background image

LEE WILKINSON

GORĄCZKA NOCY POŚLUBNEJ

Tłumaczyła Anna Adamiak

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

List,   który   miał   całkowicie   odmienić   życie   Raine   Marlowe,   nadszedł   zupełnie 

niespodziewanie. Siedzieli sobie z ojcem przy śniadaniu w ich posiadłości „Białe damy”, w 

pomalowanym na biało pokoju z czarnymi  belkami pod sufitem. Złote jak miód, poranne 

wrześniowe słońce, w którym skąpany był  ogród, wlewało się przez witrażowe szybki w 

oknach. Cudownie nieświadoma nadchodzącego przewrotu, Raine smarowała dżemem drugi 

już tost, a Calib - kot o futerku czarnym i lśniącym jak jej włosy i zielonych oczach - siedział  

na parapecie nieruchomo niczym posążek. W słońcu złociła mu się sierść, a wąsy wyglądały 

jak miedziane kabelki.

- Dziś tylko to - oznajmiła miłym tonem gosposia, wnosząc korespondencję. Martha 

służyła u nich od dwudziestu lat i uważali ją za członka rodziny.

- Dziękuję.

Ralph   Marlowe,   przystojny   mężczyzna   o   wyrazistych,   surowych   rysach   i 

szpakowatych, gęstych włosach wziął list. Dopijając kawę, rozciął kopertę ze znaczkiem ze 

Stanów i wyjął złożoną kartkę. Zaczął czytać, i Raine spostrzegła, że raptem zmienił się na 

twarzy. Był wstrząśnięty.

- Co to jest? - zapytała.

Ojciec zdjął okulary w rogowych oprawkach.

- List od Harry'ego?

- Niesamowite!

- Tak.

Gdy podał jej list, nagle zadrżała. Opanowały ją złe przeczucia. Wiedziała, że ojciec i 

stryj  - bracia  bliźniacy - pokłócili  się ze sobą i zerwali  kontakty na długo przed jej na-

rodzinami. W młodości byli ze sobą bardzo zżyci, i po studiach wspólnie prowadzili interesy. 

Zajmowali się obrotem nieruchomościami. Wtedy też zadurzyli się w tej samej kobiecie - 

czarnowłosej, zielonookiej Lorraine. Była dziewczyną Harry'ego, dopóki nie poznała jego 

brata i nie zakochała się w nim. Gdy, koniec końców, zdecydowała się wyjść za Ralpha, drogi 

braci rozeszły się. Ralph zatrzymał  „Białe damy”,  elżbietańską rezydencję, stanowiącą od 

pokoleń siedzibę rodziny, a Harry założył nową firmę i wyjechał do Stanów. Stało się to 

ponad trzydzieści lat temu.

List z bostońskim adresem na odwrocie był prosty i bardzo konkretny.

Pewnie jesteś zdziwiony, że odzywam się po tych wszystkich latach. Wstyd przyznać, 

ale na wcześniejsze nawiązanie kontaktu nie pozwalała mi głupia duma. Od przyjaciela ro-

background image

dziny dowiedziałem się, że Lorraine zmarła dawno temu, osierocając jedyną córkę. Moja  

żona  nie  żyje  od  lat.  Jestem  sam, mam tylko   przybranego  syna Nicka.   Jakoś się  jeszcze  

trzymam, ale od pewnego czasu szwankuje mi zdrowie. Lekarze twierdzą, że pozostało mi  

zaledwie kilka miesięcy życia.

Tak   bardzo   chciałbym   zobaczyć   Cię   przed   śmiercią.   Czy   moglibyście   z   córką 

odwiedzić mnie? Oczywiście, jeśli zdołacie wybaczyć staremu człowiekowi, że był tak głupio  

uparty.

PS. Gdybyś zdecydował się przyjechać, zrób to, proszę, ze zrozumiałych wzglądów,  

możliwie najszybciej.

Pojedziesz? - Raine podniosła na ojca oczy.

- Jasne - odpowiedział bez wahania. - A ty?

- Chciałbyś?

- Byłoby szkoda, gdybyś nie poznała swojego wuja i kuzyna.

- W takim razie jadę. Tylko czy możemy tak zostawić firmę?

Po   ukończeniu   szkoły   biznesu   Raine   została   asystentką   ojca.   Codziennie   razem 

jeździli   do   pracy   do   Lopsley,   małego   targowego   miasteczka,   odległego   zaledwie   o   kilka 

kilometrów od domu.

- Możemy. - Ojciec energicznie wstał. - Pędzę do firmy, a ty zorganizuj podróż.

- Kiedy chcesz jechać?

- Dziś, jeśli okaże się to możliwe. Potem trzeba zadzwonić do Harry'ego i powiadomić 

go, o której przylatujemy.

Ledwie powściągany pośpiech w głosie ojca zdradzał, że wszystkie dawne żale do 

brata   poszły   w   niepamięć.   Coś   z   tego   pośpiechu   udzieliło   się   i   jej.   Nie   tracąc   czasu, 

zatelefonowała na lotnisko i załatwiła rezerwację na wieczorny lot do Bostonu.

Gdy mężczyzna czekający na zewnątrz międzynarodowej hali przylotów wypatrzył 

wysokiego,   szczupłego   pana   o   znajomej   powierzchowności   i   towarzyszącą   mu   smukłą, 

czarnowłosą   dziewczynę   o   prześlicznie   zarysowanych   kościach   policzkowych   i   pełnych 

ustach, natychmiast ruszył w ich stronę. Raine podniosła wzrok i raptem napotkała spojrzenie 

szafirowych jak niebo o północy oczu w ciemnej oprawie długich rzęs. Patrzył na nią wysoki, 

barczysty mężczyzna o mocnych rysach twarzy i gęstych, lekko falujących włosach barwy 

dojrzałej pszenicy.

- Raine Marlowe? - Widząc jej zaskoczenie, uśmiechnął się i wyciągnął do niej rękę. - 

Nick.

Krew zaszumiała jej w skroniach, gdy uwięził jej dłoń w długich, silnych palcach.

background image

- Ciebie, stryjku, rozpoznałbym wszędzie - powiedział, zwracając się z kolei do jej 

ojca i wymieniając z nim uścisk dłoni. - Jesteście z tatą podobni do siebie jak dwie krople 

wody.

Kiedy obaj odbierali  bagaże, Raine starała  się nie patrzeć na swego kuzyna.  Była 

trochę zbita z tropu, ale nie zamierzała gapić się na niego jak jakaś nastolatka na swego idola.

- Wszystko? - Pytanie spadło na nią tak nagle, że zamrugała i odwróciła wzrok.

- Wszystko. - Pomyślała ze złością, że jeśli zaraz nie weźmie się w garść, to ten 

kuzynek gotów jeszcze uznać ją za idiotkę.

Lśniący, srebrny samochód stał gotowy do drogi. Nick załadował bagaże i od razu 

pomknął w stronę centrum Bostonu.

-   To   tutaj   mieszczą   się   biura   mojej   firmy   -   powiedział,   wskazując   ręką   jeden   z 

eleganckich przeszklonych wysokościowców.

- Ekstra - skomentował Ralph. - Harry mówił mi, że obecnie kierujesz nie tylko jego 

przedsiębiorstwem,   ale   masz   również   własną   firmę.   Chyba   trudno   było   stworzyć   tak 

imponującą sieć międzynarodowych powiązań biznesowych?

-   Wcale   nie   -   odparł   chłodno   Nick.   -   Stosuję   starą,   sprawdzoną   metodę.   Kupuję 

upadającą firmę, badam, co w niej spróchniało, i po prostu odcinam martwe pędy, aż znowu 

zaczyna kwitnąć.

Raine, zgodnie z własnym  życzeniem, siedziała z tyłu. Chłonęła wzrokiem piękno 

miasta   o   gęstej   zabudowie,   a   mimo   to   sprawiającego   wrażenie   przestronnego   i   pełnego 

powietrza. Na tle nieba rysowały się same kontrasty. Spomiędzy drapaczy chmur i okazałych 

nowoczesnych budynków strzelały w górę smukłe iglice, wieże z zegarami, widać też było 

stare budowle z czasów kolonialnych. Wjechali w wąskie brukowane uliczki z gazowymi 

latarniami,   zabudowane   kamienicami   z   czerwonej   cegły.   Znaleźli   się   w   malowniczej, 

eleganckiej dzielnicy z przełomu wieków, schodzącej w dół do Charles River.

Dom, który zajmowali Nick i jego ojczym, znajdował się przy skwerze Mecklenburg. 

Było to jedno z najładniejszych miejsc w okolicy. W świetle ulicznych lamp mieniące się 

kolorami liście wyglądały jak koronkowy baldachimu. Pod numerem ósmym stał dom w stylu 

regencji. Symetrycznie po obu stronach drzwi wejściowych znajdowały się prostokątne okna 

z pomalowanymi na czarno skrzynkami pełnymi jesiennych kwiatów. Kiedy tylko samochód 

podjechał pod drzwi, te otworzyły się. W padającej na schody smudze światła stanął wysoki, 

szczupły mężczyzna o wyrazistych, surowych rysach i gęstych, szpakowatych włosach. Raine 

powinna była przewidzieć, że tak właśnie będzie wyglądał jej stryj, ale na widok sobowtóra 

ojca poczuła się dziwnie.

background image

Stryj wyciągnął rękę. Ojciec pochwycił ją bez słowa, uścisnął, po czym bracia padli 

sobie w objęcia. Lata oddalenia i niezgody natychmiast poszły w niepamięć. Raine poczuła, 

że Nick bierze ją pod ramię. Ten dotyk oraz porozumiewawcze spojrzenia, jakie wymienili, 

stworzyły między nimi jakąś sekretną więź.

To   nieoczekiwane   uczucie   bliskości   przetrwało   cały   następny   tydzień,   a   pierwsze 

wspaniałe wrażenie, jakie Nick zrobił na Raine, zamiast zmaleć, jeszcze się wzmogło. Oka-

zało się, że kuzyn jest nie tylko nieludzko przystojny. Miał również bystry umysł  i silną 

osobowość. Rozmowa, którą Raine podsłuchała któregoś dnia, świadczyła o tym,  że stryj 

Harry nie tylko kochał swego przybranego syna, ale także bardzo go szanował.

- Teraz w biznesie nie ma miejsca na słabość - mówił ojciec. - Za dużo wokół szakali.

- Masz rację - przytaknął Harry. - Ale Nick nie jest miękki, o nie. Nie zazdroszczę 

nikomu, kto próbowałby wywieść go w pole.

- Ale z tego, co opowiadałeś, wynika, że jest dobrym pracodawcą...

- Zgadza się. Nie waha się zwalniać tych, którzy nie spełniają jego wymagań, ale 

traktuje   ludzi   przyzwoicie.   Wiem   na   przykład,   że   wyrzucił   z   pracy   pewnego   obiboka,   a 

potem, z własnej kieszeni, łożył na utrzymanie jego rodziny, póki gość nie znalazł sobie innej 

roboty.

Od początku  Raine wyczuwała  w Nicku pewną bezwzględność, a ponieważ  coraz 

bardziej poddawała się jego urokowi i pragnęła myśleć o nim dobrze, toteż opowieść stryja od 

razu   poprawiła   jej   humor.   Poza   urodą   filmowego   gwiazdora   Nick   miał   w   sobie   jakąś 

naturalną wyniosłość, która czyniła go atrakcyjnym w oczach wielu kobiet. Nie był jednak 

próżny ani zarozumiały i chociaż potrafił być bezwzględny, umiał również być troskliwy, 

wspaniałomyślny   i   wielkoduszny.   Robiła,   co   mogła,   by   ukryć   swoje   zafascynowanie 

kuzynem, lecz zawładnął bez reszty jej myślami. Często przyłapywała go na tym, że się jej 

przygląda, ale trudno było coś wyczytać z jego twarzy.

Pewnego dnia poszli  we czworo na Freedom Trail,  obejrzeli  port i zbudowany w 

XVIII   wieku   masztowiec   „U.S.S.   Constitution”,   zachwycali   się   dziewiętnastowiecznym 

Trinity Church, odbijającym się w przeszklonej wieży Johna Hancocka, byli też w Muzeum 

Nauki.

Nikt   o   tym   nie   mówił,   lecz   wszyscy   wiedzieli,   że   czasu   jest   mało,   toteż   rzadko 

spędzali  dni na leniuchowaniu.  Wieczorami,  gdy Raine  kładła  się spać,  a Nick znikał  w 

swoim pokoju, żeby trochę popracować, bracia rozmawiali do późna w nocy.

Pewnego   wieczoru   Nick   odprowadził   Raine   eleganckimi   schodami   na   górę. 

Rozmawiając o błahostkach, przystanęli przed drzwiami jej pokoju. Zaśmiała się z czegoś, co 

background image

powiedział, a on raptem nachylił się i pocałował ją delikatnie. Poczuła się tak, jakby spadły za 

nią fałdy grubego czarnego aksamitu. Wreszcie, z ociąganiem, Nick odsunął się.

- Dobranoc, Raine - szepnął. - Śpij dobrze. Zamknęła za sobą drzwi i oparła się o nie. 

Tej nocy śniła o białych koronkach i kwiatach pomarańczy, o deszczu ryżu i płatków róży, o 

domu z kolorowymi, szybkami.

Następnego dnia bardzo starała się zachowywać naturalnie. Tyle że zazwyczaj chłodna 

i rozsądna Raine była zakochana po uszy. Kiedy po wspólnym porannym spacerze wrócili we 

czworo do domu,  gosposia przekazała  Nickowi wiadomość  z biura.  Wynikła  jakaś nagła 

sprawa, która wymagała jego obecności.

Wrócił co prawda do domu na kolację, ale zachowywał się inaczej niż zwykle. Był 

zamyślony i niezbyt rozmowny.

- Muszę jutro lecieć do Maine - odezwał się, gdy stryj i ojciec przerwali na moment 

rozmowę.

- Do Maine? - zdziwił się Ralph. W odpowiedzi wyręczył Nicka stryj.

-   Dawno   temu   kupiłem   tam   przedsiębiorstwo   wyrębu   lasu   i   kilka   papierni.   Nick 

marnuje teraz swój czas, zajmując się jeszcze i tym.

-   Nie   marnuje   -   uśmiechnął   się  Nick.   -   Sporadyczne   wypady   do   Maine   to   żaden 

problem.  A zresztą,  tak  tam  pięknie  i dziko...  Może pojedziecie  ze  mną?  Harry pokręcił 

głową.

- Ja niestety odpadam.

- Mówisz, że ładnie tam... - zastanowił się Ralph.

-   Och,   krajobraz   jest   naprawdę   wspaniały.   Jeziora,   góry,   malownicze   skaliste 

wybrzeże   z   setkami   wysepek,   urokliwe   miasteczka,   białe   drewniane   kościoły,   maleńkie 

wioski rybackie, zagubione w głuszy przystanie, latarnie morskie. Ludzie żyją w rozsianych 

po wybrzeżu wioskach i utrzymują się z morza. Na północnym wschodzie, przy granicy z 

Kanadą znajduje się Allagash - tereny pełne lasów, bagien i cieków wodnych. To głównie tam 

odbywa się wyrąb.

- Brzmi nieźle - przytaknął Ralph - ale myślę, że powinienem zostać w Bostonie.

- A może wy, młodzi, wybralibyście się razem? - zasugerował stryj.

- Masz ochotę? - spytał Nick swą kuzynkę.

Pomyślała,   że   wycieczka   z   Nickiem   byłaby   dla   niej   przeżyciem   tak   samo 

fascynującym, jak skok z samolotu bez spadochronu - i tak samo karkołomnym.

- Ogromną!  - odpowiedziała,  a jeśli nawet usłyszał  w jej głosie drżenie, to miała 

nadzieję, że przypisał je emocjom związanym z wyprawą.

background image

Następnego   dnia   wczesnym   rankiem   polecieli   do   Bangoru.   Stamtąd,   pilotowanym 

przez Nicka małym samolotem, przystosowanym do lądowania zarówno na ziemi, jak i na 

wodzie, dotarli do miejsca przeznaczenia.

Wylądowali na wyboistej drodze, tuż za ciężarówki z platformą, wiozącą powiązane 

łańcuchami pnie drzew.

-   Nie   ma   tu   pasów   startowych   -   wyjaśnił   Nick,   widząc,   że   Raine   jest   mocno 

zaskoczona.   -   Ląduje   się   albo   na   wodzie   albo   na   jednej   z   dróg   dostawczych,   będących 

własnością przedsiębiorstwa.

Kiedy wstępowali po schodkach do baraku, w którym mieściło się biuro, przywitał ich 

grubawy, łysiejący mężczyzna w okularach bez oprawek.

Raine podsunięto szybko proste drewniane krzesło. Przy mocnej kawie i pokrojonym 

grubo cieście czekała, aż Nick rozwiąże problem, który go tutaj sprowadził.

- W Sowiej Zatoczce mamy drewnianą chatę - powiedział, gdy załatwił sprawy. - 

Chciałabyś zatrzymać się ta i pozwiedzać okolicę? Czy może wolisz bardziej cywilizowane 

miejsce?

Bez wahania spaliła za sobą mosty.

- Zatrzymajmy się w Sowiej Zatoczce.

Polecieli   nad   lasami   i   wylądowali   na   gładkiej   jak   lustro   powierzchni   Jeziorka 

Sowiego. Taflę wody otaczały wzgórza przystrojone w szkarłat, złoto, zieleń i brąz jesionów, 

klonów, modrzewi i cedrów. Raine nigdy w życiu nie widziała piękniejszego miejsca.

Solidna, wzniesiona na palach drewniana chata stała na polanie na brzegu jeziora. Z 

trzech stron okalała ją weranda, z przodu - osłonięty ganek. Nick otworzył masywne drzwi.

napalił w piecu, a potem zostawił Raine samą i wrócił do samolotu po bagaże.

Kuchnia   urządzona   była   bardzo   skromnie.   Oprócz   zlewu   i   staromodnej   pralki   z 

wyżymaczką stała w niej kuchenka na gaz i lodówka. Spiżarnia zaopatrzona była obficie w 

puszkowaną i suszoną żywność.

Obok kuchni znajdował się mały pokoik do spania, a przy nim łazienka z porcelanową 

umywalką i wanną, kabiną prysznicową i ubikacją.

Największą część chaty zajmowała jednak ogromna izba, urządzona bardzo prosto. 

Stały tu dwa długie regały z książkami, stolik do kawy i czarna skórzana kanapa. Na drewnia-

nej lśniącej podłodze leżały maty zdobione azteckim wzorem, pasujące do poduszek i zasłon 

w   oknie.   W   kamiennym   palenisku   stał   olbrzymi,   opalany   drewnem   piec,   a   przed   nim 

rozpostarta była kudłata niedźwiedzia skóra. Z boku izby, na niewielkim podwyższeniu stała 

sosnowa szafa, toaletka, bieliźniarka i duża otomana.

background image

Było zimno i w powietrzu unosił się zapach charakterystyczny dla nie wietrzonego 

przez dłuższy czas wnętrza, ale ogień zaczynał już buzować w piecu, liżąc wonne bierwiona.

- Podoba ci się? - spytał Nick.

-   Bardzo   -   odpowiedziała   swobodnym   tonem,   usiłując   ukryć   zdenerwowanie.   - 

Szczerze mówiąc, cieszę się, że jest tu tak wspaniale wyposażona łazienka. Uśmiechnął się 

szeroko.

- W moim wieku ceni się już pewne wygody.  - Ale jak ci się udało to wszystko 

urządzić?

-   Wodę   ciągnie   się   pompą   ze   studni,   a   oświetlenie   i   ogrzewanie   jest   gazowe.   A 

właśnie...

Zmierzch zapadał szybko. Nick wziął z pieca podpałkę i przytknął ją do gazożarowych 

koszulek   przewodów.   Już   po   chwili   zapaliły   się   lampki.   Gdy   zaciągnął   ciężkie   story   w 

oknach, od razu zrobiło się przytulniej.

- Dziś pitraszę ja - powiedział. - Jutro twoja kolej. najpierw się napijemy.

Przyniósł   ze   spiżarni   butelkę   wina,   napełnił   dwa   kieliszki   i   podał   jeden   Raine, 

muskając   jej   dłoń   palcami.   Wstrzymała   oddech.   Nie   miała   cienia   wątpliwości   -   jeśli   nie 

chciała zbliżenia, należało to teraz jasno powiedzieć. Wystarczyło, żeby odwróciła oczy i 

cofnęła się o krok. Jednak pragnęła Nicka, i to z całych sił. Zrobiła krok w przód. Nick wyjął 

kieliszek z jej zdrętwiałych palców i ostrożnie odstawił na stolik. Nie podprowadził jej jednak 

do łóżka, a położył na niedźwiedziej skórze i podłożywszy jej pod głowę poduszkę z kanapy, 

wyciągnął się przy niej, całując namiętnie oczy, szyję i usta.

Rozbierał ją powoli w blasku ognia, złocącym jej kremową skórę.

- Najpiękniejsza ty moja - szepnął chrapliwie, zrzucając z siebie ubranie. - Zielonooka 

czarodziejko...

Był   wprawnym,   czułym   kochankiem   i   chociaż   nigdy   jeszcze   nie   współżyła   z 

mężczyzną, nie odczuwała bólu, a tylko radosne, wzmagające się uniesienie, aż w końcu 

miała wrażenie, że jej ciało zamieniło się w rozpaloną do białości czystą rozkosz.

Leżała w jego ramionach, z głową na jego ramieniu. Jej serce biło mocno, równo, 

coraz spokojniej.

- To twój pierwszy raz - powiedział łagodnie Nick. Poczuła się trochę niepewnie.

- Przeszkadza ci to?

- Przeszkadza?! Och, Raine! Czuję się jak król.

Po tym pierwszym gwałtownym zbliżeniu kochali się rano, w południe i wieczorem, 

jakby to był ich miodowy miesiąc. Wychodzili z łóżka tylko po to, żeby wziąć prysznic albo 

background image

coś   zjeść,   pospacerować   lub   popływać   kajakiem   po   jeziorze.   Nick   nie   wypowiedział 

wprawdzie słowa, które tak bardzo chciała usłyszeć, lecz uznała, że to tylko kwestia czasu. 

Zwyczajny, jak to bywa na początku związku, opór przed przyznaniem się do najgłębszego i 

najbardziej wiążącego ludzi uczucia.

Żadne z nich nie chciało, żeby ten idylliczny tydzień się skończył, ale kiedy nadeszła 

sobota,   Nick zapowiedział   powrót.  Wyruszyli   wczesną porą.  Podczas  drogi  milczał  i  był 

zamyślony,   ale   zakochana   na   zabój   Raine   wracała   do   Bostonu   z   głową   w   chmurach, 

oszołomiona szczęściem.

Na miejscu dowiedzieli się, że stryj i ojciec wybrali się na mecz piłkarski, na Nicka 

zaś czekała pilna wiadomość od sekretarki.

- Szlag by trafił - wymruczał ze ściągniętym czołem. -Muszę z tobą porozmawiać. 

Mam ci coś ważnego do powiedzenia.  .. ale może lepiej  pojadę najpierw do roboty.  Po-

winienem przejrzeć i podpisać pewne ważne dokumenty. - Ujął ją za obie ręce. - To potrwa 

najwyżej dwie godziny. Dasz tu sobie radę sama?

- No pewnie.

Pocałował ją mocno w usta i wyszedł.

Poszła na górę i rozpakowała walizkę. Kiedy przechodziła do dużego słonecznego 

salonu, w holu pojawiła się gosposia stryja, pani Espling.

- Czy coś pani podać, panno Marlowe? Może herbatę? -spytała.

- Dziękuję. Bardzo chętnie się napiję.

Nalewała   sobie   już   drugą   filiżankę,   kończąc   pyszną   domową   drożdżówkę,   gdy 

usłyszała,   że   ktoś   wchodzi   bez   pukania.   Podniosła   z   uśmiechem   wzrok   i   zaskoczona 

zobaczyła szczupłą dziewczynę, starszą od niej o jakiś rok czy dwa.

- Cześć! - rzuciła przyjaźnie. - Jestem Tina. A ty jesteś zapewne kuzynką Nicka. Kiedy 

rozmawialiśmy przez telefon, mówił mi, że przyjedziesz. Nick jest w domu?

- Nie, pojechał do pracy.

- W sobotę! - W rozpromienionych brązowych oczach Tiny pojawił się cień zawodu. - 

Nie wiesz przypadkiem, kiedy wróci?

- Powiedział, że zajmie mu to mniej więcej dwie godziny.

- No, to mam mnóstwo czasu. Wpadnę do domu rozpakować się.

- Mieszkasz daleko?

-   Nie,   w  sąsiednim   domu.   -  Tina   przysiadła   na   najbliższym   krześle,   najwyraźniej 

czując się tu jak u siebie. - Widuję Nicka prawie codziennie, a że trochę czasu mnie nie było... 

O, matko, jak ja się za nim stęskniłam! Przez trzy tygodnie siedziałam w Nowym Jorku u 

background image

przyjaciółki.   -   Zerknęła   na   zegarek.   -   Właśnie   w   tej   chwili   miałam   od   niej   wyjeżdżać. 

Umówiliśmy   się   z   Nickiem,   że   będzie   czekał   na   mnie   na   lotnisku,   tylko   że...   Tylko   że 

zorientowałam się, że mogę wrócić do domu dzień wcześniej, i postanowiłam zrobić mu 

niespodziankę.

Odgarnęła   ciemny   lok   i   raptem   Raine   spostrzegła   na   lewej   ręce   Tiny   piękny 

pierścionek z szafirem. Ogarnęły ją złe przeczucia.

- Piękny pierścionek - powiedziała, czując, że drętwieją jej usta.

Ładną, bladą twarz Tiny rozjaśnił uśmiech.

- Prawda? Chciałam mieć diamentowy soliter, ale Nick uznał, że nie byłby w moim 

stylu, i wybrał ten.

- Od dawna jesteście zaręczeni? - Raine miała wrażenie, że wstępuje na szafot.

-   Nick   oświadczył   mi   się   i   poszliśmy   kupić   pierścionek   na   dzień   przed   moim 

wyjazdem do Nowego Jorku. - Zerwała się na nogi. - Lecę rozpakować prezent dla niego. 

Kupiłam mu zegarek od Tiffany'ego. To niespodzianka, więc gdyby wrócił przede mną, nic 

mu nie mów.

- Nie zobaczę się z nim. Coś mi wypadło i muszę wracać do domu. Za chwileczkę jadę 

na lotnisko.

- W takim razie do zobaczenia - uśmiechnęła się Tina. -Mam nadzieję, że podobało ci 

się tutaj. Szczęśliwej drogi! Ledwie zamknęły się za nią drzwi, Raine zamówiła taksówkę. 

Wbiegła   do   swojego   pokoju,   wrzuciła   rzeczy   do   walizki,   nabazgrała   karteczkę   do   ojca, 

tłumacząc   swój   wyjazd   niedomaganiem   Marthy,  i  drugą  do stryja  z  podziękowaniami   za 

gościnę.

Los jej sprzyjał. Zdobyła miejsce w samolocie odlatującym do Londynu za niespełna 

godzinę. W czasie podróży musiała wyglądać bardzo źle, gdyż zwróciło to uwagę stewardesy. 

- Niedobrze się pani czuje? Czy coś podać?

- Nie, nie, dziękuję - uśmiechnęła się blado, wdzięczna za życzliwość. - Jestem po 

prostu zmęczona.

Była  zmęczona,  przepełniona   goryczą,   obolała.   Durna  baba!  -  wymyślała   sobie  w 

duch.   Ślepa,   bezmyślna   idiotka.   Nick   zabawił   się   na   boku,   korzystając   z   nieobecności 

narzeczonej, a ona straciła dla niego głowę. A co będzie, jeśli zaszła w ciążę? Ogarnęło ją 

takie przerażenie, że aż się jej zrobiło gorąco. Z pobieżnych wyliczeń wyniknęło jednak, że za 

swoją głupotę nie poniesie wiadomych konsekwencji. Uff! Ależ by się ojciec zdenerwował! A 

tak   -  nigdy  się   nie   dowie.   Miała   naprawdę   szczęście.   Nie  zmieniało   to   jednak   faktu,   że 

zachowała się jak głupia gęś. Uznała, że skoro zakochała się w Nicku, to on też musiał ją 

background image

pokochać i że w perspektywie oznacza to małżeństwo, dom, rodzinę. Dostała jednak bolesną 

nauczkę, która powinna być lekcją na całe życie.

Raine   przysięgła   sobie,   że   już   nigdy,   przenigdy   nie   pozwoli   na   to,   by   ktoś   ją 

wykorzystał.

Następne tygodnie były najgorszym okresem w jej życiu. Ciężkie były dni, jeszcze 

gorsze - noce. Martha obserwowała ją zaintrygowana, ale o nic nie pytała. Nigdy nie była 

wścibskaTelefonował ojciec. Nick również parokrotnie usiłował się do niej dodzwonić, lecz 

za każdym razem wykręcała się od rozmowy. Rozpoznając na kopertach jego charakter pis-

ma, niszczyła listy, które słał, nawet ich nie otwierając. Jeździła do firmy, usiłując zatracić się 

w pracy,  ale nie potrafiła się na niczym  skupić. Tęskniła za Nickiem bezustannie,  nawet 

wtedy, gdy powtarzała sobie, że zranił boleśnie dwie kobiety - ją i Tinę.

Ojciec wrócił do Anglii dopiero po miesiącu. Chociaż robiła dobrą minę do złej gry, 

bacznie i z niepokojem ją obserwował.

- Pokłóciłaś się z Nickiem? - spytał wreszcie.

- Wydaje ci się.

- Masz mnie za durnia, dziewczyno? Wiem, że nie chcesz z nim rozmawiać, a Martha, 

chociaż bardzo się stara, zupełnie nie umie kłamać. Musiało to być coś naprawdę poważnego, 

skoro zwiałaś do domu jak psiak z podwiniętym ogonem. Jestem jednak pewien, że...

- Proszę cię, tato - przerwała kategorycznie. - Nie chcę o tym mówić.

Westchnął tylko.

- Może zmienisz zdanie, kiedy Nick tu przyjedzie.

- Tutaj? - Poczuła się, jakby raził ją piorun. - Kiedy?

- Powiedział, że jak tylko będzie mógł się wyrwać z pracy. Możliwe, że w sobotę.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Całą noc przewracała się z boku na bok, aż wreszcie podjęła decyzję. Wstała raniutko, 

spakowała niezbędne rzeczy, napisała kartkę do ojca, że wyjeżdża na kilka dni do Londynu, i 

po cichu opuściła dom.  Bez wątpienia  było  to zachowanie  tchórzliwe, lecz nie zniosłaby 

spotkania   z   Nickiem.   Cokolwiek   go   ta   sprowadzało   -   nieczyste   sumienie   czy   spóźnione 

poczucie winy - nie chciała o tym wiedzieć. Nic, co mógł powiedzieć czy zrobić, nie było w 

stanie   wymazać   przeszłości   ani   umniejszyć   jej   wstydu.   Wysłuchiwanie   przeprosin 

upokorzyłoby ją jeszcze bardziej i odebrało resztki szacunku dla samej siebie.

Był to typowy jesienny poranek - szary i mglisty. Podjechała samochodem na dworzec 

i złapała najbliższy pociąg do miasta. W porze śniadania mieszkała już w cichym hoteliku w 

pobliżu Green Park.

Przez następne parę dni bardzo się starała zapomnieć o Nicku, ale na próżno.

Zmuszała się do codziennych spacerów, oglądała wystawy, zwiedzała muzea i galerie, 

byle tylko zabić czas. Piątego dnia dobrowolnego wygnania zatelefonowała do domu. Głęboki 

głos Nicka wstrząsnął nią do tego stopnia, że jak oparzana rzuciła słuchawkę. Nie miała 

apetytu,   lecz   jadła   przez   rozsądek,   a   wieczorami   chodziła   na   koncerty   i   przedstawienia 

teatralne.

Kiedy w piątkowy wieczorem wyszła z teatru, padał deszcz. Wypatrując taksówki, 

wpadła raptem na wysokiego szczupłego mężczyznę, zmierzającego w przeciwnym kierunku. 

Upuściła przy tym torebkę, która otworzyła się i cała jej zawartość rozsypała się po mokrym 

chodniku.

- Bardzo panią przepraszam. - Dobrze ubrany młody mężczyzna nachylił się i zaczął 

zbierać rzeczy. Podziękowała mu serdecznie.

-   To   moja   wina.   Usiłowałam   złapać   taksówkę   i   nie   patrzyłam   przed   siebie.   - 

Przeniosła ciężar ciała na prawą nogę i aż syknęła.

- Czy coś się stało? - zapytał.

- Chyba lekko skręciłam nogę w kostce. Ale to z pewnością nic poważnego.

- Da pani radę iść?

- Och, naturalnie. - Zrobiła krok, żeby to udowodnić, i znowu syknęła.

Spojrzał na nią zaniepokojony.

- Może lepiej będzie, jeśli panią podwiozę. Mam tu niedaleko samochód. - Widząc, że 

się waha, dodał: - W taki wieczór szanse na złapanie taksówki są raczej mizerne.

- No cóż... - powiedziała powoli, patrząc mu w oczy, przesłonięte okularami w złotych 

background image

oprawkach. - Jeśli nie byłoby to panu bardzo nie po drodze... Zatrzymałam  się w hotelu 

„Wirral”.

- Znam ten hotel. I tak się składa, że jadę w tamtą stronę, bo mam tam mieszkanie, 

chociaż   mój   dom   rodzinny   znajduje   się   w   Mayfair.   -   Podał   jej   ramię   ze   staroświecką 

elegancją i gdy zaczęli iść, przedstawił się: - Kevin Somersby.

Podczas krótkiej jazdy Raine dowiedziała się, i bynajmniej jej to nie zaskoczyło, że 

Kevin   pracuje   w   Ministerstwie   Spraw   Zagranicznych   i   że   jego   matką   jest   lady   Maude 

Somersby.

Był  przystojny, ale nieciekawy. Nie budził w niej żadnych żywszych  uczuć, może 

dlatego nie czuła się przy nim ani spięta, ani skrępowana. Przeciwnie - jego towarzystwo po-

zwoliło się jej odprężyć. Odprowadził ją do hotelowego holu i pożegnał się, życząc dobrej 

nocy.

- Dobranoc... i jeszcze raz dziękuję. - Raine podała mu rękę.

Przytrzymał ją dłużej i z pewnym wahaniem zapytał: - Czy wolno mi będzie wpaść tu 

jutro? Chciałbym upewnić się, że z pani kostką wszystko w porządku.

- Naturalnie.

Miły i przyzwoity, pomyślała, wjeżdżając windą na górę. Kompletne przeciwieństwo 

Nicka.

Gdy   po   śniadaniu   Kevin   zjawił   się   z   tuzinem   długich   róż   i   zaprosił   ją   na   lunch, 

zgodziła się bez wahania. Spotkanie przeciągnęło się do późnego popołudnia i w końcu zjedli 

razem kolację. Żegnając się, zapytał, jak długo Raine pozostanie w Londynie.

- Dokładnie nie wiem - odparła z wahaniem. - Myślę, że dzień, może dwa.

- A czy jutro masz czas? - zapytał. - Mama chciałaby cię poznać i zaprasza na lunch...

- Dziękuję. Z przyjemnością. - Nie bardzo wiedziała, jak się wykręcić, a poza tym 

nawet nie miała pewności, czy rzeczywiście ma ochotę odmówić.

- W takim razie przyjadę po ciebie około dwunastej. Wyglądał, jakby kamień spadł 

mu z serca, i Raine raptem nabrała podejrzeń. Na tym spotkaniu zależało zapewne przede 

wszystkim   lady   Somersby.   Chciała   naocznie   stwierdzić,   czy   niejaka   Raine   Marlowe   jest 

odpowiednią towarzyszką dla jej syna-jedynaka. No, ładnie...

Następnego dnia w restauracji powitała ją z najwyższą kurtuazją majestatyczna lady ze 

sztywno ułożonymi włosami, kilkoma sznurami pereł i z oczami jak lasery. Po wyśmienitym 

lunchu, podczas którego Raine została uprzejmie, acz gruntownie przepytana na temat ojca, 

matki, pochodzenia i pozycji społecznej, lady Somersby zasugerowała Kevinowi, żeby kiedyś 

zaprosił Raine na niedzielny obiad.

background image

Wieczorem, po telefonicznej rozmowie z Marthą, od której dowiedziała się, że Nick 

wyjechał do Stanów, Raine zawiadomiła Kevina, że wraca do domu. Nie ukrywał zawodu.

- Będziesz u nas zawsze mile widzianym gościem - powiedziała na osłodę. - Wpadaj, 

kiedy tylko zechcesz.

- Jesteś tu samochodem?

- Nie. Przyjechałam pociągiem.

- W takim razie może cię odwiozę?

Zastanawiała się przez chwilę, co pomyśli o tym ojciec. W końcu uznała, że jest to 

wyborne rozwiązanie. Obecność Kevina byłaby najlepszym dowodem na to, że zupełnie nie 

zależy jej na Nicku. Poza tym uda jej się uniknąć burzliwej rozmowy z ojcem. Choćby był na 

nią potwornie wściekły,  nie będzie jej robił awantury przy świadkach. Dlatego też Raine 

przezornie zaprosiła Kevina na kolację.

Od tej pory stał się u nich bardzo częstym gościem, a wczesną wiosną uroczyście się 

jej   oświadczył.   Nie   była   zaskoczona,   gdyż   posunięcia   Kevina   zawsze   dały   się   z   góry 

przewidzieć. On nigdy nie zraniłby jej dotkliwie i nie porzucił. Nie rozpalał jej zmysłów, ale 

czuli   się   w   swoim   towarzystwie   swobodnie.   Chcieli   od   życia   tego   samego...   Kupił   jej 

pierścionek z diamentem, zaczęli przygotowywać się do ślubu i snuć plany na przyszłość. 

Raine   chciała   w   dalszym   ciągu   pracować,   przynajmniej   przez   pewien   czas,   lecz 

nieoczekiwanie w tej kwestii Kevin okazał się nieugięty.

- Pora, skarbie, podjąć decyzję - powiedział kiedyś takim tonem, jakby od tych ustaleń 

zależało ich życie. - Mojej matce bardzo nie podobają się te dzisiejsze małżeństwa, w których 

żona pracuje zawodowo ze szkodą dla życia rodzinnego. Poza tym, jak by na to nie patrzeć, 

moje mieszkanie jest za daleko, żeby twoje codzienne dojazdy w ogóle się nam opłacały.

- Mówiłam ci już, że nie chcę się stąd wyprowadzać. Tata opiekuje się mną od śmierci 

mamy, jestem dla niego wszystkim... A tutaj, u nas, jest osobne wielkie mieszkanie. Do pracy 

nie będziesz miał stąd dalej niż teraz.

Jednakże i w tej sprawie okazał się niezwykle uparty.

- Zawsze mi się wydawało, że to żona powinna się wprowadzić do domu męża, a nie 

odwrotnie.

- Ale pomyśl tylko... Co ja będę robić, zamknięta przez cały dzień w tej londyńskiej 

dziupli?

Z wyrazu jego bladych szarych oczu wywnioskowała, że poczuł się urażony.

- Po ślubie, mam nadzieję, nie będziemy przecież siedzieć ciągle w domu. Możesz też 

zająć się działalnością charytatywną. Mama bardzo chętnie pomoże ci w tym. A w ogóle to 

background image

ustaliliśmy już chyba, że chcemy założyć rodzinę.

- Miasto nie jest z całą pewnością najlepszym miejscem do wychowywania dzieci - 

powiedziała z uporem.

- Kiedy przyjdzie na to czas, rozejrzymy się za domem na wsi - obiecał. - Zgoda?

- Zgoda - odpowiedziała z ociąganiem. - Powiem tacie, że po ślubie nie wrócę do 

pracy. Pewien swego Kevin zrobił się wielkoduszny.

-   Jeśli   zechcesz   być   blisko   ojca,   to   kupując   dom,   postaramy   się   znaleźć   coś   w 

rozsądnej   odległości   stąd...   Muszę   jechać.   Rano   odwożę   mamę   na   posiedzenie   fundacji 

charytatywnej, a potem na lunch, ale przyjadę tu po południu. Zarezerwowałem stolik w tej 

knajpce, którą chciałaś zobaczyć.

Rozbrojona jego troskliwością i tym, że chciał jej zrobić przyjemność, odprowadziła 

go do bramy i pomachała na pożegnanie.

Stary   ogród   wypełniało   słońce.   Z   zamkniętymi   oczami,   podłożywszy   pod   głowę 

wełniany serdak, Raine wyciągnęła się na trawie. Nad lawendą i różami bzykały pszczoły. 

Pachniały zioła. Leciutki powiew wiatru musnął jej policzek i rozwiał grzywkę. Calib, który 

zwinął się na jej brzuchu, zmrużył sennie ślepka, wylizał języczkiem łapkę i zaczął toaletę od 

ucha.   Nagłe,   obdarzony   czulszym   słuchem   niż   jego   pani,   uniósł   łepek   i   nadstawił   uszu. 

Chwilę później w wysokim murze z różowej cegły zaskrzypiała furtka. Raine usłyszała kroki 

na krętej, obsadzonej kwiatami ścieżce i poczuła, że kot miękko zeskakuje z jej brzucha. 

Znikał zawsze, gdy nadchodził Kevin, zdecydowanie odrzucając wszelkie próby nawiązania 

przyjaźni. Cień padł na jej twarz. Nie otwierając oczu, wymruczała leniwie:

- Cześć.

Kiedy usiadł i nachylił się, muskając jej usta, objęła go za szyję, a on wyciągnął się 

przy niej. Dziwne. Kevin i wylegiwanie się na trawie? To zupełnie nie w jego stylu. Dotyk 

warg też był jakiś inny - mniej zdawkowy, budzący emocje. I to jakie emocje! Wrażenie 

pogłębiło się jeszcze, gdy pocałował ją mocniej. Serce zaczęło jej bić jak szalone, całe ciało 

ogarnął płomień. Raptem zadrżała, jakby ktoś oblał ją wiadrem zimnej wody, i natychmiast 

otrzeźwiała. Do tej pory tylko jeden mężczyzna, Nick, potrafił tak silnie ją pobudzić. A teraz 

znowu ten... Nie! Nie życzyła sobie takich odczuć. Przerażały ją, pozbawiały samokontroli.

Sztywniejąc w oporze, próbowała go odepchnąć i otworzyła oczy. Oślepiło ją słońce i 

naraz zobaczyła pociągłą twarz i śmiejące się kpiąco oczy w oprawie ciemnych rzęs. Twarz, 

której nauczyła się nienawidzić. Której nigdy w życiu nie chciała już oglądać. Ogarnęła ją 

panika.

- To ty - wyszeptała. Poderwała się, usiadła prosto i usiłując zagłuszyć łęk, wybuchła z 

background image

wściekłością: - Skąd się tu wziąłeś? Jak śmiesz mnie w ten sposób całować?

- A jak chcesz, żeby cię całować? - zadrwił. - Z większą atencją i mniej spontanicznie, 

tak jak zapewne robi to twój narzeczony?

- Nie życzę sobie, żebyś mnie całował. Ani tak, ani siak. W ogóle!

- Kiedyś chciałaś...

Zawirowało jej w głowie od wspomnień.

- A skąd ty możesz wiedzieć, jak całuje mnie Kevin?! - krzyknęła gniewnie.

-   Twój   tato   opisał   mi   go   jako   niższego   rangą   urzędnika   w   ministerstwie   - 

opanowanego, kulturalnego człowieka.

-   Czyli   twoim   zdaniem,   nudnego   jak   flaki   z   olejem.   Nick   zwinnie   podniósł   się   i 

wyciągnął do niej rękę.

- Nie mam racji?

- Absolutne pudło. Zresztą... ani mi się śni z tobą o nim rozmawiać. - Wstała, nie 

przyjmując pomocy, świadoma, że zauważył pierścionek, który błysnął na jej ręce. - A ty... po 

coś tu w ogóle przyjechał?

Błysnął w uśmiechu zębami, ale wyczuła w tym nie wesołość, a groźbę.

- Nie chciała góra do Mahometa, więc... Na ułamek sekundy zamarło w niej serce.

- Czy tato wiedział, że przyjedziesz?

- Tak. Rozumiem, że cię o tym nie uprzedził? Prychnęła gniewnie.

- Zapewne go o to prosiłeś.

- Czas najwyższy, żebyśmy ze sobą porozmawiali -stwierdził lakonicznie.

- Nie ma o czym. Za miesiąc wychodzę za mąż. Wymówiła te słowa jak zaklęcie, 

które miało ją uchronić przed wszelkimi niebezpieczeństwami.

- Naprawdę? - wycedził.

- Naprawdę. - Starała się, by zabrzmiało to pewnie, ale była kiepską aktorką. - Tata na 

pewno ci o tym napomknął.

Doskonale wiedziała, że ojciec i Nick byli ze sobą w stałym kontakcie.

- O tak, napomknął - przytaknął ironicznie. - Mam jednak wrażenie, że twój luby nie 

za bardzo przypadł mu do gustu.

Była to prawda, nie mogła temu zaprzeczyć.

- Nie twoja rzecz, co ojciec myśli na temat Kevina - powiedziała szorstko.

- No, nie wiem. Bądź co bądź, jesteśmy przecież rodziną, a kuzyni i krewni często się 

całują... Co prawda od czasu kiedy nam się to zdarzyło robić, minął prawie rok - dodał z 

przekąsem,   widząc,   że   Raine   nie   zamierza   podjąć   wyzwania   i  dalej   gładzi   Caliba,   który 

background image

owinął mu się wokół kostek.

- Dziś przecież cię nie całowałam. - Przemogła ucisk w gardle.

- A to ciekawe. Widać tylko mi się wydawało.

- Myślałam, że to Kevin.

-   No   cóż,   skoro   potrafi   obudzić   w   tobie   taką   namiętność,   to   twój   ojciec   chyba 

niesłusznie uważa go za pruderyjnego nudziarza.

Wiedziała, że to prowokacja, ale nie potrafiła się powstrzymać.

- Kevin nie jest pruderyjny! On po prostu... - urwała i dorzuciła zdenerwowana: - A 

jeśli chodzi o mnie, wolę zwykłą sympatię od...

- Od namiętności? - dokończył z drwiną. - A pewnie, pewnie. Romansować wolno 

każdemu. To o wiele mniej ryzykowne niż prawdziwa namiętność. Trzymanie się za rączki, 

spacerek w świetle księżyca, ukradkowy całus... Bardzo to śliczne, tyle że do niczego nie 

zobowiązuje   i   nie   wymaga   głębszego   uczucia.   Jest   spokojnie,   przewidywalnie   i   bardzo 

bezpiecznie.

I   kto   to   mówił?   Nick?   Doprawdy,   jakie   miał   prawo   wygłaszać   morały   na   temat 

zobowiązań i głębi uczuć?

- A jeśli nawet? - rzuciła rozpaczliwie. - Jeżeli ja tak wolę, to nic ci do tego.

- Tylko dlaczego chcesz właśnie tego?

Dlaczego? Bo raz już uległa prawdziwej namiętności i prawie ją to zabiło. Nie miała 

ochoty na powtórkę z rozrywki. Nie mogła sobie na to pozwolić. Raptem Nick wziął ją za 

ramiona i zmusił, żeby na niego spojrzała.

- Dlaczego? - powtórzył. - Dlaczego chcesz, żeby wszystko w twoim życiu było nudne 

i   poukładane?   To   naprawdę   nie   jest   dobry  przepis   na   małżeństwo.   To   tak,   jakby  chcieć 

żeglować trójmasztowcem po stawie, zamiast wypłynąć na otwarte morze.

Kiedy ją puścił, odczuła prawdziwą ulgę.

- Niektórzy ludzie cierpią na chorobę morską.

- Kevin na przykład?

- Nam obojgu, i jemu, i mnie, odpowiada spokojny, przyjacielski...

- Przyjaźń? Wielkie nieba, zapowiada się coś na kształt białego małżeństwa.

- Wcale nie! Nie będzie tylko...

- No, jakie? Pełne przygód? Namiętne? Poszukała odpowiedniego słowa.

- Burzliwe. Ani mnie, ani jemu nie zależy na szalonych uniesieniach. - Uświadamiając 

sobie, jak żałośnie to zabrzmiało, zaczerwieniła się i spuściła głowę. Długie włosy do połowy 

przesłoniły jej twarz.

background image

Nick roześmiał się nieprzyjemnie.

- W żyłach naszego małego lorda płynie chyba woda, a nie krew, skoro godzi się na 

taki mdły związek. Zdaje się, że twój ojciec miał rację, gdy...

- Tato się myli. Uprzedził się i...

- Daruj sobie ciąg dalszy - przerwał spokojnie. - Tak się składa, że będę miał możność 

sam wyrobić sobie pogląd na tę sprawę.

Przez trawę szedł w ich stronę Kevin. Po raz pierwszy rzuciło się jej w oczy, że ma 

zaokrąglone ramiona i porusza się nieco ociężale. Chociaż dzień był bardzo ciepły i mimo że 

była sobota, miał na sobie garnitur i krawat. Przy Nicku, ubranym elegancko, lecz swobodnie 

w   lekkie   spodnie   i   rozpiętą   pod   szyją   ciemnoniebieską   koszulę,   wyglądał   niezgrabnie. 

Sztywniak,   pomyślała,   ale   jakby   chcąc   sobie   coś   udowodnić,   podbiegła   do   niego   z 

promiennym uśmiechem, zarzuciła mu ręce na szyję, wspięła się na palce i pocałowała w 

same usta. Nie powiedział co prawda: „Duszko, uspokój się”, ale był taki zażenowany, że 

Nick zaczął się dusić ze śmiechu. Ranie zerknęła na niego z nienawiścią. Opamiętał się i 

wyciągnął rękę do Kevina.

- Dominie Marlowe. Jestem kuzynem Raine.

- Kevin Somersby. Miło mi. - Z wyraźnym zdziwieniem w oczach uścisnął prawicę 

Nicka.

Raine podniosła wełniany serdak i oczyściła go z trawy.

- Wejdźmy może do domu - zaproponowała, biorąc narzeczonego pod rękę.

Ze spokojną pewnością siebie, która ubodła ją do żywego, Nick zajął miejsce u jej 

drugiego boku.

- Trudno mi się dopatrzyć  między wami podobieństwa, choć mówisz,  że jesteście 

spowinowaceni   -   zauważył   Kevin,   zerkając   to   na   nią,   smukłą   i   czarnowłosą,   to   na   jej 

jasnowłosego, rosłego towarzysza.

- Nie łączą nas więzi krwi - wyjaśnił lakonicznie Nick.

- Nosicie wszakże to samo nazwisko...

- Moja matka owdowiała. Miałem rok, gdy poślubiła Harry'go Marlowe'a. Usynowił 

mnie.

- Rozumiem. - Kevin kiwnął głową. - A czym się pan zajmuje, panie Marlowe?

- W rodzinie mówią na mnie Nick.

- A tak, oczywiście... Nick - przytaknął Kevin odrobinę za wylewnie.

Nick uśmiechnął się.

-   Przejmuję   małe,   upadające   firmy   i   przemieniam   je   w   duże   i   kwitnące 

background image

przedsiębiorstwa.

Wyraźnie zbity z tropu Somersby poprawił okulary.

- To musi dawać prawdziwą satysfakcję - powiedział drętwo.

- O, tak, proszę mi wierzyć.

Nie wiedzieć czemu Raine zadrżała. Calib, jak zwykle, gdy pojawiał się Kevin, znikł 

gdzieś w zaroślach. Raptem, ku najwyższemu zdumieniu Raine, wyłonił się zza kępy fio-

letowych kwiatków, otarł się o nogi Nicka i asystował mu niemal z psim oddaniem.

- Kot zna cię chyba bardzo dobrze - skomentował Kevin, a gdy Nick nie zareagował, 

dodał dosyć wyniośle: - Trochę to dziwne, że się do tej pory nigdzie nie spotkaliśmy. Nie 

przypominam też sobie, żeby Lorraine wspominała o tobie.

- Ona w ogóle jest dosyć dziwną osóbką - odparował z uśmiechem Nick, zerkając 

poufale na swoją kuzynkę. - Aż do dziś słowem nie napomknęła mi o twoim istnieniu.

Kevin nie bardzo wiedział, jak zareagować. Zapadła ciężka cisza, aż w końcu - czy to 

z ciekawości, czy dlatego, że tak nakazywały dobre maniery - przerwał ją Somersby.

- Zdaje się, że nie pochodzi pan... o, przepraszam... że nie pochodzisz z Europy?

- Zgadza się. Mieszkam w Stanach, w Bostonie.

- A tak... Zaciekawił mnie twój akcent. Wywodzisz się może z bostońskich braminów?

- Niestety nie - odparł chłodno Nick. - Chociaż faktem jest, że dalecy przodkowie 

mojej matki przybyli do Ameryki na „Mayflower”

1

.

- Bostońscy bramini? - wtrąciła Raine. - Nie słyszałam takiego określenia. Co to za 

licho?

Odpowiedział jej Nick.

- To wprowadzone w XIX wieku przez Olivera Wendella Holmesa pojęcie oznacza 

trudniącą się handlem, oczytaną, dużo podróżującą i bardzo konserwatywną elitę bostońską. 

Byli oni na ogół potomkami siedemnastowiecznych purytańskich osadników.

Wyszli z ogrodu i zaczęli iść wznoszącym się łagodnie trawiastym zboczem do domu 

z różowej cegły. Kevin przygładził i tak już ulizane włosy.

- Znacie się zatem od dziecka? Nick pokręcił głową.

- Nie dane nam się było poznać aż do... Raine, kiedy to właściwie miało miejsce?

- Nie pamiętam dokładnie. - Zacisnęła zęby.

- Oj, pamiętasz, pamiętasz na pewno. - Przytrzymał jej spojrzenie.

- Chyba jakiś rok temu - rzuciła najswobodniej, jak umiała.

1

  „Mayflower” - żaglowiec handlowy, na którym w 1620 roku dotarło z Anglii do brzegów Nowej 

Anglii   102   tzw.   „pielgrzymów”,   purytanów,   którzy   zapoczątkowali   tam   osadnictwo   i   stworzyli   ramy 
mieszczańskiego samorządu kolonii (Przyp. tłum.).

background image

-  To  trochę  romantyczna  historia   - dopowiedział   Nick.  - Nieprawdaż,  moja   miła? 

Widzisz... - zwrócił się do Kevina - to było tak...

Przestraszona określeniem „moja miła” i perspektywą tego, co być może zamierzał 

ujawnić, Raine przerwała mu gwałtownie:

- Oj, nie nudź. Co Kevina mogą obchodzić nasze rodzinne historie...

- Ależ, Lorraine - obruszył się Somersby. - Mów, Nick, bardzo proszę.

- A może ty? - Nick zrobił do niej oko. Zdenerwowana, oszacowała szybko dystans 

dzielący ich od domu i zaczęła z wahaniem:

- Harry, przybrany ojciec Nicka - wymówiła jego imię niemal z nienawiścią - i mój 

tata  są  bliźniakami.   Ponad trzydzieści  lat   temu  pokłócili  się  i  zerwali  kontakty.   Ubiegłej 

jesieni, zupełnie niespodziewanie, stryj Harry odezwał się. Napisał, że zostało mu niewiele 

życia i pragnie pogodzić się z rodziną. Pojechałam z tatą do Bostonu i w ten oto sposób - 

dorzuciła obojętnie, wchodząc do domu - poznałam Nicka.

Przeszła   przez   hol   i   otworzyła   drzwi   do   długiego   pokoju   o   ścianach   wyłożonych 

boazerią, z czarnymi belkami pod sufitem. Na dębowym parkiecie stała wygodna, miękka ka-

napa i kilka pięknie utrzymanych antyków. Ciemne kąty rozjaśniały kwiaty w wazonach.

Ojciec Raine podniósł wzrok znad kryminału. Dawniej był pracusiem i nigdy nie miał 

czasu na odpoczynek, ale w tym roku uległ, niegroźnemu na szczęście, wypadkowi. Lekarze 

przestrzegli   go,   że   powinien   zwolnić   tempo   życia   i   zacząć   o   siebie   dbać.   Chyba   po   raz 

pierwszy usłuchał ich zaleceń.

Zdjął okulary, odłożył książkę i uśmiechnął się do córki.

- Była tu przed chwilą Martha. Pytała, na ile osób ma przygotować kolację. - Spojrzał 

na Kevina uprzejmie, acz bez serdeczności.

- Nick zostaje? - zapytała chłodno.

W orzechowych oczach ojca pojawiło się rozdrażnienie.

- Naturalnie, że zostaje.

- No, to będziecie na kolacji sami. - Przytuliła się do narzeczonego. - Mamy na ten 

wieczór inne plany, prawda, kochanie?

Ojciec ściągnął brwi.

- To znaczy?

- Tylko się przebiorę i jedziemy do Lopsley. Kevin zabiera mnie do „Phasianidae”.

- A co to za licho? - zirytował się ojciec.

-   Pewna   knajpka,   dopiero   co   otwarta.   Wybaczcie   więc,   że   nie   będziemy   wam 

towarzyszyć.   -   Posłała   Nickowi   złośliwy   uśmiech.   -   Jestem   pewna,   że   tobie   i   tacie   nie 

background image

zabraknie tematów do rozmowy.

- Też jestem tego pewien - przytaknął gładko. - Tyle że to tobie powinno zależeć na 

rozmowie ze mną.

Jej twarz zamieniła się na moment w sztywną maskę.

- Wszystko, co chcesz mi powiedzieć, może z całą pewnością poczekać do jutra.

- Niestety nie. - Nick odwrócił się i położył dłoń na ramieniu Kevina. - Mamy pewien 

rodzinny problem, który wymaga natychmiastowego rozwiązania. Wiem, że to zrozumiesz. 

W tej sytuacji na pewno nie chciałbyś...

- Nie, nie, ależ naturalnie...  - Słysząc chłodną wyniosłość w pozornie przyjaznym 

tonie Nicka, Kevin zaczął się wycofywać, ale Raine nie zamierzała dać łatwo za wygraną.

- Naprawdę nie pojmuję, co jest aż tak pilne, że nie może poczekać do rana.

- Nie przejmuj się, duszko - uspokoił ją pospiesznie Kevin. - Wybierzemy się tam 

kiedy indziej. Odwiedzę cię jutro. Czy tak będzie dobrze?

Pragnąc za wszelką cenę zatrzymać narzeczonego, Raine zwróciła się do ojca:

- Oj, tatku... Przecież Kevin już niedługo będzie naszą najbliższą rodziną. Mógłby 

zostać?

-   Mógłby,   ale...   -   odpowiedział   za   ojca   Nick.   Wcale   byś   sobie   tego   nie   życzyła, 

ostrzegły ją szafirowe oczy. Zawahała się. W porządku, niech mu będzie.

Jakby to był jego dom, Nick, nie kryjąc pośpiechu, prowadził Kevina do drzwi.

Rozzłoszczona, z wypiekami na twarzy, Raine zwróciła się do ojca:

- Co on tutaj robi?

- Poprosiłem, żeby przyjechał.

- A dlaczego mi o tym nie powiedziałeś?

- Bo ostatnim razem, kiedy cię uprzedziłem, wymiotło cię z domu.

- Nie chciałam się z nim widzieć.

- Oj, dziewczyno, dziewczyno! - wybuchnął nagle. -Czy ty w ogóle masz pojęcie, jak 

się wtedy wściekł? Siedział tu ponad tydzień, choć miał pilne sprawy w Bostonie. Zrobiłaś z 

niego wariata, a musisz wiedzieć, że to nie jest mężczyzna, który pozwoli się tak traktować. 

Zabrakło ci odwagi, żeby zostać i wysłuchać, co ma ci do powiedzenia?

- Nie miałam ochoty go słuchać. Teraz też nie mam.

- No cóż - stwierdził Marlowe prawie ze złością. -Wiecznie nie możesz go unikać. Jest 

tutaj i będziesz musiała się z nim rozmówić.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Kręciła głową, w milczeniu przeżuwając stwierdzenie ojca. Nieprawda, niczego nie 

musiała. Gdyby to od niej zależało, nigdy już nie zobaczyłaby się z Nickiem.

Chociaż ojciec bardzo ją o to prosił i mimo że do końca życia miała się tego wstydzić, 

stchórzyła i nie pojechała nawet na pogrzeb stryja, byle tylko uniknąć spotkania z Nickiem. 

Nagle, nie wiedzieć czemu, ogarnęło ją śmiertelne przerażenie.

- Z jakiego powodu po niego posłałeś?

Ojciec zmieszał się nieco, ale odpowiedział spokojnie:

-   Lekarz   radzi,   żebym   nie   wracał   do   pracy   przynajmniej   przez   trzy   miesiące.   - 

Bezwiednie dotknął piersi.

- Serce? - wyszeptała.

- Nie, nie. Jestem zdrów jak ryba. Tyle że, cóż... nie będę już młodszy i...

- Och, tato! - Uklękła przy jego krześle.

- Nie szalej, dziewczyno. - Poklepał ją po ręce. - No, wstań. Wierz mi, nie jestem 

chory. Chciałbym po prostu trochę odsapnąć. Przyjazd Nicka ściśle się z tym wiąże.

Poczuła na plecach chłodny dreszcz.

- Co chcesz przez to powiedzieć?

- A to, że tymczasowo oddaję mu stery.

- A ja?! Mogłabym się wszystkim zająć - zaprotestowała, podnosząc się z kolan.

Ojciec zaprzeczył ruchem głowy.

- Wychodzisz za mąż, a Kevin nie życzy sobie, żebyś pracowała.

-   No   dobrze.   A   David?   Nie   poradzi   sobie?   Pracuje   z   tobą   od   lat,   możesz   mu 

całkowicie zaufać...

- David ma i tak dość roboty. Potrzebuję kogoś z głową z inicjatywą.

- Ale jakim cudem Nick może zająć się twoimi interesami? Zaniedba własne?

- Powiedział mi niedawno, że stworzył znakomity zespół. Przez pewien czas dadzą 

sobie radę bez niego. Poza tym Nick prowadzi rozmaite interesy na całym świecie. Pilnował 

tego wszystkiego, siedząc w Stanach, więc z powodzeniem może to robić i tutaj... Dobrze 

wiem, że stosunki między wami nie są najlepsze, ale... - zawiesił głos, widząc jej zirytowaną 

minę - ale wyświadcza nam naprawdę dużą przysługę. Postaraj się więc być dla niego miła, 

bardzo proszę.

Zacisnęła usta. Kiedy ojciec zwracał się do niej tonem łagodnej reprymendy, czuła się 

jak dziecko.

background image

- Wiem, że miałaś zamiar wziąć sobie w przyszłym miesiącu wolne ze względu na 

zbliżający   się   termin   ślubu,   ale   gdybyś   zechciała   poświęcić   dzień   czy   dwa   i   pojechać   z 

Nickiem do firmy.

- Nie! - wybuchła, lecz po chwili dodała spokojniej: -Wybacz, tatku, nie będę miała 

czasu. - Na twarzy ojca odmalował się taki zawód, że aż ścisnęło się jej serce, ale musiała być 

twarda.   -   Prawdę   powiedziawszy,   w   ogóle   mnie   tu   nie   będzie.   Wesele   wyprawiamy   w 

Mayfair,   więc   lady   Somersby   zasugerowała,   żebym   zatrzymała   się   u   niej   do   czasu,   aż 

uzgodnimy wszystkie szczegóły.

Przez całe ubiegłe dwa tygodnie opierała się grzecznie tej propozycji, ale w zaistniałej 

sytuacji takie rozwiązanie wydało się jej mniejszym złem.

- Jutro jadę z Kevinem do Londynu.

- Po raz kolejny uciekasz!

- Skądże znowu, po prostu mam dużo na głowie. Jakiś cichy dźwięk sprawił, że oboje 

podnieśli   wzrok.  W  drzwiach   stał  Nick.  Sądząc  z  jego  postawy  i  kpiącej   miny,  usłyszał 

wystarczająco   dużo,   żeby   mieć   obraz   sytuacji.   Kiedy   się   odezwał,   jego   głos   zabrzmiał 

chłodno i twardo.

-   Naprawdę,   Raine,   powinniśmy   przeprowadzić   tę   rozmowę,   zanim   poczynisz 

jakiekolwiek dalsze kroki.

- Wiem już wszystko od taty - powiedziała oschle. -Pięknie, że chcesz mu pomóc, 

jestem ci wdzięczna, ale...

- Nie zgrywaj się. Zaczerwieniła się, lecz brnęła dalej:

- Ale mnie to nie dotyczy, więc...

-   Nie   bądź   tego   taka   pewna.   Co   prawda   ojciec   wprowadził   cię   już   częściowo   w 

sprawę, ale zrozumiesz wszystko lepiej, kiedy usłyszysz, co mam ci do powiedzenia.

- Wybaczcie, proszę. - Ralph podniósł się z fotela. - Pójdę powiedzieć Marcie, ile osób 

będzie na kolacji.

- Szczerze mówiąc, miałem zamiar zabrać Raine do miasta - przyznał bezczelnie Nick. 

- Jeśli ci to oczywiście nie przeszkadza.

- Ani trochę - uśmiechnął się ojciec i wyszedł. Na moment odebrało jej mowę.

- Nie pójdę z tobą na kolację, choćbyś był jedynym facetem na ziemi! - krzyknęła 

rozwścieczona.

- Bardzo oryginalna uwaga.

- Oryginalna czy nie, mówię, co myślę. Jak ty w ogóle masz czelność zaproponować 

coś takiego, wiedząc, że popsułeś wszystkim wieczór?!

background image

- Wieczór się jeszcze nie skończył - zaznaczył Nick z dziwną nutą w głosie, a widząc, 

że zadrżała, dodał znudzonym tonem: - No, a teraz, maleńka, idź się przebrać.

- W sobotę, w dodatku o tej porze nie dostaniemy się nigdzie bez rezerwacji. - Nawet 

nie próbowała ukryć triumfu. - I w końcu wylądujemy w tutejszym barze szybkiej obsługi.

Nick uśmiechnął się zjadliwie.

- Zarezerwowałem stolik w „Priest House”.

- Jak śmiesz robić coś takiego bez pytania mnie o zdanie?! - Nagle uświadomiła sobie, 

że dała się sprowokować, dlatego dodała już spokojniej: - Obawiam się, że będziesz dziś jadł 

sam. Nie przyjmuję twojego zaproszenia.

Nickowi stężała twarz.

- Moja droga, ty chyba nie rozumiesz. To nie jest zaproszenie. To rozkaz.

- Co takiego?! Wydaje ci się, że możesz mi rozkazywać? A to niby dlaczego?

- Bo trzymam wszystko w garści - odparł z przerażającą pewnością siebie i z zimnym 

uśmiechem.

Chciała zaprzeczyć, ale pojęła w mig, że ani nie żartował, ani nie zwariował.

- Ojej, ale ty masz wielkie oczy - wymruczał drwiąco. Odzyskała głos.

-   Jeśli   myślisz,   że   pozwolę   sobą   manipulować,   ponieważ   pomagasz   ojcu...   -   Nie 

odezwał się, ale i bez tego była absolutnie przekonana, że tu chodzi o coś innego. - Skoro nie 

dlatego, to z jakiego powodu tak się zachowujesz?! - krzyknęła zdezorientowana.

- Proponowałbym, żebyś poszła się teraz przebrać. - Zabrzmiało to znowu jak rozkaz. 

- Aha, i jeszcze jedno - rzucił za nią - radziłbym na razie nie niepokoić ojca.

Ostrzeżenie   to   wracało   do   niej   bezustannie,   gdy   przygotowywała   się   do   wyjścia. 

Czyżby Nick wiedział o czymś, co ojciec przed nią taił? Postanowiła, że przy najbliższej 

okazji   zamieni   parę   słów   z   doktorem   Broadbentem.   Włożyła   jedwabną   liliową   sukienkę, 

pasujący   do   niej   żakiecik   i   sandałki   na   wysokim   obcasie.   Zbyt   podenerwowana,   żeby 

przejmować się makijażem, przeczesała grzebieniem włosy i chwyciła torebkę. Była gotowa.

Nick czekał już na nią w holu. Był w świetnie skrojonym, lekkim garniturze, wybrał 

krawat w perłowym odcieniu i starannie zaczesał włosy na bok. Stał w nonszalanckiej pozie i 

patrzył, jak Raine schodzi schodami - długonoga, zgrabna i elegancka.

- Gratuluję tempa - skomentował z satysfakcją, biorąc ją pod brodę. Studiował przez 

chwilę jej twarz, aż zatrzymał wzrok na pełnych ustach.

- Nie...

- Nie masz szminki. - Zamarła i zamknęła oczy, gdy owionął oddechem jej usta, lecz 

do pocałunku nie doszło. Z delikatnym okrucieństwem Nick skubnął tylko zębami jej dolną 

background image

wargę. - Nawet bez makijażu jesteś najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek widziałem - 

powiedział bez emocji, gdy uniosła powieki.

- Za chwileczkę się dowiem, że Kevin to szczęściarz - próbowała zakpić.

- Zależy, jak się na to patrzy. Osobiście od urody wyżej sobie cenię to, że ktoś jest 

godzien zaufania.

Chłodny  przytyk  wypowiedziany   został   bez  złośliwości.  A  jednak   zabolał  ją,  i  to 

mocno. Wyszarpnęła głowę.

- Czy twoja narzeczona mogła ci bezgranicznie ufać?

- Wyjaśniłbym  ci, jak się sprawy mają, gdybyś  mi dała ku temu  okazję. Niestety 

uciekłaś.

- W najlepszym razie przyznałbyś się do tego, że jesteś świnią bez zasad. Ciekawe, jak 

byś wytłumaczył to, że mnie uwiodłeś, chociaż byłeś zaręczony.

- Uwiodłem cię? Dobre sobie. Pamiętam, że byłaś więcej niż chętna.

- Może tak było, ale nie miałam wtedy pojęcia, jaki jesteś naprawdę.

- Aż w końcu, twoim zdaniem, poznałaś całą prawdę. Tak uważasz? Nie chciało ci się 

nawet mnie wysłuchać...

Oskarżał   ją  z   gniewem,  zapalczywie.  Czuła,  że   jeżeli  ma   dla  niej  w  ogóle   jakieś 

uczucie, to wyłącznie nienawiść. W porządku, pomyślała z goryczą. Przynajmniej w tym jed-

nym jesteśmy zgodni.

-   Tak   czy   owak   -   wzruszył   ramionami   -   to   już   przeszłość.   Teraz   obchodzi   mnie 

jedynie przyszłość.

- Czego ode mnie chcesz?

- Nic, czego byś mi już nie dała. Stwierdził to tak ironicznie, że zlodowaciała.

- Jeśli myślisz, że...

- Myślę, że powinniśmy już iść. Przepadnie nam rezerwacja.

Objął ją w talii i przechodząc przez hol, otworzył drzwi do pokoju ojca.

- Wychodzimy już - zawołał serdecznie, a Ralph uniósł rękę w geście pożegnania.

- Bawcie się dobrze.

Słońce zaszło. Powietrze pachniało, a dom otaczała aksamitna cisza. W gęstniejącym 

mroku widać było nietoperze lecące w stronę starej stajni. Na podjeździe czekało wypoży-

czone przez Nicka srebrne bmw. Z pełną ironii dwornością otworzył przed nią drzwi, pomógł 

jej wsiąść, a potem usiadł obok i zapiął pas.

Marzyła o tym, żeby mieć odwagę powiedzieć: idź do diabła, nigdzie nie pojadę, ale 

nie   potrafiła   tego   zrobić.   Śmiertelnie   się   go   bała.   Jego   gniewu,   a   jeszcze   bardziej   nie-

background image

samowitego uroku. Najlżejszym dotykiem był w stanie podniecić ją do szaleństwa.

- Zapnij pas. - Nie usłuchała od razu, więc zrobił to sam.

Przechylając się, delikatnie musnął jej pierś. Wciągnęła głośno powietrze.

- Był czas, gdy lubiłaś mój dotyk.

Głos uwiązł jej w gardle. Nick przesunął palcami po wypukłości piersi i uśmiechnął 

się.

- I chyba dalej lubisz.

- Nienawidzę!

- Przekonamy się o tym później.

Wypowiedział te słowa łagodnie, lecz zabrzmiały jak groźba. Zadygotała, gdy zapalił 

silnik i z piskiem opon wyjechał na szosę.

Restauracja   znajdowała   się   na   peryferiach   Lopsley.   Jechali   tam   zaledwie   dziesięć 

minut, ale Raine miała wrażenie, że trwało to całą wieczność.

W   granatowym   zmierzchu   i   świetle   latarni   czarno-biały   budynek   ze   spadzistym 

dachem wyglądał jak domek z bajki. Ich stolik stał przy oknie.

- Na co masz ochotę? - zapytał Nick, gdy podano im jako poczęstunek doskonałą 

sherry.

- Naprawdę nie wiem. Może ty wybierzesz coś dla nas obojga.

Zrobił to chętnie i jak się zdaje, pamiętał świetnie, co lubiła, a czego nie. Kiedy tylko 

kelner odszedł, pochyliła się nad stolikiem, lecz nim zdążyła wypowiedzieć cisnące się jej na 

usta pytanie, Nick pokręcił głową.

- Najpierw zjedzmy.

Och, jakże go nienawidziła za to, że tak łatwo kontroluje sytuację.

Zarówno jedzenie, jak wino były pierwszorzędne, ale Raine jadła mało, a piła jeszcze 

mniej, przez cały czas odwracając głowę do okna. Dopiero gdy podano kawę i zostali zupeł-

nie sami, Nick zagadnął chłodno:

- Chciałaś, zdaje się, o coś spytać. Spojrzała mu prosto w oczy.

- Mów, o co chodzi, co to za gierki. Zabawiłeś się już, więc może teraz...

- Bawić to się dopiero będziemy. - Zerknął znacząco na jej piersi. - Wprost doczekać 

się nie mogę. Jeśli jest coś, w czym jesteś autentycznie niedościgniona, to w pasjonującej grze 

zmysłów.

Wolała nawet nie myśleć, co sobie zaplanował. Broniąc się przed strachem, usiłowała 

przywołać obraz Kevina. Za miesiąc wezmą ślub i już nigdy... Niestety, widziała jedynie 

mgłę.

background image

Jakby doskonale o tym wszystkim wiedział, Nick uśmiechnął się lekko.

- A co do gry, którą rzekomo prowadzę... Nie, to nie jest gra. W życiu nie byłem 

poważniejszy. Wydaje mi się, że czekałem na tę chwilę całe życie.

- To znaczy na co?

Poruszył głową i w świetle świecy jego szafirowe oczy błysnęły jak srebro.

- Na ciebie. Ścisnęło się jej serce.

- Za miesiąc wychodzę za mąż. Czy nie uważasz, że to trochę spóźnione wyznanie?

Starała się, by zabrzmiało to lekko, a nawet żartobliwie.

- Zrobiłoby ci to różnicę, gdybym zjawił się wcześniej?

- Nie.

- Też tak sądzę. A wtedy, rok temu, uciekłaś jak tchórz.

- Nazywaj mnie, jak sobie chcesz, ale ja jutro wyjeżdżam do Mayfair i mam zamiar 

zostać tam aż do ślubu. Jeśli więc masz mi w ogóle coś do powiedzenia, zrób to lepiej teraz.

- Mam ci wiele do powiedzenia - oświadczył ze złością. - Po pierwsze: nigdzie nie 

pojedziesz.

- Zaraz mi pewnie powiesz, że w ogóle nie wyjdę za mąż.

- Zgadza się. Nie wyjdziesz. Przynajmniej nie za Kevina.

- Co masz na myśli, mówiąc: „nie za Kevina”?

-   A   to,   że   zerwiesz   zaręczyny   i   poślubisz   mnie.   Oznajmił   to   tak   spokojnie,   tak 

zwyczajnie, że dopiero po chwili dotarł do niej sens jego słów.

- Jesteś chyba niespełna rozumu, jeśli sądzisz... - Urwała i policzyła do dziesięciu, 

starając   się   opanować.   Potem   tonem,   jakim   mówi   się   do   niezbyt   rozgarniętego   dziecka, 

powiedziała   dobitnie:  -  Pół  roku  temu  Kevin  poprosił   ranie  o rękę,  a  ja te  oświadczyny 

przyjęłam.  Wiem,  że zaręczyny znaczą  dla ciebie  niewiele, ale dla mnie jest to poważne 

przyrzeczenie.

- Które niestety będziesz musiała złamać.

- Tak jak ty swoje? - Spostrzegła, że zacisnął zęby, i uznała, że trzeba korzystać z 

chwilowej przewagi. - Rozumiem, że ty i Tina się nie pobraliście. Wiem, ze cię uwielbiała, 

więc niech no zgadnę... Ktoś jej powiedział, jaką jesteś świnią, czy też może znudziła ci się i 

rzuciłeś ją? Nickowi pociemniały oczy.

- Mylisz się. Nikt jej nic nie powiedział ani od niej nie odszedłem. Wzięliśmy ślub tuż 

przed Bożym Narodzeniem.

Raine poczuła się tak, jakby dostała cios pięścią.

- W takim razie - wybąkała zaszokowana - skoro jesteś żonaty...

background image

- Jestem wdowcem - powiedział martwym tonem.

- Co takiego?!

- Tina umarła.

- O, Boże, Nick, przepraszam cię. Nie miałam pojęcia...

- Pewnie, że nie miałaś pojęcia. Nie pozwoliłaś sobie nic wyjaśnić. Ani telefonicznie, 

ani listownie, ani osobiście. Nie znając faktów, wesolutko rzucałaś głupie uwagi i,..

-   Powiedziałam   już,   że   cię   przepraszam   -   przerwała   zdenerwowana.   -   Gdybym 

wiedziała, nie byłabym taką jędzą. Nick, proszę cię, czy mógłbyś wyjaśnić mi to teraz?

- Nie. Dałem ci szansę, ale ją odrzuciłaś. Od tej chwili będziesz po prostu robić to, co 

ci każę. Wszystko, co ci każę - podkreślił.

- Ale o tym, żebym zerwała zaręczyny, nie mówiłeś chyba poważnie?

- Śmiertelnie poważnie.

- Nick, proszę cię... Ty nic nie rozumiesz. Trzy miesiące temu ustaliliśmy datę ślubu. 

Sprawy zaszły za daleko. Niemożliwe, żebym teraz się wycofała.

- W takim razie Somersby to zrobi. Moja w tym głowa.

- Jak chcesz do tego doprowadzić?

- Jeśli okaże się to koniecznie, powiem mu o nas, o tym, co się stało ubiegłej jesieni.

Mogła się tego spodziewać.

- Uważasz, że poprosi mnie wtedy o zwrot pierścionka? Uśmiechnął się złośliwie.

- A nie?

O, tak. Znała aż za dobrze zapatrywania Kevina - a może tylko jego matki - na temat 

przygodnego, czy choćby przedmałżeńskiego seksu. Nigdy o tym otwarcie nie mówił, ale...

- Nie? - powtórzył Nick, przerywając jej milczenie.

- On mnie kocha...

- Ale niezbyt mocno. Wydaje mi się, że zależy mu raczej na odpowiedniej żonie - 

pięknej, posłusznej, niezbyt wymagającej... Mówiąc brutalnie, ten twój arystokrata to zimna 

ryba i jeśli będę zmuszony uświadomić mu, jaką namiętną jesteś kochanką, nie tylko przeżyje 

szok,   ale   prawdopodobnie   śmiertelnie   się   wystraszy.   Może   więc   byłoby   dla   niego   mniej 

bolesne, gdybyś mu zwyczajnie powiedziała, że się pomyliłaś, dlatego zrywasz zaręczyny.

- Nie mogę tego zrobić - szepnęła, zaciskając mocno dłonie. - Nie chcę.

- No cóż, wszystko mi jedno jak, zaręczyny mają być zerwane.

- Jeśli nawet tak się stanie, to za ciebie nie wyjdę. Nigdy!

- Wyjdziesz, wyjdziesz... - Zauważył, że zadrżała i uśmiechnął się złowieszczo.

Cudem tylko  zwalczyła  chęć, żeby wstać, wybiec z restauracji i uciekać, uciekać, 

background image

gdzie ją oczy poniosą.

- A mógłbyś mi wyjaśnić dlaczego?

- Bo kochasz swojego ojca.

- Jeśli myślisz, że wyjdę za ciebie, ponieważ tato tak by sobie życzył...

- Nie. Zrobisz to, bo ja tak chcę.

- Ale ja nie chcę! Nie znoszę cię!

- Ze wzajemnością.

- Nie mam zamiaru zastąpić ci Tiny.

- O, bez obawy, nie byłabyś w stanie. Tina była kimś naprawdę niezwykłym.

- No, to dlaczego chcesz się ze mną ożenić? Zupełnie nie rozumiem.

Raptem pojęła wszystko. Nick cierpiał po stracie żony. Jej pragnął wyłącznie jako 

kochanki. Zaraz zresztą potwierdził ten domysł.

- Bo jesteś mi  potrzebna  w łóżku. Uciekłaś, ale nie potrafię  cię zapomnieć.  - Na 

moment pozwolił sobie na ujawnienie goryczy. - Jest tak, jakbym się dał zaczarować i myślę, 

że ten czar da się odczynić tylko w jeden sposób. Weźmiemy ślub i będę się tobą sycił tak 

długo, aż czar pryśnie. A to, że mnie nienawidzisz, doda tylko naszemu związkowi pieprzu.

Raine poczuła się nagle chora. Tamten wspólny tydzień odarł ją całkowicie z szacunku 

dla samej siebie i spustoszył emocjonalnie. Związek, o którym mówił Nick, prawie na pewno 

by ją zabił.

- Zdaje się, że zaczynam coś pojmować - odezwał się zjadliwie, widząc, jak przygasła.

- Mam już dość tej zabawy - odburknęła, starając się ukryć strach. - Najwyższy czas, 

żebyś  mi  powiedział jasno... - Przerwała na widok czwórki rozweselonych  gości, którym 

wskazano stolik obok.

- Trzeba będzie zmienić lokal - powiedział cicho Nick i dał znać kelnerowi, że chce 

uregulować rachunek.

Noc   była   przepiękna.   Na   rozgwieżdżonym   niebie   świecił   księżyc.   Leciutki   wiatr 

poruszył   pnącym   się   bluszczem   i   potargał   Raine   grzywkę,   a   potem,   jakby   dla   zabawy, 

rozgonił po szafirowym niebie parę szarych smug. Wyglądały jak dymne sygnały.

Nick wsadził ją do samochodu i zanim wśliznął się za kierownicę, zdjął marynarkę i 

rzucił na tylne siedzenie. Odgrodzeni ciszą, ujechali parę kilometrów, gdy nagle, nie zważając 

na protesty Raine, Nick zjechał z szosy w boczną leśną aleję. Wycinając przednimi światłami 

tunel między gęstymi drzewami, jechali krętą drogą. Nick zatrzymał się na skraju polanki pod 

bukami.  Z ciemności wyłoniły się rysy jego wyrazistej  twarzy,  spod uniesionych  powiek 

błysnęły oczy.

background image

- Nie masz się czego bać. - Jego głos zabrzmiał łagodnie i drwiąco.

- Nie boję się - skłamała. - Ale nie chcę być tu z tobą. Chcę jechać do domu.

Sięgnął, by odpiąć jej pas.

- Najpierw musimy rozmówić się na osobności. Uniosła głowę.

- W porządku. Mów! Powiedz mi, dlaczego uważasz, że potrafisz zmusić mnie do 

małżeństwa.

- Bo jestem w stanie zrujnować twego ojca.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Zabrzmiało to tak melodramatycznie, tak teatralnie, że Raine zachciało się śmiać.

Czy groźba Nicka mogła być jedynie wymysłem, mającym na celu zdenerwowanie jej 

i wyrównanie rachunków? Ależ oczywiście! Tylko takie wyjaśnienie miało jakikolwiek sens! 

Chociaż...

- Myślisz, że żartuję? - zapytał, zupełnie jakby czytał w jej myślach.

- A nie? - Uśmiechnęła się zalotnie. W ciemności jego oczy błysnęły zimno.

- Pozostawiam to twemu osądowi. Powiem tylko, że to nie przeze mnie twój ojciec 

będzie   prawdopodobnie   zmuszony   zwinąć   interes...   Jeśli   mi   nie   wierzysz,   sama   go   o   to 

zapytaj. Chociaż wolałbym, żebyś tego nie robiła.

- Założę się, że to nieprawda.

- Powody są inne, niż myślisz. Poczuła, że oblewa ją zimny pot.

- Ile jest ci winien?

- Wystarczy, gdy powiem, że dużo więcej, niż mógłby obecnie zarobić.

Nie, to nie mogła być prawda.

- Recesja faktycznie nadwerężyła mocno finanse naszej firmy, ale gdyby działo się aż 

tak źle, to bym o tym wiedziała.

Nick zaprzeczył ruchem głowy.

- Ralph stara się chronić cię przed zmartwieniami i właśnie dlatego wolałbym, żebyś z 

nim o tym nie rozmawiała. Nie jest już młody, zdrowie też ma nietęgie...

Wszystkie dotychczasowe lęki uderzyły w nią nagle ze zdwojoną siłą.

- Choruje na serce? - przerwała gwałtownie.

- Nie, nie - zapewnił ją, ale odniosła wrażenie, że zrobił to zbyt szybko.

- Nick, błagam cię, powiedz mi prawdę.

- To jest prawda. Wierz mi, jeśli chodzi o zdrowie, nie ma powodu do obaw.

Jego słowa brzmiały wiarygodnie, ale wciąż wydawało jej się, że Nick coś ukrywa.

- Próbujesz mi zatem powiedzieć...

- Niczego nie próbuję. Mówię ci po prostu, że włożyłem w firmę twojego taty tyle 

forsy, że w gruncie rzeczy jestem obecnie jej właścicielem.

- Nie wierzę - szepnęła. - Kłamiesz.

Nawet się nie silił,  by odeprzeć  oskarżenie.  Siedząc  bez ruchu, Raine patrzyła  na 

swoje zaciśnięte ręce i usiłowała sobie przypomnieć wypadki z ubiegłego roku. Recesja do-

tknęła mocno rynek nieruchomości. Zdarzało się, owszem, że ojciec wyglądał na wyraźnie 

background image

zaniepokojonego, ale zawsze umiał wybrnąć z tarapatów. Przypomniała sobie, jak mówił:

„Dostaliśmy   mocno   w   kość,   nie   da   się   ukryć...   Ale   sprawy   mają   się   już   lepiej. 

Niedługo całkiem wyjdziemy na prostą”. Dopiero teraz stało się dla niej jasne, że nie chciał 

jej martwić. Jakaż była bezmyślna, ślepa, egocentryczna! Uwierzyła mu na słowo i pozwoliła, 

żeby   samotnie   niósł   na   swych   barkach   cały   ciężar   kłopotów.   A   bardzo   niedawno,   gdy 

układając weselny budżet, dopytywała się o obecną sytuację finansową, po chwili wahania 

powiedział   serdecznie:   „Niczym   się   nie   trap.   Jeśli   tylko   masz   pewność,   że   Kevin   to 

mężczyzna twoich marzeń, wydaj, ile trzeba”.

Och, tato, zaszlochała w myślach. Tak mi przykro. Przepraszam cię, przepraszam...

- Dalej myślisz, że kłamię? - Nick ujął ją pod brodę.

- Nie - odpowiedziała z goryczą, wyszarpując głowę. -Jestem pewna, że postąpisz 

dokładnie tak, jak zapowiedziałeś. Ale... ten pomysł, żeby zmusić mnie do małżeństwa... Od 

dawna się z nim nosisz?

Uśmiechnął się nieprzyjemnie.

- Zgadnij sama.

- Od kiedy dowiedziałeś się od taty, że ja i Kevin ustaliliśmy datę ślubu?

- Trafiłaś w dziesiątkę.  Nie pozwolę  ci wyjść  za mąż  za jakiegoś ministerialnego 

wymoczka. Zostaniesz moją żoną, choćbym nawet miał zachować się jak gangster. I co ty na 

to? - dorzucił niecierpliwie, gdy nie zareagowała.

- Cóż, realizuj swój plan przejęcia, ale obawiam się, że tym razem się przeliczyłeś. 

Chociaż będzie mi bardzo smutno patrzeć, jak tato traci dorobek całego życia, a jak sam 

zaznaczyłeś, nie jest już młody... Po prawdzie, zbliża się do wieku emerytalnego...

- Emeryt musi mieć za co żyć.

- Kevin nie jest biedakiem.

Nick roześmiał się z autentycznym rozbawieniem.

-   Czy   ty   naprawdę   wyobrażasz   sobie,   że   Somersby   będzie   łożył   na   utrzymanie 

twojego ojca i Marthy?

Raine zacisnęła zęby.

- Jeśli nie wyjdę za mąż, sama o wszystko zadbam. Znajdę jakąś pracę i...

- Byle bardzo dobrze płatną.

- Dlaczego? - warknęła, zrażona bardziej jego tonem niż słowami.

- Bo będziesz musiała się przeprowadzić. Tak się, widzisz, składa, że w moje ręce 

przechodzi nie tylko firma, ale i wasza posiadłość.

Raine skurczyła się w fotelu, przybita i oszołomiona. Kiedy trochę rozjaśniło się jej w 

background image

głowie, nie odnalazła już w sobie woli walki, a jedynie jakieś tępe przyzwolenie dla tego, co 

się stało. Tak miało być.

-I co ty na to, Raine?

Powtarzał się i drwił z niej, ale tym razem odpowiedź musiała być inna. W żadnym 

razie nie mogła dopuścić do tego, by najdroższy jej człowiek stracił na stare lata swój dom. 

Postanowiła   pójść   z   Nickiem   na   kompromis,   wywalczyć   coś   mniej   wiążącego   niż 

małżeństwo.

- Przypuśćmy, że zgodziłabym się sypiać z tobą, kiedy byś tylko zechciał.

Roześmiał się chrapliwie.

- Myślisz, że mam zamiar zakradać się do ciebie co noc jak Romeo? Śmieszne.

- W porządku. Będę z tobą żyła otwarcie.

- A ojciec? Nie martwiłoby go to? Ma prawo oczekiwać, że jego córka będzie żyła 

obyczajnie. Czy właśnie dlatego nie powiedziałaś mu o tym, co się stało rok temu?

- Skąd wiesz, że nie powiedziałam?!

-   Bo   kiedy   tu   przyjechałem,   a   ty   ulotniłaś   się   z   domu,   sam   mu   o   wszystkim 

opowiedziałem.

- Co zrobiłeś?!

- Wszystko mu opowiedziałem - powtórzył.

- Jak mogłeś?! Nie miałeś prawa!

- W zaistniałych okolicznościach uznałem to za najuczciwsze wyjście.

- Ja nie...

Położył palec na jej ustach.

- Przyszło mi do głowy, że możesz być w ciąży i że zrobisz coś głupiego.

- Na przykład zdecyduję się usunąć ciążę? Nigdy...

- Nie mogłem być tego pewien, a mając zobowiązania w Bostonie...

- To znaczy narzeczoną - przerwała gorzko. Na sekundę stężała mu twarz.

-   W   tym   czasie   -   kontynuował   nieporuszony   -   tak   z   przyczyn   osobistych,   jak   i 

zawodowych nie mogłem bez końca tkwić w Anglii, więc zależało mi na tym, żeby Ralph 

znał prawdę. Ogólnie rzecz biorąc, przyjął to bardzo spokojnie. Potem wypiliśmy sobie po 

kieliszeczku i opowiedział mi o Beatrice... co wyjaśnia bardzo wiele.

Raine była zdumiona. Ojciec, tak się jej przynajmniej zdawało, nie opowiadał nigdy o 

swej siostrze. Beatrice była urodziwa, ale bardzo lekkomyślna. Zmarła w wieku dziewiętnastu 

lat w wyniku nielegalnie przeprowadzonego zabiegu przerwania ciąży.

Oczy Raine napełniły się łzami. Ojciec włożył tyle wysiłku, żeby wpoić jej zasady 

background image

moralności. Musiał poczuć się bardzo dotknięty tym, co usłyszał od Nicka, a mimo to nie 

zmienił stosunku do niej. Nie obwiniał jej ani nie prawił morałów. Nigdy nie dał po sobie 

poznać, że wie, co się zdarzyło.

- W tej sytuacji - mówił dalej Nick - na pewno nie chciałabyś po raz drugi sprawić mu 

zawodu. W każdym razie, jeśli chodzi o związek ze mną, masz do wyboru albo małżeństwo, 

albo wogóle nic.

- A jeśli nie zgodzę się wyjść za ciebie?

- Naprawdę musisz pytać?

Wiedziała   aż   za   dobrze,   że   w   sprawach,   na   których   mu   zależało,   potrafił   być 

bezwzględny.

- Powiedzmy zatem, że weźmiemy ślub. I co ci to da? Lekko przymrużył oczy.

- Rozkosz.

- Mam na myśli ojca - warknęła, oblana pąsem.

- Jak tylko zostanie moim teściem, firma i dom wrócą do niego.

- To się nazywa wielkoduszność!

- Jestem pewien, że okażesz się jej warta. Przygryzła wargę.

- Myślisz, że ile czasu...

- Potrwa nasze małżeństwo? - dokończył za nią. - Pożyjemy, zobaczymy.

- Czyli że jest to wyrok bezterminowy. - Z goryczą pokiwała głową.

- Można na to i tak patrzeć - odparł gniewnie.

- A jak inaczej mam to widzieć? Przecież tak naprawdę nie zależy ci na mnie. Jestem 

ci niezbędna nie jako żona, tylko jako...

- Wolałabyś, żebym powiedział, że cię kocham?

- Nie! I tak bym nie uwierzyła. Wolę już szczerość. Przynajmniej wiem, na czym 

stoję.

Nie była jednak w stanie ścierpieć myśli o wyjeździe do Bostonu i zamieszkania w 

domu, który dzielił z Tiną.

- Tylko że... Ameryka jest tak daleko, i w ogóle... Chciałabym być bliżej taty.

- Kto powiedział, że zamieszkamy w Stanach?

- Przez pewien czas będziesz w Anglii, wiem, ale...

- Myślę, że jeśli sprawy potoczą się zgodnie z planem, to przeniosę się tu na stałe. A w 

ogóle - dodał z lekkim zniecierpliwieniem - z radością zamieszkam w „Białych damach”, jeśli 

miałoby ci to pomóc podjąć decyzję.

-  Muszę  to  wszystko  przemyśleć.  -  Popatrzyła   przed  siebie.   Za  szybą   samochodu 

background image

kołowały w świetle księżyca srebrne bukowe liście.

- Świetnie. Daję ci czas do rana. A póki co... - Nim zdążyła uzmysłowić sobie, co się 

dzieje, ujął jej lewą rękę, zsunął zaręczynowy pierścionek z palca i schował go do kieszeni.

- Co robisz? - syknęła.

- Miałbym  się z tobą całować, gdy nosisz pierścionek od innego mężczyzny?  Nie 

odpowiada mi to... a szkoda marnować taką romantyczną noc.

- Nie dotykaj mnie! - krzyknęła. - Nienawidzę tego.

- Już to słyszałem, ale ośmielam się wątpić. Może rozum każe ci tak mówić, ale twoje 

ciało pragnie czego innego. Mam to udowodnić?

Nie   musiał   niczego   udowadniać.   Serce   już   teraz   biło   jej   szybciej.   Instynkt 

samozachowawczy nakazywał otworzyć drzwi i uciekać, lecz czuła się jak zahipnotyzowana. 

Przeszłość i przyszłość przestały mieć znaczenie. Liczyło się wyłącznie to, co działo się teraz, 

i to, co odczuwała.

- Zawieź mnie do domu - zażądała drżącym głosem. Jakby odczytując jej najskrytsze 

myśli, odgarnął jedwabiste włosy, nachylił się i przylgnął wargami do szyi.

- Nie! Nie słyszysz, co mówię?!

- Biedactwo - zakpił delikatnie. - Śmiertelnie przerażona mała myszka...

Poczuła, że zaczyna rozkładać siedzenie.

- Nick, proszę cię- szepnęła. W jej oczach zobaczył podniecenie i łzy strachu.

- Nie panikuj - powiedział ironicznie. - Wątpię, czy nawet przy twojej współpracy 

dałbym   radę   kochać   się   z   tobą   na   przednim   siedzeniu   samochodu.   Kierownica   trochę 

przeszkadza, a tak generalnie - nie jestem zwolennikiem szybkich numerów. Obiecuję ci, że 

znajdziesz się w raju... - Powiódł powoli palcem po jej wargach. - Teraz chcę cię tylko 

pocałować. Zesztywniała.

- Pocałuj mnie - powiedział z taką tęsknotą, że aż ją to zdumiało i odebrało wszelką 

chęć obrony.

Miała nadzieję, że już nigdy nie dopuści do głosu swoich najskrytszych  pragnień. 

Kiedy Kevin oświadczył się jej, zobaczyła przed sobą szansę utrzymania ich w ryzach.

- Nie szalej, Raine - powiedział delikatnie Nick, jakby dokładnie znał jej odczucia. - 

Tylko dlatego, że przeraża cię własna zmysłowość, nie możesz odciąć się od ludzkich uczuć i 

żyć jak nieszczęsna pani z Shalott.

Potrafiłaby tak żyć - i żyłaby - gdyby Nick przemocą nie wdarł się znowu w jej świat. 

Ale coś ją obezwładniało, nie potrafiła go odepchnąć.

- Chciałabym umrzeć...

background image

- Spójrz na mnie! - Obrócił do siebie jej twarz. - Naprawdę jesteś taka nieszczęśliwa?

- Nigdy dotąd nie miałam takich myśli - powiedziała, żałując swoich słów.

-   Odpowiadaj   na   pytanie!   -   powiedział   tak   szorstko,   że   aż   ją   to   poruszyło,   ale   z 

pomocą przyszły jej upór i duma.

- Nie bój się - zapewniła go prawie ze śmiechem. - Do jutra zbiorę siły.

Gotowa była przysiąc, że odczuł ulgę.

- W takim razie lepiej skorzystam z dzisiejszej słabości. - Poszukał jej miękkich ust i 

rozkoszował się nimi, póki Raine sama nie zatraciła się w pocałunku. Gdy wreszcie oderwali 

się od siebie, była oszołomiona i rozgorączkowana.

Pozbawiona   ciepła   jego   ramion,   zadygotała   i   potarła   ręką   obrzmiałe   wargi,   jakby 

chciała z nich zetrzeć wspomnienie jego ust.

- Było aż tak źle?

- Wolałabym już całować się z ropuchą.

Roześmiał się z niedowierzaniem i pogładził ją po policzku.

- Zawsze wiedziałem, że będziesz się musiała całować z wieloma ropuchami, póki nie 

znajdziesz swojego księcia.

Siedziała wyprostowana, z lekko odrzuconą w tył głową. Jak mógł się zgrywać, kiedy 

jej było tak źle?

- Chciałabym wracać do domu - rzuciła z irytacją.

- Już się robi.

Kiedy ruszyliRaine doszczętnie wyzuta z sił, z zamkniętymi oczami, zapadła się w 

fotel, niezdolna myśleć ani odczuwać. Pragnęła tylko jednego - usnąć i zapomnieć.

Było już po północy, gdy senną i zataczającą się ze zmęczenia Raine Nick wprowadził 

do domu. W holu słychać było jedynie tykanie wiekowego zegara, stojącego na półpiętrze 

przy schodach. W drzwiach pokoju Nick pocałował ją lekko.

- Wyśpij się, najdroższa. Dobranoc. Rano czekam na odpowiedź.

Szybko umyła zęby, jak kłoda padła na łóżko i momentalnie usnęła.

Budziła się powoli, opornie, nie wiedząc po co, choć witało ją słońce. Leżała i patrzyła 

w belkowany sufit, a pamięć stopniowo podsuwała jej kolejne obrazy. Pamiętała wszystko i to 

aż za dobrze. Jak mogła okazać się taką idiotką bez charakteru? Obiecywała sobie, że nic 

takiego nigdy, przenigdy się już nie powtórzy, że będzie panią swoich uczuć. Och, dlaczego, 

dlaczego właśnie teraz, gdy życie zaczynało toczyć się normalnie, Nick wrócił, żeby zburzyć 

jej z takim trudem wywalczone poczucie bezpieczeństwa?

Może jednak lepiej będzie zerwać zaręczyny z Kevinem. Byłoby nie fair wikłać go w 

background image

małżeństwo, skoro w gruncie rzeczy mało ją obchodził. Tylko czy właśnie w pierwszym 

rzędzie nie dlatego zgodziła się za niego wyjść? Dlatego, że nie zależało jej na głębokim 

związku? Że Kevin nie był w stanie zranić jej tak, jak zrobił to Nick?

Biedny Kevin. Odczuła prawdziwy wstyd.

Jego uczucie może i nie było zbyt silne, ale zapewne kochał ją tak, jak umiał. I w tej 

sytuacji, na mniej niż miesiąc przed ślubem, w fazie daleko zaawansowanych przygotowań, 

miała mu powiedzieć, że się pomyliła? A innego wyboru nie miała. Nick był potworem bez 

serca. Jeśli uznałby to za konieczne, powiedziałby Kevinowi wszystko. Ale czy naprawdę 

gotów   byłby   zrujnować   ojca?   Miała   wrażenie,   że   wzajemnie   się   lubią   i   szanują.   Znowu 

poczuła się niepewnie. Ojca znała zbyt dobrze, żeby podejrzewać go o spisek z Nickiem. 

Niemożliwe, żeby dla własnego dobra sprzedał ją człowiekowi, którego nienawidziła.

Jak zatem należało postąpić? Ważyła  rozmaite za i przeciw, myślała i myślała, aż 

rozbolała ją głowa, a mimo to wcale nie była bliższa podjęcia decyzji. Roztrzęsiona i sko-

łowana, wstała z łóżka. Wzięła prysznic, założyła rozkloszowaną spódnicę i top w kolorach 

jesieni,   skręciła   włosy   w   węzeł   na   czubku   małej   kształtnej   głowy,   zrobiła   sobie   leciutki 

makijaż.

Wiedziała,   że   Nick   czeka   na   odpowiedź.   Przejmował   na   własność   firmę   i   dom   - 

wszystko, co kiedyś należało do niej i do ojca. Może nawet te ciuchy, które miała na sobie... 

Czyżby? Przecież to tylko on tak twierdził. A jeśli to czysta fikcja, kłamstwo od początku do 

końca?   Przypuśćmy,   że   zakładał,   iż   ona   nie   zapyta   o   nic   ojca...   Zbiegła   po   schodach, 

otworzyła drzwi do słonecznej jadalni i z ulgą zobaczyła, że ojciec jest sam. Nachylony nad 

filiżanką, czytał niedzielną gazetę.

Nieco zdziwiony gwałtownością, z jaką weszła, zerknął znad okularów.

- Coś się stało?

- Nie, nie... Zastanawiałam się, czy już wstałeś.

-   Ależ   naturalnie.   Jest   po   dziesiątej.   -   Odłożył   gazetę,   zdjął   okulary,   sięgnął   po 

dzbanek i nalał im obojgu kawy. - Pewnie wróciliście wczoraj późno... Spędziłaś wieczór 

przyjemnie?

- Bardzo. - Usiadła przy stole.

- Cieszę się, że ty i Nick wreszcie się dogadaliście.

- W jakiej sprawie?

W oczach ojca pojawił się cień zawodu.

- No wiesz... - zaczął niepewnie. - Nick miał pewne plany. Chciał je z tobą omówić.

Plany to on miał, owszem! Jeśli ojciec je znał, to wiedział, jaki jest Nick. A może nie?

background image

- Właśnie dlatego...

- Tato - przerwała, nie wytrzymując  rozsadzającego ją napięcia. - Chcę cię o coś 

zapytać i proszę, bardzo proszę, bądź ze mną szczery.

- Wal prosto z mostu! - Powiedział to serdecznie, ale czuła, że jest zaniepokojony i 

zmieszany.

- Co się dzieje z firmą? Odwrócił wzrok i włożył okulary do futerału.

- Nie jest, niestety, zbyt różowo. Ale nie zawracaj tym sobie głowy. Nick zechciał 

wyłożyć trochę pieniędzy i...

- Ile?

- Dość dużo - przyznał jeszcze bardziej zakłopotany. A zatem Nick nie kłamał.

-   Miedzy   innymi   dlatego   poprosiłem   go,   żeby   przejął   ster   na   czas   mojej 

rekonwalescencji. Ma teraz w Anglii również inne interesy, a dobrze jest, gdy pewne sprawy 

zostają w rodzinie.

-   Można   to   i   tak   nazwać.   -   Uśmiechnęła   się   nienaturalnie   wesoło.   -   Wczoraj 

wieczorem poprosił mnie o rękę. Przyjęłam oświadczyny.

- Bardzo się cieszę!

- Wiem, że to wszystko stało się tak nagle i... - zadrżał jej głos -jakoś będę musiała 

powiedzieć Kevinowi, że nasze zaręczyny były pomyłką.

Prawdopodobnie odgadł jej lęk, gdyż pogładził ją po ręce.

- Lepiej przyznać się do tego teraz, dopóki nie jest za późno.

- Nigdy nie lubiłeś Kevina...

- Osobiście nic do niego nie mam. Rzecz w tym, że nigdy nie byłem przekonany, że to 

mężczyzna w twoim typie.

- A Nick? Twoim zdaniem pasujemy do siebie jak ulał?

- Nie mam racji?

Dziwiło  ją, że  tak   spokojnie  zaakceptował   to,  co  zapewne  musiało  być   dla  niego 

czymś w rodzaju trzęsienia ziemi.

- Wiedziałeś, że był żonaty?

- Naturalnie, że wiedziałem.

-   I  nic   mi   nie...   -  Zerknęła   w  okno   i   nagle   umilkła.   Zobaczyła   dwóch   mężczyzn 

zbliżających się do siebie z przeciwnych kierunków. Poderwała się z krzesła i wybiegła na 

próg.

W   lekkich,   dopasowanych   spodniach   i   białej   trykotowej   koszuli   Nick   wyglądał 

zgrabnie i bardzo męsko. Swobodny strój nie osłabiał wrażenia chłodnej wyniosłości, która 

background image

najwyraźniej  peszyła  Kevina, ubranego bardzo starannie  w eleganckie  spodnie z grubego 

materiału, tweedową sportową koszulę i wełniany krawat.

Zdążyła usłyszeć, jak wymieniają kulturalne, acz - przynajmniej ze strony Kevina - 

mało serdeczne słowa powitania. Był wyraźnie spłoszony. Czuła, że wszystko przemyślał i 

żałował swojej wczorajszej rejterady. Podszedł do niej i jakby chciał wszem i wobec pokazać, 

kto tu rządzi, wziął ją w ramiona i mocno pocałował. To najzupełniej nieoczekiwane i nie 

leżące w jego naturze zachowanie zbiło Raine z tropu. Minęła dobra chwila, nim oswobodziła 

się z jego objęć. - Kevin - powiedziała pospiesznie, łowiąc groźny błysk w oczach Nicka. - 

Wejdźmy do środka, muszę z tobą porozmawiać. .. W cztery oczy.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Wzięła narzeczonego za rękę i pociągnęła do domu. Na szczęście salonik był pusty. 

Zamknęła drzwi i wskazując Kevinowi fotel przy kominku, usiadła naprzeciwko.

-   Co   się   dzieje?   -   zapytał   zaalarmowany   jej   nienaturalnym   zachowaniem.   -   Coś 

niedobrego?

- Nie... Tak... Bo... Słuchaj, sama już nie wiem, jak to powiedzieć... Nie mogę za 

ciebie wyjść.

Spojrzał na nią mniej więcej z taką miną, jakby oznajmiała mu na przykład, że nie 

podoba jej się jego krawat.

- Nie mogę za ciebie wyjść - powtórzyła ostrzej.

- Co ty pleciesz, maleńka? - sprzeciwił się łagodnie. -Jeśli coś cię uraziło, zaraz to 

naprawimy.

Zaprzeczyła ruchem głowy.

- Nie, ja...

- To ma związek z twoim kuzynem, tak? - Na przystojnej twarzy Kevina pojawiło się 

napięcie. - Od początku czułem, że z tej wizyty wynikną same kłopoty.

-   Nick   nie   ma   z   tym   nic   wspólnego.   Po   prostu   doszłam   do   wniosku,   że   nasze 

małżeństwo byłoby jedną wielką pomyłką.

Somersby odetchnął z wyraźną ulgą.

- To tylko nerwy - oświadczył zdecydowanie. - Nic więcej. Mama ostrzegała mnie, że 

to się zdarza. Często kobietę przed samym ślubem opadają wątpliwości. Z moją siostrą też tak 

było. Ale za dzień czy dwa wrócisz do równowagi i...

- Niestety. To nie są żadne chimery - przerwała gwałtownie. - Przykro mi, naprawdę 

nie mogę zostać twoją żoną.

- Czy... - Zdjął okulary, otarł czoło nieskazitelnie czystą chusteczką. - Chodzi o to, 

że... hm... Niepokoi cię fizyczny aspekt naszego związku?

- Nie, oczywiście, że nie - odpowiedziała, pąsowiejąc.

- Wiesz dobrze, żabko, że nie musisz się o to martwić - zapewnił zażenowany. - Ja...

- Nie o to chodzi - przerwała, nie dając mu dojść do słowa. - Po prostu pobierając się, 

popełnilibyśmy błąd. Nie pasujemy do siebie, nie byłabym dla ciebie dobrą żoną.

Powaga,   z   jaką   mówiła,   sprawiła,   że   coś   wreszcie   zaczęło   do   niego   docierać. 

Zaniepokoił się na dobre, ale jeszcze nie potrafił uwierzyć w to, co usłyszał.

- Lorraine, ty tak nie myślisz. Boisz się może, ale do jutra...

background image

- Przemyślałam to dokładnie. Nie zostanę twoją żoną. Jest mi tylko przykro, że pewne 

sprawy uświadomiłam sobie zbyt późno.

Popatrzył   na   nią,   jakby   otrzymał   cios   w   brzuch.   Poczerwieniały   mu   uszy,   w 

wodnistych oczach pojawiło się przerażenie.

- Słuchaj... Rozesłaliśmy już przecież zaproszenia. Jak tak można.

- Przepraszam - wyszeptała.

Kevin zerwał się z fotela.

- Co powie moja matka?! Wyobrażasz sobie? Lorraine, proszę... Nie możesz mi tego 

zrobić! Wszyscy znajomi będą się ze mnie nabijać.

- Nie chcę, żebyś cierpiał - powiedziała szczerze.

- Skoro tak, to daj spokój fanaberiom i szykuj się do ślubu. Matka nigdy o niczym się 

nie dowie.

- To nie są fanaberie - powtórzyła znękana. - Nie mogę za ciebie wyjść.

- A to dlaczego? Co takiego zrobiłem, że mnie tak traktujesz?!

- Nic nie zrobiłeś. To wszystko przeze mnie.

- No, to weź się w garść. Jestem pewien, że potrafimy rozwiązać każdy problem.

Rozmowa utrzymana w podobnym tonie przeciągała się w nieskończoność. Kevin to 

wycofywał się, to przekonywał, coraz bardziej zdesperowany i zgniewany, a Raine z uporem, 

o   który   by   się   nie   posądzała,   trwała   przy   swoim.   Była   już   bliska   łez,   gdy   rozległo   się 

niecierpliwe pukanie i w drzwiach stanął Nick w towarzystwie łaszącego mu się do nóg kota.

- Pakujesz się w sam środek prywatnej rozmowy - warknął rozwścieczony Kevin.

Calib czmychnął do pokoju, wskoczył na oparcie fotela Raine i znieruchomiał jak 

posążek.

- Nick, proszę cię, zostaw nas samych. - Była u kresu wytrzymałości nerwowej i bała 

się kłótni.

Nick jednakże wszedł do środka, stanął w lekkim rozkroku, włożył ręce do kieszeni i 

twardo zmierzył się wzrokiem z Kevinem.

- Skoro nie ma to nic wspólnego z tobą, to bądź łaskaw wyjść stąd i... - wycedził 

Somersby.

- Przykro mi, chłopie - odparował Nick, naśladując akcent Kevina - ale tu chodzi 

właśnie o mnie.

- Nie wierzę. Lorraine utrzymuje, że...

- Najwyraźniej cię oszczędza - uciął cierpko Nick. -Chyba lepiej będzie, jak ci to 

oddam. - Wyjął rękę z kieszeni i rzucił w jego stronę mały, błyszczący przedmiot. Kevin 

background image

wykazał   się   refleksem,   złapał   go   w   powietrzu   i   otworzył   dłoń,   tępo   wpatrując   się   w 

pierścionek z diamentem.

Nick przytulił Raine.

- Powiedz mu - nakazał.

- Wychodzę za Nicka.

Zapadła cisza. Somersby bez słowa schował pierścionek do kieszeni. Z kocią przekorą 

Calib dał susa na podłogę i przebiegł mu  miedzy nogami,  prawie go przewracając. Roz-

wścieczony   do   ostateczności   Kevin   wymierzył   zwierzakowi   kopniaka,   na   szczęście   nie 

trafiając. Wyszedł, trzaskając drzwiami. Nick zagwizdał cicho.

- Ruszyło go!

Raine usiadła i ukryła twarz w dłoniach.

- Strasznie go musiałam zranić. Nick chrząknął sceptycznie.

- Często ci mówił, że cię kocha? Cisza starczyła za całą odpowiedź.

- No widzisz... To tylko urażona duma. No już - pociągnął ją za nadgarstki, by wstała. 

- Przestań się nim dręczyć. To za mnie wychodzisz za mąż.

- Tylko dlatego, że nie mam wyboru.

- Może gdybyś umiała zapomnieć...

- Zapomnieć?  - Roześmiała się gorzko. - Pamiętam  każdą minutę, każdą godzinę, 

każdy dzień. I z każdą chwilą bardziej cię nienawidzę.

Jakieś uczucie - gniew, a może przestrach? - sprawiło, że Nickowi pociemniały oczy, 

ale ton, jakim się odezwał, był niewzruszony.

- A nienawidź sobie, ile chcesz, bylebyś tylko ze mną spała.

W tym, co powiedział, było tyle okrucieństwa, że aż zacisnęła oczy i zadygotała.

Ślub   zaplanowali   na   31   października   w   malowniczym   kościółku   w   Lopsley. 

Uroczystość miała być bardzo skromna, ograniczona do przyjęcia w niewielkim gronie. Nick 

odwołał Finna Andersona z podróży służbowej i poprosił go na drużbę. Druhną Raine miała 

zostać jej dawna koleżanka szkolna Margo Fleming.

Tygodnie   poprzedzające   ślub   były   dla   Raine   istnym   koszmarem.   Zgodnie   z   radą 

Nicka:   „Nie   tłumacz   się   i   nie   przepraszaj”,   skontaktowała   się   ze   wszystkimi   gośćmi 

zaproszonymi do Mayfair, powiadomiła oficjalnie, że ślub się nie odbędzie. Wysłała też do 

Kevina i jego matki kartkę, prosząc o wybaczenie i biorąc na siebie całą winę za przykrości, 

które na nich spadły. Załączyła też opiewający na pokaźną sumę czek - podarunek Nicka - na 

pokrycie ewentualnych poniesionych już kosztów.

Lady  Somersby   odpowiedziała   gorzkim   listem.   Nazwała   Raine   osobą   „kompletnie 

background image

niemoralną” i stwierdziła, że jej syn miał doprawdy ogromne szczęście, iż udało mu się wy-

plątać z tej „żałosnej afery”. Przypominając sobie swoje zachowanie w samochodzie Nicka, 

Raine nie potrafiła się uwolnić od poczucia winy i świadomości, że spotkała ją do pewnego 

stopnia zasłużona krytyka.

Z Nickiem widywała się stosunkowo rzadko. Dopiął tylko tego, że pojechali razem 

wybrać   zaręczynowy   pierścionek,   staroświeckiej   roboty   cacko   z   szafirowym   oczkiem,   i 

złożyli   wizytę   pastorowi.   Później   jakby   celowo   jej   unikał.   Pozory   uczucia   okazywał 

wyłącznie   w   obecności   Ralpha.   Często   pracował   do   późna,   a   po   kolacji   obaj   panowie 

zasiadali do szachów.

Raine   aż   wzdrygała   się   na   myśl   o   miodowym   miesiącu   i   stanowczo   opierała   się 

wszelkim planom wyjazdu.

- Chcesz, żeby ojciec domyślił się w końcu, że coś tu jest nie tak? - zganił ją pewnego 

wieczoru Nick. - Na co masz ochotę? Francja, Włochy, Szwajcaria?

- Jest mi naprawdę wszystko jedno, byle tylko nie był to Paryż. - Do Paryża mieli 

pojechać z Kevinem. - A w ogóle, to wybierz sam. Lubię niespodzianki - dodała z przylepio-

nym uśmiechem na widok wchodzącego do pokoju ojca.

- Jeśli prędko sama się na coś nie zdecydujesz, gotów jestem tak właśnie zrobić - 

powiedział Nick z błyskiem w oczach.

- Ho, ho - zachichotał ojciec. - Uważaj, dziewczyno. Odkąd, jak powiadał, ona i Nick 

„zeszli się ze sobą”, stał się innym człowiekiem. Odmłodniał, poweselał, spadło mu ciśnienie. 

Doktor Broadbent potwierdził, że stan zdrowia jego pacjenta znacznie się poprawił. Raine 

mogła za to jedynie dziękować Bogu.

Mimo że październik się kończył, utrzymywała się ładna pogoda. Dzień, w którym 

mieli się pobrać, wstał jasny, słoneczny i tylko w powietrzu czuło się jesienny już chłodek. 

Zaraz po śniadaniu zjawiła się Margo.

- Trzeba się szykować - zaświergotała, odstawiając masę pudełek i toreb, w których 

przyniosła własne stroje i kosmetyki. Poszły do pokoju, ale mimo zaraźliwej radości przyja-

ciółki Raine nie potrafiła się zdobyć nawet na uśmiech. Blada i milcząca, stała jak manekin, 

gdy Margo, cała w skowronkach, pomagała jej włożyć ślubną suknię z surowego jedwabiu i 

upinała woalkę do skromnego wianka.

Usłyszały samochód.

- Pan młody i drużba już wyjeżdżają! - Margo podbiegła do okna.

- Ale ty nie patrz! Jak się swojego przyszłego zobaczy wcześniej niż w kościele, 

zapowiada   to   ponoć   nieszczęście...   O,   matko!   Ależ   to   piękne   chłopaki...   Pan   Anderson 

background image

pochodzi zdaje się z Bostonu... Przyjechał z żoną?

- Nie. O ile mi wiadomo, jest kawalerem.

- Długo tu pobędzie?

Finna Andersona Raine poznała dopiero ubiegłego wieczoru. Zapamiętała uścisk jego 

dłoni - ciepły i przyjazny - i uśmiech, który nie wiadomo dlaczego wydał się jej dziwnie 

znajomy.

- Odlatuje do Stanów chyba już jutro po południu.

- Szkoda - westchnęła Margo. - Dawno już nie widziałam tak przystojnego faceta, 

prócz twojego Nicka oczywiście.

Należało jeszcze koniecznie sprawdzić, czy, jak każe tradycja, panna młoda ma na 

sobie coś starego, coś pożyczonego i coś niebieskiego, i mogły jechać. Małą wiązankę z 

kremowych   różyczek   z   przydomowej   szklarni   ułożyła   Margo.   W  drzwiach   odwróciła   się 

jeszcze.

- Nie zapomnij opuścić woalki.

Kiedy  wyszła,   Raine   przejrzała   się   w  lustrze.   Lśniące   czarne   włosy  opadające   na 

ramiona, twarz blada jak ściana... Z lustra patrzył na nią ktoś obcy i bardzo wystraszony.

To, że Nick zachowywał się ostatnio tak chłodno i z dystansem, bardzo ją przygnębiło 

i chociaż skrupulatnie szykowała się do uroczystości, nadchodząca ceremonia wydawała się 

jej odległa i nierzeczywista jak zły sen.

I oto nagle wszystko stało się aż za bardzo realne.

Patrząc   w   lustro,   przypomniała   sobie,   jak   Nick   porównał   ją   do   Pani   z   Shalott, 

nieszczęsnej bohaterki poematu Tennysona, i zacytowała na głos:

Opadła zasłona i spłynęła w dół Zwierciadło pękło na pół Klątwa zawisła nade mną.

Rozległo się pukanie i do pokoju wszedł ojciec, ubrany w jasnoszary garnitur. Ujął ją 

za ręce.

-   Błogosławię   cię...   Wyglądasz   zupełnie   jak   kiedyś   twoja   matka.   Jesteś   tak   samo 

piękna.

-   Powiedział:   Och,  jakże   cudne   jej   oblicze   a   Bóg  łaskawy  użyczył   jej   wdzięku   - 

wyrecytowała cicho, prawie nieświadomie.

- Co mówisz? - zdumiał się ojciec. Momentalnie wzięła się w garść.

- Przepraszam. Nie wiadomo dlaczego chodzą mi po głowie strofy z „Pani z Shalott”.

- Z czymś ci się kojarzą?

- Nie, nie. - Zmusiła się do uśmiechu. - To tylko nerwy.

-   Nerwy,   nie   nerwy,   pora   jechać.   -   Nagle   przyjrzał   się   jej   z   troską.   -   Chyba   że 

background image

zmieniłaś zdanie.

Nie było już odwrotu. Pokręciła głową.

- Kochasz Nicka, prawda? - Spojrzał jej prosto w oczy, jakby jeszcze nie pozbył się 

wątpliwości.

- Kocham - skłamała i w tym samym momencie zrozumiała, że mówi prawdę. - Nigdy 

nie przestałam go kochać.

Wreszcie przyznała się do tego przed sobą, choć nie było to takie proste. Z tą miłością 

szły w parze gorycz, nienawiść i bezsilny gniew. Siła tych uczuć wstrząsnęła nią do głębi.

- Dzięki ci, Boże - szepnął ojciec. - Jeśli go kochasz, wszystko się ułoży.

Znajomy kościół, stary i piękny, z łukowym sklepieniem i witrażami w oknach, pełen 

był słońca, kwiatów i Bacha. Zobaczyła najpierw Marthę, ożywioną, siwowłosą, w jesionce z 

futrzanym kołnierzem i w kapelusiku z piórkiem. Wokół kościoła zebrała się garstka gości. 

Wszystkie myśli Raine skupiły się jednak na panu młodym. Na jego widok zamarło jej serce. 

Obłędnie przystojny w odświętnym ciemnoszarym garniturze, patrzył, jak zbliża się do niego, 

prowadzona przez ojca. Kiedy podeszli, wyciągnął rękę i przygarnął ją do siebie. Na jego 

twarzy malował się wyraz  triumfu  i satysfakcji. Gdy w trakcie nabożeństwa pastor zadał 

pytanie: „Czy chcesz wziąć tę oto kobietę za żonę?”, w kościele zrobiło się cicho, jak makiem 

zasiał. Raine, jak we śnie, usłyszała mocny głos Nicka:

- Tak, chcę.

- Czy chcesz wziąć tego oto mężczyznę...

Nie   mam   wyboru,   myślała.   Muszę   przez   to   przejść   -   dla   ojca.   Uniosła   głowę   i 

odpowiedziała wyraźnie:

- Tak, chcę.

Wsunął jej na palec obrączkę, uniósł woalkę i pocałował w usta. Wargi miał tak samo 

chłodne jak oczy.

Podpisali akt zawarcia małżeństwa i oto stali już w blasku słońca przed kościołem, a 

fotograf, który zjawił się nie wiadomo skąd, pstrykał zdjęcia zmierzającym do samochodów 

gościom.   Mniej   niż   pięć   minut   później   znaleźli   się   przed   „Ye   Olde   Flying   Horse”, 

szesnastowiecznym budyneczkiem na rynku Lopsley. W niedużej restauracji czekały już na 

wszystkich pyszne zakąski i schłodzony szampan.

Pan młody okazał się mało towarzyski, podczas gdy oboje drużbowie i ojciec panny 

młodej uwijali się dosłownie jak w ukropie. Jeśli nawet pannie młodej rozmowa przychodziła 

z trudnością, a jej uśmiech był nieco wymuszony, chyba i tak nikt tego nie zauważył.

Stojąc u boku męża i dopijając drugi już kieliszek szampana, Raine uznała, że być 

background image

może sekret przetrwania tkwi w umiejętności radzenia sobie z chwilą bieżącą. Gdybyż tylko 

umiała nie wybiegać myślami naprzód... Drżąc, wzięła z tacy kolejny kieliszek. Zaczynała się 

czuć dziwnie lekko. Upiję się, pomyślała, gdy nagle przyszło jej do głowy, że... Ależ tak, 

przetrwać da się wszystko; trzeba jedynie okazać siłę woli. Nick wymusił na niej małżeństwo, 

ale nie mógł nakazać, żeby z nim sypiała. Postawi sprawę jasno, powie, że sobie tego nie 

życzy. Jakież to proste...

- Nic nie jesz. - To mówił chyba on, bo któżby inny.

- No to co?

- Przyniosę ci coś. - Ściągnął brwi i chciał jeszcze coś dodać, lecz podeszła do nich 

Martha.

- Aleś ty śliczna - uśmiechnęła się wzruszona do Raine. - Tato jest z ciebie dumny... - 

Objęły się serdecznie.

- Wszystko gotowe? - zapytał Nick.

- W najdrobniejszych szczegółach - potwierdziła gosposia, podając mu jakiś klucz, ale 

nim zdążyła się rozgadać, zajął się nią Ralph. Włożył jej kieliszek do ręki, objął ramieniem i 

poprowadził do bufetu.

- Szampana? - Do młodej pary zbliżył się drużba.

- Chyba już podziękujemy - odpowiedział Nick. - Zostało nam niedużo czasu.

- Że co? - bąknęła Raine, gdy Finn częstował Margo. Czuła, że plącze się jej język.

- Zaraz będziemy się musieli zbierać. Wyjeżdżamy w podróż poślubną... Pamiętasz 

chyba nasze rozmowy.

- Tak, tak, ale... Nie jestem spakowana.

- Zrobiła to za ciebie Martha. Twoja walizka jest już w bagażniku taksówki. Martha 

przyniosła ci też ubranie na podróż. Tam jest pokoik, gdzie możesz się przebrać. Chodź, 

pomogę ci wyplątać się z tej sukni.

W   jednej   chwili   wyparowała   z   niej   pijacka   pewność   siebie.   Zerknęła   w   bok   i 

zobaczyła Margo i Finna zatopionych w rozmowie. Prawie stykali się głowami.

- Sama sobie poradzę.

- Wątpię. - Odstawił puste kieliszki i wziął wiązankę. - Trzeba sporej precyzji, żeby 

rozpiąć te wszystkie guziczki, a tobie, zdaje się, troszeczkę trzęsą się ręce. Z moją pomocą 

pójdzie ci szybciej. Przebierzesz się, a potem pozostanie ci już tylko pożegnać gości z miną 

szczęśliwej panny młodej.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

I tak to właśnie wyglądało. Ucałowała ojca, Nick uścisnął mu dłoń, pożegnali się ze 

wszystkimi i w deszczu ryżu i różanych płatków przeszli brukowaną uliczką do czekającej 

taksówki. Raine zatrzymała  się jeszcze na chwileczkę i rzuciła swoją wiązankę tak, żeby 

złapała ją Margo. A potem odjechali, uśmiechając się i machając do grupki osób żegnających 

ich w październikowym słońcu.

Kiedy nie trzeba już było nic udawać, skończyły się pozory szczęścia. Raine milczała. 

Dobrze wiedziała, co ją czeka. Gdyby jeszcze nie ta zmysłowa fascynacja mężczyzną, który 

został jej mężem, chociaż ani jej nie kochał, ani nawet nie szanował...

Nick wziął ją za rękę.

- Raine,  posłuchaj... Jesteśmy teraz  mężem  i żoną, na  dobre i na  złe. Czemu  nie 

mielibyśmy się postarać, żeby było nam razem dobrze?

- Żartujesz chyba! - krzyknęła z ogniem w oczach. - To tak, jakby mówić niewinnie 

powieszonemu, żeby spróbował znaleźć jaśniejsze strony w swojej sytuacji.

- Tak być nie musi - odparł spokojnie. - Wiesz tak samo dobrze jak ja, że moglibyśmy 

być szczęśliwi. Lubimy ze sobą przebywać, w wielu sprawach mamy zbliżony gust, a seks 

jest mocną stroną naszego związku. Co do reszty, konieczny jest kompromis. Po co mamy 

zrobić sobie z życia piekło? Lepszy byłby pakt o nieagresji.

- Co ty powiesz! - Wyrwała mu rękę.

- Gdybyś tylko przestała się szarpać i popatrzyła na sytuację rozsądnie...

- Twoim zdaniem rozsądnie z mojej strony byłoby zgodzić się na rolę zabawki, póki ci 

się nie znudzę? Nie, dziękuję. Wolę już wojnę.

- No cóż - powiedział z kamiennym wyrazem twarzy. - Pozostaje mi więc jedynie 

przekonać cię, że zwycięzcą będę ja.

Linia frontu została nakreślona. Lecieli do Bostonu.

Samolot   wystartował   o   czasie.   Raine,   którą   z   napięcia   i   od   nadmiaru   szampana 

rozbolała głowa, pożegnała hałaśliwe Gatwick z prawdziwą ulgą. Po burzliwej rozmowie w 

taksówce Nick zaczął znów odnosić się do niej z uprzejmą obojętnością. Dziwne, ale wcale 

jej to nie cieszyło. Z udawanym zainteresowaniem czytała jakieś romansidło, które kupił jej 

na lotnisku. Miała jednak taki mętlik w głowie, że nie potrafiła ani się skupić, ani zdrzemnąć, 

ani nawet wmusić w siebie podanego posiłku.

Bostoński międzynarodowy port lotniczy znajduje się na półwyspie. Kiedy samolot 

podchodził do lądowania, widać było mosty na Charles River i roziskrzony dywan świateł. 

background image

Podczas swej pierwszej wizyty Raine zakochała się bez pamięci w tym wspaniałym mieście, 

zwanym niegdyś „kolebką wolności”.

Taksówka  podjechała  pod  dom  przy  skwerze   Mecklenburg,  drzwi   otworzyły  się  i 

schody zalało światło. Tak samo jak wtedy... Przez sekundę Raine wydawało się, że zaraz 

wyjdzie do nich stryj Harry. Zamiast niego ukazała się jego gosposia, pani Espling. Gdy Nick 

płacił taksówkarzowi i wyjmował bagaże, przywitała się z nią serdecznie.

- Bardzo się wszyscy ucieszyliśmy na wiadomość o ślubie - powiedziała. - W imieniu 

całego personelu pragnę złożyć pani najlepsze życzenia. Zdrowia, szczęścia, pomyślności! 

Ale - dodała z nutką niepokoju - czy lot przebiegł bez problemów? Wygląda pani mizernie...

- Trochę mnie to wszystko zmęczyło - przyznała Raine. - Jeśli chciałaby pani pójść od 

razu na górę, to...

- Owszem.

- Zaraz przyniosę coś do jedzenia.

- Nie, nie, dziękuję. Proszę sobie nie robić kłopotu. Chciałabym się tylko położyć.

- To pewnie ta różnica stref czasowych tak się dała pani we znaki - stwierdziła pani 

Espling, wchodząc razem z nią po schodach, ale gdy Raine skręciła automatycznie w stronę 

pokoju,   który   zajmowała   w   ubiegłym   roku,   dotknęła   jej   ramienia   i   pokierowała   do 

małżeńskiej sypialni. Zaraz potem szczupły, jasnowłosy młodzian, w którym rozpoznała syna 

gospodyni, przyniósł jej walizkę i postawił na rzeźbionej komódce w nogach łóżka.

Spojrzała na królewskich rozmiarów łoże, zapewne to samo, które jeszcze niedawno 

Nick dzielił z Tiną, i raptem - ale niestety znacznie, znacznie za późno - pożałowała, że to nie 

ona wybrała miejsce na miodowy miesiąc. Wolałaby wszystko, byle nie Boston.

Roztrzęsiona otworzyła walizkę. Odłożyła na bok kremową atłasową koszulę nocną i 

cieniutki peniuar, które Martha świadomie umieściła na samym wierzchu razem z kosme-

tyczką,   i   robiąc   bałagan   w   rzeczach,   wyciągnęła   bawełnianą   koszulę   i   stary   szlafrok. 

Wróciwszy z łazienki, zgasiła lampę, położyła się do łóżka, zamknęła oczy i starała się nie 

myśleć, co ją czeka. Może gdyby spała, kiedy przyjdzie Nick... Mizerna to była nadzieja, ale 

uczepiła się jej jak ostatniej deski ratunku. Mimo obezwładniającego zmęczenia, nie mogła 

usnąć.   Sen   nie   chciał   jej   zmorzyć   i   napięta,   u   kresu   wytrzymałości   nerwowej,   czekała, 

czekała, czekała.

Wszedł cicho. Jego obecność zdradziło jedynie lekkie naciśnięcie klamki. Na dywan 

padła smuga światła. Zapalił lampkę przy łóżku.

- Wiem, że nie śpisz - szepnął jej do ucha - więc nie udawaj. Chyba że chcesz, żebym 

postąpił z tobą jak książę ze Śpiącą Królewną.

background image

Roześmiał się miękko, gdy uniosła powieki.

- Boli cię głowa?

- Tak. - Pomyślała, że Nick zaraz zacznie kpić i powie, że zna te numery.

- No, to usiądź. - Podał jej kubek gorącego mleka doprawionego brandy.

- Nienawidzę gorącego mleka!

- Weź to. - Wcisnął jej w dłoń dwie pigułki. - Głowa przestanie cię boleć i szybciej 

zaśniesz...   Chyba   że   wolisz,   żebyśmy,   jak   się   to   nieładnie   mówi,   skonsumowali   nasze 

małżeństwo jeszcze tej nocy - dodał z uśmiechem, spostrzegając jej zaskoczenie.

Szybko połknęła tabletki i zaczęła pić mleko. Uśmiechnął się, tym razem drwiąco.

- Ochoty wielkiej nie widzę. A ponieważ najwyraźniej nie jesteś w formie...

- Zastanawiam się, czy tego nie wykorzystasz. Byłabym łatwą zdobyczą.

Zgniewała go wyraźnie, ale kiedy się odezwał, jego głos brzmiał spokojnie:

- Łatwe zdobycze nie budzą we mnie szczególnego entuzjazmu, a z tobą... no cóż, 

nastawiam się na piękną walkę.

Wiedziała, że jest zawzięty, ale z natury był człowiekiem dumnym. Postanowił, że 

wygra walkę, więc musiało to być zwycięstwo w wielkim stylu, a jakież to zwycięstwo, gdy 

przeciwnik popija mleko i pada ze zmęczenia. Irytował ją potwornie tą zdolnością panowania 

nad sobą, umiejętnością czekania. Dawał jej wolność, ale zamiast się z tego cieszyć, czuła się 

jedynie jeszcze bardziej rozstrojona.

Wyjął kubek z jej ręki i odstawił na szafkę.

-   A   może   jednak   byłoby   lepiej,   gdybyśmy   się   kochali   dzisiaj?   Rano   mogłabyś 

powiedzieć, że byłaś zbyt zmęczona, żeby mi się oprzeć?

Doprawdy szokował ją tym odczytywaniem jej nawet nie do końca uświadamianych 

myśli.

- Ja w ogóle nie życzę sobie żadnych zbliżeń z tobą. A już zwłaszcza na tym łóżku...

- Niewygodne?

- Wygodne, niewygodne, to bez znaczenia. Po prostu nie mogę znieść myśli o tym, 

że...

- Że spałem tu z Tiną? O to możesz być spokojna. Na tym łóżku nikt nigdy ze mną nie 

spał.

Odczuła   tak   ogromną   ulgę,   że   jej   piękne   zielone   oczy   zwilgotniały   nagle   i   dwie 

ciężkie   łzy   stoczyły   się   powoli   po   policzkach.   Nick   nachylił   się   i   z   czułością   otarł   je 

kciukiem. Wstrzymała oddech nie wiedzieć czemu - może z napięcia, a może dlatego, że ta 

ulotna chwila dała jej przedsmak tego, jak mogłoby potoczyć się ich pożycie.

background image

- No, uspokój się, nie trzeba... - Otoczył ją ramionami i zaczął lekko kołysać. - Jeśli 

nie uśniesz do czasu, aż się wykąpię - zagroził łagodnie, układając ją jak dziecko - to uważaj, 

bo jeszcze podkusi mnie licho i będę się z tobą kochał do białego rana.

Kiedy Raine obudziła się, w głowie huczała jej tylko jedna myśl: spali razem! Była w 

wielkim łożu sama, ale obok niej leżała zmięta kołdra i wygnieciona poduszka. Niebieskie 

aksamitne   zasłony   były   odciągnięte.   Przez   wysokie   drzewa,   rosnące   przy   skwerze, 

przeświecało słońce. Spojrzała na swój maleńki złoty zegarek. No, ładnie... Przespała blisko 

dobę. Ból głowy minął, czuła się znowu sobą i była przeraźliwie głodna.

Zupełnie  jakby myśl  potrafiła  czynić   cuda,  drzwi  otworzyły   się  i wszedł  Nick  ze 

śniadaniem na tacy.

- Lepiej się czujesz? Mam nadzieję, że jesteś wreszcie głodna.

- Owszem. - Umknęła mu wzrokiem, gdy stawiał tacę na jej kolanach.

- To dobrze. Proszę.

Podniósł pokrywkę półmiska. Zapachniało jajecznicą na kruchutkim bekonie. Obok 

leżała góra tostów wielkości dłoni, stał brązowy dzbanuszek z klonowym syropem i dwie 

identyczne filiżanki, ale nakrycie było tylko jedno.

- A ty? Nie jesz? - Poczuła się nieswojo na myśl, że Nick będzie tak siedział i tylko się 

przyglądał.

- Jadłem śniadanie godzinę temu. Ale kawę wypiję z tobą chętnie.

Nalał   kawę   do   obu   filiżanek   i   podszedł   ze   swoją   do   okna.   Wdzięczna   za   to,   że 

zachował się taktownie, rzuciła się na jedzenie. Spałaszowała prawie całą jajecznicę i nie 

przejmując się tym, że miesza pikantne ze słodkim - czego Amerykanie na ogół unikają - 

zakończyła śniadanie tostem z syropem.

- Dziękuję, to było pyszne. - Westchnęła błogo. Patrząc Raine w oczy, Nick uniósł jej 

dłoń i oblizał po kolei słodkie od syropu palce, a potem delikatnymi, drobnymi muśnięciami 

zlizał słodycz z jej warg. Zagrały w niej zmysły, kiedy jednak podała mu usta do pocałunku, 

powiedział miękko:

- Ostrzegam cię uczciwie. Jeśli się raz pocałujemy, wrócę pod kołderkę i będę się z 

tobą kochał przez cały dzień. Mam cię pocałować? Chcesz?

Pragnęła tego każdym nerwem, ale zapanowała nad sobą. Dlaczego znowu dawał jej 

możliwość wyboru? Zachowywał się tak, jakby zależało mu na uniknięciu oskarżenia o to, że 

ją do czegokolwiek przymusza. Tyle że gdyby udało mu się skłonić ją do przyznania, że to 

ona go pragnie, miałby zwycięstwo w kieszeni. A zatem nie wolno jej było przyznać się do 

własnych najgłębszych pragnień.

background image

- Raine... Chcesz?

- Nie! - zaprzeczyła nieswoim głosem.

- W takim razie - odsunął się - trzeba będzie spędzić ten dzień inaczej. Co byś chciała 

robić?

-   Chciałabym   wyjść   z   tego   domu   i   nigdy   cię   już   nie   oglądać.   A   ponieważ   to 

niemożliwe, jest mi dokładnie wszystko jedno.

-   Będą   ci   potrzebne   ubrania.   Powiedziałem   Marcie,   żeby   zapakowała   tylko 

podstawowe   rzeczy,   proponuję   więc,   żebyśmy   się   wybrali   po   zakupy,   a   przy   okazji 

przypomnisz sobie Boston.

Wezbrał w niej z nową siłą żal do niego za to, że za cel podróży wybrał miejsce, które 

- o czym, musiał wiedzieć - budziło w niej najgorsze wspomnienia.

- Nie mam ochoty. - Odwróciła wzrok.

- Rozumiem, że nieszczególnie cię obchodzi, jak i gdzie spędzimy miodowy miesiąc.

- Skąd wiesz? - wycedziła słodko.

- Jakoś nie widać, żeby rozpierała cię radość.

- Wyobrażałeś sobie, że będzie inaczej? Nick uśmiechnął się blado.

- Jeśli dobrze sobie przypominam, kategoryczny sprzeciw wzbudzała w tobie jedynie 

perspektywa wyjazdu do Paryża. Boston kiedyś bardzo ci się podobał.

- Ale tym razem wybrałeś go wręcz za karę - powiedziała rozżalona.

- Wybrałem  go, żebyśmy  mogli  dzień czy dwa odpocząć,  pobyć  tylko  we dwoje. 

Myślałem, że łatwiej ci tu będzie oswoić się z sytuacją i...

Roześmiała się sarkastycznie.

- Uważasz, że kiedykolwiek oswoję się z faktem, że dałam się zmusić do małżeństwa 

z kimś, kogo nienawidzę?

Wyraźnie starał się zachować cierpliwość.

- Nie musimy siedzieć w Bostonie. Chcesz, to wyjedziemy, choćby dziś... Raine... Nie 

ma sensu tak się kłócić. Proszę cię jedynie o odrobinę dobrej woli po to, żeby nasza podróż 

poślubna przebiegła możliwie najprzyjemniej. Po prostu powiedz, dokąd chciałabyś pojechać.

Gdy po raz kolejny odęła się i zrobiła ironiczną minę, potrząsnął nią lekko.

- Słuchaj... Nie chcę, żebyś znienawidziła mnie jeszcze bardziej, więc.

- Bardziej już chyba nie potrafię.

- W porządku. W takim razie nie mam nic do stracenia.

- Nic - przytaknęła zjadliwie. - Jest mi dokładnie wszystko jedno, gdzie spędzimy te 

parę tygodni. Piekło wszędzie jest takie samo.

background image

Zacisnął boleśnie palce na jej ramionach i nagle, jakby się obawiał, że zrobi coś złego, 

puścił ją i wstał.

- No to pięknie. - Wyczuła, że ogarnia go furia. - Chcesz piekła, to postaram się nie 

sprawić ci zawodu.

-   Nick,   ja...   -   zaczęła   przerażona,   uświadamiając   sobie,   że   przebrała   miarę,   ale 

wyszedł, głośno zamykając drzwi.

Roztrzęsiona   wyskoczyła   z   łóżka,   wyjęła   z   walizki   świeżą   bieliznę,   sukienkę   z 

wełenki   i  półbuty  na  wysokim   obcasie.   Należało   koniecznie  załagodzić  sytuację.  Szybko 

ubrała   się   i   zamierzała   już   pójść   do   niego,   gdy   raptem,   przechodząc   przez   sypialnię, 

zorientowała   się,   że   jej   walizka   znikła.   Odczuła   nagły   niewytłumaczalny   niepokój.   Nie 

wariuj, skarciła się w duchu. Na pewno służąca albo sama pani Espling chciała zrobić porzą-

dek. Zeszła po schodach i od razu w holu natknęła się na Nicka. Trzymał w ręku jej torebkę i 

ciepłą, długą kurtkę.

Albo czytał w jej myślach, albo sam zdecydował, że jednak pojadą do centrum. Bez 

słowa podprowadził ją do dużego auta. Było wygodne i wyposażone w klimatyzację.

Przez   pewien   czas,   gdy   jechali   malowniczymi   uliczkami   Beacon   Hill,   spokojnie 

oglądała widoki za szybą. Nagle coś obudziło jej czujność. Nick w ogóle się nie odzywał. 

Cisza panująca w samochodzie stawała się nie do zniesienia.

- Zwykle nie jeździsz tym autem - odezwała się, żeby cokolwiek powiedzieć.

- Służy mi do podróżowania zimą.

- A co to za marka?

- Cherokee Chief.

- Pytam, bo pomyślałam, że to trochę dziwne wybierać się takim autem po zakupy.

- Nie jedziemy po zakupy.

Zrozumiała.   Skończyły   się   żarty.   Jej   dotychczasowy   niepokój   przemienił   się   w 

prawdziwy strach.

- A dokąd?! - rzuciła ostro.

- W podróż poślubną. - Zerknął na nią spod długich, ciemniejszych od włosów, lecz 

złotawych na końcach rzęs.

A zatem to dlatego z pokoju znikły jej rzeczy i walizka! Oczywiście, jak mogłam tego 

nie przewidzieć, pomyślała z bijącym sercem, jeszcze nie do końca tracąc nadzieję, że myli 

się w swych przeczuciach.

- Dokąd? - wydusiła.

- Zgadnij. - Spostrzegła, że skrzywił się w okrutnym uśmiechu. Kpił z niej w żywe 

background image

oczy.

Nie, pomyślała rozgorączkowana. Do Sowiej Zatoczki nie wrócę za nic. Rok temu tak 

wyobrażała sobie raj, ale teraz wspomnienia związane z tym miejscem były wręcz nie do 

zniesienia.

- Nick, proszę cię - powiedziała z paniką w głosie. - Pojadę wszędzie, wszędzie, byle 

nie tam.

- Dałem ci wolność wyboru - stwierdził beznamiętnie, gdy przejechali mostem przez 

Charles   River   i   skręcili   na   autostradę   biegnącą   wybrzeżem   Nowej   Anglii   do   Maine. 

-Powiedziałaś, że piekło jest wszędzie takie samo. Pozwól zatem, moja droga żono, że zrobię 

je tam, gdzie zechcę.

Sama ściągnęła na siebie to nieszczęście, nie odezwała się więc ani słowem.

- Nie zamierzasz mnie błagać?

- Coś by to dało?

- Nie, ale miałbym przynajmniej satysfakcję.

- Figa z makiem - odburknęła bez zastanowienia, powtarzając jedno z ulubionych 

powiedzonek Margo.

Wybuchnął śmiechem.

- Wreszcie trochę humoru. Jest nadzieja, że się kiedyś rozchmurzysz, a jak już, to... - 

Puścił   do   niej   oko.   -   W   Sowiej   Zatoczce   będziemy   zupełnie   sami.   W   promieniu   kilku 

kilometrów nie ma żywej duszy.

- Usiłujesz mnie przestraszyć...

- Jak widzę, z powodzeniem. Ale - zerknął w jej stronę - nie masz się czego bać. 

Zdrzemnij się lepiej. Do Bangoru jedzie się mniej więcej pięć godzin, a potem minie jeszcze 

trochę czasu, nim dotrzemy na miejsce.

Pomyślała o drogach, po których jeździły jedynie platformy z drzewem, o leśnych 

ostępach i kompletnym bezludziu. Ogarnął ją lęk.

- Do tego czasu zrobi się zupełnie ciemno...

- Mamy mocne światła, a w puszczy czuję się niemal jak w domu.

Nick  nigdy nie przestawał  jej zdumiewać.  Wydawał  się  kimś,  kto realizuje  się  w 

mieście,   w   wielkim   świecie.   Stryj   Harry   opowiadał   jej   jednak,   że   jako   bardzo   młody 

mężczyzna Nick spędził dużo czasu w bazach przy wyrębie lasu. To tam nabrał tężyzny, 

harując   fizycznie   jak   wszyscy   pozostali   robotnicy,   i   zapracował   na   szacunek   swoich 

przyszłych podwładnych. Sam stryj również kochał dziką przyrodę. Opowiadał, że przed laty 

sporo z Nickiem wędrowali i pływali kajakiem, docierając czasem do samych mateczników.

background image

Mateczniki... Stare, prawie już zapomniane słowo. Poczuła dreszcz emocji, ale szybko 

odechciało się jej romantycznych uniesień.

Miała  przed  sobą  całe  pięć godzin.  Jeśli przez  ten  czas potrafiłaby  jakimś  cudem 

namówić Nicka na nocleg w Bangorze, to rano może nie byłby już taki zawzięty... Chociaż 

przespała   całą   dobę,   musiała   się   chyba   w   którymś   momencie   zdrzemnąć,   gdyż   kiedy 

podniosła   ciężkie   powieki,   spostrzegła,   że   słoneczna,   łagodna   aura   zmieniła   się   nie   do 

poznania. Silny wiatr kładł pokotem trawy, na niebie kłębiły się chmury i padał deszcz.

Zjechali z autostrady i wjechali w ruchliwe uliczki jakiegoś centrum handlowego z 

parkingami, stacją benzynową, agencją wynajmu samochodów, barem kawowym i restaura-

cją, w której serwowano owoce morza.

- Zjadłabyś coś?

Nie   chciało   jej   się   jeść,   ale   ochoczo   skinęła   głową.   Przy  jedzeniu   zawsze   łatwiej 

nawiązać   rozmowę.   Może   jednak   Nick   zgodzi   się   przenocować   w   Bangorze.   Rano 

zaproponowałaby mu na przykład wycieczkę nad Niagarę. Mogliby tam spędzić parę dni, a 

może zostać na dłużej. Wśród ludzi, w hotelu. .. Zapędziła się w marzeniach, ale póki co 

należało  je ograniczyć  do Bangoru.  Bo potem,  gdyby  ruszyli  dalej  na  północny wschód, 

byłaby już tylko więźniem Nicka - skazana na jego łaskę i niełaskę.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Zaparkowali w pobliżu restauracji „Pod homarem” i w ulewnym deszczu przebiegli do 

środka. Natychmiast zajęto się ich okryciami i wskazano stolik na przeszklonej, stylizowanej 

na morski brzeg werandzie. O szyby bił deszcz. Świat ginął w jego nieprzerwanych strugach.

Jak wskazywała nazwa restauracji, tutejszą specjalnością były homary. Kelnerka w 

nieskazitelnie białej bluzce, krótkiej czarnej spódnicy i klapkach - na oko dorabiająca sobie 

studentka - zaczęła wyliczać sposoby, na jakie je tu przyrządzano i podawano, ale Raine, 

czując, że z homarem w żadnej postaci sobie dziś nie poradzi, przejrzała szybko kartę i wy-

brała sałatkę. Gdy tylko dziewczyna przyjęła zamówienie i odeszła, zebrała się na odwagę.

- Ile czasu zabierze nam jazda do Bangoru?

- Jakąś godzinę... może półtorej. Upiła łyk wody.

- Jesteś chyba zmęczony. Prowadzenie samochodu w takim deszczu to istna mordęga.

Spojrzał na nią tak obojętnie, że natychmiast pojęła beznadziejność próby realizacji 

swego planu, lecz chcąc przynajmniej zyskać na czasie, brnęła dalej:

- Czy nie uważasz, że rozsądniej byłoby zatrzymać się na noc w jakimś motelu? Źle 

mówię? - rzuciła zdesperowana, gdy w ogóle nie zareagował. - Przecież do Sowiej Zatoczki 

zawsze możemy pojechać jutro. Jeśli oczywiście będziesz chciał...

Powoli powiódł po niej spojrzeniem.

- Wolałbym znaleźć się tam już dziś - powiedział spokojnie. - Mam pewne plany, a 

pokoik w motelu o ścianach cienkich jak papier nie bardzo się nadaje do realizacji moich 

zamierzeń...

- Nick, posłuchaj. Sam mówiłeś, że nie ma sensu robić z życia piekła. Zgadzam się z 

tobą. Byłam złośliwa i w ogóle niemożliwa. Przepraszam.

- Uznałaś, że przeprosiny mogą mnie ugłaskać? - Z satysfakcją przyglądał się, jak jej 

policzki stają w ogniu, i pokręcił głową. - Lepiej coś zjedz.

- Nie. Naprawdę więcej nie mogę. Napiłabym się kawy. Zamówił kawę i od razu 

poprosił o rachunek. Napiwek był tak hojny, że kelnerka spojrzała na niego najpierw zasko-

czona, a potem uradowana.

- Bardzo dziękuję! Życzę miłego dnia.

Trzymając Raine pod łokieć, poprowadził ją do holu, gdzie zdjął kurtkę z wieszaka.

- Muszę jeszcze umyć ręce.

Klimatyzowane pomieszczenie było przyjemne i dobrze oświetlone, wyposażone w 

kilka krzesełek, długą toaletkę z lustrem i rząd umywalek. Raine rozejrzała się i dusza w niej 

background image

zamarła. Żadna z kabin nie miała okna; wchodziło się i wychodziło tymi samymi drzwiami. O 

ucieczce   nie   mogło   być   mowy.   Jakby   wiedziony   siódmym   zmysłem,   Nick   odwrócił   się, 

ledwie otworzyła drzwi. Nie pozostawało nic innego, jak pójść za nim.

Chociaż było dopiero wczesne popołudnie, zrobiło się prawie ciemno, a deszcz lał jak 

z cebra. Skuleni pod parasolami ludzie wyskakiwali ze swych samochodów. Na mokrych 

chodnikach   odbijały   się   czerwone,   niebieskie   i   zielone   światła   neonów.   Wracając   na 

autostradę, mijali stację benzynową. Nick sprawdził poziom paliwa.

- Warto by dopełnić bak - powiedział i korzystając z tego, że jedno miejsce przy 

dystrybutorze właśnie się zwolniło, podjechał tam, wyłączył silnik i wysiadł.

Raine   ogarnęło   niesamowite   podniecenie.   Oto   nadarzała   się   sposobność,   o   jakiej 

nawet nie marzyła. Główne wejście do pasażu handlowego znajdowało się tuż, tuż. Gdyby 

tylko udało się tam niepostrzeżenie wśliznąć, byłoby stosunkowo łatwo zniknąć w tłumie 

ludzi,   labiryncie   korytarzy,   sieci   stoisk   i   salonów   firmowych.   Co   prawda   zostałaby   bez 

walizki, ale jakoś by sobie poradziła. Nie miała przy sobie dolarów, a jedynie angielskie 

drobniaki, lecz od czego są karty kredytowe. .. Siedziała cicho jak myszka, gdy tymczasem 

Nick napełnił bak, wsiadł za kierownicę i podjechał parę metrów do przodu. Gdyby jeszcze 

zostawił kluczyki w stacyjce, kiedy poszedł płacić za benzynę... Niestety, jakby coś go tknęło, 

zabrał je ze sobą.

Błyskawicznie   wysiadła   i   powstrzymując   się   od   biegu,   spokojnie   wmieszała   się 

między ludzi zmierzających do wejścia. Z bijącym sercem, na dziwnie sztywnych nogach 

przemierzyła główny hol, skręciła, wsiadła do winy i wjechała na piętro.

Z witryn wielu sklepików nie zdjęto jeszcze dekoracji z okazji Halloween, ale Raine, 

oglądając się raz po raz nerwowo za siebie, prawie nie zauważała czarownic w czarnych 

szpiczastych   kapeluszach,   upiorów   w   białych   szatach   i   podświetlonych   lampionami, 

wydrążonych dyń, przypominających pomarańczowe, uśmiechające się złowieszczo głowy.

Ochrona   pasażu   handlowego   była   liczna   i   widoczna.   Wszędzie   przechadzały   się 

umundurowane patrole, wyposażone w krótkofalówki. Jednemu z nich towarzyszył owczarek 

alzacki.   Zauważyła,   jak   jakiegoś,   zdaje   się   podpitego,   młokosa   strażnicy   odizolowali 

sprawnie od koleżków i udzielili mu przestrogi.

Czując się nadal bardzo niepewnie, Raine weszła do jednego z większych salonów, ale 

kiedy zbyt długo bez celu kręciła się między stoiskami, spostrzegła podejrzliwe spojrzenie 

strażniczki. Przeszła więc gdzie indziej. Stopniowo uspokajała się i po więcej niż godzinie 

krążenia od sklepu do sklepu powiedziała sobie stanowczo, że nic jej nie grozi. Gdyby nawet 

Nick   domyślił   się,   że   weszła   do   pasażu,   i   tak   żadną   miarą   nie   zdołałby   przeszukać   tak 

background image

ogromnego kompleksu. Ale czy odjechał? Można to było sprawdzić tylko w jeden sposób. 

Zdobyła się na odwagę i zjechała do głównego wejścia.

Wciąż   lał   deszcz,   a   wiało   chyba   jeszcze   mocniej   niż   przedtem.   Starając   się   jak 

najdłużej   nie   wychodzić   na   otwartą   przestrzeń,   przeszła   w   stronę   parkingu,   otoczonego 

sznurem z różnobarwnymi chorągiewkami, szarpanymi teraz przez wiatr. Czujny rzut oka na 

zatoczkę, w której zaparkował Nick, przekonał ją, że jego samochód znikł. Odetchnęła z ulgą 

i ruszyła  szybko  w stronę agencji wynajmu samochodów, usiłując po drodze namacać w 

torebce portfel, w którym trzymała karty kredytowe, prawo jazdy i pieniądze. Nie mogła go 

znaleźć,   więc   zatrzymała   się,   poszukała   spokojniej   -raz,   drugi,   trzeci   i   niestety   -jej 

podejrzenia potwierdziły się. Portfela nie było.

- Czym mogę służyć? - przywitała ją nosowym głosem brunetka za ladą.

- Miałam zamiar wypożyczyć samochód, ale... chyba zgubiłam dokumenty.

- Proszę zapytać  w informacji pasażu handlowego - doradziła bez zainteresowania 

urzędniczka. - Może będą coś wiedzieli.

- Tak, tak, dziękuję. - Raine odwróciła się na pięcie, wybiegła na ulicę i wpadła prosto 

w ramiona barczystego mężczyzny. Podniosła wzrok i poczuła się tak, jakby spadała windą w 

dół.

- Dziwi cię mój widok? - zadrwił Nick.

- Nie było samochodu... Myślałam, że pojechałeś...

- Tak ci się tylko wydawało. No, a skoro już się dobrze zabawiłaś...

Był wściekły. Czuła to, gdy objął ją w talii i popędził tą samą drogą, którą przyszła. 

Trzęsła się cała - z wrażenia i z zimna. Och, po co wychodziła z tego przeklętego pasażu...

-   Gdybyś   przez   najbliższy   kwadrans   nie   wyszła,   sam   bym   cię   tam   dorwał.   Przez 

calutką godzinę wiedziałem dokładnie o każdym twoim kroku.

- Ciekawe, jakim cudem? Chyba za mną nie chodziłeś?

-   Nie   było   to   konieczne.   -   Widząc,   że   Raine   trzęsie   się   jak   w   febrze,   stwierdził 

lakonicznie: - Powinnaś się przed drogą napić gorącej kawy.

Bar   kawowy  był   duszny  i   dość   obskurny.   Do   tej   pory  dodawało   jej   sił   nerwowe 

podniecenie, ale gdy tylko usiadła na jednej z czerwonych plastikowych ławeczek, uszła z 

niej cała energia. Dopiero pyszna, mocna kawa postawiła Raine na nogi.

- Skoro nie szedłeś za mną, to skąd wiedziałeś, gdzie jestem? - zapytała przyciszonym 

głosem.

- Zawiadomiłem ochronę pasażu. Myśleli, zdaje się, że to jakiś test ich umiejętności, 

rodzaj wewnętrznej kontroli. Namierzyli cię w parę minut i nieustannie obserwowali... Bo 

background image

widzisz - dodał lekko - tak się składa, że ten obiekt podlega przedsiębiorstwu, którego jestem 

właścicielem.

A zatem przez cały ten czas, gdy wydawało jej się, że jest względnie bezpieczna, 

podglądały ją oczy i uszy Wielkiego Brata. Zabawne. Doprawdy, bardzo zabawne! Wybuchła 

histerycznym śmiechem. Nick przechylił się przez stolik i zamknął jej usta pocałunkiem. Dla 

postronnych wyglądali zapewne jak zakochana para. Myśl ta straszliwie zezłościła Raine.

- W życiu bym nie podejrzewała, że zarabiasz również na przydrożnych obiektach 

usługowych - uśmiechnęła się złośliwie.

- Czemu nie?

- To pewnie mieszcząca się tu agencja wynajmu samochodów też jest twoja?

-   Rozczaruję   cię,   ale   nie.   -   Zatrzymał   wzrok   na   jej   podkrążonych   oczach.   - 

Wypożyczyłabyś samochód, a potem?

-   Miałam   zamiar   zanocować   w   motelu   i   ułożyć   jakiś   sensowny   plan.   Ale   widać 

wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie. Zgubiłam portfel i karty kredytowe.

Cmoknął drwiąco.

- Jejku, jejku. Ale z ciebie gapa.

Raptem przypomniała sobie, jak w Bostonie podawał jej kurtkę i torebkę.

- Nie zgubiłam ich, tak? Ty mi je zabrałeś!

- Zgadza się.

- Ale dlaczego?

-   Naprawdę   nie   wiesz?   -   zapytał   znudzonym   tonem.   Pewnie,   że   wiedziała. 

Bezsensowne pytanie. Nie miała przy nim najmniejszych szans. Przewidział wszystko. Na jej 

twarzy odmalowała się czysta rozpacz.

- Kończ tę kawę - nakazał szorstko. - Jedziemy. Mogła zrobić scenę, powiedzieć, że 

nigdzie się stąd nie ruszy. Tylko co by to dało? Była oficjalnie i bezdyskusyjnie jego żoną. 

Nikomu   nie   chciałoby   się   mieszać   do   czegoś,   co   uznano   by   bez   wątpienia   za   zwykłą 

małżeńską sprzeczkę. Wraz z bezradnością ogarnęła ją nagle jakaś bezwołność. W wietrze i 

deszczu,   dała   się   szybko   przeprowadzić   do   samochodu,   ukrytego   między   poobijaną 

ciężarówką a sportowym bolidem.

Parę chwil później skręcili na autostradę międzystanową. Zapewne z powodu bardzo 

złej  pogody  jechało  nią  niewiele   pojazdów.  Ponurym  myślom   Raine  towarzyszył  jedynie 

świst opon na mokrej nawierzchni i rytmiczny ruch wycieraczek. Lśniący czarny pas szosy 

zdawał się nie mieć końca. W pewnym momencie światła samochodu omiotły znak drogowy. 

Bangor! Kiedy zostawili go z tyłu, Raine poczuła na piersiach przygniatający ciężar.

background image

O ile na autostradzie  panował niewielki  ruch, szosa, w którą skręcili,  wiodąca  ku 

granicy z Kanadą, była już zupełnie opustoszała. Bez cienia nadziei na to, że coś się odmieni, 

Raine wypatrywała tępo Sowiej Zatoczki. A tam stanie przed nią tylko jeden wybór - poddać 

się bez oporu lub walczyć. Rezultat i tak miał być ten sam. Wstyd, upokorzenie. .. Udręczona, 

zmorzona jednostajną jazdą, ciepłem i ciemnością, poczuła, że opadają jej powieki.

Wstrząsnęło nią tak mocno, że natychmiast się ocknęła i otworzyła oczy. Samochód 

podskakiwał na nierównej drodze, tylko odrobinę szerszej od leśnej przecinki. W przednich 

światłach wyłaniały się kałuże i wyboje, o boki samochodu szorowały gałęzie sosen. Kolebiąc 

się   i   ślizgając,   przejechali   kilka   kilometrów,   aż   wreszcie   drzewa   rozstąpiły   się   i   Raine 

zobaczyła drewniany mostek. Nie miał poręczy i był tak wąski, że auto ledwie się na nim 

mieściło. Zerknęła na wezbraną pod nimi kipiel, przelewającą się po ogromnych głazach, i 

wstrzymała oddech. Nick jednakże przejechał po mostku bez wahania. Zatrzymał ubłocony 

samochód obok chaty, zeskoczył na ziemię i w ulewnym deszczu przebiegł na drugą stronę.

- W tych bucikach - przeniósł wzrok z grzęzawiska na jej skórzane półbuty na obcasie 

- nie dasz rady. Lepiej będzie, jak cię przeniosę.

- Daj spokój. Poradzę sobie.

Zrobił   ironiczną   minę,   ale   powiedział   tylko:   „Jak   sobie   życzysz”   i   odsunął   się, 

przytrzymując drzwi.

Wysiadła najostrożniej, lecz i tak, ledwie dotknęła ziemi, wysokie obcasy od razu 

ugrzęzły w błocie. Udało jej się zrobić dwa czy trzy kroki. Zgubiła najpierw jeden but, zaraz 

potem   drugi.   Idąc   w   samych   pończochach,   ślizgając   się,   straciła   w   końcu   równowagę, 

zamachała rękami i upadła jak długa. W szumie deszczu usłyszała Nicka. Nachylił się nad nią 

ze śmiechem.

- Na pewno nie potrzebujesz pomocy?

- Na pewno - odburknęła, usiłując klęknąć. - Poradzę sobie, choćbym nawet miała 

pływać w tym błocku.

- Doskonałe.

Zdołała wstać, ruszyła z miejsca i znowu upadła w błoto. Żeby tylko w błoto! Tym 

razem lądowanie nie okazało się takie miękkie. Uderzyła o kamienie i korzenie. Poczuła ból 

w żebrach, prawy policzek piekł. Leżała przez chwilę nieruchomo, ale Nicka zupełnie to nie 

obeszło. Wyjął bagaże i otworzył chatę. Pomyślała o nim z dziką wściekłością i jeszcze raz 

spróbowała się dźwignąć. W oknach zabłysło światło. Nick wrócił, żeby zamknąć samochód. 

Raine tymczasem gramoliła się schodami na werandę, cała w błocie, przemoczona do suchej 

nitki. Pod osłoniętym gankiem czekały na nią otwarte drzwi. Wszystko wyglądało tak, jak to 

background image

zapamiętała. Zapiekły ją łzy. Zmusiła oporne nogi, by przeniosły ją przez próg, zamknęła za 

sobą ciężkie drzwi i powiesiła torebkę na haku.

Nick, z pudełkiem zapałek w ręku, pochylał się nad szybrem. Gdy trzęsąc się, stanęła 

w drzwiach, zerknął na nią.

- Pięknie wyglądasz.

- Zawsze mi mówiono, że błoto robi dobrze na cerę.

- Lepiej zdejmij z siebie te mokre łachy - doradził spokojnie. - Napaliłem. W termie 

będzie zaraz gorąca woda.

Kiedy czysta, z umytymi włosami wyszła z łazienki w białym płaszczu kąpielowym 

Nicka, w piecu buzował ogień. Było ciepło, a zasłony odcinały dom od wietrznej, deszczowej 

nocy. Nick wrócił właśnie z naręczem drew z krytego składziku na werandzie. Sądząc po jego 

mokrych włosach i ilości nagromadzonego drzewa, musiał wychodzić na dwór kilkakrotnie. 

Odnalazł też jej buty. Suszyły się przy piecu, zabłocone i zniszczone.

Zrzucił z siebie skórzaną kurtkę i powiesił obok jej torby.

- Wszystko w porządku? Kiwnęła głową.

Nagle znalazł się o wiele za blisko. Wpatrując się w jej prześliczną twarz, odsunął na 

bok pasemko  włosów zasłaniające zadrapanie  na policzku  i  czule,  jakby była  dzieckiem, 

nachylił się nad nią. Chciał ją pocałować, ale odsunęła się błyskawicznie.

- Rozumiem, że zwolniłaś już łazienkę?

- Tak.

- Wobec tego idę się myć.  A ty bądź łaskawa zacząć swoje żonine obowiązki od 

przyszykowania kolacji.

Dotknięta do żywego tym pełnym drwiny nakazem, popatrzyła na niego bez słowa.

- Puszkę to chyba umiesz otworzyć?

- A może wolałbyś, żebym wyszła na dwór i upolowała coś świeżego?

Roześmiał się i popatrzył na jej wystające spod kąpielowego płaszcza stopy.

- W takim stroju? Jak może zauważyłaś, jest trochę grząsko. Ale rób, jak uważasz. - 

Uśmiechnął się i wchodząc do łazienki, zawołał ironicznie: - Ostatecznie może być fasolka po 

bretońsku.

Fasolka! Dobre sobie! Kipiąc ze złości, otworzyła walizkę i włożyła świeżą bieliznę, 

spodnie, sweterek zapinany na perłowe guziczki i futrzane kapcie, za których zapakowanie 

pobłogosławiła w duchu Marthę.

Spiżarnia zaopatrzona była tak samo dobrze, jak rok temu. Wciąż mrucząc pod nosem 

złośliwości, Raine zaczęła buszować po półkach. Postanowiła pokazać temu szczwanemu li-

background image

sowi, na co ją stać.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Jakieś dziesięć minut później Nick wyszedł z łazienki, podsuszając jeszcze ręcznikiem 

włosy,  ale była tak pochłonięta swoim zadaniem, że ledwie zerknęła w jego stronę. Gdy 

główne danie dopiekło się, a szarlotka nabrała złotego koloru, Raine nakryła do stołu. Nick 

otworzył butelkę kalifornijskiego białego wina.

Zapiekanka   prezentowała   się   pięknie.   Zewnętrzny   pierścień   ryżu   był   leciutki   i 

puszysty.  Kurczak i warzywa  z puszki, z malutkimi  zwiniętymi  plasterkami  podwędzanej 

szynki   i   serduszkami   karczochów,   wyglądały   świeżo   i   kolorowo,   a   zioła   i   przyprawy 

nadawały całości taki aromat, ze ślinka sama leciała do ust.

Kiedy   Nick   spojrzał   na   stół   z   wyraźną   aprobatą,   Raine   sięgnęła   po   dzbanuszek 

grzejący się na piecu.

- Wystarczy doprawić i możemy jeść.

- Wygląda to wszystko i pachnie cudnie.

- Cieszę się...

Zaalarmowany jej niezwyczajną układnością, zerknął na nią czujnie. Uśmiechnęła się 

niewinnie i polała ryż i mięso gęstym kremowym sosem z dzbanuszka.

- Posmakuj, jest naprawdę pyszny.

To   był   najzwyklejszy   sos   serowy   z   puszki.   Niezwykłości   dodawał   mu   dolany   w 

rozsądnych ilościach skondensowany żółty płyn do mycia naczyń. Raine wzięła dużą łyżkę i 

nałożyła zapiekankę Nickowi, a potem sobie. Gdy zaczął jeść, uniosła kieliszek do ust. Nagle 

rzucił   widelec   na   talerz,   zasłonił   usta   i   wybiegł   do   łazienki.   Nawet   się   nie   poruszyła   i 

spokojnie sączyła wino.

Upłynęła dobra chwila, nim wrócił. Wyglądał zatrważająco spokojnie.

- Ach, ty małpo! - Stanął nad nią, patrząc z niekłamanym podziwem.

- W piecyku jest szarlotka.

- Z dodatkiem czego?

- Niczego.

- Może to dziwne, ale jakoś odechciało mi się jeść. A właściwie - zamruczał jak kot - 

nabrałem apetytu, ale na coś zupełnie innego.

- Będę się bronić! Roześmiał się, błyskając zębami.

- Melodramat!

- Może. Ale będziesz musiał użyć siły.

Ujął ją pod ramię i chciał wyprowadzić z kuchni.

background image

- A kawa? Proszę... Tak mi się chce pić. Nienawidziła siebie za to, że go prawie błaga, 

i jego za to, że ją do tego zmusza, ale każdy pretekst był dobry.

- Zgoda. Ale to już twoja ostatnia zagrywka. Basta! - Poprowadził ją w stronę kręgu 

ciepła i światła bijącego od pieca i bezceremonialnie wepchnął w niski fotel. - A kawę zrobię 

sam. Być może wiesz, gdzie trzymam trutkę na szczury.

- Gdybym wiedziała, już bym jej użyła.

Zapatrzyła się w płomienie, pewna, że wszystko, co osiągnęła, to kolejne odroczenie 

wyroku. Przed samą klęską wybronić nie mogło jej już nic. Z polana strzeliły iskry. Ostry 

zapach palącej się jedliny zmieszał się z delikatną wonią kawy. Deszcz bił o szyby, poświsty 

wiatru uderzały w chatę i targały gałęziami sosen.

Razem z kawą na stoliku pojawił się koniak i dwa kieliszki. Ogień odbił się błyskiem 

w ciemnych oczach Nicka i oświetlił mu twarz.

- Brandy? - zaproponował. Zawahała się, upijając łyk kawy.

- Odrobina pomogłaby ci się odprężyć - zasugerował lakonicznie.

Miała   już   odmówić,   ale   nagle   zmieniła   decyzję.   Alkohol   w   odpowiedniej   dawce 

dodałby   jej   straceńczej   odwagi.   Znieczuliłby   ją   na   to,   co   miało   się   stać.   Przydałoby   się 

porządnie sobie golnąć, ale Nick nalał jej zaledwie parę kropel. Gdy uniosła kieliszek do ust, 

ręka tak się jej trzęsła, że aż zęby zaszczekały o szkło. Połknęła złocisty trunek jak lekarstwo i 

poprosiła o więcej.

- Lepiej nie - sprzeciwił się Nick. - Od śniadania prawie nic nie jadłaś. Alkohol od 

razu uderzy ci do głowy.

- I co z tego?

- A to - odstawił kieliszek na bok - że nie życzę sobie, żebyś mi się zataczała. Mamy 

przed sobą całą noc, a obiecałem ci... wiesz, co.

Przerażona zerwała się na równe nogi, lecz Nick był szybszy. Przeganiał palcami jej 

włosy, ujął w dłonie twarz i nagle obsypał ją drobnymi pocałunkami. Pocałunkami słodszymi 

niż wino. Ustami zamknął jej powieki, musnął brwi, czubek nosa i kącik ust.

- Czekałem na to tak długo, tak długo - wyszeptał chrapliwie - i chcę, żebyś była 

świadoma tego, co się dzieje. Chcę czuć, że sprawiam ci rozkosz, słyszeć, jak wzdychasz, 

prosisz, błagasz.

Serce biło jej tak szybko, że traciła oddech. Jeszcze trudniej było okiełznać budzące 

się pożądanie.

- Jeśli zależy ci na tym, żebym błagała, to proszę - wydusiła - mogę to zrobić już teraz. 

Nick, błagam cię,  puść mnie.  Nie powinnam była  zgodzić  się na to małżeństwo.  To dla 

background image

mnie... poniżające.

W szafirowych oczach Nicka zapłonął gniew. Ubodła go tym określeniem do żywego.

- Nie przejmuj się - wycedził z tygrysim uśmiechem. -Mam absolutną pewność, że to 

poniżenie sprawi ci sporo radości.

Podtrzymując z tyłu jej głowę, drugą ręką ścisnął ją lekko za gardło i pieszczotliwie 

przesunął dłoń na dekolt przy sweterku. Perłowy guziczek sam wyśliznął się z dziurki. Raine 

głośno wciągnęła powietrze. Nick uśmiechnął się. Gdy odsunął się na moment i ściągnął 

przez   głowę   czarny   sweter,   jak   zahipnotyzowana   patrzyła   na   jego   przepiękny   nagi   tors, 

mocną szyję, rzeźbione szerokie ramiona i wąskie biodra.

- Dotknij mnie - poprosił miękko. - Przecież tego chcesz.

Kiedyś   w   takich   chwilach   odczuwała   pewne   onieśmielenie,   ale   teraz   pragnęła 

zbliżenia bardziej niż czegokolwiek w świecie. Gdy z wyschniętym gardłem, płonąc, patrzyła 

na niego bez ruchu, położył  na swojej piersi jej  dłonie i przytrzymał.  Westchnęła  cicho, 

zamknęła oczy i sama, z własnej woli, zaczęła błądzić palcami po ramionach, po rękach, po 

piersi Nicka.

Była tak zaabsorbowana, że prawie nie zauważyła, kiedy ją rozebrał. Stanął nad nią. 

Miała zamknięte oczy. Czarne, rozrzucone włosy odcinały się od kolorowego tła poduszki. 

Pięknie zaokrąglone piersi były strome i mocne, kremową skórę oświetlał ogień.

-   Jesteś   jeszcze   śliczniejsza,   niż   zapamiętałem   -   powiedział   schrypniętym   głosem. 

Wyciągnął się obok, wsparł na łokciu i podłożył dłoń pod jej policzek. - Raine, spójrz na 

mnie...

Zatrzepotała długimi czarnymi rzęsami. W jej oczach wciąż paliła się zmysłowość.

- Rzuciłaś na mnie jakiś czar. Nie potrafiłem przestać o tobie myśleć. Zwariowałem na 

twoim punkcie...

A mimo to ożeniłeś się z inną. Ta myśl, jasna i zimna jak kryształ lodu, owładnęła nią 

natychmiast.

- Moja ty zielonooka czarownico - szepnął i unosząc jej ręce, pocałował wnętrza obu 

dłoni. - Powiedz, że pragniesz mnie tak samo, jak ja ciebie.

Spojrzała na jego usta. Nachylił się... O, Boże, przecież tylko na to czekała. Objęła go 

za szyję i przyciągnęła do siebie z całych sił. Cofnął się na moment.

- Raine... Chcesz mnie? Chcesz, żebyśmy się kochali? Powiedz. Muszę to usłyszeć od 

ciebie.

- Tak, chcę, chcę - wyszeptała żarliwie, obejmując go jeszcze mocniej.

Roześmiał się z radosną drwiną.

background image

- Spokojnie, moja miła. Nie musimy się spieszyć. Mamy przed sobą całą noc.

Przebudziła się, zanurzona w cieple i ciemności, którą rozpraszał jedynie czerwonawy 

poblask idący od pieca z drugiej strony izby. Fizycznie czuła się wspaniale, a zarazem miała 

takie wrażenie, jakby przeżyła wypadek i teraz znajdowała się w letargu.

Leżeli w łóżku, wtuleni w siebie. Czuła na ramieniu ciężar ręki Nicka i jego równy, 

miarowy oddech na plecach.

Och, ależ cudną strategię przyjął! Cofając się myślami, widziała z całą jasnością, jak 

krok po kroku odwiódł ja od wszelkich postanowień. I poszła jak jagnię na rzeź! Zrobił 

wszystko, czego pragnął i o czym ją uprzedzał. Osiągnął nawet to, że błagała. Okazał się od 

początku do końca mistrzem - zabawił się nią jak lalką. Z goryczą przeklinała się za słabość, 

za   nieumiejętność   zapanowania   nad   własną   zmysłowością.   Sama   skazywała   się   na   rolę 

zabawki w rękach człowieka, który nie miał dla niej żadnych uczuć prócz chęci odwetu i 

żądzy.

Żądza...   Paskudne   słowo,   określające   potężną   siłę   zdolną   zawładnąć   człowiekiem. 

Siłę, którą rok temu, w swojej naiwności, gotowa była nazwać miłością.

Obudziła się i zobaczyła, że przez zasłony przedziera się światło dnia, a Nick, wsparty 

na łokciu, uśmiecha się do niej spod rzęs. Nachylił się i słodko musnął wargami jej usta.

- Wiesz, nawet nie marzyłem, że będzie tak pięknie. Nie czułem w tobie nienawiści, 

raczej...

- Owszem - przytaknęła, natychmiast atakując. - Odczuwałam co innego. Żądzę. - 

Prawie się roześmiała, widząc jego minę. - Żądza nie jest czymś zastrzeżonym dla mężczyzn. 

Kobiety też potrafią się tak bawić.

-   Wiem,   wiem,   ale...   -   Pokręciła   głową,   lecz   nie   dał   jej   mówić.   -   Kiedyś   mnie 

kochałaś, w przeciwnym razie nie poddałabyś się tak łatwo. A może... Może ty wciąż mnie 

kochasz?

Zabolało ją to przypuszczenie tak strasznie, że mogła się bronić wyłącznie pogardą.

- Myślisz, że mogłabym  kochać mężczyznę, który zrobił sobie ze mnie dziwkę? - 

Zaśmiała się gorzko, gdy żachnął się i odsunął. - Jestem ordynarna? Możliwe, ale trzeba to 

nazwać po imieniu.

- Raine, co ty wygadujesz...

- Może zresztą taka panienka ma lepiej. Przynajmniej sama wybiera tego, komu się 

sprzedaje.

- Jesteśmy małżeństwem. Raine! Jesteś moją żoną.

- Formalnie. Powiedziałeś, że zależy ci wyłącznie na seksie. No, to proszę, masz, 

background image

czego chciałeś, ale niczego więcej się nie spodziewaj. Ani pociechy, ani opieki, gdybyś na 

przykład zachorował, ani żadnej  pomocy czy współczucia.  Nienawidzę cię i gardzę tobą. 

Choćbyś   się   nawet   topił   w   bagnie,   nie   kiwnęłabym   nawet   palcem.   Stałabym,   i   z   dziką 

radością przyglądałabym się, jak znikasz...

- Nie wysilaj się - przerwał z kamienną twarzą. - Wyraziłaś swoje uczucia aż nadto 

jasno. A skoro, jak mówisz, seks to wszystko, na co mogę z twojej strony liczyć, postaram się 

to wykorzystać najlepiej, jak umiem.

Położył rękę na jej piersi, a gdy podrażniony sutek wyprężył się, powiódł dłonią w 

dół, docierając do jeszcze wrażliwszego miejsca. W jego zachowaniu nie było czułości ani na-

wet namiętności. Traktuje mnie jak rzecz, pomyślała upokorzona i usiłując zapanować nad 

oddechem,   leżała   nieruchomo,   śmiertelnie   blada   i   zrozpaczona.   Coś   w   niej   pękło. 

Postanowiła, że nie okaże najmniejszego poruszenia, że będzie nieczułym manekinem, i oto, 

obserwując go spod rzęs, spostrzegła, ze zdumieniem, a potem z uczuciem triumfu, że z nich 

dwojga bardziej podniecony jest on.

- Jeśli już chcesz udawać dziewczynę na godziny, to musisz, moja droga, włożyć w to 

trochę wysiłku. Somersby bez wątpienia byłby usatysfakcjonowany zbliżeniem z kimś, kto 

leży jak kłoda, ale...

Z niewiadomego powodu tą swoją kpiną przebił się przez maskę jej obojętności. Nie 

bacząc na konsekwencje, poderwała się i z całej siły uderzyła go w twarz. Roześmiał się 

ironicznie. Tego się nie spodziewała. Z furią w oczach rzuciła się na niego, drapiąc go i 

gryząc, czego później miała się wstydzić. Krzyknął, gdy wbiła mu zęby w ramię. Wykorzy-

stując ten moment, opuściła nogi na podłogę, gdy przyciągnął ją z powrotem. Zdążyła jeszcze 

z całych sił dołożyć mu pięścią w twarz i z największą satysfakcją usłyszała, że jęknął z bólu.

Uczucie   zwycięstwa   trwało   jednak   krótko.   Chwilę   później   przygniótł   ją   sobą   i   z 

wściekłością   rozciągnął   jej   ręce   nad   głową.   Emocje   sięgnęły   szczytu.   Być   może   po   raz 

pierwszy w życiu Nick stracił panowanie nad sobą i w tym stanie kompletnego zatracenia 

przeżył   coś,   czego   nie   doznał   jeszcze   nigdy.   Leżał   potem   bezwładnie,   z   głową   na   jej 

piersiach. Kiedy się uniósł i odsunął, Raine spała mocno z rozchylonymi ustami i uniesioną 

nad głowę ręką. Gdyby mogła go widzieć, przeraziłaby się. Na jego twarzy malowała się cała 

gama   uczuć:   gniew,   ból,   czułość   i   coś   więcej   niż   czułość.   Z   westchnieniem   wziął   ją   w 

ramiona, pocałował delikatnie, przykrył ją i siebie kołdrą i siedząc, zapatrzył się w ogień. 

Jakiś   czas   potem   Raine   poruszyła   się   we   śnie.   Pokręciła   głową   i   przylgnęła   do   czegoś 

ciepłego.   Otworzyła   oczy,   zobaczyła,   że   wtyka   nos  w  zarost   na   piersi   Nicka   i   kichnęła. 

Roześmiał się. Przyjemnie, głęboko. Miała ochotę mu zawtórować. Ale nagle otrzeźwiała. 

background image

Nie było się z czego śmiać. Odsunęła się i spojrzała na Nicka. Miał podrapaną twarz, siniak 

pod lewym okiem, a na ramieniu czerwone ślady jej zębów. Spąsowiała ze wstydu. Jak mogła 

się tak zachować...

- Przepraszam - powiedziała cicho.

- Mam rozumieć, że zawieramy pakt o nieagresji i próbujemy znaleźć radość w tym 

naszym miodowym miesiącu?

- Powiedziałeś, że zrobisz z niego piekło.

- W złości mówi się różne rzeczy - przyznał lakonicznie.

- Ale odrobina pokojowej koegzystencji bardzo by mnie ucieszyła. No, to jak będzie? 

- Uniósł jej brodę. - Zawieramy pokój? Tak?

- Tak. - Miała tylko nadzieję, że tym razem nie odczytał wszystkich jej myśli.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Uszczęśliwiony, prawie beztroski, musnął leciutko jej wargi.

- Pocałunek pokoju... A teraz posiedź chwilę w łóżku, a ja dorzucę do pieca.

Odciągnął zasłony i zobaczyła, że nocna ulewa skończyła się. Kiedy stanął w oknie, 

najzupełniej nie wstydząc się własnej nagości, słońce wlało się do środka, ozłacając jego syl-

wetkę. Był piękny jak wykuty z brązu Apollo.

- Dobrze, że nie mamy sąsiadów - powiedziała lekko schrypniętym głosem.

Zachichotał.

-   Przynajmniej   nie   w   pobliżu.   Czasem   zjawia   się   tu   jakiś   turysta,   obozujący   w 

puszczy, ale na stałe mieszkają tu tylko Kurt i Lisbeth Doody'owie. Mają chatę po drugiej 

strome jeziora. To mili ludzie. Może przejdziemy się do nich po śniadaniu? Chcesz?

Czuła, że oboje wyglądają, jakby się pobili, i nie bardzo odpowiadała jej perspektywa 

spotkania z jego znajomymi.

- Nie musimy - dodał łagodnie, wyczuwając jej brak entuzjazmu. - Tak tylko przyszło 

mi do głowy. A co chciałabyś dziś robić? Pospacerować? Popływać kajakiem? Chyba że 

wolałabyś poleniuchować w łóżeczku?

-   Odrobina   ruchu   nie   zaszkodzi   -   odpowiedziała   szybko.   Popatrzył   na   nią   takim 

wzrokiem, że spąsowiała.

- Na powietrzu - podkreśliła cierpko.

- Szkoda. - Uśmiechnął się, zebrał swoje ubrania i wyszedł do łazienki. Kiedy z kolei 

ona   brała   prysznic,   przygotował   śniadanie.   Usiedli   przy   piecu   i   rzucili   się   zgłodniali   na 

puszkowe   kiełbaski,   fasolę   i   razowy   chleb,   a   potem   delektowali   się   kawą   i   wczorajszą, 

rzeczywiście pyszną, szarlotką.

- No, to co? Idziemy?

- Nie wiem, czy zdołam się ruszyć.

- Wstawaj, leniu. - Podciągnął ją za rękę. - Spróbuję wymyślić trasę, która nie będzie 

zbyt błotnista, ale na wszelki wypadek weź kalosze. Stoją obok gratów na ganku. Aha, i musi 

być nas widać. Zaczął się sezon polowań.

Kiedy za przykładem Nicka włożyła kalosze i ciepły skafander z pomarańczowym 

pasem, wcisnął jej na głowę pomarańczowy kapelusz.

Mimo obfitych deszczów błoto nie było aż tak straszne, jak się obawiała. Nierówny 

kamienisty brzeg jeziora pokryty był kobiercem sosnowych igieł. Razem z burzą odszedł zim-

ny front. Spacer w roziskrzonym słońcem, rześkim powietrzu okazał się fantastyczną frajdą. 

background image

W   pewnym   momencie   Nick   zatrzymał   się,   przygarnął   ją   do   siebie   i   wskazał   dom   na 

przeciwległym brzegu. Z komina unosił się dym.

-   To   chata   Kurta   i   Lisbeth.   Kurt   jest   pisarzem,   a   Lisbeth   hoduje   konie.   Czasami 

korzystam z ich uprzejmości i pożyczam wierzchowca... Jeździsz?

- Nie najlepiej, ale bardzo lubię.

- To może jutro, jeśli pogoda dopisze, podjechalibyśmy nad jeziorko Saskin? Bobry 

mają tam swoje żeremie. Przy odrobinie szczęścia może udałoby się nam je podpatrzyć.

- Bardzo bym chciała.

- No, to załatwione. Po śniadaniu przejadę się samochodem do Lisbeth i pożyczę 

konie. - Nachylił się i dotknął zimnym policzkiem jej policzka. - Zjemy lunch w siodle.

- Wspaniale.

Mokre lasy pokryte były rdzawymi i złotymi barwami jesieni, a jezioro - po deszczach 

głębsze niż zwykle - miało lazurowy, wręcz śródziemnomorski odcień.

- Aż chciałoby się wykąpać - powiedziała Raine, gdy ruszyli dalej.

- Pozory - pokręcił głową. - Finn i ja pływaliśmy tu jako chłopcy i możesz mi wierzyć, 

woda jest strasznie zimna, nawet latem.

- Finn... Rzadkie imię...

-   A   człowiek   jeszcze   bardziej   niezwykły.   To   Szwed.   Jest   tak   wszechstronnie 

uzdolniony, że mógłby zrobić karierę właściwie w każdym zawodzie. Zna kilka języków, jest 

świetnym muzykiem, a zanim zdecydował się pracować ze mną, skończył medycynę.

- Domyślam się, że znacie się od dawna.

-   Byliśmy   i   jesteśmy   dla   siebie   jak   bracia.   Andersonowie   byli   nie   tylko   naszymi 

sąsiadami, ale i przyjaciółmi. Wakacje spędzaliśmy zawsze razem. Jego rodzice wynajmowali 

wtedy starą, dość już zmarniałą chałupę nad zatoczką, ale Finn zwykle pomieszkiwał u nas. - 

Uśmiechnął   się   do   wspomnień.   -   Moja   mama   okropnie   bała   się   niedźwiedzi.   Mimo   to 

pozawalała nam nocować na werandzie. Zawsze to większa przygoda niż spanie w ciepłym 

łóżku... Nie kazała nam też jadać ze wszystkimi. Mogliśmy piec kiełbaski na ognisku. Po jej 

śmierci, pani Anderson zaopiekowała się mną serdecznie.

- Ile miałeś wtedy lat?

- Jedenaście. Trudny wiek. Ale matka Fina rozumiała, co czuję. Bez żadnych narzekań 

obdarowała mnie spokojem i miłością, tak jak swoje dzieci.

- Czy...

Nick pokręcił głową.

- Nie żyje. Razem z mężem zginęła w wypadku mniej więcej półtora roku temu. Finn 

background image

przeżył to ciężko, ale... - Jego słowa utonęły w warkocie samolotu.

Oboje zadarli głowy. Biały samolocik z pomarańczowo-niebieskimi znakami unosił 

się niewysoko. Leciał na drugą stronę jeziora. Nick podniósł rękę. W odpowiedzi samolot 

zamachał skrzydłami.

- O wilku mowa.

- To Finn?

- Tak.

- Skąd wiedział, że to ty?

- Zostawiłem mu w firmie wiadomość, że mam zamiar cię tu ściągnąć. Wiezie właśnie 

dwóch inżynierów— konstruktorów do obozu nad jeziorem Loon. Pewnie tam przenocuje, a 

jutro, w drodze powrotnej, być może wpadnie nas odwiedzić... Chyba że nie za bardzo ci to 

odpowiada - dodał z lekkim wahaniem. - Wydawało mi się, że polubiłaś Finna?

- Owszem. Margo też się spodobał.

- I chyba ze wzajemnością. Coś mi się wydaje, że kiedy wrócimy do Anglii, będziemy 

go częściej widywać.

- Nie mam pewności, czy jest w jej typie. - Raine szczerze wypowiedziała  swoje 

myśli.

- A jaki jest ten jej „typ”?

- Powinna znaleźć sobie kogoś o bardzo silnej osobowości, mężczyznę, którego by 

szanowała i który umiałby ją okiełznać. A ma szczęście do wrażliwców, takich jak Finn. To 

dobra i pogodna dziewczyna, ale ma taki temperament, że przytłacza sobą partnera, a potem - 

gdy   okazuje   się,   że   ten   ktoś   nie   potrafi   jej   dorównać,   spotyka   ją   zawód...   Myślisz,   że 

niewłaściwie ją osądzam?

- Myślę, że niewłaściwie oceniasz Finna. Jest człowiekiem wrażliwym, owszem, ale to 

nie mięczak. Gdybym kiedyś znalazł się pod ścianą, nie wyobrażam sobie nikogo, kto mógłby 

mi pomóc lepiej niż on.

-   A   jakiej   kobiety   mu   trzeba?   -   Szczerze   ją   to   ciekawiło   i   szczerze   pragnęła,   by 

zainteresowanie Margo i Finna okazało się wzajemne.

-   Myślę,   że   Margo   byłaby   w  sam   raz.   Firm   nie   ma   czasu   zawracać   sobie   głowy 

bluszczowatymi laleczkami. Powiedział mi kiedyś, że jeśli się w ogóle ożeni, to wyłącznie z 

kobietą, która będzie przy nim stała twardo nawet w ciężkich chwilach życia. On sam jest 

bardzo opiekuńczy i potrafi kochać wiernie...

Do końca spaceru opowiadał o przyjacielu i jego specyficznym  poczuciu humoru. 

Raine śmiała się, chociaż ją samą trawił niepokój.

background image

Kiedy wrócili do domu, Nick upiekł na lunch pyszne bułeczki z klonowym syropem, a 

po podaniu kawy rzucił:

- Chcesz, to weźmiemy kajak i popływamy po jeziorze. Albo, jeśli masz już dość 

powietrza, zostaniemy w domu. W coś sobie pogramy.

Na regale, za dużą apteczką, stały szachy, leżała talia kart i pudełka z grami. Jednakże, 

gdy Nick zerknął przelotnie na łóżko, zrozumiała aż za dobrze, w co najchętniej by się za-

bawił.

- Wybieram wycieczkę - powiedziała pospiesznie.

- Może i słusznie - odparł z błyskiem w oczach. - Noce o tej porze roku są długie.

Wiosłując tak, by uniknąć bystrzejszego prądu, Nick spojrzał na nią przez ramie.

- Kiedyś robiliśmy tu sobie z Finnem spływ. Na stojaka.

- Jak to?

- Normalnie. Inaczej by się nie liczyło. Za Sowim Stawem jest prosty, wartki kanał, 

który zakręca  przed  wodospadem.  Przechodziło  się  nad nim drewnianym  mostkiem.  Pra-

wdziwą sztuką - poza samym skakaniem z kaskady - było tak się skulić, żeby nie stracić 

równowagi. Teraz nie ośmieliłbym  się w to zabawić. Nawet przy niskim poziomie wody 

kaskada jest podstępna, a teraz, po burzach, zrobiła się tam pewnie kipiel.

Na samym jeziorze było jednak dość spokojnie. Miarowy rytm wioseł, plusk wody i 

posuwisty ruch lekkiego kajaka sprawiły, że Raine poczuła ogarniający ją spokój. Całą duszą 

cieszyłaby się z tego popołudnia, gdyby nie uporczywa myśl o nadchodzącej nocy.

Pragnęła   Nicka   fizycznie,   lecz   umysł   bezustannie   buntował   się   przeciw   temu.   To 

wewnętrzne rozdarcie groziło jej kompletnym załamaniem. Im dłużej miało to trwać, tym go-

rzej. Usiłowała nie poddawać się panice, ale wiedziała jedno: musiała stąd uciec. Pieszo było 

to niemożliwe, graniczyłoby z samobójstwem, a przecież, mimo rozpaczy, na samobójstwo by 

się nie zdecydowała... Gdyby tylko wpadły jej w ręce kluczyki od samochodu...

Prawie na ślepo, z głową nabitą myślami, wiosłowała i wiosłowała, aż wzdrygnęła się, 

słysząc tarcie dna kajaka o piasek na płyciźnie. Nick utkwił wzrok w jej twarzy.

- Martwisz się czymś?

- Nie, nie...

- Wyglądasz, jakby coś cię trapiło.

Doprawdy, był zbyt domyślny.  Podciągnął się, wyskoczył do wody, przytrzymując 

kajak stopą, i podał jej rękę.

Nad   jeziorem   zaczęła   się   już   unosić   mgła.   Słońce   zaszło,   a   niebo,   na   zachodzie 

pomaranczowozłote,   zasnuły   fioletowe   obłoki.   Nad   wodę   z   szumem   skrzydeł   i   głośnym 

background image

klangorem   wzleciał   klucz   dzikich   gęsi.   Nadciągał   niebieskawy   zmierzch.   Nad   wspaniale 

pachnącym lasem unosiła się mgła. Zbliżał się wieczór. Wkrótce nadejdzie noc...

Raine zadrżała i nic nie mówiąc, pomogła Nickowi przenieść kajak do komórki przy 

chacie. Obok leżał kloc służący do rąbania drzewa. Gdy weszła do domu i rozebrała się, Nick 

naniósł grubych gałęzi, zdjął kurtkę, powiesił ją na balustradzie i zaczął rąbać polano na 

szczapy.

Słysząc uderzenia siekiery, Raine błyskawicznie przystąpiła do działania. Była sama. 

Nadarzała   się   sposobność,   by   poszukać   kluczyków   od   samochodu.   Z   duszą   na   ramieniu 

przejrzała kieszenie spodni i ciepłej kurtki Nicka, ale znalazła jedynie portfel, zalakowaną 

kopertę,   chustkę   do   nosa,   scyzoryk,   grzebień,   klucze   do   domu   i   garść   monet.   Kluczyki 

samochodowe musiał zatem nosić przy sobie.

Zawiedziona, zapanowała nad nerwami, zapaliła gazowe lampy i zagotowała wodę. 

Ledwie Nick zdążył narąbać drew i wniósł duży zapas do domu, nadciągnęły chmury, zrobiło 

się ciemno i o szyby zabębnił deszcz. Raine podniosła wzrok znad posiłku, który zaczęła 

szykować. Nick miał spoconą twarz i wióry we włosach.

- Jest już kawa - powiedziała.

- Postaraj się, żeby nie wystygła. Muszę najpierw wziąć prysznic. - Powiesił skórzaną 

kurtkę na haku i zniknął w łazience.

W   Raine   znów   zaśpiewała   nadzieja.   Tę   kurtkę   Nick   miał   na   sobie   wczoraj 

wieczorem...   Wstrzymując   oddech,  szybko  przeszukała   kieszeń  i  zanim  jeszcze  namacała 

kluczyki,   usłyszała   ich   grzechot.   Szczęście   zdawało   się   jej   sprzyjać.   Oprócz   kluczyków 

nieoczekiwanie   znalazła   jeszcze   coś   -   swój   własny   portfel   z   prawem   jazdy   i   kartami 

kredytowymi. W pośpiechu wrzuciła kluczyki i portfel do kieszonki spodni, włożyła buty i 

skafander, porwała z haka ubłoconą torebkę i najciszej jak potrafiła, zamknęła za sobą drzwi. 

Z bijącym sercem zeszła po schodkach i stanęła na rozmiękłej ziemi. Mocny podmuch wiatru 

rozwiał jej włosy. Padał deszcz. Bała się ruszyć w ciemność, lecz nie mogła czekać do rana. 

Taka   okazja   mogła   się   już   nie   powtórzyć.   Cherokee   miał   dobre   światła   i   kiedy   tylko 

przejechałaby przez kanał i odnalazła główną drogę, miałaby najgorsze za sobą. Tylko w 

którym kierunku był Bangor?

Aż trzęsła się ze zdenerwowania. Upuściła kluczyki  w błoto, tracąc  parę cennych 

chwil na ich szukanie, ale potem poszło jak z płatka. Silnik zapalił natychmiast. Uff! Nagle 

zobaczyła, że drzwi chaty otwierają się i staje w nich Nick, rozebrany do pasa, z ręcznikiem 

na szyi.

- Wybierasz się dokądś?

background image

Podbiegł do samochodu, wyłączył silnik i wyciągnął kluczyki ze stacyjki, a ją samą 

bez ceregieli zapędził do domu i zaryglował drzwi.

- Do diabła ciężkiego - wycedził ze spokojem znamionującym stan zimnej furii. - 

Wyobraziłaś sobie, że znajdziesz drogę po nocy?

- Ty znalazłeś.

- Ale ja znam te ostępy. Ty nie. Masz choćby blade pojęcie, co ryzykowałaś?

- Wszystko mi jedno.

- Ach, ty durna. Pogoda jest okropna i gdybyś się zaryła w jakieś błota albo zgubiła, 

jedynymi  ludźmi, na jakich w ogóle mogłabyś się natknąć, byliby myśliwi albo robotnicy 

leśni. To na ogół przyzwoici faceci, ale... - Nagle rozsierdził się na całego. - Powinienem 

przełożyć cię przez kolano i tak ciwlać...

- No, to proszę! - krzyknęła ze złością. - Na co czekasz? Jesteś silnym facetem.

- Właśnie! Z podpitymi myśliwymi też byś sobie raczej nie poradziła.

Skrzywiła się ironicznie.

- Powinnam zatem dziękować losowi za to, że dał mi kogoś, kto bardzo się stara nie 

uświadamiać mi, co mogłoby mnie spotkać.

- Mam ci to może pokazać?

Chwycił ją za poły wełnianej koszuli w kratę i szarpnął. Poleciały guziki, materiał 

rozdarł się w kilku miejscach. Krzyknęła przerażona.

- Jeśli nie chcesz, żebym w ten sam sposób zdarł z ciebie resztę ubrania, to rozbierz się 

sama. Byle szybko!

- Nienawidzę cię!

Chciał jej zrobić pokazówkę, to jasne, nie podjęła jednak żadnej próby oporu. Nie 

zamierzała dać mu satysfakcji.

-   Nie   -powiedział   miękko,   wpatrując   się   w   jej   zawziętą   twarz.   -   Gwałt   to   żadna 

przyjemność.  Będę miał  znacznie  większą frajdę, jeśli mimo  wszystko  mnie  zapragniesz, 

choć tak bardzo się przed tym  bronisz. Chcesz się przekonać, ile to potrwa?  - Językiem 

rozchylił  jej wargi. Westchnęła  gardłowo, a wtedy zaczął ją całować lekko, zmysłowo.  - 

Zapewniam cię, że już zaraz...

Podsunął rękę pod jej plecy i dotykiem  palców, ust i pieszczotliwymi  pomrukami 

rozpłomienił ją całą, aż wreszcie ujawniła swoje podniecenie, wtulając twarz w jego szyję. 

Poruszając   rytmicznie   jej   biodrami,   pieścił   ją   tak   długo,   że   myślała   już,   iż   oszaleje   z 

pożądania. Potem zostawił ją tak, jak leżała - z zamkniętymi oczami, pełną miłości i nienawi-

ści   jednocześnie.   W   pewnej   chwili   usłyszała   odgłos   przestawianych   garnków   i   patelni. 

background image

Szykował spóźniony posiłek.

Zebrała swoje ubrania i wyszła do łazienki, a gdy wróciła, zaprosił ją do stołu z miną 

triumfatora i musnął ustami jej wargi.

- Pocałunek pokoju? - zadrwiła, uchylając się.

- To  ty zerwałaś  układ, ale  wojna się  skończyła  i  mam  nadzieję, że  pokój, który 

obecnie zawieramy, potrwa dłużej.

Popatrzyła na niego gniewnie. Grubo się mylił. Wygrał - ale wyłącznie bitwę.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Chociaż  przez  całą  noc  lało  jak  z  cebra,   nad  ranem  niebo   się  przetarło.  Świeciło 

słońce.

- Pogoda jak marzenie - powiedział Nick, odciągając zasłony. - W sam raz na konną 

przejażdżkę. Po śniadaniu  zapakuję taki lunch, jaki kiedyś  zabieraliśmy  z Finnem...  Jeśli 

chcesz przejechać się ze mną do Lisbeth, to bardzo proszę.

- Ale... - Zaczerwieniła się, spoglądając na jego sinawy, podrapany policzek. - Co oni 

sobie pomyślą?

-   Nic.   -   W   jego   oczach   pojawił   się   wesoły   błysk.   -   Tylko   tyle,   że   mam   bardzo 

namiętną żonę. - Zarumieniła się jeszcze mocniej, więc nie usiłując nawet ukryć rozbawienia, 

machnął ręką. - OK. Skoro jesteś taka wstydliwa, to pojadę sam. Zostawię tam samochód i 

wrócę konno.

Niespokojna, odprowadziła go na ganek i wyszła na werandę.

- Będę najdalej za godzinę! - zawołał, trzasnął drzwiczkami i odjechał.

Raine   śledziła   wzrokiem   samochód,   aż   zniknął   w   lesie,   a   potem   włożyła   kurtkę, 

zmieniła  buty na kalosze i zeszła na brzeg. Raptem coś czerwonego mignęło na wodzie. 

Zobaczyła   jednoosobowy   kajak.   Ktoś   płynął   równolegle   do   brzegu,   a   kiedy   zawołała, 

powiosłował w jej kierunku i kajak zgrzytnął o kamieniste dno.

Kajakarz był młody, wyglądało na to, że nie miał chyba jeszcze dwudziestu lat.

- Jestem tu na spływie, już drugi raz. Niesamowita frajda! - Westchnął. - Szkoda tylko, 

że to ostatni dzień. Wracam do domu.

- Chyba nie kajakiem? - Zabiło jej żywiej serce.

- Jakieś dwa kilometry stąd zostawiłem samochód. Popłynę tędy - pokazał ręką w 

stronę zakola - a potem to już pestka. Muszę ruszać. - Zaczął spychać kajak na głębszą wodę. 

- Mam w Bangorze dziewczynę. Jak się spóźnię, to da mi popalić.

- Czekaj! Proszę cię, zaczekaj moment. Zdziwiony tonem jej głosu, wyjął wiosło z 

wody.

- Coś się stało?

- Tak. Muszę... Muszę natychmiast wracać do Bangoru. Czy mógłbyś mnie zabrać? 

Bardzo proszę.

- No... Da się zrobić. Ale masz chyba jakiś transport? Przed chwilą widziałem na 

drodze duży samochód.

-   To   mój...   kuzyn.   Pojechał   z   wizytą   do   znajomych.   Popełniłam   upiorny   błąd, 

background image

pozwalając mu  się tu przywieźć. Nie chcę robić scen, więc wolałabym  wynieść  się stąd, 

zanim wróci.

Kajakarz wyraźnie się speszył. Patrzył na jej obrączkę.

-   Widzisz...   jestem   mężatką   i   myślałam,   że   mogę   memu   kuzynowi   zaufać.   Ale 

niestety. Okazało się, że ma na mnie ochotę.

Chłopak najwyraźniej nie chciał się w nic wplątywać. Wahał się.

- Proszę - powtórzyła.

- No, dobra. Ale musisz sama dojść do pikapa. Przez las to nie więcej niż kilometr. 

Zaraz   za   chatą...   o,   tam   -   pokazał   ręką   -   zaczyna   się   dróżka.   Prowadzi   do   mostku   nad 

kanałkiem, tuż przed zakrętem.

To na pewno ten mostek, o którym opowiadał Nick, pomyślała szybko.

- Przejdziesz przez tę kładkę, a potem idź w kierunku skały, na której rośnie samotna 

sosna. Mój pikap stoi zaraz obok, przy drodze dostawczej.

Odepchnął się od brzegu.

- Nie trać czasu, to będziesz tam przede mną. Umawiamy się, że jeżeli nie zastanę cię 

przy samochodzie, to znaczy, że się rozmyśliłaś.

Potykając   się   z   pośpiechu,   Raine   popędziła   na   ganek,   wciągnęła   ciepłą   kurtkę   z 

pomarańczowym pasem i założyła wełnianą czapeczkę. W obawie, że kajakarz odjedzie bez 

niej, przeskakiwała po mokrych, ostrych kamieniach najszybciej, jak się dało. Szum wody 

dotarł do niej, nim jeszcze zobaczyła kanał, i ucieszyła się na myśl, że drewniany mostek jest 

tuż,   tuż.   Jednakże   gdy   wyszła   z   lasu,   zobaczyła,   że   prąd   zmąconej   wody   zniósł   stare, 

spróchniałe   deski.   Część   poręczy   przestała   istnieć,   a   u   końca   z   drugiej   strony   powstała 

szeroka wyrwa. O wycofaniu się nie mogło być jednak mowy. Raine weszła na mostek i nagle 

w huku wody usłyszała ostrzegawczy krzyk. Ignorując wołanie, przylgnęła całym ciałem do 

poręczy i krok za krokiem zaczęła posuwać się naprzód. Miała za sobą mniej więcej jedną 

trzecią drogi, gdy rozległ się trzask i mostek stanął dęba. W ułamku sekundy, spadając do 

wody, jakby na zwolnionym filmie Raine zobaczyła Nicka. Zawrócił konia i pogalopował w 

przeciwną stronę.

Zostawiał ją? Jak to? Przecież....

Szok   spowodowany   zimnem   i   gwałtownością   prądu   powinien   ją   psychicznie 

sparaliżować, lecz stało się odwrotnie. Jej umysł pracował z niezwykłą jasnością. Nurt znosił 

ją w stronę zakola - dno kanałku było w tym miejscu na szczęście wolne od kamieni. W 

ubraniu i butach nie dało się płynąć; walczyła jedynie o to, by trzymać głowę nad powierz-

chnią wody.

background image

Poza kilkoma karłowatymi drzewami, usiłującymi wrosnąć w kamienisty grunt, terenu 

wokół kanałku nie zasłaniało nic. Raine jak przez mgłę ujrzała galopującego konia i jeźdźca. 

Nagle przypomniała sobie rozmowę z Nickiem. Zrozumiała, czemu przed chwilą popędził w 

przeciwną   stronę.   Prąd   był   tutaj   za   szybki.   Nickowi   żadną   miarą   nie   udałoby   się   jej 

wyciągnąć. Pognał więc przez wąskie gardło zakola, próbując wyprzedzić nurt i schwycić ją, 

zanim zginęłaby, zepchnięta w dół kaskady.

Pewność, że Nick usiłuje ją ratować, dodała jej sił.

- Raine!

Dostrzegła, że Nick stoi z przodu na prawym brzegu. Rozebrany do pasa, czekał na 

najwłaściwszy moment. Gdy znalazła się przy samym  zakręcie, rzucił się wpław. Chwilę 

potem   chwycił   ją   jedną   ręką.   Nie   walcząc   z   nurtem,   czekał,   aż   prąd   zniesie   ich   na 

przeciwległy   brzeg.   Jeszcze   moment,   a   przepłynęli   przez   zakole   i   znaleźli   się   u   szczytu 

wodospadu.   Woda   pieniła   się   i   szalała   miedzy   ogromnymi   głazami,   najeżonymi   ostrymi 

krawędziami   kruszących   się   skał.   Gdy   zniosło   ich   znowu   do   brzegu,   Nick   chwycił 

zwieszającą się gałąź jodły i uwiesił się na niej, starając się znaleźć podparcie dla nóg i 

ochraniając Raine własnym ciałem. Groziło im rozbicie o skały. Przez szum wody dotarł do 

niej krzyk ptaka i warkot samolotu.

- Rusz się, do cholery! - krzyknął Nick. - Jak się ześlizniesz, to nie wiem, czy będę w 

stanie cię wciągnąć.

Zmuszona do działania, otrząsnęła się z ogarniającej ją niemocy, uchwyciła się skały i 

wpełzła na bezpieczne miejsce. Nick... Teraz jeszcze tylko on i... Odwróciła się i zrozumiała, 

dlaczego   nie   ma   go   przy   niej.   Prawą   ręką   trzymał   się   nadal   gałęzi,   ale   lewa   zwisała 

bezwładnie. Uklękła i w tej samej chwili prąd rzucił nim na bok. Nick z całej siły uderzył 

głową o skałę. Twarz mu poszarzała, a na skroni pokazała się krew.

Zdjęta grozą, Raine spostrzegła, że jego zaciśnięte na gałęzi palce słabną. Położyła się 

płasko na brzuchu i - zapierając się stopami - chwyciła go mocno za nadgarstki. Otworzył 

zamglone oczy.

- Puść, durna - wychrypiał niewyraźnie - bo spadniemy oboje. Ryzykujesz życiem. 

Puszczaj!

Wiedziała, że nie zostawi go, żeby nie wiem co, tak jak on nie zostawił jej. Wolałaby 

umrzeć niż żyć bez niego. Nie!

Co   to   za   głupie   myśli!   Będą   żyli.   Oboje!   Zaczęła   głośno   wzywać   pomocy,   choć 

zdawała sobie sprawę, że zniosło ich za daleko i kajakarz nie mógł słyszeć wołania. Opadała z 

sił, czuła, że za chwilę ramiona odmówią posłuszeństwa.

background image

- Trzymaj!

Kiedy ten krzyk dotarł do niej, była już w stanie szoku i takiego oszołomienia, że nie 

wiedziała, czy rzeczywiście coś słyszy, czy też zaczyna mieć omamy.

-   Trzymaj!   -   usłyszała   znowu.   Nadzieja   dodała   jej   sił.   Moment   później   jakiś 

mężczyzna rzucił się na ziemię obok niej i chwycił Nicka za rękę powyżej łokcia.

- Mam go - oznajmił spokojnie. - Możesz już puścić. Nawet się nie poruszyła.

- Finn? - wymruczał Nick, unosząc chwiejnie głowę.

-  We  własnej   osobie,   skubańcu...  Tam  jest  Una  -  powiedział   do Raine.   - Złóż   ją 

podwójnie, przełóż mi pod ramionami, przeciągnij końce przez otworek... Dobrze, a teraz 

zostaw trochę luzu i zawiąż ją mocno na pniu.

- A teraz?

- Przytrzymaj Nicka.

Jeszcze raz zacisnęła ręce na jego szczupłych nadgarstkach.

- Nie wiem, czy jest na tyle przytomny, żeby mógł cokolwiek zrobić, więc kiedy go 

trochę uniosę, ciągnij, ile sił.

Odchylając   się   na   linie,   obejmując   stopami   krawędź   skały,   Finn   opuścił   się   na 

wysokość Nicka. Z niezwykłą jak na tak szczupłego mężczyznę siłą zaczął wydobywać z 

wody   potężne   ciało   przyjaciela,   gdy   tymczasem   Raine,   zapierając   się   ze   wszystkich   sił, 

podciągała go w górę.

Gdy   tylko   bose   stopy   Nicka   znalazły   oparcie,   półprzytomny   starał   się   pomóc 

przyjacielowi. Za moment obaj byli już bezpieczni. Finn, ociekając wodą, ukląkł przy Nicku.

- Co z nim? - szepnęła Raine, przerażona jego bladością.

- Mogło być gorzej. Uderzył się mocno w głowę i ma przemieszczony bark. Możliwe 

też, że pękło mu żebro... ale to twardziel.

Nick jęknął, mruknął: „Dziękuję” i usiadł. Jego twarz miała wciąż barwę popiołu, a 

krew ciekła z paskudnego rozcięcia na skroni, ale był przytomny.

- A ty? - spojrzał na Raine.

- Nic mi nie jest. - Ulga, że udało się go wyrwać śmierci, była tak wielka, że nie 

umiała jej wyrazić.

- Na pewno? - spytał Finn, zauważając jej zesztywnienie i wyraz zziębniętej, białej z 

wyczerpania twarzy. Odwiązał linę i fachowo ją zwinął.

- Na pewno.

- No, to chodź, frajerze. - Podciągnął przyjaciela z ziemi i przełożył sobie jego zdrową 

rękę przez plecy. - Ruszajmy się, żebyś nie uległ hipotermii. Na szczęście mój samolocik jest 

background image

blisko. Zaraz będziemy w domu.

Tak, oczywiście. Dopiero teraz Raine przypomniała sobie, że czepiając się Nicka i 

gałęzi, słyszała warkot samolotu.

Nim wylądowali na jeziorze i dobrnęli do chaty, trzęsła się jak listek.

Finn otworzył butelkę brandy, którą zabrał z samolotu, i nalał trzy kieliszki.

- Wypij i wskakuj pod gorący prysznic - powiedział do niej. - Nick i ja przebierzemy 

się przy piecu.

Gdy kwadrans później wyszła z łazienki, Nick siedział bez koszuli. Zauważyła, że z 

jego twarzy ustąpiła szarość i chociaż widać było, że coś go boli, oczy nabrały blasku. Miała 

ochotę objąć go, uściskać, wypłakać się na jego piersi, lecz patrzył na nią jak na obcą.

- Lepiej ci? - zapytał Finn.

-   Dużo   lepiej.   -   Uśmiechnęła   się.   Jak   to   w   ogóle   możliwe,   że   jeszcze   niedawno 

skłonna go była posądzać o słabeuszostwo?!

Wziął z apteczki środek antybakteryjny i spryskał nim ranę na skroni Nicka.

- Jak ci tego nie zszyją, zostanie blizna.

- W konkursach piękności startować nie zamierzam - odparł sucho Nick.

- Ale bark trzeba nastawić. Polecimy do Bangoru?

- Kiedyś umiałeś to robić sam. Finn zawahał się.

- Czy mogłabym w czymś pomóc? - wtrąciła szybko Raine.

- Chwała Bogu, że nie jesteś tchórzem - uśmiechnął się Finn i uniósł rękę Nicka. - 

Trzymaj ją mocno, w tej pozycji.

Stanął za plecami przyjaciela i przyciskając dłonią jego muskularne ramię, wykonał 

coś   w   rodzaju   pół-nelsona.   Nick   nawet   nie   pisnął,   tylko   na   brwiach   i   nad   górną   wargą 

wystąpił mu pot. W przypływie niemal macierzyńskiej czułości Raine zapragnęła otrzeć mu 

twarz i scałować z niej grymas bólu, ale tylko zdjęła z oparcia krzesła koszulę-panterkę i 

zaczęła pomagać mu się ubierać. Zapinała guziki, nie odważając się spojrzeć mu w oczy. Finn 

zrobił temblak z chusty znajdującej się w wyposażeniu apteczki.

-   No,   a   teraz   usiądź,   odciąż   nogi   i   postaraj   się   wyluzować   -   Finn   mrugnął 

konspiracyjnie do Raine. - Pewnie po raz pierwszy i ostatni w życiu mam okazję trochę nim 

porządzić.

Nick przysiadł w fotelu i stęknął.

- Już lepiej mi było stać.

-   Niewdzięczna   świnia   -   podsumował   go   łagodnie   Finn,   wciskając   do   ręki   dwie 

tabletki. - Dziś i jutro, no, może trochę dłużej, będziesz musiał brać środki przeciwbólowe. 

background image

Proponowałbym, żebyś się położył, nim te zaczną działać... Ty zresztą też - uśmiechnął się do 

Raine. - Naleję kawy. Możesz mi powiedzieć, jak do tego wszystkiego doszło?

- Nawet ci nie podziękowałam. - Przemogła ucisk w gardle.

- Daj spokój.

- Ocaliłeś Nickowi życie.

- Nie ja, a ty.

- O Boże! - mruknął Nick. - To ja powinienem podziękować wam obojgu. I zrobię to, 

tylko skończcie z tymi duserami. Towarzystwo wzajemnej adoracji się znalazło!

Napiętą atmosferę rozładował wybuch śmiechu. Kiedy się uspokoili, Raine zobaczyła, 

że Nick utkwił w niej spojrzenie. Szybko pokręciła głową.

- Zginęłabym, gdyby nie ty...

- Mnie też nie dziękuj - odezwał się Finn. - Wyrównaliśmy rachunki. Pamiętasz, jak 

wpadłem pod lód i...

- Miałeś wtedy tylko czternaście lat.

-  Ale  tego  się nie  zapomina...  No  dobra, ale   czy  ktoś mi  wreszcie  powie,  co  się 

właściwie stało?

- Mieliśmy zamiar wybrać się konno nad Saskin - zaczął opanowanym głosem Nick. - 

Pojechałem do Doodych pożyczyć konie. Raine poszła na spacer. Wracając lasem, zauwa-

żyłem, że próbuje przejść po starym mostku. Od lat był na wpół przegniły. Zawołałem do 

niej...

Czy   rzeczywiście   myślał,   że   wybrała   się   tak   zwyczajnie   na   przechadzkę?   Z   całą 

pewnością nie. Widział, że mimo ostrzeżenia idzie dalej, więc musiał przynajmniej domyślać 

się prawdy.

-   Niestety   było   już   za   późno.   -   Krótko   i   bez   emocji   przedstawił   dalszy   rozwój 

wypadków i zakończył cierpko:

- Czas, żeby ktoś odprowadził konie do Lisbeth.

Finn podniósł się.

- Kapuję - powiedział dobrodusznie. - Ale jeśli chciałeś mi dać do zrozumienia, że jest 

to wasz miodowy miesiąc i zamierzacie robić to, co większość nowożeńców - to znaczy pójść 

do łóżka - nie musiałeś wynajdywać pretekstu.

Uchylił się, gdy Nick rzucił w niego jaśkiem.

- Imponujący pokaz sprawności - roześmiał się Finn.

- Tak czy owak, w siodle to ty się, bratku, nie utrzymasz.

Zwrócę konie i przywiozę ci tu samochód. Może się zdarzyć - dodał poważniej - że 

background image

wystąpi jakaś opóźniona reakcja szokowa. Odpoczywajcie więc. Uznajcie to za zalecenie 

lekarza. Gdy drzwi zamknęły się za nim, Nick zapatrzył się w  ogień. W końcu Raine, nie 

mogąc znieść napiętej ciszy, poderwała się z fotela.

- Nick, przepraszam...

- Za co? - Nawet na nią nie spojrzał.

- Za swoją głupotę, która mogła cię kosztować życie.

-   Ciebie   też   -   odpowiedział   szorstko.   -   Dobry   Boże,   musiałaś   naprawdę   mieć 

wszystkiego dość, skoro zdecydowałaś się na coś takiego. Chciałaś popełnić samobójstwo! - 

Uniósł głowę i zobaczyła w jego oczach otchłań.

- Nie! Nic takiego nie przyszło mi nawet do głowy. Próbowałam przejść na drugi 

brzeg,   bo...   -   Opowiedziała   mu   o   kajakarzu   i   widząc   jego   minę,   dodała   szybko:   -   To 

młodziutki, sympatyczny chłopak. Spieszył się do dziewczyny w Bangorze.

-   Uciekłabyś   z   każdym,   choćby   i   z   najzwyklejszym   obwiesiem.   Musisz   mnie 

autentycznie nienawidzić. Inaczej nie podjęłabyś takiego ryzyka.

- Nie, Nick. Ja... Pokręcił głową.

- Powtarzałaś mi to tyle razy - powiedział gorzko. - Tylko ja, głupi, nie chciałem ci 

wierzyć.

- Nie czuję do ciebie nienawiści, naprawdę.

- Nie wykręcaj się tylko dlatego, że myślisz, iż uratowałem ci życie.

Przycisnęła dłonie do skroni.

- Nick, posłuchaj...

- Ledwie się trzymasz na nogach - przerwał ostro. - Słyszałaś, co mówił Finn? Masz 

odpoczywać.

- Nie ja, tylko my oboje.

Podniósł się odrętwiały i skrzywił się z bólu.

- Świetnie. Właź do łóżka. Będzie ci cieplej. Ja skorzystam z łazienki.

Przebudziła się i zobaczyła, że wrócił Finn. Siedzieli obaj przy piecu i jedząc to, co 

Nick przygotował rano na piknik, rozmawiali przyciszonymi głosami. Nagle zachciało się jej 

jeść, ubrała się więc i dołączyła do nich. Gdy podeszła, spojrzeli na nią jednocześnie. Mieli 

takie miny, że na moment serce przestało jej bić, a potem zaczęło się tłuc jak szalone. Twarz 

Nicka przypominała kamienną maskę, a Finn był wyraźnie spięty i zakłopotany. Na stoliczku 

do kawy stały napoje w puszkach. Obok leżały zawinięte w papier kanapki.

- Mogę? - Wzięła gruby, okrągły kawałek razowego chleba i sięgnęła po plasterek 

szynki. - Przespałam chyba wiek... Czy miałeś problemy ze zwrotem koni? - zwróciła się do 

background image

Finna.

-   Najmniejszych.   Opowiedziałem   Lisbeth   o   wypadku.   Kazała   powtórzyć,   że 

serdecznie wam współczuje i żebyście któregoś dnia wpadli na obiad... - Gwałtownie zawiesił 

głos.

Raine poczuła, że dzieje się coś naprawdę niedobrego.

- To miło z jej strony - powiedziała i popatrzyła na Nicka. - Może kiedy bark ci trochę 

wydobrzeje...

- Nie będzie nas tutaj - oznajmił szorstko. - A przynajmniej ciebie.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Ogarnęło ją dziwne uczucie, jakby serce ścisnęła jej ogromna dłoń. Wiedziała, że jeśli 

wyjedzie,  to będzie po wszystkim.  Że skończy się wtedy nie tylko  ich śmiesznie  krótkie 

małżeństwo, ale że będzie to w ogóle koniec wszystkiego, co ich łączyło.

Tylko dlaczego Nick godził się z jej odejściem? Nie dlatego, że jej już nie pragnął, że 

się nią nasycił - była o tym głęboko przekonana. Godził się, ponieważ miał pewność, że go 

nienawidziła.

- Przepraszam na momencik. - Finn podniósł się. - Pójdę zobaczyć, co z pogodą.

Gdy wyszedł, Nick spojrzał na nią pustymi oczami.

-   Jak   tylko   coś   zjesz,   spakujesz   się.   Finn   odwiezie   cię   do   Bangoru   i   odstawi   na 

samolot do Bostonu.

Gotowa   była   założyć   się   o   wszystko,   że   Finn   nie   znał   całej   prawdy.   Miał   tylko 

wypełnić polecenia szefa. Polecenia, których nie pojmował i które wyraźnie wprawiały go w 

zakłopotanie.

- Bardzo to miłe z jego strony - powiedziała, z trudem zapanowując nad sobą. - A co z 

tobą?

-   Posiedzę   tu   dzień   czy   dwa   i   wrócę   samochodem,   kiedy   bark   przestanie   mi 

dokuczać... Jeśli sobie życzysz, Finn z przyjemnością odeskortuje cię do samego Bostonu.

- To jego sugestia czy twoja?

- Moja.

- Wspaniale! - Zabłysły jej oczy. - W takim razie pozwól, że jako twoja żona powiem 

ci, co myślę o tobie i twojej propozycji. Jesteś despotą, a to, co proponujesz, obraża mnie. 

Wydaje ci się, że ożeniłeś się z debilką? Gdybym chciała wrócić do Bostonu, potrafiłabym 

zrobić   to   sama.   Nie   potrzeba   mi   niańki.   Tak   się   jednak   składa,   że   nie   chcę   i   nie   mam 

najmniejszego zamiaru wracać. Zostaję tutaj, bo tutaj jest moje miejsce. Końmi mnie stąd nie 

wyciągniesz!

Twarz Nicka pozostała zimna i nieporuszona. Jego uczucia zdradził jedynie drobny tik 

pod okiem.

-   To   tobie,   zależało   na   podróży   poślubnej   -   mówiła   dalej   w   ferworze,   z   kobiecą 

intuicją wyczuwając, jaką kartą rozegrać to rozdanie. - Chrupnęło ci parę kości i od razu się 

wystraszyłeś, że może to nadwyrężyć twój wizerunek wiecznego macho. Chowasz głowę w 

piasek, mój drogi, ale miejsce żony jest przy mężu... nawet jeśli ten mąż jest do kitu...

- Nie ma problemu - powiedział Finn, stając w otwartych drzwiach. - Da się lecieć.

background image

Raine poderwała się na nogi.

- Nigdzie z tobą nie polecę - oznajmiła stanowczo i jakby chcąc przeprosić za swój 

ton, dodała: - Czekanie na mnie krzyżuje ci pewnie plany.

- Nie o to biega. - Finn uśmiechnął się szeroko. - Mówiłem temu skubańcowi, że nie 

będziesz chciała wyjechać.

Ale upierał się, że po tym wszystkim, co się stało, uznasz to za najlepsze rozwiązanie.

- Nigdy w życiu! - Popatrzyła Nickowi w oczy.

- Jak sobie życzysz, kochana. - Objął ją zdrową ręką.

- Mam tylko nadzieję, że nie zmienisz zdania, kiedy Finn odleci.

- Możesz być pewien - odparła poważnie, choć w jego słowach odgadła bezbłędnie ton 

pogróżki.

- W takim razie - Finn podniósł z ziemi swój worek - będę się zbierał.

- Nie przenocujesz? - Raine czuła, że ogarnia ją strach.

- Boże uchowaj! - zażartował. - Dwoje to dużo, a troje to już tłum. Zwłaszcza tuż po 

ślubie. Ale jeśli pozwolicie, w Anglii złożę wam wizytę.

- Wpadnij koniecznie, czekamy - zapewniła go serdecznie. O, Margo, ty szczęściaro, 

pomyślała i spontanicznie rzuciła mu się na szyję.

- Może raczyłabyś pomóc swojemu mężowi kalece? -Nickowi błysnęły oczy, jakby 

nagle poczuł się zazdrosny.

Uścisnął Finnowi dłoń i klepnął go w plecy.

- Czekamy na ciebie, brachu.

Wyszli na werandę i oboje, objęci, stali w popołudniowym słońcu, machając Finnowi. 

Awionetkę   przesłoniły   wkrótce   drzewa.   Raine   zadygotała.   Wyczuwała,   że   pod   pozorami 

opanowania w Nicku narasta straszliwy gniew, i wiedziała, że gdy tylko wejdą do domu, 

przyjdzie jej zapłacić za bunt.

- Zimno ci się robi? - zakpił.

Szybko   spojrzała   mu   w   twarz.   Stalowy   błysk   spod   przymkniętych   powiek   niósł 

zapowiedź tego, co zaraz miało nastąpić. Przepuścił ją przodem, zamknął drzwi i zaryglował 

je.

- Po co ryglujesz drzwi? Jest wcześnie.

- Dla pewności, że nikt nie zakłóci nam szczęścia we dwoje.

- A nie po to, żeby mnie uwięzić? Uśmiechnął się zjadliwie.

- Wątpię, czy w tym celu wystarczyłby rygiel. Masz, kochanie, tyle inwencji... A tak 

w ogóle to nie wiem, czy jeszcze pamiętasz, że zostałaś tu z własnej woli.

background image

Ścisnął ją boleśnie za rękę i pchnął na kanapę. Pozbierała się i usiadła na brzeżku. 

Chciało jej się płakać.

Z zimnym wyrachowaniem, świadom każdego ruchu, niespiesznie rozebrał ją do naga. 

Nie dotykał jej, uśmiechał się tylko z jakimś obłędnym okrucieństwem, jakby się zastanawiał, 

czym jeszcze bardziej może ją upokorzyć. Zrozumiała to i serce podeszło jej do gardła. Nagle 

powoli, bez cienia uczucia, zaczął błądzić dłońmi po całym jej ciele. Starała się nie poruszać, 

ale   gdy   wszedł   dłonią   miedzy   jej   uda,   odepchnęła   jego   rękę.   Zareagował   brutalnie   i 

natychmiast.

- A tak, tak, leż już lepiej jak lalka. Chyba że chcesz, żebym ci coś zrobił.

To był już sadyzm. Przerażona, odwróciła twarz.

- Nick, proszę cię, nie zachowuj się tak.

- Żałujesz, że nie wyjechałaś z Finnem? - Siłą zmusił ją, żeby na niego spojrzała.

Przezwyciężyła strach.

- Nie żałuję.

Poruszył się, zadając jej ból, ale nie wziął jej, jak się spodziewała, a zdarł z siebie 

temblak.

- Nie! Nie zdejmuj! - krzyknęła, bojąc się, że Nick zrobi większą krzywdę sobie niż 

jej. - Nie będę się opierać. Zrobię, co chcesz. Wszystko, co chcesz.

- Bo śmiertelnie się mnie boisz.

Chciała powiedzieć: „Bo cię kocham”, ale czuła, że nie pora na to.

- Bo jestem twoją żoną i chcę się z tobą kochać.

- I nie poniży cię to? Jesteś pewna? - zapytał z goryczą, podniósł się i odszedł.

Coś   zadźwięczało.   Metal   zachrobotał   o   drewno.   Nick   odrygłowywał   drzwi.   Za 

moment nie było go już w domu.

Zaczęła się ubierać, ale tak się jej trzęsły ręce, że zapięcie czegokolwiek graniczyło z 

cudem! Ubrana byle jak poszła zrobić sobie kawę. Raptem obok resztek jedzenia na stoliczku 

spostrzegła kluczyki od samochodu i terenową mapę. Daje mi okazję, pomyślała ze smutkiem 

i nawet ich nie dotknęła.

Postanowiła tu zostać i walczyć o szczęście, choćby krótkotrwałe.

Sprzątnęła ze stołu, pościeliła łóżko i zabrała się do szykowania kolacji. Zaczęło się 

ściemniać, a Nick wciąż nie wracał. Powtarzała sobie uparcie, że znał tę okolicę jak własną 

kieszeń i nic mu się nie może stać, ale kiedy wreszcie usłyszała jego kroki na schodkach, 

odczuła prawdziwą ulgę. Siedziała zwinięta w fotelu przy piecu i nawet jej się nie chciało 

zapalić lamp, toteż kiedy wszedł, nie zauważył jej od razu.

background image

-   Raine!   -   zawołał   niepewnie,   a   gdy   mu   odpowiedziała,   wymruczał   pod   nosem: 

„Chwała Bogu!” i dopiero potem wydarł się na nią: - Czemu do diabła siedzisz po ciemku?!

- Lubię patrzeć w ogień.

Usłyszała chrzęst zapałek i chwilę później pierwsza z gazowych lampek przytłumiła 

różową poświatę z pieca. Gdy zapalił pozostałe, zauważyła, że jest zdenerwowany. Odgadła, 

że ponieważ w chacie było ciemno, a cherokee stał na swoim miejscu, Nick wyobraził sobie, 

że coś jej się stało.

- Mówiłam ci, że nie mam zadatków na samobójczynię... Jeśli chce ci się jeść, to w 

piecyku jest zapiekanka.

- Raine, ja... - zaczął ciężko.

- Nie wiem jak ty - przerwała, przybierając miły, swobodny ton - ale ja umieram z 

głodu.

Instynktownie   wyczuwała,   że   go   pokonała.   Spodziewał   się   zapewne   wszystkiego, 

tylko nie tej spokojnej, przyjaznej atmosfery normalności. Wyglądał na zmęczonego i przyga-

szonego. Uzmysłowiła sobie raptem, że cierpienie było nie tylko jej udziałem. On też dostał 

już za swoje. Kobieta, którą kochał, umarła, a ta, której pożądał, niemal wyprawiła i jego, i 

siebie na tamten świat.

- Myślę, że powinniśmy położyć się dziś wcześnie spać - odezwał się, gdy tylko dopili 

kawę. - Jeśli chcesz się kąpać pierwsza, to...

Zawiedziona,   gdyż   miała   nadzieję,   że   posiedzą   przy   ogniu   i   będzie   okazja,   żeby 

porozmawiać, zebrała swoje rzeczy i weszła do łazienki. Kiedy z niej wyszła, ciaśniej otulając 

się szlafrokiem, Nick stał i patrzył w płomienie. Nieświadomie tulił do siebie łokieć, jakby 

chore   ramię   wciąż   bardzo   mu   dokuczało.   Zapragnęła   podejść   i   objąć   go   serdecznie,   ale 

zwalczyła tę chęć.

- Kolej na ciebie.

Zamiast położyć się do łóżka, usiadła na podłodze przy piecu, podwijając pod siebie 

nogi w futrzanych papuciach. Nick wyszedł z łazienki po paru minutach. Wyłączył światła, 

zostawiając jedynie to przy łóżku, i zaryglował drzwi.

- Zamknąć szyber? Pokręciła głową.

- Nie. Chciałabym tu sobie jeszcze posiedzieć. Wszedł do sypialni, zamknął za sobą 

drzwi i prawie od razu znów je otworzył.

- Usiłujesz wybadać, jak daleko możesz się posunąć w lekceważeniu mnie? Zależy ci 

na drace?

- Zależy mi jedynie na tym, żebyś dostrzegł, jak się czuję.

background image

- Obejdę się bez łaski.

- To dobrze, bo żadnej łaski nie zamierzam ci robić. Uratowałeś mi życie, ale i ja 

tobie, więc moim zdaniem jesteśmy kwita. Nie zawdzięczam ci niczego... A czy to źle, że 

chcę spać z własnym mężem?

- Niespełna dwa dni temu powiedziałaś, że małżeństwo ze mną cię degraduje. Chcesz 

mi wmówić, że twoja nagła zmiana nastawienia nie ma nic wspólnego z tym, co się stało?

- Ma - odpowiedziała powoli. - To, co się wydarzyło, uświadomiło mi, że życie jest za 

krótkie, żeby je marnować, że muszę chwytać szczęście, póki to możliwe. Pragniesz mnie, a 

ja...

- Mylisz się. Nie pragnę cię.

- Nie wierzę! - zaoponowała wstrząśnięta do głębi. - Gdyby tak nie było, to po co 

zmuszałbyś mnie do małżeństwa?

- Chyba pora już, żebym ci coś pokazał. - Podszedł do szafy i wrócił z zalakowaną 

kopertą, którą niedawno znalazła w jego kieszeni. - Proszę.

Rozkładając list, zaskoczona rozpoznała okrągłe pismo ojca. Ojciec pisał:

Dziewczyno moja kochana! Teraz znasz już prawdę. Nick obiecał mi, że powie Ci o  

wszystkim, kiedy nadejdzie właściwy moment. Mam nadzieję, że nie będziesz mnie zbyt mocno  

winić za to, że Tobą manipulowałem. Przepraszam, że działałem zbyt opieszale. Wierzyłem, że 

zorientujesz się, jaki naprawdę jest Kevin, i sama zerwiesz zaręczyny. Niestety nic na to nie  

wskazywało, więc zacząłem szukać sposobu, żeby to zakończyć. Śmiertelnie się bałem, że  

jeżeli   zbyt   otwarcie   sprzeciwię   się   Twoim   zamiarom,   to   uprzesz   się   jeszcze   bardziej.   Bo 

uparta to Ty być potrafisz...

Akcja, na jaką w końcu zdecydowaliśmy się z Nickiem, była drastyczna i mogła się nie  

powieść. Ale, wierz mi, nie wiedziałem już, co robić i byłem gotów na wszystko. Nigdy bym  

sobie nie wybaczył, gdybyś zmarnowała życie, wychodząc za człowieka, którego nie kochałaś.

Upierałem się, żeby Nick wziął ten list i żebyś miała absolutną jasność, że to wszystko  

był mój pomysł. Odniósł się do niego niechętnie, bo chociaż zależało mu na takim obrocie  

spraw, nie pochwalał środków. Myślę, że bał się, że go znienawidzisz.

Jakiś czas temu opowiedział mi, co się stało ubiegłej jesieni. Wyznał też, że... ale to  

pewnie  już wiesz. Sprawę Tiny  wyjaśniłbym  Ci sam, lecz  kategorycznie  mi tego  zakazał.  

Chciał, żebyś mu zaufała całym sercem, a nie zgodziłaś się go nawet wysłuchać. Straszliwie  

go to dotknęło. Jest tak jak Ty uparty i ma swoją godność. Zawsze wiedziałem, że jeśli go  

kochasz, to osobą, która będzie musiała ulec, będziesz Ty. Byłem jednak przekonany, że skoro  

udało mu się zdobyć Twoją przychylność, to masz dla niego uczucie. Nie wątpiłem w to aż do  

background image

momentu, gdy już w ślubnej sukni zaczęłaś recytować „Panią z Shalott”, ale rozwiałaś te  

wątpliwości, mówiąc mi, że kochasz Nicka i że tak było od początku.

Przez całe życie pragnąłem dla Ciebie tylko jednego żebyś była szczęśliwa. Wiem, że  

Nick Cię kocha i że jest to mężczyzna, który da Ci szczęście. Niech Cię Bóg błogosławi.

Tato

Raine   była   tak   oszołomiona,   że   musiała   przeczytać   list   dwukrotnie,   nim   wreszcie 

dotarł do niej w pełni jego sens. Och, tatku, tatku, zaszlochała w duchu. Ani przez sekundę za 

nic go nie winiła. Zawsze ją chronił. Usiłował więc uchronić ją przed czymś, co uważał za 

największą życiową katastrofę - przed małżeństwem bez miłości.

Podniosła wzrok na Nicka.

- Akcja, którą przeprowadziliście z ojcem... Na czym właściwie polegała?

- Nie pisze o tym?

- Mało i niejasno.

- No cóż... Zgodziłem się udawać, że jeśli za mnie nie wyjdziesz, to doprowadzę go do 

bankructwa.

- Nie włożyłeś w firmę ojca pieniędzy?

- Owszem, trochę. Ale nie tyle, żeby ją przejąć.

- I nie odebrałeś nam domu?

- Nie.

- Nic już z tego nie rozumiem! - zawołała poruszona.

- To po co w ogóle zgodziłeś się na ten szalony plan?

- Twój ojciec był w kropce, a ja nie mogłem patrzeć, jak wiążesz się z tym... Zresztą 

nieważne.   Teraz   jest  już  za   późno.  Wiem   tylko   tyle,   że  powinienem  był   schować   swoje 

wątpliwości do kieszeni i w nic się nie wtrącać.

- I wyszłabym za Kevina. Roześmiał się ponuro.

- Z twojego punktu widzenia byłby to wybór mniejszego zła.

- Nie sądzę. Może mimo wszystko wolę żyć bez poczucia bezpieczeństwa.

Nickowi pociemniała twarz.

-   Wykazałaś   się   nie   lada   umiejętnością.   Wielokrotnie   wyprowadzałaś   mnie   z 

równowagi i zmusiłaś, żebym  powiedział czy zrobił coś, czego się wstydzę. - Przegarnął 

włosy.

- Przepraszam cię, Raine. Przez cały czas żyłem nadzieją, że jakimś cudem sprawy 

między nami się ułożą... - Odwrócił się gwałtownie i dorzucił dwa grube polana do pieca. - 

Powinnaś już pójść do łóżka.

background image

- A ty?

- Wyciągnę się na otomanie tutaj.

- A później co?

- Rano wyruszymy samochodem do Bostonu, a pojutrze będziemy w Anglii.

- A potem?

- Przeprowadzę rozmowę z twoim ojcem i wrócę do Stanów, a ty żyj, jak chcesz.

- Tato - starała się mówić spokojnie - powierzył ci przecież kierowanie firmą. A może 

to też nieprawda?

- Prawda. Twierdził, że chciałby już przejść na emeryturę i mieć czas na przykład na 

golfa. Ale, jeśli nawet zmieni teraz zdanie, to znajdzie kogoś, kto pomoże mu uporać się z 

najgorszą robotą. Będzie też miał ciebie. Może również Finn zechce osiąść w Anglii.

- Nie pali mi się do pracy zawodowej - powiedziała powoli. - Wolałabym być żoną i 

matką. Chcę mieć dzieci, póki jeszcze jestem młoda... Mężczyznę, z którym mogłabym być 

szczęśliwa.

Polano chwycił ogień, w górę strzelił płomień, i w tym króciutkim momencie Raine 

spostrzegła na twarzy Nicka wyraz udręki.

- W takim razie - powiedział - najlepiej będzie, jeśli jak najszybciej dam ci rozwód.

- Nie sądzę, żeby tato tak uważał. Może przeczytasz, co napisał? - Podała mu list, a 

kiedy Nick podniósł w końcu wzrok, oświadczyła stanowczo: - Nie chcę rozwodu. Zgadzam 

się z ojcem.

- Nie wygłupiaj się. Żeby wiązać się z kimś na całe życie, trzeba czegoś więcej niż 

fizycznego zauroczenia.

- To nie jest wyłącznie to. Ja cię kocham. Powiedziałam to tacie.

- Zdenerwowałby się, gdybyś powiedziała prawdę.

-   To   była   prawda.   Zakochałam   się   w   tobie   od   pierwszego   wejrzenia   i   nigdy   nie 

przestałam cię kochać, ale... Nie mogłam się przyznać do miłości do kogoś, kto chciał mnie 

jedynie wykorzystać. - Podniosła się i chwytając go za poły kąpielowego płaszcza, spojrzała 

mu w twarz. - Kiedy wciągał cię prąd, czułam, że jeśli zginiesz, chcę umrzeć razem z tobą.

Nick   mruknął   coś   do   siebie   i   nagle   przytulił   jej   głowę   do   swojej   piersi   z   taką 

czułością, że gorące łzy popłynęły jej po twarzy. Otarł mokre policzki Raine.

- Nie mogłem znieść myśli, że wyjdziesz za Somersby'ego. Gdyby to był człowiek 

innego pokroju i gdybym  miał pewność, że go kochasz, odczepiłbym  się. Odsunąłem się 

zresztą   -   aż   zrobiło   się   prawie   za   późno.   A   potem   zadręczał   mnie   strach,   że   być   może 

popełniłem straszliwy błąd. Nie dlatego, że doprowadziłem do zerwania waszych zaręczyn, 

background image

tylko dlatego, że zmusiłem cię do ślubu. Tyle razy powtarzałaś: nienawidzę cię, nienawidzę. 

Próbowałem się oszukiwać, że tak naprawdę nie myślisz, ale...

- Nie umiałam cię znienawidzić, Nick, nie umiałam, chociaż chciałam, żeby tak było. 

Dlatego, że zabawiłeś się mną, a przecież byłeś związany z inną.

- Biedna Tina - powiedział cicho. - Była...

- Nie mów. - Położyła mu palec na ustach. - To przeszłość. Ważne jest wyłącznie to, 

że teraz mnie kochasz.

- Wtedy też cię kochałem. - Usiadł i posadził ją sobie na kolanach. - Chcę, żebyś znała 

całą prawdę. Tina - a raczej Kristina - była siostrą Finna. Wychowywaliśmy się razem i 

traktowałem ją jak siostrę, ale kiedy skończyła szesnaście lat, coś się w jej stosunku do mnie 

zmieniło. Finn stwierdził, że się zadurzyła, jak to nastolatka. Zrobiłem studia i wydawało mi 

się, że jej przeszło, ale nie. Nauczyła się po prostu maskować uczucie.

- Wspomniałeś kiedyś, że państwo Andersonowie zginęli w wypadku...

-   Tak.   Niedługo   potem   Tina   zachorowała.   Wyniki   badań   mogły   wskazywać   na 

wczesne stadium raka. Utrata rodziców podkopała siły obronne jej organizmu. Wiedząc, że 

darzyła mnie uczuciem, Finn zapytał, czy mógłbym pomóc jej w walce z chorobą. Nie byłem 

z nikim poważnie związany,  wiec poprosiłem Tinę o rękę. Dzień przed jej wyjazdem do 

koleżanki do Nowego Jorku kupiliśmy zaręczynowy pierścionek. Tak się ten los dziwnie 

posplatał, że dosłownie kilka dni później poznałem ciebie i zrozumiałem, że jesteś kobietą, na 

którą czekam od lat. Postanowiłem, że jeśli wynik kolejnych badań okaże się negatywny, 

powiem Tinie o tobie i poproszę, żeby zwolniła mnie z danego jej słowa. Przysięgam, że 

kiedy   zapraszałem   cię   na   wycieczkę   do   Maine,   nie   miałem   zamiaru   cię   uwieść.   To   ty 

sprawiłaś,   że   zwariowałem,   że   nie   potrafiłem   się   opanować.   Czułem,   że   powinienem   ci 

powiedzieć   prawdę,   ale   bałem   się   twojej   reakcji   i   schowałem   głowę   w   piasek.   Potem, 

ponieważ Tina wróciła do domu wcześniej, sama dowiedziałaś się o wszystkim i uciekłaś. 

Pojechałem za tobą na lotnisko... Niestety, nie zdążyłem...

Tymczasem okazało się, że Tina - nie powiadamiając o tym ani mnie, ani Finna - 

zrobiła sobie badania w nowojorskiej klinice. Zaplanowała to. Nie chciała niczyjej litości ani 

zamętu wokół swojej osoby. Dwie doby czekaliśmy na ostateczną diagnozę. To był jednak 

rak.   W   ciągu   miesiąca   Tina   znalazła   się   w   szpitalu.   Walczyła   dzielnie,   lecz   już   go   nie 

opuściła. Nigdy się nie skarżyła, zawsze widzieliśmy ją uśmiechniętą. Wzięliśmy ślub przy 

szpitalnym łóżku, a parę dni potem umarła. Przed śmiercią mówiła mi o swoim szczęściu, o 

tym,  że   miała  kochającą  rodzinę,   wspaniałego   brata,  mnie.  „Dziękuję   -  powiedziała  -  że 

daliście mi w tych ostatnich miesiącach tyle szczęścia. Chciałabym, żebyś, kiedy już odejdę, 

background image

znalazł  sobie  dziewczynę,  która  obdarzy cię  nim  na całą  resztę  życia”.  Potem,  jakby się 

domyślała, uśmiechnęła się: „Kogoś takiego jak twoja kuzynka”.

Przygniotły mnie te śmierci -jej i ojca... a kiedy wróciłem do równowagi i miałem 

wreszcie możliwość przyjazdu do Anglii na dłużej, byłaś już zaręczona i czułem, że nie mam 

prawa wdzierać się w twoje życie. - Objął ją mocniej. - Nie płacz, moja kochana. Finn by się 

gniewał.   Jego   zdaniem   życie   powinno   być   hołdem   dla   miłości   i   odwagi.   Radosnym 

celebrowaniem każdej dobrej chwili. Chciałbym, żeby mi się to w naszym małżeństwie udało. 

Szkoda,   że   jestem   chwilowo   do   kitu,   w  przeciwnym   razie   zaraz   bym   ci   pokazał,   jak   to 

będzie...

- A gdybym ci odrobinkę pomogła? - zaproponowała niewinnie.

- Jeśli jakoś dowlokę się do łóżka.

Kiedy leżeli już pod kołdrą, nachyliła się, żeby go pocałować.

- Raine...

- Słucham?

- Obchodź się ze mną delikatnie.

Zachichotała, lecz jej śmiech przemienił się zaraz w pisk, gdy zdrową ręką przewrócił 

ją na plecy i udowodnił ku obopólnej radości, że nie jest tak obolały, jak twierdził.


Document Outline