background image

 

JENNIFER GREENE 

Pokochaj swojego 

szeryfa 

Tytuł oryginału 

Her Holiday Secret 

 

 

 

 

 

 

background image

 

 

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 
Biel. Otwarte oczy nie dostrzegły niczego poza bielą. 

Stłumione odgłosy, dokuczliwy ból, jasne ściany, biała 
pościel. 

Pod powiekami wciąż miała ostatni zapamiętany ob- 

raz: eksplozję barw. Była niemal pewna, że prowadziła 
samochód. Jechała sama. Padał gęsty śnieg. Zapadła 
ciemna, zimowa noc. Nagle usłyszała odgłos uderzenia 
i zgrzyt metalu. Wszystkie kolory tęczy rozbłysły jej 
przed oczyma. Tu wspomnienia się urywały. Pustka. 

Tak, w dosłownym znaczeniu tego wyrazu! Była 

świadoma, że leży w szpitalnej separatce i odczuwa ból 
w całym ciele. Wobec takiego cierpienia zaburzenia 
osobowości tracą na znaczeniu. Po chwili doszła do 
wniosku, że jest przy zdrowych zmysłach, ale straciła 
pamięć. Nie wiedziała, jak się nazywa, kim jest... 
W skołatanej głowie panował kompletny zamęt. Drę- 
czył ją dziwny niepokój oraz poczucie winy. 

- Obudziliśmy się nareszcie? - Pielęgniarka miała 

twarz okrągłą jak księżyc w pełni i mnóstwo loczków 
na głowie. Była szatynką. Uśmiechała się promien- 
nie, ale spojrzenie miała badawcze i czujne. - Nie wy- 

 

R

 S

background image

 
silaj się zbytnio, skarbie. Leż spokojnie i odpoczywaj. 
Sprawdzę puls i ciśnienie krwi... 

-  Coś się stało. Był wypadek... - Chora miała wy- 

suszone gardło. Mówiła z trudem. 

-  Owszem - potwierdziła niechętnie pielęgniarka. 
-  Czy ja go spowodowałam? Boże miłosierny! Są 

ranni? 

-  Niewiele o tym słyszałam. Nikt nas jeszcze nie 

poinformował, jak to było, ale Berta z izby przyjęć mó- 
wiła, że jakieś auto uderzyło w pani samochód. To 
oznacza, że ktoś inny zawinił. - Kobieta współczująco 
zerknęła na pacjentkę. - Trudno się połapać, co jest 
grane, prawda? 

-  Nie mogę sobie przypomnieć... 
-  Typowy objaw, kochanie. Nie ma się czym prze- 

jmować. Bądź cierpliwa i nie próbuj niczego przyspie- 
szać. Na szczęście nie masz poważniejszych obrażeń. 
Klika siniaków i to wszystko. Wkrótce zajrzy tu doktor 
Howard. Aha, szeryf czeka w korytarzu. Nazywa się 
Andy Gautier. Znasz go? Dusza człowiek! Chce z tobą 
pogadać o wypadku, skarbie. Dasz radę? 

-  Co mu powiem? Przecież straciłam pamięć! -jęk- 

nęła dziewczyna. Jej głos brzmiał pewniej, a wzrok się 
wyostrzył. Powoli wracała do siebie. Gdyby tylko zdo- 
łała sobie przypomnieć... - Do diabła! Biała plama! 
Nie wiem, kim jestem. 

-  Przestań się tym przejmować. Zacznijmy od naj- 

ważniejszych informacji. Imię i nazwisko? 

-  Maggie... Maggie Fletcher. - Pacjentka westchnę- 

ła z ulgą. 

 
 
 

R

 S

background image

 
-  Zuch dziewczyna! Zajrzeliśmy do prawa jazdy: lat 

dwadzieścia dziewięć, szatynka, zielone oczy, waga 
pięćdziesiąt kilo. Zgadza się? 

Maggie zamierzała kiwnąć głową, ale z obawy przed 

bólem wolała się nie ruszać. 

-  Chyba tak. Prawie. Wagę zaniżyłam. 
-  Wszystkie to robimy, kochanie. - Pielęgniarka za- 

chichotała. - Pamiętasz swój adres? 

-  Ulica... River Creek Road. Numer domu 302. 
-  Znów strzał w dziesiątkę! - ucieszyła się pie- 

lęgniarka. - Próbujmy dalej. Jaki mamy dzień tygo- 
dnia? 

-  Wiem! Piątek. Wczoraj było Święto Dziękczynie- 

nia. A to jest szpital w White Branch. Nigdy tu nie 
byłam, ale widziałam ten budynek. 

Twarz siostry od razu się wypogodziła. Maggie 

uznała, że nie jest z nią aż tak źle, jak początkowo 
sądziła. Wspomnienia powracały, mgła spowijająca jej 
umysł powoli się rozpraszała. W kilka chwil dziewczy- 
na przebiegła niemal całe swoje życie... Z wyjątkiem 
dwudziestu czterech godzin poprzedzających wypadek. 
Pojechała jak zwykle do siostry, by spędzić z rodziną 
Święto Dziękczynienia. Co roku tak robiła, więc skąd 
to poczucie winy, które nie dawało jej spokoju? 

-  Jest dobrze - stwierdziła z uśmiechem pielęgniar- 

ka. - Zaraz przyjdzie doktor Howard i zbada nasze bie- 
dactwo. Jeśli nie będzie miał nic przeciwko temu, po- 
prosimy tu Andy'ego. Dobrze mówię, kochanie? 

Pielęgniarka wyszła. Po chwili zjawił się lekarz. Nie- 

poprawny optymista! Maggie miała powyżej uszu po- 

 
 
 

R

 S

background image

 
            

wtarzanych raz po raz zapewnień, że wszystko będzie 
dobrze, a ogólny stan jest zadowalający. 

Odetchnęła z ulgą, gdy została sama. Czuła się nie- 

zręcznie, gdy inni się nią zajmowali. Leżała bez ruchu 
wsłuchana w dobiegające z korytarza odgłosy: skrzy- 
pienie szpitalnych wózków, brzęczenie telefonów, roz- 
mowy. Chciała wrócić do domu - natychmiast, o ile to 
możliwe. Przymknęła powieki. 

-  Maggie Fletcher? 
Natychmiast otworzyła oczy. Zapomniała o szeryfie. 

Chciał ją przesłuchać. Zerknęła na nieznajomego, który 
stał w drzwiach, ale natychmiast tego pożałowała. Za- 
zwyczaj lubiła towarzystwo przystojnych mężczyzn, ale 
tego wieczoru mogłaby się bez tego obejść. Była zbyt 
wyczerpana, by stroszyć piórka i zastawiać sieci, ale 
jakaś cząstka jej kobiecej natury uparcie podpowiadała, 
że nie ma złej pory na mały flirt. Przemknęło jej przez 
myśl, że nawet dziewczyna pogrążona w śpiączce 
ocknęłaby się, by popatrzeć na urodziwego policjanta. 

-  Maggie, jestem szeryfem. Nazywam się Andy 

Gautier. Wszyscy w okolicy mówią mi po imieniu. 
Mam nadzieję, że nie poczujesz się urażona, jeśli zapro- 
ponuję, żebyśmy od razu przeszli na ty. Sama wiesz, że 
mieszkańcy tego miasteczka unikają zbędnych ceregie- 
li. - Podszedł do łóżka i wyciągnął rękę, Podała mu 
dłoń. Uścisk trwał zaledwie kilka, sekund. Szeryf był 
uważny i delikatny, a palce miał ciepłe i silne. Maggie 
odniosła wrażenie, że ma do czynienia z mężczyzną 
rzeczowym i bezpośrednim.    

-  Nie wiem, czy ta rozmowa ma sens. Wśród perso- 
 
 

R

 S

background image

 
nelu medycznego zdania są podzielone - stwierdził 
z niepokojem. - Jeśli to zbyt męczące, zobaczymy się 
później. Wprawdzie do wypełnienia protokołu będzie 
mi potrzebne twoje zeznanie, ale zdrowie jest ważniej- 
sze od dokumentów. 

-  Czuję się nieźle. Możemy porozmawiać. 
-  Świetnie - ucieszył się Andy. Przysunął sobie 

krzesło i wyciągnął z kieszeni mały notes. Usiadł, wy- 
ciągnąwszy swobodnie długie nogi. 

-  Wyglądam jak zabiedzona kotka po upadku z pier- 

wszego piętra. Niby spadłam na cztery łapy, ale guzów 
nie brakuje - powiedziała półgłosem Maggie 

-  Rzeczywiście masz kilka dorodnych siniaków - 

stwierdził rzeczowo Andy. - Nic nie szkodzi. Gdyby 
taki kociak trafił do mojego domu, poczęstowałbym go 
rybą. Znalazłby się spodek mleka i wygodny fotel przed 
kominkiem. - Z roztargnioną miną grzebał po kiesze- 
niach. - Cholera! Zgubiłem długopis. Kupuję je tuzina- 
mi i natychmiast gdzieś zostawiam. - Pochylony 
w stronę dziewczyny, uniósł palec, mrugnął do niej 
i rzucił ostrzegawczym tonem: - Nie ruszaj się stąd. To 
rozkaz. Odradzam ucieczkę. Masz grzecznie czekać, aż 
wrócę. Muszę zwędzić siostrze oddziałowej coś do pi- 
sania. Nie będzie protestować. Już do tego przywykła. 

Szeryf wrócił po kilka minutach z długopisem w rę- 

ku. Usiadł obok łóżka i ponownie sięgnął po notes. 

-  Sytuacja została opanowana. Przede wszystkim 

chciałbym usłyszeć, kto ma zostać powiadomiony 
o wypadku. W torebce znaleźliśmy polisę ubezpiecze- 
niową i karty kredytowe, brak natomiast danych na te- 

 
 
 

R

 S

background image

 
mat najbliższej rodziny, a w książce telefonicznej nie 
znalazłem innych Fletcherów. 

-  Mam tu siostrę. Joanna Marks. To nazwisko jej 

męża. Owdowiała. - Maggie mówiła z trudem. Gdy 
wspomniała o siostrze, ogarnął ją niepokój. - Proszę do 
niej nie dzwonić. Sama to zrobię. Joanna oszaleje ze 
strachu na samą myśl, że będzie miała do czynienia 
z policją. Czuję się nieźle, więc... 

-  Lekarz jest tego samego zdania - wtrącił szeryf 

- ale wypisze cię dopiero jutro. Z kim pojedziesz do 
domu? Po takim wstrząsie przez kilka dni nie możesz 
prowadzić samochodu. Trzeba ci przywieźć ubranie. 
Moim zdaniem siostra powinna wiedzieć, co się z tobą 
dzieje. 

-  Dowie się w swoim czasie. Nie chcę jej denerwo- 

wać. - Maggie nie zamierzała opowiadać szeryfowi 
o niedolach Joanny. Starała się oszczędzać jej niepo- 
trzebnych wzruszeń. Zresztą była zbyt osłabiona, by 
wdawać się w rozmowy o kłopotach swojej rodziny. 
Machnęła ręką i zamilkła. Przez cały czas ukradkiem 
obserwowała szeryfa, który rozparł się na krześle i wy- 
ciągnął długie nogi. Nie przypominał wprawdzie Mela 
Gibsona, ale wart był grzechu. Nie nosił policyjnego 
uniformu. Sportowe ubranie i potargana czupryna 
wskazywały, że był po służbie i przyjechał z domu. 
Miał na sobie ciemną bawełnianą koszulkę, wytarte 
dżinsy i znoszoną skórzaną kurtkę podkreślającą szero- 
kie ramiona. Czarne, krótko przycięte włosy były nieco 
wilgotne, bo padał śnieg. Ciemna karnacja oraz wysta- 
jące kości policzkowe poiwtlały się domyślać, że w ży- 

 
 
 

R

 S

background image

łach szeryfa płynie indiańska krew. Był przystojny 
i bardzo sympatyczny. Krótko mówiąc - budził zain- 
teresowanie. 

Maggie westchnęła cichutko i skarciła się w duchu. 

Chyba jej odbiło. Przecież miała wypadek! Powinna 
myśleć o swoim zdrowiu, a tymczasem zachwyca się 
urodziwym policjantem, który na dodatek nie wykazuje 
szczególnego zainteresowania jej skromną osobą. Za- 
miast śnić na jawie o tym przystojniaku, powinna się 
zastanowić, jak wybrnie z kłopotów, których miała wię- 
cej niż włosów na głowie 

-  Kto jeszcze mógłby ci pomóc? Mąż, narzeczony? 
- Oczy szeryfa dziwnie zabłysły; Maggie gotowa była 

się założyć, że nie chodziło mu tylko o wypełnienie 
kolejnej rubryki w formularzu. 

-  Mam kilku przyjaciół... ale to przecież środek nocy. 

Po co ich budzić i niepotrzebnie denerwować? Rano za- 
dzwonię do siostry. - Maggie odetchnęła głęboko, by do- 
dać sobie odwagi. - A co do wypadku... Próbuję go sobie 
przypomnieć, ale mam pustkę w głowie. Ciągle mi się 
wydaje, że to była moja wina. Okropne uczucie. Pielęg- 
niarka zapewnia, że jest inaczej, ałe podejrzewam, że 
chce 
mi oszczędzić najgorszego. Muszę w końcu usłyszeć całą 
prawdę. Czy w tamtym aucie było jakieś dziecko? 

-  Bez obaw! Spokojnie, dziewczyno. - Andy po- 

chylił się nad nią, zapominając o policyjnym notatniku. 

- Pijany- kierowca zjechał na lewą stronę drogi. Na-

stąpiło zderzenie czołowe. Nie mogłaś go uniknąć. Prze-
słuchałem czterech świadków. Zeznawali na twoją ko-
rzyść. Nie jesteś winna. 

 
 

 

 

R

 S

background image

 
-  Na pewno? - Maggie nieufnie spojrzała szeryfowi w 

oczy. Czy umyślnie mijał się z prawdą, by jej oszczędzić 
zmartwień? Być może umówił się z lekarzem i pie-
lęgniarką, że powiedzą jej wszystko, gdy będzie silniej-
sza. Wpatrywała się z uwagą w przyjazną twarz szeryfa. 
Nie odwrócił wzroku. Po namyśle uznała, że nie wygląda 
na człowieka, który zmyśla dla dobra sprawy. Z za-
dowoleniem stwierdziła, że mu wierzy, choć poczucie 
winy nadal ją dręczyło. Nie spowodowała wypadku, lecz 
najwyraźniej miała coś na sumieniu. 

-  Ten pijany kierowca... Co z nim? 
-  Już ja dopilnuję, żeby odsiedział swoje. Z wypadku 

wyszedł prawie bez szwanku. Jest znacznie mniej poobi-
jany niż ty. Nie zapytałaś o swoje auto. Mam fatalną no-
winę. Jest skasowane. 

-  Co mnie to obchodzi? - mruknęła niecierpliwie, ale 

natychmiast się zreflektowała. - Nieprawda. Szczerze 
mówiąc, to perspektywa kupna nowego samochodu mnie 
przeraża. Można powiedzieć, że jestem na to uczulona. 
Ubezpieczyłam auto, więc dostanę odszkodowanie. 
Szczęście w nieszczęściu, że ucierpiała maszyna, nie 
ludzie. - Umilkła na chwilę, a potem dodała niepewnie: - 
Szeryfie... Dobrze mówię? A może raczej inspektorze 
albo... panie władzo? 

-  Zaproponowałem, żebyśmy przeszli na ty. 
Dostrzegła w oczach Andy'ego wesołe iskierki. Roz-

śmieszył go jej szacunek dla wymiaru sprawiedliwości i 
próba zmiany tonu na bardziej oficjalny. 

Maggie postanowiła zwracać się do niego po imieniu. 

Z pewnością miał dobre intencje, gdy zaproponował, by 
 
 
 

R

 S

background image

 
porzucili niepotrzebne formy. Wystarczyło spojrzeć na 
jego twarz, by się przekonać, że to człowiek prawy, 
szczery i uczciwy. Mimo to czuła się niezręcznie. 

Problem w tym, że za bardzo ją pociągał. Mężczyzna 

zdolny oszołomić do tego stopnia zbolałą ofiarę wypad- 
ku drogowego oznaczał dla Maggie prawdziwe zagro- 
żenie - zwłaszcza że od dawna nie przeżywała podo- 
bnego zauroczenia. Z drugiej strony jednak zdawała so- 
bie sprawę, że gdy ochłonie i trzeźwo oceni fakty, bez 
namysłu uzna się za kompletną idiotkę, bo przecież 
taksujące spojrzenie i znaczący uśmiech na urodziwej 
męskiej twarzy to jeszcze nie powód, by snuć rozmaite 
domysły. 

-  Będziesz tu miała dobrą opiekę. - Andy przerwał 

kłopotliwe milczenie. - Znam dobrze siostrę oddziało- 
wą. Parę razy byłem w tym szpitalu. Gert jest wyjątko- 
wo troskliwa. Potrafi zagłaskać pacjenta na śmierć. 
Można oszaleć. 

-  To mi właśnie leży na sercu. Nie znoszę, jak ludzie 

się mną opiekują. 

-  Tak też sobie pomyślałem. - Szeryf uśmiechnął się 

szeroko. - Nie lubisz, jak sprawy wymykają ci się spod 
kontroli, prawda? 

-  Owszem. Potrafię o siebie zadbać. 
-  Jestem tego pewny. Na co dzień niewątpliwie 

doskonale sobie radzisz, ale teraz jest inaczej. Trze- 
ba się zdać na innych. Pozwól, by cię rozpieszczali. 
Zgoda? 

-  Jasne - odparła niechętnie. 
Szeryf znowu się uśmiechnął. Niewielu facetów re- 
 
 
 

R

 S

background image

 
 

agowało w ten sposób, gdy Maggie broniła swojej nie- 
zależności. 

-  Nie mogę pojąć, jak to możliwe, że się dotąd nie 

spotkaliśmy. White Branch to niewielka miejscowość 
- powiedział szeryf. 

-  Mieszkam tu od sześciu lat i ani razu nie weszłam 

w konflikt z prawem. Napady na banki czy uliczne roz- 
róby to nie moja specjalność. W każdym razie nikt mnie 
dotąd nie nakrył - odparła żartobliwie. - Jeśli chodzi 
o wypadki drogowe, także miałam czyste konto, przy- 
najmniej do wczorajszej nocy. Cholera by... - Chciała 
machnąć ręką, lecz ból sprawił, że zamarła w bezruchu. 

- To mój największy problem. Nie mogę sobie przy-

pomnieć, co się działo przez ostatnie dwadzieścia cztery 
godziny. Po prostu biała plama! 

-  Musisz się porządnie wyspać, a wspomnienia po- 

wrócą. 

-  Na pewno łatwiej przypomniałabym sobie tamte 

zdarzenia, gdybym wróciła do domu. 

-  Andy! Ty draniu! - Rudowłosa pielęgniarka wsu- 

nęła do separatki kędzierzawą głowę. - Zapowiedzia- 
łam ci, że masz dziesięć minut, a ty jeszcze tu siedzisz! 

-  Już wychodzę. - Szeryf chwycił notatnik i zerwał 

się na równe nogi. Mrugnął do chorej porozumiewaw- 
czo. - Widzisz, Gert, twoja podopieczna usiłowała mnie 
przekonać, żebym ją odwiózł do domu. 

Maggie uznała tę deklarację za akt zdrady. Pielęgniar- 

ka podreptała w stronę łóżka niczym zatroskana kwoka. 

-  Po moim trupie! Musisz tu zostać, kochanie. Nie 

ma innego wyjścia. 

 
 

R

 S

background image

 
Gdy odwróciła się na chwilę, Maggie posłała szery- 

fowi mordercze spojrzenie. Niech wie, co go czeka! 

-  Jeśli znowu się spotkamy, pożałujesz tych słów. 
-  To pewne jak w banku, że czeka nas kolejne spo- 

tkanie - rzucił na odchodnym, raz jeszcze spoglądając 
jej w oczy. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

R

 S

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

 
Kiedy dwa dni później Andy jechał do Maggie, po- 

wtarzał sobie w duchu, że jego wizyta jest ze wszech 
miar usprawiedliwiona. W White Branch rzadko zda- 
rzały się przestępstwa, lecz jak wszędzie, tak i tutaj nie 
brakowało kłopotów, trzeba więc mieć się na baczności. 
Szeryf Gautier wkładał w swoją pracę całe serce; dzięki 
niej zyskał nad miejscową społecznością ogromną wła- 
dzę. Nie chodziło mu jednak o prawo do używania kaj- 
danek i broni, tylko o możliwość zduszenia zarodku 
większości konfliktów i przestępstw. Ilekroć sytuacja 
zmuszała do użycia przemocy, ogarniało go poczucie 
klęski. Najlepszy sposób, żeby uniknąć kłopotów, to 
stale mieć oko na powierzoną swojej pieczy okolicę. 
Z tego powodu Andy codziennie patrolował rejon. Gdy 
ktoś z mieszkańców miał wypadek lub poważne kłopo- 
ty, on czuwał z daleka, aż sprawa znalazła szczęśliwe 
rozwiązanie. 

Maggie była w poważnych tarapatach, a więc było 

zrozumiałe samo przez się, że trzeba ją odwiedzić, za- 
pytać o zdrowie, pomóc w potrzebie. 

Szeryf skręcił z głównej drogi, kierując się w stronę 

River Creek Road. 

Wspomnienie łagodnych, zielonych oczu przez kilka 
 

R

 S

background image

 
ostatnich nocy nie dawało mu spokoju. Odkąd rozwiódł 
się przed czterema laty, żadna kobieta nie zrobiła na nim 
takiego wrażenia. Maggie Fletcher zauroczyła go, kiedy 
mocno poobijana, obolała i bezradna w szpitalnym łóż- 
ku robiła dobrą minę do złej gry. Próbowała nawet 
żartować. Przemknęło mu przez myśl, że w szpitalnej 
koszuli wyglądała kusząco. Nie mógł zapomnieć zarysu 
pełnych piersi pod cienką bawełną. 

Nie to jednak stanowiło powód jego wizyty. Powi- 

nien wiedzieć, co się dzieje z mieszkańcami jego rejonu. 
To obowiązek szeryfa. Przyspieszył, choć nagle strach 
go obleciał na myśl, że lada chwila stanie twarzą 
w twarz z dziewczyną o zielonych oczach. Miał nadzie- 
ję, że chora szybko wraca do zdrowia po odniesionych 
w czasie wypadku obrażeniach. Zaparkował przed do- 
mem i wysiadł z samochodu. 

Gdy zobaczył Maggie na werandzie, nie miał wątpli- 

wości, że dziewczyna czuje się doskonale. Z werwą 
obściskiwała jakiegoś przystojniaka. Na widok szeryfa 
opuściła ramiona, spojrzała na niego ciekawie i jakby 
kpiąco, a potem zrobiła krok w jego stronę. 

Wiał przenikliwy, zimny wiatr. Andy skulił się i zerk- 

nął na ciemne chmury. Zapewne niedługo znów spadnie 
śnieg. Zachmurzone niebo to zła wróżba. Pomyślał 
z goryczą, że nie powinien ulegać czarowi kocich oczu. 
W duchu klął na czym świat stoi i robił sobie gorzkie 
wyrzuty. Trzeba się było domyślić, że taka śliczna 
dziewczyna już kogoś ma. 

- Witaj, Andy! Cóż za niespodzianka! Czy po na- 

myśle uznałeś, że trzeba mnie aresztować? 

 
 
 

R

 S

background image

 
Szeryf chętnie zamknąłby Maggie do więzienia za 

ustawiczne zakłócanie spokoju stróżowi prawa. Przez 
nią od paru dni chodził jak błędny, ale nie zamierzał się 
do tego przyznać. 

-  Nie sądzę, żebyś w obecnym stanie zdrowia stano- 

wiła zagrożenie dla okolicznych banków i sklepów ju- 
bilerskich. Póki twoje siniaki nie znikną, możemy czuć 
się bezpieczni. Żarty na bok! Uświadomiłem sobie, że 
mieszkasz na odludziu, a twoje auto poszło do kasacji. 
Jesteś odcięta od świata. Pomyślałem, że przyda ci się 
pomoc, więc wpadłem. 

-  To bardzo miły gest. Pewnie znalazłabym dla cie- 

bie mnóstwo zajęć, ale na szczęście mój siostrzeniec 
przyjeżdża tu codziennie na skuterze. Robi zakupy, od- 
śnieża podwórko i tak dalej. Pora na oficjalną prezen- 
tację. Ten rosły nastolatek to Colin Marks, syn mojej 
siostry - powiedziała uprzejmie Maggie. - Młody czło- 
wieku, poznaj naszego szeryfa. Andy Gautier we włas- 
nej osobie. 

Gdyby gość nie miał się na baczności, uśmiech 

dziewczyny podziałałby na niego jak grom z jasnego 
nieba. Z trudem uświadomił sobie, co znaczą usłyszane 
przed chwilą słowa. Siostrzeniec? Nastolatek? To właś- 
nie ten dryblas, który podaje mu rękę? Byli równego 
wzrostu. Chłopak miał prawie metr dziewięćdziesiąt 
wzrostu, a dzięki nastroszonej czuprynie wydawał się 
jeszcze wyższy. Ciemny .blondyn o zielonych oczach; 
podobny do ciotki. Szerokie bary oraz słuszny wzrost 
sprawiły, że szeryf z daleka wziął go za dorosłego męż- 
czyznę. Gdyby lepiej się przyjrzał, od razu dostrzegłby 

 
 
 

R

 S

background image

 
typową u nastolatków chudość i kanciaste ruchy. Powi- 
nien był zauważyć to od razu, ale na widok Maggie 
całkiem stracił głowę. 

-  Cześć, Colin, miło cię poznać - rzucił pospiesznie. 

Chłopak szybko cofnął dłoń, przestępując niepewnie 
z nogi na nogę. 

-  Mnie również - wymamrotał i odwrócił wzrok. - 

Maggie, będę leciał. Mama pewnie się niepokoi. 

Intuicja podpowiadała szeryfowi, że nastolatek ma 

coś na sumieniu, a jego zmieszanie to coś więcej niż 
tylko młodzieńcza nerwowość. Z drugiej strony jednak 
pierwsze wrażenie często bywa mylące. Chłopakowi 
najwyraźniej spieszno było do wyjścia. Ciotka uściskała 
go serdecznie. Po chwili Collin ruszył do śnieżnego 
skutera stojącego przed werandą. Maszyna pomknęła 
z rykiem, znikając w chmurze białego pyłu. 

- Ile lat ma Colin? Piętnaście? - zgadnął Andy. 
-  Zgadza się. Jego brat, Rog, jest o rok młodszy. 

Colin to żywe srebro. Czasami przychodzą mu do gło- 
wy idiotyczne pomysły, ale serce ma dobre. Moi sio- 
strzeńcy to miłe dzieciaki. W ubiegłym roku zmarł ich 
ojciec. Moja siostra i jej synowie nie mogą tego prze- 
boleć. Mniejsza z tym. Potrafię w nieskończoność opo- 
wiadać o rodzinie, ale wstrzymam się na moment i za- 
pytam, czy pozwolisz chorej stać na mrozie, czy też 
zlitujesz się nad nią i wstąpisz na kawę? 

-  Nie wyglądasz na schorowaną - odparł szeryf 

z kpiącym uśmiechem. Maggie wyglądała ślicznie, lecz 
Andy nie dał się zwieść pozorom. Był pewny, że nad- 
rabia miną, choć czuje się marnie. Jasne włosy miała 

 
 
 

R

 S

background image

 
rozpuszczone. Złociste kosmyki w rozmaitych odcie- 
niach, jakby rozświetlone słonecznym blaskiem, opada- 
ły jej na plecy. Zaczesała je na bok, żeby ukryć wiel- 
kiego, tęczowego siniaka na skroni. Zauważył go, gdy 
pokręciła głową. Próbowała dyskretnym makijażem za- 
tuszować cienie pod oczami. Podniosła kołnierz czer- 
wonej kurtki, zasłaniając bandaż wokół szyi. Nie chcia- 
ła, by inni się o nią niepokoili; dlatego uśmiechała się 
i dowcipkowała, by odwrócić uwagę gościa i dać mu do 
zrozumienia, że nic jej nie dolega. 

-  Szczególnie efektowne siniaki są, niestety, ukryte 

przed ludzkim wzrokiem. - Maggie zdawała sobie spra- 
wę, że szeryf się jej przygląda. - Powinnam je zapre- 
zentować w galeriach jako awangardowe dzieła sztuki. 
W tym celu jednak trzeba by się obnażyć, a to grozi 
uwięzieniem za obrazę moralności. - Nagle spoważnia- 
ła i dodała niepewnie: - Czyżby niespodziewana wizyta 
szeryfa oznaczała, że mam zostać aresztowana? 

-  Nic mi o tym nie wiadomo, ale skoro tak ci na tym 

zależy.... Chwileczkę, niech pomyślę. Powód się znaj- 
dzie - mruknął, kiwając głową. Dziewczyna zachicho- 
tała. 

-  Nim pogrążysz się w rozmyślaniach, powiedz, czy 

kawa ma być czarna, czy też z mlekiem i cukrem. 

-  Czarna jak noc... Zresztą mniejsza z tym. Jeśli to 

kłopot.,. 

-  Nie żartuj! Trzęsę się z zimna i chętnie wypiję coś 

gorącego. Dotrzymasz mi towarzystwa. Wejdźmy do 
środka. Nie musisz zdejmować butów. Mam sukna. Wil- 
goć im nie szkodzi. 

 
 
 

R

 S

background image

 
Andy poszedł za dziewczyną. Zdjął kurtkę i powiesił 

ją na wieszaku. Maggie pospiesznie zrzuciła okrycie 
oraz ciepłe botki. Z aprobatą zerknął na nią. Miała na 
sobie czerwony golf, dżinsy i grube wełniane skarpetki 
- strój całkiem bezpretensjonalny i dość obszerny, ale 
oko wytrawnego obserwatora dostrzegło pod nim przy- 
jemne krągłości bioder i piersi. 

Andy zreflektował się natychmiast. Wmawiał sobie, 

że obserwuje dziewczynę, by sprawdzić, czy rekonwa- 
lescencja przebiega właściwie. Odniósł wrażenie, że 
Maggie porusza się bardzo ostrożnie. Chwilami dotyka- 
ła klatki piersiowej, jakby czuła ból. Mimo to szeryf nie 
miał wątpliwości, że szybko wraca do zdrowia... 
i znów podziwiał jej doskonałą figurę. Kierowały nim 
motywy dalekie od altruizmu i policyjnej skrupulatno- 
ści. Z trudem podniósł wzrok i spojrzał w zielone oczy. 
Maggie uśmiechnęła się i sięgnęła do szafki po kubki 
i kawę. Andy odwrócił głowę, by rozejrzeć się po mie- 
szkaniu. 

Na parterze znajdował się obszerny salon i otwarta 

kuchnia z ceglanymi ścianami, staroświeckim piecem 
i jasnym blatem, który mógł służyć jako stół. Pod sufi- 
tem wisiały metalowe rondle, a na kuchence bulgotał 
pachnący ostrymi przyprawami sos do spaghetti. Andy 
był niemal pewny, że pani domu przygotowała go sama, 
nie sięgając do słoików z gotowymi potrawami. 

W pokoju dziennym jedną ze ścian wyłożono kamie- 

niem. Był w nią wbudowany kominek, na którym bu- 
zował ogień. Wiatr porywał w górę złote iskry. Podwój- 
ne szklane drzwi wychodziły na taras wyłożony cedro- 

 
 
 

R

 S

background image

 

 
wy mi deskami. Rozciągał się stamtąd widok na gęsty 
las i wąwóz o stromych zboczach. 

Wystrój wnętrza dowodził, że Maggie lubi kolor nie- 

bieski. Pośrodku salonu stała kanapa oraz kilka foteli 
- cały komplet obity błękitną tkaniną. Tę samą barwę 
miał dywan o długim włosie - istna rozkosz dla bosych 
stóp. Na podstawie krótkich oględzin Andy uznał, że 
gospodyni nie przywiązuje większej wagi do rodzaju 
mebli albo odcienia tapicerki. Po prostu lubi wygodę 
i ma naturalne wyczucie koloru. Zbudowała przytulne 
gniazdko, w którym mogła się zwinąć w kłębek i odpo- 
cząć. 

-  Będę się cieszyła, jeśli powiesz, że mam ładny 

dom, ale nie umrę z rozpaczy, jeśli darujesz sobie tę 
uwagę. 

Andy odwrócił się i ujrzał Maggie trzymającą w rę- 

kach dwa parujące kubki. 

-  Urocze wnętrze. Urządziłaś sobie wspaniałą kry- 

jówkę. 

-  Zacny z ciebie człowiek - odparła z przyjaznym 

uśmiechem. - Sama zbudowałam ten dom. Taka wersja 
dla naiwnych gości. Prawda jest taka, że przy monto- 
waniu kominka, okien i urządzeń hydraulicznych nie 
obyło się bez udziału fachowców. Ale wszystko sama 
zaprojektowałam. Ta kamienna ściana to moje dzieło. 
Pokrycie dachu także wykonałam sama. Dzięki temu 
sporo oszczędziłam i szybciej spłaciłam kredyt. 

-  Niesamowite! Nie będę ukrywać, że cię podzi- 

wiam. Mówię poważnie. 

-  Omal nie skręciłam karku, gdy łaziłam po dachu. 
 
 

R

 S

background image

 
Chciałam dowieść, że kobieta żadnej pracy się nie bo-

i. Czasami dochodzę do wniosku, że zamiast się bawić 
w budowlańca, powinnam wezwać zawodowców. 
Dawniej byłam innego zdania. Każdy ma prawo się 
mylić. - Podała szeryfowi kawę, a potem upiła spory 
łyk ze swego kubka. - Oprowadzę cię po moim domu. 
Nie jest duży. Na górze mam sypialnię, gabinet i pod- 
ręczną rupieciarnię. 

Weszli na piętro. W składziku znalazło się miejsce 

dla pralki oraz wysokiej klasy sprzętu sportowego, co 
świadczyło o zamiłowaniu Maggie do narciarstwa 
i wspinaczki. Andy westchnął na widok imponuj ącgo 
zestawu narzędzi. Każdy mężczyzna wiele by dał, by je 
mieć. Gabinet tchnął kobiecością. Oprócz profesjonal- 
nego komputera stały tam zapachowe świece, misy wy- 
pełnione kwiatowymi płatkami, lampki o barwnych 
abażurach ozdobionych frędzlami; do tego dekoracyjne 
zasłonki i firany oraz mnóstwo roślin i obrazków. Krót- 
ko mówiąc, urocze schronienie. 

-  Pracujesz w domu? - zapytał Andy. 
-  Tak. Przygotowuję instrukcje i materiały reklamo-

we dla znanego koncernu. Przynajmniej raz w miesiącu 
jadę do firmy na dwa dni, żeby spotkać się ze współpra-
cownikami i omówić najważniejsze kwestie. Na co dzień 
wystarcza mi telefon, faks i modem. Pokażę ci sypialnię. 
Ostrzegam, że straszny tam nieporządek. Lepiej zamknij 
oczy. 

-  Zapewniam cię, że bałagan to dla mnie nie nowina. 

- Andy zachichotał. 

-  Chyba nie doceniasz moich możliwości. Jestem 

okropną bałaganiarą. 

 
 

R

 S

background image

Ruszyli galeryjką, z której można było podziwiać 

kamienną ścianę i kominek. Gdy weszli do sypialni, 
Andy przyznał w duchu, że naprawdę panuje tam nie- 
ład, ale ucieszył się, bo przemknęło mu przez myśl, że 
gdyby jacyś mężczyźni bywali ostatnio w tym pokoju, 
gospodyni zapewne sprzątnęłaby przed randką. 

Maggie wcisnęła do szuflady zapomniany biustonosz 

i kopnięciem wrzuciła pod łóżko skrawek różowej sa- 
tyny. Rozbawiony Andy nagle spoważniał. Przyszło mu 
do głowy, że Maggie przestała sprzątać własny pokój, 
bo zabrakło jej sił. Z pewnością miewała trudne chwile 
i dlatego wykonywała tylko niezbędne czynności. 
Zmięta pościel łososiowej barwy świadczyła, że rekon- 
walescentka długo przewracała się z boku na bok, znę- 
kana bólem albo bezsennością. 

Z zamyślenia wyrwał go głos Maggie, która z dumą 

zwracała uwagę gościa na detale architektoniczne i dro- 
biazgi stanowiące dopełnienie wystroju wnętrza. 
W ukośnym dachu zamontowano okna, przez które 
można było obserwować niebo. Na podłodze leżał gru- 
by orientalny dywan zasłany niemal całkowicie książ- 
kami i papierami. W przylegającej do sypialni dużej 
łazience zmieściła się kwadratowa wanna oraz spora 
toaletka. Wszędzie unosił się przyjemny zapach - deli- 
katny, korzenny, łatwy do rozpoznania i przyciągający 
uwagę. Jak Maggie. 

-  Jak długo tu mieszkasz? - spytał Andy. 
-  Prawie cztery lata. Dorastałam w Colorado 

Springs. Po studiach zatrudniłam się w Boulder. Tam 
ma siedzibę moja firma. Z czasem doszłam do wniosku, 

 
 
 
 

R

 S

background image

 
że wolę mieszkać na prowincji. Tu przeniosła się po 
ślubie moja siostra. Gdy jej mąż zachorował na raka i... 
Zresztą już wiesz. Uznałam, że powinam pomóc rodzi- 
nie. Z trudem przekonałam szefów, że nie muszę tkwić 
w biurowcu, by dobrze wykonywać swoją pracę. Mimo 
wszystko uznali moje argumenty za słuszne. Zaczęłam 
się tu rozglądać, znalazłam odpowiednią działkę i wy- 
budowałam dom. Uwielbiam te strony. 

-  Ja się tu wychowałem i również kocham te okoli- 

ce. Uwielbiam góry. Poza tym fatalnie się czuję, gdy 
wieżowce zasłaniają mi świat - odparł Andy. Gdy szli 
w dół, spostrzegł, że gospodyni lekko utyka na prawą 
nogę. W tej samej chwili jakiś cień na tarasie przykuł 
jego uwagę. - Maggie, wydaje mi się, że jeleń spaceruje 
pod twoimi oknami. 

-  Ach, to Horacy. Straszny z niego włóczykij. O tej 

porze przychodzi zwykle na małą przekąskę i zagląda 
do salonu. Jesienią był zakochany. Nie ma większego 
idioty niż zadurzony jeleń. Przyprowadził na taras swo- 
ją Martę, żeby mi ją przedstawić. Od tamtej pory ani 
razu się nie pokazała, więc sądzę, że miłosne zapały 
mego stołownika dawno minęły. Ten drań znów regular-
nie zagląda mi w okna. Należałaby mu się nauczka. 

-  Nie mogę aresztować jelenia, który puścił kantem 

ukochaną. To nie przestępstwo - odparł z powagą szeryf. 

-  Trudno. Moim zdaniem, Horacy już nie zmieni się 

na lepsze. Ale to drobiazg. Jedyna sąsiadka, która spra- 
wia poważne kłopoty, to Kleopatra. Szop pracz. Kradnie 
wszystko, co nie zostało przybite albo przyśrubowane 
do podłoża. Dolać ci kawy? 

 
 
 

R

 S

background image

 
-  Nie, dziękuję. Zaraz uciekam. - Andy zdawał so- 

bie sprawę, że nieproszony gość nie powinien przedłu- 
żać wizyty. - Po raz pierwszy słyszę, aby ktoś nadał 
samicy szopa królewskie imię. Kleopatra brzmi dumnie. 

-  I pasuje do mojej sąsiadki. Gdybyś ją zobaczył, 

natychmiast straciłbyś głowę. Wszyscy za nią szaleją. 
Każdej wiosny wydaje na świat potomstwo. Moim zda- 
niem wystarczy, że spojrzy na samca, by nastąpiło fa- 
talne zauroczenie. Kleopatra ma coś niezwykłego 
w oczach. 

-  Maggie, co ty opowiadasz? - Andy zaczął chicho- 

tać. Pomyśleć tylko: szop pracz jako femme fatale. 

Ruszyli w stronę w stronę wieszaka z płaszczami. Po 

drodze zajrzeli do kuchni. Szeryf uznał, że pora zmienić 
temat na poważniejszy. Gdy się odezwał, Maggie pod- 
niosła głowę, zaskoczona poważnym brzmieniem jego 
głosu. 

-  Niepokoi mnie, że jesteś tu całkiem sama. Jak 

twoje zdrowie? Miałaś poważny wypadek. 

-  Wierz mi, czuję się nieźle. 
-  Co z autem? 
-  Sam wiesz. Będę musiała kupić nowe. Szczerze 

mówiąc, to dla mnie gorsze niż choroba.... Mniejsza 
z tym. Jakoś daję sobie radę. Colin robi zakupy, zamra- 
żarkę mam pełną smakołyków. Nie zapominaj, że 
wkrótce Boże Narodzenie, a ja lubię planować ze spo- 
rym wyprzedzeniem. Jeśli zajdzie taka potrzeba, samo- 
chód pożyczę od siostry. Wszystko będzie dobrze. 

-  Chcesz, żebym pojechał z tobą, gdy będziesz ku- 

powała auto? 

 
 
 

R

 S

background image

 
Maggie zatrzymała się przy kuchence, by pomieszać 

sos do spaghetti. Zerknęła niepewnie na gościa. 

-  Strasznie marudzę przy wyborze samochodu, więc 

nie śmiałam nikomu zawracać tym głowy. Andy, gdybyś 
mógł... byłoby wspaniale. 

-  Mówiłem serio, więc umowa stoi. Lekarz pozwolił 

ci wychodzić? 

-  Skądże! Twierdził, że powinnam odpoczywać 

przez kilka dni, wylegując się na kanapie. Od leniucho- 
wania zrobiły mi się sińce pod oczami - mruknęła 
drwiąco. 

-  Czy po wypoczynku pamięć ci wróciła? Przypo- 

mniałaś sobie moment wypadku? 

-  Nie - odparła cicho i nagle posmutniała. W zielo- 

nych oczach pojawił się lęk. - Czuję się tak, jakby ktoś 
wymazał dwadzieścia cztery godziny z mojego życia. 

Andy zdjął z wieszaka skórzaną kurtkę i zarzucił ją na 

ramiona, ale nie odrywał spojrzenia od bladej Maggie. 

-  Od wypadku minęło zaledwie kilka dni - mruknął 

bez przekonania. 

-  Wiem - mruknęła niecierpliwie. - Lekarz powta- 

rzał mi wielokrotnie, że nie jestem wyjątkiem. Rzecz 
w tym... Andy, znamy się krótko. Mało o mnie wiesz, 
ale uwierz mi na słowo. W trudnych sytuacjach świetnie 
daję sobie radę. Uczestniczyłam w operacjach ratunko- 
wych. Przeszłam samotnie kilka trudnych tras w wyso- 
kich górach. Nie jestem mięczakiem. Nie mogę pojąć, 
czemu pamięć nadal mnie zawodzi. Chyba próbuję 
z niej usunąć jakieś ważne zdarzenie. 

Była tak zdenerwowana, że machinalnie zamieszała 
 
 
 

R

 S

background image

 
w garnku drewnianą łyżką, rozchlapując czerwony sos 
na podłogę z rudawej terakoty. Andy podszedł i wyjął 
jej z ręki chochelkę. 

-  Nie rozumiem, skąd te obawy. Ciekawe, co ci się 

mogło przytrafić. Czyżbyś przemycała alkohol przez 
granicę? - stwierdził pogodnie. Maggie wiedziała, że 
próbuje ją rozśmieszyć, ale nie zdobyła się na uśmiech. 

-  Kto wie? Może to prawda? 
-  Prędzej mi tu kaktus wyrośnie - odparł, pokazując 

otwartą dłoń. - Masz rację, Maggie. Mało cię znam. 
Z czasem to się zmieni. Na razie mogę śmiało powie- 
dzieć, że nie wyglądasz na włamywaczkę ani zabójczy- 
nię. Jesteś z gruntu rzeczy prostolinijna. Bez obrazy, 
Maggie, ale moim zdaniem nie należysz do osób, które 
często i chętnie łamią prawo. 

-  Chwileczkę! Zdarza mi jeździć z nadmierną szyb- 

kością. 

-  W takim razie muszę cię natychmiast aresztować! 

Za takie przestępstwo czekają cię galery - oznajmił su- 
rowo. 

-  Przestań żartować, Andy. Przez tę twoją gadaninę 

od razu poczułam się lepiej. 

-  Świetnie. Do tego zmierzałem. - Odruchowo wy- 

ciągnął dłoń, by dotknąć twarzy Maggie. W tej samej 
chwili zapragnął ją pocałować. Łagodnie uniósł jej gło- 
wę i delikatnie pogładził zarumieniony policzek. W zie- 
lonych oczach widział smutek i niepokój. Maggie stała 
bez ruchu. Nie cofnęła się, gdy jej dotknął. Wolno po- 
chylił głowę i musnął wargami rozchylone usta. Cało- 
wali się nieśmiało, z ociąganiem. Andy miał wrażenie, 

 
 
 

R

 S

background image

 
jakby za sprawą czarów w środku zimy znalazł się na 
łące pełnej wiosennych kwiatów. Smutna rzeczywistość 
zmieniła się w piękny sen. Uświadomił sobie, że do tej 
pory nie czuł, jak bardzo jest samotny. Ten łagodny 
pocałunek otworzył mu oczy. 

Maggie chwyciła szeryfa za klapy skórzanej kurtki. 

Nie zamierzała go odepchnąć. Zacisnęła mocno dłonie, 
by nie upaść. Kręciło jej się w głowie. Przymknęła oczy. 

Andy oderwał w końcu usta od jej warg. Niechętnie 

uniosła powieki. Patrzyli sobie w oczy tak zachłannie 
i czule jak para nastolatków. Andy uśmiechnął się pier- 
wszy. 

-  Wcale tego nie planowałem - zapewnił. 
-  Nie przyszło mi do głowy, by cię o to podejrzewać. 
-  Naprawdę chciałem tylko sprawdzić, jak sobie ra- 

dzisz. Taka jest prawda. 

-  Wierzę ci, Andy. 
-  To jakaś osobliwa alchemia. Najwyraźniej mamy 

się ku sobie. Trzeba uważać, bo inaczej znajdziemy się 
w tarapatach; 

-  Święte słowa. 
-  Cóż... - mruknął, zapinając kurtkę. Potem uśmie- 

chnął się do Maggie. - Przezorność nie zawadzi, ale tak 
czy inaczej ja tu wrócę. 

 

 

 

 

R

 S

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

 
Maggie sprzątała po obiedzie. Naczynia wstawiła do 

zmywarki i przetarła gąbką kuchenny blat. Raz po raz 
zerkała w okno. Słońce chyliło się ku zachodowi. Na 
początku grudnia wcześnie zapadał zmrok. Przed do- 
mem stało auto jej siostry, Joanny. Andy miał się zjawić 
dopiero za godzinę. Nie miała pojęcia, czemu tak nie- 
cierpliwie go wygląda. 

Gdy wycierała ręce, uświadomiła sobie, że się dener- 

wuje. Była tym ubawiona, a także nieco zirytowana. Do 
tej pory żaden mężczyzna nie zdołał jej tak wytrącić 
z równowagi. Po chwili doszła do wniosku, że zacho- 
wuje się inaczej niż zwykle, bo jest znużona sennymi 
koszmarami, które prześladowały ją od pamiętnego 
wieczoru, gdy miała wypadek. Zakłopotanie odczuwa- 
ne w obecności Andy'ego to prosta konsekwencja ogól- 
nego wyczerpania. 

Podczas jego wizyty zaskoczyła samą siebie. Nie 

miała zwyczaju oprowadzać po domu mężczyzn, któ- 
rych ledwie znała, a tym bardziej pokazywać im sypial- 
ni, w której panował okropny bałagan. W pewnej chwi- 
li zamierzała nawet... Zresztą nie sądziła, że Andy chce 
jąpocałować. Kto by pomyślał, że ten pocałunek będzie 
dla niej prawdziwym wstrząsem. Oboje zdawali sobie 

 

R

 S

background image

 

sprawę, że coś się między nimi zaczyna. Czuła się dziw- 
nie, ilekroć była w jego towarzystwie. Postanowiła za- 
chować ostrożność. Przyczyna kłopotów z mężczyzna- 
mi, które i jej się zdarzały, była zawsze ta sama. Pano- 
wie utrzymywali wprawdzie, że lubią towarzystwo ko- 
biet mądrych i samodzielnych, były to jednak czcze 
deklaracje. Większość mężczyzn szukała słodkich ko- 
ciaków, niezbyt rozgarniętych i wymagających opieki. 
Maggie nie potrafiła odegrać takiej roli, choćby się bar- 
dzo "starała. Zbyt długo sama dbała o własne potrzeby, 
by na zawołanie odrzucić utrwalane latami przyzwycza- 
jenia. W końcu znalazła sposób, by uniknąć nieporozu- 
mień. Gdy istniał choćby cień szansy na romans, sta- 
wiała sprawę jasno i szczerze mówiła, kim jest. Nie 
warto udawać dla świętego spokoju. Jeśli facet boi się 
kobiety zaradnej i niezależnej, droga wolna. Niech zni- 
ka, nim wbrew dobrym chęciom obojgu przyjdzie le- 
czyć złamane serca. 

Andy nie przestraszył się jej samodzielności. Odnios- 

ła wrażenie, że z przyjaznym zainteresowaniem obser- 
wuje wszelkie jej poczynania. Mimo wszystko miała się 
na baczności. Mężczyźni zawsze mówią z czułością 
i troską o zamieszkałych na odludziu nieszczęśnicach, 
którym grożą podobno liczne niebezpieczeństwa. Tylko 
dzielny obrońca może stawić im czoło. 

Maggie zastanawiała się, czym jest dla niej poczucie 

bezpieczeństwa. Nie bała się przykrych niespodzianek. 
Potrafiła szybko i sprawnie naprawić dymiący kominek 
i obłaskawić rannego łosia, który trafił do jej ogrodu. 
Drobnostka! Rzadko czuła się zagrożona. Wszystko się 

 
 
 

R

 S

background image

 
zmieniło, gdy spotkała Andy'ego. Nie opuszczało jej 
przy tym wrodzone poczucie humoru. Uśmiechała się 
zawsze na wspomnienie uroczego i zabójczo przystoj- 
nego szeryfa. Oddany swojej pracy stróż prawa stanowił 
dla niej poważne zagrożenie. Miała powody do niepo- 
koju. 

-  Co ty robisz? Przecież ci mówiłam, że chętnie 

pozmywam. Wystarczy, że wyjdę na moment, a ty na- 
tychmiast bierzesz się do roboty. 

Maggie odwróciła się i stanęła twarzą w twarz z sio- 

strą. Joanna wyszła z łazienki. 

-  Nie przesadzaj. Naczyń było niewiele, uporałam 

się z nimi w mgnieniu oka. 

-  Powinnam była je zmyć. Ty przecież gotowałaś. 

Naprawdę chciałam pomóc. 

-  Następnym razem - ucięła dyskusję Maggie, choć 

nie łudziła się, że siostra wypełni składane w dobrej 
wierze obietnice. W młodości nieustannie się kłóciły 
o podział domowych obowiązków. Joanna zawsze 
przyrzekała z ręką na sercu, że zrobi, co do niej należy, 
ale dziwnym trafem znikała bez śladu, gdy przychodziło 
do działania. Maggie z czasem nauczyła się ignorować 
jej deklaracje. 

-  Zaparzyłam ziołową herbatkę - oznajmiła. - Ma- 

liny i mięta. Masz ochotę? 

-  Wlej pół filiżanki. Nie chcę zajmować ci czasu. 

O której szeryf ma po ciebie przyjechać? 

-  Za godzinę. Nie wyobrażaj sobie Bóg wie czego, 

Jo. Andy obiecał mi pomóc w kupnie auta. - Maggie 
postawiła przed siostrą spory kubek gorącego naparu. 

 
 
 

R

 S

background image

 
Westchnęła ukradkiem, spoglądając na jej zmizero-

waną twarz. Śliczna Joanna była od niej o pięć lat star-
sza. Teraz jasne włosy straciły blask, rysy się wyostrzy-
ły, a wokół zielonych oczu powstały ciemne obwódki. 
Drżące dłonie kurczowo obejmowały kubek z herbatą. 
Maggie zawsze była silniejsza. Gdy Steve, gorąco 
kochany mąż Joanny, ciężko zachorował, wspierała sio- 
strę, jak mogła. Raz w tygodniu zapraszała ją na obiad, 
często zabierała do siebie siostrzeńców, wpadała do ro- 
dziny, ilekroć miała trochę czasu. Steve nie żył od roku, 
a z Joanną było coraz gorzej. Najmniejszy drobiazg 
wytrącał ją z równowagi. Potrafiła przez całą noc cho- 
dzić z kąta w kąt, zamartwiając się o przyszłość synów. 
Źle spała, marnie się odżywiała i nie dbała o zdrowie. 
Maggie pomagała jej, naprawiając cieknące krany 
i kontrolując w sekrecie stan finansów, ale nie mogła 
zmienić nastawienia zbolałej wdowy. Pomimo mło- 
dzieńczych kłótni obie bardzo się kochały. Dawniej po- 
trafiły gadać i chichotać godzinami. Teraz Maggie sta- 
wała na głowie, by wywołać uśmiech na twarzy wiecz- 
nie smutnej Joanny. 

-  Powinnaś częściej spotykać się z ludźmi. Jedź na 

narty, uprawiaj aerobik, zapisz się do klubu brydżowe- 
go. Przecież uwielbiasz grać w karty. 

-  Łatwo ci mówić! Masz więcej odwagi. W prze- 

ciwieństwie do mnie stawiasz czoło trudnościom. Ja tak 
nie potrafię. Mniejsza z tym. Dobrze znasz tego faceta, 
z którym się umówiłaś? 

-  Mówisz o Andym? Nie, ale jest szeryfem, co 

oznacza, że to przyzwoity człowiek. Kandydat na poli- 

 
 
 

R

 S

background image

 
cjanta musi udowodnić, że nie był karany, więc ma 
czyste konto. Zresztą spotykam się z nim, bo zapropo- 
nował mi pomoc w kupieniu auta. Skoro się na tym zna 
i obiecał mnie podwieźć do komisu, nie dbam o jego 
osobowość - odparła cierpko Maggie. 

-  Nadal nie rozumiem, czemu nie zwróciłaś się 

z tym do mnie. Przecież mogłaś wziąć moje auto. Tyle 
dla nas zrobiłaś. Chciałabym się zrewanżować, ale nie 
dajesz... 

-  Przesada - wtrąciła przyjaźnie Maggie, widząc, że 

siostra spochmurniała. - Nie mogłam odmówić szery- 
fowi, gdy sam zaproponował pomoc. Poza tym obie 
słabo się znamy na samochodach, a Andy ma tę wiedzę 
w małym palcu. 

-  Słuszna uwaga. Dla nas lepszą zabawą jest buszo- 

wanie po sklepach z ciuchami - przyznała Joanna. - 
A skoro już o kupowaniu mowa, Boże Narodzenie za 
pasem, a ja nie mam nawet listy zakupów. 

-  Ja również. Może w przyszły czwartek przed po- 

łudniem umówimy się i kupimy, co trzeba? 

Siostry dopracowały plan w szczegółach. Nim Joan- 

na pożegnała się i wyszła, samochodowe reflektory 
oświetliły dom. To na pewno Andy, pomyślała Maggie. 
Nie miała czasu, by wyszczotkować włosy i poprawić 
makijaż. Stała w otwartych drzwiach, patrząc, jak Gau- 
tier parkuje obok auta jej siostry. Przyjechał czarnym 
sportowym samochodem. Policyjna furgonetka została 
w garażu. Wbiegł na ganek i przywitał się się z paniami. 
Przez chwilę rozmawiali uprzejmie. W końcu Joanna 
pożegnała się i ruszyła do auta. Na odchodnym odwró- 

 
 
 

R

 S

background image

 

ciła się i popatrzyła z wyrzutem na siostrę, która 
natychmiast zrozumiała, o co chodzi. Znała aż za do- 
brze te znaczące spojrzenia. Joanna była przekonana, że 
Maggie coś przed nią ukrywa, i miała jej to za złe. 
Chciałaby wcześniej usłyszeć, że ekspert od kupowania 
samochodów jest zabójczo przystojny. 

-  Przypomniałaś sobie nowe szczegóły? Są podsta- 

wy do aresztowania? Mam wyjąć kajdanki? - spytał 
z uśmiechem Andy. 

Rozbawiona tą uwagą Maggie uznała, że nie warto 

się teraz zastanawiać nad charakterem ich znajomości. 

-  Od dnia wypadku prowadzę się wzorowo. Żad- 

nych napadów na banki. Mogę to zeznać pod przysięgą. 
Co było wcześniej... 

-  Znów ta amnezja. Cieszę się, że nie wpadłaś na 

pomysł, by wykorzystać tę przypadłość i wykręcić się 
od kupowania samochodu. 

-  Ostrzegam, że w moim towarzystwie to prawdzi- 

wa męka. Czeka cię bolesne doświadczenie. Jeśli prze- 
trwasz dzisiejsze popołudnie, otworzą się przed tobą 
tysięczne możliwości. Zasłużysz na aureolę, zyskasz 
miano bohatera, dadzą ci medal za odwagę... 

-  I filiżankę kawy, gdy będzie po wszystkim? 
-  Czemu nie! 
-  Umowa stoi. W takim razie, do dzieła, szanowna 

pani! Pora znaleźć właściwe auto. Co to dla nas! 

 
Gdy wsiedli do sportowej maszyny i zapięli pasy, 

Andy'ego ogarnęła nagle pokusa, by pocałować Mag- 
gie. Zwalczył ją, choć nie było mu łatwo. Z drugiej 

 
 
 

R

 S

background image

 

strony jednak trudno się dziwić, że postąpił, jak należy. 
Miał to we krwi. Tylko wówczas, gdy pojawiała się 
wyraźna zachęta, pozwalał sobie na więcej swobody. 
Do tej pory nie sądził, że będzie wystawiony na tak 
ciężką próbę. Zresztą kto raz się sparzył, ten na zimne 
dmucha. Jako rozwodnik, czyli mężczyzna po prze- 
jściach, Andy był przesadnie ostrożny, gdy chodziło 
o kobiety. Zasługiwał w tej dziedzinie na miano eks- 
perta. 

Skupmy się na autach, powtarzał sobie w duchu. To 

w tej chwili najważniejsza sprawa. 

-  Spory ruch - oznajmiła Maggie, gdy wyjechali na 

główną ulicę miasteczka. 

-  Owszem. Wkrótce święta. 
Zaczął padać śnieg. Andy włączył wycieraczki. Je- 

chał wolno, uważając na zaaferowanych przechodniów. 
Ulica była jasno oświetlona, ale mróz i śliska nawierz- 
chnia utrudniały prowadzenie. Szeryf wcale się tym nie 
martwił. Był przekonany, że jazda próbna w czasie ta- 
kiej pogody ujawni wszelkie zalety i wady kupowanego 
samochodu. 

-  Przejdźmy do rzeczy - oznajmił stanowczo. - Ja- 

kie masz wymagania? Nim dotrzemy do komisu, muszę 
wiedzieć, na co zwracać uwagę. 

-  Auto ma być sprawne. Żadnych kłopotów z zapło- 

nem. 

-  A marka, typ, model? Zbywasz mnie ogólnikami. 

Masz jakieś preferencje? 

-  Zrozum, liczy się stan techniczny auta. Ma być 

niezawodne. Wymagam sprawnej jazdy po śniegu i bło- 

 
 
 

R

 S

background image

 

cie, a także obszernego bagażnika, w którym zimą mie- 
szczą się narty, latem plecak i namiot. Pamiętasz samo- 
chód- który nie przetrwał wypadku? Był śliczny, miał 
kremową tapicerkę, ale do niczego się nie nadawał. 

-  A zatem szukamy wygodnego auta terenowego 

z napędem na cztery koła i doskonałymi hamulcami... 
Sądzę, że coś się znajdzie. Komis, do którego jedziemy, 
ma bogatą ofertę. Jest w czym wybierać. Teraz kolejne 
pytanie. Nie chcę cię zanudzać, ale czy możesz określić, 
ile ma kosztować to cudo? 

-  Mam spore oszczędności - odparła z uśmiechem. 

- Nie zbankrutuję. 

Andy nie dał się zwieść. Maggie była pogodna, ale 

uniosła głowę, jakby poczuła się urażona. Trzeba uwa- 
żać na słowa, powiedział sobie w duchu. 

Gdy wchodzili do biura pierwszego z trzech komi- 

sów, które zamierzał odwiedzić tego popołudnia, Andy 
gratulował sobie, że w końcu rozszyfrował Maggie. Nie 
mógł twierdzić, że zna ją na wylot, ale kilka spraw się 
wyjaśniło. Była dumna i cholernie niezależna. Nie lu- 
biła się przyznawać do błędów i słabości. Jeśli chodzi 
o auta, na pewno miała dawniej trudności z kupnem 
odpowiedniego modelu i dlatego stała się na tym pun- 
kcie nieco drażliwa. 

Andy był po imieniu z większością mieszkańców 

w swoim rejonie, a część drobnych przedsiębiorców 
była z nim nawet zaprzyjaźniona. Można powiedzieć, 
że w miasteczku obowiązywała zasada: popierajcie 
swojego szeryfa. Tym razem sprzedawca nie wciśnie 
Maggie żadnego bubla. Trzeba tylko uważać, by jej nie 

 
 
 

R

 S

background image

 
urazić. Andy uzbroił się w cierpliwość i nabrał pewno- 
ści, że wszystko pójdzie jak z płatka. 

Doskonale zdawał sobie sprawę, co oznaczają zaku- 

py w damskim towarzystwie. Przygotował się na naj- 
gorsze. Mężczyzna, który ma za sobą kilka lat w mał- 
żeńskim stanie - nawet jeśli były nieudane - zyskuje 
spore doświadczenie. Jeśli próbuje zrozumieć kobietę 
buszującą po sklepach, równie dobrze mógłby nawiązać 
kontakt z obcą cywilizacją. Szanse na porozumienie 
w obu przypadkach są znikome. Z drugiej strony jed- 
nak czas niekiedy czyni cuda. Gdyby się lepiej pozna- 
li. .. Zresztą nie trzeba niczego przyspieszać. 

Andy utkwił wzrok w przedniej szybie. Przed nim 

rozpościerał się ogromny plac zastawiony samochodami. 
Zdobył się na uśmiech. Postanowił, że zaimponuje Mag-
gie cierpliwością i pogodą ducha. Żaden z facetów, któ-
rzy próbowali ją poderwać, nie dorówna mu pod tym 
względem. 

Gdy szeryf wysiadł z samochodu, na spotkanie wy- 

szedł im Harvey Lyman, właściciel komisu. 

- Cześć, kochani! - powitał klientów. Wiatr rozwie- 

wał mu długie, siwe włosy. Na policzkach wykwitły 
ciemne rumieńce. Wielkie brzuszysko sterczało dumnie. 
Za cztery tygodnie Harvey wcieli się jak zwykle w rolę 
Świętego Mikołaja. Wystarczyło na niego spojrzeć, by 
poczuć do tego człowieka sympatię i zaufanie. Na wi- 
dok Andy'ego natychmiast się rozpromienił. 

- Kogo ja widzę! Szeryf Gautier! - Uścisnął rękę 

gościa, zapytał o zdrowie jego ojca i porozmawiał o po- 
godzie. Po chwili dodał: - Czym mogę służyć? Potrze- 
bujesz auta? 

 
 

R

 S

background image

 
-  Przywiozłem znajomą, która chce kupić samochód. 

Andy poszukał wzrokiem Maggie, by dokonać prezenta-
cji, ale ona zniknęła. Nie dostrzegł w pobliżu ciemnej 
blondynki w obszernej zielonej kurtce, podkreślającej 
kolor oczu. Zniknęła bez śladu. Harvey odruchowo także 
zaczął się rozglądać. Wkrótce spostrzegł dziewczynę, 
która obchodziła wolno białe auto terenowe z szarą tapi-
cerką. Gautier także ją dostrzegł. Uśmiechnęła się i za-
wołała: 

-  Tego szukałam! 
Mężczyźni natychmiast do niej podbiegli. 
-  Niezłe auto. Powinno się dobrze sprawować, ale… 

- Andy umilkł i bezradnie rozłożył ręce. Był komplet- 
nie zbity z tropu. 

Powinni obejrzeć co najmniej kilkanaście samocho- 

dów, nim coś wybiorą. Należałoby dla porównania za- 
jrzeć do innych komisów. A jazda próbna? Maggie na- 
wet nie wsiadła do wskazanego auta. 

Harvey natychmiast zwietrzył dobry interes. 

W ułamku sekundy znalazł się obok dziewczyny, ale 
i on miał pewne skrupuły, toteż zaczął ją namawiać, by 
obejrzała towar, nim dokona zakupu. Daremnie. Maggie 
poklepała zderzak i oznajmiła: 

-  Tego mi było trzeba. Odpowiednia wielkość, do- 

bry kolor... Nie widzę powodu, by dalej szukać, jeśli 
auto mi odpowiada. 

Harvey o mało nie dostał ataku serca. Od trzydziestu 

lat handlował samochodami, ale nie zdarzyło mu się, by 
klienci decydowali się na zakup w ciągu pół minuty. 
Mimo to kuł żelazo póki gorące. 

 
 
 

R

 S

background image

 
 
-  Dokonałaś znakomitego wyboru, aniołku. To 

świetny model, w idealnym stanie... 

-  Zamknij się, Harvey. Nie pozwolę, by Maggie ku- 

piła auto, do którego nawet nie wsiadła. 

Starszy pan przyniósł kluczyki. Maggie wślizgnęła 

się na fotel kierowcy i natychmiast wysiadła. 

-  Wszystko w porządku. Załatwmy formalności, że- 

by mieć to z głowy. Gdzie się płaci? 

Harvey wstrzymał oddech, a potem zaniósł się kasz- 

lem. Andy poklepał go po plecach. 

-  Spokojnie. Najpierw jazda próbna. Potem zapy- 

tasz klientkę, co myśli o aucie, ale nie damy się zbyć 
ogólnikami. Niech się zastanowi. Dopiero wtedy pode- 
jmie decyzję. I jeszcze jedno. Wiesz, czemu moja zna- 
joma się uśmiecha? Bo cena na ten wózek jest śmiechu 
warta. Rozumiemy się, kolego? 

Właściciel komisu nie zwracał uwagi na wynurzenia 

szeryfa. Zapomniał, kto przemówił do rozsądku jego sio- 
strzeńcowi, który nadużywał alkoholu i rozrabiał w jed- 
nym z miejscowych pubów. Wpatrywał się w Maggie jak 
urzeczony. Spojrzenie miał jasne, szczere i otwarte. 

-  Wsiadaj, skarbie. Zafunduj sobie miłą przejażdż- 

kę. To świetna maszyna, kochanie, po prostu idealna dla 
ciebie. - Perorował nieustannie, aż Maggie i Andy 
wsiedli do auta i zamknęli za sobą drzwi. 

-  Andy, odnoszę wrażenie, że tracisz do mnie cier- 

pliwość... 

-  Co ty gadasz? - odrzekł bezceremonialnie szeryf. 

Słyszał zakłopotanie w jej głosie; - Chyba żartujesz. 
Wcale nie jestem zniecierpliwiony.    

 
 

R

 S

background image

 
 
Wolał się nie przyznawać, że jest zbity z tropu. 

W milczeniu obserwował Maggie, która sprawdzała 
układ biegów, kontrolek i przycisków. Klienci decydo- 
wali się zwykle na jazdę próbną za dnia, w dobrych 
warunkach atmosferycznych. Gautier zbyt często widy- 
wał groźne wypadki drogowe, by zadowalać się krótką 
przejażdżką. Chciał, by Maggie sprawdziła, jak auto 
radzi sobie na śliskiej nawierzchni, przy marnej wido- 
czności. Zaczęła marudzić, gdy minęli pierwszą prze- 
cznicę, lecz zmusił ją, by przejechała autostradą dwa- 
dzieścia kilometrów i przećwiczyła kontrolowany po- 
ślizg na opustoszałym parkingu. Dopiero wtedy przy- 
znał, że nieźle wybrała. Harvey zrobi wkrótce dobry 
interes. Andy z przyjemnością myślał, że przysłuży się 
i nowej znajomej, i staremu przyjacielowi. Taka była 
jego intencja, gdy postanowił ich ze sobą poznać. Jedno 
było dla niego tajemnicą: jak to możliwe, by kobieta 
szybko podjęła ważną decyzję i konsekwentnie się jej 
trzymała. 

Gdy wrócili do komisu, rozpromieniony Harvey cze- 

kał już na nich przed budynkiem. 

-  A nie mówiłem, że zakochasz się w tym aucie, 

skarbie? W sprawach finansowych możesz na mnie li- 
czyć, aniołku. Bez obaw. Wujek Harvey wszystko ci 
wytłumaczy. Dostaniesz kredyt na dogodnych warun- 
kach. Wybrałaś doskonały samochód. Istne cudo... 

-  Harvey - wtrąciła Maggie z miłym uśmiechem. 

-Nie ręczę za siebie, jeżeli po raz kolejny nazwiesz 
mnie skarbem lub aniołkiem. Wiesz, jak mam na imię, 
i tak się do mnie zwracaj. Zgoda? 

 
 

R

 S

background image

 
Mimo zimowego chłodu na czoło właściciela komisu 

wystąpiły nagle wielkie krople potu. 

-  Jasne, Maggie... - wykrztusił z trudem. 
-  Kredytu nie potrzebuję - ciągnęła, nie zwracając 

uwagi na jego słowa. - Zapłacę gotówką. 

Harvey osłupiał. Andy'ego zamurowało. 
-  Rzecz jasna, nie mam przy sobie tylu banknotów 

- zreflektowała się dziewczyna. - Mówiłam o czeku. Za- 
pewniam, że stan konta zapewnia jego pokrycie. Zresztą 
mogę zatelefonować do banku. Na hasło podadzą wszel-
kie informacje. To chyba wystarczy, prawda? - Niespo-
kojnie wodziła spojrzeniem po twarzach obu mężczyzn.  

- Gdy nie odpowiedzieli, dodała skwapliwie: - Nie 

oczekuję, że będę mogła pojechać do domu nowym sa-
mochodem. Jutro uda się chyba załatwić przelew i... 

-  Maggie, pozwól na słówko - przerwał jej Andy. 

Objął ją ramieniem i odprowadził na bok, żeby Harvey 
nie mógł usłyszeć, o czym rozmawiają. Musiał coś wy- 
tłumaczyć upartej dziewczynie, ale nie wiedział, jak się 
do tego zabrać, by nie urazić jej poczucia godności. 
Kiedy jej dotknął, natychmiast zesztywniała, a na ślicz- 
nej twarzyczce pojawił się wyraz determinacji, jakby 
obiecała sobie w duchu, że postawi na swoim. Po chwili 
oznajmił z czułym uśmiechem: - Dziecinko, mam wra- 
żenie, że niewiele aut kupiłaś w swoim życiu. Zgadza 
się? 

-  Szczerze mówiąc... niewiele. Moi rodzice odeszli 

jedno po drugim. Dawno temu. Joanna miała już wtedy 
samochód, więc mnie dostało się w spadku ich auto. 
Jeździłam nim przez wiele lat. Kiedy odmówiło posłu- 

 
 
 

R

 S

background image

 
szeństwa... No cóż, samochód zniszczony w wypadku 
był pierwszym i jedynym, który sama kupiłam. Upiorne 
przeżycie. Same przykrości. 

Andy zrozumiał w końcu, że Maggie nie miała niko- 

go, kto by ją nauczył, jak sobie radzić z natrętnymi 
sprzedawcami. 

-  Rozumiem - odparł współczująco. - Przestań się 

bać i zapamiętaj kilka podstawowych zasad. Po pier- 
wsze, kartka z ceną to jakby punkt wyjścia do negocja- 
cji. Pogadamy z Harvey em. Na pewno trochę opuści. 
Jest na to przygotowany. Nie ma obawy, że pójdzie 
z torbami. Po drugie, kredyt na dogodnych warunkach 
ma wiele plusów. Nie ma powodu, żebyś rezygnowała 
z korzystnych lokat, skoro można odroczyć spłaty. 

-  Doskonale cię rozumiem, ale nie lubię zaciągać 

długów i zależeć od innych. Dobrze zarabiam. Mam 
fundusze przeznaczone na konkretny ceł. Sporo za- 
oszczędziłam. Pamiętaj, że gdyby coś mi się stało, mu- 
szę sama dbać o własne potrzeby. Dlatego wolę od razu 
spłacać wszelkie należności. Zawsze mam trochę grosza 
na czarną godzinę. Gdy myślę o długach, natychmiast 
dostaję gorączki. 

-  W takim razie zamykam dyskusję. Nie chcę, żebyś 

przeze mnie źle się poczuła - oznajmił żartobliwie. 

 

 

 

 

R

 S

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 
-  Zasłużyłeś na mały poczęstunek. Jesteś uosobie- 

niem cierpliwości. Uprzedzałam, że kupowanie auta 
w moim towarzystwie jest doświadczeniem bardziej 
stresującym niż wyjątkowo żmudne śledztwo. Ostrze- 
gałam cię, ale mi nie uwierzyłeś. Na co masz ochotę? 
Może być gorąca czekolada, kawa, herbata, ziółka. 
A może sok owocowy? 

- Z pomarańczy? Doskonały pomysł. A z kupowa- 

niem auta chyba przesadziłaś. To wcale nie był koszmar. 
Spędziłem w twoim towarzystwie bardzo miłe popołud- 
nie - odparł z uśmiechem Andy. Maggie otworzyła 
drzwi wejściowe, zapaliła światło. Rzuciła kurtkę na 
krzesło obok wieszaka, zdjęła buty i zaprosiła gościa do 
kuchni. 

-  Przestań się zgrywać. Wprawdzie nie widzę, żebyś 

rwał włosy z głowy, ale wiem, co myślisz. Twoim zda- 
niem tylko skończona idiotka kupuje auto, jakby to był 
pęczek rzodkiewek. - Otworzyła lodówkę, wyjęła bu- 
telkę soku i napełniła szklanki. Była dziwnie roztarg- 
niona. Wszystko leciało jej z rąk. Wmawiała sobie, że 
ma chłodne dłonie i dlatego jest taka niezgrabna, ale 
w głębi ducha zdawała sobie sprawę, że to bliskość 

 
 

R

 S

background image

 

 
Andy'ego tak na nią wpłynęła. Przez całe popołudnie 
była nieco zbita z tropu. 

Postawiła na tacy szklanki z sokiem i zaniosła je do 

salonu. Gautier pospieszył za nią i usiadł w fotelu. 
Maggie przez moment chodziła z kąta w kąt, zapalając 
kolejno wszystkie lampy, by w pokoju było całkiem 
jasno. To na wypadek gdyby Andy pomyślał sobie, że 
zaprosiła go nie tylko na miłą pogawędkę. Zapadł 
zmierzch. Półmrok i ciepły krąg pojedynczej lampy su- 
gerowałby jakieś podteksty, subtelną zachętę, chęć 
uwiedzenia. Lepiej na zimne dmuchać... 

W salonie zrobiło się jasno niczym za dnia. Maggie 

skuliła się w rogu kanapy i wolno piła sok. Objęła dłoń- 
mi szklankę. Miała nadzieję, że wkrótce odzyska rów- 
nowagę ducha. Do tej pory żaden mężczyzna nie zrobił 
na niej takiego wrażenia jak Andy Gautier. Była pod 
jego urokiem. Siedział wygodnie w fotelu z wyciągnię- 
tymi nogami. Miał na sobie obszerny czarny sweter 
i ciemne dżinsy. Przypominał leniwego geparda, a mi- 
mo to każda kobieta instynktownie wyczuwała, że po- 
wierzchowność drapieżnika to jedynie pozór ukrywają- 
cy czułe serce. Prawdziwy ideał! Wystarczyło jedno 
spojrzenie, by każda dziewczyna straciła dla niego 
głowę. 

- Muszę przyznać - zaczął Andy z komiczną powa- 

gą - że niedawna kłótnia o pieniądze otworzyła mi 
oczy. Czy twoja amnezja obejmująca dobę przed wy- 
padkiem nadal trwa? - Maggie miała zdziwioną minę, 
ale bez słowa kiwnęła głową. - Rozumiem. Tak czy 
inaczej zyskałem pewność, że nie popełniłaś żadnego 

 
 

R

 S

background image

 
przestępstwa. Jesteś wyjątkowo praworządna. Nie przy- 
szło ci nawet do głowy, by coś utargować kosztem wła- 
ściciela komisu. Gdybyś obrabowała bank, a potem 
straciła pamięć, i tak dręczyłoby cię sumienie. 

-  Może coś przed tobą ukrywam? 
-  Prędzej mi tu kaktus wyrośnie. - Szeryf uniósł 

otwartą dłoń. - W twojej twarzy czytam jak w otwartej 
książce. Jesteś obrzydliwie uczciwa, moja droga. Nie 
potrafiłabyś kłamać, choćbyś miała nóż na gardle. 

-  Przejrzałeś mnie. Rzeczywiście marna ze mnie 

kłamczucha. Mimo to sądzę, że jesteś przesadnym op- 
tymistą. Istnieje siedem grzechów głównych. Jeśli cho- 
dzi o występki, jest w czym wybierać. Pochopnie zało- 
żyłeś, że jestem nienaganna. A jeżeli za jakiś czas wy- 
jdzie na jaw przewinienie, za które trzeba mnie będzie 
aresztować? 

Andy wolno podniósł do ust szklankę i obrzucił 

Maggie badawczym spojrzeniem. 

-  Szósty zmysł mi podpowiada, że nic z tego nie 

będzie, ale skoro chcesz, mogę cię od razu skuć kajdan- 
kami. Będziesz wiedziała, co się wtedy czuje - stwier- 
dził z kpiącym uśmiechem. - Moje fantazje wyglądają 
całkiem inaczej, ale jeśli takie doświadczenie sprawi ci 
przyjemność... 

-  Gautier! Zachowuj się przyzwoicie! - Maggie 

chwyciła gazetę i trzepnęła nią aroganta po udzie. Andy 
zaczął chichotać. Kara nie była dotkliwa, a zarumienio- 
na Maggie z trudem wstrzymywała śmiech. Wiedziała, 
że szeryf nie chciał jej obrazić. Instynktownie wyczu- 
wał, że utrzymująca się częściowa amnezja niepokoi 

 
 
 

R

 S

background image

jego rozmówczynię; dlatego starał się obrócić wszystko 
w żart. Wiedział, że najważniejsze to oswoić lęk. 

Poczuła się dziwnie, gdy wyobraziła sobie, że Andy 

wkracza do jej sypialni z kajdankami w rękach, odrzuca 
jedwabną pościel... To bez sensu! Zarumieniła się, ale 
nie była na niego zła. Już po raz trzeci starał się zba- 
gatelizować jej obawy dotyczące utraty pamięci, a jego 
docinki mimo wszystko dodawały jej pewności siebie. 
Dziwiła się trochę, że od razu zaufała nieznajomemu. 
Z uśmiechem stwierdziła, że jest na to rada: trzeba go 
lepiej poznać. 

-  Porozmawiajmy o twojej pracy - powiedziała sta- 

nowczo. 

-  Sądzisz, że to bezpieczniejszy temat niż wizja uro- 

dziwej kobiety skutej kajdankami? - zapytał z uśmie- 
chem Andy. 

-  Naturalnie - odparła, prostując się z godnością, 

a po chwili dodała łagodniej: - Mówię serio. Naprawdę 
chciałabym się więcej o tobie dowiedzieć. Czym dla 
ciebie jest policyjna odznaka? Czemu zostałeś szery- 
fem? Jakie problemy musisz rozwiązywać na co dzień? 

-  Zacznę od początku. Mój pradziadek był Francu- 

zem. Nazywał się Raoul Gautier. Przyjechał tutaj, by 
walczyć z Indianami, ale wojaczka szybko wywietrzała 
mu z głowy, bo zakochał się w Indiance imieniem Lot- 
na Łania. Ich ślub wzbudził sporo kontrowersji, a nie- 
zwykłe koleje losu skłoniły pradziadka do zmiany po- 
glądów. Uznał, że woli pokój niż wojnę, i stał się zago- 
rzałym domatorem. Mój dziadek był szeryfem, a syn 
poszedł w jego ślady. 

 
 
 
 

R

 S

background image

 
Maggie podwinęła nogi i usiadła wygodniej na ka- 

napie, zasłuchana w barwną opowieść Gautiera. Nie 
myliła się co do jego przodków. Domieszka indiańskiej 
krwi sprawiła, że miał wystające kości policzkowe, cie- 
mną karnację i rozmarzone czarne oczy. Odziedziczył 
je po ślicznej prababce. Poczucie humoru i skłonność 
do sarkastycznych komentarzy zawdzięczał pewnie 
francuskiemu przodkowi. 

-  Ciekawe podejście do sprawy. Mężczyźni z two- 

jej rodziny chwytali za broń, by walczyć o porządek 
i spokój. 

-  Nie wszyscy rozumieją, o co w tym chodzi. Moja 

była żona miała poważne trudności. Jej zdaniem, życie 
ze stróżem prawa powinno być znacznie bardziej uro- 
zmaicone. Nienawidziła prowincji. Mnie wszystko się 
tu podoba. Dramatyczna różnica poglądów. W małym 
miasteczku paragrafy trzeba czasem naginać do sytu- 
acji. W wielkim mieście sprawa jest prostsza. Najważ- 
niejsza różnica polega na tym, że u nas lepiej zapobie- 
gać przestępstwom, niż za nie karać. Pierwsza metoda 
jest znacznie skuteczniejsza. 

Maggie słuchała z zainteresowaniem, ale nie nalega- 

ła, by Andy powiedział coś więcej p swoim nieudanym 
małżeństwie. Wyraźnie unikał tego tematu. Dla podtrzy- 
mania rozmowy nawiązała do uwag dotyczących jego 
pracy. 

-  Nie bardzo rozumiem, co miałeś na myśli, wspo- 

minając o naginaniu paragrafów. Zawsze sądziłam, że 
prawo powinno być interpretowane jednoznacznie. 
Chyba wiadomo, po czyjej stronie jest słuszność. 

 
 
 

R

 S

background image

 
-  Właściwie masz rację - przyznał Andy - ale ludzie 

miewają trudności, które nie przystają do ciasnych ram 
prawniczych kodeksów. 

-  Na przykład,? 
-  Niech pomyślę... - Andy dopił sok i odstawił 

szklankę. - Mary Lee oraz Ed Bailey co dwa miesiące 
urządzają okropną awanturę. Pani domu pije na umór 
i tłucze męża. Ed powinien sobie w końcu odpowie- 
dzieć na pytanie, czy warto tkwić w tym chorym związ- 
ku. Moim zdaniem dobrze by mu zrobiło, gdyby się 
zapisał na terapię dla żon alkoholików, ale jak mu to 
wytłumaczyć? Co z jego męską dumą? Moim zdaniem 
sytuacja jest beznadziejna. 

-  Mówisz o ich problemie tak dowcipnie, że nie mo- 

gę zachować powagi, ale nie chciałabym się znaleźć na 
miejscu tego biedaka. Rzeczywiście trudno mu pomóc. 

-  Stale mam takie kłopoty. Myrtle Tucker to kolejny 

przypadek. Ma sto trzy lata. Nie powinna mieszkać 
sama, ale gdy pracownik opieki społecznej przyjechał, 
by jej pomóc w przeprowadzce do domu spokojnej sta- 
rości, stanęła w progu ze strzelbą gotową do strzału. Co 
mi przyjdzie z tego, że aresztuję dziarską staruszkę za 
zakłócanie porządku? Zamiast wsadzać ją do paki, opra- 
cowałem grafik z sąsiadami, którzy się nią opiekują. 
Sam wpadam do starowinki co najmniej dwa razy 
w tygodniu. 

-  Mów dalej. Bardzo mi się podobają twoje metody 

działania. 

-  O kim by tu opowiedzieć? - Andy w zamyśleniu 

pocierał smagły policzek. - W jednym z barów kelner- 

 
 
 

R

 S

background image

 
ką jest Susan Harkins. Gdy brakowało jej forsy, chętnie 
świadczyła gościom... dodatkowe usługi. Wymieniłem 
jej nazwisko, ponieważ sama mówi o tym bez skrępo- 
wania. 

-  Jakie to ciekawe! Uwielbiam plotki. A zatem ma- 

my tu prawdziwą... nierządnicę. 

-  To już przeszłość. Tak mi przynajmniej mówiono. 

I w tym wypadku skrupulatne zastosowanie odpowied- 
nich paragrafów na nic by się nie zdało. Susan dostała 
podwyżkę i przestała się puszczać. Ludzie często balan- 
sują na granicy dobra i zła. Czasami nawet błądzą po 
manowcach. - Andy umilkł, jakby się wahał, czy mówić 
dalej. 

-  Może jakiś przykład, najlepiej z życia wzięty? 
-  Pewien mężczyzna... Pominę jego nazwisko. Żo- 

na kupiła mu na urodziny erotyczny gadżecik. Wieczo- 
rem położyli dzieci spać, zgasili światło i rozpoczęły się 
figle. Nagle odkryli, że przyjemna zabaweczka się za- 
klinowała. Gdyby pojechali do szpitala, lekarze nie po- 
trafiliby trzymać języka za zębami i całe sąsiedztwo 
trzęsłoby się od plotek. Postanowili zadzwonić do mnie. 

-  Andy! Chyba zmyślasz! 
-  Wolałbym, żeby tak było. - Zakłopotany szeryf 

potarł dłonią kark. - Mniejsza z tym. Próbuję ci dać do 
zrozumienia, że nie mamy tu poważnych wykroczeń. 
Czasem wystarczy obserwować sytuację i reagować, 
nim dojdzie do katastrofy. Oczywiście nie jest to raj na 
ziemi. Mamy w okolicy grubo ponad dwie setki dzie- 
ciaków w wieku szkolnym, które nie są aniołami. Lu- 
dzie umierają w dziwnych okolicznościach, noworodki 

 
 
 

R

 S

background image

 

przychodzą na świat, gdy nikt się ich nie spodziewa, 
sąsiedzi toczą regularne wojny, nastolatki rozrabiają. 
Kogo wezwać, gdy coś się dzieje? To proste. Dzwonią 
po szeryfa! - Maggie milczała. Andy wyprostował się 
i pochylił w jej stronę. - Znudziłem cię, prawda? Mam 
bzika na punkcie tej roboty. Chyba za bardzo się rozga- 
dałem. 

-  Bardzo ciekawa opowieść. Mogłabym słuchać cię 

bez końca. Nie będę ukrywać, że trochę mnie przestra- 
szyłeś. 

-  Słucham? - Zdziwiony szeryf uniósł brwi. 
-  Nie lubię wielkich słów. Jestem realistką i nie szu- 

kam uogólnień, ale tym razem trudno się oprzeć wraże- 
niu, że spotkałam człowieka, który jest z gruntu uczci- 
wy oraz wierny sobie. Masz prawdziwe powołanie. 
Dzięki tobie nasz mały świat zmienia się na lepsze. 

-  Naprawdę? - Andy uśmiechnął się zagadkowo. - 

W takim razie co cię przestraszyło? 

-  Nie mogę tak po prostu wyznać, że cię podziwiam. 

Tylko nie wbij się w dumę, Gautier. Podoba mi się twój 
zapał. Bardzo przekonująco mówisz o swojej pracy. 

-  Proszę, proszę! Miło mi to słyszeć - mruknął An- 

dy, wstając powoli. Spojrzał na Maggie podejrzliwie. 
- Chyba mnie nabierasz. Teraz przyszło mi do głowy, 
że próbujesz uśpić moją czujność. Najwyraźniej coś 
knujesz... Już wiem! Gdy będę przechodził obok, 
uszczypniesz mnie w pośladek, by upokorzyć przedsta- 
wiciela władzy. 

-  Nie przeciągaj struny, bo rzeczywiście to zrobię. 

Już późno. Czas wracać do domu, szeryfie. 

 
 
 

R

 S

background image

 
-  Dziś? Owszem - rzucił zagadkowo. Sięgnął po 

kurtkę leżącą na fotelu i spojrzał w zielone oczy Maggie 
Fletcher, jakby chciał jej dać do zrozumienia, że kolejna 
wizyta może mieć całkiem inne zakończenie. 

Zarumieniła się pod jego spojrzeniem, ale nocne ko- 

szmary nie pozwalały o sobie zapomnieć. Andy miał 
o niej bardzo dobre mniemanie, a tymczasem w jej ży- 
ciu była jakaś mroczna tajemnica. 

-  Powinieneś być wdzięczny losowi, że cię wypro- 

siłam. Nie wiesz, kim naprawdę jestem. Może zadajesz 
się ze sprytną aferzystką? Mało mnie znasz, Andy. 

Ruszyli w stronę wyjścia. Gautier ujął dłoń Maggie 

i uścisnął ją mocno. 

-  Nie zapominaj, że wspólnie kupiliśmy auto. Jakoś 

to przeżyłem, więc inne groźby mi niestraszne. Mam 
u ciebie duży plus, co? 

-  Zgadza się - odparła z komiczną powagą. 
-  Poza tym obserwowałem cię przez całe popołudnie 

i wiele się o tobie nauczyłem. Trzeba ci wiedzieć, że 
Harvey to stary krętacz. Ma na ludzi zły wpływ. Jego 
skłonność do oszustw udziela się innym. Skoro oparłaś 
się pokusie, by go puścić z torbami, nie możesz być 
z gruntu zła. Poza tym gdy tylko weszliśmy do domu, 
zapaliłaś wszystkie lampy, jakbyś się bała, że półmrok 
będzie dla mnie pretekstem do próby uwiedzenia. 

-  Wcale nie miałam takich obaw - odparła pospie- 

sznie. 

-  Nie wypieraj się, moja droga - odrzekł Andy 

z uśmiechem. Maggie odniosła wrażenie, że czarne 
oczy zaglądają w najciemniejsze zakamarki jej duszy. 

 
 
 

R

 S

background image

 
 
-  Nie lubię pośpiechu, Andy - stwierdziła po namy- 

śle. - Trudno zaciągnąć mnie do łóżka. Zawsze tak by- 
ło. Mam nadzieję, że nie uznałeś zaproszenia na szklan- 
kę soku za swego rodzaju zachętę. 

-  Cieszę się, że postanowiłaś od razu wyjaśnić 

wszelkie niedomówienia. Ja również nie lubię przelot- 
nych romansów. To żadna przyjemność skakać z kwiat- 
ka na kwiatek. Łatwo jest zrzucić ubranie i wskoczyć 
do łóżka, znacznie trudniej stworzyć trwałą więź. Zre- 
sztą to świetna zabawa, gdy człowiek krok po kroku 
zbliża się do upragnionego celu. Nie pozwolę sobie tego 
odebrać - zapewnił z chytrą miną. - Ale uprzedzam, 
Maggie. Kiedy na ciebie patrzę, miewam szalone myśli. 
Pamiętaj, że cię ostrzegałem. 

Skinęła głową. Gdy mijali kuchnię, Andy rzucił kur- 

tkę na dywan, przyciągnął Maggie i zamknął ją w ob- 
jęciach. Pochylał głowę tak wolno, że w blasku zapalo- 
nych lamp mogła śledzić, jak stopniowo zmienia się 
wyraz jego twarzy. Zajrzał w zielone oczy i musnął 
wargami usta dziewczyny, która zadrżała w jego obję- 
ciach. Nie śpieszył się, jakby chciał dać jej czas, by 
uniknęła niebezpieczeństwa. 

Maggie zawsze stawiała czoło obawom. I tym razem 

nie zamierzała salwować się ucieczką. Stała nierucho- 
mo. To było jak grom z jasnego nieba. Trafiła ją bły- 
skawica, a jej dotknięcie było łagodne i czułe. Nie po- 
trafiła go z niczym porównać. Niech diabli porwą tego 
drania! Niepotrzebnie się łudziła, że kilka godzin spę- 
dzonych w jego towarzystwie - zwłaszcza na czynności 
tak nudnej i prozaicznej jak kupowanie auta — pozwoli 

 
 

R

 S

background image

 

jej uwolnić się od niebezpiecznego uroku tego czło- 
wieka. 

Sprawy miały się coraz gorzej. Wystarczyło lekkie 

dotknięcie zmysłowych ust, by poczuła, że w jej żyłach 
płynie żywy ogień. Puls nagle przyspieszył, a nerwy 
były napięte do granic wytrzymałości. Poznawała smak 
zmysłowych warg, który przywodził na myśl tropikalny 
żar i owoce dojrzewające na słońcu. 

Dłonie Andy'ego przesunęły się po jej brzuchu, gła- 

skały po plecach. Całował ją bez pośpiechu, jakby le- 
niwie poznawał chętne wargi. Czuła dotknięcie ciepłego 
języka, delikatne ukąszenia zębów. Jasne światło, które 
miało zniweczyć romantyczny nastrój wieczoru, nie ro- 
biło na nim żadnego wrażenia. Maggie przymknęła 
oczy i zapadła w czarodziejski mrok. Nikt jej tak dotąd 
nie całował. Wszyscy mężczyźni, których do tej pory 
znała, utonęli w oceanie niepamięci. 

Andy obsypywał pocałunkami jej policzki i szyję. 

Oddychała z trudem. Brakowało jej powietrza. Choć 
miała zamęt w głowie, pamięć usłużnie podsuwała 
wspomnienia o zaletach i dobrych uczynkach szeryfa. 
Maggie zdawała sobie sprawę, że mimo wszystko nie 
jest przy nim bezpieczna. Jak każdy, miał i mroczną 
stronę. Chwila zapomnienia wystarczy, by znalazła się 
w tarapatach. Gautier znowu dotknął wargami jej ust; 
brzmiący słabo głos rozsądku umilkł na dobre. Andy 
wsunął dłonie pod luźny sweter i głaskał Maggie po 
plecach. Gdy zetknęły się ich biodra, poczuła, jak bar- 
dzo jest podniecony. Zarzuciła mu ramiona na szyję 
i przytuliła się do niego jeszcze mocniej. 

 
 
 

R

 S

background image

 
Nie chciała się zastanawiać nad tym, co ich łączy. 

Wdychała tylko jego zapach, chłonęła dotyk, drżała, 
gdy silne dłonie zataczały kręgi na rozgrzanej pieszczo- 
tą skórze, namiętnie i zachłannie smakowała pocałunki. 
Zadrżała, gdy palce Andy'ego musnęły jej piersi. 

Nie zorientowała się, kiedy rozpiął jej biustonosz. 

Spragniona jego dotknięć, czekała na śmielszą piesz- 
czotę, ale Andy zwlekał. Nadal głaskał ją po plecach. 
Bez pośpiechu zdjęła gruby sweter i bieliznę. Stanęła 
przed nim naga do pasa. Wtedy jej dotknął. Drżała 
spragniona czułości, ale go nie popędzała. Znów ją po- 
całował; oddała mu pocałunek. Miała wrażenie, że stoją 
tak od kilku godzin. Oboje nie kryli, że pragną czegoś 
więcej. Mimo to Andy z czułym uśmiechem włożył jej 
przez głowę sweter zarzucony niedbale na ramiona. 

Spojrzała na niego z niedowierzaniem. Oczy mu po- 

ciemniały, ale na twarzy malowała się czułość i troska. 
Był pogodny i odprężony. 

-  Od chwili gdy cię ujrzałem, coś mi mówiło, że 

będziemy mieli kłopoty - mruknął łagodnie. 

-  Ja jestem wszystkiemu winna? 
-  Pewnie. - Andy uśmiechnął się radośnie. - Zresztą 

to dopiero początek. Igramy z ogniem, moja droga - 
dodał i podniósł z podłogi kurtkę. - W tym tygodniu 
mam tylko jedno wolne popołudnie. Co ty na to, żeby 
wybrać się na narty? Są tu wspaniałe tereny do spacerów 
na biegówkach. Moim zdaniem pomysł jest dobry, po- 
nieważ mróz i grube kurtki udaremnią nagłe wybuchy 
namiętności. 

Maggie bez słowa skinęła głową. Stała w drzwiach, 
 
 
 

R

 S

background image

 

 
patrząc, jak Gautier wsiada do auta i odjeżdża. Była 
zadowolona, rozbawiona i trochę zbita z tropu. A to 
drań, pomyślała z uśmiechem. Zawrócił jej w głowie 
i pojechał do domu. Kusił pocałunkami, tulił w ramio- 
nach, a potem zostawił. To dziwne, ale takie postępo- 
wanie jej pochlebiało. Gautier uwodził ją z rozmysłem, 
bez pośpiechu. Inni mężczyźni na jego miejscu staraliby 
się jak najprędzej dopiąć swego. Andy zdawał sobie 
sprawę, że więź istniejąca między nimi jest zbyt cenna, 
by dla chwili rozkoszy zaryzykować jej zerwanie. 

Ocknęła się z zamyślenia dopiero wtedy, gdy tylne 

światła samochodu zniknęły jej z pola widzenia. Musia- 
ła pogasić dziesiątki lamp i zamknąć na noc drzwi. 
Oswojona samiczka szopa pracza imieniem Kleopatra 
stała u wejścia na taras z noskiem przylepionym do szy- 
by, czekając na wieczorną porcję smakołyków. O tej 
porze dostawała zwykle marchewkę i resztki warzyw 
z obiadu. Maggie uporała się z obowiązkami pani domu 
i pomaszerowała do łazienki. Myjąc zęby, powtarzała 
sobie, że nie zakocha się w przystojnym szeryfie. Wy- 
kluczone! 

Cóż z tego, że gdy ją całował, zapominała o całym 

świecie i stawała się głucha na głos rozsądku? Była zbyt 
doświadczona i mądra, by wierzyć, że miłość -- ta pra- 
wdziwa - spada na ludzi jak grom z jasnego nieba. 
Szczerze mówiąc, trochę się obawiała Andy' ego Gau- 
tiera, bo jak czarodziej rzucił na nią urok. Ceniła spokój, 
opanowanie i zdrowy rozsądek. Nie należała do kobiet, 
które z radosnym westchnieniem rzucają się w ramiona 
poznanego przed kilkoma dniami przystojniaka. Była 

 
 

R

 S

background image

 

wybredna i konkurentom wysoko ustawiała poprze- 
czkę. 

Dzisiejszy dzień przyniósł mnóstwo wrażeń. Maggie 

postanowiła wcześnie się położyć. Po kilku godzinach 
obudziła się nagle. W sypialni panował mrok. Dziew- 
czyna była zlana potem, serce jej kołatało, puls znacznie 
przyspieszył, a strach chwycił ją za gardło. 

Tak było co noc. Od pamiętnego wieczoru, gdy miała 

wypadek, w środku nocy zrywała się ze snu, głęboko 
przekonana, że ma coś na sumieniu. Nie chodziło o dro- 
biazg - na przykład o debet na koncie albo zwłokę 
w opłatach. Coś jej mówiło, że dopuściła się poważnego 
wykroczenia. Setki razy próbowała wrócić pamięcią do 
tamtego dnia. Żadnych wspomnień. Pustka. Tylko bez- 
podstawne poczucie winy. 

Zacisnęła powieki. Próbowała myśleć o czymś in- 

nym, by uwolnić się od lęku. Andy Gautier... Teraz 
gotowa była przyznać, że chciała się z nim kochać. 
Rzecz jasna, nie od razu. Jeśli ich znajomość będzie się 
nadal rozwijała tak obiecująco jak dotychczas, można 
pomyśleć o wspólnej przyszłości. Mieli ze sobą wiele 
wspólnego. Jedyną przeszkodę stanowiły dziwne stany 
lękowe, z którymi co noc walczyła. Nie należy się spie- 
szyć. Miała czas. Andy, jak przystało na przedstawiciela 
wymiaru sprawiedliwości, cenił szczerość i uczciwość. 
To mężczyzna z zasadami. Maggie ceniła te same war- 
tości i dlatego wolała zachować ostrożność. 

Jeśli naprawdę popełniła przestępstwo, powinna się 

o tym dowiedzieć. To było ważne i dla niej, i dla Gau- 
tiera. Kto wie, jaka będzie jego reakcja, kiedy prawda 

 
 
 

R

 S

background image

 
wyjdzie na jaw? Czy zrozumie i potrafi wybaczyć, jeśli 
Maggie naprawdę zbłądziła? 

Musiała znaleźć sposób, by przypomnieć sobie utra- 

cone dwadzieścia cztery godziny. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

R

 S

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 
Dwa dni później Maggie obudziła się w doskonałym 

nastroju. Po raz pierwszy od momentu wypadku nie 
czuła żadnego bólu. Potłuczenia i siniaki przestały jej 
wreszcie dokuczać. Czekał ją dzień pełen wrażeń; przed 
południem zakupy z Joanną, później narciarska wypra- 
wa z Andym. Dzień był słoneczny, a powietrze tak 
świeże i czyste, że chciało się odetchnąć pełną piersią. 
Gdy siostry zajechały pod centrum handlowe, natych- 
miast znalazły miejsce do parkowania, co graniczyło 
z cudem, ponieważ cała okolica zjechała się tu na świą- 
teczne zakupy. 

Gdy weszły do wielkiego domu handlowego, Joanna 

promieniała radością. Wesoła paplanina młodej kobiety 
działała jak balsam na serce młodszej siostry, która daw- 
no nie widziała jej w tak doskonałym nastroju. W środ- 
ku domu handlowego było ciepło, więc natychmiast 
zdjęły kurtki. Świąteczne dekoracje przyciągały oko. 
Mrugały kolorowe lampki, a pod wielką choinką sie- 
dział roześmiany święty Mikołaj. Nagle Maggie poczu- 
ła, że ogarnia ją strach. Przez moment dygotała z prze- 
rażenia. Zdziwiona Joanna spojrzała na nią z niepoko- 
jem, ale dziewczyna natychmiast wzięła się w garść i 
z uśmiechem wzruszyła ramionami. 

 

R

 S

background image

 
-  Od czego zaczynamy, Jo? Ubrania dla chłopców? 

- zagadnęła, wymyślając sobie w duchu od histeryczek. 

-  Owszem, ale dużo tu nie kupimy. Za drogo. Chęt- 

nie pooglądam wystawy. Po świętach w tańszych skle- 
pach będą wyprzedaże, a wtedy zaopatrzymy się we 
wszystko, czego nam trzeba. 

-  Chętnie się z tobą wybiorę, ale sprawdźmy naj- 

pierw, co kryją nasze dotychczasowe stałe tereny ło- 
wieckie - odparła Maggie z szelmowskim uśmiechem. 

To był zawsze ich ulubiony sklep. Wbrew obawom 

siostry Maggie nie zamierzała się martwić o ceny. 
Sprzedawano tu firmowe ubrania, a wzornictwo po- 
dobało się nastolatkom. Nie mogła pozwolić, by jej 
siostrzeńcy wyglądali jak ubogie sieroty. Gdy weszły 
do działu z konfekcją dla młodzieży, Maggie znów po- 
czuła nieprzyjemny ucisk w gardle. Lęk dawał o sobie 
znać, ale nie zważała na przykre objawy. Podeszła do 
półki ze swetrami i rozłożyła jeden z nich, by pokazać 
siostrze. 

-  Nie sądzisz, że Rog chciałby go mieć? - spytała. 

Joanna przytaknęła ruchem głowy i spojrzała ria metkę. 

-  Odpada. Za drogi. 
-  Przestań marudzić. Dobra ciotka nie zapomina 

o Gwiazdce. Twoim synom należą się prezenty. 

-  Nie strasz mnie! Jeszcze pamiętam bębenki, które 

dostali od ciebie w dzieciństwie. Gotowa byłam cię 
udusić. Ledwie się powstrzymałam. 

-  Jeszcze mi tego nie wybaczyłaś? 
-  Mam do wielu spraw inne podejście. Przyjdzie 

czas na wyrównanie rachunków. Poczekam, aż docho- 

 
 
 

R

 S

background image

 

 
wasz się potomstwa, a wtedy kupię siostrzeńcom pra- 
wdziwą perkusję. 

-  Błagam, nie! - jęknęła Maggie, a potem zaczęła 

chichotać. W końcu spoważniała i zmieniła temat. - 
Gdzie twoja lista zakupów? Co na niej masz? 

-  Dżinsy, bieliznę, skarpety, kalesony... - Joanna 

nagle posmutniała. - Chłopcy błyskawicznie wyrastają 
ze swoich rzeczy. Wszystko jest na nich za małe. Nie 
patrz tak na mnie. Stanowczo odmawiam! Pożyczka nie 
wchodzi w grę. Nie wezmę od ciebie ani grosza. Jeszcze 
ci nie oddałam za poprzednie... 

-  Jesteś głupia gęś. To był prezent. Wciąż ci powta- 

rzam, że mam dobrą pensję i niewiele na siebie wydaję. 
Chciałabym kupić chłopcom nowy komputer. Ten stary 
grat, który macie w domu, do niczego się nie nadaje. 

-  Nie żartuj. 
Joanna ruszyła do działu z bielizną. Perorowała jak 

nakręcona. Maggie ukradkiem sięgnęła po dwie flane- 
lowe koszule, wrzuciła je do koszyka i przykryła mod- 
nymi swetrami. 

-  Muszę iść do pracy. Życie toczy się dalej. Zdaję 

sobie z tego sprawę. Problem w tym, że brak mi twojej 
siły i zdecydowania. 

-  Każdy miewa gorsze chwile. 
-  Ty ze wszystkim dajesz sobie radę. Tym razem nie 

pozwolę, abyś za mnie płaciła. Miałaś ostatnio spore 
wydatki. Kupiłaś samochód. 

-  Kosztował mnie dużo mniej, niż oczekiwałam. 

Ubezpieczenie okazało się bardzo korzystne. Zgarnęłam 
sporą sumę. Wystarczyło na zakup dżipa i jeszcze tro- 

 
 

R

 S

background image

 

 
chę zostało. - Maggie nieco fantazjowała, ale Joanna 
nie musiała o tym wiedzieć. Nie znała się na finansach, 
więc łatwo dawała się nabrać. Zawsze była mało pra- 
ktyczna. 

-  Skoro wspomniałaś o kupowaniu auta... Jak się 

udało spotkanie z naszym szeryfem? Umówiłaś się 
z nim? 

-  Tak - mruknęła niewyraźnie Maggie. Joanna spo- 

jrzała na cenę sztruksowej bluzy i odłożyła ją na półkę. 
Ledwie się odwróciła, Maggie wcisnęła pod swetry ko- 
lejny modny ciuch. - Dziś po południu wybieramy się 
na spacer. Chcemy pojeździć na biegówkach. 

-  Linda twierdzi, że odkąd szeryf się rozwiódł, 

wszyscy ludzie w okolicy próbują go wyswatać. 

-  Która Linda? Fryzjerka czy kasjerka z banku? 
-  Ta pierwsza. Zna wszystkich w White Branch. Po- 

dobno jego była ma na imię Dianne. Prawdziwa pięk- 
ność. 

-  Naprawdę? Rog na pewno chciałby mieć taką 

bluzę. 

-  Jasne! Przecież znasz jego gust. A co do szeryfa 

i jego żony... Rozwiedli się po pięciu latach małżeń- 
stwa. Poznał ją na stoku. Jeździli na nartach. Wiedziała, 
jak owinąć sobie mężczyznę wokół palca. Podobno 
schlebiała mu na każdym kroku. Twierdziła, że mają 
wspólne zainteresowania. Powtarzała, że uwielbia małe 
miasteczka. Kiedy się pobrali, wyszło szydło zworka. 
Każde z nich ciągnęło w swoją stronę, Dianne narzeka- 
ła, że się u nas dusi i nie może rozwinąć skrzydeł. Po- 
dobno szeryf zaglądał do kieliszka, gdy go rzuciła. 

 
 

R

 S

background image

 
 
-  Wcale bym się nie dziwiła, gdyby pił, nim się stąd 

wyniosła - burknęła Maggie. 

-  Szybko wziął się w garść i odstawił butelkę. Za- 

czął chodzić na randki. Linda twierdzi, że umówił się 
przynajmniej raz z każdą samotną kobietą w okolicy. 

-  Czemu Linda uraczyła cię rewelacjami na temat 

prywatnego życia szeryfa Gautiera? - Maggie wrzuciła 
do kosza skarpetki i T-shirty. 

-  Sama ją zapytałam. Zamierzasz kontynuować tę 

znajomość, więc chciałam się czegoś dowiedzieć o two- 
im adoratorze. Jedno ci powiem, Maggie. Wiele kobiet 
próbowało go złapać, ale żadnej się to nie udało. Może 
po nieudanym małżeństwie nasz szeryf nabawił się 
swoistej alergii? 

-  Zapewne. Na jego miejscu tak bym zareagowała. 

Gra pozorów, której celem jest zdobycie męża, budzi 
we mnie obrzydzenie. Z twoich słów wynika, że Dianne 
nie była z nim szczera. Oszukiwała również siebie. Nic 
dziwnego, że ponieśli klęskę. Ludzie, którzy chcą być 
razem, powinni mówić sobie prawdę. Czemu tego nie 
robią? 

-  Bo to wbrew zasadom życia społecznego - stwier- 

dziła ponuro Joanna. Zerknęła na wózek pełen ubrań. 
- Wyjdźmy stąd, bo wykupimy cały sklep. 

-  Wspomniałaś, że chłopcom potrzebne są zimowe 

okrycia. 

-  Owszem, ale dostaną je dopiero w przyszłym ro- 

ku. Na tę zimę wystarczą im stare. 

Ruszyły wolno do kasy. Gdy mijały wieszak z lotni- 

czymi kurtkami, Maggie pomyślała, że Colin gotów 

 
 

R

 S

background image

 
byłby na wszystko, by mieć takie cudo. Poczuła znajo- 
my lęk. Niech to diabli... Niewiele brakowało, by rzu- 
ciła się do ucieczki. Z trudem nad sobą panowała. Naj- 
wyższa pora wyjaśnić, w czym rzecz. 

-  Joanno? - rzuciła zduszonym głosem. 
-  Tak? 
-  Jak wspominasz ostatnie Święto Dziękczynienia? 

Czy wydarzyło się coś dziwnego? 

-  Nadal nie możesz sobie przypomnieć tamtego 

dnia? To ci nie daje spokoju, prawda? Niepotrzebnie się 
denerwujesz. Z czasem wspomnienia powrócą. 

-  Chyba masz rację, ale powiedz mi... Czy tamten 

wieczór różnił się od innych? - Joanna ułożyła cuichy 
przy kasie, a Maggie sięgnęła do torebki po kartę kre- 
dytową. 

-  Raczej nie. Zwykłe święta. Był indyk oraz specjal- 

ność naszej mamy, czyli sałatka z żurawin i pomarań- 
czy. Jak zwykle spaliłam bułeczki. Nic nowego. Tylko 
mój pierworodny, który zwykle robi nam piekło, zacho- 
wywał się jak aniołek. Odbyłaś z nim wcześniej poważ- 
ną rozmowę. Długo gadaliście na werandzie. 

-  O czym? - zapytała Maggie, podnosząc głowę. 
-  Pewnie o jego zachowaniu i towarzystwie, z któ- 

rym się ostatnio zadaje. Te dzieciaki nie stronią od al- 
koholu i mają za dużo pieniędzy. Zepsute szczeniaki! 
Jeśli Colin nadal będzie wagarował, niedługo wyleci ze 
szkoły. - Joanna westchnęła. - Nie wiem, co mu powie- 
działaś, ale twoje napomnienia odniosły skutek. Odkąd 
moim chłopcom zabrakło ojca, zajmujesz się ich wy- 
chowaniem i radzisz sobie znacznie lepiej ode mnie. 

 
 
 

R

 S

background image

 
- Nieprawda! Jesteś wspaniałą matką. 
-  Ja również tak sądziłam - odparła z niepokojem 

Joanna - ale muszę zmienić zdanie. Ciągle się martwię 
o moich chłopców, ale zamiast tłumaczyć, stale na nich 
wrzeszczę. Nic dziwnego, że przestali mnie słuchać, a 
z kłopotami zwracają się do ciebie. Chwileczkę! 

-  O co chodzi? - odparła roztargniona Maggie, wrę- 

czając kasjerce plastikową kartę. Za nimi ustawiła się 
już spora kolejka. 

-  Płacisz za wszystko. Nie zgadzam się na to. Po- 

dzielmy rzeczy... 

-  Nie ma czasu. Widzisz, że inni klienci już się nie- 

cierpliwią - odparła zgodnie z prawdą młodsza z sióstr. 
- Zapłacę, a potem się rozliczymy. Tak będzie prościej. 

Wiedziała, że Joanna natychmiast zapomni o długu. 
1 bardzo dobrze! Rzecz jasna, doraźna pomoc nie roz- 

wiązywała problemów finansowych osieroconej przez 
ojca rodziny. To była zaledwie kropla w morzu potrzeb. 
Maggie czuła się bezradna. Dotychczas nie znała takie- 
go uczucia. 

 
Dochodziła piąta, gdy Andy zapukał do drzwi. Był 

mocno spóźniony. Obiecał przyjechać po Maggie 
o trzeciej. Dom był rzęsiście oświetlony. Nic dziwnego; 
dawno zapadł zmrok, a księżyc jeszcze się nie pokazał. 

Długo czekał na ganku. Zapukał mocniej w nadziei, 

że tym razem zostanie usłyszany i wpuszczony do środ- 
ka. Zrobił krok do tyłu i potarł dłońmi ramiona, jakby 
chciał strzepnąć z siebie trudy minionego dnia. Był znu- 
żony. Zerknął na białe auto zaparkowane przed domem. 

 
 
 

R

 S

background image

 
 
 
 
Właścicielka zapewne była w domu, ale zaczynał wąt- 

pić, czy zechce rozmawiać z gościem, który spóźnił się 
ponad dwie godziny. 

Drzwi nagle się otworzyły i stanęła w nich Maggie. 

Andy poczuł się tak, jakby w ciemnościach ujrzał pro- 
myk słońca. Spojrzał na nią zachłannie, chcąc od razu 
nasycić oczy cudownym widokiem. Miała na sobie ob- 
szerny żółty sweter i obcisłe dżinsy. Rozpuszczone wło- 
sy jasną aureolą otaczały jej twarz. Rzuciła mu przyja- 
zne, pełne troski spojrzenie. Daremnie czekał na 
uśmiech. Jasne... Była na niego wściekła, bo przyjechał 
tak późno. 

-  Maggie, strasznie mi przykro... 
-  Dwukrotnie wspomniałeś o tym, zostawiając wia- 

domość automatycznej sekretarce. Doskonale cię rozu- 
miem. Cóż robić, siła wyższa! Domyślam się, że miałeś 
nagłe wezwanie. Zostawiłeś mi bardzo lakoniczne in- 
formacje. - Zaprosiła gościa do środka i starannie za- 
mknęła drzwi. Mróz i zły nastrój minionego dnia pozo- 
stały na zewnątrz. 

-  Zgadza się - mruknął. Nie zamierzał opowiadać 

Maggie, że zwykłe naruszenie przepisów ruchu drogo- 
wego skończyło się wykryciem sporego transportu nie- 
legalnie sprowadzonej broni. - Miałem poważne kłopo- 
ty. Wezwałem policję stanową, chociaż wiedziałem, że 
gdy przyjadą, zacznie się drobiazgowa kontrola. Za- 
mknęliśmy pewnego handlarza. To był męczący dzień. 
Jestem wykończony. 

-  Wyglądasz okropnie - stwierdziła ze współczu- 

ciem Maggie. 

R

 S

background image

 
 
Andy ledwie trzymał się na nogach. Odruchowo wy- 

ciągnął ramiona, żeby przytulić Maggie. Cmoknął ją 
w policzek i westchnął, uszczęśliwiony. Maggie spra- 
wiała wrażenie zadowolonej, mimo to podświadomie 
oczekiwał przykrych słów z powodu nie zawinionego 
spóźnienia. Dianne zrobiłaby mu karczemną awanturę. 
Wyrzutom z powodu zmiany planów nie byłoby końca. 
Tam samo zachowałaby się większość znanych mu 
kobiet. 

Maggie wspięła się na palce i musnęła wargami jego 

usta. Zarumieniła się, gdy przemknęło jej przez myśl, 
że mógłby opacznie zrozumieć czuły gest. Na szczęście 
Andy doskonale wiedział, że to nie zachęta, tylko ła- 
godna pociecha. Wcale nie był uszczęśliwiony. Ilekroć 
się spotykali, ogarniało go przyjemne podniecenie. Hor- 
mony nie próżnowały. Cały świat nabierał sensu tylko 
dlatego, że Maggie była w pobliżu, 

W głębi ducha nadal się obawiał, że to jedynie pozo- 

ry. Nie ma kobiet doskonałych. Maggie z pewnością nie 
była ideałem, choć sprawiała takie wrażenie. Można by 
pomyśleć, że zostali dla siebie stworzeni. Skąd ta pew- 
ność? Przecież tak krótko się znali! 

-  Jesteś bardzo wyrozumiała. To wręcz podejrzane. 

Zjawia się tu nie ogolony ponurak, który obiecał ci 
narciarską wyprawę i haniebnie nawalił, a ty go witasz 
z otwartymi ramionami. 

-  Widzę zarost. Nawet ci z nim do twarzy. Zresztą 

nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Skoro 
przyjechałeś do mnie trochę zaniedbany, nie będę się 
czuła skrępowana, jeśli zauważysz, że włożyłam dziu- 

 
 

R

 S

background image

 

rawą skarpetkę. Oboje staniemy się bardziej ludzcy - 
oznajmiła Maggie z komiczną powagą. - A co do na- 
szej wędrówki na biegówkach... Gdy usłyszałam, że 
sprawy się skomplikowały, wymyśliłam miły sposób 
spędzenia wolnego czasu. Mam tylko jedno pytanie. 
Musisz wrócić na posterunek, czy wystarczy, że bę- 
dziesz miał włączony telefon komórkowy? 

-  Teoretycznie dziś wieczorem mam wolne. W nocy 

dyżuruje kolega, ale kto wie, jaka będzie sytuacja. Dzi- 
siejsze aresztowanie to jakby kij wsadzony w mrowi- 
sko. Tak czy inaczej mam kilka godzin dla siebie. 

-  W takim razie - zaczęła buńczucznie Maggie, 

opierając dłonie na biodrach - porywam cię! Możesz 
dzwonić, byle nie za często. 

-  Jestem zachwycony. Możesz mnie porywać do 

woli i robić ze mną, co zechcesz - odparł Andy 
z uśmiechem. Zastanawiał się, co knuje Maggie. 

Po godzinie czuł, że od tego porwania bolą go wszy- 

stkie kości. Mimo późnej pory Maggie kazała mu biegać 
na nartach po okolicznych lasach. Cieszył się każdą 
chwilą forsownego marszu. W odległości dwu kilome- 
trów od domu przystanęli, by popatrzeć na księżyc 
w pełni, który właśnie pojawił się nad wierzchołkami 
drzew. Andy'emu coraz bardziej ciążył plecak, do któ- 
rego Maggie zapakowała mnóstwo smakołyków. Nie 
chciała zdradzić, co zjedzą na kolację. Przyjemny ciężar 
intrygował szeryfa. Trudno się było skupić na urokach 
wędrówki, gdy żołądek wołał rozpaczliwie o jedzenie. 
Mimo tych niedogodności Gautier odetchnął wreszcie 
po trudach długiego dnia i pozbył się przykrego napie- 

 
 
 

R

 S

background image

 

cia. Śnieg lśnił srebrzyście w księżycowym świetle. 
Piękno zimowego lasu zapierało dech w piersiach. 
Powietrze był wonne i czyste, a z cienia pod drzewa- 
mi dobiegały tajemnicze szmery i szelesty. Wędrow- 
cy spłoszyli sarnę i lisa. Gdy dotarli do wiaty w głę- 
bi lasu, dzikie stworzenia nie zakłócały już ich samo- 
tności. 

Rozpalili niewielkie ognisko w kamiennym kręgu 

pod zadaszeniem. Andy stracił nagle zainteresowanie 
dla uroków natury. Jego wzrok przyciągnęła szykująca 
kolację Maggie. Nareszcie się okazało, co dźwigał przez 
całą godzinę. W plecaku był kurczak na zimno, butelka 
domowego jabłecznika i gotowe do upieczenia zie- 
mniaki owinięte w folię. Maggie szykowała kolację, 
a Gautier wczuwał się w rolę porwanego, wypełniając 
jej polecenia. Przyniósł drewno ze stosu ułożonego pod 
wiatą; uzupełnił zapas szczap, by go nie zabrakło dla 
innych miłośników natury; rozłożył gruby koc na ławie 
stojącej obok paleniska. 

Łagodne wzniesienie, na które się wdrapali, było nie- 

widoczne z domu Maggie. Kto by pomyślał, że tak 
blisko głównej drogi znajdują się prawdziwe uroczyska. 
Za wiatą otwierał się głęboki jar. W dole pluskał stru- 
mień, a zbocza pokrywała gruba warstwa białego pu- 
chu. Księżycowa poświata wydobywała z mroku gór- 
skie wierzchołki. 

-  Tu jest całkiem jak w niebie - westchnął Andy. 
-  Święte słowa! Zachwyciło mnie to miejsce i dla- 

tego postanowiłam zbudować w pobliżu dom. Na 
szczęście z autostrady nie widać gór, więc nie grozi nam 

 
 
 

R

 S

background image

 
inwazja turystów. I niech tak zostanie. Ojej! zapomnia- 
łam kieliszków! 

-  Trudno. Będziemy pić z butelki - odparł pogodnie 

Gautier. Maggie uśmiechnęła się do niego. 

-  W jabłeczniku niewiele jest alkoholu, ale w zimo- 

wy wieczór przyda się coś na rozgrzewkę. 

Andy nie czuł chłodu. 
-  Coś ci powiem, moja kidnaperko. Chyba cię nie 

doceniłem, twierdząc, że brak ci przestępczej żyłki. Co- 
fam to. Perfekcyjnie zaplanowałaś dzisiejsze porwanie. 
Koronkowa robota! Nie mam najmniejszych zastrzeżeń. 
Jest nadzieja, że skończysz za kratkami. 

-  Pochlebiasz mi, drogi szeryfie, ale czeka cię kolej- 

na atrakcja. Zaraz będziemy jedli. Ziemniaki już docho- 
dzą. Nie wstawaj. Miałeś ciężki dzień. Sama wszystko 
przygotuję. 

Andy lubił, gdy go rozpieszczano. Zdawał sobie 

sprawę, że Maggie dziś nie próżnowała: zakupy z sio- 
strą, o których mu wspomniała, gdy umawiali się tele- 
fonicznie na tę narciarską wyprawę, no i przygotowanie 
kolacji, którą za chwilę mieli spałaszować. Oprócz tego 
spędziła zapewne kilka godzin przed komputerem. Na- 
kryła do stołu i usiadła na kocu. Oboje rzucili się na 
jedzenie żarłocznie jak głodne wilki. 

Gdy zaspokoili pierwszy głód, zaczęli rozmawiać 

o życiu serdecznie i szczerze. Maggie opowiedziała 
Gautierowi o swoich obawach dotyczących Colina. 

-  Wiem, o co chodzi temu chłopakowi - stwierdził 

Andy w zadumie. - Nie może się pogodzić ze stratą 
ojca. 

 
 
 

R

 S

background image

 
Maggie smutno pokiwała głową. 
-  Joanna pogrążyła się w żałobie i zapomniała o ca- 

łym świecie. Kocha synów nad życie, ale zabrakło jej 
sił, by uporać się z wielką tragedią. Nie radzi sobie 
z codziennymi trudnościami. Każdy drobiazg wytrąca 
ją z równowagi. 

Andy milczał przez kilka minut. Starannie umył 

w śniegu naczynia przyniesione z domu Maggie. 

- Widziałem Joannę tylko raz, a mianowicie tego 

dnia, kiedy umówiliśmy się, by kupić auto. Sprawiała 
wrażenie osoby stanowczej i zdecydowanej. Przygląda- 
ła się z uwagą mężczyźnie, który zamierzał poderwać 
jej młodszą siostrę. W pewnej chwili gotów byłem na- 
wet przedstawić jej referencje i karty kredytowe, by 
udowodnić, że zasługuję na zaufanie. 

Umilkli na chwilę, zajęci upychaniem rzeczy w ple-

caku. 
Andy dorzucił do ogniska kilka szczap i mruknął czule: 

-  Chodź do mnie. 
-  Po co? - spytała Maggie przekornie. Objął ją 

i mocno przytulił. 

-  Musisz się poświęcić i spędzić kilka chwil w ra- 

mionach porwanego. Trzeba dbać o stan psychiczny te- 
go nieszczęśnika. Chcesz go przecież zwrócić światu 
w dobrej kondycji. 

-  Dowiodłam, że potrafię mijać się z prawem. Nie 

rozumiem, szeryfie, czemu nadal podejrzewasz mnie 
o dobre intencje. Co mnie obchodzi stan ducha porwa- 
nego? Jestem zimna i nieczuła. 

-  Raczej trochę zmarznięta i ociężała po sutej kola- 

cji. Ale to stan przejściowy. Wiem, jak cię rozruszać. 

 
 

R

 S

background image

 
Ze zdumieniem pomyślał, że mimo grubej warstwy 

zimowych ciuchów ten uścisk dał im obojgu poczucie 
prawdziwej bliskości. Kiedy Maggie się do niego przy- 
tuliła, Andy miał wrażenie, że odnalazł wreszcie swoją 
przysłowiową drugą połowę. Popatrzył w cudowne zie- 
lone oczy, w których igrały diabelskie iskierki. Maggie 
spojrzała na niego z czułością. Nie mógł się oprzeć po- 
kusie i pocałował ją namiętnie. Sama się o to prosiła. 

Zarzuciła mu ramiona na szyję i skwapliwie oddała 

pocałunek. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

R

 S

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 
Maggie uprzedzała wprawdzie, że Andy odkryje 

wnet mroczną stronę jej charakteru i przekona się, że 
jego nowa znajoma nie jest łagodną i z gruntu szlachet- 
ną kobietą, za którą uchodziła w jego oczach, ale nagły 
wybuch namiętności całkiem go zaskoczył. Gdy oplotła 
ramionami jego szyję i zachłannie pocałowała, uznał od 
razu, że nie można sprzeciwiać się damie. 

W towarzystwie innej kobiety zacząłby pewriie my- 

śleć o konsekwencjach, ale tu i teraz machnął na nie 
ręką. Nie przyszło mu wcześniej do głowy, że zimowa 
wyprawa tak ich zbliży. Wszystko się mogło zdarzyć, 
a on zapomniał o środkach ostrożności. Mimo to gotów 
był pocałować Maggie - nawet dziesięć razy, jeśli bę- 
dzie tego chciała. 

Dotknął ustami rozchylonych warg, które przed 

chwilą były zimne jak lód; teraz bił od nich żar. Gautier 
podniósł głowę. Na ustach wilgotnych od jego pocałun- 
ków pojawił się zmysłowy uśmiech. Maggie kusicielka, 
którą dopiero poznawał, bez skrupułów rzucała na niego 
uroki. Andy był zachwycony i niecierpliwie czekał, aż 
dziewczyna ujawni kolejną tajemnicę. 

Ona zaś czekała niecierpliwie na kolejną pieszczotę. 

Nie mógł jej rozczarować. Pochylił głowę i delikatnie 

 

R

 S

background image

przygryzł chętne wargi. Poczuła zmysłowe dotknięcie 
ciepłego języka. Przymknęła oczy, rozmarzone i pocie- 
mniałe z rozkoszy. Przylgnęła do niego jeszcze moc- 
niej, jakby się obawiała, że Andy zniknie, a ona zostanie 
sama w zaśnieżonym lesie. 

Gautier nie miał zamiaru opuścić Maggie. Ułożył ją 

ostrożnie na szerokiej ławie przykrytej wełnianym ko- 
cem. Wsunął się między rozsunięte uda i pocałował 
dziewczynę jeszcze zachłanniej. Nie dbał już, jak się 
zakończy ta wyprawa. Sytuacja wymknęła się spod kon- 
troli. Przemknęło mu przez myśl, że nie będzie im ła- 
two, zważywszy, ile warstw zimowych ciuchów mają 
na sobie. Tylko twarze i dłonie były odkryte, ale to nie 
ostudziło ich żądzy. 

Maggie sama była sobie winna. Ustawicznie go pro- 

wokowała. Ledwie nad sobą panował. Wkrótce zupeł- 
nie straci głowę. Wszystko mu się w niej podobało: 
poczucie niezależności, pogoda ducha, szczerość i ucz- 
ciwość. Na szczęście miała także wady. Podziwiał ją za 
głębokie przywiązanie do siostry i jej synów, ale, jego 
zdaniem, posunęła się za daleko, próbując rozwiązywać 
za nich wszelkie trudności życiowe. Okazywała chorob- 
liwą niecierpliwość, ilekroć musiała wykonywać czyn- 
ności, których nie lubiła. Tak było z kupowaniem sa- 
mochodu. Robiła dziesiątki uników, by się od tego wy- 
kręcić. Czasami podejmowała niepotrzebne ryzyko. To 
przesada, by kobieta chodziła samotnie w wysokie góry. 
Co chciała w ten sposób udowodnić? Z drugiej strony 
te drobne ułomności charakteru ginęły wobec bezmiaru 
zalet. Andy był przekonany, że Maggie jest wspaniałą 

 
 
 
 

R

 S

background image

 

 
kobietą, a do pełni szczęścia brakuje jej tylko odpo- 
wiedniego mężczyzny. 

Był poważnie zaniepokojony, bo najwyraźniej nie 

zdawała sobie z tego sprawy. Miała dość rozumu i sił, 
by samodzielnie radzić sobie w życiu, ale nie powinna 
żyć samotnie. Przed kilkoma tygodniami ze zrozumie- 
niem pokiwałby głową, gdyby usłyszał o takiej kobie- 
cie. Sam nie palił się do kolejnego związku i nad przy- 
padkowe znajomości przedkładał własne towarzystwo. 
Gdy poznał Maggie, ogarnął go niemal fizyczny głód 
miłości. Z dnia na dzień zawróciła mu w głowie. Po raz 
pierwszy w życiu czuł się bezradny wobec swoich 
uczuć. Tajemnicza alchemia sprawiła, że przy Maggie 
zapominał o całym świecie. Myślał o niej stale - świa- 
domie i mimo woli. Najchętniej spędzałby z nią dwa- 
dzieścia cztery godziny na dobę. Gdy się rozstawali, 
tęsknota szarpała mu serce. Z niedowierzaniem spoglą- 
dał na świat, który wydawał mu się piękniejszy i lepszy, 
gdy Maggie stała u jego boku. Ilekroć mógł jej dotknąć, 
odnosił wrażenie, że trafił do raju. 

Obawiał się, że jedynie on w ten sposób to odczuwa, 

że nie zrobił na Maggie podobnego wrażenia, ale gdy 
ją pocałował, nabrał pewności, że oboje są równie za- 
uroczeni. W jego ramionach zapominała o swoich 
uprzedzeniach, płonęła niczym pochodnia i drżała jak 
liść. Zdawał sobie sprawę, że jeśli zbyt często będzie 
sobie o tym przypominać, wbije się w dumę i uzna za 
supermana. Z drugiej strony nie mógł się oprzeć wraże- 
niu, że od pewnego czasu tylko on liczy się dla Maggie, 
jakby wyrugował z jej życia innych mężczyzn. 

 
 

R

 S

background image

 
Ciekawe, jak by zareagowała gdyby chciał jej narzu- 

cić swoją wolę... Na próbę ujął szczupłe nadgarstki 
i przytrzymał ręce za głową. Nie zamierzał Maggie do 
niczego zmuszać. Igrał z ogniem; ale ciekawość zwy- 
ciężyła. Jak się zachowa ta dumna dziewczyna, gdy 
będzie próbował ograniczyć jej swobodę? Czy zda się 
na jego łaskę i niełaskę? 

Nic z tych rzeczy! Od razu wyrwała dłonie i uśmie- 

chnęła się kpiąco, jakby wiedziała, że poddał ją próbie. 
Znalazła sposób, by wziąć na nim odwet za niecne 
zamiary. Splotła nogi za jego plecami i zachęcająco 
uniosła biodra. Natychmiast zapomniał o eksperymen- 
tach i całował ją do utraty tchu. Oboje nie mieli wątpli- 
wości, że namiętne pocałunki już im nie wystarczają. 
To był jedynie wstęp do miłosnego aktu, który miał im 
dać całkowite zjednoczenie. W rozpalonych żądzą zie- 
lonych oczach Andy widział nienasycenie, Maggie 
uniosła głowę, by oddać mu pocałunek. 

Kto wie, może naprawdę jest w nim zakochana? Nie- 

cierpliwie szukał w jej twarzy potwierdzenia, że nie on 
jeden stracił głowę. Teraz był już pewny. Żadna kobieta 
tak na niego nie patrzyła. Tylko Maggie gotowa była 
oddać się mu natychmiast i bez obaw. Ufała mu całko- 
wicie. Zapomniała o barierach i mechanizmach obron- 
nych. Kto by pomyślał, że same pocałunki mogą wpra- 
wić dwoje ludzi w stan tak cudownego upojenia! 

Koc zwinął się pod nimi. Głowa Maggie dotykała 

drewnianej ławy. Nie wypuszczając dziewczyny z ob- 
jęć, Andy obrócił się tak, by przykryła go swoim ciałem. 

- Andy...-szepnęła radośnie, spoglądając na niego 
 
 
 

R

 S

background image

 

z góry. Z zachwytem odkrywała nowe możliwości. Nie- 
spodziewanie zyskała nad nim ogromną władzę. Zasy- 
pywała jego twarz pocałunkami. Andy wmawiał sobie, 
że ze stoickim spokojem zniesie ten wybuch namiętno- 
ści. Zawsze był niezwykle cierpliwy - także jako ko- 
chanek. Taką miał zasadę. Zawsze. Bez wyjątku... 

-  Andy... - mruknęła po dłuższej chwili. Przytuliła 

się jeszcze mocniej i pocałowała go namiętnie. Ta roz- 
koszna tortura omal Andy'ego nie zabiła. Maggie nie 
szczędziła mu całusów, a zarazem próbowała coś po- 
wiedzieć. - Kochany, tak nie można. Dość! To szaleń- 
stwo! Jest późno. Ognisko dogasa. Zamarzniemy tu na 
śmierć. 

-  Maggie - wymamrotał Andy. - Jak by ci tu powie- 

dzieć. .. Przecież ty mnie całujesz. Co mam na to pora- 
dzić? 

-  Zamknij się, Gautier, i rozepnij kurtkę. 

Wypełnił jej rozkaz bez dyskusji. Sięgnął do okrycia 
Maggie, a potem uporał się ze swoim. Jedna warstwa 
mniej! Cóż za ulga! Nadal dzieliło ich mnóstwo ciu- 
chów, ale przynajmniej wyczuwali kształt i ciepło swo- 
ich rozgrzanych namiętnością ciał. 

-  Andy, chyba możemy... 
-  Maggie, nie doprowadzaj mnie do szaleństwa. 

Potargane włosy o barwie szlachetnego koniaku spływa-
ły na jego tors, a kocie oczy płonęły zielonym 
ogniem. Czerwone usta drżały z niecierpliwości. Zaru- 
mieniona twarz wyrażała zachwyt, pożądanie i całko- 
witą ufność. 

-  Wiem, że dobrze robimy. Może trochę na to za 
 
 
 

R

 S

background image

 

 
wcześnie, ale... nigdy się tak nie czułam, Andy. Tylko 
przy tobie. 

Dobiegł ich dziwny odgłos. Wyrwani ze stanu nie- 

biańskiego upojenia usłyszeli skrzypienie sosnowych 
gałęzi, szum wiatru, syk dogasającego ogniska i... na- 
trętne brzęczenie telefonu komórkowego. Cywilizacja 
wreszcie ich dopadła. 

Maggie podniosła głowę i nadstawiła uszu. 
-  Twój telefon. Jest w plecaku, prawda? 
-  Tak - mruknął Andy i zaklął szpetnie. Uniósł się 

i znów ją pocałował. 

-  Ktoś może być w opałach. Chyba powinieneś ode- 

brać. 

-  Masz rację - odparł ponuro. - Nie mam wyjścia. 

Nim podnieśli się z ławki, wycisnął na jej ustach 
kolejnego całusa. Pogrzebał w plecaku i wydobył na- 
trętny aparat. Nie miał ochoty na żadne rozmowy. 
Chciał słuchać tylko głosu Maggie. Przed chwilą zaczę- 
ła mówić tak obiecująco. Ciekaw był, co jeszcze ma do 
powiedzenia. 

Była chętna. Mogli się kochać tu i teraz - pod wiatą 

w zaśnieżonym lesie. Nie byłoby im łatwo, ale Maggie 
najwyraźniej miała wielką ochotę na szaleństwo zmy- 
słów w zimowej scenerii. Andy podzielał jej upodo- 
bania. 

Poczucie obowiązku zwyciężyło. Andy był stróżem 

prawa - z wyboru, nie z przymusu. Odznaka szeryfa 
stanowiła w jego życiu gwiazdę przewodnią. Przytknął 
telefon do ucha. Słyszalność była słaba, ale zorientował 
się, że w jednym z barów doszło do bójki. 

 
 

R

 S

background image

 
 
Wywołał ją Paul Shonefeld, znany rozrabiaka, co 

pewien czas szukający po pijanemu zaczepki. Tym ra- 
zem było gorzej niż zwykle, bo awanturnicy mieli noże. 
Zastępca szeryfa wiedział, że w takim wypadku nie mo- 
że decydować sam, i dlatego poinformował szefa, co 
zaszło. 

Maggie ze strzępów rozmowy zrozumiała, co się 

dzieje. Nim Andy skończył rozmowę, zdążyła ugasić 
ognisko i złożyć koc. Przypięli narty i wkrótce mknęli 
już po zboczu. Gautier daremnie łudził się, że zimowy 
wiatr ochłodzi go i wywieje z głowy erotyczne rojenia. 
Powoli wracał mu jednak zdrowy rozsądek. Szeryf 
uświadomił sobie, że gdy zimowy piknik niespodziewa- 
nie dobiegł końca, Maggie pospiesznie spakowała rze- 
czy, by jak najprędzej wyruszyć. Nie zrobiła także naj- 
mniejszej aluzji do tego, że po raz kolejny jego praca 
okazała się nadzwyczaj absorbująca. Dianne przez dwa 
tygodnie czyniłaby mu wyrzuty. Przeprosinom nie by- 
łoby końca. Była żona Gautiera robiła awanturę, ilekroć 
przedkładał swoje obowiązki ponad jej potrzeby. Mag- 
gie sprawiała wrażenie, że rozumie powagę sytuacji. 
Chyba nie podzielała opinii, że praca od dziewiątej do 
siedemnastej jest dla jej mężczyzny idealnym rozwią- 
zaniem. 

Gdy zajechali przed dom, Andy zaparkował auto 

i wysiadł, by odprowadzić Maggie pod same drzwi. 
Długo całował ją na cienistej werandzie. 

- Tak jest dużo lepiej, Gautier - stwierdziła zagad- 

kowo, kiedy uniósł głowę. Nie miał pojęcia, o co jej 
chodzi: 

 
 

R

 S

background image

 
-  Wiem, co mówię. Znowu się uśmiechasz. Przez 

chwilę miałeś taką minę, jakbyś chciał mnie ugryźć. 

-  Maggie, zapewniam, że nie byłem na ciebie zły. 
-  Wiem. Zdenerwowałeś się, bo nam... przerwano, 

co nie zmienia faktu, że wyglądałeś jak chmura grado- 
wa. - Zamilkła na moment, jakby się wahała, czy mó- 
wić dalej. - Musisz jechać. Nie masz wyjścia. Szkoda, 
że wyszło inaczej... niż planowaliśmy. Łudziłam się, że 
wieczorny spacer na biegówkach i kolacja pod gołym 
niebem pomoże nam ochłonąć. 

-  Ja również miałem taką nadzieję. Okazało się, że 

śnieg i mróz nie są przeszkodą. Gorąca z nas para, moja 
porywaczko. Następnym razem proponuję kąpiel 
w górskim jeziorze. Może nas otrzeźwi? 

-  Naprawdę w to wierzysz? 
-  Nie - odparł, dotykając jej policzka. - Chyba obo- 

je zdajemy sobie sprawę, co nas czeka. W żadnym wy- 
padku nie będę cię popędzać. Moim zdaniem, należy 
trochę zwolnić tempo. 

Andy miał dobre intencje. Wiadomo, pośpiech wy- 

wołuje fatalne skutki. Problem w tym, jak nad sobą 
panować. 

Maggie zapięła kurtkę, chwyciła drabinę i wyszła na 

werandę. W słonecznym blasku śnieg lśnił jak biała 
peleryna naszywana brylantami. Piękno krajobrazu za- 
pierało dech w piersiach, ale ponura dziewczyna nie 
zwracała na to uwagi. Przypominała rozzłoszczoną 
niedźwiedzicę. 

Umieściła drabinę tak, by wysoka na poi metra śnież- 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
 

na zaspa stanowiła naturalne zabezpieczenie, przyjrzała 
się z uwagą ścianie porośniętej dzikim winem i oparła 
wierzchołek drabiny o dach. Poszła do garażu po wia- 
derko z lepikiem, szczotkę do jego rozsmarowania i łaty 
do reperacji cieknącego dachu. Ułożyła wszystko na 
śniegu obok drabiny, wsparła dłonie na biodrach, zadar- 
ła głowę. Ciekawe, jak dostanie się na górę z całym tym 
ładunkiem. 

Była zła na Andy'ego. Rzecz jasna, dziura w dachu 

to nie jego wina. Gdy latem odkryła kałużę na podłodze 
łazienki, wezwała dekarzy, by załatali, co trzeba. Tego 
ranka znów poczuła wilgoć pod stopami. Miała ochotę 
wymierzyć sobie mocnego klapsa. Ile razy miała okazję 
się przekonać, że sama robi wszystko lepiej i dokład- 
niej? Fachowców należałoby posłać do wszystkich 
diabłów! Znalazła się w sytuacji bez wyjścia. Praca na 
śliskim, wilgotnym dachu w środku zimy to żadna przy- 
jemność, ale meteorolodzy stanu Kolorado zapowiadali 
obfite opady śniegu, który w słoneczne dni będzie się 
topić, a to oznacza nowe kałuże w łazience. Nim przy- 
jdzie wiosna, przeciek może się jeszcze powiększyć. 

Oczywiście Gautier nie był winien, że Maggie ma 

uszkodzony dach. Mimo to wprawił ją w podły nastrój. 
Na co dzień była pogodna i przyjaźnie nastawiona do 
świata, ale wystarczyła jedna źle przespana noc, by ob- 
raziła się na cały świat. Wczoraj senne koszmary drę- 
czyły ją dłużej niż przedtem. Wszystkiemu winien był 
Andy, bo wytrącił ją z równowagi. 

Włożyła górskie buty o dobrej przyczepności, lecz 

mimo to poślizgnęła się na pierwszym szczeblu drabiny. 

 
 

R

 S

background image

Mocniej chwyciła swoje wiaderko i narzędzia. Po 

chwili odzyskała równowagę i ruszyła w górę. 

Chwilami odnosiła wrażenie, że przeniosła się do 

miłosnej krainy czarów. Bzdura! Nie można się zako- 
chać niemal z dnia na dzień! Wczoraj rzuciła się na 
Andy'ego jak szalona nimfomanka. Co gorsza, oboje 
byli przekonani, że postępują właściwie. Przemożna siła 
pchała ją ku szalonej miłości, której obiektem był szeryf 
Gautier. Czuła się zbita z tropu. 

Tak ją to dręczyło, że ostatniej nocy budziła się raz 

po raz. Jej serce kołatało niespokojnie; trzęsła się jak 
w febrze. Na domiar złego skutki częściowego zaniku 
pamięci znów dały o sobie znać, a wywołane nim po- 
czucie zagrożenia przyniosło złe sny. Czuła się winna 
i nie miała pojęcia, czemu tak się dzieje. 

To wszystko przez Andy'ego! Kpił sobie z jej obaw 

i twierdził, że nie jest zdolna do popełnienia przestęp-
stwa. Na domiar złego polubiła jego docinki - kpiące i 
przyjazne zarazem. Wszystko jej się w nim podobało i na 
tym polegała trudność. Oboje mieli żelazne zasady i po-
dobną hierarchię wartości. Na myśl o tym, że dopuściła 
się poważnego wykroczenia, robiło jej się gorąco. Była-
by niepocieszona, gdyby zawiodła Andy'ego i straciła w 
jego oczach. 

Do tej pory uchodziła zawsze za kobietę opanowaną 

i silną. Było jej wstyd, że nie potrafi machnąć ręką na 
osobliwe majaki, z drugiej strony jednak nie potrafiła 
się z nimi uporać. Na szczęście, istniały proste i przy- 
ziemne zajęcia - na przykład łatanie dachu. Z pewno- 
ścią da sobie z tym radę. 

Tak jej się przynajmniej wydawało. 
 
 
 

R

 S

background image

 
Gdy była już na wysokości dachu, wąska drabina 

zachwiała się niebezpiecznie. Maggie wstrzymała od- 
dech i ostrożnie postawiła stopę na śliskim pokryciu. 

W czasie projektowania budynku uznała, że dach mu-

si być stromy. Takie rozwiązanie miało jedną wielką 
zaletę: masy śniegu zsuwały się same, a groźba, że belki 
i wiązania załamią się pod jego ciężarem, praktycznie nie 
wchodziła w grę. Z drugiej strony jednak niebezpieczna 
stromizna oznaczała, że załatanie najmniejszej dziury 
wymaga ryzykownej wspinaczki. W słoneczny zimowy 
dzień dodatkowym utrudnieniem były strumyki płynącej 
w dół wody oraz miejsca pokryte warstewką lodu. Nie-
stety, Maggie nie miała wyjścia. Nie wiadomo, kiedy 
znów nadejdzie taka ładna pogoda. Dach był wolny od 
śniegu i względnie suchy. Jeśli dziś go załata, do wiosny 
będzie miała spokój. Ostrożnie szła w górę. Buty o do-
brej przyczepności ułatwiały zadanie, ale niosła wiader-
ko, szczotkę i kilka łat; dlatego musiała balansować cia-
łem, by zachować równowagę. 
- Cześć, Maggie! 

Ratunku! Niewiele brakowało, żeby upuściła swój 

ciężar i zsunęła się na samą krawędź dachu. Nie była 
przygotowana na to, że ktoś nagle zawoła ją po imieniu. 
Obejrzała się i zobaczyła Colina, który zauważył drabi- 
nę i postanowił sprawdzić, po co stoi w tym miejscu. 
Zadowolony z siebie chłopak uśmiechał się szeroko, a 
w oczach zielonych jak u matki i ciotki tańczyły kpiące 
iskierki. Zarumienił się od wiatru i słońca. Maggie 
ujrzała w całej okazałości pięć włosków, które rosły mu 
na brodzie. Golił je codziennie, pusząc się w łazience 
jak dorosły mężczyzna. 

 
 

R

 S

background image

 
-  Przestraszyłeś mnie, potworze! 
-  A ja o mało nie dostałem ataku serca, gdy zoba- 

czyłem cię na dachu. Ciągle mi powtarzasz, że niebez- 
pieczne prace należy wykonywać z pomocnikiem. I co? 
Sama popełniasz błąd, przed którym mnie ostrzegałaś. 

-  To całkiem inna sytuacja. Jestem twoją ciotką. 

Osoba dorosła ma prawo robić głupstwa. Nastolatek 
powinien zachowywać się nienagannie. Poza tym ja 
mogę cię pouczać, a ty powinieneś siedzieć cicho - gde- 
rała żartobliwie Maggie. Spojrzała w górę i westchnęła 
ciężko. - Czeka mnie paskudna robota. Jeśli masz do 
mnie jakąś sprawę, mów szybko... 

-  To nic pilnego, ciociu - przerwał. - Chciałem się z 

tobą naradzić w sprawie świątecznego prezentu dla ma-
my. Szczerze mówiąc, urwałem się z domu na godzinkę, 
bo... 

-  Joanna ma zły dzień, co? 
-  Owszem. Najpierw czepiała się Roga, następnie 

przyszła kolej na mnie. Jak ochłonęła, była na siebie 
zła. Nie ma na nią siły. Robimy, co każe, a mimo to jest 
niezadowolona... Zresztą nie o tym chciałem porozma- 
wiać. Wiesz co? Skoro już tu jestem, pomogę ci... 

Chłopak wszedł na ostatni szczebel i stanął na dachu. 
-  Colin, zaczekaj! 
-  Mam dobre buty. Jest ślisko, ale dam sobie radę. 

Chętnie to zrobię. Przecież mam wobec ciebie dług 
wdzięczności. Powinnaś od razu do mnie zadzwonić. 
Zawsze mogę wpaść i... 

-  Nie właź tu, Colin. Mówię poważnie. To niebez- 

pieczne. Proszę cię! Jeśli... O Boże! 

Silny chłopak stanął pewnie na dachu. Typowa u na- 
 
 

R

 S

background image

 
 

stolatka sztywność ruchów sprawiła, że zawadził stopą 
o drabinę, która zachwiała się, przechyliła w bok i znik- 
nęła z pola widzenia. 
     -  O rany! -jęknął z rozpaczą Colin. 

-  Nie ruszaj się! Nie próbuj iść wyżej! - nakazała 

mu Maggie głosem spokojnym, zdecydowanym i nie 
znoszącym sprzeciwu. W trudnych sytuacjach nie oka- 
zywała zdenerwowania. - Zachowaj ostrożność i zasta- 
nów się dwa razy, nim zrobisz następny krok. Jesteśmy 
cali i zdrowi. Wszystko będzie dobrze. Znajdę sposób, 
by się dostać na ziemię. 

Maggie nadrabiała miną. Chwilowo nie widziała żad- 

nego wyjścia z sytuacji. Nie traciła nadziei, choć 
znaleźli się w bardzo trudnym położeniu. Nie było spo- 
sobu, by przyciągnąć utraconą drabinę. Skok z dachu 
Maggie uznała za bardzo ryzykowny pomysł. Śnieg 
tylko częściowo zamortyzuje upadek z pierwszego pię- 
tra. Nie mogła pozwolić, by Colin odniósł jakieś obra- 
żenia. Joanna pogrążyłaby się w rozpaczy, gdyby jej 
synowi coś się stało. 

-  Bez paniki! Prędzej czy później znajdziemy się na 

dole - zapewniła ponownie. 

Zastanawiała się, jak wypełnić obietnicę* a zarazem 

powstrzymać Colina od robienia głupstw. Pół godziny 
przesiedzieli na dachu, ale żaden pomysł nie przyszedł 
jej do głowy. Siostrzeniec czekał spokojnie, aż ciotka 
znajdzie rozwiązanie. Nagle ujrzeli samochód szeryfa, 
który z piskiem opon zatrzymał się przed domem. 

 

 

R

 S

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 
-  Do diabła, co wy tam robicie? 
Głupie pytanie! Przecież widzi, jak wygląda sytu- 

acja. Maggie policzyła do dziesięciu i odparła z uśmie- 
chem: 

-  Czekamy, aż ktoś nas uratuje. Dla zabicia czasu 

łatamy dach. Cześć, Andy. 

-  Cześć, kidnaperko. Witaj... To Colin, prawda? 
-  Tak. - Chłopak uśmiechnął się niepewnie. - Dzień 

dobry, szeryfie. 

Maggie spostrzegła, że jej siostrzeniec zarumienił się, 

jakby coś go wytrąciło z równowagi. Spojrzała na chłop-
ca ze współczuciem. W obecności szeryfa sama także 
czuła się zakłopotana, choć powód był inny. Jakie to 
dziwne, tak patrzeć na niego z góry. Czekała, aż przy-
stawi drabinę, by mogli zejść na ziemię. Mimo wszystko 
była z siebie zadowolona. Gdy ochłonęli z Colinem po 
niefortunnym zdarzeniu, postanowili mimo wszystko 
załatać dach. Mieli wszystkie potrzebne materiały, sił im 
nie brakowało, a przy robocie czas szybciej zleciał. Andy 
pojawił się w samą porę. Właśnie skończyli. 

Andy przystawił drabinę. Po chwili Collin i Maggie 

znaleźli się obok niego. Był wściekły. Ani razu nie 
spojrzał w zielone oczy Maggie. 

 

R

 S

background image

 
-  Colin, często pozwalasz ciotce na takie wygłupy? 

- z irytacją spytał chłopaka. - Skąd jej przyszło do gło- 
wy, żeby w środku zimy włazić na mokry, miejscami 
oblodzony dach? Przecież mogła skręcić sobie kark! 
Trzeba jej było przemówić do rozumu! 

Stojąca obok Maggie szturchnęła łokciem siostrzeń- 

ca, dając mu znak, żeby się nie odzywał. 

-  Przestań na niego krzyczeć! Wszystko szło dosko- 

nale do chwili, gdy przez nieuwagę potrąciłam drabinę. 
Colin także nie był zachwycony tym, że sama wzięłam 
się do łatania dachu. Wszedł na górę, bo chciał mnie 
wyręczyć. 

-  A ja czuję nieodpartą potrzebę, by zmyć ci głowę 

za głupie pomysły. - Andy zerknął na Colina i skrzywił 
się. -Wiesz, stary? Musimy pogadać jak mężczyzna 
z mężczyzną. Na początek dam ci jedną radę. Uważaj 
na to, co mówią kobiety, bo zrobią ci wodę z mózgu. 
Twoja ciotka jest w tym znakomita. 

-  Ty zdrajco! Z wdzięczności za ocalenie zamierza- 

łam cię poczęstować filiżanką gorącej czekolady, ale po 
namyśle dochodzę do wniosku, że nie jesteś tego wart. 
Zachowujesz się jak... 

-  A nie mówiłem? Słuchaj uważnie, mój chłopcze. 

Zrobiła głupstwo, więc pospieszyłem wam na ratunek, 
ale zostałem natychmiast zbesztany. Twoja ciotka pró- 
buje odwrócić kota ogonem i wzbudzić we mnie poczu- 
cie winy. Stara sztuczka! 

-  Chyba... tak, proszę pana - odparł potulnie nasto- 

latek. 

-  Nie waż się stawać po jego stronie, Colin - rzuciła 
 
 
 

R

 S

background image

 

ostrzegawczo Maggie. Chłopak zerknął na nią i parsk- 
nął śmiechem. Andy ani myślał przestać. Złość mu prze- 
szła, niepokój minął, więc doskonale się bawił, 

-  Nie zapominaj, moja droga, że to dobry los uczynił 

z nas sojuszników - perorował z zapałem. - Obaj sta- 
raliśmy się uchronić ciebie przed groźnymi konsekwen- 
cjami idiotycznego postępku. Po zachodzie słońca tem- 
peratura gwałtownie spada. Twój dach zmieni się w lo- 
dowisko. Co by się wówczas z wami stało? Colin, za- 
stanów się dwa razy, nim posłuchasz tej wariatki. Ona 
ma szalone pomysły! 

-  Tylko bez epitetów! Nie będzie gorącej czekolady. 

Colin, pamiętaj, że nie wolno tak mówić o kobietach. 
Szeryf daje ci zły przykład. 

-  Ciotka ma poniekąd rację. Nie powinieneś besztać 

kobiet, chyba że na to zasłużą. Nawet im głupie postępki 
nie powinny uchodzić na sucho. Gdyby cię tu nie było, 
twoja ciotunia usłyszałaby całą prawdę, i to bez owija- 
nia w bawełnę. 

Andy gderał żartobliwie, ale z czułością patrzył na 

Maggie. Położył dłoń na jej ramieniu i pogłaskał zzięb- 
nięte plecy. 

-  Cholera, robi się chłodno - mruknął, pochylił gło- 

wę i cmoknął Maggie w usta. Była niemal pewna, że 
nie miał żadnych ukrytych zamiarów. Poczuł ulgę i z ra- 
dości pocałował uratowaną z opresji pannę Fletcher. 
Był przerażony, gdy ujrzał ją na stromym dachu. 

Gdy się wyprostował, miał dziwną minę. Jeden krótki 

pocałunek wszystko zmienił. Spojrzeli sobie w oczy. 
Cały świat nagle przestał istnieć. Byli tylko we dwoje. 

 
 
 

R

 S

background image

 
Zdawali sobie sprawę, że Golin stoi obok, że mają 

zimne nosy i stopy, a blade promienie zimowego słońca 
lśnią na śniegu. Mimo to Maggie odniosła wrażenie, że 
tylko Andy istnieje naprawdę. Kiedy jej dotknął, nagle 
wydało jej się, że to wiosenny poranek. W uszach za- 
brzmiała romantyczna piosenka. Wystarczyło jedno 
spojrzenie Gautiera, by poczuła się piękna. Kiedy do- 
tknął jej policzka, odniosła wrażenie, że chce po- 
wiedzieć: Cześć, wariatko. Stęskniłem się za tobą od 
wczoraj. 

Colin chrząknął znacząco. Oboje spojrzeli na niego 

niezbyt przytomnie. 

-  Ciociu, muszę wracać. W domu... 
Maggie natychmiast ochłonęła i wzięła się w garść. 
-  Bzdura! Musisz się ogrzać. Andy, przekonaj go, by 

został. 

Oboje wzięli chłopaka pod ręce i poprowadzili 

w stronę domu. Colin doskonale zdawał sobie sprawę, 
że ma być przyzwoitką, ale pochlebiało mu, że oboje 
nalegają, by dotrzymał im towarzystwa. Gdy weszli do 
kuchni, Andy posłał Maggie na górę, by się przebrała, 
a sam pomaszerował do kuchni, żeby przygotować go- 
rącą czekoladę. Przy okazji zrobił Colinowi krótki wy- 
kład dotyczący sposobów, dzięki którym można sobie 
radzić z kobietami. Gdy Maggie wróciła do salonu 
ubrana w obszerny czerwony sweter i ciepłe wełniane 
spodnie, jej siostrzeniec zapomniał już prawie o zakło- 
potaniu, które ogarniało go zwykle w obecności Gau- 
tiera. Obaj chichotali, opowiadając dowcipy. Maggie 
skrzywiła się, gdy usłyszała jeden z nich. 

 
 
 

R

 S

background image

 
Poleciła gościom rozpalić w kominku. Była zachwy- 

cona, że Andy'emu udało się rozruszać jej siostrzeńca. 
Odkąd zmarł jego ojciec, w otoczeniu chłopaka brako- 
wało mężczyzn, których mógłby naśladować. Maggie 
nie miała pojęcia, dlaczego Golin tak nieufnie odnosił 
się do Gautiera. Z czasem przekonał się do niego. Teraz 
pracowali ramię w ramię, układając szczapy i rozmie- 
szczając papier w strategicznych punktach. Po chwili 
płomienie buzowały na kamiennym palenisku. Andy 
zaproponował, by zamówić pizzę, a Colin niespodzie- 
wanie zerwał się na równe nogi i spojrzał na ciotkę, 
a potem na szeryfa. 

-  Myślę, że sami ją zjecie - oznajmił. - Nic tu po 

mnie. 

Wręcz przeciwnie, pomyślała Maggie, a głośno 

stwierdziła mentorskim tonem: 

-  Przeze mnie omal nie zamarzłeś, więc czuję się 

winna. Powinnam cię przynajmniej nakarmić. Zostań 
i pomóż nam uporać się z pizzą. Zamówimy najwię- 
kszą, zgoda? 

-  Sam nie wiem... Mama będzie się martwiła, że tak 

długo nie wracam. Mam w domu to i owo do zrobienia 
- odparł niepewnie chłopiec. 

-  W takim razie zadzwoń i powiedz, że ciotka sta- 

wia ci obiad - poradził z uśmiechem Andy. - Jeśli do- 
dasz, że szeryf także jest zaproszony, na pewno nie 
będzie żadnych trudności, nawet gdybyś miał z tego 
powodu chwilowo zaniedbać swoje obowiązki. Wiem, 
co mówię. Mam podejście do matek: Darzą mnie zaufa- 
niem. 

 
 
 

R

 S

background image

 
 
Colin dał się przekonać. Urządzili sobie piknik na 

dywanie. Chłopak siedział między dorosłymi. Maggie 
unikała wzroku Andy'ego; on również błądził spojrze- 
niem po salonie. Wszyscy troje opowiadali dowcipy. 
Mimo wszystko nastrój był całkiem przyjemny. Gdy 
pizza się skończyła, zabrakło pretekstu, by zatrzymać 
Colina, który na pożegnanie zwrócił się do Andy'ego 
i oznajmił z powagą: 

-  Wiele się dzisiaj nauczyłem, proszę pana. Bardzo 

dziękuję. Postaram się zastosować w praktyce otrzyma- 
ne wskazówki. 

Panowie wymienili porozumiewawcze uśmiechy. 

Maggie łudziła się nadzieją, że rozpoczną kolejną dys- 
kusję na temat odwiecznych problemów ludzkości, ale 
Colin pożegnał się, włożył buty i kurtkę, a potem znik- 
nął za drzwiami. 

Gdy wyszedł, nastrój zmienił się w jednej chwili. 

Andy zebrał resztki do pudełka i zaniósł je do kuchni. 
Kleopatra uderzała łapką w drzwi, prosząc o kolację. 
Maggie wyszła na taras, by nakarmić sałatą oswojonego 
szopa pracza. Po chwili wróciła do salonu. Zapadła 
cisza. Gospodyni szukała jakiegoś zajęcia. Gdy Andy 
wrócił do pokoju, dokładała właśnie do ognia. 

-  Wspaniale dajesz sobie radę z Colinem. Mój sio- 

strzeniec jest nieufny, ale bardzo cię polubił. 

-  Zrobił na mnie dobrze wrażenie. To wspaniały 

chłopak. Mam wrażenie, że coś go gryzie. Nie chodzi 
o smutne wspomnienia. Chwilami ma taki spłoszony 
wzrok, jakby się czegoś obawiał. Domyślasz się, dlacze- 
go jest taki zgaszony? 

 
 

R

 S

background image

 
Zdziwiona Maggie uniosła brwi. 
-  Szczerze mówiąc, sądziłam, że Golin uporał się już 

ze swoimi problemami. Ostatni rok był dla niego bardzo 
trudny, ale przed kilkoma dniami wszystko chyba wróci-
ło do normy. Powiedziałam nawet w żartach do mojej 
siostry, że jej syn jest grzeczny jak aniołek.' 

-  Może czuł się speszony z powodu mojej obecno- 

ści. Nastolatkom policjanci źle się kojarzą. Tak to zwy- 
kle bywa. - Zakłopotany Gautier potarł dłonią policzek. 
- Pamiętam, że w młodości daleko mi było do ideału. 
Jako piętnastolatek miałem sporo dziwnych pomysłów. 
Taki wiek. Czas buntu. Wolałem, żeby rodzina i poli- 
cjanci niewiele o mnie wiedzieli. Czy sądzisz, że twój 
siostrzeniec coś przeskrobał? 

-  Raczej nie. Ma na swoim koncie kilka głupich 

wybryków, ale to nic poważnego. 

-  Z czasem się oswoi. Przecież będę tu częstym go- 

ściem - stwierdził z chełpliwym uśmieszkiem. - Naj- 
pierw dokonałem błyskotliwej analizy osobowości twe- 
go siostrzeńca, a teraz zajmę się tobą. Na razie nie po- 
trafię stwierdzić, do czego zmierzasz. W obecności 
chłopaka musieliśmy zachowywać się przyzwoicie, ale 
już go nie ma. I co dalej? Nie ma przeszkód, żebyś padła 
w moje ramiona. 

Maggie wsparła dłonie na biodrach i rzuciła mu kar- 

cące spojrzenie. 

-  Ty draniu - syknęła z udawanym oburzeniem. - 

Chcesz mnie oskarżyć o próbę uwiedzenia? 

-  Pewnie! Jestem prostolinijnym i szczerym poli- 
 
 
 
 

R

 S

background image

 

cjantem z prowincji, ty natomiast ukrywasz mroczny 
sekret, o którym nie chcesz nawet pamiętać. 

Maggie wciąż nie mogła zaznać spokoju z powodu 

częściowej amnezji, ale dowcipne uwagi szeryfa spra- 
wiły, że potrafiła się śmiać ze swoich problemów. 

-  Masz szczęście! Nie zamierzam cię napastować, 

przynajmniej przez jakiś czas. Może obejrzymy film na 
wideo? Wybacz - zreflektowała się nagle. - Nie zapy- 
tałam nawet, czy masz wolny wieczór. 

-  Nie planowałem wprawdzie dłuższej wizyty, ale tu 

jest tak miło, że chętnie zostanę i obejrzę z tobą film. 
Niestety, potem muszę uciekać. Mam sporo papierko- 
wej roboty. Wrócę do komisariatu, by odrobić zaległo- 
ści. O piątej rano zaczynam następny dyżur. 

W ten sposób taktownie dał Maggie do zrozumienia, 

że nie będzie jej namawiał, by pozwoliła mu przenoco-
wać. 
Wmawiała sobie, że poczuła ulgę, słysząc jego tłumacze- 
nia, ale w głębi serca... była nieco zawiedziona. 

-  Przygotuję trochę prażonej kukurydzy. Mam ku- 

chenkę mikrofalową, więc zajmie mi to zaledwie chwil- 
kę. Możesz wybrać film? Mam sporo taśm. 

-  Pewnie same horrory i kryminały, co? 
-  Jeśli chcesz oglądać kreskówki, idź do kina na 

poranek - odparła pogodnie. - Szczerze mówiąc, mam 
tu dużo romantycznych komedii. Podejrzewam, że wo- 
lisz filmy akcji. 

-  Słusznie. Niesamowite! Masz wszystkie filmy 

Hitchcocka! Chętnie obejrzałbym „Psychozę", ale pod 
warunkiem, że usiądziesz mi na kolanach. W przeciw- 
nym razie umrę ze strachu. 

 
 

R

 S

background image

 
 
-  Ciekawe! Ile kobiet słyszało od ciebie to dramaty- 

czne wyznanie? 

-Właściwie... żadna. 
Gdy Magge weszła do salonu z tacą pełną przekąsek, 

Andy siedział wygodnie na kanapie. Długie nogi oparł 
o brzeg niskiego stolika. Na widok dziewczyny chełpli- 
wy uśmiech zniknął z jego twarzy. Spojrzał w zielone 
oczy, jakby przez cały czas czekał na tę chwilę. Chciał 
objąć Maggie. I ona tego pragnęła. Wprawdzie oboje 
twierdzili, że muszą trzymać się od siebie z daleka, ale 
mieli świadomość, że to nie są żarty. Wystarczyła jedna 
chwila, by zapomnieli o skrupułach i ulegli przemożnej 
namiętności, ale nie chcieli niczego przyspieszać. 
Wszystko w swoim czasie. 

-  Maggie - powiedział z powagą Andy - nic się nie 

stanie, jeśli usiądziesz obok mnie na kanapie. Przecież 
ci powiedziałem, że wzywają mnie obowiązki. Przed 
Gwiazdką zawsze mam więcej pracy. Jestem w sytuacji 
bez wyjścia. Muszę jechać. Wbrew sobie będę się dziś 
zachowywać powściągliwie niczym mnich. 

Ta uwaga całkiem rozbroiła Maggie. Szeryf Gautier 

był uczciwy i szczery. Nie spotkała dotąd mężczyzny 
obdarzonego takimi zaletami. Andy powiedział wprost, 
że nie ma żadnych ukrytych zamiarów. Przynajmniej 
tego wieczoru. 

Usiadła na kanapie, przytuliła się do Andy'ego i włą- 

czyła magnetowid. „Psychozę" lepiej oglądać we dwo- 
je, by dać ukojenie starganym nerwom. Oboje sięgali 
raz po raz do miski z prażoną kukurydzą, Wymieniali 
w półmroku uśmiechy nie usprawiedliwione nagłymi 

 
 

R

 S

background image

 

 
zwrotami akcji. Andy obejmował mocno Maggie 
nawet wówczas, gdy na ekranie nie działo się nic stra- 
sznego. Dziewczyna czuła, jak narasta w niej pożąda- 
nie. Jej serce biło coraz mocniej, krew pulsowała 
w uszach, a rozgrzana skóra reagowała na każde muś- 
nięcie. 

Oby tylko Andy się nie zorientował. Chyba dobrze 

się maskowała. Gdy na ekranie pojawiły się końcowe 
napisy, szeryf odsunął się z uśmiechem i wstał. 

-  Hitchcock nie ma sobie równych. To prawdziwy 

mistrz. Chętnie zostałbym, żeby obejrzeć kolejne arcy- 
dzieło z twojej kolekcji, ale czas nagli. Pora jechać. 
Odprowadzisz mnie do drzwi? 

Maggie odniosła do kuchni tacę i miskę, a szeryf 

włożył buty i kurtkę. Nie zapalił światła w korytarzu. 
Gdy był gotowy do wyjścia, podeszła do niego i sięg- 
nęła do kontaktu. Natychmiast zgasił lampę. Ponownie 
zrobiło się ciemno. Ujął jej nadgarstki i uniósł ramiona, 
jakby zachęcał, by objęła go za szyję. 

-  Muszę się z tobą odpowiednio pożegnać - oznaj- 

mił stanowczo. - To potrwa dwie minuty. Ani chwili 
dłużej. Niczego z siebie nie zdejmujemy. To podstawo- 
we zasady. 

Maggie omal nie wybuchnęła śmiechem, rozbawiona 

jego determinacją. Była oszołomiona, bo serce jej koła- 
tało, a ciało płonęło. 

-  Słucham? Od kiedy to ustalasz zasady, Gautier? 

Kto ci na to pozwolił? Zapamiętaj sobie, że nikt nie ma 
prawa mi rozkazywać. 

-  Cicho! Mogłabyś przynajmniej sprawdzić, czy 
 
 

R

 S

background image

 

 
moje zasady przypadną ci do gustu, zamiast od razu 
protestować. 

Bez słowa oparła się plecami o ścianę. Andy pocało- 

wał ją zachłannie. Czuł się jak poszukiwacz złota, który 
trafił na prawdziwy skarb. Maggie otarła się o niego jak 
zmysłowa kotka. Jego zapach, smak, słodki ciężar i za- 
borcze pocałunki uderzały jej do głowy jak wino. Moc- 
no przylgnęła do niego. Czuła, jak narasta w nim żądza. 
Ani na chwilę nie przestawał jej całować. Kusił, obie- 
cywał, zwodził. 

Wolno podniósł głowę i wypuścił Maggie z objęć. 

Czule pogłaskał ją po włosach i wsunął za ucho niesfor- 
ny kosmyk. 

-  Mam wrażenie, że pocałunek trochę się przeciąg- 

nął. Dwie minuty to za mało. Za każdym razem otacza 
nas prawdziwa magia, prawda, Maggie? Pocałunki już 
nam nie wystarczają. 

-  Andy... - Nie mogła złapać tchu. 
-  Nie chcę cię popędzać. Wszystko w swoim czasie. 

Jestem pewien, że gdy zaczniemy się kochać, nastąpi 
w naszym życiu ogromna zmiana. 

Maggie również tak sądziła. Była przekonana, że 

wkrótce zapragną większej bliskości, i wiedziała in- 
stynktownie, że potem będzie inną kobietą. 

-  Andy, muszę ci coś powiedzieć. 
-  Słucham. 
-  Nie wiem, czego oczekujesz, ale nie będę składać 

żadnych obietnic. - Westchnęła głęboko. - Nie mogę się 
pochwalić udanym romansem. Dwa razy byłam zako-
chana, ale nic z tego nie wyszło, bo jestem taka, jaka 
jestem. 

 

R

 S

background image

 
 
-  Proszę, proszę! - Z niedowierzaniem uniósł 

brwi. - O ile mi wiadomo, jeżeli się nie uda, zwykle 
obie strony ponoszą winę. Czyżby mimo wszystko 
w twoim przypadku całą winę należało przypisać jednej 
osobie? 

Maggie uśmiechnęła się, gdy spojrzał na nią z kpiącą 

miną. Potem znowu spoważniała. 

-  Nie można tego wykluczyć. Na początku było 

wspaniale. Sądziłam, że pewne sprawy są oczywiste. 
Z czasem doszłam do wniosku, że jestem zbyt niezależ- 
na, by się wiązać na stałe i zrozumieć, na czym to po- 
lega. Mężczyźni chcieli- żebym się zmieniła. Nie pra- 
gnęli mnie takiej, jaka jestem. Boję się, że ty również 
będziesz zawiedziony. 

-  Obawiasz się, że prędzej czy później zacznę cię 

traktować jak słabą kobietkę? - zapytał, opierając się 
o ścianę, jakby chciał mieć pewność, że nie ulegnie 
pokusie, by wziąć ją w ramiona. 

-  Raczej... nie. Po prostu nie chciałabym cię za- 

wieść. Już mi się to zdarzało. Może nie potrafię cię 
przekonać, że naprawdę jesteś mi potrzebny. 

-  Niezależność i potrzeba bliskości to dwie różne 

sprawy - stwierdził Andy po chwili wahania. - A jeśli 
chodzi o twoje umiłowanie swobody... Szanuję i po- 
dziwiam cię za te cechy, Maggie, ale nie wiem, co dla 
ciebie oznacza poczucie niezależności. Moim zdaniem, 
zachowałaś się nierozsądnie, włażąc dziś na dach. Jeśli 
uważasz, że w takich sytuacjach będę milczał, to się 
rozczarujesz. Zależy mi na tobie, więc zastrzegam sobie 
prawo, by wrzeszczeć do woli. 

 
 

R

 S

background image

 
 
Maggie uśmiechnęła się - tym razem naprawdę 

szczerze. 

-  Proszę bardzo. Mnie także wolno będzie ciebie 

krytykować. Ty dokonujesz wyborów, ale ja mam pra- 
wo je komentować. Będę robiła awantury, ilekroć bez 
potrzeby narazisz się na niebezpieczeństwo. Zresztą 
muszę przyznać ci rację. Popełniłam błąd, włażąc na 
dach. 

-  Świetnie. - Andy zadowolił się tym oświadcze- 

niem i nie wracał do sprawy. - A co do potrzeby bli- 
skości oraz niezależności... Ja również mam pewne 
obawy. Moja była żona najchętniej w ogóle by się ze 
mną nie rozstawała. Nie zapominaj, że praca jest dla 
mnie ważna. Nie zamierzam wiązać się z kobietą, która 
dostaje spazmów, ilekroć telefon zadzwoni w środku 
nocy. Nie pozwolę również, by na dodatek obarczała 
mnie winą za swoje lęki. Już to przerabiałem. Oboje 
bardzo cierpieliśmy. Jeśli nie podoba ci się moja praca, 
chciałbym to usłyszeć od razu. 

-  Nie mam szczególnych obiekcji. 
Andy zrobił krok w jej stronę i zapiął kurtkę. 
-  Moim zdaniem to dobrze, że chcemy być z kimś 

bardzo blisko. Mądry wybór, pod warunkiem, że nie 
oczekujemy, by rozwiązano za nas wszystkie problemy 
albo na siłę uszczęśliwiano. Niektórzy panicznie się boją 
samotności i dlatego wiążą się z byle kim, ale nadal są 
opuszczeni. Barwne życie w pojedynkę jest lepsze niż 
samotność we dwoje. - Maggie skinęła głową. Była tak 
poruszona, że ledwie śmiała oddychać. Podzielała zda- 
nie Andy'ego, który mówił dalej: - Z drugiej strony 

 
 

R

 S

background image

 

 
jednak dobrze jest na kogoś liczyć. Wzajemne zaufanie 
to również istotna sprawa. W ogóle przyjemnie mieć 
towarzystwo i wyrękę, na przykład, gdy kończy się 
chleb. Nie okażesz słabości, jeśli przyznasz, że kogoś 
potrzebujesz. Nie staniesz się przez to słabą kobietką. 
Moim zdaniem, poczucie wspólnoty jest w miłości naj- 
ważniejsze. 

-  Ależ z ciebie drań, Gautier! Zamąciłeś mi w gło- 

wie. Robisz to umyślnie. Chcesz mnie zachęcić, żebym 
cię uwiodła, prawda? 

Andy podszedł bliżej i pocałował ją w czubek nosa. 

-Kochanie? 

-  Słucham? 
-  Mam nadzieję, że kiedy się znowu spotkamy, bę- 

dziesz miała w pamięci tę ostatnią uwagę. 

 

 

 

 

 

 

 

R

 S

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 
Andy kazał jej pamiętać, że obiecała go uwieść! 
Maggie zmarszczyła brwi i z ponurą miną wpatrywa- 

ła się w ekran monitora. Całkowite nieporozumienie! 
Wcale nie twierdziła, że chce uwieść tego drania. Zre- 
sztą nie pora teraz o nim myśleć. Raz po raz to sobie 
powtarzała. 

Siedziała w zaciemnionym pokoju. Żaluzje były 

opuszczone. Z oszałamiającą szybkością uderzała 
w klawiaturę komputera. Nie odbierała telefonów; 
dzwoniących zbywała automatyczna sekretarka. Na 
drzwiach wisiała informacja, że Maggie Fletcher jest 
bardzo zapracowana i pod żadnym pozorem nie należy 
jej przeszkadzać. Siedziała przy komputerze boso, 
w starych leginsach z białej bawełny, przetartych na 
siedzeniu, oraz jasnej, mocno sfatygowanej bluzie. 
W takim stroju pracowała, ilekroć miała pilne zlecenie. 
To był jej biurowy uniform. Zapaliła świecę nasączoną 
wonnym olejkiem, który usuwał zmęczenie i pomagał 
się skoncentrować. 

Zbliżał się termin oddania instrukcji obsługi, którą 

przygotowywała dla macierzystego koncernu. Lubiła 
pracować ze świadomością, że grunt jej się pali pod 
nogami. Taka presja stanowiła dodatkową mobilizację. 

 

R

 S

background image

Maggie zdawała sobie sprawę, że koledzy inżyniero-

wie nie potrafią opisać produkowanych urządzeń pro-
stym językiem, zrozumiałym dla przeciętnego użytkow-
nika. Podziwiała ich talent, ale znała także słabości. Gdy 
rozpoczynała współpracę, uświadomiła im, że ich tech-
nologiczny żargon to zwykły bełkot. Zrozumieli, że jest 
im potrzebna. Tylko ona umiała przetłumaczyć naukowe 
dywagacje na ludzką mowę. Była warta tyle złota, ile 
ważyła, ale szefowie, choć bardzo hojni, dalecy byli od 
takiej rozrzutności. Powiedziała im prosto z mostu, że 
wprawdzie nie czuje się wykorzystywana, ale nie ma 
także nadziei, by płacili jej tyle, ile naprawdę jest warta. 
Byli zdumieni, ale słuchali uważnie. Stąd zapewne 
skłonność do ustępstw, gdy postanowiła osiąść na pro- 
wincji. To była forma rekompensaty i gest dobrej woli. 
Tak czy inaczej, Maggie nie narzekała. 

Telefon dzwonił uparcie, ale nie zwracała na niego 

uwagi; W zlewie piętrzyły się brudne naczynia. Na 
podjeździe leżała dziesięciocentymetrowa warstwa 
śniegu. Potargane włosy wymagały szczotkowania. 
Mniejsza z tym. Gdy terminy nagliły, Maggie popadała 
w całkowitą abnegację i żyła wyłącznie pracą. Tylko dla 
jednej osoby gotowa była oderwać się od komputera. 

Znów brzęczenie telefonu. Włączyła się automatycz- 

na sekretarka, ale nie było żadnej wiadomości. Maggie 
uznała, że dzwoni jakiś akwizytor sprzedający towary 
przez telefon. Pięć minut później znowu rozległ się ter- 
kot dzwonka, na który nie zwróciła uwagi. Po chwili 
kolejny telefon. Tym razem rozmówca postanowił zo- 
stawić wiadomość. 

 
 
 
 

R

 S

background image

 
-  Maggie? Tu Joanna. Mam nadzieję, że jesteś w do- 

mu. Odbierz, bardzo proszę. 

Maggie rzuciła się do telefonu i podniosła słucha- 

wkę. 

-  Cześć, kochanie. Słucham. Co u ciebie? 
-  Wybacz, że przeszkadzam. Pewnie oderwałam cię 

od pracy. 

-  Leniuchuję, więc mów śmiało. - Głos Joanny 

brzmiał tak dziwnie, że Maggie nabrała podejrzeń. Spo- 
dziewała się złych nowin. 

-  Mam kłopoty. Z autem. Jestem w mieście. Wiesz, 

świąteczne zakupy. Siedzę w kawiarence. Tam, gdzie 
zawsze. Nie wiem, co robić. 

-  Spokojnie. Zaraz przyjadę. Czekaj i nie ruszaj się 

z miejsca. Zamów kawę. Przyjadę, nim ją dopijesz. 

Maggie narzuciła długi płaszcz, włożyła ciepłe skar- 

petki i wysokie botki. Zapięła się pod samą szyję. Nie 
miała czasu, by się przebrać. Zakamuflowała tylko ro- 
boczy strój. Kwadrans później jej auto zataczało drugie 
koło, szukając miejsca do parkowania w pasażu hand- 
lowym. Poszukiwania zakończyły się sukcesem. Od 
centrum handlowego dzieliły jątrzy przecznice. Minęła 
je błyskawicznie. 

Była niemal u celu, gdy mimo woli zerknęła na skle- 

pową witrynę. Skórzane kurtki. Idealne dla motocykli- 
stów, bardzo modne wśród nastolatków. Znów poczuła, 
że ogarnia ją panika. Dłonie miała spocone, serce jej 
kołatało, a żołądek ścisnął się boleśnie. 

Zwykłe kurtki. Nic nadzwyczajnego. Czemu tak za- 

reagowała na ich widok? Wśród ludzi, z którymi miała 

 
 
 

R

 S

background image

do czynienia, nikt się tak nie ubierał. Dlaczego na widok 
czarnych okryć ze skóry ogarniało ją dziwne poczucie 
winy? Przez moment walczyła z mdłościami. Wzięła się 
w garść i ruszyła do ulubionego sklepu. Wkrótce była 
na miejscu. 

Trzeba jak najszybciej odnaleźć Joannę. To najważ- 

niejsza sprawa. Maggie była zła na siebie. Miała dość 
tajemniczych obaw i lęków. Częściowa amnezja stano- 
wiła przykrą niespodziankę, a napady poczucia winy 
były po prostu nie do zniesienia. Coś z tym trzeba 
zrobić. 

Niespodziewanie pomyślała o Andym, który potrafił 

dowcipnie zbagatelizować jej problemy. Gdyby tu był, 
nie pozwoliłby, żeby się zamartwiała. 

Nabawisz się obsesji, pomyślała ze złością. Teraz nie 

warto tego roztrząsać. Jałowe analizowanie do niczego 
nie prowadzi. Wbiegła do kawiarni i rozejrzała się, szu- 
kając wzrokiem Joanny. Sala była zatłoczona. Pachniały 
świąteczne dekoracje z gałęzi świerku i ostrokrzewu. 
Przy barze Święty Mikołaj w czerwonym kubraku po- 
pijał gorącą czekoladę. Inny pożerał łapczywie ciaste- 
czka ż orzechami. Na podłodze widziało się mokre śla- 
dy zimowego obuwia. Krzesła i stoliki zarzucone były 
torbami w gwiazdkowe wzory. Na wieszaku ledwie 
mieściły się zimowe płaszcze. W powietrzu czuło się 
zapach kawy i bułeczek z cynamonem. Mimo tłoku 
Maggie natychmiast dostrzegła siedzącą na podwyższe- 
niu Joannę. 

Jej siostra zajęła stolik w głębi, tuż przy ścianie. Zło- 

te włosy miała rozpuszczone. Sprawiała wrażenie bez- 

 
 
 
 

R

 S

background image

 

 
bronnej i kruchej. Maggie wbiegła po schodach na pię- 
terko i przemknęła między stolikami. Od razu spo- 
strzegła, że Joanna ma rozbiegane spojrzenie i przy- 
mknięte powieki. Sprawiała wrażenie sennej i nieobe- 
cnej duchem. 

-  Co z twoim autem? - spytała Maggie bez żadnych 

wstępów. 

-  Nie jest źle, siostrzyczko. 
Maggie opadła na sąsiednie krzesło i z niepokojem 

przyglądała się Joannie. 

-  To dobra nowina. Wiesz, że niewiele potrafię zro- 

bić przy samochodzie. Brak mi wyczucia. Ty również 
potrafisz tylko gawędzić z mechanikami o pogodzie. 

-  Auto jest sprawne. Odwieź mnie do domu, Mag- 

gie. O nic więcej nie proszę. 

-  Rzeczywiście nie powinnaś siadać za kierownicą. 
-  Wstydziłam się mówić o tym przez telefon. Nie 

mogę prowadzić. Poza tym nie chcę, by chłopcy się 
zorientowali. 

Joanna mówiła nieco bełkotliwie. Maggie obrzuciła 

ją karcącym spojrzeniem i zapytała rzeczowo: 

-  Od kiedy popijasz w ciągu dnia? 
-  Nic z tych rzeczy! Przysięgam. Dziś rano obudzi- 

łam się podminowana. Wiedziałam, że to będzie ciężki 
dzień. Pomyślałam, że kieliszek alkoholu postawi mnie 
na nogi. W pierwszej chwili rzeczywiście poczułam się 
lepiej. Niestety, wypiłam na pusty żołądek, bo zapo- 
mniałam o śniadaniu. Dotarłam tu bez przeszkód i na- 
gle w trakcie zakupów poczułam się, jakby przejechał 
po mnie walec drogowy. 

 
 

R

 S

background image

 
Maggie przez moment chciała spuścić siostrze tęgie 

lanie, ale nie potrafiła się długo gniewać. Na myśl o jej 
wybrykach czuła się zwykle bezradna. Nie miała poję- 
cia, jak uświadomić niepoprawnej marzy cielce, że w ży- 
ciu należy przestrzegać określonych reguł. 

-  Masz mdłości? Powinnaś chyba coś zjeść. 
-  Czuję się nieźle. Najważniejsze to wrócić do do- 

mu. Martwię się, co z autem. 

-  Pojedziemy twoim. Jakoś dotrę potem do miasta. - 

Maggie na razie nie miała pojęcia, jak to zrobi, ale moż-
liwości było wiele. Później zdecyduje, jak wrócić po 
samochód. Joanna była coraz bardziej senna. Maggie nie 
mogła oczekiwać, że pomoże jej znaleźć wyjście z sytu-
acji. 

-  Maggie, tak mi przykro. Ciągle robię głupstwa.... 

- mruknęła Joanna. 

-  Przestań się tak przejmować. Nic się nie stało. 

Wszyscy popełniamy błędy. Pamiętam, że kiedyś robi- 
łam potrawę, do której należało wlać odrobinę sherry. 
Otworzyłam butelkę i tyle razy próbowałam, czy smak 
alkoholu będzie pasował do mego dania, że całkiem się 
ululałam. Niewiele brakowało, żebym puściła z dymem 
nasz dom. 

-  Zawsze obracasz wszystko w żart, siostrzyczko. 

Pamiętam tamtą aferę. Byłaś wtedy nastolatką. W prze- 
ciwieństwie do mnie. Dorosła kobieta nie powinna robić 
takich głupstw. 

-  Wszyscy miewamy podobne wpadki. To nie zale- 

ży od wieku. Jeżeli chcesz się upić, kup dobre wino 
i przyjedź do mnie. Zabraniam ci pić w samotności. 
Obiecujesz, że tego nie zrobisz? 

 
 

R

 S

background image

 
-  Jasne. Nie rób ze mnie alkoholiczki. To mi się 

przytrafiło po raz pierwszy. Chłopcy nigdy mnie nie 
widzieli podchmielonej. Chyba mi wierzysz? 

Maggie nie miała powodu, by kwestionować pra- 

wdomówność Joanny, która była idealną matką, póki 
żałoba nie zmieniła jej nastawienia do świata. Nadal 
kochała synów, ale od śmierci męża była całkiem zagu- 
biona. 

-  Posłuchaj - tłumaczyła Maggie. - Nie ma powo- 

du, by rozpaczać z powodu takiego incydentu. Wszyscy 
popełniamy głupstwa. 

-  Ty masz czyste konto - odparła ponuro Joanna. 
-  Co ty gadasz! Wręcz przeciwnie! Koniec dyskusji. 

Spróbuj wstać. Odwiozę cię do domu. Wezmę twoje 
pakunki. Położę cię do łóżka, a chłopców zabiorę na 
obiad. Postawię im hamburgery. 

-  Zawsze ratujesz mnie z opresji. 
Pewnie! Po to jest rodzina, stwierdziła w duchu Mag- 

gie, wyprowadzając Joannę z kawiarni. Nagle przypo- 
mniała sobie uwagę wypowiedzianą kiedyś przez An- 
dy'ego. Mówił o ludziach, którzy, zamiast stawić czoło 
kłopotom, wolą przed nimi uciekać. Chodziło mu o oso- 
by, które złamały prawo. Ale jej siostra to całkiem inny 
problem. Maggie nie miała innego wyjścia. Rodzinie 
trzeba pomagać. 

 
Andy'ego bolały plecy i kark. Miał za sobą męczący 

dzień. Powinien wrócić do domu i położyć się do łóżka, 
ale poczucie obowiązku mu na to nie pozwalało. Z rę- 
koma w kieszeniach chodził po głównej ulicy. Śnieg 

 
 
 

R

 S

background image

 

skrzypiał pod butami. Sklepy zamykano o dziewiątej. 
Minęła jedenasta. Ruch w centrum handlowym dawno 
zamarł, a samochody odjechały z parkingów. 

Szeryf skręcił za róg i przystanął na widok znajome- 

go auta. To biały dżip, własność Maggie. Zza auta do- 
biegł metaliczny zgrzyt oraz niski kobiecy głos, mam- 
roczący coś z irytacją. Poznał go od razu i natychmiast 
się uśmiechnął. 

Na świecie była tylko jedna dziewczyna, zdolna 

w każdej sytuacji przywrócić mu pogodę ducha. Do- 
strzegł zgrabną sylwetkę i podszedł bliżej, by lepiej się 
przyjrzeć. Maggie usiłowała wciągnąć do bagażnika 
skuter śnieżny, ale pojazd był dla niej zbyt ciężki. 

-  Cześć, moja śliczna. Przygotowujesz się do napa- 

du na bank? 

Maggie pisnęła, wyprostowała się i typowym dla ko- 

biet gestem położyła rękę na sercu. Wyglądała tak, jakby 
szeryf rzeczywiście przyłapał ją na gorącym uczynku. 
Po chwili ochłonęła i spojrzała na niego przytomniej. 
Zielone oczy rozjaśnił blask radości. Z buńczuczną mi- 
ną wsparła dłonie na biodrach. 

-  Na mam teraz czasu na takie głupstwa jak rabo- 

wanie banków. Niech cię diabli, Gautier! Nie sądziłam, 
że mnie śledzisz. Chcesz złapać biedną Maggie na go- 
rącym uczynku, tak? 

-  Od dawna próbuję ci dać do zrozumienia, że prze- 

stępca prędzej czy później zostaje schwytany. Mam jed- 
nak pewne wątpliwości, czy w tym wypadku istotnie 
nastąpiło wykroczenie. 

-  Słuszna uwaga. Nie popełniłam żadnego przestę- 
 
 
 

R

 S

background image

 

pstwa. Z jednym wyjątkiem: jechałam skuterem śnież- 
nym przez środek miasta. To chyba zabronione. Zaraz 
ci powiem, co się dzieje. Musiałam odwieźć siostrę do 
domu. Pojechałyśmy jej autem. Spędziłam z rodziną 
cały dzień. Samochód zostawiłam tutaj. Poczekałam, aż 
centrum opustoszeje, i przyjechałam tu po niego skute- 
rem. Miałam nadzieję, że o tej porze nikt się mną nie 
zainteresuje, ale zapomniałam o wścibskim szeryfie. 

-  Strasznie to skomplikowane, co dowodzi, że mó- 

wisz prawdę. Gdybyś chciała mnie oszukać, historyjka 
byłaby znacznie bardziej przekonująca. Nie wlepię ci 
mandatu, bo popełniłaś czyn o minimalnej szkodliwości 
społecznej, a poza tym chciałaś pomóc siostrze. Odsuń 
się. Sam załaduję ten skuter. - Gdy pojazd został umie- 
szczony w bagażniku, dodał z uśmiechem: - W okresie 
świątecznym wszyscy są okropnie zaaferowani i dlate- 
go przymykam oko na drobiazgi. Jak powiedziałem, i to- 
bie się upiecze, bo szczerze wyznałaś swoje winy. - Ob- 
rzucił ją karcącym spojrzeniem. - Prawdę mówiąc, nie 
wiem, czy ci to wyjdzie na dobre. W głębi ducha kryjesz 
chyba niebezpieczną skłonność do łamania prawa. 

Maggie bez słowa podeszła do Andy'ego i pocało- 

wała go w usta. Wargi miała chłodne. Zwykłe cmoknię- 
cie skończyło się zupełnie inaczej. Smukłe dłonie ukryte 
w rękawiczkach spoczęły na szerokich barkach, a długi, 
namiętny pocałunek rozgrzał krew. 

-  No proszę - mruknął, - Już zaczynasz rozrabiać. 

Jesteś niepoprawna! Co miał oznaczać ten całus? 

-  Miłość, namiętność, i, rzecz jasna, wdzięczność. 

Bez ciebie nie poradziłabym sobie z tym żelastwem. 

 
 
 

R

 S

background image

 
Niechętnie się do tego przyznaję. Lubię być samowy- 

starczalna. 

-  Skoro cudza pomoc sprawia ci przykrość, nastę- 

pnym razem przykuję się kajdankami do latarni, by 
zapanować nad samarytańskimi odruchami. Sama bę- 
dziesz się męczyła. A co do całusa, moim zdaniem to 
próba przekupstwa. 

-  Niemożliwe! 
-  Złamałaś prawo. Sądzisz, że puszczę cię wolno, bo 

szaleję za tobą? Z drugiej strony jest łapówka, za którą 
gotów byłbym puścić w niepamięć dzisiejszy incydent. 
Mam na myśli... choinkę. 

Maggie znieruchomiała, gdy Andy przyznał, że za 

nią szaleje. Gdyby jej twarz nie była czerwona od mro- 
zu, pewnie by się zarumieniła. Roześmiała się cichutko 
i spojrzała z ukosa na Gautiera, jakby podejrzewała, że 
naprawdę stracił rozum. 

-  To był męczący dzień, prawda, Andy? Wyglą- 

dasz świetnie, ale na pewno jesteś zmęczony. Pora od- 
począć. Ze znużenia mąci ci się w głowie. Nie rozu- 
miem, jak można przeskoczyć myślą od łapówki do 
choinki... 

-  Ubierasz drzewko? - zapytał Andy. Maggie spo- 

ważniała. 

-  Przestałam to robić po śmierci rodziców. Odkąd 

zamieszkałam sama, nie czułam takiej potrzeby. Joanna 
dekoruje cały dom ze względu na dzieci. Święta spę- 
dzam u nich, więc sam rozumiesz... 

-  U mnie sprawa wygląda podobnie. Po rozwodzie 

byłem zupełnie sam. Po co mi choinka? Ale w tym 

 
 
 

R

 S

background image

 
roku... Gdybyś się zgodziła, możemy ubrać ją we dwo- 
je. To świetna zabawa. 

-  Kusząca propozycja - mruknęła. Pochyliła głowę 

i stwierdziła ze zdumieniem, że trzymają się za ręce. Nie 
miała pojęcia, kiedy spletli palce w ciasnym uścisku. 

- Chyba nie mam wyjścia. 
-  W takim razie umówmy się na sobotę - zapropo- 

nował Andy. 

-  Świetnie. - Maggie podniosła głowę i uśmiechnę- 

ła się czule. - To nie do wiary! Dochodzi północ, a my 
stoimy tu na mrozie, trzymając się za ręce. 

-  Rzeczywiście. Bez sensu! 
-  Brak nam chyba piątej klepki - stwierdziła 

uszczypliwie, ale nadal stała nieruchomo obok auta, 
zamiast wsiąść i odjechać. Andy także nie kwapił się do 
odejścia. 

-  Chodzisz do kościoła, Maggie? - rzucił niespo- 

dziewanie. 

-  Czemu pytasz? To bardzo niedyskretne pytanie 
- odparła nieufnie.                                      ; 
-  Wiem. Po prostu chcę wiedzieć i dlatego stawiam 

sprawę jasno - odparł z powagą. Maggie pokiwała 
głową. 

-  Jestem harda i niezależna. Nie lubię być traktowa- 

na jak zabłąkana owieczka i dlatego do niedawna rzad- 
ko odwiedzałam kościoły. Teraz jest inaczej. Mamy tu 
wspaniałego duchownego. Wielebny Gustofson wspie- 
rał naszą rodzinę w czasie choroby i po śmierci szwa- 
gra. To ze względu na niego w każdą niedzielę jestem 
na nabożeństwie. 

 
 
 

R

 S

background image

 
-  Masz rację. Gustofson to bardzo porządny czło- 

wiek. Jeśli chodzi o mnie, jestem głęboko wierzący, ale 
z praktykowaniem bywało różnie. Ostatnio jednak co 
tydzień chodzę do kościoła. 

-  Zebrało nam się na poważne rozmowy, szeryfie 

Gautier. 

-  Domyślam się, że uważasz mnie za dowcipnisia 

i podrywacza. Zapewniam, że myślę nie tylko o tym, 
żeby cię zaciągnąć do łóżka. 

-  Andy - zaczęła spoglądając mu prosto w oczy - ty 

również jesteś porządnym człowiekiem. 

Pocałowała go tak zachłannie, że zachwiał się na 

nogach. Był w niej zakochany na śmierć i życie. Nie 
potrafił nic przed nią ukryć. Ta kobieta znalazła drogę 
wiodącą prosto do serca. Była dla niego stworzona. 
Gdyby go nie chciała, cierpiałby jak potępieniec. To 
chyba czary! Ledwie potrafił uwierzyć, że to jawa, nie 
sen. 

Chciał ofiarować Maggie swoje serce, ale nie miał 

pewności, co w zamian otrzyma. 

 

 

 

 

 

R

 S

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 
-  Moim zdaniem będzie pasowała - stwierdził 

Andy. 

-  Owszem. Do pałacowego salonu - odparła drwią- 

co Maggie. 

-  Nie przesadzaj. Ten świerk wcale nie jest taki wy- 

soki. 

-  Zastanów się, człowieku! W lesie wszystkie drze- 

wa wydają się niezbyt wysokie. Co innego w pomiesz- 
czeniu. Będziesz musiał wybić dziurę w suficie. Prze- 
cież to olbrzym! 

-  Wysokość nie gra roli. Liczy się kształt. To drze- 

wko ma symetrycznie ułożone gałęzie. Jest doskonałe. 

Maggie zgodziła się, by Andy poszukał choinki na 

terenie jej posiadłości. Drzewa i tak rosły tu zbyt gęsto. 
Należało zrobić przecinkę, więc połączyli przyjemne 
z pożytecznym. 

Zirytowana uporem Gautiera, odwróciła się i błagal- 

nym gestem wzniosła ręce do nieba, jakby modliła się 
o cierpliwość. Nagle poczuła lekkie uderzenie. Coś tra- 
fiło ją w plecy. Śnieżka! Z godnością strzepnęła z siebie 
śnieg, odwróciła się i spojrzała z wyrzutem na atakują- 
cego. 

-  Zaatakowałeś mnie! 
 

R

 S

background image

 
 
-  Przesada! To przecież tylko garść śniegu. - Andy 

stał dwa metry od niej. Pochylił się i zaczął formować 
następną kulę. - Teraz dopiero zobaczysz... - Nim do- 
kończył, Maggie trafiła go śnieżką w brzuch. Uchyliła 
się zręcznie przed następnym pociskiem. Gautier rzucił 
jej groźne spojrzenie. Uznała, że nie warto popisywać 
się brawurą. Zaczęła uciekać. 

-  Ostrzegam cię! - krzyknęła. - Jeśli znowu rzucisz 

we mnie śnieżką, złożę skargę. 

- A powód? 
-  Na pewno znajdzie się odpowiedni paragraf. Za- 

pytam cię o radę. Z nas dwojga ty lepiej znasz prawo. 

Andy szybko dogonił Maggie. Zdecydowany posta- 

wić na swoim, rzucił się do przodu i chwycił ją za nogi. 
Oboje wylądowali w śnieżnej zaspie. Gdy wstali, otrze- 
pując ubrania z białego puchu, oboje chichotali jak para 
rozdokazywanych dzieciaków. 

-  Zapłacisz mi za to, przystojniaku - oznajmiła, gro- 

żąc mu pięścią, ale spoglądała na niego z czułością. 
Miała wrażenie, że fala miłości zalewa jej serce, a świat 
jaśnieje wszystkimi kolorami tęczy. Była szczęśliwa jak 
nigdy dotąd. Nagle przemknęło jej przez myśl, że za- 
wsze będzie kochała Andy'ego Gautiera. Sprawy zaszły 
już za daleko. Ten mężczyzna stał się dla niej ważniej- 
szy niż inni ludzie. Kochała go z całej duszy i gotowa 
była wszystkim się z nim podzielić. To było dla niej 
istotą miłości. 

Wyprawa po drzewko miała trwać dwie godziny, ale 

bardzo się przeciągnęła. Wyszli z domu Maggie rano; 
do Andy'ego przyjechali dopiero późnym popołudniem. 

 
 

R

 S

background image

Zabawa była świetna, ale przemarzli i zgłodnieli. An-

dy wniósł świerk do korytarza i próbował ustawić go 
pionowo. 

-  Cholera jasna, za wysoki! - krzyknął. Maggie wy- 

buchnęła śmiechem. 

-  Gdybym nie była dobrze wychowana, to bym ci 

powiedziała, co myślę. - Zamilkła na chwilę, jakby coś 
jej przyszło do głowy. - Właściwie mogłabym zapo- 
mnieć o dobrych manierach i... 

-  Będziesz tego żałować, moja śliczna. Dość gada- 

nia o tej sprawie. Jeśli się zgodzisz o niej zapomnieć, 
ugoszczę cię solidną kolacją. 

Maggie przystała na tę propozycję. Andy i tak dosta- 

nie za swoje, jako że musi dostosować drzewko do 
rozmiarów salonu. Czeka go ciężka harówka. Na razie 
zajął się szykowaniem kanapek. Przygotował grzane 
wino. Maggie błyskawicznie pochłonęła kanapki i ob- 
jęła zziębniętymi palcami ciepły kubek. Nie wypuszcza- 
ła go z rąk, gdy zwiedzali dom. 

Od paru tygodni zadawała sobie pytanie, jak 

i gdzie mieszka Gautier. Dom był trochę zaniedbany. 
Maggie uznała, że ściany wymagają pomalowania, 
a sprzęty należałoby odnowić. Z drugiej strony jednak 
wszędzie panował idealny porządek. Ani odrobiny ku- 
rzu. Zawstydziła się na myśl o bałaganie panującym 
w jej sypialni. Nie powinna była Andy'ego tam wpusz- 
czać. 

-  Mieszkałeś tu, gdy byłeś żonaty? - zapytała. 
-  Nie. Moja była żona woli inny styl. Tamten dom 

świetnie nadawał się do przyjmowania gości. To był jej 

 
 
 
 

R

 S

background image

 

żywioł; Po rozwodzie zdecydowałem się na sprzedaż 
starego i kupno nowego lokum. Tu czuję się doskonale. 

-  Twój dom ma dobrą aurę. 
-  Nie wiem, o co chodzi, ale wierzę ci na słowo. 
-  Od razu widać, że mieszka tu samotny mężczyzna, 

ale atmosfera tego miejsca jest przyjazna. Chodźmy na 
górę. 

W sypialni Maggie zachwyciła plecionka ze sznurka, 

piór i kamyków. Była to indiańska pułapka na sny, uła- 
twiająca zapamiętanie marzeń sennych. Wielkie łóżko 
okryte brunatną narzutą zachęcało do wypoczynku. 

-  Czy ta pułapka naprawdę chwyta sny? - spytała 

z ciekawością Maggie. 

-  Prześpij tu noc, a sama się przekonasz - zachęcał 

Andy, uśmiechając się tajemniczo. 

-  Mój drogi - skarciła go zdecydowanie - zaprosiłeś 

do sypialni kobietę, którą podejrzewasz o skłonność do 
łamania prawa oraz najgorszych ekscesów. Zastanów 
się, jakie to może mieć następstwa. 

-  Szczerze mówiąc, nie mogę się ich doczekać - 

mruknął znacząco. Nim rzucił kolejną żartobliwą uwa- 
gę, Maggie nagle spoważniała. 

-  Andy, pamiętaj, co ci o sobie mówiłam. Nie chcia- 

łabym cię rozczarować. Mam złe doświadczenia. Nie 
jestem łagodną kobietką. Czy gotów jesteś przyjąć właś- 
nie to, co mogę ci ofiarować? 

-  Wiesz, co ci powiem, Maggie? 
-  Słucham. 
-  Prędzej ocean wyschnie, nim się na tobie zawiodę. 

Dziewczyno, przecież mówiłem, że wszystko mi się 

 
 
 

R

 S

background image

 

 
w tobie podoba, choć czasami doprowadzasz człowieka 
do szału. To również jest wspaniałe. Zostawmy łóżko 
w spokoju i zajmijmy się choinką. Czeka nas mnóstwo 
pracy. 

Minęło sporo czasu, nim świerk stanął w salonie. 

Andy musiał go skrócić o metr i przyciąć kilka gałęzi. 
Męczył się okropnie i klął pod nosem jak szewc, stara- 
jąc się, by Maggie tego nie słyszała. Efekt końcowy był 
imponujący, a drzewko wyglądało prześlicznie. 

Andy westchnął ciężko. 
-  Byłem na tyle przezorny, by kupić kilka pudełek 

z lampkami choinkowymi, ale nie pomyślałem o no- 
wych ozdobach. Dianne zabrała wszystkie z naszego 
domu. 

Maggie spojrzała na smutną twarz Gautiera. Pod 

wpływem nagłego impulsu podbiegła i objęła go moc- 
no. Był na siebie wściekły i tym razem nie potrafił 
obrócić tego w żart. Wcale się tym nie martwiła. Nare- 
szcie wyszło na jaw, że nieskazitelny szeryf także mie- 
wa chwile słabości. 

-  Szczerze mówiąc - powiedziała, spoglądając mu 

w oczy - wszystkie te bombki i aniołki są denerwujące, 
bo nie pozwalają dostrzec urody samego drzewka. Roz- 
mieśćmy lampki tak, by podkreślić wszystkie jego atuty. 
Sam mówiłeś, że twoja choinka ma idealny kształt. 
Spróbuj wydobyć to światłem. 

Andy spojrzał na nią z ukosa, powiódł dookoła umę- 

czonym wzrokiem, ale w końcu się rozchmurzył. 

-  Nowa metoda uwodzenia, co? Jesteś miła i współ- 

czująca, żebym łatwiej wpadł w twoje sidła. 

 
 

R

 S

background image

 
-  Zwykle podrywam metodą „na wampa" - odparła, 

robiąc znudzoną minę - ale w twoim przypadku nie 
muszę zadawać sobie tyle trudu. 

-  Chcesz powiedzieć, że jestem łatwy? Wystarczy 

skinąć palcem, tak? - oburzył się Andy. Coraz bardziej 
wciągała go ta gra. 

-  Jakżebym śmiała! Wrócimy do tej rozmowy, ale 

teraz zajmijmy się choinką, bo. nie skończymy do pół- 
nocy. 

Gdy wszystkie lampki zostały umieszczone na gałę- 

ziach, Maggie zgasiła światło. 

-  Teraz będziemy się zachwycać - oznajmiła tonem 

nie znoszącym sprzeciwu. 

-  Proszę? - Andy nie rozumiał, w czym rzecz. 
-  Trzeba wołać „och" i „ach", splatać ręce i pisz- 

czeć. Chyba to potrafisz. 

Andy skinął głową. Przez kilka chwil zachwycali się 

drzewkiem jak należy. Maggie poczuła nagle, że coś 
ściska ją za gardło. Święta spędzała zawsze u Joanny. 
Przynosiła mnóstwo prezentów oraz przygotowanych 
wcześniej smakołyków. Szła z rodziną do kościoła 
i cieszyli się każdą spędzoną wspólnie chwilą. Nie wra- 
cała pamięcią do świąt w rodzinnym domu. To było zbyt 
bolesne. 

Andy od razu spostrzegł, że posmutniała. Objął ją 

mocno. Przylgnęła do jego torsu i dotknęła głową poli- 
czka. Spodziewała się, że lada chwila zaczną się namięt- 
nie całować. Tak było, ilekroć brał ją w ramiona. Tym 
razem jednak wystarczyło im, że są tak blisko siebie. 
Coś w niej pękło pod wpływem nowego doznania, jak- 

 
 
 

R

 S

background image

 

 
by dobrowolnie zburzyła kolejną barierę. Dawno zro- 
zumiała, że kocha Andy'ego, ale dopiero dziś odniosła 
wrażenie, że tworzą... rodzinę. Choinka, którą razem 
ścięli i przywieźli do domu, wyzwoliła niezwykłą po- 
trzebę bliskości - nie pary kochanków, tylko dwojga 
ludzi. 

Zaczęli się całować - z początku łagodnie i czule, 

potem śmielej. Dłonie Andy'ego błądziły po jej ciele. 
Drżała w jego ramionach. Przyciągnął ją bliżej, aż przy- 
lgnęła mocno do muskularnego ciała. Pocałunki stawały 
się coraz bardziej zaborcze. Rozkoszowała się zmysło- 
wym dotknięciem natarczywego języka. Zawsze było 
tak samo. Wystarczyła chwila namiętnych pieszczot, by 
gotowa była oddać się cała, bez wahania. 

-  Gorąco ci w tym swetrze, prawda? - szepnął. 
-  Okropnie - przyznała. - Andy? 
Milczał przez chwilę. Odezwał się dopiero wtedy, 

gdy uwolnił ją od pierwszej warstwy zimowych ubrań. 

-  Słucham. 
-  To zabrzmi głupio, ale powiem, co mi przyszło do 

głowy. Moi rodzice byliby tobą zachwyceni - oznajmi- 
ła, rozpinając guziki jego koszuli. 

-  Niewiele mi o nich mówiłaś, ale to musieli być 

wspaniali ludzie. Obawiam się tylko, że twój tata ści- 
gałby mnie ze strzelbą, gdyby wiedział, jakie mam wo- 
bec ciebie zamiary. 

-  Chętnie coś o nich usłyszę. 
-  Dość mam tej gry pozorów. Najpierw się rozbie- 

rzemy. Chcę się z tobą kochać przez całą noc i poranek. 
Tu, w sypialni, na kanapie, w łóżku, na kuchennym sto- 

 
 

R

 S

background image

 

le. Wszędzie, gdzie będziesz miała ochotę. Ty decydu- 
jesz, moja śliczna. Dziś wszystko zależy od ciebie. 

Maggie nie odpowiedziała. Nagle zaczęła się spie- 

szyć. Gładziła ramiona i tors Andy'ego, a każde do- 
tknięcie wzmagało jej niecierpliwość. 

-  Powoli - szepnął w końcu. 
Nie potrafiła się opanować ani zwolnić. Andy był dla 

niej jak wyzwanie. Musiała stawić mu czoło i udowod- 
nić, że jest go warta. Ich miłość to ciemna i głęboka 
otchłań, w której wszystko było niewiadomą. 

-  Maggie? - szepnął niepewnie, czując, że gorąca 

dłoń sunie w dół po jego brzuchu. Nie odpowiedziała. 
Miała dość słów. Pragnęła tylko odczuwać. Rozkoszo- 
wała się zapachem i smakiem jego warg i skóry, wsu- 
wała palce w gęste włosy. Czekała niecierpliwie na 
obiecaną rozkosz. 

-  Maggie! Dość! Czemu tak się spieszysz? - zapytał 

schrypniętym głosem. - Coś cię trapi, prawda? Powiesz 
mi o tym? 

-  Wszystko w porządku - mruknęła nieco opryskli- 

wie. - Pragnę cię, Andy. Zróbmy to wreszcie. 

-  Ręce ci drżą. Chyba czegoś się boisz. Nie o to mi 

chodziło. Spieszysz się, bo chcesz o czymś zapomnieć. 

-  Niczego się nie boję! 
- Potrafiłaś to przede mną ukryć, ale prawda wyszła 

na jaw. W takiej chwili nie można kłamać. Mów - po- 
lecił żartobliwie, choć z jego oczu wyzierała obawa. 
- Uważasz, że do siebie nie pasujemy? 

-  Wręcz przeciwnie - odparła po chwili wahania. 

Odetchnęła głęboko, by dodać sobie odwagi. - Chodzi 

 
 
 

R

 S

background image

 

 
o tamten wypadek. Mam koszmarne sny. Wiem, że coś 
się stało. Dręczy mnie poczucie winy. Mówisz często, 
że mam zadatki na kryminalistkę. A jeśli naprawdę do- 
puściłam się zbrodni? Lubię twoje żarty, bo mi dodają 
otuchy, a zarazem umieram ze strachu. Co sobie o mnie 
pomyślisz, gdy wyjdzie na jaw, że byłam zdolna do 
popełnienia przestępstwa? Moja amnezja nie jest przy- 
padkowa. Coś się stało! To pewne. 

Andy milczał przez chwilę. Potem wypuścił ją z ob- 

jęć, sięgnął po koszulę i zaczął się ubierać. Maggie na- 
tychmiast poszła w jego ślady. 

-  Jesteś na mnie zły? - spytała. 
-  Niezupełnie - mruknął po chwili wahania, a po- 

tem dodał podniesionym głosem: - Tak! Okropnie mnie 
rozzłościłaś! Przecież wiem, jak cię męczy ten zanik 
pamięci. Z drugiej strony mam pewność, że nie jesteś 
zdolna do popełnienia zbrodni. Znam przecież twoje 
zasady. Ale ty mi nie ufasz. 

-  Posłuchaj uważnie, Andy. Twoje przekonanie, że 

jestem uczciwa i prostolinijna. 

-  To nie jest przekonanie! Takie rzeczy po prostu 

wiem. Skończmy tę dyskusję. Skoro nie chciałaś się ze 
mną kochać, wystarczyło mi o tym powiedzieć. Nie 
musisz szukać wykrętów. Mam pewność, że łączy nas 
trwałe uczucie. Damy sobie radę ze wszelkimi trudno- 
ściami. Oboje mamy ten sam cel. Dobrze... Ubierzmy 
się ciepło. Odwiozę cię do domu. 

W milczeniu wkładali dżinsy i zimowe okrycia. 

Maggie nie chciała, by rozstali się w ten sposób, ale 
daremnie szukała właściwych słów. Wszystko zepsuła. 

 
 

R

 S

background image

 
Czar prysnął. Nie potrafiła wytłumaczyć Andy'emu, 

co ją do tego popchnęło. Nikt - nawet ukochany - nie 
mógł zrozumieć, jaką udręką są dla niej niespodziewane 
napady paniki i poczucia winy. W takich chwilach od- 
nosiła wrażenie, że jej świat drży w posadach. 

Mimo woli głęboko uraziła Andy'ego. Był przeko- 

nany, że szukała wymówki, by uwolnić się z jego ra- 
mion. Nie potrafiła ująć w słowa własnych obaw. Mog- 
ła tylko powtarzać w nieskończoność historię, którą An- 
dy znał na pamięć, ale w nią nie wierzył. 

Gautier zaparkował przed domem Maggie. Gdy wy- 

siedli, zamknął auto i ujął dłoń Maggie. 

-  Odprowadzę cię do drzwi. 
-  Nie ma takiej potrzeby. 
-  Przyjechałaś tu ze mną. Nie pozwolę, żebyś sama 

weszła do pustego, ciemnego domu. Muszę się upewnić, 
czy wszystko jest w porządku. Takie są moje obyczaje. 
Poproszę o klucze. 

-  Chyba ci odbiło! 
-  Jasne! To przez ciebie, bo mi się sprzeciwiasz. 

Kocham cię, moja śliczna. Zakochałem się w tobie 
jak uczniak. Nie wszystko układa się między nami jak 
należy, ale wiem, że będzie dobrze. Na razie jest fatal- 
nie, więc nie dziw się, że mam do ciebie pretensje 
i podnoszę głos. Mniejsza z tym! Daj mi klucze. 
Wejdźmy do środka. Niech to się wreszcie skończy. 
Zapomnimy o dzisiejszej nocy. Rano zaczniemy wszy- 
stko od nowa. 

Maggie słyszała, że Gautier mówi do niej podniesio- 

nym głosem. Był wściekły i z trudem nad sobą panował. 

 
 
 

R

 S

background image

 
Lada chwila rozerwie ją na kawałki. Nerwy miał na-

pięte do ostatnich granic. Oczy pociemniały mu ze zło-
ści. Każda kobieta w takiej sytuacji dałaby za wygraną i 
starała się załagodzić sytuację. Mężczyzna wyprowadzo-
ny z równowagi bywa niebezpieczny. I cóż z tego? Te 
bzdurne przekonania nie dotyczą jej ukochanego. To 
wyjątkowy mężczyzna. Nim się zreflektowała, padło 
jedno krótkie słowo. 
    -Nie. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

R

 S

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 
-  Nie? - powtórzył Andy Gautier. - A co to właści- 

wie znaczy? Nie dasz mi kluczy, bo wolisz marznąć na 
werandzie? A może nie chcesz, by ranek oznaczał dla 
nas nowy początek, bo jesteś taka wściekła, że nie za- 
mierzasz się do mnie odzywać... 

-  Sama potrafię otworzyć drzwi mojego domu, więc 

przestań mnie besztać, Gautier. - Ominęła go zręcznie 
i wsunęła klucz do zamka. Pchnęła drzwi tak energicz- 
nie, że z trzaskiem odbiły się od ściany. - Wejdź. Nie 
ma sensu, żebyśmy oboje nabawili się zapalenia płuc. 

-  Maggie, to bez sensu. - Andy westchnął ciężko, 

jakby prosił niebiosa, by dały mu cierpliwość. - Ponio- 
sły nas nerwy. Ż każdą chwilą jest gorzej. Zapomnijmy 
o dzisiejszym wieczorze. Trzeba się przespać. Rano po- 
rozmawiamy spokojnie. Nie unikam trudnych sytuacji, 
ale dziś oboje zachowujemy się dziwnie... 

-  Co? Na dodatek próbujesz zrobić ze mnie wa- 

riatkę! 

Andy potarł kark zgrabiałymi palcami. Miał przeczu- 

cie, że nie warto ciągnąć tego tematu. Łatwiej by sobie 
poradził z ciężarówką pełną materiałów wybuchowych 
niż z tą dziewczyną o nadzwyczaj ognistym tempera- 
mencie. Zapadło kłopotliwe milczenie. 

 

R

 S

background image

 
-  Zapewniam cię, że nie jestem wariatką - oznajmi- 

ła z naciskiem Maggie. Była wściekła. 

-  Oczywiście masz rację - zapewnił pojednawczym 

tonem, ale nic nie wskórał. Maggie wpadła do koryta- 
rza, zawróciła, stanęła w progu i zawołała piskliwym 
głosem: 

-  Wyznanie za wyznanie, przystojniaku! Ja też się 

w tobie zakochałam. Uwielbiam cię! Straciłam dla cie- 
bie głowę. Nie mogę się pozbierać. Miłość mnie pora- 
ziła. Nie mogę dojść do siebie. A skoro tak się rzeczy 
mają, wybij sobie z głowy myśl o powrocie do domu. 
Dziś zostaniesz u mnie. 

Andy wcale by się nie zdziwił, gdyby dostał od Mag- 

gie po głowie. Była kompletnie wytrącona z równowagi 
i musiała się na kimś wyładować. Miłosne wyznanie 
było jak promyk słońca w czasie burzy. A może powie- 
działa tak, żeby mu potem dokuczyć? Była okropnie 
zdenerwowana. 

-  Posłuchaj, Maggie... 
-  Nie szukałam wymówki. Powiedziałam ci prawdę. 

Wiem, że, twoim zdaniem, za bardzo się przejmuję ko- 
szmarnymi snami i stanami lękowymi, ale dla mnie to 
prawdziwa udręka. Gdybym tylko mogła się od tego 
uwolnić... 

Andy wyciągnął rękę, by odgarnąć kosmyki włosów 

opadające Maggie na oczy. Musiał jej dotknąć. Każdy 
pretekst był dobry. Nie dał się całkiem przekonać do jej 
wersji zdarzeń, mimo to stwierdził łagodnie: 

-  Maggie, to nie ma sensu! Zapomnijmy o całej 

sprawie. Nie wiem, co wywołuje twoje koszmary, ale 

 
 
 

R

 S

background image

 

daję słowo, że nie mają nic wspólnego z wypadkiem. 
Trudno mi zrozumieć, czemu tak się nimi przejmujesz, 
ale wiem na pewno, że nie popełniłaś żadnej podłości. 
Dobrze cię znam. Gdyby pod groźbą pistoletu kazali ci 
kopnąć szczeniaka i tak byś nie posłuchała. 

-  Chyba masz rację - mruknęła z irytacją, ale nadal 

miała w tej kwestii same wątpliwości. - Przestań mi 
wmawiać, że nie chciałam się z tobą kochać. To bzdura! 

Andy pomyślał, że gdy za dwadzieścia lat będą 

wspominać ten wieczór, śmiechom i chichotom nie bę- 
dzie końca. Pomyśleć tylko! Mądra i śliczna dziewczy- 
na awanturuje się z ukochanym, bo nie chce być posą- 
dzona o brak temperamentu. Westchnął głęboko i u- 
znał, że czas postawić sprawę jasno. 

-  Maggie, jeśli naprawdę chcesz, żebym tu został, 

chętnie u ciebie przenocuję. 

-  Właź! Przecież dlatego tak wrzeszczę. 
-  Jeżeli chcesz, żebym z tobą spał, chętnie spełnię 

twoje życzenie. 

- Trafiłeś w sedno. O to mi właśnie chodzi. 
-  Mieliśmy ciężki dzień. Trzeba się dobrze wyspać. 

Otworzyła usta, by to potwierdzić, ale po chwili wa- 
hania spytała, żeby się upewnić: 

-  Od razu zasypiamy, tak? 
-  Jasne. 
-  Jasne - powtórzyła jak echo. 
-  Muszę się zachowywać przyzwoicie, chociaż mi to 

nie w smak, moja śliczna - stwierdził Andy z odrazą. 
- Od dobrych paru dni łudzę się nadzieją, że sprowadzę 
cię na złą drogę. Dziś nie mogę się z tobą kochać, bo 

 
 
 

R

 S

background image

 

wygląda na to, że zamiast pocałunku dostanę kopniaka. 
Nie ma nastroju. Mój plan ma same zalety. Prześpimy 
się, ochłoniemy. Rano spojrzymy na wszystko inaczej 
i spokojnie porozmawiamy. 

-  Jesteś pewny, że coś z tego wyjdzie? 
-  Jasne - odparł, nadrabiając miną. Był pewny, że nie 

powinni się kochać tego wieczoru. To by była prawdzi-
wa katastrofa. Poza tym chciał uszanować decyzję Mag-
gie. Wszystko będzie dobrze. Potrzebowali jedynie tro-
chęczasu. 

-  Mam nadzieję, że trzymasz gdzieś zapasową 

szczoteczkę do zębów. W przeciwnym razie z naszego 
planu nici - odparł z kpiącym uśmiechem. 

-  Coś się znajdzie. Umyjemy zęby jednocześnie. To 

wszystko, co mogę zaproponować. Czeka nas wielkie 
przeżycie. Wyobraź sobie dwie twarze w lustrze, usta 
pokryte białą pianą, szczoteczki poruszające się w tym 
samym rytmie... Nic więcej nie powiem, bo dostaniesz 
ataku serca.- Maggie odzyskała dobry humor. 

Wspólne mycie zębów okazało się dość przyjemne. 

Mamrotali, wymieniając uwagi dotyczące techniki wy- 
ciskania pasty i ustawiania tubek na półce. 

-  Zostanę w spodenkach, jeśli obiecasz włożyć pi- 

żamę - oznajmił z powagą Andy. 

-  Przyrzekam - odparła uroczyście. 
-  Rozbieramy się po ciemku. Sama rozumiesz, żad- 

nych podniet. Z pewnością zauważyłaś, że jeśli cho- 
dzi o te sprawy, cechuje mnie wielka powściągliwość 
- oznajmił mentorskim tonem. 

-  Ciekawe, kiedy miałam dojść do takich wnio- 

sków? - odparła zdumiona. 

 
 

R

 S

background image

 
-  To fakt, a z faktami się nie dyskutuje. Mamy ko- 

lejny problem. Twoja sypialnia jest okropnie zagracona. 
Jak trafię po ciemku do łóżka? Mogę się potknąć i stra- 
cić życie. 

-  Zostawię zapaloną lampkę - oznajmiła skwapli- 

wie. - Musisz widzieć... i być widzianym - dodała 
ciszej. 

-  Teraz dochodzimy do pytań bardzo osobistych. 
-  Masz na myśli pewne środki ostrożności? 
-  W żadnym wypadku. Ta sfera w ogóle nas dziś nie 

interesuje, ale skoro pytasz, wyjaśnię, że mam to i owo 
w portfelu. Chodziło mi jednak o ważniejszy problem. 
Po której stronie zwykle sypiasz? 

-  Po prawej. 
-  Wspaniała nowina! Muszę przyznać, że o lewą 

stronę łóżka gotów jestem walczyć do upadłego. 

Wślizgnęli się pod kołdrę, uklepali poduszki i zgasili 

światło. Zapadła cisza. Andy nie łudził się, że zaśnie. 
W każdym razie nieprędko. Świadomość, że Maggie 
leży obok ubrana tylko w bawełnianą piżamę... Wyda- 
rzenia tego wieczoru przesuwały mu się przed oczyma. 
Odetchnął z ulgą, gdy Maggie zaczęła dowcipkować 
i przekomarzać się z nim. Od razu wiedział, że wróciła 
do równowagi. Wolno mu z niej żartować, byle w gra- 
nicach zdrowego rozsądku. 

Leżał bez ruchu i pilnie nasłuchiwał. Gdy Maggie 

zacznie oddychać regularnie, to będzie znak, że zasnęła. 
Zamierzał przysuwać się do niej po trochu, jakby we 
śnie. Miał nadzieję, że uda mu się ją objąć. Chciał 
poczuć ciepło jej ciała, zapach skóry. 

 
 
 

R

 S

background image

 
Drgnął, gdy ciepłe palce musnęły mu skórę na brzu- 

chu. Otworzył szeroko oczy. Pewnie wyobraźnia płata 
mu paskudne figle. Po chwili tajemnicza dłoń spoczęła 
delikatnie na jego boku. 

-  Ciekawe - mruknął zadowolony. 
-  Zimno mi - mruknęła Maggie. 
-  Kłamczucha! Pamiętaj, że jestem szeryfem. Mnie 

się mówi prawdę. Jesteś rozgrzana jak piecyk. Tego nie 
było w moim planie. A poza tym gdzie twoja piżama? 

-  Obywam się bez niej. Moim zdaniem, plan trzeba 

zmienić. Bardzo mi przykro, ale nie pozwolę, żebyś 
zawsze stawiał na swoim. Ucz się sztuki kompromisu. 
Pomyślałam, że możemy... - Poczuł na szyi delikatny 
pocałunek, a potem dotknięcie wilgotnego języka. 
Maggie przysunęła się bliżej i przylgnęła do niego ca- 
łym ciałem. Teraz już wiedziała, co się z nim dzieje. 
Położył się na plecach i pociągnął ją za sobą. Nie była 
ciężka. Można powiedzieć, że do siebie pasowali. Za- 
schło mu w gardle. Czuł się jak wędrowiec przemierza- 
jący Saharę w skwarne południe. 

-  Wystarczy tego myślenia na jeden wieczór. To się 

dla ciebie źle skończy - mruknął. Maggie najwyraźniej 
nie dbała o swoje bezpieczeństwo. Poznawała śmiało 
sekrety męskiego ciała. 

-  Przyszło mi także do głowy, że rozweseliłeś mnie, 

gdy byłam w paskudnym nastroju, więc powinnam ci 
się zrewanżować. Poprzednio wszystko zepsułam. 
Spróbujmy jeszcze raz. 

Andy nie dał się długo prosić. Uniósł głowę, a Mag- 

gie dotknęła wargami jego ust. Oboje byli niecierpli- 

 
 
 

R

 S

background image

 

wi. Miał wrażenie, że w sypialni nagle pojaśniało. Nic 
dziwnego. Ta dziewczyna zawsze była słonecznym pro- 
mykiem, który ogrzewał mu serce. Szybko pozbył się 
spodenek i objął ją mocno. Nie szczędzili sobie piesz- 
czot i pocałunków, coraz odważniej zmierzając do osta- 
tecznego zjednoczenia. Maggie kilkakrotnie niemal 
oszalała z rozkoszy. Usta i dłonie ukochanego sprawiły, 
że zatraciła się w cudownych przeżyciach, a gdy wre- 
szcie ją posiadł, dotknęła nieba i ujrzała tysiące gwiazd. 
Gdy odpoczywali, Andy pomyślał z radosnym wes- 
tchnieniem, że są idealną parą. Musieli się spotkać i po- 
kochać. Takie było ich przeznaczenie. Czule głaskał 
ukochaną po włosach i tulił w ramionach. 

-  Maggie - szepnął, gdy poruszyła się lekko. 
-  Andy, przez dwie doby nie będę w stanie zebrać 

myśli. Brak mi słów. W głowie mi się mąci. 

Uśmiechnął się i pocałował ją w czoło. 
-  Mówiłem ci już, jak bardzo cię kocham? 

Uniosła głowę i spojrzała na niego z zadowoleniem. 

Przypominała sytą kotkę, która dostała się do spiżarni 

i wypiła dzbanek śmietanki, ale nie pozwoliła się przy- 
łapać na gorącym uczynku. 

-  Dałeś mi to do zrozumienia bez słów. 

 

 

 

 

R

 S

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 
Maggie śniła o skórzanej kurtce podobnej do zjawy. 

Nie miała pojęcia, czemu ożywiony strój ją prześladuje. 
Zaczęła się długa pogoń ulicami opustoszałego miasta. 
Z olbrzymich okien wyglądali ludzie, którzy dawno 
odeszli z tego świata. Ojciec zachęcał ją, by nie traciła 
odwagi, a matka prosiła, by na siebie uważała. Skórzana 
kurtka kłapała sprzączkami i szczerzyła zęby suwaka, 
jakby chciała pożreć ofiarę. Widok był komiczny i stra- 
szny, ale Maggie wolała uciekać, niż pozwolić, by inni 
bawili się jej kosztem. Drapieżny stwór był tuż za nią. 
Czarne ramiona wyciągnęły się po bezbronną ofiarę, 
a spod uniesionego kołnierza... 

Otworzyła szeroko oczy. Serce kołatało jak oszalałe. 

Zniknął gdzieś czarny prześladowca. Spojrzała w bok 
i natychmiast się uspokoiła. Andy leżał na na brzuchu 
pogrążony w głębokim śnie. Nic dziwnego. Był wy- 
czerpany. Zsunięta nisko kołdra odsłaniała muskularne 
plecy. Ciemne włosy były potargane, a bruzdy na czole 
i wokół ust się wygładziły. Maggie westchnęła z radości 
pomieszanej z irytacją. Jej ukochany nawet w łóżku był 
nienaganny. W środku nocy okrył ją starannie, żeby nie 
zmarzła. Gdy odpoczywali, obejmował mocno, całował 

 
 

R

 S

background image

 
w czoło i szeptał cicho, że kocha nad życie, choć my- 
ślała, że zapadł w sen i zapomniał o jej istnieniu. 

-  Tak, wiem - usłyszała znajomy głos. 
Nie miała pojęcia, że się obudził. Spojrzała mu 

w oczy. 

-  Co ma oznaczać to potakiwanie? - spytała. 
-  Widziałem twój uśmiech. Tego się nie da zrobić, 

moja śliczna. Skromny prowincjusz całkiem opadł z sił. 
Najpierw sen, a potem zobaczymy. 

-  Na twoim miejscu nie wspominałabym o skro- 

mności. 

-  Słuszna uwaga. Wczorajszej nocy wyszły na jaw 

inne cechy mego charakteru. Od początku wiedziałem, 
że będziesz miała na mnie zły wpływ. Jesteś nienasy- 
cona. 

-  Czyżby? Mam na tę sprawę inny pogląd. 
-  Chwileczkę. - Andy zmarszczył ciemne brwi. - 

To nie ja wpadłem na pomysł, żeby się kochać. Sama 
mnie do tego zachęciłaś. Pamiętasz, jak mnie dotykałaś 
opuszkami palców? Broniłem się, ale nie dawałaś za 
wygraną. 

-  Zapamiętałam każdy szczegół tej szalonej nocy 

- zapewniła go wyniośle. 

-  Ja również. Chwilami zadziwiałaś mnie inwencją 

i pomysłowością. Do pewnych sugestii musimy powró- 
cić. Wymagają przećwiczenia. Gdybym nie był kom- 
pletnie wykończony... 

-  Gautier? 
-  Tak, skarbie? 
-  Czemu tak mnie obejmujesz? Co robisz z rękami? 
 
 
 

R

 S

background image

 
To nieprzyzwoite. Chyba odzyskujesz siły. Mam na to 

dowód. Zawsze jesteś po przebudzeniu taki czuły? 

-  A ty każdego ranka wyglądasz tak pięknie? 

Andy wciągnął Maggie pod kołdrę. Zniknęli w jej 
przyjaznym cieniu. Zamiast odpowiedzieć na pytanie, 
pocałował ukochaną tak, że zapomniała o całym świe- 
cie. A to był dopiero początek. 

-  Zadałaś ciekawe pytanie - stwierdził, gdy wyłonili 

się spod kołdry. 

-  Czyżby? - spytała z roztargnieniem. W tej chwili 

nie pamiętała nawet własnego imienia. O czym rozma- 
wiali, nim Andy... 

-  Spytałaś, czy zawsze rankiem jestem taki czuły, 

a ja stwierdziłem, że po przebudzeniu wyglądasz ślicz- 
nie. Pomyślałem, że bez trudu to sobie wyjaśnimy, jeśli 
częściej będę u ciebie nocować. 

Głos Andy'ego brzmiał cicho i łagodnie. Można by 

pomyśleć, że to niezobowiązująca pogawędka kochan- 
ków. Pozory mylą. Gdy poczuła na sobie badawcze 
spojrzenie, od razu wiedziała, że pora się obudzić, i to 
szybko. 

-  Zapamiętaj sobie raz na zawsze, Gautier, że masz 

prawo nocować w tym domu, kiedy zechcesz. Nikomu 
prócz ciebie na to nie pozwolę. Mam wrażenie, że nie 
chodzi wyłącznie o nocleg. Jeśli chcesz mi dać do zro- 
zumienia, że powinniśmy razem mieszkać... 

-  Maggie - przerwał błagalnie i zmarszczył ciemne 

brwi. - Nie sądzisz chyba, że odważyłbym się zapuścić 
na głębokie wody przed wypiciem pierwszej filiżanki 
kawy. 

 
 
 

R

 S

background image

 
Mimo wszystko gotowa była podejrzewać go o taką 

determinację. Poczutej że silna dłoń obejmuje ją moc- 
niej, a palce niby przypadkowo muskają pierś. 

-  Jest chłodno. I dość wcześnie. Oboje czujemy się 

senni i trochę rozleniwieni. To dobra chwila, by poma- 
rzyć. Spróbujmy odpowiedzieć sobie na kilka ważnych 
pytań. Ot tak, dla zabicia czasu. Na przykład... Co 
myślisz o dzieciach? 

-  Masz na myśli takie istotki, które płaczą po nocach, 

brudzą stosy pieluszek, przewracają wszystko do góry 
nogami i utrudniają rodzicom łóżkowe igraszki? 

-  Można tak powiedzieć - odparł, mrugając do niej 

porozumiewawczo. 

-  Tak. Myślałam o dzieciach. Szczerze mówiąc, 

mam bzika na ich punkcie. Jestem dobrze przygotowana 
do posiadania własnego potomstwa. Wprawiałam się, 
rozpieszczając siostrzeńców. Jestem pewna, że dwie po- 
ciechy mi wystarczą. A co ty myślisz o dzieciach? 

-  Mówimy o stworzonkach, które nie potrafią cho- 

dzić ani mówić, kosztują ojca majątek i doprowadzają 
go do szału? 

-  Zgadza się. - Zielone oczy lśniły jak gwiazdy. 
-  Tak. Chciałbym mieć dwoje dzieci. Za jakiś czas. 

Pytania są na razie dość łatwe, prawda? 

-  Chcesz mi dać do zrozumienia, że masz w zanad- 

rzu trudniejsze? 

-  Bez obaw. Chociaż z drugiej strony... Myślałem 

o naszych domach. Twój jest świetnie położony i do- 
skonale wyposażony, ale trochę tam ciasno. Mój nie jest 

 
 
 
 

R

 S

background image

 

 
pozbawiony zalet, ale brak w nim miejsca na twoje 
biuro. Nic się nie da zrobić. 

-  Andy, skoro rozmawiamy poważnie, nie powinie- 

neś mnie dotykać w ten sposób. 

-  Mam przestać? 
-  Tego nie powiedziałam - odparła z irytacją. 
-  Mówmy zatem o domach - perorował. - Wpadła 

mi do głowy szalona myśl. Trzeba kupić działkę i wy- 
budować nowy. Ty go zaprojektujesz, a ja dopilnuję 
wykonawców. Część prac możemy wykonać samo- 
dzielnie. Dachem zajmę się osobiście. Na samą myśl, 
że miałabyś znowu spacerować po niebezpiecznej stro- 
miźnie, przechodzą mnie dreszcze. Najważniejsze jest 
otoczenie. Widok na góry i las; cisza i spokój. Zrobimy 
szafy w ścianach i ogromną garderobę. Nie mogę pa- 
trzeć, jak rzeczy walają się po podłodze. 

-  Czy porządek będzie głównym powodem naszych 

przyszłych kłótni? Ty go przestrzegasz, ja nie. Taka jest 
kolej rzeczy. Będą o to awantury? 

-  Nie sądzę. Z pewnością będziemy się kłócili o pie- 

niądze. Wszystkie pary mają ten sam problem. Zresztą 
zdobyliśmy już w tej dziedzinie pewne doświadczenie. 
Pamiętasz? Gdy kupowaliśmy samochód i przyszło do 
płacenia, trudno nam było dojść do porozumienia. Nie 
przypłaciliśmy tego życiem, są więc dobre rokowania 
na przyszłość. 

Nagle oboje spoważnieli i popatrzyli sobie w oczy. 
-  Mieszkamy na prowincji, Andy - przypomniała 

dziewczyna. - W niewielkim miasteczku szeryf skłon- 
ny do romansów nie wzbudza zaufania. Pamiętaj, że 

 
 

R

 S

background image

 

reprezentujesz prawo. Nie możesz żyć ze mną na kocią 
łapę. 

-  Ludzie są tu bardziej wyrozumiali^ niż ci się wy- 

daje. Zresztą nie przywiązuję większej wagi do ich opi- 
nii. A przy okazji muszę cię uprzedzić, że moje plany 
zakładają coś więcej niż tylko wspólne zamieszkanie. 
Dziś nie będziemy o tym rozmawiać. 

-  Naprawdę? - Maggie zorientowała się nagle, że 

wstrzymała oddech. 

-  Przecież mówiłem - odparł, a głos ponownie mu 

złagodniał. - Nie mogę się skupić. Rzecz wymaga na- 
mysłu. Na temat obrączek porozmawiamy, gdy nasza 
niecierpliwość osiągnie właściwy poziom. Masz czas 
we wtorek rano? Znalazłem pewną działkę leśną. Nic 
szczególnego, ale widoki są ładne, położenie śliczne, 
a cena niska. Udało mi się wykroić dwie godziny... 

-  Och, Andy. Nie mogę! 
-  Trudno. 
Andy wyraźnie posmutniał, ale starał się to ukryć. 

Maggie odruchowo wyciągnęła rękę i pogłaskała go po 
policzku. 

-  Zwykle jestem panią swego czasu i mogę do- 

wolnie ustalać godziny pracy, ale w najbliższy ponie- 
działek jadę do firmy. Wracam dopiero we wtorek. Nie 
mogę przesunąć tej wizyty. Mam ważne spotkania. Po- 
jawiam się tam raz na kilka tygodni. Wiele osób dosto- 
sowuje swoje plany do moich odwiedzin. Sam widzisz, 
że muszę jechać! W przeciwnym razie chętnie bym się 
z tobą wybrała. Może umówimy się na inny termin, 
zgoda? 

 
 
 

R

 S

background image

 
-  Jesteś pewna, że masz ochotę na taką wyprawę? 

- Delikatnie objął jej nadgarstek. 

-  Oczywiście! 
-  Nie robisz tego wbrew sobie? Może sądzisz, że 

w takich sprawach pośpiech nie jest wskazany? 

-  Wiesz, Gautier, popędzasz mnie od dnia, w którym 

się poznaliśmy. Zdążyłam się przyzwyczaić do nieustan- 
nej presji. Mimo wszystko zakochałam się w tobie. To 
chyba coś znaczy. 

-  Naprawdę? 
-  Jasne. 
Promienny uśmiech na twarzy Andy'ego ująłby każ- 

dą kobietę. Maggie chciała skłonić go, by zaparzył ka- 
wę, ale uległa tajemniczemu czarowi i pocałowała uko- 
chanego. Gdy raz zaczęła, nie mogła przestać. Nim 
zatraciła się znowu w cudownych odczuciach, prze- 
mknęło jej przez myśli, że jeśli będą sobie ufać, uporają 
się ze wszelkimi trudnościami, które staną im na drodze 
do szczęścia. 

 
W poniedziałek około południa Maggie włożyła ko- 

stium, zabrała pantofle na wysokich obcasach, chwyciła 
teczkę oraz torbę podróżną i ruszyła do auta. Niespo- 
dziewanie zadzwonił telefon. Zrozpaczona Joanna 
znów miała kłopoty. Tym razem w całym domu zabrak- 
ło prądu. 

Maggie była już spóźniona, ale rzuciła wszystko i ru- 

szyła siostrze na ratunek. To oczywiste, że rodzina jest 
ważniejsza niż posada. Szybko dotarła na miejsce 
i zmieniła korki. Niestety, piwnica Joanny była okro- 

 
 
 

R

 S

background image

 

 
pnie zaniedbana. Należało przed wyjazdem oczyścić 
kostium, co zajęło trochę czasu. Szczególnie żmudnym 
obowiązkiem okazało się jednak pocieszanie Joanny. 
W końcu siostra poweselała. 

Maggie z opóźnieniem ruszyła do Boulder. Trafiła na 

korki. Do hotelu dotarła po dziewiątej wieczorem. Rzu- 
ciła się na łóżko i spała jak zabita. Pierwsze spotkanie 
miała o dziewiątej rano. Następnego dnia wstała o pią- 
tej, żeby się przygotować. 

To był szalony dzień, ale do południa udało jej się 

przeprowadzić wszystkie ważne rozmowy. Zazwyczaj 
o tej porze ruszała do domu, ale tym razem było inaczej. 

Postanowiła wykorzystać pobyt w mieście i poszła 

do lekarza. Doktor Llewellyn przyjął ją o pierwszej. 
Z trudem zdążyła, bo wszędzie panował już przedświą- 
teczny tłok. Gdy pobierano jej krew i robiono prze- 
świetlenie, myślała o Andym. Nie potrafiła o nim zapo- 
mnieć. Przez wzgląd na niego postanowiła zrobić bada- 
nia. Bardzo tego nie lubiła, ale uwagi na temat budowy 
domu, a także obrączek dały jej wiele do myślenia. 
Świadectwo zdrowia bywa czasem potrzebne. Miała 
również nadzieję, że z pomocą lekarza pozbędzie się 
sennych koszmarów i stanów lękowych. 

Doktor Llewellyn, siwowłosy mężczyzna o przeni- 

kliwym spojrzeniu zbadał ją starannie i oznajmił: 

-  Moim zdaniem jest pani zdrowa. Nie ma śladu po 

wypadku - oznajmił. 

-  Wiem - stwierdziła niecierpliwie. - Ale co ze sna- 

mi i amnezją? Czasami mam wrażenie, że zwario- 
wałam. 

 
 

R

 S

background image

 
-  Rozmawialiśmy zaledwie godzinę - odparł lekarz 

-  ale na tej podstawie mogę stwierdzić, że jest pani 
zdrowa na umyśle. - Popatrzył na nią zza drucianych 
okularów. - Rzecz w tym, że za bardzo się pani stara. 
Postawiła pani wszystko na jedną kartę, by za wszelką 
cenę przypomnieć sobie, co jest powodem dziwnych 
snów i obaw. 

-  To prawda, ale nie wiem, czy dobrze się rozumie- 

my. Przyczyny takiego stanu rzeczy niewiele mnie ob- 
chodzą. Chcę się uwolnić od koszmarów, bo utrudniają 
mi życie. Nie mogę normalnie funkcjonować. Nie mam 
zwyczaju unikać trudnych sytuacji. Zawsze stawiam im 
czoło. Wiem, że są osoby, które nie czują się na siłach, 
by oswoić przykre doznania. Chętnie wymazują je z pa- 
mięci. Ja do nich nie należę. Chcę wiedzieć, co mnie 
przeraziło, i raz na zawsze się z tym uporać. 

-  To jak wyjmowanie tkwiącej głęboko drzazgi. 

Trochę boli, prawda? - wtrącił z uśmiechem lekarz. 

-  Pan ze mnie kpi, a ja naprawdę nie mam już sił. 
-  To nie kpiny, moja droga. Wiem, że trudno o tym 

mówić. Z pewnością doznała pani wstrząsu. Chyba mu- 
szę panią rozczarować. Nie ma lekarstwa, które mogło- 
by przywrócić wspomnienia, ale dam pani pewną radę. 

-  Jaką?                                  
-  Najpierw trzeba pomóc sobie - oznajmił lekarz. 
-  Źródłem lęku jest wydarzenie, które miało miejsce 

w ciągu doby poprzedzającej wypadek, trzeba zatem 
przeprowadzić regularne śledztwo. Proszę zapomnieć 
o strachu i śmiało pytać. Wiedza jest lepsza od niepew- 
ności. Trzeba zrekonstruować brakujące dwadzieścia 

 
 
 

R

 S

background image

 

 
cztery godziny. Może się zdarzyć, że trafi pani na jakiś 
drobiazg, który pomoże usunąć blokadę. Gdyby wspo- 
mnienia nie wróciły, zyska pani świadomość, że uczy- 
niono wiele dla ich odzyskania. Cudze relacje mogą się 
okazać wartościowe. 

W drodze powrotnej Maggie wiele myślała o radach 

starego doktora. Gdy zatrzymała się na krótki odpoczy- 
nek, sięgnęła po telefon komórkowy i wystukała numer 
siostry. 

-  Pewnie szykujesz kolację. Wybacz, że zawracam 

ci głowę, ale wyjechałam później niż zwykle. Będę 
w domu wieczorem. Chciałabym wpaść do ciebie na 
chwilę. Nie chcę ci robić kłopotu, ale sprawa jest ważna. 
Potrzebuję twojej pomocy. 

-  Przyjedź koniecznie. I przestań się tłumaczyć. Za- 

wsze jesteś tu mile widziana. Masz jakieś kłopoty? 

Maggie nie chciała rozmawiać przez telefon o swo- 

ich obawach. Obiecała, że wkrótce przyjedzie, i zakoń- 
czyła rozmowę. 

Podróż minęła bez przygód. Gdy Maggie zapar- 

kowała przed domem siostry, drzwi natychmiast się 
otworzyły i stanęła w nich Joanna. Wzięła od Maggie 
płaszcz i usadziła ją przy kuchennym stole. Na go- 
ścia czekał już kieliszek białego wina. Zaaferowana 
pani domu krzątała się, wyręczając Maggie, jakby mia- 
ła do czynienia z bezsilną inwalidką. Marzycielka 
o smutnych oczach zmieniła się nagle w domowego ty- 
rana. 

-  Nie przypominam sobie, żebyś kiedykolwiek po- 

prosiła mnie o pomoc, siostrzyczko. Od dawna nad tym 

 
 

R

 S

background image

 

 
boleję. Zawsze uchodziłam za uosobienie bezradności, 
a ty byłaś moją siłą napędową. 

-  Joanno! Nie jesteś bezradna! Wiele ostatnio prze- 

szłaś... 

-  Oczywiście. Co gorsza, nie próbowałam się z tym 

uporać. Roztkliwiałam się nad sobą. Byłam nieszczęśli- 
wa, więc mogłam robić głupstwa. Domagałam się taryfy 
ulgowej. Zawsze ratowałaś mnie z opresji. W dzieciń- 
stwie mogłam na ciebie liczyć. Tak samo było, kiedy 
dorosłam. Nie mam twojej siły, ale nie jestem także 
słabeuszem. Z drugiej strony jednak... przyjemnie zdać 
się na innych. Przywykłam do tego, że się o mnie tro- 
szczysz, siostrzyczko. Potem uznałam, że naprawdę je- 
stem tak delikatna i niepraktyczna, jak uważają moi 
znajomi. Weszłam w rolę, którą mi wyznaczono, i było 
mi z tym dobrze. Czy dolać ci wina? 

Maggie podziękowała. Upiła zaledwie łyk. Przyje- 

chała do Joanny, by zebrać informacje na swój temat, 
ale rozmowa przybrała całkiem inny obrót. Andy pró- 
bował jej dać do zrozumienia, że traktuje Joannę jak 
stworzenie wymagające stałej opieki. Nie chciała go 
słuchać. Nie przyjęła wtedy do wiadomości gorzkiej 
prawdy. Z pewnością nie zamierzała odbierać siostrze 
pewności siebie, ale najwyraźniej dobre chęci na nic się 
nie zdały. 

-  Joanno, możesz na mnie liczyć. Cokolwiek się 

stanie, zawsze ci pomogę. Nie było moim celem wma- 
wiać ci, że marnie sobie radzisz. 

-  Zdaję sobie z tego sprawę. Masz dobre serce i każ- 

demu chciałabyś przychylić nieba. Z drugiej strony ła- 

 
 

R

 S

background image

 

 
two cię przejrzeć. Liczyłaś się z tym, że nastąpi u mnie 
załamanie nerwowe, prawda? - Joanna wstawiła zapie- 
kankę do piecyka, umyła ręce i wytarła je kuchenną 
ściereczką. -I jeszcze jedno. 

-  Słucham. 
-  Myślę, że istotnie niewiele brakowało, abym się 

załamała. Przetrwałam dzięki tobie. Wspólnie podejmo-
wałyśmy wszystkie decyzje. Gdy w domu była jakaś 
awaria, zawsze potrafiłaś znaleźć przyczynę i doko- 
nać naprawy. Zmieniałaś tu uszczelki, korki i tym po- 
dobne rzeczy. Godzinami rozmawiałaś z chłopcami, ile- 
kroć mieli kłopoty. Wiem, że pilnowałaś moich 
rachunków. Kiedy się spiłam, byłaś współczująca i wy- 
rozumiała, choć zachowałam się jak kompletna idiotka. 
Ale to już przeszłość. Nie wiem, czy zauważyłaś, że 
nalałam ci kieliszek wina, ale sama piję ziółka. Wiem, 
że po tamtej wpadce muszę się pilnować, Jednego nie 
rozumiem, Maggie. Czemu nie dałaś mi wtedy potęż- 
nego kopa? Przecież na to zasłużyłam. 

-  Bardzo się kocham, siostrzyczko. Nie chciałam 

robić ci przykrości. 

-  Wiem, że mnie kochasz. Nie jesteś ze mną szczera. 

Wiem, o co ci chodziło. Bałaś się, że nastąpi u mnie 
wielki kryzys i całkowite załamanie nerwowe - tłuma- 
czyła cierpliwie Joanna. - Im więcej wyrozumiałości 
okazywano skrzywdzonej przez los biedaczce, tym bar- 
dziej utwierdzała się ona w przekonaniu, że należą jej 
się specjalne względy. Mówię o sobie. Byłam głęboko 
przekonana, że wystarczy jakiś drobiazg i stracę ducho- 
wą równowagę. To się zmieniło. Nie mam pewności, ile 

 
 

R

 S

background image

 

potrafię znieść, ale postanowiłam stawić czoło rzeczy- 
wistości. Zobaczymy, czy dam sobie radę. 
    - Doskonale! Czego ode mnie oczekujesz? 

-  Kiedy następnym razem zadzwonię, prosząc 

o wsparcie, powiedz mi: spadaj, mała, radź sobie sama. 

-  Zgoda. Ale bez małej. Jesteś starsza. Należy ci się 

szacunek. 

-  Słuszna uwaga. Nie znoszę, gdy ludzie mówią do 

mnie pieszczotliwie, jakbym nie miała imienia. Od dziś 
zaczynam z tym walczyć. To mi pozwoli nabrać do 
siebie szacunku. Tyle na mój temat. Wspomniałaś przez 
telefon, że masz poważny kłopot. W czym rzecz? 

Maggie przez chwilę nie mogła wykrztusić słowa. 

Przypomniała sobie, co mówią o dobrych intencjach; 
piekło jest nimi wybrukowane. Andy próbował jej to 
uświadomić, ale go nie słuchała. 

-  Siostrzyczko, chodzi o Gautiera, prawda? Moim 

zdaniem jesteś w nim zakochana. Promieniejesz rado- 
ścią i szczęściem. Mam nadzieję, że będzie cię dobrze 
traktował. W przeciwnym razie dam mu nauczkę. 
Wiem, że trudno mnie uznać za twardziela, ale w razie 
potrzeby... 

-  Bez obaw. Między nami wszystko układa się jak 

należy. - Maggie sięgnęła po kieliszek i upiła spory łyk 
wina. 

Kolejne olśnienie! Od kilku tygodni rozpaczała z po- 

wodu częściowego zaniku pamięci i przeżywała katu- 
sze, bo nie miała pojęcia, co się stało. Przyjechała do 
Joanny, żeby ją wypytać, jak spędzili Święto Dziękczy- 
nienia i co się wówczas zdarzyło. 

 
 
 

R

 S

background image

 
 
Nie musiała o nic pytać. Już wiedziała. 
Wystarczyło, że popatrzyła, jak siostra krząta się po 

kuchni, szykuje kolację, myje i wyciera ręce, by wspo- 
mnienia powróciły. Świąteczny wieczór przebiegał bar- 
dzo podobnie do dzisiejszego. Siostry poszły do kuchni, 
by pozmywać i schować resztki jedzenia do lodówki. 
Chłopcy błyskawicznie posprzątali w jadalni. Mieli już 
plany na wieczór. Rog poszedł do sąsiada, miłośnika 
gier komputerowych. Colin zniknął, nie mówiąc, dokąd 
się wybiera. 

Gdy wszystko zostało już zrobione, Joanna zaszyła 

się w łazience, a Maggie włożyła płaszcz i wyszła na 
werandę, by odetchnąć świeżym powietrzem. Tam na- 
tknęła się na Colina. Zamierzała z nim pomówić, bo 
zachował się arogancko i nie chciał powiedzieć matce, 
dokąd idzie. Piętnastolatkowi najwyraźniej przewróciło 
się w głowie. Gdy Maggie otworzyła drzwi, przymie- 
rzał właśnie kurtkę z czarnej skóry. 

To bardzo kosztowny strój, pomyślała. Jego matki 

z pewnością nie było stać na takie luksusy; samego 
Colina tym bardziej. Wystarczyło spojrzeć na wystra- 
szonego chłopaka, by wszystko stało się jasne. 

Colin ukradł kurtkę. 
- Maggie - mruknęła niecierpliwie Joanna. - Nie 

wiem, co cię trapi, ale zapewniam, że możesz mi się 
zwierzyć. Wreszcie jestem w stanie ci pomóc. To dla 
mnie bardzo ważne. Mów, o co chodzi. Damy sobie 
z tym radę. 

Maggie spojrzała na siostrę i doszła do wniosku, że 

nie powinna wspominać o swoim odkryciu. Terapia 

 
 

R

 S

background image

 

wstrząsowa rzadko bywa skuteczna. Colin popełnił 
błąd, ale jego ciotka także zawiniła, choć miała dobre 
intencje. Musiała znaleźć sposób, by naprawić powstałe 
szkody. 

Maggie zawsze postrzegała dobro i zło jak czerń 

i biel. Przyzwoity człowiek i drań - tak dzieliła 
bliźnich. Człowiek podnoszący z ziemi monetę postę- 
puje niegodziwie, gdy chowa ją do kieszeni. Maggie 
szukałaby właściciela lub oddała pieniądze na cele do- 
broczynne. Ilekroć musiała złamać swoje zasady, starała 
się robić to w tajemnicy przed dziećmi. Nie chciała, by 
zbyt wcześnie dowiedziały się, czym jest kompromis. 

Znalazła się jednak w sytuacji bez wyjścia. 
Pamiętała teraz jasno i wyraźnie, co się stało w Świę- 

to Dziękczynienia i jak sama wtedy postąpiła. 

 

 

 

 

 

 

 

R

 S

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

 
Około siódmej Andy zaparkował przed domem Mag- 

gie. Radość, którą odczuwał przez całą drogę, nagle się 
ulotniła. Na podjeździe nie dostrzegł śladów opon; okna 
były ciemne; ani śladu białego auta. 

Maggie nie powiedziała, kiedy wróci z Boulder. 

Uprzedziła, że zostanie tak długo, aż omówi z kolegami 
wszystkie sprawy, a to może potrwać. 

Andy odgarnął włosy z czoła. Rozumiał Maggie, ale 

był rozczarowany, bo chciał jej zrobić niespodziankę. 
W głębi ducha liczył, że zastanie ją w domu. W kiesze- 
ni miał zaręczynowy pierścionek. Zamierzał się oświad- 
czyć w Wigilię, ale po namyśle uznał, że nie warto 
czekać tak długo. Maggie wyjechała na dwa dni, ale 
jemu się wydawało, że nie ma jej od wielu tygodni. 

Westchnął i wsiadł do auta. Gdy odwrócił głowę, by 

zawrócić, ujrzał światła. Biały samochód zaparkował 
obok radiowozu. Andy wysiadł i z promiennym uśmie- 
chem czekał na Maggie. Najpierw ujrzał długie, szczu- 
płe nogi i aż gwizdnął z zachwytu. Do tej pory widywał 
Maggie w dżinsach i obszernych swetrach. Po raz pier- 
wszy objawiła się jako kobieta światowa. Luźny płaszcz 
koloru ciemnej wiśni, dopasowany kostium, wysokie 
obcasy... Miała dobry gust. 

 

R

 S

background image

 
-  Cóż to za gwizdy, Gautier? Towarzyszy ci jakaś 

seksbomba? - spytała drwiąco. 

-  Kiedy patrzę na ciebie, zapominam o innych ko- 

bietach. Żadna ci nie dorównuje, 

-  Widzę, że nie próżnowałeś pod moją nieobecność. 

Wymyślałeś komplementy, żeby mi zawrócić w głowie 
- oznajmiła dziewczyna. 

Gdy wyciągnęła z auta bagaże i ręce miała zajęte, 

Andy podszedł, uniósł łagodnie jej twarz i pocałował ją 
w usta. Potem wziął od niej torbę podróżną i teczkę 
z dokumentami. 

Był zaniepokojony. Oddała pocałunek, ale czuł, że 

usta jej drżą. W pierwszej chwili uznał, że się za nim 
stęskniła i niecierpliwie czeka na pieszczoty, ale szybko 
się zorientował, że jest smutna i zdenerwowana. Gdy 
podniósł głowę, w świetle księżyca dostrzegł jej bladość 
i głębokie cienie pod oczami. Czyżby płakała? 
Najwyraźniej była przygnębiona. Nie widział jej dotąd 
w tak złym nastroju. Zazwyczaj każdą trudność trakto- 
wała jak wyzwanie. Tym razem sprawiała wrażenie po- 
konanej. 

-  Co się stało? Obrabowałaś bank w Boulder, moja 

śliczna? Powiedz prawdę swojemu szeryfowi. - Miał 
nadzieję, że Maggie wybuchnie śmiechem, ale pobladła 
jeszcze bardziej. Próbowała odpowiedzieć, ale nie mog- 
ła wykrztusić słowa. Dotknął czule jej policzka. - Wi- 
dzę, że naprawdę spotkała cię wielka przykrość. Kłopo- 
ty w pracy? Powiedz mi, w czym rzecz. Razem znaj- 
dziemy wyjście. Co dwie głowy, to nie jedna. 

-  W firmie wszystko idzie jak z płatka. To było uda- 
 
 
 

R

 S

background image

 
 

 
ne spotkanie - odparła w końcu zduszonym głosem. 
- Moi współpracownicy stanęli na wysokości zadania. 

-  Jakiś wypadek? Korki? Podróż autem bywa mę- 

cząca. 

-  Nie było najgorzej. Andy, chciałam... 
Znowu umilkła. Gautier jedną ręką chwycił bagaże, 

a drugą objął ją i mocno przytulił. 

-  Wejdźmy do środka. Powinnaś się przebrać i od- 

począć. Jesteś wyczerpana. 

Maggie otworzyła drzwi. Andy wniósł bagaże i zo- 

stawił je w holu. Przeszli od razu do salonu. Posłusznie 
zdjęła płaszcz i buty. Usiadła na kanapie, ale wciąż była 
niespokojna. 

-  Andy, muszę ci coś wyznać - zaczęła łamiącym się 

głosem. 

-  Śmiało. Przecież wiesz, że zawsze chętnie cię wy- 

słucham. 

-  Moja historia ci się nie spodoba. Chciałam nawet 

ją zataić, ale kłamstwa i półprawdy są zdradliwe. Szcze- 
rość i uczciwość jest dla nas obojga bardzo ważna, więc 
po namyśle uznałam, że... 

-  Maggie, daruj sobie wstęp i przejdź od razu do 

rzeczy.                          , 

-  Nie przejmowałeś się zbytnio częściową utratą pa- 

mięci, która przysporzyła mi tylu cierpień. 

-  A więc o to chodzi! - Andy z niepokojem spojrzał 

na zmienioną twarz dziewczyny. Skąd ta bladość? 
Czyżby sprawa była poważna? 

-  Wszystko sobie przypomniałam. 
-  Dobra nowina. 
 

R

 S

background image

 
 
-  Raczej nie. - Maggie wyjęła spinki z włosów 

upiętych w niewielki kok. Jasne kosmyki opadły na 
ramiona. Opowiedziała szeryfowi o skradzionej kurtce. 

-  Przykra sprawa - oznajmił rzeczowo Gautier. - 

Rozumiem teraz, czemu jesteś taka przygnębiona. Twój 
siostrzeniec dopuścił się kradzieży, a ty przecież ko- 
chasz tego gagatka. Z drugiej strony mamy dowód, że 
nie popełniłaś żadnego... 

-  Ta sprawa dotyczy mnie bardziej, niż sądzisz. Na 

dobrą sprawę jestem współwinna. Trudno mi o rym mó- 
wić. Colin dopuścił się przestępstwa, ale to dobry chło- 
pak. Przez ostatni rok sprawiał kłopoty, bo wpadł w złe 
towarzystwo. Już ci mówiłam, że nie może się pogodzić 
ze śmiercią ojca. Czasami rozpacz przeradza się 
w gniew. 

- Darujmy sobie analizę psychologiczną. Jaki był 

twój udział w tej sprawie? 

-  Wzięłam od niego tę kurtkę, bo chciałam... napra- 

wić zło i uchronić Colina przed odpowiedzialnością. 
Nic nie mówiłam Joannie. Ma dość kłopotów, a w świę- 
ta jest szczególnie drażliwa. Następnego dnia pojecha- 
łam do sklepu, gdzie Colin dokonał kradzieży. Przemy- 
ciłam kurtkę pod płaszczem i długo czekałam na odpo- 
wiedni moment. Był straszny tłok, ale w końcu udało 
mi się podrzucić ją na wieszak. 

Andy wysłuchał do końca tej dziwnej opowieści, ale 

nie wierzył własnym uszom. 

-  Chwileczkę - rzucił po namyśle. - Dzieciak po- 

pełnił kradzież i nie poniósł kary? 

-  Zrozumiał swój błąd. Prosił, żebym mu pomogła 
 
 

R

 S

background image

 

 
wybrnąć z sytuacji, więc zaryzykowałam. Nie zapomi- 
naj, że po wypadku to on najwięcej mi pomógł, więc 
niewątpliwie poczuwa się do wdzięczności. Zresztą 
masz rację. Rzeczywiście uniknął kary. 

-  Nie powiedziałaś nic siostrze, choć to jej syn. Po- 

winien zwrócić się z tym do matki, a nie do ciebie. 

-  Słuszna uwaga - powiedziała cicho Maggie. 
-  Jesteś wobec Joanny nadopiekuńcza. Mimo woli 

robisz jej krzywdę. 

-  Wiem. Już z nią o tym rozmawiałam. 
-  Co do podrzucenia kurtki... Naraziłaś się niepo- 

trzebnie na wielkie niebezpieczeństwo. A gdyby cię zła- 
pali, kiedy ją wnosiłaś? Zostałabyś aresztowana za kra- 
dzież i pewnie nadal kryłabyś siostrzeńca. Dziewczyno, 
gdzie ty miałaś rozum? 

Maggie siedziała nieruchomo na kanapie. 
-  Chyba odmówił mi posłuszeństwa. Działałam bez 

zastanowienia. Popełniłam błąd. Mniejsza z tym. Naj- 
bardziej się bałam twojej reakcji. 

-  Nie rozumiem. 
-  Byłeś głęboko przekonany, że jestem uosobieniem 

prawości i uczciwości. Powiedziałeś, że mnie kochasz, 
a teraz się okazało, że w gruncie rzeczy nic o mnie nie 
wiesz. Myślę, że nic z tego nie będzie. Nie pasujemy 
do siebie. Chyba powinieneś stąd wyjść. 

-  Proszę? -Andy nie rozumiał, o co jej chodzi. Skąd 

ten nagły przeskok od kradzieży dokonanej przez sio- 
strzeńca Maggie do ich miłości? W głowie szeryfa pa- 
nował kompletny zamęt. 

W pierwszej chwili pomyślał, że jest zbyt wyczerpa- 
 
 

R

 S

background image

 
na, by logicznie rozumować, ale gdy spojrzał na jej 
bladą twarz, nagle zmienił zdanie. Maggie była przy- 
gnębiona. Nie wiedział, jak może jej pomóc. 

- Chyba się pospieszyliśmy - oznajmiła chłodno. - 

Dobra wola i zauroczenie to za mało, by żyć razem. 
Pomyliłeś się co do mnie. Nie jestem z gruntu uczciwa. 
Gdy sytuacja tego wymaga, potrafię kłamać i oszuki- 
wać. Zostaw mnie samą. Tak będzie najlepiej. 

 
Andy nie miał pojęcia, czemu posłuchał Maggie 

i opuścił jej dom. Był całkiem zbity z tropu. Ta wariatka 
po prostu go wyrzuciła! 

Nie do wiary! Czemu się na niego złościła? Przecież 

nie zrobił nic złego! 

Wsiadł do auta i wyjechał na ulicę. Nie chciał wracać 

do domu. Tam wszystko przypominało mu o Maggie. 
Jak przyjemnie było ubierać razem choinkę... Postano- 
wił zaszyć się w komisariacie. Przed świętami pomiesz- 
czenia opustoszały. Policjanci mieli telefony komórko- 
we, a w mieście panował spokój. 

Andy zamknął się w swoim pokoju. Usiadł wygodnie 

i wsunął dłoń do kieszeni. Miał w niej pudełko z zarę- 
czynowym pierścionkiem. Zamierzał poprosić Maggie, 
żeby sama wybrała taki klejnot, jaki się jej podoba, ale 
zmienił zadapie, gdy znalazł pierścionek, który, jego 
zdaniem, idealnie do niej pasował: prosta obrączka ze 
złota i niewielki diament otoczony szmaragdami. Były 
zielone niczym drzewa, które kochała; zielone jak jej 
oczy, które on tak uwielbiał. 

Sam nie wiedział, co się stało. Czyżby z nim zerwa- 
 
 
 

R

 S

background image

 
ła? Ale dlaczego? Wyrzuciła go z domu, wykreśliła ze 
swego życia. Cholera jasna, przecież to szaleństwo! 

Długo zastanawiał się nad jej opowieścią. Po namy- 

śle doszedł do wniosku, że Maggie nie była wprawdzie 
bez wad, ale miała mnóstwo zalet. Jeśli popełniała błę- 
dy, to z dobroci serca. Chciała innym oszczędzić cier- 
pień. 

Czemu na nią wrzeszczał? Robił jej wyrzuty. Ba, 

nawet ją zwymyślał! Krytycznie ocenił jej postępowa- 
nie. Przecież pragnęła tylko ochronić siostrzeńca. 

Szukała u swego szeryfa i ukochanego w jednej oso- 

bie pomocy i zrozumienia, a on ją zawiódł. 

 
Maggie nie zjadła kolacji. Kanapki z masłem orze- 

chowym obsychały na kuchennym blacie. Nadal była 
przygnębiona. Zdjęła kostium i zostawiła go na podło- 
dze w sypialni. Chciała wziąć kąpiel, ale z wody pach- 
nącej olejkiem wyskoczyła po pięciu minutach. Ubrana 
w stary, zielony szlafrok usiadła przy biurku, włączyła 
komputer i zabrała się do pracy, ale nie mogła się skon- 
centrować. Że zdenerwowania wszystko ją bolało, jak- 
by chorowała na grypę. 

Jej życie było jedną wielką ruiną. Zraziła do siebie 

wszystkich, na których jej zależało: Andy'ego, Joannę, 
Colina. Miała dobre intencje, ale mimo woli szkodziła 
najbliższym. Po dramatycznej rozmowie z Andym na- 
tychmiast pojechała do Joanny. Naradziła się z Coli- 
nem, a potem opowiedzieli Joannie o kurtce ukradzio- 
nej przez siostrzeńca i podrzuconej przez ciotkę. Cała 
rodzina odetchnęła, gdy prawda wyszła na jaw. Nawet 

 
 
 

R

 S

background image

 
Colin był zadowolony, że nie musi niczego ukrywać 
przed matką. Obiecali sobie, że odtąd będą szczerze 
rozmawiać o swoich sprawach. 

Maggie wyszła od siostry pokrzepiona na duchu, ale 

wciąż nie wiedziała, jak pojednać się z Andym. Oddała 
mu serce. Niespodziewane rozstanie sprawiło, że pogrą- 
żyła się w rozpaczy. Jego pogarda raniła jak nóż. Mag- 
gie nie spodziewała się, że ukochany tak ostro zareaguje 
na jej opowieść. Z drugiej strony trudno się dziwić, 
skoro zawiodła jego oczekiwania i okazała się zupełnie 
inna, niż sądził. 

Niespodziewanie ktoś zadzwonił do drzwi. Maggie 

splotła dłonie na kolanach i znieruchomiała. 

Dochodziła dziesiąta. O tej porze nie przyjmowała 

gości. Z rodziną widziała się wieczorem. To mógł być 
tylko Andy. 

Dzwonek zabrzmiał ponownie. Nastąpiła chwila ci- 

szy, a potem dobiegło jednostajne, przeciągłe brzęcze- 
nie. Gautier nie dawał za wygraną. Wiedział, że Maggie 
jest w domu, bo jej auto stało na podjeździe. Westchnęła 
ciężko, odsunęła krzesło i zeszła do holu. Drżąc na ca- 
łym ciele, otworzyła drzwi. 

Brzęczenie natychmiast ucichło. 
Zamiast postawnego bruneta ujrzała kształtny świerk 

i dwie nogi w błękitnych dżinsach. 

-  Odsuń się, moja śliczna. To jest cholernie ciężkie. 

-Andy, ja... 

-  Wiem, o co ci chodzi. Nie wyciąłem tego drzewka. 

Kupiłem razem z donicą. Ziemia swoje waży. Potem 
możesz przesadzić świerk do ogrodu. Powinien się przy- 

 
 
 

R

 S

background image

 

Jąć. Wiem, że nie chcesz ze mną rozmawiać, a na mój 
widok robi ci się niedobrze. Pozwól tylko, żebym za- 
niósł drzewko do salonu. Potem sobie pójdę. 

Choinka miała ponad metr wysokości. Była ozdobio- 

na lampkami i mnóstwem kolorowych zabawek. Mag- 
gie uznała, że musi pomóc Gautierowi, bo w przeciw- 
nym razie będzie odpowiedzialna za ciężkie uszkodze- 
nie kręgosłupa, którego nabawi się szeryf, dźwigając ten 
oryginalny prezent. 

Choinka została ustawiona na honorowym miejscu, 

ale Andy wcale nie zamierzał się pożegnać. Znalazł 
kontakt i włączył kolorowe lampki. Następnie przyniósł 
z auta czerwony dywanik, osłonił nim doniczkę, a po- 
tem wsunął pod choinkę błyszczące, czerwone pudełe- 
czko. Maggie miała wielką ochotę sprawdzić, co w nim 
jest. Andy obszedł drzewko i przewiesił kilka zabawek. 
Nie były to zmiany na lepsze. W końcu odchrząknął 
i podszedł do Maggie. 

-  Uznałem, że powinnaś mieć choinkę. Skoro u mnie 

drzewko już stoi, nie mogłaś być pokrzywdzona. 
To byłoby niesprawiedliwe. Chyba wiesz, co mam na 
myśli. Pod tym względem jesteśmy tacy sami. Wszy- 
stko ma być jak należy. 

Maggie chciała mu podziękować, ale ze wzruszenia 

nie była w stanie wykrztusić słowa. Na szczęście Andy 
wbrew poprzednim zapowiedziom ani myślał wycho- 
dzić. Pospiesznie zdjął kurtkę i rzucił ją na kanapę. 

-  Nie chcesz się do mnie odezwać. Ja to rozumiem. 

Na twoim miejscu też milczałbym jak zaklęty. Co nam 
po słowach? Rozczarowałem cię i tyle, moja śliczna. 

 
 
 

R

 S

background image

 
 
-  Nieprawda! To ja cię zawiodłam. - Maggie wresz- 

cie odzyskała głos. 

-  Nie opowiadaj głupstw - mruknął Andy. - Chciałem 

cię tylko przeprosić. Byłem niesprawiedliwy. Kiedy mi 
opowiedziałaś o kradzieży, zareagowałem jak prawnik. 

-  Przecież jesteś stróżem prawa! Takie zachowanie 

jest u ciebie naturalne. 

-  Ale nie przy tobie. Jesteśmy... - Poprawił się na- 

tychmiast. - Byliśmy kochankami. To całkiem inna re- 
lacja. Wszystko mi się pomieszało. Zamiast ci pomóc, 
kpiłem sobie z twoich obaw i skarciłem cię, gdy wy- 
znałaś mi prawdę. 

-  Andy, nie widzę w tym nic złego - odparła znie- 

cierpliwiona Maggie. Nie mogła milczeć, gdy słyszała 
takie bzdury. - Nie byłam świadoma, że sprawa wcale 
nie jest tak błaha, jakby się z pozoru wydawało. Ty 
z kolei nie miałeś pojęcia, w co się wpakowałam. 

-  Nie przesadzaj. Chciałaś po prostu ochronić naj- 

bliższą rodzinę. Każdy człowiek głęboko przywiązany 
do krewnych na pewno cię zrozumie. Jedynie ty uwa- 
żasz swój uczynek za przestępstwo. -Andy utkwił spo- 
jrzenie w drzwiach prowadzących na balkon. Obserwo- 
wał padające z nieba śnieżynki. W księżycowym blasku 
migotały niczym brylanty. - Dopiero wtedy, kiedy stąd 
wyszedłem, doznałem olśnienia. Potrzebujesz przyja- 
ciela, który cię przekona, że tamte wydarzenia to już 
przeszłość, i skłoni, żebyś sobie wybaczyła popełnione 
dawniej głupstwa i błędy. Jesteś tak zasadnicza i do 
pewnego stopnia ograniczona, że sama nie potrafisz się 
z tym uporać. 

 
 

R

 S

background image

 
 
Maggie znów się na niego obraziła. Ze złości nie była 

w stanie wykrztusić słowa. Po chwili wzięła się w garść. 

-  Gautier, przestań bagatelizować moje postępki. 

Dla mnie są bardzo ważne. 

-  Ujmijmy to w ten sposób. Chwilami brak ci zdro- 

wego rozsądku. Z drugiej strony jednak nie znam czło- 
wieka, który zawsze kierowałby się jego nakazami. 
Stworzyłem nawet pewną teorię... 

-  Czyżby? 
-  Owszem. - Andy w zadumie pokiwał głową. - 

Istnieje poważna obawa, że za jakiś czas twoja skłon- 
ność do łamania prawa i popełniania groźnych prze- 
stępstw wreszcie się ujawni. Dlatego powinnaś wyjść za 
policjanta, który będzie cię wyciągał z tarapatów. Nie 
powiedziałem, że się do tego nadaję... 

-  Czemu nie? - wtrąciła pospiesznie. Andy odwrócił 

głowę i popatrzył jej w oczy. 

-  Przegapiłem swoją szansę. Z czasem znajdziesz 

mężczyznę, któremu warto zaufać. Tylko uważaj. Nie 
bierz sobie byle kogo. Stawiaj poprzeczkę wysoko. Po- 
winien cię szanować, podziwiać i wielbić. 

Maggie nigdy nie płakała, ale teraz wielkie, gorące 

łzy 
spływały jej po policzkach. Otarła je wierzchem dłoni. 

-  Znasz... kogoś takiego? 
-  Trudno powiedzieć... 
Maggie płakała, a ponury Gautier wyliczał zalety kan- 

dydata na męża odpowiedniego dla Maggie. Portret wy-
dał się obojgu dziwnie znajomy, choć wyidealizowany. 

Andy przerwał nagle, podszedł bliżej i podał Maggie 

chusteczkę. 

 

R

 S

background image

-  Wytrzyj nos - mruknął. 
-  Każ się wypchać! Chcesz, żebym się skompro- 

mitowała. 

-  Przecież myliśmy zęby nad jedną umywalką. To 

zbliża ludzi. Wytrzyj nos! 

Maggie nie dała się długo prosić. 
-  Dałeś mi tyle wskazówek, że trochę się w tym po-

gubiłam. Co jest najważniejsze dla kobiety szukającej 
męża? 

-  Miłość - burknął ponuro Andy. - A ja cię kocham 

nad życie, Maggie. 

Rzuciła się w jego objęcia i zasypała gradem poca- 

łunków. Wiedziała, że nie pozwoli mu odejść. W ramio- 
nach zakochanego szeryfa czuła się bezpieczna. 

-  Ja też cię kocham - zapewniła radośnie. - Bałam 

się, że już tu nie wrócisz. 

-  Nareszcie się odnaleźliśmy. Pod choinką leży pier- 

ścionek zaręczynowy. 

-  Natychmiast włóż mi go na palec. Nie mogę się 

tego doczekać - szepnęła, całując go w usta. 

Po chwili spojrzała na diament, który w blasku cho- 

inki lśnił niczym ich gwiazda przewodnia. Szmaragdy 
migotały kolorem nadziei. Uklękli przy zielonym świer- 
ku i szeptali miłosne obietnice. Miłość stanowiła gwa- 
rancję ich wypełnienia. Jej magia nie ma sobie równych. 

R

 S


Document Outline