background image

Władca Zwiesssz

ą

 
If you ever get close to a human 
and human behaviour 
be ready to get confused 
there’s definitely no logic 
to human behaviour 
but yet so irresistible 
there's no map 
to human behaviour 
Bjork “Human Behaviour” 
 
 
1. 
— Harry... — zacz

ę

ła Hermiona prawie błagalnym tonem. 

— Nie — przerwał jej, nie czekaj

ą

c a

Ŝ

 sko

ń

czy. Miał pewno

ść

, co jego przyjaciółka zaraz powie. 

ś

e na 

poszukiwanie horkruksa wyrusz

ą

 we trójk

ę

Ŝ

e b

ę

d

ą

 si

ę

 trzyma

ć

 razem, tak jak za dawnych czasów. To 

ju

Ŝ

 min

ę

ło; Dumbledore umarł, przekazuj

ą

c mu pałeczk

ę

. Wiedział, 

Ŝ

e dyrektor do tego d

ąŜ

ył — 

wprowadził go w sedno sprawy, by mógł odszuka

ć

 reszt

ę

 horkruksów, a Harry chciał to zrobi

ć

 sam. Czuł, 

Ŝ

e musi tak post

ą

pi

ć

. — Odbyli

ś

my podobn

ą

 rozmow

ę

 jeszcze przed 

ś

lubem Billa i Fleur. Nie chc

ę

 do 

tego wraca

ć

. Sprawa zako

ń

czona. 

Hermiona wpatrywała si

ę

 w niego t

ę

pym wzrokiem, jakby nagle stała przed nauczycielem, nie potrafi

ą

odpowiedzie

ć

 na zadane pytanie. Harry pakował swoje rzeczy do plecaka, staraj

ą

c si

ę

 ignorowa

ć

 

dziewczyn

ę

. Co

ś

 kłuło go w piersi — 

ś

wiadomo

ść

Ŝ

e nie zgadzaj

ą

c si

ę

 na wspóln

ą

 podró

Ŝ

, powoduje 

malutk

ą

 rys

ę

 na ich wieloletniej przyja

ź

ni. Jednak nie mógł nic na to poradzi

ć

. Takie było jego 

przeznaczenie. Przecie

Ŝ

 jest Złotym Chłopcem, Wybawicielem Czarodziejskiego 

Ś

wiata, czy

Ŝ

 nie? 

Ron uchylił lekko drzwi i wszedł do 

ś

rodka. Harry zerkn

ą

ł na niego przelotnie. 

— Pami

ę

tasz, Ron i ja powiedzieli

ś

my ci, 

Ŝ

e czas, by zawróci

ć

, ju

Ŝ

 min

ą

ł. Jeste

ś

my z tob

ą

 — odezwała 

si

ę

 cicho Hermiona. — Poza tym, nawet nie pozwoliłe

ś

 nam nic zrobi

ć

, zadecydowałe

ś

 za nas. 

— Tak b

ę

dzie lepiej. — Spojrzał na szafk

ę

, na której stało zdj

ę

cie. Postacie na fotografii u

ś

miechały si

ę

 i 

machały do niego. Jedno szcz

ęś

cie, zauwa

Ŝ

ył gorzko Harry, nie było tam Petera. Zamiast niego stała Lily, 

próbuj

ą

c nie da

ć

 si

ę

 pocałowa

ć

 Jamesowi oraz Lunatyk i Łapa. — Słuchaj, mam dwa wyj

ś

cia. Albo 

Voldemort mnie zabije, a wtedy nie b

ę

d

ę

 si

ę

 musiał o nic martwi

ć

, albo ja go zabij

ę

, a wtedy b

ę

d

ą

 mi 

stawia

ć

 pomniki i takie tam. W ka

Ŝ

dym razie jestem skazany na przepowiedni

ę

 tej starej Trelawney, która 

twierdzi, 

Ŝ

e ma „wewn

ę

trzne oko”. Ja bym jej jednak poradził, 

Ŝ

eby je sobie przeczy

ś

ciła... 

— Nie mów tak — przerwała mu Hermiona. 
— To znaczy jak? Mam nie mówi

ć

Ŝ

e Trelawney jest stara, czy 

Ŝ

eby przeczy

ś

ciła sobie „wewn

ę

trzne 

oko”? — zapytał, u

ś

miechaj

ą

c si

ę

 lekko. 

— Nie mów o tym, 

Ŝ

e Voldemort ci

ę

 zabije — wyja

ś

niła. 

— Dobra. Na czym to ja sko

ń

czyłem? Ach... — Potarł dłoni

ą

 czoło. — Natomiast wy musicie jako

ś

 na tym 

ś

wiecie 

Ŝ

y

ć

. Hermiono, jeste

ś

 czarownic

ą

 o mugolskim pochodzeniu. Jest trudno, a wiem, 

Ŝ

wykształceniem mo

Ŝ

esz to nadrobi

ć

. A ty, Ron? Wiecznie chcesz 

Ŝ

y

ć

 na garnuszku rodziców? — Spojrzał 

na czerwonego z za

Ŝ

enowania przyjaciela. — Jest koniec wakacji. Hogwart został otwarty. Za tydzie

ń

 

wsi

ą

dziecie do Hogwarckiego Ekspresu i pojedziecie tam, by zdoby

ć

 przyszło

ść

. A ja znajd

ę

 i zniszcz

ę

 

horkruksy, bo to moja misja. 
Zas

ę

pił si

ę

. Naprawd

ę

 nie było łatwo przekona

ć

 ich do powrotu do Hogwartu. Nie na darmo trafili do 

Gryffindoru. 
— Taka jest kolej rzeczy — zako

ń

czył, siadaj

ą

c na łó

Ŝ

ku. 

Miał ju

Ŝ

 plany. Postanowił, 

Ŝ

e jaki

ś

 czas zatrzyma si

ę

 w Dolinie Godryka, odwiedzi grób rodziców, a 

potem ruszy na północ. Tam, na samym kra

ń

cu Szkocji, za mokradłami, na Wyspie Pos

ę

pnej znajdzie 

horkruksa Helgi Hufflepuff. Dokona tego dzi

ę

ki zapiskom Dumbledore’a, które zostawił w swoim 

gabinecie. 
 
2. 
Draco Malfoy popełniał wiele bł

ę

dów w swoim 

Ŝ

yciu i jako rozpieszczony, bogaty panicz dostawał 

wszystko, co tylko sobie zamarzył. 

background image

Jako pi

ę

ciolatek próbował nauczy

ć

 si

ę

 fechtunku. Gdyby była to mugolska szermierka, nic by mu si

ę

 nie 

stało. Rozpłakałby si

ę

 tylko, bo nie mógłby uradzi

ć

 szabli. Ale przecie

Ŝ

 był czarodziejem i mieszkał w 

magicznym domu. Gdy tylko dotkn

ą

ł czego

ś

, co przypominało floret, automatycznie si

ę

 cofn

ą

ł, gdy bro

ń

 

wyskoczyła z zabezpiecze

ń

 i zawisła w powietrzu, jakby czekaj

ą

c a

Ŝ

 kto

ś

 j

ą

 złapie. Draco chwycił za 

r

ę

koje

ść

, ale zrobił to tak nieumiej

ę

tnie, 

Ŝ

e floret wysun

ą

ł si

ę

 z jego dłoni i zacz

ą

ł go goni

ć

, tn

ą

c powietrze 

we wszystkie strony. 
W wieku lat dwunastu, po której

ś

 z rz

ę

du wizycie u Borgina i Burkesa na Nokturnie, namówił ojca na R

ę

k

ę

 

Glorii. Przez kilka dni podziwiał j

ą

, niczym najcenniejszy skarb, a potem zacz

ą

ł wtyka

ć

 w ni

ą

 

ś

wiec

ę

Rzeczywi

ś

cie działała — paliła si

ę

 tylko wtedy, gdy miał j

ą

 w dłoni. Lecz niefortunnie wypadł z jego r

ę

ki, 

zd

ąŜ

ywszy podpali

ć

 mu szat

ę

Jednak dopiero teraz, kiedy sko

ń

czył siedemna

ś

cie lat, zrozumiał, jaki był jego najwi

ę

kszy bł

ą

d w 

Ŝ

yciu. 

Po ucieczce z Hogwartu razem ze Snape’em, mistrz eliksirów ukrył go gdzie

ś

 na północy Szkocji, by 

uchroni

ć

 chłopaka przed aurorami i przygotowa

ć

 do spotkania z Czarnym Panem. Draco zdawał sobie 

spraw

ę

 z tego, 

Ŝ

e zawiódł i naraził si

ę

 na zemst

ę

 ze strony Lorda Ciemno

ś

ci, ale nie potrafił z zimn

ą

 krwi

ą

 

zabi

ć

 Dumbledore’a. To było ponad jego siły. Bał si

ę

 konsekwencji swojego czynu, w zwi

ą

zku z tym 

zdecydował si

ę

 uciec. 

Animagia okazała si

ę

 jedynym wyj

ś

ciem, poniewa

Ŝ

 Snape zabrał mu ró

Ŝ

d

Ŝ

k

ę

T

ę

 sztuk

ę

 trenował zaciekle przez ponad rok, w pi

ą

tej klasie, pod przewodnictwem Rity Skeeter. 

Reporterka Proroka Codziennego nie chciała przysta

ć

 na jego propozycj

ę

, ale woreczek galeonów 

skutecznie j

ą

 do tego przekonał. I odt

ą

d Malfoy, dzi

ę

ki jej radom, powoli opanowywał t

ę

 trudn

ą

 sztuk

ę

. A

Ŝ

 

wreszcie mu si

ę

 udało. Zmienił si

ę

 i powrócił do swojej formy tylko raz podczas wspólnych lekcji. Nie 

pomy

ś

lał, 

Ŝ

e mo

Ŝ

e by

ć

 mu to potrzebne. Do teraz. 

Snape zostawił go na cały dzie

ń

 samego. Znajdował si

ę

 w obskurnej chacie gdzie

ś

 na ko

ń

cu 

ś

wiata, a do 

dyspozycji miał tward

ą

 prycz

ę

 i troch

ę

 zapasów jedzenia. Draco skupił cał

ą

 energi

ę

 na przemianie, 

przypominaj

ą

c sobie rady Rity Skeeter, zacisn

ą

ł powieki i miał nadziej

ę

Ŝ

e wszystko potoczy si

ę

 po jego 

my

ś

li. Nie błysn

ę

ły 

Ŝ

adne 

ś

wiatła, w tle nie pojawiły si

ę

 ci

ęŜ

kie, granatowe chmury i nie hukn

ą

ł ani jeden 

piorun, a mimo to Draco poczuł, jak okala go co

ś

 mi

ę

kkiego — jego ubrania. Otworzył małe, szare 

ś

lepka i 

z ulg

ą

 zarejestrował, 

Ŝ

e si

ę

 przemienił. 

W mał

ą

, biał

ą

 myszk

ę

Uciekł przez szpar

ę

 w podłodze. 

Ale pozostał jeden szkopuł — nie potrafił zmieni

ć

 si

ę

 z powrotem w człowieka. 

 
3. 
Po wizycie nad grobem rodziców, Harry z przera

Ŝ

eniem stwierdził, 

Ŝ

e musi uda

ć

 si

ę

 na Wysp

ę

 Pos

ę

pn

ą

by odnale

źć

 i zniszczy

ć

 horkruks. Czuł si

ę

 dziwnie; wizyta w miejscu, które było dla niego niemal jak 

ś

wi

ę

te nie napawała go optymizmem. Ale w ko

ń

cu uaktywnił 

ś

wistoklik prowadz

ą

cy na północ Szkocji. 

Nie mógł wiedzie

ć

Ŝ

e wkrótce zyska nowy przydomek. Władca Zwiesssz

ą

t. 

 
4. 
Wyspa Pos

ę

pna, stwierdził ze zdumieniem Harry, wcale nie była wysp

ą

. Z trzech stron otaczało j

ą

 morze; 

spienione fale uderzały o skalisty brzeg, rozbryzguj

ą

c wod

ę

 na wszystkie strony. Na wzniesieniu stał 

wielki, zaniedbany zamek z mnóstwem wie

Ŝ

yczek. Po murze pi

ą

ł si

ę

 bluszcz, teraz ju

Ŝ

 zmizerniały i 

wysuszony. Z drzwi złuszczała si

ę

 niegdy

ś

 czarna farba, w tej chwili wida

ć

 było miejsca działania czasu. 

Bram

ę

 do opuszczonej posiadło

ś

ci pokryła gruba warstwa 

ś

niedzi, a w otworach mi

ę

dzy ozdobnymi 

elementami z br

ą

zu zagnie

ź

dziły si

ę

 paj

ą

ki. Harry przez chwil

ę

 podziwiał, jak tkaj

ą

 sieci, po czym ruszył 

dalej, wyrzucaj

ą

c błahostki z głowy. 

Westchn

ą

ł. Wyj

ą

ł ró

Ŝ

d

Ŝ

k

ę

 z kieszeni szaty. Szedł powoli, rozgl

ą

daj

ą

c si

ę

 na boki. Nie wiedział, gdzie 

dokładnie jest ukryty horkruks, ale to musiało by

ć

 to miejsce. Czuł spływaj

ą

c

ą

 po 

ś

cianach starodawn

ą

 

magi

ę

. Zamek wchłaniał j

ą

. On ni

ą

 

Ŝ

ył. 

Drzwi lekko zaskrzypiały, kiedy je otworzył. W Harry’ego uderzyła silna wo

ń

 wilgoci i st

ę

chlizny, taki sam 

zapach czuł, gdy tylko otwierał wyj

ą

tkowo zakurzon

ą

 ksi

ę

g

ę

 w bibliotece. Zadr

Ŝ

ał. Nie podobała mu si

ę

 ta 

cisza; miał wra

Ŝ

enie, 

Ŝ

e wszystko na niego patrzy, 

Ŝ

e obserwuje jego ka

Ŝ

dy, nawet najmniejszy ruch. 

Korytarze rezydencji zdawały si

ę

 nie mie

ć

 ko

ń

ca. Kiedy tylko natrafiał na jakie

ś

 rozgał

ę

zienie, miał co 

najmniej trzy mo

Ŝ

liwo

ś

ci wyboru drogi. A na dodatek ka

Ŝ

dy nast

ę

pny hol wydawał si

ę

 by

ć

 podobny do 

poprzedniego. Mo

Ŝ

liwe, 

Ŝ

e kr

ąŜ

ył w kółko, nie wiedz

ą

c, czy był w danym miejscu czy nie. Harry powoli 

tracił nad sob

ą

 panowanie. Je

Ŝ

eli w takim tempie b

ę

dzie badał zamek, nigdy nie znajdzie horkruksa. I jego 

background image

cał

ą

 misj

ę

 szlag trafi! 

Po kilku godzinach bezowocnych poszukiwa

ń

 oparł si

ę

 o mur i usiadł, uprzednio zdejmuj

ą

c z ramienia 

plecak. Musiał pomy

ś

le

ć

 i znale

źć

 jaki

ś

 sposób na rozwi

ą

zanie tej piekielnej zagadki. 

Wyj

ą

ł z plecaka jabłko. Przez jaki

ś

 czas t

ę

po si

ę

 w nie wpatrywał, ale w ko

ń

cu, zach

ę

cony nie

ś

miałym 

burczeniem 

Ŝ

ą

dka, ugryzł, rozkoszuj

ą

c si

ę

 jego smakiem. 

Nagle usłyszał gło

ś

ny pisk. 

— Pip! Piii! 
Odwrócił głow

ę

 w stron

ę

 nadchodz

ą

cego d

ź

wi

ę

ku. Ku niemu biegła biała myszka, zaciekle machaj

ą

małymi łapkami. Harry nie poruszył si

ę

. Pomy

ś

lał, 

Ŝ

e ma halucynacje skoro widzi takie rzeczy, ale 

przecie

Ŝ

 nic nie pił. Zwierz

ą

tko wdrapało si

ę

 na nogi chłopaka, a potem na klatk

ę

 piersiow

ą

, ukrywaj

ą

c si

ę

 

w kieszeni na piersi szaty Pottera. 
A potem usłyszał syk. 
— Wiem, 

Ŝ

e tu jessste

ś

, mój obiadku... Chod

ź

 do wujcia... 

W

ąŜ

 zatrzymał si

ę

 tu

Ŝ

 przed Harrym, przekrzywiaj

ą

c nieco łeb. 

— Nie widziałe

ś

 gdzie

ś

 tej myssszy? Ssschowała sssi

ę

... — wysyczał, patrz

ą

c na chłopaka z 

ciekawo

ś

ci

ą

. — Ale j

ą

 dopadn

ę

— Zmiataj st

ą

d — powiedział Harry w mowie w

ęŜ

y, wyci

ą

gaj

ą

c przed siebie ró

Ŝ

d

Ŝ

k

ę

. Czuł, jak myszka 

dr

Ŝ

y schowana w jego kieszonce. Niepewnie wy

ś

ciubiła nosek, ale zaraz schowała go z powrotem, 

widz

ą

c jak w

ąŜ

 na ni

ą

 patrzy i wysuwa kły. — Mam ró

Ŝ

d

Ŝ

k

ę

 i nie zawaham si

ę

 jej u

Ŝ

y

ć

— Nie odpussszcz

ę

 — sykn

ą

ł, zbli

Ŝ

aj

ą

c si

ę

 do Pottera. — Ugryz

ę

 ci

ę

, jessstem zbyt głodny. 

— Dam ci jabłko, je

ś

li zostawisz j

ą

 w spokoju — rzekł dyplomatycznie. Myszka spojrzała na niego swoimi 

szarymi 

ś

lepkami, tak, 

Ŝ

e poczuł, jak robi mu si

ę

 mi

ę

kko na sercu. 

— Nie jessstem wegetarianinem — zaprzeczył w

ąŜ

. W łuskach na całym jego ciele było co

ś

 metalicznego, 

Ŝ

e nawet w nikłym 

ś

wietle wydawały si

ę

 połyskiwa

ć

 malachitow

ą

 zieleni

ą

Harry zamrugał. Siedział w nieznanym miejscu na ko

ń

cu 

ś

wiata i targował si

ę

 z w

ęŜ

em o mysz. 

Szale

ń

stwo! 

— Dobra. W plecaku mam kanapk

ę

 z kiełbas

ą

. Co ty na to? — powiedział szczerze zdumiony Harry. 

W

ąŜ

 jakby si

ę

 zastanawiał. Przekrzywiał łeb w jedn

ą

 i drug

ą

 stron

ę

, zerkaj

ą

c na chłopaka. Oczy czarne 

jak noc przeszywały go na wskro

ś

— Co prawda nie jessst to mi

ę

ssso ssszczura, ale mo

Ŝ

e by

ć

. I tak nic lepssszego nie znajd

ę

, a mój 

dotychczasssowy obiad wygl

ą

da na do

ść

 

Ŝ

ylasssty — mrukn

ą

ł w

ąŜ

, patrz

ą

c łapczywie na r

ę

ce Harry’ego. 

— Umowa ssstoi. 
Gryfon wyj

ą

ł z plecaka kanapk

ę

, odpakował j

ą

 i wyci

ą

gn

ą

ł r

ę

k

ę

. Gad podpełzł do niego i mocnym 

chwytem porwał jedzenie. Harry uznał widok w

ęŜ

a jedz

ą

cego kanapk

ę

 za bardzo abstrakcyjny. 

— Nic ci nie grozi, myszko — rzekł do gryzonia, kiedy wyci

ą

gn

ą

ł go z kieszonki. Myszka usiadła na jego 

dłoni. — Mo

Ŝ

esz ju

Ŝ

 i

ść

. Trzymaj si

ę

 z dala od w

ęŜ

y. — Gdzie

ś

 z oddali usłyszał stłumiony syk oburzenia. 

Poło

Ŝ

ył r

ę

k

ę

 na brudnej podłodze, by mogła spokojnie odej

ść

. Myszka spojrzała na niego wielkimi 

ś

lepkami. Wygl

ą

dała, według Harry’ego, jakby si

ę

 miała zaraz rozpłaka

ć

. Wdrapała si

ę

 na spodnie, a 

potem na szat

ę

, chowaj

ą

c si

ę

 w kieszonce. 

— Pip! Piiip! — zaprotestowała myszka. 
— Dobrze ju

Ŝ

, dobrze — przyznał, u

ś

miechaj

ą

c si

ę

 lekko. — Zostajesz ze mn

ą

 
5. 
Draco Malfoy jeszcze nigdy nie czuł si

ę

 tak upokorzony jak w tej chwili. Zmienił w biał

ą

 mysz, a do tego 

siedział w kieszeni swojego najwi

ę

kszego wroga: Harry’ego — Chłopca — Który — Cholera! — Prze

Ŝ

ył — 

Pottera. Gorzej ju

Ŝ

 nie mógł trafi

ć

. A mimo to został z nim. Tak. Jako 

Ś

lizgon ratował przede wszystkim 

własn

ą

 skór

ę

. Nie miał zamiaru przez kolejne dni bł

ą

ka

ć

 si

ę

 po tym zamczysku, bez jedzenia, bez 

jakichkolwiek perspektyw. Zapewnił sobie bezpiecze

ń

stwo. B

ą

d

ź

 co b

ą

d

ź

 Potter jest czarodziejem. Umie 

si

ę

 obroni

ć

, ma jedzenie... i kaw

ę

— Piii! Pip? — zapiszczał. W

ąŜ

 ci

ą

gle m

ę

czył si

ę

 z kanapk

ą

Harry nalał do kubka od termosu 

ś

wie

Ŝ

ej, paruj

ą

cej kawy. 

— Chcesz? — zdziwił si

ę

 Gryfon, ale przysun

ą

ł do kieszonki kubek. 

Draco zanurzył pyszczek w napoju, omal nie wpadaj

ą

c do 

ś

rodka. Harry podał mu kawałek jabłka, który 

Malfoy chwycił w swoje łapki i zacz

ą

ł prze

Ŝ

uwa

ć

— Smakuje ci? — zapytał z trosk

ą

 Harry. 

— Pip. — Po czym, czuj

ą

c si

ę

 poni

Ŝ

onym, potwierdził, kiwaj

ą

c łebkiem. 

background image

— Có

Ŝ

, nigdy nie spotkałem magicznej myszy, ale je

ś

li jeste

ś

 moim kompanem, to musz

ę

 ci

ę

 jako

ś

 

nazwa

ć

 — powiedział. — Rozumiesz, co mówi

ę

, prawda? — Draco znów kiwn

ą

ł łebkiem, wpatruj

ą

c si

ę

 w 

Harry’ego. — Wiesz, w szkole był taki jeden chłopak... — Zastanowił si

ę

 przez chwil

ę

. — Jeste

ś

 rodzajem 

m

ę

skim, tak? — Potwierdzenie. — No, i ten chłopak potrafił zwróci

ć

 na siebie uwag

ę

... Od pierwszego 

spotkania znienawidził mnie za to, 

Ŝ

e nazywam si

ę

 Potter, a nawet mnie nie poznał. My

ś

lał, 

Ŝ

e obnosz

ę

 

si

ę

 ze sław

ą

, a ja jej nigdy nie chciałem. Mniejsza. — Popatrzył gdzie

ś

 w dal. — Miał bardzo jasne włosy, 

takie uło

Ŝ

one, nie to, co moje. Mo

Ŝ

e je farbował? I te

Ŝ

 lubił kaw

ę

, wiesz? Robił z tego taki rytuał. 

Widocznie bez niej nie umiał działa

ć

. — Spojrzał ponownie na myszk

ę

. — Nazw

ę

 ci

ę

 Draco. Pasuje do 

ciebie. 
Malfoy, gdyby mógł, rozdziawiłby usta. Zrobiło mu si

ę

 jako

ś

 tak ci

ęŜ

ko na sercu. Co? Przecie

Ŝ

 Malfoyowie 

nie maj

ą

 serca! To wyznanie wstrz

ą

sn

ę

ło nim, 

Ŝ

e poczuł jakby wyrzuty sumienia? Nie, tylko mu si

ę

 

zdawało. 
— Pip — przyznał i pokiwał łebkiem. 
— No dobra, to zbieramy si

ę

 — mrukn

ą

ł, po czym podniósł si

ę

 z ziemi. Wsadził termos do plecaka, a na 

ko

ń

cu zarzucił go na rami

ę

. — Trzeba znale

źć

 t

ę

 przekl

ę

t

ą

 czark

ę

, a wtedy zmywam si

ę

 z tego miejsca. 

— Pip — przytakn

ą

ł Malfoy. 

— Mog

ę

 i

ść

 z tob

ą

? — zasyczał w

ąŜ

— Te

Ŝ

 chcesz by

ć

 moim kompanem? — zapytał ze zdumieniem Harry. W sumie nie miał nic przeciwko. 

— Czemu nie? I tak nie mam nic do roboty. 
— Dobra, ale 

Ŝ

yjesz na stopie pokojowej z Draco — mrukn

ą

ł Potter w mowie w

ęŜ

y. Gad spojrzał na niego 

zdezorientowany. 
— Draco? Nadałe

ś

 mu imi

ę

? — Harry tylko wzruszył ramionami. — W takim razie ja te

Ŝ

 chc

ę

. Musssi 

issstnie

ć

 równouprawnienie, prawda? 

— Dobra — przyznał Harry. Przez chwil

ę

 patrzył na niego, próbuj

ą

c wymy

ś

li

ć

 imi

ę

 pasuj

ą

ce do w

ęŜ

a. — 

Ssyk. Co ty na to? 
— Pasuje. 
— Dobra, kompania. Idziemy — powiedział. — Ssyk, chod

ź

 — dodał, widz

ą

c, 

Ŝ

e w

ąŜ

 gapi si

ę

 na niego. 

Harry przystan

ą

ł na rogu korytarza, poniewa

Ŝ

 miał wra

Ŝ

enie, 

Ŝ

e ju

Ŝ

 kiedy

ś

 t

ę

dy przechodził. Nie był 

jednak pewny, mo

Ŝ

liwe, 

Ŝ

e mu si

ę

 tylko zdawało albo zamek miał jakie

ś

 magiczne wła

ś

ciwo

ś

ci 

przemieszczania sal, je

ś

li si

ę

 wykona jaki

ś

 ruch. Oczywi

ś

cie, zły ruch. Popatrzył na 

ś

ciany. We wszystkich 

korytarzach wisiały te same obrazy, a wła

ś

ciwie tylko zdobione złote ramy, bo postacie ju

Ŝ

 dawno si

ę

 

wyniosły. 
— Jak mam wiedzie

ć

, czy ju

Ŝ

 tutaj byłem? — zapytał sam siebie. 

— Piiip. Pip. 
Harry powoli ruszył wzdłu

Ŝ

 holu, szukaj

ą

c czego

ś

, co pomogłoby mu rozró

Ŝ

nia

ć

 zamek. 

— Draco mówi, 

Ŝ

eby

ś

 oznaczał 

ś

ciany — wysyczał Ssyk. 

Potter zatrzymał si

ę

 i spojrzał na niego oniemiały. 

— No co? Mam robi

ć

 za tłumacza? 

— Co powiedziałe

ś

? — Zdumiał si

ę

. — 

ś

e Draco mówił... Zaraz... rozumiesz go? 

— Wi

ę

ksssz

ą

 połow

ę

 — przyznał w

ąŜ

. — Jessstem ssszkockim w

ęŜ

em, a on mówi po angielsssku. 

Ssszczerze powiedziawssszy to ma bardzo kiepssski akcent. Czasssami sssi

ę

 musssz

ę

 domy

ś

la

ć

, o co 

mu chodzi. 
— Ale jak to? My

ś

lałem, 

Ŝ

e tylko z innymi w

ęŜ

ami mo

Ŝ

esz si

ę

 porozumie

ć

. No i z lud

ź

mi, którzy znaj

ą

 ten 

j

ę

zyk — powiedział zaskoczony. Draco wyjrzał z kieszonki i spogl

ą

dał raz na Ssyka, a raz na Harry’ego 

(to Potter! Nie zapominaj! — upomniał si

ę

 w duchu), nic nie rozumiej

ą

c. 

— Wiesssz. Ofiara ma prawo do ossstatniego 

Ŝ

yczenia przed 

ś

mierci

ą

 — o

ś

wiadczył wynio

ś

le. — 

Przecie

Ŝ

 musssz

ę

 je zrozumie

ć

, nie? 

— I dopiero teraz mi mówisz, 

Ŝ

e go rozumiesz? 

— Ta twoja kanapka ssskleiła mi ssszcz

ę

ki — odpowiedział Ssyk. — Powiniene

ś

 uwa

Ŝ

a

ć

, co jesssz. 

Harry czuł si

ę

 zbity z tropu. 

— To co Draco mówił? 
— 

ś

eby

ś

 oznaczał 

ś

ciany. 

Gryfon nagle zrozumiał. U

ś

miechn

ą

ł si

ę

 i wyj

ą

ł Dracona z kieszonki. 

— Ssyk powiedział, 

Ŝ

e dałe

ś

 mi wskazowk

ę

Ŝ

ebym oznaczał 

ś

ciany. Dzi

ę

ki! Kocham ci

ę

I pocałował myszk

ę

, po czym z powrotem wsadził skołowanego Malfoya do kieszeni. 

— Pi! Pi! Pi! 

background image

Harry spojrzał na Ssyka. 
— Po ocenzurowaniu nic nie zossstaje — sykn

ą

ł w

ąŜ

— Flagrate — wymówił wyra

ź

nie Potter, wskazuj

ą

c ró

Ŝ

d

Ŝ

k

ą

 na 

ś

cian

ę

. Na chropowatej powierzchni 

pojawił si

ę

 ognisty, krzywy krzy

Ŝ

yk. — Idziemy, Ssyk. 

 
6. 
Po kilku godzinach zaznaczania korytarzy, Harry poczuł si

ę

 strasznie zm

ę

czony. Teraz wiedział, 

Ŝ

zamek działał na tej samej zasadzie, co Hogwart — schody o ró

Ŝ

nych godzinach prowadziły do innych 

miejsc. Dlatego wci

ąŜ

 natrafiał na nieoznaczone hole. 

Otaczała go cisza; tylko czasami Draco popiskiwał lub Ssyk syczał, 

Ŝ

e niedługo „zapełza” si

ę

 na 

ś

mier

ć

— Mam do

ść

 — wyst

ę

kał. Oczy mu si

ę

 zamykały. — Musz

ę

 odpocz

ąć

. Drzemka postawi mnie na nogi. 

— Piip. Pip — pisn

ą

ł Malfoy. 

Harry usiadł przy 

ś

cianie, po czym z plecaka wyj

ą

ł dwie kanapki i jabłko. T

ą

 z kiełbas

ą

 dał Ssykowi, 

Ŝ

eby 

nie dobierał si

ę

 do Draco, a t

ą

 z serem i jabłko zjadł na spółk

ę

 z myszk

ą

Po jakim

ś

 czasie z plecaka wyci

ą

gn

ą

ł koc. Owin

ą

ł si

ę

 nim. W

ąŜ

 usadowił si

ę

 na brzegu materiału. Draco 

wyczołgał si

ę

 z kieszonki i uło

Ŝ

ył na piersi Harry’ego. Potter pogłaskał go po główce. 

— 

Ś

pij słodko, Draco. 

— Pip. 
— 

Ś

pij słodko, Ssyku. 

— Nawzajem, Władco Zwiesssz

ą

t. 

 
7. 
Ze snu przebudziły go delikatne palce muskaj

ą

ce jego szyj

ę

. Wci

ąŜ

 nie rozumiej

ą

c, co si

ę

 aktualnie 

działo, pozwolił im, by bł

ą

dziły po jego skórze. A gdy doł

ą

czyły do tego ciepłe, wilgotne wargi, Harry j

ę

kn

ą

ł 

przeci

ą

gle i, nie otwieraj

ą

c oczu, wyszukał własnymi ustami 

ź

ródło ciepła. Pocałunek był zachłanny, o 

smaku kawy i zapachu wilgoci unosz

ą

cej si

ę

 wokół. Skóra drugiej osoby sprawiała wra

Ŝ

enie delikatnej i 

Harry dotykał j

ą

 coraz 

ś

mielej, bł

ą

dz

ą

c r

ę

kami po twarzy, kieruj

ą

c si

ę

 wy

Ŝ

ej, a

Ŝ

 wpl

ą

tał palce w gładkie 

włosy. Przeczesywał je nie

ś

piesznymi ruchami, a j

ę

zykiem dotykał podniebienia drugiej osoby, czuj

ą

c, jak 

wzdłu

Ŝ

 kr

ę

gosłupa przechodz

ą

 mu przyjemne dreszcze. Do mózgu dotarła równie

Ŝ

 wiadomo

ść

Ŝ

e jego 

spodnie staj

ą

 si

ę

 stanowczo za ciasne. 

Ciało tego kogo

ś

 przyciskało Harry’ego do 

ś

ciany, r

ę

kami schodz

ą

c ni

Ŝ

ej i ni

Ŝ

ej, palcami powoli rozpinaj

ą

guziki. Okulary Pottera troch

ę

 przeszkadzały w pocałunku, ale nie mieli ochoty tego przerywa

ć

 na tak 

prozaiczn

ą

 czynno

ść

, jak pozbycie si

ę

 ich. Osoba przysun

ę

ła si

ę

 do Gryfona tak, 

Ŝ

e poczuł, jak co

ś

 

twardego napiera na jego udo... 
(CO

Ś

 TWARDEGO?) 

Znieruchomiał. Automatycznie otworzył oczy, rejestruj

ą

c wpatruj

ą

ce si

ę

 w niego szare t

ę

czówki — 

t

ę

czówki Malfoya. Odsun

ą

ł go od siebie. Był tak skołowany, 

Ŝ

e przez chwil

ę

 nie wiedział, co si

ę

 dzieje. 

— Co ty tu... Co to ma... Malfoy! — wrzasn

ą

ł. — Co, na Merlina, tutaj robisz? — Odsun

ą

ł si

ę

 jeszcze 

bardziej, szukaj

ą

c ró

Ŝ

d

Ŝ

ki. Myszki nigdzie nie było. — Gdzie jest Draco? — Dopiero po jakim

ś

 czasie zdał 

sobie spraw

ę

 z tego, jak idiotycznie to zabrzmiało. 

— Tu jestem — odpowiedział spokojnie Malfoy. 
Wygl

ą

dał do

ść

 dziwnie, musiał przyzna

ć

 Harry. Zawsze idealnie zaczesane i przylizane włosy sterczały 

mu na wszystkie strony, ju

Ŝ

 nie takie jasne i połyskuj

ą

ce, tylko przybrudzone i wywijaj

ą

ce si

ę

 na ko

ń

cach. 

Na jego ustach nie go

ś

cił ironiczny u

ś

mieszek, prawd

ę

 mówi

ą

c twarz Draco nie wyra

Ŝ

ała 

Ŝ

adnych uczu

ć

Malfoy siedział niedaleko niego, cz

ęś

ciowo okryty kocem, a jego naga klatka piersiowa wydawała si

ę

 

Harry’emu nienaturalnie poci

ą

gaj

ą

ca. 

— Nie ty. Mysz — burkn

ą

ł, po czym spojrzał na w

ęŜ

a. — Z

Ŝ

arłe

ś

 mysz! — warkn

ą

ł na niego normalnym 

głosem, a Ssyk nie wiedział, o co chodzi. 
— Nie b

ą

d

ź

 idiot

ą

, Potter — rzekł beznami

ę

tnie 

Ś

lizgon. — To ja. Ta mysz. 

— Co? 
— Jak zwykle elokwentny — zakpił. 
— Udusz

ę

 go — wysyczał Harry, nie zdaj

ą

c sobie sprawy, 

Ŝ

e powiedział to w mowie w

ęŜ

y. 

— Ej! To moja działka — zaperzył si

ę

 Ssyk. Podniósł łeb i swoimi wielkimi, czarnymi oczami popatrzył na 

Harry’ego. 
— Przecie

Ŝ

 nie jeste

ś

 dusicielem. W całej Wielkiej Brytanii nie ma takich w

ęŜ

y. 

— Ka

Ŝ

dy ma jakie

ś

 marzenia, nie? 

background image

Harry zmarszczył brwi, po czym ponownie spojrzał na 

Ś

lizgona. 

— Jak to mysz? Co... — zapytał, ignoruj

ą

c poprzednie słowa Malfoya. Ta cała sprawa wydawała mu si

ę

 

ś

mieszna. 

— Jestem animagiem — odparł bez cienia emocji. — Uciekłem od Snape’a, przemieniaj

ą

c si

ę

 w mysz, i 

zaw

ę

drowałem a

Ŝ

 tutaj. Nie opanowałem dobrze tej sztuki i nie wyszła mi ponowna przemiana. Tyle ci 

powinno wystarczy

ć

— Dlaczego? — dopytywał si

ę

. — Przecie

Ŝ

 jeste

ś

 po ich stronie. — Znalazł wreszcie ró

Ŝ

d

Ŝ

k

ę

 i, 

wymierzaj

ą

c ni

ą

 w Dracona, odsun

ą

ł si

ę

 jeszcze bardziej od 

Ś

lizgona. Malfoy jednak nadal trzymał koc, 

nie pozwalaj

ą

c, by Potter go zabrał. Harry dostrzegł, jak 

Ś

lizgon kurczowo zaciska palce na materiale, ale 

nic nie powiedział. 
— Byłem — mrukn

ą

ł. Widział wymierzon

ą

 w niego ró

Ŝ

d

Ŝ

k

ę

 i sugestywny znak brwi Pottera. — Nie 

wykonałem misji, nie zabiłem Dumbledore’a, i Cza... Wiesz O Kogo Mi Chodzi dałby mi sowit

ą

 nauczk

ę

Owszem, po kilku Crucio jeszcze bym 

Ŝ

ył, ale i tak, jako 

ś

miercio

Ŝ

erca, nie zabiłbym nikogo. Teraz ju

Ŝ

 

wszystko wiesz. Jeste

ś

 zadowolony? – ostatnie słowa wymówił z jawn

ą

 kpin

ą

— Ale jak...? Czemu teraz si

ę

 zmieniłe

ś

...? Z tej myszy w... — zapytał Harry. Wci

ąŜ

 ci

ęŜ

ko mu było 

uwierzy

ć

 w to, co mówił Malfoy. 

— Dosy

ć

 tego zwierzania, Potter. Nic wi

ę

cej ci nie powiem — burkn

ą

ł Draco. 

Harry spojrzał mu prosto w oczy, u

ś

miechaj

ą

c si

ę

 jednoznacznie. Malfoy pobladł, po czym jeszcze 

bardziej owin

ą

ł si

ę

 kocem. Gryfon miał ochot

ę

 si

ę

 roze

ś

mia

ć

; jeszcze nigdy nie widział zakłopotanego 

Ś

lizgona. 

— Nie zrobisz tego, Potter — zapiszczał Malfoy. Jego głos był bardzo podobny do pisku myszki. — Nie 
odwa

Ŝ

ysz si

ę

— Jeste

ś

 pewny? — Uniósł sugestywnie brwi. — Wingardium Le... 

— Dobra, wygrałe

ś

 — przyznał Draco w akcie desperacji. — Nie wiem, jak si

ę

 zmieniłem. Poczułem si

ę

 

bezpieczny. Twoja miło

ść

 do myszy wywołała u mnie nieznane dot

ą

d uczucia. — Specjalnie u

Ŝ

ył 

sformułowania „do myszy”, bo jakby powiedział „do mnie”, wywołałoby to niepo

Ŝą

dane skojarzenia. — 

Poza tym napiłem si

ę

 kawy i najadłem. Miałem siły. Potem przyszedł sen, w którym zacz

ą

łem przemian

ę

— Kontynuuj — mrukn

ą

ł Harry. — Dlaczego... wiesz...? 

— Jestem gejem. Poniosło mnie. To chyba wszystko wyja

ś

nia — przyznał sztywno Malfoy. Gryfon 

skrzywił si

ę

. — Czy

Ŝ

bym uraził twoje cenne i niewinne uszy, co, Potter? — zakpił. 

— Zamknij si

ę

 — wycedził. 

Milczeli przez chwil

ę

— Gdzie jeste

ś

my? — zapytał Malfoy. 

— Na Wyspie Pos

ę

pnej. 

— Urocza nazwa — skomentował 

Ś

lizgon. 

Znów milczeli. 
— Czyli nie jeste

ś

my wrogami, tak? — zapytał Harry. — Jeste

ś

 po naszej stronie. 

— Nie jestem po niczyjej stronie, Potter — mrukn

ą

ł Malfoy. Nadal mocno trzymał koc. — Ale tak, nie 

jeste

ś

my wrogami. 

 
8. 
— Masz tu spodnie i sweter — powiedział po jakim

ś

 czasie Harry, wyjmuj

ą

c rzeczy z plecaka. — Chyba 

Ŝ

e masz zamiar paradowa

ć

 okryty jedynie kocem. 

Malfoy przygl

ą

dał si

ę

 ubraniom. Potter był mniej wi

ę

cej jego wzrostu i podobnej figury, wi

ę

c rzeczy 

prawdopodobnie b

ę

d

ą

 le

Ŝ

e

ć

 na nim jak ulał, ale... Tu wła

ś

nie zaczynał si

ę

 problem. Były gryfo

ń

skie, 

szkarłatnego koloru. 
— Nie zmusisz mnie do wło

Ŝ

enia tego — burkn

ą

ł. — To uwłacza honorowi 

Ś

lizgona. 

— Twoja sprawa — rzekł spokojnie Harry. — Jak dla mnie to mo

Ŝ

esz nawet paradowa

ć

 nago, nic mnie to 

nie obchodzi. 
— Mo

Ŝ

e chcesz sobie poogl

ą

da

ć

 mnie w całej okazało

ś

ci, co? — wyszydził Draco, unosz

ą

c jedn

ą

 brew. 

Gryfon spojrzał na niego z u

ś

miechem. 

— Masz zbyt wysokie mniemanie o sobie, Malfoy — odparł. 

Ś

lizgon prychn

ą

ł. Harry szukał jeszcze jednej 

rzeczy w plecaku, ale jako

ś

 nie potrafił znale

źć

. — O! Masz tu ró

Ŝ

d

Ŝ

k

ę

— Tak bardzo mi ufasz, Potter? — zapytał z kpin

ą

 Malfoy. Nie mógł si

ę

 powstrzyma

ć

 od takich 

komentarzy. 
— Nie. W ogóle ci nie ufam — odpowiedział, u

ś

miechaj

ą

c si

ę

 fałszywie. — To ró

Ŝ

d

Ŝ

ka od Freda i 

background image

George’a, jeden z ich nowych wynalazków. Ma dwie całkiem przydatne funkcje. Jakby wróg nagle j

ą

 

przej

ą

ł, to nie da rady skierowa

ć

 jej na mnie, a w przypadku, gdy chciałby z ni

ą

 uciec, po pi

ęć

dziesi

ę

ciu 

stopach ró

Ŝ

d

Ŝ

ka wysyła do

ść

 bolesny czar. Nie próbowałem jej jeszcze, ale bli

ź

niacy testowali j

ą

 na 

sobie. Przez jaki

ś

 czas George miał pewne problemy z r

ę

k

ą

. Tak wi

ę

c nic mi nie grozi — skwitował. 

— To całkiem przekonywuj

ą

cy argument — prychn

ą

ł Draco. — A teraz łaskawie si

ę

 odwró

ć

, bo b

ę

d

ę

 si

ę

 

przebierał. 
— No co ty? A kto przed chwil

ą

 chciał paradowa

ć

 na golasa? 

— Zamknij si

ę

 i odwró

ć

 — warkn

ą

ł. 

Harry zachichotał. 
 
9. 
— Gdzie idziemy? — zapytał Malfoy. 
Harry zerkn

ą

ł na blondyna. Draco zd

ąŜ

ył uło

Ŝ

y

ć

 sobie jako

ś

 włosy, cho

ć

 nadal były przybrudzone. Min

ę

 

miał zaci

ę

t

ą

, jakby nie chciał pokaza

ć

 Gryfonowi swoich uczu

ć

. I najwyra

ź

niej nie czuł si

ę

 dobrze w 

gryfo

ń

skich kolorach ubra

ń

Za nimi pełzł powoli Ssyk, ci

ą

gle narzekaj

ą

c. 

— Gdzie

ś

, gdzie ukryty jest kielich Helgi Hufflepuff — mrukn

ą

ł Harry. 

— A po co ja tu jestem? Przecie

Ŝ

 to twoja misja. 

— Je

ś

li chcesz, mo

Ŝ

esz sobie pój

ść

, ale oddaj ró

Ŝ

d

Ŝ

k

ę

, chyba 

Ŝ

e wolisz dosta

ć

 czym

ś

 podobnym do 

Crucio — mrukn

ą

ł. 

— Zmieni

ę

 si

ę

 z powrotem w mysz — stwierdził rzeczowo Malfoy. 

— Tylko tym razem mo

Ŝ

esz nie mie

ć

 szcz

ęś

cia — odparł zgry

ź

liwie Harry. — A poza tym, co ci to da? 

— To nie b

ę

d

ę

 si

ę

 przemieniał — powiedział na przekór. — Wyjd

ę

 z zamku i pójd

ę

 przed siebie. W ko

ń

cu 

gdzie

ś

 dojd

ę

— Uprzejmie ci

ę

 informuj

ę

Ŝ

e prawie cały teren wokół zamku pokrywaj

ą

, a pewnie pami

ę

tasz, o czym 

były lekcje obrony przed czarn

ą

 magi

ą

, nie? — zacz

ą

ł uprzejmie Harry. — 

ś

e w mokradłach 

Ŝ

yj

ą

... 

— Wiem, co 

Ŝ

yje w mokradłach — burkn

ą

ł Draco. Min

ę

 miał pos

ę

pn

ą

— Nie radziłbym ci spotka

ć

 si

ę

 z nimi twarz

ą

 w twarz i to bez ró

Ŝ

d

Ŝ

ki. 

— To po co tu jestem? — zapytał prawie histerycznie 

Ś

lizgon. 

— Dotrzymujesz mi towarzystwa — odpowiedział spokojnie Potter. Zaznaczył krzywym krzy

Ŝ

ykiem 

kolejn

ą

 

ś

cian

ę

. — We dwóch zawsze ra

ź

niej. Niewiadomo, na co si

ę

 natkniemy. 

— Nogi mnie bol

ą

 — sykn

ą

ł z 

Ŝ

alem w

ąŜ

. Harry zignorował go. 

— Jak to „niewiadomo, na co si

ę

 natkniemy”? Wcze

ś

niej nie wspominałe

ś

 o jakich

ś

 obcych — j

ę

kn

ą

ł 

Malfoy. Wygl

ą

dał na lekko przera

Ŝ

onego. 

— Nie j

ę

cz tak. Nie b

ę

dzie tak 

ź

le. 

— Noogi mnie bool

ą

 — wysyczał gło

ś

niej Ssyk. 

— Przecie

Ŝ

 nie masz nóg — odpowiedział mu Harry. 

— A co mam powiedzie

ć

ś

e bol

ą

 mnie łussski? — zirytował si

ę

 w

ąŜ

. — Jessstem mały. Musssz

ę

 wi

ę

cej 

sssiły u

Ŝ

ywa

ć

Ŝ

eby za wami nad

ąŜ

y

ć

— To wolny kraj. Nie musisz i

ść

 za nami — burkn

ą

ł. Malfoy przygl

ą

dał si

ę

 tej dziwnej wymianie zda

ń

oczywi

ś

cie nic z tego nie rozumiej

ą

c. 

— Ale chc

ę

 — zaprotestował. Harry wywrócił oczami. 

— Dobra. Tylko nie marud

ź

, okej? 

— A dossstan

ę

 kanapk

ę

 z kiełbasss

ą

— Dostaniesz, ale pó

ź

niej — odpowiedział Potter. Przez chwil

ę

 patrzył na w

ęŜ

a, a potem odwrócił si

ę

 do 

Malfoya. — No co? 
— Co mówił? — zapytał. 
— Narzekał, 

Ŝ

e go nogi bol

ą

 — odparł z rozbawieniem Harry. 

— Przecie

Ŝ

 on nie ma nóg. 

— To samo mu powiedziałem. — Kolejny krzy

Ŝ

yk ozdobił 

ś

cian

ę

. — Idziemy dalej. 

Po niesko

ń

czonej liczbie, jak si

ę

 zdawało Harry’emu, oznacze

ń

 

ś

cian, dotarli przed wielkie, mahoniowe 

drzwi. Tak jak wsz

ę

dzie farba złuszczała si

ę

 z drewna wielkimi płatami, ale Gryfon tak po prostu nie mógł 

ich otworzy

ć

. Były zamkni

ę

te zakl

ę

ciem. 

Spojrzeli na siebie i kiwn

ę

li głowami. 

— To tutaj — powiedzieli równocze

ś

nie. 

 

background image

10. 
— Alohomora — rzucił zakl

ę

cie Malfoy, kiedy Potter dał mu znak. 

Drzwi otworzyły si

ę

 powoli, skrzypi

ą

c lekko. Draco i Harry zrobili dwa kroki do przodu, trzymaj

ą

wyci

ą

gni

ę

te przed siebie ró

Ŝ

d

Ŝ

ki, i nasłuchuj

ą

c, czy jest co

ś

 w 

ś

rodku. Na niewielkiej kolumnie na 

ś

rodku 

pomieszczenia stał kielich. Błyszczał w 

ś

wietle promieni słonecznych dochodz

ą

cych zza wielkich okien. 

Czara iskrzyła drogocennymi kamieniami — awanturynami i melanitami — w kolorze br

ą

zu i 

Ŝ

ółci. 

Po drugiej stronie znajdowały si

ę

 inne drzwi, uchylone na zewn

ą

trz, przez które wciskał si

ę

 chłodny wiatr. 

— Trzeba było wej

ść

 od tylnej strony, Potter. Ale nie. Wielki Bohater zawsze wchodzi głównymi wej

ś

ciami 

— burkn

ą

ł Malfoy, wykrzywiaj

ą

c usta w kpi

ą

cym grymasie. — Unikn

ą

łby

ś

 taaakiej w

ę

drówki. 

— A ty by

ś

 został strawiony przez w

ęŜ

a — odci

ą

ł si

ę

 Harry. 

Nie podobała mu si

ę

 ta cisza. 

— No dalej, zabieraj to cholerstwo. Chc

ę

 si

ę

 st

ą

d jak najszybciej wynie

ść

 — warkn

ą

ł Draco. 

— Nie szkoda ci b

ę

dzie abstynencji kawowej? — za

ś

miał si

ę

 Gryfon. Powoli podchodził do horkruksa 

Helgi Hufflepuff. 
— Och, zamknij si

ę

Gdy tylko Harry jeszcze bardziej przybli

Ŝ

ył si

ę

 do kolumny, a jego twarz o

ś

wietliły kamienie, rozległo si

ę

 

nie

ś

miałe chrobotanie. Z ka

Ŝ

d

ą

 sekund

ą

 d

ź

wi

ę

k nasilał si

ę

, doł

ą

czyły do niego ciche pla

ś

ni

ę

cia. 

Harry’emu zje

Ŝ

yły si

ę

 na karku włoski. Malfoy pobladł. 

— Te

Ŝ

 to słyszysz? — zapytał Potter. Czuł, jak poc

ą

 mu si

ę

 dłonie. Draco tylko kiwn

ą

ł głow

ą

Z ukrycia wyszło to, czego najbardziej obawiał si

ę

 Malfoy — potwory. Wszystkie miały nisko zawieszony 

tułów, podobnie jak pi

ęć

 nóg, z których ka

Ŝ

da zako

ń

czona była zdeformowan

ą

 stop

ą

 poro

ś

ni

ę

t

ą

 grub

ą

czerwonobr

ą

zow

ą

 sier

ś

ci

ą

. Na samej górze wpatrywały si

ę

 w przybyszów czarne niczym smoła małe 

oczka przypominaj

ą

ce guziki. Z ciemno

ś

ci wynurzyło si

ę

 ich kilka, zapewne zwabione zapachem ludzi, 

cho

ć

 Malfoy miał wra

Ŝ

enie, 

Ŝ

e nieustannie si

ę

 mno

Ŝą

— O Bo

Ŝ

e! Zabieraj to i spieprzamy! — krzykn

ą

ł Draco, patrz

ą

c, jak jego r

ę

ce dr

Ŝą

Harry wyci

ą

gn

ą

ł r

ę

k

ę

 po kielich dokładnie w momencie, kiedy stwory ruszyły ku nim 

Ŝ

wawo. Malfoy 

poci

ą

gn

ą

ł go za r

ę

kaw szaty, daj

ą

c mu znak, by szybko st

ą

d uciekali. W szarych oczach 

Ś

lizgona 

dostrzec mo

Ŝ

na było przera

Ŝ

enie. Prawdopodobnie wiedział, kim lub czym s

ą

 potwory. Krzykn

ą

ł zakl

ę

cie, 

lecz nie trafił w stworzenie. Potter jednak nie dał za wygran

ą

, chwycił horkruks, ale ten wy

ś

lizgn

ą

ł si

ę

 z 

jego spoconych palców, po czym słycha

ć

 było brzd

ę

k metalu na posadzce. Odtoczył si

ę

 w ciemn

ą

 cz

ęść

 

komnaty. Gryfon my

ś

lał, 

Ŝ

e zd

ąŜ

y podnie

ść

 i wzi

ąć

 czark

ę

, ale zwierz

ę

ta wyczuły ich zapachy i w szybkim 

tempie zbli

Ŝ

ały si

ę

 do nich. Ten, który był najbli

Ŝ

ej, owin

ą

ł siln

ą

, cho

ć

 gi

ę

tk

ą

 nog

ą

 kostk

ę

 Harry’ego. 

Chłopak zachwiał si

ę

, próbuj

ą

c utrzyma

ć

 równowag

ę

— Dr

ę

... — Ze strachu zabrakło mu powietrza w płucach. 

— Dr

ę

twota! — rykn

ą

ł Malfoy, a zwierz

ę

 pu

ś

ciło nog

ę

 Gryfona. Draco ponownie poci

ą

gn

ą

ł Pottera za 

r

ę

kaw. 

Zamkn

ę

li drzwi. 

— Colloportus — wydyszał Harry. Przez chwil

ę

 słycha

ć

 było ciche stukanie, a

Ŝ

 w ko

ń

cu umilkło. 

Obaj usiedli na ziemi, dysz

ą

c ci

ęŜ

ko. 

— „Trzeba było wej

ść

 od tylnej strony, Potter”, tak? — przedrze

ź

niał Malfoya Harry. Draco tylko wywrócił 

oczami. — Co to, na Merlina, było? 
— Nigdy nie czytałe

ś

 Fantastycznych Zwierz

ą

t, Potter? — 

Ś

lizgon spojrzał z odraz

ą

 na w

ęŜ

a, który 

wygl

ą

dał, jakby si

ę

 u

ś

miechał. Gryfon nie skomentował tych słów. Od dawna starał si

ę

 ignorowa

ć

 docinki 

ze strony Malfoya; z ró

Ŝ

nym skutkiem. — Jeste

ś

my na Wyspie Pos

ę

pnej, tak? — Harry potwierdził. — To 

wszystko jasne. To kwintopedy. 
— Kwinto... co? 
— Twoja elokwencja mnie pora

Ŝ

a — zakpił. — Kwintopedy. Zaklasyfikowane przez Ministerstwo Magii 

jako wyj

ą

tkowo niebezpieczne. 

ś

yj

ą

 tylko tutaj. 

— Mów dalej — zach

ę

cił go Harry. 

— Istniej taka legenda, która mówi, 

Ŝ

e kwintopedy s

ą

 zamienionymi w zwierz

ę

ta lud

ź

mi — powiedział 

chwil

ę

 pó

ź

niej Malfoy, odgarniaj

ą

c włosy z czoła. Robił to takim hipnotyzuj

ą

cym ruchem, 

Ŝ

e Harry 

przygl

ą

dał mu si

ę

 z zainteresowaniem. — Pono

ć

 kiedy

ś

 Wysp

ę

 Pos

ę

pn

ą

 zamieszkiwały dwie rodziny 

czarodziei: McClivertowie i MacBoonowie. Wybuchł pojedynek mi

ę

dzy pijanym Dugaldem z klanu 

McClivert i równie pijanym Kwintusem z MacBoonów. Owa bijatyka zako

ń

czyła si

ę

 

ś

mierci

ą

 Dugalda. 

Podobno pó

ź

niej grupa McClivertów otoczyła zabudowania MacBoonów, i pragn

ą

c si

ę

 zem

ś

ci

ć

, zamieniła 

ich wszystkich w potworne, pi

ę

cionogie stwory. Stwory te okazały si

ę

 bardzo gro

ź

ne i zabiły McClivertów, 

background image

a

Ŝ

 na wyspie nie pozostał ani jeden człowiek, tylko te stworzenia. 

— My

ś

lisz, 

Ŝ

e to mogło sta

ć

 si

ę

 naprawd

ę

? — zapytał Harry. — Przecie

Ŝ

 Urz

ą

d Kontroli nad Magicznymi 

Stworzeniami powinien to jako

ś

 zbada

ć

, nie? 

— Pono

ć

 próbowali ich odtransmutowa

ć

, ale bez rezultatów — mrukn

ą

ł Malfoy. Nawet nie zauwa

Ŝ

yli, jak 

zacz

ę

li ze sob

ą

 normalnie rozmawia

ć

. — Ale ja w to nie wierz

ę

. To banda półgłówków. Pewnie przybyli, 

zobaczyli, co si

ę

 tutaj dzieje, i pole

ź

li z powrotem, oznajmiaj

ą

c, 

Ŝ

Ŝ

adne próby im si

ę

 nie powiodły. To 

srajtyłki. Bior

ą

 pieni

ą

dze za nic nie robienie. — Spojrzał na plecak Harry’ego. — Masz tam mo

Ŝ

e jeszcze 

troch

ę

 kawy? — Specjalnie zapytał tak miło. Dla kawy był w stanie zrobi

ć

 wszystko. No, prawie wszystko. 

— Jasne. — Wyj

ą

ł z plecaka termos i podał go Draco. — Ja musz

ę

 odzyska

ć

 horkruks. Nie wycofam si

ę

 

przed samym ko

ń

cem. 

— Mog

ę

 ich zaavadowa

ć

 — odparł 

Ś

lizgon, w przerwie delektowania si

ę

 cudownym napojem. — Uczyłem 

si

ę

 tej kl

ą

twy, trenuj

ą

c na paj

ą

kach. 

— A je

ś

li to naprawd

ę

 s

ą

 ludzie? Przecie

Ŝ

 mówiłe

ś

Ŝ

e nie potra... 

— Wiem, co mówiłem, Potter — przerwał mu Malfoy. — Problem w tym, 

Ŝ

e nie mamy pewno

ś

ci. A teraz 

to s

ą

 zwierz

ę

ta... — Spojrzał na Harry’ego. — Ty chyba nie my

ś

lisz... 

— Wła

ś

nie tak. — Odebrał od 

Ś

lizgona termos. Draco wygl

ą

dał tak, jakby zabrano mu ulubionego misia. 

— Jeste

ś

 szalony! — wybuchł. — No tak! Prosimy powita

ć

 Wielkiego — Bohatera — Harry’ego — Nic — 

Mnie — Nie — Pokona — Pottera, który dobrowolnie idzie na ze

Ŝ

arcie przez te mi

ę

so

Ŝ

erne monstra! 

Przecie

Ŝ

 jest ich tam kilkana

ś

cie! 

— Przesta

ń

! Nie jestem taki, za jakiego mnie uwa

Ŝ

asz — prychn

ą

ł Harry ze zło

ś

ci

ą

. — Mam ich 

wszystkich wybi

ć

? Nie jestem morderc

ą

Draco fukn

ą

ł co

ś

 niezrozumiale. 

Siedzieli na podłodze, milcz

ą

c, od czasu do czasu przelotnie na siebie zerkaj

ą

c. W

ąŜ

 zwin

ą

ł si

ę

 w kł

ę

bek i 

obserwował ich czarnymi oczkami. 
— Ssyk, mamy problem — zacz

ą

ł Harry w mowie w

ęŜ

y. — Za drzwiami s

ą

 stworzenia. Mo

Ŝ

e by

ś

 z nimi 

pogadał, co? To tutejsi mieszka

ń

cy. 

— Nie ma mowy — zaprotestował. — Nie dogadam sssi

ę

 z nimi. 

— Ale przecie

Ŝ

 zrozumiałe

ś

, co mówił Draco. 

— Bo był moj

ą

 ofiar

ą

... A dla nich to ja jessstem ofiar

ą

— Dostaniesz kanapk

ę

 z kiełbas

ą

 — próbował przekona

ć

 go Harry. Malfoy mruczał co

ś

 do siebie. 

— Nie. To ty jessste

ś

 Władc

ą

 Zwiesssz

ą

t, nie ja. 

Harry z konsternacj

ą

 spojrzał na drzwi. 

Miał Plan. 
 
11. 
— Jeste

ś

 popieprzony, Potter — warkn

ą

ł Malfoy, kiedy Harry wytłumaczył mu swój Genialny Plan. 

— Wiem. Dlatego ci si

ę

 podobam — rzucił od niechcenia Gryfon, odwracaj

ą

c wzrok. Draco w duchu 

przyznał, 

Ŝ

e Cholerny Wybawiciel 

Ś

wiata miał racj

ę

. Pieprzone hormony, pomy

ś

lał. 

— A nie pomy

ś

lałe

ś

 wcze

ś

niej, 

Ŝ

eby u

Ŝ

y

ć

 Accio? — zapytał zgry

ź

liwie 

Ś

lizgon. 

— Wida

ć

 nie jestem takim Super Bohaterem, za jakiego mnie uwa

Ŝ

asz, Malfoy — odgryzł si

ę

 Harry. 

— Czyli co? Otwieramy drzwi i walimy w nie Dr

ę

twot

ą

? — podsumował Draco. 

— Dokładnie taka jest pierwsza faza planu — przyznał Harry. — Reszt

ę

 ju

Ŝ

 wiesz. No, chyba, 

Ŝ

e masz 

lepszy pomysł. 
— To najlepszy plan, na jaki było sta

ć

 Gryfona — burkn

ą

ł Malfoy, spogl

ą

daj

ą

c na Harry’ego dziwnym 

wzrokiem. Podniósł si

ę

 z ziemi. — To ruszaj si

ę

, bo chc

ę

 dosta

ć

 kaw

ę

 
12. 
— Dr

ę

twota! 

— Dr

ę

twota! 

Powietrze przeci

ę

ły czerwone smugi zakl

ęć

. Jedno trafiło prosto w kwintopeda, 

ś

cinaj

ą

c go z nóg, drugie 

chybiło kilka cali od włochatej nogi zwierz

ę

cia. Malfoy miał zaci

ę

t

ą

 min

ę

 i Harry, kiedy na niego spojrzał, 

miał ochot

ę

 załagodzi

ć

 emocje widniej

ą

ce na jego twarzy, wpl

ą

ta

ć

 palce w jedwabi

ś

cie mi

ę

kkie włosy 

Ś

lizgona. Czu

ć

 jego oddech na twarzy... To było dziwne uczucie i co

ś

 ciepłego rozlało si

ę

 w okolicach 

serca. Zamarł z ró

Ŝ

d

Ŝ

k

ą

 w dłoni. 

— Potter, nie gap si

ę

 na mnie, tylko walcz! — rykn

ą

ł Malfoy. Harry spłon

ą

ł rumie

ń

cem, którego, na 

szcz

ęś

cie, 

Ś

lizgom nie mógł zauwa

Ŝ

y

ć

. Podbiegł bli

Ŝ

ej. 

background image

— Dr

ę

twota! 

— Dr

ę

twota! 

Kolejne zakl

ę

cia poszybowały w kierunku stworów. Harry trafił jedynie w glinian

ą

 mis

ę

, która roztrzaskała 

si

ę

 w drobny mak, robi

ą

c wiele hałasu i wprowadzaj

ą

c w ruch mnóstwo zaległego na ró

Ŝ

nych 

przedmiotach kurzu. Jeden z kwintopedów ponownie chciał go zaatakowa

ć

, lecz Malfoy strzelił mu 

Dr

ę

twot

ą

 mi

ę

dzy oczy. 

— Accio horkruks Helgi Hufflepuff — wykrzykn

ą

ł Harry. Kielich wzbił si

ę

 w powietrze i poszybował do 

chłopaka. Gryfon chwycił czark

ę

, teraz ju

Ŝ

 był pewny, 

Ŝ

e jej nie wypu

ś

ci. — Dr

ę

twota! — krzykn

ą

ł. 

Zaległa cisza. Kiedy kurz opadł, zobaczyli, 

Ŝ

e na posadzce le

Ŝą

 trzy oszołomione kwintopedy. 

— „Jest ich tam kilkana

ś

cie”. Och, doprawdy — zadrwił, próbuj

ą

c imitowa

ć

 piskliwy głos Malfoya. Wyszedł 

mu bardziej skrzek 

Ŝ

aby. — Rozumiem twoj

ą

 tendencj

ę

 do wyolbrzymiania, ale, na Merlina, nie mo

Ŝ

esz 

by

ć

 takim tchórz... 

— Zamknij si

ę

! — warkn

ą

ł Draco. 

Nie mógł wycelowa

ć

 ró

Ŝ

d

Ŝ

k

ą

 w Gryfona, wi

ę

c rzucił si

ę

 na niego. Harry uderzył głow

ą

 o 

ś

cian

ę

, a r

ę

ka, w 

której trzymał ró

Ŝ

d

Ŝ

k

ę

, znalazła si

ę

 za jego plecami. Przez chwil

ę

 nie wiedział, co si

ę

 dzieje. Malfoy 

przyciskał go do muru; jego r

ę

ce znajdowały si

ę

 po obu stronach głowy Harry’ego, a twarz 

Ś

lizgona była 

tak blisko, 

Ŝ

e czuł jego oddech na policzkach — taki ciepły... 

— Nie nazywaj mnie tchórzem — wysyczał. — Nie jestem Gryfonem, nie rzucam si

ę

 do walki, nie my

ś

l

ą

c, 

co robi

ę

. Jestem 

Ś

lizgonem, Potter. A 

Ś

lizgoni działaj

ą

 dyskretnie, a przede wszystkim dbaj

ą

 o własn

ą

 

skór

ę

— Ssyk... — wyszeptał Harry w mowie w

ęŜ

y. Przygryzł warg

ę

— Co? — odpowiedział gad. 
Ale Malfoy nie dał mu doko

ń

czy

ć

. Naparł ustami na wargi Harry’ego, nieomal je mia

Ŝ

d

Ŝą

c. Sił

ą

 próbował 

pogł

ę

bi

ć

 t

ę

 imitacj

ę

 pocałunku. W ko

ń

cu Gryfon si

ę

 poddał. Posłusznie rozchylił wargi, wchłaniaj

ą

c ciepło, 

którym obdarzał go Draco. Czuł co

ś

 dziwnego, czego jeszcze nigdy nie do

ś

wiadczył z dziewczyn

ą

; nie 

potrafił tego opisa

ć

, ale było lepsze. O wiele lepsze. By

ć

 mo

Ŝ

e to ta siła, ta brutalno

ść

, której nie 

okazywała 

Ŝ

adna przedstawicielka płci pi

ę

knej. One obdarzały go tylko subtelnymi pocałunkami, 

niewinnymi pieszczotami, jakby bały si

ę

 wykrzesa

ć

 z siebie troch

ę

 dziko

ś

ci i szale

ń

czej nami

ę

tno

ś

ci. 

Ś

lizgon przesuwał dło

ń

mi po ramionach Pottera, 

ś

ciskaj

ą

c je mocno, po czym zjechał palcami ni

Ŝ

ej. 

Powoli, nie spiesz

ą

c si

ę

, rozpinał jego guziki. Jednocze

ś

nie wciskał kolano mi

ę

dzy uda chłopaka. 

— Fuj! — sykn

ą

ł w

ąŜ

. — To obrzydliwe. 

To jakby Harry’ego orze

ź

wiło. Zrozumiał, co robi

ą

. Odzyskał 

ś

wiadomo

ść

Ŝ

e tkwi

ą

 w 

ś

rodku gniazda 

u

ś

pionych os, które w ka

Ŝ

dej chwili mog

ą

 si

ę

 obudzi

ć

, a wtedy b

ę

dzie ju

Ŝ

 za pó

ź

no. Odepchn

ą

ł od siebie 

Malfoya. Przez chwil

ę

 mierzyli si

ę

 wzrokiem, a

Ŝ

 w ko

ń

cu Potter spu

ś

cił wzrok, by nie widzie

ć

 triumfu na 

twarzy 

Ś

lizgona. 

— Wygrałe

ś

, Malfoy, cieszysz si

ę

? — warkn

ą

ł. — Ale jeszcze nie zako

ń

czyłem misji, wi

ę

c b

ą

d

ź

 łaskaw 

hamowa

ć

 swoje pop

ę

dy, dobra? 

Malfoy tylko u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 z wy

Ŝ

szo

ś

ci

ą

— To co z nimi robimy? — zapytał. 
— Odtransmutowywujemy — poinformował zwi

ęź

le Potter. — Pami

ę

tasz, jakie to było zakl

ę

cie, tak? 

— Jasne. To na trzy. 
— Raz... Dwa... Trzy! 
Błysn

ę

ło bladoniebieskie 

ś

wiatło. Kwintoped nagle zacz

ą

ł si

ę

 zmienia

ć

. Powoli, jak w zwolnionym filmie, 

jego tułów rozci

ą

gał si

ę

, włosy opadały, a z ko

ń

czyn powstawały nogi. Kiedy proces dobiegł ko

ń

ca, przez 

chłopakami ukazał si

ę

 całkowicie nagi m

ęŜ

czyzna le

Ŝą

cy na posadzce w pozycji embrionalnej. Miał dług

ą

siw

ą

 brod

ę

, tego samego koloru przerzedzone włosy oraz obwisłe ciało. 

Harry wyci

ą

gn

ą

ł z plecaka koc i nakrył nim staruszka. 

Odczarowali te

Ŝ

 pozostałych ludzi. 

— A mówiłem, 

Ŝ

e ci z Ministerstwa to srajtyłki — o

ś

wiadczył zarozumiale Malfoy. 

 
13. 
Dwóch m

ęŜ

czyzn i kobieta siedzieli w ubraniach Harry’ego, opatuleni kocem. Wygl

ą

dali troch

ę

 jak klowny. 

Malfoy rzucił na nich zakl

ę

cie — po tylu latach milczenia zanikły im struny głosowe — ale 

Ś

lizgon 

przywrócił im t

ę

 zdolno

ść

— Rzeczywi

ś

cie jeste

ś

cie MacBoonami? — zapytał ze zdumieniem Harry. Rozpalili ogie

ń

 w jednej z 

dawno nieu

Ŝ

ywanych komnat i teraz siedzieli, patrz

ą

c si

ę

 na płomienie. 

background image

— Tak. Gdy mnie zamieniono, miałam sze

ść

 lat, a moi bracia siedem. — Dwaj m

ęŜ

czy

ź

ni byli bardzo do 

siebie podobni. — To było w tysi

ą

c dziewi

ęć

set siódmym. Kwintus był moim dziadkiem i to on sprowadził 

na nas te kl

ą

tw

ę

 w postaci zemsty McClivertów. A starszyzna potem zabiła wszystkich McClivertów w 

pie

ń

. Nie wiedzieli

ś

my, co si

ę

 stało, oni ich tak po prostu zjedli. — Powstrzymywała szloch. Harry spojrzał 

na ni

ą

 ze współczuciem. 

— Jako

ś

 

Ŝ

yli

ś

my — ci

ą

gn

ą

ł dalej m

ęŜ

czyzna. — Mieszkali

ś

my w jednej z komnat na wie

Ŝ

y, ale pó

ź

niej 

zawaliła si

ę

 i wi

ę

kszo

ść

 z nich przygniotło. Tylko my zostali

ś

my. Dlatego przenie

ś

li

ś

my si

ę

 na parter, 

blisko wyj

ś

cia, 

Ŝ

eby

ś

my mogli uciec, gdyby znów co

ś

 si

ę

 zawaliło. 

— O Bo

Ŝ

e — j

ę

kn

ą

ł Potter. 

— Który teraz jest rok? — zapytał kobieta, kiedy si

ę

 uspokoiła. 

— Dziewi

ęć

dziesi

ą

ty siódmy — odparł beznami

ę

tnie Malfoy. 

 
14. 
Oddał staruszkom 

ś

wistoklik do Nory. Ubrani w rzeczy Harry’ego znikn

ę

li, pozostawiaj

ą

c po sobie jedynie 

smug

ę

 kurzu. 

— Nie my

ś

lałem, 

Ŝ

e do

Ŝ

yj

ę

 chwili, kiedy b

ę

d

ę

 ci dzi

ę

kowa

ć

, ale dzi

ę

ki, Malfoy — powiedział Harry, 

patrz

ą

c na kielich. — Poka

Ŝę

 go McGonagall i wspólnymi siłami go zniszczymy. 

— Jak mogłe

ś

 odda

ć

 im cał

ą

 kaw

ę

?! — zagrzmiał nagle Draco, ni w pi

ęć

 ni w dziewi

ęć

— Spokojnie, Malfoy — odparł Harry. — Mam jeszcze troch

ę

Podał 

Ś

lizgonowi termos. 

W

ąŜ

 przygl

ą

dał si

ę

 im czarnymi oczkami. 

— To ju

Ŝ

 koniec naszej w

ę

drówki, Ssyk — powiedział Gryfon. — Mam tu dla ciebie kanapk

ę

 z kiełbas

ą

— Naprawd

ę

 jessste

ś

 Władc

ą

 Zwiesssz

ą

t. Ujarzmiłe

ś

 tak

ą

 zdobycz. 

Harry za

ś

miał si

ę

— Masz t

ę

 swoj

ą

 kanapk

ę

 i powodzenia. 

Draco sko

ń

czył wła

ś

nie pi

ć

 kaw

ę

. Spojrzał na Harry’ego jako

ś

 tak... inaczej. 

— Dlaczego wcze

ś

niej mówiłe

ś

 

Ŝ

e mnie nienawidzisz, a teraz to? — zapytał Potter, cho

ć

 i tak wiedział, 

Ŝ

Malfoy zb

ę

dzie go jak

ąś

 prozaiczn

ą

 wymówk

ą

— Kłamałem. 
I pocałował Harry’ego w usta. 
To było najbardziej niesamowite zako

ń

czenie wakacji w moim 

Ŝ

yciu, pomy

ś

lał Harry, obejmuj

ą

c Malfoya. 

 
 
Koniec. 
 
*kwintopedy zostały zaczerpni

ę

te z „Fantastyczne zwierz

ę

ta i jak je znale

źć

” Newta Skamandera.