jakieś inne młode kobiety, z którymi mogłabyś pić herbatę i brać 

z nich przykład? Zwiedziłaś już wyspę, zorientowałaś się, co to za miejsce? Och, musisz 

opowiedzieć mi wszystko, ja nie widziałam właściwie nic poza moją własną chatą...

-   Mamo   -   powiedziała   znowu   Kristina   cicho,   rzucając   ukradkowe   spojrzenie   na 

milczącego pana Wendela. Ten chrząknął i usiadł za wielkim biurkiem.

- Siadajcie - nakazał krótko. - A panna Kristina niech podejdzie do mnie.

Maria wypuściła ją niechętnie z objęć, nagle zdjął ją lęk.

Pan Wendel mówił spokojnie, w swoim krótkim przemówieniu akcentował prawie 

wszystkie słowa.

- Dzięki łasce i woli Pana zdarzyło się tak, że panna Kristina i ja postanowiliśmy 

zawrzeć związek małżeński. Jej ojciec został poinformowany i jeśli Bóg pozwoli, przyjedzie 

tutaj jeszcze przed naszym ślubem. Spodziewamy się, że będzie tu za mniej więcej pół roku 

background image

od   dzisiaj,   po   zakończeniu   pory   deszczowej,   kiedy   statki   będą   mogły   spokojnie   przebyć 

morze. Wam, jako jej służącym, to znaczy przybranym rodzicom, mam obowiązek zapewnić 

lepsze warunki. Od dziś przeniesiecie się z waszej chaty i zamieszkacie w naszym domu. W 

zamian za to oczekuję absolutnej lojalności.

- Kristino! To nie może być...

- Trzymaj język za zębami! Chyba widzisz, że ona się zgadza.

Wzrok Randara przenosił się z nadętego gospodarza poprzez przerażoną twarz Marii 

do spokojnej, skupionej twarzy Kristiny.

Maria nie pozwoliła sobie przerwać.

- To nie może być prawda. Kristino, czy ty rzeczywiście tego chcesz?

W końcu opanowała się jednak. Stwierdziła,  że to głupie pytanie.  Ojciec  Kristiny 

prosił  Wendela,  by zaopiekował  się nimi  wszystkimi.  Najwyraźniej  Adrian nie  znał  tego 

człowieka. Stało się to, czego można było się spodziewać, wdowiec w pełni panował nad 

sytuacją. Szczęśliwe  rozwiązanie,  gdyby nie  brać pod uwagę jednej sprawy:  Wendel jest 

brutalnym człowiekiem, podstarzałym, chciwym właścicielem niewolników, który zbyt długo 

żył pod tym piekącym słońcem, by wykazywać zrozumienie dla czegoś tak mało ważnego, 

jak podeptane marzenia młodej kobiety.

- Tak będzie najlepiej, mamo.  Dla nas wszystkich. Głos Kristiny zdawał się jakiś 

obcy. Oddychała cicho, ale Maria zauważyła, że pierś porusza się gorączkowo pod ładną, 

jedwabną   bluzką.   Dziewczyna   się   boi,   o,   tak,   śmiertelnie   się   boi   tego,   co   ją   czeka   w 

małżeństwie. A może on już...?

- Nie - jęknęła Maria cicho.

Pan Wendel spokojnie napełnił cztery kieliszki. Drżała mu ręka, kiedy ostatni podawał 

swojej narzeczonej, a w jego oczach płonęło pożądanie.

Kristina pierwsza opróżniła kieliszek.

Maria spróbowała mocnego, słodkiego rumu, już i bez tego kręciło jej się w głowie. 

Bardzo chciała opuścić swoją nędzną chatę. Pragnęła, by Randar nie musiał się tak męczyć w 

cukrowni.   Kristina   miała   zostać   żoną   bogatego   właściciela   plantacji.   Wkrótce   przyjedzie 

Adrian.

Mimo   wszystko   wnętrzności   podchodziły   jej   do   gardła,   nie   mogła   przełknąć   tej 

nowiny. Nie mogła przyjąć do wiadomości, że taki ma być los dobrej, ślicznej Kristiny.

- Nie powinniśmy byli zabierać jej ze Skjsrvasr - szeptała na pół z płaczem, tuląc się w 

nocy do Randara.

- Może znajdzie się jakaś rada, moja kochana. Musimy tylko zachować spokój i strzec 

background image

Kristiny, najlepiej jak potrafimy. Dopóki nie przyjedzie jej ojciec. On znajdzie rozwiązanie. 

On przecież nie może dać na to swojej zgody.

- Ale sam widziałeś, on odebrał jej wszelką wolę. Jej oczy, Randar! Były martwe, nie 

widziałeś tego? Ona... ona ledwie mogła ustać na nogach! Musiał ją czymś oszołomić, może 

jej groził! Boże, biedne dziecko!

- Teraz możemy tylko być przy niej. Nie złościć go, bo w przeciwnym razie wyśle nas 

na pola albo sprowadzi jakiegoś murzyńskiego ducha, żeby nas uśmiercił we śnie. On może 

zrobić wszystko, Mario, ma wystarczającą władzę. Musimy zachowywać się powściągliwie i 

czekać na Adriana.

- Tak. Ale ja nie wiem, czy wytrzymam...

- Wytrzymasz. Nikt nie wytrzyma tyle co ty. Pamiętaj, że ćwiczysz to przez całe życie. 

Od blisko pięćdziesięciu lat, moja kochana.

Łagodny głos męża trochę ją uspokoił. Uśmiechała się blado, głaskała palcami jego 

twarz.

- Pięćdziesiąt lat... od dawna powinnam gryźć ziemię. Moja matka miała zaledwie...

- Ciii, ciii... chcę posłuchać śpiewu cykad. Dzisiejszego wieczoru po prostu oszalały.

Pocałowała   go   na   dobranoc,   zawsze   znajdowała   pociechę   i   ukojenie   w   jego 

pieszczotach, doświadczała tego niemal przez całe swoje życie.

Randar   wiedział,   że   nie   musi   robić   nic   więcej,   wiedział,   że   wszystko,   czego   ona 

pragnie, to żeby obejmował ją mocno i całował ostrożnie w powieki, wargi, na których był 

jeszcze smak słodkiego rumu. Cmokał delikatnie jej twarz, ostrożnie układał się na boku tuż 

przy niej, położył sobie na biodrach jej nogę i kołysał ją wolno, dopóki nie otworzyła się na 

jego spotkanie.

Wspomnienie   śmiechu   Windeli   przeniknęło   go   niczym   błyskawica   w   tej   miłosnej 

chwili. Umilkło jednak natychmiast, nic nie było w stanie zerwać więzów, którymi jego serce 

związane było tylko z tą jedną.

- Mario, tak się bałem...

- Wiem o tym. Ale teraz... z pewnością uda nam się przeżyć. Może jeszcze czeka nas 

przyszłość, o jakiej marzyliśmy. Może kawałek ziemi... Dobre dni, mój kochany. Ciepłe dni 

w słońcu... pomyśl, nigdy więcej nie będziemy marznąć.

- Nigdy... marznąć... jesteś taka gorąca - mruczał jej prosto do ucha, a ona chichotała 

cicho jak młoda dziewczyna. Jej włosy łaskotały go po twarzy, kiedy Maria położyła się na 

nim i jęknęła w ciemnościach.

Teraz to już nie śpiew cykad dzwonił mu w uszach, jakiś głębszy dźwięk wdzierał się 

background image

tutaj, jakby morze zalewało wyspę. Wieczny szum fal, tak nieustannie tu obecny, że przy 

codziennej pracy w ogóle się go nie zauważało. Jęki przemieniały się w pozbawioną słów, 

monotonną pieśń, drobne dźwięki łączyły się w radość ogarniającą oba ciała. Przymknął oczy 

i rozkoszował się tą chwilą.

background image

ROZDZIAŁ IX

Nowy pokój Marii wyposażony był  w łóżko! Ciemny i ciężki przedmiot z bardzo 

twardego drewna. Łóżko nie zostało zbite za pomocą gwoździ, lecz połączone drewnianymi 

kołeczkami w rogach. Przypominało raczej skrzynię, było całkiem proste, ale miało cudowny 

materac, który z czułością przyjmował obolałe ciało.

- Niebiańskie łoże - westchnęła Maria i przymknęła oczy z błogim uśmiechem na 

wargach. Twarda podłoga na statku, trzcinowy materac ułożony wprost na czerwonej ziemi, 

wszystko było do zniesienia, do niczego lepszego przecież nie przywykła. W porównaniu z 

tym łóżko naprawdę jest niebiańskie.

Randar stał pośrodku pokoju i przyglądał się żonie.

-   Chodź!   Wypróbuj!   Jest   miękkie   niczym   wełna.   Leży   się   naprawdę   cudownie!   I 

zobacz, jest też siatka przeciw owadom. Randar, nareszcie będziemy mieszkać jak ludzie!

Mężczyzna chrząknął.

-   Mario...   ja   dostałem   pokój   w   innym   miejscu.   Pan   Wendel   postanowił,   że   my 

będziemy spać każde gdzie indziej.

- Nie! Zerwała się na równe nogi, jakby to miękkie  posłanie  nagle wypełniło  się 

ostrymi kolcami.

- Nie może być o tym mowy! On nie może... jesteśmy przecież mężem i żoną!

Randar potrząsał wolno głową.

- Już próbowałem. Rozmawiałem z nim... Mario, musimy się podporządkować. W 

każdym   razie   na   jakiś   czas.   Pamiętaj,   że   za   sześć   miesięcy   przyjedzie   Adrian,   a   wtedy 

zobaczysz...

- Sześć miesięcy! Mam spać bez ciebie przez całe sześć miesięcy! Randar, ja się nigdy 

na to nie zgodzę!

Objął ją.

- Ja też tego nie chcę, nie chcę tak samo jak ty. Myślę jednak, że powinniśmy. Ze 

względu   na   Kristinę.   Gdyby   tylko   nadarzyła   się   jakakolwiek   możliwość   zmiany   tych 

małżeńskich   planów,   musimy   być   w   pobliżu,   żeby   usunąć   z   jej   drogi   ten   worek   gnoju. 

Musimy być jak najmniej widoczni... a wiesz, że ja świetnie to potrafię. Nie będziesz tutaj 

zbyt bezpieczna, od czasu do czasu będziesz miała nocne męskie wizyty, moja kochana - 

uśmiechnął się czule.

Maria westchnęła i wzruszyła ramionami.

- Może i masz rację... trzeba się podporządkować. Tymczasem. Ale ja nie będę czekać 

background image

aż do przyjazdu Adriana i wyjaśnię tę okropną sytuację. Naszym obowiązkiem jest pomóc 

Kristinie. Ona musiała zostać czymś zatruta, oszołomiona. Randar, ja nie spocznę, dopóki z 

nią szczerze nie porozmawiam!

- Teraz nie będzie to z pewnością trudne. W końcu mieszkamy z nią pod jednym 

dachem.

- Ona jest zamknięta w swoim pokoju! Nie wejdziemy tam! Widuję ją tylko przy 

posiłkach!

Poklepał żonę mocno po plecach, pogłaskał uspokajająco napięte mięśnie.

- Na pewno coś wymyślimy. Nic nie będzie z tego wesela, dopóki w nas tli się choć 

iskierka życia!

Maria   przytakiwała,   położyła   palec   na   wargach,   jak   to   miała   w   zwyczaju,   kiedy 

zastanawiała się nad czymś.

- Kiiri patrzy na Kristinę z czymś, co przypomina współczucie. Myślę, że będę mieć z 

niej pomocnicę... W każdym razie na pewno się zgodzi przemycić list do Kristiny.

•• Czy to nie jest zbyt niebezpieczne? On może znaleźć listy! I nie zapominaj, że Kiiri 

jest niewolnicą. Śmiertelnie się boi swojego pana i z pewnością nie będzie ryzykować, bo 

wie, że w razie czego czeka ją chłosta.

- Może tak, a może nie... - mruknęła Maria. Przytulił ją jeszcze mocniej.

-   Tak   rozkosznie   pachniesz...   Jego   głos   brzmiał   ochryple,   Maria   wiedziała,   co   to 

znaczy.

- Randar, coś ty! Co ty zamierzasz...? On już stanowczo wsunął jedną rękę w rozcięcie 

jej szerokiej bluzki i głaskał ciepłą, świeżo wymytą skórę.

- Jesteś taka smakowita... będę tak strasznie za tobą tęsknił...

- Mhm...

Maria czuła, że słabnie, rozkoszne ciepło ogarniało całe ciało, wygięła się lekko, by 

ułatwić mu zadanie. Roześmiała się gardłowo, kiedy uszczypnął ją lekko w policzek.

- Myślę, że ten upał działa na ciebie odmładzająco! Jesteś szalony jak młody chłopak!

Odpowiedział jej młodzieńczym śmiechem, a potem pochylił się, by dotknąć ustami 

brodawek, które napinały się pod cienkim bawełnianym płótnem.

- Bardzo lubię te dziwne stroje - burczał zadowolony i jednym ruchem rozwiązał pas 

własnego ubrania.

W pomieszczeniu przeznaczonym dla mężczyzn sypiało ośmiu zaufanych służących. 

Czterej z nich to strażnicy, potężni, muskularni mężczyźni z głębi Afryki. Pozostali czterej 

mieli   jaśniejszą   skórę   i   drobniejszą   budowę.   Byli   to   osobiści   służący   właściciela, 

background image

uczestniczyli w pracach kuchennych. Kobiety z Kiirą na czele dbały o zakupy, przygotowanie 

jedzenia,   gotowanie,   podawanie   do   stołu   i   sprzątanie   dwunastu   pokoi   w   ogromnym 

domostwie. Windela i dwie inne były specjalnie przyuczone do prowadzenia eleganckiego 

domu,  powierzano  im czyszczenie  sreber, mycie  licznych  kryształowych  żyrandoli  i inne 

prace, jak na przykład dbanie o stroje pań. Windela była też czymś w rodzaju pokojówki i w 

razie potrzeby usługiwała paniom, przyjeżdżającym tu w gościnę.

Randar   starał   się  odwracać   wzrok,  kiedy  z  jedną  ręką   opartą  na   biodrze   Windela 

uśmiechała się do niego poufale.

- Twoja pani już zdrowa, tak?

Potwierdził skinieniem głowy, wyjąkał jakieś podziękowanie. Ona potrząsnęła głową, 

długie włosy otaczały czoło niczym turban. Dawno już stwierdził, że skórę dziewczyna miała 

jaśniejszą niż jej matka, twarz młodej też była bardziej otwarta. Windela była wyższa, ale 

oczy miały tę samą brązowoczarną barwę co oczy Mamy Win.

-   Twoja   żona   szczęśliwa   -   powiedziała   Windela   i   mrugnęła   do   niego 

porozumiewawczo, po czym kołysząc biodrami ruszyła przed siebie.

Randar przełknął ślinę. Kiira przyglądała mu się dziwnie.

- Randar, szybko! Ty słyszeć, tak? Ty pomóc India nosić wodę!

Przytaknął oszołomiony i pobiegł za młodym chłopcem, który urodził się tu na wyspie 

i mówił niemal perfekcyjnie po duńsku.

Maria zniknęła wraz z dwiema innymi kobietami, poszły na targ, żeby zrobić zapas 

owoców i warzyw.

- Opowiedz mi o pracy tutaj, Indio! Nigdy przedtem nie byłem domowym służącym.

- Praca jest ciężka, ale ciągle robi się co innego. Jednego dnia to, drugiego coś jeszcze. 

To bardzo dobrze. Dobre jedzenie, tak! Pan surowy, ale dobry. Dba o nas wszystkich!

- Aha. Ale służących jest tutaj bardzo dużo, niemożliwe, żeby wszyscy mieli zajęcie?

Murzyński chłopiec roześmiał się i wyciągnął w górę cienkie, długie palce.

- Och, tak! Mnóstwo roboty. Mnóstwo gości! Roboty pod dostatkiem, tak. Dzisiaj 

będziemy nosić wodę z Magan, rozumiesz? Daleko, daleko!

Randar uśmiechnął się i przytaknął. Chłopiec ruszył w drogę, spokojnie wspiął się na 

niewielkie wzgórze i skręcił. Randar ujął mocniej naczynia na wodę, które już zaczynały mu 

ciążyć.

Puste ważyły co najmniej ze dwadzieścia funtów, domyślał się, że to będzie znacznie 

trudniejsze niż cały dzień w młynie.

Szczupły India bez widocznego wysiłku niósł naczynie na głowie i biegł lekko w górę 

background image

wykładaną kamieniami ścieżką.

Oczy Kiiri były przerażone niczym u złapanego zająca, ale bez słowa przyjęła złożoną 

kartkę. Wsunęła ją pod koszulę i uśmiechnęła się blado do Marii.

-   Ty   pomóc   pannie   Kristinah.   Moja   dobra   kobieta,   być   dzielna.   Moja   biedna 

niewolnica!

- Jesteś dzielna, Kiiro. Wiem, co ryzykujesz, jeśli pan to odkryje.

Murzynka uniosła w górę ramiona.

- Moja znosić razy. Tak.

Pobiegła. Maria usiadła z miską grochu, który należało oczyścić, i czekając próbowała 

uspokoić swoje serce.

Śpiący niewolnicy oddychali rytmicznie, jakby fale uderzały o morski brzeg. Randar 

nasłuchiwał   głosów   innych   ludzi,   znaku,   że   ktoś   jeszcze   czuwa   w   tym   domu.   Usłyszał 

szczekanie psa, prawdopodobnie to jedna z tych na pół dzikich bestii, które pan spuszcza na 

noc, by pilnowały magazynów cukru i dziedzińca. Są tresowane tak, by atakować każdego, 

kto odważy się wyjść nocą poza obręb murzyńskiej wioski i niewolniczych  baraków. Te 

bestie nie słuchają nikogo oprócz samego pana i mężczyzn, zatrudnionych do ich pilnowania, 

wydających   im   stanowcze   rozkazy.   Randar   uświadomił   sobie   teraz,   jak   wiele 

niebezpieczeństw czyhało na niego tamtej nocy, kiedy przemykał się do chaty Mamy Win. 

Teraz należał do ludzi, których psy znają, często w oznaczonym czasie zanosił im jedzenie. 

Zauważał, że pracujący w domu niewolnicy są pod wieloma względami zaufanymi ludźmi.

Miał za sobą trudny dzień. Wyprawa do pojemnika deszczowej wody wysoko nad 

zatoką   Magan   była   długa   i   męcząca.   Naczynie   wypełnione   wodą   okazało   się   niezwykle 

ciężkie, na dodatek trudne do niesienia i India ze śmiechem i żartami próbował nauczyć go 

dźwigania   ciężarów   na   głowie.   Randar   uznał,   że   musi   to   poćwiczyć,   bo   przy   różnych 

okazjach jest to jedyne wyjście. Dzisiaj wszystko skończyło się na tym, że zanim dotarł do 

połowy drogi, musiał wylać drogocenną deszczową wodę i wlókł się potem za Indią z pustym 

naczyniem.

Ale nikt jakoś nie zwrócił na to uwagi. Cała ta sprawa była jeszcze jednym wymysłem 

pana, by biały niewolnik poczuł się mały i nieważny. To nie mogło się dobrze skończyć.

Randar wiercił się na swoim niskim łóżku, nie dostał tak jak Maria własnego pokoju, 

tylko kąt za zasłoną przy drzwiach w izbie, którą i tak dzielił z Indią.

Z zewnątrz nie dochodziło już szczekanie psów, tylko wieczny śpiew cykad i jakieś 

dalekie krzyki drapieżnych ptaków.

Nagle pojawiło się coś jeszcze, jakieś zawodzenie, pieśń. Głęboka i dudniąca, Randar 

background image

poczuł, że włosy jeżą mu się na głowie.

To były te same dźwięki, które tamtej nocy dobywały się z gardła Mamy Win, tylko 

silniejsze, unisono, jakby śpiewał liczny chór.

I   głos   basu,   przenikliwy   i   rytmiczny,   jakby   ktoś   wymachiwał   grubą   liną   ponad 

głową...

Przeniknął go zimny dreszcz.

Serce biło mocniej w piersi, tłoczyło krew w żyły bardzo szybko, aż stała się gorąca i 

ciężka.   Zasłaniał   uszy   rękami,   chciał,   żeby   przerażający   dźwięk   pozostał   na   zewnątrz. 

Spostrzegł jednak, że szum jego własnej krwi zlewa się w jedno z tamtym głosem i nie można 

od tego uciec.

- Mario - szeptał bezradnie. - Mario, pomóż mi...

List   od   Kristiny   wcale   Marii   nie   uspokoił,   chociaż   słowa   były   oczywiste.   Młoda 

kobieta   wyjaśniała   stanowczo,   że   ona   sama   pragnie   tego   ślubu   i  że   pan   Wendel   zawsze 

zachowywał się wobec niej poprawnie i przyzwoicie. Ona zaś cieszy się, że dni niedostatku, 

na który była skazana jako nieślubna córka Adriana, należą do przeszłości. Wdzięczna jest 

panu Wendelowi i Bogu, że tak wszystko się dobrze dla niej ułożyło. „Mój ojciec musiał to 

właśnie mieć na myśli, kiedy mnie tutaj wysyłał i oddawał w opiekę panu Wendelowi” - 

pisała.

Serce Marii krwawiło. Ani na chwilę nie zapominała, że Kristina nie jest jej córką, ale 

w tamtych latach na Skjasrvasr bardzo tego pragnęła. A kiedy dziecko zaczęło nazywać ją 

matką, sprawiło jej to wielką radość.

Teraz Maria upuściła list na podłogę i wpatrywała się w płomień lampy na stoliku 

przy   łóżku.   Owady   tłoczyły   się   wokół   światła,   tłukły   skrzydełkami   o   szklany   klosz   i 

próbowały od nowa dostać się jak najbliżej, prosto w objęcia śmierci.

Maria nie miała wątpliwości. Ten człowiek musiał podać dziewczynie jakiś trujący 

sok roślinny, podobny do tego, którym Murzyni smarują skórę, kiedy po kryjomu odprawiają 

swoje pogańskie rytuały. Słyszała, jak plantatorzy o tym rozmawiali. Przyciszonymi głosami 

wymieniali informacje i pogłoski z gór, gdzie zbiegli niewolnicy urządzali swoje straszne 

nabożeństwa.

Kristina musiała zostać oszołomiona albo znajduje się pod presją. A może ten nowy 

świat kompletnie poprzewracał jej w głowie?

Maria zaczęła niespokojnie chodzić po pokoju. Powinna zejść na dół, pomóc przy 

zmywaniu po kolacji. Ale już dawno zauważyła, że pan Wendel nie ma nic przeciwko temu, 

żeby przebywała w pokoju, który jej dał. A Kiira umykała pospiesznie, gdy tylko zobaczyła 

background image

Marię. Widocznie nie miała ochoty na noszenie listów pod bluzką.

To   beznadziejne.   Dwaj   rośli   Murzyni   nieustannie   strzegą   pokoju   Kristiny.   Maria 

przeczuwała, że właściciel plantacji musiał ją czymś bardzo przestraszyć.

-   Ale   odrobinki   dla   spróbowania   chyba   mi   nie   odmówisz,   moje   małe,   kochane, 

słodziutkie jabłuszko?

-   Nie!   Trzymaj   się   z   daleka,   ty   koźle!   Panu   Iversenowi   z   pewnością   by   się   nie 

podobało, gdybyś prowadził do ołtarza pannę, która nie jest dziewicą!

Zarechotał, ale cofnął się. Kristina odetchnęła z ulgą. Używała nazwiska gubernatora 

niczym   magicznego   zaklęcia,   zauważyła   bowiem,   że   to   jedyny   człowiek,   z   którym   pan 

Wendel jeszcze się trochę liczy. A gubernator miał teraz pełne ręce roboty. Niemal każdego 

popołudnia   przywożono   do  fortu  więźniów,   bo  nowe   prawo  nakazywało   plantatorom  tak 

właśnie   postępować   z   przestępcami.   Skończyły   się   czasy,   kiedy   sami   plantatorzy   mogli 

wymierzać kary,  gubernator bowiem się obawiał, że nie są oni dostatecznie surowi. Jeśli 

przestępstwa   dopuścił   się   jakiś   dobry   robotnik,   to   właściciel   mógł   okazać   mu   łaskę   i 

wymierzyć parę razów, chociaż w istocie przestępca zasługiwał na obcięcie ręki, nogi albo 

nawet na śmierć.

Kristina ukryła się za pięknym, wykładanym macicą perłową wachlarzem i spoglądała 

znad jego krawędzi.

- Panie Wendel... zastanawiam się nad pewną sprawą.

- Co takiego, moja śliczna?

- Ale nie wiem, czy mogę zapytać...

- Och, nie krępuj się! Nie zawsze panienka jest taka nieśmiała!

- Ja... ja tak myślę, czy nie mogłabym czasem wyjść na krótki spacer. Na przykład na 

targ albo przynajmniej na jakieś przyjęcie, które tutejsze panie wciąż organizują.

- Przyjęcie? Targ? Czyś ty zwariowała?

- Ale dlaczego nie? Pan Wendel nadął się.

- Czy ty nie wiesz, gdzie się znajdujesz? Tutaj wszędzie czai się niebezpieczeństwo! 

Zbiegli niewolnicy czyhają przy drogach, uzbrojeni w kule i proch. W lasach aż się roi od 

węży i jadowitych pająków! A na targu? Tam elegancką panienkę zaraz by otoczyły chmary 

białych żebraków, bezczelnych murzyńskich wyzwoleńców albo pijanych marynarzy. O, nie! 

Ja bardziej się troszczę o moją przyszłą żonę niż o...

Kristina wycisnęła z oczu kilka łez, które bardzo dekoracyjnie zawisły na rzęsach.

-   Ale   panie   Wendel...   Hans   Friedrich...   nie   możesz   mnie   przecież   trzymać   w 

zamknięciu przez resztę życia? Muszę poznać twoją wyspę, skoro mam na niej z tobą żyć 

background image

przez długie lata!

Złagodniał. Zobaczyła, że twarz mu się zmienia. Kristina opuściła wachlarz, pokazała 

mu drżące, różowe usteczka.

- Bądź taki dobry... ja się przecież zmieniłam. Zostanę z tobą jako twoja żona. Ale w 

ogóle nie rozmawiam z kobietami, bardzo mi potrzeba kogoś, u kogo mogłabym szukać rad. 

A takich rad młoda dziewczyna, która ma wyjść za mąż, potrzebuje wiele.

Zarumieniła się ślicznie. Nagle jednak ku swemu przerażeniu stwierdziła, że obrała 

błędną taktykę. On roześmiał się jej prosto w twarz, złapał za nadgarstki i chichotał.

- Moje małe biedactwo, jaka ty jesteś głupia. Czy ty myślisz, że o takich sprawach 

rozmawia  się w eleganckich  salonach? Myślisz  może,  że znalazłaś  się w jakimś  miejscu 

kompletnie pozbawionym moralności? Mogę cię zapewnić, że żadna biała kobieta z Charlotte 

Amalie nie wiedziała więcej od ciebie, kiedy wydawano ją za mąż!

Przesunął wzrokiem po jej biuście, Kristina zadrżała, ale musiała nadal odgrywać rolę 

pokornej i uległej.

- Szczerze mówiąc - dodał. - Szczerze mówiąc, to ja myślę, że ty wiesz więcej, moja 

dzika kotko. Ty wiesz, jak sprawić mężczyźnie  przyjemność,  o, tak,  wystarczy tylko  ten 

rozkoszny zapach twojej skóry, perfumowanej, zawsze takiej czystej...

Zaślinione   wargi   wylądowały   w   wycięciu   jej   sukni.   Szarpnęła   się   gwałtownie, 

wyrwała z jego objęć.

- Nie waż się mnie dotknąć! Chcesz ściągnąć wstyd na mnie i na siebie? Jeszcze tylko 

cztery miesiące do przyjazdu ojca i będziesz mógł stawiać mi żądania jako mój prawowity 

mąż.

Cofnął się, spokorniały, ale wciąż miał na wargach uśmiech.

- Mój koteczku, jesteś taka cudowna. I chyba na dodatek bardzo dobrze wychowana, 

kto by to pomyślał?

- To dzięki mojej matce Marii i Randarowi - odparła krótko.

Zdawał się tego nie słyszeć. Mogła płakać i błagać, ale pod tym względem pozostał 

surowy.

Nie  wolno  stwarzać   szansy,  żeby tych  dwoje  ją  przepytywało.   Mogliby ją znowu 

wystraszyć. Zmusić, by zapomniała o danej obietnicy, a może nawet poszła do gubernatora.

Nie, jak długo zdoła ją zatrzymać tylko dla siebie, wszystko pójdzie jak po maśle. 

Poważnie   się   wystraszyła,   kiedy   powiedział,   co   mogłoby   spotkać   tych   dwoje   starców. 

Zmiękła niczym wosk. Wprawdzie przez kilka dni krzyczała i płakała w swoim pokoju, aż go 

to zgniewało i poprosił Kiirę, żeby przemówiła jej do rozumu. A żeby efekt był większy, 

background image

uderzył tę małą niewolnicę swoją dyscypliną w twarz.

I Kristina zrozumiała.

Nie   minęło   wiele   dni,   a   z   jej   pokoju   nadeszła   wiadomość,   że   gotowa   jest   z   nim 

porozmawiać. Od tej chwili dzika kotka była niczym owieczka!

Ale jaka owieczka...

Musiał wprawdzie czekać, zanim 'wbije w nią zęby, nie podobało mu się to, bo zbyt 

dużo   czasu   minęło   od   chwili,   kiedy   miał   białą,   czystą   kobietę.   Czarne   były   wprawdzie 

podniecające, niektóre z nich nawet uwodzicielskie. Nie unikały też okazji i czerpał wielką 

przyjemność z poznawania różnych sposobów, w jakie zaspokajały mężczyzn.

Ale one były zupełnie  inne. Prymitywne.  I jakby zbyt  chętne, nie stawiały oporu. 

Przyzwyczajone do uderzeń i kopniaków, nie okazywały lęku, nawet jeśli brał je z biczem w 

ręce.

Kristina będzie reagować. O, tak, będzie zaciskać swoje jasne oczy z przerażenia, 

kiedy on będzie ją rozbierał ze stroju panny młodej i pokaże jej komplet narzędzi, które 

przechowuje w mahoniowej szafie przy łóżku...

Pan Wendeł poczuł, że podniecenie mąci mu myśli. Nie mógł na to pozwolić. Wydał 

krótkie polecenie Kiirze, żeby zatroszczyła się o nową, młodą niewolnicę i sprowadziła ją do 

jego   pokoju   jeszcze   tego   południa.   Na   szczęście   było   w   czym   wybierać.   Pośród   dwustu 

pracujących  na plantacji trzciny wciąż małe  dziewczynki  przekraczały granicę dorosłości. 

Zresztą nie był specjalnie wymagający, wystarczyło tylko, żeby miały choćby nieduże piersi i 

sięgały mu chociaż do pępka.

Bębny   brzmiały   niczym   dalekie   grzmoty,   groźne   uderzenia   płynące   spod 

czerwieniejącego   na   horyzoncie   nieba.   Biali   ludzie   zapalali   w   swoich   domach   lampy   i 

zasłaniali   okna.   Właściciele   domów   otwierali   szafy   z   bronią   i   pistoletami,   rozdzielali 

wszystko między białych mężczyzn.

Ale   wiedzieli  w   głębi   duszy,   że  nawet   pistolety  nie   uratują  im  życia,   jeśli  czarni 

zaatakują   dziką   bandą.   Było   ich   co   najmniej   dwudziestu   na   jednego,   nawet   jeśli   liczyć 

również białe kobiety i marynarzy, którzy zatrzymali się w porcie Charlotte Amalie. Bębny 

obudziły nawet same bóstwa niebieskie, na to wyglądało. Pogańska pieśń budziła demony w 

morzu i na niebie, od zachodu zbierały się czarne burzowe chmury, tworzące złowrogie tło do 

dzikiej muzyki.

Pan   Wendel   wypił   dużą   szklankę   wódki   i   miał   zamiar   opróżnić   drugą.   Stał   przy 

duńskim kominku, w którym płonął ogień. Wszyscy zostali wezwani do salonu przez Kiirę, 

która   wystraszona   biegała   tam   i   z   powrotem,   roznosząc   jedzenie   i   picie,   i   uspokajające 

background image

smakołyki dla białych mieszkańców domu.

Maria i Kristina siedziały przytulone do siebie na miękkiej kanapie. Randar stał przy 

oknie   i   wyglądał   przez   szparę   w   okiennicy.   Pan   Wendel   zwołał   również   wszystkich 

domowych   niewolników.   Z   kuchni   słychać   było   modlitwy   Kiiry   zanoszone   do   czarnego 

Jezusa, białego Boga, którego nauczyła się prosić o pomoc. India wyłamywał ręce i zawodził 

ze strachu. Czterej czarni strażnicy nie zamienili ani słowa. Byli jak sparaliżowani ściskając 

niebiesko - czarne karabiny: cóż za zaszczyt!

Oni przyjdą w nocy! Do diabła, teraz jestem pewien. Przyjdą, przyprowadzą swoje 

przeklęte duchy. A one mają broń, mógłbym przysiąc.

Nagle Kristina podskoczyła na swoim miejscu.

- Dzieci! Panie Wendel, twoje dzieci! Nie ma ich tutaj, gdzie...?

Posłał jej mroczne spojrzenie.

- Są bezpieczne. Nikt ich nie znajdzie. Kristina opadła z powrotem na kanapę, poczuła 

na plecach rękę Marii. Ale Wendel nie spuszczał z niej wzroku, więc postarała się, by jej 

twarz ponownie zastygła niczym u lalki. Maria westchnęła cichutko. Kristina była taka jakaś 

daleka, taka obca. Urosła też w ciągu ostatnich tygodni, a może zmiany rozpoczęły się jeszcze 

na statku? W ciągu tych miesięcy, które minęły, zmieniła się w kogoś innego. Ciało było 

starsze, twarz wyrazistsza. Ale oczy jakby zastygły, nie były już takie otwarte ani roześmiane.

- Ciii! Coś słyszę!

Pan   Wendel   podszedł   do   wschodniego   okna   i   przyłożył   ucho   do   solidnych 

drewnianych okiennic, które chroniły dom przed wiatrem i deszczem.

- Oni śpiewają! Śpiewają diabelską pieśń, posłuchajcie!

Randar słuchał,  wykrzywiając  wargi, ale nie był  w stanie  rozróżnić już ludzkiego 

głosu. Burza zagłuszała nawet bębny.

- Niech Bogu będą dzięki za deszcz - rzekł gospodarz. - Chaty nie spalą się przy takiej 

pogodzie.   Plony   też   nie.   Ale   będzie   się   oczywiście   kopcić!   Te   przeklęte   czarne   świnie, 

poczują jeszcze kije na swoich plecach, kiedy to wszystko minie!

- Co... co oni zrobili? Przecież słyszeliśmy tylko bębny...

- Bębny wystarczą!

Pan   Wendel   pociągnął   kolejny   łyk,   otarł   krople   alkoholu   wierzchem   dłoni   z 

zaciśniętych warg. Jego koronkowy mankiet był przesycony wódką i potem.

- To zabronione. Surowo zabronione! Oni o tym  wiedzą, te bydlęta, ale nie mają 

najmniejszego   szacunku.   A   najgorsze,   że   mogą   wciągnąć   w   to   moich   niewolników   z 

cukrowni!   Zirytują   ich,   przestraszą.   Bębny   są   groźne,   groźniejsze   niż   cokolwiek   innego. 

background image

Przypominają im czasy, kiedy żyli w dżungli, nagie małpy pozbawione wszelkiej kultury.

Maria zaciskała powieki. Pan się boi. I powinien się bać. To prawda, co mówił. Jeśli 

Murzyni się połączą i razem zbuntują, będzie źle ze wszystkimi białymi.

Randar był niczym drżący cień przy drzwiach, między Indią a jednym z milczących 

czarnych. Windela weszła cicho jak kot, nawet pan Wendel drgnął, kiedy się odezwała:

- Burza przetacza się nad nami, ale myślę, że wkrótce przejdzie. Panie Wendel, muszę 

prosić   o   pozwolenie   pójścia   do   mojej   matki.   Martwię   się   o   chatę.   Jest   bardzo   stara   i 

zniszczona.

Maria   dziwiła   się   doskonałej   duńszczyźnie   tej   dziewczyny.   Młoda   Murzynka 

akcentowała teraz każde słowo, a na jej twarzy malowała się troska. Kierowała swoje ciemne 

oczy  prosto  w  oczy pana  i  mówiła   zupełnie   inaczej   niż  inni  niewolnicy,   jąkający  się  ze 

strachu. Po raz pierwszy Maria widziała Windelę i jej pana razem.

Skinął teraz głową. Mruknął coś niewyraźnie i pozwolił jej iść.

Maria   wymieniła   spojrzenia   z   Kiirą,   która   także   obserwowała   tamtych   dwoje 

ukradkowymi spojrzeniami znad uniesionej dłoni.

Czy władza Mamy Win jest jeszcze na tyle silna, że córka może się zwracać do swego 

pana prawie jak biała kobieta? Czy pan Wendel nadal się boi szamanki?

Randar czuł, że drżą mu mięśnie ud. Zdawał sobie sprawę z tego, że zaciska pięści tak, 

iż kostki palców mu bieleją, i zmusił się, by je rozprostować. Bezszelestne kroki Windeli 

dźwięczały mu w uszach, całym ciałem czuł, że dziewczyna się oddala, kawałek po kawałku.

I że pociąga go za sobą.

Kiira potrząsała głową, małe ręce nie przerywały pracy, nieustannie, pospiesznie tarły 

i czyściły. Dwanaście łyżek i widelców, osiem dużych srebrnych kandelabrów, cukiernice, 

dzbanki do soku, łyżeczki do kawy, tace... cale domowe srebro zostało przyniesione na dół, 

do kuchni, i miało zostać wyczyszczone do połysku w związku ze zbliżającym się weselem.

- Kiira, chcę to wiedzieć! Maria nigdy jeszcze tak nie przemawiała do malej Murzynki 

i odczuwała wstyd z powodu władczego tonu. Ale przecież była czymś  więcej niż tamta. 

Chociaż sama jest niewolnicą, to kolor skóry plasuje ją wiele mil przed Kiirą.

- Pani Mariah, Kiira nie wolno mówić, nie, nie! Pan bardzo zły...

- On się nie dowie. Jest daleko stąd. Cały dzień spędzi w forcie!

Kiira pochyliła się nad stołem i wyszeptała, jąkając się:

- Dom ma uszy, pani Mariah. Ty rozumieć, tutaj wszystkie rzeczy mieć uszy!

- Chcę to wiedzieć, Kiiro! I ty możesz mi to powiedzieć. Zresztą, jeśli nie chcesz, to 

pójdę do kogo innego.

background image

- O, nie, nie, ty umrzeć! Ty nie możesz, nie, nie!

Maria oparła się wygodniej, zmywak  zrobiony z dużego kłębka  wełny spoczął  na 

kolanach. Ostro pachniała woskowa nalewka, której używano do polerowania srebra.

- No, to ty mi powiedz, Kiira. Gdzie są dzieci?

Niewolnica   mrugała   przestraszona,   podciągnęła   barki   do   samych   uszu.   Mówiła 

pospiesznie, gorączkowo, używała mnóstwa niepotrzebnych słów, wielu omówień, wyrzucała 

to wszystko z siebie szeptem, prawie niedosłyszalnie.

Maria wytężała uwagę, żeby zrozumieć. Trudno było uwierzyć w historię Kiiri.

Drobna kobieta umilkła, Maria podniosła się z miejsca. Kiira złapała ją za ubranie.

- Nie, pani Mariah nie idzie! Nie powiedzieć, że Kiiri mówić... Kiiri umrzeć! Pan Kiiri 

zabić!

Maria   pogłaskała   brunatną   istotę.   Po   raz   pierwszy   w   życiu   dotknęła   czarnej 

niewolnicy i zdumiała się, jaka jej skóra jest delikatna i miękka. Czarne powieki Kiiry drżały 

jak   przestraszone   motyle.   Wyraz   twarzy   świadczył   o   śmiertelnym   przerażeniu,   jakby   się 

spodziewała, że lada moment Maria wbije jej paznokcie i wydłubie oczy.

- Nikomu nie powiem nic, co by ci mogło wyrządzić krzywdę, Kiira. Mogę zapytać 

jeszcze innych, skoro już teraz znam prawdę.

Cieszyła się, że pan Wendel cały dzień ma spędzić poza domem i z tego, że dwaj 

czarni strażnicy zaczęli się czuć bezpiecznie.

Zdecydowanie wyjęła butelkę z drogocennymi kroplami opium i przygotowała dwie 

szklanki smacznego napoju dla strażników.

- Kristino, przecież musiałaś się czegoś domyślać! No i musiało ci się to wydawać 

dziwne, że nigdy nie pokazano ci dzieci. Mój Boże, dziewczyno, będziesz przecież ich nową 

matką!

Kristina potrząsała głową, oczy miała zaczerwienione, była bardzo blada.

Maria jednym uchem słuchała, co dzieje się w hallu, ale widocznie strażnicy jeszcze 

smacznie   chrapali,   szczęśliwi,   że   krótka   drzemka   uwolniła   ich   na   chwilę   od   zmartwień 

bezlitosnego, powszedniego dnia.

- Dzieci zostały stąd odesłane, są trzymane w zamknięciu. Małe biedactwa, on traktuje 

je nie lepiej niż czarnych niewolników!

- To zbyt okrutne, nie mogę uwierzyć!

Maria objęła młodą  kobietę.  Otaczająca  tamtą  skorupa jakby zaczęła  lekko pękać, 

Kristina znowu była dziewczynką Marii, przynajmniej w tej krótkiej chwili. Maria korzystała 

z okazji.

background image

- Musisz od niego uciec. Nie wolno ci wychodzić za takiego tyrana!

Na te słowa Kristina znowu zesztywniała.

- To ty niczego nie rozumiesz, Mario. Znaleźliśmy się w innym świecie! Tutaj nie 

mają   znaczenia   nasze   prawa,   nikt   się   nie   przejmie   naszymi   zasadami   moralnymi   ze 

Skjservaer.

Maria nie potrafiła powstrzymać szyderczego prychnięcia.

Kristina cisnęła w kąt haftowaną pięknie chusteczkę do nosa. Zerwała się z miejsca i 

chodząc tam i z powrotem po pokoju, mówiła:

- To jest prawda, Mario! Jeśli chcemy przeżyć,  powinniśmy dziękować, gdy jakiś 

potężny człowiek daje nam szansę. Jesteśmy więźniami, czy zapomniałaś o tym?

-   Ja  jestem   więźniarką   -  ucięła   Maria.   -   Ty  jesteś   córką   Adriana!   Jesteś   wolnym 

człowiekiem!

-   Nie!   Obie   zostałyśmy   sprzedane   tym,   którzy   tutaj   rządzą.   A   pan   Wendel...   to 

okropny człowiek, ale z pewnością nie gorszy niż inni właściciele plantacji. Ponadto jest 

bogaty. I może mi zapewnić wygodne życie.

Maria wolno kręciła głową.

- Ty nic nie rozumiesz, Kristino. Czy nie słyszałaś, co ci powiedziałam? On trzyma 

swoje biedne dzieci w niewoli, w zamkniętej chacie, a niewolnice, kiedy mają czas, ciskają 

im tam jedzenie i picie...

Kristina wstrzymała dech. Jej jasne oczy płonęły.

- Mario... ty, która wszystko wiesz... czy wiesz także, dlaczego on tak zrobił?

Maria wyciągnęła ręce. Stała z błagalnym spojrzeniem.

-   To   chyba   oczywiste.   Ten   człowiek   jest   zwyczajną   świnią,   pozbawionym   uczuć 

tyranem, mordercą i gorszycielem dzieci...

- Tak. Tak. Tylko że te dzieci są... opętane. One... nie są już ludźmi. Od urodzenia są 

odmienne. Jedno nie widzi... drugie wydaje z siebie tylko nieartykułowane dźwięki, odkąd 

skończyło rok, szczerzy zęby jak dzikie zwierzę...

Maria otworzyła usta, żeby zaprotestować, ale Kristina pochyliła się nad nią i syknęła 

jej prosto do ucha:

-   Ja   się   dowiedziałam   bardzo   wielu   rzeczy,   Mario.   Jestem   teraz   znacznie 

swobodniejsza, chociaż nadal nie wolno mi opuszczać tego pokoju. Nauczyłam się rozumieć, 

o czym Kiira rozmawia z Indią. Nauczyłam się słuchać. I dlatego wiem. Dzieci pana Wendela 

są stracone. Są opętane przez diabła, pozbawione dusz, to małe biedactwa, które takie już 

przyszły na świat.

background image

- Nie mówisz tego poważnie, Kristino...

- Ale to prawda. A wszystko z powodu Mamy Win. Wypowiedziała to imię szeptem, 

Maria zobaczyła, że na rękach dziewczyny pojawiła się gęsia skórka.

- Mamy Win? Kristina przytaknęła.

- To Mama Win i jej córka. Córka pana Wendela...

- Windela?

Kristina ponownie przytaknęła. Maria siedziała z głęboką bruzdą na czole i próbowała 

rozstrzygnąć,   czy  wierzyć   w   to,   czy   nie.   Ale,  oczywiście,   rewelacja   Kristiny   wydaje   się 

wiarygodna.  Windela  ma  jaśniejszą skórę niż matka.  Nie za bardzo, ale zawsze. Jest też 

inaczej zbudowana, wyższa. I włosy... nie tak mocno kręcone jak włosy matki.

- Pan Wendel ożenił się pięć lat temu i wkrótce żona odkryła jego związek z czarną 

niewolnicą. Mamie  Win odebrano przywileje,  bo przedtem była  w tym  domu prawie jak 

gospodyni. Na dodatek do tego, że ogrzewała łóżko swego pana, rzecz jasna. Windela była 

skandalicznie źle wychowaną dziewczyną. Opowiadano mi, że zachowywała się jak mała 

księżniczka.   To   się   nie   mogło   dobrze   skończyć.   Kiedy   nastała   nowa   pani...   Mama   Win 

zaczęła robić podobne do niej lalki. Sprawiła, że młoda pani zachorowała. A dzieci, które 

urodziła mężowi, nie są podobne do ludzi. Są niedorozwinięte, dzikie, trudno je okiełznać. 

Jak zwierzęta... Mama Win nie dała się ubłagać. W końcu młoda pani umarła.

Gdy Kristina umilkła, Maria długo jeszcze siedziała z otwartymi ustami.

- On ci to opowiedział? Kristina uniosła barki.

-   Trochę...   resztę   słyszałam   od   służby,   poskładałam   sobie   to   wszystko.   Może   nie 

dokładnie tak, jak było, ale to bliskie prawdy.

Maria wsparła czoło na rękach. Jęknęła.

- To niewiarygodna historia... choć Mama Win posiada moc, której można się bać.

- Pan Wendel mówi, że ona zawsze weźmie to, co chce. On się jej boi. Bardzo. Pytał 

ją, czy może się ze mną ożenić, wprost trudno w to uwierzyć, ktoś taki...

Maria uniosła głowę.

- Tak? I co na to wiedźma? Kristina patrzyła na nią w zamyśleniu.

- Powiedziała... że to bardzo dobrze. Dopóki on pamięta, kto jest jego pierworodną 

córką. Dopóki Windela może robić, co zechce...

- To on musi jej się śmiertelnie bać. Pomyśl, jakie to proste dla białego człowieka, 

bogatego jak on, uwolnić się od natrętnej baby. Wystarczyłoby ruszyć palcem. Co takiego jest 

między nimi?

Kristina uśmiechnęła się blado.

background image

-   Ja   myślę...   Myślę,   że   ona   nosi   jego   życie   w   tym   dużym   skórzanym   woreczku 

zawieszonym na szyi. Mówił mi, że w żadnym razie nie wolno pozwolić, żeby Murzyn skradł 

nam garść włosów. To oznacza śmierć.

Maria tylko westchnęła.

- No tak, niełatwa sprawa - przyznała. - Popatrz, przeżyłam tyle lat, skazana za czary... 

z całych sił starałam się uwolnić od złych podejrzeń. A oto teraz przyjechałam tu i żałuję, że 

czarownica Anna nie nauczyła mnie więcej.

Kristina uśmiechnęła się nieoczekiwanie radośnie.

- Nie jest za późno, Mario. Będziesz tu jeszcze długo, możesz wykorzystać to, czego 

zdążyła cię nauczyć...

Twarz Randara była  udręczona i blada. Pod cienką warstwą opalonej skóry Maria 

dostrzegała   woskową   szarość   świadczącą   o   braku   słońca,   zmartwieniach,   a   może   o 

narastającej chorobie.

- Nie możesz się tak zamęczać. Nikt tego od nas nie wymaga! Pan Wendel nic nie 

powie, jeśli zrobisz sobie dzień czy dwa wolnego. Ja od niedzieli leniuchowałam już przez 

dwa popołudnia i nic się nie stało. Przyjmuj wszystko ze spokojem, mój kochany! Boję się, że 

ci to w końcu zaszkodzi, nie mamy przecież po dwadzieścia lat...

- Jestem spokojny - odparł zmęczony i zirytowany. - Żyje mi się znakomicie! Jeżdżę 

sobie   konno   po   polach,   liczę   snopki   i   worki,   patrzę,   czy   wiatraki   się   kręcą...   i   pijam   z 

marynarzami rum w środku dnia! Nie mogłoby mi się powodzić lepiej, Mario, sama wiesz.

Położyła mu dłonie na policzkach, poważnie spoglądała w jego ciemne oczy.

- No więc w takim razie co cię dręczy, mój kochany? Możesz mi wszystko wyznać, 

nie musisz niczego taić, żeby mnie oszczędzać. Skoro to twoje zmartwienia, to i ja zdołam je 

udźwignąć.

Randar westchnął. Odwrócił się, a ona stała wciąż bez odpowiedzi. Czuła, że z serca 

wypływa jej lodowaty strumień.

- Sprawiłeś mi ból - powiedziała spokojnie i odeszła.

To już kiedyś pomagało, we wcześniejszym życiu, kiedy świat zwracał się przeciwko 

niemu,   a   on   nie   potrafił   znaleźć   żadnego   rozwiązania.   Robił   to   już   jako   dziecko,   przez 

wszystkie lata odczuwał chęć schronienia się w górach, pobycia w samotności, kiedy umysł 

miał przepełniony troskami.

Tutaj też są góry.

Przekrzywił głowę, wpatrywał się w dalekie, pokryte zielenią zbocza. Wiedział, że za 

nimi znajdują się skały i niebezpieczne urwiska, oddalone od wszystkich plantacji i ludzkich 

background image

siedzib.

Randar wrzucił do węzełka parę kawałków chleba i naczynie z wodą. Nie myślał o 

zbiegłych murzyńskich niewolnikach, nie myślał o jadowitych wężach i innych pełzających w 

lesie gadach. Nie zastanawiał się, co zrobi pan Wendel, kiedy zauważy jego nieobecność, i 

nie chciał sobie wyobrażać twarzy Marii.

Po prostu poszedł przed siebie.

Wiedział, że to pozwoli mu przynajmniej na jakiś czas uwolnić się od udręki. I gdy 

znalazł się w połowie drogi, uznał, że tak właśnie jest. Krew w jego żyłach stała się jakby 

czystsza, łagodny morski wietrzyk przyjemnie chłodził spocone ciało. Tu, na górze, nie było 

tego   lepkiego   upału,   powietrze   nie   takie   ciężkie   i   wilgotne   jak   tam,   pośród   urodzajnych 

plantacji.

Oddychał swobodniej. Uniósł twarz ku słońcu i wchłaniał w siebie słone powietrze. 

Serce zdrowo biło w piersi. Nie podskakiwało już tak w strachu przed trawiącą go, trudną do 

opanowania tęsknotą.

background image

ROZDZIAŁ X

Mama   Win   przyjęła   ich,   siedząc   na   płaskiej,   twardej   poduszce   uplecionej   z 

palmowych liści. Barwne pióra mało pożytecznych papug ticco sterczały przy każdym rogu 

poduszki oraz przy dziwnie zrolowanym nakryciu głowy starej Murzynki.

Pan Wendel powitał ją lekkim ruchem dłoni. Kristina widziała, że mięśnie ramion ma 

bardzo napięte, ona sama wsparła rękę w zagłębieniu jego łokcia.

-   Matka?   Kristina,   jej   matka?   -   powiedziała   Murzynka.   Kristina   odwróciła   się, 

stwierdziła, że Maria nie weszła do środka za plecioną matę, służącą tu jako drzwi.

- Tutaj - odpowiedziała cicho, pociągając Marię za sobą.

- A ojciec? Randar? Kristina spuściła wzrok.

- On... jest w podróży... wyjechał. Mama Win, wpuść pana Wendela do środka.

Mama Win skinęła głową, wyglądała prawie na zadowoloną.

- Ale prawdziwy ojciec panny Kristiny wkrótce przyjedzie. Przypłynie  na wielkim 

statku. Na wesele!

Przerwała   panu   Wendelowi   machnięciem   ręki.   Potem   wbiła   w   niego   swoje   małe, 

zmrużone oczy.

-   Ty   przynieść   papiery?   Kristina   poczuła   ssanie   w   żołądku.   To   okropne   widzieć 

białego,   potężnego   człowieka   w   takim   stanie.   Ukląkł   obok   Mamy,   w   wyciągniętej   ręce 

trzymał zwój pergaminów.

- Twoja wolność, Mama Win, wolność, której tak długo ci odmawiałem. Teraz ci ją 

daję. Dokument z pieczęcią białego człowieka.

Murzynka prychnęła ze złością.

Schowała papiery za plecami i skrzyżowała ręce na piersiach.

- Weź nową żonę. To dobrze. Mama Win mówić: to być pięknie - pięknie. Ale ty nie 

zapomnieć, tak?

Pan Wendel potwierdził skinieniem.

- Nie. Nie zapomnę. Przynajmniej tak długo, jak ty będziesz mi przypominać.

Mama Win pochyliła się ciężko do przodu. Jej ogromne piersi prawie dotykały twarzy 

pana Wendela. Syknęła jak wąż w stronę jego włosów:

- Ty nie zapomnieć, nie, nie. Mama Win może daleko, ale ty nigdy, nigdy nie ważyć 

się zapomnieć! Moja Windela nie być niewolnica. Nie pracować w cukrowni. Moja Windela 

być Ashita. Może nawet Aztera, jak Mama. Ty tego nie zapomnieć, nie.

Kristina   mocniej   zacisnęła   rękę   na   jego   ramieniu.   Język   Murzynki   był   ledwie 

background image

zrozumiały, przyprawiany jakimiś obcymi dźwiękami i pomrukami.

- Więc dajesz nam swoje błogosławieństwo, Mamo Win?

Cieniutki głosik brzmiał żałośnie w półmroku murzyńskiej chaty.

Mama Win wybuchnęła gromkim śmiechem.

-   Iść   do   blanca   ksiądz,   tak!   Mama   Win   mówi:   tak!   Potem   chwyciła   drewnianą 

szkatułkę, potrząsnęła nią parę razy w powietrzu i wysypała zawartość u swoich stóp. Białe 

kości,   kawałki   muszli,   jakieś   dziwne   bryłki,   które   połyskiwały   niebieskawo,   trzy  czaszki 

szczurów oraz jedna czaszka węża.

Murzynka dotykała tych przedmiotów ptasim piórem. Po chwili wbiła spojrzenie w 

pana Wendela.

- Ty strzec swoją małą panią. O, tak! Ty strzec ją dobrze! Bo jak nie, to ona zrobi tak 

jak Ptak - Zły. Duchy mówić: Jak Ptak - Zły...

On kiwał głową, uśmiechał się krzywo.

Maria stała bez słowa w cieniu i przyglądała się ceremonii. Teraz wkroczyła na środek 

izby tak, żeby światło jedynej lampki padało jej na twarz.

- Mnie też musisz pomóc, Mama Win. Musisz mi pomóc odnaleźć mego męża.

Mama Win machnęła wielką zaciśniętą pięścią.

- Inny dzień, inny dzień. Nie teraz. Teraz nie czas. Idźcie! Mama Win więcej nic nie 

mówić!

-   Mama   Win   powiedziała   wystarczająco   dużo   -   zgodził   się   pan   Wendel,   nagle 

rozluźniony. Nieprzyzwoicie przyciskał do siebie Kristinę i triumfująco spoglądał na Marię. - 

Teraz wszystko jest w porządku, rozumiesz? Mama Win zobaczyła nas w swojej szkatułce. 

Nie   było   tam   nic   przeciwko   nam.   Widziała   wiele   zdrowych   dzieci   i   szczęśliwą   dla   nas 

przyszłość. Mogłabyś się chyba zdobyć na uśmiech, Mario!

Maria wpatrywała się w niego bez sympatii. Przesuwała wzrok z jego czerwonej i 

spoconej, prostackiej twarzy na bladą, młodą twarzyczkę Kristiny.

Potem odwróciła się bez słowa i zniknęła w ciemnościach. Słyszała, jak pan Wendel 

składa Murzynce długie podziękowania i przekazuje nawet pozdrowienia dla córki. Swojej 

własnej córki przecież...

Gwałtowne   ujadanie   psów   wzbiło   się   ku   niebu,   ale   zaraz   padło   kilka   głośnych 

rozkazów nadzorcy i murzyńska wioska znowu pogrążyła się w ciszy.

Kristina dygnęła i pozwoliła przyszłemu mężowi poprowadzić się pod osłoną nocy z 

powrotem do domu.

- On nie żyje, musisz to zrozumieć! Nie ma żadnej nadziei, cztery doby minęły od 

background image

jego zniknięcia. Nikt nie przetrwa tak długo w lasach, biały człowiek nie ma tam najmniejszej 

szansy! Oni zabijają każdego, kto im wpadnie w ręce. Wiedzą, że mordując jednego białego, 

paraliżują strachem wszystkich pozostałych.

- On im przecież nigdy nic złego nie zrobił! Wprost przeciwnie...

- Ha! Nie jesteś chyba taka głupia, Mario. Twój ukochany Randar zniknął. Na zawsze! 

On wiedział o niebezpieczeństwie, ale nigdy nie widział prawdziwego ataku buntowników. 

Myślał pewnie, że przejaskrawiam, że to ja jestem tchórzem, co?

- Nie, nie, on musiał zwariować, nie był sobą, chory albo co... O, panie Wendel, czy 

mógłby pan pójść do Mamy Win poprosić ją...

Przerwał jej stanowczo:

- Mowy nie ma! Ona ma co innego na głowie, a poza tym ona ciebie nie lubi, moja 

mała. Myśli, że chcesz przejąć jej ścieżki. Ścieżki duchów!

Maria poczuła bolesne ukłucie w sercu, jakby pełzające robaki tylko czekały, żeby 

wtłoczyć w nie swój trujący jad.

-   Sama   do   niej   pójdę!   Ona   boi   się   mnie,   a   ja   boję   się   jej.   To   niezły   początek 

współpracy.

Pan Wendel uśmiechał się złośliwie, mrużąc oczy.

-   Znakomicie!   Wspaniale!   Bardzo   mnie   to   cieszy!   Tylko   że   chyba   Kristina   się 

zmartwi.

- Co pan chce mi dać do zrozumienia? Ze ta szamanka zabije mnie własnymi rękami, 

kiedy tylko wsunę nos do jej chaty?

Pan Wendel otworzył usta, uniósł brodę wysoko i śmiał się jeszcze głośniej.

- Nie, moja kochana. Nie własnymi rękami. Ale jeśli rozgniewasz Mamę Win, to licz 

się z tym, że spadną na ciebie najgorsze nieszczęścia.

Maria odwróciła się do wyjścia. Coś jednak przyszło jej na myśl i jeszcze raz spojrzała 

na jego złośliwą gębę.

- Pan nie powiedział nam całej prawdy o Mamie Win, mam rację?

Twarz Wendela skurczyła się jak od uderzenia. Maria spojrzała na niego pogardliwie i 

zadowolona z siebie wyszła.

Nigdy nie przyzwyczaili się do tych dźwięków, chociaż kolejne noce z bębnami były 

łatwiejsze do zniesienia niż pierwsza. Kiedy po raz trzeci ponad górami i dolinami wyspy 

Saint Thomas rozległa się muzyka bębnów, biali ludzie schronili się w swoich domach, które 

zdawały się lekko drgać w tę tropikalną noc.

Maria starała się nakłonić Kiirę, by opowiedziała, co oznacza mowa bębnów. Minął 

background image

już prawie tydzień, a nikt nie słyszał nic o Randarze. Powiadomiono nawet gubernatora, bo 

prawo   stanowi,   że   jeśli   jakiś   biały   człowiek   w   ten   sposób   zaginie,   to   ktoś   musi   zostać 

ukarany.

Pan Wendel słyszał o jakimś Murzynie, który został pojmany w pobliżu zbiornika 

deszczowej wody ponad zatoką Magan, podobno to prawie pewne, że przyznał się on do 

zamordowania białego wędrowca.

Maria wiedziała, że to nieprawda.

Polegała   na   przeczuciu,   że   Randar   żyje.   Serce   ją   bolało,   ręce   poruszały   się 

niespokojnie,   w   bezsenne   noce   leżała   zlana   potem   i   nie   znajdowała   ukojenia,   ani   w 

modlitwie, ani w alkoholu.

Już kiedyś tak od niej odszedł. Odszedł, żeby się zemścić.

Nie udało jej się wtedy do niego dotrzeć, choć krzyczała, prosiła i zaklinała go.

Wtedy nic nie pomogło. I nie pomogłoby również teraz. Kiedy Randara coś dręczyło, 

coś naprawdę poważnego, to nadal nie potrafił podzielić się z nią zmartwieniem.

Westchnęła, ale nie miała już łez, żeby płakać. Czas w ten sposób wyrażanej rozpaczy 

minął. Trzeba po prostu czekać. Jeszcze przez jedną noc, i przez kolejną... Nie przywykli do 

spania   oddzielnie,   złościło   ją,   że   pan   Wendel   ich   rozdzielił.   Mimo   wszystko   jednak 

wieczorami,   kiedy   wpełzała   między   szorstkie   płócienne   prześcieradła,   wiedziała,   że   on 

znajduje się pod tym samym dachem, że w nocy będzie spał, spokojny i bezpieczny.

A że wielokrotnie udawało mu się wymknąć do niej w ciemnościach...

Ale teraz go nie ma. Została naprawdę sama. Gorsza od samotności była pewność, że 

odchodził w rozpaczy, nieszczęśliwy i udręczony myślami, których nie chciał z nią dzielić.

- Boże drogi, daj mu siłę - modliła się Maria, gdy różowe poranne słońce wyłaniało się 

z morza po wschodniej stronie i bębny milkły.

Ale dni nadchodziły i mijały, Maria robiła jeszcze jedno ciężkie pranie, w pocie czoła 

pucowała   pokoje,   pracowała   w   kuchni   i   robiła   przetwory   z   przypominających   porzeczki 

jagód, które niewolnicy zbierali w lasach. Produkcja cukru szła pełną parą, rafineria tonęła w 

gęstych   obłokach,   za   którymi   przez   cały   dzień   majaczyły   sylwetki   uwijających   się 

Murzynów.

Portowy   dzwon   oznajmiał   raz   po   raz   przybycie   statku,   a   na   nim   nowych   ludzi. 

Któregoś dnia przypłynęły dwie młode angielskie dziewczyny i zostały ulokowane w pokoju 

Marii. Nie była w stanie nawet z nimi porozmawiać, przywitała się tylko i wyznaczyła im 

pracę.

Noce były ciemne choć oko wykol i gorące. Ciała ludzi lepiły się od potu.

background image

Maria   czuła   teraz   coś   jakby   wezwanie,   szaleństwo,   które   ciągnęło   ją   w   góry,   ku 

śladom, które, wędrując, Randar musiał przecież zostawiać.

Na   szczęście   miała   jeszcze   dość   rozsądku,   panowała   nad   nogami,   potrafiła   je 

powstrzymać, by same nie pobiegły.

Bo to prawda, co mówił pan Wendel: W górach biały człowiek nie jest ani przez 

moment bezpieczny. Zbiegli niewolnicy mieli zatrute strzały, proch i kradzione karabiny. Z 

przyjemnością zdarliby skórę z krzyczącej białej kobiety jako zadośćuczynienie i w zemście 

za to, co musiały cierpieć ich matki i córki w tym wyspiarskim królestwie białych.

Maria sypiała niespokojnie, pracowała z sercem w gardle i z całych sił koncentrowała 

się na nadziei. Nie porzuciła myśli, żeby pójść do Mamy Win, ale Windela nie pokazywała 

się od dłuższego czasu, a sama nie potrafiłaby się chyba porozumieć z szamanką, posługującą 

się  swoim  śpiewnym,  mieszanym   językiem.  Trzeba   więc  czekać.  Przynajmniej  do  czasu, 

kiedy znowu zjawi się ta wysoka murzyńska dziewczyna. Zbliżał się comiesięczny jarmark, a 

wtedy wolno było rzemieślnikom, niewolnikom też, sprzedawać swoje wyroby z drewna, 

plecione koszyki, bawełnę oraz ozdoby wyrabiane z muszli i polerowanych kamieni.

Windela   z   pewnością   przyjdzie   na   jarmark,   bo   znana   jest   jako   bardzo   zdolna 

koronkarka.

Maria   myślała:   Muszę   koniecznie   pójść   do   Mamy   Win.   Bo   z   każdym   mijającym 

dniem zostaje mniej nadziei. Może szamanka coś wie, ona ma przecież swoje uszy wszędzie, 

nawet wysoko w górach, jeśli się nie mylę. Mama Win jest dzika, dzika jak zwierzęta w lesie, 

jak zbiegli murzyńscy niewolnicy. Tylko że bardziej od nich niebezpieczna, o wiele bardziej. 

Ona zna słabości białego człowieka, bardzo dokładnie rozpoznała wroga. Nadejdzie dzień, 

kiedy Mama Win nie będzie już wyzwoloną niewolnicą pana Wendela. Nie będzie ani jego 

kochanką, ani też matką jego córki.

Dzień, w którym pewnie wielu zostanie powieszonych lub ściętych i wychłostanych 

do krwi za nic nie znaczące przewinienia...

Wtedy Mama Win wróci, by pokazać ludziom na wyspach właściwą duchową ścieżkę, 

myślała Maria z niepokojem w sercu.

Księżyc wciąż się zmieniał, rósł, okrąglał, wąski na początku sierp wypełniał się - 

dokładnie tak samo jak w ojczyźnie, myśleli zagubieni na wyspach więźniowie.

W jedną z takich nocy, kiedy srebrny księżyc kąpał się w słonym morzu, a ciemności 

nie były takie gęste, Randar wrócił.

Chudy,   w   podartym   ubraniu,   z   pokaleczonymi,   powleczonymi   stwardniałą   skórą 

stopami. Włosy mu urosły, stwierdziła Maria. W ciągu ledwie miesiąca urosły tak, że opadały 

background image

na plecy ciężkimi puklami.

Pachniał jakoś obco.

Ale to naprawdę był on.

I wiedziała teraz, że niezależnie od tego, jak bardzo pan Wendel ich straszy, to już 

nigdy nie każe im spać oddzielnie. Najwyraźniej przestało go to obchodzić, rano stanął tylko 

w drzwiach i rozkazał, by Randar poddał się odwszeniu. Musi przejść przez ten sam zabieg, 

co na początku, i biada mu, jeśli tego nie zrobi!

Maria  śmiała  się i  wysłała  męża,  dając mu  świeżą  koszulę na  zmianę  i porządne 

spodnie.

Wrócił bardziej do siebie podobny. Nie oczekiwała, że zacznie jej opowiadać, co się z 

nim   działo,   widziała   przecież,   że   uniknął   rozprawy   ze   zbiegłymi   niewolnikami,   chociaż 

musiał wiele przeżyć.

Jeśli go dobrze zna, to wiedziała, że zdołał ich skłonić, by mu zaufali. Raczej z nimi 

nie   rozmawiał,   ale   może   dostrzegli   w   tym   odepchniętym   przez   wielu   synu   kata   coś,   co 

wydało im się znajome.

Randar obiecał, że kiedyś wszystko jej wyjaśni. Pierwszej nocy jednak nie pragnęła 

niczego ponad to, by leżeć przy nim blisko, płakać i dziękować za jego powrót, całować 

spalone słońcem wargi, które pozostały takie same mimo brudu, zapachów, wychudłego ciała.

- Możesz się cieszyć, że żyjesz - mówili mu inni mężczyźni, a niewolnice zdawały się 

zaniepokojone unikać nawet patrzenia na niego.

Jest białym człowiekiem, a zachował się jak głupi Murzyn. Pomyśleć, siedział tyle 

czasu sam w górach! Szeptały coś między sobą i usuwały się na jego widok w cień, bo 

mędrcy ich starych plemion nauczyli ich obawiać się szaleństwa.

Maria smarowała  poranioną skórę Randara  kojącym  rumiankiem,  przedtem jednak 

potraktowała go brutalnie mieszanką spirytusu i ługu. Starała się patrzeć mu w oczy.

-   Mój   Boże,   wróciłeś...   jesteś.   Żywy   i   nie   całkiem...   Boże,   jakże   ja   się   bałam.   I 

złościłam! Ale teraz już dobrze, skoro jesteś...

Obejmował ją gwałtownie i z całych sił, jakby się czegoś bał. Ukrywał twarz w jej 

włosach, gładził palcami barki żony.

- Tak mi przykro... Tak mi strasznie przykro. Wstydzę się, za wszystko. Och, co ja ci 

zrobiłem...

Maria upuściła kubek z ziołowym wywarem, jego skóra wchłaniała zielonoszarą ciecz. 

Maria całowała opalone plecy męża i pojękiwała zadowolona.

- Wszystko minęło. Cokolwiek gnało cię stąd, już minęło, ale mam nadzieję, że kiedyś 

background image

wyjawisz mi, co cię tak gnębiło i zmusiło do ucieczki. Co takiego nosisz w sercu, czego nie 

możesz mi powiedzieć.

Głośno przełknął ślinę.

- Ja... tam... może nie mogłabyś zrozumieć.

- Może nie. Ale w każdym razie będę próbować.

- Nie potrafiłem ci tego wyjaśnić, sam nie wiedziałem, co to za diabelstwo tak się we 

mnie wpiło. Bolał mnie brzuch. Całe ciało... każdy oddech mi o tym przypominał.

- To zemsta?

- Nie. Nie to. Ale prawie. Ja... nie najlepiej zniosłem tę wyprawę. Jestem stary, mimo 

wszystko.

- Nie, w żadnym  razie - uśmiechnęła się tuż przy jego twarzy.  - Nie jesteś stary, 

powtarzałam ci to już z tysiąc razy...

Szukała rękami zdrowej skóry.

- To powtórz mi jeszcze raz - wyszeptał. - Nie przestawaj mi powtarzać, Mario...

Ze zdziwieniem zauważyła, że pojawiło się coś nowego w sposobie, w jaki ją kochał, 

jakby desperacja. Coś podobnego przeżyła tamtej nocy, kiedy została poczęta mała Marja.

background image

ROZDZIAŁ XI

Twarze   kobiet   ukrywały   się   za   delikatnymi   woalkami,   które   powiewały   lekko, 

poruszane morską bryzą. Teraz, po zakończeniu pory deszczowej, słońce było czyste i jasne, 

ze wszystkich stron słychać było armatnie saluty, jakby w odpowiedzi na bicie fortecznych 

dzwonów.   Barwne   suknie   przepływały   ponad   wykładaną   kamieniem   nawierzchnią   ulic, 

pochód podążał wolno w stronę fortu.

W Brzozowym Zagajniku drzewa w ogrodzie udekorowano kolorowymi wstążkami, 

ustawiono   długie   na   trzydzieści   stóp   stoły   z   grubych   desek.   Wszystkie   nakryte   białymi 

obrusami, zastawione kryształami i srebrem. Za głównym domem gromada kobiet pociła się 

nad   ośmioma   specjalnie   na   tę   okazję   zbudowanymi   nowymi   piecami,   rozchodził   się 

smakowity zapach pieczonych w całości świń, cieląt i ptactwa.

To wesele ludzie będą długo pamiętać.

Kristina miała na sobie suknię z jedwabiu przybraną białymi i różowymi kwiatkami z 

najdelikatniejszej koronki. Na głowie nosiła wieniec z kwiatów wykonanych z cieniutkiego, 

szeleszczącego jedwabiu. Włosy koloru jasnego miodu opadały na plecy, zostały zakręcone 

za pomocą rozgrzanych metalowych rurek w piękne, długie loki. Wpięto w nie małe bukieciki 

zielonych, wiosennych frezji, tu i tam matowo połyskiwały perełki, maleńkie klejnociki w 

tym   samym   bladoróżowym   kolorze,   co  podwójny  perłowy   naszyjnik,   który  panna   młoda 

dostała w prezencie ślubnym.

Maria mrugała i przecierała oczy, nie mogła uwierzyć w to, co widzi.

Adrian   posyłał   jej   pełne   troski   spojrzenia,   ale   przed   innymi   prężył   się   w   swoim 

fioletowym oficerskim mundurze i uśmiechał czule do pięknej córki. Słońce odbijało się w 

jego świeżo wypolerowanych guzikach i szabli przypiętej do czerwonego pasa.

Pastor   zaintonował   znany   powszechnie   psalm,   który   natychmiast   podchwycił   chór 

chłopięcych głosów.

Maria nie była w stanie dłużej patrzeć na pannę młodą. Chciała się oprzeć, ale Randar 

stał za daleko, żeby ją podtrzymać.  Dyskretnie  szukała w  tłumie  jego dłoni, w końcu ją 

znalazła. Mimo upału była zimna jak lód.

Zwróciła głowę ku mężowi, studiowała kochany profil. Jego oczy nie spoczywały na 

młodej parze, nie patrzył też na pastora ani na barwnie ubranych ludzi stojących w półkolu 

pod błękitnym niebem.

Patrzył przed siebie, ale nic nie widział.

Próbowała podążyć w ślad za jego spojrzeniem, ale ono jakby rozpływało się gdzieś 

background image

ponad zabudowaniami fortu.

W oddali krzyczały mewy, leciały znad morza w stronę lądu. Miały gniazda gdzieś na 

zboczach gór.

Czy Randar im się przygląda?

Przysunęła się bliżej, szturchnęła go delikatnie biodrem.

- Randar...

Drgnął, spojrzał na nią zakłopotany. Dostrzegła przestrach na jego twarzy. Widocznie 

wyrwała go ze snu na jawie.

Uśmiechnęła się niepewnie, wskazała głową na kościelne schody, przy których pastor 

wiązał młodym ręce stulą na znak małżeńskiej więzi.

- Kristina... ona mimo wszystko jest nasza. Ciężko skinął głową.

- Tak. Na pewno.

- Bardzo się zmieniła...

- Tak. Ale jest nasza. Maria spokojnie uścisnęła jego rękę. Randar zdążył  się już 

otrząsnąć z zamyślenia, uśmiechał się do niej z wielką czułością w oczach. Wrócił. Wrócił od 

tego czegoś, co chciało go jej odebrać.

- Chodź! Ucałujmy ją! Patrz, wszyscy do nich idą, jeśli się nie pospieszymy, będziemy 

ostatni.

Ale   Kristina   uniosła   dłoń   w   rękawiczce   i   machała   ponad   głowami   roześmianego, 

hałasującego tłumu.

Kapelusz Adriana też kołysał się wysoko niczym kuter na niespokojnym morzu.

- Maria! - zawołał. - Przejście dla Marii, matki panny młodej!

Nie wypuściła ręki Randara nawet w momencie, kiedy tłum się rozstąpił, by zrobić jej 

miejsce. Kristina rzuciła się obojgu na szyję i wybuchnęła płaczem. Ale przecież można się 

spodziewać łez po młodej dziewczynie, która podjęła najważniejszy krok w życiu.

Pan Wendel uśmiechał się jak zawsze, stał na szeroko rozstawionych nogach, unosząc 

wysoko   starannie   wygolony   podbródek.  Kristina   była   bardzo   piękną   panną   młodą.   Może 

nawet najpiękniejszą ze wszystkich,  jakie kiedykolwiek  prowadzono do chrześcijańskiego 

ołtarza na tych spalonych słońcem duńskich wyspach Morza Karaibskiego. Pan młody zaś był 

mimo wszystko szczęściarzem. Przekleństwo zostało z niego zdjęte, znowu jest panem swego 

świata. A narzeczona? Zachowywała się poprawnie, odkąd powierzył jej parę tajemnic.

Będzie dobrą żoną, piękną i miłą, a nade wszystko uległą.

Przyjmował więc gratulacje, mnóstwo gratulacji, a serce podskoczyło mu w piersi, 

kiedy sam gubernator zabrał głos i zawczasu wychwalał młodą parę za chrześcijańską pracę, 

background image

jaką z pewnością będzie prowadzić na wyspie.

Wszyscy bili brawo. Znowu zagrzmiał armatni salut. Dźwięk strzałów dochodził ze 

wszystkich stron wyspy i odbijał się echem od Saint Jons i innych zamieszkanych wysepek w 

okolicy.   Wielkie   drzewa   poruszały   w   podmuchach   lekkiego   wiatru   gałęziami 

przypominającymi wyciągnięte ręce i witały nowożeńców bujnie rozkwitłymi kwiatami.

-   Niech   jej   się   powiedzie   w   życiu   -   szeptała   Maria,   siadając   w   jednym   z   trzech 

powozów,   jakie   istniały   na   wyspie.   Randar   przytaknął,   patrząc   na   morze   ludzkich   głów. 

Niepokój   wciąż   jeszcze   w   nim   trwał,   ale   już   go   nie   ogłuszał,   nie   był   już   taki 

wszechogarniający i niemożliwy do opanowania.

Z takim potrafi żyć.

Musi z nim żyć.

Kristina odszukała jego spojrzenie, kiedy pomagano jej zająć miejsce w pierwszym 

powozie.

W jej oczach zobaczył to samo: ból i tajemnicę.

Coś, z czym człowiek musi żyć.

Rum,   który   podawano   przy   stołach   w   ozdobionych   kwiatami   kryształowych 

karafkach,   był   łagodny   w   smaku   i   niezbyt   mocny.   W   murzyńskiej   wiosce   natomiast 

wytoczono z okazji wesela cztery beczki nie destylowanego bimbru.

Obiecano im zapomnienie na tę noc i najwyraźniej pan zamierzał obietnicy dotrzymać. 

Taki   cuchnący,   świeżo   pędzony   bimber   Murzyni   nazywali   kildavil,   co   znaczy   „diabeł   - 

morderca”.

Trzeba przyznać, że to bardzo trafne określenie.

Już po kilku łykach małe diabełki, które nieustannie starają się wbić ostre zęby w 

ludzkie mięso, dźgają nieszczęsnych ludzi niewidzialnymi, ale rozpalonymi do czerwoności 

szpikulcami   boleśniej,   niż   to   czynią   biali   nadzorcy,   kiedy   trzeba   ukarać   nieposłusznego 

niewolnika, otóż te małe dranie po paru łykach bimbru dają za wygraną.

Kilka łyków i człowiek zapomina o wszystkim, na co po trzeźwemu nie może patrzeć.

Zapomina się o życiu w ojczystym kraju, o przyjaciołach, którzy zostali powieszeni, 

ścięci albo zachłostani na śmierć.

Zapomina o długich dniach potwornej harówki z ciężkim nożem do cięcia trzciny w 

ręce.

O   nie   kończącym   się   chodzeniu   w   kółko   jako   zwierzę   pociągowe   w   młynie, 

przetaczające  niewypowiedzianie  ciężkie  kamienie.  O  strasznym  losie  dzieci.  O  krzykach 

kobiet, kiedy zabiera im się maleństwa, żeby je sprzedać.

background image

O tęsknocie za kimś kochanym albo za tym, by móc wyprostować kark, nie ryzykując 

życia.

Kildavil to oddech leśnego bóstwa z dobrze znanej, starej dżungli. Tego bóstwa, które 

rozdmuchuje w człowieku piekący ogień, a potem pozwala mu zgasnąć w pustce.

Opróżnili pierwszą beczkę, druga poszła równie szybko. Kiedy rozdzielono trzecią, 

niektórzy zaczęli tańczyć.

Zanim jednak w czwartej beczce ukazało się dno, w górach zagrały bębny. Diabeł nie 

poszedł   spać.   O,   nie,   atakował   teraz   od   środka,   rozpalał   ogień   w   piersiach   wszystkich 

mężczyzn. Żądano więcej alkoholu, ucztujących ogarniało szaleństwo i wołali o jeszcze. O 

jeszcze jedną błogosławioną kroplę, która sprawi, że głowa eksploduje i rozpadnie się na 

tysiąc kawałków.

Duch snu był niedaleko.

Ale kobiety krzyczały:

- Beczki puste. Nie ma więcej kildavil. Słuchajcie, słuchajcie...

Bębny umilkły tylko na chwilę, żeby podniecona, spragniona ludzka masa mogła się 

opamiętać. Wtedy rytmiczne uderzenia rozległy się znowu.

Rozpaleni   alkoholem   rzucili   się   z   desperacją   w   coraz   szybszy   taniec,   w   dziką   i 

niebezpieczną zakazaną zabawę, która nie mogła być tolerowana nawet w dniu, w którym 

biali urządzają wesele.

- Słuchaj! Znowu bębny! Pan Wendel uniósł kielich.

-   To   nic   groźnego.   Pozdrawiają   nas,   nie   słyszysz?   Słuchaj,   Murzyni   nie   zawodzą 

dzisiaj   swoich   okropnych   psalmów!   Tańczą   i   cieszą   się!  Tańczą   na   cześć   swojej   nowej, 

pięknej władczyni.

Kristina uśmiechała się niepewnie. Ale małżonek poklepał jej okrytą rękawiczką dłoń.

- Posłałem im wódki. I jedzenia! Murzyni to duże dzieci. Dziś wieczorem są syci. I 

pijani. Wdzięczni za to tańczą i nie troszczą się o jutrzejszy dzień.

Maria   mimo   woli   zadrżała.   Słyszała   głos   bębnów,   obce   pieśni   budziły   w   niej 

nieprzyjemne uczucia. Ale widziała, że Randar uśmiecha się spokojnie. Kiiri podawała mu 

jedzenie i także odkryła w uśmiechu do niego mocne zęby.

Maria starała się otrząsnąć z napięcia. Gdy głos bębnów umilkł, słychać było tylko 

cykady, nawołujące się gdzieś na otwartych przestrzeniach. Wkrótce zacznie grać muzyka i 

goście ruszą do tańca Wkrótce w murzyńskiej wiosce zapadnie cisza i wódka zdławi ostatnie 

krzyki.

Idzie ku lepszemu. Oni z Randarem stali się teraz pełnowartościowymi białymi, mogą 

background image

znowu decydować o swoich dniach. A Kristina jest chyba mądrzejsza, niż Maria myślała. 

Pewnie byłoby głupotą powiedzieć „nie” takiemu potężnemu kandydatowi do ręki. Na co 

miałaby czekać? Aż jakiś przystojny, ale pozbawiony rozumu marynarz złamie jej serce?

I czy to dałoby jej szczęście?

Maria starała się spokojnie myśleć o przyszłości.

Naszyjnik z pereł chrzęścił delikatnie na szyi panny młodej, kiedy śmiała się do swego 

ojca i podawała mu smakowite kąski ze swojego talerza.

- Rozchmurz się, moja kochana. Wciąż masz taką zatroskaną minę... Mario, kochanie, 

musisz się starać rozkoszować smakiem owocu, kiedy masz go w ustach, a nie martwić się, co 

będzie potem!

Randar mówił cicho, a w jego słowach krył się smutek. Ale miał rację. Wciągnęła 

głęboko powietrze i poczuła, że bolesny supeł, który dławił ją od dawna w gardle, zaczyna 

ustępować.

- Tak - szepnęła i oparła głowę na jego ramieniu. - Mimo wszystko mam się przecież z 

czego cieszyć.

Szepnął coś niedosłyszalnie i pocałował ją w ucho.

Adrian   poprowadził   Kristinę   do   tańca   i   zaczęła   się   zabawa   przy   niezwykłym 

akompaniamencie  ośmiu  pomalowanych  na różne kolory domowych  niewolników, którzy 

dęli w wydrążone orzechy i arbuzy.

Maria   poczuła,   że   rytm   podrywa   ją   z   miejsca,   że   wciąga   ją,   zmusza   do   ruchu. 

Podniecona zerwała się, a Randar śmiał się głośno i prowadził ją do tanecznego kręgu.

-   Biali   ludzie   powariowali   -   szepnęła   Windela   do   swojej   przewodniczki,   kiedy 

usłyszały dolatujące aż tutaj z plantacji śmiechy i wesołe okrzyki. - To dobry znak, prawda? 

Dzisiaj jest wyjątkowa noc. Dobra noc, i dla wojny, i dla miłości. Żeby umrzeć i żeby się 

narodzić...

Towarzysząca jej kobieta nie bardzo zrozumiała, o co chodzi, Windela syknęła pod jej 

adresem krótki rozkaz:

-   Szybciej!   Musimy   iść   szybciej.   Bo   jeśli   nie,   to   duchy   ukradną   mojej   matce   tę 

niezwykłą noc.

Czarna kobieta otarła twarz i biegła dalej, podnosiła i ciągnęła ciężkie ciało Windeli, a 

gdy wstrząsały nim skurcze, po prostu niosła na własnych plecach. Na szczęście teraz już 

zbocze schodziło w dół, przez las wiodła zakolami dość szeroka ścieżka.

Pojawiła się krew.

Nie miały ani chwili do stracenia.

background image

Mama Win była nie do poznania. Wysmarowała brzuch czerwoną ziemią. Na czole, na 

piersiach, łonie i stopach wymalowała białe symbole duchów. Kapelusz z plecionki czynił ją 

wyższą, a dym z płonących wokół chaty suszonych ziół, ułożonych w miskach, przesłaniał i 

zamazywał obrazy.

Niewielu stanęło w kręgu. Zaledwie kilku tych, którzy potrafili zachować kontrolę nad 

kildavilem i którzy nie okazywali strachu.

Oni wiedzieli, że to jest Życie. I Śmierć równocześnie, dosłownie w tej samej chwili, 

to bowiem, co miało się stać tej nocy, zostałoby bardzo surowo ukarane, gdyby ich zobaczył 

jakiś biały człowiek lub choćby murzyński nadzorca.

Windela stała, obejmując matkę ramionami, obie kobiety stękały głośno, jednocześnie, 

kołysząc się rytmicznie.

Przed chatą płonął niewielki ogień.

Cichy śpiew był trudny do rozróżnienia, zlewał się w jedno z szumem lasu, cykaniem 

owadów, był słabszy i jakby łagodniejszy niż daleki łoskot bębnów.

Dziecko   przyszło   na  świat   w   chwili   ciszy,   po  prostu   wysunęło   się   spomiędzy   ud 

Windeli i przez chwilę leżało na ziemi, by mogła przeniknąć w nie jej świętość.

Mama Win chwyciła noworodka i odcięła pępowinę pięknie zdobionym kamiennym 

nożem.

Windela   westchnęła   cicho,   oparła   głowę   o   stojącą   za   nią   akuszerkę,   która 

posmarowała jej usta oraz otwór rodny zmieszanym z przyprawami tłuszczem.

Stara Murzynka  pochyliła  się nad córką, trzymając  wnuczkę na rękach. Stała tak, 

mając dłonie zwrócone ku górze, tworzyły rodzaj misy, w której leżało dziecko. Maleństwo 

wydawało z siebie zdławiony charkot.

Widzowie rozglądali się niespokojnie. Czy Mama Win nie zamierza wezwać duchów, 

by napełniły powietrzem maleńkiego człowieczka?

Ale kobieta, która była również znana jako Aztera, nadal patrzyła córce głęboko w 

oczy. W końcu Windela przymknęła powieki i jęknęła.

Matka poruszyła  się. Dziecko wisiało teraz bezwładnie w jej rękach. Niosła je do 

ognia.

Ludzie zgromadzeni wokół odskoczyli ze zgrozą. W białkach ich oczu odbijały się 

refleksy chybotliwych płomieni.

Skóra dziecka połyskiwała takim samym kolorem jak wewnętrzna strona dłoni Mamy 

Win.

Oczka   miało   przymknięte,   tylko   jedna   nóżka   się   poruszała,   jakby   pod   wpływem 

background image

skurczu. Ucichło całkiem.

Mama Win znowu ujęła kamienny nóż, zamachnęła się ponad głową i uderzyła.

Windela   zapiszczała   cieniutko.   Natychmiast   jednak   umilkła,   ogłuszona   bolesnym 

wrzaskiem   własnego   dziecka.   Płacz   rannego   noworodka   podziałał   na   ludzi   co   najmniej 

dziwnie: Zaczęli wznosić radosne okrzyki.

Mama Win wstała, otarła narzędzie z krwi. Ponownie zatrzymała wzrok na twarzy 

córki. Windela z zamkniętymi oczyma kiwała głową. Potem ujęła ręce matki i przycisnęła je 

sobie do piersi.

Dziecko popiskiwało cicho, kobieta, która towarzyszyła Windeli w drodze przez las, 

myła je starannie.

Dwa odcięte dziecięce paluszki zostały zanurzone w tej samej smołowatej mazi co 

pępowina i kiedyś zostaną złożone do grobu razem z tą dopiero co narodzoną istotą.

- Wiele pór deszczowych - mruknęła Mama Win wzruszona. - Duchy mówić: Wiele, 

wiele pór deszczowych. Wiele mórz i wielokrotne niebo...

Oczy Windeli  błyszczały.  Matka  wyraziła  zgodę. Matka  wzywa  do dziecka  dobre 

duchy. Wybaczyła, chociaż nigdy nie zapomni. Odcięła dziecku dwa paluszki, co miało po 

wsze czasy oznaczać, że zrozumiała i że uznała pochodzenie wnuczki.

background image

ROZDZIAŁ XII

Lyster, noc świętojańska 1746

- Nic dziwnego, że nie możesz spać, moja Melio... Głowa musi ci chyba pękać od tego 

nieustannego czytania!

- Mhm... Możliwe, ale trzeba ci wiedzieć, Bendik, że serce mam również przepełnione 

tą lekturą. To niewiarygodne. Teraz wiem wszystko, nad czym się zastanawiałam przez tyle 

lat.

Bendik usiadł na łóżku i już tak pozostał, oparty o ułożone wysoko poduszki. Ona 

leżała   na   plecach   i  gładziła   w   zamyśleniu   haftowane   różyczki   na  swojej   nocnej   koszuli. 

Wielkie oczy lśniły w półmroku.

- Gdybyś chciała, to możemy się ubrać i pójść do ogniska.

Amelia westchnęła zadowolona.

- Nie, chyba nie jestem w stanie. Bolą mnie nogi. Zobaczysz, będziesz miał grubą i 

nieruchawą babę - żartowała. - Ale ty idź! Naprawdę powinieneś iść, Bendik! Bardzo jestem 

ciekawa, wiesz, co z Johanną...

Roześmiał się.

- No, cała ty! Romantyczka, a zarazem trochę intrygantka... Przecież nawet nie wiemy, 

dokąd Johanna poszła.

- O, wprost przeciwnie! Bardzo dobrze wiesz, że oni się tam spotykają. Chłopscy 

synowie i córki, również dzieci urzędników. Nasza Johanna na pewno jest właśnie tam. O ile 

wiem, to nie brak jej towarzystwa.

Bendik chrząknął. Z pewnością nie brakuje.

Amelia skuliła się pod lekką, letnią kołdrą. Przez okno wpadało mdłe, niebieskawe 

światło. Włosy Bendika miały jakiś niesamowity księżycowy blask.

Położył się na boku, oparł głowę na silnej ręce i powiedział szeptem:

- Wolałbym raczej, żebyś mi opowiedziała jedną z historii, które ostatnio wyczytałaś 

w pamiętnikach Marii, Melio. Chętnie bym posłuchał twojego głosu i dowiedział się, co cię 

tak pociąga w tych starych papierach.

Zamknęła oczy i, jakby chciała przeprosić męża, poklepała go delikatnie po ramieniu.

- Jeszcze nie teraz, mój kochany. Jeszcze nie. Najpierw powinnam porozmawiać z 

mamą. Jej muszę powiedzieć parę rzeczy, zanim inni się o nich dowiedzą.

Ona ma do tego prawo... zresztą myślę, że babka by chciała, żebym właśnie jej...

Bendik ukrył twarz w poduszce, jakby mu się zrobiło przykro.

background image

Serce ją zabolało, potrząsnęła jego ramieniem, nie chciała, żeby czuł się odepchnięty.

- No dobrze, jest sporo takich historii, które mogłabym opowiedzieć. Jak na przykład 

ta o niewolniku Indii, który miał nauczyć Randara podawać do stołu...

Bendik zachichotał.

- Tak jest, opowiedz. Już prawie nie umiem sobie wyobrazić tego wielkiego, starego 

kata, który był twoim dziadkiem.

Z   uśmiechem   układała   się   wygodnie,   ręce   ułożyła   starannie   na   kołdrze.   Bendik 

przywarł spojrzeniem do jej różowych ust, śledził każdy ruch, wprost spijał słowa.

I to nie jej historia tak go zajmowała, nie opowieść. To oczarowanie, jakie widok jej 

ruchliwych   warg   budził   w   nim   od   tak   dawna.   Kiedy   umilkła,   długo   leżał   z   błogim 

uśmiechem, pogrążony w marzeniach. Potem przytulił ją do siebie sennym gestem,, a wargi 

układały się w czuły pocałunek.

- Nadzwyczajne - wyszeptał. - Nadzwyczajna historia... chociaż nie przez cały czas 

słuchałem uważnie, bo istnieje coś jeszcze bardziej...

- Ech, żartujesz sobie ze mnie. Jestem wielka jak nadmuchany pęcherz i ciężka jak 

krowa. Och, jak się cieszę, że już niedługo będzie po wszystkim! Wtedy pobiegnę aż do 

Dosen tylko po to, by czuć radość, że mogę znowu skakać, a nogi unoszą mnie z łatwością, bo 

nie dźwigam tego przywiązanego do ciała wora mąki!

- Uważaj, moja droga, bo ten wór mąki długo jeszcze nie będzie chciał wychodzić na 

spacery, nie mówiąc już o bieganiu!

Objął ten jej wielki brzuch i pogrążył się w czarownej ciszy, wszystkie uczucia obojga 

kierowały się do wnętrza, jakby nasłuchiwali dalekich odgłosów z całkiem innego świata.

- O, tam! Amelia cofnęła rękę, a on przesunął dłoń, natrafił na niewielkie wzniesienie.

- Tak! Czułem wyraźnie, to maleńka stopka, Amelio! Wybuchnęła śmiechem.

- Bendik, coś ty! Przecież stopki znajdują się wysoko, pod moimi piersiami! Dziecko 

leży głową w dół, nie wiedziałeś?

Jej głos zabrzmiał jakoś głucho. Bendik wzruszył ramionami.

-   W   takim   razie   musiałem   dotknąć   nosa.   Jeśli   masz   rację,   Amelio,   to   muszę   ci 

powiedzieć, że moim zdaniem ten nos będzie się marszczył wiele razy na dzień!

Mościli się oboje wygodnie, śmiali się i żartowali, podciągając kołdrę pod brody.

- Słyszysz? - zapytał Bendik rozmarzonym głosem. - Muzyka. Chyba rozpoznaję głos 

fletu...

Amelia skinęła głową, nieoczekiwanie śpiąca.

- Mhm. Wesoło się bawią. Ale grają nie tak ładnie jak ty.

background image

- Ani nie tak ładnie jak ty na szpinecie.

- Mmm... Bendik...

- Tak?

Nabrała powietrza w płuca, potem spokojnie je wypuściła i nabrała ponownie.

- Myślę... Myślę, że powinieneś iść po Marję.

Drzwi otworzyła mii drobna Emmi, najpierw usłyszał jej szybkie, energiczne kroki po 

kamiennej posadzce.

- Marja... Czy Marja jest w domu? To pilne, myślę, że Melia coś poczuła...

- Na miłość boską, człowieku, czy ty myślisz, że dziecko rodzi się tak momentalnie? 

Uspokój się! Marja oczywiście jest w domu! Wejdź... właśnie chciałyśmy wznieść toast za tę 

jasną noc.

Wszedł do środka i rozejrzał się po obszernym hallu. Zobaczył jakieś torby i tobołki 

złożone   przy   wyjściu,   przy   nich   płaszcze   Marji   i   Emmi.   Czyżby   się   gdzieś   wybierały? 

Ucieszył się, że jeszcze je zastał, że nie przyszedł za późno.

- Bendik! Ty, o tej porze?

- Amelia mówi, że to się może stać dzisiejszej nocy! Ze coś czuje...

Onieśmielony   machnął   rękami.   To   kobiece   sprawy.   Twarz   Marji   natychmiast 

spoważniała. Wymieniły z Emmi spojrzenia. Potem teściowa oznajmiła:

- Znakomicie! Zaraz u niej będę. Bendik, idź i sprowadź służące. Wolną noc dostaną 

kiedy indziej, teraz będzie nam potrzebna pomoc i może czyjeś silne ręce. Emmi przerwała:

- Nie, nie, niech młodzi się bawią! Ja wam pomogę. Mogę gotować wodę i sprzątać 

równie dobrze jak służące. I niech mnie diabli, Bendik, ty przecież jesteś czymś więcej niż 

zwyczajny chłop. Chyba nie zemdlejesz, pomagając własnemu dziecku przyjść na świat?

Marja uśmiechała się zadowolona i spoglądała na niego wyzywająco.

Bendik potwierdził nieśmiało. Nie chciał się przyznać, że już wcześniej to postanowił. 

Będzie z Melią przez całą tę zaczarowaną  noc, nie odejdzie  od niej, dopóki dziecko  nie 

skosztuje miodu i soli, jak to jest w zwyczaju.

Marja odesłała go do domu, obiecując, że obie z Emmi zaraz tam przyjdą.

Emmi   odprowadziła   go   do   drzwi,   serdecznie   poklepując   po   ramieniu,   spoglądała 

badawczo w jego oczy i szepnęła cicho, że nie powinien się bać.

Bać się?

Bendik   pobiegł   ścieżką   do  Vildegârd,   słyszał  szum  spokojnie   płynącej  rzeki,  czuł 

zapach świętojańskich ognisk.

Bać się?

background image

Skądże!   Przepełniało   go   raczej   silne,   płomienne   uczucie   oczekiwania.   Melia   jest 

zdrowa i silna, noc ciepła i jasna. A Marja odebrała więcej porodów niż ludzi tańczących 

dzisiaj w tej okolicy wokół ognisk.

- No trudno - powiedziała Marja. - Dzisiejszej nocy muszę czuwać przy Amelii.

- Oczywiście - przytaknęła Emmi. - Ja także. Rozeszły się, każda do swojego pokoju, 

żeby   się   przebrać,   zdjąć   biżuterię.   Potem   schowały   bagaże   do   szafy   w   hallu,   odwiesiły 

płaszcze do konnej jazdy.

Marja wyjęła kuferek zawierający wszystko, co może być potrzebne przy porodzie. 

Nóż i nożyczki wypucowane do połysku, wąskie bawełniane bandaże, mnóstwo woreczków z 

szeleszczącymi ziołami. Pudełeczko białego proszku, niebezpiecznie silnego, i dwa słoiczki 

wódki zmieszanej z wywarem ze sporyszu, tasznika i naparstnicy.

Miała nadzieję, że nic z tego nie będzie potrzebne.

I że w żadnym razie nie będzie musiała używać tego przypominającego dwie złożone 

razem łyżki narzędzia, leżącego na samym dnie kuferka.

Z bijącym sercem Marja ruszyła w ślad za Bendikiem. Trawa przy drodze była świeżo 

skoszona i pachniała słodko latem. Daleko na skraju lasu kwitły białe margerytki i kłaniały się 

jej lekko. Kiedy weszła na niewielkie wzniesienie, wyprostowała się i patrzyła w dół, ku Do - 

sen   i   kościołowi.   Stwierdziła   przy   tym,   że   Vildegârd   leży   pogrążone   w   ciszy,   niemal 

wymarłe.

Nad dachami zabudowań pojawiło się kilka ptaków. Mewy?

Marja przyspieszyła kroku.

Weszła do sieni, skąd schodami skierowała się do sypialni na górze. Słyszała szepty i 

przyciszone głosy. Lekki zapach kolacji unosił się w całym domu, a z kuchennego komina 

leciał dym.

Marja zapukała i otworzyła drzwi. Na jej widok zarumieniona twarz córki rozjaśniła 

się w radosnym uśmiechu.

- Mamo! Zaczyna się! Och, jestem taka podniecona, rodziłam przecież bardzo dawno 

temu... ale czuję, że to już, wiem! Dziecko urodzi się jeszcze tej nocy!

Marja odpowiedziała uśmiechem przejętej Amelii.

Nagle   córka   wydała   jej   się   młodsza,   lżejsza,   z   tymi   rozpuszczonymi   włosami   i 

rumieńcami na twarzy, w bladym świetle mogła wyglądać na dwadzieścia lat.

Poczuła ukłucie w sercu, tyle lat straconych. Nie, nie straconych.

Przeżytych.

Odstawiła kuferek na bok i usiadła na krawędzi łóżka. Bendik wycofał się, chciał coś 

background image

przynieść, coś robić, mieć zajęcie.

- Pójdę do dzieci i opiekunki. Pewnie śpią wszyscy troje, ale...

- Tak, tak, idź i zobacz. I weź sobie coś do jedzenia, noc będzie długa - powiedziała 

Marja, mrugając do przejętego zięcia. - Potem uśmiechnęła się do córki:

- Dziś wieczorem ten twój chłopak trzęsie się jak osikowy liść.

Amelia   spuściła   powieki   jakby   onieśmielona.   W   jej   oczach,   kiedy   patrzyła   za 

wychodzącym mężem, mienił się ciepły blask.

- Tak... on się cieszy. No i, oczywiście, boi się też. Wiesz, jak większość mężczyzn.

- A ty się boisz? Amelia napotkała łagodne spojrzenie matki.

- Nie, mamo. Teraz już nie. Skoro ty jesteś ze mną. Marja musiała odwrócić wzrok, jej 

serce   zalała   fala   czułości.   Ale   Amelia   nie   była   specjalnie   wzruszona.   Po   prostu   ciepła   i 

otwarta, miała w sobie wielki spokój.

- To dobrze. To bardzo dobrze. No, a teraz połóż się na boku. Chcę zobaczyć, czy ten 

mały łobuziak zamierza nam pomagać...

Nagie ręce wsunęły się pod kołdrę i pod uniesioną koszulę Amelii. Marja zaciskała 

wargi, lekko wykrzywiła twarz w wielkiej koncentracji.

Najpierw   lekko   wymasowała   brzuch   córki,   aż   skóra   zrobiła   się   ciepła,   a   mięśnie 

zaczęły się poddawać naciskowi. Poczekała na lekki skurcz, przerwała, dopóki nie ustąpił, i 

potem znowu masowała. Amelia poczuła, że do oczu napływają jej łzy. Ile to czasu minęło, 

kiedy matka po raz ostatni tak ją dotykała. Chyba zresztą nigdy nie była tak blisko.

- Wyczuwasz główkę? Piecki? Ułożenie jest właściwe?

- Mmm... tak mi się zdaje. Sama tego nie sprawdzałaś? Może czułaś jakiś obrót?

- Nie., ale myślę, że wszystko jest jak trzeba. Czuję silne kopnięcia pod żebrami. 

Naprawdę mocne uderzenia! On widocznie wyciąga obie nóżki, taki mały zajączek.

Marja spojrzała na nią z krzywym uśmieszkiem.

- On?

Amelia oblizała wargi.

- Nie wiem, może ona... Marja skrzyżowała ręce na piersi i roześmiała się.

- Widocznie  masz  takie  przeczucie.  A  czy próbowałaś  sztuczek  z miodem  albo  z 

woskiem?

Amelia potrząsnęła głową, ubawiona.

-   Coś   ty,   mamo!   Nie   próbujemy   tu   żadnych   czarów!   Marja   spoglądała   na   córkę 

przyjaźnie, ale nie bardzo rozumiała. Śmiech córki i jej niewinna mina świadczyły, że ona już 

dawno zapomniała, jak do tego wszystkiego doszło.

background image

Nigdy wprawdzie nie wspominano o łańcuszku, ale Marja wiedziała, że Amelia go 

używała. I widocznie za którymś razem prastary kawałek obcego metalu zrobił swoje.

-   Teraz   powinnaś   wstać   i   ubrać   się,   Amelio.   Dobrze   ci   zrobi,   jak   się   trochę 

przejdziesz, rozruszasz się. A poza tym powinniśmy ci chyba pościelić na dole, w izbie.

Łóżko tutaj nie ma ani porządnego oparcia, ani krawędzi, na której można by usiąść.

Amelia poddała się poleceniom matki, uznała, że to bardzo przyjemnie być znowu jak 

mała, uległa dziewczynka. Wiedziała, że rodzące to lubią, w swoim czasie odebrała wiele 

porodów. Położnice chcą oszczędzać siły na najważniejsze, dlatego pozwalają, żeby się nimi 

opiekować jak małymi dziećmi.

I teraz znowu jej kolej! W głębi duszy wiedziała, że będzie to długa, bardzo długa 

podróż.

Nie   taki   koszmar   wprawdzie   jak   to,   co   przeżyła   w   lodowatej,   małej   izbie   w 

Meisterplassen, całkiem sama i śmiertelnie przerażona bólami i strasznym lękiem, który rwał 

jej wnętrzności równie boleśnie jak porodowe skurcze.

Sama, sama z sercem pełnym jak najgorszych myśli.

Była przekonana, że Bóg pragnie ją ukarać i że urodzi potworka. Jakiegoś wstrętnego 

trolla, spłodzonego w śmiertelnym grzechu przez brata i siostrę.

Nie   pamiętała   już   wszystkiego.   Czas   swoją   miłosierną   dłonią   zamazał   wiele 

wspomnień, oddalił je i przesłonił mgłą jak wielkie góry na horyzoncie, które majaczą coraz 

mniejsze i niewyraźne w miarę, jak człowiek się od nich oddala.

- Czy wszyscy wyszli z domu?

- Tak. Helena również. Dziewczęta wyciągnęły ją niemal siłą. Mój Boże, ona jest 

rówieśnicą jednej z najmłodszych, wiedziałaś o tym? Nie zaznała w życiu wiele radości. A 

poza tym jest silniejsza, niż się nam zdawało.

- Wiem. To żbik, a nie dziewczyna. I przebiegła też jak dzikie zwierzę.

Amelia   przymknęła   oczy   i   poddała   się   kolejnemu   skurczowi.   Brzuch   twardniał 

nieznacznie, i ona, i maleństwo potrzebować będą sporo czasu.

Nagle jednak ocknęła się i chwyciła matkę za rękę.

- Mamo, ja muszę ci coś opowiedzieć. O książkach Marii...

Matka podniosła się gwałtownie.

- Chyba nie powinnaś była tego czytać, Amelio.

-   Ależ   powinnam,   oczywiście.   Może   dawniej   nie,   ale   teraz.   I   chociaż   wiele   razy 

płakałam nad jej losem... Mój Boże, co za życie... ile cierpienia, mamo! Ale ona jakoś przez 

to wszystka przeszła. Przeżyła! I nigdy się nie poddała. Myślę, że to po niej odziedziczyłaś 

background image

twój upór, mamo!

- Tak, chyba masz rację - powiedziała Marja, ale myślami błądziła gdzie indziej.

Ale tego jej egoizmu, zainteresowania przede wszystkim sobą, nie odziedziczyłam, 

dodała w duchu.

- Chodź, zejdziemy na dół. Wyjmę prześcieradła i co tam trzeba. Jak cię znam, to 

czekają gotowe, prawda?

Amelia uśmiechnęła się.

- Wszystko jest gotowe i nawet kawałek stali w kołysce.

Teraz Marja się nieznacznie skrzywiła. To mówi ta córka, która przeważnie prycha i 

wyśmiewa wszelkie przesądy, która nie wierzy w nic oprócz swojego Boga, sędziego.

Powiedziała jednak:

- Dobrze. Znakomicie. W takim razie nic nam nie grozi.

Amelia wyglądała na zadowoloną. Jedną ręką podtrzymywała wielki brzuch, drugą 

chwyciła się poręczy schodów. Opierała się lekko o matkę i czuła, jak dziecko ciąży w dole 

brzucha. Pośrodku schodów nagle chlusnęła z niej woda, przemoczyła  koszulę i domowe 

pantofle. Kolana się pod nią ugięły, ale uśmiechała się dzielnie.

Marja zmarszczyła brwi, ale szeptała do córki uspokajające słowa:

- Teraz pójdzie łatwiej, Amelio. Nie będziesz musiała się długo męczyć.

Emmi   rozglądała   się   po   obszernym   hallu.   Wszystko   zostało   już   uprzątnięte   po 

przyjęciu, goście wyjechali. Ale wysoki, rzeźbiony stół z ciemnego drewna wciąż jeszcze stał 

przy ścianie, nakryty pięknym, krwistoczerwonym obrusem i ozdobiony dwoma srebrnymi 

świecznikami.

Nie była  w stanie zapalać  tutaj  światła,  cienie  robiły się takie długie. Na palcach 

przemknęła   przez   wielki   pokój   do   małego   saloniku   w   jednym   ze   skrzydeł.   Duże   okna 

wpuszczały   do   wnętrza   niebieskawy   blask,   który   spływał   na   kanapę,   przy   kominku   stał 

głęboki, wyściełany fotel z pięknie wygiętymi oparciami. Emmi usiadła, kałamarz w kształcie 

muszli i pióro zachęcały do zadumy.

Tyle   miała   do   zapisania,   musiała   wszystko   dobrze   przemyśleć.   To   musi   być   po 

mistrzowsku sformułowane, z pozoru obojętnie, żeby nikt nie nabrał podejrzeń.

Poza tym trzeba uważać, by używać właściwych nazwisk. Nazwisk umieszczonych na 

liście, której nikt niepowołany nie powinien oglądać.

- Chcę ci o tym opowiedzieć, mamo, bo wiem, że ty także nosisz żal w sercu. Musisz 

odczuwać niedosyt. Czy nigdy się nie zastanawiałaś nad historią swojej rodziny? Nie chciałaś 

się dowiedzieć, kim byli twoi dziadkowie?

background image

Marja mocno zmrużyła oczy.

- Owszem. Ale przecież wiem. Teraz wiem. Amelia spojrzała na nią zaciekawiona.

- Nie czytałaś jednak zapisków Marii.

- Nie czytałam. Ale wiem.

- Opowiedziała ci?

- Trochę. Nie wszystko, ale dość.

Amelia   poczuła   ucisk   w   gardle,   pod   powiekami   piekły   ją   łzy.   Skurcze   porodowe 

wydawały się w porównaniu z tym nieważne. Nie dawała za wygraną, w jej głosie brzmiał 

ból.

- Nie chcesz wiedzieć, mamo?

Marja głęboko wciągnęła powietrze, spokojnie splotła ręce.

- Amelio, ja nie wiem... pewnie nie wiem wszystkiego, ale...

- Musisz wiedzieć, mamo, że masz siostrę! Słowa zabrzmiały jak desperacki krzyk. 

Marja podskoczyła. Oczy miała teraz jak małe okrągłe księżyce.

Amelia zaciskała ręce na pościeli z taką siłą, że kostki palców jej zbielały.

- Siostrę... mówili do niej Astrid, ale ona ma na imię Astera... ma ciemną skórę, jej 

matka   była   Mulatką.   Chyba   jeszcze   żyje,   mamo,   urodziła   się   przecież   na   początku   tego 

wieku. Pewnie nadal jeszcze mieszka na tej wyspie i wie, że ty istniejesz...

Marja z całych sił starała się zachować spokój, wreszcie zdołała się opanować.

- Amelio, kochanie, ja o tym wiem. Tym razem Amelia wytrzeszczyła oczy.

- Wiesz? Jak... Kto...

Marja przymknęła oczy i oparła się wygodniej. Amelia śledziła każde drgnienie, każdą 

najlżejszą nawet zmianę  wyrazu  twarzy matki.  Ale ta uśmiechała  się spokojnie, a potem 

mruknęła:

- Spotkałam  się z nią. Błagałam,  żeby do nas przyjechała,  ale ona nie mogła.  W 

każdym razie nie wtedy. Może kiedy indziej... Amelio, ona jest tak strasznie podobna do ojca. 

Te same czarne włosy, ten sam szeroki podbródek! I jest śliczna, ma złocistą skórę, wysoka, 

szczupła. Tylko ma takie jasne oczy, można by niemal przypuszczać, że to po mamie...

Głos jej się załamał.

A więc wiedziała.

Amelia wyciągnęła rękę, dotknęła twarzy matki, pogładziła po czole i po włosach. 

Nagle chwycił ją kolejny skurcz, taki silny, że o mało nie zemdlała.

Marja   pochyliła   się,   przemawiała   łagodnie   do   córki.   Kiedy   Amelia   się   znowu 

uspokoiła i otworzyła oczy, powiedziała cicho:

background image

- Więc ty wiesz o wszystkim, mamo! I nigdy nic nam nie wyjawiłaś.

-  Wiem  dużo.   Wystarczająco   dużo.  Zawsze  uważałam,   że  mama  postąpiła   bardzo 

mądrze, tobie dając swoje pamiętniki. Miałaś je przeczytać, kiedy będziesz dostatecznie silna. 

Cieszę się, że zrobiłaś to właśnie teraz. Tak więc nie ma już więcej tajemnic...

Amelia stęknęła. Ręce Marji natychmiast się znowu wyciągnęły, gotowe nieść pomoc.

- Zbliża się - powiedziała zadowolona. - Jeszcze parę takich rundek, moja mała, i 

będzie po wszyst...

Nie dokończyła zdania, bo Amelia nagle drgnęła i z krzykiem usiadła na łóżku.

Zanim   zdążyła   cokolwiek   powiedzieć,   Marja   zobaczyła   na   cienkiej   pościeli   krew. 

Czerwona i świeża wsiąkała w białe płótno. Marja zerwała przykrycie z Amelii i zaczęła 

wołać w stronę kuchni, gdzie stara służąca hałasowała sagankami i nie dała się zapędzić z 

powrotem do łóżka w pokoju dzieci.

Marja zaciskała zęby. Oczy na widok krwi zrobiły się wąskie jak szparki. Musiało 

pęknąć jakieś naczynie albo napierające dziecko coś w matce rozerwało.

Ale przecież wiedziała, poznawała po ciężkim, rwanym oddechu Amelii, że jeszcze 

nie czas na parcie.

A w takim razie...

Krew zastygła Marji w żyłach.

Wiedziała, co to może oznaczać.

Łożysko odkleiło się i zamknęło dziecku drogę do wyjścia, nie leży, jak powinno, za 

plecami płodu, wysoko, prawie pod żebrami matki. Musiało się już wcześniej zsunąć w dół i 

silne skurcze mięśni doprowadziły do rozerwania.

Teraz wszystko rozegra się w ciągu kilku minut, nie ma ani chwili do stracenia.

Jeśli   coś   jest   nie   tak,   jak   powinno,   rodząca   kobieta   może   się   bardzo   szybko 

wykrwawić na śmierć.

I dziecko - dziecko się udusi, zanim powietrze dotrze do jego płuc.

Johanna tańczyła z sierżantem Christenem Scnellem, ale czuła na plecach spojrzenie 

Oysteina Ivarssena. O ile dobrze wiedziała, to Ivarssen należy do tych, którzy w ostatnim 

czasie rozmawiali z jej ojcem. Ale z nią samą ten rosły mężczyzna o niesfornych włosach nie 

odważył  się rozmawiać, ani przed kościołem, ani gdy wracali razem z przedwielkanocnej 

nauki u pastora.

Oystein jest synem Ivara z Kvaalsviki i oznajmił Bendikowi, że podjął już starania o 

przejęcie majątku od ojca. Johanna zastanawiała się, czy on pojmuje, jakie to głupie starać się 

zdobyć jej względy opowiadaniem o ziemi. Nie, już ten podstarzały bawidamek sierżant miał 

background image

więcej zdolności w takich sprawach, obracał ją w tańcu pewnie i lekko, aż serce podchodziło 

jej do gardła, i śmiała się radośnie. Ogień trzaskał, suche krzewy jałowca płonęły z szumem, 

iskry strzelały ku niebu, a zdarzało się niekiedy, że spadały na tańczących.

Dym szczypał w oczy, ale wokół dość było porośniętych miękką trawą polanek, na 

których można było odpocząć od gorąca przy ognisku i orzeźwić się trochę.

Sierżant   pokrzykiwał   do   muzykantów,   zachęcał   ich,   żeby   grali   jeszcze   szybciej, 

głośniej, z większą werwą. Młodzi chłopcy nawoływali się i wybijali takt nogami, potem 

chwytali wpół dziewczęta i wywijali nimi tak, że spódnice unosiły się w górę i falowały jak 

wielkie skrzydła. Nieustanny śmiech przetaczał się nad łąką. Nieco na uboczu siedzieli starsi, 

raczyli się piwem i wódką, która w taki wieczór płynęła obficiej niż zwykle.

W końcu człowiek też kiedyś był młody! A na świętego Jana tańczą wszyscy, i młode 

dziewczęta, i kobiety w czepkach mężatek.

Śmiech po prostu rozpierał Johannę, brakowało jej powietrza, ale czuła się bezpieczna, 

gdy tak w równych odstępach czasu wirowała między niebem a ziemią, między ogniem a 

pewnymi ramionami sierżanta.

Przez moment mignęła jej czyjaś ruda głowa, białe zęby Heleny.

Aha, więc ona też tu jest. Siedziała na zwalonym drzewie koło strumienia w otoczeniu 

zabawiających ją młodych mężczyzn. Był tam Helgedags - Sjur i bracia Villum, a także Sivert 

z Ham. Wrócili niedawno z wojska, widocznie nie znali jeszcze opinii Heleny...

Johanna położyła ręce na ramionach sierżanta i szarpnęła energicznie.

-   Chciałabym   odpocząć,   panie   Scnell.   Muszę   trochę   zwilżyć   krtań,   a   poza   tym 

dziękuję za taniec, mój młody szaleńcze!

- To panience należą się podziękowania. I gdyby panienka sobie życzyła, to szaleniec 

mógłby jej pokazać znacznie więcej niż podrzucanie dziewczyn tak, że suknie zadzierają im 

się na głowy!

Dziękowała ze śmiechem, ale pospiesznie uciekła, kiedy chciał jej towarzyszyć dalej. 

Zauważyła kilka znajomych twarzy, dziewczyny z Dosen i z Ingestad siedziały razem i plotły 

wianki z kwiatów, pewnie założą je na głowy, jeśli zabawa potrwa dłużej.

I wtedy usłyszała głos tamtej! Wołała Johannę po imieniu, przekrzykując muzykę i 

zgiełk zabawy. Wesołość opuściła Johannę, odwróciła się niechętnie. Co tam znowu? Czy ona 

chce się kłócić w miejscu, gdzie tylu ludzi mogłoby słyszeć?

- Johanna, chodź no, mam dla ciebie wiadomość!

- Co się stało?

Helena gryzła liść szczawiu, połknęła go teraz, oblizała wargi, a potem uśmiechnęła 

background image

się.

- Chyba nic specjalnie ważnego. Ale widziałam przed chwilą twojego ojca, rozglądał 

się za tobą. Teraz już poszedł, ale prosił by ci powiedzieć, żebyś nie przychodziła bardzo 

późno. Czekają na ciebie w domu.

- Ach, tak? Dziękuję ci.

Odwróciła   się   od   Heleny.   Zauważyła,   że   ludzie   przyglądają   im   się   uważnie.   Coś 

wisiało w powietrzu między tymi dwiema młodymi kobietami. Zresztą one obie dobrze o tym 

wiedziały.   Ale   przecież   Helena   mówiła   przyjaznym   głosem,   a   Johanna   odpowiadała 

uprzejmie. Co było więcej do powiedzenia? Wszyscy wiedzą, że Helena urodziła dziecko i że 

ludzie z Vildegârd chcą się nim zaopiekować. Zapłacili jej nawet za to i postarali się, żeby 

sprawa nie trafiła na ting. Biedna dziewczyna ma im wiele do zawdzięczenia. I czuje się 

dobrze teraz, kiedy w końcu wyzdrowiała, ładnie wygląda, zwinna i silna. I ma twarz, której 

nie oparłby się nawet sam archanioł Gabriel, myśleli mężczyźni, drapiąc się po karkach.

Johanna  usłyszała  za   sobą   kroki  i  zwolniła.  To   rzeczywiście  był   Oystein.   Mrugał 

onieśmielony, ale wyciągnął do niej rękę.

- Panienka nie może jeszcze iść. Jeszcze nie teraz, noc jeszcze długa przed nami. 

Panno Johanno, chciałem prosić, żebym mógł mieć okazję... okazję...

- Nie mogę już więcej tańczyć, Iverssen. Muszę wracać do domu.

-   Ale   takie   panienki   nie   mogą   całkiem   same   chodzić   w   noc   świętojańską.   To 

niebezpiecznie, bardzo, bardzo. Czy pozwoli się panienka odprowadzić?

Uznała, że Iverssen podobny jest do szczeniaka, kiedy tak stoi z przekrzywioną głową, 

z czapką w ręce i w zniszczonym świątecznym ubraniu.

Biała koszula lśniła czystością, on sam pachniał delikatnie ługiem mydlanym i wodą 

brzozową. Johanna uśmiechnęła się do niego.

-   Owszem,   byłoby   bardzo   miło.   Niech   mnie   Ivarssen   odprowadzi,   to   po   drodze 

porozmawiamy trochę.

Ledwo mógł ustać spokojnie, wargi mu drżały, trzęsły się ręce, przestępował z nogi na 

nogę. Musiała się uśmiechnąć, widząc jego nieporadne próby ukrycia zachwytu.

Pomyśleć, że ktoś może się tak cieszyć z mojego powodu!

Iverssen miał  ciemne  włosy,  kręcone  i zarazem  dziwnie szorstkie, opadały mu  na 

uszy; w szerokim uśmiechu pokazywał ładne zęby. Nos trochę krzywy i może odrobinę za 

duży, ale oczy żywe, ciemne i ładne, łukowato wygięte brwi, które przydawały jego twarzy 

szczególnego wyrazu.

Nie   był   wielkim  mówcą,   ale  wyjąkał  z   siebie  wszystkie   uprzejme   formułki,   jakie 

background image

przystoją w sytuacji, kiedy po raz pierwszy idzie się sam na sam z kobietą. Zanim dotarli do 

Vildegârd, Johanna uświadomiła sobie, że mógłby w niej wzbudzić ciepłą czułość, że wcale 

nie  czuje,  by jej  się   narzucał,   kiedy  przy  pożegnaniu   dotknął   na  moment  policzkiem  jej 

policzka.

- Panno Johanno... ja... może będę mógł znowu porozmawiać z panią w niedzielę po 

nabożeństwie?

- Chyba nie, z kościoła zawsze musimy szybko wracać do domu. Ivarssen wie, że w 

Vildegârd jest zawsze tyle roboty, nie mamy czasu.

- To może mogę prosić, żebym mógł przynieść dwa orczyki, które obiecałem panu 

Bendikowi do nowego powozu? Może byłaby okazja chwilę porozmawiać.

- O, tak, na pewno. Więc do zobaczenia i dobranoc.

Nogi miała bardzo lekkie, kiedy biegła przez dziedziniec i dalej do domu. Jej włosy 

pachniały dymem, teraz to czuła, ale też z komina unosiła się gęsta smuga.

Czyżby rodzice siedzieli, czekając na nią z ciepłą zupą lub innym posiłkiem?

Otworzyła drzwi i zawołała wesoło w stronę salonu.

Ale to z drugiej izby dotarły do niej jakieś dźwięki, które sprawiły, że poczuła na 

plecach lodowaty dreszcz.

-   Mamo!   Tato!   Co   się   dzieje?   Gdzie   jesteście...?   Pobiegła   szybko,   oszołomienie 

tańcem i przyjaznymi męskimi spojrzeniami rozwiało się jak dym na wietrze.

Ktoś stał w drzwiach i chciał ją powstrzymać, ale Johanna wdarła się do pokoju i 

rozdygotana stanęła pod wiszącą lampą.

Na łóżku siedziała matka, trupio blada, z zamkniętymi oczyma. Bendik, zaciskając 

wargi, potrząsał nią, jakby chciał ją obudzić. Marja klęczała na gołej podłodze, ręce miała 

zakrwawione po same łokcie. Ciemna suknia była poplamiona, to prawdopodobnie też krew. 

Na podłodze leżał stos prześcieradeł i podkładów, wszystkie poplamione ciemną cieczą.

Marja trzymała zawiniątko i starała się ocierać je z krwi.

Ani jeden dźwięk nie wydobył się z ust dziecka.

- Nie!

Krzyk Johanny przeszedł w głuchy jęk.

Marja   podniosła   wzrok,   twarz   miała   wykrzywioną,   zapadniętą.   Chustka,   którą 

związała włosy, teraz zsunęła się całkiem. Wierzchem zakrwawionej dłoni otarła czoło.

- Nie! - powtórzyła Johanna i z trudem unosząc nogi ruszyła przed siebie. Rzuciła 

wzrokiem na siną małą twarzyczkę, ale myślała przede wszystkim o matce.

- Ona chyba nie umrze? Jest tylko zmęczona, prawda? O Boże, ona chyba nie...

background image

- Nie wiem - powiedziała Marja głucho. Bendik wpatrywał się w Johannę i nerwowo 

potrząsał głową.

- Nie, mała Hanno, mama nie może umrzeć. Nie teraz, musisz przecież rozumieć! Nie 

dzisiaj, nie, to niemożliwe...

Popatrzyła na niego, widziała ślady łez, oczy jak wielkie czarne dziury, poszarzałą 

twarz.

Jego ręce zaciśnięte na ramieniu Amelii, jakby nie mógł go puścić.

- Mamo... mamo, obudź się! Palce Johanny błądziły po zimnej, wilgotnej od potu 

skórze Amelii, szukając pulsu na szyi. Nic, zupełnie nic. Marja delikatnie ujęła wnuczkę za 

ramię.

-   Ona   nie   umarła.   Ale...   jest   nieprzytomna.   Straciła   bardzo   dużo   krwi.   Nie   mogę 

zatamować krwotoku, Johanno. Myślę, że powinnaś wiedzieć, jak sprawy naprawdę stoją. 

Twoja   matka   jest   umierająca.   Myślę...   ja   myślę,   że   ona   by   chciała,   żebyśmy   posłali   po 

księdza.

- Nie! Ja zaraz dam jej lekarstwa, mam je tutaj... Marja wolno pokręciła głową.

- Dałam jej już wszystko, co tylko można. Wszystko, na czym się znam. Ona nic nie 

przyjmuje. Ona... ona... odchodzi, Johanno.

- Nieee! Coś ty zrobiła, do cholery, babciu? Była przecież zdrowa i zadowolona, sama 

mi mówiła, zanim wyszłam, czuła się tak dobrze, zdrowo, była podniecona oczekiwaniem...

Bendik zmienił swoją bardzo niewygodną pozycję po drugiej stronie łóżka. Wstał. 

Ręce miał zupełnie białe, splatał i rozpłatał palce.

- Uspokójcie się, nie straszcie jej... to nie czas na kłótnie i złe słowa!

Jego zachrypnięty głos sprawił, że Marja i Johanna zawstydziły się. Amelia nawet nie 

poruszyła powieką, może już odeszła?

Johanna się opanowała, stłumiła falę gniewu. Ze ściśniętym sercem ujęła zawiniątko, 

które Marja ułożyła  w nogach łóżka. Oczy dziecka były zamknięte, cieniutkie  powieki z 

siecią niebieskawych  żyłek spoczywały na wieki. To maleństwo nigdy nie zobaczy złego 

świata.

- Synek - szepnęła Marja. - Ona miała rację...

Tylko jeden krótki szloch wyrwał się z gardła Johanny. Ucałowała braciszka leciutko, 

poczuła na wargach chłód śmierci. Był bardzo ładnym dzieckiem, chociaż na główce miał 

kilka brzydkich, sinych plam. Odłożyła go na łóżko i chwyciła rękę matki.

- Ona może się przecież obudzić, to całkiem możliwe. Jest chyba bardziej zmęczona, 

niż przypuszczasz, Marjo. Musi trochę odpocząć...

background image

Marja przytakiwała  z zaciśniętymi  wargami.  Ale mrugała  tak szybko,  twarz miała 

odrętwiałą, Johanna zrozumiała, że straciła już nadzieję.

Oparła się o ojca, który stał teraz obok niej, wpatrywała się w matkę i nasłuchiwała 

oddechu. Trudno było coś usłyszeć, nabrzmiałe piersi poruszały się niemal niezauważalnie, 

ale jednak... w długich odstępach...

Stara   służąca   podała   jakieś   stołki   Johannie   i   Bendikowi.   Zapaliła   świecę   na   stole 

jadalnym, płomień najpierw zgasł, ale za drugim razem się udało.

W każdej chwili spodziewano się pastora.

Marja myślała: Teraz jest za późno. Teraz już za późno i już nic nie można zrobić. 

Ona chciała mi opowiedzieć, chciała podzielić się ze mną wszystkim. Ale ja nie miałam 

odwagi. Nie chciałam tego słuchać, w każdym razie nie od własnej córki. Boże, wybacz mi, 

znowu się od niej odwróciłam. No i teraz jest za późno.

- Marjo, zrobiłaś wszystko, co możliwe. Wiem o tym. Wybacz mi...

Przyjęła słowa wnuczki z bolesnym uśmiechem.

- Mogłam była zrobić więcej dla dziecka. Ale... chciałam ratować przede wszystkim 

ją...

Johanna   przytaknęła   w   milczeniu,   wiedziała,   co   to   znaczy.   Ona   sama   też   by   tak 

postąpiła.   Matka   była   najważniejsza.   Wszystkie   nadzieje.   Wszystkie   lata,   na   które   się 

cieszyła. Nawet bez tego upragnionego dziecka...

Bendik nie powiedział ani słowa. Nie spuszczał wzroku z warg Amelii. Widziały, że w 

długich okresach, kiedy jej pierś się nie porusza, on też wstrzymuje oddech, co przerażało je 

obie śmiertelnie.

- Nie poddawaj się, mamo - szeptała Johanna. - Nie odchodź ode mnie... nie...

Pierś Amelii poruszyła się leciutko, a z jej gardła wydobył się krótki szloch czy może 

po prostu westchnienie. Wszyscy troje podskoczyli.

- Dziecko...

Zabrzmiało to jak szelest papieru. Głos dochodził jakby z bardzo daleka, ale słyszeli 

wyraźnie.

- Dziecko jest ładne, prawda... Bogu dzięki, ona jest śliczna... nie żaden potworek, nie, 

nie...

- Śliczne - odpowiedzieli Bendik i Johanna chórem. Blady uśmiech przemknął przez 

wargi chorej. Jedną rękę przesunęła wyżej, poruszyła się, jakby czegoś z wysiłkiem szukała.

Marja   pospiesznie   położyła   jej   dziecko   na   piersi,   nie   zważając   na   przerażone 

spojrzenia tamtych dwojga.

background image

Amelia dotykała maleńkiej buzi, palcem wskazującym gładziła nosek.

- Moje maleństwo... zawsze będę cię kochać, będę o ciebie dbać...

Nie otworzyła oczu, widocznie nie była w stanie.

Nagle spostrzegli, że coś ją dławi w gardle, jakby się zakrztusiła, zakaszlała krótko, 

odetchnęła parę razy przez nos. Po czym  rysy jej zastygły,  ręka znieruchomiała na czole 

dziecka.

Powoli zaczęły sinieć paznokcie.

Na dworze tymczasem nastał dzień. Dzień po nocy, w czasie której nigdy nie robi się 

naprawdę ciemno.

Stukot końskich kopyt  na dziedzińcu  zabrzmiał  jak wystrzał  w uszach czuwającej 

rodziny, ale w pokoju panowała niezmącona cisza.

Skrzypnęły   deski   w   podłodze,   gdy   wchodził   pastor   z   ręką   uniesioną   w   geście 

błogosławieństwa.

Ogarnął wzrokiem izbę, złożył ręce i powiedział:

- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus jako w niebie, tak i na ziemi. Pan daje, Pan 

zabiera.

Marja kopnęła z rozmachem wiadro wody stojące przy łóżku.

- W takim razie niech moja dusza będzie skazana na potępienie! Pan bierze, to jedno 

jest pewne! Ale z jego darów nic mi nie pozostało!

Wybiegła  z pokoju, zerwała  z siebie zakrwawiony fartuch i cisnęła  nim o ścianę. 

Czarne włosy otaczały niczym chmura wykrzywioną twarz, kiedy Marja uderzyła pięścią w 

futrynę drzwi i posłała pastorowi na pożegnanie pełne bólu i wściekłości spojrzenie.

Johanna czuła, że zaraz pojawią się łzy, bo jeśli nie, to serce jej pęknie.

Bendik wciąż siedział przy łóżku i ściskał dłoń Amelii.

Pastor chrząknął cicho, prosił o wybaczenie, że nie mógł jechać szybciej, i zaczął 

odmawiać modlitwy za zmarłych.

Bendik czuł, że całe jego ciało przenika fala gniewu, kiedy stał w pustym pokoju i 

patrzył na otwarty kuferek Amelii pełen książek. Obok było też i krzesło, na którym ostatnio 

spędziła   tyle   nocy.   Na   stole   stała   opróżniona   do   połowy   szklanka   z   wodą   i   miseczka   z 

resztkami podpłomyków i kawałkami tłuszczu, które ona zawsze odkrawała od pieczonego 

mięsa.

W świeczniku widział wielką, bezkształtną bryłę wosku, bo kiedy jedna świeca się 

wypaliła, Amelia po prostu wstawiała w miękki wosk nową. Obok leżały zasuszone kwiaty i 

kawałek pociemniałej tkaniny oraz mała drewniana szkatułka, która z pewnością należała 

background image

kiedyś do Marii.

Poduszka, którą Amelia położyła na twardym krześle, była wygnieciona.

Bendik   podszedł   na   sztywnych   nogach   do   stołu.   Mógł   wyjrzeć   przez   okno   na 

podwórze, mógł zobaczyć, że dzień jest jasny i pogodny, a letnie słońce lśni rozpalone na 

wysokim niebie.

Ale on widział tylko  powieszoną na wieszaku suknię, grzebienie,  którymi  Amelia 

upinała włosy, parę butów, którą zrzuciła z nóg poprzedniego wieczoru i nie zdążyła odstawić 

ich na miejsce...

Stał tam, sztywny i zmarznięty, i wiedział, że powinien płakać. Ze względu na siebie 

samego, żal bowiem wypełniał go całkowicie, i dlatego, że winien jej był łzy, przynajmniej 

tyle.

Ale to nie było możliwe.

Chwycił książkę oprawioną w czerwoną skórę i cisnął ją brutalnie do kuferka. Zebrał 

luźne strony, które wypadły, i cisnął je również. Szkatułkę, kubek, wszystko, co leżało na 

stole. W końcu rozkruszył w palcach bladoszare kwiatki, poczuł mdły zapach kurzu i słodkich 

owoców. Okruchy też rozsypał nad kuferkiem.

Zamknął wieko z trzaskiem. Przeciągnął kuferek po podłodze, za drzwi, na pusty, 

zakurzony strych.

Jak najdalej stąd.

Jak najdalej.

Nigdy więcej nie chcę tego widzieć.

Zdjął kurtkę, spodnie, przepoconą koszulę. Stał nagi pośrodku pokoju i lał sobie wodę 

na głowę, na twarz, próbując jakoś zebrać myśli.

Pastor na niego czekał. Trzeba zamówić trumnę, należy działać szybko w tym upale. 

Trzeba powiadomić sąsiadów i wysłać kogoś do kuzynów w Sogndal.

Lensman, wójt. Dzwonnik musi prowadzić wieczorne śpiewanie.

Piwo!

Nie może pozwolić, by piwo nastawił ktoś inny.

Johanna zajmie się kobiecymi pracami. Ona i Marja zatroszczą się o zaproszenie gości 

i żeby wszystko odbyło się jak należy.

Bendik uśmiechał się krzywo.

Dobrze wiedział, że i piwo, i wypieki są gotowe.

Dziś   wieczorem   mieli   przecież   świętować,   pić   piwo   i   śpiewać.   Wiadomość   o 

chrzcinach w Vildegârd miała się roznieść szybko niczym ptaki nad letnimi łąkami.

background image

A   potem   wszyscy   by   przychodzili   oglądać   malutkiego   chłopca,   jego   dziedzica,   i 

składać mu dary z życzeniami zdrowia i długiego życia. Marja odłożyła na tę okazję piękny 

srebrny zegarek, wiedział o tym. I jakby tego było mało, cały majątek w cennych, złotych 

monetach.   Nawlokła   je   na   srebrny  sznurek   i  miała   je   założyć   maleństwu   na  szyję,   żeby 

wszyscy widzieli, że nigdy mu niczego nie będzie brakowało.

Marja cieszyła się na tę chwilę.

Ona uwielbia tak się pokazać, myślał Bendik z bólem.

Cierpiał strasznie, ale nigdy nie zapyta wprost, zresztą nigdy nawet tego nie pomyśli: 

Czy było coś, co mogłoby uratować Amelię? Żadnej takiej, choćby najkrótszej modlitwy, 

żadnych silnie pachnących lekarstw z zapasów Marji? A może rada jakiejś starej kobiety czy 

tajemnicza maść?

Patrzył na swoje ręce ociekające wodą, widział, że drżą, że są dziwnie blade i jakby 

zwiędłe.

Nie pozostało już nic do zrobienia.

Nic więcej.

Włożył czystą koszulę, ubierał się, o niczym właściwie nie myśląc, całą uwagę skupiał 

na tym, ile trzeba pożyczyć na pogrzeb.

- Nie mogę już dłużej milczeć na ten temat, Marjo. A ty musisz mnie wysłuchać. I nie 

mów nic... dopóki ci wszystkiego nie opowiem.

Szara twarz Marji poruszyła się lekko. Ubrała się w długą czarną suknię z grubej 

wełny,  brak koronek,  wypustek  i  ozdób był  uderzający.  Trudno uwierzyć,  że  to ta sama 

kobieta, która zawsze ubierała się barwnie, w błyszczące stroje, z upiętymi wysoko włosami.

Teraz włosy posrebrzone siwizną zaczesała na uszy i związała w węzeł na karku tak 

mocno, że skóra na czole była naciągnięta, a na twarzy, od brody do skroni, powstawały dwie 

głębokie bruzdy.

Szpinet okryto narzutą i stał niczym ołtarz pośrodku pokoju. Trumna obok na stole, 

przy niej cztery duże świeczniki, u wezgłowia otwarta Biblia. Marja przyniosła bukiet białych 

margerytek.

Johanna patrzyła w ogień, który, mimo że letni wieczór był ciepły, płonął na kominku. 

Ogień oczyszcza powietrze, to wiadomo, dobrze dodać do niego jałowca i suszonych ziół. 

Tak się robi przed nocnym czuwaniem przy zmarłym.

- Pewnego wieczoru weszłam do pokoju, w którym leżała Helena. To było dawno 

temu,   nawet   bardzo   dawno.   I   wtedy   zobaczyłam...   Nie,   powinnam   zacząć   od   początku. 

Kiedyś  służyłam  u Karen, pastorowej w Al. U tej, która rodziła  pięcioraczki i umarła,  a 

background image

wszystkie maleństwa razem z nią...

Marja poruszyła się, ale słuchała uważnie z na pól przymkniętymi oczami.

- Widziałam... Boże, wybacz mi, ale naprawdę widziałam biały krzyż w powietrzu, 

nad łóżkiem, niczym biały cień...

Marja przełknęła ciężko.

-   Widziałam   krzyż   i  Karen   umarła.   Później   zobaczyłam   go  znowu...   nad  łóżkiem 

Heleny.   Potem   zapomniałam...   ja   myślałam...   nie   wiedziałam,   że   mama   spodziewa   się 

dziecka, a ona siedziała wtedy na łóżku Heleny, nie pomyślałam, że...

- Myślałaś, że to Helena ma umrzeć, nie twoja matka. - Tak.

Marja   spokojnie   skinęła   głową.   Otworzyła   oczy   i   patrzyła   na   przerażoną   twarz 

wnuczki.

- Wiedziałam, że ty coś w sobie dusisz, Johanno. Ale myślałam, że to wiąże się z 

Ravim.

Johanna ukryła twarz w dłoniach, pochyliła się i wybuchnęła gwałtownym płaczem. 

Bez ładu i składu opowiadała babce swoją historię, jak to myślała, że Ravi przeklął Helenę, że 

to on naznaczył ją śmiercią, ponieważ nie potrafił wybrać, ponieważ był tchórzem.

- On się do tego przyznał. Nie wypierał się, kiedy go oskarżałam. Powiedział... że źle 

wykorzystał swoje zdolności, szukał śmierci, zamiast szukać dobrej siły. Tak mówił... ale 

teraz to ja już nie wiem.

Marja   potakiwała   ponuro,   nie   robiła   nic,   żeby   pocieszyć   Johannę,   którą   wciąż 

wstrząsał rozpaczliwy szloch. Jej spokojne spojrzenie sprawiło w końcu, że młoda kobieta 

ucichła i wyprostowała się. Spojrzała babce w oczy.

- Czy ty w to wierzysz, Marjo? Co ja mam, twoim zdaniem, zrobić? Wypędziłam go 

od siebie. Nie mogłam z nim żyć, wiedząc, że potrafi być taki zły...

Babka odchrząknęła.

- Hm! Twarda jesteś, Johanno. Ale ja cię w jakimś sensie rozumiem. Ty się nigdy nie 

uwolnisz od tego człowieka, prawda? Nawet gdyby był naprawdę taki zły i niebezpieczny. 

Nawet gdyby ranił cię do głębi raz za razem. Tęsknisz za nim, nawet teraz, kiedy masz inne 

problemy.

-  Tak...  Ja jestem  okropnym   człowiekiem,  córką,  której   można  się  wstydzić...   nie 

powinnam była tego mówić, nie teraz, przy trumnie mamy...

Marja wstała. Podeszła do Johanny i objęła mocno ramiona młodej kobiety.

- Nie musisz się o nic oskarżać. Przecież nie mogłaś wiedzieć. Poza tym może się 

jeszcze okazać, że miałaś rację. Ravi to mroczna dusza. Mężczyzna, przy którym nigdy nie 

background image

będziesz całkiem bezpieczna. Jego ojciec... był tego samego rodzaju człowiekiem, tylko mniej 

skomplikowany.   Wiem,   co   czujesz,   Johanno.   Sama   przez   to   przeszłam.   Ale   teraz   nie 

powinnaś się dłużej dręczyć. Musisz się uspokoić. Helena żyje. Jej dziecko należy do ciebie 

tak, jak chciałaś. A Raviego chyba nie odzyskasz, czy chcesz tego czy nie.

Johanna poddawała się kołysaniu ramion babki, ocierała łzy o jej szorstką suknię.

- To prawda, babciu. Masz rację. Czas się uspokoić. Mama uzyskała spokój... nie 

możemy odzyskać tego, czegośmy nie ukryli ani nie odłożyli na bok.

- Nie, nie możemy. Ale też nie powinniśmy martwić się o to, czego nam nigdy nie 

dano. Wiesz, człowiek może prosić o zbyt wiele. Pragnąć rzeczy, nad którymi będzie potem 

płakał, że je dostał.

Johanna wiedziała, że to prawda.

Ale wiedziała też, że gdzieś w głębi duszy zawsze będzie się po kryjomu modlić o 

więcej.

Jedna modlitwa za Amelię, jedna za brata, którego nigdy nie spotkała.

Jedna modlitwa za Raviego.