background image

MEREDITH WEBBER

Spotkanie w przestworzach

(Wings of duty)

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Przez ogród, który w tej spalonej słońcem okolicy był oazą kwiatów i zieleni, szedł w jej 

kierunku młody, szczupły mężczyzna w spranych niemal do białości dżinsach i sportowej 
niebieskiej koszulce. 

– Szuka pan może informacji? Jeszcze nieczynna. Wystarczyło, że nieznajomy spojrzał 

na nią, a słowa zamarły Claudii na ustach. Ten błękit oczu... Nie widziała jeszcze nigdy 
czegoś   podobnego.   W   romansach,   jakie   lubiła   czytać,   bohaterowie   mieli   oczy 
ciemnoniebieskie, które przybierały czasem odcień granatu. Oczy tych, którzy nosili szkła 
kontaktowe, nabierały niekiedy odcienia koloru fiołków. 

A teraz napotkała rozsłoneczniony błękit, jaki ma niebo w pogodny, zimowy dzień. W 

dodatku oczy te śmiały się. 

– Nie, nie... – odpowiedział z lekkim obcym akcentem. – Ale wiem, którędy iść. 
Nie spuszczał z niej wzroku, a ona czuła, jak się czerwieni. Niespodziewanie dla siebie 

samej zaczęła się zastanawiać nad swym strojem. Mogłam przecież była włożyć tę nową białą 
sukienkę, którą kupiłam po ostatniej wypłacie! Ciekawe, jak ja wyglądam w tych starych, 
żółtych szortach i koszuli we wzorki, myślała. Szybko jednak powróciła na ziemię. 

– O, to przepraszam – rzekła zakłopotana. – W każdym razie życzę panu miłego dnia. 
Minęła   go   pospiesznie   i   wpadła   do   budynku,   który   powitał   ją   chłodem,   jaki   dawała 

klimatyzacja. 

Skąd właściwie przyszło mi do głowy, że to był ktoś obcy? Rainbow Bay to przecież 

miasteczko i nie sposób znać wszystkich, którzy tu mieszkają. 

– Dzień dobry – usłyszała, gdy tylko znalazła się na chłodnym korytarzu. 
– Dzień dobry pani – odpowiedziała. 
Skierowała się w stronę półotwartych drzwi, na których widniała tabliczka z napisem 

„Kierownik bazy”. Siedziała za nimi Leonie Cooper, przyjaciółka jej ciotki. To ona właśnie 
zaproponowała Claudii pracę w bazie Medycznej Służby Powietrznej w Rainbow Bay. 

Claudia   czuła   się   ostatnio   bardzo   samotna   i   była   trochę   zagubiona,   z   radością   więc 

przystała na propozycję pani Cooper, która była zdania, że praca w bazie zapewnić jej może 
dobry start. 

Trzy miesiące temu zapadła decyzja, żeby skomputeryzować dane pacjentów i Claudii 

zaoferowano   posadę   urzędniczki,   której   głównym   zadaniem   było   wprowadzanie   tych 
informacji do komputera. 

– Czy zasmakowało ci dorosłe życie? – spytała Leonie. Uśmiech wygładził jej przy tym 

zmarszczki, które tworzyły się, gdy marszczyła czoło. 

– Przyznam się, że to dziwne uczucie – odparła Claudia, zatrzymując się przy biurku pani 

Cooper. – Ogromnie mi się tu podoba. Lubię poznawać nowych ludzi, ciocia Stepha jest 
naprawdę kochana, ale bardzo mi brak farmy. Tęsknię do taty i chłopaków, no i oczywiście 
ciągle się martwię o mamę... 

Przerwała, jakby zbierała myśli, by lepiej wyrazić, co czuje. 

background image

– Mama namawiała cię przecież, żebyś zaczęła pracować – przypomniała pani Cooper. – 

Uważała, że nie możesz całe życie siedzieć w domu – dodała z serdecznym uśmiechem. 

Claudia przytaknęła. 
– Wcale nie żałuję – zapewniła, starając się nie myśleć o tęsknocie za domem, która nie 

dawała jej spokoju nawet w biurze. 

– Naprawdę lubię swoją pracę, wszyscy są tu wspaniali, nawet doktor Flint, który mi 

ciągle dogaduje... 

Drugi już raz tego ranka poczuła, że robi się czerwona. 
– Porozmawiam z doktorem Flintem – zapewniła ją pani Cooper, ale zrobiła to takim 

tonem,   że   Claudia   pożałowała   od   razu,   że   powiedziała   cokolwiek.   –   Chyba   rozumiem, 
dlaczego   czujesz   się   taka   zagubiona   i   niepewna   –   ciągnęła   Leonie.   –   Większość   rodzin 
rozpada się, gdy dotyka je jakaś tragedia. U ciebie jest wręcz odwrotnie. Staliście się sobie 
bardziej bliscy. I chociaż czasem możesz mieć już tego wszystkiego dość, to przecież brak ci 
teraz ciepła, jakie daje miłość. 

Czyżby pani Cooper jej zazdrościła?
Przytaknęła znowu. Dokładnie tak się właśnie czuła. 
– To znaczy nie martwię się przecież o mamę przez cały czas – powiedziała. – I wiem, że 

ma znakomitą opiekę, ale rzeczywiście myśl o domu nie pozwala mi cieszyć się tak naprawdę 
tym, że jestem tutaj. 

Na pięknej twarzy pani  Cooper pojawił się znowu uśmiech.  Claudia  wzięła  z biurka 

papiery,   którymi   miała   się   zająć   tego   ranka,   zastanawiając   się   przy   tym,   dlaczego   tak 
atrakcyjna kobieta nie wyszła po śmierci męża raz jeszcze za mąż. 

Może   kochała   go   tak   bardzo,   że   już   nie   była   w   stanie   obdarzyć   uczuciem   innego 

człowieka?

Wyciągnęła szufladkę z segregatora i w tej samej chwili przypomniały jej się niebieskie 

oczy, które patrzyły na nią przed chwilą. Co za nonsens, skarciła się od razu. Przecież nie 
wiem nawet dobrze, jak on wygląda! Pamiętam tylko te jego oczy. 

– Czy pani Cooper? Pamiętała też głos... 
Kosztowało ją więc teraz bardzo wiele, by nie odwrócić się i nie popatrzeć, kto wszedł do 

biura. Pani Cooper prosiła ją już pierwszego dnia, by nie zwracała uwagi na interesantów i 
zajmowała się swoją pracą. Uprzedziła tylko, że poprosi ją o zrobienie w kuchence kawy, 
gdyby zaszła potrzeba porozmawiania z kimś na osobności. 

– Nazywam się Matthieu Laurant. Doktor Gregory prosił, żebym się z panią porozumiał. 
Matthieu Laurant, nowy lekarz!
Przypomniała sobie od razu obco brzmiące nazwisko. Nie dalej jak w zeszłym tygodniu 

wprowadzała przecież do komputera jego umowę o pracę. Był Francuzem, który odbył staż w 
jednym ze szpitali w Anglii. Serce biło jej jak oszalałe. Czuła, że zaraz wyskoczy jej z piersi. 

– Claudio, zrób nam, proszę, kawę. 
Minęło   z   pewnością   parę   sekund,   zanim   dotarł   do   niej   spokojny   głos   pani   Cooper. 

Odwróciła się powoli od papierów, by spojrzeć znowu na człowieka, z którym rozmawiała 
przed chwilą w ogrodzie. 

background image

Uśmiechał się do niej porozumiewawczo. Zauważyła, że ma krótko ostrzyżone, ciemne 

włosy i wygląda raczej na beztroskiego studenta medycyny niż statecznego lekarza. 

–   Pan   pozwoli   –   zwróciła   się   do   niego   pani   Cooper   –   że   przedstawię   panu   Claudię 

Delano. Pracuje w naszym biurze od niedawna, ale jestem z niej bardzo zadowolona. 

Claudia poczuła się trochę nieswojo, zastanawiała się bowiem nieraz, czy przypadkiem 

nie zofiarowano jej tej pracy z litości czy dobrego serca. Komplement jednak sprawił, że 
poczuła się przez chwilę pełnowartościowym członkiem całego zespołu. 

– Pan Laurant przyszedł na miejsce Jamesa – oznajmiła pani Cooper. 
W   jej   głosie   pobrzmiewały   teraz   niechęć   i   dezaprobata.   James   porzucił   ich 

niespodziewanie,   dezorganizując   całą   pracę,   gdy   odkrył,   że   nie   sposób   prowadzić 
beztroskiego, pełnego atrakcji życia, będąc lekarzem w służbie powietrznej. 

– Miło mi panią poznać. – Podszedł do Claudii z wyciągniętą ręką. – Nie wiedziałem, że 

pani tu pracuje. 

Dopiero gdy poczuła uścisk jego dłoni, zdała sobie sprawę, że podała mu rękę. 
– Dzień dobry. Ja właściwie... dopiero od niedawna... – mówiła nieskładnie. 
– Idź już zrobić tę kawę. 
Szefowa wybawiła ją z kłopotu. Claudia wysunęła rękę z uścisku Matthieu i uciekła, ale 

spojrzenie błękitnych oczu sprawiło, że szła na nogach jak z waty. 

– Dzień dobry – powitała ją w kuchence pielęgniarka Susan Stone, która pracowała tu od 

samego początku, już blisko piętnaście lat. Stała teraz, niecierpliwie czekając, aż w czajniku 
zagotuje się woda. 

– Dzień dobry – odrzekła Claudia. – Wiesz, że jest już ten nowy?
– Pewnie młody i przystojny?
Po raz trzeci w przeciągu niespełna godziny Claudia poczuła, że się czerwieni. Żartobliwa 

uwaga   Susan   uprzytomniła   jej,   że   pewnie   widać,   jak   wielkie   wrażenie   wywarło   na   niej 
spotkanie z Matthieu Laurantem. 

Otworzyła   więc   szafkę   i   wsadziła   do   niej   głowę,   udając,   że   pilnie   szuka   najmniej 

wyszczerbionych kubków. Pragnęła ukryć swe zmieszanie. Nie należy przecież do osób, które 
czerwienią się bez powodu co chwila!

– Ma piękne, niebieskie oczy – usłyszała swój głos, ale pojęcia nie miała, czy mówiła to 

do Susan, czy do siebie. 

– Z pewnością nie będziemy się teraz nudzić – zauważyła z ironią Susan. 
– Co to, woda się jeszcze nie zagotowała? Myślałem, że odbywasz dziś lot sanitarny, 

Susan. Piękna moja, witam cię!

Był to głos Petera. 
Claudia momentalnie zakończyła  swe poszukiwania i wyjęła z szafki pierwsze lepsze 

kubki. Nie mogła dopuścić do tego, by Peter Flint zauważył jej zmieszanie. Nie byłoby wtedy 
końca jego docinkom. 

– Dzień dobry, panie doktorze – mruknęła chłodno. 
Spośród wszystkich pracowników bazy z nim tylko, nie licząc pani Cooper, nie była na 

ty. Tylko w ten sposób można było utrzymać na dystans podobnego flirciarza. Zrozumiała to 

background image

od razu, gdy tylko go zobaczyła. A kobieciarz był z niego nie lada! Nie przepuścił żadnej 
kobiecie   poniżej   osiemdziesiątki,   która   znalazła   się   w   zasięgu   jego   wzroku.   Mało   to 
napatrzyła się na jego uwodzicielskie uśmiechy i nasłuchała pięknych słówek?

Susan zaczęła opowiadać o chorobie jednego ze swoich bliźniaków. W dodatku jej mąż, 

Eddie, który był pilotem, miał wyznaczony lot w tym samym czasie. Dzięki Bogu Christa 
zgodziła się ją zastąpić. 

– Christa zgłosiła się sama, żeby polecieć do Caltury? To ci historia! – mówił Peter. – 

Pewnie ma tam narzeczonego. 

Narzeczonego w Calturze? Co on wygaduje, myślała Claudia. Przecież to dziura na końcu 

świata. 

–   Wyobraź   sobie,   że   ludzie   bywają   czasem   bezinteresowni   –   powiedziała   ze   złością 

Susan. – A tak na marginesie ci powiem, że gdybyś przestał się oglądać za każdą babą, jaka ci 
się nawinie, to może byś i znalazł szczęście, które na razie najwyraźniej cię omija. 

Claudia ze zdziwieniem dostrzegła, że Peter zmienił się na twarzy. Uwaga Susan musiała 

go dotknąć do żywego. Susari nigdy przecież ludziom nie docinała; Claudia nie widziała jej 
jeszcze równie wzburzonej. Może niepokoi się bardziej o chore dziecko, niż to okazuje? A 
może,   jak   na   wszystkich   zresztą,   działa   na   nią   niekorzystnie   lepkie,   wilgotne,   gorące 
powietrze wczesnego lata?

– Woda się zagotowała – zawołał Peter, rozładowując napięcie. – Kto był pierwszy?
Claudia wskazała Susan, która cofnęła się jednak o krok, robiąc jej miejsce. 
– Zrób najpierw kawę szefowej. Ja sobie potem naleję – powiedziała. – Może będzie po 

kawie   w   dobrym   nastroju   i   łatwiej   mi   się   z   nią   będzie   rozmawiać.   Mam   jej   właśnie 
powiedzieć, że zostawiłam raport tygodniowy na stole w kuchni. 

Oficjalnie całą bazą medyczną zarządzał lekarz naczelny Jack Gregory, nikomu by jednak 

nie przyszło do głowy,  by odmówić Leonie Cooper tytułu szefowej, którym  ją obdarzała 
Susan.   Szefowa   pilnowała   z   całą   surowością   przestrzegania   przepisów   i   porządku,   a   jej 
spokój   i   zdecydowanie   zapewniały   sprawną   współpracę   ludzi   o   różnych,   często 
konfliktowych usposobieniach. Dzięki niej mieszkańcy najodleglejszych miejscowości mieli 
zapewnioną opiekę na najwyższym poziomie, jaką tylko była w stanie dać dobra organizacja 
pracy, fachowość personelu i pieniądze. 

I o tym właśnie Leonie Cooper opowiadała Matthieu, gdy Claudia nadeszła niosąc kawę, 

mleko, cukier i ciasteczka na tacy. 

– Teren pod naszą opieką zaczyna się tutaj i ciągnie na zachód poprzez wzgórza, aż po 

farmy hodowlane o powierzchni takiej jak Anglia. Na obszarze tym znajduje się jedno duże 
miasto   górnicze,   siedemnaście   małych   kolonii,   cztery   zamieszkane   wysepki   niedaleko 
wybrzeża i flota poławiaczy krewetek, która pływa na północnym zachodzie. Opiekujemy się 
również   poszukiwaczami   przygód,   ludźmi,   którzy   wyruszyli   samochodem,   żeby   zwiedzić 
Australię... 

– Samochodem lub rowerem górskim!
Claudia   stawiała   tacę   na   stole,   gdy   Matthieu   przerwał   Leonie.   Spojrzała   na   niego 

pytająco. 

background image

–  Rowerem   właśnie  zwiedzałem  Australię  –  zaczął   opowiadać.  –  To   była  niezwykła 

przygoda, ale muszę przyznać, że odwagi mi dodawała krótkofalówka, którą miałem stale 
przy   sobie.   No   i   świadomość,   że   czuwa   nade   mną   Medyczna   Służba   Powietrzna,   choć 
znajduję się setki kilometrów od najbliższego ośrodka cywilizacji. To tak, jakby opiekował 
się mną mój anioł stróż, zawieszony gdzieś w górze na rozgwieżdżonym niebie. 

– Widzę, że jest pan nie tylko poszukiwaczem przygód, ale i poetą – odezwała się Leonie. 
Claudia ze zdumieniem zauważyła, że w głosie szefowej była pobłażliwość, może nawet 

odcień sympatii, nie znalazła za to śladu dezaprobaty, tak częstej w rozmowach na przykład z 
doktorem Flintem. 

Wróciła do swych papierów. Ja z pewnością nie jestem poszukiwaczką przygód, myślała; 

raczej zaprzysięgłą domatorką. Miała już prawie dwadzieścia jeden lat, gdy po raz pierwszy 
odważyła   się   opuścić   dom   i   pojechać   do   miasta   odległego   jedynie   o   sto   pięćdziesiąt 
kilometrów!

Podeszła do szafki, by schować ostatni raport z lotu Eddiego Stone’a, ale myślami była 

daleko stąd. Czy zdobyłaby się nawet na taką podróż, gdyby nie to, że Anthony domagał się, 
by powiedziała mu „tak” lub „nie”, bo chciał wreszcie usłyszeć od niej coś konkretnego na 
temat ich ewentualnej wspólnej przyszłości?

Czy   przyjechałaby   tutaj,   gdyby   jego   rodzina   i   jej   bracia   nie   dawali   jej   ciągle   do 

zrozumienia, że czekają tylko na chwilę ogłoszenia zaręczyn?

Czy znalazłaby się tutaj, gdyby jej niepełnosprawna matka nie powiedziała jej pewnego 

dnia:   „Musisz   stąd   wyjechać”,   znajdując   sobie   przedtem   opiekunkę   i   zwalniając   ją   tym 
samym z obowiązków, które przez lata wykonywała z miłością i oddaniem?

– Claudia oprowadzi pana po bazie i przedstawi panu wszystkich – mówiła Leonie. 
Claudia spojrzała w stronę gościa. 
– Pan Laurant obejmie dyżur dopiero w czwartek – zwróciła się do niej szefowa. – Będzie 

miał czas, żeby się nauczyć udzielania porad przez radio i telefon. Bądź tak dobra i pokaż mu 
przez ten czas wszystko. Zaopiekuj się nim. 

Zdenerwowanie  i podniecenie,  jakie  ją ogarnęły,  nie miały chyba  wiele wspólnego z 

poczuciem   odpowiedzialności   za   wykonanie   polecenia,   jakie   otrzymała.   Układała   równo 
papiery, by ukryć swe zamieszanie. 

– Czy znalazł już pan mieszkanie?
Słysząc   pytanie   Leonie,   spojrzała   na   lekarza.   Wyglądał   tak   sympatycznie.   Był   taki 

zadbany, schludny i przystojny. Może sprawił to sposób, w jaki był ostrzyżony? Albo jasna 
cera? Był tylko lekko opalony, a mężczyźni w tropikach spaleni byli słońcem na brąz. 

– Mam małe mieszkanko na Lancaster Street. Przecież ona tam właśnie mieszka!
– To świetnie – mówiła Leonie. – Będzie pan mógł tu przychodzić na piechotę. Claudia 

mieszka na tej samej ulicy, w narożnym domu ze swą ciotką, w każdej chwili będzie się więc 
pan mógł zwrócić do niej o pomoc. Wprawdzie jest u nas dopiero od paru miesięcy,  ale 
zdążyła się już zorientować, jak to wszystko działa. 

Raczej   jak  pani   to   wszystko   zorganizowała,   pomyślała   Claudia   i   uśmiechnęła   się   do 

siebie; uśmiech ten krył wiele sympatii do Leonie. 

background image

– Zajmij się więc teraz panem Laurantem, a ja nareszcie zabiorę się do pracy – ciągnęła z 

udaną powagą szefowa, zgadując najwyraźniej myśli Claudii. 

–   Czy   Matthieu   to   francuskie   imię?   –   spytała   Claudia,   gdy   wychodzili   z   biura,   i 

zawstydziła się natychmiast, że nie umie zacząć rozmowy ciekawiej. 

–   Tak,   ale   w   jednej   czwartej   jestem   Anglikiem   i   dlatego   proszę,   żeby   przyjaciele   i 

koledzy w pracy mówili do mnie Matt. 

Uśmiechnął się do niej ciepło, a ją przeniknął dziwny dreszcz. 
– A która to część jest angielska? – zapytała  i zaczerwieniła się, bo poczuła, jak źle 

sformułowała zdanie. 

Nie   zdążył   jej   odpowiedzieć,   bo   właśnie   rozległ   się   sygnał   „lotu   ratunkowego”. 

Przebiegła obok nich Susan, zmierzając w kierunku dyspozytorni ośrodka. 

– Chodźmy – rzuciła Claudia, kierując nowego lekarza w stronę tego najważniejszego 

miejsca w budynku. 

– Ooo, jest pan tu – ucieszył się Jack Gregory, gdy spotkał Matta w drzwiach. – Proszę 

uważać! Zdaje się, że Leonie wyznaczyła pana na drugą połowę tygodnia. Niewykluczone, że 
gdy następnym razem usłyszymy alarm, będzie to właśnie pana kolej. 

Claudia i Matt zatrzymali się, by nie uronić nic ze słów wysokiej kobiety o długich, 

prostych włosach, która mówiła:

– Spadł samolot bez ładunku. Samolot pocztowy zauważył szczątki. Joe porozumiał się z 

„Wetherby”, najbliższą farmą, i prosił, żeby na miejsce wypadku wysłali samochód terenowy. 
Okolica jest górzysta i nie da się tam lądować. Joe będzie krążył nad miejscem katastrofy, 
żeby naprowadzić samochód. 

Katie Watson była radiooficerem. Nosiła ten tytuł, mimo że radio na tym obszarze zostało 

już dawno zastąpione przez telefony satelitarne. Claudii imponował jej spokój i opanowanie. 
Katie mawiała, że zdenerwowanie może tylko zaszkodzić, ale gdy tylko rozlegał się sygnał 
alarmowy, Claudię zawsze ogarniał strach. 

– A co my mamy robić? – spytał szeptem Matt ze wzrokiem utkwionym w koniec pokoju, 

gdzie przy dużym stole kręciło się kilka osób. 

– Na razie nic nie możemy zrobić – odparła Claudia. Ona sama w podobnej sytuacji 

doczekać   się   nie   mogła,   aż   ekipa   zacznie   działać.   Pewnie   Matt   też   tylko   na   to   czeka, 
pomyślała.   –   Joe   jest   pilotem   samolotu   pocztowego.   Odezwie   się   do   Katie,   kiedy   tylko 
nawiąże znowu kontakt z ludźmi z „Wetherby”. Nie ma sensu wysyłać samolotu, dopóki nie 
dowiemy się czegoś konkretnego. 

Podeszła do nich Susan i przez chwilę słuchała objaśnień Claudii. 
– Zmarłym nic już nie pomoże – wtrąciła się, a Claudię przykro dotknęła jej brutalność. – 

Nie ma sensu lecieć tam, gdzie mogą być kłopoty z lądowaniem, skoro i tak niewiele można 
zrobić. W dodatku samolot może być w tym czasie potrzebny gdzie indziej. 

Matt kiwał głową, jakby trafiały do niego te argumenty, a Claudia pragnęła tylko, by nie 

pomyślał sobie, że obydwie są pozbawione wszelkich uczuć. 

– Lekarz dyżurny w bazie, a dzisiaj ma dyżur Jack, decyduje o kolejności lotów – zaczęła 

wyjaśniać. – Lot alarmowy oznacza, że trzeba lecieć natychmiast. Pilny oznacza, że jeśli 

background image

zmuszają do tego warunki, można opóźnić odlot w porozumieniu z wzywającym pomocy. Są 
jeszcze loty zwykłe. Można z nimi czekać, aż się uzbiera więcej spraw wdanym rejonie. 

Susan odeszła, by sprawdzić na wielkiej mapie, w którym miejscu wydarzył się wypadek. 
– To jaki teraz będzie lot? – spytał Matt. – Alarmowy czy pilny? – W głosie jego czuć 

było podniecenie. 

– Myślę, że Jack nie podejmie decyzji, dopóki nie otrzyma więcej danych. Z pewnością 

jednak zawiadomi pilota, który ma dziś dyżur. Gdyby nawet nie było go na lotnisku, pojawi 
się tu w ciągu pół godziny i przygotuje samolot do startu. 

Udzielała tych odpowiedzi jak automat, przez cały czas zastanawiając się, dlaczego ludzie 

są tak różni. Ją samą przepełniał strach, obawa i potworny niepokój o ofiary wypadku, które 
leżą   nie   wiadomo   gdzie,   cierpiąc   pewnie   straszliwie,   a   ten   tu   człowiek   obok   niej   jest 
podekscytowany, jakby to była po prostu jakaś przygoda!

Matt wyczuł jej niepokój i coś kazało mu objąć ją, jakby zapragnął jej dodać otuchy. 
Nie bardzo to przystoi nowemu pracownikowi, który na dobrą sprawę nie podjął jeszcze 

swych obowiązków!

Była to jednak tylko przelotna myśl, o której prędko zapomniał, gdyż udzieliło mu się 

napięcie, jakie zaczęło ogarniać wszystkich obecnych. On sam jest tylko kibicem, cóż więc 
muszą odczuwać inni!

Gdy   usłyszał   po   raz   pierwszy   o   tych   wszystkich   ludziach   z   Medycznej   Służby 

Powietrznej,   ogarnął   go   podziw   i   zachwyt.   Jakież   to   było   ekscytujące   i   romantyczne! 
Przemierzać przestworza, by ratować innych! Ale teraz znalazł się w zupełnie nowej sytuacji. 
Zostało   rzucone   konkretne   wyzwanie   i   pochłonęła   go   całkowicie   sprawa   zorganizowania 
wyprawy na ratunek rannym i chorym, odległym o setki kilometrów stąd, w nadziei, że uda 
im się uratować życie. 

Rozejrzał   się   wokół.   Kobieta,   która   przed   chwilą   zdała   krótką   relację   z   wypadku, 

odwróciła   się   znowu   do   radia.   Jack   Gregory   patrzył   jej   przez   ramię.   Pielęgniarka   w 
niebieskiej   spódnicy   i   bluzce   w   kwiaty,   która   wyszła   na   chwilę,   była   już   z   powrotem   i 
sprawdzała stan podręcznej walizeczki z narzędziami i opatrunkami. 

Wszystko   było   doskonale   zorganizowane.   Każdy   spełniał   swe   obowiązki   w   sposób 

budzący zaufanie. Wszędzie panował spokój. 

Czy nikt z tych ludzi nie czuje zdenerwowania? Czy nikt nie jest podekscytowany na 

myśl   o   tym,   co   ich   czeka?   Czy   wszystko,   co   robią,   jest   już   zwykłym,   rutynowym 
wykonywaniem obowiązków?

–   Nazywam   się   Peter   Flint.   Pan   jest   nowym   lekarzem?   Stanął   przed   nim   wysoki, 

postawny, z pełnym rezerwy wyrazem twarzy mężczyzna, wyciągając rękę. 

– Ja w tym nie biorę udziału – dodał, ściskając Mattowi dłoń, gdy ten mu się przedstawił. 
– Peter chce przez to powiedzieć, że dziś nie pracuje i że zajrzał tu tylko po to, żeby 

zobaczyć, co dzisiaj podają do herbaty – wytłumaczyła Claudia, nie potrafiąc ukryć niechęci 
w głosie. 

– Przecież byś do mnie zatęskniła, ślicznotko, gdybym nie wpadł na chwilę – zażartował 

Peter, pociągając ją za jeden z kruczoczarnych loków. 

background image

Cofnęła się i poczerwieniała, a jej ogromne, brązowe oczy błysnęły gniewem. Wszystko 

to sprawiło, że w jednej chwili Claudia zmieniła się w prawdziwą piękność. 

Matt nie zauważył  jednak tego. Zapomniał nawet na chwilę, co działo się w pokoju, 

ogarnęła go bowiem przemożna chęć, by wymierzyć Peterowi Flintowi policzek. Zdumiał się, 
bo taką ochotę odczuł po raz pierwszy w życiu. 

– Pójdę zobaczyć, co się tam dzieje – powiedział chłodno i odszedł, obawiając się, że nie 

będzie w stanie zapanować nad sobą. 

– Powinien pan pójść do domu i odpocząć – rzuciła Claudia. Zrobiło jej się przykro, że 

Matt od nich odszedł. 

– Kiedy czeka tam na mnie puste łóżko – mruknął Peter Flint i on także skierował się w 

stronę   stołu,   na   którym   stał   komputer   pokazujący   teraz   dokładnie   wypadek.   Postał   tam 
chwilkę, powiedział coś do Jacka i wyszedł. 

Miał krok człowieka zmęczonego  gdy otwierał drzwi, przygarbił się jeszcze bardziej. 

Przypomniały jej się słowa Susan. 

Czy jego żarty, dowcipy i flirty są bronią, którą walczy ze swym nieszczęściem? Myśli jej 

przerwał donośny głos Jacka:

– Lecimy!
W pokoju zawrzało. 
– Czy chce pan z nami polecieć?
Usłyszała pytanie Jacka i spostrzegła, jak twarz Matta rozjaśnia się. 
Nowa przygoda! Dla niego to po prostu nowa przygoda, pomyślała. Nie rozumiała tylko, 

dlaczego ją to tak obchodzi. 

Susan wręczyła mu torbę i wyprowadziła z pokoju przez drzwi wiodące na parking, który 

znajdował się za budynkiem. Wychodząc, odwrócił się, skinął do Claudii głową i uśmiechnął. 
Machnęła do niego ręką na pożegnanie i poczuła, jak ogarnia ją pustka. Wolnym krokiem 
powróciła do swych papierów. 

– Nasz nowy doktor poleciał z nimi – odezwała się do Leonie, która kiwnęła głową, nie 

przerywając pracy. Monitor na jej biurku informował o przebiegu lotu, a Katie, która była w 
bezpośrednim kontakcie z załogą, miała udzielać wszelkiej pomocy ludziom z „Wetherby”. 

Claudia zasiadła do pracy, postanawiając nie myśleć ani chwili o Matcie. 

Lotnisko znajdowało się pięć minut jazdy od bazy. Matt rozglądał się z zainteresowaniem 

dokoła. Niewykluczone przecież, że będzie sam tędy jechał następnym razem. 

– Zarządca farmy „Wetherby”, Bill Wilson, dotarł z pomocnikiem na miejsce wypadku – 

tłumaczył Jack Mattowi. Wjeżdżali właśnie na lotnisko. – I pilot, i pasażer przeżyli, są jednak 
nieprzytomni  i nie sposób ich wydostać  z samolotu.  Nie czuć zupełnie paliwa, więc Bill 
posłał z powrotem chłopaka, żeby nas odebrał z lądowiska przy „Wetherby”, a sam próbuje 
ich jakoś uwolnić. 

– Dziwne to, bo dziś na ogół nikomu nie kończy się paliwo w czasie lotu. 
–   To   może   być   wadliwy   zawór   paliwa   albo   powolny   przeciek   –   oznajmił   Jack.   – 

Wszystko jest możliwe. 

background image

Jego wyrozumiałość zrobiła na Matcie spore wrażenie. Zdawał sobie sprawę, że lekarz 

powinien zawsze zachować bezstronność, przychodziło mu to jednak czasem z prawdziwym 
trudem. Zwłaszcza wtedy, gdy pacjenci narażali nie tylko życie własne, ale też życie innych. 

Samochód zatrzymał się przy nowiutkim hangarze. Jack i Susan wysiedli pierwsi i biegli 

teraz przez pas startowy w kierunku małego samolotu, na ogonie którego widniał dumny 
napis: RFDS. 

Royal   Flying   Doctor   Service,   odczytał   szeptem   pełną   nazwę.   Królewska   Medyczna 

Służba Powietrzna. Przywołał w ten sposób na powrót czarodziejski, romantyczny świat, w 
którym przebywał już kiedyś, gdy tylko pierwszy raz usłyszał o lekarzach niosących pomoc 
samolotem. 

–   A   ja   do   nich   teraz   należę   –   wyszeptał,   z   trudem   usiłując   nie   dać   się   opanować 

nadmiernemu wzruszeniu. 

Chwycił torbę, którą Susan wręczyła mu przed chwilą, i wygramolił się z samochodu. 

Uderzył go żar bijący z rozgrzanego asfaltu. Pobiegł pędem do samolotu. Silnik już pracował. 
Susan podała mu rękę i ledwie zdążył wsiąść, gdy drzwi się zamknęły i samolot zaczął się 
wolno oddalać od zabudowań lotniska. 

– Wszyscy wsiedli?
Matt podniósł oczy znad klamry pasa, z którym starał się uporać. Nie wierzył własnym 

oczom.   Pilotem   była   filigranowa   brunetka.   W   dodatku,   o   ile   tylko   można   było   dobrze 
dostrzec  jej twarz, którą przysłaniały słuchawki i mikrofon,  była  to niezwykle  przystojna 
dziewczyna. 

– Mam nadzieję, że nie ma  pan nic przeciwko kobietom pilotom?  – spytała  Susan z 

uśmiechem. 

– Absolutnie nic – zapewnił, rozglądając się wokół. Jeszcze bardziej niż kobieta pilot 

zadziwiło go wyposażenie samolotu. Trudno to było właściwie nazwać samolotem. Wnętrze 
przypominało raczej gabinet zabiegowy w szpitalu. Po jednej stronie stały dwie pary noszy, a 
przy nich butle z tlenem. Nad nimi zawieszone były urządzenia monitorujące stan chorego. W 
razie   potrzeby   pacjent,   gdy   tylko   znalazł   się   w   samolocie,   mógł   zostać   podłączony   do 
najbardziej skomplikowanej aparatury. 

– Jeśli tylko uda nam się dotrzeć do miejsca wypadku w przeciągu godziny, mamy dużą 

szansę uratowania rannych – mówił Jack, który siedział z przodu. Najwyraźniej zauważył 
zachwyt Matta. – Kiedy tylko będziemy w górze, możemy się zamienić miejscami. Stąd lepiej 
będzie pan wszystko widział. 

Rozległ się przeciągły gwizd silnika i samolot z lekkością oderwał się od ziemi. 
Matt wyjrzał przez okno i zmienił się z wrażenia na twarzy. Miasta nie było już widać, a 

przed oczami rozpościerała się błękitna zatoka, ograniczona półkolem białego piasku. W tej 
właśnie chwili znalazł się przy nim Jack. 

– Zamieniamy się – powiedział. 
Matt skierował się do przodu, mijając Susan, która spokojnie czytała gazetę. Można by 

pomyśleć, że wraca po pracy pociągiem do domu. 

– Nazywam się Matt – powiedział, opadając na fotel obok pilotki. 

background image

– Nic nie słyszę – uśmiechnęła się, zdejmując hełmofon. – Byłam podłączona do wieży 

kontrolnej w zatoce. Słuchałam meldunków  z bazy i z „Wetherby”  lub od Joego. Proszę 
powtórzyć. 

Uśmiechnął się i przedstawił jeszcze raz, choć jego uwaga zwrócona była teraz na widoki 

poniżej. Ich piękno zapierało dech... Pofalowane pola, a przed nimi porośnięte roślinnością 
góry. 

– A ja nazywam się Allysha – przedstawiła się pilotka. – Naciesz się zielenią – dodała. – 

Jak   tylko   miniemy   góry,   krajobraz   zmieni   zupełnie   kolor.   Góry   są   tu   działem   wodnym. 
Chmury deszczowe stykając się z nimi oddają, w nadmiarze chyba, całą swą wilgoć po jednej 
stronie łańcucha górskiego. Dlatego druga strona to spalona ziemia. 

– Czy rzeczywiście tu nigdy nie pada deszcz? – zapytał, gdy tylko zauważył, że krajobraz 

zaczął się zmieniać. 

–   Trochę   deszczu   przynoszą   cyklony,   szalejące   czasem   nad   zatoką,   resztę   opadów 

powodują niże, które przedostają się przez łańcuchy górskie – odpowiedziała, podczas gdy 
Matt wpatrywał  się przez  lornetkę  w  odległą  ziemię.  – Na prawo przed  nami  widać już 
lądowisko w „Wetherby” – oznajmiła chwilę potem Allysha. 

– Ależ tu przecież nie da się lądować – zaniepokoił się, dostrzegając w dole maleńkie 

poletko, oczyszczone z karłowatych drzewek. 

– Nie ma strachu – powiedziała, podchodząc do lądowania. – Właściciel farmy dostaje od 

nas zalecenia dotyczące rozmiarów lądowiska i do jego obowiązków należy utrzymanie go w 
należytym porządku. 

Koła dotknęły ziemi, samolot podskoczył, uniósł się, po czym opadł znowu i zatrzymał 

się na lądowisku. 

–   Nowoczesne   maszyny   nie   potrzebują   tak   długiego   pasa   jak   dawniej   –   zakończyła 

Allysha. 

Wycie silników zagłuszyło jej głos. Mówiła teraz coś do mikrofonu. Meldowała pewnie, 

że wylądowali. Matt rozejrzał się znowu. Wokół widać było tylko rudą ziemię, kępy wyschłej 
trawy, a nieco dalej skupisko karłowatych drzewek. 

Stamtąd   właśnie   zaczęły   się   unosić   w   ich   kierunku   tumany   brunatno-rudego   kurzu. 

Powoli wynurzył się z nich rozklekotany pojazd. 

–   Teraz   dopiero   się   zacznie   –   powiedział   Jack,   wysiadając   pospiesznie   z   samolotu. 

Powitał ich obezwładniający upał. – Andy prowadzi samochód podobnie jak Allysha lata, to 
znaczy pędzi przed siebie na złamanie karku. Dalszą podróż odbędziemy właśnie z nim. 

– Niech pan to załaduje do samochodu – poprosiła Susan, wręczając mu znowu ciężką 

torbę.   –   Zabieram   lekarstwa   i   torby   z   szynami,   płynami   infuzyjnymi   i   opatrunkami.   Za 
drugim razem dam panu nosze, kołnierze i gorsety usztywniające. 

Matt   pospieszył   w   kierunku   zakurzonego   samochodu   i   podał   torbę   Jackowi,   który 

rozmawiał o wypadku z młodym kierowcą, po czym zawrócił po następny pakunek. 

– Niech Susan przyniesie z sobą monitor – krzyknął za nim Jack. 
Monitor?  –  zdziwił  się.  Czyżby  mieli  monitory  podłączane   do akumulatorów?  W  tej 

samej chwili zauważył, że Susan wynosi właśnie z samolotu mały monitor, ten sam, który 

background image

widział już przedtem. 

– Nosze leżą na ziemi – krzyknęła, gdy ją mijał. – Proszę tak szybko nie biegać w tym 

upale. Jeszcze się pan odwodni i nam zemdleje. 

– Pojedziesz z nami? – zapytał pilotkę, która siedziała w otwartych drzwiach samolotu, 

machając nogami. 

– Nie, dzisiaj nie – odpowiedziała. – W tej okolicy jest bardzo zły odbiór. Jesteśmy poza 

zasięgiem telefonu komórkowego. W samochodzie Billa jest radio CB, poczekam więc przy 
naszym   odbiorniku,  na  wypadek  gdyby   Jack  musiał   przekazać   wiadomości  do  bazy  albo 
gdyby chciał się połączyć z jakimś specjalistą w szpitalu. 

Pozbierał rozmaite, paczki, które Susan zostawiła na ziemi, i ruszył z nimi do samochodu. 

Jack wkładał właśnie jakiś stary, wyświechtany kapelusz na głowę. 

–  Tu  nie  wolno  chodzić   z gołą   głową –  zwrócił  się  do Matta.   – Ja  już  się  do tego 

przyzwyczaiłem. 

Wskoczyli do land rovera i ruszyli przed siebie na przełaj. Samochód podskakiwał na 

nierównościach terenu, przebijał się przez zwalone kłody i głazy,  wpadał w dziury.  Matt 
próbował zachować równowagę, trzymając się kurczowo uchwytu. 

Gdzieś tam daleko czekają na nich ranni. Dwoje nieprzytomnych ludzi. Czy uda się ich 

uratować?

Wpadli w olbrzymią dziurę i opanowana zwykle Susan wydała okrzyk przerażenia. Matt 

poczuł, jak krew szybciej krąży mu w żyłach. Los rzucił mu wielkie wyzwanie. Był gotów się 
z nim zmierzyć. 

Trudno o większą przygodę, pomyślał, podekscytowany tym, co ich jeszcze czeka. Ale 

gdy samochód szarpnął i przechylił się niebezpiecznie na bok, zaczął się zastanawiać, jak 
często trzeba wysyłać pomoc dla takich jak oni. Dla ludzi, którzy sami wyruszyli na ratunek. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

– To tam, za tymi drzewami – odezwał się Andy po pewnym czasie. 
Od chwili, gdy ruszyli, minęło dopiero dziesięć minut, lecz jazda w tych warunkach dała 

im się tak bardzo we znaki, że dawno stracili rachubę czasu. Matt dostrzegł od razu wrak 
samolotu. Widok był przerażający. Można by pomyśleć, że to połamana zabawka wyrzucona 
na śmietnik. Tyle że w zabawce tej są ludzie. 

– To chyba cud, ale najwyraźniej osiadł na ziemi kołami – zauważył  Jack. – Pewnie 

dlatego kabina jest w jako takim stanie. 

– A potem uderzył w drzewa. Odpadło wtedy skrzydło i kadłub wylądował w rowie – 

dodał Andy. 

Prowadził pojazd, próbując omijać przeszkody. W końcu zahamował, wzbijając wokół 

tumany kurzu. 

– Kurz to wymarzona rzecz dla otwartych ran – mruknęła Susan do Matta. – Jack zabrał 

już  torbę  z  tlenem,   urządzeniem   monitorującym,   kroplówkami   i  lekarstwami   –  dodała.  – 
Trzeba jeszcze wziąć opatrunki, nadmuchiwane szyny i płachty przeciwwstrząsowe. Resztę 
niech pan na razie zostawi w tej izbie tortur, a my chodźmy zobaczyć, co się tam dzieje. 

Matt wziął torbę i ruszył za nią. 
–   Oswobodziłem   pasażerowi   nogi,   ale   zostawiłem   go   w   pozycji   siedzącej,   bo 

pomyślałem, że tak będzie mu wygodniej – tłumaczył farmer. – Wziąłem z apteczki morfinę i 
bandaże, ale nic mu nie dałem, bo był nieprzytomny. Uderzył pewnie głową w okno. Prawą 
nogę ma uszkodzoną. Kostka też nie wygląda najlepiej, ale nie zauważyłem dużo krwi. Ten 
drugi jęczał okropnie, więc dałem mu zastrzyk. 

Matt zmarszczył czoło. 
Dał mu zastrzyk? Z morfiny? Nie było czasu, by pytać o cokolwiek, ale nie mieściło mu 

się to wszystko w głowie. Jak zwykły farmer może mieć w ogóle dostęp do morfiny?

Człowiek,   którego   Susan   przedstawiła   jako   Billa   Wilsona,   opowiadał   to   wszystko 

monotonnym głosem, tak jakby w wydarzeniach tych nie było nic niezwykłego. Jack badał 
tymczasem pilota. 

– Krwawi, ale nie z tętnicy,  bo wykrwawiłby się już dawno na śmierć  – powiedział 

wstając. – Czy da się umieścić nosze w twoim land roverze? – zwrócił się do Billa. 

Matt spojrzał na obskurny, brudny samochód. Jakim cudem? – pomyślał. 
– Oczywiście – odparł Bill. – Ale pod warunkiem, że ktoś usiądzie obok i będzie je 

trzymał. Wyrzucę tylko trochę gratów i opuszczę tylne siedzenia. 

Odwrócił się, aby przerobić pojazd na karetkę pogotowia. 
– Niech Andy przyniesie tu nosze, a potem niech podjedzie pod sam samolot – zawołał do 

niego Jack. – Jeżeli się nam uda odciągnąć osłonę silnika, to potem za pomocą kołowrotka 
odciągniemy silnik i uwolnimy nogi tego faceta. 

Susan podeszła z drugiej strony samolotu, by zbadać pasażera. Matt nie bardzo wiedział, 

co robić. Chętnie by w czymś pomógł, ale właściwie był zadowolony, że może tylko patrzeć. 

background image

Ma   w   ten   sposób   czas,   by   poznać   atmosferę   pracy   i   działanie   fachowego   zespołu,   jaki 
stanowili Jack i Susan. 

– Najpierw trzeba spokojnie zbadać sytuację – odezwał się Jack, jakby czytając w jego 

myślach.   –   A   potem   wyznaczyć   kolejność   działań.   –   Pochylał   się   teraz   nad   pilotem, 
przywołując do siebie Matta ruchem ręki. – Tętno przyspieszone, ciśnienie niskie. Podam mu 
tlen i założę wenflon, żeby uzupełnić płyny – wyjaśnił spokojnie. – A teraz podłączymy go do 
monitora. Proszę go przypilnować, a ja z Andym spróbuję uwolnić mu nogi. 

Matt zerknął na nieprzytomnego człowieka i serce podeszło mu z wrażenia do gardła. 

Wszędzie krew. Bill miał rację, nie było jej dużo, ale tablica rozdzielcza leżała na kolanach 
pilota, przyciskając jego tułów do fotela. 

–   Niepokoi   mnie   głównie   to,   że   silnik   może   uciskać   któreś   z   uszkodzonych   naczyń 

krwionośnych,   nie   dopuszczając   do   krwotoku   –   wyjaśnił   Jack.   –   Niech   więc   pan   włoży 
rękawiczki   i   trzyma   w   pogotowiu   opatrunek   uciskowy   na   wypadek,   gdyby   tętnica   była 
przerwana. 

Matt   ucieszył   się,   że   może   się   na   coś   przydać.   Pilnując   pacjenta,   obserwował   z 

zainteresowaniem próby oswobodzenia jego nóg. Pokrywę silnika udało się zdjąć bez trudu. 

– Silnik jest nadal bardzo gorący – syknął Bill, machając rękaw powietrzu. Najwyraźniej 

oparzył się, przymocowując linę do silnika. – Joe musiał ich zauważyć wkrótce po wypadku. 

Matt   spróbował   wsunąć   rękę   pomiędzy   nogę   pilota   a   tablicę   rozdzielczą.   Usłyszał 

skrzypienie   kołowrotka,   a   potem   zgrzyt   i   to,   co   pozostało   jeszcze   z   małego,   zgrabnego 
samolotu, rozpadło się na części. 

Poczuł na ręce ciepłą krew. Jack ma rację. Silnik, wbijając się w udo pilota, przeciął skórę 

i   mięśnie   jak   nożem   chirurgicznym   i   w   górę   buchała   teraz   jasna   krew   tętnicza.   Nie 
zastanawiając się ani chwili, przycisnął opatrunek do rany, szukając jednocześnie drugą ręką 
tętnicy udowej w pachwinie, żeby zahamować krwotok. 

– Świetnie. Zaraz mu zawiążę ranę i sprawdzę, co z nogami. 
– Jack urwał na chwilę. – Możesz zwolnić ucisk; nie wygląda na to, żeby kość udowa 

była złamana, ale z kolanem coś nie bardzo. Jak ciśnienie?

Matt spojrzał na monitor. Ciśnienie skurczowe spadło do osiemdziesięciu. 
– Za niskie! Musimy go jak najszybciej stąd zabrać. Rozłóż nosze. Ustaw je jak najbliżej 

samolotu. Ułożę jego nogę na szynie w zgiętej pozycji, unieruchomię szyję i kręgosłup, a 
potem przeniesiemy go na nosze i przymocujemy do nich. 

Z drugiej strony wraku dobiegał głos Susan. Dawała jakieś wskazówki Billowi. Ależ to 

zespół! Zupełnie ich nie doceniałem!

– pomyślał  Matt i wyprostował się. Jack już założył  kołnierz usztywniający na szyję 

nieprzytomnego pilota, a potem wsunął mu gorset pod plecy. 

– Powinno wystarczyć – uznał. – Na razie odłączymy kroplówkę, żeby go łatwiej było 

nieść, ale nie zamkniemy dopływu tlenu. 

Matt słuchał uważnie i starał się nie uronić ani słowa z objaśnień Jacka. 
– A jak twój pacjent? – zwrócił się Jack do Susan. 
Była   to   pierwsza   wymiana   zdań   między   nimi,   choć   Susan   już   przedtem   meldowała 

background image

głośno, jak pasażer się czuje i zdawała relację ze swoich czynności. 

– Przygotowuję go do transportu, ale boję się, czy to nie wstrząśnienie mózgu. Nad lewą 

skronią ma opuchliznę. Pewnie uderzył głową w okno. Poza tym jedna źrenica nie reaguje na 
światło, druga jest rozszerzona. Ale nie ma żadnych wycieków z nosa ani z ucha. 

Jack westchnął. 
– Uraz trzeciego nerwu czaszkowego, a może uszkodzenie oka? Zabierajmy ich prędko 

do bazy, bo inaczej trzeba będzie przeprowadzić operację mózgu w samolocie. 

Matt się przeraził. Po chwili dopiero zrozumiał, że był to żart. A wszystko po to, by 

rozładować atmosferę, gdyż sytuacja okazała się znacznie trudniejsza, niż przypuszczali. 

– Andy, zobacz proszę, czy da się otworzyć schowek na bagaż. Pewnie są tu gdzieś ich 

torby podróżne. Powinny w nich być osobiste rzeczy albo papiery, które mogą pomóc przy 
identyfikacji. A może za fotelem? A potem zanieś woreczek z płynem infuzyjnym. 

Pomagając sobie nawzajem, umieścili obydwie pary noszy w tyle samochodu, rozkładając 

przedtem stare plandeki na metalowej podłodze. Matt przypomniał sobie z przerażeniem, jak 
nimi rzucało w drodze na miejsce wypadku. 

– Niech pan tam siada i mocno trzyma górę noszy – powiedział Bill, wpuszczając go do 

samochodu przez tylne drzwi. – I proszę wziąć te torby. 

Matt zabrał małą skórzaną teczkę, zapewne z mapami i dokumentami, a potem wziął 

torby, które Andy znalazł w samolocie. Sięgnął wreszcie po woreczek z płynem infuzyjnym, 
który Andy trzymał wysoko nad pacjentem. 

– Jack, siadaj w tyle i trzymaj drugie nosze, a ty, Andy, idź za samochodem. Postaram się 

jechać jak najwolniej. 

Spokojny głos, którym Bill wydawał polecenia, uzmysłowił Mattowi, na czym polega 

prawdziwe współdziałanie w grupie, kiedy to kierownictwo obejmuje ten, kto w danej chwili 
najbardziej się do tego nadaje. 

Gdy   i   drugie   nosze   zostały   załadowane,   Matt   ustawił   monitor   obok   nieprzytomnego 

mężczyzny w taki sposób, by nie tylko on, ale i Jack mógł widzieć ekran. Andy posłusznie 
zaakceptował   rolę   piechura   przytrzymującego   nosze.   Jack   umieścił   torby   na   przednim 
siedzeniu   i   posadził   na   nich   Susan,   a   potem   wcisnął   się   na   platformę   i   przykucnął   u 
wezgłowia noszy. 

– Wszyscy gotowi – zameldował i Bill ruszył powoli w drogę, ostrożnie przejeżdżając 

przez kłody drzewa, które poprzednio brali szturmem. 

Droga ciągnęła się niemiłosiernie, lecz gdy wydobyli się wreszcie z zarośli, okazało się, 

że   Bill   wiedział   doskonale,   którędy   jedzie.   Ich   oczom   ukazał   się   błyszczący   w   słońcu 
samolot. Allysha uruchamiała właśnie silnik. 

Przesiadka odbyła się nadzwyczaj sprawnie. Zręczność i szybkość, z jaką wstawili nosze 

do   samolotu,   zdradzała   duże   doświadczenie.   Zawiesili   woreczki   z   płynem   infuzyjnym   i 
sprawdzili dopływ tlenu. 

– Gotowi? – zapytała Allysha. 
–   Tak   –   odparł   Jack,   sadowiąc   się   obok   swojego   pacjenta,   sprawdziwszy   przedtem 

ciśnienie w nadmuchiwanej szynie rannego, którym zajmowała się Susan. 

background image

– Przed odlotem trzeba zawsze obniżyć ciśnienie w szynach – wyjaśnił Mattowi. 
Allysha była gotowa do lotu i po chwili samolot łagodnie wystartował. Kiedy byli w 

powietrzu, przystąpili do działania. 

– Musimy się teraz dokładnie przyjrzeć, w jakim są stanie – tłumaczył Jack. – Temu 

unieruchomię nogę, a pan niech popatrzy, jak Susan zajmuje się tym drugim. 

Matt podniósł się i przecisnął obok Jacka. Susan szukała na głowie i twarzy pacjenta 

siniaków i stłuczeń. 

– Znacznie łatwiej jest badać w ten sposób człowieka, który jest przytomny – rzekła. – 

Przynajmniej powie, co go boli. 

Rozpoczęła teraz badanie całego ciała. Obmacywała, sprawdzała odruchy, badała reakcje, 

a potem notowała uwagi w specjalnym formularzu. 

– Nie ma chyba dla was rzeczy niemożliwych – powiedział Matt z podziwem. – Mogłoby 

się wydawać, że jesteśmy teraz w izbie przyjęć. 

– Mamy przecież spore doświadczenie – tłumaczyła Susan. 
–  Jack jest  tu od  siedmiu  lat,   a  ja  zaczęłam  tuż  po  otwarciu  bazy.  Mój   mąż  jest tu 

głównym   pilotem.   –   Zaczerwieniła   się,   a   potem   uśmiechnęła.   –   To   był   romans   jak   w 
powieści. 

Matt   uśmiechnął   się   do   niej   serdecznie.   Widząc,   że   Jack   wraca   na   swoje   miejsce   i 

zaczyna wypełniać formularz, przysunął się bliżej. 

– Może by mu zdjąć buty i sprawdzić stawy skokowe?
– Sam o tym myślałem, ale jeśli ma zmiażdżone kości, to buty trzymają je razem. Lepiej 

zaczekać z tym na ortopedę. Zaraz się połączę ze szpitalem. Proszę pilnować, żebym o czymś 
nie zapomniał. 

Podniósł   słuchawkę   zawieszoną   na   przedniej   ścianie   kabiny.   Odezwała   się   centrala 

szpitala w Rainbow Bay i połączyła go z izbą przyjęć. Jack krótko i zwięźle opisał stan obu 
pacjentów. 

– Czy będzie na nas czekać karetka? – zapytał Matt. 
– Oczywiście. Jesteśmy w kontakcie. Pilot przekazuje przez radio wiadomość do bazy, a 

radiooficer wzywa karetkę. Wprawdzie posługujemy się radiem coraz rzadziej, rozszerza się 
przecież sieć telefonów komórkowych, ale czasem działa siła przyzwyczajenia. 

Matt nie bardzo to wszystko rozumiał. Jack pochylił się nad pacjentem, a potem dodał:
– Lekarze mają przy sobie telefony komórkowe, ale w czasie lotu często mają ręce pełne 

roboty i nie myślą o wzywaniu karetki. Po co więc zmieniać coś, co zdaje egzamin?

Znowu coś zanotował, a potem otwierał po kolei bagaże, szukając czegoś, co by pomogło 

zidentyfikować rannych. 

Zmienił się wyraźnie odgłos pracy silnika. Matt zajął swoje miejsce akurat wtedy, gdy 

pokazały   się   lśniące   wody   zatoki.   Gdy   karetka   zabrała   rannych   i   odjechała,   poczuł,   jak 
ogarnia go wielka pustka. 

–  To   trochę  tak   jak  na  izbie  przyjęć  podczas   ostrego   dyżuru  –  uśmiechnął   się  Jack, 

zgadując jego myśli. – Pacjenci odjeżdżają na oddział, a człowiek zostaje sam. 

– No tak, ale u was to jest reguła – powiedział Matt. – Drugi raz już ich nie oglądacie. 

background image

– Proszę się nie bać, nie zabraknie panu stałych pacjentów – zapewnił go Jack. – No a 

poza tym nikt panu nie będzie bronił odwiedzać w szpitalu chorych, których pan tu przywiózł. 
A teraz wracajmy do bazy. Trzeba coś zjeść, zanim nas znowu ktoś wezwie. 

Jechali do bazy szerokimi ulicami, a Matt starał się uporządkować wydarzenia tego dnia. 
–   A   więc   podstawą   postępowania   w   razie   wypadku   jest   jak   zawsze   konieczność 

zapewnienia drożności oddechowej, oddychania i krążenia – zwrócił się do Jacka. – Potem 
dopiero można zająć się resztą. 

Jack przytaknął. 
– Oczywiście. Trzeba się później dobrze przyjrzeć szczątkom rozbitego pojazdu. Może to 

pomóc   w   ustaleniu   urazów,   jakie   odniosła   ofiara.   W   razie   zderzenia   czołowego 
prawdopodobne jest strzaskanie kości kończyn dolnych, może też dojść do kontuzji klatki 
piersiowej   na   skutek   uderzenia   w   kierownicę.   Należy   się   wtedy   liczyć   z   koniecznością 
uwolnienia powietrza z opłucnej. Jeśli samochód się wywrócił, należy zawsze podejrzewać 
urazy śledziony, nerek lub wątroby. Pasy może i ratują życie, bo nie pozwalają człowiekowi 
wylecieć przez okno, ale mogą być przyczyną innych powikłań. 

– Nie wolno też zapominać, że przy każdym wypadku samochodowym możliwe są urazy 

szyi – dodała Susan, a Matt kiwał głową, starając się zapamiętać wszystko, co słyszał. 

Zatrzymali się tuż za bazą. Matt spojrzał na zegarek. Wpół do trzeciej! A więc nie było 

ich pięć godzin, a jemu wydawało się, że dopiero wyjechali z parkingu. 

Ciekawe, czy Claudia pracuje na całym etacie? – pomyślał. I zaraz uśmiechnął się do 

siebie. Skąd ta ciekawość? Chcę przecież żyć wolny jak ptak jeszcze przez parę lat. 

–   Najgorsze   dopiero   przed   nami   –   oznajmił   Jack.   –   Teraz   się   zacznie   kołowrotek 

papierkowy. Można oszaleć albo zapić się na śmierć. Wszystkie sprawozdania piszemy w 
dwóch egzemplarzach. Jeden dostaje szpital, a kopia zostaje u nas. Z naszego egzemplarza 
możemy się zorientować, co pobraliśmy z zapasów w bazie, a co z samolotu, a następnie 
składamy zamówienie na rzeczy, których brakuje. 

– Po to, żeby komuś, kto po was zostanie wezwany do nagłego wypadku, nie zabrakło na 

przykład nadmuchiwanych szyn – zakończył za Jacka Matt. 

Był   pod   wrażeniem   znakomitej   organizacji   pracy,   jaką   tu   zastał,   i   dbałości   o 

najdrobniejsze szczegóły. W jednej chwili jednak zapomniał o tym wszystkim, bo w drugim 
końcu korytarza spostrzegł Claudię. 

–   Chodźmy   teraz   coś   zjeść   –   odezwał   się   Jack,   kierując   się   do   kuchenki,   która 

najwyraźniej pełniła także rolę pokoju dla personelu. Wokół kwadratowego, sosnowego stołu, 
na  którym   leżały  porozrzucane  tygodniki,   począwszy  od medycznych,  a  skończywszy  na 
komiksach, stały drewniane krzesła. 

– Jak się mają wasi pacjenci?
Matt   odwrócił   się.   W   głosie   Claudii   kryło   się   coś   nieuchwytnego,   coś,   co   z   trudem 

rozumiał,   jakaś   bezradność   i   nieśmiałość,   które   sprawiały,   że   miał   ochotę   jej   dotknąć   i 
uspokoić. 

– Obaj są już w szpitalu pod dobrą opieką – odparł Jack z miłym uśmiechem, jakby i on 

pragnął zapewnić jej poczucie bezpieczeństwa. 

background image

Claudia odetchnęła z ulgą, a potem poruszyła się niespokojnie, gdy zauważyła, że Matt 

przygląda jej się z zaciekawieniem. 

– Położyłam ci na biurku rozkład dyżurów na najbliższe dwa tygodnie – powiedziała 

szybko do Jacka. Nie chciała, by Matt zauważył, że ucieszył ją jego powrót. – Czy... – zaczęła 
znowu i urwała. Nie wiedziała, jakiej formy ma użyć. Gdyby powiedziała „Matt”, mogłoby to 
zabrzmieć zbyt... poufale. „Doktor Laurant” brzmiało dla odmiany zbyt oficjalnie. – Czy... 
nasz nowy lekarz... – brnęła rozpaczliwie – ma już biurko? – Odwróciła się teraz do Matta z 
uśmiechem. – Mówię o panu, bo i dla pana mam rozkład dyżurów. 

– Połóż te papiery na biurku Boba – rzekł Jack z uśmiechem. 
– Przecież on już kończy u nas pracę. 
Podszedł do lodówki, wyciągnął dwa opakowania z kanapkami i położył je na stole. 
– Proszę, może pan zje? Tu jest samoobsługa – wyjaśnił. 
– Woda w czajniku jest zawsze gorąca, filiżanki są w tej szafce, a kawa, herbata i cukier 

tam na stoliku. W lodówce jest zazwyczaj coś do zjedzenia. 

Matt podszedł do szafki, wziął kubek i zaczął nasypywać do niego kawę. Claudia nie 

mogła oderwać od niego wzroku. 

– Jeżeli Leonie nie ma już dziś dla ciebie pilnej pracy, może mogłabyś zająć się Mattem? 

– zwrócił się Jack do Claudii. – Pokazałabyś mu jego biurko i oprowadziła po bazie. Nie 
zapomnij  pokazać mu,  gdzie trzymamy  kartotekę i wszystkie formularze. Im szybciej  się 
dowie, co go czeka, tym lepiej. 

– Kiedy ja nic nie mam przeciwko papierkowej robocie – roześmiał się Matt, a Claudia 

uzmysłowiła sobie, że powtarza w myślach jego zwykłe przecież słowa, zastanawiając się, co 
ją tak zafascynowało w tonie jego głosu. – Chociaż muszę przyznać, że spodziewałem się 
mieć mniej pracy. Myślałem, że komputery załatwią za nas robotę. 

– I załatwiają – odparł Jack. – Tyle że są za głupie, żeby wziąć dane z powietrza i dlatego 

człowiek, czasem kompletnie wyczerpany, musi usiąść przy tych nierobach, żeby dostarczyć 
im informacji. Dzięki Bogu mamy tu Claudię, która umie ujarzmić te bestie. Potrafi rozgryźć 
wszystkie ich tajemnice. Jest naprawdę genialna i pomaga każdemu, kto ma trudności, bo nie 
siedział przy nich od dziecka. 

– Kiedyś  bawiły mnie  po prostu gry komputerowe  – tłumaczyła  Claudia speszona. – 

Pójdę teraz może do pani Cooper, powiem jej, co robię, i zaraz wrócę. 

Bardziej jednak niż pochwały Jacka niepokoiło ją to, co odczuwała na widok nowego 

lekarza. Czyżby mi się podobał? – Potrząsnęła głową, starając się więcej o tym nie myśleć. 
Przyjechał tu i przecież na krótko i niedługo, tak jak inni cudzoziemcy, pożegna [ się i wróci 
do siebie. Wiedziała dobrze, że szczęśliwa może być tylko ze swoją rodziną. W swym domu 
rodzinnym,  a przynajmniej bardzo blisko niego! Zwłaszcza po tym  wypadku, przez który 
mama   stała   się   inwalidką.   Przełknęła   łzy,   które   napływały   jej   do   oczu   zawsze,   gdy 
przypominała sobie ten straszny wypadek, i weszła do biura Leonie, by powiedzieć jej o 
prośbie Jacka. 

– Dobrze – powiedziała pani Cooper. – Ale nie zasypuj  go wszystkimi informacjami 

naraz, bo go zamęczysz. Jeszcze przecież nie zaczął pracować!

background image

– Oczywiście – obiecała Claudia, patrząc na uśmiechniętą twarz Leonie. Szła z powrotem 

powoli, choć miała wielką ochotę i skakać z radości. 

– To tyle z grubsza – oświadczyła dwie godziny później, zamykając drzwi wielkiej szafy 

ze   sprzętem   medycznym.   –   Większość   wyposażenia   jest   na   lotnisku,   bo   w   czasie 
weekendów ; i po godzinach pracy personel wezwany do nagłego wypadku nie I podjeżdża do 
bazy. Byłaby to strata czasu. 

– Z grubsza?! – zawołał. – Dobrze będzie, jeśli zapamiętam jedną czwartą tego, co mi 

pani mówiła!

– Za parę tygodni będzie pan to wszystko znał na pamięć – zapewniła. – W życiu nie 

widziałem takich rzęs – powiedział nagle. Claudia zamarła na chwilę. 

– Szkoda, że pan nie zna mojego najstarszego brata – odparła szybko. – Ten to dopiero 

ma rzęsy! Jego żona mówi, że to niesprawiedliwe, żeby mężczyzna miał takie rzęsy. – Paplała 
tak dalej, przestraszona tym, co się zaczęło między nimi rodzić. Starała się opanować, ale 
sama obecność Matta burzyła jej spokój. – Czas już iść do domu – oznajmiła w końcu. Wzięła 
swoją torebkę i zdjęła kapelusz z wieszaka przy drzwiach. 

– Czy mam się z kimś pożegnać przed wyjściem? – zapytał. Potrząsnęła przecząco głową. 
–  Jack i  Susan nadal   mają   dyżur.  Wyszli   przed  godziną,  ale  są  pod telefonem.  Pani 

Cooper wychodzi zazwyczaj koło czwartej. Ma dwoje dzieci i musi się nimi zająć po szkole, 
więc zaczyna i kończy pracę nieco wcześniej. 

– A więc zostaliśmy tylko ja i pani. Jeżeli dobrze pamiętam, mieszkamy na tej samej 

ulicy. Możemy więc razem wrócić do domu. 

Wyraźnie   się   cieszył   z   tego   powodu.   Claudia   pomyślała   z   radością,   że   znalazła 

przyjaciela. 

Powitał ich ciepły, tropikalny zmierzch. Zatoka lśniła w świetle zachodzącego słońca – 

czerwonej kuli, która chowała się właśnie za górami. 

– Czy mogłaby mi pani powiedzieć, jak się dostać do szpitala? – dobiegł ją głos Matta. 

Ledwie go usłyszała, pogrążona w myślach. 

– Nie rozumiem? – Spojrzała na niego zdumiona. 
– Wiem, że to nie ma sensu i na pewno nie będę się tak martwił o każdego pacjenta, ale 

teraz chciałbym zobaczyć tych dwóch ludzi z rozbitego samolotu. 

Wcale jej to nie zdziwiło. Wszyscy lekarze byli tacy sami i w rezultacie musiała im ciągle 

dostarczać informacji o stanie zdrowia pacjentów. 

–   Jeżeli   się   panu   bardzo   nie   spieszy,   możemy   pójść   tam   razem   po   kolacji   – 

zaproponowała. 

– Pani też idzie do szpitala? – spytał zdziwiony. – Ma pani w szpitalu kogoś z rodziny? A 

może znajomego?

– Nie, nie. To nikt z moich bliskich. Ale chodzę tam prawie co wieczór. 
Zawahała   się.   Chciała   mu   wszystko   wytłumaczyć,   ale   bała   się   trochę   nudzić   go 

opowieściami o sobie. Było jej z nim tak miło. Szkoda by było wszystko zepsuć. 

– Odwiedzam naszych pacjentów – powiedziała tylko. 
– Naszych pacjentów? – powtórzył przystając. 

background image

Claudia zatrzymała się także i spojrzała na niego. 
– Pierwszy raz poszłam wkrótce potem, jak zaczęłam tu pracować. Akurat przywieziono z 

farmy sześcioletniego Jimmy’ego z objawami zapalenia wyrostka robaczkowego. Wywiązało 
się   zapalenie   otrzewnej   i   zatrzymano   go   w   szpitalu   dłużej.   Jego   matka,   która   szalała   z 
rozpaczy już wtedy, kiedy musiała go samego wysłać samolotem, sama zachorowała, gdy 
dowiedziała się, że syn zostanie w szpitalu dłużej. 

– To dlaczego nie przyjechała z nim? Czy lekarzowi nie wolno zabrać nikogo z rodziny?
– Wolno, zwłaszcza jeśli pacjentem jest dziecko, ale je – F go matka nie mogła zostawić 

farmy. Była w tym roku klęska suszy... 

– Widziałem! – przytaknął. 
–   Zabrakło   paszy   i   James   Carew   zabrał   bydło   na   drogę,   próbując   karmić   zwierzęta 

wyschniętą trawą rosnącą na poboczach, a Mary musiała zostać w domu z trójką pozostałych 
dzieci. Nie miała jak wyjechać, a James nie mógł przecież wrócić. 

– Dlatego pani postanowiła opiekować się Jimmym? – zapytał. Patrzył na nią z wyraźną 

sympatią, a kto wie, może nawet z – Ależ to nic wielkiego – zapewniła. – Nie mam tu wiele 
roboty. A zresztą od razu go polubiłam, więc nawet gdyby miał mamę przy sobie, i tak bym 
go odwiedzała. 

Czuła na sobie jego ciepłe spojrzenie, zaczęła więc iść powoli w stronę domu ciotki. 
– Jimmy jest nadal w szpitalu? – spytał, podążając za nią. Spojrzała na niego i dostrzegła 

iskierki śmiechu w jego oczach. 

– Ależ nie! – odpowiedziała. – Tylko  że takie wizyty to prawdziwa przyjemność.  A 

przecież   nasi   pacjenci   mają   daleko   domy   i   rodziny,   więc   pomyślałam,   że   trzeba   ich 
odwiedzać. 

–   Potrafi   pani   myśleć   o   ludziach   –   rzekł   w   zadumie.   –   Może   powinna   pani   zostać 

pielęgniarką albo lekarzem?

Słowa jego zburzyły jej spokój, obudziły wiele wspomnień. 
– Ależ skąd! – zawołała gwałtownie. – Nigdy bym tego nie potrafiła. O, tutaj właśnie 

mieszkam. 

Pchnęła furtkę i w jednej chwili znalazła się za ogrodzeniem, jakby pragnęła się schronić 

w twierdzy, jaką stanowił ten dom. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Zanim Matt się pojawił, Claudia czekała na werandzie od dobrych dziesięciu minut. Była 

z siebie niezadowolona. Wspomniała ciotce o nowym lekarzu, ale nie zdobyła się na to, by 
powiedzieć jej, że wybiera się z nim do szpitala. Można by odnieść wrażenie, że robi z tego 
tajemnicę. Nonsens! Chce po prostu pokazać nowemu lekarzowi drogę do szpitala, lecz nie 
ma   przy   tym   najmniejszej   ochoty,   by   jej   ciekawska   ciotka   zaczęła   się   czegoś   w   tym 
doszukiwać. 

Gdy tylko  usłyszała skrzypnięcie furtki, zbiegła szybko  po schodach. Muszą stąd jak 

najszybciej odejść. 

– No więc kogo teraz będzie pani odwiedzać? – zapytał po chwili, gdy szli obok siebie 

wąską ścieżką. 

– Najpierw idę zawsze do Carol Benson – odparła, próbując całą uwagę skoncentrować 

na niej właśnie. Tylko że zupełnie się jej to nie udawało. Był tak blisko... – Ona prowadzi z 
mężem małą kopalnię cyny; to stąd mniej więcej godzina lotu. 

– Kopalnię cyny? I z tego żyją?
Uśmiechnęła się, słysząc niedowierzanie w jego głosie, on tymczasem dodał:
– Czy wy tu wszystkie odległości mierzycie godzinami lotu?
– Albo lotu, albo jazdy samochodem.  Co z tego, że jakaś  miejscowość znajduje się, 

powiedzmy, tylko kilkaset kilometrów stąd, jeśli nie ma dobrej drogi i podróż zabiera cały 
dzień. A co do tej kopalni, to oni naprawdę wydobywają cynę i można z tego I żyć, tyle że 
takie kopalnie znajdują się na ogół w trudno dostępnych miejscach. 

–   No   i   wracamy   z   powrotem   do   sprawy   pani   Benson   –   za

1

  żartował,   a   Claudia 

uśmiechnęła się do niego. 

Zwolnili   nieco,   bo   odwrócił   się   twarzą   w   jej   stronę.   Jego   oczy   śmiały   się   do   niej, 

zapadający zmrok przyciemnił nieco ich błękit, ale nie był w stanie ukryć zachwytu, z jakim 
na nią patrzył. Serce Claudii biło jak oszalałe. 

– Carol jest w ciąży – wykrztusiła, pragnąc za wszelką cenę się uspokoić. – W zeszłym 

tygodniu   była   w   przychodni   w   Wooli   i   pielęgniarka,   która   przyleciała   samolotem, 
powiedziała jej, że ma podwyższone ciśnienie. 

– Też bym miał podwyższone ciśnienie, gdyby mi ktoś kazał bez przerwy pokonywać 

takie wertepy jak u Billa – skomentował Matt. 

– Podróż z pewnością jej nie pomogła, ale nie tylko ciśnienie było nie w porządku. Miała 

okropnie spuchnięte nogi w kostkach, a analiza krwi wykazała białkomocz... – Urwała, bo 
przypomniała   sobie,   że   rozmawia   przecież   z   lekarzem.   –   Znam   tylko   te   dane,   które 
wprowadzam do komputera, no i wiem jeszcze to, co mi opowiadają pacjenci. 

– Jest pani doskonale zorientowana – pochwalił ją. – W którym ona jest miesiącu ciąży? 

Czy lekarze podejrzewają nadciśnienie czy stan przedrzucawkowy?

– To już chyba szósty miesiąc – odpowiedziała, ale myślała zupełnie o czym innym: o 

tym, jak pięknie brzmią słowa w jego ustach. Mówił miękkim głosem, miał dziwny akcent. 

background image

–   Czy   nie   miała   przedtem   innych   objawów   nadciśnienia?   Typowy   lekarz!   Ja   tu 

rozmyślam o jego intonacji, a on zajmuje się chorobą pacjentki, której nie widział na oczy. 

– Specjalista, który ją badał, mówi, że to łagodny stan przedrzucawkowy – wyjaśniła. – 

Jestem pewna, że gdyby tu mieszkała i miała lekarza pod nosem, kazaliby jej wrócić do domu 
i tylko zgłaszać się na kontrolę. 

–   Gdyby   mieszkała   w   mieście,   na   pewno   przeszłaby   bardziej   szczegółowe   badania. 

Położnik zaleciłby jej wykonanie pełnego obrazu krwi, ustalenie poziomu kwasu moczowego, 
elektrolitów i kreatyniny,  a także badanie funkcji wątroby, pełną analizę moczu i badanie 
dobowego wydalania białka z moczu. 

Wysłuchała go cierpliwie, rozumiejąc, że sprawdza sam siebie, jakby chciał się upewnić, 

że pamięta wszystko, czego nauczył się jako student. 

– Monitorowanie płodu jest oczywiście znacznie łatwiejsze w szpitalu – dodał po chwili, 

a   potem   zmarszczył   czoło,   jakby   czegoś   jeszcze   mu   brakowało,   by   móc   postawić   pełną 
diagnozę pacjentce, o której przed chwilą usłyszał. – I jeszcze coś – mruknął. Widziała, że 
stara się sobie coś przypomnieć. – Chodzi o rzadkie zaburzenie, które może okazać się fatalne 
w   skutkach,   jeśli   nie   zostanie   postawiona   właściwa   diagnoza.   Może   się   to   z   pewnością 
objawić jako stan przedrzucawkowy... 

Zwolnili kroku. 
–   Muszę   to   jeszcze   sprawdzić   –   dodał   z   uśmiechem,   który   sprawił,   że   serce   znowu 

zaczęło jej bić gwałtownie. 

–  Czy  już  panu  mówiłam,   że  ona  będzie   mieć   bliźniaki?   –  spytała,   pragnąc  sprawić 

wrażenie osoby równie zainteresowanej sprawami medycznymi co on. 

Gwizdnął przeciągle. 
– No to trudno się dziwić, że ją wzięli do szpitala. Nie tylko zrobią wszystkie badania, ale 

też będą mogli podjąć niezbędne działania, gdyby doszło do rzucawki. 

Szli teraz w milczeniu. Po chwili zobaczyli przed sobą jasno oświetlony szpital na małym 

wzgórzu. 

– A gdy już urodzi te bliźniaki? – spytał. 
Claudia nie od razu odpowiedziała, bo nie rozumiała, co miał na myśli. Patrzyła na jego 

ładny profil na tle jaśniejących przed nimi świateł. 

– Przecież nie zabierze z sobą dzieci do domu odległego od świata o godzinę lotu? Jak 

sobie poradzi z dwojgiem niemowląt? Co będzie, gdy zachorują?

Claudia uśmiechnęła się wyrozumiale. 
–   Przecież   nasza   służba   powietrzna   jest   właśnie   dla   takich   ludzi   jak   Bensonowie   – 

wyjaśniła. – Do Wooli, które jest osadą aborygenów, jadą samochodem tylko godzinę. Jest 
tam szpitalik, w którym pracuje pielęgniarka i felczer. W krytycznej sytuacji samolot może 
dolecieć do Wooli w tym samym czasie, co Carol dojedzie samochodem. 

– W pani ustach to wszystko wydaje się takie proste – odezwał się cicho – ale przecież 

godzina dla matki, która drży o swoje dziecko, to wieczność. 

–   Często   to   samo   spotyka   matki,   które   czekają   godzinami   w   przychodniach 

przyszpitalnych – zauważyła z przekąsem. – A zresztą Carol ma w domu apteczkę i radio. W 

background image

każdej chwili może się połączyć z bazą i poradzić lekarza, ale tego nasze kobiety zazwyczaj 
nie robią. Nauczyły się radzić sobie na długo przedtem, zanim wynaleziono radio i pomyślano 
o wysyłaniu lekarzy samolotami na pomoc. 

Był najwyraźniej zdumiony, a ona uśmiechnęła się do niego serdecznie, odkładając dalsze 

wyjaśnienia na później. 

– Musimy się pospieszyć, bo zaraz kończą się wizyty. Ruszyła naprzód szybkim krokiem. 

Pokonali bez trudu niewielkie wzniesienie i wkrótce ogarnął ich szum i gwar szpitala. 

– Czy to pani jedyna pacjentka? – zapytał, gdy czekali w recepcji na wiadomość, gdzie 

leżą pasażerowie rozbitego samolotu. 

– Ależ nie, mam ich teraz troje, ale z Carol spędzam zawsze najwięcej czasu. Ona się tu 

fatalnie czuje i bardzo chce wrócić do domu, chociaż w głębi serca z pewnością zdaje sobie 
sprawę, że będzie tu musiała zostać aż do porodu. 

Matt kiwał głową. W jasnym świetle szpitalnego holu mógł nareszcie dobrze przyjrzeć się 

swojej towarzyszce. Musiał przyznać, że wygląda ślicznie.  Biała sukienka podkreślała  jej 
złocistą   opaleniznę,   a   ciemne   włosy,   odsunięte   z   czoła   białą   opaską,   opadały   falami   na 
ramiona. Delikatnie zarysowane brwi podkreślały głębię ciemnych, błyszczących oczu. Tak 
bardzo chciał jej dotknąć... 

Ktoś najwyraźniej coś do nich mówił, ale on widział przed sobą jedynie wargi Claudii. I 

był pewien, że nawet się nie poruszyły. 

– Oddział czwarty – ciągnął ten sam głos, wyrywając go tym razem z zamyślenia. 
Zobaczył, że Claudia odchodzi. Czy to możliwe, by to o nim przed chwilą rozmyślała? 

Nie   wyobrażaj   sobie   za   dużo,   stary,   skarcił   sam   siebie.   Jesteś   dla   niej   zupełnie   obcym 
człowiekiem. 

– Tam jest winda – powiedziała, torując drogę wśród spieszących we wszystkie strony 

ludzi. 

Mówiąc to, zaczerwieniła się, a on miał ochotę dotknąć aksamitnego policzka i poczuć 

ciepło jej skóry. Szedł potem za nią i podniósł rękę, jakby chciał pogładzić jej czarne włosy, 
ale zabrakło mu odwagi. Instynkt podpowiadał mu, że wystarczy jeden niezręczny krok, a 
Claudia się spłoszy. Było w niej coś, co nakazywało szacunek. 

– Pana pacjenci są na czwartym piętrze – odezwała się, gdy doszli do windy. – Ja wysiądę 

na trzecim. Niech pan zapyta w pokoju pielęgniarek, jak do nich trafić. 

Weszli   do   windy.   Claudia   upewniła   się,   czy   wciśnięte   zostały   właściwe   przyciski,   a 

potem zwróciła się do Matta. 

– Na ogół jestem tu jakieś dwie godziny – powiedziała cicho, patrząc mu w oczy. – Czy 

trafi pan sam do domu?

Spojrzał na nią z rozbawieniem w oczach. 
– Jakoś wytrzymam te dwie godziny – powiedział. – Kiedy przyjechałem do Australii, 

pracowałem przez trzy miesiące w Perth, żeby zarobić na wycieczkę rowerową, ale to było 
dawno. Pochodzę sobie po korytarzu, żeby przesiąknąć znowu szpitalną atmosferą. 

Uśmiechnął się, a jej serce znów zaczęło bić niespokojnie. 
– Przejechała pani swoje piętro! Co teraz będzie? Claudia zaczerwieniła się. Jak mogła 

background image

być tak roztrzepana?

Przecisnęła  się do drzwi, gdy stanęli na czwartym  piętrze, i wyskoczyła  z windy.  W 

ostatniej chwili wpadła do drugiej windy, zjeżdżającej właśnie w dół. 

Co się ze mną dzieje? W drodze do Carol gorączkowo szukała odpowiedzi, ale zupełnie 

nie umiała sobie tego wszystkiego wytłumaczyć. Przecież się chyba nie zakochała. Kochała 
kiedyś Daniela i strasznie przeżyła jego śmierć, ale mieli wtedy tylko piętnaście lat! Całowali 
się parę razy. Znała go poza tym od niepamiętnych czasów, a Matt dopiero się tu pojawił!

Kochała rodziców i braci, czasem też wydawało jej się, że kocha Anthony’ego. Był taki 

miły, dobry i wyrozumiały. Ale nigdy jeszcze w jego obecności serce nie biło jej jak oszalałe 
ani też nie robiło jej się raz zimno, a raz gorąco. Nigdy też nie traciła w jego obecności głowy 
do tego stopnia, żeby nie móc normalnie rozmawiać. 

– Ależ ci się oczy błyszczą!
Natychmiast oprzytomniała. Carol siedziała na łóżku z kpiącym wyrazem twarzy. 
– Oczy mi się błyszczą? – powtórzyła Claudia przerażona. 
– I to jak! – potwierdziła Carol. – Już nie wspomnę o czerwonych policzkach. Tylko nie 

zacznij mi opowiadać, że to wszystko przez ten upał. 

Posunęła się, robiąc jej miejsce na łóżku. 
– A może spotkałaś jakiegoś przystojnego lekarza w windzie? A może ktoś się chciał 

umówić z tobą na randkę? Trzeba się było zgodzić. Z pewnością twoja mama nie przysłała cię 
tutaj  ; po to, żebyś  co wieczór przychodziła  odwiedzać  ludzi  w szpitalu.  

s  

Miała  pewnie 

nadzieję, że się trochę rozerwiesz, poznasz kogoś!

Claudia uśmiechnęła się. Zaletą wizyt u Carol było to, że prawie cały czas mówiła. W 

domu mogła rozmawiać tylko z mężem, czy więc korzystała teraz z okazji, mając więcej 
rozmówców? A może zawsze lubiła tak gadać bez przerwy?

–   No   więc   poszłam   kiedyś,   jak   to   ty   nazywasz,   rozerwać   się   –   zaczęła   Claudia.   – 

Wybraliśmy   się   z   moim   kuzynem   do   dyskoteki.   Chłopak,   z   którym   tańczyłam,   zemdlał, 
nabawiłam   się   migreny   od   tych   migoczących   świateł,   a   przez   całą   drogę   do   domu 
towarzyszyło  nam kilku podpitych  wyrostków,  którzy nie żałowali  sobie niecenzuralnych 
słów. 

– Może wybraliście nieodpowiednie miejsce? – spytała Carol. – A może trzeba było pójść 

innego dnia? Koniecznie wybierz się jeszcze raz, poszukajcie tylko spokojniejszego lokalu. 

– Pewnie się kiedyś wybierzemy – odparła z westchnieniem. 
– Ale powiedz mi, co mówi lekarz. 
Claudia wiedziała, co robi. Przez następne pół godziny Carol będzie teraz opowiadała o 

swym zdrowiu, a relacja jej będzie przeplatana złośliwymi uwagami pod adresem lekarzy i 
pielęgniarek. 

–   ...   no   więc   we   wtorek   będę   się   mogła   przenieść   do   pensjonatu.   Bill   wprawdzie 

przyjedzie tu na ostatnie sześć tygodni, na wypadek, i gdyby te nieznośne dzieciaki wybierały 
się urodzić wcześniej – i mam nadzieję, że to zrobią – no ale tak czy owak zostaje mi jeszcze 
parę miesięcy samotnego obijania się po tym mieście. 

– Przecież będę cię odwiedzała, i w dodatku ty będziesz mogła teraz do mnie przychodzić 

background image

–   zawołała   Claudia.   –   A   pensjonat   jest   tuż   obok   szpitala.   Może   nawet   zechcesz   sama 
odwiedzać innych?

– Tak jak ty? – spytała Carol z zainteresowaniem. 
– Oczywiście! I jeszcze mi przy tym pomożesz. Namawiasz mnie na różne rozrywki, a 

przecież  nie mam na to czasu, kiedy tu jest tylu  ludzi,  którzy nie mają ani  rodziny,  ani 
przyjaciół i trzeba im pomóc. 

– To może być całkiem fajne! – uznała Carol, a Claudii przyszło w tej samej chwili do 

głowy,   że   wcale   nie   wiadomo,   czy   wszystkim   będzie   odpowiadać   gadatliwość   Carol.   – 
Zawsze mogą przecież udawać, że śpią, jeśli nie będą mieli ochoty na rozmowę – ciągnęła 
Carol, a Claudii zrobiło się głupio na myśl, że przyjaciółka mogła wyczuć wahanie w jej 
głosie. 

– Ludzie na ogół są bardzo spragnieni towarzystwa i wolą, gdy się do nich mówi – 

powiedziała   szybko.   –   Zobaczymy   się   przed   wtorkiem,   a   teraz   pójdę   porozmawiać   z 
pacjentami, których dziś przywieźliśmy. Zapytam, czy będą chcieli, żebyś ich odwiedziła. 

Szybko   się   potem   pożegnała   i   pojechała   na   piąte   piętro   do   Lydii,   starszej   kobiety   z 

dalekiego północnego zachodu, aborygenki, która walczyła z rakiem. 

– Jest coraz słabsza – poinformowała ją szeptem siostra, gdy Claudia weszła na oddział. – 

Nawet nie zaprotestowała, gdy lekarz powiedział, że pewnie będzie jej teraz wygodniej w 
łóżku. 

– To zły znak – westchnęła Claudia i wyszła z pokoju pielęgniarek na korytarz. Po chwili 

znalazła się w jednoosobowym pokoju, którego okna wychodziły na pokryte zielenią góry. 

– Dzień dobry – powiedziała cicho. 
Podeszła do łóżka, by ująć wyciągniętą do niej rękę. Przez cienką skórę wyczuwała kości 

jak u ptaka. Ręka uczepiła się jej ostatnim wysiłkiem woli. 

– Śliczny mamy dziś dzień – oznajmiła Claudia z uśmiechem.  – Jest gorąco, ale nie 

parno, jak to zwykle po burzy. 

Chude palce chorej zacisnęły się przez chwilę na jej dłoni. 
Lydia porozumiewała się z nią teraz w ten sposób. Wyciągała rękę na powitanie, a potem 

czasem ściskała dłoń. 

Claudia   usiadła   na   łóżku   i   opowiadała   cicho   o   Carol,   o   wypadku   samolotowym   i   o 

nowym   lekarzu.   Nigdy   nie   wiedziała,   co   Lydię   może   najbardziej   zainteresować,   więc 
donosiła jej jo wszystkim, co wydarzyło się w ciągu dnia. Dziś jednak odniosła wrażenie, że 
Lydia jej w ogóle nie słucha. 

– Może mogłabym w czymś pomóc? – zapytała w końcu. Niepokój chorej kobiety zaczął 

jej się udzielać coraz bardziej. – Może chcesz się z kimś zobaczyć?

Patrzyła   na   pomarszczoną,   wykrzywioną   grymasem   bólu   twarz   i   zapadnięte   głęboko 

oczy. Głowa chorej poruszyła się niespokojnie. 

– Mam może o coś poprosić pielęgniarkę? – zgadywała Claudia. 
Chora ponownie zaprzeczyła ruchem głowy. 
– A może lekarza?
„Tym razem dłoń chorej zacisnęła się prawie do bólu. 

background image

– Zawołać lekarza?
Oczy   Lydii   napełniły   się   łzami.   Musiała   być   bardzo   nieszczęśliwa,   nie   mogąc   się 

porozumieć. Wysunęła rękę spod kołdry i przyciągnęła Claudię do siebie. 

– Do domu! – szepnęła chrapliwym, nabrzmiałym rozpaczą głosem. 
– Do Coorawalli? – spytała  Claudia przez ściśnięte gardło. Na twarzy Lydii zagościł 

spokój. 

– Porozmawiam jutro z doktorem Gregorym – obiecała Claudia. – W środy zawsze jest 

lot, bo jest przecież dyżur w przychodni, ale oczywiście nie mogę ci nic obiecać... 

Zwykle  zabierano  pacjentów z powrotem do domu  wtedy,  kiedy było  miejsce. Lydia 

poruszyła głową na znak, że rozumie ji zamknęła oczy. Uspokoiła się i Claudia wymknęła się 
cicho z pokoju. 

Jeszcze tylko jedna wizyta i będzie wolna. Ciekawa była, jak się miewają pacjenci Matta. 

Może w przyszłości ich też trzeba będzie odwiedzać?

Skierowała się teraz na oddział męski, gdzie odwiedzała Gilberta Grace’a, poszukiwacza 

złota. Ten stary dziwak był prawdziwą udręką dla pacjentów i personelu. 

– Już myślałem, żeś o mnie zapomniała – burknął pod nosem na jej widok. – Musisz 

zawsze najpierw odwiedzić te wszystkie babska, a ja to się w ogóle nie liczę. 

Claudia podeszła do łóżka. Gilbert zawsze narzekał, miała więc już dawno przygotowaną 

odpowiedź. 

– Przychodzę do ciebie na końcu, żeby móc dłużej posiedzieć – rzekła z uśmiechem. – A 

poza tym wolę dostać całusa na dobranoc od ciebie, a nie od jakiegoś babska!

Usiadła na łóżku i otworzyła szufladkę w stoliku nocnym. Przyniosła mu kiedyś książkę o 

kamieniach szlachetnych. Miała nadzieję, że zainteresuje go historia procesów geologicznych; 
one przecież ukształtowały minerały, które zbierał. 

– A po co mi to! – warknął wtedy. – Czytanie to tylko strata czasu!
Patrzył  jednak na książkę z nie ukrywanym  zainteresowaniem, a jego powykrzywiane 

palce zdawały się gładzić z czułością ametysty i topazy z kolorowych fotografii. 

– Jeśli chcesz, mogę ci poczytać – zaproponowała wtedy, no i byli już na czterdziestej 

siódmej stronie, bo co wieczór czytali po parę kartek. 

–   Ten   smarkacz   uważa,   że   mogę   w   piątek   wracać   do   buszu.   Przerwał   jej   w 

najciekawszym   miejscu,   zrozumiała   więc,   że   sprawa   jest   poważna.   Odłożyła   książkę, 
próbując odgadnąć, czy odebrał to jako dobrą, czy złą wiadomość. 

„Smarkacz” był bardzo zdolnym lekarzem, który razem ze specjalistą próbował ustalić 

przyczynę   powiększonej   śledziony   Gilberta.   Gilbert   stale   korzystał   z   pomocy   służby 
powietrznej, za każdym razem pojawiał się w innej przychodni. Jak twierdził, przychodził do 
nich po to, by spotkać jakaś ludzką istotę, gdy miał już dosyć przemawiania do drzew. 

– Czy powiedział, że zakończył badania? – zaczęła ostrożnie, modląc się w duchu, by jej 

pytanie nie wywołało w Gilbercie ataku złości, skierowanego zwykle pod adresem lekarzy i 
medycyny,   Ostatnim   razem   pojawił   się   w   przychodni   ze   zranioną   nogą.   Wywiązało   się 
zakażenie, a Jacka zaniepokoiło obfite krwawię – nie z rany. Przeprowadził badania, które 
wykryły powiększenie śledziony,  a to z kolei wymagało następnych badań i w rezultacie 

background image

skończyło się na przywiezieniu Gilberta do szpitala. Głośno wówczas protestował, ale czuł się 
najwyraźniej na tyle źle, że dał za wygraną. 

– Mówi, że to nie malaria, wie też na pewno, że to nie dwadzieścia innych dziwacznych 

choróbsk. Powiedział jeszcze, I że jak będę połykał te jego pigułki i częściej odwiedzał te 
wasze różne przychodnie, to nic mi nie będzie. 

Mówił   to   wszystko   przenikliwym   szeptem,   który   słychać   było   z   pewnością   w 

najodleglejszych zakątkach szpitala. 

– Powiedziałem mu, że Pan Bóg dał mi śledzionę nie po to, żeby on miał mi ją usuwać. 
Uśmiechnęła się. 
– Skończymy książkę do piątku – obiecała i nachyliła się, by pocałować go w policzek. 
Uśmiechała się jeszcze w drodze do windy, ale przypomniała jej się Lydia i posmutniała. 
– To wygląda tak, jakby chciała umrzeć – opowiadała Mattowi, gdy wracali do domu 

ciemnymi ulicami. 

Czekał na nią w drzwiach szpitala i od razu zdała sobie sprawę, że uśmiechnęła się do 

niego zbyt radośnie i że zbyt szybko do niego podbiegła. Postanowiła więc teraz prowadzić 
rzeczową   rozmowę   i   nie   zwracać   uwagi   na   przedziwne   poczucie   lekkości,   jakie   nią 
zawładnęło. 

– Kiedy sześć tygodni temu lekarze zalecili jej chemioterapię, zjawiła się w szpitalu pełna 

energii. Zrzuciła od razu z łóżka materac i wysłała do domu wszystkich zdenerwowanych i 
zawodzących krewnych. Powiedziała, że ma tu „ważną sprawę” do załatwienia i żeby jej nie 
zawracali   głowy.   Za   każdym   razem,   gdy   ją   odwiedzałam,   musiałam   jej   opowiadać   o 
pogodzie. Zupełnie jakby gorący monsun miał jej jakoś pomóc. 

– Zrzuciła z łóżka materac? – zainteresował się Matt, zwracając uwagę na to, co Claudia 

uznała za najmniej ważne. 

– Wielu starych aborygenów woli spać na podłodze – odparła. – Ale dziś materac był z 

powrotem na łóżku. 

Wyczuł w jej głosie smutek i strach, dotknął więc delikatnie jej ramienia. Na nic więcej 

nie mógł sobie na razie pozwolić. 

– Przychodzi czasem taka chwila, gdy ludzie uznają, że nadszedł już czas i zaprzestają 

walki. Jestem lekarzem, więc nie chcę uwierzyć, że człowiek może umrzeć, jeśli tylko bardzo 
tego pragnie, ale widziałem już ludzi, którzy się po prostu poddawali. Jakby przyjmowali do 
wiadomości, że taka jest kolej rzeczy i oni akceptują po prostu porządek tego świata. 

– To tak – rzekła w zadumie – jakby każdy z nas miał wyznaczony na ziemi pewien 

określony czas, po upływie którego należy po prostu odejść?

W   jej   głosie   kryło   się   niedowierzanie   i   chyba   jeszcze   napięcie,   które   zauważył   już 

przedtem, gdy rozmawiali o pracy lekarza. 

– Czy lekarz może się z tym pogodzić? – zażartował, pragnąc rozwiać jej smutek, którego 

nie rozumiał. – Przecież po to my, lekarze, tu jesteśmy, żeby ratować zgodnie z prawem 
boskim i ludzkim powierzone nam życie!

Zatrzymał się i spojrzał na nią. 
– No a poza tym, czy godzi się prowadzić takie smutne rozmowy w tak piękny wieczór, 

background image

gdy niebo roziskrzone jest gwiazdami, a fale cicho uderzają o brzeg? – Spoważniał. – Śmierć 
będzie dla Lydii nie tylko końcem cierpień, ale też początkiem i nowego życia. Sama pani 
przecież mówi, że jest teraz spokojna I i pogodzona z losem. A gdy jeszcze znajdzie się w 
domu... 

W świetle księżyca dostrzegł jej zniewalający uśmiech. 
– Ma pan oczywiście rację – wyszeptała. – Ona chyba uznała na początku, że trzeba 

zaufać wiedzy białego człowieka. Dowiedziałam się dzisiaj, że dwa tygodnie temu skończyli 
drugą turę chemioterapii. I pewnie, gdy zobaczyła, że wcale jej nie jest ; lepiej, postanowiła 
wrócić do swojego świata i swoich ludzi. 

– Na pewno tak właśnie jest – szepnął. – I na pewno jest pani prześliczna!
Zapomniał na chwilę o swym postanowieniu, podniósł rękę i dotknął palcem jej nosa, a 

potem opuścił nieco rękę i musnął jej wargi. 

Wysiłkiem   woli   próbowała   opanować   niepokój   i   wzburzenie,   które   w   niej   narastały. 

Miała ochotę płakać, a on wtedy cofnął dłoń. 

– Trzeba chyba już iść – powiedział, biorąc ją pod rękę i ruszając szybkim krokiem. 
Chyba czekałam, aż mnie pocałuje, pomyślała, wydłużając i krok, by za nim nadążyć. 
– Przecież nie musimy aż tak pędzić – zaprotestowała po chwili. 
–   Przepraszam.   Nie   wiem,   co   się   dziś   ze   mną   dzieje.   Może   to   wina   tropikalnego 

powietrza albo zmęczenia po pierwszym dniu pracy. Naprawdę nigdy się tak nie zachowuję. 

Aha! Więc to nie ma ze mną nic wspólnego, pomyślała. Szli w milczeniu, a jej było 

właściwie wszystko jedno, dlaczego czuła się tak dziwnie, a przy tym tak wspaniale u jego 
boku. Z pewnością nie powiem mu, że to wszystko przez niego, postanowiła. W każdym razie 
nie teraz. 

– Czy nie minęliśmy już pana domu? – spytała, gdy przystanęli przy furtce ogrodu ciotki 

Stephy.  –  Przecież  nie  musi  mnie  pan   odprowadzać  pod  same   drzwi.  Tutaj  jest  całkiem 
bezpiecznie. Rainbow Bay to właściwie wioska rybacka, tyle że się trochę rozbudowała. 

– Kiedy mi to sprawiło przyjemność – zapewnił ją. – A zresztą mieszkam przecież tuż 

obok. Pod sześćdziesiątym czwartym, cztery domy bliżej do bazy niż pani. 

Zwróciła   znowu   uwagę   na   jego   cudzoziemski   akcent.   Tak   wiele   rzeczy   chciałaby 

wiedzieć!  O tyle  spraw go zapytać!  O jego dom,  rodzinę, przyjaciół.  Jakie ma  plany na 
przyszłość i jakie... marzenia. 

– Zobaczymy się jutro – powiedziała, walcząc z chęcią zaproszenia go na kawę. 
Mieszkała już u ciotki cztery miesiące i nigdy jeszcze nikogo nie zaprosiła. Musiałaby się 

tłumaczyć i odpowiadać na pytania, a za wszelką cenę chciała tego uniknąć!

– Z samego rana – powiedział z naciskiem w głosie i zanim zorientowała się, uniósł jej 

rękę do góry i pocałował. 

Poczuła, że dzieje się z nią coś niesamowitego. Przez chwilę zdawało jej się, że jego usta 

wznieciły płomień, a potem zaczęła drżeć na całym ciele. 

– A demain – odezwał się po chwili i ten zwrot, tak dobrze znany ze szkolnych czytanek, 

przyprawił ją o zawrót głowy. 

– A demain – odpowiedziała, odwróciła się i pobiegła szybko do domu. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Następnego   ranka   Claudia   szła   wolno   ulicą,   starając   się   nie   okazywać   zbytniego 

zainteresowania, gdy mijała dom pod numerem sześćdziesiątym czwartym. Miała mnóstwo 
czasu, bo wyszła za wcześnie. Jeżeli Matt jeszcze jest w domu, będzie ją mógł dogonić. 

Poranek był piękny, ale upał zaczynał się później, z przyjemnością więc wystawiała twarz 

na promienie słońca. 

Czuła się wspaniale. 
Nie miało to oczywiście żadnego związku z Mattem Laurantem. I oczywiście było jej 

najzupełniej obojętne, czy ją zdąży dogonić, czy nie. Przyjechał tu tylko na rok i być może 
szuka   przyjaciółki,   ale   jej   chyba   nie   odpowiadają   przygodne   znajomości   ani   przyjaźnie 
zawierane na dwanaście miesięcy. 

– A jakie ma pani plany na dziś?
Słysząc   jego   głos,   zatrzymała   się   od   razu.   Jego   interesuje   najwyraźniej   praca,   a   ona 

rozmyśla o uczuciach! Przyspieszyła kroku, by mu dorównać. 

– Będę musiała porozmawiać z Jackiem o Lydii – odparła. – Nasz inny pacjent, Gilbert 

Grace, też wybiera się do domu, ale jego podróżą zajmie się szpital. A Lydia z pewnością 
nikomu nie mówiła, że chce wracać, no i Jack będzie musiał się tym zająć. 

– Więc nie traci się z pacjentem kontaktu po przywiezieniu go do szpitala. 
Zdawało jej się, że pod wpływem  jego uśmiechu wszystko dokoła pojaśniało. Nawet 

niebo było teraz bardziej błękitne. 

– Oczywiście, że nie. 
Najwyraźniej był z tego zadowolony, a ona znów odczuła radość. A więc nie jest mu 

obojętne, co dzieje się z ludźmi, którzy trafiali do szpitala. Najwyraźniej służba w ich bazie 
nie jest dla niego tylko okazją do przeżycia przygody. 

– Bardzo różnie to bywa – tłumaczyła. – Wielu pacjentów trafia do nas przypadkowo, bo 

przejeżdżali akurat przez teren, który nam podlega. Kiedy ich stan się poprawia, przewozi ich 
się na ogół do szpitali bliżej domu, ale dla wielu ludzi pochodzących z różnych odludnych 
okolic   nasi   lekarze   są   jednocześnie   ich   lekarzami   domowymi.   I   dlatego   musimy   zawsze 
wiedzieć   o   wypisaniu   chorego   ze   szpitala,   a   nasi   lekarze   współpracują   z   personelem 
szpitalnym, żeby zapewnić dalsze leczenie. 

– Bardzo to pani przeżywa – zauważył. 
– Kiedyś... – powiedziała i zawahała się na chwilę. – Kiedyś... – powtórzyła, stając i 

patrząc mu w oczy, jakby starała się zmusić go, by zrozumiał, co ma na myśli. – No więc 
kiedyś myślałam, że poświęcę się tej pracy. To było moje marzenie. To było nasze marzenie – 
poprawiła się. 

Nasze marzenie? Claudii i jej chłopaka?
– Kiedyś mi pani pewnie o tym opowie – powiedział zduszonym głosem i ruszył przed 

siebie. 

–   Tak,   może   kiedyś   panu   opowiem   –   zgodziła   się,   ale   powiedziała   to   zupełnie   bez 

przekonania. 

background image

– Dzień dobry! Słyszeliście już?
Byli   już   w   ogrodzie   otaczającym   bazę,   a   Susan   zatrzaskiwała   właśnie   drzwiczki 

samochodu. 

– Co się stało? – spytała z niepokojem Claudia. 
– Znowu jakiś wypadek? – Matt nie umiał ukryć zainteresowania. 
– Na trawlerze wybuchł pożar. Dwóch członków załogi próbowało go ugasić i poparzyli 

się. Kiedy wybuchł zbiornik paliwa, podmuch wyrzucił ich do wody. Nie tylko że omal nie 
utonęli, to jeszcze znaleźli się w stanie hipotermii. 

Claudia uśmiechnęła się. Gdy Susan opowiadała o wypadkach, w jej głosie zwykle kryło 

się rozdrażnienie, jakby podejrzewała, że wszyscy mają tylko zamiar narazić na kłopoty ich 
bazę. Ale były to tylko pozory. Susan była przecież najbardziej lubianą przez wszystkich 
pielęgniarką. 

– I co teraz? – dopytywał się Matt. – Gdzie oni są? Zbliżali się do drzwi wejściowych. 
– Zaraz będą w szpitalu – odparła Susan. – Wyłowili ich rybacy z innego kutra i zawieźli 

do Coorawalli. Eddie z Bobem znajdowali się najbliżej, więc Eddie zmienił kurs, poleciał tam 
i od razu ich zabrali. Mieli tu wylądować pół godziny temu. 

– A czy Eddie poleci teraz dalej do przychodni, do której odbywał lot?
– Ależ skąd! Jemu już nie wolno! – zaprotestowała Susan. – Allysha odwiezie Boba z 

powrotem do Caltury, zabiorą stamtąd Christę i polecą potem do pozostałych przychodni. 

– Nie rozumiem. Dlaczego Eddie nie może wrócić do Caltury, a Bobowi wolno?
– Personel medyczny nie ma ograniczonego czasu pracy – wtrąciła Claudia, przychodząc 

Susan z pomocą. – Dyżury trwają dwadzieścia cztery godziny, więc nawet jeśli mieli przez 
całą noc nagłe wypadki, mogą zostać potem wezwani ponownie w dzień. Sam pan zobaczy, 
jak to jest. Nauczy się pan spać na stojąco. 

– Nauczyłem się tego podczas pierwszych dwóch lat w szpitalu. Szybko sobie przypomnę 

– zapewnił z uśmiechem. – A jak z pilotami?

– Pilotom wolno latać jedynie przez dwanaście godzin w ciągu doby. Eddie z pewnością 

wyczerpał limit, a w każdym razie musiał być bardzo blisko. Odbył przecież drogę z Rainbow 
Bay do Caltury, potem do Coorawalli i z powrotem do Rainbow Bay. 

– Czy to ma znaczyć, że w bazie zmieni się plan dyżurów? – zapytał. 
– Nie sądzę – odpowiedziała. – Gdyby Bob nie był w stanie z jakiegoś powodu wrócić na 

czas, zastąpiłby go następny lekarz z listy dyżurujących. – Spojrzała na niego ciepło. – Pana 
pierwszy dyżur wypada w czwartek. 

– Niech mi pani o tym nie przypomina. Ciarki mnie przechodzą na samą myśl o tym – 

zażartował. 

Claudia wyczuła jednak niepokój w jego słowach. Wyciągnęła rękę i lekko dotknęła jego 

ramienia. 

– Susan panu pomoże – pocieszyła go. – Ona chyba potrafi sobie poradzić sama jedna w 

przychodni. Wy, lekarze, tak naprawdę jesteście potrzebni tylko do wypisywania recept! – 
Uśmiechnęli się do siebie serdecznie. – To na razie – szepnęła, wchodząc pospiesznie do 
gabinetu Leonie. 

background image

A on został sam, nie mogąc oderwać oczu od drzwi, za którymi zniknęła. 
– Może mógłby pan wyręczyć dziś Claudię i zadzwonić do szpitala, żeby dowiedzieć się 

o stan tych ludzi, których wczoraj przywieźliśmy. Chciałbym znać wyniki badań. 

Głos Jacka Gregory’ego sprowadził Matta na ziemię. Dopiero teraz zorientował się, że 

stoi pośrodku holu jak zawalidroga. 

– Z przyjemnością – odrzekł. – Byłem tam wczoraj wieczorem, ale nie zastałem lekarzy, 

którzy ich przyjmowali. 

– Claudia stale odwiedza naszych pacjentów – dodał Jack, a Matt odniósł wrażenie, że 

oczy starszego pana rozjaśniły się przy tych słowach. 

– Byłem z nią wczoraj – powiedział Matt obojętnie, nie chcąc, by Jack myślał, że ma coś 

do ukrycia. – Ma najwyraźniej dobre serce, skoro to robi – dodał. 

– Nie da się zaprzeczyć – zgodził się Jack. – Na pewno więc i panu pomoże. Proszę ją 

zapytać,  gdzie trzymamy  karty hospitalizowanych  pacjentów. Potem będzie pan mógł  się 
zająć innymi przypadkami. Wyrobi pan sobie w ten sposób pojęcie, na czym polega nasza 
praca. 

Matt skinął głową i podszedł do biurka, które mu przydzielono. Niedawno należało do 

Boba. Przed Bobem do Jamesa. A jeszcze przedtem? Hu jeszcze lekarzy tu zasiadało, czując 
tak jak on niepewność, samotność, a jednocześnie podniecenie i radość na myśl, że biorą 
udział w czymś tak niezwykłym?

– Jack prosił, żebym przyniosła panu karty choroby. Może nie jestem tutaj tak zupełnie 

samotny, pomyślał, widząc przed sobą uśmiechniętą buzię Claudii. 

– Nie ma tu tylko karty Lydii – mówiła. – Powiedziałam Jackowi, że chce wracać do 

domu, zabrał więc jej dokumenty i będzie rozmawiał z lekarzem, który ją prowadzi. Z tego, 
co Jack mówi, wynika, że to nie będzie wcale taka łatwa sprawa z jej wypisaniem. – Była 
wyraźnie   zaskoczona   i   zmartwiona.   –   A   co   pan   o   tym   myśli?   Przecież   jeżeli   chory 
jednoznacznie wyrazi swoje życzenie, nie powinno być żadnych kłopotów?

Odsunął karty na bok i spojrzał na nią. 
– Tak powinno być – odrzekł cicho. – Ale widzi pani, lekarze są tylko ludźmi, zwykłymi 

ludźmi.   W   każdym   zawodzie   można   spotkać   takich,   którym   się   wydaje,   że   pozjadali 
wszystkie rozumy. No i niektórym lekarzom też się niestety wydaje, że znają odpowiedzi na 
wszystkie pytania. A inni bywają tak zazdrośni o swoich pacjentów jak o żony. Taka już jest 
ludzka natura. 

– Ależ to straszna głupota! – oburzyła się Claudia. – Od lekarzy powinno się wymagać, 

żeby byli inteligentni i wykształceni. I zawsze powinni na pierwszym miejscu stawiać dobro 
pacjenta. 

– No i większość taka z pewnością jest – zapewnił. – Tylko że ten lekarz, z którym Jack 

będzie rozmawiał o Lydii, może być innego zdania i wysunąć niepodważalne racje, które 
przemawiają za zatrzymaniem chorej w szpitalu. 

Boże, jak ja lubię ten jego uśmiech! – pomyślała i zaczerwieniła się, po czym bąknęła 

kilka słów o kartach pacjentów i szybko uciekła. 

Muszę się wreszcie wziąć w garść, nakazała sobie, biegnąc do kuchni, by nalać Leonie 

background image

filiżankę kawy. Jeśli mi się to nie uda, doktor Flint na pewno zauważy, co się ze mną dzieje, i 
zadręczy mnie na śmierć. A jak Mattowi byłoby głupio!

Gdy odchodziła, Matt sięgnął od razu po karty pacjentów. Starał się nie myśleć o Claudii, 

ale stawała mu stale przed oczami. Czuł ją przy sobie, widział jej delikatność, jej wdzięk. 

Pamiętaj! – powtarzał w duchu. To nie jest dziewczyna, której wolno zawrócić w głowie, 

rozkochać w sobie, a potem porzucić. 

Pilot,   którego   udało   się   wyciągnąć   z   samolotu,   nazywał   się   Karl   Roberts.   Gdy   Matt 

przyszedł do szpitala, Roberts spał, ale jedno spojrzenie na historię choroby potwierdziło, że 
pilot miał uraz kolana, złamanie piszczeli i goleni, tak jak Jack podejrzewał, a nadto zerwanie 
ścięgna w kostkach obydwu nóg. 

Matt podniósł słuchawkę i nakręcił numer. Udało mu się od razu połączyć z ortopedą. 
– Musieliśmy operować kolano Robertsa – mówił ortopeda. – Dyżurny chirurg wraz ze 

specjalistą od chirurgii naczyń  zajęli się raną nogi. Uszkodzenie tętnicy jest tak duże, że 
trzeba   było   założyć   protezę   naczyniową.   Oczywiście   obawiamy   się   zatoru   tłuszczowego. 
Stracił wiele krwi, ale szybko doszedł do siebie po transfuzji. Jeszcze dziś prześlemy panu 
faksem jego kartę choroby. 

– A co z pasażerem?
Matt otworzył następną kartę. Alana Wilmotta widział poprzedniego wieczoru i nawet z 

nim rozmawiał. Wilmott leżał na wyciągu i skarżył się na nieznośny ból, lecz jego stan nie 
był ciężki. 

–   Wasze   przypuszczenia   potwierdziły   się.   To   wstrząśnienie   mózgu,   trzeba   go   więc 

zatrzymać na obserwację. Jest teraz przytomny,  ale nie pamięta żadnych wydarzeń sprzed 
wypadku. Musiał uderzyć się w głowę, gdy lądowali, a nie wtedy, gdy samolot wpadł do 
rowu, jak to opisywał Jack w sprawozdaniu. 

W   sprawozdaniu?   Matt   przerzucił   papiery   i   znalazł   kartkę   tak   właśnie   zatytułowaną. 

Czytał ją pobieżnie, słuchając jednocześnie ortopedy. 

– No więc on przypomina sobie, jak lecieli, mając wokół siebie błękit nieba, a następnie 

pamięta   to,   że   obudził   się   w   szpitalu.   Chłopcy   z   komisji   wypadkowej   nie   będą   tym 
zachwyceni. 

– A więc będzie dochodzenie?
Cóż to musi być za praca, pomyślał Matt. Odszukiwanie odległych miejsc, w których 

rozbił   się   samolot,   a   potem   odczytywanie   z   drobnych,   niepozornych   śladów   i   znaków 
przyczyn katastrofy. 

–   Oczywiście,   że   tak.   Pilotów   i   samoloty   obowiązuje   większy   reżim   niż   lekarzy   – 

wyjaśnił ortopeda. Niemal dokładnie to samo mówiła niedawno Susan i Claudia. 

– Czy potrzebuje pan jeszcze jakichś informacji? Może połączyć pana z oddziałem?
Matt podziękował. Postanowił najpierw przeczytać dokładnie historię choroby pacjentów, 

a   potem   dopiero   rozmawiać   z   opiekującym   się   nimi   personelem.   Zabrał   się   najpierw   do 
lektury karty Carol Benson. O ileż łatwiej czyta się zapiski wprowadzone najwyraźniej przez 
Claudię od nieczytelnych uwag lekarza na górze strony!

Claudia!

background image

Znowu oczami  wyobraźni  ujrzał jej ciemne,  lśniące  włosy,  wyraziste,  ogromne  oczy, 

nieśmiały,   choć   zalotny   zarazem   uśmiech.   Przymknął   na   chwilę   oczy,   chcąc   zebrać 
rozproszone myśli i zabrać się do pracy. 

W historii choroby Carol Benson znalazł to wszystko, co mu już opowiedziała Claudia, 

ale   też   zapis:   „barwiak   chromochłonny”.   Uśmiechnął   się   do   siebie.   Wiedział,   że   jest   to 
rzadkie schorzenie, które może objawiać się jako stan przedrzucawkowy! Połączył się więc z 
oddziałem położniczym. 

– Jej ciśnienie osiągało niebezpiecznie wysoki poziom, gdy przyszła do nas. Czułam, że 

muszę   podać   środek   przeciwciśnieniowy   i   zdecydowałam   się   na   methyldopę   –   usłyszał 
spokojny kobiecy głos. 

Nie posiadał się ze zdumienia. Rzadko spotykało się kobiety, które miały specjalizację 

zarówno w ginekologii, jak i w położnictwie. 

– To jeden z najlepiej sprawdzonych leków. Nie są znane żadne powikłania u dzieci – 

mówiła   kobieta   pewnym   głosem.   –   Przekazałam   Claudii   wszystkie   szczegóły   dotyczące 
kuracji. Wprowadziła je do historii choroby. 

– A kto będzie sprawował nad nią opiekę po wypisaniu ze szpitala?
– Będzie miała wyznaczone regularne wizyty.  Pracuję w przychodni przyszpitalnej, a 

pensjonat, w którym zamieszka Carol, jest tuż obok szpitala, będzie więc nadal pod opieką. 
Niech pan nas odwiedzi któregoś dnia – dodała. 

– Z wielką przyjemnością – obiecał i poprosił o połączenie z oddziałem męskim. 
–  Bardzo  mi   przykro,   ale  doktor  Evans   i przełożona  pielęgniarek   są na  obchodzie   – 

usłyszał młody głos. Pielęgniarka, która odebrała telefon, dała mu do zrozumienia, że nie 
zawoła teraz lekarza za żadne skarby świata. – Słyszałam, że pan Grace będzie wypisany. 
Doktor Evans zadzwoni do was, żeby uzgodnić sprawy transportu – zapewniła. – Zrobi to z 
pewnością niedługo. 

Matt podziękował i pożegnał się. Miał szczęście, ponieważ w ciągu jednego dnia udało 

mu się dowiedzieć czegoś o dwóch spośród trojga pacjentów. Mógł sobie teraz pozwolić na 
chwilę odpoczynku. 

A może ona wcale nie ma przyjaciela?
– Czy skończył już pan? – usłyszał nad sobą męski głos. 
–   Jeżeli   tak,   proszę   zostawić   te   papierzyska.   Muszę   opowiedzieć   panu   o   naszych 

przychodniach. 

Uniósł   głowę   do   góry   i   zobaczył   przystojnego   mężczyznę,   który   przedstawił   mu   się 

poprzedniego dnia jako Peter Flint. 

– Dzisiaj też pan pracuje? – spytał Matt. Peter uśmiechnął się. 
– Jak pan widzi, ale za to nie ma dziś Jacka – wytłumaczył. 
– Co nie oznacza, że Jack spędza wolny czas w domu. To prawdziwy pracoholik. Niech 

pan uważa, żeby się pan nie upodobnił do niego. Zaraz panu pokażę mapę naszego terenu i 
opowiem, jak działają przychodnie, a potem na dowód, jakie mam dobre serce, zabiorę pana 
do szpitala na lunch. To dobry sposób, żeby poznać personel, z którym będzie pan prowadził 
rozmowy przez telefon, no i spotkać najpiękniejsze pielęgniarki pod słońcem. 

background image

Mattowi udzielił się nieco beztroski nastrój Petera. Podejrzewał przy tym, że doktor Flint 

nie tyle jest wylewny z natury, co przybiera taką pozę. 

Poszli prosto do Katie, która na ich widok odwróciła głowę od komputera. Powitała ich 

uśmiechem i natychmiast zadzwonił telefon. 

– Najlepiej widać wszystko tu – oznajmił Peter, rozkładając mapę północnej części stanu. 

–   Każdy   dzień   oznaczony   jest   innym   kolorem.   Linie   kropkowane   wyznaczają   loty   do 
przychodni   odbywane   co   dwa   tygodnie,   linią   ciągłą   oznaczone   są   loty   cotygodniowe,   a 
przerywanymi niebieskimi kreskami loty piątkowe, które odbywają się raz na miesiąc. 

Matt   z   zainteresowaniem   słuchał   entuzjastycznej   opowieści   Petera.   Był   tym   tak 

pochłonięty, że gdy Peter nagle skończył, spojrzał na niego zaskoczony. 

– No, na dziś wystarczy! – oświadczył. – A teraz chodźmy. Pojedziemy do szpitala i zaraz 

pan   zobaczy,   ile   kobiet   z   Rainbow   Bay   nie   może   się   wprost   doczekać   spotkania   z 
przystojnym, młodym, francuskim lekarzem. 

Wyszli   na   zalany   słońcem   parking.   Peter   otworzył   drzwi   czerwonego   sportowego 

samochodu, wpuszczając Matta do środka. Ze wszystkich stron ogarnęło go duszne, nagrzane 
słońcem powietrze. 

Siadając,   poczuł   wyrzuty   sumienia.   Dlaczego   nie   powiedział   Claudii,   gdzie   jedzie? 

Dlaczego nie pożegnał się z Katie?

Claudia widziała ich z okna kuchenki i zrobiło jej się smutno. Ogarnęła ją przy tym 

zazdrość.   Wiedziała   dobrze,   czym   się   taka   wyprawa   zakończy.   Wiadomo   było,   że   Peter 
przedstawiał   zawsze  nowym   pracownikom  najładniejsze  pielęgniarki   w  szpitalu.   Taki  już 
miał zwyczaj i tak będzie na pewno i tym razem. 

– Nie sądzę, żeby kierowała nim zwykła życzliwość wobec Matta – odezwała się Katie, 

która właśnie nadeszła i stanęła za Claudią – czy też chęć zrobienia mu przyjemności. Dla 
niego to po prostu okazja do poznania samemu „nowych twarzy” w szpitalu. 

– Jak możesz tak mówić! – zaprotestowała Claudia. Katie uśmiechnęła się tylko. 
– Czasami mi się wydaje, że nie wiesz, na jakim świecie żyjesz – skonstatowała, a potem 

dodała: – Peter Flint ciągle z ciebie kpi albo robi nieprzystojne uwagi pod twoim adresem, a 
ty go bronisz. 

– A może on jest po prostu bardzo nieszczęśliwy i dlatego ciągle wszystko obraca w żart? 

Może te jego flirty i dowcipy biorą się stąd, że sam nie bardzo wie, czego mu potrzeba, za 
czym goni?

– Ależ z ciebie prawdziwe dziecko we mgle! – zakpiła Katie. – Chciałabym, żeby było 

tak, jak mówisz, ale obawiam się, że Peter to jeden z tych ludzi, którzy przechodzą beztrosko 
przez życie z przekonaniem o swojej doskonałości i są przy tym niewrażliwi na to, co się 
dzieje wokół. 

Skończywszy   swą   gorzką   tyradę,   Katie   wyszła   z   kuchenki,   zostawiając   oniemiałą 

Claudię. 

– Nie, to nie może być prawda – powiedziała głośno, choć nikogo przy niej nie było. 
Zrobiła sobie filiżankę kawy i usiadła przy stole, żeby zjeść kanapki, starając się nie 

myśleć ani o nowym lekarzu, ani o towarzyszących mu teraz zapewne pięknych blondynkach. 

background image

To  przecież  zupełnie  zrozumiałe,   że  Matt   ma   ochotę  poznać  różnych  młodych   ludzi, 

zamierza tu przecież spędzić cały rok. Musi mieć więc jakichś przyjaciół, do których mógłby 
wpaść, znajomych, z którymi mógłby spędzić wolny czas. Jakąś dziewczynę... 

Dziewczynę? Claudia wzdrygnęła się na samą myśl o tej jakiejś dziewczynie. 
Wokół Petera kręciła się zawsze masa różnych dziewczyn. Dzwoniły do niego do pracy, 

prowadziły jego samochód, otaczały go na różnych przyjęciach. A Matt był przecież również 
bardzo przystojny. Choć był przy tym zupełnie do Petera niepodobny. 

– W środę zabieramy twoją Lydię do domu – rozległ się głos Jacka, który wszedł właśnie 

na kawę. Podszedł do szafki, by wyciągnąć swój ulubiony kubek. – A tak jej przecież zależało 
na tej kuracji, gdy znalazła się w szpitalu – dodał w zamyśleniu. 

Widać było, że nie wie, co myśleć o tej sprawie. 
Claudia spojrzała na niego zdumiona. Jack, który nie jest pewien swego, był zjawiskiem 

równie niesamowitym jak Peter, który by spędzał wolny czas bez dziewczyny u boku. 

– Bardzo jej zależało – potwierdziła, gdy usiadł naprzeciwko niej z kanapkami, które 

wziął z lodówki. – Niektórzy pacjenci są zachwyceni, gdy trafiają po raz pierwszy do szpitala, 
bo wtedy, często po raz pierwszy w ich życiu, ktoś o nich zaczyna dbać – mówiła dalej. – Ale 
z   Lydią   od   początku   było   inaczej.   Uchodzi   wśród   swoich   za   mądrą   kobietę,   zna   się   na 
medycynie naturalnej i wie dużo o różnych lekach. Wydaje mi się, że chemioterapia stanowiła 
dla niej rodzaj wyzwania. Pewnie powiedziała sobie: „Zobaczymy, co potrafi biały człowiek”. 

Jack uśmiechnął się. 
– Dziękuję – powiedział i popatrzył na nią ciepło. – Takie spojrzenie z zewnątrz bardzo 

wiele dla mnie znaczy. Widzisz, czasem się obawiam, że my może zmuszamy bezwiednie 
ludzi do przyjazdu do miasta. 

W tej chwili Claudia usłyszała skrzypnięcie drzwi. Odwróciła się i zobaczyła Susan. 
– Zmuszamy? – powtórzyła Susan, włączając się bez chwili wahania do rozmowy w sobie 

tylko właściwy sposób. – Na ogół ludzie zagrożeni chorobą nie mają nic przeciwko temu, 
żeby zajął się nimi lekarz. Mam zwykle więcej kłopotów, żeby wytłumaczyć tym, którzy nie 
muszą jechać do szpitala, żeby zostali w domu, niż skłonić naprawdę chorych do leczenia. 

– Dziękuję – powiedział Jack, zwijając opakowanie po kanapkach w kulkę i wrzucając ją 

do kosza. – Dziękuję, Susan, i za twoją opinię. Widać nie jest jeszcze tak źle, ale myślę, że 
nie   służy   mi   odpoczynek.   Wystarczy   jeden   dzień   bez   lotów   i   już   wysiadają   mi   nerwy. 
Potrzebny mi jest chyba ruch i dużo pracy. Najgorzej jest, kiedy nic się nie dzieje. 

– Żebyś tylko nie wymówił tego w złą godzinę! – przeraziła się Susan. – Już widzę, jak 

Katie dzwoni na alarm, a my pędzimy do jej pokoju i wszystko zaczyna się od początku. 

– Pędzicie – poprawił ją Jack. – Dziś Peter ma dyżur, a w nocy jest pod telefonem. On to 

uwielbia. Gdy tylko coś się dzieje, jest w siódmym niebie. 

Podniósł się i poszedł w kierunku drzwi. Przechodząc koło Claudii, dotknął delikatnie jej 

głowy. 

– Mądra z ciebie dziewczyna – mruknął i wyszedł. 
– Rzeczywiście, prawdziwy okaz mądrości – odezwała się z nie skrywaną złością Susan, 

gdy   tylko   za   Jackiem   zamknęły   się   drzwi.   –   Dlaczego   pozwoliłaś   Peterowi,   żeby   zabrał 

background image

twojego   chłopaka   do   szpitala?   Sama   chyba   wiesz,   że   on   go   przedstawi   wszystkim 
dziewczynom, które są do wzięcia!

Claudia czuła, że robi jej się gorąco. 
–   Przecież   to   nie   jest   mój   chłopak!   –   zaprotestowała,   starając   się   mówić   obojętnym 

głosem. – Jestem przecież zaręczona z Anthonym. 

– Nie słyszałam jeszcze, żeby ktoś, kto jest „zaręczony”,  spędzał wolny czas gotując 

ciotce i odwiedzając obcych ludzi w szpitalu. Jeśli jesteś zaręczona z Anthonym, to dlaczego 
zostawiłaś   go   w   domu?   Dlaczego   on   cię   tu   nigdy   nie   odwiedza?   Nie   spędza   z   tobą 
weekendów? Nie dotrzymuje ci towarzystwa?

Claudia czuła, jak jej pałają policzki. Najchętniej zapadłaby się pod ziemię. Nie miała 

pojęcia, co odpowiedzieć Susan. 

– Razem się wychowywaliśmy – wydusiła w końcu. – To znaczy on, jego brat Daniel, i 

ja... – Przerwała na chwilę. Nie była jeszcze w stanie mówić o Danielu. – Tak to się jakoś 
stało nie wiadomo kiedy, że zaczęliśmy z sobą chodzić... To nie tyle może nawet zaręczyny, 
co plany na przyszłość, nadzieja, że... 

–   Nadzieja,   że   może   któregoś   dnia,   tak   ni   stąd,   ni   zowąd   zakochacie   się   w   sobie? 

Otrząśnij się, Claudio, i zacznij chodzić wreszcie po ziemi! Jeżeli nie zakochałaś się w nim do 
tej pory, dlaczego masz zakochać się właśnie teraz, kiedy go w ogóle nie widujesz? Zacznij 
się spotykać z Mattem! Ciesz się życiem!

– Ale on przecież przyjechał tylko na rok! A potem wróci do Francji. 
–   Byłam   we   Francji   –   roześmiała   się   Susan.   –   Zapewniam   cię,   że   to   zupełnie 

cywilizowany kraj, a Francuzi poczuliby się urażeni, słysząc, że przyjazd do ich kraju byłby 
dla ciebie zesłaniem. 

– Przecież nie to mam na myśli – zaprotestowała Claudia. – Chodziło mi tylko o to, że on 

tu będzie za krótko, żeby nasza przyjaźń mogła zamienić się w coś trwałego. 

– Co ty w ogóle opowiadasz! Zastanów się tylko! Czasem wystarczy nawet tydzień, nie 

mówiąc już o roku. Gdybym miała córkę, cieszyłabym się, gdyby poznała kogoś choćby w 
połowie tak sympatycznego jak ten Francuz. Wydaje się całkiem rozsądny, jest do tego miły i 
dobrze wychowany, no i całkiem przystojny. 

– Prawda, że jest przystojny? – ucieszyła się Claudia, ale zaraz oprzytomniała. – Przecież 

on mnie nigdzie jeszcze nie zaprosił i w dodatku nie widzę najmniejszego powodu, dlaczego 
miałby to zrobić... 

Susan milczała. Śmiejąc się, kiwała tylko głową, jakby chciała powiedzieć koleżance: 

„Oj, dzieciaku, dzieciaku”, po czym zabrała kawę i wyszła. 

Claudia została sama. Przez chwilę siedziała i rozmyślała, jak powinna się zachować, 

gdyby Matt rzeczywiście chciał ją gdzieś zaprosić. Rozważała różne odpowiedzi, ale nic w 
końcu nie postanowiła. Sprzątnęła starannie po sobie i wróciła do pracy. 

–   Pakujesz   pewnie   teraz   dokumentację   do   Coorawalli?   –   odezwała   się   Leonie, 

przypominając w ten sposób delikatnie Claudii, że do jej obowiązków należy dopilnowanie, 
by wszystkie potrzebne papiery były o oznaczonej porze w samolocie przygotowywanym do 
lotu do przychodni. 

background image

– Tak. Jane robi szczepienia, prosiła mnie więc o sprawdzenie dat urodzenia wszystkich 

dzieci, żeby wiedzieć, które dziecko należy na co zaszczepić. 

Leonie pokiwała głową z aprobatą. 
– Jack doradził  jej, żeby zrobiła  także  szczepienia  przeciw  tężcowi  – powiedziała.  – 

Niewielu dorosłym przychodzi do głowy, żeby wziąć dawkę przypominającą, aż się skaleczą, 
a wtedy może być kłopot. Dawki przypominające należy brać co dziesięć lat. 

– Może więc przejrzę karty pacjentów i sporządzę dla Jane listę tych, którzy nie mieli 

ostatnio dawek przypominających? Tylko jak ich potem ściągnąć do przychodni? Przychodzą 
przecież tylko ci, którym coś dolega. 

– Tym razem będzie inaczej – uśmiechnęła się Leonie. – Przecież Lydia wraca do domu, 

więc w Coorawalli będzie wielkie święto. Dlatego właśnie Jack prosił, żeby wziąć większą 
ilość szczepionki. 

Tym   razem   uśmiechnęła   się   Claudia.   Widziała   już   tłumy   ludzi   zbiegające   się   na 

powitanie samolotu przywożącego Lydię, a zaraz potem Petera i Jane ustawiających ich w 
długą kolejkę do szczepienia. Ułożyła na biurku karty chorych z Coorawalli i zabrała się do 
pracy. 

Gotową listę musiała potem oddać Jane, która miała ją przejrzeć dokładnie, by znaleźć 

nazwiska   pacjentów   przechodzących   różne   kuracje.   Należało   zabrać   dla   nich   rozmaite 
lekarstwa, a także sprawdzić, czy nie zasięgali porad przez radio już po ostatniej wizycie w 
przychodni. 

Na zakończenie lista miała trafić do lekarza, który wybierał się tym razem na dyżur. 

Zwykle czytał ją z nią w samolocie, poznając w ten sposób pacjentów, których miał wkrótce 
badać. 

Komuś postronnemu mogłoby się wydawać, że wszystko to jest bardzo skomplikowane i 

nieskuteczne. Claudia jednak dobrze wiedziała, że system ten zdawał egzamin. W dodatku 
doskonale. 

Jak to oceni Matt, gdy już sam zacznie latać?

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Matt   spędził   całe   popołudnie   z   Peterem,   który  udzielał   porad   przez   telefon.   Było   to 

bardzo ważne i odpowiedzialne zadanie. 

– Gdybyś przyniósł teraz z magazynu podręczną apteczkę, łatwiej ci będzie zrozumieć, o 

czym rozmawiam z pacjentami – odezwał się w pewnej chwili Peter. 

Na korytarzu Matt spotkał Claudię. Uśmiechnęła się do niego nieśmiało. Miał ogromną 

ochotę porozmawiać z nią chwilę, zobaczyć  na jej twarzy radosny uśmiech, przy którym 
rozbłysłyby jej oczy. 

– Peter wysłał mnie po apteczkę – powiedział, starając się za wszelką cenę nie myśleć o 

jej oczach. 

– Pokażę panu, gdzie ona jest – odrzekła cicho i skierowała się do magazynu. 
Znajdowała się tak blisko Matta, że czuł delikatny zapach jej perfum i miał wielką ochotę 

pogładzić jej włosy. Ciągnęła go do niej jakaś nieprzeparta siła. Cóż wobec niej znaczyły 
ładne buzie pielęgniarek, które poznał w szpitalu!

–   To   tutaj   –   odezwała   się   zmienionym   głosem.   Można   by   sądzić,   że   ich   spotkanie 

oddziałuje na nią równie silnie jak na niego. 

– Dziękuję – szepnął i patrząc na jej delikatne,  lekko różowe wargi, wysiłkiem woli 

powstrzymał się, by jej nie pocałować. 

Siła woli jednak nie wystarczyła i pochylił głowę. Wstrzymał oddech, a potem jego usta 

dotknęły   delikatnie   jej   warg.   Gdy   po   chwili   odsunął   się   od   niej,   spojrzała   na   niego   z 
wahaniem,  a potem słyszał  już tylko  echo jej kroków  na korytarzu.  Jęknął cicho i oparł 
rozpaloną głowę o metalową półkę. 

– Ty idioto! – powiedział do siebie. – Pracujesz tu dopiero drugi dzień, a już zawracasz 

dziewczynie w głowie. 

Zdjął pudło z półki i zaniósł je do pokoju radiooperatora. Postanowił zająć się pracą i nie 

myśleć w ogóle o Claudii. 

Powoli oglądał zawartość apteczki. Było tu chyba wszystko – począwszy od bandaży i 

agrafek po lekarstwa wydawane na recepty. Teraz dopiero zrozumiał, skąd Bill mógł mieć 
morfinę dla rannego pilota. Można ją podać domięśniowo lub podskórnie, w razie więc nagłej 
potrzeby wstrzyknąć ją mógł praktycznie każdy. 

Studiując spis leków i środków pierwszej pomocy, który znajdował się w górnej części 

apteczki,   nie   mógł   się   nadziwić   zapobiegliwości   i   troskliwości,   z   jaką   dbano,   by   ludzie 
zamieszkujący odległe tereny mieli możliwość ratowania życia. Nagle usłyszał głos Petera. 
Witał  się właśnie  z kimś  przez telefon.  Mówił pewnie  i spokojnie,  najwyraźniej  dodając 
komuś   otuchy.   Jego   głos   wywarł   na   Matcie   wielkie   wrażenie.   Czyżby   to   był   ten   sam 
ekscentryczny playboy, z którym parę godzin temu był na lunchu w szpitalu?

– A co pan Cranston robił dziś rano? – zapytał Peter, przerywając pani Cranston całą 

litanię dolegliwości, którą Matt doskonale słyszał ze swego miejsca. 

Słuchając rozmówczyni, Peter wprowadził nazwisko pacjenta do komputera i przeglądał 

background image

historię choroby. 

– Pracował w szopie?
Peter trzymał słuchawkę z daleka od ucha, tak, by Matt mógł wszystko słyszeć. 
– Muszę wiedzieć, co robił w tej szopie – tłumaczył. – Jeśli na przykład przygotowywał 

chemikalia do oprysków, mogło mu coś prysnąć do oka, a jeżeli uruchomił szlifierkę, mógł 
mu do oka wpaść opiłek metalu. Czy mogłaby pani odłożyć słuchawkę i pójść do niego? 
Proszę go zapytać, co robił w szopie. – Gdy Peter usłyszał odgłos odkładanej słuchawki, 
zwrócił się do Matta:

– Co o tym myślisz?
– Mam na tyle oleju w głowie, żeby nic nie myśleć, zanim nie poznam szczegółów. Czy 

on przepłukał to oko wodą?

–   To   była   pierwsza   rzecz,   jaką   zrobił   po   przyjściu   do   domu   na   lunch.   Tak   ona 

przynajmniej mówi. Włożył sobie głowę pod kran i lał wodę przez dziesięć minut, a ona 
dawała właśnie dzieciom jeść i piekła ciasto, i nie przyszło jej do głowy, żeby go zapytać, co 
się stało. 

– Ale dlaczego dopiero teraz  zadzwoniła,  skoro oko bolało go w  południe? Przecież 

dochodzi czwarta. 

Peter uśmiechnął się. 
– Wcale nie wiadomo, czy go wtedy coś bolało – odparł. 
– Pewne jest tylko, że w południe coś mu się stało. Po lunchu poszedł się przespać i 

obudził go straszny ból. Słyszałem wyraźnie dochodzący z oddali jęk. 

Matt spojrzał na Petera. Był przekonany, że postawił już diagnozę. Po chwili usłyszeli, 

jak pani Cranston podnosi słuchawkę. 

– Spawał rano nową bramkę w ogrodzeniu na pastwisku – powiedziała, a Peter pokiwał 

głową z uśmiechem. 

– To zapalenie spojówek, proszę pani. Nie włożył pewnie maski albo odsunął ją na chwilę 

na bok, żeby na coś popatrzeć, i tak doszło do oparzenia. Czy drugie oko jest w porządku?

Matt nie dosłyszał odpowiedzi, ale zauważył, że Peter przesunął palcem po niebieskim 

wykresie, który leżał przed nim na biurku. 

– Potrzebny będzie pani lek numer 164 – oznajmił. – Jest na tacce A. Powinien być 

trzymany w niskiej temperaturze. Czy przechowuje go pani w lodówce?

Musiała odpowiedzieć twierdząco, bo Peter robił wrażenie zadowolonego. 
– Świetnie – stwierdził. – W każdym pojemniku znajduje się jedna dawka. Stosować 

należy tak jak zwykłe krople do oczu, a więc musi pani odciągnąć powiekę w dół i wpuścić 
lekarstwo. Krople znieczulą oko i na jakiś czas uśmierzą ból. 

Zamilkł na chwilę. Pani Cranston zapisywała teraz najpewniej jego polecenia. 
– Proszę teraz spojrzeć na tackę A, pozycja 204. Znajdzie tam pani opaski na oko. Po 

zakropieniu   lekarstwa   proszę   ją   przyłożyć   i   podać   mężowi   panadeinę   lub   inny   środek 
przeciwbólowy. Krople będą działać od pół godziny do godziny. Niech go pani zapewni, że 
tak ostry ból już nie powróci, ale gdyby za godzinę dawał mu się jeszcze we znaki, proszę do 
mnie zadzwonić. Damy mu wtedy coś innego. 

background image

Znowu   zamilkł,   ale   tym   razem   notował   swe   polecenia   na   karcie   choroby,   a   potem 

wprowadził do komputera datę, godzinę i sposób leczenia. 

– A teraz dobrze by było, żeby powtórzyła pani wszystko, co powiedziałem – odezwał 

się. – Zobaczymy, czy o czymś nie zapomnieliśmy. 

Matt zachwycony był sposobem, w jaki Peter rozmawiał z panią Cranston. Nie traktował 

jej z góry, uspokajał, pomagał we właściwym zrozumieniu swoich poleceń. 

– Wszystko się zgadza – potwierdził. – Bardzo proszę, niech pani zatelefonuje do mnie za 

godzinę, bez względu na to, jak mąż będzie się czuł. Na pewno wszystko będzie dobrze – 
dodał i odłożył słuchawkę. – Jak widzisz, to wcale nie takie trudne – zwrócił się do Matta z 
uśmiechem. 

–   Może   i   nie,   ale   pod   warunkiem,   że   zna   się   ludzi.   Zapalenie   spojówek   wywołane 

spawarką elektryczną? Nie powiesz chyba, że to często spotykana przypadłość w praktyce 
lekarza domowego?

– Ależ tak! Zdarza się tutaj dość często. To tak, jak oparzenie powierzchowne rogówki – 

tłumaczył Peter. – Trzeba się z nim liczyć, gdy ból występuje od sześciu do dwunastu godzin 
po   wypadku.   Większość   tych   nieszczęśników   nie   zdaje   sobie   sprawy,   że   stało   się   coś 
poważnego, dopóki nie obudzi ich koszmarny ból o drugiej nad ranem. I nic na to nie można 
poradzić poza podaniem środków przeciwbólowych. 

– A ta cała papierkowa dłubanina i praca przy komputerze? – spytał Matt, zastanawiając 

się   nie   po   raz   pierwszy   zresztą,   w   jakim   właściwie   celu   należy   notować   najdrobniejsze 
szczegóły dotyczące każdej choroby. 

– Czasem wydaje mi się, że to wszystko tylko po to, żebyśmy stale musieli coś robić – 

jęknął   Peter.   –   Musimy   zanotować   w   dzienniku   wszystkie   porady,   jakich   udzielamy. 
Prowadzimy karty choroby wszystkich stałych pacjentów, żeby wiedzieć o alergiach, stale 
przyjmowanych lekach i ogólnym stanie pacjentów. 

– I w ten sposób uporczywy kaszel u dziecka, które nigdy nie przechodziło astmy, będzie 

jedynie uporczywym kaszlem, podczas gdy taki sam kaszel u astmatyka zapowiadać może 
poważny atak?

– No właśnie – potwierdził Peter. – W karcie choroby zapisujemy też wszystkie dane 

dotyczące kuracji, a potem stanu pochorobowego. 

Matt pokiwał głową. 
– No a komputer? – zapytał. – Przecież to tylko podwójna praca. Wprowadzasz do niego 

to, co zapisałeś już w karcie. 

– Uważasz, że to podwójna praca? – zawołał Peter. – To jest poczwórna praca! – dodał ze 

złością.   –   Ale   muszę   przyznać,   że   właściwie   zupełnie   się   nie   znam   na   komputerze   i   że 
komputer mnie przeraża! Potrafię wykonać jedynie najprostsze czynności. Wszyscy tu o tym 
wiedzą   i   gdy   tylko   coś   zacznie   działać   nie   tak,   okazuje   się   potem,   że   to   moja   wina.   A 
przysięgam   ci,   że   najchętniej   bym   się   do   niego   nawet   nie   zbliżał,   gdyby   to   tylko   było 
możliwe. 

– No to po co go w ogóle używać? – spytał Matt, z trudem powstrzymując śmiech. 
– Musimy – odparł Peter. – Mówiąc szczerze, wiem nawet dlaczego. Zamiast opasłych 

background image

tomów   z   historiami   chorób   będziemy   w   torbach   wozić   dyskietki.   W   przychodniach   za 
pomocą modemów będziemy mogli uzyskać każdą niezbędną informację, która do tej pory 
zaśmiecała nasze mózgi. 

–   To   wszystko   prawda   –   przytaknął   Matt.   –   Zgadzam   się,   że   mogą   być   w   wielu 

wypadkach   pomocne.   Czy   jednak   zawsze   można   na   nich   polegać?   Czy   rzeczywiście 
nadejdzie kiedyś taki czas, że można im będzie zaufać bez reszty i pozbyć się zapisów historii 
choroby? Co na przykład zrobić, jeśli bateria w komputerze się wyczerpie?

Peter był wyraźnie zadowolony. 
– Będę o tym pamiętał w czasie rozmowy z Jackiem. Naprawdę cieszę się, chłopie, że tu 

jesteś. Trochę mnie zawiodłeś podczas lunchu, kiedy nie doceniałeś moich starań, ale teraz, 
kiedy wiem, że tak jak ja nie masz ochoty na to, żeby komputery zaczęły rządzić światem i 
ludźmi, czuję, że zostaniemy przyjaciółmi. 

Poklepał Matta po ramieniu i znowu podniósł słuchawkę telefonu, który właśnie odezwał 

się   na   biurku.   Tym   razem   dzwoniła   zdenerwowana   młoda   mama.   Jej   synek   nie   miał 
wypróżnienia i Peter uspokajał ją, jak mógł, że maleństwu nic zapewne nie dolega. 

– Co by te kobiety zrobiły, gdyby nie mogły zasięgnąć porady przez telefon! – zauważył 

Matt. 

– To wcale nie jest takie jednoznaczne – odparł Peter. – Wszystko ma dobre i złe strony. 

Kiedyś, gdy łączność była tylko radiowa, ta młoda kobieta już dawno podzieliłaby się swoim 
niepokojem ze wszystkimi wokół i zewsząd byłaby zasypywana radami. Dziesiątki kobiet 
zwierzałyby się ze swoich przeżyć, opowiadając, co one robiły, gdy ich niemowlęta miały 
zaparcia. A teraz otrzymuje jedynie fachową poradę ode mnie. Nikt nie podsuwa jej babskich 
środków, jak wtedy, gdy łączność była radiowa. 

– Z tego, co mówisz, wynika, że radio było dla tych kobiet swego rodzaju oknem na świat 

i pełniło rolę poczekalni w przychodni czy sklepu, gdzie kobiety zwykle wymieniają poglądy. 

Peter pokiwał głową. 
– Zgadza się. Radio dawało im możliwość kontaktowania się z sąsiadkami, plotkowania 

„przez płot”, choć ten płot mógł być bardzo daleko. 

Jak ten człowiek potrafi zrozumieć swoje pacjentki! Wczuć się w sytuację kobiety! Matt 

nie   potrafił   tego   pojąć.   Przecież   ten   sam   człowiek   odgrywał   zarazem   rolę   beztroskiego 
uwodziciela. Był w towarzystwie kobiet czarujący, ale Matt odnosił wrażenie, że traktował je 
jak zabawki, istoty, którym można prawić komplementy, z którymi dobrze jest flirtować, a 
nawet pójść do łóżka, ale których nie traktowało się poważnie. 

I oto teraz Peter był innym człowiekiem. 
– Jakaś młoda kobieta zgłasza się przez radio. – Głos Katie wyrwał Matta z zamyślenia. – 

Odbywa   właśnie   podróż   mikrobusem   w   towarzystwie   sześciu   innych   osób   na   północny 
zachód. Skarży się, z oczywistym zakłopotaniem, wydając z siebie przy tym różne „achy” i 
„ochy”, na piekący ból przy oddawaniu moczu. 

Katie podniosła się z krzesła. 
– Podejdź, proszę, tylko nie rób sobie z niej żartów. Biedactwo odchodzi od zmysłów z 

rozpaczy, że musi o tym publicznie opowiadać. Nie utrudniaj jej wszystkiego. 

background image

Peter zmarszczył  czoło, podchodząc do Katie. Czy jej uwagi sprawiły mu przykrość? 

Katie jest chyba dla niego zbyt surowa. Claudia mówiła przecież, że pracują z sobą od lat. 
Powinna go więc lepiej znać. 

Peter   przedstawił   się   chorej   kobiecie,   a   potem   zapytał   ją   o   imię,   nazwisko,   adres   i 

aktualne miejsce pobytu. 

–   Proszę,   niech   pani   teraz   uważa   –   ciągnął.   –   Będę   zadawał   pytania,   a   pani   będzie 

odpowiadać tylko tak lub nie. A może poprosi pani towarzyszy podróży, żeby usiedli trochę 
dalej od pani? Łatwiej będzie nam chyba wtedy rozmawiać. 

– Cóż za człowiek z tego Petera! – mruknęła Katie. – Dopiero kiedy wpadam w furię i mu 

wymyślam, potrafi się zachować – dodała, wychodząc z pokoju. 

Peter   podawał   kolejno   symptomy   zapalenia   pęcherza,   czekając   na   odpowiedzi 

roztrzęsionej   kobiety.   Ciekawe,   czy   i   podróżni   zabierają   z   sobą   podręczne   apteczki, 
zastanawiał się Matt. A jeśli nie, w jaki sposób Peter udzieli jej pomocy?

– W porządku – powiedział w końcu Peter. – Teraz pani kolej. Jakie antybiotyki znajdują 

się w waszej apteczce?

Zapadła cisza. Dziewczyna prosiła pewnie kogoś, by sprawdził. 
– Bactrim, eryc, augmentin i amoksil – powtórzył Peter. – To całkiem duży wybór. 
– Każdy z nas był przed wyjazdem u swojego lekarza domowego – tłumaczyła kobieta. – 

I każdy dostał inne leki. 

– A pani co dostała?
– Amoksil – odpowiedziała tak głośno, że Matt usłyszał bez trudu. 
– Czy to znaczy, że przyjmowała pani już amoksil przedtem? Czy mogę mieć pewność, 

że nie jest pani na niego uczulona?

– dopytywał się Peter. 
– Ależ tak – odparła, opowiadając dokładnie o przebytych infekcjach, które jej lekarz 

zwalczał właśnie amoksilem. 

– To świetnie. Proszę więc natychmiast przyjąć pierwszą tabletkę. He miligramów mają 

te kapsułki?

– Dwieście pięćdziesiąt miligramów – odparła. 
– Proszę przyjmować jedną tabletkę co osiem godzin – polecił, a potem dodał: – Niech 

pani pamięta, że to ma być rzeczywiście co osiem godzin, choćby się miała pani budzić w 
środku   nocy.   Proszę   nastawić   budzik.   To   bardzo   ważne.   –   Zamilkł   na   chwilę,   a   potem 
zapytał: – Czy nie macie przypadkiem wody sodowej lub jakiejś innej wody gazowanej?

– Czy nie mamy wody sodowej? Używamy jej teraz do wszystkiego – odezwał się męski 

głos. – Nazywam się George Wallace, jestem mężem Stelli. Ona musiała na chwilę odejść. 

Matt i Peter uśmiechnęli się jednocześnie, słuchając George^, ale był to uśmiech pełen 

sympatii i współczucia dla Stelli. 

– Proszę ją namówić, żeby piła rozcieńczoną wodę sodową. Może sobie do tego dolać 

soku lub dosypać cukru. Pomoże to zalkalizować mocz i złagodzić uczucie pieczenia, zanim 
antybiotyk zacznie działać. Dokąd jedziecie?

– Chcieliśmy dojechać jutro wieczorem do maleńkiej miejscowości, która się nazywa 

background image

Castleford – odparł George Wallace. – Może powinniśmy się pospieszyć? Czy znajdziemy 
tam jakąś pomoc?

– Nie ma takiej potrzeby, chyba że pani Wallace gorzej się poczuje. Ale i wtedy lepiej nie 

spieszyć się na tych drogach. W Castleford jest mały szpital prowadzony przez siostrę Jensen. 
Zawiadomię ją o waszym przyjeździe. Zrobi analizę moczu i z pewnością potwierdzi moją 
diagnozę. Gdyby jednak uznała, że konieczna jest pomoc lekarska, wezwie nas albo skieruje 
was do najbliższej przychodni. 

– Woda sodowa? – spytał ze zdziwieniem Matt. – Czy to jeden ze środków stosowanych 

przez ludową medycynę?

Peter zakończył właśnie rozmowę. 
– A jak myślisz? – spytał z uśmiechem. – Co zawierają te wszystkie musujące miksturki, 

które zwykle przepisujemy? Właśnie wodę sodową z domieszką kwasku cytrynowego. Musi 
w tym coś być, skoro stosowane jest z dobrym skutkiem od lat!

Matt uśmiechnął się do Petera z sympatią i przypomniał sobie, że podczas pierwszego 

spotkania był wobec niego nastawiony sceptycznie. Skąd się to wzięło, ten brak zaufania?

W tej samej chwili uprzytomnił sobie, że Claudia traktowała Petera z dystansem. I jak się 

zaczerwieniła pierwszego dnia ich znajomości, gdy w pokoju pojawił się Peter Flint. 

Claudia! Ogarnął go wstyd i poczucie winy. Musi zaraz się z nią spotkać i przeprosić za 

ten pocałunek. Spojrzał na zegarek. Minęła piąta! Pewnie Claudia poszła do domu. 

– Już patrzysz na zegarek? – zapytał z udaną surowością Peter. – Bierz przykład z Katie. 

Miała   prawo   wyjść   stąd   punkt   piąta,   powinna   była   nawet   to   zrobić,   gdyby   chciała 
przestrzegać umów wywalczonych przez związki zawodowe, a ona siedziała do końca mojej 
rozmowy z panią Wallace. Dopiero teraz przekaże stanowisko dyżurnemu. 

Słysząc   swoje   imię,   Katie   rozejrzała   się   wokół.   Oczy   jej   ciskały   błyskawice,   potem 

jednak odwróciła się z powrotem do swego biurka, a fala włosów zakryła jej oczy. 

Coś musiało kiedyś między nimi zajść, pomyślał Matt. Czy nadal coś ich łączy? Szybko 

jednak powrócił myślami do Claudii. Każda chwila oddalała ją od niego coraz bardziej. 

Pozbierał   naprędce   zawartość   apteczki   i   odniósł   ją   do   magazynu.   Gdy   wyszedł,   na 

korytarzu czekał na niego Peter. 

– Zostanę tu jeszcze – powiedział. – Mam dziś dyżur telefoniczny i zawsze człowiek 

zalega z papierkową robotą. 

Matt uśmiechnął się i w głębi ducha odetchnął z ulgą. Obawiał się, że Peter zaproponuje 

znowu wspólne spędzenie wieczoru. 

A on spieszył się do Claudii. 
Trudno   by   było   wymyślić   jakąś   rozsądną   wymówkę,   skoro   mieszka   w   tym   mieście 

dopiero od kilku dni. Pożegnał się, a potem przeszedł szybko przez puste pomieszczenia i 
korytarze,  sprawdzając,  czy  nie  ma  gdzieś  Claudii.   Musi  się  z nią   zobaczyć,  czy jednak 
wypada mu pójść do domu jej ciotki?

W   czasie   pobytu   w   Australii   poznał   wiele   dziewczyn   i   wszystkie   zapraszały   go   do 

domów rodzinnych, gdzie go serdecznie przyjmowano. Wszyscy Australijczycy okazywali 
życzliwość przybyszowi z dalekiego kraju, ale jak zachowa się Claudia? Coś ją wyróżnia 

background image

spośród innych dziewczyn, a on czuł, że nie wolno mu zrobić fałszywego kroku. Czy jednak 
ten   nieprzemyślany   pocałunek,   któremu   nie   umiał   się   oprzeć,   nie   był   właśnie   takim 
fałszywym krokiem?

Claudia wróciła pospiesznie do domu, starając się nie myśleć o Matcie. A jednak czuła na 

ustach jego wargi, a dom ciotki Stephy nie był najlepszym miejscem, gdzie można by ukoić 
znękaną duszę. 

Wzięła więc prysznic i przebrała się. Dobierała starannie każdy szczegół garderoby, choć 

Matt nie umawiał się z nią przecież ani nie prosił o spotkanie! Wczoraj odwiedził swoich 
pacjentów, nie było więc powodu, by miał dzisiaj iść znowu do szpitala. 

– Jakiś młody człowiek do ciebie. 
Głos ciotki Stephy odbił się echem od ścian starego domostwa, a serce Claudii zamarło. 

Odwróciła się od lustra, przestraszona swoim wyglądem. Z trudem siebie poznawała. Z lustra 
patrzyła   twarz   dziewczyny   o   nieprzytomnych,   błyszczących   oczach   i   czerwonych, 
rozgorączkowanych policzkach. Zmusiła się do powolnego, spokojnego kroku. 

– Ależ musi pan zostać u nas na kolacji – usłyszała głos ciotki i wstrząsnął nią paniczny 

strach,   zanim   jeszcze   zdążyła   zastanowić   się   nad   sytuacją.   –   Doktor   Laurant   chciałby 
towarzyszyć  ci do szpitala – oznajmiła  ciotka Stepha, gdy Claudia  dotarła do werandy – 
zaprosiłam go więc na kolację. 

– Bardzo proszę, niech mi pani mówi po imieniu!
Jego dźwięczny głos zagłuszył jej cichutkie „dobry wieczór” i zaraz potem zaciągnięci 

zostali   przez   pełną   energii,   jowialną   panią   do   dużej   kuchni,   w   której   toczyło   się   życie 
domowników. 

–   A   więc   jest   pan   na   poły   Francuzem,   na   poły   Anglikiem.   A   w   nas   płynie   krew 

australijska i włoska – podsumowała ciotka Stepha, gdy już skończyła wypytywać Matta o 
jego koligacje rodzinne. 

Kolacja upływała w miłym nastroju, a potrawy, którymi częstowała starsza pani, były 

naprawdę wyśmienite. Matt odsunął od siebie pusty talerz. 

– Szukanie żony za kanałem La Manche to niemal obyczaj w mojej rodzinie – opowiadał 

z uśmiechem. – Mój dziadek, który był Francuzem, wyjechał jako młody człowiek do pracy w 
Anglii. Poznał tam moją babkę. Ojciec postąpił dokładnie na odwrót: wyjechał do Francji na 
studia, spotkał moją matkę, zakochał się i już tam został. Odwiedzał jednak regularnie rodzinę 
i ja uczyłem się w Anglii. Teraz dziadkowie już nie żyją, więc moje siostry kończą naukę we 
Francji. Ojciec zawsze mówi, że czuje się przede wszystkim Francuzem, bez względu na to, 
ile jakiej krwi płynie w jego żyłach. 

Claudia uśmiechnęła się. Matt najwyraźniej bardzo kochał swoją rodzinę. Mówiły o tym 

jego oczy, pełne ciepła i tkliwości, a także głos, który zmieniał się, gdy wspominał swych 
bliskich. 

Rozumiała go doskonale. Ona przecież także kochała swoją rodzinę. 
– No a jakie są twoje plany? – dopytywała się ciotka. – Czy pójdziesz w ślady mężczyzn 

ze swojej rodziny? Może tu spotkasz jakąś dziewczynę, ożenisz się i osiądziesz na stałe?

background image

Claudia   wstrzymała   oddech.   Jak   ciotka   może   zadawać   podobne   pytania?   Czyżby   nie 

zdawała sobie sprawy, że podobne rozważania są dla niej krępujące?

Spojrzała   na   Matta   z   przerażeniem,   on   jednak   chyba   nie   uważał   tego   pytania   za 

niestosowne, bo uśmiechał się tylko, potrząsając przecząco głową. 

– Francja znajduje się nieco dalej od Australii niż od Anglii – zauważył. – A zresztą, 

muszę przecież myśleć o dalszej pracy. 

– Zamilkł na chwilę i zwrócił się w stronę Claudii. – Zawsze pragnąłem pójść w ślady 

ojca. Dyplom uzyskałem w Anglii, gdzie ojciec studiował, a specjalizację chciałbym, tak jak 
on, zrobić we Francji. W ten sposób tworzymy własną, rodzinną tradycję. 

– Jaką specjalizację? – spytała Claudia, która starała się ukryć zmieszanie. 
Uśmiechnął   się   znowu.   Był   to   promienny,   słoneczny   uśmiech   człowieka,   który 

zaplanował już swoją przyszłość i wierzy, że uda mu się wszystko pomyślnie zrealizować. 

– Chciałbym się specjalizować w okulistyce – odparł. – To domena mojego ojca. Trudno 

się   chyba   dziwić,   że   to   właśnie   wybrałem,   bo   chowałem   się   pośród   modeli   i   rycin 
przedstawiających   oczy.   To   były   moje   zabawki.   Ojciec   przyjechał   do   Francji   na   staż   w 
paryskim szpitalu i wtedy właśnie poznał moją matkę. 

A więc nawet gdyby zakochał się w Australii, nie zmieni planów i nie zostanie tutaj, 

pomyślała Claudia. W głosie Matta łatwo było wyczuć ogromny zapał i stanowczość, gdy 
mówił o swej przyszłości. 

Gdyby zakochał się w Australii czy we mnie? – zastanowiła się znowu. Chodzi ci chyba o 

to drugie, zakpiła sama z siebie. 

– Claudio, zdecyduj się na coś – przerwała jej ciotka. – Czy będziesz dalej tak siedzieć, 

marząc nie wiadomo o czym, czy też zabierzesz Matta do szpitala, żeby mu pokazać swoich 
ukochanych pacjentów?

Zrobiła się znowu czerwona. Myślami była daleko stąd, a gdy dojrzała uśmiech na jego 

twarzy, krew uderzyła jej do głowy. 

–   Sprzątniemy   najpierw   ze   stołu   –   powiedziała,   wstając   z   krzesła.   Starała   się   ukryć 

zmieszanie, udając bardzo zajętą. 

– Idźcie już, idźcie! – nalegała ciotka, wymachując przy tym rękami tak, jak to robiła, 

wyganiając kurczęta z ogrodu. – Przyprowadź potem Matta na kawę – nakazała Claudii. – 
Jestem pewna, że będąc na poły Francuzem, doceni moją kawę. 

Po co ciotka to wszystko mówi?
Przecież ona mnie właściwie swata!
Matt powiedział wyraźnie, że nie ma zamiaru zostać w Australii. A wiadomo przecież, że 

ja nigdy, przenigdy stąd nie wyjadę. I ciotka wie o tym doskonale! Poczuła, że nie potrafi 
dłużej  zachowywać   się  tak,  jakby nic   się  nie   stało.  Wybąkała  jakieś  usprawiedliwienie   i 
pobiegła do swego pokoju. 

Gdy po chwili wyszła, Matt siedział na górnym stopniu schodów werandy. Wstał, gdy 

tylko usłyszał stukot jej sandałków na drewnianej podłodze. Wyciągnął rękę i ujął jej dłoń. 
Przytrzymał ją mocno, jakby potrzebowała pomocy przy zejściu na dół. 

– Przepraszam za moje najście – powiedział. – Wcale nie miałem zamiaru składać wizyt 

background image

bez zaproszenia – dodał, puszczając jej rękę. 

Podszedł do furtki i otworzył ją, robiąc Claudii przejście. Gdy go mijała, zauważyła w 

jego oczach niepokój i zakłopotanie. Dodało jej to odwagi. 

–   Jeszcze   się   taki   nie   znalazł,   kto   by  potrafił   odmówić   mojej   ciotce,   zwłaszcza   gdy 

ogarnia ją przypływ energii – pocieszyła go. – A poza tym... 

Chciała mu powiedzieć, że było jej bardzo miło gościć go u siebie, ale jej oczy spoczęły 

bezwiednie na jego ustach. 

Przypomniała   sobie,   co   czuła,   gdy   ją   całował...   Dotyk   jego   skóry...   Bijąca   z   niego 

stanowczość i siła. Fale gorąca, które ją ogarniały. 

I słowa zamarły jej na ustach. 
Stali   tak   przy   otwartej   furtce,   a   wokół   panowała   cisza   i   spokój.   Urzekający   zapach 

uroczynu czerwonego mieszał się z zapachem morza. Słychać było szelest traw poruszanych 
przez skaczące żaby, czasem pisk nietoperza gdzieś nad głową. Cała przyroda zamarła w 
oczekiwaniu. Oni też oczekiwali czegoś... 

Gdy . w końcu się odezwał, głos jego był ledwo słyszalny. Czyżby odczuwał to samo co 

ona? Czyżby i on obawiał się, że urok, pod którego mocą obydwoje się znajdują, zniknie bez 
śladu?

– Wtedy,  kiedy byliśmy w magazynie,  wcale nie miałem zamiaru cię pocałować, ale 

teraz, gdy powinienem cię za to przeprosić, pragnę pocałować cię znowu. 

Nie   poruszyła   się.   Wyciągnęła   tylko   rękę   przed   siebie,   by   przytrzymać   się   bramy. 

Pochylił się i jego usta jeszcze raz dotknęły jej warg. Zimne z początku, rozpaliły się ogniem, 
który   ogarnął   ich   gwałtownym   płomieniem.   Claudia   trzymała   się   kurczowo   ogrodzenia, 
zaciskając mocno palce. 

– Ciekawe, co powiedzą twoi pacjenci. 
Wyszeptał jej to do ucha, a ona próbowała zrozumieć jego słowa, lecz bezskutecznie. 

Kłębiące się myśli rozsadzały jej czaszkę. Nadal trzymała się kurczowo furtki, tak jak tonący 
marynarz pasa ratunkowego. Uniósł w końcu głowę, a wtedy ona otworzyła oczy i ujrzała 
jego profil na tle fioletoworóżowego nieba... Objął ją mocno i przytulił do siebie, a drugą ręką 
zdjął palce z ogrodzenia. 

– Czy warto się bać miłości? – zapytał, prowadząc ją w kierunku ścieżki wiodącej do 

szpitala. 

Spojrzała na niego, nie mogąc uwierzyć, że odgadł jej najtajniejsze myśli. Co powinnam 

teraz odpowiedzieć? – zastanawiała się. Czy ja w ogóle wiem cokolwiek o miłości?

Nie mogła sobie w żaden sposób przypomnieć, co czuła, gdy parę razy pocałowali się z 

Danielem,   ale   pamiętała   dobrze,   że   gdy  Anthony  pocałował   ją   raz   czy   dwa,   nie   straciła 
spokoju ducha, nogi się pod nią nie uginały i przez cały czas jej umysł funkcjonował bez 
zakłóceń. 

– Moi rodzice zakochali się, gdy mieli siedemnaście lat i nadal kochają się, mimo że było 

to trzydzieści siedem lat temu – oznajmiła. 

Nie miała przy tym pojęcia, dlaczego właściwie to powiedziała, nie mówiąc już o tym, że 

wcale nie była pewna, czy ma to jakikolwiek związek z tym, co się z nimi teraz działo. 

background image

Roześmiał się cicho. 
– Czyli miłość prowadzi do ślubu, a potem młoda para żyje długo i szczęśliwie. Mnie też 

wydaje się to słuszne, kochanie – szeptał jej do ucha. – Nie należy się więc w miłość tylko 
bawić albo kochać się tylko dlatego, że to przyjemność?

Wiedziała,   że   Matt   żartuje,   ale   czy   przypadkiem   w   tonie   jego   głosu   nie   kryło   się 

powątpiewanie? Szła przed siebie, bo prowadził ją, ale robiła to automatycznie. Jej myśli 
zajęte były zupełnie czymś innym. Pocałunek tego mężczyzny postawił przed nią wyzwanie. 

– Nie bardzo wiem, co znaczy kochanie się dla przyjemności, ale coś mi się wydaje, że to 

podobne do przygody miłosnej. 

Roześmiał się i przytulił ją mocniej. 
– Chyba tak – przyznał. – I coś mi się nie wydaje, żeby to było w twoim stylu. 
Byli właśnie w połowie drogi do szpitala. Zdjął rękę z jej ramienia, a ona zwróciła do 

niego twarz. Wszystko było teraz zupełnie jasne. 

– Nigdy nie przeżyłam żadnej przygody miłosnej – wyznała. 
– I chyba masz rację, że to nie dla mnie. 
Lepiej będzie, gdy pomyśli sobie, że moim celem jest małżeństwo, zadecydowała. Bała 

się jednak kontaktów z Mattem z innego powodu. Dokładnie po upływie roku ich cudowna 
przygoda miłosna dobiec by musiała końca. Powiedzieliby sobie po prostu do widzenia, bo on 
przecież chce wyjechać z Australii. 

Byłoby   to   kolejne   rozstanie,   kolejna   utrata   bliskiej   osoby,   a   tego   nie   chciała   więcej 

przeżywać. Nie wytrzymałoby już jej serce, tyle razy ranione przez okrutny los!

Milczał, a ona czuła, jak rośnie w niej niepokój. Odezwała się więc znowu, by zagłuszyć 

ciszę:

–   Zdaję   sobie   teraz   sprawę,   że   moi   rodzice   mieli   na   mnie   zawsze   duży   wpływ,   a 

wychowanie, jakie otrzymałam, do tej pory decyduje o moim zachowaniu, ale nawet gdyby 
nie to, nie wyobrażam sobie, żebym mogła pochwalać krótki romans z lekarzem, choćby nie 
wiem jak dobrze całował. 

Z trudem wymawiała te słowa, zdając sobie sprawę, że jej argumenty mogą się mu wydać 

pruderyjne i świętoszkowate. Nie spuszczał z niej wzroku. Był skupiony i chłonął każde jej 
słowo. 

– Nie ośmieliłbym się zaproponować ci przygody miłosnej – powiedział poważnie. – W 

samym już słowie „przygoda” kryje się zapowiedź końca, choćby nic jeszcze się naprawdę 
nie zaczęło. To coś między nami warte jest, jak myślę, lepszego losu. 

Starała się zrozumieć wszystko, co mówił, zmarszczyła brwi, a wtedy poczuła jego wargi 

na czole. Pocałował ją delikatnie powyżej nosa, jak zwykła to czynić jej mama, gdy starała się 
ukoić ból lub zmartwienie. 

– Wszystko sobie jeszcze wyjaśnimy – obiecał – ale później!
Kiedy już pożegnasz się z Lydią, poczytasz Gilbertowi i poznasz mnie z Carol, która chce 

wrócić z bliźniakami do buszu, żeby dalej prowadzić kopalnię cyny. 

Mogła mu już teraz tylko dotrzymać kroku. Zbyt była oszołomiona, by zdobyć się na 

cokolwiek   innego.   Głos   wewnętrzny,   który   jeszcze   przed   chwilą   kpił   sobie   z   jej 

background image

pompatycznych stwierdzeń, doradzał teraz roztropność. 

Łatwo można dać się porwać uczuciu do tego człowieka i stracić dla niego głowę. Tylko 

że nie byłoby wtedy szansy na wspólne, długie i szczęśliwe życie. Czekałaby ją wówczas 
jedynie samotność i kolejny bolesny zawód. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

I tak, zdawałoby się niepostrzeżenie, Matt stał się nieodłączną częścią jej życia. Minęły 

zaledwie dwa tygodnie, a Claudii trudno było wyobrazić sobie, że kiedyś, nie tak dawno 
przecież, wcale go nie znała. 

– Matt dzisiaj wraca? – spytała ją ciotka przy śniadaniu. Kiwnęła głową, starając się 

zachować obojętność, co było trudne, bo wystarczyło, by ktoś wymówił przy niej jego imię, a 
ręce zaczynały jej drżeć i serce biło jak oszalałe. 

–   Nie   gotuj   tylko   żadnych   powitalnych   kolacji   –   ostrzegła.   –   Samoloty   przywożące 

personel z przychodni rzadko przybywają na czas. 

Matt odbywał właśnie pierwszą dwudniową praktykę w przychodni i poprzedniego dnia, 

po raz pierwszy, odkąd przybył do bazy, nie spotkali się wieczorem. 

Widywali   się   do   tej   pory   codziennie,   ale   nie   działo   się   przy   tym   właściwie   nic 

specjalnego. Trudno by to było nawet nazwać wspólnym „bywaniem” czy „wychodzeniem”. 
Szli co rano razem do pracy, chyba że Matt miał dyżur telefoniczny, wracali też razem do 
domu, jeśli tylko kończyli pracę o tej samej porze. 

Podczas   weekendów   zabierała   go   na   plażę.   Wspólnie   też   zwiedzali   miasto.   Claudii 

zdawało się czasem, że widzi je po raz pierwszy, gdy na znajome ulice patrzyła oczami Matta. 

Wieczory   tylko   bywały   inne.   Najpierw   był   spacer   do  szpitala,   a   potem   po   powrocie 

całowali się długo w cienistym ogrodzie lub na werandzie. Gdy Matt pracował dłużej, wracała 
do domu sama, by znaleźć go potem na schodach. Siedział tam i czekał, by jej opowiedzieć, 
co robił przez cały dzień, by wziąć ją za rękę i pocałować. 

– Zabierzesz go do domu, żeby pokazać rodzinie? Kolejne pytanie ciotki wyrwało ją z 

zamyślenia. 

– Sama przecież wiesz, że to nie ma sensu – odparła ostrzejszym, niż zamierzała, tonem. 

–   Nie   mamy   żadnych   planów   na   przyszłość,   więc   przyjeżdżanie   z   nim   do   domu 
zdenerwowałoby   tylko   mamę,   która   mnie   prosiła,   żebym   nie   wracała   na   farmę   przed 
upływem pół roku. Pewnie by to też sprawiło przykrość Anthony’emu i jego rodzinie, nie 
mówiąc już o tym, że i Matt czułby się dziwnie. Pamiętaj, że jesteśmy tylko przyjaciółmi – 
przypomniała ciotce i wyszła do kuchni, chcąc ukryć zakłopotanie. 

Gdy   wieczorem   wróciła   ze   szpitala   i   otworzyła   furtkę,   Matt   siedział   na   schodkach. 

Zauważyła w nim jakąś zmianę. 

– Jak się udała podróż? – spytała, podając mu rękę. A on przyciągnął ją do siebie i 

posadził obok. 

Nie odpowiedział od razu, lecz przytulił się, chowając twarz w jej włosach, jakby szukał 

schronienia. 

– Nie bardzo – wyznał  w końcu. – Byłem  na Herd Island i w Cabbage Tree, gdzie 

mieszkają   aborygeni,   więc   wiedziałem,   czego   się   można   spodziewać,   ale   Caltura!   Teraz 
rozumiem, dlaczego przyjęcia w przychodni trwają tam cały dzień. 

background image

Claudia   próbowała   sobie   przypomnieć,   co   słyszała   o   Calturze.   Wiedziała,   że   z   tym 

miejscem związany był jakiś problem, nie mogła sobie jednak przypomnieć jaki... 

– W miejscowościach, w których nie ma szpitala, jest zwykle pracownik służby zdrowia, 

który ma się orientować w potrzebach mieszkańców – mówił dalej Matt. – Przyprowadza on 
pacjentów   do   przychodni,   a   my   ich   przyjmujemy   według   sporządzonej   uprzednio   listy. 
Choroby   są   najrozmaitsze,   począwszy   od   grypy   i   dolegliwości   żołądkowych,   poprzez 
kontuzje odniesione w czasie bójek młodzieży, choroby wrzodowe czy problemy z oczami. 

Claudia już wiedziała, co jej niedawno opowiadano. 
– Były tam chyba ostatnio jakieś kłopoty z takim właśnie pracownikiem – powiedziała. – 

Przez dłuższy czas nie mieli nikogo odpowiedniego. 

– No właśnie – westchnął. – A teraz pojawił się jakiś człowiek, nie wiem nawet, czy ma 

kwalifikacje, choćby kurs udzielania pierwszej pomocy, jest za to pełen energii i obiecuje 
wszystko zorganizować, ale musi zaczynać praktycznie od zera. 

Nie   była   pewna,   czy   zrozumiała,   co   miał   na   myśli,   ale   nie   pytała   go   więcej   o   nic. 

Wiedziała, że opowie jej wszystko dokładnie, jeśli tylko zechce, teraz jednak liczyło się tylko 
to, że trzyma ją w ramionach. Nad ich głowami błyszczały srebrzyste gwiazdy, a z ogrodu 
dobiegały tajemnicze dźwięki i zapachy. 

– Czy wiesz coś o życiu aborygenów? – zapytał po chwili. Gdy potrząsnęła głową, ciężko 

westchnął. 

– Caltura pozostaje tak daleko w tyle za innymi miejscowościami, które odwiedzałem, że 

zaczynam   się   zastanawiać,   czy   jej   mieszkańcy   przypadkiem   nie   starali   się   naumyślnie 
lekceważyć i bojkotować wszelkich zarządzeń i poleceń człowieka, którego nie znosili. A 
może odczuli ciągłe zmiany lekarzy? – zastanawiał się dalej. – Najpierw zajmował się nimi 
jakiś lekarz, którego nazwiska nawet nie pamiętam, bardzo krótko był James, po nim Bob i 
wreszcie ja. No i w rezultacie, a może także dlatego, że nie było na miejscu nikogo, kto by im 
przypomniał o profilaktyce, doszło do sytuacji, nad którą trudno jest zapanować. 

–   Ale   przecież   dyżury   w   przychodni   odbywają   się   regularnie   co   dwa   tygodnie!   – 

zaprotestowała Claudia. 

–   Skoro   za   każdym   niemal   razem   przylatuje   inny   lekarz,   trudno   jest   mówić   o 

systematycznej   obserwacji   pacjentów.   A   zresztą   co   za   sens   mają   nasze   wizyty,   jeśli   nie 
przychodzą do nas pacjenci? Sprawdziłem dokładnie karty chorób. Nasi ludzie udzielili porad 
kilku kobietom w ciąży, zaszczepili dzieci w szkole, opatrywali rany, leczyli przeziębienie i 
kaszel, a także skaleczenia. 

– Czy to nie wystarczy? – zapytała, zaskoczona jego niepokojem. 
– Nie, to nie wystarczy! – zawołał. – Ten nowy pracownik, Andrew Welsh, jest tam 

dopiero od dwóch tygodni. Tyra niemal za trzech. Dotarł już wszędzie, odwiedził wszystkie 
rodziny. Namówił ludzi, którzy nie pokazywali się w przychodni od miesięcy, żeby przyszli 
na kontrolę, a właściwie zebrał  ich i sam przyprowadził,  żeby w ostatniej  chwili się nie 
rozmyślili. 

–   I   dlatego   jesteś   przepracowany   –   zauważyła,   rozczarowana   nieco,   że   to   stało   się 

powodem jego zdenerwowania. 

background image

– Nie przeszkadza mi wcale przepracowanie – wybuchnął, odsunął ją od siebie i spojrzał 

w oczy. – Sto razy bardziej wolę być przepracowany, niż kończyć pracę z wybiciem zegara, a 
potem się dręczyć, że czegoś nie zrobiłem. 

Zacisnął ręce na jej ramionach i potrząsnął nią, jakby chciał w ten sposób wyładować 

swój gniew. 

– Wytrąciły mnie z równowagi skutki zaniedbania. Nie jestem w stanie patrzeć spokojnie 

na przypadki, które mogły zostać wyleczone, gdyby ktoś w porę się nimi zajął. Musiałem 
wysłać   do   miasta   człowieka   na   amputację   stopy,   a   obeszłoby   się   bez   tego,   gdyby   ktoś 
sprawdził, czy był na kontroli albo czy przestrzega diety. Jaglica znowu szaleje, tak że połowa 
pacjentów,   których   oglądałem,   straciła   niemal   wzrok   z   tego   powodu,   a   przynajmniej   w 
sześciu przypadkach trzeba się będzie uciec do chirurgii powiek. 

– Czy trzeba ich będzie wysłać do miasta? – zapytała, usiłując wyobrazić sobie skalę 

problemu, z którym się zetknął. 

Nie trzymał  jej  już tak mocno;  delikatnie  masował  teraz miejsce,  które  przed chwilą 

kurczowo ściskał. 

– Dzięki Bogu, nie. Rozmawiałem wczoraj z Jackiem. Załatwi im specjalistę na przyszły 

tydzień. Uda się zapewne zawieźć go tam razem z pielęgniarką jednego dnia, a zabrać z 
powrotem następnego. Jeżeli zajdzie potrzeba, wrócę tam jeszcze. Jack będzie musiał tylko 
zmienić   harmonogram   dyżurów.   Zacząłem   leczenie   wszystkich   przypadków   jaglicy 
antybiotykami i kroplami sulfonamidowymi, ale infekcja będzie się dalej rozprzestrzeniać, 
jeśli ci, którzy nie są jeszcze zarażeni, nie będą ściśle przestrzegać higieny. 

Słysząc determinację w jego głosie, uśmiechnęła się. 
– Widzę, że odbierasz to jako osobiste wyzwanie – zażartowała i zobaczyła, że w tej 

samej chwili się odprężył. 

Zniknęło gdzieś napięcie, na twarzy pojawił się uśmiech. Odsunął włosy z jej czoła, jakby 

chciał przyjrzeć jej się dokładniej. 

–   Bo   zawsze   interesowała   mnie   najbardziej   okulistyka.   –   Zamyślił   się,   szukając 

odpowiednich słów. – A jaglicy łatwo jest zapobiec – ciągnął po chwili. – Rokowania są także 
pomyślne.   Na   dobrą   sprawę   mogłoby   jej   już   w   ogóle   nie   być.   A   jednak   atakuje   ciągle 
najsłabszych i doprowadza do ślepoty, jeśli nie rozpocznie się kuracji we właściwym czasie. 

Wyczuwała wyraźnie, jak bardzo przejmował się losem tych najsłabszych, i za to właśnie 

go kochała. 

–  A   do  tego   wszystkiego   jest  co   najmniej   pięciu   pacjentów,  których   podejrzewam   o 

nagminne zapalenie wątroby, które także może wywołać epidemię. Dochodzi do tego około 
dziesięciu przypadków chorób wenerycznych, mnóstwo wrzodów tropikalnych i wcale bym 
się nie zdziwił, gdyby jakieś nieznane bliżej pasożyty zakaziły pozostałych kilkunastu. Są 
jeszcze dzieci z zapaleniem ucha, grzybicami i liszajcem. Zrobiłem prawie wszystkim analizy 
krwi. Wydaje się, że ci wszyscy ludzie cierpią na ogólne osłabienie organizmu. Nigdy jeszcze 
nie widziałem czegoś podobnego. 

Zdawał się tak przygnębiony, że zarzuciła mu ręce na szyję i mocno przytuliła. 
– Jakoś to opanujesz – szepnęła. – Jestem pewna, że potrafisz to zrobić. Zwłaszcza że 

background image

pomoże ci ten nowy pracownik. 

Musnął   wargami   jej   szyję   i   wtedy  wstrząsnął   nią   dreszcz.   Matt   nie   myślał   jednak  o 

pocałunkach, myślami był gdzie indziej. 

–   Tak,   Andrew   może   tam   dużo  zrobić   –  przytaknął.   –   To  twardy  facet,   a  przy  tym 

tajemniczy   człowiek.   Wydaje   się,   że   wziął   sobie   do   serca   losy   mieszkańców   Caltury   i 
postanowił nauczyć ich pilnowania własnych interesów. 

– Czy będą go słuchali? – spytała. 
– Sądzę, że sobie z nimi poradzi – odparł i uniósł jej głowę do góry. 
A potem usta ich się spotkały i przestali rozmawiać. 
Rano   nie   widzieli   się.   Claudia   przyszła   sama   do   bazy.   Sądziła,   że   Matta   wywołano 

wcześniej. 

– Tylko kawa może mnie uratować – powitał ją od progu Jack, który wyglądał na bardzo 

zmęczonego. Musiał siedzieć przy biurku od wielu godzin. – Chętnie bym też coś zjadł – 
dodał. – Mieliśmy okropną noc. 

–   Na   Ruthven   Road   był   wypadek   –   poinformowała   ją   Christa,   gdy   przyszła   zrobić 

Jackowi  kawę.  –  Mikrobus   pełen   turystów   skręcił  gwałtownie,  żeby  wyminąć   kangura,  i 
wpadł na drzewo. 

– Jak ich znaleziono? – spytała Claudia, wiedząc, że w całej okolicy nie było równie 

rzadko uczęszczanej drogi. 

– Mieli po prostu szczęście! – oznajmiła Christa. – Zauważyła ich inna grupa turystów. 

Zatrzymała ich awaria silnika, chcieli potem nadrobić opóźnienie, jechali nocą i dostrzegli 
mikrobus w świetle reflektorów. Zawiadomili bazę przez radio, a my wysłaliśmy od razu dwa 
samoloty. 

– Dwa samoloty?! – Claudia zbladła z wrażenia. 
– Co ci jest? – zaniepokoiła się Christa. 
– Już nic – rzekła Claudia. – Wszystko w porządku. Dużym wysiłkiem woli starała się 

odegnać wspomnienia z przeszłości, do których nie chciała wracać. Szybko przygotowała 
kawę, ale gdy stawiała tacę na biurku Jacka, ręce jej się nadal trzęsły. Kiedy spojrzał na nią, w 
jego wzroku spostrzegła zrozumienie. 

–   Tak   to   jest,   dziecko   –   powiedział   starszy   pan.   –   Nigdy   się   do   tego   nie   można 

przyzwyczaić. – Wziął ją za rękę i trzymał dopóty, dopóki się nie uspokoiła. – Oczywiście 
najlepszym lekarstwem jest jak zawsze praca, a ja właśnie mam dla ciebie zajęcie!

Wywrócił przy tym oczami do góry w tak śmieszny sposób, że mimo woli roześmiała się. 
– Wydaje się, że w Calturze są poważne kłopoty – poinformował ją. – Powinienem był 

przewidzieć, że tak będzie. – W oczach jego krył się prawdziwy żal. – Leonie zwolniła cię 
dzisiaj z obowiązków, chciałbym więc, żebyś wzięła wszystkie historie chorób z Caltury i 
dokładnie je przejrzała. Sam właściwie nie wiem, czego szukam, ale jestem przekonany, że 
nam to wiele wyjaśni. Czy mogłabyś zrobić wykres, który by pokazywał, jak często dana 
osoba zgłaszała się do przychodni?

–   Oczywiście   posługując   się   komputerem?   –   upewniła   się,   zadowolona   z   wyzwania, 

któremu miała sprostać. – Czy zaznaczyć także powody, dla których pacjenci zgłaszali się do 

background image

przychodni?   Mogłabym   to   zrobić,   a   potem,   gdybyś   potrzebował   danych   dotyczących   na 
przykład jaglicy, łatwo by je było uzyskać. 

– Naprawdę? – spytał, uśmiechając się niewyraźnie. Przypomniała sobie, że Jack także 

nie dowierzał komputerom, przedkładając nad nie dokumenty pisane. 

– Chętnie ci w tym pomogę – oświadczyła. – Czy mogę usiąść w pokoju radiooperatora?
Były tam wielkie stoły i więcej monitorów niż w innych pokojach, tam więc zazwyczaj 

wprowadzano karty chorób do komputera. 

– Oczywiście – odrzekł z roztargnieniem, pochylony już nad górą papierów. Gdy zbierała 

się do wyjścia, uniósł jednak głowę i uśmiechnął się do niej. – Tak się cieszę, że zaczęłaś u 
nas pracować. – Urwał, po czym dodał: – Matt wróci pewnie koło jedenastej. 

Krew uderzyła jej do głowy. Pilnowali się bardzo, by nikt w pracy nic nie zauważył. Cóż 

można by zresztą zauważyć? Są po prostu dobrymi przyjaciółmi. No, gdyby nie te wieczorne 
pocałunki!

– Widziałem was na plaży w niedzielę, ale nie puściłem nawet pary z ust, pamiętając, że 

żyjemy w wylęgarni plotek – wyjaśnił, zauważywszy jej pytający wzrok. 

– Ależ my się po prostu przyjaźnimy... To przecież zwykły kolega z pracy – zaczęła 

mówić trochę nieskładnie. – Nie zna tu nikogo, a w dodatku jest moim bliskim sąsiadem. 
Pokazywałam mu miasto... 

Jack uśmiechnął się do niej ciepło. 
– Pamiętaj, że to naprawdę dobry człowiek – powiedział, a potem znowu pochylił się nad 

papierami. 

Stanęła   w   korytarzu   i   trzy   razy   głęboko   zaczerpnęła   powietrza.   Jej   mama   zwalczała 

zawsze w ten sposób strach, zdenerwowanie, lęk i niepokój. Nic jej tym razem nie pomogło, 
ale stojąc tak uświadomiła sobie, że czekają masa pracy. Szybkim krokiem poszła więc po 
potrzebną dokumentację. 

Jeden   rzut   oka   wystarczył   jej,   by   dojść   do   przekonania,   że   najprościej   będzie 

zaktualizować karty chorobowe wszystkich pacjentów z Caltury, a potem ustalić program, 
który by wybierał potrzebne informacje i ukazywał je w różny sposób. 

Czuła, że jest na dobrej drodze. Ucieszyło ją to tak bardzo, że poczuła przypływ energii i 

zabrała się od razu do pracy. Przypomniała sobie, jak mocno Matt przeżył wizytę w Calturze, 
a jednak postanowił zrobić wszystko, by sytuację poprawić. A ona może teraz pomóc w jego 
staraniach.   Stanowiło   to   dodatkowe   wyzwanie   i   niosło   z   sobą   radość   spotkania   przy 
wykonywaniu wspólnej pracy. 

– Obydwa samoloty wylądowały. Personel na służbie wraca do bazy. Personel, który ma 

dyżur telefoniczny, jedzie do domu odpocząć. 

Była tak zajęta pracą, że słowa radiooficera przekazującego komuś dobre wiadomości 

niemalże przeszły jej koło uszu. Kiedy odwróciła głowę od komputera, dostrzegła w pokoju 
Leonie. Uśmiechnęła się do niej. Leonie z pewnością wie, skąd ten uśmiech. Musi przecież 
wiedzieć wszystko, co wie Jack, ale dzięki Bogu można być pewnym, że ani on, ani ona 
nigdy nie zdradzą żadnego sekretu. 

Pani Cooper i Jack?

background image

Co mnie tak zaskoczyło w tym zestawieniu?
Co za głupi pomysł! – żachnęła się. 
Wzruszyła ramionami, zła na siebie, i powróciła do pracy. Po chwili usłyszała w pobliżu 

kroki i głosy. Personel medyczny wracał do bazy. Matt z pewnością poszedł prosto do domu. 
Przeczucie mówiło jej jednak, że to nieprawda. 

Pierwsza weszła do pokoju Susan. Twarz miała szarą z wyczerpania. Zaraz za nią wszedł 

Peter. Oczy miał podkrążone, twarz spiętą ze zdenerwowania. Na końcu szedł Matt. Robił 
wrażenie mniej zmęczonego, biło jednak od niego tak wielkie napięcie i zdenerwowanie, że 
Claudia miała wielką ochotę podejść i wziąć go za rękę. 

– Przynieś, proszę, coś do picia i do jedzenia – zwrócił się do niej Jack. 
Wiedziała dobrze, że wysyła ją, by nie słyszała makabrycznych opowieści o wypadku. 

Poskładała starannie papiery i wyszła. 

– Pomogę ci. 
Usłyszała głos Marta już w drzwiach, a potem rozległy się za nią jego szybkie kroki. 

Czekała na niego w kuchence. Gdy wszedł, zamknęła drzwi i rzuciła się w jego wyciągnięte 
ramiona, tuląc go do siebie w milczeniu, jakby chciała przelać na niego swoją energię i ogrzać 
go, by powróciły mu siły. 

– Musiałem cię zobaczyć, dlatego tu jestem, ale pójdę się teraz trochę przespać. Potem 

przyjdę do szpitala. To byli wszystko młodzi turyści z Francji i Niemiec. Może się przydam 
jako tłumacz albo pomogę im nawiązać kontakt z rodzinami. Nie wiem sam, do czego będę 
potrzebny, ale czuję, że muszę tam iść. 

– Oczywiście – zgodziła się – tylko się przedtem trochę prześpij. A potem może byś 

przyszedł na kolację, kiedy uznasz, że można ich już zostawić? Ciotka Stepha chciała cię 
zaprosić. 

Przytulił ją mocniej. 
– Zobaczymy się więc na kolacji – powiedział cicho i wypuścił ją z objęć. 
Podeszła do lodówki, wyjęła kanapki i ustawiła filiżanki na tacy. Matt nasypał kawę do 

dzbanka. 

– To... był straszny wypadek? – spytała. 
– Dwóch młodych ludzi znajdzie się na oddziale intensywnej terapii, jeżeli oczywiście 

przeżyją operację – odparł, kiwając w zadumie głową. – Obydwaj odnieśli urazy głowy i 
obrażenia wewnętrzne. Nie wiadomo jeszcze dokładnie jakie. Dwie dziewczyny, które spały 
w  czasie  wypadku,   odniosły  tylko   lekkie   obrażenia.  Jedna  z  nich  ma   złamany  obojczyk, 
przypuszczalnie też ramię i nadgarstek, druga doznała wstrząśnienia mózgu i jest pokaleczona 
szkłem. 

– Czyli  obydwie miały szczęście? – Claudia nalała  wrzątku do dzbanka, czekając na 

dalsze słowa Matta. 

– Tak, miały szczęście – powtórzył i z tacą skierował się do drzwi. – Pozostała dwójka, 

która siedziała pośrodku mikrobusu, ucierpiała najbardziej. Jeden ma uszkodzony kręgosłup, 
jest też podejrzenie złamania dolnej części klatki piersiowej i możliwe obrażenia wewnętrzne, 
a drugi ma złamanie kości udowej, a także ciężkie wstrząśnienie mózgu. 

background image

Otworzyła przed nim drzwi do pokoju, a potem weszła sama. Zorientowała się po chwili, 

że zebrani omawiają stan pacjenta z uszkodzeniem kręgosłupa. 

–   Masz   zamiar   tu   zostać   i   słuchać   tego   wszystkiego?   –   spytał   Jack.   –   Zrobisz,   jak 

zechcesz, ale może zostaniesz, skoro siedzisz teraz przy komputerze. 

Przyglądał jej się badawczo, a ona wiedziała, że próbuje się w ten sposób dowiedzieć, czy 

jest   już   na   tyle   silna,   by   zapomnieć   o   własnych   tragicznych   przeżyciach.   No   właśnie, 
pomyślała. Czy jestem już na to dosyć silna? Wiedziała, że musi odpowiedzieć od razu, zanim 
obecni dostrzegą w jej głosie wahanie. 

– Zostanę...  – mruknęła  i  zasiadła  przy swoim stole.  Matt nalewał  kawę  i częstował 

kanapkami. 

–   Ciekaw   jestem,   czy   są   jakieś   nowe   metody   unieruchamiania   pacjentów   z   urazem 

kręgosłupa, zanim się ich nie wydobędzie z pojazdu, w którym ulegli wypadkowi? – zapytał 
Peter. – Jestem przekonany, że można wtedy zmniejszyć ryzyko dalszych uszkodzeń. 

Susan opisała dokładnie, jak wyjmowali poszkodowanego, a Claudia pomyślała, że wiele 

by   dała   za   to,   by   się   dowiedzieć,   czy   tak   właśnie   wyjmowano   jej   matkę   z   rozbitego 
samochodu. 

– W Stanach Zjednoczonych, jeszcze w tym roku, ma się odbyć konferencja na temat 

opieki nad pacjentem bezpośrednio po wypadku – zwrócił się Jack do Petera. – Wydaje mi 
się, że ktoś z nas powinien wziąć w niej udział. Co o tym myślisz? Staramy się wprawdzie 
zawsze śledzić, co się dzieje w tej dziedzinie i mamy też najnowszy sprzęt, ale udział w takiej 
konferencji   może   dostarczyć   najświeższych   informacji   i   umożliwić   porównanie   z 
osiągnięciami innych ośrodków. 

Peter potakiwał z zainteresowaniem, a Susan zaczęła rozmowę o następnym pacjencie. 

Gdy skończyli, Matt wstał i wyszedł, uśmiechając się do Claudii na pożegnanie. Ona zaś 
rozłożyła znowu dokumentację z Caltury i zabrała się do pracy. Wychodząc, Jack przystanął 
na chwilę przy jej stole i dotknął delikatnie jej ramienia. 

– Czy wszystko w porządku? – zapytał cicho, a ona uśmiechnęła się do niego przez łzy, 

które niespodziewanie napłynęły jej do oczu. 

Mama ma rację! – powiedziała sobie stanowczo. Już czas, by zapomnieć o przeszłości. 

Najlepszym na to dowodem są moje głupie łzy. 

– Liczba pacjentów spadła, zanim James zaczął pracować – powiedziała opanowanym 

głosem. Chciała pokazać Jackowi, że ma do czynienia z zupełnie inną Claudią. 

– Przecież wystarczyłoby obejrzeć rejestr pacjentów na dany dzień. Widać, że zapisałaś 

zaledwie pół strony, gdy normalnie wypełniasz całą, a nawet zaczynasz następną. 

– To wcale nie jest takie proste! Zobacz!
Leonie podeszła do nich i stanęła przy Jacku. Razem wpatrywali się w ekran. 
– Spójrzcie na te nazwiska. To ostatnia wizyta w Calturze tego lekarza, który pracował 

przed Jamesem. – Claudia weszła do rejestru pacjentów zapisanych w dniu jego wizyty i 
podkreśliła   ponad   połowę   nazwisk.   –   Ci   ludzie   nie   są   mieszkańcami   Caltury.   Byli   w 
przychodni po raz pierwszy i chociaż mamy historie ich choroby na twardym dysku, nie ma 
po nich śladu w komputerze. 

background image

–   To   znaczy,   że   byli   to   turyści   –   oświadczył   Jack,   wpatrując   się   w   ekran,   jakby 

spodziewał się jeszcze czegoś dowiedzieć. – Nie tak dawno odbywał się w Calturze festiwal 
tańca. Z pewnością były tam wtedy setki turystów, a wśród nich zapewne znalazło się sporo 
pacjentów. 

Claudia znowu nacisnęła kilka klawiszy. 
– A tak było w tydzień potem – powiedziała, pokazując jeszcze krótszą listę. – To była 

pierwsza wizyta Jamesa, a podczas pierwszej wizyty bywa zwykle mniej pacjentów. Przy 
następnej wizycie lista powiększa się wprawdzie do pełnej strony, ale wystarczy wykreślić te 
oto   nazwiska   i   znowu   liczba   pacjentów   maleje.   A   te   nazwiska   to   lista   dzieci,   które 
przyjechały na wycieczkę i uległy zatruciu pokarmowemu. 

Jack   wyprostował   się   i   pokiwał   głową.   Wyglądał   na   zmęczonego   i   był   najwyraźniej 

zdenerwowany. Claudia domyśliła się, że czuje się winny. 

– Przecież nie ponosisz odpowiedzialności za ciągłe zmiany lekarzy – tłumaczyła mu 

Leonie.   –   Robisz,   co   możesz,   żeby   zapewnić   tego   samego   lekarza   w   danej   przychodni, 
właśnie dlatego, żeby nic podobnego się nie wydarzyło. 

– Tak, ale wiele zależy jeszcze od naszych pomocników – odparł. – Muszą pilnować 

stałych   pacjentów,   żeby   zgłaszali   się   do   przychodni,   ale   ich   najważniejsze   obowiązki   to 
sprawdzanie, czy biorą leki i czy przestrzegają zasad higieny. Zdaję sobie oczywiście sprawę, 
że   nie   mogą   dokonać   cudów,   ale   większość   z   nich   jest   w   stanie   dopilnować   zażywania 
lekarstw. 

– O świcie i gdy zapada zmierzch! – wtrąciła Leonie z uśmiechem, a Claudia spojrzała na 

nią zdziwiona. 

– Ona sobie ze mnie kpi – wyjaśnił Jack. – Kiedy byłem świeżo upieczonym lekarzem i 

odbyłem jedną z pierwszych wizyt w jakiejś dalekiej osadzie, myślałem, że zegary i zegarki, 
które wszędzie widziałem, pełnią taką samą funkcję jak w naszej kulturze. 

– No właśnie – przerwała mu Leonie. – I przepisywał wobec tego pigułki, które należało 

brać co cztery lub co sześć godzin, albo trzy razy dziennie. A gdy już to zrobił, odlatywał 
sobie, bardzo z siebie zadowolony. 

Claudia nadal nie rozumiała. 
– Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że to zupełnie inna kultura, inny świat – tłumaczył Jack. 

– W dodatku światem tym z pewnością nie rządzi zegar. Zegary na ścianie pełnią inną rolę niż 
u nas. Mają one jedynie świadczyć o zamożności właściciela. Podobnie z zegarkami, które 
ludzie tu noszą jak biżuterię. Mają też zupełnie inne poczucie czasu. W ich świadomości 
istnieje jedynie świt i zmierzch. 

Westchnął, a potem uśmiechnął się. 
– Ale nawet wtedy, gdy już znalazłem inne pigułki i mikstury, które można zażywać dwa 

razy dziennie, okazało się, że nie ma żadnej pewności, że ci ludzie je przyjmą. 

Przerzucił stos papierów na stole. 
– Przygotuj mi, proszę, listę pacjentów, którzy przychodzili do lekarza w przychodni co 

dwa tygodnie, zanim się zaczęła ta cała historia, a także listę tych, którzy przychodzili co 
miesiąc. 

background image

Zwrócił się potem do Leonie:
– Czy można  by zmienić  plan dyżurów  tak, żeby Mart mógł  tam polecieć  znowu w 

przyszły poniedziałek? Tylko na jeden dzień? Nawiązałem kontakt z okulistą, który chętnie z 
nim pojedzie. 

Wychodząc  razem   z  Leonie   z  pokoju,  podziękował   Claudii,   klepiąc  ją  przyjaźnie   po 

ramieniu, i odwrócił się jeszcze do Katie, która siedziała w kącie pokoju. 

– Kiedy już Claudia sporządzi te listy, połącz mnie, proszę, z Andrew Welshem z Caltury. 

Chciałbym z nim porozmawiać. 

Claudia zasiadła znowu przy komputerze. Wprowadzała teraz informacje, które miały jej 

pozwolić na sporządzenie list, o jakie prosił Jack. Nigdy jeszcze nie czuła się tak bardzo 
związana z pracą jak teraz. A przecież nie pierwszy raz zajmowała się wprowadzaniem do 
komputera medycznych informacji. 

W pewnej chwili wydało jej się, że na ekranie pojawiła się zmęczona twarz Matta. Czy 

dlatego, że wykonywała pracę bezpośrednio z nim związaną?

Pracować razem! I latać razem!
O tym przecież marzyli z Danielem, gdy bawili się w dzieciństwie, wypatrując na niebie 

samolotów służby zdrowia. On miał być lekarzem, a ona pielęgniarką. Tak mówił jej, gdy ona 
nie bardzo jeszcze wiedziała, co to jest pielęgniarka. On sam dowiedział się o powietrznej 
służbie   medycznej   od   wuja,   który   służył   w   niej   w   latach   młodości   i   opowiadał,   jak   się 
lądowało gdzieś na odludziu, w miejscu, które wyznaczało światło naftowych lamp. 

Na ekranie pojawiać się zaczęły poszukiwane nazwiska, a ją ogarnął żal. Po raz pierwszy 

jednak w żalu tym nie krył się ból, który tak długo nosiła w sercu. Daniel należał do świata jej 
dzieciństwa. Mieszkali blisko siebie, był więc jej najlepszym przyjacielem. Potem stopniowo 
zrodziła   się   z   tego   miłość.   Ich   pierwsza   miłość,   której   towarzyszyły   pierwsze   nieśmiałe 
pocałunki pod drzewami mango. 

– Czy to są te listy, na które czeka Jack? – spytała Katie, słysząc stukot drukarki. 
Claudia przytaknęła. Gdy zbliżała się do drukarki, zadzwonił telefon. Katie podniosła 

słuchawkę. 

– Czy Matt poszedł do domu? – spytała Katie. 
Claudia kiwnęła potakująco głową, a jej serce ścisnęło się. 
Miała ochotę krzyknąć, by go nie budzono. Przecież po takiej nocy musi się teraz wyspać. 

Katie zanotowała coś na kartce papieru. 

– Jeden z pacjentów chciałby z Mattem porozmawiać – wyjaśniła – ale można z tym 

poczekać – dodała. 

Claudia uśmiechnęła się z wdzięcznością. Katie, tak zresztą jak cały personel w bazie, 

uważała, że do jej obowiązków należy oszczędzanie lekarzy, by mogli jak najlepiej wypełniać 
swe obowiązki. 

Wzięła   obydwie   listy   i   skierowała   się   do   pokoju   Jacka.   Myślami   jednak   była   gdzie 

indziej. 

Pożegnała   się   ostatecznie   z   Danielem.   Czy   wpłynie   to   w   jakikolwiek   sposób   na   jej 

stosunek do Matta? Wzruszyła ramionami. A dlaczego by miało tak być? Nic się przecież 

background image

właściwie   nie   zmieniło.   Matka   była   i   jest   inwalidką   poruszającą   się   na   wózku.   Claudia 
zgodziła się wprawdzie spędzić na jej prośbę najbliższy rok w mieście, ale nadal uważała, że 
opieka nad matką do niej właśnie należy. 

Co z tego, że jest Australijką już w czwartym pokoleniu? Jej włoskie korzenie są na tyle 

silne, że rozumiała, iż będąc jedyną córką w rodzinie, musi zapewnić matce opiekę. 

Westchnęła i zaraz się poprawiła. To nie jest tylko poczucie obowiązku, to jest miłość!

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Przechodząc w drodze do szpitala koło domu ciotki Stephy, Matt uśmiechnął się. Tak 

szybko został niemal członkiem rodziny. Ciotka Claudii uznała go za swego przybranego 
siostrzeńca, a on polubił ją za zdrowy rozsądek i bezpośredniość. 

Ani się obejrzałem, pomyślał, jak polubiłem Claudię. Czy też pokochałem Claudię?
Jeszcze do wczoraj był przekonany, że czuje do niej po prostu wielką sympatię, ale dziś 

rano ogarnęła go niespodziewanie przemożna chęć zobaczenia jej za wszelką cenę. Poszedł 
więc do bazy, mimo że powinien był wrócić do domu, by się przespać. 

I usłyszał, jak Jack pyta ją, czy zechce być obecna, gdy oni będą rozmawiać o wypadku. 

A pytał w taki sposób, że Matt poczuł, jak ściska mu się serce. Zrozumiał bowiem, że w 
przeszłości Claudii kryje się jakaś tragedia. 

Przyspieszył kroku, starając się odegnać od siebie te myśli. Nawet gdyby się zakochał, 

cóż   by   to   zmieniło?   Claudia   związana   jest   z   Australią,   a   on   zaplanował   swe   życie   tak 
dokładnie, że trudno byłoby mu zboczyć z obranej drogi. 

Młoda kobieta pracująca w recepcji musiała już na niego czekać od dawna. 
– Pan doktor Laurant? – spytała, gdy tylko wszedł do holu i nie czekając na odpowiedź, 

dodała: – Siostra Cleeves prosiła, żebym skierowała pana od razu na oddział intensywnej 
terapii. 

Coś się musiało stać jednemu z najciężej rannych?
Podziękował   i   poszedł   w   kierunku   windy.   Znał   dobrze   drogę,   bywał   tu   przecież   z 

Claudią. Pierwszy raz jednak był na tym piętrze. Oddział intensywnej terapii wydał mu się 
znajomy, bo we wszystkich szpitalach są na tych oddziałach takie same monitory, separatki o 
przeszklonych   ścianach,   a   wreszcie   pielęgniarki   wpatrzone   w   ekrany,   czuwające   nad 
bezpieczeństwem pacjentów. 

Na znak dany przez pielęgniarkę wszedł do jednej z separatek. Znalazł się w oazie ciszy i 

spokoju. Monitory były na swoim miejscu, ale pracowały wyjątkowo cicho. Śmiertelnie blady 
kierowca mikrobusu leżał nieruchomo na łóżku, a skomplikowane mechanizmy zajmowały 
się dostarczeniem powietrza jego płucom, podtrzymywały pracę serca, przetaczały płyny i 
lekarstwa do żył i kontrolowały funkcjonowanie mózgu. 

–   Nastąpiło   zahamowanie   wytwarzania   moczu   –   poinformowała   go   pielęgniarka.   – 

Doktor   Warren   zlecił   infuzję  płynów,   a   następnie   wlew   dożylny   lasiksu,   ale   nie   dało   to 
rezultatu. Zaraz tu przyjdzie, ale krzywa elektrokardiogramu zmieniła się w równą kreskę. 

Matt poznał w niej jedną z pielęgniarek, którą przedstawił mu Peter podczas lunchu. Nie 

było jednak teraz czasu na towarzyskie rozmowy. Monitory dawały znać, że młody człowiek 
przegrywa walkę ze śmiercią. 

– Dziewczyna z urazami kręgosłupa jest na oddziale czwartym A – mówiła pospiesznie 

pielęgniarka. – Dostała dużą ilość leków uspokajających, ale to nie pomaga. To narzeczona 
tego chłopaka. Czy mógłby pan do niej pójść? Może trzeba z nią porozmawiać? Wolno panu 
powiedzieć, że go pan widział, ale nic więcej – ostrzegła. 

background image

Janet Cleeves! Dopiero teraz przypomniał sobie nazwisko i imię pielęgniarki. Nie znał 

jednak nazwiska rannego kierowcy. 

Poszedł więc na oddział czwarty A, gdzie leżała dziewczyna o długich, jasnych włosach, 

wodząc dookoła nie widzącymi oczami koloru bławatków. Jej ręce niespokojnie poruszały się 
na kołdrze, jakby czegoś szukały. 

– Chcę go zobaczyć – szepnęła. 
Matt wziął ją za rękę i usiadł przy łóżku. 
– Widziałem go przed chwilą – powiedział cicho. Dziewczyna mówiła po niemiecku, 

więc i on odezwał się w tym języku, mając nadzieję, że dziewczyna go zrozumie. – Jest 
naprawdę pod dobrą opieką – zapewnił. 

Kłamstwo przychodziło mu z trudem, ale widział, że dziewczyna nie jest przytomna i że 

nie będzie nic pamiętała, gdy dojdzie do siebie. Trzeba ją teraz uspokoić, by zapadła w sen. 

– Jak tu spokojnie – mówił cicho, gładząc delikatnie jej rękę. – Oddziały intensywnej 

terapii są na ogół hałaśliwe, pełne ruchu i gwaru. Tutejszy personel zrozumiał jednak, że 
bywa to nie do zniesienia dla pacjentów. Światła są przyćmione, we wszystkich urządzeniach 
pozakładano tłumiki, zupełnie nie słychać ich pracy. 

Ręce chorej znieruchomiały. On jednak mówił dalej, świadomie nie wykraczając poza 

sprawy techniczne, gdyż bał się jakimś nieopatrznym słowem wzbudzić jej niepokój. Odniósł 
w końcu wrażenie, że zasnęła, gdy jednak spróbował wyswobodzić rękę, jej palce zacisnęły 
się kurczowo na jego dłoni. 

– Pracowałem kiedyś  w szpitalu w Hamburgu – ciągnął więc. – Teraz, gdy wszystko 

zostało odbudowane, to naprawdę piękne miasto. 

Wspomnienia z Hamburga przerwało mu wejście siostry, która stanęła koło łóżka. 
– Pan jest jej znajomym? – spytała zdziwiona i wzięła dziewczynę za rękę, by zbadać jej 

tętno. 

–   Jestem   lekarzem   –   odparł   –   ale   nie   przyszedłem   tu   jako   lekarz.   Znam   po   prostu 

francuski i niemiecki i myślałem, że uda mi się w czymś pomóc. 

–   Z   pewnością   się   panu   udało   –   odrzekła   kobieta.   –   Ona   była   w   takim   stanie,   że 

myśleliśmy o zwiększeniu dawki środków uspokajających. Doktor się jednak sprzeciwił, bo 
miała wstrząs mózgu. 

Rozmowa nie przeszkadzała jej w wykonywaniu zwykłych czynności. Mierzyła ciśnienie, 

uzupełniała dane na karcie. 

– Pan jest nowym lekarzem w służbie powietrznej? – spytała. – Mówiono mi niedawno, 

że dla odmiany zaczął u nich pracować Francuz. 

– Dla odmiany? – zdziwił się Matt. 
– Zawsze mieli lekarzy z Anglii i Irlandii, nigdy jednak nie słyszałam o Francuzie – 

odparła   z   powątpiewaniem   w   głosie,   tak   jakby   uprawnienia   lekarza   francuskiego   nie 
wzbudzały w niej zaufania. 

– Studiowałem w Anglii wyłącznie z powodów rodzinnych – zapewnił – a nie dlatego, że 

studia   we   Francji   są   na   niższym   poziomie.   Od   lat   już   istnieje   porozumienie   pomiędzy 
Zjednoczonym Królestwem i Australią w sprawie wymiany lekarzy. Lekarze innych krajów 

background image

czekają jednak bardzo długo na pozwolenie wykonywania zawodu w Australii, może więc 
dlatego tak niewielu europejskich lekarzy pracuje w służbie powietrznej. 

Pielęgniarkę zadowoliła ta odpowiedź, bo pokiwała ze zrozumieniem głową. 
–   Na   naszym   oddziale   leżą   jeszcze   dwie   dziewczyny,   które   przywieźliście   z   tego 

wypadku – powiedziała. – Czy zechce je pan zobaczyć?

Spojrzał na zegarek. Ciotka Stepha podawała kolację punktualnie o wpół do siódmej, 

chcąc dostosować się do Claudii, która spieszyła się do szpitala. 

Claudia! Przecież nie mogę teraz o niej myśleć!
– Dobrze – zgodził się. – Wpadnę do nich na chwilkę, a potem przyjdę jeszcze raz w 

godzinach normalnych wizyt. 

Szczupła, ciemnowłosa dziewczyna, którą pomagał wydobyć z wraku samochodu, miała 

rękę   w   gipsie   od   łokcia   po   nadgarstek.   Podejrzewano   pęknięcie   obojczyka,   a   ponieważ 
dziewczyna spała, ręka została przymocowana do ciała, by zapobiec jakimkolwiek ruchom. 

Poczuł na sobie wzrok trzeciej dziewczyny, która leżała w sąsiednim łóżku. Odwrócił się 

i dojrzał plątaninę szwów na jej twarzy przykrytej cienką gazą. 

– Nazywam się Matt Laurant – przedstawił się po niemiecku, wyciągając do niej rękę. – 

Jak się pani czuje?

W jasnobrązowych oczach młodej kobiety zalśniły łzy. Opuchnięte powieki mówiły, że 

płakała od dłuższego czasu. Ta dziewczyna najmniej ucierpiała w wypadku, z pewnością więc 
zdaje   sobie   sprawę   ze   stanu,   w   jakim   znajdują   się   jej   przyjaciele,   i   nie   potrafi   ukryć 
zdenerwowania, pomyślał ze współczuciem. 

– Niech pan na mnie tylko popatrzy! – zawołała histerycznie. Mówiła po niemiecku z 

wyraźnym obcym akcentem. – Niech pan się przyjrzy mojej twarzy!

Udał, że nie zauważył jej rozpaczy i zapytał:
– Czy pani jest Francuzką? Mówiono mi, że w waszej grupie są Niemcy i Francuzi. 
– Jestem Szwajcarką – burknęła. – Ale niech pan lepiej spojrzy na mnie! Niech pan 

zobaczy,   co   zrobili   ze   mną   w   tym   koszmarnym   szpitalu.   –   Mówiła   teraz   po   francusku. 
Wyrzucała z siebie słowa z nienawiścią, która wprawiła go w osłupienie. – Nie mieli prawa 
mnie tutaj operować! – krzyczała. – Powinni mnie byli od razu odesłać do domu. Zapłaciłby 
za to mój ojciec albo ubezpieczenie. A tak dobrali się do mnie jacyś rzeźnicy ze szpitala w 
buszu. 

Matt  starał   się opanować,  ciesząc  się  przy  tym,   że  kobieta  nie   jest  Francuzką,   zaraz 

jednak powiedział sobie, że w każdym kraju bywają ludzie o podobnie trudnych charakterach. 
Nie pomogło to jednak wiele i czuł, jak wzbiera w nim złość. 

Pamiętał, jak badał ją po wydobyciu z rozbitego samochodu i jak dziękował Bogu, że 

chociaż jedna osoba wyszła z wypadku obronną ręką, gdyż nie groziło jej kalectwo. A Peter, 
zajęty tymi, którzy naprawdę potrzebowali pomocy, poprosił Allyshę, by położyła na twarzy 
dziewczyny nawilgocone opatrunki, które miały ułatwić przyszłe leczenie uszkodzonej skóry. 

Zdając sobie sprawę, czym będą dla młodej kobiety blizny na twarzy, Peter robił potem 

co   mógł   podczas   operacji,   by   zostawić   jak   najmniejsze   ślady,   i   zastanawiał   się   już   nad 
przyszłym zabiegiem, którego dokona chirurg plastyczny. 

background image

A tymczasem Matt miał przed sobą kobietę, która skarżyła się głośno na fatalną opiekę. 
–   Chirurdzy,   których   tu   spotkałem,   są   równie   biegli   jak   ich   koledzy,   z   którymi 

pracowałem w innych krajach – powiedział stanowczo, nie zdradzając przy tym, że sam nie 
był specjalistą w dziedzinie chirurgii plastycznej. – Oczywiście teraz widać okaleczenie na 
pani twarzy – dodał. – Za parę dni będzie to wyglądało jeszcze gorzej, pojawią się przecież 
ślady potłuczenia, żółte i czerwone plamy... – Mówił to z prawdziwą przyjemnością, chcąc 
dociąć   rozkapryszonej   dziewczynie.   –   Ale   potem   blizny   znikną,   rany   są   bowiem 
powierzchowne. 

–   A   skąd   pan   to   wie?   –   spytała.   –   Omal   się   nie   wykrwawiłam   na   śmierć   podczas 

wypadku, ale ludzie, którzy przyjechali, nie zwrócili nawet na mnie uwagi – poskarżyła się. 

– Czy rozmawiała pani z nimi? – spytał zdumiony, bo gdy przyjechał, była nieprzytomna 

i jęczała. 

–   Oczywiście!   Prosiłam,   żeby   mi   pomogli   wyjść.   Musiała   więc   poruszać   nogami, 

pomyślał.   Turyści,   którzy   znaleźli   rozbity   samochód,   stosowali   się   do   ogólnie   znanych 
zaleceń zakazujących  ruszania rannych z obrażeniami kręgosłupa. Pozostawili więc ofiary 
wypadku na ich miejscach, przypięte pasami. Pilnowali tylko, by nikt nie zmarzł i czekając na 
pomoc, starali się powstrzymać krwawienie ran. 

– Przyjdę tu jeszcze – obiecał dziewczynie, która do tej pory mu się nie przedstawiła. – 

Może coś pani przynieść? Gazetę?

– Telefon komórkowy – odparła. – Miałam go z sobą, ale skąd mogę wiedzieć, gdzie są 

teraz moje rzeczy? Jeżeli mi coś zginęło, dam znać na policję. Słyszałam już o kradzieżach na 
miejscu wypadku – dodała. – Łatwo będzie znaleźć złodzieja. To mógł być tylko ktoś z tych 
ludzi, którzy nas znaleźli, albo ktoś z pogotowia. 

Gdy   usłyszał   uwagę   na   temat   nieuczciwości   personelu   medycznego,   z   najwyższym 

trudem się pohamował, by nie przywołać jej do porządku. 

–   Może   uda   mi   się   czegoś   dowiedzieć   o   losach   pani   bagażu   –   powiedział   i   szybko 

wyszedł z pokoju, zastanawiając się, jak można wytrzymać z podobną kobietą. 

Starał sieją jednak usprawiedliwić. Niewykluczone przecież, że jej zachowanie może być 

rezultatem wstrząsu. W tej samej jednak chwili uprzytomnił sobie, że ani razu nie zapytała o 
stan zdrowia swoich towarzyszy, i poczuł do niej jeszcze większą niechęć. 

Zastanawiał   się,   czy   dziewczyna   nie   ma   przypadkiem   krwiaka   nadtwardówkowego. 

Powiedział o tym w pokoju sióstr, dodając, że po wypadku była chwila, gdy była zupełnie 
przytomna. 

–   Wszystkie   kobiety   są   pod   stałą   obserwacją   –   zapewniły   go   siostry.   –   Ona   jest 

przytomna od pierwszej chwili, gdy tylko ją do nas przywieziono. 

Mówiły o tym takim tonem, że wydało mu się nawet, iż jedna z nich wtrąciła słowo 

„niestety”. 

– Mówi całkiem dobrze po angielsku i skarżyła się już na wszystko: wygląd, zaginięcie 

bagażu, ból twarzy i fatalną obsługę – wyjaśniła siostra przełożona. – Nic jednak nie mówiła 
o bólu głowy. 

Jak się okazało, bagaż przywieziony przez personel służby powietrznej znajdował się na 

background image

policji.   Trzy   kobiety   i   jeden   z   mężczyzn   zostali   zidentyfikowani   dzięki   znalezionym 
paszportom. Jak mówiły pielęgniarki, nie udało się tylko ustalić tożsamości dwóch mężczyzn, 
którzy zajmowali przednie siedzenia. Obydwaj znajdowali się na oddziale intensywnej terapii. 

–   Oby   się   to   dobrze   dla   nich   skończyło   –   powiedział   cicho,   wychodząc   z   oddziału. 

Spieszył się bardzo. Chciał na chwilę zapomnieć o troskach innych ludzi i spędzić czas z 
Claudią. 

Usłyszała jego kroki na schodach i pobiegła zobaczyć, czy doszedł do siebie po ostatnich 

przeżyciach. Spotkali się na werandzie i przytulili do siebie. Claudia nie opierała się wcale. 
Ich usta spotkały się znowu, zapewniając o uczuciu i przyjaźni. 

Czy również o miłości?
– Wyspałeś się troszkę? Byłeś już w szpitalu? Dzwoniłam tam i powiedziano mi, że jeden 

z pacjentów z intensywnej terapii pewnie umrze. 

Wysunęła się lekko z jego objęć, ale była nadal blisko, trzymając ręce na jego biodrach. 

W jej głowie huczało, nie mogła pozbierać myśli, miała ochotę płakać. Wszystko przyszło tak 
nagle:   przyjazd   Matta,   pojawienie   się   nie   znanych   jej   dotąd   uczuć,   a   teraz   ten   straszny 
wypadek. Przeszłość zdawała się odchodzić w niepamięć, ale wypadek rzucał cień na radość 
spotkania z Mattem. 

Przyciągnął ją bliżej do siebie, a ona zastanawiała się, czy mógł poznać po głosie, co się z 

nią dzieje. 

– Pomyśl tylko – powiedział. – Jeśli udało nam się uratować pięć osób, to oznacza, że 

oszczędziliśmy pięciu rodzinom bólu i rozpaczy. 

Patrzył na nią. Próbowała się uśmiechnąć i udawała, że wszystko jest w porządku, on 

jednak domyślił się, że to nieprawda. Odgarnął jej włosy z czoła i dotknął palcem długiej 
blizny, biegnącej ponad lewą skronią w kierunku ucha. 

– To był wypadek samochodowy?  – zapytał, a ona przytaknęła. – Możesz mi o nim 

opowiedzieć?

– Jeszcze nie teraz – szepnęła. – Chodźmy na kolację. Muszę przecież jeszcze odbyć moje 

wizyty. Ty już masz to za sobą. 

Mówiła to wszystko niefrasobliwym tonem, ale przypatrywała mu się bardzo uważnie. 

Zastanawiała   się,   czy   nie   jest   zmęczony   tym   wszystkim:   cały   dzień   w   pracy,   a   potem 
wieczorne wizyty w szpitalu. 

– Pójdę z tobą – powiedział. Jego głos podziałał na nią jak balsam. Czuła się tak, jak 

wtedy, gdy ją całował. – Chcę ich jeszcze zobaczyć. 

Coś ją zaniepokoiło w jego głosie. Czy wszystko wygląda gorzej, niż myślała? W drodze 

do kuchni trzymała go za rękę. Dodawała mu w ten sposób otuchy, której nie była w stanie 
przekazać słowami. 

– Masz w tym tygodniu dyżur, czy jesteś tylko pod telefonem? – zapytała ciotka, gdy 

zasiedli do stołu. 

– Pod telefonem – odparł. – Dlaczego pytasz, ciociu?
– Mam dwa bilety do teatru – oznajmiła, przystępując swoim zwyczajem od razu do 

background image

rzeczy. – Na sobotę wieczorem. Może się wybierzesz z Claudią? Dyżur pod telefonem można 
sprawować wszędzie, nawet w teatrze. 

Zanim Claudia zebrała się na odwagę, by zaprotestować przeciw urządzaniu jej życia, 

Matt spytał:

– Co to za teatr?
– To właściwie amfiteatr, daleko od plaży. Był tam stary kamieniołom, aż wreszcie gmina 

wpadła   na   pomysł,   żeby   coś   z   tym   zrobić.   No   i   zbudowali   teatr   pod   otwartym   niebem. 
Oczywiście najlepiej zdaje to egzamin w zimie, gdy tak często nie pada, ale uważam, że 
huragan czy deszcz mogą tylko dodać realistycznych efektów takim sztukom jak „Makbet” 
czy „Burza”. 

– Ciocia zajmowała się planowaniem krajobrazu całego nabrzeża – odezwała się Claudia. 
–   To   wspaniały   pomysł.   Chętnie   pójdę   –   podziękował   Matt,   przekonany,   że   Claudia 

podziela jego entuzjazm. 

Uśmiechnęła  się  także.  Miło  będzie   wybrać   się gdzieś  z  Mattem,   pomyślała.  On  zaś 

zwrócił się do ciotki, wypytując o planowanie krajobrazu. Potem cały zamienił się w słuch. 
Nie mogła oderwać od niego oczu. Opalił się trochę, pojaśniały mu też włosy i brwi. 

Przypomniała sobie dotyk jego policzka. Dziś rano, gdy był nie ogolony, czuła wyraźnie 

szorstki zarost. Przed chwilą jego twarz była miękka i delikatna. Tak bardzo chciała znów 
dotknąć jego skóry, jednocześnie jednak ogarnął ją wstyd. Starała się więc odegnać od siebie 
te myśli. Wystarczyło jednak, że znowu spojrzała na niego, by wróciły. Ciekawe, czy on 
myśli o mnie w ten sam sposób?

– Lepiej już chodźmy. 
Słysząc jego głos, zerwała się na równe nogi. Dotarło do niej, że siedziała przy stole 

nieobecna duchem, nie wiedząc, co dzieje się wokół. 

Gdy wracali potem ze szpitala, powiedział jej o śmierci młodego kierowcy i rozpaczy 

dziewczyny, która go kochała. 

Nadeszła   pora,   by   opowiedzieć   mu   wszystko.   O   wypadku   i   o   Danielu,   o   matce   i   o 

Anthonym.  Zastanawiała się, jak zacząć, ale nic nie przychodziło jej do głowy. Trzymała 
więc go mocno za rękę, a gdy weszli na werandę i zaczął ją całować, oddawała mu pocałunki 
z zapamiętaniem i determinacją, o jakie się nawet nie podejrzewała. 

Ogarnęło   ich   gwałtowne,   niepohamowane   pożądanie.   Stali   przytuleni   do   siebie, 

obejmując się mocno. Muskał delikatnie wargami jej policzki, oczy i brodę, a ona tuliła twarz 
do jego piersi. Rozchyliła wargi, gdy zaczął ją całować. Jej ręce zacisnęły się zaborczym 
ruchem na jego plecach. Trzymała go, jakby się bała, że może gdzieś zniknąć, a tylko on 
mógł przecież zaprowadzić ją do krainy, w której jeszcze nigdy nie była. 

Coś w ich stosunkach uległo zmianie – coś, od czego nie było  odwrotu. I obydwoje 

przestali   panować   nad   sobą.   Czuła,   jak   nabrzmiewają   jej   bólem   piersi,   oparła   się   więc 
mocniej o niego, jakby szukała tam ratunku. Nie wiadomo kiedy znaleźli siew rogu werandy. 
Oparła się ciężko o ścianę, a Matt szeptał do niej czułe słowa, rozgarniając i burząc jej włosy, 
i pieszcząc palcami szyję. Czy zdawał sobie sprawę, co się z nią dzieje?

– Proszę cię – szepnęła, choć sama nie wiedziała, o co właściwie go prosi. 

background image

Po raz pierwszy ciało jej żyło własnym życiem, zupełnie niezależnie od jej rozkazów, 

podporządkowane całkowicie Mattowi. Jego rękom i ustom. Wyprostował się nagle, patrząc 
jej głęboko w oczy. 

– Nie jesteś dziewczyną, z którą chciałbym przeżyć przygodę – przypomniał jej. – Ty nie 

należysz   do   dziewczyn,   które   miewają   przygody.   –   Wydawał   się   zawstydzony   swym 
postępowaniem. – I nie chciałbym, żebyśmy stracili nad sobą panowanie. 

– A czy już nie straciliśmy? – zapytała nieśmiało, lekko się uśmiechając, gdy usłyszała w 

jego głosie zażenowanie. 

– Straciliśmy – odpowiedział. 
– A dlaczego nie mielibyśmy przeżyć miłosnej przygody?
– dopytywała się, zapominając o swych zasadach, czując się trochę jak dziecko, któremu 

odmówiono wymarzonego deseru. – Większość dziewczyn w moim wieku miała już niejedną 
przygodę!

Uśmiechnął się, a ona poczuła nagły przypływ miłości do tego człowieka, którego bardzo 

kochała, choć znała go przecież od niedawna. 

– Bo ty jesteś inna – odpowiedział. – Jesteśmy w sobie trochę zakochani i coś nas do 

siebie ciągnie. Gdybyśmy poszli dalej, nietrudno zgadnąć, czym by się to zakończyło. 

Mówił poważnie, a ona starała się uważnie go słuchać, choć skupienie przychodziło jej z 

trudem. 

– No więc mogłoby się okazać, że kryje się za tym wyłącznie seks i po paru miesiącach 

rozstalibyśmy się po prostu jak dobrzy przyjaciele. 

Nie brzmiało to w jego ustach przekonująco. Odniosła wrażenie, że on sam nie wierzy w 

swoje słowa. 

– I co jeszcze mogłoby się wydarzyć? – dociekała. Przytulił ją mocniej. 
– Moglibyśmy również dojść do przekonania, że to, co jest między nami, nie słabnie, a 

wręcz przeciwnie, potęguje się jeszcze i rozwija. 

„tym   razem   mówił   niepewnie,   dobierając   z   trudem   słowa,   jakby   nagle   mówienie   po 

angielsku zaczęło mu sprawiać kłopot. 

–   Szczerze   mówiąc,   nie   mam   pojęcia,   jak   by   się   to   skończyło   –   dodał   po   chwili   z 

uśmiechem. – Wiem tylko, że nigdy jeszcze nic podobnego nie przeżywałem. Nie miałem 
wprawdzie wielu przygód, ale zawsze do tej pory wiedziałem, czego się mogę spodziewać i 
czego oczekuję, „tym razem wydaje mi się, że chcę czegoś więcej i przyznam się, kochanie, 
że bardzo się tego boję. 

Zamilkł, a ona wodziła palcami po jego twarzy, jakby się chciała upewnić, że jest jeszcze 

przy niej. 

– Boję się! – szepnęła i serce ścisnęło jej się na myśl o rozstaniu, choć przecież rok, który 

miał tu spędzić, dopiero się rozpoczął. 

– Chyba żebyś... – zaczął, ale nie dokończył. 
Chyba żebym?
W przyćmionym świetle długo wpatrywał się w jej twarz, jakby czekał na odpowiedź. 
– Chyba żebyś zdecydowała się na wyjazd do Francji. Nie musisz mi teraz odpowiadać, 

background image

chciałbym tylko wiedzieć, czy istnieje w ogóle taka możliwość. Chciałbym mieć pewność, że 
jeśli jest to miłość, nie będziemy musieli o niej zapomnieć, gdy skończę tu pracę i wrócę do 
domu. 

W głowie miała chaos. To chyba coś w rodzaju oświadczyn, pomyślała. Chce, żebym 

obiecała, że z nim pojadę, jeśli tylko wszystko przybierze taki właśnie obrót. Chce, żebym 
obiecała coś, czego nie będę w stanie dotrzymać!

Zrobiło jej się zimno  z przerażenia.  Ogarnął ją przenikliwy chłód, który ziębił serce, 

paraliżował   oddech.   Nie   mogę   przecież   powiedzieć   po   prostu   „nie”,   nie   próbując   mu 
wszystkiego wytłumaczyć. 

– Może napijesz się kawy? – zapytała. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

– A więc masz matkę, ojca i czterech znacznie starszych braci, którzy są żonaci i dawno 

wyprowadzili się z domu – podsumował Matt. 

Claudia postawiła właśnie przed nim filiżankę cappuccino i usiadła po drugiej stronie 

stołu. 

– Ale matka jest unieruchomiona w wózku inwalidzkim – rzekła z naciskiem. 
– Przez ten wypadek – odezwał się cicho, ujmując jej rękę. Skinęła potakująco głową. 
–   Jack   ładnie   się   dzisiaj   zachował,   gdy  pytał,   czy   zechcesz   wziąć   udział   w   naszych 

rozmowach o wypadku. 

– On i pani Cooper wszystko o mnie wiedzą – wyjaśniła, po czym wysunęła rękę z jego 

dłoni   i   zaczęła   kreślić   palcem   na   stole   esy-floresy.   –   Urodziłam   się   sześć   lat   po   moim 
najmłodszym bracie, zawsze mnie więc wszyscy traktowali jak dziecko. Kiedy miałam cztery 
lata, na farmie zaczęła pracować nowa rodzina. – Zamilkła na chwilę, czując wzrok Matta, 
który   spoglądał   na   nią   pełen   zatroskania.   –   Czy   mówiłam   ci,   że   ojciec   uprawia   trzcinę 
cukrową?

Przytaknął, a ona dalej opowiadała. Siedziała teraz wyprostowana. Patrzyła na niego, bo 

chciała widzieć reakcję na jego twarzy. 

–  Ci   ludzie   mieli  syna  Daniela.  Był   w  moim  wieku,   obchodziliśmy  razem  urodziny. 

Bawiliśmy się razem, zostaliśmy potem przyjaciółmi, a wreszcie... 

Nie spuszczała z niego wzroku, tak bardzo chciała, by wszystko zrozumiał. Łzy dusiły ją 

w gardle. 

– Gdy już podrośliśmy, został moją pierwszą sympatią – szepnęła. – Pocałowaliśmy się 

pierwszy raz... Wiedzieliśmy od pierwszej chwili, że pozostaniemy na wieki przyjaciółmi, a 
potem   mówiliśmy   o   małżeństwie,   o   miłości...   –   Uśmiechnęła   się   do   Matta,   ocierając 
ukradkiem łzy. – Daniel był bardzo inteligentny, miał dużą wyobraźnię, zawsze przewodził 
wszystkim zabawom. Mieliśmy wspólne plany. Przede wszystkim on je układał. 

–   Plany   związane   ze   służbą   powietrzną?   –   zapytał,   a   Claudia   otworzyła   oczy   ze 

zdumienia. Czyżby już mu o tym mówiła?

– Tak – potwierdziła. Na jej twarzy zagościł teraz uśmiech na wspomnienie wydarzeń, 

które tak długo ukrywała przed wszystkimi. – O niczym innym nie potrafił mówić. Chciał 
zostać lekarzem, a ja miałam być pielęgniarką. Mieliśmy pracować w jakiejś niewielkiej bazie 
i oczywiście codziennie ratować życie innych ludzi. 

– No i... ?
– Mieliśmy po piętnaście  lat,  gdy jego rodzice  zdecydowali,  że na  ostatnie  dwa  lata 

powinien się przenieść do szkoły z internatem, żeby mieć większe szanse dostania się na 
medycynę. Narobiliśmy wtedy takiego gwałtu, że rodzice zgodzili się, żebym i ja pojechała. 
Pierwszy   raz   miałam   lecieć   samolotem.   Nie   wyobrażasz   sobie,   co   to   było   dla   nas   za 
przeżycie. – Spojrzała mu znowu w oczy, jakby chciała, by razem z nią wszystko od nowa 
przeszedł. – Mieliśmy lecieć  na południe z Rainbow  Bay.  Do miasta  odwoził nas ojciec 

background image

Daniela i moja mama. 

Matta przeniknął dreszcz. Domyślał się, co było dalej. 
– Nic nie pamiętam z tego, co się stało – szepnęła. – Mogę ci tylko opowiedzieć to, co 

słyszałam od innych. 

Milkła co chwilę, szukała słów, a wyobraźnia i życiowe doświadczenie pozwoliły mu 

domyślić się wszystkiego. 

– Ponieważ samochód zawisł w połowie nad przepaścią i jeden nieopatrzny ruch mógł 

spuścić go w dół, wydobycie nas zabrało sporo czasu. Wiem, że najpierw wydobyto moją 
mamę, potem ojca Daniela, któremu trzeba było amputować lewą nogę. Ze mną i z Danielem 
był   największy   kłopot.   Siedzieliśmy   z   tyłu   i   wyciągnęli   nas   dopiero   po   wycięciu   dachu 
samochodu. Trzymaliśmy się za ręce, ale on zginął podobno na miejscu. 

Widział, jak cierpiała, ale wiedział też, że nadszedł już czas, gdy musiała podzielić się 

swoim   cierpieniem.   Ścierał   łzy   z   jej   policzków,   gładził   włosy,   które   skrywały   bliznę   na 
skroni. 

– Przez dłuższy czas leżałam nieprzytomna – mówiła dalej. – Byłam w szpitalu przez 

wiele miesięcy, potem wypisano mnie i... musiałam na nowo uczyć się chodzić. 

Wstrząs pourazowy! To musiał być wstrząs pourazowy. Słyszał już o porażeniu kończyn 

dolnych bez wyraźnej przyczyny. 

Przyjrzał się wystygniętej kawie, która stała przed nim, i wstał. Podszedł do Claudii i 

uniósł ją w ramionach. Usiadł, trzymając ją teraz na kolanach. 

– I udało ci się – szepnął, starając się rozproszyć jej smutne wspomnienia. – A co się stało 

twojej matce? Czy to był uraz kręgosłupa?

– Razem byłyśmy w szpitalu i pewnego dnia, gdy przywieziono mnie do niej na wózku, 

lekarz powiedział jej właśnie, że nie będzie chodzić. – Mówiła szeptem, a on bał się poruszyć, 
by nie przerwać jej myśli. – Pamiętam, jak powiedziała wtedy lekarzowi, że zostanie w takim 
razie w szpitalu na zawsze, bo jej mąż i synowie zajmują się farmą i nie mają czasu na 
opiekowanie się inwalidką. 

Poruszyła się niespokojnie i odsunęła lekko od niego. Patrzyła mu teraz prosto w twarz. 

Oczy miała zaczerwienione, a po policzkach spływały wolno łzy. 

– Kiedy to usłyszałam, zrozumiałam, że znowu muszę zacząć chodzić. No i zaczęłam. 
W   kącikach   jej   ust   pojawił   się   nieśmiały   uśmiech.   Matt   uśmiechnął   się   także,   choć 

wzruszenie ściskało mu gardło. 

– Ciągle się zastanawiam, czy nie powiedziała tego wtedy celowo – wyznała, patrząc na 

niego   rozjaśnionymi   oczami.   Biła   z   nich   miłość   i   przywiązanie   do   matki.   –   Kiedy   już 
zaczęłam chodzić, a jej stan się poprawił, wróciłyśmy do domu. Musiałam się nią opiekować i 
to mnie trzymało przy życiu. A ona nie dawała mi spokoju i prosiła, żebym wróciła między 
ludzi. No i w końcu zdobyłam się na odwagę i poszłam do szkoły. To była ta sama szkoła, do 
której chodziliśmy z Danielem, ale nie zastałam już dawnych przyjaciół, bo straciłam przecież 
dwa lata. 

Kiedy skończyłam szkołę, namawiała mnie na studia, ale nie miałam na nie najmniejszej 

ochoty.   Nie   czułam   potrzeby   usamodzielnienia   się,   nie   miałam   żadnych   ambicji   ani   nie 

background image

marzyłam o przygodach. Zostałam więc w domu i byłam całkiem z tego zadowolona. Aż w 
tym roku mama kazała mi wyjechać do miasta i „pożyć troszeczkę”. Powiedziała, że ptaki też 
wyrzucają z gniazda świeżo opierzone pisklęta, żeby nauczyły się żyć. 

Ale chcę do niej potem wrócić – mówiła dalej. – Zamieszkać gdzieś w pobliżu, żeby jej 

pomagać. I wcale nie dlatego, że uważam to za swój obowiązek, ani nie dlatego, że ona tego 
ode mnie wymaga, tylko dlatego, że ja tego chcę – powiedziała z determinacją w głosie. – 
Czy rozumiesz mnie? – spytała z niepokojem. 

– Rozumiem – szepnął. 
Wiedział też, że jego miłość do niej stawała się coraz głębsza. Siedzieli w milczeniu, 

przytuleni do siebie. 

Rozumiał ją doskonale. Pragnął jej przy tym tak bardzo, jak jeszcze nigdy w życiu nie 

pragnął   żadnej   kobiety.   Ale   jednocześnie   jakiś   głos   wewnętrzny   radził   mu   zerwać   z   nią 
wszelkie kontakty. I to od razu!

Wystarczyło przecież posunąć się o krok dalej, a pozna wtedy miłość, o jakiej mu się 

jeszcze nie śniło, i dozna rozkoszy,  o której nawet nie marzył,  a za rok przyjdzie mu to 
wszystko porzucić. 

– Czas spać – szepnął jej do ucha. – Jutro porozmawiamy. 
– I pojutrze? I popojutrze? – pytała. 
– Na pewno – obiecał. – Przynajmniej tak jak dobrzy przyjaciele. Nie umiałbym  już 

inaczej, choć może to oznaczać trudne chwile. – Delikatnie pocałował ją w usta. – Jutro mam 
wolny dzień – powiedział. – Rano pójdę do szpitala, a potem może mógłbym cię zabrać o 
szóstej do restauracji?

Pójdą więc gdzieś razem! Ucieszyła się bardzo. Będą chodzić ze sobą, może więc jednak 

coś z tego będzie?

– Bardzo chętnie – odrzekła trochę oficjalnym tonem, jakby się obawiała trochę tego, co 

wydarzyło się przed chwilą, gdy zrozumiała, co kryje się za powiedzeniem, żeby nie igrać z 
ogniem. 

Pocałunek, którym ją pożegnał, był równie wstrzemięźliwy jak jej słowa. Jednak dłonie, 

które trzymał na jej ramionach, mówiły wyraźnie, że spokój i opanowanie narzucił sobie tylko 
wysiłkiem woli. 

– Jutro porozmawiamy – powtórzył. 
Czuła, jak jej ręce, kierowane jakąś niewidzialną siłą, wyciągają się w jego kierunku. Z 

najwyższym trudem zapanowała nad sobą, a gdy opadły posłusznie wzdłuż ciała, zacisnęła 
pięści, byle tylko więcej go nie dotknąć. 

Przez   całą   drogę   Matt   myślał   o   tym,   co   powiedziała   mu   Claudia,   do   chwili,   gdy   z 

rozmyślań wyrwał go dzwonek telefonu komórkowego. Szybkim krokiem, już po raz drugi tej 
doby, ruszył do bazy. 

W zasadzie nie miał dyżuru. Dyżury pod telefonem trwały od szóstej wieczorem do tej 

samej   godziny   następnego   dnia.   Przypomniał   sobie   jednak,   że   to   samo   spotkało   wczoraj 
Petera. Czyżby nowy alarm wymagający skompletowania personelu do dwóch samolotów? A 
może odwołano gdzieś Jacka?

background image

W bazie paliły się wszystkie światła i Christa już na niego czekała. Zetknął się z nią w 

Calturze. Zwracała uwagę jej fachowość i opanowanie. 

– Musimy polecieć do pani James – wyjaśniła. – Trzy tygodnie temu odwieźliśmy ją do 

domu   po   drugiej   chemioterapii.   Ma   raka   piersi,   ale   po   mastektomii   i   kuracji   nastąpiło 
cofnięcie  objawów. Przed trzema  miesiącami  była  tu na kontroli i okazało  się wtedy,  że 
nastąpiły   przerzuty   do   mózgu   i   wątroby.   Zatrzymaliśmy   ją   więc   na   dziewięć   tygodni   w 
szpitalu. Eddie Stone poleci z nami, a ty jesteś zamiast Jacka, który w tej chwili przechodzi 
operację. Wyobraź sobie, dostał ataku wyrostka!

Matt nie mógł się otrząsnąć ze zdziwienia. Czy wszyscy Australijczycy przypominają 

ludzi, jakich poznał w bazie? Wszystko przyjmowali ze wzruszeniem ramion i spokojnym 
stwierdzeniem: Jakoś to będzie! Za każdym razem zdumiewało go to ogromnie. 

Wychodząc, zatrzymał się przy półce i wyciągnął książkę, którą już widział przedtem. 

Urazy u pacjentów chorych na raka. Będzie to doskonała lektura, razem oczywiście z kartą 
choroby pani James. 

– Pani James przewróciła się – tłumaczyła mu Christa, gdy wyszli. – Jak to zwykle na 

wsi, chodzi wcześnie spać i wcześnie wstaje. Jej mąż przypuszcza, że wstała z łóżka i poszła 
do łazienki, nie ma tylko pojęcia, o której to mogło być. Gdy jednak sam obudził się koło 
dziesiątej i zobaczył, że jej miejsce jest puste, zaczął jej szukać i znalazł ją na podłodze w 
holu. 

(

– Na pewno od razu chciał jej pomóc wrócić do łóżka – mruknął pod nosem, a Christa 

spojrzała na niego ze zdziwieniem. 

– Chyba tak – odparła. – Ale trudno przecież, żeby podejrzewał uraz kręgosłupa, skoro 

przewróciła się we własnym domu. 

– Jeżeli była naświetlana – zauważył – lub gdy przerzuty dotarły również do szkieletu 

kostnego, najzwyklejszy upadek może grozić złamaniem. 

– Jej mąż opowiadał Katie, że żona strasznie cierpi, ma takie bóle, że nie można się z nią 

w ogóle z nią dogadać. Ciągle coś próbuje powiedzieć, ale nic z tego nie można zrozumieć. 
Najwyraźniej znajduje się w szoku i do tego niemal bez przerwy wymiotuje. 

Gdy dotarli do lotniska, puścili się biegiem do samolotu. 
– Zabierze nam to trzy kwadranse – powiedział Eddie, gdy ruszyli pasem startowym. 
Matt skinął głową i zabrał się do lektury. 
– Powinniśmy ją zabrać z powrotem do szpitala – odezwał się po chwili do Christy. – 

Jeżeli nastąpiło krwawienie wewnętrzne lub zewnętrzne, należałoby podać krew, a o tym nie 
może   być   mowy   bez   uprzedniej   analizy   dotychczasowych   sposobów   leczenia.   Reakcje 
immunologiczne mogą być wywołane przez tak rozmaite czynniki, że o wszystkim powinien 
decydować jej onkolog. 

Gdy lądowali, czekał już na nich pan James. 
–   Napijmy   się   herbaty,   a   przez   ten   czas   oni   zbadają   chorą   –   zaproponował   Eddie 

gospodarzowi,   gdy   ten   dowiózł   ich   na   farmę.   Chciał   pewnie   uspokoić   przerażonego 
mężczyznę, a zarazem ułatwić badanie pacjentki. 

Pochylając  się nad łóżkiem chorej, Matt zrozumiał zdenerwowanie jej męża.  Kobieta 

background image

leżała   jęcząc,   a   jej   ciałem   wstrząsały   dreszcze.   Na   czole   perliły   się   krople   potu,   a   po 
zapadniętych   policzkach   płynęły   łzy.   W   wychudłych   palcach   trzymała   koronkową 
chusteczkę, którą co chwila przytykała do ust, chcąc stłumić jęk. 

Skończyła chemioterapię cztery tygodnie temu, tak więc minął już moment największego 

zahamowania  liczby krwinek. Matt badał  ją dokładnie.  Miała posiniaczone  pośladki, lecz 
zaniepokoiły go zwłaszcza sińce wokół miednicy, nie był bowiem pewien, czy wybroczyny 
powstały wskutek upadku, czy są symptomem jakichś groźnych powikłań. 

Przez cały czas starał się z nią rozmawiać, ona jednak nie była w stanie odpowiedzieć na 

żadne z jego pytań. Drgnęła, gdy nacisnął lekko staw biodrowy, ale zareagowała w podobny 
sposób, gdy Christa  mierzyła  jej  tętno. Gdy Christa  oznajmiła,  że tętno  i  ciśnienie  są w 
normie, a odruchy dolnych kończyn prawidłowe, obydwoje uśmiechnęli się do siebie z ulgą. 

–   Nie   będę   szukał   nowej   żyły   –   powiedział.   –   Wiadomo   przecież,   że   żyły   po 

chemioterapii często pękają. Dokonam infuzji płynu. Ona może mieć hiperkalcemię, wobec 
tego mogę podać dużą ilość płynu. 

Nachylił się nad chorą, a w tej chwili w drzwiach pojawił się Eddie w towarzystwie już 

spokojniejszego pana Jamesa. Gdy kroplówka została podłączona, Matt spróbował jeszcze raz 
porozumieć się z panią James. 

– Boję się, że uszkodzony jest staw biodrowy lub miednica – powiedział. – Musimy teraz 

przenieść panią ostrożnie na nosze, unieruchamiając nogi. 

Eddie przyniósł do pokoju ortopedyczne nosze, Matt umieścił je na łóżku obok chorej, a 

potem poprosił obydwu mężczyzn, by unieśli panią James do góry. On sam starał się przez 
ten czas unieruchomić miednicę. Gdy chora znalazła się na noszach, zapiął pasy i dał znać, że 
wszystko jest gotowe do odjazdu. Kobieta jęczała jednak coraz głośniej i zdradzała objawy 
krańcowego wyczerpania. 

– Czekajcie! – krzyknął nagle Matt. – Co za idiota ze mnie – burknął do siebie. – Przecież 

to może być reakcja na wycofanie leku. 

Otworzył ponownie kartę choroby. By zapobiec bólowi, chora dostawała morfinę powoli 

uwalnianą w ustroju. Wysokość dawki przeraziła go jednak. 

– Gdzie są lekarstwa żony? – zapytał pana Jamesa. 
Może zapomniała wziąć leki i dlatego wstała w nocy? A może... 
Gospodarz poprowadził Matta do łazienki. Gdy zapalił światło, oczom ich ukazała się 

półka zastawiona lekarstwami. 

– Nie mam pojęcia, co ona brała – powiedział. 
Matt przeglądał gorączkowo butelki i słoiczki. Wreszcie znalazł butelkę z roxanolem, 

ukrytą za dwoma innymi opakowaniami. Czyżby pani James chowała lekarstwa sama przed 
sobą?

Odkręcił pokrywkę i wysypał zawartość. W buteleczce była jedna tylko pastylka. Żaden 

ze środków uśmierzających ból, jakie miał przy sobie, nie mógł spełnić swej roli, zważywszy 
na to, że pani James nie tylko cierpiała na skutki wycofania leku, ale też miała silne bóle. 

Zdecydował, że najlepiej jednak będzie podać pozajelitowy środek przeciwbólowy. Nie 

warto było w tej sytuacji podejmować dodatkowego ryzyka. 

background image

Po pół godzinie byli znowu w powietrzu. Podczas każdej wyprawy wydawało mu się, że 

czas staje, gdy są na ziemi. Badania pacjentów i szykowanie ich do podróży zdawały się 
zawsze ciągnąć w nieskończoność, ale gdy po starcie w drodze powrotnej patrzył na zegarek, 
okazywało się zawsze, że wszystko odbyło się w mgnieniu oka. 

Przyglądał się teraz kobiecie. Uspokoiła się wyraźnie, gdy tylko podał jej morfinę. A on 

martwił się, co będzie dalej. Czy zatrzymają ją w szpitalu, jeśli okaże się, że nie ma żadnego 
złamania? Czy będą próbowali odzwyczaić ją od uzależnienia od morfiny, czy też zgodzą się, 
by szukała ulgi w cierpieniach przez ten krótki okres, jaki pozostał jej jeszcze do przeżycia?

Odetchnął z ulgą, że to nie on będzie musiał podejmować te decyzje. Nagle przypomniał 

sobie o Claudii. 

Zrozumiał już, że na nic się nie zda przekonywanie samego siebie, że wcale się w niej nie 

zakochał. Kochał ją tak jak jego ojciec kochał matkę. 

A więc?
– Lądujemy za pięć minut – rozległ się głos Eddiego. Trzeba było zapiąć pasy i cała 

uwaga Matta skupiła się teraz na pacjentce. 

– Pojadę z nią – powiedział, gdy wylądowali. 
– To dobrze – ucieszyła się Christa. Widziała, że Matt nie uzupełnił karty choroby, w 

której musiałby podzielić się swymi podejrzeniami. – Pewnych rzeczy lepiej nie zapisywać. 

Zanim   wyszedł   ze   szpitala,   minęła   druga.   Postanowił   jeszcze   odwiedzić   „swoich” 

pacjentów. Karen, której narzeczony zmarł, usnęła po dużej dawce środków uspokajających. 
Gdy patrzył na nią, przed oczami znowu stanęła mu Claudia. 

A   potem,   gdy   mijał   uśpiony   dom   ciotki   Stephy,   przesłał   jej   pocałunek.   Był   zbyt 

zmęczony, by móc się teraz nad czymkolwiek zastanawiać, ale wierzył, że uda mu się znaleźć 
jakieś rozwiązanie. 

–   Może   to   los   tak   chce,   żebyśmy   się   rzadko   widywali   –   szepnęła   Claudia,   gdy   po 

przyjściu do pracy dowiedziała się, że Jack jest w szpitalu, a Matt odbył w nocy dodatkowy 
lot. 

Nie miała już potem czasu na rozmyślania, po chwili bowiem zaczęły się telefony. Jeden 

po drugim. Peter poleciał na dyżur do przychodni, Matt musiał więc udzielać porad przez 
telefon. Przyniosła mu kawę, a on podziękował jej ciepłym  uśmiechem.  Nie było jednak 
oczywiście mowy o żadnych rozmowach. 

– Udało mi się znaleźć zastępcę – oznajmiła Leonie, gdy Claudia weszła po potrzebną jej 

kartę. – Zgodził się udzielać porad przez telefon i przez radio, loty nie wchodzą jednak w grę. 

– A kiedy zaczyna? – zapytała Claudia, mając nadzieję, że Matt będzie mógł nareszcie się 

wyspać. 

– Jutro – odpowiedziała. – Tak się zastanawiam, czy odwołać lot Marta do Caltury... 
W   tej   chwili   zadzwonił   telefon.   Leonie   podniosła   słuchawkę   i   uśmiechnęła   się. 

Zasłaniając mikrofon, szepnęła do Claudii:

– To Jack. – A potem mówiła już do słuchawki. – Ależ tak... Nie, nie ma mowy. Jutro 

przyjdzie Frank Wiley, więc sobie jakoś poradzimy. Myślę, że nie powinienieś przychodzić w 
poniedziałek.   Frank   Wiley   zostanie   z   nami   przez   cały   tydzień.   –   Odkładając   słuchawkę, 

background image

uśmiechnęła się. – Powinien jeszcze poprosić, żeby mu przełączano do szpitala wszystkie 
telefony pacjentów!

– Pewnie mu to po prostu nie przyszło do głowy – roześmiała się Claudia. 
– Dzwonił, żeby powiedzieć, że lot do Caltury musi się odbyć za wszelką cenę – dodała 

Leonie. 

W drodze powrotnej Claudia napotkała w holu małżeństwo w średnim wieku. Widać 

było, że są zmęczeni i zdenerwowani. 

– W czym można państwu pomóc? – spytała. 
– Nazywam się Schubert – odparł mężczyzna, ściskając mocno jej rękę. – A to jest moja 

żona. Chciałbym porozmawiać z lekarzem. 

Przypomniała sobie, że któryś z autostopowiczów nosił właśnie nazwisko Schubert. 
– Państwo pozwolą – rzekła i wprowadziła ich do pokoju Leonie. 
Na   terenie   bazy   obowiązywało   niepisane   prawo,   które   nakazywało   chronić   personel 

latający przed gośćmi z zewnątrz, którzy zakłócali rytm pracy. Pacjenci często przychodzili, 
by   podziękować   za   ratunek,   rodziny   zmarłych   pragnęły   poznać   szczegóły   śmierci   swych 
bliskich, a reporterzy szukali sensacji. Personel medyczny nie zawsze zaś mógł oderwać się 
od  swych   zajęć.   Claudia   przygotowała   gościom   kawę  i   wróciła   do   pokoju   Leonie,   która 
właśnie opowiadała państwu Schubert, co lekarze zastali na miejscu wypadku. 

–   Ależ   proszę   pani   –   tłumaczył   mężczyzna,   gwałtownie   gestykulując.   –   My  chcemy 

rozmawiać z lekarzem, który był wtedy na miejscu, a nie z panią. 

Cóż za źle wychowany człowiek, pomyślała Claudia. 
– Jeden z naszych  lekarzy wróci z przychodni dopiero jutro wieczorem – tłumaczyła 

spokojnie   Leonie.   –   Podam   doktorowi   Laurantowi   nazwę   hotelu,   w   którym   państwo 
zamieszkają. Z pewnością zadzwoni, jeśli tylko będzie mógł. Mamy teraz trudny okres, gdyż 
jeden z lekarzy zachorował, a doktor Laurant był wzywany do nagłych wypadków przez dwie 
noce z rzędu i musi trochę odpocząć – skończyła z uśmiechem. 

Claudia podziwiała jej cierpliwość i takt. Leonie skierowała właśnie rozmowę na temat 

córki Schubertów, pytając, czy już ją odwiedzili. 

– Zabierzemy ją stąd – powiedział pan Schubert. – Im szybciej obejrzą ją jacyś dobrzy 

specjaliści, tym lepiej. 

– Na pewno się ucieszy z powrotu do domu – skomentowała Leonie. Widać było, że 

miała wielką ochotę powiedzieć im coś przykrego. 

Claudia odprowadziła gości do drzwi. 
– Czy powiesz o nich Mattowi? – zapytała. – Po co on ma tracić czas dla podobnych 

ludzi?

– Przecież oni są zupełnie wytrąceni z równowagi – odparła Leonie. – Pomyśl  sobie 

tylko:   córka   jest   ranna,   jeden   z   jej   przyjaciół   stracił   życie,   znaleźli   się   w   obcym   kraju. 
Przyjechali   tu   tak   szybko,   że   musieli   chyba   wsiąść   do   samolotu,   gdy   tylko   policja 
zawiadomiła ich o wypadku. Lecieli ze trzydzieści godzin i z pewnością mają uczucie, że 
znaleźli się na końcu świata!

– Za dobra jesteś! – wyrzuciła z siebie Claudia. – Matt zresztą nie jest inny. Na pewno 

background image

pójdzie ich odwiedzić w hotelu, a oni będą się na nim wyładowywać. 

– Chyba powinien sam o tym zadecydować – rzekła spokojnie Leonie, a Claudii zrobiło 

się głupio. 

Zebrała pospiesznie swoje papiery i wróciła do komputera, ale trudno jej było zabrać się 

do pracy. Tęskniła do Matta. 

Pytał ją wczoraj, czy pojechałaby z nim do Francji, gdyby okazało się, że to, co ich łączy, 

to prawdziwa miłość. A ona powiedziała „nie”. Nie wymówiła wprawdzie tego słowa, ale 
wynikało to przecież z jej opowieści. 

A on był tak smutny, gdy odchodził. Z pewnością przygnębiła go historia jej życia, lecz 

musiał też cierpieć na myśl o tym, co tracili, nie decydując się na bycie razem. 

Nie była w stanie przystać na jego propozycję, by zostali po prostu przyjaciółmi, choć 

przecież sama zapowiedziała mu, że nie zgodzi się na romans z lekarzem, który ma zamiar 
zabawić tu tylko rok. 

I on to zaakceptował. Lecz chęć znalezienia się przy jego boku okazała się silniejsza od 

postanowień czy wstydu. Raz już przecież cierpiałam, myślała, i wyszłam z tego obronną 
ręką. Dam sobie radę i tym razem. Wytrzymam jeszcze raz ból rozstania. 

Byleby tylko teraz być z Mattem. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

– Właśnie dzwonił Matt – oznajmiła ciotka Stepha, witając Claudię. – Powiedział, że nie 

może  pójść z tobą dziś do restauracji, bo musi się spotkać z rodzicami  pacjentki, którzy 
właśnie przyjechali. 

– Mógł mi to sam powiedzieć – mruknęła opryskliwie. – Wcale nie musi spotykać się z 

tymi ludźmi. 

– Może tak będzie nawet lepiej – zauważyła ciotka. – Wyglądasz na zmęczoną, wyśpisz 

się chociaż. 

– No właśnie, a Matt? Dwie noce z rzędu go wzywali, dziś był cały dzień w pracy, miał 

dyżur telefoniczny, a teraz, kiedy mógłby nareszcie odpocząć, musi spotykać się z ludźmi, 
którzy mu będą ciosać kołki na głowie i wybrzydzać na szpital. 

Przerwała, słysząc śmiech ciotki. 
– A cóż w tym takiego śmiesznego? – zapytała, czując, że ogarnia ją coraz większa złość. 
– Pomyśl chwilkę. – Ciotka była wyraźnie ubawiona. – I zdecyduj się, czy jesteś zła, bo 

dziś  nie spotkasz się z Mattem,  czy też  martwisz  się, że będzie niewyspany?  Gdybyście 
wyszli wieczorem, z pewnością by się przecież nie wyspał. 

– Idę się wykąpać – oznajmiła Claudia, zbita z tropu. 
– Nie szykuj się w każdym razie do szpitala – zawołała za nią ciotka. – Odbyłam już za 

ciebie wszystkie wizyty. 

Claudia odwróciła się zdziwiona. 
– Odbyłaś za mnie wizyty?
– Tak. 
– Dlaczego?
Ciotka podeszła do niej i położyła jej ręce na ramionach. 
– Przez jakiś czas będzie tu Matt. Naciesz się nim – powiedziała. – Jesteś poza tym 

młoda, musisz się trochę rozerwać. Zupełnie wystarczy, jak pójdziesz do szpitala raz czy dwa 
razy w tygodniu. A zresztą – ciągnęła – muszę ci się przyznać, że ta wizyta sprawiła mi 
prawdziwą przyjemność. Odwiedziłam najpierw Carol, a ona potem oprowadziła mnie po 
wszystkich oddziałach. 

– To znaczy, że widziałaś ofiary tego ostatniego wypadku?
– O, tak – odparła ciotka. – Najdłużej siedziałam przy tej ślicznej blondynce Karen. Ona 

zupełnie nie może dojść do siebie po śmierci swojego chłopaka, więc opowiedziałam jej o 
tobie i o Danielu, i jak potem ni stąd, ni zowąd pojawił się Matt i wszystko się dobrze 
skończyło. 

– Ty jej to powiedziałaś?
Claudia zaniemówiła na chwilę z wrażenia. Więc wszyscy znają jej najtajniejsze myśli! A 

ciotka w dodatku opowiada o tym obcym. 

– Tak – odrzekła ciotka całkiem zadowolona z siebie. – I to jej najwyraźniej pomogło. 

Jutro wybiorę się do niej znowu. A teraz wykąp się szybko, bo zaraz będzie kolacja, a przed 

background image

spaniem obejrzymy sobie film w telewizji. 

Claudia posłusznie poszła do łazienki, próbując zebrać myśli. Za dużo jest ostatnio zmian 

i nowych wydarzeń w jej życiu! Powiedziała Mattowi, że nie może wyjechać z Australii. Co 
będzie, jeśli nie zechce więcej się z nią spotykać? Co będzie teraz robić wieczorami? Ciotka 
postanowiła przecież sama odwiedzać samotnych pacjentów. 

Zadzwonił do drzwi wtedy właśnie, gdy stała w swojej sypialni owinięta w ręcznik i 

patrzyła przez okno na bujną zieleń ogrodu. 

Na dźwięk jego głosu zadrżała. Czy to miłość, czy tylko pożądanie? – zastanawiała się w 

chwilę potem, gdy tłumaczył się, przepraszając ją za zawód. 

– Ależ Karen to ta blondynka, której chłopak właśnie umarł – powiedziała, gdy zaczął 

opowiadać   o   ofiarach   wypadku.   –   To   przecież   nie   jej   rodzice   przyjechali,   tylko   rodzice 
Lucilli. 

–   Rodzice   Karen   także   przyjechali   –   tłumaczył,   a   w   jego   głosie   brzmiało   z   trudem 

ukrywane zmęczenie. – Zgodziłem się na krótkie spotkanie z nimi wszystkimi. 

Zamilkł,  a ona czekała,  nie odważając się nawet w myślach  żywić  nadziei,  że może 

jednak spędzą ten wieczór razem. Czuła wyrzuty sumienia, że myśl o wspólnym wyjściu w 
ogóle przychodzi jej do głowy w podobnej sytuacji. A jednak... 

– Potem muszę się trochę przespać – zakończył. A ona czuła, jak bardzo jest zmęczony. – 

Tak mi przykro!

– Nie masz za co przepraszać – rzuciła szorstko. – Przede wszystkim musisz się wyspać. 

Tylko szkoda, że musisz przedtem spotykać jeszcze tych ludzi. – Zawahała się przez chwilę, a 
potem   dodała:   –   Ale   doskonale   cię   rozumiem.   Nie   byłbyś   –   już   miała   powiedzieć 
„człowiekiem, którego kocham”, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język i powiedziała: – 
sobą, gdybyś zachował się inaczej. 

W następnym tygodniu Peter i Matt pełnili dyżury telefoniczne przez całą dobę. Nie było 

mowy o żadnych wolnych dniach. 

– Strasznie do ciebie tęsknię – szepnął jej pewnego ranka, gdy spotkali się przypadkiem 

w małej kuchence. Wyglądał na bardzo zmęczonego, był nie ogolony i oczy miał czerwone z 
niewyspania. 

Miała wielką ochotę mocno przytulić go do siebie, by dodać mu trochę otuchy, przekazać 

trochę własnej energii i sił. Zamiast tego uśmiechnęła się tylko. 

– W ogóle nie kładłeś się spać?
– Już kolejną noc – uśmiechnął się blado. – W Calturze wybuchła epidemia zapalenia 

żołądka i jelit. Andrew Walsh natychmiast zorganizował szpitalik dla dzieci i niemowląt w 
budynku starej szkoły. Opiekuje się nimi od sześciu godzin zgodnie z moimi instrukcjami. 

– Czyli przekazał ci wiadomość o wybuchu epidemii już o trzeciej nad ranem? – spytała, 

z trudem hamując gniew, który ogarniał ją zawsze, gdy widziała, jak pracuje ponad siły. 

Mimo zmęczenia uśmiechnął się. 
–   Rozmawiałem   z   nim   jeszcze   wcześniej.   Okazało   się,   że   apteczka   została   już 

opróżniona. Mógł więc jedynie zagotować wodę, dosypać do niej odrobinę soli i cukru i 
podając   ją,   próbować   uzupełnić   niedobór   płynów.   O   trzeciej   skontaktowałem   się   z   nim 

background image

ponownie.   Powiedział   mi   wtedy,   że   miał   właśnie   zamiar   przekazać   nam   drogą   radiową 
wiadomość o niepokojącym stanie dwojga dzieci. 

Serce wezbrało jej dumą. Tak bardzo chciała go uściskać i podziękować za to, że taki 

właśnie jest. 

– To co teraz będzie?
– Christa już tam wyruszyła. Zabrała leki, żeby uzupełnić apteczkę i założyć magazyn z 

lekarstwami.   Wiezie   także   płyny   dożylne.   Zabierze   z   powrotem   dzieci,   które   wymagają 
hospitalizacji. 

– No a ty? Czy będziesz mógł wreszcie pójść do domu? – spytała. – Kto ma dziś dyżur?
– Peter poleciał do przychodni, a Frank przychodzi o dziesiątej i zaraz potem pójdę się 

trochę przespać. 

Uniosła głowę i napotkała jego wzrok. Przez chwilę wydało jej się, że w jego błękitnych 

oczach dostrzegła jak w lustrzanym odbiciu swoje własne odczucia. Nie bądź śmieszna! To 
przecież niepoważne, powiedziała sama do siebie. 

– Ale przez cały czas będziesz pod telefonem?
Pokiwał głową. 
– Przyznasz, że to koszmarny tydzień – powiedział. 
– I nie zanosi się, żeby było lepiej – westchnęła. 
–   Dobrze   chociaż,   że   mój   pierwszy   tydzień   tutaj   wyglądał   inaczej.   Trudno   by   było 

sprostać temu wszystkiemu po długich wakacjach. 

Uśmiechnęła się, zadowolona, że nie opuszcza go poczucie humoru. 
–  Chcesz   kawy?   Robię  już  drugą  filiżankę  dla   Leonie.   Potrząsnął   głową  i  delikatnie 

dotknął jej ramienia. Podziałało to na nią jak prąd. 

– Zanim  pójdę do domu,  muszę  jeszcze  napisać sprawozdanie – powiedział  cicho. – 

Zobaczyłem przypadkiem, że tu idziesz, więc wpadłem na chwilę, żeby cię zobaczyć. 

Czuła, że mówi prawdę i zalała ją fala szczęścia. Wszystko będzie dobrze! Musi być 

dobrze!

– Wpadnij może wieczorem, jeśli będziesz miał siły, no i oczywiście jeśli cię przedtem 

gdzieś nie wezwą – zaproponowała. – Dziś albo innego dnia – dodała od razu. Nie chciała, by 
czuł się do tej wizyty zobowiązany. 

– Postaram się – obiecał i wyszedł, a Claudia znowu nie mogła pozbierać myśli. 
Wystarczyło, by usłyszał jej głos lub by mignęła mu gdzieś jej drobna postać, a czuł, jak 

ogarnia go tęsknota. I nie było to wcale fizyczne pożądanie. Dręczyło go przedziwne uczucie, 
jakiego jeszcze nigdy nie doznawał, świadomość, że Claudia należy do niego. Czy to miłość?

– Przepraszam cię – rozległ się w słuchawce zdenerwowany głos Katie. – To znowu 

Andrew.   Tym   razem   mówi   o   człowieku,   który   ma   atak   serca   i   któremu   w   dodatku 
zachorowały dzieci. 

– Już idę – zapewnił ją i pospieszył do pokoju radiowego. 
– Niech mi pan poda dokładne objawy – powiedział, gdy tylko usłyszał głos Andrew. 
– Jest zlany potem, szary na twarzy i ma dreszcze – relacjonował Andrew. – Mówi, że ma 

straszne bóle w klatce piersiowej i że z pewnością umrze, a w tej chwili zbiera mu się na 

background image

wymioty. 

Tak właśnie wyglądają objawy zawału serca, pomyślał Matt. 
– Zaraz wyląduje samolot – zapewnił. – Proszę go teraz położyć i czymś przykryć. Niech 

mu pan da dwie aspiryny i go uspokoi. Spróbuję się porozumieć z Christa i powiem jej o tym. 
Jest szansa, że da się go uratować. Christa da mu zaraz nitroglicerynę pod język. A pan niech 
nie zapomni przygotować dzieci do podróży. 

– Trzeba jak najszybciej go stąd zabrać – powiedział Andrew. 
– No właśnie. Christa podłączy mu kroplówkę, a jeśli ból się nie zmniejszy, poda morfinę 

i   zrobi   dożylnie   wlew   nitroglicerynowy.   Ratunkiem   w   takich   przypadkach   jest   terapia 
trombolityczna podjęta w ciągu sześciu godzin. 

Przerwał na chwilę, gdyż Andrew zaczął z kimś rozmawiać. 
– Mam tu trzech pomocników – przeprosił po chwili. – Właśnie wydawałem im polecenia 

w sprawie aspiryny. 

Matt uśmiechnął się, zadowolony, że w trudnych chwilach Andrew nie traci humoru. 
– Proszę, niech się pan rozejrzy, czy nie ma tam gdzieś duplikatu jego karty choroby. 

Christa zechce z pewnością zadać wiele pytań. Terapia trombolityczna może spowodować 
krwawienie, jeżeli więc miał ostatnio jakąś operację, uraz głowy czy też cierpi na zaburzenia 
czynności wątroby, niech pan o tym zawiadomi Christę. 

– Znalazłem większość kart chorób, więc z tym  nie powinno być problemu – odparł 

Andrew. – W każdym razie, odkąd ja tu jestem, operacji żadnej nie miał. Wygląda poza tym 
całkiem dobrze, ma pięćdziesiąt lat, pracuje na farmie przy bydle. 

– A więc prognozy są dobre – powiedział  Matt. – W im lepszej był  kondycji przed 

zawałem, tym większe ma szanse na wyleczenie. 

– Widzę samolot! – zawołał Andre w. – Dziękuję, chłopie, za wszystko – powiedział, 

kończąc rozmowę. 

Mattowi zrobiło się bardzo miło. Mówiąc do niego „chłopie”, Andrew dał wyraz swej 

przyjaźni. Frank Wiley nadszedł wkrótce potem. 

–  Idźże  już,  młody  człowieku,  do  domu   i  prześpij  się  trochę  –  rozkazał,  widząc,  że 

Mattowi kleją się oczy. 

– Jedną chwilkę, powiem tylko, jaka jest sytuacja. Opowiedział dokładnie, co działo się 

ostatnio w Calturze i zawiadomił, że samolot właśnie ląduje. 

– Telefon komórkowy tam nie działa, jeśli więc Christa nie odezwie się za jakieś trzy 

kwadranse, powinien pan porozumieć się z nią i zobaczyć, czy wszystko jest w porządku. 

Frank pokiwał głową i uśmiechnął się do Matta. 
– Niech pan już idzie do domu – powtórzył. – Zajmowałem się takimi sprawami, kiedy 

pana jeszcze na świecie nie było. Mimo że jestem na emeryturze, niczego nie zapomniałem i 
pilnie śledzę wszystkie najnowsze wynalazki. Mogę się zawsze na coś przydać. 

Matt odwzajemnił się staremu lekarzowi uśmiechem i chciał go zapytać, jak to wszystko 

wyglądało przed laty, ale właśnie wtedy odezwał się telefon. 

Był jednak pewien, że przyjdzie jeszcze chwila, gdy będzie mógł spokojnie porozmawiać 

i dowiedzieć się, jakim sprzętem dawnej się posługiwano i jakimi samolotami latano. Czuł się 

background image

bowiem   już   członkiem   medycznej   służby   powietrznej   i   zaczęła   na   niego   oddziaływać 
atmosfera, jaka tam panowała. 

Szedł korytarzem i zwolnił, zbliżając się do pokoju, w którym była Claudia. Siedziała 

nachylona nad papierami i rozmawiała przez telefon. Mówiła coś cicho, szybko robiąc przy 
tym notatki. 

Miał wielką ochotę dotknąć jej włosów, pogładzić czarne loki opadające na ramiona, ale 

nie zrobił tego. Bo nie potrafiłby na tym poprzestać. Jeden taki gest sprowadziłby cierpienie. 
Nie wolno mi o tym zapomnieć, powiedział sobie, idąc w kierunku wyjścia. 

Nigdy jeszcze nie czuł podobnej tęsknoty jak ta, która go ogarniała  na samą myśl  o 

Claudii. I coś mu mówiło, że uczucia tego nie będzie nigdy w stanie zwalczyć. 

Otworzył drzwi i zewsząd ogarnęło go ciepłe powietrze. Ruszył przed siebie powolnym 

krokiem. Gdy doszedł do numeru sześćdziesiątego czwartego, spojrzał w zadumie na dom 
ciotki Stephy. 

Trzeba będzie poznać trochę ludzi, pomyślał. Niech no się tylko wszystko ułoży w bazie. 

Umówię się z Peterem i jego przyjaciółmi. Może spotykając inne jeszcze kobiety, inaczej 
spojrzę na Claudię. Otworzył furtkę przed swoim domem, a potem zatrzasnął ją głośno. 

– Co ty za głupstwa wygadujesz! – warknął sam do siebie. – Jeżeli nawet będziesz miał 

kiedyś wolny czas, to przecież nie pomoże ci ani rozum, ani żadne rozmyślanie, tylko każdą 
wolną chwilę będziesz chciał spędzić z Claudią!

Zdaje się, że jestem po prostu zakochany,  pomyślał ponuro. A w dodatku Australię i 

Francję oddzielają od siebie lądy i oceany, a nie jakiś tam wąski kanał. 

Wziął prysznic i rzucił się do łóżka. Wkrótce zasnął, ukołysany do snu obrazami ślicznej 

ciemnowłosej dziewczyny, którą miał stale przed oczami. 

Aż do soboty widywali się rzadko, i to w dodatku na ogół w obecności innych. Czasem 

tylko udało im się ukraść dla siebie kilka chwil, gdy Matt wracał późnym wieczorem po 
dyżurze w przychodni. 

Siedział wówczas na schodach prowadzących na werandę i brał ją w ramiona. Gładził 

czule   jej   włosy,   opowiadając,   co   robił   w   ciągu   dnia.   A   potem   na   pożegnanie   całował 
delikatnie w usta i odchodził zmęczonym krokiem, by odpocząć przed trudami następnego 
dnia. 

Nade wszystko potrzebny mu był sen. Claudia wiedziała o tym i martwiła się stale o jego 

zdrowie. Ciągle jednak pragnęła czegoś więcej niż tylko rozmów  o przypadkach ciężkich 
zachorowań i cierpieniach innych. 

Do teatru  wybrały się razem z ciotką. Matt w tym  czasie leciał na ratunek ciężarnej 

kobiecie. Nadchodził właśnie tropikalny niż, wiał wiatr, wokół kłębiły się chmury i był to 
wyścig z czasem. Czy zdążą przywieźć ją do szpitala, zanim pogoda uniemożliwi loty?

W niedzielę, gdy Matt odsypiał ciężką noc, odbyła samotny spacer po plaży, a potem, gdy 

odlatywał do Castleford, gdzie podczas rodeo młody chłopak doznał uszkodzenia kręgosłupa, 
jadła z ciotką kolację. 

– W tym tygodniu będzie to samo – oznajmiła, gdy siedziały przy stole, jedząc pieczone 

ziemniaki,   które   rozpływały   się   w   ustach.   Wystarczyło   tylko   nadgryźć   chrupiącą, 

background image

złocistobrązową skórkę. – Będzie tu dwa dni, w środę ma dyżur, a na czwartek i piątek leci do 
przychodni. 

– Taką już ma pracę – zauważyła ciotka. 
– Wiem – westchnęła Claudia. – I do tego ją uwielbia. 
– Gdyby nie wkładał w nią serca, byłby zupełnie innym człowiekiem. Czy kochałabyś 

takiego Matta?

–  Co ja właściwie   wiem  o miłości?  –  odpowiedziała   z  westchnieniem.   – Skąd  mam 

wiedzieć, czy go naprawdę kocham takim, jaki jest? Po co wyobrażać sobie, czy mogłabym 
go kochać, gdyby był inny? Wszystko to jest beznadziejne – dodała po chwili. – Kto wie, 
może i lepiej by było, gdyby był ciągle zajęty do końca pobytu. Nie miałabym wtedy pokusy, 
żeby zrobić coś, czego będę potem żałowała. 

Powiedziała   to   bez   zastanowienia.   Przestraszyła   się   trochę   i   spojrzała   na   ciotkę,   by 

zobaczyć, jakie wrażenie wywarły na niej te słowa. Ciotka była uśmiechnięta. Przez chwilę 
Claudii wydawało się, że dostrzegła smutek w jej oczach, a uśmiech, który wygładził jej 
zmarszczki, pozwolił dostrzec ślady dawnej urody. 

– Sama musisz podjąć decyzję – oznajmiła cicho. – Pamiętaj jednak, że żałować można 

nie tylko swych czynów. Czasem człowiek cierpi dlatego, że się na coś nie mógł zdecydować. 

Zapadła krótka cisza. Claudia nie mogła oderwać wzroku od ciotki. Pierwszy raz widziała 

cierpienie na jej twarzy. 

– Pamiętaj też – odezwała się znowu ciotka – że dobrze jest czasem nosić w sercu jakieś 

wspomnienia, żeby móc nimi potem żyć i mieć o czym rozmyślać w długie, samotne noce. 

– Ale kto... ? – zaczęła i urwała. 
Ciotka   Stepha   powoli   wstała   i   wyszła   do   kuchni,   nie   odzywając   się   więcej.   Claudia 

sprzątała ze stołu i myła naczynia, myśląc tylko o jednym: o tym, co usłyszała od ciotki. 

Ciotka, która zastępowała jej matkę, namawiała ją niemal, by odważyła się na przygodę z 

Mattem. 

Umyła ostatni talerz i rozejrzała się wokół. Z trudem zbierała myśli. A do tego tak bardzo 

żal jej było ciotki... Usiadła potem na schodach przed domem i próbowała uporządkować 
myśli. Podniosła się i zdecydowanym krokiem poszła do swego pokoju, skąd zadzwoniła do 
Anthony’ego. W chwilę potem rozmawiała już z matką. 

– Anthony widywał się czasem z Glorią, jeszcze zanim wyjechałaś – powiedziała pani 

Delano Claudii,  zdumionej  reakcją Anthony’ego  na jej  telefon.  – Między innymi  dlatego 
chciałam, żebyś stąd wyjechała. Pocieszaliście się z Anthonym po śmierci Daniela, ale łączyła 
was tylko przyjaźń, a wy łudziliście się, że przyjaźń ta przerodzi się w miłość. I to był wasz 
wielki błąd. 

– Dokładnie to samo mówiła mi ciotka Stepha – przyznała Claudia. – Ale ja sądziłam, że 

pragniecie naszego małżeństwa. 

– Jestem  pewna, że rodzice  Anthony’ego  pokochają Glorię tak,  jak kochają ciebie  – 

zauważyła dyplomatycznie pani Delano. 

Rozmawiały jeszcze ze dwadzieścia minut, a Claudia czuła, że wielki kamień spadł jej z 

serca. Zrobiła kolejny, mały krok na drodze do swej odsuwanej ciągle niezależności. Jutro po 

background image

pracy spotka się z Mattem i zrobi jeszcze jeden krok. 

W środę powrócił do pracy Jack. Był blady i osłabiony, lecz jego obecność rozwiała od 

razu atmosferę zdenerwowania i pośpiechu. 

– Idź już do domu i prześpij się – zarządził w południe, zwracając się do Matta, który 

siedział studiując dokumentację z Caltury. 

– Mam się przespać? Już dawno zapomniałem, jak się to robi. 
– Zmykaj stąd! – śmiał się Jack, szturchając go w ramię i zamykając rozłożone papiery. 
– No dobrze, dobrze – zgodził się Matt, unosząc do góry ręce. – Poddaję się. 
Jack wyszedł do pokoju radiowego, a Matt zobaczył Claudię, która słysząc jego głos, 

weszła do pokoju. Zbliżył się do niej i wziął ją w ramiona. Oparła się o niego, pchana jakąś 
potężną siłą, spragniona jego ciepła i bliskości. 

– Pójdę się teraz przespać, pierwszy raz od dawna bez telefonu komórkowego. Nastawię 

budzik na piątą, wstanę, wezmę  prysznic,  ogolę się i przyjdę  punktualnie  o szóstej. Czy 
chcesz, żebyśmy gdzieś wyszli? W końcu należy się nam to po tylu odwołanych spotkaniach! 
A może wolisz spędzić wieczór tak jak zawsze?

– Zjedzmy kolację w domu – szepnęła. – Pójdziemy potem do szpitala i... wrócimy do 

domu, trzymając się za ręce. 

Nie  zastanawiała  się  nad odpowiedzią.  Był  to  głos  serca, który mówił  jej, że  należy 

wprowadzić znowu w ich życie jakiś porządek i spokój. Przez chwilę tulił ją mocniej do 
siebie, a potem pocałował lekko w policzek i wyszedł. 

Wrócił   punktualnie   o  szóstej.  Wyglądał   tak   jak   pierwszego   dnia,   gdy  spotkała   go   w 

ogrodzie przylegającym do biura. Był wypoczęty, a jego oczy śmiały się na jej widok. 

– Kupiłam sobie nową sukienkę, żeby uczcić twój powrót do prawie normalnego życia, a 

ciocia Stepha przygotowała wspaniałą kolację. 

Wzięła go za rękę, chcąc zaprowadzić do kuchni, i znowu dotyk jego sprawił, że poczuła 

przenikający ją dreszcz. 

–   W   środę   wysłałem   list   z   prośbą   o   informacje   dotyczące   możliwości   zrobienia   w 

Australii specjalizacji z okulistyki – oświadczył powoli, jakby ważył każde słowo. 

Ma więc zamiar zostać w Australii? Robi to dla niej? Były to najpiękniejsze słowa, jakie 

dane jej było usłyszeć. Nie mogła otrzymać cenniejszego prezentu. 

Co ja mu  mogę  w zamian  ofiarować? – pytała  się w myślach,  „tylko  siebie i swoją 

miłość... 

Stanęła i spojrzała mu głęboko w oczy. 
– Przemyślałam już wszystko – szepnęła. – Będę twoja, kiedy tylko zechcesz. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Stali   naprzeciwko   siebie   bez   słowa,   trzymając   się   za   ręce,   aż   wołanie   ciotki   Stephy 

sprowadziło ich na ziemię. 

– Potem porozmawiamy – szepnął zmienionym głosem. – Pamiętaj, że nie chcę cię do 

niczego zmuszać. Nie chciałbym, żebyś czegoś potem żałowała. 

Uśmiechnęła się tylko. Miała tak wielką ochotę opowiedzieć mu, co usłyszała od ciotki!
– Potem porozmawiamy – zgodziła się i poszli do kuchni. Gdy próbowała sobie później 

przypomnieć samą kolację czy rozmowy,  jakie wtedy prowadzili, czuła pustkę w głowie. 
Pamiętała jedynie obecność Marta przy stole, a także uniesienie i radość, jakie czuła. 

Gdy szli do szpitala, znowu trzymali się za ręce, mówili jak zwykle o pracy i sprawach 

codziennych,   odsuwając  chwilę,  w  której   padną  sobie  w   ramiona  i  nic  już nie  stanie   na 
przeszkodzie pragnieniom, które owładnęły nimi bez reszty. 

– Czy chciałabyś, żebyśmy się zaręczyli? – zapytał. Zatrzymała się. 
–  Zupełnie   mi   na  tym   nie  zależy  – odparła.   – Sam  mówiłeś,  że  to,  co  w  tej  chwili 

czujemy, może się okazać tylko złudzeniem i że rozstaniemy się wtedy jak przyjaciele. 

Wpatrywała się gorączkowo w jego twarz, pragnąc za wszelką cenę dowiedzieć się, co on 

o tym myśli. Na próżno jednak. Twarz Matta. pozostała nieprzenikniona. 

–   A   jeśli   to   nie   złudzenie,   możesz   tu   zostać   i   robić   specjalizację.   Po   co   nam   więc 

zaręczyny?

Nie wiedziała, czy przyjął to z ulgą, czy był zawiedziony. Ona sama nie zastanawiała się 

nad tym wiele. Czuła się po prostu nie przygotowana do roli, jaką miałaby odegrać. Wszystko 
było nowe, nieznane i chyba bała się trochę tego dorosłego życia. 

Uśmiechnął się w końcu i pokiwał głową, a jej serce podskoczyło z radości. Wszystko 

będzie dobrze! Wszystko musi być dobrze!

– Nie ma takiej rzeczy, której bym dla ciebie nie zrobił – szepnął cicho – a ty wymagasz 

tak mało. 

Objął ją i skierowali się do szpitala. 
– Pójdę odwiedzić Remiego – powiedział. Przypomniała sobie, że jest to drugi pacjent z 

intensywnej terapii. – Leży teraz na normalnym oddziale, a jutro zostanie przewieziony do 
domu. 

– Wszyscy poza nim już chyba powyjeżdżali – powiedziała. Przytaknął. 
– Tak. Lucilli oczywiście nie ma od dawna. Rodzice Karen załatwili powrót nie tylko jej, 

ale także Georgowi i Julie. Ich stan uległ poprawie szybciej, niż się spodziewaliśmy, ale na 
pewno było im okropnie przykro, że w ten sposób skończyła się ich wielka przygoda. 

– Mając z sobą Lucillę, przeżywali już chyba od początku przygodę – powiedziała z 

przekąsem, a Matt się uśmiechnął. 

– Pójdę jeszcze do pani James. Czy byłaś u niej?
– Tylko raz – odparła. – Chyba się rozleniwiłam, odkąd ciotka Stepha zaczęła chodzić do 

szpitala. Odwiedzam oczywiście Carol, ale innych... 

background image

– Może po prostu zajęta jesteś czymś innym – zażartował. Wchodzili właśnie do szpitala, 

puścił ją więc i musnął delikatnie wargami jej włosy. 

– Będę tu na ciebie czekał – obiecał. 
Ugięły się pod nią nogi. Czy stanie się to tej nocy? Czy zabierze ją do siebie? Wyczuł 

zapewne, co się z nią dzieje, bo wziął ją znowu za rękę. Wyszli ze szpitala i stanęli w cieniu 
rozłożystego drzewa. 

– Proszę cię, kochanie, pamiętaj, że nic się nie może stać, dopóki obydwoje nie będziemy 

tego pragnęli i dopóki ty nie uznasz, że nadszedł na to czas. A ja nie będę cię nigdy do 
niczego zmuszał. 

Pochylił się i pocałował ją delikatnie w usta, a potem wziął ją pod rękę i wrócili do 

szpitala. Uspokoiła się trochę. Teraz była pewna jego szacunku i zrozumienia. 

Wracali do domu skąpani w złocistym świetle księżyca. Cicha rozmowa, jaką prowadziły 

ich dłonie, kazała im przyspieszyć kroku i wkrótce znaleźli się w ogrodzie ciotki Stephy. 

Wystarczyło, że objął ją ramionami, a ogarnął ich spokój. 
Spokój   ten   jednak   trwał   tylko   małą   chwilę.   Zaczęło   się   od   pocałunków,   gorących   i 

gwałtownych. Claudia tuliła się do niego coraz mocniej, ogarnęło ją bowiem przedziwne 
uczucie,   zbliżone   nieco   do   bólu,   rozsadzające   od   wewnątrz   jej   ciało.   Było   to   doznanie 
oszałamiające, którego nie pojmowała, a któremu bezwolnie się poddała. 

Wodził ręką po jej ciele i pieścił nagie ramiona, a ona nie umiała powstrzymać drżenia. 

Początkowo nieśmiało, a potem coraz odważniej dotykała jego pleców, przyciągała go bliżej, 
a wtedy on dotknął jej piersi. Westchnęła z rozkoszy. Jak to możliwe, by delikatny dotyk 
dłoni mógł sprawić, że... ?

Jak to się dzieje, że podobną rozkosz sprawia każdy jego dotyk?  Co zrobić, by i on 

odczuwał   to   samo?   Myśli   przelatywały   jej   przez   głowę   jak   błyskawice,   a   ona   szukała 
podświadomie sposobu, by i on doznał rozkoszy. 

– Pójdziemy do ciebie? – spytała. Pragnęła tego bardzo, ale była jeszcze pełna wahania i 

niepewności. 

– Zostaniesz na noc? – spytał stłumionym głosem. 
– A ciotka? Jutro pracuję. Sama nie wiem... 
– Nie chcę, żebyśmy się musieli spieszyć  – tłumaczył.  – Chciałbym,  żebyś  tę chwilę 

zapamiętała na zawsze. I żebyś się obudziła rano w moich ramionach, żeby się znowu ze mną 
kochać. 

Zgodziła się łatwo, choć odczuła zawód, że to nie ona podjęła decyzję. 
– Ten weekend mam wolny – szepnął. – Podobno niedaleko stąd są do wynajęcia domki 

na cudownej piaszczystej plaży w gaju palmowym, nad zatoką o krystalicznie czystej wodzie. 

Przechylił jej głowę tak, by mogła zobaczyć księżyc, który odzyskał już swą srebrzystą 

barwę. 

– Pojedziesz ze mną? Ten księżyc wart jest, żeby go jeszcze raz zobaczyć. 
Milczała przez chwilę, zdając sobie sprawę, że to, co za chwilę powie, odmieni na zawsze 

jej życie. 

– Pojadę z tobą – odpowiedziała i poczuła ulgę. Wiedziała, że nadszedł czas, by porzucić 

background image

cienie przeszłości, że trzeba zacząć gromadzić wspomnienia na dzień jutrzejszy. 

Zawiadomienie ciotki Stephy o wyjeździe było bez porównania łatwiejsze niż przeżycie 

dwóch jeszcze dni w pracy, kiedy musiała udawać, że nic specjalnego się w jej życiu nie 
wydarzyło i w najbliższym czasie nie wydarzy. 

Matta na szczęście nie było. Wyjechał na dwa dni do przychodni. Odleciał o świcie w 

czwartek   rano,   a   wracał   w   piątek   wieczorem.   Przez   telefon   miał   się   zająć   wynajęciem 
samochodu. Umówili się na sobotę rano. 

Pytanie   tylko,   czy   sobota   kiedykolwiek   nadejdzie,   myślała   Claudia.   Parę   razy   już 

przepakowywała swą podróżną torbę, rumieniąc się za każdym razem na myśl o wspólnym 
wyjeździe. 

Sobota w końcu nadeszła, a ona była tak zdenerwowana, że w czasie jazdy nie odezwała 

się nawet słowem, próbując uciszyć wewnętrzny niepokój. On pewnie też się cały trzęsie, 
myślała. 

Byli już blisko celu. W dole ukazała się zatoka. Matt zjechał wtedy z drogi i zatrzymał 

samochód, po czym wyciągnął rękę i pogłaskał palcami jej dłoń. 

– Aż trudno mi  mówić  ze szczęścia  – wyznał.  – Pamiętaj  jednak, że ten wyjazd  do 

niczego cię nie zobowiązuje. 

Głos miał tak niepewny, że przechyliła się, by go pocałować. 
– Widzisz... – szepnęła. – Ja po prostu nigdy tego nie robiłam... Mogę ci tylko sprawić 

zawód. 

Uśmiechnął się do niej jak umiał najtkliwiej. 
– Nie wyobrażam sobie, żebyś mi mogła sprawić zawód – szepnął jej do ucha. 
Zapalił silnik, włączył wsteczny bieg i wyjechał na drogę, zmierzając prosto w kierunku 

uzdrowiska.  Ich   domek   skryty   był   w   cieniu   palm,   a   wokół   roztaczała   się   złocista   plaża, 
otoczona   błękitno-seledynowym   morzem.   Matt   zamknął   drzwi   i   wziął   ją   w   ramiona, 
pocałunkami dodając odwagi. 

– Chodź – szepnął. – Pójdziemy na plażę, popływamy i poopalamy się. – Zaniósł ją do 

łazienki i podał torbę podróżną. – Przebierz się szybko, będę czekał na ciebie na plaży. 

Włożyła   nowe,   biało-czarne   bikini,   które   wczoraj   kupiła,   i   pobiegła   szybko   za   nim. 

Pływali potem i opalali się. Matt nawet zasnął i musiała go budzić, bała się bowiem, że może 
doznać oparzenia. A potem kąpali się i bawili w wodzie jak dwoje dzieci, które uciekły ze 
szkoły na wagary. Całe napięcie i niepokój zniknęły bez śladu. 

–  Biegniemy   do  domku  –  krzyknął   nagle   Matt,  gdy słońce   było  już  tak  wysoko,   że 

przebywanie na plaży robiło się niebezpieczne. 

– Kto pierwszy?
Puściła   się   pędem   przed   siebie   po   rozgrzanym   piasku,   chwytając   po   drodze   ręcznik. 

Przegonił ją wkrótce, a ona, mimo że brakowało jej sił, przyspieszyła, chcąc go dogonić. 

Przeliczyła się jednak, zachwiała i upadłaby, gdyby w ostatniej chwili jej nie podtrzymał. 

Zaniósł ją do domku, by z czułością ułożyć na łóżku. Uklęknął nad nią i pocałował w usta, a 
potem wargi jego musnęły jej brodę, by zbliżyć się do piersi. Kiedy westchnęła z rozkoszy, 
położył się obok i budził powoli jej ciało do życia. Odsuwała się od niego, gdy pożądanie 

background image

zaczynało sprawiać jej fizyczny ból, lecz jego pocałunki sprawiały, że spragniona rozkoszy 
tuliła się znowu, wiedziona tęsknotą, do jego ust i rąk. 

Nie   była   w   stanie   myśleć;   potrafiła   jedynie   poddać   się   jego   pieszczotom.   Gdy   się 

połączyli, odniosła wrażenie, że ulatuje gdzieś wysoko w górę, i przywarła do niego po to, by 
znaleźć się za chwilę w nie znanej jej zupełnie wspaniałej krainie, która była samą rozkoszą i 
pięknem. 

Krzyknęła znowu, bo czuła, jak ciało jej przestaje istnieć i stapia się z nim w jedną całość. 
Leżała w jego ramionach i marzyła tylko, by chwila ta trwała wiecznie, by nigdy już nie 

trzeba było wracać do świata, który opuścili przed chwilą. 

– Kocham cię – wyszeptał i przytulił ją jeszcze mocniej do siebie. 
Kochali się jeszcze nieraz, osiągając za każdym razem szczęście, o jakim nie mieli do tej 

pory wyobrażenia. A potem tuliły ją do snu jego ramiona. 

Gdy wracali do domu, patrzył na nią z miłością, o której mówił jej wiele razy w ciągu 

ostatnich czterdziestu ośmiu godzin. 

Na miejscu czekały jednak na nich normalne  troski i kłopoty.  Wkrótce po powrocie, 

jeszcze  tego   samego  wieczoru,   Matt   został  wezwany do  bazy.   Miał   dyżur   telefoniczny   i 
musiał udzielić porady przez radio. Claudia czekała do dziesiątej, nie zadzwonił jednak do 
niej, wiedziała więc, że nie zobaczy go dzisiaj. 

W   poniedziałek   też   go   nie   spotkała.   Wyjechał,   zanim   przyszła   rano   do   pracy.   W 

poniedziałek odbywał bowiem zwykle lot do przychodni w Calturze. 

Czas, który spędzali teraz z sobą, miał podwójną wartość. Dzielili go między przyjaźń i 

miłość. Siadywali u niego w mieszkaniu lub na werandzie u ciotki Stephy. Chcieli być sami, z 
daleka od świata i ludzi. 

Wyobrażała sobie, że nikt się nawet nie domyśla, co zaszło między nimi. Matta tak często 

nie było, pokazywali się więc razem bardzo rzadko. Zdumiała się więc, gdy któregoś dnia 
zaczepił ją na korytarzu Peter. 

– Z pewnością Matt jutro będzie z powrotem – powiedział z niezwykłą jak na niego 

serdecznością w głosie. 

Spojrzała   na   niego   zdumiona,   zwłaszcza   że   myślami   była   tak   daleko   stąd.   Myślała 

przecież o Matcie!

–  Oj,  ty  dzieciaku!  –  powiedział.   –  Co  ty  sobie  myślisz?  Że   nikt  nie   widzi,   jak  się 

czerwienicie na swój widok? I jak na siebie patrzycie?

Była tak zmieszana, że oczywiście znowu się zaczerwieniła. A potem spojrzała na niego, 

nie będąc w stanie ani zaprzeczyć, ani potwierdzić. 

– Nie ma się czego wstydzić – oświadczył poważnie. – Nie kryj się ze swoim uczuciem. 

Miłość jest zawsze piękna, zwłaszcza ta pierwsza miłość i właśnie o nią należy szczególnie 
dbać. Trzeba ją pielęgnować jak delikatną roślinę. A żeby przetrwała, trzeba nauczyć  się 
wszystkim dzielić, trzeba też dawać i być szczodrym, i trzeba umieć wybaczać. 

– Ależ ja tak właśnie czuję – wyszeptała zdumiona. 
Nie mogła uwierzyć, że to właśnie on, Peter Flint, rozumie tak dobrze sekrety miłości. 
– Miłość przypomina bajkę lub kolorową bańkę mydlaną – dodała w zadumie. – Jest zbyt 

background image

krucha, żeby trwać wiecznie i zbyt cenna, żeby mogła zawsze do mnie należeć. 

– Choćby i nie miała trwać wiecznie, ciesz się, że trwa teraz – powiedział, poklepał ją po 

ramieniu i wyszedł, a ona długo jeszcze myślała o tej rozmowie. 

Bańka mydlana  rozprysła  się i rozwiała  bez śladu już w miesiąc  później. Sprawił to 

kapryśny los. 

Pozostały łzy i żal. 
Pewnego   dnia   odezwał   się   telefon.   Poszukiwano   Matta,   by   przekazać   mu   straszną 

wiadomość. Jack odebrał telefon i czekał potem w pokoju Leonie, by powiedzieć Mattowi o 
wszystkim. Matt, który uratował właśnie cudze życie, miał się dowiedzieć, że nie udało się 
uratować życia, które tak wiele dla niego znaczyło. 

– Twojego ojca potrącił rozpędzony samochód – mówił Jack, a Claudia trzymała go za 

rękę, próbując pocieszyć. 

Milczeli potem długo, czekając, aż się uspokoi. Wiele czasu jednak minęło, zanim był w 

stanie   wydobyć   z   siebie   głos.   Spoglądał   tylko   na   Jacka   pytającym   wzrokiem,   a   Jack 
opowiadał, jak ojciec wyszedł ze szpitala, a potem pielęgniarki usłyszały krzyk i w minutę 
później znalazły go martwego na ulicy. 

– Zrobiono wszystko – powiedział Jack – nie było jednak ratunku. Samochód wyrzucił go 

w górę tak, że uderzył głową o krawężnik. 

Nie musiał mówić więcej. Matt potrafił wyobrazić sobie, co było dalej. 
– Muszę zadzwonić do domu – powiedział zmienionym głosem, którego Claudia jeszcze 

nie znała. – Moja matka... i siostry, a mnie tam nie ma... – wyszeptał po chwili. 

Jack nakręcił numer i podał Mattowi słuchawkę. Chciała odejść, ale nie puścił jej ręki, 

posadziła go więc w fotelu i przyklęknęła obok, gładząc go po ręce. 

Jack odwiózł ich do domu ciotki Stephy, a Claudia zabrała go potem do swego pokoju. 

Rozebrała   go   i   położyła   do   łóżka.   Drżał   na   całym   ciele,   a   ona   wierzyła,   że   sen   potrafi 
złagodzić nieco ból. 

Leżała koło niego w nocy, trzymając mocno w ramionach. Na jej oczach ginęły powoli 

wszystkie  jej marzenia.  Jutro rano Matt odleci na południe, myślała,  a potem pierwszym 
samolotem do Paryża. 

Zdawała sobie doskonale sprawę, że to koniec, że wkrótce nastąpi ostatnie pożegnanie. 
Matt ocknął się nad ranem i natychmiast stanęły mu przed oczami wydarzenia ostatnich 

godzin. Skrył się w jej ramionach i zapłakał. A gdy się trochę uspokoił, wyśliznął się z łóżka i 
poszedł do łazienki wziąć prysznic. 

Wrócił po chwili spokojny i opanowany. Odzyskał już siły, które potrzebne mu były w 

drodze powrotnej do domu. Usiadł przy Claudii i wziął ją za ręce. W jego oczach kryła się 
bezbrzeżna rozpacz. 

– Nie będę mógł tu wrócić – szepnął. – Moja matka... moje siostry... Ktoś się musi nimi 

zająć... O Boże!

Cierpiała podwójnie, za siebie i za niego. Przytuliła się do niego, łkając rozpaczliwie. 

Wiedziała, że jego miejsce jest w Paryżu  z rodziną, która go potrzebowała, przynajmniej 
dopóki   siostry   nie   skończą   szkoły   i   się   nie   usamodzielnią.   Któż   lepiej   niż   ona   rozumie 

background image

powinności rodzinne!

– Wiem, że nie możesz zostawić matki – mówił dalej. – Ale może... Ale na pewno się 

kiedyś spotkamy. – Uniósł głowę i spojrzał na nią rozgorączkowanym wzrokiem. – Przecież 
to niemożliwe, żeby taka miłość jak nasza mogła się skończyć na zawsze!

Wstał i otulił ją kołdrą. 
– Muszę iść się spakować. Samolot odlatuje o jedenastej. Jack zawiezie mnie na lotnisko. 

Musimy się teraz pożegnać. Nie potrafiłbym powiedzieć ci do widzenia przy wszystkich. 

Kiwnęła głową. Z oczu płynęły jej łzy, a w gardle dusiło ją tak, że nie mogła wykrztusić 

słowa. 

– Kocham cię – szepnął. 
Słyszała jego kroki w holu i na werandzie; wydawało jej się nawet, że słyszy, jak idzie po 

schodach. Potem usiadła, krzyżując ręce na piersiach i kołysała się miarowo, próbując uciszyć 
ból, który ją rozsadzał. 

Po jakimś czasie znowu rozległy się kroki na werandzie. A potem jakieś głosy. To chyba 

niemożliwe, szepnęła do siebie. Czyżby to była mama?

–   Claudio,   wstawaj!   –   rozległ   się   głos   pani   Delano.   Claudia   zerwała   się   z   łóżka   i 

szlochając, zbiegła na dół, by ukryć twarz w ramionach matki. 

– No już, uspokój się – mówiła pani Delano, gładząc Claudię po włosach i wycierając 

policzki z łez. – Wiem o śmierci ojca Matta. To smutna wiadomość, ale świat się przecież nie 
zawalił. 

Za jej plecami stali synowie, a ona spoglądała na nich niezadowolona, jakby pytała, co 

robią w mieście, zamiast pilnować farmy. Bo przecież nie przyjechali chyba tutaj po to, by 
dźwigać jej fotel po schodach!

– A co ty tutaj robisz? – spytała Claudia. – Przyjechałaś do lekarza?
Matka pokręciła przecząco głową. Też coś! – zdawało się mówić jej spojrzenie. Ja do 

lekarza?

– Przyjechaliśmy, żeby ci wlać trochę rozumu do głowy, no i mam nadzieję – dodała – 

żeby cię pożegnać. Ciotka zadzwoniła i opowiedziała nam o nieszczęściu twojego Matta, a 
potem dodała, że ty go w nieszczęściu opuszczasz. 

Claudia patrzyła na nią, nie rozumiejąc. 
– Nigdy bym go nie opuściła w nieszczęściu, gdybym tylko mogła – zaprotestowała. – 

Ale on musi wracać do Francji i nie będzie mógł tu prędko wrócić. 

Głos jej się załamał. Mówiła coś potem o matce i siostrach, ale w taki sposób, że nie 

można jej było zupełnie zrozumieć. 

– Jeżeli go kochasz, to powinnaś z nim pojechać, nawet gdyby jechał do Timbuktu – 

powiedziała surowo pani Delano, a Claudia spojrzała na nią zdumiona. 

– Przecież nie mogę pojechać do Francji! – odparła płacząc. 
– Nie chce, żebyś z nim pojechała?
– Ależ chce! – zawołała Claudia. – Ale wie, że nie mogę. Nie mogę przecież wyjechać i 

cię zostawić. 

– O Boże! – westchnęła matka. – Czy nie mówiłam ci, że musisz zacząć żyć własnym 

background image

życiem? Czy nie widzisz, że daję sobie radę bez ciebie? Oczywiście, będę do ciebie tęskniła, 
bo  jesteś  moją  ukochaną  córeczką,  ale  musisz  być   tam,   gdzie  los  ci  wyznaczył  miejsce. 
Francja nie jest w końcu tak daleko od Włoch, a czy twój ojciec nie obiecywał mi tyle razy, 
że   tam   pojedziemy,   żebym   zobaczyła   wioskę,   w   której   mieszkali   nasi   przodkowie   przed 
wyjazdem do Australii?

– Ale Matt odlatuje o jedenastej! – zawołała Claudia. 
–  No  więc  się  pospiesz!  –  rzekła  spokojnie  pani  Delano.  – Dlatego   właśnie   ojciec   i 

chłopcy przyjechali ze mną, żeby się z tobą pożegnać. 

– Śniadanie! Chodźcie do kuchni! – zawołała ciotka Stepha, wchodząc na werandę. – 

Zaraz cię spakuję – zwróciła się do Claudii. – Zabierz tylko bieliznę i rzeczy osobiste, bo 
przecież tam i tak będziesz musiała kupić zimowe ubranie. 

Co się ze mną dzieje? – myślała gorączkowo Claudia. Czuła się jak ziarnko piasku, które 

porywają z brzegu potężne fale, nie pytając go przy tym o zdanie. 

Dała się jednak zaprowadzić do kuchni jednemu z braci i usiadła przy stole, a matka 

położyła przed nią paszport, odnawiany w zeszłym roku, gdy cała rodzina była na wycieczce 
w Nowej Zelandii. 

– Ojciec dzwonił już do ambasady francuskiej w Canberze, Robert już wie, co trzeba 

zrobić i gdy tylko dolecicie do Brisbane, zabierze cię do konsulatu francuskiego po wizę. 

– Robert? – spytała, nie rozumiejąc. 
–  Robert   pojedzie  z   tobą  do  Brisbane   –  powiedziała  matka   tonem  nie  podlegającym 

dyskusji. – W końcu nasza córka nie może lecieć na drugi koniec świata ot tak sobie, sama jak 
palec!

Claudia przez chwilę zastanawiała się, co o tym wszystkim pomyśli Matt. Czy będzie 

zadowolony, widząc, jak rodzina wysyła ją na siłę razem z nim?

Ale w tej właśnie chwili do kuchni wpadł Matt, a za nim wszedł pan Delano i jego dwaj 

synowie, Robert i Michael. Matt podszedł do niej, a potem przyklęknął i wziął ją za rękę. 

– Naprawdę chcesz ze mną pojechać? – spytał, a w jego oczach ból ustąpił na chwilę 

miejsca radości. 

– Ale czy ty chcesz? – szepnęła, gładząc delikatnie jego twarz. 
– Jak możesz nawet o to pytać? – zdumiał się. – Jestem taki szczęśliwy! Nie bój się! Jeśli 

tylko będzie ci źle, odwiozę cię z powrotem – obiecał. 

Oparł głowę na jej piersiach, tak jak ona zrobiła to przed chwilą, witając matkę. Spojrzała 

na twarze swoich najbliższych i w ich oczach dostrzegła łzy. 

– Pojadę z tobą – oznajmiła. Zostało im już niewiele czasu. 
Wzięła   szybko   prysznic   i   przebrała   się,   a   potem   ojciec   zawiózł   ją  do   bazy   i  musiał 

tłumaczyć, co się stało, gdyż na widok Leonie Claudia rozpłakała się i długo nie mogła się 
uspokoić. 

– Taka jestem szczęśliwa – łkała w objęciach pani Cooper. – Jestem naprawdę bardzo 

szczęśliwa. Ale śmierć ojca Matta to przecież wielkie nieszczęście, i w dodatku zostawiam 
was, ale ja chyba powinnam jechać?

– Oczywiście – przytaknęła Leonie. – Nie zapominaj tylko o nas i pamiętaj, że zawsze 

background image

nam się tu przyda okulista, który będzie jeździł do Caltury. 

– Jeszcze się nie żegnajmy – powiedziała po chwili. – Jack postanowił zostawić Katie, a 

my wszyscy mamy jechać na lotnisko, żeby się z wami pożegnać. Wiem, że to będzie bardzo 
smutny wyjazd dla was obojga, ale pamiętaj, że będzie wam towarzyszyć nie tylko miłość 
twojej rodziny, ale także nasza przyjaźń. 

Claudia uspokoiła się i pokiwała głową. 
Wiedziała, że nadszedł czas, kiedy musi mieć siły za nich dwoje. I że nie wolno jej więcej 

płakać. Ruszała na podbój świata jak prawdziwy poszukiwacz przygód. 

Gdy   samolot   wzniósł   się   już   wysoko   ponad   zatokę,   wzięła   Matta   za   rękę.   W   dole 

zostawili przyjaciół i rodzinę, którzy machali do nich na pożegnanie. 

– Kocham cię – szepnął, a ona poczuła, że wszystko będzie dobrze. 
Miasto znikało im powoli z oczu. Niespodziewanie pojawił się tuż pod nimi mały samolot 

medycznej służby powietrznej, który wznosił się właśnie do góry. 

– Spojrzyj po raz ostatni na zatokę – szepnęła. – I na nasz samolot... 
– To Allysha w drodze do Cabbage Tree – oznajmił. – Miałem z nią lecieć. 
Mocno   uścisnął   jej   rękę,   jakby   chciał   się   upewnić,   że   ciągle   jest   przy   nim.   A   ona 

odpowiedziała mu uśmiechem pełnym miłości i oddania. 


Document Outline