background image

 

 
 

 

ELLEN JAMES 

 
 

Na przekór miłości 

 

 
 
 
 
 
 

background image

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 
 

Okna  salonu  otwarte  były  szeroko  ku  letniemu 

popołudniu.  Intensywne,  złociste  światło  sączyło  się  do 

pokoju,  a  lekki  wiatr  szeleścił  w  zasłonkach,  jakby  chciał 

wywabić  Christine  do  ogrodu.  Lecz  Christine Daniels nie 

miała  czasu  na  delektowanie  się  urodą  dnia.  Borykała  się 

właśnie  z  kuponem  jasnoczerwonego,  bawełnianego 

materiału. 

Zebrała kraj materiału i narzuciła go zawadiacko na ramię 

manekina. Żywa czerwień była jej ulubionym kolorem. Czuła, 

że  uda  jej  się  uszyć  wspaniałą  sukienkę,  mimo  że  dotąd 

potrafiła  jedynie  fastrygować.  Ale  w  końcu  szycie  -  to taki 

sam  cel  jak  wszystkie  dotychczasowe,  a  zatem  coś,  z  czym 

należało się zmierzyć, stoczyć walkę i ostatecznie wygrać. To 

wszystko było częścią jej zupełnie nowego życia, dalekiego od 

napięć i presji, z którymi mocowała się w Nowym Jorku jako 
wspólnik w ojcowskiej firmie maklerskiej na Wall Street. 

Teraz  wiodła  żywot  nieskomplikowany,  lecz  dostarczający 

więcej  satysfakcji  -  prowadziła  swój  własny  interes, uroczy 

pensjonat  w  niedużym,  malowniczym  miasteczku  Red  River 
w stanie Nowy Meksyk. 

Mrucząc coś do siebie, szperała w znalezionym na strychu 

pudełku po cygarach wypełnionym guzikami. Wyjęła jeden z 

nich, biały, dość zwykły i przyłożyła go do czerwonej tkaniny. 

Mógł  pasować, lecz  wydawał  się  nieco  pospolity.  Odgarnęła 

do  tyłu  pasmo  długich,  jasnomiodowych  włosów  i  wsunęła 

guzik  w  usta  niczym  cukierek.  Ssała  go  w  zamyśleniu, 

przeczesując pudełko w poszukiwaniu czegoś niecodziennego. 

Może  rząd  małych,  perłowych  guziczków  wzdłuż  całej 

sukienki z góry aż na dół... 

-  Przepraszam  - 

zagrzmiał  głęboki,  męski  głos  tuż  za  jej 

plecami.  Christine  drgnęła  zaskoczona,  a  wessany  wraz  z 

background image

 

dużym  łykiem  powietrza  guzik  wylądował  w  okolicach 

tchawicy,  gdzie  utknął,  zamykając  dostęp  powietrza.  Nie 

mogła oddychać! Jej serce zaczęło szaleńczo łomotać, podczas 

gdy mężczyzna wciąż mówił. 

Szukam Mary Christine Daniels. Czy dobrze trafiłem? 

Christine panicznie przestraszona usiłowała krzyknąć, lecz 

nie  mogła  wydobyć  z  siebie  ani  słowa.  Czuła,  że  jej  płuca 

eksplodują  za  chwilę  z  braku  powietrza.  Jedyne,  co  mogła 

zrobić,  to  zatrzepotać  ramionami  jak  pingwin  pragnący 

ulecieć. 

Czy to oznacza, że pani jej nie zna? - zapytał mężczyzna 

z  powątpiewaniem.  Christine  zatrzepotała  ponownie,  ale  już 

słabiej.  Jak  przez  mgłę  zobaczyła  wzór  na  tapecie,  który 

zaczął falować - przekwitłe kuliste róże rozprzestrzeniające się 

i kurczące w niepokojący sposób. 

Twarz  mężczyzny  majaczyła  gdzieś  pomiędzy  nią  a 

tapetą. Christine miała niejasne wrażenie, że jego rudawe brwi 

zmarszczyły się złowrogo. Twarz przybliżała się i zdawała się 

dziwnie nie należeć do żadnego ciała. 

Dobry  Boże  -  powiedział  nieznajomy.  -  Co pani sobie 

zrobiła? 

Poczuła  na  plecach  uderzenie  silnej  dłoni  i  jeszcze 

mocniej  zaczęła  się  dławić.  Ogarnęło  ją  przerażenie. 

Mężczyzna  chwycił  stojący  na  stoliku  wazon  z  jaskrami, 

wyciągnął z niego kwiaty i podsunął go tuż pod jej nos. 

- Wody - 

powiedział. - Pani musi napić się wody!  

Christine  chciała  histerycznie  roześmiać  się.  Spojrzała  w 

głąb wazonu i zobaczyła tam ciemną ciecz i zatopione w niej 

rozmokłe łodygi. Poczuła się jak wessana w próżnię. Nie było 

powietrza,  nie  było  światła,  niczego  czego  można  by  się 

uchwycić... 

Męskie ramię przytrzymało ją od tyłu, zaciskając się na jej 

ciele j

ak  imadło.  Wiedziała,  że  nieznajomy  starał  się  jej 

background image

 

pomóc, ale bolesny ucisk jego ramion sprawił, że poczuła się 

jeszcze bardziej jak w potrzasku. Ogarnięta paniką zaczęła się 

wyrywać. Atakowała kopniakami kość goleniową mężczyzny, 

dopóki jego uścisk nie zwiotczał nieco. 

Mężczyzna jej nie puszczał. 
-  Stój do cholery! - 

krzyczał.  Nagle  straciwszy 

równowagę,  oboje  potknęli  się  o  manekin,  który  zawirował 

szaleńczo  i  runął  na  bok.  Christine  zaczęła  pogrążać  się  w 

nieświadomości.  Wówczas  ramiona  mężczyzny  znów  się 

zacisnęły.  Mocnym  uderzeniem  pięści  podbił  jej  klatkę 

piersiową i guzik wyskoczył z niej gwałtownie. 

Pierwsze  co  poczuła,  to  zbawienny  zastrzyk  powietrza 

wdzierającego  się  do  płuc.  Dotąd  tylko  częściowo  była 

świadoma  silnych  ramion  wciąż  ją  obejmujących  i 

masywnego,  męskiego  ciała,  które  do  niej  przywarło.  Teraz 

niespodziewanie  poczuła  się  bezpieczniejsza  dzięki  ciepłu 

promieniującemu  z  tego  człowieka.  Osunęła  się  bezwładnie 

jak szmaciana lalka. Mężczyzna uniósł ją i bezceremonialnie 

położył  na  kanapie.  Opadła  na  poduszki,  chwytając  w  płuca 

powietrze.  Wszystko  wokół  wydało  się  teraz  jasne  i  ostre. 

Delektowała  się  popołudniowym  słońcem,  zaglądającym 
przez okna i wilgotnym, cierpkim zapachem jaskrów 
rozsypanych na stoliku. 

Mężczyzna pochylał się nad nią. 

Dobrze się pani czuje? - pytał z troską. 

- Tak - 

zachrypiała, przypatrując mu się uważnie.  

Był  niezwykle  przystojny,  miał  ciemnordzawe  włosy  i 

wyraziste rysy twarzy. Nawet jego wydatny nos jakby 

przydawał  mu  atrakcyjności.  Słoneczne  promienie 

wydobywały 

rudawozłoty 

refleks 

na 

owłosieniu 

przedramienia, a jego skóra miała złocisty odcień. Mężczyzna 

z miedzi i złota... 

background image

 

Christine  zamknęła  i  otworzyła  oczy.  Była  tak 

roztrzęsiona,  że  zaczęła  się  zastanawiać,  czy  przypadkiem 

nadal jeszcze nie jest ofiarą halucynacji. 

Mężczyzna wyprostował się. 

Przyniosę  szklankę  wody  -  powiedział.  -  Gdzie jest 

kuchnia? 

Wskazała  kierunek  i  obserwowała  go, gdy odchodził. 

Poruszał  się  energicznie,  stawiając  długie,  sprężyste  kroki. 

Gdy  po  chwili  wrócił,  z  wdzięcznością  przyjęła  szklankę 

wody sodowej. Uniosła się, by wypić parę łyczków, lecz zaraz 

opadła na poduszki, poruszona nagłą myślą. 

Pan uratował mi życie - powiedziała. - Gdyby nie to, co 

pan zrobił, byłoby już... 

Nie  mogła  nawet  dokończyć  zdania.  Objęła  szklankę 

dłońmi, jej palce drżały. 

To  nie  było  dla  mnie  przyjemne  przeżycie  -  od-

powiedział  cierpko.  -  Proszę  nadal  trenować  te  kopniaki. 

Świetnie to pani idzie. 

Pochylił się nad wyblakłym perskim dywanem i podniósł 

z podłogi coś białego i niedużego. 

Co robił ten guzik w pani buzi? 

Lepiej mi się myśli, kiedy coś żuję - wyjaśniła. 

Dość zwariowany zwyczaj - odpowiedział. - Może teraz 

zrozumie to pani. 

Podrz

ucił  guzik,  który  z  cichym  „pac”  wylądował  na 

blacie stolika. 

No  cóż  -  powiedziała  Christine.  -  Zakradł  się  pan 

znienacka  od  tyłu.  Każdy  na  moim  miejscu  skoczyłby  jak 
oparzony. 

Pukałem do drzwi frontowych, lecz nikt nie odpowiadał. 

Czy to pani jest Mary Christine? 

-  Po prostu Christie - 

poprawiła  go,  przypatrując  mu  się 

uważnie. 

background image

 

Jego  piwne  oczy  przywoływały  na  myśl  obraz górskiego 

potoku, unoszącego garść jesiennych liści. 

Jak  by  na to  nie  patrzeć  -  powiedziała  -  uratowałeś  mi 

życie. Nie wiem, jak mogłabym się odwdzięczyć. 

Nie ma o czym mówić - odpowiedział zniecierpliwiony. 

Miałem co prawda zatrzymać się tu na parę dni, lecz może 

zniknę  na  moment  i  pozwolę  ci  wydobrzeć.  Wrócę 
wieczorem... 

-  O, nie - 

zaprotestowała,  kręcąc  słabo  głową  opartą  na 

poduszkach kanapy. - 

Nie  możesz  odejść  po  tym,  co  zaszło. 

Nie rozumiesz tego? Ocaliłeś mi życie, a to nas jakoś wiąże, to 

znaczy... Nie możesz tak po prostu sobie pójść. 

Christie  widziała,  jak  twarz  mężczyzny  lekko  tężeje. 

Najwyraźniej  nie  chciał  w  żaden  sposób  ulec  jej 

niestosownym  emocjom,  ale  to  nie  miało  znaczenia.  Drżała 

wciąż od stóp do głów i bardzo kogoś potrzebowała. A on był 

tuż, obok... 

To było ważne przeżycie dla nas obojga - powiedziała, 

dzwoniąc lekko zębami. - Na pewno nie na co dzień ratujesz 

komuś  życie.  To  sprawia,  że  widzi  się  wszystko  w  innym 

świetle.  Taka  byłam  dziś  wściekła  na  jednego  z  gości. 

Zostawił  w  pokoju  okropny  bałagan,  który  musiałam 

posprzątać.  Ale  to  już  teraz  nieważne.  To  nie  ma 
najmniejszego znaczenia. Prawda? 

Nie odpowiadał. Po prostu stał, przypatrując się Christie w 

taki  sposób,  w  jaki  uczony  mógłby  studiować  dziwaczny 
gatunek zw

ierzęcia. Jego spojrzenie zatrzymało się na zmiętej, 

kloszowej  spódnicy  z  perkalu  i  luźnym  podkoszulku,  który 

nawoływał śmiałym napisem „Przybądźcie na spływ potężną 

rzeką Rio Grande”. Wreszcie przemówił. 

Jak  się  czujesz,  Christie?  -  pytanie  zabrzmiało  dość 

szorstko. 

background image

 

Kręci  mi  się  w  głowie.  Czuję  się  nieźle,  tylko  jestem 

trochę rozbita. 

Odebrał od niej szklankę i odstawił na stolik. Potem ujął 

jej dłonie. 

Masz zimne ręce - powiedział. - Pewnie jesteś w szoku. - 

Christie  nie  zaprzeczyła.  Bliskość  tego  mężczyzny  jakby 

potęgowała  niepokój  w  jej  sercu,  które  waliło  nierówno  i 

nawet zawroty głowy zdawały się nasilać. 

Dotknął wierzchem dłoni jej czoła. 

Nie  masz  gorączki  -  stwierdził.  Przemawiał  szorstko  i 

rzeczowo, ale jego dotyk był ciepły i Christie czegoś zabrakło, 

kiedy  po  chwili  cofnął  rękę.  Otulił  ją  szydełkowym, 

wełnianym szalem, który leżał na kanapie. Jego gest nie miał 

w sobie nic czułego, a jednak Christie poczuła się niezmiernie 

błogo.  Usiadł  w  fotelu  naprzeciwko.  Nosił  wąskie  dżinsy, 
które podk

reślały  szczupłość  jego  bioder.  Były  najwyraźniej 

nowiuteńkie.  Podobne  wrażenie  sprawiała  koszula.  Jej  krój 

podkreślał szerokie ramiona, ale zdawało się, że jest noszona 

po  raz  pierwszy.  Widoczne  były  charakterystyczne 

zagniecenia materiału. 

Jak się nazywasz? - zapytała. 

- Matt Gallagher. 
-  Gallagher... a, tak - 

powiedziała  ucieszona.  - 

Zarezerwowałeś  pokój  na  weekend.  Ulokowałam  cię  na 

drugim piętrze, jest tam spokój i cisza oraz cudowny widok na 
narciarskie 

stoki.  Wyglądają  przepięknie,  takie  zielone. 

O

czywiście  są  malownicze  także,  kiedy  spadnie  śnieg  - 

dorzuciła  niezupełnie  a  propos.  -  A tej zimy mam zamiar 

szaleć na nartach. Czy jeździsz na nartach, Matt? 

Nie  miałem  okazji  spróbować  -  padła  lakoniczna 

odpowiedź. Kręcił się na fotelu i wyglądał nieswojo. 

Po  chwili  wyjął  z  kieszeni  dżinsów  niewielki  złoty 

zegarek i sprawdziwszy godzinę, zaczął obracać go w palcach 

background image

 

pieczołowicie  niczym  talizman.  Kiedy  po  chwili  spojrzał  na 

nią badawczym, taksującym wzrokiem, Christie posmutniała. 

Ten  wyraźny  brak  entuzjazmu  czy  jakiejkolwiek  zachęty 

sprawiał  jej  przykrość.  Przybysz  najwidoczniej  nie  dostrzegł 

w  niej  pięknej  kobiety,  chociaż  z  pewnością  wyglądała 

atrakcyjnie. Jej ciemnoblond włosy o niespotykanym odcieniu 

opadały puklami aż do pasa, a oczy miały odcień głębokiego 

błękitu.  Policzki  były  nieco  zaokrąglone,  ale  cała  sylwetka 

wysmukła. A oto niejaki Matt Gallagher spoglądał na nią bez 

najmniejszej aprobaty niczym na oskubaną gęś. Odrzuciła szal 

i usiłowała usiąść. 

-  Auu!  - 

krzyknęła  z  bólu,  zaczepiwszy  kosmykiem 

włosów o jeden z guzików w oparciu kanapy. 

Cóż się znowu stało? - zapytał Matt, wpychając zegarek 

na  powrót  do  kieszonki.  W  mgnieniu  oka  był  przy  niej. 

Poczuła przyjemną woń wody kolońskiej, która mieszała się z 

zapachem  nowiusieńkiego  teksasu.  Bardzo  pociągające 

wydały się jej piegi na jego nosie. 

Pociągnęła za uwięziony kosmyk. 

Pomogę ci - zaproponował. 

Delikatnie  manipulował  przy  jej  włosach,  lecz  bez 

powodzenia. 

Musi  być  jakiś  sposób  -  mruczał  do  siebie.  - 

Zobaczymy... 

Usiadł  obok  na  kanapie  i  obiema  rękami  dotykał  jej 

głowy. Niczym harfista starający się opanować nową melodię 

pracował  pieczołowicie  na  strunach  jej  włosów.  Miał 

sprężyste,  kształtne  palce  o  mocnych  kostkach.  Nigdy  nie 

przypuszczała,  że  kostki  męskich  dłoni  mogą  kryć  w  sobie 
tyle magnetyzmu. 

Stanowczo powinnaś unikać guzików - oświadczył Matt. 

Nadal nie dawał za wygraną. - Wygląda na to, że już wiem. 
Zaczekaj... mam! 

background image

 

Triumfalnie uwolnił ostatnie pasemko. 

Nie  od  razu  wypuścił  z  ręki  jej  włosy.  Przez  chwilę 

spływały swobodnie między jego palcami. Przyjrzał się im. 

-  Hmm  - 

w  jego  głosie  brzmiało  lekkie  zdziwienie. 

Cokolwiek  miał  na  myśli,  nie  było  to  miłe.  Do  licha! To 

brzmiało,  jakby  właśnie  zobaczył  węża  zaplątanego  wokół 

własnego  ramienia.  Christie  uniosła  głowę  i  zdecydowanym 

gestem odgarnęła wszystkie włosy na jedno ramię. 

Matt przyglądał się jej, pocierając w zamyśleniu brodę. 

Być  może  twój  ojciec  ma  rację.  Ktoś  powinien 

zaopiekować się tobą. 

Słowa te spadły na Christie jak piorun z jasnego nieba. 
-  Co?! Znasz mojego ojca? - 

zapytała oburzona. Z osobą 

własnego ojca, Christophera Danielsa 

Trzeciego,  wiązała  Christie  większość  bolesnych 

wspomnień.  Bardzo  długo  próbowała  żyć  podług  jego 

oczekiwań, lecz nigdy jej się to w pełni nie udało. Teraz, gdy 

była wreszcie wolna, nie miała najmniejszej ochoty wrócić ani 

pod jego, ani pod czyjekolwiek skrzydełka. 

Matt  wzruszył  ramionami  niecierpliwie,  jakby  chciał  coś 

wyjaśnić. 

- Jestem nowym wspólnikiem twojego ojca. 
-  Rozumiem  - 

wycedziła Christie. - Zająłeś moje miejsce 

w firmie Daniels, 

Peters  i  Bainbridge.  Teraz  jest  to  już  z 

pewnością firma Daniels, Peters, Bainbridge i Gallagher. 

Świetna  myśl.  Jednak  obawiam  się,  że  całą  firmę 

wkrótce diabli wezmą i nie będzie co zbierać. A wszystko z 
twojego powodu, droga Christie Daniels! 

Spoglądał na nią z jawną niechęcią. 
- O czym ty mówisz? - 

zapytała. - Mój ojciec jest jednym 

z najlepiej prosperujących maklerów na całej Wall Street. I z 

pewnością ma się dobrze. Cóż takiego się stało? 

background image

 

10 

Poczuła  nagły  niepokój,  wróciły  echa  dzieciństwa,  kiedy 

ojci

ec  był  dla  niej  wszystkim.  Dzisiaj  nie  miała  co  do  tego 

złudzeń, lecz wciąż przecież nie życzyła mu źle... 

Wiedziałabyś,  co  się  dzieje,  gdybyś  odbierała  jego 

telefony  lub  odpowiadała  na  listy,  zamiast  wysyłać  je 

nietknięte. 

Zmienił pozycję i stare sprężyny kanapy jęknęły pod jego 

ciężarem.  Był  mężczyzną  potężnym  i  masywnym, lecz nie 

ponad  miarę.  Wyglądał  niczym  poszukiwacz  złota,  który 

właśnie zjawił się w dolinie, by nabyć dla siebie ekwipunek w 

miejskim składziku. Z pewnością nie jak nowojorski makler... 

mężczyzna ulepiony z tej samej gliny, co jej ojciec. Poczuła 

się  osaczona  przez  kogoś,  kto  w  końcu  wdarł  się  podstępnie 

do jej domu. Zacisnęła dłonie w pięści i oświadczyła: 

Moje  wzajemne  stosunki  z  ojcem  to  z  pewnością  nie 

twój interes. 

-  Niestety  to jest mój interes - 

Matt  pochylił  się  ku  niej. 

Miał  złowrogi  wyraz  twarzy,  w  czym  trochę  przypominał 

niedźwiedzia  grizzly,  oglądanego  kiedyś  przez  Christie  w 
parku Yellowstone. 

Czy myślisz, że dla przyjemności przywlokłem się tu, by 

cię odszukać? Otóż nie. Ale ponieważ z twojego powodu stoi 

pod  znakiem  zapytania  cała  moja  kariera,  nie  miałem 
specjalnego wyboru. 

-  Nie wiem, o czym mówisz - 

zaprotestowała. - W ciągu 

ostatnich  czterech  miesięcy  nie  miałam  żadnego  kontaktu  z 

ojcem.  Jakim  więc  cudem  mogłam  mieć  wpływ  na  twoją 

karierę? 

Matt  zaklął  pod  nosem.  Wstał  i  podszedł  do  walizki. 

Wyjął  z  jej  bocznej  kieszeni  jakąś  teczkę  i  podał  ją 
dziewczynie. 

- Czytaj - 

nakazał. 

background image

 

11 

Christie  była  wściekła.  Miała  raz  na  zawsze  dość 

rozkazujących  jej  facetów.  Ale  musiała  wiedzieć,  o  czym 

mówi  ten  człowiek.  Otworzyła  teczkę  i  wśród  pliku 

dokumentów zobaczyła list od ojca. Przez chwilkę ważyła go 

w  dłoni.  Papier  był  w  najlepszym  gatunku,  jak  zresztą 

wszystko,  czego  kiedykolwiek  dotknął  jej  ojciec.  Sam  był 

chodzącą doskonałością i wymagał perfekcjonizmu od innych. 

Wciąż nie mogła otworzyć listu. W ciągu minionych miesięcy 

żal  walczył  w  niej  z  poczuciem  winy  z  powodu  zerwania  z 

domem. Jednak wyzwolenie się spod władzy ojca stało się dla 

niej  w  pewnym  momencie  jedynym  wyjściem,  prawdziwym 

wybawieniem po wielu latach życia w nieustannym napięciu. 

On nie miał prawa znów wdzierać się do jej świata! 

Christie spojrzała na Matta, który stał teraz obok kominka 

i  lustrował  ponuro  kolekcję  porcelanowych  kotków. 

Rozerwała kopertę. Im szybciej dowie się w czym rzecz, tym 
lep

iej.  Szybko  przebiegła  wzrokiem  list, napisany na równie 

wytwornym papierze jak koperta. 

 
Moja droga Mary Christine! 

Bardzo  mnie  boli  to,  że  unikasz  ze  mną  wszelkich 

kontaktów.  Nie  widzę  innego  wyjścia  niż  wysłanie  Matta  w 
charakterze emisariusza. 

Ostatniego  dnia,  rzuciwszy  wiele  gorzkich  oskarżeń  pod 

moim adresem, nie dałaś mi jednocześnie szans obrony. Przez 

całe  życie  pracowałem  i  walczyłem  głównie  po  to,  by 

zostawić  ci  coś  cennego  w  spadku.  Tylko  dlatego  firma 
Daniels, 

Peters i Bainbridge cokolwiek dla mnie znaczyła. 

Cóż,  przyznaję,  że  starałem  się  zaaranżować  twoje 

zaręczyny  z  Orenem  Petersem,  lecz  czy  nie  miałem  swoich 

racji?  Oren  jest  ambitnym  młodym  człowiekiem  i  podobnie 

jak  ty,  spadkobiercą  firmy.  Jego  ojciec  zawsze  był  dla  mnie 

kimś  więcej  niż  wspólnikiem,  był  moim  najbliższym 

background image

 

12 

przyjacielem. Dlaczego nasze dzieci nie miałyby się połączyć, 

by  wspólnie  kiedyś  przejąć  dziedzictwo?  Miałem  zresztą 

wrażenie, że byłaś zainteresowana Orenem, zanim przejrzałaś 
mój plan. 

Dzi

siaj  to  wszystko  nie  ma  żadnego  znaczenia.  Nie 

chciałaś  przejąć  mojej  spuścizny  i  odtąd  firma  praktycznie 

przestała się dla mnie liczyć, Mary Christine. Postanowiłem ją 

zatem rozwiązać po trzydziestu latach budowania. Bez ciebie 

moja  praca  straciła  sens.  Otrzymasz  od  Matta  niezbędne 

dokumenty,  których  podpisanie  umożliwi  mi  dalsze  kroki 

likwidacyjne. Nadal jesteś głównym udziałowcem i bez twojej 

zgody  nie  mogę  nic  zrobić.  Jest  w  tym  zresztą pewna  ironia 

losu,  nie  sądzisz?  W efekcie  więc  ty zwyciężyłaś.  Myślę, że 

zawsze ci o to chodziło. 

Szczerze oddany  

Twój ojciec 

 

Christie  przeczytała  list  raz  jeszcze  i  z  niedowierzaniem 

roześmiała się głośno. 

Przeszedł  samego  siebie  -  oświadczyła.  -  Grozi 

zlikwidowaniem biznesu! W rzeczywistości to ostatnia rzecz, 
na 

jaką  by  się  zdobył.  Za  to  po  mistrzowsku  usiłuje  mnie 

podejść,  abym  przepełniona  uczuciem  winy  wróciła  do 
Nowego Jorku pierwszym samolotem. Prawdziwy mistrz 
manipulacji! 

Przez chwilę odczuła szczery podziw dla gry ojca, a potem 

z  pogardą  cisnęła  list  na  podłogę.  Oburzyła  ją  ta  przebiegła 

próba ponownego zawładnięcia nią, ale jednocześnie była zła 

na  siebie.  Psiakrew!  Znowu  w  końcu  czuła  się  winna,  a 

przecież dokładnie o to chodziło jej prześladowcy. 

Matt odwrócił się w jej stronę. 

Wydaje mi się, że czegoś tu nie rozumiesz - powiedział 

chłodno.  -  On  naprawdę  chce  zlikwidować  firmę  z  powodu 

background image

 

13 

tych sentymentalnych idiotyzmów. I tak czy inaczej musisz go 

powstrzymać,  zanim  zrobi  coś  arcygłupiego.  Obiecałem  mu, 

że przekażę ci te papiery, ale nie mam zamiaru pozwolić ci na 
ich podpisanie. 

A  więc  świetnie  się  składa.  Bo  ja  ich  na  pewno  nie 

podpiszę! - odepchnęła od siebie teczkę. 

To  jeszcze  mało  -  kontynuował  Matt.  -  Musisz 

uporządkować  swoje  rachunki  z  ojcem.  Nieważne  jak  - 

zadzwoń do niego albo najlepiej leć ze mną do Nowego Jorku. 

Jesteś jedyną osobą, która może sprawić, że zmieni zdanie. Im 

szybciej się do tego weźmiesz, tym lepiej dla nas wszystkich. 

Christie  rozdrażniło  to  nachalne  mieszanie  się  do  jej 

spraw. Obrzuciła rozmówcę lodowatym spojrzeniem. 

-  Nie 

pozwolę sobą manipulować. Ani tobie, ani mojemu 

ojcu  - 

powiedziała.  -  A  swoją  drogą,  jeśli  rzeczywiście 

obchodzi cię przyszłość firmy, możesz sobie wykupić mojego 
ojca razem z Orenem Petersem. Terence Bainbridge wycofa 

się  wkrótce,  nie  ma  więc  co  na  niego  liczyć,  lecz  ty  i  Oren 

stworzycie z pewnością miły duet - ironizowała. 

To  niezły  dowcip.  Ja  i  twój  beztroski  eks-narzeczony 

jako para wspólników. 

Oren  nie  jest  żadnym  lekkoduchem  -  zaprotestowała.  - 

Jest tak samo despotyczny i uparty jak mój ojciec - 

utkwiła 

spojrzenie w rozmówcy - 

który  zresztą  zawsze  otaczał  się 

ludźmi tego pokroju. Ty też nie wyglądasz na wyjątek. 

Zignorował  tę  uwagę,  zajęty  nagle  porcelanową  figurką 

kota z wymalowanymi na ogonku dzwonecz

kami. Obejrzał ją 

krytycznie ze wszystkich s

tron mówiąc: 

Nawet gdybym chciał wykupić twojego ojca, nie byłoby 

mnie  na  to  stać  -  lekki  grymas  wykrzywił  jego  usta.  -  Mój 

ostatni  wspólnik  dokonał  poważnych  nadużyć  i  zupełnie 

rozłożył  interes.  Musiałem  zaczynać  wszystko  od  początku  i 
oto po raz drugi 

mogę  zrobić  klapę,  w  dodatku  z  powodu 

background image

 

14 

niedorzecznej kłótni rodzinnej. Prześladuje mnie chyba jakieś 
fatum. 

Wypuścił  z  ręki  porcelanową  figurkę,  która  upadła  z 

hałasem.  Dziwnym  trafem  nie  rozleciała  się  na  kawałki. 

Christie przeszyła Matta zimnym wzrokiem. 

-  Obwiniasz mnie za wszystkie niepowodzenia swojego 

życia. To raczej nie w porządku, nie uważasz? 

Wolnymi  krokami  przemierzał pokój,  zatrzymując  się  co 

chwila, by usunąć ze swojej drogi jakiś wiklinowy mebel. 

Obwiniam  korupcję  i  nadużycia  na  rynku  papierów 

wartościowych. Obwiniam mojego wspólnika, który zniszczył 

nasz  wspólny  interes  i  moją  wiarę  w  przyjaźń.  Obwiniam 

twojego  ojca,  który  zachowuje  się  jak  sentymentalny  stary 

głupiec  -  i  ciebie  także  za  to,  że  uciekłaś  z  Nowego  Jorku, 

zostawiając po sobie cały ten bałagan i licząc, że ktoś go za 

ciebie uporządkuje. 

Zatrzymał  się  na  widok  wysokiej,  osobliwej  komody, 

która mu stała na drodze. 

Po  jakiego  czorta  jest  tu  aż  tyle  mebli?  -  zapytał 

zaczepnie. - 

Ten pokój przypomina jakiś opętany antykwariat. 

-  Lu

bię  starocie  -  oświadczyła  Christie.  -  Nigdy nie 

miałam  na  to  czasu  w  Nowym  Jorku.  Właściwie  na  nic  nie 

miałam tam czasu. 

Rozejrzała  się  dokoła,  obdarzając  ciepłym  spojrzeniem 

otaczający  ją  rozgardiasz  -  pokiereszowane biurko z 

żaluzjowym  zamknięciem,  które  przycupnęło  w  kącie  jak 

zwierzak  pielęgnujący  swe  rany,  staroświecki  grzejnik, 

wynaleziony  gdzieś  w  sklepie  ze  starzyzną  w  Santa  Fe, 

ozdobny wiktoriański kwietnik. Jak dotąd nic nie cieszyło ją 

bardziej  niż  wynajdowanie  coraz  to  nowych  drobiazgów  w 
coraz to innych stylach - egipskim, gotyckim, renesansowym, 
roko

kowym, kolonialnym czy japońskim. 

background image

 

15 

Zwróciła  się  w  stronę  Matta,  ciekawa  czy  jest  w  stanie 

dostrzec,  jak  wiele  znaczyło  dla  niej  to  nowe  życie,  którego 

każdy  kolejny  dzień  krył  w  sobie  masę  radości i 

niespodzianek. Lecz Matt Gallagher należał do innego świata i 

prawdopodobnie  nie  doceniał  uroków  rzeczy  małych  i 

prostych. Musiała przyjąć inną linię obrony. 

Posłuchaj,  Matt  -  zaczęła.  -  Ja  właściwie  nie  miałam 

innego wyjścia. To narastało od tak dawna... - pokiwała głową 
ze smutkiem. - 

Gdy jesteś maklerem, jedyne co cię obchodzi - 

to pchanie akcji w górę, wyżej niż w zeszłym tygodniu, wyżej 

niż  wczoraj.  Codziennie  rano  budziłam  się  z  nerwową 

wysypką - otrząsnęła się na samo wspomnienie. - Śniłam sen 

swojego ojca, a nie mój własny, i to stawało się czasem nie do 
zniesienia  - 

ciągnęła. - A potem miała miejsce wielka farsa z 

moimi  zaręczynami  z  Orenem.  Zorientowałam  się,  że 

wszystko to uknuł mój ojciec, praktycznie przekupił Orena, by 

tylko  biedak  mi  się  oświadczył!  Tak  więc  ostatnia  kropla 

przepełniła  mój  kielich  goryczy.  Życie  pod  presją  wymagań 

ojca było jednym pasmem udręk i już to wystarczyłoby, żeby 

odejść.  Lecz  on  posunął  się  jeszcze  dalej,  próbując  narzucić 

mi  małżeństwo.  Nie  pozostawało  mi  nic  innego, jak 

natychmiast wyjechać. Czy jesteś w stanie to zrozumieć? 

Mimo wszystko powinnaś była zostać w Nowym Jorku - 

odpowiedział  Matt.  -  Należało  rozwiązać  własne  problemy, 

zamiast od nich uciekać. 

Miał  niezadowoloną  minę.  Najwyraźniej  zastanawiał  się 

n

ad  tym,  jak  dowieść,  że  gdyby  tylko  starczyło  jej  odwagi, 

powinna wrócić do domu dla własnego dobra. 

Nie mam zamiaru kroczyć kolejną wydeptaną przez ojca 

ścieżką - oznajmiła stanowczo. - I możesz mu to powtórzyć. 

Pośredniczenie  między  tobą  a  ojcem  nie  ma  żadnego 

sensu  - 

zawyrokował. - I niczego nie rozwiąże. Musisz sama 

to  z  nim  załatwić  i  powstrzymać  go  w  jego  szaleństwie. 

background image

 

16 

Naprawdę  nie  chciałbym  przyglądać  się,  jak  kolejna  firma 

pada  na  moich  oczach.  Możesz  być  tego  pewna  -  to bardzo 

żałosny widok. 

Chr

istie poczuła, jak krew uderza jej do głowy. 

-  Tracisz czas! - 

wykrzyknęła.  -  O ile wiem Christopher 

Daniels Trzeci może robić wszystko, na co ma ochotę! 

Matt  stanął  przed  nią  z  rękoma  ukrytymi  głęboko  w 

kieszeniach dżinsów. Wyglądał groźnie. 

- Przekonam c

ię, Christie, nieważne jakim kosztem. 

Żaden człowiek nie będzie mi dyktował, co mam robić. 

Dotyczy to i ciebie! 

Po raz pierwszy uśmiechnął się - zwodniczym, ujmującym 

uśmiechem. 

-  Jeszcze zobaczymy, Christie - 

powiedział  miękko.  - 

Zobaczymy... 

 

background image

 

17 

ROZDZIAŁ DRUGI 
 

Christie z trudem wydobyła się z objęć zapadniętej starej 

kanapy. Wciąż jeszcze była oszołomiona i zdawało się jej, że 

zaraz straci przytomność. Rzeczywiście, zachwiała się nieco i 

wtedy  Matt  ponownie  ruszył  z  pomocą.  Objął  ją  ramieniem 
pewnie i s

tanowczo,  a  zarazem  zaskakująco  delikatnie. 

Poczuła dziwną, bezwładną błogość w całym ciele. 

Dobrze się czujesz? - zapytał z niepokojem. 

O tak... Nieźle, dziękuję - odparła, odsuwając się nieco 

od niego. Krępowała ją subtelność tego uścisku. 

No cóż - przemówiła rzeczowym tonem. - Skoro musisz 

zatrzymać  się  w  Red  River,  powinieneś  spróbować  w  hotelu 

Blue Spruce na Main Street, pewnie mają tam wolne miejsca. 

Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo - powiedział pewnie. 

Zostanę tutaj. 

- Nie ma mowy! 
- Jak 

to, czyżbym nie miał rezerwacji? 

- W zasadzie tak, ale... 

Więc nie możesz mnie odesłać. Jestem gościem jak inni. 

Christie  zerknęła  kpiąco  na  rozmówcę.  Targały  nią 

sprzeczne  uczucia.  W  gruncie  rzeczy  Matt  bardzo  jej  się 

podobał  i  niemiła  była  myśl,  że  oto  miałby  zniknąć  raz  na 

zawsze  za  drzwiami  i  umknąć  z  jej  życia.  Rozsądek  jednak 

nakazywał  pozbyć  się  go  natychmiast,  zanim  przestałaby 

panować  nad  emocjami.  To  przecież  wysłannik  jej  ojca. 

Należało się go wystrzegać. 

Lecz  z  drugiej  strony  ufała  przecież  sobie  i  własnej 

odporności na jego wdzięki. A Matt będzie w Red River tylko 

kilka dni. Dlaczego nie pozwolić mu zostać? 

Jestem  kobietą  interesu  -  powiedziała  po  chwili  -  i 

byłoby  głupotą  odsyłać  gościa,  który  płaci.  Ale  nie  oczekuj 
specjalnego traktowania. 

background image

 

18 

Rozmowa utknęła w martwym punkcie. Christie wreszcie 

przemówiła. 

Zaprowadzę  cię  do  twojego  pokoju,  żebyś  mógł  się 

rozgościć  -  zadecydowała.  -  Trochę  później  dopełnimy 

formalności. 

Nie czekając na odpowiedź, ruszyła w kierunku schodów. 

Matt  podniósł  walizkę  i  podążył  za  nią.  Nim  przeszła  parę 

kroków, położył dłoń na jej ramieniu. 

-  Zwolnij  - 

doradził. - Lepiej nie chodź zbyt energicznie 

jeszcze przez jakiś czas. 

Ta poufałość irytowała i dziwnie niepokoiła dziewczynę. 

Ponieważ  wciąż  jednak  nie  czuła  się  dobrze,  pozwoliła,  by 

ujął ją pod rękę i razem weszli na drugie piętro. 

-  Oto twój pokój - 

oznajmiła,  otwierając  zamaszyście 

drzwi. 

We  wnętrzu  niepodzielnie  królowały  starocie.  Oczom 

gościa ukazały się dwa sekretarzyki z lustrami, bujane krzesło 
i fotel, t

aboret  i  krzesło  na  kółkach,  parę  oszklonych 

biblioteczek, rustykalne sosnowe biurko i miniaturowy 

klawikord  w  idealnym  stanie.  Całego  tego  dobytku,  niczym 

obwarowanej  fortecy,  strzegło  ogromne  łoże,  ulokowane 

pośrodku. 

-  Przytulnie tu, prawda? - 

zapytała Christie, torując sobie 

drogę między sekretarzykiem a bambusowym bujakiem. Matt 

stał w drzwiach, obserwując podejrzliwie pokój, jakby miał do 

czynienia  z  niebezpieczną  zasadzką.  Wreszcie  przekroczył 

próg, podszedł do łóżka i położył na nim walizkę, sprawdzając 
jedno

cześnie  sprężystość  materaca  i  obrzucając  Christie 

odpowiednio wymownym spojrzeniem. 

Musisz wiedzieć, Matt - zagadała - że skoro już jesteś w 

Red  River,  możesz  tutaj  nieźle  się  rozerwać.  Masz  wiele 

różnych  możliwości:  łowienie  ryb,  pływanie  tratwą,  piesze 
wyprawy... 

background image

 

19 

Spojrzał na nią ironicznie. 

Obawiam się, że nie będę miał na to czasu. Wracam do 

Nowego Jorku w poniedziałek, a ty polecisz ze mną. 

Zmarszczyła gniewnie brwi w odpowiedzi. 

Nigdy  nie  wrócę  do  Nowego  Jorku.  Jestem  teraz  kimś 

inny

m i żyję zupełnie innym życiem. 

Matt otworzył walizkę. 

Nikt nie żąda od ciebie wielkich ofiar, Christie. Jedyne, 

czego oczekuję, to że zjawisz się w domu i powstrzymasz ojca 

od  robienia  głupstw.  Potem  możesz  spokojnie  wracać  do 

swojego raju na końcu świata. 

Christie poruszyła się gwałtownie. 

Kiedy  się  przekona,  że  jestem  w  Nowym  Jorku,  zrobi 

wszystko, żeby mnie tam zatrzymać. W tym cały problem - on 

stara się grać na moich emocjach i na moim poczuciu winy. 

Naprawdę świetnie to potrafi. 

Matt wzruszył ramionami. 

To  może  wrócisz  do  pracy  w  firmie?  Naprawdę  tak 

bardzo  przeraża  cię  perspektywa  życia  w  Nowym  Jorku  i 

pracy na giełdzie? 

Christie kiwnęła głową. 

To  piekło  jest  nie  do  wytrzymania.  Czy  ty  tego  nie 

zauważyłeś?  Spójrz  na  siebie.  Jesteś  napięty  jak  struna, 

wezbrany wulkan, który za chwilę wybuchnie. 

Matt gniewnie zerknął na Christie znad walizki. 

To fakt, że żyję w napięciu - przyznał cierpko. 

I  czasem  mam  tego  dość!  Ale  nie  mogę  tak  po  prostu 

wszystkiego  rzucić  po  piętnastu  latach  pracy.  Nie  wolno 

uciekać od odpowiedzialności w taki sposób, jak robisz to ty. 

Czasami  obowiązek  nas  przytłacza  -  odpowiedziała 

Christie.  - 

Bardzo  długo  starałam  się  spełniać  wszystkie 

polecenia mojego ojca. Nie mogę jednak poświęcić własnego 

szczęścia, by go zadowolić. 

background image

 

20 

Obserwował ją z zaciętą miną, lecz milczał. Christie czuła, 

że  zdobyła  lekką  przewagę.  Usiadła  na  łóżku  i  rozkołysała 

materac, który okazał się sprężysty i jędrny. Na pewno dobrze 

będzie  służyć  Mattowi...  Wyobraziła  sobie  jego  duże,  silne 

ciało rozciągnięte na łóżku i pogrążone we śnie... 

Z  trudem  przełknęła  ślinę,  przywołując  wyobraźnię  do 

porządku. Matt wypakowywał właśnie z walizki stertę koszul. 

Wszystkie miały oryginalne opakowania i wyglądało na to, że 

ich  właściciel  odwiedził  niedawno  jakiś  sklep,  zażądawszy 

różnych koszul na każdą okazję. 

Dlaczego  przytaskałem  ze  sobą  cały  ten  śmietnik?  - 

marudził, rozwijając parę długich, żółtych skarpetek. Coraz to 

nowe  rzeczy  wyskakiwały z  walizki,  a  Matt  miał  taką  minę, 

jakby nie on je tam wkładał. 

Christi

e  zwróciła  uwagę  na  flanelową  bluzę  w  zielono-

niebieską kratę i parę sztruksowych spodni. 

To  akurat  bardzo  mi  się  podoba  -  pochwaliła,  gładząc 

miękką  flanelę.  -  Czy  zabrałeś  ze  sobą  także  szorty?  Albo 
adidasy? 

Wychyliła  się,  by  dojrzeć  buty,  które  miał  na nogach. 

Okazały  się  nieskazitelnie  nowymi  butami  do  górskiej 
wspinaczki. 

Jesteś  całkiem  nieźle  wyposażony.  Myślę, że nie  jesteś 

przypadkiem beznadziejnym. 

Co za wścibska osoba z ciebie. 

Zgadza  się  -  przyznała,  nie  tracąc  pewności  siebie. 

Wyprostowa

wszy  się  próbowała  właśnie  zgarnąć  włosy  tak, 

by je zapleść w jeden luźny warkocz. 

Jestem okropnie wścibska, ale przy okazji życzliwa. Te 

cechy uczyniły ze mnie niezłego maklera. W moich klientach 

zawsze  bardziej  interesowało  mnie  to,  kim  są,  niż  to,  ile 

posiadają.  A  oni  to  we  mnie  cenili.  Czy  możesz  to  sobie 

background image

 

21 

wyobrazić?  Makler,  który  w  gruncie  rzeczy  nienawidzi 

mechanizmów giełdy. 

Matt  skrzyżował  ręce  na  piersiach  i  obojętnie  przyglądał 

się dziewczynie. 

Niezły  makler?  Jeśli  wierzyć  twojemu  ojcu,  byłaś 

rewelacyjna. 

Jakie to dziwne... Nigdy mi tego nie powiedział. Raczej 

dawał do zrozumienia, że nie spełniam jego oczekiwań. 

Mogłaś mu przecież powiedzieć, że potrzebujesz jakiejś 

zachęty - podsunął. - Więcej uznania z jego strony... 

- To by niczego nie z

ałatwiło - żachnęła się. 

Sprawy zbyt się skomplikowały. Chciałam przecież, by 

nie  tylko  mnie  doceniał,  ale  również  szanował.  Chciałam, 

żeby  zaakceptował  moje  prawo  do  podążania  własną  drogą, 

nie tylko tą jedną jedyną, którą on sam wytyczył. 

Podeszła do okna. 
-  Red River jest dla mnie miejscem szczególnym  - 

powiedziała  z  przejęciem.  -  Kiedyś  spędziłam  tu  z  ciotką 

wspaniałe  wakacje,  miałam  wtedy  czternaście  lat.  Tutejsze 

lato po prostu mnie oczarowało i nigdy nie przestałam marzyć, 

że powrócę w to miejsce. I wróciłam! To mój największy w 

życiu  sukces,  niestety,  bardzo  różny  od  tego,  jakiego 

oczekiwał  mój  ojciec.  Czy  wiesz,  że  był  to  mój  pierwszy 

samodzielny  wybór?  Nie  przyszło  mi  łatwo  i  tym  bardziej 
jestem z siebie dumna. 

-  Moje gratulacje - 

oświadczył  Matt bez przekonania. 

Wciąż opróżniał walizkę, coś przy tym do siebie mrucząc pod 

nosem.  Bez  trudu  mogła  się  zorientować,  że  jego  biadolenie 

dotyczyło  w  równym  stopniu  poszczególnych  części  własnej 

garderoby, jak również jej niepoczytalnego postępowania. 

Chr

istie  patrzyła  jak  znoszony,  szaro-brązowy  dres, 

wyrzucony  w  powietrze,  wylądował  po  chwili  na  stercie 

rozrzuconych po całym łóżku ubrań. 

background image

 

22 

Och,  ta  rzecz  już  była  w  użyciu  -  stwierdziła 

zaciekawiona. - Pewnie w tym biegasz? 

- W zasadzie tak - 

przyznał niechętnie, jakby odkryła coś 

nazbyt osobistego. 

Dobrze,  że  ćwiczysz,  to  rozładowuje  napięcia.  Czy 

stosujesz  jakąś  dietę?  -  dopytywała  się.  -  Jadasz  jak  należy, 

czy  raczej  tylko  zimne  napoje  i  kawa  przez  cały  dzień? 

Służbowe obiady i kolacyjki z klientami też nie są szczytem 

racjonalnego  odżywiania.  Prędzej  czy  później  kończy  się  to 

wrzodami żołądka. 

Matt  postanowił  odwrócić  uwagę  Christie  od  własnych 

zwyczajów gastronomicznych. 

- Wrzody... - 

podchwycił hasło. - To mi przypomniało, że 

jestem głodny. Czy jest tu blisko jakaś dobra knajpka? 

Christie  odstąpiła  od  okna.  Przyjrzała  się  rdzawo-

brunatnej czuprynie Matta i wyrazistym rysom jego twarzy. 

Był stanowczo zbyt przystojny. Fizycznie pasował jak ulał do 

górskiego otoczenia, ale coś zaciętego w jego twarzy mówiło 

jej,  że  myślami  jest  daleko.  Ogarnęło  ją  dziwne  wzruszenie. 

Ten człowiek kilka chwil wcześniej uratował jej życie. 

Nie  musisz  jeść  w  restauracji  -  powiedziała.  -  Możesz 

zjeść kolację ze mną, przygotuję coś szybkiego. 

Zmarszczył brwi i lekka bruzda przecięła mu czoło. Myśl 

o wspólnej kolacji wyraźnie nie wzbudziła w nim entuzjazmu. 

Nie  oczekuję  specjalnego  traktowania  -  powiedział 

oschle. 

- Jak chcesz - 

Christie ruszyła w stronę toalety, potykając 

się o nogę zastawiającego przejście krzesła. 

- Jeste

ś chodzącym nieszczęściem. 

Nie  przypominam  sobie,  aby  przydarzały  mi  się  takie 

historie, zanim się tu pojawiłeś. 

Z szafki wyjęła dwa czyste ręczniki i podała je Mattowi. 

Wykąpać się można na dole - informowała. 

background image

 

23 

Poza  tobą  nikt  się  na  tym  piętrze  nie  zatrzymał,  jesteś 

więc sam. 

Skierowała  się  w  stronę  drzwi,  lawirując  pomiędzy 

meblami. Odwróciła się w progu. 

Parę  kroków  stąd  w  Miner's  Cafe  podają  dość  lichy 

kotlet rybny - 

powiedziała.  -  Ale  gdybyś  zdecydował  się 

dołączyć  do  mnie,  będę  na  dole...  Potraktuj to jako wyraz 

wdzięczności za uratowanie mi życia. Zazwyczaj nie serwuję 

kolacji moim gościom - dodała powściągliwie - ale tym razem 

mam ochotę zrobić wyjątek. 

Wyszła z pokoju, nie czekając na odpowiedź. Cóż, jeżeli 

on nie zdecyduje się na wspólną kolację, to nawet lepiej dla 

obojga.  W  swoim  nowym  życiu  Christie  nie  przewidywała 

specjalnego miejsca na męskie towarzystwo. 

Wróciła  do  salonu,  gdzie  wciąż  leżał  na  podłodze 

przewrócony manekin. Podniosła go. Odruchowo wygładzała 

fałdy  materiału,  daleka  już  teraz od fantazjowania na temat 
kroju sukienki. 

Jej  uwagę  przykuł  biały  guzik  na  nocnym  stoliku  - 

sprawca niedawnej katastrofy. Ukryła go w dłoni, myśląc, że 

mimowolnie stał się w jej oczach symbolem więzi między nią 
a Mattem. 

Do diabła! - zaklęła. Nawet jeśli rzeczywiście uratował 

mi życie, tego typu wzruszenia nie powinny mnie dotyczyć. I 

naprawdę nie wiem, dlaczego tak zależy mi na tym, żeby tu 

zszedł  na  kolację!  Może  działa  tu  syndrom  wybawcy  i 

wybawionej. Heros wybawił z opresji heroinę i teraz ona jest 

mu  winna  dozgonną  wdzięczność.  Jakie  to  dogodne  pole  do 
fantazjowania i snucia romantycznych mrzonek! 

Wrzuciła  guzik  do  pudełka  po  cygarach  i  zatrzasnęła 

wieczko.  Żaden  mężczyzna  nie  zakłóci  spokoju  jej  nowej 
egzystencji, nawet Matt Gallagher. Bez wzg

lędu  na  to  jak 

dalece byłaby mu wdzięczna i niezależnie od tego, czy jej się 

background image

 

24 

podobał,  czy  nie  -  reprezentował  wrogi  obóz  i  o  tym  nie 

należało zapominać. 

Uznawszy,  że  dostatecznie  zapanowała  nad  sytuacją, 

Christie przekroczyła próg kuchni, jednego z najukochańszych 
miejsc w swoim nowym domu. 

Zmierzyła  wzrokiem  potężny,  zwalisty  piec  niczym 

przeciwnika przed walką. Również na polu kulinarnym miała 

zamiar  niebawem  osiągnąć  mistrzostwo,  zwłaszcza  że  w 

Nowym  Jorku  zawsze  jadała  poza  domem.  Miała  zwyczaj 
wyrywa

ć się z pracy na krótko w porze lunchu, kupować na 

wynos  porcję  ciepłej  zupy,  a  na  pobliskim  straganie  banana 

lub jabłko i wszystko to przełykać pospiesznie na schodach u 

podnóża  biurowca.  Teraz  nikt  nie  zmusiłby  jej  do  takich 

poświęceń.  Z  upodobaniem  pielęgnowała  wizję  samej  siebie 
jako niezrównanej autorki pysznych, domowych potraw. 

Pewne  sukcesy  w  tej  dziedzinie  miała  już  za  sobą  i  dziś 

wieczorem  postanowiła  odnieść  kolejny,  oszałamiający 

sukces, na wypadek gdyby niejaki Matt Gallagher miał zamiar 
do n

iej dołączyć. 

Oczywiście  nie  chodziło  o  to,  żeby  wywrzeć  na  nim 

wrażenie,  czy  też  dowieść  swej  kobiecości.  Co  to,  to  nie! 

Kobiety stosują takie sztuczki, kiedy chcą zdobyć mężczyznę, 

a  o  to  Christie  z  pewnością  nie  chodziło.  To  była  kwestia 
pewnej ambicji. 

Jeśli ona pitrasi jakieś danie, to będzie to coś 

wyśmienitego,  nawet  gdyby  miała  zjeść  je  sama.  Pal  licho 
Matta! 

Zaczęła  myszkować  w  staroświeckiej  lodówce,  która 

brzęczała i furkotała tajemniczo. Już za chwilę na rozgrzanej 

w  rondlu  oliwie  skwierczały  plastry bakłażanów,  a  obok 

bulgotał  pomidorowy  sos.  W  piekarniku  podgrzewały  się 

pszenne  bułeczki  upieczone  poprzedniego  dnia.  Kuchnię 

przepełniała  błoga  mieszanina  dźwięków  towarzyszących 

gotowaniu  oraz  kuszący  aromat  bazylii  i  oregano.  Christie 

background image

 

25 

delektow

ała  się  chłodnym,  spokojnym  światłem  wieczoru, 

ucierając na blacie kuchennym kawałek żółtego sera. 

Bez  reszty  zaabsorbowana  tą  czynnością  nie  usłyszała 

Matta,  który  właśnie  pokonał  wahadłowe  drzwi  tuż  za jej 

plecami.  Odchrząknął  cicho,  co  sprawiło,  że  odwróciła  się 

gwałtownie i odruchowo przyłożyła dłoń do szyi. Poczuła pod 

palcami przyspieszone tętno. 

Nie  chciałem  cię  przestraszyć  -  wytłumaczył  się. 

Uśmiechnęła się cierpko w odpowiedzi. 

Nic  nie  szkodzi.  Na  szczęście  tym  razem  nie  miałam 

niczego w ustach. 

Stali  tak  przez  chwilę  naprzeciw  siebie.  Christie  wytarła 

dłonie w ściereczkę, zatkniętą za pasek spódnicy. 

No  cóż  -  powiedział  Matt.  -  Pomyślałem,  że  może 

moglibyśmy zjeść razem kolację. 

Uradowana zaczęła się krzątać przy blacie. 

Usiądź tam przy stole, proszę. Jedna chwila i wszystko 

będzie gotowe. 

Zasiadł  wygodnie  na  krześle  przy  pokiereszowanym, 

dębowym  stole  i  obserwował  jej  kolejne  poczynania.  Nieco 

tym  speszona,  Christie  upuściła  łyżkę,  która  wylądowała  w 

pomidorowym  sosie,  brudząc  jej  podkoszulek  serią 

czerwonych  plamek.  Zdając  sobie  sprawę  z  tego,  że 

zachowuje się nerwowo, stanęła tyłem do gościa, starając się 

skoncentrować  na  precyzyjnym  krojeniu  papryki.  Och, 

przecież  wcale  nie  musi  wywierać  na  nim  wstrząsającego 

wrażenia. 

Myśl  ta  uspokoiła  ją  i  kolejne  czynności  przebiegały  we 

właściwym  rytmie  -  trzeba  wyjąć  z  kredensu  talerze  i 

salaterki,  o,  tak,  zamieszać  w  trzech  różnych  rondlach, 

stojących  na  kuchni,  teraz  poodrywać  liście  sałaty...  Wciąż 

czuła  na  sobie  wzrok  Matta,  lecz  nie  dbała  o  to.  Działała  z 

pełną swobodą. Po chwili dwa kopiaste talerze z bakłażanami 

background image

 

26 

z serem w sosie pomidorowym powędrowały bezpiecznie na 

stół,  a  towarzyszyła  im  butelka  wina  i  paprykowo-ogórkowa 

sałatka.  W  wyłożonym  serwetką  koszyku  piętrzyły  się 

zachęcająco  gorące  bułeczki.  Pokręciła  się  jeszcze  przez 

chwilę  i  uwieńczyła  dzieło  ćwiartką  świeżutkiego  masła 

podanego  na  talerzyku  z  chińskiej  porcelany,  porzeczkową 

konfiturą  w  szklanej  salaterce  i  lnianymi,  zamiast 

papierowych, serwetkami. Zasiadła teraz naprzeciw Matta i z 

dumą przyjrzała się całości. Danie pachniało zbyt apetycznie, 

by  zwlekać  z  rozpoczęciem  uczty,  a  po  całym,  pełnym 

niespodzianek dniu, czuła się solidnie głodna. 

Żadne z nich nie odzywało się przez dłuższą chwilę. Matt 

jadł uważnie, niczym zawodowy degustator. Po jakimś czasie 

wydał swój sąd. 

Wyśmienite  -  orzekł  z  podziwem.  -  Przywykłem  do 

restauracyjnych  posiłków  i  właściwie  już  zapomniałem,  jak 
smakuje prawdziwa domowa kuchnia. 

Christie uśmiechnęła się z wdzięcznością. 

Cieszę  się,  że  to  przyznałeś.  Mój  styl  życia  ma,  jak 

widzisz, znaczną przewagę nad twoim. 

To  zbyt  daleko  posunięty  wniosek  -  odpowiedział, 

sięgając po sałatę. - Poprzestałbym na stwierdzeniu, że twoja 

kuchnia jest wspaniała. 

Dziękuję  -  skwitowała,  nawijając  na  widelec  nitkę 

roztopionego sera. - 

Skąd  właściwie  pochodzisz,  Matt? 

Urodziłeś się w Nowym Jorku? 

Tak, dzieciństwo spędziłem w Brooklynie, a potem przez 

wiele lat mieszkałem na Manhattanie. 

Dla  mnie  Manhattan  to  całe  moje  życie,  aż  do  chwili, 

gdy  przeniosłam  się  tutaj.  Jako  dziecko  wciąż  wędrowałam 

między  apartamentem  ojca  na  Park  Avenue  a  mieszkaniem 
matki po zachodniej stronie Central Parku. 

background image

 

27 

Wiem,  że  twoi  rodzice  się  rozwiedli.  Podobnie  zresztą 

jak i moi... Mamy więc coś wspólnego 

powiedział  dość  obojętnie,  pocierając  w  zamyśleniu 

podbródek. 

Ile miałeś lat, kiedy to się stało? - zapytała Christie. 

Kiedy co się stało? - spojrzał na nią z roztargnieniem. - 

Ach, rozwód moich rodziców? Miałem trzynaście lat. 

Ja dwanaście. Okropnie to przeżywałam... Każde z nich 

wa

lczyło o wyłączne prawo do opieki nade mną, ale w końcu 

sąd przyznał to prawo obojgu - mówiła z uśmiechem, lecz w 

kącikach  jej  usta  czaiła  się  jakaś  gorycz.  Dla  matki  Christie 

cała ta stoczona w przeszłości wojna była niczym innym jak 
rzuceniem wyzwania wielkiemu Christopherowi Danielsowi 

Trzeciemu. Nie chodziło wcale o Christie. Dopiąwszy swego, 

Juliet  Daniels  prawie  natychmiast  przestała  interesować  się 

córką  i  wróciła  do  swego  życiowego  nałogu  -  nigdy nie 

kończących się podróży po całym świecie. 

Matt ods

tawił kieliszek z winem. 

Ja też miałem nielekko - przyznał niechętnie. 

Mieszkałem  z  matką  dopóki  nie  uznała,  że  jestem 

nieznośny.  Potem  byłem  przy  ojcu,  aż  on  również  uznał,  że 
jestem nie do wytrzymania. 

Christie roześmiała się. 
-  Trudno mi sobie ciebi

e  wyobrazić  jako  zbuntowanego 

nastolatka. Wyglądasz raczej bardzo... 

szukała  odpowiednich  słów  -  poważnie  i  od-

powiedzialnie. 

Matt przełamał bułeczkę i obficie posmarował ją masłem. 

Czy  chcesz  przez  to  powiedzieć,  że  jestem  statecznym 

nudziarzem? 

Prz

yjrzała  mu  się  badawczo.  Nudziarz?  O,  nie,  raczej 

trudno  byłoby  dopatrzeć  się  czegoś  nudnego  w  złotawym, 

fascynującym kolorycie tego mężczyzny... 

background image

 

28 

- „Stateczny” 

to nie jest właściwie słowo - myślała głośno. 

Przypominasz  raczej  wulkan,  który  za  chwilę  może 

wybuchnąć z wielką siłą. 

Miło to słyszeć - odparł z przekąsem. 

Bardzo wierzę w to, że w życiu trzeba oddać się czemuś 

bez  reszty,  zwłaszcza  jeśli  można  w  tym  odnaleźć  własne 

szczęście. I nie mogę oprzeć się wrażeniu, że... Matt, czy ty 

czujesz się szczęśliwy? 

Ścigał  widelcem  kawałek  pomidora,  pląsający  po  talerzu 

w ostatniej łyżce smakowitego sosu. 

Oczywiście że tak - oświadczył, przełykając upolowany 

kęs. 

Christie  miała  wielką  ochotę  podrążyć  trochę  ten  temat. 

Matt wydawał jej się osobą wewnętrznie niespokojną. Kimś, 

kto  nie  umie  sprostać  wysokim  wymaganiom  stawianym 

samemu sobie i bezwiednie oczekuje jakiegoś rozstrzygnięcia, 

które  dokonałoby  się  poza  nim.  Ciekawe  co  ma  na  myśli, 

kiedy mówi o szczęściu... Spytała go o to, lecz przerwał jej w 

pół słowa. 

- Ten dom ma j

uż swoje lata - zauważył. - Opowiesz mi o 

nim? 

Christie uniosła do ust kieliszek. W tym pytaniu brzmiała 

obojętność i dla obojga było jasne, że padło ono tylko po to, 

by zamknąć rozmowę o sprawach nazbyt osobistych. 

Dość  długo  poszukiwałam  domu,  który  mógłby  się 

nadawać na pensjonat. Wiedziałam od dawna, że w Red River 

są idealne warunki do stworzenia małego przedsięwzięcia tego 

typu i że będzie ono nieźle prosperować - uświadomiła sobie, 

że  przemawia  językiem  dawnej  Mary  Christine  Daniels, 

kobiety  interesu.  A  przecież  chciała,  by  zrozumiał  drugą 

stronę  medalu,  by  odczuł,  że  w  to  przedsięwzięcie 

zaangażowała przede wszystkim własną duszę. Oparła łokcie 

o stół i spojrzała mu przenikliwie w oczy. - Kiedy zobaczyłam 

background image

 

29 

ten dom po raz pierwszy, 

wcale nie byłam pewna, czy w ogóle 

się do czegokolwiek nadaje. Okap dachu, zwisający prawie do 

ziemi,  jakby  ktoś  go  zapomniał  przystrzyc,  ta  absurdalna 

weranda  ciągnąca  się  wzdłuż  frontu  tak,  że  nie  widać  jej 

końca... Ale w krótkim czasie okazało się, że jesteśmy bardzo 

dobraną  parą  - dom i ja. Albo razem zatoniemy, albo razem 

wypłyniemy na szerokie wody. Czy ty to rozumiesz? 

Ani trochę - odpowiedział. - Dopóki opowiadasz mi, jak 

podejmujesz  decyzje  na  podstawie  różnych  „oczarowało 

mnie” czy „marzyłam”, dopóty nie brzmi to zbyt mądrze. 

A  kto  powiedział,  że  muszę  być  mądra?  -  pomyślała 

chwilę.  -  Za  to  wiesz,  co?  Po  raz  pierwszy  w  życiu  jestem 

autentycznie szczęśliwa. 

Matt nie odzywał się. Odłożył na bok sztućce i spojrzał na 

nią  z  uwagą,  aż  poczuła  się  trochę  nieswojo.  Co  on  sobie 

myśli? Usiłowała wytrzymać jego wzrok, ale było w nim coś, 

co  ją  przyprawiało  o  przyspieszone  bicie  serca.  Ta 

intensywność,  czy  może  ten  niezwykły  kolor  jego  oczu, 

przypominających  ciemny  topaz...  Christie  nie  mogła  się 

oprzeć wrażeniu, że traci poczucie równowagi i dziwnie lekka, 

a  zarazem  zlękniona,  daje  się  ponieść  jakiemuś  spienionemu 

nurtowi  w  nieznane.  Przytrzymała  się  krawędzi  stołu. 

Przybladłe słońce chowało się już za korony sosen i do pokoju 

zakradał  się  zmrok.  Smużka  cienia  zacierała  rysy  twarzy 

Matta,  co  czyniło  go  jeszcze  bardziej  nieodgadnionym. 

Między nim a dziewczyną narastało napięcie. Wyciągnął rękę 

ponad  stołem  i  przez  chwilę  Christie  myślała,  że  chce  ją 

dotknąć.  On  jednak  sięgnął  po  jej  pusty  talerz  i  położył  na 

swoim. Wstał i odniósł naczynia do zlewu. Każdy jego ruch, 

bardzo  naturalny,  lecz  zarazem  pełen  wdzięku,  przykuwał 

mimowolnie  jej  uwagę.  Patrzyła,  jak  ostrożnie  układa  w 

zlewie  chińskie  talerze,  najwidoczniej  zdając  sobie  sprawę  z 

tego, jak są jej drogie. 

background image

 

30 

Wstała  i  ona,  bezmyślnie  zabierając  ze  stołu  salaterkę  z 

konfiturami  i  trzymała  ją  bezradnie  w  ręku,  nie  wiedząc,  co 

dalej...  Wtedy  Matt  podszedł  do  niej  dość  blisko,  tak  że 

brązowa krata koszuli opinającej jego ramiona znalazła się na 

wysokości jej oczu. 

-  Christie  - 

powiedział  cicho  i  bardziej  do  siebie  niż  do 

niej, jakby chciał odkryć jakieś nowe, sobie wiadome nuty w 
brzmieniu jej imienia. -  Christie  - 

powtórzył  w  tonie 

subtelnego, lecz stanowczego rozkazu. 

Patrzyli sobie z bliska w oczy. Christie czu

ła  własne 

spowolnione tętno i bezwład, ogarniający całe jej ciało, jakby 

za dotknięciem czarodziejskiej różdżki została zamieniona w 

niemy  i  wyczekujący  posąg.  Wtedy  Matt  bardzo  powoli 

pochylił się nad nią i dotknął wargami jej ust. 

 

background image

 

31 

ROZDZIAŁ TRZECI 
 
Poca

łunek  delikatny  jak  muśnięcie  jedwabiu  dotknął  ust 

dziewczyny,  nie  domagając  się  niczego  w  zamian.  A  jednak 

Christie nie mogła nie zareagować, poddała się jego wargom 

chętnie,  ulegle...  Dłoń  Matta  błądziła  pieszczotliwie  po 

zakątkach jej twarzy, jego kciuk pocierał w skupieniu gładki 

policzek  dziewczyny.  Christie  westchnęła  głęboko  i  w  tym 

momencie zdała sobie sprawę z tego, że Matt, całując ją, nie 

przestaje się uśmiechać. Po chwili cofnął się o krok. 

Christie  stała  bez  ruchu  jak  opuszczone  dziecko,  z 

za

mkniętymi  oczami  i  wciąż  trzymając  kurczowo  szklaną 

salaterkę.  Wreszcie  spojrzała  na  Matta  półprzytomnie. 

Niewiele  mogła  dostrzec  poprzez  mrok  ocieniający  jego 

twarz,  bardziej  więc  czuła,  niż  wiedziała,  że  wciąż  się 

uśmiecha. 

Dziękuję  za  wspaniałą  kolację  -  powiedział,  a  w  jego 

głosie pobrzmiewały wesołe nutki. Wyszedł z kuchni lekkim 

krokiem  człowieka,  któremu  coś  przed  chwilą  niezwykle 

poprawiło humor. 

Christie  wiedziała,  że  powinna  jakoś  zareagować  i  dać 

wyraz swemu oburzeniu, jednak zbyt wielki chaos 

panował w 

jej głowie. Pomyślała ze zgrozą, że wcale nie wie, czy bardziej 

oburza ją to, że Matt ją pocałował, czy to, że sobie poszedł... 

To  niemożliwe!  -  powiedziała  do  siebie.  Podeszła  do 

ściany  i  przekręciła  kontakt.  Oślepiona  ostrym,  nazbyt 
jaskrawym 

światłem, mrugała bezradnie jak ktoś, kto dopiero 

przebudził  się  z  długiego,  rozkosznego  snu.  Wciąż  jeszcze 

czuła  smak  pocałunku,  który  niczym  dobre  wino  nadal 

upajał... 

-  O, nie! - 

próbowała  się  otrząsnąć.  Opadła  na  krzesło, 

pocierając  w  skupieniu  skronie,  jakby  chciała  wymazać  z 

pamięci  cały  ten  incydent.  Lecz  nie  potrafiła...  Ta  krótka, 

background image

 

32 

przelotna  pieszczota  poruszyła  w  niej  jakąś  strunę,  której 
istnienia nawet nie podej

rzewała. 

Stało  się  coś  niepojętego.  Przy  Orenie  nigdy  nie 

doświadczyła  nawet  przybliżonego  uczucia.  W  jej  wnętrzu 

zapłonął osobliwy płomyczek, rozświetlając ją od środka. 

Do  diabła  z  tobą,  Matt  Gallagher  -  powiedziała, 

uderzywszy pięścią w stół. - Po prostu... idź do diabła! 

Nazajutrz rano cały dom wypełnił jazgot gromadki dzieci, 

drących  się  w  niebogłosy  i  wymachujących  drewnianymi 

mieczami.  Christie  wsparta  na  poręczy  schodów  usiłowała 

przywołać maluchy do porządku. 

- Stephanie! - 

napominała. - Oddaj Jasonowi jego miecz i 

idźcie już do domu. I pamiętaj, że nie jesteś średniowiecznym 
ry

cerzem, tylko średniowieczną damą. 

Christie zbiegła po schodach w poszukiwaniu pozostałych 

błędnych  rycerzy.  W  drzwiach  jadalni  stanęła  jak  wryta.  Jej 

oczom  przedstawiał  się  przerażający  widok.  Talerze  z 

resztkami  gofrów  zajmowały  cały  stół,  a  rozlany  syrop 

klonowy utworzył na podłodze małą kałużę. Drużyna rycerska 

w  pełnym  rynsztunku  musiała  się  widać  przeobrazić  we 

wrogą, najeźdźczą hordę siejącą postrach i zniszczenie na swej 
drodze. 

Państwo  Fanshaw,  goście  hotelowi,  znaleźli  się  już 

niestety w jadalni 

i właśnie rozglądali się dookoła zgorszeni. 

Zeszliśmy  na  śniadanie  -  powiedział  pan  Fanshaw 

zirytowany - 

i zastaliśmy to. 

W  dodatku  słyszeliśmy  i  widzieliśmy  jakieś  dzieci  - 

dorzuciła  pani  Fanshaw.  -  Cały  tłum.  Panno  Daniels,  nie 

uprzedzała nas pani, że tu będą jakieś dzieci. 

Christie uśmiechnęła się przepraszająco. 

Zapewniam  państwa,  że  to  tylko  chwilowo.  Wszystko 

wyjaśnię... 

background image

 

33 

Dziękujemy  -  przerwał  pan  Fanshaw.  -  Zjemy  dziś 

śniadanie na mieście. 

Christie  zaklęła  w  duchu.  Zrezygnowana  przyklękła  i  za 

pomocą  paru  serwetek  zaczęła  wycierać  podłogę.  Jej  włosy 

swobodnie spłynęły w dół i natychmiast ich końce utonęły w 

gęstej mazi. Kiedy zastanawiała się, co jeszcze miłego może ją 

spotkać, do jadalni wkroczył ze zbolałą miną Matt. Tuż za nim 
z niewinnym wy

razem w okrągłych, błękitnych oczach sunął 

dostojnie syjamski kot. Christie usiadła na podłodze, próbując 

wytrzeć syrop zlepiający jej włosy. 

Dzień dobry, Matt - powiedziała. - Widzę, że zawarłeś 

przyjaźń z Vincentem. 

Matt zerknął na kota spode łba. 
-  Ob

udziłem  się  i  zobaczyłem  go  liżącego  mój  palec  u 

nogi. Od tej pory wszędzie za mną łazi. 

No cóż - westchnęła Christie. - Musisz mieć coś w sobie. 

Odpowiedział jej wymownym spojrzeniem. 

Na dodatek potem coś przeraźliwie skrzeczało.  

Christie  przyjrzała  się  z  troską  kotu,  który  właśnie 

wylizywał rozlany syrop. 

Nigdy  nie  słyszałam,  żeby  skrzeczał.  Co  najwyżej 

pomiaukuje. Ale sporadycznie. 

Ale to nie kot skrzeczał - oświadczył Matt. 

Tylko  jakieś  dziecko  poowijane  w  ręczniki.  Nazywało 

się Sir Dunsmore i powiedziało, że szuka smoka. 

Christie  podniosła  się  z  podłogi  i  otrzepała  kolana. 

Włożyła  dzisiaj  jasnoczerwoną  bluzę  z  długimi  rękawami i 

dżinsy, które podtrzymywał pasek z ogromną srebrną klamrą 

w kształcie wierzgającego konia. Zatknąwszy kciuki za szlufki 

spodni,  stała  przez  chwilę  spokojnie  i  obserwowała  kolejne 

poczynania  Vincenta,  który  teraz  z  widoczną  przyjemnością 

ocierał się wąsikami o łydki Matta. 

background image

 

34 

Czy mogłabyś jakoś powstrzymać to zwierzę? - zażądał 

Matt. 

Wzruszyła ramionami. 
- Vincenta zaws

ze interesują nowi goście. Ale na ogół jest 

dosyć wybredny, więc możesz to uznać za wyróżnienie. 

Ale ja nienawidzę kotów - zadeklarował. 

W  odpowiedzi  Christie  posłała  mu  spojrzenie  pełne 

dezaprobaty. 

Tymczasem Vincent przewrócił się na grzbiet, wyrzucając 

wysoko  w  powietrze  czarne  łapy  i  kusząco  eksponując 

puszysty, biały brzuszek. Najwyraźniej domagał się pieszczot. 

Matt  jednak  był  niewzruszony.  Wówczas  kot  sprężył  się  do 
skoku, z oczywistym zamiarem spenetrowania resztek po-
zostawionych na stole. Chri

stie  spojrzała  na  niego  karcąco  i 

ostrzegła: 

Nawet  o  tym  nie  marz,  Vincent.  Mam  aż  nadto 

sprzątania. 

Kot  jeszcze  przez  chwilę  mocował  się  z  nią  wzrokiem, 

lecz  wkrótce  skapitulował  i  podwinąwszy  ogon  pokornie 

opuścił jadalnię. 

Christie  odwróciła  się  i  spojrzała  na  Matta.  Jego  czoło 

okalały  niesforne,  skręcone  kosmyki,  z  pewnością  nie 

poddające  się  łatwo  grzebieniowi  czy  szczotce.  Dziewczyna 

poczuła  dziwny  dreszczyk  i  przypomniała  sobie  wczorajszy 

pocałunek. Zagryzła wargi i próbowała oddalić w myślach to 

wspomnienie.  Przecież  to  wróg  kotów  -  przyszedł  jej  do 

głowy zbawienny argument - czy ktoś taki w ogóle może się 

liczyć? 

Podeszła do mahoniowego kredensu, gdzie znalazła kilka 

ostatnich  gofrów,  cudem  ocalałych  z  najazdu  wojowniczej 

hordy. Zaniosła je na stół. 

Rycerze powrócili już z wyprawy do swych domostw - 

zauważyła. - Nie słyszę żadnych dziwnych odgłosów, a ty? 

background image

 

35 

Matt zasiadł przy stole i polał swojego gofra sporą porcją 

syropu. 

Nie  zdołałem  zapytać  Sir  Dunsmore'a  i  jego  dzielnych 

rycerzy, w jakim ce

lu  napełnili  wannę  wodą  aż  po  brzegi  i 

wlali do niej taką masę mydła. 

-  O, nie! - 

wykrzyknęła  Christie  ze  zgrozą.  Ruszyła  ku 

drzwiom, lecz Matt ją powstrzymał. 

- Spokojnie - 

powiedział. - Wypuściłem już wodę. Zostało 

tylko trochę mydlin. 

Christie opadła z ulgą na krzesło. 

Chciałabym,  żeby  nasz  występ  w  końcu  się  udał... 

Organizujemy  w  Red  River  Święto  Średniowiecza,  będzie 

pełno  atrakcji:  występy  madrygalistów,  tańce  dworskie, 

ruchomy bufet, no i oczywiście żywe obrazy. 

Matt spojrzał na nią nieco zbity z tropu. 

Jakim cudem udało ci się zaangażować w to wszystko? 

Jesteś tu zaledwie parę miesięcy. 

Ale już jestem członkiem tutejszej społeczności - odparła 

dumnie. - 

W obchody Święta zaangażowałam się za namową 

Evelyn  Tucker.  Poznałam  ją  na  czwartkowych  spotkaniach 

Dyskusyjnego Klubu Książki. Jesteśmy też obie członkiniami 

ochotniczej straży pożarnej. 

W oczach Matta zabłysły wesołe iskierki. 
-  Co jeszcze porabiasz w wolnym czasie? - 

zapytał. 

Przechylając wysoko nad talerzem wypełniony miodem słoik, 
Christie 

obserwowała, jak złota strużka spływa w dół wprost 

na  jej  porcję  gofrów.  Jednocześnie  delektowała  się  każdym 

słowem następującej wyliczanki: 

Gram  w  miejskiej  drużynie  piłkarskiej,  pracuję 

społecznie  w  bibliotece,  działam  w  komitecie  fundacji  na 
rzecz budowy nowego muzeum... zaraz, co tam jeszcze...? - 

zerknęła  na  przypięty  do  bluzy  spory  okrągły  znaczek 

nawołujący  do  wstąpienia  w  szeregi  Klubu  Włóczykijów  z 

background image

 

36 

Red River. -  Aha, zorganizowa

łam  nowy  klub.  Urządzamy 

wycieczki  górskie  dla  osób  po  sześćdziesiątce. Nie  uważasz, 

że to piękna idea? 

Matt  parsknął  głośno.  Widać  było,  że  ledwie  panuje  nad 

rozsadzającym go wielkim wybuchem wesołości. 

-  Co w tym takiego zabawnego? - 

spytała  Christie  z 

wymówką w głosie. 

Jej  rozmówca  przybrał  poważny  wyraz  twarzy,  tylko 

gdzieś w kącikach oczu nadal czaiła się ironia. 

Wprawdzie  udało  ci  się  zwiać  od  nowojorskich 

przepychanek, ale najwyraźniej trafiłaś z deszczu pod rynnę. 

Twój rozkład zajęć wygląda jeszcze gorzej niż mój. 

To zupełnie nie to samo - zaprotestowała. - W Nowym 

Jorku  odbywałam  nie  kończące  się  sesje  z  klientami  i 

godzinami  wisiałam  na  telefonie!  Tutaj  moja  praca  ma 

zupełnie inny wymiar. 

Zapewne.  Posiedzenia  w  komitetach  i  klubach  to  coś 

zupełnie innego niż sesje z klientami. 

-  Owszem, tak. Stawiam sobie no

we  cele  i  każdy  z  nich 

ma  swój  głęboki  sens.  Osiągnęłam  wyższy  stopień 
samorealizacji, który polega na byciu bardziej ludzkim, a nie 

na napychaniu kabzy. Tak rozumiem teraz słowo sukces! 

Nie wywarło to zbytniego wrażenia na Macie, który nadal 

spokojnie kon

sumował swoją porcję. 

O  rany,  zupełnie  jakbym  słyszał  twojego  ojca.  On  też 

odmienia  słowa  „cel”,  „osiągnięcie”  i  „sukces”  przez 
wszystkie przypadki. 

Christie  zabolało  to  porównanie.  Nie  chciała  w  niczym 

przypominać swojego ojca. Odwróciła się i podeszła do okna. 

Wzdłuż ogrodzenia wysoko pięły się równym rzędem malwy. 

W  Nowym  Jorku  nigdy  nie  miała  ogródka,  zaledwie  liche 
geranium w donicz

kach. Tak wiele zmieniło się w jej życiu... 

background image

 

37 

Zdaje się, że dotknąłem czułego punktu - skomentował 

Matt. - 

Co cię tak ubodło w moich słowach? 

Nie  zrozumiesz  tego.  Ojciec  spodziewał  się,  że  urodzi 

mu  się  syn,  Christopher  Daniels  Czwarty.  Zgrzeszyłam  na 

samym wstępie, przychodząc na świat jako dziewczynka... Ale 

starałam  się  to  wynagrodzić  mojemu  ojcu.  Kiedy  byłam  w 
szkol

e,  grałem  w  football  i  baseball,  kiedyś  nawet 

próbowałam zorganizować drużynę - uśmiechnęła się smutno. 

Trener twierdził, że byłabym świetna w defensywie, ale ojcu 

nie  spodobała  się  perspektywa  kibicowania  córeczce 
blokowanej na boisku przez muskularnych wyrostków. 

Przysunęła do siebie duży wazon z cyniami i poprawiała 

kwiaty. 

Czy  wiesz,  jak  trudno  jest  dogodzić  własnemu  ojcu? 

Studiowałam  ekonomię  tylko  dlatego,  że  on  tak  chciał. 

Ukończyłam studia zamiast w cztery - w trzy lata, żeby tylko 
mu zaimponow

ać.  I  wiesz,  co  on  na  to  powiedział?  Że 

mogłabym mieć wyższą średnią. 

Wepchnięta niedbale do wazonu żółta cynia straciła parę 

płatków. 

No  dobrze,  być  może  takie  postępowanie  nie  przynosi 

mu  chluby,  ale  zrozum,  że  jest  taki  wobec  wszystkich.  Do 
licha, wob

ec  mnie  także.  W  zeszłym  tygodniu  zdobyłem 

dwóch  pierwszorzędnych  nowych  klientów  i  nie  usłyszałem 

nawet  pół  słowa  na  ten  temat.  Ale  ja  się  tym  po  prostu  nie 

przejmuję  i  tobie  radzę  to  samo.  Jedź  do  Nowego  Jorku  i 
ureguluj raz na zawsze swoje rachunki z ojcem. Wtedy i ja 

będę  mógł  wrócić  do  swoich  spraw  i  ty  ze  spokojnym 

sumieniem osiądziesz na swojej ziemi obiecanej. 

Nie rozpędzaj się, proszę. Już powiedziałam - nie pojadę 

do Nowego Jorku! 

Podniosła  się  energicznie  zza  stołu,  zaczęła  układać 

naczynia i w

ynosić je do kuchni. Miała nadzieję, że Matt już 

background image

 

38 

sobie  poszedł,  ale  kiedy  chciała  wrócić  do  jadalni  po  resztę 

naczyń,  napotkała  opór  z  drugiej  strony  drzwi.  Pchnęła  je 

trochę mocniej, lecz nawet nie drgnęły. 

Co tam się dzieje? - zapytała zniecierpliwiona. 

Pozwól  mi  wejść  -  dobiegł  ją  głos  Matta.  Napierał  na 

drzwi od drugiej strony, ale Christie nie dawała za wygraną. 

Całym swoim ciałem broniła wejścia. 

Matt, radzę ci iść na spacer i porozglądać się trochę po 

okolicy - 

zaproponowała. - Dobrze ci zrobi odrobina świeżego 

powietrza. Wywietrzeje ci z głowy miejski smog. 

Zaraz to upuszczę. Zwłaszcza syrop - odpowiedział. 

Christie  wycofała  się  szybko,  tak  że  mógł  wreszcie 

pokonać drzwi. Niósł stertę naczyń i dzbanuszek z syropem. 

Jakoś udało mu się to wszystko donieść w bezpieczne miejsce. 

Następnie, znalazłszy gąbkę, zabrał się do zmywania. 

Dam sobie radę sama - usiłowała go przekonać, torując 

drogę łokciem. - Zostaw to, Matt. 

Myślałem, że kobiety lubią, kiedy mężczyzna pomaga w 

domu  - 

zauważył,  wyciągając  rękę  z  gąbką  wysoko,  by  nie 

mogła jej dosięgnąć.  

-  I tak nie masz u mnie szans -  Christie bezskutecznie 

usiłowała dosięgnąć gąbki, lecz Matt przerzucił ją do drugiej 

ręki ponad jej głową. Nadal napierała na niego buńczucznie, 

aż  poczuła  zapach  jego  wody  po  goleniu,  który  przypominał 

trochę leśny aromat zadrzewionych górskich zboczy Nowego 

Meksyku.  W  dodatku  Matt  uśmiechał  się  teraz  do  niej  i  na 

dnie  jego  oczu  igrało  znajome  złotobrązowe  światełko... 

Uznała, że najwyższy czas przestać i wycofać się z honorem. 

Matt zmywał ochoczo, nucąc coś pod nosem. 

Christie, korzystając z okazji, przyjrzała się uważnie jego 

umięśnionym  plecom,  po  czym  z  niejakim  trudem 

oderwawszy od nich wzrok, zabrała się do czyszczenia innych 

naczyń. 

background image

 

39 

Twój  ojciec  i  ty  jesteście  ulepieni z tej samej gliny  - 

powiedział Matt. - Kiedy was słucham, to jakbym czytał dwa 

rozdziały tej samej powieści, tyle że nie po kolei. 

Christie przerwała na chwilę pucowanie gofrownicy. 

Czy mój ojciec dużo ci opowiadał? - dociekała. - Zwykle 

nie jest rozmowny na tematy rodzinne. 

Był  dość  wylewny.  Zwłaszcza  na  twój  temat,  a  to  coś 

znaczy.  Wciąż  opowiadał,  jaka  jesteś  cudowna,  serdeczna, 

miła, inteligentna i piękna. 

Matt wyrecytował listę jej zalet, jakby podawał notowania 

dnia.  Ten  świetlany  wizerunek  samej  siebie  nie  zwalił  jakoś 

Christie  z  nóg,  za  to  coś  zaświtało  w  jej  głowie.  Ze  zgrozą 

zmięła w dłoni papierowy ręcznik. 

-  On to znowu robi - 

powiedziała  głosem  drżącym  ze 

zdenerwowania.  - 

Jeden  raz  mu  nie  wystarczył.  Znowu 

próbuje! 

Matt zerknął na nią znad zlewu zaintrygowany. 
- O czym ty mówisz, Christie?  

Wzięła głęboki oddech. 

Już  ci  mówiłam,  że  próbował  mnie  swatać  z  Orenem 

Petersem.  Nie  udało  mu  się,  więc  wymyślił  kolejną  intrygę. 
Tym razem chodzi o ciebie -  wymie

rzyła  w  Matta 

oskarżycielski palec. 

Roześmiał się z niedowierzaniem. 

To  jakaś  paranoja,  Christie.  Robisz  z  własnego  ojca 

jakieś zwariowane biuro matrymonialne. 

Może minął się z powołaniem - kpiła. Wziąwszy się pod 

boki, stanęła na wprost Matta. 

Wszystko  układa  się  w  logiczną  całość.  Mój  ojciec 

najpierw opowiada ci o mnie wszystkie te głupstwa, a potem 

wysyła tutaj z misją odstawienia mnie do Nowego Jorku. Tak 

jakby nie mógł przyjechać Terence Bainbridge, który jest dla 

mnie  jak  mój  własny  dziadek.  Ale  nie,  on  wybrał  ciebie. 

background image

 

40 

Nieprzypad

kowo!  I  nieprzypadkowo  pocałowałeś  mnie 

wczoraj w taki sposób! 

Matt wytarł ścierką mokre dłonie. 
- A co ma jedno do drugiego? - 

zapytał najeżony. 

Musiałeś się domyślić, o co ojcu chodzi - na oślep snuła 

dalsze  oskarżenia.  -  To  by  ci  nawet  odpowiadało, prawda? 

Gdybym  zakochała  się  w  tobie,  mógłbyś  bez  trudu  wywieźć 

mnie  do  Nowego  Jorku.  Wróciłabym  do  pracy,  ojciec  nie 

zlikwidowałby  firmy  i  to  by  rozwiązało  wszystkie  twoje 
problemy. 

Nagle  spostrzegła,  że  trochę  się  zagalopowała.  Twarz 

Matta  spochmurniała,  a  w  jego  wzroku  pojawiły  się  groźne 

błyski. Przemówił jednak głosem zaskakująco opanowanym, z 

lekką tylko nutą szyderstwa. 

Jesteś  niesamowita,  Christie.  Nawet  w  tym  uroczym, 

niewinnym pocałunku zobaczyłaś coś złego. Nie wiesz sama, 
jak bardzo zgorzkni

ałaś w tej wojnie z ojcem i jak wypacza to 

twój obraz rzeczywistości. Mój Boże, żal mi ciebie. 

Odłożył ścierkę i z kwaśną miną opuścił kuchnię. Drzwi, 

pchnięte  z  impetem,  długo  jeszcze  kołysały  się  po  jego 

zniknięciu. 

Christie  czuła  dotkliwą  pustkę  w  środku,  jakby  utraciła 

przed chwilą coś cennego. Rozkoszne wspomnienie pocałunku 

zostało  zbrukane...  I  to  przez  jej  własną  podejrzliwość.  Nie 

miała  wątpliwości  co  do  Orena,  który  bardziej  zabiegał  o 

większe wpływy w firmie niż o nią, ale czy słusznie posądziła 
o to samo Matta? 

Westchnęła  głęboko.  Intuicja  mówiła  jej,  że  Matt 

Gallagher to człowiek uczciwy. Nie wierzyła, że jest podobny 

do  Orena  Petersa.  Lecz  nawet  jeśli  nie  brał  udziału  w  grze 

świadomie,  z  pewnością  został  wykorzystany przez jej ojca 
jako as at

utowy. Zbyt dobrze znała ten schemat, by wiedzieć, 

że  to  kolejny,  dobrze  skalkulowany  ruch,  mający  na  celu 

background image

 

41 

odzyskanie  nad  nią  władzy.  Podeszła  do  zlewu  i  odkręciła 

kurek.  Gorąca  woda  spłynęła  strumieniem  na  talerze,  roz-

pryskując  się  i  parząc  jej  palce.  O  tak,  jej  ojciec  był 

niezrównany.  Po  tylu  latach  wiedział  doskonałe,  jaki  typ 

mężczyzny może jej się podobać. Nie mógł dokonać lepszego 
wyboru. 

Do  kuchni  wkroczyła  Lisa  Barrera.  Jak  zwykle  szła  z 

nosem w książce, a ciemne loczki kołysały się na jej głowie. 

Po  omacku  okrążyła  bufet,  wyminęła  stojącą  przy  zlewie 

Christie,  odsunęła  zza  stołu  krzesło  i  z  wdziękiem  na  nie 

opadła. 

Dzień  dobry  -  bąknęła,  przewracając  stronę.  Zwykle 

poruszała  się  w ten  właśnie  sposób,  ale  też  nigdy na nic nie 

wpadała, ani nie potykała się o nic. Była studentką, dorabiała 

w pensjonacie od początku jego istnienia. 

Minęłam  w  holu  jakiegoś  wystrzałowego  faceta  - 

oświadczyła, przewracając kolejną kartkę książki. 

Sprawiał  wrażenie  lekko  zagubionego,  jakby  pomylił 

adres.  Ale  wszedł  na  górę  po  schodach,  więc  chyba  tu 

mieszka.  Ma  absolutnie  niewiarygodny  brązowy  odcień 

włosów. Nie całkiem rudy, ale prawie. 

Christie  zaczęła  płukać  talerze,  wylewając  przy  tym  na 

siebie ogromne ilości gorącej wody. 

- Umiarkowanie przystojny - 

przyznała ostrożnie. 

Ale rzeczywiście rudy. Wprawdzie ciemnorudy, to fakt, 

nie mniej jednak - rudzielec. 

Nie  zgadzam  się  z  tobą  -  odpowiedziała  Lisa, 

podpierając  ręką  podbródek  i  jeszcze  mocniej  zapuszczając 

nos  w  książkę.  -  Ma  włosy  brązowe  z  lekko  rudawym 
odcieni

em. Poza tym nie można określić go innym słowem niż 

„wystrzałowy”.  „Przystojny”  jest tu raczej nie na miejscu, 

podobnie  jak  „niezły”.  „Piękny”  brzmiałoby  już  lepiej, 

chociaż trochę staroświecko. 

background image

 

42 

- Lisa - 

zaprotestowała Christie. - Już wystarczy!  

Mimo absolutnego zatopienia w lekturze, Lisa 

nie traciła 

zadziwiającej  zdolności  rejestrowania  pewnych  istotnych 
danych z otoczenia. Prawdo

podobnie  znała  już  dokładną 

liczbę piegów na nosie Matta Gallaghera. 

Christie  nie  miała  jednak  zamiaru  dumać  o  czyichś 

piega

ch. Zakręciła wodę. 

Czy  możesz  coś  dla  mnie  zrobić,  Lisa?  -  zapytała.  - 

Przejmij  pałeczkę  na  resztę  dnia.  Muszę  się  urwać.  Chcę 

trochę pochodzić po górach. 

-  Nie ma sprawy - 

Lisa  spokojnie  przewróciła  kolejną 

stronę, a Christie serdecznie pozazdrościła jej tego spokoju. Ją 

samą przepełniał paniczny niepokój na myśl, że Matt obecny 

jest gdzieś w jej domu. Tęskniła do zacisza gór, które mogły 

przynieść  ukojenie  targającym  nią  emocjom.  Otworzyła 

lodówkę  i  wyjęła  parę  jajek  ugotowanych  na  twardo  i  słoik 
majon

ezu  domowej  roboty.  Sporządziła  smaczną  pastę  i  po-

smarowała nią kilka kromek chrupkiego, pszennego pieczywa. 

Zapakowała  je  w  papier,  a  ze  spiżarni  wyjęła  hermetyczny 
pojemnik na lód. 

Lisa,  czy  mogłabyś  zejść  do  sklepu  po  lód  i  parę 

lemoniad?  A  jeśli  napotkasz na drodze tego wystrzałowego 

faceta,  to  nie  informuj  go  o  moich  planach.  Chciałabym 

uniknąć rozmowy z nim. 

Ta  wypowiedź  ostatecznie  zdołała  oderwać  Lisę  od 

lektury. Po raz pierwszy uniosła głowę znad książki, a w jej 

ciemnych oczach zabłysło zainteresowanie. 

Coś  jest  między  wami  -  dociekała.  -  Cała  jesteś 

naładowana jak prądnica, Chris. Mam wrażenie, że gdyby cię 

dotknąć, przeskoczyłoby parę iskier, a może nawet mogłabyś 

kogoś porazić... 

-  Lisa  - 

nalegała  Christie,  wrzucając  do  przenośnej 

lodówki owoce. - 

Zejdź na dół do sklepu, błagam. 

background image

 

43 

Lisa zamknęła książkę z ostentacyjną niechęcią, lecz zaraz 

załatwiła  sprawunki,  i  to  jak  zazwyczaj  zadziwiająco 
sprawnie. 

Christie załadowała  swój  skromny  bagaż  na  starego land 

rovera. Jednym skokiem usadowiła się na siedzeniu kierowcy i 

oto gotowa była do drogi. 

I znowu dajesz nogę - dobiegł ją z otwartego okna niski 

głos Matta. 

Christie  ujęła  koło  kierownicy,  patrząc  obojętnie  przed 

siebie. 

Nigdzie  nie  uciekam,  do  ciężkiego  diabła.  Wyruszam 

gdzieś w swoich własnych sprawach, to wszystko. 

Być  może.  Z  moich  obserwacji  wynika  jednak,  że 

chętnie wiejesz, kiedy sprawy źle idą. 

Matt wychylał się brawurowo z okna w stronę łazika. 

Dłonie  Christie  zacisnęły  się  kurczowo  na  kierownicy. 

Odwróciła  głowę,  by  spojrzeć  w  oczy  rozmówcy.  Miał  na 

głowie  czapkę  z  napisem „Czerwone Skarpety z Bostonu”. 

Czapka  reklamująca  najwidoczniej  jego  ulubioną  drużynę 

baseballową  nie  zdążyła  jakoś  dopasować  się  do  kształtu 

głowy.  Przycupnęła  na  samym  jej  czubku  niczym  kura  na 

grzędzie.  Niespodziewanie  i  wbrew  jej  woli  cała  złość 

opuściła Christie. 

Cokolwiek  sobie  o  mnie  myślisz,  mam  zamiar  dzisiaj 

spędzić  czas  przyjemnie  i  samotnie.  Mam  bowiem  dość 

pewnego faceta, który uparł się, aby mnie dręczyć. 

Twoja  przyjaciółka  Lisa  powiedziała,  że  udajesz  się  w 

góry i będziesz szczęśliwa, jeśli dotrzymam ci towarzystwa. 

Zostałeś  źle  poinformowany  -  Christie  zanotowała  w 

pamięci: „Punkt pierwszy. Poważna rozmowa z Lisą na temat 
podstawowych zas

ad lojalności wobec chlebodawcy”. 

Wciąż  mamy  sobie  dużo  do  powiedzenia.  Nie 

znajdziemy lepszej okazji - 

zadecydował  i  w  mgnieniu  oka 

background image

 

44 

ulokował się wygodnie na siedzeniu obok, rozprostowując w 

miarę możliwości swoje długie nogi. 

- Jestem gotów na wszystko. 

Christie  miała  ochotę  zawyć  niczym  ranny  łoś.  Matt 

u

cieleśniał w jej oczach prześladowcę zesłanego przez ojca ku 

jej zgubie. Wścibiał wszędzie swój nos i próbował przełamać 

jej  opór,  nie  przebierając  w  środkach.  Żerował  też  na  jej 

słabości  do  niego  i  najwyraźniej  angażował  zupełnie 

nieświadomie  cały  swój  urok,  by  tylko  osiągnąć  cel.  Na 

przykład  teraz,  gdy  tak  siedział  obok,  męski  i  tryskający 

energią... 

Christie  bębniła  palcami  po  kierownicy.  Matt, 

doprowadzając  ją  do  szału,  powodował  jednocześnie  żywsze 

pulsowanie  krwi  w  jej  żyłach.  Przyjrzała  mu  się  z  ukosa i 

dostrzegła, że uśmiecha się od ucha do ucha. 

„Punkt drugi - 

pomyślała.  -  Wyposażyć  samochód  w 

dodatkowy  sprzęt  na  wypadek  inwazji  ze  strony  intruza. 

Najlepsza długa żerdź”.  

Wspomniałaś, że powinienem trochę rozejrzeć się dokoła 

oświadczył. - Czy znajdę lepszą okazję? 

- Och, diabli nadali... - 

syknęła przez zaciśnięte zęby. Nie 

odzywając  się  już  więcej,  przekręciła  kluczyki  w  stacyjce  i 

uruchomiła  silnik.  Starała  się  wyobrazić  sobie,  że  siedzący 

obok  Matt  po  prostu  nie  istnieje.  Po  chwili  łazik  mknął 

żwirowaną drogą, wioząc ich oboje w kierunku gór. 

 

background image

 

45 

ROZDZIAŁ CZWARTY 
 

Łazik  podskakiwał  na  wąskiej,  wyboistej  drodze,  która 

pięła  się  w  górę  gdzieś  ku  zalesionym  obszarom.  Świerki  i 

sosny,  kołyszące  się  wysoko,  rzucały  zagadkowy, 

ciemnozielony  cień,  a  kontrastujące  z  nimi  pnie  osikowe  w 

kolorze  kości  słoniowej  strzeliście  wznosiły  się  ku  niebu. 

Christie  umiejętnie  wyminęła  głaz  tarasujący  środek  drogi, 

jednak kierownica lekko wymknęła się jej spod kontroli. Stary 

samochód  miał  swoje  dziwactwa  i  czasem  niczym uparty, 

hardy  muł  wprost  dopraszał  się  rządów  silnej  ręki.  Christie 

skręciła  koło  kierownicy  z  taką  siłą,  że  Matta  aż  rzuciło  o 
drzwiczki. 

Zdałabyś  egzamin  na  nowojorskiego  taksówkarza  - 

zauważył - i to z wyróżnieniem. 

-  Uliczny ruch -  to nie dla mnie  - 

oświadczyła Christie. - 

W  żadnym  wypadku.  Te  korki  i  wrzeszczący  na  siebie 

kierowcy... Co to, to nie. Nauczyłam się prowadzić samochód 

na polnych drogach, byłam wtedy w college'u i nareszcie poza 

wielkim  miastem.  To  pozostawiło  we  mnie  ślad.  Kiedyś 
wz

ięłam nawet udział w rajdzie samochodowym. 

Łazik  podskakiwał  na  wybojach  i  w  identycznym  rytmie 

balansowało ciało  Matta. Zadarł  do góry  daszek  swej  czapki 

mówiąc: 

Chyba właśnie trenujesz przed jakimś rajdem.  

Christie nie zwracała na jego docinki najmniejszej uwagi. 

Docisnęła  pedał  gazu  i  samochód  znacznie  przyspieszył. 

Drobny żwir wypryskiwał spod kół na boki, a wiatr odrzucił 

do  tyłu  splątany  strumień  włosów  dziewczyny.  Poczuła  się 

nagle lekka i beztroska jak szybujący w powietrzu sokół. Czy 
to uroda dn

ia wprawiła ją w stan nieważkości, czy też bliskość 

siedzącej obok osoby... - rozważała w duchu. 

background image

 

46 

Matt  pokręcił  głową  z  niedowierzaniem,  gdy  ostrym 

łukiem ominęła kolejny kamień na drodze. 

O  twoich  samochodowych  umiejętnościach  nie  mam 

jakoś  sprecyzowanego zdania -  skomentował.  -  Za to twój 

wehikuł naprawdę robi wrażenie. Ma wytrzymałość czołgu. 

Christie uśmiechnęła się. 

W  Nowym  Jorku  nigdy  nie  miałam  samochodu.  Lecz 

tutaj  nie  można  się  bez  niego  obyć  -  nie ma taksówek ani 

metra!  Postanowiłam  kupić  sportowy wóz, taki o jakim 

zawsze marzyłam. Ale któregoś dnia zauważyłam tego grata, 

tkwiącego  smętnie  pod  sosną  na  czyimś  podwórzu  z 
o

bszarpanym  napisem  „na  sprzedaż”  zatkniętym  za  szybę. 

Trawa  niemal  zarastała  mu  opony  i  widać  było,  że  stał  tak 

latami. Pomyślałam, że musiałabym stracić rozum, żeby kupić 

coś takiego... Dalej przeszukiwałam salony sprzedaży w Santa 

Fe. Ale mimo usilnych starań nie mogłam wyrzucić z pamięci 

tego staruszka. Najwyraźniej jeszcze nie nadawał się na złom - 

mówiąc to, pogłaskała czule ulubieńca po tablicy rozdzielczej. 

Spróbuję zgadnąć - zaproponował Matt. - Ten samochód 

musiał mieć w sobie coś, jakiś nieodparty urok... 

Tak! Skąd wiesz? Tak dokładnie było. W dodatku miał 

podkowę  przytwierdzoną  do  przedniego  zderzaka  i  to  mnie 
ostat

ecznie przekonało. 

Kupiłaś samochód z powodu podkowy? 

No, właściwie... - zawahała się. - Dowiedziałam się od 

właściciela,  że  podkowa  należała  do  klaczy  o  imieniu 
Pierwiosnek. 

A cóż to ma znowu do rzeczy? - Matt dociekał. 

Pierwiosnek  miała  niesłychanie wybredne maniery. 

Jadała czekoladki, ale tylko z nadzieniem karmelowym. 

Spojrzał  na  nią  z  podziwem,  pocierając  swój  stanowczy, 

mocno zarysowany podbródek. 

background image

 

47 

Gdyby  podążać  za  twoim  rozumowaniem  należałoby 

pożegnać  się  z  logiką  na  zawsze.  Trochę  to  przypomina 

zasady, rządzące wzrostem cen akcji na giełdzie. 

Och,  każdy  ma  jednak  w  końcu  jakiś  swój  system  - 

powiedziała  uśmiechając  się.  -  I  każdy  uważa,  że  mylą  się 

inni, a nie on. Mogłabym się założyć, że taki Oren jest teraz w 

biurze,  drepcąc  dookoła,  wymachuje swoimi tajemniczymi 

wykresami i sam ze sobą kłóci się na temat plusów i minusów 
kolejnej transakcji. 

Przez  dłuższą  chwilę  oboje  milczeli.  Pogrążony  we 

własnych myślach Matt wystukiwał palcami na kolanie jakieś 

niecierpliwe  rytmy.  Christie  spoglądała  w  pełnej  napięcia 

zadumie na drogę przez zakurzone szyby auta. 

Czy byłaś zakochana w Orenie? - pytanie Matta brutalnie 

przerwało  ciszę.  Nie  brzmiało  zbyt  grzecznie  i  wprawiło 

Christie w zakłopotanie, nie chciała jednak pozostawić go bez 
odpowiedzi. 

-  N

ie,  nigdy  go  nie  kochałam  -  odparła.  -  Przez  chwilę 

wydawało mi się, że tak jest. Oren potrafi być czarujący, kiedy 

się  postara.  Ale  w  rzeczywistości  z  mojej  strony  było  to 

wyłącznie  spełnianie  oczekiwań  ojca.  Wciąż  opowiadał,  jaki 

jest szczęśliwy z powodu naszych zaręczyn - Christie zerknęła 
na Matta z ukosa. 

Nigdy  nie  popełnię  więcej  takiego  błędu.  Możesz  być 

tego pewny! 

Spojrzał na nią gniewnie. 

Czy  ty  naprawdę  myślisz,  że  jestem  wplątany  w  jakąś 

obłędną intrygę uknutą przez twego ojca? Mój Boże, ostatnia 

rzecz,  jakiej  bym  sobie  życzył,  to  żebyś  się  we  mnie 

zakochała,  Christie.  I  najmniej  odpowiednią  rzeczą,  jaka 

mogłaby  mi  się  przydarzyć,  byłoby  zakochać  się  w  tobie  - 

powiedział to zdecydowanym tonem, bez cienia wahania. 

background image

 

48 

No  cóż,  pochlebcą  nazwać  go  nie  można  -  pomyślała 

Christie. 

W porządku, wierzę ci, że nie brałeś udziału w kolejnym 

planie  wyswatania  mnie  wbrew  mojej  woli.  Ale  w  końcu 

przyjechałeś tu jednak jako rzecznik jego spraw. I dlatego ci 
nie ufam. 

-  Do licha, nie trzymam ani jego, ani twojej strony, nie 

rozumiesz? Chcę po prostu uporządkować swoje własne życie. 

Christie  przyszło  na  myśl,  że  Matt  jest  człowiekiem 

pełnym sprzeczności. Sama czuła się przy nim rozdarta i zbita 

z tropu. Czasami miała ochotę przeczesać palcami jego włosy, 

żeby sprawdzić, czy rzeczywiście są jak jedwab, czy tylko tak 

wyglądają... 

A  czasami  miała  ochotę  porządnym  kuksańcem  zrzucić 

mu z głowy jego baseballową czapkę. 

Droga  zwężała  się  stopniowo  i  wkrótce  osiągnęła 

szerokość  ścieżki.  Gałęzie  drzew  zahaczały  o  samochód, 

bębniąc  w  jego  szyby  niczym  natarczywe  palce.  Przebyli 

jeszcze  około  mili  i  Christie  zatrzymała  wóz.  Wyłączyła 

silnik, szeroko otworzyła drzwi i wyskoczyła na zewnątrz. Z 

przyjemnością  rozciągnęła  zesztywniałe  od  długiej  jazdy 

mięśnie  nóg.  Z  tylnej  kieszeni  spodni  wyjęła  mapę,  roz-

postarła ją na masce samochodu i zaczęła pilnie studiować. 

Matt posnuł się trochę dookoła, po czym zajrzał Christie 

przez ramię. 

A cóż to znowu jest? - zapytał. 

Dokładnie  to,  co  widzisz.  Chciałabym  trochę  rozejrzeć 

się po okolicy. Po to tu przyjechałam. 

Nieco  pilniej  przyjrzał  się  niewyraźnemu  rysunkowi 

mapy. 

Wielka  kopalnia  złota  Shelby'ego  -  odczytał  odręczny 

napis i roześmiał się. - Ty chyba żartujesz. Poszukujesz jakiejś 

kopalni złota? 

background image

 

49 

Jego drwiący ton irytował Christie, a w dodatku nie mogła 

skupić  się  nad  mapą,  czując  za  plecami  jego  bliskość, 

wprawdzie  przypadkową,  ale  mimo  to  krępującą. 

Odchrząknęła znacząco. 

Nie  szukam  „jakiejś”  kopalni  złota  -  oświadczyła.  - 

Zdążyłam już dotrzeć do wielu starych, opuszczonych szybów 

tu, w górach. Ale to nie było to. Szukam czegoś... - zawahała 

się, lecz po chwili dokończyła - szukam czegoś wyjątkowego i 

nie obchodzi mnie, co akurat ty sobie o tym pomyślisz, Matt. 

Złożyła  mapę  i  wetknęła  ją  z  powrotem  do  kieszeni,  po 

czym spojrz

ała  mu  wyzywająco  w  oczy,  zadzierając  brodę 

zaczepnie do góry. Wciąż stał bardzo blisko i patrzył teraz na 

jej  usta.  Jego  twarz  ocieniona  daszkiem  czapki  miała 

nieprzenikniony wyraz. W jakiś naturalny sposób pochylił się 

nisko nad nią, a Christie, nie mogąc się temu oprzeć, zbliżała 

pomalutku  twarz  do  jego  twarzy,  już  nie  zaczepnie,  lecz 

ulegle, dążąc na spotkanie jego ust. 

Całował  ją  jakoś  stanowczo  i  rzeczowo,  jego wargi  były 

chłodne,  bardzo  pewne...  Christie  przylgnęła  do  niego  cała, 

zarzucając  mu  ręce  na  szyję.  Jeszcze  wówczas,  gdy  ich  usta 

oderwały  się  już  od  siebie,  wciąż  trwała  tak,  oparta  o  niego 

oddychając  nierówno.  Jego  dłonie  luźno  obejmowały  ją  w 
talii. 

Mapy skarbów i kopalnie złota... - wymruczał. 

Jesteś  nie  gorsza  od  Orena  w  tym  fantazjowaniu. No, 

może  twoje  mapy  skarbów  są  trochę  zabawniejsze od jego 
tabelek i wykresów. 

- Nie porównuj mnie z Or

enem, proszę - odparła. - On jest 

opętany żądzą pieniędzy i władzy. 

- Czego ty tak wc

iąż szukasz, Christie? - zapytał miękko. - 

Jaki to ukryty skarb 

chciałabyś  odnaleźć?  -  Jego  ciepłe  i 

mocne dłonie nieco ciaśniej objęły ją w talii. 

background image

 

50 

Dziewczyna wdychała sosnowy aromat, nie wiedząc, czy 

to Matt tak pachnie, czy las dookoła. Przytuliła się do niego 

trochę mocniej, chciała, by zrozumiał dobrze to, co miała mu 
do powiedzenia.  

Przybyłam  do  Red  Rever,  żeby  odnaleźć  coś,  co 

straciłam  dawno  temu  -  zaczęła  półgłosem.  -  Tamtego lata 

przyjechałam tu z ciotką... Wszystko układało się wspaniale. 

Ciotka  Sarah  była  wtedy  moją  najlepszą  przyjaciółką, 

akceptowała  mnie  taką,  jaką  byłam,  nie  musiałam  udawać 

kogoś innego. Kiedy spędzałyśmy tu wakacje, zakochała się w 

pewnym  mężczyźnie,  który  wprost  idealnie  do  niej  pasował. 

Wędrowaliśmy  wszyscy  troje  po  górach,  poszukując  starych 

kopalni  złota.  Czułam  się  tak,  jakbym  odnalazła  prawdziwą 

rodzinę. 

Rozumiem.  Starasz  się  odtworzyć  tamto  lato,  prawda? 

Pogoń za kopalniami złota i te rzeczy. I tak jak twoja ciotka 

znalazła  sobie  tutaj  mężczyznę,  ty  też  jakiegoś  poszukujesz. 
Hmmm... - 

zakończył w tonie dezaprobaty. 

Christie zac

zerwieniła  się  ze  złości.  Dlaczego  Matt 

uważał, że rozszyfruje bez trudu jej postępowanie, jeśli tylko 

przyłoży do niego pierwszy lepszy schemat? A poza tym jak 

mógł przytulać ją z taką obojętnością? Jego pierś podnosiła się 

i  opadała  spokojnie,  podczas  gdy  jej  serce  mało  nie 

wyskakiwało z piersi za każdym jego dotknięciem. Odsunęła 

się gwałtownie. 

Nie jestem aż tak naiwna, jak przypuszczasz - oznajmiła. 

To  prawda,  że  przyjechałam  do  Red  Rever  z  powodu 

tamtych  wakacji.  Wiem,  że  tutaj  potrafię  być  szczęśliwa. 

Prawdą jest również to, że drepcę po starych śladach, szukając 

kopalni  złota.  Ale  co  do jednego,  to  jesteś  w  błędzie.  Ja  nie 

poszukuję żadnego mężczyzny! 

Oddaliła  się  od  niego,  przeszedłszy  na  drugą  stronę 

samochodu. 

background image

 

51 

Matt  pochylił  się  nad  zderzakiem  i  obejrzał  przy-

twierdzoną tam podkowę Pierwiosnka. 

Mogłabyś się przyznać do tego, Christie. Jesteś w końcu 

okropnie  sentymentalna,  w  przeciwnym  razie  już  dawno 

wyrzuciłabyś  tę  podkowę.  Prawdopodobnie zwariujesz 

niedługo na punkcie jakiegoś gościa stąd, który będzie dobrze 

wiedział, co chcesz od niego usłyszeć i będzie plótł głupoty o 

różnych oczarowaniach i urokach, w które ty tak wierzysz. 

W jego słowach najwyraźniej pobrzmiewała zazdrość. W 

dodatku  spoglądał  już  groźnie  dookoła,  jakby  wypatrywał 
podejrzanego kowboja, który tu przygalopuje na mustangu, by 

łowić  Christie  na  lasso  swych  słodkich  słówek.  Dziewczyna 

podniosła z ziemi kij i przełamała go na pół. 

Jestem  realistką  -  powiedziała  zdecydowanie.  -  Być 

może tamtego lata wierzyłam w miłość romantyczną. Miałam 

czternaście lat i ciotka Sarah wydawała mi się najszczęśliwszą 

osobą  na  świecie.  Ale  wiesz,  co  było  potem?  Pobrali  się  i 

wszystko między nimi wygasło. Teraz mieszkają w Wisconsin 

i  tak  się  ze  sobą  kłócą,  że  ledwie  to  znoszę,  kiedy  ich 
odwiedzam. 

Odrzuciła daleko oba kawałki kija. 

Widziałam, co się działo z ciotką Sarah, widziałam, co 

przydarzyło się moim rodzicom... I cała ta farsa z zaręczynami 

z Orenem też nie przyczyniła się do pogłębienia mojej wiary 

w prawdziwą miłość! 

Matt zerknął na nią sceptycznie. 

Może  obdarzysz  uczuciem  kogoś,  komu  nie  zależy  na 

miłości. 

- No, a ty? - 

spytała prowokująco. - Może ty też nie jesteś 

takim cynikiem, na jakiego wyglądasz. Może jest w Nowym 

Jorku  jakaś  kobieta,  która  sprawia,  że  mimowolnie 
dopuszczasz 

się najróżniejszych szaleństw... 

- Do licha, nie - 

uciął krótko. I nic już nie miał do dodania. 

background image

 

52 

Christie  kopnęła  prawą  przednią  oponę  łazika.  Czuła  się 

absurdalnie  szczęśliwa  na  myśl,  że  Matt  nie  jest  związany  z 

żadną kobietą. Z dużym trudem przyszło jej wyperswadować 

sobie, że to jej w ogóle nie powinno obchodzić. 

Otworzyła tylne drzwi samochodu i wydostała pojemnik z 

jedzeniem. 

Jestem głodna - oświadczyła. - Pora na lunch!  

Zupełnie  nie  zwróciła  uwagi  na  fakt,  że  do  południa 

brakowało  jeszcze  paru  godzin.  Matt  jakoś  zakłócał  jej 

naturalny  rytm posiłków  samą swą  obecnością.  Usiedli  obok 

siebie. Christie podała Mattowi kanapkę i lemoniadę. 

-  Masz prawdziwy talent. Nawet twoja pasta z jajek 

smakuje jak najwykwintniejszy przysmak... - 

oparł się o pień 

sosny

, wyciągnął nogi i nasunął czapkę głębiej na oczy. - Jest 

taka pyszna - 

mamrotał,  ziewając  jednocześnie  szeroko.  - 

Naprawdę jest zupełnie w porządku... 

Christie  nie  mogła  dojrzeć  jego  oczu  ukrytych  pod 

daszkiem czapki. Dopiero po kilku minutach wsłuchiwania się 

w jego równy oddech zrozumiała, że śpi jak kamień. Usiadła 

na  wilgotnej  darni  i  pałaszując  chleb,  przyglądała  się 

śpiącemu. 

Jego  dłonie  spoczywały  na  brzuchu,  a  między  nimi 

chwiała  się  butelka  z  lemoniadą.  Przez  lekko  otwarte  usta 

dobiegło  subtelne  pochrapywanie.  Wyglądał  tak  spokojnie  i 

błogo, jakby opadło całe napięcie, które towarzyszyło mu tego 

ranka.  Christie zapragnęła  położyć  głowę  na jego  kolanach i 

wyciągnąć się na ziemi u jego boku. Czuła, że mogłoby to być 

naprawdę niezwykle przyjemne... 

O

parła  dłonie  mocno  na  kolanach,  by  powstrzymać  się 

przed  tym.  Nadal  jednak  mu  się  przyglądała.  Miał  silne, 

umięśnione  ramiona,  prawdopodobnie  w  wolnych  chwilach 

ćwiczył  regularnie  w  którymś  z  klubów  kulturystycznych na 

Manhattanie.  Całe  jego  ciało  promieniowało  siłą  i 

background image

 

53 

sprężystością,  lecz  tu  i  tam  Christie  odkryła  pewne 

charakterystyczne szczegóły, które ją wzruszały - na przykład 

uszy, 

wystające 

bezradnie 

spod  czapki, 

łokcie, 

zdezorientowane i za

wstydzone  swoją  nagością  nieosłoniętą 

rękawem marynarki... 

Za

pragnęła  nagle  zerwać  mu  z głowy  czapkę  i ucałować 

go.  Budził  w  niej  jakieś  dzikie  łakomstwo,  niczym 

czekoladowy  łakoć,  który  chciałaby  smakować  kawałek  po 

kawałku,  wiedząc  dobrze,  że  zjadła  już  dość.  Z  minuty  na 

minutę  rósł  w  niej  nieopanowany  apetyt  na  jeszcze jedno 

spojrzenie  piwnych  oczu  i  jeszcze  jedną  pieszczotę 

delikatnych dłoni. On wyjeżdża w poniedziałek! Można by tak 

podelektować się chociaż małym pocałunkiem... 

Zacisnęła dłonie aż do bólu, by się powstrzymać. O, nie, 

Matt  Gallagher  może  zaszkodzić  jej  bardziej  niż  tysiąc 
czekoladek zjedzonych naraz! 

Poruszył  się  przez  sen,  mamrocząc  pod  nosem  coś,  co 

brzmiało  jak  „sprzedać,  cholera,  sprzedać”.  Prawie  pełna 

butelka  lemoniady  tkwiąca  w  jego  dłoniach niebezpiecznie 

przechyliła  się  w  prawo,  grożąc  wylaniem  całej  zawartości. 

Przykuło to uwagę Christie. 

Kiedy butelka mocno przechyliła się na bok, rzuciła się na 

kolana obok śpiącego i w ostatniej sekundzie ją złapała. Matt 

przebudził się gwałtownie i sztywno usiadł. 

-  Co za czort! - 

wykrzyknął,  strącając  sobie  z  głowy 

czapkę bezwładnym ruchem ramienia. Jednocześnie omal nie 

uderzył w głowę dziewczyny. Wciąż klęczała nieco pochylona 

nad Mattem, ściskając w dłoni uratowaną butelkę i wpatrując 

się w jego twarz z bardzo bliska. Miał takie wymowne usta, 

duże  i  dynamiczne.  Teraz  lekko  wykrzywione  wyrażały  stan 

wzburzenia,  ale  mimo  to  nie  traciły  nic  ze  swego  czaru. 

Gdyby tak przesunąć się w ich kierunku choćby 

background image

 

54 

parę  centymetrów,  pocałunek stałby  się  nieunikniony... 

Dzielnie  pokonała  w  sobie  tę  pokusę  i  niezgrabnym ruchem 

wycofała  się  na  poprzednie  miejsce,  obficie  ochlapując  przy 

tym własne dżinsy lemoniadą. 

Matt spojrzał trochę przytomniej. 

Dlaczego  mnie  nie  obudziłaś?  -  zapytał  z  lekką 

wymówką w głosie. 

Wyglądałeś na kogoś, komu drzemka dobrze robi.  

Wyj

ął z kieszeni zegarek i sprawdził godzinę. 

Dobry Boże, dopiero wpół do jedenastej. Nigdy nie śpię 

o  tej  porze,  a  właściwie  w  ogóle  nigdy  nie  sypiam  w  ciągu 
dnia. 

Kiedyś musi być ten pierwszy raz - odpowiedziała. 

Rzeczywiście  musiałem  mocno  zasnąć  -  mamrotał, 

wsuwając zegarek do kieszeni. - Znaleźć się o tej porze gdzieś 

w  środku  lasu,  to  dla  mnie  prawdziwy  szok.  Soboty  zwykle 

spędzam w biurze. 

To żałosne. Pomyśl, ile tracisz, tkwiąc tam, pięćdziesiąt 

pięter  ponad  poziomem  ulicy  -  Christie  podniosła  z ziemi 

czapkę Matta i zaczęła ją modelować. - Tylko sobie wyobraź, 

Matt.  W  soboty  wszyscy  normalni  ludzie  dobrze  się  bawią 

gdzieś  w  Central  Parku,  a  ty  siedzisz  w  ciasnej  klitce  bez 
okien i studiujesz raporty finansowe. 

Ale tam są okna. 

- O! - 

najwyraźniej ją to zaskoczyło. - Nie zajmujesz biura 

po mnie na tyłach pokoju Terence'a? 

Nie,  mam  duży  gabinet  narożny.  Dawną  salę 

konferencyjną, jak przypuszczam. 

Christie wygięła daszek czapki Matta, którą wciąż jeszcze 

miętosiła w rękach. Do ciężkiej cholery, zawsze chciała dostać 

ten  gabinet  z  dwoma  rzędami  okien,  miejsce,  w  którym  nie 

czułaby  się  jak  w  puszce.  Ojciec  jednak  nalegał,  żeby 

pozostało  salą  konferencyjną.  Jak  on  zdołał,  ten  cały  Matt 

background image

 

55 

Gallagher, przyjść sobie znikąd i od razu dostać w prezencie 
to, 

co chciał? 

Poczuła przypływ gniewu. Z powodu ojca, Matta, czy też 

ich obu razem - 

sama  nie  wiedziała.  Dlaczego  w  ogóle 

obchodziło ją, co się dzieje wewnątrz spółki Daniels, Peters, 

Bainbridge i Gallagher? Te sprawy przecież już dawno jej nie 

dotyczyły! 

Od

dała Mattowi jego baseballową czapkę. Gdy ją założył, 

okazało  się,  że  zbyt  przesadnie  poprawiła  daszek,  który 

sterczał teraz mocno koślawo. Spojrzała na niego z wyrzutem, 

jakby i to było wyłącznie jego winą. 

Matt przesunął czapkę na tył głowy. 

Nie  wybrałem  się  tu  z  tobą,  żeby  ucinać  drzemkę  i 

marnotrawić  czas.  Musimy  porozmawiać  o  twoim  powrocie 

do  Nowego  Jorku.  Do  poniedziałku  masz  sporo  czasu  na 

przygotowanie  się,  a  ponadto  musimy  potrenować  twoje 

wystąpienie przed ojcem. 

Potrenować? - powtórzyła z niedowierzaniem. - Za kogo 

ty się masz? 

To oczywiste, że nie możesz tak po prostu wkroczyć do 

jego  gabinetu,  bez  żadnego  przygotowania. Masz do niego 

zbyt  emocjonalny  stosunek,  potrzebujesz  kogoś,  kto  ci 

pomoże  opanować  uczucia  i  zyskać  pewien  dystans,  zanim 
dojdzie do waszej konfrontacji. 

Christie  otworzyła  i  zamknęła  usta  niczym  ryba 

wyrzucona na piasek. 

To  staje  się  nie  do  zniesienia  -  przemówiła  wreszcie 

oburzona.  - 

Wybij sobie z głowy ten plan. Nie pojadę z tobą 

do  Nowego  Jorku.  I  coś  ci  powiem:  jeżeli kiedykolwiek 

dojdzie  do  konfrontacji  z  ojcem,  to  ciebie  z  pewnością  przy 

tym nie będzie! 

Zgarnęła resztki prowiantu do pojemnika i wrzuciła go do 

samochodu. 

background image

 

56 

Matt nie dawał za wygraną. 

Musimy o tym pomówić, Christie... 

-  Nie  - 

urwała  krótko.  -  Nic nie  musimy. Mam teraz 

zamiar udać się na poszukiwanie mojej kopalni. Możesz pójść 

ze mną albo zostać tutaj. 

Z tylnego siedzenia łazika Christie zabrała swój słomkowy 

kapelusz. Wcisnęła go na głowę i pomaszerowała w głąb lasu. 

Matt podążył w ślad za nią. 
- Sk

ąd wiesz dokąd iść? - zapytał. 

Sprawdziłam na mapie i wiem. 

Nie wydaje mi się, żeby to miało jakiś sens. Tu nie ma 

nawet śladu żadnego szlaku. 

-  Owszem, jest - 

odpowiedziała  zdecydowanie.  -  Trzeba 

tylko umieć patrzeć. 

Tu nie ma żadnej ścieżki. 

Właśnie, że jest. 

- Niby gdzie? 

Christie zatrzymała się dość gwałtownie i Matt wpadł na 

nią  z  impetem.  Objął  ją  szybko  ramionami,  by  zapobiec 

upadkowi.  Podobnie  jak  wczoraj  jego  uścisk  był  pewny, 
mocny, a zarazem uwodzicielski. Christie z niejakim 

wysiłkiem oparła się czarowi jego dotyku, już po raz kolejny. 

Energicznym ruchem wręczyła Mattowi mapę. 

Proszę. Sam ją sobie obejrzyj. 

Rozwijał  sfatygowany  kawałek  papieru  z  oczywistym 

brakiem przekonania. 

Wygląda  jak  rysunek  trzyletniego  dziecka  -  narzekał.  - 

Ja

kim  cudem  możesz  z  tego  cokolwiek  odczytać?  Odwrócił 

mapę  do  góry  nogami,  postudiował  ją  chwilę  i  wreszcie 

podejrzliwie zapytał: - Skąd ją wzięłaś? 

Christie pogardliwie wydęła policzki i odebrała mu mapę 

stanowczym ruchem. 

background image

 

57 

Jeżeli już koniecznie musisz wiedzieć, to dostałam ją od 

pewnej  kobiety,  właścicielki  tych  ziem.  To  kopia  mapy 

Wielkiego  Shelby'ego,  który  wyznaczył  granicę  złotodajnej 

działki  w  1890  roku  i  przystąpił  do budowy szybu. Musisz 

wiedzieć, że Wielki Shelby naprawdę był wielki - ciągnęła. - 

Z powodu wybujałego wzrostu zawsze straszliwie walił głową 

we  framugę,  przekraczając  próg  salonu  Złota  Strzała,  który 

prowadziła  wówczas  niejaka  Flo  Jackson.  Nigdy  biedak  nie 

pamiętał,  by  w  porę  się  uchylić.  Ale  okrutnie  kochał  się  we 

Flo i coś go tam stale przyciągało. 

Christie,  na  litość  boską,  a  cóż  to  ma  wspólnego  z  tą 

mapą?! 

Pomyślała chwilę. 

Zupełnie nic - przyznała. - Ale tu nie o to chodzi. 

- A o co chodzi? - 

spytał zbity z tropu. 

Zlituj się! Jakoś w ogóle nie da się z tobą rozmawiać. 

Obróciła  się  na  pięcie  i  dała  nura  między  drzewa.  Matt 

niechętnie podążył za nią, wypowiadając serię uszczypliwych 
uwag pod jej adresem. 

Słoneczne  promienie  przebijały  się  malowniczo  przez 

korony drzew, a odgłos ptasiego świergotu i przekomarzania 

towarzyszył idącym ze wszystkich stron. 

Zastanawiam  się,  czy  to  głos  sójki  błękitnej...  - 

wsłuchiwała  się  Christie.  -  W  przyszłym  tygodniu  mam 

zebranie  kółka  ornitologicznego,  więc  się  o  to  dokładnie 

wypytam. Czy ty kiedyś obserwowałeś ptaki, Matt? 

Właśnie  mi  się  wydaje,  że  jestem  na  tropie  pewnego 

rzadkiego ptaszka - 

oświadczył. - Wygląda mi to na kukułkę-

żółtobrzuszkę - odpowiedział niewinnym uśmieszkiem na jej 

złowrogie spojrzenie. 

Christie nie zważała na złośliwości Matta i czuła się coraz 

wspanialej, wędrując tak przez las i ciesząc się jego pięknem. 

Maszerowała  raźnym,  swobodnym  krokiem,  wymachując 

background image

 

58 

ramionami. W dodatku coś jej szeptało do ucha, że nareszcie 
kroczy szlakiem Shelby'ego. 

Wędrowali jakiś czas w milczeniu, wsłuchani w tłumione 

szmery i szelesty tajemn

iczego,  leśnego  organizmu,  który 

pulsował  dookoła.  Po  jakimś  czasie  Christie  zerknęła 

ukradkiem  na  zegarek.  Według  jej  obliczeń  powinni  już 

dotrzeć  do  szybu  jakiś  czas  temu.  Nie  widziała  jednak 

większego sensu w informowaniu o tym swojego towarzysza. 
Star

ając  się  nadać  swym  ruchom  możliwie  największą 

nonszalancję, sięgnęła ponownie po mapę i zerknęła na nią z 
ukosa. 

Zgubiliśmy się, Christie - stwierdził Matt. - Zaczęliśmy 

błądzić już w tej samej minucie, w której opuściliśmy miasto. 

Po  prostu  trochę  zboczyliśmy  z  trasy  i  tyle!  Zaraz  to 

zresztą naprawimy, niech się tylko dobrze zorientuję... 

Przemawiała głosem osoby bardzo pewnej siebie, badając 

mapę centymetr po centymetrze i rozglądając się po okolicy. 

Nagle  Christie  uzmysłowiła  sobie,  że  nie  ma  zielonego 

pojęcia, dokąd powinni się udać. 

Spójrz  wreszcie  prawdzie  w  oczy,  dziewczyno.  Jesteś 

mieszczuchem  i  należysz  do  innej  rzeczywistości.  Wróć  do 
Noweg

o  Jorku  i  przestań  udawać  Robin  Hooda, bo ci z tym 

nie do twarzy! 

Na te słowa aż coś zagotowało się w Christie. O nie! Ona 

nikogo nie udaje - 

ona  naprawdę  przynależy  właśnie  tutaj.  I 

nie  będzie  z  powodu  kogoś  takiego  jak  Matt  gubić  się  w 
niepotrzebnych analizach samej siebie, bo zna siebie 
doskonale i niektórych decyzji jest po prostu absolutnie 
pewna! 

Ale 

pewne  stało  się  również  to,  że...  właśnie  niestety 

zabłądziła.  Gdzieś  w  górach,  w  samym  sercu  gęstego  lasu, 
straciwszy wszelkie poczucie orientacji - 

zagubiła  się  jak 

background image

 

59 

dziecko. A wraz z nią wpadł w te same tarapaty niejaki Matt 
Gallagher. 

 

background image

 

60 

ROZDZIAŁ PIĄTY 
 

Christie  przeszła  jeszcze  parę  metrów  i  wreszcie  usiadła 

na omszałym pniu. Matt zbliżył się do niej. 

Posuń się trochę - poprosił. 

Tu  nie  ma  dosyć  miejsca  -  odpowiedziała  szorstko.  - 

Siadaj sobie gdzie indziej. 

Nie usłuchał i przysiadł jednak obok. Rozpostarł szeroko 

mapę tak, by oboje mogli się jej przyjrzeć. 

- No dobrze - 

powiedział. - Spróbujemy to rozgryźć. Jeśli 

wierzyć mapie, powinniśmy się kierować na północ. A północ 
jest tam - 

pomachał  kciukiem  na  lewo  jak  autostopowicz 

zatrzymujący okazję. 

- A

leż północ jest tam! - Christie zdecydowanie wskazała 

kierunek na wprost. 

Mój Boże, nie masz za grosz orientacji w terenie. 

Północ  musi  być  tam  -  upierała  się.  -  To znaczy... 

Wystarczy  zbadać  położenie  słońca  i  wszystkiego  się 
dowiemy. 

Zadarła  głowę,  by  przyjrzeć  się  niebu  i  dać  praktyczny 

dowód  swoim  uczonym  zasadom,  ale  zobaczyła  jedynie 

wiecznie  zielone  korony  drzew.  W  żaden  sposób  nie  mogła 

dojrzeć  słońca,  co  pozwoliłoby  jej  może  wyciągnąć  jakieś 
wnioski. 

W każdym razie tak się te rzeczy sprawdza... - dodała już 

bez uprzedniej pewności siebie. 

Zaprowadzę  cię  do  tej  kopalni,  chodź!  -  Matt  zwinął 

mapę i ruszył dziarsko przed siebie z widoczną determinacją. 

-  Zaczekaj!  - 

wołała,  goniąc  go.  -  Mech!  Przecież  mech 

obrasta pnie drzew od północnej strony... Cholera, a może od 

południowej. 

background image

 

61 

-  Teraz ja jestem kierownikiem wycieczki, dobrze? 

Zachowaj dla siebie te genialne wskazówki, ty niedopieczony 

skaucie i chodź wreszcie. 

Ratunek  przyszedł  nagle  i  zupełnie  niespodziewanie. 

Drzewa 

rozstąpiły się przed idącymi, ukazując szeroką, jasną 

płaszczyznę  łąki  porosłej  polnym  kwieciem.  Po  przeciwnej 

stronie  zamykał  ją  gaj  osikowy,  pulsujący  światłem  tak 

promieniście,  jakby  wchłonął  całe  słońce  i  więził  je  między 

drobnymi  gałęziami.  Christie  zatrzymała  się  w  nabożnym 

skupieniu. Jej uwagę przykuł widok zmurszałej, starej chaty, 

otoczonej  walącym  się  płotkiem,  ukrytej  w  cieniu  osiki. 

Niedoszła  złotonośna  działka  tworzyła  wyrwę  w 

malowniczym  rysunku  gór  okalającym  cały  horyzont,  ale  po 
wielu latach opuszczenia tak natur

alnie  wtopiła  się  w 

krajob

raz, że była ledwie widoczna. 

- Oto nasz cel - 

wyszeptała Christie bardzo cichutko, jakby 

nie chciała spłoszyć tej chwili. Nie wiedziała, jak to się stało, 

że  jej  dłoń  znalazła  się  w  dłoni  Matta.  Brnęli  razem  przez 

gęstą łąkę. 

Na 

początek  postanowili  zbadać  stary  górniczy  szyb. 

Podpierające  go  spróchniałe  belki  tkwiły  tu,  pomyślała 

Christie,  niczym  memento  dla  wszystkich  marzeń 
pogrzebanych w ciemnym tunelu. 

Wielki Shelby nigdy nie znalazł tu większej ilości złota - 

przytrzymując na głowie kapelusz, ostrożnie wyciągała szyję, 

aby coś dojrzeć wewnątrz szybu. - I nie sądzę, by to się udało 
jego towarzyszom. To smutne... Tyle zmarnowanej pracy i 
energii... 

- Bo ja wiem? - 

Matt westchnął refleksyjnie i przykucnął, 

by przyjrzeć się z bliska strukturze . - Może to nie było takie 

złe?  Jeśli  nic  im  się  nie  udawało  znaleźć,  to  mogli  zawsze 

zapakować  swoje  narzędzia  i  przenieść  się  w  inne  miejsce. 

Możliwe,  że  w  rzeczywistości  to  nie  miało  dla  nich  takiego 

background image

 

62 

wielkiego znaczenia. W gruncie rzecz

y  przecież  szukali 

przygody. 

Christie  zaskoczyły  mocno  te  słowa  oraz  wyraźna  nutka 

nostalgii  brzmiąca  w  głosie  Matta.  Wycofała  głowę  z 

ciemnego otworu, by mu się lepiej przyjrzeć. 

Nie  wydaje  mi  się,  żeby  to  na  tym  polegało.  Ci  ludzie 

zawsze opuszczali to

nący okręt, nigdy nie przywiązywali się 

na  dłużej  do  żadnego  miejsca,  ciągle  gnała  ich  gdzieś  dalej 

żądza wygranej. 

Matt  wyprostował  się  i  schował  ręce  głęboko  w 

kieszeniach dżinsów. 

Tak tylko sobie teoretyzowałem... Bujałem w obłokach... 

Fantazjowałem... - ironizował subtelnie. 

Poszukiwanie  złota  to  niezły  fach.  Z  dala  od 

obowiązków  i  tego  cholernego  poczucia  odpowiedzialności, 

koczuje  się  gdzieś  pod  gołym  niebem,  znosi  cierpliwie 
wszelkie niewygody... - 

pokręcił nagle głową. - Tylko, że to są 

piękne marzenia. Życie nigdy nie jest takie proste - jego twarz 
nieoczekiwanie za

chmurzyła  się,  wyrażając  coś  pośredniego 

między  bólem  a  żalem.  Nie  patrząc  na  Christie,  zszedł  parę 

kroków niżej, do potoku. 

Christie  podążyła  jego  śladem.  Niezbyt  głęboki,  rwący 

s

trumień obmywał kryształowo czystą wodą osadzone na dnie 

kamienie  i  skałki.  Christie  usiadła,  opierając  się  plecami  o 

gładki  głaz  i  zaczęła  rozsupływać  żółte  sznurowadła 

adidasów. Potem zdjęła skarpetki, nieprzypadkowo utrzymane 

w dokładnie tym samym odcieniu czerwieni, co jej bluza. 

Matt, dlaczego właściwie zostałeś maklerem? - zapytała. 

Nigdy  nie  marzyłeś,  żeby  być  pilotem,  archeologiem  albo 

fotoreporterem? 

Podniósł  z  ziemi  dwa  niewielkie  kamyki  i  z  gorzkim 

uśmiechem pocierał jeden o drugi. 

background image

 

63 

- Czy ty n

aprawdę nigdy nie odczułaś tej potężnej emocji, 

pulsującej  zawsze  wzdłuż  całej  Wall  Street?  -  spytał.  -  To 

właśnie tak bardzo mnie porwało piętnaście lat temu. 

Christie przyjrzała mu się z namysłem. 

Ale dziś to już ciebie nie dotyczy, prawda? - sugerowała 

Mówisz o tym jak o czymś minionym.  

Zanurzyła stopy w zimnym strumieniu. Matt spoglądał na 

kamyki trzymane w ręku i potrząsał nimi niczym kośćmi do 
gry. 

Byłem  trochę  młodszy  niż  teraz  i  trochę  bardziej 

idealistycznie  nastawiony  do życia.  I  myślałem,  że  do  jasnej 

cholery  wszyscy  grają  fair,  podobnie  jak  ja.  Uważałem 

swojego partnera za kogoś, komu mogę ufać, za najlepszego 
przyjaciela... - 

poruszył się niespokojnie. 

- Ile masz lat, Christie? - 

zapytał niespodziewanie. 

Dwadzieścia siedem. 

Pamiętam, jak to jest, kiedy ma się dwadzieścia siedem 

lat  - 

westchnął.  -  Ale  parę  miesięcy  temu  skończyłem 

trzydzieści pięć... - urwał nagle. - Pewien jestem, że nie masz 

ochoty  wysłuchiwać  wszystkich  zawiłych  historii  mojego 

życia - zakończył grobowym głosem. 

Właśnie,  że  mam  -  oświadczyła  przekornie,  zanurzając 

stopy głębiej w potoku, aż oparła je o dno. 

Chcę wiedzieć o tobie jak najwięcej - uniosła głowę na 

tyle wysoko, by móc go dostrzec spod ronda kapelusza. 

Stał w odległości paru kroków i spoglądał na wodę. 

Wydawało mi się, że wyszedłem na prostą - mruknął. - 

Zamknąłem  ten  rozdział  życia,  w  którym  znaczącą  rolę 

odegrał  mój  nieuczciwy  wspólnik  i  wstąpiłem  do  firmy 
twojego ojca. I wtedy... - 

zawiesił głos. 

Nie doczekawszy się dalszego ciągu, Christie dokończyła 

za niego: 

I wtedy potknąłeś się o moją osobę. 

background image

 

64 

Zgadza  się  -  odpowiedział.  -  Zaledwie kilka dni po 

moich urodzinach twój ojciec zaczął przebąkiwać coś na temat 

rozwiązania firmy. I tak to wygląda. Mam trzydzieści pięć lat, 

jestem w połowie drogi, a moje życie przypomina rozsypaną 

układankę. 

Christie przywarła plecami do twardego głazu, wspierając 

się  obiema  dłońmi  o  piasek.  Ostre  kamyki  wbijały  się  w  jej 

skórę. Nadal nie wyjmowała stóp z wody, choć przemarzły już 

do kości. 

Ja  jakoś  zdołałam  odmienić  całe  swoje  życie.  Może  ty 

powinieneś spróbować zrobić to samo? 

sugerowała ostrożnie. 

Cisnął w wodę  jeden z kamyków gestem, który zdradzał 

rosnące w nim napięcie. 

Mówisz  o  czymś,  co  jest  niemożliwe.  Nie  jestem  w 

stanie kompletnie zmienić swojego życia - i ty też nie, Christie 

powiedział  z  determinacją.  -  Oczywiście  możesz  wykonać 

parę  pozornych  posunięć,  ale  tak  naprawdę  wciąż  dążysz  do 

sukcesu,  zupełnie  jak  twój  ojciec.  Wciąż  wyznaczasz  sobie 

jakieś  cele  i  plany.  Weźmy  choćby  te  wszystkie  kluby  i 
kom

itety, do których należysz. Ornitologiczne, turystyczne, co 

tam jeszcze? Biblioteki, muzea, pokazy, o rany, wspo

mniałaś 

coś nawet o straży pożarnej! Wyznajesz zasadę „jeden pomysł 
-  dobrze, dzi

esięć  pomysłów  -  jeszcze lepiej”,  dokładnie  tak 

jak twój stary. 

Skoczyła  na  równe  nogi,  rozbryzgując  dokoła  wodę, 

urażona do żywego. 

Nie będę taka jak on! On nigdy nie jest zadowolony, z 

niczego i z nikogo. Wciąż wyżej i wyżej podnosi poprzeczkę, 

tak, żeby nikt nigdy nie mógł jej przeskoczyć, nawet on sam. 
To nie 

jest życie dla mnie! 

Matt wrzucił do strumienia następny kamyczek. Kropelki 

wody wyprysnęły wysoko. 

background image

 

65 

Możesz  się  ze  mną  spierać  w  nieskończoność  - 

powiedział.  -  Możesz  dużo  opowiadać  o  tym,  jak  chciałabyś 

wszystko urządzić, ale wiedz, że zawsze coś tobą powoduje, 

niezależnie  od  twej  woli  i  świadomości.  I  zawsze  będziesz 
ambitna i przebojowa i bardzo w tym podobna do ojca. 

Mówisz  tak,  żeby  uniknąć  rozmowy  na  niewygodny 

temat. A w rzeczywistości to ty sam nie chcesz znać prawdy o 
sobie. Nie masz ochoty pr

zyjąć do wiadomości faktu, że coś w 

twoim życiu jest nie tak. Powiedziałabym nawet, że uratować 

cię może tylko jakiś bardzo radykalny zwrot! 

-  Jedno, co na pewno jest mi potrzebne jak zbawienie, to 

twoje szczere postanowienie powrotu do Nowego Jorku. 
Wtedy nareszcie wszystko wróci na swoje miejsce. 

Christie stanęła naprzeciw Matta. Jej stopy całkowicie już 

zdrętwiały z zimna, ale nie czuła tego. 

Ja  tu  jestem  tylko pretekstem,  Matt.  Cały  ten  chaos,  w 

którym  jesteś  pogrążony,  wcale  nie  zniknie  w  dniu  mojego 
pojednania z ojcem. 

Spoglądała  na  niego  oskarżycielsko.  Matt  zerknął  spode 

łba  w  jej  kierunku,  zdjął  czapkę  i  tak  długo  mierzwił 

czuprynę,  aż  jego  włosy  opadły  bezwładnie  na  wszystkie 

strony.  Potem  odwrócił  się  z  pozorną  obojętnością,  gotów 

wyraźnie zrobić jakiś unik. 

Mam  ochotę  przyjrzeć  się  tej chacie -  powiedział 

zadziornie. 

Wydawało mi się, że to raczej ja mam ochotę przyglądać 

się czemukolwiek tutaj. 

Christie  brnęła  przez  zimny  nurt  ku  brzegowi.  Kiedy 

wreszcie  dotarła  do  chaty,  niosąc  skarpetki  i buty z 

rozwiązanymi,  uwalanymi  ziemią  sznurowadłami,  Matt  już 

tam był od jakiegoś czasu. 

background image

 

66 

Drzwi  chaty  zabezpieczono  solidną  kłódką,  która 

kontrastowała z lichym, zmurszałym drewnem. Matt dosięgnął 

dłonią belki wieńczącej futrynę. 

- Wielki Shelby zapewne 

niejeden raz grzmotnął głową w 

tą deskę - zauważył. 

Właścicielka dała mi klucz. Mam go gdzieś przy sobie... 

Christie wydobyła z kieszeni pęk kluczy z breloczkiem w 

kształcie  pulchnej  złotej  rybki.  Zawierał  tak  bogatą  kolekcję 

kluczy,  że  sama  nie  pamiętała  przeznaczenia  co  najmniej 

połowy  z  nich.  Pobrzękując  nimi,  dopasowywała  kolejne 

klucze do zamka, aż wreszcie trafiła na właściwy i otworzyła 

kłódkę.  Drzwi  zaskrzypiały  przeraźliwie,  lecz  ustąpiły 

posłusznie i dziewczyna bez większych ceregieli przekroczyła 
sfatygowany próg. 

Matt zmuszony był pochylić głowę, wchodząc do chaty w 

ślad  za  nią.  Oboje  przystanęli  na  chwilę  tuż  za  progiem,  by 

przyzwyczaić  oczy  do  panującego  mroku.  Wszystkie  okna 
zabito deskami, lecz tu i ówdzie, przez niewielkie szpary, 
wdziera

ły  się  promyki  światła.  Stopniowo  Christie  mogła 

dostrzec poszczególne przedmioty - 

pordzewiały  stelaż  od 

łóżka,  półkę  na  narzędzia,  pożółkły  kalendarz,  spod  którego 

najwyraźniej  wystawał  poprzedni,  również  mocno  już 

nieaktualny.  Przyjrzała  mu  się  uważnie  i z niejakim trudem 

odcyfrowała datę. 

-  Lipiec 1947 - 

przeczytała  półgłosem.  -  Wielki Shelby 

urzędował  tutaj  dużo  wcześniej,  ale  to  miejsce  miało  potem 

kilku  właścicieli.  I  aż  dziwne,  że  nikt  z  nich  nie  wpadł  na 

pomysł,  żeby  tu  na  przykład  urządzić  letnisko. Musisz 

wiedzieć, że cena wcale nie jest wygórowana. 

Matt myszkował wśród narzędzi na półce. 
- Jaka jest powierzchnia posesji? - 

zapytał fachowo. 

Nie pamiętam, ale wiem, że należy do niej cała ta piękna 

polana. 

background image

 

67 

Zanurkował ponownie pod framugą, a wydostawszy się na 

zewnątrz, rzucił bystro okiem na teren dookoła. 

Christie  grzecznie  mu  towarzyszyła,  ukradkiem  ob-

serwując  jego  profil.  Miał  zacięty  wyraz  twarzy,  lecz  gdy 

mówił,  w  jego  głosie  pobrzmiewała  ciepła  nuta  nostalgii  i 

jakiejś nieukojonej tęsknoty. 

To kawał pięknej ziemi - powiedział. - Tyle tu otwartej 

przestrzeni, a przy tym ostra krawędź gór w tle... I ta cisza... 

Posłuchaj. 

Christie zamknęła oczy. Słyszała pobrzękiwanie owadów 

gdzieś blisko, szelest wiatru w liściach osiki, świergot ptaków. 
Ta

k,  to  była  prawdziwa  cisza  w  porównaniu  z  jazgotem  i 

harmiderem nowojorskich ulic. 

Gdy  ponownie  otworzyła  oczy,  poczuła  na  sobie  baczne 

spojrzenie Matta. Zmieszana umknęła przed jego wzrokiem w 

obawie,  że  mógłby  zobaczyć  więcej,  niż  powinien.  Nie 

chciała,  żeby  wiedział,  jak  bardzo  jej  się  podoba.  Lecz  z 

drugiej  strony  jej  płochliwość  byłaby  jeszcze  bardziej 

podejrzana.  Odpowiedziała  więc  na  jego  spojrzenie  z 

możliwie  największym  opanowaniem  i  podeszła  do 
ogrodzenia. 

Klamka  jest  złamana  -  zauważyła,  majstrując  przy 

bramie. 

To  raczej  nie  ma  specjalnego  znaczenia,  większość 

ogrodzenia praktycznie nie istnieje. 

Christie  zwróciła  się  w  stronę  topornie  ociosanych 

palików, które leżały powalone na ziemi. Brama tkwiła wśród 

nich  samotnie,  co  tworzyło  dość  absurdalny obrazek, lecz 

Matt zdawał się być nim bardzo fascynowany. 

Mogę naprawić klamkę - zaofiarował się, obejrzawszy ją 

ze wszystkich stron. -  Wiem w czym rzecz, za

raz będzie jak 

nowa.  Wszedł  do  chaty  i  po  chwili  wrócił,  niosąc  młotek  i 

background image

 

68 

obcęgi. - Nie trzymałem młotka w ręku od czasów szkolnych - 

powiedział do Christie. 

Początkowo  Christie  obserwowała  Matta  z  pewnym 

sceptycyzmem, za chwilę jednak przekonała się, że raczej wie, 

co  robi.  Odzyskała  już  czucie  w  nogach,  więc  ponownie 

osadziwszy  kapelusz  na  głowie, zanurkowała  w  wysokie 

trawy łąki. Lisa robiła jej ostatnio wykłady na temat gatunków 

polnego  kwiecia  i  teraz  Christie  usiłowała  zidentyfikować 

poszczególne  okazy,  obficie  pyszniące  się  dookoła.  Te 
wysokie, faliste o 

odcieniu pomarańczowocynobrowym - to z 

pew

nością  hinduskie  dzwoneczki.  Niebieskie  -  to  łubin,  a 

delikatne, białe kwiatuszki muszą być śnieguliczkami. 

Usiadła  na  dywanie  z  traw,  pogrążona  w  rozmyślaniach. 

Zamiast cieszyć się pięknem tego, co ją otaczało, snuła smutne 

refleksje  na  temat  własnej osoby i tej oczywistej cechy 

własnego charakteru, która kazała jej być ekspertem w każdej 

dziedzinie. Rzeczywiście, przypominała w tym swojego ojca - 

Matt nie mylił się wcale. 

Zerwała źdźbło trawy i rozdzieliła je na dwoje. Gdzieś w 

jej  wnętrzu  kiełkował  niepokój.  Przez  całe  życie  próbowała 

dostosować się do wyobrażeń ojca, z wielkim trudem zdołała 

wyrwać  się  z  tego  schematu  i  odnaleźć  swoje  „ja”. I nagle 

pojawił  się  Matt,  który  spowodował,  że  uświadomiła  sobie 

pewną przykrą prawdę - te wszystkie lata pogoni za pozorami 

pozostawiły w niej trwały ślad. Znowu znalazła się na drodze 

do jakiegoś sukcesu, nie umiała przeskoczyć samej siebie, nie 

umiała stać się kimś innym, niż ... Christopherem Danielsem 
Czwartym! 

Ukryła  twarz  w  dłoniach.  Nie,  to  niemożliwe!  Skoro nie 

czuła już szacunku do ojca, jak wobec tego mogła szanować 

samą  siebie?  Myśli  jak  błyskawice  przebiegały  przez  jej 

głowę. 

background image

 

69 

Hej, spójrz, naprawiłem! - zawołał Matt. - Brama jest już 

w porządku! 

W jego głosie pobrzmiewała duma. Christie uniosła wolno 

głowę i zobaczyła, jak demonstruje z satysfakcją efekty swojej 

pracy,  naprzemian  otwierając  i  zamykając  bramę.  Klamka 

działała bez zarzutu. 

-  Cudownie  - 

powiedziała  Christie  bez  przekonania,  ale 

Matt  wcale  nie  zauważył  jej  braku  entuzjazmu  i  minorowej 

miny.  Buszował  właśnie  po  chacie,  potrząsając  już  lekko 

nadbutwiałym klocem drewna. 

Christie  podeszła  wolno  do  solidnie  już  umocowanej 

bramy i oparła się o nią całym ciężarem. Obserwowała spod 

oka  poczynania  Matta,  który  właśnie  ważył  w  dłoni 

zaśniedziałą  siekierę,  z  wyrazem  prawdziwej  błogości  na 

twarzy. Odrąbał od belki sporej wielkości klocek i ułożywszy 

go  na  pniu,  z  wielkim  zapałem  odciosywał  kawałek  po 

kawałku.  Na  początku  szło  mu  to  niezdarnie,  lecz  po  chwili 

uchwycił  właściwy  rytm.  Czynność  ta  pochłonęła  go 

całkowicie,  nie  zważał  ani  na  smugi  słońca  przebijające  się 

przez  korony  osik  i  oświetlające  całą  jego  postać,  ani  na 

strużki potu, które znaczyły jego koszulę ciemnymi plamami. 

Na krótki moment przerwał pracę, żeby zdjąć koszulę. Oczom 
Christie u

kazał  się  silny,  umięśniony  tors,  pokryty 

gdzieniegdzie rudo-

złotym  owłosieniem.  Nieświadom 

spoczywającego  na  nim  spojrzenia  dziewczyny,  z  zacięciem 

kończył rozpoczęte dzieło, niczym urodzony drwal. 

Kiedy Christie patrzyła na Matta, jej rozterki i niepokoje 

gdzieś  się  ulatniały.  Zauważyła rozbrajający  kontrast  między 

brązem  jego  przedramienia,  kończącym  się  na  linii  krańców 

rękawa,  a  olśniewającą  bielą,  panującą  tuż  powyżej  tej  linii. 

Obserwowała, jak pod skórą poruszają się węzły jego mięśni, 
gdy unosi si

ekierę  i  potem  z  rozmachem  nią  uderza. 

Dziewczyna  uśmiechała  się  do  siebie.  Matt  z  pewnością 

background image

 

70 

pracował  bardzo  systematycznie,  nie  był  natomiast  na  tyle 

próżny, by spędzać czas pod lampą kwarcową, miał w sobie 

jakąś naturalną surowość. Gdyby nie blady odcień jego skóry, 

można  by  go  wziąć  za  pioniera  Dzikiego  Zachodu.  Jego 

skumulowana  energia  znajdowała  teraz  ujście  -  odrąbywane 

drzazgi jedna za drugą wyskakiwały spod jego siekiery. 

Wreszcie odłożył ją na bok i otarł spocone czoło. Lekko 

zmieszał  się,  uchwyciwszy badawcze spojrzenie Christie. 

Podszedł  do  niej  i  stanął  naprzeciwko,  po  drugiej  stronie 
bramy. 

Rany boskie, to było coś! 

No  cóż...  Może  powinieneś  zaopatrzyć  swoje 

nowojorskie biuro w drewno do rąbania. Byłoby to skuteczne 
lekarstwo na twoje stresy. 

- Stresy - 

powtórzył jak echo. - Mam ich wiele w Nowym 

Jorku,  to  fakt.  A  wiesz,  co  najbardziej  zżera  mi  nerwy?  Ta 

cholerna, wszechobecna korupcja. Liczyłem na to, że w firmie 

twojego ojca będzie inaczej, ale pomyliłem się. 

Na te słowa Christie drgnęła czujnie. 

Chwileczkę - zaprotestowała. - Mój ojciec popełnia wiele 

błędów, to  prawda, ale  w  tym wypadku  mocno  przesadziłeś. 

Jest  absolutnie  uczciwym  człowiekiem we wszystkich 

posunięciach giełdowych i... 

Zaczekaj. O nic nie oskarżam twojego ojca. Uwierz mi, 

że  zanim  jeszcze  zacząłem  z  nim  współpracować,  dokładnie 

sprawdziłem,  czy  mogę  mu  ufać.  Mówię  o  czymś  innym  - 

oparł zaciśniętą pięść o sztachety płotu. - Korupcja opanowała 

cały  rynek,  wciska  się  wszędzie  jak  śmiertelna  zaraza.  Nie 

możesz od tego uciec, bo zbyt wielu ludzi gra nie fair. Giełda 

powinna  być  miejscem  wielkiej  gry  dla  wielkich  graczy, 

sprawdzianem  refleksu,  kompetencji  i  zdolności  prze-

widywania.  A  powoli  staje  się  polem  popisu  dla  krętaczy  i 
hochsztaplerów. 

background image

 

71 

Wzburzenie i pasja, z jaką przemawiał Matt, poruszyły w 

duszy  Christie  jakąś  strunę.  Jednak  odsunęła  się 

niepostrzeżenie od bramy i zrejterowała w zacisze ukwieconej 

łąki. Nie chciała dać się wciągnąć w rozmowy o Wall Street. 

Matt  nie  dawał  z  kolei  za  wygraną  i  przeskoczywszy 
ogrodzenie 

dogonił ją. 

-  Wiesz, gdzie tkwi sedno sprawy? - 

kontynuował 

podniecony.  - 

Powiem  ci,  chodzi  o  samą  definicję  zjawiska. 

Wewnętrzne nadużycia - co to dla ciebie znaczy? 

Nie  jestem,  jak  mi  się  wydaje,  na  egzaminie  - 

oponowała. - Wybacz, ale bardzo bym teraz chciała przyjrzeć 

się  kwiatom.  Szczególnie  mnie  intryguje  pewna  odmiana 
pasternaka... 

Nie wykręcaj się Christie, proszę. 

Na miłość boską! - zatrzymała się przyparta do muru. - 

Wewnętrzne  nadużycie  ma  miejsce  zawsze  wtedy,  kiedy 

zawierasz  korzystną  transakcję,  kierując  się  w  swoich 

decyzjach  informacjami,  do  których  nie  powinieneś  mieć 

dostępu. 

Aha!  A  możesz  uściślić  określenie  „informacje,  do 

któr

ych nie powinieneś mieć dostępu”? 

Christie westchnęła zniecierpliwiona, ale wyglądało na to, 

że nie zdoła uciec od tej rozmowy. 

-  No dobrze - 

powiedziała.  -  Wyobraźmy  sobie,  że  twój 

wujek  jest  szefem  dobrze  prosperującej  sieci  restauracji 

szybkiej  obsługi.  Ty  jesteś  jego  ulubionym  krewniakiem,  bo 

tylko  tobie  jednemu  z  całej  rodziny  smakują  te  obrzydliwe 
hamb

urgery i frytki. Wuj ci ufa, więc zdradza w sekrecie, że 

ma  zamiar  przejąć  firmę  Iks,  która  zarządza  konkurencyjną 

siecią knajp. Kiedy dochodzi do zgłoszenia ofert kupna, wuj 

oferuje  za  akcje  Iksa  wysoką  cenę  i  wszyscy  akcjonariusze 

odsprzedają  mu  swoje  udziały.  No  i  masz!  Oto  przykład 

poufnej informacji: wuj zwierzył ci się w sekrecie ze swoich 

background image

 

72 

planów 

Christie  rozprawiała  z  coraz  większym 

zaangażowaniem.  -  I  ty  możesz  to  wykorzystać.  Po  kryjomu 

kupić  pakiecik  akcji  u  Iksa,  a  potem  wykończyć  wuja,  gdy 
cen

a  osiągnie  niebotyczne  wyżyny.  Ale  wuj  nie  jest całkiem 

głupi  i  niestety  jest  w  stanie  dociec,  że  to  twoja  sprawka, 

zwłaszcza  jeśli  skorzysta  z  usług  giełdowych  organów 

ścigania, których przedstawiciele bladym rankiem zapukają do 
twoich drzwi. Musisz wtedy

, biedaku, pożegnać się na dobre z 

ukochanymi hamburgerami i frytkami. 

Nie  wyszły  ci  na 

zdrowie.  Dużo  lepiej  czułbyś  się  po  moich  pulpetach 
sojowych. 

Matt,  który  wyglądał  na  nieco  oszołomionego,  aż 

przysiadł na trawie. 

Starałem się coś ci wyjaśnić - powiedział. - Czy nie tak? 

- Tak - 

przyznała posłusznie Christie, gotowa teraz stawić 

mu  czoła  w  dyskusji.  -  Może  powinnam  posłużyć  się 

przykładem jakiegoś innego wuja? 

Nie,  nie,  proszę.  W  porządku  -  dałaś  mi  przykład 

nielegalnego  użycia  wewnętrznego  przecieku,  zresztą 

przykład bardzo dobry. Ale odwróćmy sytuację. Jak wszystko 

to  wygląda  wówczas,  kiedy  mnie  się  tylko  wydaje,  że  wuj 

chce przejąć Iksa? Cała moja intuicja podpowiada mi, że on z 

pewnością  to  zrobi.  Co  wtedy?  Czy  jeżeli  wtedy  wykupię 
akcje u Iksa 

i  zrobię  fortunę  w  dniu  zgłaszania  ofert,  to  czy 

jest to przestępstwo? 

Christie zmarszczyła nos w głębokiej zadumie. 

To  prawda,  rzeczywiście  trudno  jest  ustalić,  gdzie 

zaczyna  się  nadużycie.  Granica  między  przestępstwem  a 

legalnością jest tu dosyć płynna. 

No właśnie! - huknął Matt triumfalnie i pochylił się nad 

nią poufale. - I tu jest pies pogrzebany. Nie ma zgody co do 

definicji,  zasady  są  dosyć  niejasne,  więc  łatwo  je  obejść.  I 

background image

 

73 

ludziom  wydaje  się,  że  dopóki nie  zostaną  przyłapani,  mogą 

robić wszelkie świństwa. 

Tak... Pewnie masz rację - odparła trochę roztargniona. 

Przyglądała  się  właśnie  z  uwagą  długim,  gęstym  rzęsom 

Matta,  które  miały  nieco  ciemniejszy  odcień  brązu  niż  jego 

czupryna.  Powinno  się  wprowadzić  jakiś  zakaz,  który 
kategorycznie zabrania

łby  mężczyznom  posiadania  takich 

szałowych rzęs... 

- Czemu tak wytrzeszczasz oczy? - 

zapytał Matt. 

Czy coś ci wpadło pod powiekę? 

- Nnnie... - 

zmieszana wróciła do rzeczywistości. 

Mówiłeś właśnie o płynności zasad... 

-  Tak jest. Mój eks-partner jest tu 

świetnym przykładem. 

Przez  lata  postępował  uczciwiej  niż  najuczciwsi.  A  potem 

wystarczył mały krok i zboczył z prostej drogi. 

Tak  to  się  dzieje  -  zawyrokowała  Christie.  -  Kiedy 

oddychasz  przez  długi  czas  morowym  powietrzem,  sam 

stajesz  się  z  czasem  trędowaty.  Jakie  to  szczęście,  że  dziś 

jestem bardzo daleko od tych spraw i mogę się tylko śmiać. 

Mnie, niestety, jest zupełnie nie do śmiechu. Muszę coś z 

tym zrobić, jakoś powstrzymać tą falę obłędu. A przynajmniej 

otworzyć oczy niektórym naiwnym inwestorom. 

Christie spojrzała na niego przenikliwie. 

Napisz  o  tym,  Matt.  Opisz  swoje  doświadczenia 

giełdowe.  Powinieneś  to  zrobić  -  może  seria  artykułów  do 

gazet? Albo od razu pójdź na całość i opublikuj książkę! 

Teraz i ona zapaliła się. Jaki doskonały pomysł! Oczami 

wyobraźni  już  widziała  książkę  Matta  z  jego  podobizną  na 

obwolucie, zarzucone nią witryny księgarń. 

Odpowiedział jej zdumionym spojrzeniem. 

O czym ty mówisz, do diaska? Nie napisałem ani słowa 

od czasów szkolnych. 

background image

 

74 

-  Aha  - 

ta informacja sprowadziła Christie na ziemię, ale 

nie  na  długo.  -  Więc  może  powinieneś  wydawać  własne 

pismo?  To  byłoby  dobre  na  początek.  Podobno  własne 
czasopismo  -  to rewelacyjny sposób wyzwalania energii 
twórczej. 

O  mój  Boże...  -  to  było  jedyną  odpowiedzią  Matta. 

Christie jed

nak  bardzo  się  już  przywiązała  do  swojego 

pomysłu. 

Mam  świetny  tytuł  dla  twojej  książki  -  oświadczyła.  - 

„Moje życie w ślepym zaułku Wall Street”. Chyba niezły, co? 

Przyjrzał się jej sceptycznie, lecz Christie tylko wzruszyła 

ramionami. 

No dobrze, więc może sam wymyślisz lepszy - wycofała 

się. - Tak czy owak uważam, że powinieneś napisać o tym, co 

się dzieje, Matt. To by ci dobrze zrobiło. 

Czy nie musisz przypadkiem już wracać do Red River? - 

zapytał  nienaturalnym  głosem.  -  Na  pewno  masz  dziś  jakieś 

zebranie, może nawet niejedno... 

Niechętnie zerknęła na zegarek. 

Tak, rzeczywiście. Po południu zbiera się nadzwyczajne 

posiedzenie komitetu Fundacji na rzecz budowy muzeum. 

Obiecałam, że będę. 

Gdyby  mogła,  chciałaby  tu  spędzić  resztę  dnia, spierając 

si

ę z Mattem i patrząc na niego, po prostu być wciąż przy nim 

w miejscu, które stało się trochę ich miejscem. 

To  wrażenie  niezwykłej,  intymnej  bliskości,  podsycane 

aromatem polnych ziół i leniwym koncertem pszczół, stawało 

się  niebezpieczne  niczym  zdradliwa  zasadzka. Christie 

skoczyła na równe nogi, starając się spłoszyć czar tej dziwnej 
chwili. 

Tak,  lepiej  już  chodźmy  -  powiedziała.  -  Robi  się 

późno...  lepiej  chodźmy,  zanim  będzie  za  późno...  Chodźmy 

już stąd! 

background image

 

75 

 

background image

 

76 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 
 
Chistie i Matt bez nadmier

nego  pośpiechu  dotarli 

ponownie  w  pobliże  chaty.  Matt  włożył  koszulę  i  posprzątał 

narzędzia.  Poruszał  się  dość  opieszale,  choć  to  on  pierwszy 

zaproponował  powrót.  Także  Christie  nie  zdradzała 

niecierpliwości.  Kiedy  Matt  zakładał  swoje  baseballowe 
nakrycie 

głowy, powstrzymała jego dłoń w pół gestu. 

Poczekaj, twoja czapka ciągle źle wygląda - powiedziała. 

Dłuższą chwilę obracała ją w ręku, wyginając i naciągając na 
wszystkie strony. - Spróbuj teraz. 

Matt naciągnął czapkę mocno na uszy. Wreszcie niesforny 

daszek  sterczał nienagannie  pod  właściwym  kątem.  Również 

pozostałe rzeczy Matta wyglądały jakby lepiej niż poprzednio 

dżinsy były ubrudzone tu i ówdzie ziemią, koszula już trochę 

wymięta. Zupełnie nie przypominał rezydenta nowojorskiego 
drapacza chmur, 

lecz  kogoś,  kto  duszą  przynależy  właśnie 

tutaj, do tego górzystego zakątka Nowego Meksyku. 

-  Christie  - 

zaczął  z  poważną  miną,  jakby  zbierał  się  do 

wypowiedzenia słów niezmiernie ważkich. 

-  Tak?  - 

uniosła  głowę  znad  wielkiej  kłódki,  którą 

usiłowała zamknąć. 

Czas spędzony tu dzisiaj z tobą, to dla mnie... - urwał, 

nie bardzo wiedząc, jak dokończyć. 

Wiesz, chciałbym... - zaczął ponownie. - Chciałbym znać 

nazwisko właścicielki, która cię tutaj przysłała. 

Christie  zawahała  się  przez  chwilę,  upychając  w  tylnej 

kieszeni dżinsów ogromny pęk kluczy. 

Mam nadzieję, że nie planujesz kupna? 

To  niezły  kawałek  gruntu.  Mógłby  się  okazać  dobrą 

inwestycją - zauważył. 

Jego  chłodny,  trochę  interesowny  ton  zbulwersował 

Christie.  Stanęła  przed  drzwiami  chaty,  podpierając  się  pod 

background image

 

77 

boki na szeroko rozstawionych nogach, jakby chciała obronić 
to miejsce przed zakusami intruza. 

- Inwestycja?! - 

wykrzyknęła. - To jedyne, co przychodzi 

ci do głowy? Nie widzisz, jak tu jest pięknie, jak cicho? Czy 

naprawdę interesuje cię wyłącznie, jak szybko zbić forsę? 

Widocznie tak chcesz mnie widzieć, Christie. Tylko że to 

bardzo fałszywy obraz - odparł. 

To dlaczego myślisz o tym cudownym kawałku ziemi w 

takich  kategoriach?  Jesteś  maklerem  w  każdym  calu.  Nie 

umiesz  już  dostrzegać  rzeczy  samej w sobie, a jedynie jako 

obiekt mogący przynieść zyski. 

Daj  mi  szansę  coś  powiedzieć,  proszę!  Nie  myślałem 

wcale o kupnie tego miejsca po to, żeby czerpać z niego jakieś 

zyski. Bywają różne rodzaje inwestycji, jak wiesz - kołysał się 

lekko z rękoma wepchniętymi głęboko w kieszenie spodni. - 

Bardzo brakuje mi w życiu czegoś, co miałbym na własność. 

Wciąż  obracam  pieniędzmi,  których  ani  nie  widzę,  ani  nie 

dotykam.  Pieniądze  -  to  dla  mnie  rzędy  elektronicznych 

cyferek  przebiegające  przez  ekran  komputera  i  szybko 

znikające. Właściwie nigdy nie miałem nic wartościowego, co 

byłoby naprawdę tylko moje. Jeżdżę wynajętym samochodem, 

mieszkanie  też  nie  należy  do  mnie...  Pewnie  przyjemnie  jest 

mieć własny skrawek ziemi... 

Christie  oparła  się  plecami  o  chropowatą,  drewnianą 

ścianę chaty. 

Załóżmy,  że  kupisz  ten  teren,  Matt.  Powiedz  mi,  jaki 

będziesz  miał  z  niego  pożytek,  skoro  mieszkasz  w  Nowym 

Jorku, a więc ni mniej, ni więcej tylko dwa tysiące mil stąd? 
Czy to logiczne? 

Jestem ostatnio z logiką na bakier i to chyba pod twoim 

wpływem  -  odpowiedział,  rzucając  Christie  wymowne 
spojrzenie. 

background image

 

78 

-  Ja z tym nie mam nic wspólnego. Ani z twoimi 

pomysłami,  ani  z  problemami,  które  cię  gryzą.  Nie  obwiniaj 

mnie  więc,  Matt,  zwłaszcza  że  nie  zapraszałam  cię  na  tę 

przejażdżkę. 

-  Ch

ciałbym powiedzieć coś z sensem, ale czuję, jak mój 

mózg pogrąża się w chaosie. 

Dlaczego  nie  kupisz  sobie  małej  farmy  w  Connecticut 

albo w Rhode Island? - 

pytała nieustępliwie. 

-  Z pewnych niejasnych dla mnie samego przyczyn 

podoba  mi  się  ta  właśnie  polana  -  ta stara chata, góry 

dookoła...  Za  to  lokalizacja  jest  zupełnie  niewłaściwa. 

Chciałbym,  żeby  to  miejsce  znalazło  się  godzinę  drogi  od 
Nowego Jorku... 

Ale dzięki Bogu nie znajduje się tam i nie znajdzie. I nie 

spodziewaj  się,  że  podam  ci  nazwisko  właścicielki.  Sama 

mam  zamiar  kupić  ten  grunt.  To  jest  miejsce,  jakiego  od 

dawna szukałam. 

Matt potarł dłonią kark. 

Masz  już  przecież  własny  dom  w  Red  River.  Po  co  ci 

jeszcze jedna posiadłość? 

Wspominałam  ci  już, że  poszukuję  kopalni  złota, która 

miałaby  w  sobie  to  „coś”,  coś  specjalnego...  Właśnie  jedną 

znalazłam. 

Jesteś jeszcze bardziej nielogiczna niż ja - utyskiwał. 

Może tak, a może nie... W każdym razie ta ziemia będzie 

moja  - 

podkreślała  uparcie,  prostując  dumnie  plecy i  patrząc 

Mattowi odważnie prosto w oczy. - Wracaj do Nowego Jorku, 

Matt.  Kup  sobie  lepiej  jeden  z  tych  oszałamiających 
apartamentów w okolicach Central Parku, taka umiarkowana 

dawka  zieleni  w  sąsiedztwie  powinna  ci  wystarczyć  do 

szczęścia.  Może  wyglądasz  na  dzikiego człowieka  gór, ale z 

pewnością nim nie jesteś.  

Uśmiechnął się kpiąco. 

background image

 

79 

A ty, Christie? Naprawdę uważasz się za kobietę stąd? 

Wierzysz, że to twoje miejsce? 

To  pytanie  ugodziło  dziewczynę  w  najczulszy  punkt  i 

spowodowało,  że  wszelkie  wątpliwości  odsuwane  na  dalszy 
pl

an, znowu ją opanowały. Nie mogła dłużej oszukiwać samej 

siebie,  musiała  przyznać  w  duchu,  że  jest  jak  jej  ojciec  - 

zacięta,  ambitna,  wciąż  podwyższająca  poprzeczkę.  Lecz  te 

cechy  charakteru  stawały  się  zupełnie  niepotrzebne  tutaj -  w 

środku  leśnego  odludzia.  Tu  przydawał  się  spokój, 

umiejętność pogodnej rezygnacji i cieszenia się tym, co jest, 

wewnętrzna równowaga... Christie bardzo chciała ją osiągnąć 

i tu zaczynał się paradoks: kolejny cel, kolejne dążenie... 

Wszystko jedno, co sobie o tym myślisz, ja i tak jestem 

tu u siebie - 

oświadczyła, starając się zapomnieć o własnych 

rozterkach i o podejrzeniach Matta

.  Obróciła  się  na  pięcie  i 

poma

szerowała  z  rozmachem  przez  ukwiecone  pole.  Matt 

podążył  spiesznie  za  nią.  Zatrzymała  się  jeszcze  na  krótką 

chwilę,  by  spojrzeć  za  siebie.  Chciała  zachować  w  pamięci 

cały  ten  urokliwy  obrazek:  starą  chatę  pochyloną  nad 

zmurszałym  płotem,  skupione  ciasno,  napromieniowane 

słońcem  osiki  i  zatrzęsienie  polnych  kwiatów  o  odcieniach 

cynobru i głębokiego błękitu... 

Wszystko 

to wyglądało wspaniale, ale jeszcze coś innego 

czyniło to miejsce wyjątkowym. Było to od teraz ich wspólne 
miejsce  - 

jej  i  Matta.  Do  kroćset  diabłów!  Nie  miała  już 

wyjścia. Ten człowiek wkradł się do jej życia jak nieproszony 

gość  i  zapanował  nad  jej  emocjami.  Zostawiła  za  sobą 

niezapomniany,  czarujący  widok  i  ruszyła  z  determinacją  w 

stronę lasu. 

Znowu obrałaś nie ten kierunek - zwrócił jej uwagę Matt. 

Zacisnęła  drobne  pięści  w  bezsilnej  złości,  ale  posłusznie 

podążyła w ślad za nim. W bardzo krótkim czasie dotarli do 

background image

 

80 

samochodu. Skąd taki mieszczuch wiedział, jak orientować się 

w terenie? Pozostało to dla niej zagadką. 

Matt tymczasem z widocznym zadowoleniem po

klepywał 

maskę łazika. 

Bardzo  mi  się  podoba  ta  bestia.  Chętnie  bym  się  z  nią 

zmierzył. 

-  Przepraszam bardzo - 

Christie starała się zignorować to 

jawne natręctwo i zasiadła za kierownicą. Gdy jednak włożyła 

kluczyki  do  stacyjki,  przez  otwarte  okno  wsunęła  się  do 

środka kędzierzawa głowa Matta. 

Już pojutrze wracam na zawsze do taksówek i ulicznych 

korków  - 

powiedział.  -  Pomyśl,  może  już  nie  będę  miał 

drugiej takiej szansy... - 

patrzył na nią błagalnie, jak dziecko, 

które chciałoby się przejechać na pierwszym w życiu rowerze. 

- Masz ci los... - 

zrezygnowana Christie przeniosła się na 

siedzenie obok

.  Matt  z  wyrazem  głębokiej  wdzięczności  na 

twarzy  pieszczotliwym  gestem  objął  kierownicę  i  uruchomił 
silnik. 

Twój  breloczek  od  kluczyków  jest  zbyt  ciężki  - 

zauważył. 

Wezmę  to  pod  uwagę  -  Christie  zapinała  swój  pas  z 

kwaśną  miną,  trochę  wyprowadzona  z  równowagi 

wścibstwem  Matta.  Jak  tak  dalej  pójdzie,  za  chwilę  zechce 

opanować  także  cały  pensjonat.  Nie  poprawiło  jej  nastroju 

także  to,  jak  zręcznie  Matt  zawrócił  samochód  na  wąskiej 

drodze.  Z  trudem  przystosowała  się  do  kołyszącego  ruchu 

auta, w przeciwieństwie do kierowcy, który najwyraźniej czuł 

się  jak  ryb a  w  wodzie,  zmieniając  biegi  z  dużą  wprawą. 

Christie zastanowił wyraz ogromnej błogości malującej się na 

jego twarzy,  jakby żadne  zmartwienia czy kłopoty  nie  miały 

teraz  do  niego  dostępu.  Bardzo  podobał  się  dziewczynie 

właśnie  taki  jak  teraz,  beztroski  i  rozjaśniony. Lecz co 

dziwniejsze,  podobał  się  jej  także  wówczas,  kiedy  się 

background image

 

81 

wściekał.  Zastanawiała  się,  jakby  wyglądało  dzielenie  z  nim 

na co dzień złych i dobrych dni. Prawdopodobnie należał do 

tych  mężczyzn,  którzy  zachowują  się  nieznośnie  z  powodu 

byle kataru czy przeziębienia. Lecz z drugiej strony mogłoby 

być miło razem w zimowe wieczory posiedzieć przy kominku 

albo zagrać partyjkę w karty... 

Dość!  Co  też  jej  przyszło  do  głowy?  Jeszcze  trochę,  a 

zob

aczyłaby  ich  razem  jako  kuśtykających  o  laseczce 

staruszków, którzy p

rzeżyli zgodnie przynajmniej pół wieku w 

harmonii  i  szczęściu!  Nic  bardziej  absurdalnego. W 

poniedziałek Matt opuści Red River i pewnie nigdy już się nie 

zobaczą - tak przynajmniej powinno być. W końcu nie należy 

zapominać o tym, że to wysłannik ojca... 

Matt  wjechał  gładkim  łukiem  na  drogę  prowadzącą  do 

domu i zaparkował tuż pod szyldem reklamującym pensjonat. 

Jak  zawsze  w  chwili  powrotu  do  domu  Christie  poczuła 

przyjemne  znużenie.  To  miejsce  uosabiało  jej  tęsknotę  za 

dzieciństwem.  Kochała  mansardowe  okna  na  poddaszu  i 

frontowy  dziedziniec  opadający  ukośnie  w  dół  ku  drodze. 

Goście wprowadzali się i wyprowadzali, nie pozostawiając po 

sobie śladów, a ona czuła się tu jak we własnym raju. Aż do 

dziś.  Bo  teraz  niestety  przybył  pewien  gość  specjalny,  nad 

którym nie bardzo dało się przejść do porządku dziennego. I 

Christie nie miała na to żadnej rady. 

Wieczór,  zasnuwający  niebo  cieniem  barwy  głębokiego 

kobaltu,  zastał  Christie  w  salonie.  Obłożona  księgami 

rachunkowymi  siedziała  na  podłodze  ze  skrzyżowanymi 

nogami.  Nade  wszystko  starała  się  nie  myśleć  o  Macie. 

Zniknął  gdzieś,  zanim  jeszcze  wróciła  z  zebrania i nie 

widziała  go  przez  resztę  dnia.  Na  chwilę  pojawili  się  tylko 

państwo Fanshaw, by opłacić rachunek i wymeldować się. 

W  wielkim,  starym  domu  panowała  błoga  cisza, 

przerywana  niekiedy  ledwo  słyszalnymi  odgłosami 

background image

 

82 

dobiegającymi z pokoju gospodarczego, w którym krzątała się 
Lis

a.  Gdzież,  do  pioruna,  mógł  podziewać  się  Matt,  i  to  tak 

długo? Może zawieruszył się gdzieś w okolice Miner's Cafe i 

spotkał  tam  na  przykład  jakąś  ładną  dziewuszkę...  A  potem 

poszli  razem  do  baru  u  Hildy  i  właśnie  tam  teraz  tańczą 
fokstrota... 

Pięknie, nie ma co, panie Gallagher, nie traci pan czasu - 

syknęła ze złością pod adresem nieobecnego. - Bardzo mi się 
to podoba! 

Zza drzwi salonu wychyliła się głowa Lisy. 

Poskładałam ostatnią partię pościeli, do zobaczenia jutro, 

Chr

is.  Gdyby  cię  to  interesowało,  oszałamiający  samiec 

wyszedł  z  domu  po  popołudniu,  mamrocząc  coś  o  jakichś 

wędkach. 

To  mnie  naprawdę  nie  interesuje!  -  zaprotestowała 

Christie,  lecz  głowa  Lisy  zdążyła  już  zniknąć.  W  domu 

zapanowała cisza jeszcze głębsza niż poprzednio i dziewczynę 

ogarnęło nagłe poczucie osamotnienia. Nie zaznała tego stanu 

nigdy  przedtem,  czy  to  możliwe,  że  przybycie  Matta 

wywołało aż taką rewolucję? 

Przeraźliwy łoskot i rumor przerwał nieoczekiwanie ciszę, 

a dobiegał najwyraźniej z okolicy frontowych drzwi. Po chwili 

do  salonu  wkroczył  Matt,  obładowany  do  niemożliwości. 

Przedstawiał dość osobliwy widok. Christie wpatrywała się w 

niego  osłupiała.  Z  jego  rąk  sterczały  na  wszystkie  strony 

mniejsze i większe wędki. U ramienia dyndało zielone pudło 

na  sprzęt  wędkarski  oraz  wiklinowy  kosz,  a  sieć  rybacka 

zwieszała się z jego pasa. Na nogach miał obłocone rybackie 

buciory.  Ubrany  był  w  kamizelkę  w  kolorze  khaki  z 

nieskończoną  liczbą  różnorodnych  kieszeni,  a  na  głowie 
zamiast baseballowej czapki - 

kapelusz  ze  zwisającymi  u 

ronda  haczykami.  Jego  oczy  rzucały  niebezpieczne  błyski 

niczym w gorączce. Wyraźnie miał wszelkie objawy obłędu, 

background image

 

83 

jaki  ogarnia  niewinnego  człowieka  tuż  za  progiem  sklepu 

wędkarskiego  i  każe  mu  zamiast  jednej  skromnej  wędki 

wykupić całą zawartość półek. 

Zerknął  spode  łba  na  Christie,  przy  czym  wszystkie 

haczyki,  dyndające  wokół  ronda,  zakołysały  się  w  jednym, 
zgodnym rytmie. 

Czy masz jakieś dżdżownice? - zapytał. 

Bardzo mi przykro, Matt, ale akurat mi się skończyły. 

-  Cholera, to 

wielka  szkoda.  Potrzebuję  trochę  robali  - 

westchnął. Pobrzękując i podzwaniając, wycofał się z salonu. 

Christie  wsłuchiwała  się  w  jego  dudniące  kroki, 

wywołujące  nie  mniej  hałasu  niż  byłoby  w  stanie  wzniecić 

średniej wielkości stado słoni. 

A jednak te prz

eraźliwe  dźwięki  najwyraźniej  wprawiły 

Christie w przedziwny błogostan, bo długą chwilę uśmiechała 

się rozanielona, a potem z zapałem wróciła do rachunków. 

-  Oooaaauuu!!!  - 

z  najwyższego  piętra  dobiegło  nagle 

dzikie wycie, pełne rozpaczy i przerażenia. Christie skoczyła 
na równie nogi. 

Zaczekaj, już idę! - krzyczała. Wpadła na drugie piętro 

jak  bomba  i  pomknęła  tropem  błotnistych  śladów 
pozostawionych przez nieprzemakalne buty Matta. Ich 

właściciel zdrów i cały stał na środku korytarza, trzymając w 
sztywn

o  wyciągniętej  przed  siebie  sieci  jakieś  zwierzę, 

skręcające się i wijące. Matt uśmiechał się zwycięsko. 

-  To moja pierwsza zdobycz dzisiejszego dnia - 

oznajmił 

dumnie. - 

Czy domyślasz się, co to takiego może być? 

Christie  wyjęła  uważnie  sieć  z  jego  rąk  i  położyła  ją  na 

podłodze.  Oboje  cofnęli  się  o  krok  z  ostrożnością  saperów, 

mających do czynienia z podejrzanym niewypałem. Jakiś czas 

sieć  leżała  na  ziemi  nieruchomo  i  bezgłośnie.  Nagle  coś 

wystrzeliło  z  jej  wnętrza  wysoko  w  powietrze,  przybrało 

background image

 

84 

kształt  syjamskiego  kota,  który  opadł  na  cztery  łapy  i 

błyskawicznie zniknął w głębi korytarza. 

Byłam  pewna,  że  Gomez  może  szybko  się  poruszać, 

tylko  potrzebuje  odpowiedniego  bodźca  -  oświadczyła 
Christie z entuzjazmem. 

Matt obdarzył ją nieufnym spojrzeniem. 
- Cz

y on aby nie nazywa się Vincent? 

-  To brat Vincenta, Gomez - 

wyjaśniła.  -  Chyba nie 

przypuszczałeś, że mam tylko jednego kota. 

Matt  bąknął  coś  pod  nosem,  co  brzmiało jak „dom 

wariatów, słowo daję” i dał nura do swojego pokoju wraz ze 

sprzętem. Po piętach dreptała mu Christie. Wędki balansowały 

niebezpiecznie  wśród  mebli  i  dość  opornie  przychodziło 

Mattowi  znalezienie  dogodnego  miejsca,  w  którym  mógłby 

wszystkie  je  złożyć.  Z  pomocą  pospieszyła  Christie  i 

ostatecznie  oparła  wędki  o  strojną,  wiktoriańską  komodę. 

Musiała  przyznać  w  duchu,  że  w  pokoju  jest  dosyć  tłoczno, 

lecz  z  drugiej  strony  wiedziała  dobrze,  że  nie  umiałaby 

zrezygnować  z  jednego  choćby  drobiazgu.  Gładziła  dłonią 

marmurowy  blat  komody,  obserwując  jak  Matt  przysiada 

sztywno na krawędzi łóżka, próbując pochylić się do przodu, a 

potem nagle zamiera w bezruchu z głuchym jękiem. Po jakimś 

czasie znowu próbuje wrócić do pozycji wyjściowej, lecz bez 

skutku,  wydając  z  siebie  jeszcze  dziwniejszy  dźwięk, 

przypominający trochę skargę żaby miotanej atakiem czkawki. 

- Christie - 

wydusił wreszcie z siebie żałośnie. - Coś mi się 

wydaje, że nie dosięgnę własnych stóp.  

Wszystko  stało  się  jasne.  Christie  przyklękła  grzecznie i 

jeden za drugim zsunęła z jego nóg dlugaśne buty. 

Matt sieknął po raz kolejny, rozbierając się z opinającej go 

kamizelki.  Christie  podniosła  się  i  usłużnie  pomogła  mu 

pozbyć  się  koszuli.  Wówczas  w  całej  okazałości  zobaczyła 

background image

 

85 

jego  kark  płonący  jasną  czerwienią  i  nieco  tylko  jaśniejsze, 

jaskrawo różowe ramiona. 

Z taką opalenizną nikt nie byłby w stanie normalnie się 

poruszać  -  orzekła  Christie.  -  Wyglądasz  jak  niedogotowany 
homar. 

Zbiegła  szybko  na  pierwsze  piętro,  porwała  z  toaletki 

słoiczek z kremem i pognała z powrotem. Wskoczyła na łóżko 

za jego plecami i przysiadła wygodnie na piętach. 

Co masz zamiar zrobić? - dopytywał się z niepokojem. - 

Nie ufam ci! - 

próbował spojrzeć za siebie. 

Zachowaj zimną krew - nakazała Christie, biorąc na dłoń 

ogromną  ilość  kremu.  Zaczęła  go  wcierać  w  powierzchnię 

jego pleców pewnymi, zwinnymi pociągnięciami dłoni. 

Odkryć w sobie dzikiego drwala, a zaraz potem poczuć 

powołanie wędkarskie - to trochę za dużo jak na jeden dzień. 

Co  do  szlachetnej  cechy  umiaru,  jestem  gotów  przyjąć 

wiele uwag, ale nie od ciebie - 

odrzekł z kwaśną miną. - Poza 

tym, musisz 

wiedzieć,  Christie,  że  dzisiaj  odkryłem  coś 

nadzwyczajnego... 

Zwierzenie to brzmiało autentycznie i przekonująco, więc 

Christie nadstawiła pilnie ucha. 

Co takiego, powiedz, proszę. 

Łowienie pstrągów - tłumaczył z ożywieniem - jest jak 

samo  życie.  Zapuszczasz  swoją  żyłkę  w  granatowo-zieloną 

głębinę  i  czekasz  na  tę  jedną  rybę.  Nie  śpieszysz  się,  nie 

krzątasz... Po prostu czekasz na pstrąga. 

Christie słuchała tego na pozór obojętnie, wciąż delikatnie 

nacierając  kremem  jego  plecy  i  ramiona,  ale  gdzieś  w  jej 

wnętrzu  kiełkowało  lekkie  uczucie  zazdrości.  Ten  człowiek 

przebywał w Red River ledwie dwadzieścia cztery godziny, a 

zadomowił  się  tu  bardziej,  niż  to  się  jej  udało.  Może  on  po 

prostu się o to nie stara, w przeciwieństwie do niej samej? 

background image

 

86 

Żałuję, że nie byłaś tam ze mną, Christie - mówił dalej. - 

To naprawdę przepiękne jezioro i w dodatku blisko miasta. - 

Poruszył  ramieniem,  jakby  ponownie  wypróbowywał 

zarzucanie  wędki.  -  Wędkowanie  to  prawdziwa  sztuka  - 

wzdychał. - To twórczość...  

Wyciągnął  daleko  przed  siebie  obie  dłonie.  -  Oto moja 

kariera  - 

powiedział, rozcapierzając palce prawej. - A to jest 

łowienie  pstrągów  -  lewą  dłoń  zacisnął  w  pięść.  Po  chwili 

ciężko  westchnął.  -  To  dwie  kompletnie  różne  dziedziny.  W 

żaden  sposób  nie  da  się  ich  połączyć,  jeśli  by  się  chciało  w 

którąś zaangażować całym sercem. 

Widzę jedno wyjście - podsumowała Christie. Pochyliła 

się ponad jego barkiem i wskazała lewą pięść. - Wybierz to! 

Rzuć całą tę giełdę i posadę u mojego starego. Zrób dokładnie 

to, co ja zrobiłam. 

-  To niem

ożliwe.  Poświęciłem  już  tej  piekielnej  Wall 

Street piętnaście najlepszych lat życia. Nie mógłbym teraz tak 

po  prostu  zostawić  wszystkiego,  co  osiągnąłem.  Nie 

zrobiłbym  tego,  nawet  gdyby  opatrzność  miała  mi  zesłać  w 

nagrodę największego i najsoczystszego pstrąga ze wszystkich 

pstrągów w Mississippi. 

Straszny  był  jednak uparciuch z tego Matta Gallaghera. 

Christie  spoglądała  na  jego  wojowniczo  zmierzwioną 

czuprynę.  Do  licha,  ten  miedzianorudy  koloryt  Matta 

zdecydowanie  był  intrygujący...  Palce  Christie  wędrowały 

coraz  wolniej  po  jego  skórze,  ich  subtelny  dotyk  stawał  się 

prawie pieszczotą. Christie czuła własne przyspieszone tętno, 

ciepły  krąg  światła  nocnej  lampki  obejmował  ich  oboje  i 

zamykał w małym, intymnym światku. Spojrzenie dziewczyny 

powędrowało w stronę komody po przeciwnej stronie pokoju i 

tam w lustrzanym odbiciu napotkało wzrok Matta. 

Jego  oczy  pociemniały  i  przybrały  odcień  zmatowiałego 

bursztynu. Na ich dnie czaiło się pełne napięcia pragnienie. I 

background image

 

87 

nie była to bliżej nieokreślona nostalgia, jaka już kilkakrotnie 

tego  dnia  zasnuwała  jego  twarz  zagadkową  mgiełką,  lecz 

bardzo  realna  tęsknota,  której  przedmiot  znajdował  się  tuż, 

tuż... 

Christie  odsunęła  się  od  niego  gwałtownie,  jej  dłonie 

niczym poparzone odskoczyły od rozgrzanej powierzchni jego 
skóry. 

Matt  odwrócił  się  do  niej  dość  niezręcznie  i  kiedy 

próbował  objąć  ramieniem  jej  talię,  Christie  straciła 

równowagę i przechyliła się na materac, nie chcący pociągając 

go  za  sobą.  Runęli  oboje  w  niezgrabnym  uścisku  na  kołdrę. 

Twarz  Matta  znalazła  się  tuż  ponad  jej  twarzą.  Skrzywił  się 
leciutko. 

Mój  Boże,  nawet  usta  okropnie  mnie  pieką,  płoną  po 

prostu... - 

szeptał. 

Teraz nie sposób było mu się oprzeć. Mając go przy sobie 

tak blisko, Christie czuła rozlewające się gdzieś w jej środku 

miłe  ciepło  i  ogarniającą  całe  ciało  rozkoszną  bezwładność, 
jak po wypiciu olbrzymiego kieliszka mocnego, korzennego 
calvadosu. 

Będę  bardzo  delikatna...  -  powiedziała  cicho  i  lekko 

dotknęła jego warg swoimi. 

Na początku ich pocałunek ostrożnie balansował na samej 

granicy r

ozkoszy,  ale  potem  porwał  nagle  oboje  w  długą, 

upojną podróż. Matt obejmował Christie ciasno ramionami, a 

ona przywarła całym ciałem do niego, oplątując rękoma jego 

szyję i czując, jak powoli przestaje nad sobą panować. 

Matt  jęknął  niespodziewanie  i  Christie dopiero wówczas 

zdała  sobie  sprawę  z  tego,  że  już  od  dłuższej  chwili  ściska 

mocno palcami jego poparzoną skórę. 

- Przepraszam... - 

bąknęła. - Czy to cię zabolało? 

background image

 

88 

Żaden ból nigdy nie sprawił mi większej przyjemności - 

mr

uczał kurtuazyjnie do jej ucha.- Christie, czy nie wydaje ci 

się, że między nami coś... 

Tak, dzieje się coś... Czego być nie powinno. 

- Ale jest. Nic na to nie poradzimy. 

Ucałował sam kącik jej ust, lecz i to wystarczyło, by po jej 

plecach przebiegł błogi dreszczyk. 

-  Nie, nic nie poradzimy...  - 

przeczesywała  palcami  jego 

jedwabistą czuprynę, a on znów ją całował z zapamiętaniem. 

-  Ojej, Matt, co my z tym zrobimy...? - 

westchnęła  po 

chwili, spoglądając na niego w lekkim oszołomieniu. 

Poczekamy  i  zobaczymy,  co  się  dalej  wydarzy  - 

odp

owiedział. - Przecież uwielbiasz rzucać losowi wyzwania, 

prawda? 

- Tak - 

westchnęła, gładząc palcem złocisty zarost na jego 

policzku. - 

Ale jeśli mamy się dowiedzieć, dokąd nas wiedzie 

los, musisz zostać w Red River trochę dłużej. 

Jego  wargi  wędrowały  po  delikatnej muszelce ucha 

Christie. 

Moja śliczna Christie... wróci do Nowego Jorku razem ze 

mną. 

Aż  podskoczyła  z  oburzenia,  po  czym  usiadła  sztywno, 

mocno zaparta obiema dłońmi o materac. 

Przecież  wiesz,  że  to  niemożliwe.  Moje  życie 

n

ieodwracalnie  wiąże  się  teraz  z  tym  miejscem  i  nie 

zaryzykuję utracenia tego, co dopiero zaczęłam budować! 

A moje życie - to Nowy Jork - odpowiedział spokojnie. 

Pocierał  z  czułością  napięte  mięśnie  jej  pleców.  Christie 

jednak tężała jeszcze mocniej pod jego dotykiem. 

-  Gdy

byś  tylko  nie  był  tak  beznadziejnie  uparty,  Matt. 

Sam wiesz, że potrzebna jest ci jakaś zmiana, a przynajmniej 

wakacje. Dlaczego nie chcesz spędzić tu choćby paru tygodni? 

To wszystko, o co proszę. 

background image

 

89 

Wiesz  doskonale,  co  myślą  klienci  o  pośredniku,  który 

je

st  dla  nich  nieosiągalny  choćby  przez  dzień  lub  dwa.  Nie, 

Christie, to ty powinnaś pojechać do Nowego Jorku. 

Christie  patrzyła  wymownie  w  jego  piwne  oczy,  starając 

się  nie  słuchać  tego,  co  mówi,  lecz  jakoś  nakłonić  go  do 
pozostania w Red River. 

A pstrągi, Matt? - szepnęła. - Pamiętasz swoje pstrągi...? 

I nie mogła już powiedzieć nic więcej, bo jego usta znów 

zamknęły  się  wokół  jej  warg  w  namiętnym,  a  zarazem 

subtelnym  pocałunku,  a  jego  dłonie  błądziły  po  jej  twarzy. 

Niejasna przyszłość przestała na chwilę być ważna, tak jakby 

nigdy  nie  miała  zaistnieć.  Liczyła  się  tylko  teraźniejszość  - 

realny, choć graniczący z cudem, krótki moment zatracenia się 

w cudownej przepaści silnych ramion Matta... 

Rozkołysane  dzwony  odezwały  się  gdzieś  w  głowie 

Christie, dalekie 

i  przenikliwe.  Jak  dziwne  doznania  potrafił 

wzbudzić w niej ten mężczyzna! Mimo oszołomienia, w jakie 

wprawił  ją  pocałunek,  stopniowo  zdołało  jednak  do  niej 

dotrzeć,  że  odgłosy  są  całkiem  rzeczywiste,  pochodzą  z 

parteru  i  oznaczają  w  sposób  oczywisty,  iż  ktoś  usiłuje  się 

dostać do domu. 

- Ojej... - 

wyszeptała półprzytomnie. - Muszę zejść na dół. 

- Nie zwracaj na to uwagi.  

Dzwonek odezwał się jeszcze raz, słabo, lecz uparcie. 

To  jacyś  goście  -  stwierdziła  rzeczowo  Christie, 

wyzwalając  się  z  namiętnego  uścisku  i  usiłując  zaprowadzić 

porządek  wśród  zmierzwionej  grzywy  swoich  włosów.  -  Idę 
tam. Matt. 

- Christie... 

Lecz  już  go  nie  słuchała.  Lawirując  zręcznie  między 

meblami,  wydostała  się  szybko  z  pokoju  i  pognała  w  dół, 

przeskakując po dwa stopnie. Należało zyskać trochę dystansu 

do  tego,  co  działo  się  między  nią  a  Mattem  i  spojrzeć  na 

background image

 

90 

sprawy przytomniej. Nieocze

kiwany  gość,  kimkolwiek  był, 

stał  się  w  tej  sytuacji  po  trosze  intruzem,  lecz  i  po  trosze  - 
wybawieniem! 

Przy stoliku recepcyjnym na dole Christie z

astała  dwie 

urocze starsze panie. 

Chciałybyśmy wynająć pokój na jedną dobę- oznajmiła 

pierwsza z nich. - 

Oczywiście pod warunkiem, że nie panuje 

tu jakiś zaraźliwy wirus, kochaniutka, bo wyglądasz na osobę 

rozpaloną  gorączką.  Czy  to  jakieś  przeziębienie?  Adeline 

łatwo się zaraża, zwłaszcza letnią porą! 

To  ty  raczej  wciąż  się  przeziębiasz,  Abigaile  - 

zaoponowała druga staruszka. - Nie zrzucaj tego na mnie.    

Badawczo przyjrzała się Christie. 

Cała  jesteś  rozogniona,  dziewczyno.  Przygotuję  dla 

ciebie pewien specyfik, który powinien ci pomóc. Musisz 

wiedzieć,  że  jestem  znana  z  przyrządzania  skutecznych 

domowych mikstur ziołowych. 

Christie  uśmiechnęła  się  blado.  Gdzieś  na  dnie  duszy 

żywiła  nieśmiałą  nadzieję,  że  rzeczywiście  istnieje  jakiś 

cudowny  środek  na  jej  dolegliwość...  której  imię  brzmiało 
Matt Gallagher. 

 

background image

 

91 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

Przyrządy  do  ćwiczeń  ustawiane  w  pokoju  bawialnym 

zostały właśnie wprawione w ruch przez Christie, która uparła 

się,  by  poddać  swój  brzuch  serii  wymyślnych tortur. Tego 
ranka Ab

igail  i  Adeline  wmusiły  w  nią  tajemniczy  wywar 

nazywany przez nie „kleikiem”

.  Kleik  okazał  się 

ciemnobrązowym,  zawiesistym  płynem  z  osiadłymi  na  dnie 

paprochami  i  jak  dotąd  nie  wywołał  żadnych  pioronujących 

skutków. Christie nadal czuła się dość nieswojo po bezsennej, 
nie

spokojnej  nocy,  wypełnionej  fantazjowaniem  na  temat 

Matta. 

Winowajca  nie  pojawił  się  jeszcze  na  dole  i  Christie, 

chcąc nie chcąc, wsłuchiwała się w każdy dźwięk, który choć 

trochę przypominał odgłos kroków na schodach. Dlaczego nie 

mogła przestać o nim myśleć? 

Ćwiczyła  zapamiętale,  starając  się  całym  wysiłkiem 

mięśni  wyrzucić  z  duszy  przedmiot  jej  rozmyślań.  Coś 

zaszeleściło  w  okolicy  schodów  i  Christie  zamarła  w  pół 

ruchu.  Wbrew  przypuszczeniom  zamiast  Matta  wkroczył  do 
bawialni Gomez, toc

ząc przed sobą papierową kulę. 

Ty ptasi móżdżku! - parsknęła Christie. - Przepraszam, 

Gomez,  nie  miałam  na  myśli  ciebie  -  zaznaczyła.  - 

Powiedziałam  to  oczywiście  do  siebie.  Czy  nie  uważasz,  że 

rozsądna,  dorosła  kobieta  powinna  odznaczać  się  większą 
od

pornością na męskie piegi? 

Gomez turlał się po podłodze, walcząc z kłębkiem papieru 

przednimi  łapami.  Znużona  Christie  podniosła  ręcznik  na 

wysokość  twarzy,  lecz  przekonawszy  się,  że  nie  mana  czole 

ani  jednej  kropelki  potu,  odrzuciła  go  z  niesmakiem.  Matt 

Gallagher  najwidoczniej  wpływał  paraliżująco  na  wszystkie 

gruczoły  jej  ciała.  Pochyliła  się  i  odebrała  kotu  zmięty 

kawałek  papieru,  nie  zważając  na  jego  protesty.  Usiadła  na 

background image

 

92 

kanapie,  bezmyślnie  rozprostowując  i  wygładzając  kartkę. 

Wypełniały  ją  ciasne  rządki  odręcznego  pisma,  upstrzone 

gdzieniegdzie  kleksami,  które  spłynęły  z  jakiegoś 

nieszczelnego  pióra.  Christie  przystąpiła  do  cierpliwego 

odcyfrowywania gryzmołów. 

Gdy przeczytała całą stronę, wyprostowała się czujnie na 

kanapie  i  z  rosnącym  podnieceniem  przebiegła  wzrokiem 

całość jeszcze parę razy. Wreszcie poderwała się z miejsca i 

pognała do kuchni, nie wypuszczając kartki z ręki. Wiedziała 

już, co począć z tym fantem! 

Po upływie może dziesięciu minut pukała do drzwi pokoju 

Matta, podtrzymując ostrożnie drugą ręką tacę ze śniadaniem. 
Nie 

usłyszawszy  żadnej  odpowiedzi,  ostrzegawczo  zapukała 

ponownie, po czym sforsowała drzwi i wpłynęła do pokoju. 

Co  tam,  do  ciężkiego  czorta?!  -  Matt  podniósł  głowę 

znad sosnowego biurka w rogu pokoju. Podłogę wokół niego 

zaścielały  sterty  zmiętych  kartek.  Sam  Matt  przypominał 

żywcem  potarganą  przez  kota  papierową  kulę,  w 

niemiłosiernie  wymiętoszonej  koszuli,  ze  sterczącymi  na 

wszystkie  strony  włosami  i  mętnym  spojrzeniem 
zaczerwienionych oczu. 

Dobry  Boże!  -  powiedziała  Christie,  stawiając  tacę  na 

komodzie. 

Matt ostentacyjnie pochylił się nad biurkiem. 
- Co ty tu robisz? - 

gderał. 

W  twój  rachunek,  jak  wiesz,  wliczone  jest  śniadanie  i 

czysta pościel. Wygląda na to, że pościeli nie używasz, a na 

śniadanie  nie  raczysz  zejść.  Chcę,  żebyś  wiedział,  za  co 

płacisz. 

Tacę  ozdabiał  flakonik  z  bukietem  świeżych  fiołków. 

Christie, wdychając z przyjemnością ich miły aromat, zabrała 

się  do  smarowania  dżemem  grzanek  z  żytniego  chleba.  Do 

miseczki  z  waniliowym  jogurtem  dodała  kilka  plastrów 

background image

 

93 

brzoskwini,  a  w  salaterce  z  owsianką,  posłodzoną  miodem, 

ulokowała  zachęcająco  łyżkę.  Matt  wyglądał  na  skrajnie 

wyczerpanego  i  zapewne  nie  podołałby  sam  wszystkim  tym 

czynnościom. 

Jedz,  proszę  -  nakazała,  dosuwając  do  blatu  komody 

jedno  z  krzeseł.  Matt  wahał  się  chwilę,  w  końcu  jednak 

podszedł, a pochłonąwszy pierwszą grzankę, nie umiał się już 

zatrzymać.  Z  wysokości  okiennego  parapetu  Christie 

obserwowała go zadowolona, a doczekawszy momentu, kiedy 

najwyraźniej nasycił pierwszy głód, wyjęła z kieszeni szortów 

zmiętą kartkę i zaczęła nią powiewać w powietrzu. 

To jest bardzo obiecujące, Matt - oznajmiła. - Naprawdę 

świetne!  Podobały  mi  się  nawet  te  wiatraki  nabazgrane  na 
marginesach - 

wskazała rysuneczki pokrywające brzeg strony. 

Skąd  to  masz?  -  Matt  dwoma  susami  znalazł  się  przy 

niej. Wyrwał jej z ręki papier. 

Rany  boskie,  to  nie  miało  nigdy  ujrzeć  światła 

dziennego, to są zwykłe brednie! 

Ależ Matt, masz świetne pióro! - protestowała Christie. 

Usadowiła się na krześle za biurkiem, rozprostowując kolejne 

wymięte kartki papieru. 

Twoje  pisanie  ma  w  sobie  ogień.  Sam  wiesz,  jak 

obrzydła  mi  giełda,  a  jednak  kiedy  czytam  to,  co  o  niej 

napisałeś, znowu jestem na Wall Street, wbrew swojej woli. I 
znowu mi przebiega po plecach dreszczyk, który musi poc

zuć 

każdy, kto się o to otarł choć raz... 

- Bzdura - 

urwał, mnąc kartkę w dłoni i wolno pochodząc 

do  biurka.  Spojrzał  w  zamyśleniu  na  papiery,  a  potem  na 

dziewczynę. 

Czy naprawdę przekonuje cię moja idea? - zapytał. 

Wierzysz,  że  giełda  może  znowu  stać  się  miejscem 

szlachetnego  wyścigu,  polem  wielkiej  gry,  której  reguły 

byłyby  uczciwe  i  jednakowe  dla  wszystkich  -  mówiąc  to, 

background image

 

94 

gestykulował żywo. Promieniował jakąś wielką energią, jakby 

na przekór swoim zmęczonym oczom i wymiętemu ubraniu. 

- Tak - 

powiedziała Christie cicho. - Rozumiem cię, Matt, 

nawet nie wiesz, jak dobrze. Giełda wiele dla ciebie znaczy, 

prawda?  Dla  mnie  była  właściwie  tylko  miejscem  pracy,  ale 

dla ciebie jest wyraźnie czymś więcej. 

Mam  ją  we  krwi,  Christie.  Dlatego  widzę  tak  dobrze 

wszys

tkie łajdactwa, całe to przekupstwo i nie umiem przejść 

obok  obojętnie.  Giełda,  powtarzam,  to  fascynująca  gra  -  jak 

football czy baseball, ale należy grać fair. 

Christie  nie  odzywała  się  przez  długą  chwilę.  Zaczynała 

coraz lepiej rozumieć Matta. Lecz mimo to czuła rodzący się 
w niej bunt. 

Rzuć to wszystko w diabły, Matt - powiedziała, patrząc 

mu w oczy. - 

Pomyśl,  że  mógłbyś  łowić  pstrągi  i  mieć  ten 

swój wymarzony kawałek ziemi. 

Położył się na łóżku, podkładając pod głowę obie dłonie. 

Nie można mieć wszystkiego, Christie. Zawsze musimy 

coś wybierać, a z czegoś rezygnować. 

- A ja mam tu wszystko - 

twierdziła uparcie. 

W  Red  River  mam  dokładnie  wszystko,  co  jest  mi 

potrzebne do szczęścia. 

Matt uniósł głowę, by na nią spojrzeć. 

Może  najtrudniejszy  wybór  masz  wciąż  jeszcze  przed 

sobą... 

Christie wstała gwałtownie, odsuwając krzesło. Nie miała 

ochoty zastanawiać się nad perspektywą trudnych życiowych 

wyborów, zbyt wiele wysiłku włożyła w stworzenie swojego 

nowego świata. 

-  Jedno wiem na pewno, Matt. Powinie

neś  nadal  pisać, 

skoro raz zacząłeś. 

Roześmiał się sucho, sceptycznie. 

background image

 

95 

Nie  mam  złudzeń  co  do  siebie  i  swojej  pisaniny. 

Próbowałem po prostu uporządkować na papierze parę myśli. 

Zresztą wracam do Nowego Jorku, a tam nie znajdę ani chwili 
na pisanie. 

- I b

ędzie to twój kolejny błędny wybór, kolejny fałszywy 

krok! Tak nie można postępować z sobą samym, Matt. 

A więc powiedz mi jak - odparł, ziewając dyskretnie. - 

Zestaw  razem  wszystkie  te  sprawy:  giełdę,  pstrągi,  ciebie, 

kopalnie  złota,  to  cholerne,  zwariowane pisanie, które 

rozpocząłem...  Złóż  to  wszystko  do  kupy  tak,  aby  jedno 

pasowało do drugiego, a wszystko razem miało sens. Wtedy ci 

uwierzę. 

Christie żywiła mieszane uczucia wobec umieszczenia jej 

osoby na tej liście. Sklasyfikowana została na trzeciej pozycji, 

tuż  za  rybami,  co  nie  przynosiło  jej  zaszczytu,  niemniej 

ogarnęło ją lekkie wzruszenie na myśl, że jakoś zaistniała w 

życiu Matta... 

Może lepiej prześpij się trochę... - poradziła i popchnęła 

go jednym palcem, a on runął płasko na plecy, bezwładnie jak 

worek. Nakryła go troskliwie kołdrą. 

O  rany,  pięknie  wyglądasz  w  tym  podkoszulku  - 

wymruczał. - Nie miałabyś ochoty przyłączyć się do mnie? 

Poprawiła  z  godnością  ramiączka  swojej  gimnastycznej 

koszulki i wycofała się na bezpieczne pozycje. 

-  Hmmm

...  Moi  nowi  goście  mają  dziś  zamiar  nauczyć 

mnie  uprawy  ziół  w  ogrodzie,  więc  lepiej  zajmę  się  teraz 
majerankiem. 

Szkoda. Miałem nadzieję, że nadrobimy straconą noc... 

Christie przełknęła ślinę. Matt, rozczochrany i nieogolony, 

wyglądał jeszcze bardziej pociągająco niż zwykle, zerkając tak 

na  nią  znad  rąbka  kołdry.  Była  w  rozterce...  Miała  ogromną 

ochotę przytulić się do niego choćby na kilka chwil, na kilka 

background image

 

96 

godzin,  ale  czy  aby  nie  będzie  potem  cierpiała?  Może  Matt 

miał jednak trochę racji - życie to pasmo trudnych wyborów... 

Powieki  Matta  opadły  ciężko  i  zapadł  w  sen  równie 

niespodziewanie jak poprzedniego dnia w lesie. Christie 

uśmiechnęła  się  do  siebie  z  ulgą,  a  zarazem  odrobiną  żalu. 

Zaczekała  jeszcze,  by  wsłuchać  się  w  równy  rytm  jego 
oddechu i cich

utko wymknęła się z pokoju. 

Tego samego dnia po południu Christie z niejakim trudem 

usiłowała  zbadać  własne  odbicie  w  łazienkowym lustrze. 

Skutecznie uniemożliwiał jej to żeglujący od brzegu do brzegu 

zwierciadlanej  tafli  ogon  Vincenta.  Kot,  nie  wiedząc  czemu, 

postanowił  przechadzać  się  w  tę  i  z  powrotem  po  półce  na 

kosmetyki.  Christie  prawie  po  omacku  próbowała  pokryć 

powieki cienką warstwą fioletu. Wreszcie Vincent szczęśliwie 

zwinął  się  w  kłębek  i  zeskoczył,  a  dziewczyna  mogła 

przyjrzeć się sobie bez przeszkód. 

Wyglądała  okropnie.  W  niczym  nie  pomogły  nałożone 

cienie,  szpecące  jej  powieki  dwoma  nieforemnymi  kleksami. 

Dlaczego była aż tak przejęta i roztrzęsiona? 

-  To tylko randka - 

powiedziała  do  Vincenta.  -  A nawet 

nie całkiem randka. Szczerze mówiąc, prawie wymusiłam na 

nim to dzisiejsze pójście na tańce. 

Vincent  wydawał  jakieś  obojętne  pomruki.  Jego  pani 

westchnęła i z rezygnacją przetarła powieki wacikiem. Dzisiaj 

spędzi ostatni wieczór z Mattem... Chciała, by wydarzyło się 

coś szalonego, co oboje zapamiętają na długo i co będzie im 

towarzyszyć, gdy rozejdą się ich drogi. Nie była pewna, czy 
akurat square dance jest sam w sobie wyczynem dostatecznie 

brawurowym,  ale  nic  innego  nie  przyszło  jej  do  głowy,  w 

której  kołatały  niczym  uparty  refren  słowa:  „to ostatni raz, 
ostatni raz”... 

-  On nic dla mnie znaczy - 

mówiła  do  siebie.  -  Nie 

jesteśmy nawet przyjaciółmi i właściwie niewiele nas łączy. 

background image

 

97 

Nie brzmiało to jednak przekonująco. Wytarła chusteczką 

resztki kremu z twarzy, pomalowała rzęsy czarnym tuszem i 

zdecydowała się na tym poprzestać. 

Kreację na dzisiejszy wieczór przygotowała pieczołowicie 

już  wcześniej  -  bluzkę  z  jasnobłękitnego  szyfonu  z 

ekstrawaganckimi  frędzelkami  przy  karczku,  płócienną 

spódnicę w głębokie fałdy do pół uda i buty z drogiej, lśniącej 

skóry.  Ubrała  się  z  wyjątkową  starannością,  po  czym 

rozczesała  włosy  szczotką,  aż  spłynęły  bujną  falą  do  pasa. 

Teraz pozostało tylko rozejrzeć się za Mattem. 

Znalazła go w salonie. Prezentował się tak imponująco, że 

aż oparła się o framugę drzwi, by złapać równowagę i lepiej 

mu  się  przyjrzeć.  Jego  szeroki  tors  opinała  westernowa 

koszula zapinana na perłowe zatrzaski. Dżinsy przytrzymywał 

nisko na biodrach pas z ogromną, srebrną klamrą w kształcie 

głowy  byka,  na  nogach  miał  efektowne,  tłoczone  we  wzory 

wysokie  kowbojskie  buty.  Największe  jednak  wrażenie 

wywarł  na  Christie  rewelacyjny,  wielki  kapelusz.  Nie  miała 

żadnych  wątpliwości,  że  oto  idzie  na  tańce  z 

najprzystojniejszym,  najbardziej  wystrzałowym  facetem  w 

całym mieście. 

Będę  zgadywać  -  powiedziała  kokieteryjnie.  - 

Odwiedziłeś  sklepik  Mary  Bell  z  rekwizytami  z  Dzikiego 
Zachodu i 

kupiłeś specjalny kostium do square dance. 

Matt  zdjął  z  głowy  kapelusz  i  spojrzał  nieufnie  w  jego 

przepastną  głębinę,  jakby  spodziewał  się  tam  wypatrzyć 
przyczajonego grzechotnika. 

Nie wiem, co się ze mną dzieje - westchnął. - Zupełnie 

przestaję nad sobą panować. 

Christie podeszła blisko i ponownie osadziła kapelusz na 

jego głowie. 

Co by to nie było, bardzo ci w tym do twarzy...  

Spoglądał na nią w pełnym podziwu napięciu. 

background image

 

98 

Ty  za  to  jesteś  naprawdę  piękna,  Christie  -  przyznał.  - 

Wyglądasz  wspanialej  niż  kiedykolwiek  -  wygłosił  ten 
komplement w rutynowo-maklerskim tonie, lecz Christie i tak 

się zarumieniała. 

Tworzymy dziś wieczór szałową parę - starała się udać 

nons

zalancję. - Możemy już iść? 

Na  drzwiach  frontowych  Christie  przyczepiła  odręcznie 

napisa

ną karteczkę: „Poszłam na tańce”. 

Kto  będzie  doglądał  gospodarstwa  pod  twoją 

nieobecność? Może koty? - zapytał Matt ironicznie. 

Zwykle zostawiam drzwi otwarte, więc moi goście mogą 

swobodnie wchodzić i wychodzić, kiedy tylko sobie życzą. - 

Christie uważała, że to najlepsze z możliwych rozwiązań. 

Może ktoś nowy będzie chciał się zameldować i odejdzie 

z niczym. 

Trudno. Nie miałam serca prosić Lisy o zastępstwo, ona 

też chciała potańczyć. 

I ty oczywiście również musisz tam iść. 

Oczywiście - przyznała. - W przeciwnym razie ty byś nie 

szedł i pomyśl sam, jak wiele byś stracił! 

O,  tak.  Byłaby  to  strata  nie  do  odrobienia...-  odrzekł  z 

jawną kpiną. - Te podskoki wokół parkietu, jak mógłbym to 

sobie darować? 

To  samo  pomyślałam  i  ja,  takiej  okazji  nie  można 

darować! 

Zatrzymała  się  na  chwilę,  by  poprawić  doniczkę  z 

geranium na skraju werandy. 

Gdy dobrze ci się przyjrzeć, widać od razu, że wcale nie 

jesteś  tak  w  stu  procentach  pochłonięta  tym,  co  tu  robisz. 

Sprawiasz  wrażenie,  że  mogłabyś,  jak  motylek,  przeskoczyć 

już na jakiś inny kwiatek. 

Christie wyprostowała się i strzepnęła z palców ziemię. 

background image

 

99 

Nic  podobnego.  Jestem  bardzo  przywiązana  i  do  tego 

miejsca,  i  do  całego  mojego  nowego  życia.  Po  prostu  zbyt 

wiele czasu spędziłam przykuta do biurka w gabinecie, który 

był  dla  mnie  jak  więzienie.  Teraz  muszę  nacieszyć  się 

wolnością! 

Nie  mam  ci  za  złe,  że  wychodzisz  sobie  wieczorem 

potańczyć, mam tylko wrażenie, że trzymasz zbyt wiele srok 

za ogon. Kiedy snuje się za dużo planów na raz, niczego nie 

da się zrobić do końca dobrze. Twój interes może ucierpieć na 
takim traktowaniu. 

Znowu  udało  się  Mattowi  trafić  w  czuły  punkt, 

wypowiedzieć  głośno  to,  co  w  skrytości  ducha  trapiło  samą 

Christie.  Ale  nie  dopuszczała  do  siebie  myśli,  że  coś 

rzeczywiście mogłoby się nie udać. 

Darujmy więc sobie tę dyskusję - przyspieszyła kroku, a 

zapadający  zmierzch  obrysowywał  głębokim  cieniem  jej 

sylwetkę. - Mój pensjonat prosperuje znakomicie. I poza tym 

wszystko w moim życiu układa się nieźle. 

Jeśli tak twierdzisz... - Matt człapał dość niezgrabnie tuż 

za nią w nowych kowbojskich butach. 

Dość  dobrze  się  składa,  że  jutro  wyjeżdżasz  - 

powiedziała  Christie.  -  Oboje ostatnio gramy sobie na 
nerwach, prawda? 

Tak, ale cóż to za niezwykła symfonia, którą tworzymy 

w duecie. 

Serdecznym gestem ujął jej dłoń i szli w zgodnym rytmie. 

Christie zdziwiło, jak bardzo naturalną rzeczą okazało się dla 

niej  tak  iść  za  rękę  z  Mattem,  który  właśnie  pogwizdywał 

jakąś  nieznaną melodyjkę,  wykazując  przy tym  katastrofalny 

brak słuchu. 

Skąd  nagle  twój  świetny  humor?  -  zapytała  obojętnie, 

starając się nie okazać, jak bardzo jest zadowolona. 

Nie mam pojęcia. Dobrze mi i już. 

background image

 

100 

Wieczór  zapowiadał  się  wyjątkowo  pięknie,  niebo  miało 

głęboki,  ametystowo-błękitny  odcień,  a  chłodny  wietrzyk 

figlował  wśród  porastających  wzgórza  drzew.  Lotem  strzały 

przeszywały  powietrze  kolibry,  zwabione  zawartością 
karmników umieszczonych na werandach domów przez 

życzliwych  gospodarzy.  Zawieszały  swe  drobne  ciałka  w 

powietrzu,  by  wypić  słodki,  czerwony  nektar,  po  czym 

ulatywały w powietrze. 

Zaczekaj,  czy  jeszcze  słyszysz?  -  szepnęła  Christie, 

pociągając Matta za rękę, by się zatrzymał. - O, teraz! 

Wsłuchiwał  się  przez  długą  chwilę,  po  czym  pokręcił 

głową przecząco. 

Nie, nie słyszę. 

To kolibry. Wywołują leciutkie drżenie powietrza, ledwo 

zauważalną  wibrację,  która  ma  prawie  własną  melodię, 

posłuchaj dobrze... 

Na twarzy Matta malował się bezowocny wysiłek. 

Jaka szkoda, że nie możesz tego słyszeć... Gdybyś został 

w Red River choć parę dni dłużej, na pewno byś w końcu się 

wsłuchał. W tym mieście jest mnóstwo kolibrów. 

Szli dalej i teraz Matt wyglądał na mocno zadumanego. 

Wiesz Christie, miewam momenty, w których czuję, że 

powinienem zo

stać  w  Red  River  tydzień  lub  dwa.  A,  może 

nawet  dłużej...  Ale  to  absolutnie  niemożliwe. Oboje  musimy 

jutro polecieć do Nowego Jorku. 

O, nie. Proszę cię, przestań... 

To  nieuniknione,  dziewczyno  i  musisz  się  z  tym 

pogodzić.  Wszystko  zresztą  przygotowane.  Mam nawet bilet 
dla ciebie. 

Wyrwała  dłoń  z  jego  dłoni  i  spojrzała  na  niego  z 

najwyższym oburzeniem. 

Macie Gallagher, jesteś podstępnym, zdradliwym... 

background image

 

101 

Nie złość się. Miejsce w samolocie zarezerwowałem dla 

ciebie jeszcze w Nowym Jorku, zanim tu przylec

iałem. 

Myślisz  może,  że  to  cię  usprawiedliwia?  Właściwie  to 

nie  powinnam  się  niczemu  dziwić.  Szczerze  mówiąc,  od 

początku  spodziewałam  się  po  tobie  jakiejś  nikczemnej 

intrygi.  Lecz  niestety  twój  plan  nie  wypali.  Możesz  sobie 

wyrzucić ten bilet. 

Gwałtownie  skręciła  w  prawo  w  Main  Street  i  zostawiła 

Matta daleko w tyle. W gruncie rzeczy to, że wyprowadził ją z 

równowagi,  było  jej  nawet  na  rękę.  Takie  podnoszące  na 

duchu  otrzeźwienie  stanowiło  silną  broń  przeciw  urokowi 
Matta. 

Dołączył  do  niej,  nie  wspominając  więcej  o  Nowym 

Jorku. Szli w pełnym napięciu milczeniu. Christie postanowiła 

mieć  się  na  baczności  na  wypadek  dalszych  prób  ataku. 

Dodawała sobie otuchy myślą, że z pewnością stawi im czoła 

bo  tym  razem  Matt  Gallagher trafił  na  przeciwnika  równego 
sobie! 

Wiele domów przy Main Street zostało zaprojektowanych 

i zbudowanych w stylu alpejskim. Również budynek Centrum 

Kulturalnego 

Red 

River 

miał 

podobny 

kształt, 

charakterystyczny stromy dach z gontów i drewniane 

rzeźbienia.  Matt  zawahał  się  przed  przestąpieniem progu 

drzwi, do których tak zdecydowanie przywiodła go Christie. 

Posłuchaj...  - zaczął.  -  Muszę  ci  wyznać, że nie  jestem 

zbyt  dobrym  tancerzem.  Właściwie  mam  dwie  lewe  nogi.  A 

nawet chwilami w tańcu mogłoby się wydawać, że mam trzy 
lewe nogi. Obawi

am się, że ten wieczór będzie... 

Christie  złapała  go  pod  ramię  i  wepchnęła  do  środka.  Z 

satysfakcją  stwierdziła  po  chwili,  że  wiele  osób,  które 

przyszły  dziś  wieczorem  potańczyć,  formowało  już  ścisłe 
grupki na wywoskowanej pod

łodze sali balowej. Zanim Matt 

zdążył  się  dobrze  rozejrzeć,  ujęła  go  mocno  za  rękę  i 

background image

 

102 

pociągnęła  w  kierunku  stojącej  nieopodal  Lisy  i  jej 

szczupłego, kędzierzawego towarzysza. 

Cześć Lisa, cześć Stan - zawołała radośnie. 

Potrzebujemy jeszcze tylko dwóch par. O, właśnie idą! 

Wygląda na to, że jesteśmy w komplecie! 

Matt robił wszystko, by wydostać swe palce z żelaznego 

uścisku,  ale  Christie  przezornie  uchwyciła  obiema  rękami 

przegub jego dłoni, unieruchamiając go na dobre, nawet lepiej 

niż policyjne kajdanki. 

Lisa  na  ten  widok  w  najwyższym  zdumieniu  uniosła  do 

góry brwi, lecz roztropnie powstrzymała się od komentarza. 

Parę  kroków  dalej,  na  podeście,  szykowali  się  do  gry 

członkowie Górskiej Sekcji Instrumentów Smyczkowych Jeba 

Randalla. Jeden z nich stroił banjo, a sam słynny Jeb właśnie 

lokował  skrzypce  na  właściwym miejscu -  pomiędzy 

ramieniem a pokrytym siwizną podbródkiem. Po chwili uniósł 

w  górę  smyczek  i  pochylił  nisko  łysą  głowę.  Na  ten  sygnał 

orkiestra  wystartowała  z  dyskretnym  preludium  w  rytmie 
country. 

A więc panowie, czas złożyć ukłon partnerkom - zanucił 

Jeb  do  mikrofonu  piskliwym  głosem.  -  A wy, drogie panie, 

dygnijcie wdzięcznie i bierzemy się za rączki! Kółko w lewo i 

jedno za drugim, obracamy się! 

Ósemka tancerzy w grupie Christie i Matta po

słusznie 

ruszyła  w  koło.  Christie  w  każdym  razie  miała  nadzieję,  że 

jest ich nadal ośmioro. Dyskretnie obejrzała się za siebie, żeby 

sprawdzić, czy Matt wciąż jeszcze tam jest. Był! I dreptał tuż 

za nią z buntowniczym wyrazem twarzy. 

Czuję  się  jak  głupek  -  biadolił  głośno.  Christie 

uśmiechała się do niego zachęcająco. 

W końcu na pewno cię to porwie, przekonasz się. Staraj 

się poddawać nastrojowi! 

background image

 

103 

Te  słowa  niespecjalnie  go  przekonały,  ale  też  stało  się 

jasne, że po męsku zdecydował stawić czoła wyzwaniu. 

Jeb nadal wodził rej, nie przestając uderzać smyczkiem w 

struny skrzypiec. 

Ludziska  kochani,  przesuwamy  się  do  przodu  przed 

partnerki, tak jest! Obracamy się wokół naszej damy, w lewo 

zwrot i przeplatanka w drugą stronę! 

Nadszedł  moment,  gdy  panowie  mieli  przechodzić 

naprzemienn

ie  w  koło,  w  kierunku  odwrotnym  do  pań. 

Christie musiała naprowadzić Matta na właściwą drogę i lekko 

go pchnąć, by ruszył w odpowiedniej chwili. Poszło mu to w 

zasadzie  gładko,  tyle,  że  wyciągnął  lewą  dłoń  wtedy,  gdy 

powinien  prawą,  a  prawą  gdy  powinien  lewą.  Dziewczęta 

wybaczały mu to jednak bez wahania. Lisa miała wypisane na 

twarzy  najwyższe  uznanie  za  jego  występ,  a  Suzanne  Block 

tak  długo  nie  wypuszczała  jego  dłoni  z  własnej,  że  reszta 

tańczących mało nie utknęła w martwym punkcie. 

Wkrótce Matt i Chris

tie znów znaleźli się razem w parze. 

-  Fantastycznie, co? - 

rzuciła  Christie,  korzystając  ze 

sposobności.  Przestępowała  z  nogi  na  nogę,  kołysząc  się  w 
takt muzyki. 

Jest to przyjemność mniej więcej porównywalna do gry 

w kręgle, zwłaszcza wtedy, kiedy ciężka kula przetoczy ci się 
po palcach. 

Christie miała ogromną ochotę rozwinąć ten temat, bo gra 

w kręgle należała od niedawna do kilku jej ulubionych zajęć. 

Lecz Jeb zarządził właśnie kolejną figurę: 

Obracamy  partnerkę  dokoła,  jeszcze  raz,  jeszcze! 

Spójrzm

y, jaka ładna dziewczyna nam się trafiła! 

A  więc  dobrze,  zobaczymy,  co  się  da  zrobić...  - 

oświadczył  w  wielkim  skupieniu.  -  Uwaga, ruszamy na 

całego! 

background image

 

104 

Z dużym rozmachem obrócił Christie w koło raz, jeszcze 

raz i jeszcze, aż musiała oprzeć się o jego ramię, by nie upaść. 

Roześmiała się teraz, uszczęśliwiona i wyraźnie zasmakowała 

w uścisku jego silnych ramion. 

Jesteś arcymistrzem! - rzuciła, z trudem łapiąc oddech. - 

Naprawdę! 

Nie odpowiadał, tylko wpatrywał się z bliska w jej oczy, 

jakby  wirowali  zupełnie  sami  w  jakimś  bardzo  intymnym 

tańcu. Wszystko dokoła Christie zlało się w jedną, kolorową 

smugę,  zatarły  się  kształty  i  barwy,  wszystkie  z  wyjątkiem 

twarzy  Matta.  Był  centralnym  punktem,  ogniskującym  całą 

rzeczywistość,  jego  złoto-brązowe  oczy  płonęły  czystym, 

głębokim płomieniem. Chciała mieć go tak blisko przy sobie 

już na zawsze i nigdy nie pozwolić mu odejść. Nigdy... 

Ale Jeb właśnie dyktował kolejne figury i Christie wbrew 

własnej  woli  wylądowała,  wciąż  wirując,  w  obcych 

ramionach, a to już nie było to samo. Te czary, które działy się 

przed chwilą,, wymagały obecności Matta i tylko jego... 

Jakiś  czas  później  Górska  Sekcja  Smyczków  urządziła 

sobie przerwę, a z gramofonu popłynęła rzewna ballada. Ktoś 

przykręcił  światła  tak,  że  zapanował  półmrok  i  grupy 

tańczących  rozpadły  się  na  wolno  snujące  się  pary.  Christie 

miała Matta znów tylko dla siebie i znów zatonęła bez reszty 

w uścisku jego ramion. 

-  Christie  - 

szeptał,  zanurzywszy  twarz  w  jej  włosach.  - 

Jak  tak  dalej  pójdzie,  nie  będę  cię  odstępował  ani  na krok. 
Lojalnie ostrzegam... 

Przytuliła  policzek  do  ciepłego  zagłębienia  nad  jego 

obojczykiem. 

O  to  właśnie  chodzi,  Matt  -  westchnęła  rozmarzona.  - 

Tak trzymać! 

Przyciągnął ją do siebie i jeszcze ciaśniej objął ramionami, 

pieszcząc ustami koniuszek jej ucha. 

background image

 

105 

-  Musimy pomów

ić  o  tym,  co  wydarzy  się  jutro  - 

powiedział cicho. - Nie uciekniemy od tego. 

Odsunęła się leciutko, żeby móc na niego spojrzeć. 

Proszę  cię,  Matt.  Zapomnijmy  o  tym  już  dziś  wieczór. 

Tak mało czasu nam zostało... Dla siebie... Nie psujmy tego. 

Jutro  będziemy  razem,  jeśli  wsiądziesz  ze  mną  do 

samolotu.  Christie,  posłuchaj  mnie,  posłuchaj  choć  raz. 

Obserwowałem cię pilnie przez cały weekend i przyglądałem 

się  twojemu,  jak  to  nazywasz,  nowemu  życiu.  Z  całym 

przekonaniem  twierdzę,  że  nie  znajdziesz prawdziwego 
spokoju, zanim nie spojrzysz swojemu ojcu jeszcze raz w 
oczy. 

Dość - Christie westchnęła ciężko. - Nie chcę pamiętać o 

moim ojcu, zwłaszcza dzisiaj. Dzisiaj istniejemy tylko my... 

Twój ojciec wysłał mnie tu, żebym cię powstrzymał od 

dalszej ucieczki. I zrobię to, do diabła, nie pozwolę na kolejne 
uniki z twojej strony. 

- No tak - 

parsknęła z goryczą. - Jak mogłam zapomnieć. 

Przyjechałeś od Red River z misją specjalną. Jestem dla ciebie 

problemem do rozwiązania, zawalidrogą, którą trzeba usunąć. 

Widzisz we mnie tylko Mary Christine Daniels, marnotrawną 

córkę potężnego ojca. Ale to nie jestem ja. Ja jestem już kimś 

zupełnie innym! 

Wyplątała  się  z  jego  uścisku  i  obróciwszy  się  na  pięcie 

wybiegła  z  sali  w  rozgwieżdżoną  noc.  Biegła  szybko przed 

siebie,  aż  do  niewielkiego  mostu  na  rzece.  Tam  zatrzymała 

się, oparła bezwładnie o barierę i spojrzała w dół na spienioną 

wodę.  Z  trudem  łapała  oddech.  Po  chwili  za  jej  plecami 

zaskrzypiała jakaś deska i Christie, nawet nie oglądając się za 
siebi

e, wiedziała, że to Matt. 

-  Christie  - 

zaczął  cicho.  -  Przecież  ja  wiem,  jaka  jesteś 

naprawdę.  Jesteś  ciepłą,  piękną  kobietą.  Kipiącą  życiem, 

atrakcyjną,  intrygującą...  Wszystko  to  widzę.  Ale  widzę  też, 

background image

 

106 

jak  się  niepotrzebnie  męczysz  z  powodu  bezsensownego 
zerwania z ojcem. 

Dłoń  Christie  ześlizgnęła  się  po  barierce  w  geście 

bezsilności. 

Widzisz  dla  mnie  jedno  łatwe  rozwiązanie,  prawda, 

Matt?  Wrócę  do  Nowego  Jorku,  przekonam  go,  żeby  nie 

rozwiązywał firmy, odnajdę spokój sumienia, a tobie ułatwię 

dalszą karierę. 

Już  ci  mówiłem,  że  nie  widzę  żadnego  łatwego 

rozwiązania  tej  sytuacji.-  Wyraźny  odcień  smutku  zabrzmiał 

nieoczekiwanie  w  jego  głosie.  -  Odkąd  cię  poznałem,  cały 

chaos mojego życia jeszcze się pogłębił. Co pocznę z sobą po 

wyjeździe  stąd  -  naprawdę  nie wiem, pal licho! Jedno, co 

wiem  na  pewno  to,  że  musisz  zobaczyć  się  z  ojcem...  Dla 
siebie samej przede wszystkim, nie dla mnie. 

Wciąż  nic  nie  rozumiesz!  -  Christie  w  napięciu 

wpatrywała się w jego twarz, próbując rozeznać w ciemności 
jego rysy. 

-  Ost

atniego  dnia  przeżyłam  prawdziwe  piekło.  Żeby  w 

ogóle stanąć twarzą w twarz z nim w jego biurze, musiałam 

pokonać  potworny,  paraliżujący  strach,  a  potem  przestałam 

zupełnie  nad  sobą  panować.  Cały  nagromadzony we mnie 

gniew nagle eksplodował. Zachowywałam się jak kilkuletnie 

dziecko  w  napadzie  wściekłości,  tupiące  i  rzucające  się  na 

ziemię.  Wrzeszczałam  na  niego...  A  on  po  prostu  siedział. 

Spokojny  i  chłodny,  znosił  to  wszystko  w  milczeniu.  Nawet 

się  lekko  uśmiechał,  tym  swoim  wyniosłym  uśmieszkiem, 
który m

a przekonać otoczenie, że on i tak wygra, że i tak ma 

rację.  Więc  w  końcu  uciekłam  stamtąd.  Stało  się  dokładnie 

tak, jak powiedziałeś, Matt - dałam nogę, zwiałam! A potem 

nie  odpowiadałam  na  jego  telefony  ani  na  listy  z  obawy,  że 

zdoła mnie złamać. Aż w końcu przysłał tu ciebie... - zamilkła, 

schrypnięta jakby już same te słowa kaleczyły jej gardło. 

background image

 

107 

Matt oparł się o barierę mostu tuż przy niej. 

To  nieprawda,  że  jesteś  słaba,  jesteś  bardzo  silna.  I 

powinnaś to udowodnić swojemu ojcu, spotkać się z nim po 
r

az  pierwszy  jak  ktoś  dorosły  i  dojrzały.  Dopóki  będziesz 

dawała  mu  się  zastraszyć,  dopóty  on  będzie  miał  nad  tobą 

władzę  i  nie  wywalczysz  prawdziwej  wolności. Nawet  jeżeli 

przejedziesz następne dwa tysiące mil. 

Zamknęła oczy, wsłuchana w szum wody kłębiącej się pod 

mostem  w  pełnym  wirów  nurcie.  To,  co  mówił  Matt,  było 

prawdą, i tym bardziej ją raniło. Zdawała sobie sprawę z tego, 

że  wyjechała  z  Nowego  Jorku  jako  zbuntowane, zranione 
dziecko, nie 

jak  ktoś  wolny  i  dojrzały.  Ale  powrót  tam 

oznaczałby dramatyczną konfrontację własnych, wątłych sił z 

potężną i niezłomną wolą ojca. Ta perspektywa ją przerażała. 

Nie mogę... - odwróciła się do Matta plecami i starała się 

zapanować  nad  drżeniem  własnego  głosu.  Zawstydzało  ją 

własne tchórzostwo, lecz nie umiała go przemóc. - Po prostu 

nie mogę - powtórzyła. - Jutro odlecisz z powrotem... Ale beze 
mnie... 

 

background image

 

108 

ROZDZIAŁ ÓSMY 
 

Christie  obserwowała  z  okna  salonu,  jak  w  bagażniku 

wynajętego  samochodu  Matta  lądują  kolejne  tajemnicze 

pakunki.  Dwie  podłużne  puszki,  wielki  papierowy worek 

spięty u góry klamrą i wybrzuszony w osobliwy sposób, trzy 

pudła  związane  razem  kawałkiem  sznurka,  nowa,  płócienna 
walizka w jask

rawe  prążki,  a  na koniec skórzana waliza, z 

którą Matt zjawił się w Red River w piątkowe popołudnie. Był 
poniedzia

łek, wcześnie rano. 

Matt zatrzasnął bagażnik, a Christie wycofała się w głąb 

pokoju.  Oczy  piekły  ją  z  niewyspania.  Niemal  całą  noc 

spędziła bezsennie, targana wątpliwościami i lękami, które nie 

pozwalały jej zmrużyć oka. Poranek, który wreszcie nadszedł, 
o

blewając  pokój  chłodnym,  bladym  światłem,  nie  przyniósł 

wcale  ukojenia,  za  to  powitał  ją  na  progu  pewnej  trudnej  i 

złożonej  decyzji,  na  razie  dość  mgliście  rysującej  się  w  jej 

wyobraźni. 

Matt stanął w drzwiach salonu. 

Chciałbym  zapłacić  za  pokój  -  powiedział  tonem 

powściągliwym  i  rzeczowym.  -  Czeka  mnie  długa  jazda  do 

Albuquerque, a chciałbym zdążyć na samolot. 

-  Twój rachunek nie jest jeszcze przygotowany - 

oświadczyła  Christie.  -  Sama nie wiem, ile powinnam od 

ciebie zażądać. 

Matt  zmarszczył  brwi  i  zagłębił  dłonie  w  kieszeniach 

sztruksowych spodni. 

Dziękuję  za  szczerość.  Postaram  się  jednak  zapłacić 

przynajmniej pierwszą ratę, jeśli zdołam. 

Muszę  zastosować  specjalny  domiar,  którym  obciążam 

gości  zakłócających  spokój  i  sprawiających  dodatkowe 

kłopoty. Nie zapominaj też o wycieczce krajoznawczej, którą 

odbyłeś, i o lekcji square dance. 

background image

 

109 

Mógłbym i ja wprowadzić pewne korekty do rachunku - 

zauważył. - Co powiesz o kocich kłakach w mojej jajecznicy 

dziś  rano?  A  sam  fakt,  że  kompletnie  wariuję  i  w  ogóle 
p

rzestaję logicznie myśleć, gdy tylko znajdziesz się w pobliżu, 

czy to nie wymaga jakiegoś odszkodowania? 

Christie westchnęła z ubolewaniem. 
-  Nie 

powinieneś  dzisiaj  na  mnie  narzekać,  Matt,  mam 

zamiar cię naprawdę zadowolić. Postanowiłam w końcu lecieć 
z to

bą. 

No i stało się! Wypowiedziała te słowa i klamka zapadła. 

Nie było odwrotu... 

To wspaniale, Christie. Wierz mi, że to bardzo słuszna 

decyzja. 

Chciałabym  mieć  twoją  radosną  pewność...  -  znużona 

pocierała skronie. - Starałam się początkowo nie przyjmować 

do wiadomości tego wszystkiego, co powiedziałeś mi wczoraj 

wieczorem.  Bałam  się  twoich  słów.  Lecz  z  ich  powodu  całą 

noc rozmyślałam - zacisnęła usta w grymasie rozgoryczenia. - 

Wreszcie  nad  ranem  doszłam  do  wniosku,  że  masz  rację. 

Muszę ci to przyznać, rzeczywiście powinnam znowu spotkać 

się  z  ojcem.  Diabli  mnie  biorą  na  myśl  o  tym,  ale  wiem,  że 

muszę się przełamać i rozliczyć z nim na dobre, nareszcie jako 

ktoś  dorosły,  a  nie  histeryzujący  dzieciak.  -  Wędrowała  po 

pokoju, zatrzymując się co krok, żeby poprawić abażur lampy 

albo  otworzyć  wieczko  staroświeckiej  pozytywki,  która  od 

dawna  już  nie  wygrywała  melodyjek.  Zachowywała  się  tak, 

jakby  oczekiwała  wsparcia  od  otaczających  ją  znajomych 
przedmiotów. 

Wiem,  że  muszę  się  z  nim  zobaczyć  -  ciągnęła.  -  Ale 

wiem  jednocześnie,  że  nigdy  z  nim  nie  wygram.  Również  i 

tym  razem.  Boję  się  też,  że  jeszcze  mocniej  niż  dotąd  zdoła 

pochwycić mnie w swoje szpony, po prostu to czuję! 

background image

 

110 

-  Uwierz wreszcie w siebie - 

odrzekł  Matt  spokojnie. 

Przemierzył  cały  pokój,  aby  podejść  do  Christie,  ująć 

delikatnie  w  dłonie  jej  podbródek  i  unieść  go  do  góry  ku 
swojej twarzy. -  Spójrz mu prosto w oczy, jak mnie teraz, i 

powiedz, kim jesteś i czego oczekujesz od życia. 

Serdeczny dotyk Matta na chwilę złagodził paniczny lęk, 

jaki  już  zaczynał  paraliżować  dziewczynę.  Teraz  pogładził 
palcami jej policzek. 

Pomyśl  tylko  Christie  -  dodał  trochę  nienaturalnym 

głosem. - Dzięki temu spędzimy przynajmniej... Jeszcze kilka 
dni razem... 

Szczerze mówiąc, już o tym pomyślałam - przyznała się 

niew

innie, poskramiając nagłą ochotę na chwilę zapomnienia 

w ramionach Matta. - 

Ale przekonasz się, że to tylko jeszcze 

bardziej  wszystko  skomplikuje.  Nie  wiem,  co  dzieje  się 

między  nami,  lecz  jeśli  pozwolę,  żeby  to  miało  wpływ  na 

moje  decyzje,  nigdy  nie zdołam  wyplątać  się  z sieci  mojego 
ojca. 

Dłonie Matta wędrowały wzdłuż linii jej ramion, unosiły 

ciężkie sploty jej włosów. 

Z  tym,  co  istnieje  między  nami,  twój  ojciec  nie  ma 

absolutnie nic wspólnego - 

powiedział miękko. - Czy ty tego 

nie widzisz? 

Chciałabym, żeby to było takie oczywiste - westchnęła 

cichutko. - I takie proste. 

Wreszcie  uległa  pokusie  i  oparła  czoło  na  piersi  Matta. 

Tak łatwo przyszło jej zdać się na niego i tak bardzo zagrażało 

to  jej  niezależności,  wywalczonej  z  wielkim  trudem...  Mimo 
to 

postanowiła  pozwolić  sobie  na  ten  króciutki  moment 

rozkoszowania się jego siłą. 

Z  kuchni  nieoczekiwanie  przywędrowała  Lisa,  pilnie 

pochylona  nad  notatnikiem.  Jej  sprężynujące,  ciemne  loki 

background image

 

111 

podskakiwały jak zwykle, a cała uwaga koncentrowała się na 
precyzyjn

ych zapiskach, których nie przerywała idąc. 

- O, przepraszam - 

powiedziała, nie unosząc nawet głowy 

znad notesu. - 

Nie chciałabym przeszkadzać. 

Christie wydostała się z objęć Matta. 

Nic  nie  szkodzi,  Lisa.  My  właśnie...  Szykowaliśmy  się 

do drogi. 

Lisa uni

osła  wymownie  do  góry  jedną  brew  i  nadal 

skrupulatnie coś notowała. 

Zobaczmy,  co  tu  mamy.  Muszę  zatelefonować  do  pani 

Dorchester i powiedzieć jej, że w tym tygodniu nie będziesz 

na zebraniu w bibliotece. Mam na szczęście numery telefonów 

całego  Klubu  Włóczykijów,  więc  odwołam  jutrzejszą 

wycieczkę. Czy coś jeszcze? 

Christie  pokręciła  przecząco  głową,  nic  nie  mówiąc. 

Uniosła z kanapy wypakowaną torbę turystyczną i przerzuciła 

przez ramię jej długi uchwyt. 

Możesz być całkiem spokojna o wszystko - uspokajała ją 

Lisa.  - 

Przeniesie się tutaj moja siostra Jolene. Obie świetnie 

sobie damy radę z całym kramem. 

Nie  mam  co  do  tego  żadnych  wątpliwości  -  w 

przypływie nagłej czułości Christie zarzuciła ramiona na szyję 

Lisy,  ściskając  ją  i  omal  nie  zwalając  z  nóg  ciężarem 

zwisającej z ramienia torby. - Jesteś wspaniałą przyjaciółką - 

powiedziała grobowym głosem. - Naprawdę... 

Lekko  oszołomiona  Lisa  uwolniła  się  z  niedźwiedziego 

uścisku. 

Co  to  za  rozdzierająca  scena  pożegnania?  Przecież 

wyjeżdżasz na kilka dni. 

Zgadza  się  -  Christie  rzuciła  Mattowi  buntownicze 

spojrzenie.  - 

Będę  z  powrotem  jeszcze  przed  końcem 

tygodnia. To tylko krótka wizyta, nic więcej. 

background image

 

112 

Nigdy  nie  wymagałem  od  ciebie  czegoś  więcej  - 

powiedział  Matt  zniecierpliwiony.  -  A  poza  tym  na  nas  już 
czas, Christie - 

ruszył w kierunku drzwi. 

Zajmując  miejsce  w  samochodzie,  Christie  obrzuciła 

tęsknym  spojrzeniem  swoje  domostwo.  Budynek  stanowił 

niezdarny  zlepek  różnych  stylów,  ale  był  jej  domem,  który 

teraz właśnie opuszczała. Poczuła paniczny lęk. Gdyby żyła tu 

choć  trochę  dłużej,  dużo  łatwiej  przyszłoby  jej  teraz  stawić 

czoła ojcu. Czułaby się silniejsza. 

Ale  Matt  już  uruchomił  silnik  i  opony  zachrzęściły  na 

zbitym żwirze drogi. Christie opuszczała Red River... A tym 

samym cofała się do tego punktu, w którym znalazła się cztery 

miesiące wcześniej. 

Nowy Jork osaczył Christie zuchwałą powodzią świateł i 

dźwięków. W Nowym Meksyku zdążyła się już przyzwyczaić 

do widoku gwiazd późną nocą i błogiej ciszy, okraszonej co 

najwyżej szelestem sosen dobiegającym z oddali. Tutaj niebo 

przesłaniały  sztuczne  gwiazdozbiory  rozświetlonych  okien 
biuro

wców, a uparte klaksony aut atakowały ucho agresywną, 

dysonansową  symfonią.  Taksówka,  która  wiozła  ich  oboje, 

weszła właśnie w ostry wiraż. Krzepki kierowca najwyraźniej 
oszcz

ędzał  hamulce,  jak  tylko  mógł.  Trudno  go  było  za  to 

winić - Nowy Jork wymuszał na ludziach przyspieszenie, nie 
przewidy

wał miejsca dla opieszałych. Christie poczuła, jak jej 

cały system nerwowy przestawia się na szybszy bieg, zupełnie 
jak za dawnych, dobrych czasów. Pomimo bezsennej nocy i 

długiego  nużącego  lotu,  wierciła  się  w  taksówce  czujna  i 
przytomna. 

Samochód z głośnym piskiem opon pokonał kolejny ostry 

zakręt,  a  kierowca  roześmiał  się  tubalnie.  Najwyraźniej 

świetnie się bawił. Christie rzuciło trochę na bok i wylądowała 
nosem na ramieniu Matta. 

background image

 

113 

Przez  chwilę  wdychała  zapach  jego  wody,  do  złudzenia 

przypominający  zapach  sosnowego  lasu,  po  czym 

wyprostowała się na siedzeniu. 

Matt, nie bądź taki tajemniczy i powiedz wreszcie dokąd 

jedziemy. 

-  To niespodzianka  - 

odpowiedział.  -  Nie  będziesz  mi 

chyba  jej  psuła?  -  w  jego  głosie  zabrzmiała  nuta  fałszywej 

uciechy, która wydała się Christie mocno podejrzana. 

-  Jest 

już  późno  i  chciałabym  znaleźć  się  w  mieszkaniu 

matki, możliwie najszybciej. 

Jej matka jak zwy

kle przebywała w podróży, bawiąc całe 

lato  wraz  z  przyjaciółmi  w  uroczych  zakątkach  Nowej 
Szkocji. Jej apartament po zachodniej stronie Central Parku 

wydawał  się  Christie  idealnym  miejscem  na  kilkudniowy 

pobyt. Lecz oto taksówka hulała po przypadkowych uliczkach 

dzielnicy  Village,  mijając  mnóstwo  kolorowo  oświetlonych 

sklepów i kafejek. Nagle skręciła w jakąś znajomą przecznicę, 

gdzie  gwałtownie  i  z  fasonem  zwolniła.  Christie  wyjrzała 

przez  okno.  Ujrzała  kępę  trzech  wątłych  klonów, 

wyrastających  z  lichutkiego  skrawka  jałowej  ziemi,  która 

jakimś  cudem  uchowała  się  wśród  betonu.  Te  drzewa  znała 
bardzo dobrze. 

-  O co tu chodzi? - 

zapytała  Christie  ze  zdumieniem.  - 

Przecież ja tu mieszkałam... 

Matt bezceremonialnie wetknął jej do ręki klucze. 

Jak wyjechałaś z Nowego Jorku, twój ojciec wynajął to 

mieszkanie.  Mocno  wierzył  w  to,  że  wrócisz  i  być  może 

zechcesz znowu tu zamieszkać. 

Christie,  potykając  się,  wysiadła  z  taksówki,  sama  nie 

wiedząc, czy ma się śmiać, czy płakać. Zuchwalstwo jej ojca 

przechodziło  wszelkie  granice.  Z  ogromną  pewnością  siebie 

zakładał, że zdoła ponownie zapanować nad jej życiem, a ona 

rzeczywiście  wylądowała  znowu  w  Nowym  Jorku,  w  swoim 

background image

 

114 

dawnym mieszkaniu, dokładnie tak, jak on sobie tego życzył. 

Jak dotąd, jego plan sprawdzał się w stu procentach! 

Matt dogonił Christie na chodniku przed domem. Dźwigał 

na  ramieniu  jej  torbę  i  wyglądał  trochę  jak  marynarz  na 

przepustce.  Przyglądała  się  jego  barczystej  sylwetce, 

oświetlonej matowym blaskiem starej, ulicznej latarni. 

Powinieneś  był  uchylić  mi  rąbka  tajemnicy  - 

powiedziała. - A ty milczałeś jak grób przez cały weekend. Co 

jeszcze ukrywasz przede mną, Matt? 

Z  zakłopotaniem  podrapał  się  w  łopatkę  jedyną  wolną 

ręką. 

Wejdźmy do środka i zamknijmy szybko ten rozdział - 

westchnął. 

Głęboko  zakorzenione  przyzwyczajenia  doszły  do  głosu 

od  razu  i  Christie  wprawnie  otworzyła  drzwi  do  holu, 

umiejętnie  przekręcając  klucz  w  zamku,  który  lubił  się 

zacinać. Weszła do mrocznego korytarza. 

Z  każdym  krokiem  Christie  czuła  się  bardziej  swojsko. 

Mieszkała  w  tym  domu  długo,  od  czasów  ukończenia 

college'u.  Dokładnie  jeszcze  pamiętała,  że  w  chodniku 

pokrywającym  schody  jest  dziura,  w  której  grzęzną  obcasy 

butów.  Wiedziała  doskonale,  że  za  drzwiami  mijanego  teraz 

mieszkania jak zwykle czai się pan Bretton z rakietą tenisową 

w  zaciśniętej  dłoni,  gotów  wygrzmocić  nią  potencjalnych 

włamywaczy. Sama zresztą nieraz oberwała tą rakietą. 

Wreszcie  znaleźli  się  przed  drzwiami  jej  mieszkania. 

Christie  sprawnie  pokonała  kluczami  zestaw  skom-

plikowanych  zamków  i  po  chwili  przestąpiła  próg.  We 

wnętrzu powitały dawną gospodynię pozapalane lampy. 

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej - zakpiła. 

No  proszę,  kto  by  to  pomyślał...  -  zamarła  nagle  wpół 

kroku z wyrazem przerażenia. Z fotela, ustawionego w samym 

background image

 

115 

środku niewielkiej bawialni, wstał właśnie sam... Christopher 

Daniels Trzeci we własnej osobie. 

Obróciła  się  błyskawicznie  na  pięcie  i  z  wyrzutem 

spojrzała na Matta. 

Jak mogłeś mi to zrobić? - syknęła. - Za wcześnie! Nie 

jestem gotowa... 

Usłyszała  za  plecami  spokojny,  lecz  nie  znoszący 

sprzeciwu głos ojca: 

Znakomicie  się  spisałeś,  Matthew,  przywożąc  mi  ją  z 

powrotem.  Umiem  być  wdzięczny  dla  kogoś,  kto  tak  dobrze 

wywiązuje się z powierzonych zadań, przekonasz się. 

Christie drgnęła, dotknięta do żywego obojętnym tonem i 

tym,  że  mówił  o  niej  w  trzeciej  osobie,  jakby  była  jakąś 

paczką  zagubioną  na  poczcie,  a  potem  odnalezioną  i 

dostarczoną  przez  usłużnego posłańca.  Matt  jednak  milczał i 

intensywnie  wpatrywał  się  w  dziewczynę.  Czy  starał  się  coś 

jej  tym  powiedzieć?  Doprawdy,  mało  ją  to  już  obchodziło. 

Wyniosłym  spojrzeniem  odtrąciła  jego  nieme  wysiłki. 

Przywiódł  ją  tutaj,  bez  najmniejszego  ostrzeżenia  wprost  w 
za

stawione sidła i tym samym nadużył jej zaufania na zawsze. 

Matt  ostatecznie  wzruszył  ramionami  i  odstawił  na  bok 

bagaż  dziewczyny.  Jego  ruchy  zdradzały  oczywiste 
zniecierpliwienie. 

-  Dobranoc, Christopher - 

powiedział  beznamiętnie. 

Jeszcze  raz  zerknął  na  Christie.  -  Trzymaj  się  -  rzucił  cicho 

pod  jej  adresem,  po  czym  odszedł,  zostawiając  ją  w  jaskini 
lwa. 

Zamknęła  za  nim  drzwi.  Nieoczekiwana,  zaskakująca 

konfrontacja z ojcem stała się nieunikniona i nie było sensu jej 

odwlekać.  Christopher  Daniels  Trzeci  świetnie  potrafił 

aranżować  sytuacje,  które  miały  na  celu  osłabienie 

przeciwnika.  Christie  oparła  na  chwilę  czoło  o  drzwi  i 
wz

iąwszy głęboki oddech, odwróciła się w stronę ojca. 

background image

 

116 

Był to mężczyzna średniego wzrostu, o szczupłej budowie 

ciała. Pomimo to jednak przedstawiał sobą widok imponujący. 

Jego przedwcześnie posiwiałe, białe jak śnieg włosy wznosiły 

się gęstą, lśniącą falą ponad wysokim czołem. Miał na sobie 
nieskazitelny, ciemny garnitur utrzymany w stylu 
umiarkowanej, kosztownej elegancji, jak wszystko, co zwykle 

nosił.  Christie  jeszcze  jako  dziecko  została  nauczona,  aby 

nigdy  nie  wspinać  się  na  jego  kolana  i  nie  miętosić 
wyt

wornych ubrań, nie przytulać się i nie targać mu włosów. 

Również teraz, co łatwo dało się przewidzieć, nie wykonał 

żadnego  gestu,  który  mógłby  zdradzić  jego  uczucia.  Stał  w 

głębi pokoju, przenikając córkę jakby na wskroś spojrzeniem 
przenikliwych, niebieskich oczu. 

Znakomicie  wyglądasz,  Mary  Christine.  Pobyt  w 

Nowym Meksyku ci służy. 

Dziękuję  -  jak  zawsze  wtedy,  gdy  stała  przed  nim,  jej 

żołądek  kurczył  się  ze  strachu  wobec  niejasnego, 
absurdalne

go  przeświadczenia,  że  coś  przeskrobała. 

Wystarczyło  tylko  trochę  unieść  głowę  do  góry,  żeby 

zobaczyć jego gładką twarz bez jednej zmarszczki, lecz wciąż 

pokutowało w niej wspomnienie czasów, kiedy ojciec górował 

nad  nią  znacznie  i  musiała  zadzierać  głowę  bardzo  wysoko, 

aby  go  zobaczyć.  Była  już  dorosła,  a  on  wciąż  spoglądał  na 

nią z niebotycznych wyżyn. 

Podeszła bliżej, starając się zmniejszyć dystans pomiędzy 

nimi. 

Meble są tu te same co kiedyś - zauważyła. - To dziwne. 

Odstąpiłam je wszystkie pani Kirby z dołu. Czyżbyś je od niej 

odkupił? 

Zaproponowałem  jej  bardzo  przyzwoitą  cenę.  Oboje 

byliśmy zadowoleni z transakcji. 

Christie  rozejrzała  się  wokół,  co  krok  napotykając 

wzrokiem  pamiątki  swej  dawnej,  nowojorskiej  egzystencji  - 

background image

 

117 

kanapę  wyściełaną  pluszem  w  kolorze  łagodnego  beżu, 

kruche,  bambusowe  półki  na  książki,  fotel  w  kolorze 

czerwonego  wina,  wypchany  tak  przesadnie,  że  aż 

przypominający  monstrualnego  grzyba.  Przez  długi  czas 

nosiła się z zamiarem wyrzucenia tej graciarni. Nigdy tego nie 

uczyniła.  A  dzisiaj  całe  to  bezguście  znów  ją  otoczyło. 

Absurdalność sytuacji rozśmieszyła ją nagle. 

Mógłbym wiedzieć, co cię tak bawi? - zapytał ojciec. 

Zawahała  się,  po  czym  przecząco  pokręciła  głową, 

Christopher  Daniels  przecież  nie  odznaczał  się  nigdy 

nadmiernym poczuciem humoru. Opadła na rozdęty fotel. 

Proszę ojca... Ojcze... - zaczęła nie całkiem pewna, jak 

powinna  się  do  niego  zwracać.  -  Doceniam wszystkie twoje 

wysiłki, które miały sprawić, abym poczuła się tu jak w domu. 

Ale  Nowy  Jork  nie  jest  już  moim  domem  i  powinieneś 

wreszcie przyjąć ten fakt do wiadomości - spokojny, rzeczowy 

ton,  jakim  udało  jej  się  przemówić,  uznała  za  pierwsze 

zwycięstwo. Zaczęła nareszcie panować nad sytuacją. 

- A co do pana Matta Gallaghera - 

podniosła lekko głos. - 

Nietrudno  zgadnąć,  jakie  w  rzeczywistości  wyznaczyłeś  mu 
zadanie. Mia

ł  zapewne  stać  się  obiektem  moich  gorących 

uczuć i głównym powodem, dla którego powróciłabym tutaj. 

Przykro mi, że cię rozczaruję, ale twój plan się nie powiódł. - 

Na myśl o Macie ogarnęły ją pomieszane uczucia złości, żalu i 

tęsknoty.  Lecz  nie  mogła  dać  poznać  swojemu  ojcu,  jak 

bliskie spełnienia były tym razem jego projekty. 

Ojciec  zasiadł  naprzeciwko  na  kanapie,  poprawiając 

nienaganne  kanty  spodni.  Jego  zachowaniu  towarzyszył 

zazwyczaj  cały  ceremoniał  tego  typu  drobnych  gestów. 
Zawsze dyskretnie sprawdza

ł  węzeł  jedwabnego  krawata, 

unosił  nieskazitelny  mankiet  rękawa  na  właściwą  wysokość 

lub przekręcał kosztowny złoty zegarek. 

background image

 

118 

Gesty te nigdy nie zdradzały nerwowości, były stateczne i 

precyzyjne. 

Teraz  spoglądał  na  Christie  z  powagą,  oparty  łokciem  o 

poręcz fotela. 

Jeśli  mam  być  szczery,  jak  tylko  zobaczyłem  Matthew 

po raz pierwszy, od razu przyszło mi do głowy, że wy oboje 

macie coś  wspólnego.  Jednak  po  nieporozumieniu  z  Orenem 

raz  na  zawsze  oduczyłem  się  aranżowania  dla  ciebie 

jakichkolwiek  mariaży.  Matthew  wydawał  mi  się  po  prostu 

najwłaściwszym  człowiekiem  do  sprowadzenia  cię  z 
powrotem. Budzi moje zaufanie. 

Christie  zacisnęła  usta  w  grymasie  goryczy.  Imię  Matta 

wypowiadane w beznamiętnym tonie przynajmniej nie budziło 

w  niej  żadnych  emocji.  Do  diabła  z Mattem! Dzisiejszego 

wieczoru  gotowa  była  solidaryzować  się  z  własnym  ojcem, 

byle  nie  z  tym  zdrajcą.  Nie  wolno  jej  okazać  ojcu  własnej 

rozpaczy,  nie  powinna  dać  się  ponieść  emocjom  i  znów  na 

niego krzyczeć. Będzie równie opanowana jak on. 

Przyjechałam do Nowego Jorku z jednego tylko powodu. 

Chcę odwieźć cię od zamiaru zlikwidowania firmy, uważam, 

że to nonsens. 

Poprawił rąbek jedwabnej, brązowej chusteczki wystający 

dyskretnie z kieszeni. 

Zapewniam  cię,  Mary  Christine,  brałem  tę  możliwość 

pod uwagę bardzo poważnie. Teraz jednak widzę jeszcze inne 

rozwiązanie  -  zawiesił  głos  dla  większego  efektu.  Jego 

teatralne zagrania miały pełen dystynkcji umiar, co czyniło je 

wiarygodniejszymi,  niż  gdyby  zanadto  folgował  swojej 
potrzebie dramatyzmu. 

Christie z pe

wnym lękiem oczekiwała dalszych jego słów. 

Mary  Christine...  Jak  wiesz,  jestem  już  stary...  - 

dyskretnym  gestem  wypielęgnowanej  dłoni  powstrzymał  jej 
protesty.  - 

Nie  mów  mi,  proszę,  że  dopiero  przekroczyłem 

background image

 

119 

pięćdziesiątkę  i  ze  swoją  wspaniałą  kondycją  osiągnę  bez 

wątpienia  dziewięćdziesiąt  pięć  lat.  Szczerze  mówiąc, 

rzeczywiście  mam  zamiar  dożyć  w  zdrowiu  późnych  lat  i 

również  dlatego  chciałbym  przeznaczyć  ci  stosowne  miejsce 

w  naszym  rodzinnym  przedsiębiorstwie.  Jeśli  zaczniemy  od 
zaraz, wkrótce wprowa

dzę cię na urząd prezesa zarządu firmy 

Daniels,  Peters,  Bainbridge  i  Gallagher.  Będziesz  głównym 

akcjonariuszem... Głową firmy. 

Patrzyła  na  niego  szeroko  rozwartymi  ze  zdumienia 

oczami. 

-  Przecie

ż  to twoje stanowisko, tato... To znaczy ojcze... 

Proszę ojca... 

Nigdy  nie  mówiłaś  do  mnie  tato  -  zauważył, 

najwyraźniej  tym  poruszony.  -  Tak  mówią  do  swoich  ojców 

wszystkie małe dzieci. Dlaczego ty nigdy...? 

Tata to ktoś taki, kto rozdaje klapsy, a czasem zabiera na 

sanki - 

odpowiedziała dość obojętnym tonem. 

N

a  statecznej  twarzy  jej  ojca  wymalował  się  trudny  do 

zidentyfikowania  wyraz  jakby  żalu,  znikł  jednak  bardzo 
szybko. 

Mary Christine, przyznaję, że nigdy nie dokazywaliśmy 

razem jak niektórzy ojcowie ze swoimi córkami, chciałbym ci 

to  jakoś  dzisiaj  wynagrodzić.  Zarzucasz  mi,  że  tobą 

manipuluję  i  że  jestem  apodyktyczny.  Przecież  kiedy 

wycofam  się  z  firmy  i  ty  zajmiesz  moje  miejsce,  przejmiesz 

także  całą  odpowiedzialność.  Będziesz  niezależna  w  swoich 
decyz

jach, niezależna także ode mnie. 

-  Ta firma -  to c

ałe  twoje  życie,  tato,  więc  o  czym  ty 

mówisz?  Nie  wyobrażam  sobie,  żebyś  mógł  tak  po  prostu 

odejść. Wszystko, co mówisz, brzmi niewiarygodnie. 

Poderwał  się  na  równe  nogi  ze  sprężystością 

dwudziestolatka.  Na  wypolerowane  czubki  butów  opadły 
nienaganne brze

gi jego spodni, które jak zawsze miał idealną 

background image

 

120 

długość i linię. W zadumie przemierzył całą długość pokoju i 

podszedł do okna. 

Tak  samo  jak  bokser  czy  piłkarz,  który  kończy  swoją 

karierę  wtedy,  kiedy  jest  na  topie  i  nie  stracił  jeszcze 

mistrzowskiego  tytułu,  chcę  odejść  w  porę,  Mary  Christine. 

Bądź  spokojna,  mam  już  nowe  projekty  i  plany.  Chciałbym 

pożegnać  się  z  giełdą  jak  ktoś  z  klasą,  a  nigdy  nie  miałem 

wątpliwości co do tego, że powierzę pieczę nad firmą właśnie 
tobie. Mojej córce i zarazem mojej spadkobierczyni. 

Christie również zbliżyła się do okna. 

Nic  tu  się  nie  zgadza.  Dobrze  cię  znam,  zawsze  byłeś 

niewolnikiem  schematów.  Po  pierwsze  chciałbyś  powierzyć 

firmę nie własnej córce, lecz najchętniej -własnemu synowi. A 

po  drugie  wcale  nie  wierzysz,  że  mogłabym  sama  podołać 

takiemu  zadaniu,  ponieważ  tak  do  końca  nie  ufasz  moim 
zawodowym kompetencjom  - 

jej  głos  drżał  lekko  pod 

wpływem  silnej  emocji.  Czuła  rosnącą  irytację,  a  zarazem 

całym wysiłkiem woli starała się opanować. 

Ojciec  poruszył  się  ledwo  dostrzegalnie. Przez moment 

mogło  się  wydawać,  że  chce  zbliżyć  się  o  krok  do  córki  i 

dotknąć  dłonią  jej  ramienia.  Jednak  odwrócił  się  obojętnie  i 

spojrzał za okno. 

Wydaje  mi  się,  że  powinniśmy  sobie  wyjaśnić  kilka 

spraw  - 

zaczął beznamiętnie. - To prawda, że chciałem mieć 

syna.  Przeżyłem  wielkie  rozczarowanie,  gdy  okazało  się,  że 

zdrowie  nie  pozwoli  twojej  matce  mieć  więcej  dzieci.  Może 

cię to zdziwi, Mary Christine, ale zawsze marzyłem o domu 

pełnym i synów, i córek. 

A tymczasem musiałeś się zadowolić tą jedną jedyną... 

Pierworodną... - podsumowała opanowanym głosem. 

To  nieprawda.  Nawet  gdy  jeszcze  byłaś  dzieciakiem, 

dobrze  wiedziałem,  że  jesteś  sprytniejsza,  szybsza, 

dzielniejsza  niż  niejeden  chłopak.  Zawsze  byłem  z  ciebie 

background image

 

121 

dumny... Być może tylko nie umiałem ci tego okazać. Kiedy 

wyjechałaś  do  Nowego  Meksyku,  pomyślałem,  że  cię 

straciłem na zawsze. Chcę, żebyś wróciła, Mary Christine, nie 

wiem, co mam jeszcze powiedzieć. 

Zacisnęła  dłonie  na  krawędzi  parapetu.  Nigdy  wcześniej 

nie  słyszała  od  niego  słów  tak  otwarcie  opisujących  jego 

uczucia.  Doznała  prawdziwego  wstrząsu.  Taki  szmat  życia 

straciła  na  pełnych  czci,  a  przecież  bezowocnych  próbach 

zdobycia jego uznania i miłości. Czyżby nareszcie pozyskała 

jego  serce?  Czy  też  był  to  tylko  kolejny  ruch  w 
skompl

ikowanej grze sił? 

Już  bardzo  późno  -  powiedział,  zerkając  na  zegarek.  - 

Powinnaś  odpocząć,  Mary  Christine  i  może  chciałabyś  coś 

zjeść. Znajdziesz to i owo w lodówce. Pomyśl też, proszę, o 

wszystkim,  o  czym  dzisiaj  sobie  powiedzieliśmy.  Nie  warto 
podejmo

wać  pospiesznych,  nie  przemyślanych  decyzji, 

pamiętaj, bardzo mi na tym zależy! 

Christie  nie  odpowiadała.  Zaproponował  jej  tak  wiele, 

właściwie zbyt wiele, a potem dał jeszcze czas do namysłu... 

Na  pewno  dobrze  to  wszystko  wcześniej  przemyślał.  Teraz 

podążał  wolno  ku  drzwiom,  jak  zawsze  nie  zdradzając 

pośpiechu.  Christopher  Daniels  odnosił  setki  sukcesów  i 

realizował tysiące planów, a przy tym nigdy nie wyglądał na 

człowieka, któremu się spieszy. 

Poczekaj,  proszę  -  zatrzymała  go  Christie  na  chwilę.  - 

Powi

edz  mi  jeszcze  parę  słów  na  temat  Matta.  Wiem  z  całą 

pewnością,  że  przewidywałeś  dla  niego  jakąś  rolę  w  moim 

życiu.  Podejrzewam  nawet,  że  liczyłeś  na  to,  że  wywrze  na 

mnie wpływ! 

Uśmiechnął się powściągliwie. 

Uczciwie  mówiąc, jako twój ojciec  bardzo  bym chciał, 

żebyś  wybrała  dla  siebie  jakiegoś  wartościowego  człowieka. 

Może  kogoś  takiego  jak  Matthew,  a  być  może  nawet  jego 

background image

 

122 

samego...  Tylko,  że  on  jest  osobą  mającą  własne  zdanie  w 

każdej sprawie, podobnie zresztą jak ty. Byłbym skończonym 

głupcem,  gdybym  przypuszczał,  że  zdołam  coś  wymusić  na 
nim lub na tobie - 

mówiąc te słowa, opuścił mieszkanie. 

Christie  weszła  do  niewielkiej  kuchenki  i  otworzyła 

lodówkę.  W  środku  znalazła  całą  masę  ulubionych 

smakołyków:  kajzerki  z  piekarni  przy  Second  Avenue,  dwie 
butelki 

słodko-kwaśnego 

mleka, 

słoiczek 

dżemu 

pomarańczowego,  a  w  zamrażalniku  karton  czekoladowego 
jogurtu. 

Wzruszyła  ją  zapobiegliwość  ojca  i  to,  jak  świetnie 

orientował  się  w  jej  upodobaniach.  Przypomniała  sobie 

jednak,  że  zawsze  był  skrzętnym  obserwatorem, 
k

olekcjonującym  drobne  fakty  i  szczegóły,  by  później  z 

pożytkiem je wykorzystać. Zasadę tę stosował w stosunku do 
wszystkich.    

Zatrzasnęła  drzwiczki  ze  złością,  lecz  jej  pusty  żołądek 

zaraz  przekornie  dał  o  sobie  znać.  Nie  jadła  zbyt  wiele  tego 

dnia, więc teraz zrezygnowana otworzyła ponownie lodówkę. 

Wyjęła z niej kajzerkę oraz słoik dżemu. 

Słynna  nowojorska  kajzerka  smakowała  wyśmienicie. 

Christie  rozkoszowała  się  każdym  kolejnym  kęsem,  w  głębi 

duszy czując się zarazem trochę jak zdrajczyni. Jej ukochane 

Red River wydawało się tego wieczoru tak odległe... 

 

background image

 

123 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 
 
-  Puk, puk, puk! - 

stłumiony  odgłos  odezwał  się  znowu. 

Nie  ustawał  przez  długą  chwilę,  aż  Christie  nakryła  głowę 

poduszką  i  mocno  zacisnęła  powieki.  Nie  chciała  opuszczać 
cudownej 

krainy  snu,  do  której  nie  miały  wstępu  żadne 

zmartwienia. 

- Puk, puk! 
-  A niech to licho! - 

zniecierpliwiona  opuściła  w  końcu 

łóżko i narzuciwszy na siebie szlafroczek, poczłapała do drzwi 

wejściowych. Ktoś dobijał się z rosnącą natarczywością. 

- Kto tam? - 

zapytała. 

-  To ja - 

odpowiedział  niski  głos  Matta.  -  Wpuść  mnie, 

proszę. Atakuje mnie właśnie jakiś facet z rakietą tenisową. 

Christie popatrzyła na drzwi z niesmakiem. 

Odejdź stąd. Nie chcę cię widzieć. 

Musimy pomówić, pozwól mi wejść! 

Znała go już na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie odejdzie z 

kwitkiem. Był uparty jak osioł, nachalny i zupełnie nieznośny. 

Mamrocząc  coś  gniewnie  pod  nosem,  Christie  otworzyła 
drzwi. 

Matt wkroczył do pokoju świeżutki i promienny. Miał na 

sobie te same granatowe spodni

e  ze  sztruksu  i  koszulę  w 

zielonobłękitną kratę z podwiniętymi rękawami. Cofnęła się o 

krok, przecierając zaspane oczy. 

Dobrze ci w negliżu - Matt mruknął półgłosem, zbliżając 

się. - Wyglądasz słodko... 

Christie  zrejterowała  do  kuchni,  wskoczyła  za  kuchenny 

blat i ostrzegła: 

Lepiej trzymaj się ode mnie z daleka. Nie mam ochoty 

na figle, zwłaszcza po tym, co się stało wczoraj wieczorem. 

Stał  już  w  drzwiach,  bezczelnie  wpatrzony  w  jej 

półotwarte wargi. 

background image

 

124 

Przywodzisz  mi  na  myśl  świeże  jagódki  -  powiedział, 

niemal się oblizując. 

- Lepiej zjedz to - 

z patery stojącej na bufecie podała mu 

brzoskwinie. 

Piękny mamy dziś dzień, prawda? - zagadał. 

-  Cudowny  - 

przyznała  Christie.  -  Prawdopodobnie 

uknuliście  już  z  ojcem  coś  nowego  za  moimi  plecami.  Nie 

mogę  się  doczekać,  kiedy  wyjdzie  na  jaw,  o  co  chodzi  tym 
razem. 

Przysiadł na stołku po przeciwnej stronie blatu, spokojnie 

pałaszując brzoskwinię. 

Wcale mi się nie uśmiechało to wystawianie cię na strzał, 

ale przyznaj sama, czy weszłabyś do mieszkania, wiedząc, że 

ojciec jest w środku? 

Na pewno nie. Ale to cię bynajmniej nie usprawiedliwia. 

Nalała trochę mleka do miski z dmuchanym ryżem, dodała 

łyżeczkę pomarańczowego dżemu i wszystko to wymieszała. 

Matt przyglądał się temu raczej zdegustowany. 

Czy ty naprawdę masz zamiar wziąć do ust coś takiego? 

To  moja  ulubiona  wersja  śniadania  z  okresu,  kiedy 

miałam sześć lat - odparła posępnie. - Mój ojciec świetnie to 

zapamiętał,  zresztą  nie  tylko  to.  Spójrz  tylko,  jak  mnie  tu 

urządził. Myślał, że jeśli odtworzy drobiazgowo moje dawne 

życie, to wskoczę w nie na powrót jak w przydeptane kapcie. 

A jednak nie wspomina już o likwidacji firmy - wtrącił 

Matt. 

Posłała mu zjadliwe spojrzenie. 

Oczywiście wiesz już o wszystkim, prawda? O tym, że 

chciałby,  bym  jakby  stanęła  na  jej czele zamiast niego. 

Przypuszczam,  że  całą  tę  śmiechu  wartą  intrygę  uknuliście 
razem, punkt po punkcie. 

To  nie  jest  żadna  intryga,  twój  ojciec  naprawdę  chce, 

żebyś poprowadziła firmę. Tylko, że dowiedziałem się o tym 

background image

 

125 

po  raz  pierwszy  dziś  rano,  kiedy  zatelefonował  do  mnie  do 

domu.  Wydawało  mi  się,  że  jest  tym  pomysłem  bardzo 
podniecony. 

-  On nigdy nie okazuje najmniejszego podniecenia - 

odrzekła Christie sceptycznie. 

Może  nie  umiesz  tego  dostrzec.  Moim  zdaniem,  jeżeli 

mówi o czymś wolniej i obojętniej niż zwykle, to znaczy, że 
wprost wariuje z emocji. 

Matt, czy  wiesz,  co  ten  plan oznacza? Byłabym twoim 

szefem! Założę się, że to by cię przerażało, przyznaj. 

Uważnie oglądał pestkę. 

To  by  było  do  wytrzymania.  Szyb k o  byś  się  zresztą 

przekonała, że nie daję się łatwo wodzić za nos. 

- Ha! - 

zanurzyła łyżkę w słodkiej papce. - Trafiłaby kosa 

na kamień! Miałabym cię w garści i trzymała krótko - prawie 

uśmiechała  się  do  tej  myśli.  Matt  ujął  jej  dłoń  i  zaczął 

delikatnie bawić się szczupłymi palcami. 

- Masz 

takie drobne paluszki... Nie dałabyś mi rady.  

Wyrwała dłoń z jego ręki. 
-  Tak czy owak ta rozmowa nie ma sensu. Ja na czele 

firmy! Ten pomysł to kompletna bzdura. 

Dlaczego? Twój ojciec uważa, że podołałabyś, ja myślę 

zresztą podobnie. 

Christie przeczesa

ła  palcami  włosy,  mimowolnie 

poruszona tą rozmową. W ciągu minionej doby doświadczyła 

paru  nieoczekiwanych  sytuacji,  które  bardzo  jej  schlebiały. 

Najpierw  ojciec,  a  teraz  Matt  zupełnie  serio  przyznał,  że 

mogłaby  poprowadzić  jedną  z  najznaczniejszych na Wall 
Street firm maklerskich. 

Odsunęła  od  siebie  miseczkę  gwałtownym  ruchem, 

rozlewając resztki mleka. 

Nie  rozumiem,  dlaczego  w  ogóle  się  nad  tym 

zastanawiam  - 

warknęła  -  kiedy  zupełnie  nie  ma  nad  czym. 

background image

 

126 

Przecież  już  samo  to  zajęcie  przyprawia  mnie  o  rozstrój 

nerwowy.  Być  może  prowadzenie  pensjonatu  nie  przysparza 

mi ani wielkiej sławy, ani wielkich pieniędzy, ale ja to lubię i 

to mi służy! Czy to nie dość? 

Matt  pochylił  się  ku  niej,  opierając  łokcie  o  blat.  Jego 

złotobrązowe oczy spoglądały z niezwykłą intensywnością. 

Christie,  jeżeli  wrócisz  do  firmy,  twoja  sytuacja  się 

zmieni,  właściwie  będzie  to  wtedy  twoja  firma.  Im  dłużej  o 

tym myślę, tym bardziej podoba mi się ten pomysł. 

Zrozum wreszcie, że ja tej wielkiej i wspaniałej twoim 

zdaniem możliwości po prostu sobie nie życzę! 

No  a  co  z  nami,  Christie?  Jeżeli  zostaniesz  w  Nowym 

Jorku, będziemy mieli szansę być trochę razem... - zniżył głos 

tak,  że  zabrzmiał  on  bardzo  intymnie  i  wyciągnął  dłonie, by 

dotknąć jej twarzy. Christie błyskawicznie zamknęła oczy. 

Matt... Przyjechałam do Nowego Jorku tylko na kilka dni 

westchnęła. - Taka była umowa. 

Ale wszystko się zmieniło, twój ojciec stworzył ci nowe 

możliwości kariery. Poza tym chciałbym, do diabła, żebyśmy 

my dwoje również dali sobie szansę. 

Przyciągnął ją do siebie nad kuchennym blatem. Christie 

wspięła się na palce i pochyliła, wygięta w niezgrabny łuk, z 

paskiem szlafroka utopionym w talerzu z mlekiem. Nie czuła 

się  jednak  niewygodnie,  ponieważ  jej  policzek  opierał  się  o 

delikatny materiał koszuli opinającej pierś Matta. 

Ty też nie zdołasz zapomnieć o Red River, podobnie jak 

ja.  To  właśnie  tam  zdarzyło  się  coś  wyjątkowego  między 
nami. Nie rozumiesz? 

Wszędzie  możemy  przeżyć  razem  coś  wyjątkowego, 

Christie.  Jeśli  dasz  mi  szansę,  udowodnię  ci  to.  Chciałbym 

spędzić  z  tobą  cały  dzisiejszy  dzień,  już  powiedziałem 

twojemu ojcu, że nie zjawię się w pracy. 

background image

 

127 

Ostatnie  słowa  sprawiły,  że  Christie  wyprostowała  się 

gwałtownie. 

Nie  do  wiary,  że  wziąłeś  sobie  wolny  dzień.  To 

prawdziwa  rewelacja!  Czy  wciąż  jesteś  tym  samym 

człowiekiem, który od piętnastu lat nie miał wakacji? 

Nie wyglądał na zbytnio zadowolonego. 

Red  River  odniosło  nad  tobą  zwycięstwo  -  orzekła 

Christie triumfalnie. -  Masz wszystkie typowe tego objawy, 

niezdolność  do  przesiadywania  w  biurze,  upodobanie do 
noszenia sztruksowych spodni, dobry nastrój we wczesne 
poranki wtorkowe... 

To brzmi jak symptomy jakiejś choroby - zaprotestował. 

Cóż,  można  spojrzeć  na  to  i  tak.  Poczekaj  tu,  aż  będę 

gotowa. Mam ochotę skorzystać z propozycji i spędzić z tobą 

ten  dzień,  żeby  się  przekonać,  jak  ciężki  przypadek 
reprezentujesz. 

Pospieszyła  do  łazienki  i  zamknąwszy  drzwi  za  sobą, 

odkręciła kurki prysznica. Czuła radosne podniecenie na myśl, 

że spędzi z Mattem w Nowym Jorku cały jeden dzień. Na tak 
niewiele mo

gła sobie w końcu pozwolić bez obawy. 

Energicznie  namydliła  całe  ciało,  ale  nagle  znieru-

chomiała.  Matt  czekał  na  nią  tuż  za  drzwiami  i  było  coś 

bardzo  intymnego  w  tej  ich  bliskości  na  małej  powierzchni 

mieszkania.  Gorący  prysznic  rozgrzewał  jej  skórę,  która 

płonęła bezwstydnie także z powodu tej bliskości... 

W  pośpiechu  polała  głowę  szamponem,  przeklinając 

gęstość  swoich  włosów.  Umyła  je  i  wytarła  w  rekordowym 

tempie, po czym z ulgą wyskoczyła spod prysznica. Owinęła 

się  ogromnym,  włochatym  ręcznikiem, co jednak nie 

ujarzmiło  krnąbrnych  reakcji  jej  organizmu.  Spojrzała  na 
swoje odbicie w zaparo

wanym  lustrze.  Nie  mogła  dostrzec 

wyrazu  oczu,  lecz  i  bez  tego  wiedziała,  że  wyziera  z  nich... 

Potężna, przeraźliwa tęsknota za Mattem. Wiedziała też, co by 

background image

 

128 

się  stało,  gdyby  uległa  nagłemu  impulsowi,  rozmyślnie 

otworzyła teraz drzwi i wyszła do niego... 

Chwyciła  grzebień  i  zaczęła  zawzięcie  rozplątywać 

skręcone,  mokre  pasma.  To  bolało,  lecz  pozwalało  trochę 

opanować  przepełniające  ją  pragnienie,  nie  tylko  fizyczne, 

lecz jakby głębsze i intensywniejsze niż kiedykolwiek dotąd. 

Co mogłoby się stać, gdyby dała się mu ponieść...? 

Po  jakimś  czasie  Christie  wyszła  z  łazienki  zawinięta  w 

szlafrok,  kurczowo  przyciskając  do  piersi  ręcznik,  jakby  w 

obronie przed samą sobą. 

Dobi

egł ją głos Matta, rozmawiającego przez telefon. 

Mówię ci, Sawyer, te akcje są bardzo nisko oszacowane! 

Powinniśmy  je  teraz  kupować,  a  nie  sprzedawać  -  jego  głos 

brzmiał  niecierpliwie,  lecz  zarazem  energicznie  i  stanowczo. 

Christie czuła, jak opada w niej napięcie. Podczas gdy śniła o 

nim na jawie, Matt z całym spokojem zajmował się sprawami 

giełdy.  Obserwowała,  jak  gestykuluje  żywo,  unosząc  w  górę 

wskazujący  palec.  Nie  był  świadom  obecności  Christie  za 

plecami,  a  mimo  to  poczuła  ekscytujący  dreszczyk. 
Po

maszerowała  spiesznie  do  sypialni,  zamykając  za  sobą 

drzwi. 

Po  chwili,  bardziej  opanowana,  zapinała  guziki  jedynej 

sukienki  zabranej  z  Red  River.  Christie  związała  wciąż 

wilgotne  włosy  w  koński  ogon  i  włożyła  sandały.  Wyszła  z 

sypialni i zobaczyła Matta, który nie był już zajęty rozmową. 

Miał  tak  zmierzwioną  czuprynę,  jakby  godzinami  targał 

własne włosy. 

Chodźmy  -  powiedziała  Christie,  ignorując  całkowicie 

jego spojrzenie pełne uznania. Piekielna sukienka miała zbyt 

głęboki dekolt. 

- Christie - 

zaczął Matt, ale ona już wiodła go ku drzwiom 

wyjściowym,  a  potem  schodami  w  dół.  Matt  jednak  nigdy 

łatwo nie rezygnował. 

background image

 

129 

Christie, postępujesz tak, jakbyś się obawiała tego, co się 

między nami dzieje. 

Christie  ruszyła  ulicą  w  szybkim  tempie,  ale  na  dwa  jej 

kroczk

i wystarczył jeden krok Matta. 

Może i ty się tego boisz? - spytała zadziornie. 

Może  nie  mniej  niż  ja  jesteś  przerażony  myślą  o  tym, 

dokąd nas to prowadzi. 

Zrozum,  Christie.  Przyznaję,  że  zupełnie  zwariowałem 

na  twoim  punkcie.  Żadna  kobieta  dotąd  nie  zdołała  wytrącić 

mnie z równowagi w takim stopniu, naprawdę! Próbuję więc 

znaleźć jakieś rozwiązanie. 

Christie energicznie skręciła za róg ulicy. 

Ja też chciałabym je znaleźć - powiedziała. 

W dodatku powiem ci, co mnie wytrąca z równowagi. 

-  Beztroska

,  z  jaką  utożsamiasz  dwie  sprawy:  moje 

wejście  w  biznes  ojca  i  moją  zażyłość  z  tobą.  Najwyraźniej 

jest to dla ciebie transakcja wiązana. Czy musi być tak? 

Ujął  ją  za  łokieć,  chroniąc  przed  szturchańcami 

przechodniów, pop

ychających się na zatłoczonej ulicy. 

Mylisz  się,  nie  chodzi  o  żadną  wiązaną  transakcję. 

Przypuśćmy, że odmówisz ojcu, do czego masz święte prawo, 
nie ty pierwsza i nie ostatnia masz po dziurki w nosie pracy na 

giełdzie.  Mówisz  mu  wtedy  „dziękuję,  nie”  i otwierasz 
pensjonat, tu, na Manhatt

anie. To naprawdę świetny pomysł! 

Miałabyś  doskonały  obrót,  a  poza  tym  my  oboje 

znaleźlibyśmy się w pewnym sensie poza wpływem twojego 
ojca - 

uśmiechnął się z satysfakcją, przekonany że oto w dwie 

minuty znalazł odpowiedź na wszystkie dręczące ją pytania. 

- Nie rozumiesz nadal niczego - 

odparła. - Przez całe życie 

dokonywałam  kolejnych  wyborów,  mających  zadowolić 

mojego  ojca.  Jeżeli  teraz  zacznę  decydować  tak,  żeby 

zadowolić ciebie, to znowu będzie ta sama pułapka! 

background image

 

130 

Wydaje mi się, że zaproponowałem ci pewien uczciwy 

kompromis.  Wprawdzie  zmuszona  byłabyś  tu  wrócić,  lecz 

zachowałabyś możność wyboru kariery. 

Christie parsknęła gniewnie i ruszyła dalej ulicą. 
-  Po pierwsze pensjonat na Manhattanie -  to najbardziej 

idiotyczny  pomysł,  jaki  można  sobie  wyobrazić.  Już  widzę 
siebie z paroma ciasnymi pokoikami, bez windy. W Red River 

mam duży dom z ogrodem! To jest to, co chcę dzielić z moimi 

gośćmi - prawdziwy dom! 

Nic prostszego. Możesz kupić dom gdzieś niedaleko, na 

przykład w Connecticut. 

Przestań - przystanęła na środku chodnika. 

Znowu nic nie rozumiesz... Przecież to ja postanowiłam 

przenieść  się  do  Red  River.  To  ja  postanowiłam  kupić  ten 
konkretny dom. Dla ciebie jest to prawdopodobnie bez 

znaczenia,  lecz  dla  mnie  to  są  sprawy  zasadnicze.  Jeżeli 
przeprow

adzę  się  do  Connecticut,  nawet  jeżeli  znajdę  tam 

wspaniały, idealny dom, to będzie twój wybór, nie mój! 

Boże,  jesteś  okropnie  uparta.  Tu  jest  potrzebny 

kompromis, to podstawa każdego związku! 

Nie  możesz  wymagać  kompromisu  tylko  od  jednej 

strony - odpar

ła cierpko. - Oczekujesz ode mnie poświęceń, a 

co sam masz zamiar zmienić u siebie? 

W  milczeniu  przeszli  na  drugą  stronę  ulicy.  Christie 

jeszcze bardziej przyspieszyła. 

A cóż to ? - zapytał Matt. - Starasz się uciec ode mnie? 

Nie warto! Sama się przekonasz już wkrótce, jak wiele radości 

przyniesie ci dzień spędzony ze mną w Nowym Jorku. 

Zerknęła na niego kpiąco. 

Powiedz mi tylko, proszę, kiedy mam się zacząć śmiać. 

Już  teraz.  Zaraz  złapiemy  autobus  i  przekonasz  się  w 

czym rzecz - 

z  determinacją  wymalowaną  na  twarzy  wiódł 

Christie naprzód. 

background image

 

131 

Po niedługim czasie znaleźli się w Battery Park, na samym 

koniuszku Manhattanu, gdzie ustawili się w ogonku po bilety. 

Poranny chłód przeminął bez śladu i z nieba lał się słoneczny 

żar. 

Założę się, że nie zwiedzałaś Statuy Wolności od czasów 

dzieciństwa - powiedział. 

Rzeczywiście nie. 

Spodoba  ci  się,  zobaczysz.  To  będzie  najwspanialszy 

dzień w twoim życiu. 

Gorący  powiew  potoczył  wprost  pod  nogi  Christie  pustą 

puszkę po coli. Kopnęła ją od niechcenia. 

Czy  już  się  dobrze  bawimy?  -  zapytała.  Obdarzył  ją 

spojrzeniem spode łba. 

Właściwie już. 

To dobrze. No wiesz, nie chciałabym niczego stracić. 

Niech wreszcie ruszy się ta kolejka. Wtedy zobaczysz, na 

czym  polega  cała  zabawa  -  sprawiał  wrażenie  coraz 
pochmurnie

jszego i coraz bardziej zawziętego. 

Wreszcie kolejka drgnęła i wkrótce Matt, zdobywszy dwa 

bilety, zwycięsko powiewał nimi nad głową. Przenieśli się na 

koniec  następnej  kolejki,  oczekującej  na  przybycie  promu. 

Christie ocierała pot z czoła. 

W kiosku nie op

odal Matt kupił dwie lemoniady i jedną z 

nich podał Christie. Taką samą lemoniadę pili razem wtedy w 

lesie, w Nowym Meksyku, lecz smakowała im znacznie lepiej 

niż tu. Ta myśl dziwnie podniosła Christie na duchu. 

- Matt - 

zaczęła. - To przecież nie ma sensu, przyznaj sam. 

W  Nowym  Meksyku  i  ty  wyglądałeś  na  znacznie 

szczęśliwszego. 

Ależ  czuję  się  świetnie,  ty  zresztą  też.  Niech  tylko 

przypłynie prom, a zacznie się najlepszy dzień w twoim życiu! 

W  jakiś  czas  później  Christie  opadła  wreszcie  z  ulgą  na 

ławkę  górnego  pokładu  promu.  Zmaltretowana  upałem 

background image

 

132 

sukienka przykleiła się do jej ciała. Dziewczyna rozprostowała 

nogi. Matt usadowił się tuż obok. 

-  No nareszcie - 

westchnął  i  wyczekująco  rozejrzał  się 

dokoła. 

Obok niego przycupnął na ławce nieduży ośmiolatek. 
-  Niedobrze mi - 

oznajmił  rzeczowo  z  zadziwiającym 

spokojem.  

Matt zamarł z wyrazem najwyższego lęku. 

Hej, mały, tylko nie tutaj. Gdzie są twoi rodzice? 

Mama stoi tam, przy barierce. Ale ona mi nie pomoże. 

Matt  skrzywił  się  cierpiętniczo  i  sam  lekko  pozieleniał. 

Christie poklepała chłopca po ramieniu. 

Posłuchaj mnie - poprosiła. - Pamiętaj, że w życiu nad 

wszystkim da się jakoś zapanować. Powiedz sobie po prostu, 

że  na  pewno  nie  zwymiotujesz,  idź  szybko  do  mamy  i 

zaczerpnij  tam  trochę  świeżego  powietrza.  Sam  się 

przekonasz, że mam rację. 

Malec  milczał  przez  chwilę,  zastanawiając  się  widocznie 

nad jej słowami. Potem pokręcił głową z niedowierzaniem. 

- Nadal mi niedobrze - 

oświadczył. Wstał jednak i odszedł. 

Matt nerwowo potarł czoło.  

Przestaję  kochać  dzieci,  kiedy  zabierają  się  do 

wymiotowania na moje buty - 

mruknął. - Ale może najgorsze 

już poza nami. Teraz wreszcie zaczniemy się dobrze bawić. 

Jednak  z  każdym  przechyłem  promu  stawał  się  coraz 

bardziej blady. Christie ruszyło wreszcie sumienie. Tak bardzo 

przez cały czas starał się ją rozerwać, a ona robiła wszystko, 

żeby mu się to nie udało. Zrobiło jej się żal Matta i pociągnęła 

go za rękę. 

Chodź,  sam  chyba  potrzebujesz  świeżego  powietrza  - 

popchnęła go w kierunku burty. 

- Popatrz na ten widok - z

achęcała. - Wyobraź sobie tylko, 

że.... że może jednak nie będziesz wymiotował. 

background image

 

133 

Zerknął na nią, nienaturalnie zgięty wpół nad balustradą. 
-  Przepraszam  - 

westchnął.  -  Ale rzeczywiście,  warto 

przyjrzeć się temu wszystkiemu... 

Sylwetka Manhattanu stopniowo z

nikała.  Stare  i  nowe 

drapacze  chmur  kontrastowały  ze  sobą  w  pełen  wdzięku 

sposób.  Nowoczesne  budynki  pięły  się  stromo  w  górę.  Ich 

czystą,  chłodną  linię  łagodziły  starsze  budynki,  niższe, 
ceglane lub pokryte kamiennymi zdobieniami. Wszystko 

razem  tworzyło  zapierający  dech  w  piersiach  widok.  Wyspa 

drapaczy chmur wyrastająca z oceanu... 

Matt  wyprostował  się  dumnie,  wyraźnie  usatysfak-

cjonowany. 

Masz  rację  -  powiedział.  -  Popatrz tylko, nie ma na 

świecie  drugiego  takiego  miasta.  Pomyśl  też,  ile  straciłaś  w 
ci

ągu  minionych  paru  miesięcy.  Spektakle  na  Broadway'u, 

kolacje w kafejkach, przejażdżki rowerowe po Central Parku... 

Wszystkie  atrakcje  Christie  mogła  sobie  spokojnie 

darować...  Aż  do  dziś.  Jego  głos  brzmiał  tak  kusząco,  że 

musiała zająć pozycję obronną. 

A  co  powiesz  o  zanieczyszczeniu  środowiska?  - 

ripostowała.  -  Choćby  teraz,  niebo  zamiast  czystego  błękitu, 

ma okropny, brunatny odcień. Codziennie wieczorem musisz 

zmyć  z  twarzy  warstwę  brudu  i  sadzy.  Poza  tym  ten  ruch, 
jazgot... 

Polarne  niedźwiedzie  w  ZOO na Bronxie... -  mruczał 

wprost do jej ucha. -  Radio City Musie Hall i Rockettes, 
deptak na Coney Island... 

O,  do  diaska,  tym  razem  grał  nie  fair.  Christie  ogarnęła 

nagła  nostalgia,  spotęgowana  dodatkowo  poszumem 
oceanicznego wiatru i pokrzykiwaniem mew. 

Prawie poczuła 

już  na  języku  smak  hot-dogów z Coney Island. Z niejakim 

wysiłkiem odwróciła się w drugą stronę, lecz tylko po to, by 

background image

 

134 

stanąć  twarzą  w  twarz  z  majestatycznie  piękną  Statuą 

Wolności. 

Potężny,  okazały  posąg  został  odlany  tak  starannie,  że 

fałdy ubrania zdawały się raczej ciężką tkaniną niż warstwami 

metalu.  Postać  wznosiła  w  górę  złotą  pochodnię  niczym 
drogowskaz dla wszystkich osadników, którzy dawno temu 

znużeni  i  oszołomieni  docierali  do  Ellis  Island.  Pochodnia 

górowała  nad  miastem  jako  symbol  przeszłości,  a  zarazem 

jakby rękojmia przyszłości... Wszystko to przez lata zdawało 

się  Christie  oczywiste  i  samo  przez  się  zrozumiałe.  Teraz 

jednak nabrało świeżości i niemal magicznego znaczenia, bo 

obok niej był Matt i patrzyła na wszystko trochę jego oczami. 

Gdy prom przybił wreszcie do Liberty Island i Matt poczuł 

pod  stopą  stały  ląd,  na  nowo  zapałał  entuzjazmem. 

Energicznie prowadził Christie naprzód. 

Mógłbym się założyć, że upłynęły całe wieki od czasu, 

kiedy  ostatni  raz  wspinałaś  się  na  szczyt  statuy, prawda? - 

dopytywał. 

- Tak, ale... 

Wiedziałem! Nareszcie się zabawimy.  

Christie uważała się zawsze za osobę sprawną fizycznie i 

wytrzymałą,  lecz  pokonując  z  wysiłkiem  dziesiątki  schodów 

prowadzących w górę wewnątrz posągu, zwątpiła w to nagle. 

trudem łapiąc oddech, przeklinała wspinaczkę. 

Chyba  już  wystarczy  -  wysapała.  -  Tutaj  można  trochę 

odpocząć, a potem zjechać windą na dół. 

Nie  ma  mowy.  Idziemy  na  samą  górę  -  bezlitośnie 

komenderował Matt, pociągając ją za sobą wciąż wyżej. 

-  To zaczy

na być śmieszne - bąknęła Christie, pokonując 

mozolnie dalsze stopnie. 

Matt zatrzymał się i przyciągnął ją ku sobie. 

No,  przyznaj  się  -  szepnął.  -  Przecież  czujesz  się 

wspaniale, prawda? 

background image

 

135 

- Nieprawda - 

burknęła. 

Wiem,  że  tak.  Wolisz  być  tutaj,  ze  mną,  niż 

gdziekolwiek indziej beze mnie. Nie zaprzeczaj. 

To  było  nieuczciwe  zagranie,  zwłaszcza  że  jego  słowom 

towarzyszył czuły dotyk. Christie czujnie zesztywniała, ale nie 

umiała oprzeć się własnej reakcji. Do diabła, miał rację! Czuła 

się  zmęczona  upałem,  spragniona  i  zmięta.  Lecz  mimo  to, 

chciała przecież być właśnie tu, we wnętrzu posągu, razem z 

nim. Co więcej chciała być z nim wszędzie, gdziekolwiek by 

był. 

 

background image

 

136 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 
 

Mimo  północy  jasno  oświetlone  ulice  Manhattanu  wciąż 

tętniły  życiem.  Christie  i Matt siedzieli naprzeciw siebie w 
knajpce zwanej Gospo

dą  Rudiego,  słuchając  ballad  z  lat 

czterdziestych.  Melancholijne  i  pełne  pasji,  opowiadały  o 

nieszczęśliwej  miłości,  dobrze  harmonizując  z  nastrojem,  w 

jakim znalazła się Christie, obracająca bezmyślnie w dłoniach 

pusty kufel po piwie. Nic nie mogło ukoić dziwnego pieczenia 

w krtani, które się nasilało za każdym razem, gdy spoglądała 
na Matta. 

Nie żałujesz, że spędziliśmy ten dzień razem? - zapytał 

cicho Matt, odstawiając swoje piwo. 

-  Tak... To zna

czy, nie... Sam wiesz, że w końcu zrobiło 

się  cudownie.  Niepotrzebnie  tylko  dyskutowaliśmy  w 

nieskończoność. Nasze pytania pozostały bez odpowiedzi. 

Ale dzień był udany? 

Był... Niezwykły - przyznała Christie z bólem serca. Po 

wycieczce na Liberty Island ruszyli na spacer po Manhattanie. 
Posmakowali po trosze wszystkiego - 

zjedli na obiad kiełbaski 

w  cieście  w  dzielnicy  włoskiej,  myszkowali  w  sklepach  ze 

starzyzną  na  Canal  Street,  wałęsali  się  po  Seventh  Avenue, 

zajadając  mrożony  jogurt  czekoladowy...  Niby nic 

nadzwyczajnego nie wydarzyło się tego dnia, a jednak Christie 

nie mogłaby zapomnieć ani jednej jego minuty. Matt nie mylił 

się, przewidując, że będzie to dzień wyjątkowy. Pamiętała, jak 

zatrzymali  się,  żeby  podziwiać  kwitnące  fiołki,  rozjaśniające 

starzyznę przeciwpożarowych schodów, jak pilnie studiowali 

teatralne afisze okalające ceglaną ścianę jakiegoś budynku... 

Lecz  dzień  ten  dobiegł  końca,  oboje  przeżywali  właśnie 

ostatnie  jego  chwile.  Christie  oparła  dłonie  o  wyszczerbioną 

powierzchnię stolika. 

background image

 

137 

Chcę,  żebyś  wiedziała,  dlaczego  nie  przemawiają  do 

mnie twoje argumenty, Christie - 

mówił Matt, pochylając się 

ku niej. - 

Chodzi w nich tylko i wyłącznie o  obronę twoich 

zasad. Nie chcesz otworzyć pensjonatu w Connecticut, bo to 

zagroziłoby  twojej  wolności  wyboru.  Ale,  powiedz,  cóż 

takiego byś straciła na tych przenosinach? 

Zaczęła rozdzierać na strzępki papierową serwetkę. 

Wolność decydowania o sobie to najdroższy skarb, jaki 

posiadam,  ciężko  zdobyty  po  długiej  szamotaninie.  Zawsze 

będę  go  bronić.  Nie  pamiętasz  zresztą,  co  mówiłeś,  gdy 

byliśmy  w  kopalni  Shelby'ego?  Zapytałam  cię,  dlaczego  nie 

kupisz  kawałka  ziemi  w  pobliżu  Nowego  Jorku,  a  ty 

odpowiedziałeś, że nie chcesz „jakiegoś tam”  kawałka, tylko 

właśnie  ten,  konkretny.  Widzisz  więc,  czuję  coś  podobnego, 

gdy myślę o Red River. To wyjątkowe miejsce, które jest teraz 
moim domem. 

Matt  nie  od  razu  znalazł  stosowną  odpowiedź  i  Christie 

poczuła, że uzyskuje przewagę. 

Myślałem  również  o  czymś  innym.  Przypuśćmy,  że  ci 

ustąpię  i  zakupię  dom  w  Connecticut.  Odmienię  całe  swoje 

życie tak, jak sobie tego życzysz. Cudownie, pięknie. Ale to 

nie załagodzi kryzysu, który przechodzisz, Matt! 

Nigdy nic nie mówiłem o żadnym kryzysie - zaprzeczył. 

Nie  musisz  o  tym  mówić.  Cały  jesteś  sfrustrowany  i 

niezadowolon

y. Wbrew twoim słowom widać, że ta harówka 

na  giełdzie  wychodzi  ci  bokiem,  Matt.  Straciłeś  złudzenia. 

Trzyma cię tylko źle rozumiane poczucie lojalności! 

Zmięła  postrzępione  kawałki  serwetki,  podniecona 

własnym  płomiennym  wystąpieniem.  Nareszcie  jej  słowa 

zdawały się choć trochę docierać do Matta. 

- Psiakrew, to prawda - 

odezwał się szorstko. - Te afery na 

giełdzie spędzają mi sen z oczu. 

background image

 

138 

-  Napisz o nich - 

podsunęła Christie, starając się dojrzeć 

wyraz  jego  twarzy  poprzez  półmrok.  -  Tak wielu ludziom 
przyda

łyby się twoje rady. 

Christie, to są jakieś żarty. Nie znam się na tym. Trzeba 

mieć  odwagę,  żeby  zasiąść  przed  czystą  kartką  papieru  z 

przekonaniem,  że  jest  się  w  stanie  stworzyć  coś,  co  będzie 

miało  ręce  i  nogi.  Próbowałem  tego  wczoraj  wieczorem,  po 
pow

rocie  do  siebie.  Gapiłem  się  na  pusty  papier  bite  trzy 

godziny  i  nie  przyszło  mi  do  głowy  nawet  jedno  rozsądne 
zdanie... - 

otrząsnął się z niesmakiem. 

Christie  starała  się  rozpędzić  smugę  dymu  docierającą  z 

sąsiedniego stolika. 

-  Moje gratulacje. Po raz p

ierwszy  doświadczyłeś  braku 

natchnienia. Czy to nie wspaniałe? 

Czasami myślę, że brak ci piątej klepki. 

Za to mam siódmy zmysł! Wiedziałeś o tym? A wracając 

do  ciebie,  myślę,  że  potrzebujesz  odpowiedniej atmosfery, 

żeby  pisać.  W  Red  River  szło  ci  doskonale.  Myślę,  że 

powinieneś  wrócić  do  Nowego  Meksyku  -  triumfalnie 

uderzyła  pięścią  w  stół.  Tym  razem  nie  było  nawet  o  czym 

mówić,  położyła  go  na  cztery  łopatki.  Aby  uczcić  swoje 

zwycięstwo,  uniosła  kufel  w  geście  toastu,  Matt  jednak  nie 

podzielał jej entuzjazmu i nie podniósł swojego. 

Za  twoją  najbliższą  przyszłość!  -  obwieściła, wznosząc 

toast samotnie. - 

Matthew Gallagher, konsultant giełdowy. To 

brzmi fantastycznie! 

Mój  Boże,  najwyraźniej  nic  nie  rozumiesz.  Przecież  ja 

już  mam  zawód,  któremu  zresztą  poświęciłem  bardzo  dużo 

czasu  i  wysiłku.  Co  więcej,  jestem  w  nim  dobry.  Jestem 

niezłym maklerem, Christie, i to mi daje satysfakcję. Nie czuję 

natomiast  żadnego  zadowolenia, gdy zasiadam do pisania. 

Czuję się niekompetentny, niepewny, po prostu nie na swoim 

miejscu. Czy wiesz, o czym mówię? 

background image

 

139 

Tak,  wiem.  Z grubsza  biorąc, chodzi  o  to,  że boisz  się 

ryzyka. Kto by się nie bał na twoim miejscu? Zaczynać coś od 

samego początku, bez żadnych dokonań na koncie, nic tylko 
ty i czysta kartka papieru. 

Zaśmiał się gorzko. 

Cóż ty wiesz, Christie. Mówisz tak, jakbyś była w stanie 

zrozumieć... 

Poczekaj,  jeszcze  nie  skończyłam.  Świetnie  rozumiem 

twoje  wątpliwości  i  opory,  lecz nie  wolno ci  się  im  poddać! 

Masz zadatki na dobrego pisarza, być może nawet wybitnego. 

- W 

Red River uległem pewnym złudzeniom. Przez chwilę 

nawet wierzyłem, że mógłbym żyć z pisania, a w przerwach 

łowić  ryby.  Ale  przecież  -  to kompletna bzdura! -  w jego 

głosie brzmiał pełen zadumy smutek. 

Ale już po wszystkim - kontynuował po chwili posępnie. 

Wróciłem  do  Nowego  Jorku,  wróciłem  do  rzeczywistości. 

Wszystko jest tak, jak być powinno. 

Christie  naszła  nagle  ochota,  by  poderwać  się  na  równe 

nogi  i  potrząsnąć  mocno  Mattem,  pociągnąć  go  za  uszy, 

szturchnąć, jednym słowem zrobić coś, co wreszcie kazałoby 

mu uwierzyć we własne marzenia. 

Ktoś  uruchomił  szafę  grającą  i  popłynęły  z  niej  dźwięki 

kolejnej  rzewnej  melodii.  Christie  poczuła,  że  jest  u  kresu  i 

jeszcze chwila, a wyląduje łkając w ramionach Matta. Wstała 

od stołu. 

Wyrządzamy sobie nawzajem krzywdę,  Mat  - 

powiedziała. - Odprowadź mnie do domu, proszę.  

Kiedy dotarli do mieszkania Christie, Matt nie 

kwapił się 

do  wyjścia.  Omiótł  pokój  niespokojnym  spojrzeniem, 

zatrzymując wzrok na kilku sprzętach - brzydkim, metalowym 
stojaku na czasopisma, pokracznym stoliku koktajlowym  ze 
szklanym blatem... 

To wnętrze do ciebie nie pasuje - zauważył. 

background image

 

140 

Masz rację - przyznała. - Czuję się tu obco. Wyrosłam z 

tego  mieszkania  jak  z  za  ciasnej  sukienki.  To  śmieszne,  a 

zarazem trochę smutne, bo ojciec prawdopodobnie naprawdę 

życzył sobie, żebym poczuła się tu jak w domu. 

Nie jesteś już na niego zła? 

Wczoraj  wieczorem  zupełnie  mnie  zaskoczył  - 

przyznała. - Wytrącił mnie z równowagi. 

Następny ruch należy do ciebie, Christie, nie do mnie i 

do twojego ojca. Co m

asz zamiar zrobić? 

- Nie wiem - 

odpowiedziała nieco zbita z tropu. 

- Bardzo mnie dzisiaj przypierasz do muru. 

Rozmawialiśmy  o  wielu  różnych  możliwościach  -  jego 

głos zabrzmiał trochę szorstko. - A ty wybierzesz jedną z nich. 

Przystaniesz na propozycję ojca lub zdecydujesz się otworzyć 

nowy pensjonat, gdzieś niedaleko, albo wreszcie... Wrócisz do 

Nowego  Meksyku  i  wszystko  będzie  po  staremu.  Chciałaś 

mieć wolność wyboru, to ją masz. 

Christie prychnęła ze złością. 

To brzmi raczej jak jakieś ultimatum.  

Mat

t podszedł do niej powoli. 

Zagadujemy  się  na  śmierć,  Christie,  a  przecież  słowa 

niewiele  nam  pomogą.  Cały  dzień  dziś  ciebie  pragnąłem, 

dobry Boże, właściwie pragnąłem cię od chwili, kiedy cię po 

raz  pierwszy  zobaczyłem,  krztuszącą  się  z  powodu  tego 

głupiego  guzika.  Patrzyłem  wtedy  na  ciebie  i  wydawałaś  mi 

się  najbardziej  godną  pożądania  kobietą,  jaką  kiedykolwiek 

znałem. Najwyższy czas, żeby przestać gadać i wreszcie coś z 

tym zrobić. 

Bliskość Matta nie pozwalała Christie racjonalnie myśleć. 

Cofnęła się o krok, lecz on chwycił ją za przegub dłoni. Jego 

oczy płonęły złotym ogniem. 

background image

 

141 

Christie  słyszała  dziki  łomot  własnego  serca  i  czuła,  jak 

fala gorąca przetacza się przez jej żyły. Wciąż próbowała się 

wycofać. 

- Matt zaczekaj... 

Jego wargi w pół słowa zamknęły jej usta. Władcze dłonie 

powędrowały wzdłuż jej pleców i bioder, zagarniając ją całą i 

przyciągając  mocno.  Z  początku  opierała  się  magii  jego 

dotknięć,  lecz  jej  własne  pragnienie  zwyciężyło  i  nagle 

skapitulowała.  Z  głębokim  westchnieniem  poddała  się 
po

całunkom,  a  po  chwili  zaczęła  je  oddawać,  niecierpliwa  i 

złakniona.  Gdy  oderwali  się  od  siebie,  usta  Christie  były 

miękkie niczym płatki kwiatu i pulsowały pragnieniem. 

To  jednak  nie mógł  być  koniec,  teraz  Matt  rozkołysał  ją 

całą. Nie zdejmując dłoni z jej bioder, poruszał nią w jakimś 

powolnym,  zmysłowym  rytmie,  aż  oboje  oparli  się  o  ścianę. 

Oswobodził  jej  włosy  z  gumki  jednym  stanowczym  ruchem. 

Spłynęły jedwabną, miodową falą na jedno ramię. Pogłaskał je 

dłonią,  a  potem  wodził  palcami  po  nisko  wyciętej  linii jej 

dekoltu. Christie czuła, że coś się w niej otwiera i ledwie już 

nad sobą panowała, kiedy odpinał guziki sukienki. 

Jesteś taka piękna... - szeptał stłumionym głosem. Zsunął 

w  dół  wąskie  ramiączka  sukni  i  pochylił  się,  aby  całować 

delikatną  wypukłość  piersi.  Przywarła  do  niego,  błądząc 

palcami w jego rdzawych włosach. 

Nagle  dotarł  do  niej  z  jakiejś  oddalonej  cząstki  mózgu 

ostrzegawczy  impuls.  Z  każdą  pieszczotą  i  z  każdym 

dotknięciem warg Matt zaczynał nad nią panować, brał ją w 

posiadanie. Jeżeli nie przeciwstawi się tej potężnej, magicznej 

sile, która ją obezwładniała, to przepadnie z kretesem. 

Matt...  Przestań  -  westchnęła,  sztywniejąc  w  jego 

objęciu. 

Podniósł głowę. 

background image

 

142 

Wciąż  się  boisz,  Christie?  -  jego  głos  brzmiał  teraz 

twardo  i  nieustępliwie.  -  To jest ten prawdziwy problem 

między  nami,  prawda?  Boisz  się  zaufać  własnym  uczuciom! 

Umiesz świetnie panować nad swoimi celami i dążeniami, ale 

nie nad tym, co czujesz. Myślisz pewnie, że jeżeli poddasz się 

emocjom, to zdradzisz swoje żelazne zasady! 

Od

wróciła  twarz  i  zasłona  włosów,  opadając  w  dół, 

osłoniła niczym tarcza jej obnażone ramiona. 

- Wszystko odwracasz - 

zaprzeczyła z pasją. - To ty jesteś 

nieustępliwy, ty sam! To ty nie słuchasz głosu własnego serca, 

który  ci  podszeptuje,  że  jesteś  nieszczęśliwy  i  musisz  coś  z 

tym zrobić, coś zmienić w swoim życiu! 

Może jesteśmy tacy sami - padła zaskakująca odpowiedź. 

Nie  zauważyłaś?  Oboje  nie  chcemy  dać  się  porwać 

emocjom... Ze strachu przed tym, do czego nas przywiodą. 

Christie  nie  odpowiadała.  Stała  tak  z  rękoma 

skrzyżowanymi  na  piersiach,  starając  się  go  nie  słuchać.  Po 

chwili Matt ruszył ku drzwiom. 

Następny  ruch  wciąż  należy  do  ciebie,  Christie  - 

powiedział.  -  Twój  ojciec  odkrył  już  swoje  karty  i  ja  też.  A 

pewne  sprawy  są  poza  dyskusją  -  wyszedł,  zatrzaskując  za 

sobą drzwi. 

Christie  poprawiła  ramiączka  sukni.  Ten  cały  Matt 

Gallagher  - 

to  najbardziej  hardy,  nieustępliwy  i  po  prostu 

najbardziej nieznośny człowiek na świecie! Gdyby miała tylko 

pod  ręką  coś  ciężkiego,  cisnęłaby  tym  w  ślad  za  nim,  ale 

jedyną rzeczą znajdującą się w zasięgu jej wzroku okazała się 

niewinnie wyglądająca samotna brzoskwinia. 

Usiadła na stołku barowym, przyciskając grzbiety dłoni do 

rozpalonej twarzy. Wciąż jeszcze dygotała cała niczym ofiara 

trzęsienia ziemi, a pragnęła nie czuć nic. Więc może Matt miał 

znowu rację? Może naprawdę bała się własnych uczuć... 

background image

 

143 

Wzięła  do  ręki  brzoskwinię  i  z  całej  siły  cisnęła  nią  w 

drzwi. 

Nie poczuła się jednak lepiej. 

Biurowce  nowojorskiej  dzielnicy  bankowej  wznosiły  się 

wysoko  ponad  głową  Christie,  zamykając  dostęp  porannym 

promieniom  słońca.  Podążała  szybkim  krokiem  ocienioną 

ulicą, aż dotarła do schodów u stóp Gmachu Federalnego, na 

których  jadała  kiedyś  swoje  pospieszne  lunche.  Teraz 

przysiadła  na  moment,  by  rozprostować  nogi.  Czuła  się 
dziw

nie,  siedząc  w  tym  miejscu  tak  spokojnie.  Przez  chwilę 

miała  ochotę  zerwać  się  i  pognać  na  górę,  żeby  zdążyć 

załatwić jeszcze kilka nie cierpiących zwłoki spraw zleconych 

przez ojca, ale trwało to tylko moment. Tak wiele zmieniło się 

w jej życiu od tamtej pory! 

Naprzeciwko  wznosiła  się  okazała  fasada  budynku 

nowojorskiej giełdy. Christie znała na pamięć monumentalny 

zarys  klasycystycznej  kolumnady  wieńczącej  front.  Po  raz 

pierwszy ten obraz utrwalił się w jej pamięci, kiedy miała trzy 
lub cztery lata i ojc

iec przyprowadził ją tu, aby przyjrzała się 

symbolowi świetlanej przyszłości. Efekt był odwrotny od spo-

dziewanego,  bo  jeszcze  długi  czas  później  śniła  o  tym,  że 

kolumny ożyły i pod postacią niezdarnych olbrzymów ścigały 

ją w zbrodniczych zamiarach. 

Chris

tie skłoniła głowę i objęła rękoma kolana. Minionej 

nocy  nie  dręczyły  jej  żadne  senne  koszmary  z  tej  prostej 

przyczyny,  że  nie  zmrużyła  nawet  oka.  Prześladowało  ją 

wspomnienie słów Matta i jego pocałunków. Domagał się od 

niej  podjęcia  jakiejś  decyzji  i  rzeczywiście  było  to 

nieuniknione.  Lecz  choć  przez  całą  noc  Christie  próbowała 

rozważyć swoje położenie, żadne wyjście nie wydawało się jej 
zado

walające. W jej głowie zapanował jeszcze większy chaos. 

Jakiś rozczochrany młody mężczyzna przysiadł nie opodal 

dzięki  charakterystycznej  marynarce  Christie  mogła  w  nim 

background image

 

144 

rozpoznać  asystenta  giełdowego.  Cała  jego  kieszeń  najeżona 

była ołówkami, krawat miał potargany i przekrzywiony, mimo 

że  jego  pracowity  dzień  praktycznie  jeszcze  się  nie  zaczął. 

Zajadając pączka i wsłuchując się w dobiegającą ze słuchawek 

muzykę,  przebywał  najwyraźniej  we  własnym,  prywatnym i 

dość  zamkniętym  świecie.  Jego  twarz  nie  zdradzała  żadnych 

emocji. Christie odwróciła od niego wzrok, zdając sobie nagle 

sprawę z tego, że narusza zwyczajowe prawo tego miasta, aby 

nie przyglądać się innym ludziom. Nieprzenikniony, chłodny 

wyraz  twarzy  chłopaka  wydał  się  Christie  nie  na  miejscu. 

Giełda  w  końcu  napędzana  była  przede  wszystkim  ludzkimi 

emocjami,  dlaczego  więc  tak  wiele  osób  z  nią  związanych 
zachowyw

ało się beznamiętnie i nad wyraz powściągliwie. Na 

przykład  jej  ojciec,  kwitujący  zaledwie  lekkim  uśmieszkiem 

każde,  nawet  najbardziej  sensacyjne  zwycięstwo,  uważający, 

że okazywanie emocji - to zarazem obnażanie swoich słabych 

punktów  i  wystawianie  się  na  cios przeciwnika. Czy 

odziedziczyła po nim tę cechę? Zawsze uważała się za inną, 

otwartą  i  spontaniczną,  ale  Matt  zarzucił  jej  coś  wręcz 

przeciwnego.  Jego  zdaniem  panicznie  bała  się  własnych 

uczuć. 

Podniosła  się  energicznie  i  otrzepała  nogawki 

bawełnianych spodni. Pomyśleć, że jeszcze niespełna tydzień 

temu  żyła  spokojnie  w  Red  River,  beztroska  i szczęśliwa.  A 

potem  wkroczył  w  jej  życie  Matt  Gallagher  i  przewrócił 

wszystko  do  góry  nogami.  Z  jego  powodu  zaczęła 

kwestionować  wszystkie  swoje  działania  i  ich  motywacje. A 

co gorsza, nie mogła przestać go pragnąć, nawet na sekundę! 

Przemierzyła  jeszcze  dość  długi  odcinek  Wall  Street  i 

weszła  do  budynku,  który  reprezentował  starszą  generację 

biurowców. Wjechała windą na jedno z wyższych pięter. 

Posadzkę holu prowadzącego do firmy Daniels, Peters etc. 

pokrywał gruby, wełniany dywan. Na ścianach wisiały obrazy 

background image

 

145 

przedstawiające  Nowy  Jork.  Wszystkie  były  namalowane 
przez znanych, pres

tiżowych  malarzy.  Meble,  oczywiście 

najwyższej  jakości,  miały  stonowane,  szarozielone  obicia, 

niczym  morskie  wodorosty,  łagodzące  swym  dyskretnym 
kolorem przepych dywanu. 

Było  jeszcze  wcześnie  i  zaledwie  kilku  najbardziej 

ofiarnych  maklerów  zasiadało  przy  biurkach  w  dużej  sali, 

zwanej  też  „mordownią”. Prawie wszyscy rozmawiali przez 
telefo

n, przyciskając słuchawki do ucha, a jednocześnie tłukąc 

zajadle  w  klawisze  komputerów.  Żaden  z  nich  nie  zwrócił 

uwagi  na  Christie,  która  odbyła  tu  kiedyś  długą  i 

wyczerpującą praktykę. 

Przeszła  przez  hol  i  otworzyła  ciężkie  drzwi  z  ciemnego 

drewna, prowa

dzące  do  gabinetu  ojca.  Po  chwili  wahania 

przekroczyła próg. 

Rzadko bywała tu sama i teraz przyłapała się na tym, że 

wchodzi  prawie  na  paluszkach.  Dotarła  do  ogromnego, 

mahoniowego  biurka  i  ostrożnie  opadła  na  obite  skórą 

masywne  krzesło.  Zupełnie  w  nim  utonęła,  i  to  jej 

przypomniało, że ojciec zawsze wyglądał nieco potężniej niż 

w rzeczywistości, gdy na nim zasiadał. Czy naprawdę wierzył 

w  to,  że  ona  zdoła  go  zastąpić,  takiego  imponującego 
dyktatora? 

Powierzchnia  biurka  była  wypolerowana  na  wysoki 

połysk.  Znajdowało  się  na  nim  sporo  dokumentów  i  kilka 
numerów czasopism ekonomicznych. Christopher Daniels 

wiódł  życie  pracowite  i  intensywne,  lecz  zarazem  dobrze 

zorganizowane.  Nie  musiał  zabiegać  o  zlecenia  jak  jego 

wspólnicy,  miał  bowiem  stałą  i  starannie  dobraną  klientelę. 

Mimo to wcale nie pozwalał sobie na luksus czasu wolnego, 

nieustannie  absorbowała  go  giełdowa  gra,  którą  traktował  z 

taką  samą  powagą,  z  jaką  zasiada  się  do  rozegrania  partii 
szachów z arcymistrzem. 

background image

 

146 

Krzesło  okazało  się  zadziwiająco  wygodne.  Christie 

odchyliła się do tyłu i oparła nogi na biurku. Uśmiechnęła się 

na  myśl,  że  ojciec  nigdy  pewnie  nie  zdobył  się  na  to,  żeby 

odpoczywać  w  taki  sposób.  Nie  wiedział,  ile  traci!  Za  to 

pewnie  czuł  dobrze  to,  co  ona  w  tej  chwili...  Podniecający 
dreszczy

k  na  myśl  o  wielkich  możliwościach,  jakie  daje 

władza... Jemu z pewnością było to potrzebne jak rybie woda. 

Christie  zastanawiała  się  nad  wszelkimi  pokusami  roli 

szefa  i  nad  tym,  jakie  wprowadziłaby  w  firmie  zmiany.  W 

pierwszej  kolejności  nagrodziłaby  specjalnymi premiami 
nowe inicjatywy pracowników, zor

ganizowała  całodzienną 

ochronę  budynku  i  nie  kazała  nikomu  pracować  w  pełnym 

wymiarze godzin, na przykład w Dzień Dziękczynienia... 

Z  zadumy  wyrwał  dziewczynę  widok  otwierających  się 

bezszelestnie drzwi. D

o pokoju wkroczyli ramię w ramię Matt 

oraz jej ojciec. Christie nagle znieru

chomiała. Wyprostowała 

się błyskawicznie, opuszczając nogi na podłogę. 

Hmm, dzień dobry proszę ojca... Ojcze... Tato. 

Mary Christine, no proszę, nie spodziewałem się zastać 

ci

ę tu tak wcześnie rano. Bardzo jestem rad - mówił, zręcznie 

maskując  początkowe  zaskoczenie  obcą  inwazją  na  teren 
sanktuarium. 

Cześć Christie - rzucił Matt od niechcenia, lecz zarazem 

serdecznie.  To  wywołało  u  niej  dwa  nagłe  i  zupełnie 
sprzeczne pragnien

ia:  strzelić  do  niego  z  gumki  albo  rzucić 

mu  się  na  szyję.  Żadne  z  nich  nie  okazałoby  się  jednak 

właściwe w obecności jej ojca. 

Obaj stanowili efektowną parę. Matt włożył dziś garnitur z 

jasnobrązowej  wełny,  podkreślający  jego  naturalną  karnację. 

Pomimo  iż  zarówno  marynarka,  jak  i  spodnie  leżały 

nienagannie,  Christie  pomyślała  od  razu,  że  zdecydowanie 

woli go w dżinsach i kowbojskich butach. Zwykle to jej ojciec 

bezkonkurencyjnie  wysuwał  się  na  pierwszy  plan, 

background image

 

147 

pozostawiając  w  cieniu  każdego  towarzyszącego  mu 

mężczyznę.  Tym  razem  widoczniejszy  był  Matt,  który 

zachowywał  się  przy  Christopherze  Danielsie  z  ogromną 

swobodą i bez cienia uniżoności. 

Mary  Christine,  widzę,  że  wypróbowujesz  swoje  nowe 

krzesło. Wygodne? - zapytał ojciec jowialnie. 

Christie wstała zza biurka jak oparzona. 

Ależ tato, to jest twoje krzesło, do mnie ono zupełnie nie 

pasuje. Trochę sobie fantazjowałam i tyle. 

Możesz  sobie  zamówić  wygodniejsze  -  odpowiedział  z 

powagą.  Często  zdarzało  mu  się  nie  wychwytywać  pewnych 
niuansów w rozmowi

e,  więc  i  tym  razem  Christie  musiała 

wyrazić się precyzyjniej. 

Nie  mam  zamiaru  przyjąć  twojej  propozycji  i  nie  będę 

potrzebowała nowego krzesła. Dużo nad tym myślałam, tato. 

Przed chwilą usiadłam tutaj po to tylko, żeby spróbować sobie 

wyobrazić, jak czuje się ktoś taki jak ty. 

-  Kierowanie przychodzi ci niejako naturalnie, nie 

będziesz  też  miała  trudności  z  wydawaniem  poleceń,  bardzo 

więc liczę na to następstwo i wiem, że się nie przeliczę. 

Christie  poczuła  rodzący  się  bunt,  taki  sam  jak  niegdyś. 

Znowu j

ej  nie  słuchał,  znowu  próbował  ją  sobie 

podporządkować, ignorując wszelkie jej sprzeciwy. 

Najwyraźniej macie sobie coś ważnego do powiedzenia - 

wtrącił Matt taktownie. - Zostawię was samych. 

Nie, nie, Matthew, zostań proszę - zaprotestował ojciec. - 

Może pomożesz mi przekonać Mary Christine. 

Matt  zawahał  się,  a  potem  wzruszył  ramionami  i  stanął 

obok biblioteczki, parę kroków od biurka. Christie czuła, jak 

taksuje  ją  badawczym  spojrzeniem.  Trzęsła  się  cała  ze 

zdenerwowania,  lecz  wielkim  wysiłkiem  woli  próbowała 

nadać swojemu głosowi opanowane i spokojne brzmienie. 

background image

 

148 

Tato,  posłuchaj  mnie  nareszcie  i  postaraj  się  dobrze 

zrozumieć. To, że zaproponowałeś mi przejęcie firmy, ma dla 

mnie ogromne znaczenie i chciałabym, żebyś o tym pamiętał. 
Nigdy 

dotąd  nie  sądziłam,  że  ufasz  mi  do  tego  stopnia. 

Owszem,  często  o  takiej  możliwości  wspominałeś,  ale 

brzmiało to jak czcze obietnice, które mają mnie zdopingować 

do  jeszcze  większej  harówki  -  zamilkła  na  chwilę,  nie  do 

końca pewna, czy użyła właściwych słów i czy trafiły one ojcu 

do przekonania. Christopher Daniels zacisnął usta zagadkowo 

i  usadowił  się  naprzeciw  biurka.  Automatycznie  i  Christie 

opadła  na  sprężynujące  siedzenie  „tronu”.  Obecność  jej  ojca 

zazwyczaj  zniewalała  ludzi  i  kazała  im  naśladować  jego 
ruchy, do 

dziś jeszcze Christie nie wyzwoliła się z tego. 

Mary  Christine,  cieszę  się,  że  zdajesz  sobie  sprawę  z 

tego, jak bardzo chciałbym cię widzieć na właściwej pozycji 
w firmie - 

powiedział ojciec. - Jesteś moją córką, nosisz moje 

nazwisko i zawsze w ciebie wi

erzyłem. Starałem się również 

sprawdzać  cię  w  pracy,  byłaś  swoistym  polem 

doświadczalnym  dla  moich  genów  i  dowiodłaś,  że  podołasz 

zadaniu, jakie ci wyznaczę. 

Christie  mocno  zszokowało  określenie  jej  polem 

doświadczalnym.  A  jednak  nie  mogła  nie  docenić  intencji 

ojca, który zwykle bardzo niechętnie ją chwalił. 

Dziękuję,  tato.  Cudownie  jest  usłyszeć  od  ciebie  takie 

słowa. Zawsze pragnęłam twojej aprobaty i nareszcie chyba ją 
mam. To dla mnie wiele znaczy. 

A  więc  nie  widzę  żadnego  problemu  -  skwitował 

natyc

hmiast jej słowa. - Przekażę ci moje udziały i zostaniesz 

prezesem zarządu firmy. Czy też może raczej prezeską. Tym 

samym staniesz się jedną z najbardziej wpływowych kobiet w 
Nowym Jorku. 

Władza...  To  słowo  miało  tak  wiele  znaczeń. 

Najpotężniejszą władzą wydawała się jednak Christine władza 

background image

 

149 

nad  sobą.  Zdobycie  jej  najtrudniej  jej  przyszło...  Ważyła  w 

dłoni srebrny przycisk do papieru w kształcie kuli, odbijający 

poranne światło. 

Tato, być może przy maksymalnym wysiłku zdołałabym 

zarządzać  firmą  w  sposób  przyzwoity.  Wprowadziłabym 

pewnie  kilka  innowacji,  które  by  dobrze  wpłynęły  na 

atmosferę  pracy.  To  mógłby  być  mój  mocny  punkt...  Ale  z 

którejkolwiek strony na to nie spojrzę, prawda jest jedna, i nie 

mogę  jej  nie  brać  pod  uwagę.  Ja  po  prostu  nie  chcę  być 
maklerem  - 

bardzo  ostrożnie  odłożyła  przycisk  na  plik 

papierów, po czym wstała zza biurka. Spojrzała ojcu w oczy. 

Giełda jest twoją wielką pasję, nie moją. Próbowałeś mi 

ją zaszczepić, ale to się okazało niemożliwe. Nie sposób wciąż 

udawać  kogoś,  kim  się  nie  jest.  W  dodatku  nie  wierzę,  że 

byłbyś w stanie zostawić mi firmę. Myślę, że po prostu starasz 

się  znaleźć  skuteczną  metodę  przyciągnięcia  mnie  z 

powrotem...  Ale  tak  naprawdę  nie  umiałbyś  ustąpić. 

Widziałam twoje spojrzenie, gdy zastałeś mnie dziś na swoim 

miejscu. Wpadłeś w panikę, prawda? 

Chłodne  spojrzenie  niebieskich  oczu  jej  ojca  zmącił  na 

chwilę niepokojący błysk, który szybko znikł. Ojciec Christie 

poprawił  dyskretnie  kant  jednej  z  nogawek  swoich 
nienagannych spodni. 

Zapewniam  cię,  że  stać  mnie  na  to,  by  stąd  wyjść,  nie 

oglądając się za siebie. 

Christie uśmiechnęła się blado. 

O  tak,  na  pewno.  Wyszedłbyś  bez  mrugnięcia  okiem, 

nawet gdybyś w środku cały się gotował. Chciałabym kiedyś, 

tato,  porozmawiać  o  nas  obojgu,  o  tym, co czujemy wobec 
siebie

.  Ale  jeszcze  nie  dziś...  Jeszcze  na  to  za  wcześnie. 

Jesteśmy  do  siebie  zbyt  podobni  pod  wieloma  względami  - 

mówiąc  to,  zerknęła  na  Matta.  -  Przekonałam  się  o  tym 

ostatnio.  W  gruncie  rzeczy  cieszę  się,  że  odziedziczyłam  po 

background image

 

150 

tobie ambicję i upór. Może czasem przesadzam, pewnie nawet 

często...  Lecz  bardzo  cenię  sobie  te  cechy.  To  najcenniejsze 

dziedzictwo, jakie otrzymałam - westchnęła głęboko i ruszyła 
ku drzwiom. - 

Do widzenia, tato. I proszę, ciesz się tym, co 

masz, zamiast zamartwiać się myśleniem o tym, komu masz to 

zostawić. 

Christopher Daniels poderwał się z miejsca. 

Mary  Christine,  chyba  nie  masz  zamiaru  odejść?  - 

zapytał  z  niedowierzaniem.  Jej  słowa  prawdopodobnie znów 

nie trafiły do niego i to Christie zabolało. Myśl, że tak bardzo 

pragnął ją zatrzymać, a jednocześnie ona w żaden sposób nie 

mogła na to przystać... Utracił pewną jej część na zawsze i nie 

umiał się z tym pogodzić. Jedno było pewne. Nie potrzebował 

niczyjej litości, również ze strony Christie. 

- Do widzenia, tato - 

powtórzyła ciepło i odeszła.  

Prawie biegła ulicą, gdy Matt ją dogonił. 

Christie, możesz być z siebie dumna! Wreszcie stawiłaś 

mu czoła! I wreszcie określiłaś się wyraźnie i ostatecznie. 

Wcale nie jestem tego pewna. W każdym razie ty możesz 

już być spokojny. On nie zlikwiduje firmy i nie zrobi żadnego 
szalonego ruchu - 

przemawiała głosem opanowanym, choć jej 

gardło zaciskało się ze wzruszenia. 

Matt chwycił jej ramię i zatrzymał ją gwałtownie. 

Musimy  teraz  pomówić  o  nas.  Nie  próbuj  przede  mną 

uciekać, Christie. 

Uwolniła spokojnie rękę i oparła się o chłodną, kamienną 

ścianę domu. Ulica pogrążona była w cieniu, który spatynował 

wszystkie  żywsze  barwy.  Christie  pomyślała,  że  nigdy  tak 

naprawdę  nie  należała  do  tego  miejsca,  zawsze  pragnęła  w 

życiu większej jasności i jaskrawości... Czy jednak będzie w 

stanie  ją  znowu  gdziekolwiek  odnaleźć  po  tym,  co  teraz 

musiała powiedzieć Mattowi? 

background image

 

151 

Nie uciekam przed tobą, Matt - zaczęła niepewnie. - To 

nie jest tak. Ja po prostu coś przed chwilą zrozumiałam, tam, 
w biurze ojca. My oboje p

róbujemy  nawzajem  coś  na  sobie 

wymusić,  dokładnie  w  taki  sam  sposób,  w  jaki  mój  ojciec 

wymuszał  na  mnie  dosłownie  wszystko.  To  przecież  nie  ma 

sensu!  W  końcu  zaczęlibyśmy  się  nienawidzić.  Chciałabym, 

żebyś  sam  podejmował  wszelkie  decyzje  dotyczące  twojego 

życia,  bez  najmniejszej  presji  z  mojej  strony.  To  jedyne 

wyjście. 

W jej oczach zakręciły się łzy, ale głos pozostał pewny i 

stanowczy. 

Wyjeżdżam, Matt. Wracam do Red River. 

 

background image

 

152 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 
 

Na  kanapie  równym  rządkiem  spoczęła  dwudziestka 

zielonych s

moków  ze  sztruksu.  Wszystkie  miały  czerwone, 

filcowe łuski na grzbietach, czarne oczka z guzików i dobrze 

wypchane brzuszki, co nadawało im wygląd zadowolonych z 

siebie obżartuchów. Parę z nich miało kształty nieco koślawe, 

ale, począwszy od smoka numer dziesięć, Christie starała się 

je  zszywać  nienagannie.  Na  koniec  uznała  swoje  dzieło  za 

bardzo udane, dlaczego więc nie umiała się nim jakoś cieszyć? 

Wbiła igłę w kolejnego i spojrzała za okno, gdzie królował 

piękny,  letni  poranek.  Przygotowywała  się  właśnie do 

uroczystej  inauguracji  Dni  Średniowiecza  w  Red  River. 

Przecież  robiła  dokładnie  to,  co  miała  ochotę  robić, 

przebywała tam, gdzie miała ochotę przebywać, a w dodatku 

towarzyszył jej Vincent oraz Gomez - koty, które sama sobie 

wybrała. Co więc było nie tak? 

Do pokoju weszła Lisa z głową zatopioną w ogromnym, 

co  najmniej  siedemsetstronicowym tomie.  Christie  zdumiało, 

z jaką lekkością dźwiga tak pokaźny ciężar. 

Wciąż usychasz z tęsknoty za tym obłędnym samcem? - 

spytała Lisa z przepastnych głębin księgi. 

Błagam  cię,  nie  wygaduj  takich  głupstw  -  warknęła 

Christie  pochylona  nad  zasupłaną,  zieloną  nitką.  -  Już  ci 

mówiłam, że Matt Gallagher to dla mnie przeszłość. Skoro nie 

pofatygował się nawet, żeby wysłać mi jedną kartkę przez tyle 

tygodni, to ja miałabym za nim usychać? Nie ma mowy. On 

świetnie wie, dlaczego się nie odzywam. Nie chcę wywierać 
na niego nacisku, 

taką przyjęłam strategię. Natomiast on wcale nie musi jej 

stosować  w  stosunku  do  mnie.  Doprawdy,  zna  mój  numer 

telefonu i mógłby chyba zadzwonić choć raz... 

background image

 

153 

Wibrujący  dźwięk  telefonu  dobiegał  z  holu  i  Christie o 

mało nie zeszyła razem swoich dwóch palców. Wyskoczyła z 

krzesła, przefrunęła nad śpiącymi kotami, odepchnęła na bok 

Lisę i rzuciła się jak lwica na aparat. 

- Halo - 

wysapała. 

Dzień  dobry, Mary Christine -  pozdrowił  ją 

powściągliwy głos ojca. Z początku poczuła się zawiedziona, 

a potem obudziła się w niej czujność. Czyżby telefonował po 

to, by wypróbować na niej kolejny chwyt? Nie odzywał się od 

czasu, gdy wyjechała z Nowego Jorku i być może zdążył już 

uknuć następną intrygę, może wciąż nie dowierzał jej słowom. 

Miło  cię  usłyszeć  -  powiedziała  ostrożnie,  obserwując 

Lisę, która dyskretnie oddaliła się w stronę kuchni. - Jak  się 
czujesz? 

Dziękuję, świetnie. Co u ciebie? 

-  Wszystko dobrz

e,  dziękuję  -  wzięła  do  ust  kosmyk 

włosów i żuła go odruchowo. 

Mam nadzieję, że interes kwitnie.  

Westchnęła. 

Właściwie tak. Mamy teraz duży ruch, a koszty bieżące 

są wciąż dosyć niskie. 

To dobrze. Doskonale. Zresztą nie dziwi mnie to wcale, 

w intere

sach zawsze jesteś niezrównana - odchrząknął. - Mary 

Christine, dzwonię, żeby ci coś powiedzieć... Kocham cię. 

Wypowiedział  to  zdanie  niezmiennym,  beznamiętnym 

tonem,  jakby  informował  ją  o  swoim  ostatnim  zakupie  na 

giełdzie,  ale  Christie  była  wstrząśnięta. Nigdy, przenigdy 

dotąd nie słyszała od niego tych słów. 

Tato... Ja też cię kocham - wykrztusiła w końcu. 

No  tak,  cóż,  dobrze  więc,  Mary  Christine.  Zadzwonię 

znowu niedługo. 

Zadzwoń,  proszę  cię.  Będzie  mi  bardzo  miło...  Do 

widzenia, tato - powoli o

dłożyła słuchawkę. Wyglądało na to, 

background image

 

154 

że właśnie pojednała się z ojcem po wielu latach cichej wojny. 

To był wspaniały dar losu. Stała wpatrzona w telefon dłuższą 

chwilę,  rozkoszując  się  zupełnie  nowym  rodzajem  spokoju, 

jaki zapanował w jej duszy. 

Potem spojr

zała na zegarek i zorientowała się, że jest już 

dosyć  późno.  Dokończyła  w  pośpiechu  ostatniego  smoka  i 

włożyła  go  razem  z  innymi  do  ogromnego,  plastikowego 

worka.  Taszcząc  go,  wybiegła  z  domu  i  pospieszyła  w 
kierunku Main Street. 

Kolorowe, jasne proporce p

owiewały  na  wietrze  nad 

straganami  ustawionymi  wzdłuż  całej  ulicy.  Gęste  grupki 

przechodniów  dreptały  wokół,  próbując  klasyczne angielskie 

piwo, które w rzeczywistości sporządzone było z jabłecznika, 

kebaby  udające  mięsiwo  z  rożna  i  niby-autentyczny 
czternastowieczny pudding spo

rządzony 

według 

starodawnego przepisu z mleka i chleba, dostarczony przez 
miejscowy sklep z towarami kolonialnymi. 

Nazajutrz  miał  się  odbyć  występ  dziecięcy,  a  dzisiaj 

Christie  sprawowała  opiekę  nad  strzelnicą.  Wszystkie  smoki 
usta

wiła w efektownym szeregu tuż pod tarczą strzelniczą, a 

obok  zatknęła  tabliczkę  z  napisem:  Każdy,  kto  wyceluje  w 
bycze oko, wygrywa smoka! 50 centów - 

jeden strzał. Dochód 

z zabawy prze

znaczony  na  budowę  nowego  muzeum  w  Red 

River. 

Zasiadła  na  stołeczku  w  oczekiwaniu  na  chętnych.  Nie 

było  ich  jednak  wielu,  może  z  powodu  niezbyt  zachęcającej 

miny  Christie,  która  z  uporem  wpatrywała  się  posępnie  w 

ziemię, przeklinając w duchu dzień, w którym po raz pierwszy 

usłyszała o Gallagherze. 

Hej, piękna panienko, może ja bym spróbował - huknął 

donośny, męski głos tuż nad jej uchem. Christie zadarła głowę 

i  zobaczyła  przed  sobą  barczystą  sylwetkę  kowboja,  w 

kapeluszu  zsuniętym  na  tył  głowy  i  odsłaniającym  rudawą 

background image

 

155 

grzywkę.  Stał  z  kciukami  zatkniętymi  zawadiacko  za  szlufki 

dżinsów, i spoglądał na nią piwnymi oczami, w których czaił 

się figlarny błysk. 

Christie  poczuła,  jak  serce  jej  łomocze  opętańczo,  lecz 

przemówiła tonem swobodnym i wręcz nonszalanckim. 

O, cześć Matt. Nie wiedziałam, że się tu wybierasz.  

Matt położył na ladzie dwie dwudziestopięciocentówki. 

Celuję w samo oko byka. Milcz i patrz. 

Bez  słowa  podała  mu  łuk  i  strzałę  lekko  drążącą  dłonią. 

Matt z całym spokojem napiął cięciwę i wycelował strzałę w 
centrum 

tarczy. Paf. Gumowa końcówka strzały przyssała się 

w samym środeczku byczego oka. 

Niezły  strzał  -  powiedziała  Christie  i  wręczyła  mu 

smoka,  który  trochę  chwiał  się  z  trudem  utrzymując 

równowagę. Matt wydobył z kieszeni nowiutki jednodolarowy 
banknot. 

No  to  jeszcze  dwa  razy  poproszę.  Szczęście  mi  dziś 

dopisuje. 

Wygrał  dwa  kolejne  smoki,  z  których  jeden  uparcie  się 

przewracał. 

- Zobacz, Matt... 
-  No to jeszcze trzy razy. Jestem w transie - 

sześć 

dwudziestopięciocentówek zadzwoniło o ladę. Za pierwszym 

razem  chybił,  ale  już  po  chwili  stał  się  szczęśliwym 

posiadaczem  już  pięciu  sztruksowych  smoków.  Podniósł  do 

góry jednego z nich i pociągnął za ogon. 

Chyba zaczynam lubić te potworki - zauważył. 

Powinienem im stworzyć jakiś dom. 

One  miały  już  swój  dom,  zanim  się  tu  pojawiłeś  - 

oznajmiła. 

Czy  wciąż  jeszcze ukrywasz swoje uczucia, Mary 

Christine? - 

zapytał Matt ciepłym głosem. 

background image

 

156 

Idź  do  diabła,  Matt!  -  przycisnęła  ramiona  do  piersi, 

czując, że drży jak w febrze. - A w ogóle, co ty tutaj robisz? - 

zapytała szorstko. 

Przywiozłem parę nowinek, którymi chciałbym się z tobą 

podzielić  -  wyszczerzył  zęby  w  uśmiechu,  co  sprawiło,  że 

wyglądał  łobuzersko  i  stanowczo  nazbyt  pociągająco.  - 

Opublikowałem artykuł. 

- Ojej, Matt... To wspaniale! - 

wykrzyknęła, pochylając się 

ku niemu nad ladą. - Wiedziałam, że tak się stanie, po prostu 

byłam tego pewna! Ty to przecież potrafisz... 

-  Zaczekaj, nie przesadzaj z tym entuzjazmem. To tylko 

dwustronicowy  kawałek  dla  mało  znanego  czasopisma 

ekonomicznego.  Napisałem  o  potrzebie  uściślenia  przepisów 

regulujących  zawieranie  transakcji  giełdowych.  Doprawdy, 

nie  jest  to  materiał  na  serial  telewizyjny,  przeczyta  to  może 

dziesięć osób. 

- Ja to przeczytam - 

oświadczyła Christie żarliwie. 

-  Och, Matt... - 

Wyciągnęła  ku  niemu  ramiona  ponad 

przedzielającą  ich  ladą  straganu.  Matt  nie  zwlekając, 

przesadził  ladę  jednym  susem  i  mogła  teraz  przytulić  się  do 

niego,  oprzeć  policzek  o  gładki  materiał  kraciastej  koszuli  i 

wdychać jego sosnowy zapach. 

Powiedziałam ci już, że nigdy nie będę niczego na tobie 

wymuszać  -  mruczała  Christie.  -I  dotrzymam  słowa,  może  z 

tym jednym, jedynym wyjątkiem. Nie wypuszczaj mnie teraz 
z ramion... 

Zaśmiał się cicho i uniósł w górę jej podbródek. 

Ależ  Christie,  zaczęłaś  wywierać  na  mnie  presję  od 

chwili,  kiedy  przekroczyłem  próg  twoich  drzwi,  ja  to  sobie 
nawet chwa

lę. Czasami człowiek potrzebuje, by ktoś go lekko 

pchnął,  czy  też  raczej  dał  mu  solidnego  kopniaka,  wszystko 

jedno,  jak  na  to  spojrzymy.  Ty  miałaś  rację.  Bardzo 

potrzebowałem  jakiejś  odmiany  w  życiu.  W  gruncie  rzeczy 

background image

 

157 

miałem już po dziurki w nosie giełdy, ale nie chciałem się do 

tego  przyznać  nawet  przed  samym  sobą,  nie  chciałem  uznać 

za  stracone  wszystkich  tych  lat.  Przekonałem  się  jednak,  że 

mogę zmienić kierunek mojej drogi, nie zbaczając z niej tak 

zupełnie.  Giełda  zawsze  będzie  mnie  fascynować  i  zawsze 

będę  żył  jej  życiem.  Znalazłem  tylko  inny,  lepszy  sposób 

zajmowania  się  nią.  A  honorarium  za  napisanie  artykułu 

wystarczyło mi nawet na kupno jeszcze jednej wędki! 

Przerwał swój wywód, by ją pocałować. Christie zmrużyła 

rozkosznie  powieki,  delektując  się  orzeźwiającym  smakiem 

pocałunku.  Już  nie  drżała,  czuła  za  to  błogą  słodycz, 

rozlewającą  się  w  jej  żyłach.  Pozostawała  tak  w  ramionach 

Matta do czasu, aż nad jej głową jakiś obcy głos zapytał: 

Hej, czy tu się sprzedaje całusy? 

Matt uśmiechnął się do Christie i ciasno objął ją w talii. 

Ta dama już należy do mnie. 

Młody  człowiek  odprawiony  z  kwitkiem  poszedł  swoją 

drogą. 

Nie bądź taki zaborczy - zaprotestowała Christie. 

Kiedy ja już nie mogę bez ciebie żyć, Christie. Kocham 

cię. 

Fala  dziwnego  ciepła  zalała  ją  całą  i  jakieś  wewnętrzne 

światło zapłonęło w jej sercu. 

Już drugi raz dzisiaj słyszę te słowa, wiesz?  

Matt zmarszczył z troską brwi. 

Czy to znaczy, że mam rywala? 

Wyobraź  sobie,  powiedział  mi  to  mój  ojciec  - 

uśmiechnęła  się  promiennie.  -  Ja  też  cię  kocham,  Macie 

Gallagher. Już nigdy nie chcę się z tobą rozstawać! Red River 

przestało  być  moim  domem,  odkąd  zabrakło  tu  ciebie. 

Mogłabym chyba mieszkać na Saharze, bylebyś był ze mną...  

Gładził delikatnie jej twarz. 

background image

 

158 

Wyjdź  za  mnie,  Christie.  Natychmiast.  Spędzimy 

miesiąc miodowy w mojej nowej kopalni złota... 

A  więc  to  ty  kupiłeś  Wielkiego  Shelbiego!  Sprzątnąłeś 

mi go sprzed nosa! - 

zakrzyknęła oburzona. 

Możemy to zaliczyć do wspólnego majątku. 

To chyba da się zrobić... - zarzuciła mu ręce na szyję i 

upajała  się  jego  bliskością,  obezwładniona  nagłym 

szczęściem. 

-  Christie, ta moja pisarska kariera - 

to  zupełnie 

karkołomny pomysł. Czy zdajesz sobie z tego sprawę? To nie 

pójdzie łatwo, przekonasz się. 

Ale będzie z tego dużo radości, dopóki będziemy się tym 

cieszyć oboje - powiedziała Christie z przekonaniem. - Czuję 

to,  Matt.  Znajdziesz  w  domu  doskonałe  warunki  do  pracy. 

Powinniśmy też może zorganizować wkrótce objazd z cyklem 
odczytów, im szybciej tym lepiej. Tak wiele masz do 
powiedzenia n

a  temat  giełdy.  Uważam,  że  mogłabym  się 

okazać zupełnie niezłym agentem. Co ty na to? 

Matt parsknął śmiechem. 

Widzę,  że  jak  zwykle  rozsadzają  cię  nowe  pomysły  i 

plany,  zupełnie  jak  twojego  tatę.  Muszę  się  mocno  postarać, 

żeby ci dotrzymać kroku. 

-  Nie pr

zejmuj  się.  Nauczę  się  przy  tobie  odpoczywać. 

Może polubię wędkować - jej ucho przytulone do piersi Matta 

wysłuchało  eksplozji  śmiechu.  Ucałował  ją  w  nos  i  spojrzał 
serdecznie w oczy. 

Christie,  wiem,  że  stać  cię  na  wiele.  Ale  czy  ty 

wytrzymasz  moje  częste  podróże  do  Nowego  Jorku.  Muszę 

bywać tam regularnie. 

Będziesz  mnie  ze  sobą  zabierał.  Muszę  odrobić 

zaległości w kontaktach z ojcem. Właściwie nie mogę się tego 

doczekać.  Poza  tym  przypuszczam,  że  Christopher Daniels 

background image

 

159 

Trzeci chętnie będzie oglądał swoje wnuczęta tak często, jak 

to tylko będzie możliwe...  

Matt obdarzył pocałunkiem jej ucho. 

Ale  jedna  prośba.  Upewnijmy  się,  że  nasze  dzieci  są 

odporne  na  morską  chorobę,  zanim  wejdziemy  z  nimi  na 

pokład jakiegokolwiek promu... 

Christie splotła palce na jego karku. 

Muszę wyjść za ciebie jak najszybciej, zanim jakaś ładna 

kowbojka zagnie na ciebie parol. Kilka z nich właśnie ci się w 

tej chwili przygląda. 

Matta  jednak  nie  interesowało  nic,  co  działo  się  poza 

strzelnicą. Objął Christie jeszcze mocniej. 

-  Mary Christine Daniels Gallagher... Hmm, to brzmi 

zupełnie nieźle. Całkiem, całkiem nieźle... 

Znów  ją  pocałował.  Żadne  słowa  nie  były  im  więcej 

potrzebne.  Nie  chcieli  już  dłużej  żyć  na  przekór  sobie  i  na 

przekór miłości.