background image

Harry Harrison

Stalowy Szczur ocala świat

(Przełożył: Jarosław Kotarski)

 

1

- Jamesie Bolivarze  di  Griz,  jesteś łotrem! - oświadczył  Inskipp,  kończąc  tę  wypow-

iedź  nieartykułowanym  chrząknięciem  i  potrząsając  wściekle  w  moją  stronę  plikiem  pa-

pierów.

Cofnąłem się aż  pod biurko,  cały czas robiąc  minę zszokowanej oskarżeniem niewin-

ności.

- Jestem niewinny! - pisnąłem. - Padłem ofiarą oszczerczej kampanii wyrachowanych 

kłamstw!

Tuż za sobą miałem jego pudełko z cygarami, pod palcami wyczuwałem zamek.

- Wredna,  złośliwa świnia. A nawet gorzej. Ciągle jeszcze napływają do mnie raporty. 

Zgnoiłeś i swoją własną firmę, i swoich kumpli...

- Przenigdy! - krzyknąłem manipulując przy zamku.

- Nie bez powodu nazywają cię Chytrym, a czasem nawet Wyślizgującym się!

- Zwykła  pomyłka  i zbieg okoliczności. Dziecięce przezwisko. Poślizgnąłem  się kie-

dyś przy kąpieli i matka mnie tak nazwała. - Zamek puścił  i poczułem delikatny aromat tyto-

niu.

- Wiesz, na ile nakradłeś? - Jego twarz przybrała niezdrową, krwistoczerwoną barwę, a 

oczy omal nie wylazły z orbit.

background image

- Ja? Ukradłem? Pierwej  bym się pod ziemię zapadł! - oświadczyłem  z  emfazą,  umi-

eszczając  w  kieszeniach pierwszą  garść  nader kosztownych  cygar,  które Inskipp przeznaczał 

dla wizytujących nas czasami Bardzo Ważnych Osobistości.

Uważałem,  że spotka je lepszy los, jeśli sam je wypalę, a nie ma to jak koneser. Muszę 

też  przyznać,  że  moja  uwaga  skupiona  była  głównie  na  tytoniu  i  ledwie  rejestrowałem 

ględzenie Inskippa. Dlatego też nie  od razu zwróciłem uwagę na dziwne  zmiany w  jego gło-

sie. Gdy wreszcie dotarło to do mnie,  z ledwością mogłem go usłyszeć. Zaniepokoiło mnie to 

zjawisko -  nie dlatego,  że  byłem  ciekaw,  co jeszcze powie,  ale dlatego,  iż  było po prostu  ni-

enormalne.

- Nie przerywaj sobie - oznajmiłem mu uprzejmie. - Czy też może poczułeś nagle, jak 

ciężkie są fałszywe oskarżenia?

Cofnąłem się od biurka, wykonując jednocześnie półobrót, aby zamaskować fakt posi-

adania  nienaturalnie  wybrzuszonej  kieszeni,  wypełnionej  wyrobami  tytoniowymi  o  ponad-

stukredytowej wartości.

Nie zareagował. Nadal potrząsał papierami, tyle że teraz bezgłośnie.

- Nie  czujesz  się dobrze? - zatroszczyłem  się,  i  to całkiem  poważnie,  wyglądał  bow-

iem blado.

Zaniknąłem  na chwilę  oczy,  po  czym  spojrzałem  ponownie. Przeszedłem  kawałek,  a 

on nie odwrócił  nawet głowy i wpatrywał  się w miejsce, w  którym stałem przed chwilą. Nie, 

to  nie  była bladość. On wyglądał  przezroczyście.  Przez jego głowę  wyraźnie  prześwitywało 

oparcie krzesła.

- Przestań! - ryknąłem,  ale  nie wywarło to  na  nim  żadnego wrażenia. - Co ty  znowu 

knujesz? Trójwymiarowa projekcja,  by ogłupić Chytrego Jima? Nie tak łatwo zrobić mnie  na 

szaro!

Podbiegłem do niego i wycelowałem  wskazujący palec  prosto w  jego czoło. Wniknął 

w nie przy minimalnym oporze i całkowitym braku reakcji ze  strony zainteresowanego. Lecz 

kiedy  wyciągnąłem  palec,  rozległo  się  cichutkie  plaśnięcie  i  Inskipp  zniknął.  Sterta  trzy-

manych przez niego papierów rozsypała się po podłodze.

- Whargh! - to, co dobyło  się  z mojego gardła,  nie było może tym akurat dźwiękiem, 

ale na pewno bardzo zbliżonym.

background image

Schyliłem się pod krzesło z zamiarem poszukania ukrytego pod nim mechanizmu,  gdy 

drzwi z trzaskiem wleciały do środka pomieszczenia.

To  było  wreszcie  coś,  co  mogłem  zrozumieć!  Nadal  w  przysiadzie,  obróciłem  się  i 

gorąco  przyjąłem  pierwszego,  który  wpadł  przez  powstały  w  tak  nieoczekiwany  sposób 

otwór.  Kantem  dłoni  trafiłem  go  idealnie  w  szyję,  tuż  pod  krawędzią  maski  gazowej.  Gość 

jęknął  i  runął  na  podłogę.  Lecz  za  nim  tłoczyła  się  już  cała  kupa,  a  wszyscy  w  maskach, 

białych kombinezonach i z jakimiś podejrzanymi,  czarnymi pojemnikami na plecach. I każdy 

z  jakimś naprędce  skombinowanym  argumentem  w  garści  (dominowały  gaz-rurki  i  nogi  od 

stołu).  Wszystko  to  było  nader  dziwne.  Robiłem,  co  mogłem,  jednego  trafiając  w  splot 

słoneczny,  innego  znów  w  szczękę,  ale  swoją  masą  przygnietli  mnie  w  końcu  do  ściany. 

Palnąłem  jeszcze  jednego  w  kark.  Facet  padł  z  cichym jękiem  i zniknął  w  połowie  drogi  na 

podłogę.

Interesujące. Liczba ludzi w pokoju zaczęła się raptownie zmieniać,  gdyż każdy,  kogo 

znokautowałem,  znikał. Byłoby to ze wszech miar pożądane  i  pożyteczne,  gdyby wyrównało 

rachunek,  lecz  inni  z  kolei  zaczęli  pojawiać  się  z  powietrza,  i  to  z  mniej  więcej  tą  samą 

częstotliwością.

Rzuciłem się ku drzwiom i w tym momencie ktoś rąbnął  mnie w głowę. Niedokładnie, 

co prawda, ale wystarczająco.

Widziałem  wszystko jak na  zwolnionym  filmie. Czułem  się,  jakbym  pływał  w  kleju. 

Złapali mnie za ręce i nogi i czym prędzej wynieśli z pokoju. Nie przyjąłem tego,  rzecz jasna, 

biernie,  ale  wszystkie  moje  reakcje  ograniczone  zostały  do  paru  podrygów  i  płynnego, 

pełnego  kunsztownych wiązanek  przeklinania  w  około  dwunastu narzeczach.  Donieśli  mnie 

do  windy,  nic  sobie  z  tego  nie  robiąc,  i  mimo  moich  wysiłków  jeden  z  nich  władował  mi 

prosto w twarz zawartość pojemnika z gazem.

Nie  czułem żadnych skutków  działania gazu,  oprócz  narastającej wściekłości.  Zanim 

osiągnęliśmy  cel  wędrówki,  opanował  mnie  rzadki  raczej,  jak  na  mnie,  stan  ducha:  gotów 

byłem zabijać. Zostałem jednak fachowo przymocowany do jakiegoś nowego modelu krzesła 

elektrycznego  i  jedyną  rzeczą,  jaką  mogłem  zrobić,  było  ulżenie  mojemu  językowi  - co  też 

niezwłocznie uczyniłem.

- Możecie potem mówić, że James di Griz umarł  jak człowiek, wy pierdolone skurwy-

syny, których matki... - Na głowę nasunięto mi jakiś stalowy kubeł i zapanowała ciemność.

background image

Wbrew pozorom nie była to egzekucja prądem o napięciu dwudziestu czterech tysięcy 

woltów. W ogóle nic z tych rzeczy. Właściwie nic się nie wydarzyło. Zdjęto mi owo nakrycie 

głowy,  ponownie zaaplikowano jakiś gaz i nagle się uspokoiłem. Zdziwiło mnie to trochę,  ale 

zanim oprzytomniałem,  moje kończyny były już wolne,  a większość napastników pozbyła się 

masek. Ku memu zdziwieniu rozpoznałem w nich techników i naukowców Korpusu.

-  Czy  ktoś  byłby  na  tyle  uprzejmy,  aby  oświecić  mnie,  prostego  chłopa,  co  tu  jest 

grane? - spytałem uprzejmie.

- Najpierw  nałóż to!  - stwierdził  autorytatywnie  jeden  z  nich,  podając  mi czarne  pu-

dełko - takie,  jakie nosili tu wszyscy - i pomagając mi umocować  je na plecach. Zaopatrzone 

było w przewód z przyciskiem. Szpakowaty jegomość wdusił go i umieścił na moim karku.

-  Aha,  zdaje  się,  że  mam  przyjemność  z  profesorem  Coypu?  -  domyśliłem  się  w 

końcu.

- Masz - zgodził się z uśmiechem.

- Czy w związku z tym nie uzna mnie pan za nieuprzejmego natręta,  jeśli poproszę raz 

jeszcze o wyjaśnienia?

- Bynajmniej,  jest to zupełnie zrozumiałe. Bardzo przepraszam za tę napaść,  ale był  to 

jedyny sposób,  aby wytrącić cię  z  równowagi i  doprowadzić do wściekłości. Umysły  będące 

pod  wpływem  silnego  uczucia  są  nadzwyczaj  odporne  na  bodźce  zewnętrzne  i  mogą 

przetrwać  nawet  poważne  zagrożenia  bez  uszczerbków. Gdybyśmy próbowali powoli  i  upr-

zejmie  powiedzieć ci,  o  co tu  chodzi,  to  najprawdopodobniej  nigdy byśmy nie  zdążyli. Do 

diabła, to staje się coraz silniejsze, nawet tutaj!

Jeden z biało odzianych gentlemanów wyblakł nagle i zniknął.

- Inskippowi przytrafiło się to samo - poinformowałem profesora.

- Powinno było. Wiesz, pierwszy w kolejce...

- Dlaczego?  -  spytałem  uprzejmie,  mając  nieodparte  wrażenie,  iż  w  życiu  nie 

prowadziłem równie kretyńskiej rozmowy.

- Celem tego wszystkiego jest Korpus. Zamiarem pierwszego uderzenia jest likwidacja 

tych, którzy stali na górze.

- Kto to wymyślił?

- Nie wiem.

background image

Zmusiłem się do spokoju i spytałem łagodnie:

- Czy mógłby mi  pan,  profesorze,  wyjaśnić to trochę dokładniej?  Lub też znaleźć ko-

goś, kto byłby w stanie zrobić to nieco przystępniej niż pan?

-  Przepraszam,  to  moja  wina.  -  Z  widocznym  wysiłkiem  otarł  pot  z  czoła.  - Ale  to 

wszystko potoczyło się  tak szybko. Sygnał  alarmu i zaraz potem to. Można to nazwać  wojną 

czasową. W jakiś sposób ktoś  zmienia  rzeczywistość  manipulując  czasem. Oczywiście  pier-

wszym  celem  tego  kogoś  stał  się  Korpus  Specjalny.  Zrozumiałe,  że  jako  najefektywniej 

działająca  międzyplanetarna  organizacja  porządkowa  w  historii  galaktyki  stanowimy  zaporę 

nie do ominięcia,  i to niezależnie od tego, jaki cel ów  ktoś pragnie osiągnąć. Jeśliby zaś udało 

się  temu komuś wyeliminować  Inskippa  i  kilku innych,  bezpośrednio  mu podległych,  znac-

znie obniżyłyby się możliwości Korpusu. Zaczęło mi się już wszystko mylić.

-  Czy  znalazłby  się  tu  jakiś  płyn,  który  zaprowadziłby  trochę  ładu  wśród  moich 

szarych komórek? - przerwałem jego wywód.

- Wspaniały pomysł. Dziwne, że sam nań nie wpadłem! - ucieszył się Coypu.

Wnętrze  lodówki  ujawniło  jakąś zielonkawą  ciecz,  którą  zadowolił  się  gospodarz,  ja 

zaś,  starym  zwyczajem,  sięgnąłem  po  wypróbowaną  truciznę.  Syrian  Panther  Sweat,  zaka-

zana, na większości planet, jak zwykle miała na mnie zbawienny wpływ.

- Niech pan mi przerwie, jeśli się mylę, ale czy to nie pan przypadkiem miał  wykład o 

niepodobieństwie podróży w czasie? - oświeciło mnie nagle.

- Oczywiście,  że miałem! Zasłona dymna - tak się to chyba nazywa. Podróże w  czasie 

znamy  już  od  paru  ładnych  lat,  boimy  się  tylko  wykorzystać  tę  wiedzę.  Niemniej  jednak 

mamy już przygotowany plan czasowych inwigilacji. Dlatego też,  gdy rozpoczął  się atak,  tak 

szybko  wiedzieliśmy,  o  co  chodzi.  Wszystko  szło  tak  błyskawicznie,  że  nie  zdążyliśmy 

nikogo  uprzedzić.  Musieliśmy  działać,  bo  jesteśmy  jedynymi,  którzy  mogą  coś  zrobić.  To 

laboratorium otoczone jest izolatorem czasowym, a poza tym wszyscy nosimy osobiste modu-

latory. Ty też już go masz.

- A co to robi? - spytałem z szacunkiem, wskazując na czarne pudełko.

- Mieści  stały zapis twojej  pamięci  i  co trzy milisekundy  wtłacza go  z  powrotem  do 

twojego mózgu. Mówi ci po prostu,  że ty to ty,  i usuwa wszelkie zmiany,  do których doszło w 

trakcie  tych milisekund. Inaczej  mówiąc,  umożliwia  ci istnienie. Czysto obronne  urządzenie, 

lecz to wszystko, co mamy.

background image

Kątem  oka  zauważyłem  zniknięcie  następnego  z  asystentów.  Coypu  musiał  także  to 

zauważyć, gdyż głos jego nagle stwardniał.

- Musimy atakować, jeśli chcemy ocalić Korpus!

- Atakować? Jak?

- Wysyłając kogoś w przeszłość, aby odkrył  te siły,  które wywołały wojnę, i zniszczył 

je, zanim one nas zniszczą. Mamy tu odpowiednie urządzenie.

- Aha, ochotnik. Wygląda na to, że to robota dla mnie.

-  Zapomniałem  tylko  dodać,  że  to  podróż  w  jedną  stronę.  Nie  mamy  możliwości 

ściągnięcia cię z powrotem.

- Cofam ostatnie stwierdzenie. Podoba mi się tu!

Nagle  coś mi się przypomniało. Najwidoczniej  załadowano mi  ponownie  pamięć i  to 

nagłe skojarzenie zjeżyło mi włosy na głowie.

- Angelina! Muszę się z nią natychmiast...

- Ona nie jest jedyna!

- Dla mnie tak! A teraz z drogi, albo przejdę przez pana, profesorze!

Musiałem  wyglądać  dość  przekonywająco,  bo  ustąpił  mi  natychmiast.  Wystukałem 

kod na wideofonie i po paru miauknięciach na ekranie pojawiła się Angelina.

- Jesteś tam! - odetchnąłem.

-  A  gdzie  spodziewałeś  się  mnie  znaleźć?!  -  zdumiała  się  i  zmarszczyła  brwi,  po-

ciągając jednocześnie nosem,  zupełnie jakby wideofon przenosił  zapachy. - Znowu piłeś! Nie 

dość, że wcześnie, to jeszcze sporo!

- Tylko kropelkę,  ale  nie  dlatego  dzwonię.  Jak  się  czujesz?  Wyglądasz  dobrze, 

rzekłbym wspaniale, i na całe szczęście nie jesteś ani trochę przezroczysta.

-  Kropelkę?  Wygląda  na  to,  że  to  było  więcej  niż  flaszka.  -  Głos  Angeliny  nagle 

stwardniał.  -  Proponuję  ci,  żebyś  po  dobroci  odwiesił  się,  wziął  proszki  i  zadzwonił,  jak 

wytrzeźwiejesz.

Słowom tym towarzyszył ruch w stronę przycisku przerywającego połączenie.

-  Nie!  Jestem  trzeźwy  jak  świnia,  czego  zresztą  niezmiernie  żałuję,  ale  to  jest  na 

poważnie. Niebezpieczeństwo. Zabieraj bliźniaki i grzej tu jak najszybciej!

- Jasne! - Już była na nogach. - Tylko gdzie ty jesteś?

background image

- Położenie laboratorium! - wrzasnąłem w stronę profesora,

- Poziom 120, pokój 30.

- Słyszałaś? - zwróciłem się ku ekranowi. Był czarny.

- Angelina...

Przerwałem  połączenie i  ponownie  wystukałem  kod. Ekran  rozbłysnął  wiadomością: 

”Ten numer nie jest przyłączony”.

Runąłem  ku  drzwiom.  Ktoś  próbował  mnie  powstrzymać,  lecz  błyskawicznie  odep-

chnąłem  go  pod  przeciwległą  ścianę.  Otwarłem  drzwi  i  zamarłem.  Za  nimi  nie  było  nic. 

Bezkształtna i bezbarwna pustka, która wyczyniała przeróżne brewerie z moim mózgiem. Za-

raz  potem  drzwi  zostały  zamknięte  i  Coypu  zaparł  je  własnymi  plecami,  dysząc  przy  tym 

ciężko.

- Zniknęło - szepnął  chrapliwie.  -  Korytarz,  cała staga,  wszystko. Tylko laboratorium 

zostało. Korpus Specjalny już nie istnieje. W całej galaktyce nie ma nikogo,  kto miałby choć 

mgliste wspomnienie o naszych osobach. Gdy działanie izolatora osłabnie, my też znikniemy.

- Ale Angelina... gdzie ona jest? Gdzie są pozostali?

- Nigdy się nie narodzili i nigdy ich nie było.

- Ale ja ich, do cholery, wszystkich pamiętam!

- I to jest jedyna rzecz, na którą możemy liczyć. Jak długo jest choć jedna osoba, która 

nas  pamięta,  tak  długo  mamy  - mikroskopijną  wprawdzie,  ale  zawsze  -  szansę  przetrwania. 

Ktoś musi powstrzymać ten atak - jeśli nie ze względu na Korpus, to z uwagi na wszechświat. 

Teraz zaczęło się  zmienianie historii,  a do jakich zmian może jeszcze dojść,  tego nikt nie jest 

w stanie przewidzieć. Musimy zatrzymać tego idiotę!

Wycieczka,  i  to  bez  możliwości  powrotu,  do  obcego  czasu i  świata. Ten,  który  tam 

podąży,  będzie najbardziej samotny ze wszystkich  żyjących istot,  bytując  o tysiąclecia przed 

swoimi bliskimi i przyjaciółmi...

- Dobra - przerwałem snucie tych budujących perspektyw. - Gdzie macie ten czasowy 

tramwaj? 

2

background image

- Najpierw musimy wiedzieć,  dokąd ma cię zawieźć i w jaki okres - ostudził  mój zapał 

Coypu,  podchodząc  do komputera,  z którego spływały  tasiemcowe  wstęgi  wydruków. - I  to 

bardzo  dokładnie.  Śledząc  linie  zakłóceń  jesteśmy  w  stanie  wyznaczyć  i  miejsce,  i  czas. 

Planetę już mamy, teraz tylko trzeba cię wyzerować w czasie. A to jest bardzo ważne,  bo jeśli 

znajdziesz się tam za późno,  to oni mogą już skończyć swą robotę. A z kolei, jeśli będziesz za 

wcześnie, to zdążysz się zestarzeć, zanim zjawią się nasi przeciwnicy.

- Brzmi to raczej zachęcająco. A co to za planeta?

-  Dziwna  nazwa,  czy  raczej  nazwy.  Określano  ją  mianem  Brud  albo  Ziemia.  Przy-

puszczalnie jest legendarną kolebką ludzkości.

- Jeszcze jedna!? Nigdy o niej nie słyszałem.

-  Nie  mogłeś,  została  zniszczona  w  wojnie  atomowej  wieki  temu  -  wyjaśnił  mi  upr-

zejmie Coypu. - O, jest. Musisz cofnąć się w czasie o 32598 lat. Nie gwarantujemy marginesu 

błędu mniejszego niż trzy miesiące.

- Nie sądzę, żeby robiło mi to różnicę - uspokoiłem go. - Który to będzie rok?

- No cóż. Grubo przed powstaniem naszego kalendarza. Jak sądzę,  będzie to 1975 rok 

po śmierci Chrystusa, jak określają to prymitywne przekazy z tamtego okresu.

- Nie takie to prymitywne, skoro znali podróże w czasie! - zaoponowałem.

- Z pewnością tylko nieliczni.

- A jak mam ich znaleźć? - spytałem łagodnie.

- Za pomocą tego.

Jeden z asystentów  wręczył  mi pudełko z dwoma skalami i przyciskami. Na jednej ze 

skal,  do złudzenia przypominającej kompas, drżała igła, która działała jak zwykła igła magne-

tyczna, bo jakkolwiek bym manewrował pudełkiem, zawsze wskazywała jeden kierunek.

- Wykrywacz  generatora energii czasowej  - wyjaśnił  Coypu. - Przenośna wersja tego, 

co tutaj mamy. Teraz pokazuje na nasz time-helix. Na miejscu pokaże ci właściwy generator. 

Druga skala to odległościomierz.

Przyjrzałem się pudełku i coś mądrego zaświtało mi w głowie.

- Jeśli mogę zabrać to pudełko, to mogę też zabrać inne wyposażenie, tak?

- Owszem,  niewielkie  przedmioty,  które mogą  być  przymocowane  do twojego ciała  - 

potwierdził Coypu. - Pole jest typu powierzchniowego, podobnie jak elektryczne...

background image

- No to zabieram cały arsenał, jaki tu macie! - oświadczyłem radośnie.

- Niewiele tego, same duperele - zmartwił mnie.

- No to mogę go sobie zrobić. - Nic nie było w stanie zmusić mnie do zaniechania tego 

zamiaru, - Jest tu ktoś z rusznikarzy?

Coypu rozejrzał się wokół i oczy nagle mu rozbłysły.

- Old Jarl jest z sekcji uzbrojenia. Ale nie ma czasu na robienie czegoś nowego.

- Nie o to chodzi. Dawać go!

Old Jarl  musiał  zarobić sobie na ten przydomek na  zasadzie kontrastu,  wyglądał  bow-

iem na prawidłowo rozwiniętego dziewiętnastolatka.

- Chcę jego zestaw pamięci! - poinformowałem zebranych.

Jarl  podskoczył  jak  znienacka  kopnięty  i  przyciskając  do  siebie  czarną  skrzynkę, 

ruszył ku drzwiom.

- To moje! Nie możesz  tego dostać! To świństwo  tak mówić! Bez  tego przecież  mnie 

nie będzie! - W jego oczach pojawiły się łzy.

-  Głuptasie! Przecież  nie  chcę  ci  tego  odebrać. Po  prostu  chcę  mieć  duplikat  twego 

dysku. Nie martw się!

Technicy otoczyli go kołem i zaczęli coś tam grzebać, a Coypu uniósł w górę brwi.

- Nic nie rozumiem - przyznał w zamyśleniu.

-  Proste.  Prawdopodobnie  będę  miał  do czynienia  z  organizacją.  Mogę  więc  potrze-

bować ciężkiej artylerii. Nie mogę jej zabrać, ale mogę ją zrobić. Jeśli będzie trzeba, wpakuję 

dysk Jarla do mego mózgu i użyję jego pamięci jako źródła wiedzy - oświeciłem go.

- Ależ... ależ on będzie tobą, zawładnie twoim ciałem. Tego nigdy dotąd nie robiono.

-  No  to  się  zrobi.  Pomylone  czasy  wymagają  pomylonych  pomysłów.  To  przypom-

niało mi o jeszcze jednym drobiazgu. Powiedział pan, że nie można stamtąd wrócić?

- Time-helix może  zabrać cię w przeszłość, ale tam  nie będzie  helixu,  który odesłałby 

cię z powrotem - przyznał ze smutkiem.

- A gdybym go sobie zbudował, to mógłbym wrócić? - upewniłem się.

- Teoretycznie tak,  ale nigdy tego nie  próbowano. A poza tym większość materiałów  i 

ekwipunku będzie nieosiągalna na tak prymitywnym etapie rozwoju...

- A jeśli materiał się znajdzie, to da się zrobić?

background image

- Teoretycznie tak.

- A kto wie, jak to się robi?

- Tylko ja. Helix jest konstrukcją mojego pomysłu - przyznał ze skromnością.

- Ślicznie! W takim  razie  chcę  również pański  dysk. Niech tylko podpiszą,  który jest 

który, żeby mi się nie pomyliło...

Wśród techników zapanowało nagłe poruszenie.

- Izolator traci moc! - rozległ się rozpaczliwy jęk.

-  Kiedy  pole  zniknie,  zginiemy.  Nigdy  nas  już  nie  będzie!  To  nie...  -  jeden  z  asys-

tentów  rozdarł  się  przeraźliwie  i  równie  niespodziewanie  zamilkł,  gdy  reszta  towarzystwa 

zaaplikowała mu środki uspokajające.

- Szybko! - ryknął  dla  odmiany Coypu.  - Zabrać  di  Griza do maszyny i  przygotować 

go do drogi.

Faktycznie,  wszystko  odbyło  się  szybko,  by  nie  powiedzieć  błyskawicznie.  Złapali 

mnie  jak worek  sieczki  i  zanieśli  do  sąsiedniego pokoju,  prześcigając się  nawzajem  w  ofia-

rowywaniu  dobrych rad.  Prawie  udało im  się  mnie  upuścić,  gdy dwóch techników  zniknęło 

równocześnie.  Co  bardziej  odległe  ściany zaczęły  zdradzać żywe  tendencje  do  przezroczys-

tości  i  zanikania.  W  końcu,  wspólnymi  siłami,  udało  im  się  ubrać  mnie  w  kombinezon. 

Wówczas dopiero zdołałem uwolnić się od tego rozhisteryzowanego tłumu.

- Nałóż kask,  ale uszczelnij go dopiero w ostatniej chwili. - Coypu był  jedynym,  który 

w  tym  momencie  zachowywał  spokój.  - Tu  masz dyski pamięci i  grawitator. Mam  nadzieję, 

że umiesz go obsługiwać? Pojemnik z bronią na piersiach, detektor...

Ledwie  mogłem  ustać  przytłoczony  wyposażeniem,  ale  w  myśl  starej  zasady:  ”Co 

mam w dupie,  tego nikt mi nie wyłupie”,  nie protestowałem. Ba,  zacząłem się nawet pewnych 

rzeczy domagać.

- Translator! - wrzasnąłem. - Przecież muszę się jakoś dogadać z tubylcami.

-  Nie  mamy  go  tutaj  -  odparł  Coypu,  wciskając  mi  pojemnik z gazem. - Ale masz tu 

memorygram...

- Dostaję od tego migreny!

- ...i możesz go użyć, aby się nauczyć lokalnego dialektu.

- Zaraz, moment, gdzie ja się tam znajdę?

background image

- W stratosferze. Jedyna możliwość uniknięcia wypadków  w stylu wpakowania cię  na 

jakąś skałę czy wieżowiec.

-  Przednie  laboratorium  zniknęło!  -  rozległ  się  czyjś  krzyk.  Ten,  który  go  wydał, 

zniknął w chwilę później.

- Do time-helixu! - wrzasnął Coypu, popychając mnie ku następnym drzwiom.

Pomagający  mi  technicy  i  asystenci  znikali  jeden  po  drugim  jak  przekłute  baloniki. 

Zaledwie  czterech  dotarło  z  nami  do  urządzenia.  Był  to  seledynowy  snop  zwiniętego  jak 

sprężyna  światła,  emitowanego  wiązką  grubą  jak  moje  ramię  przez  niewielką  prostokątną 

maszynkę.

-  To  skondensowana  i  poddana  działaniu  pola  elektromagnetycznego  o  wysokim 

natężeniu wiązka energii zwanej helixem. Przy odpowiednim poluźnieniu pola wyniesie cię w 

pożądaną  przeszłość,  znikając  później  bez  śladu  w  przyszłości  -  wyjaśniał  Coypu,  manipu-

lując jednocześnie przy tablicy rozdzielczej. - Czas na ciebie!

Zostało nas trzech.

-  Pamiętaj  mnie!  -  krzyknął  krępy,  ciemnowłosy  technik.  -  Jak  długo  będziesz  pa-

miętał Charliego Nate'a, będę...

Zostaliśmy z Coypu sami. Ściany zniknęły, a powietrze zaczęło mrocznieć.

- Dotknij tego! - krzyknął Coypu.

Rzuciłem się do przodu,  prawie wpadając w  seledynową kolumnę. Nie  było żadnych 

sensacji,  nic  mnie  nie  kopnęło,  ale  zobaczyłem,  że  cała  moja  postać  została  otoczona  sele-

dynową poświatą. Profesor złapał za dość pokaźnych rozmiarów dźwignię i pociągnął.

 

3

Wszystko zamarło.

Coypu trzymał  rękę na dźwigni, ja zaś gapiłem się w jego stronę,  ale nie byłem w  sta-

nie poruszyć się ani o mikron.

Nagle uświadomiłem sobie,  że nie oddycham ani nie odczuwam uderzeń swego serca. 

Coś tu poszło  nie tak - tego  byłem  pewien,  tym  bardziej  że time-helix  nadal  trwał  w  formie 

spoistej  kolumny.  Moja  panika  spotęgowała  się,  gdy  Coypu  zaczął  robić  się  przezroczysty. 

Potem  to  poszło  już  błyskawicznie.  Wisiałem  w  pustce  przestrzeni  kosmicznej  niczym  ka-

background image

mienna rzeźba i nie mogłem ruszyć nawet palcem. Moim przeciwnikom trzeba było przyznać 

jedno:  działali  skutecznie  i  z  rozmachem,  nawet  po  asteroidzie  kryjącej  bazę  nie  pozostał 

najmniejszy ślad...

Coś drgnęło.

Byłem w drodze.

Opisanie  tej  drogi jest  rzeczą  niemożliwą,  jako  że nie  ma  to nijakiego odpowiednika 

we wszelkich dotychczasowych przeżyciach ludzkości. Prowadziła  w  kierunku,  o którym nie 

wiedziałem  nawet,  czy istnieje. Time-helix  zaczął  się  rozprężać.  Może  zresztą  działo  się  to 

przez  cały  czas,  tyle  że  ja  nie  zdawałem  sobie  z  tego  sprawy. Teraz  stało  się  to  widoczne. 

Gwiazdy  poruszały  się  coraz  szybciej  i  szybciej,  aż  przybrały  postać  cienkich  linii  światła 

mknących  przez kosmos. Przestrzeń zmieniła się w  szarą  zawiesinę,  która musiała  oddziały-

wać  hipnotycznie,  gdyż  mój  mózg  zapadł  w  rodzaj  niby-śpiączki  i  zastygł  na  pograniczu 

trwania i niebytu, pozbawiony świadomości i poczucia upływu czasu. Mogło to trwać ułamek 

sekundy, ale mogło też trwać całą wieczność.

Nie wiedziałem tego wtedy i nadal nie wiem. Nie  zastanawiałem się zresztą nad tym: 

miałem coś ważniejszego na uwadze. Przetrwanie. Zawsze było dla mnie sprawą dość istotną, 

a obecnie tylko o to mogłem się troszczyć. Ponieważ było całkiem  prawdopodobne, że  zwar-

iuję  w  trakcie  tej  wycieczki,  skupiłem  wszystkie  pozostałe  mi  siły  umysłu  na  kwestii 

przetrwania i czekałem, aż coś wreszcie zacznie się dziać.

I w końcu coś się zaczęło.

Po diabli wiedzą jak długim czasie przybywałem.

I  to  w  o wiele  bardziej  dramatycznych  warunkach,  niż  odjeżdżałem,  gdyż  wszystko 

działo  się  równocześnie. Mogłem  się  poruszać  i  widzieć. Światło - normalne,  porządne świ-

atło trójwymiarowego świata - oślepiało mnie,  nie czułem własnego ciała ani nie miałem poc-

zucia kierunku.

To  ostatnie  było szczególnie  nieprzyjemne,  gdyż właśnie  spadałem,  i  to dość  szybko. 

Gdy tylko sobie to uświadomiłem,  żołądek skręcił  mi się z wrażenia i po dość długim okresie 

(plus minus 32598 lat) moje serce objawiło aktywność,  tyle tylko,  że w  miejscu dość nieocze-

kiwanym, a mianowicie w gardle.

Spadając  tak  obróciłem  się  i  mogłem  wreszcie  nieco  przeanalizować  sytuację.  Nade 

mną było słońce, pode mną pokrywa białych obłoków,  ja sam zaś tkwiłem (to złudzenie,  rzecz 

background image

jasna)  w  pasie  atramentowo-czarnego  nieba.  Całe  wyposażenie,  którym  mnie  obwieszono, 

było  jak dotąd na miejscu,  a  po uruchomieniu  grawitatora mogłem  stwierdzić,  że  coś z tego 

złomu nawet działa. Wyłączyłem go i poczekałem, aż zanurkuję w chmury.

Gdy się z  nich  wynurzyłem,  przestawiłem  grawitator na powolne  opadanie  i  zająłem 

się  wstępnym  lustrowaniem  terenu.  Świat  ten,  który,  być  może,  naprawdę  był  kolebką  ludz-

kości,  miał  się  ostatecznie  stać  moim  grobowcem.  Gdzieś  z  pięć  mil  pode  mną  majaczyły 

drzewa,  ogólnie  rzecz  biorąc,  krajobraz  był  typowo  rolniczy.  Dokładne  obejrzenie  okolicy 

utrudniała  zaparowana  szyba hełmu. Miałem  jednak nadzieję,  że  moi przodkowie  nie zwykli 

oddychać amoniakiem czy metanem, więc odchyliłem przesłonę i pociągnąłem nosem.

Nieźle. Trochę za zimne i za rzadkie - ale jestem jeszcze dość wysoko - za to świeże i 

słodkie. No  i  nie  zabiło mnie od  razu,  co  było dość  ważne,  jako  że zapasu w  kombinezonie 

nie wystarczyłoby już na długo.

Ze  spokojem  zdjąłem  kask  i  rozejrzałem  się  dokładnie. Całkiem  nieźle.  Malowniczy 

krajobraz:  zielony lasy,  błękitne jeziora,  rozległe  łąki poprzecinane drogami,  a  na  horyzoncie 

jakieś otoczone dymami  miasto. Postanowiłem,  że na razie  będę trzymał  się z daleka  od tego 

ostatniego. Najpierw muszę się gdzieś ukryć i zaaklimatyzować, a potem...

Moje  myśli  przerwało  brzęczenie  -  coś  jakby  owad,  tyle  tylko,  że  żaden  owad  nie 

może  latać na  takiej  wysokości.  Gdyby  nie  zafascynowanie  okolicą,  już  dawno  zwróciłbym 

uwagę na ten odgłos. Gdy w końcu zerknąłem przez ramię, był to już ogłuszający ryk.

Zdębiałem.  To była  jakaś starożytna odmiana  urządzenia  latającego.  Napędzana  była 

śmigłem,  a  w  częściowo  przezroczystym  wnętrzu  siedział  człowiek  i  wytrzeszczał  na  mnie 

osłupiałe  oczy.  Błyskawicznie  włączyłem  wznoszenie  i  skryłem  się  ponownie  w  zbawczych 

chmurach.

Początek  zdecydowanie  do  dupy!  Pilot  widział  mnie  zbyt  dobrze,  by  mieć  wątpli-

wości.  Mógł,  co  prawda,  nie  uwierzyć  własnym  oczom,  ale  to  było  mało  prawdopodobne. 

Uwierzył. Łączność  musiała  tu być  całkiem dobrze  rozwinięta,  a mania prześladowcza,  czyli 

dominacja wojskowych w  każdym kącie,  jeszcze bardziej,  gdyż po paru minutach usłyszałem 

ryk silników odrzutowych. Maszyny krążyły poniżej,  a jedna przeleciała nawet przez chmury. 

Po dłuższym czasie uspokoiło się na tyle, że pozostając nadal w chmurach, zdecydowałem się 

na  zmianę miejsca. Grawitator nie jest  przewidziany  do  podróży w  poziomie,  lecz  kiedy nie 

background image

trzeba  wędrować  daleko,  to od  biedy  się  przydaje.  Używałem  go  zatem  w  tym  charakterze 

przez jakieś piętnaście minut, po czym ostrożnie wyjrzałem z obłoczków.

Oczami wyobraźni widziałem cały komplet detektorów  kierujących na mnie swe czu-

jniki i anteny i łączących się pospiesznie z różnej maści machinami wojennymi. Może zresztą 

i tak było, tyle że ja nic z tego nie ujrzałem. Nic,  poza paroma białymi ptakami, które nie poc-

zuły  się  uszczęśliwione  moim  pojawieniem  się  ponad  taflą  jeziora.  Dałem  poprawkę  i 

zbliżyłem się do brzegu.

Wznoszenie  włączyłem  dopiero  wtedy,  gdy  byłem  poniżej  poziomu  wzgórz  oka-

lających  jezioro. Wszelkie  detektory pozostały  w  ten sposób  poza  horyzontem i  byłem  bez-

pieczny. I w  tej chwili zrobiło mi się gorąco. Mimo poprawki spadałem do wody,  a zderzenie 

z nią przy tej szybkości przypominałoby spotkanie z betonową płytą.

Wyhamowałem,  mocząc  jedynie  stopy w  wodzie. Ostatecznie,  jak na  spadek z  granic 

atmosfery to nie było źle. Uniosłem  się  i  podleciałem do przeciwległego brzegu,  nad którym 

wznosiła się szarawa skała. Potrzebowałem schronienia,  a skała - w dwóch trzecich gładka jak 

ściana - na  jednej  trzeciej  powierzchni  miała półeczkę,  akurat,  by usiąść. Zrobiłem wiec  siad 

płaski.  Wokół  panowała  cisza.  Żadnych  głosów,  ryku  silników  czy  innych  śladów  ludzkiej 

obecności. Jedyne, co słyszałem, to wiejący w różnych tonacjach wiatr. Słowem, wspaniale.

Do dobrego samopoczucia brakowało mi tylko czegoś rozgrzewającego. Niestety, była 

to  jedna  z  nielicznych  podstawowych  rzeczy,  które  zapomniałem  zabrać.  Miałem  mocne 

przeczucie,  że  wkrótce  uzupełnię  ten  brak.  Rozsiadając  się  wygodniej,  poczułem,  że  coś 

uwiera  mnie  w  tylnej  kieszeni  spodni.  Po  krótkiej  szamotaninie  ze  skafandrem  wydobyłem 

stamtąd garść  zmasakrowanych cygar Inskippa. Mój nastrój  wyraźnie  się  poprawił,  gdy zna-

lazłszy jedno, jakimś cudem ocalałe, zaciągnąłem się aromatycznym dymem.

Pomiędzy  najprzeróżniejszym  elektronicznym  złomem,  jakim  zostałem  obciążony  w 

ostatnich  chwilach  istnienia  laboratorium,  było  coś,  co  zwano  masserem:  drobiazg,  którego 

rękojeść  przechodziła  w  gruszkowaty  korpus  kończący  się  spiczastym  ostrzem.  Na  tymże 

końcu  wytwarzane  było  pole  mogące  koncentrować  większość  rzeczy  poprzez  ściskanie 

tworzących je atomów. Przy nie zmienionej masie zmieniało to ich wymiary. W zależności od 

użytej mocy i rodzaju materiału można było zmniejszyć nawet do połowy.

Użyłem  tego  wynalazku,  by  urządzić  sobie  jakąś  przytulną  jaskinię.  Najtrudniejszy 

był  początek,  ale  gdy  fragmenty wielkości  mojej pięści,  a  o ciężarze ołowiu  zaczęły  opadać 

background image

do jeziora  tworząc  wgłębienie,  to  poszło już  jak z płatka. Jeszcze  potem  odkryłem,  że mogę 

wytwarzać sferyczne  pole dające  odłamki wielkości  mojej  głowy,  i robota  ruszyła z miejsca. 

Co prawda,  wyrzucając te skoncentrowane głazy do jeziora omal sam za nimi nie wyleciałem, 

ale to już drobiazg.

Gdy słońce  zbliżyło się  do horyzontu,  miałem  już  prymitywne  i  niezbyt  przestronne 

pomieszczenie, wystarczające jednak, by ukryć mnie i wszystkie moje bambetle.

Usiadłem, by na chwilę odsapnąć. Podróż musiała być bardziej męcząca, niż sądziłem, 

bo następną rzeczą, z jakiej zdałem sobie sprawę, był  fakt, że na czarnym niebie płynął  wielki 

księżyc. Mój tyłek był  zziębnięty od kontaktu ze skałą, a reszta ciała zdrętwiała  od spania  na 

siedząco.

- Do roboty, przyszły zbawco świata. - Jęknąłem,  gdy moje ciało dało znać,  co o tym 

myśli.

Jednak trzeba było się ruszyć,  skoro już tak postanowiłem. Jak dotąd,  nie  wiedziałem 

nawet, czy jestem we właściwym miejscu i czasie, nie mówiąc już o takim drobiazgu jak brak 

pewności,  czy  teoria  Coypu  była  słuszna.  To  ostatnie  zresztą  mogłem  sprawdzić  już 

wcześniej,  zaraz  po przybyciu. Klnąc  swą głupotę,  wygrzebałem  ze  zwalonego  na  kupę wy-

posażenia  czarne  pudełko,  które  było detektorem  generatora  energii  służącej  do  przemieszc-

zania  się  w  czasie.  Ku  swojemu  szczeremu  żalowi  stwierdziłem,  że  igła  kręci  się  w  kółko, 

niczego nie wskazując.

- Idioto! - stwierdziłem sam o sobie. - To mogłoby działać, gdybyś je włączył!

Wstrzymując  oddech  przekręciłem  włącznik.  Nadal  to  samo,  czyli  nic.  Była,  co 

prawda,  duża  szansa,  że  urządzenie  nie  pracuje  stale  i  trafiłem  akurat  na  przerwę,  w  trakcie 

której  nikt  nie  podróżuje  w  czasie,  lecz  mogły  to  równie  dobrze  być  tylko  moje  płonne 

nadzieje. Tak czy inaczej, musiałem się tu jakoś zadomowić. Zabrałem się więc do roboty.

Najważniejsze  były  informacje,  toteż  rozdzieliłem  grawitator  od  skafandra  i 

sprawdziłem  stan tego pierwszego. Był  naładowany  do połowy i  mógł  jeszcze  długo służyć 

jako transporter. Zapiąłem  pasy i wyszedłem na skalną półeczkę. Poleciałem  ku najbliższej  z 

zaobserwowanych wczoraj  dróg. Po drodze  zająłem  się  zegarkiem,  który  zawsze  noszę. Po-

dawanie  czasu  jest  jedynie  marginalną  funkcją  tego  urządzenia.  Parokrotne  sprawdzenie 

znaków charakterystycznych i dotknięcie prawego przycisku wystarczyło, aby wyświetliła się 

igła radiokompasu skierowana na jaskinię. Zadowolony, bezgłośnie spłynąłem w dół.

background image

Księżyc  oświetlał  okolicę  w  wystarczającym  stopniu,  toteż  nie musiałem  posługiwać 

się  latarką  pokonując  jardy  dzielące  moje  lądowisko  od drogi.  Ostatni  kawałek  drogi  prze-

byłem,  rzecz jasna,  ze zrozumiałą ostrożnością. Jak okiem sięgnąć  - co w lesie nie jest  nigdy 

sporą przestrzenią - było pusto. Sprawdziłem, z czego zrobiono nawierzchnię. Okazało się, że 

z  kamienia,  bez  śladu  jakichkolwiek  linii  przesyłowych  czy  energetycznych,  całkiem  nie-

ciekawa.

Podniosłem się i ruszyłem w kierunku widzianego z góry miasta. Był  to dość powolny 

sposób poruszania się, ale wolałem oszczędzać niemożliwe tu do zdobycia paliwo.

To, co nastąpiło  potem,  zawdzięczać  mogłem  tylko  własnej  beztrosce  i  całkowitej 

nieznajomości zwyczajów tego świata. Rozmyślałem sobie właśnie o Angelinie i o dzieciach, 

i  o  tym,  że wszyscy oni istnieją teraz  tylko w  mojej  pamięci,  co było nader przygnębiające, 

gdy  minąwszy  zakręt  usłyszałem  niespodziewanie  głośny  ryk  silników.  Znajdowałem  się 

najwyraźniej  na  zniwelowanym  szczycie  wzgórza,  gdyż  stoki  po  obu  stronach  były  dość 

strome  i  nie  miałem  żadnej  możliwości  ucieczki  poza  uniesieniem  się  w  powietrze.  Tyle  że 

tam zostałbym natychmiast zauważony, gdyż zbliżające się pod górę światła nieomal już mnie 

dosięgły. Byłem  mocno  oszołomiony  i  po  prostu  zaskoczony. Jedyne,  co  mogłem  zrobić,  to 

paść na pysk w  żwir pobocza. Zrobiłem to błyskawicznie i ukryłem twarz w  dłoniach. Ubra-

nie miałem neutralnej, szarej barwy, była więc szansa, że mogę pozostać nie zauważony.

Ryk  zbliżał  się,  światła  przemknęły  po  mnie;  ryk  oddalił  się,  a  ja  natychmiast  usi-

adłem i starałem się dojrzeć szczegóły konstrukcyjne tych dziwnych pojazdów, które omal nie 

rozjechały  mi  głowy.  Szczegółów  nie  zdążyłem  zaobserwować,  wyglądały  jednak  na  kon-

strukcje  zbliżone  do  motocykli,  z  małym  czerwonym  światełkiem  z  tyłu.  Maszyny  nagle 

zwolniły  i  zakręciły  w  moją  stronę.  Bez  dwóch  zdań,  tym  razem  należała  mi  się  dwója  z 

maskowania. 

  4

Jedną  z  moich  naczelnych zasad było zawsze  pozwolić  innym na pierwszy  ruch,  gdy 

sytuacja  wyglądała  niepewnie.  Mogłem  uciec,  ale  po  pierwsze  -  oni  mogli  mieć  broń,  a  ja 

byłbym  wówczas  pięknym  celem,  po  drugie  zaś  -  nawet  jeśliby  mi  się  to  udało,  to  ktoś  z 

pewnością zwróciłby baczną uwagę na ten rejon, a tego należało za wszelką cenę uniknąć.

background image

Odwróciłem  się  plecami,  tak  by  ich  reflektory  mnie  nie  oślepiały,  i  spokojnie  poc-

zekałem,  aż  mnie  okrążą.  Najlepiej  byłoby  dowiedzieć  się  od  razu,  czego  chcą  te  typy. 

Słuchałem  ich  rozmowy,  ale  niestety,  ani jedno słowo  z  ich szwargotu  nie było  mi znajome. 

Oni natomiast  musieli  się  w  końcu  dogadać,  gdyż  jeden z  nich  zgasił  silnik,  zlazł  ze  swego 

wehikułu i zbliżył się do mnie.

Przyjrzeliśmy  się  sobie  z  wyraźnym  zainteresowaniem.  Był  niższy  ode  mnie,  ale 

wzrostu dodawał  mu  garnkowaty  hełm  z metalu zakończony  ostrym  szpikulcem. Całość  ro-

biła niezbyt atrakcyjne wrażenie, zwłaszcza w połączeniu z resztą stroju, który wykonany był 

z czarnego plastiku z błyszczącymi zamkami, łańcuszkami i trupimi czaszkami.

Kryz putzbki? - spytał  w  dość  obraźliwy  sposób. W odpowiedzi  uśmiechnąłem  się, 

aby pokazać, że jestem pokojowo nastawiony, i odparłem najcieplej, jak umiałem:

-  Będziesz  wyglądał  jeszcze  bardziej  odrażająco  po  śmierci,  która  może  cię  spotkać 

szybciej, niż myślisz, jeśli będziesz się do mnie tak odzywał.

Wyglądał  na zaskoczonego. Następnie doszło do ostrej wymiany zdań z pozostałymi. 

W  wyniku  konwersacji  następny  typ  dołączył  do  mojego  rozmówcy.  Musiał  być  bardziej 

bystry,  gdyż pierwszą rzeczą,  na którą zwrócił uwagę,  był mój zegarek. Inni też wlepili wzrok 

w  urządzenie.  Dzikimi  wrzaskami  objawili  zainteresowanie,  które  szybko  zmieniło  się  w 

złość, gdy schowałem rękę za plecy.

Prubl! - wrzasnął pierwszy, robiąc krok do przodu. W jego pięści coś szczęknęło me-

talicznie  i  wyskoczyło  z  niej  połyskujące  ostrze.  To  był  język,  z  którego  zrozumieniem  nie 

miałem żadnego kłopotu,  i  to od paru dobrych lat. Niemal  się uśmiechnąłem. Nie ma  tu nad-

miaru sprawiedliwych,  chyba że lokalne prawa zezwalają używać broni wobec obcych w celu 

obrabowania ich. Teraz znałem mniej więcej zasady i mogłem już z typkami porozmawiać.

Prubl, prubl? - pisnąłem odskakując i podnosząc ręce w geście rozpaczy.

Prubl, drubl! - odwrzasnął i skoczył na mnie.

- Jak ci się to podoba za prubla? - spytałem go uprzejmie, kopiąc w nadgarstek.

Nóż poleciał  w mrok,  a on jęknął  z bólu. Jęk szybko zmienił  się w cichnący charkot, 

gdy  moja  dłoń  trafiła  go  w  szyję.  Do  tego  momentu  oczy  pozostałych  musiały  już  być 

zwrócone  na mnie,  więc odpaliłem wyciągniętą uprzednio zza  mankietu miniflarę  i  rzuciłem 

ją przed siebie,  zamykając jednocześnie mocno oczy. Zalała mnie fala gorąca, a gdy znów  ot-

background image

warłem powieki, widok przesłaniały mi czerwone koła. Było to i tak niewiele w porównaniu z 

tym, jakie wrażenie wywarł  ów  błysk na moich adwersarzach,  którzy chwilowo byli zupełnie 

ślepi. Dowodziły tego najrozmaitsze jęki i mamrotania. Żaden nie zwrócił  na mnie uwagi, gdy 

wszedłem  pomiędzy  nich,  rozdając  sprawiedliwie  po  kopniaku  w  najwrażliwsze  miejsce. 

Wszyscy  zaczęli  wrzeszczeć  i  latać  w  kółko,  dopóki  dwóch  się  nie  zderzyło,  co  za-

początkowało  z  kolei  niemiłosierną  młóckę,  gdyż  obaj  nie  żałowali  sił  w  przekonaniu,  że 

mają do czynienia ze mną. W tym czasie obejrzałem sobie ich pojazdy.

Były  dość  dziwne:  miały  tylko  dwa  koła  i  żadnego  żyra  do  stabilizacji,  pojedyncze 

siedzenie, na którym spoczywał kierowca i prowadząc pojazd, utrzymywał  go jednocześnie w 

równowadze.  Nie  wyglądały  zbyt  bezpiecznie  i  nie  miałem  najmniejszej  ochoty  uczyć  się 

nimi posługiwać.

Pozostawał  problem,  co  mam  zrobić  z  ich  właścicielami.  Nigdy  nie  zabijałem  bez 

potrzeby,  toteż  najprostsze  rozwiązanie  odpadało.  Jeśli  byli  kryminalistami,  a  wyglądali  na 

takich,  istniały minimalne szanse,  że zameldują jakimkolwiek władzom o tym,  co ich tu spot-

kało.

I wtedy  mnie  olśniło. Przecież  właśnie  tacy  jak oni  byli dla  mnie  idealnym  źródłem 

informacji,  to znaczy jeden tylko,  reszta była  w  tej sytuacji zbędna. Najlepiej nadawał  się ten 

pierwszy,  bo z  jego przetransportowaniem miałbym  najmniej kłopotów. Zaczynał  już  wracać 

do  przytomności,  o czym  świadczyły  różne  nieartykułowane  jęki,  lecz  rozduszona  pod jego 

nosem kapsułka  z gazem usypiającym położyła  kres tym  mamrotaniem. Przypiąłem  łańcuch, 

który  zwisał  mu  z  talii,  do mego  oporządzenia  i  objąwszy  faceta  przyjacielskim  uściskiem, 

włączyłem grawitator.

Zanim  przyszedł  do  siebie,  miałem  już  gotowe  wszystko,  co  niezbędne,  by  go pow-

itać.  Musiałem  go  porządnie  wytrzaskać  po  gębie,  żeby  doszedł  trochę  do  przytomności,  a 

efekt był  taki,  że  siadł  i  z jękiem  złapał  się za głowę. Ten gaz musiał  mieć  widocznie  jakieś 

uboczne działanie. Pamiętając jednak,  jak ładnie przywitał mnie nożem,  nie dałem się ponieść 

samarytańskim  instynktom. Nie trwało zresztą  długo,  zanim  zupełnie odzyskał  świadomość  i 

łypnął  dziko  na  mnie  i  na  urządzenia.  Potem  gwałtownie  podciągnął  pod  siebie  nogi  i  jak 

dziki skoczył  ku wyjściu. Natychmiast jednak zwalił  się z głuchym łoskotem na podłogę,  gdy 

związany na jego kolanach sznur, którego drugi koniec przymocowany był  do ściany,  podciął 

mu nogi.

background image

-  Koniec  zabawy,  zabieramy  się  do  roboty.  -  Osadziłem  go  niezbyt  delikatnie  na 

powrót pod ścianą i zapiąłem na jego przegubie drobiazg własnego pomysłu.

Wymyśliłem to i zrobiłem, gdy spał. Urządzenie było proste, ale skuteczne. Zawierało 

czujnik  z  odczytem  ciśnienia  i  ładunku  elektrostatycznego  skóry  oraz  jeszcze  parę  innych 

mierników  składających się na detektor kłamstwa,  a do tego nadajnik współdziałający z trzy-

manym przeze mnie w  dłoni odbiornikiem. Zawierało także otwarty obwód emitujący prąd o 

małym  natężeniu.  Nie  użyłbym  tych  metod,  dobrych  w  laboratorium  dla  zwierząt,  wobec 

człowieka,  ale byliśmy w  jego świecie  i  istotne były tu jedynie jego zasady,  a  na  dodatek nie 

miałem  czasu.  Kiedy  zaczął  wrzeszczeć  (a  byłem  pewien,  że  nie  są  to  pochwalne  hymny 

sławiące moją osobę),  nacisnąłem przycisk zamykając tym samym obwód. Kwiknął  i trzasnął 

w skałę (dobrze mu to wyszło, tyle muszę przyznać),  gdy prąd przeszedł  przez jego ciało. Nie 

był  to znów taki mocny prąd - sprawdziłem to wcześniej na sobie - lecz wystarczający, by nikt 

nie miał ochoty odczuwać go dobrowolnie.

- Zaczynamy! - stwierdziłem. - Ale najpierw pozwolisz, że się przygotuję.

Gapił  się  na mnie  w  ciszy,  gdy umieszczałem elektrody  na  skroniach i uruchamiałem 

urządzenie.

- Kluczem jest słowo... - przyjrzałem mu się uważnie - wstrętny. Teraz zaczynamy.

Obok  mnie  leżało  parę  dość  prostych  przedmiotów.  Wziąłem  pierwszy  z  brzegu  i 

trzymając przed sobą, powiedziałem głośno:

- Skała!

Po  czym  nastała  cisza.  Przerwałem  ją  naciśnięciem  guzika,  co  spowodowało  nowy 

podskok i przerażone spojrzenie.

- Skała - powtórzyłem głośno i cierpliwie.

Trochę czasu zajęło mu zrozumienie,  o co tu chodzi, lecz uczył  się szybko. Co prawda 

próbował  okłamywać,  ale  z  pomocą  detektora  i  elektrod  oduczyłem  go  tego  brzydkiego 

nawyku. W końcu doszedł  do wniosku,  że prościej  będzie mi  pomóc,  przy czym  wziął  to so-

bie  do serca tak dosłownie,  że  szybko wyczerpały  się  moje zapasy tutejszych przedmiotów. 

Przy  wydatnej  pomocy  memogramu  nowe  słowa  zostały  upakowane  w  mój  i  tak  już 

przeładowany mózg, który zaprotestował  dotkliwym bólem  głowy. Połknąłem pastylkę i zac-

ząłem drugi etap nauki - przyswajanie gramatyki i struktur.

Jak się nazywasz - pomyślałem i dodałem słowo-klucz wstrętny.

background image

- Jak...  nazwisko? -  spytałem  głośno,  dochodząc  jednocześnie  do wniosku,  że  jest  to 

faktycznie nader nieciekawy język.

- Slasher.

- Moje... Jim.

- Puść mnie. Nie zrobiłem ci nic, nie?

- Najpierw nauka... odejść potem. Teraz powiedz, jaki rok.

- Co, jaki rok?

- Jaki rok teraz, durniu?!

Coś z  pięć  minut  zajęło  powtarzanie  mu  tego  na  różne  sposoby,  zanim  sens  pytania 

przedarł  się przez kamienne  sklepienie jego  czaszki. Zaczynałem się już  pocić,  gdy w  końcu 

go olśniło.

- Aaaa, rok. Siedemdziesiąty piąty. Dziewiętnasty czerwca 1975.

Dokładnie w celu! Przez ten cały szmat wieków i całą tę odległość dotarłem dokładnie 

tam,  gdzie  chciałem. Postanowiłem  solennie  podziękować  Coypu przy pierwszej  okazji,  co - 

biorąc pod uwagę, że istniał tylko w mej pamięci - dało się zrobić natychmiast. Podbudowany 

duchowo tą nowiną zabrałem się do dalszej nauki. Do rana zużyłem trzy pastylki i byłem już 

w  stanie obejść  się bez memogramu. Mój  przymusowy wspólnik zapadł  w sen,  przemęczony 

wyraźnie  trudami  wielogodzinnej  sesji,  co  wykorzystałem,  by  wyłączyć  i  zdemontować 

łączącą nas aparaturę. Następnie wziąłem stymulanta i przygotowałem śniadanie.

Slasher obudził  się  prawie na czas posiłku,  ale  zjadł  dopiero wtedy,  gdy zobaczył,  że 

ja  pierwszy  jem. Nie  bardzo  mu się  dziwiłem,  bo racje  desantowe,  którymi  dysponowałem, 

nie  wzbudzały ani  specjalnego  zaufania,  ani  apetytu. W końcu  obaj czknęliśmy sobie  uczci-

wie,  a on,  po dokładnym obejrzeniu tego, co z mojego wyposażenia leżało na  wierzchu,  zde-

cydował się odezwać.

- Wiem, kto ty jesteś! - oświadczył z mocą.

- No to mi powiedz.

- Jesteś z Marsa!

- Co to Mars?

- Planeta, tu, blisko.

- Może i masz rację, ale to i tak nieważne. Pomożesz mi zdobyć forsę?

background image

- Mówiłem  ci,  że  jestem  na  warunku! Jak  mnie dupną,  to zapuszkują  mnie  bez gada-

nia!

- Nie łam  się! Trzymaj się mnie,  a nikt cię nie ruszy. Będziesz pływał  w  forsie. Masz 

jakąś przy sobie? Chcę zobaczyć, jak to wygląda.

- Nie! - zaprzeczył, macając się jednocześnie po wybrzuszeniu spodni.

Tak proste kłamstwa nauczyłem się rozszyfrowywać bez użycia techniki, toteż zamiast 

tracić  czas  na  dyskusje  zaoferowałem  mu  trochę  gazu  nasennego  i  ze  spokojem  prze-

trząsnąłem  kieszenie.  Ta,  po  której  się  macał,  była  prymitywnie  ukryta  wewnątrz  spodni  i 

zawierała zgniecione  kawałki brudnego i zatłuszczonego papieru z zielonym nadrukiem. Bez 

wątpienia to właśnie była owa forsa, której - jak twierdził - nie miał.

Przyjrzałem się jej i po paru chwilach śmiałem się  jak szalony. Ani  śladu fizycznych, 

chemicznych  czy  promieniotwórczych  identyfikatorów.  Zwykły  zadrukowany  papier  z 

wtopionymi nićmi  jakiegoś metalu,  nie stanowiący  żadnego  problemu  dla duplikatora. Gdy-

bym go miał... zaraz, zaraz,  a skąd niby wiem, że go nie mam? Pod koniec zrobili przecież ze 

mnie choinkę i wieszali wszystko, co było pod ręką. Pogrzebałem w stercie ekwipunku i zna-

lazłem przenośny model turystyczny. Co prawda - papieru z niego nie  byłem w  stanie wydo-

być,  ale  po kilkunastu próbach miałem odpowiedniej grubości i struktury folię,  która na pier-

wszy,  a  nawet  na  drugi  rzut  oka  niczym  nie  różniła  się  od  oryginału.  Największym  nomi-

nałem,  jaki  miał  Slasher,  była  dziesiątka,  toteż  skopiowałem  parę  razy  właśnie  ten  świstek. 

Efekt był  całkiem  zadowalający. Co prawda,  wszystkie banknoty miały ten sam numer,  ale  z 

własnego  doświadczenia wiedziałem,  że  ludzie  i  tak nie  oglądają  dokładnie  pieniędzy,  które 

dostają.

Tak oto nadszedł  historyczny moment mojej penetracji społeczeństwa tej prymitywnej 

planety  Ziemi  -  nazwa  zresztą  nie  była  do  końca  właściwa  i  miała  też  inne  znaczenia. 

Zabrałem wyposażenie,  które  mogło  przydać  się w  najbliższej przyszłości i  widząc  nieprzy-

tomnego  Slashera,  ruszyłem  w  dół,  ku  powierzchni  jeziora.  To,  co  zostało  w  grocie,  i  tak 

mogłem  zawsze  zabrać,  nie  lubiłem  jednak  się  przeciążać.  Mój  pasażer  chrapał,  aż  echo 

niosło,  co w połączeniu ze wzmożonymi obecnie odgłosami ruchu na drodze zmusiło mnie do 

schronienia się w lesie. Tam  też zakopałem co zbędne, oznaczając  to miejsce na wszelki wy-

padek kierunkowym nadajnikiem, i obudziłem Shlashera.

background image

-  Co...  czego?  -  wymamrotał,  gdy  zadziałało  antidotum.  Rozejrzał  się  zbaraniałym 

wzrokiem po otaczającym lesie.

- Zbieraj dupę w troki. Zjeżdżamy stąd! - poinformowałem go uprzejmie.

Jakoś udało mu  się  utrzymać  pion,  ale  po dwóch krokach wlazł  na  mnie  w  półprzy-

tomnej malignie. Cóż,  trzeba było uciec  się  do skuteczniejszych  metod. Podsunąłem  mu pod 

nos plik banknotów.

- Jak ci się to podoba?

Zaiste, skutek był magiczny. Oprzytomniał od razu.

- Aaa... ale mówiłeś, że nie masz waluty?

- Nie miałem, więc sobie zrobiłem - oświeciłem go. - Są dobre?

- A p...pewno,  nigdy nie widziałem lepszych. - Ocenił  okiem  zawodowca. - Tylko że 

mają ten sam numer. Poza tym prima zielki.

Był  to cały komentarz. Wychodziło na  to,  że znalazłem sobie idealnego kumpla  - bez 

wyobraźni  i  z  małą  ilością  skrupułów.  Sam  fakt,  że  miałem  forsę,  uspokoił  wszelkie  jego 

obawy co do mojej osoby, toteż idąc poboczem pogrążyliśmy się w gorącej dyskusji na temat, 

jak zwiększyć nasz zapas gotówki.

- Twoje ciuchy są fest,  ale z daleka. Musisz mieć coś ludzkiego do łażenia. Za tą górką 

jest sklep. Poczekasz tu sobie, a ja kupię,  co trza. I może skombinuję jakiś wózek, bo łażenie 

na piechtę to nie na moje zdrowie.

Jak powiedział, tak zrobił, ale po wózek poszliśmy razem. Oprócz sklepu była tu jakaś 

fabryczka  zasmradzająca  w  straszliwy  sposób  powietrze.  Jej  zaletą  natomiast  był  parking. 

Stało  tam  kilkanaście  różnobarwnych  pojazdów  na  gumowych  kołach.  Idąc  za  przykładem 

Slashera,  zgiąłem  się  wpół  i  ruszyłem  za  nim  pod  osłoną  masek.  Zatrzymaliśmy  się  przy 

maszynie o miłej sylwetce i buraczkowym kolorku. Mój towarzysz pomajstrował  trochę  przy 

jej drzwiach pogiętym drutem, potem to samo zrobił z maską wozu. Otworzył  oba otwory i aż 

gwizdnął  z zachwytu. Na mój skromny gust nie było się z  czego aż tak cieszyć - prymitywny 

silnik spalinowy i tyle - ale on był  innego zdania,  co wytłumaczył  mi podczas łączenia kabli, 

którą to czynność nazywał braniem na styk.

- Nowy  model  z  turbosprężarką. Prawie  nówka.  Ma  pewnie  ze  trzy setki  koni.  Właź 

szybko do środka i spieprzamy, zanim ktoś się do nas doczepi.

background image

Lekko oszołomiony  wlazłem,  gdzie  kazał.  Z  wcześniejszej  rozmowy wiedziałem,  że 

koń to dość duży czworonóg, a tutaj miejsca pod maską było dość mało. Jedynym  wytłumac-

zeniem,  jakie  przychodziło mi  do głowy,  była miniaturyzacja  zwierząt,  ale  nie wyglądało mi 

to na rozwiązanie sensowne. W każdym razie pojazd był  szybki. Slasher przekładał  co chwila 

jakąś dźwignię  w  podłodze,  dusił  pedały i  kręcił  sporym  kołem,  co w  efekcie wyprowadziło 

nas  na  główną  drogę,  i  to  bez  niezdrowej  aktywności  za  plecami.  Bardzo  uważnie  obser-

wowałem, co robi i jak mu się to udaje,  że cały czas jedzie gdzie chce, nie przestałem jednak 

zasięgać informacji w najistotniejszej obecnie kwestii.

- Słuchaj no, gdzie tu trzymają jakąś większą forsę? Wiesz,  jakieś takie zamknięcie ze 

strażnikami.

- Chodzi ci o bank? Takie z mocnymi ścianami,  potężnymi sejfami i kupą strażników 

dookoła i w środku. Jeden taki jest w każdym większym miasteczku.

- A im większe miasto, tym większy bank?

- Pewno.

- No to jedziemy do najbliższego dużego miasta i szukamy największego banku w ok-

olicy. Potrzebuję dużo forsy,  i to z dużym  przyspieszeniem. Tak zatem,  jak sądzę,  musimy to 

zrobić jeszcze tej nocy.

- Świrujesz?  - Slasher  był  najwyraźniej  wstrząśnięty. - Oni tam mają  najnowsze  sys-

temy alarmowe.

- Mam gdzieś ich technikę z epoki króla Ćwieczka. Znajdź mi miasto z bankiem i coś 

do żarcia. Całą resztę biorę na siebie. Mogę ci tylko powiedzieć, że jeszcze dziś w nocy sta-

niemy się bardzo bogaci. 

5

Prawdę mówiąc,  nigdy  nie obrabowałem  banku z większą  łatwością. Budynek,  który 

wybrałem,  leżał  w  samym  środku  miasta  o  uroczyście  brzmiącej  nazwie  Hartford.  Wznie-

siono go z szarego kamienia, a wszystkie okna miały imponującej grubości kraty. Drzwi  były 

podobnie zaopatrzone. Dla równowagi jednak dwie boczne ściany były wspólne z  sąsiednimi 

budowlami. Szczury mają to do siebie, że raczej rzadko wchodzą przez główne wejście.

background image

Był  wczesny  wieczór,  gdy  zaczęliśmy.  Slashera  doprowadziło  to  do  rozstroju  ner-

wowego, mimo że wchłonął przedtem dużą ilość niskoprocentowego napoju alkoholowego.

- Po cholerę się spieszyć? - argumentował. - Za dużo wiary łazi po ulicach.

- Właśnie tak  jest dobrze.  Nikt  nie zwróci  uwagi  na dwóch więcej. Teraz zaparkuj za 

rogiem i przynieś torby!

Swoje  narzędzia  miałem  w  gustownej  walizeczce,  Slasher  zaś  taszczył  torby  na 

gotówkę.

Budowla na lewo od banku wyglądała  na ciemną i opuszczoną,  toteż tam właśnie ski-

erowałem  swoje  kroki.  Drzwi  zewnętrzne  były,  rzecz  jasna,  zamknięte,  co  przy  tego  typu 

zamku  (sprawdziłem  go  za  dnia),  nie  stanowiło  żadnego  problemu.  Wystarczył  zagłuszacz 

alarmu  w  lewej  dłoni  i  wytrych  w  prawej. Otworzyłem  je  tak  łatwo,  że  Slasher  nie  musiał 

nawet zwalniać kroku. Żywa dusza na ulicy nie zwróciła na nas uwagi. Za tymi drzwiami był 

szeroki  korytarz  wiodący  przez  cały  budynek.  Po  przejściu  przez  pół  tuzina  drzwi  (równie 

łatwo jak przez pierwsze) doszliśmy do biura na samym końcu, przy murze.

- Ten pokój sąsiadować powinien z bankiem i właśnie zamierzam to sprawdzić - poin-

formowałem wspólnika.

Pogwizdując  zabrałem  się  do roboty. W tym  świecie  był  to  mój  debiut  i  nie  zamier-

załem  zamienić go w  benefis. Tym  bardziej że  obrabowanie  banku jest najbardziej  satysfak-

cjonującym  zjawiskiem  tak  dla  osoby  bezpośrednio  zainteresowanej,  jak  i  dla  ogółu  śro-

dowiska. Ten,  kto wykonuje robotę, dostaje gotówkę; społeczeństwo zaś ma w udziale zysk z 

puszczania jej na rynek, co z kolei polepsza stan ekonomii,  dostarcza rozrywki i ogólnie  oży-

wia koniunkturę. A policja ma przynajmniej okazję  wykazać swą wartość (najczęściej bardzo 

niską).  Jednym słowem,  pożytek dla  wszystkich.  No i  nikt  przy tej  okazji  niczego  nie  traci, 

gdyż  bank jest  ubezpieczony,  a firma  ubezpieczeniowa operuje takimi  kwotami,  że  i  tak od-

bije sobie stratę prawie w  całości. W najgorszym wypadku dywidendy wypłacone pod koniec 

roku będą  nieco mniejsze. Zaiste,  niewiele to za  tyle  korzyści. Praktycznie występowałem w 

roli  dobroczyńcy  społeczeństwa,  gdy  sprawdzałem  sonarem  ścianę.  Wykazał  dużą  pustą 

przestrzeń po drugiej stronie. Zmysł lokalizacyjny mnie nie zawiódł.

W samej ścianie była kupa różnych kabli i rur - częściowo użytkowych,  częściowo na 

pewno alarmowych. Oznaczyłem na murze ich  przebieg i  okazało się,  że  nie cała ściana jest 

background image

nimi  wypełniona,  co  było  zresztą  sprzeczne  z  zasadami  budownictwa  komunalnego.  Wy-

brałem najporęczniejszą wolną przestrzeń i wskazałem ją Slasherowi.

- Tedy wejdziemy!

- Jak chcesz wejść przez ścianę? - Najwyraźniej był  typowym gościem żywiącym mi-

eszane uczucia: radość na myśl o gotówce i panika wobec perspektywy złapania.

-  Nikt  nie  zamierza,  przez  nią  włazić,  ofiaro  -  oświadczyłem  z  masserem  w  ręce.  - 

Przekonamy ją, by sama się przed nami otworzyła.

Nie miał  oczywiście pojęcia, o czym mówię,  ale wygląd massera musiał  go przekonać. 

Nastawiłem  urządzenie  na  rozszerzanie  wiązań  międzycząsteczkowych  i  przejechałem  nim 

wzdłuż wybranego kawałka ściany. Po czym spokojnie wyłączyłem i schowałem maszynkę.

- Gówno, nic się nie stało! - skomentował.

-  No  to  teraz  się  stanie  -  mówiąc  to  nadusiłem  centralny  punkt  tak  spreparowanego 

muru.

Z cichym świstem ściana sypnęła się w dół zmieniając się w szary, nieszkodliwy pył.

Zaglądaliśmy do rzęsiście oświetlonego wnętrza banku. Od strony ulicy zasłaniały nas 

przezornie wysokie lady, za którymi normalnie siedzieli urzędnicy.

Byłem zresztą wdzięczny tutejszym budowniczym za ich staromodne przyzwyczajenia 

i umieszczenie sejfów  w piwnicy. Poniżej poziomu ziemi  byliśmy całkowicie osłonięci przed 

natrętami z zewnątrz  i nie musieliśmy już nigdzie łazić na czworakach. Na drodze stały tylko 

stalowe  drzwi  i  kraty  o  tak  prostych  zamkach,  że  aż  wstyd  wspominać.  Drzwi  skarbca  wy-

glądały co prawda bardziej imponująco, lecz zamek miały najprymitywniejszy ze wszystkich.

- Zobacz no - poinformowałem radośnie  Slashera. - Tu jest zamek czasowy,  który ma 

je otworzyć automatycznie o którejś tam godzinie rano.

- Wiem - odparł załamany. - Spieprzajmy stąd w podskokach, zanim alarm się...

Zanim zdążył  dobiec do schodów, podstawiłem mu zgrabnie nogę i przytrzymawszy w 

pozycji horyzontalnej, wyjaśniłem spokojnie, o co chodzi.

- To jest  właśnie to,  czego oczekują od nas ci,  którzy go zainstalowali,  ty  półgłówku. 

Tymczasem wszystko, co my musimy zrobić, to przekonać zegar, że jest już rano.

-  Nie  da  się!  On  jest  ukryty za  paroma  calami  stali! Skąd  mógł  biedak wiedzieć,  że 

zwyczajny  manipulator  używany przez każdego technika  może przenikać  przez  grubsze  ści-

background image

any. Kiedy przekręciłem mechanizm,  drzwi otworzyły się z lekkim poświstywaniem,  a oczka 

mojego wspólnika omal nie wyszły z orbit.

- Dawaj torby - zarządziłem wchodząc do sejfu.

Pogwizdując  radośnie,  napełniliśmy  je  paczkami  banknotów,  które  opatrzone  były 

jeszcze  banderolami.  Slasher  okazał  się  szybszy,  toteż  kończyłem  załadunek  przy  akom-

paniamencie jego niecenzuralnego mamrotania o mojej powolności.

- I  po  co te  nerwy? - spytałem,  zamykając walizeczkę  z  narzędziami. - Na  wszystko 

jest czas, jeśli tylko robi się to prawidłowo.

Właśnie  kończyłem  sprzątać  po  sobie,  gdy  wskaźnik  alarmu  podskoczył  i  stanął  w 

połowie  skali.  Ciekawostka  przyrodnicza! Sprawdziłem  urządzenie  i  rozejrzałem  się  po sali. 

Slasher  stał  przy  przeciwległej  ścianie  i  zaglądał  do  jednego  z  ustawionych  pod  nią  meta-

lowych pudeł.

- Cóż tam robisz? - spytałem go najcieplej, jak tylko umiałem.

- Zapuszczam żurawia, czy nie ma w depozytach jakichś świecidełek do zabrania.

- Aha. A czy nie wydaje ci się, że powinieneś najpierw spytać, czy możesz to zrobić?

- Sam to umiem! - warknął.

Zgadza się. Tyle tylko, palancie, że ja zrobiłbym to bez uruchamiania cichego alarmu 

na najbliższym posterunku - stwierdziłem wściekle. - Co ty, kretynie, właśnie zrobiłeś!

Jego  twarz  przybrała  niezdrowy,  szary  odcień,  a  ręce  zatrzęsły  się  tak,  że  wypuścił 

kasetę,  która  z  hukiem  wystrzału  spadła  na  betonową  podłogę. Na  ten  dźwięk  podskoczył  i 

pochylił się, by ją zabrać.

-  Zidiociały  kretyn!  -  warknąłem,  kopiąc  go  zdrowo  w  ochoczo  wystawiony  cel.  - 

Bierz bambetle i spierdalaj do wozu. Zapuść silnik. Zaraz tam będę.

Ruszył  po  trzy stopnie,  uskrzydlony  najwyraźniej  myślą  o  zbliżających  się  glinach. 

Podążyłem  za  nim,  tyle  że  stateczniej,  zamykając,  co  tylko  się  dało  zamknąć,  aby  utrudnić 

życie  policji.  Zauważą  oczywiście,  że  ktoś  się  włamał,  ale  zanim  sprowadzą  szefa,  by  ot-

worzył  skarbiec,  będziemy  już  daleko,  a  do  tego  czasu  głowić  się  będą,  czy  doszło  do  ra-

bunku.

Ale gdy wyszedłem na górę,  usłyszałem pisk opon,  a przez okazałe okno zobaczyłem 

hamujący patrolowiec. Faktycznie  byli  dobrzy.  Niebywałe  zjawisko,  jak  na  tak  prymitywne 

społeczeństwo. Albo  właśnie  normalne,  to  mogła  być  prawidłowość  -  tu  przestępstwo  było 

background image

chlebem  powszednim,  a  nie  rzadkością,  jak  w  moich  czasach.  Obojętnie  jednak,  jaka  była 

tego  przyczyna,  nie  traciłem  już  czasu  na  filozofowanie.  Gdy  przełaziłem  przez  dziurę, 

usłyszałem chrobot  kluczy w  zewnętrznych drzwiach. Oni weszli,  ja wyszedłem. Jedno krót-

kie  spojrzenie  na  ulicę  upewniło  mnie,  że  wszyscy  nowo przybyli  weszli  do  banku,  a  przy 

drzwiach zgromadziło się  tętniące aplauzem i  nieustannie  rosnące zbiegowisko. Zaiste,  było 

to nader miłe z ich strony. Mając ich plecy,  zwrócone w  moją stronę,  za jedynych świadków, 

zamknąłem drzwi i statecznym krokiem podążyłem za najbliższy narożnik.

Mój  idiota  miał  rzeczywiście  niezły  szwung  w  nogach.  Może  zresztą  doszedł  do 

wniosku, że lepiej  mieć całą forsę, a nie forsę i gliny na karku,  gdy bowiem przy akompania-

mencie  policyjnych  gwizdków  (te  neolityczne  gliny  były  faktycznie  szybkie)  dopadłem 

zakrętu, oczom moim ukazała się pusta ulica.

Slasher  zdecydował  najwyraźniej,  że  dość  już się  napracował  jak  na  jeden wieczór,  i 

zostawił mnie sam na sam z miejscowymi stróżami ładu i porządku publicznego. 

6

Nie  twierdzę,  żebym  był  stworzony  z  czegoś  twardszego  niż  reszta  ludzkości.  Jed-

nakże  sytuacja,  w  jakiej  się  znajdowałem  -  trzydzieści  dwa  tysiące  lat  w  przeszłości,  z 

ładunkiem  skradzionej  gotówki pod pachą i  policją depczącą  mi po piętach - mogła  każdego 

doprowadzić do lekkiej paniki. Tylko fakt,  że była to raczej znana mi sytuacja (z mojej włas-

nej  przeszłości,  naturalnie)  utrzymywał  mnie  na  chodzie  i  nie  pozwalał  rozbiec  się  moim 

myślom.

Za  parę  sekund  zza  rogu  wypadnie  pościg,  a  radio  już  w  tej  chwili  trzeszczało  bez 

wątpienia  od  poleceń,  żeby  odciąć  mi  drogę  ucieczki.  Uratować  mogła  mnie  tylko  moja 

własna głowa. Trzeba jej zresztą oddać,  że robiła,  co mogła. Zanim jeszcze przeszedłem pięć 

kroków, mój plan był opracowany do ostatniego szczegółu, przepisany na czysto i przekazany 

do realizacji.

Pierwszą rzeczą było zniknąć z tej ulicy. Wpadłem do najbliższej bramy,  w  dziurkę od 

klucza wpakowałem ładunek i odsunąłem się. Z hukiem wyleciała i futryna,  i zamek. Gwizdy 

i chrapliwe wrzaski  za plecami upewniły mnie,  że wyczyn ten nie  spotkał  się z aplauzem  ści-

gających. Za drzwiami był dość długi korytarz. Stałem właśnie na jego drugim końcu, gdy zza 

background image

zdemolowanych  drzwi  wyjrzały  twarze  dwóch  niezbyt  pewnych  siebie  gliniarzy.  Uniosłem 

ręce do góry.

-  Nie  strzelać!  -  wrzasnąłem.  -  Poddaję  się!  To  wszystko  przez  złe  towarzystwo,  w 

jakie wpadł jedyny syn mojego ojca!

-  Nie  ruszaj  się,  albo  cię  podziurawimy  -  warknął  uszczęśliwionym  głosem  jeden  z 

nich, świecąc mi latarką po oczach.

Nie ruszyłem się. Stałem sobie spokojnie z podniesionymi rękami w  chwili, gdy świ-

atło zatańczyło na ścianie i rozległ  się przyjemny dla ucha łoskot dwóch padających ciał. Nie 

było w tym nic dziwnego. W korytarzu było więcej gazu usypiającego niż powietrza.

Oddychając  przez  umieszczone  w  nozdrzach  filtry,  stałem  się  teraz  tytanem  pracy. 

Najszybciej jak mogłem odarłem z mundurka gliniarza, który podobny był  nieco sylwetką do 

mnie,  i  naciągnąłem  pospiesznie  ten  łach  na  moje  ubranie. Potem  pozbierałem  jeszcze  jego 

broń i moje rzeczy i ruszyłem ku wyjściu.

Zza uchylonych  okien  wyglądali  mieszkańcy  -  po  części  przestraszeni,  po  części 

zbulwersowani  zaistniałą  sytuacją.  Przy  narożniku  natrafiłem  na  następny  wóz  policyjny, 

czego  zresztą  się  spodziewałem,  zwykle  bowiem  w  wypadku  napadu  na  bank  liczba  po-

trolowców w takiej okolicy gwałtownie wzrasta.

-  Mam  forsę  -  poinformowałem  postać  za  kierownicą.  -  Odnoszę  ją  do banku.  Zag-

naliśmy ich w ślepy zaułek. Za tymi drzwiami. Idźcie tam i pomóżcie.

Zachęta  była  zbędna,  gdyż  gość  wyrwał  jak  dźgnięty  ostrogą.  Przy  kilkuosobowym 

audytorium wrzuciłem bagaże na przednie siedzenie i wlazłem za kierownicę.

- Skończyły się żarty,  zaczęły się schody - mruknąłem, gapiąc się na nie znaną mi apa-

raturę.

Ilość tego drobiazgu była wystarczająca,  by zapełnić  średniej klasy planetolot. Na do-

datek ich przeznaczenie  nie było mi znane. Zaczynałem się pocić. Potem  jednak dostrzegłem 

małą  dziurkę,  jakby  stworzoną  dla  klucza,  i  przypomniałem  sobie,  że  Slasher  mówił  coś  o 

uruchomieniu  wozu  bez  kluczyka.  Syreny  wyły  ze  wszystkich  stron,  podczas  gdy  ja 

gorączkowo przetrząsałem wszystkie kieszenie mojego nowego przyodziewku.

Klucze! I  to cały pęk.  Klnąc  na  czym świat  stoi,  wypróbowałem  je  po kolei,  dopóki 

nie  dotarło  do  mnie,  że  są  zbyt  duże  jak  na  ten  otworek.  Na  zewnątrz  jacyś  gapie  zainter-

esowali się już moimi posunięciami i przysuwali się właśnie bliżej.

background image

- Do tyłu! - ryknąłem i dla dodania powagi moim słowom wyciągnąłem broń z kabury.

Najwidoczniej  była  nie  zabezpieczona,  a  ja  nadusiłem  nie  to,  co  trzeba.  Huknęło 

straszliwie,  a  urządzenie,  które  to  sprawiło,  wyleciało  mi  z  dłoni  wytwarzając  przy  okazji 

chmurę  dymu.  Coś  jakby  metalowy  pocisk  przebiło  dach  i  poczułem  się,  ogólnie  mówiąc, 

głupio. Jedynym  pożytkiem  był  fakt,  że  widownię  wymiotło  i  to błyskawicznie. Wraz  z  ich 

pospiesznym  odwrotem  zbliżył  się  do mnie,  równie  skwapliwie,  inny wóz. Miałem  niejasne 

wrażenie, że sprawy toczą się nie tak, jak powinny.

Klnąc  pod  nosem,  rzuciłem  się  na  poszukiwania.  Gdzieś tu  muszą  być  w  końcu  te 

cholerne  klucze! Policyjny  samochód zatrzymał  się tuż  za  mną  i  usłyszałem  trzask  otwiera-

nych drzwiczek. W tym właśnie momencie moją uwagę przykuł  lekki błysk stali w  skrytce na 

drzwiach. Para kluczyków,  z których jeden pasował idealnie do otworu w tablicy rozdzielczej. 

Stało się to właśnie wtedy, gdy dwóch kolejnych przedstawicieli prawa zbliżało się już do obu 

burt mojego wozu.

- Co tu się dzieje?! - krzyknął  najbliższy, gdy przekręciłem znaleziony kluczyk i silnik 

zaskoczył z rykiem.

- Kłopoty! - odwrzasnąłem, walcząc z wystającą z podłogi dźwignią.

- Wyłaź! - odparł, wyciągając broń.

-  Sprawa  życia i  śmierci!  -  krzyknąłem  załamującym  się  głosem  i  wdusiłem  jeden  z 

wystających z podłogi pedałów tak, jak robił to Slasher.

Silnik ryknął,  opony pisnęły  i  wóz  ruszył. Tyle  że w  niewłaściwą  stronę,  bo do tyłu. 

Nastąpił  głośny trzask i brzęk tłuczonego szkła. Złapałem za  dźwignię. Jeden z gliniarzy po-

jawił  się  przed wozem,  ale  odskoczył  błyskawicznie,  gdy znalazłem  właściwą  kombinację  i 

wóz  ruszył  z  rykiem  prosto  na  niego.  Przed  maską  rozpościerała  się  teraz  gładka  i  pusta 

przestrzeń, toteż ruszyłem w drogę.

W drogę, lecz z glinami na ogonie. Zanim skręciłem za róg, ruszył  za mną ten tak nie-

uprzejmie potraktowany przed chwilą  wóz.  Na  jego dachu migotały  kolorowe  światełka,  sy-

rena wyła,  aż uszy bolały. Jedną ręką  usiłowałem utrzymać kierownicę tak, by jechało toto w 

miarę  prosto,  drugą  zaś  wduszałem  różne  przyciski  i  przesuwałem  dźwigienki.  Dawało  to 

efekty różnorodne,  acz nie zawsze  zamierzone. Ot,  coś spryskało mi przednią szybę, coś zac-

zęło grać, aż w końcu miałem moje własne światła i syrenę na pełnych obrotach.

background image

Rwaliśmy  tak  przed  siebie  w  duecie  i  zaczęło  mi  się  wydawać,  że  nie  jest  to 

najwłaściwszy sposób ucieczki. Gliniarze znali miasto,  a ja nie; mieli radio, ja wprawdzie też, 

ale zupełnie bezużyteczne. Oni zaś z pewnością zorganizowali  na  mojej  drodze jakiś komitet 

powitalny czy inną miłą niespodziankę.

Ledwo  to ostatnie do mnie dotarło,  skręciłem  gwałtownie  w  najbliższą przecznicę.  Z 

uwagi na to,  że jechałem ciut szybciej,  niż powinienem, odbyło się to przy akompaniamencie 

pisku opon i szorowania blachą po murze,  ale w końcu znalazłem się,  gdzie chciałem. Pościg 

zwolnił, nie mieli widocznie takiego zacięcia dramatycznego jak ja. Nadal trzymali się jednak 

za mną,  wzięli nawet jeszcze jeden zakręt. Oba były w prawo i teraz, w ten oto prosty sposób, 

wracałem tam, skąd przybyłem, czyli na scenę zbrodni.

Było  to  zresztą  najbezpieczniejsze  wyjście.  Ledwie  migając  światłami  i  wyjąc  jak 

potępieniec,  wpadłem w ulicę przed bankiem,  zniknąłem w młynie,  na który składało się coś z 

pół  tuzina  podobnych  wozów,  kręcących  się  w  kółko  i  nieustannie  blokujących  sobie  wza-

jemnie drogę.

Robiłem,  co  mogłem,  by  uatrakcyjnić  to  widowisko,  które  i  tak  miało  swój  urok, 

dzięki pikantnym wiązankom i malowniczemu wygrażaniu pięściami. Szczerze żałowałem, że 

w  momencie największego bałaganu musiałem wycofać się cichcem za najbliższy róg. Tu,  w 

spokoju sprawdziłem,  czy rzeczywiście  jestem sam,  wyłączyłem efekty specjalne  i  ruszyłem 

statecznie ulicą, szukając szczęścia.

Nie  zamierzałem  tak  naprawdę  uciekać  wozem  policyjnym,  to  byłby  najgłupszy  z 

moich pomysłów,  toteż wypatrywałem okazji,  by pozbyć się samochodu i dostać się do jakiejś 

prawdziwej  oazy  spokoju.  Oazy  luksusowej.  Nigdy  nie  lubiłem  robić  rzeczy połowicznie. 

Niezbyt  daleko  znalazłem  nawet  takie  miejsce,  zalane  powodzią  świateł  i  reklam.  Hotel, 

sadząc  po  wyglądzie,  należał  do  najlepszych.  Inaczej  mówiąc,  miejsce,  w  którym  nikt  nie 

powinien mnie szukać. Taką przynajmniej miałem nadzieję.

Skręciłem  w  boczną uliczkę,  zaparkowałem wóz,  zdjąłem  uniform i  złapawszy torby, 

ruszyłem  ku  wyjściu.  Nie  zapomniałem  przedtem,  rzecz  jasna,  upchnąć  jednej  garści  bank-

notów  w  kieszeni.  Gdy  znajdą  wóz,  powinni  wpaść  na  genialny  pomysł,  że  zmieniłem  po-

jazdy i automatycznie objąć poszukiwaniami większy obszar.

- Hej, ty! - wrzasnąłem  na  umundurowanego faceta  sterczącego przy drzwiach. - Weź 

bagaże.

background image

Mój ton był  obraźliwy, a maniery chamskie,  toteż powinien dać mi chociaż w pysk lub 

wręcz zignorować. Zapobiegłem temu,  wsuwając mu w łapę  papier o sporym nominale. Rzut 

oka na liczbę wystarczał,  by facet porzucił  wszelkie złe myśli i z obleśnym uśmiechem złapał 

obie moje walizy. Mając go za plecami, wkroczyłem do środka.

Ciemne  drewno,  puszyste  dywany,  dyskretne  oświetlenie,  piękne  kobiety  w 

towarzystwie  brzuchatych  facetów  -  bez  wątpienia  było  to  właściwe  dla  mnie  miejsce.  Co 

prawda,  na  widok  mojego  przyodziewku  parę  osób  uniosło  w  zdumieniu  brwi,  ale  zig-

norowałem  to  i  podążyłem  zdecydowanie  ku  recepcji.  Stojący  tam  siwowłosy  jegomość 

spojrzał  na  mnie  sponad  patrycjuszowskiego  nosa  i  fizycznie  poczułem,  jak  rośnie  w  nim 

odraza  wobec  mojej  osoby.  Rzuciłem  na  ladę  zwitek  banknotów  i  poinformowałem  go 

chłodno:

- Masz szczęście spotkać bogatego, ale ekscentrycznego milionera. To dla ciebie.

Gotówka zniknęła szybciej, niż zdążyła się pojawić.

- Właśnie wróciłem z dziczy i chcę tu dostać najlepszy pokój, jaki macie.

- Coś dałoby się zrobić, ale wolny jest tylko Apartament Królewski, a jego cena...

-  Nie  zawracaj  sobie  głowy  drobiazgami.  Weź  to  i  daj  mi  znać,  jak zabraknie  na  ra-

chunek.

-  Jak  pan  sobie  życzy.  Gdyby  był  pan  jeszcze  tak  uprzejmy  i  podał  mi  swoje  naz-

wisko...

- A ty jak się nazywasz?

- Ja? Roscoe Amberdexter.

- Co za  zbieg okoliczności! To także moje  nazwisko, ale możesz  się do mnie  zwracać 

sir. Musi tu być dość popularne. W każdym razie możesz się za mnie podpisać, skoro obaj tak 

samo się nazywamy... - Przysunąłem się do niego i szepnąłem: - Nie chcę, żeby ktoś wiedział, 

że  tu  jestem. Ledwie  się  gdzieś zatrzymam,  już mam  na  karku  kupę ludzi.  Jakby  właściciel 

chciał dalszych informacji, przyślij go do mnie.

Zamiast  informacji  dam  mu i  tak tylko gotówkę  -  pomyślałem  -  ale  nie sądzę,  żeby 

robiło mu to jakąś różnicę.

Z  całą  kurtuazją  zostałem  doprowadzony do  pomieszczenia,  poinformowany dokład-

nie,  co  i  jak  się  wdusza  i  włącza.  Cały  sztab  fagasów  pootwierał  przede  mną  wszelkie 

możliwe  drzwi,  zamówił  zapasy  spożywcze  i  opuścił  lokal  z  zadowolonymi  minami  i 

background image

pęczniejącymi kieszeniami. Gdy zostałem wreszcie sam, włożyłem największą torbę do szafy, 

otworzyłem mniejszą i zamarłem.

Igła detektora pola energii czasowej wskazywała trzy czwarte mocy i skierowana była 

na mur, w którym wbudowane było okno. 

7

Zatrzęsło mną,  gdy  kładłem  detektor  na  podłodze.  Siła  pola  wynosiła  117,56,  czego 

nie  omieszkałem zanotować,  po czym patrząc  wzdłuż osi wyznaczonej  przez  igłę,  zbliżyłem 

się  do  okna i  zaznaczyłem  na  jego ramie  kobylaste  X.  Następnie  sprawdziłem wszystko raz 

jeszcze. W czasie tego drugiego testu igła zaczęła się wahać, po czym spadła do zera.

Ale to były detale. Najważniejsze, że  ich miałem. Operowali z tego miejsca  i czasu,  a 

skoro użyli  generatora  raz,  to  użyją  go  ponownie. Tylko że  wtedy  będę  już  na  nich  czekał. 

Pierwszy raz od chwili pojawienia się w  tym zapomnianym przez Boga i  cywilizację świecie 

poczułem  nikły promyk  nadziei  ogrzewający  mnie  od  środka.  Z  tym  też  uczuciem  wziąłem 

prysznic i tabletkę, po czym udałem się na dobrze zasłużony odpoczynek.

Obudziłem  się  z  odczuciem  bliższej  i  dokładniejszej,  niż  przed  zaśnięciem, 

przynależności do gatunku ludzkiego. W sąsiednim pokoju zgromadzona  została  dość  intere-

sująca  kolekcja  butelek,  toteż  z  napełnioną  szklanką  zasiadłem  przed  srebrnym  ekranem 

urządzenia  zwanego  tu  telewizorem.  Domyślałem  się  już  od  dawna,  że  moja  znajomość 

tubylczego języka jest  dość  niepewna,  i  miałem  szczery  zamiar posłuchać  kogoś,  kto władał 

jego doskonalszą i pełniejszą postacią.

Było  to  jednak  dość  trudnym  zadaniem.  W oglądanym  przeze  mnie  programie  bra-

kowało podziału na kanały edukacyjne i rozrywkowe.

Znalazłem  jakąś  sztukę  historyczną,  w  której  bohaterowie  nosili  szerokoskrzydłe 

kapelusze  i  poruszali  się  konno,  ale  cały  ich  słownik  nie  przekraczał  stu  słów,  a  i  tak 

większość z tych inteligentów została zastrzelona,  zanim zrozumiałem,  o co im chodzi. Broń 

grała  zresztą  dość  istotną  rolę  w  większości tutejszych dramatów,  które  obejrzałem,  choć  w 

wielu  wypadkach  doprawione  to  było  jeszcze  sadyzmem  i  innymi  zboczeniami.  Najroz-

maitsze mordy zajmowały ludziom tyle czasu,  że jedynym przejawem innych uczuć był  prze-

lotny pocałunek.

background image

Na dodatek akcja była dość trudna do śledzenia,  gdyż co chwila przerywano ją krzyk-

liwymi  reklamami  różnych  dóbr  konsumpcyjnych.  Po  pięciu  godzinach  takiej  mieszanki, 

która doprowadziła do minimalnego zwiększenia mojej znajomości języka, wyłączyłem pudło 

zniechęcony  i  udałem  się  do  kąpieli  w  osobnym  pomieszczeniu,  wypełnionym  eksponatami 

muzealnymi ilustrującymi historię kanalizacji.

Następnie  spora  gromadka  służby  hotelowej  została  rozpędzona  po sklepach  (z  dużą 

ilością gotówki,  rzecz  jasna) i moje szafy zapełniły się zestawem potrzebnych ubrań i  drobi-

azgów wraz z odpowiednimi torbami do ich przewozu. Jako dodatek specjalny zafundowałem 

sobie  komplet  map,  urządzenie  zwane  kompasem  magnetycznym  i  podręcznik  z  zasadami 

nawigacji. Wyznaczenie  kierunku,  obliczenie odległości  i  przeniesienie  tego  wszystkiego  na 

mapę okolicy było już dość łatwym zadaniem. Gdy uporałem się  z tym  po dwóch godzinach, 

znałem  już  mój cel: dużą  aglomerację  miejską,  bardzo dużą,  prawdę mówiąc,  największą  na 

całej mapie.

Nazywali ją tutaj Nowy Jork. Co prawda,  nigdzie nie  znalazłem Starego Jorku,  ale  to 

już mnie nie obchodziło. Wiedziałem, gdzie muszę się udać.

Opuszczenie hotelu porównywalne było tylko z abdykacją monarchy i  w  żadnym wy-

padku nie miało nic wspólnego ze zwykłym zwolnieniem pokoju przez klienta. Wynajęty wóz 

zawiózł  mnie  i  stertę  bagaży  na  lotnisko,  gdzie  uświadomiłem  sobie,  doznając  przy  tym 

niemiłego  szoku,  że  tutejsze  władze  -  w  przeciwieństwie  do  mnie  -  nie  zapomniały  o  nie-

dawnym obrobieniu banku.

- Otwórz no to! - polecił urzędas w uniformie.

- Zapomnieliście dodać  ”proszę pana” - zwróciłem mu słodko uwagę,  zauważając,  że 

tej samej procedurze poddawani są wszyscy wyjeżdżający. - A mogę spytać, czego szukacie?

- Pieniędzy - odparł już uprzejmiej. - Był skok na bank.

- Obawiam się, nie mam ze sobą zbyt dużej kwoty - stwierdziłem,  tuląc do siebie torbę 

z gotówką.

-  Te  są  w  porządku  -  sapnął  kończąc  przegląd  moich  waliz.  -  Zobaczymy  jeszcze 

ostatnią.

- Nie tutaj, jeśli pan łaskaw. Jestem urzędnikiem rządowym, w tej torbie są ściśle tajne 

papiery! - To był  tekst zerżnięty żywcem z jednego z tych kretyńskich programów TV,  ale po-

skutkował.

background image

- Chodźmy do biura - zgodził  się  wskazując drogę. W biurze wyglądał  przez  moment 

na  zaskoczonego,  gdy  zamiast  dokumentów  podsunąłem  mu  pod  nos  granat  z  gazem 

usypiającym, ale to był  naprawdę tylko moment. Zaraz potem ułożył  się miękko na  ziemi. W 

pomieszczeniu  były całe  masy akt i  innych  formularzy tak drogich sercu  każdego  urzędasa. 

Zrobiłem mu z nich jak najwygodniejsze posłanie. Dopóki go nie znajdą,  ja będę miał  święty 

spokój i czas na dotarcie do Nowego Jorku. Poza tym nawet gdy znajdą,  to i tak będą musieli 

go jeszcze obudzić, a w tym świecie nie mieli antidotum na mój gaz.

Lot  był  nużący,  nudny i  odbywał  się  w  nieustannym  hałasie.  Tutejsze  urządzenia  la-

tające  napędzane  były  zwykłymi  silnikami  odrzutowymi  na  ciekłe  paliwo,  którego  smród, 

wszechobecny  w  samolocie,  przekonał  mnie  w  końcu,  jak  karygodne  marnotrawstwo 

węglowodorów ma tu miejsce.

Przeżyłem  chwilę  grozy,  gdy w  pewnej chwili zaczęliśmy spadać,  ale  okazało się,  że 

to  normalna  procedura  przy lądowaniu.  Droga  z  lotniska  do  śródmieścia,  w  smrodzie spalin, 

ryku klaksonów  i wzajemnym wymyślaniu kierowców,  była  dość męczącym przeżyciem,  to-

też z prawdziwą ulgą zamknąłem w końcu za sobą drzwi hotelowego apartamentu.

Byłem  gotów  do  następnego kroku,  którym miało  być  wykonanie zadania. W końcu 

po to właśnie się tu zjawiłem. Musiało się to odbyć szybko,  aby moi przeciwnicy nie zdążyli 

się  zorientować,  że  są  pod  obserwacją.  Z  pewnością  liczyli  się  z  taką  ewentualnością,  gdy 

rozpętywali  ten  konflikt,  ale  ile  czasu  można  żyć  w  nieustannym  pogotowiu  -  tydzień, 

najwyżej rok.

Aby  zabezpieczyć  się  przed  szeroko  rozwiniętą  profilaktyką,  która  ujawniłaby  się  z 

chwilą,  gdy  moja  obecność  przestałaby  być  tajemnicą,  powinienem  uderzyć  zaraz,  i  to  ud-

erzyć mocno. Pożyteczną rzeczą byłoby dowiedzieć się przy okazji,  kim oni są, ale to już  na-

prawdę tylko przy okazji.

Najważniejszą sprawą  było ich całkowite  wyeliminowanie. Nie lubię zabijać  bez wy-

raźnej potrzeby i w związku z tym nader rzadko to robiłem,  ale jeżeli ktoś,  jak tutaj, wypowi-

ada  totalną  wojnę  wszystkiemu,  a  zaczyna  od  całkowitej  likwidacji  mojego  Korpusu,  to 

według  mnie  należy  go jak  najszybciej  zabić,  zanim  on  zdąży zamordować  dalsze  ofiary.  Z 

tymi właśnie myślami przygotowałem się do opuszczenia mojego apartamentu.

Gdy  z  niego  wyszedłem,  zrozumiałem,  że  prawdopodobnie  nie  byłbym  w  stanie 

opanować  całej planety ot,  tak sobie,  ale bez  dwóch zdań przynajmniej  trzy rewolucje leżały 

background image

na  pewno  w  zasięgu  moich  możliwości.  Byłem  po  prostu  chodzącym  składem  śmier-

cionośnych  drobiazgów  -  to  chyba  było  najtrafniejsze  określenie  mojej  osoby.  W  dłoni 

miałem mały skórzany neseserek z detektorem,  którego skala  widoczna była przez specjalnie 

wycięte otwory.

Wyszedłem tak na miasto i rozpocząłem najnudniejszą, ale zarazem najspokojniejszą - 

jak z  początku sądziłem  - czynność,  którą było oczekiwanie. Trwało to jednak krócej,  niż  się 

spodziewałem. Musieli chyba znów  wpaść na jakiś chytry pomysł,  gdyż detektor zameldował 

stałą i dość długą emisję. Jej kierunek i odległość emitora miałem ustalone już po paru sekun-

dach  i  teraz  gnałem  tam  ile  sił  w  nogach.  Na  poruszanie  nie  tylko  nogami,  ale  również  i 

szarymi komórkami przyszedł czas, gdy omal nie wpadłem pod ciężarówkę.

Mój cel, do którego tak  pracowicie  przez  cały  czas  dążyłem,  prezentował  się  dość 

okazale - była to kilkunastopiętrowa konstrukcja ze szkła i stali,  które tutaj nazywają ”drapac-

zami  chmur”.  Znajdował  się  on  w  tak  zwanej  dzielnicy  bankowej  i  otoczony  był  starannie 

utrzymanym trawnikiem.

Wszedłem tam, gotów na wszystko.

Poza tym, rzecz jasna, co nastąpiło.

Ledwie znalazłem się w środku,  zatrzasnęły się wszystkie drzwi,  zostały też zaraz zab-

lokowane,  a  oni  rzucili  się  na  mnie. WSZYSCY.  Klienci,  obsługa  wind,  urzędnicy,  a  nawet 

kioskarz i sprzątaczka. Zbliżali się do mnie błyskawicznie z lodowatym błyskiem wściekłości 

w oczach.

Musiałem  zostać  przez  nich  namierzony!  Musieli  wykryć  mój  detektor,  gdy  ja  szu-

kałem ich. No i oczywiście nie  czekali spokojnie  na  moje wyjaśnienia,  których i  tak bym im 

nie złożył.

Zaatakowali pierwsi. 

8

To  była  zmora  senna,  która  nagle  stała  się  rzeczywistością.  Owszem,  każda  istota 

miewa napady paranoi,  kiedy to wydaje się, że wszyscy są wrogami. Teraz jednak to nie było 

złudzenie. Przez sekundę zmroziło mnie przerażenie, a potem spróbowałem walki.

background image

Tylko że  ta pierwsza sekunda  wystarczyła. Gdybym  od razu  zaczął,  jak planowałem, 

zabijać i niszczyć,  to mogłoby mi się to wszystko nawet  udać. Teraz nie miałem  już żadnych 

szans.  Oczywiście,  narobiłem  sporego  nawet  zamieszania  moimi  granatami  i  rozwiązałem 

częściowo moją siedemdziesiątką piątką problem lokalnego przeludnienia, lecz przeciwników 

było zbyt dużo i byli zbyt blisko. Zostałem dosłownie przywalony całą ich masą, a ręce, które 

mnie łapały,  nie były z pewnością dłońmi dobrych samarytan. Tak zatem utrata świadomości, 

która  przydarzyła  mi  się  w  końcu po którymś szczególnie  mocnym ciosie,  była  istnym  bło-

gosławieństwem.

Błogosławieństwo owo nie  trwało  jednak  zbyt  długo. Moje  zmysły  zaatakował  ostry 

ból i jeszcze gorszy zapach, które ostatecznie przywróciły mi świadomość.

Przede mną stał  potężnie zbudowany, wysoki facet. Przypatrywał  mi się natarczywie i 

nie  mogłem odwzajemnić  mu się  tym samym,  obraz bowiem  pływał  mi  przed  oczami. Dop-

iero  gdy  jakaś życzliwa  dusza  wylała  na  mnie  wiadro wody,  mój  wzrok  w  miarę  się  unor-

mował.

Facet dwukrotnie przewyższał  wzrostem normalnego człowieka,  a ponieważ zbudow-

any  był  dość  proporcjonalnie,  zasługiwał  na  miano  giganta.  Jego  skóra  miała  intensywny 

ciemnoczerwony  kolor,  oczy  były  skośne  i  też  ciemne,  zęby  wystawały  z  paszczęki, 

szczególnie gdy mówił.

- Z jakiego czasu jesteś? - dobiegł  mnie chrapliwy głos, mówiący językiem używanym 

w Korpusie.

Musiałem drgnąć nieco na te słowa,  gdyż uśmiechnął  się zwycięsko i bez śladu ciepła 

w głosie stwierdził:

-  Korpus  Specjalny!  Ostatnie  podrygi  zdychającej  ostrygi.  Ilu  was tu  jest  i  gdzie  są 

pozostali?

- Znajdą cię - wykrztusiłem.

Był  to jedyny sukces,  mizerny  zresztą,  wobec całej  serii zwycięstw  przeciwnika.  Nie 

wiedział,  jak  dotąd,  że  jestem  sam,  a  ta  niewiedza  była  chwilowo  gwarancją  mego  życia. 

Chwilowo,  wiedziałem  bowiem,  że  nie  mam  co  liczyć  w  tym  towarzystwie  na  długowiec-

zność. Byłem rozebrany,  i  to fachowo,  usunięto  mi też  wszystkie drobiazgi,  które  zazwyczaj 

nosiłem. Nie podniosło to mojego morale.

- Kim ty jesteś? - spytałem go w końcu.

background image

Zamiast  odpowiedzi  uniósł  obie  pięści,  naśladując  gest  wiktorii. Na  ten  widok słowa 

same jakoś wypłynęły mi z ust.

- Jesteś szaleńcem!

- Oczywiście! - wrzasnął. - Tacy właśnie jesteśmy i chociaż raz już nas za to zabili, nie 

uda  im  się  tego  powtórzyć.  Tym  razem  to  my  zwyciężymy,  niszcząc  wszystkich  naszych 

wrogów, zanim jeszcze zostaną narodzeni, i wypełniając tym samym przeznaczenie. Spełnimy 

przekleństwo, które ciąży nad tym światem.

Przypomniałem sobie,  co  Coypu  mówił  o zniszczeniu Ziemi,  ale zanim  odtworzyłem 

wszystko w pamięci, jego ryk ponownie wypełnił mi uszy.

- Zabrać go! Najpierw się z nim pobawię,  a potem wyciągniecie z jego mózgu wszyst-

kie informacje. Wszystkie!

Kiedy wywleczono mnie z pokoju, wiedziałem,  że mogę tylko czekać na moment,  gdy 

w pobliżu będzie paru spośród nich. W tłumie nie miałbym żadnej szansy.

Okazja zdarzyła się,  gdy moi prześladowcy przekazali mnie osobnikom w białych far-

tuchach.  Odbyło  się to  przy licznych wymyślaniach i  poszturchiwaniach,  i to nie  pod  moim 

adresem. Między sobą nienawidzili się równie mocno, jak nie cierpieli mnie. Czysty obłęd!

Miałem  już  tylko jedną  szansę  i  musiałem ją  wykorzystać,  jeśli  miałem  w  ogóle  coś 

zrobić.  Drzwi  zostały  zamknięte,  moje  nogi  przymocowane  do  stołu,  a  trzech  gości  zamier-

zało to samo zrobić z resztą mojej osoby. Oprócz tego w  pokoju było jeszcze dwóch, lecz od-

wrócili się  do  mnie  plecami,  zajęci  aparaturą. Wysunąłem  dolną  szczękę  do przodu i  z całej 

siły nadgryzłem ostatni ząb.

Była  to  moja  broń  ostateczna; broń,  której  nigdy dotąd  nie  użyłem. Normalnie  rzecz 

biorąc,  w  przeciętnych  warunkach  sięganie  po  nią  było  bez  sensu.  Zbytnie  spustoszenie 

powodowała  w  organizmie,  by  mogły  to  wyrównać  największe  nawet  sukcesy.  Normalnie. 

Ale ta sytuacja nie była normalna.

Wydrążony  ząb  pękł  i  parę  kropli  cieczy,  którą  zawierał,  spłynęło  mi  prosto  do 

przełyku.  Ból  był  potworny,  i  to  nawet  przy  zastosowaniu  środka  znieczulającego,  który 

stanowił  jeden ze składników  mikstury.  Zrobili  ją  ludzie  Coypu  na  moje  wyraźne  życzenie  i 

jak  dotąd  testowana  była  jedynie  na  zwierzętach.  Zawierała  wszystkie  znane  stymulatory, 

łącznie z nowym rodzajem synergatora, który wyzwalał w ciele ludzkim histeryczną siłę.

background image

Czas  zwolnił.  Zauważyłem,  że  faceci  w  kitlach  poruszają  się  wkoło  mnie  dziwnie 

ślamazarnie, i wiedziałem, że nadszedł właściwy moment.

Obie  ręce  przyciskali  mi  do  stołu  rośli  faceci  i  widać  było,  że  wkładają  w  to  sporo 

serca, ale mimo to nie sprawiło mi kłopotu podniesienie ich jednym ruchem z podłogi tak,  że 

zderzyli  się głowami. Cisnąłem ich  na  tego,  który  gmerał  przy moich nogach. Usiadłem,  za-

nim jeszcze zdążyli opaść wszyscy na podłogę,  i złapałem stalową obręcz przyciskającą moje 

kolana do blatu. Najprościej było wyrwać ją i to właśnie zrobiłem. Pozostali obecni w  pokoju 

obracali  się  jeszcze  ku  mnie,  gdy  skończyłem.  Jeden  dostał  dłonią  w  szyję  i  coś  tam 

chrupnęło,  drugiego  trzasnąłem na odlew,  posyłając  go w  środek spoczywającej  na  podłodze 

kompozycji ciał. Teraz poza mną w pokoju nie ruszało się już nic,  toteż do głosu doszło logic-

zne myślenie.

Należało stąd pryskać,  lecz nie na golasa. Ponieważ moje ubranie  zostało rozdarte  na 

strzępy,  rozebrałem  jednego z  moich niedoszłych oprawców. Trwało to trochę,  lecz w  końcu 

wyszedłem w sensownym stroju na korytarz.

Droga  do  wyjścia  wiodła  po  śladach  podróży  w  tamtą  stronę  i  nie  miałem  żadnych 

problemów  z  jej  przebyciem.  Wszyscy  inni  mieli  natomiast  spore  problemy,  by  mnie  zau-

ważyć.  Nawet  wtedy  gdy  przystanąłem  przy  długim  stole,  wokół  którego  kręciła  się  spora 

gromadka  tych  przyjemniaczków  zajętych  moim  starannie  rozłożonym  na  blacie  wypo-

sażeniem.  Zupełnie  jakby  to  była  wystawa.  Gdyby  nie  powaga  chwili,  na  pewno  bym  się 

uśmiechnął.

Ostrożnie,  by  nikomu  nie  przeszkodzić,  sięgnąłem  po  wiązkę  granatów  gazowych  i 

filtry. To był  faktycznie szybko działający gaz. Nawet ci,  którzy coś zauważyli,  nie mieli dość 

czasu, by poinformować innych. Powietrze nadal było pełne oparów,  gdy z pistoletem w dłoni 

rozwaliłem drzwi do sąsiedniego pomieszczenia.

- TY!? -  ryknął,  prostując swe  olbrzymie  ciało,  gdy w  koło walili się  na ziemię jego 

pomocnicy.

Gaz  był  naprawdę  dobry,  co  widać  było  po  innych,  ale  on jakimś  cudem  zdołał  się 

pozbierać  i  robił  nawet  wyraźne  wysiłki,  by  mnie  dosięgnąć.  Uspokoiłem  go  wcale  nie 

najlżejszym  stuknięciem  kolbą.  Przywiązałem  go  do  krzesła,  sprawdziłem,  co  nowego  na 

tyłach, i gdy ponownie na niego spojrzałem, spostrzegłem, że nadal jest przytomny.

- Kim ty właściwie jesteś, do cholery? - wyrwało mi się. - Co z ciebie za człowiek?

background image

- Jestem tym, który  rządzić  będzie  przez  wieki.  Umysłem,  który  nigdy  nie  zginie. 

Uwolnij mnie!

Oczywiście  był  obłąkany.  I  dziwny  był  ten  obłęd,  w  którym  znać  było  wewnętrzny 

porządek. Co gorsza, był to zapewne obłęd zaraźliwy.

- Długie  panowanie,  ale niezbyt wygodne - stwierdziłem. - Dopóki nie  wyleczysz  się 

pan z tego oparzenia słonecznego, to nie ma rady, przejemniaczku...

Zamknąłem się. Dopiero teraz miałem  okazję  dokładniej go sobie obejrzeć. Całe jego 

ciało  pokryte  było  bliznami  i  szwami.  Sztuczne  ciało,  poskładane  ze  skradzionych  części, 

które  dobra chirurgia połączyła w  jedno. Przez  cały czas,  gdy mówił  - a nadawał  bez  chwili 

przerwy o sobie i o sobie podobnych - moja uwaga skupiała się na systemie wentylacyjnym, 

do  którego  wpuściłem  dość  gazu,  by  uśpić  pułk  piechoty.  Tyle  tylko,  że  mogło  ich  tu  być 

więcej niż pułk.

Gdy  wszedłem  do  gabinetu,  ujrzałem  zielonkawe  migotanie  time-helixu  i 

uśmiechnąłem się do siebie.

- Jeden dobrze ulokowany ładunek i nastąpi ostatni występ tak aparatury, jak i naszego 

czerwonego brata - poinformowałem go uprzejmie.

Zamiast  wybuchu  dobrze  ulokowanego  ładunku  nastąpił  jednak  równie  dobry  sier-

powy i, ku mojemu wyraźnemu

zaskoczeniu,  znalazłem  się  na  ścianie.  Musiałem  najwidoczniej  ocenić  jego  możli-

wości z taką samą dokładnością, z jaką on ocenił moje parę minut wcześniej.

Poruszał  się błyskawicznie. Zanim podniosłem broń, był  już przy aparaturze. Ale kule 

są  szybsze.  Trafiłem  go,  gdy  spirala  energii  zaczynała  się  dopiero  rozwijać.  Fontanna  krwi 

buchnęła z jego klatki piersiowej. Zniknął jednak, a ja nie wiedziałem, dokąd się udaje.

Powinien  już  być  martwy,  ale  nie  zamierzałem  powtórnie  popełniać  tego  samego 

błędu i oceniać  go zgodnie z  kryteriami stosowanymi  wobec  innych ludzi. Maszyneria prze-

paliła  się,  nie  wytrzymując  przeciążenia,  a  zatem  nie  byłem już  w  stanie niczego  się  z  tego 

źródła  dowiedzieć.  Na  dodatek  zaczęły  przepływać  przeze  mnie  pierwsze  fale  bólu  i 

zmęczenia. Był to najlepszy dowód, że moje narkotyki z wolna przestawały działać.

A  tu  trzeba  było  jeszcze  pozbierać  ekwipunek  i  dotrzeć  z  nim  do  hotelu,  i  to  dość 

szybko, by zacząć skuteczną kurację własnej osoby.

background image

W trakcie  zbierania  mojej  własności  doszedłem  do wniosku,  że  najprawdopodobniej 

dostępne  są  tu  wszystkie  materiały  potrzebne  do  zbudowania  time-helixu,  a  sposób  jego 

zmontowania  mam  przecież  na  małym  czarnym  dysku  spoczywającym  w  kieszeni.  Co 

prawda,  będę  potrzebował  znacznie  więcej  gotówki,  ale  na  to  przecież  zawsze  znajdzie  się 

sposób.

Pokrzepiony tymi miłymi perspektywami, opuściłem niegościnny lokal. 

9

Z nonszalancją niosłem  moją dyplomatkę,  a  w  niej  - standardową  zawartość:  granaty, 

bomby,  materiały wybuchowe,  spluwa,  może  dwie.  Ot,  normalne  artykuły  handlowe.  Trzy-

małem  się prosto,  z  ramionami odciągniętymi  do tyłu,  krok  miałem  pewny  na  równi  z prze-

konaniem,  że  gdzie  jak  gdzie,  ale  w  biurze  płatnika  gotówki  nie  zabraknie.  Cokolwiek  by 

powiedzieć, chociaż tyle byłem winien nowiutkiemu mundurowi komandora US Navy.

- Dzień dobry - warknąłem,  zamykając za sobą drzwi przedsionka kasy i jednocześnie 

blokując je trzymanym dyskretnie w dłoni drobiazgiem.

- Yes, sir.

Siedzący  za  biurkiem  sierżant  sztabowy odpowiedział  uprzejmie,  ale  widać  było,  że 

pochłonięty jest  piętrzącymi  się na  jego  biurku sprawami  i  że makulatura  ta ważniejsza  jest 

dla niego niż moja osoba. Drzwi do sąsiedniego pokoju były uchylone, tak że mogłem  rzucić 

okiem na otwarty akurat sejf. Wyglądał ślicznie i kolorowo. Położyłem walizeczkę na biurku.

-  Czytałem  niedawno  o  tym  -  stwierdziłem  -  jak  efektywnie  radzi  sobie  wojsko  ze 

zdobyciem  miliona czy dwóch,  gdy są potrzebne. Przyznaję,  że  jestem  pełen podziwu dla tej 

operatywności. - Przy tych słowach odblokowałem zamki walizeczki.

- Aye, aye, sir - mruknął sierżancina, licząc coś zawzięcie na kalkulatorze.

- Myślałem, że może was to zainteresuje. Powiem tylko krótko,  co mnie tu sprowadza. 

Pomyślałem sobie, że przy tak wzorowej zaradności znajdzie się tu trochę gotówki i dla mnie. 

I to jest właśnie powód, dla którego zamierzam was zastrzelić, sierżancie.

Na to  w  końcu  zareagował. Poczekałem uprzejmie,  aż  oczy  wyjdą  mu z  orbit,  a  roz-

warcie szczęk osiągnie maksimum,  i pociągnąłem za spust długolufowego pistoletu. Z cichym 

pstryknięciem  wypluł  ładunek,  lecz  zajęło  to jednak parę  sekund  i  reszta  zgromadzonego w 

okolicy  personelu  miała  czas,  by  coś  zauważyć.  Zanim  zdążyli  właściwie  zareagować, 

background image

uspokoiłem  ich  po  kolei  moją  nową  zabawką.  Na  koniec  wsadziłem  głowę  do  sąsiedniego 

pokoju i zawołałem:

- Ho, ho, widzę pana, kapitanie!

Odwrócił  się  z  jakimś  przekleństwem  na  końcu  języka,  ale  natychmiast  wbiłem  mu 

igłę pod  ucho. Spoczął  na  ziemi równie  szybko  jak  pozostali. Mój  narkotyk był  skuteczny  i 

piorunujący w działaniu.

Za  moimi  plecami  rozlegało  się teraz  niezbyt melodyjne,  lecz  miłe dla  ucha  pochra-

pywanie.  A  przede  mną  piętrzyły  się  pliki  zielonkawych  banknotów.  Nie  tracąc  czasu  ot-

worzyłem torbę i wyjąłem pierwszy z  nich. W tym momencie szyba w najbliższym  oknie ro-

zleciała  się z  brzękiem,  a  z powstałej w  ten  sposób dziury bluznęła  w  moim kierunku seria. 

Tyle tylko,  że mnie  już nie było na  linii  ognia. Gdyby strzelano przez szkło,  byłbym już ele-

gancko podziurawiony ołowianymi pociskami,  których używali tubylcy. Rozbicie  szyby dało 

mi  ten  ułamek sekundy,  na  który  mogłem  liczyć  i  na  którego wykorzystanie  zawsze  byłem 

przygotowany.

Przewrót przez plecy i już toczyłem się ku drzwiom,  ściskając w obu dłoniach granaty 

gazowe  i dymne. Rzucone,  eksplodowały prawie  bezgłośnie i  wnętrze  pomieszczenia  przes-

tało być widoczne dla spojrzeń z zewnątrz. Rzuciłem następne granaty i ogień ustał.

Na podobieństwo dobrze ukształtowanego węża podczołgałem się  do sejfu i mając go 

między sobą a oknem,  zacząłem na oślep ładować pieniądze do torby. Nie zamierzałem ich tu 

zostawiać. To,  że  odkryto moją  obecność nie stanowiło żadnego powodu. Śmiertelne  niebez-

pieczeństwo to nie usprawiedliwienie. Jeśli nie wyjdę z tego cało,  to i tak nie zrobi to różnicy, 

ale jeżeli się uda, to powinna mnie spotkać za ten trud jakaś nagroda.

Pchając  bagaż  przed  sobą,  poczołgałem  się  ku  drzwiom  i  byłem  już  na  najlepszej 

drodze, aby je uchylić, gdy na zewnątrz ryknął megafon:

- Wiemy,  że  tam  jesteś.  Wyjdź  z  rękami w  górze,  albo rozwalimy  tę  budę.  Budynek 

jest otoczony. Nie masz żadnych szans!

Dym  się  przerzedził  i  zerkając  przez  okno  mogłem  się  przekonać,  że  głos  nie  łże. 

Wokół  była  masa  ciężarówek  (z  kwadratowoszczękimi  -  jak  nakazywała  wyobraźnia  - 

członkami  Military  Police)  i  jeepów,  na  których  zamontowano  wielkokalibrowe  kaemy  na 

obrotowych podstawach. Ogólnie rzecz biorąc,  wyglądało to na dobrze przygotowany komitet 

powitamy.

background image

- Nigdy nie weźmiecie mnie żywego! - ryknąłem siejąc na prawo i na lewo tak grana-

tami  dymnymi,  jak  i  ładunkami  wybuchowymi.  Korzystając  z  zamieszania,  wywaliłem 

jeszcze spory kawał tylnej ściany i przepełznąłem do chrapiącego nadal sierżanta.

Na dotyk sądząc,  musiał  mieć za sobą służbę o imponującym przebiegu. Pasków  miał 

więcej  od  szanującego  się  tygrysa,  a  naszywki  na  rękawie  sięgały  łokcia.  Błyskawicznie 

pozbyłem  się swojej  kurtki  mundurowej  i  włożyłem  jego bluzę. Ten handel  wymienny  uzu-

pełniłem jeszcze czapkami i już byłem gotów. Ci na zewnątrz wiedzieli o mnie zdecydowanie 

zbyt  dużo,  ale  z  tej  wiedzy  można  było  zrobić  też  inny  użytek  i  wykorzystać  ją  przeciwko 

nim. Wsunąłem broń do kieszeni, złapałem torbę i otworzyłem drzwi.

- Nie strzelać! - wrzasnąłem,  wytoczywszy się na świeże  powietrze. Stanowiłem ide-

alny cel na tle czarnego dymu. - Nie strzelać! On ma mnie na muszce!

Starałem  się  wyglądać  na  przerażonego,  co  nie  było  specjalnie  trudne,  biorąc  pod 

uwagę ową małą armię celującą w  moją  osobę. Miałem wrażenie,  że  na  brzuchu ktoś wyma-

lował  mi  tarczę  strzelecką,  ale  dziwnym  zaiste  i  szczęśliwym  trafem  nikt  nie  pociągnął  za 

spust.  Zrobiłem  jeszcze  krok  do  przodu,  obejrzałem  się  lekko  przez  ramię  i  dałem  susa  ze 

schodów.

- Strzelajcie, dostaniecie go! - ryknąłem.

Zachęta była  ostatnią rzeczą,  której  potrzebowali.  Entuzjazmu mieli  aż w  nadmiarze. 

Frontowe  drzwi,  podobnie  jak  i  wszystkie  szyby,  zniknęły  rozpylone  w  proszek  przez  setki 

kul  niemal  natychmiast  po  moim  okrzyku.  Sama  ściana  zaczynała  przypominać  swoim  wy-

glądem wybrakowany ser szwajcarski, w którym liczba dziur przewyższała wszystko inne.

- Mierzyć  wysoko! - krzyknąłem,  czołgając się  do najbliższego jeepa. - Nasi  chłopcy 

są na podłodze!

Strzelali wysoko i byli  na najlepszej  drodze do oddzielenia

 

dachu od reszty budynku, 

gdy zbliżył  się do mnie oficer. Osunął  się na ziemię. Zaraz po tym, rzecz jasna, jak rozdusiłem 

mu pod nosem ampułkę z gazem.

- Trafili porucznika! - krzyknąłem,  pakując torby i jego bezwładne ciało na tył  jeepa. - 

Trzeba go stąd zabrać!

Kierowca  musiał  być  rzadkim  typem  tępego  służbisty,  bo  ledwie  miałem  czas,  aby 

zabrać się z nimi. Nie ujechaliśmy jeszcze pięciu jardów,  gdy strzelec dołączył do porucznika. 

Wkrótce ich grono powiększył  kierowca. Z nim było najtrudniej,  gdyż wyciągniecie ciała zza 

background image

kierownicy jadącego samochodu nie należy do lekkich rozrywek,  lecz  w  końcu zająłem jego 

miejsce. Wdusiłem gaz do dechy i zerknąłem w lusterko.

Trzeba  przyznać,  że  zorientowanie  się  w  sytuacji  nie  zabrało  im  zbyt  wiele  czasu. 

Prawdę  mówiąc,  pierwszy  wóz  ruszył  za  mną,  ledwo  zająłem  się  kierowcą.  Skręciłem 

gwałtownie za róg,  posyłając pluton tuptających zapamiętale chłopców w różne strony świata 

w  poszukiwaniu ukrycia,  i obejrzałem się. Wyglądało to imponująco - coś ze trzydzieści  po-

jazdów różnej maści, od ciężarówek po motory, gnało za mną na złamanie karku. Ta przeklęta 

popularność!  Gdziekolwiek  by  się  ruszył  Jim  di  Griz,  zbawca  ludzkości,  tłumy  zawsze 

podążają za nim!

Skręciłem  ku  potężnemu  hangarowi  zastawionemu  helikopterami.  Jazda  między 

rzędami maszyn należała do najbardziej  podniecających momentów ucieczki. Nagłe omal nie 

zahamowałem. Helikoptery? Czemu nie? Byłem ostatecznie w Bream Field, uznawanym tu za 

helikopterową  stolicę  świata. Skoro umieli  je robić,  to z całą pewnością  umieli na nich latać. 

A  jak  znałem  życie,  to  obecnie  cała  stacja  musiała  być  szczelnie  odcięta  od  świata.  Trzeba 

było pomyśleć o innej drodze ucieczki niż lądowa i ja właśnie to zrobiłem. Przed sobą miałem 

płytę postojową,  na której parkowała  pękata  maszyna z  wolno obracającym się wirnikiem.  Z 

piskiem  opon  zatrzymałem  się  tuż  przed  szeroko  otwartymi  drzwiami  w  kadłubie,  po  czym 

błyskawicznie  wrzuciłem  tam  worki z  gotówką. W tym samym  momencie ciężki  but  podjął 

wysiłek, by zetknąć się z moją głową.

Oczywiście  byli  zaalarmowani.  I  to  tak,  że  zapewne  wszyscy  w  promieniu  stu  mil, 

poza głuchymi i sparaliżowanymi, gotowali się, by mnie ująć. Z wolna stawało się to nudne.

Musiałem schylić  się  przed  ciosem,  złapać  but  i zacząć szarpać  się  z jego właścicie-

lem,  gdy  tymczasem  horda  moich  prześladowców  zbliżała  się  już  z  rykiem  klaksonów. 

Właściciel  buta wiedział  zbyt  dużo o tego typu przepychankach,  toteż położyłem  kres tej za-

bawie  używając  igły  z  narkotykiem. Wrzuciłem  jego  bezwładne  ciało do środka,  potem  do-

dałem kilka granatów i na końcu moją osobę. Nie chcąc przeszkadzać pilotowi, który zażywał 

właśnie  drzemki  w  fotelu,  zająłem  stanowisko drugiego  pilota i  wytrzeszczyłem  oczy na  to, 

co rozciągało się przede mną w całej swej niklowanej wspaniałości, czyli tablicę przyrządów.

Jeśli  czegoś  tu  brakowało,  to  z  pewnością  nie  były  to  zegary  ani  dźwignie.  Przez 

czysty,  kretyński przypadek znalazłem  od razu te,  które  były mi potrzebne. Tyle tylko,  że  do 

tego czasu i tak zostałem  otoczony wianuszkiem pojazdów,  z  których wysuwali  lufy tępaki  z 

background image

MP,  a paru walczyło zajadle o przywilej wejścia do kabiny. Uspokoiłem ich gazem,  sprawied-

liwie  traktując  tych  w  maskach  przeciwgazowych,  jak  i  tych,  którzy  ich  nie  mieli.  Poc-

zekałem, aż będę miał pełny przedział desantowy, i otworzyłem przepustnicę.

Z  pewnością widziano tu  już lepsze starty,  ale - jak twierdził  mój dawny instruktor - 

każdy  sposób  znalezienia  się  w  powietrzu  jest  satysfakcjonujący.  Maszyna  kołysała  się  jak 

uczuciowy alkoholik i kątem oka dostrzegłem,  jak pozostali w  dole szukają panicznie osłony. 

Odniosłem  jeszcze wrażenie,  że koło  stuknęło w  plandekę  jednej z ciężarówek,  ale  to chyba 

tylko moja przemęczona wyobraźnia.

A  potem  płynąłem  już  w  powietrzu  i  miałem  wreszcie  trochę  samotności.  Ski-

erowałem dziób maszyny nad ocean, na południe.

Wybór miejsca akcji nie był  przypadkowy - Bream Field leży mniej więcej w najniżej 

położonym zakątku Kalifornii,  z jednej strony graniczy z Pacyfikiem,  z drugiej z Meksykiem. 

Ponieważ  nie  miałem  ochoty przebywać dłużej  w  Stanach Zjednoczonych Ameryki  Północ-

nej,  było to dla mnie  miejsce nader wygodne. Bodźca dodał  mi  fakt,  że - według mojego ro-

zeznania - większość  helikopterów  marynarki  i  armii  podążała za mną  i  obawiałem się,  że w 

krótkim  czasie  mogą  dołączyć  do  nich  myśliwce.  Meksyk  był  tymczasem  niezależnym 

państwem  i  tam  nie  będą  mogli  za  mną  lecieć,  miałem przynajmniej  taką  nadzieję.  Zresztą, 

jakkolwiek  by  było,  z  pewnością  w  takim  przypadku  pojawia  się  zawsze  masa  komplikacji 

prawnych, a zanim zostaną one rozwiązane, ja już będę daleko.

Rozmyślając  tak  sobie,  szukałem  jednocześnie  autopilota,  co  po  paru  omyłkach  w 

końcu mi się udało. Byliśmy właśnie nad granicą i po paru chwilach posuwaliśmy się już nad 

plażą stanowiącą terytorium państwa Meksyk; z całą tą powietrzną armadą o sekundy za ogo-

nem. Sekundy  zaś były  wszystkim,  czego  potrzebowałem. Skierowałem  maszynę  nisko  nad 

wodę.  Ocean  był  z  trzydzieści  stóp  pode  mną,  powierzchnia  burzyła  się  pod  wpływem 

wichury wytwarzanej przez wirnik. Wyrzuciłem torby i dałem pilotowi zastrzyk. Zaczynał  już 

mrugać oczami, gdy włączywszy autopilota na lot po prostej, skoczyłem w ślad za torbami.

O  mały  włos  udałoby  mi  się  popełnić  dość  skomplikowaną  odmianę  samobójstwa. 

Maszyna  szła pełnym ciągiem,  przez co przekręciło mnie  w  powietrzu  i  spadłem  na wodę  z 

wdziękiem  i  gracją  bryły  cementu.  Opiłem  się  solidnie,  ale  jakimś  cudem  wypłynąłem  i 

rąbnąłem głową w jedną z toreb.

background image

Woda była zimniejsza,  niż sądziłem, toteż zaraz złapał  mnie skurcz. Całe szczęście, że 

unoszący się spokojnie bagaż dawał  mi jakieś oparcie. Dzięki niemu zdołałem dostać się i do 

drugiej torby i w tym właśnie momencie przeleciała nade mną,  na podobieństwo wkurzonych 

aniołków, cała ścigająca mój helikopter armada.

Pewien byłem,  że nikt nie fatygował  się spoglądaniem na wodę. Wszystkie oczy wbite 

były  w  znikający na  południu helikopter,  który  przed  chwilą  byłem  łaskaw  opuścić.  Nagle 

pojawił  się  nad  nim  deltoskrzydły  myśliwiec  i  maszyna  zaczęła  powoli,  ale  niepewnie 

zakręcać. Miałem zdecydowanie mniej czasu, niż sądziłem jeszcze przed kilkoma minutami.

Skurcz stał  się dokuczliwy i zanim się zorientowałem,  znalazłem się znów pod wodą - 

tylko po to zresztą,  by stanąć na piasku. Parskając i klnąc wygramoliłem się na plażę; idealne 

miejsce, by się ukryć, szczególnie przed poszukiwaniami prowadzonymi z powietrza.

Wprawdzie  do  tej  pory  jeszcze  się  nie  zaczęły,  lecz  nie  miałem  wątpliwości,  że  do 

nich dojdzie.  Wyjąłem  klasyczny  granat,  odbezpieczyłem  go  i  włożyłem  do  dołka  naprędce 

wygrzebanego  w  piasku.  Gruchnęło  mocno,  wzbijając  w  koło  fontannę  piasku  i  wywalając 

dziurę  akurat  na  moje  potrzeby.  Wrzuciłem  w  nią  bagaż  i  rzeczy,  z których  rozdziałem  się 

zgoła błyskawicznie,  i gorączkowo zacząłem to wszystko zasypywać. Gdy pierwsza z poszu-

kujących  maszyn znalazła się  nade mną,  leżałem sobie  spokojnie,  rozkoszując  się  słońcem  - 

ot, jak jeden z wielu w okolicy pływaków.

Odegrałem  należytą  komedię  z  gapieniem  się  w  górę,  po  czym  maszyna  zniknęła  w 

oddali. Nie  na długo.  Ten,  który objął  dowodzenie obławą,  był  nawet inteligentny. Helikop-

tery rozdzieliły się i zaczęły powolne  przeczesywanie plaży i  przybrzeżnych wód,  bez wątpi-

enia posługując się porządnymi lornetkami, które mogłyby wypatrzyć kraba na wydmie. Zde-

cydowałem,  że czas na kolejną dawkę pływania. Musiałem przy tym wykazać sporo samoza-

parcia,  woda była bowiem bardzo zimna. Gdy znów  nadleciały helikoptery,  było ze mnie wi-

dać tylko czubek głowy i czerwone majtki, które głupim trafem miałem akurat na sobie.

Jedna  z  maszyn  zniżyła  się  nawet  i  zawisła  nade  mną,  na  co  zareagowałem  wy-

grażaniem pięścią i solidną wiązanką. Po chwili szum helikopterów ucichł  w oddali. Z trudem 

wylazłem na brzeg i z przyjemnością rozłożyłem się na piasku.

Wszystko  to byłoby  nader  ładne,  wręcz  piękne,  tylko jak,  do cholery,  mam  się  teraz 

stąd wydostać? 

background image

10

Gdy helikoptery zniknęły w  oddali,  skończyło się wylegiwanie. Niczym stuknięty kret 

odkopywałem  to,  co  przed  chwilą  pracowicie  zagrzebywałem.  Przeniosłem  cały  majdan 

daleko poza linię  przypływu. Następny granat, następny wysiłek i znowu wszystko porządnie 

ukryłem. Oczywiście,  oprócz spodni,  butów i koszuli, z której  usunąłem to,  co miało jakikol-

wiek  związek  z  armią,  a  na  dodatek  zmieniłem  ją  paroma  cięciami  w  całkiem  sportowy 

przyodziewek.  Rozłożyłem  rzeczy,  by  przeschły,  i  wziąłem  dokładne  namiary  na  okoliczne 

punkty krajobrazowe,  aby w przyszłości  nie przekopywać całej  plaży. Wreszcie ubrałem  się  i 

ruszyłem ku oddalonej o paręset jardów drodze.

Szczęście  mnie  nie  opuszczało,  gdyż  ledwie  się  na  nią  wdrapałem,  pojawiła  się 

machina  średniej  wielkości  na  niezwykle wysokich kołach,  z dwoma obdartusami  w  środku. 

Uniosłem  kciuk  w  uniwersalnym  geście,  odpowiedział  mi  szczęk  hamulców  i  zapraszający 

gest.

- Chłopie, wyglądasz na mokrego! - przywitał mnie jeden.

- Chłopie, kąpiel na kacu to jest to! - odparłem.

- Trzeba będzie spróbować - zgodził się kierowca i ruszyliśmy przed siebie.

Po  paru  minutach  minęły  nas  dwa  czarne  sedany  z  błyskającymi  światłami  i 

potężnymi napisami POLICJA na burtach. Nie trzeba być wybitnym lingwistą, aby zrozumieć 

znaczenie tego napisu, toteż nie byłem bynajmniej zmartwiony ich szybkim zniknięciem.

Moi  nowi  kumple  wysadzili  mnie  w  mieścinie  zwanej  Tijuana,  gdzie  poszukałem 

kafejki,  siadłem  ze  szklanicą tequili  na  werandzie i  zrozumiałem,  że  właśnie  uciekłem  z  do-

brze zaplanowanej pułapki.

Bo bez dwóch zdań to była pułapka!

Te wszystkie karabiny maszynowe i pojazdy nie spadły zza chmurki,  a jest rzeczą rac-

zej mało prawdopodobną,  aby taka siła została postawiona na nogi przypadkowym alarmem  i 

to w  tak błyskawicznym czasie. Tym bardziej  że po krótkiej  analizie własnego postępowania 

pewien byłem, iż ja tego wszystkiego nie wywołałem. Skąd zatem wiedzieli, co ma nastąpić?

Ano z prostego powodu - jakiś dowcipny facet,  który podróżował  w czasie,  przeczytał 

sobie gazety wydane po tym incydencie, po czym cofnął się nieco i ostrzegł ich.

background image

Dokładnie  tego się  spodziewałem,  co  nie znaczy  oczywiście,  że cokolwiek  mi  się  w 

tym numerze podobało. Lecz kryła się pod tym jeszcze jedna,  najistotniejsza sprawa. ON żył. 

Zniszczyłem jego radosną twórczość w roku 1975,  założył  więc nową bazę: potężniejszą,  do-

brze  ukrytą  i  oddaloną.  On  i  jego rozkoszni  szaleńcy  chcieli  kontrolować  całą  historię,  cały 

czas i byli na najlepszej do tego drodze,  zwłaszcza że zlikwidowali już Korpus Specjalny,  je-

dyną  organizację  przyszłości,  która  byłaby  w  stanie  ich  powstrzymać.  Albo  raczej  prawie 

zlikwidowali,  gdyż  pozostałem jeszcze  ja,  z moją  obłędną  misją przerzutową i zadaniem lik-

widacji likwidatorów. Zresztą,  udało mi się to już w 99,9 procent. I tylko ta drobna jedna dzi-

esiąta procenta powodowała, że całą robotę trzeba było teraz zaczynać od początku. Ten facet 

musiał  mieć  pancerną  bieliznę.  Następnym  razem  użyję  czegoś  mocniejszego,  bomby  ato-

mowej w jego śniadaniu na przykład. A więc do roboty!

Sprawa  wynajęcia  samochodu  i  wykopania  gotówki  już  następnego  dnia  nie 

nastręczyła  żadnych  problemów,  nie  licząc  faktu,  że  ułożyłem  do  snu  paru  typków  w  pro-

chowcach.  Było  to  zajęciem  czysto  samarytańskim,  zważywszy  na  ich  niewyspanie  po 

całonocnym wytrzeszczaniu oczu na pustą plażę.

Przerzucenie tego naboju do Stanów  okazało się  jeszcze  łatwiejsze  i  przed dwunastą 

byłem już w biurze Whizzer Electronics Inc. w  San Diego. Potężne laboratorium oraz  malut-

kie biuro i tępy recepcjonista byli w takim stanie, w jakim je zostawiłem. Moja rola chwilowo 

się kończyła. Teraz przyszła kolej na profesora Coypu.

- Rozumiesz, profesorze? - spytałem małe czarne pudełko z jego nazwiskiem na wiec-

zku.  -  Wszystko  jest  gotowe  i  czeka  na  ciebie.  Najlepszy  sprzęt,  jaki  można  tu  dostać  za 

kradzioną  gotówkę. Najnowsze  wyniki i  efekty badań,  zapas surowców  i  katalogi  zakładów 

chemicznych,  fizycznych laboratoriów  i  centrów  elektronicznych. Konto bankowe  z  wystarc-

zającą sumą,  by wykupić połowę tego miasta. Lekcje tutejszego języka, czeki in blanco,  histo-

ria tego wszystkiego,  co się wydarzyło. Teraz do dzieła,  i obchodź się delikatnie z tym ciałem 

- to jedyne, jakie mam, i jestem doń raczej przywiązany.

Zanim  zdążyłem  się  rozmyślić,  położyłem  się  na  łóżku  i  przekręciłem  włącznik 

skrzynki pamięciowej.

- Co się stało? - spytał Coypu wewnątrz mego mózgu.

- Dużo. Jesteś w moim umyśle, nie zrób więc czegoś głupiego.

background image

- Bardzo interesujące. Faktycznie,  to twoje ciało. Pozwól mi poruszyć tym ramieniem. 

Praktycznie rzecz biorąc, to czy nie przeszedłbyś się na spacer, a ja się tu trochę rozejrzę?

- Nie jestem pewien, czy mam na to ochotę.

- No cóż, nie masz innego wyjścia. Do zobaczenia.

- Nie!!!

Ale  mój  rozpaczliwy  wrzask  nie  miał  i  tak  żadnego  znaczenia,  gdyż  moja  dłoń  - 

sterowana przez umysł Coypu - przekręciła wyłącznik...

Czas

mijał

tak

wolno.

Czarne pudełko z  napisem  ”Coypu”  leżało na  mojej dłoni,  a palce  drugiej  ręki  spoc-

zywały  na  wyłączniku.  Pamięć  mi  wróciła  i  rozejrzałem  się  za  krzesłem.  W  końcu 

spostrzegłem,  że  już  siedzę.  W  pamięci  pozostały  tygodnie  wytężonej  pracy,  na  dłoniach 

przybyło blizn. Stojący na stole magnetofon ożył i w pokoju rozległ się głos Coypu.

-  Na  wstępie  rada:  nie  rób  tego  ponownie.  Nie  pozwól,  aby  moja  pamięć  objęła  raz 

jeszcze  władzę  nad  twoim  ciałem,  gdyż pamiętam  wszystko,  włącznie  z  tym,  że  już  nie  ist-

nieję  i  że  poza  tym,  co tkwi  zamknięte  w  tym  pudełku,  nie  ma  mnie  wcale. Gdy przekręcę 

wyłącznik,  będzie  to  równoznaczne  z  popełnieniem  samobójstwa,  a  ja  nie  miewam  manii 

prześladowczych tego rodzaju. Niezwykle trudno jest przekręcić ten wyłącznik,  lecz sądzę, że 

będę  w  stanie.  Zrobię  to teraz,  wątpię  jednak,  bym był  zdolny uczynić  to ponownie. Jak już 

powiedziałem, nie rób tego powtórnie. Uważaj!

-  Uważam,  uważam!  I  tak  tego  nie  zrobię  -  mruknąłem,  nalewając  sobie  podwójną 

porcję whisky.

Coypu  zostawił  barek  równie  dobrze  zaopatrzony,  jak  ja  przed...  no,  przed  tym. 

Zawsze uważałem, że to porządny chłop.

- Do  rzeczy! -  ciągnął  tymczasem  magnetofon. - Gdy zacząłem  badania,  stało się  oc-

zywiste,  dlatego  ci  obłąkańcy  wybrali  tę  konkretną  epokę.  Społeczeństwo,  które  dopiero  co 

wkroczyło  w  erę  technologiczną  i  ma  jeszcze  umysły  otępiałe  średniowieczem,  to  idealny 

podkład  dla  takiej  działalności,  ale  nie  ma  tu  potrzeby  urządzać  wykładu.  Wystarczy,  jeśli 

background image

powiem, że materiały potrzebne do zbudowania time-helixu są tu dostępne. Zbudowałem go i 

podłączyłem  -  jest  gotów  do  działania.  Zbudowałem  też  urządzenie  do  śledzenia  stwora 

zwanego  ON  w  czasoprzestrzeni.  Z  sobie  tylko  znanych  powodów  operuje  on  obecnie  z 

przeszłości  tej planety. Cofnął  się  mniej  więcej o sto siedemdziesiąt  lat. To  wprawdzie tylko 

moje  spekulacje,  lecz  sądzę,  że  cała  dotychczasowa  akcja  nakierowana  była  na  ciebie.  Nie 

wiem, w jaki sposób, ale stworzył  on barierę uniemożliwiającą przeniknięcie wcześniej niż do 

1805 tutejszego roku. Nie możesz go dopaść  w  chwili  budowy firmy. Uważaj,  gdyż masz do 

czynienia z potężnymi  siłami. Oznaczyłem ci na skali  pięć kolejnych lat po 1805,  w  których 

operuje, jak i miejsce - miasto Londyn. Wybór należy do ciebie. Życzę ci powodzenia!

Poczułem się cholernie podniesiony na duchu - nic, tylko wybrać sobie rok, w którym 

mam  dać  się  zabić!  No  bo jeśli był  w  stanie  urządzić  mnie  tak  konkursowe  teraz  i  tutaj,  to 

czego  mogę  się  spodziewać  tam,  gdzie  zgromadził  większe  siły,  a  obrona  jest  dokładniej 

przygotowana?  Z  całą  pewnością  nie  będzie  to  powitanie  pełne  wylewnej  serdeczności! 

Zrezygnowany  zafundowałem  sobie  następnego  drinka  i  sięgnąłem  po  pierwszą  z  rzędu 

książek.  Coypu  faktycznie  nie  próżnował.  Prócz  małych  dziełek  typu  ”zrób  to  sam”  zgro-

madził  całkiem  pokaźną  bibliotekę  dotyczącą  interesującego  nas  okresu.  Po  przeczytaniu 

pierwszej  z  tych książek  wiedziałem  już,  kogo  szukam  i  kto tym  razem  będzie  moim  prze-

ciwnikiem.

Napoleon Bonaparte,  inaczej Napoleon I,  cesarz Francji i  większości  Europy,  prawie 

całego świata. Jego megalomańskie  ambicje  dziwnie znajomo dzwoniły mi w  pamięci.  Poci-

eszające było tylko to,  że w Anglii mówiono lokalną odmianą tego samego języka co w Am-

eryce, tak że nie musiałem przeprowadzać następnych sesji z memogramem.

Mimo  to  miałem  pewne  problemy -  na  przykład  z  ubraniem,  ale  ponieważ  ilustracji 

było  aż  nadto,  a  magazyny  Hollywoodu  pod ręką,  nie  był  to  taki  wielki  kłopot.  Moda  tych 

czasów  okazała  się  idealna  dla  moich  potrzeb,  gdyż  szerokie  rękawy  i  wysokie  kapelusze 

pozwalały na całkiem ładne ukrycie wielu umilających życie drobiazgów.

Mimo  że  wynajdywałem  najrozmaitsze  preteksty  i  sprawy  nie  cierpiące  zwłoki,  w 

końcu nadszedł  ten dzień. Broń i wyposażenie były sprawdzone,  zdrowie doskonałe,  refleks u 

szczytu możliwości,  morale  oklapnięte,  ale  to i  tak nie  miało znaczenia.  Pojawiłem  się więc 

przed recepcjonistką, gapiącą się na mnie tępo zza jakiejś ilustrowanej szmaty, i stwierdziłem:

background image

- Miss Kipper,  oto czek na  sumę równą pani  poborom  za najbliższe cztery  miesiące. 

Miło mi było z panią współpracować.

- Nie podoba się panu moja praca?

-  Pani  praca  jest  dokładnie  tym,  czego  od  pani  oczekiwałem,  ale  ta  firma  właśnie 

zbankrutowała.

- To bardzo źle.

- Też tak myślę, a teraz, do widzenia!

Czynsz  był  zapłacony za  miesiąc  z  góry,  z właściciel mógł  sobie  wziąć  wszystko,  co 

pozostało wewnątrz. Z wyjątkiem  time-helixu,  ten bowiem miał  założoną  bombkę zegarową. 

I tak zbyt dużo nieodpowiedzialnego elementu szwendało się w czasie.

Włożenie kombinezonu z ekwipunkiem na modny strój z epoki było wysiłkiem przek-

raczającym  moje  możliwości. Skończyło się na tym,  że frak i  lakierki trzymałem pod pachą, 

gdy wchodziłem  do seledynowego walca. Tablica była  już nastawiona - na  dolinę Tamizy w 

pobliżu  Oxfordu,  na  tyle  daleko  od  Londynu  (z  Chilterness  dodatkowo  przesłaniającym 

widok),  aby  uniemożliwić  obserwację  radarem,  promieniami  zet  czy  czymkolwiek  podob-

nym,  a  jednocześnie na  tyle blisko,  by mnie szlag nie trafił  z  powodu zacofania ówczesnego 

transportu.

Ważną sprawą było ustalenie czasu przybycia. W 1805 roku byli już z  pewnością go-

towi  mnie  powitać.  Musiałem  więc  zjawić  się  później,  ale  nie  za  bardzo,  żeby  nie  zdążyli 

zakończyć  swojej  radosnej  działalności. Dwa lata wydawały  mi się odpowiednim odcinkiem 

czasu,  by pozbawić  ich  nieco  czujności. A zatem  rok 1807. Wziąłem głęboki oddech i wdu-

siłem przełącznik.

Nie było  to przyjemne,  ale dawało się  wytrzymać. Jedyną  różnicę między pierwszą  a 

drugą podróżą stanowiło niezbyt miłe wrażenie spadania. Gdy zmusiłem się do otwarcia oczu, 

stwierdziłem,  że  to nie jest  tylko wrażenie. Autentycznie  spadałem  wprost w  objęcia  niezbyt 

gościnnie wyglądających drzew.

W panice  uruchomiłem  grawitator,  ale  zanim  zdążył  zaskoczyć,  przeleciałem  przez 

gałęzie  i  huknąłem  o  ziemię.  W tym  momencie  maszynka  zadziałała,  więc  ponownie  zna-

lazłem się między gałęziami. Doszedłszy wreszcie do ładu z urządzeniem jakieś sześćdziesiąt 

stóp w górze, powoli opadłem na ziemię.

background image

- Cudowne lądowanie,  kretynie! - warknąłem,  czując się jak worek na połamane kości. 

- Powinieneś zatrudnić się w cyrku!

Rozejrzałem  się.  Najpierw  sprawdziłem  siebie,  potem  okolicę.  Na  szczęście  byłem 

nadal w jednym kawałku,  a w okolicy nie dostrzegłem żywej duszy, jeśli nie liczyć paru krów, 

na  których  moje  przybycie  nie  zrobiło  najmniejszego  wrażenia.  Rozebrałem  się  w  cieniu 

połamanego  drzewa  i  rozłożyłem  kontenerek  własnego  pomysłu.  Był  pakowny,  a  wyglądał 

jak najzwyczajniejsza skórzana  torba podróżna  z tej epoki. Wsadziłem tam wszystko,  co nie 

pasowało do reszty dekoracji (z kombinezonem na czele),  i zacząłem się zastanawiać,  co zro-

bić z tak pięknie rozpoczętym dniem.

Sądząc z położenia słońca i z paru innych czynników,  było późne popołudnie,  a zatem 

najwyższy czas na poszukanie jakiegoś kąta na noc. Ruszyłem na skos przez łąkę ku czemuś, 

co z daleka przypominało drogę. I faktycznie,  była to droga,  a raczej  bity trakt. Właśnie  zas-

tanawiałem się, w którą stronę ruszyć, gdy coś nadjechało.

To coś dawało o sobie znać  z daleka,  po pierwsze przez głośne skrzypienie,  po drugie 

przez  nader  intensywny  zapach,  który  można  by  określić  jedynie  mianem  smrodu.  Gdy  ów 

pojazd wyłonił  się zza zakrętu, przyczyny obu zjawisk stały się zrozumiałe. Ujrzałem bowiem 

dwukołowy, drewniany wózek, zaprzężony w wynędzniałego czworonoga, zwanego koniem,  i 

wyładowany  po  brzegi  najzwyczajniejszymi  bydlęcymi  gównami.  Pojazdem  kierował  za-

rośnięty do  niemożliwości  typ w  wyniszczonej,  workowatej  odzieży.  Siedział  on na  wznie-

sionej z przodu platformie, która ledwo wystawała ponad poziom ładunku.

Wyszedłem  na  drogę  i  uniosłem  rękę.  Typ  pociągnął  za  trzymane  w  dłoniach 

rzemienie,  które  licznymi  węzłami  przymocowane  były  do  pyska  zwierzaka,  i  przy  akom-

paniamencie  skrzypień i  trzasków  zatrzymał  wehikuł.  Gapiliśmy się  przez  chwilę  na  siebie, 

po  czym  woźnica  sięgnął  do  głowy  i poruszył  tym,  co  się  na  niej  znajdowało.  Mógł  to  być 

kapelusz albo czapka,  ale  ponieważ nakrycie już dawno temu straciło fason,  długo by zgady-

wać.  Czytałem,  że  klasa  niższa  wyrażała  takim  gestem  szacunek  lepiej  urodzonym  i  z 

zadowoleniem stwierdziłem, że mój kostium jest widocznie prawidłowy.

- Zdążam do Oxfordu, mój dobry człowieku - zagaiłem.

- Ey? - padło w odpowiedzi, a towarzyszyło temu drapanie za uchem.

- Oxford! - wrzasnąłem.

background image

-  Aye,  Oxford  -  zgodził  się  uszczęśliwiony.  -  To  będzie  tam.  -  Po  czym  wskazał 

brudnym paluchem za siebie.

- Tam właśnie zmierzam. Zawieziecie mnie?

- Ja  jadę tu - wskazał  w przeciwną stronę. Wyciągnąłem  z  kieszeni  złotego suwerena, 

którego  oryginał  wydusiłem  od  jakiegoś  numizmatyka-handlarza,  i  pokazałem  woźnicy. 

Takiej  ilości  gotówki  naraz  nie  widział  chyba  dotąd  w  swoim  życiu.  Jego  reakcja  była 

prawidłowa: wytrzeszczył oczy i cicho mlasnął.

- Pojede do Oxford - oznajmił.

Po czym pojechaliśmy. Im mniej o tej podróży opowiem,  tym lepiej. Podczas gdy po-

jazd torturował  moje siedzenie,  ładunek gnoju robił  to samo z organami powonienia. Woźnica 

mamrotał  coś  do  siebie,  myśląc  zapewne  w  euforii  o  nieoczekiwanym  bogactwie,  które  na 

niego spadło,  i  przynaglał  wierzchowca  do większego wysiłku. Jedno było w tym  wszystkim 

dobre: jechaliśmy we właściwym kierunku.

Słońce  wychyliło się  zza  chmur,  gdy wyjechaliśmy  spomiędzy drzew  i  oczom  moim 

ukazały  się  szare  wieże  uniwersyteckie,  blado  odcinające  się  na  tle  ciemniejszego  nieba  - 

bardzo atrakcyjny widok. Kiedy tak podziwiałem, wózek stanął.

- Oxford - poinformował mnie woźnica, wskazując paluchem. - Most Magdaleny.

Zlazłem i rozcierałem obolałe pośladki  gapiąc  się  na  most. Obok coś gruchnęło i mój 

bagaż znalazł  się na ziemi. Chciałem zaprotestować,  ale pojazd już zawrócił  i  majestatycznie 

zaczął  się  oddalać.  Ponieważ  miał  taką  samą  ochotę  wieźć  mnie  dalej  jak  ja  jechać,  zam-

knąłem  się  i  zabrałem  torbę.  Ruszyłem  swobodnym  krokiem  w  stronę  mostu,  ingerując  zu-

pełnie ubranego na niebiesko żołnierza,  który stał  przy jego końcu. Dzierżył  on jakiś długaśny 

samopał,  ani  chybi  na  proch,  zakończony  kawałkiem  porządnie  zaostrzonej  stali.  Na  mój 

widok obniżył broń tak, że blokowała mi dalszą drogę, po czym nachylił się i warknął:

Casket vooleyfoo?

Było to dla mnie całkowicie niezrozumiałe. Pewnie jakiś lokalny dialekt, pomyślałem, 

z woźnicą nie miałem bowiem żadnych kłopotów lingwistycznych.

- Mógłbyś powtórzyć? - spytałem najuprzejmiej, jak umiałem.

Koshown onglay - warknął  i zamachnął  się  drewnianym  końcem broni,  chcąc  mnie 

trzepnąć w żołądek.

background image

Nie  było  to  uprzejme  z  jego  strony,  toteż  okazałem  swoje  oburzenie,  uchylając  się 

przed ciosem i ładując swoje kolano w jego żołądek. Zwalił  się na  ziemię,  więc kopnąłem go 

w  krocze,  gdy tylko  cel  stał  się  widoczny.  Ponieważ doprowadziło go to  do utraty przytom-

ności,  zabrałem  jego  broń.  Nigdy  nie  wiadomo,  co  może  wyniknąć  z  pozostawienia  bez-

pańskiej strzelby na ulicy.

Wszystko to nastąpiło w  przeciągu paru sekund. Gdy się rozejrzałem, stwierdziłem, że 

mam dość liczne audytorium złożone z tubylców oraz z kumpla znokautowanego, który stał w 

drzwiach  jakiejś  ponuro  wyglądającej  budowli.  Wszyscy  oprócz  niego  gapili  się  na  mnie  z 

szeroko otwartymi oczami. Żołnierzyk zaczął już podnosić broń do ramienia. Moje wejście do 

miasta  z  pewnością  nie  było  ciche  i  nie  zauważone,  ale  skoro  już  tak  się  stało,  trzeba  było 

przedstawienie doprowadzić do końca.

Tamten  uniósł  w  końcu  broń,  a  ja  skoczyłem  w  jego  kierunku.  Coś  ogłuszająco 

huknęło,  język  ognia  smagnął  mnie  po  włosach,  a  kolba  mojego karabinu  trafiła  strzelca  w 

głowę.  Bez  jęku  zwalił  się  w  mroczną  sień otwierającą  się  za  jego  plecami.  Jeśli  miał  tam 

kumpli, to wolałem spotkać się z nimi w zamkniętym pomieszczeniu.

Miał! Zaczynali  się  właśnie wysypywać przez  drzwi. Posłałem im  kilka granatów  ga-

zowych  i  nastała cisza. Wpadłem  między nieruchome  ciała  i  uważając  na  wejście,  rozdałem 

im trochę kopniaków  i podarłem parę mundurów. Nie było to może miłe,  ale skutecznie  zaci-

erało ślady użycia gazu, sugerowało natomiast zastosowanie zwykłej siły fizycznej.

Teraz musiałem szybko się stąd wydostać. Wziąłem nogi za pas i ruszyłem w kierunku 

drzwi.  Gdy  do  nich  dotarłem,  stwierdziłem  z  niezadowoleniem,  że  moje  postępowanie 

zwróciło  uwagę  dosłownie  wszystkich  przechodniów.  Zebrał  się  spory  tłum,  który  na  mój 

widok zaczął głośno wiwatować.

- Niech żyje Jego Lordowska Mość! Spójrzcie, co zrobił z żabojadami!

Wznosili radosne okrzyki,  a  mnie zamurowało. Coś tu było nie w porządku. A potem 

nagle  przypomniałem  sobie  to,  co  nie  dawało  mi  spokoju  od  pierwszego  rzutu  okiem  na 

uniwersytet. Flaga! Flaga dumnie powiewająca na szczycie najbliższej  wieży. To nie był  bry-

tyjski Union Jack.

To była trójkolorowa flaga Francji! 

11

background image

Podczas  gdy  fakt  ten  docierał  powoli  do  mojej  otępiałej  świadomości,  przez  tłum 

przedarł się jegomość w brązowym ubraniu i stanąwszy obok mnie wrzasnął:

- Idźcie do domów,  zanim  żabojady znów  się  tu zjawią i was zabiją!  I nie  gadajcie  o 

tym, bo zawiśniecie na bramach miasta!

Miał  najwidoczniej  rację,  entuzjazm  bowiem  ustąpił  miejsca  lękowi  i  już  po  paru 

chwilach  było wokół  mnie  pusto.  Został  tylko  on  i jeszcze  dwóch,  którzy bez  słowa  ruszyli 

schodami w dół. Ten, który krzyczał, dotknął kapelusza i zbliżył się do mnie.

- To była piękna robota, sir. Ale powinien pan stąd zniknąć. Ktoś mógł usłyszeć strzał.

-  Rada  jest  niezła,  tylko  że  nigdy  dotąd  nie  byłem  w  Oxfordzie  i  nie  bardzo  wiem, 

gdzie mógłbym tu zniknąć.

Obejrzał mnie dokładnie i podjął decyzję.

- Niech pan idzie z nami.

Należało właściwie  powiedzieć:  biegnie,  bo  ledwo jego kumple  ukazali  się  na  scho-

dach z naręczami karabinów, usłyszeliśmy tupot butów, który zbliżał się dość szybko.

Ale  moi  przewodnicy  znali  teren,  w  przeciwieństwie  do  pościgu,  toteż  niebezpiec-

zeństwo  nie  było aż  tak  duże,  jak się  z początku  wydawało. Częściowo biegiem,  częściowo 

szybkim  marszem  dotarliśmy do jakiejś budowli,  która  była  najwyraźniej  naszym  celem.  W 

ślad  za  nimi  wlazłem  do  środka  i z  ulgą  postawiłem  mój  tobołek na  podłodze.  Gdy  się  wy-

prostowałem,  obaj  niosący  dotąd  broń  złapali  mnie  pod  ramiona,  a  trzeci,  który  był  przy-

wódcą, przystawił mi nóż do gardła.

- Ktoś ty? - spytał.

- Nazywam się Brown. John Brown z Ameryki. A ty?

- Brewster. - Po czym nie zmieniając tonu ani na jotę,  spytał: - Czy mógłbyś podać mi 

choć jeden powód, dla którego nie powinniśmy cię zabić jako szpicla?

Uśmiechnąłem się,  by pokazać,  jak głupi  jest  ten  pomysł. Pomyślałem  jednocześnie, 

że nóż zabija równie skutecznie jak bomba atomowa. Sądząc z tego, co widziałem, to Francja 

musiała  podbić  Anglię  lub  jej  część.  Zaowocowało  to  pojawieniem  się  partyzantki,  czego 

najlepszy  dowód  stanowili  ci  ludzie.  Na  tym  właśnie  Oparłem  swój  pomysł  i  rozpocząłem 

improwizację.

- Jestem tu w tajnej misji. Ameryka, jak wiecie, jest po waszej stronie...

background image

- Ameryka pomaga Boniowi - przerwał mi. - Wasz Franklin wyraźnie to powiedział.

-  Oczywiście. Ale  na  Franklinie  ciąży  ogromna  odpowiedzialność.  Francja  jest  teraz 

zbyt  silna,  by zacząć  z  nią wojnę,  więc oficjalnie jesteśmy jej sprzymierzeńcem. Ale  jednoc-

ześnie wysyłani są tacy jak ja, aby wam pomóc.

- Dowiedź tego!

- Jak? Papiery można podrobić, a noszenie ich to pewna śmierć. Poza tym i tak byście 

nie  uwierzyli. Ale  jest coś,  co mówi  samo za siebie,  i  dostarczenie tego jest  moim  głównym 

zadaniem. Jesteśmy w drodze do Londynu, by oddać to odpowiednim ludziom.

- Komu?

-  Nie  powiem,  ale  tacy  jak  wy  są  wszędzie  w  Anglii  i  z  częścią  z  nich  mamy  już 

nawiązane kontakty. Dla nich właśnie jest to, o czym mówię.

- Co?

- Złoto!

To  nim wstrząsnęło,  a ja  poczułem,  że uchwyt dłoni  słabnie. Należało  zatem ciągnąć 

sprawę dalej.

- Nigdy  dotąd  mnie  nie  widzieliście  i  najprawdopodobniej nigdy  już  nie  zobaczycie. 

Ale mogę dać wam pomoc,  której potrzebujecie,  aby nabywać broń,  przekupywać strażników 

czy pomagać więźniom.  Jak  wam  się wydaje,  dlaczego  wywołałem  dziś tę  awanturę? - spy-

tałem w przebłysku geniuszu.

- Powiedz nam!

-  Żeby  was  spotkać  -  przyjrzałem  się  uważniej  ich  zaskoczonym  obliczom.  -  Lo-

jalnych Anglików  jest wszędzie pełno  w  tym  kraju,  ale jak  można się  z  nimi  skontaktować  i 

udzielić  im  pomocy?  Przecież  nie  mogłem  chodzić  od  drzwi  do drzwi  i  wypytywać.  Poka-

załem  wam  lepszy  sposób,  a  przy  okazji  pomogłem  zdobyć  trochę  broni.  Teraz  dam  wam 

złoto. Macie  więc dowody,  że  wam  ufam,  a zatem i wy mi zaufajcie. Jeśli chcecie,  będziecie 

mieli  za  chwilę  dość  złota,  by  uciec  stąd  i  żyć  spokojnie  na  drugim  końcu  świata,  ale  nie 

sądzę, żebyście to właśnie wybrali. Ryzykowaliście życie dla tych karabinów i skłonny jestem 

przypuszczać,  że nadal  będziecie  robili to,  co uważacie  za słuszne. Nie spotkamy się  już,  ale 

musimy przecież sobie ufać...

- To brzmi wiarygodnie - odezwał się jeden z tych, którzy ciągle mnie trzymali.

background image

- Też tak sądzę - poparł go drugi. - Niech pokaże złoto.

-  Ja  wezmę  złoto  -  stwierdził  Brewster.  -  Niech  pokaże,  bo  to  wszystko  może  być 

jednym wielkim łgarstwem.

- Może - zgodziłem się szybciutko. - Ale nie jest, a zresztą i tak nie  o to chodzi. Roz-

staniemy się dziś w nocy i mam nadzieję, że już więcej o sobie nie usłyszymy.

-  Złoto!  -  przypomniał  mi  mój  strażnik.  Rozpiąłem  pas,  czując  ciągle  broń  przys-

tawioną do  krzyża.  Pewnie,  że  miałem  złoto - była  to jedyna  prawdziwa informacja w  całej 

mojej opowieści. Pochowane było w  skórzanych woreczkach,  a przeznaczyłem je na  opłace-

nie podróży. Co właśnie teraz robiłem.

Wyjąłem jeden woreczek i podałem Brewsterowi. Otworzył  go i wysypał  zawartość na 

rozpostartą dłoń. Zalśniły żółte grudki i cała trójka wpatrzyła się w nie z napięciem.

- Jak dostanę się do Londynu? - naciskałem, idąc za ciosem. - Rzeką?

- Warty przy każdym moście i każdej śluzie - odparł, wpatrując się nadal w  to, co miał 

w dłoni. - Nie dojdziesz dalej niż do Abingdon. Jedyny sposób to konno i bocznymi drogami.

- Nie znam ich. Potrzebuję dwóch koni i przewodnika.

- Luke cię zaprowadzi, ale tylko do murów. Przez żabojadów musisz przejść sam.

- Zgoda.

Mieliśmy  czas  do  wieczora.  Brewster poszedł  po  konie,  a  Luke  i  Guy wydobyli  za-

pasy:  chleb, ser i ale  (tutejszą  odmianę  piwa,  mile  przeze  mnie  powitaną).  Jedliśmy  roz-

mawiając,  a  raczej  to  oni  rozmawiali,  a  ja  słuchałem,  wtrącając  jedynie  uwagi.  W  końcu 

uformował mi się jako taki obraz.

Anglia była podbita i spacyfikowana już od paru lat. Nie wiedziałem dokładnie od ilu, 

ale ze zrozumiałych względów nie  pytałem. Gdzieś w Szkocji toczyły się jeszcze walki,  lecz 

to mnie nie interesowało.

Inwazję  poprzedziła  bitwa  na  Kanale,  w  której  flota  brytyjska  została  zniszczona 

dzięki jakimś straszliwym,  tajemniczym działom. Czułem  w  tym wszystkim rękę  mego czer-

wonoskórego przeciwnika. Krótko mówiąc, historia została zmieniona.

Ale  nie  zmieniona  była  tam,  skąd  przybyłem.  A  zatem  paradoks  czasowy,  a  może 

świat równoległy? Coypu by wiedział,  ale nie  miałem żadnej ochoty wypytywać  go o cokol-

wiek.  Jedynym  logicznym  rozwiązaniem,  które  mi  się  nasuwało  -  a  przecież  musiała w  tym 

background image

być jakaś logika - była możliwość,  że moje działanie usunie tę zmianę,  a nawet wspomnienie 

o  niej.  Nie  miałem,  co  prawda,  pojęcia  jak,  ale  złapałem  się  tej  ewentualności  jak  tonący 

brzytwy. Zasnąłem ukołysany miłą wizją Jima di Griz, Zbawcy Świata i Twórcy Historii.

Obudziłem się  zaś jako obiekt inwazji okolicznego robactwa. Dopóki  nie spryskałem 

się  jakimś sprayem,  myślałem,  że mnie  to tałatajstwo żywcem  pożre,  ale  potem reszta  nocy 

upłynęła już spokojnie. Wyjechaliśmy dopiero o świcie, bo były jakieś problemy z końmi.

Podróż trwała trzy dni,  ale  zanim  osiągnęliśmy Londyn,  moje  nogi zaczęły wyglądać 

tak, jakby były prostowane na beczce. Mój przewodnik uznał  chyba tę eskapadę za wycieczkę 

krajoznawczą,  gdyż nieustannie informował  mnie  o urokach krajobrazu i  regularnie co wiec-

zór spijał się w przydrożnych gospodach.

Omijaliśmy większe  osiedla,  przekroczyliśmy Tamizę  pod Henley,  a gdy  zbliżaliśmy 

się do niej powtórnie w  Southwark,  majaczył  już przed nami  London Bridge i dachy samego 

Londynu. Trudno,  co prawda, było je  dojrzeć,  miasto zasłaniał  bowiem ciągnący się na prze-

ciwległym  brzegu  mur.  Wyglądał  dziwnie  mocno  w  porównaniu  z  resztą  zabudowy  i  nagle 

coś mi zaświtało.

- Ten mur jest nowy, nie?

- Aye.  Ukończony  dwa  lata  temu.  Biegnie  wokół  całego  miasta  i  to  bez  przyczyny. 

Wielu tu zginęło. Kobiety i dzieciaki. Boniuś ganiał  wszystkich jak niewolników. On faktyc-

znie jest stuknięty.

Przyczyna wybudowania  muru była całkiem zrozumiała,  co nie zmieniało  faktu,  że i 

tak mi się to wszystko nie podobało. Został zbudowany dla mnie, a raczej przeciwko mnie.

-  Musimy  znaleźć spokojną  gospodę  -  stwierdziłem,  odrywając  się  od  tych  niewe-

sołych myśli.

- ”U Georga”. Zaraz tu, w prawo - cmoknął głośno. - Dobre piwo tu mają.

- Potrzebujemy naprawdę spokojnego schronienia, z widokiem na ten most.

- Znam takie miejsce. ”Pod Dzikiem i Orłem”  na Piekle Hevring Street. Z dobrym  pi-

wem.

Najzwyklejsze pomyje z byle chmielu  były  dla  niego  dość  wytwornym  napojem,  by 

nazwać je piwem. Ale to ”Pod Dzikiem i Orłem” było naprawdę dobre.

background image

Sama  gospoda  okazała  się  jednak  budą  z  wypłowiałym  szyldem  nad  wejściem,  na 

którym  to szyldzie imponująca świnia i równie  imponujący ptak skakały sobie do oczu. Led-

wie dotargowałem jako tako cenę  za pokój i stajnię,  zaraz zamknąłem się w tym pierwszym  i 

wyciągnąłem elektroniczną lornetkę. Przyjrzałem się miastu. Był to widok przygnębiający.

Mur miał  około trzydziestu stóp wysokości i  składał  się  wyłącznie ze  skał  i kamieni. 

Bez  wątpienia  naszpikowany  był  elektronicznymi  alarmami  wszelkiej  maści.  Przejście  nad, 

pod  i  przez  niego  należało  wykluczyć,  chyba  że  miało  się  skłonności  samobójcze.  Ja  nie 

miałem. Pozostały więc  bramy,  toteż studiowałem  dokładnie tę,  która  była  na  wprost  moich 

okien,  na  końcu London  Bridge.  Ruch odbywał  się  dość powoli,  gdyż każdy był  przeszuki-

wany  przed  wejściem  do  stojącego  wewnątrz  murów  ceglanego  budynku.  Wychodzili  zeń 

chyba  wszyscy,  ale  głowy  bym  nie  dał.  Tego,  co  się  działo  wewnątrz,  nie  byłem  w  stanie 

zgadnąć  nawet  w  marzeniach  sennych. Postanowiłem  więc dowiedzieć  się,  a  pomieszczenie 

pode mną nadawało się do tego celu idealnie.

Wszyscy lubią fundatorów,  a ja byłem ich najlepszym wzorem. Pomrukując gniewnie, 

właściciel wynalazł  gdzieś flaszkę nadającej się do picia whisky,  którą zaraz zarezerwowałem 

dla  siebie,  stawiając  szczodrze  tubylcom  kufle  ale. Najlepszym  informatorem  okazał  się 

szczeciniastobrody  typ o imieniu  Quinch. Był  jednym z  poganiaczy bydła,  ale najmował  się 

też  jako pomocnik  rzeźnika.  Lotność  jego umysłu  nie  była  zbyt  duża  w  przeciwieństwie  do 

pojemności żołądka. Mówił  tylko wtedy,  gdy pił. Ponieważ  zaś wchodził  i opuszczał  Londyn 

codziennie,  fragment  po  fragmencie  udało  mi  się  wyciągnąć  zeń  informacje,  które  z  wolna 

ułożyły się w obraz ceregieli wejściowych u bram miasta.

Sam  zaobserwowałem,  że  przeprowadzano  rewizję.  Czasami  dokładną,  przeważnie 

jednak pobieżną,  ale była  też  i inna  czynność,  której nigdy  nie pomijano.  Każdy wchodzący 

musiał  wsadzić  rękę  do  otworu w  ścianie wartowni.  Nic  więcej - niczego  nie dotykać,  tylko 

wsadzić  i  wyjąć z powrotem. Przyznaję,  że zabiło mi  to porządnego ćwieka. Co oni  mogli w 

ten sposób  badać?  Odciski palców?  Idiotyzm,  tym  bardziej  że z  zasady  nosiłem  fałszywe,  a 

od  ostatniego  spotkania  zmieniałem  je  przynajmniej  trzy  razy.  Temperaturę?  Alkaliczność 

skóry? Ciśnienie? Czyżby ci tutaj mieli inne cechy organizmu niż ja? Było to prawdopodobne 

po  trzydziestu  tysiącach lat  ewolucji,  ale  mogłem  to  sprawdzić  jedynie  za  pomocą  ekspery-

mentu.

background image

Toteż  następnego  wieczoru  zszedłem  do  sali  wyposażony  w  detektor  własnej  kon-

strukcji,  rejestrujący wszystkie wyżej wymienione dane i jeszcze trochę na dokładkę. Czujnik 

wmontowałem  w  sygnet,  co  natchnęło  mnie,  by potrząsać  prawicami  wszystkich  obecnych. 

Odczyty były precyzyjne z tolerancją  0,006 % i wykazywały jednoznacznie,  że  moje  własne 

dane nie są specjalnie różne.

-  Jesteś idiotą!  -  stwierdziłem  do  własnego  odbicia.  -  Musi  być  powód,  dla  którego 

spreparowano  tę  dziurę  w  ścianie.  I  jest  tam  przecież  jakiś  aparat  wykrywający.  Tylko  co 

wykrywa? Zaraz, a co w ogóle można zbadać?

Wziąłem kartkę i zacząłem wypisywać wszystko, co można zaobserwować i zmierzyć, 

od światła  widzialnego poczynając, na promieniach Kiliana kończąc. Wyszła  mi nader impo-

nująca lista,  którą  rzuciłem  na  ziemię ze  zniechęceniem,  gdy porównałem  ją z tym,  co może 

emitować ludzkie ciało.

Po chwili ją podniosłem. Coś tu jednak pasowało,  coś z tego,  co napisałem,  pasowało 

do informacji, które zasłyszałem o Ziemi.

Mam!  Zniszczona  przez  wybuch atomowy. Tak  mówił  Coypu.  Radioaktywność! Era 

atomowa  to  pieśń  przyszłości.  Jedyną  radioaktywnością,  którą  mogły  przejawić  ciała 

tubylców,  była  radioaktywność podłoża. Sprawdzenie tego doniosłego przypuszczenia zajęło 

jedną chwilę.

Ja pochodziłem  ze świata  pełnego różnego rodzaju promieniowania  i  moje  ciało,  jak 

wykazało urządzenie,  wydzielało dwa  razy więcej promieniowania  niż ciała  tubylców. Skoro 

wiedziałem,  czego się  strzec,  reszta  była  już  dziecinnie  prosta  i  nad  ranem  byłem gotów do 

ataku.

Wszystko,  co  miałem  przy sobie,  było  wykonane  z  plastiku,  a  to,  co  absolutnie  mu-

siało  zawierać  metal,  znajdowało  się  w  długiej  na  trzy  stopy  i  grubej  jak  mój  kciuk  plas-

tikowej  tulei.  Krótko  przed  świtem  opuściłem  gospodę  przez  okno  i  ruszyłem  na  poszuki-

wanie  ofiary.  Nie  musiałem  długo  szukać.  Strażnik  w  błękitnym  uniformie  pilnował 

pobliskich doków.

Skok, odrobina gazu,  ciemna brama i po dwóch minutach pilnowałem tego co on,  odz-

iany  w  jego  mundur  i  z  jego  karabinem  na  ramieniu.  Trzymałem  go  według  najlepszych 

wzorów  regulaminu  musztry  piechoty  francuskiej.  Szczegółem  był  fakt,  że  w  lufie  tegoż 

background image

tkwiła moja  tuleja z  drobiazgami  zabranymi  na  wyprawę. Proszę uprzejmie,  niech  ją  znajdą 

detektorem do wykrywania metali.

Zgranie  czasowe  było  idealne.  Po  niespełna  kwadransie  zaczęli  zdejmować  warty, 

które  po kolei zbierały się przy moście. Maszerowałem w ostatnim  szeregu karnej  kompanii, 

wybijając takt podkutymi butami. Pomysł  był  genialny w swojej prostocie. Nie będą przecież 

sprawdzać swoich własnych ludzi.

Gówno  prawda!  Ledwie  doszliśmy  do  bramy,  zobaczyłem  dość  ciekawy  obrządek. 

Każdy żołnierz,  który skręcił  za róg wartowni,  zatrzymywał  się  na  chwilę i pod czujnym ok-

iem sierżanta wkładał rękę do ciemnego otworu w ścianie. 

12

- Mayerd! - wrzasnąłem, potykając się o nie istniejący wybój.

Nie  miałem  pojęcia,  co  to  słowo  znaczy,  ale  było  najczęściej  używane  przez  fran-

cuskich wojaków i sądziłem,  że pasuje do sytuacji. Równocześnie zatoczyłem  się  na  idącego 

obok,  uderzając go  przy okazji kolbą  w  głowę. Naturalną  koleją  rzeczy on wrzasnął  jeszcze 

głośniej  i  odepchnął  mnie.  Zatoczyłem  się malowniczo,  potknąłem  o niski  murek  i  runąłem 

do rzeki. Bardzo udane przedstawienie.

Prąd  był  szybki,  ubranie  nasiąkło  wodą,  toteż  wsadziłem  karabin  między  kolana  i 

poszedłem w dół  jak kamień. Wynurzyłem się jeszcze po chwili,  wrzeszcząc coś bez sensu,  i 

pozwoliłem,  aby  ciężar  ubrania  i  broni  pociągnął  mnie  znowu  na  dno.  Po  sekundzie 

nałożyłem  na  twarz  maskę  tlenową,  po  czym  powolnymi,  ekonomicznymi  ruchami 

popłynąłem  do przeciwległego brzegu,  a prąd niósł  mnie  z  dala od mostu. Po niezbyt długim 

czasie  zobaczyłem  nad  sobą  cień  niedużej  jednostki  -  ani  chybi  jakiegoś  kutra  -  toteż  os-

trożnie wypłynąłem.

Pierwszą  rzeczą,  którą  ujrzałem,  były  połatane  spodnie  francuskiego  wojaka 

siedzącego nade mną na nadburciu. Wojak zajęty był  czyszczeniem stalowo połyskującej lufy 

groźnie  wyglądającego  działa.  Sylwetka  tego  ostatniego  dziwnie  nie  pasowała  do  rycin 

dziewiętnastowiecznych  armat,  które  zdobiły  czytane  przeze  mnie  publikacje.  Było  to  zu-

pełnie zrozumiałe,  gdyż działo należało do tej  epoki tak samo jak ja. Gdy przygotowywałem 

się  do  tej  wycieczki,  poświęciłem  trochę  czasu  na  zaznajomienie się  z  osiągnięciami  ruszni-

background image

karskimi  tej  planety.  Armata,  na  którą  spoglądałem,  była  bez  wątpienia  bezodrzutowym 

działem  kalibru  75 milimetrów,  ładowanym  odtylcowo  i  skonstruowanym  około  1940  roku. 

Idealna  rzecz  do  zamontowania  na  lekkich  jednostkach  pływających,  gdyż  jej  odrzut  nie 

roznosił  łajb  w  drzazgi,  a  można  było  rozstrzelać  każdy  okręt  z  tej  epoki,  zanim  jeszcze 

doszedł  na odległość umożliwiającą  użycie własnych  dział. Poza tym  armatka była  łatwa  do 

transportu, co czyniło ją niezastąpioną w polu. Siła ognia tego działa przekraczała możliwości 

jej dziewiętnastowiecznego odpowiednika. Wystarczyło sprowadzić  paręset takich zabawek z 

przyszłości i nadzwyczaj prosto było wtedy zmieniać historię. Co też właśnie zrobiono.

Doszedłszy do tego budującego  wniosku,  zanurzyłem  się  ponownie  i  skierowałem  ku 

przystani w  dole rzeki. Nikogo nie  było w  zasięgu wzroku,  toteż wygramoliłem się na  nabr-

zeże  i  podążyłem  ku  stojącym  opodal  budynkom.  Właściwie  to  miałem  podążyć,  ale  coś 

stanęło mi na drodze. Po bliższym przyjrzeniu się zamarłem w pół ruchu.

Gdy patrzy się prosto w lufę niesympatycznie wyglądającego pistoletu dużego kalibru, 

postępowanie takie jest całkowicie zrozumiałe.

- Idź  przede  mną  - odezwał  się  posiadacz broni.  - Zabieram  cię do  dość  wygodnego 

miejsca, gdzie będziesz mógł się ogrzać.

Sądząc z  dziwnego  akcentu,  miałem  najprawdopodobniej  do czynienia  z  Francuzem. 

Wszystko zaś,  co mogłem zrobić,  to zastosować się do rozkazu popartego tym prymitywnym 

samopałem. Z  tej  odległości  był  w  stanie  rozwalić  mi  głowę.  W nie  zmienionym  porządku 

doszliśmy do karety z gościnnie otwartymi drzwiami.

- Wejdź - polecił  mi głos zza pleców. - Akurat byłem w pobliżu i  zobaczyłem, jak pe-

wien  nieszczęśliwy  żołnierz  spada  z  mostu i  tonie. Spytałem  sam  siebie,  co by było,  gdyby 

przypadkowo  nie  utopił  się  i  przepłynął  rzekę?  Gdzie  mógłby  wylądować,  wziąwszy  pod 

uwagę  tutejszy  prąd?  Mały  matematyczny  problem,  który  rozwiązałem  i  voila!  Właśnie 

wyszedłeś z wody.

W  trakcie  tej  przemowy  wleźliśmy  obaj  do  wnętrza,  drzwi  się  zamknęły  i  pojazd 

ruszył.  Zastanawiałem się  właśnie,  w  jaki sposób bez  większego hałasu zostać  właścicielem 

pistoletu,  lecz  gdy  złapałem  za  kolbę,  która  wyrastała  pod moim  nosem,  broń  została  mi  w 

dłoni bez oporu. Ot, po prostu wręczono mi ją.

- Ze wszystkich znanych mi powodów to pan,  Mr Brown, powinien mieć ten drobiazg, 

jeśli  w  ogóle  jest  on  nam  potrzebny. -  Uśmiechnął  się,  widząc,  jak szczęka  opada  mi  coraz 

background image

niżej. - To był  najprostszy sposób,  aby zaprosić  pana do mojego powozu. Obserwuję pana od 

kilku dni i ostatecznie przekonałem się już, że nie kocha pan francuskich najeźdźców.

- A... ale pan przecież też jest Francuzem!

- Oczywiście!  Zwolennikiem  ostatniego króla  wygnanym  z  ojczyzny.  Nauczyłem  się 

nienawidzić tego korsykańskiego pomiotu,  gdy inni jeszcze się z niego śmiali. Teraz nikt już 

się  nie  śmieje,  a  my jesteśmy  sprzymierzeńcami. Ale,  ale,  pan  pozwoli,  że  się  przedstawię. 

Hrabia d'Hesion, proszę mnie nazywać Charles, skoro tytuły są obecnie anachronizmem.

- Miło cię poznać. Mów mi John!

Zanim  ta  interesująca  konwersacja  zdążyła  się  rozwinąć,  byliśmy  już  na  miejscu. 

Dzierżąc  nadal  w  dłoni  ów  samopał,  znalazłem  się  błyskawicznie  w  kąpieli,  którą  przygo-

tował  jeden z emerytowanych,  na oko,  służących. Porozumiewali się oni miedzy sobą wyłąc-

znie  po  francusku,  co  umożliwiło  mi  sprawne  przeniesienie  zawartości  jednego  ubrania  do 

drugiego. Gdy zszedłem do salonu, hrabia siedział  już tam z kryształowym pucharem w dłoni. 

Wręczyłem  mu broń,  a on podał  mi identyczny ze swoim puchar. Jego zawartość spłynęła do 

mojego żołądka jak ciepła muzyka, a delikatny smak z niczym nie dawał się porównać.

- Czterdziestoletni, z  mej posiadłości,  która,  jak widać natychmiast,  była w  prowincji 

Cognac - poinformował mnie.

Pociągnąłem  drugi  łyk  i  obejrzałem  sobie  gospodarza.  Wysoki  i  szczupły,  z 

początkami siwizny, wysokim czołem i inteligentną twarzą.

- Dlaczego się tu znalazłem? - spytałem.

- Bo najwyższy czas zjednoczyć siły. Jestem  studentem filozofii naturalnej,  a to,  co tu 

widzę,  jest  zdecydowanie nienaturalne.  Napoleon  ma działa,  które  nie zostały  wyprodukow-

ane  w  żadnym  z  krajów  Europy. Niektórzy mówią,  że pochodzą one z Kitaju,  ale ja  w  to nie 

wierzę.  Ta  broń  obsługiwana  jest  przez  ludzi,  którzy  mówią  bardzo  podłą  francuszczyzną. 

Ludzie ci  są dziwni  i  źli,  a chodzą  słuchy o jeszcze  dziwniejszych i gorszych w jego sztabie. 

Dziwne rzeczy dzieją się na tym świecie,  dlatego zwracam baczną uwagę na obcych. Obcych 

nie  będących Anglikami.  Takich  jak  ty. A  na  marginesie  -  powiedz  mi,  jak  człowiek  może 

przepłynąć rzekę bez wynurzania się dla nabrania oddechu?

-  Używając  maszyny.  -  Skoro  był  tak  bystrym  obserwatorem  i  wiedział,  o  czym 

mówił,  to nie  było  sensu  bawić  się  z  nim  w  przemilczenia.  Zresztą  bezodrzutówki  mówiły 

same za siebie.

background image

- Tak też sądziłem. I myślę,  że wiesz o wiele więcej niż ja o tych dziwnych ludziach i 

ich broni. Oni nie są z tego świata, który znam ja i wszyscy tutaj, prawda?

- Oni pochodzą z miejsca, gdzie panuje zło i szaleństwo i przywlekli je tu ze sobą,  a ja 

ich zwalczam. Nie  mogę powiedzieć ci  o nich wiele,  bo sam nie  znam  ich historii. Ale pow-

iem ci jedno - jestem tu, aby zniszczyć ich i wszystko, czego do tej pory dokonali.

- Spodziewałem  się  tego! Musimy się zjednoczyć! Udzielę ci  pomocy w  miarę mych 

sił i umiejętności.

- Możesz  zacząć  od nauki  francuskiego. Muszę dostać  się  do  Londynu i  wygląda  na 

to, że będę musiał poznać ten język.

- Ale... czy mamy tyle czasu?

- Dwie godziny wystarczą. Inna maszyna.

- Zaczynam rozumieć, ale nie jestem pewien, czy lubię te wszystkie maszyny.

- Ich nie można lubić  czy nie. Są obojętne,  można ich używać lub nie używać,  ale nie 

sposób mówić o uczuciach w stosunku do nich.

- Moje uznanie  dla twej logiki. Masz,  rzecz jasna,  rację. A więc do dzieła. Kiedy zac-

zynamy?

Wieczorem tego dnia, po zabraniu moich rzeczy z gospody,  rozmawialiśmy ku widoc-

znej przyjemności hrabiego po francusku.

- I co dalej? - spytał, gdy po dobrej kolacji wróciliśmy do koniaku.

- Muszę się przyjrzeć jednemu z tych pseudo-Francuzów,  o których wspomniałeś. Czy 

po tej stronie rzeki pojawiają się czasem samotnie, czy zawsze tylko w kupie?

-  I  tak,  i  tak,  ale  nie  mają  określonych  tras,  tak  że  potrzeba  byłoby  jeszcze  kilka 

bliższych  informacji.  -  Zadzwonił  srebrnym  dzwonkiem,  który  stał  na  stoliku.  -  Chcesz  go 

nieprzytomnego czy martwego?

- Jesteś zbyt  łaskaw. Tą częścią zajmę się sam. Chodziłoby mi natomiast o wskazanie 

go.

Hrabia  wydał  instrukcje  służącemu,  który  pojawił  się  w  drzwiach,  a  ja  zająłem  się 

drinkiem.

- Gdy będziesz miał  te informacje,  będziesz  wiedział,  co dalej  zrobić? - spytał  gospo-

darz.

background image

-  Powinienem.  Muszę  dostać  się  do  Londynu,  zabić  jedno  indywiduum  i  zniszczyć 

pewną maszynerię.

- A Korsykanin?

-  Prawdopodobnie  diabli  go wezmą  przy  okazji. Sam  tego  nie  rozumiem,  ma  to  coś 

wspólnego z naturą czasu. Z tego,  co wiem,  to przeszłość,  w  której jesteśmy,  w ogóle nie  ist-

nieje  w  przyszłości. Nasze  książki  historyczne  głoszą,  że Napoleon przegrał,  a Anglia  nigdy 

nie została podbita.

- To jedyne, co może być!

- Faktycznie, może, ale jeśli tak się stanie, to ten cały świat zniknie.

- Ryzyko jest stałym elementem hazardu - stwierdził  spokojnie hrabia. - Jeśli ten świat 

zniknie, to znaczy, że inny, lepszy się pojawi.

- Można tak to ująć.

- A więc musimy do tego dążyć. W tym nowym świecie moja rodzina będzie żyła,  a ja 

będę  w  domu. Poświęcenie  życia  tutaj będzie  drobnostką,  o  której  szkoda  wspominać.  Choć 

przyznaję,  że wolałbym,  aby świadomość tego, co ma  nastąpić, została naszą  wspólną tajem-

nicą. Nie jestem pewien,  czy wszyscy moi pomocnicy podzieliliby ten filozoficzny,  w gruncie 

rzeczy, punkt widzenia.

- Też tak sądzę. Chciałbym, żeby był inny sposób.

-  Nie  ma  się  czym  przejmować,  drogi  przyjacielu.  Proponuję  zresztą  nie  poruszać 

więcej tego tematu.

-  Wspaniale!  -  stwierdził  hrabia  po  konferencji  ze  starszym  lokajem.  -  Grupka 

poszukiwanych bawi  akurat  w  Mermaid  Court. Co  prawda,  w  koło  są  straże,  ale  nie  sądzę, 

żeby taki drobiazg był dla ciebie przeszkodą.

- Żadną - zapewniłem go wstając. - Gdybyś jeszcze wspomógł  mnie pojazdem i prze-

wodnikiem, to obiecuję wrócić za godzinę.

Wróciłem po trzech kwadransach.

Ogolony typ zawiózł  mnie na miejsce i wskazał  kogo trzeba. Grupa zajęła  kamienicę, 

w  której  mieściła  się  i  knajpa,  i  burdel,  toteż  nie  było  obawy,  że  wyniosą  się  zbyt  szybko. 

Wszedłem  do sąsiedniego budynku,  co było najtrudniejsze w  całej akcji,  drzwi były bowiem 

zamknięte  na  tak  potężny  zamek,  że  moje  wytrychy nie  mogły  dosięgnąć  mechanizmu. Nóż 

jednak zdołał  tego dokonać,  toteż wkrótce dostałem się najpierw do środka, potem na dach,  a 

background image

w  końcu,  za  pomocą  przymocowanego do jednego z kominów  pajączka,  do  ciemnych okien 

na piętrze sąsiedniej budowli. Ciemnych, ale dla innych, a nie dla mnie,  gdyż miałem na nosie 

okulary sprzężone z umieszczonym na skroniach reflektorem ultrafioletu.

Wybrałem  sobie  jedno  z  okien,  otworzyłem  je  i  złapałem  jakiegoś  delikwenta  bez 

gaci.  Jego  i  resztę  towarzystwa  na  łóżku uciszył  gaz.  Nie  czekając  na  oklaski,  pozbierałem 

trofeum  z  podłogi.  Na  dach  wróciłem  tak  szybko,  jak  tylko  pozwoliła  na  to  wciągarka  nici 

molekularnej,  na  której  wisiałem.  Parę  minut  potem  moja  zdobycz  chrapała,  przypięta  do 

stołu w piwnicy hrabiego,  a ja  przygotowywałem odpowiednie urządzenia. Hrabia przyglądał 

się temu z niesłabnącym zainteresowaniem.

-  Chcesz  wyciągnąć  wiadomości  z  tego  ścierwa?  Nie  pochwalam tortur,  ale  czasami 

gorące szczypce i ostrze  noża są  niezastąpione. Mówiono mi,  że krajowcy z  Nowego Świata 

potrafią obedrzeć człowieka ze skóry nie zabijając go przy tym.

- Brzmi to zachęcająco, ale nie będziemy musieli zabrudzić ci piwnicy. Powie nam,  co 

będziemy chcieli,  nie  wiedząc  wcale,  że  mówi. Maszyny przespacerują się  po jego  zwojach 

mózgowych,  co -  zapewniam cię  - jest  gorsze od rozpalonego żelaza. A potem będzie już  do 

twojej dyspozycji.

- Dzięki. Jeśli któryś z nich ginie,  cierpi ludność cywilna. Damy mu porządnie w kość 

i zostawimy w jakimś zaułku. Będzie wyglądało na zwykły napad.

-  Pięć  punktów  za  pomysł,  a  teraz  do roboty. Przejście  przez  ten  umysł  było  rzeczą 

równie  przyjemną  jak  kąpiel  w  gnojówce.  Obłęd  to  jedna  sprawa  -  ten  tu  był  obłąkany  w 

równym stopniu co jego szef - a zboczenie  i uwielbienie  zła  to coś zupełnie innego. Z  uzys-

kaniem potrzebnych informacji był tylko jeden kłopot - skłonić go do mówienia po francusku 

lub  angielsku,  a  nie  tym  obrzydliwym  bełkotem,  który  był  jego  ojczystym  narzeczem.  Gdy 

uporałem się  z  tym,  reszta była  już kwestią  minut. Jules - mój  gładko ogolony przewodnik - 

został  obarczony  przyjemnym  i  pożytecznym  zajęciem  obicia  mu  mordy  i  odstawienia  do 

zaułka, a my powróciliśmy do niezupełnie jeszcze opróżnionej karafki.

- Ich dowództwo mieści się w czymś takim,  co nazywa się Saint Paul. Wiesz, gdzie to 

jest?

- Nie ma dla  nich nic świętego! To katedra,  dzieło wielkiego Sir Christophera Wrena, 

o, tu na planie Londynu.

background image

- Tam jest ten,  którego szukam, i cała jego maszyneria. Ale żeby się tam dostać, muszę 

wejść do Londynu. Mogę to zrobić w  jego mundurze,  bo mamy tę samą radioaktywność i nie 

wzbudzę  żadnych  podejrzeń,  ale  z  pewnością  mają  jakieś  hasła  czy  inne  identyfikatory, 

choćby nawet była to tylko znajomość ich języka. Potrzebuję dywersji, która odciągnęłaby ich 

uwagę. Czy masz wśród swoich kogoś, kto zna się na artylerii?

- Oczywiście.  Rene Dupont jest  byłym  majorem  i  to  dość  wszechstronnie  wyszkolo-

nym. I jest w Londynie.

- Właśnie ktoś taki jest mi potrzebny. Zapewniam,  że będzie zadowolony obsługując tę 

siedemdziesiątkę piątkę. Musimy przed świtem zdobyć jeden z tych okrętów. Rano,  gdy tylko 

otworzą  bramy,  zaczniemy  kanonadę,  żeby  zlikwidować  wartownię  i  wartę  i  wprowadzić 

zamieszanie. Potem łódź  na dno,  obsługa na brzeg i w nogi. Zgranie tego wszystkiego będzie 

twoim zadaniem.

- Zajmę się tym z prawdziwą przyjemnością. Ale gdzie ty będziesz?

- Na moście, będę maszerować z wojskiem, tak jak próbowałem wcześniej.

- Raczej  niebezpieczne  zajęcie! Jeśli będziesz  zbyt wcześnie,  to  cię  złapią,  a  jeśli  się 

spóźnisz, to albo my cię rozstrzelamy, albo brama będzie zamknięta.

- Dlatego tak istotne jest zgranie wszystkiego w czasie.

- Zaraz poślę po najlepszy chronometr, jaki można tu dostać. 

13

Major Dupont był  rumianym i szpakowatym grubaskiem, ale tyle miał  w sobie energii 

i  tak dobrze  znał  się  na  swoim  fachu,  że  rekompensowało  to  istotne  z  wojskowego  punktu 

widzenia  braki  fizyczne. Teraz  zaś zżerała  go  wprost  pasja  i  tęsknota,  by  obsługiwać  to  ni-

espotykane  w  jego  wieku  działo  najeźdźców.  Poprzednia  załoga  monitora  razem  z  war-

townikiem spała pod pokładem nieco głębszym snem, niż planowała, a ja uczyłem majora, jak 

używać  bezodrzutówki.  Trzeba  przyznać,  że  był  pojętny,  a  po  doświadczeniach  z  gładkolu-

fowymi  urządzeniami  ładowanymi  od  przodu  i  uzależnionymi  od  odmierzonych  na  oko 

ładunków prochu siedemdziesiątka piątka wydała mu się prosta i rewelacyjna.

- Ładunek miotający,  pocisk i ładunek wybuchający w jednej całości! Cudowne! A ta 

dźwignia otwiera komorę zamkową?

background image

- Zgadza  się. A  od  tego  trzymaj się  z  daleka  w  czasie  strzału,  bo tędy  wylatują  gazy 

prochowe uruchamiające przeładowanie. Urządzenie celownicze masz zgrane,  zresztą strzelać 

będziesz na małą odległość i to do widocznych celów.

- Powiedz mi więcej o niej - domagał się, gładząc stalową lufę.

Następny  krok.  Hrabia  miał  dopilnować,  aby  jednostka  została  przeprowadzona  w 

górę  nurtu  i  zakotwiczona  poniżej  London  Bridge  tuż  przed  świtem.  Jego  chronometr  był 

wielkości solidnej cebuli - ręczna  robota ze  stali  i miedzi  - i  tykał  bardzo  głośno,  lecz  przez 

dwanaście godzin chodził  prawie tak dobrze  jak mój  atomowy zegarek wielkości paznokcia, 

którego  margines  dokładności  wynosił  jedną  sekundę  na  rok.  Uregulowaliśmy  zegarki,  po 

czym  podniosłem  się,  by  przystąpić  do  realizacji  mojej  części  roboty.  Uścisnęliśmy  sobie 

dłonie na pożegnanie.

- Zawsze będziemy wdzięczni za twoją pomoc - odezwał się hrabia. - Teraz jest z nami 

nowa nadzieja na zwycięstwo!

- To ja powinienem podziękować ci za pomoc. Zwłaszcza  gdy weźmie się pod uwagę 

fakt, że moje zwycięstwo może dla was być nie najlepszym finałem.

- Umierając zwyciężymy,  jak już  to wytłumaczyłeś - machnął  ręką. - Świat bez  tych 

świń jest  wystarczającym  zwycięstwem. Nawet jeśli my  nie będziemy  już oglądać  tego świ-

ata. A teraz - powodzenia!

Przypomniałem sobie  jego słowa,  słysząc kroki dudniące echem w pustych uliczkach, 

gdzie czekałem  na  pierwsze promienie  słońca  rozpraszające  mroki nocy. Londyn  miał  masę 

miłych,  ciemnych  zaułków,  w  których można  było zniknąć.  Ukryłem  się  w  jednym  z  nich  i 

pogrążyłem w obserwacji mostu. Pojawili się pierwsi żołnierze z nocnej zmiany.

Niektórzy szli raźno,  inni noga za nogą,  część grupami, część luzem. Dokładny bajzel 

na wrotkach. Wmieszałem się w to tałatajstwo,  zezując cały czas na zegarek. Powinienem być 

idealnie o czasie. Nagle ktoś z tyłu zawołał:

Lortytort! - i ku swemu zaskoczeniu stwierdziłem,  że woła do mnie. Przeoczyłem w 

swych  przygotowaniach  fakt,  że  kumple  mego  informatora  będą  mnie  teraz  nagabywali. 

Trzeba  było  improwizować.  Pomachałem  mu  więc,  wykrzywiłem  się  dość  obrzydliwie  i 

ruszyłem przed siebie. Facet najpierw  zwątpił,  a  po chwili ruszył  za  mną z  kopyta.  Musiało 

mu  się  zebrać  na  pogawędkę,  na  którą  ja  nie  miałem  najmniejszej  ochoty,  szczególnie  nie 

background image

znając języka. Przyspieszyłem kroku, ale on ciągle podążał  za mną. Nagle dotarło do mnie, że 

w takim tempie dojdę do bramy zbyt szybko i dam się ostrzelać.

Ze  swego miejsca  doskonale  widziałem  postacie  poruszające  się  na  pokładzie  moni-

tora. Musiałem  się  zatrzymać,  gdyż  w  przeciwnym  wypadku  znalazłbym  się  w  środku  pla-

nowanego fajerwerku. Słyszałem zbliżające się kroki,  a w  chwilę później ciężka  dłoń opadła 

mi na ramię i obróciła mnie o sto osiemdziesiąt stopni.

Lortilypu? - spytał  jej  właściciel,  po  czym  oczka  mu  się  zaokrągliły,  a  szczęka 

opadła w nagłym zrozumieniu. - Blivit!

Musiał,  skubany,  poznać  mnie  z  fotografii.  Mieli  dość  czasu  nie  tylko  na  obejrzenie 

zdjęcia, ale i dość udanej krótkometrażówki ze mną w roli głównej.

Blivit to jest to - zgodziłem się z nim uprzejmie, pakując mu zatrutą igłę w szyję.

Normalnie  przełączam  pistolet  na  igły  z  narkotykami,  ale  teraz  uznałem,  że  wobec 

tych  kreatur  lepsze  będzie  radykalne  rozwiązanie.  Tylko  to  nie  było  dość  radykalne.  Typ 

wprawdzie  padł,  ale  następny  coś  usłyszał  i  przedzierał  się  już  ku  mnie  przez  tłum  Fran-

cuzów. Zmuszony byłem  go zastrzelić. To naturalnie  zainteresowało całą tę watahę  wokoło  i 

zacząłem  się  już zastanawiać, czy nie będę musiał  wygubić wszystkich okolicznych formacji 

Armii Francuskiej.

Nie  musiałem. Pierwszy pocisk wyrżnął  jakieś dwadzieścia jardów od miejsca,  gdzie 

stałem. Efekt był  zadowalający - potężny huk i kupa śmieci w  powietrzu. Ciągu dalszego już 

nie  obserwowałem,  tylko  padłem  na  ziemię,  aby  nie  dać  się  zabić.  Skorzystałem  zresztą  z 

zamieszania i uśpiłem kilkunastu najbliższych żołnierzy, którzy byli świadkami poprzedniego 

zajścia.

Dupont  opanował  najwyraźniej  nową  zabawkę,  bo  ostrzał  przeniósł  się  na  bramę  i 

wartownię. Wywołało to dość  ożywiony ruch i jeszcze  żywsze  wrzaski na moście,  w których 

zresztą wziąłem z zapałem udział. Spojrzenie  na zegarek przekonało mnie,  że przedstawienie 

ma się ku końcowi.

I faktycznie - po paru następnych strzałach  kolejny  pocisk trafił  dobrze  ze sto jardów 

w bok, co było dla mnie sygnałem.

Błyskawicznie  zerwałem  się  na nogi  i ruszyłem ku temu,  co  jeszcze niedawno nazy-

wało  się  bramą. Teraz  była  to całkowita  ruina,  na której jeszcze  nie  osiadł  ceglany kurz.  W 

background image

zasięgu mego wzroku nie było nic, co zdradzałoby najmniejszy chociaż ślad ruchu. Plan udał 

się  znakomicie  i  to  mimo  niespodzianki  na  moście.  Działo  na  monitorze  przemówiło  pon-

ownie.

Tego  nie  było  w  planie.  Po  tym  sygnalnym  pocisku  mieli  zatopić  łajbę  i  pryskać  w 

bezpieczne  miejsce.  Coś  musiało  iść  nie  tak,  jak  powinno.  Moje  rozważania  przerwała 

podwójna eksplozja brzmiąca  prawie jak jeden wystrzał. Żadne działo nie jest w  stanie strze-

lać tak szybko, a zatem musiały być dwa!

Ulica,  na  której  się  znajdowałem,  Upper Thames Street,  biegła  równolegle  do  muru. 

Byłem obecnie na tyle daleko od bramy, że moja obecność nie budziła skojarzeń z tym,  co się 

tam stało. Skorzystałem  zatem  z  pierwszych  schodów,  jakie się  nawinęły,  i  wspiąłem  się  na 

platformę obserwacyjną. Nikogo nie było w  okolicy, a ja miałem idealny widok na scenę wy-

darzeń.

A  działo  się  tam  dużo  -  siostrzany  okręt  naszego  płynął  w  górę  rzeki  pod  pełnymi 

żaglami.  Major  odgryzał  się  zaciekle,  ale  przeciwnik miał  więcej  doświadczenia,  wybił  już 

dziurę  w  okolicy  steru,  a  gdy  patrzyłem,  kolejny  pocisk  uderzył  właśnie  w  śródokręcie 

uciszając działo.  Przez  nadbrzeże ktoś biegł  i  wyraźnie  zamierzał  wskoczyć na  pokład. Wy-

ciągnąłem lornetkę, lecz i bez niej udało mi się rozpoznać ową postać.

Oczywiście hrabia przybywał  na  pomoc  swoim  wojskom. W chwili gdy zeskoczył,  z 

pokładu  podniosła  się  okrwawiona  postać  i  podążyła  w  kierunku  milczącej  broni.  Major 

załadował armatę i wystrzelił.

Był  to piękny strzał,  dokładnie  w  linię  wodną,  tuż pod działobitnią.  Mając  jednego  z 

głowy,  major położył  ogień na oddziały grupujące się na moście. Hrabia ładował, major strze-

lał,  a  obaj  byli  uśmiechnięci  i  sprawiali wrażenie  naprawdę  zadowolonych z  tego,  co robią. 

Kanonada przybrała na sile, a ja zlazłem na dół.

Pomóc im i tak nie byłem w stanie, zresztą wiedzieli, co robią - walczyli z wrogiem, z 

którym  zmagali  się przez te  długie  lata,  tylko teraz używali doskonałej i  wysoce  efektywnej 

broni.  Oczywiste  było,  że  nie  mają  najmniejszego  zamiaru  przerywać  tej  czynności.  Taki 

koniec  był  z  pewnością  lepszy od  ucieczki  i  śmierci  zaszczutego  zwierzęcia. Ja  tymczasem 

miałem coś jeszcze do zrobienia.

background image

Zgodnie  z  mapą  hrabiego  ruszyłem  wzdłuż  Duck's  Foot  Lane  do  Canon  Street,  po 

czym skręciłem w  lewo. Teraz byli już wokół  ludzie,  przestraszeni cywile,  maszerujące oddz-

iały, ale nikt nie zwrócił na mnie uwagi.

I  oto  w  perspektywie  ulicy  dostrzegłem  wznoszący  się  dumnie  masyw  katedry 

Świętego  Pawła.  Koniec  drogi  był  bliski,  równie  bliskie  było  moje  ostateczne  spotkanie  z 

Onym. 

14

Byłem przerażony. Ktoś,  kto twierdzi, że nigdy nie czuł  strachu,  jest kłamcą nie roku-

jącym szans na  poprawę  albo zwykłym szaleńcem. Pochlebiam sobie,  że żadna z tych możli-

wości  nie  odnosi  się  do  mnie.  Jakkolwiek  by  było,  przerażenie  opanowało  mnie  jak  nigdy 

dotąd.  Może  brało  się  to  ze  zbyt  dużej  ciążącej  na  mnie  odpowiedzialności,  o  której  teraz 

właśnie, ciężki idiota,  musiałem sobie przypomnieć,  a może z faktu, że raz już omal mnie nie 

zabił - nie wiem. Było to niewiarygodne, owszem, lecz było faktem.

- Niewiarygodne!  A  więc  niech  będzie  to  do  końca  zupełnie  wiary  nie  godne!  - 

mruknąłem, grzebiąc w podręcznej apteczce.

Gdyby  nie  stawka,  o  którą  toczyła  się  gra,  najprawdopodobniej  nie  zrobiłbym  tego. 

Nigdy  dotąd  nie  potrzebowałem  syntetycznego  wsparcia  moralnego  i  nawet  w  najgorszych 

przypadkach  starczała  mi świadomość,  że mogę  je  mieć. Ale  teraz  chodziło o  zbyt poważne 

rzeczy, bym się wahał.

Wygrzebałem  w  końcu pojemnik i  przełknąłem dwie  pastylki,  zwane proszkami  ber-

serkera lub prochami furii.

Były  zakazane  wszędzie  i  to  z  rozsądnych  powodów.  Nawet  nie  dlatego,  że  błys-

kawicznie  prowadziły  do  nałogu  -  wewnątrz  kapsułki  znajdował  się  skondensowany  obłęd, 

mieszanka,  która  likwidowała  wszelkie  naleciałości  cywilizacyjne,  pozostawiając  bestie  w 

czystej postaci. A nawet gorzej - bo bestię pozbawioną instynktu samozachowawczego; liczył 

się tylko cel, a cena jego osiągnięcia była wówczas pojęciem nieznanym. Rzecz niezbyt miła, 

czasem jednak potrzebna.

Niezbyt  miła?  Bardzo  miła!  Przez  sekundę  miałem  świadomość,  że  chemikalia 

przejmują  władzę  nad  moim  umysłem,  ale  trwało  to  tylko  krótką  chwilę.  Zaraz  potem  po-

background image

jawiło  się  poczucie  nieograniczonej  siły,  coś,  czego  dotąd  nie  znałem.  Mogłem  zrobić 

wszystko, co tylko bym zechciał,  gdyż to ja byłem jedyną siłą, która się liczyła. A On siedział 

w  tym  budynku  i  myślał,  ciężki  zadufany  kretyn,  że  może  mnie  zatrzymać czy nawet  zabić. 

Teraz zobaczy, jak traktuje się plany idiotów!

- Idę po ciebie! - warknąłem przez zaciśnięte zęby i ruszyłem prosto do bramy,  według 

wszelkich danych naszpikowanej alarmami i  czujnikami. Subtelne wejście? Ależ skąd! Jedy-

nym atutem,  jaki miałem,  było zaskoczenie i całkowita bezwzględność. Uzbroiłem się jak na 

małą  wojnę,  a  każdy,  kto  próbowałby  mnie  zatrzymać,  był  przeszkodą  do  usunięcia,  i  to 

szybko.

Najpierw  ruszyłem  przez  drzwi,  w  których  panował  ożywiony  ruch  wchodzących  i 

wychodzących.  Potem  główną  nawą,  z  której  usunięto  sprzęty  religijne,  prosto  do  ołtarza, 

którego nie było. Na jego miejscu stał ozdobny tron, na którym siedział On.

Poniżej  podwyższenia  rozciągał  się  długi,  zasypany  mapami  i  papierzyskami  stół, 

wokół którego stali oficerowie.

Otrzymywali  oni  polecenia  od  kurdupla  w  prostym,  granatowym  mundurze.  Przy-

puszczałem,  że to właśnie  jest Napoleon - marionetka i pomagier Onego. Uśmiechnąłem  się, 

gdy moje dłonie zaciskały się na broni.

Moją  uwagę przykuło znajome  migotanie dochodzące  z  najbliższej wnęki  po prawej 

stronie  i mój  uśmiech zyskał  na wyrazistości. Time-helix z  kręcącymi się  wokół  technikami. 

Oprócz  zemsty  będę  miał  więc  jeszcze  zapewniony  powrót  do  domu.  Nader  miła  perspek-

tywa.  Nikt  nie  zwrócił  na  mnie  uwagi,  gdy  podszedłem  do  stołu.  Miałem  dość  czasu  - 

najpierw  granaty gazowe,  potem  zabawa.  Gdy zabije się władzę,  z niewolnikami  można  zro-

bić wszystko, na co ma się ochotę.

Jeden wybuchowy i dwa termitowe - cała ta paczka,  z wyjętymi bezpiecznikami, pole-

ciała  prosto z objęcia potężnej postaci siedzącej  na tronie,  a ułamek sekundy później pół  tuz-

ina  granatów  gazowych wylądowało na stole  tuż przed zaszokowanymi oficerami. Zaczynały 

dopiero wybuchać, gdy strzelając z półobrotu załatwiłem igłami techników przy aparaturze.

W  przeciągu  paru  sekund  było  po  wszystkim.  Rzuciłem  jeszcze  parę  granatów  ku 

wejściu,  ot tak,  na  wszelki  wypadek,  i gdy przebrzmiały ich eksplozje,  jedynym dźwiękiem, 

jaki mącił  ciszę,  było wesołe trzaskanie  ognia pożerającego  łapczywie coś,  co przed paroma 

sekundami było moim śmiertelnym wrogiem.

background image

- Zostałeś pobity! - krzyknąłem  z zachwytem  i  obiegłem stół,  aby lepiej widzieć pok-

onanego.

Napoleon podniósł głowę i usiadł.

- Nie bądź idiotą! - stwierdził.

Nie  tracąc  czasu  na  wyjaśnienia,  usiłowałem  go  zabić,  jednak  tym  razem  to  on  był 

szybszy  i  zaskoczył  mnie.  Podobny  do  walca  przedmiot,  którego  otwór  skierowany  był  w 

moją stronę,  błysnął  błękitnym  światłem. Zrobiło mi  się  najpierw gorąco,  a po chwili bardzo 

zimno i nieswojo. Moje ciało było sparaliżowane. Twarzą do przodu zwaliłem się bezwładnie 

na stół. Nic  nie czułem,  nawet  gdy  przewrócił  mnie na plecy i zbliżył  swoją twarz  do  mojej. 

Słuch i wzrok były jedynymi zmysłami,  które jeszcze działały,  toteż jego przeraźliwy chichot 

rozbrzmiał mi ostro w uszach. Poczekał, aż w moich oczach zalśni zrozumienie, i wrzasnął:

-  Zgadza,  się!  Ja  jestem  On.  Przegrałeś!  Zniszczyłeś  androida,  którego  jedynym  za-

daniem  było  skłonić  cię  właśnie  do  tego.  To  wszystko  tutaj  jest  niczym  innym  jak  pułapką 

zastawioną na ciebie! Cały ten świat istniał  wyłącznie po to. Zapomniałeś,  że ciało jest tylko 

opakowaniem  dla  mego  wszechmocnego  i  nieśmiertelnego  umysłu!  Przegrałeś,  a  ja  wy-

grałem, teraz już definitywnie! 

15

To był klasyczny szok.

Sądzę,  że normalnie powinienem coś czuć - złość,  żal,  frustrację. Byłem  jednak prze-

pełniony tylko jednym  pragnieniem - czekałem  znów na okazję,  by spróbować go zabić. Sta-

wało  się  to  już  nieco  nudne,  ale  miałem  nadzieję,  że  stare  przysłowie:  ”Do  trzech  razy 

sztuka”,  okaże  się  jeszcze  prawdziwe.  Tymczasem  On  zmieniał  moje  ubranie  w  łachmany, 

usuwając  wszystko,  na  co  natrafił,  i  odrywając  broń  przyczepioną  do  mojej  skóry.  Poszło 

wszystko, co łatwo było odszukać: nóż pod kolanem,  pistolet z nadgarstka, granaty z włosów. 

To, co zostało, było trudne do znalezienia, jak również do szybkiego wykorzystania.

- Przygotowałem wszystko na tę chwilę! Wszystko! - wrzasnął  radośnie,  gdy skończył 

mnie obmacywać.

Usłyszałem brzęk łańcuchów  i na moich dłoniach  zatrzasnęły  się  kajdanki połączone 

krótkim  łańcuchem.  Gdy  metal  się  spinał,  ujrzałem  krótki  błysk  i  choć  nic  nie  czułem, 

background image

spostrzegłem,  że  skóra  wokół  obrączek  zaczyna  czerwienieć.  Nieistotne.  Dopiero  gdy  tego 

dokonał,  wbił  mi  igłę  w  przedramię.  Czucie zaczęło wracać. Najpierw  ból nadgarstków,  po-

tem  świadomość  całego  ciała.  Ból  zignorowałem,  choć  powodował  drgawki  spazmatycznie 

przebiegające  przez  wszystkie  moje  członki.  Silniejsze  pchnięcie  strąciło  mnie  ze  stołu  na 

podłogę. Pozbierał mnie dość szybko i ciągnąc za nogi, ruszył  ku jednemu z podtrzymujących 

strop filarów. Trzeba przyznać,  że miał,  ścierwo, krzepę. Moje palce natknęły się po drodze na 

jakiś przedmiot  i  zacisnęły  na  nim.  Przyznaję,  że  trochę  się  pomyliłem.  Naszym  celem  był 

stalowy słup sięgający mi do pasa, a umieszczony w odległości pięciu jardów od time-helixu. 

Łańcuch łączący moje ręce został  przytwierdzony do uchwytu na jego szczycie,  co po chwili 

przypieczętował  kolejny błysk  światła.  Puścił  mnie.  Z  trudem  trzymałem  się  na  nogach bez 

jego pomocy. On tymczasem zajął  się nastawianiem wskaźników time-helixu. W katedrze za-

padła dziwna cisza.

-  Wygrałem!  -  zawył  nagle,  podskakując  przy  tym  z  wściekłością.  -  Czy  dotarło  w 

końcu do ciebie,  że jesteś w pętli czasowej,  która nie istnieje i którą stworzyłem,  aby cię zła-

pać? I to, że zniknie ona w chwili, gdy ja przeniosę się do innego czasu?

- Podejrzewałem to. Historia mówi, że Napoleon przegrał.

- Tu  wygrał! Bo  ja  dałem  mu  broń  i  pomogłem  mu. A  potem  go zabiłem,  gdy  moje 

nowe ciało  było gotowe. Pętla  czasowa  powstała  właśnie  w  tym momencie,  a  jej  powstanie 

spowodowało  wytworzenie  bariery  w  czasie.  Zniknie  ona,  gdy  to  wszystko,  razem  z  tobą, 

przestanie  istnieć.  Ale  ty  nie  znikniesz  tak  szybko.  Chcę,  żebyś  trochę  tu  posiedział,  roz-

myślając  nad  swoją  przegraną  i  nad  nieistnieniem  dla  ciebie  przyszłości.  Dlatego wokół  tej 

katedry  założony  jest  izolator.  Najprawdopodobniej  umrzesz  z  pragnienia,  zanim  przestanie 

on działać! - ostatnie słowa wykrzyczał, po czym wrócił do konsolety.

Otwarłem  dłoń,  żeby  zobaczyć,  jaka  broń wpadła  mi  w  palce  podczas  ostatnich wy-

darzeń.  Był  to  mały  miedziany  cylinderek,  ważący  nie  więcej  niż  parę  deka.  Jeden  jego 

koniec był  ażurowy i sypał  się zeń biały,  drobny piasek. Było to bowiem stylowe urządzenie 

służące  w  tej  epoce  do  suszenia  atramentu  na  świeżo  napisanych listach.  Nie  ukrywam,  że 

wolałbym coś bardziej wojowniczego, ale od biedy i to się mogło przydać.

- Odchodzę! - zakomunikował mi znad konsolety.

- A co z twoimi ludźmi? - spytałem, starając się zyskać na czasie.

background image

- Niewolnicy.  Znikną  razem  z  tobą. I  tak już  ich  nie  potrzebuję. Mam  do  dyspozycji 

cały  świat,  który czeka  tylko,  aby  mnie  powitać.  Wkrótce  takich  światów  będzie  mnóstwo. 

Wkrótce wszystko będzie moje!

Dodanie czegokolwiek do tej przemowy byłoby błędem, toteż poczekałem spokojnie i 

w milczeniu, aż wlazł do walca time-helixu.

- Wszystko moje! - powtórzył, spowity już zielonkawą poświatą.

- Wątpię  -  oświadczyłem  mu jak najuprzejmiej,  ważąc  w  dłoni  cylinderek i  mierząc 

wzrokiem odległość od pulpitu.

Sterowanie time-helixem polega na wduszeniu pożądanej kombinacji przycisków dość 

sporych rozmiarów. Ta, której potrzebował, była  już zaprogramowana. Jeśliby udało się wdu-

sić  dodatkowy,  to  miejsce  docelowe  uległoby  zmianie  albo,  na  przykład,  byłoby  nicością. 

Wykonałem  ręką  kilka  próbnych  łuków,  mierząc  dystans  i  obliczając  trajektorię.  Musiał  to 

zauważyć,  bo z dzikim  rykiem usiłował  wyjść. Ale time-helix,  jeśli już  zacznie się  rozwijać, 

to trzyma mocno. Ten już zaczął pracę.

Na  zimno  oceniłem  odległość  i  posłałem  cylinderek  ku  pulpitowi.  Błysnął  we  wle-

wającym się przez okna blasku słońca i pięknym łukiem opadł  na klawiaturę,  wywołując jed-

nocześnie  parę  miłych sercu trzasków.  Opętańcze  wrzaski Onego  ucichły,  gdy  zniknęła  zie-

lona  poświata,  a  za oknem zapanował  zmrok. Widziałem już taki  mrok - w czasie ataku tem-

poralnego na kwaterę Korpusu. Znaczyło to,  że poza budynkiem,  w którym byłem, cała reszta 

Londynu zmieniła się w nicość.

Koniec.

Koniec  wszystkiego. Uczucia,  które  wracały  do  mego  umysłu,  w  miarę  jak  słabło 

działanie narkotyku, pogłębiały jeszcze to wrażenie. Koniec. 

16

Czy  komuś  z  was zdarzyło  się  kiedykolwiek  zostać  złapanym  w  katedrze  Świętego 

Pawła w  roku pańskim  1807,  i  to z  całym  zewnętrznym światem  zamienionym  w  nicość; sa-

motnie stać sobie przyspawanym do stalowego słupa i być całkowicie na łasce losu? Niewielu 

może,  jak sądzę,  udzielić  twierdzącej  odpowiedzi.  Ja  mogę,  ale  naprawdę nie sprawia  mi  to 

background image

przyjemności. Próbowałem  uwolnić się,  ale raczej bez przekonania. Wszystko zostało tu zbyt 

fachowo przeprowadzone, aby jakakolwiek szamotanina miała sens.

Powinienem kombinować,  jak się stąd wydostać i walczyć dalej,  ale jakoś nie miałem 

na  to  ochoty.  Po  raz  pierwszy  w  życiu  byłem  całkowicie  bierny  i  pozbawiony  możliwości 

działania. Musiałem lojalnie przyznać sam przed sobą, że pobito mnie na całej linii.

W czasie gdy rozważałem tę nową sytuację,  w absolutną ciszę wdarło się cichutkie  ni 

to  brzęczenie,  ni  to  gwizd,  który  stopniowo  narastał.  Dochodził  z  pustego powietrza  gdzieś 

nade mną i zakończył  się głośnym trzaskiem. W górze pojawiła się postać ubrana w kombine-

zon kosmiczny i używająca grawitatora. Postać spłynęła powoli w dół.

Byłem tak ogłupiały,  że  prawie nic  nie mogło mnie  już zdziwić. To znaczy,  sądziłem 

tak do chwili, gdy postać podniosła przesłonę hełmu.

Byłem gotów uwierzyć we wszystko poza tym, że to może być ona.

-  Zdejmij  te  kretyńskie  łańcuchy  -  stwierdziła  Angelina  z  niesmakiem.  -  Wystarczy 

zostawić cię  samego,  a już  pakujesz się  w  jakieś dziwne kłopoty. Teraz  będziemy już  razem. 

To wszystko, co mam ci na ten temat do powiedzenia.

Nie  mogłem  nic  odpowiedzieć,  bo  moje  narządy  mowy  zostały  fatalnie  wręcz  zab-

lokowane i nie  byłem w stanie wydać żadnego dźwięku. Dopiero widok Angeliny stojącej  na 

podłodze doprowadził mnie do przytomności.

- Ślicznie dobrane imię - Angelina. Spadłaś z nieba, aby mnie uwolnić?

W odpowiedzi  otworzyła  szerzej  przesłony,  żeby  mnie  pocałować,  po  czym  wyjęła 

nóż laserowy i zaczęła majstrować przy łańcuchach.

- Teraz powiedz mi o tych tajemniczych podróżach w  czasie i o tym całym nonsensie. 

I  mów  szybko,  bo  mamy  tylko  siedem  minut,  jeśli  wierzyć  w  to,  co  mówił  Coypu  - 

stwierdziła stanowczo.

- A co jeszcze ci mówił? - spytałem, zastanawiając się, jak dużo wie.

- Tylko nie zaczynaj być tajemniczy! Mam dość Coypu i jego bełkotu.

Odskoczyłem,  gdy dla poparcia tego oświadczenia machnęła mi nożem przed  nosem, 

po czym zabrałem  się do gaszenia tlących się  rękawów  kurtki. Zdenerwowana Angelina  sta-

wała się naprawdę niebezpieczna.

background image

-  Kochanie  -  rzekłem  z  uczuciem,  starając  się  obserwować  jednocześnie  jej  twarz  i 

dłoń  z  nożem.  -  Niczego  przed  tobą  nie  ukrywam!  Po  prostu  we  łbie  mi  się  mąci  od  tych 

wszystkich skoków czasowych i  wolę  wiedzieć,  jak daleko sięga twoja  wiedza w  tej kwestii, 

aby dokończyć tylko opowieść. Tak będzie dużo prościej i szybciej.

- Doskonale wiesz,  że ostatni raz rozmawialiśmy przez wideofon. Powiedziałeś,  że  to 

bardzo ważne,  żebym  przyszła jak najszybciej do laboratorium  Coypu. Gdy w  końcu się tam 

zjawiłam - bo ty zaraz przerwałeś połączenie - wszyscy latali jak wariaci i byli zajęci  swoimi 

maszynami  tak  dokładnie,  że  nie  było  nikogo,  z  kim  można  by  porozmawiać.  Coś  tam 

wrzeszczeli o powrocie w czasie i tyle. Zresztą, z Inskippem też nie było lepiej. Oznajmił  mi, 

że  zniknąłeś z jego biura,  gdy  mówił  ci,  co o tobie myśli.  Chyba  dowiedział  się  o tych  paru 

groszach,  które  odłożyliśmy  na  czarną  godzinę.  Potem  była  masa  gadania  o  tobie 

zbawiającym  świat  czy  galaktykę,  ale  ciągle  nie  mogłam  zrozumieć  z  tego  ani  słowa.  To 

wszystko straszliwie się ciągnęło, aż w końcu posłali mnie tutaj.

- A więc zrobiłem to - stwierdziłem z uznaniem w głosie. - Uratowałem ciebie,  Korpus 

i wszystko!

- Miałam rację. Znowu chlałeś!

- Ostatnimi czasy nie,  a skoro chcesz znać prawdę,  to wy wszyscy zniknęliście i  cała 

baza z  wami. Coypu był  ostatni, a więc miał  czas,  aby ci o tym opowiedzieć. Nikt z  Korpusu 

nie istniał, bo nikt się nigdy nie narodził, jeśli nie brać pod uwagę moich wspomnień.

- Moje wspomnienia są troszkę inne.

- Powinny być, skoro dzięki moim wysiłkom plany Onego zawiodły...

- Jego, nie onego. To całe picie rzuca ci się na język.

- On to  imię,  i nie  piłem  od  paru godzin. Ani kropelki. Czy  możesz  posłuchać  przez 

chwilę, nie przerywając mi? Ta historia jest już i tak wystarczająco powikłana...

- Powikłana i z pewnością zainspirowana alkoholicznie.

Warknąłem,  po  czym  pocałowałem  ją  i  kontynuowałem  opowieść,  zanim  się  opa-

miętała.

-  Atak  czasowy  został  skierowany  przeciw  Korpusowi  i  Coypu  wysłał  mnie  w 

przeszłość,  w  rok  1975,  abym  temu zapobiegł. Częściowo mi się  to udało,  ale On  uciekł,  po 

czym zjawił  się tu,  w 1807 roku,  gdzie zastawił na mnie pułapkę i złapał mnie. Ale jego plany 

background image

nie powiodły się w całości,  bo zdołałem zmienić ustawienie jego time-helixu. To musiało mu 

sporo zamieszać, bo zjawiłaś się, aby mnie uratować.

-  Och,  kochanie,  zawsze  wiedziałam,  że  możesz  uratować  świat,  jeśli  naprawdę  się 

postarasz!

Wzięliśmy  się  za  ramiona  z  czymś,  co  można  by  określić  jako  autentyczną  namięt-

ność,  przerwaną jednak przez gwałtowny cios, którym poczęstowała mnie w ramię. Cofnąłem 

się z jękiem.

-  Czas!  -  jęknęła,  patrząc  na  zegarek.  -  Przez  ciebie  zapomniałam.  Mamy mniej  niż 

minutę. Gdzie time-helix?

- Tu - wskazałem, masując sobie kończynę.

- A kontrolka?

- Tam.

- Wstrętna. Gdzie jest odczyt?

- Te przyciski.

- Musimy nastawić trzynastą pozycję. Coypu bardzo na to nalegał.

Wduszałem przyciski na podobieństwo zidiociałego pianisty,  co zaowocowało dzikimi 

błyskami światełek.

- Trzydzieści sekund - poinformowała mnie słodko.

- Jest! - jęknąłem,  gdy oznajmiła,  że dziesięć. - Pole ma postać powierzchniową,  więc 

musimy stać blisko.

- Gdybym  nie miała  tego kretyńskiego kombinezonu - szepnęła,  gryząc mnie namięt-

nie w ucho - byłoby o wiele zabawniej.

- Może, ale byłoby dość ambarasujące zjawić się w takich strojach w bazie.

- Nie przejmuj się, jeszcze tam nie wracamy.

Coś nagle obudziło się do samodzielnego życia w moim żołądku.

- Co masz na myśli? I dokąd, u diabła, lecimy?

-  Nie  wiem  dokładnie! Wszystko,  co  Coypu powiedział,  to  tyle,  że  będziemy  jakieś 

dwadzieścia tysięcy lat w przyszłości, tuż przed zniszczeniem tej planety.

- Znowu  On i  jego  idioci! - jęknąłem. - Właśnie  lecimy w  przyjemne  miejsce,  gdzie 

cała planeta jest jednym wielkim szpitalem dla czubków i wszyscy są przeciwko nam!

background image

Otoczenie zamarło, gdy spirala time-helixu ruszyła. Ja rozpoczynałem podróż z głu-

pim wyrazem twarzy. Trwał on przez dwadzieścia tysięcy lat i był dokładnym odzwierciedle-

niem moich uczuć. 

17

Błam!  To  było  jak  spadanie  prosto  do  łaźni  parowej.  Nie  dość,  że  spadaliśmy,  to 

jeszcze  chmury  zasłaniały  całkowicie  krajobraz.  Niewidoczna  powierzchnia  mogła  być  z 

równym powodzeniem o dziesięć jardów, jak i dziesięć mil pod nami.

-  Włącz  grawitator!  -  krzyknąłem.  -  Mój  został  w  nie  istniejącym  dziewiętnastym 

wieku.

Może nie powinienem był  krzyczeć, bo Angelina dała pełną moc i wysunęła się z mo-

jego  uścisku.  Wściekle  machając  rękami,  zdołałem  zaczepić  się  na  jej  stopie.  Kombinezon 

zjechał z niej, rozciągając się malowniczo.

- Wolałabym, żebyś tego nie robił - dobiegło mnie z góry.

-  Całkowicie  się  z  tobą  zgadzam  -  wymamrotałem  przez  zaciśnięte  zęby.  Nogawka 

osiągnęła swoją dwukrotną długość i bujałem  się na niej  w  górę i w  dół,  zupełnie jak na  gu-

mowej  linie. Kombinezony są pomyślane tak,  by  znosić różne dziwne rzeczy,  ale zapewne  o 

czymś takim  nikt nie pomyślał. Trzeba było  jednak skończyć  ten  cyrk,  w  przeciwnym  razie 

cały strój mógł trzasnąć.

- Wyłącz to! - krzyknąłem.

Jej  reakcja  była  natychmiastowa  i  zaczęliśmy  spadać  jak  kamienie.  Kombinezon 

skurczył  się błyskawicznie,  a ja wystrzeliłem w ramiona Angeliny. Ta spojrzała w dół,  pisnęła 

i włączyła grawitator ponownie. Tym razem byłem zupełnie nieprzygotowany,  toteż zsunąłem 

się  po  niej  wprost  ku  terenowi,  który  nagle  ukazał  się  poniżej.  W ciągu  tych  paru  sekund, 

które mi zostały, robiłem,  co mogłem,  aby wylądować raczej na plecach,  i prawie by mi się to 

udało, ale wcześniej uderzyłem o ziemię.

Wszystko  było  ciemnością  i  zaczynałem  nabierać  pewności,  że  umarłem.  Ostatnie 

przebłyski świadomości przebiegały mi przez głowę. Nie dość,  że nie  żałowałem niczego,  to 

jeszcze było parę drobiazgów, które pragnąłbym robić częściej, gdybym mógł...

background image

Trwało  to  parę  sekund,  aż  dotarło  do  mnie,  że  żyję,  ale  mam  usta  pełne  błota. Wy-

plułem,  co  się  dało,  przetarłem  oczy  i  rozejrzałem  się.  Pływałem  w  bajorze  na  wpół  roz-

wodnionego  błota,  w  którym  rozrywały  się  co  chwila  bąble  jakiegoś  śmierdzącego  gazu  i 

rosły niezbyt przyjemnie wyglądające pnącza. Coś mnie wprawdzie bolało,  ale nie za mocno, 

tak że życie zaczynało nabierać kolorów, a nawet zapachów.

- Tam  w  dole wygląda  dość obrzydliwie - stwierdziła Angelina,  unosząc  się  parę stóp 

nad moją głową.

-  Jest  dokładnie  tak,  jak  wygląda.  Jeśli  nie  masz  nic  przeciwko  temu,  to  chciałbym 

stąd  wyjść.  Zniż  się  trochę  i  zegnij  kolana.  Złapię  cię  i  odjeżdżamy.  Tylko  delikatnie,  na 

wszystko co święte!

Z rozgłośnym  mlaśnięciem uwolniliśmy się z natrętnego błocka,  po czym ruszyliśmy 

ponad rozpościerającym się na wszystkie strony bagniskiem.

- W prawo - zakomenderowałem w pewnej chwili. - Wygląda na kanał  z czystą wodą. 

Wydaje mi się, że kąpiel i przepiórka byłyby wskazane.

-  Ponieważ  mam  pecha  poruszać  się  z  wiatrem,  to  wyraziłeś  moje  najskrytsze  mar-

zenie!

Pośrodku  strumienia  była  odrobina  złotego  piasku,  jakby  umyślnie  dla  mnie  wysy-

pana. Zeskoczyłem, gdy Angelina obniżyła lot,  i zanim jeszcze zdążyła wylądować,  zrzuciłem 

ubranie i  szorowałem się zawzięcie stojąc po pas w  wodzie. Obserwowałem właśnie,  jak An-

gelina  zdejmuje  kombinezon i  zaczyna  rozczesywać  swoje  długie  włosy,  które  były  obecnie 

jasne,  gdy  ognisty ból  przeszył  mój  gluteus maximus. Wyskoczyłem  z  wody ze  wszystkimi 

objawami  właściwymi  psu,  któremu drzwi  przytrzasnęły  ogon.  Chociaż  tak atrakcyjna  i  ko-

bieca,  Angelina  zawsze  była  sobą.  Grzebień  został  zastąpiony  przez  pistolet  i  zanim  dot-

knąłem piasku, zabrzmiał pojedynczy, ale celny strzał.

Gdy ona zajęta była czynnościami  samarytańskimi,  to znaczy spryskiwała pianką chi-

rurgiczną podwójny ślad  zębów  na mojej  skórze,  obejrzałem sobie  to,  co chciało mnie  zjeść 

na obiad. Z rybki została połowa,  nadal jednak podrygująca  i kłapiąca szczękami. Te  ostatnie 

miały  więcej  zębów  niż  magazyn  spółdzielni  dentystycznej  i  towarzyszyły  im  niezbyt  miło 

błyszczące ślepia. Złapałem ścierwo za szczątki ogona i wrzuciłem do wody. Spowodowało to 

nader ożywioną działalność pod powierzchnią, a z tego,  co było widać, wywnioskowałem,  że 

bydlę, które mnie napadło, było raczej mizernym mieszkańcem tych okolic.

background image

-  Dwadzieścia  tysięcy  lat  nie  wyszło  tej  planecie  na  zdrowie  -  stwierdziłem  autory-

tatywnie.

- Skończ narzekać, czas na lunch! Zawsze praktyczna kobieta.

Na  obiad  było coś,  co wylazło  za  mną  na  brzeg i  próbowało mnie  zjeść.  Wyglądało 

nawet  na rybę,  tylko miało owłosione łapy. Na  deser był  przebłysk  geniuszu Angeliny,  która 

zabrała flaszkę mojego ulubionego wina.

- Uratowałaś moje  życie  parę razy w  ciągu ostatnich dwudziestu wieków  - powiedz-

iałem ocierając usta. - Więc nie gniewam się, że zamiast w  domu znalazłem się w tym bagnie. 

Ale czy ty mogłabyś mi w końcu powiedzieć, co się stało i co Coypu ci powiedział?

-  Gadał  dużo  różnych  takich,  ale  zrozumiałam  z  tego  niewiele.  Zrobił  czujnik 

czasowy,  czy  jak  to  się  tam  zwie,  i  śledził  twoje  skoki  w  czasie  i  czyjeś  jeszcze  -  pewnie 

chodziło  o  twojego przeciwnika. On  zrobił  coś z  czasem,  stworzył  jakąś pętlę,  która istniała 

pięć lat,  po czym zniknęła. On z niej wyskoczył,  ty nie. Więc Coypu wysłał mnie na kilka mi-

nut  przed  końcem,  żebym  cię  stamtąd  wyciągnęła.  Dał  mi  współrzędne  następnego  skoku  - 

tym  razem  do  czasu  twego wroga. Spytałam  go  uprzejmie,  co mamy tu  robić,  ale  mamrotał 

coś o paradoksie. Czy masz jakieś pomysły, co to może być?

-  Przecież  to  proste.  Znajdziemy  Onego  i  zabijemy,  co  powinno  zlikwidować  całą 

sprawę.  Dwa  razy  już  próbowałem  -  raz  strzelając,  drugi  raz  bombą  termitową.  Ale,  jak 

mówią, do trzech razy sztuka.

- Może ja powinnam się nim zająć? - spytała słodko Angelina.

- Dobry pomysł. Mam już dość tej czasowej ciuciubabki.

- A jak znajdziemy Onego?

- Najprostsze zadanie na świecie, jeśli masz detektor energii pola czasowego.

Miała.

- Wystarczy wdusić ten guzik, a wychylenie igły wskaże nam drogę.

Guzik  został  wduszony i  nic  się  nie  stało.  Jedynie  z  wnętrza  instrumentu  wypłynęła 

odrobina wody.

- To chyba nie działa - uśmiechnęła się uprzejmie.

-  Możliwe,  albo  w  tym  momencie  nie  używają  time-helixu  -  stwierdziłem,  przeszu-

kując  swoje  ubranie. -  Musiałem  zostawić  całe  wyposażenie,  ale  Chytry Jim  nigdy  nie  roz-

staje się ze swym szperaczem.

background image

Z tego drobiazgu byłem dumny,  gdyż zrobiłem  go własnoręcznie  i  był  jednym  z  paru 

przedmiotów,  których On  nie  znalazł.  Mogło  to  wytrzymać  wszystko,  poza  wrzuceniem  do 

wulkanu,  i było wielkości pudełka  od zapałek. Wykrywało minimalne nawet zmiany radioak-

tywności, i to na całej skali. Włączyłem maszynkę i zająłem się przyciskami.

- Bardzo ciekawe - mruknąłem, sprawdzając częstotliwości radiowe.

- Jak  mi nie  powiesz  co,  to  więcej  razy  nie  będę sobie  zawracała  głowy ratowaniem 

twojej osoby.

- I tak to zrobisz,  bo mnie  kochasz. Mam tu dwa  źródła:  jedno słabe  i  dalekie; drugie 

całkiem blisko,  działające na wielu częstotliwościach, z radioaktywnością włącznie. I jeszcze 

coś,  co  jest  chwilowo  najistotniejsze.  Wyciągnij  krem  przeciwsłoneczny,  promieniowanie 

ultrafioletowe dosięga szczytu skali. Możemy się założyć, że już jestem ugotowany.

Nakremowaliśmy  się  i  na  przekór  temperaturze  włożyliśmy  wystarczającą  ilość 

rzeczy, by rzeczywiście się ugotować, ale przynajmniej niebezpieczeństwo zostało odsunięte.

- Dziwne rzeczy się tu dzieją  - stwierdziłem. - Promieniowanie,  klimat,  zwierzątka w 

tej wodzie, zastanawiam się...

- A ja nie. Po wykonaniu zadania  możesz  zająć  się  wykopaliskami.  Ale  najpierw 

zabijmy kogo trzeba.

- Odezwał  się zawodowiec. Mam nadzieję,  że tym razem przerobimy uprząż, żeby nie 

szukać się po terenie?

- Bardzo zabawne - odparła rozpinając sprzączkę.

Powietrzne bliźniaki syjamskie  zostały  spięte  i  grawitator  poniósł  nas ku źródłu  pro-

mieniowania. Błoto ciągnęło się nużąco długo i zaczynałem się już obawiać o generator,  gdy 

w  końcu  pojawił  się suchy  ląd.  Najpierw  pod  postacią  wysepek,  potem jako bariera  górska, 

której pokonanie poważnie uszczupliło nasze zapasy energii.

- Wkrótce będzie spacerek - oznajmiłem. - Zawsze to lepsze od kąpieli.

- Nie bardzo, jeśli ewolucja na lądzie poszła w tę samą stronę, co w wodzie.

Niepoprawna  optymistka! Miałem już powiedzieć coś równie  błyskotliwego,  gdy pod 

nami coś błysnęło, a moja noga zareagowała atakiem bólu.

-  Postrzelili  mnie!  -  wrzasnąłem  bardziej  z  zaskoczenia  niż  z  bólu  i  sięgnąłem  do 

dźwigni,  ale Angelina zdążyła  już  wyłączyć zasilanie. Wylądowaliśmy w  ostatniej chwili  na 

background image

czymś,  co  było  imponującym  rumowiskiem  skalnym.  Podskakując  na  jednej  nodze,  grze-

bałem  koło apteczki,  ale  i tu Angelina  mnie  wyprzedziła.  Odkażenie,  zastrzyk  uśmierzający 

ból - cała operacja trwała kilkanaście sekund.

- Mała rana  postrzałowa - poinformowała mnie  spryskując  okolice  pianką. - Powinno 

się  szybko zagoić,  tylko nie  forsuj nogi. Teraz  posiedź tu  grzecznie. Pójdę  zabić  tego,  kto  to 

zrobił.

Zanim  zdążyłem  odpowiedzieć,  zniknęła  między  skałami.  Nie  ma  nic  lepszego  niż 

troskliwa i kochająca żona, która jest zawodowym mordercą. Możliwe,  że w  tej rodzinie to ja 

noszę spodnie, ale za to oboje nosimy broń.

Rozmyślania  przerwał  mi  odgłos  strzału  i  jakieś  dzikie  wrzaski,  po  których  nastała 

cisza. Zaletą Angeliny  był  fakt,  że w  tego typu sytuacjach nie musiałem  się  zastanawiać,  kto 

wygrał. Przyznaję,  że zdrzemnąłem  się  nieco,  czekając  na jej  powrót. Obudziło mnie wyłąc-

zenie grawitatora, gdy osiadła przy mnie.

- Mógłbym się dowiedzieć, co się stało?

-  Był  tylko jeden. Tam  jest  coś w  rodzaju farmy,  jakieś  maszyny,  coś rośnie.  Dałam 

mu w łeb, ale nie mogłam zastrzelić, gdy był nieprzytomny.

Ucałowałem ją gorąco.

- Skrupuły,  moja droga. Niektórzy się z nimi  rodzą,  ty to masz od chirurga,  ale rezul-

taty są takie same.

-  Nie  jestem  pewna,  czy  je  lubię.  W dawnych  czasach  była  jednak  jakaś wolność,  a 

teraz...

- Wszyscy musimy być czasem cywilizowani - oświadczyłem.

-  Myślę,  że  masz  rację  -  westchnęła.  -  Ale  zawsze  przyjemniej  byłoby  od  ręki  go 

zastrzelić.

Używając  oszczędnie  grawitatora,  zniżyliśmy  się  nad  płaskowyż  uwieńczony  niską 

budowlą ze  scementowanych głazów. Drzwi były otwarte,  toteż pokuśtykałem tam,  opierając 

się na jej ramieniu. Wnętrze było słabo oświetlone,  maleńkie,  z wąskimi oknami. Moją uwagę 

zwróciły  przede  wszystkim  łóżka.  Jedno  było  zajęte  przez  podrygującą  postać  związaną  w 

kłębek i zakneblowaną, drugie zaś świeciło pustką.

- Połóż się - zarządziła Angelina - a ja zobaczę,  czy da się wyciągnąć coś mądrego od 

tego tam.

background image

Dopiero teraz zrobiłem krok w stronę łóżka i nagle mnie olśniło.

-  Dwa  łóżka!  Ktoś tu  jeszcze  musi  być  w  okolicy!  Zanim  zdążyła  odpowiedzieć,  za 

nami  w  drzwiach  pojawił  się  drugi  mieszkaniec  tej  rudery,  wrzeszcząc  coś głośno  i  jeszcze 

głośniej strzelając. 

18

Facet wrzeszczał  najprawdopodobniej  dlatego,  ze broń została mu wytrącona z dłoni, 

zanim pociągnął  za spust,  a  w  chwilę  później następny pocisk wysłał  go za  drzwi. Wszystko 

to  zarejestrowałem  przewracając  się  na  brzuch i  wyciągając  broń.  Nim  zdążyłem  to  zrobić, 

Angelina już chowała swoją.

-  To  mi  się  bardzo  podoba  -  stwierdziła  na  widok  nieruchomej  pary  butów  wys-

tających  zza  progu.  -  Cywilizacyjne  skrupuły  czy  nie,  strzelanie  w  samoobronie  jest  ciągle 

równie  przyjemne  jak dawniej.  Widziałam  go,  gdy tu  wchodziliśmy,  ale  nie  miałam  możli-

wości czystego strzału. Teraz powinno być ciszej. Zrobię jakąś zupę, a ty się prześpij...

- Nie! - zaoponowałem stanowczo,  żując koncentrat. - Jest oczywiście w infantylizmie 

sporo przyjemności - w  tym przypadku oznacza to, że będę traktowany jak zidiociałe dziecko 

- ale sądzę,  że mam tego  dość. Dwa  razy  goniłem  Onego  i  coś udało mi  się osiągnąć,  a tym 

razem  zamierzam  dokończyć  rozmowę.  Ja  dowodzę  tym  cyrkiem,  a  więc  bądź  uprzejma 

naśladować mnie, a nie prowadzić, i zechciej może słuchać rozkazów.

- Yes, sir - odparła z ukłonem.

Ciekawe,  czy ukłon ten maskował  drwiący uśmiech?  Nieważne  -  i  tak  ja jestem  sze-

fem.

Zabraliśmy  się  do  roboty  przy  wtórze  wymyślnych  zapewne  przekleństw  naszego 

więźnia.  Gdy  tylko  wyciągnąłem  knebel,  musiałem  cofnąć  palce,  typek  usiłował  bowiem 

mnie  ugryźć.  Zainteresowałem  się  zatem  jakimś  stojącym  opodal  radiopodobnym 

urządzeniem. Działało, ale i tak nie  dało się nic zrozumieć  z  tego bełkotu. Poszukiwania An-

geliny były  bardziej owocne. Wyprowadziła zza węgła  wstrętnie  wyglądający  pojazd,  samo-

jazd właściwie,  coś w  rodzaju  plastikowej  wanny dyndającej  pomiędzy czterema kołami. To 

coś syczało i warczało podczas prezentacji.

background image

- Proste w obsłudze - poinformowała mnie, gdyż zawsze była lepsza w technice niż ja. 

-  Ta  dźwignia  włącza  toto  i  wyłącza,  a  te  dwie  wajchy  są  do  operowania  kołami  -  tylne  i 

przednie; w przód, gdy chce się dodać szybkości, w tył, gdy zahamować.

- A neutralnie,  gdy zostawia się stałą  szybkość - wpadłem  jej w  słowo,  demonstrując, 

że nie  jestem całkowitym  głąbem. - A to w  ołowiu to będzie reaktor atomowy,  płyn dochodzi 

tędy,  rozgrzewa się w wymienniku i zasila generator elektryczny, a dalej motory przy kołach. 

Brzydkie, ale proste i praktyczne.

- Tam  jest coś w  rodzaju ścieżki  przez  pola uprawne,  a jeśli  pamięć mnie  nie myli  - i 

tak skorzystasz  z okazji,  aby mnie poprawić  - to jest ten sam kierunek,  który wskazywał  ten 

twój wynalazek.

- A zatem w drogę! - zdecydowałem.

- Dobijemy tego? - spytała z nadzieją.

- Nie, ale zabiorę mu rzeczy, bo moje ubranie nadaje się tylko na szmaty,  i rozmontuję 

mu radio. Zanim przegryzie knebel, my będziemy już daleko.

Droga była  męcząca,  a  krajobraz potwornie  monotonny. Zaledwie  parę razy napotka-

liśmy  ślady  opon,  ale  do  samego  wieczoru  było  to  jedyne  urozmaicenie.  Obóz  rozbiliśmy 

wśród skał,  a ranek powitałem już w lepszej kondycji i z wilczym apetytem. Tym razem An-

gelina prowadziła pojazd,  a ja  ze zdobyczną dubeltówką na kolanach podziwiałem  krajobraz. 

Zjeżdżaliśmy już na równinę z jakąś niesympatycznie  wyglądającą dżunglą,  ku której  zmier-

zał  trakt.  Sama  dżungla  była  zdecydowanie  nieprzyjemna  -  pnącza  omal  nie  ocierały  się  o 

nasze głowy, panował półmrok, a powietrze było wilgotne i duszne.

- Nie podoba mi się tu - oznajmiła Angelina rozglądając się wokół.

- Mnie  jeszcze  mniej. Jeśli  tutejsza fauna  podobna  jest  do  tego,  co  pływa,  może  być 

niezła zabawa.

Głowa  chodziła  mi  bez  przerwy i  po  raz  pierwszy  w  życiu  żałowałem,  że  nie  mam 

oczu na szypułkach. Jak na razie nic nas nie goniło. Oczywiście patrzyłem wszędzie, tylko nie 

pod koła, a tam właśnie kryło się niebezpieczeństwo.

-  Te  drzewa  mają  kretyński  zwyczaj  walić  się  na  drogę  -  powiedziała  Angelina  z 

odrazą. - Znowu trzeba będzie podskakiwać...

- Nie! - to było wszystko, co zdążyłem rzec, gdy koła wjechały na zieloną kłodę.

background image

Byliśmy akurat  nad nią,  gdy  ożyła  i  wygięła  się  w  pałąk. Zdążyliśmy  przezeń prze-

jechać, gdy z przodu wyłonił  się początek tego czegoś - wąż z łbem wielkości beczki,  syczący 

jak  eksplodujący  bojler.  Dokładnie  poniżej  znalazła  się Angelina,  która  wyleciała  z  wozu  i 

siedziała  teraz  na  drodze,  potrząsając  w  zamroczeniu głową,  niczego  nieświadoma.  Miałem 

czas tylko na jeden strzał i musiał to być dobry strzał, jeśli chciałem cokolwiek osiągnąć.

Władowałem kulę  między  ślepia  - w  chmurze strzępów  łeb  zniknął  gdzieś i  to pow-

inien być koniec,  tyle że ciało przebiegł  jeszcze potężny dreszcz i zanim zdążyłem cokolwiek 

zrobić, poczułem silne uderzenie w plecy i poleciałem między drzewa. Jakaś gałąź, która zna-

lazła  się  na  drodze mego lotu, nie  zechciała jednak ustąpić i w  białej eksplozji wszystko zni-

knęło.

Tępe łomotanie  pod czaszką i ostry ból w  nodze zmusiły mnie do otwarcia oczu.  Był 

to  duży  wysiłek,  ale  uwieńczony  sukcesem.  Coś  małego  i  brązowego,  z  całym  mnóstwem 

zębów,  dobierało się  do mojej  nogawki,  mając  najwyraźniej ochotę zrobić  sobie drugie  śnia-

danie z mojej  własnej łydki.  Pierwszy kęs mnie obudził,  a drugiego już nie  było,  bo rozpac-

zliwe  kopnięcie  trafiło  zwierzątko  w  bok. Odskoczyło  z  warknięciem,  ukazując  mi  całą  za-

wartość swego pyska, i odbiegło.

Powoli przebijało mi  się  coś z  podświadomości,  jakieś wspomnienia... droga...  wąż... 

wypadek... Angelina! Jęknąłem zrywając się na równe nogi.

-  Angelina!  -  krzyknąłem.  Odpowiedzią  było  milczenie.  Wygrzebałem  się  na  skraj 

drogi. Chrząkąjąca wataha pobratymców  mego niedoszłego konsumenta pracowała zawzięcie 

nad ścierwem gada i osiągała doskonałe wyniki. Jak długo ja się nimi nie  interesowałem,  tak 

długo mnie ignorowały, tak więc z tej strony wszystko było w porządku. Ale tylko z tej.

Moja  broń  zniknęła,  Angelina  także. Zanim zacząłem  myśleć,  zajrzałem  do apteczki. 

Po paru minutach przestało mi  dzwonić we łbie,  a  sprawność ruchów osiągnęła poziom jak u 

zdrowego  sześćdziesięciolatka. Coś tu było straszliwie  nie tak i był  już najwyższy czas,  aby 

dowiedzieć  się  co. Ślady na ziemi  były na  tyle  wyraźne,  że przestałem obawiać się cudu. Ze 

zjawiskami nadprzyrodzonymi nie da się bowiem walczyć,  z ludźmi jak najbardziej. A tu byli 

ludzie.

Duchy  nie  używają  pojazdów,  a  w  błotnistym  zagłębieniu  były  piękne  ślady  dwóch 

par kół  i przynajmniej ze trzech wzorów podeszew. Albo byliśmy śledzeni, albo jakaś wyciec-

zka  nadjechała przypadkiem  na  miejsce zdarzenia.  Ponieważ oba  wozy  oddaliły się  w  obra-

background image

nym  przez  nas  kierunku,  klnąc  pod nosem  ruszyłem  ich  śladem  i  starałem  się  nie  myśleć  o 

tym, co mogło się stać z Angeliną.

Na szczęście  ta  wycieczka  nie trwała  zbyt długo.  Po  jakiejś godzinie roślinność  zac-

zęła rzednąć i wyszedłem między wzgórza. Wychodząc zza następnego zakrętu,  dojrzałem tył 

jednego z pojazdów. Cofnąłem się błyskawicznie i zacząłem myśleć.

Po ostatnich  przejściach byłem  prawie  bezbronny,  toteż  natychmiastowe  zastrzelenie 

porywaczy nie wchodziło w grę. Miałem jedynie bransoletkę z granatów, którą dała mi Ange-

liną,  chyba  jako  talizman.  A  więc  do  roboty  -  garść  usypiających  powinna  wystarczyć,  a 

gdyby przypadkiem któryś z  nich był  nieco dalej,  to zwykły,  trzymany w drugiej dłoni,  pow-

inien go rozerwać.

Tak przygotowany,  sunąłem od skały do skały,  zbliżając  się do polany,  na  której stały 

oba pojazdy. Wziąłem głęboki oddech i skoczyłem na otwartą przestrzeń...

I  drewniany  kołek,  wprawiony  w  ruch  przez  strażnika,  wylądował  na  moim 

ciemieniu... 

19

Zamroczyło mnie na parę sekund,  ale to wystarczyło,  abym został  fachowo związany. 

Zniknęła  też  cała  broń,  którą  mogli  znaleźć.  Za  ten  incydent  mogłem  winić  tylko  siebie  i 

swoją głupotę,  toteż  kląłem na czym  świat  stoi,  gdy przeniesiono mnie i rzucono koło Ange-

liny.

- Nic ci nie jest? - wychrypiałem.

- Oczywiście,  że nie. Czuję się o niebo lepiej od ciebie. Co było zresztą prawdą. Ubra-

nie  miała w paru miejscach podarte,  nieco zadrapań na  skórze,  ale poza  tym nic jej nie  było. 

No i związano ją równie fachowo jak mnie. Ktoś za to zapłaci,  i  to zapłaci porządnie. Byłem 

w stanie usłyszeć zgrzytanie własnych zębów.

- Myśleli,  że jesteś martwy - odezwała się. - I ja także. Ile czasu byłam nieprzytomna, 

tego  nie  wiem,  ale  gdy  się  ocknęłam,  to  oni  już  przyjechali.  Zabrali  broń  i  ekwipunek  i 

ładowali  to do wozów. Nic  nie mogłam  zrobić,  żeby  ich  powstrzymać,  wszyscy mówią  tym 

strasznym językiem.

background image

Wyglądali  tak,  jak brzmiał  ich język - zarośnięci  i  brudni,  z  ubraniami  w  stanie  roz-

kładu.  Mogłem  przyjrzeć  się  im  bliżej,  gdy  jeden  podszedł  i  zaczął  oglądać  moją  głowę, 

porównując ją z całkiem niezłą fotografią,  którą miał w garści. Musieli być kumplami Onego. 

W tym  momencie  mało  szlag mnie  nie trafił,  gdy najbrudniejszy i  najbrzydszy zaczął  obma-

cywać Angelinę. Był jednak za daleko i próba kopnięcia go skończyła się fiaskiem.

Jedno  bezsprzecznie  trzeba  przyznać  Angelinie  -  jest  osobą  konkretną.  Kiedy  wie, 

czego chce  - dostaje to,  i nieważne,  w jaki sposób. Teraz wpadł  jej  do głowy pomysł,  jak się 

stąd wydostać,  i wprowadziła go w czyn bez wahania. Nie  potrafiła mówić  ich językiem,  ale 

mowa,  którą się posłużyła,  była tak stara jak ludzkość. Odwróciła się ode mnie i uśmiechnęła 

do tej obrośniętej małpy. Ramiona wyprężyła do tyłu, a nogi rozchyliła na tyle, na ile  pozwa-

lał krępujący je w kostkach sznur.

Oczywiście,  że to poskutkowało. Dwaj pozostali mieli, co prawda,  jakieś wątpliwości, 

ale  Kudłaty  dał  jednemu  po  łbie  i  na  tym  się  skończyło.  Patrzył  na  Angelinę  pałającym 

wzrokiem. Zbliżył  się,  a ona  posłała  mu w  odpowiedzi  swój najcieplejszy uśmiech i uniosła 

związane ręce.

Jaki mężczyzna mógł  się temu oprzeć? Z pewnością nie ten worek kłaków. Przeciął  jej 

więzy  na  rękach  i  nogach,  po  czym  postawił  na  ziemi  i  zamknął  w  niedźwiedzim  uścisku, 

zbliżając  swą gębę do jej  twarzy. Mógłbym mu powiedzieć,  że bezpieczniejsza byłaby próba 

pocałowania tygrysa szablozębego, ale po co.

To,  co  nastąpiło  później,  widziałem  tylko  ja  -  oczekiwałem  tego  i  nie  miałem 

zasłoniętego  widoku. Angelina  wykonała krótki i  błyskawiczny ruch  prawą  dłonią  i  rąbnęła 

gościa  pod mostek. Ślicznie! Widziałem,  jak jego plecy zatrzymały się  na  sekundę,  po czym 

znowu  podążyły  do przodu. Angelina  podtrzymywała  przez  chwilę  jego ciało,  po  czym  od-

skoczyła i wrzasnęła, gdy rąbnął o ziemię.

Obraz  niewiniątka  -  dłonie  przy  ustach,  oczy  wytrzeszczone.  Rzecz  jasna,  pozostali 

dwaj nadbiegli, ale jeszcze nie  zdążyli nabrać podejrzeń. Pierwszy z nich miał  moją  strzelbę. 

Zaopiekowała się nim Angelina. Ledwie znalazł  się  na  tyle  blisko,  aby mieć  pewność  ciosu, 

poczęstowała go nożem zabranym Kudłatemu. Nie widziałem, gdzie trafiła,  bo trzeci właśnie 

mnie  mijał.  Podkurczyłem  uprzednio  nogi  w  nadziei  na  taką  okazję,  teraz  wyrzuciłem  je 

gwałtownie  do  przodu  i  trafiłem  go  pod  kolana.  W  chwili  gdy  zaczął  padać,  zrobiłem  co 

background image

mogłem,  aby  znaleźć się  pod  nim. Gdy dotknął  gruntu,  trafiłem  go dwukrotnie  obcasami  w 

szyję. Drugi raz tylko dlatego, że byłem naprawdę wściekły.

I  to było  wszystko. Angelina  wyciągnęła  nóż  z  krtani  swojej  ofiary,  wytarła  o  łachy 

nieboszczyka i przecięła moje więzy.

- Jesteś cudowna - oznajmiłem jej.

- Oczywiście, dlatego się ze mną ożeniłeś - odparła ze skromnością.

Pozbieraliśmy się i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Nasz  cel  nie  był  daleko.  Parę  godzin  później,  zjeżdżając  z  jakiegoś  wzniesienia,  zo-

baczyliśmy coś,  co  skłoniło  nas  do  błyskawicznej  zmiany  kierunku  jazdy.  Zatrzymałem  się 

przed zakrętem  i  dalej  poszliśmy  już  na  własnych nogach. Wiał  tu  silniejszy  wiatr  i  niemal 

cała rozciągająca się przed nami okolica była wolna od mgły.

Naprzeciwko nas wznosiło się wzgórze, które  na szczycie przechodziło w  skałę o pi-

onowych ścianach  z  czarnego bazaltu. Erozja sprawiła,  że  wyrosły tam  fantastyczne  wieże  i 

bastiony,  a  ludzie,  dodając  swoje  przeróbki,  zmienili  to  w  zamczysko  zajmujące  cały 

wierzchołek. Znajdowały się tam okna i drzwi,  flagi i proporce,  schody i korytarze. Flagi były 

czerwone  z  jakimiś  hieroglifami,  część  wież  też  pomalowano  na  krwistoczerwony  kolor. 

Wszystko zaś miało w sobie sporo niekonsekwencji, która mogła oznaczać tylko jedno.

- To głupie - odezwała się Angelina - ale to miejsce wydaje mi się najnienormalniejsze 

w całym wszechświecie.

- Masz całkowitą rację, a to znaczy, że musi tu być On.

- A jak się tam dostaniemy?

- Bardzo słuszne pytanie - stwierdziłem, co było namiastką konkretnej odpowiedzi.

Podrapałem  się  w  ramię,  poskrobałem  po  brodzie,  ale  te  czynności,  niewątpliwie 

przyspieszające  tok myślenia,  okazały się beznadziejnie  bezskuteczne.  Kątem  oka  natomiast 

zauważyłem  jakiś  ruch.  Spojrzałem  w  bok  i  złapałem  za  broń  -  to  była  jedna  chwila,  w 

następnej zamarłem.

- Nie rób tylko żadnych gwałtownych ruchów,  szczególnie w stronę broni - powiedz-

iałem jej cicho. - I obróć się powoli.

Oboje się obróciliśmy,  nie robiąc nic więcej. Jakikolwiek nasz ruch mógł  spowodować 

skurcz mięśni palców pół tuzina facetów, którzy trzymali je na spustach.

background image

-  Bądź  gotowa  do  skoku  na  mój  znak  -  obejrzałem  się  tylko  po  to,  aby  zobaczyć 

następnych  czterech,  wyrastających  między  nami  a  doliną.  -  Zapomnij,  co  ci  przed  chwilą 

powiedziałem. Uśmiechnij się słodko i poddajemy się. Co dalej,  zobaczymy,  gdy będziemy w 

ich obozie. - Ostatnie słowa były wspaniałym wsparciem moralnym.

W przeciwieństwie  do  facetów,  od  których  pożyczyliśmy  środki  transportu,  ci  tutaj 

wyglądali  czyściej  i  niebezpieczniej.  Mieli  na  sobie  szare  kombinezony  z  kapturami,  w 

których skryli głowy,  i  byli  bardzo pewni  siebie,  co wskazywało  na  sporą  praktykę. Jeden  z 

nich zbliżył  się  i  obejrzał  nas dokładnie,  ale nie podszedł  na tyle blisko,  aby próba  wyrwania 

mu rozpylacza mogła być czymś więcej niż tylko próbą.

Stragitzkrtanl? - spytał,  a  nie  doczekawszy się  odpowiedzi,  kontynuował:  - Fidlyk-

reepi? Attentottenpotentaten?

Ponieważ cały ten popis lingwistyczny nie spotkał  się z żadną reakcją z naszej strony, 

zwrócił  się do rudowłosego,  wyższego rangą jegomościa,  i to w najczystszym i porządnie ak-

centowanym esperanto:

Iii ne parolas konantain lingvojn.

-  Nie  można  było  nam  tak  od  razu?!  -  wpadłem  mu  w  słowo  z  wyrzutem.  -  Czy 

mógłbym  się  dowiedzieć,  dlaczego  uznaliście  za  słuszne  skierować broń  na  spokojnych  po-

dróżnych?

- Kim jesteście? - spytał rudy,

- Mogę was spytać o to samo.

- Ja mam broń - zauważył oschle.

-  Słuszna  uwaga  i  uznanie  dla  twojej  logiki.  Jesteśmy  turystami  zza...  -  i  tu  przer-

wałem, bo zaklął.

-  Jest  to  niemożliwe,  jak obaj  wiemy,  z  prostego powodu. Tu  nie  ma  drugiego  kon-

tynentu - oznajmił po chwili.

Jeden kontynent? Co to się porobiło ze staruszką Ziemią przez te dwadzieścia wieków. 

Kłamstwo nie było skuteczne, to może prawda zadziała? I tak nie miałem już nic do stracenia.

- Czy uwierzysz, gdy ci powiem, że jestem z innego czasu? - spytałem uprzejmie.

Zadziałało. Gapił  się  na  mnie  przez  dłuższą  chwilę,  a  wśród jego kompanów  wybu-

chło jakieś niezrozumiałe podniecenie. Uspokoił ich i zwrócił się ponownie do mnie.

background image

- A co was łączy z Onym i z tymi kreaturami w  mieście? Cóż,  raz  prawda okazała  się 

skuteczna, więc przełamując niechęć do zbyt daleko posuniętej szczerości, powiedziałem:

- Przybywam, aby zabić Onego i zlikwidować całą jego działalność.

To  dało zadowalający efekt. Poniektórzy opuścili nawet broń,  ale  dowódca przywołał 

ich  do  porządku.  Rudy  coś  warknął  i  jeden  z  nich  na  chwilę  zniknął  w  zaroślach.  Pozos-

taliśmy  w  nie zmienionych pozach,  póki  posłaniec nie  wrócił  z zielonym  metalowym  cylin-

drem,  który wręczył  komendantowi.  Był  to  przedmiot  długi  na  stopę  i  musiał  być  pusty  w 

środku,  bo  trzymał  go  w  palcach  bez  żadnego  wysiłku.  Rudy  uniósł  cylinder  w  górę  i 

stwierdził:

- Mamy ponad sto takich. Są identyczne i w ciągu ostatniego miesiąca spadły z nieba. 

Odnaleźć  je  można  z  łatwością,  bo  wysyłają  silny impuls radiowy,  ale  nie  możemy ich nic-

zym  rozciąć  ani  otworzyć  w  inny  sposób.  Zewnętrzna  powierzchnia  opisana  jest  w  pięciu 

różnych  językach.  Ten,  który  rozumiemy,  za  każdym  razem  głosi  to  samo:  ”Odnieście  to 

przybyszom z innego czasu”. Na dnie jest napisane coś jeszcze,  w  języku,  którego nie znamy. 

Czy możecie to odczytać?

Powoli podał  mi cylinder,  który wziąłem ostrożnie,  mając na uwadze wymierzone we 

mnie lufy.  Metal  wyglądał  na  collapsium,  cholernie  wytrzymałą rzecz  używaną przy  stosach 

atomowych. Spojrzałem na denko i to spojrzenie wystarczyło.

- Mogę to przeczytać - odparłem, oddając mu walec. - Jest  tam napisane,  w  pierwszej 

linijce,  że  On i jego ludzie opuszczą  tę  epokę dokładnie po dwóch i trzydziestu  siedmiu  set-

nych dnia od naszego przybycia.

Odpowiedzią był niezgodny pomruk i zgodne pytanie Angeliny i Rudego:

- A druga linijka?

Starałem się uśmiechnąć, ale niezbyt mi się to udało.

- Och, drobiazg. Tam jest napisane, że cała ta planeta zostanie zniszczona na skutek 

wybuchów atomowych zaraz potem. 

20

Namiot  był  zrobiony  z  takiego  samego  szarego  surowca  jak  ich  kombinezony  i 

stanowił  oazę  chłodu w tej łaźni parowej. Dzięki  jakiejś powarkującej w  kącie  maszynie  po-

background image

dano  nam  jeszcze  chłodniejsze  drinki.  Choć  broń  była  wciąż  obecna,  ogólne  stosunki  po-

prawiły się. Rudy zdecydował  się najwyraźniej  wziąć je  w  formalne karby,  gdyż odezwał  się 

uroczyście:

- Wypiję z tobą, jestem Diyan.

Wyglądało to na jakiś rytuał,  toteż nie  zwlekając  przedstawiłem siebie i Angeline. Po 

tej ceremonii broń zniknęła bez śladu, a atmosfera wyraźnie się ociepliła.

- Czy macie coś cięższego niż te pukawki? - spytałem.

- Chwilowo nie, bo to, co przywieźliśmy, zostało zniszczone w walce.

- Czy  ten  kontynent  jest  aż tak duży,  że  nie zdążycie ściągnąć  ich  szybko z waszego 

kraju?

-  Wielkość  kontynentu  nie  ma  tu  żadnego  znaczenia.  Nasze  statki  kosmiczne  są 

niezbyt duże, a wszystko musi być przywiezione z naszej ojczystej planety.

Zamrugałem gwałtownie, czując, że głupieję.

- To wy nie jesteście rodowitymi Ziemianami?

- Nasi przodkowie byli, ale my jesteśmy z pochodzenia Marsjanami.

- Czy miałbyś coś przeciw temu,  aby opowiedzieć mi co nieco o waszej historii,  zanim 

zaczniemy  się  zastanawiać,  jak zwyciężyć  Onego?  Ułatwiłoby mi  to  trochę  robotę i  zaoszc-

zędziło łamania sobie głowy.

-  Przepraszam,  myślałem,  że  wiecie.  Zaczęło się  to  parę  tysięcy  lat  temu,  gdy  nagle 

zwiększyła się aktywność Słońca i wzrosła temperatura Ziemi. Nagle, to znaczy przez paręset 

lat. Zmienił  się klimat,  stopniały lodowce,  morze zalało sporo lądu,  wszystkie większe miasta 

znalazły się pod wodą. Z tym można było sobie jeszcze poradzić,  ale doszły trzęsienia ziemi i 

erupcje wulkanów, i to na wielką skalę. Międzynarodowy wysiłek został zatem skierowany na 

zagospodarowanie  Marsa,  aby  umożliwić  przesiedlenie  tam  wszystkich,  którzy  przeżyliby 

kataklizmy ziemskie. Plan był  ogromny - od stworzenia i utrzymania atmosfery do transportu 

brył  lodowych z pierścieni  Saturna. W końcu się powiodło,  ale przez  ten czas państwa,  które 

dały wszystko dla tego przedsięwzięcia,  tak osłabły,  że z wolna przestały istnieć. Wybuchały 

bunty, a na Marsie walczyliśmy o przetrwanie. Na Ziemi dochodziły do władzy różne, bardzo 

żądne  wpływów  kreatury,  powodując  dodatkowe  zamieszanie.  Utracony  został  kontakt 

między  planetami.  Dokładnie  nie  wiemy,  co  tu  się  wtedy działo,  nie  zachowały  się  na  tych 

background image

pustyniach  żadne  przekazy.  W każdym  razie  -  walka  o  przetrwanie  skończyła  się  tym,  że 

ludzkością rządzić zaczęły obłęd i zbrodnia. Gdy byliśmy już w stanie odbudować stare statki 

kosmiczne,  pospieszyliśmy Ziemi z pomocą. Ale była  ona  niemile widziana. Tutejsi mordują 

obcych od ręki  i  znajdują w tym  dużą przyjemność. A tu prawie wszyscy są obcymi. To pro-

mieniowanie stworzyło zaskakującą liczbę mutacji i w przyrodzie, i wśród ludzi.

Wprawdzie  większość  spośród  mutantów  szybko  wyginęła,  ale  to,  co  ocalało,  jest 

śmiertelnie niebezpieczne. Mogliśmy pomóc im w bardzo niewielkim zakresie. Ziemianie nie 

stwarzali zresztą zagrożenia  dla nas, to znaczy do chwili,  gdy pojawił  się On. Zjednoczył  ich 

paręset lat temu.

- On faktycznie żyje przez ten cały czas?

- Na to  wygląda. Jest takim  samym szaleńcem jak reszta,  ale  na większą  skalę,  no  i 

potrafił  w  jakiś sposób  podporządkować  ich sobie.  Zbudował  to  miasto,  które widzieliście,  i 

stworzył  coś w rodzaju społeczeństwa. Pierwszą rzeczą, jaką zrobił, była prośba o zwiększoną 

pomoc. Nie uwierzyli, gdy powiedzieliśmy im, że dostają maksymalną ilość tego, co możemy 

dać.  W  odpowiedzi  wysłali  parę  rakiet  głowicami  atomowymi.  Po  przybyciu  pierwszej 

wysłana  została  ekspedycja.  Na  Marsie  przetrwaliśmy  dzięki  współpracy  -  nie  było  innej 

możliwości - toteż nie jesteśmy wojskową społecznością. Ale robimy, co możemy - celem jest 

On. Bez niego cała ta struktura  się  rozleci,  a zabić  go musimy,  bo na Marsie przez jego idio-

tyzmy zginęły już tysiące ludzi.

- No to  mamy  ten  sam  cel - stwierdziłem.  -  Przeprowadził  atak czasowy  również  na 

nas, i z podobnym rezultatem.

- Mamy trochę  ponad dziesięć tutejszych godzin na opracowanie i wykonanie  planu - 

sprecyzowała Angelina, jak zawsze praktycznie podchodząca do rzeczy.

-  Całościowy  atak  -  orzekłem  -  na  wszystkich  frontach,  aż  do  znalezienia  słabego 

miejsca. Tam się skoncentrujemy i  dostaniemy się  do środka,  a potem  zwyciężymy. Mówisz, 

że nie macie ciężkiego sprzętu?

- Nie.

- Cóż,  obejdziemy  się... A  co z możliwością  poświecenia jednego statku,  żeby rozbił 

się wewnątrz zamku i przerzucił tam nasz desant?

- Wszystkie zostały zniszczone w  atakach samobójczych. Następne są w  drodze,  ale  z 

tego, co przeczytałeś wynika, że przybędą za późno, a oni robią to od stuleci.

background image

- Hm... - zastanowiłem się głośno, bo nic mądrego nie chciało przyjść mi do głowy.

- Grawitator - szepnęła Angelina.

- Użyjemy grawitatora - oznajmiłem głośno.

W chwili gdy padł pomysł, cały plan miałem już wyrysowany pod powiekami.

-  Będzie  to  akcja  o  charakterze  przełamaniowym. Angelina  i  ja  wymontujemy  zasi-

lacze z części wyposażenia i  użyjemy ich do grawitatora nastawionego na pełną moc. Założy 

się  dodatkowe  zamocowania,  obliczenia  zrobię  później,  ale  sądzę,  że  będzie  on  w  stanie 

przenieść  pięć,  sześć  osób  za  mury,  zanim  się  przepali. Angelina  i  ja  to  dwie,  pozostałych 

wyznaczysz spośród najlepszych, jakich masz...

- To nie jest zadanie dla kobiety - sprzeciwił się Diyan.

- Nie podniecaj się! Słodka i piękna swoją drogą,  ale zapewniam cię,  że może pokonać 

dowolnych  dziesięciu  chłopów  z  twego  namiotu. A  ta  grupa  musi  być  najlepsza,  bo  będzie 

działała  od  razu wewnątrz  twierdzy. Reszta przypuści  bardzo  realistyczny  atak na mury,  po-

tem  na  jakiś wybrany  ich  kawałek  i  gdy  natężenie  walk  będzie  największe,  my  ruszymy  z 

przeciwnej strony. A teraz do roboty!

I tak wzięliśmy się do roboty,  to znaczy Angelina i ja, bo inni nie mieli  zielonego po-

jęcia  o  organizowaniu  naukowej  masakry  na  skalę  przemysłową  i  z  całą  wdzięcznością 

zwalili wszystko na nas. Kiedy najważniejsze sprawy były już załatwione, zdołałem wreszcie 

zrobić  to,  co  było  dla  mnie  najistotniejsze  -  od  dwóch  dni  i  dwudziestu  tysięcy  lat  nie 

zmrużyłem  oka.  Trzy  godziny  snu  były  z  pewnością  zbyt  małą  dawką,  ale  tylko  na  tyle 

mogłem sobie pozwolić.

Gdy obudziłem się, na zewnątrz było ciemno i równie gorąco jak za dnia.

-  Mamy  cztery  godziny  do  świtu  -  poinformowała  mnie  zrelaksowana  Angelina.  -  I 

większość z tego będziemy potrzebowali na dojście do stanowisk. Atak zacznie się o świcie.

- Co z przygotowaniami?

- Uczą się szybko. Zresztą, walczą tu od paru ładnych lat, więc powinni znać teren.

Być  może  nie  byli urodzonymi żołnierzami,  ale ostatecznie,  jeśli  zaczyna,  się  walkę, 

to po to,  by wygrać. Przed namiotem spotkaliśmy Diyana prowadzącego trzech ludzi,  którzy 

nieśli dziwaczną konstrukcję z metalu i skóry z grawitatorem w środku.

- Jesteśmy gotowi - oświadczył.

background image

- No to ruszamy.

Potykając  się w  ciemnościach  i klnąc  pod  nosem,  ruszyliśmy pod  jego  przewodnict-

wem ku murom. Zajęło nam to czas aż do świtu. Gdy znaleźliśmy się pod tym złowrogo rysu-

jącym  się  kształtem,  po  drugiej  stronie  miasta  rozległy  się  pierwsze  wybuchy.  Pomogłem 

towarzystwu  przypiąć  się do rusztowania z  grawitatorem  i  spojrzałem  na  zegarek. Jak dotąd 

wszystko  szło  według  rozkładu.  Przypiąłem  się  również  i  uruchomiłem  urządzenie.  Z  me-

talicznym warknięciem mój oddziałek znalazł się w powietrzu. 

21

Wspinaliśmy  się  wzdłuż  muru  jak  powolna  winda,  stanowiąc  znakomity  cel  dla 

każdego z  dobrym  wzrokiem  i spluwą  w  garści. Wylot grawitatora  zaczął  wydzielać  wyczu-

walne  ciepło i przeszło mi  przez  myśl,  że  spadek z  tej  wysokości nie byłby szczytem  moich 

marzeń. Ale już mignęły oświetlone okna,  na szczęście bez ciekawskich, i przed nami pojawił 

się parapet wału. Przelecieliśmy nad zwieńczeniem muru i wypadki nabrały niespodziewanej 

szybkości.

Na górze  było dwóch strażników  - zaskoczonych i  wściekłych.  Zanim  zdążyli  zarea-

gować, Angelina i ja wypaliliśmy jednocześnie. Igły spełniły swoje zadanie - bez hałasu obaj 

usunęli się na ziemię. Przygotowując się do lądowania przełączyłem grawitator na zniżanie.

Lądowanie!  Szumne  słowo  -  pod  nami  nie  było  bowiem  stałej  powierzchni.  Opa-

daliśmy  na  przeszklony  dach  nad  jakimiś  warsztatami.  Potężne  tafle  szkła  podtrzymywane 

były  pajęczyną  przerdzewiałych  płaskowników.  W panice  nadusiłem  stop,  ale  byliśmy  już 

zbyt nisko, a przeciążony grawitator nie zdążył na czas.

To był  ideał  cichego ataku z zaskoczenia. Sześć par butów  trafiło w  taflę jednocześnie 

i  pięć  tysięcy  jardów  kwadratowych  szkła  runęło  w  dół  razem  z  niemal  całą  konstrukcją 

nośną.  Przez  sekundę  byłem  pewien,  że  i  my  dołączymy  do  tego  naboju,  ale  ostatnim 

wysiłkiem  grawitator  zahamował  nasze  spadanie,  po  czym  buchnął  dymem  i  stanął  w 

płomieniach.

W dole rozpętało się piekło, gdy całe to szkło i rury dosięgły podłogi - nawet na naszej 

wysokości można było ogłuchnąć. Ciche wejście okazało się tylko teorią.

background image

-  Łapcie  się  wsporników!  -  krzyknąłem  rwąc  pasy  i  dając  im  przykład.  Dla 

zwiększenia  ogólnego  efektu grawitator,  na  szczęście  bez  pasażerów,  runął  w  dół  i  eksplo-

dował  jakieś piętnaście  stóp nad  posadzką. Nie  pozostawało  mi  nic innego,  jak uciszyć  wy-

jących w dole paroma granatami.

- Proponuję zleźć z tego małpiego gaju i wziąć się do roboty - stwierdziłem i razem ze 

współtowarzyszami ruszyłem ku parapetowi.

- Weź  no radio - poleciłem Diyanowi. - Odwołaj  wszystkie  oddziały,  chyba  że które-

muś udało się zrobić wyłom. Szkoda ludzi.

- Zostali odparci na całej długości - zameldował po chwili.

- To niech się odsuną i zmniejszą straty. Zaraz zrobimy tu blitz od wewnątrz!

Ruszyliśmy - Angelina i ja z przodu, by wymieść opozycję; reszta jako osłona boków i 

zaplecza.  Pierwsze  napotkane  drzwi  wiodły  na  spiralną  klatkę  schodową,  która,  sądząc  po 

długości,  mogła prowadzić do samego piekła. Nie spodobała  mi się,  toteż posłałem tam parę 

granatów. Wrzask, który był odpowiedzią, wskazywał, że postąpiłem słusznie.

- Dokąd teraz? - spytała Angelina.

- To,  co jest  niżej,  wygląda  na  większe i  bardziej funkcjonalne  pomieszczenie.  Przy-

puszczenie  dobre  jak każde... - Coś wybuchło blisko  mojej  głowy,  toteż  urwałem  w  pół  zda-

nia.

Angelina  rozstrzelała  snajpera  i  pognaliśmy  dalej.  Rozwaliłem  zamek  w  drzwiach  i 

wpadliśmy  do  wnętrza  wieży.  Projektował  ją  szaleniec.  Wiedzieliśmy  o  tym,  ale  wrażenie 

było  piorunujące - krzyżujące  się  korytarze przechodzące w  niepotrzebne  schody,  pochylone 

ściany,  pokręcone  komnaty,  a  nawet  tak  kretyńskie  przejście,  przez  które  trzeba  się  było 

czołgać. Straciliśmy tu jednego człowieka - strop osunął  się na ostatniego w szeregu tak cicho 

i szybko,  że ten nie zdążył nawet jęknąć. Przeciwnicy, których spotykaliśmy, byli zaskoczeni i 

w  większości nie  uzbrojeni,  toteż rozprawialiśmy się  z nimi  cicho i błyskawicznie,  wnikając 

coraz głębiej do wnętrza budowli.

- Chwila!  - zatrzymała  mnie Angelina,  gdy nastał  moment  spokoju.  - Czy  ty w  ogóle 

wiesz, dokąd idziemy?

- Niedokładnie, ale wprowadzamy zamieszanie i penetrujemy teren nieprzyjaciela.

- Sądziłam, że mamy większe ambicje, na przykład znaleźć Onego.

- Wszelkie propozycje, jak to zrobić, są mile widziane! - warknąłem.

background image

-  Mógłbyś,  na  przykład,  uruchomić  detektor  energii  pola  czasowego,  który  masz  na 

plecach - uśmiechnęła się słodko. - Sądzę, że w tym właśnie celu nosisz go przy sobie.

- Właśnie zamierzałem to zrobić! - zełgałem w żywe oczy.

Igła wahnęła się parę razy, po czym wskazała dokładnie na podłogę.

-  Na  dół.  Zrobimy  z  niego  kupkę  molekuł  -  rozkazałem.  I  dokładnie  to  miałem  na 

myśli. Skonstruowałem bowiem coś w rodzaju domowej bomby, na której wymalowałem jego 

imię. Tym  razem  byłem zdecydowany nie pozostawić niczego przypadkowi. Bomba  gwaran-

towała rozkład na czynniki pierwsze wszystkiego w promieniu pięciu jardów.

Po  chwilowej  przerwie  walka  wybuchła  ze  wzmożoną  siłą.  Przejście  na  dół  zab-

lokował  jakiś uparty miotacz  ognia,  toteż  krztusząc się dymem przeszliśmy  przez  wywaloną 

wybuchem  dziurę  do  sąsiedniego  pomieszczenia.  Było  to  jakieś laboratorium,  którego  pra-

cownicy rzucili  się na nas z tym, co kto miał  pod ręką. W trakcie zamieszania coś się jeszcze 

rozbiło, coś pękło i smród rozlanych chemikaliów zaczął dusić w gardle.

- Uggh! - sapnęła Angelina. - Widziałeś, co było w tych słojach?

- Nie i nie mam zamiaru tego oglądać. Jazda w dół.

Obojętne,  co  to było,  ale skoro  wyprowadziło z  równowagi  kogoś tak odpornego jak 

Angelina, to mnie zapewne od razu posłałoby na poszukiwanie pastylek na żołądek.

Zbliżaliśmy się do celu,  a  z każdym krokiem opór rósł  tak,  że praktycznie trzeba  było 

wyrąbywać  sobie  drogę.  Przejście  ułatwiał  nam  tylko  fakt,  że  obrońcy  uzbrojeni  byli  w 

najrozmaitsze  przedmioty,  które  jednak na  broń  niezbyt  się  nadawały  -  siekiery,  łomy,  gołe 

ręce były w  zastraszającej  obfitości. Ponieśliśmy następną  stratę,  gdy jeden z  Marsjan został 

dosłownie  przybity  do  podłoża  piką  spuszczoną  z  góry.  Nawet  nie  zdążyłem  zauważyć 

sprawcy. Spojrzałem na zegarek i zakląłem - mieliśmy już małe spóźnienie.

- Czekaj! - wychrypiał Diyan. - Igła niczego nie pokazuje!

Stanęliśmy w wąskim korytarzu.

-  Jaki  kierunek  wskazywała,  gdy  ostatni  raz  na  nią  patrzyłeś?  -  spytałem,  gdyż  to 

właśnie on niósł teraz detektor.

- Prosto w dół korytarza. Zupełnie, jakby źródło było na tym samym poziomie.

-  Musieli  wyłączyć  time-helix.  Detektor  działa  tylko  w  czasie  jego  pracy.  No  nic, 

ruszamy. Jeszcze jeden wysiłek i będziemy u celu!

background image

Ruszyliśmy.  I  ponieśliśmy  następną  stratę  przy  przechodzeniu  przez  jakieś  dziwne 

krzaki z kolcami. Kolce były zatrute i musiałem poświęcić ostatni granat termitowy,  by spalić 

krzaki.  Amunicję  i  granaty  zużywaliśmy  zresztą  w  zastraszającym  tempie.  Po  krótkiej,  ale 

zażartej  walce  w  następnej  sali  magazynek  mojego  pistoletu  był  pusty,  a  drogę  tymczasem 

zatarasowały nam  potężne drzwi. Sięgnąłem  po granat  akurat w  chwili,  gdy  pojaśniał  ekran 

komunikatora znajdującego się obok wejścia.

- Przegrałeś po raz ostatni - oznajmił On krzywiąc się do mnie paskudnie.

- Zawsze lubiłem sobie pogadać  - odpowiedziałem,  po czym zwróciłem  się  do Ange-

liny w języku, którego On na pewno nie znał: - Zostały ci granaty?

- Ja mówię, a ty będziesz słuchał - oświadczył On.

- Jeden - szepnęła Angelina.

-  Zamieniam  się  w  słuch -  powiedziałem  do  niego.  - Wywal  te  drzwi!  -  rozkazałem 

Angelinie.

-  Przeniosłem  już  wszystkich,  którzy  będą  mi  potrzebni  w  bezpieczne  miejsce,  tam, 

gdzie nikt nas nie znajdzie. Posłałem też wszystkie maszyny. Jestem ostatnim,  który tam wy-

rusza,  a kiedy to zrobię, ta  maszyneria zostanie  zniszczona. - Granat wybuchł,  ale drzwi  były 

za grube i Angelina musiała użyć kul rozpryskowych. On tymczasem mówił,  jakby nic się nie 

stało.  -  Wiem,  skąd  przybyłeś,  człowieku  z  przyszłości,  i  zniszczę  ciebie,  mego  jedynego 

przeciwnika, a przeszłość i przyszłość,  i cała wieczność będą moje. Moje! MOJE! - wrzeszc-

zał jeszcze, kiedy drzwi nareszcie puściły i jako pierwszy wpadłem do środka.

Moje  kule  eksplodowały  już  wśród  delikatnych  urządzeń,  gdy  bomba  szybowała 

jeszcze w powietrzu. On zdążył  jednak uruchomić urządzenie i zniknął,  a gdy bomba w końcu 

wybuchła,  stała  się  większym  zagrożeniem  dla nas niż  dla niego. Padliśmy na  ziemię,  a  gdy 

przestało  nam  wyć  nad głowami,  aparatura  stanowiła  kupkę  rozniesionego  po sali  szmelcu. 

On odezwał  się ponownie  i  lufa mojego pistoletu spojrzała  natychmiast  ku niemu,  ale był  to 

tylko kolejny ekran.

-  Zrobiłem  ten  zapis  na  wypadek,  gdybym  musiał  opuścić  ten  świat  w  pośpiechu. 

Mogę cię  śledzić  poprzez czas i będę  to robił,  aż zniszczę  ciebie i wszystkich,  z którymi  jes-

teś. Wszyscy zginiecie! Będę kontrolował  światy i  wieczność. I będę niszczył  światy tak,  jak 

zniszczę  Ziemię. Zostawiam wam tylko tyle  czasu,  abyście  to sobie  dobrze uświadomili i ci-

background image

erpieli. Nie macie możliwości ucieczki. Za godzinę wszystkie głowice nuklearne na tej plane-

cie zostaną odpalone. Ziemia zostanie zniszczona! 

22

Rozwalenie  odtwarzacza było  niewielką pociechą,  ale zrobiłem  to - jednym strzałem. 

Plastik i elektroniczny złom rozleciały się po pokoju, a kretyński śmiech umilkł.

- Zrobiłeś, co mogłeś! - Angelina pogładziła mnie po dłoni.

- Ale to i tak za mało. Szkoda tylko, że ciebie w to wciągnąłem.

- Nie chciałabym, żeby było inaczej. Cokolwiek nas spotka, będziemy razem.

- Wygląda na to,  że coś strasznego wyrządzono waszym ludziom - odezwał  się Diyan. 

- Przykro mi z tego powodu.

- Nie ma czego żałować. Wszyscy siedzimy w tym gównie.

- W pewnym sensie tak - jedna godzina. Ale Mars jest uratowany, a dla nas, którzy tu 

zginiemy, to jest najważniejsze. Nasi ludzie i nasze rodziny będą żyć.

- Chciałbym  móc powiedzieć to samo - westchnąłem,  po  czym pożyczyłem jego  roz-

pylacz i załatwiłem parkę tubylców nachalnie pchających się przez drzwi. - Myśmy przegrali 

i  tu,  i  wszędzie.  Sam  się  dziwię,  że  jeszcze  w  ogóle  istniejemy.  Powinniśmy  zgasnąć  jak 

zdmuchnięte świece.

- Czy możemy coś jeszcze zrobić? - spytała Angelina.

- Nie,  nie  można  wyprzedzić atomówki. Time-helix jest  kupą  złomu,  i  to  tyle  na  ten 

temat. Moglibyśmy coś zrobić, gdyby z niczego zmaterializował się nowy.

W echo moich słów  wdarł  się trzask,  potoczyłem się w  narożnik pomieszczenia i wy-

ciągnąłem  broń,  przeświadczony,  że  to nowy  atak.  Pomyliłem  się.  Była  to  spora,  metalowa 

skrzynka,  wisząca  dwie  stopy  nad  podłogą.  Angelina  przyjrzała  mi  się  w  najbardziej  po-

dejrzliwy z możliwych sposobów.

- Jeśli  to jest  time-helix,  to będzie  źle  z tobą,  jeśli  mi  nie  powiesz,  jak to  zrobiłeś!  - 

obiecała.

Pierwszy raz byłem cichutki i spokojniutki, zwłaszcza gdy skrzynka opadła powoli  na 

posadzkę,  a  na  wierzchu  dało  się  przeczytać  napis  ”Time-helix  -  otwierać  ostrożnie”.  Nie 

ruszyłem się. Od najmłodszych lat mam awersję do cudów, a to aż za bardzo wyglądało mi na 

background image

ingerencję  niebios.  Do  skrzynki  przymocowane  były  dwa  grawitatory  z  włącznikiem 

czasowym i magnetofon z przyczepioną kartką o treści ”Włącz mnie”. Jak zawsze praktyczna, 

Angelina była osobą, która wykonała to polecenie.

- Proponowałbym,  żebyście  się stąd zabierali,  i  to szybko - rozległ  się  spokojny głos 

profesora Coypu. - Bomby,  jak wiecie,  są uzbrojone. Proszono mnie,  Jim,  żebym ci powiedz-

iał, że aparat zapłonowy jest w gabinecie za ścianą, która jest zamaskowana półkami z herme-

tycznymi racjami żywnościowymi. Wygląda jak przenośne radio,  czym  zresztą jest w  rzeczy-

wistości. Można nim wyłączyć wszystkie głowice. Musisz nastawić w tym celu trzy tarcze na 

numer 666,  co  -  jak wiem  - jest  numerem Bestii,  w  kolejności  od  lewej  do  prawej,  a  potem 

wdusić przycisk ”Wyłączony”. Teraz mnie wyłącz, zrób, co trzeba, i włącz znowu.

- Dobra, dobra - mruknąłem zdenerwowany i wcisnąłem klawisz.

Jak  na  faceta,  który  w  ogóle  nie  powinien  się  urodzić,  miał  dość  rozkazujący  ton 

głosu, a poza tym, skąd on to wszystko wiedział? Rozważania te nie przeszkodziły mi zbytnio 

w  zrzuceniu na podłogę  racji  żywnościowych,  które na tej podłodze  powinny już  znaleźć  się 

na stałe,  przypominały bowiem nieświeże macki starych ośmiornic. Rozwaliłem ścianę. Radio 

było na miejscu, toteż, niczego innego nie ruszając, zrobiłem, co mi kazali. I nic się nie stało.

- Nic się nie stało - stwierdziłem głośno.

- I o to właśnie chodziło - Angelina ucałowała mnie. - Uratowałeś świat!

Dumny  i  blady  wróciłem  do  magnetofonu i  pławiąc  się  w  zachwycie  widocznym  w 

oczach Marsjan, włączyłem ponownie urządzenie.

-  Tylko  niech  ci  się  nie  wydaje,  że  uratowałeś  świat  -  oświadczył  zimno  Coypu.  - 

Odwlokłeś tylko egzekucję o dwadzieścia osiem dni. Raz uzbrojone,  bomby nie mogą być tak 

naprawdę wyłączone,  mogą przeczekać jakiś okres i zniszczyć się same, co w tym przypadku 

na jedno wychodzi,  czyli planeta zostanie zniszczona. Ale twoi przyjaciele mogą wyciągnąć z 

tego sporo korzyści, jak ufam. Sądzę, że ich statki są już w drodze?

- Będą tu za piętnaście dni - stwierdził radośnie Diyan.

- A zatem dwadzieścia osiem dni to aż nadto - kontynuował  Coypu. - Ziemia  zostanie 

zniszczona,  co przy  jej  obecnym  stanie  będzie  bardziej  błogosławionym  aktem  łaski  niż tra-

gedią.  Teraz  czas  na  skrzynkę.  Na  wierzchu  jest  dezintegrator.  Jeśli  skierować  go  na 

zewnętrzną  ścianę  i  opuścić o  piętnaście  stopni  poniżej  okienka,  to wskaże  kierunek  tunelu, 

background image

którym  Marsjanie  będę  mogli  wyjść  na  zewnątrz.  Teraz  przyciśnijcie  guzik  A,  nałóżcie 

grawitatory i spadajcie jak najszybciej.

Nadal  niezbyt wierząc  w  to  wszystko,  zrobiłem,  co  kazał. Time-helix  rozłożył  się  na 

podłodze i zapłonęło seledynowe światło.

- Nigdy nie zapomnimy, co dla nas zrobiliście - oświadczył  Diyan,  zbliżając się z wy-

ciągniętymi rękoma. - Pokolenia będą o was czytały w podręcznikach.

- Jesteś pewien, że wymowa będzie prawidłowa? - spytałem.

- I nie tylko. Zostanie wzniesiony  pomnik  z  wyrytym  na  cokole  napisem  ”James  di 

Griz - Zbawca Świata”.

Będę  się musiał  wybrać  tam  na  wycieczkę!  -  złożyłem  sobie  w  duchu solenną  obiet-

nicę.

Uścisnęliśmy sobie dłonie,  po czym  oni z dezintegratorem ruszyli  w ścianę,  a  my ku 

time-helixowi.  Miałem  nadzieję,  że  to  już  po  raz  ostatni,  przynajmniej  w  najbliższej 

przyszłości.

Podróż  była  jak  zwykle  monotonna  i  męcząca,  jedyną  dobrą  jej  stroną  było  zakońc-

zenie  -  w  hali  sportowej  bazy,  największym  pomieszczeniu  w  okolicy.  Pojawiliśmy  się  w 

powietrzu i przy wtórze okrzyków zbulwersowanych atletów pocałowaliśmy się gorąco.

- Witamy w domu! - stwierdziła Angelina i to było wszystko,  co należało w tej chwili 

powiedzieć.

Ignorując  pełne  zdumienia  pytania,  pognaliśmy  do  laboratorium  Coypu  złożyć  mu 

meldunek.  Po  drodze  doszedłem  do  budującego  wniosku,  że  w  przyszłości  zamiast  mnie 

należy wysłać parę solidnych bomb. To powinno radykalnie rozwiązać problem Onego i jego 

zwariowanej wyobraźni. Na nasz widok Coypu z lekka zbaraniał.

- Co wy tu robicie? Powinniście  być  zajęci  załatwianiem  tego  typa.  Nie  dostaliście 

mojej wiadomości?

- Jakiej? - tym razem to ja z lekka zwątpiłem.

- Zrobiliśmy dziesięć tysięcy walców i posłaliśmy na Ziemię z radiostacjami...

- Aaa... To stara wiadomość - odetchnąłem. - Dawno otrzymana i zapomniana. Nie jes-

teś na bieżąco. Co to tu robi?

Wskazałem zielonkawą skrzynkę stojącą w rogu.

background image

- To? To jest Mark I, polowy time-helix. Właśnie  go skończyliśmy i stoi. A co ma ro-

bić?

- Nigdy go nie używaliście?

- Nigdy.

- No to najwyższy czas. Przypnij  doń  dwa  grawitatory,  magnetofon  i  dezintegrator.  I 

natychmiast poślij na Ziemię, żeby uratować mnie i Angelinę!

- Ale po...

- Najpierw to zrób, potem ci wyjaśnię. Oboje wylecimy inaczej w powietrze.

Złapałem kartkę i pisak,  nabazgrałem,  co trzeba,  ustaliliśmy dokładny czas i dopiero, 

gdy cały nabój zniknął w przeszłość, odetchnąłem z ulgą.

- Jesteśmy uratowani - oświadczyłem. - Teraz pora na tego obiecanego drinka.

- Niczego ci nie...

- I tak go sobie wezmę.

Został  mamrocząc  pod nosem  i  skrobiąc coś  zapamiętale  w  notesie,  a  ja  zająłem  się 

przygotowaniem i spożyciem różnych leczniczych napojów.

- Tego mi było trzeba - oznajmiłem. - Musiały upłynąć wieki, odkąd piłem ostatniego.

- Wszystko jasne - oświadczył nagle Coypu, promieniejąc z radości.

- Moglibyśmy siąść tu sobie i posłuchać? - spytałem grzecznie. - Ostatnie kilkadziesiąt 

tysięcy lat było dość męczące...

-  Co?... A  tak,  siadajcie. Podsumujemy fakty. Atak  czasowy został  skierowany prze-

ciwko  Korpusowi  przez  osobnika  zwanego  On.  Nader  udany  atak,  nasza  liczba  została 

poważnie zredukowana...

- Możesz powiedzieć, że do dwóch osób - wtrąciłem.

- Zgadza się, choć ledwie posłałem cię w rok 1975, wszystko wróciło do poprzedniego 

stanu i to gwałtownie - laboratorium pełne było ludzi,  którzy wcale nie wiedzieli, że zniknęli. 

Zaczęliśmy  wytężone  badania  i  po  prawie  czterech  latach  skonstruowaliśmy  urządzenie  do 

śledzenia podróżujących w czasie...

- Powiedziałeś, po czterech?

- Prawie pięciu, dokładnie mówiąc - to była naprawdę trudna robota.

- Angelina, nigdy mi nie mówiłaś, że byłaś tu sama przez pięć lat!

background image

- Sądziłam, że nie lubisz podstarzałych kobiet.

- Kocham je, jeśli są tobą. Czułaś się samotna?

-  Idiota!  Tylko  dlatego  zgłosiłam  się,  żeby  iść  po  ciebie.  Inskipp  miał,  co  prawda, 

jakiegoś ochotnika, ale biedak złamał nogę.

- Kochanie, jakież to nieszczęścia chodzą po ludziach.

-  Dobrze,  nie  zagłębiajmy  się  w  szczegółach -  przywołał  nas  do  porządku Coypu.  - 

Wyśledziliśmy  cię  w  1807.  Jego zresztą  też.  Była  tam  pętla czasowa,  która  potem  zniknęła. 

Wyglądało na to,  że razem z tobą wewnątrz. Dlatego Angelina zjawiła się właśnie tam i to od 

razu z namiarami nowego miejsca. Musiałeś tam iść,  bo ślady wskazywały, że  byłeś. Choć w 

tym  momencie  cała  sprawa  była  już  tak  naprawdę  jasna  i  prosta  i  wiadomo  było  jak  się 

skończy.

- To znaczy, ty wiedziałeś? - spytałem uprzejmie, czując, że musiałem coś opuścić.

- Oczywiście! Cała natura ataku była jasna,  chociaż ty jak zwykle przeceniałeś własne 

zasługi.

- Mógłbyś to wszystko powtórzyć, tyle że wolniej?

- Z przyjemnością.  Spowodowałeś  zniszczenie  jego  operacji  dwukrotnie  w  dwóch 

miejscach w  przeszłości  i  poprzez zmianę  namiarów  posłałeś go w  epokę  zmierzchu Ziemi. 

Tu  spędził  on  dwieście  lat  rosnąc  w  siłę.  Był  geniuszem. Obłąkanym,  ale  geniuszem.  I  pa-

miętał  cię,  ale niezbyt dobrze, po dwustu latach kojarzył, że jesteś jego wrogiem i nic więcej. 

Dlatego rozpoczął  wojnę czasową - chciał  zniszczyć ciebie, zanim ty zniszczysz jego. W tym 

celu złapał  cię,  a tak mu się  przynajmniej  wydawało,  na  planecie  Ziemia,  tuż przed atakiem 

atomowym.  Potem  wrócił  w  rok  1975,  by  zaatakować  Korpus.  Ty  też  tam  byłeś,  więc 

przeniósł  się do 1807 roku,  aby zastawić  na ciebie  pułapkę. Nie wiem,  dokąd chciał  stamtąd 

wyruszyć, ale jego plany uległy zmianie i powrócił do rzeczywistości ostatnich dni Ziemi.

- To ja zmieniłem mu namiary tuż przed odlotem - wyznałem skromnie.

- A więc  to wszystko. Mamy  święty spokój  i  czas na relaks. Sądzę,  że  zasłużyłem  na 

drinka.

-  Czym!?  -  warknąłem.  -  Z tego,  co  powiedziałeś,  wynika,  że  to  ja  zacząłem  tę  całą 

wojnę, zmieniając nastawienie jego time-helixu.

- Tak to wygląda na pierwszy rzut oka.

background image

- A na drugi? Według mnie On lata  w  kółko. Ucieka  przede mną,  goni  mnie,  znowu 

ucieka... Kurwa! Skąd on w ogóle jest? I kiedy się urodził?

- W tym  przypadku te  pojęcia są bezużyteczne. On istnieje tylko  w  tej paradoksalnej 

pętli czasowej. Można powiedzieć,  chociaż  nie będzie to w  pełni ścisłe  określenie,  że On się 

nigdy nie narodził. Cała ta sytuacja istnieje obok i niezależnie od naszego normalnego czasu. 

Przykładowo,  fakt,  że  wróciłeś z  informacjami,  jak  wyłączyć  te  bomby. Skąd  ta  informacja 

pochodzi naprawdę? Od ciebie. A zatem wysłałeś ją sam do siebie...

-  Dość!  -  jęknąłem,  sięgając  drżącą  ręką  po  butelkę.  Napełniłem  kieliszki  i  dopiero 

wtedy  zauważyłem  brak  Angeliny,  która  wyszła  cichutko.  Właśnie  zaczynałem  się  zastan-

awiać, co mogło się z nią stać, gdy pojawiła się w drzwiach.

- Czują się dobrze - oznajmiła.

-  Kto?  - spytałem,  ale  widząc  gwałtowną  zmianę  wyrazu jej  twarzy,  pojąłem,  że  oto 

popełniłem największą  pomyłkę w życiu,  toteż czym prędzej wysiliłem  swoje szare komórki, 

aż dotarł do nich błysk zrozumienia.

- Kto?  Cha,  cha,  cha! Wybacz  mi ten mały żarcik.  Oczywiście,  że  nasze  cherubinki! 

Wiedziona matczynym instynktem pobiegłaś do nich...

- Są ze mną.

- No to wprowadź wózek.

- Cherubinki. Osioł! - stwierdziła z niesmakiem, gdy weszli.

Mieli  po  sześć  lat.  Drobiazg,  który  zupełnie  przeoczyłem.  Faktycznie,  podobni  jak 

dwie krople wody. Muskularni,  z rysami  twarzy ojca  - co zauważyłem  z dumą.  Dostrzegłem 

też błysk w oczach matki, co przyprawiło mnie o lekki niepokój.

- Długo cię nie było, tato - odezwał się jeden.

- Nie z mojej winy, James. Nie ratuje się wszechświata w jeden dzień.

- Ja jestem Bolivar, on jest James. Witamy w domu!

- Cóż. Dzięki - i co, u diabła, mam ich ucałować, czy co?

Ten  problem  rozwiązali  za  mnie,  wyciągając  prawice,  które  zupełnie  poważnie 

uścisnąłem.

- Angelina,  myślę,  że  w  końcu mnie przekonałaś - stwierdziłem uroczyście.  - Zalety 

pożycia rodzinnego warte są poświęcenia szczęścia i beztroskiego życia wolnego złodzieja.

background image

- Złodziej to najwłaściwsze określenie! - obrzydliwie znajomy głos wrzasnął  od progu. 

- I oszust, naciągacz, szantażysta...

W drzwiach stał Inskipp i machał w moją stronę stertą papierów.

- Pięć lat czekałem na ciebie,  di Griz,  i tym razem mi nie uciekniesz. Teraz nie będzie 

wykrętów takich jak wojna czasowa. Oszuście, okradłeś własnych... urggh!

To  ”urggh”  wzięło  się  stąd,  że  Angelina  rozdusiła  mu  pod  nosem  ampułkę  z  gazem 

usypiającym  i  Inskipp osunął  się  prosto w  ramiona  bliźniaków,  którzy ze  wspaniałym  reflek-

sem złapali go i  ułożyli delikatnie na podłodze. Tymczasem Angelina zabrała  mu ściskane w 

ręku papiery.

- Po pięciu latach potrzebuję cię bardziej niż tego obrzydliwca. Spalmy te śmieci i ro-

zejrzyjmy  się  za  jakimś  wolnym  statkiem,  zanim  on  się  obudzi.  Miną  miesiące,  nim  się 

obudzi, a przez ten czas na pewno coś się wydarzy i znów będzie na gwałt nas potrzebował  i 

cholera mu przejdzie. A my tymczasem zafundujemy sobie drugi miodowy miesiąc.

- Brzmi nieźle, ale co z chłopcami? Na takie wycieczki zwykle nie zabiera się dzieci.

- Nie pojedziecie  bez nas! - oświadczył  Bolivar. Gdzie  ja widziałem  tę zaciętą  minę? 

Pewnie przy goleniu.

- Tam  gdzie  wy,  tam i my. A jeśli chodzi o pieniądze,  to  możemy za siebie  zapłacić  - 

patrzcie!

Faktycznie,  ujrzałem potężny zwitek kredytów,  który na  oko powinien wystarczyć  na 

przejazd przez  całą  galaktykę. A przy  okazji  dostrzegłem  także  kawałek  znajomego  portfela 

ze złoconej skóry.

- Pieniądze Inskippa! Okradliście biedaka zamiast mu pomóc! - zerknąłem na Jamesa i 

dodałem: - A ty, jak sądzę,  będziesz w czasie podróży bawił  się w zegarynkę, bo po co inaczej 

to coś znalazłoby się nagle w twoich rękach.

- Idą w  ślady ojca! - stwierdziła  z  dumą Angelina.  - Oczywiście,  że  pojadą  z  nami! I 

nie  przejmujcie się  wydatkami,  chłopcy. Tatuś potrafi  ukraść tyle,  że  starczy  dla nas wszyst-

kich!

Tego już było za wiele!

- Dlaczego nie? - roześmiałem się szczerze. - A więc, za zbrodnię!

-  Za  zbrodnię!  -  zawtórował  mi  obecny  przy całym  zajściu  Coypu,  unosząc  szklan-

eczkę.

background image

- Za zbrodnię czasową! - wrzasnęliśmy chórem,  po czym cisnęliśmy opróżnione nac-

zynia za siebie. Złapaliśmy dzieciaki za ręce i przeskakując nad ciałem chrapiącego smacznie 

Inskippa, wyszliśmy na korytarz.

Czekał  na  nas cały,  wspaniały wszechświat  i  zamierzaliśmy w  pełni  niego skorzys-

tać.