background image

Randka ze śmiercią

W dobie, gdy technika

łączy ludzi w pary, randka

może się okazać

śmiertelną pułapką

background image

A jakaż to bestia, czując, że nadszedł jej czas,

Pełznie ku Betlejem, by się narodzić?

     

Yeats

Nikt nie strzela do świętego Mikołaja.

  Alfred Emanuel Smith

background image

Rozdział 1

Śniła o śmierci.

Wściekle pulsujące czerwone światło neonu wpadało przez brudne szyby okienne

do pokoju, wydobywając z mroku połyskujące na podłodze kałuże krwi.

Siedziała   skulona   w   kącie,   chuda   mała   dziewczynka   z   plątaniną   kasztanowych

włosów i wielkimi oczami koloru whisky, którą wlewał w siebie, kiedy miał trochę

gotówki. Pod wpływem bólu i szoku te oczy stały się teraz szkliste, a twarz przybrała

ziemisty   kolor.   Dziewczynka   jak   zahipnotyzowana   wpatrywała   się   w   migocące

światło, które omiatało ściany, podłogę i... jego.

Leżał na podłodze w kałuży własnej krwi.

Z   jej   gardła   wydobył   się   dziki   spazmatyczny   jęk.   W   drobnej   dłoni   błysnął

zakrwawiony po rękojeść nóż.

Mężczyzna był martwy. Nie miała co do tego wątpliwości. Czuła unoszący się nad

nim   świeży   zapach   śmierci.   Była   dzieckiem,   lecz   drzemiące   w   niej   zwierzę

rozpoznało ten odór, który jednocześnie przerażał i sprawiał przyjemność.

Ramię pulsowało boleśnie po uderzeniu, a między nogami czuła wilgoć i piekący

ból po gwałcie. Umazana była nie tylko jego krwią. Lecz on nie żył. Nareszcie była

bezpieczna.

Nagle   wolno   odwrócił   głowę,   jak   kukiełka   na   sznurku,   i   jej   ból   zmienił   się   w

przerażenie. Wcisnęła się głębiej w kąt, mamrocząc coś nieskładnie. Jego martwe

background image

usta rozciągnęły się w uśmiechu.

Nigdy się mnie nie pozbędziesz, mała. Jestem częścią ciebie. A teraz tatuś ukarze

córeczkę.

Podciągnął się na rękach i ukląkł. Krew wielkimi kroplami spłynęła mu z twarzy i

pleców. Kiedy wstał i ruszył ku niej chwiejnym krokiem, krzyknęła i obudziła się.

Eve ukryła twarz w dłoniach i zacisnęła usta, by stłumić mimowolny jęk, parzący

gardło niczym bryłki gorącego szkła. Spazmatycznie chwyciła powietrze w płuca.

Zimny dreszcz strachu przebiegł jej po plecach, lecz stłumiła go siłą woli. Nie była

już bezradnym dzieckiem, lecz dorosła kobietą, policjantką, która potrafi się bronić,

w   sytuacji   kiedy   sama   staje   się   ofiarą.   Zniknął   też   obskurny   pokój   hotelowy.

Znajdowała się teraz we własnym domu, jej i Roarke'a.

Myśląc o Roarke'u, powoli się uspokajała.

Usnęła w fotelu, w swoim urządzonym w domu biurze, bo Roarke wyjechał. Nie

potrafiła spać w ich wspólnym łóżku, gdy jego nie było w domu. Rzadko miewała

koszmary, gdy leżał obok niej, i zbyt często, gdy zostawała sama. Nienawidziła tej

swojej słabości równie mocno jak kochała męża.

Obróciła się w fotelu i dla dodania sobie otuchy wzięła na ręce grubego szarego

kota,  który  leżał   obok zwinięty   w kłębek  i  patrzył  na  nią,  mrużąc  różnokolorowe

oczy.   Galahad   przywykł   już   do   sennych   koszmarów   pani,   nie   lubił   jednak,   kiedy

budzono go o czwartej nad ranem.

Przepraszam – mruknęła, wtulając twarz w miękkie futro. - To cholernie głupie.

On   przecież   nie   żyje   i   nigdy   tu   nie   przyjdzie.   Martwi   przecież   nie   wracają.   -

Westchnęła, wpatrując się w ciemność. - Powinnam o tym wiedzieć.

background image

Śmierć   była   jej   towarzyszką,   ocierała   się   o   nią   każdego   dnia,   każdej   nocy.   W

ostatnich tygodniach kończącego się 2058 roku posiadanie broni było zakazane, a

medycyna nauczyła się przedłużać życie powyżej stu lat. Mimo to ludzie wciąż się

zabijali. A jej zadaniem było stawać po stronie zabitych.

Nie   chcąc   ryzykować   kolejnych   koszmarów,   włączyła   światło   i   podniosła   się   z

fotela. Nogi przestały jej drżeć, a puls wrócił do normalnego rytmu. Ostry ból głowy,

który zwykle następował po dręczących snach, też wkrótce minie.

Ruszyła do kuchni. Galahad pobiegł za nią, mając nadzieję na wczesne śniadanie i

otarł się przymilnie o jej nogi.

Najpierw ja,kolego.

Zaprogramowała autokucharza na kawę, potem postawiła na podłodze miskę pełną

chrupek. Kot rzucił się na nie, jakby to miał być jego ostatni posiłek w życiu.

Popatrzyła w zamyśleniu przez okno. Rozciągał się za nim długi pas zieleni, a nad

nim czyste niebo. Wokół panowały spokój i cisza, z czego korzystali w tym mieście

tylko ludzie tak bogaci jak Roarke. Jednak za tą oazą spokoju i wysokim murem,

tętniło normalne życie i śmierć zbierała swe żniwo.

Tam   jest   jej   świat,   pomyślała,   popijając   mocną   kawę   i   usiłując   zmniejszyć

sztywność   ramienia   po   nie   zagojonej   jeszcze   ranie.   Drobne   morderstwa,   wielkie

intrygi,   brudne   występki   i   krzycząca   rozpacz.   Znała   się   na   tym   lepiej   niż   na

kolorowy,m świecie pieniędzy i władzy, w jakim obracał się jej mąż.

W takich dniach jak ten, kiedy była sama, a nastrój nie dopisywał, zastanawiała

się,   jak   mogli   się   spotkać   –   ona,   celna   i   ostra   jak   wystrzelona   z   łuku   strzała

policjantka, stojąca na straży prawa, i on, błyskotliwy Irlandczyk, który przez całe

background image

życie usiłował je omijać. Połączyło ich morderstwo. Dwie zbłąkane dusze, które, by

przeżyć, obrały różne drogi ucieczki, odnalazły się wbrew logice i rozumowi.

O Boże, tęsknie za nim. To idiotyczne.

Zła   na   siebie,   odwróciła   się   z   zamiarem   wzięcia   prysznica   i   w   tym   momencie

mrugające światło wideokomu zasygnalizowało połączenie.  Nie mając wątpliwości,

kto to, podbiegła do konsolety i włączyła wideo.

Na ekranie ukazała się twarz Roarke'a. Cóż za twarz, pomyślała, kiedy uniósł w

górę   czarną   brew.   Niewiarygodnie   przystojna   o   rysach   poety,   kształtnych   ustach,

wydatnych kościach policzkowych i intensywnie błękitnych oczach, okolona grzywą

gęstych czarnych włosów.

Nawet po roku małżeństwa na widok jego twarzy krew zaczynała szybciej krążyć

jej w żyłach.

Eve, kochanie. - Jego głos miał ciepłe, głębokie brzmienie. - Czemu nie śpisz?

Właśnie się obudziłam.

Wiedziała,   że   nić   się   nie   ukryje   przed   jego   uważnym   wzrokiem.   Na   pewno

dostrzegł   cienie   pod   oczami   i   bladość   jej   twarzy.   Chcąc   dodać   sobie   odwagi,

wzruszyła ramionami i przesunęła dłonią po krótkich rozczochranych włosach.

Muszę być wcześniej w centrali policji. Mam mnóstwo papierkowej roboty.

Wiedział więcej, niż mogła przypuszczać. Dostrzegł siłę, odwagę i ból, lecz także

piękno w ostrych rysach, pełnych wargach i oczach koloru whisky, w których teraz

czaiło się zmęczenie. Natychmiast zmienił plany.

Wracam dziś wieczorem – oznajmił.

Przecież miałeś zostać jeszcze klika dni.

background image

Dziś wieczorem – powtórzył i uśmiechnął się. - Tęskniłem za tobą, poruczniku.

Tak?  -  Ku   swemu  niezadowoleniu  poczuła  rozkoszny  dreszczyk,  lecz  mimo  to

uśmiechnęła się do niego. - Chyba będę musiała poświęcić ci trochę czasu.

Koniecznie.

Czy to właśnie chciałeś mi powiedzieć, że wracasz wieczorem?

Właściwie   to   chciał   poinformować   ją,   że   zostanie   jeszcze   dzień   lub   dwa,   i

namówić by przyleciała na weekend na Olim. Zmienił jednak zdanie, uśmiechnął się

i powiedział.

Chciałem powiadomić moją żonę, jakie mam plany. Wracaj do łóżka, Eve.

Dobrze. - Oboje jednak wiedzieli, że tego nie zrobi. - Do zobaczenia wieczorem.

Hmm... Roarke?

Tak?

Musiała wziąć głęboki oddech, by to z siebie wydusić.

Ja też za tobą tęskniłam.

Przerwała połączenie, mimo że się uśmiechnął. Już spokojniejsza, zabrała kubek z

kawą i poszła przygotować się na nadchodzący dzień.

Nie   zamierzała   wymknąć   się   niepostrzeżenie   z   domu,   lecz   też   nie   starała   się

hałasować. Chociaż była zaledwie piąta rano, nie miała wątpliwości, że Summerset

kręci   się   gdzieś   w   pobliżu.   Wolała   uniknąć   spotkania   ze   sztywnym   służącym

Roarke'a czy jak kto woli sierżantem, który o wszystkim wiedział, spełniał sumiennie

background image

obowiązki   i   stanowczo   zbyt   często   wtykał   swój   kościsty   nos   w   ich   prywatne   –

zdaniem Eve – sprawy.

Ostatnia   sprawa   kryminalna   zbliżyła   ich   do   siebie,   przez   co   oboje   czuli   się

niezręcznie. Podejrzewała, że od tamtej pory Summerset unikał jej równie starannie

jak ona jego.

Wspominając   owo   zdarzenie,   bezwiednie   potarła   bolące   ramię.   Rano,   lub   po

długim   dniu   pracy,   wciąż   odczuwała   w   nim   lekki   ból.   Wykorzystanie   broni   do

maksimum   nie   było   doświadczeniem,   które   chciałaby   powtórzyć,   lecz   jeszcze

gorszym przeżyciem była chwila, kiedy Summerset wlewał jej do gardła lekarstwo, a

ona była zbyt słaba, by mu dokopać.

Zamknęła za sobą drzwi i wciągnęła w płuca zimne grudniowe powietrze. Zaraz

jednak zaklęła siarczyście. Zostawiła samochód przed wejściem głównym po to, by

rozwścieczyć Summerseta. On zaś wprowadził go do garażu, bo wiedział, że ją to

wkurzy. Wściekła na siebie za to, że nie zabrała pilota do otwarcia garażu, ruszyła

chodnikiem   biegnącym   wokół   domu.   Pod   stopami   skrzypiała   zamarznięta   trawa.

Wkrótce zaczęły ją szczypać uszy i czubek nosa. Zacisnęła zęby i położyła dłoń na

czytniku linii papilarnych, po czym weszła do ogrzewanego garażu.

Na   dwóch   poziomach   stały   błyszczące   samochody,   rowery,   latające   skutery,   a

nawet   dwuosobowy   helikopter.   Jej   miejskie   auto   w   kolorze   zielonego   groszku

wyglądało niczym kundel pośród wymuskanych, lśniących ogarów. Ale jest nowe i

sprawne, pomyślała, wsuwając się za kierownicę.

Zaskoczyło   od   jednego   ruchu.   Wydała   polecenie   i   przez   otwory   wentylacyjne

dmuchnęło   do   wnętrza   ciepłe   powietrze.   Deska   rozdzielcza   rozbłysła   światłami,

background image

rozpoczynając   wstępny   przegląd   i   po   chwili   uprzejmy   głos   poinformował   ją,   że

wszystkie systemy są sprawne. Za żadne skarby nie przyznałaby się, że tęskni za

swym starym, kapryśnym i zdezelowanym pojazdem.

Płynnie wyjechała z garażu na podjazd prowadzący do żelaznej bramy posiadłości.

Wrota otworzyły się przed nią bezszelestnie.

Ulice ekskluzywnej dzielnicy, w której mieszkała, były spokojne i czyste. Drzewa

rosnące na skraju wielkiego parku pokrywała cienka warstwa szronu, mieniącego się

niczym diamentowy pył. Gdzieś dalej, w mrocznych zakątkach, narkomani kończyli

swoją nocną robotę, lecz tu widać było tylko błyszczące ściany budynków, szerokie

aleje i spokojną ciemność przed świtem.

Kiedy   minęła   kilka   przecznic,   zapaliła   się   pierwsza   tablica   reklamowa,

rozpraszając mrok jaskrawym światłem. Święty Mikołaj z czerwonymi policzkami i

przyklejonym do ust głupim uśmiechem, który przypominał jej przerośniętego elfa z

Zeusa, przemknął po niebie w towarzystwie wiernych reniferów, wykrzykując „ho,

ho, ho” i przypominając, że najwyższy czas pomyśleć o świątecznych prezentach.

Tak,   tak,   słyszę   cię   ty   gruby   sukinsynu.   -   Rzuciła   mu   niechętne   spojrzenie   i

zatrzymała   się   na   światłach.     Do   tej   pory   nie   musiała   się   martwić   o   prezenty.

Zazwyczaj kupowała coś śmiesznego dla Mavis i coś smacznego dl Feeneya. Poza

nimi nie miała nikogo, o kim powinna pomyśleć. Cóż, do cholery, mogła kupić

mężczyźnie, który nie tylko miał wszystko, lecz był również właścicielem fabryk,

które to wszystko wytwarzały? Dla kogoś, kto wolał cios tępym narzędziem od

robienia   zakupów,   był   to   prawdziwy   dylemat.   Doszła   do   wniosku,   że   Boże

Narodzenie to jak wrzód na tyłku. Tymczasem święty Mikołaj zachwalał sklepy i

background image

stoiska w Podniebnym Centrum Handlowym Big Apple.

Humor   nieco   jej   się   poprawił,   kiedy   wpadła   w   korek   na   Broadwayu.  Trwał   tu

wieczny   karnawał.   Ruchome   platformy   na   chodniku   wypełniali   przechodnie,   z

których większość była pijana, naćpana lub jednocześnie pijana i naćpana. Obwoźni

sprzedawcy   trzęśli   się   z   zimna   przy   dymiących   grillach.   Swoich   miejsc   przy

krawężniku musieli bronić pięściami.

Uchyliła okno, chwytając w nozdrza zapach pieczonych kasztanów, sojowych hot

dogów, dymu i tłumu przechodniów. Ktoś śpiewał piskliwym, monotonnym głosem o

rychłym końcu świata. Zadźwięczał klakson, kiedy grypa ludzi weszła na jezdnię na

czerwonym   świetle.   Nad   głową   wesoło   dudniły   airbusy,   a   pierwsze   tego   dnia

sterowce reklamowe zachęcały do kupna najrozmaitszych towarów.

Jakieś   dwie   kobiety   okładały   się   pięściami.   Licencjonowane   panienki   do

towarzystwa,   pomyślała.   Musiały   bronić   swego   miejsca   równie   zażarcie   jak

sprzedawcy   jedzenia   i   napojów.   Zamierzała   wysiąść   i   przerwać   bójkę,   lecz   mała

blondynka powaliła na chodnik dużą rudą i zniknęła w tłumie.  

Bardzo   sprytnie,   pomyślała   z   aprobatą   Eve,   kiedy   rudowłosa   dźwignęła   się   na

nogi, potrząsnęła głową i bluznęła wiązanką przekleństw.

To właśnie był jej Nowy Jork.

Z pewnym żalem wjechała w stosunkowo spokojną Siódmą Aleję, zmierzając do

centrum   miasta.   Najwyższy   czas   wrócić   do   czynnej   służby,   pomyślała.   Tygodnie

bezczynności   sprawiły,   że   czuła   się   rozdrażniona,   bezużyteczna   i   słaba.   Z   trudem

przetrwała ostatni tydzień przymusowego urlopu, na który wysłano ją, by doszła do

siebie.  Miała  już  tych wakacji  powyżej  uszu. Na   szczęście skończyły   się  i  mogła

background image

wrócić   do   pracy.   Musi   tylko   przekonać   komendanta,   by   zwolnił   ją   z   papierkowej

roboty.

Kiedy zapiszczał nadajnik, była gotowa do przyjęcia meldunku, mimo że służbę

zaczynała dopiero za trzy godziny.

Do   wszystkich   wozów   w   okolicy.   Dwanaście   dwadzieścia   dwa.   Siódma   sześć

osiem cztery trzy, lokal osiemnaście B. Meldunek nie potwierdzony. Kontakt z

lokatorem mieszkania dwa A. Do wszystkich wozów...

Zgłasza się porucznik Eve Dallas. Jestem w odległości dwóch minut od Siódmej.

Zgłoszenie przyjęte. Zamelduj się po rozpoznaniu sytuacji.

Zrozumiałam. Bez odbioru.

Zatrzymała się przy krawężniku i powiodła wzrokiem po stalowoszarym budynku.

W   kilku   oknach   połyskiwało   światło,   lecz   na   osiemnastym   piętrze   panowały

ciemności.   Kod   dwanaście   dwadzieścia   cztery   oznaczał   anonimowy   telefon   o

domowej kłótni.

Wysiadła z auta i machinalnie dotknęła broni tkwiącej w kaburze pod ramieniem.

Nie miała nic przeciwko rozpoczynaniu dnia od kłopotów, ale nikt nie lubił mieszać

się do nieporozumień rodzinnych. Małżeństwo, które skacze sobie do oczu, również

nie lubi, jak gliniarze próbując – licząc na awans – powstrzymać skłóconych przed

pozabijaniem się. To, że przyjęła ten meldunek, świadczył o jej tęsknocie za czynną

służbą.

Wbiegła   po   kliku   stopniach   do   budynku   i   odszukała   lokal   z   numerem   dwa  A.

Kiedy   odezwał   się   męski   głos,   machnęła   odznaką   przed   ekranem   wizjera.   Drzwi

uchyliły się nieznacznie i ukazała się w nich para oczu. Pokazała odznakę.

background image

Podobno macie tu jakieś kłopoty.

Nic o tym nie wiem. Gliny do mnie zatelefonowały. Jestem tu tylko dozorcą.

Widzę.   -   Zaleciało   od   niego   brudną   bielizną   i   serem.   -   Otworzy   pan   lokal

osiemnaście B?

Nie ma pani klucza uniwersalnego?

W porządku. - Obrzuciła go szybkim spojrzeniem: był niskiego wzrostu, chudy,

śmierdzący   i   wystraszony.   -  A  może   coś   mi   pan   powie   o   mieszkańcach   tego

lokalu?

To   kobieta.   Mieszka   sama.   Rozwiedziona   czy   coś   w   tym   rodzaju.   Więcej   nie

wiem.

W przeciwieństwie do innych – mruknęła Eve. - Wie pan, jak się nazywa?

Hawley.   Marianna   Hawley.   Ma   jakieś   trzydzieści,   trzydzieści   pięć   lat.   Ładna

babka. Mieszka tu od sześciu lat. Nie sprawia kłopotów. Pani władzo, niczego nie

słyszałem, niczego nie widziałem, o niczym nie wiem. Do cholery, jest wpół do

szóstej.   Jeśli   narobiła   jakiś   szkód   w   mieszkaniu,   to   chcę   o   tym   wiedzieć.   W

przeciwnym razie to nie mój interes.

W porządku – powtórzyła Eve, kiedy zatrzasnął jej drzwi przed nosem. - Wracaj

do nory, wszarzu. - machnęła ręką i poszła korytarzem do windy. Jadąc w górę,

połączyła się z centralą. - Zgłasza się porucznik Eve Dallas. Jestem w budynku na

Siódmej. Miejscowy dozorca to wesz. Zgłoszę się ponownie po rozmówieniu się z

Marianną Hawley, mieszkanką lokalu osiemnaście B.

Potrzebne ci wsparcie?

Nie. Bez odbioru.

background image

Schowała   nadajnik   do   kieszeni   i   wysiadła   na   osiemnastym   piętrze.   Jej   uważny

wzrok   natychmiast   dostrzegł   zainstalowane   kamery   bezpieczeństwa.   W   korytarzu

panowała   absolutna   cisza.   Sądząc   z   usytuowania   i   wystroju   wnętrza   mieszkali   tu

pracownicy umysłowi o średnich dochodach. Większość z nich wstawała po siódmej

rano,   w   pośpiechu   wypijała   kawę   i   pędziła   do   airbusu   lub   do   metra.   Nieliczni

szczęśliwcy mieli biura na miejscy. Niektórzy odprowadzali dzieci do szkoły, inni zaś

żegnali współmałżonków i czekali na kochanków. Zwykłe życie w zwykłym miejscu.

Przyszło jej nawet do głowy, czy aby Roarke nie jest właścicielem tego budynku,

lecz odsunęła od siebie tę myśl i podeszła do drzwi mieszkania numer osiemnaście B.

Światełko   bezpieczeństwa   migało   na   zielono,   czyli   blokada   była   wyłączona.

Instynktownie   przywarła   plecami   do   ściany   i   nacisnęła   dzwonek.   Nie   usłyszała

brzęczenia,   doszła   więc   do   wniosku,   że   mieszkanie   musi   być   dźwiękochłonne.

Cokolwiek   działo   się   w   środku,   nie   wychodziło   na   zewnątrz.   Lekko   zirytowana

wsunęła w otwór uniwersalny klucz i odblokowała drzwi.

Zanim weszła, wywołała najpierw lokatorkę po nazwisku. Najgorszą rzeczą było

przestraszyć   śpiącego   człowieka,   wparowując   do   niego   z   obezwładniaczem   lub

nożem kuchennym w ręku.

Pani   Hawley?   Policja.   Otrzymaliśmy   meldunek,   że   coś   się   dzieje   w   pani

mieszkaniu. Światło – poleciła.

Mieszkanie   urządzone   było   ze   spokojną   elegancją.   Ciepłe   kolory,   proste   linie.

Ekran rozrywkowy zaprogramowany był na stary film wideo. Niewiarygodnie piękna

naga para, spleciona w miłosnym uścisku, przetaczała się po łóżku usłanym płatkami

róż, wydając z siebie teatralne jęki.

background image

Na   stole   stała   patera   wypełniona   po   brzegi   gumowymi   dropsami   bez   cukru   i

świece   w   srebrnym   i   czerwonym   kolorze,   wypalone   do   różnych   wysokości.   Na

przeciwległej   ścianie   ustawiono   długą   sofę   w   bladozielonym   odcieniu.   Pachniało

sosną   i   żurawinami.   Pod   oknem   leżała   przewrócona   mała   choinka.   Świąteczne

lampki i aniołki ze słodkimi buziami były potłuczone, a gałęzie drzewka połamane.

Zniszczeniu uległo również kilkanaście leżących pod choinką pudełek.

Eve wyjęła broń  i obeszła pokój,  lecz  nigdzie nie  dostrzegła śladów przemocy.

Para   na   ekranie   osiągnęła   wspólny   orgazm,   przy   wtórze   ochrypłych   zwierzęcych

jęków. Eve poszła dalej, nasłuchując i rozglądając się na boki.

Nagle usłyszała ciche dźwięki muzyki. Rozpoznała w nich jedną z tych irytujących

świątecznych melodii, którą wszędzie można było słyszeć.

Wycelowała   broń   w   stronę   małego   korytarza,   Było   tam   dwoje   drzwi.   Jedne

prowadziły   do   łazienki,   bo   przez   szparę   dostrzegła   umywalkę   i   brzeg   wanny   –

wszystko   lśniąco   białe.   Posuwając   się   wzdłuż   ściany,   podeszła   do   drugich   drzwi,

skąd dochodziła muzyka. Natychmiast wyczuła świeży, metaliczny i kwaśny zapach

śmierci.

Pchnęła drzwi i weszła do pokoju, szybkim ruchem obracając się w lewo, potem w

prawo, skupiona i skoncentrowana. Wiedziała jednak, że nie ma tu nikogo prócz niej

i   ofiary.   Mimo   to   zajrzała   do   szafy,   za   zasłony,   po   czym   wyszła   z   pokoju   i

przeszukała resztę mieszkania. Dopiero wtedy odetchnęła swobodniej i podeszła do

łóżka.

Dozorca   miał   rację.   Kobieta   rzeczywiście   była   ładna.   Nie   należała   do

zjawiskowych piękności, przyciągających wzrok, lecz miała wiele uroku, miękkie,

background image

kasztanowe włosy i ciemnozielone oczy. Śmierć nie zdążyła jeszcze zniszczyć urody.

Szeroko otwarte oczy wyrażały zaskoczenie. Blade policzki pokryte były delikatnym

odcieniem różu, rzęsy przyciemnione czarnym tuszem, a wargi pociągnięte wiśniową

pomadką. We włosach, tuż nad prawym uchem, tkwiła ozdobna spinka w kształcie

drzewka, z małym złotym ptaszkiem na jednej ze srebrnych gałązek.

Kobieta była naga, a wokół ciała miała owinięty błyszczący łańcuch choinkowy.

Dostrzegając   krwawą   ranę   na   szyi,   Eve   pomyślała,   że   to   pewnie   on   posłużył   do

uduszenia   ofiary.  Na rękach  i  nogach  widniały  ślady świadczące   o tym, że   ofiarę

związano i że usiłowała walczyć. Z wieży rozrywkowej, stojącej przy łóżku, dobiegł

głos piosenkarza, zapowiadający radosne święta Bożego Narodzenia.

Eve westchnęła i wyciągnęła sój nadajnik.

Zgłasza się porucznik Eve Dallas. Mam tu zamordowaną kobietę.

Cóż za wredny początek dnia.

Posterunkowa Peabody stłumiła ziewnięcie i zlustrowała ofiarę ciemnymi oczami.

Pomimo   skandalicznie   wczesnej   pory   jej   mundur   był   świeżo   odprasowany,   a

ciemnokasztanowe   równo   obcięte   włosy   gładko   uczesane.   Jedynym   znakiem,

świadczącym o brutalnym wyrwaniu jej ze snu, było odgniecenie na policzku.

Wredny koniec dnia – mruknęła Eve. - Wstępne oględziny wskazują, że śmierć

nastąpiła o dwudziestej czwartej, prawie co do minuty. - Usunęła się na bok, by

zrobić miejsce ekipie śledczej. - Wszystko świadczy, że przyczyną śmierci było

uduszenie. Brak ran na ciele dowodzi, że ofiara zaczęła się bronić dopiero wtedy,

background image

gdy została związana.

Eve delikatnie uniosła stopę kobiety i przyjrzała się otartej kostce.

Ślady wokół pochwy i odbytu wskazują na to, że przed śmiercią denatka została

zgwałcona. Mieszkanie jest dźwiękochłonne. Mogła sobie zdzierać płuca.

Nie   zauważyłam   śladów   włamania   ani   walki,   z   wyjątkiem   tej   choinki.   To   mi

wygląda na przemyślaną robotę.

Eve skinęła głową, obrzucając Peabody ukośnym spojrzeniem.

Trafne   spostrzeżenie.   Skontaktuj   się   z   dozorcą   i   weź   dyskietki   z   kamer

bezpieczeństwa z tego piętra. Sprawdzimy, kto ją odwiedzał.

Tak jest.

Postaw   przy   drzwiach   dwóch   funkcjonariuszy   –   dodała   Eve,   podchodząc   do

wideokomu stojącego przy łóżku. - Niech ktoś wyłączy tą cholerną muzykę.

Nie   jest   pani   w   świątecznym   nastroju,   poruczniku.   -   Peabody   nacisnęła   guzik

starannie polakierowanym paznokciem.

Boże   Narodzenie   to   jak   wrzód   na   tyłku.   Skończyliście?   -   zwróciła   się   do

członków ekipy śledczej. - Obrócimy ją, zanim zostanie zabrana.

Krew zdążyła już spłynąć do pośladków, które przybrały czerwony kolor. Żołądek

i pęcherz były puste. Mimo ochraniaczy na rękach Eve poczuła zgrubienie na skórze

denatki.

Wygląda na świeże – mruknęła. - Peabody, nagraj to na wideo, zanim wyjdziesz. -

Przyjrzała się jasnemu napisowi na prawej łopatce.

Mojej miłości –  odczytała Peabody jasnoczerwone staroświeckie litery na białej

skórze.

background image

To chyba świeży tatuaż. - Eve pochyliła się tak nisko, że omal nie dotknęła nosem

ramienia denatki. - Trzeba sprawdzić gdzie go zrobiła.

Przepiórka na gruszy.

Eve uniosła w górę brew.

Co?

Ta spinka we włosach. Na pierwszy dzień Bożego Narodzenia. - Eve najwyraźniej

nadal   nic   nie   rozumiała,   więc   pospiesznie   wyjaśniła:   -  To   taka   stara   piosenka.

Dwanaście dni Bożego Narodzenia. Każdego dnia chłopiec daje swojej ukochanej

jakiś prezent, zaczynając od przepiórki na gruszy.

A po co komu, do cholery, ptak na drzewie? Idiotyczny prezent. - Poczuła skurcz

w żołądku na myśl o tym, co to może oznaczać. - Miejmy nadzieję, że to była jego

jedyna miłość. Daj mi te taśmy i niech zabierają ciało – poleciła, po czym ruszyła

do stojącego przy łóżku wideokomu.

Kiedy   wyniesiono   ciało,   poleciła   wyświetlić   wszystkie   połączenia   z   ostatnich

dwudziestu czterech godzin.

Pierwsze pochodziło z godziny osiemnastej. Była to wesoła rozmowa denatki z

matką. Słuchając jej i patrząc na roześmianą twarz starszej kobiety, Eve zastanawiała

się, jak będzie wyglądać ta twarz, kiedy przekaże jej wiadomość i śmierci córki.

Drugie   i   ostatnie   połączenie   z   zewnątrz.   Przystojny   facet,   pomyślała   Eve,

przyglądając   się   twarzy   mężczyzny   na   ekranie.   Około   trzydziestu   pięciu   lat,   miły

uśmiech, wyraziste brązowe oczy. Ofiara mówiła do niego Jerry. Lub Jer. Mnóstwo

seksualnych podtekstów, żarty. A więc kochanek. Może nawet ukochany.

Wyjęła dyskietkę, opakowała ją i wrzuciła do torby. Pod oknem znalazła kalendarz

background image

Marianny,   przenośny   wideokom   i   notes   adresowy.   Po   krótkim   przejrzeniu     ich

zawartości wyłowiła nazwisko Jeremy Vandoren.

Kiedy   została   sama   w   pokoju,   podeszła   jeszcze   raz   do   łóżka.   Leżała   na   nim

zakrwawiona pościel. Ubranie kobiety było starannie pocięte i rzucone na podłogę.

Zapakowano je już do worka. W mieszkaniu panowała cisza.

Musiała go wpuścić, pomyślała Eve. Czy poszła z nim do sypialni dobrowolnie,

czy też zmusił ją do tego? Raport toksykologiczny wyjaśni, czy miała we krwi jakieś

nielegalne środki. Kiedy znaleźli się w sypialni, rozciągnął ją na łóżku i przywiązał

jej ręce i nogi do czterech słupków w rogach. Następnie pociął jej ubranie. Ostrożnie,

bez   pośpiechu.   Nie   było   w   nim   wściekłości   czy   gniewu   ani   nawet   rozpaczliwego

pożądania. Robił to na zimno, w sposób przemyślany. Potem ją zgwałcił. Miał nad

nią władzę. Broniła się, krzyczała, może nawet błagała. Sprawiło mu to przyjemność.

To typowe dla gwałcicieli. Eve głęboko odetchnęła kilka razy, bo przed oczami stanął

jej własny ojciec.

Kiedy morderca zaspokoił żądzę, udusił dziewczynę, patrząc, jak oczy wychodzą

jej na wierzch. Potem ją uczesał, umalował i owinął srebrnym łańcuchem. Czy tę

spinkę do włosów przyniósł ze sobą, cze też należała do nie? Sama sobie zrobiła ten

tatuaż, czy to on ją przyozdobił.

      Przeszła   do   sąsiadującej   z   sypialnią   łazienki.   Była   wyłożona   śnieżnobiałymi

kafelkami, a w powietrzu unosił się nikły zapach środka dezynfekcyjnego. Tu pewnie

mył   się   po   skończonej   robocie,   może   nawet   ubierał,   po   czym   wytarł   do   czysta

wszystkie ślady.

Tak czy owak trzeba będzie wpuścić tu „sprzątaczy”. Najmniejszy nawet włosek

background image

może mieć znaczenie.

Dziewczyna miała matkę, która ją kochała, myślała dalej Eve. Wspólnie planowały

święta, śmiały się, rozmawiały o ciasteczkach.

Pani porucznik?

Eve zerknęła przez ramię i zobaczyła stojącą w korytarzu Peabody.

Co?

Mam   dyskietki   z   kamer   bezpieczeństwa.   Przy   drzwiach   stoi   dwóch

funkcjonariuszy.

Dobrze.   -   Eve   przetarła   dłońmi   twarz.   -   Plombujemy   mieszkanie   i   zabieramy

wszystko do centrali. Muszę powiadomić najbliższą rodzinę. - Zarzuciła torbę na

ramie i zabrała swój zestaw polowy. - Miałaś rację, Peabody. To wredny początek

dnia.

Rozdział 2

Sprawdziłaś tego jej faceta?

Tak. Jeremy Vandoren mieszka  przy Drugiej Alei, pracuje jako makler w firmie

Foster,   Bride   i   Rumsey   na   Wall   Street.   -   Peabody   zerknęła   do   notatnika.   -

Rozwiedziony, lat trzydzieści sześć, poza tym bardzo atrakcyjny okaz mężczyzny.

background image

Hmm.   -   Eve   wsunęła   dyskietkę   do   komputera.   -   Sprawdźmy,   czy   ten   bardzo

atrakcyjny   okaz   mężczyzny   złożył     wczoraj   wieczorem   wizytę   swojej

dziewczynie.

Przynieść kawy, poruczniku?

Co?

Przynieść kawy?

Eve wpatrywała się z uwagą w monitor.

Jeśli chcesz kawy, Peabody, to po prostu powiedz.

Asystentka wzniosła oczy ku niebu.

Tak, napiłabym się.

To   sobie   przynieś. A  przy   okazji   weź   i  dla  mnie.  -  Ofiara   wróciła  do   domu   o

szesnastej   czterdzieści   pięć.   -   Stop   –   poleciła   komputerowi   i   przez   chwilę

wpatrywała się w obraz Marianny Hawley widoczny na ekranie.

Zadbana, ładna, młoda, w jasnoczerwonym berecie przykrywającym jej połyskliwe

kasztanowe włosy, w długim płaszczu w tym samym odcieniu i eleganckich butach.

Wracała z zakupów – stwierdziła Peabody, stawiając przed Eve kubek z kawą.

Tak. U Bloomingdale'a. Obraz start – poleciła Eve.

Marianna postawiła na podłodze torby z zakupami i wyjęła kartę magnetyczną. Jej

usta   poruszały   się,   jakby   coś   do   siebie   mówiła.   Nie   raczej   śpiewała,   doszła   do

wniosku Eve. Potem odrzuciła włosy w tył, podniosła torby, weszła do mieszkania i

zamknęła drzwi. Zapaliło się czerwone światło blokujące drzwi.

Potem   na   monitorze   pojawili   się   inni   lokatorzy   wchodzący   i   wychodzący,   w

pojedynkę lub parami. Toczyło się zwyczajne życie.

background image

Kolację   zjadła   w   domu   –   stwierdziła   Eve,   wyobrażając   sobie   jej   wnętrze

mieszkania.

Widziała, jak Marianna krząta się po pokojach, ubrana w proste granatowe spodnie

i biały sweter, który potem zostanie pocięty, włącza ekran rozrywkowy, odwiesza do

szafy w przedpokoju jasnoczerwony płaszcz, kładzie na półkę beret, zdejmuje buty i

rozpakowuje   zakupy.   Schludna   kobieta,   mająca   zamiłowanie   do   ładnych   rzeczy,

przygotowuje się do spędzenia spokojnego wieczoru w domu. 

Około siódmej zjadła zupę zaprogramowaną w autokucharzu. - Eve bębniła w blat

biurka krótkimi, niepomalowanymi paznokciami. - Potem rozmawiała z matka, a

potem połączyła się ze swoim facetem.

W tym momencie Eve zobaczyła, że drzwi do windy się otwierają. Uniosła w górę

brwi, które skryły się pod gęstą grzywką.

Proszę, proszę, co my tu mamy?

Święty   Mikołaj   –   uśmiechnęła   się   Peabody,   zerkając   na   Eve   przez   ramię.   -   Z

prezentem.

Mężczyzna  w czerwonym stroju, ze  śnieżnobiałą brodą,  niósł w  rękach wielkie

pudło owinięte w srebrny papier i owiązane złotozieloną wstążką.

Stop. Powiększenie wycinka dziesięć do pięćdziesiąt, trzydzieści procent.

Ekran zamigotał, podany przez Eve wycinek oddzielił się, po czym ukazał się w

powiększeniu.   W   samym   środku   fantazyjnej   kokardy   tkwiło   srebrne   drzewko   ze

złotym ptaszkiem.

Sukinsyn. To ta spinka, którą miała we włosach.

Ale... to przecież święty Mikołaj.

background image

Weź   się   w   garść,   Peabody.   Obraz   start.   Idzie   w   kierunku   jej   mieszkania   –

mruknęła Eve, patrząc jak postać z błyszczącym pakunkiem w ręku podchodzi do

drzwi Marianny, naciska dzwonek palcem w rękawiczce, czeka chwilę, po czym

uśmiecha   się.   W   tym   momencie   pojawia   się   Marianna   z   rozjaśnioną   twarzą   i

błyszczącymi radością oczami. Święty Mikołaj odwraca się do kamery, uśmiech

się i puszcza oko.

Stop. A to drań. Skurwysyński żartowniś. Wydruk obrazu na ekranie – poleciła

Eve,   przyglądając   się   krągłej   twarzy   o   rumianych   policzkach   i   błyszczących

niebieskich oczach. - On wiedział, że będziemy oglądać dyskietki. Najwyraźniej

go to bawi,

Przecież jest przebrany za świętego Mikołaja. - Peabody gapiła się w ekran. - To

odrażające. To po prostu... niemożliwe.

A gdyby był przebrany za diabła, to byłoby możliwe, tak?

Tak. Nie. - Peabody wzruszyła ramionami i przestąpiła z nogi na nogę. - To jest...

To jest chore.

Ale   również   bardzo   sprytne.   -   Eve   czekała,   aż   komputer   wydrukuje   portret

mężczyzny. - Nikt przecież nie zamknie Mikołajowi drzwi przed nosem. - Obraz

start.

Mężczyzna   wszedł   do   mieszkania   i   korytarz   opustoszał.   Timer   u   dołu   ekranu

wskazywał godzinę dwudziestą pierwszą trzydzieści trzy.

Nie   śpieszył   się,   pomyślała   Eve.   Prawie   dwie   i   pół   godziny.   Sznur,   którym   ją

związał, i wszystko, co mogło być mu potrzebne, znajdowało się zapewne w tym

wielkim błyszczącym pudle.

background image

O jedenastej z windy wysiadła jakaś para i śmiejąc się, zapewne po lekkim rauszu,

przeszła obok drzwi Marianny, nie mając pojęcia, co dzieje się w środku.

Strach i ból. Morderstwo.

Drzwi   mieszkania   otworzyły   się   pół   godziny   po   północy.   Wyszedł   przez   nie

mężczyzna w czerwonym stroju ze srebrnym pudłem w ręku. Na rumianej twarzy

widniał szeroki, niemal dziki uśmiech. Ponownie spojrzał w kamerę. W jego oczach

płonęło szaleństwo. Tanecznym krokiem sunął do windy.

Skopiuj   dyskietkę   pod   nazwą   „Hawley”.   Sprawa   dwadzieścia   pięć   sto

siedemdziesiąt sześć H. Ile Mówiłaś jest tych dni w piosence,

Dwanaście.   -   Peabody   przełknęła   łyk   kawy,   bo   nagle   zaschło   jej   w   gardle.   -

Dwanaście dni.

Lepiej   dowiedzmy   się,   czy   Hawley   była   jego   jedyną   miłością,   czy   ma   jeszcze

jedenaści innych. - Eve wstała. - Chodźmy pogadać z tym jej facetem.

Jeremy   Vondoren   pracował   w   wielkiej   sali   podzielonej   na   boksy   tak   małe,   że

mieściło się w nich zaledwie biurko z komputerem, system łączności i fotel na trzech

kółkach. Do cienkich ścianek przyczepione były raporty z giełdy, repertuar teatrów,

kartka świąteczna przedstawiająca kobietę o ponętnych kształtach, obsypaną płatkami

śniegu, i fotografia Marianny Hawley.

background image

Zerknąwszy   na   wchodzącą   Eve,   uniósł   w   górę   dłoń   i   dale   stukał   w   klawiaturę

komputera, mówiąc jednocześnie do mikrofonu ze słuchawką.

Comsat pięć i osiem, Kenmart spadł do trzech siedemdziesiąt pięć, Nie, Roarke

Industries podskoczyło o sześć punktów. Nasi analitycy przewidują, że w ciągu

dnia skoczy jeszcze o dwa.

Eve   uniosła   brew   i   wsunęła   dłonie   do   kieszeni   spodni.   Za   chwilę   będziemy

rozmawiać o morderstwie, a tymczasem Roarke zarabia miliony. Przedziwnie ten los

się plecie.

Załatwione.

Vondoren   nacisnął   jeden   z   klawiszy   i   na   ekranie   pojawiła   się   plątanina

tajemniczych   cyfr   i   symboli.   Eve   odczekała   kolejne   trzydzieści   sekund,   po   czy

wyciągnęła odznakę i podstawiła ją Vandorenowi pod nos. Zamrugał, odwrócił się i

spojrzał na nią.

Załatwione.   Oczywiście.   Dzięki.   -   Vondoren   odsunął   na   bok   mikrofon   i

uśmiechnął się niepewnie. Kąciki warg lekko mu drżały. - Czym mogę służyć,

poruczniku?

Jeremy Vondoren.

Tak.   +   Jego   ciemnobrązowe   oczy   przesunęły   się   po   stojącej   z   tyłu   Peabody   i

wróciły do Eve. - Czyżbym miał jakieś kłopoty?

A czy zrobił pan coś niezgodnego z prawem, panie Vondoren?

Nie przypominam sobie. - Ponownie uśmiechnął się, ukazując mały dołeczek w

policzku. - Jeśli nie liczyć paczki dropsów, którą ukradłem, gdy miałem osiem lat.

Czy zna pan Mariannę Hawley?

background image

Oczywiście. Chyba nie chce pani powiedzieć, że Mari zwędziła cukierki? - Nagle

uśmiech zniknął z jego twarzy. - O co chodzi? Czy coś się stało?

Wstał z fotela i przebiegł wzrokiem salę, jakby oczekując, że zobaczy Mariannę.

Przykro   mi,   pani   Vondoren.   -   Eve   nigdy   nie   umiała   przekazywać   złych

wiadomości, postanowiła więc, że zrobi to szybko. - Panna Hawley nie żyje.

Nie, to nieprawda – powiedział, przenosząc ciemne oczy na Eve. - To niemożliwe.

Rozmawiałem   z   nią   wczoraj   wieczorem.   Umówiliśmy   się   na   kolację   dziś   na

siódmą. Musiała zajść jakaś pomyłka.

Nie   ma   żadnej   pomyłki.   Przykro   mi   –   powtórzyła   Eve.   -   Wczoraj   wieczorem

Marianna Hawley została zamordowana w swoim mieszkaniu.

Marianna?   Zamordowana?   -   Kręcił   głową,   jakby   nie   rozumiał   znaczenia   tych

słów.   -   To   niemożliwe.   To   po   prostu   niemożliwe.   -   Odwrócił   się   w   stronę

podręcznego wideokomu. - Zaraz się z nią połączę. Jest teraz w pracy.

Panie Vondoren. - Eve położyła mu rękę na ramieniu i lekko pchnęła go na fotel.

Sama   nie   miała   gdzie   usiąść,   przycupnęła   więc   na   brzegu   biurka.   -   Została

zidentyfikowana   na   podstawie   linii   papilarnych   i   kodu   DNA   –   powiedziała,

patrząc   mu   w   oczy.   -   Jeśli   pan   może,   to   chciałabym,  żeby   potwierdził   pan   jej

tożsamość.

Jej tożsamość... - Poderwał się z miejsca, uderzając Eve w ramię. Nie zagojona

rana natychmiast dała o sobie znać. - Dobrze, pójdę z panią, by udowodnić, że to

nie ona. To nie może być Marianna.

background image

Kostnica   nie   należała   do   przyjemnych   miejsc.   Komuś,   kto   w   przepływie

optymizmu lub wisielczego humoru pozawieszał u sufitu czerwone i zielone kule, a

drzwi   ozdobił   ohydnymi   złotymi   girlandami,   udało   się   jedynie   wywołać   głupi

uśmieszek na twarzach wchodzących tu ludzi.

Eve   stała   przy   oszklonej   ścianie   i   czuła,   podobnie   jak   wiele   razy   przedtem,   że

ciałem mężczyzny wstrząsa dreszcz na widok nieruchomego ciała Marianny Hawley.

Przykryto   ją   prześcieradłem,   by   oszczędzić   najbliższym   widoku   jej   nagości,

nacięcia w kształcie litery Y i stempla na stopie z nazwiskiem i numerem.

Nie.   -   Vondoren   przycisnął   dłonie   do   szyby.   -   Nie,   nie,   nie,   to   nieprawda.

Marianno.

Eve delikatnie położyła mu rękę na ramieniu. Trząsł się cały i dłońmi zaciśniętymi

w pięści uderzył o szklaną barierę.

Proszę tylko kiwnąć głową, jeśli rozpoznaje pan Mariannę Hawley.

Skinął głową i rozpłakał się.

Peabody, znajdź jakieś puste pomieszczenie... I przynieś szklankę wody.

W tym momencie Vondoren przytulił się do Eve i ukrył twarz na ramieniu. Objęła

go, dając jednocześnie znak obsłudze, by zasłonili szybę.

Chodź, Jerry, wyjdźmy stąd.

Otoczyła   go   ramieniem,   myśląc   w   duchu,   że   wolałaby   raczej   zmierzyć   się   z

uzbrojoną bandą niż pocieszać pogrążonego w żalu człowieka, który stracił ukochaną

osobę. Czuła się bezradna, bo ni mogła mu pomóc. Mimo to szeptała ciche słowa

otuchy,   prowadząc   przez   wyłożony   terakotą   hall   do   drzwi,   gdzie   czekała   na   nią

background image

Peabody.

Tu możemy wejść – powiedziała cicho asystentka. - Zaraz przyniosę wodę.

Usiądźmy. - Eve zaprowadziła go do krzesła, z kieszeni  marynarki wyciągnęła

chusteczkę  i  wcisnęła   mu   do  ręki.  -   Przykro   mi,   że stracił   pan   bliską  osobę  –

powiedziała, jak zwykle w takich wypadkach, po raz kolejny uświadamiając sobie

niestosowność tych słów.

Kto mógł skrzywdzić Mariannę? I dlaczego?

Moim zadaniem jest się tego dowiedzieć. I dowiem się.

Jakaś nuta w jej głosie sprawiła, że Vondoren podniósł na Eve zaczerwienione,

pełne smutku oczy. Z wyraźnym trudem odetchnął głęboko.

Ja... Ona była wyjątkowa. - Wsunął rękę do kieszeni i wyjął z niej małe aksamitne

pudełko. - Miałem jej to wręczyć dziś wieczorem. Chciałem zaczekać do Wigilii,

bo Marianna uwielbiała święta, ale nie mogłem już dłużej czekać.

Trzęsącymi   się   palcami   otworzył   pudełeczko.   Na   aksamitnej   poduszeczce   leżał

pierścionek zaręczynowy z brylantem.

Chciałem dziś poprosić ją o rękę. I Zostałbym przyjęty. Kochaliśmy się. Czy to... -

Zamknął pudełko i schował je do kieszeni. - Czy to był napad rabunkowy?

Przypuszczamy, że nie. Jak dawno pan ją znał?

Sześć   miesięcy,   prawie   siedem.   -   Spojrzał   na   Peabody,   która   przyniosła   mu

szklankę   wody.   -   dziękuję.  To   były   najszczęśliwsze   miesiące   w   moim   życiu   –

dodał.

Jak się poznaliście?

Przez agencję matrymonialną „Szczęśliwy Związek”.

background image

Korzystał   pan   z   usług   agencji   matrymonialnej?   -   spytała   z   niedowierzaniem

Peabody.

Spuścił głowę i westchnął.

Zrobiłem to pod wpływem impulsu. Większość czasu spędzam w pracy i rzadko

gdzieś wychodzę. Dwa lata temu rozwiodłem się i chyba dlatego kobiety mnie

onieśmielają. W każdym razie żadna z tych, z którymi się spotykałem... Po prostu

nie pasowaliśmy do siebie. Pewnego wieczoru zobaczyłem w komputerze reklamę

agencji i postanowiłem spróbować.

Pociągnął łyk wody.

Marianna była trzecią dziewczyną, z którą się spotkałem. Z dwoma pierwszymi

poszedłem na drinka i na tym się skończyło. Kiedy jednak poznałem Mariannę,

poczułem, że to może być coś ważnego. - Zamknął oczy i odetchnął głęboko. -

Ona jest... wspaniała. Ma w sobie tyle życia, tyle entuzjazmu. Lubiła swoją pracę,

mieszkanie, założyła kółko teatralne. Wystawiała sztuki.

Eve   zauważyła,   że   przeszłość   miesza   mu   się   z   teraźniejszością   i   bezskutecznie

usiłuje oswoić się z czasem przeszły.

Zaczęliście się spotykać – podpowiedziała mu.

Tak. Postanowiliśmy umówić się na drinka, bez żadnych zobowiązań, ale w końcu

poszliśmy na kolację, potem na kawę i przegadaliśmy kilka godzin. Było to dla

nas coś ważnego.

Czy ona czuła to samo.

Tak. Nie speszyliśmy się. Kilka wspólnych kolacji, teatr. Oboje lubiliśmy chodzić

do teatru. Potem zaczęliśmy spędzać razem sobotnie popołudnia. Teatr, muzeum

background image

albo spacer. Pojechaliśmy do jej rodzinnego miasta. Przedstawiła mnie rodzicom.

Czwartego czerwca poszliśmy do mojej mamy na kolację.

Zamyślił się, widząc coś, co tylko on mógł zobaczyć.

Czy w tym czasie spotykała się jeszcze z kimś?

Nie. Zawarliśmy umowę.

Czy ktoś się jej naprzykrzał? Może dawny znajomy, kochanek, były mąż?

Nie. Powiedziałaby mi o tym. Nie mieliśmy przed sobą tajemnic. - Wzrok mu

stwardniał. - Czemu mnie pani o to pyta? Czy ona, czy Marianna... czy on.. O

Boże! - Leżąca na kolanie dłoń zacisnęła się w pięść. - Najpierw ją zgwałcił, tak?

Ten pieprzony skurwiel ją zgwałcił. Powinienem być tam razem z nią. - Zerwał się

z krzesła, rozchlapując wodę ze szklanki. - Powinienem tam być. To nigdy by się

nie stało, gdybym z nią był.

A gdzie byłeś, Jerry?

Co?

Gdzie   byłeś   wczoraj   wieczorem   między   dwudziestą   pierwszą   trzydzieści   a

dwudziestą czwartą?

Pani   myśli,   że   ja...-   Zatrzymał   się,   uniósł   dłoń,   zacisnął   powieki,   i   trzy   razy

głęboko odetchnął. Kiedy ponownie otworzył oczy, były już jasne i spokojne. -

Rozumiem, musicie się upewnić, że to nie ja, by złapać tego drania. W porządku.

Tak trzeba.

Byłem   w   swoim   mieszkaniu.   Pracowałem,   rozmawiałem   z   kilkoma   osobami,

robiłem   świąteczne   zakupy   za   pośrednictwem   komputera.   Sprawdziłem   też

rezerwację   na   dzisiejszy   wieczór,   bo   się   denerwowałem.   Chciałem...   -

background image

Odchrząknął. - Chciałem, żeby wszystko było jak należy. - Musiałem to komuś

powiedzieć.   Była   wzruszona   i   podekscytowana.   Bardzo   lubiła   Mariannę.   Była

chyba   dziesiąta   trzydzieści.   Możecie   sprawdzić   mój   wideokom,   komputer,

wszystko co tylko chcecie.

Okay, Jerry.

Czy... Czy jej rodzice już wiedzą?

Tak, rozmawiałam z nimi.

Muszę się z nimi skontaktować. Pewnie będą chcieli zabrać ją do domu. - Jego

oczy wypełniły się łzami, które zaczęły spływać po policzkach. - Zajmę się tym.  

Dopilnuję, by wydano ją tak szybko, jak to możliwe. Czy chciałby pan, żebyśmy

kogoś zawiadomili?

Nie.   Muszę   już   iść,   chcę   powiedzieć   moim   rodzicom.   -   Ruszył   do   drzwi.   -

Znajdźcie tego, kto to zrobił – powiedział, nie odwracając głowy. - Dowiedźcie

się, kto ją skrzywdził.

Znajdziemy go, Jerry. Jeszcze tylko jedno pytanie.

Wytarł twarz i odwrócił się.

O co chodzi?

Czy Marianna miała tatuaż?

Zaśmiał się ostro, chrapliwie, jakby śmiech ranił mu gardło.

Marianna?   Nie.   Była   staroświecka.   Nie   zrobiłaby   sobie   nawet   takiego

zmywalnego.

Jest pan pewien?

Byliśmy kochankami, poruczniku. Kochaliśmy się. Znałem jej ciało, myśli i serce.

background image

Okay,   dziękuje.   -   Patrzyła,   jak   zamykają   się   za   nim   drzwi.   _   Jakieś   wnioski,

Peabody?

Serce facetowi krwawi.

Też tak myślę. Ale ludzie często zabijają tych, których kochają. Spis połączeń nie

daje mu pewnego alibi.

 Nie wygląda na świętego Mikołaja.

Eve uśmiechnęła się lekko.

Gwarantuje, że ten, kto ją zabił, też na niego nie wygląda. W przeciwnym razie

nie   uśmiechałby   się   do   kamery.   Strój,   soczewki   kontaktowe,   makijaż,   broda   i

peruka. Każdy może wyglądać jak święty Mikołaj.

Na razie musiała polegać na instynkcie.

To nie on. Trzeba sprawdzić, gdzie pracowała, odnaleźć przyjaciół i wrogów.

Wkrótce   okazało   się,   że   Marianna   miała   mnóstwo   przyjaciół   i   najwyraźniej

żadnych wrogów. Z zebranych opinii powstał obraz szczęśliwej kobiety, zadowolonej

z pracy, przywiązanej do rodziny, lecz preferującej szybkie tempo życia wielkiego

miasta. Miała ścisłe grono przyjaciółek, słabość do robienia zakupów i do teatru, a jej

związek z Jerrym Vandorenem należał, zgodnie z powszechną opinią, do wyjątkowo

szczęśliwych.

Cieszyła się życiem. Wszyscy ją kochali. Miała szczere, ufne serce.

Jadąc do domu, Eve przebiegła myślami opinie przyjaciół i znajomych Marianny.

background image

Wszystkie były bardzo pochlebne i od nikogo nie usłyszała nawet jednej złośliwej

uwagi na jej temat.

Był jednak ktoś, kto myślał inaczej, kto zamordował ją z zimną krwią, i jeśli wziąć

pod uwagę wyraz jego oczu, z czymś w rodzaju zadowolenia.

Mojej miłości.

Tak, są ludzie, którzy potrafią zabić z miłości. To uczucie jest dla nich jak żywa,

jątrząca   rana.   Wiedziała   coś   o   tym,   bo   sama   go   doświadczyła.  Ale   potrafiła   je

pokonać. Odsunęła na bok przykre wspomnienia i włączyła wideokom.

Masz już raport toksykologiczny Marianny Hawley, Dickie?

Na ekranie pojawiła się cierpiętnicza twarz głównego technika laboratorium.

Wiesz, jacy jesteśmy zapchani robotą w okresie przedświątecznym. Naciskają na

nas ze wszystkich stron, a laboranci zamiast pracować, uganiają się za prezentami.

Serce mi krwawi ze współczucia. Chcę mieć ten raport, Dickie.

A ja chcę iść na urlop – odburknął, ale wystukał coś na klawiaturze komputera. -

Dostała   środek   uspokajający,   powszechnie   dostępny,   łagodny.   Otumanił   ją   na

jakieś dziesięć, piętnaście minut.

Wystarczyło – mruknęła Eve.

Dał jej zastrzyk w prawe ramię. Pewnie poczuła się, jakby dostała w łeb. Reakcje

organizmu:   zawroty   głowy,   brak   orientacji,   może   nawet   chwilowa   utrata

przytomności i zwiotczenie mięśni.

Dobra. Ślady nasienia?

Ani plemniczka.  Musiał włożyć  prezerwatywę albo ona stosowała  jakiś środek

antykoncepcyjny.   Jeszcze   to   sprawdzamy.   Poza   tym   ciało   spryskano   czymś

background image

dezynfekującym.   Ślady   są   w   pochwie,   co   również   mogło   zabić   plemniki.   Nic

więcej nie znaleźliśmy. Ale jest jeszcze coś. Kosmetyki na jej twarzy są inne niż

te,   które   miała   w   mieszkaniu.   Nie   skończyliśmy   jeszcze   ich   analizy.   Wstępne

badania wskazują, że zrobiono je na naturalnych składnikach, to znaczy musiały

nieźle kosztować. Pewnie przyniósł je ze sobą.

Postaraj się jak najszybciej o nazwy firm. To może być jakiś trop. Dobra robota,

Dickie.

Odwal się. Cholernie Wesołych Świąt.

Nawzajem  - mruknęła, mijając żelazną bramę posesji.

Z daleka, w wysmukłych i zwieńczonych łukiem oknach zdobiących wieżyczki, i

na pierwszym piętrze, dostrzegła palące się światła, rozjaśniające zimowy mrok.

Dom.   Jej  i   mężczyzny,   do   którego   należał.   Mężczyzny,   który   ją   kochał   i   który

ofiarował  jej pierścionek   zaręczynowy.  Jerry   też  chciał  ofiarować  taki  pierścionek

ukochanej.

Obróciła ślubną obrączkę na palcu i zatrzymała się przed głównym wejściem. Jerry

powiedział, że Marianna była dla niego wszystkim. Jeszcze rok temu nie potrafiłaby

tego zrozumieć.

Przeczesała   dłońmi   zmierzwione   włosy.   Nie   powinna   była   dopuścić,   by

współczucie dla tego mężczyzny wzięło nad nią górę. To był błąd. Nie ułatwi jej to

sprawy, a może nawet przeszkodzić w prowadzeniu śledztwa. Musi odsunąć na bok

wszystkie emocje. Miłość nie zawsze zwycięża, ale sprawiedliwość tak, jeśli się o to

postarać. 

  Wysiadła z samochodu i weszła po schodach do obszernego hallu. Zdjęła skórzana

background image

kurtkę i rzuciła na elegancki słup podpierający poręcz schodów. Z cienia wyłonił się

Summerset, wysoki, kościsty, o ciemnych oczach, z wyrazem dezaprobaty na bladej

twarzy.

Poruczniku.

Zostaw mój samochód dokładnie tam, gdzie jest – powiedziała i ruszyła schodami

na górę.

Wciągnął głośno powietrze przez nos.

Mam dla pani kilka wiadomości.

Mogą   poczekać   –   odparła,   myśląc   już   o   gorącym   prysznicu,   kieliszku   wina   i

dziesięciominutowej drzemce. Summerset coś do niej powiedział, lecz nie miała

ochoty   go   słuchać.   -   Pocałuj   mnie   gdzieś   –   mruknęła,   otwierając   drzwi   do

sypialni, i znieruchomiała, czując, jak jej ciało rozkwita.

Przed   otwarta   szafa,   nagi   do   pasa,   stał   Roarke.   Pięknie   ukształtowane   mięśnie

ramion napięły się lekko, gdy sięgnął po czystą koszulę. Odwrócił głowę na dźwięk

otwieranych drzwi. Zaparło jej dech w piersiach na widok jego męskiej, wyrazistej

twarzy.   Kształtne   usta   uśmiechnęły   się,   a   ciemnoniebieskie   oczy   rozbłysły.

Wstrząsnął głową, odrzucając z twarzy wspaniałą grzywę gęstych czarnych włosów.

Cześć, poruczniku.

Myślałam, że nie będzie cię jeszcze przez kilka godzin.

Odłożył   na   bok   koszulę.   Źle   spała,   pomyślał.   Dostrzegł   zmęczenie   na   twarzy   i

cienie pod oczami.

Udało mi się wcześniej wrócić.

Na to wygląda – odparła, zrobiła dwa kroki i już była przy nim.

background image

W jego oczach błysnęło zdziwienie, które ustąpiło miejsca głębokiej satysfakcji.

Rozwarł   ramiona   i   zamknął   Eve   w   uścisku.   Chłonęła   jego   zapach,   przesuwając

dłońmi po plecach, po czym zanurzyła twarz w gęstych włosach i westchnęła.

rzeczywiście za mną tęskniłaś – mruknął.

Postójmy tak chwilkę, dobrze?

Jak długo zechcesz.

Ich ciała idealnie do siebie pasowały, jak dwa kawałki układanki. Stanął jej przed

oczami Jeremy Vondoren z pierścionkiem dla Marianny w dłoni.

Kocham cię. - Z trudem powstrzymała wzbierające w gardle łzy. - Przepraszam,

że tak rzadko ci to mówię.

Usłyszał drżenie w jej głosie i dotknął dłonią szyi, wyczuwając napięte mięśnie.  

Co się stało, Eve?

Nie teraz. - Już spokojniejsza, odchyliła głowę i objęła dłońmi jego twarz. - Tak

się cieszę, że wróciłeś.

Uśmiechnęła   się   i   przycisnęła   usta   do   warg   męża.   Ogarnęła   ją   fala   ciepła   i

wiecznie nienasyconego pożądania. Poddała się przyjemnym doznaniom, odsuwając

na bok wszystkie problemy, skupiając myśli tylko na zmysłach.

Przebierałeś się? - spytała.

Uhm. Tak jakby – mruknął, pieszcząc jej dolną wargę.

Myślę, że to strata czasu.

Na potwierdzenie tych słów wsunęła rękę między ich ciała i rozpięła mu spodnie.

Masz absolutną słuszność. - Wcisnął zatrzask rozpinający kaburę. - Uwielbiam cię

rozbrajać, poruczniku.

background image

Uniósł w górę brew, kiedy błyskawicznie obróciła go i przycisnęła do drzwi szafy.

Nie potrzebuję broni, by cię zniewolić – szepnęła.

Udowodnij to.

Jego członek był już nabrzmiały, gdy ujęła go w dłoń.  W intensywnie niebieskich

oczach błysnęły niebezpieczne ogniki.

Nie włożyłaś rękawiczek.

Uśmiechnęła się, pieszcząc go chłodnymi palcami.

Masz coś przeciwko temu?

Nic a nic.

Jego oddech stał się urywany. Ze wszystkich kobiet, które znał, ona jedna potrafiła

tak szybko go rozpalić. Przykrył dłońmi jej piersi i kciukiem zaczął pieścić sutki.

Poczuł, jak wzbiera w nim pożądanie.

Chodźmy do łóżka.

A po co? - Ugryzła go w ramię. - Źle ci tu?

Wprost przeciwnie. - teraz on z kolei wykonał błyskawiczny ruch, podcinając jej

nogę, tak że oboje upadli na dywan. - Ale to ja zamierzam się zniewolić.

Chwycił wargami jej sutek i zaczął go ssać. Słowa zamarły jej w gardle, myśli

eksplodowały, a biodra wygięły się w łuk.

Znał   ją   lepiej   niż   ona   sama.   Wiedział,   że   chce,   aby   jej   ciało   rozpłynęła,   aby

rozpalona   krew   zaczęła   krążyć   w   żyłach,   tłumiąc   dręczące   ją   problemy.   Potrafił

wzniecić w niej ten żar i dostarczyć im obojgu przyjemności.

Była   taka   szczupła.   Podczas   rekonwalescencji   straciła   sporo   na   wadzę   i   jej

sylwetka nie odzyskała jeszcze dawnego wyglądu. Wiedział jednak, że nie oczekuje

background image

od   niego   delikatności.   Nie   ustawał   więc   w   pieszczotach,   aż   jej   oddech   stał   się

urywany, a serce zaczęło bić jak szalone.

Poruszała się pod nim, wsuwając mu dłonie we włosy i zaciskając je w pięści.

Między   nagimi   wzgórkami   piersi   błyszczał   brylantowy   wisior   w     kształcie   łezki,

który od niego dostała. Przesunął językiem wzdłuż linii żeber, do twardego, płaskiego

brzucha,   szczypiąc   zębami   szczupłe   biodro,   aż   zaczęła   drżeć.   Zsunął   jej   spodnie,

odsłaniając   miękki   trójkąt   między   nogami.   Gdy   jego   język   wślizgnął   się   w   jej

wnętrze, orgazm przeszył jej ciało niczym błyskawica. W skroniach czuła pulsowanie

krwi, a w nozdrzach zapach mężczyzny, który odurzał ją niczym narkotyk.

Roarke   chwycił   ją   za   biodra,   uniósł   i   otworzył.   Jęknęła,   ogarnięta   palącym

pragnieniem, by poczuć go w sobie. Wyciągnęła ku niemu ręce, szepcząc jego imię,

objęła ramionami i oplotła nogami w pasie.

Jednym zręcznym ruchem wsunął się w jej wnętrze. Zadrżał, kiedy zacisnęła go w

sobie, i przywarł wargami do jej ust, kiedy zaczęła się pod nim poruszać. 

Ich ciała podchwyciły wspólny rytm, oczy płonęły, oddechy mieszały się ze sobą.

Tempo stawało się coraz szybsze, pchnięcia coraz mocniejsze, aż w końcu stopili się

w jedno.

Eve dostrzegła, jak oczy Roarke'a zachodzą mgłą. Po chwili osiągnął spełnienie.

Płonący   w   jej   wnętrzu   żar   zmienił   się   w   oślepiający   płomień   i   uniosła   ją   fala

rozkoszy. Kiedy Roarke opadł na nią, wtuliła twarz w jego włosy, chłonąc zapach

męskiego ciała.

Dobrze być w domu – wymruczał.

background image

Ciepła   kąpiel,   kieliszek   wina   i   wspólna   kolacja   w   łóżku,   co   uznała   za   szczyt

dekadencji, zrelaksowały ją i uspokoiły.

Opowiedz mi o wszystkim.

Napełnił jej kieliszek winem i patrzył, jak ponure cienie tłumią niedawny blask w

oczach.

Nie mam ochoty przenosić pracy do domu.

Dlaczego nie? - Uśmiechnął się i dolał sobie wina. - Ja to robię.

To co innego.

Kochanie. - Przesunął palcem wzdłuż jej policzka. - Oboje nie możemy obejść się

bez   pracy.   W   niej   się   realizujemy.   Nie   możesz   przestać   myśleć   o   sprawach

zawodowych, bo one tkwią w tobie. Podobnie jest ze mną. 

Oparła się o poduszki i spojrzała przez szklany sufit na ciemne niebo. Po dłuższej

chwili zaczęła opowiadać.

To było okrutne – dodała na koniec. - Lecz nie w tym rzecz. Widziałam już rzeczy

gorsze rzeczy. Ale ona była taka czysta i niewinna. Dostrzegłam to w jej twarzy, w

sposobie poruszania się, w całym jej otoczeniu. Nie umiem tego sprecyzować, ale

wokół   niej   wyczuwało   się   niewinność.   Nie   w   sensie   dosłownym.   Niewinność

można zniszczyć. Wiem coś o tym. Nawet nie pamiętam, kiedy byłam niewinna,

ale wiem, jak się czuje ktoś, komu ją odebrano.

Zaklęła pod nosem i odstawiła kieliszek z winem.

Eve. - Wziął ją za rękę i zaczekał, aż na niego spojrzy. - Gdy ma się do czynienia

background image

z   morderstwem   na   tle   seksualnym,   trudno   tak   od   razu   wrócić   do   normalnego

życia.

Mogłam to sobie odpuścić. - Czuła wstyd, że się do tego przyznaje, i odwróciła

wzrok.   -   Gdybym   wiedziała,   co   tam   zastanę,   chyba   nie   przyjęłabym   tego

wezwania.

Możesz przecież oddać tę sprawę komuś innemu. Nikt nie będzie miał do ciebie

pretensji.

Ale ja miałabym do siebie. Widziałam ją.- Zamknęła na chwilę oczy. - Teraz jest

moja. Nie mogę się już wycofać.

Energicznie przeczesała włosy.

Wyglądała   na   zaskoczoną   i   szczęśliwą,   kiedy   otworzyła   drzwi.   Zupełnie   jak

dziecko. Ojej, prezent dla mnie! Rozumiesz?

Tak.

  Ten   sukinsyn   uśmiechnął   się   do   kamery,   puścił   nawet   oko.  A  po   wszystkim

podbiegł do windy tanecznym krokiem.

Oczy jej zapłonęły, a cała sylwetka zesztywniała. To nie są oczy gliny, pomyślał

Roarke, lecz anioła zemsty.

Nie   było   w   nim   gniewu,   lecz   autentyczna   radość.   -   Ponownie   zamknęła   oczy,

przywołując   w   myślach   obraz   mordercy.   Kiedy   je   otworzyła,   ogień   znikł.   -

Niedobrze mi się robi. - Gniewnym gestem sięgnęła po kieliszek i przytknęła do

ust.-   Musiałam   powiedzieć   jej   rodzicom   i   patrzeć   na   ich   twarze.   I   na   twarz

Vandorena,   kiedy   uświadomił   sobie,   że   jego   świat   legł   w   gruzach.   Była   miłą,

prostą kobietą, cieszącą się życiem, która wkrótce miała się zaręczyć. Otworzyła

background image

drzwi komuś, kto symbolizował niewinność. I spotkała śmierć.

  Roarke ujął jej dłoń i rozchylił zaciśnięte palce.

Cez względu na to, jak cię to poruszyło, nie przestałaś być gliną.

Jeśli zbyt często to się zdarza, trudno zachować dystans. W końcu uświadamiasz

sobie, że nie potrafisz się ze śmiercią.

Czy kiedykolwiek przyszło ci do głowy, żeby zrobić sobie przerwę? - Uśmiechnął

się na widok jej ściągniętych brwi. - Nie, oczywiście że nie. Spojrzysz w oczy

kolejnej śmierci, Eve, bo to twoja praca i taka już jesteś.

Spojrzę w oczy śmierci szybciej niż bym chciała. - Splotła palce z jego palcami. -

Czy ona była jego jedyną miłością, Roarke? Czy będzie jedenaście następnych?

Rozdział 3  

Eve zgrzytając zębami, po raz drugi objeżdżała parking przy Podniebnym Centrum

Handlowym.

Czemu ci ludzie nie są w pracy? Nie mają nic innego do roboty?

Dla niektórych zakupy to główne zajęcie – odparła z powagą Peabody.

No   jasne.   -   Eve   wjechała   w   sektor,   w   którym   samochody   stały   niczym   frytki

background image

nabite na patyk po sześć w rzędzie. - Pieprzę to.  - Wcisnęła kierownicę i wjechała

między półki, mijając je dosłownie o włos, aż Peabody przemknęła oko. - Przecież

można wszystko kupić za pośrednictwem komputera. Nie rozumiem tego. 

Komputerowe zakupy nie dają tego dreszczyka emocji. - Peabody przytrzymała

się tablicy rozdzielczej, bo Eve zahamowała gwałtownie w miejscu wydzielonym

dla straży pożarnej, na wprost Bloomingdale'a. - Nie można się wtedy posługiwać

zmysłami lub łokciami, żeby utorować sobie drogę wśród tłumu. Takie kupowanie

to żadna przyjemność.

Eve   z   gniewnym   prychnięciem   włączyła   służbowe   światło   sygnalizacyjne   i

wysiadła z samochodu. Natychmiast ogłuszył ją ryk płynących z głośników kolęd.

Doszła do wniosku, że ludzie biegną do środka, by uciec przed tym hałasem.

Regulujący   temperaturę   pomieszczenia   komputer   wskazywał   dwadzieścia   dwa

stopnie,   a   mimo   to   w   olbrzymiej   hali   wirowały   płatki   sztucznego   śniegu.   W

witrynach   sklepowych   stały   poprzebierane   androidy.     W   warsztacie   pracowali

Mikołajowie i elfy, renifery szybowały w powietrzu lub tańczyły na dachach, a dzieci

o złocistych włosach i twarzach aniołków rozpakowywały błyszczące pudełka.

W innej witrynie chłopiec ubrany według najnowszej mody, w czarny kombinezon

i   jaskrawą   kurtkę,   wykonywał   skomplikowane   ewolucje   na   desce   latającej

najnowszej generacji – Flyer 6000. Guzik przy szybie włączał głos, który reklamował

możliwości sprzętu, informował o cenie i miejscu, gdzie można go nabyć.

Chciałabym   pojeździć   na   czymś   takim   –   westchnęła   Peabody,   idąc   za   Eve   w

stronę drzwi.

Nie jesteś trochę za stara na zabawki?

background image

To   nie   jest   zabawka,   to   przygoda   –   zaprotestowała   Peabody,   cytując   słowa

reklamy.

Załatwmy to jak najprędzej. Nienawidzę takich miejsc.

Drzwi do centrum handlowego otworzyły się przed nimi bezszelestnie, ukazując

napis: Witamy w Bloomingdale'u. Jesteś naszym najlepszym klientem.

Wewnątrz grała muzyka, lecz nieco ciszej, za to słychać było gwar rozmów, który

wznosił się ku sufitowi i krążącym pod nim aniołkom.

Była   to   świątynia   konsumpcji.   Na   dwunastu   piętrach   królowały   towary.  Wśród

tłumu klientów uwijały się androidy prezentujące ubiory, dodatki, ozdoby do włosów

i   biżuterię.   Tuż   za   drzwiami   znajdowała   się   elektroniczna   mapa,   informująca

klientów, gdzie co można kupić. Na tych, którzy chcieli robić zakupy w towarzystwie

dzieci,   czekali   specjalni   licencjonowani   pomocnicy   do   wybierania   prezentów,   od

maluchów po starszaki, natomiast piętro niżej młodzież, dziadkowie i babcie.   Za

niewielką opłatą można było wynająć minipojazdy do przewożenia ludzi, zakupów,

lub jednego i drugiego.

Android z mnóstwem warkoczyków w jaskrawych kolorach na głowie podszedł do

nich z małą kryształową buteleczką. 

Nie zbliżaj się do mnie – poleciła Eve.

A ja chętnie spróbuję – Peabody odchyliła głowę, by mógł rozpylić jej perfumy na

szyję.

Nazywają się „Weź mnie” - zamruczał android. - Bądź pewna, że jeśli ich użyjesz,

nikt nie przejdzie obok ciebie obojętnie.

Hmm. - Peabody nachyliła się w stronę Eve. - Co pani o tym sądzi?

background image

Eve powąchała i pokręciła głową.

Nie dla ciebie.

Mnie się podobają – mruknęła asystentka.

Skoncentrujmy się na tym, po co tu przyszliśmy – powiedziała Eve, chwytając

Peabody za rękę, kiedy ta zatrzymała się przy stoisku z kosmetykami, przy którym

modelce   malowano   właśnie   twarz   jaskrawozłotym   podkładem.   -   Poszukajmy

męskiego   działu.   Może   uda   nam   się   dowiedzieć,   kto   przedwczoraj   obsługiwał

Mariannę Hawley. Użyła karty kredytowej, muszą więc mieć jej dane.

Dwadzieścia minut wystarczy mi na dokończenie świątecznych zakupów.

Dokończenie? - Eve spojrzała na nią przez ramię, wchodząc na ruchomy chodnik

prowadzący na wyższe piętro.

Tak. Zostało mi do kupienia tylko parę drobiazgów – Peabody wydęła wargi, po

czym  ugryzła  się  w   język,  by  powstrzymać  uśmiech.   -  Pani   pewnie   nawet   nie

zaczęła?

Jeszcze się zastanawiam nad wyborem.

Co podaruje pani mężowi?

Zastanawiam się nad tym – powtórzyła Eve, wsuwając dłonie do kieszeni spodni.

Mają tu wspaniałe ciuchy. - Peabody wskazała na rząd androidów, prezentujących

męską garderobę.

A Roarke szafę wielkości stanu Maine wyładowaną po brzegi.

Czy dostał kiedyś od pani coś z ubrania?

Eve skuliła ramiona w geście obrony, zaraz jednak dumnie uniosła głowę.

Nie jestem jego matką.

background image

Peabody przystanęła przy androidzie w szarosrebrnej jedwabnej koszuli i czarnych

skórzanych spodniach.

Byłoby mu w tym do twarzy. - Dotknęła rękawa koszuli. - Zresztą Roarke'owi we

wszystkim ładnie. - Spojrzała na Eve znacząco. - faceci uwielbiają, kiedy kobieta

kupuje im ciuchy.

Nie   umiem   sobie   niczego   kupić,   a   co   dopiero   komuś.   -   Oczami   wyobraźni

zobaczyła Roarke'a na miejscu androida i gwałtownie odetchnęła. - A poza tym

nie przyszłyśmy na zakupy.

Marszcząc   gniewnie   brwi,   podeszła   do   najbliższego   stanowiska   i   podsunęła

sprzedawcy odznakę pod nos.

Odchrząknął i odrzucił w tył długie czarne włosy.

Czym mogę służyć, komisarzu?

Poruczniku.   Kilka   dni   temu   odwiedziła   was   niejaka   Marianna   Hawley.   Chcę

wiedzieć, kto ją obsługiwał.

Zaraz sprawdzę. - Popatrzył niespokojnie na boki. - Poruczniku, czy mogłaby pani

schować tę odznakę i zapiąć kurtkę, by zasłonić broń. Nasi klienci poczuliby się

swobodniej.

Eve bez słowa wsunęła odznakę do kieszeni i naciągnęła kurtkę na ramiona.

- Marianna Hawley – powtórzył z wyraźną ulgą. - czy wie pani, jak regulowała

należność? Gotówka, kartą kredytową czy może miała u nas otwarty rachunek?

Kartą   kredytową.   Kupiła   dwie   męskie   koszule,   jedwabną   i   bawełnianą,

kaszmirowy sweter i marynarkę.

Tak.   -   Podniósł   wzrok   znad   rejestru   klientów.   -   Przypominam   sobie.   Sam   ją

background image

obsługiwałem.  Atrakcyjna   brunetka   około   trzydziestki.   Wybierała   prezenty   dla

swojego   partnera.  Tak...   -   Zamknął   oczy.   -     Koszule,   rozmiar   piętnaście   i   pół,

długość rękawa  trzydzieści  jeden  cali. Sweter i  marynarka,  czterdzieści  dwa w

klatce piersiowej.  

Ma pan dobrą pamięć – zauważyła Eve.

To moja praca – odparł z uśmiechem. - Musze pamiętać twarze klientów, ich gusty

i   potrzeby.   Panna   Hawley   miała   wyborny   gust   i   przyniosła   nawet   zdjęcie

holograficzne   swojego   partnera,   byśmy   mogli   sporządzić   dla   niego   mapę

kolorystyczną.

Czy obsługiwał ją ktoś prócz pana?

Nie w tym dziale. Zająłem się nią najlepiej, jak potrafiłem.

Czy ma pan jej adres w rejestrze?

Tak,   oczywiście.   O   ile   sobie   przypominam,   to   zaproponowałem,   że   wszystkie

zakupy   prześlemy   jej   pod   wskazany   adres,   ale   wolała   zabrać   je   ze   sobą.

Roześmiała   się   i   powiedziała,   że   to   jej   sprawia   przyjemność.   Bawiło   ją

kupowanie.   -   Spojrzał   na   Eve   z   niepokojem.   -   czyżby   zgłaszała   jakieś

zastrzeżenia?

Nie. - Eve przyjrzała mu się z uwagą i już wiedziała, że traci czas. - Żadnych

zastrzeżeń. Czy zauważył pan może kogoś, kto sie koło niej kręcił, rozmawiał z

nią, obserwował?

Nie. Co prawda był wtedy duży ruch. Mam nadzieję, że nikt nie zaczepił jej na

parkingu. Mieliśmy kilka przypadków w ostatnich tygodniach. Nie rozumiem, co

się z tymi ludźmi dzieje. Przecież to Boże narodzenie.

background image

Mhm. Sprzedajecie stroje Świętego Mikołaja?

Świętego   Mikołaja?   -   Zamrugał   oczami.   -   Tak,   na   piątym   piętrze,   w   dziale

sezonowych ubiorów.

Dzięki.   Sprawdź   to,   Peabody   –   poleciła   Eve,   odwracając   się   od   lady.   -   Zbierz

nazwiska i adresy wszystkich tych, którzy niedawno kupili lub wypożyczyli taki

strój.   Idę   na   dół   do   działu   biżuterii   sprawdzić,   kto   zrobił   tę   spinkę.   Tam   się

spotkamy.

Tak jest.

Znając swoją asystentkę, Eve położyła Peabody ostrzegawczo dłoń na ramieniu.

Piętnaście minut. Ani sekundy dłużej, bo przeniosę cię do ochrony.

Dziewczyna wzruszyła ramionami, patrząc za oddalającą się szefową.

Co za piła!

Konieczność przedarcia się przez tłum klientów do stoiska z biżuterią na drugim

piętrze nie poprawił nastroju Eve. Za szkłem połyskiwały  najróżniejsze klejnoty, od

kolczyków po obrączki na brodawkowe sutki. Złoto, srebro, kolorowe kamienie o

wymyślnych kształtach i płaszczyznach wabiły kupujących swoim wyglądem.

Roarke   ciągle   obdarowywał   ją   różnymi   precjozami.   Nie   rozumiała   tego.

Bezwiednie   dotknęła   brylantowego   wisiorka   pod   koszulą.   Najwyraźniej   sprawiało

mu przyjemność oglądanie jej, gdy miała na sobie kupioną przez niego biżuterię.

Nie mogąc się doczekać, aż ktoś z personelu zwróci na nią uwagę, przechyliła się

background image

przez ladę i chwyciła za kołnierz najbliższego sprzedawcę.

No, proszę pani! - Spojrzał na nią z gniewnym oburzeniem w niebieskich oczach.

Poruczniku - poprawiła, wyciągając z kieszeni odznakę. - Może mi pan poświęcić

chwilę?

Naturalnie. - Wyprostował się i poprawił cieniutki srebrny krawat. - Czy mogę

służyć?

Czy sprzedajecie coś takiego? - Wyjęła z torby spinkę.

To chyba nie nasze. - Pochylił się nad ladą. - bardzo ładna rzecz. Elegancka rzecz.

- Wyprostował się. - Nie będziemy mogli przyjąć jej z powrotem, chyba że pani

ma paragon. Nie sprzedajemy spinek.

Nie chcę jej zwracać. Czy wie pan, gdzie można dostać taką rzecz?

Sądzę, że w salonie jubilerskim. To mi wygląda na misterną robotę. Na terenie

centrum jest sześć pracownik jubilerskich. Może w którejś z nich ją rozpoznają.

Doskonale. - Wrzuciła broszkę do torby i westchnęła.

Czym jeszcze mogę służyć?

Eve przystąpiła z nogi na nogę i przebiegła wzrokiem gablotę. Jej uwagę zwróciły

trzy   splecione   sznureczki,   z   przymocowanymi   do   nich   błyszczącymi   kolorowymi

kamieniami wielkości kciuka. Wisiorek był krzykliwy i w niezbyt dobrym guście, ale

doskonale pasował do Mavis.

Tym. - Wskazała na interesujący ją drobiazg.

Ach, chciałaby pani obejrzeć pogański wisiorek. Jest niezwykły, bardzo...

Nie chcę go oglądać, lecz kupić. Proszę go zapakować, tylko szybko.

Rozumiem. - Nie dał po sobie poznać zaskoczenia. - jak pani będzie płacić?

background image

Peabody podeszła w chwili, gdy Eve odbierała ozdobną czerwoną torebkę.

A jednak – stwierdziła tonem wyrzutu.

Ja nie oglądałam, tylko kupowałam, a to różnica. Ta spinka nie jest stąd. Facet

najwyraźniej wiem, co sprzedaje. Nie mam ochoty tracić tu więcej czasu.

Nie wygląda na to, żeby pani go straciła – mruknęła Peabody.

Sprawdzimy tę spinkę za pomocą komputera. Może Feeney będzie mógł się tym

zająć.

Co pani kupiła?

Drobiazg dla Mavis. Nie martw się, dostaniesz coś ode mnie – dodała, widząc

nadąsaną minę Peabody.

Naprawdę? - Dziewczyna natychmiast się rozjaśniła.- ja już mam dla pani prezent.

Jest zapakowany i w ogóle.

Chwalipięta.

Peabody wskoczyła radośnie do samochodu.

Spróbuje pani zgadnąć, co to jest?

Nie.

Dam pani wskazówkę.

Weź   się   w   garść.   Zacznij   przeglądać   listę   nazwisk   tych,   którzy   kupili   strój

świętego Mikołaja. Może coś z tego wyniknie.

Tak jest. Dokąd jedziemy?

Do agencji matrymonialnej „Szczęśliwy związek”. - Rzuciła Peabody znaczące

spojrzenie. - Tam też nie będziemy robić żadnych zakupów.

Psuje   pani   całą   zabawę...   poruczniku   –   dodała   służbiście   Peabody   i   zaczęła

background image

oglądać listę nazwisk w notatniku cyfrowym.

W samym sercu  miasta,  przy  Piątej  Alei, wznosił  się,   zabudowany  z gładkiego

czarnego   marmuru,   pałac   rozkoszy.   Z   zewnątrz   przypominał   smukła   wieże

zwieńczoną złotymi balkonami i srebrzystymi ławkami, ozdobioną z czterech  stron

rurkami z przezroczystego szkła.

Wewnątrz   mieściły   się   salony   odnowy   biologicznej,   poprawy   samopoczucia   i

doznań   erotycznych.   Bez   ruszania   się   z   miejsca   można   było   poddać   się

najróżniejszym   masażom,   korygującym   lub   zmieniającym   sylwetkę,   jak   również

zaspokajającym fantazje erotyczne.

Na   tych,   którzy   woleli   sami   popracować   nad   swoim   ciałem,   czekały   siłownie,

wyposażone w najnowocześniejsze przyrządy do ćwiczeń. Bardziej pasywni mogli

skorzystać z usług doświadczonych konsultantów, którzy laserem lub ultradźwiękami

likwidowali zbędne funty i cale.

Jedno piętro przeznaczone było na duchowe rozrywki, poczynając od pobudzania

energii czakr po lewatywy z kawy. Przeglądając tę bogatą i jakże różnorodną ofertę,

Eve nie była pewna, czy ma się śmiać, czy wstrząsać z oburzeniem.

Kąpiele błotne, nacieranie wodorostami, zastrzyki z łożyska owiec hodowanych na

Alfie Sześć, seanse relaksacyjne, podróże wirtualne, terapia wizualna. Lifting twarzy

–   wszystko   to   oferowało   swoim   klientom   centrum   rozkoszy   na   niezwykle

korzystnych warunkach.

Kiedy twoje ciało i umysł osiągnęły doskonałość, można było pomyśleć o doborze

background image

właściwego partnera lub partnerki, w czym pomagał doświadczony personel agencji

matrymonialnej „Szczęśliwy związek”.

Firma zajmowała trzy piętra budynku. Jej pracownice ubrane były w proste czarne

uniformy,   z   wszytymi   na   piersiach   małymi   czerwonymi   serduszkami.   Prócz   tego

musiały odznaczać się urodą i sylwetką modelki.

Hall   przypominał   wnętrze   greckiej   świątyni   z   małymi   sadzawkami,   w   których

pływały złote rybki, i kolumnami z białego marmuru, ozdobionymi pnącą winoroślą,

dzielącą przestrzeń na mniejsze części. Dla klientów zaplanowano mnóstwo niskich

miejsc   do   siedzenia,   przykrytych   poduszkami.   Biuro   recepcjonistki   ukryto   wśród

rozłożystych palm.

Potrzebuję informacji na temat jednej z waszych klientek.

Eve   pokazała   odznakę,   na   widok   której   powieki   dziewczyny   z   recepcji

zatrzepotały nerwowo.

Nie   wolno   udzielać   nam   informacji   o   klientach.   -   Kobieta   zagryzła   wargę   i

musnęła   palcem   serduszko   wytatuowane   pod   okiem,   przypominające   czerwoną

łzę. - Wszystkie nasze usługi są ściśle poufne. Gwarantujemy pełną dyskrecję.

Jednej  z waszych   klientek już to  nie dotyczy.  To  sprawa   kryminalna. W ciągu

pięciu minut mogę mieć nakaz rewizji. Albo otrzymam potrzebne informację, albo

będziecie mieć na karku kontrolę.

Proszę   chwilę   zaczekać.   -   Dziewczyna   wskazała   im   miejsce   do   siedzenia.   -

Zawiadomię moich szefów.

Świetnie.

Eve odwróciła się, kiedy recepcjonistka włożyła słuchawkę z mikrofonem.

background image

Jak   tu   pięknie   pachnie   –   westchnęła   Peabody.   -   Zresztą   w   całym   budynku.   -

Pociągnęła   nosem.   -   Muszą   coś   wpuszczać   do   kanałów   wentylacyjnych.   Coś

przyjemnego i uspokajającego. - Przysiadła na złocistych poduszkach w pobliżu

szemrzącej fontanny. - Chciałabym tu mieszkać.

Ostatnio zrobiłaś się nieznośnie rozkoszna, Peabody.

To  święta tak  na mnie  działają. O  rany, ale okaz. - Spojrzała z zachwytem na

olśniewającą urodę mężczyzny o blond włosach, który pojawił się w hallu. - Po co

takiemu facetowi agencja matrymonialna?

A właściwie komu jest potrzebna? To obrzydliwe.

Nie wiem. Może pozwala to oszczędzić czas, uniknąć kłopotów i rozczarowań. -

Peabody pochyliła się w przód, by przyjrzeć się lepiej mężczyźnie. - Może sama

powinnam spróbować. A nuż by mi się poszczęściło.

On nie jest w twoim typie.

  Peabody spochmurniała podobnie jak wówczas, kiedy Eve skrytykowała perfumy.

Niby dlaczego? Chciałabym być w jego typie.

Tylko spróbuj z nim porozmawiać. - Eve wsunęła ręce do kieszeni i zaczęła się

huśtać   na   piętach.   -   Ten   facet   kocha   tylko   siebie   i   wyobraża   sobie,   że   każda

kobieta, która zwróci na niego uwagę, będzie patrzeć w niego jak obraz. Tak jak ty

teraz.   Już   po   dziesięciu   minutach   uznasz   go   za   potwornego   nudziarza,     bo   on

potrafi mówić tylko o sobie: o swoim wyglądzie, o tym, co robi i co lubi. Byłabyś

jego najnowszą zabawką.

Peabody przyglądała się przez chwilę złocistowłosemu adonisowi, stojącemu przy

ladzie recepcyjnej.

background image

W porządku, to nie będziemy rozmawiać, tylko uprawiać seks.

Pewnie okazałby się nędznym kochankiem. Gówno by go obchodziło, czy miałaś

orgazm, czy nie.

Już na sam jego widok można doznać orgazmu. - Zaraz jednak westchnęła, bo

wyjął   małe   srebrne   lusterko   i   z   wyraźnym   zadowoleniem   przyjrzał   się   swemu

odbiciu. - Wkurza mnie, kiedy ma pani rację.

Spójrz na tych – szepnęła nagle Eve. - Taki blask od nich bije, że przydałyby się

osłony przeciwsłoneczne.

Zupełnie jak Ken i Barbie – szepnęła, lecz zaraz westchnęła, widząc zdziwione

spojrzenie Eve. - Chryste, nie miała pani nigdy lalki Barbie? To czym się pani

bawiła jako dziecko?

Nigdy   nie   byłam   dzieckiem-   odparła   z   prostotą   Eve   i   odwróciła   się   w   stronę

nadchodzącej pary.

Kobieta była szczupła w biodrach i miała pełne piersi, zgodnie z obowiązującą

modą. Blond włosy o srebrzystym odcieniu gęstą falą opadały na ramiona i biust. W

gładkiej   białej   jak   alabaster   twarzy   błyszczały   głęboko   osadzone   oczy

szmaragdowozielonej barwy, okolone długimi rzęsami w kolorze harmonizującym z

jaśniejącymi   niczym   klejnoty   tęczówkami.   Pełne   czerwone   usta   rozciągały   się   w

uprzejmym uśmiechu.

Jej towarzysz był równie oszałamiający, miał podobną karnację, jasnosrebrzyste

włosy, zebrane w długi warkocz z wplecioną w środek złotą  taśmą, szerokie ramiona

i długie nogi.

W przeciwieństwie do personelu nie byli ubrani na czarno, lecz w gładkie białe

background image

kombinezony. Biodra kobiety zdobiła przezroczysta czerwona szarfa.

Jestem   Piper   –   odezwała   się,   miękkim,   aksamitnym   głosem.   -   A   to   mój

współpracownik Rudy. Czym możemy służyć?

Potrzebuję   informacji   o   jednej   z   waszych   klientek.   -   Eve   ponownie   wyjęła

odznakę. - Prowadzę śledztwo w sprawie morderstwa.

Morderstwa?   -   Kobieta   przycisnęła   rękę   do   serca.   -  To   okropne.   Co   ty   na   to,

Rudy?

Oczywiście   chętnie   służymy   pomocą   –   powiedział   głębokim   barytonem.   -  Ale

może porozmawiamy o tym na górze. - Wskazał przezroczystą kabinę windy, przy

której stały olbrzymie białe azalie.- Jest pani pewna, że ofiara była naszą klientką?

Jej partner poznał ją przez waszą agencję. - Eve weszła do środka, nie patrząc, jak

winda sunie w górę. Nigdy nie lubiła wysokości.

Ach tak – westchnęła Piper. - mamy bardzo wysoki procent udanych związków.

Nie przypuszczam, by kłótnia kochanków doprowadziła do tragedii.

Jeszcze tego nie ustaliliśmy.

To raczej niemożliwe. Bardzo starannie wszystkich sprawdzamy.

Winda stanęła i Rudy zaprosił gestem do wyjścia.

W jaki sposób?

Jesteśmy podłączeni do ComTracku.

Szli   teraz   cichym,   pomalowanym   na   biało   korytarzem   z   jasnozłotym

obramowaniem   i   ustawionymi   wzdłuż   ściany   bukietami   świeżych   kwiatów   w

przezroczystych wazach.

Każdego kandydata wprowadzamy do system – ciągnął Rudy. - Sprawdzamy jego

background image

przeszłość   małżeńską,   sytuację   finansową,   kartotekę   kryminalną   i   oczywiście

seksualne   preferencje.   Musi   również   przejść   specjalny   test   na   osobowość.

Jakiekolwiek   zamiłowania   do   przemocy   natychmiast   go   eliminują.   Po

przeanalizowaniu   wszystkich   danych   dobieramy   odpowiedniego   partnera   czy

partnerkę.

Otworzył drzwi do obszernego biura zaprojektowanego w odcieniach oślepiającej

bieli   i   krzykliwej   czerwieni.   Ściana   widokowa   zabezpieczała   zarówno   przed

promieniami słońca, jak i przed hałasem.

Jaki macie procent zboczeńców?

Piper zacisnęła piękne usta.

Nie   traktujemy   seksualnych   preferencji   jako   zboczenia,   jeśli   odpowiada   to

partnerom.

Eve lekko uniosła brwi.

A może bardziej pasowałoby tu określenie „przymus”? Czy macie kogoś, kto lubi

stroić partnera po stosunku?

Rudy odchrząknął i podszedł do szerokiego białego pulpitu.

Oczywiście   niektórzy   kandydaci   poszukują   czegoś,   co   nazwalibyśmy

ryzykownymi doświadczeniami seksualnymi. Jak już mówiłem, kojarzymy ich z

odpowiednimi partnerami.

A z kom skojarzyliście Mariannę Hawley?

Mariannę Hawley?

Spojrzał pytająco na Piper.

Lepiej pamiętam twarze niż nazwiska.

background image

Odwróciła się do ekranu ściennego, podczas gdy Rudy wprowadzał nazwisko do

komputera. Chwile później pojawiła się na nim uśmiechnięta twarz Marianny.

A  tak,   pamiętam   ją.   Urocza   kobieta.   Bardzo   lubiłam   z   nią   pracować.   Szukała

towarzysza, kogoś wesołego, z kim mogłaby dzielić zamiłowanie do sztuki... Nie,

nie, to chyba był teatr. - Popukała kształtnym paznokciem w dolną wargę. - Była

romantyczką, uroczo staroświecką.

Nagle jakby coś sobie uświadomiła, bo opuściła rękę.

Została zamordowana, tak? Och, Rudy?

Usiądź, kochanie.

Podszedł do niej, poklepał delikatnie po ręku i podprowadził do długiej kanapy z

poduszkami powietrznymi.

Piper bardzo się angażuje w sprawy naszych klientów – wyjaśnił Eve. - Dlatego

jest taka wspaniała w tym, co robi. Zależy jej na nich.

Mnie również, Rudy.

Głos Eve nie wyrażał żadnych uczuć. Rudy jednak omiótł spojrzeniem jej twarz i

cos musiał dostrzec, bo skinął głową.

W   to   nie   wątpię.   Przypuszcza   pani,   że   zabił   ją   ktoś,   z   kim   spotkała   się   za

pośrednictwem naszej agencji?

Sprawdzamy to. Potrzebne mi są nazwiska. 

Daj pani wszystko, czego potrzebuje, Rudy.

Piper otarła łzy.

Chciałbym, ale odpowiadamy za naszych klientów. To są ich prywatne sprawy.

Marianna   Hawley   też   miała   prawo   do   prywatności   –   odparła   krótko   Eve.   -

background image

Tymczasem ktoś ją zgwałcił i związał. To chyba dobitnie świadczy o naruszeniu

tego prawa. Wątpię, czy któryś z waszych klientów chciałby uczestniczyć w takim

doświadczeniu,

Rudy   gwałtownie   wciągnął   powietrze.   Jego   oczy   zdawały   się   płonąć   w   nagle

pobladłej twarzy.

Ufam, że będzie pani dyskretna.

Mogę pana zapewnić, że zrobię wszystko, co w mojej mocy – Odparła Eve.

Rozdział 4

Sarabeth   Greenbalm   nie   miała   dobrego   dnia.   Przede   wszystkim   nie   znosiła

popołudniowej   zmiany   w   „Słodkim   Zakątku”.   Klientela   od   dwunastej   do

siedemnastej   składała   się   głównie   z   młodych   urzędników,   przychodzących   tu   na

przedłużony lunch i zainteresowanych tanimi podnietami, ze szczególnym naciskiem

na słowo „tani”. Oblegający scenę tłum mężczyzn nie miał zbyt wiele gotówki, by

rzucić coś striptizerce. Lubili jedynie pogapić się i pogwizdać.

Za pięć godzin harówy dostawała niecałą setkę gotówką i w żetonach kredytowych

oraz   z   pół   tuzina   pijackich   propozycji.   Jednak   żadna   z   nich   nie   dotyczyła

background image

małżeństwa, a małżeństwo było dla Sarabeth najwyższym celem.

Nie   miała   szans   na   znalezienie   bogatego   męża   w   czasie   popołudniowych

występów   w   klubie   striptizu,   nawet   tak   wysokiej   klasy   jak   „Słodki   Zakątek”.   Co

innego   wieczorami,   kiedy   wiceprezesi   przyprowadzali   tu   na   godzinę   lub   dwie

ważnych gości. Wtedy bez trudu zarabiała patola, a jeśli dochodziły do tego specjalne

zamówienia, mogła tę sumę podwoić. Najważniejsze jednak były dla niej wizytówki.

Prędzej   czy   później   któryś   z   facetów   w   urzędowych   garniturach,   o   szerokich

uśmiechach   przyklejonych   do   ust   i   starannie   wypielęgnowanych   lepkich   dłoniach,

włoży jej na palec pierścionek w zamian za przywilej obmacywania.

Było   to   częścią   planu,   który   opracowała   przed   pięciu   laty,   przenosząc   się   z

Allantown w Pensylwanii do Nowego Jorku. W Allantown nie dało  się wyżyć ze

striptizu.   Zarabiała   jedynie   tyle,   by   nie   musieć   wystawać   na   ulicy.   Mimo   to

przeprowadzka   do   Nowego   Jorku   łączyła   się   z   dużym   ryzykiem   ze   względu   na

konkurencję znacznie od niej młodszych dziewczyn.

Przez pierwszy rok pracowała na dwie zmiany, czasami na trzy, jeżeli tylko mogła

utrzymać   się   na   nogach.   Wędrowała   od   jednego   klubu   do   drugiego,   oddając

czterdzieści   procent   zarobku   właścicielom   lokali.   Był   to   podły   rok,   ale   odłożyła

trochę grosza.

W drugim roku udało jej się w końcu zdobyć stałą posadę w renomowanym klubie.

Zajęło   jej   to   dwanaście   miesięcy,   lecz   wymościła   sobie   gniazdko   w   „Słodkim

Zakątku”.  W  trzecim   roku   wywalczyła   awans   z   bezimiennej   tancerki   na   solistkę,

sprytnie   wykorzystując   swoje   atuty.   Ale   straciła   też   prawie   pół   roku,   zanim

zdecydowała się przyjąć propozycję wspólnego zamieszkania z szefem klubowych

background image

wykidajłów.

Może by w końcu do tego doszła, gdyby nie zginął w bójce w jednej z knajp, gdzie

dorabiał, ponieważ Sarabeth uparła się, że powinien mieć większe konto w banku,

jeśli chce stale z nią sypiać.

Po przemyśleniu doszła do wniosku, że właściwie dobrze się stało. Kończył się

czwarty rok pobytu w Nowym Jorku, a on miała czterdzieści trzy lata i coraz mniej

czasu.

Nie   miała   nic   przeciwko   rozbieraniu   się.   Była   w   tym   cholernie   dobra   i   miała

niczego sobie   figurę.

Natura   nie   poskąpiła   jej   urody,   obdarowując   pełnymi   piersiami,   które   nie

wymagały powiększenia. Jak na razie. Miała smukła sylwetkę, długie nogi i jędrny

tyłeczek. Tak, wszystkie niezbędne atuty były na swoim miejscu.

Musiała włożyć trochę pieniędzy w twarz, co uznała za dobrą inwestycję. Urodziła

się z wąskimi wargami, krótkim podbródkiem i niskim czołem, ale kilka wizyt w

centrum   medycyny   plastycznej   skorygowało,   to   co   trzeba.   Teraz   miała   wydatne,

pełne   wargi,   zgrabny   podbródek   i   wysokie   czoło.   Jednym   słowem   wyglądała

cholernie dobrze,

Problem   jednak   w   tym,   że   spłukała   się   do   ostatniej   pięćsetki,   musiała   zapłacić

komorne, a jakiś napalony dupek podarł jej najlepsze figi, zanim zdążyła je zdjąć.

Poza tym bolała ją głowa, stopy i wciąż nie miała stałego partnera.

Nie   powinna   była   pakować   trzech   patoli   w   „Szczęśliwy   Związek”.   To,     co

wcześniej   wydawało   się   rozsądną   inwestycją,   okazało   się   niewypałem.   Równie

dobrze mogła tę forsę wyrzucić w błoto. Tylko życiowi nieudacznicy korzystają z

background image

usług   agencji   matrymonialnych.   A   tacy   przyciągają   jedynie   sobie   podobnych,

myślała, wkładając krótki purpurowy szlafroczek.

Po spotkaniu z pierwszymi dwoma klientami poszła prosto do agencji i zażądała

zwrotu   pieniędzy.   Popielatowłosa   piękność   nie   była   już   taka   słodziutka.   Żadnych

zwrotów, żadnych zażaleń, oznajmiła stanowczo.

Przypominając   sobie   tę   nieprzyjemną   scenę.   Sarabeth   wzruszyła   ramionami   i

poszła do kuchni. Nie miała długiej drogi do pokonania, bo mieszkanie było trochę

większe od garderoby w „Słodkim Zakątku”.

Forsa przepadła i trzeba ją spisać na straty. Za to czegoś się nauczyła: musi polegać

wyłącznie na sobie.

Właśnie kiedy przeglądała  raczej skąpą listę dań zakodowanych w autokucharzu,

rozległo się pukanie do drzwi. Mocniej otuliła się szlafroczkiem i walnęła pięścią w

ścianę. Mieszkająca obok para prawie co noc urządzała awantury albo wściekle się

pieprzyła.   Walenie   w   ścianę   i   tak   nie   pomogło,   ale   przynajmniej   poprawiło   jej

samopoczucie.

Spojrzała   przez   wizjer,   po   czym   uśmiechnęła   się   jak   mała   dziewczynka.

Pośpiesznie odblokowała zamki i otworzyła szeroko drzwi.

Cześć, święty Mikołaju.

  Błysnął wesoło oczyma.

Wesołych   Świąt,   Sarabeth.-   Potrząsnął   wielkim   pudłem   owiniętym   w   srebrny

papier i puścił do niej oko.- Byłaś grzeczna?

background image

Kapitan  Feeney   siedział  na brzegu  biurka  Eve  i chrupał  kandyzowane  migdały.

Miał   pomarszczoną   twarz   baseta,   szczeciniastą   grzywę   kasztanowych   włosów,

poprzetykanych nitkami siwizny. Na wygniecionej koszuli widniała rdzawa plama –

ślad po zjedzonej w czasie lunchu zupie fasolowej, a na brodzie małe nacięcie – ślad

po porannym goleniu.

Sprawiał   nieszkodliwe   wrażenie,   ale   Eve   poszłaby   za   nim   wszędzie.   To   on   ją

wyszkolił   i   wszystkiego   nauczył.   Teraz   jako   kapitan   pracujący   w   Sekcji

Elektronicznej był dla niej nieocenionym źródłem wiedzy.

Chciałbym  ci  móc  powiedzieć,   że  to  wyjątkowe   świecidełko.  -  Wrzucił   do  ust

kolejnego   migdała.   -   Tymczasem   takie   spinki   sprzedaje   dwanaście   sklepów   w

mieście.

A  ile sztuk wchodzi w grę?

W ostatnich siedmiu tygodniach sprzedano ich czterdzieści dziewięć. - Podrapał

się po brodzie, drażniąc mały strupek. - Mniej więcej po pięćset. W przypadku

czterdziestu   ośmiu   były   to   kredytowe   transakcje,   tylko   za   jedną   ktoś   zapłacił

gotówką.

Może właśnie no.

Bardzo   prawdopodobne.   -   Feeney   zajrzał   do   notatnika.   -   Spinkę   kupiono   na

Czterdziestej Dziewiątek w sklepie Sala z wyrobami ze złota i srebra.

Sprawdzę to, dzięki.

Nie ma za co. To wszystko? Wiesz, McNab pali się do pracy.

McNab?

background image

Chciałby   dla   ciebie   pracować.   Chłopak   jest   bystry,   mogłabyś   na   niego   zwalić

najgorszą robotę.

Eve przypomniała sobie młodego policjanta lubiącego kolorowe stroje, o bystrym

umyśle i inteligentnej twarzy.  

Robi do Peabody słodkie oczy.

Myślisz, że ona nie da sobie z nim rady?

Eve zmarszczyła brwi, po czym wzruszyła ramionami.

Jest już przecież dużą dziewczynką. Mogłabym go wykorzystać. Rozmawiałam z

byłym mężem ofiary. Przeprowadził się do Atlanty. Ma solidne alibi na ten dzień,

ale nie zaszkodzi przyjrzeć mu się z bliska. Sprawdź, czy zarezerwował bilet do

Nowego Jorku lub kontaktował się z ofiarą.

McNab może to zrobić z zamkniętymi oczami.

To powiedz mu, żeby je otworzył i zaczął działać. - Podała mu dyskietkę. - Tu są

wszystkie informacje na temat tego   eks- męża. Przejrzę teraz listę kandydatów,

którą dali mi w agencji matrymonialnej, a potem niech on się nią zajmie.

Nie   rozumiem,   po   co   są   takie   agencje.   -   Pokręcił   głową.   -   W   moich   czasach

kobiety poznawało się w tradycyjny sposób. Na przykład w barze.

  Eve uniosła w górę brew.

Tak poznałeś swoją żonę?

Uśmiechnął się.

Dobry   sposób,   prawda?   Zdradzę   go   McNabowi   –   powiedział   wstając.   -   Nie

powinnaś się już zbierać, Dallas.

Tak, za chwilę. Chciałabym jeszcze przejrzeć te nazwiska.

background image

Jak chcesz. Ja wychodzę. - Ruszył w stronę drzwi, wpychając do kieszeni torebkę

z migdałami. - czekamy z niecierpliwością na przyjęcie gwiazdkowe. 

Wpatrzona w ekran komputera, nawet nie odwróciła głowy.

Jakie przyjęcie?

U ciebie.

Aha. - Zaczęła nerwowo szukać w pamięci, lecz na próżno.

Nic o tym nie wiesz?

Ależ skąd. - Zaraz jednak uśmiechnęła się. - jestem teraz gdzie indziej myślami.

Jeśli spotkasz Peabody, powiedz jej, że jest wolna.

Dobra.

Przyjęcie, pomyślała z westchnieniem. Jak tylko się odwróciła, Roarke wydawał

jakieś przyjęcie albo gdzieś ją ciągnął. Pewnie znowu Mavis będzie jej ciosać kołki

na głowie, żeby zajęła się włosami, zrobiła masaż twarzy i całego ciała, i każe włożyć

nową kreację zaprojektowaną przez jej kochanka Leonardo.

Skoro musi bywać na tych cholernych przyjęciach, czemu nie może chodzić na nie

tak jak stoi? Bo jest żoną Roarke'a i jako waż na figura musi wyglądać trochę lepiej

niż gliniarze myślący wyłącznie o morderstwie.

Pal diabli przyjęcie, ma teraz co innego do roboty.

Komputer,   lista   kandydatów   wybranych   przez   „Szczęśliwy   Związek”   dla

Marianny Hawley.

Przetwarzanie.

Pierwszy   z   pięciu   kandydatów:   Dorian   Marcell,   nieżonaty,   biały   mężczyzna,

trzydzieści pięć lat.

background image

Podczas   gdy   komputer   wyświetlał   dane,   Eve   przyglądała   się   wizerunkowi

mężczyzny  na ekranie. Miał miłą twarz o nieśmiałym spojrzeniu. Lubił sztukę, teatr,

stare filmy wideo, uważał się za romantyka i szukał bratniej duszy. Jego hobby to

fotografia i snowboard.

Nic   specjalnego,   ale   trzeba   będzie   sprawdzić,   co   robił   tej   nocy,   kiedy

zamordowano Mariannę.

Drugi z pięciu kandydatów: Charles Monroe, nieżonaty, biały mężczyzna.

Co? Komputer stop.

Eve wpatrywała się w ekran z uśmiechem na twarzy,

No proszę, Charles. To ci dopiero spotkanie.

Z ekranu uśmiechała się do niej dobrze znana twarz. Poznała Charlesa Monroe'a

jakiś rok temu podczas śledztwa w sprawie o morderstwo. Wtedy właśnie spotkała

Roarke'a. Charles był licencjonowaną męską prostytutką, przystojną i czarującą. Co

ta nadziana męska dziwka mogłaby robić w agencji matrymonialnej?

Wybraliśmy się na łowy, Charlie? Wygląda na to, że znów sobie porozmawiamy.

Komputer, trzeci kandydat.

Trzeci z pięciu kandydatów: Jeremy Vondoren, rozwiedziony...

Poruczniku?

Komputer stop. Tak?

Odwróciła się do stojącej w drzwiach Peabody?

kapitan Feeney powiedział, że nie jestem już pani potrzebna.

Nie jesteś. Przejrzę tylko tę listę i też idę do domu.

Kapitan... kapitan wspomniał, że zamierza wziąć pani do pomocy McNaba.

background image

Zgadza się. - Eve przekrzywiła głowę na bok i odchyliła się w tył na krześle.

Peabody starała się zapanować nad wyrazem twarzy. - Masz coś przeciwko temu?

Nie... to znaczy... Poruczniku, przecież on wcale nie jest pani potrzebny. To taki

upierdliwy facet.

Eve uśmiechnęła się wesoło.

Nie   dla   mnie.   Musisz   chyba   trochę   nad   sobą   popracować,   Peabody.  Ale   nie

przejmuj się, większość czasu spędzi w Sekcji Elektronicznej. Rzadko będzie tu

przychodził.

Znajdzie jakiś sposób – mruknęła Peabody. - Już on umie się popisywać.

Ale zna się na robocie. Poza tym... - Urwała bo zabrzęczał wideokom. - Cholera,

po co ja tu jeszcze sterczę. - Włączyła obraz. - Dallas.

Na ekranie pojawiła się szeroka, o twardych rysach twarz komendanta Whitneya.

Poruczniku,   mamy   morderstwo,   które   może   mieć   jakiś   związek   ze   sprawą

Hawley.   Na   miejscu   są   już   mundurowi.   Chciałbym,   żeby   się   pani   tym   zajęła.

Adres  Wschodnia   sto   dwanaście   dwadzieścia   trzy   B   lokal   pięć   D.   Czekam   na

wstępny raport w moim domowym biurze.

Tak jest, sir. Już jadę.   - Złapała kurtkę, rzucając spojrzenie Peabody. - Niestety

nie możesz wyjść z pracy.

Policjant stojący przed drzwiami mieszkania Sarabeth miał taki wyraz twarzy, że

Eve już wiedziała, co zastanie w środku.

background image

Posterunkowy Carmichael – odezwała się, odczytując jego nazwisko na plakietce.

- Co tam mamy?

Biała kobieta, tuż po czterdziestce, nie żyje. Mieszkanie jest na nazwisko Sarabeth

Greenbalm. Żadnych śladów włamania czy przemocy. W budynku nie ma kamer

bezpieczeństwa,   z   wyjątkiem   jednej   przy   wejściu.   Mój   partner   i   ja   robiliśmy

rutynowy   objazd.   O   szesnastej   trzydzieści   pięć   odebraliśmy   meldunek.

Anonimowe   zgłoszenie.   Pod   wskazanym   adresem   byliśmy   o   szesnastej

czterdzieści   dwa.   Drzwi   wejściowe   i   drzwi   do   mieszkania   były   odblokowane.

Weszliśmy   do   środka   i   znaleźliśmy   ciało   kobiety.   Zabezpieczyliśmy   miejsce

zbrodni i przekazaliśmy meldunek do centrali.

Gdzie jest pański kolega?

Poszedł odszukać gospodarza domu.

Dobrze. Nie wpuszczajcie tu nikogo aż do odwołania.

Tak jest.

Jego   wzrok   prześliznął   się   po   Peabody,   która   uchodziła   za   pupilkę   Dallas,   i

wszyscy spoglądali na nią z mieszaniną zazdrości, niechęci i strachu. Czując na sobie

jego spojrzenie, Peabody wtuliła głowę w ramiona i weszła za Eve do mieszkania.

Rekorder włączony, Peabody?

Tak jest.

Porucznik Eve Dallas z asystentką, obecne na miejscu zbrodni przy Wschodniej

sto   jeden   dwa,   w   mieszkaniu   Sarabeth   Greenbalm.   -   Mówiąc   to   Eve   wyjęła   z

zestawu polowego pojemnik z ochraniaczami i włożyła je na ręce i nogi, po czym

podała Peabody. Ofiarą jest biała kobieta, jeszcze nie zidentyfikowana.

background image

Podeszła   do   ciała.   Sypialnia   została   wydzielona   z   części   pokoju.   Stało   w     niej

wąskie łóżko, które w razie potrzeby można było złożyć. Leżało na nim prześcieradło

i brązowy koc wytarty na brzegach.

Tym razem morderca posłużył się czerwonym łańcuchem choinkowym: owinął go

niczym boa z piór wokół szyi ofiary aż do kostek, tak że przypomniała udekorowaną

mumię. Włosy o jasnofioletowym odcieniu, które wzbudziłyby zachwyt Mavis były

starannie   uczesane   i   zebrane   w   szpic   na   czubku   głowy.   Na   martwych   wargach

błyszczała ciemnopurpurowa szminka, policzki pokrywał jasny róż, a powieki, aż do

linii brwi, umalowane były jasnozłotym cienie.

Do łańcucha, tuż przy szyi, przypięto zielone kółko z dwoma ptaszkami, złotym i

srebrnym, które stykały się dzióbkami.

Turkawki,   tak?   -   Eve   przyjrzała   się   broszce.   -   Przesłuchałam   tę   piosenkę.

Drugiego dnia jego miłość ofiarowuje mu dwie turkaweczki. - Delikatnie dotknęła

umalowanego   policzka.   -   Makijaż   jeszcze   świeży.   Założę   się,   że   wyszedł   stąd

zaledwie przed godziną.

Odsunęła   się   od   ciała   i   wyciągnęła   podręczny   wideokom,   by   połączyć   się   z

Whitneyem i wezwać ekipę śledczą.

Kiedy przyjechała do domu, była prawie północ. Ramię dawało o sobie znać, lecz

taki ból mogła znieść. Najgorsze było to, że czuła się potwornie zmęczona. Policyjny

diagnozer   powiedziałby   zapewne,   że   regeneracja   organizmu   trwała   zbyt   krótko.

background image

Powinnam odpoczywać dziesięć dni dłużej. Zbyt szybko wróciła do pracy.

Nie chcąc psuć sobie humoru, odsunęła od siebie kłopotliwe myśli.

Kiedy weszła do ciepłego domu, uświadomiła sobie, że jest głodna. Przydałby się

batonik, pomyślała, przecierając dłońmi twarz.

Gdzie jest Roarke? - spytała komputera przy drzwiach.

Roarke jest w swoim pokoju.

Pewnie   jak   zwykle   pracuje,   pomyślała,   wchodząc   po   schodach   na   górę.   Ten

człowiek najwyraźniej nie potrzebował snu. Będzie wyglądał równie świeżo jak dziś

rano.

Zostawił drzwi otwarte, wystarczyło więc jedno spojrzenie, by przekonać się, że

miała rację. Siedział przy wielkim lśniącym pulpicie, patrząc w monitor i przekazując

polecenia przez wideokom. Obok cicho szumiał faks.

Wyglądał   jak   uosobienie   seksu.   Gdyby   tylko   mogła   oszukać   głód   batonikiem,

miałaby dość energii, by to wykorzystać.

Czy ty nigdy nie masz dość? - spytała, wchodząc do pokoju.

Obejrzał się, uśmiechnął, po czym odwrócił do wideokomu.

Dopilnuj, by wprowadzono te poprawki. Resztą zajmiemy się jutro – powiedział i

rozłączył się.

Nie musiałeś sobie przerywać – powiedziała. - Chciałam tylko dać ci znak, że

wróciłam.

Umilałem sobie czas, czekając na ciebie. - Przekrzywił głowę i spojrzał na nią z

uwagą.- Nic nie jadłaś, prawda?

Mam ochotę na batonika. Znajdzie się jakiś?

background image

Wstał podszedł do autokucharza. Chwilę później wyjął z podajnika zieloną czarkę

parującej zupy.

To nie jest batonik.

Najpierw trzeba nakarmić kobietę, a potem dziecko.

Postawił zupę na stole i nalał sobie brandy.

Podeszła, powąchała zupę i poczuła, że ślinka napływa jej do ust,

Pachnie nieźle – stwierdziła i zabrała się do jedzenia. - A ty jadłeś? - spytała z

pełnymi  ustami  i niemal  jęknęła z zachwytu, kiedy postawił  przed nią talerz z

gorącym chlebem. - Musisz przestać się mną zajmować.

To   jedna   z   moich   małych   przyjemności.   -   Usiadł   obok   niej   i   sącząc   brandy,

przyglądał się, jak gorący posiłek przywraca kolor jej policzkom. - Tak, jadłem,

ale nie pogardziłbym kawałkiem chleba.

Mhm.   -   Przełamała   kromkę   na   dwie   części   i   podała   mu   jedną.   Jak   w   domu,

pomyślała. Dzielą się zupą i chlebem po długim dniu pracy.

Roarke Industries wzrosło wczoraj o osiem punktów, tak?

Uniósł w górę brew.

Osiem siedemdziesiąt pięć. Czyżbyś zaczęła się interesować giełdą, poruczniku?

Po   prostu   trzymam   rękę  na  pulsie.   Jeśli   twoje  notowania   spadną,   pewnie  będę

zmuszona sprzedać cię po cenach dumpingowych.

Poruszę tę kwestię na najbliższym zebraniu udziałowców. Chcesz wina?

 Chcę. Zaraz sobie naleję.

Jedz zupę. Ja się tym zajmę.

Podszedł   do   szafki   i   wyjął   z   niej   otwartą   już   butelkę.   Kiedy   nalewał   wino   do

background image

kieliszka, Eve kończyła zupę, z trudem powstrzymując się przed wylizaniem czarki.

Było jej dobrze i ciepło. Jak w domu.

Roarke, czy my urządzamy przyjęcie?

Pewnie tak. Kiedy?

Nie   wiem   kiedy.   -   Zmarszczyła   brwi.   -   Gdybym   wiedziała,   tobym   nie   pytała.

Feeney wspomniał coś o gwiazdkowym przyjęciu.

Dwudziestego trzeciego grudnia. Tak, urządzamy przyjęcie.

Po co?

Kochana Eve. - Pocałował ją w czubek głowy i usiadł. - Bo są święta.

Dlaczego mi o tym nie powiedziałeś?

Chyba mówiłem.

Nie pamiętam.

Masz swój kalendarz?

Mrucząc pod nosem, wyjęła z kieszeni cyfrowy kalendarz i wystukała datę. Przy

niej, czarno na białym, widniała informacja o przyjęciu, poprzedzona jej inicjałami,

które dowodziły, że sama ją wprowadziła.

Och!

Jutro przywiozą choinki.

Choinki?

Tak. Będziemy mieć jedną w hallu i kilka w sali balowej. Ale pomyślałem, że

moglibyśmy postawić sobie mniejszą w sypialni. Sami ją ubierzemy.

Uniosła w górę brwi.

Chcesz ubierać choinkę?

background image

Chcę.

Nie mam o tym zielonego pojęcia. Nigdy w życiu nie ubierałam choinki.

Ja też nie. Może kiedyś w dzieciństwie. To będzie nasza pierwsza.

Ciepło, które poczuła wokół serca, nie miało nic wspólnego z gorącą zupą  czy

winem. Uśmiechnęła się.

Pewnie nic nam nie wyjdzie.

Wziął ją za rękę.

Pewnie tak. Lepiej się czujesz?

Znacznie lepiej.

Opowiesz mi o tym, co się dziś wydarzyło?

Ścisnęła go mocniej za rękę.

Opowiem.

Wstała, bo łatwiej jej się myślało na stojąco.

Popełnił   kolejne   morderstwo   –   zaczęła.   -   ta   sama   metoda.   Zarejestrowały   go

kamery   bezpieczeństwa.   Przebrany   za   świętego   Mikołaja,   z   wielkim   srebrnym

pudłem obwiązanym wstążką. Zostawił broszę, dwa ptaszki w kółku.

Turkawki. 

Tak...   lub   coś   w   tym   rodzaju.   Nie   mam   pojęcia,   jak   wyglądają   te   cholerne

turkawki. Żadnych śladów włamania czy przemocy. Pewnie toksykologia wykaże,

że   była   odurzona.   Została   skrępowana,   prawdopodobne   zakneblowana,   bo

mieszkanie nie było dźwiękoszczelne. Na języku i w ustach miała kilka włókien,

ale nie znaleźliśmy knebla.

Zgwałcona?

background image

Tak samo jak pierwsza. Na piersi miała świeży tatuaż:   Mojej miłości. Owinął ją

czerwonym   łańcuchem   choinkowym,   umalował   twarz,   uczesał.   Łazienka   była

najczystszym pomieszczeniem w mieszkaniu. Prawdopodobnie sam się najpierw

umył,   a   potem   po   sobie   posprzątał.   Nie   żyła   zaledwie   od   godziny,   kiedy   tam

przyjechała. Zgłoszenia dokonano z automatu niedaleko jej domu.

W   oczach   Eve   pojawiło   się   rozdrażnienie.   Roarke   wstał   i   wziął   do   ręki   oba

kieliszki.

Kim ona była?

Striptizerką występującą w „Słodkim Zakątku”. To wysokiej klasy klub w West

Side. 

Tak, wiem, gdzie to jest. - Kiesy odwróciła się z podejrzliwym wyrazem twarzy,

podał jej kieliszek z winem. - Tak się składa, że jestem jego właścicielem.

Nienawidzę,   kiedy   to   mówisz.   -   Uśmiechnął   się   w   odpowiedzi   a   ona   głośno

westchnęła. - Tak czy owak, pracowała tego dnia po południu i wyszła stamtąd

przed   piątą.   Z   tego   co   wiemy,   poszła   prosto   do   domu.   O   szóstej   przeglądała

autokucharza   i   w   tym   mniej   więcej   czasie   kamera   zarejestrowała   tego   drania

wschodzącego do budynku. -  Utkwiła wzrok w kieliszku. - Nie zdążyła nawet

zjeść kolacji.

Facet szybko działa.

I dobrze się przy tym bawi. Wygląda na to, że chce wyrobić normę do Nowego

Roku.   Muszę   przejrzeć   jej   wideokom,   sprawdzić   stan   finansów   i   personalia.

Muszę też dowiedzieć się czegoś o tej broszce. Wciąż stoję w miejscu. Co, do

cholery,  może łączyć słodką urzędniczkę ze striptizerką?

background image

Znam ten ton – powiedział i podszedł do pulpitu. - Zobaczymy, co się da zrobić.

Nie prosiłam cię o to, żebyś coś zrobił.

Rzucił jej krótkie spojrzenie.

Ale dałaś do zrozumienia. Jak ona się nazywa?

Nieprawda. Sarabeth, pisane razem, bez „h” w środku, Greenbalm. - Podeszła do

niego. - po prostu głośno myślałam. West sto dwanaście, dwadzieścia trzy B.

Mam, Co chcesz wiedzieć najpierw?

Widokom   mogę   przejrzeć   jutro   rano.   Zacznij   od   danych   personalnych   lub

finansowych.

Finansowe zajmą więcej czasu. Zacznijmy od tego.

Tylko bez  żadnych sztuczek  –  ostrzegła Eve i roześmiała się, kiedy  otoczył ją

ramieniem w talii i przyciągnął do siebie.

A niby dlaczego? Wybierz Sarabeth Greenbalm – poleciła i musnął wargami szyję

Eve.   -   Miejsce   zamieszkania:   West   sto   dwanaście.   -   Objął   dłonią   jej   pierś.   -

Wszystkie dane finansowe, zaczynając od najnowszych.

Przetwarzanie.

No   tak.   -   Musnął   jej   dolną   wargę.   -   chyba   jednak   zbyt   mało.   Dane

gotowe,poruczniku.

 Odchrząknęła, próbując złapać oddech.

Dobry jesteś. - Westchnęła głęboko. - Naprawdę dobry.

Wiem – odparł i widząc, że nie odzyskała jeszcze równowagi, posadził ją sobie na

kolanach.

Hej, ja tu pracuję.

background image

Ja też. - Obrócił Eve w stronę ekranu i zaczął pieścić jej kark. - Ty pracujesz nad

tym, a ja nad tym.

Nie   mogę   pracować,   kiedy...   -   Skuliła   się,   tłumiąc   chichot,   i   spróbowała

skoncentrować   się   na   informacjach   widocznych   na   monitorze.   -   najwięcej

wydawała   na   komorne,   a   potem   na   ubrania.   Kupowała   przeważnie   markowe

ciuchy. Przestań! - Trzasnęła go po palcach, które zdążyły rozpiąć jej koszulę.

Niepotrzebna ci koszula do przeglądania danych – stwierdził z nieodpartą logiką.

Uważaj kolego, bo poczęstuję cię... - Skoczyła na równe nogi, a Roarke cicho

zaklął pod nosem. - A niech to! To jest właśnie to ogniwo łączące. Sukinsyn.

Roarke spojrzał z rezygnacją na ekran.

Gdzie?

Tu. Przed sześcioma tygodniami przekazała drogą elektroniczną trzy tysiące na

konto „Szczęśliwego związku”. - W jej oczach płonęła siła, lecz nie namiętność. -

To   nie   jest   zbieg   okoliczności.   Oba   te   morderstwa   łączy   wspólna   nić.   Muszę

sprawdzić jej partnerów – mruknęła, a widząc pytający wzrok Roarke'a, pokręciła

głową. - Nie, zrobimy to oficjalnie. Jutro do nich pójdę i dostanę listę.

Nie zajęłoby mi to wiele czasu, gdybym się w to włączył.

Ale to nielegalne. - Usiłowała zachować powagę, kiedy wyszczerzył do niej zęby

w uśmiechu. - poza tym to nie twoja sprawa. Ale doceniam dobre chęci.

Jak bardzo?

Stanęła między jego nogami i spojrzała mu w oczy.

Na tyle, żeby pozwolić ci zająć się mną. - usiadła mu na kolanach. -A ja zajmę się

tobą.

background image

A  może...   -   Wsunął   dłoń   w   jej   włosy   i   przyciągnął   ku   sobie.   -   Zrobimy   to

wspólnie?

Zgoda.

Rozdział 5

    Eve   siedziała   w   swoim   domowym   biurze   i   porządkowała   dane.   Przez   ścianę

widokową   wpadało   do   pokoju   blade   zimowe   słońce.   Zamierzała   przed   południem

przekazać raport komendantowi, lecz brakowało jej jeszcze kilku informacji.

Komputer start. Dane na temat Agencji matrymonialnej „Szczęśliwy Związek”,

Piąta Aleja, Nowy Jork.

Przetwarzanie.   „Szczęśliwy   Związek”,   założony   w   2052,   adres   Piąta   Aleja,

właściciele i zarządzający Rudy i Piper Hoffman.

Stop, potwierdź. Właścicielami agencji są Rudy i Piper Hoffman?

Potwierdzam. Rudy i Piper Hoffman, bliźnięta, wiek 28 lat, zamieszkali przy Piątej

Alei 500. kontynuować przekaz danych o „Szczęśliwym Związku”.

- Nie. Pełne dane na temat właścicieli.

Przeszukiwanie.

Kiedy   komputer   grzebał   w   pamięci,   Eve   poszła   zrobić   sobie   kawę.   Bliźnięta,

background image

myślała, programując autokucharza. Brat i siostra. A ona wzięła ich za kochanków.

Przypominając sobie, jak się dotykali, jak poruszali, jak na siebie patrzyli, zaczęła się

zastanawiać, czy przypadkiem i ona i komputer nie mają racji. Nie była to jednak

przyjemna myśl.

Kątem oka dostrzegła ruch przy drzwiach i po chwili stanął w nich Roarke w całej

okazałości.

Dzień dobry. Wcześnie wstałaś.

Chciałam przygotować wstępny raport dla Whitneya. - Wyjęła z podajnika kubek

z kawą i odrzuciła włosy z twarzy. - Chcesz kawy?

Tak, proszę. - Wyjął jej kubek z reki i uśmiechnął się, kiedy zmarszczyła brwi. -

Przez większą część dnia będę na spotkaniach.

Nic nowego – mruknęła i zamówiła drugą kawę.

Ale możesz się ze mną skontaktować, jeśli będę ci potrzebny.

Chrząknęła i odwróciła się, kiedy komputer zasygnalizował wykonanie polecenia.

W porządku. Mam... - Urwała zaskoczona, bo Roarke chwycił ją za przód koszuli

i przyciągnął do siebie. - Hej, co... Komputer stop! - poleciła i przytuliła się do

męża.

Ładnie pachniesz. - Ukrył twarz w jej włosach.

To tylko mydło.

Wiem.

Przestań – powiedziała, czując w skroniach gwałtowne pulsowanie. - mam robotę

– wymruczała, lecz otoczyła Roarke'a ramionami.

Ja też. Tęskniłem za tobą, Eve. - Odstawił kubek, by moc ją trzymać w objęciach.

background image

Chyba oboje byliśmy ostatnio bardzo zajęci. - Jak dobrze czuć go przy sobie. -

Nie mogę się już wycofać z tej sprawy.

Wcale tego nie oczekuję. - Otarł się policzkiem o jej policzek. - I nie chciałbym,

żebyś zrezygnowała – dodał, choć pragnął czegoś wręcz przeciwnego. - Cieszę

się, że mogę ukraść choć tak krótką chwilę. - Musnął ustami jej wargi. - Zawsze

miałem dobrą rękę do kradzieży.

Nie musisz mi tego przypominać – uśmiechnęła się i objęła dłońmi jego twarz.

Stojąca   w   drzwiach   Peabody   znieruchomiała.   Nie   mogła   już   się   wycofać,   nie

mogła też wejść do pokoju. Chociaż nie robili niczego szczególnego, Roarke trzymał

ręce na ramionach Eve, a ona obejmowała dłońmi jego twarz, w ich postawie było

coś   tak   intymnego,   że   Peabody   oblała   się   rumieńcem   i   poczuła   w   sercu   ukłucie

zazdrości.

Nie bardzo wiedząc, jak się zachować, zrobiła jedyną rzecz, jaka przyszła jej do

głowy: wydała z siebie ciche wstydliwe chrząknięcie.

Roarke zsunął ręce wzdłuż ramion Eve i uśmiechnął się w stronę drzwi.

Dzień dobry, Peabody, kawy?

Eee, tak, proszę. Hmm... Strasznie dziś zimno.

Naprawdę? - powiedział, gdy tymczasem Eve wróciła do komputera.

Tak, ale nie będzie chyba wielkiego mrozu. Za to popołudniu może padać śnieg.

A   ty   co,   jesteś   dyżurnym   synoptykiem?   -   zapytała   Eve,   mierząc   wzrokiem

asystentkę.   Peabody   miała   krwisty   rumieniec   na   twarzy,   maślane   spojrzenie   i

drżącymi palcami szarpała guziki munduru. - Źle się czujesz?

Nie, nic mi nie jest. Dzięki – dodała, kiedy Roarke podał jej kubek z kawą.

background image

Nie ma za co. Zostawiam was.

Kiedy wyszedł, Peabody westchnęła.

Nie wiem, jak udaje się pani zachować zimną krew, kiedy on patrzy na panią w

taki sposób.

Bo trzymam swoje hormony na wodzy.

Niezrażona cierpkim tonem jej głosu, Peabody podeszła do Eve.

Jak to jest?

Z   czym?   -   Eve   uniosła   wzrok   i   wzruszyła   niepewnie   ramionami   na   widok

płonących oczu asystentki. - Peabody, robota czeka.

Czy   nie   o   to   chodzi?   -   ciągnęła   asystentka.   -   czy   nie   tego   szukały   te   dwie

zamordowane kobiety?

Eve otworzyła usta, po czym je zamknęła. Spojrzała w stronę drzwi i spostrzegła,

że Roarke nie zablokował zamka z drugiej strony.

To jest więcej niż myślisz – usłyszała nagle swój głos. - To wszystko zmienia i

tworzy   nowe   wartości.   Może   już   nigdy   nie   będziesz   taka   sama,   a   może   jakaś

cząstka ciebie obawia się, co będzie, jeśli... Ale on nigdy nie odejdzie. Wystarczy

wyciągnąć rękę i już go czujesz przy sobie. - Wsunęła dłonie do kieszeni, dziwiąc

się w duchu własnym słowom. - czy znajdziesz to coś, wprowadzając dane do

komputera  i pozwalając,  by wybrał  ci  partnera  na podstawie cech  charakteru  i

stylu życia? Nie wiem.  Ale mamy  dwie ofiary, kobiety, które uznały, że warto

spróbować. Przysuń sobie krzesło, Peabody, i zobaczymy, co my tu mamy.

Tak jest.

Sprawdźmy   dokładnie   Jeremy'ego   Vandorena.   Zostawmy   instynkt   na   boku.

background image

Musimy   mieć   stuprocentową   pewność.   Kiedy   sprawdzimy   wszystkich

kandydatów Hawley, złożymy kolejną wizytę w „Szczęśliwym Związku”.

Detektyw McNab melduje się na rozkaz.

Eve obejrzała się i zobaczyła stojącego w progu Iana McNaba. Na jego przystojnej

twarzy jaśniał szeroki, pełen zadowolenia uśmiech. Mężczyzna ubrany był w długą,

sięgającą   kolan   marynarkę   w   kolorze   zwiędłej   fuksji   włożoną   na   zielony

kombinezon. Długie złocistoblond włosy przytrzymywała opaska w biało-czerwono-

zielone paski.

Eve westchnęła cicho, widząc, jak Peabody sztywnieje.

Jak leci, McNab?

Doskonale,   poruczniku.   Cześć,   Peabody.   -   Mrugnął   do   niej   szelmowsko   i

przysiadł   na   brzegu   biurka.   -   Kapitan   Feeney   powiedział,   że   mogę   się   pani

przydać   w   tej   sprawie   ze   świętym   Mikołajem.  A  więc   jestem.   Macie   coś   do

jedzenia?

Zobacz, co tam znajdziesz w autokucharzu.

Super. Praca z panią to same korzyści. - Poruszył brwiami patrząc znacząco na

Peabody, i podszedł go autokucharza.

Jeśli już zatrudniła pani tego bęcwała, to czemu  go pani nie posłała  do Sekcji

Elektronicznej? - spytała szeptem Peabody.

Bo   lubię   cię   denerwować,   Peabody.  To   mój   jedyny   cel   w   życiu.   Skoro   już   tu

jesteś, McNab, przeanalizuj te dane. My z Peabody musimy wyjść.

Proszę   je   tylko   przygotować   –   powiedział,   odgryzając   potężny   kęs   kanapki   z

dżemem borówkowym.

background image

Kiedy skończysz się opychać, przejrzyj nazwiska z pliku Hawley.

Wczoraj wieczorem zająłem się jej byłym mężem – odparł z pełnymi ustami. - Jak

dotąd nie znalazłem żadnej luki w jego alibi.

Dobra. - Umiała docenić szybkie działanie, lecz nie chcąc oglądać nadąsanej miny

Peabody,   zrezygnowała   z   pochwały.   -   Prześlę   ci   następną   listę   kandydatów.

Przejrzyj ją i porównaj z pierwszą listą. Sprawdź również rodzeństwo Hoffmanów,

Rudy'ego   i   Piper.   Potrzebny   mi   jakiś   punkt   zaczepienia.   I   sprawdź   również   tę

broszkę. 

Odwróciła   się   do   komputera,   wywołała   materiał   dowodowy   i   wyświetliła

hologram broszki.

Chcę wiedzieć, kto ją zrobił, ile takich wykonano, gdzie je można kupić, ile ich

sprzedano i komu. Porównaj te dane z danymi na temat spinki, którą znaleziono

we włosach Hawley. Wszystko jasne, McNab?

Przełknął pospiesznie kanapkę, po czym dotknął palcem skroni.

Tak jest.

Jeśli   znajdziesz   mi   nazwisko,   które   pojawi   się   na   obu   listach   i   pasuje   do

świecidełek, to dopilnuje, żebyś do końca życia dostawał każdego dnia kanapki z

dżemem borówkowym.

Kusząca perspektywa. - Strzelił palcami. - Już się zabieram do roboty.

Jedziemy,   Peabody.   -   Eve   wstała   od   biurka   i   chwyciła   torbę.   -   Tylko   nie

przeszkadzaj Roarke'owi, McNab – ostrzegła i wyszła z pokoju.

 Świetnie wyglądasz, mała – zawołał chłopak za Peabody.

W   odpowiedzi   wydała   z   siebie   serię   fuknięć,   co   sprawiło   mu   wyraźną

background image

przyjemność.

W Sekcji Elektronicznej jest tylu detektywów z klasą – stwierdziła Peabody, kiedy

schodziły po schodach. - Dlaczego nam musiał się trafić taki dupek?

Po prostu szczęśliwy traf. - Eve chwyciła wiszącą na balustradzie kurtkę i włożyła

ją, kierując się ku drzwiom. - Cholera, ale mróz.

Powinna pani mieć coś cieplejszego, poruczniku.

Przyzwyczaiłam się do tej kurtki – odparła i pospiesznie wskoczyła do wnętrza

pojazdu. - Ogrzewanie – poleciła. - Dwadzieścia cztery stopnie.

Uwielbiam ten wóz. - Peabody wsunęła się na siedzenie obok. - Wszystko w nim

działa.

Tak,   ale   brakuje   mu   charakteru   –   stwierdziła   Eve,   lecz   mimo   to   spojrzała   z

przyjemnością   na  Widokom   sygnalizujący   połączenie.   -   Spójrz   na   to.   Obraz   –

rozkazała, mijając bramę posesji.

Dallas,   Dallas!   Niech   to   szlag!   -   Na   ekranie   pojawiła   się   atrakcyjna   twarz

reporterki   telewizyjnej   Nadine   Furst,   na   której   malowała   się   irytacja.   -   Nie

złapałam cię w domu, Summerset powiedział, że jesteś w drodze do czegoś tam.

Zgłoś się, do diabła!

Ani mi się śni.

Nic nie słyszę. Te wozy, którymi wy, gliniarze, jeździcie, ciągle nawalają.

Peabody  i Eve wymieniły rozbawione spojrzenia.

Pewnie coś już wywąchała – mruknęła Peabody.

Jasne,   że   tak   –   przyznała   Eve.   -  A  teraz   ona   chce   wyciągnąć   ode   mnie   jakieś

informacje do porannych wiadomości, a potem będą jej potrzebne następne do

background image

popołudniówki.

Dallas, potrzebuję informacji na temat tych dwóch kobiet, które zamordowano.

Czy   te   zabójstwa   coś   łączy?   Dallas,   bądź   kumpelką.   Muszę   mieć   coś

wystrzałowego do porannych wiadomości.

A nie mówiłam? - stwierdziła z satysfakcją Eve, manewrując między pojazdami.

Odezwij się. Mam nóż na gardle.

A mnie serce krwawi – prychnęła Eve, kiedy Nadine się rozłączyła.

Lubię ją – stwierdziła Peabody.

Ja też. Jest uczciwa i dobra w tym, co robi. Ale to nie znaczy, że będę podsuwać

jej gotowiznę. Jeśli przetrzymam ją kilka dni, to sama zacznie kopać. Zobaczymy,

co będzie miała na wymianę.

Sprytne posunięcie. I to właśnie podoba mi się w pani. Co zaś tyczy się McNaba...

Daj spokój, Peabody – przerwała jej Eve i ustawiła pionowy start, kierując się w

stronę parkingu przy Piątej Alei.

Kiedy znalazły się w windzie, Eve wsunęła kciuki do kieszeni spodni i mężnie

zniosła podróż na piętro, gdzie mieściło się biuro „Szczęśliwego Związku”.

Za biurkiem siedział młody bóg z barami jak góry, karnacją o barwie szwajcarskiej

czekolady i oczami jak antyczne złote monety.

Przestań   się   trząść   –   mruknęła   do   Peabody.   -   Przekaż   Rudy'emu   i   Piper,   że

porucznik Dallas z asystentką chcą się z nimi widzieć – poleciła młodzieńcowi.

Uśmiechnął się marzycielsko.

Przykro mi, poruczniku, ale Rudy i Piper mają właśnie spotkanie z klientem.

Powiedz im, że czekamy – nie ustępowała Eve – i że ubyła im kolejna klientka.

background image

Oczywiście.   -  Wskazał   ręką   na   miejsce   do   siedzenia.   -   proszę   się   rozgościć   i

zamówić coś do picia.

Mam nadzieję, że to nie potrwa długo.

Zanim Peabody zdążyła zamówić krem porzeczkowy, w hallu pojawili się Rudy i

Piper.

Ubrani   na   biało,   tym   razem   w   sięgające   kostek   płaszcze.   Kombinezon   Piper

ożywiała   błękitna   jedwabna   apaszka.   Oboje   mieli   po   jednym   złotym   kolczyku   w

uchu. Na ich widok dreszcz przebiegł Eve po plecach.

Poruczniku – odezwał się Rudy, opierając dłoń na ramieniu Piper – jesteśmy dziś

trochę zajęci. Mamy bardzo napięty plan dnia.

To go rozciągniecie. Będziemy rozmawiać tu, czy w gabinecie?

W   egzotycznych   oczach   Rudy'ego   błysnęła   irytacja,   lecz   uprzejmym   gestem

zaprosił je do biura.

Wczoraj   wieczorem   została   zamordowana   Sarabeth   Greenbalm   –   oświadczyła

Eve, gdy tylko znaleźli się w biurze. - Była waszą klientką.

O Boże! O mój Boże! - Piper osunęła się na biały fotel i ukryła twarz w dłoniach.

Spokojnie. - Rudy przesunął dłonią po jej włosach i karku. - Jest pani pewna, że

była naszą klientką?

Tak. Chcę dostać listę jej partnerów. Kto z was nią się zajmował?

Ja. - Piper spuściła ręce na kolana. W ciemnozielonych oczach błyszczały łzy, a

jasnozłote usta drżały. - a zajmuje się paniami, a Rudy panami, chyba, że ktoś

życzy   sobie   inaczej.   Przekonaliśmy   się,   że   ludzie   czują   się   swobodniej,

rozmawiając o swoich duchowych   i seksualnych potrzebach z przedstawicielem

background image

własnej płci.

Rozumiem.- Eve nie spuszczała wzroku z Piper, starając się nie dostrzegać, jak jej

ręka znika w dłoni brata.

Pamiętam   Sarabeth.   Pamiętam,   bo   była   niezadowolona   z   pierwszych   dwóch

kandydatów. Zażądała zwrotu pieniędzy.

Otrzymała je?

Mamy   twarde   zasady.   Po   pierwszej   randce   wpłacone   pieniądze   nie   podlegają

zwrotowi.

Rudy ścisnął dłoń siostry i podszedł do pulpitu.

Rozumiem. Żadne z was nie powiedziało, że jesteście właścicielami firmy.

Nie pytała pani o to – odparł Rudy, patrząc w monitor.

Kto prócz was ma dostęp do danych klientów?

Trzydziestu sześciu konsultantów – wyjaśnił Rudy.- Po pierwszej selekcji, którą

dokonujemy   osobiście,   kierujemy   kandydatów   do   konsultantów,   którzy

opracowują   ich   potrzeby.   Nasi   konsultanci   są   specjalni   dobierani,   szkoleni   i

licencjonowani, poruczniku.

Chcę mieć ich pełną listę.

Nie mogę się na to zgodzić – zaprotestował. - To ingerencja w wewnętrzne sprawy

firmy.

Eve skrzywiła głowę.

Peabody,   postaraj   się   o   nakaz   rewizji   i   udostępnienie   nam   wszystkich   danych,

personelu i klientów „Szczęśliwego Związku”.  Dane Hawley i Greenbalm i nakaz

niech prześlą bezpośrednio do mojego komputera. I pospiesz się.

background image

Tak jest.

Rudy. - Piper wstała z fotela. - Czy to konieczne?

Myślę,   że   tak.   -   Ujął   jej   dłonie.   -   Jeśli   nasze   rejestry   mają   być   przedmiotem

policyjnego   dochodzenia,   chcę,   żeby   wszystko   było   udokumentowane.

Przepraszam,   jeśli   to   wyglądana   odmowę   współpracy   i   brak   współczucia,   ale

chronię interesy wielu ludzi.

Ja   również.   -   Kiedy   zadźwięczał   jej   podręczny   wideokom,   Piper   drgnęła

nerwowo. - Przepraszam. - Odwróciła się i wyjęła go z kieszeni. - Dallas.

Zidentyfikowaliśmy   kosmetyki,   którymi   wymalowano   Hawley.   -   na   ekranie

pojawiła   się   pomarszczona   twarz   Dickiego.   -   Firma   nazywa   się   Natural

Perfection. Z tego, co wiem, to kosztowne gówno.

Dobra robota, Dickie.

Taa, zajęło mi to masę czasu, a jeszcze nie zrobiłem świątecznych zakupów. Ze

wstępnej analizy wynika, że kosmetyki na twarzy Greenbalm są tej samej firmy.

To   świństwo   można   kupić   jedynie   w   sklepach   firmowych   lub   w   salonach

piękności.   Nie   dostaniesz   ich   na   rynku,   nawet   w   ekskluzywnych   sklepach.   Za

pomocą komputera też nie.

Dobra. Będą łatwiejsze do wyśledzenia.  Kto je produkuje?

Na jego twarzy pojawił się złośliwy uśmiech.

Renaisance Beauty and Health, filia w Kenbarze, należąca do Roarke'a. Nie wiesz,

czym twój chłop się zajmuje, Dallas?

Cholera   –   wykrztusiła   Eve   i   rozłączyła   się.   -   Czy   któryś   z   tutejszych   salonów

piękności   sprzedaje   produkty   Natural   Perfection?   -   spytała,   odwracając   się   w

background image

stronę rodzeństwa Hoffmanów.

Tak.   -   Piper   oparła   się   o   Rudy'ego   w   sposób,   który   przyprawił   Eve   o   skurcz

żołądka. - „Bądź Zawsze Piękna” na dziesiątym piętrze.

Czy macie z nimi coś wspólnego?

To samodzielna firma, ale współpracujemy ze wszystkimi salonami i sklepami w

tym   budynku.   -   Rudy   podszedł   do   pulpitu   i   wyjął   z   niej   błyszczący   katalog   i

dyskietkę. - Pakiet   oferowanych przez nich usług obejmuje również porady w

naszej firmie – wyjaśnił, wręczając Eve materiały reklamowe. - „Bądź Zawsze

Piękna” to ekskluzywny salon – dodał. - Świadczymy też porady w ramach ich

programu „Diamentowy Dzień”.

Bardzo sprytnie.

To dobry interes – odparł Rudy.

Mamy   nakaz,   poruczniku.   -   Peabody   wyjęła   swój   Widokom.   -   Zaraz   go   nam

przyślą.

Prześlij wszystkie dane McNabowi – poleciła Eve swej asystentce, kiedy znalazły

się w windzie.

Wszystkie?

Wszystkie – powtórzyła twardo Eve. - Zacznij od partnerów Greenbalm, potem

prześlij   dane   personelu,   a   na   koniec   listę   klientów   z   ostatniego   roku.   Mam

przeczucie, że nasz gość gdzieś tam się znajduje.

background image

To zajmie dwadzieścia do trzydziestu minut.

Więc znajdź sobie jakieś spokojne miejsce i zabierz się do roboty. Ja tu wysiadam.

Kiedy skończysz wprowadzać dane przyjdź do salonu.

Tak jest.

I nie krzyw się, bo to nieładnie.

Wcale się nie krzywię – odparła z godnością Peabody. - Ja tylko zaciskam zęby. -

Prychnęła głośno, kiedy drzwi windy zamknęły się za Eve.

Na   piętrze   zajmowanym   przez   salon   pachniało   lasem   i   łąką.   Z   głośników

dochodziły dźwięki fletu i liry. Podłogę przykrywała wykładzina w kolorze płatków

róży.  Wzdłuż   pomalowanych   na  srebrny   kolor   ścian   spływała   woda,   wpadając   do

kanału biegnącego tuż przy podłodze. Pływały po nim pastelowe łabędzie wielkości

dłoni.

Salon   składał   się   z   sześciu   pomieszczeń   zwieńczonych   szklanymi   łukami   i

egzotycznymi   pnączami.   Eve   rozpoznała   wśród   nich   replikę   wiecznie   żywego

kwiatu, który piął się spiralnie wzdłuż pozłacanego sklepienia. Kiedyś ten kwiatek

przysporzył jej sporo kłopotów.

Drzwi rozwarły się przed nią bezszelestnie i znalazła się w przestronnym hallu z

głębokimi, wyściełanymi fotelami w kolorze ciemnej zieleni. Każdy wyposażony był

w mały ekran i system łączności. Między nimi ustawiono nagie posągi z brązu.

W   hallu   krzątały   się   małe   androidy,   roznoszące   napoje,   materiały   do   czytania,

gogle do programów wirtualnych i inne przedmioty służące uprzyjemnianiu czasu

klientkom,oczekującym na zabiegi upiększające.

Dwa fotele zajmowały kobiety, które czas oczekiwania umilały sobie pogawędką,

background image

popijając   coś,   co   wyglądało   jak   morska   piana.   Obie   miały   na   sobie   aksamitne

jasnoróżowe szaty z dyskretnym firmowym znakiem w klapie.

Czym mogę służyć? - Stojąca za pulpitem w kształcie litery U kobieta otaksowała

pogniecione   spodnie,   zniszczone   buty   i   brudne   włosy   Eve.   Ufarbowane   na

karmazynowo   włosy   miała   zebrane   w   szpic   ze   srebrzystymi   wijącymi   się

pasemkami,   które   harmonizowały   z   kolorem   jej   oczu.   -   Domyślam   się,   że

interesuje panią kompleksowa usługa?

Czy to jakaś aluzja? - spytała z uprzejmym uśmiechem Eve.

Kobieta zatrzepotała srebrnymi rzęsami.

Nie rozumiem.

Nieważne siostro. Chciałabym porozmawiać o kosmetykach Natural Perfection. 

Proszę   bardzo.   To   najlepsza   seria.   Z   przyjemnością   skontaktuję   panią   z

konsultantem. Chciałaby pani umówić się na wizytę?

Tak. - Eve rzuciła odznakę na pulpit. - najlepiej zaraz.

Nie rozumiem.

Tak myślałam. Proszę skontaktować mnie z kimś z kierownictwa.

Chwileczkę.   -   Kobieta   przysiadła   na   wysokim   stołku.   -   Simonie,   czy   mógłbyś

przyjść do recepcji? - spytała cicho do wideokomu.

Eve   wsunęła   dłonie   do   kieszeni   spodni   i   huśtając   się   na   piętach   przyglądała

eleganckim butelkom i pojemnikom wystawionym na obrotowej paterze.

Co to za specyfiki – spytała.

Zapachy   osobiste.   Wprowadzamy   do   komputera   pani   cechy   fizyczne   i

charakterologiczne i tworzymy zapach przeznaczony wyłącznie dla pani. Każda

background image

kompozycja to pojedynczy egzemplarz i raz wybrany, więcej się nie powtórzy. 

Interesujące.

Doskonale nadają się na prezenty – dodała dziewczyna, unosząc w górę cienką

brew. - Lecz są dość kosztowne.

Naprawdę?   -   Eve   obrzuciła   recepcjonistkę   gniewnym   spojrzeniem,   zirytowana

pogardliwym tonem jej głosu. - Chciałabym kupić któryś z nich.

Musi pani wpłacić zadatek przed wprowadzeniem danych do programu.

Nie   na   żarty   rozzłoszczona   Eve   wyobraziła   sonie,   jak   chwyta   dziewczynę   za

sztywne kolorowe włosy i wciska jej drwiącą twarzyczkę w pulpit. Zrobiła krok na

przód i w tym momencie usłyszała za sobą pospieszne kroki.

W czym problem, Yvette? Mam masę roboty.

Ona jest problemem – odpowiedziała Yvette z bladym uśmiechem.

Eve obejrzała się i jej oczom ukazał się wspaniały okaz mężczyzny.

Najpierw   zwróciła   uwagę   na   jego   oczy.   Były   bladoniebieskie,   niemal

przezroczyste, okolone gęstymi ciemnymi rzęsami i wąskimi hebanowymi brwiami,

które zbiegały  się w środku. Włosy  o połyskliwym odcieniu  rubinowej czerwieni,

były zaczesane do tyłu i opadały gęstą falą do połowy pleców.

Śniada karnacja o złocistym połysku wskazywała na mieszaną rasę lub makijaż.

Usta miały kolor  ciemnego brązu, a na lewym policzku cwałował biały jednorożec

ze złotym rogiem i kopytkami.

Simon   odrzucił     na   ramiona   jaskrawoniebieską   pelerynkę,   pod   którą   ukazał   się

obcisły kombinezon w bladozielone i srebrne pasy, z głęboko wyciętym dekoltem. Na

imponującej   piersi   połyskiwały   złote   łańcuchy.   Przekrzywił   głowę,   wprawiając   w

background image

ruch długie złote kolczyki, oparł dłoń na szczupłym biodrze i spojrzał z góry na Eve.

czym mogę służyć, moje serce?

Chciałam...

Chwileczkę! - Uniósł dłonie, odsłaniając wytatuowany na nich łańcuszek z ser i

kwiatów. - Znam tę twarz. - Wstrząsnął teatralnie głową  i obszedł Eve, ciągnąc za

sobą smugę zapachu.

Śliwki, pomyślała. Ten gość pachnie śliwkami.

Twarze – ciągnął – są w końcu moją dziedziną, moim zajęciem, moim kapitałem i

źródłem dochodu. Gdzieś już widziałem...

Szybkim ruchem pochwycił twarz Eve w dłonie i pochylił się ku niej.

Słuchaj koleś...

Żona Roarke'a! - zawołał, po czym cmoknął ją w usta i odskoczył w tył, zanim

zdążyła   zadać   mu   cios.   -   oto   kim   pani   jest.   -   Kochanie   –   zwrócił   się   do

recepcjonistki, krzyżując ręce na sercu. - Żona Roarke'a w naszych skromnych

progach.

Żona   Roarke'a?   -  Yvette   poczerwieniała,   po   czym   zbladła.   -   Och!   -   mruknęła,

sprawiając wrażenie, jakby miała zemdleć.

Proszę usiąść i przedstawić mi swoje życzenia. - otoczył Eve ramieniem i zrobił

krok   w   kierunku   fotela.   -   Yvette,   bądź   tak   dobra   i   odwołaj   wszystkie   moje

konsultacje. Droga pani, jestem do pani usług. Od czego zaczniemy?

Po pierwsze, zabierz tę łapę, mistrzu. - Zepchnęła z pleców jego ramię i z pewnym

żalem wyciągnęła odznakę zamiast broni. - Jestem tu służbowo.

Och,   mój   Boże!   -   Simon   przycisnął   dłonie   do   policzków.   -   Jak   mogłem

background image

zapomnieć? Żona Roarke'a jest przecież najlepszą policjantką w Nowym Jorku.

Proszę wybaczyć, moje serce.

Nazywam się Dallas, porucznik Dallas.

Oczywiście. - Uśmiechnął się słodko. - Proszę mi wybaczyć, poruczniku, ale na

pani widok zupełnie straciłem głowę. Jest pani na czele listy dziesięciu klientek,

które   pragnęlibyśmy   pozyskać,   razem   z   Pierwszą   Damą     i   Sinlky   LeMar.   To

królowa wideo – dodał, widząc podejrzliwe spojrzenie Eve.

Świetnie.   W   takim   razie   potrzebna   mi   lista   klientek   korzystająca   z   serii

kosmetyków Natural Perfection.

Lista   klientek?   -   Przycisnął   dłoń   do   serca,   usiadł   i   wywołała   na   wideokomie

zestaw napojów. - Lemonowy. Czy mogę zaproponować coś do picia, poruczniku?

Nie   mi   nie   jest   –   odparła,   lecz   widząc   zawód   w   jego  oczach   zdecydowała   się

usiąść. Nie sprawiał wrażenia, jakby za znowu miał ją objąć. - Potrzebna mi ta

lista, Simonie – dodała.

Czy mógłbym spytać po co?

Prowadzę śledztwo w sprawie morderstwa.

Morderstwo – wyszeptał dramatycznie. - Wiem, ze to okropne, ale jednocześnie

ekscytujące. Jestem zagorzałym wielbicielem filmów kryminalnych. - Uśmiechnął

się tak uwodzicielsko, że Eve mimowolnie zmiękła.

To jednak nie to samo, Simonie.

Wiem, wiem. Zachowuję się podle. Nie mogę jednak zrozumieć, co kosmetyki

mają wspólnego z ... - Oczy mu się rozszerzyły. - Trucizna. Ktoś dodał trucizny do

szminki, tak?   Ofiara szykowała się na wspaniały wieczór. Pewnie użyła ostrej

background image

czerwieni albo... nie, nie, szrapnelowego brązu, a potem...

Opanuj wyobraźnię, Simonie.

Zatrzepotał rzęsami, zbladł, po czym zachichotał.

Zasługuję na porządne lanie. - Nie podnosząc wzroku, chwycił wysoką szklankę z

jasnożółtym   płynem,   którą   przyniósł   android.   -   Jesteśmy   do   dyspozycji,

poruczniku. Uprzedzam jednak, że lista naszych klientek jest dość sługa. Gdyby

powiedziała pani, o jakie kosmetyki chodzi, znacznie byśmy ją ograniczyli.

Na razie proszę dać mi całą,  apotem zobaczymy.

Jak sobie pani życzy. - Wstał, skłonił się, po czym tanecznym krokiem przeszedł

do pulpitu. - Yvette, kochanie, daj tymczasem porucznik Dallas kilka próbek.

Nie   potrzebuję   próbek.   -   Eve   uśmiechnęła   się   lekko   do   dziewczyny.     -   Ale

chciałabym ten zapach, o którym rozmawiałyśmy.

Oczywiście. - Recepcjonistka omal przed nią nie uklękła. - Czy to dla pani?  

Nie, na prezent.

Bardzo dobry wybór. - Yvette wyjęła z kieszeni notatnik cyfrowy. - Dla kobiety

czy dla mężczyzny?

Dla kobiety.

Mogłaby   pani   podać   trzy   główne   cechy   charakteru   tej   pani?   Na   przykład

odważna, nieśmiała romantyczna.

Inteligentna – zaczęła Eve, myśląc o doktor Mirze. - Wrażliwa, sumienna.

Doskonale. A teraz kilka cech fizycznych.

Średniego wzrostu, szczupła, włosy brązowe, oczy niebieskie, jasna cera.

Dobrze. - jak w policyjnym raporcie, pomyślała z niechęcią dziewczyna. - Jaki

background image

odcień brązu mają włosy? I jaką nosi fryzurę?

Eve   gwałtownie   wciągnęła   powietrze.   Te   świąteczne   zakupy   to   istna   męka.

Wysilając wyobraźnię, podała w miarę szczegółowy portret czołowego policyjnego

psychiatry.

Kiedy do salonu weszła Peabody, Eve zdążyła już wybrać odpowiedni flakonik i

czekała, aż Simon przegra listę klientek na dyskietkę.

Znowu coś pani wybrała.

Nie wybrałam, tylko kupiłam.

Czy mamy to pani przesłać do domu czy do biura?

Do domu.

Zapakować?

A niech to. Tak, tak, zapakować. Co z tą listą, Simonie?

Jedną   chwileczkę,   poruczniku.   -   Podniósł   na   nią   rozjaśniony   wzrok.   -   tak   się

cieszę,   że   mogliśmy   pani   pomóc.   -   Wsunął   wydruk   i   dyskietkę   do   złotek

reklamówki. - Włożyłem tam kilka próbek. Myślę, że się pani spodobają – rzekł,

wręczając   Eve   torbę.   -   mam   nadzieję,   że   będzie   mnie   pani   informować   o

przebiegu   śledztwa.   Proszę   nas   jeszcze   odwiedzić.   Bardzo   chciałbym   z   panią

popracować.

background image

Rozdział 6

Piątą Aleją płynął tłum ludzi: wypełniał chodniku, skrzyżowania, kłębił się przy

wystawach sklepowych, a wszystko po to, by zrobić świąteczne zakupy.

Ci, którzy już kupili, przepychali się łokciami, obładowani niczym muły, by podjąć

walkę o zdobycie taksówki.

 Na niebie unosiły się sterowce reklamowe, zachęcające do uczestniczenia w tym

przedświątecznym szaleństwie, oferując super niskie ceny i nadzwyczajne towary.

Oni  chyba  powariowali  – stwierdziła  Eve,  patrząc  na pędzących  do  maksibusa

ludzi.

Pani też przecież robiła niedawno zakupy.

W cywilizowany sposób.

Peabody wzruszyła ramionami.

Lubię tę przedświąteczną gorączkę.

W takim razie uszczęśliwię cię, bo wysiadamy.

Tutaj?

Dalej nie da rady. - Eve zaparkowała na rogu Piątej i Pięćdziesiątej Pierwszej. -

Sklep jubilerski jest kilka przecznic dalej. Prędzej dotrzemy tam pieszo.

Peabody   wygramoliła   się   z   wozu   i   dogoniła   Eve   dopiero   na   skrzyżowaniu.

Lodowaty   wiatr   hulał   po   ulicy   i   chłostał   twarze   przechodniów,   barwiąc   nosy   na

czerwono.

background image

Nienawidzę tego tłumu – mruknęła Eve. - Połowa tych ludzi nawet tu nie mieszka.

Schodzą się tu cholera wie skąd i blokują ulice.

Za to dostarczają gospodarce furę pieniędzy.

Powodują korki i wypadki uliczne, popełniają wykroczenia. Spróbuj dostać się o

szóstej wieczorem do śródmieścia. To koszmar.

Ze zmarszczonymi brwiami minęła strumień pary unoszący się z ruchomego grilla.

Nagle   posłyszała   jakiś   krzyk.   Spojrzała   w   tę   stronę   i   zobaczyła   jak   uliczny

złodziejaszek na rolkach wpada między dwie kobiety, wyrywa im torebki i torby z

zakupami, po czym znika w tłumie.

Pani porucznik.

Tak, widzę go.

Złodziej z triumfalnym uśmieszkiem wymijał przechodniów, którzy usuwali mu

się z drogi. Manewrował, kluczył, by zmylić ewentualny pościg, na koniec zatoczył

koło   i   znalazł   się   z   prawej   strony   Eve.   Ich   oczy     spotkały   się   na   moment.   Jego

błyszczące z podniecenia, jej były chłodne i skupione. Eve obróciła się i wymierzyła

mu   krótki   cios   pięścią.   W   tym   miejscu   nie   było   dużego   tłoku,   sądziła   więc,   że

złodziej przeleci jakieś dziesięć stóp. Tymczasem zahaczył o grupę ludzi i wylądował

na chodniku z kręcącymi się rolkami w górze. Z nosa leciała mu krew.

Sprawdź, czy nie ma w pobliżu jakiegoś patrolu, który zająłby się tym gnojkiem. -

Eve rozprostowała  palce i poruszyła ramieniem. Kiedy złodziej zaczął jęczeć i

wiercić się, bez ceremonii postawiła mu stopę na brzuchu. - Wiesz co, Peabody,

teraz czuję cię znacznie lepiej.

background image

Eve   doszła   do   wniosku,   że   obezwładnienie   złodzieja   było   najbardziej   udanym

punktem dnia. U jubilera niczego się nie dowiedziała. Ani on, ani jego pomocnik o

smutnej twarzy nie potrafili niczego powiedzieć o kliencie, który zapłacił gotówka za

broszkę   z   turkawkami.   W   okresie   przedświątecznym   jest   taki   ruch,   że   trudno

pamiętać wszystkich kupujących.

  Eve zaproponowała, by jubiler wysilił pamięć i skontaktował się z nią, gdy coś

sobie przypomni. Ku niezadowoleniu Peabody nabyła miedziany łańcuszek na ucho

dla Leonarda, kochanka Mavis.

Złap jakiś transport, jedź do mnie do domu i pomóż McNabowi.

Już bym wolała dostać od pani w gębę.

Do   roboty,   Peabody.   Jadę   teraz   do   centrali.   Muszę   zdać   raport   Whitneyowi   i

spotkać   się  z Mirą.  Mogłaby  już  zacząć  pracę  nad portretem  psychologicznym

mordercy.

Pewnie po drodze zgarnie pani jeszcze kilka prezentów.

Eve zatrzymała się przy swoim wozie.

Czy to ma być złośliwa uwaga?

Chyba nie. Po prostu pomyślałam, co myślę.

Znajdź mi jakiś wspólny punkt łączący te listy, bo inaczej zaczniemy przepytywać

samotnych.

Peabody ruszyła w stronę Piątej, by złapać maksibus jadący do śródmieścia, a Eve

włączyła   widokom   w   samochodzie,   by   sprawdzić   ostatnie   połączenia.   Pierwsza

wiadomość   była   od   Nadine.   Słuchała   przez   chwilę   rozgorączkowanego   głosu

background image

dziennikarki i postanowiła dłużej jej nie dręczyć.

Przestań jęczeć, Nadine.

O Boże, Dallas, gdzie ty się podziewałaś?

Pilnuję porządku w mieście.

Słuchaj, jest jeszcze czas, by wstawić coś do popołudniowych wiadomości. Uchyl

przynajmniej rąbka tajemnicy.

Właśnie przygwoździłam wydrę na Piątej.

Nie   żartuj   sobie.   Mam   nóż   na   gardle.   Jaki   jest   związek   między   tymi   dwoma

morderstwami?

Jakimi   morderstwami?   Mamy   dużo   ciał   o   tej   porze   roku.   Boże   Narodzenie

wywołuje w ludziach ducha szaleństwa.

Nadine prychnęła gniewnie.

Hawley i Greenbalm. Daj spokój, Dallas. Obie kobiety skrępowano. Tyle wiem.

Prowadzisz   sprawę   jednej   i   drugiej.   Słyszałam,   że   ofiary   zostały   zgwałcone.

Możesz to potwierdzić?

Policja tym razem ani nie potwierdza ani nie zaprzecza.

Zgwałcono je?

Bez komentarza.

Do diabła, czemu jesteś taka twarda?

Nie   mam   teraz   czasu.   Usiłuję   powstrzymać   zabójcę,   Nadine,   i   mało   mnie

obchodzi oglądalność Kanału  75.

Myślałam, że jesteśmy kumpelkami.

Bo jesteśmy. I dlatego kiedy będę coś miała, ty pierwsza się o tym dowiesz.

background image

Oczy Nadine pojaśniały.

Będę miała wyłączność?

Nie blokuj mi wideokomu.

Wyłączność, Dallas. A teraz chociaż słówko. Mogę być w centrali przed pierwszą.

Nie. Dam ci znać, kiedy i gdzie, ale nie dzisiaj. Nie mam teraz czasu. - A czas

odgrywał   tu  kluczową   rolę.  Nikt   tak   szybko   jak  Nadine  nie  potrafił  zdobywać

wiadomości. - Poznałaś ostatnio kogoś ciekawego?

Chodzi ci o randkę? Nie, nikogo szczególnego.

A nie próbowałaś w agencji matrymonialnej?

Daj spokój. - Nadine zatrzepotała rzęsami, przyglądając się swoim paznokciom. -

Sama potrafię sobie znaleźć partnera.

Tak tylko myślałam. Podobno takie agencje są bardzo popularne. - Eve urwała i

obserwowała, jak w oczach Nadine pojawia się błysk. - Mogłabyś spróbować.

Może i tak. Dzięki. Muszę lecieć. Za pięć minut wchodzę na antenę.

Jeszcze jedno. Czy muszę kupować ci prezent gwiazdkowy?

Nadine uniosła brwi i uśmiechnęła się szeroko.

Naturalnie.

Niech to diabli! Tego się obawiałam.

Eve wyłączyła wideokom i wjechała do garażu policyjnego.

Po   drodze   do   biura   Whitneya   zatrzymała   się   przy   automacie   i   wybrała   baton

energetyczny   i   colę.   Łapczywie   pochłonęła   batonik,   popijając   go   słodkawym

napojem, skutkiem czego nie czuła się najlepiej , wchodząc do gabinetu komendanta.

Raport, poruczniku.

background image

Detektyw McNab z Sekcji Elektronicznej i moja asystentka rozpracowują dane w

moim   domowym   biurze.   Otrzymaliśmy   ze   „Szczęśliwego   Związku”   listę

partnerów   każdej   z   ofiar.   Mamy   nadzieję   znaleźć   wspólny   punkt.   Nadal

pracujemy nad spinką i broszką pozostawioną przez mordercę. Wiemy już, skąd

pochodzi tatuaż zrobiony na ciele ofiar.

Komendant   skinął   głową.   Był   potężnie   zbudowanym   mężczyzną   o   gładkiej

ciemnej   karnacji   i   zmęczonych   oczach.   Siedział   tyłem   do   okna,   za   którym   trwał

nieustanny ruch pojazdów wśród wznoszących się w górę strzelistych wieżowców. Z

drugiego okna można było dostrzec pracujących w biurach ludzi. Eve wiedziała,że

gdyby   podeszła   bliżej   i   spojrzała   w   dół,   zobaczyłaby   ulicę   i   spieszących   dokądś

przechodniów.  Tyle bezbronnych istnień narażonych na czyhające zło.

Pomyślała, jak zwykle, że woli już swoją klitkę z ograniczonym widokiem.

Wie pani, ilu turystów przybywa do miasta przed świętami?

Nie, sir.

Dziś rano burmistrz przedstawił mi liczby i oświadczył, że miasto nie może sobie

pozwolić na seryjnego mordercę i utratę zysków. - Uśmiechnął się blado. - Nie

sądzę,   by   przemawiała   przez   niego   troska   o   mieszkańców,   których   gwałci   się,

krępuje, a potem morduje, lecz obawa przed skutkami, jakie taka sprawa może

wywołać, jeśli media ją rozdmuchają.

Media na razie o niczym nie wiedzą.

Ile czasu nam zostało? - Whitney odchylił się w fotelu, nie spuszczając wzroku z

Eve.

Może kilka dnie. Kanał 75 już wywąchał, że to zbrodnie na tle seksualnym, ale nic

background image

poza tym.

Może uda nam się pozostać przy tej wersji. Jak pani myśli, kiedy znów uderzy?

Dziś wieczorem. Najpóźniej jutro. - i nie ma sposobu, by go powstrzymać, dodała

w myślach, i Whitney o tym wie.

Jedynym śladem jest agencja matrymonialna, tak?

Tak, sir. Na razie. Nie mamy dowodów na to, że ofiary się znały. Mieszkały w

różnych dzielnicach i obracały się w różnych kręgach. Fizycznie też nie były do

siebie podobne.

Umilkła, czekając na reakcje komendanta, lecz on milczał.

Zamierzam skonsultować się z Mirą – mówiła dalej. - Sądzę jednak, że morderca

określił już swoje metody działania i cel: dwanaście ofiar do końca roku. Zostały

mu niecałe dwa tygodnie, musi więc szybko działać.

Pani też.

Tak   jest,   sir.   Potencjalne   ofiary   to   klientki   „Szczęśliwego   Związku”.

Zidentyfikowaliśmy też kosmetyki. Nie są powszechnie dostępne. - Odetchnęła

głęboko. - Wiedział, że je zidentyfikujemy. Rozmyślnie ich użył. Poza tym nie

zostawił   żadnych   śladów.   Jeśli   w   ciągu   dwudziestu   czterech   godzin   nie

znajdziemy   jakiegoś   punktu   zaczepienia,   będziemy   musieli   poprosić   o   pomoc

media.

I   co   im   powiemy?   Jeśli   zobaczycie   grubego   faceta   w   czerwonym   kaftanie,

dzwońcie na policję? - Komendant odepchnął się od biurka. - Znajdźcie coś. Nie

chce mieć pod choinką dwunastu trupów.

Po wyjściu od Whitneya Eve wyciągnęła podręczny Widokom.

background image

McNab, zrób mi przyjemność.

Robię, co mogę, poruczniku – odparł. W ręku trzymał kawałek pizzy z ananasem.

- Jestem już bliski wykluczenia eks -męża pierwszej ofiary. W dniu morderstwa

był   na   meczu   piłko   halowej   z   trójką   przyjaciół.   Peabody   właśnie   sprawdza   tę

trójkę,   ale   wyglądają   na   czystych.   Sprawdziłem   też   wszystkie   rezerwacje   na

przelot   do   Nowego   Jorku.   Facet   nie   był   na   Wschodnim   Wybrzeżu   od   ponad

dwóch lat.

Jeden z głowy – mruknęła Eve, wskakując na ruchomą platformę. - Jeszcze coś?

Żadne   z   nazwisk   z   listy   Hawley   nie   pokrywa   się   z   nazwiskami   partnerów

Greenbalm, ale analizuję jeszcze odciski palców i próbki głosowe, by się upewnić,

czy nikt tu niczego nie sfałszował.

Dobry pomysł.

Dwie   osoby   z   listy   Hawley   wyglądają   na   czyste.   Muszę   jeszcze   się   w   tym

upewnić, ale mają alibi. Teraz zabiera,m się do listy Greenbalm.

Przejrzyj   najpierw   listę   nabywców   kosmetyków.   -   Przeczesała   palcami   włosy,

zeskoczyła z ruchomej platformy i weszła do windy. - Będę w domu za jakieś

dwie godziny.

Wysiadła z windy, pokonała niewielki korytarz i weszła do biura Miry. Stanowisko

sekretarki było puste, a drzwi do gabinetu Miry uchylone. Eve zajrzała do środka i

zobaczyła, że Mira przegląda jakieś dane na wideokomie i je kanapkę.

Rzadko się zdarzało, żeby coś uszło uwagi Miry. Dostrzegała prawie wszystko.

Czasami nawet zbyt dużo, pomyślała Eve.

Często   zastanawiała   się   nad   tym,   jak   mogły   się   zaprzyjaźnić.   Ceniła   sobie

background image

ogromną wiedzę Miry, czasami jednak czuła się w jej obecności skrępowana.

Mira   była   drobną   kobietą   o   zgrabnej   sylwetce,   miękkich   brązowych   włosach   i

pięknej twarzy. Ubierała się w gładkie kostiumy w stonowanych kolorach. Według

Eve   miała   w   sobie   wszystkie   cechy   prawdziwej   damy:   godność,   elegancję   i

nienaganny sposób wysławiania się.

Obcowanie z wszelkiego rodzaju zaburzeniami psychicznymi, skłonnościami do

przemocy   i   zboczeniami   nie   zburzyło   jej   wewnętrznego   spokoju   i   ciepła.

Opracowywane   przez   nią   profile   szaleńców   i   morderców   ceniła   sobie   zarówno

nowojorska policja, jak i Departament Bezpieczeństwa.

Eve na tyle długo stała w drzwiach, by Mira wyczuła jej obecność. Odwróciła się i

w jej oczach błysnął uśmiech.

Nie chciałam ci przeszkadzać, ale nie ma twojej sekretarki.

Poszła na lunch. Wejdź i zamknij drzwi. Spodziewałam się ciebie.

Eve spojrzała na kanapkę w ręku Miry.

Przeszkadzam ci w przerwie.

Gliny i lekarze mają przerwy tylko wtedy, kiedy znajdą na nie czas. Zjesz coś?

Nie, dzięki.

Wciąż czuła w żołądku batonik. Pewnie zbyt długo przeleżał w automacie.

Mira wstała i mimo odmownej odpowiedzi Eve zaprogramowała dla niej herbatę.

Należało to do rytuału ich spotkań, z którym Eve zdążyła się już pogodzić, chociaż

nie przepadała za owocową herbatą.

Przejrzałam dane, które mi przesłałaś, i kopie raportów. Jutro dostaniesz gotowy

profil psychologiczny.

background image

A co dziś możesz mi powiedzieć?

Pewnie niewiele więcej, niż sama wiesz.

Mira   usiadła   na   jednym   z   niebieskich   foteli,   podobnych   do   tych,   jakie   stały   w

salonie Simona, i pomyślała, że Eve mizernie wygląda. Nie powinna jeszcze wracać

do czynnej służby. Jednak tę opinię zatrzymała dla siebie.

Osoba,   której   szukasz   jest   prawdopodobnie   mężczyzną   między   trzydziestką   a

pięćdziesiątką   piątką   –   zaczęła.   -   Jest   zorganizowany,   przebiegły   i   opanowany.

Lubi zwracać na siebie uwagę i jest     przekonany, że zasługuje na to, by być w

centrum   zainteresowania.   Może   mieć   aspiracje   aktorskie   lub   też   znać   ludzi   z

kręgów artystycznych.

Popisywał się przed kamerą, robił do niej miny.

Właśnie – przytaknęła Mira. - Kostium i rekwizyty nie są dla niego narzędziami

pracy. Nie jest to również forma kamuflażu. Uważa ten kostium za chytry podstęp

o ironicznym wydźwięku. Zastanawiam się, czy okrucieństwo też jest dla niego

formą   ironii.   -   Odetchnęła,   zmieniła   pozycję   i   wypiła   łyk   herbaty.   Gdyby

wiedziała, że Eve wypije swoją herbatę, dodała do niej porcję witamin. - Całkiem

możliwe.   Wydaje   mi   się,   że   to   przedstawienie.   Przygotowuje   się   do   niego

niezwykle starannie. Jest tchórzem, ale ostrożnym. 

Oni wszyscy są tchórzami – stwierdziła Eve.

To ty tak uważasz. Według ciebie pozbawić kogoś życia można tylko w obronie

innego życia. Uważasz morderstwo za szczyt tchórzostwa. Myślę jednak, że on

zdaje sobie sprawę ze swoich obaw. Odurza swoje ofiary nie po ot, by oszczędzić

im bólu, lecz by się nie broniły i nie pokonały go fizycznie. Najpierw wszystko

background image

przygotowuje. Kładzie je na łóżku, krepuje i potem dopiero rwie na nich ubranie,

lecz robi to spokojnie, bez gniewu. Zanim posunie się dalej, upewnia się, że nic

mu z ich strony nie grozi. Działa, kiedy są całkowicie bez mocy.

Potem je gwałci.

Tak, kiedy są nagie i bezbronne. Gdyby były wolne, odepchnęłyby go. On o tym

wie, bo tego doświadczył. A tak może być panem sytuacji. Chcę jednak, żeby były

tego świadome, żeby mogły go widzieć, żeby wiedziały, że jest od nich silniejszy,

żeby walczyły, lecz nie mogły uciec.

Eve   poczuła   gwałtowny   skurcz   w   żołądku,   bo   odżyły   nagle   wspomnienia     z

dzieciństwa.

Gwałt to zawsze przemoc.

Tak.

Mira wyczuwała, co dzieje się z Eve. Miała ochotę uścisnąć jej rękę. Rozumiała to

i dlatego się powstrzymała.

Wiąże je, bo to takie intymne, to jakby przedłużenie aktu seksualnego. Dłonie na

gardle, bliskość.

Mira uśmiechnęła się.

Jak daleko doszłaś we wnioskach?

 Nieważne. Po prostu potwierdzasz moje przypuszczenia.

Idźmy   więc   dalej.   Łańcuch   choinkowy   to   ozdoba.   Kolejny   rekwizyt

przedstawienia   o   ironicznym   wydźwięku.  Te   kobiety   są   prezentami,   które   sam

sobie sprawia. Boże Narodzenie może mieć dla niego jakieś osobiste znaczenie,

może też coś symbolizować.

background image

A   co   oznacza   przewrócona   choinka   i   potłuczone   bombki?   -   spytała   Eve.

Wzruszyła ramionami, bo Mira uniosła tylko brew. - Niszcząc bombki w kształcie

aniołków, niszczy jednocześnie czystość, którą symbolizują.

To by do niego pasowało.

A makijaż i tatuaż?

Jest romantykiem.

Romantykiem?

Tak. Ma romantyczną naturę. To są jego miłości, naznacza je i upiększa, zanim je

opuści. W przeciwnym razie stałyby się nic niewartym podarunkiem.

Czy on je zna?

Tak,   myślę,   że   tak.  Ale   czy   one   go   znają,   to   inna   sprawa.   On   obserwował   je,

wybierał   spośród   innych.   Przez   jakiś   czas   należały   do   niego,   były   jego

miłościami. Nie okalecza ich – dodała, pochylając się w przód – tylko ozdabia i

upiększa. W sposób artystyczny, wkładając w to całe serce. Kiedy przedstawienie

dobiega   końca,   trzeba   wszystko   uprzątnąć.   Spryskuje   więc   ciało   środkiem

dezynfekcyjnym,   oczyszcza   siebie.   Myje   się,   zeskrobuje   z   siebie   bród,   jaki   po

nich pozostał. Kiedy wychodzi, jest szczęśliwy. Zwyciężył. Teraz nadszedł czas,

aby przygotować się do następnego przedstawienia.

Hawley i Greenbalm nie były do siebie podobne. Różniły się zarówno urodą, jak i

stylem życia, zwyczajami, pracą.

Ale   miały   coś   wspólnego   –   weszła   jej   w   słowo   Mira.   -   Obie   były   samotne   i

zdecydowane zapłacić za pomoc w znalezieniu partnera.

...Ich prawdziwej miłości. - Eve odstawiła na biurko nie tkniętą herbatę. - Dzięki.  

background image

Mam nadzieję, że wróciłaś do zdrowia. - Domyślając się, że Eve zamierza wyjść,

Mira spróbowała podejść ją z innej strony. - Dobrze się czujesz?

Tak.

Nieprawda, pomyślała Mira.

Dwa czy trzy tygodnie odpoczynku, to zbyt mało jak na tak poważne rany.

Najlepiej odpoczywam w pracy.

Wiedziałam, że tak powiesz – uśmiechnęła się Mira. - Załatwiłaś już świąteczne

zakupy?

Eve miała ochotę wstać z fotela.

Kupiłam już kilka prezentów.

Pewnie trudno będzie ci znaleźć coś interesującego dla Roarke'a.

Ty mi to mówisz?

Jestem pewna, że znajdziesz coś wyjątkowego. Nikt nie zna Roarke'a lepiej od

ciebie.

I tak, i nie. - Te myśli nie dawały jej spokoju, toteż słowa same popłynęły jej z ust.

- Szykuje całe to świąteczne przedstawienie, z przyjęciem i choinkami. Myślałam,

że wręczymy sobie prezenty i będziemy mieć to z głowy.

Żadne z was nie ma wspomnień z dzieciństwa związanych ze świętami Bożego

Narodzenia.   Nie   znacie   tego   uczucia   niecierpliwości   i   oczekiwania   na   to,   co

przyniesie świąteczny poranek. Zachwytu na widok pięknie ubranego drzewka i

kolorowych pudełek pod choinką. Wygląda na to, że Roarke chce stworzyć takie

wspomnienia. Znając go, jestem pewna, że będą niezwykłe – dodała ze śmiechem.

Zamówił dla nas las choinek.

background image

Pozwól sobie na to uczucie oczekiwania i zachwytu. Będzie to prezent dla was

obojga.

Roarke nie daje mi innego wyboru. - Zniecierpliwiona wstała z fotela. - Dziękuję

za pomoc.

Jeszcze jedno, Eve. - Mira również podniosła się z miejsca. - on jest groźny tylko

dla   osoby,   która   wybierze.   Nie   morduje   na   oślep,   bez   określonego   celu.   Nie

potrafię jednak powiedzieć, czy i kiedy tego zaniecha i z jakiego powodu. 

Myślałam o tym. Będziemy w kontakcie.

Kiedy weszła do domowego biura, Peabody i McNab kłócili się. Siedzieli przy

komputerze i warczeli na siebie niczym para buldogów. W innej sytuacji ubawiłaby ją

taka scena, dziś jednak wywołała tylko irytację.

Dość tego – warknęła. Odwrócili ku niej rozognione twarze. - Meldujcie.

Zaczęli   mówić   jedno   przez   drugie,   a   Eve   poczuła,   że   za   chwilę   wybuchnie,   i

zazgrzytała zębami. Oboje natychmiast zamilkli.

Peabody.

Asystentka rzuciła triumfalne spojrzenie McNabowi.

Trzy nazwiska występują jednocześnie na dwóch listach: nabywców kosmetyków

i partnerów obu ofiar – wyrecytowała. - Dwa z nich są z listy Hawley, jedno z

listy   Greenbalm.   Partner   Hawley   i   partner   Greenbalm   zakupili   zestaw

kosmetyków, od kremów po tusze do rzęs. Trzeci z listy Hawley nabył kredki do

background image

oczu i brwi i dwie szminki. Wiemy już, jaką pomadkę miała na ustach Greenbalm.

Koral Kupidyna. Wszyscy trzej kupili ten odcień.

Ale   jest   jeden   problem.   -   McNab   uniósł   w   górę   palec   jak   nauczyciel

powstrzymujący nadgorliwego ucznia. - Tę pomadkę i tusz do rzęs Brąz Piżmowy

można dostać w próbkach reklamowych. Panie też je dostała – dodał, wskazując

na stół, gdzie leżały kosmetyki, które Eve otrzymała w salonie.

Nie możemy sprawdzać każdej próbki – powiedziała Peabody tonem, w którym

czaiła się groźba. - mamy trzy nazwiska i od nich trzeba zacząć.

Cień do powiek  Mgła nad Londynek, którym  pomalowano  Hawley, to  jeden  z

najdroższych produktów i nie ma go w próbkach. Jest sprzedawany oddzielnie lub

w luksusowym zestawie. Jeśli prześledzimy jego drogę, będziemy bliżej celu.

A może ten sukinsyn zwędził cień, kiedy kupował inne kosmetyki – powiedziała

Peabody do McNaba. - Chcesz sprawdzać każdego złodzieja w mieście? 

To jedyny kosmetyk, którego nie możemy sprawdzić. A więc możemy go znaleźć.

Gdyby Eve ich nie rozdzieliła, skoczyliby sobie do oczu.

Ani   słowa,   bo   staniecie   do   raportu.   Oboje   macie   rację.   Porozmawiamy   z   tymi

trzema osobami i poszukamy tego mazidła. Peabody, bierz te nazwiska, idź do

wozu i poczekaj tam na mnie.

Peabody   nie   musiała   nic   mówić.   Płonący   wzrok   i   sztywny   kark   były   aż   nadto

wymowne. Jak tylko wyszła, McNab wsunął ręce do kieszeni. Już miał zamiar coś

powiedzieć, lecz powstrzymało go ostrzegawcze spojrzenie Eve.

Przejrzyj jeszcze raz listę klientów i personelu „Szczęśliwego Związku”. Sprawdź,

kto kupił ten cie do powiek, a także inne kosmetyki, którymi pomalowano ofiary. -

background image

Uniosła brwi. - Powiedz: „Tak jest, poruczniku Dallas”.

Westchnął cicho.

Tak jest, poruczniku Dallas.

I przestań się nadymać – dodała wychodząc.

Baby – mruknął.

Kątem oka dostrzegł jakiś ruch. W drzwiach prowadzących do drugiego biura stał

Roarke z uśmiechem na ustach.

Wspaniałe istoty, prawda? - spytał, wchodząc do pokoju.

Nie dla mnie.

Ale okrzykną cię bohaterem, jeśli skojarzysz produkt z właściwym nazwiskiem. -

Podszedł do komputera i przebiegł wzrokiem listy osób i dokumenty, które, o czy

obaj wiedzieli, należały do policji. - Mam trochę czasu. Pomóc ci?

Ale ja.. - McNab spojrzał w stronę drzwi.

Nie przejmuj się panią porucznik – uspokoił go Roarke i usiadł przy  komputerze.

- Biorę to na siebie.

Donnie   Ray   Michael   otworzył   drzwi,   ubrany   w   zniszczony   brązowy   płaszcz

kąpielowy. W nosie miał srebrny kolczyk z zielonym kaboszonem, trochę mętne oczy

barwy orzecha i jasnożółte włosy.

Przejrzał   się   odznace   policyjnej,   ziewnął   szeroko,   buchając   na   Eve   ciężkim

oddechem i podrapał się pod pachą.

background image

Czego?

Donnie Ray? Masz chwilkę czasu?

Mam mnóstwo czasu, ale o co chodzi?

Powiem ci, jak nas wpuścisz i przepłuczesz sobie gardło co najmniej litrem płynu

do ust.

Zaczerwienił się i cofnął.

Spałem. Nie spodziewałam się gości. Zwłaszcza glin. - Machnięciem ręki zaprosił

je do środka i zniknął w korytarzu.

Mieszkanie wyglądało  niczym chlew. Wszędzie walały się jakieś ubrania,puszki,

przepełnione   popielniczki,   a   na   podłodze   stosy   dyskietek.   W   rogu   pokoju,   obok

wytartej kanapy, stała wieża muzyczna i błyszczący saksofon.

Eve   poczuła   w   powietrzu   zapach   starej   cebuli   i   jakiegoś   nielegalnego   środka

odurzającego.

gdybyśmy uznały, że konieczne jest przeszukanie, miałybyśmy ku temu powody.

Jakie? Podejrzenie o toksyczne odpady?

Eve kopnęła coś, co wyglądało na slipy.

Pali pewnie Zonera przed snem na uspokojenie. Czuć go w powietrzu.

Peabody pociągnęła nosem.

Czuje tylko pot i cebulę.

To również.

W tym momencie pojawił się gospodarz. Wzrok miał już przytomniejszy, a twarz

musiała ochlapać zimną wodą, bo była czerwona i wilgotna.

Przepraszam za bałagan. Android ma wychodne. W czym rzecz?

background image

Czy znasz Mariannę Hawley? 

Mariannę? - Zmarszczył brwi. - Nie wiem. A powinienem?

Spotkałeś się z nią za pośrednictwem „Szczęśliwego Związku”.

A o to chodzi. - kopnął na bok części ubrania i opadł na fotel.- Tak. Wpadłem tam

przed kilkoma miesiącami. Byłem w potrzebie. - Uśmiechnął się lekko, po czym

wzruszył ramionami. - Marianna.  Czy to nie ta duża, ruda... Nie, to była Tanya.

Wpadliśmy sobie w oko, ale przeprowadziła się do Albuquerque. A tam nie ma z

czego żyć.

Pytam o Mariannę, Donnie Ray. Szczupła brunetka, zielone oczy.

Tak, ta, teraz sobie przypominam. Słodka dziewczyna. Nie wyszło nam. Było w

tym   więcej   siostrzanej   sympatii.   Przyszła   do   klubu,   posłuchała   jak   gram,

wypiliśmy parę drinków. Ale o co chodzi?

Nie oglądasz telewizji, nie czytasz gazet?

Nie, od kiedy mam stały angaż. Gramy z kapelą w „Imperium”. Przez ostatnie

trzy tygodnie pracowałem od dziesiątej do czwartej.

Przez siedem wieczorów?

Nie, przez pięć. Jeśli grasz przez siedem, tracisz ostrość.

A we wtorki?

Wtorki mam wolne. Poniedziałki i wtorki. - W jego oczach pojawiła się nagłe

skupienie. - W czym rzecz?

Marianna   Hawley   została   zamordowana   we   wtorek   wieczorem.   Masz   alibi   na

wtorek od dziewiątej do północy?

O cholera! Zamordowana? Jezu! - Zerwał się z fotela, depcząc lezące na podłodze

background image

przedmioty. - Kurczę, to przykre. To była taka kochana dziewczyna.

Chciałeś, żeby była twoją ukochaną? Twoją miłością?

Znieruchomiał.   Eve   zauważyła,   że   wcale   nie   wygląda   na   przestraszonego   czy

rozgniewanego, lecz raczej na zmartwionego.

Wypiliśmy   tylko   kilka   drinków,   pogadaliśmy.   Namawiałem   ją   na   coś

mocniejszego, ale nie chciała. Lubiłem ją. Nie można było jej nie lubić.

Przetarł dłońmi oczy, po czym wsunął palce we włosy.

To było pół roku temu, może więcej. Od tego czasu jej nie widziałem Co jej się

stało?

Wtorek wieczorem, Donnie Ray.

Wtorek? - Ukrył twarz w dłoniach. - Nie wiem. Skąd mogę to pamiętać? Pewnie

wpadłem do kilku klubów. Muszę pomyśleć.

Zamknął oczy, odetchnął parę razy.

We wtorek poszedłem do szalonego Charliego posłuchać nowej kapeli.

Sam?

Zaczęliśmy   rundę   w   kilka   osób.   Nie   pamiętam,   kto   w   końcu   wylądował   u

Charliego. Miałem nieźle w czubie.

Powiedz   mi,   po   co   kupiłeś   cały   zestaw   Natural   Perfection?   Nie   wyglądasz   na

faceta, który się maluje? - spytała Eve.

Spojrzał na nią zaskoczony i ponownie opadł na fotel.

A co to, u diabła jest?

Powinieneś   wiedzieć.  Wydałeś   na   to   ponad   dwa   tysiące.   Chodzi   o   kosmetyki,

Donnie Ray.

background image

Kosmetyki.   -   Wsunął   palce   we   włosy.   -   O   cholera,   tak.   Kolorowe   mazidła.

Kupiłem matce na urodziny.

Wydałeś   dwa   patole   na   prezent   dla   matki?   -   spytała   z   niedowierzaniem   Eve,

omiatając wzrokiem nędzny pokój.

Moja matka jest super. Stary rzucił ją, kiedy byłem dzieckiem. Harowała jak wół,

żeby zapewnić mi dach nad głową i opłacić lekcje muzyki. - Wskazał głową na

saksofon.   -   Mam   niezły   szmal   z   tego   dmuchania.  Teraz   płacę   za   jej   dach   nad

głową w  Conecticut. Przyzwoity  dom, w przyzwoitej  dzielnicy. To wszystko  –

powiódł ręką po pokoju – nic dla mnie nie znaczy. Ja tu tylko kimam.

A co byś powiedział na to, gdybym spytała ją, co dostała od swojego synka na

urodziny?

Nie widzę przeszkód. - Bez wahania wskazał Widokom stojący na stoliku przy

ścianie. - jej numer jest zaprogramowany. Tylko zróbcie mi łaskę: nie mówcie, że

jesteście   glinami.  Przestraszy   się.  Powiedzcie,  że  przeprowadzacie  ankietę,   czy

coś w tym rodzaju.

Peabody, zdejmij mundur i połącz się z jego mamą. - Eve usunęła się poza zasięg

ekranu   i   przysiadła   na   oparciu   fotela.   -   Rudy   ze   „Szczęśliwego   Związku”

opracowywał twój portret?

Nie, najpierw ze mną rozmawiał. Pewnie wszyscy przez to przechodzą. To taki

wywiad.   Potem   było   spotkanie   z   jakimś   gościem.   Pytał   mnie,   jakie   lubię

rozrywki, o czum marzę, jaki jest mój ulubiony kolor. Zrobili mi także badania, by

sprawdzić, czy jestem czysty.

Nie wykryli śladów Zonera?

background image

Zmieszał się.

Nie. Byłem w porządku.

Założę się, że twoja matka chciałaby, żeby tak pozostało.

Pani   Michael   dostała   od   syna   na   urodziny   pełny   zestaw   Natural   Perfection.   -

Peabody   włożyła   mundur   i   uśmiechnęła   się   do   Donniego   Raya.   -   Była   bardzo

zadowolona z prezentu.

Piękna kobieta, prawda?

Rzeczywiście.

Jest super.

To właśnie powiedziała o tobie – odparła Peabody.

Kupiłem jej brylantowe kolczyki na gwiazdkę. To zaledwie małe odpryski, a ona

zasługuje na naprawdę duże, - Spojrzał z nagłym zainteresowaniem na Peabody. -

Byłaś kiedyś w „Imperium”?

Jeszcze nie.

Powinnaś wpaść. Niezła z nas kapela.

Może kiedyś zajrzę. - Zaraz jednak odchrząknęła, widząc groźne spojrzenie Eve. -

dziękuję za pomoc, panie Michael.

Zrób matce przyjemność, uładź tu trochę i odstaw Zonera – powiedziała Eve, idąc

w stronę drzwi.

Jasne – odpowiedział i mrugnął znacząco do Peabody.

Posterunkowa Peabody, flirtowanie z podejrzanymi jest zabronione.

On   właściwie   nie   jest   podejrzany.   -Peabody   obejrzała   się   przez   ramię.   -   I   był

naprawdę milutki.

background image

Dopóki nie potwierdzimy jego alibi, jest podejrzany. Poza tym to flejtuch.

Ale milutki.

Czekają nas jeszcze dwa spotkania, Peabody. Trzymaj więc hormony na wodzy,

Asystentka z westchnieniem wsiadła do wozu.

Ale to takie przyjemne, kiedy to one mnie trzymają.

Rozdział 7

Eve wróciła do domu w podłym nastroju. Rozmowy z potencjalnymi podejrzanymi

nie wniosły  do sprawy  nic nowego,  a w biurze nie zastała już McNaba, co tylko

pogorszyło jej humor. Na szczęście dla niego zostawił jednak wiadomość.

Poruczniku.   Wylogowałem   się   o   szesnastej   czterdzieści   pięć.   Lista   nazwisk   i

kosmetyków   w   pliku   sprawy,   podpunkt   D   w   „Dowodach  A”     Odkryłem   kilka

ciekawostek. Zarówno Piper, jak i Rudy figurują na liście nabywców cienia do

powiek,   Piper   jest   też   na   liście   pomadek.  Tak   na   marginesie   to   oboje   śpią   na

forsie.   Daleko   im   jednak   do   Roarke'a.   Ciekawe   jest   również   to,   że   wspólnie

zarządzają majątkiem. Raport również w tym pliku.

Wspólny   majątek,   pomyślała   Eve.   A   jej   się   wydawało,   że   to   Rudy   kieruje

background image

interesem.  To   on   podejmował   decyzję,   to   on   stał   za   pulpitem,   kiedy   u   nich   była.

Wygląda na to, że zarządza również majątkiem. Ma więc nad wszystkim kontrolę, ma

władzę, dostęp i możliwości.

Znalazłem jeszcze coś – ciągnął McNab. - Charles Monroe pojawia się dwa razy

na liście nabywców pomadki do ust. Początkowo nie zwróciłem na niego uwagi,

bo  podał  inne nazwisko na karcie zamówienia nowych kosmetyków. Załączam

dane na jego temat.

Eve zmarszczyła czoło. Instynkt kierował ją   ku Rudy'emu, wyglądało jednak na

to, że będzie musiała złożyć wizytę Charlesowi Monroe.

Spojrzała w stronę drzwi, prowadzących do biura Roarke'a, i zobaczyła w dole

smugę światła. Jest zajęty, będzie więc mogła coś sprawdzić.

Starając   się   zachowywać   możliwie   jak   najciszej,   poszła   schodami   na   górę   do

biblioteki, pilnując, by nie natknąć się na Summerseta.

Ściany   dwupoziomego   pomieszczenia     zastawione   były   książkami.   Nie   mogła

zrozumieć, jak ktoś, kto mógł pozwolić sobie na kupno małej planety, wolał książkę

nad wygodę czytania z ekranu.

Był to zapewne jeden z kaprysów Roarke'a, pomyślał, choć podobał jej się mocny

zapach   skórzanych   opraw   i   widok   błyszczących   grzbietów   stojących   rzędami   na

ciemnych mahoniowych półkach.

W bibliotece stały również wyściełane skórą kanapy i fotele w kolorze ciemnego

burgunda, mosiężne lampy z kolorowymi szklanymi abażurami i błyszczące politurą

szafy, wykonane przez rzemieślników z minionych stuleci.

Okno   zdobiły   rozsunięte   zasłony   i   szeroka   podokienna   ławeczka,   ozdobiona

background image

poduszkami   w   kolorach   harmonizujących   z   abażurami.   Podłogę   z   drewna

kasztanowego   pokrywały   zabytkowe   dywany   z   wymyślnymi   wzorami   w   kolorze

czerwonego wina. 

W   jednej   ze   staroświeckich   szaf   zainstalowano   najnowszej   generacji

wielozadaniowy   komputer,   lecz   wnętrze   sprawiało   wrażenie   staroświeckiego,

dostatniego i gustownego pomieszczenia.

Eve rzadko zaglądała do biblioteki, Roarke jednak był tu częstym gościem. Lubił

siadać   wieczorem   w   skórzanym   fotelu   z   kieliszkiem   brandy   i   książką   w   ręku.

Twierdził,   że   czytanie   go   uspokaja.   Nauczył   się   tego   jako   chłopiec   z   biednej

dzielnicy Dublina, kiedy znalazł w zaułku zniszczony tom z dziełami Yeatsa.

Podeszła do szafy i otworzyła drzwiczki inkrustowane lazurytem i malachitem.

Start – poleciła i obejrzała się przez ramię.- Przeszukanie biblioteki, wszystkie

sekcje dla „Yeats”.

Yeats Elizabeth, Yeats William Butler?

Zmarszczyła brwi i przeczesała palcami włosy

Skąd mam wiedzieć, u diabła? To jakiś irlandzki poeta.

Yeats   William   Butler,   potwierdzone.   Przeszukiwanie   regałów.   Wędrówki   Oisina,

sekcja D, półka pięć, Księżniczka Kasia, sekcja D...

Stop. Cofnij. Jakich książek tego gościa nie ma w bibliotece?

Przetwarzanie. Przeszukiwanie.

Pewnie są tu wszystkie jego książki. To był głupi pomysł, uznała, wsuwając ręce

do kieszeni.

Poruczniku.

background image

Omal nie wyskoczyła z butów. Obróciła się i spiorunowała wzrokiem Summerseta.

Co? Niech cię diabli! Nie znoszę takiego zaskakiwania.

Przyglądał   jej   się   w   milczeniu.   Wiedział,   że   nie   znosi,   kiedy   zjawia   się   tak

niepostrzeżenie i dlatego właśnie lubił to robić.

Może pomogę pani znaleźć książkę, chociaż nie przypuszczam, że czyta pani coś

poza raportami i opisami nietypowych zachowań.

Mam pełne prawo być tutaj – odpowiedziała, co nie tłumaczyło, czemu czuła się

w bibliotece jak intruz. - I nie potrzebuję twojej pomocy.

Wszystkie   dzieła   wybranego   autora,   Yeats   William   Butler,   znajdują   się   w

bibliotece. Podać lokalizację i tytuły?

Nie, do diabła. Wiedziałam, że tak będzie.

Yeats, poruczniku?  - spytał zaciekawiony  Summerset i wszedł  do  biblioteki za

Galahadem, który otarł się o nogi Eve, po czym wskoczył na ławeczkę pod oknem

i z miną zdobywcy utkwił wzrok w ciemności.

A bo co?

W odpowiedzi uniósł tylko brwi.

Czy interesują panią dramaty, zbiór poezji czy może konkretny wiersz?

A ty co, jesteś policją biblioteczną?

Te książki są bardzo cenne – odparł chłodno. - Wiele z nich to pierwsze wydania.

Wszystkie dzieła Yeatsa znajdzie pani również w komputerze. Myślę, że ta forma

będzie dla pani odpowiedniejsza.

Nie mam zamiaru czytać tego cholerstwa. Chciałam jedynie sprawdzić, czy jest

coś, czego on nie ma. To rzeczywiście głupie, bo ma wszystko. Cóż więc mam, do

background image

cholery, robić?

Z czym?

Z gwiazdką, kretynie. - Odwróciła sie gniewnie do komputera. - koniec.

Summerset zacisnął wargi, usiłując zrozumieć tok jej myślenia.

Chciałaby pani kupić Yeatsa dla Roarke'a na prezent gwiazdkowy.

Coś takiego chodzi mi po głowie.

Poruczniku – odezwał się, kiedy ruszyła do drzwi.

Co?

Denerwowało go, kiedy zrobiła lub powiedziała coś, co go uraziło, lecz nic na to

nie można było poradzić. Zawdzięczał jej życie. Ten prosty fakt sprawiał, że oboje

czuli się skrępowani. Może mógłby w jakimś minimalnym stopniu spłacić ten dług.

Nie ma jeszcze pierwszego wydania Celtyckiego Półmroku.

Wyraz rozdrażnienie na twarzy Eve ustąpił miejsca podejrzliwości.

Co to jest?

To zbiór celtyckich mitów i baśni.

Tego Yeatsa?

Tak.

Drzemiąca w niej ciemna strona miała ochotę wzruszyć ramionami i odejść. Ale

tego nie zrobiła, tylko wsunęła ręce do kieszeni i została.

Komputer powiedział, że jest wszystko.

To   prawda,   lecz   nie   pierwsze   wydanie.   Yeats   ma   dla   Roarke'a   szczególne

znaczenie.   Zapewne   wie   pani   o   tym.   Znam   pewnego   księgarza   z   Dublina.

Mógłbym się z nim skontaktować i zapytać, czy może to zdobyć.

background image

kupić – powiedziała dobitnie Eve. - nie ukraść. - Uśmiechnęła się lekko, widząc,

jak Summerset sztywnieje. - Znam te twoje kontakty. Wszystko musi być legalne.

O niczym innym nie myślałem. Ale to nie będzie tanie. - Tym razem to on się

uśmiechnął. - Z pewnością trzeba będzie dopłacić za zdobycie książki na czas,

skoro zwlekała pani z tym do ostatniej chwili.

Miała ochotę się skrzywić.

Jeśli ten twój znajomy może ją zdobyć, to się zgadzam. - Nie wiedziała, jak ma się

zachować, wzruszyła więc tylko ramionami i podziękowała.

Skinął sztywno głową, zaczekał, aż Eve wyjdzie, po czy uśmiechnął się.

Oto   do   czego   zmusza   miłość,   myślała   Eve.   To   ona   każe   jej   współpracować   z

największym utrapieniem w życiu. Jeśli ten sukinsyn zdobędzie książkę, będzie jego

dłużniczką. A to jest upokarzające, pomyślała z goryczą, wsiadając do windy.

Drzwi windy otworzyły się i stanął w nich Roarke z półuśmiechem na anielskiej

twarzy   i   radością   w   niebieskich   oczach.   Cóż   wobec   tego   znaczyło   drobne

upokorzenie?

Nie wiedziałem, że jesteś już w domu.

Miałam   coś   do   załatwienia   –   odparła   wymijająco.   -   Coś   taki   zadowolony?   -

spytała, przekrzywiając głowę.

Chwycił ją za rękę i wciągnął do pokoju.

Co o tym sądzisz?

Na szerokim parapecie okiennym, łączącym się z obramowaniem ich łóżka, stała

rozłożysta choinka, której czubek sięgał aż do sufitu.

Spora – stwierdziła Eve.

background image

Nie widziałaś jeszcze tej w salonie. Jest dwa razy większa.

Eve podeszła bliżej. Drzewko musiało mięć jakieś dziesięć stóp wysokości. Gdyby

się przewróciło,  rozgniotłoby ich jak pluskwy.

Mam nadzieję, że mocno się trzyma. - Pociągnęła nosem. - Pachnie jak w lesie.

Domyślam się, że będziemy wieszać na niej te wszystkie świecidełka.

Taki mam plan. - Roarke podszedł do Eve od tyłu, objął ją w tali i przyciągnął do

siebie. - Światełkami zajmę się później.

Ty?

To męska robota – odpowiedział, pieszcząc ustami jej kark.

Kto tak twierdzi?

Kobiety od wieków miały dość rozsądku, by się tym nie zajmować. Jesteś już

wolna, poruczniku?

Myślałam, że coś przegryzę i trochę popracuję. - jego usta muskały teraz płat jej

ucha.   Było   to   ekscytujące   wrażenie.   -   Chciałabym   też   sprawdzić,   czy   Mira

przesłała już portret psychologiczny.

Przymknęła oczy i odchyliła głowę, by miał lepszy dostęp. Kiedy ręce Roarke'a

powędrowały ku jej piersiom, poczuła zamęt w głowie.

Muszę też napisać raport. - Zaczął drażnić kciukami brodawki, rozpalając w niej

płomień pożądania.

Ale mam jeszcze trochę czasu – mruknęła, odwracając się do niego. Wsunęła mu

palce we włosy i przycisnęła wargi do jego ust.  

Zamruczał z zadowolenia i przesunął dłońmi wzdłuż jej pleców.

Chodź ze mną.

background image

Dokąd?

Skubnął jej dolną wargę.

Zobaczysz.   -   otoczył   Eve   ramieniem   i   poprowadził   do   windy.   -   Pokój

hologramowy – polecił, po czym pchnął żonę w róg i wszelkie protesty stłumił

oszałamiającymi pocałunkami.

Z sypialnią coś nie w porządku? - spytała, kiedy mogła już oddychać.

Mam inny pomysł – odparł i nie spuszczając z niej wzroku, wyciągnął z windy. -

program start.

Wielki   pusty   pokój,   ze   ścianami   przypominającymi   czarne   lustra,   zamigotał   i

zaczął się zmieniać. Najpierw poczuła aromatyczny dym, potem ostrą woń jakichś

kwiatów. Światła przygasły i zafalowały.

Pojawił się olbrzymi kamienny kominek z trzaskającym na nim ogniem, szerokie

okno z widokiem na stalowobłękitne góry i puszysty śnieg, połyskujący w świetle

księżyca,   gliniane   dzbany   z   bukietami   białych   i   rdzawych   kwiatów   oraz   morze

migoczących świec, białych jak śnieg i osadzonych w mosiężnych lichtarzach. Lustra

pod jej stopami zmieniły się w ciemną drewnianą podłogę.

Naczelne   miejsce   w   pokoju   zajmowało   olbrzymie   łoże   o   staroświeckich

wezgłowiach,   ozdobionych   wymyślnymi   okuciami   z   mosiądzu.   Przykrywała   je

jasnozłota narzuta, na tyle gruba i puszysta, by w niej zatonąć, i mnóstwo poduszek w

najróżniejszych kolorach. Wszystko zaś przykrywały białe płatki róż

O rany! - Ponownie spojrzała w okno. Widok potężnych szczytów i nie kończąca

się biała przestrzeń wywoływały dziwny skurcz gardła. - Co to za góry?

Symulacja Alp Szwajcarskich. - Uwielbiał obserwować jej reakcję na coś, czego

background image

nie   znała.   Najpierw   pojawiała   się   cechująca   glinę   ostrożność,   potem   kobiecy

zachwyt. - Nie mogę cię tam zabrać, więc musi wystarczyć obraz holograficzny.

Wziął do ręki futro leżące na brzegu krzesła.

Może byś to włożyła?

Co to jest? - spytała marszcząc brwi.

Futro.

Rzuciła mu ironiczne spojrzenie.

Wiem. Pytałam, z czego jest zrobione. Czy to norki?

Sobole. - Podszedł do niej. - Pomogę ci.

Już nie możesz się doczekać, co? - mruknęła, kiedy zaczął rozpinać jej koszulę.

Zdjął ją, po czym przesunął po nagich ramionach Eve.

Tak. Mam ochotę uwieść moją żonę.

Ogarnęła ją fala pożądania,

Nie potrzebuję tego.

Pocałował ją w ramię.

Ale ja tak. Usiądź.

Pchnął   ją   na   fotel,   by   móc   ściągnąć   buty,   potem   oparł   dłonie   na   poręczach,

pochylił się i przywarł do jej ust.

Całował   ją   z   subtelnością   i   finezją,   muskał   gorącymi   wargami,   językiem,

delikatnie drażnił zębami. Zadrżała i przylgnęła do niego. Tego właśnie pragnął, jej

uległości.

Postawił Eve na podłodze i rozpiął jej spodnie.

Nigdy nie przestanę cię pragnąć. - Zsunął spodnie i musnął palcami jej biodra. -

background image

Nigdy nie przestanę cię kochać. To uczucie nie ma granic.

Naga, przytuliła się do niego i ukryła twarz we włosach.

Zmieniłeś całe moje życie.

Trzymał Eve w ramionach, delektując się jej bliskością, po czym okrył ją futrem.

A ty moje.

Wziął ją na ręce i zaniósł na łóżko.

Wiedziała, że za chwilę doświadczy czegoś oszałamiającego, wszechogarniającego

i   cudownego.   Pragnęła   czuć   jego   pieszczoty,   ciepło   ciała,   tak   jak   pragnie   się

powietrza czy wody: instynktownie, zachłannie, jakby bez tego nie mogła żyć.

Zatracała   się   w   pieszczotach,   gotowa   dawać   i   brać.   Zanurzona   w   puszystej

miękkości łoża, z niecierpliwością oddawała pocałunki, czując, jak jej ciało powoli

się   rozpala.  Westchnęła   i   pomogła   mu   zdjąć   koszulę,   by   móc   poczuć   jego   ciało.

Delektowała   się   grą   twardych   mięśni,   jedwabistością   różanych   płatków,   chłodem

pościeli. Serce biło coraz szybciej a ciałem wstrząsały rozkoszne dreszcze. Intymny

nastrój potęgowało migotanie świec, blask księżyca i cichy trzask ognia na kominku.

Smakowała   i   dotykała,   oddając   pieszczotę   za   pieszczotę,   potęgując   rozkosz   i

poddając się fali wznoszącej ją na szczyt.

Kiedy   osiągnęła   spełnienie,   zadrżał,   po   czym   zsunął   się   wzdłuż   jej   ciała.

Przewracali się po łożu, splątani nogami. Twarz i włosy Eve tonęły w promieniach

światła, odbijały się w oczach, potęgując ich barwę. Obserwował, jak te oczy stają się

szkliste, kiedy cal po calu prowadził ją ku szczytowi.

Czuł na sobie silne, zwinne i dobrze znane dłonie Eve. Z jej ust wydobywały się

jęki rozkoszy, pieszcząc jego usta i ciało. Oddech Roarke'a stawał się coraz szybszy i

background image

cięższy, a krew jak szalona pulsowała w żyłach. W końcu płonące w nim pożądanie

zmieniło się w oślepiający płomień.

Wówczas Eve uniosła się nad nim i z niskim, gardłowym jękiem, domagającym się

spełnienia,   przyjęła   go   w   swoje   wnętrze.   Zacisnął   palce   na   jej   biodrach,   a   ona

wygięła się w łuk i zaczęła rytmicznie poruszać. Promienie światła muskały jej ciało,

rozchylone usta spazmatycznie chwytały powietrze, a oczy zmieniły się w złociste

szparki. Zacisnęła mocno uda, kiedy zalała ją fala orgazmu i przywarła do Roarke'a,

gdy podniósł głowę i zaczął chciwie ssać jej sutek.

Niezdolny dłużej się powstrzymywać, pchnął ją na plecy, wprawiając umysł i ciało

w oszołomienie i wszedł  w nią gwałtownie, przeszywając głębokimi  sztychami, z

niemal dziką zachłannością, doprowadzając ją tym niemal do utraty przytomności.

Chwyciła sie mocno wezgłowia, jakby już nie miała go puścić, i z gardła wydarł się

krzyk rozkoszy, kiedy Roarke uniósł jej kolana.

Kiedy jej ciało zaczęło drżeć konwulsyjnie, przycisnął usta do jej warg i dał się

ponieść fali spełnienia.

Leżała wśród płatków róż, rozluźniona i wyczerpana, czując się jak wosk, który

stopił gorący płomień świecy. Kiedy zaczęła swobodniej oddychać, Roarke musnął

wargami jej ramię, po czym wstał i krył ją futrem. Mruknęła sennie.

Rozbawiony   i   zarazem   usatysfakcjonowany,   poszedł   w   róg   pokoju   i   polecił

przygotować   wannę   z   wodą   o   temperaturze   trzydziestu   ośmiu   stopni.   Następnie

otworzył butelkę szampana, wstawił ją do kubełka z lodem, po czym wziął na ręce

zmęczoną Eve.

Nie spałam – wymamrotała, co świadczyło, o czymś wręcz przeciwnym.

background image

Rano   miałabyś   do   mnie   pretensję,   że   cię   nie   obudziłem.   Chciałaś   przecież

popracować. - Z tymi słowy zanurzył ją w gorącej, pienistej wodzie.

Krzyknęła zaskoczona, by po chwili jęknąć z rozkoszy.

O Boże! Mogłabym leżeć w tej wannie bez końca.

Załatw sobie urlop, to pojedziemy w prawdziwe Alpy i będziesz mogła do woli

moczyć się w wannie.

Tego właśnie pragnął, zabrać ją stąd, by mogła całkowicie odzyskać siły. Wiedział

jednak, że to równie niemożliwe jak przekonanie jej, by pocałowała Summerseta w

usta.  Myśl ta wywołała uśmiech na jego twarzy.

Cóż cię tak rozbawiło? - spytała leniwie.

Wspaniała myśl. - Podał jej kieliszek, wziął swój i wszedł do wanny.

Muszę wracać do pracy.

Wiem – odparł z głębokim westchnieniem. - Dziesięć minut.

Trudno było się oprzeć gorącej kąpieli i chłodnemu szampanowi.

Wiesz, zanim cię poznałam, moje przerwy ograniczały się do kubka obrzydliwej

kawy i.. i znów kubka obrzydliwej kawy – stwierdziła.

Wiem   i   nadal   zdarza   się   to   zbyt   często.  A  w   ten   sposób   znacznie   lepiej   się

odpoczywa – odparł, zanurzając się w gęstej pianie.

Trudno zaprzeczyć. - Uniosła nogę i przyjrzała się swoim palcom. - Nie mam zbyt

wiele czasu, Roarke. Jemu się bardzo śpieszy.

Dużo już wiesz?

Zbyt mało. Stanowczo zbyt mało.

Na pewno dowiesz się więcej. Jesteś świetnym gliną. Znam się na tym.

background image

Zmarszczyła brwi nad kieliszkiem.

On nie robo tego pod wpływem gniewu. Na razie. Również nie dla korzyści i nie z

zemsty. Łatwiej byłoby go wytropić, gdybym znała motyw.

Miłość.

Zaklęła cicho.

Mojej miłości. Ale nie można mieć dwunastu miłości.

Podchodzisz do tego zbyt racjonalnie. Uważasz, że mężczyzna nie może kochać

kilku kobiet. A to nieprawda.

Chyba że ma serce w rozporku.

Roześmiał się i otworzył jedno oko.

Kochana   Eve.   Często   trudno   jest   rozdzielić   te   dwie   sprawy.   Dla   niektórych

głębsze uczucie zaczyna się od fizycznego pociągu – dodał, widząc błysk w jej

oczach. - A może on uważał te kobiety za miłość swojego życia? Kiedy się z tym

nie zgadzały, odbierał im życie, bo tylko tak mógł je przekonać.

Brałam to pod uwagę. Ale to nadal zbyt mało. On kocha to, czego nie może mieć,

a   skoro   nie   może   mieć,   niszczy.   -  Wzruszyła   ramionami.   -   nie   cierpię   takiego

pieprzonego rozumowania. Wprowadza tylko zamieszanie.

Musisz przyznać mu punkty za całą tę teatralną oprawę.

Tak i mam nadzieję, że dzięki niej go złapię. A wtedy wsadzę do pudla wesołego

Mikołajka. Czas minął – oznajmiła, wychodząc z wody.  

Zdjęła ręcznik z gorącej suszarki i w tym momencie zabrzęczał nadajnik.

Cholera.   -   Ociekając   wodą,   przebiegła   w   drugi   koniec   pokoju   i   wyciągnęła   z

kieszeni spodni podręczny wideokom. - Blokada wideo – mruknęła. - Dallas.

background image

Komunikat do porucznik Eve Dallas. PŚ, Houston cztery trzy dwa, lokat sześć E.

Zgłosić się natychmiast pod wskazany adres.

Komunikat   przyjęty.   -   Przesunęła   dłonią   po   mokrych   włosach.   -   Wezwać   do

pomocy posterunkową Delię Peabody.

Potwierdzone. Koniec połączenia.

PŚ? - Roarke ponownie zarzucił futro na ramiona Eve.

Podejrzana   śmierć.   -   Odrzuciła   ręcznik   i   wciągnęła   spodnie.   -   cholera,   to

mieszkanie Donniego Raya. Dzisiaj z nim rozmawiała.

Donnie Ray kochał swoją matkę. Była to pierwsza myśl, która przyszła Eve do

głowy, kiedy przyjechała na miejsce.

Leżał   na   łóżku,   owinięty   błyszczącym   zielonym   łańcuchem   choinkowym.

Jasnożółte włosy miał starannie uczesane. Pomalowane na ciemnozłoty kolor rzęsy

rzucały   sień   na   policzki.   Wargi   pociągnięte   szminką   miały   ten   sam   odcień.   Na

prawym przegubie, tuż nad zdartą skórą, tkwiła gruba złota bransoleta z wyrytymi na

niej trzema ptakami.

Trzy wabiki – powiedziała stojąca za nią Peabody. - Cholera!

Zmienia   płeć,   ale   oprawa   zostawia   –   stwierdziła   bezosobowym   tonem   Eve,

odsuwając się na bok, by kamera mogła objąć ciało. - Pewnie znajdziemy tatuaż i

ślady gwałtu. Nogi i ręce miał skrępowane tak jak poprzednie ofiary. Potrzebne

nam będą dyskietki z kamer bezpieczeństwa z hallu i sprzed głównego wejścia.

background image

To był taki miły gość – mruknęła Peabody.

A teraz jest martwym gościem. Bierzmy się do roboty.

Peabody wyprostowała się służbiście.

Tak jest.

Tatuaż znalazły na lewym pośladku. Nie ulegało wątpliwości, że mężczyzna został

zgwałcony. Nawet jeśli zrobiło to na Eve jakieś wrażenie, nie okazała tego. Dokonała

wstępnych   oględzin,   zabezpieczyła   miejsce   zbrodni,   zarządził   przepytywanie

sąsiadów i przygotowanie ciała do wyniesienia.

Sprawdź jego wideokom – poleciła Peabody. - Przejrzyj kalendarz terminowy i

zbierz   wszystkie   dane,   które   możesz   zdobyć   w   „Szczęśliwym  Związku”.   Chcę

mieć to dziś „sprzątaczy”.

Przeszła   przez   hall   do   łazienki.   Ściany,   podłoga   i   wszystkie   sprzęty   lśniły

czystością.

Należy przypuszczać, że to dzieło naszego znajomego. Donnie Ray nie grzeszył

czystością.

Nie zasłużył na taką śmierć.

Nikt nie zasługuje na taki koniec. - Eve cofnęła się od drzwi łazienki. - Polubiłaś

go. Ja też. A teraz zapomnij o tym, bo i tak mu nie pomożesz. Nie żyje, a my

musimy   wykorzystać   wszystko   to,   co   tu   znajdziemy,   by   dotrzeć   do   numeru

czwartego, zanim go dopadnie.

Wiem, ale nie mogę się opanować. Boże, przecież rozmawiałyśmy z nim zaledwie

przed kilkoma godzinami. Nie mogę przestać o tym myśleć – powtórzyła. - Nie

jestem taka jak pani.

background image

Myślisz, że jemu zależy na twoich uczuciach? On chce sprawiedliwości, nie żalu

czy litości.

Kopnęła wściekle leżące na podłodze puszki i buty.

myślisz,   że   obchodzi   go,   że   jestem   wkurzona?   -   Utkwiła   w   Peabody   pałające

spojrzenie. - Jemu to w niczym nie pomoże, a mnie mąci umysł. Co ja takiego

przegapiłam? Na co nie zwróciłam uwagi? Ten sukinsyn podtyka mi wszystko pod

nos.

Peabody milczała. Nie pierwszy raz chłodny profesjonalizm Eve wzięła za brak

serca. Po tylu miesiącach wspólnej pracy powinna znać ją lepiej. Westchnęła.

Może  on zostawia zbyt dużo śladów i to rozprasza naszą uwagę.

Eve zmrużyła oczy i rozluźniła zaciśnięte w pięści dłonie.

To  jest myśl. Zbyt wiele tropów, zbyt wiele informacji. Musimy  wybrać jedną

drogę i trzymać się jej. Zacznij szukać, Peabody – poleciła, wyciągając nadajnik. -

Zapowiada się długa noc.

Wróciła   do   domu   o   czwartej   nad   ranem.   Trzymała   się   tylko   dzięki   litrom

obrzydliwej kawy, jaką serwowano w centrali. Pod powiekami czuła piasek, bolał ją

żołądek, a mimo to umysł nadal miała jasny. Jednak kiedy do biura wszedł Roarke,

drgnęła nerwowo i chwyciła broń.

Co ty tu robisz, do cholery? - warknęła.

Mógłbym o to samo spytać ciebie, poruczniku.

background image

Pracuję.

Uniósł brew, chwycił Eve za podbródek i spojrzał jej w twarz.

Raczej przepracowujesz się.

Skończyła się prawdziwa kawa w moim autokucharzu i musiała pić te pomyje,

które dają w centrali. Kilka łyków dobrej kawy i stanę na nogi.

Kilka godzin snu dałoby ci więcej.

Miała ochotę odepchnąć jego rękę, lecz tego nie zrobiła.

Możliwe, że w końcu będę musiała zaaplikować sobie jakiś legalny środek. Czas

nagli, Roarke.

Pozwól sobie pomóc.

Nie mogę cię wykorzystywać za każdym razem, kiedy robi się gorąco.

Dlaczego? - Zaczął masować jej napięte mięśnie ramion. - Bo nie jestem na liście

departamentu policji?

Na przykład. - jego palce rozpraszały ją. Czuła, że myśli gdzieś odpływają i nie

mogła   ich   zebrać.   -   Zrobię   sobie   odpoczynek.   Dwie   godziny   powinny   mi

wystarczyć na przygotowanie. Ale prześpię się tutaj.

Dobry pomysł.

Podprowadził ją do fotela. Nie opierała się. Położył się obok niej i polecił rozłożyć

siedzenie.

powinieneś wrócić do łóżka – mruknęła, ale przytuliła się do niego.

Wolę spać z moją żoną, jeśli mam ku temu okazję.

Dwie godziny... mam pewien pomysł.

Dwie godziny – powtórzył i zamknął oczy, kiedy poczuł, że Eve usnęła.

background image

Rozdział 8

Muszę ci o czymś powiedzieć. - Roarke zaczekał, aż Eve skończy jeść omlet i

uśmiechnął   się,   dolewając   jej   kawy.   -   O   kosmetykach   upiększających   Natural

Perfection.

Podniosła na niego wzrok.

Jesteś właścicielem tej firmy.

To   jedna   z   podległych   mi   spółek,   wchodzących   w   skład   Roarke   Industries.   -

Uśmiechnął się znad kubka. - Jednym słowem tak.

Wiedziałam  o   tym.   -  Wzruszyła   ramionami,   ciesząc   się  w  duchu,  kiedy  uniósł

brew, zdziwiony jej nonszalancką reakcją. - Sądziłam, że poradzę sobie bez ciebie.

Daj spokój, kochanie. Skoro jestem właścicielem firmy, powinnaś pozwolić mi

przejrzeć listę kosmetyków, których użył morderca – dodał, widząc, że Eve się

uśmiecha.

Sami się z tym uporamy. - Wstała od stołu i podeszła do biurka. - Wynika z tego,

że te kosmetyki nabyto tam, gdzie bywały ofiary. Idąc dalej tym tropem, możemy

ograniczyć listę podejrzanych. Te kosmetyki są obrzydliwie drogie.

Dostajesz to, za co płacisz – odparł po prostu Roarke.

Ale   żeby   szminka   kosztowała   dwieście   żetonów?   -   Spojrzała   na   niego   spod

zmrużonych powiek. - Powinieneś się wstydzić.

background image

Nie   ja   ustalam   ceny.   -  Tym   razem   to   on   się   uśmiechnął.   -   ja   tylko   zarządzam

zyskami.

Kilka godzin snu i gorący posiłek dobrze jej zrobiły, pomyślał.

Twarz nabrała rumieńców i nie miała już takich zapadniętych oczu. Wstał od stołu,

podszedł do Eve i dotknął cieni pod oczami. - Chciałabyś wziąć udział w posiedzeniu

rady i zaproponować zmianę cen?

Cha, cha! - Kiedy pocałował ją w usta, z trudem powstrzymała się, by do niego

nie przylgnąć. - idź sobie, muszę się kupić.

Za chwileczkę. - Ponownie ją pocałował, na co odpowiedziała westchnieniem. -

czemu mi o wszystkim nie opowiesz? Łatwiej ci będzie głośno myśleć.

Znów westchnęła, siedziała chwilę pochylona, po czym wyprostowała się.

To   obrzydliwe   wykorzystywać   coś,   co   symbolizuje   nadzieję   i   niewinność.  Ten

zamordowany wczoraj dzieciak nie zrobił nikomu nic złego.

Podobnie jak tamte kobiety. Wniosek?

Że morderca jest biseksualny i szuka miłości nie tylko wśród przedstawicielek płci

przeciwnej. Tego mężczyznę zgwałcono w taki sam sposób jak poprzednie ofiary.

Został związany, naznaczony tatuażem i umalowany tak samo jak one.

Odeszła od biurka, machinalnie biorąc do ręki kubek z kawą.

Wszystkie trzy ofiary wybrał spośród klientów „Szczęśliwego Związku”. Musiał

mieć dostęp do ich taśm wideo i danych osobowych. Mógł umówić się z tymi

kobietami, lecz nie z Donnie Rayem. Donnie był heteroseksualny. To dowodzi, że

morderca nie spotkał się ze swymi ofiarami, w każdym razie nie był z nimi na

randce. Najwyżej w wyobraźni.

background image

Wybiera osoby, które mieszkają same.

Bo   jest   tchórzem.   Nie   chcę   prawdziwej   konfrontacji.   Odurza   swoje   ofiary   i

krępuje.  Tylko   w   ten   sposób   może   być   pewny,   że   ma   władzę   i   że   panuje   nad

sytuacją.

Jej myśli ponownie skierowały się ku Rudy'emu.

Odstawiła kubek i wsunęła palce we włosy.

Jest sprytny, konsekwentny i przewidujący. I dzięki temu go przyskrzynię.

Powiedziałaś, że masz pomysł.

Tak,   nawet   kilka.   Będę   musiała   uzyskać   na   nie   zgodę  góry.   I   przez   jakiś   czas

unikać Nadine. Nie mogę ujawnić jej tej historii ze świętym Mikołajem. Doszłoby

do tego, że ludzie zaczęliby się rzucać na każdego napotkanego w sklepie lub na

rogu ulicy dziadka w czerwonym kubraku.

-   Już   słyszę   tę   zapowiedź-   mruknął   Roarke.   -   Święty   Mikołaj   napada   na

samotnych. Szczegóły w popołudniowych wiadomościach. Nadine spodobałby się

ten pomysł.

Ale   go   nie   zdradzę.   Chyba   że   nie   będę   miała   wyboru.   Zamierza   dokładniej

przyjrzeć się „Szczęśliwemu Związkowi”. Postaram się trzymać ją z daleka od

siebie i zdobyć informację od kogoś, kto pracuje w tej agencji. Rudy i Piper będą

wyć z wściekłości. - na jej twarzy pojawił się złośliwy uśmiech. - Dobrze im tak.

Para zarozumiałych androidów. Trzeba porządnie nimi potrząsnąć.

Nie lubisz ich.

Przyprawiają mnie o dreszcze. Wiem, że się pieprzą ze sobą. Obrzydliwość.

Nie podoba ci się to?

background image

Są rodzeństwem.

Ach, rozumiem. - Chociaż uważał się za człowieka światowego, w pełni podzielał

opinię żony. To bardzo... brzydkie.

Tak. - Eve nagle straciła apetyt i odsunęła talerz z puszystymi rogalikami. - On

kieruje   całym   tym   cyrkiem   i   nią.   W   tej   chwili   jej   pierwszy   na   moje   liście

podejrzanych.   Ma   dostęp   do   wszystkich   danych   klientów,   a   jeśli   udowodnię

kazirodztwo,   będzie   można   mu   zarzucić   seksualną   dewiację.   Muszę   mieć   tam

swojego   człowieka.   -   Odetchnęła   głęboko,   słysząc   zbliżające   się   kroki   na

korytarzu. A oto i on.

Oboje spojrzeli  na drzwi  w momencie, gdy stanęła w nich  Peabody. Przeniosła

wzrok z jednego na drugie i wzruszyła ramionami, jakby chciała pozbyć się czegoś

niewygodnego.

Coś się stało?

Nic, wejdź. - Eve wskazała palcem krzesło. - Bierzmy się do roboty.

Kawy? - zaproponował Roarke. Domyślił się już, jakie Eve ma plany względem

asystentki.

Tak, dzięki. McNab jeszcze nie przyszedł?

Nie. Najpierw z tobą sobie pogada,

Eve spojrzała znacząco na Roarke'a.

Już wychodzę.

Podał Peabody kubek z kawą, pocałował żonę, chociaż, a może właśnie dlatego, że

zmarszczyła brwi, po czym wyszedł do sąsiedniego pokoju i zamknął za sobą drzwi.

Czy on zawsze tak rano wygląda? - spytała Peabody.

background image

Zawsze.

Peabody westchnęła głęboko.

Czy on na pewno jest człowiekiem?

Nie   zawsze.   -   Eve   przysiadła   na   brzegu   biurka   i   przyjrzała   się   asystentce.   -

Chciałabyś poznać kilku facetów?

Co?

Chcesz   poszerzyć   swój   krąg   towarzyski   i   poznać   kilku   facetów   i   podobnych

zainteresowaniach?

Peabody uśmiechnęła się, pewna, że Eve żartuje.

Czy nie dlatego zostałam gliną?

Glina   to   wszawy   partner   na   życie.   Potrzebna   ci   pomoc   takiej   agencji   jak

„Szczęśliwy Związek”.

Peabody pokręciła głową.

kilka lat temu, kiedy przeprowadzałam się do miasta, skorzystałam z usług takiego

biura.   To   zbyt   szablonowe.   Wolę   poznawać   obcych   facetów   w   barach.   -   Eve

jednak   nie   spuszczała   z   niej   wzroku,   więc   Peabody   opuściła   kubek.   -   Och!   -

wyrwało jej się, gdy wreszcie zrozumiała.

Oczywiście będę musiała omówić to z Whitneyem. Nie  mogę podstawić tajnego

agenta bez zgody komendanta.

Tajna agentka. - Dość długo pracowała już w policji, by zrozumieć, co oznacza

ten termin, a mimo to nie mogła się oprzeć uczuciu podekscytowania i zachwytu.

Boże, Peabody, opanuj się. - Eve wstała i wsunęła dłonie we włosy. - mam zamiar

wsadzić się w paszczę lwa i użyć cię jako przynęty, a ty szczerzysz zęby, jakbyś

background image

dostała nagrodę.

Jeśli pani uważa, że się do tego nadaję, to już jest wystarczająca nagroda.

Jak najbardziej się nadajesz – powiedziała Eve, opuszczając ramiona. - Bo ściśle

wypełnisz  polecenia.   I  tego   właśnie  oczekuję.  Wykonywania  poleceń.  Żadnych

popisów.   Kiedy   uda   mi   się   to   załatwić   i   wyciągnąć   z   budżetu   policyjnego

odpowiednie fundusze, wchodzisz w to.

A co z Rudym i Piper? Są na liście podejrzanych i widzieli mnie.

Widzieli   posterunkową.   Tacy   ludzie   nie   zwracają   uwagi   na   mundurowych.

Postaramy sie, by Mavis i Trina odpowiednio się przygotowały.

Super.

Weź się w garść, Peabody. Musimy zmienić ci wygląd. Przejrzałam wideo ofiar i

dane osobowe. Wybierzemy cechy wspólne i wprowadzimy je do twojego portretu

psychologicznego. Trzeba stworzyć ci osobowość.

Gówno prawda!

W drzwiach  stał  McNab. Twarz płonęła mu wściekłością, oczy  błyszczały, usta

miał zaciśnięte, a ręce zwinięte w pięści.

Pieprzona bzdura!

Detektywie McNab, przyjęłam do wiadomości twoją opinię – odparła spokojnie

Eve.

Chce pani nasadzić ją jak robaka na wędkę i zanurzyć w jeziorze? Cholera, Dallas.

Przecież ona nie ma pojęcia o tajnych operacjach!

Pilnuj swojego nosa – warknęła Peabody, zrywając się z krzesła. - Wiem, co mam

robić.

background image

Nie   masz   zielonego   pojęcia.   -   McNab   stanął   na   wprost   niej.   -   Jesteś   zwykła

asystentką, pomocnikiem, czymś w rodzaju androida.

Eve   dostrzegła   niebezpieczny   błysk   w   oczach   Peabody   i   stanęła   między   nimi,

zanim pięść dziewczyny dosięgła nosa McNaba.

Dość tego. Wysłuchała twojej opinii, McNab, a teraz się zamknij.

Nie pozwolę, by ten sukinsyn nazywał mnie androidem.

Dość   tego,   Peabody   –   ucięła   Eve.   -   Siadaj.   Oboje   siadajcie,   do   cholery,   i

spróbujcie   sobie   przypomnieć,   kto   tu   rządzi,   zanim   podam   was   do   raportu.

Ostatnią rzeczą, jakiej mi trzeba, to para gówniarzy skaczących sobie do oczu.

Jeśli nie potraficie się opanować, droga wolna.

Nic tu po przemądrzałych detektywach – mruknęła Peabody.

O tym już ja zadecyduję. Potrzeba nam wtyczki, która czegoś się dowie i będzie

jednocześnie przynętą. A właściwie potrzeba nam dwóch przynęt – dodała, patrząc

na oboje. - Męskiej i żeńskiej. Wchodzisz w to, McNab?

Chwileczkę.   -   Peabody   zerwała   się   z   krzesła.   Eve   nigdy   nie   widziała   jej   tak

zaskoczonej. 0 Chce pani, żeby on też był tajnym agentem? Razem ze mną?

Tak, wchodzę w to. - McNab uśmiechnął się lekko. Dzięki temu będzie miał  ją na

oku i dopilnuje, by nie wpakowała się w kłopoty.

To   będzie   mega!   -   Mavis   Freestone   tańczyła   po   domowym   biurze   Eve   na

wysokich,   sięgających   połowy   uda   botkach.   Cienki   materiał   sukienki   podkreślał

background image

kształt jej nóg, kiedy balansowała na trzycalowych czerwonych szczudłach. Obcasy

harmonizowały   z   kolorem   niebywale   krótkiej   sukienki.   Jaskrawoczerwone   włosy

opadały spiralnymi splotami na ramiona. Nad górną brwią miała wytatuowane małe

serduszko.

Jesteś teraz na liście płac policji.

Bezcelowe było przypominanie Mavis, że nie przyszła tu dla zabawy, Eve uznała

to   jednak   za   konieczne   wobec   żywiołowej   reakcji   przyjaciółki,   która   patrzyła   na

Peabody oczyma  w nowym kolorze soczystej trawy.

Gówniana płaca – stwierdziła Trina.

Wizażystka obeszła Peabody jak uszkodzoną rzeźbę: z zaciekawieniem, uwagą i

lekką  drwiną.  Jedną   z brwi  zdobiły  kolczyki  w kształcie   złotych kółek, na widok

których   Eve   aż   się   skrzywiła.   Śliwkowopurpurowe   włosy   zebrane   były   w   wysoki

stożek.  Miała  na sobie czarny  obcisły  kombinezon  z wymalowanymi  na piersiach

świętymi Mikołajami.

I one miały być policyjnymi konsultantkami, które Whitney zgodził się wciągnąć

na listę płac, pomyślała Eve, przecierając oczy.

ma   być   skromnie   i   naturalnie   –   uprzedziła   obie   specjalistki   od   urody.   -

Najważniejsze, żeby nie wyglądała jak glina.

Co   o   tym   sądzisz   Trina?   -   Mavis   pochyliła   się   nad   ramieniem   Peabody   i

przyłożyła jej do twarzy swoje włosy. - Ten kolor by jej pasował. Odpowiedni na

świąteczną   porę.   Zobaczycie,   jakie   kreacje   pożyczył   nam   Leonardo.   W   tym

cielistym skórzanym kombinezonie będziesz wspaniale wyglądała, Peabody.

W skórzanym kombinezonie? - Peabody zbladła, myśląc o swoich wypukłościach

background image

i spojrzała pytająco na Eve.

Ma być skromnie – powtórzyła Eve.

Jakich kosmetyków używasz do twarzy? - spytała Trina, chwytając Peabody za

podbródek. - Papieru ściernego?

Ja...

Masz   pory   jak   księżycowe   kratery,   dziewczyno.   Potrzebujesz   kompleksowego

zestawu pielęgnacyjnego. Zaczynam od peelingu.

O Boże! - Przerażona Peabody usiłowała uwolnić brodę. - Posłuchaj...

A cycki masz własne czy skorygowane?

Własne. - Peabody instynktownie osłoniła biust. - I jestem z nich zadowolona.

Niezłe. No dobra, rozbieraj się. Obejrzymy je i całą resztę.

Mam się rozebrać? - Peabody obejrzała się na Eve. - Pani porucznik?

Powiedziałaś, że dasz sobie rade jako tajna agentka. - Eve zadrżała współczująco,

po czym ruszyła do drzwi. - Macie dwie godziny.

Potrzebuję trzech! - zawołała za nią Trina. - Sztuka nie toleruje popędzania.

Dwie   godziny   –   powtórzyła   Eve   i   zamknęła   drzwi,   słysząc   przerażony   pisk

asystentki.

Będzie lepiej, jeśli na jakiś czas zniknę z pola widzenia, pomyślała i postanowiła

złożyć wizytę staremu znajomemu.

Charles   Monroe   był   licencjonowaną   męską   prostytutką,   najprzystojniejszą   ze

wszystkich, jakie Eve dotychczas spotkała. Kiedyś pomógł jej w śledztwie, a potem

zaproponował jej swe usługi za darmo. Pomoc przyjęła, lecz propozycję odrzuciła.

Nacisnęła dzwonek do eleganckiego apartamentu, mieszczącego się w kamiennicy

background image

w centrum miasta, której właścicielem był Roarke. Kiedy przy drzwiach zapaliło się

zielone   światełko,   spojrzała   w   wizjer   i   wyciągnęła   odznakę,   na   wypadek   gdyby

Charles jej nie poznał. Okazało się to niepotrzebne.

Słodka   pani   porucznik.   -   Chwycił   ją   w   objęcia   i   wycisnął   na   ustach   namiętny

pocałunek.

Ręce przy sobie – warknęła.

Nie   miałem   okazji   pocałować   panny   młodej.   -   mrugnął   do   niej   znacząco.   Był

przystojnym mężczyzną, o pięknej twarzy i trochę sennym spojrzeniu. - No to jak

to jest być żoną najbogatszego człowieka na świecie?

Pływam w kawie.

Pochylił głowę i przyjrzał jej się z uwagą.

Wciąż jesteś w nim zakochana. To dobrze. Widziałem was w telewizji. Na jakimś

przyjęciu.   Zastanawiałem   się,   jak   ci   tam   jest.  Wygląda   na   to,   że   nie   przyszłaś

skorzystać z propozycji, którą ci złożyłem przed kilkoma miesiącami.

Muszę z tobą porozmawiać.

Dobra,   wejdź.   -   Cofnął   się,   zapraszając   do   mieszkania.   Miał   na   sobie   czarny

kombinezon,   podkreślający   kształtną   figurę.   -   Napijesz   się   czegoś?  Wątpię,   by

moja kawa dorównywała tej, którą serwuje Roarke. Może pepsi?

 Chętnie.

Pamiętała   jego   kuchnię:   schludną,   spartańską,   o   prostych   liniach.   Tak   jak   jej

właściciel.   Usiadła   na   krześle,   gdy   tymczasem   gospodarz   wyjął   z   lodówki   dwie

puszki   i   rozlał   płyn   do   wysokich   szklanek.   Potem   zgniótł   puszki,   wrzucił   je   do

recyklera i usiadł naprzeciw Eve.

background image

Wypiłbym za dawne dobre czasy, Dallas, ale... nie były najlepsze.

Tak. Te obecne też nie są dobre, Charles. Powiedz mi, dlaczego licencjonowana

prostytutka   korzysta   z   usług   agencji   matrymonialnej?   Zanim   odpowiesz   –

ciągnęła, unosząc w górę szklankę – muszę cię poinformować, że korzystanie z

takich usług w celach zawodowych jest nielegalne.

Zaczerwienił   się.   Nie   mogła   w   to   uwierzyć,   lecz   jego   męska,   przystojna   twarz

oblała się rumieńcem, a wzrok przeniósł się na szklankę.

Jezu, czy ty musisz o wszystkim wiedzieć?

Gdyby tak było, nie pytałabym cię o to. Odpowiedz, Charles.

To prywatna sprawa – mruknął.

Wówczas nie byłoby mnie tutaj. Czemu zgłosiłeś się do „Szczęśliwego Związku”?

Bo potrzebna mi kobieta – warknął. Podniósł wzrok, w którym teraz płonął gniew.

- Prawdziwa kobieta, nie taka, która mi płaci. Cóż w tym złego, że chciałbym się z

kimś związać? W mojej pracy nie ma takiej możliwości. Robisz to, za co ci płacą i

starasz się robić to dobrze. Lubię moją pracę, ale chcę mieś własne życie. Nie ma

nic nagannego w tym, że chce się zyć po swojemu.

Nie ma – przyznała.

Dlatego   zataiłem   swój   zawód.   -   Poruszył   się   niespokojnie.   -   Nie   chciałem

umawiać   się   z   kobietą,   która   czuje   wstręt   do   kontaktów   z   licencjonowaną

prostytutką. Aresztujesz mnie za podanie agencji fałszywych informacji?

Nie. - Było jej przykro, że wprawiła go w zakłopotanie. - Miałeś się spotkać z

kobietą o nazwisku Marianna Hawley. Pamiętasz ją?

Marianna.   -  Wypił   kilka   haustów   zimnego   napoju,   by   odzyskać   równowagę.   -

background image

Pamiętam  jej wideokasetę. Piękna kobieta, taka ciepła. Skontaktowałem się z nią,

ale   już   kogoś   poznała.   -   Uśmiechnął   się   i   wzruszył   ramionami.   -   Nie   mam

szczęścia. Właśnie takiej kobiety szukałem.

Nigdy się z nią nie spotkałeś?

Nie.   Umówiłem   się   z   czterema   innymi   kandydatkami.   Jedna   nawet   mi

odpowiadała. Spotykaliśmy się przez kilka tygodni. - Westchnął. - Uznałem, że

jeśli ma cos z tego być, to muszę jej powiedzieć, co naprawdę robię. I to – stuknął

w szklankę Eve – był koniec znajomości.

Przykro mi.

Hej,   przecież   nie   ona   jedna   jest   na   świecie.   -   Jednak   nie   zabrzmiało   to

przekonywująco. - Szkoda, że Roarke wykluczył cię z gry,

Charles, Marianna nie żyje.

Co?

Nie oglądałeś wiadomości?

Nie. Nie żyje? - Spojrzał na Eve z nagłą uwagą. - A więc została zamordowana.

Nie byłoby cię tu, gdyby zmarła we śnie. Jestem podejrzany?

Tak   –   odparła,   bo   lubiła   go   na   tyle,   by   być   z   nim   szczera.   -   Zamierzam   cię

oficjalnie przesłuchać, tak dla formalności. Ale powiedz mi, czy masz alibi na

wtorkowy wieczór, środowy i wczorajszy?

Popatrzył na nią przerażonym wzrokiem.

Jak ty to robisz? - spytał. - jednego dnia pracujesz, drugiego masz wolne?

Spojrzała mu w oczy.

O to samo mogę spytać ciebie, Charles. Więc darujmy sobie te porównania. Masz

background image

alibi na te dni?

Przestał się w nią wpatrywać i wstał od stołu.

Przyniosę terminarz.

Pozwoliła mu na to, wiedząc, że może zaufać instynktowi. Charles nie był typem

mordercy.

Wrócił,  niosąc w  ręku  mały  elegancji  kalendarz.  Otworzył  go  i  odnalazł  dni,  o

które pytała Eve.

We   wtorek   byłem   zajęty   całą   noc.   Stała   klientka.   Możesz   sprawdzić.  Wczoraj

wieczorem byłem w teatrze, potem na kolacji i potem tutaj. Klientka wyszła o

drugiej   trzydzieści.  W  środę   byłem   w   domu.   Sam.   -   podsunął   jej   terminarz.   -

Zapisz sobie nazwiska i sprawdź.

Bez słowa przepisała nazwiska i adresy do notatnika.

Czy mówią co coś takie nazwiska jak Sarabeth Greenbalm i Donnie Ray Michael

– spytała po dłuższej przerwie.

Nie.

Przyjrzała mu się z uwagą.

Nigdy nie widziała, żebyś się malował. Po co kupiłeś szminkę i cień do powiek

Natural Perfection w salonie „Bądź Zawsze Piękna”?

Szminkę?   -   Przez   chwilę   patrzył   na   nią   pustym   wzrokiem.   W   końcu   pokręcił

głową.   -   kupiłem   ją   dla   kobiety,   z   którą   się   spotykam.   Prosiła   mnie   o   to,   bo

miałem odebrać w salonie katalog, który zamówiłem.

Uśmiechnął się lekko, wyraźnie zmieszany.

A co, zmartwiłabyś się, gdybym kupił szminkę?

background image

Jeszcze   jedna   sprawa,   Charles.   Pomogłeś   mi   kiedyś,   więc   teraz   ja   ci   się

zrewanżuję. Trzy osoby, które korzystały z usług „Szczęśliwego Związku”   nie

żyją. Zostały zamordowane w ten sam sposób i przez tę samą osobę.

Trzy? Boże!

W ciągu tygodnia. Nie zamierzam wtajemniczać się we wszystkie szczegóły, a to,

co ci powiem, nie powinno wyjść poza te ściany. Sądzę, że on korzysta z danych

„Szczęśliwego Związku” przy wybieraniu ofiar.

Zabił trzy kobiety w ciągu tygodnia?

Nie.   -   Eve   spuściła   wzrok.   -   Ostatnia   ofiara   to   mężczyzna.   Będziesz   musiał

uważać, Charles.

Myślisz, że mogę być celem?

Myślę,   że   każdy,   kto   figuruje   w   banku   danych   „Szczęśliwego   Związku”,   jest

zagrożony, zwłaszcza ci, z którymi miały się spotkać ofiary. Nie wpuszczaj do

mieszkania ludzi, których nie znasz. - Nabrała powietrza w płuca. - On przebiera

się za świętego Mikołaja i trzyma w ręku wielkie pudło owinięte w papier.

Co? - Odstawił szklankę, którą właśnie podniósł do ust. - Czy to jakiś żart?

Trzy   osoby   nie   żyją.   Nie   widzę   w   tym   nic   śmiesznego.   Wpuszczają   go   do

mieszkania, tam je odurza narkotykami, wiąże i zabija.

Jezu. - Przetarł dłońmi twarz. - To straszne.

Jeśli ten gość pojawi się przed twoimi drzwiami, nie wpuszczaj go i zadzwoń do

nie.   Zajmij   go   czymś,   jeśli   potrafisz.   Jeśli   nie   pozwól   mu   odejść.   Jednak   pod

żadnym pozorem nie otwieraj drzwi. Jest sprytny i bardzo niebezpieczny.

 Dobrze. Muszę tylko ostrzec kobietę, z którą się teraz spotykam, tę z agencji.

background image

Sama ją uprzedzę. Muszę trzymać tę sprawę z dala od mediów tak długo, jak się

da.

Wolałbym,   żeby   prasa   nie   dowiedziała   się   o   samotnej   licencjonowanej

prostytutce. - Skrzywił się. - Czy mogłabyś zaraz do niej pojechać? Nazywa się

Darla   McMullen.   Mieszka   sama   i   jest   taka...   naiwna.   Gdyby   święty   Mikołaj

zapukał do jej drzwi, zaprosiłaby go na herbatkę i ciasteczka.

Musi być miła kobietą.

Tak. - W jego oczach pojawił się blask.

Odwiedzą ją. - Eve podniosła się z miejsca. - Może powinieneś znowu się z nią

spotkać?

Chyba nie. - Wstał i zmusił się do uśmiechu. - Ale daj mi znać, kiedy zostawisz

Roarke'a na lodzie. Moja propozycja wciąż aktualna.

Cóż to za dziwny mięsień to serce, myślała Eve, jadąc do domu. Trudno o bardziej

niedobraną parę, jak ten wyrafinowany, złotousty Charles i cicha, mądra kobieta, z

którą   się   przed   chwilą   rozstała.  Tymczasem,   jeśli   przeczucia   ją   nie   myliły,   Darla

McMullen i Charles Monroe byli na najlepszej drodze do zakochania się. Tylko nie

wiedzieli, co mają zrobić z tym uczuciem.

Doskonale ich rozumiała. Ona też nie wiedziała, co ma zrobić z tą dziwną miłością

do własnego męża.

Po   drodze   do   domu   złożyła   wizytę   jeszcze   trzem   osobom   z   listy   i   przekazała

background image

ostrzeżenie i instrukcję, które spisała za zgoda komendanta.

Gdyby w porę ostrzegła Donnie Raya, żyłby teraz, pomyślała.

Kto będzie następny? Ktoś, z kim rozmawiała, czy kogo pominęła? Powodowana

tą myślą przyśpieszyła raptownie i wjechała z impetem w bramę. Peabody i McNab

jeszcze dziś musza się zarejestrować w „Szczęśliwym Związku” i przekazać swoje

wideokasety.

Przed domem stał zaparkowany samochód Feeneya. Ten widok wzbudził nadzieję

w jej sercu. Może uda jej się wciągnąć starego wygę do zespołu. Z nim i McNabem

na pewno dla sobie radę.

Poszła   prosto   do   swego   biura,   krzywiąc   się,   kiedy   jej   uszy   zaatakował   nagle

potworny ryk zmasowanych dźwięków muzyki, jeżeli można to nazwać muzyką.

Na ekranie leciał jeden z wideoklipów Mavis. Ona sama śpiewała do wtóru kasety,

wykrzykując jakiś tekst o rozdartej z miłości duszy. Za biurkiem Eve siedział Feeney

z   rozbawioną   i   lekko   zrezygnowaną   miną,.   Stojący   za   krzesłem   Roarke   sprawiał

wrażenie spokojnego i uprzejmego słuchacza.

Zdając sobie sprawę z tego, że nikt jej nie usłyszy w tym hałasie, Eve zaczekała, aż

przebrzmią ostatnie takty i Mavis, czerwona z wysiłku, lecz szczęśliwa ukłoni się

publiczności.

Chciałam, żebyś posłuchał pierwszej wersji – powiedziała do Roarke'a.

To może być prawdziwy hit.

Naprawdę? - Rozpromieniona Mavis podbiegła do niego i zarzuciła mu ręce na

szyję. - Wprost nie mogę w to uwierzyć. Będę nagrywała dysk dla największej

firmy płytowej.

background image

Zarobię dzięki tobie mnóstwo pieniędzy. - Cmoknął ją w czoło.

Bardzo   bym   chciała.   Naprawdę.   -   W   tym   momencie   spostrzegła   Eve   i

uśmiechnęła się do niej. - Hej! Słyszałaś nagranie?

Tylko koniec. Byłaś wspaniała – stwierdziła z przekonaniem. To chodziło przecież

o Mavis. - Feeney, wchodzisz w to?

Dostałem oficjalny przydział. - Odchylił się na oparcie krzesła. - McNab odbywa

właśnie   wstępną   rozmowę   w   „Szczęśliwym   Związku”.   Zrobiliśmy   z   niego

androida   od   komputerów,   zatrudnionego   w   jednej   z   firm   Roarke'a.

Wprowadziliśmy już jego dane i nowy portret.

W firmie Roarke'a?

Chyba logiczne – uśmiechnął się Feeney. - jest okazja, to trzeba ją wykorzystać.

Dzięki za pomoc, stary.

Nie ma za co – odpowiedział Roarke i uśmiechnął się do żony. - Pokonaliśmy

kilka zakrętów, kiedy ciebie nie było. Z Peabody zrobiliśmy pracownika ochrony

w   jednym   z   moich   budynków.   Feeney   uznał,   że   najprościej   będzie   opracować

portret najbliższy prawdy.

No   jasne,   najprościej.     -   Zaraz   jednak   odetchnęła   głęboko   i   kiwnęła   głową.   -

Niezłe. Jesteś właścicielem połowy tego cholernego miasta, więc nikt nie będzie

kwestionował ani też nie szukał jakiś luk w twoich rejestrach personalnych.

Właśnie.

Gdzie jest Peabody?

Trina jeszcze się nią zajmuje.

Potrzebna   mi   jest   już   teraz.   Najwyższy   czas   kończyć   z   tym   strojeniem   się.

background image

Przecież niczego jej nie brakuje. Ile czasu potrzeba na makijaż i ubranie jej w

jakieś szmatki?

Trina wpadła na megapomysł – zapewniła ją Mavis z takim entuzjazmem, że Eve

mimowolnie zadrżała. - Zobaczysz. Aha. Trina chce umówić się z tobą na sesję

przed przyjęciem. Chce cię trochę upiększyć, żebyś ładnie wyglądała na święta.

Eve miała ochotę zazgrzytać zębami. Nikt jej nie będzie upiększał. Ani teraz, ani

potem.

Jasne. Ile, do cholery...

Umilkła, słysząc kroki, po czym odwróciła się w stronę drzwi i znieruchomiała.

Musicie przyznać, że jestem mistrzynią – oznajmiła Trina.

Peabody prychnęła, spłonęła rumieńcem i uśmiechnęła się niepewnie.

Jak myślicie, uda mi się?

Ścięta na pazia włosy miała rozjaśnione i wzburzone. Twarz nabrała głębi dzięki

odpowiedniemu   makijażowi   oczu,   który   podkreślał   ich   kształt   i   wielkość.   Usta

pokrywała szminka w kolorze ciepłego koralowego różu.

Sylwetka, która w mundurze sprawiała wrażenie topornej,nabrała teraz kobiecych

kształtów dzięki długiej, sięgającej kostek sukni o intensywnie zielonej barwie. Szyję

zdobiły   barwne   łańcuchy,   wśród   których   przeświecał   romantyczny   tatuaż,

przedstawiający wróżkę ze złotymi skrzydłami.

Peabody sama go wybrała po tym, jak Trina wprowadziła ją w arkana swej sztuki.

Nawet się nie skrzywiła, kiedy szybkie i zręczne dłonie chwyciły jej lewą pierś, by

nałożyć farbę. Uznała też, że te wszystkie upiększające czynności mają swoje dobre

strony.

background image

Teraz   jednak,   widząc   spojrzenie   Eve,   podniosła   stopę,   ukazując   kilkucalowe

potężne obcasy, w takim samym kolorze jak skrzydła wróżki.

Nie uda się?

Na pewno nikt nie weźmie cię za glinę – stwierdziła Eve.

Wyglądasz cudowne – Roarke podszedł do Peabody ubawiony reakcją żony i ujął

jej   dłonie.   -   Wprost   rewelacyjnie.   -   Mówiąc   to   dotknął   ustami   palców,

przyprawiając tym Peabody o zawrót głowy.

Naprawdę? Ojejku!

Dość   tego,   Peabody.   Feeney,   masz   dwadzieścia   minut   na   zapoznanie   jej   z

portretem. Peabody, gdzie masz obezwładniacz i nadajnik.

Tutaj.- Zaróżowiona, wsunęła dłoń do ukrytej kieszeni na biodrze. - Pomysłowe,

co?

Nie zastąpi  to munduru – odparła Eve, po czym wskazała na krzesło.-  Musisz

wbić sobie do głowy dane, które poda ci Feeney. Nagraj je sobie i powtarzaj w

drodze do agencji. Nie możemy  sobie pozwolić na żadne wpadki. Chcę, żebyś

jeszcze dziś została ich klientką, a jutro znalazła się na liście kandydatek.

Tak jest.

Podeszła do biurka, muskając pieszczotliwie materiał sukienki.

Teraz twoja kolej – oznajmiła Trina, taksując wzrokiem włosy Eve.

Nie mam czasu. Poza tym podcinałaś mi je przed kilkoma tygodniami.

Włosy   wymagają   regularnych   zabiegów.   Niszczysz   całą   moją   pracę.  Albo   ona

znajdzie dla mnie czas przed przyjęciem, albo nie odpowiadam za jej wygląd. -

ostrzegła Roarke'a.

background image

Znajdzie – zapewnił i żeby Trinę udobruchać, ujął pod ramię i prowadząc w stronę

drzwi obsypywał pochwałami.

Rozdział 9

Kiedy   Eve   weszła   do   swojego   biura   w   centrali,   zastała   w   nim   Nadine   Furst

siedzącą na biurku i malującą paznokcie, co wcale jej nie ucieszyło.

Zabierz nogę z mojego krzesła.

Nadine   uśmiechnęła   się   słodko,   wrzuciła   lakier   do   wielkiej   kolorowej   torby   z

cielęcej skóry i rozprostowała smukłe nogi.

Cześć, Dallas. Miło cię widzieć. Ostatnio dużo pracujesz w domu. Nie dziwię ci

się.   -  Wstając   z   biurka,   omiotła   wzrokiem   mały,   obskurny,   zakurzony   pokój.   -

Twoje biuro to zwykła nora.

Eve bez słowa podeszła do komputera, sprawdziła ostatnie połączenia i to samo

zrobiła z wideokomem.

Niczego   nie   dotykałam   –   powiedziała   Nadine   tonem,   który   sugerował,   że

reporterka rozważała taką możliwość.

background image

Jestem zajęta, Nadine. Nie mam czasu dla mediów. Złap kogoś z drogówki albo

idź pomęczyć androida z rejestracji.

Będziesz   musiała   znaleźć   trochę   czasu.   -   Nadine   z   uśmiechem   przysiadła   na

jedynym wolnym krześle i z wdziękiem skrzyżowała nogi. - Chyba, że chcesz,

bym podała do wiadomości to, co mam.

Eve wzruszyła ramionami i opadła na krzesło, czując, jak mięśnie jej sztywnieją.

Wyciągnęła w przód nogi w drelichowych spodniach i skrzyżowała je.

A co masz, Nadine?

Samotni szukający towarzystwa giną gwałtowną śmiercią. „Szczęśliwy Związek”:

agencja matrymonialna czy zakład pogrzebowy? As policji, porucznik Eve Dallas,

prowadzi śledztwo.

Mówiąc to Nadine obserwowała twarz Eve. Z uznaniem stwierdziła, że nawet nie

drgnęła jej powieka, choć była pewna, że słucha jej z uwagą.

Czy   mam   mówić   dalej,   czy   może   w   końcu   usłyszę   jakiś   komentarz   od

prowadzącej śledztwo?

Śledztwo   jej   w   toku.   Powołano   specjalny   zespół.   Departament   policji   rozważa

różne możliwości.

Nadine wsunęła rękę do torby i włączyła rekorder.

Potwierdzasz więc, że morderstwa coś łączy?

Niczego nie potwierdzę, dopóki nie wyłączysz rekordera.

Na pięknej trójkątnej twarzy Nadine błysnęła irytacja.

Daj mi szansę.

Albo wyłączysz rekorder i położysz go na biurku, albo skonfiskuję ci go i co tam

background image

jeszcze   masz   w   torbie.   Na   teren   centrali   policji   nie   wolno   wnosić   sprzętu

nagrywającego.

Ale z ciebie piła. - Nadine wyjęła mały ręczny rekorder i położyła na biurku obok

torby. - A więc nieoficjalnie?

Nieoficjalnie.

Eve   wiedziała,   że   nie   musi   przeszukiwać   jej   torby.   Reporterka   potrafiła   być

irytująca, uparta i porządnie zaleźć za skórę, ale była uczciwa.

Wszystkich   morderstw   dokonała   jedna   i   ta   sama   osoba.   Według   mojej   oceny

ofiary wybiera w „Szczęśliwym Związku”. Możesz to podać do wiadomości.

  Nadine   uśmiechnęła   sie.   Dzięki   Eve   zebrała   mnóstwo   informacji   na   temat

wszystkich agencji tego typu działających w mieście. Wystarczyło przycisnąć kilka

klawiszy i miała gotowy raport.

Co możesz na ten temat powiedzieć? - spytała Eve.

Większość notatek mam u siebie w biurze – powiedziała Nadine. Lecz po chwili

wyjęła z torby podręczny notes i wywołała dane. - mam tu standardowy zestaw

informacji: nazwiska właścicieli, staż w branży, wymagania. Niezłą sumkę wydali

na reklamy w naszej stacji. W zeszłym roku wybulili... okrąglutkie dwa miliony.

Sprawdziliśmy,   że   mogą   sobie   na   to   pozwolić.   To   stanowi   mniej   niż   dziesięć

procent ich dochodów.

Miłość jest dochodowa.

Jak   cholera.   Przeprowadziłam   nieformalną   ankietę   wśród   pracowników   stacji.

Okazało  się, że jakieś  piętnaście procent  skorzystało z usług  takiej agencji. Za

pracę w mediach trzeba płacić osobistym życiem – dodała lekkim tonem.

background image

Czy ktoś, kogo lubisz, korzysta z usług „Szczęśliwego Związku”?

Pewnie tak. - Nadine uniosła dumnie głowę. - Jako osoba towarzyska lubię wielu

ludzi. Czy powinnam się o nich martwić?

Wszystkie   trzy   ofiary   korzystały   z   usług   tej   agencji.   Dwie   z   nich   poznały   się

dzięki niej. Jak dotąd nie znaleźlibyśmy nic, co by je łączyło.

A   więc   twój   gość   poluje   na   samotne   serca.   -   I   w   tym   tkwi   sedno   sprawy,

pomyślała Nadine, układając w głowie tekst komunikatu.

Podejrzewam, że korzysta z danych „Szczęśliwego Związku”. - Eve starała się

uwypuklić   ten   fakt.   Nie   zamierzała   zdradzać   Nadine   żadnych   szczegółów.   -

Specjalna, stworzona dziś, grupa rozpracowuje różne warianty.

Macie już jakiś trop?

Na razie sprawdzamy. Nie podam ci szczegółów,  Nadine.

Podejrzani? - nie ustępowała Nadine.

Trwają przesłuchania.

Motyw?

Eve zastanawiała się chwilę.

To są zbrodnie na tle seksualnym.

Aha.   To   by   się   zgadzało.   Morderca   jest   biseksualny,   bo   jedna   z   ofiar   była

mężczyzną. Pozostałe dwie kobietami.

Nie potwierdzam ani nie zaprzeczam. - Pomyślała o Donnie Rayu i ogarnęło ją

poczucie   winy.   -   Ofiary   wpuściły   mordercę   do   mieszkania.   Nie   znaleźliśmy

żadnych śladów włamania.

Otworzyły mu drzwi? A więc go znały?

background image

Tak   im   się   wydawało.   Możesz   uprzedzić   swoich   widzów,   żeby   zastanowili   się

dwa razy, zanim wpuszczą do domu kogoś, kogo dobrze nie znają. Nic więcej nie

mogę ci powiedzieć ze względu na dobro śledztwa.

Popełnił trzy morderstwa w niecały tydzień. Bardzo mu się śpieszy.

Ma plan – wyjaśniła Eve. - Tego nie podawaj. Działa według schematu i dzięki

temu go złapiemy.

Zgódź się na krótki wywiad, Dallas. Za dziesięć minut mogę tu być z kamerą.

Nie. Jeszcze nie teraz. I tak już dużo ci powiedziałam – dodała, zanim Nadine

zdążyła zaprotestować. - Bierz, co masz i bądź wdzięczna. Udzielę ci wywiadu,

jak tylko będę mogła. Tym chętniej spełnię twoją prośbę, jeżeli znajdziesz coś na

Piper i Rudy'ego.

Nadine uniosła brew.

To   ci   dopiero   qui   pro   quo.  Dobra.   Pojadę  tam  teraz.   Jak...   -   Urwała   i   szeroko

otworzyła usta na widok Peabody, która wpadła do pokoju.

Dallas, nie uwierzy pani... cześć, Nadine.

Czy to naprawdę ty, Peabody?

Asystentka uśmiechnęła się mimowolnie.

Trochę zmieniłam wygląd.

Trochę? Wyglądasz wspaniale. Czy to jedna z kreacji Leonarda? Jest absolutnie

mega. - Wstała z miejsca i obeszła Peabody.

Tak, to kostium jego projektu. Pasuje mi, prawda?

Wyglądasz oszałamiająco. - Nadine zrobiła krok w tył. Zaraz jednak spoważniała i

zmrużyła oczy. - Pozwalasz swojej asystentce stroić się, gdy śledztwo w toku? -

background image

spytała, odwracając się do Eve. - podejrzewam, że mamy tu do czynienia z bardzo

sprytnym   kamuflażem.   Sprawdzasz,   jakie   korzyści   daje   komputerowa   randka,

Peabody?

Zamknij   drzwi,   Peabody   –   poleciła   beznamiętnym   tonem   Eve.   Asystentka

pospiesznie wykonała polecenie. - Nadine, jeśli puścisz parę z gęby, wpiszę cię na

czarną listę. Dopilnuję, by nikt w całym wydziale zabójstw nie podał ci nic, co

wystarczyłoby na więcej niż krótką wzmiankę w wiadomościach. Dobrze mnie

sobie popamiętasz.

Lisi uśmiech Nadine zbladł. Oczy jej pociemniały.

Myślisz, że spieprzyłabym ci śledztwo? Że podałabym do wiadomości informację,

która wpędziłaby Peabody w kłopoty? Idź do diabła, Dallas!

Chwyciła leżącą na biurku torbę i ruszyła w stronę drzwi. Lecz Eve była szybsza.

Wystawiłam jej tyłek na cel. - Eve, wściekła na siebie wyrwała Nadine torbę z rąk

i   cisnęła   na   ziemie.   -   Podjęłam   decyzję   i   jeśli   coś   pójdzie   źle,   ja   będę   za   to

odpowiadać.

Dallas...

Zamknij   się,   Peabody.     Jeśli   myślisz,   że   nie   podjęłam   żadnych   środków,   by

zapewnić jej ochronę, to się grubo mylisz.

Okay.   -   Nadine   wzięła   głęboki   oddech   i   uspokoiła   się.   Nieczęsto   można   było

dostrzec strach w oczach Eve. - Okay - powtórzyła. - Nie zapomnij jednak, że

Peabody jest moją kumpelką. Ty także.

Podniosła torbę i zarzuciła ją sobie na ramię.

Ładna fryzurka, Peabody – dodała, po czym wyszła.

background image

Cholera! - Tylko tyle była w stanie wydusić z siebie Eve. Odwróciła się, podeszła

do małego okna.

Dam sobie radę, Dallas.- powiedziała Peabody.

Eve śledziła wzrokiem airbusa trąbiącego wściekle na sterowiec reklamowy, który

naruszył jego przestrzeń powietrzną.

Nie   wpakowałabym   cię   w   to,   gdybym   uważała,   że   nie   dasz   sobie   rady.   Nie

zmienia   to   jednak   faktu,   że   jestem   za   to   odpowiedzialna.   Poza   tym   nie   masz

doświadczenia w takiej robocie.

Dzięki pani mam szansę, by je zdobyć. Chcę zostać detektywem. Nie otrzymam

awansu, jeśli nie spróbuję swoich sił jako tajna agentka. Przecież to jasne.

Jasne. - Eve wsunęła dłonie w tylne kieszenie spodni.

Hmm... wiem, że mam trochę za duży tyłek, choć staram się nad nim pracować.

Potrafię go jednak dobrze zamaskować.

Eve zaśmiała się i odwróciła od okna.

Twój tyłek jest w porządku. Może usiądziesz i zdasz mi raport?

Poszło wspaniale. - Peabody zadowolona opadła na krzesło – Nie zorientowali się,

że jestem gliną i że byłam i nich zaledwie przed kilkoma dniami. Potraktowali

mnie po królewsku. - Zatrzepotała przyciemnionymi i wydłużonymi rzęsami.

Jeśli   już   skończyłaś   ze   swoją   rolą,   to   poprosiłabym   o   raport,   posterunkowa

Peabody – warknęła Eve.

Tak jest. - Dziewczyna wyprostowała się i spochmurniała. - Zgodnie z rozkazem

zgłosiła się pod wskazany adres i poprosiłam o konsultację. Po krótkiej rozmowie

zaprowadzono   mnie   do   sali   klubowej,   gdzie   zajęła   się   mną   Piper.   Dane,   które

background image

podałam,   zostały   wprowadzone   do   jej   osobistego   komputera.   Zaoferowano   mi

również coś do picia. - W jej oczach błysnęło rozbawienie. - Przyjęłam, uznając,

że   to   należy   do   roli.   Dallas,   oni   mają   gorącą   czekoladę   i   kruche   ciasteczka   z

cukrem, takie jak na gwiazdkę. zanim się powstrzymała, zjadłam trzy renifery.

Rób tak dalej, a będziesz potrzebowała płachty, żeby ukryć tyłek.

To   prawda   –   przyznała   Peabody,   lecz   westchnęła   na   wspomnienie   słodyczy.   -

Powiedziała,   że   mi   się   śpieszy,   że   nie   chcę   spędzić   samotnych   świąt   Bożego

Narodzenia. Była bardzo miła i wyrozumiała. Nic dziwnego, że ludzie, którzy tam

przychodzą, chcą z nią pracować. Powiedziałam, że czuję się przy niej swobodnie,

a   ta   cała   procedura   jest   dla   mnie   krępująca.   Zaproponowałam,   że   jeśli   to

konieczne, więcej zapłacę, żeby tylko się mną zajęła.

Dobry pomysł.

Była  słodka.  Poklepała  mnie po  ręku. Uczestniczyła  w nagraniu  wideokasety  i

dała mi nawet kilka wskazówek. Pod koniec przyszedł Rudy, bo ona miała jakieś

spotkanie. On też mnie nie poznał. Flirtował ze mną.

W jaki sposób?

Żadnych   osobistych   podtekstów.   Według   mnie   on   tak   traktuje   wszystkich

klientów.   Krzepiący   uśmiech,   komplementy,   trzymanie   za   rękę.   On   nie   jest   w

moim   typie   –   dodała   –   ale   grałam   swoją   rolę.   Zaproponował   mi   filiżankę

czekolady,  ale   udało   mi   się   odmówić.  Oprowadzono  mnie   również   po  agencji,

pokazano elegancki klub, gdzie mogą spotykać się pary, które nie chcą umawiać

się na zewnątrz. Mają tam również małą kawiarnię do tych samych celów. Nic

nadzwyczajnego. Siedziało tam kilka par. - Skrzywiła się. - Spotkałam McNaba,

background image

który też odbywał taką wycieczkę.

A więc udało się. A co z listą partnerów?

Mam po nią przyjść jutro rano. Wolą, żeby na początku zgłaszać się osobiście.

Sprawdzali   mnie   przez   godzinę.   Dane   Roarke'a   zdały   egzamin.   Z   tego,   co

zdążyłam się zorientować, są naprawdę super. Przy nich mogłabym poczuć się

bezpiecznie.

Dobra. Jak będziesz miała tę listę, postępuj według planu. Ale umawiaj się na

mieście.   -   Zamyśliła   się.   -   Wykorzystamy   w   tym   celu   jakiś   lokal   Roarke'a.

Posadzimy w nim kilku gliniarzy. Ja muszę trzymać się z daleka. Jeśli Rudy lub

Piper są w to zamieszani, poznają mnie. Musimy mieć też wóz do ochrony. Chcę,

żebyś jutro wieczorem odbyła dwa, a może trzy spotkania. Nie możemy zwlekać.

-   Spojrzała   na   zegarek.   -   Znajdźmy   jakiś   pusty   pokój   konferencyjny.   Muszę

wprowadzić we wszystko McNaba i Feeneya, żeby coś z tego wyszło.

Jeżeli McNab będzie się na mnie gapić, zrobię z niego miazgę.

Zaczekaj z tym do zamknięcia sprawy – poradziła Eve.

Jak tylko minęła bramę i wjechała na podjazd, jej oczom ukazała się łuna świateł.

W   pierwszej   chwili   pomyślała,   że   dom   się   pali.   Kiedy   jednak   podjechała   bliżej,

zobaczyła stojącą w oknie wielkiego salonu choinkę. Drzewko sprawiało wrażenie

żywego,   mieniło   się,   połyskiwało   tysiącem   płomyków   igrających   na   gałęziach,

ozdobionych czerwonymi i zielonymi kulami.

background image

Zaparkowała wóz przed głównym wejściem, wbiegła na schody i poszła prosto do

salonu. Choinka musiała mieć ze dwadzieścia stóp wysokości i co najmniej cztery

stopy   szerokości.   Oplatały   ją   misterne   zwoje   srebrnych   łańcuchów,   spod   których

wyzierały   setki   kolorowych   bombek.   Na   samym   czubku,   prawie   dotykając   sufitu,

tkwiła   kryształowa,   pulsująca   światłem   gwiazda.   Podłogę   wokół   drzewka

przykrywała biała płaszczyzna imitująca śnieg. Leżało na niej mnóstwo elegancko

opakowanych prezentów.

O Boże, Roarke.

Piękna, prawda?

Podszedł do niej tak niespodziewanie, że aż drgnęła.

Skąd ty ją, u diabła, wytrzasnąłeś?

Z Oregonu. Ma zachowany system korzeniowy. Po Nowym Roku oddamy ją do

parku. - Objął Eve w talii. - Pozostałe Też.

Masz ich więcej?

W sali balowej stoi jeszcze większa.

Większa? - powtórzyła ze zdumieniem.

Summerset ma jedną u siebie, naszą kazałem zanieść do sypialni. Pomyślałem, że

wieczorem ubierzemy choinkę.

Na przystrojenie takiego olbrzyma potrzeba chyba kilku dni.

Ekipie, którą wynająłem, zajęło to cztery godziny. - Roześmiał się. - nasza jest

bardziej poręczna. - Pocałował ją w czoło. - Chcę, żebyśmy wspólnie ją ubrali.

Nie mam o tym zielonego pojęcia.

Poradzimy sobie.

background image

Jeszcze raz spojrzała na choinkę. Nie mogła zrozumieć, dlaczego wprawiała ją w

zdenerwowanie.

mam   robotę   –   powiedziała   i   chciała   odejść,   lecz   Roarke   położył   jej   dłonie   na

ramionach i zmusił, by spojrzała mu w oczy.

Nie zamierzam przeszkadzać ci w pracy, Eve, ale mamy prawo do własnego życia.

Naszego życia. Chcę spędzić ten wieczór z moją żoną.

Zmarszczyła brwi.

Wiesz, że nie znoszę, kiedy mówisz „moja żona” tym tonem.

A jak myślisz, dlaczego to robię? - Roześmiał się, kiedy próbowała go odepchnąć.

- Zdobyłem cię, poruczniku, i nie puszczę. - Wiedząc, jaka jest szybka, wziął ją na

ręce. - Zacznij się do tego przyzwyczajać.

Zaczynasz mnie wkurzać.

Doskonale.   W   takim   razie   czas   na   seks.   Kochanie   się   z   tobą,   kiedy   jesteś

wkurzona, to prawdziwa rozkosz.

Nie chcę się kochać.

Może i chciałabym, gdyby nie był taki pewny siebie, pomyślała ze złością.

A więc wyzwanie i przygoda. Coraz lepiej.

Postaw mnie, ty draniu, bo oberwiesz.

A teraz jeszcze groźby. Zaczyna mnie to podniecać.

Z trudem opanowała chęć wybuchnięcia śmiechem. Kiedy wniósł ją do sypialni,

była gotowa do miłosnych zmagań. Roarke zbyt dobrze znał jej myśli.

Położył ją na łóżku i uwięził w uścisku, zanim zdążyła się wywinąć. Chwycił jej

ręce i unieruchomił nad głową.

background image

Rzuciła mu wściekłe spojrzenie.

Nie poddam się tak łatwo.

Mam nadzieję, że nie.

Otoczyła go nogami i przewróciła na plecy. Galahad, który uciął sobie drzemkę na

poduszce, prychnął gniewnie i zeskoczył na podłogę.

Widzisz, co zrobiłeś? - warknęła, kiedy Roarke ponownie znalazł się na górze. -

Zdenerwowałeś kota.

Niech sobie znajdzie własną kobietę – mruknął i zamknął jej usta pocałunkiem.

Czuł   w   nadgarstkach   Eve   szybkie,   mocne   uderzenia   pulsu   i   dreszcze,   który

wstrząsał jej ciałem. Nie poddała się jednak, nie była na to gotowa. Czasami lubiła

krótką gorącą walkę. On też miał dziś na nią ochotę.

Skubnął  zębami jej dolną wargę, aż z ust Eve wyrwał się mimowolny jęk. Wcisnął

zatrzask   rozpinający   kaburę   i   uwolnił   ją   z   pasków.   Czując,   że   gorący   płomień

zaczyna obejmować jej ciało, wsunął dłoń w dekolt koszuli i szarpnął guziki.

Przywarła do niego gwałtownie, domagając się pieszczot i poruszając biodrami,

jakby chciała się wymknąć lub przejąć kontrolę.

Boże, pragnę cię. Wciąż nie mam ciebie dosyć. - Przywarł ustami do jej piersi.

Ja też nie mam ciebie dosyć, zdołała jeszcze pomyśleć. Krzyknęła, wyginając ciało

w łuk. Miała wrażenie, że każdy jej nerw wibruje w takt dzikiej szalonej muzyki, a

płonący w jej wnętrzu ogień ogarnia całe ciało.

Oswobodziła   dłonie   i   zaczęła   niecierpliwie   zdzierać   z   niego   koszulę,   pragnąc

poczuć pod palcami naga skórę.

Przewracając   się   po   łóżku,   zrzucali   części   garderoby   i   przywierali   do   siebie   w

background image

zachłannych   pocałunkach   i   bolesnych   uściskach.   Kiedy   objęła   jego   członek,   był

twardy jak stal i gładki niczym jedwab.

Teraz   –   wyszeptała,   unosząc   biodra   i   wprawiając   je   w   ruch,   jak   tylko   w   nią

wszedł.

Znieruchomiał w jej wnętrzu i spojrzał na Eve. Płonący na kominku ogień, rzucał

cienie na twarz, połyskiwał we włosach, migotał w oczach, które powoli ciemniały i

zachodziły mgłą.

Jesteś moja – wydyszał chrapliwie, po czym wycofał się. - Na zawsze. - Chwycił

pośladki, uniósł ją w górę i począł wbijać się w nią długimi ostrymi pchnięciami.

Zacisnęła dłonie na pościeli, jakby chciała znaleźć w niej oparcie. Widziała nad

sobą   niewyraźną   sylwetkę   Roarke'a.   Ciemne   włosy   połyskiwały   w   świetle   ognia,

niebieskie oczy nabrały intensywnej barwy, a jasnozłota skóra lśniła od potu.

Jeszcze raz. - Przywarł do jej ust, splótł palce z palcami Eve, nacierając na nią w

pełnym   zapamiętania   rytmie.   -   I   jeszcze   raz   –   wydyszał,   czując   w   skroniach

szalone pulsowanie krwi. - Eve! - wykrzyknął i eksplodował w jej wnętrzu.

Leżąc   pod   nim   wyczerpana,   straciła   poczucie   czasu.   Na   suficie   tańczyły   cienie

rzucane przez palący się ogień na kominku. Czy to normalne, aby pożądać kogoś tak

bardzo i kochać aż do bólu? - pomyślała.

  W końcu Roarke poruszył głową, ocierając sie włosami o policzek  Eve i ukrył

background image

twarz w zagłębieniu jej szyi.

mam nadzieję, że jesteś zadowolony – mruknęła. Nie zabrzmiało to tak ostro, jak

tego pragnęła. W dodatku uświadomiła sobie, że gładzi go po plecach.

Mhm.   O   tak.   -   Musnął   wargami   jej   szyję,   uniósł   głowę   i   spojrzał   w   oczy.   -

Przypuszczam, że ty też.

Pozwoliłam ci wygrać.

Oczywiście.

Prychnęła, widząc znajomy błysk w jego oczach.

Zejdź ze mnie. Jesteś ciężki.

W porządku. - Wstał i ponownie wziął ją na ręce. - Weźmy prysznic, a potem

ubierzemy choinkę.

Cóż to za obsesja z tymi drzewkami?

Od   lat   nie   ubierałem   choinki,   to   znaczy   od   czasu,   kiedy   zamieszkałem   z

Summersetem. Chciałbym sprawdzić, czy nadal potrafię.

Wszedł   do   kabiny   prysznicowej.   Zakryła   mu   usta   dłonią,   wiedząc,   że   uwielbia

zimne prysznice.

Natrysk, czterdzieści stopni.

Za ciepły – wymamrotał.

Zostaw.   -   Wydała   z   siebie   przeciągłe   westchnienie,   kiedy   ze   wszystkich   stron

trysnęła gorąca woda. - Wspaniale.

Piętnaście minut później otworzyła drzwi suszarki. Była rozgrzana i odprężona.

Umysł miała jasny i czujny.

Roarke   kończył   się   wycierać.   Kolejny   z   jego   kaprysów,   którego   nie   mogła

background image

zrozumieć. Po co tracić czas na wycieranie się ręcznikiem, skoro suszarka robi to

szybciej?     Sięgnęła   po   szlafrok   i   nagle   zorientowała   się,   że   nie   jest   to   ten,   który

powiesiła tu dziś rano.

Co to jest? - - Przesunęła dłonią po szkarłatnym materiale.

Kaszmir. - Spodoba ci się.

Znów kupiłeś mi szlafrok. Nie rozumiem... - Urwała, bo właśnie wsunęła w niego

ręce. - Och!. - Nie znosiła ulegać przyjemności, jaką dawał dobry materiał. Ale ten

był delikatny jak chmurka i ciepły jak uścisk. - Całkiem  miły.

Uśmiechnął się, zawiązując pasek czarnego szlafroka z tego samego materiału. -

Dobrze ci w nim. Chodź, opowiesz mi o wszystkim, kiedy będę zawieszał światełka.

Peabody i McNab są już w agencji. Jutro dostaną listy swoich partnerów. - Weszła

do   sypialni   i   spostrzegał   kubełek   z   butelką   szampana.   Na   srebrnej   tacy   stały

przygotowane   kanapki.   Co   to   jest,   u   diabła?   -   pomyślała   i   włożyła   do   ust   coś

niezwykle smakowitego, po czym napełniła szampanem dwa kieliszki. - Twoje

dane personalne zdały egzamin.

Spodziewałem się tego. - Z dużego pudła wyjął długi sznur drobnych światełek.

Nie bądź taki pewny siebie. Przed nami jeszcze długa droga. Nadine była dziś u

mnie w  biurze – dodała i postawiła kieliszek Roarke'a  na szafce przy  łóżku. -

Rozszyfrowała   Peabody,   więc   musiałam   powiedzieć   jej   więcej,   niż   chciałam.

Prywatnie.

Nadine   jest   jedną   z   nielicznych   reporterek,   której   można   zaufać.   -   Roarke

przyjrzał   się   choince   i   światełkom   i   uznał,   że   trzeba   zacząć   od   środka.   -   Nie

podałaby do wiadomości informacji, które mogłyby zaszkodzić śledztwu.

background image

Tak,   wiem.   Rozmawiałyśmy   o   tym.   -   Eve   przyglądała   się   pracy   Roarke'a

krytycznym wzrokiem. Czy on wie, jak to się robi? - Gdyby Piper i Rudy mnie nie

widzieli, sama podjęłabym się tego zadania.

Roarke uniósł brew, kiedy umocował pierwszy sznur, po czym sięgnął po następny.

-   Miałbym   pewne   obiekcje,   gdyby   moja   żona   zaczęła   umawiać   się   na   randki   z

obcymi mężczyznami.

Podeszła do tacy i wzięła następną kanapkę.

Nie poszłabym do łóżka z żadnym z nich, chyba że... wymagałaby tego sytuacja. -

Uśmiechnęła się. - Ale przez cały czas myślałabym o tobie.

A ja uciąłbym facetowi  jaja i przyniósł ci w prezencie.

Eve zachłysnęła się szampanem.

Jezu, Roarke, ja tylko żartowałam.

Mhm. Ja też, kochanie. Podaj mi następny sznur.

Nie do końca przekonana wyciągnęła z pudła światełka.

Ile masz zamiar tego założyć?

Tyle, ile się zmieści.

Wzięła głęboki oddech.

Chodziło mi o to, że ja już pracowałam jako tajna agentka, a Peabody nie.

Peabody to zdolna policjantka. Powinnaś jej zaufać. I sobie.

McNab wciąż wierci mi dziurę w brzuchu.

Bo durzy się w Peabody?

Co?

Czuje do niej miętę. - Cofnął się i zlustrował swoje dzieło. - Światła na choince –

background image

polecił i kiwnął głową usatysfakcjonowany, kiedy rozbłysły brylantowe punkciki.

- W porządku.

Co   to   znaczy   czuje   do   niej   miętę?   Chcesz   powiedzieć,   że   się   w   niej   kocha?

Niemożliwe.

Nie jest pewny, czy ją lubi, ale mu się podoba. - Chcąc zobaczyć swoje dzieło pod

innym kątem, podszedł do szafki, wziął kieliszek i popijając szampana przyglądał

się choince. - teraz ozdoby.

Przecież on ją cholernie irytuje.

Podejrzewam, że z początku czułaś do mnie to samo. - Wzniósł kieliszek. - I czym

się to skończyło?

Eve wpatrywała się w niego przez kilka sekund, po czym opadła ciężko na łóżko.

Ładne   rzeczy.   W   takim   razie   oni   nie   mogą   ze   sobą   pracować.   Kłótnie   mogę

znieść. Ale amorów w żadnym wypadku.

Czasami   trzeba   popuścić   trochę   cugli   swoim   dzieciom,   kochanie.   -   Otworzył

drugie   pudło   i   wyjął   z   niego   starego   porcelanowego   aniołka.   -   Ty   zawieś

pierwszego. To będzie taka nasza mała rodzinna tradycja.

Eve popatrzyła na aniołka.

Jeśli coś jej się stanie...

Nie dopuścisz do tego.

Westchnęła i wstała.

Postaram się. Będę potrzebowała pomocy.

Musnął palcem drobny dołeczek w jej podbródku.

Kocham się. Ja też myślę, że to się stanie naszą małą rodzinną tradycją.

background image

Jakiś czas później, kiedy światła na choince zgasły i ogień w kominku ledwo się

żarzył, Eve leżała bezsennie. Gdzie on teraz jest? - myślała. Czy znowu zabrzęczy

wideokom, informując o kolejnej ofierze, kolejnym brutalnie przerwanym życiu, bo

ona wciąż była zbyt daleko, by dopaść mordercy?

Kogo tym razem obdarzy miłością?

Rozdział 10

O świcie zaczął padać śnieg. Nie były to jednak miękkie płatki jak z pocztówki,

lecz drobne igiełki, które syczały obrzydliwie po zetknięciu z nawierzchnią. Kiedy

Eve   dotarła   do   biura   w   centrali,   ulice,   chodniki   i   ruchome   platformy   pokrywała

śliska,   szara   breja,   która   przysparza   wielu   kłopotów   pracownikom   transportu

miejskiego i drogówki.

Za oknem dwa helikoptery pogodowe z konkurencyjnych stacji prześcigały się w

background image

przekazywaniu   złych   wieści   swoim   widzom,   informując   o   kolizjach   drogowych   i

stłuczkach.

Wystarczyło, żeby otworzyli drzwi i sami to sprawdzili, pomyślała gniewnie.

Zapowiadał się parszywy dzień.

Odwróciła się plecami do wąskiego okna i wprowadziła dane do komputera z nikła

nadzieją, że znajdzie wreszcie jakiś ślad.

Komputer, program prawdopodobieństwa. Zanalizuj dane i podaj wyniki. Podaj

listę najbardziej prawdopodobnych osób, które może zaatakować morderca.

Przetwarzanie.

Kiedy maszyna zaczęła jęczeć i terkotać, Eve wyjęła fotografie skonfiskowane w

„Szczęśliwym Związku” i rozlepiła je na tablicy nad biurkiem.

Marianna   Hawley,   Sarabeth   Greenbalm,   Donnie   Ray   Michael.   Uśmiechnięte

twarze,   starające   pokazać   się   od   najlepszej   strony,   samotne   serca   poszukujące

miłości.

Urzędniczka,   striptizerka   i   saksofonista.   Odmienne   style   życia,   odmienne   cele,

odmienne   potrzeby.   Co   jeszcze   mieli   ze   sobą   wspólnego?   Czym   przyciągali

mordercę, czego ona nie dostrzegła? Co om w nich widział, co było powodem tak

skrajnych jego reakcji od miłości po gniew?

Jednakowe prawdopodobieństwo dla wszystkich osób.

Eve spojrzała na monitor i prychnęła.

Do diabła! Musi być jakiś ślad.

Niekompletne dane do dalszej analizy. Obecny wzorzec przypadkowy.

jak, do cholery, mam chronić dwa tysiące ludzi? - Zamknęła oczy, starając się

background image

opanować.   -   Komputer,   wyeliminuj   wszystkie   osoby,   które   mają   partnera   lub

rodzinę. Przeanalizuj ponownie.

Przetwarzanie... Zadanie zakończone.

Dobra.   -   Przetarła   oczy.   Wszystkie   trzy   ofiary   to   przedstawiciele   białej   rasy,

pomyślała - Wyeliminuj osoby nie należące do białej rasy. Przeanalizuj ponownie.

Przetwarzanie... Zadanie zakończone.

Podaj pozostałą liczbę.

Sześćset dwadzieścia cztery podmioty.

Cholera!   -   Spojrzała   na   fotografie.   -   Wyeliminuj   wszystkie   osoby   powyżej

czterdziestu pięciu i poniżej dwudziestu jeden lat.

Przetwarzanie... Zadanie zakończone.

Dobra.   -   Wstała   zza   biurka   i   zaczęła   chodzić   po   pokoju.   -   Listy   partnerów   –

mruknęła. - Każde z nich otrzymało po jednej liście partnerów. Wyeliminuj osoby,

które   zasięgały   dalszych   konsultacji   w   „Szczęśliwym   Związku”.   Przeanalizuj

ponownie.

Przetwarzanie.

Komputer zaczął się krztusić, więc Eve palnęła go na odlew.

Cholerna kupa złomu – mruknęła, gdy maszyna wydała z siebie ję.

 Zadanie... zakończone.

Przestań się jąkać. Podaj uzyskaną liczbę.

Pozostało dwieście sześć osób.

No, to już lepiej. Wydrukuj ostateczną liczbę osób.

Kiedy   komputer   wypluł   z   siebie   wydruk,   Eve   włączyła   wideokom   i   wywołała

background image

Sekcję Elektroniczną.

Feeney, mam dwieście sześć osób. Trzeba je sprawdzić. Możesz to zrobić? Kto z

tych   ludzi   wyjechał   z   miasta,   kto   znalazł   partnera   lub   wstąpił   w   związek

małżeński, kto umarł we śnie, a kto spędził urlop na planecie Disneya.

Podrzuć mi listę.

Dzięki.  -  Uniosła głowę,  słysząc w korytarzu chór  gwizdów i  miauknięć.  -  To

pilne – dodała i rozłączyła się w chwili, gdy dp pokoju weszła z wypiekami na

twarzy wzburzona Peabody.

Jezu, jakby ci kretyni nie widzieli mnie nigdy bez munduru. Henderson był gotów

zostawić żonę i dzieciaki i spędzić ze mną weekend na Barbadosie.

Błysk w oku dowodził jednak, że pochlebiała jej ta propozycja.

Eve zmarszczyła brwi. Asystentka  była umalowana,  modnie uczesana, miała na

sobie krótką obcisłą spódniczkę i buty na potwornie wysokich obcasach w kolorze

dojrzałych malin.

jak ty możesz chodzić na takich szczudłach? - spytała.

To nic trudnego.

Eve westchnęła.

Siadaj.

Dobrze, tylko trochę to potrwa.

Peabody oparła dłoń na brzegu biurka i zaczęła powoli opuszczać się na krzesło.

Co ty wyprawiasz, kucasz czy siadasz?

Chwileczkę. - Asystentka wciągnęła gwałtownie powietrze w płuca, krzywiąc się

lekko. - Ta spódnica jest trochę przyciasna w talii – wyjaśniła.

background image

Powinnaś pomyśleć o swoich wewnętrznych organach, zanim wbijesz się w coś

takiego. Została ci godzina do wizyty w „Szczęśliwym Związku”. Chcę, żebyś...

Co ty do cholery w tym robisz? - W drzwiach stał McNab i gapił się na nogi

Peabody.

Wypełniam swoje zadanie – warknęła.

 Dopraszasz się o baty. Dallas, niech jej pani każe inaczej się ubrać.

Nie   jestem   specjalistką   od   mody,   McNab.   A   gdybym   była   –   tu   zlustrowała

wzrokiem jego luźne spodnie w czerwono-białe pasy i żółty golf – miałabym coś

do powiedzenia na temat twoich gustów.

Peabody parsknęła, a Eve spiorunowała ją wzrokiem.

Zwracam   wam   uwagę,   dzieci,   że   tym   razem   w   grę   może   wchodzić   podwójne

morderstwo. Jeśli się nie dogadacie, będę zmuszona ograniczyć wam czas zabawy.

Peabody skrzyżowała ramiona na piersi i rzuciła McNabowi szydercze spojrzenie,

lecz miała na tyle rozsądku, by nie odzywać się słowem.

Peabody, masz przekonać Piper, żeby tylko ona była twoją konsultantką. McNab

zajmiesz   się   Rudym.   Kiedy   dostaniecie   listę   partnerów,   odwiedźcie   salony

sklepowe. Postarajcie się, żeby was zauważono.

Czy   mamy   te   środki   na   te   cele?   -   spytał   McNab,   lecz   na   widok     ironicznego

spojrzenia   Eve   wzruszył   ramionami   i   wsunął   dłonie   do   kieszeni   spodni.   -

Zrobiłoby to lepsze wrażenie, gdybyśmy kupili parę drobiazgów i pogawędzili ze

sprzedawcami.

Dostaliście dwieście żetonów kredytowych na głowę. Wszystko ponad tę sumę to

wasz   problem.   McNab,   wiemy,   że   Donnie   Ray   odwiedził   salon   piękności,   by

background image

kupić kosmetyki dla matki. Nie zapomnij się tam pokręcić.

Mógłby tam siedzieć i miesiąc – mruknęła Peabody, po czym spojrzała na Eve z

niewinną miną.

Peabody, Hawley też robiła tam zakupy, jak również w salonie damskiej bielizny

piętro wyżej. Zajrzyj tam.

Tak jest.

Musicie odbyć jak najwięcej spotkań z osobami z waszych list. Zaczniecie już

dziś   wieczorem.   Gotowy   jest   klub   „Nova”   na   Pięćdziesiątej   Trzeciej.   Im

wcześniej się umówicie, tym lepiej. Spróbujcie odbyć pierwszą randkę o czwartej,

a potem co godzina z kolejnymi osobami. Im więcej, tym lepiej. Nie wiemy, czy

morderca  uderzył  tej nocy. Mogło   nam się tym razem  poszczęścić.  Ale  on nie

będzie czekał.

Ponownie spojrzała na fotografie.

W klubie będą nasi ludzie. Feeney i ja zostaniemy na zewnątrz. Oboje musicie

mieć nadajniki. Pod żadnym pozorem nie wolno wam się oddalać. Jeśli zechce

wam się siusiu, dajcie znać, a jedne z naszych ludzi pójdzie z wami.

On przecież nie atakuje w miejscach publicznych – zauważyła Peabody.

Nie mogę ryzykować. Albo będziecie trzymać się reguł, albo wypadacie z gry. Jak

najszybciej   przekażecie   nam   listę   partnerów.   Jeśli   ktokolwiek   z   personelu

„Szczęśliwego   Związku”   lub   z   sąsiednich   salonów   zainteresuje   się   wami,

natychmiast meldujcie. Jakieś pytania.

Eve uniosła brwi, gdy oboje pokręcili przecząco głowami.

W takim razie do roboty.

background image

Powstrzymała się od uśmiechu, kiedy Peabody, która miała ochotę wstać z krzesła,

zrobiła to z wyraźnym wysiłkiem. McNab wzniósł oczy ku niebu, kiedy dziewczyna

go mijała.

Jest zupełnie zielona.

Ale dobra – odparowała Eve.

Możliwe, ale będę miał na nią oko.

Nie wątpię – mruknęła Eve, kiedy zamknął za sobą drzwi.

Ponownie spojrzała na fotografie. Nie dawały jej spokoju te trzy twarze. Nie mogła

przestać myśleć o losie, jaki spotkał tych trojga.

Zbyt mocno się w to angażuję, pomyślała. Nie powinnam skupiać się na tym, co

ich spotkało, ale dlaczego.

Przetarła oczy, jakby chciała wymazać z pamięci wspomnienia.

Dlaczego ci troje? - myślała. Podeszła bliżej, by przyjrzeć się uśmiechniętej twarzy

Marianny Hawley.

Spróbowała opisać ją, stosując tę samą metodę, jaką posłużyła się przy wyborze

zapachu   dla   Miry.   Profesjonalistka,   staroświecka,   romantyczna,   o   stonowanej

urodzie,   przywiązana   do   rodziny,   interesująca   się   teatrem   i   lubiąca   otaczać   się

ładnymi rzeczami.

Wsunęła   kciuki   do   kieszeni   spodni   i   przeniosła   wzrok   na   Sarabeth   Greenbalm.

Striptizerka.   Samotnica,   przywiązująca   dużą   wagę   do   pieniędzy   i   zbierająca   karty

kredytowe. Również solidna w swoim fachu. Mieszkała sama, oszczędzała zarobione

pieniądze i liczyła napiwki. Żadnego hobby, żadnych przyjaciół czy krewnych.

Wreszcie Donnie Ray, chłopak, który kochał matkę i grę na saksofonie. Mieszkał

background image

jak w chlewie i miał uśmiech anioła. Pociągał Zonera, nigdy jednak nie był karany.

I   nagle   ją   olśniło.   Wreszcie   coś,   co   łączyło   te   trzy   osoby,   choć   nigdy   sie   nie

spotkały.

Teatr!

Komputer,   dane   trzech   klientów   „Szczęśliwego   Związku”:   Hawley   Marianna,

Greenbalm Sarabeth, Michael Donnie Ray. Podświetl ich zawody i hobby.

Przetwarzanie:   Hawley   Marianna,   asystentka   w   firmie   Foster-Brinke.   Hobby:

teatr. Członek Grupy Teatralnej w West Side. Inne zainteresowania...

Stop, następna osoba.

Greenbalm Sarabeth, tancerka...

Stop.   Donnie   Ray,   saksofonista.   -   Zastanawiała   się   przez   chwilę.   Komputer,

prawdopodobieństwo   zaatakowania   przez   mordercę   osób   interesujących   się

teatrem lub mających jakieś związku z rozrywką.

Przetwarzanie.   Prawdopodobieństwo:   dziewięćdziesiąt   trzy   i   dwie   dziesiąte

procent.

Cholera,   mam.   -   Skrzywiła   się,   kiedy   zadźwięczał   nadajnik.   -   Dallas   –   rzuciła

gniewnie.

Komunikat   do   porucznik   Eve   Dallas.   Sprawdzić   parę   mieszkającą   przy   West

Dziewiętnaście trzy cztery jeden, lokal trzy. Próba napadu. Prawdopodobieństwo,

że może to mieć związek z obecnie prowadzonym śledztwem: dziewięćdziesiąt

osiem i osiem dziesiątych procenta.

Eve złapała kurtkę.

Przyjęłam. Koniec połączenia.

background image

To był po prostu przypadek – powiedziała drobna kobieta, delikatna jak wróżki

tańczące na małym białym, szklanym drzewku, wiszącym w szerokim oknie starego

poddasza. - Jacko niepotrzebnie wszystko wyolbrzymia.

Wiem, co mówię. Ten gość miał złe zamiary, Cissy.

Jacko zmarszczył gniewnie brwi i mocniej objął kobietę ramieniem. Zmieściłyby

się w nim cztery takie jak ona, pomyślała Eve. Miał posturę gracza w piłkę halową,

twarz o grubych rysach i blizny na szczęce i nad łukiem brwiowym.

Jego   towarzyszka   była   blada   niczym   księżycowy   promień,   on   czarny   jak   noc.

Drobne dłonie kobiety tonęły w jego olbrzymiej prawicy.

Poddasze   składało   się   z   trzech   części.   Eve   rzuciła   okiem   na   część   sypialną,

widoczną przez otwór w ścianie z falistego szkła w kolorze brzoskwini. Stało w niej

szerokie łoże z rozrzuconą pościelą.

W czymś w rodzaju salonu poczesne miejsce zajmowała sofa w kształcie litery U,

która   spokojnie   mogła   pomieścić   dwadzieścia   osób.   Sam   Jacko   zajmował   na   niej

przestrzeń   trzech   osób.   Mieszkanie   świadczyło   o   zamożności,   kobiecym   smaku   i

męskiej wygodzie.

Proszę mi opowiedzieć całe zdarzenie.

Wszystko opowiedzieliśmy wczoraj wieczorem policjantowi. - Cissy uśmiechnęła

się, lecz w jej oczach błysnęła lekka irytacja. - Jacko uparł się, by wezwać policję.

- A to był tylko głupi żart.

Akurat. - Pochylił się w przód, wprawiając w drżenie mocno poskręcane włosy. -

ten gość przyszedł ubrany jak święty Mikołaj, z wielkim pudłem owiniętym w

background image

papier i zawiązanym wstążką.

  Serce Eve mocniej zabiło.

Kto otworzył drzwi? - spytała jednak spokojnie.

Ja. - Cissy machnęła rękami. - Mój tata mieszka w Wisconsin. Jeśli nie mogę

pojechać na święta, przysyła mi coś zabawnego. W tym roku nie będę mogła się

wyrwać, pomyślałam więc, że wynajął świętego Mikołaja. Nadal uważam...

Ten gość nie był od twojego taty – stwierdził ponurym tonem Jacko. - Wpuściła

go do środka. Byłem wtedy w kuchni. Posłyszałem jej śmiech i głos tego gościa.

Jacko jest okropnie zazdrosny. To niszczy nasz związek.

Bzdura, Cissy. Ty dopiero wtedy mówisz, że facet podrywa, jak wsunie ci łapę pos

spódnicę – parsknął pogardliwie. - Kiedy wszedłem, ten facet się do niej zalecał.

Zalecał? - powtórzyła Eve.

Cissy wydęła gniewnie wargi.

Na własne oczy widziałem. Szczerzył do niej zęby i błyskał oczami.

Mrugał   –   sprostowała   Cissy.   -   na   litość   boską,   Jacko,   on   po   prostu   do   mnie

mrugał.

Ale   przestał,   kiedy   mnie   zobaczył.   Skamieniał   i   zaczął   gapić   się   na   mnie.

Napędziłem mu niezłego stracha. A potem prysnął jak wystraszony królik.

Bo wrzasnąłeś na niego.

Dopiero   jak   zaczął   uciekać.   -   Jacko   machnął   w   zdenerwowaniu   potężnymi

łapskami. - tak, wrzasnąłem i pobiegłem za nim. Dopadłbym drania, gdyby Cissy

nie weszła mi w drogę. Zanim się od niej uwolniłem i wybiegłem na ulicę, nie

było po nim śladu.

background image

Czy   funkcjonariusz,   który   zgłosił   się   do   państwa,   zabrał   dyskietki   z   kamer

bezpieczeństwa?

Tak, powiedział, że taka jest procedura.

Zgadza się. Jaki miał głos?

Głos? - Cissy zamrugała oczami.

Jak brzmiał jego głos.

Hmm... Wesoło.

Jezu, Cissy, czy ty musisz być taka głupia? - wykrzyknął Jacko. - Był sztuczny –

zwrócił   się   do   Eve.  Tymczasem   urażona   Cissy   wstała  z   kanapy   i   wybiegła   do

części   kuchennej.   -   No   wie   pani,   podszyty   fałszywą   wesołością.   Głęboki,

wibrujący. Powiedział coś w tym rodzaju: „Byłaś grzeczną dziewczynką? Mam

coś dla ciebie. Tylko dla ciebie”. Wtedy ja wszedłem, a on zrobił minę, jakby

połknął żabę.

Czy coś w jego wyglądzie, pomimo przebrania, w sposobie mówienia, poruszania

się, nie wydało się pani znajome? - spytała Eve Cissy.

Nie. - Cissy wróciła do „salonu”, ostentacyjnie ignorując Jacko i popijając wodę

ze szklanki. - To trwało zaledwie kilka minut.

Chciałabym,   żeby   pani   obejrzała   dyskietki,   przyjrzała   się   im,   kiedy   je

powiększymy i wzmocnimy. Może zauważy pani coś szczególnego.

Czy warto zawracać sobie głowę takim incydentem?

Myślę, że tak. Jak długo mieszkacie ze sobą?

Kilka lat z przerwami.

Ostatnio z większymi przerwami – mruknął Jacko.

background image

Gdybyś nie był zaborczy i nie rzucał się na każdego mężczyznę, który na mnie

spojrzy... - zaczęła Cissy.

Eve podniosła dłoń, mając nadzieję, że powstrzyma domową kłótnię.

Czym się pani zajmuje? - spytała kobietę,

Jestem aktorką i uczę aktorstwa, kiedy nie dostanę żadnej  roli. Ma cie, pomyślała

Eve.

Jest wspaniałą aktorką – Jacko uśmiechnął się z wyraźną dumą do Cissy. - Jest

teraz w trakcie prób do sztuki w jednym z teatrów na Broadwayu.

Która zrobi klapę – powiedziała Cissy, ale podeszła do Jacko i usiadła na sofie.

To   będzie   wielki   przebój.   -   Ucałował   jej   piękną   dłoń.   -   Cissy   pokonała

dwadzieścia innych kandydatek. To będzie jej wielka rola.

Nie   omieszkam   obejrzeć   przedstawienia.   Cissy,   czy   korzystała   pani   z   usług

„Szczęśliwego Związku”

Ee...- Umknęła wzrokiem w bok. - Nie.

Cissy,   czy   pani   wie,   co   grozi   za   składanie   fałszywych   zeznań?   -   spytała   Eve

ostrym tonem.

Na litość boską, co to może was obchodzić?

Co za „Szczęśliwy Związek”? - zaciekawił się Jacko.

Komputerowa agencja matrymonialna.

Na miłość boską, Cissy! - Jacko zerwał się z kanapy, potrącając wiszące w pokoju

ozdoby. - Co się z tobą, u diabła dzieje?

Zerwaliśmy ze sobą! - W jednej chwili delikatna wróżka zmieniła się w olbrzyma.

- Byłam wściekła na ciebie. Pomyślałam, że to może być zabawne. Że dam ci

background image

nauczkę, ty bałwanie. Miałam pełne prawo widywać się, z kim chcę i kiedy chcę,

skoro nie byliśmy już ze sobą.

No to myśl sobie tak dalej – rzucił wściekłym głosem.

Widzi pani? - Cissy oskarżycielskim gestem wskazała na Jacko. W jej spojrzeniu

nie było już ciepła, lecz lodowaty chłód. - oto co muszę znosić.

Uspokójcie   się   oboje!   -   rozkazała   Eve.   -   Kiedy   została   pani   klientką

„Szczęśliwego Związku”?

Jakieś sześć tygodni temu – mruknęła Cissy. - Umówiłam się z dwoma facetami...

Jakimi facetami? - spytał Jacko.

Z   dwoma   facetami   –   powtórzyła   dobitnie.   -   Potem   wrócił   Jacko.   Przyniósł   mi

bratki. Uległam. Ale będę musiała przemyśleć tę decyzję.

Być może ta decyzja uratowała pani życie – powiedziała Eve.

Nie   rozumiem.   -   Cissy   instynktownie   przytuliła   się   do   Jacko,   który   ponownie

objął ją ramieniem.

To   wczorajsze   zdarzenie   może   mieć   związek   z   serią   niedawnych   morderstw.

Tylko,   że   w   tamtych   przypadkach   ofiary   mieszkały   same.   -   Eve   spojrzała   na

Jacko. -  Miała pani szczęście, że nie była sama.

O Boże... Jacko.

Nie obawiaj się kochanie. Jestem przy tobie. - Przytulił ja i popatrzył na Eve. -

Wiedziałem, że z tym gościem jest cos nie w porządku. O co tu chodzi?

Powiem   wam   tyle,   ile   będę   mogła.   Chciałabym,   żebyście   przyszli   do   centrali,

obejrzeli   dyskietki,   złożyli   zeznania,   a   pani,   żeby   opowiedziała   mi   o   swoich

doświadczeniach w „Szczęśliwym Związku”.

background image

Mamy  zapewnioną  pełną współpracę  ze  strony   świadków.  - Eve  stała w biurze

komendanta Whitneya. Była zbyt spięta, by usiąść, lecz nie miała odwagi spacerować

w czasie składania raportu.

Kobieta   jest   zbyt   zdenerwowana,   by   coś   więcej   powiedzieć.   Mężczyzna

potwierdza jej zeznania. Żadne z nich nie rozpoznało sprawcy. Przesłuchałam obu

mężczyzn, z którymi spotkała się Cissy Peterman. Obaj mają alibi przynajmniej

na jeden wieczór. Myślę, że są niewinni.

Whitney skinął głową i zaczął przeglądać raport Eve.

Jacko   Gonzales?   Ten   Jacko   Gonzales?   Członek   Brawlersów   z   numerem

dwadzieścia sześć?

Tak, jest zawodowym graczem w piłkę halową.

A  niech   mni!   -   na   twarzy  Whitneya   pojawił   się   rzadki   u   niego   uśmiech.   -  To

najlepszy zawodnik w drużynie. W ostatnim meczu zdobył trzy bramki i przebił

się przez dwie blokady.

Odchrząknął, bo Eve przyglądała mu się w milczeniu.

Mój wnuk jest jego wielkim fanem.

Rozumiem, sir.

Szkoda, że Gonzales nie dorwał tego gościa. Założę się, że unieszkodliwiłby go.

Też tak sądzę, panie komendancie.

Panna Peterman miała dużo szczęścia.

Tak. Następna ofiara może go nie mieć. Panna Peterman pokrzyżowała mordercy

plany. Na pewno znowu uderzy. Może dziś wieczorem. Rozmawiałam z doktor

background image

Mirą, która twierdzi, że będzie zły, wytrącony z równowagi. Moim zdaniem może

nawet popełnić jakiś błąd. McNab i Peabody mają dziś wieczór po trzy spotkania.

Wszystko jest przygotowanie. Mam listy ich partnerów i raporty.

Zawahała się, po czym zdecydowała się przedstawić swoja opinię.

Panie   komendancie,   dzisiejsza   akcja   jest   konieczna.   Ale   gdy   my   będziemy

prowadzić nadzór, on gdzieś zaatakuje.

 Skoro nie masz kryształowej kuli, musisz postępować według planu.

Ograniczyłam listę potencjalnych ofiar do dwustu. Chyba znalazłam jeszcze jeden

punkt   wspólny:   teatr.   To   pozwoli   zredukować   listę.   Mam   nadzieję,   że   dzięki

nowym danym Feeney będzie w stanie znacznie ją skrócić. Tym osobom trzeba

będzie zapewnić ochronę.

Jak? - Whitney rozłożył ręce. - Wie pani równie dobrze jak ja, że departament nie

może dać tylu ludzi.

A jeśli Feeney skróci listę...

Nawet jeśli skróci ją do pięćdziesięciu, nic z tego.

Jedna z tych osób może dziś wieczorem zginąć. - Zrobiła krok w przód. - Trzeba

je ostrzec. Gdybyśmy zwrócili się o pomoc do mediów, może ludzie zastanowiliby

się, zanim otworzyli te cholerne drzwi.

Zwrócenie się do mediów wywoła panikę – stwierdził chłodno Whitney. - Czy

pani wie, ilu świętych Mikołajów, stojących na rogach ulic i zabierających datki,

zostałoby pobitych? Może nawet śmiertelnie. Nie wolno nam szafować ludzkim

życiem,   Dallas.   Poza   tym,   gdybyśmy   zwrócili   się   do   mediów,   moglibyśmy   go

ostrzec – dodał, zanim zdążyła się odezwać. - Zapadłby się pod ziemię i nigdy

background image

byśmy go nie znaleźli. Trzy osoby nie żyją. Zasługują na to, by ich morderca trafił

za kratki.

Ma rację, ale to wcale jej nie uspokoiło.

Jeśli Feeney ograniczy listę osób do minimum, moglibyśmy skontaktować się z

tymi ludźmi. Zorganizowałabym zespół, który by się tym zajął.

Nie utrzymalibyśmy tego w tajemnicy i znowu wybuchałby panika.

Nie   możemy   ich   tak   zostawić.   Za   następną   ofiarę   to   my   będziemy   ponosić

odpowiedzialność. - A raczej ja, dodała w duchu, lecz miała dość rozsądku, by

tego głośno ni mówić. - jeśli nic nie zrobimy, by ostrzec tych ludzi, wina spadnie

na nas. On wie, że znamy jego metodę działania i ile razy zamierza uderzyć. I wie

też, że możemy jedynie czekać, aż zaatakuje. Jego to bawi. Popisywał się przed

kamerami bezpieczeństwa w domu Peterman. Stał w tym cholernym korytarzu i

mizdrzył   się   do   kamery.   Gdyby   Gonzales   strzelał   gole   wczoraj   wieczorem,   ta

kobieta już by nie żyła. Byłyby już cztery ofiary w ciągu tygodnia, a to stanowczo

zbyt dużo.

  Słuchał jej ze spokojną nieruchomą twarzą.

Pani pozycja jest o wiele łatwiejsza, poruczniku. Może pani tak nie uważa, ale

znacznie łatwiej jest stać z tej strony biurka. Nie mogę spełnić pani prośby. Nie

mogę pozwolić na to, żeby  osłaniała pani każdą ofiarę, tak jak tego  służącego

Roarke'a przed kilkoma tygodniami.

To   nie   ma   z   tym   nic   wspólnego.   -   Zacisnęła   zęby,   żeby   nie   wybuchnąć.   -  Ta

sprawa jest zamknięta, panie komendancie. Teraz mam nóż na gardle. Informacje

juz przedostały się do mediów. Przy następnym morderstwie rozpęta się piekło.

background image

W oczach Whitneya błysnął niepokój.

Co pani powiedziała tej Furst?

Tyle, ile musiałam. Zresztą i tak nieoficjalnie. Ona na razie będzie milczeć. Ale są

jeszcze inni równie dobrzy reporterzy, tylko że znacznie mniej uczciwi.

Porozmawiam  na  ten  temat   z   szefem.  Tyle  mogę   zrobić.  Niech   pani   dostarczy

skorygowaną przez Feeneya listę, a ja poproszę o zgodę na skontaktowanie się z

tymi osobami. Finansowanie tego typu operacji nie leży w moich możliwościach.

Odchylił się na oparcie fotela i popatrzył na nią z uwagą.

Znajdźcie coś dziś wieczorem. I kończcie tę sprawę.

Eve zastała w swoim biurze wpatrzonego w monitor Feeneya.

Oszczędziłeś mi biegania do Sekcji Elektronicznej.

Słyszałem, że był ty Jacko Gonzales. - W jego głosie brzmiał zawód. - Pewnie już

sobie poszedł, co?

Dobra, załatwię ci jego hologram z autografem.

Naprawdę? Byłbym wdzięczny.

Chcę, żebyś przejrzał te nazwiska i dane. - Wyciągnęła dyskietkę. Mój komputer

znowu zaczął się krztusić i zbyt długo to trwało, a muszę mieć jak najszybciej

skróconą listę potencjalnych ofiar. - Wysunęła szufladę biurka i zaczęła w niej

szperać, czując w skroniach bolesne pulsowanie. - Góra pięćdziesiąt osób, dobra?

background image

Tyle Whitney zgodzi się ostrzec. Resztę niech Bóg ma w swojej opiece. Gdzie, do

cholery, podział się mój batonik?

Nie wziąłem go. - Feeney wskazał na torebkę z orzeszkami. - McNab tu był. On

uwielbia słodycze,

Skubaniec. - Rozpaczliwie pragnąc wypełnić czymś żołądek, sięgnęła do torby z

orzeszkami. - mam już powiększony obraz z kamery bezpieczeństwa w korytarzy

Peterman, ale pewnie twój będzie lepszy. Chcę mieć jego portret w chwili, gdy

jest   najbardziej   sobą,   to   znaczy,   gdy   rzuca   sie   do   ucieczki.   Można   wówczas

dostrzec panikę na twarzy.

Wstukała kod do autokucharza, mając nadzieję, że popije kawą orzeszki.

mam fotografię partnerów ofiar i personelu „Szczęśliwego Związku”. Sprawdź,

które   z   tych   twarzy   mogą   pasować   do   portretu   mordercy.   Nawet   pod   warstwą

kosmetyków można coś znaleźć. Prawie całe usta ukryte pod brodą.

Możemy   dopasować   kształt   ust,   jeżeli   będziemy   mieć   wystarczająco   wyraźny

portret.

Tak. Budowa ciała nic na nie da, ale wzrost powinien. Spróbuj wyciągnąć z tego,

co się da. Wygląda na to, że facet nie nosi butów na obcasach, możemy więc dość

dokładnie   określić   jego   wzrost.   Rękawiczki   niestety   niwelują   kształt   dłoni.   -

Popijała kawę w zamyśleniu. - Uszy – powiedziała nagle.- Czy zawracałby sobie

głowę zmianą kształtu uszu? W jakim stopniu są widoczne.

Podeszła do komputera, wywołała program i zaczęła przeglądać portrety z kamer

bezpieczeństwa. - Cholera, nic, nic,nic. Mam! - na ekranie pojawił się obraz postacji

widzianej z boku. - Możesz coś z tym zrobić?

background image

Chyba tak – stwierdził po namyśle. - Czapka zakrywa górną część ucha, ale może coś

z   tego   wyjdzie.   Gratuluję,   Dallas.   Nie   zwróciłbym   na   to   uwagi.   Porównamy

wszystkie   fragmenty   twarzy.  Ale   na   to   trzeba   czasu.   Coś   tak   skomplikowanego

zajmie kilka dni. Może tydzień.

Potrzebny   portret   tego   drania.   -   Zamknęła   oczy,   usiłując   zebrać   myśli.   -

Zaczniemy   od   początku.   Sprawdzimy   jeszcze   raz   te   broszki   i   spinki,   środki

dezynfekcyjne,   kosmetyki.   Tatuaże   zostały   zrobione   ręcznie.   Może   z   tego   coś

wyciśniemy.

Dallas,   dwie   trzecie   salonów   i   klubów   w   mieście   zatrudnia   specjalistów   od

tatuaży.

Może któryś z nich zna ten wzór. - Westchnęła. - Zostały nam dwie godziny do

akcji w klubie „Nova”. Zróbmy, ile się da.

Rozdział 11

Peabody najbardziej irytował fakt, że McNab jest na jej liście partnerów. Nie miało

znaczenia,   że   był   to   zapewne   wynik   zmiany   jej   portretu   psychologicznego   i

dostosowania go do portretów ofiar. Nie mogła tego znieść i już.

background image

Nie   chciała   z   nim   współpracować.   Denerwowały   ją   jego   dziwaczne   stroje,

bezczelny   uśmiech,   zarozumialstwo.   Wiedziała   jednak,   że   nic   na   to   nie   poradzi,

dopóki Eve będzie uważać go za cenny nabytek.

Eve Dallas była dla niej niedoścignionym wzorem, ale przecież nawet najlepszy

gliniarz może popełnić błąd. Tym błędem, według Peabody, było przyjęcie McNaba

do zespołu.

Siedział   teraz   na   drugim   krańcu   eleganckiej   sali,   w   towarzystwie   wysokiej

blondynki.   Peabody   była   przekonana,   że   specjalnie   wybrał   to   miejsce,   by   ją

denerwować.

Gdyby go nie było, mogłaby spokojnie rozkoszować się miła atmosferą wnętrza.

Wypełniały   je   stoły   z   błyszczącymi   blatami,   boksy   w   jasnoniebieskim   kolorze.

Pomalowane na żółto ściany zdobiły ryciny przedstawiające uliczne sceny z Nowego

Jorku.

Lokal z klasą, pomyślała, patrząc na długi kontuar, na lustra przy barze i odzianych

w smokingi barmanów. Nic dziwnego, przecież należał do Roarke'a.

Wyściełane krzesło, na którym siedziała, było eleganckie i wygodne, a serwowane

drinki   świetne.   Stół   wyposażono   w   sprzęt   do   słuchania   i   oglądania,   by   klienci

czekający na kogoś lub wstępujący tu na drinka, mogli miło spędzić czas.

Peabody miała wielką ochotę włożyć słuchawki na uszy, bo jej pierwszy kandydat

okazał się koszmarnym nudziarzem. Miał na imię Oskar i był nauczycielem fizyki.

Teraz   jednak   głównie   interesowało   go   wysuszanie   kolejnych   szklaneczek   i

obmawianie   eks-żony,   która,jak   powiedział   Peabody,   była   nietolerancyjną,

samolubną, zimną suką. Po piętnastu minutach Peabody była całkowicie po stronie

background image

tej suki.

Nadal jednak grała swoją rolę, uśmiechała się i rozmawiała, choć skreśliła Oskara

z listy podejrzanych. Ten gość miał poważne problemy z alkoholem, a morderca był

zbyt rozsądny, by zawracać sobie głowę skacowanymi nudziarzami.

W drugim końcu sali McNab wybuchnął głośnym śmiechem, który podziałał na

Peabody niczym smagnięcie biczem. Gdy Oskar wlewał w siebie trzeciego drinka,

spojrzała w tamtym kierunku. McNab dostrzegł jej wzrok i ruszył znacząco brwią.

Miała ochotę pokazać mu język.

Z ulgą pożegnała się z Oskarem, rzucając niezobowiązująco,  że powinni są znowu

spotkać.

Kiedy   w   piekle   będą   serwować   burbona   z   lodem   –   mruknęła   i   skrzywiła   się,

słysząc głos w słuchawce.

Opanuj się, Peabody.

Tak jest – syknęła, unosząc dla niepoznaki szklankę do ust. Potem spojrzała na

zegarek. Do następnego spotkania zostało jej dziesięć minut.

Niech to szlag!

Peabody drgnęła, kiedy w słuchawce rozległ się głośny okrzyk Eve.

Poruczniku?

Co on tu, do cholery, robi?!

Zbita z tropu Peabody, sięgnęła dłonią do buta, gdzie miała ukrytą broń, i omiotła

wzrokiem salę. Zaraz jednak uśmiechnęła się szeroko, bo do kawiarni wszedł Roarke.

Ach, to jest dopiero idealny kandydat – szepnęła – czemu nie mogę umówić się z

kimś takim?

background image

Nie rozmawiaj z nim – warknęła Eve. - Nie znasz go.

Okay. Będę się po prostu gapić i ślinić, jak wszystkie tu kobiety.

Wydała   z   siebie   zduszony   chichot,   słysząc   wiązankę   przekleństw   Eve,   czym

zwróciła na siebie uwagę pary przy sąsiednim stoliku. Odkaszlnęła, podniosła do ust

szklankę i odchyliła się na oparcie, by podziwiać męża szefowej.

Roarke   podszedł   do   baru.   Wszyscy   barmani   wyprężyli   się   służbiście   niczym

żołnierze   przed   generałem.   On   jednak   zatrzymał   się   przy   jednym   ze   stolików,   by

zamienić kilka słów z jakąś parą. Pochylił się i musnął wargami policzek kobiety, po

czym klepnął po przyjacielsku jej towarzysza.

Peabody zastanawiała się, czy w łóżku porusza się z równą gracja i natychmiast

spłonęła rumieńcem. Całe szczęście, że nadajnik nie może przekazywać myśli.

Siedząca   w   samochodzie   Eve   patrzyła   ponuro   w   ekran,   wyświetlający   obraz   z

mikrokamery   ukrytej   w   kołnierzyku   Peabody.   Obserwując   chodzącego   po   sali

Roarke'a, miała ochot stłuc go na kwaśne jabłko.

On nie ma prawa tu być – zwróciła się do Feeneya.

Przecież to jego lokal – odparł Feeney, instynktownie kuląc ramiona. Nie lubił

małżeńskich kłótni.

Jasne,   przyszedł   sprawdzić   poziom   trunków   w   barze.   Cholera!   -   Przeczesała

włosy palcami, po czym wydała z siebie nieartykułowany dźwięk, kiedy Roarke

podszedł do stolika Peabody.

Smakuje pani drink?

Hmm... tak. Ja... Cholera – zdołała jedynie wykrztusić z siebie.

Uśmiechnął się i pochylił niżej.

background image

Powiedz pani porucznik, żeby przestała kląć. Nie wejdę jwj w drogę.

Powieka Peabody drgnęła nerwowo, bo w uchu zabrzmiał jej wściekły głos Eve.

Ona mówi, żeby zabrał pan stąd swój tyłek. Później go panu skopie.

Nie   mogę   się   doczekać.   -   Nie   przestając   się   uśmiechać   podniósł   do   ust   dłoń

Peabody. - Wyglądasz oszałamiająco – powiedział i odszedł.

Aparatura  zainstalowana   w  stojącym  na  zewnątrz  samochodzie   zasygnalizowała

zwiększone ciśnienie krwi i przyśpieszony puls.

Uspokój się Peabody – ostrzegła Eve.

Nie potrafię kontrolować odruchowych reakcji organizmu na bodźce zewnętrzne –

szepnęła Peabody. - Z całym szacunkiem, poruczniku, ale to wina wyobraźni.

Zbliża się kandydat numer dwa. Weź się w garść, dziewczyno.

Jestem gotowa.

Spojrzała w stronę drzwi z zalotnym uśmiechem. Nareszcie ktoś dla kogo warto

uczestniczyć   w   tej   operacji,   pomyślała.   Pamiętała   go   z   pierwszej   wizyty   w

„Szczęśliwym   Związku”.   Przystojny   opalony   adonis,   który   zwrócił   jej   uwagę,   a

swoją skupił na podręcznym lusterku. Przyjemnie będzie na niego popatrzeć.

Mężczyzna   zatrzymał   się   przy   drzwiach   i   rozejrzał   po   sali.   Oczy   w   kolorze

ciemnego złota rozbłysły, kiedy dostrzegł Peabody. Rozchylił usta, wstrząsnął lekko

blond lokami i podszedł do jej stolika.

Ty musisz być Delią.

Tak. - Piękny głos, pomyślała z westchnieniem. Lepiej brzmi w oryginale niż na

taśmie wideo. - A ty jesteś Brent.

Siedzący   w   drugim   końcu   salo   McNab   obrzucił   mężczyznę   gniewnym

background image

spojrzeniem. Wygląda jak lalka pokryta grubą warstwą sprayu. A ona robi do niego

słodkie ozy. Ten dupek zafundował sobie nową twarz. Ciało pewnie też poprawił. Nie

ma w nim ani jednego własnego kawałka.

Patrzcie,   państwo,   jak   ona   się   do   niego   łasi,   myślał   gniewnie   McNab.   Ta

dziewczyna dosłownie spija każde słowo z tych plastikowych usteczek. Kobiety to

żałosne stworzenia.

W tej chwili do jego stolika podszedł Roarke.

Wygląda dziś wyjątkowo ponętnie, prawda?

Każdy facet tak powie na widok kobiety z dekoltem do pępka.

Roarke   uśmiechnął   się,   wyraźnie   ubawiony.   Oczy   McNaba   rzucały   wściekłe

błyski, a palce wystukiwały gniewny rytm na blacie stolika.

Ale ty oczywiście jesteś ponad to.

Chciałbym, żeby tak było – mruknął McNab, kiedy Roarke odszedł. - te cycki są

naprawdę wspaniałe.

Przestań gapić się na cycki Peabody – poleciła Eve. - Twoja następna kandydatka

stoi w drzwiach.

McNab   otaksował   wzrokiem   drobną   rudowłosą   dziewczynę   w   połyskującym

kombinezonie.

Jestem gotów.

Siedząca w samochodzie Eve wpatrywała się w ekran ze zmarszczonymi brwiami.

Podaj mi dane tego gościa od Peabody, Feeney. Coś mi tu nie pasuje.

Brent Holloway, model. Pracuje dla firmy Cliburn -Willis. Trzydzieści osiem lat,

dwukrotnie rozwiedziony, bezdzietny.

background image

Model? - Zmrużyła oczy. - Taki, co to występuje w reklamach?

Chyba ostatnio niewiele oglądałaś reklam. Moim zdaniem to nic nadzwyczajnego.

Facet pochodzi z Morristown w New Jersey. W nowym Jorku mieszka od 2049.

Aktualny   adres:   Zachodni   Central   park.   Dochód   w   granicach   tych   wyższych.

Nigdy   nie   był   aresztowany.   Za   to   ma   na   swoim   koncie   mnóstwo   wykroczeń

drogowych.

Widziałyśmy go z Peabody w „Szczęśliwym Związku”, w czasie naszej pierwszej

wizyty. Ile dostał już list kandydatów w tym roku?

Ta jest czwarta.

Dlaczego facet z takim wyglądem, kartą kredytową, ustawioną karierą i drogim

adresem zostaje klientem agencji matrymonialnej? Cztery listy w ciągu roku, pięć

kandydatek na liście, to daje dwadzieścia kobiet. I nic. Czego mu brakuje?

Feeney patrzył przez chwilę na ekran.

Wygląda na zarozumiałego dupka.

Tak,   ale   wielu   kobietom   by   to   nie   przeszkadzało.   Ma   dobry   wygląd   i   szmal.

Któraś musiała na niego polecieć. Zabębniła palcami w wąską konsolę. - Żadnych

skarg pod adresem agencji?

Żadnych. Jego konto jest czyste. 

Coś tu nie gra – powtórzyła. W tej samej chwili zobaczyła, jak jej asystentka robi

zamach i wymierza cios prosto w piękny nos Brenta Hollowaya. - Jezu Chryste!

Widziałeś to?

Rozwaliła go – stwierdził spokojnie Feeney, kiedy z nosa trysnęła krew. - Niezły

cios.

background image

Co ona sobie myśli, do diabła? Peabody, rozum straciłaś?

Sukinsyn wsadził mi łapę pod sukienkę. - Czerwona na twarzy i wściekła Peabody

zerwała   się   z   miejsca   z   zaciśniętymi   pięściami.   -   Mówił   o   nowej   sztuce   we

„Wszechświecie”   i   wepchnął   mi   rękę   między   nogi.   Zboczeniec.   Wstawaj,

zboczeńcu!

McNab, zostań na miejscu! - rozkazała Eve, kiedy Brent zerwał się na równe nogi

z morderczym spojrzeniem w oczach. - Zostań tam, gdzie jesteś, albo wylecisz z

pracy. To rozkaz. Peabody, na litość boską, puść tego faceta.

Tymczasem Peabody wyciągnęła Hollowaya zza stołu i ponownie wymierzyła mu

cios.  Zrobiłaby  to  po raz trzeci, mimo że złociste oczy mężczyzny wywróciły  się

białkami   do   góry,   gdyby   do   akcji   nie   wkroczył   Roarke.   Rozepchnął

podekscytowanych gości i odciągnął słaniającego się na nogach Hollowaya.

Czy ten mężczyzna się pani naprzykrza? - spytał, usuwając Hollowaya z zasięgu

ciosu,   i   spojrzał   w   ciskające   błyskawice   oczy   Peabody.   -   Bardzo   przeprasza.

Zajmę   się   tym.   Pozwoli   pani,   że   zaproponuję   drinka.   -   Trzymając   jedną   ręką

Hollowaya, drugą wziął szklankę Peabody i powąchał. - Blitzer – polecił i trzech

barmanów natychmiast pobiegło spełnić polecenie. On zaś pociągnął opierającego

się Hollowaya w stronę drzwi.

Zabierz te cholerne łapska. Ta suka złamała mi nos. Moja twarz to majątek. Głupia

cipa. Wniosę na nią skargę.

Kiedy wyszli na zewnątrz, Roarke pchnął modela na ścianę budynku. Jego głowa z

głuchym dźwiękiem uderzyła o mur. Złociste oczy ponownie wywróciły się białkami

do góry.

background image

Dam ci pewną radę: To jest mój lokal – powiedział Roarke, waląc przy każdym

słowie   głową   Hollowaya   o   ścianę.   Siedząca   w   samochodzie   Eve   mogła   tylko

patrzeć i kląć. - Nie pozwolę, żeby ktoś bezkarnie obmacywał kobiety w moim

lokalu. Jeśli więc nie chcesz czołgać się z oderwaną nogą w garści, spieprzaj stąd i

dziękuj Bogu, że masz tylko złamany nos.

Ta suka sama się o to prosiła.

Pożałujesz, że to powiedziałeś.

Kiedy   się   wkurzy,   zaczyna   mówić   z   irlandzkim   akcentem.   Posłuchaj   tylko   tej

melodii – powiedział z rozrzewnieniem Feeney. Eve mruknęła tylko gniewnie.

Roarke   płynnym   i   szybkim   jak   błyskawica   ruchem   władował   pięść   w   brzuch

Hollowaya, wbijając jednocześnie kolano w krocze. Mężczyzna osunął się na ziemię.

Roarke uśmiechnął się złośliwie w stronę stojącego w pobliżu samochodu i wszedł

do lokalu.

Precyzyjna robota – ocenił Feeney.

Wezwij samochód policyjny, żeby zabrali tego drania do centrum medycznego.-

Eve przetarła oczy. - Wspaniale będzie to wyglądać w raporcie. McNab, Peabody,

zajmijcie   pozycje.   Nie   przerywać,   powtarzam,   nie   przerywać   akcji.   O   Boże!

Kiedy to przedstawienie się skończy, zameldujcie się w moim domowym biurze.

Może coś się da uratować.

background image

Tuż   po   dziewiątej   Eve   spacerowała   po   swoim   biurze.   Wszyscy   milczeli

dyplomatycznie. Roarke tylko ścisnął uspokajająco Peabody za rękę.

mamy za sobą sześć spotkań, a to już jest coś. Dwa ostatnie są wyznaczone na

jutro   na   popołudnie.   Peabody,   jutro   zgłosisz   Piper   ten...   wypadek   z   drugim

kandydatem. Odegraj scenę. Chcę sprawdzić, jak to przyjmą. Jego kartoteka jak

na razie jest czysta. Mamy zarejestrowane wszystkie spotkania, ale chcę, żebyście

oboje przygotowali własne raporty. Po skończonej odprawie wracajcie do domu i

nigdzie nie wychodźcie. Wasze nadajniki mają być cały czas włączone. Feeney i

ja będziemy was kontrolować.

Tak   jest,   pani   porucznik.   -   Peabody   zebrała   się   w   sobie   i   wstała.   Z   trudem

przełknęła ślinę, lecz nie spuściła głowy. - Przepraszam za mój wybuch w czasie

akcji. Zdaję sobie sprawę, że mógł on zaszkodzić śledztwu.

Do diabła z tym! - zawołał McNab, zrywając się z krzesła. - Trzeba było połamać

mu nogi. Ten sukinsyn zasłużył sobie...

McNab – przerwała łagodnie Eve.

Do diabła z tym , Dallas! Ten drań dostał to, na co zasłużył. Powinniśmy...

Detektywie McNab – przerwała mu ostrym tonem Eve, podchodząc tak blisko, że

niemal stykali się stopami. - Nie przypominam sobie, żebym prosiła cię o opinię

w   tej   sprawie.   Jesteś   wolny.   Wracaj   do   domu   i   uspokój   się.   Czekam   jutro   o

dziewiątej w moim biurze w centrali.

McNab przez chwilę walczył z kipiącymi w nim uczuciami, po czym odwrócił się

bez słowa i wyszedł.

Roarke, Feeney, czy moglibyście zostawić nas same?

background image

Z   przyjemnością   –   mruknął   Feeney,   zadowolony,   że   może   wycofać   się   z   pola

walki. - Znajdzie się trochę irlandzkiej whisky, Roarke? To był długi dzień.

Szklaneczka na pewno. - Na odchodnym posłał Eve milczące spojrzenie.

Usiądź, Peabody.

Peabody pokręciła głową.

Zawiodłam   panią.   Obiecałam,   że   dam   sobie   radę,   tymczasem   nawaliłam   przy

pierwszej okazji. Rozumiem, że ma pani pełne prawo odsunąć mnie od śledztwa, a

przynajmniej od tego zadania, ale chciałabym prosić o jeszcze jedną szansę.

Eve milczała, pozwalając się uspokoić Peabody. Asystentka nadal była blada, lecz

ręce przestały jej drżeć i trzymała się prosto.

Nie   przypominam   sobie,   bym   wspomniała   coś   o   zamiarze   zwolnienia   cię   z

zadania,   posterunkowa   Peabody,   ale   powiedziałam,   żebyś   usiadła.   Siadaj   –

powtórzyła   nieco   łagodniejszym   tonem,   po   czym   odwróciła   się   i   sięgnęła   po

butelkę wina.

Wiem, że jeśli wykonuje się tajne zadanie, nie wolno wypaść  z roli, trzeba za

wszelką cenę trzymać się ustalonych reguł.

Nie zauważyłam, żebyś złamała reguły, tylko nos tego dupka.

Ja nie myślałam, po prostu zareagowałam. A w czasie tego typu operacji trzeba

przez cały czas myśleć.

Peabody, nawet licencjonowana prostytutka ma prawo zaprotestować, jeśli jakiś

palant wsunie jej łapę między nogi w publicznym miejscu. Masz, napij się.

Poczułam   na   sobie   jego   paluchy.   -   Ręka   trzymająca   kieliszek   znowu   zaczęła

drżeć.   -   Siedzieliśmy   i   rozmawialiśmy,   kiedy   nagle   wepchnął   mi   palce   pod

background image

spódnicę. Co prawda flirtowałam z nim, pozwalałam mu gapić się na moje cycki,

więc może sobie na to zasłużyłam.

Przestań. - Eve pchnęła Peabody na krzesło. - Nie zasłużyłaś na to i wkurza mnie,

że tak myślisz. Ten sukinsyn nie miał prawa dotykać się w ten sposób. Nikt nie ma

prawa tak cię traktować. 

  Przyciskać   do   ziemi,   wiązać   ręce   i   wbijać   się   w   ciebie,   kiedy   błagasz,   żeby

przestał. A to boli, to tak boli.

Poczuła ogarniającą ją słabość. Odwróciła się, położyła dłonie na biurku i zaczęła

głęboko oddychać.

Na litość boską, nie teraz – wydyszała.

Dallas?

Nic,   nic.   -   Nie   odwracała   się   jednak,   próbując   odzyskać   równowagę.   -

Przepraszam, że musiałaś przez to przejść. Czułam, że z nim jest coś nie ta.

Peabody trzymała kieliszek obiema rękami. Nadal nie mogła otrząsnąć się z szoku

po tym, co ją spotkało.

On przecież przeszedł przez ich sprawdziany.

Teraz wiemy, że nie są tak skuteczne, jak twierdzą – powiedziała Eve, i znacznie

już spokojniejsza odwróciła się do Peabody. - Pójdziesz jutro rano do agencji i

zażądasz widzenia się z Piper. Trochę histerii nie zawodzi. Możesz zagrozić, że

ich zaskarżysz albo,  że napiszesz  o tym do prasy. Rzuć jej  to  prosto  w twarz.

Zobaczymy, jak zareaguje. Możesz to zrobić?

Tak. - Peabody pociągnęła nosem, bojąc się, że za chwilę się rozpłacze. - Nie będę

miała żadnych oporów.

background image

Nie wyłączaj nadajnika. Nie możemy wykorzystać twoich uczuć, ale chcę, żebyś

była   w   stałym   kontakcie.   Raport   z   dzisiejszej   akcji   możesz   złożyć   jutro   po

południu. Feeney odwiezie cię do domu.

Tak jest.

Eve zawahała się.

Peabody.

Tak?

Świetny   cios.   Jednak   następnym   razem   celuj   w   pachwinę.   Masz   przeciwnika

unieszkodliwić, nie wkurzyć.

Peabody wydała z siebie ciężkie westchnienie i spróbowała się uśmiechnąć.

Tak jest.

 

Czekając na Roarke'a, Eve usiadła za biurkiem, by zachować właściwy dystans.

Wiedziała, że poszedł odprowadzić Feeneya i Peabody. Pewnie pożegna ją kilkoma

słodkimi gestami, które rozbudzą w dziewczynie słodkie erotyczne marzenia.

Lepsze to niż koszmary o lepkich palcach i bezradności, pomyślała. Sama musiała

z   nimi   walczyć   i   to   był   główny   jej   problem   w   tej   sprawie.   Morderstwa   na   tle

seksualnym,   zniewolenie,   radosne   i   okrucieństwo   w   imię   miłości.   Za   bardzo

przypomniało jej to rodzinny dom i przeszłość, od której starała się uciec, a która

znów zaczęła ją nękać. Za każdym razem, kiedy spoglądała na ofiarę, widziała w niej

background image

siebie. I nienawidziła tego.

Zapomnij o tym – rozkazała sobie. - I złap go.

Uniosła głowę, kiedy do pokoju wszedł Roarke, i patrzyła na niego w milczeniu.

Nalał dwa kieliszki wina, którym wcześniej poczęstowała Peabody. Jeden postawił na

biurku, drugi wziął w rękę i usiadł na krześle na wprost Eve.

Wypił łyk, po czym wziął bardzo drogiego papierosa i zapalił.

A więc – odezwał się i czekał na reakcję Eve.

Co ty, do cholery, sobie myślisz?

Wypuścił cienką smugę pachnącego dymu.

W jakiej sprawie?

Nie bądź taki cwany, Roarke.

Kiedy   tak   dobrze   mi   to   wychodzi.   Spokojnie,   poruczniku.   -   Uniósł   kieliszek,

kiedy Eve wydała z siebie głuchy pomruk. - Przecież się nie wtrącałem.

Sęk w tym, że nie powinieneś tam być.

Przepraszam bardzo, ale jestem właścicielem lokalu. - W jego glosie zabrzmiała

arogancja.   -   Często   zaglądam   do   moich   lokali.   To   utrzymuje   pracowników   w

stałej gotowości.

Roarke...

Eve, ta sprawa źle na ciebie wpływa. Myślisz , że tego nie widzę? - stał z krzesła i

zaczął chodzić po pokoju.

Feeney miał rację, pomyślała. Kiedy jest wściekły, odzywa się w nim Irlandczyk.

Wytrąca cię ze snu, którego i tak nie masz za wiele. Odbija się cieniem w twoich

oczach.   Wiem,   przez   co   przechodzisz.   -   W   jego   pięknych   niebieskich   oczach

background image

błysnął gniew. - Podziwiam cię, Eve, ale nie oczekuj, że będę stał z boku i udawał,

że jestem ślepy, że niczego nie rozumiem. Musisz wiedzieć, że zrobię wszystko,

co w mojej mocy, by ci jakoś pomóc.

Tu nie chodzi o mnie, lecz o troje martwych ludzi.

Oni również nie dają ci spokoju. - Podszedł do biurka i usiadł na brzegu. - Dlatego

jesteś najlepszym gliną, z jakim kiedykolwiek miałem do czynienia. Oni nie są dla

ciebie jedynie nazwiskami i numerami w sprawie, lecz ludźmi. Masz w sobie dar

czy może przekleństwo, dzięki któremu potrafisz wyobrazić sobie, co ci biedacy

widzieli,   co   czuli   i   o   co   się   modlili   w   ostatnich   minutach   swojego   życia.   Nie

odwrócę się do ciebie.

Pochylił się i szybkim ruchem chwycił ją za brodę.

Nie będę zamykał oczu na to, kim jesteś i co robisz. Musisz przyjąć mnie takiego,

jaki jestem, tak jak ja przyjąłem ciebie z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Chłonęła jego słowa, patrząc mu w oczy. Trudno było im się oprzeć.

Wkroczyłeś w moje życie – powiedziała wolno. - Nie prosiłam o to. Nie chciałam

się. - Uniósł wyzywająco brew. - Dzięki Bogu miałeś to w nosie – dodała, patrząc

na jego pełen satysfakcji uśmiech.

Ja też o to nie prosiłem. A ghra.

Wiedziała, że znaczy to po irlandzku „moja ukochana”. Nie mogła pozostawać

obojętna na te słowa.

Od tej pory nie ma sprawy, w której nie brałbyś udziału. Nie chciałam, żeby tak

było. Wykorzystuję cię, kiedy jest mi to potrzebne. I to mnie martwi.

A mnie cieszy.

background image

Wiem. - Westchnęła i ścisnęła go za rękę. Czuła pod palcami mocne i miarowe

uderzenia pulsu. - Dotykasz spraw, które tkwią we mnie głęboko, a które staram

się odsuwać od siebie. Tymczasem zmuszasz mnie, bym stawiła im czoło.

Tak czy owak zmagasz się z nimi, Eve. Ale może mógłbym ci w tym pomóc.

Kiedy   teraz   spoglądam   w   przeszłość,   widzę   ciebie,   łatwiej   mi   znosić

wspomnienia. Nie proś więc i nie oczekuj ode mnie, bym nie był przy tobie, kiedy

twoje przeżycia ożywają.

Wzięła kieliszek i odeszła na bok. On ma rację, pomyślała. To, co często nazywała

zależnością,   powinna   traktować   jako   związek   dwóch   dusz.   Musi   mu   o   tym

powiedzieć.

Wiem, co oni czuli, co przeżywali, kiedy byli bezbronni, nadzy, a on ich gwałcił.

Strach, ból, poniżenie. Wiem, co czuły ich ciała, co odczuwały umysły. Chciałam

zapomnieć, jak to jest, gdy ktoś narusza twoją intymność. Ale nie mogłam. Potem ty

mnie dotknąłeś.

Odwróciła się do niego, uświadamiając sobie, że nigdy mu tego nie powiedziała.

Dotknąłeś mnie i przestałam to czuć, zapomniałam. To takie proste. Teraz jesteś

tylko ty.

Kocham cię – szepnął. - Bezgranicznie.

1. Jesteś   ze   mną,   kiedy   powinieneś   być   na   innej   planecie   i   pilnować   swoich

interesów. - Pokręciła głową, zanim zdążył wtrącić jakąś gładką wymówkę. -

Zjawiłeś się w klubie, choć wiedziałeś, że mnie tym wkurzysz, bo sądziłeś, że

mogę cię potrzebować. A teraz kłócisz się ze mną po to tylko, by odciągnąć

moje   myśli   od   tego,   co   mnie   gnębi.   Znam   cię   do   cholery!@   Jestem   gliną.

background image

Znam się na ludziach.

Uśmiechnął się.

No i co z tego?

No i... dziękuję ci. Ale siedzę w tej robocie od jedenastu lat i potrafię sama dawać

sobie rade. Z drugiej strony... - Popatrzyła na kieliszek i przytknęła go do ust. -

Przyjemnie było patrzeć, jak dajesz wycisk tej kreaturze. Nie mogłam wysiąść z

tego   cholernego   samochodu   i   sama   rozgnieść   go   o   ścianę,   bo

zdekonspirowałabym się. Byłam ci wdzięczna, że robisz to za mnie.

Cała przyjemność po mojej stronie. Jak się czuje Peabody?

Dojdzie do siebie. Doznała szoku. To ludzka rzecz. Weźmie gorącą kąpiel, środek

uspokajający, jeśli będzie mądra, i odeśpi to. Da sobie radę. Jest dobrą policjantką.

Dzięki tobie.

Nie,   to   jej   zasługa.   -   Czując   się   niezręcznie,   rzuciła   mu   chłodne   spojrzenie.   -

Założę się, że ją objąłeś, pogładziłeś po głowie i pocałowałeś na pożegnanie.

Wspaniała brew znowu się uniosła.

A jeśli tak?

Jej serduszko doznało pewnie wstrząsu, ale to dobrze. Ona czuje coś do ciebie.

Naprawdę/ - Uśmiechnął się szeroko. - To... ciekawe.

Zostaw w spokoju moją asystentkę. Musi mieć jasny umysł.

A może tobie zmąciłbym umysł? Przekonałbym się, czy twoje serduszko dozna

wstrząsu.

Przesunęła językiem po wargach.

Nie wiem. Tyle mam spraw na głowie. A to ciężka praca.

background image

Lubię ją. - Nie spuszczając z niej oczu, zdusił papierosa i odstawił kieliszek. - I

jestem w tym cholernie dobry.

Leżała   na   łóżku   naga   i   drżąca   po   niedawnym   wybuchu   namiętności,   kiedy

zabrzęczał wideokom. Zaklęła pod nosem, wyłączyła obraz i odebrała wiadomość. Po

chwili sięgała już po ubranie. Komunikat informował o anonimowym zgłoszeniu o

domowej kłótni. Adres był aż nazbyt dobrze znany.

Mieszkanie   Hollowaya.   To   nie   jest   kod   dwanaście   dwadzieścia   dwa.   Ta   sama

metoda.

Pojadę z tobą. - Roarke wstał z łóżka i zaczął wkładać spodnie.

Już miała zaprotestować, lecz wzruszyła ramionami.

Dobra. Muszę ściągnąć Peabody, a nie wiem, jak to zniesie. Liczę na ciebie, że

podniesiesz ją na duchu, bo zamierzam być twarda.

Nie zazdroszczę ci, poruczniku – powiedział.

Ja sobie też nie. - Wyjęła nadajnik i wywołała Peabody.

background image

Rozdział 12

Brent   Holloway   żył   dostatnio,   a   umarł   podle.   Umeblowanie   mieszkania

świadczyło o tym, że właściciel kieruje się zarówno współczesnymi trendami mody,

jak i wygodą. W salonie główne miejsce zajmowała olbrzymia kanapa z mnóstwem

trójkątnych czarnych poduszek, które sprawiały wrażenie wilgotnych w dotyku. W

suficie   był   wmontowany   ekran.   W   szafce   przypominającej   kształtem   kobietę

znajdowała się kosztowna kolekcja dyskietek z filmami porno, zarówno legalnymi,

jak i zakazanymi.

Wzdłuż jednej ze ścian stał srebrny barek wypełniony drogimi alkoholami i tanimi

nielegalnymi narkotykami.

Kuchnia była w pełni zautomatyzowana, lecz sprawiała wrażenie rzadko używanej.

Prócz tego w mieszkaniu mieścił się również gabinet z wysokiej klasy komputerem i

holofonem   oraz   pokój   rekreacyjny   ze   stanowiskiem   do   programów   wirtualnych   i

korektorem samopoczucia. W rogu stał wyłączonym służący android.

Holloway leżał w sypialni na wodnym materacu,owinięty srebrnym łańcuchem, ze

wzrokiem utkwionym w wyłożony lustrami sufit, W dole brzucha miał wymalowany

tatuaż, a na szyi krótki srebrny łańcuszek z czterema ptaszkami.

Wygląda na to, że był w centrum medycznym – stwierdziła Eve.

Nos miał tylko lekko spuchnięty, a wszelkie stłuczenia zostały starannie ukryte pod

warstwą makijażu.

background image

Roarke cofnął się, wiedząc, że nie wolno mu wchodzić do pokoju. Miał już okazję

obserwować   Eve   przy   pracy.   Wszystkie   czynności   związane   z   oględzinami   ciała

wykonywała   fachowo,   starannie   i   niezwykle   delikatnie.   Przyglądał   się,   jak

przeprowadza   standardowe   testy,   mające   ustalić   czas   zgonu,   nagrywając   swoje

wnioski na rekorder, w oczekiwaniu na przyjazd Peabody i ekipy śledczej.

Ślady   więzów   na   nadgarstkach   i   wokół   kostek   sugerują,   że   denat   został   przed

śmiercią skrępowany. Śmierć nastąpiła o dwudziestej trzeciej piętnaście. Rany na

szyi wskazują, że przyczyną śmierci było uduszenie.

Podniosła wzrok na dźwięk dzwonka u drzwi.

Pójdę otworzyć – powiedział Roarke.

Dobrze. Roarke – Zawahała się. Skoro tu jest, może się na coś przyda. - Mógłbyś

uruchomić androida, omijając system blokujący?

 Myślę, że dam sobie z tym radę.

Właściwie     to   potrafił   ominąć   każde   zabezpieczenie.   Rzuciła   mu   puszkę   z

ochraniaczami.

Włóż je. Nie chcę tu żadnych twoich śladów.

Spojrzał z lekki niesmakiem na pojemnik, lecz wziął go bez słowa.

Wróciła   do   oględzin   ciała.   Do   jej   uszu   dobiegły   stłumione   odgłosy   rozmowy.

Podeszła do drzwi i czekała.

Peabody miała na sobie mundur policyjny. W klapie marynarki tkwił przyczepiony

rekorder. Włosy jak dawniej były gładko zaczesane. Twarz miała bladą, a w oczach

czaił się strach.

O cholera, Dallas!

background image

Zanim wejdziesz do pokoju, muszę wiedzieć, czy to wytrzymasz.

Peabody   zadawała   sobie   to   pytanie   tysiące   razy   od   chwili,   kiedy   odebrała

wezwaniem. Wciąż nie była pewna, więc wpatrywała się w Eve bez słowa.

Muszę wytrzymać. To mój obowiązek.

Powiem  ci,   co  mogłabyś   robić:   tam  stoi   android.  Zajmij   się  nim.   Sprawdź  też

połączenia, dyskietki z kamer bezpieczeństwa, możesz przejść się po sąsiadach.

Dzięki  temu   nie musiałaby  wchodzić do sypialni.  Nienawidziła siebie za to, że

wolałaby robić wszystko, byle tylko nie wchodzić do pokoju.

Jednak chcę pracować na miejscu zbrodni.

Eve spojrzała jej w oczy i skinęła głową.

Włącz   swój   rekorder.   -   Podeszła   do   łóżka.   -   Denat,   Brent   Holloway.   Śmierć

stwierdzona przez oficera śledczego. Wstępnych oględzin dokonała porucznik Eve

Dallas   w   obecności   posterunkowej   Delii   Peabody.   Czas   i   wstępna   przyczyna

śmierci ustalone.

Peabody zmusiła się, by spojrzeć na ciało.

Ta sama metoda.

Na   to   wygląda.   Nie   ustalono   jeszcze,   czy   denat   został   zgwałcony,   nie

przeprowadzono   również   testów   na   obecność   narkotyków   we   krwi.   Ślady   na

skórze wskazują na użycie środka dezynfekcyjnego. Można go jeszcze wyczuć.

Wyjęła z zestawu polowego opaskę ze szkłem powiększającym, umocowała ją na

głowie i nastawiła ostrość.

Światła – poleciła i lampy oświetlające łóżko zgasły.

Tak,   został   spryskany.   Ślady   pociągnięć   pędzla   przy   malowaniu   tatuażu

background image

identyczne   jak   w   przypadku   poprzednich   ofiar.   Świetna   robota   –   dodała,

pochylając   się   nad   brzuchem   Hollowaya.   -   Co   mu   tu   mamy?   Daj   mi   pęsetę,

Peabody. To chyba włos albo nitka.

Nie odwracając głowy, wyciągnęła rękę, a Peabody wcisnęła jej w dłoń metalowy

przyrząd.

Jest biały. Nie wygląda na nitkę. - uniosła w górę cienkie pasemko i obejrzała je

pod   szkłem   powiększającym.   -   Ma   jeszcze   kilka   takich   na   ciele.   Torebka.   -

Peabody   podała   jej   woreczek.   -Zdaje   się,   że   świętemu   Mikołajowi   wypadają

włosy z brody. Tym razem nie posprzątał dokładnie.

Eve ostrożnie zdjęła białe włoski z ciała denata i umieściła je w woreczku.

Popełnił pierwszy błąd. Weź szkło powiększające i sprawdź dokładnie łazienkę. -

Eve podała jej opaskę. - Wyciągnij filtry i zabezpiecz ich zawartość. Światła –

poleciła. - Niepowodzenie z Cissy wytrąciło go z równowagi. Robi się niechlujny.

Przed   przyjazdem   ekipy   śledczej   Eve   zdążyła   jeszcze   znaleźć   ponad   dwanaście

włosków   i   kilka   drobnych   nitek.  W  pokoju   rekreacyjnym   czekał   na   nią   Roarke   i

android.

Udało ci się?

Oczywiście. - Wskazał na androida, siedząc w fotelu dostosowanym do kształtu

ciała. - Rodney, to jest porucznik Dallas.

background image

  Poruczniku. - Android był niski i krępy, miał pospolitą twarz i drewniany głos.

Najwyraźniej Holloway nie chciał mieć konkurencji nawet w elektronice.

O której został wyłączony?

O dziesiątej zero trze, wkrótce po tym, jak pan Holloway wrócił do domu. Woli,

żebym był wyłączony, jeśli nie jestem mu potrzebny.

Więc dziś wieczorem nie byłeś mu potrzebny?

Najwidoczniej.

Czy ktoś go odwiedził, zanim cię wyłączył?

Nie. Pan Holloway nie był dziś w nastroju towarzyskim.

Jak to?

Sprawiał wrażenie zdenerwowanego – wyjaśnił android, po czym zamknął usta.

Rodney,   to   jest   przesłuchanie.   Masz   odpowiadać   wyczerpująco   na   zadawane

pytania.

Nie rozumiem. Czy było włamanie?

Nie, twój pan nie żyje. Czy ktoś może dzwonił do drzwi, kiedy pana Hollowya nie

było w domu?

Rozumiem. - Android sprawiał wrażenie, jakby dostrajał obwody do otrzymanych

informacji.   -   Nie,   nie   było   żadnych   gości.   Pan   Holloway   miał   spotkanie   w

mieście.   Wrócił   do   domu   o   dziewiątej   pięćdziesiąt.   Był   zły.   Przeklinał   mnie.

Zauważyłem, że miał na twarzy siniaki, zapytałem więc, czy mógłbym mu pomóc.

Odpowiedział,   żebym   się   odpieprzył,   ale   takiej   czynności   nie   ma   w   moim

programie.   Wysłał   mnie   do   diabła,   co   jest   niemożliwe.   Potem   odwołał   to

polecenie   i   kazał   pójść   do   pokoju   i   wyłączyć   się   na  noc.   Miałem   się   włączyć

background image

dopiero o siódmej rano.

Eve dostrzegła kątem oka, że Roarke się uśmiecha. Udała, że tego nie widzi.

Twój pan miał w domu nielegalne narkotyki i zakazane materiały pornograficzne.

Nie zostałem zaprogramowany, by komentować takie sprawy.

Czy przyjmował w mieszkaniu partnerów seksualnych?

Tak.

Mężczyzn czy kobiety?

I Jednych, i drugich, czasami jednocześnie.

Szukam człowieka,  około  sześciu  stóp  wzrostu.  Ma  długie  ręce  i  długie  palce.

Prawdopodobnie rasy białej. Po trzydziestce, ale przed pięćdziesiątką. Ma talent

artystyczny i interesuje się teatrem.

Przykro mi – Rodney skłonił się grzecznie. - Niekompletne dane.

Ty mi to mówisz – mruknęła Eve.

Eve czekała, aż zapakują ciało i wyniosą.

Ten   facet   musi   mieć   coś   więcej   na   sumieniu,   nić   wskazują   na   to   akta   –

powiedziała do Roarke'a. - Rozejrzyj się po mieszkaniu. Miał pieniądze i lubił

wydawać je na upiększanie twarzy i ciała. Lubił na siebie patrzeć. - W pokoju

było mnóstwo luster. - W agencji matrymonialnej podał, że jest heteroseksualny,

tymczasem jego służący twierdzi, że był biseksualny. Agencja ma lepszy wywiad

background image

niż   Wydział   Kontroli   Kandydatów   z   Waszyngtonu,   ale   jemu   udaje   się

wyprowadzić ją w pole. Na pierwszej randce pcha Peabody palce między nogi.

Skoro zrobił to raz, mógł robić i przedtem, ale się z tego wymigał.

Eve chodziła po salonie. Roarke milczał. Wiedział, że jest teraz dla żony jedynie

słuchaczem.

Może łączyły go jakieś związku z Rudym albo Piper. Na przykład był kochankiem

któregoś   z   nich.   Może   współfinansuje   agencję   albo   ma   coś   na   nich   i   dlatego

przymykają   oczy.   Ten   gość   nie   był   samotny,   był   zboczony.   Musieli   o   tym

wiedzieć. Przynajmniej jedno z nich.

Zatrzymała   się   przy   szafce,   pustej   teraz,   bo   wszystkie   dyskietki   zabrano   jako

dowody rzeczowe.

Niektóre   z   tych   filmów   to   amatorska   produkcja.   Ciekawe   kto   zabawiał   się   z

Hollowayem?

Spojrzała na Roarke'a. Byli sami w pokoju, lecz za chwilę mogła wrócić Peabody.

Eve wahała się z podjęciem decyzji, lecz pomyślała o czterech trupach.

Muszę tu jeszcze zostać. Nie wiem, kiedy wrócę do domu.

Doskonale wiedział, o co jej chodzi. Podszedł bliżej i dotknął jej policzka.

poprosisz, czy chcesz bym się tym zajął i potem ci powiedział?

Westchnęła ciężko.

Poproszę. - Wsunęła ręce do kieszeni spodni. - Możesz dokopać się czegoś, co

Holloway chciał ukryć. Zajmie ci to kilka godzin, a Feeney męczyłby się z tym

kilka dni. Nie jest w stanie obejść pewnych procedur, z którymi ty prędzej dasz

sobie rade. Nie mam czasu. Nie chcę, żeby ten drań kazał mi pakować kolejne

background image

ciało.

Dam ci znać, kiedy coś znajdę.

To proste stwierdzenie tylko ją przygnębiło.

Przyślę ci jego akta, jak tylko przyjadę do centrali – powiedziała i zacisnęła usta,

widząc, że Roarke się uśmiechnął.

Po co tracić czas, skoro sam mogę to zrobić. - Pochylił się i pocałował ją. - Lubię

ci pomagać.

Lubisz robić w konia Straż Komputerową i wprowadzać nielegalne programy.

To dodatkowa przyjemność. - Położył jej dłonie na ramionach i zaczął masować

napięte   mięśnie.   -   Jeśli   zaczniesz   padać   na   twarz   z   przepracowania,   to   się

pogniewam.

Jak   na   razie   stoję.   Potrzebny   mi   samochód,   a   nie   mam   czasu   odwieźć   cię   do

domu.

Jakoś   sobie   poradzę.   -   Pocałował   ją   i   ruszył   do   drzwi.   Aha,   jeszcze   jedno,

poruczniku. O szóstej wieczorem masz spotkanie z Triną. Przyjdzie dziś do nas z

Mavis.

Och, na litość boską!

Zabawię je, gdybyś się spóźniła. - Wyszedł z pokoju, nie zwracając uwagi na jej

przekleństwa.

Prychnęła gniewnie, zabrała zestaw polowy, przywołała Peabody i zaplombowała

mieszkanie.

Chcę   oddać   do   laboratorium   te   włosy   i   nitki   i   wziąć   do   galopu   Dickiego   –

powiedziała, kiedy wsiadały do wozu. - Trzeba będzie tę pogonić tych z sekcji

background image

medycznej, choć nie sądzę, by znaleźli coś nowego.

W czasie jazdy obrzuciła asystentkę uważnym spojrzeniem.

To będzie długi dzień, Peabody. Może warto, byś wzięła jakiś środek pobudzający.

Dam sobie radę.

Musisz   mieć   jasny   umysł.   O   dziewiątej   masz   być   przebrana.   Czeka   cię

przedstawienie z Piper. Zatrzymamy informację o śmierci Hollowaya tak długo,

jak się da.

Wiem,   co   mam   robić.   -   Peabody   utkwiła   wzrok   w   oknie.   Szarzało.   Na   rogu

Dziewiątej stał ruchomy grill. Sprzedawca grzał się w jego cieple.

Nie   żałuję,   że   rozkwasiłam   mu   nos   –   powiedziała   nagle.   -   Myślałam,   że   będę

żałować, jak go zobaczę.

Jedno nie ma nic wspólnego z drugim.

Myślałam, że ma. Że powinno. Bałam się wejść do tego pokoju. Kiedy weszłam i

zabrałam się do roboty, tamto przestało mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie.

Jesteś gliniarze. I to dobrym.

Nie chcę być gliniarzem, który nic nie czuje. - Popatrzyła na Eve. - Pani taka nie

jest. Pani traktuje ich jak ludzi, nie jak numery w aktach. Nie chcę przestać myśleć

o nich jak o ludziach.

Eve podjechała do czerwonego światła, rozejrzała się na boki i pomknęła.

background image

Nie pracowałabyś dla mnie, gdyby było inaczej.

Peabody westchnęła głęboko i poczuła, że żołądek nie podchodzi jej już do gardła.

Dzięki.

Skoro jesteś wdzięczna, to skontaktuj się Z Dickiem. Powiedz mu, żeby ruszył

swój chudy tyłek i za godzinę był w laboratorium.

Peabody skrzywiła się.

Nie wiem, czy jestem aż tak wdzięczna.

Połącz się z nim. Jeśli będzie stawiał opór, przekupię do skrzynką irlandzkiego

piwa. Ma do niego słabość.

Kosztowało ją to dwie skrzynki i groźbę, że obwiąże mu język wokół szyi, ale w

końcu zjawił się o trzecie w laboratorium i zajął się próbkami włosów i nitek.

Eve   chodziła   po   laboratorium,   kłócąc   się   przez   wideokom   z   lekarzem   z

prosektorium,   który   oświadczył,   że   w   czasie   przerwy   świątecznej   nie   wykonują

sekcji zwłok.

Słuchaj   trutniu,   mogę   skontaktować   się   z   komendantem  Whitneyem   i   słono   ci

przypieprzyć.   To   jest   sprawa   priorytetowa.   Chcesz,   żebym   podała   prasie,   że

śledztwo przeciąga się, bo jakiś asystencina z prosektorium woli przyglądać się

kartkom świątecznym, niż zrobić sekcję zwłok?

Daj spokój, Dallas. Pracuję za dwóch. Mam pełno zwłok poupychanych jak cegły

na półkach.

background image

To połóż moją cegłę na stole i prześlij mi raport do godziny szóstej albo przyjadę

tam i pokaże ci, jak wygląda sekcja zwłok.

Przerwała połączenie i odwróciła się do technika.

Dawaj, Dickie.

Nie   popędzaj   mnie,   Dallas.   Nie   przestraszysz   mnie.   Na   tym   papierze   nie   ma

żadnych oznaczeń nakazujących pośpiech.

Raport ma być na dziewiątą. - Przeczesała palcami włosy. - Nie piłam dziś jeszcze

kawy, Dickie. Chyba nie chcesz, żebym psuła ci tu krew?

Jezu, to się napij. - Spojrzał na nią przez mikrogogle w których wyglądał niczym

sowa. - Robię tę cholerną analizę, nie? Chcesz, żeby było szybko czy dobrze?

I jedno i drugie.

W   przypływie   rozpaczy   podeszła   do   automatu,   zamówiła   brązową   lurę,   która

udawała kawę, i zmusiła się do przełknięcia kilku łyków.

Włos   jest   ludzki   –   zawołał   Dickie.   -   Zawiera   utrwalacz   i   ziołowy   środek

dezynfekcyjny.

Pobudziło to Eve na tyle, by wypić kolejną porcję kawy.

Jakiego rodzaju utrwalacz?

Zabezpieczający   kolor   i   strukturę   włosów.   Dzięki   temu   nie   żółkną   i   nie

sztywnieją. Dwie z twoich próbek mają na końcu coś lepkiego. Prawdopodobnie

pochodzą z peruki. I to bardzo dobrej, drogiej peruki. To są prawdziwe włosy, stąd

te   długie   końcówki.   Muszę   sprawdzić   ich   więcej,   by   zidentyfikować   ten   klej.

Może uda mi się rozszyfrować markę tego utrwalacza.

A co z nitkami i włóknami, które Peabody wyjęła z filtrów?

background image

Jeszcze ich nie oglądałem. Jezu, nie jestem androidem.

W  porządku.   -   Przetarła   oczy.   -   Muszę   iść   do   prosektorium   i   dopilnować,   by

Holloway   znalazł   się   na   stole,   Dickie.   -   Położyła   mu   dłoń   na   ramieniu.   Był

upierdliwy, ale najlepszy w swym fachu. - Potrzebuję jak najwięcej informacji, i

to szybko. Ten facet załatwił już cztery osoby i szuka piątej.

Zrobiłbym to szybciej, gdybyś przestała sterczeć mi nad głową.

Już wychodzę. Peabody?

Tak jest. - Asystentka zerwała się z krzesła i zamrugała powiekami.

Idziemy – oznajmiła krótko Eve. - Dickie, liczę na ciebie.

Dobra,   dobra.   Wydaje   mi   się,   że   nie   dostałem   jeszcze   zaproszenia   na   twoje

jutrzejsze przyjęcie – uśmiechnął się. - Może gdzieś się zapodziało i nie zostało

wysłane?

Dopilnuję, by się znalazło, jeśli dasz mi to, o co proszę.

Masz to jak w banku. - Zadowolony, odwrócił się i pochylił nad mikroskopem.

Chciwy mały sukinsyn. Masz. - Kiedy szły do samochodu, Eve wcisnęła w rękę

Peabody kubek z kawą. - Wypij to. Albo postawi cię na nogi, albo zabije.

Tak długo męczyła lekarza z sekcji medycznej, aż potwierdził przyczynę śmierci.

Stała mu nad głową, dopóki nie skończył analizy toksykologicznej, która wykazała

znaczną ilość środków odurzających w organizmie Hollowaya.

Po powrocie do centrali wysłała Peabody do małego pokoju powszechnie znanego

izolatką. Było to ciemne pomieszczenie z trzema dwupiętrowymi pryczami.

Kiedy asystentka się położyła, Eve poszła do swojego biura i zajęła się pisaniem

meldunków. Przesala obiecane akta, wlała w siebie kolejną porcję kawy i zjadła coś,

background image

co miało być kanapką z dżemem żurawinowym.

Zaczynało świtać, kiedy zadźwięczał wideokom i na ekranie pojawiła się twarz

Roarke'a.

Poruczniku, twoja bladość mówi sama za siebie.

Jeszcze się trzymam.

Mam coś dla ciebie.

Serce zabiło jej mocniej. Nie musiał nic więcej mówić.

Postaram się wpaść do domu. Peabody będzie spać jeszcze kilka godzin.

Ty też powinnaś się przespać.

Masz rację. Zrobiłam tu wszystko, co mogła. Zaraz będę.

Czekam.

Przerwała   połączenie   i   zostawiła   wiadomość   dla   Peabody,   na   wypadek   gdyby

obudziła   się   przed   jej   powrotem.   Siedząc   już   w   samochodzie,   połączyła   się   z

laboratorium.

No i co z wynikami?

Jezu, nie masz litości. Przetestowałem nitki. To mieszanka sztucznych włókien,

firmowa nazwa Wulstrong. To imitacja wełny, najczęściej używana do produkcji

kurtek i swetrów. Ta ma kolor czerwony.

Jak kaftan świętego Mikołaja?

Tak, ale nie z tych, które noszą ci z dzwoneczkami na rogach ulic. Tych biedaków

nie   stać   na   taki   gatunek   materiału.   To   szmata   wysokiej   jakości.   Producenci

twierdzą, że nawet lepsza od wełny: cieplejsza, bardziej wytrzymała i takie tam

bzdury. Gówno prawda, bo nic nie zastąpi naturalnych włókien. Ale to dobry o

background image

drogi   materiał.   Tak   jak   włosy.   Twój   gość   nie   musi   się   martwić   o   żetony

kredytowe.

Dobra robota, Dickie.

Masz dla mnie zaproszenia?

Tak, nie zostało wysłane, wpadło mi za biurko.

Zdarza się.

Prześlij mi raport z analizy włókien, a będziesz je miał.

Kiedy skręcała w bramę posesji, wstawał świt.

Wiedziała,   gdzie   znajdzie   Roarke'a.   W   pokoju,   którego   nie   powinno   być,

wyposażonego w sprzęt, o którym nie powinna wiedzieć. Zignorowała typową dla

gliny sztywność w kolanach, kiedy podeszła do drzwi i położyła dłoń na czytniku

linii papilarnych.

Porucznik Eve Dallas.

Komputer   sprawdził   głos   oraz   odciski   palców   i   zamek   otworzył   się   z   cichym

trzaskiem.

Ciągnące się długim rzędem okna były odsłonięte. Znajdujące się w nich szyby

chroniły pokój przed wzrokiem ciekawskich. Pokój był duży, z marmurową podłogą i

ścianami, które zdobiły obrazy, z wyjątkiem jednej zajętej przez ekrany.

Tylko   jeden   ekran   był   teraz   włączony.   Roarke   siedział   za   pulpitem   w   kształcie

background image

litery U, przeglądając notowania giełdowe.

Byłeś szybszy, niż się spodziewałam.

Nie musiałem zbyt głęboko kopać. - Wskazał dłonią krzesło obok. - Usiądź, Eve.

Czy ja również dałabym sobie z tym radę? Czy  mogę wspomnieć,  że sama to

znalazłam, bez fałszowania raportu?

Jako   uczciwy   gliniarz   zawsze   miała   tego   typu   wątpliwości,   pomyślał   z

rozbawienie.

Gdybyś   wiedziała,   gdzie   szukać,   jakie   postawić   pytania.   Przypuszczam,   że

dałabyś sobie w końcu radę. Siadaj – powtórzył, lecz tym razem złapał ją za rękę i

pchnął na krzesło.

Zauważyła,   że   związał   włosy,   co   zawsze   wywoływało   w   niej   pragnienie

uwolnienia   ich   spod   cienkiej   skórzanej   tasiemki.   Podciągnął   też   rękawy

czarnego   swetra.   Złapała   się   na   tym,   że   patrzy   na   jego   ręce,   na   wspaniałe,

zręczne dłonie, i nie może oderwać od nich oczu. Zorientowała się, że odpływa

i natychmiast przywołała się do porządku.

Odeszłaś gdzieś daleko, prawda?

Ja... po prostu się zamyśliłam.

Uhu. Zamyśliłam. Chcę zawrzeć z tobą pewien układ, poruczniku. Dam ci to,

co   znalazłem,   w   zamian   za   obietnicę,   że   będziesz   dziś   w   domu   o   szóstej.

Weźmiesz środek uspokajający...

Hej, nie targuję się o informację.

Będziesz musiała, jeśli chcesz je mieć. Mogę je skasować.- Sięgnął ręką do

klawisz,   których   nie   była   w   stanie   zidentyfikować.   -   Wrócisz   do   domu   o

background image

przyzwoitej porze, weźmiesz środek uspokajający – powtórzył – i oddasz się w

ręce Triny.

Nie mam czasu na głupie strzyżenie.

Nie o włosach myślał, lecz o masażu całego ciała i programie relaksacyjnym.

Takie stawiam warunki. Przyjmujesz je albo odrzucasz.

Mam na głowie cztery morderstwa.

W tej chwili mogłabyś mieć ich nawet czterysta. Tak się składa, że jesteś moją

żoną. No więc, czy chcesz mieć te informację?

Jesteś równie nieznośny jak Dickie.

Słucham?

Prychnęła śmiechem, słysząc urazę w jego głosie, po czy przetarła dłońmi twarz.

Nie znosiła, kiedy miał rację. Rzeczywiście goniła resztkami sił.

Dobrze zgadzam się. Co znalazłeś?

Patrzył na nią przez chwilę, marszcząc czoło, po czym odwrócił się do ekranu.

Zapisz   dane   z   ekranu   numer   cztery.   Wyłącz   obraz.   Wyświetl   dane   z   pliku

Holloway   na   wszystkich   ekranach.   Nasz   przyjaciel   cztery   lata   temu   zmienił

tożsamość. Prawdziwe nazwisko...

John   B.   Boyd.   Cholera!   -   Zerwała   się   z   krzesła   i   podeszła   do   ekranów,   by

przeczytać   pierwszy   z   policyjnych   raportów.   -   maniak   seksualny.   Oskarżony   o

gwałt.   Ofiara   wycofała   oskarżenie.   Oskarżony   o   przemoc   seksualną.   Skazany.

Sześć   miesięcy   leczenia   psychiatrycznego   i   rekonwalescencji   we   wspólnocie.

Bzdura.   Posiadanie   niedozwolonych   przyrządów.   Uniewinniony.   Dobrowolne

leczenie z obsesji seksualnych. Zakończone. Akta utajnione. Gówno prawda. Ten

background image

gość był szurnięty, a prawo pozwoliło mu się wymknąć.

Miał   pieniądze   –   zwrócił   jej   uwagę   Roarke.-   Łatwo   jest   się   wykupić,   kiedy

oskarżenia   nie   są   poważne.   Udało   mu   się   wykręcić,   a   kończył   zgwałcony   i

uduszony. Ironia czy sprawiedliwość?

Powinien znaleźć sprawiedliwość w sądzie – warknęła. - mam gdzieś ironię. Czy

„Szczęśliwy Związek” mógł się tego dokopać.

Ja bym się dokopał. - Wzruszył ramionami. - To zależy, jak głęboko sprawdzali,

ale jak już mówiłem, nie musiałem długo szukać. Każdy program sprawdzający

by to wykazał. Utajnienie akt chroniłoby go tylko przed zwykłym pracodawcą lub

urzędem skarbowym.

Masz jego raporty finansowe?

Oczywiście. Dane finansowe ekran szósty. Jak widzisz, doskonale sobie radził.

Miał   świetnego   brokera,   który   umiał   dobrze   inwestować.   Lubił   wydawać

pieniądze,   ale   musiał   je   wydawać.   Jest   tu   jednak   kilka   godziwych   depozytów,

które   przewyższają   jego   honoraria   z   operacji   plastycznych   czy   dywidendy

inwestycyjne. Dziesięć tysięcy w trzymiesięcznych odstępach, w ciągu dwóch lat.

Tak. - Znowu podeszła bliżej ekranu. - Widzę je. Potrafisz dokopać się do ich

źródła?

Nie rozumiem, czemu muszę znosić te zniewagi. - Westchnął, kiedy odwróciła się

i   rzuciła   mu   gniewne   spojrzenie.   -   Naturalnie.   To   są   transfery   przesyłane   z

różnych źródeł po to, by ukryć ich głównego właściciela. Wszystkie zbiegają się

w jednym miejscu.

Kiwnęła głową.

background image

W „Szczęśliwym Związku”.

Jesteś świetnym detektywem.

A więc szantażował ich. Albo jedno z nich. Czy masz podpis osoby sygnującej

przelew?

Rachunek jest na oba nazwiska. To mógł być albo Rudy albo Piper. Oni używają

raczej kodu, nie podpisu.

To wystarczy, by wezwać ich na przesłuchanie i trochę przycisnąć. - Odetchnęła

głęboko. - Najpierw  jednak napuszczę na nich Peabody. Potem sama wkroczę.

Pamiętaj tylko, byś była w domu o szóstej.

Odwróciła się do niego z gniewną miną. Wstawał dzień. Przez okno wpadało do

pokoju światło, uwydatniając bladość jej policzków i cienie pod oczami.

Zawarłam umowę i dotrzymam jej.

Naturalnie, że dotrzymasz. Nawet gdybym miał pojechać do centrali i osobiście

cię stamtąd wyciągnąć.

Rozdział 13

Eve   uznała,   że   najlepsza   metodą   będzie   atak   zaraz   po   pierwszym   ciosie.   Jeżeli

Peabody dobrze to rozegra, Rudy i Piper wpadną w panikę i będą robili wszystko, by

background image

nie   narazić   się   na   utratę   dobrego   imienia   i   uniknąć   procesu,   jaki   mogłaby   im

wytoczyć   zdenerwowana   klientka.   Kiedy   Peabody   od   nich   wyjdzie,   wówczas   ona

przystąpi do działania.

O   dziewiątej   trzydzieści   zjawiła   się   w   salonie   ze   zdjęciem   Hollowaya.   Jeśli

wszystko pójdzie zgodnie z planem, zdąży załatwić tu swoją sprawę, zanim wróci

Peabody i da jej sygnał do ataku.

Oczywiście   że   znam   pana   Hollowaya   –   odpowiedziała   recepcjonistka.   -

Przychodzi tu raz w tygodniu i raz w miesiącu.

Jak mam to rozumieć?

Raz w tygodniu fryzjer, kosmetyczka, manicure, masaż i relaks aromatyczny. -

Uprzejma i chętna do współpracy Yvette, oparła się o pulpit i westchnęła, patrząc

na zdjęcie Hollowaya. - ten facet ma megapowłokę i umie o nią zadbać. A raz w

miesiącu przychodzi na pełny zestaw zabiegów.

Do tego samego konsultanta?

Oczywiście. Nikomu innemu prócz Simona nie pozwala się tknąć. Kiedy kilka

miesięcy temu Simon był na urlopie, pan Holloway zrobił w poczekalni straszną

awanturę. Zaproponowaliśmy mu darmową kąpiel błotną i Deluxe „O”, żeby go

uspokoić.

Deluxe „O”

„O”   jak   orgazm,   kotku.   Pokój   rozrywkowy   ze   stanowiskiem   dla   programów

wirtualnych,   holograficznych   i   androidem   do   pomocy.   Nie   mamy

licencjonowanych panienek, ale możemy zaproponować wiele innych możliwości.

Deluxe kosztuje pięćset, ale warto było sprawić mu taki prezent. Trzeba dbać o

background image

stałych klientów. Taki gość jak Holloway wydaje tu co miesiąc pięć tysięcy, nie

licząc kosmetyków.

I nie ma nic lepszego jak Orgazm Deluxe, by usatysfakcjonować  klienta.

Właśnie. - Yvette uśmiechnęła się zadowolona, że Eve nie żywi do niej urazy. -

Czy on coś zrobił?

Można tak powiedzieć. Ale już więcej nie zrobi. Jest Simon?

  Studium numer trzy. Chyba nie chce pani tam iść? - spytała widząc, że Eve się

odwraca.

Oczywiście, że chcę.

Otworzyła   szklane   drzwi   z   wyrytymi   na   nich   ludzkimi   sylwetkami   o   idealnych

kształtach i znalazła się w małym korytarzu. Dochodziły stamtąd stłumione głosy,

muzyka, cichy szum wody, świergot ptaków, szum wiatru. W powietrzu unosił się

zapach eukaliptusa, róż i piżma.

Po   obu   stronach   korytarza   biegły   różnokolorowe   drzwi.   Jedne   z   nich   były

uchylone,   mogła   więc   zobaczyć   wyściełany   stół   i   skomplikowany   sprzęt,   wanny,

lustra   i   małe   stanowisko   komputerowe.   Wszystko   to   przypominało   centrum

medyczne.

W pewnym momencie otworzyły się drzwi i wyszedł z nich konsultant w białym

kitlu, prowadzący kobietę pokrytą od stóp do głów jakąś zieloną papką.

Studio trzy?

Po lewej stronie, numer jest na drzwiach.

Eve   posłyszała,   jak   konsultant   zapewnia   swoją   klientkę,   że   dziesięć   minut   w

izolatce zrobi z niej inną kobietę.

background image

Eve z trudem powstrzymała się by nie zadrżeć.

Kiedy   doszła   do   końca   korytarza,   jej   oczom   ukazał   się   wielki   basen   jacuzzi,

okolony miniaturowymi drzewkami wiśni. Siedziały w nim trzy kobiety. Ich piersi

unosiły się na powierzchni pokrytej różową pianką.

Jakaś kobieta leżała zanurzona po szyję w wannie z gęstą zieloną cieczą. Tuż za

nią znajdowała się łaźnia parowa z wąskim basenem, wypełnionym ciemnoniebieską

wodą o temperaturze  dwóch stopni. Na  jej widok  Eve zaczęła szczękać zębami  z

zimna.

Skręciła w lewo i stanęła przed pomalowanymi na niebiesko drzwiami numer trzy,

po   czym   zapukała   i   weszła   do   środka.   Trudno   powiedzieć,   kto   był   bardziej

zaskoczony,   ona,   Simon   czy   McNab,   który   leżał   na   fotelu   z   twarzą   usmarowaną

czymś, co wyglądało jak błoto.

To jest gabinet zabiegowy. - Simon klasnął w dłonie. - Nie wolno tu wchodzić.

Proszę natychmiast stąd wyjść.

Muszę z tobą porozmawiać. To zajmie tylko kilka minut.

Jestem zajęty. - Machnął rękami, rozchlapując błoto.

Dwie   minuty   –   nie   dawała   za   wygraną,   powstrzymując   się   przed   wybuchem

śmiechu na widok miny McNaba. 

Proszę   wyjść   –   powtórzył   Simon,   biorąc   ręcznik.   -   Zechce   pan   wybaczyć   –

zwrócił   się   do   McNaba.   -   pańska   maseczka   i   tak   musi   wyschnąć.   Proszę   się

zrelaksować, pozwolić odpocząć myślą. Za chwilę wracam.

Nic nie szkodzi – mruknął McNab.

Cii, proszę nic nie mówić. - Simon położył mu palce na ustach, uśmiechając się

background image

łagodnie.   -   Twarz   musi   odpoczywać.   Proszę   się   odprężyć,   zamknąć   oczy   i

wyobrazić sobie, jak oczyszczają się wszystkie pory. Będę tuż za drzwiami.

Zamknął drzwi i spojrzał na Eve.

Nie chcę, żeby przeszkadzała pani moim klientom.

Przepraszam. Ale jeden z twoich klientów miał wczoraj poważniejsze kłopoty. Nie

będzie przychodził na comiesięczną kurację.

O kim pani mówi?

O Hollowayu, Brencie Hollowayu. Nie żyje.

Nie żyje? Brent? - Simon oparł się plecami o ścianę i przycisnął do serca niezbyt

czystą dłoń. - Widziałem go zaledwie przed kilkoma dniami. To musi być jakaś

pomyłka.

Jest od rana w kostnicy. Nie ma mowy o pomyłce.

Nie... nie mogę złapać tchu.

Rzucił   się   biegiem   przez   korytarz.   Eve   znalazła   go   w   poczekalni.   Siedział   na

jedwabnej kanapce, z głową ukryta między kolanami.

Nie wiedziałam, że byliście sobie tacy bliscy.

Jestem... byłem jego konsultantem. Nikt, nawet mąż, nie jest równie bliski drugiej

osobie.

Usiłowała wyobrazić sobie taki związek z Triną i musiała powstrzymać kolejny

dreszcz.

Współczuje ci, Simonie. Przynieść ci coś? Może wody?

Tak, nie. O Boże! - Drżącą ręką sięgnął do klawiatury na pulpicie, gdzie można

było zamówić coś do picia. Ziemisty kolor twarzy podkreślały jeszcze ogniście

background image

rude włosy. - Muszę wziąć coś na uspokojenie. Rumianek z lodem – polecił, po

czym odchylił się na oparcie i zamknął oczy. - jak do tego doszło?

Prowadzimy śledztwo. Opowiedz mi o nim.

Był bardzo wymagającym człowiekiem. Szanowałem to. Dokładnie wiedział, jak

chce   wyglądać,   i   dbał   o   swoją   twarz   i   ciało.   O   Boże!   -   Pochwycił   wysoką

szklankę, którą przyniósł mu android. - Wybacz, moje serce, chwileczkę.

Pił wolno, oddychając głęboko między każdym łykiem. Na jego twarzy wracały

rumieńce.

Nie opuścił żadnej wizyty, przesyłał mu podziękowania. Bardzo cenił moją pracę.

Czy   zawierał   to   tu   może   jakieś   znajomości?   Ze   stylistkami,   konsultantkami,

innymi klientkami?

Naszemu personelowi nie wolno umawiać się z klientami. Jeśli zaś chodzi o inne

kobiety, to nie przypominam sobie, żeby o jakiejś wspomniał. Lubił kobiety. Miał

różnorodne i bogate życie intymne.

Opowiadał ci o tym?

To, o czym rozmawia konsultant z klientem, jest rzeczą świętą. - Pociągnął nosem

i odstawił pustą szklankę.

Czy interesował się również mężczyznami?

Zacisnął usta.

Nigdy nie wspominał o tego typu zainteresowaniach. Jest mi niezręcznie o tym

mówić, poruczniku.

Hollowayowi i tak to już nie zaszkodzi.

Ma pani rację – przyznał po chwili. - Ale nie mogę się jeszcze z tym oswoić.

background image

Czy ktoś z męskiego personelu okazywał mu zainteresowanie?

Nie.   W   każdym   razie   ja   nie   zauważyłem   żadnych   tego   typu   sygnałów.   Takie

zachowanie uważa się tu za naganne. Jesteśmy profesjonalistami.

Kto z waszego personelu wykonuje ręczne tatuaże?

Westchnął głęboko.

Mamy kilku konsultantów, którzy zajmują się ozdabianiem ciała.

Nazwiska, Simonie.

Proszę zapytać Yvette. Poda pani wszystkie potrzebne informacje. Muszę wracać

do   klienta.   -   Przetarł   oczy.   -   Nie   mogę   pozwolić,   by   osobiste   uczucia

przeszkadzały mi w pracy. Poruczniku... - Opuścił ręce. Oczy miał wilgotne od

łez. - Brent nie miał rodziny. Co się stanie z... Co się z nim stanie?

Miasto się nim zajmie, jeśli nikt się nie zgłosi.

Nie zasługuje na taki pochówek. - Zacisnął usta, po czym wstał. - Chciałbym się

zająć pogrzebem, jeśli to możliwe. Przynajmniej, tyle mogę dla niego zrobić.

Możemy   to   załatwić.   Będziesz   tylko   musiał   przyjść   do   kostnicy   i   wypełnić

formularz.

Do kostnicy... - Usta mu zadrżały, ale kiwnął głową. - Dobrze, przyjdę.

Uprzedzę ich. - Wyglądał na przerażonego, więc dodała: - Nie będziesz musiał go

oglądać.   Dokonaliśmy   już   identyfikacji.   Musisz   tylko   złożyć   podanie,   a   oni

przekażą ciało do zakładu pogrzebowego, który wybierzesz.

Och!   -   odetchnął   z   wyraźną   ulgą.-   Dziękuję.   Klient   czeka   –   dodał   ponurym

głosem. - ma bardzo zaniedbaną skórę. Na szczęście jest młody, więc mogę mu

pomóc.   Naszym   obowiązkiem   jest   dbać   o   ładny   wygląd.   Piękno   wpływa

background image

łagodząco na duszę.

Tak. Idź już do swojego klienta, Simonie. Będziemy w kontakcie.

Wróciła do rejestracji i właśnie odbierała od Yvette wydrukowane nazwiska, kiedy

pojawiła się Peabody. Wyglądała na zdenerwowaną. Dała jedna Eve znak, po czym

zwróciła się do recepcjonistki.

Mam  bon od „Szczęśliwego Związku” - powiedział. - na Dzień Diamentowy.

Ach,   to   nasza   specjalność   i   tego   właśnie   pani   trzeba   –   odparła   z   uśmiechem

Yvette. - Wygląda pani na zmęczoną. Zaraz wszystko załatwimy.

Dziękuję.

Peabody odeszła na bok, udając, że ogląda szafkę z kolorowymi butelkami, które

miały gwarantować piękną i świeżą cerę, i ściszonym głosem przekazała Eve raport.

Oboje byli wstrząśnięci, choć starali się to ukryć. Usiłowali przekonać mnie, że

źle to zrozumiałam. - Stłumiła prychnięcie. - Zgodnie z planem pozwoliłam się

ułagodzić. Obiecali zająć się tą sprawą, zaproponowali dodatkowe konsultacje i te

zabiegi   w   salonie.   Widziałam   broszurkę   reklamową.   Ten   Dzień   Diamentowy

kosztuje pięć tysięcy. Nie dałam się zbyć. Powiedziałam, że muszę się uspokoić, a

potem porozmawiam z adwokatem.

Dobra robota. Opowiadaj wszystkim o tym, co cię spotkało. Wspomnij nazwisko

Hollowaya.   Chcę   poznać   reakcję   personelu,   plotki,   opinie.   Postaraj   się   też,   by

wśród konsultantów byli mężczyźni.

Tak jest.

Panno Peabody?

Asystentka odwróciła się i szczęka jej upadla na widok złocistowłosego adonisa.

background image

Tak?

Jestem Anton. Będę pani asystował w czasie ziołowej kuracji. Zechce pani pójść

ze mną?

Oczywiście.   -   Peabody   udało   się   jeszcze   strzelić   oczami   w   górę,   zanim  Anton

wziął ją pod rękę i wyprowadził poczekalni.

Tymczasem Eve schowała listę z nazwiskami do torby i skierowała się do recepcji

„Szczęśliwego Związku”

Rudy   i   Piper   są   teraz   zajęci   –   oznajmiła   opryskliwym   głosem   siedząca   za

biurkiem dziewczyna.

Och,   zapewniam   panią,   że   dla   mnie   znajdą   czas   –   odparła   Eve   i   cisnęła   jej

odznakę na biurko.

Wiem, kim pani jest, poruczniku, ale Rudy i Piper są zajęci. Jeśli chce pani się

umówić na wizytę, chętnie panią zapiszę.

Eve oparła się o pulpit.

Czy mówi ci coś określenie „utrudnianie pracy organom sprawiedliwości”?

Dziewczyna zatrzepotała rzęsami.

Wykonuję tylko swoje obowiązki.

Powiem ci, co zrobię. Albo zaanonsujesz mnie swoim szefom, albo zabiorę cię na

policję i oskarżę o utrudnianie śledztwa   i o głupotę. Masz dziesięć sekund do

namysłu.

Chwileczkę. - Kobieta odwróciła się, włączyła mikrofon o zaczęła coś szybko do

niego mówić. Po chwili spojrzała chłodno na Eve. - Może pani wejść, poruczniku.

No proszę, nie był to taki trudny wybór, prawda?

background image

Wsunęła odznakę do kieszeni i przeszła przez szklane drzwi. Rudy i Piper czekali

już na nią przed swoim gabinetem.

Czy musiała pani terroryzować naszą recepcjonistkę? - spytał Rudy.

A czy wy mieliście powody, by uniknąć spotkanie ze mną?

Jesteśmy zajęci.

No to przybędzie wam zajęć. Będziecie musieli ze mną pójść.

Pójść z panią? - Piper ścisnęła Rudy'ego za rękę. - Dlaczego? I dokąd?

Na policję. Wczoraj wieczorem został zamordowany Brent Holloway i musimy

wyjaśnić sobie wiele spraw.

Zamordowany?   -   Piper   zachwiała   się   i   byłaby   upadła,   gdyby   Rudy   jej   nie

podtrzymał. - O Boże! W taki sam sposób jak inni?

Spokojnie. - Przyciągnął siostrę do siebie i spojrzał na Eve.- Nie musimy jechać

na policję.

Pozwolę   sobie   mieć   odmienne   zdanie.   Macie   do   wyboru:   albo   pójdziecie

dobrowolnie, albo wezwę kilku mundurowych, którzy was wyprowadzą.

Nie może nas pani aresztować.

Nie   jesteście   aresztowani   ani   oskarżeni,   lecz   zaproszeni   na   oficjalne

przesłuchanie.

Chcę skontaktować się z naszymi adwokatami – powiedział Rudy, trzymając w

ramionach drżącą Piper.

Możesz to zrobić w centrali.

background image

Będziemy   trzymać   ich   oddzielnie   –   powiedziała   Eve   do   Feeneya,   kiedy

obserwowali Piper przez szybę. Siedziała przy stole w sali przesłuchań A i słuchała

tego, co mówił adwokat. - Możemy wziąć ich w dwa ognie, myślę jednak, że więcej

zdziałamy, jeśli się rozdzielimy. Kogo wybierasz, ją czy jego?

Feeney myślał przez chwilę?

Zacznę od niego. Przerwiemy przesłuchanie, kiedy się za bardzo odprężą. Jeśli

żadne z nich nie zmiękną, wtedy weźmiemy ich w dwa ognie.

Dobra. McNab się odezwał?

Tak.   Kończy   zabieg   w   salonie.   Będzie   tu   z   raportem,   zanim   skończymy

przesłuchania.

Powiedz mu, żeby się wstrzymał z tym raportem. Jeśli coś z nich wyciągniemy,

postaramy   się   zdobyć   zgodę   na   wgląd   w   ich   system   danych.   Może   tam   coś

znajdziemy.

W przeciwnym razie znowu będzie musiała prosić Roarke'a o pomoc, pomyślała.

Daj znać, jak będziesz chciał przerwać – powiedziała do Feeneya.

Ty też.

Eve otworzyła drzwi do sali przesłuchań. Adwokat zerwał się na nogi, wypiął pierś

i rozpoczął znaną śpiewkę.

Poruczniku, to oburzające. Moja klientka jest na skraju wyczerpania nerwowego.

Nie ma powodu przesłuchiwać jej akurat teraz.

Jeśli   chce   pan   przerwać   przesłuchanie,   proszę   przedstawić   mi   nakaz   sądowy.

background image

Nagrywanie start. Wywiad przeprowadzony przez porucznik Eve Dallas, numer

pięć   trzy   cztery   siedem  BQ.   Przesłuchiwana   Piper   Hoffman.   Przeprowadzająca

wywiad   skorzystała   z   prawa   do   drugiego   przesłuchania.   Obecny   na   miejscu

adwokat.   W   nagraniu   podano   wszystkie   konieczne   dane.   Czy   zna   pani   swoje

prawa i obowiązki, panno Hoffman?

Piper spojrzała na adwokata, który skinął głową.

Tak.

Czy znała pani Brenta Hollowaya?

Kiwnęła głową.

Przesłuchiwana odpowiedziała twierdząco. Czy był klientem prowadzonej przez

panią agencji matrymonialnej „Szczęśliwy Związek”?

Tak.

Za pośrednictwem agencji umawiała go pani na spotkania z klientkami.

To... to nasz główny cel, kojarzyć ze sobą pary o wspólnych zainteresowaniach i

zamierzeniach, dać im możliwość nawiązania trwałych związków.

Luźnych czy intymnych? A może takich i takich?

Forma tego związku zależy wyłącznie od zainteresowanych.

Zanim klienci zostaną przyjęci w poczet członków, są najpierw sprawdzani. To

znaczy przed wniesieniem opłat i wpisaniem ich na listy kandydatów, czy tak?

Bardzo szczegółowo sprawdzani. - Piper wyraźnie się odprężyła. Wyprostowała

się   i   odrzuciła   w   tył   srebrzyste   pukle.   -   Odpowiadamy   za   to,   by   nasi   klienci

spotkali ludzi na poziomie.

Czy również seksualnych przestępców? Z wyrokami sądowymi?

background image

Oczywiście, że nie. - Uniosła dumnie głowę.

Takie są zasady firmy?

Bardzo rygorystycznie przestrzegane.

Ale dla Brenta Hollowaya zrobiliście wyjątek.

Ja...   -   Piper   zacisnęła   kurczowo   dłonie.   -   Nie   rozumiem   o   czym...   -   Urwała   i

spojrzała bezradnie na adwokata.

Moja   klientka   wyjaśniła   już   zasady,   jakimi   kieruje   się   jej   firma,   poruczniku.

Proszę kontynuować.

Brent Holloway został skazany za seksualne znęcanie się, wielokrotnie oskarżony

o   molestowanie   seksualne,   napastowanie,   perwersje.   -   Głos   Eve   brzmiał   coraz

dobitniej w miarę jak twarz Piper robiła się coraz bladsza. - Zeznała pani, że wasi

klienci są dokładnie sprawdzani, przedstawiła pani również zasady, jakimi kieruje

się firma. Dlaczego więc zwolniliście z nich Brenta Hollowaya?

My... ja... Nie zwolniliśmy go. - Zaczęła wykręcać dłonie, a w jej oczach błysnął

strach.   -   Nie   mamy   zarejestrowanych   żadnych   tego   typu   informacji   na   temat

Brenta Hollowaya.

Może mówi coś pani nazwisko John B. Boyd? - W oczach Piper pojawił się błysk

świadomości i jakby poczucie  winy. - Powiedzieliście  mi, że  wasz  system jest

niezawodny   i   że   waszym   obowiązkiem   jest   sprawdzać   wszystkich   pod   tym

właśnie kątem. Jesteście nieodpowiedzialni czy naiwni, panno Hoffman?

Nie podoba mi się forma tego pytania – zaprotestował adwokat.

Pańska uwaga została zarejestrowana. Proszę odpowiedzieć, panno Hoffman.

Nie wiem, jak to się stało – wyjąkała, przyciskając piękne dłonie do piersi. - Nie

background image

wiem.

Ależ wiesz, pomyślała Eve. Musiał ci napędzić solidnego stracha.

Cztery osoby, które były klientami waszej agencji, nie żyją. Cztery. Z każdą z nich

rozmawialiście i potem każda została sterroryzowana, zgwałcona i uduszona.

To   straszny   zbieg   okoliczności.  Ale   tylko   zbieg   okoliczności.   -   Piper   zaczęła

dygotać i spazmatycznie chwytać powietrze. - Tak powiedział Rudy.

Ale pani  w to nie wierzy – powiedziała cicho  Eve, pochylając się ku    niej. Z

premedytacja położyła na stole cztery fotografie z miejsca zbrodni. - Nie wygląda

to na zbieg okoliczności, nie sądzisz?

O Boże! Boże! - Zakryła twarz. - Nie, nie. Za chwilę zemdleję.

To było ze wszech miar niestosowne. - Adwokat zerwał się z krzesła czerwony z

wściekłości.

To morderstwo jest czymś niestosownym – odparowała Eve i również wstała. -

daję pańskiej klientce kilka minut na dojście do siebie.

Odwróciła się i wyszła. Patrząc na Piper przez szklaną ścianę, wywołała Feeneya.

Jest na skraju wytrzymałości – powiedziała, kiedy przyszedł. - Możesz zmienić

taktykę, stać się miłym, sympatycznym wujaszkiem.

Zawsze musisz grać złego glinę – powiedział z wyrzutem.

Bo   mi   to   lepiej   wychodzi.   Poklep   ją   po   ręku,   a   potem   zapytaj,   czemu   płacili

Hollowayowi. Nie doszłam do tego.

Okay. Rudy twardo się trzyma. Jest opryskliwy i arogancki. Nadęty mały buc. 

Dobra.  Akurat   mam   ochotę   przykopać   jakiemuś   bucowi.   -   Zaczerpnęła   garść

orzeszków,   które   chrupał   Feeney.   -   Piper   twierdzi,   że   nic   nie   wiedziała   o

background image

sprawkach Holoowaya. Kłamie, ale może dzięki temu uda nam się dostać do ich

systemu. Spróbuję zdobyć nakaz, zanim pójdę do Rudy'ego.

Przed wejściem do sali przesłuchań B, wlała w siebie kolejną kawę.

nagrywanie   start   –   poleciła.   -   Dalszy   ciąg   wywiadu   przeprowadzonego   przez

porucznik   Eve   Dallas.   -   Usiadła   i   uśmiechnęła   się   do   Rudy'ego   o   adwokata.   -

Zaczynajmy, chłopcy.

Zastosowała tę sama taktykę jak w przypadku Piper, lecz Rusy zamiast blednąć i

drżeć, robił się coraz twardszy i zimniejszy.

Chciałbym  zobaczyć się z moją siostrą – oznajmił w pewnym momencie.

Pańska siostra jest przesłuchiwana.

To bardzo delikatna istota. Ta cała ohydna sprawa może ją wykończyć.

Cztery   osoby   nie   żyją,   mądralo.   Czyżbyś   się   martwił,   co   powie   Piper?

Rozmawiałam   z   nią   niedawno.   -   Odchyliła   się   na   oparcie   krzesła   i   wzruszyła

ramionami. - Ciężko to znosi. Byłoby jej lżej, gdybyś wszystko jej wyjaśnił.

Zacisnął dłonie w pięści. Ciekawe, co by na to powiedziała Mira.

Powinna odpocząć – warknął, błyskając zielonymi jak u kota oczyma. - Wziąć

środek uspokajający i mieć czas na chwilę medytacji.

Nie mamy warunków do medytacji. Poza tym jest przy niej adwokat tak jak przy

tobie. Domyślam się, że jako bliźnięta jesteście sobie bardzo bliscy.

Oczywiście.

Czy Holloway próbował się do niej dobierać?

Zacisnął usta.

Oczywiście że nie.

background image

A może do ciebie?

Nie. - Sięgnął po szklankę z wodą.

Czemu mu płaciliście?

Ręka mu zadrżała i o mały włos nie rozlał wody. Pospiesznie odstawił szklankę na

stół.

Nie wiem, o czym pani mówi.

Regularne wpłaty po dziesięć tysięcy, w ciągu dwóch lat. Co on na ciebie miał,

Rudy?

Spojrzał na adwokata płonącymi gniewem oczyma.

Czy mają prawo zaglądać do rejestrów finansowych?

Oczywiście, że nie. - Adwokat wyprostował się i wsunął dłoń za klapę marynarki,

ozdobioną   modnymi   medalionami.   -   Poruczniku,   jeśli   przeglądała   pani   konta

bankowe mojego klienta bez uzasadnionej przyczyny i nakazu...

Czy   ja   to   powiedziałam?   -   uśmiechnęła   się   Eve.   -   Nie   muszę   wyjaśniać,   jak

zdobyłam informacje, które mogą mieć związek z morderstwem. Nie znajdziesz

żadnej   wzmianki   o   przeszukiwaniu   przez   departament   policji   rejestrów

finansowych. Ale płaciłeś mu, prawda? - Kiwnęła się na krześle i przypuściła atak.

-   Płaciłeś   mu   raz   za   razem,   pozwalałeś,   żeby   cię   szantażował   i   zmuszał   do

umieszczania na liście kandydatów, chociaż wiedziałeś, że jest zboczeńcem. Ile

klientek   musiałeś   uspokajać,   opłacać   luz   zastraszać,   żeby   to   wszystko

zatuszować?

Nie wiem, o czym pani mówi – powtórzył, lecz ręka, którą sięgnął po szklankę,

nie była już taka pewna. Na mlecznobiałej skórze pojawiły się ciemnoczerwone

background image

plamy.

Eve   nie   miała   wątpliwości,   wiedziała,   że   gdyby   poddała   go   testowi   na

prawdomówność, wykres wykazałby, że kłamie.

Doskonale   wiesz   o   czym.   I   założę   się,   że   nie   miałabym   żadnych   trudności   z

odnalezieniem   klientek,   które   Halloway   napastował   w   czasie   tych   miłych

polecanych przez ciebie spotkań. Jeśli je odszukam, mogę oskarżyć ciebie i twoją

siostrę   o   stręczycielstwo,   oszustwo   i   współudział   w   przestępstwach   na   tle

seksualnym.  A  twój   adwokat   dobrze   wie,   że   mogę   was   uziemić,   i   to   na   tyle

skutecznie,   żebyście   stracili   dobre   imię,   a   wasze   podobizny   znalazły   się   w

mediach.

Nie możemy za to odpowiadać. Ona nie może ponosić odpowiedzialności za to,

co ten... ten zboczeniec wyprawiał.

Rudy.   -   adwokat   uniósł   ostrzegawczo   dłoń,   po   czym   położył   ją   na   ramieniu

mężczyzny.   -   Proszę   o   chwilę   przerwy,   poruczniku.   Chciałbym   się   naradzić   z

moim klientem.

Nie ma problemu. Nagrywanie stop. Macie pięć minut – powiedziała i zostawiła

ich samych.

Obserwując ich przez szybę, wyjęła podręczny wideokom.

McNab.

Czekając na zgłoszenie, kołysała się w przód i w tył na piętach, próbując wysunąć

jakieś wnioski z ich gestów. Rudy skrzyżował ręce na piersi, a adwokat pochylał się

ku niemu i coś mówił. 

Słucham, tu McNab. Jestem w drodze.

background image

Wracaj   do   agencji.   Mam   dostać   nakaz   pozwalający   ci   na   wejście   do   systemu

„Szczęśliwego Związku”. Wracaj i czekaj.

Czy mogę najpierw coś zjeść?

Zatrzymaj się przy kiosku. Chcę, żebyś był w agencji, kiedy przyjdzie zgoda. -

Usłyszała ciche westchnienie i uśmiechnęła się lekko. - Jak tam maseczka?

Świetnie.   Mam   buzię   jak   pupcia   niemowlaka.   I   widziałem   gołą   Peabody.   No,

prawie. Była wysmarowana jakimś zielonym gównem, ale widziałem, co trzeba.

Przestań o tym myśleć i szykuj się do roboty.

Mogę robić i jedno i drugie. Niezły widok. Porządnie się wkurzyła.

Eve z trudem powstrzymała uśmiech i przerwała połączenie, by nie powiedzieć

czegoś, co nie przystoi szefowej.

Czas   minął,   chłopie   –   mruknęła   i   wróciła   do   sali     przesłuchań.   Włączyła

nagrywanie,   usiadła   i   uniosła   brew.   Czasami   milczenie   daje   lepsze   wyniki   niż

słowa.

Mój klient chce złożyć oświadczenie.

Po to tu jesteśmy. A więc, co masz do powiedzenia, Rudy?

Brent Holloway wyłudzał pieniądze z firmy. Płaciłem mu, by chronić klientów,

ale   on   mnie   szantażował.   Żądał   między   innymi   regularnych   konsultacji   i   listy

kandydatek. Był trudny w kontaktach, irytujący, ale nie zagrażał kobietom, które z

nim kojarzyliśmy.

Czy to twoja zawodowa opinia?

Tak.   Radzimy   naszym   klientom,   by   spotykali   się   w   miejscach   publicznych.

Każdy, kto zgodzi się spotkać z nim na gruncie prywatnym, robił to na własną

background image

odpowiedzialność.

I wyobrażasz sobie, że możesz spać spokojnie? Jestem pewna, że sąd miałby co

do tego inne zdanie. Ale „wróćmy do naszych baranów”. Co on miał na ciebie?

To nie ma nic do rzeczy.

Ależ ma.

To dotyczy mojego prywatnego życia.

To dotyczy morderstwa, Rudy. Ale jeśli nie chcesz o tym mówić, porozmawiam z

twoją siostrą. - Zaczęła się podnosić, lecz Rudy chwycił ją za ramię.

Proszę zostawić ją w spokoju. Jest bardzo wrażliwa.

Zacisnął   palce   na   jej   ramieniu,   po   chwili   jednak   cofnął   rękę   i   odchylił   się   na

oparcie krzesła.

Między mną a Piper istnieje szczególna więź. Jesteśmy bliźniętami. Bardzo wiele

nas łączy. Jesteśmy parą.

Utrzymujecie ze sobą stosunki seksualne?

Nie pani to osądzać – warknął. - Nie oczekuję też, że pani to zrozumie. Nikt nie

jest   w   stanie   tego   zrozumieć.   I   chociaż   nasz   związek   nie   jest   nielegalny,   to

społeczeństwo go nie akceptuje.

Kazirodztwo nie jest ładnym słowem, Rudy.

Stanął   jej   przed   oczami   obraz   ojca   o   czerwonej   z   wysiłku   twarzy   i   twardym

spojrzeniu. Zacisnęła dłonie w pięści i wyrzuciła go z myśli.

Jesteśmy parą – powtórzył. - Przez większą część życia staraliśmy się żyć wbrew

temu,  co podpowiadało  nam serce.  Próbowaliśmy  ułożyć  sobie życie  z innymi

partnerami. I czuliśmy się nieszczęśliwi. Czy mamy być nieszczęśliwi, dlatego że

background image

tacy ludzie jak pani uważają, że to jest złe?

Nie   ma   znaczenia,   co   ja   na   ten   temat   myślę.   Kiedy   Holloway   się   o   tym

dowiedział?

W   Indiach   Zachodnich.   Spędzaliśmy   tam   urlop.   Staraliśmy   się   zachować

ostrożność   i   dyskrecję.  Wiedzieliśmy,   że  możemy   stracić   klientów,   gdyby   nasz

związek wyszedł na jaw. Jeździmy więc gdzieś, gdzie możemy być razem i czuć

się swobodnie jak inne pary. Holloway też tam był. Nie znał nas ani my jego.

Zameldowaliśmy się pod innymi nazwiskami.

Umilkł.

Kilka   miesięcy   później   zgłosił   się   do   nas   na   konsultację   –   ciągnął.   -  To   był...

nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Początkowo nawet go nie poznałem. Ale kiedy

wyszły na jaw jego sprawki i nie zgodziliśmy się go przyjąć, przypomniał nam,

gdzie się spotkaliśmy i w jakich okolicznościach. - Wpatrywał się przez chwilę w

szklankę z wodą. - Bardzo jasno dał nam do zrozumienia, jak to mamy załatwić i

czego od nas oczekuje. Piper była załamana, przerażona. Oboje głęboko wierzymy

w to, co robimy. Widzi pani, my wiemy, co to znaczy być związanym z kimś, kto

potrafi wypełnić życie i zmienić je. Poświęciliśmy się, by pomagać innym znaleźć

to, co my znaleźliśmy.

Wasze poświęcenie zapewnia wam niezły dochód.

Korzyści, jakie z tego płyną, nie umniejszają wartości naszych usług. Pani też żyje

dostatnio – powiedział cicho. - Czy przez to mniej jest warte pani małżeństwo?

W odpowiedzi uniosła tylko brew.

Pomówmy lepiej o tobie i o tym, jak poradziłeś sobie z Hollowayem.

background image

Chciałem mu się przeciwstawić, ale Piper nie mogła. - Zamknął oczy. - Zjawił się,

kiedy była sama, i groził jej. Próbował nawet namówić ją do...

Kiedy otworzył oczy, płonęła w nich wściekłość.

Pragnął   jej.  Tacy   jak   on   nie   znoszą   sprzeciwu.  Więc   płaciliśmy   i   spełnialiśmy

wszystkie jego żądania. Mimo to, kiedy udawało mu się zastać Piper samą, nie

potrafił utrzymać łap przy sobie.

Musiałeś go za to nienawidzić.

Tak, nienawidziłem go za to. Zresztą za wszystko, ale głównie za to.

Na tyle, by zabić?

Tak – powiedział spokojnie, nim adwokat zdążył go powstrzymać. - Tak, na tyle,

by zabić.

Rozdział 14

Nie mamy podstaw, by go oskarżyć.

Eve doskonale zdawała sobie z tego sprawę, a mimo to próbowała jeszcze walczyć

z zastępcą prokuratora okręgowego.

Miał środki, okazję i motyw, by zabić Hollowaya. Miał też dostęp do kosmetyków

background image

znalezionych na ciałach ofiar – dodała, zanim pani prokurator Rollins zdążyła się

odezwać. - I znał wszystkie ofiary.

Nie ma pani przeciwko niemu ani jednego przyzwoitego dowodu – powiedziała

Carla Rollins.

Była to kobieta niskiego wzrostu pomimo butów na wysokich obcasach. W twarzy

o   kremowym   odcieniu   tkwiły   czarne,   lekko   skośne   oczy.   Gładko   uczesane   proste

włosy w kolorze hebanu były ucięte tuż nad linią ramion. Całości dopełniała zgrabna

figura i staranny wygląd.

Carla   Rollins   sprawiała   wrażenie   delikatnej   i   kruchej,   miała   słodki   głos   o

dziecięcym   brzmieniu   i   twarde   niczym   skała   serce.   Lubiła   wygrywać,   a   sprawa

przeciw Rudy'emu Hoffmanowi wyglądała na z góry przegraną.

Chce pani, żeby złapała go w momencie, gdy zaciska palce na gardle kolejnej

ofiary?

Takie   rozwiązanie   byłoby   najlepsze   –   odparła   beznamiętnym   tonem   Rollins.   -

Przydałoby się również przyznanie do winy.

Eve przeszła na drugi koniec gabinetu Whitneya.

Nic z tego, jeśli go zwolnimy.

Jak na razie, można zarzucić mu tylko to, że posuwa własną siostrę – stwierdziła

słodkim głosem Rollins. - I że płacił szantażyście. Moglibyśmy też oskarżyć go o

sutenerstwo, skoro wiedział o predylekcjach Hollowaya, ale to byłoby naciągane.

Nie mogę oskarżyć go o morderstwo bez mocnych dowodów albo przyznania się

do winy.

W takim razie muszę go mocniej przycisnąć.

background image

Jego adwokat domaga się natychmiastowego zwolnienia. Nie możemy go dłużej

trzymać – dodała, słysząc prychnięcie Eve. - Może go pani ponownie zamknąć po

upływie dwunastu godzin.

Chcę, żeby dostał dozór policyjny.

Rollins westchnęła.

Dallas, nie  mogę wydać takiego polecenia. Hoffman jest tylko podejrzanym  w

sprawie   i   w   dodatku   wątpliwym.   Ma   prawo   do   prywatności   i   swobodnego

poruszania się.

O Boże, proszę mi pomóc. - Eve przeczesała włosy palcami. Oczy piekły ją z

niewyspania,   a   w   ustach   czuła   cierpki   smak   od   nadmiaru   kawy.   W   dodatku

zaczęło ją boleć ramię. - Chcę, żeby przeszedł testy psychologiczne. I żeby Mira

opracowała jego portret psychiatryczny.

Pod warunkiem, że on wyrazi na to zgodę. - Uniosła dłoń, zanim Eve zdążyła

zakląć. Przywykła do tego typu zachowania ze strony detektywów i nic sobie z

nich nie robiła. Jednak tym razem zastanawiała się nad czymś i nie chciała, by jej

przeszkadzano. - Mogłabym przekonać adwokata, że byłoby to w interesie jego

klienta. Współpraca zamiast oskarżenia o stręczycielstwo.

Rollins wstała, zadowolona ze swego pomysłu.

Proszę załatwić do z doktor Mirą, a ja zobaczę, co się da zrobić. Ale musi go pani

zwolnić w ciągu godziny.

Whitney czekał, aż pani prokurator wyjdzie, po czym wyprostował się na krześle.

Proszę usiąść, poruczniku.

Panie komendancie...

background image

Proszę usiąść – powtórzył, wskazując Eve krzesło stojące przy biurku. - martwię

się – powiedział.

Potrzebuję   więcej  czasu,   by   go   przymknąć.   McNab   rozpracowuje   teraz   system

„Szczęśliwego Związku”. Może będziemy coś mieć pod koniec dnia.

To   o   panią   się   martwię,   poruczniku.   -   Odchylił   się   na   oparcie.   -   Pracuje   pani

dwadzieścia cztery godziny na dobę już ponad tydzień.

Morderca również.

Jednak   morderca   nie   musi   leczyć   ran,   jakie   odniósł   podczas   pełnienia

obowiązków służbowych.

Moja karta zdrowia jest czysta – powiedziała z lekki  zniecierpliwieniem w głosie.

Zaraz   jednak   przywołała   się   do   porządku.   Jeśli   się   nie   opanuje,   dowiedzie,   że

Whitney ma rację. - Doceniam pańską troskę, ale niepotrzebnie pan się martwi.

Czyżby? - Uniósł brwi, przyglądając się jej bladej twarzy i cieniom pod oczami. -

W takim razie, czy zgłosi się pani do szpitala na badanie?

Ponownie ogarnął ją gniew. Z trudem powstrzymała się, by nie zacisnąć dłoni w

pięści.

Czy to rozkaz, panie komendancie?

Mógł odpowiedzieć twierdząco.

Dam   pani   do   wyboru:   albo   pójdzie   pani   do   szpitala   i   podda   się   zaleceniom

lekarzy, albo zrobi pani sobie przerwę do jutra do dziewiątej.

Nie sądzę, by któraś z tych propozycji była do przyjęcia.

Mogę jeszcze odebrać pani sprawę.

Omal nie zerwała się z krzesła. Dostrzegł ten ruch i wewnętrzną walkę. Opanowała

background image

się jednak, tylko policzki nabrały rumieńców.

Morderca zaatakował już cztery razy, a ja jestem jedyną osobą, która najwięcej o

nim wie. Jeżeli odsunie mnie pan od śledztwa, będzie to tylko strata czasu i ludzi.

Wybór należy do pani. Proszę iść do domu – powiedział juz nieco spokojniej. -

Zjeść porządny posiłek i wyspać się.

Tymczasem Rudy wyjdzie na wolność.

Nie   mogę   go   zatrzymać.   Nie   mogę   też   dać   mu   dozoru   policyjnego.  Ale   mogę

kazać go śledzić. - Uśmiechnął się lekko. - A jutro zwołamy konferencję prasową.

Sama pani się jej domagała. Major i szef przyjmą na siebie główne uderzenie, ale

to panią zaatakują.

Dam sobie radę.

Wiem. Ujawnimy tyle szczegółów, ile się da, by ostrzec społeczeństwo. - Zaczął

masować sobie kark. - Pokój na ziemi, życzliwość do ludzi. - Zaśmiał się. - Proszę

iść do domu. Musi być pani jutro świeża i wypoczęta.

Usłuchała, ponieważ nie miała innego wyjścia. Nie mogła pozwolić, aby odebrano

jej sprawę, a badania nie wchodziły w grę. Czuła, że nie przeszłaby już pierwszego

testu.

Ból całego ciała stawał się nie do zniesienia. Wiedziała, że nie obejdzie się bez

środka przeciwbólowego, nie mogła się skoncentrować. Miała wrażenie,  że głowa

oderwała się jej od tułowia.

Kiedy omal nie wpadła na stojący na rogu kiosk, skręcając w Madison, włączyła

autopilota.

Może rzeczywiście przydałaby się drzemka i porządny posiłek. Nie oznaczało to

background image

jednak,   że   nie   będzie   mogła   trochę   popracować   w   swoim   domowym   biurze.

Potrzebna jej tylko mocna kawa i solidna przekąska.

Obudziła się,  kiedy samochód minął  bramę  i wjechał  na podjazd.  Palące się w

oknach   światła   wywołały   pieczenie   oczu.   W   głowie   huczało   jej   jak   w   jednej   z

żywiołowych piosenek Mavis. Ramię boleśnie pulsowało.

Kiedy wysiadła z samochodu, nogi miała jak z waty. Weszła do domu i pierwszą

osobą, na którą się natknęła, był oczywiście Summerset.

Pani goście już czekają – oznajmił. - Miała pani wrócić dwadzieścia minut temu.

Pocałuj   mnie   w   dupę   –   zaproponowała,   zdejmując   kurtkę   i   zostawiając   ją   na

brzegu balustrady.

Pani propozycja jest nie do przyjęcia. Jednak czy zechciałaby pani poświęcić mi

chwilkę czasu, poruczniku? - Zastąpił jej drogę, nim zdążyła wejść na schody.

Życie jest  zbyt krótkie,  by poświęcić  ci nawet  chwilkę.  Zejdź mi  z  drogi albo

sama to zrobię.

Źle wygląda, pomyślał. I jej groźba nie ma tej ostrości co dawniej.

Jest książka, o którą pani prosiła – poinformował chłodnym tonem, patrząc na nią

spod zmrużonych powiek.

Och! - Oparła dłoń na balustradzie, usiłując przebić się przez mgłę, która spowiła

mózg. - To świetnie.

Czy mam kazać ją sprowadzić?

Tak, tak. Oczywiście.

Trzeba będzie przesłać żądaną sumę, plus koszty przesyłki na konto księgarza.

Ponieważ  mnie  zna, zgodził  się  nadać książkę  natychmiast,  mając  nadzieję,  że

background image

przekaże   pani   żądaną   kwotę   w   ciągu   dwudziestu   czterech   godzin.   Zapisałem

wszystko na pani e-mailu.

Dobrze.   Zajmę   się   tym.   -   Musiała   schować   dumę   do   kieszeni.   -   Dziękuję   –

powiedziała i odwróciła się w stronę schodów. Spojrzawszy w górę, pomyślała, że

czeka ją ciężka wędrówka na szczyt, lecz była zbyt dumna, by skorzystać z windy

w obecności służącego.

Proszę   bardzo   –   mruknął.   -   Zaczekał,   aż   Eve   wejdzie   po   schodach   na   górę   i

podszedł   do   domowego   ekranu.   -   Roarke,   pani   porucznik   właśnie   wróciła.   -

Zawahał się i dodał: - Nie wygląda najlepiej.

Zamierzała wziąć gorący prysznic, zjeść coś i zabrać się do roboty. Na podstawie

informacji   może   wprowadzić   Rudy'ego   do   programu   prawdopodobieństwa.   Jeśli

wyniki okażą się zadowalające, mogłaby przekonać panią prokurator, by zastosowała

w stosunku do niego dozór policyjny.

Kiedy weszła do sypialni, Roarke czekał już na nią.

Spóźniłaś się.

Utknęłam w korku – odparła, odpinając kaburę z bronią.

Rozbieraj się.

Zaskoczył ją tym.

To bardzo romantyczne, ale...

Rozbieraj się – powtórzył i wziął do ręki szlafrok. - Włóż to. Trina czeka na ciebie

w solarium.

Och, na miłość boską! -   Zanurzyła palce we włosach. - czy wyglądam, jakbym

miała ochotę na wizytę u fryzjera?

background image

Nie. Wyglądasz, jakbyś miała ochotę na wizytę w szpitalu – wybuchnął i rzucił jej

szlafrok. - Albo zrobisz, co mówię, albo cię tam zawiozę.

Rzuciła mu gniewne spojrzenie.

Nie poganiaj mnie. Jesteś moim mężem, a nie niańką.

Właśnie  niańki ci potrzeba. - Złapał ją za rękę i pchnął na fotel. - Nie ruszaj się –

ostrzegł głosem, w którym dźwięczała furia. - Bo cię przywiążę.

Zacisnęła   dłoń   na   oparciu   fotela,   gdy   tymczasem   Roarke   podszedł   do

autokucharza.

Co, u diabła, w ciebie wstąpiło?

Ty. Oglądałaś się ostatnio w lustrze? Ciała twoich ofiar mają więcej kolorów niż

ty teraz. Masz cienie pod oczami i cierpisz. Myślisz, że tego nie widzę?

Podszedł do niej ze szklanką bursztynowego płynu.

Wypij to.

Nie chcę żadnych prochów.

Jeśli nie wypijesz, wleję ci to do gardła. Jak kiedyś, pamiętasz? - Pochylił sie nad

nią i spojrzał w oczy. Dostrzegła w nich zdecydowanie i gniew. - Nie pozwolę,

żebyś wpędziła się w chorobę. Wypijesz to i będziesz robiła, co powiem, albo

zmuszę   cię   do   tego.   Oboje   wiemy,   że   jesteś   zbyt   zmęczona,   by   mnie

powstrzymać.

Wzięła   do   ręki   szklankę   i   pomyślała,   że   byłoby   wspaniale   cisnąć   ją   o   ścianę,

jednak nie czuła się na siłach stawić czoło skutkom tego czynu. Nie spuszczając z

niego wściekłego spojrzenia, wypiła zawartość szklanki.

Zadowolony?

background image

Potem zjesz coś konkretniejszego.

Pochylił się, by zdjąć jej buty.

Sama mogę się rozebrać.

Zamknij się, Eve.

Usiłowała wyrwać mu nogę, ale powstrzymał ją i ściągnął but.

Chcę wziąć prysznic, zjeść coś i mieć wreszcie święty spokój.

Zdjął drugi but, po czy zaczął rozpinać jej koszulę.

Słyszysz? Zostaw mnie w spokoju! - Zabrzmiało to zbyt opryskliwie i wpłynęło

na nią przygnębiająco.

Ani w tym, ani w innym życiu.

Nie lubię, kiedy się mną opiekujesz. To mnie wkurza.

W takim razie przez jakiś czas będziesz wkurzona.

Jestem wkurzona, odkąd poznałam ciebie.

Zamknęła oczy, lecz zdawało się jej, że dostrzega cień uśmiechu na jego wargach.

Rozebrał   ją   z   wprawą,   po   czym   owinął   w   szlafrok.   Poczuł,   że   mięśnie   jej

wiotczeją,   co   oznaczało,   że   środek   przeciwbólowy,   który   dodał   do   napoju

regenerującego, zaczyna działać. Odrobina łagodnego środka odurzającego powinna

ją uspokoić, lecz w obecnym stanie pewnie zetnie ją z nóg. Tym lepiej.

Zaprotestowała, kiedy wziął ją na ręce.

Nie musisz mnie nieść.

Nie lubię się powtarzać, ale zamknij się, Eve.

Wszedł do windy.

Nie chce być niańczona. - Jej głowa zatoczyła krąg i opadła mu na ramię. - Coś ty

background image

dodał do tego napoju?

Różne rzeczy.

Wiesz, że nie znoszę środków uspokajających.

Wiem. - Musnął ustami jej włosy. - Jutro będziesz wylewać żale,

Nie omieszkam. Jeśli pozwolę ci się zastraszyć, to jeszcze wejdzie ci to w krew.

Mam ochotę się zdrzemnąć.

Dobry pomysł.

Poczuł, że ręka otaczająca jego szyję, opada bezwładnie. Wysiadł na najniższym

poziomie i ścieżką ogrodową poszedł do solarium. Spod rozłożystych pal wybiegła

Mavis.

Jezu, Roarke, czy coś jej się stało?

Uśpiłem ją. - Minął pas wonnych kwiatów, które otaczały staw, i położył żonę na

długim stole przygotowanym przez Trinę.

Będzie wściekła, jak się obudzi.

Pewnie tak. - Delikatnie odsunął splątane włosy z czoła Eve. - Nie jesteś już taka

harda, co, poruczniku? - Pochylił się i delikatnie pocałować ją w usta. - Zostaw w

spokoju jej włosy, Trina. Potrzebna jej teraz terapia relaksująca.

Zrobi   się.   -   Ubrana   w   obcisły   metalizujący   kombinezon   i   długi   płaszcz   Trina

zatarła dłonie. - Skoro jednak jest nieprzytomna, czemu nie miałabym zrobić przy

niej wszystkiego? Zwykle muszę się kłócić o każdy zabieg. A teraz będzie cicha i

posłuszna.

Roarke uniósł brew i położył dłoń na ramieniu Eve.

Tylko bez żadnych ekstrawagancji – ostrzegł, po czym odchrząknął. Nie miał nic

background image

przeciwko   stawieniu   czoła   wściekłości   Eve,   ale   nie   tej,   jaką   musiałby   znieść,

gdyby wyraził zgodę na ufarbowanie jej włosów na różowo. - każę przynieść nam

coś do jedzenia. Zaraz wracam.

Słyszała   głosy   i   czyjś   śmiech.   Były   jednak   odległe   i   rozproszone.   Mgliście

zdawała sonie sprawę z tego, że odurzono ją narkotykiem. Roarke zapłaci jej za to.

Marzyła, żeby ją objął, by mogła poczuć ciepło rozchodzące się po ciele.

Ktoś masował jej plecy i ramiona. Wydała z siebie niski, przeciągły jęk rozkoszy,

który jednak nie wyszedł poza jej świadomość.

Poczuła gdzieś blisko zapach Roarke'a.

Potem   znalazła   się   w   wodzie,   ciepłej,   wirującej.   Unosiła   się   na   niej,   lekka   i

swobodna jak płód w łonie matki, rozkoszując sie błogim spokojem.

Nagle poczuła palący ból w ramieniu. Posłyszała czyjś jęk. A potem łagodny chłód

ugasił ogień.

Poczuła, że spada, niżej, coraz niżej, aż dotknęła miękkiego dna. Skuliła się na nim

i zapadła w głęboki sen.

background image

Kiedy się wynurzyła, było ciemno. Zdezorientowana wsłuchiwała się we własny

oddech. Leżała na brzuchu, czując na skórze przyjemne ciepło miękkiej pościeli.

Uświadomiła   sobie,   że   znajduje   się   we   własnym   łóżku.   Obróciła   się   na   bok   i

poczuła tuż obok nogi Roarke'a.

Obudziłaś się?

Jego głos brzmiał pewnie, jakby w ogóle nie spał, co zawsze wprawiało ją w lekką

irytację.

Co...

Już prawie rano.

Uświadomiła   sobie,   że   jest   naga,   a   skórę   ma   miękką   jak   jedwab   i   pachnie   jak

świeże brzoskwinie.

Jak się czujesz?

Nie mogła w to uwierzyć, lecz była rozluźniona i wypoczęta.

Dobrze – odparła po chwili wahania.

W takim razie czas na ostatni etap programu relaksacyjnego.

Przywarł do jej ust z cichym westchnieniem, rozsuwając językiem wargi. Myśli,

które   zdążyły   wrócić   na   swoje   miejsce,   znów   się   rozpierzchły,   ustępując   miejsca

pożądaniu.

Przestań. Nie...

Chcę cię smakować. - Przesunął wargami wzdłuż jej szyi. - Dotykać. - Powiódł

dłonią w górę i dół biodra, rozsuwając jej nogi. - posiąść.

Kiedy wszedł w nią wolno, była rozpalona i gotowa.

Oczy jej pociemniały i zaszły mgłą. Sączący się przez okno świt zmienił się w

background image

atrament. Roarke wyglądał teraz niczym cień, poruszający się w niej ze wzrastającą

siłą. Orgazm przyszedł niespodziewanie, zanim zdążyła odnaleźć jego rytm.

Powolne,   łagodne,   długie   suwy   potęgowały   rozkosz   splecionych   ciał.   Oddechy

stawały się coraz szybsze, biodra poruszały się zgodnym rytmem, usta chłonęły ciche

jęki.

Zalały   ją   fale   rozkoszy   i   uniosły   na   szczyt.   Kiedy   poczuła,   że   ciało   Roarke'a

sztywnieje, otoczyła go nogami. Wbił się w nią po raz ostatni, po czym ukrył twarz

we włosach, wdychając jej zapach.

Czujesz się znacznie lepiej – wymruczał, owiewając oddechem jej skórę.

Uważasz, że to zabawne? - Zsunęła się z niego, odgarnęła włosy z czoła i usiadła

na łóżku. - Terroryzujesz mnie i zmuszasz do łykania środków uspokajających.

Nie   mógłbym   cię   do   niczego   zmusić,   gdybyś   nie   znajdowała   się   na   granicy

wyczerpania. - usiadł. - Światła, dziesięć procent. - Pokój wypełnił się miękkim

światłem. - Dobrze wyglądasz – powiedział, patrząc na gniewną, lecz wypoczętą

twarz. - Pomimo ekstrawaganckich gustów Trina wie, co jest dla ciebie dobre.

Z trudem powstrzymał wybuch śmiech, kiedy Eve otworzyła usta i wytrzeszczyła

oczy.

Pozwoliłeś jej pastwić się nade mną, kiedy byłam nieprzytomna? Ty sadystyczny,

podstępny   draniu   –   wykrzyknęła,   lecz   zamiast   wymierzyć   cios,   wyskoczyła   z

łóżka i pobiegła do lustra.

Poczuła ulgę, kiedy okazało się, że wygląda normalnie. Co jednak nie uspokoiło

wrzącego w niej gniewu.

Powinnam was oboje wsadzić do pudła.

background image

Mavis też w tym brała udział – powiedział wesoło. Od dawna nie poruszała się z

równą   szybkością   i   zwinnością,   pomyślał.   I   z   oczu   zniknęły   cienie.   -   Och   i

Summerset.

Nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Dowlokła się do łóżka i opadła na nie.

Summerset? - powtórzyła słabym głosem.

Zajął   się   twoim   ramieniem,   kiedy   przykładałem   opatrunek.   Mięśnie   ci   się

gotowały. Czemu, do diabła, nie zachowujesz się normalnie, kiedy coś cię boli?

Summerset – zdołała jedynie wykrztusić.

Jak wiesz, przeszedł kurs medyczny. Rozmasował ci jedynie ramię. Jak tam ręka?

Po   raz   pierwszy   od   kilku   dni   nie   czuła   bólu,   a   całe   ciało   aż   kipiało   energią   i

świeżością. Nie znaczyło to jednak, że akceptuje metody Roarke'a.

Zerwała się z łóżka, chwyciła szlafrok i wsunęła ręce w rękawy.

Zamierzam skopać ci tyłek.

W   porządku.   -   Wstał   i   również   sięgnął   po   szlafrok.   -   Będzie   to   uczciwszy

pojedynek   niż   wczoraj   wieczorem.   Chcesz   to   załatwić   to   tu   czy   na   sali

gimnastycznej?

Skoczyła na niego, zanim zdążył dokończyć zdanie. Chciał zrobić unik, lecz Eve

była szybsza. Po chwili leżał  rozciągnięty  na łóżku, a jego żona siedziała na nim

okrakiem z kolanami wciśniętymi między nogi.

Widzę, że wróciłaś do formy, poruczniku.

Jesteś cholernie dowcipny. Powinnam wbić ci jaja po same uszy, mądralo.

Dobrze   chociaż,   że   zrobiliśmy   z   nich   użytek.   -   Uśmiechnął   się,   niepomny   na

grożące   mu   niebezpieczeństwo,   po   czym   dotknął   jej   policzka.   Rozproszył   jej

background image

uwagę na tyle, by chwycić ją za ramiona i przewrócić na plecy.

A teraz posłuchaj. - Uśmiech zniknął z jego twarzy. - Bez względu na to, co trzeba

będzie zrobić i kiedy, nie zawaham się przed niczym, lepiej, żebyś się do tego

przyzwyczaiła.

Puścił ją i wstał, widząc, że jej oczy zmieniają się w szparki. Westchnął ciężko i

wcisnął dłonie w kieszenie szlafroka.

Do jasnej cholery! Kocham cię.

Te dwa zdania, wypowiedziane z mieszaniną gniewu i rezygnacji, trafiły ją prosto

w serce. Stał przed nią ze zmierzwionymi od snu i seksu włosami, a w intensywnie

błękitnych oczach płonęły zniecierpliwienie i miłość.

Kłębiące się w niej uczucia odnalazły nagle swoje  miejsce.

Wiem.   Przepraszam.   Miałeś   rację.   -   Przeczesała   palcami   włosy,   zbyt

zdenerwowana, by dostrzec błysk zaskoczenia w jego oczach. - Nie podobają mi

się   twoje   metody,   ale   miałeś   rację.   Wzięłam   zbyt   ostre   tempo,   chociaż   nie

wróciłam jeszcze do pełnej formy. Powtarzałeś mi od kilku dni, bym wypoczęła,

ale nie chciałam słuchać.

Dlaczego?

Bałam się. - Ciężko przyszło jej to wyznanie, chociaż wiedziała, że przed nim nie

musi niczego ukrywać.

Bałaś się? - Podszedł do niej, usiadł na łóżku i wziął ją za rękę. - Czego?

Że   nie   będę   w   stanie   wrócić   do   pracy.   Że   nie   będę   na   tyle   silna   i   ostra,   by

podejmować nowe wyzwania. A gdybym nie mogła... - Zamknęła oczy. - Muszę

być gliną. Muszę pracować. W przeciwnym razie będę zgubiona.

background image

Mogłaś mi o tym powiedzieć.

Nie miałam odwagi przyznać się do tego nawet przed sobą. - Przetarła palcami

oczy, czując wilgoć po powiekami. - Odkąd wróciłam, zajmowałam się głównie

papierkową robotą i zeznaniami w sądzie. To moje pierwsze śledztwo od czasu

przymusowego urlopu. Jeśli sobie nie poradzę...

Poradzisz sobie.

Wczoraj Whitney kazał mi iść do domu. Zagroził, że odbierze mi sprawę, jeśli go

nie posłucham. Wróciłam, a ty napadłeś na mnie i nafaszerowałeś narkotykami.

Ścisnął jej dłoń.

Nie była to najlepsza pora. Myślę jednak, że w obu przypadkach chodziło o to,

byś odpoczęła, nie zaś o podważenie twoich możliwości.

Złapał ją za podbródek i musnął kciukiem zagłębienie w brodzie.

Eve, czasami sprawiasz wrażenie, jakbyś w ogóle siebie nie znała. Za każdym

razem stawiasz siebie pod ścianą, tylko że teraz nie miałaś  dość siły. Jesteś tą

samą policjantką, którą poznałem zeszłej zimy. Czasami przeraża mnie to.

I niech tak dalej będzie. - popatrzyła na ich splecione dłonie. - Ale nie jestem już

tą samą osobą, którą wtedy byłam. - uniosła głowę i spojrzała mu w oczy. - I nie

chcę być. Chcę pozostać taka, jaka jestem teraz. Jacy jesteśmy oboje.

To dobrze. - Pocałował ją. - Bo jesteśmy zdani na siebie.

Wsunęła mu dłoń we włosy, by pogłębić pocałunek.

To całkiem niezły układ, ale... - Uszczypnęła go lekko w dolną wargę, po czym

ugryzła   na   tyle   mocno,   by   wrzasnął   z   bólu   i   zaskoczenia.   -   Jeżeli   jeszcze   raz

pozwolisz Summersetowi dotknąć mnie bez mojej zgody... - Wstała, odetchnęła

background image

głęboko i pomyślała, że czuję się wspaniale. - ogolę ci jaja, kiedy będziesz spał.

Umieram z głodu – dodała. - Zjesz śniadanie?

Zastanawiał   się   przez   chwilę   nad   jej   słowami,   po   czym   przeciągnął   dłonią   po

długich czarnych włosach. Na szczęście mam lekki sen, pomyślał.

Tak, chętnie.

Rozdział 15

Eve spacerowała niecierpliwie po biurze doktor Miry z wynikami analizy danych

Rudy'ego. Konieczna była teraz opinia policyjnego konsultanta, by móc go ponownie

ściągnąć na przesłuchanie i, jak dobrze pójdzie, zamoknąć w pudle.

Czas   spłynął   i   tak   czy   owak   morderca   wkrótce   podejmie   próbę   zaatakowania

kolejnej ofiary.

Czy   powiadomiła   ją   pani,   że   czekam?   -   zwróciła   się  z   pytaniem   do   sekretarki

Miry.

Dziewczyna,   przyzwyczajona   do   takich   reakcji,   nawet   nie   uniosła   wzroku   znad

papierów.

Ma sesję z pacjentem. Przyjmie panią, jak tylko będzie mogła.

Czując w sobie przypływ energii, Eve znów zaczęła chodzić po pokoju. Obrzuciła

background image

krytycznym   spojrzeniem   wiszący   na   ścianie   obraz,   przedstawiający   w   ciepłych

barwach jakieś nadmorskie miasteczko, po czym podeszła do małego autokucharza.

Wiedziała,   że   nie   znajdzie   w   nim   kawy.   Mira   wolała,   by   jej   pacjenci   i

współpracownicy pili herbatę lub napoje uspokajające.

Kiedy drzwi do gabinetu Miry otworzyły się, Eve natychmiast odwróciła się w tę

stronę.

Doktor Miro... - Urwała zaskoczona na widok Nadine Furst.

Reporterka spłonęła rumieńcem, po czym wyprostowała się i spojrzała śmiało w

gniewne oczy Eve.

Jeśli   będziesz   nachodzić   mojego   konsultanta,   stracisz   źródło   informacji   i

znajdziesz się na czarnej liście.

Jestem tu prywatnie – odparła sztywno Nadine.

Zachowaj te gadki dla swoich widzów.

Powtarzam,  że  przyszłam tu w prywatnej sprawie. - Uniosła dłoń, zanim Mira

zdążyła   się   odezwać.   -   Doktor   Mira   pomaga   mi   pozbierać   się   po...   tym

zeszłorocznym wypadku. Ocaliłaś mi życie, Dallas, a ona pomaga mi zachować

zmysły. Potrzebuję pomocy, to wszystko. A teraz zejdź mi z drogi...

Przepraszam.   -   Eve   nie   była   pewna,   czy   czuję   się   bardziej   zaskoczona   czy

zawstydzona,   lecz   jedno   i   drugie   uczucie   nie   należało   do   przyjemności.   -

Napadłam   na   ciebie.   Wiem,.   Co   znaczy   mieć   złe   wspomnienia.   Przepraszam,

Nadine.

W porządku.

Reporterka wzruszyła ramionami i wyszła z pokoju. Jej kroki odbiły się echem w

background image

korytarzu i powoli ucichły.

Wejdź, Eve – powiedziała obojętnym tonem Mira, po czym zamknęła drzwi do

gabinetu.

Naskoczyłam na nią,  a nie powinnam. - Eve wsunęła ręce do kieszeni spodni, by

nie zaciskać ich pod wpływem pełnego dezaprobaty spojrzenia Miry. - Nie dawała

mi   spokoju   z   tym   śledztwem,   a   za   kilka   godzin   ma   być   konferencja   prasowa,

myślałam więc, że próbuje wcześniej się czegoś dowiedzieć.

Jesteś zbyt nieufna w stosunku do ludzi. - Mira usiadła i wygładziła spódnicę. -

Ale potrafisz szybko przeprosić, co zapewne wypływa z podszeptu serca. Jesteś i

zawsze byłaś pełna sprzeczności.

Nie przyszłam tu rozmawiać o sobie – powiedziała Eve, po czym spytała z troską

w głosie: - jak ona się czuję?

Nadine to silna i zdecydowana kobieta, o czym chyba wiesz. Nie mogę nic więcej

powiedzieć. Obowiązuje mnie tajemnica zawodowa.

Eve westchnęła.

Pewnie jest teraz wściekła na mnie. Zgodzę się na wywiad i znowu będzie dobrze.

Ona   bardzo   ceni   sobie   twoją   przyjaźń.   Nie   tylko   informacje,   które   jej

przekazujesz. Ale siadaj, nie zamierzam prawić ci kazania.

Eve   skrzywiła   się,   odkaszlnęła   i   położyła   na   biurku   materiały,   które   ze   sobą

przyniosła

Sprawdziłam,   jakie   jest   prawdopodobieństwo,   że   Rudy   maczał   w   tym   palce   –

powiedziała. - W świetle obecnych danych wynosi ono osiemdziesiąt sześć i sześć

dziesiątych   procent.  To   wystarczy,   by   go   zamknąć,   ale   byłoby   łatwiej,   gdybyś

background image

poddała go testom. Rollins powiedziała, że adwokat Rudy'ego przystał na to.

Tak. Umówiłam się z nim na dzisiejsze popołudnie, skoro tak ci się spieszy.

Muszę mieć jak najwięcej informacji o jego psychice, skłonnościach do przemocy.

Potrzebuję trochę czasu na znalezienie dowodów. To twarda sztuka, nie załamie

się i nie pójdzie na ugodę. Jeśli jego siostra coś wie, muszę to z niej wyciągnąć.

Zrobię,   co   będę   mogła.   Domyślam   się,   jak   ciężko   musicie   pracować   ty   i   twój

zespół. Mimo to- przechyliła głowę na bok – wyglądasz na wypoczętą. Ostatnim

razem, jak tu byłaś, obawiałam się trochę o ciebie. Nadal uważam, że za wcześnie

wróciłaś do pracy.

Nie tylko ty tak uważasz – odparła Eve, wzruszając ramionami. - Nic mi nie jest.

Wczoraj wieczorem poddałam się sesji relaksacyjnej i spałam dziesięć godzin.

Naprawdę? - uśmiechnęła się Mira. - A jak Roarke zdołał cię do tego namówić.

Uśpił mnie. - Zmarszczyła brwi, kiedy Mira wybuchnęła głośnym śmiechem. -

Wygląda na to, że popierasz jego metody.

Och, całkowicie. Doskonale do siebie pasujecie, Eve. Przyjemnie na was patrzeć

Nie mogę się już doczekać spotkania z wami wieczorem.

Eve skrzywiła się na myśl o przyjęciu, lecz zaraz uśmiechnęła się, słysząc kolejny

wybuch śmiechu Miry.

Przygotuj mi profil Rudy'ego, to może będę w nastroju do zabawy.

Widok McNaba grzebiącego w jej biuru nie poprawił nastroju Eve.

background image

Nie trzymam już tam batoników, mądralo.

Wyprostował   się   gwałtownie,   uderzając   biodrem   o   kant   szuflady   i   przycinając

sobie palce przy zasuwaniu. Jęknął z bólu, co zdecydowanie poprawiło humor Eve.

Chryste, Dallas. - Skrzywił się i wsunął do ust palce. - Równie dobrze mogła mi

pani strzelić nad uchem.

Powinnam dać ci za to w pysk. Wykradanie przełożonemu batoników to poważna

sprawa. Nie mogę bez nich żyć.

W porządku. - Udał skruszonego, uśmiechnął się, po czym podsunął jej krzesło. -

Ładnie pani dziś wygląda.

Nie podlizuj się, McNab. - Klapnęła na krzesło i wyciągnęła nogi. - Jeżeli chcesz

mi się przypodobać, to uracz mnie dobrymi wiadomościami.

Przejrzałem   raporty   finansowe   i   znalazłem   w   Ś   pliku   osiem   skarg   przeciw

Hollowayowi.

Ś pliku?

Śmierdzącym pliku – wyjaśnił z uśmiechem. - Są w nim różne brzydkie sprawy,

które chcieli ukryć. Na przykład to, że osiem kobiet dostało gratisowe usługi tak

jak Peabody. Zabiegi w salonie, dodatkowe listy kandydatów lub zniżkowe talony.

Kto je firmował?

Różnie.  Ale   ona   musiała   o   wszystkim   wiedzieć.   Jej   podpis   figuruje   na   trzech

skargach.

Dobra, dzięki temu możemy włączyć Piper do sprawy, ale nic poza tym. Mogę to

wykorzystać, by ją przycisnąć.

 Znalazłem jeszcze coś ciekawego – powiedział McNab i przysiadł na biurku.

background image

Eve rzuciła my groźne spojrzenie.

Na tyle interesujące, by nie skopać cię z mojego biurka?

To   się   okaże.   Znalazłem   notatkę   sprzed   sześciu   miesięcy   dotyczącą   Donniego

Raya i świeższą z pierwszego grudnia.

Eve poczuła lekki skurcz serca.

Co to za notatka?

Od Rudy'ego do konsultantów z zaleceniem, by nie kierować Donniego Raya do

Piper. On sam miał się nim zająć. Druga notatka to taka mała reprymenda za to, że

jakiś facet zlekceważył jego polecenie.

To bardzo interesujące i może się przydać. Wynika z tego, że Rudy nie chciał, że

by Donnie Ray kręcił się koło Piper. Znalazłeś coś na temat dwóch pozostałych

ofiar?

Nic szczególnego.

Zabębniła palcami o blat biurka.

Może poddali się jakimś badaniom medycznym lub psychologicznym zabiegom?

Oboje wysterylizowali   się. - McNab zgiął się wpół, jakby poczuł zimny dotyk

lasera na własnych genitaliach. - pięć lat temu zniknęli z rynku reprodukcyjnego.

Co jeszcze?

Z akt wynika, że Piper uczestniczyła w tygodniowych sesjach terapeutycznych w

Instytucie   Równowagi.   W   zeszłym   roku   spędziła   miesiąc   w   ich   ośrodku   na

Optimie II. Słyszałem, że śpią tam w wannach z błotem i jedzą tylko makaron.

To ci dopiero przyjemność. A on?

Na niego nic nie znalazłem.

background image

No to  dziś  będzie  miał  sesję terapeutyczną. Dobra  robota, McNab.  -  Spojrzała

przez ramię na wchodzącą Peabody. - Co za wyczucie czasu. Zajmiecie się teraz

tym łańcuszkiem z czterema ptaszkami. Chcę wiedzieć, gdzie go kupił. Robi się

nieuważny. Może i tu popełnił błąd.

Peabody starannie omijała wzrokiem McNaba.

Ale...

Zamierzam przycisnąć Piper, nie mogę więc zabrać cię ze sobą. Jeśli będziecie

stąd wychodzić, macie wyjść razem. - Wstała. - Jeżeli nie wybrał jeszcze piątej

ofiary, to właśnie jej szuka. Macie być ze mną w stałym kontakcie.

Wyluzuj się, Peabody – warknął McNab, kiedy Eve wyszła.

Pocałuj nie gdzieś.

Eve   udało   się   opanować   chicho,   słysząc,   jak   asystentka   używa   jej   własnych

zwrotów, nie wytrzymała jednak, kiedy McNab spytał wesoło:

Gdzie?

Eve starannie wybrała czas na rozmowę z Piper. Jeśli adwokat Rudy'ego miał dość

rozumu w głowie, to właśnie przekonuje swojego klienta o konieczności poddania się

testom.   Miała   godzinę   na   złamanie   Piper.   Potem   musiała   wrócić   do   centrali   na

konferencję prasową.

Tym razem recepcjonistka nie robiła jej trudności i po prostu wpuściła do środka.

background image

Piper powitała ją w drzwiach gabinetu. Miała bladą twarz i podkrążone oczy.

Poruczniku, mój adwokat powiedział, że nie muszę z panią rozmawiać, i radził

mi,   żebym   nic   nie   mówiła,   chyba   że   będzie   to   formalne   przesłuchanie   w

obecności mojego doradcy.

Jeśli chcesz tak to rozegrać, proszę bardzo. Możemy zaraz jechać do centrali albo

porozmawiać   w   zaciszu   gabinetu   o   tym,   dlaczego   Rudy   nie   chciał,   abyś

zajmowała się Donnie Rayem Miachelem.

Nie ma o czym mówić – odparła Piper. W jej głosie zabrzmiała niepewność. -

Niczego się w tym pani nie doszuka.

W takim razie dlaczego po prostu mi tego nie wyjaśnisz?

Nie czekając na zaproszenie, weszła do gabinetu i usiadła w fotelu. Piper przez

chwilę  zmagała się ze sobą.

Donnie Ray podkochiwał się we mnie, to wszystko – powiedziała w końcu.- Nie

miało to jednak żadnych skutków.

To po co  była ta notatka dla konsultantów?

Na wszelki wypadek. By uniknąć... kłopotów.

Często miewacie kłopoty?

Nie.

Piper   zamknęła   drzwi   gabinetu.   Na   jej   policzkach   wykwitły   rumieńce

zdenerwowania.   Srebrzyste   włosy   miała   dziś   zebrane   w   kok.   Odsłonięta   twarz

sprawiała wrażenie jednocześnie dojrzałej i kruchej.

W   ogóle   się   nie   zdarzają.   Pomagamy   ludziom   połączyć   się,   znaleźć   miłość.

Często   kończy   się   to   małżeństwem.     -   Splotła   dłonie.   Mogę   pani   pokazać

background image

mnóstwo listów od naszych klientów, w których dziękują za pomoc. Od ludzi,

którym pomogliśmy się odnaleźć. Najważniejsze jest uczucie, prawdziwa miłość.

Czy wierzysz w miłość, Piper? - spytała Eve, nie spuszczając z niej wzroku.

Oczywiście.

Co byś zrobiła dla swego ukochanego, by go przy sobie zatrzymać?

Wszystko.

Opowiedz mi o Donnie Rayu.

Spotkałam się z nim kilka razy. Chciał, żebym posłuchała jak gra. - Westchnęła,

po czym usiadła w fotelu. - Takie chłopięce zauroczenie. To nie było tak jak z

Hollowayem. Ale Rudy uznał, zresztą słusznie, że skoro jest naszym klientem,

lepiej będzie ograniczyć te spotkania.

Lubiłaś słuchać, jak Donnie Ray gra?

Nikły uśmiech błysnął w kącikach ust Piper.

Mogłabym   polubić,   gdyby   chodziło   tylko   o   to.   Ale   on   wyraźnie   dawał   do

zrozumienia,   że   oczekuje   czegoś   więcej.   Nie   chciałam   urazić   jego   uczuć.   Nie

mogłabym zranić czyjegoś serca.

A co z twoim sercem? Jakie miejsce zajmuje w nim twój związek z bratem?

Wyprostowała się.

Nie mogę i nie będę o tym z panią rozmawiać.

Kto podjął decyzję o sterylizacji?

Posuwa się pani za daleko.

Czyżby?   Masz   dwadzieścia   osiem   lat.-   Spostrzegła,   że   drżą   jej   wargi.   -

Zniszczyłaś   szansę   na   posiadanie   własnych   dzieci,   ponieważ   nie   mogłaś

background image

ryzykować zajścia w ciążę z własnym bratem. Od lat się leczysz. Zamknięto ci

drogę do nawiązania znajomości z innym mężczyzną. Ukrywacie wasz związek,

płaciliście   szantażyście,   by   mieć   pewność,   że   zostanie   on   w   ukryciu,   bo

kazirodztwo to ciemny i wstydliwy sekret.

Pani tego nie rozumie,

Doskonale   to   rozumiem.   -   Ale   mnie   do   tego   zmuszono,   pomyślała.   Byłam

dzieckiem, nie miałam wyboru. - Wiem, przez co musisz przechodzić – dodała.

Ja go kocham. Nie ma dla mnie znaczenia, czy to jest złe, wstydliwe, wstrętne. On

jest całym moim życiem.

W takim razie dlaczego się boisz? - spytała Eve. - Boisz do tego stopnia, że go

kryjesz,   chociaż   zastanawiasz   się   ,   czy   to   nie   on     jest   mordercą.   Z   miłości?

Pozwalałaś   Hollowayowi   napastować   klientki,   a   to   stawia   się   na   równi   ze

stręczycielką nielegalnych dziwek.

My tylko staraliśmy się znaleźć mu kobietę o podobnych zainteresowaniach.

A   kiedy   wam   się   nie   udało   i   klientki   zaczęły   się   skarżyć,   płaciliście   im   –

dokończyła Eve. - Czy tego właśnie chciałaś, czy to był pomysł Rudy'ego?

To jest biznes. Rudy lepiej się zna na interesach niż ja.

Czy tak właśnie to sobie tłumaczycie? A może nie możecie już z tym żyć? Czy

Rudy był z tobą tego wieczoru, kiedy zamordowano Donniego Raya? Czy możesz

spojrzeć mi w oczy i przysiąc, że był z tobą przez całą noc?

Rudy nie byłby zdolny do czegoś podobnego.

Czy jesteś tego pewna na tyle, że zaryzykowałabyś kolejną śmierć? Jeśli nie dziś

w nocy, to jutro.

background image

Ten,   który   zabija   tych   ludzi,   jest   szalony:   zdesperowany,   okrutny   i   szalony.

Gdybym uważała,  że może to być Rudy,  nie  miałabym po  co żyć. Stanowimy

jedność, więc to, co jest w nim byłoby również we mnie. Nie mogłabym z tym

żyć.   -   Ukryła   twarz     w   dłoniach.   -   Dłużej   tego   nie   zniosę.   Nie   chcę   z   panią

rozmawiać. Jeśli oskarża pani Rudy'ego, tym samym oskarża mnie. Nic więcej nie

powiem.

Eve wstała z fotela.

Bez względu na to, co ci powiedział Rudy, nie jesteś jego częścią, Piper. Jeśli

chcesz się z tego wyzwolić, znam kogoś, kto może ci pomóc.

Choć czuła, że to i tak nic nie da, wyjęła swoją wizytówkę i zapisała na odwrocie

nazwisko   doktor   Miry   oraz   numer   kontaktowy.   Zostawiła   ją   na   oparciu   fotela   i

wyszła bez słowa.

Kiedy wsiadała do samochodu, szalała w niej burza uczuć. Odczekała chwilę, aż

dojdzie do siebie, po czym zerknęła na zegarek. Do konferencji pozostało niewiele

czasu, ale jeszcze zdąży coś załatwić.

Włączył podręczny wideokom i wywołała Nadine.

czego chcesz, Dallas? Nie mam teraz czasu. Za godzinę jest konferencja prasowa.

Spotkamy się w „Przyziemiu” za piętnaście minut. Przyprowadź ze sobą ekipę.

Nie mogę...

background image

Możesz. - Przerwała połączenie i ruszyła w kierunku centrum.

Wybrała klub „Przyziemie” przez sentyment, a częściowo dlatego, że było tam o

tej porze stosunkowo spokojnie. Właściciel był jej przyjacielem i zadba o to, by jej

nie przeszkadzano.

Co   ty   tu   robisz,   biała   kobieto?   -   spytał   z   uśmiechem   Crack.   Miał   prawie   dwa

metry wzrostu, ciemną twarz i łysą, połyskującą niczym lustro czaszkę. Ubrany

był   w   kurtkę   z   pawich   piór,   skórzane   spodnie   tak   opięte,   że   Eve   z   troską

pomyślała o jego genitaliach, i czerwone długie buty.

Mam tu umówione spotkanie – odparła i rozejrzała się po klubie. O tej porze nie

było tu nikogo, z wyjątkiem sześciu tancerek, odbywających próbę na scenie, i

kilku podejrzanie wyglądających klientów.

Pewnie wkrótce do obiegu kilkanaście uncji nielegalnych narkotyków, pomyślała. 

Masz zamiar sprowadzić tu więcej glin? - Spojrzał na dwóch chudych dealerów,

którzy zmyli się do toalety. - Ktoś tu dzisiaj będzie stratny.

Nie przyszłam na rewizję. Mam spotkanie z prasą. Znajdzie się jakiś pokój, gdzie

mogłabym swobodnie porozmawiać?

Nadine tu przyjdzie? Nie ma sprawy. Trójka jest wolna. W razie czego będę miał

was na oku.

Dzięki. - W tym momencie do klubu weszła Nadine w towarzystwie kamerzysty.

Dała im znak i nie wdając się w rozmowę z Nadine weszła do środka.

Ciekawe   miejsca   wybierasz   na   spotkania,   Dallas.-   Nadine   zmarszczyła   nos   i

powiodła   wzrokiem   po   brudnych   ścianach   i   zmiętoszonym   łóżku,   jedynym

sprzęcie w pokoju.

background image

Swojego czasu też lubiłaś tu bywać, a nawet rozbierać się do rosołu i tańczyć na

scenie – zauważyła Eve.

To była chwila słabości – odparła Nadine z godnością, po czym dodała. - Zamknij

się, Mike – bo kamerzysta parsknął tłumionym śmiechem.

Masz pięć minut. - Eve usiadła na brzegu łóżka. - Możesz zadawać mi pytania

albo   złożę   krótkie   oświadczenie.   Nie   dostaniesz   niczego   więcej   ponad   to,   co

ujawnimy podczas konferencji prasowej, ale dowiesz się o tym dobre dwadzieścia

minut wcześniej od innych. Możesz też ujawnić informacje, o których wcześniej

rozmawiałyśmy.

Dlaczego?

Bo jesteśmy kumplami – powiedziała cicho Eve.

Wyjdź na chwilę, Mike. - Nadine zaczekała, aż kamerzysta przestanie gderać, i

zamknęła za nim drzwi. - Nie potrzebuję żadnej łaski.

Nie robię ci łaski. Dotrzymałaś umowy, nie opublikowałaś tych informacji. Teraz

moja   kolej.   Mam   nadzieję,   że   przedstawisz   to   uczciwie.   Lubię   cię,   nawet   gdy

bywasz irytująca. Więc chcesz ten wywiad czy nie?

Twarz Nadine rozjaśnił uśmiech.

tak, chcę. Lubię cię, Dallas, choć zawsze bywasz irytująca.

Powiedz mi w skrócie, czego dowiedziałaś się o Rudym i Piper – spytała Eve.

Czarująca   para.   Ani   na   chwilę   nie   wychodzą   ze   swoich   ról.   Nie   dali   się

sprowokować. Świetnie zaprogramowani.

Kto nimi rządzi?

On, bez dwóch zdań. Na mój gust jest w stosunku do niej nadopiekuńczy. I skóra

background image

cierpnie, kiedy się patrzy na ich stroje, nie mówiąc o makijażu. Ale może to cecha

bliźniąt.

Przepytywałaś personel?

A jakże. Kilku konsultantów. Wszystko tam działa jak w zegarku.

Jakieś plotki na temat właścicieli?

Nie   z   wyjątkiem   pochwał.   Nie   byłam   w   stanie   wyciągnąć   od   niego   jednego

krytycznego zdania. - Uniosła Brew. - Czy tego właśnie szukasz?

Szukam mordercy – odparła Eve. - No to zaczynajmy.

Świetnie. - Nadine zapukała w drzwi, dając znak Mike'owi. - Oświadczenie i kilka

pytań.

Albo jedni, albo drugie.

Nie   bądź   taka   upierdliwa.   Zacznijmy   od   oświadczenia.   -   Nadine   spojrzała   na

łóżko,   pomyślała   o   plamach,   jakie   mogli   zostawić   bywalcy   tego   miejsca   i

zdecydowała się stać.

Godzinę później Eve słuchała, jak szef Policji i Bezpieczeństwa Tibble wygłasza

prawie identyczne oświadczenie z tym, które przekazała Nadine. Jednak jego styl jest

bardziej   efektowny,   pomyślała,   drżąc   z   zimna,   bo   konferencja   odbywała   się   na

schodach prowadzących do Wieży, w której mieściły się bura Tibble'a.

Ruch powietrzny wstrzymano na trzydzieści minut, więc tylko nieliczne pojazdy

background image

przelatywały nad głową.

Eve była pewna, że on wie o tym, iż przekazała już oświadczenie. Mógłby ją za to

zgnoić. Skoro jednak nie zabronił jej tego, miał jakiś powód.

A Tibble nigdy nie robił niczego niepotrzebnie. Eve szanowała go, tym bardziej że

w swoim oświadczeniu nie wspomniał o żadnych dowodach, które mogłyby przydać

się w sądzie.

Kiedy dziennikarze zarzucili go gradem pytań, uniósł w górę ręce.

Wszystkich   informacji   udzieli   państwu   oficer   prowadzący   śledztwo,   porucznik

Eve Dallas. - Odwrócił się i nachylił do jej ucha. - Pięć minut i nic ponad to, co

już dostali. Następnym razem proszę się cieplej ubrać.

Eve mocniej otuliła się kurtką i postąpiła krok na przód.

Czy macie już jakiś podejrzanych? - pało pierwsze pytanie.

Westchnęła w duchu. Nienawidziła tych rozmów z mediami.

Mamy na oku kilka osób.

Czy ofiary zostały zgwałcone?

Są to morderstwa na tle seksualnym.

Czy istnieje między nimi jakiś związek? Czy ofiary się znały?

Nie jestem upoważniona do udzielania informacji na ten temat. - Uniosła rękę, by

uciszyć protesty. - Mogę tylko dodać, że według nas, te sprawy mają ze sobą jakiś

związek.   Jak   już   państwo   słyszeli,   wszystko   wskazuje   na   to,   że   sprawcą

morderstw jest jedna osoba.

Święty Mikołaj przyjechał do miasta – zawołał jakiś dowcipniś, wywołując salwę

śmiechu.

background image

Poczuła,   że   wzbiera   w   niej   potężna   fala   gniewu   i   zapomniała   na   chwilę   o

zgrabiałych z zimna dłoniach.

Łatwo   wam   się   śmiać,   bo   nie   widzieliście,   co   on   po   sobie   zostawił,   bo   nie

musieliście powiadamiać matek i przyjaciół, że bliskie im osoby nie żyją.

Zapadła taka cisza, że słychać było szum śmigła przelatującego helikoptera.

Osoba odpowiedzialna za te zbrodnie tylko czeka, byście zaczęli o niej mówić.

Spełnijcie   jej   marzenie.   Sprowadźcie   śmierć   tych   czworga   ludzi   do   mało

znaczącego epizodu, a z mordercy zróbcie gwiazdkę. Ale my w centrali wiemy, że

on jest groteskowy, i to bardziej niż wy. Nie mam nic więcej do powiedzenia.

Odwróciła się, ignorując okrzyki protestu i wpadła na Tibble'a.

Proszę na chwilę do środka, poruczniku.

Wziął ją pod rękę i omijając straże, wprowadził przez wzmocnione drzwi.

Dobra robota – rzucił zwięźle. - teraz, kiedy mamy za sobą ten irytujący spektakl,

muszę zabawić się w politykę z burmistrzem. Proszę wracać do pracy, Dallas, i

dorwać mi tego sukinsyna.

Tak jest.

I na litość boską niech pani włoży jakieś rękawiczki – dodał odchodząc.

Eve   wsunęła   jedną   rękę   do   kieszeni,   a   drugą   wyjęła   nadajnik.   Spróbowała   się

najpierw   połączyć   z   Mirą,   ale   powiedziano   jej,   że   pani   doktor   jest   w   trakcie

przeprowadzania testów. Wobec tego wywołała Peabody.

Macie coś na temat tego naszyjnika?

Tak.   Zrobiono   go   w   salonie   jubilerskim   „Wisiorki   i   Paciorki”   na   Piątej   na

specjalne zamówienie. Sprawdzają teraz rachunki, ale sprzedawczyni powiedziała,

background image

że   przypomina   sobie   klienta,   który   osobiście   przyszedł   go   odebrać.   Mają   też

kamery bezpieczeństwa.

Spotkamy się na miejscu.

Poruczniku.

Odwróciła się i ujrzała przed sobą wymizerowaną twarz Jerry'ego Vandorena.

Jerry, co ty tutaj robisz?

Dowiedziałem   się   o   konferencji   prasowej.   Chciałem...   -   Uniósł   ręce,   po   czym

pozwolił   im   opaść.   -   Chciałem   posłuchać,   co   pani   powie.   Chciałbym   pani

podziękować.

Urwał i rozejrzał się wokół nieprzytomnym wzrokiem.

Jerry.   -  Wzięła   go   za   rękę   i   odprowadziła   na   bok,   zanim   dziennikarze   zdążyli

wywąchać nową sensację i rzucić się na niego. - Powinieneś wrócić do domu.

Nie mogę spać. Nie mogę jeść. Co noc o niej śnię. Kiedy ją widzę, to tak, jakby

żyła. - Westchnął głęboko. - A potem budzę się i jej nie ma. Wszyscy mówią, że

powinienem leczyć się z tego smutku. Ja nie chcę się z tego wyleczyć, nie chcę

przestać czuć do niej tego, co czuję.

To nie była jej działka, nie mogła się jednak odwrócić od tego krwawiącego serca.

Ona nie chciałaby, żebyś cierpiał, Jerry. Zbyt mocno cię kochała.

Ale jeśli przestanę cierpieć, ona odejdzie. - Zacisnął powieki, po czym znowu je

otworzył. - Chciałem tylko powiedzieć, że doceniam to, co pani tam mówiła: że

nie   pozwoli   z   tego   żartować.   Wie,   że   pani   go   powstrzyma.   -   W   jego   oczach

pojawiło się błaganie. - Powstrzyma go pani, prawda?

Tak.   Ma   taki   zamiar.   Chodź.   -   Poprowadziła   go   do   bocznego   wyjścia.   -

background image

Znajdziemy taksówkę. Mówiłeś, że gdzie mieszka twoja matka?

Moja matka?

Tak. Pojedź do matki, Jerry. Spędź z nią trochę czasu.

Zmrużył oczy pod wpływem słońca, kiedy wyszli na zewnątrz.

Niedługo Boże Narodzenie.

Tak. - Dała znak mundurowemu, który stał oparty o wóz policyjny. Lepsze to niż

taksówka, pomyślała. - Spędź te święta z rodziną, Jerry. Marianna na pewno by

tego chciała.

Musiała   wyrzucić   z   myśli   Jerry'ego   Vandorena   i   jego   smutek   i   skupić   się   na

następnej   sprawie.   Po   przedarciu   się   przez   wzmożony   ruch   uliczny,   zatrzymała

samochód w niedozwolonym miejscu przed sklepem jubilerskim, włączyła służbowe

światło   sygnalizacyjne   i   ruszyła   chodnikiem,   torując   sobie   drogę   wśród   tłumu

przechodniów.

Był to jeden ze sklepów, do którego, jak przypuszczała, mógł zaglądać Roarke, by

wybrać   jedną   z   owych   przyciągających   wzrok   błyskotek   i   zostawić   tu   kilkaset

tysięcy.

Salon   zaprojektowany   w   odcieniu   różu   i   złota   przypominał   wnętrze   muszli.   Z

głośników płynęła cicha muzyka, przywodząca na myśli kościół. Zdobiące wnętrze

kwiaty   były   świeże,   podłogę   przykrywał   gruby   dywan,   a   drzwi   strzegł   uzbrojony

strażnik.

background image

Pogardliwym spojrzeniem zmierzył jej kurtkę i zniszczone buty, więc pokazała mu

odznakę i z satysfakcją obserwowała, jak z jego twarzy znika szyderczy uśmiech.

Minęła   go,   stąpając   po   jasnoróżowym   dywanie,   i   rozejrzała   się   po   sklepie.   W

miękkim fotelu siedziała kobieta ubrana w futro z notek, pochłonięta wybieraniem

brylantowych czy rubinowych kolii. Wysoki mężczyzna   o przyprószonych siwizną

włosach, z przewieszonym przez ramię paltem, oglądał złote zegarki. Prócz nich było

jeszcze dwóch strażników i chichocząca blondynka w towarzystwie przysadzistego

mężczyzny,   który   mógłby   być   jej   dziadkiem,   i   który   najwyraźniej   miał   więcej

pieniędzy niż rozumu.

Bystry   wzrok   Eve   zauważył   też   kamery   bezpieczeństwa   ukryte   w   ozdobnym

gzymsie pod sufitem z kasetonami. Z prawej strony biegły w górę spiralnie kręcone

schody.   Jeśli   dama   poczuła   się   zmęczona   oglądaniem   ton   złota   i   kamieni,   mogła

skorzystać z błyszczącej windy.

Podeszła   do   oszklonej   lady,   pod   którą   wyłożono   bransolety   zdobione   drogimi

kamieniami i zlustrowała sprzedawcę. Nie okazał przestrachu na jej widok. Sprawiał

wrażenie   równie   wymuskanego,   jak   leżąca   przed   nim   biżuteria,   lecz   usta   miał

zaciśnięte i wyraz znudzenia w oczach.

czym mogę pani służyć? - spytał tonem, w którym brzmiał sarkazm.

Chciałabym się widzieć z kierownikiem.

Pociągnął nosem i pochylił głowę tak, że w jego blond włosach odbiło się światło.

Czy ma pani jakiś problem?

To zależy od tego, jak szybko sprowadzi pan kierownika.

Skrzywił się, jakby poczuł w ustach nieprzyjemny smak.

background image

Jedną chwileczkę. Tylko proszę nie dotykać lady. Przed chwilą została wytarta.

Mały   gnojek,   pomyślała   i   zanim   wrócił   w   towarzystwie   szczupłej   atrakcyjnej

brunetki, zdążyła zostawić pół tuzina śladów na błyszczącym szkle.

Dzień dobry. Nazywam się Kates. Jestem tu kierowniczką. Czym mogę służyć?

Porucznik Dallas z policji kryminalnej. - Uśmiech kobiety był znacznie milszy od

uśmiechu   sprzedawcy,   więc   Eve   pokazała   jej   odznakę,   osłaniając   ją   przed

wzrokiem   klientów.     -   Moja   asystentka   kontaktowała   się   z   wami   w   sprawie

naszyjnika.

A tak, przypominam sobie. Czy moglibyśmy porozmawiać w moim biurze.?

Oczywiście.- Eve zerknęła w stronę drzwi i zobaczyła wchodzących Peabody i

McNaba. Dała im znak, by poszli za nią.

Dokładnie pamiętam ten naszyjnik – powiedziała pani Kates, wprowadzając ich

do małego, przytulnego pokoju. Wskazała ręką dwa krzesła z wysokimi oparciami

i   usiadła   za   biurkiem.   -   Mój   mąż   go   zrobił.   Niestety,   nie   mogłam   się   z   nim

skontaktować,   myślę   jednak,   że   jestem   w   stanie   udzielić   państwu   wszystkich

niezbędnych informacji.

Czy ma pani dokumentację tego naszyjnika?

Tak. Sprawdziłam w komputerze i nagrałam wszystko na dyskietkę. - Otworzyła

leżącą na biurku kopertę, sprawdziła jej zawartość, po czym przekazała ją Eve. -

Naszyjnik został wykonany z czternastokaratowego złota, w kształcie krótkiego

łańcuszka z czterema stylizowanymi ptakami. Misterna robota.

Nie wyglądał pięknie na szyi Hollowaya, pomyślała Eve.

Mikołaj Claus – mruknęła, odczytując nazwisko klienta. Pewnie uznał to za dobry

background image

żart, pomyślała. - czy sprawdziła pani jego tożsamość?

To   nie   było   konieczne.   Płacił   gotówką,   dwadzieścia   procent   z   góry,   reszta   po

wykonaniu.   -   Splotła   dłonie.   -   Poznaję   panią,   poruczniku.   Czy   dobrze   się

domyślam,   że   ten   łańcuszek   ma   coś   w   spólnego   z   prowadzonym   przez   panią

śledztwem?

Dobrze się pani domyśla. Czy ten Claus przychodził osobiście?

Tak. Chyba trzy razy. - Uniosła dłonie do ust, po czym je opuściła. - Sama z nim

rozmawiała.   Średniego   wzrostu,   może   więcej   niż   średniego.   Szczupły,   ale   nie

chudy.   O   ładnej   prezencji   –   dodała   po   namyśle.   -   Ciemne,   dość   długie   włosy,

przyprószone   siwizną.   Bardzo   elegancki,   uprzejmy   mężczyzna.   Dokładnie

wiedział czego chce.

Proszę mi opisać jego głos.

Jego   głos?   -   Zamrugała   oczami.   -   Powiedziałabym   wystudiowany,   z   lekkim

akcentem, chyba europejskim, cichu. Na pewno bym go rozpoznała. Pamiętam, że

rozmawiałam z nim przez wideokom i natychmiast poznałam, kto mówi.

Telefonował?

Raz czy dwa razy, by dowiedzieć się, jak postępuje praca.

Potrzebne mi będą dyskietki z kamer bezpieczeństwa i połączenia z wideokomu.

Zaraz je przygotuję. - Podniosła się z miejsca. - To może trochę potrwać.

McNab, pomóż w tym pani Kates.

Tak jest.

On   musiał   wiedzieć,   że   tu   przyjdziemy   –   powiedziała   Eve   do   Peabody,   kiedy

zostały   same.   -   Zostawił   na   miejscu   zbrodni   naszyjnik,   który   sam   zamówił.

background image

Wiedział, że go sprawdzimy.

Może nie przypuszczał, że stanie się to tak szybko albo że pani Kates będzie miała

taką dobrą pamięć.

Nie – odparła Eve, wstając z krzesła. - On  o tym wiedział. Tego właśnie od nas

oczekiwał. To kolejne przedstawienie. Zagrał swoją rolę i będzie równie trudny do

rozpoznania jak w przebraniu Mikołaja. - Przespacerowała się po pokoju tam i z

powrotem.   -   Inne   rekwizyty,   inny   kostium,   inna   scena,   ale   to   nadal   jest

przedstawienie. Dobrze się maskuje, ale nie jest taki sprytny, jak mu się wydaje.

Przyskrzynimy go dzięki próbie głosowej.

Rozdział 16

Jezu, Dallas. - Feeney wstrząsnął ramieniem, nad którym się pochylała. - Przestań

mi dyszeć nad uchem.

Przepraszam – Odsunęła się zaledwie o cal. - Jak długo potrwa wprowadzenie do

programu tej próbki głosu?

Dwa razy dłużej, jeśli będziesz mi sterczeć nad głową.

Dobra, dobra. - Odsunęła się i podeszła do okna. - Pada deszcz ze śniegiem –

background image

powiedziała bardziej do siebie niż do niego. - Znowu będą korki na ulicach.

O   tej   porze   roku   zawsze   są   korki.   Przez   tych   cholernych   turystów.   Wczoraj

usiłowałem zrobić jakieś zakupy świąteczne. Żonie zachciało się swetra. Ludzie

rozdrapują wszystko jak wilki ofiary. Nie wrócę tam.

Lepiej robić zakupy przez komputer.

Tak, tylko spróbuj dostać połączenie. Wszyscy naraz chcą składać zamówienia.

Nie będę się uganiał za tuzinem prezentów. Zaszyję się w norze do wiosny.

Tuzinem prezentów? - Odwróciła się od okna z wyrazem zaskoczenia na twarzy. -

Zamierzasz kupić żonie więcej niż jeden prezent?

Boże, Dallas, ty jesteś kompletnie zielona w sprawach małżeństwa – prychnął,

przebierając palcami po klawiaturze komputera. - Jeden prezent   nie wystarczy.

Liczy się ilość, kobieto.

No to wspaniale. Jestem załatwiona.

Masz jeszcze kilka dni. No, gotowe.

Natychmiast zapomniała o świątecznych zakupach.

Puszczaj.

Właśnie to robię. Oto nasz gość.

Czy zastałem pana lub panią Kates?

Wykasowałem inne głosy. Stąd te przerwy – wyjaśnił Feeney.

Dzień dobry, pani Kates. Mówi Mikołaj Claus. Chciałem zapytać, jak przebiega

praca nad moim naszyjnikiem.

Mogę puścić resztę, ale ta próbka wystarczy do porównania.

Nieznaczny akcent – mruknęła Eve. - Niewiele można z niego wywnioskować.

background image

Bardzo sprytne. Masz próbkę głosu Rudy'ego?

Tak. To fragment przesłuchania.

Radzimy naszym klientom, by spotykali się w miejscach publicznych. Każdy, kto

godzi się spotkać na gruncie prywatnym, robi to na własną odpowiedzialność.

Mamy   już   próbki   głosów.   To   cudeńko   wszystko   wychwyci:   wysokość   tonu,

modulację, rytm, tonację. Nieważne jak zmienisz głos. To jest równie pewne jak

linie papilarne i DNA. Nie możesz go oszukać. Komputer, przejdź do punktu A i

dołącz wzorzec na ekranie i do pliku audio.

Przetwarzanie.

Eve słuchała rozmowy i obserwowała skaczące po ekranie kolorowe linie.

Podziel ekran – poleciła. - Wyświetl drugą próbkę pod spodem.

Komputer stop – rozkazał Feeney. - Mamy mały problem.

Co się stało?

Połącz   próbki   głosów   –   polecił   i   westchnął,   kiedy   punkty   i   linie   pozostały

niezmienne. - One się nie pokrywają, Dallas. Nawet nie są podobne. Mamy do

czynienia z dwoma różnymi głosami.

Cholera. - Wsunęła palce we włosy. - Zaraz, niech pomyślę. A może on podłączył

do wideokomu urządzenie zniekształcające?

Mógł   trochę   namieszać,   ale   i   tak   znalazłby   punkty   wspólne.   Jedyne,   co   mogę

zrobić, to  przejrzeć  tę  próbkę głosu pod  kątem elektronicznych  zniekształceń  i

wyeliminować   je.   Jednak   już   teraz   widać,   że   mamy   do   czynienia   z   dwoma

facetami.

Westchnął i spojrzał na nią z ponurym wzrokiem.

background image

Przykro mi Dallas. Wracamy do punktu wyjścia.

Tak. - Przetarła oczy. - Tak czy owak zrób analizę, dobra? A jak tam analiza części

ciała z kamer bezpieczeństwa?

Posuwa się wolno na przód. Mogę porównać ucho i oko Rudy'ego.

Nie zawadzi. Skontaktuję się z Mirą. Mam już gotowy profil.

Postanowiła wpaść do biura Miry, żeby oszczędzić sobie czasu. Nie zastała pani

doktor,   lecz   dowiedziała   się,   że   wstępny   raport   został   już   przekazany   na   jej

wideokom.   Wróciła   więc   do   swojego   pokoju,   rozmyślając   po   drodze   o   próbkach

głosów.

Ten  facet  jest  sprytny.  Może  nawet  zna  się na analizie głosowej.  Mógł  znaleźć

sposób, by nic nam z niej nie wyszło. A gdyby to nie on rozmawiał z jubilerem tylko

ktoś podstawiony? Nie można tego wykluczyć.

Dochodząc   do   biura,   usłyszała   czyjś   śmiech.   Kiedy   weszła   do   środka,   zastała

Peabody gawędzącą z Charlesem Monroe.

Peabody.

Asystentka natychmiast poderwała się na baczność.

Charles... to znaczy pan Monroe ma... chciał...

Opanuj swoje hormony, posterunkowa Peabody. Witaj Charles.

Witaj,   Dallas   –   powiedział,   wstając   z   fotela.   -   Twoja   urocza   asystentka

dotrzymywała mi towarzystwa, kiedy na ciebie czekałem.

Domyślam się. O co chodzi?

Może   to   nie   ma   znaczenia,   ale...   -   Wzruszył   ramionami.-   Przed   kilkoma

godzinami odezwała się do mnie jedna z kobiet z mojej listy partnerek. Okazało

background image

się, że planowała na weekend wycieczka nie doszła do skutku. Pomyślała więc o

spotkaniu ze mną.

To fascynujące, Charles – rzuciła niecierpliwie Eve, chcąc jak najszybciej zająć

się   raportem.   -  Ale   nie   czuję   się   upoważniona   do   dawania   ci   rad   w   sprawach

twojego życia towarzyskiego.

Sam sobie z tym poradzę. - na dowód tego puścił oko do Peabody, która spłonęła

rumieńcem.   -   Kiedy   zastanawiałem   się,   czy   przystać   na   jej   propozycję,

zabawiałem ją pogawędką.

Do rzeczy, Charles.

Pochylił się ku niej.

Wszystko   w  swoim  czasie,   cukiereczku.  -   Żadne  z   nich   nie  zwróciło   na   pełne

zaskoczenia   prychnięcie   Peabody.   -   Zaczęła   mi   się   zwierzać.   Pokłóciła   się   z

facetem, z którym się spotykała, i wylała mi wszystkie żale. Przyłapała go z jakąś

rudą   cizią.   Potem   opowiedziała   mi,   co   wymyślił,   by   ją   udobruchać.   Wczoraj

wieczorem przysłał do niej świętego Mikołaja z prezentem.

Eve wyprostowała się wolno.

Mów dalej.

Tak myślałem – stwierdził z satysfakcją. - Około dziesiątek usłyszała dzwonek u

drzwi   i   kiedy   wyjrzała   przez   wizjer,   zobaczyła   świętego   Mikołaja   z   wielkim

srebrnym pudłem. - Pokręciła głową. - Przyznam ci się, że w tym momencie serce

mi   zamarło.   Tymczasem   ona   paplała   o   tym,   że   postanowiła   nie   dać   draniowi

satysfakcji i nie otworzyła drzwi. Nie chciała przyjąć od niego prezentu.

Nie wpuściła go – mruknęła Eve.

background image

Dlatego żyje i mogła odbyć ze mną tę rozmowę.

Może przypadkiem wiesz, czym się zajmuje?

Jest tancerką w balecie.

No   to,   toby   pasowało   –   mruknęła   Eve.   -   Potrzebne   mi   jej   nazwisko   i   adres.

Peabody?

Tak jest.

Cheryl Zapatta. West dwadzieścia osiem. Nic więcej nie wiem.

Znajdziemy ją.

Nie   wiem,   czy   dobrze   zrobiłem,   ale   powiedziałem   jej  o   wszystkim.   Słyszałem

twoją rozmowę z Nadine Furst, uznałem więc, że należy to zrobić. Powiedziałem,

żeby włączyła ekran, i poinformowałem ją o wszystkim. - Westchnął. - Wpadła w

panikę. Oświadczyła, że wyjeżdża, więc możecie jej nie zastać.

Jeśli zwiała, postaramy się o pozwolenie na wejście i przeszukanie mieszkania.

Dobrze zrobiłeś, Charles – powiedziała po chwili zastanowienia Eve. - Gdybyś jej

nie uprzedził, mogłaby otworzyć drzwi następnym razem. Dzięki, że przyszedłeś z

tym do mnie.

 Zawsze do usług, cukiereczku. - Wstał. - Możesz mi powiedzieć, co się dzieje?

Włączaj ekran – poradziła Eve.

Tak.   Czy   pokazałaby   mi   pani,   którędy   się   stąd   wychodzi?   -   Posłał   Peabody

zabójczy uśmiech. - jestem trochę skołowany.

Oczywiście. Pani porucznik?

Idź.   -   Eve   odprawiła   ich   ruchem   ręki   i   zajęła   się   raportem   Miry.   Tak   była

pochłonięta lekturą, że nie zauważyła, iż odprowadzenie Charlesa do windy lub

background image

ruchomej platformy zajęło Peabody dwadzieścia minut.

Mira wyeliminowała tego sukinsyna – powiedziała do swej asystentki, odchylając

się na oparcie krzesła i przecierając twarz. - Nie mam nic, żeby go zatrzymać.

Rudy'ego?

Jego   opis   charakterologiczny   nie   odpowiada   profilowi.   Zdolność   do   fizycznej

przemocy jest bardzo niska. Jest przebiegły, inteligentny, uparty, zaborczy i ma

pewne zahamowania seksualne, ale według pani doktor nie jest człowiekiem, o

którego nam chodzi. Niech to szlag. Jego adwokat dostał kopię tęgo raportu, więc

nie będę mogła go tknąć.

Czy nadal uważa go pani za podejrzanego?

Już   sama   nie   wiem,   co   ja   uważam.   -   Starała   się   trzymać   nerwy   na   wodzy.   -

Zaczynamy wszystko od początku. Od pierwszej ofiary.

Wróciła do domu o ósmej czterdzieści pięć i od razu wpadła w zły humor. W hallu

natknęła   się   na   Summerseta,   który   zmierzył   ją   pełnym   dezaprobaty   spojrzeniem  i

poinformował, że ma dokładnie piętnaście minut na doprowadzenie się do porządku

przed przybyciem pierwszych gości.

Wbiegła do sypialni i z niezadowoleniem stwierdziła, że Roarke wziął już prysznic

i ubiera się.

Zdążę! - zawołała i wpadła do łazienki.

To przyjęcie, nie test na wytrzymałość, kochanie. - Poszedł za nią, głównie dla

background image

przyjemności patrzenia, jak się rozbiera. - Nie spiesz się.

Tak, żebym się spóźniła i dała okazję temu sztywniakowi do kolejnych zarzutów.

Natrysk na pełną moc.

Nie   musisz   starać   się   przypodobać   Summersetowi.   -   Oparł   się   o   ścianę   i

obserwował   Eve.   Myła   się   tak,   jak   wykonywała   każdą   czynność:   szybko   i

dokładnie, bez zbędnych ruchów. - Zresztą ludzie zazwyczaj spóźniają się na takie

przyjęcia.

Jestem   w   impasie.   -   Syknęła,   kiedy   szampon   wpadł   jej   do   oczu.   -   Straciłam

głównego  podejrzanego  i   zaczynam   od   początku.  -  Wyskoczyła   spod  natrysku,

postąpiła krok w stronę kabiny suszącej i zatrzymała się. - Cholera, kiedy mam

wetrzeć tę papkę we włosy: po umyciu czy po wysuszeniu?

Domyślając się o jaką papkę jej chodzi, wziął z pułki tubkę z odżywką i wcisnął

trochę na dłoń.

Pomogę ci.

Kiedy   poczuła   jego   palce   we   włosach,   miała   ochotę   zamruczeć   jak   kotka,   lecz

tylko spojrzała na niego spod zmrużonych powiek.

Rozpraszasz mnie. Teraz nie mam dla ciebie czasu.

Nie mam pojęcia, o co ci chodzi. - Ubawiony, wziął następną tubę i wycisnął na

dłonie sporą porcję balsamu. - Tylko pomagam – wyjaśnił, smarując jej ramiona i

piersi. - Bo wyglądasz na zmęczoną.

Słuchaj...   -   zaczęła.   Lecz   zamknęła   oczy   i   westchnęła,   kiedy   jego   dłonie

przesunęły się wzdłuż talii i na pośladki. - Chyba coś pominąłeś.

Gapa ze mnie. - Pochylił głowę, dotknął wargami szyi i uszczypnął lekko. - Masz

background image

ochotę się spóźnić?

Tak, ale nie zamierzam tego robić. - Wysunęła się z jego objęć i wskoczyła do

suszarki. - Pamiętaj jednak, na czym stanąłeś.

Szkoda, że nie wróciłaś dwadzieścia minut wcześniej. - Uznał, że dalsze patrzenie

na nią nie uspokoi tętniącej mu w żyłach krwi, i wrócił do sypialni.

Muszę wypacykować sobie twarz. - Wyskoczyła z suszarki i podbiegła do lustra,

nie zwracając sobie głowy szlafrokiem. - Co ja mam na siebie włożyć?

To.

Przerwała malowanie rzęs i rzuciła mu gniewne spojrzenie.

Czy ja wybieram ci ubrania?

Eve, proszę.

Roześmiała się.

Dobra, daję zły przykład, ale nie mam czasu na wybieranie.

Przygładziła włosy palcami i poszła do sypialni, gdzie Roarke trzymał w ręku coś,

co, jak przypuszczała, niektórzy nazwaliby suknią.

Nie ma mowy. Nie włożę tego.

Mavis   przyniosła   ją   wtedy   wieczorem.   Leonardo   zaprojektował   ją   dla   ciebie.

Będzie ci w niej do twarzy.

Suknia   składała   się   z   szerokich   kawałków   srebrzystego   materiału,   które

przytrzymywały na bokach cienkie, błyszczące paski. Łączyły materiał na ramionach,

przy dekolcie z przodu i głębokim wcięciu z tyłu.

Czemu nie miałabym pójść tak jak stoję?

Przymierz ją.

background image

A co mam włożyć pod spód?

Wypchnął językiem policzek.

Masz już, co trzeba.

Jezu Chryste!

Weszła niezdarnie w środek sukienki i podciągnęła ją w górę.

Materiał był miękki, lejący i przylegał do ciała niczym kochanek. Uwodzicielskie

boczne rozcięcia odsłoniły gładką skórę i wszystkie krągłości.

Kochana Eve. - Wziął ją za rękę, odwrócił dłoń i musnął pieszczotliwie wargami,

czym zawsze wprawiał jej nogi w drżenie. - Czasami zapierasz dech w piersiach.

Masz, włóż to.

Wyjął z szuflady parę brylantowych kolczyków.

Czy to more?

Uśmiechnął się.

Od miesięcy. Nie dostaniesz żadnych prezentów do Gwiazdki.

Umocowała je i z filozoficznym spokojem zaczekała, aż wybierze buty.

Nie mam gdzie schować nadajnika.

Proszę.

Podał jej śmiesznie małą, pasującą do butów, torebkę.

Coś jeszcze?

Jesteś   doskonała.   -   Uśmiechnął   się,   kiedy   brzęczyk   zasygnalizował   przybycie

pierwszych gości. - I szybka. Zejdźmy na dół, bym mógł pochwalić się moją żoną.

Nie jestem pudlem – mruknęła, na co wybuchnął śmiechem.

background image

W ciągu godziny cały dom zapełnił się gośćmi, muzyką i światłami. Rozglądając

się po sali balowej, Eve mogła być jedynie wdzięczna Roarke'owi, że nie kazał jej

uczestniczyć w przygotowaniach.

Wielkie stoły uginały się pod srebrnymi półmiskami ze słodką szynką z Wirginii,

kaczką   w   galarecie   z   Francji,   krwistą   wołowiną   z   Montany,   homarami,   łososiem,

ostrygami   hodowanymi   na   Silasie   I   i   mnóstwem   świeżych   owoców   zerwanych

zaledwie dziś rano i ułożonych w wymyślne figury. Wokół tortu w kształcie drzewa

ozdobionego   cukierkami   z   marcepanu   ustawiono   najrozmaitsze   desery,   które

skusiłyby najtwardszego więźnia odbywającego strajk głodowy.

Po raz kolejny Roarke potrafił zadziwić ją swoją pomysłowością.

W drugim końcu sali stała olbrzymich rozmiarów choinka udekorowana tysiącem

białych światełek i srebrnych gwiazdek.

Za sięgającymi od sufitu do podłogi oknami zamiast ohydnego śniegu z deszczem

można   było   zobaczyć   hologram   przedstawiający   sielski   zimowy   krajobraz   z

zamarzniętym stawem, gdzie na srebrnej tafli ślizgały się pary łyżwiarzy, i  łagodnym

zboczem, po którym zjeżdżały dzieci na czerwonych nartach.

Tylko Roarke mógł pomyśleć o takich szczegółach.

Hej, kotku, sama w takim pałacu?

Uniosła brew, czując na pośladku czyjąś dłoń. Odwróciła się wolno i ujrzała przed

background image

sobą McNaba.

Chryste, pani porucznik!

Trzymasz rękę na moim tyłku, McNab. Chyba nie jest to odpowiednie miejsce.

Cofnął dłoń jak oparzony.

Boże. Przepraszam. Nie poznałem pani. Myślałem... - Zacisnął rękę, mając wielką

ochotę schować ją do kieszeni. - Nie wiedziałem, że to pani. Myślałem... Wygląda

pani... - Urwał, nie potrafiąc znaleźć słów.

Detektyw McNab usiłuje powiedzieć ci komplement, Eve – powiedział Roarke,

stając nagle przed nimi i mierząc twardym spojrzeniem przerażonego McNaba. -

Prawda, Ianie?

Tak. Ja...

Myślę   też,   że   gdyby   świadomie   pieścił   twój   tyłek,   musiałbym   go   zabić.   Na

miejscu. - Trzepnął palcami w szykowny czerwony krawat McNaba. - W jednej

chwili.

Sama bym sobie z tym poradziła – odparła oschle Eve. - Zdaje się, że detektyw

McNab ma ochotę na drinka.

Tak jest, pani porucznik.

Roarke, czy mógłbyś się nim zająć? Właśnie przyszła Mira. Chciałabym zamienić

z nią parę słów.

Z przyjemnością. - Roarke objął McNaba ramieniem i ścisnął go trochę mocniej,

niż należało.

Przejście   na   drugi   koniec   sali   zajęło   Eve   więcej   czasu,   niż   się   spodziewała.

Zdumiało ją, jak wiele osób ma ochotę na pogawędkę, i to o niczym konkretnym. W

background image

pewnym momencie dostrzegła Peabody, ubraną w szerokie wieczorowe spodnie w

jasnozłotym   kolorze   i   elegancką   kamizelkę.     Ku   zaskoczeniu   Eve   jej   asystentka

wspierała się na ramieniu Charlesa Monroe.

Eve uznała, że Mira może poczekać.

Peabody.

Dallas. Wspaniała sala.

W istocie. - Eve utkwiła spojrzenie w Charlesie Monroe.

Cudowny dom, poruczniku.

Nie przypominam sobie, żebyś był na liście gości.

Peabody spłonęła rumieńcem i zesztywniała.

W zaproszeniu napisano, że mogę przyprowadzić ze sobą partnera.

- Czy rzeczywiście chodzi tu o spotkanie na gruncie towarzyskim?

Tak   –   odparł   cicho   Charles,   a   w   jego   oczach   błysnęła   uraza.-   Delia   wie,   kim

jestem.

Dostanie rabat jako gliniarz?

Dallas. - Wstrząśnięta Peabody postąpiła krok naprzód.

Wszystko w porządku. - Charles poklepał ją po plecach. - Jestem tu prywatnie,

Dallas,   i   miałem   nadzieję   spędzić   miły   wieczór   w   towarzystwie   atrakcyjnej

kobiety. Jeśli życzysz sobie, żebym wyszedł, już mnie nie ma, to twój dom i twoje

przyjęcie.

Ona jest jeszcze dużą dziewczynką.

Oczywiście – mruknęła Peabody. - Zaczekaj chwilę, Charles – dodała, po czym

chwyciła Eve za ramię i odciągnęła ją na bok.

background image

Hej!

Żadne hej. - W głosie Peabody brzmiała furia. - Nie muszę spowiadać się przed

panią z mojego prywatnego czasu czy znajomości i nie ma pani prawa stawiać

mnie w niezręcznej sytuacji.

Chwileczkę...

Jeszcze   nie   skończyłam.   -   Nieco   później   Peabody   przypomniała   sobie   wyraz

twarzy Eve, teraz jednak była zbyt zdenerwowana, by zauważyć, że jej szefował

jest zaszokowana. - To, co robię poza służbą, to moja sprawa. Jeśli zechcę, mogę

tańczyć na stole albo wynająć sześć męskich dziwek, żeby co niedziela pieprzyły

mnie do upadłego. A jeśli mam ochotę umówić się na randkę z interesującym,

atrakcyjnym   mężczyzną,   który   z   jakichś   powodów   chce   dotrzymać   mi

towarzystwa, to też nikomu nic do tego.

Ja tylko...

Jeszcze nie skończyłam – powiedziała przez zaciśnięte zęby Peabody. - W pracy

pani   rozkazuje.   Ale   na   tym   koniec.   Jeśli   nie   chce   mnie   pani   tu   widzieć   w

towarzystwie Charlesa, wyjdziemy.

Peabody odwróciła się na pięcie, lecz Eve złapała ją za rękę.

Nie   chcę,   żebyście   wychodzili   –   powiedziała   cichym,  spokojnym  i   lodowatym

tonem. - Przepraszam, że ośmieliłam się wtrącać w twoje prywatne życie. Mam

nadzieję, że to nie zepsuje ci wieczoru. A teraz wybacz.

Odeszła, czując się do żywego zraniona. Kiedy odnalazła wreszcie Mirę, wciąż

czuła gwałtowny skurcz w żołądka.

Nie chcę ci przeszkadzać w przyjęciu, ale prosiłabym o kilka minut rozmowy na

background image

osobności..

Oczywiście.   Co   się   stało?   -   spytała   zaniepokojona   pociemniałym   wzrokiem   i

pobladłymi policzkami Eve.

Chcę   porozmawiać   na   osobności   –   powtórzyła   Eve,   nakazując   sobie   spokój.   -

Możemy pójść do biblioteki.

Och! - Mira klasnęła w dłonie z zachwytu, kiedy znalazły się w środku. - Cóż za

wspaniałe pomieszczenie. A jakie w nim skarby. Tak mało osób potrafi docenić

dziś książkę, jej zapach i dotyk. To prawdziwa przyjemność móc zwinąć się w

fotelu z książką w ręku, zamiast patrzeć w chłodny bezosobowy ekran monitora.

To królestwo Roarke'a – powiedziała Eve i zamknęła za sobą drzwi. - Chodzi o

charakterystykę Rydy'ego. Mam zastrzeżenia do niektórych twoich wniosków.

Spodziewałam   się   tego.   -   Mira   obeszła   pokój,   po   czym   usiadła   w   miękkim

skórzanym fotelu i wygładziła fałdy jasnoróżowej koktajlowej sukni. - On nie jest

mordercą, którego szukasz, Eve, ani potworem, za jakiego go uważasz.

Moje zdanie nie ma tu nic do rzeczy.

Zanadto   bierzesz   do   siebie   jego   związek   z   siostrą.   Nie   możesz   jej   z   sobą

porównywać. Ona nie jest bezbronnym dzieckiem. Co prawda uważam, że brat

roztoczył nad nią zbyt wielką kontrolę, ale do niczego jej nie zmusza.

Wykorzystuje ją.

A  ona   jego.   Zgadzam   się,   że   Rudy   ma   obsesję   na   jej   punkcie,   mimo   to   jest

seksualnie niedojrzały. Uważam, że nie byłby w stanie współżyć z nikim innym z

wyjątkiem siostry, co wyklucza go z listy podejrzanych.

Był   szantażowany   i   szantażysta   nie   żyje.   Jeden   z   klientów   zalecał   się   do   jego

background image

siostry i też nie żyje.

Tak, i dlatego właśnie byłam gotowa uznać go za zdolnego do popełnienia tych

morderstw. Ale zmieniłam zdanie. Może być zdolny  do fizycznej przemocy, ale w

stanie wzburzenia czy zagrożenia. Jest to jednak stan chwilowy. On nie potrafiłby

zaplanować i dokonać tego typu morderstw.

A więc zwalniamy go? - Eve odeszła w drugi koniec biblioteki. - Pozwolimy mu

odejść?

Kazirodztwo   jest   zabronione,   ale   trzeba   je   udowodnić.   To   jednak   nie   ma   z   tą

sprawą nic wspólnego. Domyślam się, że chciałabyś go ukarać i uwolnić siostrę

spod jego władzy.

To nie ma nic wspólnego z moimi problemami.

Och, wiem, Eve. - Chwyciła ją za rękę, domyślając się, co może teraz czuć. Nie

obwiniaj siebie za to, co przeżyłaś.

Właśnie z tego powodu się nim zajęłam. - Poczuła nagle zmęczenie i przysiadła

obok Miry. Dlatego mogłam coś przeoczyć, jakiś szczegół, który doprowadziłby

mnie do mordercy. 

Postępowałaś zgodnie z logiką. Dlatego trzeba go wykluczyć z listy podejrzanych.

Ale   zbyt   długo   do   tego   dochodziłam.     Za   każdym   razem,   kiedy   instynkt

podpowiadał mi, że podejrzewam niewłaściwego człowieka, nie chciałam przyjąć

tego do wiadomości. Bo wciąż widziałam siebie. Patrzyłam na ofiarę i w głębi

duszy   myślałam,   że   to   mogłam   być   ja.   Gdybym   nie   zabiła   sukinsyna,   to   ja

mogłabym tam leżeć.

Ukryła twarz w dłoniach, po czym przeczesała włosy.

background image

Chryste, wszystko partaczę. Gdziekolwiek się obrócę.

To znaczy?

Nie ma sensu o tym mówić.

Mira pogładziła Eve po włosach.

O co chodzi?

Nie potrafię nawet poradzić sobie ze zwykłymi świętami. Już na samą myśl o tym,

co trzeba zrobić, co kupić, robi mi się niedobrze,

Och Eve! - Mira pokręciła głową i zaśmiała się lekko. - Boże Narodzenie każdego

przyprawia o zawrót głowy. To normalne.

Nie dla mnie. Nigdy przedtem nie miałam tylu bliskich ludzi.

A teraz masz – uśmiechnęła się   Mira, z przyjemnością głaszcząc Eve po głowie.

- Kogo chcesz się pozbyć?

Myślę, że udało mi się właśnie wykopać Peabody. - Eve podniosła się z miejsca,

czując   do   siebie   niesmak.   -   Przyszła   tu   z   licencjonowany   partnerem.   Och,   nie

mam nic do tego, ale to męska dziwka, przystojna, elokwentna, czarująca.

Niepokoi  cię, że  z  jednej strony  go  lubisz,  a z  drugiej nienawidzisz  za  to, jak

zarabia na życie.

Nie  o mnie chodzi, ale o Peabody. On twierdzi, że chce mieć kogoś bliskiego, a

ona wpatruje się w niego jak w obrazek i wkurzyła się na mnie, kiedy ośmieliłam

się go skrytykować.

Życie   jest   pogmatwane,   Eve,   a   ty   uciekłaś   od   niego,   odgrodziłaś   się   od

konfliktów,   problemów   i   przykrości.   Jeśli   rozgniewała   się,   to   dlatego,   że   cię

podziwia i szanuje.

background image

O Chryste!

Być kochaną to wielka odpowiedzialność. Napraw to, co zostało zerwane, bo ona

wiele dla ciebie znaczy.

Wygląda na to, że robi się wokół mnie cholerny tłok.

Zamigotał domowy ekran i pojawiła się na nim nadęta twarz Roarke'a.

Poruczniku, goście dopytują się o panią domu.

Odpieprz się. - Skrzywiła się, kiedy Mira zdusiła wybuch śmiechu. - Przynajmniej

o jedną osobę nie muszę się martwić. Ale nie powinnam psuć ci wieczoru.

Nie psujesz. Lubię z tobą rozmawiać.

Eve już chciała wsunąć dłonie do kieszeni, lecz przypomniała sobie, że nie ma

kieszeni, i westchnęła.

Poczekaj tu chwilę. Muszę przynieść coś z mojego biura.

Dobrze. Tymczasem pooglądam sobie książki.

Proszę   bardzo.   -   Nie   chcąc   tracić   czasu   na   chodzenie   po   schodach,   Eve

skorzystała z windy. Nie było jej niecałe trzy minuty, a Mira zdążyła już usiąść z

książką w ręku.

Dziwne losy Jane Eyre – westchnęła. - Nie czytałam tego od czasów, kiedy byłam

małą dziewczynką. Cóż za wspaniały romans.

Możesz go sobie pożyczyć, jeśli chcesz. Roarke nie będzie miał nic przeciwko

temu.

Mam własny egzemplarz. Po prostu nie mam czasu na czytanie. Ale dziękuję.

Chciałam ci coś dać. Trochę za wcześnie, ale... możemy się nie zobaczyć. - Czując

się dziwnie niezręcznie, podała elegancko opakowane pudełko.

background image

Och, to miłe z twojej strony. - Mira przyjęła prezent z wyraźną radością. - Czy

mogę teraz otworzyć?

Oczywiście.   -   Wzniosła   oczy   do   nieba,   kiedy   Mira   delikatnie   rozwiązała

elegancką wstążkę i pieczołowicie odwinęła brzegi papieru.

Moją   rodzinę   też   to   przyprawia   o   szaleństwo,   gdy   widzi,   jak   rozpakowuję

prezenty   –   stwierdziła   ze   śmiechem.   -   Ale   jakoś   nie   mogę   zdobyć   się   na

rozerwanie   opakowania.   Potem   składam   papier   o   wstążkę.   Mam   ich   pełne

szuflady i ciągle zapominam ich użyć. - Umilkła na widok perfum. - Prześliczny

flakon. Nawet jest na nim wygrawerowane moje imie.

To   specjalnie   skomponowany     zapach.   Podajesz   facetowi   cechy   charakteru   i

wyglądu zewnętrznego danej osoby, a on komponuje indywidualny zapach.

Charlotte – mruknęła Mira.- Nie wiedziałam, że znasz moje imię.

Gdzieś je słyszałam.

W oczach Miry błysnęły łzy.

To miło z twojej strony. - Odstawiła flakonik i objęła Eve. - Dziękuję.

Eve czując ogarniającą ją falę ciepła i zażenowania odwzajemniła uścisk.

Cieszę się, że ci się podoba. Jestem nowicjuszką w tych sprawach.

Doskonale   sobie  poradziłaś.   -  Mira   odsunęła   się  i   ujęła   w   dłonie  twarz  Eve.   -

Jestem z ciebie dumna. Teraz muzę pójść do łazienki i przypudrować sobie nos,

bo   zawsze   wylewam   łzy   nad   świątecznymi   prezentami.   Sama   trafię   –   dodała,

klepiąc Eve po policzkach.- Ty idź zatańczyć ze swoim mężem i wypij trochę

szampana Świat za oknem nie ucieknie.

  Muszę go powstrzymać.

background image

I powstrzymasz. Dziś jednak zajmij się sobą. Znajdź Roarke'a i korzystaj z życia.

Rozdział 17

Eve skorzystała z rady Miry. Doszła nawet do wniosku, że to wcale nie jest takie

złe   czuć   lekki   szum   w   głowie   i   kołysać   się   w   ramionach   Roarke'a   w   takt   sennej

muzyki na kolorowej sali pełnej zapachów i światła.

Można z tym wytrzymać – mruknęła.

Hmm?

Uśmiechnęła się, kiedy musnął wargami jej ucho.

Można z tym wytrzymać – powtórzyła, odchylając głowę, by spojrzeć mu w oczy.

- Z całym tym bogactwem Roarke'a.

Przesunął dłońmi wzdłuż jej pleców.

Miło to słyszeć.

Masz sporo tego wszystkiego, Roarke.

Rzeczywiście, sporo. - I żonę, której kręci się w głowie, pomyślał z rozbawionym

błyskiem w oku.

background image

Czasami  bywa tu  ponuro, ale  nie  teraz. Teraz  jest bardzo miło. - Westchnęła  i

potarła policzkiem o jego policzek. - Co to za muzyka.

Podoba ci się?

Tak. Jest seksowna.

Pochodzi   z   lat   czterdziestych   dwudziestego   wieku.   To   big   band   Tommy'ego

Dorseya. Ten kawałek nazywa się Serenada Księżycowa.

To całe wieki temu.

Prawie.

Skąd ty o tym wszystkim wiesz?

Może urodziłem się za późno.

Westchnęła.

Nie,   trafiłeś   dokładnie   w   swój   czas.   -   Oparła   mu   głowę   na   ramieniu,   by   móc

obserwować salę. - Wszyscy wyglądają na zadowolonych. Feeney tańczy z żoną.

Mavis   siedzi   na   kolanach   Leonarda   i   rozmawia   z   Mirą   i   jej   mężem.   McNab

zaczepia   wszystkie   kobiety   i   wodzi   wzrokiem   za   Peabody,   wysuszając   twoją

whisky.

Roarke obejrzał się leniwie i uniósł brew.

Trina właśnie wzięła go w obroty. Jezu, zaraz zje chłopaka żywcem.

Nie wygląda na zmartwionego. - Uniosła głowę. - Bardzo miłe przyjęcie.

Muzyka zmieniła się i rytm stał się szybszy. Eve otworzyła usta ze zdziwienia.

Kurczę blade, spójrz na Dickiego. Co on robi?

Roarke objął żonę w talii i uśmiechnął się.

Tańczy rock and rolla.

background image

Patrzyła zaskoczona, jak szef laboratorium wiruje z Nadine Furst po całej sali, to

odpychając ją, to znów przyciągając do siebie.

Cholera! Nigdy nie potrafiłam zmusić go do takiego galopu w laboratorium. Ho,

ho! - Oczy jej się rozszerzyły, kiedy Dickie przeciągnął Nadine między nogami.

Reporterka zaniosła się śmiechem, gdy jej stopy dotknęły podłogi, a tłum gości

nagrodził ich brawami.

Eve nie mogła powstrzymać uśmiechu.

To ci dopiero zabawa.

Chcesz spróbować?

Och   nie.   -   Roześmiała   się   jednak   i   zaczęła   przytupywać   nogą   do   taktu.   -

Wystarczy mi samo patrzenie.

Czy to nie megataniec? - Mavis podbiegła do nich, ciągnąc za sobą Leonarda.-

Kto by pomyślał, że Nadine potrafi tak tańczyć. Odjazdowa impreza, Roarke.

Dzięki. Wyglądasz bajecznie, Mavis.

Te kreację nazwaliśmy „wesołą szatką”

Roześmiała   się   i   okręciła   wokół   własnej   osi.   Pod   wpływem   ruchu   kolorowe

kawałki materiału, sięgające jej aż do kostek, rozsunęły się, odsłaniając fragmenty

ciała   pomalowane   na   złoty   kolor.   Opadające   na   ramiona   włosy   przytrzymywała

wielka kokarda.

Leonardo uważał, że twoja suknia powinna być bardziej subtelna – zwróciła się do

Eve.

Nikt tak jak ty i Mavis nie potraficie nosić moich kreacji. - Leonardo uśmiechnął

się promiennie. - Wesołych świąt, Dallas. - pochylił się i cmoknął ją w policzek. -

background image

mamy coś dla ciebie, dla was obojga.

Wyciągnął zza pleców paczkę i wręczył Eve.

Dzięki tobie Mavis i ja spędzimy razem nasze pierwsze święta. - Jego złote oczy

zaszły mgłą.

Nie bardzo wiedząc, co mu odpowiedzieć, Eve położyła paczuszkę na jednym ze

stolików   i   odpakowała.   Wewnątrz   znalazła   ozdobną   szkatułkę   z   politurowanego

drewna, z mosiężnymi okuciami.

Jest piękna.

Otwórz – ponagliła Mavis. - Leonardo, powiedz im, co ona oznacza.

Drewno     symbolizuje   przyjaźń,   a   metal   miłość.   -   Zaczekał,   aż   Eve   otworzy

wieczko. W środku znajdowały się dwie wyłożone jedwabiem przegródki. - jedna

jest na wasze wspomnienia, druga na życzenia.

Sam to wymyślił. - Mavis ścisnęła wielką dłoń Leonarda. - Czy nie jest mega?

Roarke dotknął ramienia Eve, po czym wyciągnął dłoń do Leonarda.

Cudowny   prezent.   Dziękuję.   -   Cmoknął   Mavis   w   policzek.   -   Dziękuję   wam

obojgu.

Teraz możecie wypowiedzieć wspólne życzenie w wigilię Bożego Narodzenia.-

Mavis   uścisnęła   mocni   Eve,   po   czym   odwróciła   się   do   Leonarda.   -   Chodźmy

potańczyć.

 Zaraz się rozryczę – mruknęła Eve, kiedy odeszli.

Tak to bywa w święta. - Chwycił ją za brodę i spojrzał z uśmiechem w wilgotne

oczy. - Lubię patrzeć, kiedy się wzruszasz.

Pod   wpływem   impulsu   objęła   go   za   szyję   i   pocałowała.   Był   to   długi,   gorący

background image

pocałunek, który bardziej uspokajał, niż burzył krew.

To będzie nasza pierwsza wspólna pamiątka – powiedziała, unosząc głowę.

- Poruczniku...

Odwróciła   się   i   chrząknęła   nerwowo   na   widok   stojącego   przed   nią   Whitneya.

Poczuła   zażenowanie   na   myśl   o   tym,   że   zobaczył   ją   z   załzawionymi   oczyma   i

wargami drżącymi od pocałunku.

Panie komendancie.

Proszę   wybaczyć,   że   przeszkadzam.   -   Rzucił   Roarke'owi   przepraszające

spojrzenie.   -   Właśnie   otrzymałem   wiadomość,   że   Piper   Hoffman   została

napadnięta.

W jednej chwili stała się policjantką.

Gdzie teraz jest?

W drodze do  szpitala Hayesa. Na razie nie mamy informacji na temat jej stanu.

Czy moglibyśmy gdzieś spokojnie porozmawiać?

W moim biurze.

Zaprowadzę komendanta – powiedział Roarke. - A ty zbierz swoich ludzi.

Została napadnięta w mieszkaniu nad siedzibą „Szczęśliwego Związku” - zaczął

Whitney. Z przyzwyczajenia stanął za biurkiem, lecz nie usiadł.- Wygląda na to, że

była sama. Wezwany na miejsce zdarzenia funkcjonariusz twierdzi, że jej brat wrócił

do domu w trakcie całego zajścia. Napastnik uciekł.

background image

czy świadek zidentyfikował napastnika? - spytała Eve.

Jeszcze nie. Jest w szpitalu z siostrą. Mieszkanie zostało zabezpieczone. Poleciłem

mundurowym, żeby niczego nie ruszali do pani przybycia.

Zabiorę   ze   sobą   Feeneya.   Najpierw   pojedziemy   do   szpitala.   -   Kątem   oka

dostrzegła   zaskoczenie   na   twarzy   Peabody,   lecz   nie   spuszczała   wzroku   z

Whitneya.   -   Nie   chcę,   by   Peabody   i   McNab   się   ujawnili.   Wolę,   żeby   zostali,

dopóki nie znajdę się na miejscu zdarzenia.

Do pani należy decyzja – odparł po prostu Whitney, który całkowicie się z nią

zgadzał.

Tym   razem   mamy   świadka,   a   napastnik   musi   się   ukrywać.   Pewnie   boi   się,   że

został rozpoznany. Jeśli Piper przeżyję, będzie to jego trzeci błąd. - odwróciła się

do  swojej drużyny. - Muszę się przebrać. Feeney, będę na dole za pięć minut.

Peabody,   skontaktuj   się   ze   szpitalem   i   spróbuj   dowiedzieć   się,   jaki   jest   stan

zdrowia   ofiary.   McNab,   niech   mundurowy   dostarczy   ci   dyskietki   z   kamer

bezpieczeństwa. Przejrzyj je do naszego powrotu.

Poruczniku,   dorwijcie   tego   sukinsyna   –   powiedział   Whitney,   kiedy   ruszyła   w

stronę windy.

Któregoś dnia mam zamiar wyjść z twojego przyjęcia razem z żoną – powiedział

Feeney, kiedy szkli szpitalnym korytarzem.

background image

Głowa   do   góry,   Feeney.   Może   właśnie   trafia   nam   się   okazja   zakończenia   tej

sprawy i spędzisz święta na łonie rodziny.

Może. - Zza drzwi, które mijali, dobiegł czyjś jęk i Feeney skulił ramiona. - Zbyt

dużo tu potłuczonych ciał. Sądząc z tego, co dzieje się dzisiaj na drogach, są to

wszystko poszkodowani w wypadkach.

Ale oto i Rudy. Ja się nim zajmę. A ty idź porozmawiać z lekarzem.

Wystarczyło jedno spojrzenie na siedzącego w korytarzu mężczyznę, żeby Feeney

z ochotą przystał na propozycję Eve.

Jest twój, mała.

Rozeszli   się.   Eve   ruszyła   korytarzem   do   miejsca,   gdzie   siedział   Rudy   z   twarzą

ukrytą w dłoniach.

Słysząc czyjeś kroki, powoli opuścił ręce, chwil e wpatrywał się w buty, po czym

uniósł głowę i spojrzał na nią wzrokiem, w którym malowała się rozpacz.

Zgwałcił ją i zadał jej ból. Słyszałem, jak płacze, jak błaga i płacze.

Eve usiadła obok niego.

Kto to był?

Nie wiem. Nie widziałem go. Chyba musiał słyszeć, jak wszedłem. Wbiegłem do

sypialni i zobaczyłem ją. O Boże, Boże, Boże!

Przestań – rzuciła ostrym tonem i chwyciła go za ręce, kiedy próbował ukryć w

nich twarz. - To jej nie pomoże. Wszedłeś i usłyszałeś ją. Gdzie byłeś?

Robiłem   zakupy.   -   Samotna   łza   spłynęła   mu   po   policzku.   -   Spodobała   jej   się

pewna rzeźba, wróżka nad stawem. Trafiłem przypadkiem na adres galerii. W tym

całym zamieszaniu nie miałem czasu, by jej kupić, dopiero dzisiaj wieczorem. Nie

background image

powinienem zostawić jej samej.

Trzeba   będzie   sprawdzić   tę   galerię,   pomyślała   Eve.   Musi   upewnić   się,   że

mężczyzna, przez  którego  Piper znalazła się w szpitalu, nie siedzi teraz obok niej.

Doskonale   wiedziała,   że   nie   wolno   wpuszczać   nikogo   obcego   do   mieszkania.

Dlaczego więc to zrobiła?

Czy drzwi były zablokowane, kiedy wszedłeś do domu?

Tak,   odkodowałem   je.   Potem   usłyszałem   jej   płacz   i   wołanie.   Wpadłem   do

sypialni. - Wstrzymał oddech, zamknął oczy i zacisnął dłonie. Leżała na łóżku

naga, ze związanymi rękami i nogami. Nie jestem pewny, ale chyba dostrzegłem

coś kątem oka. Wtedy ktoś mnie popchnął i upadłem.

Złapał się za głowę.

Musiałem w coś uderzyć. Może o kant łóżka? Nie wiem. Straciłem przytomność

najwyżej   na   kilka   sekund,   bo   słyszałem   jak   ucieka.   Nie   pobiegłem   za   nim.

Powinienem, ale ona tam leżała, a ja nie mogłem myśleć o niczym innym. Juz nie

płakała. Myślałem... myślałem, że nie żyje.

Wezwałeś karetkę, policję?

Najpierw ją rozwiązałem i przykryłem. Musiałem to zrobić. Nie mogłem znieść...

Potem wezwałem karetkę. Nie mogłem jej dobudzić. A teraz nie pozwalają mi jej

zobaczyć.

Tym razem Eve pozwoliła mu ukryć twarz w dłoniach i rozpłakać się. Spostrzegła

nadchodzącego Feeneya i wyszła mu na spotkanie.

Jest   w śpiączce – powiedział. - Lekarze uważają, że to raczej wynik szoku niż

fizycznych obrażeń. Została zgwałcona. Obtarta skóra na nadgarstkach i wokół

background image

kostek.  Trochę   siniaków.   Zrobili   badanie   toksykologiczne.   Odurzono   ją   jakimś

legalnym gównem. Tatuaż na prawym udzie.

Jakie są rokowania?

Mówią,   że   nic   nie   mogą   zrobić.   Mnóstwo   medycznego   bełkotu,   ale   krótko

mówiąc dziewczyna zamknęła sie w sobie. Obudzi się dopiero wtedy, gdy sama

tego zechce, jeśli w ogóle zechce.

Dobra. Nic tu po nas. Trzeba postawić mundurowego przy jej drzwiach i przy

bracie.

Nadal uważasz go za podejrzanego?

Odwróciła się i chwilę patrzyła, jak Rudy płacze. Zaskoczyła ją ta rozpacz.

Nie, ale i tak trzeba dać mu obstawę.

Kiedy szli do windy, wyjęła nadajnik i wydała odpowiednie rozkazy.

Facet jest zdrowo podłamany – zauważył Feeney. - Ciekawe czy rozpacza nad

siostrą, czy nad kochanką.

Tak,   to   rzeczywiście   problem.   -  Weszła   do   windy   i   kazała   zjechać   na   poziom

ulicy. - Skąd nasz gość wiedział, że ona będzie sama? Nie zaatakowałby, gdyby

wiedział, że jest z nią Rudy. To nie w jego stylu. Musiał wiedzieć, że została sama.

To   był   ktoś,  kogo   znała.   Mógł   obserwować   mieszkanie.   Sprawdzić,   kto  jest   w

domu.

Tak,   musiał   ją   znać.   Znać   ich   oboje.   I   nie   sądzę,   żeby   ona   była   jedną   z   jego

miłości. - Wyszła z hallu i skierowała się w stronę wyjścia. - Ona nie pasuje do

wzoru.   Nie   ma   jej   na   żadnej   liście.   Zaatakował   ją,   by   rzucić   podejrzenie   na

Rudy'ego.

background image

Kiedy wsiedli do samochody, Eve oparła dłonie na kierownicy.

Wiedział,   że   przesłuchiwaliśmy   Rudy'ego   –   ciągnęła.   -   I   że   uważam   go   za

głównego podejrzanego. Musiał  cos  wykombinować,  skoro  nie  udało  mu  się  z

Cissy i z tą baletnica. Przypuszczał, że jeśli zaatakuje Piper, ponownie zwrócimy

się ku Rudy'emu. Nie zrobił tego z miłości, lecz dla bezpieczeństwa.

Feeney odchylił się na oparcie i sięgnął do kieszeni po torebkę z orzeszkami. Zaraz

jednak przypomniał sobie, że żona nie pozwoliła mu zabrać ich na przyjęcie.

Musiał ją znać, a ona jego. Dzięki temu dostał się do środka.

 Nie otworzyłaby drzwi komuś obcemu, a tym bardziej gościowi przebranemu za

świętego Mikołaja. McNab musi przejrzeć te dyskietki z kamer bezpieczeństwa.

Wiesz, co ja myślę, Dallas? Nie będzie żadnych dyskietek.

Feeney   miał   rację.   Pilnujący   drzwi   funkcjonariusz   poinformował   ich,że   kamery

bezpieczeństwa zostały wyłączone o dziewiątej pięćdziesiąt.

Żadnych śladów łamania – stwierdziła Eve po obejrzeniu zamków i czytnika linii

papilarnych. - Piper podeszła do drzwi, spojrzała przez wizjer, zobaczyła znajomą

twarz i otworzyła. Nie znajdziemy też żadnych dyskietek z tego piętra.

Weszła   do   mieszkania.   Na   wprost   okien   wychodzących   na   Piąta   stało   białe

drzewko ozdobione kryształowymi łańcuchami i bombkami. Leżały pod nimi pięknie

opakowane prezenty. W miejscu gdzie na większości choinek umieszczano gwiazdę

background image

lub anioła, siedział biały gołąb.

Przy drzwiach wejściowych i przed wejściem do salonu  leżały rozrzucone torby z

zakupami. Eve wyobraziła sobie, jak Rudy  wchodzi, słyszy wołanie siostry, rzuca

torby   i   biegnie   do   sypialni.   Podążając   jego   śladem,   przeszła   po   miękkim   białym

dywanie do drugiego salonu ze ścianą widokową.

Wszystko   w   bieli.   Miękkie   wyściełane   krzesła   w   kolorze  ecru,  stoły   z

błyszczącymi   blatami   w   kolorze   kości   słoniowej,   jasne   wazy   z   białymi   kwiatami.

Miała wrażenie, jakby znalazła się w chmurze. Odurzająca atmosfera.

Za salonem znajdował się pokój rekreacyjny z wpuszczonym w podłogę basenem,

powietrznymi ciężarkami, wanną z leczniczym błotem i steperem.

Sypialnia jest na samym końcu – powiedziała. - Dobiegnięcie do niej musiało mu

zająć kilkanaście sekund.

Weszła do wielkiej sypialni. Roleta w oknie była podniesiona   i wpuszczała do

wnętrza ciemność nocy. Wzdłuż jednej ze ścian stała olbrzymia toaletka z mnóstwem

kolorowych butelek, pudełek i tubek. Królowa próżności, pomyślała Eve, patrząc na

potrójne lustro i rząd świateł. Obok stały dwa miękkie krzesła. Nawet makijaż robili

wspólnie.

Łóżko   miało   kształt   serca.   Otaczająca   je   spiralnie   skręcona   chromowana   rama,

wyglądająca   niczym   kremowa   obwódka   na   torcie.   W   czterech   rogach   zwisały

ozdobne guzy ze sznura.

Zostawił swoje zabawki – zauważyła, kucając przy otwartym srebrnym pudle. -

Czego tu nie ma. Jest i strzykawka, i cały zestaw do robienia tatuażu.

W   środku   znajdowało   się   również   plastikowe   pudełko   o   długości   około

background image

sześćdziesięciu   centymetrów,   z   trzema   przegródkami   zawierającymi   całą   gamę

kosmetyków firmy Natural Perfection.

Nie znam się na mazidłach, ale to mi nie wygląda na amatorski zestaw.

Ho, ho, ho. - Feeney pochylił się i podniósł śnieżnobiałą brodę. - Może jednak

przyszedł tu w przebraniu.

Myślę, że najpierw ją odurzył, a potem się przebrał. - Zakołysał się na piętach. -

Wchodzi, usypia ją, przenosi do sypialni, krępuje, a potem się stroi. Maluje jej

tatuaż,   robi   makijaż,   starannie   przy   tym   układając   swoje   zabawki.   Żadnego

bałaganu. Kiedy Piper dochodzi do siebie...

Eve zmrużyła oczy, usiłując wyobrazić sobie tę scenę.

Dochodzi do siebie, jest zdezorientowana, wystraszona. Próbuje się wyswobodzić.

Zna   go.   To   ją   szokuje,   przeraża,   bo   wie,   co   on   zamierza   zrobić.   Może   on

rozmawia z nią, kiedy tnie jej ubrania.

To   chyba   był   szlafrok.   -   Feeney   podniósł   z   podłogi   równe   białe   paski   białego

materiału.

Tak. Szykowała się do sny. Pewnie była podekscytowana, domyślając się, że brat

wróci z prezentem dla niej. Teraz leży naga w łóżku i wpatruje się z przerażeniem

w kogoś, kogo zna. Nie chce wierzyć, że to się dzieje naprawdę. W to zawsze

trudno uwierzyć.

Ale to się zdarzyło, pomyślała, czując zimny pot na skórze. Nie można było tego

powstrzymać.

On rozbiera się. Założę się, że każdą rzecz składa równiutko w kostkę. Zdejmuje

też brodę. Nie potrzebuje się przed nią maskować.

background image

Będzie mogła patrzeć w jego wykrzywioną grymasem twarz i płonące oczy.

Jest podniecony. Rajcuje go fakt, że ona go zna. Nie potrzebuje lub nie chce się

przebierać.   Może   wydaje   mu   się,   że   ją   kocha.   Należy   przecież   do   niego.   Jest

bezbronna, ma  nad nią władzę, większą nawet, bo mówi do niego po imieniu,

kiedy błaga, żeby ją zostawił. Ale on jej nie słucha. Nie che słuchać. Po prostu

wbija się w nią bez końca. Gwałci ją, naciera.

Hej, hej! - Wstrząśnięty Feeney położył dłonie na ramionach Eve. Miała szklisty

wzrok i ciężki, urywany oddech. - Daj spokój, mała.

Przepraszam.- Zamknęła oczy.

Już dobrze. - poklepał ją niezdarnie. Od Roarke'a wiedział przez co przeszła jako

dziecko. Nie był jednak pewny, czy Eve się tego domyśla. Lepiej gdy oboje będą

udawać,   że   on   nic   nie   wie.   -   czasami   zbyt   realistycznie   sobie   wszystko

wyobrażasz.

Tak. - Wytarła usta wierzchem dłoni. Czuła w powietrzu nieświeży zapach seksu i

potu. A także bezkarność i kobiecy strach.

Chcesz się czegoś napić?

Nie, nic mi nie jest. Ja tylko... nienawidzę morderstw na tle seksualnym. Pakujmy

dowody   i   kończmy   przeszukiwanie.   Może   uda   nam   się   znaleźć   jakieś   odciski

palców. - Wstała, już spokojniejsza. - Potem zobaczymy, co znajdą „sprzątacze”.

Chwileczkę. - Złapała Feeneya za ramię.- Czegoś mi brakuję.

Czego?

Numer   pięć.   Co   jest   w   piątej   zwrotce?   -   Przepowiedziała   w   myślach   słowa

piosenki. - Gdzie jest pięć złotych pierścieni?

background image

  Przeszukali każdy zakamarek, pokój po pokoju, lecz nie znaleźli niczego, co by

odpowiadało  pięciu pierścieniom. Eve poczuła, że krew w niej tężeje.

Tak. Uważaj na tyły, Dallas.

Jego już tu nie ma, Feeney. Zaszył się w swojej norze.

Mimo to uważnie rozglądała się na boki, idąc korytarzem do salonu. Na drzwiach

nie dostrzegła śladów włamania. Wewnątrz panowała ciemność.

Wiedziona instynktem, wsunęła w zamek uniwersalny klucz i wyciągnęła broń.

Światła – poleciła, mrużąc oczy przed nagłym blaskiem.

Kiedy wzrok się przyzwyczaił, zobaczyła wysunięta szufladę z kartami kredytowy

i i gotówką przy stanowisku recepcyjnym. Była pusta.

A więc jednak byłeś tu.

Rozejrzała się po pomieszczeniu, po czym podeszła do wystawy z próbkami. Szkło

było całe i nie dostrzegła pustych miejsc w rzędach równo poustawianych produktów.

Skręciła więc w lewo w stronę gabinetów zabiegowych.

Wszystkie były puste i sterylnie czyste.

Otworzyła   drzwi   do   pomieszczenia   służbowego,   gdzie   stały   szafki   dla

pracowników. Tu również panowała idealna czystość. Przesadna czystość, pomyślała,

czując, jak krew zaczyna jej szybciej  krążyć w żyłach.

Sprawdziła szafki, żałując, że nie ma zdolności Roarke'a do otwierania zamków.

Szef nie pozwoliłby na ich forsowanie bez nakazu.

W  następnym   pomieszczeniu   znajdował   się   magazyn.   I  tu   natrafiła   na   bałagan.

Pudełka z produktami  były pootwierane,  butelki i tubki porozrzucane. Wyobraziła

sobie,   jak   on   tu   wpada,   wściekły   na   siebie,   że   spanikował   i   zostawił   wszystkie

background image

przybory   na   górze.   Wybrał   w   pośpiechu,   co   potrzeba,   i   wepchnął   do   torby   lub

jakiegoś pudełka.

Szybko i sprawnie przejrzała każde stanowisko konsultanta. Tylko  przy jednym

panował   nieporządek.   Szuflady   w   białym   biurku   były   powysuwane.   Na   blacie

widniała tłusta plama.

Wiedziała   już,   lecz   najpierw   poszukała   licencji   stylisty.  Wzięła   ją   do   ręki   i

spojrzała na fotografię.

Tym razem zostawiłeś po sobie bałagan, Simonie. Wreszcie cię dopadnę.

Wyjęła nadajnik i ruszyła szybko w stronę drzwi, by zabezpieczyć teren.

Tu porucznik Eve Dallas. Komunikat do wszystkich wozów. Poszukiwany Simon

Lastrobe, ostatni adres Wschodnia Sześćdziesiąta Trzecia cztery pięć trzy zero,

lokal trzydzieści pięć. Mężczyzna może być uzbrojony i niebezpieczny. Aktualna

fotografia w drodze. Aresztować pod zarzutem wielokrotnego morderstwa na tle

seksualnym pierwszego stopnia.

Komunikat przyjęty.

Eve zablokowała drzwi i zabezpieczyła taśmą miejsce zbrodni, po czym wywołała

Feeneya.

Zabezpiecz teren. Wezwę Peabody, by zajęła się „sprzątaczami”. Musimy jechać.

Nasz gość maluje twarze. Jezu! - Feeney z obrzydzeniem pokręcił głową, kiedy

background image

Eve wystartowała jak z procy. - Do czego ten świat zmierza.

Malował   ich   twarze,   ciała,   układał   włosy,   wysłuchiwał   historii   ich   życia,

zakochiwał się i potem zabijał.

Myślisz, że oni wszyscy byli jego klientami?

Możliwe.   Jeśli   nie,   to   musiał   ich   widzieć.   Wybierał   ich.   Miał   dostęp   do   listy

partnerów i do danych osobowych.

Lecz co oznacza ta cała świąteczna otoczka?

Wyjaśni   się,   kiedy   go   złapiemy.   -   Zahamowała   z   piskiem   za   dwoma   wozami

patrolowymi,   blokującymi   ulicę.   Wyskakując   z   wozu,   trzymała   już   w   ręku

odznakę. - Byliście na górze? - zawołała, przekrzykując porywy wiatru i deszczu

ze śniegiem.

Tak   jest.   Podejrzany   nie   otworzył   drzwi.   Obstawiliśmy   wszystkie   wejścia.   W

oknach ciemno. Żadnego widocznego ruchu.

Feeney, czy mamy już zgodę na wejście?

Jeszcze nie.

Wchodzimy. Do diabła z nakazem. - Bez namysłu sforsowała drzwi.

Umoczysz sprawę, jeśli nie będziesz miała nakazu – ostrzegł ją i skrzywił sie,

kiedy wybrała schody zamiast windy.

Drzwi mogą być otwarte – rzuciła gniewnie, kiedy ją dogonił.

Cholera, Dallas. Daj mi pięć minut, a wydębię ten nakaz.

Kiedy   dotarli   na   drugie   piętro,   dostał   lekkiej   zadyszki   i   rumieńców   na   twarzy.

Mimo to pierwszy dotarł do drzwi z numerem trzydzieści pięć.

Stój, do cholery. Załatwimy to zgodnie z prawem. Znasz procedurę.

background image

Miała   ochotę   kopniakiem   sforsować   drzwi,   dopaść   tego   drania   i   sprawić,   żeby

doświadczył   uczucia   strachu,   bólu   i   bezradności.   Traktuję   to   zbyt   osobiście,

pomyślała,   czując,   że   drżą   jej   mięśnie.   Z   trudem   opanowała   szalejącą   w     niej

wściekłość.

Dobra   –   powiedziała   w   końcu.   -  Ale   kiedy   tam   wejdziemy,   ty   go   zgarniesz,

Feeney.

Przecież to twoja działka.

Zgarniesz go. Nie jestem pewna, czy potrafiłabym utrzymać nerwy na wodzy.

Przyjrzał się jej napiętej twarzy, dostrzegł wewnętrzną walkę i skinął głową.

Zrobię to dla cienie, Dallas. - Sięgnął po nadajnik, który nagle zapiszczał. - Mamy

zgodę. Możemy wchodzić. Góra czy dół?

Wykrzywiła wargi.

Dawniej zawsze brałeś górę.

I nadal tak jest. Od kucania bolą mnie kolana.

Odwrócili się w stronę drzwi, odetchnęli głęboko i uderzyli w nie z całą siłą Kiedy

zamki puściły, Eve przykucnęła z bronią w ręku pod ramieniem Feeneya.

Ubezpieczając   się,   błyskawicznie   zlustrowali   tonący   w   półmroku   pokój,   do

którego wpadło światło ulicznych latarni.

Czystko jak w kościele – szepnął Feeney. - Pachnie jak w szpitalu.

To środek dezynfekcyjny. Zapalam światła. Biorę lewą stronę.

Dawaj.

Światła   –   rozkazała.   -   Simon.   Tu   policja.   Jesteśmy   uzbrojeni   i   mamy   nakaz.

Wszystkie wyjścia są obstawione. - Wskazała na drzwi prowadzące do pokoju, na

background image

co Feeney kiwnął głową.

Trzymając broń w pogotowiu, pchnęła łokciem drzwi, aż udetrzyły o ścianę.

Był tu – powiedziała, rozglądając się na boki. - Zabrał, co mógł, i zwiał.

Rozdział 18

Oto   co   mamy   –   powiedziała   Eve   do   swojej   gromadki   zebranej   w   domowym

biurze.-   Facet   świetnie   potrafi   się   maskować.   Możemy   przekazać   mediom   jego

fotografię   i   kazać   pokazywać   co   pół   godziny,   ale   on   i   tak   zmieni   wygląd.

Przypuszczalnie ma przy sobie sporo gotówki albo fałszywą kartę identyfikacyjną.

Sprawdzimy każdy ślad, ale szanse na złapanie go tą drogą są znikome.

Przetarła oczy i przełknęła kolejną porcję kawy.

Chcę, żeby Mira wydała swoją opinię, ale moja jest taka: wczoraj wieczorem nie

dokończył   roboty.   Zgwałcił,   ale   nie   ukarał   ofiary.   Jest   więc   sfrustrowany,   na

granicy wytrzymałości. Ma obsesję na punkcie porządku, tymczasem zostawił po

sobie bałagan, zarówno w miejscu pracy, jak i w domu, bo musiał uciekać.

Poruczniku.   -   Peabody   nie   podniosła   ręki   do   góry,   chociaż   czuła,   że   powinna.

background image

Jednak Eve popatrzyła na nią obojętnym wzrokiem. - Myśli pani, że on nadal jest

w mieście?

Z informacji, które zebraliśmy, wynika, że tu się urodził, wychował i mieszkał

przez   całe   swoje   życie,   jest   więc   mało   prawdopodobne,   by   szukał   schronienia

gdzie indziej. Kapitan Feeney i McNab nadal będą szperać w jego danych, lecz

wszystko wskazuje na to, że nadal przebywa w mieście.

Nie   ma   własnego   środka   transportu   –   wtrącił   Feeney.   -   Nigdy   nie   przeszedł

kursów pilotażu. Musi więc korzystać z publicznej komunikacji.

A ta jak wiadomo zarówno w samym mieście, jak i poza obrębem o tej porze roku

pęka w szwach – dodał McNab, nie odrywając wzroku od ekranu komputera. -

jeżeli   nie   zrobił   wcześniej   rezerwacji,   to   może   wylecieć   z   miasta   tylko   na

własnych skrzydłach.

Właśnie. Poza tym tylko tu może zrealizować swój plan. Wszystkie jego ofiary

mieszkały w mieście. Przerażony czy nie, musi znaleźć piątą ofiarę, i to jeszcze

przed Bożym narodzeniem.

Eve podeszła do ekrany ściennego.

Wyświetl dane z pliku sprawy Simona H jeden – poleciła. - Zebraliśmy z jego

mieszkania   wideopłyty   o   świątecznej   tematyce   –   wyjaśniła,   kiedy   ekran

zamigotał. - To jest jakiś stary dwudziestowieczny film.

Życie jest piękne – powiedział Roarke, stając w drzwiach. - Z Jimmym Stewartem

i   Donną   Reed.   -   Uśmiechnął   się   na   widok   gniewnego   spojrzenia   Eve.   -

Przeszkadzam?

To sprawa policji – odparła Eve. Czy ten człowiek nigdy nie sypia?

background image

Ignorując   ją,   przysiadł   na   poręczy   fotela   Peabody.   -   Macie   za   sobą   długą   noc.

Może chcecie coś zjeść?

Roarke...

Chętnie coś przegryzę – wtrącił McNab.

Są też filmy wideo – ciągnęła Eve, kiedy Roarke poszedł do kuchni. - A także

pisma, takie jak „Kolędy”. Znaleźliśmy też spory zbiór pornosów, zarówno pism,

jak i płyt związanych z tematyką świąteczną. Wyświetl dane z pliku Simona A

sześć osiem. Na przykład coś takiego – dodała.

Roarke wszedł do pokoju w chwili, gdy na ekranie pojawiła się kobieta z rogami

jelenia na głowie i przyczepionym ogonem. Nucąc Zwą mnie tancerką, wzięła do ust

penisa świętego Mikołaja.

To ci dopiero rozrywka – mruknął Roarke.

Takich   filmów   jest   z   tuzin,   drugie   tyle   nielegalnych   z   zeszłego   wieku,   które

jednak   nie   są   już   takie   zabawne.   Ale   ten   zasługuje   na   szczególne   uznanie.

Wyświetl dane z pliku Simona siedem dwa.

Zerknęła na Roarke'a i usunęła się na bok.

Na   ekranie   Marianna   Hawley   usiłowała   wyswobodzić   się   z   więzów.   Płakała,

szarpiąc głową na boki. W kadrze pojawił się Simon z brodą, ubrany w czerwony

kaftan. Zaczął   robić miny do kamery, po czym uśmiechnął się do leżącej na łóżku

kobiety.

Byłaś miła czy niegrzeczna?

Bądź   cicho,   mała.  Czuła   na   sobie   jego   słodki   oddech   zmieszany   z   alkoholem.

Tatuś da ci prezent.

background image

Jego   głos   wypłynął   z   zakamarków   pamięci.   Opanowała   drżenie   rąk   i   nie

spuszczała wzroku z ekranu.

Pewnie byłaś niegrzeczna, bardzo, bardzo niegrzeczna, ale i tak dostaniesz coś

ładnego.

Odwrócił się do kamery i zaczął rozbierać. Został jedynie w peruce, nie zdjął też

brody. Potem zaczął się podniecać.

To jest pierwszy dzień Bożego Narodzenia, moja miłości.

Zgwałcił ją szybko i brutalnie. Kiedy w pokoju brzmiały krzyki Marianny, Eve

sięgnęła po kubek z kawą i zmusiła się do przełknięcia kilku łyków.

Potem odbył z nią stosunek analny. Nie płakała już, tylko kwiliła niczym dziecko.

Kiedy skończył,   miał szklisty wzrok i ciężko oddychał. Wyjął coś z pudełka i

połknął.

Przypuszczamy, że to jest środek ziołowy z mieszanką chemiczną na przedłużenie

erekcji – powiedziała beznamiętnym tonem Eve. Nie  spuszczała wzroku z ekranu.

Uważała, że jest to winna Mariannie, jednocześnie rzucała wyzwanie samej sobie.

Będzie patrzeć, wytrzyma.

Marianna   nie   broniła   się   podczas   następnego   gwałtu.   Eve   domyśliła   się,   że

zamknęła się w sobie, uciekła tam, gdzie nie czuła bólu, gdzie mogła być sama w

ciemności.

Nie broniła się, kiedy Simon zaczął płakać i wyzywać ją od dziwek. Potem owinął

jej   szyję   łańcuchem   choinkowym   i   ścisnął   tak   mocno,   że   w   pewnym   momencie

łańcuch pękł i musiał dokończyć rękoma.

Słodki Jezu! - wyszeptał McNab. W jego głosie brzmiał strach i litość. - Czy nie

background image

dość tego?

Teraz   zrobi   jej   makijaż   –   powiedziała   Eve   beznamiętnym   głosem.   -   Umaluje

twarz, ułoży włosy, owinie łańcuchem. Spójrzcie, kiedy ją podnosi, tatuaż jest już

gotowy. Pozwala, by kamera prześlizgnęła się po jej ciele. Później będzie mógł ją

oglądać w domowym zaciszu. Napawać się swoim dziełem.

Ekran zgasł.

Sprzątanie nie jest już takie ważne. Wszystko to trwa trzydzieści trzy minuty i

dwanaście sekund. Tyle zajęło mu wykonanie tej części planu. Są też dyskietki z

zapisem kolejnych morderstw. Metoda jest taka sama. Nasz gość to skrupulatny

tradycjonalista. Znajdzie sobie jakąś dziuplę, gdzie dojdzie do siebie. Nie będzie

to jednak nora, lecz dobry hotel lub mieszkanie.

Wynajęcie pokoju o tej porze roku nie będzie łatwe – wtrącił Feeney.

Nie,   ale   zaczniemy   go   szukać.   Na   początek   centrum.   Jutro   przepytamy   jego

przyjaciół   i   współpracowników.   Może   uda   nam   się   ustalić,   dokąd   mógł   pójść.

Peabody, spotkamy się w salonie o dziewiątej. Masz być w mundurze.

Tak jest.

A teraz powinniśmy się przespać kilka godzin.

Chciałbym jeszcze trochę popracować. Gdybym mógł tu zanocować, wziąłbym

się do tego z samego rana.

Zgoda, McNab. Zwijamy interes.

Jestem   za.   -   Feeney   podniósł   się   z   miejsca.   -   Mogę   cię   podrzucić   do   domu,

Peabody.

Tylko nie ruszaj moich zabawek, McNab – ostrzegła go przed wyjściem Eve. -

background image

Bardzo tego nie lubię.

Powinnaś wziąć środek nasenny – powiedział Roarke, kiedy ruszyli do sypialni.

Nie zaczynaj.

Niepotrzebne   ci   teraz   senne   koszmary.   Musisz   się   od   nich   uwolnić   na   kilka

godzin,   jeśli   nie   dla   własnego   dobra,   to   przez   wzgląd   na   tę   kobietę,   którą   tak

brutalnie potraktowano.

Dam sobie radę.

Jak   tylko   znaleźli   się   w   sypialni,   zaczęła   pospiesznie   zrzucać   z   siebie   ubranie.

Musiała wziąć gorący prysznic, by zmyć z siebie ten zapach.

Zostawiła wszystko na podłodze i poszła do łazienki.

Czekał, aż wyjdzie. Wiedział, że najpierw musi sama się z tym uporać i odepchnąć

pomoc, nawet tę ofiarowaną przez niego. Zawsze fascynowała go to kłująca obronna

skorupa, którą się otaczała.

Znał   ją   na   tyle   dobrze,   by   wiedzieć,   przez   co   musiała   przejść,   oglądając   te

dyskietki.

Kiedy wyszła z łazienki, owinięta szlafrokiem, po prostu ją objął.

O Boże! - Przytuliła się do niego, wbijając mu palce w plecy. - Wciąż czuje na

sobie jego zapach.

Nie mógł znieść jej załamania. Czuł, jak drży i jak gwałtownie bije jej serce.

Nigdy więcej cię nie dotknie.

Ukryła mu twarz na ramieniu, próbując skupić się na czystym męskim zapachu

Roarke'a.

Za każdym razem mnie dotyka. Nie mogę go powstrzymać.

background image

Ale ja mogę. - Podniósł ją i usiadł na brzegu łóżka. - Nie myśl już o tym, Eve. Po

prostu przytul się do mnie.

Dam sobie radę.

Wiem. Ale jakim kosztem? - pomyślał, kołysząc ją jak dziecko.

Nie chcę żadnych pigułek tylko ciebie. Ty mi wystarczysz.

Spróbuj więc zasnąć. - Dotknął ustami jej włosów.

Nie odchodź. - Wtuliła się w niego o westchnęła. - Potrzebuję cię. Zbyt mocno.

Nie zbyt mocno. Nigdy nie będzie zbyt mocno.

Włożyła wspomnienie do ich szkatułki, pomyślał, a teraz on włoży tam życzenie.

Żeby te kilka godzin przespała w spokoju.

Trzymał ją więc w objęciach, dopóki nie zapadła w sen. I nadal ją trzymał, kiedy

się obudziła.

Leżeli   wtuleni   w   siebie.   Głowa   Eve   spoczywała   na   ramieniu   Roarke'a.   Jakimś

sposobem udało mu się rozebrać ich oboje.

Przez chwilę wpatrywała się w jego twarz. Wydała jej się  niewymownie piękna.

Silnie   zarysowany   podbródek,   długie,   grube   rzęsy,   marzycielskie   usta   poety.

Zapragnęła przesunąć dłonią   po jedwabistych włosach, lecz miała unieruchomione

ręce, więc tylko pocałowała go lekko, by mu podziękować i na tyle rozbudzić, by

wypuścił ją z objęć. Tymczasem on wzmocnił uścisk.

Mhm. Jeszcze chwilkę.

Uniosła brwi. Miał schrypnięty zaspany głos i nie otwierał oczu.

Jesteś zmęczony.

No pewnie,

background image

Wydęła wargi.

Nigdy nie bywasz zmęczony.

Teraz jestem. Zamknij się.

Zachichotała, słysząc w jego głosie senne rozdrażnienie.

No to sobie poleż.

Z przyjemnością.

Muszę wstać. - Uwolniła rękę i wzburzyła mu włosy. - Śpij dalej.

To przestań gadać.

Zaśmiała się i wysunęła z jego objęć.

Roarke'a?

P Boże! - Przewrócił się na bok i ukrył twarz w poduszce. - Co?

Kocham cię.

Odwrócił głowę. Ciężkie powieki uniosły się leniwie. Poczuła, że krew szybciej

zaczyna krążyć jej w żyłach. W tym tkwi jego urok, pomyślała. Wystarczy drobny

gest, by drżała z pożądania.

No to chodź tutaj. Może uda mi się jeszcze przez chwilę nie usnąć.

Później.

Mruknął coś niezrozumiale i wtulił twarz w poduszkę.

Postanowiła   zrezygnować   z   przyjemności.   Ubrała   się,   zaprogramowała   kawę   i

przypięła kaburę. Kiedy wychodziła z pokoju, nawet się nie poruszył.

Zajrzała   najpierw   do   swojego   biura.   McNab   spał   w   jej   fotelu   z   Galahadem   na

głowie, który wyglądał niczym wielkie nauszniki. Obaj chrapali.

Kiedy   do   nich   podeszła,   kot   otworzył   jedno   oko,   obrzucił   ją   znudzonym

background image

spojrzeniem i miauknął.

McNab.

Nie otrzymawszy odpowiedzi, wzniosła oczy do sufitu i trąciła McNaba w ramię.

Zachrapał i odwrócił głowę. Ten ruch spowodował, że Galahad zjechał niżej i zemścił

się, wbijając mu pazury w skórę.

Nie drap, kochanie.

Chryste! - Eve mocniej szturchnęła go w ramię. - Żadnych erotycznych znów w

moim fotelu.

Hmm? Daj spokój, kotku. - Otworzył zaspane oczy i spojrzał na Eve. - Dallas?

Co? Gdzie? - Sięgnął do ramienia, czując jakiś ciężar i zacisnął dłoń na kocim

łbie. - Kto?

Zapomniałeś jeszcze o „dlaczego?” Ale mnie o to nie pytaj. Weź się w garść.

Już. O rany! - Odwrócił głowę i znalazł się twarzą w twarz z Galahadem. - To pani

kot?

Mieszka tu. Obudziłeś się na tyle, by zdać mi raport?

Jasne. - usiadł i przesunął językiem po zębach. - kawy. Błagam.

Sama   oddawała   się   temu   nałogowi,   poszła   więc   wspaniałomyślnie   do   kuchni   i

zaprogramowała podwójną porcję czarnej mocnej kawy.

Kiedy wróciła, kot siedział na kolanach McNaba, wygniatał mu uda i sprawdzał,

czy człowiek ośmieli się zaprotestować. McNab pochwycił w dłonie kubek z kawą i

wypił połowę zawartości.

Uf.   Śniło   mi   się,   że   jestem   na   jakiejś   planecie   i   robię   to   z   niewiarygodnie

zbudowanym mutantem, który ma futro zamiast skóry. - Popatrzył na Galahada i

background image

uśmiechnął się. - Jezu!

Nie chcę słyszeć o twoich lubieżnych fantazjach. Do czego doszedłeś?

Sprawdziłem wszystkie drogie hotele w mieście. Żaden samotny mężczyzna nie

wynajął   wczoraj   wieczorem   pokoju.   Sprawdziłem  też   średniej   klasy   hotele.  To

samo. Zebrałem jego dane. Dyskietka leży na pani biurku.

Wzięła ją i wrzuciła do torby.

A teraz powiedz mi, czego się dowiedziałeś.

Nasz   gość   ma   czterdzieści   siedem   lat,   urodził   się   w   Nowym   Jorku.   Rodzice

rozwiedli się, kiedy miał dwanaście lat. Wychowywała go matka. - Ziewnął, aż

zatrzeszczała mu szczęka. - Przepraszam. Nie wyszła drugi raz za mąż. Grała w

niskobudżetowych   filmach.   Cierpiała   na   chorobę   umysłową.   Leczyła   się   w

różnych   ośrodkach,   głównie   na   depresję.   Nie   pomogli   jej,   bo   w   zeszłym   roku

popełniła samobójstwo. Niech pani zgadnie kiedy?

W wigilię Bożego Narodzenia.

Strzał w dziesiątkę. Simon otrzymał dobre wykształcenie, zrobił specjalizację w

dziedzinach:   teatrze   i   kosmetyce.   Pracował   jako   charakteryzator   przy   kilku

filmach.   Przed   dwoma   laty   przejął   ten   salon.   Nigdy   się   nie   ożenił.   Cały   czas

mieszkał z mamusią.

Urwał, by upić łyk kawy.

Nie cierpi na brak pieniędzy, ale leczenie matki porządnie naruszyło jego konto.

Nie   karany.   Przechodził   standardowe   badania.   Żadnych   informacji   na   temat

leczenia psychiatrycznego.

Prześlij   jego   dane   do   Miry,   potem   spróbuj   dowiedzieć   się   czegoś   o   ojcu.   I

background image

sprawdzaj dalej hotele. Musiał przecież gdzieś się zatrzymać.

Mogę dostać jakieś śniadanie?

Wiesz, gdzie jest kuchnia. Będę w terenie. Informuj mnie o wszystkim na bieżąco.

Jasne. Hmm... Czy między panią a Peabody wszystko w porządku?

Eve uniosła brwi.

A czemu miałoby być inaczej?

Zdawało mi się, że coś nie gra.

Czekam   na   informację   –   powtórzyła   i   zostawiła   go   z   domysłem,   popijającego

kawę i drapiącego kota za uszami.

Peabody musiała chyba spać na desce albo wykrochmaliła mundur, pomyślała Eve

na widok asystentki. Kiwnęły sobie głowami na powitanie.

Dziewczyna   była   sztywna   i   odpowiadała   tylko   na   zadane   pytania.   Zachowała

jednak dawną sprawność.

Yvette trwała już na swoim posterunku, zajęta przeglądaniem planu.

Często   pani   nas   odwiedza   –   zwróciła   się   do   Eve.   -   W   takim   razie   może

zaproponuję jakiś manicure albo mały zabieg.

Masz jakiś wolny gabinet?

Kilka, ale aż do drugiej wszyscy konsultanci są zajęci.

Zrób sobie pięć minut przerwy, Yvette.

Słucham?

background image

Muszę z tobą porozmawiać. Przejdźmy do gabinetu.

Nie mam teraz czasu.

Tutaj albo spotkamy się na policji. Chodźmy.

Och na litość boską! - Odsunęła fotel z irytacją. - Tylko postawię tu androida. W

zasadzie tego nie robimy. To nie to samo co osobisty kontakt.

Podeszła   do   wysokiej   szafy   i   odblokowała   zamek.     W   środku   stał   android   –

kobieta. Miała na sobie obcisły kombinezon w pastelowym kolorze, podkreślający

ciemnozłotą karnację i ogniście czerwone włosy. Kiedy Yvette ją włączyła, otworzyła

wielkie   jak   u   dziecka,   niebieskie   oczy,   zamrugała   rzęsami   i   uśmiechnęła   się

promiennie.

Czy mogę dotrzymać pani towarzystwa?

Zajmij miejsce w recepcji.

Jak pani sobie życzy.  Uroczo dziś pani wygląda.

Jasne. - Yvette odwróciła się z irytacją. - To samo powiedziałaby, gdybym miała

kurzajki na twarzy. W tym tkwi cały problem. Mam nadzieję, że to nie potrwa

długo   –   dodała.   -   Simon   nie   lubi,   gdy   opuszczamy   nasze   stanowiska   poza

wyznaczonymi przerwami.

Tym razem nie sprawi ci kłopotu. - Eve weszła do gabinetu mając nadzieję, że nie

będzie przypominał laboratorium do sekcji zwłok. - Kiedy ostatni raz rozmawiałaś

z Simonem?

Wczoraj.  -  Yvette   wzięła   przyrząd   do  masażu,   włączyła   go   i  zaczęła   masować

sobie szyję i ramiona. - O czwartej miał ujędrnianie biustu. Skończył o szóstej.

Zresztą zaraz tu będzie. Właściwie to już powinien tu być. W dzień przed Bożym

background image

Narodzeniem mamy największy ruch.

Nie liczyłabym na niego.

    Yvette spojrzała na nią zaskoczona, a rączka do masażu drgnęła w jej dłoni.

Czy coś mu się stało? Miał jakiś wypadek?

Rzeczywiście coś mu się stało, ale nie miał wypadku. Wczoraj wieczorem napadł

na Piper Hoffman.

Napadł? Simon? - Yvette wybuchnęła śmiechem. - Pani chyba żartuje, poruczniku.

Zabił cztery osoby, zgwałcił je i zamordował. Omal nie wykończył Piper. Ukrywa

się teraz. Nie wiesz, gdzie mógłby być?

To   niemożliwe.   -   Yvette   wyłączyła   aparat   do   masażu.   -   Simon   jest   dobry   i

łagodny. Nikomu nie zrobiłby najmniejszej krzywdy.

Jak długo go znasz?

Dwa lata, odkąd przejął salon. To musi być pomyłka. - Yvette przycisnęła dłonie

do   policzków.   -   Piper?   Mówi   pani,   że   Piper   została   napadnięta?  W  jakim   jest

stanie?

Jest w śpiączce, w szpitalu. Simon nie doprowadził swego dzieła do końca. Ktoś

go   spłoszył.  Wrócił   do   swojego   mieszkania,   ale   zaraz   je   opuścił.   Dokąd   mógł

pójść?

Nie wiem. To nie do wiary. Jest pani pewna.

Oczy Eve były chłodne i spokojne.

Tak, jestem pewna.

Ale on uwielbiał Piper. Był konsultantem obojga, jej i Rudy'ego. Nazywał u=ich

anielskimi bliźniakami.

background image

Z kim jeszcze się przyjaźnił? Czy się komuś zwierzał? Opowiadał o matce?

Jego matka miała wypadek, umarła w zeszłym roku. Był załamany.

Powiedział ci, co to był za wypadek?

Tak. Zemdlała w wannie i utopiła się. To było okropne. Tacy byli sobie bliscy.

Opowiadał ci o niej?

Tak, pracowaliśmy razem, spędzaliśmy tu wiele godzin. Byliśmy przyjaciółmi. -

jej oczy wypełniły się łzami. - Nie mogę uwierzyć w to, co pani mówi.

Lepiej, żebyś uwierzyła, dla własnego dobra. Dokąd mógł pójść, Yvette? Jeśli się

przestraszył, jeśli nie mógłby wrócić do domu? Jeśli musiałby się gdzieś ukryć?

Nie wiem. Ten salon był całym jego światem. Zwłaszcza po śmierci matki. On nie

miał   nikogo   z   rodziny.   Ojciec   umarł,   gdy   Simon   był   jeszcze   dzieckiem.   Ja

naprawdę nic nie wiem. Przysięgam.

Jeśli się z tobą skontaktuje, natychmiast daj mi znać. Nie zawieraj z nim żadnych

układów.   Nie   spotykaj   się   na   osobności.   Nie   otwieraj   drzwi,   jeśli   do   ciebie

przyjdzie. Muszę dostać się do jego szafki i porozmawiać z personelem.

Dobrze, załatwię to. On nie zachowywał się podejrzanie. Myślał tylko o świętach.

Naprawdę był dobry i czuły. Bardzo przeżył śmierć matki i Boże Narodzenie nie

było już dla niego świętem.

I dlatego musiał to sobie wynagrodzić.

Eve weszła do pokoju dla personelu. Siedział w nim krzepki konsultant i popijał

jakiś zielony napój regenerujący.

Zmienił szyfr – mruknęła Yvette. - Nie mogę jej otworzyć bez nowego kodu.

Kto tu dowodzi w czasie jego nieobecności?

background image

Yvette wypuściła powietrze z płuc.

Chyba ja.

Eve wyjęła broń.

Mogę otworzyć, ale musisz wyrazić zgodę.

Yvette zamknęła oczy.

Wyrażam zgodę.

Peabody, rekorder włączony?

Tak jest.

Eve odbezpieczyła broń, wycelowała i strzeliła w zamek. Rozległ się stłumiony

dźwięk i błysk. Meta się zwinął i spadł na podłogę.

Yvette, co się dzieje?

To sprawa kryminalna, Steve. - Machnęła ręką w stronę gapiącego się konsultanta.

- O dziewiątej trzydzieści masz zabieg. Idź się przygotować.

Simon będzie wkurzony – powiedział, kręcąc głową i wyszedł.

Eve odsunęła się na bok, by Peabody miała lepszy widok i chwyciła za rączkę.

Cholera! - skrzywiła się i włożyła palce do ust. - Za gorące.

Proszę. - Peabody wyjęła z kieszeni starannie złożoną chusteczkę i podała Eve.

Dzięki. - Eve przykryła rączkę chusteczką i otworzyła drzwiczki. - Święty Mikołaj

bardzo się spieszył – mruknęła.

Na dnie szafki leżał zwinięty czerwony kaftan. Na nim stały błyszczące czarne

buty. Eve wyjęła z torby ochraniacze i włożyła je na ręce.

Sprawdźmy, co tu mamy.

Znalazła dwie puszki po środku dezynfekcyjnym, pół pudełka mydła ziołowego,

background image

tubki   z   kremem   ochronnym   i   przyrząd   niszczący   drobnoustroje   za   pomocą

ultradźwięków. Było tu   również pudełko z przyborami do robienia tatuażu i kilka

wzorników.

Mamy cię. - Eve wyjęła cienką karteczkę z wypisanymi na niej stylizowanymi

literami: Mojej miłości. - Zapakuj wszystko do torebek i przygotuj do wysłania –

poleciła   Peabody.   -   Chcę,   żeby   w   ciągu   godziny   znalazło   się   w   laboratorium.

Tymczasem przesłucham personel.

Jednak niczego  nowego się nie dowiedziała. Simon  był powszechnie kochany i

podziwiany.   Bez   przerwy   powtarzały   się   takie   określenia,   jak   wspaniałomyślny,

wrażliwy, współczujący. Wówczas stanęła jej przed oczami wykrzywiona strachem i

bólem twarz Marianny Hawley.

Drogę   do   szpitala,   gdzie   leżała   Piper,   odbyły   w   milczeniu.   Mimo     że   system

klimatyzacyjny w samochodzie pompował do przyjemne ciepło, to atmosfera była

raczej chłodna.

Wspaniale,   pomyślała   Eve.   Skoro   Peabody   dalej   chce   zadzierać   nosa,   to   jej

problem. To na pewno nie pomoże w pracy.

Skontaktuj   się   z   McNabem   –   poleciła   wchodząc   do   windy   i   nie   patrząc   na

asystentkę. - Dowiedz się, czy ma jakieś nowe informację. Potem sprawdź, czy

Mira dostała dane osobowe Simona.

Tak jest.

Jeśli jeszcze raz powiesz „tak jest” tym obrażonym tonem, to spiorę cię na kwaśne

jabłko.

Wyszła z windy, zostawiając Peabody ze zmarszczonym czołem

background image

Chcę   się   dowiedzieć   o   stan   zdrowia   Piper   Hoffman   –   zwróciła   się   Eve   do

pielęgniarki, kładąc przed nią odznakę.

Jej stan uległ poprawie.

To znaczy, że wyszła ze śpiączki?

Pielęgniarka miała na sobie kwiaciastą tunikę. Na je twarzy malowała się udręka.

Pacjentka Piper odzyskała przytomność przed dwudziestoma minutami.

Czemu   mnie   o   tym   nie   powiadomiono?   Wyniki   badań   nie   zapowiadały   tak

szybkiej poprawy.

To prawda, poruczniku. Pacjentka obudziła się ze strasznym krzykiem. Rzucała

się i histeryzowała. Musieliśmy ją unieruchomić i uspokoić, oczywiście  za zgodą

brata.

Gdzie on teraz jest?

W jej pokoju. Spędził tam całą noc.

Proszę skontaktować się z lekarzem prowadzącym i sprowadzić go tutaj.

Odwróciła się na pięcie i pomaszerowała korytarzem do pokoju Piper.

Kobieta wyglądała jak Śpiąca Królewna: blada, o jasnych włosach i olśniewającej

urodzie. Miała małe cienie pod oczami i lekko zaróżowione policzki.

W niewielkiej odległości od łóżka cicho szumiały monitory. Sam pokój wyglądał

niczym salon w eleganckim apartamencie. Pacjenci, którzy mieli odpowiednie środki,

mogli leczyć się w komfortowych warunkach.

Jej   pierwsze   wspomnienia   ze   szpitalem   wiązało   się   z   okropnym   pokojem   z

wąskimi łóżkami, w którym kobiety i dziewczynki jęczały z bólu i rozpaczy. Ściany

były szare, okna ciemne, a w powietrzu unosił się zapach moczu. Miała wówczas

background image

osiem lat, była załamana, samotna i nie pamiętała nawet swojego imienia.

Piper tego nie doświadczy. Przy jej łóżku siedział brat i trzymał ją za rękę z taką

delikatnością, jakby była zrobiona z najcieńszego szkła. Pokój tonął w kwiatach i

słychać było cichą kojącą muzykę.

Obudziła się z krzykiem – Rudy nie podniósł wzroku. Wpatrywał się z rozpaczą w

twarz siostry. - Wołała mnie. Wydawała  jakieś  nieludzkie krzyki. - Dotknął jej

policzka.   -  Ale   nie   poznawała   mnie.  Walczyła   ze   mną   i   z   pielęgniarkami.   Nie

wiedziała, gdzie jest. Myślała, że ciąż... Myślała, że on wciąż jest z nią.

Czy coś powiedziała? Czy podała jego imię?

Wykrzyczała je. - Jego twarz sprawiała wrażenie pozbawionej życia i kolorów. -

Powiedziała: „O Boże! Simon, proszę, nie! Nie, nie, nie!” W kółko to powtarzała.

Eve poczuła nagle ogarniającą ją litość.

Rudy, ja muszę z nią porozmawiać.

Jej potrzebny jest teraz sen. Ona musi wyrzucić to z pamięci. - Pogładził Piper po

włosach. - Kiedy poczuje się lepiej, wywiozę ją gdzieś, gdzie jest dużo słońca i

kwiatów. Tam  odzyska  zdrowie,   a   dala  od   tego   wszystkiego. Wiem,   co   pani   o

mnie myśli, o nas obojgu, ale nie dbam o to.

Nieważne są moje odczucia. Teraz tylko ona się liczy. - Podeszła bliżej, by mogli

patrzeć sobie w oczy. - Zrozum, szybciej będzie wracać do zdrowia, wiedząc, że

człowiek, który ją skrzywdził, jest za kratkami. Muszę z nią porozmawiać.

Ona nie będzie w stanie o tym mówić. Pani nie rozumie, przez co ona przeszła.

Zapewniam cię, że doskonale rozumiem i wiem, przez co przeszła – powiedziała z

mocą Eve. - Nie zrobię jej krzywdy. Chcę powstrzymać tego człowieka, Rudy,

background image

zanim znów kogoś skrzywdzi.

Ale   muszę   przy   tym   być   –   powiedział   po   namyśle.   -   Ona   będzie   mnie

potrzebować... I lekarz też musi przy niej być. Jeżeli się zdenerwuje, chcę, żeby ją

uspokoił.

Dobrze, ale musisz pozwolić mi działać.

Skinął głową, po czym ponownie spojrzał na Piper.

Czy ona... czy długo... Jak pani myśli, kiedy zdoła o tym zapomnieć?

O Chryste!

Ona nigdy nie zapomni – odparła sucho. - Ale nauczy się z tym żyć.

Rozdział 19

Będzie stopniowo odzyskiwać przytomność.

Doktor był młody, życzliwy i oddany swojej pracy. Sam zaaplikował odpowiednią

dawkę leku, zamiast zlecić to pielęgniarce czy któremuś z asystentów.

Będę   utrzymywać   jej   funkcje   na   niskich   poziomach,   żeby   nie   forsować

organizmu.

background image

Ale musi być świadoma – zastrzegła Eve.

Omiótł jej twarz ciepłym  spojrzeniem brązowych oczu.

Wiem,   czego   pani   trzeba,   poruczniku.  W  innej   sytuacji   nie   zgodziłbym   się   na

wytrącenie ze stanu śpiączki pacjentki w takim stanie. Rozumiem jednak, że to

konieczne. Ale mimo wszystko proszę pamiętać, że nie wolno jej denerwować.

Spojrzał na monitory, trzymając rękę na pulsie Piper.

Jej stan jest stabilny – powiedział, po czym spojrzał na Eve. - Powrót do zdrowia

po takim urazie to niezwykle trudny proces.

Czy był pan kiedyś w dzielnicach rozpusty?

W Nowym Jorku nie ma dzielnic rozpusty.

Jeszcze pięć lat temu były, dopóki nie zmienili zasad wydawania licencji i opłat

dla prostytutek. W tych dzielnicach mieszkały przeważnie rogówki, i to głównie

młodociane.   Te   dzieciaki   przyjeżdżały   prosto   ze   wsi   i     nie   miały   pojęcia,   jak

poradzić sobie z napalonym klientem w „Zeusie” czy „Exotice”. Pracowałam w

tej dzielnicy przez sześć cholernych miesięcy. Doskonale wiem, co mam robić.

Doktor skinął głową i uniósł pacjentce powiekę.

Odzyskuje przytomność. Rudy, niech najpierw cię zobaczy. Mów do niej, tylko

łagodnie i cicho.

Piper. - Rudy pochylił się nad siostrą i uśmiechnął się  niepewnie. - Kochanie, to

ja Rudy. Już nic ci nie grozi. Słyszysz mnie?

Rudy?   -   szepnęła   niewyraźnie,   nie   otwierając   oczu,   lecz   zwracając   głowę   w

stronę, skąd dochodził głos. - Co się stało? Gdzie byłeś?

Jestem przy tobie. - Samotna łza spłynęła mu po policzku.

background image

Simon, on zadaje mi ból. Nie mogę się ruszyć.

Już go nie ma. Jesteś bezpieczna.

Piper.   -   Ciężkie   powieki   uniosły   się,   a   w   oczach   błysnęła   panika.   -   Pamiętasz

mnie?

Pani porucznik. Chciała pani, żebym mówiła o Rudym złe rzeczy.

Chcę tylko, żebyś powiedziała mi prawdę. Rudy jest przy tobie. Zostanie tu, kiedy

będę   z   tobą   rozmawiała.   Opowiedz   mi,   co   się   wydarzyło?   Opowiedz   mi   o

Simonie.

Simon. - Światła na monitorach zaczęły migać. - Gdzie on jest?

Nie ma go tu. Już cię nie skrzywdzi. - Eve chwyciła rękę Piper, która uniosła się,

jakby chciała osłonić się przed ciosem. - Będę trzymać go z dala od ciebie, ale

musisz mi wszystko opowiedzieć.

Stał pod drzwiami. - Zamknęła oczy, lecz można było dostrzec poruszające się

nerwowo gałki. - Ucieszyłam się. Miałam dla niego prezent gwiazdkowy, a on

trzymał w rękach wielkie srebrne pudło. Pomyślałam, że pewnie przyniósł prezent

dla mnie i dla Rudy'ego. Powiedziała, że Rudy'ego nie ma. On o tym wiedział.

Jesteś sama, tylko ze mną. Uśmiechnął się i ... i położył mi dłoń na ramieniu.

Zakręciło mi się w głowie – ciągnęła po chwili. - I nic nie widziałam. Musiała się

położyć.   Tak   dziwnie   się   czułam.   Słyszałam,   jak   coś   do   mnie   mówi,   ale   nie

mogłam go zrozumieć. Nie mogłam się ruszać ani otworzyć oczu. Nie mogłam

zebrać myśli.

Pamiętasz co wtedy mówił?

Że jestem piękna. Że wie, jak sprawić, żebym była jeszcze piękniejsza. Czuję coś

background image

chłodnego na nodze, cos mnie łaskocze w udo. On ciągle mówi. Że kocha tylko

mnie. Chce, żebym była jego miłością. Nie jestem jedyną jego miłością, ale mogę

nią   być.   Inne   się   nie   liczą,   tylko   ja.   Ciągle   mówi,   ale   ja   nie   mogę   mu

odpowiedzieć. Inne jego miłości umarły, ale nie były prawdziwe. Nie były czyste i

niewierne. Nie! Nie!

Wyrwała rękę, próbując odwrócić się od Eve.

Już dobrze. Jesteś bezpieczna. Wiem, że on cię skrzywdził, Piper. Wiem, jak to

bolało i jak się bałaś. Ale nie musisz się już bać. - Eve ponownie wzięła ją za rękę.

- Spójrz na mnie. Nie pozwolę, by znów cię skrzywdził.

Zawiązał mnie. - Po jej twarzy płynęły łzy. - Związał mnie na łóżku. Ściągnął mi

ubranie. Błagałam go, żeby tego nie robił. Był moim przyjacielem. Przebrał się.

To było okropne. Zaczął stroić miny do kamery, uśmiechać się. Powiedział, że

byłam   niegrzeczną   dziewczynką.   Coś   dziwnego   stało   się   z   jego   oczami.

Krzyczałam, lecz nikt mnie nie słyszał. Gdzie jest Rudy?

Jestem tutaj – powiedział przez ściśnięte gardło. Pochylił się ii dotknął wargami

jej czoła i skroni.

Zgwałcił mnie. Bardzo bolało. Nazwał mnie dziwką. Powiedział, że kobiety to

dziwki, aktorki, które udają, że są inne, ale są zwykłymi dziwkami. A mężczyźni

wykorzystują je i porzucają. Jestem dziwką  i on może zrobić ze mną, co zechce. I

wciąż zadawał mi ból. Wołałam Rudy'ego, żeby go powstrzymał.

Rudy przyszedł – powiedziała Eve. Przyszedł i powstrzymał go.

Przyszedł?

Tak. Usłyszał cię, przyszedł i zaopiekował się tobą.

background image

Powstrzymał go. Tak, powstrzymał. - Zamknęła oczy. - Słyszałam jakieś krzyki,

hałas. Ktoś strasznie płakał. Wzywał matkę. Nic więcej nie pamięta.

Świetnie się spisałaś.

Nie pozwolisz, żeby wrócił? - Zacisnęła palce na dłoni Eve. - Nie pozwolisz, żeby

znowu mnie skrzywdził?

Nie pozwolę.

Umalował mnie – przypomniała sobie Piper. - Spryskał czymś. 0- Zagryzła wargę.

-   I  w   środku.  Jego   ciało   było   zupełnie  pozbawione  włosów.   I   miał   na  biodrze

tatuaż.

To   coś   nowego,   pomyślała   Eve.   Na   taśmach   wideo,   które   oglądała,   nie   było

żadnego tatuażu.

Pamiętasz, jak wyglądał tez tatuaż?

To był napis „mojej miłości”. Pokazał mi go. Chciał, żebym na niego patrzyła.

Powiedział, że jest trwały, nie tymczasowy. Nie chciał być tymczasowy dla tych,

których kochał. A ja płakałam i mówiłam, że go nie skrzywdzę. On też płakał.

Powiedział, że wie o tym, że mu przykro.

Jeszcze coś zapamiętałaś?

Powiedział, że zawsze będę go kochała, bo on będzie ostatni. I nigdy o mnie nie

zapomni,   bo   byłam   jego   przyjaciółką.   -   Oczy   straciły   chorobliwą   szklistość   i

pojawiło   się   w   nich   zmęczenie.   -   Chciał   mnie   zabić.   To   już   nie   był   Simon.

Mężczyzna, który mi to zrobił, był kimś obcym. Myślę, że przerażało go to w

równym stopniu jak mnie.

Już nie będziesz musiała się bać, przyrzekłam ci to. - Eve odsunęła się i spojrzała

background image

na Rudy'ego. - Wyjdźmy na chwilę i pozwólmy doktorowi zając się twoją siostrą.

Zaraz wracam. - Przycisnął wargi do dłoni Piper. - Będę za drzwiami. Nie chcę

zostawiać jej samej – powiedział, kiedy wyszli na korytarz.

Będzie musiała z kimś porozmawiać.

Dość już mówiła. Na litość boską, przecież powiedziała wszystko...

Potrzebuje   porady   psychologa   –   przerwała   mu   Eve.   -   Wyjazd   nie   pomoże   jej

uporać się z problemami. Kilka dni temu dałam jej wizytówkę z wypisanym na

odwrocie   nazwiskiem   i   numerem   kontaktowym.   Porozmawiaj   z   doktor   Mirą,

Rudy. Pozwól, by pomogła twojej siostrze.

Otworzył usta, po czym je zamknął.

Była   pani   dla   niej   bardzo   dobra,   poruczniku.   Delikatna.   Słuchając   jej,

zrozumiałem, dlaczego była pani zupełnie inna w stosunku do mnie, sądząc, że to

ja jestem odpowiedzialny za... te wszystkie zbrodnie. Jestem pani wdzięczny.

Będzie pan mi wdzięczny, kiedy go złapię. - Odchyliła się w tył na pięty. - Pan go

znał bardzo dobrze, prawda?

Tak mi się wydawało.

Dokąd mógł pójść? A może do kogo?

Powiedziałbym, że przyszedł by do mnie albo do Piper. Dużo czasu spędzaliśmy

razem, i zawodowo, i prywatnie. - Zamknął oczy. - To tłumaczy, dlaczego miał

dostęp   do   listy   partnerów.   Nikt   z   firmy   nie   kwestionowałby   jego   poczynań.

Gdybym to pani powiedział, gdybym otworzył przed panią drzwi, zamiast chronić

siebie i firmę, mógłbym temu zapobiec.

To otwórz je teraz. Opowiedz mi o nim i o jego matce.

background image

Była   psychicznie   chora.   Nie   wiem,   czy   ktoś   prócz   mnie   o   tym   wiedział.   -

Bezwiednie musnął palcem brzeg nosa. - Pewnej nocy załamał się i opowiedział

mi o wszystkim. Była trudna do zniesienia, niezrównoważona umysłowo. Winił za

to ojca. Rozwiedli się, kiedy Simon był jeszcze dzieckiem, lecz matka nigdy się z

tym nie pogodziła. Była pewna, że mąż pewnego dnia do niej wróci.

To była jej jedyna miłość?

O Boże! - Ukrył twarz w dłoniach. - Tak, chyba tak. Była aktorką, niezbyt dobrą,

ale   Simon   uważał,   że   jest   wspaniała,   fantastyczna.   Uwielbiał   ją.   Martwił   go

jednak jej stan psychiczny. Często miała napady depresji. Byli też mężczyźni w jej

życiu. Wykorzystywała ich do podtrzymywania swoich nastrojów. Był niezwykle

tolerancyjnym człowiekiem, lecz tego nie mógł znieść. Jego matka nie powinna

oddawać się mężczyznom! Raz tylko o tym wspomniał, po jej śmierci, kiedy był

pogrążony   w   rozpaczy.   Powiesiła   się.   Znalazł   ją   w   pierwszy   dzień   Bożego

Narodzenia. 

Wszystko   doskonale   do   siebie   pasuje   –   orzekła   Peabody,   gdy   tymczasem   Eve

zmagała się z ruchem ulicznym. - Facet ma kompleks matki. W każdej z ofiar widzi

matkę, wskrzesza ją, kocha i wymierza karę. Ci dwa mężczyźni mogli uosabiać jego

ojca lub odzwierciedlać seksualne preferencje.

Dzięki   za   opinię   –   burknęła   Eve   i   walnęła   dłonią   w  kierownicę,   kiedy   po   raz

background image

kolejny   zbyła   zmuszona   się   zatrzymać.   -   Pieprzone   Boże   Narodzenie!   Nic

dziwnego,   że   szpitalom   i   klinikom   psychiatrycznym   przybywa   w   grudniu

pacjentów.

To wigilia Bożego Narodzenia.

Wiem, do cholery, co to za dzień. - Włączyła pionowy start, skręciła ostro w lewo

i pomknęła nad dachami unieruchomionych w korku samochodów.

Maxibus.

Widzę. - minęła airbusa, omal się o niego nie ocierając.

Ta taksówka chyba chce... - Peabody skuliła się i zamknęła oczy, bo kierujący nią

taksówkarz   wpadł   na   ten   sam   pomysł   co   Eve,   wystrzelił   w   górę   i   zajechał   jej

drogę.

Eve   zaklęła,   gwałtownie   skręciła   kierownicą,   otarła  się   o   zderzak   i   z   całej   siły

nacisnęła na klakson,

Na dół, głupi sukinsynu.

Wciskając   sie   między   pojazdy,   dwoma   kołami   wylądowała   na   chodniku   przed

tłumem zirytowanych przechodniów.

Wyskoczyła z wozu i podeszła do taksówki. Kierowca również wysiadł i ruszył w

jej stronę. Peabody chciała mu powiedzieć, że jeśli chce zatargu z gliną, to wybrał

niewłaściwą   osobę.   Kiedy   jednak   wysiadła   i   torowała   sobie   drogę   wśród

przechodniów, pomyślała, że dokopanie taksówkarzowi może poprawi Eve humor.

Przecież     sygnalizowałem   –   powiedział.   -   Miałem   takie   samo   prawo   do

pionowego   startu   jak   pani.   Wysiadły   pani   kierunkowskazy   i   klakson?   Pewnie

miasto zapłaci za ten zderzak, tak? Wy, gliny nie jesteście właścicielami ulic. Nie

background image

mam zamiaru bulić za tę szkodę z własnej kieszeni, siostro.

Siostro?

Peabody   zadrżała,   słysząc   lodowaty   ton   w   głosie   Eve.   Pokręciła   z   politowanie

głową i wyjęła cyfrowy bloczek mandatowy.

Pozwól,   że   coś   ci   powiem,   bracie.   Najpierw   cię   cofniesz,   a   potem   wypiszę   ci

mandat za napaść za oficera policji.

Hej, ja przecież nawet...

Powiedziałam, cofnij się. I radzę ci szybko przyjąć właściwą pozycję.

Jezu, przecież to tylko zderzak.

Stawiasz opór funkcjonariuszowi policji?

Nie. - Mruknął coś pod nosem, rozstawił nogi i położył ręce na dachu taksówki. -

Paniusiu, przecież to wigilia Bożego Narodzenia. Może damy sobie spokój.

Powinieneś okazywać więcej szacunku glinom.

Paniusiu, mój kuzyn jest gliną.

Zaciskając zęby, Eve wyjęła swoją odznakę i podetknęła mu ją pod nos.

Widzisz?  Tu  jest  napisane  porucznik,  nie  siostra  czy  paniusia.  Możesz  zapytać

swojego kuzyna gliniarza.

Nazywa się Brinkleman – mruknął. - Sierżant Brinkleman.

Powiedz sierżantowi Brinklemanowi, żeby kontaktował się z porucznik Dallas z

wydziału zabójstw i wyjaśnił jej, dlaczego jego kuzyn jest takim dupkiem. Jeśli

uznam   to  wyjaśnienie  za  satysfakcjonujące,   nie   odbiorę   ci   licencji   i  nie  spiszę

notatki, że zajechałeś drogę służbowemu pojazdowi. Jasne?

Jasne, poruczniku.

background image

A teraz wynoś się stąd.

Kierowca potulnie wrócił do wozu i czekał cierpliwie na włączenie się do ruchu.

  Eve, wciąż czując kipiący w niej gniew, odwróciła się do Peabody i dźgnęła ją

palcem w pierś.

A ty jeśli chcesz ze mną jeździć, to wyciągnij ten kij z dupy.

Z   całym   szacunkiem,   poruczniku,   ale   nic   mi   nie   wiadomo   o   żadnym   obcym

przedmiocie w tej okolicy.

Twoje   poczucie   humoru   jest   nie   na   miejscu,   posterunkowa   Peabody.   Jeśli   nie

jesteś zadowolona z funkcji mojej asystentki, to możesz złożyć rezygnację.

Serce podskoczyło Peabody do gardła.

Nie chcę składać rezygnacji. Nie jestem niezadowolona z mojej funkcji.

Eve miała ochotę wrzasnąć, lecz tylko odwróciła się i zaczęła przebijać przez tłum

ludzi,   zarabiając   kilka   siniaków   i   niewybrednych   komentarzy.   Za   chwilę   jednak

wróciła.

Jeśli nadal będziesz rozmawiać ze mną tym pompatycznym tonem, to zaczniemy

się bić.

Groziła mi pani zwolnieniem

Nieprawda. Zaproponowałam ci przeniesienie.

Peabody z trudem opanowała drżenie głosu.

nadal uważam, że przekroczyła pani pewne granice w kwestii mojej znajomości z

Charlesem Monroe.

Tak, wyraziłaś to aż nazbyt jasno.

To niewłaściwe, aby zwierzchnik krytykował wybór partnera. To osobista sprawa

background image

i...

Masz   cholerną   słuszność.   To   rzeczywiście   była   osobista   sprawa.   -   Oczy   Eve

pociemniały,   lecz   ku   zaskoczeniu   Peabody   płonęła   w   nich   uraza.   -   Wczoraj

wieczorem   nie   mówiłam   jako   twój   zwierzchnik.   Nie   rozmawiałam   z   moją

asystentką, lecz z przyjaciółką.

Peabody poczuła ogarniającą ją potężną falę wstydu.

Dallas...

Z przyjaciółką – powtórzyła Eve – która robi słodkie oczy do męskiej dziwki.

Dziwki będącej osobą podejrzaną.

Ale Charles....

Był na końcu listy – weszła jej w słowo Eve. - Ale był. Jego nazwisko znajdowało

się na liście partnerów jednej z ofiar i na liście jednej z ewentualnych ofiar.

Nigdy nie uważała pani Charlesa za mordercę.

Sądziłam, że jest nim Rudy, i myliłam się. Mogłam się również pomylić co do

Charlesa. - Na samą myśl poczuła gwałtowny ucisk w żołądku. - Zabierz wóz do

centrali. Przekaż kapitanowi Feeneyowi i komendantowi Whitneyowi najnowsze

informacje i powiedz, że jestem w terenie.

Ale...

Odprowadź ten pieprzony wóz do centrali! - warknęła Eve. - To rozkaz wydany

przez zwierzchnika asystentce.- Odwróciła się i zaczęła torować sobie drogę przez

tłum. Tym razem jednak na dobre.

Cholera! - Peabody walnęła dłonią w maskę samochodu, nie zwracając uwagi na

wściekły ryk klaksonów i muzykę dochodzącą z wnętrza sklepu po drugiej stronie

background image

ulicy. - Peabody, jesteś idiotką.

Pociągnęła nosem, zaczęła szukać chusteczki i przypomniała sobie, że dała ją Eve.

Otarła   więc   nos   wierzchem   dłoni,   wsiadła   do   samochodu   i   przygotowała   się   do

wypełnienia poleceń.

Kiedy   Eve   dotarła   do   rogu   Czterdziestej   Pierwszej   i   złość   z   niej   wyparowała,

doszła   do   wniosku,   że   nie   da   rady   przejść   trzydziestu   przecznic   dzielących   ją   do

laboratorium   Dickiego.   Rzuciła   okiem   na   ludzi   stłoczonych   na   ruchomych

platformach i stwierdziła, że ta droga też odpada.

Fala   przechodniów   zmusiła   ją   do   przejścia   następnych   kilkunastu   metrów.   W

końcu jednak udało jej się zatrzymać i rozejrzeć. Strumień pary z kiosku z sojowymi

hot dogami zaczął ją dusić i wywołał łzawienie oczu. Z trudem wyciągnęła z kieszeni

odznakę, przecisnęła się do krawężnika i ryzykując życie i utratę nogi weszła prosto

pod koła nadjeżdżającej taksówki.

Przycisnęła odznakę do przedniej szyby, wsiadła do wozu, przetarła dłońmi twarz,

próbując się uspokoić, po czym spojrzała we wsteczne lusterko i napotkała wzrok

kierowcy. Był to kuzyn sierżanta Brinkemana. Parsknęła śmiechem.

To ci dopiero pech.

Cały dzień taki jest – mruknął.

Nienawidzę Bożego Narodzenia.

background image

W tej chwili ja też za nim nie przepadam.

Może pan mnie dowieźć do Osiemnastej?

Szybciej byłoby na piechotę.

Spojrzała na płynący chodnikiem strumień ludzi.

Włącz pan pionowy start i omiń ten korek. Gdyby były jakieś kłopoty, załatwię to

z drogówką.

Pani jest szefem, poruczniku.

Wystrzelił niczym błyskawica, a Eve zamknęła oczy i pomyślała, że będzie chyba

musiała wziąć proszek na ból głowy.

Będzie pan robił aferę o ten zderzak- spytała kierowcę.

Tak jak wszyscy poszkodowani? Nie. - Skręcił w  Osiemnastą. - Nie powinienem

tego mówić, ale w tym przedświątecznym ruchu człowiek robi się złośliwy.

Wyjęła żetony kredytowe i wsunęła w otwór.

Skontaktujemy się wieczorem.

Będę wdzięczny. Tak czy owak wesołych świąt.

Zaśmiała się juz nieco swobodniej.

Nawzajem.

W  dzielnicy,   w   której   mieściło   się   laboratorium   kryminalistyczne,   prosektoria   i

kostnice, panował mniejszy ruch. Nie ma tu nic do kupowania, pomyślała.

Weszła   do   brzydkiego   budynku   ze   stali,   zaprojektowanego   przez   architekta

ogarniętego wizją przyszłości, w której królować będzie metal, minęła pusty hall i

przeszła przez bramkę kontrolną.

Pilnujący   wejścia   android   skinął   głową,   kiedy   położyła   dłoń   na   czytniku   linii

background image

papilarnych,   podała   nazwisko,   stopień,   kod   i   cel   wizyty.   Zjechała   w   dół   ruchomą

platformą i zmarszczyła brwi na widok opustoszałych korytarzy i pokoi. Środek dnia,

zwykły dzień pracy, gdzie, u diabła, wszyscy się podziali?

Otworzyła   drzwi   do   laboratorium,   a   tam   trwała   w   najlepsze   zabawa.   Grała

muzyka,   panował   gwar   i   śmiech.   Ktoś   wsunął   jej   w   dłoń   kubek   z   podejrzanie

wyglądającym zielonym płynem. Tuż obok tańczyła kobieta ubrana jedynie w fartuch

ochronny i w minigoglach. Eve złapała ją za rękaw.

Gdzie Dickie?

Och, gdzieś tutaj. Musze iść po dolewkę.

Proszę.

Wcisnęła jej kubek w dłoń i ruszyła na poszukiwanie szefa laboratorium. Dickie

siedział   na   stole,   trzymając   rękę   pod   spódnicą   podanej   laborantki.   Eve   doszła   do

wniosku, że dziewczyna jest pijana, skoro pozwala, by te pająkowate łapska grzebały

między jej nogami.

Hej, Dallas, przyłącz się do zabawy. Co prawda nie jest równie wspaniała jak u

ciebie, ale robimy, co możemy.

Gdzie, do cholery, są moje raporty? Gdzie wyniki? Co się tu, kurwa, dzieje?

Jest Wigilia. Rozchmurz się.

  Eve chwyciła go za przód koszuli i ściągnęła ze stołu.

Mam cztery trupy i kobietę w szpitalu. Więc nie pieprz mi tu o zabawie, ty mały

zezowaty sukinsynu. Dawaj wyniki.

Laboratorium pracuje dziś do drugiej. - Bezskutecznie usiłował wyswobodzić się

z uścisku. - A jest już po trzeciej, ważniaczko.

background image

Na litość boską, ten sukinsyn gdzieś się ukrywa. Widziałeś co zrobił z ofiarami?

Chcesz, żebym ci pokazała filmy, jakie nakręcił w czasie roboty? Chcesz obudzić

się   jutro   rano   i   dowiedzieć   się,   że   znowu   to   zrobił,   bo   tobie   sie   chciało   się

pracować? Mógłbyś potem przełknąć świąteczną gęś?

Do diabła, Dallas, nie odkryłem niczego nowego. Chodź ze mną. - Z zaskakująca

godnością   wygładził   zmiętą   przez   Eve   koszulę.   -   Przejdziemy   do   drugiego

laboratorium. Nie ma potrzeby psuć innym zabawy.

Przecisnął się przez tłum i otworzył boczne drzwi.

Jezu, Feinstein, tu musisz ją posuwać? Idźcie do magazynu, jak wszyscy.

Eve przetarła oczy palcami, kiedy kopulująca para oderwała się od siebie i zaczęła

zbierać   ubranie.   Czy   wszyscy   poszaleli?   -   pomyślała   Eve,   gdy   para   umknęła

pospiesznie, chichocząc jak niesforne dzieci.

Zmieszaliśmy różne gatunki piwa – wyjaśnił Dickie. - Legalny browar,. Ale działa

jak mieszanka wybuchowa. - Usiadł przez komputerem i wywołał plik sprawy.

Tym razem mieliśmy jego odciski palców, ale to już wiesz. Nie ma wątpliwości co

do   jego  tożsamości.  Ten   sam środek  dezynfekcyjny.  Kosmetyki, które  zostawił

uciekając, odpowiadają tym znalezionym przy ofiarach. Ubranie i całe to gówno,

które przesłałaś, wykonano z uprzednio zidentyfikowanych włókien. Masz go w

garści, Dallas. Niezbite dowody, by gościa zapuszkować.

A co znalazła ekipa śledcza? Muszę mieć jakiś ślad, który doprowadzi mnie do

niego.

Nie odkryła niczego, o czym byś już nie wiedziała. Chodzi ci o to, co znaleźliśmy

w   jego   mieszkaniu?   Niewiele   tego   było.   Ten   facet   to   fanatyczny   pedant.  Ale

background image

znaleźliśmy kolejne włókna, takie jak z kaftana, i kilka włosów z brody, którą po

sobie zostawił. To wszystko, czym dysponujemy.

Dobra. Przekaż raport na mój wideokom w domowym biurze i w centrali. Kopię

prześlij Feeneyowi.

Wzruszył ramionami. Oboje wiedzieli, że już to zrobił.

Przepraszam, że odciągnęłam cię od zabawy.

Za godzinę lub dwie miasto się wyludni. Ludziom należy się odpoczynek, nie?

Kobiecie, która spędzi te święta w szpitalu, też się coś należy.

Wyszła z budynku z nadzieja, że chłodne powietrze złagodzi ból głowy. Żałowała,

że nie poprosiła Dickiego o jakiś skuteczny środek. Na ulicach zdążyły już zapłonąć

latarnie. W grudniu szybko zapadał zmrok, a noce były ciemne i długie. Światło dnia

z trudem przebijało się przez chmury i znowu znikało.

Wyjęła podręczny wideokom i połączyła się z domem.

Pracujesz – stwierdziła, kiedy na ekranie pojawiła się twarz Roarke'a. Stojący za

jego plecami faks wypluwał papier.

Trochę.

Mam kilka spraw do załatwienia. Nie sądzę, bym szybko wróciła do domu.

Po wyrazie jej twarzy poznał, że boli ją głowa.

Dokąd się wybierasz?

Chcę przeszukać mieszkanie Simona. Nie miałam okazji się tam rozejrzeć. Może

„sprzątacze” coś przegapili. Muszę to sprawdzić.

Rozumiem.

  Słuchaj, jestem bez samochodu, a to mieszkanie jest niedaleko domu. Mógłbyś

background image

wysłać jakiś pojazd?

Oczywiście.

Dzięki. Odezwę się, kiedy skończę.

Rób, co masz do zrobienia, ale weź coś na ból głowy, Eve.

Uśmiechnęła się lekko.

Nie   mam   nic   przy   sobie.   Kiedy   wrócę   do   domu,   wypijemy   mnóstwo   wina   i

będziemy się kochać jak szaleńcy, dobrze?

No cóż, planowałem spokojny wieczór  przy  grze  w trójpolowe szach, ale jeśli

tego chcesz...

To   cudowne,   jak   on   potrafi   poprawić   nastrój,   pomyślała   Eve,   przerywając

połączenie.

Nie zdziwiła się, kiedy przed budynkiem, w którym mieszkał Simon, zobaczyła nie

tylko samochód, lecz i samego Roarke'a.

Mogłeś wysłać androida.

Tak uważasz?

Nie. - Przeciągnęła dłonią po włosach. - Nie sądzę też, żebyś się zgodził poczekać

w wozie, dopóki nie skończę.

Widzisz, jak dobrze się znamy? - Sięgnął do kieszeni eleganckiego palta i wyjął z

niej emaliowane pudełeczko z niebieskimi pigułkami.

Otwórz buzię.

Uniósł brew w odpowiedzi na  jej gniewny wzrok i zaciśnięte wargi.

Eve, to zwykły środek przeciwbólowy. Od razu lepiej się poczujesz.

Nie ma w tym żadnego cholernego świństwa?

background image

Nie. Otwieraj buzię. - Przytrzymał ją za brodę, wrzucił pigułkę na język i zamknął

jej usta. - Połknij. Grzeczna dziewczynka.

Pocałuj mnie gdzieś.

Kochanie, o niczym innym nie marzę. Przywiozłem twój zestaw polowy.

Przynajmniej jedno z nas myśli rozsądnie. Dzięki – powiedziała, gdy sięgnął do

samochodu   po   walizeczkę.   -   mam   go   w   garści   –   dodała.   -   Dowody,   świadek,

motyw, metoda.

Możesz   dodać   do   tej   listy   fakt,   że   kasetka   z   kosmetykami,   którą   zostawił   w

mieszkaniu   Piper   Hoffman,   jest   robiona   na   zamówienie.   -   Zaczął   delikatnie

masować   kark   Eve,   by   przyśpieszyć   działanie   pigułki.   -   Moja   firma   oferuje   je

licencjonowanym wizażystom.

Wspaniale. Pozostaje tylko go znaleźć.

Nie zameldował się w żadnym hotelu, chyba, że w takim na godziny – ciągnął z

uśmiechem Roarke. - McNab wykonał kawał dobrej roboty.

Akurat. W laboratorium natknęłam się na orgię.

Czemu nas nie zaproszono? To oburzające.

Coś mi się zdaję, że zaproszenie obejmowałoby również tak wspaniały numer jak

oglądanie nagiego szefa laboratorium. - Wyjęła klucz uniwersalny i rozkodowała

zaplombowane przez policję drzwi do mieszkania Simona. - Nie jest to coś, na co

miałabym ochotę. Jeśli chcesz wejść do środka, musisz włożyć ochraniacze.

Roarke popatrzył na puszkę i westchnął ciężko.

Czy   policja   nie   może   używać   czegoś,   co   miałoby   przyjemniejszy   zapach?   -

Włożył jednak ochraniacze na ręce i nogi i zaczekał, aż Eve zrobi to samo.

background image

Nagrywanie. Porucznik Eve Dallas wchodzi do mieszkania podejrzanego Simona,

dwudziesty czwarty grudnia, godzina szesnasta dwanaście. Oficerowi śledczemu

towarzyszy cywil Roarke, chwilowo pełniący rolę asystenta.

Kazała zapalić światła i przez moment badała wzrokiem pokój. Nie panował już w

nim   idealny   porządek.   Pracująca   ekipa   śledcza   zostawiła   błyszczącą   warstwę   na

powierzchniach,   szukając   śladów   odcisków   palców   i   innych   śladów.   „Sprzątacze”

poprzesuwali meble, poduszki, pozdejmowali ze ścian obrazy. Odłączono i zabrano

wideokom.

Skoro już tu jesteś, rozejrzyj się po innych pomieszczeniach. - zwróciła się do

Roarke'a. - Zawołaj, jeśli znajdziesz coś ciekawego. Będę w sypialni.

Zdążyła   zaledwie   otworzyć   szafę,   kiedy   wrócił   Roarke,   trzymając   w   dwóch

palcach dyskietkę.

Mam cos ciekawego, poruczniku.

Gdzie to było? Powinni zabrać wszystkie dyskietki.

Przedświąteczna   gorączka,   cóż   na   to   poradzisz?   Ukryta   była   za   fotografią

hologramową. Przypuszczam, że przedstawia jego matkę. To taka sentymentalna

kryjówka.

Nie mam na czym jej przegrać. Zabrali cały sprzęt elektroniczny. Musze....

Urwała,   bo   Roarke   wyjął   z   kieszeni   płaskie   czarne   pudełko,   wcisnął   zatrzask   i

otworzył pokrywę z małym ekranem.

Nowa   zabawka   –   wyjaśnił,   kiedy   zmarszczyła   brwi.   -   Nie   zdążyliśmy

wyeliminować   wszystkich   błędów   i   wprowadzić   jej   na   rynek   przed   świętami.

Będzie gotowa na Dzień Prezydenta.

background image

Czy to bezpieczne? Nie mogę zniszczyć tej dyskietki.

Ten   egzemplarz   osobiście   poprawiałem.   -   To   prawdziwy   klejnocik.   -   Wsunął

dyskietkę w szczelinę i uniósł brew. - Mogę?

Sprawdźmy, co na niej jest.

Rozdział 20

Był   to   raczej   chaotyczny   i   żałosny   dziennik.   Jeden   rok   z   życia   mężczyzny,   w

którym jego świat wali się w gruzy.

Mira nazwałaby to wołaniem o pomoc, pomyślała Eve.

Kilkanaście razy zwracał się do matki: nazywał ja jedyną miłością swego życia,

wynosił na piedestał, by przy kolejnym wejściu obrzucać wyzwiskami. Raz była dla

niego święta, następnym razem dziwką.

Po przesłuchaniu całości Eve nie miała już wątpliwości: ta kobieta była dla Simona

ciężarem, który cierpliwie dźwigał, lecz którego nigdy nie potrafił zrozumieć.

Każdego   roku   na   Boże   Narodzenie   wkładała   do   pudełka   złotą   bransoletkę   z

wygrawerowanymi na niej słowami: Mojej miłości, którą dostała od męża i kładła

background image

pod   choinkę.   Każdego   roku   powtarzała   synowi,   że   ojciec   zjawi   sie   w   domu

pierwszego dnia świąt. Długo w to wierzył. Jeszcze dłużej pozwalał, by ona w to

wierzyła.

Wreszcie w zeszłym roku, w wigilię Bożego Narodzenia, mając dość mężczyzn,

którzy ją wykorzystywali, rozbił pudełko i zniszczył jej iluzję. Następnego dnia rano

powiesiła się na łańcuchu, którym syn udekorował choinkę.

Niezbyt wesoła świąteczna opowieść – mruknął Roarke. - Biedny drań.

Wszawe dzieciństwo nie usprawiedliwia gwałtu i morderstwa.

Ale może być przyczyną. Sami budujemy naszą drogę życia, Eve. Jedna decyzja

pociąga za sobą następną.

I za te decyzje ponosimy odpowiedzialność.

Wyjęła torebkę na dowody rzeczowe, a Roarke wrzucił do niej dyskietkę. Potem

połączyła się z McNabem.

Nie   udało   się   znaleźć   jego   meliny,   Dallas.   Za   to   zlokalizowałem   ojca.   Prawie

trzydzieści lat temu przeniósł się na stację Nexus. Ma drugą żonę, dwoje dzieci i

wnuki. Mam jego adres, jeśli chce pani z nim porozmawiać.

Po co? - mruknęła. - mam dziennik Simona. Był w jego mieszkaniu. Technicy i

„sprzątacze”   przegapili   go.   Prześle   go   do   sekcji   elektronicznej.   Zarejestruj   go,

dobrze  McNab?   Potem jesteś   wolny. Powiedz   Peabody, że  może   iść  do  domu.

Tylko musicie mień włączone nadajniki.

Tak jest. Kiedyś w końcu wyjdzie z nory. Wtedy go capniemy.

Dobra.   Idź   powiesić   skarpetę,   McNab.   Miejmy   nadzieje,   że   dostaniemy   na

gwiazdkę to, czego chcemy.

background image

  Roarke patrzył, jak chowa wideokom.

Jesteś dla siebie zbyt surowa, Eve.

On dziś wieczorem zaatakuje. I tylko on wie gdzie i kogo.  - Odwróciła się  w

stronę szafy. - Wszystkie ubrania są poukładane według kolorów i materiałów. Ma

na tym punkcie jeszcze większego szmergla niż ty.

Nie widze nic nienormalnego w utrzymywaniu porządku w garderobie.

Zwłaszcza jeśli się ma dwieście czarnych jedwabnych koszul. Jeszcze włożyłbyś

nie tę, co trzeba, i popełnił straszną gafę.

Rozumiem przez to, że nie kupiłaś mi w prezencie czarnej jedwabnej koszuli.

Zerknęła na niego przez ramię i skrzywiła się.

Spartaczyłam sprawę z tymi prezentami. Nie miałam o niczym pojęcia. Dopiero

Feeney   oświecił   mnie,   że   od   współmałżonka   oczekuje   się   większej   liczby

prezentów. Ja mam tylko jeden.

Wcisnął język w policzek.

Dasz mi jakąś wskazówkę?

Nie.   Na   pewno   byś   zaraz   odgadł.   -   Ponownie   spojrzała   na   ubrania.   -   Lepiej

spróbuj rozwiązać taką zagadkę: Masz tu koszule i spodnie. Od białych, przez

kremowe, do... Nie wiem, jak się ten kolor nazywa.

Ciemnoszary.

Niech będzie. Potem idą niebieskie i zielone. Dotąd jest wszystko w porządku.

Teraz mamy lukę, a dalej idą serie brązowa, szara i czarna. Jakiego koloru według

ciebie brakuje?

Czerwonego.

background image

Zgadza się. Nie ma żadnej czerwonej sztuki. Może on wkłada czerwone ubrania

tylko   na   specjalne   okazje.   Czerwony   kaftan   zabrał   więc   ze   sobą.   „Sprzątacze”

jeszcze coś przeoczyli. Biżuterię. Sześć gęsi, siedem czegoś tam i tak dalej. Też

musiał je wziąć. Szykuje się do przedstawienia. Ale gdzie on to mógł schować?

Gdzie mógł ukryć? - obeszła pokój. - Wie, że tu już nie ma dla niego powrotu.

Ryzykował   zabierając   stąd   narzędzia,   kostium   i   rekwizyty.   Ale   bez   tego   nie

mógłby dokończyć swego zadania. Jest zbyt sprytny, zbyt zorganizowany, by nie

mieć jakiegoś miejsca, gdzie mógłby się ukryć.

Tu   było   całe   jego   życie:   matka,   wspomnienia   –   powiedział   Roarke.   -  A  także

praca.

Zamknęła oczy, jakby otrzymała cios.

Boże, on tam wrócił. On jest w tamtym budynku.

Więc na co czekamy?

Jazda ulicami pokrytymi cienką warstwą lodu była koszmarna. Za to chodniki się

wyludniły. Ludzie spieszyli do swych domów i rodzin, a nieliczni, którzy nie kupili

jeszcze prezentów, polowali na otwarte o tej porze sklepy.

Zapłonęły latarnie uliczne, rozsiewając wokół zimne smugi światła. Eve spojrzała

na   ruchomą   tablicę   reklamową,   przedstawiającą   mknącego   w   saniach   świętego

Mikołaja, który życzył wszystkim wesołych świąt.

Jakby tego wszystkiego było mało, zaczął padać grad.

background image

Kiedy Roarke  zatrzymał  się przy krawężniku, Eve  wysiadła, wyjęła swój klucz

uniwersalny, po czy zawahała się. Po krótkiej walce wyjęła broń z kabury.

Weź mój obezwładniacz. Tak na wszelki wypadek.

Weszli do jasno oświetlonego hallu.

Przez   cały   dzień   w   salonie,   w   sklepach,   w   klubach   restauracyjnych   kręcili   się

ludzie, a on potrzebował spokoju. Są tu pewnie jakieś puste biura. Moglibyśmy to

sprawdzić, ale coś mi mówi, że skorzystał z mieszkania Piper. Wiedział, że będzie

puste, bo Rudy nie zostawi jej samej, nawet na noc. Byłby tu bezpieczny. Policji

też nie musiałby się obawiać, skoro ekipa śledcza zrobiła już mieszkanie.

Wcisnęła przycisk windy i zaklęła.

Cholera, zablokowana.

Czy chcesz, żebym ją uruchomił, poruczniku?

Nie bądź taki cwany.

Rozumiem, że znaczy to „tak”. - Przesunął na bok broń i wyjął mały futerał z

narzędziami. - To potrwa tylko chwilę. - Zdjął osłonę i pomajstrował coś przy

tablicy rozdzielczej. - Rozległ się cichu szum i po chwili kabina windy rozbłysła

światłami.

Zręczna robota... jak na biznesmena.

Dziękuję.   -   Zaprosił   ją   gestem   do   środka,   po   czym   sam   wsiadł.   -   Mieszkanie

Hoffmanów.

Piętro dostępne tylko po uprzednim przekręceniu klucza lub wprowadzeniu kodu.

Eve zgrzytnęła zębami i ponownie sięgnęła po klucz uniwersalny, lecz Roarke już

zdjął osłonę tablicy rozdzielczej.

background image

Tak będzie szybciej – wyjaśnił i zręcznie uporał się z blokadą.

Winda   płynnie   ruszyła   w   górę.   Kiedy   zaczęła   zwalniać,   Eve   stanęła   między

Roarkiem a drzwiami. Zmrużył oczy i czekał. Kiedy drzwi się otworzyły, odepchnął

Eve na bok, wyskoczył z windy i omiótł bronią korytarz.

Nigdy więcej tego nie rób – syknęła, ubezpieczając go z tyłu.

Nigdy   więcej  nie  rób   z   siebie   tarczy   ochronnej   dla mnie.   Chyba   droga  wolna.

Można sforsować drzwi?

Później tym się zajmę, pomyślała, opanowując gniew.

Biorę dół – mruknęła, odblokowując zamki.

Doskonale. A więc na trzy. Raz, dwa. - Uderzyli w drzwi niczym zgrany zespół.

W   mieszkaniu   paliły   się   światła   i   rozbrzmiewały   radosne   świąteczne   melodie.

Rolety   były   zaciągnięte.   Tylko   w   oknie   przy   którym   stała   choinka,   odbijały   się

płonące na drzewku światełka.

Eve   skręciła   w   stronę   sypialni.   Po   drodze   zauważyła,   że   plamy   i   smugi

pozostawione przez „sprzątaczy” zostały starannie wytarte, a w powietrzu unosił się

zapach kwiatów i środka dezynfekcyjnego.

W łazience pozostały jeszcze małe obłoczki pary, a woda w wannie była ciepła.

W sypialni panował idealny porządek: łóżko zasłane, plamy usunięte.

Eve uniosła narzutę i zaklęła pod nosem.

Zmienił pościel. Ten drań spał w łóżku w którym ją zgwałcił.

Z wściekłością otworzyła szafę. Wśród zwiewnych szat Rudy'ego i Piper wisiało

kilka par spodni i koszule.

Poczuł   się   jak   u   siebie   w   domu.   -   Przykucnęła   o   otworzyła   elegancką   czarną

background image

walizeczkę leżącą na dnie szafy. - Reszta jego rekwizytów. - Z bijącym sersem

przeglądała   biżuterię,   mrucząc   pod   nosem   słowa   piosenki   –   wyliczanki.   -

Wszystkie   prezenty   łącznie   z   dwunastym,   spinką   do   włosów   z   dwunastoma

doboszami. Brakuje tylko piątki. Pewnie zabrał ze sobą. - Wstała. - Wziął kąpiel

relaksującą, włożył czerwony kaftan, spakował zabawki i wyszedł. Ale zamierza

tu wrócić.

Więc zaczekamy na niego.

Bardzo   pragnęła   go   złapać,   bardziej   nic   miała   odwagę   to   przyznać.   Chciała

spojrzeć mu w twarz, kiedy to się stanie, i upewnić się, że go pokonała, a wraz z nim

cząstkę siebie, którą widziała w sennych koszmarach.

Wezwę posiłki. Niech postoją dziś na warcie. Będę potrzebować kilku do obstawy

budynku i kilku w środku. Zajmie mi to jakąś godzinę. Potem wrócimy do domu.

Chyba nie chcesz, żeby ktoś inny zebrał plony?

Nie   chcę   i   może   dlatego   powinnam   to   zrobić.   Poza   tym...   -   Odwróciła   się   do

niego,   myśląc   o   tym,     co   powiedziała   Mira.   -   Mam   prawo   do   życia,   które

zaczęłam sobie układać. Z tobą.

W takim razie wzywaj posiłki. - Dotknął jej policzka. - I wracajmy do domu.

Peabody   skończyła   papierkową   robotę,   westchnęła   ciężko,   po   czym   spostrzegła

stojącego w drzwiach McNaba.

background image

Czego?

Przechodziłem obok. Przecież Dallas zwolniła się do domu.

Muszę skończyć raport.

McNab uśmiechnął się, bo komputer zasygnalizował właśnie przyjęcie raportu.

Widzę, że skończyłaś. A teraz namiętna randka z panem Pięknisiem?

Ignorant  z ciebie,  McNab. -  Peabody odsunęła  się od biurka. - Nie spędza się

Wigilii z facetem, z którym spotkało się tylko raz. - Poza tym Charles miał już

zajęty wieczór.

Twoja rodzina nie mieszka w Nowym Jorku?

Nie. - Peabody udawała, że porządkuje biurko.

Nie wybierasz się na święta do domu?

W tym roku nie.

Ta też nie. To sprawa pozbawiła mnie życia towarzyskiego. Też nie mam żadnych

planów na święta. - Wcisnął kciuki do kieszeni spodni. - Co byś powiedziała na

zawieszenie broni, na takie świąteczne moratorium?

Nie prowadzę z tobą wojny. - Odwróciła się, by wziąć z wieszaka mundur.

Wyglądasz na zmęczoną.

To był długi dzień.

No   cóż,   skoro   nie   zamierzasz   spędzić   Wigilii   z   panem   Pięknisiem,   to   może

spędziłabyś   ją   z   kumplem   z   policji?   To   niezbyt   dobry   wieczór   na   samotność.

Postawię ci drinka i jakąś kolację.

Udała, że jest zajęta zapinaniem guzików munduru. Samotna Wigilia, czy kilka

godzin z  McNabem? Żadna  z możliwości  nie była pociągająca, uznała jednak, że

background image

samotność będzie gorsza.

Nie lubię cię na tyle, żebyś fundował mi kolację. - Podniosła wzrok i wzruszyła

ramionami. - Płacimy po połowie.

Zgoda.

Nie oczekiwała, że będzie się dobrze bawić, ale po dwóch godzinach spędzonych u

„Świętego   Nicka”   uznała,   że   nie   czuje   się   nieszczęśliwa.   W   końcu   rozmowa   o

sprawach zawodowych też była jakąś formą zabicia czasu.

Zdecydowała się na kurczaka, choć wiedziała, że nie ubędzie jej od tego kalorii.

Do diabła z dietą, pomyślała.

jak możesz tyle jeść – spytała McNaba, patrząc z niechęcią i zazdrością, jak wcina

podwójna pizzę z dodatkami – i nie być grubym jak świnia?

Mam dobrą przemianę materii – odparł z pełnymi ustami. - Chcesz kawałek?

Powinna odmówić. Walka z krągłościami nie miała końca. Mimo  to wzięła pół

kawałka i z rozkoszą zanurzyła w nim zęby.

Pogodziłyście się z Dallas?

Znieruchomiała i obrzuciła go gniewnym spojrzenie,

Mówiła ci o tym?

Jestem przecież detektywem.  Zauważę, jak coś jest nie tak. 

Dwa wypite drinki rozwiązały jej język.

background image

Jest na mnie wkurzona.

Pokpiłaś sprawę?

Chyba tak. Ona też – dodała marszcząc czoło. - Ale ja chyba bardziej. Nie wiem,

czy uda mi się to odkręcić.

Masz kogoś, kto nadstawiłby za ciebie karku, a ty wszystko rozwalasz, a potem

chcesz naprawić. W mojej rodzinie najpierw wrzeszczymy na siebie, potem nam

głupio, a potem się przepraszamy.

To nie jest rodzina.

Roześmiał się.

Jasne, że nie – uśmiechnął się. - Będziesz jadła tego kurczaka?

Poczuła ciepło wokół serca. Ten facet był upierdliwy, ale kiedy miał rację, to miał,

pomyślała.

Dam ci sześć kawałków kurczaka za jeszcze jeden kawałek pizzy.

Eve   starała   się   nie   myśleć   o   śledztwie.   Na   miejscu   byli   doświadczeni   ludzie   i

skanery   o   zasięgu   czterech   przecznic.   Kiedy   Simon   znajdzie   się   w   tym   obszarze,

natychmiast to wykryją.

Nie   mogła   ciągle   się   zastanawiać,   gdzie   on   jest   i   czy   komuś   grozi

niebezpieczeństwo, bo i tak nie miała na to wpływu.

Złapią   go   jeszcze   tej   nocy.   Facet   wyląduje   za   kratkami   i   nigdy   nie   wyjdzie   na

wolność. To musi jej wystarczyć.

Mówiłaś coś o winie.

background image

Mówiłam.

Ku swemu zaskoczeniu udało jej się uśmiechnąć. Wzięła do ręki kieliszek podany

przez Roarke'a.

I o kochaniu się jak szaleńcy.

I to też mówiłam.

Uznała, że najprościej będzie odstawić kieliszek i wprowadzić słowa w czyn.

Peabody została dłużej, niż zamierzała, i bawiła się lepiej, niż oczekiwała. Pewnie

był to skutek alkoholu, a nie towarzystwa, pomyślała, idąc po schodach na górę do

mieszkania.

Musiała   jednak   przyznać,   że   McNab   nie   był   takim   strasznym   dupkiem   jak

zazwyczaj.

Życzliwie   nastawiona   do   świata   pomyślała,   że   teraz   przebierze   się   w   swój

zniszczony szlafrok, włączy światła na choince, zwinie się w łóżku i obejrzy jakiś

przyjemny świąteczny program. O północy połączy się z rodzicami i wspólnie wyleją

morze łez.

Okazało się, że Wigilia może być całkiem przyjemna.

Weszła na górę i ruszyła w stronę drzwi mieszkania.

Wtedy   jak   z   pod   ziemi   wyrósł   przed   nią   święty   Mikołaj   z   wielkim   srebrnym

pudłem i uśmiechem na twarzy.

background image

Cześć, dziewczynko. Późno wracasz. Już się bałem, że nie zdążę dać ci prezentu.

O kurde!, zaklęła w duchu Peabody. Miała zaledwie ułamek sekundy na podjęcie

decyzji: uciekać czy zostać. Obezwładniacz tkwił pod paltem, a palto miała zapięte.

Za to nadajnik miała w kieszeni.

Postanowiła jednak, że zostaje. Przywołała uśmiech na twarzy, wsunęła rękę do

kieszeni i włączyła nadajnik.

Ojej,   święty   Mikołaj.   Nie   spodziewałam   się,   że   spotkam   cię   przed   drzwiami

mojego mieszkania. W dodatku z prezentem. Nie mam nawet kominka, byś mógł

je tam położyć.

Roześmiał się.

Eve jęknęła, przekręciła się na bok i przeciągnęła. Nie zdołali dotrzeć do łóżka,

lecz zwarli się ze sobą na podłodze. Czuła się obolała, spełniona i zachwycona.

To było całkiem niezłe jak na początek.

  Leżący   obok   niej   Roarke   zachichotał   i   przesunął   palcem   wzdłuż   jej   gorącej,

wilgotnej piersi.

Też tak myślę. Ale chcę dostać prezent.

A  nie   dostałeś?   -   Zaśmiała   się,   usiadła   i   przesunęła   dłonią   po   włosach.   -   W

przyszłym roku...

Urwała, bo nagle spod rozrzuconych na podłodze ubrań dobiegł ją głos Peabody.

Ojej, święty Mikołaj. Nie spodziewałam się, że spotkam cię przed drzwiami mojego

background image

mieszkania

O Boże! - Eve rzuciła się na stos ubrań w poszukiwaniu spodni. - Do wszystkich

wozów, do wszystkich wozów. Policjant potrzebuje wsparcia. O Jezu, Roarke!

Jedną Ręką wciągał spodnie, a drugą chwycił podręczny wideokom.

Jedziemy. Po drodze wezwiesz pomoc.

Czekałem na ciebie – powiedział Simon. - mam dla ciebie cos specjalnego.

Zagadywać tak długo, jak się da, przemknęło jej przez myśl.

Może spróbuję zgadnąć.

To jest coś specjalnego od kogoś, kro cię kocha.

Ruszył w jej stronę. Nie przestawała się uśmiechać, rozpinając jednocześnie palto.

A kto mnie kocha?

Święty Mikołaj cie kocha, Delio, piękna Delio.

Uniósł   rękę   i   w   tym   momencie   dostrzegła   błysk   ukrytej   w   dłoni   strzykawki.

Skręciła   tułów,   wystawiając   łokieć,   by   zablokować   jego   ruch   i   wsunąć   dłoń   pod

palto.

Niegrzeczna dziewczynka! - syknął i pchnął ją na ścianę. Zamachnęła się, chcąc

wymierzyć   cios,   lecz   tylko   wytrąciła   mu   pudło   z   rąk.   Dłoń   sięgającą   po   broń

miała teraz przyciśniętą do ściany.

Puść mnie, ty sukinsynu! - Podcięła mu nogi, przeklinając siebie za to, że dała się

background image

skusić na drinka. Zanim przewrócił się na podłogę,  poczuła ukłucie w szyję. -

Cholera_ mruknęła, zrobiła dwa niepewne  kroki i osunęła się w dół po ścianie.

Spójrz,   co   zrobiłaś   –   rzucił   gniewnie,   po   czym   zaczął   grzebać   w   jej   torbie   w

poszukiwaniu klucza. - Mogłaś coś popsuć. Będę się bardzo gniewał, jeżeli coś mi

popsułaś. A teraz bądź grzeczną dziewczynką i wejdźmy do mieszkania.

Uniósł ją w górę, poprowadził do drzwi, odblokował zamki, po czym pozwolił jej

osunąć się na podłogę.

Poczuła   uderzenie,   lecz   jakby   w   wielkiej   odległości.   Myśli   krzyczały,   żeby   się

ruszyła, i już jej się wydawało, że wstaje, lecz w ogóle nie czuła nóg.

Słyszała, że Simon wchodzi do mieszkania i zamek drzwi.

A teraz położymy się do łóżka. Mamy mnóstwo do zrobienia. Już prawie Boże

Narodzenie. O tak, najdroższa – mruknął i zaniósł ją do sypialni, jakby była lalką.

Mam w dupie grupy operacyjne i dostępne wozy patrolowe! - krzyknęła Eve do

wideokomu. - Posterunkowa Peabody jest w niebezpieczeństwie, do kurwy nędzy!

Obraźliwe   słowa   są   ba   tym   kanale   niedopuszczalne,   poruczniku   Eve   Dallas.

Zniewagi   zostaną   zarejestrowane.   Wozy   patrolowe   otrzymały   meldunek.

Przewidywany czas przyjazdu dwanaście minut.

Ona   nie   ma   dwunastu   minut.   Jeśli   coś   jej   się   stanie,   osobiście   powyrywam   ci

wszystkie obwody, dupku. - Uderzyła pięścią w wideokom. - Androidy! Zostawili

background image

wszędzie androidy. Jezu, Roarke, nie możemy jechać szybciej?

Jechał   sto   osiemdziesiąt   na   godzinę,   przedzierając   się   przez   ścianę   lodowatego

deszczu, lecz posłusznie przyśpieszył.

Już dojeżdżamy, Eve.

Cierpiała   katusze,   słuchając   głosu   Simona.   Aż   nazbyt   wyraźnie   widziała

rozgrywającą się tam scenę.

Związał Peabody i teraz zdzierał z niej ubranie.

Eve poczuła suchość w ustach.

Spryskał ją środkiem dezynfekcyjnym, by była czysta i doskonała.

Wyskoczyła   z   samochody,   zanim   Roarke   zdążył   na   dobre   się   zatrzymać.

Poślizgnęła się na mokrym chodniku, a w końcu jednak dopadła do drzwi. Ręce tak

jej się trzęsły, że dopiero za trzecim razem zdążyła włożyć klucz do zamka.

Biegnąc po schodach, słyszała za sobą oddech Roarke'a.

W oddali rozległ się dźwięk syren policyjnych.

Wsunęła klucz do otworu i pchnęła drzwi.

Policja! - krzyknęła i wpadła do sypialni z bronią gotową do strzału.

W szeroko otwartych oczach Peabody malowało się oszołomienie. Leżała na łóżku

naga i związana, dygocząc z zimna. Przez otwarte okno wpadało do pokoju chłodne

powietrze.

Uciekł schodami przeciwpożarowymi. Goń go. Nic mi nie jest.

Eve zawahała się na sekundę, po czym dała nura przez okno.

Zostań z nią! - zawołała do Roarke'a.

Nie,   nie.   -   Peabody   gwałtownie   pokręciła   głową.   -   Ona   go   zabije,   Roarke.

background image

Powstrzymaj ją.

Porwał leżący na podłodze koc, rzucił go na Peabody i wyszedł przez okno za

żoną.

Zeskoczyła na chodnik z niewielkiej wysokości. Stopy jej się rozjechały na śliskiej

nawierzchni.   Oparła   się   na   kolanie   i   wstała.   Dostrzegła   go,   jak   biegł   kulejąc   na

wschód. Jasnoczerwony kaftan połyskiwał niczym światło w mroku.

Stój, policja! - krzyknęła i rzuciła się za nim, wiedząc, że nie usłucha.

W  głowie   szumiało   jej   jak   w   ulu,   a   na   skórze   czuła   bolesne   ukłucia.   Żołądek

ściskała nienawiść i paliła ją żywym ogniem. Nie zwalniając biegu, wcisnęła broń za

pasek od spodni. Chciała złapać do własnymi rękami.

Skoczyła   na   Simona   niczym   tygrys   na   ofiarę.   Upadł   jak   długi   na   chodnik.

Chwyciła go jak w kleszcze, przygniotła do ziemi, okładając pięściami, lecz nic nie

czuła.   Przeklinała,   dysząc   spazmatycznie,   lecz   nie   słyszała   swojego   głosu.   Potem

przewróciła go na plecy i przystawiła mu broń do gardła.

Eve  - zabrzmiał spokojny głos Roarke'a. Stał tuż obok.

Powiedziałam, żebyś został z Peabody. Nie wtrącaj się do tego. - Popatrzyła na

okrwawioną. mokrą od łez twarz Simona i zobaczyła w niej ojca.

  Wystarczyło   pociągnąć   za   spust.   Wcisnęła   bron   mocniej   w   gardło   i   chciała   to

zrobić, pragnęła tego.

Pokonałaś go, Eve. - Rozumiejąc, co teraz przeżywa, podszedł bliżej, przykucnął i

background image

spojrzał   jej  w   oczu.  -   następny   krok   byłby   wbrew   twoim  zasadom.  Ty   tak   nie

postępujesz.

Palec zadrżał jej na spuście. Drobne małe kuleczki gradu z sykiem rozpryskiwały

się na chodniku i kłuły ją boleśnie.

Ale mogłabym.

Nie. - Pogładził ją delikatnie po głowie. - Już nie.

Zadrżała i cofnęła broń.

Już nie – powtórzyła i wstała.

Leżący   na   chodniku   mężczyzna   skulił   się   i   zaczął   wzywać   matkę.   Po   twarzy

płynęły mu łzy i rozmazywały farbę. Wyglądał żałośnie.

Pokonałam go, pomyślała Eve. To już koniec.

Trzeba   sprowadzić   tu   mundurowych   –   powiedziała   do   Roarke'a.   -   Nie   mam

kajdanków.

Ja   mam.-   Feeney   przeszedł   na   druga   stronę   chodnika.   -   Miałem   włączony

nadajnik. Obaj z McNabem byliśmy tuż za tobą. - Patrzył na nią przez chwilę. -

Dobra robota, Dallas. Zajmę się nim. Powinnaś sprawdzić, co z twoją asystentką.

Tak. - Starła krew z twarzy, nie bardzo wiedząc, czy to jej, czy Simona. - Dzięki

Feeney.

Roarke objął ją ramieniem. Żadne z nich nie miało na sobie wierzchniego odzienia.

Eve była przemoknięta do suchej nitki i zaczynała drżeć.

Naokoło czy schodami w górę?

Schodami   w   górę.   -   Spojrzała   na   metalową   drabinkę   nad   głową.   -  Tak   będzie

szybciej.

background image

Podsadzę cię.

Złączył   dłonie   i   podciągnął   w   górę,   kiedy   Eve   postawiła   na   nich   stopę.   Potem

patrzył, jak zwinnie wspina się na drabinkę.

Zaczekam na ciebie od frontu – powiedział. - Pewnie chcesz z nią chwilę pobyć.

Tak.   -   Wiatr   szarpał   jej   ubranie.   Nos   miała   czerwony   z   zimna   i   od   nadmiaru

emocji,   które   wciąż   w   niej   szalały.   -   Nie   mogłam   tego   zrobić,   Roarke.

Zastanawiałam się, czy mogłabym, i bałam się, że będę mogła. Kiedy jednak do

tego doszło, nie potrafiłam tego zrobić.

Wiem. Wybrałaś własną drogę, Eve. - Wyciągnął dłoń do uścisku. - Idź na górę,

bo zmarzniesz. Czekam w samochodzie.

Łatwiej było wyjść niż wejść, pomyślała Eve. Odetchnęła kilka razy i przerzuciła

nogę przez parapet.

Peabody siedziała na łóżku otulona kocem, a blady na twarzy McNab obejmował

ją ramieniem.

Nic jej się nie stało – powiedział szybko. - Nie zdążył jej... Jest tylko roztrzęsiona.

Trzymałem mundurowych z dala od sypialni.

Bardzo dobrze. Wszystko pod kontrolą, McNab. Wracaj do domu i odpoczywaj.

Ja... ja mógłbym spać na kanapie, jeśli chcesz – zwrócił się do Peabody.

Nie, dzięki. Nic mi nie będzie.

Ja tylko... - Nie bardzo wiedział, co ma zrobić,i wstał niezdarnie. - Czy jutro rano

mam złożyć raport?

Wystarczy, że zrobisz to pojutrze. Korzystaj ze świąt. Zasłużyłaś na to.

  Uśmiechnął się niepewnie.

background image

Wszyscy zasłużyliśmy. - Do zobaczenia za dwa dni.

Był   naprawdę   miły   –   westchnęła   Peabody,   kiedy   wyszedł.   -   Nikogo   nie

wpuszczał, rozwiązał mnie i pozwolił mi siedzieć. Zamknął też okno, bo było mi

zimno. Boże, jak strasznie zimno. - Ukryła twarz w dłoniach.

Chcesz, żebym zawiozła cię do centrum medycznego?

Nie,   nic   mi   nie   jest.   Kręci   mi   się   tylko   trochę   w   głowie.   Pewnie   dlatego,   że

wypiłam kilka drinków. Dopadła go pani?

Tak, dopadłam.

Peabody opuściła ręce. Usiłowała zachować spokój, lecz oczy jej błyszczały.

Żyje?

Tak.

Boże, myślałam...

Ja też. Nie zrobiłam tego.

Peabody poczuła wilgoć pod powiekami i po chwili łzy trysnęły jej z oczu.

O Boże! Cholera! No i masz!

W porządku, wypłacz się. - Eve usiadła na łóżku, objęła Peabody i czekała, aż

minie główny potok.

 Tak się bałam. Nie spodziewałam się, że będzie taki silny. Nie mogłam wydostać

broni.

 Powinnaś była uciekać.

A   pani   by   uciekła?   -   Obie   znały   odpowiedź.   -   Wiedziałam,   że   pa...   że   mi

pomożesz. Kiedy jednak oprzytomniałam i leżałam na łóżku a on... To bałam się,

że nie zdążysz.

background image

Dobrze   się   spisałaś.   Zagadywałaś   go   wystarczająco   długo.   -   Postanowiła

powiedzieć   coś   więcej,   lecz   zamiast   tego   wstała.   -   Chcesz   jakiś   środek

uspokajający?

Nie, raczej nie. Alkohol i środek odurzający wystarczy.

Zwolnię mundurowych. Chcesz, żeby ktoś z tobą został?

Nie. - Znowu wyrósł między nimi ten mur. - Dallas, przepraszam za ten wieczór.

To nie miejsce, by o tym mówić.

Peabody zacisnęła zęby, po czym rozchyliła na moment koc.

Nie jestem w mundurze, mogę wiec mówić, co chcę. Nie spodobało mi się, co

wtedy powiedziałaś. I nadal nie podoba. Ale cieszę się, że zależało ci na mnie na

tyle, by to powiedzieć. Nie żałuję, że na ciebie naskoczyłam, ale żałuję, że nie

dostrzegłam w tym przyjacielskiej troski.

Eve chwilę milczała.

W   porządku,   ale   jeśli   kiedyś   zaangażujesz   dwanaście   męskich   dziwek,   żeby

pieprzyły cię do upadłego, to chcę znać szczegóły.

Peabody pociągnęła nosem i uśmiechnęła się przez łzy.

To   takie   moje   marzenie.   Nie   zarabiam   tyle,bym   mogła   pozwolić   sobie   na

dwanaście   dziwek.  Ale   jedno   marzenie   się   dziś   spełniło.   Roarke   widział   mnie

nagą.

Chryste,   Peabody.   -   Z   drżącym   uśmiechem   przyciągnęła   ją   do   siebie   i   mocno

uścisnęła. - mamy to już za sobą.

background image

Wyglądała   na   taką   spokojną   i   opanowaną,   pomyślał   Roarke,   patrząc,   jak   Eve

wychodzi   z   budynku   i   wydaje   rozkazy   strzegącym   drzwi   funkcjonariuszom.   Była

przemoczona i miała krew na rękach. Pewnie nawet nie zdawała sobie z tego sprawy.

Poczuł ogarniającą go falę miłości, kiedy przesunęła jedną z tych rąk po włosach i

ruszyła w stronę samochodu.

Chcesz z nią zostać?

Usadowiła się w ciepłym wnętrzu samochodu.

Nic jej nie będzie. To dobra policjantka.

Tak   jak   ty.   -   Przytrzymał   ją   za   brodę   i   przywarł   wargami   do   ust   w   miękkim,

ciepłym, zmysłowym pocałunku.

Otworzyła oczy i ścisnęła go za rękę.

Która godzina?

Koło północy.

W takim razie zrób to jeszcze raz. - Oddała mu pocałunek, po czym odchyliła się

na oparcie i westchnęła. - To będzie wspomnienie do naszego pudełka, i tradycja.

Wesołych świąt.