background image

 
 
 
 

MARYNARZ 

Z AMSTERDAMU 

I INNE OPOWIADANIA 

 

ZŁOTA PODKOWA 46 

 

 

 

 

 
 

WYDAWNICTWO „ŚLASK” KATOWICE 1960

 

background image

 
 

GUILLAUME APOLLINAIRE 

 

MARYNARZ Z AMSTERDAMU 

 

BRYG  holenderski  „Alkmaar”  powracał  z  Jawy,  wioząc  ładunek  orientalnych  korzeni 

oraz innych drogich towarów. 

Zawinął do Southampton i marynarzom pozwolono zejść na ląd. 
Jeden z nich, Hendrijk Wersteeg, niósł na prawym ramieniu małpę, na lewym ramieniu 

papugę i na krzyż przez piersi pakunek tkanin indyjskich, które zamierzał sprzedać w mieście 
— tak samo jak zwierzęta. 

Dopiero  miało  się  ku  wiośnie  i  wieczór  wcześnie  zapadał.  Hendrijk  Wersteeg  szedł 

szerokim  krokiem  po  ulicach  zasnutych  lekką  mgłą,  którą  ledwie  rozświetlał  płomyk  gazu. 
Marynarz myślał o rychłym powrocie do Amsterdamu, o matce, której nie widział od trzech 
lat, o narzeczonej, która czekała na niego w Monikendamie. Obliczał, ile pieniędzy dostanie 
za swoje zwierzątka i tkaniny, i szukał sklepu, gdzie mógłby sprzedać ten egzotyczny towar. 

Na Above Bar Street jakiś bardzo dobrze ubrany przechodzień zagadnął go pytając, czy 

poszukuje nabywcy na papugę. 

— Takiego ptaka — powiedział — właśnie mi potrzeba. Muszę mieć towarzysza, który 

by mówił do mnie, nie wymagając odpowiedzi, a mieszkam sam jeden.  

Jak  wszyscy  niemal  marynarze  holenderscy,  Hendrijk  Wersteeg  znał  angielski.  Cena, 

jakiej zażądał, odpowiadała nieznajomemu. 

— Niech pan idzie za mną — powiedział nabywca. — Mieszkam dość daleko. Sam pan 

wstawi papugę do klatki, którą przygotowałem. Rozwinie pan swoje materiały, może mi będą 
odpowiadały. 

Uszczęśliwiony nadarzającą się okazją, Hendrijk Wersteeg poszedł za gentlemanem i w 

nadziei,  że  ją  również  sprzeda,  wysławiał  swoją  małpę  należącą,  jak  zapewniał,  do  rasy  ba-
rdzo rzadkiej, do jednej z tych, których okazy najsilniej opierają się klimatowi angielskiemu i 
najbardziej przywiązują się do swojego pana. 

Ale  wkrótce  Hendrijk  Wersteeg  przestał  mówić.  Słowa  jego  padały  w  próżnię,  bo 

nieznajomy nie odpowiadał wcale i bodajże nawet nie słuchał. 

Postępowali  drogą  w  milczeniu,  obok  siebie.  I  tylko  małpa  z  tęsknoty  po  rodzinnych 

lasach pod zwrotnikami, zalękniona we mgle, wydawała raz po raz słabe okrzyki podobne do 
pisku noworodka, a papuga trzepotała skrzydłami. 

Po niespełna godzinie drogi nieznajomy odezwał się obcesowo: 
— Zbliżamy się do domu. 
Miasto już mieli za sobą. Drogę obrębiały wielkie parki, wtłoczone w kraty; od czasu do 

czasu wybłyskiwały przez drzewa oświetlone okna domów i słychać było urywany, dolatują-
cy z daleka, złowrogi krzyk syreny na morzu. 

Nieznajomy zatrzymał się przed okratowaniem, wyciągnął z kieszeni pęk kluczy i otwo-

rzył drzwi, aby na powrót je zamknąć, kiedy Hendrijk przestąpił kratę. 

Marynarz  czuł  się  nieswojo,  ledwo  rozpoznawał  w  głębi  ogrodu  maleńki  pawilon, 

wyglądający  przyzwoicie,  okiennice  jednak  zamknięte  nie  przepuszczały  nawet  odrobiny 
światła. 

Milczący  nabywca,  dom  bez  życia,  wszystko  to  było  dosyć  posępne.  Lecz  Hendrijk 

przypomniał sobie, że nieznajomy mieszka sam. 

„To jakiś dziwak!” — pomyślał, a ponieważ majtek holenderski nie jest bogaczem, aby 

go zwabić dla grabieży, zawstydził się tego chwilowego niepokoju. 
 

background image

* * * 

 

—  Jeżeli  ma  pan  zapałki,  proszę  mi  zaświecić  —  powiedział  nieznajomy,  wkładając 

klucz do zamka, którym opatrzone były drzwi pawilonu. 

Marynarz  usłuchał,  a  skoro  tylko  znaleźli  się  we  wnętrzu  domu,  nieznajomy  przyniósł 

lampę, która niebawem oświetliła salon umeblowany ze smakiem. 

Hendrijk Wersteeg całkowicie odzyskał spokój. Żywił już nadzieję, że jego dziwaczny 

towarzysz odkupi sporą sztukę tkaniny. 

Nieznajomy wyszedł z salonu i powrócił z klatką. 
— Niech pan tu wstawi papugę — powiedział. — Umieszczę ją na drążku dopiero wte-

dy, kiedy się oswoi i będzie wymawiała słowa, których od niej wymagam. 

Potem zamknąwszy klatkę za ptakiem, który osiadł w niej struchlały, poprosił maryna-

rza, aby wziął lampę i przeszedł do sąsiedniego pokoju, gdzie na stole, jak powiadał, można 
było rozłożyć tkaniny. 

Hendrijk Wersteeg usłuchał i poszedł do pokoju, który mu wskazano. Natychmiast usły-

szał, że drzwi zamykają się za nim; klucz obrócono. Był więźniem. 

Zaskoczony,  lampę  postawił  na  stole  i  chciał  się  rzucić  ku  drzwiom,  aby  je  wyważyć, 

ale głos, który rozległ się znienacka, przykuł go do miejsca: 

— Jeden krok, a umrzesz, marynarzu! 
Podniósłszy  głowę,  Hendrijk  zobaczył  przez  okienko,  którego  dotąd  nie  spostrzegł, 

wycelowaną w siebie lufę rewolweru. Zatrzymał się zniewolony tą groźbą. 

Nie sposób było walczyć; nożem nie mógł się posłużyć, nawet rewolwer nie przydałby 

się  na  nic.  Nieznajomy,  na  którego  łaskę  był  zdany,  schronił  się  za  murem  obok  okienka  i 
stamtąd strzegł marynarza, przesuwając jedynie rękę mierzącą z rewolweru. 

—  Uważaj,  co  powiem  —  rzekł  nieznajomy  —  i  bądź  posłuszny.  Wynagrodzę  usługi, 

które wyświadczysz mi pod przymusem. Ale nie masz wyboru Musisz mnie słuchać bez wa-
hania, bo cię zabiję jak psa. Wysuń szufladę stołu... Leży tam sześciostrzałowiec z pięcioma 
nabojami... Weź go. 

Marynarz  holenderski  usłuchał  bezwiednie.  Małpa  na  jego  ramieniu  wydawała  krzyki 

przerażenia i drżała. Nieznajomy ciągnął: 

— W głębi pokoju wisi zasłona. Ściągnij. 
Ściągnąwszy zasłonę, Hendrijk zobaczył alkowę. 
Tam,  na  łóżku,  z  nogami  i  rękami  skrępowanymi,  zakneblowana.  spoglądała  na  niego 

kobieta oczyma pełnymi rozpaczy. 

— Ściągnij sznury z tej kobiety — powiedział nieznajomy — i odwiąż jej knebel. 
Kiedy Hendrijk spełnił rozkaz, młodziutka, zachwycającej urody kobieta rzuciła się na 

kolana przed okienkiem, wołając: 

— Harry, to podła zasadzka! Zwabiłeś mnie do tej willi, aby mnie zamordować. Mówi-

łeś, że tutaj spędzimy pierwsze dni naszego pojednania. Byłam pewna, że cię przekonałam, że 
już  nie  podejrzewasz  mnie  nawet,  abym  kiedykolwiek  zawiniła!...  Harry!  Harry!  Jestem 
niewinna! 

— Nie wierzę — powiedział oschle nieznajomy. 
— Harry, jestem niewinna — zdławionym głosem powtórzyła młoda pani. 
— To twoje ostatnie słowa, zanotuję je sobie starannie. Powtarzać mi je będą przez całe 

życie. — I głos nieznajomego nieco zadrżał, ale natychmiast odzyskał siłę: — Bo kocham cię 
przecież — dorzucił. — Gdybym nie kochał cię tak bardzo, zabiłbym cię własną ręką. Ale nie 
potrafię, bo kocham cię... A teraz, marynarzu, zanim doliczę do dziesięciu, jeżeli nie wsadzisz 
kuli w głowę tej kobiety, padniesz martwy u jej stóp. Raz, dwa, trzy... 

I  zanim  nieznajomy  zdołał  doliczyć  do  dziesięciu,  Hendrijk.  nieprzytomny,  strzelił  do 

kobiety, która  wciąż klęcząc patrzała nań nieruchomo. Padła twarzą ku ziemi. Kula przebiła 

background image

jej czoło. Natychmiast wybiegł strzał z okienka i przebił prawą skroń marynarza. Zatoczył się 
na stół, podczas gdy małpa, wydając ostre krzyki trwogi, szukała schronienia pod jego bluzą. 

Nazajutrz  przechodnie  usłyszawszy  dziwne  okrzyki  dobywające  się  z  ustronnego  do-

mku pod Southampton, zawiadomili policję, która też wkrótce przybyła, aby wyważyć drzwi. 

Znaleziono zwłoki młodej kobiety i marynarza. 
Małpa,  raptem  wybiegłszy  spod  bluzy  swego  pana,  skoczyła  na  nos  jednemu  z  poli-

cjantów. Wystraszyła ich do tego stopnia, że odstąpiwszy na parę kroków nie śmieli się zbli-
żyć na nowo, zanim nie powalili jej strzałami z rewolweru.  

Władze  wdrożyły  śledztwo.  Rzecz  była  jasna,  że  marynarz  zabił  kobietę,  po  czym 

popełnił  samobójstwo.  Niemniej  przecież  okoliczności  dramatu  wydawały  się  tajemnicze. 
Kiedy  tożsamość  obu  osób  bez  trudności  została  stwierdzona,  stawiano  sobie  pytania,  skąd 
lady  Finngal,  żona  para  Anglii,  znalazła  się  w  ustronnym  domku  wiejskim  sam  na  sam  z 
marynarzem, który przybył do Southampton w wigilię tego dnia. 

Wyjaśnienia właściciela willi nie potrafiły oświecić organów śledczych. Nie odnalezio-

no człowieka, który na osiem dni przed tym dramatem wynajął domek, mieniąc się niejakim 
Collinsem z Manchesteru. Ów Collins nosił okulary, miał długą rudą brodę, kto wie, czy nie 
sztuczną. 

Lord przyjechał z Londynu bardzo pośpiesznie. Uwielbiał żonę i żal było patrzeć na ból 

tego człowieka. Nie rozumiał nic, tak samo jak wszyscy. 

Od czasu tych wydarzeń odwrócił się od świata. Mieszka w swoim domu w Kensingto-

nie, sam w towarzystwie tylko domownika-niemowy i papugi, która powtarza bezustannie: 

— Harry, jestem niewinna! 

 

Tłumaczył Adam Ważyk  

 
 
 
 

ALFRED MORTIER 

 

INSPEKTOR MICAL ŚLEDZI 

 

I. Alibi 

 

JEDNĄ  z  najcichszych,  najbardziej  zacisznych  ulic  Paryża  jest  bez  wątpienia  avenue 

Raphaël.  Przylegając  do  parku  La  Muette,  położona  pomiędzy  ulicą  tej  nazwy  a  bulwarem 
Suchet,  jest  oazą  cienia  i  ciszy,  którą  z  rzadka  tylko  mącą  przejazdy  samochodów  bogatych 
mieszkańców  tej  dzielnicy.  Wzdłuż  jednej  strony  tej  krótkiej  ulicy,  obsadzonej  gęstymi 
drzewami,  znajdują  się  prawie  wyłącznie  prywatne  wille,  niektóre  tak  luksusowe  jak  pałace 
książęce. 

Jeden  z  tych  pięknych  pałacyków,  zbudowany  w  stylu  renesansowym,  tak  modnym  z 

końcem ubiegłego stulecia, otoczony  podwórcem i ogrodem, należał do  Emila Martin, prze-
mysłowca w stanie spoczynku. posiadacza majątku ocenianego na jakieś dziesięć milionów. 

3  marca  193...  około  dziesiątej  rano  inspektor  policji  Mic  zawiadomiony  został  przez 

swego  szefa,  komisarza  brygady  specjalnej,  że  przy  avenue  Raphaël,  pod  numerem  18  bis, 
dokonano morderstwa. Otrzymał polecenie udania się natychmiast na miejsce zbrodni, co też 
bezzwłocznie uczynił. Zastał tam już komisarza policji dzielnicowej w  La Muette, który po-
dzielił się z nim swymi pierwszymi spostrzeżeniami. 

Pół  godziny  temu  znaleziono  w  łóżku  zwłoki  sześćdziesięciosześcioletniego  Emila 

Martin. O ósmej trzydzieści służący zapukał do drzwi jego pokoju. Nie usłyszawszy odpowie-

background image

dzi, pomyślał, że pan śpi jeszcze i odszedł cicho. O dziewiątej trzydzieści przyszedł znowu: 
lecz tym razem nie słysząc nic pomimo silnego i kilkakrotnego pukania,  wszedł do pokoju i 
ujrzał  starego  człowieka  leżącego  w  poprzek  łóżka  w  nocnej  koszuli,  z  twarzą  czerwoną  i 
wykrzywioną, zmarłego na skutek uduszenia. Ofiara musiała zostać zaskoczona podczas snu, 
gdyż komisarz nie znalazł żadnych śladów walki. W pokoju jednak panował wielki nieład. 

Oczekując  na  przybycie  zastępcy  prokuratora,  sędziego  śledczego,  lekarza  sądowego  i 

niższej służby sądowej. Mic i komisarz dla uzupełnienia tych danych przesłuchali domowni-
ków: służącego, kucharkę i szofera. Żadne z nich nie widziało ani nie słyszało niczego. Dwoje 
z  nich  mieszkało  na  poddaszu,  a  szofer  zajmował  pokoik  nad  garażem,  w  głębi  podwórza 
Służący oświadczył, że jego pan żył bardzo samotnie, nie przyjmował prawie nikogo i prowa-
dził tryb życia raczej skromny. 

Następnie  Mic  kazał  się  zaprowadzić  do  pokoju  zbrodni.  Tam,  nie  dotykając  niczego, 

gdyż  trzeba  było  zaczekać  na  przybycie  władz,  lekarza  sądowego  i  fotografa,  inspektor 
zatrzymał się w progu. Wszystko tu było poprzewracane do góry nogami, gdyż zbrodniarz na-
wet fotel wypatroszył. Przed sekretarzykiem, którego zamek był wyłamany, leżało na podło-
dze mnóstwo papierów, nawet dwa banknoty stufrankowe, które morderca w pośpiechu prze-
oczył albo zgubił. Mic zwrócił się do służącego,  pięćdziesięcioletniego Józefa Herpin, który 
od wielu lat służył u zamordowanego. Zapytał, czy jego pan miał zwyczaj zamykać duże su-
my w sekretarzyku. 

—  Pan  Martin  nieraz  otwierał  ten  mebel  w  mojej  obecności,  bo  miał  do  mnie  pełne 

zaufanie.  Trzymał  tu  przeważnie  kilka  tysięcy  franków  na  opędzenie  potrzeb  domowych  w 
przeciągu dwóch, trzech tygodni: ważniejsze rachunki pan Martin płacił tylko czekami. 

Mic i komisarz zeszli tiu ogrodu, wymieniając swe spostrzeżenia. 
—  Sprawa  —  rzekł  Mic  —  ma  wszelkie  pozory  zbrodni  rabunkowej,  motywem  była 

kradzież. To jest jasne i oczywiste... A jednak to nie wygląda na pracę zawodowca. 

— O, naturalnie! — rzekł z uśmiechem komisarz, jego dawny kolega z policji śledczej. 

— Pan zawsze musi szukać dziury w całym. Zobaczymy, co powiedzą ci panowie. 

Ponieważ „ci panowie” ciągle nie nadchodzili. Mic w towarzystwie komisarza zlustro-

wał ogród i furtkę. Ani zamek u furty, ani krata nie wykazywały żadnych śladów włamania; 
ale  w  rogu  muru  obrośniętego  bluszczem,  graniczącego  z  inną  posiadłością,  listowie  było 
zgniecione, mur lekko wykruszony, a na dole skraj gazonu zdeptany. 

— Tędy wszedł nasz ptaszek — oświadczył komisarz. Nagle pochylił się i podniósłszy 

z ziemi jakiś przedmiot podał go inspektorowi: — Widzi pan! Skacząc, zgubił nawet czapkę i 
w ciemności nie mógł jej odnaleźć. 

To mówiąc podał mu starą, brudną czapkę, którą Mic obejrzał z zamyśloną miną. 
Dwaj  mężczyźni  wrócili  do  domu  i  podczas  gdy  komisarz  w  bibliotece  redagował 

raport, Mic przesłuchał jeszcze raz domowników. Zgromadziwszy ich w jadalni zapytał, czy 
rozmawiając w kawiarni czy gdzie indziej z kolegami lub sąsiadami, nie zdradzili się z jaki-
miś szczegółami dotyczącymi majątku albo zwyczajów ich pana. Podkreślił, jak wielkie zna-
czenie ma takie niedyskretne słówko, które czasem może popchnąć złoczyńcę do zbrodni. 

Na to wszyscy zaprotestowali żywe: wolne dni spędzali z najbliższą rodziną i nigdy nie 

mówili o sprawach swego pana. 

—  Przejdźmy  do  innej  kwestii  —  rzekł  Mic.  —  Ile  jest  kluczy  od  bramy  wejściowej 

pałacyku i kto je posiada? 

— Są trzy klucze — powiedział Józef. — Jeden należał naturalnie do pana Martin i jest 

pewnie  w  jego  ubraniu  lub  w  jakiej  szufladzie,  drugi  miała  przy  sobie  Augustyna,  gdyż  co-
dziennie wychodzi na rynek po zakupy, a trzecim posługiwał się szofer i ja; pożyczaliśmy go 
sobie wzajemnie, zwłaszcza gdy jeden z nas wychodził wieczorem. 

—  Zapomniałeś  o  jeszcze  jednym  —  rzekł  Henryk  Modot,  szofer  —  o  kluczu  pana 

Piotra. 

background image

— A, prawda — spostrzegł się Józef. 
— Pana Piotra? — zapytał Mic. 
—  To  bratanek  naszego  biednego  pana  —  objaśniła  go  kucharka.  —  Jest  teraz  w 

Cannes.  Trzeba  będzie  nawet  zaraz  wysłać  do  niego  depeszę.  To  dopiero  będzie  dla  niego 
cios,  bo  on  ogromnie  kochał  stryja.  Pan  Piotr  jest  od  jedenastego  roku  życia  sierotą,  a  pan 
Martin wychował go i wykształcił, kochał jak rodzonego syna. 

— Co nie przeszkadza — dodał szofer — że pan Piotr odziedziczy piękny majątek. 
—  Pieniądze  to  nie  wszystko  —  odparła  kucharka.  —  O,  on  to  bardzo  odczuje,  tym 

bardziej, że nasz pan mógł jeszcze żyć a żyć! Nie był wcale chory, czuł się cudownie. Choć 
nie był już młody, ale przynajmniej dwadzieścia lat miał jeszcze przed sobą! 

— Tak, to prawda — przyznał Józef. — Nieboszczyk pan opowiadał mi raz, że w jego 

rodzinie  bardzo  długo  żyli.  Ojciec  pana  umarł  mając  osiemdziesiąt  dziewięć  lat,  a  dziadek 
prawie setkę. 

Mic  zwolnił  szofera  i  kucharkę,  a  zostawszy  sam  z  Józefem  zapytał  go  jeszcze  o  inne 

szczegóły.  Czy  Emil  Martin  był  związany  z  jakąś  kobietą?  Mężczyzna  silny  i  zdrowy,  w 
sześćdziesiątym szóstym roku nie rezygnuje jeszcze z kobiet. Ale Józef oburzył się: nigdy nie 
słyszał ani nie widział niczego w tym rodzaju. 

— Czy podróżował? 
—  Zanim  wycofał  się  z  interesów,  pan  Martin  jeździł  kilka  razy  do  Związku  Radzie-

ckiego, miał tam wielkie zamówienia. 

— Pracował jeszcze? 
—  Tak.  Nieboszczyk  był  pierwszorzędnym  inżynierem.  Po  wycofaniu  się  z  interesów, 

dla własnej przyjemności założył sobie na poddaszu laboratorium i robił tam doświadczenia z 
cichym motorem dla samolotów. 

Inspektor dostrzegł przez okno trzy taksówki, które zatrzymały się przed furtką. Wysie-

dli z nich: zastępca prokuratora, sędzia śledczy, znany lekarz sądowy, doktor P., oraz funkcjo-
nariusze z aparatami daktyloskopijnymi i fotograficznymi. Całe towarzystwo weszło do hallu, 
a stąd na pierwsze piętro za przewodem komisarza z La Muette, który po drodze informował 
„tych panów”. Mic wsunął się za nimi dyskretnie i rozpoczęła się zwykła procedura. Te same 
stwierdzenia  faktów,  które  razem  z  przesłuchaniami,  dodatkowymi  sprawdzaniami,  pobra-
niem  odcisków,  dokładnym  zbadaniem  miejsca  zbrodni,  obejrzeniem  ofiary  przez  lekarza  i 
szczegółowym oglądaniem wszystkich pokoi — zajęły prawie cztery godziny. 

Opinia sędziego, prokuratora i policji brzmiała jednomyślnie: wszystko wskazywało na 

zbrodnię  rabunkową,  popełnioną  przez  złoczyńcę,  który  przedostał  się  przez  mur  i  otworzył 
podrobionym kluczem drzwi do hallu. Dokonawszy zbrodni odszedł tą samą drogą. 

Mic milczał — ale postanowił prowadzić śledztwo na własną rękę. 

 

* * * 

 

Inspektor zbliżał się do czterdziestki; był to człowiek średniego wzrostu, szczupły, lecz 

dobrze zbudowany, o wyrazistej twarzy i stanowczym spojrzeniu. Ubierał się starannie i robił 
wrażenie  oficera  w  cywilu.  Po  ukończeniu  studiów  prawniczych  stracił  rodziców  i  został 
wprawdzie z dyplomem magisterskim, lecz bez środków do życia, więc jako dwudziestodwu-
letni  młodzieniec  wstąpił  do  służby  w  policji  dzięki  poparciu  wuja,  szefa  departamentu  w 
ministerstwie sprawiedliwości. Wkrótce praca ta zaczęła go pasjonować. 

Aby  oderwać  się  od  sprawy  „Martin”,  przechadzał  się  po  Quai  des  Orfèvres,  pogawę-

dził  z  kolegami,  po  czym  pożegnał  się  z  nimi,  wypalił  kilka  papierosów  nad  Sekwaną  i 
poszperał  w  kramach  bukinistów.  Gdy  zapadł  zmrok,  udał  się  do  małej  kawiarenki  na  rogu 
rue Dauphine, po drugiej stronie Pont-Neuf. Tutaj zasiadł do partii szachów z emerytowanym 
komisarzem, którego zawsze o szóstej wieczór można tu było znaleźć. Kiedy przeciwnik jego 

background image

poszedł  na  obiad  —  Mic.  pochłonął  dwie  kanapki  i  w  głębi  samotnej  kawiarenki  oddał  się 
rozmyślaniom nad sprawą z avenue Raphaël. 

W konsekwencji oficjalnego śledztwa Mic zmobilizował dwóch inspektorów, z których 

jeden miał zbadać pochodzenie czapki znalezionej w, ogrodzie, a drugi miał obejść kawiarnie 
i bary na Chaussée de la Muette i na sąsiednich ulicach oraz dowiedzieć się, czy właściciele 
tych lokali nie zauważyli wieczorem drugiego marca podejrzanego osobnika w tejże czapce. 

Inspektor nie miał żadnych złudzeń co do wyników tego dochodzenia, gdyż czapka była 

podobna do tysięcy innych takich czapek. 

W ciągu godzinnej medytacji zbudował kilka hipotez, które — o czym dobrze wiedział 

— miały tylko jedną słabą stronę, a mianowicie nie odpowiadały oficjalnemu wynikowi oglę-
dzin. Opierając się na początkowym wrażeniu, że morderstwo nie było dziełem zawodowego 
bandyty i biorąc pod uwagę różne dziwne szczegóły, a zwłaszcza nadmierny, zgoła przesadny 
nieład  w  pokoju  zbrodni,  zadał  sobie  pytanie,  czy  to  wszystko  nie  było  zręczną  symulacją, 
mającą na celu wyprowadzenie sprawiedliwości na ślepy tor. Szczególnie fałszywym trikiem 
wydało mu się rozprucie fotela w poszukiwaniu papierów wartościowych. Na wsi, u chłopa, 
mogło to być naturalne, ale u przemysłowca posiadającego ogromny majątek w banku było to 
absurdalne.  A  w  takim  razie  kto  wie,  czy  to  włamanie  do  sekretarzyka  i  te  banknoty  rozsy-
pane na podłodze, zbyt wyraźne ślady w ogrodzie i ta czapka znaleziona pod krzakiem, czy to 
wszystko nie było zgrabną inscenizacją? 

Inspektor  zastanowił  się  jeszcze,  czy  przypadkiem  pan  Emil  Martin  nie  należał  do 

jakiegoś tajnego stowarzyszenia, które go usunęło — takie wypadki zdarzają się przecież. A 
te  podróże  do  ZSRR  —  czy  nie  kryły  czegoś  tajemnego?  Może  był  w  posiadaniu  dokume-
ntów  politycznych?  A  może  w  jego  pracach  laboratoryjnych  było  coś,  co  mogło  zaintereso-
wać  obce  mocarstwo?  Informacje  służącego  mogły  w  pewnej  mierze  uprawniać  do  takich 
przypuszczeń.  Mógł  także  zachodzić  wypadek  zemsty:  prywatne  życie  najspokojniejszych 
nawet obywateli kryje w sobie niejednokrotnie nieznane dramaty, erotyczne lub inne. Wszy-
stko to wymagało sprawdzenia i życie prywatne ofiary należało poddać drobiazgowemu śle-
dztwu. 

Wreszcie  ostatnia,  dosyć  szczególna  hipoteza,  również  zasługiwała  na  rozważenie  — 

ale było już późno. Mic czuł się zmęczony i odłożył dalsze rozmyślania na dzień następny. 
 

* * * 

 

Czwartego marca we wszystkich dziennikach pojawiły się artykuły z olbrzymimi nagłó-

wkami  o  zbrodni  na  avenue  Raphaël.  A  że  nie  było  w  tym  okresie  ani  kryzysu  ministeria-
lnego, ani skandalu finansowego, sprawa wywołała sensację. Publiczność jednak musiała się 
zadowolić skromnymi informacjami zebranymi przez organa sprawiedliwości; z tym większą 
żarliwością prasa rzuciła się na dostępne dla niej detale. 

Zamieszczono  więc  zdjęcia  pałacyku,  czapki  oraz  Józefa  Herpin,  służącego,  który  od-

krył zwłoki. Podano też do wiadomości, że dochodzenie powierzone zostało wybitnemu dete-
ktywowi, inspektorowi Mic; należy się więc spodziewać, że winny zostanie schwytany, gdyż 
wyżej wymieniony detektyw jest już na tropie. Czytając to Mic skrzywił się, gdyż nienawidził 
rozgłosu, co więcej — uważał takie proroctwa za rzecz niebezpieczną dla jego reputacji.  

W dosyć kiepskim humorze udał się na policję śledczą. Zastał tam obydwóch inspekto-

rów przydzielonych mu do pomocy i dowiedział się od nich bez zdziwienia, że dochodzenie 
ich  w  sprawie  czapki  i  lokali  dzielnicowych  nie  dały  absolutnie  nic.  Dał  im  więc  nowe 
instrukcje odnośnie życia prywatnego, przeszłości i działalności pana Emila Martin, zalecając 
im pośpiech. 

Około południa wziął taksówkę i kazał się zawieźć na avenue Raphaël. Grupka gapiów 

stała przed furtką strzeżoną przez policjanta. Mic chciał jeszcze raz obejrzeć dokładnie pokój 

background image

zbrodni  i  porozmawiać  z  domownikami.  Wizja  pokoju  nie  dostarczyła  mu  żadnych  specja-
lnych  spostrzeżeń.  Schodząc  do  hallu  ujrzał  wiszący  na  ścianie  obok  drzwi  ogromny  klucz. 
„To od furtki” — objaśniła go Augustyna i dodała: „On tu zawsze wisi. Ten z nas, kto wycho-
dzi  w  nocy,  bierze  go,  a  wracając  zawiesza  z  powrotem.  Jeżeli  któryś  z  panów  wychodził, 
Józef wtedy czuwał, czekał na nich i otwierał im furtkę”. 

W tej chwili zadzwonił dzwonek, Augustyna poszła otworzyć. Przed kratą stał listonosz 

z telegramem w ręce. Mic gwałtownym ruchem sięgnął po depeszę, otworzył ją i przeczytał: 
 

CANNES 4 — 9 — 20.  
PRZYJEŻDŻAM  DZIŚ  WIECZÓR  GODZINA  22,40.  WYSŁAĆ  SZOFERA  NA 

DWORZEC. NATYCHMIAST PRZYGOTOWAĆ POGRZEB. PIOTR. 
 

Cyfry  wskazywały,  że  telegram  został  wysłany  tego  samego  dnia,  czwartego  marca  o 

dziewiątej  rano.  Była  to  odpowiedź  na  telegram  wysłany  poprzedniego  wieczora  przez 
szofera, Henryka Modot, do Piotra Martin. 

— Pogrzeb nie może się odbyć przed upływem czterdziestu ośmiu godzin, po autopsji i 

ekspertyzie lekarskiej. Macie więc dosyć czasu — wyjaśnił Mic. 

Po tych słowach opuścił dom. W restauracji zjadł śniadanie i udał się do  swego biura, 

by zastanowić się spokojnie przed rozmową z sędzią śledczym, który go wzywał do siebie. 

Wówczas dopiero pomyślał o ostatniej hipotezie, którą wczoraj zostawił w zawieszeniu. 

Ponieważ zostało stwierdzone, że drzwi wejściowe do hallu nie były sforsowane, lecz otwarte 
kluczem  —  podrobionym  czy  prawdziwym  —  jeżeli  odrzucało  się  możliwość  wspólnictwa 
domowników,  należało  pamiętać,  że  Piotr  Martin,  bratanek  ofiary,  posiadał  jeden  z  czterech 
autentycznych  kluczy.  Mógł  on  jednak  bez  niczyjej  wiedzy  kazać  dorobić  klucz  od  furtki 
ogrodowej,  gdyż  właściwy  klucz,  jak  Mic  sam  zauważył,  stale  wisiał  do  dyspozycji  wszy-
stkich  na  ścianie  w  hallu.  Ostatecznie,  to  właśnie  on  zyskiwał  na  śmierci  starego  pana;  wie-
dział,  że  stryj  ma  jeszcze  sporo  życia  przed  sobą.  Nie  chodziło  tu  o  przywłaszczenie  sobie 
dziesięciu tysięcy franków schowanych w sekretarzyku, ale o dziesięć milionów złożonych w 
piwnicach Banku Francuskiego. 

Interesujące,  czy  stryj  Martin  był  skąpy  czy  szczodry  dla  bratanka,  czy  młody  Martin 

żył z subsydiów stryja, czy też zarabiał? Jaki tryb życia prowadził? Czy był oszczędny, czy 
rozrzutny? Czy grał? wydawał na hulanki i kobiety? 

Nagle Mic zaklął. Oto jeden argument obalał jego misterną konstrukcję: Piotr nie mógł 

być mordercą, skoro wczoraj, w dzień morderstwa, był jeszcze w Cannes, o czym świadczył 
jego telegram. Ale czy ten telegram nie był wysłany przez wspólnika? Oto alibi, które wyma-
gało  dokładniejszego  zbadania  niż  wszystko  inne.  Jeżeli  jednak  okaże  się,  że  jest  ono  pra-
wdziwe, wówczas — rzecz prosta — cała jego hipoteza upada. Wtedy nie mogłoby być mo-
wy o oskarżaniu młodego człowieka. 

Wyszedł  z  biura,  by  porozumieć  się  z  sędzią  i  zdać  mu  sprawę  ze  swych  poczynań, 

postanawiając  sobie  oczywiście  nie  zdradzie  się  ze  swymi  przypuszczeniami  przed  dokła-
dnym sprawdzeniem ich. 

Rozmowa  przeciągnęła  się  dość  długo.  Nie  spiesząc  się,  poszedł  na  partię  szachów, 

zjadł spokojnie obiad, a około dziesiątej wziął taksówkę i pojechał na dworzec lyoński. 
 

* * * 

 

O dziesiątej czterdzieści pociąg z Côte d'Azur wjechał na dworzec z dokładnością co do 

sekundy. Kierowca Henryk Modot i Mic czekali na peronie. 

— Jest pan Piotr! — rzekł Modot. 
Zgrabny  i  elegancki  młody  człowiek,  około  trzydziestki,  z  walizą  z  brązowej  skóry 

background image

zeskoczył  ze  stopnia  wagonu.  Modot  z  szacunkiem  zdjął  czapkę  i  wziął  z  jego  rąk  walizę. 
Inspektor, nie ruszając się ze swego miejsca, obejrzał przybyłego. Wysoki, dobrze zbudowa-
ny,  wysportowany  —  miał  energiczną  twarz,  nad  zmysłowymi  ustami  ciemny  wąsik,  włosy 
zaczesane w górę, wysokie czoło, prosty nos o szeroko rozwartych nozdrzach i stanowczość 
w  spojrzeniu.  Zamieniwszy  kilka  słów  z  kierowcą,  który  ruchem  głowy  wskazał  mu  swego 
towarzysza,  młody  człowiek  spojrzał  nań  ze  zdziwieniem,  ale  spokojnie.  W  spojrzeniu  tym, 
stwierdził inspektor, nie było ani zmieszania, ani lęku. Słowem, pierwsze wrażenie było doda-
tnie. 

—  Cóż  za  straszna  tragedia,  panie  inspektorze!  —  rzekł  ze  wzruszeniem  w  głosie.  — 

Dziękuję, że zechciał pan przyjść. Proszę mi, z łaski swojej, podać szczegóły. Wyjechałem z 
Cannes o dziesiątej rano, w dziennikach nie było jeszcze żadnej wzmianki. Pragnąłbym wie-
dzieć... 

Głos był szczery i sympatyczny. 
— To brzydka historia! — powiedział Mic. 
—  Mój  biedny  stryj...  Taki  dobry  człowiek!  Przeżyłem  bardzo  ciężki  dzień.  W  jaki 

sposób go zabito? Czy cierpiał? Co mówi lekarz? Znaleziono jakieś ślady? Mam nadzieję, że 
policja zrobi wszystko. 

Mic tymczasem myślał: „Jeżeli on — to jest diabelnie opanowany. Ale nie, to nie może 

być  on,  bo  przecież  w  tej  chwili  wysiadł  z  pociągu.  Był  więc  naprawdę  w  Cannes  i  wysłał 
depeszę”. 

Jednocześnie odpowiadał młodemu człowiekowi, kierując się z nim ku wyjściu i wpro-

wadzał go w szczegóły śledztwa. 

— Jaka jest ostatecznie opinia władz o tej zbrodni? 
— Dla nas jest to włamanie, które doprowadziło do morderstwa, gdyż prawdopodobnie 

stryj pański obudził się i chciał  wołać o pomoc... Nazywa się to morderstwem rabunkowym 
— sprecyzował Mic. 

— Aha! — potwierdził Piotr Martin. — Tak i ja myślałem. 
Inspektor, który spodziewał się odruchu ulgi, niczego takiego nie zauważył. 
Przechodzili  właśnie  koło  kontrolera  i  gdy  Piotr  oddawał  swój  bilet,  Mic  rzucił  nań 

szybko okiem i przeczytał: wagon-lit, Cannes. 

Ten ostatni dowód usuwał wszelkie wątpliwości. Wyszli z dworca i szofer zasiadł przy 

kierownicy. 

— Usiądzie pan z nami? — spytał uprzejmie Piotr. — Podwiozę pana. 
—  Nie,  dziękuję.  Mam  jeszcze  kilka  spraw  do  załatwienia  A  propos,  czy  stryj  pański 

nic  zajmował  się  przypadkiem  polityką?  Nie  należał  czasem  do  jakiegoś  stowarzyszenia, 
publicznego lub tajnego? 

— Nie przypuszczam. W każdym razie nigdy przy mnie o niczym takim nie wspominał. 

Mój stryj był tak zwanym umiarkowanym republikaninem. Proponowano mu kiedyś miejsce 
w Senacie, ale odmówił. Cenił swój spokój. Przez czterdzieści lat pracował bez wytchnienia, 
marzył więc tylko o tym, by wypocząć i w spokoju zażywać owoców swej pracy. Los jednak 
zrządził inaczej. Ale czy myśli pan o zbrodni politycznej? 

— Moja metoda polega na wszelkich możliwych hipotezach, jakie się nasuwają. 
— Myślę, że jest pan na fałszywym tropie. 
—  Jeszcze  słówko.  Czy  mógłby  mi  pan  coś  powiedzieć  o  pracach  laboratoryjnych,  o 

tym rzekomym wynalazku... 

— Ach, więc pan już wie? Tak, mój biedny stryj skonstruował bezszmerowy motor dla 

samolotów. Ale jaki związek... 

— To taka jeszcze jedna moja idea. 
Limuzyna  odjechała.  Mic  zamierzał  wsiąść  do  autobusu.  kiedy  nagły  pomysł  zaświtał 

mu w głowie. Zawrócił, wszedł na dworzec i żywym krokiem podszedł do wagonu, który stał 

background image

jeszcze na peronie, gdyż wyładowywano z niego bagaż. 

Dostrzegł  w  korytarzu  pulmana,  z  którego  wysiadł  Piotr,  funkcjonariusza  kolejowego. 

Porządkował on wagon i zbierał gazety, które zwykle pasażerowie zostawiają po sobie. Mic 
skinął na kolejarza i pokazując mu swą legitymację, powiedział:  

—  Chcę  z  panem  porozmawiać.  Usiądźmy  na  chwilę  w  tym  przedziale.  Jedzie  pan  z 

Nicei, prawda? Czy zauważył pan pośród pasażerów tego wagonu młodego człowieka, około 
trzydziestki,  wysokiego  bruneta  z  małym  wąsem,  opalonego,  w  ciemnopopielatym  garnitu-
rze...? 

—  Przypominam  go  sobie  doskonale,  siedział  dokładnie  w  tym  samym  miejscu,  gdzie 

pan teraz. To Francuz, reszta moich pasażerów to byli sami cudzoziemcy: trzech Anglików po 
czterdziestce,  jeden  Niemiec  z  żoną  i  południowo-amerykańska  rodzina.  A  co,  proszę  pana, 
ten gość to chyba nie gangster. Dał mi dwadzieścia franków. 

— Przypomina pan sobie, gdzie on wsiadł? 
— W Cannes. 
— Jest pan tego pewny? 
— Proszę pana, to było moje ostatnie wolne łóżko i on je właśnie zajął; wszyscy cudzo-

ziemcy, o których panu mówiłem, już leżeli. 

Mic nie miał już żadnych wątpliwości: Piotr Martin wsiadł naprawdę w Cannes. Przez 

chwilę inspektor myślał o takiej oszukańczej kombinacji: popełniwszy morderstwo zbrodniarz 
wsiadł  w  auto,  dogonił  pociąg  w  biegu,  wsiadł  do  niego  z  biletem  kupionym  naprzód  w 
Cannes  i  wylądował  w  Paryżu,  wezwawszy  telegraficznie  na  dworzec  szofera,  aby  w  razie 
czego mieć świadka. Ale stwierdzenie wagonowego stanowiło oczywiste i niezbite alibi. 

Chyba  że  przyszły  spadkobierca  zaangażował  jakiegoś  łotra  i  kazał  mu  zamordować 

stryja.  Ale  inspektor  natychmiast  odrzucił  tę  myśl;  to  byłoby  zbyt  niebezpieczne,  zbyt  nie-
ostrożne, gdyż wówczas Piotr zdałby się na łaskę bandyty, który szantażowałby go całe życie. 
Nie! Inteligentny człowiek nie popełnia takiego błędu. Albo działa sam. albo nie działa wcale. 

Inspektor wrócił do domu trochę zdenerwowany i źle spał tej nocy. Nazajutrz rano, koło 

dziewiątej, zatelefonował na avenue Raphaël i zapytał, czy pan Piotr Martin może go przyjąć. 
Zapytany oświadczył, że jest do jego dyspozycji. Mic udał się tam natychmiast i zastał młode-
go człowieka w jadalni. 

Inspektor zapytał, czy zawiadomiono już resztę rodziny. 
— Stryj był kawalerem.  Miał tylko brata, mego  ojca, wcześnie owdowiałego, i jedyną 

siostrę, również wdowę, bezdzietną, która umarła przed ośmiu laty. 

— Co ma pan zamiar teraz robić? Czy prowadzi pan jakieś interesy? 
—  Prowadzę  i  nie.  Mój  stryj,  który  posiadał  olbrzymią  fabrykę  metalurgiczną,  przed 

dziesięciu  laty  odstąpił  jej  eksploatację  anonimowej  spółce,  zachował  jednak  sporą  paczkę 
akcji, a ja byłem przez niego upoważniony do nadzorowania działalności firmy. 

— Czyli rodzaj synekury — zażartował dobrodusznie inspektor. 
— Wcale nie. Chodziłem do fabryki, zajmowałem się filiami i sklepami detalicznymi w 

Paryżu  i  na  prowincji.  Stryj,  który  był  tytanem  pracy,  nie  byłby  pozwolił,  aby  człowiek  w 
moim wieku pozostawał bez zajęcia. I ja nie chciałem żyć próżniaczo na jego koszt. 

— Wypłacał panu gażę? 
— Cztery tysiące franków miesięcznie. 
— To nieźle, zwłaszcza że mieszkanie i utrzymanie miał pan u stryja. 
— Istotnie, to mi całkiem wystarczało. 
—  Jednak  —  zauważył  inspektor  z  uśmiechem  —  to  nie  była  kwota  wystarczająca  na 

prowadzenie szerokiego życia w Cannes lub gdzie indziej. 

— W Cannes byłem służbowo. Spółka metalurgiczna zamierzała założyć tam luksuso-

wą filię dla sprzedaży części samochodowych. 

Na wszystko ma gotową odpowiedź, trzeba to będzie sprawdzić — pomyślał Mic, który 

background image

w  gruncie  rzeczy  zbierał  te  informacje  z  przyzwyczajenia  zawodowego,  gdyż  jasne  było,  że 
ten ślad nie zaprowadzi go daleko. 

Wróciwszy do Paryża, przeświadczony wewnętrznie, że całe dochodzenie było bezuży-

teczne, zażądał telegraficznie od komisarza policji w Cannes informacji o działalności młode-
go Martina. Odpowiedź przyszła na trzeci dzień Zredagowana była następująco: 

„Piotr  Martin  przyjeżdża  do  Cannes  od  dwóch  lat  i  zatrzymuje  się  w  Palace-Hôtel. 

Podaje  się  za  przedstawiciela  wielkiej  spółki  metalurgicznej.  W  tym  sezonie  zajmował  się 
założeniem magazynu sprzedaży, przy rue d'Antibes. na rachunek wspomnianej spółki. Wyżej 
wymieniony prowadzi zbytkowny tryb życia, gra w kasynie w bakarata i dosyć dużo przegry-
wa (w ciągu jednego wieczoru około 50 000 franków). Kredytu udzieliła mu kasa kasyna, a 
także  różni  prywatni  lichwiarze  wypłacili  mu  poważne  kwoty  (podobno  przeszło  500  000 
franków)  na  poczet  sukcesji  po  starym  i  bardzo  bogatym  stryju,  dawnym  przemysłowcu. 
Wyżej  wymieniony  Piotr  Martin  ma  kochankę:  jest  to  artystka  filmowa,  miss  Milly  Kent, 
Angielka, która razem z całą ekipą kręci obecnie film w Grasse. Miss Kent żyje na szerokiej 
stopie. Piotr Martin ofiarował jej ostatnio luksusowy wóz, nagrodzony na konkursie automo-
bilowym”. 

Lecz jaką wartość miało to wszystko w obliczu oczywistego, nieodpartego alibi! Ach, to 

przeklęte alibi! 

Jeżeli  prawdą  jest,  rozmyślał  Mic,  że  alibi  stanowi  dowód  niewinności,  to  niemniej 

niewątpliwym  jest  fakt,  że  wszyscy  inteligentni  zbrodniarze  umieją  sobie  stworzyć  alibi.  Im 
sprytniejszy jest przestępca, tym lepsze jest jego alibi. Muszę więc zbadać alibi Piotra Martin, 
Bez wielkiej nadziei zresztą, bo świadectwo kolejarza jest wiarogodne i nie można być jedno-
cześnie i w Cannes, i w Passy... 
 

* * * 

 

Gdy  Mic  przybył  do  Cannes,  pogoda  była  cudowna,  Przechadzając  się  na  bulwarze 

Croisette.  wśród  najpiękniejszych  i  najelegantszych  na  świecie  kobiet,  lepiej  rozumiał  jak 
uwodzicielsko  działać  mają  pieniądze  na  młodego  człowieka.  Nic  oczywiście  nie  mogło 
złagodzić ohydy tej zbrodni, istnieje jednak klimat moralny, który ją wyjaśnia, a może nawet 
ją rodzi. 

W chwili gdy dochodził do Kasyna, Mic ujrzał zatrzymującego się przed nim Rollsa, a 

siedząca  przy  kierownicy  zachwycająca  blondynka  wyskoczyła  z  wozu  i  przesunąwszy  się 
przed oczami inspektora, jak zjawisko, zniknęła w hallu. O kilka kroków od niego zatrzymali 
się dwaj młodzi ludzie w pulowerach i spojrzeli za nią: 

— O! Milly Kent spieszy rozbić bank! — rzekł jeden z nich. 
— Nie kręci dzisiaj? 
— Nie. Właśnie wczoraj skończyliśmy z plenerami. 
— Słuchaj, Pawle, ta mała ma chyba nowy wóz, nie? 
— Tak, to prezent Piotra Martin, tego fajnego typa, który stawia nam kolacje. Wyobraź 

sobie, że ten chłopiec... 

Młodzi ludzie oddalili się. 
Po sekundzie wahania Mic wszedł do Kasyna. Zapytał o salę gry i pokazał zdziwione-

mu kontrolerowi legitymację.  

Milly  Kent  rozmawiała  z  jakimś  starszym  panem  o  czcigodnym  wyglądzie,  który  ró-

wnie dobrze mógł być księciem jak lichwiarzem. Po chwili Mic podszedł do gwiazdy i spytał 
z kurtuazją: 

— Przepraszam, czy zechce mi pani ofiarować kilka minut rozmowy? 
— Ależ... nie wiem, z kim mam... 
— Oto moja karta. Pragnąłbym zadać pani kilka pytań. 

background image

W  fiołkowych  oczach  zamigotało  zdziwienie,  zabarwione  lekkim  niepokojem.  Z  nie-

znacznym akcentem cudzoziemskim, stanowiącym jej dodatkowy urok, oznajmiła, że chętnie 
odpowie. 

— Czy to prawda, że pani jest przyjaciółką pana Piotra Martin? 
—  Oooch!  To  znaczy...  nie  żyjemy  razem...  proszę  to  zanotować...  Mieszkamy  w 

innych hotelach. 

—  Miss  Kent,  wie  pani  zapewne,  z  jak  przykrego  powodu  pani...  przyjaciel  musiał 

wyjechać nagle do Paryża. Zechce więc pani powiedzieć mi, kiedy, to znaczy którego dnia i o 
ile możności o której godzinie widziała go pani po raz ostatni? 

Wyjęła z torebki maleńki notesik. 
— Otóż pierwszego, drugiego i trzeciego marca kręciliśmy na skałach Saint-Vallier. W 

poniedziałek,  pierwszego  marca,  jadłam  śniadanie  z  Piotrem  —  miał  mi  towarzyszyć  do 
Saint-Vallier,  ale  w  ostatniej  chwili,  około  drugiej  trzydzieści,  zatelefonowano  do  niego,  by 
udał się razem z firmowym architektem obejrzeć prace przy budowie stoiska na rue d'Antibes. 
Wówczas  Piotr  przyrzekł  mi,  że  przyjedzie  do  nas  tam,  w  góry,  nazajutrz  rano,  ale  jeszcze 
tego  samego  dnia  wieczór  zadzwonił  do  mnie,  do  Grasse,  do  hotelu  w  którym  mieściła  się 
cała nasza ekipa, że ważne sprawy zatrzymują go w Cannes jeszcze dwa dni. 

Trzeciego  dnia,  w  Saint-Vallier,  dowiedziałam  się  od  przyjaciółki,  lady  Cavendish,  że 

widziała  Piotra  drugiego  marca  w  Kasynie  w  sali  gry,  a  trzeciego  na  koncercie.  Byłam  zła, 
gdy się dowiedziałam, że Piotr woli bakarata i muzykę i że „ważne sprawy” to był tylko pre-
tekst. Kiedy wróciliśmy do Cannes, w czwartek, czwartego marca o dziewiątej rano, gniewa-
łam się na niego. 

— Widziała go pani tego ranka? — spytał Mic. 
— Około dziewiątej trzydzieści zadzwonił do mnie do hotelu i chciał się ze mną zoba-

czyć. Odpowiedziałam mu przez telefon, że nie chcę go widzieć. On nalegał. Położyłam słu-
chawkę, żeby go ukarać, ale w dziesięć minut później przyszedł do hotelu i powiedział mi, że 
w  środę  wieczór  dostał  telegram  i  natychmiast  jedzie  do  Paryża,  gdyż  zabito  jego  stryja. 
Wtedy  przebaczyłam  mu,  bo  był  bardzo  smutny.  Wyjechał  o  pół  do  jedenastej  rano...  Ale 
dlaczego pyta mnie pan o to wszystko? 

—  Proszę  się  uspokoić  —  rzekł  Mic  z  uśmiechem.  —  Policja  ma  zwyczaj  zbierać 

informacje  dotyczące  danej  sprawy,  ale  to  nie  pociąga  za  sobą  żadnych  konsekwencji. 
Dziękuję pani za uprzejmość i żegnam panią. 

Piękna  Milly  westchnęła,  uśmiechnęła  się  do  niego  i  podeszła  do  zielonego  stołu.  On 

zaś skierował się do biura dyrektora Kasyna. 

— Potrzebuję pewnych danych, dotyczących jednego z pańskich klientów. 
— Jestem do pańskiej dyspozycji. Zaraz zawołam kierownika sal gry. — Nacisnął guzik 

elektryczny; po upływie dwóch minut zjawił się wezwany. 

— Czy zna pan pana Piotra Martin? — spytał go Mic. 
— Doskonale. 
— Mógłby mi pan powiedzieć, czy grał on pierwszego, drugiego i trzeciego marca? 
Kierownik sali gry wyjął z kieszeni notes : 
—  W  tym  notesie  —  objaśnił  —  zapisuję  talie  kart,  nazwiska  bankierów  i  wysokość 

banków.  W  poniedziałek,  pierwszego  marca,  pan  Piotr  Martin  trzymał  bank  dwukrotnie: 
między szóstą a siódmą po południu i drugi raz po obiedzie. 

— Dobrze! — rzekł Mic. — A drugiego marca? 
— Drugiego marca pan Martin nie trzymał banku. 
— A! — zawołał żywo Mic. 
—  ...zobaczyłem  go  jednak  grającego  stojąco  przy  drugim  stole,  około  dziesiątej  wie-

czór. 

— Jest pan tego pewny? 

background image

— Najzupełniej. 
— W jaki sposób, przy takim mnóstwie grających, może pan tak dobrze pamiętać? 
—  Ponieważ  przechodząc  za  nim  zauważyłem,  że  gra  nisko.  Otóż  trzy  dni  przedtem 

poleciłem  kasjerowi  kasyna,  aby  mu  wypłacił  10  000  franków.  Pomyślałem  więc  sobie,  że 
Martin zgrał się do nitki. 

— Wierzyciele nie stracą swych pieniędzy — rzekł Mic sarkastycznym tonem. — Pan 

Piotr Martin dziedziczy po krociowo bogatym stryju. 

— Tak — wtrącił dyrektor — dowiedzieliśmy się o tym przez radio. To okropne. 
— Nie dla wszystkich — ironizował inspektor. — A trzeciego marca? 
—  Trzeciego  marca  straciwszy  prawdopodobnie  ostatnie  banknoty  poprzedniego  wie-

czoru, pan Martin nie trzymał banku ani nie grał. W momencie kiedy przyszedłem do pracy, o 
trzeciej po południu, zauważyłem go wchodzącego do sali koncertowej. 

Mic podziękował i wyszedł. Udał się do Palace-Hôtel. Dowiedział się tam, że trzeciego 

marca,  około  pierwszej  po  północy,  to  znaczy  w  chwili,  gdy  pan  Emil  Martin  został  zamo-
rdowany, portier nocny widział młodego człowieka i wiózł go windą. Portier pamiętał dokła-
dnie datę, gdyż poprzedniego dnia chorował i nie był w pracy, a podjął ją w nocy z drugiego 
na trzeciego marca. 

To  ostatecznie  dobiło  inspektora.  Wszystkie  świadectwa:  Milly  Kent,  lady  Cavendish, 

kierownika  sali,  portiera  hotelowego  —  zgadzały  się  ze  sobą  i  podpierały  wzajemnie.  Alibi 
solidne jak skała. 

Mic wrócił do hotelu, spakował walizę, zapłacił rachunek i zapytał o  godzinę odejścia 

najbliższego pociągu do Paryża. Była ósma wieczór. Poinformowano go, że bezpośredni po-
ciąg  odchodzi  o  0,54.  Inspektor  zjadł  obiad  bez  apetytu;  nie  mógł  strawić  ani  swej  porażki, 
ani nie dopieczonego udźca baraniego. Wyszedłszy z restauracji, zapalił papierosa i zaczął się 
wałęsać  po  rue  d'Antibes.  „To  alibi  —  mruczał  do  siebie  —  jest  zbyt  piękne,  zbyt  solidne. 
Prawdziwe alibi nie ujawnia się tak łatwo. Świadkowie odpowiadają na pytania bez pomyłki, 
bez wahania; zdumiewająco pamiętają wszystko, nie tylko daty, ale nawet godziny; alibi mają 
zapisane w notesach. To jest fantastyczne! Są szczerzy, to oczywiste, mówią prawdę — wcale 
w  to  nie  wątpię.  Ale  ma  się,  do  diabła,  takie  wrażenie,  że  przestępca  tak  wszystko  zaara-
nżował, aby świadkowie dokładnie pamiętali każdy jego czyn i słowo. Niesamowite!” 

W pewnej chwili inspektor znalazł się na wprost oświetlonego kina. Aby ukoić swe ne-

rwy, a jednocześnie spędzić jakoś czas do odjazdu pociągu, wszedł do jarzącego się światłami 
hallu: wielkie kolorowe afisze na ścianach przyciągały wzrok. Przedstawiały one gentlemana 
w  wieczorowym,  stroju  z  władczym  wyrazem  wygolonej  twarzy,  spojrzeniem  miotającym 
pioruny, otoczonego mnóstwem przeróżnych głów. Pod tym podpis: 
 

CZŁOWIEK O STU TWARZACH 

potężny dramat filmowy 

w/g powieści Elgara BALLACE 

w tytułowej roli słynny aktor amerykański 

LON CHANEY 

 

Nazwisko Lon Chaney'a nic mu nie mówiło. Bez zainteresowania śledził akcję szpiego-

wskiego  filmu,  w  którym  wyżej  wymieniony  Lon  Chaney,  tajny  agent  na  wielką  skalę,  bez 
przerwy  wymykał  się  policji  dzięki  nadzwyczajnym  zdolnościom.  Przesuwał  się  więc  przez 
ekran  jako  wytworny  lord,  członek  najpierwszych  klubów  londyńskich,  uliczny  sprzedawca 
gazet, stara pijaczka z Whitechapel, Japończyk  z Soho, doker znad Tamizy, błazen cyrkowy 
— i w innych jeszcze, najbardziej nieprawdopodobnych wcieleniach. Mic nudził się śmierte-
lnie,  uśmiechał  się  czasem  ironicznie  z  paradoksalnie  bohaterskich  wyczynów  przestępcy  i 
naiwnych metod policji. I rozmyślał nad tym, że rzeczywistość bywa prostsza i jednocześnie 

background image

bardziej skomplikowana niż najfantastyczniejszy film. Podziwiał tylko talent nie żyjącego już 
aktora,  jego  umiejętność  przetwarzania  swego  wyglądu,  ruchów,  głosu  —  i  zrozumiał  teraz 
popularność i sławę, jaką się cieszył. 

Spojrzał  na  zegarek:  dochodziła  północ.  Seans  skończył  się  przy  dźwiękach  marsza 

wojskowego, Mic rozpoznał wśród idących przed nim dwóch młodych ludzi, których spotkał 
rano na bulwarze Croisette. 

—  Wspaniały  ten  Chaney  —  mówił  jeden  z  nich.  —  Jak  myślisz,  Pawle,  bo  ty  jesteś 

fachowcem, czy znajdzie się kiedyś ktoś podobny? 

— Znasz Fulcrana? — zapytał Paweł. 
— Tego aktora z music-hallu? Słyszałem o nim. 
— Właśnie rzuca music-hall i przechodzi do filmu. Kręci teraz z nami w filmie Frazera. 

Sam  się  przekonasz,  co  jest  wart,  gdy  go  zobaczysz.  To  przyszły  Lon  Chaney.  Nawet  Milly 
Kent tak przepowiedziała. 

Pragnął zaczepić tych młodych ludzi, porozmawiać z nimi. O czym? Sam nie wiedział. 

Jeden z nich, Paweł, grał podobno jakąś rólkę razem z gwiazdą i znał Piotra Martin, który im 
„stawiał  kolacje”.  W  miarę  jak  zbliżała  się  pora  odjazdu,  Mic  odczuwał  potrzebę  wejścia  w 
kontakt z kimś lub z czymś, co by go przybliżało do atmosfery zbrodni. 

W hotelu wziął walizkę, przeszedł przez pusty już prawie plac, wszedł na peron i usiadł 

na  ławce.  Ogarnęła  go  depresja,  jaka  zwykle  towarzyszy  poczuciu  poniesionej  porażki. 
Siedział tak, nie czując nawet ciężaru swego ciała; jego zmęczony mózg był jak zaczadzony. 
Na  słabo  oświetlonym  dworcu  jęczał  dzwonek,  parowóz  na  bocznym  torze  sapał  miarowo. 
Dwunasta czterdzieści: za kilka minut bezpośredni z Ventimiglia wjedzie na dworzec. Mic nie 
myślał o tym, drzemał. 

Nagle  głuchy  i  silny  huk  wstrząsnął  drzemiącym  inspektorem.  Pociąg  wjeżdżał  na  pe-

ron. Kilku podróżnych rzuciło się ku niemu. Mic, senny jeszcze, podniósł się z trudem. Jakaś 
nieznana siła hamowała jego ruch. On, taki stanowczy i impulsywny, stał się naraz niezdecy-
dowanym  fajtłapą?  Nie  mógł  tego  pojąć.  Pierwszy  raz  zdarzało  mu  się  coś  podobnego.  Jaki 
tajemny  magnes  paraliżował  jego  ruchy?  Sekundy  upływały,  a  on  ciągle  stał  jak  przygwo-
żdżony. „To nic innego, tylko zmęczenie — mówił sobie. — Muszę odpocząć, jestem wykoń-
czony nerwowo”. 

Przenikliwy gwizd rozdarł ciszę nocną. Pociąg poruszył się leniwie. Mic mógł z łatwo-

ścią wskoczyć, ale nie ruszył się nawet. Śledził czerwone światło niknące w ciemnościach. I 
naraz inspektor odetchnął, jak by ten pociąg, odjeżdżając, wrócił mu siły. Wyszedł z dworca, 
wrócił  do  hotelu,  upozorował  swój  powrót  nagłą  niedyspozycją  i  położył  się  w  nadziei,  że 
wypoczynek nocny odrestauruje jego komórki nerwowe. I prawie natychmiast pogrążył się w 
głębokim śnie. 
 

* * * 

 

Rano zbudził się w doskonałym nastroju. Ubrał się, wypił białą kawę i wyszedł. 
Połączywszy  się  telefonicznie  z  komisariatem  policji,  Mic  zapytał  o  adres  reżysera 

filmowego,  Frazera.  Ten  przyjął  inspektora  pod  prysznicem,  nagi  jak  noworodek.  Mówił 
dosyć  biegle  po  francusku,  ale  z  tak  silnym  akcentem,  jaki  można  słyszeć  tylko  u  komików 
kabaretowych, gdy chcą naśladować Anglosasów.  

Mic, bez określonego celu, zapytał go o film nakręcany w Saint-Vallier. Miał nadzieję, 

że przypadek podsunie mu jakieś słowo, wskazówkę, iskierkę, co rozjaśni ciemności. Frazer 
wydał się zdziwiony, że policja interesuje się jego filmem, lecz jako Amerykanin miał respekt 
dla władzy. Włożył nawet szlafrok i, jak umiał, najlepiej wytłumaczył inspektorowi, że przy-
szedł mu pomysł osnucia scenariusza na pewnej komedii Plauta (przy zmodernizowaniu fabu-
ły  i  postaci)  i  że  wpadł  na  ten  pomysł  czytając  „Komedię  omyłek”  Szekspira,  który  zresztą 

background image

również  zaczerpnął  wątek  od  pisarza  rzymskiego.  Z  wyników  był  bardzo  zadowolony:  wy-
szedł z tego film ciekawy i oryginalny. Jeżeli publiczność przyjmie film dobrze, ma on zamiar 
zużytkować w ten sposób inne jeszcze antyczne arcydzieła sceniczne... 

Ale Mic już od kilku minut nie słuchał go wcale, gdyż ogarnęła go jakaś dziwna gorą-

czka.  Tytuły  sztuk  Plauta  i  Szekspira,  zestawione  razem,  zbudziły  w  nim  myśl,  której  nie 
byłby w stanie wyrazić, bo zamajaczyła mu tylko niewyraźnie, ale to było właśnie to coś, co 
dążyło  do  przyobleczenia  się  w  kształt.  Przerwał  rozmowę,  wstał,  zapytał  o  adres  aktora 
Fulcrana i podziękował, pożegnał się skinieniem dłoni i wybiegł. 
 

* * * 

 

Mały hotelik na podrzędnej ulicy, wśród stoisk z pomarańczami, bananami i kawonami. 
— Pan Fulcran? 
— Pierwsze piętro, pokój szósty. 
Zapukał. 
— Proszę wejść. 
Mic dostrzegł w lustrze odbicie wykrzywionej twarzy aktora. 
— To nie jest grymas pod pańskim adresem, drogi panie — uspokoił go jowialnie aktor, 

odwracając się. — Zastaje mnie pan tylko przy moich codziennych ćwiczeniach. 

— Ćwiczeniach? — spytał zdziwiony inspektor. 
—  Mój  Boże,  tak!  Przy  moich  gamach,  jeżeli  pan  woli.  Jako  artysta  „transformator” 

muszę co rano uelastyczniać mięśnie twarzy. No, niech pan spojrzy! 

Fulcran  był  wysokim  chłopcem  bez  zarostu,  o  sympatycznej  twarzy  i  regularnych 

rysach, ale nagle Mic zobaczył przed sobą „typa” o wysuniętej szczęce i ponurym spojrzeniu. 
Awanturnicza  figura  przeistoczyła  się  błyskawicznie  w  ramola  ze  zwisającą  dolną  wargą,  o 
mętnym wzroku i zmiętej cerze. 

— Brawo! — zawołał Mic. — Zdumiewające! 
—  Mogę  panu  zaprezentować  pięćdziesiąt  twarzyczek  na  poczekaniu.  W  perukach  i 

przebraniach będzie tego dwie setki. Może pan uprzejmie zainteresuje pana Galibert, impre-
sario  teatralnego.  I  proszę  mu  też  powiedzieć,  że  w  tej  chwili  jestem  wolny.  Właśnie  skoń-
czyłem film, w którym wykorzystano moje umiejętności, gdyż ostatnio zajmuję się i filmem. 
Jeśli chodzi o warunki — trzysta franków za wieczór. Sam pan przyzna, że to skromna suma. 
A  zapewniam  pana,  że  publiczność  nie  zmarnuje  swoich  pieniędzy.  W  Nicei  byłem  zaanga-
żowany do „Eldorado” na tydzień, a zatrzymano mnie tam miesiąc. 

— Przykro mi bardzo, ale nie mam nic wspólnego z panem Galibert i nie przychodzę od 

niego. Nazywam się Mic i jestem inspektorem policji śledczej. 

—  Tam,  do  diabła!  —  zawołał  artysta  z  humorem.  —  To  dobrze!  Czyżbym  przypad-

kiem popełnił jakąś zbrodnię? 

— Nie wygląda pan na to, ale nigdy nie wiadomo — odpowiedział Mic w tym samym 

tonie. 

— Do licha! Ależ w takim razie... przeraża mnie pan! 
—  Niech  pan  posłucha.  Potrzebuję  pewnych  wskazówek.  Zna  pan  niejakiego  pana 

Piotra Martin? 

—  No,  jakże!  Tego  przyjaciela  Milly  Kent?  Wszyscy  go  znamy.  To  elegancki  facet, 

urządził nam bibę. kiedyśmy kręcili film Frazera. 

— Niech mi pan coś opowie o tej komedii. 
— To pana interesuje? Otóż to jest sztuka, którą autor ściągnął od starego rzymskiego 

autora  i  ubrał  ją  we  współczesne  kostiumy.  Chodzi  tu  o  dwóch  braci-bliźniaków,  tak 
podobnych  do  siebie,  że  wszyscy  zawsze  biorą  jednego  za  drugiego.  Wyobraża  sobie  pan 
zatem, jaki się z tego robi bigos. Claude Pasquier, słynny aktor z teatru Buffo, grał jednego z 

background image

braci, a ja drugiego. 

— Jest pan więc podobny do Pasquiera? — spytał niewinnie Mic. 
— Tylko o tyle, że mamy jednakowy wzrost; ale mnie tu po to zaangażowano, żebym 

się  zrobił  na  niego.  I  bez  samochwalstwa  muszę  przyznać,  że  zrobiłem  to  nieźle.  Musi  pan 
znać Pasquiera, ta gęba krzyczy ze wszystkich afiszy. 

— Owszem, znam. 
—  No,  to  proszę  powiedzieć:  kto  to  jest?  —  Fulcran  wyjął  z  teczki  dużą  fotografię  i 

położył przed nim. 

— Pasquier! — zawołał inspektor. 
— Nie, tym razem Fulcran, do usług! 
— To nadzwyczajne! — Mic nie mógł powstrzymać okrzyku szczerego podziwu. 
— Chwileczkę, tutaj operator zdjął nas obu razem: mnie i Pasquiera. 
—  Fantastyczne!  Nie  umiałbym  absolutnie  powiedzieć,  który  z  was  jest  prawdziwym 

Pasquier! 

—  Tak,  to  mi  się  dosyć  udało  —  rzekł  zadowolony  Fulcran.  —  A  jeszcze  nie  widział 

pan, jak chodzę, kołysząc się trochę, tak. jak on i mówię przez nos jak on. Bo głosy naśladuję 
równie dobrze jak twarze. Musiałem być w poprzednim życiu kameleonem. Niech pan sobie 
wyobrazi,  że  z  początku  poza  jednym  Pawłem  Dubar,  który  znał  moje  umiejętności,  nikt  z 
kolegów nie wierzył. Wszyscy byli zdania, że Frazer byłby lepiej zrobił posługując się zwy-
kłym trikiem: to znaczy jeden aktor gra obie role oddzielnie, a potem łączy się razem zdjęcia. 
Ale  stary  uważał,  że  przy  dwóch  różnych  aktorach  efekt  będzie  lepszy,  tym  bardziej,  że  w 
pewnej chwili podajemy sobie ręce, to znów wpadamy na siebie, a to byłoby prawie niemo-
żliwe z jednym aktorem. 

— Pan mówił — przerwał mu Mic — że koledzy nie wierzyli w pana? 
—  Tak,  ale  to  nie  trwało  długo.  Oczywiście,  potrzebowałem  kilku  godzin  pracy,  by 

sobie jak najdoskonalej przyswoić osobowość Pasquiera, jego  głos, ruchy, chód, fizjonomię, 
ale  kiedy  stanąłem  przed  kamerą,  powitał  mnie  jeden  wielki  krzyk  i  wszyscy  odwołali 
publicznie swoje wątpliwości... z wyjątkiem jednego jedynego Piotra Martin. 

— O! Dlaczego? 
—  Złożył  mi  gorące  gratulacje,  jak  wszyscy  koledzy,  lecz  kiedy  zostaliśmy  sami, 

powiedział mi, że ma zastrzeżenie. 

— Jakie? 
— Przyznawał, że podobieństwo było łudzące, ale — dodał — to może się udać tylko 

na ekranie, dzięki specjalnemu oświetleniu, odległości i różnego rodzaju sztuczkom. W życiu 
ta sztuczka nie zwiedzie nikogo. 

—  No  i  co?  —  spytał  Mic  z  drżeniem  wewnętrznym,  przeczuwając,  że  dochodzi  do 

sedna zagadki. 

— Bardzo mnie to rozdrażniło. Siedzieliśmy około północy w barze portowym. Trochę 

się  wypiło.  Powiedziałem  mu,  że  zupełnie  się  nie  zna  na  sprawach  artystycznych.  Martin 
uniósł  się,  a  potem  powiedział:  „Jeżeli  jest  pan  tak  pewny  siebie,  zaproponuję  panu  zakład. 
Zakładam  się  o  5000  franków,  że  nie  uda  się  panu  —  po  pierwsze:  naśladować  moją  twarz, 
głos i sylwetkę, po drugie: pójść do kasyna, pokazać się w sali gry, w restauracji i wyprowa-
dzić w pole ludzi, którzy mnie znają”. 

„Przyjmuję zakład — zawołałem, gdyż kwota była spora (byłem pewny, że ją wygram) 

i bardzo się zapaliłem do tej zabawy. Z punktu widzenia mego rzemiosła to ogromnie intere-
sujące  doświadczenie.  —  Przyjmuję  —  powtórzyłem  —  lecz  uprzedzam  pana  lojalnie,  że 
sprawa jest przesądzona. Czuję się tak, jak bym panu ukradł te pieniądze”. 

„To  jeszcze  zobaczymy”  —  rzekł  prowokacyjnie,  co  jeszcze  bardziej  podrażniło  moją 

ambicję. Powiedziałem mu, że potrzebuję jednego popołudnia i jego fotografii. Dał mi legity-
mację. Ustaliliśmy datę eksperymentu na pojutrze, to znaczy drugiego marca. Miał on trwać 

background image

48  godzin,  w  czasie  których  musiałem  pokazać  się  w  restauracji,  potem  w  sali  gry,  a  naza-
jutrz,  trzeciego  marca  rano,  w  czytelni;  po  południu  na  koncercie  a  wieczorem  w  Palace-
Hôtel, gdzie miałem spędzić noc w jego pokoju. 

Oczywiście na przeciąg tych dwóch dni Piotr Martin musiał zniknąć, bo doświadczenie 

nie  udałoby  się,  gdyby  nas  zobaczono  kolejno  lub,  broń  Boże,  razem.  Czwartego  marca,  o 
pierwszej,  zatelefonował  do  Palace-Hôtel,  gdzie  nocowałem  w  jego  pokoju,  że  wygrałem 
zakład  i  że  wracając  do  siebie  znajdę  w  swym  pokoju  pięć  banknotów  tysiącfrankowych  w 
zaadresowanej  kopercie.  Pogratulował  mi  jeszcze  nadzwyczajnego  sukcesu  i  żałował, że  nie 
może uścisnąć mej dłoni, lecz właśnie otrzymał depeszę i musi jechać do Paryża. No i co pan 
na to wszystko, inspektorze? Ja uważam to za największy triumf w całej mej dotychczasowej 
karierze. I jeżeli kiedy napiszę pamiętnik... 

— Chwilowo — przerwał mu Mic poważnym tonem — proszę usilnie, by pan absolu-

tnie nikomu nie wspominał o tym doświadczeniu. 

Uderzony tonem inspektora Fulcran spojrzał na niego zdziwiony i lekko zaniepokojony. 

Wówczas  Mic  opowiedział  zdumionemu  artyście  o  zręcznej  pułapce,  jaką  był  rzekomy 
zakład, który robił z niego mimowolnego wspólnika zbrodni. 

— A, kanalia! — wykrzyknął. — Śmiał posłużyć się mną, moją sztuką aktorską, bandy-

ta! Tak mnie wystawić do wiatru! Co za tupet! O, może pan być spokojny, inspektorze, już ja 
tego drania zrobię na szaro, gdy się spotkamy przed sędziami przysięgłymi! A te jego przeklę-
te pieniądze parzą mnie po prostu, zaraz je dam na biednych miasta Cannes. 

— Dzielny chłopiec z pana, Fulcran! — rzekł z uznaniem Mic. — Mam dla pana pełny 

szacunek. 

— Nie będę miał spokoju tak długo, dopóki ten potwór nie zostanie ukarany — ryknął 

Fulcran. — Pomogę zaprowadzić go na gilotynę. 

— To, niestety, może nie być takie łatwe, jak pan sobie wyobraża — westchnął Mic. 
— Pan przypuszcza, że z tym sfałszowanym alibi... 
— Jego adwokat obali to sfałszowane alibi. Nie ma pan pojęcia, z jaką łatwością podej-

rzenia lęgną się w mózgach sędziów przysięgłych. Obrońca Piotra Martin twierdzić będzie, że 
to alibi jest niczym innym tylko wymysłem policjanta, wściekłego, że nie może trafić na wła-
ściwy trop. Policja ma teraz bardzo złą markę. Można zwalić wszelkie możliwe nikczemno-
ści, a opinia publiczna we wszystko uwierzy. Niech się pan zastanowi, że waszego zakładu 
nie potwierdzi żaden świadek, pańskiej transformacji również. Orzekną, że to jest historia wy-
myślona od początku do końca, że panu się ona przyśniła, zrobią z pana mitomana, kabotyna, 
namiętnie spragnionego reklamy... 

— Nie, coś takiego! — oburzył się Fulcran. 
—  Ależ  tak!  A  kto  wie,  strona  przeciwna  może  zażądać,  aby  pana  poddano  badaniom 

poczytalności. I może pan być spokojny: znajdzie się na pewno neurolog, który oświadczy, że 
pańskie  władze  umysłowe  nie  są  w  porządku,  że  cierpi  pan  na  manię  naśladownictwa  albo 
nawet dotknięty jest histerią. 

— Och! — oszołomiony Fulcran nie mógł nic więcej z siebie wydobyć. 
—  Twierdzić  będą,  że  wszyscy  w  Cannes  rozpoznali  prawdziwego  Piotra  Martin.  A 

świadkowie nie zdementują tego, może pan być pewny, i będą uporczywie utrzymywali choć-
by  tylko  dla  ratowania  swej  ambicji,  że  nie  są  ludźmi,  których  można  było  podejść  i  że  od 
razu poznaliby się na oszustwie... Słucha mnie pan?. . 

— Tak, istotnie i ja zaczynam przypuszczać... 
—  Idę jeszcze dalej — ciągnął Mic. — Nie jest wcale pewne, czy Martin w ogóle bę-

dzie oskarżony. Sędzia śledczy osądzi tak samo jak ja, że jedno zeznanie, i to zdementowane 
przez dziesięciu innych świadków, nie ma najmniejszego znaczenia i nie zaryzykuje wdawa-
nia się w historię, która może go ośmieszyć... 

— Więc, do pioruna, ten drań miałby się wymknąć sądowi? 

background image

— Całkiem możliwe. Oczywiście, że sędzia go wezwie, początkowo jako świadka, a o 

ile zmiesza się podczas konfrontacji z panem, zostanie oskarżony. Ale jeżeli zachowa zimną 
krew,  jeżeli  odpowiadać  będzie  zręcznie,  wówczas  postawienie  go  w  stan  oskarżenia  będzie 
rzeczą bardzo problematyczną, a przecie wiemy, jaki to cwany ptaszek... 

— No więc? 
— Niech pan posłucha, Fulcran, mam pewien pomysł; widzę, że niczego więcej pan nie 

pragnie jak pomoc sprawiedliwości i bardzo jestem panu za to wdzięczny. Jest teraz jedena-
sta. Niech pan przyjdzie za godzinę do „Treille dorée”, to jest taka mała restauracyjka, zawie-
szona  nad  morzem,  na  prawo  od  portu.  Będę  czekać  na  tarasie.  Zje  pan  ze  mną  śniadanie  i 
wyłożę panu mój plan. 

Dwaj mężczyźni uścisnęli sobie dłonie.  
Znalazłszy się na ulicy Mic odtworzył sobie w kolejności wszystkie zadziwiające fakty, 

które doprowadziły go nareszcie do prawdy. 

Mic  wszedł  do  księgarni,  kupił  rozkład  jazdy  i  usiadł  w  porcie  na  ławce.  Pierwszego 

marca, około północy, Piotr Martin musiał opuścić swój hotel cichaczem. Przebrany za robo-
tnika czy za kogo innego, zaopatrzony w sztuczną brodę, pojechał trzecią klasą bezpośrednie-
go  pociągu  o  godz.  0,54  i  przybył  do  Paryża  o  dziewiątej  dwadzieścia  jeden  rano.  Tegoż 
samego dnia Fulcran, ucharakteryzowany na Piotra, jadł śniadanie w restauracji Palace-Hôtel. 
W Paryżu Piotr musiał spędzić cały dzień w jakimś umeblowanym pokoju. Około pierwszej 
w  nocy,  uzbrojony  w  obydwa  klucze,  dzięki  dokładnej  znajomości  zwyczajów  domowych, 
mógł  bez  trudności  dokonać  zbrodni,  po  czym  upozorować  włamanie  dla  zmylenia  śladów. 
Ukończywszy  swą  makabryczną  pracę  —  jest  już  trzeci  marca,  godzina  druga  w  nocy  — 
przez ostrożność nie wrócił do umeblowanego pokoju, lecz musiał błądzić po ulicach albo też 
raczej czekać na nadejście dnia w jakimś kącie hal, gdzie włóczęgów nocnych i żebraków nikt 
nie zaczepia. 

Rano,  o  dziewiątej  dziesięć,  zajął  miejsce  w  trzeciej  klasie  pospiesznego  i  wrócił  do 

Cannes czwartego marca o czwartej trzydzieści siedem nad ranem. Być może, wysiadł prze-
zornie w Bocca, na przedostatniej stacji, rzucił w krzaki swój kostium i przeszedł pieszo dwa 
kilometry  dzielące  go  od  Cannes.  Przybywszy  na  miejsce  zadzwonił  około  ósmej  rano  z 
jakiejś  kawiarni  do  Fulcrana,  który,  jak  wiadomo,  zajmował  jego  pokój  w  Palace-Hôtel,  by 
mu  pogratulować  wygranego  zakładu.  Następnie  wysłał  posłańca  z  przygotowaną  kopertą, 
zawierającą 5000 franków do hotelu Fulcrana. Nie chciał iść z kopertą osobiście, gdyż bał się, 
by  w  razie  czego  właściciel  tego  hotelu  nie  rozpoznał  go.  W  dwie  godziny  później  odjechał 
pulmanem.  o  dziesiątej  trzydzieści  trzy,  nie  spotkawszy  się  z  Fulcranem,  bo  wcale  nie  pra-
gnął, by ich widziano razem. W ten sposób tego samego dnia wieczorem, czwartego marca, o 
dziesiątej czterdzieści przybył do Paryża, gdzie na peronie oczekiwał go Mic, nie podejrzewa-
jąc wcale, że ten sympatyczny podróżny przejechał 4000 kilometrów w przeciągu trzech dni. 
Wszystko  było  teraz  jasne  i  inspektor  z  fachowym  uznaniem  myślał,  jak  precyzyjnie  w 
najdrobniejszych szczegółach została przygotowana i wykonana ta zbrodnia przez człowieka 
nieprzeciętnie inteligentnego. 

Wstał  z  ławki.  W  kilka  minut  później  wchodził  do  „Treille  dorée”  przyjemnej  knajpy 

pomalowanej  na  żółto, z  niebieskimi  okiennicami,  której  taras,  zdobny  pergolą,  zwieszał  się 
nad morzem i nad wyspami Świętej Małgorzaty i Świętego Honorata. 

Punktualnie  o  dwunastej  zjawił  się  Fulcran.  Na  drugim  końcu  tarasu  zakochana  para 

patrzyła sobie w oczy namiętnie, zapominając o jedzeniu. Można było swobodnie rozmawiać. 
Mic zamówił zupę rybną i smażonego królika, a na wzmocnienie butelkę starego  B e 1 1 e t, 
słynnego w tych stronach białego wina. I podczas gdy kucharz z gębą starego pirata prowan-
salskiego krzątał się przy piecu, inspektor wyłożył swój plan aktorowi. W pół godziny później 
zupa  rybna  dymiła  na  stole,  a  Fulcran  atakując  swego  królika  mówił  w  uniesieniu:  „Inspe-
ktorze, pański pomysł jest bezkonkurencyjny. Uda się nam. Nie ma prawa się nie udać”. 

background image

Pogrzeb  ofiary  ściągnął  mało  ludzi,  gdyż  Emil  Martin  od  lat  żył  w  zupełnym  odoso-

bnieniu  od  świata.  Zaledwie  kilku  przemysłowców,  delegacja  robotników  z  fabryki  i  kilku 
znajomych  z  dawnych  czasów.  Piotr  Martin,  jedyny  krewny,  szedł  na  czele  konduktu.  Jego 
głęboki smutek wzruszał wszystkich. Ludzie, których nigdy w życiu nie widział, ściskali mu 
dłoń  z  wylaniem.  Ubolewano  nad  nim,  lecz  każdy  z  uczestników  myślał  prywatnie,  że  tak 
wielka  fortuna  zdolna  jest  ukoić  ból  dosyć  szybko,  a  uścisk  rąk  dyrektorów  fabryki  wyrażał 
jednocześnie i współczucie, i szacunek dla zysków, jakie miały przypaść w udziale Piotrowi 
Martin. 

Piotr  zainstalował  się  w  pokoju,  który  zajmował  od  dzieciństwa.  Młody  człowiek  z 

gorączkowym zainteresowaniem rzucał się na gazety. Początkowo zamordowanie przemysło-
wca  zaszczycone  zostało  artykułami  na  pierwszej  stronie  pism,  z  rzucającymi  się  w  oczy 
nagłówkami; obecnie zbrodnia komentowana była na trzeciej stronie drobnym drukiem. 

Dziesiątego marca Piotr przeczytał w kilku dziennikach następującą informację: 

 

ZBRODNIA W LA MUETTE 

 

„Sprawiedliwości udało się nareszcie natrafić na ślad mordercy Emila Martin. Jest nim 

niejaki Cariol, bezrobotny blacharz, którego jeden ze świadków widział w noc zbrodni przed 
kratą ogrodu willi. W ostatnich kilku dniach wydawał podejrzanie wielkie kwoty w lokalach 
Montmartre'u.  Jest  to  zresztą  recydywista,  który  ma  już  kilka  włamań  na  sumieniu.  Tym 
razem posunął się aż do zbrodni. Odkryto też miejsce zamieszkania zbrodniarza, który zajmo-
wał umeblowany pokój w Passy. Ósmego marca osobnik ten czując zapewne, że jest śledzo-
ny,  zniknął.  Niemniej  policja  idzie  jego  tropem  i  należy  się  spodziewać,  że  w  najbliższym 
czasie bandyta zostanie aresztowany” 

Tak,  to  się  nazywa  mieć  szczęście!  —  pomyślał  Piotr.  —  Teraz  nareszcie  jestem 

spokojny!  Gdyż  pomimo  wszystko  dręczył  go  pewien  niepokój.  Wyczuł  w  inspektorze  Mic 
sprytnego  szpicla,  pod  którego  bystrym  wzrokiem  czuł  się  dosyć  niewyraźnie.  Od  policji 
można zawsze oczekiwać różnych niespodzianek. A teraz to wszystko skończone. Nie ma się 
już czego obawiać. Wpadłszy na fałszywy trop, policja nie wypuści już tak łatwo zdobyczy. 

Ta sama poczta poranna przyniosła też list w firmowej kopercie, którą Piotr otworzył z 

gorączkowym  pośpiechem.  Był  to  list  od  notariusza  jego  stryja,  pana  Dubois,  na  rue  de 
Châteaudun  33  bis,  który  zapraszał  go  na  jutro  do  swej  kancelarii,  gdzie  nastąpi  otwarcie 
testamentu.  „Wszystko  jest  dobre,  co  się  dobrze  kończy!  Od  jutra  będę  dziesięciokrotnym 
milionerem!”  I  wyciągnięty  wygodnie  na  tapczanie,  wpatrując  się  w  smugi  dymu  swego 
papierosa, zaczął snuć fantazje o przyszłym pięknym życiu, gdy — według terminologii pra-
wnej — „wejdzie w posiadanie...” 

Nazajutrz, punktualnie o czwartej Piotr wprowadzony został do kancelarii pana Dubois. 

Stary człowiek, zimny i uprzejmy, poprosił go, by usiadł. Siwy pisarz w okularach gryzmolił 
w  kącie  przy  małym  stoliku.  „Mój  sekretarz”  —  rzekł  lakonicznie  pan  Dubois.  Po  czym 
wyjmując z szuflady zapieczętowaną kopertę oświadczył: 

— Oto jest, proszę pana, testament pańskiego nieszczęśliwego stryja. Razem redagowa-

liśmy ten dokument. Jest własnoręcznie napisany i autentyczny. Zaraz go panu odczytam. 

Rozdarł kopertę i zaczął: 
„Paryż  17  września  1930.  To  jest  mój  testament.  Ja,  niżej  podpisany  Emil  Martin, 

zdrowy na ciele i umyśle, niniejszym wyznaczam na mojego generalnego spadkobiercę mego 
ukochanego bratanka. Piotra Martin...” 

Pomimo że był na to przygotowany, Piotr uczuł, że zalewa  go fala szalonej radości.  Z 

trudem zdołał ją pohamować i zachować powagę stosowną do okoliczności. Notariusz czytał 
dalej: 

background image

„Zgodnie  z  powyższym  zapisuję  mu,  bez  żadnych  ograniczeń  i  zastrzeżeń,  wszystkie 

me  dobra  ruchome  i  nieruchome,  których  ogólna  wartość  wyraża  się  sumą  circa  dziesięciu 
milionów”. 

— Połowę tylko! — krzyknął w tej chwili jakiś głos — bo dwóch jest Piotrów Martin! 
Przez  uchylone  drzwi  wsunął  się  i  szedł  ku  Piotrowi  jakby  odbity  w  zwierciadle  cień 

jego samego, sobowtór, tak fantastycznie do niego podobny, że nawet notariusz — mimo że 
uprzedzony — siedział porażony zdumieniem. 

Zbrodniarz zbladł śmiertelnie. 
—  Fulcran!  —  krzyknął.  A  spostrzegłszy,  że  tym  okrzykiem  już  się  zdradził,  dodał 

ochrypłym głosem: — Jestem zgubiony! 

— Tak, bratku, jesteś wykończony! — odezwał się znów inny głos. 
I sekretarz pana Dubois zrywając perukę i brodę ujawnił rysy inspektora Mic. Mic sko-

czył do Piotra i bez najmniejszego oporu z jego strony założył mu kajdanki. Plan inspektora 
powiódł się znakomicie: to, czego najbardziej podchwytliwe pytania, a nawet konfrontacja nie 
byłyby osiągnęły, tu udało się bez trudu. Pod wpływem zaskoczenia i przerażenia przestępca 
sam się przyznał. Żadne zaprzeczenie, żadne odwołanie nie zdoła już obalić niezbitego faktu, 
że  przestępca  pod  swoją  własną  maską  natychmiast  rozpoznał  Fulcrana,  którego  tylko  on  i 
nikt  poza  nim  nie  mógł  rozpoznać.  Był  to  najoczywistszy  dowód,  ujawniający  jego  sprytną 
machinację. 

Można  sobie  wyobrazić,  jaką  wrzawę  wywołał  ten  proces.  Sąd  przysięgłych  skazał 

oskarżonego na dożywotnie więzienie. Mic chodził w sławie niczym gwiazda filmowa i cały 
Paryż  o  niczym  innym  nie  mówił  tylko  o  jego  przenikliwości  i  o  wspaniale  zainscenizowa-
nym triku. Fulcran zaś za jednym zamachem stał się sławnym na obu półkulach. Największa 
wytwórnia hollywoodzka zaangażowała go za tysiąc dolarów tygodniowo do filmu napisane-
go specjalnie dla niego. Lon Chaney znalazł godnego następcę. Mic i Fulcran stali się oczywi-
ście  parą  przyjaciół.  Kiedy  aktor  wyjeżdżał,  inspektor  odprowadził  go  na  dworzec  Saint-
Lazare. 

Gdy już miał wskoczyć na stopień wagonu, Fulcran rzekł nagle: 
— Jednej tylko rzeczy nie mogłem nigdy zrozumieć w sprawie La Muette, mianowicie, 

jak  prasa  mogła  zapowiedzieć  aresztowanie  włamywacza  nazwiskiem  Cariol,  kiedy  ty  już 
wiedziałeś, że winnym jest Piotr Martin. 

Mic zaczął się śmiać. 
—  To  był  mój  podstęp  —  powiedział.  —  Imć  Cariol  nigdy  nie  istniał,  a  wzmianka, 

którą czytałeś, była zwykłą kaczką dziennikarską mojego autorstwa, którą chciałem — jak się 
to  mówi  —  „uśpić”  przestępcę.  Rozumiesz,  chciałem  koniecznie,  aby  ten  bandyta  czuł  się 
zupełnie pewny bezkarności i tym lepiej wpadł w sidła, jakie na niego zastawiłem. 

— Sprytna z ciebie sztuka — roześmiał się Fulcran. 

 
 
 

II. Szmaragdowy naszyjnik 

 

Wybiła  północ  na  zegarze  romańskiego  kościoła  Dominikanów.  Z  pochmurnego  nieba 

padał drobny deszcz na otulone czernią nocy stare, prowincjonalne domostwa. 

Od dachu trzypiętrowego budynku z okratowany- mi oknami głównego skrzydła Saint-

Rambert oderwał się jakiś cień. 

Człowiek pochylił się, jednym rzutem oka zlustrował podwórze i puste uliczki, po czym 

uczepiwszy  się  występu  dachu  zsunął  się  po  rynnie  z  wprawą  doświadczonego  cyrkowca, 
przytrzymując się wypukłości muru bosymi stopami. 

Stanąwszy  na  ziemi  włożył  buty,  które  podczas  swych  ewolucji  trzymał  w  zębach  za 

background image

sznurowadła i oddalił się idąc ostrożnie pod murem. Doszedł w ten sposób do hali targowej 
położonej na małym placyku. Tam, w kryjówce służącej przekupniom za rupieciarnię, dotknął 
po  omacku  swego  worka  i  odetchnął  z  ulgą.  Wyciągnął  z  niego  sweter,  garnitur  i  płaszcz 
gumowy  i  przebrał  się  szybko,  a  do  worka  schował  ubranie  więzienne.  Następnie  udał  się 
spokojnie na dworzec, kupił bilet trzeciej klasy i wmieszawszy się w tłum podróżnych wsiadł 
do pociągu jadącego do Lyonu. 

Do  Lyonu  przybył  około  pół  do  szóstej  rano.  „Za  godzinę  —  pomyślał  —  spostrzegą 

moją  ucieczkę.  Wieczorem  policja  odkryje,  że  wyjechałem  do  Lyonu.  Potem  mogą  mnie 
gonić!” Wszedł do baru i napisał szyfrowany list z podziękowaniem do kumpla, który poprze-
dniego wieczoru w Saint-Rambert przygotował mu worek z ubraniem. Pijąc białą kawę prze-
żywał w myślach swą ucieczkę, długo planowaną i zorganizowaną starannie dzięki pomocy 
dwóch więźniów zatrudnionych w administracji więzienia. 

Nie była to czcza obietnica, gdyż Lapaume, zwany „Pięknym Blondasem”, był człowie-

kiem  zaradnym.  Wymowny,  o  sympatycznej  twarzy  i  powierzchowności  budzącej  zaufanie, 
Lapaume był wykolejeńcem. Ojciec jego, uczciwy kupiec z Limoges, kształcił go w liceum. 
Ale po wyjściu ze szkoły  synalek zaczął objawiać zbyt kosztowne upodobania, które dopro-
wadziły  go  do  różnych  drobnych  nadużyć.  Gdy  rodzina  wyparła  się  go,  imał  się  rozmaitych 
zawodów:  kolejno  był  agentem  firmy  win,  akwizytorem,  ubezpieczeniowcem,  a  wszędzie 
nabierał i oszukiwał swój personel i klientów. Na koniec, zakochawszy się w aktorce objazdo-
wej  trupy  został  aktorem.  Miał  wszelkie  szanse  wybicia  się,  gdyż  posiadał  spory  talent.  Ale 
pewnego wieczoru, zmęczony swą kochanką, uciekł razem z jej biżuterią. 

Ten  wybitnie  amoralny  wyczyn  przesądził  o  jego  dalszej  karierze.  Przystał  do  bandy 

złodziejskiej.  Inteligentny,  dosyć  wykształcony,  zdobył  w  niej  od  razu  autorytet.  Razem  z 
kilkoma  kamratami  niższego  pochodzenia,  lecz  równie  na  wszystko  zdecydowanymi,  utwo-
rzył  szajkę,  która  niebawem  zaczęła  wykazywać  ożywioną  działalność.  Ofiarą  bandy  padały 
bogate wille w okolicach Paryża, potem szajka obrała prowincję za teren swych operacji. W 
Rouen  włamała  się  do  kasy  wielkiej  fabryki,  w  Dijon  ogłuszyła  i  obrabowała  w  biały  dzień 
kasjera  bankowego.  W  Paryżu  zaś  dziełem  szajki  było  włamanie  do  biura  pocztowego  w 
siedemnastej dzielnicy. W wyniku pomyślnych operacji kilkaset tysięcy franków w przeciągu 
osiemnastu miesięcy wpłynęło do kasy tego towarzystwa... 

Żyli dostatnio, nie popisując się jednak swym bogactwem; co więcej, „Piękny Blondas” 

zażądał, aby każdy z członków szajki pracował, dla pozoru, w jakimś fachu, gdyż to najlepszy 
sposób zmylenia śladów i zdezorientowania policji. Jeden z nich. Charrier, założył w Lyonie 
warsztat ślusarski; była to jego specjalność, gdyż to on właśnie fabrykował fałszywe klucze i 
forsował zamki, w tym zakresie zresztą Lapaume okazał się pojętnym jego uczniem. Ostatnią 
i  najpiękniejszą  imprezą  spółki  było  włamanie  do  jubilera  Marsand  w  Paryżu,  na  rue  de  la 
Paix. Lapaume długo ją przygotowywał i cała afera rozegrała się sprawnie, niczym pierwszo-
rzędny  film. O trzy na pierwszą w południe kolega  Lejars rzuca kostkę brukową  w witrynę; 
Lapaume i Charrier chwytają naszyjniki, pierścionki, brylanty, diamenty — wszystko, co pod 
ręką;  Lejars  wymierza  rewolwer  w  nadbiegającego  ekspedienta,  wszyscy  trzej  wskakują  do 
auta  prowadzonego  przez  Ducros,  czwartego  wspólnika,  i  wóz  rusza  ku  ulicy  Rivoli  i 
Champs-Elysées. Cała operacja nie trwała nawet pięciu minut. 

Sprawa narobiła wrzawy, prasa oskarżyła policję o niedbalstwo i nieudolność. Dyrektor 

policji śledczej zlecił dochodzenie inspektorowi Mic, znanemu już z wybitnych osiągnięć. Nie 
będziemy  wchodzili  w  szczegóły  jego  poszukiwań,  wystarczy  powiedzieć,  że  inspektorowi 
udało  się  zidentyfikować  dwóch  członków  bandy:  Lapaume  i  Lejars  —  i  spowodować  ich 
uwięzienie.  Pomimo  usiłowań  nie  mógł  im  udowodnić  poprzednich  kradzieży,  ale  ostatnia 
była wystarczająca. Oskarżeni skazani zostali na najwyższą karę i Lapaume zapoznał się wre-
szcie z urokami „klasztornego” życia. 

„Piękny Blondas” nie miał wcale zamiaru marnować młodych lat w więzieniu. Ze zwy-

background image

kłą  sobie  zręcznością  po  upływie  sześciu  miesięcy  mógł  już  porozumiewać  się  ze  światem 
zewnętrznym.  Ani  on,  ani  Lejars  nie  wydali  swych  wspólników,  a  Charrier  nie  miał  chwili 
spokoju, dopóki nie uwolnił swego szefa. Zrobił wszystko, co potrzeba, wysłał do Saint-Ram- 
bert  kolegę,  gdyż  sam  wolał  się  tam  nie  pokazywać.  Ucieczka  udała  się.  Towarzysz  Lejars 
musiał zaczekać jeszcze na swą kolej. 

O szóstej rano, przed otwarciem warsztatu. Lapaume zadzwonił do Charriera, który go 

oczekiwał. Był bez środków do życia, gdyż zaaresztowawszy go u kocanki Mic skonfiskował 
walizę  zawierającą  czterdzieści  pięć  tysięcy  franków  w  banknotach  i  papierach  wartościo-
wych.  Ale  Charrier,  człowiek  przewidujący,  miał  uciułane  oszczędności:  dał  więc  dziesięć 
tysięcy  franków  przyjacielowi  Lapaume.  Ten  przysiągł,  że  zwróci  mu  wkrótce,  zamierza 
bowiem  zabrać  się  z  powrotem  do  „pracy”,  lecz  tym  razem  —  zaznaczył  —  sam,  gdyż  nie 
chce narażać Charriera w chwili tak nieodpowiedniej. 

Około pół do ósmej właściciel zeszedł do warsztatu, a Lapaume, siedząc przed lustrem, 

zmieniał swą fizjonomię: zgolił wąsy, nałożył siwą perukę, zmodyfikował lekko kształt swe-
go nosa, włożył okulary i ubrał się w czarny surdut. Wszystkie te rekwizyty przygotował mu 
przyjaciel. Wiemy, że były aktor Lapaume celował w sztuce charakteryzacji. Gdy wychodził 
z  pokoju,  rodzona  matka  nie  byłaby  go  poznała;  można  go  było  wziąć  za  emerytowanego 
nauczyciela. Gdy wszedł do warsztatu, Charrier spojrzał na niego z podziwem, a terminatorzy 
podnieśli głowy patrząc nań z ciekawością. 

—  Do  widzenia,  siostrzeńcze  —  rzekł  emerytowany  nauczyciel.  —  Bardzo  się  cieszę, 

że mogłem cię znów zobaczyć. Napisz do mnie na wieś. 

— Do widzenia, wuju — odparł Charrier, mrużąc oko i ściskając mu serdecznie dłoń. 
Lapaume  poszedł  na  śniadanie  do  małej  restauracyjki  przy  placu  Terreaux,  resztę  dnia 

spędził w pokoju hotelowym. Nazajutrz wcześnie rano kupił gazety. Jego ucieczka zaszczyco-
na  została  artykułem  na  pierwszej  stronie.  Dworce  musiały  być  obstawione,  ale  w  swym 
przebraniu czuł się całkiem bezpieczny. Nie był jednak zdecydowany, co teraz robić. Zostać 
w  Lyonie  czy  wrócić  do  Paryża?  I  do  jakiej  „imprezy”  się  zabrać?  Przeglądając  w  dalszym 
ciągu gazetę dostrzegł w rubryce „kronika towarzyska” interesującą wzmiankę. Brzmiała ona 
tak: 

„Znana  gwiazda  filmowa,  Lya  Rosee,  której  miliarder  amerykański,  James  Russel, 

ofiarował  naszyjnik  szmaragdowy  wartości  dwóch  milionów  franków,  spędzi  sezon  letni  w 
Nicei w pałacu Scaliero, jednej z najwytworniejszych willi na Mont-Boron. Jak nas informu-
ją, w pałacu tym zamierza gwiazda wydać cały szereg oryginalnych bali”. 

Lektura  tej  kroniki  położyła  koniec  wahaniom  naszego  „bezrobotnego”.  Natychmiast 

kazał się zawieźć na dworzec Perrache i kupił bilet drugiej klasy do Nicei. W chwili gdy po-
kazywał  swój  bilet  kontrolerowi,  ujrzał  po  drugiej  stronie  wejścia  wygolonego  i  zażywnego 
jegomościa,  który  paląc  papierosa  przypatrywał  się  wszystkim  wchodzącym.  Rzekomy  nau-
czyciel poczuł lekki dreszczyk w krzyżu; ale szpicel nie zaczepił go. Zupełnie już uspokojo-
ny, uciekinier zainstalował się w swym przedziale i zaczął obmyślać plan, który miał oddać w 
jego  ręce  cenne  szmaragdy.  Jego  płodny  umysł  podsunął  mu  kilka  kombinacji,  ale  tak  jak 
dobry dowódca kieruje się w swych posunięciach okolicznościami powstałymi na polu bitwy, 
tak i on zdecydował podjęcie decydującego uderzenia dopiero po przestudiowaniu terenu. 

O jedenastej  wieczorem, pomiędzy Cannes  a Niceą, wszedł do ubikacji, zdjął perukę i 

zmienił lekko swój wygląd, po czym przeszedłszy po buforach do innego wagonu urządził się 
tak,  aby  wysiąść  z  niego  ostatni.  Na  drugi  dzień  porobił  zakupy  w  wielkich  magazynach, 
nabył solidne walizy, eleganckie garnitury i frak. W drukarni zamówił papier listowy i wizy-
tówki  na  nazwisko:  Fred  Winthrope,  przedstawiciel  Francusko-angielskiej  Cinégraphic 
Company
. W tym też charakterze zameldował się w hotelu Méditerranée-Palace, na Prome-
nade des Anglais, nad morzem. 

Tegoż  wieczoru  zamówił  rozmowę  telefoniczną  z  Lyą  Rosée  i  przedstawiwszy  się 

background image

poprosił, by zechciała go przyjąć w ważnej sprawie, na co gwiazda zgodziła się bez wahania. 

Nazajutrz  rano,  w  małym  jednoosobowym  wozie,  który  uważał  za  konieczne  kupić, 

licząc  się  z  tym,  że  będzie  musiał  opuścić  Niceę  jak  najszybciej,  zajechał  przed  wspaniały 
pałac  Scaliero  i  wszedł  do  otaczającego  go  parku,  jednego  z  najsłynniejszych  i  najpiękniej-
szych parków Riwiery. Willa, zbudowana w stylu greckim, z szerokim perystylem uwieńczo-
nym kolumnadą z różowego marmuru, obejmowała na parterze dwa rozległe salony, dużą ja-
dalnię, gabinet-bibliotekę oraz obszerny hall wejściowy. Wszystko było w takich wymiarach, 
że sprzyjało urządzaniu przyjęć w wielkim stylu. Na pierwszym piętrze mieściły się aparta-
menty, na drugim pokoje służbowe. 

Podczas  gdy  lokaj  w  ciemnobłękitnej  liberii  wprowadzał  go  do  gabinetu  na  parterze, 

Lapaume  bystrym  rzutem  oka  ogarnął  całość  i  zanotował  w  pamięci  rozkład  pokoi.  Lokaj 
wyszedł  z  jego  kartą  i  zaraz  wrócił  oznajmiając,  że  pani  jest  nieco  zmęczona,  wobec  czego 
przyjmie  go  w  swym  prywatnym  salonie,  na  pierwszym  piętrze.  Rzekomy  Fred  Winthrope 
błogosławił  w  duchu  to  zmęczenie,  które  pozwoli  mu  przestudiować  dokładnie  właściwy 
teren jego przyszłych operacji. Wszedł więc do biało-złotego saloniku, obwieszonego portre-
tami  i  fotografiami  aktorki  w  przeróżnych  jej  kreacjach  oraz  zdjęciami  słynnych  aktorów 
zaopatrzonymi w przepiękne dedykacje. Naraz otworzyły się drzwi i w progu zjawiło się bó-
stwo tej świątyni, spowite w peniuar z białego tiulu i różowego atłasu; diwa weszła omdlałym 
krokiem,  jakim  prawdopodobnie  poruszała  się  w  ostatnich  chwilach  swego  życia  Dama 
Kameliowa,  podała  gościowi  dłoń  do  pocałunku  i  osunęła  się  na  błękitny  tapczan  z  cichym 
wdziękiem  albatrosa  opadającego  na  morską  falę.  „Psiakrew!  fajna  babka!”  —  pomyślał  z 
uznaniem Lapaume i w jego wzroku odmalował się szczery podziw, który na Lyi, choć przy-
wykła  do  takich  niemych  hołdów,  zrobił  przyjemne  wrażenie.  Do  przyjemnego  wrażenia 
przyczyniła  się  zapewne  powierzchowność  „Pięknego  Blondasa”,  wolnego  tym  razem  od 
charakteryzacji. 

—  Łaskawa  pani  —  przemówił  przedstawiciel  spółki  filmowej  —  przybywam  specja-

lnie z Londynu, by z panią porozmawiać. Zamierzamy nakręcić film w Alpach Nadmorskich, 
a dyrekcja „Cinégraphic Company” jest zdania, że właśnie pani idealnie nadaje się na odtwór-
czynię bohaterki tego filmu, osnutego na znanej  powieści angielskiej. Wydelegowany zosta-
łem do zaproponowania pani tej roli z honorarium... pięćdziesiąt tysięcy franków tygodniowo. 
Czy przyjmie pani naszą propozycję? 

— Przyjechałam tu na wypoczynek — westchnęła Lya. 
— Przerywany jednak projektowanymi balami, o których już się mówi — dodał Lapa-

ume z uśmiechem. 

— Owszem, ale bale nigdy nie męczą kobiety. 
— Pani odmawia? 
—  Tego  nie  powiedziałam.  To  jest,  oczywiście,  propozycja  ponętna.  Ale  od  kiedy 

chcecie mnie zaangażować? 

— Nie prędzej jak za trzy miesiące. 
— W takim razie zgadzam się. 
—  Ach,  dziękuję  pani!  Dyrekcja  pogratuluje  mi  sukcesu!  Przygotuję  zatem  kontrakt  i 

przywiozę go pani do podpisu w tym tygodniu. 

—  Doskonale.  A  tymczasem,  panie  Winthrope,  zechce  pan  zrobić  mi  przyjemność  i 

wziąć udział w pierwszym moim przyjęciu, które odbędzie się pojutrze. Oto zaproszenie. 

Lya Rosée wstała dając do zrozumienia, że audiencja skończona. 
To jednak nie leżało w planach Lapaume. 
— Pozwoli pani jeszcze słówko. Wytwórnia nasza pragnie otoczyć imię pani należytym 

rozgłosem: czy zechciałaby pani dać mi kilka swych fotografii, a także notek biograficznych, 
recenzji prasowych itd...? 

— Bardzo chętnie. Może pan pozwoli ze mną. 

background image

Lya przeszła do buduaru poprzedzającego sypialnię. Pierwszą rzeczą, którą tu Lapaume 

spostrzegł  (i  którą  miał  nadzieję  ujrzeć),  był  elegancki  sekretarzyk  ze  stali  co  prawda,  ale 
malowany  na  drzewo  i  zrobiony  na  Ludwika  XVI-go.  „Więc  tutaj  spoczywa  szmaragdowa 
zwierzyna!”  —  pomyślał  gangster.  Z  niezamkniętej  dolnej  szuflady  Lya  wyjęła  potrzebne 
papiery. Przez uchylone drzwi Lapaume zobaczył w amfiladzie sypialnię i łazienkę. Wówczas 
wycofał się rozpływając się w podziękowaniach i unosząc w pamięci dokładny obraz pokoju i 
położenie każdego mebla. Dotychczas wszystko udało mu się znakomicie, teraz zaś plan dzia-
łania zarysował się już dokładniej. Przed perystylem, jakby podziwiając fasadę, odwrócił się, 
odszukał  okno  interesującego  go  buduaru  i  stwierdził  z  zadowoleniem,  że  okratowanie  pod-
trzymujące pnące rośliny podchodziło dokładnie do gzymsu tego okna. „Moja linia odwroto-
wa!”  —  pomyślał.  Potem  wsiadł  do  wozu  i  wolniutko  wrócił  do  Méditerranée-Palace.  Pod 
pięknym  słońcem  marcowym  lśniła  kopuła  Jetée-Promenade;  eleganckie  dziewczęta  w  swe-
trach, a nawet w piżamach przechadzały się po plaży; tłum w jasnych sukniach, flanelowych 
garniturach paplał beztrosko na tarasach kawiarń pod różnobarwnymi parasolkami. Lapaume. 
który w ciągu sześciu miesięcy widział przez swe okratowane okno jedynie szary, obmierzły 
mur, odkrył nagle, że życie jest piękne i że stworzone ono zostało dla ludzi inteligentnych. 
 

* * * 

 

12  marca  o  dziesiątej  wieczorem  kilkaset  maszyn  zatarasowało  drogę  w  Mont-Boron. 

Wszystko,  co  tylko  było  znaczniejszego  w  Nicei,  Cannes  i  Monte  Carlo,  odpowiedziało  na 
wezwanie gwiazdy. Artyści, dyplomaci, pisarze, dziennikarze, politycy, bankierzy francuscy i 
zagraniczni cisnęli się w oświetlonych a giorno salonach pałacu Scaliero. Lya Rosée zrywając 
ze  zwykłą  banalnością  tego  rodzaju  zabaw,  kazała  ustawić  w  ogrodzie  oświetlonym  różno-
kolorowymi  lampionami  małe  namioty,  pełne  najróżnorodniejszych  atrakcji:  bajadera,  dwaj 
zapaśnicy,  zaklinacz  węży,  tancerze  hinduscy,  cowboy,  chiromantka,  żongler  japoński  — 
napełniali niezwykłym ożywieniem park pachnący przedwiośniem. 

Fred Winthrope przyszedł o jedenastej. Lya, otoczona i emablowana, podała mu rękę i 

uśmiechnęła się do niego uprzejmie. Na tle purpurowych obić salonu malowniczo odcinała się 
jej  wspaniała  czarno-złota  toaleta,  a  na  szyi  połyskiwał  słynny  naszyjnik  ze  szmaragdów. 
Lapaume mógł mu się przyjrzeć dokładnie. „Piękny klejnocik!” — pomyślał. Nie zobaczono 
go więcej. Było tu zbyt wielu aktorów i znanych filmowców i nie zależało mu na tym, by im 
być przedstawionym. 

Około pół do drugiej salony z wolna opustoszały, kuglarze zwinęli namioty i o drugiej 

piętnaście, gdy ostatni gość wyszedł, Lya poszła do siebie na górę, a pokojówka rozebrała ją. 
Wszystkie światła pogaszono i po świetnym gwarze balowym zapanowała cisza. 

Lapaume  nie  chciał  wchodzić  na  pierwsze  piętro  z  hallu,  po  którym  kręcili  się  goście; 

przeszedł więc przez ogród i wszedł na górę służbowymi schodami, gdzie nie spotkał nikogo, 
gdyż cała służba zajęta była w kuchni i przy bufecie. Na górze zastał wszystkie drzwi otwarte, 
przeszedł  przez  dwa  małe  saloniki,  sypialnię  i  wsunął  się  do  łazienki,  skąd  spostrzegł,  że 
przyległy do niej pokoik był ubieralnią. Wymarzony zakątek, gdzie za falangą sukien można 
było się wspaniale ukryć. Włożył rękawiczki, przygotował butelkę z chloroformem i tampon 
z waty. Czekał. 

Nieco przed trzecią, nie słysząc żadnego odgłosu, wśliznął się bezszelestnie do pokoju, 

w  którym  spała  Lya,  lekko  oświetlona  promieniem  księżyca.  Jednym  wprawnym  ruchem 
położył  jej  na  ustach  i  nosie  maskę  z  chloroformem.  Młoda  kobieta  straciła  momentalnie 
świadomość,  nie  wydawszy  nawet  krzyku.  W  jakimś  podświadomym  odruchu  samoobrony 
chwyciła  rękę  napastnika  i  tym  gwałtownym  ruchem  zerwała  z  niej  rękawiczkę.  Kiedy 
uspokoiła się, Lapaume, jako człowiek przezorny, wyjął rękawiczkę z jej zaciśniętej dłoni. 

Teraz  nastąpić  miał  najważniejszy  etap  przedsięwzięcia:  przebijanie  stalowej  szafy. 

background image

Lapaume wyjął z teczki wiertarkę elektryczną, kilka świdrów, półkolistą piłę i mały, udosko-
nalony  motorek,  ważący  zaledwie  kilogram.  Wiertarką  przebił  w  przeciągu  kwadransa  dwie 
dziury i założył w nie dwa gwinty przeznaczone do umocowania piły, którą wprawił w ruch 
przy  pomocy  motorka.  Jeszcze  kwadrans  —  i  piła  wycięła  w  stalowych  drzwiczkach  otwór 
szerokości jego ramienia. 

Wyjął  naszyjnik  bez  etui  i  włożył  go  do  kieszeni  fraka;  schował  narzędzia  do  teczki  i 

cicho  otworzył  okno.  Ostatni  rzut  oka  na  sąsiedni  pokój,  gdzie  Lya  spała  głęboko,  po  czym 
przerzucił nogi przez parapet, wymacał stopą okratowanie i nie spiesząc się zeszedł na dół. 

Nad  wzgórzami  prześwitywał  różowy  poblask.  Przesadzenie  ogrodzenia  parkowego 

było dziecinną zabawką dla tego wyćwiczonego gimnastyka. Wóz miał zaparkowany o pięć-
dziesiąt metrów dalej, w ślepej uliczce. Wsiadłszy do niego, założył swą siwą perukę. brodę, 
czarne okulary, czapkę i gumowy płaszcz. Przejechał bez pośpiechu przez dzielnicę portową, 
a znalazłszy się na bulwarze des Etats-Unis pełnym gazem pomknął w kierunku Marsylii.  

Po  drodze  obliczył,  że  kradzież  nie  zostanie  wykryta  wcześniej  jak  o  jedenastej  rano. 

gdyż  po  bezsennej  nocy  służba  nie  będzie  wchodziła  do  pani,  dopóki  ona  nie  zadzwoni. 
Dopiero w południe, gdyby się nie obudziła, mogliby się domownicy zaniepokoić. Powiado-
mienie  komisarza,  sumaryczne  śledztwo,  przybycie  władz  —  miał  dostatecznie  dużo  czasu, 
by  dojechać  do  Marsylii,  odległej  zaledwie  o  dwieście  pięćdziesiąt  kilometrów  od  Nicei. 
Wkrótce wjechał na jej przedmieścia. Miał tam starego przyjaciela, właściciela kawiarni przy 
Vieux-Port, który zagarażował jego wóz w hangarze i dał mu pokój nieobecnego brata. 

Zamknąwszy  się  Lapaume  spędził  trzy  godziny  na  charakteryzacji,  mając  wciąż  na 

uwadze, że jest poszukiwany jako zbieg z więzienia. Gdy wyszedł ze swego pokoju, był bru-
netem o oliwkowej cerze; krótkie faworyty i orli nos nadawały mu wygląd mieszkańca Połu-
dniowej Ameryki. Pewny już teraz, że go nie rozpoznają, włóczył się po nadbrzeżu, a wieczo-
rem  zasiadł  spokojnie  na  tarasie  restauracji  Basso.  Przed  talerzem  pachnącej  zupy  rybnej 
rozważył trzeźwo swe szanse. Tyle osób było na przyjęciu, że ani Lya. ani policja nie miała 
powodu  podejrzewać  go  więcej  niż  kogokolwiek  innego.  Zresztą  śledztwo  ujawni  od  razu 
kradzież zawodowca. Jakże można przypuszczać, że ktoś taki mógł się znaleźć wśród wytwo-
rnych, po największej części znanych pani domu gości? Będą więc szukali przede wszystkim 
w melinach złodziei miejscowych i międzynarodowych. 

By  odwrócić  ewentualne  podejrzenie,  jakie  mogłoby  później  zrodzić  zniknięcie  nieja-

kiego Freda Winthrope, trzeba będzie za dwa, trzy dni napisać do aktorki list i uwiadomić ją, 
że wiadomy film został odłożony na później, wobec czego dyrekcja „Cinégraphic Company” 
czuje  się  w  obowiązku  zwrócić  jej  chwilowo  wolność.  Lya  Rosée  nie  będzie  miała  powodu 
przypuszczać,  że  istnieje  jakiś  związek  między  nieudanym  albo  raczej  odroczonym  engage-
ment a zamachem, którego padła ofiarą. Napadnięta w najgłębszym śnie, nie mogła w żaden 
sposób rozpoznać napastnika. 

Lapaume  doszedł  do  przekonania,  że  stanowczo  wszystkie  atuty  są  po  jego  stronie. 

Utwierdził się w tym przekonaniu jeszcze bardziej nazajutrz, przy lekturze dzienników poran-
nych.  Nicejski  korespondent  „Petit  Marseillais”,  opisawszy  szczegółowo  okoliczności  kra-
dzieży, w ten sposób scharakteryzował sytuację: 

„Ta niebywale zuchwała kradzież, wykonana po  mistrzowsku, jest bez wątpienia dzie-

łem tęgiego fachowca. Żaden więc z gości Lyi Rosée nie może być posądzony. Policja spra-
wdziła  dokładnie  listę  zaproszonych  i  stwierdziła,  że  wszystkie  objęte  nią  osobistości  są 
ogólnie znane i wyższe ponad jakiekolwiek podejrzenia. Ścisłe śledztwo nie dało do tej pory 
żadnych wyników. Nikt ani wewnątrz willi, ani w jej pobliżu nie zauważył przestępcy. Nie 
widziano,  aby  ktokolwiek  wśliznął  się  do  sypialni  słynnej  gwiazdy.  Ani  na  meblach,  ani  na 
sekretarzyku  nie  ma  żadnego  odcisku,  w  pokoju  żadnego  śladu.  W  tych  warunkach  niestety 
należy  liczyć  się  z  tym,  że  ujęcie  zuchwałego  bandyty  jest  rzeczą  wątpliwą,  policja  bowiem 
nie rozporządza absolutnie żadnymi danymi, mogącymi skierować ja na właściwy trop”. 

background image

Tego  ranka,  14  marca,  Lapaume  zjadł  śniadanie  z  apetytem.  Ponieważ  brat  kawiarza 

wrócił, przeniósł swe walizy do hotelu i tam zasnął snem sprawiedliwego. 

15  marca  rano  Don  Miguel  (takie  imię  nosił  obecnie)  kazał  sobie  przynieść  do  łóżka 

pierwsze śniadanie i „Petit Marseillais”. „Kradzież w Mont-Boron — czytał. — Władze coraz 
bardziej są przeświadczone, że sprawca kradzieży należy do wysokiej klasy paryskiego świata 
przestępczego.  W  tej  sytuacji  sędzia  śledczy  oraz  dyrektor  nicejskiej  służby  bezpieczeństwa 
zadecydowali  zgodnie  zwrócić  się  o  pomoc  do  inspektora  Mic  z  Paryża.  Ten  znakomity 
detektyw,  który  ostatnio  przebywał  w  Madrycie,  zawiadomiony  telegraficznie  natychmiast 
wyjechał do Nicei, dokąd przybędzie dziś w nocy”. 

Co za miłe spotkanie! — zakpił Lapaume. — Nie, mój stary! Mimo że cwaniak z ciebie, 

tym  razem  się  zblamujesz:  tu  mi  włosy  wyrosną,  zanim  wpadniesz  na  mój  trop!  —  To 
mówiąc  uderzył  dłonią  po  kołdrze.  Spojrzawszy  na  nią  mimochodem,  zbladł  nagle.  —  Do 
pioruna, mój pierścionek! — krzyknął. 

Po wyroku, nim dostał się do więzienia, Lapaume powierzył przyjacielowi Charrier dwa 

klejnoty, jedyne, jakie zdołał zachować, pochodzące z kradzieży u jubilera Marsand: szpilkę 
do krawata i pierścień złoty, zdobny platynowym listkiem koniczyny. Kiedy teraz wyjeżdżał z 
Lyonu. Charrier sumiennie zwrócił mu owe przedmioty.  Zatroskany, wstał i ubrał się. Przez 
okno widział na quai de la Joliette odchodzące parowce. Przemknęło mu przez głowę: zwiać! 
—  ale  odrzucił  tę  myśl.  To  zbyt  niebezpieczne  te  pasażerskie  statki!  Pływające  więzienia, 
skąd nie można umknąć i gdzie po wylądowaniu oglądają cię jak rekruta. 

Ale gdzie mógł zgubić ten pierścionek? Do diaska, u tej przeklętej gwiazdy! Ściągnęła 

rękawiczkę i pierścionek wypadł i potoczył się po dywanie. Policjanci z Nicei nic nie znaleźli, 
ale Mic znajdzie! Już on zna jego skrupulatne metody, oko, przed którym nic się nie ukryje... 
I  pomyśleć,  że  on,  Lapaume,  nie  zauważył  nawet  tej  zguby!  Prawda,  że  od  miesięcy  już 
odzwyczaił się nosić pierścionek, ale jednak to był błąd, drobny błąd, który mógłby go zapro-
wadzić  daleko...  Już  widział,  jak  Mic  przegląda  wykazy  przedmiotów  skradzionych  jubile-
rom, pokazuje pierścień jubilerowi Marsand, idąc po śladach jak dobry pies gończy...  

„Jeżeli tym razem mnie capną — pomyślał — dziesięć lat murowane!” 
Co robić? Jak się bronić przed tą potworną ewentualnością? Lapaume długo się zastana-

wiał. Po upływie godziny miał już gotowy plan. Plan szaleńczo śmiały, ryzykowny... ale nie 
miał  wyboru.  Gdy  się  jest  w  posiadaniu  dwumilionowych  szmaragdów,  wówczas  wolność, 
zawsze  cenna,  nabiera  niebywałej  wartości.  By  ją  zdobyć  i  zachować,  warto  zaryzykować 
wszystko. 
 

* * * 

 

Ekspres z Cerbere wjechał na dworzec w Marsylii o ósmej wieczór. Jakiś głos zawołał: 

„dwadzieścia minut postoju. Bufet”! Pasażerowie pobiegli pokrzepić się. Inspektor Mic, który 
zjadł  już  w  pociągu  kilka  kanapek,  zszedł  na  peron  wyprostować  kości  i  wypalić  papierosa. 
Dwie minuty przed odjazdem wrócił do swego przedziału. Prawie jednocześnie z nim wtasz-
czyła  się  bardzo  zabawna  dojrzała  jejmość.  Na  opadających  na  ramiona  lokach  spoczywał 
nieprawdopodobnych  rozmiarów  kapelusz,  a  długa  suknia  z  falbanami  pochodziła  pewnie  z 
czasów  drugiego  cesarstwa.  Mic  spojrzał  na  nią  z  uśmiechem,  zdziwiony,  że  takie  zabytki 
mogą  istnieć  jeszcze  dzisiaj.  Dama  wyjęła  z  torby  pokaźną  książkę  i  nie  rzuciwszy  ani 
spojrzenia towarzyszowi podróży zagłębiła się w lekturze „Naśladowania Chrystusa”. 

Inspektor  usadowił  się  wygodnie,  z  postanowieniem  przespania  tych  kilku  godzin 

dzielących go od Nicei. Po otrzymaniu depeszy przekazanej mu przez Biuro Policji w Paryżu, 
jechał  bez  żadnych  przerw  z  Madrytu,  czuł  się  więc  zmęczony.  Około  pół  do  dziesiątej 
wyrwał go z drzemki hałas na dworcu tulońskim. Otworzył oczy: jego towarzyszka podróży 
również  się  zdrzemnęła;  książka  wysunęła  się  z  jej  rąk,  kapelusz  przekrzywiony  na  bakier  i 

background image

loki opadające na nos robiły ją jeszcze pocieszniejszą. 

I  pomyśleć,  że  w  1900  roku  rozpaliła  może  niejedną  namiętność!  —  pomyślał  Mic  i 

zasnął znowu. 

Po  upływie  pół  godziny  dojrzała  jejmość  uchyliła  powieki  i  łypnęła  wzrokiem.  Mic 

zapuścił  firanki  i  przysłonił  lampę;  w  słabym,  błękitnawym  świetle  majaczyły  niewyraźnie 
kontury przedmiotów. Rytmiczny turkot kół, zgrzyt osi i gwizd lokomotywy napełniały zgieł-
kiem noc. 

Siedząc  nieruchomo  jejmość  zaczęła  manewrować  jedynie  rękami.  Wyjmowała  różne 

przedmioty  ze  swej  torebki  ręcznej  i  nagle  rzuciła  się  na  uśpionego  inspektora.  Silna  woń 
chloroformu  rozeszła  się  po  przedziale.  Moment  krótkiej  walki  —  i  Mic,  unieszkodliwiony 
narkotykiem, ucichł tak samo jak Lya Rosee. Wówczas Lapaume z gorączkowym pośpiechem 
zdziera z siebie suknię, podnosi perukę i kapelusz, które w akcji spadły na ziemię i wyrzuca 
to  wszystko  przez  okno;  otwiera  walizę,  wciąga  spodnie  i  marynarkę,  zapala  lampę,  bierze 
pudełko z przyborami do charakteryzacji, lusterko ręczne i pochylony nad śpiącym przeciwni-
kiem charakteryzuje się na niego. Wiemy już, że w sztuce charakteryzacji mało kto mógł mu 
dorównać,  toteż  po  kilkunastominutowych  zabiegach  podobieństwo  było,  jeżeli  nie  łudzące, 
to w każdym razie wystarczające dla jego planów. 

Rewiduje  kieszenie  swego  wroga,  zabiera  mu  portfel  i  oznakę  inspektora.  Serce  jego 

przepełnia  radość.  Nie  tylko  zapewnił  sobie  bezpieczeństwo,  ale  jeszcze  zemści  się  na  czło-
wieku, który pierwszy i jedyny zdemaskował go i aresztował. Mimo wszystko nie leży wcale 
w jego planach, aby Mic znów pojawił się na widowni. „Morderstwo? Tak. Tym gorzej! Albo 
on, albo ja — myśli. — O jednego z nas za dużo. Nie ma się co wahać”. 

Dźwiga  bezwładne  ciało,  otwiera  okno.  Właśnie  w  tym  momencie  pociąg  przejeżdża 

przez  most.  Lapaume  wyrzuca  swój  pakunek  za  burtę:  „Serwus,  Mic!  Do  zobaczenia  w 
lepszym świecie!” — krzyknął w ciemną noc. 

Lapaume siada. Ociera spocone czoło: ta godzina napięcia wyczerpała go. Która to go-

dzina? Pół do dwunastej. Zbliżamy się do Saint-Raphaël. Wysuwa głowę za okno, by ochło-
dzić  wilgotne  czoło.  Pociąg  biegnie  wzdłuż  morza.  Wszystko  poszło  cudownie.  Złoczyńca 
wdycha  razem  z  chłodem  nocnym  rozkosz  pełnego  triumfu  i  śmieje  się  głośno  na  myśl  o 
ostatniej  kąpieli  swego  wroga.  Są  chwile  w  życiu,  kiedy  naprawdę  warto  żyć!  To  tak  jak  w 
sporcie! Raz ty górą, raz ja! 
 

* * * 

 

— Halo! Halo! Czy pan sędzia śledczy? 
— Przy aparacie. 
— Tu mówi inspektor Mic, z paryskiej policji śledczej. 
— A! doskonale! Czekam na pana. 
Rzekomy  Mic  wskoczył  do  taksówki  i  w  kilka  minut  później  wchodził  po  szerokich 

schodach nicejskiego Pałacu Sprawiedliwości. 

Gdy  tylko  wszedł,  podał  sędziemu  swą  legitymację  i  depeszę  wysłaną  przez  Dyrekcję 

Policji  w  Paryżu.  Sędzia  ani  przez  moment  nie  wątpił,  że  stojący  przed  nim  człowiek  jest 
słynnym inspektorem paryskim. Podziękował mu gorąco za pośpiech i zaproponował, by od 
razu udać się do pałacu Scaliero. Obaj urzędnicy poszli razem. 

Lapaume, obawiając się spotkania ze swą ofiarą, która mimo wszystko (kobiety są by-

stre) mogła w jego głosie, ruchach, wyrazie oczu odnaleźć coś z osobowości Freda Winthro-
pe,  przed  pójściem  do  sędziego  upewnił  się  przezornie,  że  Lya  Rosee  wyszła  z  domu.  Gdy 
znaleźli  się  na  miejscu,  fałszywy  detektyw  w  obecności  sędziego  przeszukał  sypialnię  ze 
skrupulatnością,  jaką  w  pełni  usprawiedliwiała  waga  tej  sprawy;  podnosił  dywan,  zaglądał 
pod obicia, przewrócił do góry  nogami całe wnętrze łóżka, szperał w każdym najmniejszym 

background image

kącie, lustrował przez szkło powiększające każdą szparę w podłodze. 

Trwało  to  tak  długo,  że  w  końcu  sędzia  zniecierpliwiony  zaczął  bębnić  palcami  po 

poręczy fotela. Ale Lapaume nie przejmował się tym: po raz trzeci położył się na brzuchu pod 
łóżkiem z różanego drzewa, badając cal po calu dywan, z lupą w jednej ręce, a latarką kieszo-
nkową w drugiej. Nagle coś błysnęło: jego pierścionek! Był on wciśnięty, po prostu wbity w 
podłogę koło nogi łóżka. 

Każdy z nas miał okazję przekonać się nieraz w życiu, że martwe przedmioty obdarzone 

są  jakąś  dziwną  złośliwością  i  gdy  tylko  pozostawi  się  je  własnemu  losowi,  chowają  się  w 
najbardziej  nieprzewidzianych  kryjówkach.  Lapaume  nie  miał  skłonności  do  filozofowania, 
nie  zastanawiał  się  więc  nad  tym  i  schował  pierścionek  do  kieszeni  w  kamizelce.  Poszpera-
wszy jeszcze trochę dla zachowania pozorów, zwrócił się do sędziego:  

—  Przepraszam  pana,  ale  to  drobiazgowe  badanie  było  konieczne.  Żałuję  tylko,  że  do 

niczego nie doprowadziło.  

Dla  niepoznaki  udał,  że  bada  okratowanie  fasady  i  w  sąsiednim  saloniku  sekretarzyk 

stalowy, z fachowym znawstwem podziwiając wyrwę. 

—  Ładna  robota!  —  rzekł  z  niekłamanym  zachwytem.  —  Teraz  już  możemy  pójść, 

panie sędzio. 

— Nie zechce pan zaczekać na Lyę Rosee i przesłuchać ją? — zdziwił się sędzia. 
— A po co? Wiem przecież, że ona niczego nie widziała ani nie słyszała. Wolę wracać 

jak najprędzej do Paryża i prześledzić tamtejsze meliny. — Po czym pożegnał się. 

— W takim razie życzę powodzenia! — rzucił mu na drogę nieco sarkastycznie sędzia, 

który w głębi duszy był zdania, że ci sławni inspektorzy paryscy są stanowczo trochę przere-
klamowani. 

„Wszystko w porządku!” — myślał wesoło Lapaume, w dwie godziny później wsiada-

jąc do pośpiesznego. 
 

* * * 

 

Wrzucając  inspektora  do  rzeki  Lapaume  winszował  sobie,  że  właśnie  nad  nią  przeje-

żdżał. Na nasypie niebawem znaleziono by ciało i natychmiast wszczęto by śledztwo przeciw 
pasażerom ekspresu. Podczas gdy topielca uniósł prąd wody dość daleko od toru kolejowego i 
policja  będzie  miała  sporo  pracy  z  ustaleniem  przyczyn  zgonu  —  mógł  to  być  po  prostu 
nieszczęśliwy wypadek. 

Lecz los, który czasem i porządnym ludziom sprzyja, pokrzyżował obliczenia zbrodnia-

rza.  Nagłe  zanurzenie  w  zimnej  wodzie  wywołało  gwałtowną  reakcję  ośrodków  nerwowych 
inspektora  i  obudziło  go.  Instynktownie  zaczął  płynąć  z  prądem,  dosyć  słabym  zresztą. 
Rześkie powietrze nocne wytrzeźwiło go całkiem z odrętwienia i przywróciło mu częściowo 
jasność umysłu i sprawność fizyczną.  

Podpłynąwszy  do  brzegu  zdołał  uchwycić  się  gałęzi  drzewa  zwisającej  nad  wodą  i 

wdrapał się na brzeg. Lecz tu, wyczerpany wysiłkiem, stracił przytomność. 

Gdy  przyszedł  do  siebie  i  otworzył  oczy,  pierwsze  promienie  prowansalskiego  słońca 

złociły ziemię. Mic dostrzegł wieśniaka powożącego wózkiem zaprzężonym w muła. Zawołał 
na  chłopa,  który  zaraz  podszedł  do  niego.  W  fermie,  w  której  poczciwina  mieszkał  wraz  z 
rodziną,  Mic  znalazł  gościnę.  Niedoszły  topielec  leżąc  przez  dwadzieścia  cztery  godziny  w 
łóżku miał czas zastanowić się nad swą przygodą. 

Myślał, że padł ofiarą jakiegoś przygodnego napastnika, który skorzystał z jego snu, by 

skraść  mu  portfel,  złodziejaszka  grasującego  notorycznie  w  pociągach,  który  przebrał  się  za 
kobietę, by nie budzić podejrzeń. Czuł się zresztą zawstydzony, że nie przejrzał tego podstępu 
i pozwolił się obrabować jak pierwszy lepszy pętak Mic nie przypuszczał, że napaść ta była 
starannie przygotowana w ściśle określonym celu. 

background image

Jakkolwiek zresztą wyglądała ta sprawa, Mic pragnął zachować w tajemnicy tę przygo-

dę nie przynoszącą zaszczytu jego zawodowej ambicji i opowiedział wieśniakowi, że wychy-
liwszy  się  przez  źle  zamknięte  okno  przedziału  wypadł  z  pociągu  do  wody.  Wypadki  takie 
zdarzają się, więc chłop uwierzył. 

Na  trzeci  dzień  Mic  pożegnał  serdecznie  swego  gospodarza  i  poprosił  go  o  pożyczkę 

pięćdziesięciu franków, aby mógł udać się do Nicei i zatelegrafować do banku, skąd niezwło-
cznie przyślą mu pieniądze. Uczynny wieśniak odwiózł go na mały dworzec w Puget, nieda-
leko Argens. 

Przybywszy  na  miejsce,  inspektor  pospieszył  do  sędziego  śledczego  i  tu  rozegrała  się 

tragikomiczna scena, której wspomnienie Mic długo przechowywał w pamięci i z której śmiał 
się jeszcze, gdy opowiadał mi tę historię. Sędzia bowiem sądząc, że ma do czynienia z jakimś 
kiepskim dowcipnisiem albo z oszustem, chciał go natychmiast aresztować. Dopiero po dłu-
gich  obustronnych  wyjaśnieniach  zdołano  zlikwidować  nieporozumienie.  W  tych  wyjaśnie-
niach  uderzył  inspektora  szczególnie  jeden  fakt,  a  mianowicie,  że  oszukańczy  detektyw  tak 
dokładnie i tyle razy przeszukiwał sypialnię, że to zniecierpliwiło sędziego. 

Wyszedłszy z gabinetu Mic usiadł na ławce w ogrodzie przed Kasynem, by zastanowić 

się nad tą tajemniczą sprawą. Zrozumiał, że napad w pociągu nie był przygodny, ale dokona-
ny z premedytacją. Ale po co ta symulacja? 

Prawdopodobnie dlatego, że złodziej zostawił na miejscu przestępstwa jakiś kompromi-

tujący  ślad  i  bał  się  przenikliwości  policjanta  paryskiego,  może  właśnie  jego?  —  co  było 
najpochlebniejszym świadectwem zdolności śledczych inspektora. 

Jeszcze jeden szczegół zwrócił jego uwagę: dlaczego jego sobowtór unikał przesłucha-

nia Lyi Rosee? Czyżby lękał się, że zostanie rozpoznany? Ale przecież ofiara oświadczyła, że 
nie widziała napastnika. Może znała go dawniej, co pozwalałoby przypuszczać, że figurował 
wśród gości. Stanowczo trzeba przesłuchać Lyę Rosee. 

Mic poszedł na pobliski plac Massena i wsiadł do tramwaju. Wysiadł na szczycie zbo-

cza Mont-Boron. Zaopatrzony w dokument, który na jego życzenie wydał mu sędzia śledczy, 
bez trudności został przyjęty przez gwiazdę. Powiedziała mu wszystko, co jej było wiadome o 
napadzie, po którym pozostał jej jeszcze siniec na brodzie, gdy napastnik zarzucił jej na twarz 
tampon z chloroformem. 

Siniec  ten  oglądali  eksperci,  ale  lekarz  sądowy  oświadczył,  że  jest  on  bez  znaczenia. 

Mimo że trochę zbladł, jest jeszcze widoczny. 

Mic wziął szkło powiększające i z równym zainteresowaniem, jak i zdziwieniem skon-

statował,  że  siniec  ma  kształt  listka  koniczyny.  „Tylko  pierścionek  —  pomyślał  —  mógł 
pozostawić podobny znak. Mamy wskazówkę, a może nawet ślad.” Wywnioskował z tego, że 
przestępca wprawdzie przebijał szafę w rękawiczkach, ale w chwili chloroformowania ofiary 
nie miał ich jeszcze na rękach. Posądził go o niedbalstwo, którego jednak, jak wiemy, Lapau-
me wcale się nie dopuścił. 

Lecz  Mic  nie  mógł  wiedzieć,  że  Lya  zerwała  mu  rękawiczkę,  bo  ona  sama  o  tym  nie 

wiedziała. 

—  Jeszcze  jedno  pytanie,  proszę  pani.  Czy  w  tygodniu  poprzedzającym  kradzież 

przyjmowała pani w tym pokoju dostawców, petentów lub gości? 

—  Petentów  nie.  Mój  krawiec  przychodził  ze  swoją  ekspedientką  do  miary  dwóch 

sukien. Ale to bardzo poważny kupiec nicejski. 

— To nieważne — stwierdził Mic. 
—  Z  gości  przyjęłam  tutaj  mego  kolegę,  aktora  Donalda  Becker,  i  kilku  ludzi  filmu: 

Frazera, Berga i Freda Winthrope. 

— Oczywiście, zna pani dobrze wszystkie te osoby? 
—  Z  wyjątkiem  pana  Freda  Winthrope,  generalnego  przedstawiciela  wytwórni  „Ciné-

graphic Company”. On był u mnie po raz pierwszy. 

background image

— A! może zechce mi go pani opisać? 
Mic zanotował w notesie dosyć dokładny rysopis, jaki mu dostarczyła Lya. 
—  Muszę  jeszcze  dodać  —  rzekła  —  że  cała  ta  świetna  propozycja  pozostała  bez 

następstw.  Przyszedł  do  mnie  na  przyjęcie,  a  ostatnio  napisał,  że  engagement  ulega  zwłoce. 
Więcej go nie widziałam. Ale w życiu filmowym to sprawy normalne: robi się dużo planów, a 
potem się ich nie realizuje. 

Mic zanotował ten szczegół i pożegnał się. Następnie udał się na pocztę, by podjąć pie-

niądze,  wysłał  dwieście  franków  farmerowi  z  Puget-sur-Argens  i  odjechał  do  Paryża,  rezy-
gnując z widzenia się z dyrektorem policji nicejskiej, nie zależało mu bowiem specjalnie na 
zaznajamianiu go ze swą przygodą, o której i tak prędzej czy później dowie się od sędziego 
śledczego. 

Zaraz  po  powrocie  na  Quai  des  Orfèvres,  wydobył  wykaz  klejnotów  skradzionych  w 

ciągu ostatnich trzech lat. Przekartkowawszy z tuzin akt, dotarł do wykazu „Marsand” i prze-
czytał,  co  następuje.  Jeden  wisiorek  z  czterema  wielkimi  perłami,  dwie  broszki  z  szafirami, 
trzy kolie diamentowe, pięć naszyjników z czterdziestu pięcioma perłami, szpilka do krawata 
z  czarną  perłą,  siedem  pierścionków,  a  mianowicie:  jeden  pierścionek  złoty  z  ornamentem 
platynowym w kształcie listka koniczyny... 

Inspektor zatrzymał się jak wyżeł węszący ślad. Rysopis filmowca Winthrope, pierścio-

nek Marsanda, siniec w kształcie listka koniczyny, stara jejmość w pociągu, fałszywy inspe-
ktor policji — i wszystko powiązało się w całość. 

— Na Jowisza! — wykrzyknął — gdyby Lapaume nie siedział w ciupie, przysiągłbym, 

że to on! 

W  Madrycie  był  tak  zapracowany,  że  zaledwie  miał  czas  rzucić  okiem  na  dzienniki 

francuskie, ucieczka gangstera zatem umknęła jego uwadze. 

Szybkim ruchem zdjął słuchawkę aparatu Prefektury. 
— Halo! proszę mnie połączyć z głównym skrzydłem Saint-Rambert! 
Czekał dwadzieścia minut. Wreszcie zadźwięczał telefon. 
—  Dyrektor  więzienia?  Tu  mówi  inspektor  Mic.  Czy  macie  u  siebie  więźnia  nazwi-

skiem Lapaume? Coo? Co pan mówi?... Dwa tygodnie temu uciekł?... Dobrze, dziękuję. Moje 
gratulacje, panie dyrektorze. 

Mic  wstał  wściekły,  lecz  jednocześnie  zadowolony.  Jego  przypuszczenia  potwierdziły 

się. A, łajdak! Tym razem do obowiązku zawodowego dołączała się jeszcze potrzeba odwetu! 

Co robić? Jak schwytać tego kameleona, ciągle zmieniającego powierzchowność, kpią-

cego sobie z wszelkich rysopisów? Może wynająć jacht, kupić awionetkę i prysnąć za grani-
cę! Tak, ale czy miał czas i możliwości spieniężyć szmaragdy? Lapaume — myślał Mic, ma 
do  wyboru  dwie  możliwości.  Albo  sprzedawać  w  miarę  potrzeby  po  jednym  szmaragdzie 
jubilerom lub paserom, albo też, co byłoby dla niego korzystniejsze, bo taka ciągła sprzedaż 
może wpaść w oko, opylić całość. 

Tylko  że  to  jest  trudniejsze,  gdyż  tylko  kilku  kupców,  jawnych  czy  pokątnych,  rozpo-

rządza takim kapitałem. 

Na wszelki wypadek należy zarządzić inwigilację mniej lub więcej podejrzanych pośre-

dników  i  jubilerów,  z  których  niejeden  znany  jest  dobrze  policji.  Bywają  wypadki,  kiedy 
przymyka ona dobrotliwie oczy w zamian za pewne informacje. Cały ten podziemny światek 
musi się dowiedzieć, że w tej chwili kupno dużej ilości szmaragdów jest sprawą pierwszorzę-
dnej  wagi  i  że  w  interesie  wielkich  kupców  leży  natychmiastowe  sygnalizowanie  policji  o 
ewentualnych  propozycjach  kupna,  gdyby  je  im  robiono.  Ostatecznie  Lapaume  nie  przeczu-
wa, że Mic wyratował się z topieli ani że przeniknął jego machinacje i przekonany jest o jego 
winie.  Czując  się  bezpieczny  może  popełnić  jakąś  gafę,  z  której  bezzwłocznie  trzeba  będzie 
skorzystać. 

W każdym razie musi się pozbyć klejnotów i na to inspektor liczył. 

background image

Wydał więc kilku swoim podwładnym odpowiednie polecenia. 
Mic  nie  miał  pewności,  czy  te  zarządzenia  wstępne  odniosą  pożądany  skutek;  zdawał 

sobie sprawę, że nadzieja zarobku może też zamknąć usta klice większych i mniejszych pase-
rów. Toteż głowił się i przywołując na pomoc całą swą niewyczerpaną inwencję, wysilał się 
nad wymyśleniem godnej zemsty na łotrze, który sobie z niego zadrwił i o mało go nie wysłał 
na łono Abrahama. 
 

* * * 

 

Lapaume  rozumował  identycznie  jak  Mic.  Między  tymi  dwoma  wrogami,  myśliwym  i 

zwierzyną, toczył się pojedynek, w którym bronią była przebiegłość i podstęp. Lapaume więc 
rozważył  również  tę  alternatywę,  roztrząsając  korzyści  płynące  ze  sprzedaży  detalicznej  i  z 
pozbycia  się  szmaragdów  w  całości.  Był  pewny,  iż  nikt  nie  może  podejrzewać  go  o  tę  kra-
dzież,  lękał  się  jednak  sprzedaży  częściowej.  Ponieważ  sprawa  była  już  głośna,  uważał,  że 
powinien zachować ostrożność. Ale pieniądze pożyczone od Charriera były na wyczerpaniu. 
Lapaume  musiał  kupić  auto,  mieszkać  w  pałacach,  sprawić  sobie  kompletną  garderobę,  po-
dróżować. Zostało mu dwa tysiące franków i trzeba było pomyśleć o przyszłości. Postanowił 
zatem  działać  pośrednio,  by  „wymacać  teren”.  Wiedział,  że  jego  dawny  wspólnik,  Ducros, 
mieszkał na przedmieściu. Poszedł do niego i dał mu jeden mały szmaragd, obiecał zapłacić 
przyzwoicie za pośrednictwo i polecił sprzedać ten kamień. Umówili się, że Ducros zawiado-
mi go natychmiast o wyniku w im tylko znany sposób. 

Ostrożności te, jak zaraz zobaczymy, nie były zbyteczne. Ducros znał pewnego pokąt-

nego jubilera nazwiskiem Wissmann, zamieszkałego przy  Faubourg du  Tempie. Pokazał mu 
szmaragd. Otóż Wissmann był właśnie jednym z tych, których Mic kazał swoim policjantom 
zawiadomić. 

Mając na sumieniu kilka różnych wykroczeń przeciw prawu jubiler uważał, że trafia się 

jedyna okazja, by wejść w dobre stosunki z Prefekturą. Szmaragd sprzedany pojedynczo wart 
był  sześćdziesiąt  tysięcy  franków  i  Wissmann  bez  wahania  dałby  piętnaście  tysięcy.  Lecz 
teraz, z wiadomych powodów, wolał się wstrzymać. 

Udał,  że  się  targuje,  poprosił  o  czas  do  namysłu  i  powiedział  swemu  klientowi,  by 

przyszedł o trzeciej po odpowiedź. 

Ducros zgodził się, wyszedł ze sklepu i udał, że odchodzi, ale po kilku sekundach wró-

cił  i  spojrzawszy  przez  okno  wystawowe  zobaczył,  że  Wissmann  rozmawia  przez  telefon. 
Wszedł znienacka do sklepu i pochwycił ostatnie słowa jubilera „ ...ma wrócić o trzeciej”. 

Jubiler szybko położył słuchawkę. „Zapomniałem, rzekł Ducros, udając, że niczego nie 

słyszał — że muszę iść po krewnego na dworzec północny o trzeciej piętnaście, nie będę więc 
mógł  przyjść  wcześniej  jak  o  piątej”.  Wissmann  uśmiechnął  się  krzywo.  Ducros  wszedł  do 
bramy, napisał kilka słów na ćwiartce papieru i poszedł spokojnie na plac Republiki oglądając 
się za siebie kilkakrotnie, czy go nikt nie śledzi. 

Pod kolumną Morrisa ujrzał eleganckiego bruneta o oliwkowej cerze, który paląc papie-

rosa czytał afisze teatralne. Z papierosem w ustach Ducros podszedł do niego prosząc uprzej-
mie o ogień. Odpalając papierosa wsunął mu do ręki kuleczkę z papieru, po czym przykłada-
jąc palce do czapki oddalił się. Dżentelmen rozwinął papier i wrzuciwszy do kieszonki kami-
zelki szmaragd, który był wewnątrz, przeczytał. „Nie udało się. W. zaraz uprzedził glinę”. 

Don Miguel Ortega, alias Lapaume, podarł papier na drobne kawałeczki, które uleciały 

z wiatrem jak jego nadzieje. Policja, chociaż Mic już nie funkcjonuje, potrafi być ostrożna — 
pomyślał. Co teraz? Te przeklęte szmaragdy zaczynają być kompromitujące. Trzeba uważać, 
żeby nie wpaść w paszczę wilka. Gdyby Ducros nie był taki zręczny, byliby go śledzili i po 
jego tropie doszli do niego. 

Gangster  wszedł  do  wielkiej  piwiarni  na  placu,  naprzeciw  pomnika  Republiki;  mimo-

background image

chodem  pomyślał,  że  istotnie  wolność  zasługuje  na  posąg.  Co  robić?  Jak  działać?  W  końcu 
powziął decyzję sprzedania szmaragdów w Londynie, tam transakcja wydała mu się łatwiej-
sza  do  zrealizowania.  Oczywiście,  przeprawienie  się  przez  granicę  pociągało  za  sobą  pewne 
niebezpieczeństwo dla zbiegłego więźnia, ale kto nie ryzykuje, ten nic nie ma. 

Trochę  zatroskany  podniósł  się,  by  wrócić  do  hotelu  i  spakować  walizy,  kiedy  naraz 

wzrok jego padł na świeży numer „Paris-Soir”, porzucony na sąsiednim stoliku przez jakiegoś 
gościa. 

Rzucając  spojrzenie  na  pierwszą  stronę  ujrzał  pod  tytułem  wydrukowanym  grubymi 

czcionkami notatkę następującej treści: 
 

RADŻA Z MYSORU W PARYŻU 

 

„W  drodze  do  Londynu,  gdzie  uczestniczył  w  uroczystościach  dworskich,  radża  z 

Mysoru w otoczeniu licznej świty zatrzymał się w „Atlantic Palace” i zajął całe lewe skrzydło 
pierwszego piętra. Jak wiadomo, władca hinduski posiada bajeczną kolekcję drogich kamieni, 
którą ustawicznie wzbogaca nowymi klejnotami. płacąc za nie każdą cenę. Monarcha wscho-
dni zatrzyma się w Paryżu trzy dni, po czym wyruszy do Marsylii”. 
 

Lapaume doznał nagłego olśnienia: „To jest gratka! Jedyna okazja opylenia wszystkich 

szmaragdów i to po najwyższej cenie. Nie mówiąc już o tym, że ten przejezdny cudzoziemiec 
nie będzie się interesował pochodzeniem klejnotów. Ani go to ziębi, ani grzeje. To się nazywa 
mieć szczęście!” 

Nazajutrz,  o  jedenastej  rano  Lapaume  był  już  w  „Atlantic  Palace”  i  podał  swą  kartę:    

M i g u e l  O r t e g a, p o ś r e d n i k  w  s p r z e d a ż y  k l e j n o t ó w. 

W  przedpokoju  apartamentów  zarezerwowanych  dla  radży  było  już  pięciu  lub  sześciu 

panów, czekających na swą kolej, każdy z teczką lub szkatułką w ręce. Byli to przedstawicie-
le wielkich firm jubilerskich z rue de la Paix i avenue de l'Opera, którzy zgłaszali swe oferty 
arcybogatemu  amatorowi  klejnotów.  Sekretarz-Hindus  o  wyniosłej  postawie,  w  narodowym 
stroju i turbanie, wprowadzał kolejno klientów. Miguel Ortega czekał długo. Wreszcie sekre-
tarz  skinął  na  niego  i  rzekomy  pośrednik  wszedł  do  obszernego,  zbytkownego  salonu. 
Naprzeciw  niego  przy  wielkim  stole  siedział  władca  w  turbanie,  w  kosztownych  szatach  z 
purpurowego jedwabiu haftowanego złotem; na piersi opadał mu naszyjnik perłowy, fantasty-
cznej  wartości.  Jego  ciemną,  jak  w  brązie  wykutą  twarz,  okalała  czarna  broda;  wygląd  miał 
wybitnie  wielkopański  i  kiedy  odkładając  na  stół  klejnot,  który  właśnie  oglądał,  spojrzał  na 
stojącego  przed  nim  Lapaume,  ten  mimo  woli  poczuł  się  pod  tym  spojrzeniem  niewyraźnie. 
Skłoniwszy  się  głęboko  przed  Jego  Wysokością,  wyjął  z  kieszeni  mały  woreczek  z  wielbłą-
dziej skóry. Obok radży stał tłumacz, a za nim ze skrzyżowanymi na piersiach rękami nieru-
chomi, podobni do dwóch posągów dwaj strażnicy hinduscy. 

Tłumacz przerwał milczenie: 
— Zechce pan, panie Ortega, pokazać Jego Wysokości swe klejnoty. 
Lapaume położył woreczek na stole, rozwiązał go i wysypał z niego piętnaście szmara-

gdów o cudownym połysku, w tym kilka niezwykłej wielkości. Władca, którego oczy — jak z 
radością zaobserwował Lapaume — zaiskrzyły się, wziął do ręki kamienie, obejrzał je dokła-
dnie ze wszystkich stron i powiedział coś po hindusku do tłumacza. 

— Jego Wysokość — rzekł tłumacz — uważa, że pańskie szmaragdy są bardzo piękne i 

chętnie je nabędzie, pragnie tylko wiedzieć, jaką firmę pan reprezentuje. 

Na tak nieoczekiwane pytanie Ortega zrobił dobrą minę do złej gry i odpowiedział: 
—  Proszę  powiedzieć  Jego  Wysokości,  że  jestem  kupcem  prywatnym  i  nie  zależę  od 

żadnej firmy. W tym wypadku jestem jedynie pośrednikiem. Te szmaragdy należą do jednego 
z moich klientów, który znalazł się w krytycznej sytuacji i pragnie nie ujawniać swego nazwi-

background image

ska. 

Tłumacz powtórzył te słowa monarsze, który coś odpowiedział. 
—  Radża  —  przekazał  tłumacz  jego  słowa  —  nie  nalega,  skoro  właściciel  tak  sobie 

życzy i zapytuje o cenę. 

— Dwa miliony — rzucił chłodno Lapaume. 
Nowa wymiana hinduskich słów. 
— Jego Wysokość — oświadczył tłumacz — ofiarowuje panu milion osiemset tysięcy 

franków, płatnych czekiem na Crédit LYONNAIS. 

Gorąca fala radości omal nie rozsadziła piersi bandyty. 
— Zgadzam się — wyrzekł ochrypłym głosem. 
Nareszcie był bliski celu. Za pół godziny będzie człowiekiem bogatym, będzie miał siłę 

i swobodę działania. 

Radża wziął klejnoty, włożył je do woreczka i położył obok siebie. Następnie wypełnił 

szybko czek, wyrwał go i podał „prywatnemu kupcowi”, który pochwycił go i przeczytał: 
 
Paryż, 26 marca 1935  

 

 

 

 

 

 

 

        B. P. F. 
     1.800.000 

CREDIT LYONNAIS 

Boulevard Des Italiens 

Proszę wypłacić panu LAPAUME sumę 

dziesięciu lat ciężkich robót. No A. 8325 

   MIC 

 

Lapaume  zmartwiał  na  sekundę,  lecz  natychmiast  z  wściekłą  determinacją  sięgnął  do 

kieszeni.  Za  późno.  Olbrzymi  „sekretarz”  pochwycił  go  z  tyłu  za  ramiona,  dwaj  „strażnicy 
hinduscy” wymierzyli w jego pierś rewolwery, a Mic już bez turbanu, brody i peruki ujął jego 
przegub w żelazny chwyt. Suchy trzask: kajdanki założone. 

Lapaume trafił na godnego przeciwnika.  

 
 
 

III. Siódmego Lutego... 

 
Inspektor Mic opowiadał: 
— Zbrodnia, o której będę mówił, miała przebieg zupełnie zwyczajny. Cztery miesiące 

temu, siódmego lutego znaleziono na parterze pałacyku przy rue Henri Rochefort trupa mło-
dego hulaki, Jana de Sailly. Ofiara została zamordowana w łóżku, we śnie, a mordu dokonano 
za  pomocą  statuetki  brązowej  zdobiącej  kominek.  Twarz  była  jedna  miazgą,  czaszka  silnie 
zgnieciona,  zbrodniarz  znęcał  się  nad  nieszczęśnikiem.  Mały  sekretarzyk  był  otwarty  i 
zawierał  jedynie  trochę  papierów  i  listów  bez  znaczenia.  Srebro  stołowe  z  bufetu  w  jadalni 
zniknęło,  jak  również  kilka  cennych  bibelotów  (między  innymi  mała  czara  renesansowa  z 
masywnego złota). 

Śledztwo  ujawniło,  że  poprzedniego  dnia,  w  sobotę,  o  trzeciej  po  południu  de  Sailly 

podjął  u  swego  notariusza  sto  dwadzieścia  tysięcy  franków,  pochodzących  ze  sprzedaży 
jednego z jego folwarków w Normandii. Suma ta, której z uwagi na to, że bank był już nie-
czynny, nie mógł w nim zdeponować, zniknęła również i wszystko zdawało się wskazywać na 
to, że była ona również w sekretarzyku. 

Przy  tej  sposobności  dowiedziano  się  przez  notariusza,  że  ofiara  przed  trzema  laty 

odziedziczyła  majątek  po  swym  ojcu,  ale  prawie  cała  ta  fortuna  w  błyskawicznym  tempie 
ulotniła się na karty, wyścigi, dziewczynki i pijatyki. Słowem, ten złoty młodzieniec był figu-

background image

rą  mało  interesującą,  a  jego  śmierć  nie  była  wielką  stratą  dla  społeczeństwa.  Ale  to  już  nie 
moja sprawa, toteż zabrałem się do dochodzenia z całym zapałem. 

Śledztwo nie nastręczało szczególnych trudności, kucharka, mieszkająca na pierwszym 

piętrze  od  podwórza,  słyszała,  że  jej  pan  wrócił,  jak  zwykle,  bardzo  późno,  o  drugiej  nad 
ranem  —  określiła  ściślej  —  gdyż  po  zatrzaśnięciu  drzwi  wejściowych  zegar  sąsiedniego 
kościoła bił dwa razy. 

Ekspertyza  lekarska  wykazała,  że  śmierć  nastąpiła  między  drugą  a  trzecią  nad  ranem. 

Zbadanie  miejsca  zbrodni,  zwłaszcza  okna  wznoszącego  się  o  jakieś  dwa  metry  nad  trotua-
rem, pozwoliło mi ustalić trasę zbrodniarza. Zakrętka była wyrwana, a na gzymsie pozostały 
ślady  butów.  Wewnątrz  natomiast  nie  znalazłem  niczego  szczególnego,  tylko  w  łazience 
wilgotny  i  poplamiony  krwią  ręcznik.  Uderzył  mnie  też  zapach  tytoniu;  ponieważ  nigdy  nie 
należy niczego zaniedbywać, wywnioskowałem z tego, że zabójca musiał palić tam papierosa, 
resztek jego jednak nie znalazłem. Ale przyszło mi na myśl, aby zajrzeć do otworu odpływo-
wego w wannie. 

Wyjąłem stamtąd wilgotny niedopałek, który na wszelki wypadek schowałem. 
Wspólnie  z  kolegą,  brygadierem  Bagnoli,  bardzo  inteligentnym  Korsykaninem,  podją-

łem  następnie  systematyczne  przesłuchiwanie  sąsiadów,  ale  nikt  niczego  nie  widział  ani  nie 
słyszał.  Jedynie  właściciel  kiosku  z  wodą  sodową  mieszczącego  się  na  rogu  avenue  de 
Villiers  przypomniał  sobie,  że  około  pierwszej  godziny,  gdy  zasuwał  okiennice,  spostrzegł 
wysokiego osobnika w czapce. Rysopis mocno ogólnikowy, lecz należało się nim zadowolić. 

Przesłuchałem znowu kucharkę, kobietę mniej więcej czterdziestoletnią; dowiedziałem 

się od niej, że krytycznego dnia de Sailly jadł śniadanie w domu, ale obiad w mieście. Kiedy 
zdziwiłem  się,  że  oprócz  niej  nie  było  więcej  służby,  odpowiedziała  mi,  że  jej  zmarły  pan 
odprawił  przed  dwoma  tygodniami  służącego  i  nikogo  jeszcze  na  jego  miejsce  nie  przyjął. 
Był to bardzo porządny chłopiec, Włoch, nazywał się Gino Tarelli, trochę tylko niezręczny i 
niewprawny,  gdyż  było  to  jego  pierwsze  miejsce.  Spytałem  kucharkę,  czy  znała  przyjaciół 
ofiary. Wymieniła mi tylko jednego, niejakiego Włodzimierza, Rosjanina, dużego mężczyznę 
bez zarostu i stale w czapce na głowie. Rysopis ten pobudził mą czujność. Anetta nie znała je-
go nazwiska, wiedziała jedynie, że był fordanserem w jakimś lokalu na Montmartre. Zwęszy-
łem  tu  interesujący  trop  i  tego  samego  wieczoru  razem  z  inspektorem  Fabert  obeszliśmy 
wszystkie tamtejsze knajpy. 

Około  północy  odnaleźliśmy  na  rue  Duperre  wiadomego  Włodzimierza.  Oczywiście 

wiedział już o morderstwie; po zamknięciu lokalu zabrałem go do siebie i rozmawialiśmy aż 
do trzeciej nad ranem. Najpierw zapytałem go, jaki jest jego rozkład zajęć. Udowodnił mi swe 
alibi, oświadczając, że krytyczną noc spędził aż do drugiej w lokalu, a potem udał się do sie-
bie i wcale już nie wychodził, co zresztą nazajutrz potwierdził mi kierownik lokalu i odźwie-
rny. Potem Włodzimierz opowiadał mi dość długo o Janie de Sailly. Młodzi ludzie sympaty-
zowali ze sobą i Rosjanin często korzystał z hojności swego kolegi. Jan, który dawniej biegał 
za  wszystkimi  dziewczętami,  ostatnio  wziął  sobie  stałą  kochankę,  niejaką  Sidonię  Jaboule, 
ładną  i  inteligentną  dziewczynę  i  z  nią  spędzał  wszystkie  wieczory.  Sidonia  zagarnęła  go, 
nadto  wcisnęła  mu  jeszcze  na  kark  swego  brata,  dwudziestodwuletniego  chłopca,  równie 
ładnego jak ona, którego wszystkie kobiety na Montmartre wyrywały sobie. 

Trop Włodzimierza, na który liczyłem, rozpłynął się w mgle, on sam natomiast dostar-

czył mi użytecznych informacji. Bez trudu odnalazłem Sidonię Jaboule, która przyjęła mnie w 
eleganckim mieszkaniu przy bulwarze Berthier. W antraktach, między jednym a drugim poto-
kiem  łez,  uświadomiła  mnie.  że  w  wieczór  zbrodni  ona,  jej  kochanek  i  brat  jedli  obiad  w 
Abbaye  de  Theleme,  następnie  poszli  obejrzeć  rewię  w  Casino  de  Paris,  po  czym  obeszli 
jeszcze  ze  dwa  czy  trzy  lokale  nocne.  Pół  do  drugiej  Sidonia,  którą  bolał  ząb,  poprosiła 
kochanka, by odwiózł ją i brata na Boulevard Berthier. Następnie Jan wrócił do siebie swym 
wozem. 

background image

Nazajutrz około południa zatelefonowała do mieszkania Jana, a ponieważ nikt nie odpo-

wiadał, sądziła, że przyjaciel śpi jeszcze, a kucharka wyszła po zakupy. Dopiero z dzienników 
wieczornych  dowiedziała  się  o  strasznym  wypadku.  Brat,  Bobby,  potwierdził  jej  słowa. 
Wszystkie te informacje, których ścisłość sprawdziłem później, nie dały mi żadnej wskazówki 
co do osoby mordercy. 

Można  w  następujący  sposób  wyobrazić  fazy  dramatu:  czy  to  zaczaiwszy  się  gdzieś, 

czy też znając dobrze styl życia młodego de Sailly, jego późne powroty do domu, jak również 
fakt,  że  często  sypiał  u  kochanki,  złoczyńca  zakrada  się  do  mieszkania  nieco  przed  drugą; 
kradnie srebro stołowe i zamierza włamać się do sekretarzyka, kiedy naraz słyszy zatrzymu-
jące się przed bramą auto. 

To  pech!  Przeszkoda,  która  komplikuje  jego  zamiary,  co  robić?  Czy  od  razu  usunąć 

intruza  i  mieć  wolne  pole  do  działania?  Ale  młody  człowiek  jest  silny,  może  ma  broń  przy 
sobie...  Zresztą  hałas  zwabi  przechodniów,  może  policjanta.  Nie,  stanowczo  nie.  Lepiej  
zaczekać, aż lokator położy się i zaśnie. Przestępca kryje się więc w łazience. Aby zabić czas, 
zapala cygaro. Po upływie pół godziny nie słysząc żadnego odgłosu wychodzi ze swej kryjó-
wki. By zejść na ulicę, musi przejść przez sypialnię. Skrada się po cichu, ale śpiący poruszył 
się, może się nawet obudził. 

Wówczas następuje morderstwo. Obawiając się huku wystrzału morderca chwyta statu-

etkę  z  brązu  i  wali  nią  jak  maczugą  na  oślep  w  półmroku  sypialni  oświetlonej  jedynie  pło-
mykiem latarni gazowej. Pewny, że mu nikt nie przeszkodzi, otwiera sekretarzyk, odkrywa w 
nim — szczęście nieoczekiwane! — gruby pakiet banknotów, prawdziwy majątek. Wraca do 
łazienki, myje starannie ręce, po czym tą samą droga wychodzi. 

Lecz stwierdziwszy to, na kogo skierować podejrzenia? Prawdopodobnie na człowieka 

z „otoczenia”, bywalca knajp na Montmartre, który znał z widzenia Jana de Sailly i wiedział, 
że nie wracał on nigdy przed trzecią, czwartą rano lub sypiał często u kochanki I miał rację, 
że  tak  myślał,  gdyż  tym  razem  jedynie  dzięki  przypadkowi,  bólowi  zęba,  Sidonia  wróciła 
wcześniej niż zwykle i pożegnała się z przyjacielem 

Były  więc dwa tropy. Jeden — to Bobby, lecz śledztwo w tym kierunku  wykazało, że 

cała trójka opuściła lokal na rue  Fontaine, wymieniony przez Sidonię, a odźwierna z Boule-
vard  Berthier  oświadczyło  że  brat  i  siostra  wrócili  razem,  gdyż  obudził  ją  odgłos  rozmowy. 
Zresztą Sidonia nie miała w tym interesu by zgadzać się na zabicie kury znoszącej złote jajka  

Pozostawał więc trop zwolnionego służącego, którego alibi na wszelki wypadek trzeba 

było ustalić Tymczasem przyszła mi inna myśl do głowy. Uzbroiwszy się w niedopałek cyga-
ra, poszedłem do fabryki tytoniu przy ulicy Charenton i poprosiłem jednego z ekspertów, by 
mi  określił  pochodzenie  tego  niedopałka.  Obejrzawszy  go  dokładnie  znawca  oświadczył,  że 
jest  on  pochodzenia  włoskiego,  prawdopodobnie  jest  to  resztka  jednego  z  owych  „mezzi 
toscani”, które są w sprzedaży we wszystkich paryskich sklepach tytoniowych. 

To objaśnienie dodało mi otuchy. Pomyślałem, że ów  Gino Tarelli (zanotowałem jego 

nazwisko) znał lepiej niż ktokolwiek zwyczaje swego pana; wiedział, że okno pokoju kucha-
rki wychodziło na podwórze, nie mogła więc nic słyszeć; znał na pamięć rozkład mieszkania. 
Bez  wahania,  pomimo  ciemności  poszedł  do  łazienki  położonej  na  końcu  korytarza;  musiał 
wiedzieć, gdzie znajdowało się srebro stołowe i bibeloty, które zamierzał ukraść; wreszcie nie 
był to bandyta zawodowy, nie przyszedł z zamiarem zabicia. Technika zbrodni świadczyła, że 
popełnił ją przypadkowy morderca. Im więcej się nad tym zastanawiałem, tym silniej czułem, 
że jestem na właściwym tropie. 

Ale  gdzie  i  jak  go  odnaleźć?  Najpierw  wysłałem  na  zwiady  kolegę  Bagnoli.  W  mini-

sterstwie pracy i w biurze cudzoziemców w Prefekturze z łatwością znalazł jego ślady, ale w 
skorowidzu pokoi umeblowanych me znaleźliśmy  nic, Tarelli musiał podać fałszywe nazwi-
sko. Rozesłano jego fotografie do właścicieli pokoi umeblowanych w dzielnicach zamieszka-
łych przez Włochów. Nikt go nie znał. To wszystko umocniło mnie w podejrzeniach. Gdzież 

background image

więc  sypiał  ten  Tarelli?  Przeglądając  raz  jeszcze  jego  generalia  spostrzegłem  następującą 
uwagę — antyfaszysta. Wywnioskowałem z tego, że musiał należeć do jakiejś grupy polity-
cznej  „fuorusciti”  (uchodźców)  i  najprawdopodobniej  znalazł  schronienie  u  któregoś  ze 
swych rodaków. Z tą chwilą poszukiwania stawały się znacznie łatwiejsze, gdyż policji znane 
są  te  grupy  polityczne  i  ich  kryjówki.  Mamy  nawet  specjalnych  szpiclów,  którzy  nad  nimi 
czuwają. 

Przed upływem czterdziestu ośmiu godzin Bagnoli przyszedł mi oznajmić, że osobnik, 

odpowiadający rysopisowi Tarelliego, a używający nazwiska Morello, mieszka w norze przy 
pasażu  Dubail,  u  uchodźcy  nazwiskiem  Bertoni,  znanego  bojownika  antyfaszystowskiego, 
skazanego przez sądy rodzime na wygnanie. Przygotowaliśmy ujęcie byłego służącego. Aby 
uniknąć  przykrego  wypadku:  nieoczekiwanej  obrony,  strzałów  rewolwerowych,  pchnięć  no-
żem lub innych komplikacji, postanowiliśmy ująć go w chwili, gdy będzie szedł na obiad do 
małej  restauracyjki  mieszczącej  się  naprzeciw  pasażu  Dubail,  po  drugiej  stronie  ulicy.  Tam 
właśnie,  sącząc  aperitif  przy  barze  czekaliśmy  na  niego.  W  momencie,  gdy  podszedł  do 
właściciela-rodaka, by się z nim przywitać, zapytałem go uprzejmie: 

— Przepraszam, zdaje mi się, że pana poznaję. Pan się nazywa Gino Tarelli? 
Drgnął, ale nic nie odpowiedział. 
— Jestem inspektorem działu cudzoziemskiego. Zechce mi pan pokazać swój paszport? 
— Ja ... ja go zgubiłem ... — wybąkał. 
— W takim razie pozwoli pan ze mną do Prefektury. 
Poszedłem pierwszy. Na progu sądząc, że jestem sam, Tarelli rzucił się do ucieczki. Ale 

w tej chwili Bagnoli, silny jak Herkules zaszedł go od tylu, podniósł go z ziemi jak dziecko i 
zaniósł  do  naszej  taksówki.  Nim  właściciel  baru,  klienci  i  przechodnie  zdołali  ochłonąć  ze 
zdziwienia, byliśmy już daleko. 

Przez całą drogę nikt nie wyrzekł słowa. Tarelli siedział między nami, obydwaj trzyma-

liśmy go pod ręce. Przyglądałem mu się spod oka; z napięciem w twarzy patrzył wprost przed 
siebie.  Był  wysoki,  chudy,  bardzo  czarny  i  starannie  uczesany,  jak  przystoi  służącemu  z 
eleganckiego  domu.  Twarz  miał  kościstą  i  orli  nos.  Czy  istotnie  trzymamy  winnego?  Czy 
zdoła się usprawiedliwić, dlaczego ukrywa się? Moje poszlaki były  dosyć wątłe. Nie można 
oskarżać człowieka na podstawie tego jedynie, że pali swoje krajowe cygara i że zna zwycza-
je pana domu. A nawet gdyby miał trudności z wykazaniem swego alibi, to jeszcze nie prze-
sądza o jego winie. 

Ostatecznie,  jeżeli  Tarelli  zachowa  zimną  krew  i  spokój,  to  czy  jest  winny,  czy  nie, 

trudno  nam  będzie  zaaresztować  go.  To  prawda,  że  usiłował  uciec,  lecz  można  to  wytłuma-
czyć instynktownym odruchem samoobrony cudzoziemca ukrywającego się z powodów poli-
tycznych. 

Zajechaliśmy na Quai des Orfèvres. Weszliśmy do mojego gabinetu i dla wypróbowania 

jego reakcji postanowiłem uderzyć od razu i na oślep, aby nie dać mu czasu na opamiętanie 
się. 

— Gino — rzekłem do niego nagle — koniec z tobą. Nie masz potrzeby wypierać się, 

bo mamy dowody. To ty zamordowałeś swego byłego pracodawcę, Jana de Sailly. 

Efekt tych słów był piorunujący. Włoch zbladł, ręce zaczęły drżeć. Usiłował powiedzieć 

coś, ale zdołał tylko westchnąć, głowa opadła mu bezwładnie na piersi. 

Było to przyznanie się. 
Brygadier Bagnoli podniósł mu głowę i wlał w usta kieliszek rumu. 
Gdy Tarelli odzyskał przytomność, zaczął mówić. Nie potrzebowałem go nawet pytać. 

Opowiedział  wszystko  sam,  jak  człowiek,  który  ugiął  się  pod  ciężarem  swego  czynu  i  musi 
się z niego wyspowiadać. 

Pochodził z rodziny uczciwych rolników piemonckich i przyjechał do Paryża, gdyż był 

wrogiem  reżimu  Mussoliniego.  Próbował  pracy  w  różnych  źle  płatnych  zawodach.  By  mieć 

background image

zapewnione mieszkanie i utrzymanie, przyjął w grudniu służbę u Jana de Sailly. Miejsce było 
dobre,  gdyż  de  Sailly  płacił  sporo,  lecz  był  wymagający  i  brutalny.  Pewnego  dnia  Tarelli, 
którego  mocno  zrugał,  stracił  cierpliwość  i  z  właściwym  sobie  narodowym  temperamentem 
postawił mu się ostro. Zwolniony, błądził po Paryżu, nie mogąc znaleźć pracy. 

Po dwóch tygodniach takiego życia, kiedy przejadł już wszystkie pieniądze, zdecydował 

się  na  kradzież. Wiedział,  że  de Sailly  trzymał  zawsze  kilka  tysięcy  franków  na  bieżące  po-
trzeby  domowe  w  sekretarzyku,  nie  mówiąc  o  srebrze  i  cennych  drobiazgach.  Krytycznej 
nocy, siódmego lutego, Gino przyczaił się czekając, aż ruch uliczny osłabnie. Jego to właśnie 
widział  właściciel  kiosku  z  wodą  sodową.  Wsunął  się  chyłkiem  do  mieszkania  i  zamierzał 
właśnie  włamać  się  do  sekretarzyka,  kiedy  zobaczył,  że  przed  domem  zatrzymało  się  auto. 
Schronił się więc w łazience, wypalił tam połówkę cygara, po czym nie słysząc już żadnego 
odgłosu,  gdyż  pan  jego  zasnął,  wszedł  do  jadalni,  zabrał  srebro  stołowe,  czarkę  złotą  i  inne 
drobiazgi  i  schował  je  do  przyniesionej  w  tym  celu  torby.  Wśliznął  się  do  sypialni.  W  pół-
mroku dostrzegł Jana de Sailly, śpiącego w ubraniu. 

Pomyślał,  że  pan  musiał  być  mocno  pijany  i  jak  stał,  tak  rzucił  się  na  łóżko.  W  tym 

momencie dosłyszał trzeszczenie łóżka i zobaczył, że śpiący poruszył się. Przerażony, nie ma-
jąc broni (co było najlepszym dowodem, powiedział, że nie miał zamiaru mordować), chwycił 
statuetkę i uderzył nią ze wszystkich sił. Gdy wydało mu się, że de Sailly już nie żyje, opadł 
na  fotel  wyczerpany,  drżący  i  przerażony  swą  niespodziewaną  zbrodnią.  Siedział  tak  jakiś 
czas,  po  czym  instynkt  samozachowawczy  przywróci  mu  równowagę:  poszedł  do  łazienki 
umyć się. Wrócił do sypialni, postanowił uciec z Paryża i przekroczyć granicę. 

Ale  jak?  Sprzedać  srebro?  Byłoby  to  wielką  nieostrożnością,  zresztą  nie  znał  żadnego 

pasera. Miał już ochotę zostawić skradzione przedmioty, które stały się teraz bardzo kompro-
mitujące.  Jedynie  płynna  gotówka  z  sekretarzyka  mogła  mu  się  przydać.  Mimo  że  świt  już 
przebłyskiwał  w  oknie,  wyjął  narzędzia.  by  włamać  się  do  sekretarzyka,  ale  już  przy  pier-
wszym ruchu zauważył, że sekretarzyk nie był nawet zamknięty na klucz. 

Był pusty. Na próżno szperał gorączkowo po wszystkich szufladkach i schowkach. Nic, 

ani  jednego  papierka!  Wówczas  zawiedziony,  niespokojny,  cały  w  potach,  wyskoczył  przez 
okno  salonu,  przez  które  przed  dwiema  godzinami  wpełznął.  Przede  wszystkim  ukryć  się. 
Udał się do swego rodaka Bertoni i opowiedział mu bajeczkę, że grozi mu śmierć z rąk bandy 
faszystowskiej,  że  musi  zatem  zniknąć  na  parę  dni,  a  potem  zwiać  do  Brukseli,  gdzie  przy-
rzeczono mu pracę. Nazajutrz udało mu się sprzedać srebro i złotą czarkę za kilkaset franków 
tandeciarzowi z tej dzielnicy. Ale gdy przeczytał dzienniki donoszące o morderstwie, zdziwił 
się  dowiedziawszy  się,  że  w  kantorku  znajdowało  się  sto  dwadzieścia  tysięcy  franków. 
Wywnioskował z tego, że w zdenerwowaniu musiał źle szukać i że ta olbrzymia suma ukryta 
była w jakiejś sekretnej szufladzie.  

Tak brzmiało opowiadanie Gina Tarelli, które z wyjątkiem fragmentu odnoszącego się 

do  stu  dwudziestu  tysięcy  franków  wydało  nam  się  wiarogodne.  Byliśmy  przekonani,  że 
morderca  ukrył  gdzieś  tę  sumę  w  nadziei,  że  po  odsiedzeniu  kary  będzie  mógł  ją  podjąć  i 
zużytkować na ewentualną ucieczkę. Rzeczywiście powiedział nam, że ponieważ działał bez 
premedytacji i ma czystą przeszłość, ma nadzieję, że nie dostanie więcej jak dwadzieścia lat 
ciężkich robót. 

Otrzymałem  gratulacje  od  zwierzchników  z  powodu  szybkiego  ujęcia  zbrodniarza  i 

rzeczy potoczyły się zwykłym trybem. Śledztwo nie nastręczało żadnych trudności, ponieważ 
winny przyznał się do zbrodni. W trzy miesiące później, to znaczy przed dwoma tygodniami, 
naznaczony został na dziesiątego czerwca termin rozprawy przed sądem przysięgłych. 

Na  drugi  dzień  po  naznaczeniu  terminu  rozprawy  otrzymałem  w  biurze  telefon  od 

niejakiego  doktora  Brancion,  który  oświadczył,  że  pragnie  widzieć  się  ze  mną  w  sprawie 
morderstwa  Jana  de  Sailly.  Odpowiedziałem,  że  śledztwo  jest  już  dawno  zakończone,  gdyż 
zbrodniarz przyznał się do winy. Wobec tego szkoda, by tracił czas na przyjazd do Prefektury 

background image

Policji.  Ale  mój  rozmówca  tak  nalegał,  bym  go  przyjął,  że  przez  grzeczność  ustąpiłem  i 
powiedziałem mu, że go oczekuję. 

W  dwadzieścia  minut  później  wprowadzono  go  do  mego  gabinetu.  Był  to  człowiek 

około czterdziestki, o jasnym, przenikliwym spojrzeniu. Zrobił na mnie dobre wrażenie. 

— Otóż, proszę pana — zaczął siadając naprzeciw mego biurka — wiem doskonale, że 

sprawa de Sailly jest całkowicie wyświetlona w oparciu o zeznanie winnego i dowody zbro-
dni. Nie wiem, czy szczegół, jaki przynoszę, okaże się dla pana użyteczny, ale po zastanowie-
niu uznałem za swój obowiązek podać go do pańskiej wiadomości. 

— W takim razie, doktorze — zauważyłem — daruje pan, ale dziwię się, że tak długo 

pan zwlekał. 

— To opóźnienie — odparł — spowodowała moja nieobecność. W Paryżu zajmuję się 

medycyną ogólną i prowadzę praktykę, by zarobić na życie własne i licznej rodziny, lecz za-
wsze pasjonowały mnie badania laboratoryjne. Specjalizowałem się w leczeniu zarazy moro-
wej i odkryłem już przeciw niej kilka szczepionek, które, jak dotąd, tylko ja umiem zaszcze-
piać. Przy leczeniu tej choroby obecność moja jest niezbędna. 

Cały  czas  gdy  mówił,  zastanawiałem  się,  jaki  —  do  diabła  —  związek  może  mieć 

zaraza morowa ze sprawą de Sailly. Ale on zdawał się nie dostrzegać mego widocznego zdzi-
wienia i ciągnął dalej: 

— Siódmego lutego, gdzieś koło godziny ósmej wieczór, otrzymałem depeszę od rządu 

perskiego z zawiadomieniem, że w prowincji Iraku wybuchła silna epidemia zarazy morowej. 
Ofiarowano mi kwotę równającą się 250 000 naszych franków, jeżeli zgodzę się natychmiast 
przyjechać  i  zażegnać  epidemię.  Możliwość  przeprowadzenia  tak  ciekawego  eksperymentu 
naukowego  i  to  na  wielką  skalę  w  połączeniu  z  bajecznym  honorarium  była  zbyt  kusząca, 
bym się mógł wahać. Postarałem się o zastępcę na przeciąg trzech miesięcy, przygotowałem 
wszystkie  potrzebne  leki  i  bagaż,  zamówiłem  telefonicznie  miejsce  w  Orient-Ekspresie.  Na 
tych wszystkich dosyć skomplikowanych przygotowaniach zeszło mi mniej więcej aż do pół 
do drugiej. 

— Już miałem się położyć — ciągnął dalej — by chociaż z pięć godzin odpocząć przed 

podróżą, kiedy zadzwonił telefon. Wzywano mnie do łoża dawnej klientki i wielkiej przyja-
ciółki, która zatruła się grzybami. Mieszkam na końcu bulwaru Malesherbes, a moja klientka 
na  rue  de  Prony.  Nie  było  czasu  do  stracenia.  Zeszedłem  na  dół,  wyprowadziłem  z  garażu 
wóz i pojechałem pełnym gazem na rue de Prony, przez Boulevard Malesherbes i avenue de 
Villiers. 

—  Przejeżdżając  koło  rue  Henri  Rochefort  skręciłem  na  prawo  i  zwolniłem,  gdyż 

zauważyłem w tym miejscu czerwone światło i ogrodzenia, naprawiano właśnie część jezdni. 
I  oto  nagle  mój  motor  zaciął  się.  Prawie  jednocześnie  zauważyłem  zatrzymujące  się  auto. 
Zagrodzenie  na  jezdni  zasłaniało  mój  wóz.  Gdy  próbowałem  go  uruchomić,  zobaczyłem 
wysiadające z tamtego auta trzy osoby. Jakiegoś mężczyznę prowadziło dwoje ludzi: kobieta 
pod  lewe  ramię,  drugi  mężczyzna  pod  prawe.  Ów  mężczyzna  otworzył  kluczem  bramę 
małego pałacyku i wszyscy troje zniknęli wewnątrz. 

— W tej chwili udało mi się uruchomić mój motor, wsiadłem i przejeżdżając przez rue 

Henri Rochefort zobaczyłem światło w parterowych oknach i cienie ludzi poruszające się za 
firankami. Nie przywiązywałem żadnej wagi do tego wydarzenia — miałem zresztą pilniejsze 
kłopoty na głowie — i nazajutrz wcześnie rano wsiadłem w pociąg do Teheranu. Moja nieo-
becność  trwała  trzynaście  tygodni,  podczas  których  tak  byłem  pochłonięty  wyczerpującą 
pracą,  że  nie  mogłem  myśleć  o  niczym  innym.  Dopiero  trzy  dni  temu,  wracając  do  Paryża, 
przeczytałem  o  naznaczeniu  terminu  sprawy  de  Sailly  i  o  głównych  elementach,  na  których 
oparte zostało oskarżenie. Wówczas przypomniałem sobie to, co widziałem w nocy z 6 na 7 
lutego i pomyślałem, że moje zeznanie może przydać się na coś. 

— Gorąco panu dziękuję, doktorze — odpowiedziałem. — Wnosi pan nowy i ciekawy 

background image

szczegół do tej sprawy, szczegół, którego konsekwencji nie widzę na razie, ale który zasługu-
je na rozpatrzenie. 

A więc Sidonia i Bobby nie powiedzieli prawdy. Oświadczyli, że Jan de Sailly odwiózł 

ich do domu, po czym wrócił sam na rue Henri Rochefort. Jaki był cel tego kłamstwa? 

Jednego z mężczyzn w tej trójce podtrzymywało dwoje towarzyszy. Kogo? Oczywiście 

Jana,  prawdopodobnie  mocno  pijanego,  którego  tamci  zaprowadzili  do  pokoju  i  ubranego 
położyli  na  łóżku.  Po  czym  odeszli.  By  się  dostać  do  wnętrza  pałacyku,  Bobby  mógł  tylko 
sięgnąć po klucz do kieszeni towarzysza. 

Ale  w  takim  razie,  dlaczego  nie  powiedzieli  tego?  Dlaczego  ukryli  ten  moment,  który 

nie miał w sobie nic karygodnego? 

Jeżeli  skłamali,  to  znaczy,  że  coś  się  pod  tym  kryło.  Ale  co?  Co  takiego  robili  w  tym 

mieszkaniu,  że  uważali  za  stosowne  zataić  ten  fakt?  Nie  znajdowałem  odpowiedzi  na  to 
pytanie, gdyż inny fakt, w założeniu fałszywy, zasłaniał mi rozwiązanie. 

Ale  zrozumiałem.  Od  początku  twardo  staliśmy  na  stanowisku,  że  Tarelli  kłamał  mó-

wiąc,  że  w  sekretarzyku  nic  nie  znalazł.  Jeżeli  powiedział  prawdę,  kłamstwo  Sidonii  tłuma-
czyło się, wszystko stawało się jasne, wiązało się logicznie. To Bobby mając przy sobie pęk 
kluczy  pijanego  Jana,  otworzył  sekretarzyk  i  przywłaszczył  sobie  sto  dwadzieścia  tysięcy 
franków.  I  oto  dlaczego  sekretarzyk  ustąpił  tak  łatwo.  Bobby  po  prostu  zapomniał  go  za-
mknąć. 

Czy  Sidonia  i  Bobby  wiedzieli,  że  tam  jest  ta  suma?  Prawdopodobnie.  De  Sailly,  jak 

wszystkie  lekkoduchy,  nie  omieszkał  opowiedzieć  swej  kochance  i  pochwalić  się  przed  nią, 
że tak dobrze sprzedał jeden ze swych folwarków. Oprócz tego nie byliby oni popełnili takie-
go głupstwa, żeby kraść te dwa czy trzy tysiące, jakie normalnie leżały w kantorku.  

Lecz jeżeli wiedzieli o istnieniu tej sumy, jeżeli od razu postanowili zagarnąć ją z uwagi 

na to, że Jan w tym stanie nie mógł im przeszkodzić, to przecież zanadto byli inteligentni, by 
nie zdawać sobie sprawy z niebezpiecznej lekkomyślności takiej kradzieży. Rzecz jasna, że w 
kilka  godzin  później,  po  przebudzeniu,  Jan  stwierdziwszy  zniknięcie  pieniędzy  byłby  ich 
natychmiast oskarżył i kazał zaaresztować. Bo przecież nie mogli przewidzieć, że trzeci zło-
dziej, ukryty w danym momencie w jadalni, posłuży im za kozła ofiarnego. 

A więc po co ta kradzież? I  co się  właściwie  wydarzyło? Doprawdy, ta sprawa zaczy-

nała przybierać całkiem inny obrót. 

Czy Bobby uśpił albo otruł Jana de Sailly, aby go okraść? Czy Sidonia pogodziła się z 

dokonanym przestępstwem, bo mogła na nim skorzystać? Czy też oboje, brat i siostra, wspó-
lnie ukartowali wszystko? Jeżeli tak, jeżeli była tu zbrodnia, w takim razie nie żywego czło-
wieka podtrzymywali oboje wspólnicy, na rue Henri Rochefort o drugiej w nocy, ale trupa! 

W takim razie służący zamordował nieboszczyka, jeżeli można się tak wyrazić. Nie był 

więc winny zabójstwa, gdyż prawo nie karze, nie może karać za sam zamiar zabicia. 

Z  łatwością  odtworzyłem  sobie  tę  scenę.  Służący-złodziejaszek  usłyszał  skrzypnięcie 

pod  swymi  własnymi  krokami  w  ciemnościach,  pod  wpływem  strachu  był  przekonany,  że 
widzi jak śpiący porusza się, wtedy uderzył. 

Był to wypadek niezwykły, chyba bez precedensu w kronikach sądowych. 
Wezwałem brygadiera Bagnoli, który pracował w sąsiednim pokoju. Powiadomiłem go 

o  nowych  elementach  sprawy  i  postanowiliśmy  jak  najprędzej  przesłuchać  Roberta  Jaboule, 
zwanego Bobby. Należało ostrożnie podejść do niego, gdyż dzięki skradzionej sumie mógł się 
nam prześliznąć pomiędzy palcami i sfrunąć za granicę. Nie wezwaliśmy go zatem do Prefe-
ktury. Fabert, który znał Montmartre na wylot, wskazał nam nocną knajpę, gdzie młodzieniec, 
oficjalny  kochanek  właścicielki  lokalu,  dawnej  tancerki,  był  obecnie  stałym  bywalcem. 
Knajpa dosyć podejrzana, w której handlowano narkotykami. 

Fabert czuwał nad poruszeniami Bobby i około północy telefonicznie dał znać, że znaj-

dziemy go „Pod Szympansem” (taka była nazwa tego lokalu). Gdyśmy tam weszli, lokal był 

background image

zatłoczony, Bobby siedział na wysokim stołku przy barze i sączył cocktail. Zbliżyłem się do 
niego  i  poprosiłem  go  o  kilka  minut  rozmowy  pod  pretekstem  wyjaśnienia  pewnych  szcze-
gółów. Zachowywał się swobodnie i trochę jak u siebie w domu: zaprowadził nas na pierwsze 
piętro, do osobnego gabinetu. Bobby, którego widziałem raz tylko podczas śledztwa, miał w 
sobie naprawdę niepokojący wdzięk: dwadzieścia dwa lat, tors efeba, twarz anioła prerafaeli-
ckiego z błękitnymi oczyma. Spojrzenie tych oczu było jednak trochę mętne, jak u ludzi od-
dających się różnego rodzaju nałogom. 

—  Potrzebuję,  młodzieńcze  —  rzekłem  do  niego  dobrodusznym  tonem  —  pewnych 

dodatkowych wyjaśnień, których brak w pańskim zeznaniu. Pan mianowicie zeznał, że Jan de 
Sailly  odwiózł  was,  pana  i  siostrę,  do  waszego  mieszkania  na  Boulevard  Berthier.  W  jakim 
stanie się znajdował? 

—  W  jakim  stanie?...  Ależ...  w  takim  jak  ja...  To  znaczy  w  normalnym  swoim  stanie, 

gdyż co wieczór pochłanialiśmy sporą ilość napojów. 

— Chce pan powiedzieć, że byliście przepisowo zalani. 
— Och, to znów nie! Wie pan... po północy jest się zawsze mniej lub więcej zawianym. 

Ale trening, rozumie pan...  

— Rozumiem. Pytam pana dlatego... (tu skłamałem, aby wiedzieć, jak zareaguje), dlate-

go  że  kucharka  przesłuchana  powtórnie  utrzymuje  teraz,  iż  słyszała  rozmowę  w  chwili,  gdy 
jej pan wrócił do domu. 

Młody  człowiek  drgnął  silnie,  coś  zamigotało  w  jego  oczach  i  wpatrzył  się  we  mnie, 

jakby chciał przeniknąć mą myśl. 

—  A  czy  nie  odprowadziliście  przypadkiem  Jana  de  Sailly  do  mieszkania?  Do  sypia-

lni... by pomóc mu przy rozbieraniu się? 

— Nic podobnego! — zawołał — Anetta była rozespana i musiało się jej to przyśnić. 
— Niech pan sobie przypomni! — nalegałem. 
— Zapewniam pana, panie inspektorze, że to nieprawda: Jan de Sailly wrócił do domu 

zupełnie sam. 

— Kłamie pan, młodzieńcze. Niech pan uważa! 
— Zaręczam panu... 
— Niech się pan zastanowi, że to nie jest wcale zbrodnią odprowadzić do domu przyja-

ciela,  który  niedobrze  się  czuje.  Znacznie  gorszą  natomiast  rzeczą  jest  kłamać,  bo  wówczas 
najniewinniejszy  fakt  nabiera  podejrzanego  wyglądu.  No,  panie  Robercie  Jaboule,  śmiało! 
Niech nam pan wyzna prawdę... Milczy pan? Dobrze. W takim razie niech się pan dowie, że 
mam naocznego świadka. Widziano pana. 

— To nieprawda. Stanowczo zaprzeczam. — Zbladł, a grymas niepokoju skrzywił jego 

ładną twarz. 

—  Widziano  cię,  Bobby  —  przerwałem  mu  brutalnie  —  jak  razem  ze siostrą  podtrzy-

mywaliście bezwładnego de Sailly, wciągnęliście go do domu i weszliście z nim razem; wi-
dziano was nawet później, w jasno oświetlonym mieszkaniu. Prędko, przyznaj się! Odurzyłeś 
go  i  otrułeś,  żeby  mu  zgrandzić  grubą  forsę,  sto  dwadzieścia  tysięcy  papierków!  Bo  dobrze 
wiedziałeś, że właśnie tego dnia podjął je u notariusza... 

— Panie inspektorze, przysięgam panu... ja go nie zabiłem... jestem niewinny... Sidonia 

także. Wszystko panu opowiem. Otóż zażywaliśmy wszyscy troje kokainę; szóstego lutego po 
pijaństwie  przyszliśmy  tutaj,  do  tego  samego  pokoju  Byliśmy  już  prawie  pijani.  Powąchali-
śmy trochę proszku. Nagle Jan powiedział, że w głowie mu się kręci. Wtedy zeszliśmy na dół, 
było już pół do drugiej, klienci poszli. Wsadziliśmy Jana do wozu, Sidonia siadła przy kiero-
wnicy. W drodze jęczał. Powiedział do mnie: „idź po doktora”. 

— Potem — mówił szybko Bobby — nagle przestał jęczeć. Potrząsam nim, mówię do 

niego, nie odpowiada. Mówię do Sidonii: „Kiepsko z nim. Połóżmy go zaraz. Trzeba zatelefo-
nować  po  lekarza”.  Przyjechaliśmy  na  rue  Henri  Rochefort,  wyjmuję  mu  klucze  z  kieszeni, 

background image

wleczemy go do pokoju, kładziemy go w ubraniu na łóżku, rozpinam mu kołnierzyk, kamize-
lkę, przykładam ucho: serce nie bije. Mówię do Sidonii: „Rany Boskie, zdaje się, że umarł”. 
Patrzymy  na  niego  przerażeni.  Próbuję  lusterkiem  —  nie  oddycha.  Koniec.  Pewnie  skrzep. 
Skutek  narkotyku.  Trafiają  się  podobno  takie  wypadki.  Co  robić?  „Jeżeli  tu  zostaniemy  — 
mówię do siostry — będziemy mieli przykrości. Trzeba wiać i to jak najprędzej”. Ale Sidonia 
odzyskała już zimną krew i odpowiada mi: 

— Słuchaj, Bobby, pewnie, że mi przykro. Jan był dobrym chłopcem, podobał mi się i 

wiesz dobrze, że byłam mu wierna. Ale zdajesz sobie sprawę, że to, co mnie czeka, jest okro-
pne. Trzy miesiące temu, zanim go spotkałam, głodowałam po prostu. A co się teraz ze mną 
stanie?  Trzeba  będzie  znowu  wrócić  do  knajp  nocnych,  a  takiego  forsiastego  frajera  już  nie 
znajdę. A tymczasem, gdybyś tylko zechciał... 

— Gdybym co zechciał? 
— Wówczas ona opowiada mi, że właśnie po południu Jan podjął przeszło sto tysięcy 

franków u swego notariusza, banki były zamknięte, bo sobota, i na pewno tę sumę schował do 
sekretarzyka, że nic łatwiejszego, bo mamy jego klucze. Nikt się o niczym nie dowie, bo ani 
pies  z  kulawą  nogą  nas  nie  widział.  Powiemy,  że  Jan  odwiózł  nas  na  Boulevard  Berthier,  a 
potem miał wrócić do siebie. Co do jego śmierci, nie ma się czego bać. Lekarz sądowy musi 
przecie stwierdzić nagły  zgon na skutek nadmiernego wchłonięcia kokainy. My zaświadczy-
my, nie będziemy wcale ukrywali tego, że razem z nim wąchaliśmy proszek dzisiejszej nocy 
„Pod Szympansem”. Jeżeli policja dowie się o istnieniu tej forsy i zaniepokoi się jej zniknię-
ciem, my mamy  alibi: nie możemy wiedzieć,  co  się stało na rue Henri Rochefort, to nas nie 
dotyczy... A zresztą — powiedziała na końcu siostra - Jan był hojny. Te pieniądze i tak na pe-
wno byłby wydał ze mną. To tak jakbym odziedziczyła po nim. Nie miał ani sióstr, ani braci. 
Biorąc więc te dychy, nie robimy nikomu krzywdy. 

— Co pan chce, panie inspektorze, uległem, jak wielu innych zrobiłoby na moim miej-

scu.  Taki  majątek  był  tuż  obok,  pod  ręką.  Nie  jestem  świętym.  A  przy  tym  nie  umiem  nic 
robić. Nie jestem wiele wart wiem o tym... próbowałem jednak pracować... nie wychodziło... 
nie  mam  zdolności  do  tego.  Ale  nie  jestem  złodziejem,  panie  inspektorze!  Ukradłem, 
owszem.  Ale  to  nie  to  samo.  W  każdym  razie  przysięgam  panu,  że  powiedziałem  prawdę. 
Może  mnie  pan  nazwać  złodziejem,  jak  pan  chce...  złodziejem  przypadkowym,  panie  inspe-
ktorze!... Ale nie jestem mordercą. Co to, to już nie! 

— Jaboule, niech mnie pan dobrze słucha. Aresztuję pana za kradzież i każę zaareszto-

wać pańską wspólniczkę. Jesteście oboje nędznikami. Popełniliście coś gorszego niż kradzież: 
pozwoliliście na skazanie Gina Tarelli za morderstwo i przez was mógł głową zapłacić za nie-
istniejącą zbrodnię! 

— Gdyby miał być skazany na śmierć, zaręczam panu, że byłbym powiedział. 
— Czyżby? A gdyby został skazany na dożywotnie więzienie, byłby pan siedział cicho, 

zadowolony, że znalazł kozła ofiarnego i pozwoliłby pan posłać na dożywotnie galery bieda-
ka, który ukradł kilka nakryć srebrnych! 

Bobby spuścił głowę. 
—  Całe  nieszczęście  —  dodałem  —  że  prawo  nie  karze  za  zbrodnię  przemilczenia. 

Dostaniecie  oboje  z  siostrą  od  dwu  do  pięciu  lat  więzienia.  A  to  o  wiele  za  mało  za  taką 
nikczemność. 

Oto  moja  historia.  Tarelli  odsiedzi  jedynie  karę  za  udowodnioną  kradzież.  Gdy  mu 

oznajmiłem, że zabił nieboszczyka, myślałem, że mnie ucałuje! W każdym razie, jeśli chodzi 
o omyłki sądowe, to ta była rzeczywiście niezwykła. 
 

Tłumaczyła Halszka Wiśniowska 

 
 

background image

 
 

SPIS TREŚCI 

 
 
 

Marynarz z Amsterdamu   (Guillaume Apollinaire)  

 

 

02 

 

Inspektor Mical śledzi   (Alfred Mortier) 

 

 

 

 

04