background image

Biblioteka Amerykańska

Tom VI

Flannery O'Connor (1925 - 1964)

jest uznaną wielkością literatury

nie tylko amerykańskiej ale i światowej.

Całe swoje życie spędziła w Georgii,

a bohaterami jej utworów są zwykli, prości ludzie

amerykańskiego Południa.

Autorka dwu powieści:

Wise Blood (1952) i The Violent Bear It Away

(1960 - w przygotowaniu jako kolejny tom Biblioteki

Amerykańskiej) oraz dwu zbiorów opowiadań:

A Good Man Is Hard to Find (1955)

Artificial Nigger and Other Tales (1957).

Pośmiertnie opublikowano fragmenty nie ukończonej

prozy pt. Who Do the Heathens Rage?

W Polsce ukazały się dwa wybory jej opowiadań

zatytułowane Trudno o dobrego człowieka (PIW, 1970)

oraz W pierścieniu ognia (PIW, 1975).

background image

FLANNERY O'CONNOR

MADROSC KRWI

Przełożyła

Magdalena Kucharska

Wydawnictwo Przedświt

Warszawa 1992

background image

Tytuł oryginału: Wise Blood

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Przedswit

Redakcja: Małgorzata Żbikowska

Projekt okładki i opracowanie graficzne: Zbigniew Kołaczek

Korekta: Ewa Redlicka

ISBN 83 - 85081 - 39 - 9

Wydanie pierwsze, Warszawa 1992

Wydawnictwo Przedświt

00 - 478 Warszawa

Al. Ujazdowskie 16/49

tel. 21 - 67 - 64

Druk i oprawa: Zakł. Graf. W. N. Łódź, ul. Żwirki 2

background image

Wstęp

Zmarła w 1964 roku w wieku trzydziestu dziewięciu lat Flannery O'Connor od 

dawna uznawana jest za jedną z najbardziej utalentowanych i zaskakujących pisarek 

amerykańskiego Południa. Oprócz opowiadań pisała również powieści. Oryginalny 

charakter jej twórczości wynika w dużej mierze z wpływu, jaki wywarło na nią wychowanie 

w tradycyjnej katolickiej rodzinie osiadłej od pokoleń w Georgii, otoczonej białą biedotą i 

protestanckimi członkami sekty Bible - Belt, z których większość wywodziła się ze 

zubożałego chłopstwa walczącego o przetrwanie na pagórkowatych równinach Georgii i 

odciętego od świata na górzystych obszarach Tennessee. Ich osamotnienie, nieuregulowany 

tryb życia i przekazywany z pokolenia na pokolenie fanatyzm religijny stają się źródłem 

aktów przemocy i zachowań patologicznych. Mowa i myśli pełne są brutalnych, 

pierwotnych obrazów biblijnych, które zasiali w ich psychice ciemni, naiwnie egzaltowani 

objazdowi pastorzy lub zwykli oszuści, którzy błąkają się od miasteczka do miasteczka. 

Jako tradycyjna katoliczka; Flannery O'Connor wnikliwie analizuje ten religijny półświatek i 

prowadzi z nim polemikę, chociaż o ile jest ona zasadniczo pisarką religijną, to jednak jej 

twórczość nie ma charakteru dydaktycznego i nie dotyczy bezpośrednio sporów 

doktrynalnych. Pisarka przywołuje chaotyczne wyobrażenia religijne ze świadomości 

wyznawców najbardziej popularnych odmian protestantyzmu z dokładnością antropologa, 

który obeznany jest z ich życiem, nie nadając jednak swym rozważaniom zabarwienia 

satyrycznego. To, co słyszy i widzi, odnosi do doświadczeń wcześniejszych pokoleń. W jej 

pierwszej powieści zatytułowanej Mądrość krwi, dziadek głównego bohatera, zagorzały, 

wędrowny pastor, był człowiekiem, który nosił w sobie „Jezusa jak żądło”, a jego wnuczek, 

jako człowiek dorosły, „gdzieś w głębi swojego umysłu zobaczył Jezusa przesuwającego się 

po wierzchołkach drzew, dziką postać w łachmanach, która dawała mu znaki, aby się 

odwrócił i wkroczył w ciemność, gdzie nigdy nie mógłby być pewny gruntu pod nogami, 

gdzie mógłby chodzić po wodzie nie wiedząc o tym, a potem nagle ocknąć się i utonąć.” 

Jednak już w wieku osiemnastu lat Haze zostaje wyrwany ze swojej doliny i jako żołnierz 

uczestniczy w wojnie światowej, z której wraca kontuzjowany i oszołomiony nihilizmem. 

Wrodzona pobożność przemienia się u niego w anty - religijność i po powrocie do 

Tennessee w milczeniu przedziera on ulotkę, którą wepchnęła mu w rękę córka pastora, 

background image

myśląc tylko o jednym - aby założyć swój anty - kościół, Kościół Bez Chrystusa. Jest on 

„niemym wołem” Williama Lewisa:

„Jestem członkiem i głosicielem kościoła, w którym ślepi nie widzą, kulawi 

nie chodzą, a to co jest martwe, takim pozostaje. Jeśli ktoś mnie zapyta, powiem 

mu, że jest to kościół nie skalany krwią Jezusa... Jezus był kłamcą.”

Nie jest to rozumowanie ateisty, jest to szaleńcza namiętność człowieka 

obłąkanego. Widzimy go więc w momencie „chrztu” - pogrążonego w grzechu, którego 

pragnie - w łóżku oziębłej miejscowej prostytutki, kupującego celowo na wpół sprawny 

samochód i głoszącego swą „wiarę” na rogach ulic, w miejscach publicznych, w otoczeniu 

domokrążców i oszustów. Odbiera fałszywemu „ślepemu” pastorowi piętnastoletnią zde-

moralizowaną córkę

;

 pozbywa się swojego konkurenta, który zaczął głosić Święty Kościół 

Chrystusa Bez Chrystusa i odchodzi w obskurny świat głodu i nędzy. Najbardziej jednak 

przerażające są chłód i obojętność jego obsesji, które nadają tej postaci nieludzki wymiar. 

Jest całkowicie autentyczny. Takie są też w zasadzie w swojej mowie i życiu codziennym 

wszystkie postacie jej powieści i to właśnie ta „codzienność” jest w nich najbardziej 

przerażająca. Flannery O'Connor w sposób mistrzowski oddaje atmosferę strachu w 

obsesyjnie powracających obrazach, które dręczą umysły ludzi prostych. Wyobrażenia te, 

zakorzenione na stałe w świadomości bohaterów jej powieści, znajdują odbicie w ich 

burzliwym życiu wewnętrznym. W końcu, w ostatecznym geście odizolowania się od świata,

do którego powrócił po wojnie, a może również z zamiarem zemsty na swojej 

świętoszkowatej gospodyni, której naprawdę chodzi tylko o jego pieniądze, Haze wciera 

sobie do oczu wapno, aby się oślepić. W akcie tym nie ma nic z melodramatu. Jest w nim 

logika szaleństwa. Flannery O'Connor opanowała sztukę ukazywania tego co absurdalne 

jako rzeczy naturalnej dla swoich bohaterów. Charakterystyczna dla nich oszczędność w 

słowach nieadekwatna do wymiaru ich własnych tragedii, sprawia, że proza Flannery 

O'Connor jest tym bardziej przekonywająca.

Z właściwą sobie zadumą i powagą religijną opisując obrazy i złudzenia, jakimi żyją 

bohaterowie jej powieści, autorka wykazuje silną i niebezpieczną skłonność do dziwacznej 

symboliki. Wkracza ona jednak tak głęboko w życie wewnętrzne swoich postaci, że prawie 

nigdy nie wydaje się to nienaturalne. Okoliczności zewnętrzne sprawiają, że główni 

bohaterowie jej utworów stają się samotnikami. Sądzę, że jej talent ujawnia się najpełniej w 

opowiadaniach, a tam właśnie zaskakujące symbole, jakich używa wiążą się z głębokim 

poczuciem wewnętrznego konfliktu moralnego postaci.

background image

Doskonałym tego przykładem jest jedno z opowiadań ze zbioru Everything That 

Rises Must Converge zatytułowane „Parker's Back”, w którym dominujący motyw wydaje 

się na pierwszy rzut oka groteskowy. (Groteskowość sama w sobie nie znaczy dla niej nic - 

jest jednym z atrybutów rzeczywistości.) Prosty kierowca ciężarówki oddaje się swojej 

życiowej obsesji tatuowania się. Swe ciało zmienia w żywą galerię obrazów, co sprawia, że 

kobiety nie potrafią mu się oprzeć. Kiedyś zafascynował dzięki temu swoją pobożną żonę, 

która wkrótce jednak przestała się nim interesować. Aby rozbudzić na nowo jej uczucia, 

każe wykonać sobie tatuaż na plecach, które do tej pory pozostawały nie zapisaną kartą. 

Wybiera największy i najdroższy dostępny tatuaż: Chrystusa Bizantyjskiego. Sekta jego 

żony jest jednak przeciwna temu wyobrażeniu Chrystusa. Mężczyzna zostaje odrzucony, 

ponieważ dopuścił się tego, do czego czują odrazę członkowie jej sekty - bałwochwalstwa. 

Ten „bożek” pozostaje najwidoczniej obojętny Bogu i sprawom ostatecznym. Jednak farsa 

ta jest poważna. Oniemiały w swym bólu człowiek domaga się prawa do życia we-

wnętrznego, pragnie pokazać, że jest kimś. Obala narzucone mu ograniczenia. Jego czyn 

jest zarazem naturalną i absurdalną prośbą, a nawet żądaniem. Stanowi również wyraz 

buntu i nienawiści do kobiety, którą człowiek ten jest zmęczony, tak samo jak ona 

zmęczona jest nim. W swoim zagorzałym, niewzruszonym egotyźmie ci ograniczeni ludzie 

posuną się do wszystkiego, nie wyłączając morderstwa. Opowiadanie, utrzymane w 

subtelnym klimacie baśni, razi równocześnie krzykliwością barw plakatu cyrkowego.

Wyobraźnia Flannery O'Connor jest nieposkromiona - niemalże tak żywa jak 

wyobraźnia pierwszych Purytan. Odnosimy wrażenie, że pisarka sama poparzyła sobie 

palce w pełnych żaru opisach biblijnych. O zachodzie słońca krajobraz może wydawać się 

równie dobrze sielankowy jak ociekający krwią. Wyrządzenie zła przez bohatera 

wprowadza go w świat rzeczywisty „winy i smutku”. Stanowi to w przypowieściach 

Flannery O'Connor punkt wyjścia dla rozważań natury moralnej. W jednym z opowiadań 

pewien ksiądz wybiera się w odwiedziny do niewiernego, który żarliwie pragnie śmierci, aby

ukarać swą matkę za wykastrowanie go. Człowiek ten zostaje wyleczony przez 

miejscowego doktora, którym gardzi za to, że nie pozwolił mu umrzeć.

„Zrozumiał, że przez resztę życia, słabowity, umęczony ale cierpliwy, będzie stał w 

obliczu oczyszczającego strachu. Pozbawiono go możliwości choćby słabego krzyku, 

ostatniego bezsilnego protestu. A Duch Święty w otoczeniu nie ognia a lodu w dalszym 

ciągu zstępował nieubłaganie.”

Strach w ujęciu Flannery O'Connor jest środkiem odnowy duchowej lub 

background image

psychicznej, który może doprowadzić do zniszczeń, ale z pewnością spowoduje 

wewnętrzną przemianę. Można to odrzucić jako argumentację antyhumanistyczną, jednak 

ironia jest w zasadzie głównym środkiem literackim, do jakiego ucieka się Flannery 

O'Connor, a inspiracją dla zaskakujących opisów w jej prozie nie jest czysta 

widowiskowość, czy pogoń za sensacją. W jednym z jej najlepszych opowiadań „A Good 

Man is Hard to Find” cała rodzina wyjeżdża poza miasto. Wszyscy przekomarzają się w 

zwykły, radosny sposób. Poczciwa babcia wpada nagle na pomysł, aby zrobić mały objazd 

i odnaleźć miejsce, gdzie się urodziła. Wkrótce gubią drogę. Samochód wywraca się i na 

pomoc zjawiają się trzej mężczyźni, zbiegli więźniowie. Po kolei wyprowadzają dzieci i 

rodziców pod las, aby ich tam zabić. Przywódca bandytów, znany jako Misfit - dumny z 

tego przezwiska - wdaje się w dyskusję religijną z babcią, która mówi mu o modlitwie i o 

tym jak Jezus wskrzeszał umarłych. „Nie byłem tam, więc nie mogę temu zaprzeczyć - 

powiedział Misfit. - Szkoda, że mnie tam nie było... To niesprawiedliwe, że mnie tam nie 

było bo... jakbym tam był, to bym wiedział i nie byłbym wtedy taki, jaki jestem teraz.” Ale 

kiedy kobieta go dotyka i mówi, że jest jednym „z jej własnych dzieci”, Misfit odskakuje w 

tył „jak ukąszony przez węża” i zabija ją. Dzień ten jednak zaczął się niewinnie.

Jak wszyscy pisarze „Gotyccy” Flannery O'Connor jest wrażliwa na przejawy 

obecności diabła, lub raczej mnogości diabłów w świecie ludzkim. Nie odbiera tego jednak 

w konwencjonalnym, religijnym pojęciu. Wydawałoby się, że ma za złe Ewangelistom, że 

uczynili z Szatana postać literacką, podczas gdy w rzeczywistości jest on w życiu 

codziennym stale obecną siłą. Celem ukazywania przez nią zła nie jest wzbudzenie w 

czytelniku emocji, ale ukazanie jak agresja rodzi się w umysłach przeciętnych ludzi. 

Dowiadujemy się, że nawet uczucia oświeconych mogą mieć swoje nie uświadomione 

korzenie: kiedy Thomas, młody historyk widzi jak jego matka przyprowadza do domu 

niechlujną dziewczynę, którą „uratował” i obserwuje „jej lekko zgięte nogi” wyślizgujące się 

z samochodu, „z cichą, złowrogą intensywnością narasta w nim wściekłość jak rozgniewany 

tłum”. Inna dziewczyna, pouczona przez psychiatrę, aby uważać zło za chorobę rozumie, że 

to rozróżnienie uwalnia ją od odpowiedzialności za jej grzechy. Być może przypomina to 

Mauriaca bawiącego się perwersją i paradoksem, jednak w twórczości Flannery O'Connor 

rola elementu diabołicznego polega na wykorzenieniu dumy ze źle pojmowanej cnoty. 

Autorka nie przekonuje nas argumentami, ale fizyczną żywotnością scen, zapisem głosów i 

życia ludzi i swym kunsztem pisarskim, który rzadko zawodzi. Szokuje ale oświeca.

background image

V.S. PRITCHETT, 1980

background image

Nota autorki do drugiego wydania (1962)

Mądrość krwi osiągnęła wiek dziesięciu lat i ciągle jest żywa. Jestem na tyle 

samokrytyczna, aby to stwierdzić. Książka pisana była z pasją i tak też, jeśli to możliwe, 

powinna być czytana. Jest to komiczna opowieść o chrześcijańskim malgré lui, i jako taka 

jest ona bardzo poważna, ponieważ wszystkie powieści komiczne, jeśli mają posiadać 

jakąś wartość, muszą dotyczyć spraw życia i śmierci. Mądrość krwi napisana została przez 

autorkę od urodzenia wystrzegającą się z góry ustalonych teorii, posiadającą jednak pewne 

określone zamysły. Fakt, że wiara w Jezusa dla niektórych jest sprawą życia i śmierci jest 

przeszkodą dla czytelników, którzy woleliby uważać ją za kwestię bez większych 

następstw. Dla nich integralność Hazela Motesa leży w tym, że z taką energią starał się 

pozbyć obrazu postaci w łachmanach, która przesuwa się po wierzchołkach drzew gdzieś w

głębi jego umysłu. Dla autorki natomiast spójność postaci bohatera polega na tym, że nie 

potrafi on tego zrobić. Czy czyjaś integralność może leżeć w tym, czego nie potrafi zrobić? 

Myślę, że zwykle tak jest, ponieważ wolna wola nie oznacza jednej woli, ale wiele pragnień 

ścierających się ze sobą w człowieku. Wolność nie rodzi się tak łatwo. Jest to tego rodzaju 

tajemnica, której powieść, również powieść komiczna, potrafi zaledwie dotknąć.

background image

Rozdział I

Siedząc na samym brzegu zielonego pluszowego siedzenia, Hazel Motes patrzył 

przez chwilę na okno pociągu, jakby zastanawiał się, czy przez nie nie wyskoczyć, a 

następnie przeniósł wzrok na drugie, w przeciwległym końcu przedziału. Pociąg mknął 

pomiędzy wierzchołkami drzew, które znikając jedno po drugim, ukazywały zawieszone 

ponad linią odległych lasów purpurowo czerwone słońce. Nieco bliżej wiły się, niknąc w 

oddali, zaorane pola. Kilka wieprzy przypominających ogromne, cętkowane głazy ryło 

hałaśliwie w bruzdach. Pani Wally Bee Hitchock, która siedziała w tym samym przedziale, 

naprzeciwko Motesa, powiedziała, że według niej taki wczesny wieczór to najpiękniejsza 

pora dnia i zapytała, czy on też tak myśli. Była otyłą kobietą w sukience z różową krezą i 

mankietami. Jej nogi w kształcie gruszek zwisały z siedzenia, nie dotykając podłogi.

Popatrzył na nią przez moment, po czym nie odpowiadając, pochylił się do przodu i 

znów zaczął wpatrywać się w podłużny korytarz wagonu. Odwróciła się, ciekawa, co go 

tak zainteresowało, ale zobaczyła tylko dziecko wyglądające z jednego z przedziałów i 

dalej, w końcu korytarza, stewarda, który otwierał szafę z prześcieradłami.

- Domyślam się, że jedzie pan do domu - powiedziała, odwracając się znowu do 

niego. Nie wyglądał na wiele ponad dwadzieścia lat, trzymał jednak na kolanach sztywny, 

czarny kapelusz z szerokim rondem, taki, jakie noszą starsi wiejscy kaznodzieje. Do rękawa

jego jaskrawoniebieskiego garnituru ciągle jeszcze przyklejona była kartka z ceną.

Nie odpowiedział jej, ani nawet nie odwrócił wzroku od tego, w co się wpatrywał. 

U jego stóp leżał worek z wojskowego wełnianego materiału, pomyślała więc, że pewno po 

zwolnieniu z wojska właśnie wraca do domu. Chciała podsunąć się bliżej, aby dowiedzieć 

się, ile go kosztował garnitur, ale złapała się na tym, że zamiast tego rzuca mu ukradkowe 

spojrzenia, próbując wejrzeć w jego oczy. Miały kolor skorupki orzecha i były głęboko 

osadzone w oczodołach. Kształt jego czaszki rysował się pod skórą w sposób surowy i 

zdecydowany.

Poczuła nieprzyjemne rozdrażnienie i gwałtownie odrywając wzrok od jego twarzy 

spojrzała z ukosa na metkę. Garnitur kosztował 11 dolarów i 98 centów. Poczuła, że go to 

w pewien sposób określa i spojrzała znów w jego twarz, już trochę pewniej. Miał orli nos i 

długie pionowe zmarszczki w kącikach ust. Włosy przylegały do głowy, jakby były ciągle 

background image

przyciśnięte ciężkim kapeluszem. Jednak znacznie bardziej absorbujące były jego oczy. 

Pochyliła się mocniej w przód, próbując w nie zajrzeć. Były osadzone tak głęboko, że 

robiły wrażenie wiodących gdzieś daleko tuneli. Wtedy on nagle odwrócił się do okna i 

równie szybko zwrócił się z powrotem tam, gdzie poprzednio skupiał swoje spojrzenie.

Patrzył na stewarda. Kiedy wsiadał do pociągu, tamten stał pomiędzy dwoma 

wagonami - postawny człowiek z okrągłą, żółtą, łysą głową. Gdy Haze zatrzymał się przed 

nim, steward skierował wzrok ku niemu, a potem w przeciwną stronę, wskazując, do 

którego wagonu ma wejść. Kiedy nie zareagował, steward powiedział z rozdrażnieniem: 

„Na lewo, na lewo” i Haze ruszył.

- No - powiedziała pani Hitchock - nie ma to jak w domu.

Spojrzał na nią przelotnie i zobaczył jej płaską twarz, poczerwieniałą pod czapą 

lisiorudych włosów. Wsiadła dwa przystanki wcześniej. Nigdy jej przedtem nie widział.

- Muszę iść zobaczyć się ze stewardem - powiedział.

Wstał i ruszył do końca korytarza, gdzie steward zaczął już ścielić łóżko. Stanął za 

nim i oparł się o poręcz siedzenia, ale tamten nawet na niego nie spojrzał. Rozkładał dalej 

leżankę.

- Jak długo zajmuje panu posłanie jednego łóżka?

- Siedem minut - odpowiedział, nie patrząc na niego.

Haze usiadł na poręczy siedzenia.

- Jestem z Eastrod - odezwał się.

- To nie na tej trasie - powiedział porter. - Wsiadł pan do złego pociągu.

- Jadę do miasta. Powiedziałem, że wychowałem się w Eastrod.

Nie było żadnej odpowiedzi.

- Eastrod - powtórzył Haze głośniej. Steward zaciągnął zasłonę.

- Chce pan mieć już teraz posłane łóżko? Czy po to pan tu teraz stoi? - zapytał.

- Eastrod - powiedział Haze. - Koło Melsy.

Porter wygładził energicznie jedną stronę siedzenia.

- Ja jestem z Chicago - powiedział. Zawinął drugi róg. Kiedy pochylił się, na jego 

karku pojawiły się trzy podłużne fałdy.

- Tak myślałem - powiedział Haze, złośliwie mrużąc oczy.

- Nogi ma pan w przejściu. Ktoś się może potknąć - powiedział steward, 

odwracając się nagle i przeciskając obok niego.

Haze podniósł się i postał jeszcze kilka sekund. Wyglądał jak zawieszony na linie 

background image

biegnącej od środka jego pleców do sufitu pociągu. Patrzył, jak steward oddala się 

korytarzem kołyszącym, zwinnym, łagodnym krokiem i znika w drugim końcu wagonu. 

Wiedział, że to Parrum, czarnuch z Eastrod. Wrócił do swojego przedziału i usiadł w 

przygarbionej pozycji, opierając jedną nogę na rurze, która biegła pod oknem. Eastrod 

wypełniło jego myśli, a później przeniknęło na zewnątrz i zapełniło przestrzeń mrocznych, 

pustych pól rozciągających się za oknem pociągu. Zobaczył dwa znajome domy, drogę 

koloru rdzy, kilka murzyńskich chat, jedną stodołę i budę z obdartą czerwono - białą 

reklamą tabaki CCC na jednej ze ścian.

- Jedzie pan do domu? - zapytała pani Hitchcock.

Popatrzył na nią z niesmakiem i chwycił za rondo czarnego kapelusza.

- Nie, nie jadę - powiedział wysokim, ostrym, nosowym głosem mieszkańca 

Tennesee.

Pani Hitchcock powiedziała, że ona też nie. Opowiedziała mu, że zanim wyszła za 

mąż, nazywała się Weatherman i jedzie na Florydę odwiedzić swoją zamężną córkę Sarah 

Lucile. Mówiła, że nigdy wcześniej nie miała czasu na tak daleką podróż. Wydarzenia w jej 

życiu następowały po sobie jedno za drugim i czas upływał tak szybko, że trudno było 

powiedzieć, czy jest się jeszcze młodym, czy starym.

Pomyślał, że mógłby jej powiedzieć, że jest stara, gdyby go zapytała. Po chwili 

przestał jej słuchać. Steward przeszedł z powrotem korytarzem, nie spojrzawszy na niego. 

Pani Hitchcock straciła wątek.

- Domyślam się, że jedzie pan kogoś odwiedzić? - zapytała.

- Jadę do Taulkinham - powiedział, wcisnął się głębiej w siedzenie i spojrzał przez 

okno. - Nie znam tam nikogo, ale mam tam coś do zrobienia.

- Mam zamiar zrobić tam coś, czego nigdy do tej pory nie robiłem - dodał i rzucił jej

ukośne spojrzenie, wykrzywiając nieznacznie usta w pogardliwym uśmiechu.

Odpowiedziała, że zna niejakiego Alberta Sparksa z Taulkinham. Dodała, że jest 

szwagrem jej bratowej i że...

- Nie jestem z Taulkinham - odezwał się. - Powiedziałem, że tam jadę. Tylko tyle.

Pani Hitchcock zaczęła znowu mówić, ale przerwał jej ostro:

- Ten steward wychował się tam, skąd ja pochodzę, ale mówi, że jest z Chicago.

Pani Hitchcock powiedziała, że zna kogoś, kto mieszka w Chi...

- Równie dobrze można jechać tam, jak i gdzie indziej - odezwał się. - To 

wszystko, co mam do powiedzenia.

background image

Pani Hitchcock westchnęła, że czas leci. Nie widziała dzieci swojej siostry od pięciu 

lat i nie wie, czy by je teraz jeszcze poznała. Jest ich troje, Roy, Bubber i John Wesley. John

Wesley miał sześć lat, kiedy napisał do niej list, do kochanej Mamalali. Nazywali ją 

Mamalala, a jej męża Papalala...

- Przypuszczam, że myśli pani, że odkupiono pani grzechy - powiedział.

Pani Hitchcock złapała się za kołnierzyk.

- Przypuszczam, że pani myśli, że odkupiono pani grzechy - powtórzył.

Zaczerwieniła się. Po chwili przyznała, że tak, życie jest natchnieniem, a potem 

powiedziała, że jest głodna i zapytała, czy nie poszedłby do wagonu restauracyjnego. 

Włożył swój surowy, czarny kapelusz i wyszedł za nią z przedziału.

Wagon restauracyjny był pełny. Ludzie czekali na miejsca. Stali z panią Hitchcock 

w kolejce przez pół godziny, kołysząc się w wąskim przejściu i przyciskając co kilka minut 

do ściany, aby przepuścić przechodzących ludzi. Pani Hitchcock rozmawiała ze stojącą 

obok kobietą. Hazel Motes wpatrywał się w ścianę. Opowiadała kobiecie o mężu swojej 

siostry, która pracuje w City Water Works w Alabamie, a kobieta opowiadała jej o swoim 

kuzynie, który ma raka gardła. W końcu zbliżyli się do wejścia do wagonu restauracyjnego i 

mogli zajrzeć do środka. Kelner wskazywał klientom stoliki i podawał kartę dań. Był białym 

człowiekiem o czarnych lśniących włosach w czarnym lśniącym garniturze. Fruwał od stolika

do stolika jak kruk. Zaprosił ruchem ręki następną parę i kolejka przesunęła się tak, że 

Haze, pani Hitchcock i kobieta, z którą rozmawiała, stali już u wejścia. Za chwilę opuściła 

wagon kolejna dwójka. Na skinienie stewarda pani Hitchcock i kobieta weszły do środka, 

a za nimi Haze. Mężczyzna zatrzymał go jednak, mówiąc: „Tylko dwoje” i odepchnął z 

powrotem w stronę drzwi.

Twarz Haze'a brzydko się zaczerwieniła. Spróbował wcisnąć się za stojącą z tyłu 

osobę, a potem przepchnąć przez tłum, by wrócić do wagonu, z którego przyszedł, ale zbyt 

wielu ludzi zebrało się przy wejściu. Musiał więc stać, podczas gdy wszyscy na niego 

patrzyli. Przez chwilę nikt nie wychodził. Wreszcie z końca wagonu podniosła się od stołu 

kobieta i kelner machnął ręką. Haze zawahał się, ale na następne skinienie ruszył chwiejnym 

krokiem wzdłuż korytarza, potykając się po drodze o dwa stoły i mocząc sobie rękę w 

czyjejś kawie. Kelner posadził go przy trzech młodych kobietach wyglądających jak 

papugi.

Ich dłonie, o palcach zakończonych ostrymi czerwonymi paznokciami, spoczywały 

na stole. Usiadł i wytarł rękę o obrus. Nie zdejmował kapelusza. Kobiety skończyły jeść i 

background image

paliły papierosy. Kiedy przysiadł się, zamilkły. Wskazał na pierwszą pozycję w karcie, a 

stojący nad nim kelner powiedział: „Zapisz to, chłopcze” i mrugnął do jednej z kobiet, która 

chrząknęła znacząco. Zapisał zamówienie i kelner oddalił się. Siedział z wzrokiem wbitym w 

szyję kobiety naprzeciwko niego. Co chwila jej ręka trzymająca papierosa dotykała plamki 

na szyi, po chwili znikała z pola widzenia, potem znów powracała, a prosta smuga dymu z 

ust kobiety uderzała go w twarz. Kiedy dmuchnęła w niego po raz trzeci czy czwarty, spoj-

rzał na nią karcąco. Miała wyraz twarzy zacietrzewionego koguta. Jej małe oczy wpijały się 

w niego zaczepnie.

- Jeżeli pani miałaby być zbawiona - powiedział - to ja nie chciałbym być.

Potem odwrócił twarz w stronę okna. Zobaczył w szybie swoje blade odbicie na tle 

ciemnej, pustej przestrzeni, która rozciągała się za oknem. Nagle obok nich przetoczył się 

wagon towarowy, rozdzierając pustkę na pół i jedna z kobiet się roześmiała.

- Myśli pani, że wierzę w Chrystusa? - powiedział, pochylając się ku niej i mówiąc 

tak, jakby nie mógł złapać oddechu. - Nie wierzyłbym, nawet gdyby istniał. Nawet gdyby 

jechał tym pociągiem.

- Kto pana zmusza? - zapytała jadowitym tonem ze wschodnim akcentem.

Odchylił się na oparcie.

Kelner przyniósł mu obiad. Zaczął jeść powoli, potem coraz szybciej w miarę, jak 

kobiety skupiały swoją uwagę na poruszających się mięśniach jego żuchwy. Jadł coś 

cętkowanego z jajkami i wątróbką. Skończył, wypił kawę i sięgnął po pieniądze. Kelner 

widział go, ale nie podszedł, aby podliczyć rachunek. Za każdym razem, gdy przechodził 

koło stolika, mrugał do kobiet i wpatrywał się w Haze'a. Pani Hitchcock i jej nowa znajoma 

skończyły już i wyszły. W końcu mężczyzna podszedł do niego, aby odebrać należność. 

Haze wepchnął mu pieniądze i przeciskając się obok niego wyszedł z restauracji.

Stał przez chwilę w przejściu między wagonami, czując powiew świeżego powietrza 

i skręcał papierosa. Nagle między wagonami przeszedł obok niego steward.

- Hej, ty, Parrum! - zawołał.

Steward nie zatrzymał się.

Haze poszedł za nim do wagonu. Wszystkie łóżka były już posłane. Człowiek na 

stacji w Melsy sprzedał mu miejsce leżące, ponieważ w przeciwnym razie, jak twierdził, 

musiałby czuwać całą noc. Dostał górną leżankę. Haze podszedł do niej, sięgnął po swój 

worek, po czym poszedł do toalety przygotować się do snu. Był bardzo najedzony i chciał 

jak najszybciej znaleźć się w łóżku. Wyobraził sobie, że za chwilę będzie leżał i obserwował 

background image

przesuwający się za oknami pociągu nocny krajobraz, ale wywieszka mówiła, że trzeba 

poprosić stewarda, aby wpuścił na górę. Umieścił najpierw swój worek na górnej leżance i 

poszedł go poszukać. Nie było go w jednym końcu wagonu, więc skierował się w drugą 

stronę. Wychodząc zza rogu natknął się na coś ciężkiego i różowego, co sapiąc wydało 

pomruk „Niezdara!” Była to pani Hitchcock w różowym szlafroku i papilotach na głowie. 

Popatrzyła na niego spod zmrużonych, niemalże zamkniętych powiek. Papiloty otaczały jej 

głowę jak ciemne muchomory. Próbowała przejść koło niego, a on próbował ją przepuścić, 

ale za każdym razem przesuwali się w tę samą stronę. Jej twarz lekko się zaróżowiła i małe 

białe plamki pojawiły się na obydwu policzkach. Wyprostowała się, stanęła w miejscu i 

powiedziała:

- Co się z panem dzieje?

Prześlizgnął się koło niej, ruszył korytarzem i wpadł na stewarda, przewracając go.

- Musisz mnie wpuścić na górę, Parrum - powiedział.

Steward podniósł się, chwiejnym krokiem poszedł w dół korytarzem i wrócił po 

chwili, kołysząc się z drabiną w ręku. Haze obserwował go w milczeniu, jak ustawia 

drabinę, a następnie zaczął się po niej wspinać. W pół drogi zatrzymał się i odwrócił.

- Pamiętam cię. Twój ojciec był Murzynem o nazwisku Cash Parrum. Nie możesz 

tam wrócić, ani ty, ani nikt inny, nawet gdybyś bardzo chciał - odezwał się.

- Jestem z Chicago - odpowiedział steward poirytowanym głosem. - ' Nie nazywam 

się Parrum.

- Cash nie żyje - powiedział Haze. - Zaraził się cholerą od świni.

Usta stewarda zadrżały.

- Mój ojciec pracował na kolei - powiedział.

Haze roześmiał się. Steward szarpnął nagle za drabinę i chłopak wpadł na łóżko, 

chwytając kurczowo za koc. Leżał przez kilka minut na brzuchu, nie poruszając się. Po 

chwili przewrócił się, włączył światło i rozejrzał wokoło. Nie było okna. Znajdował się w 

zamkniętym pomieszczeniu i tylko ponad zasłonką znajdowała się wąska szczelina. Sufit koi 

był niski i zaokrąglony. Położył się i dostrzegł, że sufit nie wygląda, jakby był zamknięty, ale 

jakby się właśnie zamykał. Leżał przez chwilę bez ruchu. Wydawało mu się, że w gardle ma 

coś w rodzaju miękkiej gąbki przypominającej w smaku jajko i nie chciał się odwrócić, w 

obawie, aby się nie poruszyła. Zapragnął zgasić światło. Nie odwracając się, wyciągnął 

rękę, wyczuł przycisk, nacisnął go i zapadła ciemność, którą rozjaśniało tylko światło 

wpadające przez szczelinę z korytarza. Chciał znaleźć się w zupełnych ciemnościach, ale nie 

background image

w półmroku. Usłyszał równomierny, narastający, a potem milknący w oddali, stłumiony 

przez chodnik odgłos kroków stewarda, który szedł korytarzem, ocierając się o zielone 

zasłony. Po chwili, kiedy prawie już spał, wydało mu się, że słyszy znowu, jak steward idzie 

z powrotem. Zasłony poruszyły się i kroki zamilkły.

W półśnie zdawało mu się, że miejsce, w którym leży, przypomina trumnę. 

Pierwszą, jaką w swoim życiu zobaczył, była trumna, w której leżał jego dziadek. Tej nocy, 

kiedy czuwano przy starym w domu, pozostawiono ją otwartą, z wiekiem podpartym 

kawałkiem drewna na podpałkę. Hazel przyglądał się temu z oddali, myśląc, że nie pozwoli, 

aby go w niej zamknęli; kiedy nadejdzie czas, wepchnie swój łokieć w szczelinę. Jego 

dziadek był wędrownym kaznodzieją, zjadliwym staruchem, który objechał trzy hrabstwa z 

Jezusem ukrytym w swojej głowie jak z niewidzialnym żądłem. Kiedy nadszedł czas, aby go 

pogrzebać, zatrzasnęli nad nim wieko pudła, a on się nawet nie poruszył.

Haze miał kiedyś dwóch młodszych braci: jeden z nich zmarł jako niemowlę i został 

włożony do małego pudełka. Drugi wpadł pod koła kosiarki, kiedy miał siedem lat. Jego 

trumienka była prawie dwukrotnie mniejsza niż normalna, a kiedy ją zamknęli, Haze 

podbiegł i otworzył ją znowu. Mówiono, że to dlatego, iż nie chciał rozstawać się z bratem, 

ale to nie było tak. Po prostu wyobraził sobie, co by było, gdyby to on znalazł się w środku 

i zamknęliby nad nim wieko.

Spał teraz i śnił, że jest znów na pogrzebie swojego ojca. Widział, jak leży w 

trumnie wykrzywiony, ze zgiętymi rękami i kolanami i jak go w ten sposób niosą na 

cmentarz. „Kiedy podniosę tyłek w górę”, usłyszał starego, „nikt nade mną niczego nie 

zatrzaśnie”. Kiedy jednak spuścili trumnę w dół i z głuchym odgłosem upadła na ziemię, jego

ojciec rozpłaszczył się jak wszyscy inni. Zbudziło go nagłe szarpnięcie pociągu. Pomyślał, że 

w Eastrod musiało być wtedy dwudziestu pięciu ludzi, w tym trzech Motesow. Teraz nie 

było już Motesow, nie było Ashfieldów, nie było Blasengamów, Feyów, Jaksonów... czy 

Parrumów - nawet Murzyni mieli dosyć. Kiedy pociąg skręcał, zobaczył w ciemności 

załadowany wóz, pochyloną stodołę i mniejszy, na wpół rozebrany dom, bez ganku i 

podłogi w holu.

Zupełnie inaczej wyglądała ta okolica, kiedy miał osiemnaście lat i ją opuszczał. 

Wtedy w domu mieszkało dziesięcioro ludzi i nie zauważył, aby zmniejszył się on od czasów 

jego ojca. Opuścił go, gdy miał osiemnaście lat, ponieważ dostał wezwanie do wojska. 

Najpierw przyszło mu do głowy, że przestrzeli sobie stopę i nie pójdzie. Chciał być 

pastorem tak jak jego dziadek, a pastor może sobie poradzić bez stopy. Moc pastora tkwi 

background image

w jego gardle, języku i rękach. Jego dziadek przejechał fordem trzy hrabstwa. W co 

czwartą sobotę przybywał do Eastrod, jakby w ostatniej chwili, aby uratować ich przed 

piekłem i jeszcze, zanim otworzono mu drzwi samochodu, zaczynał krzyczeć. Ludzie zbierali

się wokół jego forda, zwabieni podniesionym głosem. Zwykł się wspinać na przednią maskę 

i stamtąd przemawiać, a czasami wdrapywał się aż na dach i krzyczał do nich z góry.

- Macie serca z kamienia! - krzyczał. - Jezus umarł, aby was zbawić! Jezus tak was 

umiłował, że umarł jedną śmiercią za wszystkich, umarłby jednak dla każdej duszy z 

osobna! Czy to rozumiecie? Czy rozumiecie, że umarłby i dziesięć milionów razy dla każdej 

zatwardziałej duszy, pozwoliłby na rozpięcie swych ramion i nóg na krzyżu i przybicie ich 

dziesięć milionów razy dla każdego z was?

Stary wskazywał na swojego wnuczka Haze'a. Okazywał mu wyjątkowe 

lekceważenie, ponieważ twarz dziecka była prawie dokładnym odbiciem jego twarzy i 

wydawała się z niego kpić.

- Czy wiecie, że nawet dla tego chłopca, dla tego biednego, grzesznego, 

bezmyślnego chłopca, stojącego tutaj i zaciskającego i rozprostowującego swoje brudne 

ręce, Jezus umarłby dziesięć milionów razy, zanim pozwoliłby mu zatracić jego duszę? 

Ścigałby go po odmętach grzechu! Czy wątpicie, że Jezus potrafi chodzić suchą stopą po 

wodach grzechu? Ten chłopiec otrzymał rozgrzeszenie i Jezus nie ma zamiaru kiedykolwiek 

go opuścić. Jezus nigdy nie pozwoli mu zapomnieć, że jest odkupiony. Na co może liczyć 

grzesznik? Ręka Jezusa w końcu go dosięgnie!

Chłopiec nie musiał tego słuchać. Tkwiło w nim już głębokie, mroczne przekonanie, 

że aby uniknąć Jezusa, musi unikać grzechu. Mając dwanaście lat, wiedział już, że będzie 

kaznodzieją. Później gdzieś w głębi swojego umysłu, zobaczył Jezusa sunącego wśród 

wierzchołków drzew, dziką postać w łachmanach, która dawała mu znaki, aby się odwrócił 

i wkroczył w ciemność, gdzie nigdy nie mógłby już być pewny gruntu pod nogami, gdzie 

mógłby chodzić po wodzie, nie wiedząc o tym, a potem nagle ocknąć się i utonąć. 

Miejscem, w którym nie trzeba mówić zbyt wiele, i w którym chciał pozostać, dotykając 

rękami znajomych przedmiotów, z szeroko otwartymi oczami i nogami na znajomej ziemi, 

było Eastrod. Kiedy miał osiemnaście lat i został powołany do wojska, uważał wojnę za 

pokusę, która mogłaby sprowadzić go na manowce i przestrzeliłby sobie stopę, gdyby nie 

to, że gorąco wierzył w siebie i w to, że za kilka miesięcy powróci nie zepsuty. Żywił 

głębokie przekonanie, że ma moc opierania się złu; odziedziczył to, tak jak swoją twarz, po 

dziadku. Pomyślał, że jeśli rząd nie da mu szybko spokoju, to i tak ucieknie za kilka 

background image

miesięcy. Wtedy, gdy miał osiemnaście lat, myślał, że odda im tylko dokładnie cztery 

miesiące swojego życia. Nie było go przez cztery lata, nie wrócił, nawet na przepustkę.

Jedyne przedmioty, jakie zabrał ze sobą z Eastrod, to czarna Biblia i okulary w 

srebrnych oprawkach, które należały do jego matki. Chodził do wiejskiej szkoły, gdzie 

nauczył się pisać i czytać, ale nie sądził, żeby miało mu się to kiedykolwiek przydać: jedyną 

książką, do której zaglądał była Biblia. Nie czytał jej często, ale jeśli to robił, zawsze 

zakładał okulary matki. Męczyły mu się w nich oczy, tak że po jakimś czasie musiał 

przerwać czytanie. Miał zamiar powiedzieć w wojsku każdemu, kto próbowałby skłonić go 

do grzechu, że jest z Eastrod w Tennessee i że ma zamiar tam powrócić i już tam pozostać, 

że chce głosić Ewangelię i że nie ma zamiaru dopuścić, aby jego dusza została potępiona za 

sprawą rządu lub jakiegoś obcego miejsca, w które go wysłano.

Po kilku dniach spędzonych w obozie, kiedy już miał paru przyjaciół (nie byli to 

właściwie przyjaciele, ale po prostu ludzie, z którymi musiał mieszkać), pojawiła się 

wreszcie okazja, na którą czekał Wyjął okulary matki z kieszeni i założył je. Potem 

powiedział im, że nie poszedłby z nimi za milion dolarów i puchowe łóżko; powiedział, że 

pochodzi z Eastrod w Tennessee i że nie ma zamiaru, aby jego dusza została potępiona za 

sprawą rządu lub jakiegoś obcego miejsca, w które... ale jego głos załamał się i nie skończył

zdania. Wpatrywał się w nich bez słowa, próbując przybrać nieustraszony wyraz twarzy. 

Jego przyjaciele powiedzieli mu, że oprócz księdza nikt nie interesuje się jego cholerną 

duszą, a on zdołał jeszcze odpowiedzieć, że żaden ksiądz, choćby miał nawet nakaz od 

papieża, nie będzie manipulował jego duszą. Powiedzieli mu, że nie ma żadnej duszy i poszli 

do burdelu.

Sporo czasu minęło, nim im uwierzył. A chciał im uwierzyć i pozbyć się tego ciężaru 

raz na zawsze. Wreszcie nadarzyła się okazja, aby się pozbyć tego balastu bez zepsucia, 

aby zostać zmienionym w nic zamiast w zło. Armia posłała go na koniec świata i zapomniała 

o nim. Był ranny i pamiętano o nim wystarczająco długo, aby wyciągnąć z jego piersi 

szrapnel - powiedzieli, że go stamtąd wyjęli, ale nigdy mu go nie pokazali i czuł, że on ciągle 

tam jest, zardzewiały i zatruwający go od środka - a potem wysłali na inną pustynię i znowu 

o nim zapomnieli. Miał tyle czasu, ile zapragnął, na badanie swojej duszy i upewnienie się, że

jej tam w środku nie ma. Kiedy był już całkowicie przekonany, zdał sobie sprawę, że 

zawsze o tym wiedział. Jego cierpienie było tęsknotą za domem, nie miało nic wspólnego z 

Jezusem. Kiedy został zwolniony z wojska, stwierdził z zadowoleniem, że nie jest jeszcze 

zepsuty. Marzył tylko o tym, aby powrócić do Eastrod w Tennessee. Czarna Biblia i 

background image

okulary jego matki leżały ciągle na dnie wojskowej torby. Nie czytał już teraz żadnych 

książek, ale wciąż trzymał Biblię, ponieważ pochodziła z jego domu. Okulary zachował na 

wypadek, gdyby pogorszył mu się kiedyś wzrok.

Kiedy dwa dni temu wyszedł z wojska w mieście oddalonym o około trzysta mil od 

miejsca, w którym chciałby się znaleźć, natychmiast poszedł na stację kolejową i kupił bilet 

do Melsy, najbliższej Eastrod stacji. Kiedy do odjazdu pociągu pozostało mu jeszcze cztery 

godziny wszedł do pobliskiego sklepu z pasmanterią. Wewnątrz unosił się zapach tektury. 

Im głębiej wchodził do sklepu, tym stawał się on bardziej mroczny. Wszedł jeszcze dalej i 

kupił sobie granatowy garnitur i czarny kapelusz. Poprosił, aby zapakowano jego wojskowe

ubranie w papierowy worek, który włożył następnie do kosza na śmieci. Kiedy wyszedł na 

światło dzienne, garnitur przybrał kolor rażąco niebieski, a linie kapelusza zdawały się 

gwałtownie zaostrzać.

Był w Melsy o piątej po południu i złapał ciężarówkę z bawełną, która podwiozła 

go do połowy drogi do Eastrod. Resztę przeszedł piechotą i dotarł tam o dziewiątej 

wieczorem. Dom był równie ciemny jak noc i otwarty na nią. Chociaż dostrzegł, że 

ogrodzenie częściowo się zawaliło, a na podłodze ganku rosną chwasty, nie zorientował się 

od razu, że to tylko skorupa i że nie pozostało nic oprócz szkieletu. Zgniótł kopertę, 

przytknął do niej zapałkę i przeszedł przez wszystkie pokoje na górze i na dole. Kiedy 

koperta się spaliła, podpalił następną i przeszedł jeszcze raz przez cały dom. Kiedy tej nocy 

spał na podłodze w kuchni, z dachu spadła mu na głowę deska, kalecząc mu twarz.

W domu nie pozostało nic prócz komody w kuchni. Jego matka zawsze spała w 

kuchni i tam trzymała swoją komodę z drzewa orzechowego. Dała za nią trzydzieści 

dolarów, i nigdy więcej nie zrobiła tak dużego zakupu. Ktoś, kto zabrał wszystko inne, 

musiał ją zostawić. Haze otworzył wszystkie szuflady. W górnej znalazł dwa kawałki 

sznurka, a pozostałe były puste. Zdziwiło go, że nikt nie przyszedł i nie ukradł takiej 

komody. Wziął sznurek, owinął go wokół nóżek, przeciągnął przez deski podłogi i w każdej 

szufladzie zostawił karteczkę: TA KOMODA NALEŻY DO HAZELA MOTES'A. NIE 

KRADNIJ JEJ, BO ZNAJDĘ CIĘ I ZABIJĘ.

W półśnie myślał o tej komodzie i doszedł do wniosku, że jego matka będzie 

spokojniej spoczywała w grobie, wiedząc, że jest ona tak dobrze strzeżona. Jeżeli pewnej 

nocy przyjdzie jej szukać, znajdzie ją na miejscu. Ciekaw był, czy czasami w nocy zagląda 

do mieszkania. Wyobraził sobie, jak idzie z tym wyrazem niepokoju i napięcia na twarzy, 

który widział przez szczelinę w trumnie. Widział jej twarz przez szczelinę, kiedy zamykali 

background image

nad nią wieko. Miał wtedy szesnaście lat. Widział cień, który padł na jej twarz, nadając jej 

wyraz przygnębienia, tak jakby po śmierci nie była ani trochę spokojniejsza, tak jakby miała 

zerwać się, odrzucić pokrywę, wylecieć i uspokoić się wreszcie. Ale trumnę zamknięto. Być

może miała zamiar stamtąd wyfrunąć, być może miała zamiar wyskoczyć. Widział ją w 

swoim śnie, jak wyrywa się z zamknięcia jak potworny wielki nietoperz, próbuje się 

wydostać, ale ciemne wieko zatrzaskuje się nad nią. Widział od wewnątrz, jak zamyka się, 

opada coraz niżej i niżej, odcinając światło i powietrze. Otworzył oczy, ale wciąż wydawało 

mu się, że się nad nim zamyka, wskoczył w szczelinę, wepchnął w nią głowę i ramiona i 

zawisł tak, na wpół przytomny. Z mdławego światła pociągu wyłaniał się powoli dywan 

leżący na podłodze. Wisząc tak ponad firanką przedziału, zobaczył w ciemności, na drugim 

końcu korytarza białą postać stewarda, który stał, obserwując go bez ruchu.

- Źle się czuję! - zawołał. - Nie mogę być zamknięty w tym pomieszczeniu. Wypuść 

mnie!

Steward obserwował go, nie ruszając się z miejsca.

- Jezu - powiedział Haze. - Jezu. Steward się nie poruszył.

- Jezusa już dawno nie ma - odpowiedział w końcu cierpkim, tryumfującym głosem.

Rozdział II

Dotarł do miasta dopiero o szóstej wieczorem następnego dnia. Tego ranka wysiadł 

z pociągu na stacji węzłowej, aby zaczerpnąć trochę powietrza i kiedy patrzył w drugą 

stronę, pociąg nagle ruszył. Pobiegł za nim, ale kapelusz sfrunął mu z głowy i musiał 

zawrócić, aby go ratować. Na szczęście wysiadając, wziął ze sobą swój wojskowy worek 

w obawie, aby mu go ktoś nie ukradł. Musiał czekać na stacji sześć godzin na następny 

pociąg.

Kiedy dotarł do Taulkinham, zaraz jak tylko wysiadł, rzuciły mu się w oczy jarzące 

się neonowym światłem reklamy. ORZESZKI ZIEMNE, WESTERN UNION, AJAX, 

TAXI, HOTEL, SŁODYCZE. Prawie wszystkie były podświetlane i poruszały się w górę i 

w dół lub migotały jak oszalałe. Szedł powoli ze swoim wojskowym workiem przerzuconym

przez ramię. Odwracał głowę to w jedną, to w drugą stronę, przerzucając worek z jednego 

znaku na drugi. Przeszedł przez całą stację w tę i z powrotem, zupełnie jakby miał zamiar 

wsiąść znów do pociągu. Jego twarz pod ciężkim kapeluszem była surowa i zdecydowana. 

background image

Ktoś, kto by go w lej chwili obserwował, nigdy by się nie domyślił, że nie ma dokąd pójść. 

Dwa czy trzy razy przeszedł w tę i z powrotem po poczekalni, nie siadając na żadnej ze 

stojących tam ławek. Szukał jakiegoś odosobnionego miejsca.

Wreszcie pchnięciem otworzył drzwi w końcu stacji, na których znajdował się 

prosty czarno - biały znak TOALETA MĘSKA. DLA BIAŁYCH. Wszedł do wąskiego 

pomieszczenia z rzędem umywalek po jednej stronie i szeregiem drewnianych przegród po 

drugiej. Ściany, niegdyś w jasnym, żywym, żółtym kolorze, teraz bardziej zbliżone do 

zielonego, ozdobione były gęsto ręcznym pismem i szczegółowymi rysunkami pewnych 

części ciała zarówno męskich jak i kobiecych. Niektóre z przegród miały drzwi, a na 

jednych z nich widniał ogromny napis WITAJ zrobiony najprawdopodobniej ołówkiem. Po 

nim następowały trzy wykrzykniki i coś, co przypominało węża. Haze wszedł do tej 

przegrody.

Siedział przez pewien czas w wąskim pudełku, studiując inskrypcje na bocznych 

ścianach i na drzwiach, zanim zauważył po lewej, nad papierem toaletowym, chwiejny 

napis, który wyglądał jak pisany ręką pijaka. Mówił on:

Pani Leora Watts!

60 Buckley Road

Najbardziej gościnne łóżko w mieście!

Brat.

Wyjął ołówek z kieszeni i zapisał sobie adres na odwrocie koperty.

Opuścił dworzec, wsiadł do żółtej taksówki i powiedział kierowcy, dokąd chce 

jechać. Taksówkarz był małym człowiekiem w skórzanej czapce na głowie. Na środku jego 

ust tkwiła końcówka cygara. Minęli kilka domów, zanim Hazel zauważył, że mężczyzna 

przygląda mu się w tylnym lusterku.

- Nie jest pan chyba jednym z jej przyjaciół? - zapytał w końcu kierowca.

- Nigdy jej nie widziałem - powiedział Haze.

- Gdzie pan o niej usłyszał? Ona zwykle nie przebywa w towarzystwie pastorów.

Kiedy mówił, cygaro tkwiło niewzruszenie na swoim miejscu, a wargi rozchylały się 

to z jednej, to z drugiej strony.

- Nie jestem żadnym pastorem - powiedział Haze marszcząc brwi. - Zobaczyłem po

prostu jej nazwisko w toalecie.

- Wygląda pan na pastora - powiedział kierowca. - Ten kapelusz wygląda na 

kapelusz pastora.

background image

- Nie wygląda - powiedział Haze i pochylił się do przodu, łapiąc za oparcie 

przedniego siedzenia. - To zwykły kapelusz.

Zatrzymali się przed małym, jednopiętrowym domem pomiędzy stacją benzynową a 

pustym placem. Haze wysiadł i zapłacił, wsuwając rękę przez okno.

- To nie tylko kapelusz - powiedział kierowca. - To chyba wyraz pańskiej twarzy.

- Niech pan posłucha - powiedział Haze, nasuwając kapelusz na jedno oko. - Nie 

jestem pastorem.

- Rozumiem - powiedział kierowca. - Nikt nie jest doskonały na tej zielonej, bożej 

ziemi, ani pastor, ani nikt inny. Łatwiej jest mówić ludziom, jak potworny jest grzech, jeżeli 

się go zna z własnego doświadczenia.

Haze wsadził głowę w okno, przypadkowo zawadzając kapeluszem o dach i 

przywracając mu jego normalną pozycję. Wydawało się, że tym samym przykrywa swoją 

twarz kamienną maską, przez co stała się zupełnie bez wyrazu.

- Słuchaj pan - powiedział - nie wierzę w nic, rozumie pan?

Kierowca wyjął z ust końcówkę cygara.

- W ogóle w nic? - zapytał i zamarł z otwartymi ustami.

- Nie mam zamiaru tego dwa razy powtarzać - powiedział Haze.

Kierowca zamknął usta i po chwili z powrotem włożył w nie cygaro.

- Na tym polega problem z wami, pastorami. Zbyt dobrze wam się powodzi, aby w 

cokolwiek wierzyć - powiedział i odjechał z poczuciem własnej racji i wyrazem oburzenia 

na twarzy.

Haze odwrócił się i spojrzał na budynek, do którego miał wejść. Była to zwykła 

chałupa, ale z jednego z frontowych okien sączył się ciepły blask. Wszedł na ganek, 

podszedł do okna, przyłożył oko do najbliższej szczeliny w zasłonce i zorientował się, że 

patrzy wprost na wielkie, białe kolano. Po pewnym czasie odsunął się i spróbował otworzyć

drzwi wejściowe. Nie były zamknięte. Wszedł do małego, ciemnego korytarza z jedną parą 

drzwi po każdej stronie. Te, które znajdowały się po lewej, były pęknięte i przepuszczały 

wąski promień światła. Wsunął się w oświetloną przestrzeń i zajrzał przez szczelinę.

Pani Watts siedziała samotnie na białym, żelaznym łóżku, obcinając sobie wielkimi 

nożyczkami paznokcie u stóp. Była dużą kobietą o bardzo żółtych włosach i białej skórze, 

błyszczącej od natłuszczającego kremu. Miała na sobie różową nocną koszulę, która lepiej 

pasowałaby komuś o skromniejszej figurze.

Dźwięk klamki poruszonej przez Haze'a sprawił, że spojrzała w górę i zobaczyła go 

background image

stojącego w uchylonych drzwiach. Przeszyła go śmiałym, niewzruszonym spojrzeniem. Po 

chwili spuściła wzrok i wróciła do obcinania paznokci.

Wszedł i stanął, rozglądając się wokoło. W pokoju nie było nic prócz łóżka, biurka i

fotela na biegunach zawalonego brudnymi ubraniami. Podszedł do biurka i przesunął 

palcami po pilniczku do paznokci, a potem po pustej szklance, spoglądając jednocześnie w 

żółtawe lustro i obserwując uśmiechającą się do niego, lekko zaniepokojoną panią Watts. 

Jego zmysły były rozbudzone do granic wytrzymałości. Odwrócił się szybko, podszedł do 

łóżka i usiadł w jego przeciwległym rogu. Wciągnął głęboko powietrze przez jedną dziurkę 

od nosa i zaczął ostrożnie przesuwać rękę wzdłuż prześcieradła.

Różowy koniec języka pani Watts wysunął się i zaczął nawilżać jej dolną wargę. 

Wydawała się zadowolona z tego, że go widzi, zupełnie jakby był jej starym znajomym, ale 

nie odezwała się słowem.

Podniósł jej stopę, która była ciężka, ale nie zimna, i przesunął ją o cal w bok, 

ciągle trzymając na niej rękę.

Usta pani Watts rozszerzyły się w pełnym uśmiechu, ukazując małe, szpiczaste, 

pokryte zielonymi plamkami, zęby. Pomiędzy każdym z nich był duży odstęp. Wyciągnęła 

dłoń i chwyciła rękę Haze'a tuż nad łokciem.

- Na co polujesz mały? - wycedziła przez zęby.

Gdyby nie złapała go tak mocno za rękę, mógłby jeszcze wyskoczyć przez okno. 

Mimowolnie jego usta poruszyły się, jakby mówił „Tak, proszę pani”, ale nie wydobył się z 

nich żaden dźwięk.

- Co masz na myśli? - zapytała pani Watts, przyciągając jego sztywne ciało bliżej 

siebie.

- Niech pani posłucha - powiedział, dobierając uważnie ton głosu. - Przyszedłem w 

zwyczajnym interesie.

Usta pani Watts stały się bardziej okrągłe, tak jakby poczuła się zakłopotana tymi 

zbędnymi słowami.

- Proszę się rozgościć - powiedziała po prostu.

Patrzyli na siebie prawie przez minutę i żadne z nich się nie poruszyło. Potem Haze 

powiedział nieco wyższym tonem niż normalnie:

- Chciałbym pani powiedzieć, że nie jestem jakimś cholernym pastorem.

Pani Watts przyglądała mu się przez chwilę z głupim uśmieszkiem na twarzy. Potem 

podłożyła mu drugą rękę pod brodę i pogłaskała go w matczyny sposób.

background image

- W porządku, synu - powiedziała. - Mama nie ma nic przeciwko temu, że nie 

jesteś pastorem.

Rozdział III

Swoją drugą noc w Taulkinham Haze Motes spędził spacerując po centrum miasta, 

nie zwracając jednak większej uwagi na wystawy sklepowe. Czarne niebo podpierały 

długie srebrne snopy światła, przypominające rusztowania, a w głębi migotało tysiące 

gwiazd. Wydawały się poruszać bardzo wolno, jakby wokoło jakiejś ogromnej budowy, 

która obejmuje cały porządek wszechświata, a do jej zakończenia potrzebna jest nieskoń-

czoność. Haze nie zwracał najmniejszej uwagi na niebo. W czwartkowe wieczory sklepy w 

Taulkinham były otwarte dłużej, aby ludzie mogli mieć więcej czasu na obejrzenie tego, co 

im oferowano. Cień Haze'a pojawiał się to przed nim, to za nim, od czasu do czasu 

przecinany cieniami innych ludzi, ale kiedy zostawał sam, ciągnął się za nim szczupły, 

nerwowy, idący w tył. Szyja Haze'a wysuwała się do przodu, jakby próbował powąchać 

coś, co ciągle mu umykało. Jaskrawe światło witryn sklepowych sprawiało, że jego 

niebieski garnitur wydawał się fioletowy.

Po chwili zatrzymał się przed domem towarowym, w miejscu, gdzie człowiek o 

szczupłej twarzy rozłożył swój stolik i demonstrował maszynkę do obierania ziemniaków. 

Mężczyzna miał na sobie płócienny kapelusz i koszulę we wzory z odwróconymi do góry 

nogami bażantami, przepiórkami i brązowymi indykami. Dostrajał swój głos odpowiednio 

do hałasów ulicznych, tak aby docierał on do każdego ucha, jak w intymnej rozmowie. 

Kilkoro ludzi zgromadziło się wokół niego. Na stoliku do gry w karty stały dwa wiadra, 

jedno puste, a drugie wypełnione ziemniakami. Pomiędzy nimi leżała piramida z zielonych 

tekturowych pudełek, a na jej szczycie demonstracyjnie rozłożona jedna maszynka. 

Mężczyzna stał przed tym ołtarzem, wskazując co chwila na różnych ludzi.

- I co ty na to? - powiedział, wskazując na pryszczatego chłopca z wilgotnymi 

włosami. - Chyba nie dasz sobie czegoś takiego sprzątnąć sprzed nosa?

Włożył brązowego ziemniaka do otwartej maszynki, przekręcił rączkę, ziemniak 

wpadł do pudełka, a w następnej sekundzie wypadł z drugiej strony już całkiem biały.

- Chyba nie dasz sobie czegoś takiego sprzątnąć sprzed nosa? - powtórzył.

Chłopiec parsknął rubasznym śmiechem i popatrzył na zebranych wokoło ludzi. Miał

background image

żółte włosy i lisią twarz.

- Powiedz no, jak się nazywasz? - zapytał mężczyzna z maszynkami.

- Nazywam się Enoch Emery - wysapał chłopak.

- Chłopiec o tak ładnym imieniu powinien mieć taką maszynkę - powiedział 

sprzedawca, przewracając oczami i próbując rozgrzać swoją publiczność. Nikt się jednak 

nie roześmiał oprócz chłopca. Po chwili stojący naprzeciwko Haze'a człowiek zaśmiał się 

niezbyt przyjemnym, zjadliwym i ostrym śmiechem. Był to wysoki mężczyzna o trupim 

wyglądzie, w czarnym garniturze i czarnym kapeluszu na głowie. Nosił okulary z ciemnymi 

szkłami, a jego policzki poprzecinane były liniami, które wyglądały jak namalowane i od 

dawna już wyblakłe. Nadawały one jego twarzy wyraz uśmiechniętego mandryla. 

Mężczyzna zaczął przesuwać się do przodu w wystudiowany sposób, potrząsając blaszaną 

puszką w jednej ręce i stukając w chodnik przed sobą laską, którą trzymał w drugiej ręce. 

Zaraz za nim szła dziewczynka, rozdając ulotki. Ubrana była w czarną sukienkę i zsuniętą na

czoło czarną, robioną na drutach czapkę. Spod czapki wystawały jej kosmyki brązowych 

włosów. Miała podłużną twarz i krótki ostry nos. Człowiek, który sprzedawał maszynki, 

wyraźnie się zdenerwował, kiedy zobaczył, że ludzie patrzą na tę parę zamiast na niego.

- Ej ty, tam - powiedział wskazując na Haze'a - nigdy nie uda ci się znaleźć 

podobnej okazji w żadnym sklepie.

Haze patrzył na ślepca i dziecko.

- Hej! - powiedział Enoch Emery, sięgając ręką przez jakąś kobietę i uderzając go 

pięścią w ramię. - Do ciebie mówi! Do ciebie mówi!

Musiał uderzyć go jeszcze raz, zanim Haze spojrzał na sprzedawcę maszynek.

- Dlaczego nie miałbyś zabrać jednej z nich do domu dla swojej żony? - zapytał 

mężczyzna z maszynkami.

- Nie mam żony - mruknął Haze, patrząc znowu na ślepca.

- No, ale chyba masz kochaną starą matkę?

- Nie.

- Phi! - prychnął mężczyzna i zwrócił się do ludzi: - Przydałaby mu się jedna z tych 

maszynek za towarzyszkę.

Enochowi Emery'emu wydało się to tak zabawne, że zgiął się w pół ze śmiechu i 

trzepnął się po kolanie, ale Haze wyglądał jakby nic do niego nie dochodziło.

- Dam pół tuzina obranych ziemniaków temu, kto pierwszy kupi jedną z tych tutaj 

maszynek - powiedział mężczyzna. - Kto pierwszy? Tylko półtora dolara za maszynkę, 

background image

która kosztowałaby was trzy dolary w sklepie.

Enoch Emery zaczął szperać po kieszeniach.

- Będziecie błogosławić dzień, w którym się tutaj zatrzymaliście - mówił mężczyzna. 

- Nigdy go nie zapomnicie. Każdy z was, ludzie, kto nabędzie jedną z tych maszynek, nigdy 

tego nie zapomni!

Ślepiec posuwał się powoli do przodu, mrucząc chrapliwym głosem:

- Pomóżcie ślepemu pastorowi. Nie żałujcie paru groszy. Wykorzystam je równie 

dobrze jak każdy z was. Pomóżcie ślepemu, bezrobotnemu pastorowi. Czy wolelibyście, 

abym żebrał, zamiast nauczać? Nie żałujcie paru groszy.

Niewielu ludzi zebrało się wokół niego, a ci, którzy stali, zaczęli się odsuwać. Kiedy 

zobaczył to sprzedawca maszynek, pochylił się i popatrzył z wściekłością znad swojego 

stolika.

- Hej, ty! - wrzasnął na ślepca. - Co ty sobie wyobrażasz? Za kogo ty się masz, że 

rozganiasz moich klientów?

Nie zwracając na niego uwagi, ślepiec nie przestawał potrząsać puszką, a dziecko 

w dalszym ciągu rozdawało broszury. Minął Enocha Emery'ego i podszedł do Haze'a, 

stukając białą laską przy nodze. Haze pochylił się do przodu i zobaczył, że linie na twarzy 

ślepca nie były namalowane. Były to blizny.

- Co ty sobie do cholery myślisz?! - krzyknął sprzedawca maszynek. - Ja 

zgromadziłem tu tych wszystkich ludzi, a tobie się wydaje, że możesz z tego korzystać?

Dziecko wyciągnęło jedną z broszurek do Haze'a, a on ją schwycił. Na okładce 

widniały słowa: Jezus Cię Wzywa.

Chciałbym wiedzieć, za kogo ty się masz! - krzyczał człowiek z maszynkami. 

Dziewczynka podeszła do miejsca, gdzie stał i podała mu broszurę. Patrzył na nią przez 

chwilę, skrzywił się szyderczo, a potem obszedł stolik, wywracając wiadro z ziemniakami.

- Ci cholerni fanatycy Jezusa! - wrzeszczał, rzucając wokoło wściekłe spojrzenia i 

próbując odnaleźć ślepca. - Ci przeklęci cudzoziemscy komuniści! Ja zgromadziłem ten 

tłum!

Zatrzymał się, zdając sobie nagle sprawę, że otacza go tłum ludzi.

- Słuchajcie - powiedział - po kolei, mam dużo tego towaru, tylko się nie pchajcie. 

Pół tuzina obranych ziemniaków dla pierwszego, który się zgłosi.

Wycofał się cicho za stolik i zaczął podnosić w górę pudełka z maszynkami.

- No, podchodźcie, patrzcie jak tego dużo - zachęcał. - Nie ma się co tłoczyć.

background image

Haze nie otworzył swojej broszurki. Popatrzył na jej okładkę i przedarł ją na pół. 

Złożył razem obydwa kawałki i przedarł je jeszcze raz na pół. Składał i przedzierał je dalej, 

aż pozostała mu w ręku mała garstka confetti. Otworzył dłoń i pozwolił, aby strzępy 

rozsypały się po ziemi. Potem podniósł wzrok i zobaczył niecałe trzy stopy przed sobą 

obserwujące go dziecko ślepca. Jej usta były otwarte, a oczy, wpatrzone w niego, 

błyszczały jak dwa odłamki zielonego szkła ze stłuczonej butelki. Przez ramię miała 

przerzucony biały, jutowy worek. Haze popatrzył na nią spode łba i zaczął wycierać swoje 

klejące się ręce o spodnie.

- Wszystko widziałam - powiedziała. Potem przeszła szybko z powrotem na 

miejsce, gdzie stał ślepiec, odwróciła głowę i spojrzała stamtąd na Haze'a. Większość ludzi 

odsunęła się.

Człowiek z maszynkami pochylił się nad swoim stolikiem.

- Ej! - zwrócił się do ślepca. - Zdaje mi się, że to ci powinno wystarczyć, żebyś mi 

się więcej nie wtrącał.

- Patrzcie no - odezwał się Enoch Emery. - Mam tylko dolara i szesnaście centów 

ale...

- No - powiedział sprzedawca. - Zdaje się, że to cię powinno przekonać, że nie 

masz co się ze mną mierzyć. Poszło mi osiem maszynek, poszło...

- Daj mnie jedną - poprosiło dziecko ślepca, wskazując na maszynki.

- Ha! - powiedział.

Rozwiązywała chusteczkę. Wysupłała z niej dwie pięćdziesięciocentówki.

- Daj mi jedną z nich - powiedziała, podając mu pieniądze.

Mężczyzna rzucił okiem na monety.

- Dolar pięćdziesiąt, siostrzyczko - odparł, wykrzywiając usta.

Szybko cofnęła rękę i nagle popatrzyła na Haze'a, jakby otrzymała od niego jakiś 

znak. Ślepiec szedł dalej. Stała jeszcze przez chwilę wpatrując się w niego, a potem 

odwróciła się i poszła za ślepcem.

- No, niech pan patrzy - odezwał się Enoch Emery. - Mam tylko dolara i szesnaście 

centów, ale chcę mieć jedną z nich.

- Zatrzymaj je sobie - powiedział mężczyzna, zdejmując wiadro ze stolika. - To nie 

jest buda z tandetą.

Haze widział z pewnej odległości, jak ślepiec oddala się ulicą. Stał i patrzył za nim, 

nerwowo wkładając i wyjmując ręce z kieszeni, jakby nie mógł się zdecydować, czy ma iść 

background image

za nim, czy wrócić do straganu. Potem nagłe rzucił dwa dolary mężczyźnie, który 

sprzedawał maszynki, złapał jedno pudełek ze stolika i zaczął biec ulicą. Za moment usłyszał 

sapanie Enocha Emery'ego przy swoim boku.

- Ty, coś mi się zdaje, że masz kupę pieniędzy - powiedział Enoch.

Haze zobaczył, jak dziewczynka dogania ślepca i bierze go pod ramię. Dzieliła go 

od nich odległość mniej więcej jednego domu. Zwolnił trochę i zobaczył przy sobie Enocha 

Emery'ego. Miał na sobie żółtawobiały garnitur, różowobiałą koszulę i krawat koloru 

zielonego groszku. Uśmiechał się. Wyglądał jak przyjazny pies myśliwski z lekkim 

świerzbem.

- Jak długo tu jesteś? - dopytywał się.

- Dwa dni - mruknął Haze.

- Ja siedzę tu dwa miesiące - powiedział Enoch. - Mam państwową posadę. A ty, 

gdzie pracujesz?

- Nie pracuję.

- To niedobrze - stwierdził Enoch. - Ja mam państwową posadę.

Przyspieszył kroku, aby zrównać się z Hazem, a potem dodał:

- Mam osiemnaście lat i jestem tu dopiero od dwóch miesięcy, a już pracuję na 

państwowej posadzie.

- To dobrze - powiedział Haze.

Nasunął kapelusz mocniej na tę stronę głowy, po której znajdował się Enoch Emery 

i zaczął iść bardzo szybko. Przed sobą widział ślepca, który zaczął w przesadny sposób 

kiwać się w prawo i lewo.

- Nie dosłyszałem, jak masz na imię - powiedział Enoch.

Haze powiedział, jak się nazywa.

- Wyglądasz mi na takiego, co naciąga naiwniaków - zauważył Enoch. - Na 

poważnie wchodzisz w cały ten interes z Jezusem?

- Nie - powiedział Haze.

- Ani ja - przyznał Enoch. - Cztery tygodnie chodziłem do takiej Rodemill Boys' 

Bible Academy. Jedna kobieta, co wytargowała mnie od taty, tam mnie posłała. Była z 

Towarzystwa Dobroczynności. Jezu, cztery tygodnie i myślałem, że mnie wyświęcą na 

wariata.

Haze dotarł do końca budynku, a Enoch dotrzymywał mu kroku, dysząc ciężko i 

ciągle mówiąc. Kiedy Haze ruszył przez ulicę, Enoch krzyknął:

background image

- Nie widzisz tych świateł! To znaczy, że masz czekać!

Jakiś policjant zagwizdał, a przejeżdżający samochód zatrąbił i ostro zahamował. 

Haze szedł dalej, nie spuszczając wzroku ze ślepca, który znajdował się na wysokości 

połowy budynku. Ciągle gwiżdżąc, policjant przeszedł na drugą stronę ulicy do Haze'a i 

zatrzymał go. Miał szczupłą twarz i owalne żółte oczy.

- Wiesz, po co tu wisi ten drobiazg? - zapytał, wskazując na światła nad 

skrzyżowaniem.

- Nie zauważyłem tego - odpowiedział Haze.

Policjant wpatrywał się w niego bez słowa. Kilka osób się zatrzymało. Przewrócił 

oczami i powiedział do Haze'a:

- Może myślałeś, że czerwone jest dla białych, a zielone dla czarnych?

- No właśnie, tak myślałem - powiedział Haze. - Zabieraj swoją rękę.

Policjant cofnął dłoń i położył ją sobie na biodrze. Zrobił krok w tył.

- Powiedz wszystkim swoim znajomym o tych światłach. Czerwone jest, żeby się 

zatrzymać, zielone, żeby iść - dla kobiet i mężczyzn, białych i czarnych, wszyscy mają iść na 

tym samym świetle. Powiedz to wszystkim swoim znajomym, żeby wiedzieli, jak 

przechodzić przez ulicę, kiedy przyjadą do miasta.

Ludzie się śmiali.

- Ja się nim zaopiekuję - powiedział Enoch Emery, przeciskając się do policjanta. - 

On tu jest dopiero dwa dni. Ja się nim zaopiekuję.

- A ty, jak długo już tu jesteś? - zapytał gliniarz.

- Ja się tu urodziłem i wychowałem - powiedział Enoch. - To moje miasto rodzinne. 

Zajmę się nim, zrobię to dla pana. Ej, czekaj! - krzyknął do Haze'a. - Zaczekaj na mnie!

Przepchnął się przez tłum i dogonił go.

- Zdaje się, że tym razem cię wyciągnąłem - odezwał się.

- Dziękuję.

- Nic takiego - powiedział Enoch. - A może byśmy tak wpadli do Wallgreen'sa na 

coś mocniejszego? Tak wcześnie żaden nocny klub nie jest otwarty.

- Nie lubię takich sklepów - powiedział Haze. - Do widzenia.

- W porządku - odparł Enoch. - Zdaje się, że idę w tę samą stronę, dotrzymam ci 

przez chwilę towarzystwa.

Spojrzał na ślepca i dziecko.

- Jednego jestem pewien. Na pewno nie chciałbym trafić na jakiegoś naiwniaka o 

background image

tej porze, a szczególnie na tego od Jezusa. Dość się już na nich napatrzyłem. Tamta kobieta, 

co mnie wytargowała od taty, nic nie robiła, tylko się modliła. Jak tylko się rozłożyliśmy z 

naszym tartakiem koło Boonville, to zaraz tam przyszła.

Złapał Haze'a za płaszcz.

- Jedyne, co mi się nie podoba w Taulkinham to to, że za dużo tu ludzi na ulicy - 

powiedział poufnym tonem. - Wygląda na to, że tylko czekają, jakby cię załatwić. Na 

przykład tamta, przyszła nagle i zdaje się, że jej się spodobałem. Miałem dwanaście lat i 

umiałem śpiewać dobrze parę hymnów. Nauczyłem się ich od jednego czarnucha. No więc 

ona przychodzi, ja się jej podobam i zaczyna się o mnie targować z tatą, w końcu zabiera 

mnie do Boonville, żebym z nią mieszkał. Miała dom z cegły, ale cały czas był tam ten Jezus.

W tym momencie potrącił go przechodzący obok mały człowieczek w obszernym, 

spłowiałym roboczym kombinezonie.

- Patrz, jak idziesz - burknął Enoch.

Mały człowieczek przystanął, podniósł rękę w złowrogim geście, a rysy jego twarzy 

wykrzywiły się jak pysk rozdrażnionego psa.

- Do kogo to mówisz? - warknął.

- Widzisz? - powiedział Enoch, poskakując, aby dogonić Haze'a - oni tylko 

czekają, żeby ci dołożyć. Nigdy dotąd nie byłem w tak nieprzyjaznym miejscu. Nawet z tą 

kobietą. Mieszkałem przez dwa miesiące w jej domu - ciągnął - a potem przyszła jesień i 

wysłała mnie do Rodemill Boys' Bible Academy i myślałem, że może tam będzie trochę 

lepiej. Z tą kobietą trudno było wytrzymać. Nie była stara, zdaje się, że miała czterdzieści 

lat, ale za to diabelnie brzydka. Miała takie brązowe okulary, a jej włosy były tak cienkie, 

że wyglądały, jakby gęsty tłuszcz sączył się z jej czaszki. Myślałem, że to będzie ulga, 

dostać się do tej akademii. Raz nawet zwiałem od niej, ale ona mnie złapała i okazało się, że 

ma na mnie papiery i może wysłać mnie do poprawczaka, jeśli bym nie chciał z nią zostać, 

więc nawet byłem zadowolony, że wylądowałem w tej akademii. Słyszałeś kiedyś o czymś 

takim?

Haze wydawał się nie słyszeć pytania.

- No, ale to była żadna ulga - powiedział Enoch. - Dobry Jezu, żadna ulga. 

Uciekłem stamtąd po czterech tygodniach, lecz ani się nie obejrzałem, jak mnie znalazła i 

zabrała z powrotem do siebie. Ale i stamtąd uciekłem.

Odczekał chwilę.

- Chcesz wiedzieć jak?

background image

Po sekundzie zaczął mówić dalej.

- A tak, że napędziłem jej piekielnego stracha. Myślałem nad tym i myślałem. 

Modliłem się nawet. Mówiłem sobie: Jezu, pokaż mi sposób, jak się stąd wydostać, żeby 

nie zabić tej starej i żeby nie trafić do poprawczaka, i myślisz, że mi nie pokazał? Wstałem 

raz rano, zaraz jak się rozwidniło, poszedłem do jej pokoju bez spodni i ściągnąłem z niej 

prześcieradło. O mało co nie dostała ataku serca. Potem wróciłem do taty, a po niej ślad 

zaginął.

- Ciągle tylko ruszasz tą swoją szczęką - zauważył, obserwując twarz Haze'a z 

boku. - Nigdy się nie uśmiechasz. Nie byłbym zaskoczony, jakby się okazało, że jesteś 

naprawdę bogatym człowiekiem.

Haze skręcił w boczną uliczkę. Ślepiec i dziewczynka byli przy rogu następnego 

domu.

- No, coś mi się zdaje, że mimo wszystko ich dogonimy - powiedział Enoch. - 

Znasz tu dużo ludzi?

- Nie - odparł Haze.

- I pewno nikogo nie poznasz. To takie miejsce, w którym ciężko znaleźć 

przyjaciół. Siedzę tu już dwa miesiące i nie znam nikogo. Wygląda na to, że każdy tylko 

patrzy, jak ci dołożyć. Zdaje się, że masz niezłą kupę pieniędzy. Ja nie mam ani grosza. 

Jakbym miał, to już bym wiedział, co z nimi zrobić.

Ślepiec i dziewczynka skręcili w lewo.

- Doganiamy ich - powiedział Enoch. - Założę się, że jak nie będziemy uważać, to 

trafimy na jakieś spotkanie religijne i będziemy musieli śpiewać hymny z nią i jej tatusiem.

Nieco dalej widać już było ogromny gmach przykryty kopułą i wysokimi kolumnami 

od frontu. Ślepiec i dziewczynka zmierzali w jego kierunku. Dookoła budynku, po drugiej 

stronie ulicy i w pobliskich alejkach, stały zaparkowane samochody.

- To nie kino, bracie - powiedział Enoch.

Ślepiec i dziewczynka weszli na szerokie schody prowadzące do budynku. Po 

bokach siedziały kamienne lwy.

- Nie wygląda mi to też na kościół - zauważył Enoch.

Haze zatrzymał się na schodach. Zdawało się, że chce nadać swej twarzy jakiś 

bardziej określony wyraz. Nasunął sobie czarny kapelusz na bakier i ruszył w stronę jed-

nego z lwów, przy którym usiedli ślepiec z dziewczynką. Podszedł do mężczyzny i, nic nie 

mówiąc, stanął pochylając się nad nim, jakby chciał wejrzeć w głąb, przez jego ciemne 

background image

okulary. Dziewczynka wpatrywała się w niego.

Usta ślepca zwęziły się lekko.

- Czuję grzech w twoim oddechu - powiedział.

Haze odsunął się nieco.

- Po co pan za mną idzie?

- Nigdy za panem nie szedłem - powiedział Haze.

- Ona mówiła, że pan szedł - odparł ślepiec, wskazując kciukiem na dziewczynkę.

- Nie szedłem za panem - powtórzył Haze. Namacał ręką pudełko z maszynką i 

spojrzał na dziewczynkę. Czarna, robiona na drutach czapka tworzyła prostą linię na jej 

czole. Dziewczynka uśmiechnęła się, ale szybko opanowała, jakby wyczuła w tym coś 

niewłaściwego.

- Nie szedłem za panem. Szedłem za nią.

Wyciągnął do niej pudełko.

W pierwszej chwili wyglądała, jakby miała zamiar je chwycić, ale nie zrobiła tego.

- Nie chcę - powiedziała. - Myśli pan, że mogłoby mi się to na coś przydać? Niech 

pan to zabierze. To nie jest moje. Nie chcę tego.

- Weź - powiedział ślepiec. - Włóż to do worka i zamknij się, bo dostaniesz.

Haze znów wyciągnął do niej pudełko.

- Nie wezmę - burknęła.

- Bierz, jak ci mówię - powtórzył ślepiec. - Nie będzie za tobą więcej łaził.

Wzięła pudełko i wepchnęła je do worka z broszurami.

- To nie moje - powiedziała. - Zatrzymam je, ale to nie jest moje.

- Szedłem za nią, żeby jej powiedzieć, że nie dałem się złapać na żadne ze 

znaczących spojrzeń, które mi rzucała - powiedział Haze patrząc na ślepca.

- O czym ty mówisz?! - krzyknęła. - Nie rzucałam ci żadnych znaczących spojrzeń. 

Przypatrywałam się tylko, jak drzesz tę broszurkę. Podarł ją na drobne kawałki - zwróciła 

się do ślepca. - Podarł ją, rozsypał wokół siebie jak sól i wytarł ręce o spodnie.

- Szedł za mną - powiedział ślepiec. - Nikt by za tobą nie szedł. Słyszę w jego 

głosie pragnienie Jezusa.

- Jezu - mruknął Haze. - Mój Jezu.

Usiadł przy nodze dziewczynki i położył rękę na schodku koło jej stóp. Miała na 

sobie trzewiki na gumowych podeszwach i czarne bawełniane rajtuzy.

- Słuchaj, jak bluźni - powiedziała niskim głosem. - On wcale za tobą nie szedł, tato.

background image

Ślepiec wydał z siebie krótki, nerwowy śmiech.

- Słuchaj, chłopcze - powiedział. - Nie można uciec od Jezusa. Jezus jest faktem.

- Wiem mnóstwo rzeczy o Jezusie - odezwał się Enoch. - Chodziłem do Rodemill 

Boys' Bible Academy. Wysłała mnie tam jedna babka. Jak coś chcesz wiedzieć o Jezusie, 

to możesz się o to zapytać mnie.

Wszedł na grzbiet lwa i usiadł na nim bokiem, zakładając nogę na nogę.

- Przeszedłem długą drogę - powiedział Haze - i raczej trudno by mi było teraz w 

coś uwierzyć. Przeszedłem pół świata.

- Ja też - odezwał się Enoch Emery.

- Nie odszedłeś jednak wystarczająco daleko, abyś mógł się powstrzymać od 

pójścia za mną - odpowiedział ślepiec. Wyciągnął nagle ręce i położył je na twarzy Haze'a. 

Haze znieruchomiał na moment. Potem odtrącił ręce ślepca.

- Niech pan przestanie - powiedział słabym głosem. - Nic pan o mnie nie wie.

- Mój tata wygląda jak Jezus - wtrącił się Enoch z grzbietu lwa. - Włosy sięgają mu 

do ramion. Jedyną różnicą jest blizna na brodzie. Nigdy nie widziałem mojej matki.

- Jakiś pastor zostawił na tobie swój znak - prychnął pogardliwie ślepiec. - Szedłeś 

za mną, abym go z ciebie zdjął i nadał ci inny?

- Słuchaj, nie ma lepszego lekarstwa na twój ból niż Jezus - powiedziała nagle 

dziewczynka i poklepała Haze'a po ramieniu.

Siedział w czarnym kapeluszu z rondem nasuniętym głęboko na czoło.

- Słuchaj - powiedziała głośniej. - Jeden mężczyzna i kobieta zabili małe dziecko. 

To było jej dziecko, ale było brzydkie i oni nigdy nie czuli do niego miłości. To dziecko 

miało w sobie Jezusa, a ta kobieta nie miała nic prócz swojej urody i mężczyzny, z którym 

żyła w grzechu. Odesłała dziecko, a ono wróciło. Odesłała go z powrotem, a ono znów 

wróciło i za każdym razem, jak je odsyłała, wracało tam, gdzie ona i mężczyzna żyli w grze-

chu. Udusili je jedwabną pończochą i powiesili w kominie. Potem jednak nie dawało jej to 

spokoju. Ciągle tylko patrzyła na to dziecko. Jezus sprawił, że stało się piękne, by ją 

prześladować. Nie mogła położyć się z tym mężczyzną, nie spoglądając w jego kierunku, a 

ono patrzyło na nią z komina, promieniejąc przez cegły w środku nocy.

- Mój Jezu - mruknął Haze.

- Nie miała nic, prócz swojej słodkiej buzi - powiedziała głośno i szybko. - To nie 

wszystko. Nie, proszę szanownego pana.

- Słyszę, jak szurają nogami tam w środku - powiedział ślepiec. - Wyjmuj 

background image

broszurki, przygotowują się do wyjścia.

- To nie wszystko - powtórzyła.

- To co robimy? - zapytał Enoch. - Co jest w środku tego budynku?

- Kończy się program mojego zgromadzenia - wyjaśnił ślepiec.

Dziewczynka wyjęła broszurki z jutowego worka i podała mu dwa przewiązane 

sznurkiem pliki.

- Ty idź z tym drugim chłopcem z tamtej strony i rozdawaj - powiedział do niej. - Ja 

z tym, co za mną szedł, zostaniemy tutaj.

- On nie ma zamiaru ich tknąć, co miałby w tym za interes? - odparła. - Może je 

najwyżej porwać na strzępy.

- Idź, jak ci mówię - powiedział ślepiec.

Stała przez chwilę z nachmurzoną miną. Potem zwróciła się do Enocha Emery'ego:

- To chodź, jak masz iść.

Enoch zeskoczył z lwa i przeszedł za nią na drugą stronę.

Haze dał nura w dół schodów, ale ręka ślepca wystrzeliła i zacisnęła się jak kleszcze 

na jego ramieniu.

- Żałuj za grzechy! Idź na sam szczyt schodów, wyznaj je wszystkie i rozdaj ludziom

te broszurki! - powiedział szeptem i wepchnął Haze'owi w rękę plik broszurek.

Haze spróbował wyswobodzić ramię, ale przyciągnął tylko ślepca bliżej siebie.

- Niech pan słucha, jestem tak czysty jak pan.

- Cudzołóstwo, bluźnierstwo i co jeszcze? - zapytał ślepiec.

- To są tylko słowa - powiedział Haze. - Jeżeli żyłem w grzechu, to żyłem w nim 

jeszcze, zanim zgrzeszyłem. Nie zaszła we mnie żadna zmiana.

Próbował oderwać palce ślepca od swego ramienia, ale ten zaciskał je coraz 

mocniej.

- Nie wierzę w grzech, niech pan zabierze rękę.

- Jezus cię miłuje - powiedział ślepiec apatycznie, z drwiną w głosie. - Jezus cię 

miłuje, Jezus cię miłuje...

- Wszystko by się zgadzało, gdyby Jezus istniał - odparł Haze, uwalniając ramię.

- Wejdź na samą górę, rozdaj te broszurki i...

- Wezmę je tam na górę i wyrzucę w krzaki! - krzyknął Haze. - Będziesz się 

przyglądał i zobaczysz, jeśli widzisz.

- Widzę więcej niż ty! - powiedział ślepiec, śmiejąc się. - Ty masz oczy, które nie 

background image

widzą, uszy, które nie słyszą, ale pewnego dnia będziesz musiał zobaczyć.

- Patrz, jeśli potrafisz! - krzyknął Haze i zaczął biec w górę schodów.

Tłum ludzi już się wylewał przez drzwi audytorium i niektórzy byli już w połowie 

schodów. Przepchnął się przez nich z łokciami rozwartymi jak skrzydła, a kiedy dotarł na 

górę, nowa fala zepchnęła go prawie do miejsca, z którego wyruszył. Zaczął się znów przez 

nich przepychać, aż w końcu ktoś krzyknął: „Przepuśćcie tego wariata!” i ludzie się 

rozstąpili. Pobiegł w górę, przepchnął się w bok i stanął, dysząc ciężko i spoglądając 

wyzywająco w dół.

- Wcale za nim nie szedłem - powiedział głośno. - Nie szedłbym nigdy za takim 

ślepym głupcem jak on. Mój Jezu.

Opierał się o ścianę budynku, trzymając plik broszur za sznurek. Jakiś gruby 

mężczyzna zatrzymał się obok, aby zapalić cygaro. Haze trącił go w ramię.

- Niech pan spojrzy w dół - powiedział. - Widzi pan tego ślepca? Rozdaje 

broszurki i żebrze. Jezu. Powinien pan go zobaczyć. Ma ze sobą takie brzydkie dziecko 

przebrane w kobiece ubrania, które też rozdaje ulotki. Mój Jezu.

- Zawsze się znajdą fanatycy - powiedział gruby mężczyzna, ruszając z miejsca.

- Mój Jezu - westchnął Haze.

Pochylił się nad starą kobietą o niebieskich włosach z czerwonymi, drewnianymi 

koralami na szyi.

- Niech pani lepiej przejdzie na drugą stronę - powiedział. - Tam stoi taki jeden 

głupiec i rozdaje broszurki.

Wychodzący ludzie popchnęli kobietę w przód, ale zdążyła jeszcze na niego 

spojrzeć dwojgiem jasnych świdrujących oczu. Ruszył za nią przez tłum, ale była już zbyt 

daleko, więc przepchnął się z powrotem tam, gdzie wcześniej stał oparty o ścianę.

- Słodki Jezu Chryste Ukrzyżowany - powiedział. - Chcę wam ludzie coś 

powiedzieć. Może myślicie, że nie jesteście czyści, bo nie macie wiary? Więc pozwólcie 

powiedzieć wam, że jesteście czyści. Każdy z was, ludzie, jest czysty i pozwólcie, że wam 

wyjaśnię dlaczego. Jeśli myślicie, że to z powodu Jezusa Chrystusa Ukrzyżowanego, to się 

mylicie. Nie twierdzę, że nie został on ukrzyżowany, ale to nie dla was umarł. Słuchajcie 

mnie, sam jestem pastorem i głoszę prawdę.

Tłum posuwał się szybko. Wyglądał jak ogromna narzuta, której wystrzępione 

końce znikały w ciemnych uliczkach.

- Myślicie, że nie wiem, co istnieje, a co nie?! - krzyczał. - Czy nie mam oczu w 

background image

głowie? Czy jestem ślepcem? Słuchajcie no! - zawołał. - Mam zamiar stworzyć nowy 

kościół, kościół prawdy, bez Jezusa Chrystusa Ukrzyżowanego. Nic was nie będzie to 

kosztować, aby się do niego przyłączyć. Jeszcze nie zaczął działać, ale wkrótce zacznie.

Nieliczni, którzy pozostali, spojrzeli na niego raz czy dwa. Poniżej, na chodniku, i 

dalej po ulicy porozrzucane były broszurki. Ślepiec siedział na najniższym stopniu. Po 

drugiej stronie Enoch Emery stał na łbie lwa, próbując zachować równowagę, a 

dziewczynka z uwagą obserwowała Haze'a.

- Nie potrzebuję Jezusa - powiedział Haze. - Po co mi Jezus? Mam Leorę Watts.

Cicho zszedł ze schodów i zatrzymał się obok ślepca. Stał tam przez chwilę. Ślepiec 

zaśmiał się. Haze odwrócił się i ruszył przez ulicę. Był już po drugiej stronie, kiedy dotarł do 

niego przenikliwy głos. Odwrócił się i zobaczył, jak ślepiec stoi na środku ulicy i krzyczy.

- Hawks, Hawks, nazywam się Asa Hawks, gdybyś chciał znów za mną pójść!

Jakiś samochód musiał zjechać na bok, aby go nie potrącić.

- Żałuj za grzechy! - krzyknął, zaśmiał się i podbiegł kilka kroków w przód, udając, 

że chce go dogonić i złapać.

Haze wtulił głowę między zgarbione ramiona i ruszył przed siebie. Nie obejrzał się, 

dopóki nie usłyszał za sobą kroków.

- Teraz, jak już ich spławiliśmy - dyszał Enoch Emery - to może byśmy poszli się 

gdzieś zabawić?

- Słuchaj - powiedział Haze szorstko. - Mam swoje sprawy i nie potrzebuję 

twojego towarzystwa.

Zaczął iść bardzo szybko. Enoch musiał biec, żeby dotrzymać mu kroku.

- Jestem tu już dwa miesiące - mówił - i nie znam nikogo. Ludzie nie są tu przyjaźni. 

Znalazłem sobie pokój i nikt tam oprócz mnie nie bywa. Mój tato powiedział, że muszę 

jechać. Nigdy bym nie pojechał, ale mnie zmusił. Coś mi się zdaje, że cię już widziałem parę 

lat temu. Nie jesteś czasem ze Stockwell?

- Nie.

- Z Melsy?

- Nie.

- Kiedyś zatrzymaliśmy się tam z tartakiem - powiedział Enoch. - Zdaje się, że już 

cię gdzieś widziałem.

Szli dalej bez słowa, aż dotarli znów do głównej ulicy. Była prawie pusta.

- Do widzenia - odezwał się Haze.

background image

- Też idę w tę stronę - powiedział Enoch ponuro.

Po lewej znajdowało się kino. Właśnie zmieniano elektryczny afisz.

- Gdybyśmy się nie zagadali z tymi naiwniakami, to moglibyśmy iść na film - 

mruknął.

Kroczył teraz przy boku Haze'a mamrocząc i postękując. Raz nawet złapał Haze'a 

za rękaw, żeby zwolnił, ale ten odtrącił go.

- Tata zmusił mnie, żebym tu przyjechał - powiedział łamiącym się ze wzruszenia 

głosem.

Haze spojrzał na niego i zobaczył, że płacze i ma rozmazaną, mokrą, 

purpuroworóżową twarz.

- Mam tylko osiemnaście lat - płakał - a on kazał mi jechać, a ja nie znam tu nikogo,

nikt tu nie chce mieć do czynienia z obcym. Ludzie nic są przyjaźni. On wziął i odszedł z 

tamtą kobietą, a mnie kazał jechać, ale ona nie wytrzyma z nim długo. On urządzi jej niezłe 

piekło, zanim ona zdąży zagrzać przy nim miejsca. Ty jesteś pierwszą znajomą twarzą od 

dwóch tygodni. Widziałem cię parę lat temu. Na pewno cię widziałem.

Haze popatrzył przed siebie z nieruchomą twarzą, a Enoch mamrotał i mazał się 

dalej. Minęli kościół, potem hotel, potem sklep z antykami i skręcili w uliczkę pani Watts.

- Jak potrzebujesz kobiety, to nie musisz kołować żadnej takiej jak ta mała, co jej 

dałeś maszynkę - powiedział Enoch. - Słyszałem, gdzie jest dom, w którym moglibyśmy się 

trochę zabawić. Oddałbym ci pieniądze w przyszłym tygodniu.

- Słuchaj, wiem gdzie idę. Dwa domy stąd mam kobietę. Mam kobietę, rozumiesz? 

I tam właśnie idę, odwiedzić ją. Nie jesteś mi potrzebny.

- Mógłbym ci oddać za tydzień. Pracuję w miejskim zoo. Pilnuję bramy i płacą mi 

co tydzień.

- Odczep się ode mnie - powiedział Haze.

- Ludzie nie są tu przyjaźni. Ty nie jesteś stąd, ale też nie jesteś przyjazny.

Haze nie odpowiedział. Szedł dalej, z głową wciśniętą pomiędzy wystające ramiona, 

jakby mu było zimno.

- Ty też tu nie znasz nikogo - powiedział Enoch. - Nie masz żadnej kobiety, ani nic 

do roboty. Jak cię zobaczyłem, to od razu wiedziałem, że nie masz nikogo i nic prócz 

Jezusa. Zobaczyłem cię i od razu wiedziałem.

- Tam właśnie idę - powtórzył Haze i skręcił w alejkę prowadzącą do domu pani 

Watts, nie oglądając się na niego.

background image

Enoch zatrzymał się.

- No dobra, dobra! - krzyknął i wytarł rękawem mokry nos. - Dobra! - krzyknął. - 

Idź, gdzie masz iść, ale spójrz no tutaj.

Trzepnąwszy się po kieszeni, podbiegł do Haze'a, złapał go za rękaw i zagrzechotał 

przed nim pudełkiem z maszynką.

- Ona mi ją dała. Ona mi ją dała i nic nie możesz na to poradzić. Powiedziała mi, 

gdzie mieszkają i poprosiła, żebym ich odwiedził i przyprowadził ciebie. Nie, żebyś ty 

przyprowadził mnie, ale ja ciebie, a to ty przecież ich kołowałeś.

Oczy błyszczały mu przez łzy, a twarz wykrzywiła się w złośliwym, przebiegłym 

uśmiechu.

- Zachowujesz się, jakbyś myślał, że masz w żyłach mądrzejszą krew niż inni - 

powiedział. - Ale to nie prawda! To ja ją mam. Nie ty. Ja.

Haze nic nie powiedział. Stał jeszcze przez chwilę na środku schodów, a potem 

podniósł rękę i cisnął plikiem broszurek, które ze sobą niósł, prosto w twarz Enocha z taką 

siłą, że tamtemu broda opadła w dół, a usta się rozchyliły. Enoch stał z rozwartymi ustami, 

patrząc w dół na miejsce, w które został uderzony, a potem odwrócił się i popędził w dół 

ulicy. Haze wszedł do domu.

Ponieważ poprzedniej nocy po raz pierwszy spał z kobietą, nie powiodło mu się 

specjalnie z panią Watts. Kiedy skończył, czuł się jak ktoś, kogo morze zamiast na brzeg 

wyrzuciło na jej ciało, a ona robiła nieprzyzwoite aluzje na temat jego wyczynów, co mu się 

następnego dnia ciągle przypominało. Nie był zbyt pewny siebie znowu do niej idąc. Nie 

wiedział, co powie pani Watts, kiedy go zobaczy w otwartych drzwiach.

Kiedy zobaczyła go stojącego w progu, powiedziała „Ha, ha”.

Czarny kapelusz tkwił przekrzywiony na bakier na jego głowie. Nie zdjął go od 

razu. Zrobił to dopiero wtedy, gdy zawadził nim o żarówkę elektryczną, która wisiała na 

środku sufitu. Pani Watts leżała na łóżku i nakładała sobie na twarz warstwę kremu. 

Podparła brodę na ręce i obserwowała go. Zaczął chodzić po pokoju, rozglądając się 

wokoło. W gardle mu wyschło, a serce ścisnęło się jak mała małpka, która chwyta 

kurczowo za kraty swojej klatki. Usiadł na brzegu jej łóżka z kapeluszem w ręku.

Uśmiech pojawił się na twarzy pani Watts jak zakrzywione ostrze sierpa. Była do 

tego na tyle przyzwyczajona, że nie musiała już myśleć. Jej oczy pochłaniały wszystko jak 

lotne piaski.

- Ten Jezusowy kapelusz proroka! - powiedziała.

background image

Podniosła się i zdjęła koszulę. Sięgnęła po jego kapelusz, włożyła go sobie na głowę 

i siedziała tak z rękami na biodrach, przewracając oczami w komiczny sposób. Haze patrzył 

na nią przez chwilę, a potem wydał z siebie trzy urywane, krótkie dźwięki, które były 

prawdopodobnie śmiechem. Poderwał się, aby pociągnąć za sznurek i wyłączyć światło i 

rozebrał się w ciemności.

Kiedyś, gdy był jeszcze mały, ojciec zabrał go do lunaparku, który zatrzymał się w 

Melsy. Trochę na uboczu stał mały namiot. Wejście tam kosztowało nieco więcej. Stał 

przed nim wysuszony człowiek i zapraszał do środka huczącym głosem. Nie mówił jednak, 

co tam jest. Krzyczał tylko, że jest to tak sensacyjne i kuszące widowisko, że każdego, kto 

chce to zobaczyć, będzie kosztowało 35 centów i że jest to tak ekskluzywny pokaz, że 

tylko piętnastu ludzi może wejść naraz. Ojciec wysłał go do pomieszczenia, w którym 

tańczyły dwie małpy, a później ruszył w tamtym kierunku wąskim przejściem między na-

miotami. Haze opuścił pokaz małp i poszedł za nim, ale nie miał trzydziestu pięciu centów. 

Zapytał krzykacza, co jest w środku.

- Daj sobie spokój - poradził mu mężczyzna. - To nie jakiś pokaz małp dla dzieci.

- Małpy już widziałem.

- To dobrze - odpowiedział. - Ale daj sobie z tym spokój.

- Mam piętnaście centów - upierał się Haze. - To może mnie pan wpuści na 

połowę?

Pomyślał, że to musi być coś tajnego. Mężczyźni w intymnych sytuacjach. Potem 

pomyślał, że może jest to mężczyzna i kobieta w intymnej sytuacji. Ona pewnie nie 

chciałaby, żeby ją zobaczył.

- Mam piętnaście centów - powtórzył.

- Została mniej niż połowa do końca - powiedział mężczyzna, wachlując się 

słomkowym kapeluszem. - Zmiataj stąd.

- W takim razie to będzie warte piętnaście centów - stwierdził Haze.

- Spływaj - powiedział mężczyzna.

- Czy to czarnuch? - zapytał Haze. - Czy oni coś robią czarnuchowi?

Człowiek wychylił się ze swego podestu i przyjrzał uważnie chłopcu.

- Skąd ci to przyszło do głowy? - zapytał.

- Nie wiem.

- Ile masz Lat?

- Dwanaście - powiedział Haze. Miał dziesięć.

background image

- Dawaj te piętnaście centów i wchodź.

Położył pieniądze na podeście i zaczął się pospiesznie przedzierać przez kolejne 

zasłony namiotu, aby jeszcze zdążyć, zanim pokaz się skończy. Kiedy wszedł do środka, 

zobaczył tylko plecy siedzących mężczyzn. Wdrapał się na ławkę i spojrzał ponad ich 

głowami. Wszyscy patrzyli w dół, gdzie leżało coś białego, wijąc się lekko w skrzyni 

wyłożonej białym materiałem. Przez chwilę myślał, że jest to obdarte ze skóry zwierzę, a 

potem zobaczył, że to gruba kobieta. Miała niczym nic wyróżniającą się twarz, tylko w 

kąciku jej ust znajdował się pieprzyk, który poruszał się za każdym razem, kiedy się 

uśmiechała. Podobny miała w okolicy biodra.

- Jakby każdą zamknąć w takiej skrzyni - powiedział jego ojciec - to wszystko 

szłoby o wiele lepiej.

Haze nie musiał go widzieć, aby rozpoznać ten głos. Ześlizgnął się z ławki i wydostał 

z namiotu. Przeczołgał się pod namiotem, nie chcąc natknąć się na zasuszonego człowieka, 

który reklamował widowisko. Wskoczył na tył furgonetki i usiadł w najdalszym kącie. 

Lunapark huczał i brzęczał na zewnątrz.

Kiedy wrócił do domu, jego matka stała na podwórku przy miednicy i patrzyła w 

jego stronę. Ubierała się zawsze na czarno i nosiła dłuższe sukienki niż inne kobiety. Stała 

wyprostowana patrząc na niego. Stanął za drzewem i zszedł jej z oczu, ale po chwili znowu 

poczuł na sobie jej spojrzenie. Zobaczył znowu podium, skrzynię i szczupłą kobietę w 

środku. Skrzynia była jednak dla niej za krótka. Jej głowa opierała się na jednym końcu, a 

nogi, aby mogły się zmieścić, musiała podkurczyć. Miała twarz w kształcie krzyża i włosy 

przylegające mocno do głowy. Haze stał przyciśnięty plecami do drzewa i czekał. Matka 

zostawiła miednicę i podeszła do niego z kijem.

- Co widziałeś? - zapytała.

- Co widziałeś - powtórzyła tym samym tonem i uderzyła go kijem po nogach, ale 

on był jak część drzewa.

- Jezus umarł, aby cię zbawić - powiedziała.

- Nie prosiłem go o to - mruknął.

Nie uderzyła go ponownie, tylko stała i wpatrywała się w niego z zaciśniętymi 

ustami. Poczucie winy za to, że wszedł do namiotu, ustąpiło miejsca nie nazwanej, nie 

umiejscowionej winie, którą znalazł w sobie samym. Po chwili matka odrzuciła kij i ciągle 

zaciskając usta wróciła do miednicy.

Następnego dnia w tajemnicy zaniósł swoje buty do lasu. Zakładał je tylko w zimę, 

background image

gdy szedł na spotkania religijne. Wyjął je z pudełka i napełnił dno każdego z nich kamykami 

i żwirem, a potem je założył. Zacisnął mocno sznurowadła i przeszedł w nich, jak mu się 

wydawało, dobrą milę przez las, aż doszedł nad zatoczkę, gdzie usiadł, zdjął je i ulżył swym 

stopom, wsuwając je w mokry piasek. Sądził, że to powinno Go usatysfakcjonować. Nic 

się nie wydarzyło. Gdyby spadł jakiś kamień, przyjąłby to za znak. Po chwili wyciągnął 

stopy z piasku, poczekał, aż wyschną, potem znów założył buty, w których ciągle były 

kamienie i przeszedł w nich pół mili z powrotem.

Rozdział IV

Wstał z łóżka pani Watts wcześnie rano, zanim jeszcze do pokoju zaczęło wpadać 

dzienne światło. Kiedy się obudził, poczuł na sobie jej rękę. Wstając uniósł ją i położył przy 

jej boku. Nie spojrzał na panią Watts. Miał w głowie tylko jedną myśl: chciał kupić 

samochód. Decyzja ta dojrzała w jego głowie, kiedy się obudził i nie potrafił myśleć już o 

niczym innym. Nigdy wcześniej nie przyszło mu to do głowy; nigdy wcześniej nawet nie 

chciałby go mieć. Prowadził samochód bardzo rzadko i nie miał prawa jazdy. Miał tylko 

pięćdziesiąt dolarów ale sądził, że może za to kupić samochód. Ostrożnie wysunął się z 

łóżka, aby nie obudzić pani Watts i ubrał się po cichu. O szóstej trzydzieści chodził już po 

centrum miasta, poszukując punktów sprzedaży używanych samochodów.

Były one porozrzucane między grupami starych budynków, które oddzielały część 

handlową miasta od terenu dworca kolejowego. Obejrzał kilka z nich z zewnątrz, zanim je 

otworzono. Od razu po wyglądzie takiego punktu potrafił ocenić, czy znajdzie w nim 

samochód za pięćdziesiąt dolarów. Kiedy je otworzono przeszedł przez nie szybko, nie 

zwracając uwagi na nikogo, kto próbował mu pokazać towar. Czarny kapelusz z godnością 

i skupieniem tkwił na głowie Haze'a, a jego twarz wydawała się tak krucha, jakby złożona z 

potłuczonych kawałków delikatnego tworzywa i tak niepozorna jak karabin, o którym nikt 

nie wie, że jest nabity.

Dzień był dżdżysty, a światło raziło ostrym blaskiem. Niebo wyglądało jak cienki 

kawałek wypolerowanego srebra z ciemną, cierpką plamą słońca w jednym z rogów. Do 

dziesiątej zbadał wszystkie lepsze punkty i zbliżał się do terenów kolei. Nawet i tu 

znajdował tylko samochody, które kosztowały więcej niż pięćdziesiąt dolarów. W końcu 

trafił do punktu, który znajdował się pomiędzy dwoma opuszczonymi magazynami. 

background image

Wywieszka nad wejściem głosiła: NAJNOWSZE MODELE U SLADE'A.

Przez środek zakładu biegła żwirowana ścieżka, a z boku, tuż przy wejściu, 

znajdował się budynek, na drzwiach którego namalowane było słowo: BIURO. Pozostała 

część punktu była pełna starych samochodów i pogruchotanych części. Przed biurem, na 

puszce po benzynie, siedział biały chłopak. Wyglądał tak, jakby go tam posadzono, aby 

odstraszał ludzi. Miał na sobie czarny płaszcz przeciwdeszczowy, a jego twarz była częś-

ciowo ukryta pod skórzaną czapką. Z ust zwisał mu papieros z prawie centymetrowej 

długości popiołem.

Haze ruszył na tyły zakładu, gdzie zobaczył dziwny samochód.

- Ej! - krzyknął chłopak. - Tu się tak sobie nie wchodzi. Pokażę ci to, co mam do 

pokazania.

Haze nie zwrócił jednak na niego uwagi. Szedł dalej do miejsca, gdzie stał 

samochód, który zwrócił jego uwagę. Chłopak poszedł za nim, dysząc ze złości i przeklina-

jąc. Samochód stał w ostatnim rzędzie. Była to maszyna w kolorze szczura z wielkimi 

wąskimi kołami i wyłupiastymi przednimi światłami. Kiedy dotarł do niej, zobaczył, że jedne 

drzwi przywiązane są sznurem i że z tyłu ma okrągłe okno. Właśnie taki samochód chciał 

kupić.

- Chcę się zobaczyć z panem Siadem - powiedział.

- Po co chce pan go widzieć? - zapytał chłopak podejrzliwie. Miał szerokie usta i 

kiedy mówił, używał tylko jednej połowy.

- Chcę się z nim zobaczyć w sprawie tego samochodu - odparł Haze.

- To ja - powiedział chłopak. Jego twarz wyglądała spod czapki jak wąski łeb 

wyleniałego orła. Usiadł na stopniu samochodu na wprost żwirowej alejki i dalej przeklinał.

Haze obszedł samochód dookoła. Potem zajrzał przez okno do środka. Tapicerka 

była koloru zielonkawo - matowo - piaskowego. Brakowało tylnego siedzenia; na jego 

miejscu znajdowała się drewniana ławka. Na dwóch tylnych bocznych oknach były 

ciemnozielone postrzępione firanki. Spojrzał przez przednie okna i zobaczył chłopca 

siedzącego na stopniach samochodu na wprost żwirowej alejki. Miał podciągniętą jedną 

nogawkę spodni i drapał się w kostkę, która wystawała z żółtej skarpety. Przeklinał, 

wydając gardłowe dźwięki, jakby chciał odkaszlnąć flegmę. Jego postać była żółtawa i 

zniekształcona przez okienne szyby. Haze szybko wyszedł zza samochodu i stanął przed 

nim.

- Ile kosztuje? - zapytał.

background image

- Dobry Jezu - powiedział chłopak - Jezu Chryste przybity do krzyża.

- Ile kosztuje? - warknął Haze, blednąc.

- Jak pan myślisz, ile jest wart? - zapytał chłopak. - Niech pan powie na oko.

- Nie jest wart tyle, ile kosztowałoby odholowanie go stąd na złomowisko. Więcej 

bym za niego nie dał.

Chłopak całą uwagę poświęcił swojej kostce, na której miał strup. Haze uniósł 

wzrok i zobaczył nadchodzącego mężczyznę. Kiedy podszedł bliżej, zauważył, że wygląda 

dokładnie tak samo jak chłopak, oprócz tego, że jest o dwie głowy wyższy i ma 

poplamiony potem brązowy filcowy kapelusz. Nadchodził zza pleców chłopca spomiędzy 

rzędów samochodów. Kiedy był tuż za nim, zatrzymał się i odczekał chwilę. Potem zwrócił 

się do chłopaka z czymś w rodzaju kontrolowanego ryku.

- Zabieraj swój tyłek z tego stopnia!

Chłopak burknął coś i zniknął, przeciskając się pomiędzy dwoma najbliższymi 

samochodami. Mężczyzna stał i patrzył na Haze'a.

- Czego pan chce? - zapytał.

- Chodzi o ten samochód tutaj - powiedział Haze.

- Siedemdziesiąt pięć dolarów.

Po obu stronach punktu stały stare czerwonawe budynki z czarnymi pustymi 

oknami, a za nimi następne, zupełnie bez okien.

- Dziękuję - odpowiedział Haze i zaczął iść w stronę biura.

Kiedy doszedł do wyjścia, obejrzał się i zobaczył mężczyznę dwa kroki za sobą.

- Moglibyśmy się trochę potargować - powiedział.

Haze poszedł z nim z powrotem do samochodu.

- Nie codziennie znajduje się taki samochód - mówił mężczyzna.

Usiadł na stopniu, na którym siedział wcześniej chłopak. Haze nie widział go, ale 

tamten nie odszedł. Tkwił na bagażniku dwa samochody dalej, zwinięty w kłębek, jakby 

marzył, ale na jego twarzy pojawił się cierpki, opanowany wyraz.

- Wszystkie opony są nowe - zapewnił mężczyzna.

- Były nowe, kiedy go robiono - powiedział Haze.

- Kiedyś to się budowało samochody. Teraz nie ma już takich.

- Ile pan za niego chce? - zapytał Haze znowu.

Mężczyzna obrzucił go uważnym spojrzeniem i zamyślił się.

- Mógłbym go panu oddać za sześćdziesiąt pięć - powiedział po chwili.

background image

Haze oparł się o samochód i zaczął skręcać papierosa, ale mu to nie wychodziło. 

Rozsypywał tytoń i bibułki.

- No a ile może pan za niego dać? - zapytał mężczyzna. - Nie oddałbym chryslera 

za takiego essexa. Tego samochodu nie robiły czarnuchy. Wszystkie czarnuchy mieszkają 

teraz w Detroit i tam składają samochody - dodał próbując nawiązać rozmowę. - Byłem 

tam i trochę widziałem. Właśnie stamtąd wróciłem.

- Nie dałbym za niego więcej niż trzydzieści dolarów - powiedział Haze.

- Mają tam jednego czarnucha - mówił mężczyzna - co ma prawie tak białą skórę 

jak pan czy ja.

Zdjął kapelusz i przeciągnął palcem po przepoconej wewnętrznej obwódce. Miał 

resztki włosów koloru marchewkowego.

- Przejedźmy się nim - zaproponował. - Czy może chce pan wejść pod spód i 

obejrzeć go?

- Nie - powiedział Haze.

Mężczyzna spojrzał na niego przelotnie.

- Płaci pan, jak będzie pan odjeżdżał - powiedział swobodnie. - Jak nie znajdzie 

pan w nim tego, czego pan szuka, to są inne w tej samej cenie, które mogą to mieć.

Dwa samochody dalej chłopak zaczął znowu przeklinać. Brzmiało to jak urywany 

kaszel. Haze odwrócił się nagle i kopnął w przednią oponę.

- Mówiłem panu przecież, że nie pękną - powiedział mężczyzna.

- Ile? - zapytał Haze.

- Niechby było pięćdziesiąt dolarów - zaproponował.

Zanim Haze kupił samochód, mężczyzna wlał w niego trochę benzyny i obwiózł go 

wokół okolicznych domów, aby udowodnić, że jest na chodzie. Chłopak siedział skulony na

tylnym siedzeniu ciągle przeklinając.

- Coś z nim musi być nie tak, bo inaczej by tak nie przeklinał. Niech pan go nie 

słucha - powiedział mężczyzna.

Samochód jechał, wydając z siebie przenikliwy pisk. Mężczyzna nacisnął na 

hamulec, aby pokazać, jak dobrze działa i chłopiec spadł im z tyłu na głowy.

- Niech cię cholera! - wrzasnął mężczyzna. - Przestań po nas skakać! Trzymaj tyłek 

na desce!

Chłopak nie odpowiedział. Nawet nie zaklął. Kiedy Haze się obejrzał, siedział 

skulony w czarnym płaszczu przeciwdeszczowym z czarną skórzaną czapką zsuniętą prawie 

background image

na oczy. Jedyną różnicą było to, że popiół miał strzepnięty z papierosa.

Kupił samochód za czterdzieści dolarów i zapłacił jeszcze dodatkowo za pięć 

galonów benzyny. Mężczyzna kazał chłopakowi iść do biura i przynieść pięciogalonową 

bańkę benzyny, którą miał wiać do baku. Chłopak przyszedł zgięty prawie w pół, 

przeklinając i taszcząc żółtą bańkę z benzyną.

- Daj to tutaj - powiedział Haze. - Sam to zrobię.

Potwornie się spieszył, by już odjechać. Chłopak wyszarpnął od niego puszkę i 

wyprostował się. Była zapełniona tylko do połowy, ale trzymał ją przy baku, aż wypłynęło z 

niej powoli pięć galonów. Przez cały czas powtarzał: „Słodki Jezu, słodki Jezu, słodki Jezu”.

- Dlaczego on się nie zamknie? - zapytał nagle Haze. - Po co tak ciągle gada?

- Ja tam nigdy nie wiem, co z nim jest - odparł mężczyzna i wzruszył ramionami.

Kiedy samochód był gotowy, mężczyzna i chłopak stanęli z boku przypatrując się, 

jak Haze odjeżdża. Nie chciał, żeby go ktokolwiek obserwował, ponieważ nie prowadził 

samochodu od czterech czy pięciu lat. Mężczyzna i chłopak nie powiedzieli nic, kiedy 

próbował go zapalić. Stali tylko i patrzyli.

- Chciałem kupić ten samochód głównie po to, żeby był moim domem - wyjaśnił. - 

Nie mam dokąd pójść.

- Nie spuściłeś jeszcze hamulca - powiedział mężczyzna.

Spuścił hamulec i samochód ruszył do tyłu, ponieważ zostawiony był na tylnym 

biegu. Po chwili ruszył do przodu i odjechał zygzakiem, mijając chłopaka i mężczyznę, 

którzy ciągle stali przyglądając się. Jechał prosto przed siebie tą samą ulicą, pocąc się i nie 

myśląc o niczym. Ciężko mu było utrzymać samochód na drodze. Minął teren kolei, który 

ciągnął się mniej więcej przez pół mili, a potem magazyny. Kiedy spróbował zwolnić, 

samochód zgasł i musiał zapalić go znowu. Minął szare zabudowania, a następnie bogatsze 

żółte domy. Zaczął mżyć deszcz, więc włączył wycieraczki. Klekotały głośno jak dwaj 

idioci, którzy klaszczą w kościele. Minął białe zabudowania. Przed każdym z nich, na 

kwadratowym trawniku, tkwił brzydki pysk psa. W końcu minął wiadukt i znalazł się na 

głównej drodze.

Jechał teraz bardzo szybko.

Autostrada upstrzona była stacjami benzynowymi, campingami dla przyczep i 

przydrożnymi motelami. Po chwili po obydwu stronach drogi pojawiły się czerwone 

wąwozy, a za nimi połacie ziemi pospinane ze sobą słupami elektrycznymi. Niebo sączyło na

to wszystko swe światło, a potem zaczęło wlewać się w samochód. Nagle, ponad rowem, 

background image

ukazała sic głowa świni z ryjem uniesionym do góry i Haze musiał zahamować z piskiem 

opon i czekać, aż całe stado zniknie w rowie po drugiej stronie drogi. Zapalił samochód i 

pojechał dalej. Miał uczucie, że wszystko, co widzi, to fragmenty czegoś, czego dobrze nie 

pamiętał, co mu się kiedyś przydarzyło i teraz stanowi ogromną pustą przestrzeń w jego 

umyśle. Mała czarna, odkryta ciężarówka wyjechała przed nim z bocznej drogi. Na tyle 

miała umocowane żelazne łóżko, krzesło i stół, a na nich znajdowała się skrzynka z 

pstrokatymi kurczakami. Ciężarówka jechała bardzo wolno z łoskotem środkiem jezdni. 

Haze zaczął naciskać na klakson. Uderzył w niego trzy razy, zanim zorientował się, że nie 

działa. Skrzynka była tak szczelnie wypełniona mokrymi pstrymi kurczakami, że te, które 

były zwrócone w jego stronę, miary głowy wysunięte za kraty. Ciężarówka nie 

przyspieszyła ani trochę, więc Haze był zmuszony zwolnić. Rozmokłe pola rozciągały się po 

obu stronach drogi i sięgały aż do sosnowych zagajników.

Droga zakręcała i prowadziła w dół wzgórza. Z jednej strony ukazała się wysoka 

skarpa, porośnięta sosnami, a z drugiej ze ściany wąwozu sterczał szary otoczak. Białymi 

literami namalowano na nim napis: BIADA BLUŹNIERCOM I ALFONSOM! CZY 

PIEKŁO WAS POCHŁONIE? Ciężarówka zwolniła jeszcze bardziej, jakby po to, aby 

kierowca mógł to przeczytać, a Haze znowu wcisnął swój zepsuty klakson. Walił w niego 

uparcie, ale nie udało mu się wydobyć z niego żadnego dźwięku. Ciężarówka wjechała już 

na szczyt następnego pagórka, potrząsając posępnie skrzynią z pstrokatymi kurczakami. 

Haze zatrzymał samochód i skierował wzrok na dolną część głazu, gdzie małymi literami 

napisano: Jezus zbawia.

Jechał, wpatrując się w napis i nie posłyszał za sobą klaksonu. Stała za nim 

cysterna, długa jak wagon kolejowy. Po chwili w oknie jego samochodu pojawiła się 

kwadratowa czerwona twarz. Mężczyzna patrzył przez chwilę na kark i kapelusz Haze'a, a 

potem położył mu rękę na ramieniu.

- Co pan robi na środku drogi? - zapytał kierowca cysterny.

Haze zwrócił ku niemu swoją kruchą, spokojną twarz.

- Niech pan zabierze rękę - powiedział. - Czytam napis.

Twarz kierowcy nie drgnęła, a jego ręka została dokładnie w tym samym miejscu, 

jakby nie dosłyszał dobrze.

- Nie ma takiego alfonsa, który nie był wcześniej kimś gorszym - powiedział Haze. -

To nie jest grzech ani bluźnierstwo. Grzech był już przed nimi.

Wyraz twarzy kierowcy cysterny pozostał bez zmian.

background image

- Jezus jest tanim chwytem dla czarnuchów - dodał Haze.

Kierowca położył obydwie ręce na szybie i zacisnął je, tak jakby chciał unieść 

samochód w górę.

- Zabierz pan w końcu to cholerne pudło ze środka drogi - powiedział.

- Nie muszę od niczego uciekać, bo w nic nie wierzę.

Przez mniej więcej minutę wpatrywali się w siebie. Spojrzenie Haze'a stawało się 

coraz bardziej nieobecne; rodził się w jego umyśle nowy plan.

- W którą stronę do zoo? – zapytał.

- W odwrotnym kierunku - odpowiedział kierowca. - Czy stamtąd właśnie pan 

uciekł?

- Muszę się zobaczyć z chłopakiem, który tam pracuje - powiedział Haze. Zapalił 

silnik i zostawił kierowcę stojącego na drodze na wprost liter namalowanych na głazie.

Rozdział V

Kiedy Enoch Emery obudził się tego ranka, wiedział, że przyjdzie ktoś, komu 

będzie mógł to pokazać. Mówiła mu to jego krew. Miał mądrą krew po swoim ojcu.

O drugiej po południu, powitał przy bramie strażnika, który przyszedł go zmienić.

- Spóźniłeś się piętnaście minut - powiedział z rozdrażnieniem. - Ale zostałem. 

Mogłem sobie iść, ale zostałem.

Miał na sobie zielony mundur z żółtymi lamówkami na kołnierzyku i na rękawach, i 

żółtymi pasami na zewnętrznych stronach nogawek. Strażnik z drugiej zmiany, chłopak z 

twarzą o ostrych rysach i strukturze łupka ilastego z wykałaczką w zębach ubrany był tak 

samo. Brama, przy której stali, zrobiona była z żelaznych prętów. Okalał ją betonowy łuk w 

kształcie dwu drzew, których gałęzie tworzyły szczyt bramy, i gdzie poskręcane litery 

układały się w napis MIEJSKI PARK LEŚNY. Strażnik z drugiej zmiany oparł się o jeden 

z pni i zaczął grzebać w zębach wykałaczką.

- Codziennie - skarżył się Enoch - codziennie tracę dobrych piętnaście minut, stojąc 

tu i czekając na ciebie.

Zawsze, kiedy schodził ze służby, szedł do parku i zawsze, kiedy tam szedł, robił to 

samo. Najpierw szedł na basen. Bał się wody, ale lubił siedzieć na brzegu i obserwować 

kąpiących się. Co poniedziałek przychodziła tam kobieta, która miała kostium kąpielowy z 

background image

rozcięciami na biodrach. Najpierw myślał, że ona o nich nie wie i zamiast patrzeć otwarcie, 

siedząc na brzegu, zaszył się w jakieś krzaki i chichocząc pod nosem obserwował ją. Tłumy 

zjawiały się dopiero około czwartej, więc w basenie nie było nikogo, kto by jej mógł 

powiedzieć o tych rozcięciach. Pluskała się w basenie, a potem kładła się na brzegu i spała 

prawie przez godzinę, nie podejrzewając, że ktoś przez cały czas się jej przygląda zza 

krzaków. Kiedy indziej, gdy został trochę dłużej, zobaczył trzy kobiety, z których każda 

miała podobne rozcięcia po bokach kostiumu i chociaż basen był pełen ludzi, nikt nie 

zwrócił na to uwagi. W ten sposób miasto zawsze go zaskakiwało. Odwiedzał dziwkę, 

kiedy miał na to ochotę, ale zawsze szokowała go swoboda w miejscach publicznych. 

Poczucie przyzwoitości nakazywało mu wczołgiwać się w krzaki. Bardzo często kobiety 

zsuwały ramiączka kostiumów i leżały wyciągnięte na trawie.

Park znajdował się w sercu miasta. Przyjechał tu i - jak nakazywał mu głos krwi - 

osiedlił się w samym jego sercu. Codziennie zaglądał w to serce i codziennie był tym 

widokiem przejęty, przestraszony i zaskoczony do tego stopnia, że nawet na samą myśl o 

tym, co tu widział, przechodziły go ciarki. Dokładnie w centrum parku odkrył coś 

wyjątkowego. Była to jego tajemnica, chociaż przecież każdy mógł to zobaczyć i 

przeczytać umieszczoną nad tym kartkę, która wyjaśniała wszystko. Było jednak coś, czego

kartka nie mogła wyjaśnić, bo to znajdowało się w nim samym: przerażająca wiedza nie 

mieszcząca się w słowach, przerażająca wiedza narastająca w nim jak potężny nerw. Nie 

mógł wyjawić tej tajemnicy byle komu. Ale komuś musiał ją wyjawić. Ten komu miałby to 

pokazać, musiałby być szczególną osobą. Choć nie wiedział dlaczego, osoba ta nie mogła 

być z tego miasta. Był pewien, że rozpozna tego człowieka, kiedy go zobaczy i wiedział też, 

że musi go spotkać wkrótce, bo inaczej ten wewnętrzny nerw powiększy się do takich 

rozmiarów, że będzie zmuszony ukraść samochód, obrabować bank lub napaść w ciemnej 

uliczce na jakąś kobietę. Jego krew tego ranka mówiła mu, że ta osoba przyjdzie dzisiaj.

Pozostawił swojego zmiennika i poszedł w stronę basenu dyskretną ścieżką, która 

prowadziła za przebieralnią dla kobiet na małą polankę, skąd rozciągał się widok na cały 

basen. Nie było w nim nikogo - . woda koloru zielonej butelki stała nieruchomo - ale idąc w 

odwrotną stronę, w kierunku zabudowań pływalni, zobaczył kobietę z dwoma małymi 

chłopcami. Przychodziła mniej więcej co dwa dni i przyprowadzała dwójkę dzieci. 

Wchodziła z nimi do wody, przepływała cały basen, a potem wychodziła na brzeg i kładła 

się w słońcu. Miała biały kostium kąpielowy w plamy, który wisiał na niej jak worek i 

Enoch obserwował ją nie raz z przyjemnością. Przeszedł z polanki na zbocze porośnięte 

background image

kapryfolium. Znalazł w nich tunel i doczołgał się nim do nieco szerszej przestrzeni. Usadowił 

się i rozsunął gałęzie krzewu tak, aby przez nie dobrze widzieć. Jego twarz na tle krzaków 

była zawsze bardzo czerwona. Gdyby ktoś rozchylił gałązki w tym właśnie miejscu, 

pomyślałby, że widzi diabła i spadłby ze zbocza prosto do basenu, Kobieta i dwaj chłopcy 

weszli do budynku pływalni.

Enoch nigdy nie szedł od razu do ciemnego, tajemniczego centrum parku. Stanowiło 

ono zwykle punkt kulminacyjny całego popołudnia. Robił najpierw inne rzeczy, które były 

do tego wstępem. Po wyjściu z krzaków, szedł zwykle do FROSTY BOTTLE, budki z hot 

dogami w kształcie butelki ze szronem pomalowanym na niebiesko wokół szyjki. Tam 

zjadał czekoladowy mrożony krem i wygłaszał kilka znaczących uwag pod adresem 

kelnerki, która, jak sądził, była w nim zakochana. Później szedł obejrzeć zwierzęta. 

Siedziały w długim rzędzie stalowych klatek takich jak w filmach o więzieniu Alcatraz. 

Klatki były elektrycznie ogrzewane w zimę, a latem włączano klimatyzację; sześciu 

mężczyzn pilnowało zwierząt i karmienia ich płatami mięsa z kością. Zwierzęta nigdy nic nie 

robiły, tylko leżały. Enoch obserwował je codziennie pełen strachu i nienawiści. Potem szedł 

tam.

Dwóch małych chłopców wybiegło z budynku pływalni i wskoczyło do wody, a 

jednocześnie z drugiej strony basenu rozległ się warkot samochodu. Głowa Enocha wyjrzała

zza krzaków. Zobaczył przejeżdżający wysoki wóz w szczurzym kolorze, który wydawał 

takie dźwięki, jakby silnik wlókł za sobą całą resztę. Samochód przejechał i Enoch słyszał 

jeszcze, jak gruchocze na zakręcie alejki i znika w oddali. Słuchał uważnie, czy się nie 

zatrzyma. Warkot oddalił się, a później stopniowo stawał się coraz głośniejszy. Samochód 

przejechał jeszcze raz. Tym razem Enoch zauważył, że siedzi w nim tylko jedna osoba, 

mężczyzna. Dźwięk ponownie zamarł, a później znowu stał się głośniejszy. Samochód 

przejechał po raz trzeci i zatrzymał się prawie dokładnie naprzeciwko Enocha po drugiej 

stronie basenu. Siedzący za kierownicą mężczyzna wyjrzał przez okno i spojrzał na wzgórze 

pokryte trawą, a potem w dół na wodę, gdzie pluskali się i krzyczeli dwaj chłopcy. Enoch 

wysunął głowę z krzaków tak daleko, jak tylko potrafił i patrzył. Drzwi od strony kierowcy 

przywiązane były sznurem. Mężczyzna wysiadł drugimi drzwiami, obszedł samochód i zszedł

do połowy wzgórza w kierunku basenu. Stał tam przez chwilę, jakby kogoś szukał, a potem 

usiadł sztywno na trawie. Miał na sobie niebieski garnitur i czarny kapelusz. Siedział z pod-

ciągniętymi kolanami.

- No, chyba zabawię się w psa - powiedział Enoch. - No, chyba zabawię się w psa.

background image

Zaczął się natychmiast wyczołgiwać z krzaków. Krew w jego żyłach krążyła szybko 

jak facet na motocyklu w wesołym miasteczku, jeżdżący w kółko po pochyłym torze. 

Pamiętał nawet nazwisko tego mężczyzny - pan Hazel Motes. Po chwili ukazał się na 

czworakach na skraju zarośli i spojrzał ponad basenem. Niebieska postać siedziała tam 

gdzie przedtem, w tej samej pozycji. Mężczyzna wyglądał, jakby trzymała go tam jakaś 

niewidzialna ręka i jakby na jej skinienie, mógłby przenieść się jednym skokiem na drugą 

stronę basenu, nie zmieniając ani na chwilę wyrazu twarzy.

Z budynku pływalni wyszła kobieta i podeszła do trampoliny. Rozpostarła szeroko 

ramiona i zaczęła się bujać. Deska trzepotała głośno. Potem nagle odwróciła się tyłem, 

zawirowała i zniknęła pod wodą. Głowa pana Haze'a Motesa odwracała się powoli, w 

miarę jak kobieta płynęła wzdłuż basenu.

Enoch podniósł się i poszedł ścieżką za budynkiem pływalni. Ukradkiem wyszedł 

zza rogu i ruszył w stronę Haze'a. Stąpał lekko i cicho po trawie rosnącej wzdłuż chodnika 

na szczycie stoku. Kiedy znalazł się bezpośrednio za Hazem, usiadł na brzegu chodnika. 

Gdyby jego ręce miały długość dziesięciu stóp, mógłby położyć mu dłonie na ramionach. 

Przypatrywał mu się bez słowa.

Kobieta wydostała się z basenu, podpierając się brodą o brzeg. Najpierw pojawiła 

się jej długa i trupia twarz okolona czepkiem, przypominającym bandaż nasunięty na oczy, z 

wystającymi z ust ostrymi zębami. Uniosła się na rękach, po czym ukazała się jej ogromna 

stopa, potem cała noga, a za moment druga i była już na zewnątrz. Przycupnęła na brzegu, 

dysząc ciężko. Po chwili wstała i otrząsnęła się, rozpryskując spływającą z niej wodę. 

Uśmiechnęła się, kiedy zauważyła ich naprzeciwko siebie. Enoch widział część twarzy 

Haze'a, który przypatrywał się kobiecie. Haze nie odwzajemnił uśmiechu, ale nadal ją 

obserwował, gdy szła w stronę bardziej nasłonecznionej części basenu i usiadła prawie 

dokładnie poniżej miejsca, gdzie siedzieli. Enoch musiał przysunąć się trochę bliżej, aby coś 

widzieć.

Kobieta zdjęła czepek. Jej włosy były krótkie, potargane i mieniły się wszystkimi 

kolorami, od głębokiej miedzi po zielonkawożółty. Potrząsnęła głową, a potem spojrzała 

znów w górę na Haze'a Motesa, ukazując w uśmiechu ostro zakończone zęby. Rozciągnęła 

się na słońcu, podnosząc kolana i układając kręgosłup na betonowym chodniku. Na drugim 

końcu basenu dwaj mali chłopcy stukali się na przemian głowami o ścianę basenu. 

Usadowiła się w końcu tak, że jej plecy przylegały płasko do betonu i zsunęła ramiączka 

kostiumu.

background image

- Wielki Jezu! - szepnął Enoch i zanim udało mu się oderwać oczy od kobiety, Haze 

Motes zerwał się na nogi i był już prawie w samochodzie. Kobieta siedziała wyprostowana 

z kostiumem zsuniętym z przodu do połowy, a Enoch patrzył równocześnie w obie strony.

Oderwał wzrok od kobiety i rzucił się za Hazem Motesem.

- Niech pan zaczeka! - krzyknął i zaczął machać rękami przed samochodem, który 

już zagruchotał i ruszył z miejsca. Hazel Motes wyłączył silnik. Jego twarz za szybą była 

żabia i zgorzkniała; wyglądała, jakby zastygła w krzyku. Przypominała twarzy z filmów 

gangsterskich, kiedy ktoś siedzi w szafie przywiązany do krzesła ze szmatą w ustach.

- No - powiedział Enoch - niech mnie diabli, jeśli to nie jest Hazel Motes. Jak się 

pan ma, Hazel?

- Strażnik mówił, że znajdę cię na basenie - powiedział Hazel Motes. - Mówił, że 

chowasz się w krzakach i patrzysz, jak pływają.

Enoch zarumienił się.

- Zawsze podziwiałem pływanie - odparł i wsadził głowę głębiej w okno. - Szukał 

mnie pan?! - wykrzyknął.

- Chodzi o tego ślepca o nazwisku Hawks - powiedział Haze. - Czy ta dziewczynka

powiedziała ci, gdzie mieszkają?

Enoch wydawał się nie słyszeć.

- Przyszedł pan tutaj specjalnie, żeby się ze mną zobaczyć? - zapytał.

- Asa Hawks. Jego dziecko dało ci maszynkę. Czy powiedziała ci, gdzie mieszkają?

Enoch wyjął głowę z okna samochodu. Otworzył drzwi i usiadł obok Haze'a. Przez 

chwilę patrzył na niego, oblizując usta. Potem szepnął:

- Muszę panu coś pokazać.

- Szukam tych ludzi - powiedział Haze. - Muszę zobaczyć się z tym człowiekiem. 

Powiedziała ci, gdzie mieszkają?

- Muszę panu to pokazać - powtórzył Enoch. - Muszę to panu pokazać, jeszcze 

dzisiaj. Muszę.

Złapał Haze'a Motesa za ramię, ale on się wyswobodził.

- Powiedziała ci, gdzie mieszkają? - zapytał znowu.

Enoch nadal oblizywał usta. Były zupełnie blade z wyjątkiem opryszczki, która była 

purpurowa.

- Jasne - powiedział. - Przecież mnie zaprosiła, żebym przyszedł się z nią zobaczyć i 

przyniósł moje organki. Muszę panu pokazać tę rzecz, a potem panu powiem.

background image

- Jaką rzecz? - mruknął Haze.

- Tę, co mam panu pokazać - powiedział Enoch. - Niech pan jedzie prosto przed 

siebie, a ja powiem, gdzie się zatrzymać.

- Nie chcę widzieć żadnej twojej rzeczy. Chcę ten adres.

Enoch nie patrzył na niego. Patrzył przez okno.

- Nie przypomnę sobie, jeśli pan ze mną nie pójdzie.

Samochód ruszył. Krew Enocha mocno pulsowała. Wiedział, że musi pójść jeszcze 

do FROSTY BOTTLE i do zoo, i przeczuwał okropną walkę z Hazem Motesem. Musi go 

tam doprowadzić, nawet gdyby miał uderzyć go w głowę kamieniem i zanieść na swoich 

plecach.

Mózg Enocha składał się z dwóch odrębnych części. Ta, która porozumiewała się z 

krwią, obmyślała plany, ale nigdy nic nie wyrażała słowami. Druga część była po brzegi 

zapchana słowami i zdaniami. Podczas gdy pierwsza obmyślała, jak przeprowadzić Haze'a 

przez FROSTY BOTTLE i zoo, druga pytała: „A skąd pan wytrzasnął taki fajny 

samochód? Powinien pan sobie na nim namalować jakiś znak, na przykład: »Wpadnij do 

mnie, kotku«. Widziałem jeden z takim napisem, i jeszcze jeden widziałem z...”

Twarz Haze'a Motesa sprawiała wrażenie wykutej w skale.

- Mój tata kiedyś miał żółtego forda, którego wygrał na loterii - mruknął Enoch. - 

Miał rozkładany dach, dwie anteny i ogon wiewiórki. Zamienił go. Niech się pan tu 

zatrzyma! Niech się pan tu zatrzyma! - krzyknął, kiedy mijali właśnie FROSTY BOTTLE.

- Gdzie to jest? - zapytał Hazel Motes, jak tylko weszli do środka. Znaleźli się w 

ciemnej sali z ladą i brązowymi stołkami ustawionymi przed nią jak muchomory. Na ścianie 

naprzeciwko wisiała ogromna reklama lodów, przedstawiająca krowę przebraną za 

gospodynię domową.

- To jeszcze nie tu - powiedział Enoch. - Musimy się tylko zatrzymać po drodze i 

kupić coś do jedzenia. Co pan chce?

- Nic - odpowiedział Haze. Stał wyprostowany na środku sali z rękami w 

kieszeniach.

- No to niech pan usiądzie. Ja muszę się czegoś napić.

Coś drgnęło za ladą i kobieta z włosami obciętymi krótko, po męsku, wstała z 

krzesła, odłożyła gazetę i podeszła do kontuaru. Miała na sobie fartuch, który kiedyś był 

biały, a teraz upstrzony brązowymi plamami.

- Co podać? - zapytała głośno, nachylając się do jego ucha. Miała męską twarz i 

background image

szerokie umięśnione ramiona.

- Czekoladowy mrożony krem, maleńka - powiedział Enoch miękko. - Chcę, żeby 

w nim było dużo lodów.

Odwróciła się od niego gwałtownie i wlepiła wzrok w Haze'a.

- On mówi, że nic nie chce, tylko posiedzieć i popatrzeć na panią przez chwilę - 

powiedział Enoch. - Jest spragniony tylko pani widoku.

Haze spojrzał drewnianym wzrokiem na kobietę, a ona odwróciła się tyłem i zaczęła 

miksować lody. Usiadł na ostatnim krześle w rzędzie i zaczął strzelać palcami.

Enoch obserwował go uważnie.

- Coś mi się zdaje, że pan trochę zmiękł - powiedział po kilku minutach.

Haze wstał.

- Daj mi adres tych ludzi. W tej chwili - powiedział.

W jednej sekundzie Enochowi przyszła do głowy myśl o policji. Jego twarz 

napełniła się nagle tajemniczą wiedzą.

- Zdaje się, że nie jest pan już tak zarozumiały jak wczoraj wieczorem - powiedział. 

- Nie ma pan już tak mocnego powodu jak wtedy.

Ukradł ten samochód, pomyślał.

Hazel Motes usiadł z powrotem.

- Jak to się stało, że tak nagle zerwał się pan z miejsca tam na basenie? - zapytał 

Enoch.

Kobieta odwróciła się do niego z mrożonym kremem w ręku.

- Rzeczywiście - powiedział Haze, patrząc na szklankę. - Nie chciałbym mieć do 

czynienia z tego rodzaju wstrętnym specyfikiem.

Kobieta grzmotnęła mrożonym kremem o ladę tuż przed nosem Enocha.

- Piętnaście centów! - warknęła.

- Jest pani warta trochę więcej, maleńka - powiedział Enoch, prychnął i zaczął 

tankować mrożony krem przez słomkę.

Kobieta przemaszerowała do Haze'a.

- Po co pan tu przychodzi z takim sukinsynem?! - krzyknęła. - Taki mity, cichy 

chłopak jak pan, żeby przychodził tu z takim sukinsynem. Powinien pan lepiej dobierać 

sobie towarzystwo.

Miała na imię Maude i cały dzień piła whisky ze słoika po owocach, który trzymała 

pod ladą.

background image

- Jezu - westchnęła, wycierając nos ręką. Usiadła na prostym, twardym krześle 

naprzeciwko Haze'a z twarzą zwróconą do Enocha i rękami założonymi na piersiach.

- Codziennie - powiedziała do Haze'a, patrząc na Enocha - codziennie ten sukinsyn 

tu przychodzi.

Enoch myślał o zwierzętach. Muszą iść teraz zobaczyć zwierzęta. Nienawidził ich i 

na samą myśl o nich jego twarz stała się czekoladowopurpurowa, zupełnie jakby mrożony 

krem uderzył mu do głowy.

- Jesteś miłym chłopcem - powiedziała. - Widzę, że masz czysty nos. Dbaj o to, 

żeby był czysty i nie zadawaj się z takim sukinsynem jak ten tutaj. Od razu poznam czystego 

chłopaka.

Krzyczała do Enocha, ale on patrzył na swojego towarzysza. Odnosiło się wrażenie, 

że coś w Hazelu Motesie się napina, chociaż na zewnątrz nawet nie drgnął. Wydawało się, 

że to, co w nim tkwi, rozrasta się do takich rozmiarów, że nie mieści się już w niebieskim 

garniturze. Krew nakazywała Enochowi się pospieszyć. Szybko ciągnął krem mrożony 

przez słomkę.

- Tak, panie szanowny - powiedziała. - Nie ma nic słodszego niż czysty chłopiec. 

Bóg mi świadkiem, że zaraz poznaję takiego, jak go zobaczę, i poznaję też sukinsyna, zaraz 

jak go zobaczę, bo to jest ogromna różnica i ten zaropiały bękart siorbiący przez słomkę, 

jest przeklętym sukinsynem, a ty jesteś czysty chłopak i lepiej uważaj w jego towarzystwie. 

Poznaję czystego chłopaka, zaraz jak go zobaczę.

Enoch poskrobał rurką po dnie szklanki. Wyłowił piętnaście centów z kieszeni, 

położył je na Jadzie i wstał. Hazel Motes już to zrobił i pochylał się teraz przez ladę nad 

kobietą. Nie zobaczyła go od razu, bo patrzyła na Enocha. Opierając się rękami o ladę 

Haze wychylił się tak, że jego twarz znalazła się o stopę od jej głowy. Odwróciła się i 

spojrzała na niego.

- Chodźmy - zaczął Enoch - nic mamy czasu na takie głupoty. Muszę ci natychmiast 

to pokazać, muszę...

- JESTEM czysty - powiedział Haze.

Dopiero kiedy powtórzył to jeszcze raz, do Enocha dotarły te słowa.

- JESTEM czysty - powiedział jeszcze raz bezbarwnym głosem, z twarzą 

pozbawioną wyrazu, patrząc na kobietę tak, jakby patrzył w ścianę. - Gdyby Jezus istniał, 

nie byłbym czysty - powiedział.

Popatrzyła na niego przestraszona, a potem wybuchnęła.

background image

- Myśli pan, że mnie to obchodzi?! - krzyknęła. - Gówno mnie to obchodzi, kim 

pan jest!

- Chodźmy - zaskamlał Enoch. - Chodźmy, bo panu nie powiem, gdzie tamci ludzie 

mieszkają.

Złapał Haze'a za ramię i odciągnął od lady w stronę drzwi.

- Ty bękarcie! - krzyknęła kobieta. - Myślisz, że coś mnie obchodzą jacyś brudni 

faceci?

Hazel Motes otworzył drzwi szybkim pchnięciem i wyszedł. Wsiadł do samochodu, 

a chłopak wsunął się za nim.

- W porządku - powiedział Enoch. - Jedź prosto tą drogą.

- Co chcesz za ten adres? - zapytał Haze. - Nie zostanę tutaj. Muszę jechać. Nie 

mogę tu dłużej zostać.

Enoch wzdrygnął się. Zaczął oblizywać wargi.

- Muszę to panu pokazać - powiedział ochrypłym głosem. - Nie mogę tego 

pokazać nikomu innemu. Otrzymałem znak, że to pan, kiedy zobaczyłem, jak pan zajeżdża 

przed basen. Od rana wiedziałem, że ktoś przyjdzie i potem, kiedy pana zobaczyłem na 

basenie, otrzymałem ten znak.

- Nie obchodzą mnie twoje znaki.

- Chodzę tam codziennie, żeby to zobaczyć - mówił Enoch. - Chodzę codziennie, 

ale nie mogłem nigdy zabrać nikogo ze sobą. Musiałem czekać na znak. Dam panu adres 

tych ludzi zaraz, jak to pan zobaczy. Musi pan to zobaczyć. Kiedy pan to zobaczy, coś się 

stanie.

- Nic się nie stanie - powiedział Haze.

Zapalił znowu silnik, a Enoch usiadł na przednim siedzeniu.

- Teraz zwierzęta - mruknął. - Najpierw musimy koło nich przejść. Nie potrwa to 

długo. Nie potrwa to dłużej niż jedną chwilę.

Zobaczył zwierzęta czekające na niego ze złością w oczach, gotowe wyrzucić go 

poza obręb czasu. Pomyślał, co by było, gdyby rozległ się w tej chwili ryk syren wozów 

policyjnych i musiałby oddać Hazela Motesa policji, zanim zdążyłby mu to pokazać.

- Muszę zobaczyć się z tymi ludźmi - powiedział Haze.

- Niech pan się tu zatrzyma! Niech się pan zatrzyma! - krzyknął Enoch.

Na lewo stał długi rząd błyszczących stalowych klatek, a za kratami siedziały lub 

przesuwały się czarne kształty.

background image

- Niech pan wysiada - powiedział Enoch. - Zajmie nam to najwyżej chwilę.

Haze wysiadł i stanął przy samochodzie.

- Muszę zobaczyć się z tymi ludźmi - powtórzył.

- Dobrze, dobrze, chodźmy - zaskamlał płaczliwie Enoch.

- Nie wierzę, że znasz ich adres.

- Znam! Znam! - wykrzyknął. - Zaczyna się od trójki, teraz chodźmy!

Popchnął Haze'a w stronę klatek. W pierwszej siedziały czarne niedźwiedzie jak 

dwie matrony, popijające herbatkę z wyrazem uprzejmości i wzajemnego zainteresowania 

na twarzach.

- One nic nie robią, tylko siedzą tak cały dzień i cuchną - powiedział Enoch. - Co 

rano przychodzi tu człowiek i myje te klatki wodą z węża, ale śmierdzi tak samo, jakby nic 

nie robił.

Przeszedł obok dwóch następnych klatek z niedźwiedziami nie patrząc na nie, a 

potem zatrzymał się przy następnej, w której tkwiły dwa żółtookie wilki, węszące wokół 

betonowych krawędzi.

- Hieny - powiedział. - Nie interesują mnie hieny.

Pochylił się i splunął do klatki na nogę jednego ze zwierząt. Wilk odskoczył zwinnie 

w bok, rzucając mu nienawistne spojrzenie. Zapomniał na chwilę o Hazelu Motesie. Potem 

szybko spojrzał w tył, aby się upewnić, czy on jeszcze tam jest. Stał tuż za nim. Nie patrzył 

na zwierzęta. Enoch pomyślał, że Haze myśli o policji.

- Chodźmy, szkoda czasu na małpy, które są dalej - powiedział.

Zwykle stawał przy każdej klatce i na głos wypowiadał obsceniczne uwagi pod 

adresem zwierząt, ale tego dnia to wszystko było jedynie formalnością, przez którą musiał 

przejść. Pospiesznie minął klatki, oglądając się za siebie dwa lub trzy razy, aby upewnić się, 

czy Haze za nim idzie. Przy ostatniej klatce z małpami zatrzymał się, jakby nie mógł sobie 

tego odmówić.

- Niech pan spojrzy na nią - powiedział z nienawiścią w oczach.

Małpa stała odwrócona tyłem, cała szara, oprócz małego różowego siedzenia.

- Gdybym miał taki tyłek - powiedział pruderyjnie - to bym na nim cały czas 

siedział. Nie pokazywałbym go każdemu, kto przychodzi do parku. Chodźmy, nie mamy 

czasu patrzeć na te ptaki tam dalej.

Minął w biegu klatki z ptakami i był już na końcu zoo.

- Teraz nie potrzebujemy już samochodu - powiedział, nie zatrzymując się. - 

background image

Zejdziemy w dół tego wzgórza, za te drzewa. Haze zatrzymał się przy ostatniej klatce z 

ptakami.

- O, Jezu - jęknął Enoch.

Stał, wymachiwał rękami i krzyczał „Chodźmy!”, ale Haze nie ruszył się z miejsca.

Chłopak podbiegł do niego i schwycił go za ramię, ale Haze odpechnął go i dalej 

patrzył na klatkę. Była pusta. Enoch spojrzał na nią.

- Jest pusta! - krzyknął. - Po co pan patrzy na tę starą pustą klatkę? Chodźmy już!

Jego twarz stała się purpurowa.

- Jest pusta! - krzyknął.

I wtedy zobaczył, że nie jest pusta. Z dolnego rogu klatki patrzyło oko. Tkwiło w 

środku czegoś, co wyglądało jak kawałek szczotki owiniętej w starą szmatę. Przybliżył 

twarz do prętów i zobaczył, że ten kawałek miotły to sowa z jednym otwartym okiem. 

Patrzyło ono prosto na Hazela Motesa.

- To nic tylko stare sowisko - mruknął. - Na pewno pan takie już nie raz widział.

- JESTEM czysty - powiedział Haze do oka. Powiedział to w ten sam sposób, jak 

mówił do kobiety we FROSTY BOTTLE. Oko przymknęło się z lekka i sowa obróciła 

dziób do ściany.

Pewnie wziął i kogoś zamordował, pomyślał Enoch.

- Słodki Jezu, chodźmy już! - zawodził. - Muszę panu to pokazać w tej chwili.

Odciągnął go zaledwie parę kroków od klatki i Haze zatrzymał się znowu, patrząc 

na coś w oddali. Enoch miał bardzo słaby wzrok. Zmrużył oczy i zdołał dostrzec w oddali 

na ścieżce jakąś postać. U każdego z jej boków podskakiwała jedna mała postać.

Hazel Motes odwrócił się nagle do niego i spytał:

- Gdzie to jest? Zobaczmy to teraz, żebyśmy mieli to już za sobą. Chodźmy.

- Przecież właśnie chciałem pana zabrać.

Czuł, jak schnie na nim pot i go piecze i wszędzie, nawet na czaszce, czuł 

dokuczliwe mrowienie.

- Musimy przeciąć tę drogę i zejść ze wzgórza. Musimy iść piechotą.

- Dlaczego? - mruknął Haze.

- Nie wiem - powiedział Enoch.

Wiedział już, że coś się z nim stanie. Krew przestała mu pulsować w żyłach. 

Wcześniej cały czas waliła jak oszalała, a teraz przestała. Zaczęli schodzić ze wzgórza. Było 

to strome zbocze pełne drzew pomalowanych na biało do wysokości czterech stóp. 

background image

Wyglądały, jakby miały skarpetki do kostek. Złapał Haze'a Motesa za ramię.

- Tu w dole robi się wilgotno - powiedział, patrząc niepewnie wokoło. Hazel Motes 

odtrącił jego rękę. Za moment Enoch znów złapał go i zatrzymał. Wskazał w dół, poprzez 

drzewa.

- Muvzeevum - powiedział.

To dziwne słowo sprawiło, że przeszył go dreszcz. Po raz pierwszy wypowiedział je 

na głos. Tam, gdzie wskazywał, zaczął pojawiać się fragment szarego budynku. Kształt ten 

stawał się większy, w miarę jak schodzili ze wzgórza, a potem, kiedy wyszli spośród drzew 

na żwirowany podjazd, zaczął się nagle kurczyć. Był to okrągły budynek w kolorze sadzy. 

Na jego froncie znajdowały się kolumny, a pomiędzy każdą z nich stały kamienne kobiety 

bez oczu trzymające na głowie dzbanki. Ponad kolumnami ciągnęła się betonowa wstęga, w 

której wycięte były litery MVZEVM. Enoch bał się wypowiedzieć to słowo po raz drugi.

- Musimy wejść po schodach na górę do drzwi wejściowych - szepnął.

Na ganek prowadziło dziesięć schodków. Drzwi były szerokie i czarne. Enoch 

popchnął je ostrożnie i włożył głowę w szczelinę. Po chwili wyjął ją z powrotem i po-

wiedział:

- W porządku. Niech pan wchodzi spokojnie. Nie chcę obudzić tego starego 

strażnika. Nie jest dla mnie zbyt uprzejmy.

Weszli w ciemny korytarz. Powietrze było ciężkie od zapachu linoleum, kreozotu i 

czegoś jeszcze. To trzecie było podzapachem i Enoch nie potrafił tego porównać do 

niczego, co do tej pory znał. W korytarzu nie było nic oprócz dwu urn i starego człowieka 

śpiącego na twardym krześle opartym o ścianę. Miał na sobie tego samego rodzaju mundur 

co Enoch i wyglądał w nim jak wciśnięty w suchą skorupę pająk. Enoch spojrzał na Haze'a 

Motesa, by sprawdzić, czy on też wyczuwa ten podzapach. Wyglądało na to, że tak. Krew 

Enocha zaczęła znów pulsować, popychając go naprzód. Złapał Haze'a za ramię i przeszedł 

z nim na palcach do następnych czarnych drzwi w końcu korytarza. Uchylił je nieco i wsunął

głowę w szczelinę. W chwilę później cofnął ją i kiwnął palcem na Haze'a, aby za nim 

poszedł. Weszli w następny korytarz podobny do poprzedniego, ale biegnący w poprzek.

- To tam, w tych pierwszych drzwiach - powiedział Enoch cienkim głosem.

Weszli do mrocznego pomieszczenia pełnego szklanych gablotek, pokrywających 

całe ściany. Na środku na podłodze stały trzy inne, przypominające trumny. Te na ścianach 

były pełne ptaków ustawionych na polakierowanych kijkach i patrzących w dół 

wysuszonym, pełnym pikanterii wzrokiem.

background image

- Chodźmy - szepnął Enoch i przeszedł obok dwóch gablotek na środku podłogi do 

ostatniej z nich. Zatrzymał się przy niej patrząc w dół, z szyją wysuniętą do przodu i 

splecionymi dłońmi. Hazel Motes stanął obok niego.

Stali tak we dwóch, Enoch sztywno wyprostowany, a Hazel Motes lekko 

pochylony do przodu. W gablocie były trzy miski, rząd ślepej broni i mężczyzna. To właśnie 

na niego patrzył Enoch. Jego nagie, wysuszone żółte ciało miało około trzech stóp długości. 

Powieki były opuszczone, prawie zamknięte, jakby spodziewał się, że ogromny stalowy 

blok spadnie na niego z góry.

- Widzi pan ten napis? - powiedział Enoch kościelnym szeptem, wskazując na 

napisaną na maszynie kartkę przy stopach mężczyzny. - Tam jest napisane, że on kiedyś był 

tak wysoki jak pan i ja. Jacyś Arabowie zrobili to z niego w sześć miesięcy.

Ostrożnie skierował wzrok na Hazela Motesa.

Mógł dostrzec tylko, że wpatruje się w skurczonego człowieka. Pochylił się w 

przód tak, że jego twarz odbijała się w wierzchniej szybie gabloty. Odbicie było blade, a 

oczy wyglądały jak dwie regularne dziury po kulach. Enoch czekał, sztywno wyprostowany. 

Usłyszał kroki w korytarzu. O Jezu, modlił się, niech się pospieszy i zrobi, co ma zrobić! W 

drzwiach ukazała się kobieta z dwoma małymi chłopcami. Trzymała każdego za rękę i 

uśmiechała się. Hazel Motes nawet na moment nie oderwał wzroku od skurczonego 

człowieka. Kobieta podeszła do nich. Stanęła z drugiej strony gabloty, spojrzała w dół i 

odbicie jej uśmiechniętej twarzy pojawiło się na szybie ponad głową Hazela Motesa. 

Prychnęła i położyła sobie dwa palce przy zębach. Twarze małych chłopców były jak 

rondle ustawione po obu stronach twarzy kobiety po to, aby łapać uśmiechy, które z niej 

spływały. Kiedy Haze zobaczył w szybie jej twarz, głowa odskoczyła mu w tył i wydał 

odgłos, który, mogłoby się wydawać, że wyszedł z ust człowieka w gablocie. Po chwili 

Enoch był tego pewien.

- Niech pan czeka! - krzyknął i wybiegł z pokoju za Hazelem Motesem.

Dogonił go w połowie wzgórza. Złapał za ramię, zakręcił nim wokoło i nagle poczuł 

się słaby i lekki jak balon i mógł tylko stać i patrzeć na niego. Hazel Motes złapał go za 

ramiona i potrząsnął nim.

- Daj mi ten adres! - krzyknął. - Chcę znać ten adres!

Nawet gdyby Enoch był pewien, jaki jest ten adres, nie mógłby go sobie 

przypomnieć. Nie był w stanie nawet się podnieść. Jak tylko Hazel Motes go wypuścił, 

upadł w tył, uderzając w jedno z drzew w białej skarpetce, po czym przeturlał się i 

background image

rozciągnął na ziemi z egzaltowanym wyrazem twarzy. Wydawało mu się, że dryfuje. 

Zobaczył jak przez mgłę, że pojawia się nad nim niebieska postać i unosi w górę kamień. 

Widział jak dzika twarz się odwraca i jak kamień leci w jego kierunku. Zacisnął mocno 

powieki i kamień uderzył go w czoło.

Kiedy przebudził się, Hazela Motesa nie było. Poleżał jeszcze chwilę. Położył palce 

na czole, a potem zatrzymał je przed oczami. Były na nich czerwone smugi. Odwrócił głowę 

i zobaczył kroplę krwi na ziemi. Kiedy na nią patrzył, wydało mu się, że powiększa się i 

kiełkuje jak mały pęd. Usiadł wyprostowany i włożył w nią palec. Przeszedł go dreszcz i 

bardzo słabo poczuł, jak jego krew, jego tajemnicza krew, zaczyna pulsować w samym 

centrum miasta.

Wtedy już wiedział, że to, czego od niego oczekiwano, zaczyna się spełniać.

Rozdział VI

Tego wieczoru Haze krążył samochodem po ulicach miasta, dopóki nie odnalazł 

ślepca i dziewczynki. Stali na rogu, czekając na zmianę świateł. Prowadził swojego essexa 

w pewnej odległości za nimi przez jakieś cztery domy, a potem skręcił w boczną uliczkę. 

Jechał dalej przez ciemną dzielnicę, mijając tereny kolei i obserwował, jak wchodzą na 

ganek pudełkowatego, dwupiętrowego domu. Kiedy ślepiec otworzył drzwi, padł na niego 

promień światła i Haze musiał wyciągnąć szyję, aby go lepiej widzieć. Dziewczynka 

odwróciła powoli głowę i patrzyła na jego przejeżdżający samochód. Twarz Haze'a była tak

blisko szyby, że wyglądała jak przyklejona do niej papierowa maska. Zauważył numer 

domu i wywieszkę: POKOJE DO WYNAJĘCIA.

Potem pojechał z powrotem w kierunku centrum miasta i zaparkował essexa przed 

kinem w miejscu, gdzie mógł złapać wysypujących się po seansie ludzi. Światła wokoło były 

tak jasne, że księżyc, który sunął w górze, ciągnąc za sobą małą procesję chmurek, 

wydawał się blady i nieistotny. Haze wysiadł z essexa i oparł się o maskę z przodu.

Przy okienku kasowym stał szczupły, mały człowiek z długą górną wargą i kupował 

bilety dla trzech tęgich kobiet, stojących za nim.

- Przydałaby się też jakaś przekąska dla tych pań - powiedział do kasjerki. - Nie 

mogę pozwolić, aby umarły z głodu na moich oczach.

- Czy on nie jest zabawny?! - wykrzyknęła jedna z kobiet. - Potrafi o mnie zadbać!

background image

Trzech chłopców w czerwonych atłasowych sfatygowanych kurtkach wyszło z 

foyer. Haze podniósł ręce do góry.

- Gdzie macie ślady krwi, która, jak sądzicie was zbawiła?! - zawołał.

Wszystkie trzy kobiety odwróciły się jednocześnie i popatrzyły na niego.

- Mądrala - powiedział mały człowiek i spojrzał ze złością, jakby go ktoś miał za 

chwilę obrazić.

Trzej chłopcy przysunęli się, trącając się łokciami.

Haze odczekał chwilę i zawołał znowu:

- Gdzie macie ślady krwi, która jak sądzicie, was zbawiła?

- Podżegacz tłumów - powiedział mały człowiek. - Jedyne, czego nie mogę znieść, 

to podżegaczy tłumów.

- Do jakiego kościoła należysz, kolego? - zapytał Haze wskazując na najwyższego 

chłopca w sfatygowanej czerwonej atłasowej kurtce.

Chłopak zachichotał.

- W takim razie ty - odezwał się ze zniecierpliwieniem, wskazując na następnego. - 

Do jakiego kościoła należysz?

- Do kościoła Chrystusowego - powiedział chłopiec falsetem, aby ukryć prawdę.

- Kościoła Chrystusowego! - powtórzył Haze. - A ja głoszę kościół bez Chrystusa. 

Jestem członkiem i głosicielem tego kościoła, w którym ślepi nie widzą, a kulawi nie chodzą, 

a co jest martwe, takim pozostaje. Jeśli cię to interesuje, to mogę ci powiedzieć, że jest to 

kościół nie splamiony krwią Chrystusa Zbawiciela.

- To kaznodzieja - powiedziała jedna z kobiet. - Chodźmy.

- Słuchajcie ludzie, mam zamiar nieść prawdę ze sobą, dokądkolwiek idę! - zawołał 

Haze. - Będę głosił ją każdemu, kto będzie chciał słuchać, w każdym miejscu. Mam zamiar 

głosić, że nie było Upadku, bo nie było niczego, skąd można by upaść i nie było Zbawienia, 

bo nie było Upadku, i nie było Sądu, bo nie było tych dwu pierwszych. Nic nie ma 

znaczenia, prócz tego, że Jezus był kłamcą.

Mały człowiek zagonił szybko swoje dziewczyny na film, a trzej chłopcy odeszli, ale 

w tym momencie wyszło więcej ludzi, więc zaczął powtarzać to samo od początku. Ci 

poszli i przyszli następni, a on powtórzył wszystko po raz trzeci. Potem oni też odeszli i nikt 

już nie wyszedł; nie było już nikogo, prócz kobiety w okienku. Przez cały czas patrzyła na 

niego ze złością, ale on jej nie zauważył. Nosiła okulary z drobnymi kryształkami górskimi w 

rogach oprawek i miała białe włosy ułożone w kiełbaski naokoło głowy. Przystawiła usta do 

background image

dziury w szybie i krzyknęła:

- Słuchaj pan, jak nie ma pan kościoła, żeby tam to robić, to nie musi pan tego robić

przed kinem!

- Mój kościół to Kościół Bez Chrystusa, droga pani - odpowiedział. - Jeśli nie ma 

w nim Chrystusa, to nie ma powodu, aby to robić w wyznaczonym miejscu.

- Słuchaj pan - powiedziała. - Jak się pan nie zabierze spod tego kina, to wezwę 

policję.

- Jest wiele kin - powiedział, wsiadł z powrotem do essexa i odjechał. Tej nocy 

przemawiał jeszcze przed trzema innymi kinami, zanim wrócił do pani Watts.

Rano pojechał z powrotem pod dom, do którego poprzedniej nocy weszli ślepiec z 

dziewczynką. Budynek, drugi z rzędu takich samych, miał na żółto oszalowane ściany. 

Podszedł do drzwi wejściowych i zadzwonił. Po dłuższej chwili otworzyła kobieta z miotłą 

w ręku. Powiedział, że chce wynająć pokój.

- Co pan robi? - zapytała.

Była to wysoka koścista kobieta, wyglądem przypominająca miotłę, którą trzymała 

do góry nogami.

Powiedział, że jest pastorem.

Kobieta przyjrzała mu się uważnie, a potem popatrzyła na samochód za jego 

plecami.

- Jaki kościół?

Powiedział, że Kościół Bez Chrystusa.

- Protestancki - zapytała podejrzliwie - czy jakiś zagraniczny?

- Nie, proszę pani, protestancki.

- Dobrze - powiedziała po chwili - może pan obejrzeć.

Przeszedł przez biały otynkowany hol, po czym skręcił i wspiął się za nią na górę po 

kilku schodkach. Kobieta otworzyła drzwi do pokoju w końcu korytarza. Okazał się 

niewiele większy niż jego samochód; stało tam łóżko, komoda, stół i proste krzesło. W 

ścianie tkwiły dwa gwoździe do wieszania ubrań.

- Trzy dolary tygodniowo z góry - powiedziała.

Na wprost drzwi, przez które weszli, znajdowało się jeszcze jedno okno i kolejne 

drzwi. Haze otworzył je, spodziewając się, że będzie to szafa. Zobaczył przed sobą pustą 

przepaść spadającą około trzydziestu stóp w dół na wąskie nagie podwórko, gdzie 

wyrzucano śmieci. Do framugi okna przybita była deska na wysokości kolan, aby zapobiec 

background image

wypadnięciu.

- Mieszka tu człowiek o nazwisku Hawks, prawda? - zapytał szybko.

- Na dole we frontowym pokoju, on i jego dziecko.

Ona też patrzyła w dół, w przepaść.

- Tu kiedyś było wyjście ewakuacyjne - powiedziała. - Ale nie wiem, co się z nim 

stało.

Zapłacił jej trzy dolary i przejął pokój w swoje posiadanie. Jak tylko kobieta 

wyszła, zszedł po schodach i zapukał do pokoju Hawksów.

Uchyliła je córka ślepca i stała w drzwiach patrząc na niego. Wydawało się, że 

sprawia jej trudność utrzymywanie w równowadze swojej twarzy, tak aby jej wyraz był 

jednakowy po obu stronach.

- To ten Chłopak, tato - powiedziała ochrypłym głosem. - Ten, co za mną chodzi.

Ponieważ wystawiła przez drzwi tylko głowę, nie mógł dojrzeć wnętrza pokoju. 

Ślepiec podszedł do drzwi, ale nie otworzył ich szerzej. Wyglądał inaczej niż dwa dni temu; 

był szorstki i nieprzyjazny. Stał bez ruchu, nie odzywał się.

Haze wiedział, co ma powiedzieć jeszcze, zanim opuścił swój pokój.

- Mieszkam tutaj - wyjaśnił. - Myślałem, że jeśli pańska córka robiła do mnie takie 

oczy, to mogę jej się trochę odwzajemnić.

Nie patrzył na dziewczynę, wpatrywał się w ciemne okulary i dziwne szramy, które 

zaczynały się gdzieś pod nimi i biegły w dół po policzkach ślepca.

- Patrząc na ciebie tamtego wieczoru okazałam ci tylko oburzenie za to, co zrobiłeś. 

To ty robiłeś do mnie oczy. Szkoda, że go nie widziałeś, lato, obejrzał mnie od góry do 

dołu.

- Zacząłem głosić swój własny kościół - powiedział Haze. - Kościół Bez Chrystusa. 

Głoszę go na ulicach.

- Nie chcesz zostawić mnie w spokoju, prawda? - powiedział Hawks. Jego głos był 

matowy i w niczym nie przypominał głosu, który pamiętał Haze. - Nie prosiłem, żebyś tu 

przychodził i nie chcę, żebyś się plątał w pobliżu.

Haze spodziewał się ukrytego zaproszenia. Czekał, próbując coś wymyślić.

- Co z pana za pastor - usłyszał swój głos - jeżeli nie wie pan, jak zbawić moją 

duszę?

Ślepiec zatrzasnął mu drzwi przed nosem. Haze stał tam jeszcze przez chwilę, 

naprzeciw obojętnych drzwi, a potem przeciągnął rękawem po ustach i odszedł.

background image

W pokoju Hawks zdjął okulary i przez szczelinę w zasłonce obserwował, jak Haze 

wsiada do samochodu i odjeżdża. Oko, które przyłożył do szczeliny było trochę bardziej 

okrągłe i mniejsze niż drugie, ale jasne było, że widzi dobrze na obydwa. Dziewczynka 

patrzyła przez tę samą szczelinę nieco niżej.

- Dlaczego go nie lubisz, tato? - zapytała. - Bo za mną lata?

- Gdyby za tobą latał, wystarczyłoby abym zaprosił go do środka.

- Podobają mi się jego oczy - powiedziała. - Wyglądają, jakby nie widziały tego, na 

co patrzą, ale sięgały gdzieś głębiej.

Ich pokój był takich samych rozmiarów jak Haze'a, ale stały w nim dwie prycze, 

kuchenka naftowa, umywalka i pieniek, który służył im za stół. Hawks usiadł na jednej z 

prycz i włożył papierosa do ust.

- Przeklęty Jezusowy wyrzutek - wymamrotał.

- A przypomnij sobie, kim ty byłeś - powiedziała. ' - Co próbowałeś zrobić. 

Przeszedłeś przez to i on też przejdzie.

- Nie chcę, żeby się tu plątał - powiedział. - On mnie denerwuje.

- Słuchaj no - powiedziała, siadając obok niego, - Pomóż mi go zdobyć, ą potem 

sobie pójdziesz i zrobisz, co będziesz chciał, a ja z nim zamieszkam.

- On nawet nie pamięta o twoim istnieniu - powiedział Hawks.

- Nawet jak nie pamięta - powiedziała - to i tak nie szkodzi. W ten sposób mogę go

łatwo zdobyć. Ja chcę go, a ty powinieneś mi pomóc, a potem będziesz mógł sobie odejść, 

dokąd zechcesz.

Położył się na łóżku i skończył papierosa; jego twarz była zamyślona i zła. Leżąc 

tak, zaśmiał się, ale potem jego rysy znów stężały.

- To mogłoby być niezłe - powiedział po chwili. - To byłaby oliwa na brodę 

Aarona.

- Słuchaj - odezwała się. - To byłoby cudowne! Ja po prostu za nim szaleję. Nigdy 

nie spotkałam chłopaka, który by mi się bardziej podobał. Nie przeganiaj go. Opowiedz 

mu, jak się oślepiłeś dla Jezusa i pokaż mu ten twój wycinek z gazety.

- Tak, ten wycinek - powtórzył.

Haze wyjechał samochodem za miasto, aby przemyśleć wszystko w spokoju i 

postanowił uwieść dziewczynkę. Pomyślał, że kiedy ślepiec zobaczy ruinę swojej córki, zda 

sobie sprawę, że Haze nie żartował, kiedy mówił, że głosi Kościół Bez Chrystusa. Poza tym 

był jeszcze inny powód; nie chciał wracać do pani Watts. Poprzedniej nocy kiedy spał, 

background image

wstała i wycięła w rondzie jego kapelusza obsceniczny kształt. Czuł, że powinien znaleźć 

sobie kobietę nie dla przyjemności zaspokajania swoich popędów, ale by udowodnić, że 

nie wierzy w grzech, ponieważ doświadczył tego, co się nim nazywa. Miał jej dosyć. Chciał 

kogoś, kogo mógłby czegoś nauczyć i był całkowicie pewien, że córka ślepca będąc tak 

brzydka, będzie również niewinna.

Zanim wrócił do swojego pokoju, wstąpił do pasmanterii, aby kupić nowy kapelusz.

Chciał taki, który byłby zupełnym przeciwieństwem starego. Nabył białą panamę otoczoną 

czerwoną, zieloną i żółtą wstęgą. Mężczyzna, który mu ją sprzedał, powiedział, że to jest 

wyjątkowy okaz, szczególnie, jeśli wybiera się na Florydę.

- Nie jadę na Florydę - odparł. - Ten kapelusz jest dokładnym przeciwieństwem 

tego, który miałem przedtem, i tyle.

- Może go pan nosić wszędzie - zapewnił sprzedawca. - Jest nowy.

- Wiem o tym - powiedział Hazel.

Wyszedł ze sklepu, zdjął z niego czerwoną, zieloną i żółtą wstążkę, uderzeniem 

wygładził jego fałdy na szczycie i zagiął w dół rondo. Kiedy go założył, wyglądał w nim tak 

samo złowrogo jak w tym, który miał poprzednio.

Pod drzwiami Hawksów pojawił się dopiero późnym popołudniem, kiedy, jak 

sądził, będą w trakcie kolacji. Otworzono mu prawie natychmiast i głowa dziewczynki 

ukazała się w szczelinie drzwi. Wyszarpnął jej klamkę z ręki i wszedł do środka, nie 

zwracając na nią uwagi. Hawks siedział na pieńku. Leżały przed nim resztki kolacji, lecz 

najwyraźniej już skończył jeść. Ledwie zdążył włożyć ciemne okulary.

- Jeżeli Jezus leczył ślepców, jak to się dzieje, że nie może pan go poprosić, żeby 

uleczył pana? - zapytał Haze. Przygotował to zdanie w swoim pokoju.

- Oślepił Pawła - powiedział Hawks.

Haze usiadł na krawędzi jednej z prycz. Rozejrzał się wokoło, a potem przeniósł 

wzrok na Hawksa. Założył nogę na nogę, zdjął, a potem znowu założył.

- Skąd ma pan te blizny? - zapytał.

Fałszywy ślepiec pochylił się do przodu i uśmiechnął się.

- Ciągle masz szansę zbawić się, jeśli żałujesz - powiedział. - Ja nie mogę cię 

zbawić, ale ty możesz zbawić sam siebie.

- Właśnie to zrobiłem - powiedział Haze. - Bez żałowania. Mówię teraz o tym, jak 

to robiłem co wieczór na...

- Spójrz na to - powiedział Hawks.

background image

Wyjął pożółkły wycinek gazetowy z kieszeni i podał mu go, a jego usta przestały 

wykrzywiać się w uśmiechu.

- Stąd mam te blizny - zamamrotał.

Dziewczynka dała mu znak spod drzwi, żeby się uśmiechał i nie robił kwaśnej miny. 

Kiedy czekał, aż Haze skończy czytać, uśmiech powoli powracał mu na twarz.

Nagłówek brzmiał: EWANGELISTA OBIECUJE, ŻE SIĘ OŚLEPI. Artykuł 

informował o tym, że Asa Hawks, Ewangelista Wolnego Kościoła Chrystusowego obiecał, 

że się oślepi, aby udowodnić tym swoją wiarę, że Jezus Chrystus go zbawił. Miał zrobić to 

na spotkaniu religijnym czwartego października w sobotę o ósmej wieczorem. Data była 

sprzed ponad dziesięciu lat. Nad nagłówkiem było zdjęcie Hawksa, człowieka około trzy-

dziestoletniego, bez blizn, o prostych ustach, z jednym okiem mniejszym i bardziej okrągłym 

od drugiego. Usta miały taki wyraz, jakby należały albo do kogoś naprawdę świątobliwego, 

albo wyrachowanego, ale w oczach była dzikość, która sugerowała paniczny strach.

Przeczytawszy wycinek, siedział przez chwilę w milczeniu. Przeczytał go trzy razy. 

Zdjął kapelusz, włożył znowu, wstał i zaczął rozglądać się po pokoju, jakby starał się sobie 

przypomnieć, gdzie są drzwi.

- Zrobił to wapnem - powiedziała dziewczynka - i setki ludzi się nawróciło. 

Ktokolwiek oślepi się tylko dla udowodnienia tego, że wierzy, może zbawić i ciebie, czy 

kogoś swojej krwi - dodała z natchnieniem w głosie.

- Ktoś, kto ma dobry samochód, nie musi nic udowadniać - mruknął Haze.

Rzucił jej gniewne spojrzenie i spiesznie wypadł przez drzwi, ale kiedy tylko się za 

nim zamknęły, przypomniał sobie o czymś. Odwrócił się, otworzył je i podał jej kartkę 

papieru zwiniętą w małą kulkę. Potem pospieszył do swojego samochodu.

Hawks zabrał jej kartkę i rozwinął ją. Było tam napisane: MAŁA. NIGDY NIE 

WIDZIAŁEM TAKIEJ DZIEWCZYNY. JESTEŚ NAPRAWDĘ DOBRA I DLATEGO 

PRZYSZEDŁEM. Przeczytała to, patrząc mu przez ramię i przyjemnie się zaróżowiła.

- Teraz masz na to pisemny dowód, tato - powiedziała.

- Ten bękart uciekł z moim wycinkiem - mruknął Hawks.

- Masz przecież jeszcze jeden, prawda? - spytała z głupim uśmieszkiem.

- Zamknij się - powiedział i rzucił się na łóżko. Drugi wycinek oznajmiał: NERWY 

EWANGELISTY ZAWODZĄ

- Mogę go dla ciebie odzyskać - zaproponowała, stając blisko przy drzwiach, aby 

móc uciec, gdyby go za bardzo zdenerwowała, ale on odwrócił się do ściany, jakby miał 

background image

zamiar zasnąć.

Kiedy dziesięć lat temu na spotkaniu religijnym zamierzał się oślepić, dwustu ludzi 

przyszło zobaczyć, jak to zrobi. Modlił się przez godzinę do ślepoty Pawła doprowadzając 

się do tego, że ujrzał, jak uderza w niego Boski promień błyskawicy i wtedy zebrawszy się 

na odwagę wepchnął ręce w wiadro mokrego wapna i przeciągnął nim po twarzy. Nie był 

jednak w stanie dotknąć swoich oczu. Zawładnęło nim tyle diabłów, ile było konieczne, 

żeby to zrobić, ale w tym momencie wszystkie zniknęły i zorientował się, że został sam. 

Zastanawiał się, czy Jezus, który ich rozgonił, stoi tam również, kiwając na niego, i w końcu 

wybiegł z namiotu i zniknął w jakiejś uliczce.

- Dobrze, tato - powiedziała. - Wyjdę na chwilę i zostawię cię w spokoju.

Haze natychmiast zaprowadził swój samochód do pobliskiego warsztatu, przed 

którym czekał już na niego człowiek z czarną grzywką i szeroką twarzą bez wyrazu. Haze 

powiedział mu, że chce, żeby samochód trąbił, kazał mu też zlikwidować przecieki w baku, 

doprowadzić do tego, żeby rozrusznik gładko pracował i lepiej przymocować wycieraczki.

Mężczyzna otworzył bagażnik, zajrzał do środka i z powrotem go zamknął. Potem 

obszedł samochód dookoła, pochylając się nad nim to tu, to tam i pukając w kilku 

miejscach. Haze zapytał, jak długo mu zajmie doprowadzenie go do porządku.

- Nie da się tego zrobić - stwierdził mężczyzna.

- To dobry samochód - powiedział Haze. - Wiedziałem od razu, kiedy go 

zobaczyłem, że jest to samochód dla mnie i odkąd go mam, zawsze znajduję miejsce, do 

którego mogę nim uciec.

- Zamierza pan nim gdzieś pojechać? - zapytał mężczyzna.

- Tak, do innego warsztatu - powiedział Haze, wsiadł do essexa i odjechał. W 

innym warsztacie znalazł człowieka, który powiedział mu, że może doprowadzić samochód 

do dobrego stanu w jedną noc, ponieważ jest to dobry samochód, dobrze złożony, z 

dobrych materiałów i ponieważ, jak dodał, on jest najlepszym mechanikiem w mieście i 

pracuje w najlepiej wyposażonym warsztacie. Haze zostawił u niego swojego essexa, pe-

wien, że oddaje go w uczciwe ręce.

Rozdział VII

Następnego popołudnia, kiedy odebrał samochód, pojechał nim na miasto, aby 

background image

przekonać się, jak spisuje się na otwartej drodze. Niebo było trochę jaśniejsze niż jego 

niebieski garnitur, czyste i jednostajne, z jedną tylko chmurą: wielką, oślepiającą, z lokami i 

brodą. Był już około mili za miastem, kiedy usłyszał, jak ktoś z tyłu chrząka. Zwolnił, 

odwrócił głowę i zobaczył dziewczynkę Hawksa, która właśnie podnosiła się z podłogi, aby 

usiąść na desce, która służyła za tylne siedzenie.

- Byłam tu przez cały czas - powiedziała. - A pan w ogóle o tym nie wiedział.

Miała bukiet mleczy wetknięty we włosy i odcinające się od bladej twarzy mocno 

pomalowane na czerwono usta.

- Po co się chowasz w moim samochodzie? - zapytał ze złością. - Mam interes do 

załatwienia. Nie mam czasu na głupoty.

Potem zreflektował się i przypominając sobie, że ma ją uwieść, spuścił z tonu i 

rozciągnął usta w lekkim uśmiechu.

- No jasne - powiedział. - Miło cię widzieć.

Przerzuciła jedną chudą nogę w czarnej pończosze przez oparcie przedniego 

siedzenia, a potem przedostała się tam cała.

- Czy pisząc „dobra”, chciał pan powiedzieć, „ładna” czy po prostu „dobra”? - 

zapytała.

- I jedno, i drugie - odpowiedział sztywno.

- Mam na imię Sabbath. Sabbath Lily Hawks. Moja matka nazwała mnie tak, bo 

urodziłam się w szabas, a kiedy wymówiła to słowo, odwróciła się na łóżku i umarła, i nigdy 

jej nie widziałam.

- Hm - mruknął Haze. Zacisnął szczękę jakby obwarował się nią i jechał dalej. Nie 

pragnął żadnego towarzystwa. Uczucie przyjemności związane z jazdą samochodem i całym 

popołudniem zniknęło.

- On i ona nigdy nie byli małżeństwem - ciągnęła. - Dlatego jestem bękartem i nic na 

to nie poradzę. To on mi to zrobił. Ja nie jestem winna.

- Bękartem? - mruknął.

Nie mógł zrozumieć, jak dziecko pastora, który oślepił się dla Jezusa, mogło być 

bękartem. Odwrócił głowę i po raz pierwszy popatrzył na nią z zainteresowaniem.

Przytaknęła, a kąciki jej ust uniosły się w górę.

- Prawdziwym bękartem - powiedziała, ściskając go za ramię. - I wie pan co? 

Bękart nigdy nie wejdzie do królestwa niebieskiego!

Haze o mało nie wjechał do rowu, tak się w nią wpatrywał.

background image

- Jak mogłabyś... - zaczął, gdy nagłe zobaczył czerwony wał przed sobą i 

przyhamował.

- Czyta pan gazety? - zapytała.

- Nie - odpowiedział.

- No to jest tam taka kobieta o nazwisku Mary Brittle, co mówi, co zrobić, kiedy 

sam nie wiesz. Napisałam do niej list i pytałam, co mam zrobić.

Jak możesz być bękartem, kiedy on się... - zaczął znowu.

- Napisałam tak: „Droga Mary, jestem bękartem, a bękarty, jak wiadomo, nie 

wejdą do królestwa niebieskiego, ale mam w sobie coś takiego, co sprawia, że chłopcy za 

mną latają. Jak pani myśli, czy powinnam pozwalać się pieścić, czy nie? Nie wejdę i tak do 

królestwa niebieskiego, więc nie wiem, co to za różnica”.

- Posłuchaj - powiedział Haze. - Jeśli się oślepił, to jak...

- Potem odpowiedziała na mój list w gazecie. Napisała: „Droga Sabbath, małe 

pieszczoty są dozwolone, ale myślę, że twoim prawdziwym problemem jest przystosowanie 

się do współczesnego świata. Być może powinnaś przemyśleć powtórnie swoje wartości 

religijne, aby przekonać się, czy odpowiadają one twoim potrzebom życiowym. 

Doświadczenie religijne może być pięknym dodatkiem do życia, jeśli będziesz na nie 

patrzyła z odpowiedniej perspektywy i nie pozwolisz, aby cię ograniczało. Poczytaj trochę 

książek o etyce kultury”.

- Nie możesz być bękartem - powiedział Haze, blednąc. - To musi być jakaś 

pomyłka. Twój tatuś się oślepił.

- Potem napisałam do niej jeszcze raz - powiedziała, pocierając czubkiem swojego 

trampka o jego łydkę i uśmiechając się. - piszę tak: „Droga Mary, chciałabym się tylko 

dowiedzieć, czy powinnam iść na całość czy nie? To mój prawdziwy problem. Jestem nieźle 

przystosowana do współczesnego świata”.

- Twój tatuś się oślepił - powtórzył Haze.

- Nie zawsze bywał taki dobry, jak jest teraz. Nigdy nie odpowiedziała na mój drugi

list.

- Chcesz powiedzieć, że w młodości nie wierzył i dopiero doszedł do tego po 

jakimś czasie? To chciałaś powiedzieć, czy nie? - zapytał i szorstkim kopnięciem odrzucił jej

stopę od swojej kostki.

- Tak jest - powiedziała i wyprostowała się. - Niech pan przestanie przystawiać 

swoją nogę do mojej - dodała.

background image

Oślepiająca biała chmura znajdowała się tuż przed nimi i przesuwała się w lewo.

- A może byśmy tak skręcili w tę polną drogę? - zaproponowała.

Autostrada rozgałęziała się w tym miejscu i Haze skręcił w gliniastą drogę. Była 

pagórkowata i cienista, a okolica wyglądała bardzo korzystnie. Z jednej strony porastało ją 

gęste kapryfolium, a z drugiej była pusta przestrzeń, która schodziła w dół, ukazując 

mikroskopijny obraz miasta. Biała chmura znajdowała się teraz dokładnie na wprost nich.

- Jak doszedł do swojej wiary? - zapytał Haze. - Co sprawiło, że został pastorem?

- Lubię polne drogi - powiedziała. - Szczególnie takie pagórkowate jak ta. Może 

zatrzymamy się i usiądziemy pod drzewem, żeby się lepiej poznać?

Haze zatrzymał samochód i wysiedli.

- Czy był bardzo zły, czy tylko częściowo? - zapytał.

- Do gruntu zły - powiedziała, przechodząc pod drutem kolczastym, który ciągnął 

się wzdłuż drogi, usiadła i zaczęła zdejmować buty i pończochy.

- Najlepiej lubię chodzić po polach bez butów - powiedziała z entuzjazmem.

- Posłuchaj no, muszę wracać z powrotem do miasta. Nie mam czasu spacerować 

po jakichś polach - wybełkotał Haze, ale przeszedł pod ogrodzeniem na drugą stronę i 

powiedział: - Wydaje mi się, że zanim doszedł do wiary, nie wierzył w ogóle.

- Przejdźmy przez to wzgórze tam na pole i usiądźmy pod drzewami - powiedziała.

Wspięli się na wzgórze i zeszli z drugiej strony, ona nieco z przodu przed Hazem. 

Przyszło mu do głowy, że siedząc z nią pod drzewem, może łatwo ją uwieść, ale nie spieszył 

się z tym, mając na uwadze jej niewinność. Czuł, że to za ciężkie zadanie jak na jedno 

popołudnie. Usiadła pod wielką sosną i uklepała koło siebie ziemię dla niego, ale on wolał 

usiąść na kamieniu mniej więcej pięć stóp od niej. Oparł głowę na kolanach i patrzył prosto 

przed siebie.

- Mogę cię zbawić - powiedziała. - Mam kościół w moim sercu, w którym króluje 

Jezus.

Pochylił się w jej kierunku i popatrzył ze złością.

- Ja wierzę w nowego rodzaju Jezusa - powiedział. - Takiego, który nie marnuje 

swojej krwi zbawiając nią ludzi, ponieważ jest w pełni człowiekiem i nie ma w nim żadnego 

Boga. Mój kościół to Kościół Bez Chrystusa!

Przysunęła się do niego bliżej.

- Czy bękart może być w nim zbawiony? - zapytała.

- Nie ma bękartów w Kościele Bez Chrystusa. Wszystko jest jednością. Bękart nie 

background image

różni się niczym od innych ludzi.

- To dobrze - powiedziała.

Popatrzył na nią poirytowany, bo coś w jego umyśle zaczynało temu przeczyć, 

mówiąc, że bękart nie może być zbawiony, że istnieje tylko jedna prawda: że Jezus jest 

kłamcą, i że jej przypadek jest beznadziejny. Odpięła sobie kołnierzyk i wyciągnęła się na 

ziemi.

- Ale moje stopy są białe, prawda? - zapytała, unosząc je lekko.

Haze nie patrzył na jej stopy. Coś w jego umyśle mówiło mu, że prawda jest jedna i 

że bękart nie mógłby być zbawiony w kościele Bez Chrystusa. Postanowił uznać to za 

nieważne i zapomnieć o tym.

- Raz było takie dziecko - powiedziała, przewracając się na brzuch - które nikogo 

nie obchodziło, czy będzie żyło, czy nie. Krewni podsyłali je sobie nawzajem, aż wreszcie 

trafiło do swojej babki, która była bardzo złą kobietą i nie mogła znieść go koło siebie, bo 

najmniejsza dobra rzecz sprawiała, że dostawała wysypki i puchła. Nawet oczy ją swędziały

i puchły, i nie mogła nic zrobić, tylko biegać w tę i z powrotem po ulicy, wymachując rękami

i przeklinając, a kiedy było z nią to dziecko, to było dwa razy gorzej, więc trzymała je 

zamknięte w pojemniku na kurczaki. Oglądało swoją babcię w ogniach piekielnych, 

spuchniętą i płonącą i opowiadało jej o wszystkim, co widziało, aż w końcu poszła do 

studni, zawiązała sobie linę od wiadra na szyi, spuściła wiadro w dół i złamała sobie kark.

- Dałby mi pan piętnaście lat? - zapytała.

- Słowo bękart nie miałoby żadnego znaczenia w Kościele Bez Chrystusa - 

powiedział Haze.

- Dlaczego się nie położysz i nie odpoczniesz? - zapytała.

Haze przesunął się o kilka stóp dalej i położył się. Zakrył twarz kapeluszem i założył 

ręce na klatce piersiowej. Opierając się na łokciach i kolanach, podpełzła do niego i 

spojrzała na czubek jego kapelusza. Potem podniosła go jak pokrywkę i zajrzała mu w 

oczy. Patrzyły prosto w górę.

- To dla mnie bez różnicy - powiedziała - czy ci się podobam, czy nie.

Wbił wzrok w jej szyję. Stopniowo pochylała głowę, aż czubki ich nosów prawie 

się zetknęły, ale mimo to nie spojrzał na nią.

- Widzę cię - powiedziała rozbawionym głosem.

- Zjeżdżaj! - krzyknął podskakując gwałtownie.

Podniosła się i pobiegła za drzewo. Haze włożył kapelusz i stanął wstrząśnięty. 

background image

Chciał wrócić do essexa. Nagle zdał sobie sprawę, że stoi nie zamknięty na wiejskiej dro-

dze i że pierwsza osoba przechodząca tamtędy może nim odjechać.

- Widzę cię - powiedział głos zza drzewa.

Odszedł szybko w kierunku samochodu. Wesoły wyraz na twarzy, która spoglądała 

zza drzewa, rozpłynął się.

Wsiadł do samochodu i wykonał wszystkie czynności potrzebne do tego, by go 

zapalić, ale essex wydał tylko bulgot jak woda zagubiona gdzieś w rurach. Ogarnęła go 

panika i zaczął walić w rozrusznik. Na tablicy rozdzielczej były dwa przyrządy ze 

wskazówkami, które pochylały się chwiejnie to w jedną, to w drugą stronę, pracując 

według swojego własnego systemu, niezależnie od reszty samochodu. Trudno mu było 

powiedzieć, czy to z braku benzyny czy czegoś innego. Sabbath Hawks podbiegła do 

ogrodzenia. Padła na ziemię, przeturlała się pod drutem kolczastym i stanęła przy oknie 

samochodu, patrząc na niego przez szybę. Odwrócił ze złością głowę.

- Co zrobiłaś z moim samochodem? - powiedział.

Potem wysiadł i zaczął iść polną drogą, nie czekając na jej odpowiedź. Po chwili 

poszła za nim, zachowując pewną odległość.

W miejscu, gdzie od autostrady odchodziła polna droga, stał sklep, przed którym 

znajdowała się pompa benzynowa. Było to około pół mili za nimi. Haze utrzymywał 

równomierny, szybki krok, aż dotarł na miejsce. Wyglądało na opuszczone, ale po kilku 

chwilach z lasu za sklepem wyszedł człowiek. Haze powiedział mu, czego chce. Kiedy 

mężczyzna wyprowadzał swoją ciężarówkę, którą miał podwieźć ich do essexa, Sabbath 

Hawks podeszła do znajdującej się z boku domu klatki o wysokości około sześciu stóp. 

Gdyby nie Sabbath, Hazel nie zauważyłby jej w ogóle. Zobaczycie wewnątrz coś się 

porusza i podszedł bliżej, aby przeczytać tabliczkę, która mówiła: DWAJ ŚMIERTELNI 

WROGOWIE. PATRZ ZA DARMO:

Na środku podłogi spoczywał czarny, chudy niedźwiedź o długości około czterech 

stóp; jego grzbiet upstrzony był ptasim łajnem, które strzelało w niego z górnej części klatki, 

gdzie siedziało na grzędzie małe kurczę jastrzębia. Większa część ogona ptaka była wy-

skubana, a niedźwiedź miał tylko jedno oko.

- Chodź tutaj, jeśli nie chcesz, żebym cię zostawił - powiedział Haze szorstko, 

łapiąc ją za ramię.

Ciężarówka była gotowa i cała trójka pojechała z powrotem na miejsce, gdzie stał 

essex. Po drodze Haze opowiedział mężczyźnie o Kościele Bez Chrystusa, wyjaśnił jego 

background image

założenia i oznajmił, że nie ma tam niczego takiego jak bękart. Mężczyzna nie skomentował 

tego ani słowem. Kiedy wysiedli, wiał w bak essexa bańkę benzyny, a Haze wsiadł i 

bezskutecznie próbował go zapalić. Mężczyzna otworzył przednią klapę i przez chwilę 

badał wzrokiem to, co się pod nią mieściło. Był jednoręki, miał dwa zęby koloru piasku i 

łupkowo niebieskie zamyślone oczy. Powiedział do tej pory nie więcej niż dwa słowa. 

Podczas gdy Haze stał z boku, mężczyzna przez dłuższy czas wpatrywał się w silnik, ale nie 

dotknął niczego. Po chwili zamknął klapę i wysmarkał nos.

- Co się tam stało? - zapytał Haze podnieconym głosem. - To niezły wóz, nie?

Mężczyzna nie odpowiedział. Usiadł na ziemi i wsunął się pod essexa. Miał na sobie 

wysokie buty i szare skarpetki. Długo leżał pod samochodem. Haze osunął się na kolana, 

podparł się na rękach i spojrzał pod spód, aby się przekonać, co on tam robi, ale okazało 

się, że nie robi nic. Leżał tylko i patrzył w górę, jakby kontemplował, a jedyną swoją rękę 

założył na piersi. Po chwili wysunął się spod samochodu i wytarł twarz i kark flanelową 

szmatką, którą miał w kieszeni.

- Niech pan posłucha - powiedział Haze. - To dobry samochód. Niech mnie pan 

tylko popchnie i wystarczy. Ten samochód zawiezie mnie wszędzie, gdzie tylko będę chciał.

Mężczyzna nie odezwał się, tylko wrócił do ciężarówki, a Haze i Sabbath wsiedli do

essexa i on ich popchnął. Po przejechaniu kilkuset metrów, samochód zaczął bekać, dyszeć 

i trząść się. Haze wystawił głowę przez okno i gestem ręki przywołał ciężarówkę.

- Ha! - powiedział. - Nie mówiłem? Ten samochód zawiezie mnie wszędzie, gdzie 

będę chciał. Może zatrzymać się tu i tam, ale nie stanie na dobre. Ile jestem winien?

- Nic - odpowiedział mężczyzna - zupełnie nic.

- Ale benzyna, ile za benzynę?

- Nic - powtórzył mężczyzna z takim samym spokojnym spojrzeniem. - Zupełnie 

nic.

- W porządku. Dziękuję panu - powiedział Haze i pojechał dalej. - Nie potrzebuję 

od niego żadnej łaski - mruknął.

- To wspaniały wóz - powiedziała Sabbath Hawks. - Jedzie gładko jak po maśle.

- Nie zrobiła go banda cudzoziemców, czarnuchów ani jednorękich facetów - 

powiedział Haze. - Zbudowali go ludzie z otwartymi oczami, którzy wiedzieli, co robią.

Gdy dotarli do końca polnej drogi i stanęli przed wjazdem na autostradę, 

ciężarówka podjechała znów z boku i zrównała się z essexem, a Haze i człowiek o łupkowo

niebieskich oczach patrzyli na siebie przez szyby swoich samochodów.

background image

- Mówiłem panu, że ten samochód zawiezie mnie wszędzie, gdzie tylko będę chciał 

- powiedział Haze cierpkim głosem.

- Zobaczymy, jak pan na tym wyjdzie - odparł mężczyzna i wjechał swoją, 

ciężarówką na główną drogę.

Haze jechał dalej. Oślepiająca biała chmura przybrała postać ptaka o długich 

cienkich skrzydłach i odpływała w przeciwnym kierunku.

Rozdział VIII

Enoch Emery wiedział teraz, że jego życie nie będzie już nigdy takie same, ponieważ 

to, co miało mu się przydarzyć, właśnie się zaczęło. Zawsze wiedział, że coś się stanie, ale 

nie wiedział co. Gdyby więcej rozmyślał, mógłby dojść do wniosku, że teraz nadszedł czas, 

aby usprawiedliwić krew swojego ojca, ale nie myślał nigdy z takim rozmachem, 

zastanawiał się zawsze tylko nad tym, co ma zrobić na bieżąco. Czasami nie myślał, tylko 

się dziwił; a potem, jak ptak, który zauważa, że buduje gniazdo, którego właściwie nie 

planował, spostrzegał naraz, że robi to, czy tamto.

To, co miało mu się przydarzyć, zaczęło się spełniać w chwili, gdy pokazał 

zawartość szklanej gabloty Haze'owi Motesowi. Była to tajemnica, która nie mieściła mu się 

w głowie, ale wiedział, że to, czego się od niego oczekuje, będzie czymś okropnym. Jego 

krew była bardziej wrażliwa niż jakakolwiek inna część ciała; wieściła przeznaczenie 

obiegając całe ciało, może z wyjątkiem mózgu, i w rezultacie jego język, którego czubek 

ukazywał się co kilka minut, aby skontrolować opryszczkę, wiedział więcej niż on sam.

Pierwszą niezwykłą rzeczą, którą u siebie spostrzegł, było odkładanie pieniędzy z 

wypłaty. Odkładał ją całą, prócz tej części, którą co tydzień zabierała właścicielka domu i 

tego, co musiał wydać na jedzenie. Potem ku swojemu zdziwieniu zauważył, że jada coraz 

mniej, aby zaoszczędzić więcej pieniędzy. Uwielbiał supermarkety; codziennie po południu, 

po opuszczeniu parku miejskiego, spędzał tam godzinę lub dwie, wertując puszki z 

jedzeniem i czytając opowieści o różnego rodzaju kaszkach. Ostatnio zmuszony był tu i tam 

podkraść parę rzeczy, które mogły mu się zmieścić w kieszeni i zastanawiał się, czy to może 

być przyczyną tego, że oszczędza tyle na jedzeniu. Mogło tak być, ale miał przeczucie, że z 

oszczędzaniem pieniędzy wiąże się jakaś inna, poważniejsza sprawa. Zawsze oddawał się 

kradzieżom, ale nigdy przez oszczędność.

background image

Równocześnie zaczął sprzątać swój pokój. Było to małe pomieszczenie o 

wyblakłych, niegdyś zielonych ścianach na poddaszu starego domu. Dom miał wygląd 

grobowca i podobną atmosferę, ale Enochowi nigdy nie przyszło do głowy, żeby rozjaśnić 

ten kąt. w którym mieszkał. Potem nagle zorientował się, że zaczyna to robić.

Najpierw zdjął dywan z podłogi i wywiesił go przez okno. Był to błąd, ponieważ 

kiedy wrócił, aby go z powrotem wciągnąć, znalazł tylko kilka długich luźno związanych ze 

sobą sznurków. Pomyślał, że musiał to być bardzo stary dywan i postanowił obchodzić się z 

resztą mebli z większą ostrożnością. Myjąc framugi łóżka wodą i mydłem, odkrył, że pod 

drugą warstwą brudu jest czyste złoto i wywarło to na nim takie wrażenie, że umył też 

niskie, okrągłe krzesło z wygiętymi nogami, które sprawiały, że wyglądało ono, jakby 

uchwycone w akcie kucania. Złoto zaczęło się pojawiać zaraz po pierwszym pociągnięciu 

mokrą szmatką, ale zniknęło po drugim, a w efekcie dalszego czyszczenia krzesło sprawiało 

wrażenie, jakby to był koniec długich lat jego wewnętrznej walki. Enoch nie wiedział, czy 

ma to traktować jako dobry czy zły znak. Poczuł niezdrową pokusę, aby skopać krzesło na 

kawałki, ale zostawił je w spokoju, dokładnie w miejscu, gdzie zawsze stało, bo na razie 

przecież był na tyle roztropnym chłopcem, żeby nie zdawać się całkiem na znaczenie 

przedmiotów. Na razie przeczuwał tylko, że to, czego jeszcze nie wie, jest naprawdę 

istotne.

Jedynym meblem w pokoju, którym się jeszcze nie zajął, była umywalka. Składała 

się z trzech części i stała na ptasich nogach o długości sześciu stóp, zakończonych pazurami, 

które zaciskały się wokół małych kul armatnich. W jej dolnej części znajdowała się 

przypominająca tabernakulum szafka, przeznaczona na dzbanek na brudną wodę. Enoch nie

miał dzbanka na brudną wodę, czuł szacunek dla przeznaczenia przedmiotów i ponieważ nie 

miał odpowiedniej rzeczy, którą mógłby tam włożyć, pozostawił to miejsce puste. 

Bezpośrednio nad miejscem na ten skarb leżała szara marmurowa płyta, zza której wyła-

niała się drewniana rama rzeźbiona w serca, zawijasy i kwiaty, zakończona po bokach 

pochylonymi orlimi skrzydłami. Pomiędzy nimi, akurat na poziomie twarzy Enocha, który 

stał przed umywalką, znajdowało się małe owalne lustro. Drewniana rama szła dalej nad 

lustrem i zwieńczona była na szczycie ozdobnym hełmem w kształcie rogu, co wskazywało 

na to, że artysta nie stracił wiary w swoje dzieło.

Jeśli chodzi o Enocha, miejsce to stanowiło dla niego zawsze centrum pokoju i 

łączyło go najbardziej z tym, czego nie wiedział. Niejednokrotnie po obfitej kolacji śnił o 

tym, że otwiera szafkę, wchodzi do niej, bierze udział w pewnych rytuałach i poznaje 

background image

tajemnice, o których następnego ranka miał bardzo niejasne pojęcie. Podczas sprzątania, 

od początku jego uwaga skoncentrowana była na szafce, ale jak to zwykle z nim bywało, 

zaczął od najmniej ważnej rzeczy i krążył po pokoju coraz bliżej centrum, gdzie znajdowała 

się istota. Więc zanim zabrał się do umywalki, zaopiekował się najpierw obrazami na 

ścianach.

Było ich trzy, jeden należał do jego gospodyni (prawie zupełnie ślepej i poruszającej 

się po domu tylko dzięki bardzo czułemu zmysłowi węchu), a pozostałe dwa były jego 

własnością. Do gospodyni należał brązowy portret łosia amerykańskiego stojącego w 

małym jeziorku. Wyraz wyższości na twarzy zwierzęcia był dla Enocha tak nieznośny, że 

gdyby się go nie bał, dawno by już coś na to poradził. Nie mógł więc nic zrobić w swoim 

pokoju, co uszłoby uwadze zadowolonego z siebie zwierzęcia, w którego oczach nigdy nie 

pojawiał się wyraz zdziwienia, czy rozbawienia, bo niczego dobrego ani zabawnego nie 

można się już było spodziewać. Nigdzie nie znalazłby współmieszkańca, który by go 

bardziej irytował. Jeżeli wypowiedział głośno jakąś uwagę, czuł się jeszcze bardziej 

strzeżony, ale mimo to cały czas przez jego głowę przepływał strumień wewnętrznego, 

niepochlebnego dla łosia komentarza. Obraz wisiał w ciężkiej, brązowej, rzeźbionej w liście 

ramie, co dodawało łosiowi powagi i powiększało jego samozadowolenie. Enoch czuł, że 

nadszedł czas i musi coś z tym zrobić; nie wiedział, co się ma wydarzyć w jego pokoju, ale 

kiedy to się stanie, nie chciałby mieć uczucia, że łoś tym kieruje. Nagle przyszło mu do 

głowy rozwiązanie: w nagłym przebłysku intuicji, zdał sobie sprawę, że zdjęcie ramy z 

obrazu będzie równoznaczne z rozebraniem łosia (chociaż nie miał on na sobie ubrania) i nie 

mylił się, ponieważ kiedy to zrobił, zwierzę wydało się takie małe, że Enoch spojrzał tylko 

na nie z ukosa i prychnął lekceważąco.

Po tym sukcesie zwrócił swoją uwagę ku dwóm innym obrazom. U dołu każdego z 

nich był kalendarz, a przysłali mu je Hilltop Funeral Home i American Rubber Tire 

Company. Jeden ukazywał małego chłopca w niebieskich śpiochach, klęczącego przy łóżku 

i mówiącego: „I pobłogosław mojego tatusia”. Przez okno do jego pokoju zaglądał księżyc. 

Był to ulubiony obraz Enocha i wisiał dokładnie nad jego łóżkiem. Drugi, który znajdował 

się dokładnie naprzeciwko łosia, po drugiej stronie pokoju, przedstawiał kobietę, która 

miała na sobie gumową obręcz. Zostawił go tam, gdzie wisiał prawie pewny tego, że łoś 

tylko udaje, że go nie dostrzega. Jak tylko skończył z obrazami, wyszedł, aby za wszystkie 

pieniądze, jakie zaoszczędził, kupić perkalowe zasłony, butelkę złotej farby i pędzel.

Czuł się zawiedziony, ponieważ myślał, że pieniądze te wyda na nowe ubranie, a 

background image

teraz poszły na komplet zasłon. Nie wiedział, po co kupuje złotą farbę, zanim nie dotarł z nią

do domu. A kiedy już tam był, usiadł przed umywalką, w której mieściła się szafka na 

dzbanek z brudną wodą, otworzył ją i pomalował od wewnątrz złotą farbą. Potem zdał 

sobie sprawę, że szafka miała być do czegoś używana.

Enoch nigdy nie ponaglał swojej krwi, aby mu o czymś powiedziała, dopóki sama 

nie będzie gotowa. Nie należał do tego rodzaju chłopców, którzy chwytają się każdej 

możliwości i zaczynają działać według jakiegoś niedorzecznego planu. W tak wielkich 

sprawach jak ta zawsze starał się mieć pewność i czekał teraz przekonany, że za kilka dni 

się dowie. Potem, przez mniej więcej tydzień, jego krew odbywała sama ze sobą codziennie

tajne narady, zatrzymując się tylko od czasu do czasu, aby wydać mu jakiś rozkaz.

Kiedy obudził się w poniedziałek, był pewien, że jest to dzień, który przyniesie mu 

odpowiedź. Jego krew uwijała się jak kobieta, która sprząta dom zaskoczona 

niespodziewanym przyjściem gości, a on sam był w gburowatym i buntowniczym nastroju. 

Kiedy zdał sobie sprawę, że to jest właśnie ten dzień, postanowił nie wstawać z łóżka. Nie 

chciał usprawiedliwiać krwi swego taty, nie chciał zmuszać się do zrobienia czegoś, co inne 

coś nakazywało mu robić, czego nie rozumiał i co zawsze okazywało się niebezpieczne.

Naturalnie jego krew nie miała zamiaru tolerować tego typu postawy. Zjawił się w 

zoo przed dziewiątą trzydzieści, tylko pół godziny później niż miał być. Przez całe rano 

myślami był daleko od bramy, której miał pilnować i śledził bieg swojej krwi, która, jak 

chłopak z miotłą i wiadrem, goniła bez chwili wytchnienia, uderzając w coś co chwila i 

rozbijając po drodze jakieś przedmioty. Jak tylko przyszedł drugi strażnik, Enoch udał się 

do śródmieścia.

Miasto było ostatnim miejscem, gdzie chciał się znaleźć, ponieważ wszystko tam 

mogło się wydarzyć. Przez cały czas, kiedy jego umysł był w pogoni, rozmyślał, jak zaraz 

po ukończeniu służby wyślizgnie się do domu i pójdzie spać.

Zanim dotarł do centrum dzielnicy handlowej, był już wyczerpany i musiał oprzeć się 

o okno wystawy sklepowej Walgreen'a, aby odetchnąć. Pot spływał mu po piecach, 

powodując swędzenie, więc po chwili musiał ruszyć znowu, torując sobie za pomocą mięśni 

drogę pomiędzy szybami wystaw pełnych budzików, wód toaletowych, cukierków, 

tamponów higienicznych, piór wiecznych i kieszonkowych i latarek mieniących się 

wszystkimi kolorami na witrynach dwa razy wyższych od niego. Okazało się, że musi 

dotrzeć do źródła huku, które znajdowało się na środku małej alkowy tworzącej wejście do 

drogerii. Stało tam żółto - niebieskie, szklano stalowe urządzenie, buchające prażoną 

background image

kukurydzą do kotła z masłem i solą. Enoch podszedł do niego z portmonetką w ręku, 

odliczając pieniądze. Była to podłużna, szara sakiewka ściągnięta u góry sznurkiem, ta 

sama, którą ukradł swojemu ojcu i zachował jako jedyną rzecz, która mu po nim została, i 

której (oprócz niego samego) dotykał jego tata. Wybrał dwie pięciocentówki i podał je 

obsługującemu maszynę blademu chłopcu w białym fartuchu. Chłopiec pomieszał w 

przyrządach i napełnił papierową torebkę kukurydzą, nic spuszczając oka z portmonetki 

Enocha. Kiedy indziej Enoch próbowałby się z nim zaprzyjaźnić, ale tego dnia był zbyt 

zajęty, żeby go nawet zauważyć. Wziął torebkę z kukurydzą i zaczął wpychać sakiewkę 

tam, skąd ją wyjął. Oczy chłopca powędrowały za nią aż na skraj kieszeni.

- Wygląda to na pęcherz świni - zauważył z zazdrością.

- Muszę już iść - mruknął Enoch i wszedł szybko do sklepu. W roztargnieniu 

doszedł aż do najdalszych półek, jakby chciał się pokazać każdemu, kto mógłby go szukać. 

Zatrzymał się przed budką z wodą sodową i zastanawiał się, czy ma usiąść i coś zjeść. Lada

budki wyłożona była różowo - zielonym marrnurkowym linoleum, a za nią stała przepasana 

różowym fartuchem rudowłosa kelnerka w uniformie koloru cytryny. Jej zielone oczy 

osadzone w różowej twarzy przypominały wiszący za nią obrazek przedstawiający 

cytrynowo - wiśniową niespodziankę, specjalność tego dnia za dziesięć centów. Stanęła 

twarzą w twarz z Enochem, podczas gdy on patrzył na informację nad jej głową. Po chwili 

oparła klatkę piersiową na ladzie, splotła na niej ręce i czekała. Enoch nie mógł się 

zdecydować, na które z kilku dań ma ochotę, aż w końcu kelnerka zakończyła jego 

rozterki, wkładając jedną rękę pod ladę i wyciągając stamtąd cytrynowo - wiśniową 

niespodziankę.

- Jest w porządku - powiedziała. - Przyrządziłam ją dziś rano po śniadaniu.

- Coś mi się dzisiaj ma przydarzyć - powiedział Enoch.

- Mówię ci, że jest w porządku. Przyrządziłam ją dzisiaj.

- Widziałem ją dzisiaj, kiedy się obudziłem - powiedział natchnionym, 

jasnowidzącym głosem.

- Boże - powiedziała i wyrwała mu ją sprzed nosa. Odwróciła się i zaczęła się 

krzątać nerwowo. Po chwili postawiła przed nim z rozmachem następną, taką samą, ale tym 

razem świeżą.

- Muszę już iść - powiedział Enoch i wybiegł. Kiedy przechodził koło budki z 

kukurydzą, czuł, jak czyjeś spojrzenie przylgnęło do jego kieszeni, ale nie zatrzymał sięNie 

chcę tego zrobić, mówił do siebie. Cokolwiek to ma być, nie chcę tego zrobić. Idę do 

background image

domu. To będzie coś, czego nie chcę zrobić. Nie mam żadnego interesu w tym, żeby to 

zrobić. Przypomniał sobie, jak musiał wydać wszystkie pieniądze na zasłony i złotą farbę, 

kiedy mógł sobie za nie kupić koszulę i fosforyzujący krawat. To będzie niezgodne z 

prawem, pomyślał. To zawsze jest niezgodne z prawem. Nie mam zamiaru tego robić - 

powtórzył i zatrzymał się. Stanął przed kinem, gdzie rzucała się w oczy ogromna ilustracja 

potwora, który wpychał młodą damę do wielkiego pieca.

Nie idę na ten film, zdecydował, spoglądając nerwowo na plakat. Idę do domu. Nie 

mam zamiaru czekać na jakiś seans filmowy. Nie mam pieniędzy na bilet, pomyślał, 

wyjmując znów portmonetkę. Nawet nie mam zamiaru liczyć tych drobniaków.

Nie masz tu nawet czterdziestu trzech centów, pomyślał. To nawet nie wystarczy. 

Na wywieszce było napisane, że cena biletu dla dorosłych wynosi czterdzieści pięć centów, 

a na balkon trzydzieści pięć. Nie mam zamiaru siedzieć na żadnym balkonie, mówił do 

siebie, kupując bilet za trzydzieści pięć centów.

Nie wchodzę, pomyślał.

Otworzyły się przed nim jedne, a potem drugie drzwi i zorientował się, że wchodzi 

do długiego, czerwonego foyer, a potem idzie w górę ciemniejszym tunelem. Po chwili był 

już na balkonie, poruszając się po omacku między krzesłami, jak Jonasz uwięziony w 

ogromnym i ciemnym żołądku. Nie mam zamiaru na to patrzeć, myślał ze złością. Nie 

podobały mu się żadne inne filmy oprócz kolorowych musicali.

Pierwszy był o uczonym imieniem Oko, który dokonywał zdalnie sterowanych 

operacji. Można było obudzić się pewnego razu, znaleźć rozcięcie na swojej klatce 

piersiowej, głowie, czy brzuchu i stwierdzić, że brakuje czegoś, bez czego nie można żyć. 

Enoch nasunął sobie kapelusz głęboko na czoło i podciągnął kolana tak, aby zasłaniały mu 

twarz. Tylko jego oczy patrzyły w ekran. Film trwał godzinę.

Drugi był o życiu w więzieniu na Diabelskiej Wyspie. W pewnej chwili Enoch musiał 

chwycić za oparcie swojego fotela, aby nie wypaść przez znajdującą się tuż przed nim 

poręcz balkonu.

Trzeci miał tytuł Lonnie znów wraca do domu. Opowiadał o pawianie Lonniem, 

który uratował sympatyczne dzieci z płonącego sierocińca. Enoch ciągle miał nadzieję, że 

Lonnie się spali, ale po nim nie było nawet widać, że jest mu gorąco. Na koniec ładna 

dziewczyna dała mu medal. Tego już Enoch nie mógł znieść. Zanurkował w przejście, 

przebiegł przez dwa górne tunele i wypadł pędem z czerwonego foyer na ulicę. Jak tylko 

zderzył się z podmuchem świeżego powietrza, upadł.

background image

Kiedy oprzytomniał, siedział oparty o ścianę budynku kina i nie myślał już o tym, 

aby uciec od swoich obowiązków. Była noc i miał uczucie, że wiedza, której nie mógł 

uniknąć, została mu już prawie objawiona. Oparł się o ścianę i siedział tak, zupełnie 

zrezygnowany, przez około dwadzieścia minut, a potem wstał i zaczął iść ulicą, jakby 

prowadzony przez jakąś cichą melodię lub gwizd, którym przywołuje się psy. Minął dwa 

budynki, zatrzymał się, i spojrzał na drugą stronę ulicy. Tam, dokładnie naprzeciwko niego, 

stał wysoki samochód w szczurzym kolorze, a z przodu, na masce spoczywała ciemna 

postać w kapeluszu, który nadawał jej srogi wygląd. Ręce tego człowieka przesuwały się w 

dół i w górę. Miał szczupłe, ruchliwe dłonie prawie tak blade jak kapelusz.

- Hazel Motes! - szepnął Enoch i serce zaczęło mu się szamotać jak oszalały 

dzwon. Na chodniku koło samochodu stała grupka ludzi. Enoch nie wiedział, że co wieczór 

na ulicach Hazel Motes głosi swoją nową religię. Nie widział go od dnia, kiedy pokazał mu 

wysuszonego człowieka w szklanej gablocie w parku.

- Gdybyście byli zbawieni - krzyczał Hazel Motes - obchodziłoby was wasze 

zbawienie, ale was to nie obchodzi! Spójrzcie w głąb siebie i zobaczcie, czy nie wolicie nie 

być zbawieni niż być zbawieni. Nie ma spokoju dla pragnących zbawienia! - krzyczał. - A 

ja głoszę pokój, głoszę Kościół Bez Chrystusa, kościół pokoju i zadowolenia!

Dwoje czy troje z tych, którzy zatrzymali się przy samochodzie, rozeszło się w różne

strony.

- Idźcie! - krzyknął Hazel Motes. - No dalej, idźcie sobie! Prawda nic dla was nie 

znaczy! Słuchajcie - powiedział, zwracając się do pozostałych - prawda nie ma dla was 

znaczenia. Gdyby Jezus was zbawił, co by to zmieniło? Nic by wam to nie pomogło. Wasze 

twarze nie drgnęłyby ani trochę. Nawet jeżeli stały tam trzy krzyże, a on wisiał na tym 

pośrodku, to nie znaczy on dla mnie i dla was więcej niż pozostali dwaj. Posłuchajcie. 

Potrzebujecie czegoś, co zajęłoby miejsce Jezusa, czegoś, co mówiłoby prostym językiem. 

Kościół Bez Chrystusa nie ma Jezusa, ale go potrzebuje! Potrzebuje nowego Jezusa! 

Takiego, który byłby w pełni człowiekiem i nie marnowałby swojej krwi, takiego, który 

różni się od innych łudzi, na którego moglibyście patrzeć. Dajcie mi takiego Jezusa, wy, 

ludzie. Dajcie mi takiego nowego Jezusa, a zobaczycie, jak daleko Kościół Bez Chrystusa 

może zajść!

Jeden z obserwujących odszedł i zostało jeszcze tylko dwoje ludzi. Enoch stał jak 

sparaliżowany na środku ulicy.

- Pokażcie mi, gdzie on jest! - krzyczał Hazel Motes. - A ja ustanowię go w 

background image

Kościele Bez Chrystusa i wtedy ujrzycie prawdę! Wtedy przekonacie się raz na zawsze, że 

nie zostaliście zbawieni. Niech ktoś da mi tego nowego Jezusa, abyśmy wszyscy zostali 

zbawieni poprzez sam jego widok!

Enoch zaczął bezgłośnie krzyczeć. Krzyczał tak przez pełną minutę, podczas gdy 

Hazel Motes mówił dalej.

- Spójrzcie na mnie! - wolał ochrypłym głosem. - Macie przed sobą spokojnego 

człowieka! Spokojnego, ponieważ moja krew mnie uwolniła. Posłuchajcie waszej krwi, 

przyjdźcie do Kościoła Bez Chrystusa, a może ktoś przyniesie nam nowego Jezusa i 

zostaniemy zbawieni poprzez sam jego widok!

Z ust Enocha wydobył się niezrozumiały dźwięk. Próbował zawyć, ale krew go 

powstrzymała.

- Słuchaj, mam go! - szepnął. - To znaczy mogę go mieć! Wiesz! Tego! Co ci 

pokazywałem. Już go widziałaś!

Jego krew przypomniała mu, że kiedy ostatnim razem widział Haze'a Motesa, ten 

uderzył go w głowę kamieniem. A on nie wiedział nawet jeszcze, jak wykradnie to ze 

szklanej gabloty. Wiedział tylko, że ma już przygotowane miejsce w pokoju, aby to 

przechować, zanim Haze będzie gotowy to zabrać. Jego krew zasugerowała mu, żeby to 

zostawił jako niespodziankę dla Haze'a. Zaczął się wycofywać. Przeszedł tyłem przez ulicę, 

przez kawałek chodnika, przez następną ulicę i taksówka musiała ostro zahamować, aby go 

nie potrącić. Kierowca wystawił głowę przez okno i zapytał, jak to możliwe, że sobie tak 

dobrze radzi, kiedy Bóg stworzył go, składając ze sobą dwa tyły, zamiast normalnie dodać 

tył do przodu.

Enoch był zbyt zajęty, żeby o tym pomyśleć.

- Muszę już iść - mruknął i odszedł w pośpiechu.

Rozdział IX

Drzwi do pokoju Hawksa były zawsze zaryglowane i kiedykolwiek Haze w nie 

zapukał, co robił dwa lub trzy razy na dzień, ewangelista wysyłał do niego swoją córkę i 

znów zamykał je na zamek. Drażniło go to, że Haze zagląda do jego pokoju, wymyślając 

różne preteksty po to tylko, aby spojrzeć w jego twarz; a on był często pijany i nie chciał 

zostać zdemaskowany.

background image

Haze nie rozumiał, dlaczego pastor nie zaprasza go do środka i nie zachowuje się, 

jak przystoi pastorowi, kiedy widzi straconą duszę. W dalszym ciągu próbował dostać się 

do pokoju i spojrzeć na jego twarz. Okno, do którego mógł dosięgnąć, było cały czas 

zamknięte, zasłonka zaciągnięta. Chciałby zajrzeć, jeżeli by to było możliwe, za ciemne 

okulary.

Za każdym razem, gdy pukał do ich pokoju, wychodziła dziewczyna a drzwi 

zatrzaskiwały się za nią na zasuwę; potem nie mógł się jej pozbyć. Szła za nim do 

samochodu, wchodziła do środka i siadała. Porzucił pomysł uwiedzenia jej i próbował się 

bronić. Nie mieszkał jeszcze tygodnia w tym domu, gdy pewnej nocy, kiedy leżał już w 

łóżku, zjawiła się w jego pokoju. Ubrana była w koszulę nocną, która zwisała z jej wąskich 

ramion i ciągnęła się za nią po podłodze, a w ręce trzymała szklankę z palącą się świecą. 

Haze obudził się dopiero, jak weszła mu do łóżka. Kiedy otworzył oczy i ją zobaczył, 

natychmiast wyskoczył spod kołdry na środek pokoju.

- Czego chcesz? - zapytał.

Nie powiedziała nic i tylko uśmiechnęła się szerzej w świetle świecy. Stał przez 

chwilę groźnie na nią spoglądając, a potem chwycił krzesło i podniósł je w górę, jakby 

chciał nim w nią rzucić. Ociągała się tylko przez ułamek sekundy. Drzwi od jego pokoju nie 

zamykały się, więc podstawił krzesło pod klamkę, zanim wrócił do łóżka.

- Słuchaj - powiedziała, kiedy wróciła do swojego pokoju. - Wszystko na nic. 

Mało co we mnie nie rzucił krzesłem.

- Wyjeżdżam stąd za kilka dni - odparł Hawks. - Lepiej się postaraj, jeżeli chcesz 

mieć co jeść, jak wyjadę.

Był pijany, ale mówił poważnie.

Nic nie szło tak, jak Haze tego oczekiwał. Każdy wieczór spędzał na kazaniach, ale 

członkiem Kościoła Bez Chrystusa była ciągle tylko jedna osoba: on sam. Chciał szybko 

zebrać dużą liczbę wiernych, aby zrobić wrażenie na ślepcu, ale nikt za nim nie poszedł. 

Pojawił się ktoś, kogo mógłby nazwać wiernym, ale było to właściwie nieporozumienie. 

Pewien szesnastoletni chłopiec chciał, żeby ktoś z nim poszedł do burdelu, ponieważ nigdy 

tam nie był. Wiedział, gdzie znajduje się to miejsce, ale nie chciał tam iść bez osoby z 

pewnym doświadczeniem i kiedy zobaczył Haze'a, kręcił się w pobliżu, aż tamten skończył 

kazanie i poprosił go, żeby z nim poszedł. Było to jednak nieporozumienie, bo kiedy już 

stamtąd wyszli i Haze poprosił go, aby został członkiem Kościoła Bez Chrystusa lub nawet 

kimś więcej, uczniem i apostołem, chłopiec powiedział, że przykro mu, ale nie może zostać 

background image

członkiem tego kościoła, ponieważ jest upadłym katolikiem. Powiedział, że to, co właśnie 

zrobili, jest grzechem śmiertelnym i jeśliby umarli nie żałując za to, cierpieliby wieczną karę i 

nigdy nie zobaczyliby Boga. Haze nie bawił się w burdelu tak dobrze jak chłopiec i 

zmarnował tylko pół wieczoru. Wykrzyknął, że nie istnieje nic takiego jak grzech, czy Sąd, 

ale chłopiec tylko potrząsnął głową i zapytał, czy chciałby pójść tam jeszcze raz następnego 

wieczoru.

Gdyby Haze wierzył w modlitwę, modliłby się o ucznia, ale nie wierzył, więc mógł 

tylko bardzo się tym martwić. Dwa dni po tym spotkaniu, pojawił się pierwszy uczeń.

Tego wieczoru Haze przemawiał przed czterema różnymi kinami i za każdym razem, 

kiedy spoglądał w górę, widział tę samą, dużą twarz, która się do niego uśmiechała. 

Mężczyzna, do którego należała, był pulchnawy i miał kręcone blond włosy i modne baczki. 

Ubrany był w czarny garnitur ze srebrnym paskiem i biały kapelusz z szerokim rondem 

zsuniętym na tył głowy, a na nogach miał dobrze dopasowane, czarne buty z czubkami. Nie 

nosił skarpetek. Wyglądał jak były pastor, który został kowbojem, lub jak były kowboj, 

który został właścicielem zakładu pogrzebowego. Nie był przystojny, ale pod jego 

uśmiechem kryła się uczciwość, która pasowała do jego twarzy jak garnitur sztucznych 

zębów.

Za każdym razem, kiedy Haze patrzył w jego stronę, człowiek ten mrugał do niego.

Kiedy przemawiał przed ostatnim kinem, oprócz tego człowieka słuchało go troje 

ludzi.

- Czy was, ludzie, obchodzi prawda? - zapytał. - Jedyną drogą do prawdy jest 

bluźnierstwo, ale czy was to w ogóle obchodzi? Czy zwrócicie uwagę na to, o czym mówię, 

czy po prostu odejdziecie jak wszyscy?

Stali przed nim dwaj mężczyźni i kobieta z małym dzieckiem o twarzy kota, które 

rozpierało się na jej ramieniu. Patrzyła na Haze'a, jakby był sprzedawcą na jarmarcznym 

straganie.

- No, chodźmy - powiedziała. - Skończył, idziemy.

Odwróciła się i dwóch mężczyzn podążyło za nią.

- Idźcie sobie - powiedział Haze - ale pamiętajcie, że prawda nie czai się za każdym 

rogiem ulicy.

Człowiek, który za nim szedł, wyciągnął szybko rękę i mrugając do Haze'a, 

pociągnął go za nogawkę spodni.

- Chodźcie tutaj, ludzie - powiedział. - Chcę wam wszystko o sobie powiedzieć.

background image

Kobieta odwróciła się, a on się do niej uśmiechnął, jakby od początku uderzyła go 

jej uroda. Miała kwadratową, czerwoną twarz, a jej włosy były świeżo ufryzowane.

- Szkoda, że nie mam ze sobą swojej gitary - powiedział mężczyzna. - Bo jakoś 

lepiej mi mówić słodkie słowa pod muzykę niż normalnie. A kiedy się mówi o Jezusie, to 

potrzeba trochę muzyki, prawda, przyjaciele? Popatrzył na dwóch mężczyzn, jakby 

odwoływał się do dobrego wrażenia, które ukazało się na ich twarzach. Mieli na sobie 

brązowe filcowe kapelusze i czarne miejskie garnitury. Wyglądali jak starszy i młodszy brat.

- Słuchajcie, przyjaciele - powiedział uczeń poufale. - Dwa miesiące temu, zanim 

spotkałem tego tu Proroka, pomyślelibyście o mnie, że to nie ten sam człowiek. Nie miałem 

na świecie ani jednego przyjaciela. Czy wiecie jak to jest, kiedy się nie ma na świecie 

przyjaciela?

- Najgorzej to mieć takiego, co ci włoży nóż w plecy, kiedy nie patrzysz - 

powiedział starszy mężczyzna, ledwo otwierając usta.

- Przyjacielu, z twoich ust padły mądre słowa - odpowiedział mężczyzna. - 

Gdybyśmy mieli czas, chciałbym, abyś to powtórzył, aby każdy mógł to usłyszeć, tak jak ja 

to słyszałem.

Seans się skończył i pojawiało się coraz więcej ludzi.

- Przyjaciele, wiem, że wszystkich was interesuje ten oto Prorok - mówił, 

wskazując na Haze'a, który opierał się o maskę samochodu. - Jeżeli dacie mi tylko czas, 

powiem wam, co on i jego prawdy dla mnie znaczą. Nie tłoczcie się, bo jeżeli będzie trzeba,

to pozostanę tu przez cały wieczór, żeby wam o wszystkim powiedzieć.

Haze stał w miejscu bez ruchu z głową lekko wysuniętą do przodu, jakby nie był 

pewny, czy dobrze słyszy.

- Przyjaciele - powiedział mężczyzna. - Pozwólcie, że się przedstawię. Nazywam 

się Onnie Jay Holy i mówię wam to, żebyście mogli sprawdzić i przekonać się, że nie 

kłamię. Jestem pastorem i nie zależy mi na tym, żebyście o tym wiedzieli, ale nie chcę, 

żebyście wierzyli w coś, czego nie czujecie w swoich sercach. Wy, co tam podchodzicie z 

tyłu, przepchnijcie się tutaj, żebyście dobrze słyszeli - powiedział. - Ja nic nie sprzedaję, ja 

czymś obdzielam!

Coraz więcej ludzi zatrzymywało się przy nim.

- Przyjaciele - ciągnął. - Patrząc na mnie dwa miesiące temu nie pomyślelibyście, że 

to ten sam człowiek. Nie miałem na świecie ani jednego przyjaciela. Czy wiecie, jak to jest, 

kiedy się nie ma na świecie ani jednego przyjaciela?

background image

- Najgorzej to mieć takiego, co ci włoży... - odezwał się ktoś głośno.

- Słuchajcie - mówił Onnie Jay Holy. - Nie mieć przyjaciela na świecie to 

najnędzniejsza i najsmutniejsza rzecz, jaka może się przydarzyć kobiecie lub mężczyźnie! I 

tak było ze mną. Byłem gotowy się powiesić lub popaść w zupełną rozpacz. Nawet moja 

własna droga matka nie kochała mnie i to nie dlatego, że nie miałem w sobie słodyczy, ale 

dlatego, że nigdy nie wiedziałem, jak okazać naturalną słodycz, która we mnie była. Każdy, 

kto przybywa na ziemię - powiedział wyciągając ramiona - rodzi się pełen słodyczy i 

miłości. Małe dziecko kocha wszystkich, przyjaciele, a jego naturą jest słodycz, dopóki coś 

się nie wydarzy. Przyjaciele, nie muszę tego mówić ludziom takim jak wy, którzy potrafią 

sami myśleć. Kiedy to małe dziecko rośnie, nie okazuje już tak swojej słodyczy, nadchodzą 

troski i kłopoty, które go męczą i cała słodycz chowa się do wewnątrz. Potem, przyjaciele, 

staje się ono biedne, samotne i chore i mówi: „Gdzie podziała się cała moja słodycz?. Gdzie 

są przyjaciele, którzy mnie kochali?”. I cały czas ta mała zwinięta róża słodyczy jest w jego 

wnętrzu, żaden płatek nie opada, a na zewnątrz jest tylko marna samotność. Być może, 

przyjaciele, będzie chciał odebrać życie sobie, wam, lub mnie albo pogrążyć się w zupełnej 

rozpaczy.

Mówił smutnym, nosowym głosem, ale przez cały czas się uśmiechał, żeby im 

pokazać, że przeszedł już przez to, o czym mówił i wydobył się na powierzchnię.

- Tak było ze mną, przyjaciele. Wiem, o czym mówię - powiedział i założył ręce na 

piersi. - Ale przez cały czas, kiedy byłem gotowy powiesić się lub pogrążyć w zupełnej 

rozpaczy, nosiłem w sobie tę słodycz, jak wszyscy i potrzeba mi tylko było czegoś, co ją 

ujawni. Potrzebowałem tylko trochę pomocy, przyjaciele. Potem spotkałem tego oto 

Proroka - powiedział, wskazując na siedzącego na masce samochodu Haze'a. - To było 

dwa miesiące temu, ludzie, kiedy usłyszałem, jak chce mi pomóc, jak głosi Kościół 

Chrystusa Bez Chrystusa, kościół, który ma zyskać nowego Jezusa, aby pomóc mi wy-

dobyć na światło dzienne moją słodką naturę, gdzie każdy będzie mógł się nią cieszyć. To 

było dwa miesiące temu, przyjaciele, a teraz nie poznalibyście we mnie tego samego 

człowieka. Kocham was wszystkich, ludzie, i chcę, abyście posłuchali jego i mnie, i 

przyłączyli się do naszego kościoła, Świętego Kościoła Chrystusa Bez Chrystusa, nowego 

kościoła z nowym Jezusem i wtedy wszyscy otrzymacie pomoc, tak jak ja!

Haze wychylił się do przodu.

- Ten człowiek to oszust - powiedział. - Nie widziałem go nigdy wcześniej. Nie 

głosiłem tego kościoła dwa miesiące temu i nie nazywa się on Świętym Kościołem 

background image

Chrystusa Bez Chrystusa!

Mężczyzna zignorował go i inni też nie zwrócili na niego uwagi. Pozostało przy nim 

dziesięciu lub dwunastu ludzi.

- Przyjaciele - powiedział Onnie Jay Holy. - Jestem ogromnie zadowolony, że 

spotykam was teraz, a nie dwa miesiące temu, bo wtedy nie mógłbym świadczyć o tym 

nowym kościele i tym oto Proroku. Gdybym miał przy sobie gitarę, potrafiłbym to wszystko 

lepiej powiedzieć, ale będę musiał zrobić wszystko, co mogę, bez niej.

Miał zwycięski uśmiech na twarzy i widać było, że nie uważa, iż jest znacznie lepszy 

od kogokolwiek, choć jednak był.

- Więc chcę tylko wam, ludzie, dać nowe powody, dla których możecie zaufać 

temu kościołowi - powiedział. - Po pierwsze, przyjaciele, możecie polegać na tym, że nie 

ma on nic wspólnego z czymś obcym. Nie musicie wierzyć w nic, czego nie rozumiecie i nie 

pochwalacie. Jeżeli czegoś nie rozumiecie, to nie jest to prawdą i to jest najważniejsze w 

tym kościele. Nie ma jokerów w tej talii.

Haze pochylił się w przód.

- Bluźnierstwo jest drogą do prawdy - powiedział. - I nie ma innej drogi, czy to 

rozumiecie, czy nie!

- Teraz, przyjaciele - powiedział Onnie Jay - chcę wam wyjawić drugi powód, dla 

którego możecie absolutnie zaufać temu kościołowi. Oparty jest on na Biblii. Tak jest! 

Oparty jest na waszej własnej interpretacji Biblii, przyjaciele. Możecie siedzieć w domu i 

interpretować sobie sami Biblię, tak jak serce wam mówi, że powinna być interpretowana. 

Tak powinno właśnie być, tak zrobiłby Jezus. Och, jaka szkoda, że nie mam ze sobą gitary 

- poskarżył się.

- Ten człowiek jest kłamcą - powiedział Haze. - Nigdy wcześniej go nie widziałem, 

nigdy...

- To powinno was przekonać, przyjaciele - ciągnął Onnie Jay Holy. - Ale podam 

wam jeszcze jeden powód, tylko po to, żeby wam pokazać, że potrafię. Ten kościół jest 

nowoczesny! Kiedy wstąpicie do niego, możecie być pewni, że nie będzie niczego i nikogo, 

kto byłby bardziej do przodu niż wy, nikt nie będzie wiedział niczego, czego wy już byście 

nie wiedzieli, wszystkie karty są na stole, przyjaciele, i to jest fakt!

Na twarzy Haze'a ocienionej białym kapeluszem zaczęła malować się wściekłość. 

Kiedy właśnie miał otworzyć usta, Onnie Jay Holy wskazał ze zdziwieniem na dziecko w 

niebieskim berecie przerzucone bezwładnie przez ramię kobiety.

background image

- Ach, tam jest małe dziecko - powiedział - mała wiązka bezbronnej słodyczy. 

Jestem przekonany, ludzie, że nie pozwolicie, aby to maleństwo urosło i żeby mu wtłoczono 

całą słodycz do środka, podczas gdy mogłaby ona pozostać na zewnątrz i zdobywać mu 

przyjaciół i miłość. Dlatego chcę, żebyście wszyscy przyłączyli się do Świętego Kościoła 

Chrystusa Bez Chrystusa. Będzie to was kosztować dolara, ale czym jest dolar? Kilkadzie-

siąt centów! To niedużo, aby zapłacić za otworzenie w was tej małej róży słodyczy!

- Słuchajcie! - krzyknął Haze. - Nie musicie płacić, aby poznać prawdę! Nie 

możecie jej poznać za pieniądze!

- Słyszycie, co mówi Prorok, przyjaciele? - powiedział Onnie Jay Holy. - Dolar to 

nieduża suma. Żadna suma nie jest zbyt duża, by poznać prawdę. Teraz chcę, żeby każdy z 

was, ludzie, kto chce korzystać z tego kościoła, podpisał się w małym notesie, który mam w

kieszeni, dał mi osobiście dolara i pozwolił, abym uścisnął mu rękę!

Haze ześlizgnął się z maski samochodu, wsiadł do niego i zatrzasnął drzwi.

- Ej, poczekaj! Poczekaj! - krzyknął Onnie Jay Holy. - Nie mam jeszcze nazwiska 

żadnego z moich nowych przyjaciół!

Kiedy zapadała noc, essex Haze'a miał tendencję do figli. Jechał do przodu jakieś 

sześć cali, a potem cofał się cztery w tył. Gdyby nie zrobił teraz tego kilka razy, Haze'a już 

by tu nie było. Zamiast tego musiał chwycić kierownicę obiema rękami, aby nie wypaść 

przez przednią lub tylną szybę. Samochód uspokoił się na kilka sekund, przejechał około 

dwudziestu stóp do przodu i zaczął znowu swoje figle.

Twarz Onnie'go Jay Holy'ego wykazywała ogromne napięcie. Przyłożył do

:

 niej 

rękę, jakby tylko w ten sposób mógł utrzymać na niej uśmiech.

- Muszę teraz już iść, przyjaciele, ale będę w tym samym miejscu jutro wieczorem. 

Muszę teraz złapać Proroka - powiedział szybko i odbiegł w chwili, gdy essex zaczął się 

znów posuwać do przodu. Nie dogoniłby Haze'a, gdyby samochód się nie zatrzymał, zanim 

nie przejechał następnych dziesięciu stóp.

Wskoczył na stopień samochodu, zdołał otworzyć drzwi i dysząc, klapnął na 

siedzenie obok Haze'a.

- Przyjacielu - powiedział - właśnie straciliśmy dziesięć dolarów. Co się tak 

spieszysz?

Jego twarz wskazywała na to, że przeżywał pewien rodzaj autentycznego bólu, 

chociaż patrzył na Haze'a z uśmiechem, w którym obnażał wszystkie górne zęby i czubki 

dolnych.

background image

Haze odwrócił głowę i popatrzył na niego wystarczająco długo, aby dostrzec 

uśmiech, zanim jego gość nie został rzucony na przednią szybę. Potem essex zaczął jechać 

gładko. Onnie Jay wyjął lawendową chusteczkę i trzymał ją przez pewien czas przy ustach. 

Kiedy ją odsunął, uśmiech powrócił na jego twarz.

- Przyjacielu - powiedział - ty i ja razem musimy się do tego zabrać. Kiedy pierwszy 

raz zobaczyłem, jak otwierasz usta, powiedziałem sobie: „Oto jest wielki człowiek z 

wielkimi ideami”.

Haze nie odwracał głowy.

Onnie Jay wziął głęboki oddech.

- No, a wiesz kogo mi przypomniałeś, jak cię pierwszy raz zobaczyłem? - zapytał. - 

Jezusa Chrystusa i Abrahama Lincolna, przyjacielu - powiedział po chwili milczenia.

Twarz Haze'a nagle nabrzmiała wściekłością. Jej rysy całkowicie się zatarły.

- Nie masz racji - powiedział ledwo słyszalnym głosem.

- Przyjacielu, jak możesz tak mówić? - zapytał Onnie Jay. - Przecież przez trzy lata 

miałem w radiu program, który dawał prawdziwie religijne doznania całym rodzinom. Nigdy 

go nie słuchałeś? Nazywał się Soulsease, kwadrans Nastroju, Melodii i Umysłowości. 

Jestem prawdziwym pastorem, przyjacielu.

Haze zatrzymał essexa.

- Wysiadaj - powiedział.

- Dlaczego, przyjacielu? Nie powinieneś mówić takich rzeczy! To absolutna 

prawda, że jestem pastorem i gwiazdą radiową.

- Wysiadaj - powiedział Haze, sięgając przez niego ręką i otwierając drzwi.

- Nigdy bym nie pomyślał, że potraktujesz w ten sposób przyjaciela. Chciałem cię 

tylko zapytać o tego nowego Jezusa.

- Wysiadaj - powiedział Haze i zaczął go popychać do drzwi. Wypchnął go na 

brzeg siedzenia, aż w końcu Onnie Joy wypadł przez drzwi na ulicę.

- Nigdy bym nie pomyślał, że przyjaciel może mnie tak potraktować - poskarżył się.

Hazel kopnięciem strącił jego nogę ze stopnia samochodu i znów zamknął drzwi. 

Próbował uruchomić wóz, naciskając na rozrusznik, ale bezskutecznie. Gdzieś pod nim 

rozległ się dźwięk, który brzmiał, jakby ktoś płukał sobie gardło nie używając wody. Onnie 

Jay podniósł się z chodnika i stanął przy oknie.

- Gdybyś mi tylko powiedział, gdzie jest ten nowy Jezus, o którym wspominałeś - 

zaczął.

background image

Haze spróbował jeszcze kilka razy, ale nic to nie pomogło.

- Wyciągnij zawór - doradził Onnie Jay, wchodząc na stopień samochodu.

- Nie ma tam zaworu - warknął Haze.

- Może się zalał - powiedział Onnie Jay. - Skoro stoimy, to możemy ze sobą 

porozmawiać o Świętym Kościele Chrystusa Bez Chrystusa.

- Mój kościół to Kościół Bez Chrystusa - powiedział Haze. - Nie mam ochoty 

dłużej na ciebie patrzeć.

- Nic to nie zmieni, kiedy dodasz jeszcze jednego Chrystusa do nazwy, jeżeli nie 

zmienisz znaczenia, przyjacielu - powiedział Jay zranionym tonem. - Powinieneś mnie 

słuchać, bo nie jestem amatorem. Jestem kimś w rodzaju artysty. Jeżeli chcesz gdzieś dojść 

w religii, musisz dbać o to, aby była ona słodka. Masz dobre idee, ale potrzebujesz artysty, 

żeby z tobą pracował.

Haze wbił nogę w gaz i potem w rozrusznik i znowu w gaz, lecz to nie pomogło. 

Ulica była praktycznie pusta.

- Razem możemy popchnąć go na krawężnik - zaproponował Onnie Jay.

- Nie prosiłem cię o pomoc - powiedział Haze.

- Wiesz, przyjacielu, naprawdę chciałbym zobaczyć tego nowego Jezusa - 

powiedział Onnie Jay. - Nigdy nie słyszałem wcześniej idei, co by tak przyciągała, jak ta. 

Potrzeba jej tylko trochę reklamy.

Haze próbował zapalić silnik, naciskając z całych sił na kierownicę, ale to nie 

pomogło. Wysiadł, podszedł od tyłu i zaczął spychać samochód na krawężnik. Onnie Jay 

stanął przy nim i pomógł mu pchać.

- Myślałem już wcześniej o takiej idei, o nowym Jezusie - zauważył. - Takim, co by 

był bardziej współczesny. Gdzie go trzymasz, przyjacielu? - zapytał. - Czy jest to ktoś, z 

kim widujesz się codziennie? Naprawdę chciałbym go spotkać i posłuchać trochę jego 

prawd.

Wepchnęli samochód na parking. Nie dało się go zamknąć, a Haze bał się, że jeśli 

go zostawi na całą noc tak daleko od miejsca, gdzie mieszkał, ktoś może go ukraść. Nie 

pozostało mu nic innego, jak tylko w nim spać. Wszedł na tył i zaczął spuszczać zasłonki z 

frędzlami. Onnie Jay miał już głowę w samochodzie.

- Nie musisz się bać, że gdybym zobaczył nowego Jezusa, odsunąłbym cię od tego 

interesu - powiedział. - No, przyjacielu, znaczyłoby to po prostu bardzo dużo dla mojego 

ducha.

background image

Haze złożył tylne siedzenie, aby zrobić więcej miejsca i rozłożyć siennik. Trzymał z 

tyłu swoją poduszkę i wojskowy koc, a na półce pod tylnym owalnym oknem miał blaszaną 

kuchenkę i dzbanek na kawę.

- Przyjacielu, mógłbym ci nawet zaoferować jakąś niewielką sumę, żeby go 

zobaczyć - zaproponował Onnie Jay.

- Posłuchaj - odpowiedział Haze - zjeżdżaj stąd. Mam już dość twojego widoku. 

Nie ma nic takiego jak nowy Jezus. To tylko pretekst, aby coś wyjaśnić.

Uśmiech zniknął z twarzy Onnie Jay'a.

- Co chcesz przez to powiedzieć? - zapytał.

- Że nie ma takiej rzeczy ani osoby. To był tylko pretekst, żeby o czymś powiedzieć 

- powtórzył i położył rękę na klamce. Zaczął zamykać drzwi, nie zważając na to, że ciągle 

tkwiła w nich głowa Onnie Jay'a. - Nic takiego nie istnieje! - krzyknął.

- Na tym polega kłopot z wami, intelektualistami - mruknął Onnie Jay. - Nigdy nie 

ma nic za tym, o czym mówicie.

- Zabieraj głowę z mojego samochodu, Holy - . powiedział Haze.

- Nazywam się Hoover Shoats - burknął człowiek z głową w drzwiach. - Od razu 

jak cię zobaczyłem, wiedziałem, że jesteś zwykłym dziwakiem.

Haze otworzył drzwi na tyle szeroko, aby móc je zatrzasnąć. Hoover Shoats zdążył 

wyciągnąć głowę, ale pozostał w nich jego kciuk. Rozległo się wycie, które rozdarłoby 

prawie każde serce. Haze otworzył drzwi, aby mógł wyjąć z nich palec i zatrzasnął je 

znowu. Zaciągnął przednie zasłony i położył się na kocu wojskowym z tyłu samochodu. Na 

zewnątrz Hoover Shoats podskakiwał na chodniku i wył. Kiedy wycie ustało, Haze usłyszał 

zbliżające się kroki, a potem wzburzony głos, który powiedział do niego przez blachę:

- Uważaj przyjacielu. Wysadzę cię z tego interesu. Mogę mieć własnego nowego 

Jezusa i mogę mieć proroków na pęczki, słyszysz? Słyszysz mnie, przyjacielu? - rozległ się 

ochrypły głos.

Haze nie odpowiedział.

- Tak, będę tam jutro wieczorem ze swoim kazaniem. Potrzebujesz trochę 

konkurencji - mówił głos. - Słyszysz mnie, przyjacielu?

Haze podniósł się, przechylił przez przednie siedzenie i uderzył w klakson essexa. 

Rozległ się dźwięk podobny do beczenia kozy zmieszanego z odgłosem piły elektrycznej. 

Hoover Shoats odskoczył, jakby przeszył go ładunek elektryczności.

- W porządku, przyjacielu, jeszcze o mnie usłyszysz - powiedział, stojąc około 

background image

piętnastu stóp dalej i drżąc, po czym odwrócił się i odszedł cichą ulicą.

Haze leżał jakąś godzinę w samochodzie, kiedy zaczęły dręczyć go koszmary. Śnił, 

że został żywcem pogrzebany. Nie czekał na Sąd, bo nie było Sądu, nie czekał na nie. 

Jakieś oczy zaglądały przez owalne tylne okno jego grobowca, niektóre patrzyły z należnym 

szacunkiem, jak chłopiec z zoo, a inne tylko po to, żeby zobaczyć to, co było do 

zobaczenia. Trzy kobiety z papierowymi workami patrzyły na niego krytycznie, jakby był 

przedmiotem, kawałkiem ryby, czy czymś, co można kupić, ale po chwili zniknęły. 

Człowiek w płóciennym kapeluszu przyłożył sobie kciuk do nosa i poruszał palcami. Potem 

zatrzymała się kobieta z dwoma chłopcami i uśmiechnęła się. Po chwili wypchnęła chłopców

z pola widzenia i dała znak, że wejdzie i dotrzyma mu przez chwilę towarzystwa, ale nie 

mogła przedostać się przez szybę i w końcu dała sobie spokój. Przez cały ten czas Hazel 

chciał się wydostać, ale ponieważ nie wierzył, że mu się uda, nie ruszył nawet palcem. 

Ciągle spodziewał się, że w owalnym oknie pojawi się nagle Hawks, ale ślepiec nie przy-

szedł.

W końcu otrząsnął się z tego snu i obudził. Sądził, że to już rano, ale była dopiero 

północ. Zapalił samochód, wcisnął gaz i essex potoczył się wolno, jak gdyby nigdy nic. 

Pojechał z powrotem do domu. Wszedł do środka, ale zamiast pójść na górę do siebie, 

stanął w korytarzu, patrząc na drzwi do pokoju ślepca. Podszedł do nich, przyłożył ucho do 

dziurki od klucza i gdy usłyszał chrapanie, nacisnął łagodnie na klamkę, ale drzwi nie ustąpi-

ły. Przyszło mu do głowy, żeby się włamać. Szukał po kieszeniach odpowiedniego narzędzia

i natknął się na mały kawałek drutu, którego czasami używał jako wykałaczki. Korytarz był 

słabo oświetlony, ale to mu nie przeszkadzało. Przyklęknął przy dziurce od klucza i wsunął 

w nią ostrożnie drut, próbując nie hałasować.

Po którejś kolejnej próbie usłyszał w zamku cichy zgrzyt. Wstał i drżącymi rękami 

Otworzył drzwi. Oddychał szybko, serce mu waliło, jakby pokonał biegiem jakąś ogromną 

odległość, żeby się tu znaleźć. Stanął tuż za progiem, czekając, aż oczy przywykną do 

ciemności, a potem podszedł wolno do żelaznego łóżka. Leżał na nim Hawks. Głowa 

zwisała mu nad krawędzią. Haze przykucnął, zapalił zapałkę tuż przy jego twarzy i wtedy 

tamten otworzył oczy. Dwie pary oczu patrzyły na siebie tak długo, aż zapałka się wypaliła. 

Na twarzy Haze'a zaczęła odbijać się coraz głębsza pustka, przez chwilę przemknął przez 

nią jakiś cień, ale zaraz zniknął.

- Teraz możesz już wyjść. Teraz już możesz dać mi spokój - powiedział Hawks 

szorstkim, ochrypłym głosem i pchnął swoją rękę w stronę twarzy Haze'a, nie dotykając jej 

background image

jednak. Jego twarz bez wyrazu odsunęła się i za chwilę zniknęła w mroku.

Rozdział X

Następnego dnia wieczorem Haze zaparkował essexa przed Odeon Theatre, wspiął 

się na maskę samochodu i zaczął przemawiać.

- Pozwólcie, że powiem wam, co symbolizuję ja i mój kościół! - zawołał. - 

Zatrzymajcie się na chwilę, aby posłuchać prawdy, bo możecie jej już nigdy nie usłyszeć.

Stał z głową wysuniętą do przodu, zataczając jedną ręką nieregularny łuk. 

Zatrzymały się dwie kobiety i chłopiec.

- Głoszę, że są różne rodzaje prawdy, wasza prawda i prawda innych, ale za nimi 

obiema kryje się tylko jedna prawda i brzmi ona, że prawda nie istnieje! - zawołał. - Nie ma

prawdy za tymi wszystkimi prawdami, oto co głoszę ja i mój kościół! Nie ma już miejsca, z 

którego przychodzicie, miejsce, do którego, jak wam się wydaje, zmierzacie, nigdy nie 

istniało, a miejsce, w którym jesteście, jest do niczego, jeżeli nie potraficie z niego wyjść. 

Gdzie jest wasze miejsce? Nigdzie!

- Nigdzie poza wami samymi nie znajdziecie takiego miejsca - ciągnął. - Nie musicie 

patrzeć w niebo, bo ono się nie otworzy i nie pokaże wam niczego, co się w nim kryje. Nie 

musicie też szukać jakiejś dziury w ziemi, aby tam coś dla siebie znaleźć. Nie możecie 

posunąć się ani do przodu, ani do tyłu, ani do czasów swoich tatusiów, ani swoich dzieci, 

jeśli je macie. W was samych jest miejsce, którego szukacie. Jeżeli był jakiś Upadek, patrz-

cie tam, jeśli było jakieś Zbawienie, patrzcie tam i jeżeli oczekujecie jakiegoś Sądu, patrzcie 

tam, ponieważ wszystkie te trzy rzeczy będą musiały zdarzyć się w was samych i w waszych

czasach, a gdzie to wszystko jest w waszych czasach i waszych ciałach?

Gdzie w was samych i w waszych czasach jest ślad tego, że zbawił was Jezus?! - 

krzyczał. - Pokażcie mi, gdzie, bo nie widzę tego miejsca. Jeżeli znaleźlibyście miejsce, 

gdzie zbawił was Jezus, to tam powinniście pozostać, ale kto z was potrafi je odnaleźć?

Następna grupka ludzi wyszła z kina i dwoje z nich się zatrzymało, aby na niego 

popatrzeć.

- Kto powiedział, że to wasze sumienie?! - wołał, patrząc wokoło ze ściągniętą 

twarzą, jakby wyczuwał konkretną osobę, która tak myśli. - Wasze sumienie to trik - 

mówił. - Ono nie istnieje, choć może wam się tak wydawać, a jeśli wam się wydaje, że je 

background image

macie, to lepiej wyciągnijcie je na wierzch, zduście je i zabijcie, bo nie znaczy ono więcej niż

odbicie waszych twarzy w lustrze, czy cień ciągnący się za wami.

Był tak skoncentrowany na swojej mowie, że nie zauważył wysokiego samochodu 

w szczurzym kolorze, który przejechał już trzy razy naokoło budynku, podczas gdy dwaj 

mężczyźni, którzy w nim siedzieli, szukali miejsca do zaparkowania. Haze nie widział go, 

gdy parkował dwa samochody za nim, w miejscu, które opuścił właśnie inny samochód i nie 

widział też, jak wysiada z niego Hoover Shoats oraz człowiek w rażąco niebieskiej 

marynarce i białym kapeluszu, ale po paru sekundach odwrócił głowę w ich stronę i 

zobaczył człowieka w rażąco niebieskiej marynarce i białym kapeluszu na przedniej masce 

samochodu. Do tego stopnia uderzył go jego wycieńczony i wychudzony wygląd, że 

przestał mówić. Nigdy wcześniej nie wyobrażał tak sobie siebie. Człowiek, którego widział, 

miał zapadłą klatkę piersiową, szyję wysuniętą do przodu i ręce opuszczone wzdłuż ciała; 

stał tam, jakby czekając na jakiś sygnał, którego obawiał się, że może nie odebrać.

Hoover Shoats spacerował nie opodal po chodniku, brzdąkając na gitarze.

- Przyjaciele! - zawołał. - Chcę przedstawić was temu oto Prawdziwemu 

Prorokowi i chcę, żebyście wszyscy posłuchali jego słów, bo myślę, że one was uszczęśli-

wią, tak jak uszczęśliwiły mnie!

Gdyby Haze widział Hoovera, zdziwiłby się, jak radośnie wygląda, ale jego uwaga 

skupiona była na człowieku na masce samochodu. Ześlizgnął się ze swojego essexa i 

podszedł bliżej, nie spuszczając oka z ponurej postaci. Kiedy Hoover Shoats podniósł rękę 

z dwoma wyprostowanymi palcami, mężczyzna wykrzyknął nagle wysokim nosowym, 

śpiewnym głosem:

- Ci, którzy nie zostali zbawieni, zbawiają się i nowy Jezus jest już blisko! Czekajcie 

na ten cud! Pomóżcie swojemu zbawieniu w Świętym Kościele Chrystusa Bez Chrystusa!

Powtórzył to wszystko jeszcze raz dokładnie tym samym tonem, ale szybciej. Potem

zaczął kaszleć. Miał głośny, suchotniczy kaszel, który wydobywał się gdzieś z głębi jego 

płuc i kończył się długim świstem. Kiedy się uspokoił, splunął białym płynem.

Gruba kobieta, obok której stał Haze, odwróciła głowę, popatrzyła na niego, a 

potem spojrzała znowu na Prawdziwego Proroka. W końcu trąciła Haze'a łokciem i 

uśmiechnęła się do niego.

- Bliźniacy, co? - zapytała.

- Jeśli się go nie dopadnie i nie zabije, to on panią dopadnie i zabije - odpowiedział 

Haze.

background image

- Co? Kto taki? - zapytała.

Patrzyła jak wsiada do samochodu i odjeżdża. Potem trąciła łokciem mężczyznę, 

który stał obok niej z drugiej strony.

- Pomylony - powiedziała. - Nigdy nie widziałam, żeby bliźniacy chcieli się 

nawzajem pozabijać.

Kiedy wrócił do swojego pokoju, zastał w swoim łóżku Sabbath Hawks. Siedziała 

wciśnięta w róg, obejmując jedną ręką kolana, a drugą ściskając prześcieradło, jakby się 

chciała na nim powiesić. Jej twarz była ponura i wylękniona. Haze usiadł na łóżku ledwo na 

nią spojrzawszy.

- Nie obchodzi mnie czy rzucisz we mnie stołem - powiedziała. - Nie wyjdę. Nie 

mam dokąd iść. On ode mnie uciekł i to ty go do tego sprowokowałeś. Widziałam, jak 

wczoraj w nocy przyszedłeś i przystawiłeś mu zapałkę do twarzy. Myślałam, że każdy 

widzi, kim on jest bez zapałania zapałki. To po prostu oszust. Nawet niewielki oszust, tylko 

taki drobny, a kiedy jest zmęczony udawaniem, żebrze na ulicach.

Haze spuścił wzrok i zaczął sobie rozwiązywać buty. Były to stare wojskowe buty, 

które pomalował na czarno, żeby rząd się od niego odczepił. Rozwiązał sznurówki, 

oswobodził stopy i usiadł patrząc ciągle w dół, podczas gdy ona przyglądała mu się 

uważnie.

- Masz zamiar mnie uderzyć, czy nie? - zapytała. - Jeżeli tak, to dalej, zrób to teraz, 

bo i tak nie wyjdę. Nie mam gdzie iść.

Nie wyglądał na to, żeby miał zamiar czymś rzucać. Wyglądał, jakby miał zamiar 

siedzieć tak aż do śmierci.

- Słuchaj - powiedziała szybko zmieniając ton - jak cię tylko zobaczyłam, 

powiedziałam sobie: Tego właśnie chcę, dajcie mi go! Powiedziałam sobie: Spójrz w te 

orzechowe oczy i zapomnij o całym świecie, dziewczyno! Ten niewinny wygląd nie jest w 

stanie niczego ukryć, on jest na wskroś zepsuty, tak jak ja. Jedyną różnicą jest to, że ja 

lubię taka być, a on nie. Tak jest! - powiedziała. - Lubię taka być i mogę cię nauczyć, jak 

to polubić. Nie chciałbyś się nauczyć, jak to polubić?

Odwrócił lekko głowę i tuż ponad swoim ramieniem zobaczył wynędzniałą, 

nieładną, uśmiechniętą twarzyczkę o jasnych, zielonych oczach.

- Tak - powiedział, nie zmieniając kamiennego wyrazu twarzy. - Chciałbym.

Wstał, zdjął płaszcz, spodnie i majtki i położył je na krześle. Potem zgasił światło, 

usiadł na łóżku i ściągnął skarpetki. Jego stopy były duże, białe i wilgotne. Siedział, patrząc 

background image

na dwa białe kształty, które tworzyły na podłodze.

- No, chodź! Pospiesz się - powiedziała trącając go kolanem w plecy.

Odpiął guziki koszuli, zdjął ją, wytarł nią sobie twarz, po czym rzucił na podłogę. 

Potem wsunął nogi pod kołdrę obok dziewczyny i siedział tak, jakby próbował sobie 

jeszcze o czymś przypomnieć.

Oddychała bardzo szybko.

- Zdejm kapelusz, królu dżungli - powiedziała niskim, gburowatym głosem i sięgając 

ręką do jego głowy, złapała od tyłu kapelusz i rzuciła go przez pokój w ciemność.

Rozdział XI

Następnego ranka około południa postać w długim, czarnym płaszczu 

przeciwdeszczowym i lekkim kapeluszu naciągniętym głęboko na twarz z rondem 

nachylonym w dół tak, że dotykało niemal postawionego kołnierza, przemykała szybko 

przez ciemne uliczki, tuż pod ścianami budynków. Osoba ta niosła jakiś pakunek wielkości 

mniej więcej niemowlęcia, zawinięty w gazety i ciemną parasolkę, ponieważ niebo miało 

niewyraźny, cierpki szary kolor, jak grzbiet starego kozła. Człowiek ten miał na nosie 

ciemne okulary i czarną brodę, która, jak rozpoznałby każdy uważny obserwator, nie była 

jego naturalnym zarostem. Przypięta była do kapelusza z obu stron szpilkami. Parasolka 

ciągle wyślizgiwała mu się spod pachy i plątała pod nogami, jakby chciała go powstrzymać 

przed spełnieniem jakiegoś zamiaru.

Nie minął jeszcze jednego budynku, kiedy na chodniku zaczęły się rozpryskiwać 

ogromne krople koloru kitu, a nad głową rozległ się nieprzyjemny pomruk. Zaczął biec, 

ściskając zawiniątko w jednej ręce, a parasolkę w drugiej. Po chwili, gdy burza dogoniła 

go, schował się pomiędzy dwoma oknami wystawowymi drogerii, w wejściu wyłożonym 

biało - niebieskimi płytkami. Uchylił nieco ciemne okulary. Blade oczy, które znad nich 

spojrzały, należały do Enocha Emery'ego. Był właśnie w drodze do Hazela Motesa.

Nigdy wcześniej go nie odwiedzał, ale instynkt, który go prowadził, był bardzo 

pewny siebie. W zawiniątku było to, co pokazał Haze'owi w muzeum. Ukradł to 

poprzedniego dnia.

Przyciemnił sobie twarz i ręce brązową pastą do butów, tak że gdyby ktoś widział 

go w akcji, wziąłby go za kolorowego. Potem wślizgnął się do muzeum, kiedy strażnik spał, 

background image

i rozbił szklaną gablotę kluczem nasadowym, który pożyczył od swojej gospodyni. Potem 

pocąc się i trzęsąc, wyciągnął skurczonego człowieka, wepchnął go do papierowego worka 

i przekradł się z powrotem koło strażnika, który nadal spał.

Jak tylko znalazł się na zewnątrz, zdał sobie sprawę, że ponieważ nikt go nie widział,

nikt też nie będzie mógł pomyśleć, że zrobił to kolorowy, więc on stanie się natychmiast 

podejrzany i będzie musiał zmienić wygląd. Dlatego też przypiął sobie czarną brodę i założył 

czarne okulary.

Kiedy wrócił do swojego pokoju, wyjął nowego Jezusa z worka i nie śmiąc na 

niego spojrzeć, złożył go w złoconej szafce. Potem usiadł na brzegu łóżka i czekał. Czekał, 

aż coś się stanie, lecz nie wiedział co. Czuł, że coś ma się stać i całym sobą tego oczekiwał. 

Sądził, że będzie to jeden ze wznioślejszych momentów w jego życiu, ale poza tym, nie miał 

najmniejszego pojęcia, co to może być. Wyobrażał sobie, że kiedy będzie już po 

wszystkim, stanie się zupełnie innym człowiekiem, lepszym nawet niż dotąd. Siedział tak 

przez piętnaście minut i nic się nie wydarzyło.

Posiedział jeszcze pięć minut.

Potem zdał sobie sprawę, że to on musi zrobić pierwszy krok. Wstał, podszedł na 

palcach do półki i kucnął przy drzwiczkach. Uchylił je i popatrzył przez szczelinę. Następnie 

powoli rozchylił ją szerzej i włożył głowę do tabernaculum.

Minął jakiś czas.

Dla kogoś, kto patrzyłby na niego od tyłu, widoczne byłyby tylko podeszwy jego 

stóp i wygięte siedzenie. W pokoju panowała absolutna cisza. Nawet z ulicy nie dobiegał 

żaden dźwięk. Wszechświat mógłby przestać istnieć. Nie podskoczyła nawet pchła. Potem 

bez żadnego uprzedzenia wydobyło się z szafki głośne jak wybuch kichnięcie, towarzyszący 

mu odgłos uderzenia i rozpryskującej się cieczy. Enoch cofnął się, trzymając się za twarz i 

głowę. Siedział przez kilka minut na podłodze w pozie, która wyrażała całkowitą 

dezorientację. Jego pierwszą myślą było, że to kichnął skurczony człowiek, ale po chwili 

zauważył, w jakim stanie jest jego nos. Wytarł go rękawem, a potem siedział jeszcze jakiś 

czas na podłodze. Wyraz jego twarzy wskazywał na to, że objawia mu się powoli jakaś 

głęboka, nieprzyjemna myśl. Po chwili kopnął drzwi arki i zatrzasnął je przed nosem 

nowego Jezusa, a potem wstał i zaczął jeść bardzo szybko tabliczkę czekolady. Jadł ją tak, 

jakby miał coś przeciwko niej.

Następnego ranka obudził się dopiero o dziesiątej i wyruszył, aby szukać Hazela 

Motesa. Pamiętał adres, który mu dała Sabbath Hawks i tam właśnie prowadził go instynkt. 

background image

Był bardzo zły i niezadowolony z tego, że musi spędzić w ten sposób swój wolny od pracy 

dzień, ale chciał pozbyć się nowego Jezusa, tak aby policja, jeżeli miałaby kogoś 

aresztować za kradzież, aresztowała nie jego, a Hazela Motesa. Nie mógł w ogóle 

zrozumieć, dlaczego zdecydował się zaryzykować własną skórę za martwego 

połmurzyńskiego karła, który nie zrobił nic oprócz tego, że dał się zabalsamować, a potem 

leżał, śmierdząc w muzeum przez resztę życia. Nie mieściło mu się to po prostu w głowie. 

Miał zdecydowanie zły humor. Jeśli chodzi o niego, to było mu bez różnicy, ten Jezus był 

równie zły jak każdy inny.

Stojąc w wejściu do drogerii i próbując otworzyć pożyczoną od gospodyni 

parasolkę, odkrył, że była ona równie stara jak jej właścicielka. Kiedy wreszcie mu się to 

udało, zsunął swe ciemne okulary z powrotem na oczy i wszedł w ulewę.

Gospodyni przestała używać tej parasolki piętnaście lat temu (co było jedynym 

powodem, dla którego mu ją pożyczyła) i jak tylko spadły na nią pierwsze krople deszczu, 

złożyła się z trzaskiem, wbijając mu pręty w kark. Przebiegł kilka stóp, trzymając ją nad 

głową, a potem schował się do najbliższego sklepu, żeby się od niej uwolnić. Aby otworzyć 

ją znowu, musiał oprzeć jej czubek na chodniku i pomóc sobie nogą. Wybiegł znowu, 

trzymając rękę wysoko przy szprychach, aby się nie zamknęły, co spowodowało, że 

rzeźbiona w kształcie głowy fox terriera rączka wpijała mu się co chwila w żołądek. 

Przeszedł tak jedną czwartą budynku, kiedy tylna część materiału odczepiła się od drutów i 

uniosła w górę, a strugi deszczu zaczęły wlewać mu się za kołnierz. W końcu wskoczył pod 

dach kina. Była sobota i przed kasą stały w nieregularnej kolejce dzieci.

Enoch nie przepadał za dziećmi, ale one czasami lubiły mu się przyglądać. Kolejka 

odwróciła się i dziesięć, czy piętnaście par oczu zaczęło go z dużym zainteresowaniem 

obserwować. Parasolka zacięła się w paskudnej, na wpół otwartej pozycji, a ta połowa, 

która pozostawała otwarta, miała zaraz opaść w dół i wlać mu za kołnierz następną porcję 

wody. Kiedy to się stało, dzieci zaczęły się śmiać i podskakiwać. Enoch popatrzył na nie ze 

złością, odwrócił się do nich plecami i odchylił swoje ciemne okulary. Zorientował się, że 

ma przed sobą pokolorowane zdjęcie goryla naturalnej wielkości. Nad głową zwierzęcia 

widniał czerwony napis: GONGA! Gigantyczny Władca Dżungli oraz Wielka Gwiazda, 

TUTAJ, WE WŁASNEJ OSOBIE!!! Na poziomie kolan goryla był jeszcze jeden napis, 

który mówił. DZISIAJ Gonga pojawi się osobiście przed kinem o 12.00! Wolny wstęp 

dla pierwszych dziesięciu śmiałków, którzy wystąpią i uścisną mu rękę!

W momencie, gdy Los wyciągał nogę, aby go kopnąć, Enoch zwykle myślał o 

background image

czymś zupełnie innym. Kiedy miał cztery lata, jego ojciec przyniósł mu z więzienia blaszane 

pudełko. Na pomarańczowym tle namalowane były rozsypane orzeszki i zielony napis 

ORZECHOWA NIESPODZIANKA! Kiedy Enoch je otworzył, wyskoczyła mu prosto w 

twarz stalowa sprężyna i złamała końcówki dwóch przednich zębów. Jego życie pełne było 

takich incydentów. Wydawało się, że powinien lepiej wyczuwać chwile zbliżającego się 

niebezpieczeństwa. Przeczytał cały plakat uważnie dwa razy. W jego mniemaniu okazja, by 

obrazić małpę, nadarzyła mu się za sprawą Opatrzności. Nagle odzyskał cały szacunek dla 

nowego Jezusa. Zrozumiał, że będzie mimo wszystko nagrodzony i doświadczy tej wzniosłej

chwili, której oczekiwał.

Odwrócił się i zapytał najbliższego dziecka, która jest godzina. Dziecko 

odpowiedziało, że jest dwunasta dziesięć i że Gonga jest już dziesięć minut spóźniony. Inne 

dziecko dodało, że być może przeszkodził mu deszcz. Inne jeszcze powiedziało, że to nie z 

powodu deszczu, ale dlatego, że jego reżyser przylatuje z Hollywood. Enoch zacisnął zęby. 

Pierwsze dziecko poinformowało go, że jeżeli chce uścisnąć rękę gwiazdy, to musi stanąć w 

kolejce, jak oni wszyscy i czekać. Enoch ustawił się w kolejce. Jakieś dziecko zapytało go, 

ile ma lat. Inne zauważyło, że ma śmieszne zęby. Starał się to wszystko zignorować i zaczął 

poprawiać parasolkę.

Po kilku minutach zza rogu wyjechała czarna ciężarówka i skierowała się wolno w 

stronę kina. Enoch wsadził parasolkę pod pachę i próbował coś dojrzeć przez ciemne 

okulary. Kiedy ciężarówka zbliżyła się, z gramofonu w przyczepie zaczęła dobiegać melodia 

Tarara Boom Di Aye, ale muzyka prawie zupełnie tonęła w odgłosach deszczu. Na 

przyczepie samochodu przyklejono dużą ilustrację blondynki, która reklamowała jakiś inny 

film.

Kiedy samochód zatrzymał się przed kinem, dzieci pilnowały uważnie kolejki. Drzwi 

przyczepy były okratowane i przypominały drzwi wagonu dla bydła, ale małpy przy nich nie 

było. Z kabiny wyszli klnąc dwaj mężczyźni w płaszczach przeciwdeszczowych, podbiegli 

do tyłu ciężarówki i otworzyli drzwi. Jeden z nich wsadził głowę do środka i powiedział: - 

W porządku, pospiesz się, dobra? Drugi pogroził dzieciom palcem i powiedział: - Odsuńcie 

się, no, odsuńcie się.

Ze środka samochodu rozległ się głos nagrany na płycie: „Ludzie, oto Gonga, 

Ryczący Gonga, Wielka Gwiazda! Mocno mu uściśnijcie dłoń!” W deszczu głos brzmiał 

prawie jak mamrotanie.

Mężczyzna, który czekał przy drzwiach ciężarówki, wsunął znów głowę do środka.

background image

- Dobra, wychodzisz? - zapytał.

Gdzieś w środku przyczepy rozległo się ciężkie stąpnięcie. Po chwili wyłoniła się 

ciemna futrzana ręka, poczuła deszcz i cofnęła się.

- Niech to diabli! - powiedział mężczyzna stojący pod daszkiem. Zdjął swój płaszcz 

przeciwdeszczowy i rzucił koledze, który złapał go i wsunął do środka przyczepy. Po 

następnych dwóch, trzech minutach goryl pojawił się w drzwiach w płaszczu zapiętym pod 

szyję, z postawionym kołnierzem. Na szyi miał żelazny łańcuch. Mężczyzna chwycił za 

niego, ściągnął zwierzę na dół i obydwaj wpadli pod daszek kina. Kobieta o matczynym 

wyglądzie przygotowywała w okienku kasowym bilety wolnego wstępu dla pierwszych 

dziesięciorga dzieci, które odważą się uścisnąć rękę małpie.

Goryl zupełnie zignorował zebranych i poszedł za mężczyzną w stronę małej 

platformy wzniesionej około stopy nad ziemią. Wkroczył na nią, odwrócił się przodem do 

dzieci i zaczął pomrukiwać. Jego pomruki były nie tyle głośne co złowrogie; zdawały się 

wydobywać z głębi jakiegoś czarnego serca. Enoch był przerażony i gdyby nie to, że 

otaczały go dzieci, natychmiast by uciekł.

- Kto pierwszy? - zapytał mężczyzna. - No dalej, dalej, kto wystąpi pierwszy? 

Wolny wstęp dla pierwszego chętnego!

Żadne z dzieci się nie poruszyło. Mężczyzna popatrzył na nie ze złością.

- Co się z wami dzieje, dzieciaki? - warknął. Macie stracha? Nic wam nie zrobi, 

dopóki trzymam go za ten łańcuch.

Zacisnął uścisk na łańcuchu i potrząsnął nim, aby im pokazać, że trzyma go pewnie.

Po chwili od grupy oddzieliła się mała dziewczynka. Miała długie loki jak drewniane 

wióry i zaciętą, trójkątną twarz. Zatrzymała się w odległości czterech stóp od gwiazdora.

- Dobrze, dobrze - powiedział mężczyzna brzęcząc łańcuchem - pospiesz się.

Małpa wyciągnęła rękę i szybko uścisnęła dłoń dziecka. Do tego czasu inna 

dziewczynka była już gotowa, a potem dwóch chłopców. Kolejka zmieniła kształt i zaczęła 

się posuwać do przodu.

Goryl trzymał wyciągniętą przed siebie rękę, a głowę odwrócił w stronę okna i 

patrzył znudzonym wzrokiem na deszcz. Enoch przezwyciężył strach i gorączkowo pró-

bował wymyślić jakąś obsceniczną uwagę, którą mógłby go obrazić. Zwykle nie miewał 

kłopotów z tego rodzaju zadaniem, ale teraz nic mu nie przychodziło do głowy. Jego mózg, 

obydwie jego części, były zupełnie puste. Nie mógł sobie nawet przypomnieć obraźliwych 

zwrotów, których używał na co dzień.

background image

Przed nim stało już tylko dwoje dzieci. Pierwsze uścisnęło rękę i odeszło na bok. 

Serce Enocha biło gwałtownie. Ostatnie dziecko skończyło, odeszło na bok i zostawiło go 

twarzą w twarz z małpą, która automatycznym ruchem chwyciła jego dłoń.

Była to pierwsza ręka wyciągnięta do Enocha, odkąd przyjechał do miasta. Była 

ciepła i miękka.

Przez chwilę stał bez ruchu, trzymając ją w uścisku. Potem zaczął się jąkać.

- Nazywam się Enoch Emery - wybełkotał. - Uczęszczałem do Rodemill's Boys' 

Bible Academy. Pracuję w zoo. Widziałem dwa twoje filmy. Mam tylko osiemnaście lat, ale 

dostałem już państwową posadę. Mój tata kazał mi przy... - I głos mu się załamał.

Gwiazdor nachylił się lekko do przodu i w jego oczach zaszła zmiana. Nieprzyjemna 

para ludzkich oczu podsunęła się bliżej i spróbowała dojrzeć coś przez celuloidowe oczy 

goryla.

- Idź do diabła - rozległ się gburowaty głos zza kostiumu małpy, nisko ale wyraźnie i 

ręka została odpechnięta.

Upokorzenie Enocha było tak dotkliwe i bolesne, że obrócił się trzy razy, zanim 

doszło do niego, w którą stronę ma iść. Potem pobiegł w deszcz tak szybko, jak tylko 

potrafił.

Zanim dotarł do domu Sabbath Hawks, on i jego zawiniątko byli zupełnie 

przemoczeni. Trzymał je w stalowym uścisku, ale pragnął tylko się go pozbyć i nigdy więcej 

go nie oglądać. Gospodyni Haze'a stała na ganku, patrząc z nieufnością na burzę. 

Dowiedział się od niej, gdzie mieszka Haze i wszedł na górę do jego pokoju. Drzwi były 

uchylone, wsadził więc głowę w szczelinę. Haze leżał na łóżku ze szmatą na oczach, połowa 

jego twarzy, która była widoczna, miała odcień popielaty i jakby krzywiła się w grymasie 

nieustającego bólu. Sabbath Hawks siedziała przy stole pod oknem, przeglądając się w 

kieszonkowym lusterku. Kiedy Enoch poskrobał w ścianę, podniosła wzrok. Odłożyła 

lusterko, wyszła na palcach na korytarz i zamknęła za sobą drzwi.

- Mój mężczyzna źle się dzisiaj czuje i śpi, bo w ogóle nie spał ostatniej nocy. 

Czego chcesz? - zapytała.

- To dla niego, nie dla ciebie - powiedział Enoch, podając jej mokre zawiniątko. - 

Dał mi to jego przyjaciel, żebym mu zaniósł. Nie wiem, co jest w środku.

- Zaopiekuję się tym. Nie przejmuj się.

Enoch poczuł nagłą potrzebę, żeby kogoś natychmiast obrazić. Tylko to mogło jego 

uczuciom przynieść choćby chwilową ulgę.

background image

- Nigdy nie myślałem, że będzie miał coś z tobą wspólnego - odezwał się, rzucając 

jej jedno ze swoich specjalnych spojrzeń.

- Nie mógł przestać za mną chodzić - powiedziała. - Czasami tak już z nimi jest. Nie

wiesz, co jest w tym pakunku?

- Pożywka dla ciekawskich - powiedział. - Daj mu to tylko, a on już będzie 

wiedział, co to jest i możesz mu powiedzieć, że jestem zadowolony, że się tego pozbyłem.

Ruszył w dół po schodach, ale w połowie drogi odwrócił się i posłał jej następne 

specjalne, spojrzenie.

- Rozumiem, dlaczego on musi sobie zakładać szmatę na oczy - powiedział.

- Nie wsadzaj nosa w nie swoje sprawy. Nikt cię o nic nie pytał.

Kiedy usłyszała, jak zatrzaskują się za nim drzwi wejściowe, zaczęła oglądać 

zawiniątko ze wszystkich stron. Nic nie wskazywało na to, co może być w środku. Było 

zbyt ciężkie jak na ubrania i za lekkie jak na jakieś urządzenie. Wyrwała dziurę w papierze 

w jednym końcu i zobaczyła coś, co wyglądało jak pięć suszonych orzeszków ziemnych 

ustawionych w rządku. W korytarzu było zbyt ciemno, żeby mogła się im dokładnie 

przyjrzeć, więc postanowiła zanieść pakunek do łazienki, gdzie było lepsze światło i 

otworzyć go, zanim odda Haze'owi. Jeśli był tak chory jak mówił, nie będzie chciał sobie 

przeszkadzać żadną paczką.

Wcześnie rano powiedział, że czuje okropny ból w klatce piersiowej. W nocy 

zaczął kaszleć twardym, suchym kaszlem, który brzmiał jak wymuszony w miarę, jak się 

przedłużał. Była pewna, że chce tylko ją odstraszyć od siebie, dając jej do zrozumienia, że 

jest zaraźliwie chory.

- Nie jest wcale chory - mówiła idąc korytarzem. - Po prostu jeszcze się do mnie 

nie przyzwyczaił. - Weszła do łazienki i usiadła na brzegu ogromnej zielonej wanny ó ostro 

zakończonych nogach i rozerwała sznurek, którym zawiązana była paczka. - Ale 

przyzwyczai się do mnie - mruknęła. Odwinęła mokry papier, upuściła go na podłogę, a 

potem siedziała oniemiała, patrząc na to, co leżało na jej kolanach.

Dwa dni poza szklanym pojemnikiem nie posłużyły nowemu Jezusowi. Jedną stronę 

twarzy miał częściowo zmiażdżoną, jedna powieka pękła i wydobywał się spod niej blady 

pył. Przez chwilę jej twarz nie wyrażała niczego, jakby nie wiedziała, co o nim myśleć lub po

prostu nie myślała nic. Siedziała tak może przez dziesięć minut, bez żadnej myśli, 

zaabsorbowana czymś znajomym, co w nim dostrzegła. Nigdy wcześniej nie widziała 

nikogo, kto by tak wyglądał, ale było w nim coś z każdego, kogo znała, jakby wszyscy 

background image

ludzie wtłoczeni zostali w tę jedną osobę, zabici, skurczeni i wysuszeni.

Uniosła go w górę, zaczęła go oglądać i po chwili jej ręce przyzwyczaiły się do 

dotyku jego skóry. Włosy mu się potargały w niektórych miejscach, więc mu je przygła-

dziła, trzymając go w ramionach, a na jej twarzy pojawiło się lekkie odbicie tego samego 

uśmiechu.

- No, muszę powiedzieć - odezwała się - że wyglądasz całkiem ładnie.

Jego głowa mieściła się dokładnie w zgięciu jej ramienia.

- Gdzie twoja mama i tata? - zapytała.

Odpowiedź przyszła jej od razu do głowy. Wydała z siebie krótki, nieznaczny 

okrzyk i siedziała uśmiechnięta z wyrazem zadowolenia w oczach.

- No, chodźmy, zrobimy mu niezłą niespodziankę - powiedziała po chwili.

Hazę obudził się, gdy drzwi wejściowe zatrzasnęły się za Enochem Emerym. 

Podniósł się i widząc, że jej nie ma w pokoju, zaczął się ubierać. Myślał tylko o jednym, i 

pomysł ten, jak myśl o kupieniu samochodu, przyszedł mu do głowy podczas snu, bez 

żadnego uprzedzenia. Chciał przenieść się natychmiast do innego miasta i głosić Kościół Bez

Chrystusa tam, gdzie nikt jeszcze o nim nie słyszał. Znajdzie tam nowy pokój i nową kobietę

i zacznie od początku, nic myśląc o niczym. Będzie to możliwe tylko dzięki posiadaniu 

samochodu, czegoś, co dowiezie go szybko do miejsca, w którym chce się znaleźć, nie 

narażając go przy tym na kontakt z innymi ludźmi. Spojrzał przez okno na swojego essexa. 

Stał w deszczu wysoki i kwadratowy. Haze nie zauważał deszczu, widział tylko samochód. 

Gdyby ktoś go zapytał, czy pada, nie. byłby w stanie odpowiedzieć. Naładowany energią, 

odszedł od okna i skończył się ubierać. Wcześnie rano, zaraz po obudzeniu się, poczuł, że 

coś zjada go od środka. Wydawało się, że jego pierś przez noc opustoszała i teraz zieje 

pustką. Słyszał swój kaszel dobiegający jakby z oddali. Po chwili ponownie dał się wessać 

w obezwładniający sen, ale niebawem obudził się już z nowym planem i energią, by go od 

razu przeprowadzić.

Złapał worek jutowy spod stołu i zaczął wrzucać do niego resztę swoich rzeczy. Nie 

miał ich zbyt wiele, a jedna czwarta tego, co miał, była już w worku. Podczas pakowania 

ręka Haze'a nie natrafiła na Biblię, która tkwiła jak skała na dnie worka przez ostatnie kilka 

lat, ale kiedy próbował wygospodarować miejsce na swoje zapasowe buty, jego palce 

zacisnęły się na małym, podłużnym przedmiocie. Wyciągnął go. Był to futerał z okularami 

jego matki. Zapomniał o tym, że ma okulary. Kiedy je założył, ściana naprzeciwko niego 

przysunęła się i zachwiała. Podszedł do małego lusterka w białych ramkach, które wisiało na

background image

drzwiach i przyjrzał się swemu odbiciu. Jego rozmazana twarz, pokryta głębokimi, nie-

regularnymi zmarszczkami pociemniała z podniecenia. Małe okulary w srebrnych 

oprawkach dodawały rysom jego twarzy ostrości i przekory, jakby ukrywał pod nimi jakiś 

niecny plan, który jego nagie oczy, pozbawione zasłony okularów mogłyby zdradzić. Zaczął 

nerwowo strzelać palcami i zapomniał, co właściwie miał zrobić. Kiedy spojrzał na swoją 

twarz w lustrze, zobaczył tam odbicie twarzy swojej matki. Odsunął się szybko i podniósł 

rękę, aby zdjąć okulary, a wtedy drzwi się otworzyły i w jego polu widzenia pojawiły się 

dwie kolejne twarze.

- Nazywaj mnie teraz mamą - powiedziała jedna z nich.

Haze stał bez ruchu, z jedną ręką przy okularach, a drugą zawieszoną w powietrzu 

na wysokości klatki piersiowej. Głowę miał wysuniętą do przodu, jakby musiał użyć całej 

twarzy, aby coś zobaczyć. Dzieliły go od tej osoby jakieś cztery stopy, a jemu się zdawało, 

że stoi tuż przed jego nosem.

- Zapytaj twojego tatusia, gdzie ucieka taki chory? - powiedziała Sabbath. - 

Zapytaj go, czy ma zamiar wziąć nas ze sobą.

Ręka, która zwisała w powietrzu, szarpnęła się w stronę patrzącej twarzy, nie 

dotykając jej jednak. Wyciągnęła się znowu powoli i znów nie złapała za nic, a potem 

gwałtownie wyrwała do przodu, chwyciła pomarszczone ciało i rzuciła nim o ścianę. Głowa 

pękła z trzaskiem i wydobył się z niej obłoczek pyłu.

- Zniszczyłeś go! - krzyknęła Sabbath. - On był mój!

Haze chwycił skórę z podłogi. Otworzył tylne drzwi, tam, gdzie, jak mówiła 

gospodyni, było kiedyś wyjście ewakuacyjne i wyrzucił przez nie to, co trzymał w ręku. 

Kiedy krople deszczu uderzyły go w twarz, odskoczył i stanął, patrząc zaciekawiony na 

dziewczynę, jakby przygotowywał się do ciosu.

- Nie musiałeś go wyrzucać. Ja bym go naprawiła! - krzyknęła.

Podszedł bliżej i otworzywszy szerzej drzwi, zaczął wpatrywać się w szary, 

zamazany deszczem obraz przed sobą. Krople uderzały z pluskiem o kapelusz, jak gdyby 

spadały na blachę.

- Kiedy cię pierwszy raz zobaczyłam, wiedziałam od razu, że jesteś podły i zły - 

dobiegł go rozwścieczony głos zza pleców. - Wiedziałam, że nic potrafisz dawać. 

Wiedziałam, że jesteś wystarczająco podły, żeby rozbić dziecko o ścianę. Wiedziałam, że 

nie chcesz odczuwać radości i że nie pozwolisz nikomu jej odczuwać, bo ty chcesz tylko 

Jezusa!

background image

Odwrócił się i podniósł ze złością rękę, prawie tracąc równowagę. Błyszczące 

krople deszczu spływały z ronda kapelusza, z okularów i jego czerwonej twarzy.

- Chcę tylko prawdy! - krzyknął. - A to, co widzisz, jest prawdą i ja ją poznałem.

- Pastorska gadanina - powiedziała. - Gdzie chciałeś uciec?

- Poznałem całą prawdę, jaka istnieje! - krzyknął.

- Dokąd chciałeś uciekać?

- Do jakiegoś innego miasta, żeby tam głosić prawdę. Kościół Bez Chrystusa! Mam 

samochód, którym mogę tam pojechać, mam... - zaczął mówić podniesionym, szorstkim 

głosem, ale przerwał mu kaszel. Przypominało to nie tyle kaszel, co wołanie o pomoc z dna 

kanionu. Purpurowy kolor stopniowo wypłukiwał się z jego twarzy, aż w końcu stała się tak 

bezbarwna i chłodna, jak deszcz padający za jego plecami.

- Kiedy chciałeś jechać? - zapytała.

- Jak tylko się trochę prześpię - powiedział, po czym ściągnął okulary i wyrzucił je 

przez drzwi na zewnątrz.

- Nie będziesz już spać - powiedziała.

Rozdział XII

Mimo woli Enoch nie mógł pozbyć się nadziei, że nowy Jezus zrobi coś dla niego w 

zamian za jego przysługę. Była to cnota Nadziei, która składała się u Enocha w dwóch 

trzecich z podejrzliwości i w jednej z pożądania. Miała go w swojej mocy przez resztę dnia, 

kiedy opuścił Sabbath Hawks. Miał tylko niejasne wyobrażenie o tym, jak chciałby zostać 

nagrodzony, lecz nie był chłopcem bez ambicji: chciał zostać kimś. Chciał polepszyć swoją 

sytuację tak, jak to tylko możliwe. Chciał być KIMŚ, do kogo należy przyszłość, tak jak ci 

młodzi chłopcy w reklamach ubezpieczeniowych. Chciał pewnego dnia ujrzeć kolejkę ludzi, 

którzy czekają, aby uścisnąć mu dłoń.

Cały dzień nie mógł sobie znaleźć miejsca, chodził po pokoju, obgryzając paznokcie 

i skubiąc materiał, jaki pozostał z parasolki gospodyni. W końcu ogołocił ją zupełnie i 

wyłamał druty. Pozostał z niej tylko czarny kij zakończony z jednej strony stalowym 

ostrzem, a z drugiej głową psa. Mógłby służyć jako narzędzie specjalnych tortur, które 

wyszły już z mody. Enoch chodził w tę i z powrotem po pokoju, trzymając parasol pod 

pachą. Zdawał sobie sprawę, że na ulicy przyciągałby uwagę przechodniów.

background image

Około siódmej po południu założył płaszcz, wziął kij i skierował się w stronę 

pobliskiej restauracji. Miał przeczucie, że czekają go jakieś wyróżnienia, ale był bardzo 

zdenerwowany, jakby obawiał się, że będzie musiał walczyć o nie, zamiast je po prostu 

otrzymać.

Nigdy nie wyruszał w drogę nie zjadłszy czegoś wcześniej. Restauracja w kształcie 

tunelu o szerokości około sześciu stóp, nazywała się „Paris Diner” i położona była pomiędzy

salonem do czyszczenia butów a pralnią chemiczną. Enoch wślizgnął się do wnętrza, 

wdrapał na najdalsze krzesło przy ladzie i poprosił o talerz zupy grochowej i czekoladowy 

mrożony krem.

Kelnerka była wysoką kobietą o dużej żółtej sztucznej szczęce i włosach tego 

samego koloru spiętych pod siatką. Jedną rękę trzymała ciągle na biodrze, a drugą 

wypełniała zamówienia. Chociaż Enoch przychodził co wieczór, nigdy nie nauczyła się go 

lubić.

Zamiast zrealizować jego zamówienie, zaczęła smażyć bekon. Poza nim był tylko 

jeden klient, który skończył już jeść i zaczął czytać gazetę, więc ten bekon musiał być dla 

niej. Enoch wychylił się przez ladę i wbił jej kij w biodro.

- Słuchaj - powiedział. - Zaraz muszę iść. Spieszę się.

- To idź - odparła. Zaczęła poruszać szczęką i wpatrywać się z uwagą w rondel.

- Daj mi w takim razie kawałek tego ciasta - poprosił patrząc na połówkę żółto - 

różowego ciasta na szklanej tacy. - Mam coś do załatwienia. Muszę zaraz iść. Połóż je koło 

niego - dodał, wskazując na mężczyznę. Prześlizgnął się między krzesłami, przysiadł się do 

jego stolika i zaczął czytać wierzchnią stronę jego gazety.

Ten odchylił ją i spojrzał na niego. Enoch uśmiechnął się. Mężczyzna znów podniósł 

gazetę.

- Mógłbym pożyczyć tę część, której pan nie czyta? - zapytał Enoch.

Mężczyzna spojrzał na niego znad gazety mętnymi, zimnymi oczami. Przerzucił 

wzrokiem jej strony, ostentacyjnie wytrząsnął tę, na której były komiksy, i podał ją 

Enochowi. Była to ulubiona strona Enocha. Czytał ją obowiązkowo codziennie wieczorem. 

Czytając i jedząc jednocześnie ciastko, które kelnerka wyrzuciła przed nim na ladę jak 

pocisk, czuł jak ogarnia go uczucie przyjemności, odwagi i siły.

Kiedy skończył jedną stronę, odwrócił gazetę na drugą i zaczął oglądać reklamy 

filmów. Przejrzał trzy kolumny nie zatrzymując się, aż natrafił na rubrykę, która reklamowała 

Gongę, Ogromnego Władcę Dżungli i wymieniała kina, w których pojawi się podczas 

background image

swojego tournee oraz godziny spektaklu. Za pół godziny miał pokazać się w Victory na 

Pięćdziesiątej Siódmej i to miał być jego ostatni występ w tym mieście.

Gdyby ktoś widział Enocha w chwili, gdy to czytał, zauważyłby pewną zmianę w 

wyrazie jego twarzy. Jego oblicze wciąż jeszcze lśniło natchnieniem, jakie dała mu lektura 

komiksów, ale powoli zaczęło ono ustępować czemuś innemu: pierwszym oznakom 

przebudzenia.

Kelnerka akurat wtedy odwróciła się, chcąc zobaczyć, czy już sobie poszedł.

- Co się z tobą dzieje? - zapytała. - Połknąłeś pestkę?

- Wiem, czego mi potrzeba - mruknął Enoch.

- Ja też wiem - powiedziała, rzucając mu mroczne spojrzenie.

Sięgnął po swój kij i położył parę drobnych na ladzie.

- Idę już.

- Nie zatrzymuję cię - odpowiedziała.

- Możesz mnie już więcej nie zobaczyć takim, jakim jestem teraz.

- Będę zadowolona, jak cię w ogóle już nie zobaczę - powiedziała.

Enoch wyszedł. Był przyjemny, wilgotny wieczór. Na chodnikach błyszczały kałuże, 

a zaparowane witryny sklepowe kłuły w oczy wystawioną tandetą. Zniknął w bocznej 

uliczce i zaczął posuwać się ciemnymi chodnikami, zatrzymując się tylko raz czy dwa na 

rogu, aby rzucić okiem we wszystkich kierunkach i pobiec dalej. Victory była małym kinem, 

dopasowanym do potrzeb całej rodziny i każdego z jej członków z osobna. Przeszedł przez 

oświetloną część miasta, a potem dalej przez wąskie uliczki, aż dotarł do dzielnicy 

handlowej, w której znajdowało się kino. Potem zwolnił. Zobaczył je wreszcie przed sobą, 

błyszczące na ciemniejszym tle otaczających go budynków. Nie przeszedł przez ulicę, ale 

szedł w pewnej odległości od kina, wlepiając wzrok w mocno oświetlony punkt, aż znalazł 

się dokładnie naprzeciwko i ukrył w wąskiej klatce schodowej, która rozdzielała budynek.

Ciężarówka, która przewoziła Gongę, zaparkowana była po drugiej stronie ulicy, a 

gwiazdor stał pod namiotem, ściskając dłoń starszej kobiety. Kiedy odeszła na bok, z 

kolejki wystąpił pan w koszulce polo i energicznie jak sportowiec potrząsnął rękę Gongi. Za

nim stał mniej więcej trzyletni chłopiec w wysokim kapeluszu jak z westernu, który zakrywał

mu prawie pół twarzy. Gdy przyszła kolej na niego, kolejka wypchnęła go do przodu. 

Enoch patrzył na to przez jakiś czas, a jego twarz napełniła się zawiścią. Za małym 

chłopcem stała jakaś pani w szortach, a za nią starszy mężczyzna, który starał się zwrocie 

uwagę zebranych, podchodząc do gwiazdora tanecznym, a nie jak wszyscy inni dostojnym 

background image

krokiem. Enoch nagle rzucił się przez ulicę jak strzała i wślizgnął się bezgłośnie na otwarty 

tył ciężarówki. Gwiazda powróciła do przyczepy, a ludzie tłoczyli się już przy wejściu do 

teatru. Kierowca i mistrz ceremonii wsiedli do kabiny i ciężarówka ruszyła z łoskotem. 

Przemknęła szybko przez ulice miasta i wjechała na autostradę.

Z przyczepy dobiegały niepokojące odgłosy, nie tego rodzaju jednak, jakie mógłby 

wydawać normalny goryl. Zagłuszał je szum silnika i jednostajny odgłos kół toczących, się 

po jezdni. Noc była blada i tylko od czasu do czasu ciszę przerywały skargi sowy i 

przytłumione dudnienie pociągu towarowego w oddali. Ciężarówka pędziła przed siebie z 

dużą prędkością, zanim nie pojawił się przed nią przejazd kolejowy. Wtedy zwolniła i kiedy 

podskakiwała przetaczając się po torach, spod klapy wyślizgnęła się postać mężczyzny. 

Wyskoczył, omal nie upadając, po czym pobiegł kulejąc w stronę pobliskiego lasu.

Kiedy znalazł się już w ciemnościach sosnowego zagajnika, położył na ziemi ostro 

zakończony kij i coś dużego i bezwładnego, co niósł pod pachą. Zaczął się rozbierać, 

zwijając starannie i układając w stos każdą część ubrania, którą zdjął. Kiedy wszystkie 

leżały już u jego stóp, podniósł kij i zaczął wiercić nim dziurę w ziemi.

W bladym świetle księżyca, które prześwitywało przez gałęzie zagajnika i tworzyło 

na dole jasne plamy chwilami oświetlając postać, można było poznać, że to Enoch. Jego 

twarz szpeciła szrama ciągnąca się od kącika ust aż do obojczyka i siniec pod okiem, który 

nadawał jej przytępiony, posępny wyraz. Nie mogło być nic bardziej złudnego, bo właśnie 

przeżywał najbardziej intensywne chwile szczęścia.

Kopał szybko, aż zrobił otwór o długości około stopy i takiej samej głębokości. 

Umieścił w nim złożone na kupę ubrania i stanął z boku, aby chwilę odpocząć. Zakopanie 

ubrań nie było dla niego symbolem uwolnienia się od swojego starego ja; wiedział tytko, że 

już ich nie będzie potrzebował. Jak tylko odzyskał oddech, zasypał dołek i uklepał ziemię 

nogami. Robiąc to, odkrył, że zapomniał zdjąć butów i kiedy skończył, zdjął je i odrzucił od 

siebie. Potem podniósł duży przedmiot i potrząsnął nim energicznie.

W nikłym świetle widać było, jak znika jedna, a potem druga chuda noga, później 

kolejno obie ręce i w końcu tam, gdzie stał, pojawiła się czarna, ciężka, kudłata postać. 

Przez chwilę miała dwie głowy, jedną jasną, drugą ciemną, ale po chwili, ta jasna naciągnęła 

na siebie od tyłu tę ciemniejszą i naprawiła błąd. Następnie zajął się ukrytymi wiązaniami i 

wygładzaniem swojego przebrania.

Przez moment stał bez ruchu. W końcu zaczął pomrukiwać, bić się w pierś, 

podskakiwać, machać rękami i podrzucać głową. Pomruki były najpierw cienkie i nie-

background image

pewne, ale za chwilę stały się głośniejsze. Z każdą chwilą stawały się coraz donośniejsze, 

głębsze i bardziej złowrogie, aż wreszcie zamilkły. Wyciągnął rękę w próżnię, potrząsnął nią 

energicznie, cofnął ją i znów powtórzył ten gest. Wykonawszy go cztery, czy pięć razy, 

podniósł ostro zakończony kij, włożył go sobie pod ostrym kątem pod pachę i wyszedł z 

lasu na drogę. Żaden goryl w dżungli afrykańskiej, Kalifornii, czy nawet najlepszym aparta-

mencie Nowego Jorku, nie byłby bardziej szczęśliwy niż ten, którego Bóg wreszcie 

nagrodził.

Kobieta i mężczyzna, którzy siedzieli mocno objęci na kamieniu niedaleko drogi 

patrząc przez rozległą dolinę na panoramę miasta w oddali, nie zauważyli zbliżającej się do 

nich włochatej postaci. Kominy i kwadratowe dachy domów tworzyły czarną, nierówną 

ścianę na tle jaśniejszego nieba, a gdzieniegdzie wieże wbijały się w chmury ostrym klinem 

swoich iglic. Młody człowiek odwrócił się akurat w porę, by zobaczyć o kilka stóp za sobą 

wstrętnego, czarnego goryla z wyciągniętą przez siebie łapą. Zdjął rękę z ramienia kobiety i 

cicho zniknął w lesie. Ona, jak tylko odwróciła głowę, poderwała się i pobiegła krzycząc 

wzdłuż drogi. Goryl stał jakby zaskoczony, a jego ręka opadła. Usiadł na kamieniu, gdzie 

tamci wcześniej siedzieli i popatrzył przez dolinę na nierówny zarys miasta.

Rozdział XIII

Następnego dnia wieczorem, pracując z wynajętym prorokiem i Świętym 

Kościołem Chrystusa Bez Chrystusa, Hoover Shoats zarobił na czysto piętnaście dolarów i 

trzydzieści pięć centów. Prorok dostawał za swoje usługi i udostępnienie swojego 

samochodu trzy dolary za wieczór. Nazywał się Solace Layfield, miał gruźlicę, żonę i 

sześcioro dzieci i to, co zapracował jako prorok, wystarczało mu w zupełności. Nigdy nie 

przyszło mu do głowy, że może to być niebezpieczna praca. Następnej nocy nie zauważył 

jednak wysokiego samochodu w szczurzym kolorze zaparkowanego przed jednym z 

pobliskich domów, ani bladej twarzy, obserwującej go z intensywnością, która zwykle 

oznacza, że coś musi się stać, niezależnie od tego, jakby się chciało temu zapobiec.

Ta twarz obserwowała go prawie przez godzinę, kiedy przemawiał stojąc na masce 

swojego samochodu, za każdym razem, kiedy Hoover Shoats dawał mu znak, podnosząc 

w górę rękę z dwoma wyciągniętymi palcami. Po zakończeniu ostatniego seansu, kiedy nie 

mogli już pozyskać żadnych słuchaczy, Hoover zapłacił mu i razem odjechali samochodem. 

background image

Minęli z dziesięć domów i zatrzymali się tam, gdzie mieszkał Hoover. Pastor wyskoczył z 

samochodu, wołając: „Do jutra, przyjacielu” i wszedł w ciemny korytarz, a Solace Layfield 

pojechał dalej. Kilka metrów za nim w stałej odległości podążał wóz w szczurzym kolorze. 

Kierował nim Hazel Motes.

Obydwa samochody przyspieszyły, a po kilku minutach szybko zaczęły zbliżać się 

do skraju miasta. Pierwszy z nich skręcił w opustoszałą drogę, nad którą pochylały się 

pokryte mchem drzewa. Światło reflektorów przesuwało się przed nim jak sztywne czułki. 

Haze stopniowo zmniejszał odległość, a potem, naciskając gwałtownie na gaz, wystrzelił do 

przodu i uderzył w tył jadącego przed nim wozu. Obydwa samochody się zatrzymały.

Cofnął trochę swojego essexa, podczas gdy drugi prorok wysiadł i stał, patrząc w 

światła reflektorów Haze'a. Po chwili podszedł do okna samochodu Hazela i zajrzał do 

środka. Słychać było tylko brzęczenie świerszczy i rechotanie żab.

- Czego pan chce? - powiedział nerwowym głosem.

Haze nie odpowiedział, patrzył na niego bez słowa. Za chwilę zaczął zdawać sobie 

sprawę z tego, że mają podobne twarze i są tak samo ubrani i szczęka mu opadła.

- Czego chcesz? - zapytał, podnosząc głos. - Nic ci nie zrobiłem.

Haze nacisnął znowu na gaz i ruszył ostro do przodu. Tym razem uderzył w drugi 

samochód pod takim kątem, że tamten stoczył się do rowu na poboczu.

Mężczyzna podniósł się z ziemi, na którą został odrzucony i podbiegł znowu do 

essexa. Stał około pół metra od okna i zaglądał do środka.

- Po co trzymasz coś takiego na drodze? - zapytał Haze.

- Ten samochód jest zupełnie w porządku. Dlaczego zepchnąłeś go do rowu?

- Zdejmij ten kapelusz.

- Posłuchaj - powiedział mężczyzna, zaczynając kaszleć - czego ode mnie chcesz? 

Przestań tak na mnie patrzeć, tylko powiedz, o co ci chodzi.

- Jesteś fałszywy - powiedział Haze. - Po co stajesz na samochodzie i mówisz, że 

nie wierzysz w to, w co wierzysz.

- A co cię to obchodzi? - zasyczał mężczyzna. - Co cię to obchodzi, co ja robię?

- Po co to robisz? O to cię pytam.

- Człowiek musi o siebie dbać - powiedział drugi prorok.

- Jesteś fałszywy. Wierzysz w Jezusa.

- Co cię to obchodzi? Dlaczego zepchnąłeś mój samochód z drogi?

- Zdejmij ten kapelusz i marynarkę - powiedział Haze.

background image

- Posłuchaj - odparł mężczyzna. - Nie kpię sobie z ciebie. On mi kupił ten garnitur, 

a stary wyrzuciłem.

Haze wyciągnął rękę i strącił mu biały kapelusz z głowy.

- I zdejmij tę marynarkę - powiedział. Mężczyzna zaczął wycofywać się środkiem 

drogi.

- Zdejmij tę marynarkę! - krzyknął Haze. Zapalił silnik i ruszył za nim. Solace zaczął 

biec susami, po drodze zdejmując marynarkę.

- Zdejmij wszystko! - krzyczał Hazel z twarzą przy szybie.

Prorok zaczął biec na dobre. Rozdarł koszulę, rozpiął pas i zostawił za sobą 

spodnie. Zaczął się łapać za stopy, jakby chciał też zdjąć sobie buty, ale zanim zdążył to 

zrobić, essex przewrócił go na ziemię i przejechał po nim. Haze zatrzymał samochód około 

dwudziestu stóp dalej i zaczął się cofać. Przejechał znów po ciele, zatrzymał się i wysiadł. 

Essex stał tuż nad fałszywym prorokiem, jakby zadowolony z tego, czego dokonał. 

Mężczyzna, który leżał teraz twarzą do ziemi bez kapelusza i marynarki nie był już tak 

podobny do Haze'a. Wokół niego było dużo krwi, a koło głowy utworzyła się cała kałuża. 

Nie poruszał się, tylko palec koło jego twarzy, zginał się i rozginał, jakby odliczając czas. 

Kiedy Haze wbił mu czubek buta w bok, zaświszczał, a potem ucichł.

- Nie mogę znieść jednego - powiedział Haze. Człowieka, który jest fałszywy i 

wyśmiewa się z tego, co jest prawdą. Jak nie chciałeś tak skończyć, nie powinieneś był mi 

wchodzić w drogę.

Mężczyzna starał się coś powiedzieć, ale z jego ust wydobywał się tylko świst. 

Haze przykucnął nad jego głową i słuchał.

- Sprawiłem matce dużo kłopotów - powiedział z czymś w rodzaju bulgotu w 

gardle. - Nigdy jej nie dawałem spokoju. Ukradłem samochód. Nigdy nie powiedziałem 

prawdy ojcu, nie dałem Henrykowi, nie dałem mu...

- Zamknij się - powiedział Haze, nachylając się niżej, aby usłyszeć spowiedź.

- Powiedziałem, gdzie jest jego bimbrownia i dostałem za to pięć dolarów - dyszał.

- Zamknij się - powtórzył Haze.

- Jezu...

- Zamknij się, jak ci mówię.

- Jezu, pomóż mi - zaświszczał.

Haze trzepnął go mocno w plecy i mężczyzna umilkł. Nachylił się, nasłuchując, czy 

powie coś jeszcze, ale już nie oddychał. Odwrócił się i przyjrzał przedniej części essexa, 

background image

aby się przekonać, czy jest uszkodzony. Na zderzaku były bryzgi krwi i to wszystko. Zanim 

ruszył z powrotem do miasta, wytarł je szmatą.

Wczesnym rankiem następnego dnia obudził się w samochodzie i pojechał na stację 

benzynową, aby zatankować essexa i sprawdzić go przed podróżą. Nie wrócił do swojego 

pokoju. Spędził noc w samochodzie zaparkowanym w uliczce, nie śpiąc, tylko myśląc o 

życiu, jakie ma zamiar rozpocząć, głosząc Kościół Bez Chrystusa w innym mieście.

Przed stacją benzynową czekał zaspany biały chłopak. Haze powiedział mu, że chce

zatankować do pełna, ponieważ udaje się w długą podróż i poprosił go, żeby mu sprawdził 

olej, wodę i czy opony nie przepuszczają powietrza. Chłopak zapytał go, gdzie jedzie, a on 

powiedział, że do innego, miasta. Chłopak zapytał go, czy aż Stamtąd przyjechał tym 

samochodem, a on odpowiedział twierdząco. Poklepując go, po ramieniu, dodał, że kto ma 

dobry samochód:, nie musi się, niczym przejmować i zapytał go, czy rozumie. Chłopak 

odpowiedział, że tak, że też tak myśli. Haze przedstawił się i wyjaśnił, że jest pastorem 

Kościoła Bez Chrystusa i codziennie wieczorem głosił jego prawdy z maski swojego 

samochodu w tym mieście, a teraz jedzie do innego, miasta, by tam je głosić. Chłopiec 

napełnił bąk, sprawdził poziom wody i oleju, przetestował opony, a podczas gdy to robił, 

Haze chodził za nim opowiadając mu, w co należy wierzyć. Powiedział, że nie należy 

wierzyć w nic, czego nie możną zobaczyć, dotknąć lub sprawdzić zębami - Powiedział, że 

jeszcze kilka dni temu wierzył w bluźnierstwo jako drogę do prawdy, ale że nie można 

nawet w to wierzyć, ponieważ wtedy wierzy się w coś, przeciw czemu możną bluźnić. - 

Jeśli chodzi o Jezusa, który, jak mówią, urodził się w Betlejem i został ukrzyżowany na 

Kalwarii za grzechy ludzi, to jest On zbyt nieczystą ideą, aby zdrowa psychicznie osoba 

mogła go nosić w swoim umyśle - powiedział, podniósł wiadro z wodą i uderzył nim o 

betonowy chodnik, aby podkreślić to, o czym mówi. Zaczął przeklinać i bluźnić przeciwko 

Jezusowi cicho i intensywnie, ale z takim przekonaniem, że chłopiec przerwał pracę, aby 

posłuchać. Kiedy skończył sprawdzać samochód, powiedział, że w baku jest przeciek, 

następne dwa są w chłodnicy, a tylna opona wytrzyma dwadzieścia mil, jeśli będzie jechał 

powoli.

- Posłuchaj, ten samochód zaczyna dopiero żyć. Błyskawica niezdolna byłaby go 

powstrzymać - odparł Haze.

- Nie ma sensu wlewać w niego wody, bo i tak wycieknie.

- Wlej ją mimo wszystko - powiedział Haze i stanął, przypatrując się, jak chłopiec 

to robi. Potem kupił od niego mapę samochodową i odjechał, pozostawiając za sobą na 

background image

drodze łańcuszek z kropel wody i benzyny.

Przejechał bardzo szybko kilka mil, ale miał wrażenie, że to nie on posuwa się do 

przodu, ale wszystko, co go otacza, chaty, campingi, słupy elektryczności, opuszczone 

stodoły z poszarpanymi reklamami tabaki CCC, a nawet napis Jezus umarł dla CIEBIE, 

który zobaczył i którego umyślnie nie przeczytał, pozostawiając za sobą. Wydawało mu się, 

że droga naprawdę umyka mu spod kół. Wiedział już, że wieś się skończyła, ale ciągle nie 

zdawał sobie jeszcze sprawy, że nie ma żadnego innego miasta.

Nie przejechał jeszcze pięciu mil, kiedy usłyszał za sobą syrenę. Obejrzał się i 

zobaczył czarny wóz patrolowy. Samochód zrównał się z nim, a policjant, który w nim 

siedział, dał mu znak, żeby zjechał na pobocze. Miał czerwoną, przyjemną twarz i oczy 

koloru świeżego, czystego lodu.

- Nie jechałem za szybko - powiedział Hazel.

- Nie - powiedział policjant - nie jechał pan.

- Jechałem po odpowiedniej stronie szosy.

- Tak, zgadza się.

- Czego pan chce ode mnie?

- Po prostu nie podoba mi się pańska twarz. Gdzie ma pan prawo jazdy?

- Mnie się też nie podoba pańska twarz i nie mam prawa jazdy.

- No - powiedział policjant uprzejmym tonem. - Nie wydaje mi się, żebyś go 

potrzebował.

- Nawet jeśli bym go potrzebował, nic by to nie zmieniło, bo i tak go nie mam.

- Posłuchaj pan - powiedział policjant zmieniając ton głosu. - Nie ma pan nic 

przeciwko temu, żeby podjechać na następne wzgórze? Chcę, żeby pan zobaczył widok 

stamtąd, będzie to najpiękniejszy widok, jaki pan kiedykolwiek oglądał.

Haze wzruszył ramionami, ale zapalił silnik. Nie miał nic przeciwko temu, żeby pobić 

się z policjantem, jeśli tamten tego chciał. Wjechał na szczyt pagórka z wozem patrolowym 

tuż za sobą.

- Teraz niech pan odwróci samochód przodem do skarpy! - zawołał policjant. - W 

ten sposób lepiej będzie pan widział.

Haze wykonał polecenie.

- Teraz może lepiej niech pan wysiądzie - powiedział policjant. - Myślę, że lepiej 

będzie pan widział, jak pan wyjdzie z samochodu.

Haze wysiadł i spojrzał na rozciągający się przed nim widok. Skarpa spadała w dół 

background image

ukazując około trzydzieści stóp czystej, wymytej czerwonej gliny i częściowo wypalone 

pastwisko, gdzie obok kałuży leżała krowa. Gdzieś w połowie horyzontu, na dachu 

jednoizbowej chaty siedział skulony myszołów.

Policjant podszedł od tyłu do essexa i zepchnął go ze skarpy. Krowa podniosła się z

trudem i pogalopowała przez pole do lasu. Myszołów odleciał, trzepocząc skrzydłami na 

pobliskie drzewo. Samochód spadł na dach, a trzy koła, jakie w nim pozostały, kręciły się 

jeszcze. Silnik wypadł i potoczył się trochę dalej, a różne inne części rozleciały się na 

wszystkie strony.

- Ci, co nie mają prawa jazdy, nie potrzebują samochodu - powiedział policjant, 

wycierając zakurzone ręce o spodnie.

Haze stał patrząc przez dłuższą chwilę na tę scenę. W jego twarzy zdawało się 

odbijać całe pole, polana i to, co było dalej, wszystko, co dzieliło go od szarego, pustego 

nieba, które rozciągało się daleko, aż za horyzont. Kolana się pod nim ugięły i usiadł na 

skraju skarpy zwieszając z niej nogi. Policjant stał, patrząc na niego.

- Mogę pana podwieźć tam, gdzie chciał pan jechać.

Pochylił się nad nim z rękami wspartymi na kolanach i zapytał zaniepokojonym 

głosem:

- Jechał pan gdzieś?

- Nie - powiedział Haze.

Policjant kucnął i położył rękę na ramieniu Haze'a.

- Nie planował pan nigdzie jechać? - zapytał z niepokojem.

Haze zaprzeczył ruchem głowy. Wyraz jego twarzy się nie zmienił i nie odwrócił 

głowy do policjanta. Zdawał się koncentrować na przestrzeni.

Policjant wstał, poszedł z powrotem do samochodu i stanął przy drzwiach, patrząc 

na plecy i tył kapelusza Haze'a.

- No to do zobaczenia - powiedział i odjechał. Po chwili Haze wstał i zaczął iść w 

stronę miasta.

Droga zajęła mu pięć godzin. Zatrzymał się w sklepie z narzędziami, aby kupić 

blaszane wiadro i worek niegaszonego wapna i zaniósł to wszystko do swojego pokoju. 

Kiedy dotarł przed dom, w którym mieszkał, stanął na chodniku, otworzył worek z wapnem

i zapełnił nim do połowy wiadro. Potem podszedł do kranu koło schodów, dopełnił wiadro 

wodą i ruszył w stronę drzwi. Jego gospodyni siedziała na ganku, kołysząc kota w 

ramionach.

background image

- Co pan ma zamiar z tym zrobić, panie Motes? - zapytała.

- Oślepić się - powiedział i wszedł do domu.

Gospodyni siedziała jeszcze chwilę na ganku. Była to kobieta, która wyczuwała 

takie samo niebezpieczeństwo w jednym słowie, co w innym; rozumiała wszystko do-

słownie, ale wszystkie słowa miały dla niej tę samą wartość. Jednak, gdyby ona czuła się aż 

tak źle, zamiast się oślepić, zabiłaby się i zdziwiłoby ją, gdyby ktoś postąpił inaczej. 

Wsadziłaby po prostu głowę do kuchenki gazowej, lub może zażyłaby zbyt dużo 

bezbolesnyeh tabletek nasennych i to byłoby wszystko. Może pan Motes po prostu był 

nieuprzejmy, bo jak to mogło być możliwe, żeby ktoś chciał się oślepić? Kobieta jej 

pokroju, tak wnikliwa, nie zniosłaby ślepoty. Wolałaby być martwa niż ślepa. Nagle zdała 

sobie sprawę,, że gdyby była martwa, to byłaby również ślepa. Wpatrywała się przed siebie 

intensywnie, po raz pierwszy stając twarzą w twarz z tym odkryciem. Przypomniała sobie 

zwrot „śmierć na wieki”, którego używali pastorzy, ale natychmiast wymazała go sobie z 

umysłu, zachowując swój niezmienny, koci wyraz twarzy. Nie była religijna ani chorowita, 

za co dziękowała swoim gwiazdom. Nie zaufałaby też w niczym osobie, która miałaby takie 

tendencje, a pan Motes je miał, bo inaczej nie byłby pastorem. Nie wątpiła ani przez chwilę, 

że mógł włożyć sobie wapno do oczu, ponieważ oni wszyscy, szczerze mówiąc, mieli trochę 

nie po kolei w głowie. Jaki powód mogłaby mieć zdrowa psychicznie osoba, żeby nie 

chcieć się cieszyć dalej życiem?

W żaden sposób nie potrafiła znaleźć odpowiedzi na to pytanie.

Rozdział XIV

Pamiętała jednak o tym, bo kiedy już to zrobił, dalej mieszkał w jej domu i 

codziennie jego widok stawiał ją przed tym pytaniem. Najpierw powiedziała mu, że nie 

może zostać, bo nie chciał nosić ciemnych okularów, a ona nie miała ochoty patrzeć na 

bałagan, jaki zrobił w swoich oczodołach. Przynajmniej się jej wydawało, że nie ma. Jeśli 

nie myślała o czym innym, kiedy on był w pobliżu, łapała się mimowolnie na tym, że pochyla 

się do przodu i zagląda mu w twarz, jakby spodziewała się zobaczyć coś, czego jeszcze 

dotąd nie widziała. To ją w nim denerwowało i nasuwało podejrzenie, że oszukuje ją w 

jakiś tajemniczy sposób. Siedział na jej ganku przez dobrą część każdego popołudnia, ale 

przesiadywanie z nim było tym samym, co przebywanie w samotności. Odzywał się tylko 

background image

wtedy, gdy mu to pasowało. Zadawało mu się pytanie rano, a on mógł odpowiedzieć na nie 

po południu lub nigdy. Zaoferował jej większą sumę pieniędzy za to, by zgodziła się, żeby 

zatrzymał swój pokój, bo znał drogę do niego i z powrotem. Postanowiła pozwolić mu 

zostać przynajmniej tak długo, dopóki nie dowie się, w jaki sposób ją oszukuje.

Co miesiąc dostawał pieniądze od rządu za coś, co wojna zrobiła w jego 

wnętrznościach i nie musiał pracować. Gospodyni zawsze była pod wrażeniem ludzi, którzy 

mogli płacić. Kiedy już dotarła do jakiegoś strumienia dochodu, szła za nim aż do źródła i 

włączała się w jego nurt, tak że wkrótce stawał się jej własnym dochodem. Czuła, że 

pieniądze, które płaci na podatki, wędrowały do wszystkich możliwych dziurawych kieszeni 

na świecie, że rząd nie tylko posyłał je za granicę Murzynom i Arabom, ale też marnował je 

w kraju na ślepych głupców i każdego idiotę, który podpisuje kartę. Czuła się uspra-

wiedliwiona, kiedy mogła odzyskać z tego tyle, ile mogła. Czuła się usprawiedliwiona, kiedy 

mogła w ogóle cokolwiek odzyskać, w pieniądzach, czy w jakiejś innej formie, zupełnie 

jakby kiedyś ziemia należała do niej i została z niej wydziedziczona. Nie potrafiła patrzeć na 

nic spokojnie, jednocześnie nie chcąc tego posiąść, a najbardziej drażniła ją myśl, że gdzieś 

w pobliżu może być ukryta jakaś wartościowa rzecz, coś, czego nie może zobaczyć.

Dla niej ślepiec wyglądał na kogoś, kto coś widzi. Jego twarz miała szczególny 

wyraz, jakby chciał pójść za czymś, co ledwo potrafił dostrzec w oddali. Nawet gdy 

siedział nieruchomo na krześle, na twarzy miał wyraz napięcia, jakby ku czemuś dążył. 

Wiedziała jednak, że jest zupełnie ślepy. Upewniła się co do tego, jak tylko zdjął z oczu 

szmatę, której przez jakiś czas używał jako bandaża. Wystarczyło jej jedno długie 

spojrzenie, żeby się przekonać, że zrobił to, co miał zamiar zrobić. Zaraz po tym, kiedy 

zdjął szmatę, inni mieszkańcy mijali go w korytarzu, stąpając cicho na palcach i wpatrując 

się w niego jak najdłużej, ale teraz nie zwracali już na niego uwagi, a ci nowi nie wiedzieli, że 

zrobił to sobie sam. Dziewczyna Hawksa rozniosła tę wiadomość po domu, jak tylko się to 

wydarzyło. Patrzyła, jak to robi, a potem biegała od pokoju do pokoju, krzycząc o tym, co 

się stało, aż wszyscy mieszkańcy zbiegli się, aby go zobaczyć. Gospodyni czuła, że jeżeli 

harpie kiedykolwiek istniały, to ta dziewczyna jest jedną z nich. Przyczepiła się do niego i 

nie dawała mu spokoju przez kilka dni, a potem odeszła. Powiedziała, że nie można liczyć 

na jakiegoś wiernego Jezusowi ślepca i że stęskniła się za tatą, który opuścił ją i odjechał 

bananową łodzią. Gospodyni miała nadzieję, że jest już na dnie słonego morza, ponieważ 

miesiąc zalegał z płaceniem. Za dwa tygodnie dziewczyna oczywiście wróciła i znowu 

zaczęła zawracać mu głowę. Miała usposobienie osy i jeszcze zanim weszli na ganek, 

background image

słychać było, jak na niego krzyczy, a on nigdy nie otwierał ust.

Gospodyni prowadziła porządny dom i tak mu powiedziała. Oznajmiła, że jeśli chce,

żeby z nim mieszkała ta dziewczyna, będzie musiał płacić podwójnie i wyjaśniła, że niektóre 

rzeczy jej przeszkadzają, a niektóre nie. Pozwoliła mu samemu domyślić się, co przez to 

chciała powiedzieć i czekała z założonymi rękami, aż wyciągnie właściwe wnioski. Nie 

powiedział nic, tylko odliczył trzy dolary i podał jej.

- Tej dziewczynie, panie Motes - powiedziała - zależy tylko na pana pieniądzach.

- Gdyby tego tylko chciała, mogłaby je sobie wziąć. Zapłaciłbym jej, żeby sobie 

poszła.

Myśl o tym, że jej pieniądze mogłyby iść na utrzymanie takiego wyrzutka, była dla 

gospodyni nie do zniesienia.

- Niech pan tego nie robi - powiedziała szybko. - Ona nie ma do tego prawa.

Następnego dnia zadzwoniła do Towarzystwa Dobroczynności i poczyniła starania, 

żeby posłać dziewczynę do domu poprawczego; tam było jej miejsce.

Była ciekawa, ile Haze dostaje co miesiąc od rządu, a ponieważ nie miał oczu, 

czuła, że nie będzie trudno się tego dowiedzieć. Następnym razem, kiedy na poczcie 

znalazła kopertę od rządu, otworzyła ją nad parą i za kilka dni poczuła się w obowiązku 

podnieść mu czynsz. Uzgodnili, że będzie jadał u niej posiłki i ponieważ żywność podrożała, 

musiała mu też podnieść za wikt. Wciąż jednak nie mogła pozbyć się wrażenia, że jest 

oszukiwana. Dlaczego pozbawił się oczu, a nie zabił się, jeśli nie miał jakiegoś planu, jeśli nie

widział czegoś, czego nie mógłby osiągnąć nie będąc ślepym na wszystko inne? Postanowiła 

dowiedzieć się o nim wszystkiego, co mogła.

- Skąd pochodzi pańska rodzina, panie Motes? - zapytała go pewnego popołudnia, 

kiedy siedzieli na ganku. - Sądzę, że już nie żyją, prawda?

Wydawało się jej, że może sądzić, co jej się podoba. Nie przerwał swojej 

bezczynności odpowiedzią na jej pytanie.

- Z moich też nikt już nie żyje - powiedziała. - Ze strony pana Flood'a żyją wszyscy 

oprócz niego samego - powiedziała pani Flood wspominając męża. - Przychodzą tu tylko, 

kiedy potrzebują wsparcia, ale pan Flood miał pieniądze. Zmarł w wypadku samolotowym.

- Moi wszyscy nie żyją - powiedział po chwili.

- Pan Flood zginął w wypadku samolotowym.

Zaczęło się jej podobać siedzenie z nim na ganku, choć nigdy nie mogła być pewna, 

czy wiedział, że ona tam jest. Nawet, gdy jej odpowiadał, nie mogła stwierdzić, czy 

background image

wiedział, że odpowiada jej. Jej, we własnej osobie, pani Flood, jego gospodyni. Nie byle 

komu. Czasem siedzieli tak razem i pół popołudnia, on bez ruchu, a ona kołysząc się wolno, 

i wydawało się, że nie zamieniają ze sobą ani słowa, choć ona mogła mówić, ile wlezie. 

Jeżeli nie mówiła, a tylko myślała o czymś, zwykle po chwili zdawała sobie sprawę, że siedzi

wyprostowana na krześle, patrząc na niego z otwartymi ustami. Jeśli zobaczyłby ją ktoś ż 

przechodniów, pomyślałby, że adoruje trupa.

Uważnie śledziła jego zwyczaje. Nie jadał dużo i nie zwracał uwagi na to, co mu 

podaje. Gdyby to ona była ślepa, siedziałaby cały dzień przy radiu, zajadając ciastka i lody i 

mocząc sobie stopy. Jadł wszystko i nie dostrzegał różnicy między potrawami. Cały czas 

chudł, jego kaszel pogłębiał się i zaczął powłóczyć nogą. Podczas pierwszych chłodnych 

miesięcy złapał wirusa, ale mimo to nadal wychodził. Codziennie spacerował mniej więcej 

pół dnia. Wstawał wcześnie rano i chodził po swoim pokoju w tę i z powrotem - słyszała u 

siebie na dole, jak chodzi ciągle w tę i z powrotem. Potem wychodził i spacerował przed 

śniadaniem, a po śniadaniu wychodził znowu i spacerował aż do południa. Znał pięć, czy 

sześć domów wokoło i nigdy nie zapuszczał się dalej. Widziała też, że czasem zatrzymuje 

się przy jednym. Czasem zostawał w swoim pokoju i stał w jednym miejscu, podnosząc i 

opuszczając nogi. Wydawało się, jakby był martwy i nie chce już nic więcej od życia, prócz 

tego, by móc wykonywać to ćwiczenie. Pomyślała, że mógłby równie dobrze być mnichem i

mieszkać w jakimś klasztorze. Nie rozumiała go i nie podobała jej się myśl, że to wciąż wisi 

nad jej głową. Lubiła jasne światło dnia. Lubiła wszystko widzieć.

Nie potrafiła oddzielić tego, co było w jego głowie, a co na zewnątrz niej. O swojej 

myślała jak o tablicy rozdzielczej, którą mogła kontrolować. Jeśli chodzi o niego, potrafiła 

sobie tylko wyobrazić zewnętrzne wnętrze, cały czarny świat w jego głowie i ją samą 

większą niż świat, wystarczająco dużą, aby pomieścić niebo, planety i wszystko, cokolwiek 

było, jest i będzie. Skąd mógł wiedzieć, czy czas idzie do przodu, czy do tyłu i czy idzie 

razem z nim? Wyobrażała sobie, że to tak, jakby się szło przez tunel i wszystko, co można 

zobaczyć, to światło wielkości główki od szpilki, jeden maleńki punkcik. Musiała wyobrazić 

sobie to światełko, inaczej nie mogła o nim myśleć. Widziała je jako rodzaj gwiazdy, takiej 

jak na kartkach świątecznych. Zobaczyła go, jak idzie tyłem do Betlejem i musiała się 

roześmiać.

Pomyślała, że dobrze byłoby, gdyby mógł robić coś ze swoimi rękami, coś, co 

wydobyłoby go z jego wewnętrznego świata i przywróciło mu kontakt z rzeczywistością. 

Była przekonana, że jest zamknięty w swoim wewnętrznym świecie. Chwilami nie była 

background image

nawet pewna, czy chociaż wie, że istnieje. Zaproponowała mu, żeby sobie kupił gitarę i 

nauczył się na niej grać. Stworzyła sobie w wyobraźni obraz ich dwojga, jak siedzą razem 

wieczorem na ganku, a on brzdąka na gitarze. Kupiła dwa drzewa kauczukowe, aby 

oddzielić miejsce, gdzie siedzieli, od ulicy i uczynić je bardziej intymnym i pomyślała, że 

dźwięk gitary wybiegający zza drzew kauczukowych na ulicę, zatuszuje jego trupi wygląd. 

Zaproponowała mu to, ale nigdy nie doczekała się odpowiedzi.

Co miesiąc, po zapłaceniu za pokój i wikt, zostawała mu ponad jedna trzecia 

pieniędzy na czeku rządowym, ale jak widziała, nie wydawał nic. Nie używał tytoniu ani nie 

pił whisky; nie mógł nic innego robić z pieniędzmi, jak tylko je gubić, bo nie miał nikogo. 

Pomyślała o dobrodziejstwach, jakie przypadną jego wdowie, gdyby taką zostawił. 

Widziała, jak pieniądze wypadają mu z kieszeni, a jemu nie chce się nawet schylić, aby je 

podnieść. Pewnego dnia, kiedy sprzątała jego pokój, znalazła cztery dolary i trochę 

drobnych w jego koszu na śmieci. Przyszedł właśnie o tej porze z jednego ze swoich 

spacerów.

- Panie Motes - powiedziała - w tym koszu na śmieci jest dolar i trochę drobnych. 

Wie pan, gdzie jest kosz na śmieci. Jak mógł się pan pomylić?

- To mi zostało, nie potrzebowałem ich.

Opadła na jedyne krzesło w jego pokoju.

- Czy pan co miesiąc wyrzuca pieniądze? - zapytała po jakimś czasie.

- Tylko, jeżeli mi zostanie.

- A biedni i potrzebujący? - mruknęła. - Biedni i potrzebujący. Czy pan nigdy nie 

myśli o biednych i potrzebujących? Jeżeli pan nie chce tych pieniędzy, to ktoś inny mógłby 

je chcieć.

- Może pani sobie wziąć - powiedział.

- Ależ panie Motes - powiedziała chłodno. - Nie muszę jeszcze żebrać!

Zdała sobie teraz sprawę, że jest szaleńcem i powinien być pod kontrolą kogoś 

rozsądnego.

Gospodyni przekroczyła już średni wiek, a jej sztuczna szczęka była trochę za duża, 

ale miała długie nogi rasowego konia i nos, który jeden z lokatorów nazywał greckim. Nad 

brwiami, uszami i ze środka głowy spadały jej loki jak kiście winogron, ale żadna z tych 

zalet nie mogła przydać się jej do tego, aby przyciągnąć uwagę Haze'a. Zrozumiała, że 

jedyną drogą było zainteresować się tym, czym on się interesuje.

- Panie Motes - powiedziała pewnego popołudnia, kiedy siedzieli na ganku. - 

background image

Dlaczego pan już nie głosi? To, że jest pan ślepy, nie jest przeszkodą. Ludzie chętnie 

posłuchaliby ślepego pastora. Byłoby to coś innego.

Przyzwyczajona była do braku odpowiedzi.

- Mógłby pan kupić sobie specjalnego psa i razem moglibyście zebrać niezły tłum. 

Ludzie zawsze pójdą zobaczyć psa.

- Jeśli chodzi o mnie - mówiła dalej - nie mam takiej żyłki. Wierzę, że to, co jest 

prawdą dzisiaj, jutro będzie fałszem i że można się bawić tak długo, jak długo nie 

przeszkadza się innym robić tego samego. Jestem tak dobra, panie Motes, nie wierząc w 

Jezusa, jak niejeden, co w niego wierzy.

- Jest pani lepsza - powiedział nachylając się nagle do przodu. - Gdyby pani 

wierzyła w Jezusa, nie byłaby pani taka dobra.

Nigdy wcześniej nie powiedział jej komplementu!

- No, panie Motes, widzę, że jest pan niezgorszym pastorem! Powinien pan zacząć 

znowu. Miałby pan co robić. Teraz nie ma pan nic do roboty, tylko pan spaceruje. 

Dlaczego nie zacznie pan znowu głosić?

- Nie mogę już głosić - mruknął.

- Dlaczego?

- Nie mam czasu - powiedział, wstał i odszedł z ganku, jakby przypomniała mu o 

jakiejś pilnej sprawie. Sprawiał wrażenie kogoś, kto pomimo bólu w nodze, musi iść dalej.

Jakiś czas później odkryła, dlaczego utyka. Sprzątając jego pokój, natknęła się 

przypadkiem na parę jego zapasowych butów. Podniosła je i zajrzała do środka, myśląc, że 

może znajdzie tam coś cennego. Wyłożone były żwirem, kawałkami szkła i małymi 

kamykami. Wysypała to wszystko i przesiała sobie przez palce, szukając jakiegoś błysku, 

który mógłby oznaczać coś wartościowego, ale okazało się, że to, co miała w ręku, to tylko 

śmiecie, których każdy mógł nazbierać na chodniku. Stała jeszcze chwilę trzymając buty i w 

końcu włożyła je z powrotem pod łóżko. Za kilka dni, kiedy zbadała je znowu, wyłożone 

były świeżymi kamykami. „Dla kogo on to robi?”, zadawała sobie pytanie. „Go z tego ma?” 

Go chwila otrzymywała znak o czymś, co jest ukryte gdzieś w pobliżu, a mimo to pozostaje 

poza jej zasięgiem.

- Panie Motes - zagadnęła go tego dnia, kiedy jadł obiad w kuchni. - Po co pan 

chodzi na kamieniach?

- Aby zapłacić - powiedział chrapliwym głosem.

- Zapłacić za co?

background image

- Nie ma znaczenia za co - powiedział. - Płacę.

- Ale co pan takiego dostał, za co mógłby pan płacić? - upierała się.

- Niech pani pilnuje swoich interesów - powiedział niegrzecznie. - Pani nic nie widzi.

Gospodyni nadal bardzo wolno przeżuwała.

- Czy pan myśli, panie Motes - powiedziała chrapliwym głosem - że jak się jest 

martwym, to jest się ślepym?

- Mam nadzieją - powiedział po chwili.

- Dlaczego? - zapytała, patrząc na niego.

- Jeżeli w czyichś oczach nie ma dna, to potrafią więcej utrzymać.

Gospodyni patrzyła na niego przez długi czas, nic nie rozumiejąc.

Zaczęła koncentrować całą swą uwagę na jego osobie, lekceważąc przy tym inne 

rzeczy. Szła za nim, kiedy wychodził na spacer, spotykała go przypadkiem i towarzyszyła 

mu. Wydawał się nie zauważać, że ona przy nim jest, z wyjątkiem chwili, kiedy klepał się w 

policzek, jakby jej głos drażnił go jak śpiew komara. Ponieważ miał głęboki świszczący 

kaszel, zaczęła zadręczać go o jego zdrowie.

- Nie ma pan nikogo, kto by się panem zaopiekował oprócz mnie, panie Motes. 

Nikt nie troszczy się o pana interesy oprócz mnie. Nikogo by to nie obchodziło, gdyby nie 

ja.

Zaczęła przyrządzać smaczne dania i zanosić mu je do pokoju. Z kwaśną miną 

zjadał natychmiast wszystko, co mu przynosiła i oddawał jej talerz nie dziękując, jakby cała 

jego uwaga zwrócona była w inną stronę, a to była niedogodność, którą musiał znosić. 

Pewnego ranka oznajmił jej niespodziewanie, że ma zamiar jadać gdzie indziej i wymienił 

nazwie lokalu za rogiem, prowadzonego przez cudzoziemca.

- Będzie pan przeklinał ten dzień! - powiedziała. - Złapie pan infekcję. Żaden 

człowiek przy zdrowych zmysłach tam nie jada. Mroczne, brudne miejsce, zaskorupiałe! 

Pan jest niewidomy, panie Motes, nie może pan tego widzieć.

- Szalony głupiec - mruknęła, kiedy odszedł. - Niech pan poczeka do zimy. Gdzie 

będzie pan jadał, kiedy nadejdzie zima i pierwszy podmuch wiatru przyniesie panu wirusa?

Nie musiała długo czekać. Złapał grypę jeszcze, zanim zaczęła się zima i był zbyt 

słaby, żeby wychodzić, więc znów miała satysfakcję, że przynosi mu jedzenie do pokoju. 

Pewnego ranka przyszła wcześniej niż zwykle i zastała go śpiącego i ciężko oddychającego. 

Stara koszula, którą zakładał do snu, była rozpięta i ukazywała trzy sploty drutu kolczastego

okręcone wokół jego piersi. Cofnęła się do drzwi i upuściła tacę.

background image

- Panie Motes - powiedziała niskim głosem. - Po co pan to wszystko robi? To nie 

jest naturalne.

Podniósł się.

- Po co panu ten drut? To nie jest naturalne - powtórzyła.

Po chwili zaczął zapinać koszulę.

- To naturalne - powiedział.

- No, ale to nie jest normalne. To jedna z tych krwawych historii. Ludzie przestali 

już robić takie rzeczy, jak gotowanie się w oliwie, robienie z siebie świętego, czy 

wmurowywanie kotów w ścianę. Nie ma powodu, aby to robić. Ludzie już takich rzeczy nie

robią.

- Nie przestaną tego robić tak długo, jak ja będę to robił - powiedział.

- Ludzie przestali już to robić - powtórzyła. - Po co pan to robi?

- Nie jestem czysty.

Stała, patrząc na niego, niepomna stłuczonych talerzy u jej stóp.

- Wiem o tym - powiedziała po chwili. - Ma pan ślady krwi na nocnej koszuli i na 

pościeli. Powinien pan sobie nająć sprzątaczkę...

- Nie mówię o tego rodzaju czystości – przerwał jej.

- Jest tylko jeden rodzaj czystości, panie Motes - mruknęła.

Spojrzała w dół na talerze, które przez niego zbiła i cały bałagan, który będzie 

musiała sprzątać. Wyszła do ubikacji i wróciła po chwili z szufelką i miotłą.

- Łatwiej krwawić, niż się pocić, panie Motes - powiedziała tonem wysokiego 

sarkazmu. - Musi pan wierzyć w Jezusa, bo inaczej nie robiłby pan tych głupot. Musiał pan 

kłamać, kiedy podawał pan nazwę tego swojego kościoła. Nie zdziwiłabym się, gdyby się 

okazało, że jest pan jakimś agentem papieża, czy kimś równie zabawnym.

- Nic od pani nie chcę - powiedział i położył się z powrotem, kaszląc.

- Nie ma pan nikogo prócz mnie, kto mógłby się panem zaopiekować - 

przypomniała mu.

Na początku planowała wyjść za niego, a potem oddać go do jakiejś państwowej 

instytucji dla umysłowo chorych, ale stopniowo zmieniała zdanie i postanowiła wyjść za 

niego i zatrzymać go przy sobie. Obserwowanie jego twarzy stało się jej zwyczajem; chciała 

spenetrować ciemność, jaka za nią się kryła i przekonać się, co tam jest. Miała wrażenie, że 

już wystarczająco długo się ociągała i musi go zdobyć teraz, kiedy jest słaby lub nigdy. Był 

tak osłabiony grypą, że chodził chwiejnym krokiem. Zima już się zaczęła i wiatr chłostał 

background image

dom ze wszystkich stron, wydając dźwięk podobny do świstu ostrych noży przecinających 

powietrze.

- Nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby być w taką pogodę na dworze - 

powiedziała wsuwając głowę do jego pokoju pewnego ranka w jeden z najzimniejszych dni 

roku. - Słyszy pan ten wiatr, panie Motes? Ma pan szczęście, że ma pan takie ciepłe 

miejsce i kogoś, kto się panem opiekuje.

Starała się, żeby jej głos brzmiał bardziej miękko niż zwykle.

- Nie ma takiego ślepca i chorego, który miałby więcej szczęścia i kogoś, kto 

mógłby się nim zaopiekować.

Weszła do środka i usiadła na twardym krześle tuż przy drzwiach. Siedziała na jego 

skraju, pochylając się w przód z rozchylonymi nogami i rękami zaciśniętymi na kolanach.

- Pozwoli pan, że coś panu powiem, panie Motes. Niewielu mężczyzn ma takie 

szczęście jak pan, ale nie mogę powstrzymać się przed wspinaniem się na te schody. 

Wykańcza mnie to. Myślałam o tym, czy nic moglibyśmy temu jakoś zaradzić.

Leżał cały czas nieruchomo na łóżku, ale teraz nagle usiadł, jakby usłyszał coś 

niepokojącego.

- Wiem, że nie chciałby pan oddać tego pokoju - powiedziała i czekała na efekt 

tych słów. Odwrócił do niej głowę; mogła być pewna, że przyciągnęła jego uwagę. - Wiem, 

że się panu tu podoba i nic chciałby pan opuścić tego miejsca i że jest pan chory i ślepy, i 

potrzebuje pan kogoś, kto by się panem opiekował - dodała, po czym serce zaczęło jej 

trzepotać i straciła oddech. Haze sięgnął po swoje ubrania, które leżały zrolowane w 

nogach łóżka. Zaczął wkładać je w pośpiechu na nocną koszulę.

- Myślałam o tym, jak to zrobić, jak to urządzić, żeby pan miał dom i kogoś, kto by 

sic panem opiekował i żebym ja nie musiała wspinać się po tych schodach. Po co się pan 

ubiera, panie Motes? Nie chce pan chyba wyjść w taką pogodę. Myślałam o tym - mówiła 

dalej, obserwując, jak się ubiera - i doszłam do wniosku, że jest tylko jedno wyjście: 

pobrać się. Nic zrobiłabym tego w normalnej sytuacji, ale zrobię to dla chorego i ślepego 

mężczyzny. Jeżeli sami sobie nie pomożemy, to nikt nam nie pomoże. Nikt. Świat jest pusty.

Marynarka, która była jaskrawo niebieska, kiedy ją kupował, miała teraz cieplejszy 

odcień. Kapelusz panama przybrał kolor słomkowy. Kiedy go nic nosił, kładł go na 

podłodze obok butów. Sięgnął tam teraz i włożył go, a potem zaczął zakładać buty, które 

ciągle były wyłożone kamykami.

- Każdy powinien mieć gdzie wracać - powiedziała. - A ja chcę panu stworzyć tu 

background image

dom. miejsce, w którym może pan zawsze przebywać, panie Motes i nigdy się o nic nie 

martwić.

Jego laska leżała na podłodze, tam, gdzie stały też jego buty. Wymacał ją, a potem 

wstał i zaczął iść wolno w stronę gospodyni.

- Mam dla pana miejsce w moim sercu, panie Motes - powiedziała i poczuła, jak 

serce jej drży jak ptasia klatka. Nie wiedziała, czy idzie do niej, żeby ją objąć, czy nie. 

Minął ją z twarzą bez wyrazu i wyszedł na korytarz.

- Panie Motes! - powiedziała, odwracając się gwałtownie na krześle. - Nie mogę 

pozwolić, żeby pan tu został na innych warunkach, nie mogę już dłużej wspinać się po tych 

schodach. Chcę tylko panu pomóc. Oprócz mnie nie ma pan nikogo, kto mógłby się panem 

opiekować. Nikogo prócz mnie to nic obchodzi, czy pan będzie żył, czy pan umrze! Oprócz

mojego domu, nie ma pan gdzie pójść!

Wymacał laską pierwszy stopień.

- Może planował pan znaleźć sobie jakiś inny pokój do wynajęcia? - zapytała 

wznosząc głos. - Czy też planował pan przenieść się do innego miasta?

- Nie wybieram się tam - powiedział. - Nie ma innego miasta ani innego domu.

- Nic pan nie ma, panie Motes, a czas płynie, nie cofa się i jeśli nie bierze się tego, 

co on oferuje, człowiek może znaleźć się w ciemnej, zimnej dziurze i jak pan myśli, dokąd 

może to zaprowadzić?

Macał laską każdy stopień, zanim postawił na nim stopę. Kiedy był już na dole, 

zawołała do niego:

- Nie musi pan wracać do miejsca, którego pan nie ceni, panie Motes! Drzwi nie 

będą stały dla pana otworem. Może pan najwyżej wrócić po swoje rzeczy i iść tam, gdzie 

pan myśli, że będzie panu lepiej!

Długo stała na szczycie schodów. - Wróci - mruknęła. - Niech no go tylko zawieje 

wiatr.

Tego wieczoru pojawił się zacinający, lodowaty deszcz. Leżąc w łóżku i nie śpiąc 

do północy, pani Rood, gospodyni, zaczęła płakać. Chciała wybiec na deszcz i zimno, 

ścigać go i znaleźć skulonego w jakimś zasłoniętym od wiatru miejscu, przyprowadzić z 

powrotem i powiedzieć: „Panie Motes, panie Motes, może pan tu zostać na zawsze, albo ja 

pójdę z panem dokądkolwiek pan będzie chciał”. Miała ciężkie życie, przeżyła je bez bólu i 

przyjemności i myślała, że teraz, kiedy nastaje jego ostatnia część, zasłużyła na przyjaciela. 

Jeśli miała być ślepa po śmierci, kto mógłby ją lepiej wtedy poprowadzić niż ślepiec? Kto 

background image

mógłby lepiej poprowadzić ślepca niż ślepiec, który wiedział, jak to jest?

Jak tylko się rozwidniło, wyszła na deszcz i przeszukała te pięć, czy sześć domów, 

które znała, pytając o niego w każdych drzwiach, ale nikt go nie widział. Kiedy wróciła, 

zadzwoniła na policję, opisała go i poprosiła, żeby go znaleźli i przyprowadzili do niej, żeby 

zapłacił czynsz. Cały dzień czekała, aż przywiozą go wozem policyjnym, lub że wróci z 

własnej woli, ale nie przyszedł. Ponieważ wiatr i deszcz nie ustawały, pomyślała, że do tej 

pory utonął już pewnie w jakiejś uliczce. Chodziła po swoim pokoju tam i z powrotem 

coraz szybciej, myśląc o jego oczach bez dna i o ślepocie śmierci.

Dwa dni później dwaj młodzi policjanci, którzy robili objazd, znaleźli jego ciało w 

rynsztoku w pobliżu opuszczonej budowy. Kierowca podjechał aż na skraj rynsztoka i 

wpatrywał się w niego przez pewien czas.

- Czy nie szukaliśmy ślepego? - zapytał.

Drugi sprawdził w notesie.

- Ślepy, w niebieskiej marynarce, nie zapłacił za komorne - powiedział.

- I oto jest - oznajmił pierwszy, wskazując na rynsztok. Drugi podsunął się bliżej i 

też wyjrzał przez okno.

- Nie ma niebieskiego garnituru - powiedział.

- Ma niebieski - powiedział pierwszy. – Przestań się na mnie pokładać. Wysiądź, to 

zobaczysz, że jest niebieski.

Wysiedli, obeszli samochód i przykucnęli na brzegu rynsztoka. Obydwaj mieli nowe 

wysokie buty i nowe ubrania policyjne; obydwaj mieli żółte włosy i bokobrody i obydwaj 

byli grubi, ale jeden był grubszy od drugiego.

- Może i kiedyś był niebieski - przyznał grubszy.

- Myślisz, że nie żyje? - zapytał pierwszy.

- Zapytaj go - powiedział drugi.

- Nie, żyje, rusza się.

- Może jest tylko nieprzytomny - powiedział grubszy, wyjmując swoją nową pałkę. 

Obserwowali go przez kilka sekund. Jego ręka poruszała się po brzegu rynsztoka, jakby za 

coś chciała złapać. Zapytał ich ochrypłym szeptem, gdzie jest i czy jest dzień, czy noc.

- Jest dzień - powiedział chudszy patrząc na niebo. - Musimy pana zabrać z 

powrotem, żeby zapłacił pan za komorne.

- Chcę iść dalej tam, dokąd zmierzam - powiedział ślepiec.

- Najpierw musi pan zapłacić za komorne - powiedział policjant. - Co do grosza.

background image

Drugi, widząc, że jest przytomny, uderzył go w głowę swoją nową pałką.

- Nie chcę mieć z nim kłopotów - powiedział. - Ty weź go za stopy.

Umarł w samochodzie policyjnym, ale oni tego nie zauważyli i zawieźli go do jego 

gospodyni. Kazała go położyć na swoim łóżku i kiedy wypchnęła ich już za drzwi i 

zamknęła je za nimi, podsunęła krzesło i usiadła tuż przy jego głowie, skąd mogła do niego 

mówić.

- No, panie Motes - powiedziała. - Widzę, że wrócił pan do domu!

Jego twarz była surowa i spokojna.

- Wiedziałam, że pan wróci - powiedziała. - I czekałam na pana. Nie musi pan już 

płacić czynszu, może pan tu mieszkać za darmo, tak, jak pan chce, na górze, czy na dole. 

Jak tylko pan chce, będę na pana zawsze czekała, a jak pan będzie chciał gdzieś iść, to 

pójdziemy razem.

Nigdy nie widziała u niego tak spokojnej, zrównoważonej twarzy. Złapała go za 

rękę i przyłożyła ją sobie do serca. Była bezwładna i sucha. Zarys jego czaszki był prosty 

pod skórą, a głęboko wypalone oczodoły zdawały się prowadzić w ciemny tunel, w którym 

on sam zniknął. Nachylała się coraz niżej nad jego twarzą, zaglądając w nią głęboko, 

próbując zrozumieć, jak została oszukana lub, co ją oszukiwało, ale nic nie widziała. 

Zamknęła oczy i zobaczyła światełko wielkości główki od szpilki. Było jednak zbyt daleko, 

żeby mogła się na nim skoncentrować. Czuła się, jakby ją zatrzymano przy wejściu do 

czegoś. Siedziała z zamkniętymi oczami, wpatrując się w jego oczy i poczuła, jakby w 

końcu dotarła do początku czegoś, czego nie mogła zacząć i widziała, jak on się coraz 

bardziej i bardziej oddala w ciemność, aż w końcu stał się tym światełkiem nie większym od 

główki szpilki.

background image

Posłowie

Flannery O'connor jest dziś bezsporną wielkością powojennej prozy amerykańskiej.

Pozycję swą zawdzięcza przede wszystkim opowiadaniom (dwa tomy tych opowiadań: 

Trudno o dobrego człowieka W pierścieniu ognia - każdy z nich był wyborem - ukazały 

się przed laty nakładem PIW - u). Ale „przede wszystkim” nie znaczy „wyłącznie”. Nie 

znaczy „jedynie”. Flannery O'Connor pisała też powieści. Byla autorka Madrosci krwi 

(1952) i The Violent Bear It Away (1960). Pozostawiła również po sobie fragmenty Who 

Do the Heathens Rage? A o powieściach tych nie wolno zapominać. Są to bowiem książki 

ważne i bardzo interesujące.

O'Connor debiutowała zaraz po wojnie, w roku 1946, opowiadaniem The 

Geranium, umieszczonym w kwartalniku Accent. Jednakże jej pierwszym utworem, który 

samodzielnie ukazał się drukiem, była Mądrość krwi. Owszem, wcześniej miała już gotowy 

tomik złożony z sześciu krótszych tekstów. W jego sklad wchodzily: The Geranium, The 

Barber, Wildcat, Plon, The Turkey The Train. Ale tomiku tego nie zdołała wydać. 

Dopiero w kilka lat później wydała Mądrość krwi. Zaczęła ją pisać w roku 1947. Cztery 

rozdziały drukowała po różnych czasopismach jako osobne całości, jako opowiadania. Ich 

integracja, zwłaszcza zaś fabularne rozwiązanie utworu nastręczało jej sporo kłopotów, 

Jednakże w końcu z nich wybrnęła.

Była pisarką chrześcijańską, a ściślej rzecz biorąc, pisarką katolicką. Znaczy to tyle, 

że wizję świata, którą uzewnętrzniały jej powieści i jej opowiadania określały idee 

katolickiej teologii. Ależ tak! Zdaję sobie sprawę, że stwierdzenie to może budzić, i zresztą 

budzi, nie całkiem bezpodstawne wątpliwości. Ich usprawiedliwieniem staje się 

wielointerpretacyjność prozy Flannery O'Connor. Wielointerpretacyjność ta powstaje 

wskutek przemilczeń, natarczywego stosowania elipsy i nieustannych niedopowiedzeń. 

Nakładając się jedno na drugie, zezwalają one na różnorodne rozumienie tekstu. Nade 

wszystko jednak rozstrzyga o tym dość skomplikowany układ symboli.

Opowiadania i powieści O'Connor nie posługiwały się systematycznym odwołaniem 

do historii ukrytej, przemilczanej przez fabułę, choć fabule tej przyporządkowanej. A więc 

nie pogrążały się w literaturze „drugiego dna”. Zwracały się natomiast w stronę „lokalnego” 

jak gdyby symbolu. Przenośnego znaczenia nabierały wówczas określone „obiekty” 

background image

przedstawione - np. słońce - określone wydarzenia, ich właściwości, relacje pomiędzy nimi 

itd. itp., jak dzieje się to choćby w Mądrości krwi. Kompozycja owych figuratywnych 

odniesień otwiera prozę O'Connor na sprzeczne, a nawet na przeciwstawne sobie 

interpretacje. Ujawnia to cała jej twórczość. Nie tylko wczesne utwory. A zatem 

niepodobna posądzać jej o katolicką wizję świata, skoro z nie mniejszym powodzeniem 

można by wizję tę wykładać jako z katolicyzmem nie mającą nic wspólnego? Owszem. Ale 

pod jednym warunkiem, tym mianowicie, że ograniczymy się wyłącznie do prozy i że 

rozważając ją, zrezygnujemy z tej optyki, jaką narzuca nam eseistyka pisarki. Bo Flannery 

O'Connor pisała też eseje. Zaczęła je pisać stosunkowo późno, pod koniec lat 

pięćdziesiątych. Z tego przeciez czasu pochodza szkice takie chocby jak The Fiction Wa-

ter and His Country (1957), The Church and the Fiction Water (1957), The Novelist 

and Free Will (1963). Świadczą one o katolickich przekonaniach pisarki podobnie jak 

wywiady, których udzieliła nie tak znowu mało. Jeśli więc spojrzeć na prozę O'Connor 

poprzez pryzmat jej dyskursywnych wywodów, jej powieści i opowiadania uzyskają jawnie 

chrześcijańskie zabarwienie. A izolacja jej twórczości ściśle artystycznej, odcinanie jej od 

tego, co artykułowała w inny sposób, nie byłoby chyba posunięciem roztropnym.

Wizja świata Flannery O'Connor zakłada istnienie Boga. Bóg jest nie tylko stwórcą 

wszechświata, pierwszą przyczyną, nie tylko kimś wszechmocnym i wszechwiedzącym. Jest 

również źródłem wszelkich wartości moralnych. Są one pochodną jego intencji 

skierowanych ku człowiekowi. Są przez intencje te ustanowione i od nich zależne. Ludzkie 

działanie i ludzkie przeżycie będzie wartościowe moralnie jedynie wtedy, gdy spełni zamysł 

Boga. Nie musi spełniać go zawsze. Człowiek bowiem został wyposażony w wolną wolę. 

Toteż może - świadomie czy nieświadomie - sprzeciwiać się intencjom Bożym. Powieścią o 

takim sprzeciwie jest Mądrość krwi; mówi o sytuacji współczesnego Jonasza. Jonasz chciał

umknąć temu, do czego Bóg go powołał. Przed tym też ucieka Hazel Motes. Stara się 

uchronić przed powołaniem. Odrzuca Chrystusa. Staje się kaznodzieją, ale kaznodzieją, 

który naucza, że ślepi nie widzą, kulawi utykają, a martwi na zawsze pozostaną tam, gdzie 

ich pogrzebano. Równocześnie jednak krąży wokół chrześcijańskich idei, tyle że 

zaprzeczonych. Pragnie wiary. Toteż z tym większą zaciekłością jej się wypiera. Chce 

wykazać, że nie ma grzechu. Toteż po przyjeździe do Taulkinham rusza natychmiast do 

miejscowej kurwy Leory Watts - wyczytał jej adres nagryzmolony na ścianie dworcowego 

klozetu. Na rozrywki seksualne nie ma szczególnej ochoty. Ale śpi z Leorą Watts.

Po to, by dowieść, że grzech nie istnieje, tak jakby przespanie się z kurwą mogło 

background image

posłużyć za dowód w tym względzie. To wszakże mu nie wystarcza. Będzie chciał okazać 

swą przewagę nad tymi, którzy wierzą w transcendencję. Po to, by potwierdzić swe racje. 

Jeśli dokona tego, czego nie dokonali wierzący w Boga, tedy zatryumfuje jego kościół, 

„Kościół Bez Chrystusa”. Bo tego kościoła jest samozwańczym apostołem. Kaznodzieja, 

którego napotyka w Taulkinham, okaże się oszustem. Udaje ślepca. Kiedyś naprawdę 

chciał się oślepić, ale nie starczyło mu zdecydowania. Zląkł się w ostatniej chwili.

Motes nie zlęknie się, doprowadzi rzecz do końca. A potem będzie udręczał Swe 

ciało, poddawał je rozlicznym umartwieniom.

Czy ten współczesny Jonasz dotrze do Niniwy czy też jego historia pozostanie 

historią „zaprzeczonej” misji? Mądrość krwi nie przyniesie jeszcze odpowiedzi na to 

pytanie. Odpowiedzi udzieli dopiero następna powieść Flannery O'Connor The Violent 

Bear It Away (w przygotowaniu jako kolejny tom Biblioteki Amerykańskiej). Oczywiście, 

już w Mądrości krwi pojawią się pewne oznaki, sugerujące konwersję Motesa, jego 

nawrócenie, naprowadzające na myśl, że oto mamy przed sobą relację o drodze do 

„prawdy” - drodze do Damaszku. Ale są to zaledwie sugestie, niejasne i pewnie 

niewystarczające. Za sprawą przemilczeń, niedopowiedzeń ostateczne rozstrzygnięcie tej 

kwestii jest niepewne, jakby zawieszone.

Bóg Flannery O'Connor chce, abyśmy go poznali. Nieobecność wiedzy o Bogu 

staje się tedy przejawem nie tylko naszej ignorancji, ułomności ludzkiego umysłu, którą to 

ułomność autorka Mądrości krwi wybija z godnym podziwu uporem, lecz takie moralnym 

uchybieniem, a nawet czymś więcej - grzechem. Przy czym ten, który ma fałszywe 

wyobrażenie o transcendencji, który transcendencję tę postrzega niewiernie, deformując ją i 

odkształcając, jest mimo wszystko kimś „lepszym”, „bardziej wartościowym” aniżeli ten, 

kto w ogóle jej sobie nie wyobraża, choćby pogrążony był w dopełnianiu kościelnych 

obrządków, choćby nigdy nie próbował naruszyć religijnego rytuału. Dlatego też fałszywy 

ślepiec Asa Hawks będzie bliższy moralnym wartościom O'Connor aniżeli pani Wally Bee 

Hitchcock czy pani Flood (właściwie pani Flood z początków XIV rozdziału).

Wyrzeczenie się Boga jest. - dla O'Connor - czymś jeszcze, czymś ponadto. Jest 

wypaczeniem ludzkiej natury. Bo przecież istnieje natura człowiecza. Składa się z zespołu 

elementarnych dyspozycji. W ich obręb wchodzi głód transcendencji. To niezbywalny rys 

każdego człowieka. Oczywiście, głód ów można przytłumić. Można go też oszukiwać, 

zastępując „rzeczywistą” transcendencję różnymi formami substytutów. Tak poczyna sobie 

Enoch Emery, pokładając całą swą nadzieję, w Mądrości krwi Nadzieja ta uczyni jego 

background image

wzorcem animalizaeję Nie, nie utraci on człowieczeństwa. Nie wyzbędzie się też swej 

natury, gdyż wyzbyć się jej nic może. Ale w pewnym stopniu wypaczy ją. Zniekształci i 

znieprawi.

Flannery O'Connor ogląda świat z perspektywy chrześcijańskiego moralisty. W 

każdym razie taką perspektywę stara się zazwyczaj zachować. Prowadzi to do konfliktu z 

pewnymi składnikami akceptowanej przez nią poetyki. Nade wszystko prowadzi do 

konfliktu z „czarną komedią”, do której autorka The Violent Bear It Away czuła 

nieodpartą słabość.

Pisarstwo O'Connor wyrastało z tradycji prozy „neogotyckiej”. Odwoływało się do 

Faulknera, ale nie tego, który pisał Wrzask i wściekłość czy Absalomie, Absalomie..., do 

Faulknera z Azylu. I do powieści Carson McCullers W zwierciadle złotego oka. 

powieściach i opowiadaniach O'Connor grozę równoważył komizm. Aliaż grozy i komizmu 

staje się niejako ich znakiem rozpoznawczym. I z tego właśnie względu zbliża je do roz-

wijającej się niemalże równolegle twórczości Johna Hawkesa. Hawkes zresztą nie zapierał 

się tych pokrewieństw. Przeciwnie, kilkakrotnie je podkreślał. Zarazem jednak autorka The 

Violent Bear It Away demonstruje swą fascynację „czarną komedią”. „Czarna komedia” 

będzie tym - co przeciwstawi się chrześcijańskiemu moralizmowi. Albowiem polega ona na 

akcentowaniu perspektywy komicznej jako ważniejszej niż perspektywa moralna. Wszelkie 

wydarzenia zmyślone są oceniane z punktu widzenia obu tych perspektyw. Wiele spośród 

nich mieści się równocześnie w wyznaczanych przez nie ramach. Wszakże to, co pocieszne i

zarazem godne pochwały, zwłaszcza zaś godne potępienia rozważa się tu przede wszystkim 

pod kątem śmieszności. Bierze się pod uwagę w pierwszej kolejności wymiar komiczny 

opisywanych wypadków, a dopiero później ich „zawartość etyczną”. Tym samym dobro 

czy zło, choć nadal pozostają dobrem i złem, są nade wszystko mniej czy bardziej zabawne. 

A tego rodzaju ujęcia faktów fabularnych nie dopuszczał chrześcijański moralizm. „Czarna 

komedia” przekreśla go więc ostatecznie. Flannery O'Connor usiłowała przekreślenie to 

zatrzeć, zamazać. Mogła tego dokonać jedynie poprzez okiełznanie swych estetycznych 

skłonności, poprzez narzucenie im odpowiednich ograniczeń. Zmierzała w tym kierunku. 

Widać to wyraźnie w jej utworach pisanych około roku 1960. Ale ograniczenia takie 

zarysowały się już wcześniej, w tytułowym opowiadaniu zbiorku A Good Man Is Hard to 

Find and Other Stories (1955). A nawet jeszcze wcześniej, w tej oto powieści, która leży 

teraz przed nami - w Mądrości krwi.

Lech Budrecki