background image

Nocna zmiana – Nocny przypływ

Stephen King 

Nocny przypływ

   Kiedy już chłopak umarł i wiatr rozwiał woń palonego ciała, wróciliśmy na 

plażę. Corey miał ze sobą radiomagnetofon, jeden z tych tranzystorów 

wielkości walizki, który wymaga chyba ze czterdziestu baterii. Odbiornik nie 

był może najlepszy, ale za to bardzo głośny. Coreyowi przed A6 powodziło się 

bardzo dobrze, lecz teraz nie miało to już najmniejszego znaczenia. Nawet ten 

olbrzymi radiomagnetofon znaczył niewiele i był w zasadzie tylko ładnie 

wyglądającym śmieciem. W eterze zostały dwie stacje, które mogliśmy złapać. 

Jedną z nich - WKDM w Portsmouth - prowadził jakiś zwariowany prezenter, 

który dostał hopla na punkcie religii. Odtwarzał płytę Perry'ego Como, 

odmawiał modlitwę, puszczał płytę Johnny'ego Raya, czytał psalmy (każdy 

kończył słówkiem "sela", tak jak robił to James Dean w filmie Na wschód od 

Edenu), 

a później jeszcze coś wykrzykiwał. Takie tam różne głupoty. Pewnego 

dnia odśpiewał nawet ochrypłym, matowym głosem Pogrzebową wiązankę 

kwiatów

, czym przyprawił mnie i Needlesa o wybuch histerycznego śmiechu. 

   Stacja Massachusetts była lepsza, ale mogliśmy łapać ją tylko w nocy. 

Zajmowały się nią jakieś dzieciaki. Myślę, że przejęły nadajniki WRKO albo 

WBZ, kiedy wszyscy pracownicy odeszli lub umarli. Nadawali cały czas 

dowcipy, jak WDOPE, KUNT, WA6 czy inne rozgłośnie. Naprawdę śmieszne - 

można było pękać ze śmiechu. Wracając na plażę, słuchaliśmy właśnie 

Massachusetts. Trzymałem Susie za rękę; przed nami szli Kelly i Joan, a 

Needles skrył się już za pagórkiem i nie było go widać. Na samym końcu 

wlókł się Corey ze swym radiem. Z głośników dobiegało Angie Stonesów. 

- Czy kochasz mnie? - zapytała Susie. - Chcę wiedzieć tylko to: czy mnie 

kochasz? 

   Susie nieustannie domagała się takich zapewnień. Byłem jej pluszowym 

misiaczkiem. 

- Nie - odparłem. 

   Bardzo szybko tyła i jeśli pożyje wystarczająco długo, co było mało 

prawdopodobne, jej ciało stanie się tłuste i sflaczałe. Już teraz bardziej 

przypominała beczkę. 

- Jesteś wstrętny - powiedziała i zakryła dłonią twarz. 

   W blasku połówki księżyca, która od godziny już świeciła na niebie, zalśniły 

lekko jej lakierowane paznokcie. 

- Znowu będziesz się mazać? - Zamknij się! 

   Najwyraźniej jednak zamierzała ponownie wybuchnąć płaczem. Cóż, jej 

sprawa. 

   Weszliśmy na wzgórze i tam przystanąłem. Zawsze w tym miejscu 

przystawałem. Przed A6 była to plaża publiczna. Turyści, piknikowicze, ryjące 

nosami w piasku bachory, grube i rozdęte jak worek babcie ze spieczonymi 

słońcem ramionami. Papierki po cukierkach i patyki po lizakach, piękni ludzie 

pieszczący się na rozłożonych kocach. Wymieszane zapachy spalin z 

pobliskiego parkingu, morskich wodorostów i olejku do opalania marki 

"Coppertone". 

   Teraz jednak wszystkie te brudy i syfy zniknęły. Ocean po- chłonął je od 

niechcenia, tak jak człowiek pochłania garść cracker jacksów. Nie było już 

ludzi, którzy by wrócili i ponownie zaśmiecili plażę. Zostaliśmy tylko my; ale 

nas było za mało, żeby narobić aż takiego bałaganu. Poza tym kochaliśmy 

plażę - czyż to nie dla niej złożyliśmy tę ofiarę? Nawet Susie, ta mała suka. 

Susie z grubym tyłkiem wbitym w wiśniowe dzwony. 

   Wokoło rozciągały się wydmy i biały piasek znaczony jedynie linią 

przypływów - splątanymi pękami wodorostów i kawałkami drewna. W 

background image

Nocna zmiana – Nocny przypływ

kłującym blasku księżyca przedmioty rzucały ostre, wyraźne cienie barwy 

atramentu, a poświata otaczała wszystko. Opuszczona wieża ratownika, 

stojąca jakieś dwadzieścia metrów od budynku z prysznicami, sterczała w 

niebo białym szkieletem niczym kościsty palec. 

   I przypływ, nocny przypływ, wzbijający w powietrze rozbryzgi piany, 

klekoczące nieustannie o brzegi przylądka fale, bezkresne morze. Jeszcze 

zeszłej nocy te białe grzywacze znajdowały się zapewne w połowie drogi z 

Anglii. 

- Angie 

Stonesów - zagrzmiał głos w radiu Coreya. - Tę płytę, odprysk dobrych 

czasów jak z atłasów, wygrzebałem dla was w magazynie wytwórni. 

Nazywam się Bobby. To noc Freda, ale Fred złapał grypę. Jest cały spuchnięty. 

   Susie zachichotała, a na rzęsach trzepotały jej pierwsze łzy. Ruszyłem trochę 

szybciej w stronę plaży, żeby się nieco uspokoiła. 

- Poczekaj! - zawołał Corey. - Bernie? Ej, Bernie, zaczekaj! Chłopak w radio 

zaczął czytać jakieś świńskie limeryki. W pewnej chwili z tła dobiegł głos 

dziewczyny, która zapytała, gdzie jest piwo. Coś tam jej odpowiedział, a my 

już byliśmy na plaży. Obejrzałem się, żeby zobaczyć, co robi Corey. Zjeżdżał 

jak zwykle na plecach po piasku i wyglądał tak absurdalnie, że na chwilę 

zrobiło mi się go żal. 

- Biegnijmy - odezwałem się do Susie. - Po co? 

   Klepnąłem ją w tyłek, aż pisnęła. - To nam dobrze zrobi. Pobiegliśmy. 

   Pędziła za mną, dyszała mi w plecy jak koń i wołała, żebym zwolnił, ale ja 

już wcale o niej nie myślałem. Wiatr gwizdał mi w uszach i odwiewał włosy z 

czoła. Pełną piersią chłonąłem słone powietrze; ostre i cierpkie. Grzmiał 

przypływ. Fale wyglądały jak pokryte pianą szkło. Zrzuciłem gumowe 

sandały i pognałem boso po piasku, nie zwracając uwagi na sterczące tu i tam 

ostre muszle. Krew kipiała mi w żyłach... 

   W mroku przede mną wyłonił się szałas. W środku czekał już Needles. Na 

zewnątrz stali Kelly i Joan, trzymali się za ręce i patrzyli na bezkresną wodę. 

Upadłem na ziemię, zacząłem się toczyć, aż nalazło mi piasku za koszulę. 

Chwyciłem Kelly'ego za nogi. Upadł na mnie i wytarzał mi twarz w piachu. 

Joan wybuchnęła śmiechem. 

   Rozradowani, zerwaliśmy się na nogi. Susie dawno już przestała biec i 

wlokła się noga za nogą w naszą stronę. Corey prawie ją dogonił. 

- Ogień - odezwał się Kelly. 

- Naprawdę sądzisz, że nie kłamał mówiąc, że przyjechał tu aż z Nowego 

Jorku? - zapytała Joan. 

- Nie wiem. 

   Nie wydawało mi się to istotne. Kiedy go znaleźliśmy, siedział za kierownicą 

wielkiego lincolna, był półprzytomny i bredził. Głowę miał rozdętą do 

rozmiarów piłki footballowej, a jego szyja wyglądała jak ogromny serdel. 

Złapał Kapitana Tripsa i niedługo mógł sobie pożyć. Zawlekliśmy go zatem na 

Punkt, skąd rozciągał się przepyszny widok na całą plażę, i spaliliśmy 

chłopaka. Mówił, że nazywa się Alvin Sackheim. Cały czas wzywał swoją 

babcię. Myślał, że to Susie jest tą babcią. Strasznie ją to rozśmieszyło, Bóg 

jeden wie dlaczego. Susie zresztą potrafią śmieszyć najdziwniejsze rzeczy. 

   Na to, żeby spalić chłopaka, wpadł Corey, ale wszystko zaczęło się od żartu. 

W szkole Corey przeczytał multum książek o czarach i czarnej magii. Stojąc w 

mroku obok lincolna Alvina Sackheima łypnął na nas chytrze okiem i 

oświadczył, że jeśli złożymy ofiarę mrocznym bogom, to może duchy 

uchronią nas od A6. 

   Oczywiście nikt nie wierzył w te bzdury, ale zaczęliśmy rozmawiać o tym 

coraz bardziej poważnie. Było to coś nowego i w końcu postanowiliśmy pójść 

za radą Coreya. Przywiązaliśmy chłopaka do statywu potężnej lunety stojącej 

w punkcie widokowym -jeśli wrzuciło się dziesięć centów, w pogodny dzień 

można było przez nią dostrzec nawet Portland Headlight. Przywiązaliśmy go 

paskami od spodni, a potem rozbiegliśmy się w poszukiwaniu suchego 

chrustu i kawałków wyrzuconego przez ocean drewna - zupełnie jakbyśmy się 

bawili w ciepło i zimno. Alvin Sackheim przez cały czas mamrotał coś do 

swojej babci. Susie szybko od- dychała i błyszczały jej oczy. Najwyraźniej 

wszystko to bardzo ją ekscytowało. Kiedy znaleźliśmy się na dole, po drugiej 

stronie wydmy, pochyliła się nade mną i zaczęła mnie całować. Miała na 

ustach zbyt dużo szminki i smakowała jak tłusty talerz. 

   Odepchnąłem ją. Wtedy właśnie zaczęła stroić fochy. 

   Wróciliśmy na górę i obłożyliśmy Alvina suchymi gałęziami 

background image

Nocna zmiana – Nocny przypływ

i chrustem do wysokości klatki piersiowej. Needles podpalił stos zapalniczką 

"Zippo". Gałęzie w jednej chwili zapłonęły jasnym ogniem. Na koniec, tuż 

przed tym, jak zajęły mu się włosy, chłopak zaczął krzyczeć. Śmierdziało 

wieprzowiną po chińsku na słodko. 

- Bernie, masz papierosa? - zapytał Needles. - Za tobą leży z pięćdziesiąt 

kartonów. 

   Wyszczerzył zęby i pacnięciem dłoni zabił komara, który usiadł mu na 

ramieniu. 

- Nie chce mi się ruszać. 

   Podałem mu zapalonego papierosa i usiadłem. Needlesa spotkałem w 

Portland, dokąd wybrałem się pewnego dnia z Susie. Siedział na krawężniku 

przed State Theatre i na wielkiej, starej gitarze Gibsona, którą gdzieś ukradł, 

wygrywał melodie Leadbelly'ego. Dźwięk niósł się po całej Congress Street, 

zupełnie jakby Needles grał w sali koncertowej. 

   Do szałasu dowlokła się wreszcie ciężko zdyszana Susie. . 

- Jesteś wstrętny, Bernie. 

- Daj spokój, Susie. Zmień płytę, bo ta zaczyna trzeszczeć. - Skurwysyn. Głupi, 

nieczuły skurwysyn. Łachrnyta. 

- Spadaj albo podbiję ci oko, Susie - odparłem. - Uważaj, bo się doigrasz. 

   Znów zaczęła płakać. W tym jednym była naprawdę dobra. Zbliżył się Corey 

i próbował ją objąć.         Uderzyła go łokciem w krocze, a on napluł jej w 

twarz. 

- Zabiję cię! 

   Z krzykiem i płaczem ruszyła na niego, wymachując rękami jak wiatrak. 

Corey cofnął się, prawie upadł, a potem wziął ogon pod siebie i zaczął uciekać. 

Susie pędziła za nim, z ust płynął jej potok najordynarniejszych przekleństw. 

Needles odchylił głowę i wybuchnął śmiechem. Poprzez huk przypływu 

dochodziły do nas ciche dźwięki radia Coreya. 

   Kelly i Joan odeszli. Widziałem ich sylwetki nad samą wodą; spacerowali 

objęci ramionami. Wyglądali jak z plakatu biura podróży: OCZEKUJE WAS 

BAJKOWA ST. LORCA. Ale tak właśnie było. Stanowili wdzięczną parę. 

- Bernie? - Co? 

   Siedziałem, paliłem i rozmyślałem o Needlesie, który bawił się swoją 

zapalniczką "Zippo". Unosił przykrywkę, krzesał kółkiem iskrę i zapalał 

maleńki ognik - jak jaskiniowiec posługujący się krzemieniem i hubką. 

- Złapałem - powiedział Needles. 

- Tak? - popatrzyłem na niego. - Jesteś pewien? 

- Jestem. Boli mnie głowa. Boli mnie brzuch. Trudno mi sikać. J- Może to tylko 

grypa z Hongkongu. Susie też ją przechodziła. Cały czas wołała o Biblię. 

   Roześmiałem się. Działo się to jeszcze wtedy, kiedy byliśmy na 

uniwersytecie - mniej więcej tydzień przed zamknięciem uczelni i miesiąc 

przed tym, jak zaczęto wywrotkami wywozić ciała, oblewać je benzyną i palić 

we wspólnych grobach. 

- Popatrz. 

   Pstryknął zapalniczką i przysunął ognik do szczęki. Ujrzałem pierwsze 

trójkątne plamki i lekką opuchliznę. No tak, to była A6. 

- Masz rację - powiedziałem. 

- Ale nie czuję się najgorzej - mówił. - Znaczy się umysłowo. Ale ty też ciągle o 

tym myślisz. 

- Wcale nie - skłamałem. 

- Myślisz. Tak samo jak ten chłopak dzisiaj wieczorem. Też bez przerwy o tym 

myślisz. Jeśli się nad tym wszystkim dobrze zastanowić, to wyświadczyliśmy 

mu łaskę. Nie sądzę nawet, żeby zdawał sobie sprawę z tego, co się dzieje. 

- Zdawał, zdawał. 

   Needles wzruszył ramionami i przekręcił się na bok. 

- To i tak już nie ma znaczenia. 

   Paliliśmy, a ja patrzyłem na bijące o brzeg plaży fale. Needles złapał 

Kapitana Tripsa. A więc wszystko zaczynało się od nowa. Był już późny 

sierpień i za kilka tygodni nadejdą pierwsze chłody. Trzeba się powoli 

przenosić gdzieś pod dach: Zima. A na Boże Narodzenie trup - być może my 

wszyscy będziemy już trupami. W frontowym pokoju czyjegoś mieszkania, z 

drogim radiomagnetofonem Coreya stojącym na regale wypełnionym 

egzemplarza- mi Reader ś Digest Condensed Books. Słabe zimowe słońce 

malować będzie wzory okiennych ram na dywanie. 

background image

Nocna zmiana – Nocny przypływ

   Obraz był taki sugestywny; że zadrżałem... Nikt przecież nie powinien 

myśleć o zimie w sierpniu. To tak, jakby ktoś odwiedzał własny grób. 

   Needles roześmiał się. 

- A widzisz? Cały czas o tym myślisz. Cóż miałem mu odpowiedzieć? 

Wstałem. 

- Poszukam Susie. 

- Bernie, być może jesteśmy ostatnimi ludźmi na Ziemi. Czy przyszła ci kiedyś 

do głowy taka myśl? 

   W widmowym świetle księżyca, z podkrążonymi oczyma i białymi; 

nieruchomymi palcami jak ołówki już teraz sprawiał wrażenie półtrupa. 

   Stanąłem nad samą wodą i rozejrzałem się. Nie zobaczyłem nic z wyjątkiem 

będących w nieustannym ruchu garbów fal z delikatnymi lokami piany na 

grzbietach. Powietrze drżało od grzmotu bijącego w brzegi morza - większego 

niż cały świat; zupełnie jakbym trafił w sam środek burzy z piorunami. 

Zamknąłem oczy i kołysałem się na bosych stopach. Piasek był zimny, mokry i 

twardy. Nawet jeśli jesteśmy ostatnimi ludźmi, to co z tego? Bez nas świat 

również będzie toczył się własnym torem aż do chwili, kiedy księżyc 

przestanie przyciągać masy wód w ziemskich oceanach. 

   Na plażę wtoczyli się Corey i Susie. On człapał na czworakach, a ona jechała 

na nim na oklep jak na mustangu i wpychała mu co chwila głowę pod 

nadbiegające fale. Corey parskał i chlapał na wszystkie strony. Oboje byli 

przemoczeni do nitki. Pobiegłem i popchnąłem Susie nogą. Corey plując wodą 

i bełkocząc coś pod nosem natychmiast sobie poszedł - wciąż na czworakach. 

-

Nienawidzę cię! - wrzasnęła Susie w moją stronę. 

   W bladej twarzy jej usta były czarnym półksiężycem i wyglądały jak wejście 

do wesołego miasteczka. Kiedy byłem dzieckiem, matka prowadzała nas do 

Harrison State Park, gdzie znajdował się lunapark. Bramę stanowiła olbrzymia 

głowa klowna i do środka wchodziło się przez jego usta. 

- Daj spokój, Susie. Wstawaj - powiedziałem, wyciągając do niej rękę. 

   Po krótkim wahaniu chwyciła ją i podniosła się. Do bluzki i ciała 

poprzylepiały się jej ziarna mokrego piasku. 

-

Nigdy mnie tak nie traktuj, Bernie. Nigdy... 

-

Och, daj spokój! 

   Nie była wcale jak szafa grająca, która nie zagra, jeśli nie wrzuci się 

dziesięciocentówki. Poszliśmy plażą w kierunku kompleksu rekreacyjnego. 

Facet, który zajmował się plażą, miał na piętrze niewielkie mieszkanko. Było 

w nim łóżko. Susie nie zasługiwała wprawdzie na łóżko, ale Needles miał 

rację. Nic już nie miało znaczenia. W tej grze nikt nie liczył punktów. 

   Na górę budynku prowadziły zewnętrzne schodki. Przystanąłem przy nich 

na chwilę, żeby popatrzeć przez wybite okno na znajdujące się w sklepie 

zakurzone towary, których nawet nikt nie pofatygował się ukraść - stojaki z 

podkoszulkami (na przodzie miały rysunek nieba i fal oraz napis "Anson 

Beach"), lśniące bransolety barwiące nadgarstki na zielono już drugiego dnia, 

tandetne kolczyki, piłki plażowe, zabrudzone widokówki, paskudnie 

pomalowane gliniane madonny, plastikowe wymiociny (Jak prawdziwe! 

Wypróbuj na własnej żonie!), 

race i zimne ognie na Czwartego Lipca, którego 

nikt już nie będzie świętować, ręczniki plażowe ze zmysłowymi 

dziewczynami w bikini stojącymi pośród setek nazw słynnych kurortów, 

chorągiewki (Pamiątka z Parku i Plaży Anson), balony i kostiumy kąpielowe. W 

frontowej części zabudowań mieścił się również bar szybkiej obsługi z 

wielkim napisem: SPRÓBUJ NASZEGO CIASTA Z MIĘ- CZAKAMI. 

   Kiedy jeszcze chodziłem do szkoły średniej, spędzałem wiele czasu na plaży 

Anson. Działo się to sześć lat przed A6. Kręciłem wówczas z dziewczyną 

imieniem Maureen. Była duża i przepysznie zbudowana. Nosiła kostium 

kąpielowy w różową kratę i zawsze mówiłem jej, że wygląda w nim jak 

owinięta obrusem. Szliśmy na molo, pod gołymi stopami czuliśmy gorące 

deski i nagrzany piasek. Nigdy nie spróbowaliśmy ciasta z mięczakami. 

-

Na co patrzysz? 

-

Na nic. Chodź. 

   Dręczył mnie koszmar. Śniłem o Alvinie Sackheimie. Siedział wyprostowany 

za kierownicą lśniącego, żółtego lincolna i mówił o swojej babci. Pozostał z 

niego tylko zwęglony szkielet i sczerniała, rozdęta głowa. Cuchnął spalenizną. 

background image

Nocna zmiana – Nocny przypływ

Gadał i gadał, i po pewnym czasie nie potrafiłem zrozumieć ani jednego 

słowa. Obudziłem się zlany potem. Z trudem łapałem oddech. 

   Susie spała z nogami przerzuconymi przez moje uda; biała i spasiona. 

Zegarek wskazywał trzecią pięćdziesiąt, ale nie chodził. Za oknem ciągle 

jeszcze panował mrok. Huczał przypływ - jego punkt kulminacyjny. A to 

znaczyło, że jest czwarta piętnaście. Niebawem wstanie świt. Zsunąłem się z 

łóżka i pomaszerowałem do drzwi. Morska bryza przyjemnie chłodziła mi 

rozpalone ciało. Na przekór wszystkiemu wcale nie chciałem umierać. 

   Przeszedłem w kąt pokoju i wziąłem puszkę piwa. Pod ścianą stały trzy czy 

cztery kartony budweissera. Ciepłego, bo nie było prądu. Mnie, w 

przeciwieństwie do większości ludzi, nie przeszkadza, jeśli piwo jest ciepłe. Po 

prostu trochę bardziej się pieni. Piwo to piwo. Wyszedłem na schody, 

usiadłem na stopniu, otworzyłem puszkę i zacząłem pić. 

   Tak oto cała rasa ludzka została zmieciona z powierzchni Ziemi. I to nie 

przez broń atomową, nie przez wojnę biologiczną czy zanieczyszczenie 

środowiska; nie, nic z tych przerażających rzeczy. Po prostu grypa. Chciałbym 

zamontować gdzieś olbrzymią tablicę - może na Bonneville Salt Flats. Spiżowy 

Skwer. Każdy bok liczyłby sześć kilometrów długości. Na użytek kosmitów, 

którzy w przyszłości wylądują na Ziemi, napisałbym wielkimi literami: PO 

PROSTU GRYPA. 

   Cisnąłem pustą puszkę za balustradę. Upadła z głuchym brzękiem na 

ciągnący się wokół budynku chodnik. W oddali widniał majaczący na piasku 

czarny trójkąt szałasu. Zastanawiałem się, czy Needles śpi. Zastanawiałem się, 

czy ja zasnąłbym na jego miejscu. 

-

Bernie? 

   Stała w drzwiach ubrana w moją koszulę. Jakżeż jej nie znosiłem. Była 

spocona jak świnia. 

- Już mnie nie lubisz, Bernie?  

   Nic nie odpowiedziałem. Czasami było mi przykro z powodu tego 

wszystkiego. Nie zasługiwała na mnie bardziej niż ja na nią. 

- Czy mogę usiąść obok ciebie? - Nie zmieścisz się. 

   Wydała zdławiony, przypominający czkawkę dźwięk i zamierzała wrócić do 

pokoju. 

- Needles złapał A6. 

   Zatrzymała się w pół kroku i popatrzyła na mnie. Twarz miała nieruchomą. 

-   Bernie, nie żartuj. Zapaliłem papierosa. 

- Przecież on nie może... On już... 

- Tak, przeszedł już A2. Grypę Hongkong. Podobnie jak ty, jak ja, jak Corey, 

jak Kelly i Joan. 

- Wiec to znaczy, że nie jest... -  Uodporniony? 

- Tak. To znaczy, że i my możemy to złapać. 

- Nie wiem, może kłamał, że przechodził A2. Po to, żebyśmy mu pozwolili 

pójść z nami - odparłem. 

Na twarzy Susie pojawiła się ulga. 

- Jasne, że tak. Na jego miejscu też bym skłamała. Nikt nie chce żyć samotnie... 

- zawahała się. - Wracasz do łóżka? 

- Za chwilę. 

   Zniknęła w mieszkaniu. Nie musiałem jej mówić, że A2 nie stanowi żadnej 

gwarancji odporności na A6. Sama o tym dobrze wiedziała. Po prostu 

wymazywała ten fakt ze świadomości. Siedziałem i obserwowałem przypływ. 

Osiągnął apogeum. Przed laty Anson było skromnym ośrodkiem, gdzie 

uprawiano windsurfing. Na tle nieba majaczył wyniosły Punkt. Czasami 

myślałem, że jest to stanowisko obserwacyjne, ale naturalnie ponosiła mnie 

wyobraźnia. Czasami Kelly zabierał na Punkt Joan. Ale nie sądzę, żaby zrobił 

to tej nocy. 

   Wtuliłem twarz w dłonie; czułem dokładnie ziarnistą fakturę skóry. 

Wszystko kończyło się tak szybko i tak nędznie-nie było w tym odrobiny 

godności. 

A przypływ bił w brzegi przylądka, bił i bił. Bez końca. Czysty i tubalny. 

Latem, po skończeniu szkoły średniej, tuż przed rozpoczęciem studiów, 

przyjechałem tutaj z Maureen, a z południowo- -wschodniej Azji nadciągała 

już A6, żeby spowić świat swoim śmiertelnym całunem. Był lipiec, jedliśmy 

pizzę, słuchaliśmy radia, które Maureen ze sobą wzięta, smarowałem jej plecy 

olejkiem do opalania, ona smarowała moje, powietrze było gorące, piasek 

jasny, a słońce niczym płonące szkło. 

KONIEC


Document Outline