background image

 

1

TRINE ANGELSEN 

 

RYWALKI 

 

SAGA CÓRKA MORZA VI 

 
Rozdział 1 
 
 

Elizabeth stała jak skamieniała i patrzyła przed siebie. Była pewna, że widziała orszak 

ż

ałobny, tak samo jak poprzednio. Gdyby udało jej się o tym nie myśleć, zachowywać się, jak 

gdyby  nigdy  nic,  nic  by  się  nie  stało,  pomyślała.  Uchwyciła  się  na  moment  tej  myśli,  lecz 
zaraz uświadomiła sobie okrutną prawdę: ktoś umrze. Nie wiedziała jednak, kto. 
 

Nagle poczuła łzy, które spłynęły do kącików jej ust. Nie zrobiła jednak nic, żeby je 

wytrzeć.  Zacisnęła  dłoń  i  zagryzła  kostki,  by  stłumić  szloch.  Wtedy  poczuła  na  ramieniu 
czyjąś ciężką dłoń i drgnęła ze strachu. 
 

- O, Jakob! Ale mnie przestraszyłeś! – Szybko otwarła twarz. 

 

- Płaczesz? – spytał zaskoczony. 

 

Czy  może  mu  powiedzieć  prawdę?  –  zastanawiała  się,  szukając  jakiegoś  wykrętu. 

Mogłaby się wyłgać, mówiąc, że myślała o Jensie albo… Nie, nie powinna kłamać, zwłaszcza 
o zmarłych. Zwilżyła usta i głęboko zaczerpnęła powietrza, zanim odpowiedziała pytaniem: 
 

- Pamiętasz, jak ci mówiłam, że miewam wizje? 

 

- Mhm – odparł i skinął głową. 

 

-  Widziałaś  coś  przed  chwilą.  Orszak  żałobny.  Ktoś  umrze,  Jakob!  –  Musiała  kilka 

razy przełknąć ślinę, żeby powstrzymać płacz. 
 

Przyglądał się jej badawczo. 

 

- Jesteś pewna? – zapytał. – Może tym razem oznacza to coś innego? 

 

Dosłyszała  w  jego  głosie  błaganie  i  odczuła  pokusę,  żeby  przytaknąć,  ale  nie  mogła 

tego zrobić. Teść nie zasłużył sobie na to, żeby go okłamywać, musiał poznać prawdę. 
 

- Nie, Jakob. Już wcześniej przytrafiło mi się coś takiego. – Naciągnęła mocniej chustę 

na  ramionach,  bo  wiał  nieprzyjemny  wiatr.  Siąpiła  też  mżawka,  ale  było  jej  to  obojętne.  – 
Miałam  podobną  wizję  przed  śmiercią  Ragny.  –  Wstrzymała  oddech.  Bała  się  spojrzeć 
teściowi w oczy, obawiając się jego reakcji. 
 

- Widziałaś Ragnę? – spytał przerażony. 

 

- Nie, tylko orszak żałobny na drodze. – Zerknęła na Jakoba i zobaczyła, że pobladł, a 

jego wzrok znieruchomiał. 
 

- Biedactwo. Należałoby ci tego oszczędzić – rzekł ze współczuciem i poklepał ją po 

ramieniu. – Ale czy jesteś pewna, że… 
 

- Wiem, co widziałam – przerwała mu. Nagle ogarnął ją strach, że teść nie wierzy w 

to, co mu powiedziała. 
 

-  Nie  zawsze  da  się  zrozumieć  zmysły.  Stwórcy  –  stwierdził.  –  Dlaczego  pozwala, 

ż

ebyś miała takie wizje? Jaki jest w tym sens? 

 

Elizabeth odwróciła się do niego. 

 

- Boję się – wyznała. – Bo nie wiem, kto będzie następny. 

 

-  Powinnaś  się  raczej  cieszyć,  że  tego  nie  wiesz  –  zauważył  rozsądnie.  –  Wyobraź 

sobie, co by było, gdybyś to mnie zobaczyła? 
 

Elizabeth zadrżała. 

 

-  Rozumiem,  co  masz  na  myśli  –  odparła,  wodząc  wzrokiem  za  Ane,  która  dreptała 

obok i zbierała kamyki. 

background image

 

2

 

- Mam Moją Pusię – oznajmiła nagle dziewczynka i spojrzała na dziadka, zadzierając 

główkę. 
 

- Co mówisz? – spytał i kucnął przed nią. 

 

-  Dostała  w  Dalsrud  kotka,  którego  najpierw  nazywała  Mójkocio,  a  teraz  mówi  na 

niego Moja Pusia – wyjaśniła Elizabeth. 
 

Słuchając, jak Jakob gawędzi z Ane, powiodła spojrzeniem ponad wsią. Drzewa stały 

nagie i czarne na tle szarego jak ołów nieba, a daleko na morzu wiatr tworzył kłębki piany. 
Późna jesień to okropna pora, pomyślała. Liście już opadły, ale śnieg jeszcze nie spadł, więc 
krajobraz był czarny, mokry i smutny. W domach zrobiło się wilgotno i zimno. Zobaczyła, że 
z chaty ojca unosi się dym. 
 

Usłyszała, że Jakob coś do niej powiedział. 

 

- Mówiłeś co? – spytała. 

 

- Może byście wstąpiły? 

 

Elizabeth  nie  od  razu  odpowiedziała.  W  dole  bowiem  dostrzegła  Mathilde,  która 

wiązała przy brzegi łódź. Na pewno była w odwiedzinach u córeczki, pomyślała. Coś jednak 
zaniepokoiło ją w zachowaniu dziewczyny. 
 

- Zabierz Ane do domu, ja zaraz przyjdę – odparła po chwili. 

 

- Na pewno nic ci nie jest? – zapytał. 

 

Skinęła głową. 

 

- Wszystko w porządku. 

 

Długo się je przyglądał. 

 

-  Postaraj  się  nie  myśleć  o  tym,  co  widziałaś,  Elizabeth.  –  Zamilkł  na  chwilę.  – 

Wszyscy  kiedyś  umrzemy.  Wiesz,  że  przydarzy  się  to  komuś  z  naszej  wsi,  i  rozumiem,  że 
niełatwo jest ci z tym żyć, ale… 
 

Elizabeth mi przerwała: 

 

-  Mówiłam  ci,  że  już  kiedyś  mi  się  to  przydarzyło,  więc  nie  martw  się  o  mnie.  – 

Spróbowała się uśmiechnąć. Pożałowała, że niepotrzebnie zmartwiła teścia, opowiadając mu 
o swojej wizji. 
 

Pokiwał głową, a potem wziął Ane za rękę i wszedł do domu. 

 

Elizabeth struchlała na widok zapłakanej twarzy Mathilde. 

 

-  kochana,  co  się  stało?  –  zapytała,  ocierając  łzę  z  zaczerwienionego  policzka 

dziewczyny. 
 

- Nie chcę o tym mówić – odparła Mathilde i się odwróciła. 

 

- Czy zrobiła, coś złego? 

 

Mathilde energicznie pokręciła głową. 

 

- Czy ktoś był dla ciebie niedobry? 

 

- Nie chcę o tym rozmawiać, już mówiłam. – Ponownie się rozpłakała i ukryła twarz 

w dłoniach. 
 

-  Moje  biedactwo  –  westchnęła  Elizabeth,  objęła  dziewczynę  ramieniem  i  ostrożnie 

poklepała po plecach. – Człowiekowi nie zawsze jest łatwo. 
 

- Mnie jest dzisiaj okropnie! – Mathilde pochlipywała w jej ramionach. 

 

Elizabeth zastanawiała się, co zrobić, żeby nakłonić ją do mówienia. 

 

- Jeżeli nie chcesz porozmawiać ze mną, to może zwierzyłabyś się do Dorte? 

 

- Nie, nie chcę, żeby ktoś wiedział, że płakałam. 

 

- Wiesz co…? – podjęła Elizabeth. 

 

- Co? – Mathilde podniosła wzrok. 

 

- Kiedy Marii jest smutno, to proszę ją, żeby mi powiedziała, co się stało, bo dopiero 

wtedy będę mogła zrobić wszystko, by poprawić jej humor. 
 

- I opowiada? 

 

- Tak, za każdym razem. To jak? Powiedz mi, co cię gnębi? 

background image

 

3

 

- Tak, ale nie tutaj. Zimno mi. 

 

-  To  chodźmy  do  mojej  szopy  na  łodzie.  –  Objęła  Mathilde  ramieniem  i  ruszyły 

wzdłuż brzegu. 
 

W  szopie  Elizabeth  zostawiła  otwarte  drzwi  wychodzące  na  morze,  żeby  wypuścić 

trochę świata. 
 

- Usiądźmy tutaj – zaproponowała, wskazując pustą beczkę odwróconą do góry dnem. 

–  O,  tu  masz  ściereczkę.  Wytrzyj  łzy  i  opowiedz  mi  wszystko.  na  pewno  znajdziemy  jakąś 
radę. 
 

Dziewczyna, drżąc, mocno wytarła nos, zaczerpnęła powietrza i rzekła cicho: 

 

- Tato chce oddać moje dziecko. 

 

Jej  słowa  zabolały  niczym  policzek.  Elizabeth  siedziała  jak  sparaliżowana,  ze 

wzrokiem utkwiony, w Mathilde. 
 

- Czy mogłabyś mu powiedzieć, żeby tego nie robił? – spytała dziewczyna błagalnie. 

 

Dlaczego  obiecałam,  że  znajdę  jakąś  radę,  zanim  się  dowiedziała,  o  co  chodzi?  – 

pomyślała Elizabeth, zła na siebie, i przełknęła ślinę. Musiała grać na zwłokę, bo na razie nie 
potrafiła nic wymyślić. 
 

- Jesteś pewna, że tak właśnie powiedział? – zapytała z ociąganiem. 

 

-  Najzupełniej.  Tłumaczył,  że  nie  jestem  w  stanie  zając  się  Sofie,  a  oni  nie  mają 

ś

rodków, żeby ja utrzymywać. Co to są środki? 

 

- Pieniądze – wyjaśniła Elizabeth. Powoli docierało do niej znacznie słów Mathilde. – 

Dlaczego tak postanowił? Czy coś się stało? 
 

-  Zorientował  się,  że  widziałam  się  z  Sofie,  kiedy  go  nie  było,  i  wpadł  w  złość. 

Powiedział,  że  już  ustalone,  kto  weźmie  dziecko.  Zabiorą  je  za  dwa  tygodnie.  To  już 
niedługo… 
 

-  Tak,  to  prawda  –  mruknęła  Elizabeth,  czując,  że  ogarnia  ją  gniew.  Jak  on  mógł 

zrobić coś takiego własnej córce? Wiedziała, że być może jest niesprawiedliwa, może rodzice 
Mathilde  rzeczywiście  nie  byli  w  stanie  wykarmić  jeszcze  jednego  dziecka.  Ale  jednak  to 
dziwne, że ojciec dziewczyny wpadł na ten pomysł, kiedy się zorientował, że widziała się z 
córką. Może chciał ją trzymać z dala od Sofie? 
 

-  Zapewniłam,  że  mogę  się  nią  zajmować,  ale  on  nawet  nie  chciał  o  tym  słyszeć  – 

ciągnęła Mathilde. – Przecież dobrze sobie radzę z dziećmi, prawda, Elizabeth? 
 

- Tak, oczywiście – potwierdziła Elizabeth machinalnie. 

 

Wiedziała,  że  sprzeciwianie  się  ojcu  Mathilde  na  nic  się  nie  zda,  jeśli  już  podjął 

decyzję.  Jak  jednak  wytłumaczyć  dziewczynie,  że  nie  może  jej  pomóc?  –  myślała 
zrozpaczona. 
 

-  Mathilde  –  zaczęła  ostrożnie.  –  Jeżeli  Sofie  zostanie  oddana  do  innych  ludzi,  to 

będzie jej tam dobrze. Jens, mój mąż, który już nie żyje, mieszkał z Ragną i Jakobem, chociaż 
nie byli jego prawdziwymi rodzicami. A chyba wiesz, jak było mu dobrze? 
 

Mathilde  zerknęła  na  nią  spod  zmarszczonych  brwi.  Jej  oczy  powoli  wypełniły  się 

łzami. 
 

-  Obiecałas,  że  mi  pomożesz,  a  ty  wcale  nie  jesteś  lepsza  od  mojego  taty!  – 

powiedziała z goryczą. 
 

Chciała wstać, lecz Elizabeth poderwała się i ją zatrzymała. 

 

- Poczekaj, Mathilde, jeszcze nie skończyłam. Pomogę ci, jak obiecałam, ale najpierw 

opowiem ci o Jensie. – Słyszała, jak cienko zabrzmiał jej głos. Miała nadzieję, że dziewczyna 
tego nie zauważyła. 
 

-  Jeżeli  ktoś  zabierze  mi  dziecko,  rzucę  do  morza  –  oświadczyła  Mathilde  drżącym 

głosem. 

background image

 

4

 

Elizabeth  przebiegł  dreszcz.  Czyżby  właśnie  Mathilde  widziała  w  swojej  wizji?  Czy 

dziewczyna faktycznie odbierze sobie życie? Chwyciła ją za ramiona i ścisnęła tak mocno, że 
tamta aż jęknęła. 
 

- Posłuchaj mnie, Mathilde. Jeżeli zrobisz coś takiego, nie pójdziesz do nieba. 

 

- Wiem, ale to nie szkodzi – odparła Mathilde z płaczem. – A co ty byś zrobiła, gdyby 

ktoś zabrał ci Ane? 
 

Elizabeth  nie  spodziewała  się  takiego  pytania  i  przez  moment  nie  wiedziała,  co 

odpowiedzieć. W końcu opuściła ręce i rzekła cicho: 
 

- Rzuciłabym się do morza. 

 

Mathilde  przykuwała  ją  wzrokiem.  Elizabeth  miała  wrażenie,  jakby  trwało  to 

wieczność. W końcu przytuliła dziewczynę do siebie. 
 

-  Obiecuję  ci  na  honor  i  wiarę,  że  zrobię  wszystko,  co  w  mojej  mocy,  żebyś  nie 

straciła swojego dziecka. 
 

- Przysięgasz na Boga? 

 

Elizabeth  wiele  razy  słyszała  te  słowa,  wypowiadane  przez  Marię  i  Indianne,  kiedy 

szeptały sobie tajemnice, ale wtedy brzmiało to słodko i dziecinnie. Teraz to nie była zabawa.  
 

- Tak, przysięgam na Boga – odpowiedziała i pomyślała, że to najtrudniejsze zadanie, 

jakiego kiedykolwiek się podjęła. 
 
Rozdział 2 
 
 

Kiedy Elizabeth i Mathilde dotarły do Heimly, Jakob siedział w izbie i wpuszczał pod 

sufit kłęby dymu. 
 

- Ane chciała wyjść na dwór i pobawić się z innymi dziećmi – wyjaśnił i skinął głową 

ku oknu. 
 

- Tak, widziałam ją. 

 

- Ojej, czyżbyś płakała, Mathilde? – spytała Dorte. 

Wytarła dłonie w fartuch o zostawiła zmywanie. 
 

- Mathilde ma zmartwienie, ale nie chce o tym mówić – wtrąciła szybko Elizabeth. 

 

W głosie Dorte brzmiał smutek, gdy spytała: 

 

- Może moglibyśmy jakoś pomóc? 

 

- Nie, Elizabeth tym się zajmie – odparła Mathilde stanowczo. 

 

- Ach tak. 

 

Dorte chyba zrobiło się przykro, pomyślała Elizabeth i postanowiła, że później zwróci 

się do niej i Jakoba o radę. Uznała, że nie może sama dźwigać tego ciężaru, poza tym wcale 
nie obiecała, że zachowa w tajemnicy to, co usłyszała. 
 

- Powinnam dzisiaj wysprzątać swój pokój na poddaszu – mruknęła Mathilde. – Jest 

nagrzana woda? 
 

- Tak, w kociołku – odparła Dorte. – Ale może najpierw zjadłabyś podwieczorek? 

 

- Nie, nie jestem głodna – bąknęła dziewczyna i wypadła z wiadrem za drzwi. 

 

Kiedy  Elizabeth  usłyszała  stukot  chodaków  na  poddaszu,  opadła  ciężko  na  krzesło 

przy stole. 
 

- Ojciec Mathilde postanowił oddać komuś jej dziecko – oznajmiła. – Powiedział, że 

nie mają dość jedzenia. Ale podejrzewam, że chce zrobić dziewczynie na złość. Nie pozwolił 
Mathildzie widywać się z Sofie, a ostatnio dowiedział się, że jednak się spotkały. 
 

Dorte również usiadła. 

 

- Nie mów Mathilde, że ci o tym powiedziałam – poprosiła Elizabeth. – Zagroziła, że 

jeżeli oddadzą jej dziecko obcym ludziom, rzuci się do morza. I sądzę, że tak zrobi. 
 

W tym momencie napotkała spojrzenie Jakoba i zrozumiała, że pomyślał to samo co 

ona: a może Elizabeth w swojej wizji widziała właśnie Mathilde? 

background image

 

5

 

- Obiecałam, że jej pomogę – ciągnęła Elizabeth – ale nie mam pojęcia, jak to zrobić. 

Może  wy  moglibyście  jakoś  pomóc?  –  spytała  i  spojrzała  błagalnie  najpierw  na  Jakoba,  a 
potem na Dorte. –  Ludzie liczą się z twoim zdaniem, Jakobie. Może gdybyś porozmawiał z 
ojcem Mathilde, to by zmienił decyzję? 
 

Jakob wolno pokręcił głową.  

 

- Rozmowa nic tu nie pomoże, Elizabeth. Zrobiłabym wszystko, co w mojej mocy, ale 

Mathilde nie jest taka jak inni, a opiekunami dziecka są jej rodzice i dlatego niewiele możemy 
poradzić.  Być  może  jest  jakieś  prawo,  które  o  tym  mówi,  ale  ja  go  nie  znam.  Dlatego 
uważam, że nie powinniśmy się do tego wtrącać. 
 

Elizabeth  poczuła,  że  ogarnia  ją  zwątpienie.  Za  chwilę  Mathilde  zejdzie  na  dół  i  nie 

będę mogli dłużej o niej rozmawiać. 
 

- Dorte – zaczęła z wahaniem. – Znasz może matkę Mathilde? 

 

-  Znam,  ale  ona  jest  całkowicie  podporządkowana  mężowi  i  nie  ma  nic  do 

powiedzenia. To do niego należy ostatnie słowo. 
 

- Rozumiem – mruknęła cicho Elizabeth. – W każdym razie bardzo wam dziękuję. 

 

- Naprawdę chciałbym ci pomóc, Elizabeth – zapewnił Jakob. 

 

-  Nie  myśl  o  tym  więcej.  Wzięliście  Mathilde  na  służbę,  i  to  już  bardzo  wiele.  W 

końcu na pewno wszystko się jakoś ułoży. 
 

W ciągu następnych dni Elizabeth unikała wizyt w Heimly. Wstydziła się i czuła, że 

nie  będzie  umiała  spojrzeć  Mathilde  w  oczy,  dopóki  nie  znajdzie  jakiegoś  wyjścia.  Ciągle 
jeszcze była na siebie zła, że bez zastanowienia złożyła dziewczynie obietnicę pomocy. 
 

Nocami  leżała  bezsennie,  wpatrując  się  w  ciemność,  aż  głowa  pękała  jej  z  bólu  i 

piekła  oczy.  Modliła  się  do  Boga,  żeby  nie  zabierał  im  Mathilde  i  pomógł  dziewczynie 
zachować  małą  Sofie.  Niekiedy  szeptała  imię  Liny-Laponki,  ale  na  próżno.  Staruszka  od 
dawna się jej nie pokazywała. 
 

- Jeżeli Mathilde odbierze sobie życie, to będzie moja wina. Wtedy będę miała życie 

dwu istot na sumieniu – szepnęła w nocną ciemność. 
 

Kilka  dni  później  Elizabeth  wybrała  się  nad  rzekę,  żeby  wypłukać  pranie.  Nagle 

stanęła za nią Mathilde.  
 

-  Zostały  już  tylko  dwa  dni  –  przypominała,  wyciągając  kciuk  i  palec  wskazujący.  – 

Za dwa dni ojciec odda moje dziecko. 
 

Elizabeth  dokładnie  wypłukała  bluzkę,  która  właśnie  zanurzyła  w  wodzie,  potem 

wykręciła  ją  i  chwyciła  następną  rzecz.  Nie  wiedziała,  co  odpowiedzieć,  więc  grała  na 
zwłokę. W końcu straciła czucie w dłoniach, musiała więc przerwać płukanie. Pochuchała na 
palce i przyznała: 
 

- Jeszcze nic nie wymyśliłam, Mathilde. 

 

Dziewczyna  wpatrywała  się  w  nią  uporczywie.  Elizabeth  zauważyła,  że  ma  ciemne 

sińce pod oczami. A więc obie ostatnio źle sypiamy, stwierdziła w duchu. 

- Liczyłam na ciebie – rzuciła dziewczyna bezbarwnie. 
- Dotrzymam obietnicy – zapewniła Elizabeth z przesadną pewnością siebie. 
-  Dlaczego  ty  albo  Jakob  i  Dorte  nie  weźmie  Sofie  na  wychowanie?  –  spytała 

Mathilde. – Wtedy mogłabym codziennie ją widywać. 

- Nie możemy, bo opiekun Sofie jest twój ojciec, a on postanowił inaczej. Poza tym 

nie wiem, czy zdołałabym utrzymać jeszcze jedno dziecko – wyjaśniła. 

Trudno  jej  było  wytłumaczyć  to  wszystko  dziewczynie.  Nie  mogła  przecież 

powiedzieć, że ojciec Mathilde to drań albo że Mathilde nie byłaby w stanie zająć się swoim 
dzieckiem i że w tym właśnie tkwi sedno sprawy. 

Mathilde  szorowała  stopą  o  trawę.  W  końcu  podniosła  wzrok  i  powtórzyła  cicho 

zbolałym głosem: 

- Za dwa dni… 

background image

 

6

 
Następnego dnia nadal było zimno i nieprzyjemnie, ale mimo to Elizabeth wybrała się 

łodzią  do  Storvika.  Nie  miała  pojęcia,  co  ją  tam  czeka,  nie  miała  nawet  odwagi  wyobrazić 
sobie  tego.  Gęsta  mgła  wisiała  nisko  w  górach,  wiatr  targał  chustą  Elizabeth,  kiedy  wiązała 
łódź na brzegu, a potem szła drogą pod górę. Powinna dobrze się zastanowić, co powiedzieć, 
przemknęło jej przez głowę, gdy ujrzała niewielki szary dom. Przystanęła i przez chwilę mu 
się  przyglądała,  inaczej  nigdy  nie  zaznam  spokoju.  Udobruchałam  lensmana  i  pastora,  więc 
czego teraz się obawiam? Wciągnęła głęboko powietrze i zdecydowanym krokiem pokonała 
ostatni odcinek drogi. 

Matka Mathilde była sama w domu i z wahaniem zaprosiła ją do środka. 
- Któż to do nas przyszedł? – spytała, wyciągając szyję, żeby sprawdzić, czy z tyłu nie 

idzie ktoś jeszcze. 

-  Tym  razem  nie  ma  ze  mną  twojej  córki  –  uspokoiła  ją  Elizabeth.  –  Od  razu 

przystąpię  do  rzeczy  –  ciągnęła,  zdejmując  z  głowy  chustę.  –  Mathilde  powiedziała  mi,  że 
chcecie oddać komuś jej dziecko. 

Kobieta  usiadła,  ale  wciąż  nerwowo  zerkała  przez  okno.  Kiedy  przydreptała  do  niej 

mała Sofie, wzięła ją na kolana i bezwiednie zaczęła kołysać. 

- Tak, zdecydowaliśmy się na to – przyznała cicho. 
-  Wy?  O  ile  dobrze  zrozumiałam,  to  twój  mąż  tak  postanowił,  gdy  zauważył,  że 

Mathilde widziała się z Sofie – odparła Elizabeth. Spostrzegła, że kobieta drgnęła. Jej palce 
nerwowo gładziły blat stołu. 

-  Źle  zrobiła,  że  się  na  to  zgodziła.  Dziecku  nie  wychodzi  na  dobre  przebywanie  z 

Mathilde. Ona nie jest taka jak my wszyscy. 

- A jacy my jesteśmy? – spytała Elizabeth. 
Matka Mathilde długo nie odpowiadała. Wreszcie westchnęła zrezygnowana. 
- Wiesz równie dobrze jak, ja, że ona jest pomylona. 
Elizabeth z trzaskiem uderzyła dłonią o stół 
Sofie podskoczyła ze strachu i przytuliła się do babci. 
-  Nie  chcę  więcej  słyszeć  tego  słowa!  Mathilde  nie  jest  może  tak  mądra  jak  inni  i 

potrzebuje więcej czasu, żeby się czegoś nauczyć, ale to nie daje wam prawa, żeby zabierać 
jej dziecko! Jeżeli kochasz swoją córkę, to nie rób tego. 

Kobieta pobladła a jej usta zaczęły drżeć. Przerażona, wpatrując się w Elizabeth. 
- Wydaje mi się, że powinnaś już iść – rzekła niepewnie. 
- Nie wyjdę, dopóki mi nie obiecasz, że Mathilde będzie mogła zatrzymać dziecko. 
- Nie mogę. 
Wstała. Elizabeth również się podniosła. 
- Czy twój mąż cię zbije, jeśli mu się sprzeciwisz? – zapytała wprost. 
Kobieta milczała, więc Elizabeth ciągnęła już łagodniejszym głosem: 
- Wiem, że to nie ty wpadłaś na ten pomysł, ale twój mąż. 
- Idź już – ponaglała matka Mathilde, mocniej przytulając dziecko. 
Elizabeth zrozumiała, że nic nie wskóra, i spytała: 
- Kiedy wróci twój mąż? 
- Nie wiem, ale proszę cię, żebyś wyszła, zanim się pojawi. 
- Nie, poczekam tutaj – oznajmiła nagle Elizabeth stanowczo i usiadła, krzyżując ręce 

na piersiach. 

Kobieta zdławionym przez płacz głosem zaczęła ją zaklinać: 
- Bądź tak dobra, błagam cię na kolanach, odejdź, to spróbuję z nim porozmawiać. 
Tak,  pomyślała  Elizabeth,  może  i  spróbuje,  ale  nic  nie  osiągnie.  Dlatego  muszę  tu 

zostać i poczekać. 

background image

 

7

-  Chyba  nie  zabronił  ci  przyjmować  gości?  –  zapytała  łagodnie.  –  Prawdopodobnie 

prędzej wysłucha mnie niż ciebie. 

W  tej  samej  chwili  drzwi  otworzyły  się  z  impetem  i  do  środka  wszedł  wysoki, 

tyczkowaty mężczyzna. Spojrzał na Elizabeth zimnym wzrokiem. 

- Przyszedł ktoś obcy? – zapytał niezadowolony, nie zamierzając się nawet przywitać. 

– O co chodzi? – rzucił i usiadł przy końcu stołu. 

Elizabeth czuła, jak serce wali jej w piersi. Ręka jej nieco drżała, gdy wyciągnęła dłoń 

na powitanie. Ośmielona tym, że podał jej swoją, przedstawiła się i dodała: 

- Jakob Myran jest moim teściem. 
- Aha – mruknął gospodarz i wziął talerz z gotowaną rybą i pieczywem, który podała 

mu żona. 

Elizabeth obserwowała go ukradkiem, próbując wyobrazić sobie, jakim właściwie jest 

człowiekiem. 

-  Mathilde  dobrze  sobie  radzi  na  służbie  –  odezwała  się  po  chwili.  –  Dużo  się 

nauczyła, bo Dorte ma dla niej sporo cierpliwości. Możesz być dumny ze swojej najstarszej 
córki – dodała. 

Mężczyzna zerknął na nią znad talerza i roześmiał się cicho, chrapliwie. 
- Dumny! – burknął i jadł dalej. 
Elizabeth  kątem  oka  dostrzegła,  że  jego  żona  niespokojnie  przesuwa  przedmioty  na 

stole. Nadal trzymała Sofie na biodrze, żeby mała nie przeszkadzała. 

-  Tak,  dumny  –  powtórzyła.  –  Słyszałam,  że  ludzie  we  wsi  opowiadają,  jaka  jest 

pojętna. Mówią, że jesteś szczęściarzem. 

Zatrzymał widelec w połowie drogi do ust. 
- Kto tak powiedział? – spytał podejrzliwie. 
-  Ludzie  w  sklepiku  –  odparła  wymijająco  i  szybko  mówiła  dalej,  zanim  zażądał 

nazwisk.  Teraz,  kiedy  udało  jej  się  wprawić  go  w  lepszy  nastrój,  nie  wolno  jej  było  tego 
zaprzepaścić  jakimś  nieostrożnym  słowem.  Domyśliła  się,  że  to  człowiek,  któremu  należało 
schlebiać i kłamać. 

- Mathilde jest ładną dziewczyną i Sofie może być szczęśliwa, że ma taką matkę. Tak, 

mała ma szczęście, że ma również takich dziadków jak wy. To naprawdę godne podziwu, że 
się nią tak dobrze zajmujecie. Wszyscy tak mówią. 

- Naprawdę? – spytał z ustami pełnymi jedzenia. – Jak mielibyśmy się nie zająć naszą 

jedyną wnuczką! – Wypuścił nosem powietrze i zaczął wyskrobywać talerz. 

-  No  i  Mathilde  się  poszczęściło,  że  ma  takich  rodziców  jak  wy.  To  wspaniale,  że 

może  widywać  dziecko,  kiedy  tylko  nadarzy  się  okazja.  Tak,  Jakob  ostatnio  powiedział,  że 
wyjątkowy z ciebie człowiek, skoro wpadłeś na taki pomysł. 

Elizabeth zacisnęła dłonie z napięcia. Czy nie posunęła się za daleko? 
Cisza  była  niemal  namacalna.  Elizabeth  z  trudem  usiedziała  na  miejscu,  czekając  na 

odpowiedź. 

-  Tak,  sam  zaproponowałem  to  żonie,  ale  ona  początkowo  nie  była  zachwycona  – 

odezwał  się  wreszcie.  –  Dopiero  kiedy  przypomniałem  jej,  kto  tu  rządki,  ustąpiła  i  się 
zgodziła. 

Ty draniu, pomyślała Elizabeth wzburzona. Jak możesz tak kłamać w żywe oczy i w 

dodatku oczerniać swoją żonę! Zagryzła żeby i wstała. 

-  Cóż,  wstąpiłam  tylko  na  chwilę,  żeby  porozmawiać,  skoro  już  byłam  w  pobliżu. 

Misze wracać do domu, do mojego dziecka. Zostawiłam je w Heimly pod opieką Mathilde. 

- W takim razie twoja córka jest w dobrych rękach – oznajmił gospodarz, wyciągnął 

przed siebie długie nogi i głośno beknął. 

-  Dziękuję  za  gościnę  –  rzekła  Elizabeth  i  spojrzała  na  jego  żonę.  Wyczytała  w  jej 

oczach wdzięczność. 

background image

 

8

-  Mathilde  może  odwiedzać  nas  i  dziecko  w  każdej  wolnej  chwili  –  oświadczył 

mężczyzna. – Cały czas uważałem, ze powinna tu zaglądać. Pozdrów ją i przecież jej to ode 
mnie.  

Obłudnik,  miała  ochotę  krzyknąć  Elizabeth,  ale  nic  nie  powiedziała,  tylko 

uśmiechnęła się sztywno i wyszła. 

Nie bardzo wiedziała, jak ma przekazać Mathilde dobrą wiadomość, ale kiedy stanęła 

w kuchni w Heimly, słiwa same się znalazły. 

- Możesz pójść odwiedzić Sofie – rzekła spokojnie. 
- Jak to? – Dziewczyna spojrzała na nią, nic nie rozumiejąc. 
-  To  jakieś  nieporozumienie,  twoi  rodzice  nie  zamierzali  nikomu  oddać  Sofie.  –  Nie 

lubiła  kłamać,  ale  żeby  uniknąć  kolejnych  trudności,  musiała  tak  postąpić.  –  Twój  ojciec 
powiedział,  że  możesz  przychodzić  do  domu  i  widywać  się  z  Sofie,  kiedy  tylko  zechcesz. 
Aha… i nie mów mu, że rozmawiałyśmy ze sobą. 

Oszołomiona Mathilde nie mogła najpierw uwierzyć w to, co usłyszała, lecz po chwili 

rozpromieniła się w szerokim uśmiechu. 

- Cudownie. Ależ jestem szczęśliwa! – zawołała i uściskała  Indianne, która siedziała 

najbliżej. 

Kiedy Elizabeth wychodziła, Dorte odprowadziła ją do sieni. 
- Nie powiedziałaś całej prawdy – stwierdziła. 
- Masz rację, nie powiedziałam. Ale najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło, 

prawda? Mathilde może widywać dziecko, a tego właśnie pragnęła. Resztę opowiem ci kiedy 
indziej. 

Dorte ujęła obie dłonie przyjaciółki. 
- Bardzo ci dziękuję, Elizabeth. Wstyd mi, że nie potrafiłam ci pomóc, kiedy mnie o to 

poprosiłaś.  

-  Naprawdę  nie  musisz  się  wstydzić,  Dorte.  Mathilde  jest  tutaj  dobrze,  i  to  dzięki 

tobie. 

Pożegnała  się  i  wyszła.  Jakoś  lekko  szło  jej  pod  górę  do  Dalen.  Zerknęła  na  góry  i 

zobaczyła, że mgła zaczęła ustępować.  

Dorte krążyła między ławą i stołem, nakrywając do podwieczorku. Kiedy przechodziła 

obok Indianne, pociągnęła ją lekko za długie czarna warkocze. 

- Czy możesz zawołać mężczyzn, moja droga? – spytała łagodnie.  
- Oczywiście – odparła dziewczynka i wybiegła. 
Mężczyźni,  pomyślała  Dorte,  stawiając  talerz  na  stole.  Łatwiej  było  tak  powiedzieć, 

niż wymieniać imiona Jakoba, Olava i Daniela. Zatrzymała się przy oknie i oparła o framugę. 
Mężczyźni,  powtórzyła  w  duchu,  smakując  to  słowo.  Lubiła  je  wypowiadać,  lubiła  mieć 
wokół siebie dużą rodzinę, poczucie bezpieczeństwa, kogoś, z kim mogła dzielić pracę, myśli, 
radości i smutki. I obdarzać swą miłością. 

Zobaczyła  ich,  jak  szli  wolno  przez  podwórze.  Daniel  naśladował  we  wszystkim 

Olava i Jakoba. Teraz wszyscy trzej kroczyli z rękami w kieszeniach. Wszyscy, nawet Daniel. 
Chłopiec nie miał kieszeni, więc wsunął małe piąstki za pasek spodni. 

Usłyszała, jak Mathilde śpiewa, bawiąc się z Fredrikiem. 
- Pędź, chłopczyku, na koniku, to przytulę  cię, mój smyku. Chodź, dostaniesz kawał 

ciasta albo więcej, no i basta. 

- Gdzie się tego nauczyłaś? – spytała Dorte. 
Mathilde zamilkła zawstydzona. 
- Sama wymyśliłam. 
- Musisz tego nauczyć również Sofie. 
- A Fredrika nie mogę? 

background image

 

9

- Naturalnie, że możesz – roześmiała się Dorte. – Nie możesz ciągle podejrzewać, że 

mam na myśli coś złego. Czy uważasz, że jestem dla ciebie niemiła? 

Mathilde stanowczo pokręciła głową. 
-  O  nie,  zawsze  jesteś  miła.  Ty  i  Elizabeth,  i  Jakob,  i  wszyscy  razem.  Ale  nie 

chciałabym zrobić czegoś nie tak. 

Dorte pogłaskała ją po policzku. 
Rób to, co według ciebie jest słuszne, a ja powiem ci, kiedy mi się coś nie spodoba. 

My tak właśnie postępujemy. Polegaj na sobie, Mathilde, i nie słuchaj ciągle, co mówią inni. 

Dziewczyna  zdawała  się  trochę  oszołomiona,  ale  nie  zdążyła  nic  odpowiedzieć,  bo 

właśnie do izby wbiegły dzieci z głośnym tupotem. 

- Gdzie jest Jakob? – spytała Dorte zdumiona. 
Olav wzruszył ramionami. 
- Poszedł gdzieś. Chyba ma coś przynieść – odparł i zamierzał usiąść przy stole. 
-  Umyj  ręce  –  upomniała  go  Dorte  i  wskazała  na  miskę  z  wodą,  która  już  czekała 

przygotowana.  –  Nie  możesz  najpierw  grzebać  w  robakach  na  przynętę,  a  potem  dotykać 
jedzenia – dodała. 

Usiedli już do stołu, gdy przyszedł Jakob. Ale dopiero kiedy stanął na środku kuchni, 

Dorte  zauważyła,  że  jedną  rękę  chowa  za  plecami.  Z  ciekawości  aż  poczuła  łaskotanie  w 
brzuchu. Wreszcie spytała: 

- Co tam przed nami chowasz? 
- To dla ciebie – odparł i podał jej pęk wrzosów. 
Dorte poczuła, że się czerwieni, i zawstydzona odwróciła głowę. 
- Nazrywałeś wrzosów, żeby przyozdobić stół? – spytała po chwili i ostrożnie wzięła 

od niego bukiet. 

- Mają taki sam kolor jak twoje włosy. 
- O nie, tato! – jęknęła Indianne. – Dorte nie ma przecież takich włosów! 
Dorte zauważyła, że Olav krztusi się ze śmiechu. 

Pewnie rozumie więcej niż jego siostra, pomyślała. 
 

-  Bardzo  dziękuję,  Jakob.  Proszę,  siadaj  do  stołu  –  powiedziała.  Wyjątkowo  dużo 

czasu zajęło jej wstawienie wrzosów do wody. Wreszcie postawiła wazon na środku stołu. To 
powód, że Jakob mnie lubi, pomyślała. Uświadomiła sobie, że czuje do tego mężczyzny coś, 
czego nigdy przedtem nie znała. To było przyjemne, a zarazem ją przerażało. 
 
 

Nad Wisłą jesienny zmrok. Dzieci i Mathilde spały na poddaszu. Dorte  przyciągnęła 

stołek  blisko  paleniska,  żeby  nie  zmarznąć  i  móc  skorzystać  na  robótkę,  ale  teraz  miała 
spuszczać oczka, a do tego potrzebowała światła. 
 

Słyszała,  jak  Jakob  pogwizdywał,  przechodząc  pod  kuchennym  oknem.  Zachrzęścił 

ż

wir  pod  jego  ciężkimi  butami  i  po  chwili  gospodarz  wszedł  do  sieni.  Serce  Dorte 

podskoczyło w piersi. Może zajrzy do kuchni, zanim pójdzie spać? 
 

Szybko  przeciągnęła  włóczkę  przez  ostatnie  oczko  i  zakończyła  robótkę.  No,  to 

wełniane  skarpety  gotowe,  jutro  je  sfilcuje,  żeby  były  grube  i  mocne.  Miały  być  prezentem 
dla Jakoba, więc wolała zrobić je sama, a nie zlecać Mathilde. 
 

-  Siedzisz  tu  i  robisz  na  drutach  przy  tak  słabym  świetle?  –  spytał,  wchodząc  do 

kuchni. 
 

-  Już  skończyłam  –  odparła  pogodnie.  –  Poza  tym  nie  zaszkodzi  oszczędzić  trochę 

ś

wiec łojowych. 

 

- Możesz zepsuć swoje piękne oczy – rzekł poważnie. 

 

- Phi, też coś! – prychnęła, starając się nie pokazać po sobie, jaką radość sprawiły jej 

te słowa. 
 

- Mam coś dla ciebie – powiedział. – Ale musisz wstać. 

background image

 

10

 

- Co takiego? – spytała i zrobiła, jak chciał. 

 

- Najpierw wyjmij szpilki z włosów – poprosił i uśmiechnął się chytrze. 

 

Poczuła  się  znów  jak  młoda  dziewczyna,  kiedy  wyjmowała  szpilki  i  władała  je  do 

kieszeni fartucha. 
 

Wcześniej  nosiła  warkocz,  ale  teraz  uznała,  że  to  już  nie  przystoi  kobiecie  po 

trzydziestce.  –  Poza  tym    wydawało  jej  się,  że  Jakob  lubił,  kiedy  upinała  włosy  w  ciasny 
węzeł, bo Ragna zawsze się tak czesała. 
 

Wsunął rękę do kieszeni i wyjął stamtąd zieloną jedwabną wstążkę, którą przewiązał 

jej włosy. 
 

 -  Jest  jak  twoje  oczy  –  zauważył.  Jego  dłonie  były  duże  i  poorane  od  ciężkiej, 

znajomej pracy. Kiedy niechcący dotknął jej piersi, przyszedł ją dreszcz pożądania. 
 

- Bardzo dziękuję – szepnęła. – Jest cudna, ale nie powinieneś… 

 

Położył jej palec na ustach. 

 

- Powinienem. Wstążka do włosów to najbardziej niepozorna z rzeczy, które mogę ci 

ofiarować. Jesteś wata dużo, dużo więcej, Dorte. Może nawet więcej, niż kiedykolwiek będę 
w stanie ci dać. 
 

Chciała zaprotestować, ale nagle znalazła się w jego ramionach i przywarła do niego. 

Ramiona  Jakoba  były  niczym  pierścień  zaciśnięty  wokół  jej  pleców,  pierś  –  jak  nagrzana 
słońcem  skała.  Pewna,  bezpieczna,  niewzruszona.  Jego  broda  łaskotała  ją  w  policzek,  kiedy 
szeptał jej do ucha piękne słowa. 
 

- Moja drobna, śliczna Dorte. 

 

Powiedział „moja”, śpiewało pożądanie, myśli stały się niczym skłębiona mgła, kiedy 

zrzucili ubrania na podłogę. 
 

-  A  jeśli  ktoś  przyjdzie?  –  szepnęła  przestraszona,  gdy  stanęli  przed  sobą  całkiem 

nadzy. 
 

-  Nikt  nie  przyjdzie  –  mruknął  ochryple  i  objął  dłońmi  jej  duże  piersi.  –  Czy  mogę 

pożałować każdy pojedynczy pieg na twoim ciele? – spytał. 
 

- Proszę – szepnęła, cała drżąca. 

 

Jakob  sprawia,  że  znowu  czuję  się  piękna  i  młoda,  pomyślała,  osuwając  się  na 

podłogę. Jego broda łaskotała skórę, kiedy zamknął usta na brodawce jej piersi. 
 

- Tylko piegi… - westchnęła zdławionym głosem i przyciągnęła go ku sobie. 

 

Bąknął coś w odpowiedzi, obsypując gorącymi pocałunkami jej brzuch, pępek i krągłe 

uda. 
 

Duże  dłonie  Jakoba  wślizgnęły  się  pod  jej  pośladki  i  uniosły  ją  ku  górze.  Nagle 

przejrzała jego zamiary. 
 

- Nie, Jakobie, nie wolno ci tego zrobić – szepnęła, lekko unosząc głowę. 

 

-  Leż  spokojnie  –  nakazał.  Poczuła  jego  ciepły  oddech  na  swoim  łonie,  a  po  chwili 

jego język, który to wnikał w nią, to się wysuwał, czuła się tak, jakby opuściły ją wszystkie 
siły  nie  mogła  stawić  oporu.  Opadła  z  powrotem  na  podłogę  i  oddała  się  temu,  co  w  niej 
wzbierało, coraz bardziej i bardziej, aż wreszcie pochłonęła ją niepojęta rozkosz i wyzwoliła 
dobrze znane pulsowanie. 
 

Zauważyła,  że  Jakob  znalazł  się  tuż  obok  i  pomyślała,  że  za  chwilę  mu  się 

odwzajemni. Zrobi dla niego wszystko, o co ją poprosi. Zawsze! 
 
Rozdział 3  
 
 

Wczesnym  popołudniem  Elizabeth  postanowiła  odwiedzić  ojca,  którego  nie  widziała 

już kilka dni. 
 

Tuż obok szopy na łodzie zatrzymała się i zmrużyła oczy. Ane wyciągnęła swój mały 

paluszek i powiedziała: 

background image

 

11

 

- O, dziadek. 

 

Elizabeth poczuła, jak dreszcz przebiega jej po plecach. Coś było nie tak i wrażenie to 

jeszcze się wzmogło, kiedy podeszła bliżej. 
 

- Co tak siedzisz? – spytała ojca. 

 

Podniósł oczy i spojrzał na nią. Zauważyła, że drżał i miał zamglony wzrok. 

 

-  Co,  u  licha,  się  dzieje?  Zimno  ci?  –  zapytała  przestraszona.  –  Nie  możesz  tak 

siedzieć. Dlaczego nie pójdziesz do domu? 
 

- Właśnie szedłem, ale musiałem na chwilę przysiąść i odpocząć. 

 

- Chodź, odprowadzę cię. 

 

- Że też musiałem się rozchorować akurat teraz, kiedy zaczęliśmy budować szopę na 

łodzie dla Jakoba – wykrztusił Andres słabym  głosem. – Potrzebuję pieniędzy, żeby spłacić 
dług w sklepiku. 
 

- Nie myśl o tym teraz – powiedziała Elizabeth. – Jutro będziesz zdrowy. 

 

Kiedy  weszli  do  domu,  osunął  się  na  krzesło  przy  stole,  ukrył  twarz  w  dłoniach  i 

poskarżył się żałośnie: 
 

- Potwornie boli mnie głowa. I tak mi zimno! Nie pojmuję, co mi jest. 

 

-  Połóż  się  na  chwile.  Na  pewno  za  dużo  dziś  pracowałeś.  A  zimno  ci  dlatego,  że 

siedziałeś na kamieniach przy brzegu. 
 

- Też coś – mruknął, ale posłusznie położył się na pryczy i okrył kołdrą. 

 

Brudne naczynia stały jeszcze na stole. Elizabeth nastawiła wodę, myśląc, że powinna 

złajać za to Marię. Siostra nie miała aż tylu obowiązków, żeby wymigiwać się od zmywania. 
 

Szybko posprzątała, zmyła naczynia i wytarła stół. 

Zastanawiała się, czy nie zrobić ojcu herbaty, żeby się rozgrzał, gdy usłyszała jęk. Podeszła 
do  niego  i  położyła  mu  dłoń  na  czole.  Poczuła,  że  jest  rozpalony,  i  się  przeraziła.  Lekko 
trąciła go w ramię. 
 

- Tato, słyszysz mnie? 

 

Nie odpowiedział, więc spróbowała znowu. Tym razem mocniej. 

 

- Proszę cię, powiedz coś, tato! – Ogarnął ją obezwładniający strach. – Co ci jest? – 

szepnęła. Zrozpaczona podniosła wzrok i dostrzegła przez okno Marię. 
 

-  Zaraz  wrócę,  tato,  muszę  na  chwilę  wyjść.  Nie  bój  się  –  dodała  szeptem,  choć  nie 

wierzyła, by ją słyszał. – Mario! – zawołała. – Biegnij szynko do Heimly i sprowadź Jakoba. 
Powiedz, że ojciec jest chory i żeby natychmiast przyszedł. 
 

Na drobnej twarzy siostry malował się strach, kiedy spytała cienkim głosem: 

 

- Co mu się stało? 

 

- Nie wiem. Pośpiesz się! 

 

Chciałaby móc powiedzieć, że to nic  groźnego,  ale zdawała sobie sprawę, że tak nie 

jest, choć nie wiedziała, co ojcu dolega. Ale może Jakob będzie wiedział. W najgorszym razie 
sprowadzi doktora. Nagle przypomniała sobie, że zostawiła Ane samą, i pobiegła z powrotem. 
 

Córeczka czekała na ganku. 

 

- Gdzie ciocia Mia? – spytała. 

 

- Zaraz wróci. Wejdź do środka. 

 
 

-  Co  się  dzieje?  –  zapytał  Jakob,  wchodząc  wielkimi  krokami  do  kuchni.  –  Maria 

powiedziała, że Andres zachorował. 
 

- On… Nie wiem, co mu jest – odparła Elizabeth i wskazała na pryczę. 

 

Jakob pochylił się nad chorym, poklepał go lekko po policzku i położył dłoń na jego 

czole. 
 

Co  za  ulga  móc  z  kimś  dzielić  odpowiedzialność,  pomyślała  Elizabeth.  W  tej  samej 

chwili wbiegła Maria, zdyszana i zaczerwieniona. 

background image

 

12

 

- Biegłam tak szybko, jak tylko mogłam – oznajmiła, z trudem łapiąc oddech, i usiadła 

na podłodze. 
 

-  Moja  kochana  Maryjko  –  zwróciła  się  do  niej  Elizabeth.  –  Musisz  się  jeszcze  raz 

postarać. Możesz? 
 

- Oczywiście, że mogę. 

 

- Weź Ane i idź do Heimly. Zostańcie tam, aż tata się lepiej poczuje. – wyprostowała 

się i spojrzała pytająco na Jakoba. 
 

- Dobrze – zgodził się bezwiednie. – Naturalnie. Dorte jest w domu. – Znów odwrócił 

się do Andresa. 
 

Elizabeth przygotowała dziewczynki. 

 

- Czy tata wyzdrowieje? – spytała Maria, kiedy wychodziły. 

 

- Musimy się o to modlić – odparła Elizabeth. Nie znalazła innej odpowiedzi. 

 
 

Dopiero gdy zostali sami, Elizabeth spytała Jakoba: 

 

- Jak myślisz, co mu jest? 

 

- Nie wiem. Czy skarżył się na bóle? 

 

- Tak, bolała głowa i kark – odparła z wahaniem. – Ale ta gorączka… Nic z tego nie 

rozumiem. 
 

Jakob podrapał się w brodę. 

 

- Tak, trudno powiedzieć, co mu dolega. Myślę, że powinniśmy wezwać doktora, i to 

szybko. 
 

Elizabeth skrzyżowała ręce na piersiach i zacisnęła dłonie. 

 

- Rób, co uważasz, byleby pomogło. 

 

- Sam pojadę po lekarza – oznajmił stanowczo. Nagle znieruchomiał. 

 

- Co się stało? – spytała Elizabeth, zmrożona strachem.  

 

Jakob mruknął coś,  czego nie zrozumiała, wziął  lewą  rękę Andresa i zaczął uważnie 

się jej przyglądać. Szorstkimi palcami wodził po niej w górę i w dół, dokładnie badał ramię, 
po czym wolno się wyprostował. Twarz miał białą, a jego oczy wydawały się czarne, kiedy 
spojrzał na Elizabeth. 
 

- Powiedz mi – poprosiła ochryple. 

 

-  Widziałem  to  już  kiedyś  –  wyjaśnił,  umykając  wzrokiem.  –  W  Storvaagen,  dawno 

temu. 
 

- Tak? 

 

-  Podejdź  tu  –  poprosił  i  wskazał  na  ramię  Andresa.  –Widzisz  tę  pręgę  tutaj?  – 

Przesunął kciukiem w górę po wewnętrznej stronie ramienia. 
 

-  Tak,  co  to  takiego?  Żyła?  –  spytała  Elizabeth.  Czuła,  że  drży  z  zimna,  chociaż  w 

pokoju było ciepło. 
 

-  Kończy  się  tutaj  –  objaśnił  dalej  Jakob.  Rozpiął  Andresowi  koszulę  i  pokazał 

ś

redniej wielkości zgrubienie u nasady szyi. 

 

- Co mu jest? – powtórzyła Elizabeth. Jej głos zabrzmiał cienko i przenikliwie. 

 

-  To  zakażenie  krwi.  Zobacz  tutaj.  –  Wyciągnął  przed  siebie  dłoń  Andresa  i  pokazał 

synowej niewielką rankę, która już się zagoiła. 
 

Elizabeth patrzyła na niego, nic nie rozumiejąc, a on mówił dalej: 

 

-  Któregoś  dnia,  gdy  pracowaliśmy  przy  budowie  szopy  na  łodzie,  Andres  chciał 

podnieść kamień na brzegu i skaleczył się starym haczykiem na ryby. Wdało się zakażenie i 
przedostało się do krwi. Nie jestem lekarzem, ale wiem, że nie ma na to ratunku. 
 

Elizabeth słuchała jego głosów, jakby dochodziły  z bardzo daleka. Wpatrywała się w 

teścia  szeroko  otwartymi  oczami.  Nieprawda,  pomyślała.  Przecież  Jakob  nie  jest  doktorem, 
nie  może  wiedzieć,  co  to  takiego,  i  twierdzić  stanowczo,  że  nic  tu  nie  pomoże.  To  tylko 
niewielka ranka! Sama wiele razy się skaleczyła i nigdy od tego nie chorowała. 

background image

 

13

 

- To nieprawa! – odezwała się ze złością/ - Mojemu ojcu dolega coś innego. Będę go 

pielęgnować i wyzdrowieje. Poślij któreś z dzieci po moje zioła. 
 

-  To  na  nic  się  nie  zda,  Elizabeth  –  powiedział  i  objął  ją.  –  Wolałbym  ci  tego  nie 

mówić, ale jedyne, co możesz teraz zrobić, to zostać przy nim. 
 

- Puść mnie! I skończ z tym bzdurnym gadaniem! – syknęła. – Zbiję mu gorączkę i na 

pewno  zaraz  poczuje  się  lepiej.  A  potem…  -  Nie  dokończyła,  bo  w  tym  momencie  ojciec 
zaczął się rzucać w konwulsjach. 
 

-  Tato,  co  ci  jest?  –  spytała,  śmiertelnie  przerażona.  –  Jakob,  przestań!  –  krzyknęła, 

gdy teść chwycił chorego i przytrzymał na pryczy. – To go boli, nie widzisz?! – Zaczęła bić 
teścia po plecach zaciśniętymi pięściami, ale on nie zwracał na nią uwagi. 
 

Kiedy atak, minął Jakob powoli się wyprostował. Był spocony i czerwony na twarzy. 

 

- Trzeba go mocno trzymać, Elizabeth. To się jeszcze kilka razy powtórzy – wyjaśnił 

spokojnie. 
 

- Dlaczego… - nie znalazła właściwych słów i zamilkła.  

 

- Przygotuj miskę z zimną wodą, żeby go trochę ochłodzić – polecił Jakob. 

 

Wolno podeszła do wiadra i nalała wody do miski. Dobrze, że mogła czymś się zająć. 

Ostrożnie przemyła twarz i szyję ojca; zdawało się, że odczuł ulgę. Potem usiadła obok niego, 
wzięła go za rękę i przemywała czule, chociaż najwyraźniej jej nie słyszał. 
 

Kiedy  nadszedł  następny  atak,  była  przygotowana,  ale  mimo  to  odczuwała  ból, 

patrząc,  jak  ojciec  wygina  się,  drży  i  jęczy.  To  prawdziwy  koszmar,  pomyślała.  Z  trudem 
panowała nad płaczem, który dławił jej gardło. 
 

-  Nie  wolno  ci  płakać  –  powiedział  Jakob,  gdy  atak  minął.  –  Ze  względu  na  ojca 

musisz być teraz silna, Elizabeth. – Wiem, że to trudne, ale tak trzeba. 
 

Przełknęła ślinę. 

 

- Nie będę krzyczeć – odparła i się wyprostowała. 

 

- Muszę na chwilę wyjść. Zawołaj, gdybyś mnie potrzebowała – rzucił w drzwiach. 

 

- Czy to już pora pożegnania, tato? – szepnęła, kiedy zostali sami. – Nie sądziłam, że 

opuścisz nas w taki sposób. Myślała, że się zestarzejesz i będę się mogła tobą opiekować. Że 
będziesz  zmęczony  i  znużony  życiem…  Ale    chyba  nie  jest  ci  to  sądzone.  Gdybym  tylko 
mogła coś zrobić, żebyś tak nie cierpiał! Wszystko bym za to dała. Z radością wzięłabym na 
siebie  część  twojego  bólu.  Tato,  tak  bardzo  cię  kocham…  -  Poczuła  pieczenie  pod 
powiekami, więc szybko zamrugała, wstrzymując oddech. Obiecała Jakobowi, że nie będzie 
płakać. Musi być silna. 
 

Nagle  Andres  rzucił  się  do  tyłu.  Oczy  miał  szeroko  otwarte,  nie  mógł  złapać  tchu. 

Chciała  zawołać  Jakoba,  ale  nie  zdołała  wydobyć  z  siebie  głosu.  Obezwładniona  chwilową 
paniką, siedziała nieruchomo i wpatrywała się w ojca. zaraz się jednak otrząsnęła. Podłożyła 
mu  rękę  pod  kark,  żeby  go  podeprzeć.  Dygotał  potwornie,  ręce  mu  drżały.  Po  chwili 
konwulsje minęły i opadł bezwładnie w jej ramionach. 
 

- Czy teraz ci lepiej? – spytała i w tym momencie zrozumiała, że ojciec już nigdy jej 

nie odpowie. – Tato… - szepnęła. Mocno go do siebie przycisnęła i kołysała powoli. – Mój 
tato… 
 

Ostrożnie położyła ojca na pryczy i zamknęła mu oczy. 

 

- Teraz spotkasz się z mamą. I nie zaznasz już znoju ani głodu. Teraz będzie ci dobrze. 

 

Zauważyła, ze Jakob wrócił. Stanął na środku kuchni ze zwieszonymi ramionami. 

 

- Odszedł? – spytał. 

 

-  Tak,  teraz  będzie  mógł  odpocząć  –  odpowiedziała  Elizabeth  i  wstała.  W  szybie 

dostrzegła  własne  odbicie.  Woskowo  blada  twarz,  spocone,  potargane  włosy.  Czuję  się 
brudna i skrajnie wyczerpana. – Miałeś rację, Jakobie – przyznała. – Powinnam się cieszyć, 
ż

e  nie  wiedziała,  czyj  pogrzeb  ujrzałam  w  swojej  wizji.  Gdybym  wiedziała,  że  mego  ojca, 

pewnie nie udało mi się pozostać przy zdrowych zmysłach. 

background image

 

14

 

Długo panowała cisza. W kocu Jakob spytał: 

 

- Przyprowadzić Dorte? 

 

-  Nie,  poradzę  sobie  sama.  ale  gdybyś  mógł  zbić  dla  niego  trumnę.  Deski  leżą  pod 

dachem szopy na łodzie. 
 

- Oczywiście. Wrócę zaraz… o przeniosę Andresa.  

 

I  wyszedł.  Została  sama.  panowała  przytłaczająca  cisza.  Niczym  szary,  ciężki  koc. 

Elizabeth pomyślała, że ojciec prawie nigdy jej nie przytulał ani nie brał na kolana, kiedy była 
dzieckiem,  ale  miała  pewność,  że  gdyby  teraz  mógł  decydować,  chciałby,  żeby  to  ona 
przygotowała jego ciało do pochówku. 
 

Nastawiła  wodę  i  wyjęła  najładniejsze  ubranie,  jakie  ojciec  miał  –  to,  które  wkładał 

tylko  do  kościoła.  Ostrożnie  umyła  i  ubrała  ciało.  Kiedy  Jakob  wrócił,  wszystko  już  było 
gotowe.  Musiała  podwiązać  ojcu  brodę,  bo  podłożony  psałterz  nie  wystarczył.  Andres 
walczył ze śmiercią i jego twarz nosiła ślady tej walki. Matka miała szczęście, tak cichutko 
zasnęła, pomyślała Elizabeth. Czy są teraz razem? O czym rozmawiają? Czy spotkali Jensa i 
Ragnę? Myśl o tym dodała jej otuchy. 
 

-  Pewnie  będzie  ci  teraz  jeszcze  trudniej  –  odezwał  się  Jakob.  –  Ale  ty  jesteś  silna, 

Elizabeth. Poradzisz sobie. 
 

Dlaczego wszyscy uważają, że jestem silna? – zastanowiła się. oto umiera ktoś, kogo 

kocham, a wszyscy mi mówią, że nie Wilno mi płakać, nie wolno okazywać smutku ani tego, 
ż

e odczuwam jego brak. 

 

Odwróciła się do Jakoba. 

 

- Połóż go do trumny – powiedziała i na moment pochyliła głowę, a potem otworzyła 

drzwi i cicho wyszła z domu.  
 

Po chwili Jakob podszedł do niej. 

 

- mamy grób w Heimly – rzekł. 

 

Chciała  zaprotestować,  powiedzieć,  że  to  nie  jest  konieczne,  ale  nie  miała  siły.  Jak 

dobrze móc zrzucić część obowiązków na innych. 
 

- Jutro wyprowadzimy go stąd. Zajmę się tym, a po pogrzebie wszyscy pójdą do nas. 

Poproszę Dorte, żeby przygotowała stypę. Pójdziesz teraz ze mną? 
 

- Nie, przyjdę rano. Dziś w nocy zostanę z tatą i pożegnam się z nim. 

 

- Zrobisz, jak zechcesz – zgodził się Jakob i zniknął w ciemności. 

 
 

Szare światło poranka sączyło się już przez okno, a Elizabeth wciąż jeszcze siedziała 

przy  trumnie  ojca.  plecy  jej  zesztywniały,  a  nogi  zdrętwiały  od  niewygodnej  pozycji.  Oczy 
szczypały ją z niewyspania, ale nie uroniła ani jednej łzy. 
 

Cicho  wyszła  do  kuchni.  Wtedy  usłyszała  w  sieni  kroki  i  za  chwilę  weszła  Maria. 

Twarz miała zapłakaną, oczy spuchnięte. 
 

- Czy to prawda, że tata nie żyje? – spytała. 

 

Elizabeth zauważyła, ze siostra była nieuczesana, a pończochy opadły i marszczyły się 

na jej chudych nogach. 
 

-  Tak,  zmarł  dziś  w  nocy  –  odpowiedziała  u  wyciągnęła  rękę.  –  Chodź  do  mnie, 

Maryjko. 
 

Chwilę  później  siostrzyczka  znalazła  się  w  jej  ramionach.  Szczupłymi  plecami 

dziewczynki wstrząsał rozpaczliwy szloch. 
 

- Teraz nie mam już ani mamy, ani taty – łkała. – Wszyscy mi umierają. 

 

Elizabeth  pozwoliła  jej  wypłakać  cały  smutek  i  rozpacz,  a  potem  pogładziła  ją  po 

włosach i otarła łzy. 
 

- Masz mnie i Ane, i wszystkich, którzy mieszkają w Heimly – pocieszyła ją. – teraz 

już zawsze będziesz w Dalen i będę o ciebie dbała tak samo dobrze jak tata. 
 

Maria przytuliła się do piersi siostry  pozwoliła się kołysać jak małe dziecko. 

background image

 

15

 

- Tata był chory – mówiła dalej Elizabeth. – Skaleczył się i zmarł z powodu tej rany. 

 

- Ale ja tyle razy się skaleczyłam i nie umarłam! 

 

- Wiem o tym. – Panie Boże, pomóż mi to wytłumaczyć dziecku, poprosiła w duchu. – 

Może Bóg chciał, żeby tata teraz z mamą  i Jensem, i Ragną – zaczęła pewnie. 
 

- I z aniołami? 

 

-Mhm, z nimi też. Tam w górze, w niebie, nikt nie jest głodny ani się nie smuci, nikt 

nie musi pracować i nie jest zmęczony, zawsze świeci słońce i jest pięknie. Czy ani trochę się 
nie cieszysz, że tata tam trafił? 
 

- Nie. chcę, żeby był tutaj razem ze mną. – Maria znów się rozpłakała i Elizabeth nie 

wiedziała,  jak  ją  pocieszyć;  nadal  ją  kołysała,  aż  łkanie  ustało,  a  drobne  dziewczęce  ciałko 
całkowicie się uspokoiło. Czas leczy rany i w nim cała nadzieje, pomyślała. 
 
 

Tego  dnia  niebo  było  ołowianoszare,  a  w  powietrzu  wisiała  mżawka.  Jakob,  tak  jak 

obiecał, wyprowadził trumnę Andresa, śpiewając psalm. Kiedy przybijał gwoździami wieko, 
Elizabeth  zamknęła  oczy  i  przygarnęła  Marię  ku  sobie.  Już  wcześniej  uczestniczyła  w 
podobnej  ceremonii,  ale  tym  razem  wszystko  w  pewnym  sensie  wydawało  się  jakieś 
nierzeczywiste. 
 

W  dole  przy  drodze  czekał,  zaprzężony  do  wozu,  koń  Jakoba.  Skromną  trumnę 

zdobiły wrzosy, które nazbierała Elizabeth. W wyprowadzeniu zwłok uczestniczyły również 
Dorte,  Mathilde  i  wszystkie  dzieci.  Śpiewały  psalm,  ale  ich  śpiew  brzmiał  cicho  i  żałośnie. 
Elizabeth nie była w stanie śpiewać, bo na pewno by się rozpłakała. 
 

Nie mogła się też skupić na tym, co mówił pastor w kościele, bo cały czas walczyła z 

płaczem. Ojciec był małomówny, ale wiedziała, jak bardzo je kochał. Teraz i jego zabrakło. 
Zostały tylko Maria i Ane. 
 

Czy to kara? – zastanawiała się. czy tak chciał ów sprawiedliwy Bóg, który nigdy nie 

wybaczył  jej  tego,  co  uczyniła  Leonardowi?  Czy  to  On  najpierw  sprawił,  że  ujrzała  orszak 
ż

ałobny, iż ktoś umrze, a następnie przez długi czas kazał jej żyć z nieświadomości, że potem 

znienacka uderzyć? 
 

Kiedy  wierni  wstali,  Elizabeth  zrobiła  to  samo.  Gdy  złożyli  ręce  do  modlitwy  Ojcze 

nasz, 

pomodliła się w duchu: Kochan, wszechmogący Boże. Wiem, ze śmierć mojego ojca to 

kara, którą na mnie nałożyłeś. Ja odebrałam życie człowiekowi, a teraz Ty zabierasz mi tych, 
których  kocha,.  Zabrałe
ś  ich  już  czworo:  oboje  rodziców,  Jensa  i  Ragnę.  Czy  jesteś  już 
zadowolony?  Dlaczego  nie  we
źmiesz  mnie  zamiast  nich?  Czy  byłaby  to  zbyt  łagodna  kara, 
poniewa
ż  o  nią  proszę?  Błagam  Cię,  oszczędź  mi  kolejnych  śmierci.  Modliłam  się  o 
wybaczenie, ale Ty nie chcesz mi wybaczy
ć. Jednak nie zabieraj mi więcej bliskich. Amen. 
 

Stała  dłużej  niż  inni,  nie  zważając,  że  niektórzy  mieszkańcy  wsi  przyglądają  jej  się 

uważnie. 
 
 

Twarz  Marii  nie  zdradzała  uczuć,  kiedy  opuszczano  trumnę  do  grobu.  Elizabeth 

wzięła siostrę za rękę i mocno ją uścisnęła. Wtedy dziewczynka podniosła wzrok i szepnęła: 
 

- Teraz tata znów będzie mógł spać razem z mamą. 

 

Tak,  pomyślała  Elizabeth.  Ojciec  śpi  i  na  pewno  jest  szczęśliwy.  Pojedyncza  łza 

stoczyła się po jej policzku. Może jednak Bóg mimo wszystko jest dobry? 
 
 

Elizabeth  wolałaby,  żeby  na  pogrzeb  nie  przyszło  aż  tylu  ludzi,  ale  zwyczaj 

nakazywał, żeby zaprosić gości z daleka i bliska. Uważano bowiem, że im więcej ludzi, tym 
większą  część  oddaje  się  zmarłemu.  Przez  moment,  kiedy  wchodziła  do  siebie,  ogarnął  ją 
strach, że nie przetrzyma tego dnia. 
 

Goście podchodzili jeden za drugim, ściskali jej rękę i składali kondolencje. Na pewno 

dobrze jej życzyli, wypowiadając te wszystkie piękne słowa, ale Elizabeth miała wrażenie, że 

background image

 

16

nie  może  oddychać.  Wymknęła  się  na  poddasze.  To  tchórzostwo  i  dziecinne  zachowanie, 
szeptał  jakiś  słaby  głos  w  jej  duszy.  Masz  być  silna,  Elizabeth,  tego  wszyscy  od  ciebie 
oczekują. Bądź twarda i nie okazuj, co czujesz, inaczej nie przeżyjesz. 
 

Wślizgnęła  się  do  niebieskiego  pokoju,  jak  go  nazywali,  ponieważ  ściany  były 

pomalowane na niebiesko. Pewnie Jakob kupił za korzystną cenę więcej niebieskiego proszku 
do farby, pomyślała. 
 

Usiadła przy oknie i spojrzała na dom ojca. ojciec rozumiał, że miała prawo do tego, 

ż

eby od czasu do czasu pozwolić sobie na chwilę słabości. On i Jens. Nie zawsze wiedzieli, 

jak ją pocieszyć,  ale martwili się o nią. Przyglądała się niewielkiemu  gospodarstwu. Ciężko 
tam pracowali przez wiele lat. zbierali kamienie, żeby pozyskać ziemię uprawną. Kosili trawę 
i samych stóp góry i znosili siano na plecach w dół. Było ciężko, ale czerpali z tego radość. 
Dobrze  było  wiedzieć,  że  to  ich  własność.  Ojciec  spłacił  całą  należność  za  gospodarstwo. 
Spłacał latami, ale cel osiągnął. Przydały się też pieniądze, które zarobiła w Dalsrud. Ojciec 
był dumny, że jego gospodarstwo jest spłacone. 
 

Przeniosła wzrok na drogę, która podążało mnóstwo ludzi. Niektórzy szli pieszo, inni 

jechali  wozami  konnymi.  Jeszcze  inni  płynęli  łodziami  przez  fiord.  Jakob  i  Darte  zajęli  się 
zaproszeniami, bo ona nie była w stanie. Teraz dom był pełen gości, jak się domyślała. Żeby 
nie  przynieść  wstydu  sobie  i  bliskim,  powinna  zejść  na  dół.  Podniosła  się,  lecz  nagle 
znieruchomiała.  Rozpoznała  mężczyznę,  który  wysiadał  z  pierwszego  wozu.  Serce  mocniej 
zabiło w jej piersi, drżącą ręką przygładziła włosy. To był Kristian Dalsrud. 
 
 

Zawstydziła się, gdy zdała sobie sprawę, ze odruchowo zerknęła w lustro. To nie ma 

nic wspólnego z nim, rzekła do siebie, ale wiedziała, że się oszukuje. Kolana wydawały się 
dziwnie  miękkie,  kiedy  schodziła  po  schodach.  Napotkała  wzrok  Kristiana,  jeszcze  zanim 
znalazła się na dole. 
 

- Moje kondolencje, Elizabeth. To nieszczęście, którego nie potrafię wyrazić słowami 

– powiedział z powagą.  
 

Elizabeth musiała kilka razy przełknąć ślinę, nim zdołała mu podziękować. 

 

- Tak, kto by pomyślał, że mały haczyk mógł spowodować śmierć taty. Przecież ojciec 

pokonywał tyle przeciwności. Tyle lat spędził na morzu. Pływał już jako mały chłopiec. 
 

- Kristian pogładził ja po ramionach. Jego dotyk był dobry i ciepły. 

 

- Twój ojciec odszedł, ale ty masz się kim opiekować. Życie musi toczyć się dalej. 

 

Elizabeth  podniosła  na  niego  wzrok.  Nagle  zapragnęła  przytulić  się  do  jego  piersi  i 

wypłakać ogromny, czarny smutek, lecz wysiłkiem woli ostrożnie odsunęła się od niego. 
 

-  Masz  rację.  Dziękuję  za  troskę,  to  miło  z  twojej  strony.  Wejdź  do  środka  i  usiądź 

przy  stole  –  zaproponowała,  prostując  plecy.  Chciała  pójść  przodem,  lecz  nieoczekiwanie 
chwycił ją za ramię. 
 

- Elizabeth – rzekł. – Jak ty sobie teraz poradzisz? 

 

- Jakoś to będzie – odparła i w jednej chwili poczuła niepewność. – Inne przede mną 

też sobie radziły, 
 

Popatrzył jej głęboko w oczy. Długo nie odrywał od niej wzroku. 

 

- Elizabeth, pytam cię po raz drugi: wyjdziesz za mnie? 

 

Zanim zdążyła odpowiedzieć, mówił dalej w wielkim pośpiechu: 

 

- Zadbam o to, żebyście nigdy nie zaznały biedy. Nigdy! 

 

W  głosie  Kristiana  brzmiało  błagalnie,  jakiego  Elizabeth  nigdy  wcześniej  w  nim  nie 

słyszała. Zwilżyła wargi czubkiem języka i wzięła oddech, nim odparła: 
 

-  Nie  sądzę,  żeby  to  był  odpowiedni  moment  na  podejmowanie  takiej  decyzji, 

Kristianie. To pogrzeb mojego taty. 
 

Spostrzegła niepewność w jego oczach i pożałowała, że nie wyraziła tego inaczej. 

background image

 

17

 

Przepraszam. To było niestosowne z mojej strony – przyznał i puścił jej ramię. – Nie 

powinienem pytać cię dzisiaj. Powinienem… 
 

- Przepraszam. To było niestosowne z mojej strony – przyznał i puścił jej ramie. – Nie 

powinienem pytać cię dzisiaj. Powinienem… 
 

-  Nie  przepraszaj  –  przerwała  mu  łagodnie,  zastanawiając  się,  co  on  w  niej  widzi  – 

ubogiej samotnej kobiecie z dwójką dzieci. On, który mógł mieć każdą. Nie zapytała jednak o 
to. Nie mogła teraz zadawać takich pytań. Nie wypadało. 
 

- Sprawdziłabyś mi radość, gdybyś się nad tym zastanowiła – dodał. 

 

Elizabeth skinęła głową, ale nie popatrzyła mu w oczy, 

 

- Wjedziemy? – spytała i ruszyła przodem. 

 

Tym razem jej nie zatrzymywał. 

 
Rozdział 4 
 
 

Przez  kilka  dni  Elizabeth  odkładała  porządkowanie  rzeczy  ojca.  ciągle  wynajdowała 

jakieś wymówki, ale w końcu nie mogła dłużej zwlekać. 
 

-  Jesteś  pewna,  że  nie  potrzebujesz  pomocy?  –  spytała  ją  Dorte,  gdy  w  pośpiechu 

zajrzała z Ane do Heimly. 
 

- Tak. Nie jest tego wiele – odparła Elizabeth. Urwała na chwilę, lecz zaraz dodała: - 

Nie  gniewaj  się,  ale  chciałabym  to  zrobić  sama.  kiedy  będę  przeglądała  wszystko,  co  tata 
miał, to… - urwała, bo nie znalazła odpowiednich słów. Dorte i tak na pewno ją rozumiała. – 
Byłabym  jednak  wdzięczna,  gdyby  Ane  mogła  tu  zostać  na  ten  czas,  żeby  mi  nie 
przeszkadzała. 
 

- Naturalnie, zajmę się nią. Idź już, zimno tu w sieni. 

 

- Dziękuję – odpowiedziała Elizabeth i ruszyła w stronę domu ojca. 

 

W kuchni uderzył ją nieprzyjemny chłód. Nigdy przedtem tego nie czuła i zrobiło jej 

się  przykro.  Stanęła  na  środku  izby  i  trwała  tak  przez  kilka  sekund.  W  pomieszczeniu 
panował  mrok.  Pachniało  inaczej.  Cała  kuchnia  wydawała  się  inna.  O  wiele  uboższa.  Mech 
poutykany w ścianach, rozeschnięte deski podłogi – dlaczego wcześniej tego nie dostrzegła? 
Głęboko zaczerpnęła powietrza. Drżącymi palcami rozpaliła ogień w palenisku. Przycupnęła, 
czekając,  aż  ciepło  rozejdzie  się  po  kuchni  i  zrobi  się  przytulniej.  Wtedy  zapaliła  świecę 
łojową i usiadła przy stole. Rozejrzała się dokoła. 
 

Ogarnęły ją wspomnienia. Przypomniała sobie ten dzień, kiedy matka oznajmiła jej, że 

dostała posadę w Dalsrud. Siedzieli wtedy przy stole i jedli rybę z ziemniakami. Pamiętała, że 
ojciec umilkł jej wzroku. Zawsze podporządkowywał się matce, pomyślała ze smutkiem. Nie 
lubił  krzyku  i  kłótni.  Tutaj  wczesnym  rankiem  marzyła  o  Jensie.  Tu  siedział  ojciec,  kiedy 
powiedział jej, że matka jest chora, i tutaj umarł… 
 

Otrząsnęła  się  ze  wspomnień  i  podeszła  do  kredensu.  Talerze  i  kubki  zawinie  w 

ubrania i zaniesie d Dalen, postanowiła. Rozejrzała się, żeby znaleźć jakiejś rzeczy ojca. jego 
zapach czuć było  w całym domu uderzył ją mocniej, kiedy otworzyła skrzynię z ubraniami. 
To, czego nie uda mi się przerobić, wykorzystam na szmaty, pomyślała i wyjęła spodnie ojca. 
wtedy  jej  spojrzenie  padło  na  niewielkie  pudełko  na  dnie  skrzyni.  Zdumiona  wyjęła  je  i 
usiadła pudełko na dnie skrzyni. Zdumiona wyjęła je i usiadła na brzegu łóżka. Wpatrywała 
się nie. dlaczego nigdy przedtem nie widziała tego pudełka? 
 

Nagle  ogarnęło  ją  nieprzyjemne  uczucie.  Drżącymi  palcami  uniosła  wieczko.  W 

ś

rodku było tylko kilka papierów. Akt ślubu, akt własności domu i parę innych dokumentów. 

Przejrzała  je,  w  końcu  został  jeden.  Szybko  przebiegła  wzrokiem  jego  treść,  ale  dopiero  po 
chwili  zrozumiała,  co  zawierał.  Czy  to  mogło  być  prawdą?  Musiała  przeczytać  dokument 
jeszcze raz. Odniosła wrażenie, jakby jej krew zamieniła się w lód, przez dłuższą chwilę nie 

background image

 

18

mogła  się  poruszyć.  To  był  list  zastawny.  Ojciec  pożyczył  pieniądze  od  sklepikarza  Pedera 
Binasena. Osiem talarów. 
 

-  Dlaczego  to  zrobiłeś,  tato?  Nie  mieliśmy  przecież  długów  i  byliśmy  z  tego  tacy 

dumni  –  szepnęła.  Usłyszała,  jak  gorzko  zabrzmiał  jej  głos,  i  natychmiast  pożałowała  tych 
słów. To prawda, że dług przechodził na następne pokolenia i często spłacano go prze wiele 
lat, ale przecież ojciec nie mógł wiedzieć, że umrze tak szybko. Zawsze się rozliczał, było to 
dla niego sprawą honoru. 
 

Nagle  Elizabeth  uświadomiła  sobie  sytuację,  w  jakiej  się  znalazła:  ojciec  nie  żyje,  a 

ona z Marią odziedziczyły dług. Zaszumiało jej w uszach, zakręciło się w głowie i zemdliło. 
Osiem talarów. To majątek! Zakryła twarz rękami i wstrzymała oddech. Nie wolno jej płakać. 
Nie teraz, później też Ne. Nigdy! Opuściła ręce i zrozpaczona wpatrywała się przed siebie. 
 

- Muszę sobie jakoś poradzić – szepnęła ochrypłym głosem. 

 

Nie bardzo jednak potrafiła sobie wyobrazić, jak tego dokona. Zwłaszcza teraz, kiedy 

spadła na nią odpowiedzialność za Marię. 
 
 

Tego  dnia  nie  była  w  stanie  zrobić  w  domu  ojca  nic  więcej.  Odrętwiała  z  rozpaczy 

zamknęła  dom  na  klucz  i  wróciła  do  Heimly.  List  zastawny  ukryła  za  stanikiem  sukni,  nie 
bardzo wiedząc, dlaczego. Może żeby mieć pewność, że nikt go nie znajdzie. 
 

- Jak szybko ci poszło – zdumiała się na jej widok Dorte. W ciepłej kuchni wszyscy 

domownicy  siedzieli  przy  stole.  Na  ten  widok  Elizabeth  ścisnęło  się  serce.  Rozmawiali 
beztrosko.  Maria  zachichotała,  gdy  Indianne  szepnęła  jej  coś  na  ucho.  Ogień  w  palenisku, 
gałgankowe chodniki na podłodze, obite drewnem ściany – skrajnie odmienna atmosfera od 
panującej w domu, który właśnie opuściła. 
 

- Może usiądziesz z nami? – zaproponował Jakob i podsunął jej wolne krzesło. 

 

Elizabeth  poczuła, że w żołądku burczy jej z głodu, a zapachy syropu, kawy i chleba 

przyjemnie  łaskotały  w  nozdrza.  Mimo  to  pokręciła  głową.  Wiedziała,  że  nie  przełknęłaby 
nawet kęsa. 
 

- Jesteś pewna? – spytała Dorte. 

 

-  Tak,  przyszłam  tylko  po  dzieci.  Mam  w  domu  dużo  roboty.  –  Odchrząknęła  i 

spojrzała  na  Jakoba.  –  Jeżeli  nie  sprawi  co  to  kłopotu,  chciałabym  cię  prosić  o  pomoc  przy 
uboju bydła taty. 
 

Teść popatrzył na nią zdumiony. 

 

- A dlaczego chcesz je zaszlachtować? 

 

Elizabeth  poczuła,  że  to  upokarzające  stać  tak  przed  nimi  wszystkimi  i  znosić  ich 

spojrzenia. Ogarnął ją gniew, że Jakob zadał to pytanie. 
 

- Tata miał dług w sklepie, więc muszę poprosić Pedera, żeby kupił mięso. Ale jeśli ci 

nie pasuje… 
 

- Owszem, pasuje, pomogę ci, daj mi znać, kiedy mam przyjść. 

 

Przy stole zapadła cisza. Maria zebrała ostatnie okruszki i wrzuciła je do ust. Elizabeth 

chwyciła ją za ramię i ponagliła, zawstydzona jej zachowaniem: 
 

- Chodź już! 

 

Dorte wyszła za nią do sieni. 

 

- Pomogę ci przy uboju – zaproponowała szybko. 

 

- Dziękuję, to miło z twojej strony – odparła Elizabeth i lekko uścisnęła jej rękę. Dorte 

rozumiała. Dorte wiedziała, jak to jest być biednym. 
 
 

Elizabeth nie marnowała czasu. Już następnego ranka przeprawiła się przez fiord, żeby 

porozmawiać  z  Pederem.  Specjalnie  wyszła  z  domu  wcześniej,  żeby  w  sklepie  nie  było 
jeszcze zbyt wielu ludzi. 

background image

 

19

 

-  Pochwalony  –  przywitała  się,  ale  Peder  tylko  skinął  w  odpowiedzi,  zajęty 

rozpalaniem ognia w niedużym piecyku. 
 

Długo  jeszcze  stał  odwrócony  do  niej  plecami,  choć  drewno  już  się  paliło.  Robi  to 

celowo, pomyślała. Sprawia mu przyjemność, że może mnie lekceważyć, ale nie pozwolę mu 
cieszyć się zbyt długo. Na głos zaś powiedziała: 
 

- Tata zaciągnął dług, który masz zapisany w zeszycie. Chciałabym go uregulować. 

 

W  tym  momencie  do  sklepu  weszło  dwóch  mężczyzn.  Elizabeth  poczuła,  że  serce 

zamarło jej w piersi. 
 

-  A  więc  chciałabyś  spłacić  dług  –  odezwał  się  nagle  Peder.  –  Jak  zamierzasz  to 

zrobić? 
 

Elizabeth postanowiła nie zwracać uwagi na mężczyzn. 

 

- Chcę zaszlachtować zwierzęta, które tata hodował. Dwie owce i dwie kozy. 

 

Peder zerknął na nią i wciągnął ze świstem powietrze, po czym spytał: 

 

- A nie mógłbym dostać ich żywych? 

 

-  trudno  byłoby  przewieść  je  łodzią  –  odparła  i  usłyszała,  że  jeden  z  mężczyzn  się 

roześmiał. Wiedziała, że śmieje się z Pedera. 
 

Sklepikarz schylił się i wyjął zza lady zeszyt. Chce się zemścić, pomyślała Elizabeth i 

szybko dodała: 
 

- To powinno pokryć dług i zostanie jeszcze trochę pieniędzy. 

 

Peder nie słuchał jej, tylko otworzył zeszyt. 

 

- Mięso z Nymark słynie z tego, że jest żylaste. 

 

- Dziękuję, słyszałam już to – odparła Elizabeth cierpko i odwróciła się plecami. – Są 

inni kupcy. 
 

Peder poczekał, aż Elizabeth znajdzie się przy drzwiach, po czym się odezwał. 

 

- Zgoda. Wezmę mięso i będziemy kwita. 

 

Chciała  zaprotestować  z  powodu  niskiej  ceny,  ale  wiedziała,  że  nie  znajdzie  nikogo 

innego, kto kupiłby taką ilość mięsa. Musiała się zgodzić. 
 

- A więc umowa stoi – rzekła krótko i zamierzała wyjść, ale znów ją zatrzymał. 

 

- Nie zapominaj też, że twój ojciec pożyczył również osiem talarów, żeby spłacić dług 

w Storvaagen. 
 

A  więc  dlatego  ojciec  zaciągnął  pożyczkę,  pomyślała.  Bardziej  czuła,  niż  widziała, 

utkwione w niej spojrzenia i ogarnęła ją złość. Że też Peder mógł być tak podły! A ona miała 
o nim takie dobre zdanie, kiedy kupował sklepik. 
 

- Bez obawy. Na pewno zadbasz o to, żebym nie zapomniała – odparła hardo i w tej 

samej  chwili  przestraszyła  się  tego,  co  powiedziała.  Szybko  więc  dodała:  -  Dostaniesz  te 
pieniądze za tydzień, licząc od dzisiaj. – Potem skinęła krótko głowa i spokojnie wyszła. 
 

Serce waliło jej w piersi niczym młot parowy, kiedy z powrotem wsiadała do łodzi. Co 

ja najlepszego zrobiłam? – pomyślała. Przecież nie zdobędę takiej sumy w ciągu tygodnia! 
 
 

Jakob    Dorte  pomogli  jej  przy  uboju,  tak  jak  obiecali.  Niewiele  przy  tym  mówili  i 

Elizabeth była im za to wdzięczna. Wiedziała, że dla bogatych dni uboju były jak święto – z 
potrawami  z  krwi,  kiełbasą,  puddingiem  mięsnym  i  innymi  smakołykami.  Ale  tutaj  to  co 
innego. Szlachtowali zwierzęta z biedy i sami nie spróbują nawet kęsa. 
 

Kiedy skończyli, obora zrobiła się pusta. Boksy zdawały się drwić z Elizabeth. Został 

tylko  zapach  krwi  i  wnętrzności,  pomieszany  z  zapachem  nawozu  i  siana.  Postanowiła,  że 
posprząta tu najszybciej, jak się da, i dobrze zamknęła za sobą drzwi. 
 
 

Mijał  tydzień  i  Elizabeth  musiała  wyruszyć  do  Storvika.  Mięsko  skruszało,  a  ona 

zdążyła  zebrać  siły  na  to,  co  ją  czekało.  Najchętniej  popłynęłaby  sama,  ale  nie  poradziłaby 
sobie z tak dużym ładunkiem. Poprosiła więc o pomoc teścia. 

background image

 

20

 

Jakob  wziął  swoją  łódź,  załadował  ją  po  brzegi  i  zasiadł  do  wioseł.  Odnoga  fiordu 

nigdy nie wydawała się Elizabeth tak mała. To z powodu zdenerwowania, uświadomiła sobie.  
 

Peder  wyszedł  im  na  spotkanie  aż  na  brzeg.  A  więc  nas  obserwował,  pomyślała 

Elizabeth,  wyciągając  łódź  na  ląd.  Ciągnęła  z  taką  siłą,  aż  pociemniało  jej  w  oczach,  ale 
chciała pokazać, że łatwo się nie poddaje. I wiedziała, że Peder to zauważył. 
 

Mimo  to,  kiedy  już  wszystko  wyładowali  i  został  z  Elizabeth  sam  na  sam,  nie  mógł 

powstrzymać się od uwagi: 
 

- Nie zapomnij o reszcie długu. 

 

- Do pełnego tygodnia brakuje jeszcze jednego dnia – uświadomiła zarozumialcowi. – 

Dotrzymuję obietnic, już mówiła, jutro będziesz miał pieniądze w garści. 
 

Nogi trzęsły się pod nią, kiedy schodziła na dół  ku łodzi. Wiele ją kosztowało, żeby 

utrzymać plecy wyprostowane, ale się udało. 
 

- Czy jeszcze czegoś od ciebie chce? – spytał Jakob, zanim odpłynęli. 

 

- Nie, tylko podziękował za to, że dobiliśmy targu – skłamała i chwyciła za wiosła. 

 

Gdyby tylko mogła się zwierzyć ze swego kłopotu, westchnęła w duchu. Mocno wiało 

i wiatr rozpryskiwał na jej twarzy kropelki słonej wody. Nie wiedziała, czy to morska woda, 
czyracznej łzy cieknące po jej policzkach.  
 

Jutro Peder Binasen powinien dostać swoje pieniądze. Powinna dotrzymać obietnicy. 

 
 

Noc upłynęła jej na niekończącej się wędrówce po kuchni. Kiedy dziewczynki poszły 

spać,  odczekała  chwilę,  aż  usłyszy  ich  równy  oddech,  po  czym  wstała,  pewna,  że  i  tak  nie 
zmruży  oka.  Jak  mogłaby  zasnąć?  Jeśli  Peder  nie  dostanie  jutro  pieniędzy,  wyśle  do  niej 
lensmana. Co prawda nie groził jej, ale wiedziała, że już postępował tak z innymi. W takich 
przypadkach lensman zabierał wszystko, co było do zarekwirowania, niezależnie od wielkości 
długu.  Zarówno  zwierzęta,  jak  i  sprzęt  -    wszystko  od  chodaków  po  bieliznę  i  filiżanki  z 
utrąconymi uszkami. 
 

Pomyślała  o  żebraczce,  wędrującej  od  zagrody  do  zagrody.  Zawsze  gdy  do  nich 

zapukała,  matka  dawała  jej  co  nieco  z  ich  skromnych  zapasów.  Zdarzało  się,  że  kobieta 
spędzała  u  nich  noc  albo  dwie  na  podłodze  przy  palenisku.  Dorośli  powiadali,  że  lensman 
zabrał jej wszystko, co miała, i teraz żyła z tego, co wyżebrała. 
 

Elizabeth niewiele wtedy z tego rozumiała, ale później słyszała inne podobne historie. 

Wiedziała, że najgorszy los spotkał tych, którzy mieli dzieci. Biedne dzieciaki nieraz musiały 
biegać  bez  butów  lub  bez  ubrania.  Biedakom  zabierano  narzędzia  rolnicze  i  łodzie,  toteż  – 
ż

eby  nie  umrzeć  z  głodu  –  nędzarze  tacy  musieli  iść  na  żebry  albo  żyć  na  cudzej  łasce. 

Elizabeth zdumiewały te historie. Wiele z przedmiotów, które zabierano dłużnikom, nie miało 
dużej wartości. Czy urzędnicy robili to tylko po to, żeby upodlić ludzi? Żeby pokazać, kto ma 
władzę? 
 

Na myśl o tym, że mogłaby stracić dom i gospodarstwo, przebiegł ją zimny dreszcz. 

To własność jej i Jena, którą powinna odziedziczyć Ane. 
 

Napaliła dobrze w palenisku, a godziny mijały.  Zrobiła sobie herbatę, ale nie była w 

stanie  jej  wypić;  po  kilku  łykach  dostała  mdłości,  więc  ją  wylała.  Usiadła  na  pryczy, 
wpatrując  się  w  okno.  Tymczasem  zaczęło  świtać  i  na  poddaszu  zaczęły  się  budzić 
dziewczynki. 
 

Obrządziła zwierzęta w oborze. Kozie chyba coś dolega, pomyślała. Nie dała ni kropli 

mleka, ale zwierzęta o tej porze roku były takie wychudzone, że to nic dziwnego. Elizabeth 
przeniosła od ojca całe siano, lecz musiała je oszczędzać, żeby starczyło do lata. Nawet gdyby 
zaszlachtowała własne zwierzęta, nie zdołałaby spłacić długu. A co by im potem pozostało? 
Zagłodzić się na śmierć? 
 

Głowa  rozbolała  ją  tak  bardzo,  że  aż  dostała  mdłości;  każdy  ruch  powodował 

dudnienie w okolicy czoła. Weszła do spiżarni. Na półkach było prawie pusto; leżał tam tylko 

background image

 

21

jeden  podpłomyk,  który  dostała  od  Jakoba,  i  odrobina  mąki.  Starczy  na  dzień  albo  dwa,  w 
każdym razie dla dzieci, stwierdziła i zabrała jedzenie do kuchni. 
 

- Dzisiaj będzie polewka na wodzie – powiedziała do Marii. – Koza nie dała mleka. 

 

- To nic – odparła siostra, ale Elizabeth poznała po jej głosie, ze skłamała. 

 

- Chcę mleka – zawołała Ane. – I cukier! 

 

- Nie ma mleka – oznajmiła Elizabeth. – I koniec tych wrzasków. Boli mnie głowa. 

 

Maria  nakryła  dla  trzech  osób,  ale  Elizabeth  wymówiła  się,  że  nie  jest  głodna  z 

powodu  bólu  głowy,  i  przegryzła  tylko  kawałek  podpłomyka.  Miała  nadzieję,  ze  siostra  jej 
uwierzyła.  Spróbuję  później  zarzuć  wędkę,  może  uda  jej  się  złowić  coś  na  obiad.  Ostatnio 
jednak ryby słabo brały. Maria twierdziła, że znudziły im się robaki, i wolałyby coś lepszego 
na przynętę, na przykład śledzie. Elizabeth nie potrafiła śmiać się z tego żarciku, bo w domu 
nie było nawet śledzi. Sieci Jensa oddała Jakobowi, których ich potrzebował. 
 

Mdłości dokuczały jej coraz bardziej; musiała nagle wyjść i zwymiotować. Od kilku 

dni prawie nie jadła, więc zwróciła jedynie kawałki podpłomyka zmieszane z żółcią. 
 

Pozostało już tylko jedno, pomyślała i zataczając się, wróciła do domu. 

 

- Mario, pobiegnij do Jakoba i poproś go, żeby przyszedł. 

 

-  Czy  ma  sprowadzić  do  ciebie  doktora?  –  spytała  siostra  poważnie,  a  w  jej  oczach 

malował się strach. 
 

-  Nie,  powiedz,  że  jeden  z  boksów  w  oborze  jest  zniszczony.  Niech  przyjdzie  i 

zobaczy, czy będzie mógł go naprawić. 
 

Maria ochoczo skinęła głową. 

 

- Czy mogę potem zostać u Indianne? – poprosiła. 

 

- Tak – przytaknęła Elizabeth bezwiednie. Myślami była zupełnie gdzie indziej. 

 

 

 

Stała na środku kuchni, kiedy przyszedł Jakob. Ucieszyła się na jego widok. 

 

-  Dzień  dobry,  Elizabeth.  Maria  mówiła,  że  potrzebujesz  pomocy  przy  naprawie 

boksu. 
 

- To był tylko pretekst, żeby z tobą porozmawiać na osobności – wyjaśniła. – Siadaj, 

proszę. 
 

Zawahał się, ale usiadł. Elizabeth chodziła tam i z powrotem zaciskając zimne, jakby 

pozbawione czucia dłonie. 
 

- Czy coś się stało? – spytał Jakob niepewnie i zmarszczył krzaczaste brwi. 

 

- Tak, chyba tak – odparła. Zatrzymała się. – Nie jest mi łatwo o tym mówić, możesz 

mi wierzyć. 
 

- Po prostu powiedz, o co chodzi, Elizabeth. Czy nie byliśmy dotąd przyjaciółmi i nie 

ż

yliśmy w zgodzie? – spytał z uśmiechem. 

 

Zawsze lubiła ten jego dobry uśmiech. Dodawał jej odwagi. 

 

- Okazało się, że tata zaciągnął dług u Pedera, żeby spłacić pożyczkę w Storvaagen. – 

Zamilkła  na  moment,  żeby  sprawdzić  reakcję  Jakoba,  ale  on  tylko  patrzył  na  nią 
wyczekująco. 
 

- Znalazłam to. – Podała mu papier. – Był winien osiem talarów, oprócz tego, co Peder 

zapisał w zeszycie. 
 

Jakob  poruszał  wargami,  czytając  szybko  treść  dokumentu.  Potem  podniósł  wzrok  i 

rzekł spokojnie. 
 

-  Nie  powinnaś  go  za  to  winić,  Elizabeth.  Ktoś  ukradł  jego  sieci,  kiedy  wypłynął  na 

połów.  Musiał  kupić  owe  i  dlatego  pożyczył  pieniądze,  prawdę  mówiąc,  kupił  używane,  a 
resztę  wydał  na  jedzenie.  Wiesz,  twój  ojciec  był  dumny,  nie  chciał  niczego  od  nas  przyjąc, 
wolał radzić sobie sam. 
 

Elizabeth przytaknęła. 

background image

 

22

 

- Wiem o tym, też taka  jestem. Mie chcę zalegać z długiem,  ale nie mam pieniędzy, 

ż

eby zwrócić Pederowi. 

 

- Chyba się nie upiera, żebyś spłaciła wszystko od razu? – spytał Jakob. 

 

-  Niestety  tak,  i  to  moja  wina  –  przyznała  i  ciężko  opadła  na  krzesło.  –  trochę  się 

zagalopowałam  któregoś  dnia,  gdy  Peder  zachował  się…  nieładnie.  Obiecałam,  ze  dostanie 
pieniądze w ciągu tygodnia. 
 

- Kiedy to było? – zapytał. 

 

- Dziś mija tydzień. 

 

Mówiąc  to,  nie  potrafiła  spojrzeć  teściowi  w  oczy,  tylko  wpatrywała  się  w  deski 

podłogi. W kuchni zrobiło się cicho, tak cicho, że słyszała oddech Jakoba. W końcu podniosła 
wzrok. 
 

- Muszę cię prosić o pożyczkę, Jakobie – wykrztusiła, a jej głos brzmiał cienko i obco. 

Czuła się podle, żebrząc w ten sposób, i obiecała sobie, że robi to po raz ostatni. Już nigdy o 
nic nie poprosi Jakoba. Żeby tylko załatwić tę jedną sprawę! 
 

Jego  milczenie  zdawało  się  większą  udręką  niż  prośba  o  pożyczkę.  Próbowała 

wyczytać  coś  w  jego  oczach,  ale  one  niczego  nie  zdradzały  –  były  brązowe  i  ciepłe  jak 
zawsze. 
 

- Nie – powiedział w końcu. – Nie pożyczę ci tych pieniędzy. 

odpowiedź  spadła  na  nią  jak  grom.  Elizabeth  nie  wiedziała,  co  robić,  i  tylko 

wpatrywała się w teścia zaskoczona. Po chwili gwałtownie wstała i rzekła drżącym głosem: 
 

- W takim razie przepraszam, że w ogóle o tym wspomniałam. Muszę cię prosić żebyś 

opuścił mój dom. Chcę być sama. 
 

-  Nie  zrozum  mnie  źle,  Elizabeth  –  zaczął  Jakob  spokojnie,  nawet  nie  zamierzając 

wstać. – Jeżeli pożyczysz ode mnie te pieniądze, nigdy nie będziesz wolna. Nie przyjęłabyś 
ich również w prezencie, jeśli dobrze cię znam. 
 

-  To  prawda,  niczego  bym  nie  wzięła  –  przyznała  cicho,  czując  dławienie  w  gardle, 

które  rosło  z  każdą  chwilą.  Jeżeli  mnie  teraz  o  coś  spyta,  nie  wiem  czy  dam  radę 
odpowiedzieć,  żeby  się  nie  rozpłakać,  pomyślała.  Dlatego  wstrzymała  oddech,  aż  dławienie 
ustało. 
 

-  Chciałbym  kupić  gospodarstwo  twojego  ojca  za  osiem  talarów  -  zaproponował  ze 

zdumienia. 
 

-  To  za  mało  –  odparła.  –  To  dom  mojego  dzieciństwa  i…  -  Głos  jej  się  załamał  i 

zamilkła. 
 

-  Wiem,  Elizabeth,  ale  możemy  spisać  umowę.  Jeśli  przyniesiesz  coś  do  pisania,  to 

zagwarantuję ci na papierze, ze w każdej chwili będziesz mogła odkupić gospodarstwo. I że 
nie sprzedam go nikomu innemu oprócz ciebie. 
 

Upłynęło  trochę  czasu,  zanim  zrozumiała  sens  tych  słów.  Wtedy  jej  po  policzkach 

popłynęły długo powstrzymywane łzy. Uśmiechnęła się, drżąc, i otarła dłonią mokrą twarz. 
 

- Nie ma takiego drugiego jak ty, Jakobie – wyznała. 

 
 

Kiedy spisali umowę, Jakob odczytał na głos jej treść: 

 
 

Dalen, dwudziestego października 1874 roku 

 

W  dniu  dzisiejszym  Elizabeth  Andersdatter-  Rask  zawarła  umowę  z  Jakobem 

Myranem. Niniejszym wyżej wymieniona sprzedaje gospodarstwo ojca za 8 talarów (słownie: 
osiem talarów) wy
żej wymienionemu Kupującemu. 
 

W umowie zastrzega się, ze Jakob Myran nie ma prawa sprzedać gospodarstwa innej 

osobie,  lecz  ma  o  nie  dbać  i  należycie  je  pielęgnować.  W  przeciwnym  razie  zapłaci 
Sprzedaj
ącej  karę  na  pokrycie  powstałych  szkód.  Elizabeth  Andersdatter  –  Rask  ma  prawo 
odkupi
ć gospodarstwo w każdym czasie za tę samą kwotę

background image

 

23

 
 

Na  koniec  przeczytał  tę  część,  która  Elizabeth  podobała  się  najbardziej  i  co  sama 

wymyśliła, a Jakob natychmiast zapisał: 
 
 

Zgodnie  z  życzeniem  Elizabeth  w  domu  może  zamieszkać  Mathilde  Hansdatter,  nie 

ponoszążadnych opłat, i mieszkać w nim, dopóki Elizabeth nie postanowi inaczej. 
 
 

 

 

 

 

 

 

Elizabeth Andersdatter- Rask 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jakob Myran 

 
 

- Czy tak będzie dobrze? – spytał i podał jej kartkę. 

 

- Tak, przecież podpisałam – odparła. 

 

-  No,  to  dobrze  tego  pilnuj  –  poradził.  Jeżeli  chcesz,  mogę  się  postarać  o  kilku 

ś

wiadków, żeby też się podpisali. 

 

-  To  sprawa  między  tobą  i  mną  –  stwierdziła  stanowczo  i  uścisnęła  teściowi  rękę  na 

przypieczętowanie umowy. 
 

- Jeżeli pójdziesz ze mną, to od razu dam ci pieniądze. 

 

-  Dobrze.  natychmiast  popłynę  do  Pedera  –  postanowiła,  czując  się  nieskończenie 

lekka  i  szczęśliwa.  Miała  wrażenie,  jak  gdyby  na  całym  świecie  nie  było  więcej  żadnych 
zmartwień. 
 
 

Kiedy  przeprawiła  się  przez  fiord,  nadal  wypełniało  ją  uczucie  szczęścia,  sprawa 

zawarcia  umowy  miała  pozostać  między  nią  i  Jakobem,  od  razu  jednak  zaproponowali 
Mathilde, żeby zamieszkała w Nymark, nie wdając się w szczegóły. 
 

-  Elizabeth  nie  musi  korzystać  z  dwóch  domów  –  powiedział  Jakob.  –  Dlaczego 

mogłaby ci wynająć ten po ojcu, jeśli chcesz. 
 

Biedna służąca wyglądała tak, jakby się miała rozpłakać. 

 

- Wyrzucacie mnie? – spytała zdławionym głosem. 

 

- Ależ skąd! Zostaniesz tu, dopóki Fredrik będzie cię potrzebował, a potem możesz się 

przenieść do Nymark i tam pracować dalej jako służąca. Jeżeli chcesz, oczywiście. 
 

- Ale czym zapłacę? – zmartwiła się Mathilde. 

 

-  Nie  musisz  nic  płacić  –  uspokoiła  ją  Elizabeth.  –  Dom  nie  powinien  stać  pusty, 

dlatego chciałabym, żebyś o niego dbała. 
 

Chyba  do  końca  życia  Elizabeth  nie  zapomni  wyrazu  twarzy  Mathilde,  która 

rozpromieniła  się  w  szerokim  uśmiechu,  a  następnie  rzuciła  się  jej  na  szyję  i  mocno  ją 
uściskała. 
 

-  Jesteście  najmilszymi  ludźmi,  jakich  znam!  –  zawołała  szczęśliwa.  Potem  wzięła 

Jakoba za rękę i długo ściskała, rumieniąc się z radości i podekscytowania. 
 

Elizabeth  nie  miała  serca  powiedzieć  dziewczynie,  że  być  może  kiedyś  jej  samej 

będzie potrzebny ten dom. Na razie jednak nie wiązała z nim żadnych planów, więc mogła to 
przemilczeć. 
 

Wreszcie  łódź  zaszurała  o  kamienie  na  brzegu.  Elizabeth  szkoda  było  czasu  na  jej 

uwiązanie,  tak  bardzo  jej  się  spieszyło,  żeby  oddać  Pederowi  pieniądze.  W  połowie  drogi 
jednak  się  zatrzymała,  żeby  wyrównać  oddech.  Szybko  sprawdziła,  czy  włosy  ą  gładko 
ułożone  pod  chustką  i  czy  na  spódnicy  przypadkiem  nie  ma  plam,  po  czym  spokojnym  już 
krokiem pokonała ostatni odcinek drogi do sklepiku. 
 

Ku jej radości w środku było dużo ludzi. Większość z nich przyszła tu, żeby posłuchać 

nowin,  jak  się  domyśliła,  ponieważ  Peder  nie  stał  za  ladą.  Bez  pośpiechu  rozejrzała  się, 
poluźniła  chustę  przy  szyi,  następnie  skinęła  głową  na  prawo  i  lewo,  uśmiechając  się  do 
wszystkich. Sklepikarz udawał, że nie zwraca na nią uwagi, ale spostrzegła, że ukradkiem na 

background image

 

24

nią  spogląda.  Obejrzała  dokładnie  parę  skórzanych  butów  zimowych,  potem  przeszła  dalej, 
zerknęła na czerpaki do wody i demonstracyjnie wsadziła palec do beczułki z syropem. 
 

- Kupujesz coś? – spytał Peder opryskliwie. 

 

-  Chcę  najpierw  sprawdzić,  czy  syrop  jest  dobry,  zanim  się  zdecyduje  –  odparła    z 

uśmiechem. 
 

Peder poczerwieniał. 

 

- Chyba wezmę… - Włożyła palec do syropu jeszcze raz, mlasnęła o pokręciła głową. 

– Nie, nie dzisiaj. 
 

- W takim razie muszę cię prosić, żebyś wyszła i wróciła wtedy, kiedy będziesz mogła 

oddać mi pieniądze, które jesteś winna. 
 

-  Zaraz  dostaniesz  wszystko  co  do  grosza  –  odparła  i  utkwiła  w  nim  wzrok.  –  Jego 

twarz zmieniła barwę na purpurową, a oczy się rozszerzyły. 
 

- Źle się czujesz? – spytała niewinnie. – Wyglądasz jakoś dziwnie… Może powinieneś 

usiąść? 
 

- Dziękuję, postoję – rzucił krótko. 

 

Za plecami Elizabeth zrobiło się całkiem cicho. Domyśliła się, że zebrani przysłuchują 

się tej rozmowie. To dla nich rozrywka, będę o tym rozmawiać we wsi przez wiele lat. 
 

- Proszę mi wypisać pokwitowanie zwrotu pieniędzy – rzekła. 

 

Peder wyjął chusteczkę i wytarł błyszczącą łysinę. 

 

- Najpierw muszę je dostać – zażądał. 

 

Nie  odpowiedziała  od  razu,  lecz  wpatrywała  się  w  niego  uporczywie,  aż  musiał 

umknąć wzrokiem. 
 

-  Ja  dotrzymuję  obietnic.  Zawsze!  –  oznajmiła  i  wyjęła  sakiewkę.  –  mam  tu  osiem 

talarów  w  srebrze  –  oświadczyła  głośno.  –  Wszystko,  co  tata  od  ciebie  pożyczył,  ponieważ 
ukradziono  mu  sieci  i  musiał  kupić  nowe.  –  Wiedziała,  że  niepotrzebnie  dodała  ostatnie 
zdanie,  ale  sprawiło  jej  to  przyjemność.  To  dla  ojca  pewnego  rodzaju  zadośćuczynienie,  że 
wszyscy, którzy tu stali, usłyszeli, dlaczego musiał zaciągnąć dług. 
 

Peder  burknął  coś  niezrozumiale,  po  czym  wyjął  kartkę,  atrament  i  pióro.  Elizabeth 

przezwyciężyła pokusę, żeby się odwrócić i popatrzeć na ludzi stojących z tyłu. Nawet jeśli 
nie  miała  takiej  książkowej  wiedzy  jak  Peder,  to  na  pewno  przeszła  szkołę  życia.  Wiele 
przekazali jej rodzice. nauczyli ją być dumną i regulować własne długi. 
 

Peder  podsunął  jej  kartkę  i  Elizabeth  szybko  przebiegła  wzrokiem  tekst  – 

pokwitowanie,  że  spłaciła  całą  kwotę  pożyczki  z  datą  i  podpisem  sklepikarza.  Pewną  ręką 
wpisała swoje nazwisko i podała Pederowi dłoń. 
 

- Dziękuję i do widzenia – powiedziała bezbarwnie i przecisnęła się do wyjścia obok 

beczułki z syropem. Pamiętała o tym, żeby uśmiechać się promiennie do wszystkich, którzy 
zebrali się w sklepie. Dobrze było móc wyjść z podniesioną głową. 
 
 

W  drodze  powrotnej  do  domu  czuła  się  tak  zadowolona  i  szczęśliwa,  że  odchyliła 

głowę do tyłu i roześmiała się w głos. 
 

-  To  by  się  tacie  spodobało!    Zawołała  do  mew,  które  fruwały  w  górze.  Tak, 

pomyślała, najpierw by się przeraził, a potem śmiał na całe gardło razem z nią. Taki właśnie 
był. 
 

Wprost rozsadzała ją radość, od razu więc musiała się nią podzielić z Jakobem, kiedy 

wstąpiła do teścia, żeby odebrać dziewczynki. 
 

-  Szkoda,  że  go  nie  widziałeś  –  roześmiała  się  cicho,  żeby  nikt  w  kuchni  jej  nie 

usłyszał.  –  Peder  poczerwieniał  jak  burak,  a  oczy  wyszły  mu  z  orbit,  kiedy  położyłam 
pieniądze na ladzie. 
 

Nagle na powrót spoważniała i zerknęła na Jakoba. 

 

- To dzięki tobie mogłam to zrobić, Jakobie. 

background image

 

25

 

- Nie mówmy o tym – odparł z rozwagą. – Zdobyłem przecież porządne gospodarstwo 

– dodał i zachichotał pod nosem. 
 

 

 

Nikt inny nie zgodziłby się zawrzeć takiej umowy, pomyślała Elizabeth, wracając pod 

górę  do  Dalen  razem  z  Ane  i  Marią.  Oby  mogła  mu  się  kiedyś  odwdzięczyć;  pokazać,  jak 
bardzo go ceni! 
 

Rozdzieliła  dokładnie  mąkę  na  wieczorną  polewkę  między  Marię  i  Ane.  Sama  tego 

dnia zjadła niewiele. Na jutrzejsze śniadanie dla dzieci prawie nie zostało już mąki, ale będzie 
się tym martwić, gdy przyjdzie pora. Teraz chciała tylko napawać się radością, że dług został 
spłacony. 
 
Rozdział 5 
 
 

- Idę do Obry – oznajmiła dziewczynkom, kiedy zjadły. – Przyszykujcie się do spania 

– dodała i narzuciła roboczy kubrak. 
 

Odwiesiła lampę i poczekała, aż oczy przywykną do ciemności. Wtedy zauważyła, że 

koza leży w boksie. W dwóch susach znalazła się obok niej. 
 

-  Co  ci  jest?  –  spytała  i  poklepała  zwierzę  po  szyi.  Głos  jej  drżał,  ale  starała  się  nie 

dopuszczać do siebie strachu. Rozsądek podpowiadał jej, że kozie coś dolega, lecz mimo to 
wstała  i  powiedziała,  starając  się,  by  jej  głos  zabrzmiał  dziarsko:  -  Pewnie  po  postu  jesteś 
głodna.  –  Przyniosła  dużą  wiązkę  siana  i  położyła  przed  kozą,  ale  zwierzę  nawet  się  nie 
ruszyło.  Tylko  nie  choruj,  poprosiła  w  duchu.  Proszę  cię!  Nie  rob  tego.  Mnie.  Dzieciom… 
Dotknęła wymiona kozy. Było twarde. 
 

Serce w niej zamarło. Ciężkim krokiem wróciła do domu. 

 

- Już skończyłaś? – spytała Maria i spojrzała na siostrę wielkimi oczami. 

 

- Nie, muszę zrobić kozie ciepły okład. 

 

- Dlaczego? Jest chora? 

 

- Tak, ma zapalenie wymienia. 

 

W izbie zapadła zupełnie cisza, a po chwili Maria spytała zniżonym, drżącym głosem: 

 

- Stracie je? 

 

Elizabeth  przypomniała  sobie,  że  kiedyś  jedna  z  owiec  zachorowała  na  zapalenie 

wymienia,  kiedy  wypędzili  owce  na  pastwiska.  Nie  zauważyli  tego  w  porę  i  wdała  się 
gangrena.  Wymię  odpadło,  owca  musiała  potwornie  cierpieć,  zanim  zdechła.  Maria 
zapamiętała to, mimo że była wtedy bardzo mała. 
 

- Naturalne, że go nie straci – odparła szybko Elizabeth, szukając szmat. 

 

- Skąd możesz wiedzieć? 

 

- Po prostu wiem – skłamała ostrym tonem. – Ciepły okład z mąki i wody na pewno 

pomoże – dodała trochę łagodniej. 
 

- A nie mogłabyś wypróbować jakichś swoich ziół? – dopytywała Maria. 

 

- Nie, to jest najlepsze. Nie znam innego sposobu zapewniła Elizabeth. – Weź Ane i 

kładźcie się spać. 
 

- Chcę mleka! – rozpłakała się Ane, a Elizabeth aż się serce ścisnęło. 

 

- Nie mamy teraz mleka. Napijcie się wody. 

 

- Nie możesz pożyczyć trochę od Dorte i Jakoba? – spytała Maria ostrożnie. 

 

- Mogę. Pójdę do nich jutro rano, ale teraz idźcie już do łóżka. Obie. 

 

Odczekała,  aż  znalazły  się  pod  kołdrą,  a  potem  poszła  do  nich  na  górę,  żeby 

powiedzieć im dobranoc. 
 

- Jeszcze jesteś na nas zła? – zapytała Maria. 

 

- Nie, nie jestem zła, tylko strasznie zmęczona. I denerwuję się, że koza jest chora. Ale 

zaraz  zrobię  jej  okład.  Ciepły  roztwór  z  mąki  i  wodą  wyciągnie  zapalenie  i  jutro  wszystko 

background image

 

26

będzie w porządku, jestem tego pewna. A teraz śpijcie dobrze, jedna i druga. – Pocałowała je 

policzki 

zeszła 

na 

dół. 

 

niełatwo było obwiązać kozie wymiona, ale w końcu się udało. Jeżeli zwierzę poleży 

teraz spokojnie, to śniadaniem dla Marii i Ane. Zużyła na okład całą mąkę, jaką miały. 
 

Wróciła  do  domu  i  osunęła  się  na  podłogę  przy  palenisku.  Ogień  pomógł  rozluźnić 

napięte  mięśnie  pleców  i  sprawił,  że  poczuła  się  senna.  Jak  to  dobrze  zamknąć  oczy  i 
zapomnieć  na  chwilę  o  wszystkich  kłopotach,  pomyślała.  Tylko  trochę  odpocznie  i  zaraz 
pójdzie do obory zobaczyć, jak się czuje koza. 
 

Musiała  się  zdrzemnąć,  bo  wydawało  jej  się,  że  obudził  ją  jakiś  dźwięk,  ale  kiedy 

oszołomiona  rozejrzała  się  dokoła,  nic  niezwykłego  nie  zauważyła,  a  w  izbie  panowała 
zupełna cisza. Ogień w  palenisku już dawno zgasł. Nogi jej zdrętwiały,  plecy zesztywniały. 
Bolały.  Otrząsnęła  się  i  szczelnie  otuliła  kubrakiem.  Podeszła  do  okna  i  wyjrzała  na  dwór. 
Było ciemno, ale wiedziała, że to już ranek. Dziewczynki zaraz się obudzą. 
 

Rozpaliła w palenisku i upewniona, że ogień dobrze się pali, znów wyszła do obory. 

Kiedy otwierała drzwi, przemknęła jej przez głowę myśl: coś jest nie tak! 
 

Na  szczęście  koza  wstała.  Elizabeth  dotknęła  jej  wymiona  i  poczuła,  że  zmiękło. 

Nabrała pewności, że zwierzę wyzdrowieje. 
 

-  Teraz  musisz  coś  zjeść,  żebyś  nabrała  sił  –  szepnęła  i  podała  kozie  trochę  siana. 

Uśmiechnęła  się  blado,  kiedy  zwierzę  chwyciło  zębami  jedzenie.  –  Pamiętaj,  że  twoje 
pożywne mleko utrzymuje dzieci przy życiu. 
 

Gdzieś w tyle głowy znów odezwał się sygnał, że coś jest nie tak. Nagle uświadomiła 

sobie,  co  to  takiego.  Kiedy  wychodziła  z  obory  wieczorem,  zamknęła  drzwi  na  haczyk,  jak 
zwykle. Dziś rano jednak haczyk zwisał luźno. Zesztywniała i poczuła, że włosy jeżą jej się 
na karku. Szybko wyprostowała się i rozejrzała dokoła. Nagle krew jej zastygła w żyłach, bo 
napotkała dzikie spojrzenie Esaiaa – zbiega, którego pomogła ująć i wsadzić do więzienia. Jak 
mu się udało stamtąd wydostać? Stała jak sparaliżowana i tylko na niego patrzyła. 
 

Ś

miał się drwiąco, pochodząc coraz bliżej. 

 

-  Myślała,  że  się  mnie  pozbyłaś?  –  zarechotał.  –  Na  pewno  się  zastanawiasz,  jakim 

cudem uciekłem. Nikomu dotąd nie udało się zbiec z więzienia w Kabelvaag. Mnie też, aż do 
tej  pory.  Ale  naczelnik  więzienia  postanowił  przywieźć  mnie  do  Christianii,  rozumiesz,  i 
wtedy prysnąłem. 
 

Roześmiał  się  znowu.  Elizabeth  miała  tak  sucho  w  ustach,  że  nie  mogła  przełknąć 

ś

liny. 

 

- Dotrzymałem obietnicy. Powiedziałem, że wrócę, żeby się zemścić. I oto jestem! 

 

Podniósł  ramię  i  Elizabeth  dostrzegła  błysk  ostrza  siekiery.  A  więc  taki  będzie  mój 

koniec, przemknęło jej przez myśl. Zamknęła oczy, przygotowana na to, co miało nastąpić. 
 

Przez  kilka  sekund  było  zupełnie  cicho,  po  czym  usłyszała  świst  tuż  obok  ucha,  a 

potem trzask. Powoli otworzyła oczy i ujrzała siekierę wbitą w ścianę. Esaias śmiał się złym, 
piskliwym śmiechem. 
 

- Myślałaś, że się tak łatwo wywiniesz? – warknął. 

 

Nie była w stanie odpowiedzieć, patrzyła tylko  na niego nieruchomo,  a  w jej  głowie 

kołatała jedna myśl: jeszcze żyję! 
 

Nagle pociągnął ją i rzucił na twarde, mocne udeptane klepisko. 

 

- Dziwka! – syknął i splunął na nią. 

 

Elizabeth na kilka sekund zamknęła oczy, starając się zebrać siły, żeby wstać. Wtedy 

zamachnął  się  nogą.  Twarda  drewniana  podeszwa  chodaka  trafiła  ją  niczym  cios  pałka. 
Poczuła  w  boku  gorący,  pulsujący  ból  i  pomyślała,  że  pewnie  ma  złamane  żebro.  Osłoniła 
ręką bolące miejsce i jęknęła cicho. 
 

Esaias  znów  się  roześmiał.  Moje  cierpienie  sprawia  mu  przyjemność,  uświadomiła 

sobie Elizabeth.  

background image

 

27

 

- Czołgaj się! – rozkazał. 

 

Elizabeth ani drgnęła. 

 

- Czołgaj się! – powtórzył i kopnął ją w biodro. Tym razem była na to przygotowana i 

udało  jej  się  zrobić  nieznaczny  unik,  dzięki  czemu  uderzenie  mniej  zabolało.  Nie  miała 
odwagi mu się sprzeciwić, więc zaczęła się czołgać. Ten człowiek był szalony; wiedziała, że 
naprawdę  chce  ją  zabić.  Co  by  się  wtedy  stało  z  dziewczynkami,  które  czekały  na  nią  w 
domu?  –  pomyślała,  czołgając  się  w  kółko  wśród  zwierzęcych  odchodów.  Upokorzenie 
wydawało się gorsze niż ból i kopniaki. Zacisnęła zęby, żeby się nie rozpłakać. 
 

Niespodziewanie Esaias chwycił ją za włosy i pociągnął w górę. 

 

- Jesteś sama w domu? – spytał i nagle spoważniał. 

 

- Tak. – Miała nadzieję, że nie zwrócił uwagi, jak szybko odpowiadała. Zbyt szybko. 

Myślała tylko o jednym: nie wolno mu się zbliżyć do dzieci. 
 

- A gdzie jest twoja córka? – zapytał, dmuchając jej prosto w twarz. Poczuła ten sam 

cuchnący oddech, który tak dobrze pamiętała. 
 

- W Heimly – odparła. – W tym największym gospodarstwie na dole. 

 

Pociągnął ją mocniej za włosy, aż musiała stanąć na czubkach palców. Dopiero wtedy 

trochę popuścił. 
 

- Dawaj ręce! – warknął. 

 

Zrobiła, jak kazał, i podała mu lewą rękę, prawą trzymając w fałdach spódnicy. Wolną 

dłonią  rozwiązał  sobie  chustę  przy  szyi,  chichocząc  przy  tym  piskliwym,  nieprzyjemnym 
ś

miechem. 

 

-  Ale  jestem  sprytny  –  pochwalił  siebie.  –  Teraz  pójdziemy  razem  do  domu  i  tam 

dopiero ci się dostanie, zanim… - urwał, wpatrując się w nią szeroko otwartymi oczami, po 
czym wyszeptał ostatnie słowo: - … umrzesz! 
 

Elizabeth krzyknęła z przerażenia, ale zaraz na powrót zagryzła zęby. Esaias puścił jej 

włosy, żeby związać chustkę wokół jej nadgarstka. 
 

- No, teraz druga ręka! – rozkazał. 

 

Nadszedł czas. Elizabeth zaciskała dłoń na kamieniu, który podniosła z klepiska, kiedy 

się czołgała. Zwykle używała go do blokowania drzwi, ale teraz – ciepły i ciężki – spoczywał 
w jej ręce. Szybko obróciła się i z całej siły uderzyła. Ne traciła czas, żeby sprawdzić, gdzie 
tyrała,  tylko  jednym  susem  wypadła  z  obory.  Usłyszała,  że  Esaias  jęknął  i  padł  na  ziemię. 
Potem  jeszcze  dobiegło  ją  przekleństwo.  A  zatem  żyje,  pomyślała,  ale  cios  go  na  chwilę 
zatrzyma.  Tymczasem  ona  musi  uciekać  jak  najdalej  od  domu,  gdzie  zostały  dziewczynki, 
zanim ten drań pogna za nią. 
 

Pobiegła  w  stronę  rumowiska  skalnego.  Może  uda  jej  się  ukryć  między  wielkimi 

głazami,  w  każdym  razie  na  jakiś  czas.  Wolała  teraz  nie  myśleć,  co  będzie  później. 
Najważniejsze, żeby ratować siebie i dziewczynki. 
 

Kilka dni temu spadł śnieg, ale deszcz już go stopił. 

„Tak  bym  chciała,  żeby  święta  były  białe”,  powiedziała  wtedy  Maria,  a  ona  zgodziła  się  z 
siostrą. Teraz dziękowała Bogu, że oczyścił ziemię, bo nie było widać żadnych śladów. 
 

Spodziewała się, że usłyszy za sobą oddech Esaiasa i lada chwila poczuje jego twardą 

rękę  na  ramieniu,  ale  poza  własnym  przyśpieszonym  oddechem  nie  słyszała  nic.  Szybko 
obejrzała się przez ramię i stwierdziła, że bandyta nie pobiegł za nią. Ulga, której na moment 
doznała,  przeszła  w  lodowaty  strach.  A  jeśli  Esaia  wtargnął  do  domu?  Albo  może  dzieci 
wyszły  na  podwórze  i  je  zobaczył?  Zastanowiła  się,  czy  nie  powinna  zawrócić  i  ostrożnie 
podejść do zagrody, żeby sprawdzić, czy ten szaleniec tam jest. A jeżeli się zaczaił, żeby ją 
złapać? 
Postanowiła, ze zaryzykuje ze względu na dzieci. 
 

Niepewnie zaczęła wracać. Chodaki z każdym krokiem zapadły się w mokrą ziemię i 

nabierały  wody.  Pończochy  całkiem  przemokły.  Elizabeth  trzęsła  się  z  zimna;  bała  się,  że 

background image

 

28

długo  tak  nie  wytrzyma.  Podniosła  oczy  i  wtedy  go  zobaczyła.  Zataczając  się,  wyszedł  zza 
obory,  oparł  o  ścianę,  jak  gdyby  chciał  zebrać  siły,  i  ruszył  w  jej  stronę.  Na  moment 
znieruchomiał  że  strachu;  nie  sądziła, że  Esaias  potrafi  tak  szybko  się  poruszać.  Pochylony, 
rzucił się przed siebie, nie odrywając od niej wzroku. Miał tylko jeden cel: zabić ją! 
 

Elizabeth  błyskawicznie  się  odwróciła,  zebrała  spódnicę  i  pobiegła  tak  szybko,  jak 

tylko nogi zdołały ją unieść. Przeskakiwał przez pagórki, strumyki i kamienie, aż znalazła się 
w  niewielkiej  kotlinie.  Wiedziała,  że  na  chwilę  zniknęła  Esaiasowi  z  oczu.  Którędy  będzie 
bliżej  do  rumowiska:  na  prawo  czy  na  lewo?  Musiała  szybko  wybrać.  Pobiegła  w  lewo  i 
pokonała  jeszcze  kawałek.  Nagle  zgubiła  jeden  z  chodaków.  Zostaw,  niech  leży  – 
podpowiadał jej wewnętrzny głos. Nie rób tego, bo Esaias go znajdzie i wpadnie na ślad. Poza 
tym jeszcze przemokniesz i zmarzniesz – podpowiadał inny. Wiedziała, że jeśli wróci to but, 
straci  drogocenne  sekundy,  ale  czy  miała  inny  wybór?  Rzuciła  się  z  powrotem  i  wsunęła 
chodak  na  nogę.  Wtedy  zobaczyła  Esaiasa,  który  wyłonił  się  zza  wzgórza.  Roześmiał  się 
ochryple, z triumfem, i rzucił za nią. 
 

Jakże się różnił od biblijnego patriarchy  Izajasza, którego nosił imię, pomyślała. Był 

mordercą, bestią przepełnioną żądzą zemsty. Elizabeth brakowało w płucach powietrza, a ból 
w  boku  palił  jak  ogień.  Jeszcze  trochę.  Został  jeszcze  kawałeczek,  zaraz  dobiegniesz  do 
rumowiska  i  odpoczniesz,  pocieszała  się.  Wytrzymaj  ze  względu  na  dziewczynki!  – 
nakazywała  sobie.  Wpadła  z  impetem  między  skały,  nie  patrząc,  gdzie  stawiała  stopy. 
Skręciła kostkę, kiedy poślizgnęła się na śliskim kamieniu, i otarła kolano. Ale to nie miało 
znaczenia, bo nareszcie była u celu. Ukryje się między głazami, przynajmniej na jakiś czas. 
 

Trzeba  wyrównać  oddech,  pomyślała.  Znalazła  niewielką  rozpadlinę  w  skale  i 

wcisnęła  się  w  nią  tak  głęboko,  jak  tylko  mogła.  Woda  ściekała  z  nagiej  skały  i  ze  słabym 
odgłosem  „plump”  spadała  na  ziemię.  Elizabeth  przez  moment  zatrwożyła  się,  że  Esaias 
usłyszy  to,  spojrzy  w  tę  stronę  i  znajdzie  ją.  Zaraz  jednak  odrzuciła  tę  myśl.  Ostrożnie 
ucisnęła  żebra.  Bolały,  ale  chyba  nie  były  złamane,  bo  przecież  nie  mogłaby  się  ruszać. 
Oddychała już trochę spokojniej, ale gardło wciąż miała suche jak piach   
 

Wyciągnęła  język    wciągnęła  do  ust  kilka  kropel  wody.  Kapanie  ustało.  Jeśli 

prześladowca znalazł się w pobliżu i nasłuchiwał, nagła cisza mogła zwrócić jego uwagę. W 
tym momencie Elizabeth usłyszała toczący się kamień, zastygła w bezruchu i zamieniła się w 
słuch. Wiatr szumiał, jakaś mewa zaskrzeczała, krople kapały w kałużę, poza tym było cicho. 
 

Poczuła,  że  jej  mięsnie  nieco  się  rozluźniły.  Chciała  napić  się  więcej,  gdy  nagle 

dobiegł  ją  głośny  śmiech  Esaiasa.  Nie  potrafiła  ocenić,  z  jak  daleka  dochodził,  bo  wśród 
głazów niosło się echo. 
 

-  Widzę  cię,  Elizabeth,  możesz  już  wyjść!  –  zawołał.  Słowa  odbijały  się  między 

skalnymi blokami. 
 

Wstrzymała oddech i czekała, aż Esaiad się pokaże, ale się nie pojawił próbuje mnie 

tylko oszukać, pomyślała i bezgłośnie wypuściła powietrze z ust. Wtedy znowu ryknął: 
 

- Albo wyjdziesz dobrowolnie, albo usiądę tu i będę na ciebie czekał! Sama wybieraj, 

mam dużo czasu. 
 

Czy  naprawdę  wie,  gdzie  jestem?  –  pomyślała  w  panice.  To  do  niego  podobne,  że 

będzie  kazał  mi  czekać  w  nieskończoność,  ale  jeśli  sądzi,  ze  dobrowolnie  się  poddam,  to 
bardzo się myli. Nie wyjdę, nawet gdybym musiała tkwić tu tak długi, aż porosnę mchem! 
 

To postanowienie pomogło jej odzyskać nieco odwagi. 

Serce  się  uspokoiło.  Wokół  panowała  złowieszcza  cisza.  Gdzie  on  był?  Co  knuł?  Cisza 
niepokoiła  Elizabeth,  ale  zarazem  wzmagała  jej  ciekawość.  Kusiło  ją,  żeby  wyjrzeć  z 
kryjówki. 
 

Nie miała pojęcia, jak długo już tak stała, ale nogi jej zdrętwiały i bolał każdy mięsień. 

Gdyby  tylko  znalazło  się  tu  trochę  miejsca,  żeby  usiąść  na  chwilę  albo  chociaż  zmienić 

background image

 

29

pozycję, pomyślała, próbując się nieco obrócić. Ale szczelina była wąska i pozwalała jedynie 
wbić się w nią klinem. 
 

Nagle  Elizabeth  ponownie  usłyszała  głos  Esaiasa;  zdawało  jej  się,  że  tym  razem 

rozległ się bliżej. 
 

-  Elizabeth  –  przekonywał  przymilnie.  –  Wyjdź,  nie  zrobię  ci  nic  złego,  uwierz  mi. 

Przecież żartowałem! 
 

Miała  ochotę  krzyknąć  coś  w  odpowiedzi,  ale  zacisnęła  usta.  Pewnie  tylko  na  to 

czekał, żeby się ujawniła. Chciał ją wybawić, sprowokować, żeby pokazała, gdzie jest. 
 

- No, dalej, Elizabeth –  ponaglił ją,  a jego  głos  brzmiał bardziej niecierpliwie. – Nie 

doprowadzaj  mnie  do  szały.  Dałem  ci  szansę,  żebyś  wyszła  dobrowolnie.  Nie  powinnaś  jej 
marnować. 
 

Czyżby głos Esaiasa faktycznie coraz bardziej się zbliżał. Czy to strach płatał jej figla? 

Jej zmysły się wyostrzyły. Nie, to tylko echo, zaraz jednak umilkło. 
 

Kiedy była dzieckiem, często bawiła się w rumowisku. Rodzice przestrzegali ją, żeby 

trzymała się z daleka od tego miejsca, bo zamieszkuje je huldra. Ale ona ich nie słuchała. Nie 
bała  się  huldry,  bo  nigdy  nie  zrobiła  jej  nic  złego.  Teraz  dziecinne  zabawy  na  coś  się 
przydały, pomyślała. Znała tu każdy kamień, każdy zakamarek. A Esaias nie. 
 

Niespodziewanie  znalazł  się  tuż  obok  jej  kryjówki.  Kurczowo  trzymał  trzonek 

siekiery. Gdyby się nieco obrócił. Zauważyłby ją. Cofnęła się i z całej siły przywarła plecami 
do zimnej skały, mocno zagryzając wargę. Nie miała stąd żadnej drogi ucieczki. 
 

Bicie  serca  tak  mocno  dudniło  jej  w  uszach,  że  bała  się,  iż  usłyszy  je  Esaias.  On 

jednak  nadal  patrzył  przed  siebie,  potem  zerknął  w  prawo  i  podpatrywał  się  po 
przetłuszczonych włosach. Zamknęła oczy, czując, jak woda spływająca po skale cieknie pod 
jej ubranie. Idź, proszę cię, błagała w duchu.  
 

Kiedy  na  powrót  ostrożnie  otworzyła  oczy,  zobaczyła,  że  usiadł  na  kamieniu  i  oparł 

przedramiona na kolanach. Jęknęła z rozpaczy, lecz natychmiast zacisnęła usta. Chwała Bogu, 
wyglądała na to, że nie słyszał jej jęku. Nadal siedział w tym samym miejscu i rozglądał się 
nerwowo. 
 

Zmarzła. Przemoknięta, dygotała z zimna i nie mogła nad tym zapanować. Szczękała 

zębami  i  powoli  opuszczały  ją  siły  i  odwaga.  Jeżeli  ten  szaleniec  zraz  stąd  nie  pójdzie,  to 
jestem  zgubiona,  pomyślała.  W  tej  samej  chwili  wstał  powoli,  zmrużył  oczy,  aż  utworzyły 
dwie wąskie szparki, i nieśpiesznie ruszył dalej. 
 

Elizabeth delikatnie wypuściła powietrze. 

 

-  Dzięki  Ci,  dobry  Boże  –  wyszeptała  bezgłośnie.  Wiedziała,  że  musi  się  stąd 

wydostać, i to szybko. Przecisnęła się do otworu i ostrożnie wyjrzała. Esaiasa nigdzie nie było 
widać. Czym prędzej wymknęła się z kryjówki, bezszelestnie uszła kawałek i schowała się za 
najbliższym  głazem.  Słyszała,  jak  jej  prześladowca  przeklinał  o  złorzeczył.  Z  miejsca,  w 
którym  przycupnęła,  widziała  szczelinę,  którą  dopiero  co  opuściła.  Esaias  podszedł  tam, 
zajrzał  do  środka  i  przeszedł  tuż  obok  niej.  Znalazł  się  tak  blisko,  że  mogłaby  go  dotknąć. 
Jeszcze raz podziękowała Bogu, że pozwolił jej opuścić skalną szczelinę. 
 

Ciągle się przemieszczała; kilka razy chowała się w tym samym miejscu, jeśli Esaias 

już  je  sprawdzał.  Po  pewnym  czasie,  ku  swej  rozpaczy,  zauważyła,  że  szaleniec  przestał 
panować nad tym, gdzie szukał, a gdzie nie. 
 

Przez cały czas krzyczał, groził, co jej zrobi, kiedy ją dopadnie, to znów przekonywał, 

ze tylko żartował, potem namawiał ją, żeby wyszła, bo chce z nią jedynie porozmawiać. 
 

Znalazła  miejsce,  gdzie  mech  był  gruby  i  miękki,  ale  mokry.  Woda  wlewała  się  do 

ś

rodka  chodaków,  mocząc  stopy,  które  dawno  już  straciły  czucie.  Jak  długo  to  już  trwa?  – 

zastanowiła  się  Elizabeth.  Z  pewnością  kilka  godzin.  To  by  znaczyło,  że  Ane    i  Maria  od 
dawna  są  same.  Czy  szukały  jej  w  oborze?  Czy  zorientowały  się,  że  coś  się  stało?  Pewnie 
odchodziły od zmysłów ze strachu, kiedy zauważyły, że jej nie ma. 

background image

 

30

 

Musi  wrócić  do  nich  do  domu,  zanim  zaczną  jej  szukać,  pomyślała  w  panice.  A  co 

będzie, jeśli dotrą na rumowisko? 
 

Struchlała  na  samą  myśl  o  tym,  kolana  się  pod  nią  ugięły  i  wydały  dziwne  miękkie. 

Starała się myśleć logicznie. Najpierw powinna niepostrzeżenie wydostać się stąd, pobiec do 
domu  i  zaprowadzić  dziewczynki  w  bezpieczne  miejsce.  musi  je  wysłać  do  Heimly,  jeżeli 
będzie na to czas. Nic więcej na razie nie mogła zaplanować. 
 

Wyostrzyła  wszystkie  zmysły  do  granic.  Spróbowała  się  podnieść,  ale  zbyt  długi 

siedziała  w  jednej  pozycji  i  obolałe  ciało  nie  chciało  jej  słuchać.  Przy  każdym  ruchu 
przeszywał  ją  ból,  miała  ochotę  zrezygnować.  Przeżyłam  gorsze  chwile,  upomniała  siebie 
surowo, przypominając sobie napaść Leonarda. Tym razem również sobie poradzę… Uda mi 
się. minęła jednak dobra chwila, zanim nabrała wiary w siebie. Ku swej radości stwierdziła. 
Ż

e powoli odzyskuje siły. Tak, uda jej się. musi się udać! 

Wciąż nasłuchując, ostrożnie wyjrzała zza kamienia. 

Nie zauważyła Esaiasa w pobliżu, więc szybko wymknęła się z kryjówki. Z każdym krokiem 
chlupotało  jej  w  chodakach,  ale  kamienie  były  tak  śliskie,  że  wolała  nie  ryzykować  i  nie 
stąpać  po  nich.  zwinnie  jak  kot  przemykała  między  kamiennymi  blokami.  Zbliżała  się  do 
końca rumowiska, niedługo będzie miała gdzie się ukryć. Pozostało już tylko liczyć na to, że 
Pan jeszcze nie wezwie jej do siebie. 
 

Zaniepokoiło  ją,  że  od  kilku  minut  nie  słyszała  ani  wdziała  Esaiasa.  Wolałaby 

wiedzieć, gdzie jest jej prześladowca. Teraz być może on ją obserwował. Wzdrygnęła się na 
samą myśl o tym. 
 

Dotarła  do  skraju  rumowiska.  Przed  nią  rozciągała  się  otwarta  przestrzeń.  Elizabeth 

wiedziała, ze to, co przeżyła między kamiennymi głazami, było niczym w porównaniu z tym, 
co  ją  teraz  czekało.  Głęboko  wciągnęła  powietrze,  zwilżyła  usta  i  zebrała  się  biegiem  do 
domu. Biegła tak długo, aż jej oddech przeszedł w ochrypły świst. Nogi same przeskakiwały 
przez kałuże, pagórki i kamienie. Kiedy spadły jej chodaki, ledwie zwróciła na to uwagę. Nie 
miała nawet sekundy do stracenia. Musiała dotrzeć do domu, żeby ratować dzieci. 
 

Nagle potknęła się o korzeń i upadła jak długa. Zaparło jej dech; minęło trochę czasu, 

zanim zdołała się pozbierać. Oszołomiona i półprzytomna obejrzała się przez ramię. Przeszył 
ją lodowaty strach, kiedy zobaczyła, że Esaias biegnie za nią. Nadal trzymał w ręku siekierę. 
Czyżby jednak miała zginąć od jego ciosu, tak jak się wcześniej obawiała? 
 

- Nie – szepnęła zdesperowana. – Nie, proszę, oszczędź mnie! 

 

Znalazła  się  w  otwartym  polu  sama  na  sam  z  mordercą  i  pozostało  jej  tylko  jedno: 

biec, ile sił w nogach. 
 

Przebiegła  przez  wzgórze.  Nabrała  więcej  odwagi,  kiedy  zobaczyła  dom  daleko  w 

dole.  Oby  tylko  dzieci  były  w  środku!  Dobry  Boże,  spraw,  żeby  były  w  domu  i  żebym  nie 
musiała ich szukać! 
 

Z  górki  łatwiej  było  biec  i  Elizabeth  jakby  dostała  skrzydeł,  ale  Esaias  był  szybszy. 

Łokieć za łokciem coraz bardziej się zbliżał. Zdawało jej się, że czuje na karku jego oddech, 
jego brudne ręce wyciągające się ku niej. Zauważyła, że drzwi domu są zamknięte, drzwi do 
obory także. Pewnie Maria wyszła i je zamknęła. Ale gdzie jest teraz. A co z Ane? 
 

Jeszcze  tylko  kilka  kroków  i  będzie  w  obejściu.  Tam  przynajmniej  znajdzie  coś  do 

obrony,  pocieszyła  się.  w  tym  momencie  poczuła  ręce  przesuwające  się  po  jej  plecach  i 
zaczęła  krzyczeć  ze  strachu.  Oprawca  złapał  ją  za  warkocz  i  pociągnął  do  tyłu.  Upadła  na 
niego. 
 

Zdawało  się,  jakby  czas  się  zatrzymał.  Zobaczyła  uniesione  ramię  i  błysk  ostrza 

siekiery na tle szarego nieba. Zaraz spotkam się z tymi, których straciłam, przebiegło jej przez 
myśl, nagle jednak poczuła, że Esaias ją puszcza, potem usłyszała głuchy łomot, a następnie 
czyjś  jęk.  Nie  mogła  się  zorientować,  co  się  stało.  jej  ciało  odmawiało  posłuszeństwa,  stała 
jak sparaliżowana, starając się ze wszystkich sił utrzymać na nogach. 

background image

 

31

 

Jakiś głos dotarł do jej świadomości. Nieskończenie wolno odwróciła się o zobaczyła, 

ż

e Esaias leży na ziemi w nienaturalnie wykręconej pozycji. Siekierę nadal trzymał w dłoni, a 

z jego głowy płynęła krew. Dlaczego się nie ruszał? 
 

- Elizabeth! 

 

Poniosła  wzrok  i  spojrzała  prosto  w  czarne  oczy  Kristiana.  Podszedł  do  niej,  objął 

silnymi  ramionami  i  przytulił.  Jego  zapach  i  ciepło  sprawiły,  że  umysł  Elizabeth  bardzo 
powoli znów zaczął funkcjonować. 
 

- Co ty tu robisz? – wykrztusiła, dygocąc, przy jego piersi. – I dlaczego on tak leży? 

 

-  Wszystko  będzie  dobrze  –  zapewnił  Kristian.  –  On  nie  żyje  i  już  nie  zrobi  ci 

krzywdy. 
 

Czyżby  Esaias  naprawdę  był  martwy?  Czy  to  Kristian  go  zabił?  Niemożliwe.  Nie 

ż

yczyła swemu prześladowcy śmierci, ale… 

 

- Gdzie są dzieci – spytała nagle i wyrwała się z ramion Kristiana. 

 

-  Nie  denerwuj  się,  są  w  Heimly  –  wyjaśnił  i  powiódł  ją  za  sobą  w  stronę  domu. 

Pozwoliła  mu  się  zaprowadzić  do  kuchni  i  posłusznie  usiadła  przy  stole.  Kristian  dołożył 
torfu  do  paleniska  i  coś  do  niej  mówił  ale  rozumiała  tylko  pojedyncze  słowa.  Odnosiła 
wrażenie, jakby miała w głowie gęstą, szarą kaszę. 
 

- Co one tam robią? – zapytała cicho. 

 

Uklęknął  przed  nią  i  zaczął  jej  zdejmować  mokre  buty  i  pończochy.  Zobaczyła,  że 

jedna jej noga krwawi, a stopy są czerwone z zimna. 
 

- Zeszły na dół i powiedziały, że cię nie ma – tłumaczył spokojnie i ponownie objął ją 

ramieniem. – Akurat wtedy przyjechałem. Jakob natychmiast poszedł cię szukać. 
 

Zdawało jej się, że jego słowa nie mają żadnego logicznego związku, lecz z tego, co 

mówił,  zrozumiała  jedno:  dziewczynki  były  bezpieczne.  Ona  też  nie  musiała  się  już  bać. 
Napięcie  zaczęło  ustępować.  Ciepło  ognia  rozgrzewało  jej  przemarznięte  ciało  i  powoli 
wypełniało ją spokojem. 
 

- Czy zrobił ci coś złego? – usłyszała pytanie Kristiana. 

 

- Nie… - odparła z wahaniem. – Kopnął mnie, ale chyba nic mi nie jest. Uciekała, mu 

i ukryłam się na rumowisku. Pobiegł za mną… Tkwiłam tam, bojąc się nawet oddychać, ale 
w końcu musiałam wracać do domu, do dzieci, a wtedy… Tak, resztę już wiesz. Nigdy więcej 
mnie  nie  opuszczaj,  Kristianie  –  poprosiła  i  przytuliła  się  do  niego.  –  Zostań  ze  mną  na 
zawsze. 
 

Odchylił się lekko do tyłu i zajrzał jej w oczy. 

 

- Przyjechałem, żeby się dowiedzieć, czy wreszcie się zdecydowałaś. Czy teraz… czy 

zgodzisz się wyjść za mnie? 
 

- Tak! – odparła z przekonaniem. 

 

- Nie chcesz jeszcze trochę zaczekać, żeby to przemyśleć? Może zgodziłaś się dlatego, 

ż

e jesteś przerażona i…? 

 

- Nie, długo to rozważałam i nareszcie podjęłam decyzję. Chcę być z tobą, Kristianie, 

do końca życia. 
 

Niczego nie była tak pewna jak tego. Na kilka sekund zamknęła oczy. 

 

- Ten, który leży przed domem… - podjęła z wahaniem. – Wrócił, żeby się zemścić za 

to, że pomogłam go wsadzić d więzienia. Nazywa się Esaias. 
 

- Cii… - szepnął Kristian czule. – Później opowiesz mi tę historię, tutaj albo u Jakoba. 

Już po wszystkim, Elizabeth. Nikt cię więcej nie skrzywdzi. Zadbam o to. 
 

Chciała  mu  podziękować,  ale  nie  była  w  stanie.  Tak  wiele  myśli  nie  dawało  jej 

spokoju, tyle się zdarzyło, miała w głowie mętlik. 
 

- Poradzisz sobie sama przez chwilę? – spytał. 

 

- Dokąd idziesz? 

background image

 

32

 

-  Muszę  zgłosić  lensmanowi,  co  się  stało,  i  opowiedzieć  o  tym  we  wsi.  Ale  mogę 

poprosić Dorte, żeby do ciebie przyszła. 
 

- Nie trzeba, dam sobie radę. Idź już – odparła, ale nie była pewna, czy tego chciała. 

Nie mam jednak wyboru, pomyślała, patrząc, jak Kristian znika w drzwiach. 
 

Kiedy  została  sama,  wybuchnęła  płaczem.  Najpierw  po  jej  policzku  potoczyła  się 

jedna łza, którą otarła wierzchem dłoni, potem pojawiły się następne. W końcu czuła już tylko 
pustkę.  Wyczerpana,  osunęła  się  na  podłogę,  podciągnęła  kolana  pod  brodę  i  objęła  nogi 
rękami. 
 

Siedziała  tak,  gdy  przyszła  Dorte.  Przyjaciółka  bez  słowa  otoczyła  ją  ramionami  i 

kołysała niczym dziecko. 
 

- Już dobrze, moja droga. Już nie musisz się bać – przemawiała spokojnie. Jej ciepły 

głos  i  zapach  mydła  domowej  roboty  nigdy  przedtem  nie  dawały  takiego  poczucia 
bezpieczeństwa jak teraz, stwierdziła Elizabeth. 
 

Później Dorte nagrzała  wody do mycia, zdjęła z niej mokre ubranie i opatrzyła rany, 

nie zadając ani jednego pytania. Jakie to przyjemne, pomyślała Elizabeth i z ochotą poddała 
się wszystkim zabiegom. Wreszcie Dorte pościeliła pryczę i kazała przyjaciółce się przespać. 
Elizabeth nie protestowała i po chwili zasnęła twardym snem. 
 
 

Obudziła  się  kilka  godzin  później  i  oszołomiona  rozejrzała  się  dokoła.  Napotkała 

wzrok Kristiana. Wspomnienia niedawnych przeżyć odżyły z ogromną siłą. 
 

-  Co  z  dziećmi?  –  spytała  i  chciała  wstać,  ale  Kristian  delikatnie,  lecz  stanowczo 

popchnął ją z powrotem na poduszkę. 
 

- W Heimly dobrze się nimi zaopiekowano – powiedział uspokajająco. – Dowiedziały 

się już, co się stało, ale znają tylko uproszczoną wersję – dodał. 
 

Elizabeth  przyglądała  się  belkom  pod  sufitem.  Najchętniej  sama  by  opowiedziała 

dziewczynkom  o  swej  szaleńczej  ucieczce  przed  Esaiasem,  ale  może  i  dobrze,  że  ją  to 
ominęło. Potrzebowała odpoczynku i czasu na poukładanie myśli, zanim się zobaczy z Ane i 
Marią. 
 

- A co znim… z Esaiasem? 

 

- Był tutaj lensman. Wszystko załatwione. 

 

„Załatwione”.  Tak  prosto  to  określił,  pomyślała.  Może  chciał  jej  oszczędzić 

przykrości? 
 

- I co powiedział? 

 

- Opowiedziałem mu wszystko, co się wydarzyło – odparł Kristian. – Lensman znał tę 

sprawę od początku, więc nie potrzebował twoich wyjaśnień. 
 

To dobrze, stwierdziła w duchu. Nie wiedziała, czy byłaby w stanie o tym mówić. Na 

pewno  jeszcze  nie  teraz.  A  Kristiana  szanowano we  wsi;  potrafił  rozmawiać  z  urzędnikami, 
być  może  trochę  zatuszował  sprawę,  pomyślała.  Podskoczyła  przestraszona,  słysząc  czyjeś 
kroki w sieni. 
 

- Spokojnie, to tylko Dorte idzie do obory – wyjaśnił, jak gdyby czytał w jej myślach. 

– twoja koza wraca do zdrowia. 
 

Elizabeth zwinęła się w kłębek pod kocem i odetchnęła z ulgą. Dziewczynki mają się 

dobrze,  koza  będzie  zdrowa,  lensman  już  tu  był  –  chyba  nie  ma  sprawy,  której  Kristian  nie 
potrafiłby załatwić. 
 

- Elizabeth – odezwał się i pogładził ją po policzku. – Naprawdę chcesz zostać moją 

ż

oną? 

 

-  Mówię  to,  co  myślę,  i  dotrzymuję  danego  słowa  –  odparła.  Zabrzmiało  to  dość 

sucho, więc zaraz dodała łagodniej: - Kocham cię, Kristianie. 
 

Dawno nikomu tego nie mówiła. Takich słów nie rozdaje się na prawo i lewo, ot tak 

sobie. A Kristian faktycznie był jej dogi i pragnęła spędzić z nim resztę życia. 

background image

 

33

 

Pocałował ją w czoło. 

 

-  Jesteś  moim  największym  szczęściem,  Elizabeth,  i  nigdy  nie  pożałujesz  swojego 

wyboru. 
 

Zapadła  cisza.  Dorte  wyszła  jakiś  czas  temu  i  Elizabeth  słyszała,  jak  ostrożnie 

zamykała za sobą drzwi. 
 

- Muszę już jechać do domu – powiedział Kristian. 

- Ale wrócę w piątek, żeby  was zabrać do siebie. Dobrze? Zdążysz wszystko przygotować? 
Uważam, że najlepiej dla was będzie, jeżeli pojedziecie ze mną do Dalsrud najszybciej, jak to 
możliwe. 
 

Dziś jest poniedziałek, uświadomiła sobie. Gdyby  mnie poprosił, żebym wyjechała z 

nim natychmiast, nie zawahałabym się ani chwili. 
 

- Dobrze – odparła zdecydowanie. – Będziemy gotowe na piątek. 

 

Pogładził  ją  po  włosach,  pocałował  w  policzek,  wstał  trochę  niezdecydowany  i 

wyszedł powoli. 
 

Chwilę później Elizabeth usiadła na pryczy i wyjrzała przez okno. Zaczął padać śnieg. 

Duże płatki okrywały krajobraz cienkim białym dywanem. Wkrótce znikną na zawsze ślady 
po tym, co się wydarzyło. Ale ta historia pozostanie w jej duszy i będzie dawała o sobie znać. 
Być  może  za  wiele  lat  następne  pokolenia  będą  sobie  o  tym  opowiadać,  pomyślała.  Opadła 
ciężko na poduszkę. Teraz musi odpocząć i nabrać sił. 
 
Rozdział 6 
 
 

Kristian  cmoknął  i  koń  ruszył  kłusem.  Śnieg  padał  coraz  gęściej,  więc  chciał  jak 

najszybciej dotrzeć do domu. Gdyby mógł, od razu zabrałby Elizabeth z dziećmi do Dalsrud. 
Rozumiał  jednak,  że  najpierw  musiała  uporządkować  sporo  spraw.  I  być  może  przede 
wszystkim potrzebowała czasu, żeby odzyskać spokój i dojść do siebie po tak dramatycznym 
przeżyciu. 
 

Zadrżał na wspomnienie tego, co się jej przydarzyło. 

Jadąc  do  niej  z  wizytą,  wstąpił  najpierw  do  Heimly,  żeby  zapytać,  czy  mógłby  zostawić 
konia. Tam dowiedział się od Jakoba, że Ane i Maria przybiegły śmiertelnie przerażone, bo 
Elizabeth zniknęła. Dziewczynki czekały w domu bardzo długo, potem wyszły na podwórze i 
co  jakiś  czas  nawoływały  jej,  ale  ona  nie  odpowiadała.  Nie  pamiętał  dokładnie,  co  wtedy 
pomyślał. Pewnie uznał, że to jakieś nieporozumienie, że Elizabeth na pewno jest w oborze 
albo tylko poszła po wodę… Ale Jakob był poważnie zaniepokojony, a jego niepokój udzielił 
się i jemu. 
 

Jakob pobiegł w jedną stronę, a on pojechał konno do Dalen, licząc, że Elizabeth lada 

chwila  się  pojawi.  Przeszukał  całe  gospodarstwo  i  zrozumiał,  ż  naprawdę  coś  się  stało. 
Właśnie wychodził z chaty, kiedy jego oczom ukazał się straszliwy widok. Nigdy jeszcze nie 
bał się jak w tamtej chwili, kiedy ów mężczyzna zamachnął się siekierą na Elizabeth. 
 

Nie miał pojęcia, skąd wziął kamień, pamiętał tylko, że chwilę później napastnik leżał 

martwy u jego stóp. Zamordował człowieka! 
 

Lensman uznał, że to była obrona konieczna, i w zasadzie miał rację. Mimo to myśl o 

zabójstwie nie dawała Krisianowi spokoju. 
 

Usiłował otrząsnąć się z nieprzejezdnego uczucia. Życie musi toczyć się dalej, nie ma 

innego  wyboru.  Nikt,  nawet  Bóg,  nie  mógł  go  winić  za  to  morderstwo,  tłumaczył  sobie. 
Naturalnie,  ludzie  będą  gadali,  ale  on  zadba  o  to,  żeby  służba  i  sąsiedzi  usłyszeli  o  śmierci 
Esaiasa od niego samego. Tak będzie najlepiej. 
 

Kristian przyśpieszył i wbiegł na podwórze. Kristian postanowił, że najpierw oznajmi 

w domu radosną nowinę, a kiedy odpocznie i zje, opowie resztę. 

background image

 

34

 

Zwołał  wszystkich  mieszkańców  Dalsrud,  odchrząknął,  przeciągnął  dłońmi  po 

włosach i zaczął: 
 

- Mam wam do zakomunikowania pewną wiadomość. 

-  Przesunął  wzrokiem  po  zebranych  i  zauważył,  że  Nikoline  się  zaczerwieniła.  To  z 
pewnością z powodu gorąca od pieca, uznał. – Zamierzam ożenić się z Elizabeth! 
 

Zrobiło się zupełnie cicho. Po chwili Gurine spytała ostrożnie: 

 

- Z Elizabeth Andersdatter? Tą, którą była tu służącą? 

 

-  Tak.  Przyjedzie  do  nas  w  piątek,  a  zaraz  po  świętach  odbędzie  się  nasz  ślub. 

Ustaliliśmy  termin  na  pierwszą  niedzielę  po  Wigilii.  –  Kiedy  wypowiedział  te  słowa, 
uświadomił sobie, że właściwie nie rozmawiał o tym jeszcze z Elizabeth. 
 

Helene od razu podeszła do niego i uścisnęła mu rękę. 

 

- Wszystkiego najlepszego! Tak się cieszę. Pomyśleć tylko, że Elizabeth… Wprost nie 

mogę uwierzyć, że to prawda. Jestem taka szczęśliwa! – roześmiała się, a jej oczy rozbłysły. 
 

Kristian  poczuł,  jak  serce  bije  mu  ze  szczęścia.  Postanowił  trochę  poczekać  z 

opowieścią o całej reszcie, nie chciał psuć tej chwili. 
 

Potem  podszedł  Ole,  ukłonił  się  i  także  pogratulował  Kristianowi.  Gurine  musiała 

najpierw otrzeć oczy rąbkiem fartucha, zanim powiedziała: 
 

-  Wszystkiego  najlepszego!  To  naprawdę  bardzo  szczęśliwy  dzień.  Elizabeth  będzie 

dobrą żoną.  
 

Kristian uśmiechnął się, przyjmując życzenia. Potem oznajmił, że musi coś załatwić w 

kantorze,  i  po  cichu  się  wycofał,  żeby  mieć  trochę  czasu  dla  siebie.  Nie  zauważył  zimnego 
spojrzenia  Nikoline  ani  zbielałych  kostek  jej  dłoni,  które  z  wściekłości  zacisnęła  na  blacie 
stołu. 
 
 

Elizabeth  obudziła  się  raptownie.  Czyżby  słyszała  jakiś  dźwięk?  Z  bijącym  sercem 

uniosła  się  na  łokciu  i  nasłuchiwała.  W  domu  było  zupełnie  cicho.  Niemal  za  cicho, 
pomyślała,  wpatrując  się  w  ciemny  jak  noc  pokój.  ramiona  zaczęły  ją  boleć  z  napięcia,  aż 
wreszcie uspokoiła się i uznała, że jednak jej się zdawało. Opadła z powrotem na poduszkę i 
odetchnęła z ulgą. Noce są pełne dźwięków, których nie słychać w ciągu dnia. Po niedawnym 
zdarzeniu  budziła  się  co  noc  albo  z  powodu  złego  snu,  albo  dlatego,  że  słyszała  w  domu 
jakieś odgłosy. 
 

To  ostatnia  noc,  którą  spędzam  w  tym  domu,  pomyślała.  To  smutne  i  przyjemne 

zarazem. Mieszkała tu razem z Jensem, z tym miejscem wiązało się tyle wspomnień. 
Przesunęła  się  odrobinę  i  jęknęła  cicho,  b  przeszył  ją  ból  w  żebrach.  Po  kopniaku  zostały 
jeszcze zielone i niebieskie sińce, ale na pewno niedługo znikną. Z każdym dniem było coraz 
lepiej. 
 

Myślami powędrowała ku Dorte. Ona pierwsza dowiedziała się o planowanym slubie. 

 

- ZKristianem Dalsrudem? – spytała i spojrzała na nią oszołomiona. 

 

-  Zaskoczyło cię, że taki mężczyzna mi się oświadczył? – spytała Elizabeth wprost i 

uśmiechnęła się nieznacznie. 
 

Dorte się zaczerwieniła. 

 

-  Nie  o  to  chodzi.  Po  prostu  to  się  stało  tak  nagle-  odpowiedziała  z  uśmiechem  i 

spojrzała ciepło na przyjaciółkę. – naturalnie, życzę ci wszystkiego najlepszego, Elizabeth. W 
Dalsrud nie zaznasz biedy, to pewne. 
 

- Kristian dwa razy prosił mnie o rękę – wyznała Elizabeth i także się zarumieniła. –

Teraz przyjechał, żeby się dowiedzieć, jaka jest moja odpowiedź, i to uratowało mi życie. ale 
nie dlatego się zgodziłam. Długo się nad tym zastanawiałam i doszłam do wniosku, że nie jest 
mi  obojętny,  Dorte.  Jestem  młoda,  lecz  nie  sądziłam,  że  po  śmierci  Jensa  mogłabym  się 
jeszcze w kimś zakochać. Chyba nigdy nie pogodzę się z tym, że odszedł na zawsze. Ale teraz 
moje serce bije dla Kristiana. Na pewno i mnie, i dzieciom będzie z nim dobrze. 

background image

 

35

 

- Cieszę się razem z tobą, Elizabeth – zapewniła Dorte i poklepała ją po ręce. – A teraz 

odpoczywaj, żebyś nabrała sił. 
 

Ale  już  następnego  dnia  Elizabeth  była  na  nogach.  Jako  usłyszał  nowinę  od  Dorte  i 

wylewnie jej pogratulował. 
 

-  Będzie  nam  smutno,  kiedy  wyjedziesz  –  powiedział.  –  Wszystkie  sąsiednie 

gospodarstwa opustoszały. 
 

-  Niedługo  pewnie  Mathilde  przeniesie  się  do  domu  taty  –  odparła.  –  Poza  tym  nie 

wyprowadzam się aż tak daleko, byśmy nie mogli się od czasu do czasu odwiedzać. 
 

Skinął  głową  i  zamilkł.  Elizabeth  wiedziała,  że  to  tylko  puste  słowa  i  że  między 

kolejnymi odwiedzinami będą mijały miesiące. 
 

Na  szczęście  Jakob  i  Dorte  nie  powiedzieli  nic  Marii,  więc  Elizabeth  sama  mogła  ją 

poinformować o ślubie. 
 

-  Wyjdziesz  za  mąż  za  Kristiana?  –  spytała  siostra,  marszcząc  brwi.  –  Przeprowadzi 

się tu do nas, do Dalen? 
 

- Nie, to my w piątek pojedziemy do Dalsrud i zostaniemy tam już na zawsze. 

 

- Ja też? 

 

-  Oczywiście,  zamieszkasz  z  nami!  Jesteś  moją  Maryjką  i  wszędzie,  gdzie  pojadę, 

zabiorę cię ze sobą. Nigdy o tym nie zapominaj. 
 

Maria miała mnóstwo pytań. Dopytywała, jakie są tam służące, jak wygląda dom, ile 

mają zwierząt i co jedzą. Słyszała już nieraz, jeśli Elizabeth opowiadała o tym gospodarstwie, 
ale teraz chciała wiedzieć więcej. 
 

- Nie, tam nie objadają się samymi ciastkami i syropem – wyjaśniła Elizabeth. – Ale 

mają  dosyć  jedzenia  i  nigdy  nie  będziesz  głodna.  –  Zamilkła  na  chwilę  i  dodała:  -  Sama 
zobaczysz, jak dotrzemy na miejsce. to już niedługo. 
 
 

Dorte  i  Mathilde  nakazały  starszym  dzieciom  pilnować  młodszych,  a  same  udały  się 

do Dalen, żeby pomóc w myciu ścian i sufitu. Elizabeth zajęła się w tym czasie pakowaniem 
swego skromnego dobytku. 
 

-  Zostawię  tu  wszystkie  sprzęty  –  oznajmiła,  gdy  skrzynia  była  pełna.  –  Te  rzeczy 

należą do tego domu. Któregoś dnia staną się własnością Ane – dodała cicho. 
 
 

Elizabeth położyła się na boku i pogładziła dziewczynki po główkach. Tak, któregoś 

dnia  Dalen  będzie  należało  do  Ane,  pomyślała,  a  Maria  odziedziczy  gospodarstwo  ojca,  bo 
ona sama zrzeknie się prawa do Nymark. Ale zostało jeszcze dużo czasu i nie zamierza sobie 
zaprzątać  o  tym  myśli.  Teraz  pewnie  zdobędzie  osiem  talarów,  potrzebne,  żeby  odzyskać 
prawo własności. 
 

Wciągnęła  zapach  jedwabistych  włosów  Ane,  która  leżała  bliżej.  Dobrze  było  mieć 

obie  dziewczynki  przy  sobie  w  podwójnym  łóżku.  Ciekawe,  czy  będą  mogły  tak  sypiać  w 
Dalsrud? Ona i Kristian, oczywiście, na razie muszą spać osobno. Nagle uświadomiła sobie, 
ż

e nie rozmawiali jeszcze o terminie ślubu. Może między świętami a Nowym Rokiem? Musi 

porozmawiać o tym z Kristianem, gdy tylko zostaną sami. To trochę dziwne, że nikt o to nie 
pytał, ale pewne ich głowy zaprzątało coś całkiem innego. 
 

Ane zaczęła się wcierać, wyciągnęła swoje drobne ciałko i potarła oczy. 

 

- Pójdziemy do Mojej Pusi? – mruknęła sennie. 

 

Elizabeth roześmiała się cicho. 

 

- Cii. Nie obudź Marii – szepnęła. – Pamiętasz jeszcze tego kotka, którego dostałaś w 

Dalsrud? 
 

- Mhm. Ciocia Mia też dostanie jednego? 

 

- Nie wiem, czy zostało ich więcej – odparła Elizabeth. – Ale może czasem będziesz 

mogła pożyczyć jej swojego? 

background image

 

36

 

-  Tak!  Ciocia  Mia,  obudź  się!  –  zawołała  nagle  Ane  i  potrząsnęła  Marią.  –  Chcesz 

pożyczyć Moją Pusię? 
 

Maria  skrzywiła  się  w  odpowiedzi  i  nakryła  baraniną  głowę.  Trzeba  czegoś  więcej, 

ż

eby  poderwać  ją  rano  na  nogi,  pomyślała  Elizabeth  z  uśmiechem.  Siostra  zawsze  miała 

kłopoty  z  rannym  wstawaniem,  chyba  że  skusiło  ją  coś  wyjątkowego.  Już  jednak  po  chwili 
spod okrycia wysunęła się jej potargana głowa. 
 

- Dzisiaj przeprowadzimy się do Dalsrud – powiedziała. 

 

- Tak, dzisiaj wyjeżdżamy – potwierdziła Elizabeth bez zająknięcia. 

 
 

Przyjechał po nie Kristian i nadszedł czas, żeby pożegnać się z mieszkańcami Heimly. 

 

-  Zamknęłam  na  górze  drzwi  na  klucz,  ale  zabij,  proszę,  okna  gwoździami,  bo 

północny wiatr może narobić szkód. Poza tym zwierzęta dostały jeść i… 
 

-  Rozumiem  –  przerwała  jej  Dorte  z  uśmiechem.  –  Będą  miały  dobra  opiekę,  nie 

obawiaj się, sprowadzę je na dół do swojej obory. 
 

Elizabeth przytaknęła. Umówiły się, że Dorte zaopiekuje się jej owcą i kozą w zamian 

za ich wełnę i mleko. A na wiosnę sprowadzą zwierzęta do Dalsrud. 
 

- Nie znoszę pożegnań – rzekła Dorte. 

 

- Wiem – potwierdziła Elizabeth, która czuła podobnie. – Musicie przyjechać na nasze 

wesele. Przyślę wam zaproszenie. 
 

Dorte skinęła głową. 

 

- A właściwie kiedy zamierzacie się pobrać? 

 

Elizabeth zaniemówiła. Oblała się rumieńcem. 

 

Kristian odchrząknął, spojrzał na nią i oznajmił: 

 

- Sądzę, że między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem. W pierwszą niedzielę po 

Wigilii. 
 

Elizabeth uśmiechnęła się do niego. A więc myślimy podobnie, stwierdziła w duchu. 

 

Wymienili ostatnie uściski, a potem wsiedli do wozu. 

 

Kristian zabrał baranice i derki, żeby nie zmarzli. 

 

W milczeniu jechali przez wieś i patrzyli, jak wszystko, co znane im i drogie, zostaje z 

tyłu.  Maria  odwróciła  się  i  długo  spoglądała  na  oddalające  się  gospodarstwa  .  Jak  gdyby 
chciała się z nimi pożegnać, pomyślała Elizabeth. 
 

W końcu Kristian rozładował smutny nastrój. 

 

- czy któraś z was lubi naleśniki? – spytał.  

 

- A co to takiego? – zdziwiła się Maria. Elizabeth poczuła się zakłopotana. Sama kilka 

razy jadła naleśniki, kiedy służyła w Dalsrud, ale tam, skąd pochodziła, nie jadało się ich na 
co dzień. 
 

Kristian udał, że nie zauważył jej zmieszania, i wyjaśnił spokojnie: 

 

-  To  takie  płaskie,  cienkie  ciasto,  które  posypuje  się  cukrem.  Albo  smaruje  się 

dżemem. 
 

- Cukier i dżem lubię – stwierdziła Maria.  

 

- Ja też – potwierdziła Ane. 

 

Maria  zaczęła  mówić  o  tym,  co  lubi,  a  Kristian  obiecał,  że  w  Dalsrud  wszystko 

dostanie. 
 

- Ale nie pierwszego dnia – zastrzegł i spojrzał na Elizabeth roześmianymi oczami. 

 

Dziewczynki nie posiadały się z zachwytu, lecz Elizabeth poczuła się trochę nieswojo. 

Kristian  z  pewnością  miał  dobre  intencje,  ale  jej  taka  rozmowa  z  przypominała  tylko,  jak 
bardzo są biedne. 
 

To prawda, pomyślała. Jestem biedna i wychodzę za mąż za bogatego człowieka. Nie 

ma powodu, żeby to ukrywać. Ale kocham Kristiana, a on kocha mnie i to jest najważniejsze. 
 

Maria wyrwała ją z zamyślenia. 

background image

 

37

 

- Ciekawe, że Ane była  w Dalsrud już dwa razy, chociaż jest taka mała, a ja jeszcze 

nigdy. 
 

-  Nie  jestem  mała!  –  krzyknęła  Ane  ze  złością.  –  Jestem  Tałaja  duża!  –  dodała  i 

wyciągnęła w górę małe rączki. 
 

- Tak, jesteś strasznie wielka – bąknęła Maria. 

 

- Nie denerwujesz się, że zmieniasz szkołę? – spytał Kristian. 

 

Maria stanowczo pokręciła głową. 

 

- Nie. martwię się tylko tym, ze tak długo nie zobaczę Indianne i Olava. 

 

Elizabeth  wstrzymała  oddech  z  napięcia.  Bała  się  wcześniej  wspomnieć  siostrze  o 

nowej szkole, a Dlasrud było za daleko, żeby Maria mogła nadal chodzić do starej. 
 

- Jaki jest nauczyciel? – zapytała Kristiana. 

 

-  To  sympatyczny  starszy  pan,  który  uczy  od  wielu  lat  –  odparł.  –  Pracował  w  tej 

szkole już wtedy, gdy ja do niej chodziłem. 
 

Elizabeth  odniosła  wrażenie,  że  Marii  jakby  ulżyło.  Jej  także  kamień  spadł  z  serca, 

obie wiedziały, że nauczyciele to nie zawsze sympatyczni ludzie. 
 

 

 

Elizabeth  czuła  się  dziwnie,  kiedy  wóz  skręcił  na  dziedziniec  i  jej  oczom  ukazał  się 

duży dom. Uświadomiła sobie, że tym razem nie przybywa tu jako służąca, i wypełnił ją błogi 
spokój. 
 

W  kuchennym  oknie  uchyliła  się  firanka  i  pokazała  się  twarz  Helene.  Elizabeth 

pomachała do przyjaciółki, a potem wysadziła dzieci z wozu. 
 

-  Może  pójdę  po  Olego,  żeby  ci  pomógł  rozpakować  bagaż  –  zaproponowała 

Kristianowi. 
 

- Pójdę z wami – odparł i uwiązał konia. 

 

Helene krzyknęła z radości, kiedy weszli do przestronnego korytarza. 

 

-  Tak  bardzo  czekałam  i  cieszyłam  się  na  wasz  przyjazd!  –  wyznała  i  zarzuciła 

Elizabeth ręce na szyję. 
 

- No, zachowuj się, jak przystoi – zwróciła jej uwagę Gurine i się roześmiała. Podała 

rękę Elizabeth i dygnęła lekko. 
 

-  Ależ  moja  droga  Gurine  –  uśmiechnęła  się  Elizabeth  –  przecież  dobrze  się  znamy, 

nie bądź taka oficjalna. 
 

-  Pragnę  wam  pogratulować  i  powitać  was  w  Dalsrud.  Już  nie  jesteś  służącą,  lecz 

panią tego domu. 
 

-  Nie  opowiadaj  głupstw  –  odparła  Elizabeth  z  uśmiechem  i  poklepała  kucharkę  po 

ręce. Wiedziała, że musi minąć trochę czasu, nim ta starsza kobieta przyzwyczai się do zmian. 
W żadnym razie jednak nie zgodzi się, że Gurine traktowała ją jakąś królową. Będzie musiała 
porozmawiać z nią na osobności. 
 

Przyszedł  Ole  i  zniknął  razem  z  Kristianem.  Helene  i  Gurine  zajęły  się 

dziewczynkami. Dopiero po chwili Elizabeth zauważyła Nikoline, która stała nieco z tyłu.  
 

-  No,  to  znowu  się  spotykamy  –  zagadnęła  Elizabeth  niepewnie.  –  Teraz  będę  tu 

mieszkać i mam nadzieję, że będziemy się nawzajem dobrze traktować. 
 

- Myślisz może, że jesteś teraz wielką panią, co? – spytała służąca głosem drżącym ze 

złości, mrużąc oczy. 
 

-  Wcale  tak  nie  myślę  –  odparła  Elizabeth  szczerze.  –  Ale  chciałabym,  żebyśmy 

mogły… 
 

-  Czasem  chcesz  zbyt  wiele,  Elizabeth  –  przerwała  jej  Nikoline  i  spojrzała  na  nią 

nienawistnie. 
 

Elizabeth poczuła, że zrobiło jej się zimno. 

 
Rozdział 7 

background image

 

38

 
 

Elizabeth  z  trudem  przełknęła  ślinę  i  mocno  zacisnęła  zęby.  Dzieci  są  w  pobliżu, 

upomniała  siebie.  Nie  wolno  jej  powiedzieć  nic,  czego  później  mogłaby  żałować.  Będzie 
przecież mieszkać z Nikoline pod jednym dachem, poza tym to dla wszystkich nowa sytuacja, 
ż

e stanie się teraz panią domu. 

 

Zatrzymała  się  przy  tym  określeniu.  Pani  domu.  Pani  Dalsrud.  Musiała  przyznać,  że 

trochę ją przerażała nowa rola. 
 

Głęboko  wciągnęła  powietrze  i  uśmiechnęła  się  bezbarwnie,  kiedy  podeszła  do  niej 

Helene. 
 

-  Pokażę  wam  pokój  na  poddaszu.  –  Nieproszona  wzięła  Elizabeth  za  rękę  i  ruszyła 

przodem po schodach. 
- Ty, Elizabeth, dostaniesz ten, który miałaś ostatnio oznajmiła, gdy dotarły na górę. 
 

- Dzieci mogą spać razem ze mną – zaproponowała Elizabeth. – W łóżku jest dosyć 

miejsca. 
 

-  Co  ty  opowiadasz!  –  uśmiechnęła  się  Helene.  –  Ten  pokój  został  urządzony  dla 

matki Kristiana, kiedy weszła do rodziny. No i tu mieszkała. To znaczy, zanim wyszła za ojca 
Kristiana. Potem był tu pokój gościnny. Długo stał zamknięty – wyjaśniła i otworzyła drzwi. 
 

Dlaczego  nie  zauważyłam  tych  drzwi,  kiedy  byłam  tu  ostatnio?  –  zastanowiła  się 

Elizabeth,  idąc  za  Helene.  Może  dlatego,  że  było  ciemno,  a  moje  myśli  zajęte  były  czymś 
innym? 
 

- Tutaj mogą spać Ane i Maria. Co o tym myślisz, Mario? – spytała Helene. 

 

Maria  z  otwartymi  ustami  rozglądała  się  po  sypialni,  po  czym  pogładziła  ostrożnie 

brzeg łóżka. 
 

-  Tu  jest  cudnie  –  wykrztusiła  wreszcie.  –  Nigdy  jeszcze  nie  widziałam  czegoś  tak 

pięknego. Obiecuję, że niczego nie zniszczę. 
 

Helene zachichotała. 

 

-  Jestem  tego  pewna,  Mario.  To  przecież  teraz  twój  dom  –  dodała.  –  A  te  drzwi 

prowadzą do pokoju Kristiana – powiedziała i wskazała na drugie wejście. 
 

Elizabeth obserwowała dziewczynki, które z nabożeństwem poruszały się po pokoju i 

z  szeroko  otwartymi  oczami  przyglądały  się  po  pokoju  i  z  szeroko  otwartymi  oczami 
przyglądały  się  łóżkom,  na  których  leżały  szydełkowe  narzuty,  zasłonom  wykończonym 
falbankami  i  koronkowym  obrusom.  Jeszcze  niedawno  nie  miały  pojęcia,  że  coś  takiego  w 
ogóle istnieje, a teraz stanie się to częścią ich codzienności. 
 

- Kristian opowiadał nam o tym, co się stało w Dalen – zagadnęła Helene z powagą. – 

Jeśli dobrze zrozumiałam, to uratował ci życie? 
 

- Tak – odparła Elizabeth krótko. Nie wiedziała, co jeszcze mogłaby powiedzieć. – To 

było straszne – dodała w końcu. – Ale nie mam ochoty o tym mówić, po prostu chciałabym 
zapomnieć. W ten sposób również Maria szybciej upora się z tym koszmarnym przeżyciem. 
 

-  Biedactwa!  Gdybyś  jednak  chciała  kiedyś  pogadać  o  tym,  to  wiesz,  gdzie  mnie 

znaleźć. 
 

- Dziękuję, jak to dobrze, że mam ciebie, Helene. 

Czy nie mogłabyś zostać pokojówką? Potrzebuję twojego towarzystwa. 
 

-  Ktoś  musi  zajmować  się  oborą  i  ciężką  robotą  w  kuchni  –  odrzekła  Helene 

spokojnie. 
 

- Możemy zatrudnić inną służącą. 

 

- Nie potrzeba dwóch pokojówek, Elizabeth. 

 

- W takim razie możecie się zamienić z Nikoline. 

Chyba mogę teraz decydować o takich sprawach? 
 

- Tak, wiem, ale tego właśnie nie powinnaś zmieniać – stwierdziła Helene i uścisnęła 

jej rękę. – Nich zostanie tak, jak jest. 

background image

 

39

 

- Dlaczego? – spytała Elizabeth. 

 

Helene nie zdążyła odpowiedzieć, bo usłyszały kroki na schodach. 

 

- Przynieśliśmy skrzynię z twoimi rzeczami – oznajmił Kristian. 

 

- Gdzie ją postawić? – zapytał Ole i rozejrzał się dokoła. 

 

-  Tam,  przy  ścianie  –  odparła  Elizabeth  i  wskazała  miejsce.  Helene  bezszelestnie 

wycofała się z sypialni, a Ole zaraz podążył za nią. 
 

-  W  obu  pokojach  wstawiłem  szafy,  żebyście  miał  gdzie  rozwiesić  swoje  sukienki  – 

oznajmił Kristian. 
 

Elizabeth  zagryzła  wargę  i  zerknęła  na  imponująco  duży  mebel.  Jedne  drzwi  szafy 

otworzyły się i dostrzegła w środku ogromne lustro. 
 

-  To  miło  z  twojej  strony,  Kristianie,  ale  nie  mam  tylu  rzeczy  do  wieszania  – 

zauważyła nieśmiało. 
 

Podszedł do niej i ujął jej twarz w swoje dłonie. 

 

- I ty, i obie dziewczynki dostaniecie tyle sukien, że niedługo nie będą się mieścić w 

szafach – obiecał i pocałował ją w czoło i w nos. 
 

Elizabeth poczuła się zakłopotana. 

 

- Nie to miałam na myśli – mruknęła. 

 

-  Musisz  się  po  prostu  przyzwyczaić  do  tego,  że  będę  cię  rozpieszczał  –  rzekł  z 

uśmiechem. 
 

Wyswobodziła  się  z  jego  ramion,  bo  zobaczyła,  że  Ane  i  Maria  stoją  w  drzwiach  i 

przyglądają im się. 
 

-  Wypróbowałyśmy  łóżka  –  oświadczyła  Maria.  –  Ale  najpierw  zdjęłyśmy  buty.  To 

najlepszy sennik na świecie! 
 

Elizabeth stłumiła śmiech. Siostra Spałą do tej pory na sienniku. Nie wiedziała, że te 

materace nie są wypchane sianem. 
 

- Niedługo będzie obiad – oznajmił Kristian. – Będzie zupa na mięsie. Lubicie to? – 

spytał dziewczynki, a one skwapliwie skinęły głowami. 
 

- A cisto z cukrem i dżemem? – spytała Ane. 

 

-  Też  będzie.  Gdy  tylko  zjemy  obiad,  poproszę  Gurine,  żeby  zrobiła  naleśniki  – 

obiecał Kristian. 
 

Maria i Ane otworzyły szeroko oczy.  Zupa na mięsie i naleśniki! Czy może być coś 

lepszego? 
 
 

- Mogłybyśmy zjeść w kuchni – zauważyła Elizabeth, kiedy chwilę później siedziały 

w salonie i czekały, aż Helene i Nikoline nakryją do stołu. 
 

-  Nie.  od  dziś  będziesz  jadać  razem  ze  mną  w  salonie  –  postanowił  Kristian.  –  W 

kuchni jadają służące i parobcy. Poza tym do służby należą wszystkie prace w domu. Ty nie 
będziesz się tym zajmowała. 
 

Elizabeth spojrzała na niego z niedowierzaniem. 

Czyżby wyobrażał sobie, że jako jego żona spędzi resztę życia bezczynnie? Wyglądało jednak 
na to, że nie żartował, musiała więc spytać: 
 

- Chyba nie mówiłeś poważnie, Kristianie? 

 

- Jak najbardziej. 

 

-  W  takim  razie  trzeba  będzie  to  zmienić,  bo  zamierzać  sprzątać  i  gotować,  a  także 

jadać z innymi, jeżeli tak się złoży. 
 

- Pragnę tylko twojego dobra, Elizabeth. 

 

-  Pozwól  mi  więc  pracować,  bo  ja…  -  Chciała  powiedzieć  coś  jeszcze,  ale  właśnie 

weszła Nikoline. 
 

- Przepraszam, może wypijecie przed obiadem filiżankę kawy lub herbaty? – spytała. 

 

Kristian pokręcił głową, a Elizabeth uśmiechnęła się ostrożnie i odparła: 

background image

 

40

 

- Nie, dziękujemy, Nikoline. 

 

Pokojówka  wbiła  w  nią  wzrok  i  Elizabeth  aż  się  wzdrygnęła,  dostrzegła  w  nim 

bowiem  jedynie  wrogość  i  chłód.  Zerknęła  na  Kristiana,  ale  on  niczego  nie  zauważył,  bo 
przekomarzał się z dziećmi. To ja staram się być miła, pomyślała rozżalona, a spotyka się z 
taką niechęcią. 
 

- Elizabeth – zwrócił się do niej nagle Kristian. – Zaprosiłem na  ślub moją kuzynkę z 

Bergen. Chyba nie masz mi za złe, że ustaliłem datę, nie pytając cię wcześniej o zdanie? 
 

- Nie, nic nie szkodzi, ale coś byś powiedział na to, żebyśmy trochę przesunęli termin i 

pobrali się po Nowym Roku? 
 

Spojrzał na nią, nie rozumiejąc. 

 

-  Jeżeli  uraziłem  cię,  mówiąc,  że  nie  będziesz  miała  w  domu  nic  do  roboty,  to 

przepraszam. Naturalnie, możesz robić, co chcesz. 
 

Uśmiechnęła się blado. 

 

- Nie, nie o to chodzi. Pomyślałam tylko, że służba potrzebuje czasu, żeby się do mnie 

przyzwyczaić. 
 

- A dlaczego, u licha, mielibyśmy jej dawać na to czas? 

 

Nie  wiedziała,  co  odpowiedzieć.  Kristian  nie  widział  zimnych  spojrzeń  Nikoline  ani 

nie  słyszał  jej  sarkastycznych  uwag  w  korytarzu.  Pocierała  plamę,  którą  zauważyła  na 
spódnicy, zerknęła na dziewczynki, bawiące się na niedźwiedziej skórze. 
 

- Do wesela trzeba przygotować sporo rzeczy – odparła  z wahaniem. – Uważam, że 

służące  mają  i  tak  dużo  pracy  przed  świętami.  Chyba  nie  powinniśmy  obciążać  ich 
dodatkowo szykowaniem przyjęcia weselnego. 
 

Popatrzył na nią badawczo. 

 

-  Myślałem,  że  będą  miały  mnie  pracy,  jeżeli  urządzimy  wszystko  razem.  Poza  tym 

chciałbym, żebyś jak najszybciej została moją żoną. A ty nie? 
 

Dostrzegła rozczarowanie na jego twarzy i poczuła się zakłopotana. 

 

-  Oczywiście,  że  chcę,  Kristianie.  Poczekajmy  jeszcze  dzień  lub  dwa,  zanim 

zdecydujemy. 
 

Skinął nieznacznie głową. 

 

- Dobrze, jeżeli tak chcesz – odparł cicho. 

 
 

W jadalni dobrze napalono w piecu, lecz mimo to Elizabeth przeszedł zimny dreszcz, 

kiedy spojrzała na nakryty stół: biały lniany obrus, srebra i lśniące świeczniki. 
 

Tu  właśnie  siedział  Leonard  cztery  lata  temu.  Podeszła  do  niego,  żeby  podać  obiad. 

Jaka była dumna, że jej przypadło to w udziale! Tego dnia zastąpiła Nikoline, która położyła 
się  do  łóżka,  mówiąc,  ze  jest  chora.  Teraz  miała  wrażenie,  jakby  ktoś  cofnął  czas.  Leonard 
mocno ja wtedy chwycił z pośladek, jakby nigdy nic. 
 

- Zasłużyłaś na większą pensję, Lise – powiedział. 

 

-  Elizabeth  –  poprawiła  go  zaskoczona  i  zapewniła,  że  jej  pensja  jest  wystarczająca. 

Był niej wyraźnie zadowolony. Spytał o jej rodzinę i czy nie chciałaby kilu dodatkowych dni 
wolnych  na  Boże  Narodzenie.  Wówczas  zakręciło  się  jej  w  głowie  ze  szczęścia.  Teraz 
przypomniała sobie, że tłuszcz ściekał mu po brodzie, i się wzdrygnęła. 
 

-  Na  pewno  dojdziemy  do  porozumienia,  ty  i  ja,  Elizabeth.  Jeżeli  zapracujesz, 

dostaniesz  kilka  dni  wolnych  –  oznajmił.  Nie  wiedziała,  co  miał  na  myśli.  Nie  rozumiała 
wtedy, że powinna mieć się przed nim na baczności. Dlatego przeżyła szok, kiedy poszedł za 
nią i wziął ją siłą. 
 

- Nie usiądziesz przy stole? – spytał Kristian. – Wyglądasz, jakbyś błądziła myślami w 

całkiem innym świecie. 
 

Drżąc, wciągnęła powietrze. 

 

- Jestem trochę oszołomiona tym przepychem – odparła niepewnie. 

background image

 

41

 

Uśmiechnął się zadowolony. 

 

- Nakryliśmy bardziej uroczyście, bo to pierwszy dzień waszego pobytu w Dalsrud. 

 

Maria wzięła do ręki srebrną łyżkę i stwierdziła ze zdumieniem: 

 

-  jak  taka  sama  jak  ta,  której  Ragna  używała  w  Heimly,  kiedy  wyprawiała  wielkie 

przyjęcie. 
 

Elizabeth wzięła od niej łyżkę i położyła z powrotem na stole. 

 

- Nie będziemy tym jadły na co dzień – zadecydował. – Od jutra jadamy w kuchni. 

 

Nikoline podeszła zwinnie z duża wazą w rękach. Najpierw zbliżyła się do Tristana i 

nalała mu parującego rosołu. 
 

- Mam nadzieję, że będzie ci smakowało – rzekła słodko i dygnęła. 

 

 - Z pewnością – odparł. 

 

Elizabeth  obserwowała  pokojówkę,  jak  obeszła stół  i  zaczęła  nalewać  od  niej.  Nagle 

jakby ktoś szepnął jej do ucha, żeby uważała. Szybko odsunęła się na bok. W tej samej chwili 
Nikoline trąciła jej talerz i wylała wrzącą zupę. 
 

Elizabeth poderwała się z krzesła. Kristian także wstał. 

 

Nikoline zasłoniła usta ręką i zawołała, udając zdumienie: 

 

- Co, do diaska, Elizabeth, wywróciłaś talerz! 

 

W  oczach  jednak  nie  udało  jej  się  ukryć  wyrazu  triumfu.  Elizabeth  spojrzała  na 

Kristiana. Zauważyła, że niczego się nie domyślił. 
 

- Czy nic ci się nie stało? – spytał. 

 

- nie, nic – odparła drżącym głosem. – Wszystko wylało się na podłogę, ale niewiele 

brakowało, żebym się poparzyła. 
 

Podszedł i obejrzał ją. 

 

- Jak to się stało? – spytał przerażony. 

 

-  Nie  mam  pojęcia  –  odparła  Elizabeth  i  zerknęła  na  Nikoline.  Zimny  dreszcz 

przebiegł jej po plecach, kiedy zobaczyła na twarzy służącej złośliwy uśmiech. 
 

-  Nikoline,  posprzątaj  to,  a  my  sami  nalejemy  sobie  zupy  –  rzekła  stanowczo. 

Zauważyła, ze pokojówka chciała zaprotestować, więc dodała, przykuwając ją wzrokiem: 
 

- Powiedziałam posprzątaj i chyba nie muszę powtarzać. 

 

Kiedy Nikoline wyszła, Elizabeth zwróciła się do Kristiana: 

 

- Zmieniłam zdanie, pobierzemy się zaraz po Bożym Narodzeniu. 

 
Rozdział 8  
 
 

Pachnie  jeszcze  jak  w  domu,  pomyślała  Elizabeth  i  wciągnęła  zapach  swej  sukni 

ś

lubnej,  po  czym  włożyła  ją  przez  głowę.  W  domu,  powtórzyła  w  duchu.  To  już  nie  tam  w 

górze,  w  Dalen,  ale  tutaj,  w  Dalsrud.  Minie  jeszcze  trochę  czasu,  zanim  się  do  tego 
przyzwyczai.  Obróciła  się  dokoła  i  krytycznie  obejrzała  w  dużym  stronie  lustrze  po 
wewnętrznej  stronie  drzwi  szafy.  Suknia  była  ręcznie  tkana  z  grubej  wełny,  która  kłuła  w 
nagie ramiona, ale wystarczająco ładna, żeby w niej stanąć przed pastorem. Brała w niej ślub 
z Jensem, a wiec i teraz będzie dobra stwierdziła Elizabeth i znów zanurkowała w szafie. 
 

- Szukasz czegoś? – rozległ się czyjś głos. 

 

Elizabeth się odwróciła. 

 

- Ach, to ty, Helene. Tak, szukam swojego nowego buta. Znalazłam tylko jeden. 

 

- Nowego buta? 

 

-  No,  nie  był  całkiem  nowy,  ale  kiedy  mieszkałam  w  Dalen,  te  były  najładniejsze, 

jakie miałam – wyjaśniła i badawczo przyjrzała się przyjaciółce. – Zimno ci? 
 

Helene wzruszyła ramionami i się skuliła. 

 

- Byłam na górze i ścieliłam łóżko. 

 

- Nadal sypiasz na tym zimnym poddaszu? – spytała Elizabeth zdumiona. 

background image

 

42

 

Helene nie patrzyła jej w oczy. 

 

- Leonard mnie tam przeniósł, kiedy… nie dostał tego, co chciał, a po jego śmierci nie 

prosiłam o nic innego. 
 

- I Kristian tego nie zmienił? 

 

Helene roześmiała się z przymusem. 

 

- Nie. Wiesz, mężczyźni nie zwracają uwagi na takie rzeczy. 

 

- Dostaniesz jeden z pokoi na górze. Ten, który stoi pusty – obiecała Elizabeth, czując 

ukłucie wyrzutów sumienia, że wcześniej o tym nie pomyślała. 
 

Helene się zmieszała. 

 

-  To  już  wolałabym  pokój  pod  schodami  sąsiadujący  z  kuchnia.  Jedna  z  jego  ścian 

przylega do pieca, poza tym jest tam małe okienko, w którym mogę powiesić firankę. Zawsze 
o  tym  marzyłam  –  dodała  nieśmiało.  –  No  i  rano  będę  miała  blisko  do  kuchni.  Zresztą  nie 
przystoi, żebym sypiała tu na górze, w takim wytwornym pokoju. 
 

Elizabeth wzięła ją za rękę, pociągnęła za sobą w stronę łóżka i zmusiła, żeby usiadła. 

Potem sama przysiadła obok i spojrzała na nią z powagą. 
 

-  Helene  –  zaczęła.  Możesz  sobie  wybrać  pokój,  jaki  chcesz.  Zostaw  na  razie  inne 

obowiązki  i  zajmij  się  jego  urządzeniem,  jeśli  masz  ochotę.  –  Zrobiła  dłuższą  przerwę,  po 
czym mówiła dalej: - Dziwnie się tu czuję w nowej roli. Zaledwie cztery lata temu odeszłam 
stąd  ze  służby,  a  wydaje  mi  się,  jakby  to  było  strasznie  dawno…  Jakby  minęło  całe  życie. 
miałam wtedy dopiero szesnaście lat… Byłam jeszcze dzieckiem. 
 

- Już wtedy podkochiwałaś się w Kristianie, prawda? – spytała Helene. 

 

- Tak, byłam nim zauroczona. Chociaż zaczęło się od tego, że chciałam się zemścić na 

Jensie. Myślałam, że zdradził mnie z Dorte. Pamiętasz? 
 

Helene skinęła głową. 

 

- Tak, pamiętam, jak o tym mówiłaś. 

 

- Z Jensem było mi dobrze – ciągnęła Elizabeth. – I chyba nigdy nie przestanę za nim 

tęsknić.  Był  moim  najlepszym  przyjacielem.  Jakiś  czas  po  jego  śmierci  wróciło  jednak 
wspomnienie  o  Kristianie  i  znów  zaczęłam  o  nim  myśleć.  Odżyło  uczucie,  którym  nie 
darzyłabym nikogo innego. 
 

- To z pewnością wola Boga – stwierdziła Helene. 

 

- Może. 

 

- A teraz będziesz dostojną panią Dalsrud. Czy potrafiłabyś to sobie wyobrazić, kiedy 

tu pracowałaś? 
 

Elizabeth roześmiała się serdecznie. 

 

- Ależ skąd! Coś takiego nawet by mi nie przyszło do głowy. To dziwne, jak w życiu 

może się wszystko zmienić. 
 

- Tak – przyznała Helene, gładząc swoje czerwone i obolałe palce. 

 

Elizabeth przyjrzała się jej dłoniom. 

 

- Dam ci maść, którą zrobiłam. 

 

- Dziękuję, Elizabeth. 

 

- Chciałabym, żebyś była gościem na moim weselu, Helene – wyznała. 

 

-  Co  takiego?!  A  co  ludzie  na  to  powiedzą?  Ja…  jestem  tu  przecież…  służąćą!  – 

odparła Helene, jąkając się. i pokraśniała z radości i zaskoczenia. 
 

Elizabeth mówiła dalej z ożywieniem: 

 

- Ale też jesteś moją przyjaciółką. Nie przejmujmy się ludźmi. Pomyśl, jakie to będzie 

niezwykłe. Masz jakąś ładną sukienkę? 
 

- Hm. Mam suknię niedzielną, którą władam do kościoła. 

 

Elizabeth wstała i porwała przyjaciółkę za sobą. Zakręciły się w kółko. 

 

-  Och,  taka  jestem  szczęśliwa!  Dostałaś  nowy  pokój  i  będziesz  gościem  na  moim 

weselu. Mam ochot zrobić dla ciebie dużo więcej, Helene. Czy jest coś, czego sobie życzysz? 

background image

 

43

 

- Nie. 

 

Usiadły z powrotem na łóżku. 

 

- Tak bym chciała, żebyż została pokojówką – westchnęła Elizabeth. – Nikoline mnie 

nie lubi – wyznała jednym tchem. 
 

- A słyszałaś, że ona kogoś lubiła? 

 

- Nie, nikogo oprócz siebie samej, ale… ona mnie nienawidzi. 

 

-  Nie  przejmuj  się  tym,  Elizabeth.  Pamiętaj,  że  to  ona  teraz  dla  ciebie  pracuje,  więc 

jeśli będzie trzeba, pokaż, gdzie jest jej miejsce. 
 

Elizabeth skinęła głową, ale pomyślała, że łatwiej powiedzieć, niż zrobić. 

 

- Gdzie są dzieci? – spytała, żeby skierować rozmowę na inny temat. 

 

Helene wstała i podeszła do dużego lustra. 

 

-  Na  dole  w  kuchni,  z  Gurine  –  odparła  i  owinęła  sobie  warkocz  niczym  wieniec 

wokół głowy. 
 

-  Niedługo  zmienią  się  w  dwa  małe  tłuścioszki,  jeśli  nadal  będzie  je  tak  tuczyć  – 

zażartowała Elizabeth  się roześmiała. – Ojej, zapomniałam, że Maria była dziś pierwszy raz 
w szkole. Mówiła, jak jej poszło? 
 

-  Nie  denerwuj  się,  bardzo  jej  się  podobało.  Powiedziała,  że  nauczyciel  jest  bardzo 

miły. I dzieci też. 
 

-  Wstyd  mi,  że  o  tym  zapomniałam,  ale  miała  tyle  spraw  na  głowie  –  wyznała 

Elizabeth. 
 

- Nie oskarżaj się o wszystko, co tylko się da. A tak w ogóle… Czy nie boisz się, że 

nie  będę  pasować  do  tego  eleganckiego  towarzystwa,  które  zbierze  się  na  twoim  weselu?  – 
spytała Helene zamyślona. – A jeśli się czymś wygłupię? 
 

- Dlaczego miałabyś się wygłupić? 

 

Elizabeth podeszła do niej i odgarnęła jej za ucho kosmyk włosów. 

 

-  Kiedy  włożysz  niedzielną  suknię  i  uczeszesz  te  swoje  niesforne  włosy,  będziesz 

najpiękniejszą dziewczyną na świecie. 
 

- Niesporne włosy, też coś! – roześmiała się Helne. 

-  Nagle  znów  spoważniała.  –  Odświętną  suknię  dostałam  na  konfirmację,  a  od  tamtej  pory 
minęło już osiem lat. myślisz, że będzie się jeszcze nadawać? 
 

-  Swoją  suknię  też  mam  od  konfirmacji,  a  już  po  raz  drugi  władam  ją  do  ślubu  – 

odparła Elizabeth. – Ndal jest cała i porządna. 
 

- Będziesz śliczną panną młodą – uśmiechnęła się Helene. Kristian jest szczęściarzem, 

ż

e trafiła mu się taka żona. 

 

-  Zasługuje  na  wszystko,  co  najlepsze  –  stwierdziła  Elizabeth  i  zachichotała  z 

własnego żartu. 
 

W tym momencie usłyszały głos Kristiana: 

 

- Elizabeth, gdzie jesteś?! 

 

Obie wyszły mu na spotkanie. 

 

- Przymierzałam suknię ślubną  wyjaśniła Elizabeth. 

- Ale znalazłam tylko jeden z moich nowych butów. 
 

-  Chodź  –  powiedział  i  wziął  ją  za  rękę.  –  Mam  dla  ciebie  niespodziankę  –  dodał  i 

poprowadził ją do kuchni. 
 

- Co to takiego? – spytała, wskazując na skrzynię stojącą na kuchennym stole. 

 

- Zaraz się przekonasz – odparł i podważył wieko. – To przesyłka od mojej kuzynki z 

Bergen.  Bertine.  To  prawda,  sam  ją  o  to  poprosiłem  –  przyznał,  a  oczy  mu  błyszczały  jak 
dziecku w wigilijny wieczór. 
 

Elizabeth  postawiła  Ane  na  krześle,  żeby  i  ona  mogła  zobaczyć.  Do  stołu  podeszły 

także Gurine także Gurine, Helene i Nikoline. 
 

- A teraz popatrz! – oznajmił Kristian i zrobił zapraszający gest ręką. 

background image

 

44

 

Elizabeth  podniosła  wieko  i  zaczęła  wyjmować  jeden  pakunek  za  drugim.  Był  tam 

lśniący, jasny materiał na suknię ślubną, sznurówki i koronki najdroższej szerokości, nici do 
szycia, guziki wszelkich kolorów, jedwabne buty tak cudne, że nawet nie podejrzewała, iż coś 
takiego w ogóle istnieje, wstążki do włosów i mnóstwo innych dodatków. 
 

Długo  stała,  wpatrując  się  w  skarby,  które  leżały  przed  nią  na  stole.  Potem  zajrzała 

jeszcze na dno skrzyni i wyjęła but, którego szukała. 
 

- Ale to… przecież mój nowy but – wykrztusiła zdumiona. – Skąd się tu wziął? 

 

- Musiałem mieć twoją miarę żeby ci kupić eleganckie buty – uśmiechnął się Kristian 

z dumą. 
 

Elizabeth pogładziła palcem jedwabne pantofelki i spytała: 

 

- Czy w ogóle da się je nosić? 

 

Kristian odchylił głowę do tyłu i roześmiał się tak serdecznie, Az jego oczy utworzyły 

wąskie półksiężyce.  
 

-  Mój  ty  głuptasku!  To  twoje  buty  ślubne,  w  których  nie  chodzi  się  po  dworze.  – 

Pochylił się i sięgnął po jeden z pakunków. – A to materiał na sukienki dla dziewczynek. 
 

- Dla mnie też? – spytała Ane nieśmiało. 

 

-  Oczywiście,  że  tak  –  odparł  Kristian  rozpromieniony,  -  Ty  i  Maria  dostaniecie 

wszystko nowe i wystroicie się do stóp do głów. 
 

Elizabeth  ostrożnie  rozejrzała  się  dokoła.  Gurine  i  Helene  miała  zarumienione 

policzki, a ich oczy błyszczały z zachwytu. Po chwili napotkała chmurne spojrzenie Nikoline, 
ale nie potrafiła niczego w nim wyczytać. 
 

-  Ładne…  -  bąknęła  pokojówka  z  przymusem.  –  Materiału  wystarczyłoby  na  kilka 

halek – zauważyła, chwytając w palce biała, sztywną tkaninę. 
 

-  Zamierzam  podzielić  się  z  Helene  –  oznajmiła  Elizabeth  –  bo  jest  zaproszona  na 

wesele. Właśnie tak postanowiła, 
 

Poczuła na sobie spojrzenia wszystkich zebranych. 

 

- Niech tak będzie – zgodził się Kristian. – A jeśli nie starczy materiału, postaramy się 

o więcej. 
 

Helene chciała zaprotestować, lecz Elizabeth ją uprzedziła. 

 

-  Decyzja  już  zapadła.  Tylko  że  chyba  nie  zdążę  uszyć  tylu  sukienek  w  tak  krótkim 

czasie. Jeszcze przecież przygotowania do świąt… 
 

-  Nie  martw  się  o  to  –  powiedział  Kristian  spokojnie.  –  Zamówiłem  już  krawcową, 

która na czas szycia sukien zamieszka u nas 
 

To  niemal  przerażające,  jak  on  wszystko  potrafi  załatwić,  pomyślała  Elizabeth, 

oglądając jeszcze raz prezenty. Czuła się tak, jakby miała przed sobą skrzynie pełną skarbów, 
o której czytała w baśniach. 
 

Krawcowa  zjawiła  się  kilka  dni  później,  była  to  drobna  kobieta  o  bujnych,  wysoko 

upiętych włosach i surowej twarzy. 
 

- Witamy w Dalrud. Nazywam się Elizabeth Andersdatter. 

 

- Panna Caspara – przedstawiła się krawcowa, mierząc Elizabeth wzrokiem. 

 

Na korytarz wyjrzała Nikoline i Elizabeth szybko poleciła. 

 

- Pokaż Casparze… 

 

- Pannie Casparze – poprawiła ją kobieta. 

 

-  Tak,  pokaż  jej  pokój  –  powiedziała  Elizabeth,  uradowana,  że  może  przekazać 

krawcową pokojówce. 
 

-  Nie  zamierzasz  mi  pomóc  zanieść  bagaży!  –  usłyszała  pannę  Casparę,  strofując 

Nikoline. Trafiła kosa na kamień, pomyślała. 
 

 

background image

 

45

 

Kolejne dni były pracowite dla wszystkich. Panna Caspara siedziała na górze w swoim 

pokoju i szyła. Schodziła tylko na posiłki. Któregoś dnia zeszła do kuchni, żeby zdjąć miarę z 
Ane. 
 

-  Stój  spokojnie!  –  ofuknęła  małą  i  lekko  szarpnęła  ją  za  rękę,  bo  dziewczynka 

wierciła się na wszystkie strony. 
 

Zanim  Elizabeth  zdążyła  zareagować,  Gurine  podparła  ręce  na  szerokich  biodrach  i 

zwróciła uwagę: 
 

- Proszę się trochę pilnować. To przecież małe dziecko, córka samej pani domu. 

 

- Już dobrze – wtrąciła się Elizabeth. – Ane, słuchaj pani, kiedy cię o coś prosi. Stój 

spokojnie, bo inaczej nie będziesz miała sukienki. 
 

Zauważyła  wyrzut  w  spojrzeniu  kucharki  i  trochę  pożałowała  swoich  słów,  ale  Ane 

musi nauczyć się posłuszeństwa, uznała. Spróbuje później udobruchać Gurine. 
 

Wszyscy zgodnie uznali, że panna Caspra jest mistrzynią igły i nitki. Chociaż miała ze 

sobą maszynę do szycia, przeważnie szyła ręcznie. 
 

- Maszyna do szycia! – prychnęła Gurine. – Ludzkie lenistwo nie zna granic! 

 

- Panna Caspra wcale nie jest leniwa – zaprotestowała Elizabeth, która właśnie wyszła 

z  jadalni.  –  Ale  zgadzam  się  z  tobą,  że  dawny  sposób  szycia  jest  najlepszy.  Tak  czy  owak, 
Gurine, lepszej kucharki od ciebie nie ma na całym świecie. Bez ciebie zagłodzilibyśmy się 
na  śmierć. Wszyscy jak jedn. To pewne! 
 

Ta  pochwała  wystarczyła,  żeby  Gurine  przez  kilka  następnych  dni  promieniała  jak 

słońce. 
 
 

Helene  dostała  nową  suknię,  co  prawda  z  materiału  nie  tak  ładnego  jak  tkanina  na 

suknię Elizabeth, ale nie ukrywała radości, wieszając ją w swoim nowym pokoju. 
 

-  Teraz  przynajmniej  nie  będę  musiała  wstydzić  się  swego  stroju  –  wyznała  i  z 

wdzięcznością uścisnęła Elizabeth. 
 

A  Elizabeth  odniosła  wrażenie,  jakby  z  upływem  dni  przybywało  sprawi  roboty 

zarówno w związku ze świętami, jak i ze ślubem. Nie oszczędzała się w tym czasie. Kristian 
próbował ją powstrzymać, ale go nie słuchała. 
 

-  Powiedziałam,  ze  będę  pracować,  i  kropka  –  oznajmiła  stanowczo  i  poszła  do 

kolejnych zajęć, zostawiając go samego. 
 

Kiedy  panna  Caspara  skończyła  swoją  pracę  i  opuściła  Dalsrud,  przyjechał  rzeźnik  i 

dwie  służące  do  pomocy.  Elizabeth  stwierdziła,  że  przy  uboju  będzie  wystarczająco  dużo 
osób,  więc  sama  zabrała  się  do  sporządzenia  listy  gości  i  wypisywania  zaproszeń.  Cieszyła 
się, że nie musi brać udziału w szlachtowaniu zwierząt, bo zapach krwi zawsze przyprawiał ją 
o mdłości. 
 

Wyjrzała przez okno i zobaczyła, że Maria idzie ze służącymi do obory. Nie zdziwiło 

jej,  że  siostra  pomaga  przy  uboju,  bo  jej  nigdy  nie  przeszkadzał  ani  widok  krwi,  ani  mycie 
jelit. 
 

Do pokoju wszedł Kristian i opadł na najbliższe krzesło. 

 

- Co robisz? – spytał i obejrzał jedną z kartek. 

 

- Wypisuję zaproszenia. O, to jest dla Dorte i Jakoba. 

- Zawahała się nieco, a potem szybko dodała: - Chciałabym też zaprosić Mathilde. 
 

- Dobrze, niech i tak będzie. A kto to jest? 

 

- To ich służąca – odparła Elizabeth. Nie spuściła wzroku, kiedy westchnął. 

 

- Najpierw zapraszasz Helene, a teraz prosisz na wesele inne służące. 

 

Elizabeth nie odwróciła wzroku. 

 

- Jeżeli masz coś przeciwko zaproszeniu Helene, to dlaczego nie powiedziałeś o tym 

od razu? 

background image

 

46

 

-  Nie  powiedziałem,  że  mam  coś  przeciwko  temu  –  zaprzeczył  szybko.  –  Ale 

Mathilde… 
 

- Czyżby była gorsza od innych? – Elizabeth odniosła wrażenie, że roni się, i poczuła 

się  nieswojo.  Mimo  to  mówiła  dalej:  -  Mam  ich  tylko  troje  w  mojej  rodzinnej  wsi.  A  ilu 
będzie twoich krewnych i znajomych? 
 

Uniósł ręce. 

 

- Poddaję się. zaproś, kogo chcesz. 

 

- Jesteś na mnie zły, Kristianie? 

 

- Nigdy się na ciebie nie gniewa – odparł, obszedł stół i pocałował ją w czoło. 

 

W  tym  momencie  usłyszeli  za  sobą  głośne  chrząknięcie.  Elizabeth  szybko  się 

odwróciła. 
 

- Gurine o ciebie pyta – oznajmiła Nikoline i spojrzała na nią wyzywająco. 

 

- Należy pukać, zanim się wejdzie – zawrócił pokojówce uwagę Kristian. 

 

Nikoline na kilka sekund wbiła wzrok w podłogę, lecz zaraz popatrzyła mu w oczy. 

 

- Pukałam, ale pewnie nie słyszeliście. 

 

- Hm, możliwe – przyznał. 

 

Nie pikała, pomyślała Elizabeth, kiedy służąca wyszła.  

 

-  Zadbasz  o  to,  żeby  zaproszenia  zostały  dostarczone?  –  spytała  i  podała  karty 

Kristianowi. 
 

- Oczywiście. Idę do kantoru – powiedział i zabrał stertę kopert. 

 

 

 

- Chciałaś ze mną mówić? – spytała Elizabeth, wchodząc do kuchni. 

 

- Mam nadzieję, że ci nie przeszkodziłam – odparła Gurine. 

 

- Nie, nie przeszkodziłaś. 

 

- Chciałam uzgodnić, co przygotować na święta i na wesele. 

 

-  Wolałabym  to  zostawić  tobie.  lepiej  się  znasz  na  wydawaniu  przyjęć  niż  ja  – 

przyznała  Elizabeth.  Poczuła  się  niepewnie,  gdy  pomyślała  o  wykwintnych  potrawach,  do 
jakich  niewątpliwie  przywykli  goście  Kristiana,  i  prostym  pożywieniu,  które  do  tej  pory 
przyrządzała. 
 

Nagle do środka, kołysząc biodrami, weszła Nikoline. 

 

- Nie wiesz, co się podaje do stołu w wyższych sferach? – spytała kąśliwie. 

 

-Ach tak, podsłuchiwała Pd drzwiami, pomyślała Elizabeth, a na głos powiedziała. 

 

- Naturalnie, że wiem. Nie rozumiem jednak, co ty możesz mieć z nimi wspólnego – 

dodała. – Jeżeli nie masz nic konkretnego do roboty, to w każdej chwili mogę ci coś znaleźć. 
 

Nikoline ściągnęła twarz i w pośpiechu wyszła z kuchni. 

 

- No to, Gurine- zwróciła się Elizabeth do kucharki – wspólnie wybierzemy potrawy. 

Masz jakieś propozycje?  
 

- Hm – zaczęła Gurine z wahaniem. – Na Boże Narodzenie zwykle podajemy faworki, 

paluszki  z  migdałami,  obwarzanki,  makaroniki,  kraneskake…  -  Wymieniła  jednych  tchem 
jeszcze  kilka  rodzajów  ciast,  o  których  Elizabeth  nawet  nie  słyszałam  ale  kiwała  głową  i 
godziła się na wszystko. W końcu wtrąciła: 
 

- Na Wigilię musi być halibut. Zawsze jadaliśmy go w domu. 

 

-  W  Dalsrud  też  mamy  taką  tradycję  –  stwierdziła  Gurine,  wyraźnie  zadowolona  z 

obszernej listy potraw. 
 

Po chwili do kuchni wszedł Kristian. 

 

- Ole przyniósł pocztę – powiedział z powagą. 

 

- Czy coś się stało? – zaniepokoiła się Elizabeth  i z bijącym sercem poderwała się z 

miejsca. 
 

- Dostałem list, że mąż Bertine zwichnął stopę, więc nie przyjadą. 

background image

 

47

 

Elizabeth poczuła rozczarowanie. Tak się cieszyła, że podziękuje kuzynce Kristiana za 

wspaniałą paczę i być może poprawi złe wrażenie, jakie wywarła na pogrzebie Ragny. 
 

-  Czy  na  pewno  do  świąt  nie  wydobrzeje,  tak  żeby…  -  zaczęła  z  wahaniem,  lecz 

Kristian jej przerwał. 
 

- Nie, niestety. Ale być może wybiorą się do nas przy innej okazji. 

 

- Byłoby miło – odparła, wiedziała jednak, że nieprędko taka okazja się nadarzy. 

 
 

Następnego  dnia  usiadła  przy  stole  w  salonie  i  rozłożyła  swoje  przybory  do  pisania. 

Skoro  Bertine  i  jej  mąż  nie  mogą  przyjechać,  to  powinna  im  przesłać  pozdrowienia, 
pomyślała i zanurzyła pióro w kałamarzu. 
 
 

Kochana Bertine 

 

Wczoraj Kristian otrzymał od Ciebie list, w którym piszesz o wypadku, jaki przydarzył 

się  Twojemu  mężowi.  Bardzo  nas  to  zmartwiło,  ponieważ  cieszyliśmy  się,  że  się  z  Wami 
spotkamy. 
 

Dziwisz się pewnie, że do Was piszę, ale wkrótce będziemy rodziną, więc chciałabym, 

ż

ebyście wiedzieli, jak nam się żyje. 

 

Kristian  jest  dobrym  człowiekiem,  którego  bardzo  kocham.  Przyjął  mnie  i  dzieci 

wyjątkowo serdecznie. 
 
 

Zapatrzyła się w okno, szukając słów. Trudno było jej pisać do kobiety, która spotkała 

tylko raz w życiu. Westchnęła i pisała dalej: 
 
 

Chciałabym, korzystając z okazji, podziękować Ci za pomoc, którą mi okazałaś. Muszę 

przyznaćże to dla mnie zbyt wiele. Obym mogła Ci się kiedyś odwdzięczyć
 
 

Czy  powinna  napisać,  że  to  dla  niej  za  wiele?  A  może  Bertine  źle  ją  zrozumie  i 

pomyśli, ze jest niewdzięczna? Nie, skoro już tak napisała, to niech tak zostanie. 
 
 

Kończę moje skromne pisanie, życząc, aby Bóg Wam błogosławił, teraz i na wieki. 

 
 

Podpisała  list,  dmuchnęła  na  kartkę,  żeby  atrament  wysechł,  następnie  złożyła  ją  i 

włożyła do koperty. W tym momencie do salonu wszedł Kristian. 
 

 - Czy wzięłaś zaproszenia, które leżały w kantorze? – spytał. 

 

- Zaproszenia na ślub? Nie, nie ruszałam ich. Miałeś przecież je rozesłać. 

 

Zauważyła, że przełknął ślinę, zanim odpowiedział: 

 

- Nie znalazłem ich. 

 

-  Na  pewno  niezbyt  dokładnie  szukałeś  –  odparła  i  ruszyła  przodem  do  kantoru.  – 

Gdzie je położyłeś? – zapytała i się rozejrzała. 
 

- Tutaj, na biurku – powiedział i wskazał na blat. 

 

- I nie przełożyłeś ich? 

 

-  Nie.  jestem  pewien,  że  ich  nie  ruszałem.  Położyłem  je  tutaj,  przejrzałem  kilka 

dokumentów i wyszedłem. Kiedy wychodziłem, rzuciłem na nie jeszcze okiem i pomyślałem, 
ż

e jutro muszę je rozesłać. Teraz ich nie ma, a od tamtej pory tu nie wchodziłem. 

 

- Pytałeś wszystkich, czy ich nie widzieli? 

 

- Nie, nikt nie powinien tu wchodzić. 

 

- Nie zawsze jednak służba pyta o pozwolenie – odparła i wyszła do kuchni. 

 

-  Czy  ktoś  z  was  był  w  kantorze  Kristiana?  –  spytała  głośno  i  patrzyła  w  oczy 

każdemu z osobna. Wszyscy pokręcili głowami. 
 

Otworzyły się drzwi i do kuchni wbiegły dzieci. 

background image

 

48

 

- Ane, Mario, czy wchodziłyście do kantoru 

 

- Nie. ja nie wchodziłam, a Ane nie sięga nawet do klamki. Dlaczego pytasz? 

 

- Zniknęły zaproszenia na wesele – wyjaśniła Elizabeth. 

 

Gurne załamała ręce. 

 

- O, nie! A to dopiero! Musimy ich poszukać, wszyscy jak jeden. 

 

- Na pewno je znajdziemy – dodała Helene i przemknęła obok Elizabeth. 

 

Wszyscy  przyłączyli  się  do  poszukiwań.  Odwrócono  każdą  poduszkę  i  odsunięto 

każdy  mebel.  Przejrzano  każdą  szufladę  i  każdą  szafę.  Kristian  jeszcze  raz  obszedł  cały 
kantor, ale nic nie znalazł. 
 

- No cóż, trzeba będzie wypisać nowe – stwierdziła w końcu Elizabeth i podziękowała 

za pomoc. 
 

- Jestem pewien, że leżały na biurku – mruknął Kristian i wyszedł. 

 

Elizabeth  musiała  zagryźć  wargę,  żeby  się  nie  rozpłakać.  Ogarnęła  ją  rozpacz,  gdy 

pomyślała,  ile  pracy  włożyła  w  wypisanie  zaproszeń.  Kristian  kupił  duże  pudełko  grubego, 
ładnego papieru i kopert, a wypisanie wszystkiego starannym pismem zajęło jej kilka godzin. 
Zaproszenia nie mogły rozpłynąć się w powietrzu, pomyślała, ale poszukiwania nic nie dały. 
 
 

W salonie panował chłód, więc Elizabeth postanowiła rozpalić w piecu, zanim siądzie 

do pisania. Właśnie kiedy  miała włożyć  grudę torfu, zauważyła w popiele coś białego. Coś, 
co nie do końca się spaliło. Karta papieru! Drżącymi rękami wyjęła ją i na moment zakręciło 
się jej w głowie. 
 

-  To  nie  może  być  prawda!  –  szepnęła  z  niedowierzaniem.  Rozpoznała  jedno  ze 

ś

lubnych  zaproszeń.  W  dodatku  to,  które  mieli  otrzymać  Jakob,  Dorte  i  Mathilde  –  można 

było  doczytać  fragmenty  imion.  Trudno  w  to  uwierzyć,  pomyślała,  zaciskając  w  palcach 
gruby  papier.  Nikt  nie  jest  chyba  tak  zły,  żeby  spalić  jej  zaproszenia!  Potrząsnęła  głową  i 
szepnęła: 
 

- Nikt nie jest aż tak zły. Nikt, z wyjątkiem… 

 

Ba drżących nogach poszła do kantoru Kristiana i pokazała mu niedopaloną kartkę. 

 

- Co to takiego? – spytał. 

 

Kiedy nie odpowiedziała, wziął od niej zmięty papier i przyjrzał mu się. 

 

-  Zaproszenie?  Zostało  spalone?  –  zdumiał  się  i  popatrzył  na  Elizabeth  z 

niedowierzaniem. 
 

- Tak – potwierdziła. – Ktoś spalił zaproszenia. 

 

Kilka razy spoglądał to na nią, to na skrawek papieru, a potem rzekł z wahaniem: 

 

- To musiał być jakiś nieszczęśliwy przypadek. 

 

- Naprawdę to wierzysz? – spytała. 

 

- Nie widzę innej możliwości. 

 

- Ale ja widzę, Kristianie? To Nikoline je spaliła. Ta dziewczyna nienawidzi mnie od 

pierwszego spojrzenia, a teraz robi mi na złość, żeby… Nie pojmuję tego! 
 

Obszedł biurko, zbliżył się do niej i objął ją. 

 

- Cóż, moja droga Elizabeth, nie śpieszmy się z oskarżeniem ludzi. To naprawdę mógł 

być nieszczęśliwy przypadek. 
 

-  Nie,  ona  to  robi  rozmyślnie,  uwierz  mi!  Pamiętasz,  że  położyłeś  zaproszenia  na 

biurku. Nikt by nie spalił pliku listów przez przypadek. 
 

-  tak,  to  rzeczywiście  byłoby  dziwne  –  przyznał.  –  Ale  mimo  wszystko  nie  mamy 

dowodu i nie wolno nam nikogo obwiniać. – Ucałował jej włosy. 
 

Nie.  pomyślała.  Nie  złapała  Nikoline  za  rękę,  co  do  tego  miał  rację.  Nawet  gdyby 

próbowała nakłonić służącą, żeby się przyznała, nic by to nie dało. 
 

- Pomogę ci wypisać nowe – zaproponował. – Mam zapas kartek. Bez względu na to, 

kto to zrobił, pokaż, że się tym nie przejmujesz. 

background image

 

49

 

Ostrożnie wyślizgnęła się z jego objęć. 

 

- Dobrze. wyślesz je jeszcze dzisiaj? 

 

- Tak – obiecał z przekonaniem i wyjął nowy papier. 

 
Rozdział 9 
 
 

Elizabeth  wolno  otworzyła  oczy  i  ziewnęła  przeciągle.  Minęło  kilka  sekund,  zanim 

uświadomiła sobie, że to Wigilia, a wtedy ogarnęły ją różne miłe wspomnienia związane ze 
ś

więtami.  Pełna  radości,  poczuła,  że  pościel,  którą  zmieniła  wczoraj  wieczorem,  nadal  jest 

sztywna  i  świeża;  taka,  jaka  powinna  być  w  Wigilię.  Wczoraj  wszyscy  wzięli  kąpiel.  To 
dopiero  było  szaleństwo!  Trzeba  było  nanosić  mnóstwo  wody  i  torfu.  Tak  rozmyślając, 
mocno się przeciągnęła, a potem znowu naciągnęła kołdrę pod samą brodę. 
 

Zastanawiała się, czy inni już wstali. Pomyślała, że może powinna zejść na dół, ale jej 

się  nie  chciało.  Wczoraj  do  późna  ubierali  z  Kristianem  choinkę.  Namówił  ją  na  kieliszek 
wina, potem na jeszcze jeden, aż zaczęła się śmiać i wszystko wydawało się zabawne. 
 

-  Nie  kuś  mnie  więcej  –  poprosiła,  czując  się  dziwnie  rozgrzana  i  uległa  w  jego 

ramionach. 
 

Znowu skończyło się tym, że kochali się bez opamiętania na niedźwiedziej skórze, ale 

potem rozeszli się do swoich pokoi. 
 

- Nie chcę, żeby służba mnie tu zastała wczesnym rankiem – wyznała i pociągnęła go 

za sobą. 
 

- Już nie mogę doczekać się ślubu – odparł poważnie. – Wtedy będziemy mogli sypiać 

razem co noc. 
 

- To już niedługo – pocieszyła go. 

 

- Tak, ale zdaje mi się, jakby został nam jeszcze cały rok. Aha, póki pamiętam: zawsze 

w  poprzednich  latach  tradycyjnie  przed  Nowym  Rokiem  zapraszaliśmy  sąsiadów.  W  tym 
roku jednak z powodu ślubu musimy odwołać spotkanie. 
 

Wzruszyła ramionami. 

 

- Dobrze, jeśli o mnie chodzi. Ale teraz musimy iść spać, Kristianie. 

 
 

Z  pokoju  dziewczynek  dochodziły  śmiechy  i  odgłosy  cichych  rozmów.  Po  chwili 

drzwi cichutko się otworzyły i Maria z Ane, skradając się, podeszły do łóżka Elizabeth. 
 

- Elizabeth, śpisz? – szepnęła Maria. 

 

- Nie, chodźcie tu do mnie – zachęciła i zrobiła im miejsce po obu stronach. 

 

- Dzisiaj jest Wigilia – odezwała się Ane i zwinęła w kłębek obok matki. 

 

- Pamiętasz, jak świętowaliśmy Boże Narodzenie? 

 

- O, tak! 

 

Elizabeth roześmiała się i potargała córeczkę po jedwabistych włosach. 

 

- Nie bardzo w to wierzę, mój mały kłamczuszku. 

 

- Dziwnie się czuję, że jesteśmy tutaj a nie w domu – zauważyła Maria z powagą. 

 

Pierwszy  raz,  odkąd  się  tu  przeprowadziłyśmy,  Maria  mówi,  że  to  nie  jej  dom, 

przemknęło Elizabeth przez głowę. 
 

- Tak, to pierwsze święta bez taty. 

 

-  Wstajemy!  Będziemy  jeść  cukier  i  ciasto,  i  inne  smacznie  rzeczy?  –  spytała  Ane  i 

pociągnęła matkę za włosy. 
 

- Ona myśli tylko o jedzeniu – stwierdziła Maria i wstała. 

 
 

Poranną kaszę jedli, jak zwykle, razem ze wszystkimi domownikami w kuchni. 

 

- Patrzcie, co razem z Gurine znalazłyśmy u Olego! – zawołała Helene i pokazała parę 

chusteczek do nosa. 

background image

 

50

 

- Nie możesz się doczekać wieczoru? – spytał Kristian i przyjaźnie szturchnął parobka 

w ramię. 
 

Elizabeth  zauważyła,  że  chłopak  się  zaczerwienił.  Miał  już  szesnaście  lat  i 

podejrzewała, że Helene wpadła mu w oko. Biedny Ole, pomyślała, siadając do stołu. Helene 
nigdy nie spojrzy na żadnego mężczyznę po tym, co zrobił jej Leonard, a zresztą Ole był dla 
niej za młody. 
 

-  Ech,  to  takie  tam  drobiazgi,  które  znalazłem  w  sklepiku  –  odparł  jakby  od 

niechcenia, skrobiąc łyżką o blat stołu. 
 

-  Są  bardzo  ładne  –  zauważyła  Gurine  i  dodała:  -  My  też  mamy  coś  dla  ciebie,  ale 

zostawiliśmy to na później. 
 

-  Rękawice  –  szepnęła  Maria  tak  głośno,  że  usłyszała  ją  Elizabeth,  która  siedziała 

najbliżej.  
 

- Najadłam się – oznajmiła Ane i odsunęła talerz. 

 

- Po raz pierwszy słyszę, że nic chcesz już jeść – zdziwiła się Elizabeth. 

 

- Chcę ciasto – dodała Ane. 

 

Elizabeth wypuściła nosem powietrze. 

 

- Sama już wyglądasz jak pulchne ciasto. 

 

Kristian  roześmiał  się,  aż  zachłysnął  się  kaszą,  i  Gurine  musiała  go  poklepać  po 

plecach. 
 

- To nawet całkiem niezłe wyglądać jak ciasto – wykrztusił, kiedy odzyskał oddech. 

 

-  Nazywasz  się  Elizabeth  swój  ą  dziewczyną,  chociaż  już  dorosłą  kobietą  – 

zachichotała Maria. 
 

Elizabeth utkwiła w siostrze wzrok. 

 

- Podsłuchujesz pod drzwiami? – spytała. 

 

- Ja? Nie! rozmawiacie tak głośno, że wszystko słychać. 

 

Muszę sobie to zapamiętać, pomyślała Elizabeth i wymieniła z Kristianem spojrzenia. 

Pozostawiła tę uwagę bez komentarza i zerknęła na córeczkę. 
 

- No, co z twoim jedzeniem, Ane? 

 

- Najadłam się już kaszą, ale chcę ciasto! 

 

-  Jeżeli  zjesz  jeszcze  tyle…  -  zaczął  Kristian  i  narysował  łyżką  kreskę  na  talerzu  z 

kaszą - … to ty i Maria dostaniecie niespodziankę. 
 

- Gdzie ona jest? – spytała Ane. 

 

- W salonie. 

 

Po chwili kasza została zjedzona, a talerz wyskrobany do czysta. 

 

- Skończyłam! – oznajmiła Ane z dumą. 

 

Elizabeth chciała pomóc w zmywaniu, ale Helene ją przegoniła. 

 

- Zajmij się lepiej dziećmi, a my posprzątamy w kuchni – zarządziła. 

 

Przeszli do salonu. Kiedy Kristian otwierał drzwi, Elizabeth nakazała: 

 

-  Zasłońcie  oczy.  –  A  po  chwili  zawołała,  ciesząc  się  radością  dzieci:  -  A  teraz 

możecie już patrzeć! 
 

Z  nabożeństwem  podeszły  blisko  choinki,  żeby  jej  się  dobrze  przyjrzeć.  To  coś 

zupełnie  innego  niż  patyk  z  gałązkami  jałowca,  który  Maria  pamiętała  z  Dalen,  pomyślała 
Elizabeth.  Kristian  już  wczesną  jesienią  postanowił,  że  będzie  choinka.  Duża  sięgająca  do 
samego sufitu. Powiedział, że w Dalsrud zawsze taką mają. 
 

-  O,  pamiętam  to!  –  rzekła  Maria  wzruszona,  pokazując  na  skromną  ozdobę 

choinkową, którą sama zrobiła z tego, co miała. Ozdoba niemal ginęła pośród udekorowanych 
bombek  i  papierowych  rożków  wypełnionych  po  brzegi  wszelkiego  rodzaju  łakociami. 
Elizabeth  jednak  zadbała  o  to,  żeby  na  choince  znalazły  się  również  skromniejsze,  stare 
dekoracje.  Dziewczynki  nie  mogą  zapomnieć,  skąd  pochodzą,  powinny  zapamiętać  dom 
swojego dzieciństwa, uznała. 

background image

 

51

 

- Dobre ciastko – mruknęła Ane, odgryzając kawałek. 

 

-  Hej,  łakomczuszku,  te  ciastka  mają  wisieć  na  choince!  –  zwróciła  jej  uwagę 

Elizabeth  i  wzięła  ją  na  ręce.  –  A  wiecie,  co  te  ozdoby  na  drzewku  oznaczają?  –  spytała  i 
zerknęła na siostrę. 
 

Maria się zastanowiła. 

 

- Wiem, że już o tym mówiłaś, ale nie pamiętam. 

 

-  Serduszka  i  bombki  oznaczają  miłość  Boga,  figurki  ze  słomy  –  siano,  na  którym 

leżał Pan Jezus w żłóbku, a koszyczki i różki ze smakołykami – dary Boga dla as, ludzi/ 
 

- A ta pani? – spytała Ane, wskazując anioła na czubku. 

 

- To jest anioł. On pierwszy ogłosił, że narodził się Jezus. 

 

Ane zaczęła się wiercić i chciała zejść na dół. 

 

-  Tylko  nie  ruszaj  ciastek,  bo  będę  się  gniewać  –  ostrzegła  ją  matka  i  postawiła  z 

powrotem na podłodze. 
 

W tym momencie Elizabeth zauważyła obrazek w ramce stojący na stole. Nie widziała 

go  wcześniej,  jeśli  dobrze  pamiętała.  Wzięła  go  do  reki,  odwróciła  i  przeczytała  napis  na 
drugiej stronie: Wesołych Świąt. Tylko tyle. Obrazek przedstawiał mężczyznę z bujną brodą, 
który stał wsparty na oparciu krzesła i patrzył przed siebie. 
 

- Kto to jest? – spytała, pokazując wizerunek Kristianowi. 

 

- Ach, to mój wuj z Ameryki, brat mamy. Zawsze przesyła życzenia na święta. 

 

Elizabeth przysunęła ramkę bliżej i dokładnie przyjrzała się postaci. 

 

- Jest namalowany czy narysowany? – spytała. 

 

Kristian roześmiał się w głos. 

 

- To fotografia, nie widzisz? 

 

Spojrzała na niego, nie rozumiejąc. 

 

- Co to takiego? 

 

-  Nigdy  nie  słyszałaś  o  fotografii?  Wynaleziono  taki  aparat,  który  robi  ludziom 

zdjęcia. Wyglądają na nich jak żywi. Taki aparat nie jest już rzadkością, ale nadal jest bardzo 
drogi 
 

- Naprawdę? Ale dlaczego ten człowiek wydaje się taki zły? 

 

-  Zrobienie  zdjęcia  nie  jest  proste.  Nie  wystarczy  stanąć  i  się  uśmiechnąć  –  wyjaśnił 

Kristian. 
 

- Nie podpisał się z tyłu swoim nazwiskiem. 

 

- Nie, to nie jest w zwyczaju. Ale na kopercie było nazwisko nadawcy. Ta fotografia 

odbyła  daleką  drogę.  Jeśli  do  naszej  wsi  przyjedzie  fotograf,  tez  sobie  zrobimy  zdjęcie  – 
dodał. – Całej naszej czwórki. - Uśmiechnął się i puścił oczko do dziewczynek. 
 

-  A  ja  myślałam,  że  coś  takiego  jest  możliwe  tylko  w  Ameryce  –  przyznała  się 

Elizabeth  i  ostrożnie  odstawiła  zdjęcie  na  miejsce.  I  pomyśleć,  że  naprawdę  mogliby  się 
sfotografować! Nie, to zbyt nieprawdopodobne, żeby mogło być prawdziwe. 
 
 

Elizabeth  zauważyła,  że  z  upływem  dnia  Ane  i  Maria  stają  się  coraz  bardziej 

podekscytowane. 
 

- Myślę, że powinniście dzisiaj pójść ze mną do obory – zdecydowała w końcu. – W 

Wigilię zwierzętom należy się wyjątkowa opieka. 
 

Poszły do kuchni, gdzie służące przygotowały obiad. 

 

- Dzisiaj ja zajmę się oborą – oznajmiła Elizabeth. – Pomóżcie Helene w domu, a ty, 

Olem nanosisz mi wody. Kristian też pójdzie z nami. 
 

Związała ciasno chustkę pod brodą, żeby włosy nie przeszły zapachem obory. Helene 

wcisnęła dziewczynkom do rąk po ciasteczku, żeby dały koniom. 
 

- Tylko nie mówcie Gurine, co dostałyście od Helene – upomniała je Elizabeth, kiedy 

nakładała zwierzętom siana. 

background image

 

52

 

- Dlaczego? – spytała Maria. 

 

- Bo będzie zła na Helene, że jest taka rozrzutna. 

 

-  Gdzie  jest  świnka?  –  spytała  Ane,  która  wdrapała  się  na  skrzynię  i  zajrzała  do 

chlewika. 
 

- Właśnie zaczęliśmy ją jeść – wyjaśniła Maria krótko i brutalnie. 

 

- Co? – Ane zrobiła wielkie oczy. – Jemy świnkę? 

 

Elizabeth musiała wyjść na zewnątrz, żeby się nie roześmiać. 

 

-  Co  się  tak  rozśmieszyło?  –  spytał  Kristian,  który  zbliżał  się  z  dwoma  wiadrami 

pełnymi wody. 
 

- Ane. Biedactwo nie bardzo rozumie, że jemy mięso zwierząt – odparła. 

 

- I z tego się śmiejesz? – zdziwił się Kristian, stawiając wiadra na ziemi. – Jeśli mam 

być szczery, to za chęcią podsadziłbym cię na siano i… - Pocałował ją w szyję i objął dłonią 
jej pierś. 
 

- Kristian! – ofuknęła go i lekko odepchnęła od siebie. – Jeszcze ktoś zobaczy! 

 

- No to co? Dopiero byłby zazdrosny! 

 

-  Psst!  Idzie  Ole.  –  Elizabeth  szybko  poprawiła  chustkę  na  głowie  i  ruszyła  z 

powrotem  do  obory.  Ogarnęła  ją  dziwna  słodycz.  Może  Kristian  zajrzy  dziś  w  nocy  do  jej 
sypialni… 
 
 

Wieczorem  wszyscy  zebrali  się  w  salonie.  Elizabeth  zerknęła  na  Olego,  który 

przekomarzał się z Ane. 
 

-  Ojej,  ale  jestem  głodny  –  żalił  się.  –  Chyba  będę  musiał  zjeść  Moją  Pusię!  – 

Roześmiał się i mlasnął językiem. 
 

-  Nie,  nie  wolno  ci  –  odparła  Ane  surowo  i  pogroziła  parobkowi  wskazującym 

paluszkiem. – Zjedz sobie ciastko i kiełbaskę, i takie tam rzeczy. 
 

Elizabeth  wstała  i  dołożyła  do  pieca  torfu.  Kristian  zagrał  na  starym  pianinie  kilka 

dźwięków. Poznała, że to fragment kolędy. 
 

- Możesz zagrać całą? – poprosiła. 

 

- Nie, tak dawno nie ćwiczyłem. Wyszedłem z wprawy. Może innym razem. 

 

- Ach, jak bardzo chciałabym umieć grać – westchnęła Elizabeth i usiadła obok Marii. 

Natychmiast  zjawiła  się  Ane  i  usadowiła  się  na  jej  kolanach.  Po  chwili  odwróciła  się  do 
Olego i pokazała mu język. 
 

- Fuj, wstydź się – upomniała ją Elizabeth. – Żebym tego więcej nie widziała! 

 

- Ale on chciał… - zaczęła Ane. 

 

- Wszystko jedno, nie wolno tak robić. Teraz idź go przeproś. 

 

Ole roześmiał się rozbrajająco. 

 

- Nic się nie stało. dzisiaj jest Wigilia  można coś takiego spojrzeć przez palce. To ja 

zacząłem. 
 

- Teraz twój język zrobi się czarny – postraszyła Maria dziewczynkę. 

 

- Mógłbyś przeczytać Ewangelię na Boże Narodzenie, Kristianie? – spytała Elizabeth, 

ż

eby sprowadzić rozmowę na inny temat. 

 

Natychmiast  wstał  i  wyjął  Biblię.  Potem  odchrząknął  kilka  razy,  usiadł  wygodnie  i 

zaczął: 
 

- I stało się w owe dni, że wyszedł dekret cesarza Augusta, aby spisano cały świat… 

 

Elizabeth zatrzymała na nim spojrzenie. Wydawało się, że znał tę historię na pamięć, 

ponieważ  tylko  od  czasu  do  czasu  zerkał  do  Księgi.  Poza  tym  wodził  wzrokiem  po 
słuchaczach.  Ładnie  czyta,  pomyślała.  Głębokim  i  ciepłym  głosem.,  i  z  takim 
zaangażowaniem, że nawet dzieci siedziały cicho i słuchały z uwagą. Wysunął jedną nogę do 
przodu i Elizabeth zauważyła, że spodnie mocno opinają jego umięśnione uda. Poczuła miłe 
mrowienie. Nigdy nie wierzyła, że jeszcze kiedyś zakocha się w mężczyźnie. Nagle Kristian 

background image

 

53

utkwił w niej spojrzenie swych  ciemnych oczu, Az się przestraszyła. Odchrząknęła, starając 
się uważniej słuchać. 
 

- Szli więc wszyscy do spisu, każdy do swego miasta. Podszedł też i Józef z Galilei, z 

miasta Nazaretu do Judei, do miasta Dawidowego zwanego Betlejem, dlatego że był z domu i 
rodu Dawida. Aby był spisany z Maria, po
ślubioną sobie małżonką, która była brzemienna… 
 

- Mówi o cioci Mii – szepnęła Ane. 

 

- Słuchaj dalej – nakazała cicho Elizabeth. 

 

Przyłożyła  policzek  do  mięciutkich  dziecięcych  włosów  i  słuchała  głosu  Kristiana. 

Czuła  się  bardzo  syta  po  zbyt  obfitym  obiedzie.  Służba  zasiała  do  posiłku  razem  z  nimi, 
potem były ciasta i kawa. Ciepło od pieca i przytulny nastrój sprawiły, że ogarnęła ją senność. 
 

Kristian  skończył  czytać.  Wtedy  Maria  uszczypnęła  ją  ostrożnie  w  ramię  i  spytała 

cicho: 
 

- Czy teraz dostaniemy prezenty? 

 

Pogładziła siostrę po głowie i zerknęła na Kristiana. 

 

- Chyba nadszedł czas na podarki? – powiedziała. 

 

Odłożył  Biblie  i  przyniósł  upominki  dla  służących  –  koronkowe  kołnierzyki,  grube 

wełniane skarpety i rękawice. 
 

- Wszystkie dostaniecie to samo – prawie tak, jakby się usprawiedliwiał. 

 

- To i tak dla nas zbyt wiele – zauważyła Gurine wzruszona. – Taka stara kobieta jak 

ja nie potrzebuję już nowych rzeczy. 
 

- Ale musisz się dla mnie stroić! – zażartował Ole i mrugnął do niej szelmowsko, aż 

stara kucharka poczerwieniała. 
 

- te kołnierzyk włożę na wesele – ucieszyła się Helene i kilka razy podziękowała. 

 

Nikoline wstała i podała Kristianowi rękę. Elizabeth odniosła wrażenie, że ten uścisk 

trwał zbyt długo, ale udała, że tego nie zauważyła. 
 

Ole dostał nową firankę, a oprócz tego rękawice i skarpety. 

 

-  Bardzo  mi  się  przydadzą,  gdy  popłynę  na  zimowe  połowy  –  stwierdził  parobek  i 

uśmiechnął się szeroko. 
 

-  Roni  się  późno  –  zauważyła  Gurine  i  wstała.  –  Cieszycie  się  tym  wigilijnym 

wieczorem w swoim gronie, a my już podziękujemy i pójdziemy. 
 

-  Nie,  posiedźcie  jeszcze  trochę,  nie  skończyliśmy  przecież  rozdawać  prezentów  – 

poprosiła Elizabeth. 
 

- Dziękujemy, dziękujemy, ale na nas już czas. Niech was wszystkich Bóg błogosławi 

– odparła Gurine i ruszyła do wyjścia, popychając przed sobą parobka i służące. 
 

- Gurine jest taka skromna – powiedział Kristian, kiedy za służbą zamknęły się drzwi. 

Potem nachylił się i wyjął dwa prezenty, które podał Marii i Ane. 
 

-  Jaka  pięęękna!  –  zapiszczała  Ane  na  widok  czapki  obszytej  białym  fartuchem. 

Elizabeth  uśmiechnęła  się  na  myśl,  że  to  Kristian  sam  upolował  zająca,  a  ona  uszyła 
czapeczkę. Szepnęła cicho do Marii: 
 

- A ty możesz jej wyjaśnić, skąd się wzięło to futerko! 

 

Siostra jednak jej nie słuchała, bo właśnie rozpakowała książkę, którą otrzymała pod 

choinkę: Skromny podarunek na święta dla dzieci i ich przyjaciół.  
 

-  Bardzo  dziękuję,  jesteście  bardzo  mili!  To    książka  tej  samej  autorki,  której  bajkę 

dostałam od mamy. Nazywała się Marie… - Z trudem przeliterowała nazwisko. 
- Nazywała się Marie Wexelsen. Prawda, Elizabeth? 
 

- Tak, zgadza się – przytaknęła Elizabeth. – Dbaj o tę książkę tak samo jak o tamtą. 

 

- A teraz najwyższa pora, żebyś i ty dostał prezent Kristianie – oznajmiła Elizabeth i 

podała mu lnianą koszulę, którą sama uszyła. Nie jest może zbyt elegancka, ale… 
 

-  Włożę  ją  do  ślubu  –  obiecał  wzruszony,  przyjmując  podarek.  –  Sama  ją  uszyłaś,  i 

tylko to się liczy. 

background image

 

54

 

Poczuła    w  żołądku  przyjemne  ciepło,  gdy  zobaczyła,  jak  bardzo  się  ucieszył. 

Ogromnie się starała, ślęczała wiele godzin po nocach szyjąc drobniutkim ściegiem, aż oczy 
piekły ją ze zmęczenia. 
 

- A oto prezent dla ciebie – rzekł Kristian i wyjął z kieszeni niewielkie pudełeczko. 

 

Otworzyła wieczko i wyjęła broszkę wysadzaną drobnymi perełkami. 

 

- Co dostałaś? – spytała Maria i wspięła się na palce. 

 

- Dostałaś? – niecierpliwiła się Ane. 

 

Elizabeth musiała kilka razy przełknąć ślinę, zanim mogła odpowiedzieć. 

 

- Broszkę. Pierwszą w życiu. Przypnę ją do sukni ślubnej. Bardzo dziękuję, Kristianie. 

 

Przypominała  sobie  dzień,  kiedy  wybierała  się  na  przyjęcie  dla  kobiet  u  Ragny. 

Zastanawiała  się  wtedy,  czy  powinna  włożyć  jedwabny  szal,  ale  doszła  do  wniosku,  że 
wyglądałaby  zbyt  strojnie.  Na  miejscu  jednak  przekonała  się,  że  wiele  kobiet  miało  na 
ramionach  jedwabne  szale,  a  niektóre  również  broszki  na  piersi.  Poczuła  się  wówczas  taka 
niepozorna i biedna. 
 

- Przypniesz mi ją? – spytała z błyszczącymi oczami i podała broszkę Kristianowi. 

 

Spełnił jej życzenie, cały czas uśmiechając się i patrząc jej w oczy. 

 

- Och, byłbym zapomniał – powiedział po chwili. – Mam jeszcze dla ciebie upominek 

od  Bertine.  –  Podał  Elizabeth  książkę  w  okładce  z  czerwonego  aksamitu,  na  którym 
złoconymi literami wypisano tytuł: Album poezji. 
 

Popatrzyła na niego pytająco. 

 

-  To  popularny  zwyczaj  wśród  ludzi  z  wyższych  sfer  w  Bergen  i  Christianii  – 

wyjaśnił. – W każdym razie Bertine tak mówi. 
 

Elizabeth otworzyła książkę i zobaczyła, że Bertine napisała na pierwszej stronie kilka 

słów: 
 
 

Droga Elizabeth 

 

Wesołych świą

 

Z najlepszymi życzeniami od Waszej oddanej Bertine. 

 
 

Na następnej stronie znajdował się wiersz. Przeczytała go na głos: 

 
 

Jezu, kieruj myślą moją

 

Jezu, pozwól mi tak żyć

 

Bym gdziekolwiek w świecie trafił, 

 

Zawsze Bożym dzieckiem był. 

 

Każda chwila, gdy oddycham,  

 

Dar od Boga, Jemu chwała. 

 

Umrę, jeśli Twoja wola, 

 

W drogę imię Zbawiciela. 

 
 

Przez moment ze zgrozą pomyślała, że może  Bertine na jej przeszłość; może wie, w 

jaki  sposób  zginął  Leonard,  i  dlatego  napisała  ten  wiersz,  którego  sens  można  rozumieć 
dwojako. 
 

Już otworzyła usta, żeby opowiedzieć o wszystkim Kristianowi i mieć to wreszcie za 

sobą, ale kiedy napotkała ciepłe spojrzenie jego czarnych oczu, przełknęła słowa i pozwoliła, 
by jeszcze przez jakiś czas pozostały jej tajemnicą. 
 

- Do czego to może służyć? – spytała nieśmiało. 

 

- Do wpisywania życzeń, psalmów i tych podobnych. 

Do zbierania wpisów przyjaciółek. 
 

Mam tylko Helene, pomyślała. I może Bertine… 

background image

 

55

 

- To bardzo miło z jej strony – powiedziała i pogładziła mięciutki aksamit. – Będę o 

ten album dbała. 
Wstyd mi, że nic nie wysłałam twojej kuzynce, ale nigdy nie miałam zwyczaju obdarowywać 
kogokolwiek poza domownikami. 
 

- Nie myśl o tym – uśmiechnął się Kristian. – Bertine chciała ci sprawić przyjemność i 

po prostu powinnaś to przyjąć. 
 

- Przynajmniej napiszę do niej i podziękuję. – Spójrz – postanowiła Elizabeth. 

 

- Dobrze, będzie jej miło – odparł. – Spójrz na dziewczynki – dodał i wskazał na nie. 

 

Maria leżała na niedźwiedziej skórze przy otwartej książce i mocno spała. Ane usnęła 

na sofie, ściskając rączką czapkę. 
 

- Przenieśmy je do łóżek – zaproponował Kristian i ostrożnie wziął Marię na ręce. – 

To był dla nich długi dzień. 
 

Elizabeth  patrzyła  na  jego  szerokie  plecy,  kiedy  wchodził  po  schodach  na  górę. 

Poczuła  wokół  serca  przyjemne  ciepło,  że  tak  duży  i  silny  mężczyzna  potrafi  okazać  tyle 
łagodności. 
 

- Do ciebie należy reszta – oznajmił i położył książkę na nocnym stoliku. – Zejdę na 

dół i poczekam w salonie. 
 

Elizabeth  zsunęła  dzieciom  buty  z  nóg  i  ostrożnie  zdjęła  sukienki,  a  potem  starannie 

otuliła obie dziewczynki pierzynami, pocałowała delikatnie w policzki i zeszła do salonu. 
 

Kristian siedział i czytał jakąś grubą książkę. 

 

- Chcesz trochę wina? – spytał i uniósł kieliszek, który trzymał w drugiej ręce. 

 

- Nie, dziękuje, robię potem głupstwa – odparła i ziewnęła. – Chyba ja też się położę. 

To był długi dzień, a następny przyjdzie szybciej, niż się spodziewamy. 
 

Wstał i objął ją w talii. 

 

-  Jesteś  pewna,  że  nic  chcesz  odrobiny  wina?  –  powtórzył  pytanie.  –  Lubię,  kiedy 

jesteś taka rozkoszna. 
Bardzo to lubię. 
 

Roześmiała się i przyjęła pocałunek. 

 

- Tak, na pewno, ale ja lubię wiedzieć, co robię. 

 

-  Nie  jestem  zbyt  zmęczony,  więc  jeszcze  poczytam  chwilę  –  rzekł.  –  Śpij  dobrze, 

moja  Elizabeth.  I  jeszcze  raz  dziękuję  za  koszule.  To  najpiękniejszy  prezent,  jaki 
kiedykolwiek dostałem. 
 

- Ja też ci dziękuję. 

 

- To również moja najpiękniejsza Wigilia – dawał i spojrzał na nią czule. – I chociaż 

później będzie ich pewnie wiele, tę będę zawsze szczególnie mile wspominał. 
 

Skinęła głową. Rozumiała, co miał na myśli. Czuła dokładnie to samo. 

 
 

Elizabeth obudziła się i poczuła, że chce jej się pić. Próbowała zasnąć, ale na próżno. 

W  końcu  i  potrząsnęła  karafką  na  wodę,  stojącą  na  toalecie.  Pusta,  stwierdziła.  Trzeba 
przynieść wody, pomyślała z westchnieniem. 
 

W  drzwiach  gwałtownie  się  zatrzymała  i  szybko  cofnęła  do  pokoju.  Na  moment 

ogarnął  ją  strach,  bo  zdawało  jej  się,  że  kątem  oka  dostrzegła  na  korytarzu  jakiś  cień. 
Wstrzymała  oddech  i  nasłuchiwała.  Nie,  było  cicho,  cały  dom  spał.  To  tylko  złudzenie, 
pomyślała i wolno wypuściła powietrze z ust. I wtedy usłyszała kroki na schodach. Od razu 
rozpoznała, że to Kristian. Już miała wyjść mu na spotkanie, gdy z mroku wyłoniła się czyjaś 
postać. 
 

- Idziesz wreszcie, Kristianie  - zamruczała Nikoline. 

 

Elizabeth zaparło dech w piersiach. Pokojówka stała w samej koszuli nocnej i kusiła 

swymi  wdziękami!  Elizabeth  chciała  wyjść  z  ukrycia  i  spytać  ją,  co  wyprawia,  ale  coś  ją 
powstrzymało. 

background image

 

56

 

- Po co, u licha, tu sterczysz? – spytał Kristian opryskliwie. 

 

- Myślisz, że nie zauważyłam, jak na mnie cały wieczór patrzyłeś? – spytała Nikoline. 

Podeszła do niego i zaczęła rozpinać guziki jego koszuli. 
 

- Teraz już nie będziesz płacił za uciechy… 

 

Kristian cofnął się i odepchnął jej ręce. 

 

- Nie rozumiem, o czym mówisz, Nikoilne. Wracaj do swojego pokoju. 

 

-  Ależ  Kristianie…  -  W  jej  głosie  zabrzmiał  dziecięcy  upór.  –  Wiem,  że  to  mnie 

pragniesz, a nie Elizabeth.  
 

Elizabeth  zasłoniła  ręką  usta,  żeby  nie  krzyknąć  z  wrażenia.  Czyżby  Nikoline 

uwodziła Kristiana? Poczuła, ze cierpnie jej skóra. 
 

Kristian  powiedział  coś  do  służącej.  Elizabeth  nie  dosłyszała  słów,  domyśliła  się 

jednak,  że  zaklął  brzydko.  Odczekała,  aż  wejdzie  do  swojej  sypialni,  a  potem  na  powrót 
wślizgnęła się do łóżka. Nagle odechciało jej się pić. 
 

 

Rozdział 10 
 
 

- Niech Pan będzie z wami, błogosławieni wam i zachowa od złego, niech Pan zwróci 

ku was swą jasną twarz i będzie dla was miłościwy. Niech Pan wzniesie na was swój wzrok i 
obdarzy was pokojem. 
 

Elizabeth  i  Kristian  stali  przed  pastorem.  Elizabeth  próbowała  skupić  się  na  słowach 

duchownego. Ten uczynił krótka przerwę, po czym zwrócił się do Kristiana: 
 

-    Kristianie  Dalsrud,  pytam  cię:  Czy  chcesz  tę  oto  stojącą  obok  ciebie  kobietę, 

Elizabeth Andersdatter – Rask, wziąć za żonę. 
 

Usłyszała, że odpowiedział „tak”. Następnie pastor przeniósł wzrok na nią i zadał jej 

podobne  pytanie.  Jej  głos  brzmiał  czysto  i  pewnie,  gdy  także  odrzekła:  „tak”.  Pamiętała,  że 
kiedy wychodziła za mąż za Jensa, powtarzali słowa innej przysięgi małżeńskiej. Dobrze, że 
teraz nie było tak samo. Duchowny zakończył: 
 

-  Zatem  ogłaszam  was  mężem  i  żoną,  przed  Bogiem  i  przed  ludźmi,  w  imię  Ojca  i 

Syna, i Ducha Świętego Amen! 
 

Elizabeth zerknęła na Kristiana, a on uśmiechnął się do niej. Pastor pobłogosławił ich i 

ogłosił mężem i żoną! Czuła, jak rozsadza ją radość, i kiedy mieli odmówić Ojcze nasz, nie 
była w stanie wykrztusić słowa. 
 

Ojcze  nasz,  któryś  jest  w  niebie,  święć  się  mię  Twoje.  Przyjdź  królestwo  Twoje… 

Stała  z  pochyloną  głową  i  zamkniętymi  oczami  i  domawiała  inną,  własną  modlitwę:  
Dzi
ękuję, Co, dobry Boże, za to, że zesłałeś mi Kristiana Amen. 

Otworzyła oczy i zerknęła na 

gładką  obrączkę,  która  Kristian  jej  ofiarował  i  która  miała  pozostać  na  jej  palcu,  dopóki 
ś

mierć ich nie rozłączy. 

 

Skórzane buty Kristiana skrzypiały i szeleścił materiał jej sukni, kiedy szli pod ramię 

przez  środek  kościoła.  Elizabeth  przebiegła  wzrokiem  po  zgromadzonych,  szukając 
znajomych  twarzy.  Niektórych  chyba  widziała  po  raz  pierwszy,  innych  spotkała  u  Ragny. 
Nagle  zauważyła,  ze  kilka  osób  skupiło  się,  pochylało  ku  sobie  głowy  i  mówiło  coś 
półgłosem,  rzucając  w  jej  stronę  ukradkowe  spojrzenia.  To  zrozumiałe,  że  szemrali.  Na 
pewno  się  dziwili,  dlaczego  Kristian  wybrał  właśnie  ją,  a  nie  jakąś  bogatą  pannę  z  dużym 
gospodarstwem. Dalej w rzędach ławek zobaczyła Marię i Ane. Siedziały wyprostowane jak 
zapalone świecie, w identycznych granatowych sukienkach z błyszczącego materiału z białą 
koronką  wokół  szyi  i  nadgarstków.  Elizabeth  podniosła  głowę  i  uśmiechnęła  się  do 
szepczących.  Trudniej  jest  obgadywać  kogoś,  kto  jest  dla  nas  miły,  pomyślała  i  mocniej 
chwyciła Kristiana pod rękę. 
 

background image

 

57

 

Do  Dalsrud  sunął  długi  orszak  konnych  zaprzęgów.  Elizabeth  obejrzała  się  i 

stwierdziła, że nie widać jego końca. Dzwonki uprzęży dzwoniły miarowo, a spod końskich 
kopyt wzbijały się tumany śniegu. 
 

- Dziękuję, że się ze mną ożeniłeś – powiedziała i spojrzała Kristianowi w oczy. 

 

-  To  raczej  ja  powinienem  dziękować,  że  zgodziłaś  się  wyjść  za  mnie  –  odparł  i 

pocałował ją. 
 

Odsunęła się i roześmiała. 

 

- Chyba oszalałeś! Ludzie na nas patrzą! 

 

- No to co? Czyż nie jesteśmy mężem i zoną? 

 

- Małżonkowie też się publicznie nie całują. 

 

Nie odpowiedział. Zdawało się, jakby nie dosłyszał jej uwagi. 

 

- Elizabeth – rzekł po chwili. – Dziś w nocy po raz pierwszy będziemy dzielić łoże bez 

obawy, że to grzech. 
 

Przeszedł ją przyjemny dreszcz. Do tej pory potajemnie przemykali się do siebie, gdy 

wszyscy już spali, i nie opuszczało ich poczucie, że robią coś zakazanego. 
Dobrze będzie się uwolnić od tego napięcia. 
 

Osobiście  zmieniła  pościel  w  łóżku  Kristiana,  które  teraz  miał  być  ich  wspólne,  i 

powlokła  najładniejsze  poszewki,  jakie  znalazła,  z  mnóstwem  tasiemek  i  koronek.  Odkąd 
zauważyła, że Nikoline próbowała uwieść Kristiana, zabroniła jej zbliżać się do jej sypialni, a 
gdy sama nie mogła sobie z czymś poradzić, wołała do pomocy Helene. 
 

- O czym tak myślisz? – spytał Kristian i odnalazł pod derką jej rękę. 

 

- Kocham cię – odparła. – I jestem najszczęśliwsza na świecie – dodała. 

 

Znowu ją pocałował, a ona odwzajemniła pocałunek. 

 
 

Przybyło tylu  gości, że rozstawiono stoły w dwu wielkich pokojach. Duże podwójne 

drzwi otworzono na oścież i już wcześnie rano dobrze napalono w obu piecach. 
 

Elizabeth nie zdążyła przywitać się ze wszystkimi gośćmi przed kościołem, więc teraz 

podchodzili  do  niej  po  kolei,  ściskali  jej  dłoń  i  składali  życzenia.  Niektórzy  mówili,  że 
słyszeli  już  o  niej,  ale  z  tonu  ich  głosów  i  wyrazu  twarzy  nie  potrafiła  odczytać,  co  chcieli 
przez  to  powiedzieć.  Uśmiechała  się,  dziękowała  za  życzenia  i  odpowiadała  na  pytania  tak 
dobrze, jak potrafiła. Nie, nikt nie napomknął, że to mezalians, bo Krystian cieszył się wśród 
nich  zbyt  dużym  szacunkiem.  W  pewnej  chwili  stanął  przed  nią  niski,  okrągły  mężczyzna, 
którego chyba nigdy przedtem nie widziała. 
 

-  O,  Kristian  za  jednym  zamachem  zdobył  całą  rodzinę  –  rzekł  i  uśmiechnął  się 

szeroko. 
 

Elizabeth poznała po zapachu, że zdążył już sobie łyknąć z butelki. Prawdopodobnie 

w wewnętrznej kieszeni marynarki ukrył też piersiówkę. 
 

- Tego właśnie chciał – odparła, z trudem opanowując drżenie głosu. – Proszę spytać 

jego  samego,  a  przekona  się  pan  –  dodała,  patrząc  na  niego  śmiało,  aż  musiał  odwrócić 
wzrok. 
 

Niektóre  z  kobiet  nie  potrafiły  ukryć  ciekawości  i  bez  skrępowania  przyglądały  się 

talii panny młodej. Pewnie podejrzewają, że jestem w ciąży i dlatego taki porządny człowiek 
jak  Kristian  musiał  się  ze  mną  ożenić,  pomyślała  Elizabeth  i  uśmiechnęła  się  na  tę  myśl. 
Zwróciła  też  uwagę  na  ich  przenikliwe  i  nazbyt  słodkie  głosy,  kiedy  te  paniusie  się  z  nią 
witały. Oto ludzie, z którymi będzie musiała przestawać, uświadomiła sobie i rozejrzała się za 
Kristianem. Stał nieco dalej i rozmawiał z lensmanem. Na pewno o Esaiasie, pomyślała.  
 

Podeszła do niej Bergette. 

 

- Gratuluję, Elizabeth – powiedziała ze szczerym uśmiechem. – Masz śliczną suknię! 

 

- Bardzo dziękuję – odparła rozpromieniona Elizabeth. 

 

- Kristian jest szczęściarzem – dodała Bergette ciepłym głosem. 

background image

 

58

 

Elizabeth  poczuła,  że  czerwieni  się  z  radości.  W  tej  samej  chwili  dostrzegła  przy 

drzwiach Dorte i Jakoba. 
 

- Witajcie, prosimy! –przywitała ich obojgu  uścisnęła dłonie. – A gdzie Mathilde? 

 

- Nie przyjechała – wyjaśniła Dorte i uśmiechnęła się przepraszająco. – Wiesz, ona nie 

lubi takich dużych przyjęć, poza tym ktoś musi pilnować dzieci. 
 

- Pozdrówcie ją – poprosiła Elizabeth, przyjmując życzenia i prezenty. 

 
 

Stół  na  prezenty,  który  ustawili  w  salonie,  zaczynał  się  zapełniać.  Elizabeth  nigdy 

przedtem  nie  widziała  tylu  pięknych  rzeczy.  Jakob  podarował  im  srebrną  łyżkę,  a  Dorte 
haftowany obrus wykończony koronką. Elizabeth długo stała, trzymając prezenty w dłoniach. 
Gdy  oni  wiedzieli,  ile  te  przedmioty  dla  mnie  znaczą,  pomyślała.  Jeszcze  niedawno 
zazdrościła Ragnie, która nakrywała stoły pięknymi obrusami i kładła na nich srebra. A teraz, 
chociaż szafy w Dalsrud uginały się od takich rzeczy, czuła, że ta łyżka i ten obrus mają dla 
niej szczególne znaczenie, bo pochodzą od bliskich z jej stron. 
 

-  Widzę,  że  mało  tu  znajomych  –  zauważyła  Dorte  i  chwyciła  Elizabeth  za  ramie, 

kiedy panna młoda odłożyła już prezenty na stół. 
 

-  Zadbałam,  o  to,  żebyście  usiedli  przy  stole  naprzeciw  mnie  i  Kristiana  –  odparła  i 

wsunęła rękę pod ramię Dorte. 
 

Nie udało jej się jednak porozmawiać więcej z goścmi z Heimly, bo obojga państwa 

młodych  ciągle  ktoś  zagadywał.  Dobrze,  że  miała  Kristiana  po  jednej  stronie,  a  Helene  po 
drugiej, pomyślała z wdzięcznością, nieco speszona z powodu tylu nowych twarzy. 
 

Kiedy goście wypili kawę, mężczyźni przesunęli stoły i miejsce na tańce. Korzystając 

z zamieszania, Nikoline zwinne przemknęła ku Elizabeth. 
 

- Wygrałaś pierwszą rundę, ale będą następne – szepnęła. 

 

Elizabeth odwróciła się i mocno chwyciła ją za ramię. 

 

- Co chcesz przez to powiedzieć? – spytała surowo. 

 

Nikoline zmrużyła oczy i spojrzała na nią spod jasnych rzęs. 

 

-  Udało  ci  się  złapać  Kristiana  na  haczyk,  ale  obiecuję,  ze  wkrótce  pojawią  się 

kłopoty. 
 

Elizabeth  zrobiło  się  słabo  i  przez  moment  ziemia  zakołysała  się  pod  jej  nogami. 

Miała  nadzieję,  że  Nikoline  zrezygnuje  po  tym,  jak  Kristian  ostro  ja  potraktował  tamtej 
wigilijnej  nocy,  ale  pokojówka  nie  dawała  za  wygraną.  Naprawdę  chciała  zniszczyć  ich 
związek. Elizabeth rozejrzała się w poszukiwaniu Helene i przywołała ją skinieniem ręki. 
 

- Czy coś się stało? – spytała przyjaciółka. – Jesteś blada jak kreda. 

 

Elizabeth przełknęła ślinę, szukając właściwych słów. 

 

- Nikoline powiedziała, że… 

 

-  Powinnaś  się  z  nią  rozprawić  raz  na  zawsze  –  przerwała  jej  Helene.  –  To  ty 

decydujesz w tym domu, a nie ona. 
 

-  Tak,  ale  ona  się  odgraża,  że  będzie  nam,  Kristianowi  i  mnie,  utrudniać  życie  – 

wyrzuciła jednym tchem. 
 

Helene nie wydawała się zaskoczona. 

 

-  Wierzę  w  to,  że  będzie  próbowała,  ale  posłuchaj  mnie,  Elizabeth:  pokaż  jej,  kto  tu 

rządzi! 
 

Łatwo powiedzieć! – miała ochotę odrzec Elizabeth. 

Już  chciała  się  zwierzyć,  że  często  czuje  się  niepewnie,  bo  zupełnie  nie  ma  pojęcia,  jak 
powinna się zachowywać pani domu w tak dużym majątku, ale w tym momencie podszedł do 
nich Kristian i wziął ją za rękę. 
 

- Chodź, Elizabeth – rzekł. – Pierwszy taniec należy do pary młodej. 

 

- Nie, Kristianie – zaprotestowała, nie ruszając się z miejsca. 

 

Uśmiechnął się do niej ciepło. 

background image

 

59

 

- Tak długo się cieszyłem na tą chwilę. Chodź! – I poprowadził ją za sobą przez tłum 

gości, którzy zaczęli się ustawiać w dużym kręgu. 
 

Elizabeth  poczuła,  że  krew  jej  zapulsowała,  a  całe  ciało  oblało  pot.  Nie  umiem 

tańczyć! – chciała krzyknąć, ale nie wydobyła z siebie głosu. Skrzypek przyłożył instrument 
do brody i przeciągnął na próbę smyczkiem po strunach. 
 

- Kristian – szepnęła ochryple, czując, że napiera na nich tłum ludzi i że coraz trudniej 

jej oddychać. 
 

Mąż uśmiechnął się do niej z czułością i radością w oczach. 

 

Nie  zdążyła  nic  więcej  powiedzieć,  bo  zabrzmiała  muzyka  i  Kristian  poprowadził  ją 

na środek salonu. Potykając się o jego nogi, Elizabeth starała się robić to co on, ale nic jej się 
nie  udawało.  Wtedy  wreszcie  zrozumiał,  że  jego  młoda  żona  nie  umie  tańczyć.  Zauważyła 
zdumienie w jego oczach i ze złością zacisnęła usta. Gdyby tylko przez chwilę jej posłuchał! 
Na pewno stoi tu gdzieś Nikoline i z uciecha przygląda się teraz jej nieudolnym próbom. 
 

-  Rozluźnij  się  –  szepnął  jej  do  ucha  i  mocniej  objął  ją  w  talii.  –  Po  prostu  naśladuj 

mnie. 
 

Łatwo ci mówić, pomyślała Elizabeth, czując, że pali ją twarz. Tłum jakby rósł przed 

jej  oczami,  gdy  Kristian  usiłował  prowadzić  ją  po  deskach  podłogi.  Nie  potrafiła  wykonać 
poprawnie  ani  jednego  kroku,  każdy  jej  ruch  był  sztywny  i  nienaturalny.  Nagle  Kristian 
uczynił niespodziewany obrót i upadła na jego pierś. Łzy stanęły jej w oczach, gdy usłyszała 
wokół siebie śmiech. Chciała się wyrwać i uciec, ale w tej samej chwili dostrzegła Ane, która 
nieskrępowana  tańczyła  nieco  dalej.  A  więc  to  z  niej  się  śmiali.  Elizabeth  napotkała 
spojrzenie Jakoba. Chwilę później teść poprosił do tańca Dorte. Kolejni goście poszli za ich 
przykładem i Elizabeth wykorzystała tę okazję: błyskawicznie wyrwała się mężowi, omijając 
tańczące pary, przebiegła przez salon i wypadła na korytarz. 
 

- Elizabeth, kochanie! – zawołał błagalnie Kristian i ruszył za nią. 

 

-  Idź  sobie!  –  szlochała.  –  Dlaczego  mi  to  zrobiłeś?  Dlaczego  ośmieszyłeś  mnie  na 

oczach tylu ludzi?! 
 

-  Nie  ośmieszyłem  cię  –  zaprotestował  niepewnie  i  chciał  ją  objąć,  ale  mu  się 

wyrwała. 
 

- Nie?! Jak ja wyglądałam? Potykałam się, ruszałam się sztywno jak kłoda drewna, a 

wszyscy wkoło przyglądali mi się i pewnie dobrze się bawili. 
 

- Nie wiedziałem, że nie lubisz tańczyć – bąknął. 

 

- Nie lubię? Nie potrafię! Nie miałam pojęcia, że będą tańce i mnie poprosisz. Kiedy 

dorastałam, nie było czasu na zabawę. – Otarła ukradkiem łzę, wściekła na siebie, że płacze. – 
Musieliśmy pracować od świtu do wieczora – ciągnęła. – Lepiej by było, gdybyś ożenił się z 
jedną z tych bogatych panienek, a nie ze mną. 
 

Przytulił ją. 

 

- Ale ja właśnie ciebie pragnę, żadnej innej – zapewnił ją i pocałował w czoło. – Od 

pierwszej chwili, gdy cię zobaczyłem, postanowiłem, że albo ty, albo żadna. 
 

Wytarła oczy. Powoli docierały do niej jego słowa. 

 

- Naprawdę? – spytała. 

 

-  Nie  okłamuję  kobiety,  która  kocham  najbardziej  na  świecie  –  odparł.  –  Czy 

ożeniłbym się z tobą, gdybym pragnął innej? Dwa razy musiałem ci się oświadczać. 
 

Spróbowała się uśmiechnąć. 

 

- Wierzę ci. Przepraszam – powiedziała cicho. 

 

-  Nie  mówmy  o  tym  więcej.  Ale…  -  zawahał  się  nagle.  –  Nie  tańczyłaś  na  swoim 

pierwszym weselu? 
 

-  Nie,  nie  było  miejsca  na  tańce  w  naszym  małym  domu.  Zresztą  nawet  gdybyśmy 

mieli grajka, i tak musiałabym zajmować się gośćmi. 
 

Na korytarz wyjrzała Helene. 

background image

 

60

 

- Przepraszam, ale dziewczynki są już zmęczone. Pójdę na górę przebrać je i położyć 

spać. 
 

- Zaraz przyjdę powiedzieć im dobranoc – obiecała Elizabeth i odwróciła się, żeby nie 

widziały jej zapłakanej twarzy. 
 

Kristian wziął ją pod ramię i zaprowadził do kantorku. 

 

- Wypij – polecił i podał jej kieliszek likieru. 

 

- Dziękuję – odparła, zagłębiając się w miękkim skórzanym fotelu. – Czy Ti działa tak 

samo jak wino? 
 

-  Tak,  jeżeli  wypisze  dużo.  Ale  raczej  prędzej  cię  zemdli,  niż  oszołomi.  –  Usiadł  i 

posadził ją sobie na kolanach. – Wypij, to ci dobrze zrobi. 
 

Posłuchała. Trunek był dobry i słodki. 

 

- Szkoda, że smucisz się w taki dzień jak dziś – rzekł. 

 

-  To  był  fantastyczny  dzień  –  zapewniła.  Naprawdę  tak  myślała.  –  Tylko  Nikoline 

powiedziała mi coś, co popsuło mi humor. 
 

- Co takiego? 

 

- Że zniszczy nasz związek. 

 

- Dlaczego, u licha, miałaby to zrobić? 

 

- Nienawidzi mnie od pierwszego dnia, kiedy pojawiłam się w Dalsrud jako służąca. A 

poza tym podobasz jej się. 
 

- Ale mnie podobasz się ty – wyznał i pogładził ją po policzku. 

 

Poczuła rozczarowanie, że nie potraktował tego poważniej. 

 

-  Ostrzegła,  że  czekają  mnie  kłopoty.  Zrozumiałam,  że  to  ona  się  o  nie  postara. 

Kristianie, Nikoline chce zasiać między nami niezgodę. 
 

- Na pewno nie mówiła tego poważnie – odparł z uśmiechem. – Ta służąca jest może 

trochę dziwna, ale nie przywiązuj zbytniej wagi do tego, co plecie. 
 

Nazwał  ją  służącą,  pomyślała  Elizabeth.  A  więc  nawet  nie  wie,  że  jest  pokojówką. 

Jego słowa dodały jej nieco otuchy. 
 

- Pójdziesz ze mną powiedzieć dzieciom dobranoc? – spytała, wstając. 

 

Podał jej rękę i podążył za nią. 

 

Kiedy zaszli do sypialni dzieci, dziewczynki już spały, a Helene nie było. 

 

- Wyglądają jak aniołeczki – szepnął Kristian. 

 

Elizabeth  skinęła  głową.  Włosy  Ane  i  Marii  leżały  rozrzucone  na  poduszkach,  a 

policzki dziewczynek były zarumienione od nadmiaru wrażeń. Gdyby ta wiedział, że jedna z 
nich  jest  jego  przyrodnią  siostrą,  przyszło  nagle  Elizabeth  do  głowy,  lecz  natychmiast 
odegnała tę myśl. 
 

- Chcesz zobaczyć, jak ładnie pościeliłam nasz małżeńskie łoże? – spytała, zdumiona 

własnymi słowami. 
 

- Chętnie – odparł i ruszył za nią do sypialni. – Sama się tym zajęłaś? – zapytał, nawet 

nie  patrząc  na  łóżko.  Spojrzał  jej  w  oczy  i  Elizabeth  dostrzegła  w  jego  wzroku  błysk 
pożądania. Zachwiała się, kiedy chwycił ją w talii i przyciągnął ku sobie. 
 

- Moja Elizabeth – mruknął jej do ucha. – Tylko moja. Na zawsze. 

 

Poczuła, jak wypełnia ją radość. To, że są małżeństwem, wydaje się zbyt pięknie, by 

mogło być prawdziwe, pomyślała, zanurzając palce w gęstych włosach Kristiana. Pocałował 
ją  w  szyję,  odnalazł  jej  ucho  i  delikatnie  ugryzł,  aż  syknęła  z  rozkoszy.  Ze  wstydem 
stwierdziła, ze jej łono wypełniło się sokami, stwardniało i nabrzmiało. 
 

-  Nie  wolno  nam  tego  teraz  zrobić  –  szepnęła  struchlała.  –  Pomyśl,  co  będzie,  jeśli 

ktoś tu zajrzy? 
 

- Nikt tu na górę nie przyjdzie – zbył jej obawy, dysząc ciężko. Zacisnął dłonie na jej 

pośladkach. 

background image

 

61

 

Przez materiał sukni poczuła, że jest gotowy, i jęknęła na myśl o podobnych chwilach, 

jakie już wcześniej przeżyli. 
 

- Chodź! – ponaglił i pociągnął ją w stronę łóżka. 

 

- Nie, Kristianie! – zaprotestowała i położyła ręce na jego piersi, żeby go odepchnął, 

ale był zbyt ciężki i za silny. 
 

- Nie bój się, wolno nam – odparł i pociągnął jej suknię. – Będę czuły i delikatny jak 

nigdy dotąd. 
 

Jego ręce znalazły drogę do miejsca, które dawało najwięcej przyjemności. Elizabeth 

odrzuciła głowę i jęknęła. 
 

- Mam przestać? – spytał, drażniąc się z nią. 

 

- Nie, nie przerywaj, proszę – błagała i rozłożyła uda. 

 

On jednak cofnął rękę i zaczął rozpinać spodnie. 

 

- Jeszcze – prosiła, prężąc się. 

 

Wszedł  w  nią,  a  ona  musiała  zgryźć  dłoń,  żeby  nie  krzyczeć.  Myśl  o  tym,  że  ktoś 

mógłby  się  tu  zjawić,  wydała  jej  się  nagle  dziwnie  podniecająca.  Poruszał  się  w  niej,  aż 
poczuła wzbierającą rozkosz. Wtedy zatrzymał się i pocałował ją długo i namiętnie. Zakręciło 
się jej w głowie. 
 

- Mocniej, Kristianie – syknęła i objęła ramionami jego szerokie plecy. 

 

Zrobił,  jak  chciała:  kilka  razy  pchnął  mocno,  aż  świat  wokół  eksplodował  w  piekło 

barw i rozkoszy. 
 

Potem Kristian zsunął się z niej. 

 

- Co my wyprawiamy? – szepnęła, gdy wreszcie oprzytomniała. 

 

- Dajemy sobie nawzajem przyjemność – odparł. Jego słowa zawstydziły ją, a zarazem 

podnieciły. 
 

- Muszę się doprowadzić do porządku – bąknęła i wstała. 

 

- Wróć zaraz – roześmiał się. 

 

Nie  odpowiedziała,  ale  kiedy  szła  do  swojego  pokoju,  usłyszała,  że  on  także  się 

podniósł.  Myjąc  się,  zauważyła,  że  kilka  kosmyków  włosów  wysunęło  się  ze  spinek. 
Próbowała  je  poprawić.  Nie  udało  jej  się  zrobić  tego  tak  ładnie  jak  przedtem,  ale  to  nic. 
Niedługo  goście pójdą do domu i przyjęcie się skończy, pomyślała, przyglądając się swemu 
odbiciu  w  lustrze.  Wyglądała  na  szczęśliwą.  Jej  oczy  błyszczały,  a  policzki  płonęły.  Tak, 
jestem szczęśliwa, przyznała. 
 
 

Kiedy schodzili na dół, Kristian mocno ją obejmował w talii. Przed drzwiami jadalni 

zatrzymał się i przyciągnął ją ku sobie. 
 

- To było coś najwspanialszego, co kiedykolwiek przeżyłem – wyznał. 

 

Przytaknęła. 

 

- Musimy to powtórzyć dziś w nocy – szepnęła. 

 

Kątem oka dostrzegła Nikoline, która kryła się w cieniu i podsłuchiwała, lecz groźby 

pokojówki już jej nie przerażały. Wiedziała, że Kristian należy do niej. Na zawsze. 
 
Rozdział 11 
 
 

Siedzieli wokół dużego kuchennego stołu i jedli kolację. Skrobali łyżkami o talerze, a 

od  czasu  do  czasu  rozlegały  się  odgłosy  lekkich  uderzeń,  kiedy  odstawiali  szklanki  z 
mlekiem. Poza tym panowała cisza. Nawet dzieci niewiele się tego wieczoru odzywały. Może 
dziewczynki są zmęczone, zastanowiła się Elizabeth. Na dworze wył wiatr i ciskał śniegiem o 
szyby. Pod ścianami domu utworzyły się już duże zaspy. 
 

-  Mam  nadzieję,  że  jutro  będzie  ładnie,  gdy  będziemy  wypływać  w  morze  – 

westchnęła Helene. 

background image

 

62

 

- Ładna pogoda w styczniu i w lutym zwiastuje zimną wiosnę i brzydkie lato – odparła 

Gurine, przytaczając jedno ze swoich powiedzonek na temat pogody. 
 

Elizabeth  spodziewała  się,  że  Nikoline  rzuci  jakąś  złośliwą  uwagę,  lecz  pokojówka 

milczała.  To  dziwne,  ale  od  dnia  ślubu  wyjątkowo  mało  się  odzywała.  Wykonywała 
wszystkie  polecenia,  a  kiedy  ją  o  cos  pytano,  odpowiadała  jednym  krótkim  słowem. 
Początkowo Elizabeth odczuła ulgę i trochę się odprężyła, ale stopniowo spojrzenia służącej 
zaczęły  ją  coraz  bardziej  niepokoić.  Odniosła  wrażenie,  jak  gdyby  zimny  wzrok  Nikoline 
podążał za nią wszędzie. 
 

Przebiegł  ją  dreszcz.  Denerwowała  się,  bo  Kristian  miał  wyjechać  następnego  dnia. 

Ale  przecież  musiał  popłynąć  na  zimowe  połowy.  Minie  wiele  miesięcy,  zanim  znowu  się 
zobaczą. Czy długo właśnie dręczył ją ten niepokój? 
 

- Rozmawiacie tylko po pogodzie – zauważył Ole. – A najważniejszy jest teraz hallet 

– dodał  uśmiechnął się szeroko. 
 

Elizabeth  napotkała  wzrok  Nikoline  i  zauważyła,  że  płonął.  Od  dawien  dawna  było 

wiadomo, że jeżeli mężczyzna spał z kobieta przed wypłynięciem w morze, to połów będzie 
udany. Nazywano to hallet. 
 

-  Nie  życzę  sobie  takich  rozmów  w  mojej  kuchni!  –  wybuchnęła  Gurne,  czerwona  z 

oburzenia. 
 

Kristian roześmiał się pojednawczo. 

 

-  Ole  nie  ma  pojęcia,  o  czym  mówi,  Gurine.  Znajdź  sobie  najpierw  kobietę,  to 

porozmawiamy – zwrócił się do parobka. 
 

Teraz  Ole  się  zaczerwienił.  Pochylił  się  nad  talerzem  z  kaszą,  starając  się  wymyślić 

jakąś ciętą odpowiedź. 
 

Elizabeth wyskrobała swój talerz i odłożyła łyżkę. 

Spojrzeniem  powędrowała  za  okno,  ale  jej  myśli  podążyły  własnymi  drogami.  Niepokój, 
który czuła, był jej dobrze znany. Doświadczała go już wcześniej i wiedziała, że nia ma to nic 
wspólnego z wyprawą Kristiana. 
 

Teraz zdała sobie z tego sprawę: coś się wydarzy, i przerażona. Pozostało jej jednak 

tylko czekać, mimo że niepewność wydawała się nie do zniesienia. 
 

- O czym tak myślisz, Elizabeth? – spytała Helene. 

 

- Co? Nic, nic. Patrzę tylko na śnieg i mam nadzieję, że jutro będzie ładnie. – Szybko 

wstała, gdy zobaczyła, że wszyscy skończyli jeść. – Musze iść na górę położyć Ane. Mario, 
pomóż tu posprzątać. – Wzięła córeczkę na ręce i wyszła z kuchni. 
 

Nawet rozmowa z Ane nie pomogła jej się odprężyć. 

 

- Kristian jutro pojedzie? – spytała dziewczynka. 

 

- Tak, ale wróci, zanim śnieg stopnieje – odparła Elizabeth. Nie była pewna, czy mała 

wie, ile to czasu. 
 

- Ty nie możesz wyjechać, mamo! 

 

-  Nie,  mama  przez  cały  czas  będzie  z  tobą.  –  Pochyliła  się  i  pocałowała  krągły 

policzek dziecka. – Zamknij oczka, a ja usiądę obok ciebie i będę cię pilnować. 
 

Wkrótce usłyszała, że Ane oddycha równo i głęboko. Mimo to została jeszcze chwilę, 

jak dobrze było widzieć, że córeczka się zaokrągliła i stała taka radosna. Maria także. Tutaj 
nigdy nie musieli oszczędzać jedzenia ani myśleć ze strachem, co będzie jutro. Przez pewien 
czas obawiała się nawet, że całe to bogactwo będzie miało niedobry wpływ na dziewczynki, 
ale na razie nic na to nie wskazywało. 
 

Pogładziła małą po włosach i zeszła na dół. W kuchni skończono już zmywać i Gurine 

robiła herbatę. 
 

- Mario, jeżeli skończyłaś, to teraz idź na górę i się połóż – poleciała Elizabeth. 

 

- Już? – spytała dziewczynka z żalem i ziewnęła. 

 

- Tak, bo jutro rano musisz wcześnie wstać, jeśli chcesz się pożegnać z Kristianem. 

background image

 

63

 

Siostra powiedziała dobranoc i posłusznie wyszła z kuchni. 

 

- Gdzie jest Kristian? – spytała Elizabeth, nalewając sobie herbaty do kubka. 

 

- Poszedł do kantoru – wyjaśniła Helene. – Chyba ja też już pójdę spać. To był długi 

dzień. 
 

- Tak – odparła Elizabeth bezwiednie. – Ja jeszcze posiedzę trochę w salonie. 

 

Wyjęła książkę, ale po przeczytaniu dwóch rozdziałów stwierdziła, że nie wie, o czym 

czytała, więc ją odłożyła. Wstała zdenerwowana i podeszła do okna. Przez chwilę patrzyła na 
dziedziniec  pustym  wzrokiem.  Ogarnęło  ją  dziwne  przeczucie.  Ktoś  potrzebował  pomocy! 
Zagryzła wargę, zamknęła oczy i skoncentrowała się, żeby dowiedzieć się czegoś więcej. W 
końcu jednak musiała się poddać. Wizji nie da się wywołać, wiedziała o tym. To przychodzi 
samo, w odpowiednim czasie. 
 

Otworzyły się drzwi i do salonu wszedł Kristian. 

 

- O, tutaj jesteś – powiedział. 

 

- Tak. – Odwróciła się do niego. – Chciałabym z tobą o czymś porozmawiać – zaczęła 

niepewnie, żałując, że już wcześniej nie zwierzała mu się ze swych  wizji. Nigdy jednak nie 
było temu okazji, poza tym bała się, że Kristian jej nie uwierzy. 
 

- O czym chcesz pomówić? 

 

- Miałam ci o tym powiedzieć już dawno temu, ale… - urwała. Chodziła w kółko po 

pokoju, zaciskając dłonie. 
 

- Zakochałaś się w innym? – spytał z uśmiechem. 

 

- Nie, nie , nie żartuj. Chodzi o to, że… ja… potrafię widzieć, Kristianie. 

 

Uniósł brwi i zobaczyła, że się powstrzymuje, aby się nie roześmiać. 

 

- Nie wiedziałem, że byłaś ślepa – rzekł. 

 

- Jeśli chciałeś być dowcipny, to ci się nie udało – odparła ze smutkiem. – Próbuję ci 

się zwierzyć z mojej najskrytszej tajemnicy, a ty się z tego śmiejesz! 
 

- Przepraszam – powiedział, podszedł do niej i objął ją ramieniem. 

 

Nie odsunęła się, ale była spięta, 

 

- Chcesz mnie wysłuchać? – spytała. 

 

- Mhm, opowiadaj, nie będę więcej żartował. 

 

-  Potrafię  widzieć,  tak,  jak  inni  nie  umieją.  Na  przykład  owce  zagubione  w  górach. 

Pamiętasz,  jak  tu  pracowałam  i  kilka  owiec  wam  zaginęło?  Wtedy  powiedziała,  gdzie  ich 
szukać. 
 

Przeciągnął dłonią po włosach o zapatrzył się przed siebie. 

 

- Tak, zgadza się. ale to był chyba przypadek, prawda? 

 

-  Nie,  wtedy  tylko  tak  powiedziała,  zawsze  jednak  miałam  tę  zdolność.  Gdybym  się 

ludziom  do  tego  przyznała,  pomyśleliby,  że  jestem  czarownicą  albo  że  całkiem  oszalałam. 
Czasem mogę uzdrawiać, czasem widzę, że ktoś umrze. Nie zawsze, ale to mi się zdarza. 
 

- Co?! Możesz zobaczyć, że ktoś umrze? 

 

Elizabeth  utkwiła  wzrok  w  Kristianie,  niepewna,  czy  znowu  z  niej  żartuje,  ale 

wydawał się całkiem poważny. Wyswobodziła się z jego objęć i złożyła przed sobą ręce. 
 

- Tak, dwa razy ujrzałam kondukt żałobny i za każdym razem ktoś umarł. 

 

- Psiakrew! To koszmarne – stwierdził. 

 

Udała, że nie dosłyszała przekleństwa. 

 

- Tak, ale przede wszystkim smutne i nieprzyjemne. 

Nie chce wiedzieć takich rzeczy, ale nie mam na to wpływu. Nieraz modliłam się do Boga, 
ż

eby mnie uwolnił od tych wizji. 

 

- Mówiłaś komuś o tym? 

 

- Jensowi, Jakobowi i Helene. No, a teraz tobie. 

 

Nastąpiła cisza. W końcu Elizabeth spytała błaganie: 

 

- Wierzysz mi, prawda? 

background image

 

64

 

Skinął  głową,  ale  w  jego  oczach  wyczytała  niedowierzanie.  Jens  wierzył  jej 

całkowicie  i  niezachwianie,  nigdy  nie  wątpił.  Helene  i  Jakob  również  jej  uwierzyli,  chociaż 
przyjaciółka początkowo odnosiła się do tych zdolności trochę sceptycznie. 
 

- Dlaczego kłamiesz? – zapytała bliska płaczu. 

 

- Nie kłamię! 

 

- Kłamiesz. – Podeszła do niego, cały czas patrząc mu w oczy. 

 

- No dobrze, w takim razie musze przyznać, że to brzmi trochę dziwnie – westchnął. 

 

Zacisnęła  zęby,  żeby  nie  powiedzieć  czegoś,  czego  później  mogłaby  żałować: 

Wreszcie głęboko wciągnęła powietrze i oznajmiła: 
 

- Wiem, że tej nocy ktoś będzie mnie potrzebował, muszę więc czuwać. Nie mogę dziś 

z tobą spać. 
 

-  No  nie,  daj  spokój.  –  W  jego  głosie  dało  się  słyszeć  prośbę.  –  To  nasz  ostatnia 

wspólna noc przed kilkumiesięczną rozłąką. Czy nie powinniśmy spędzić jej razem? Cofam 
to, co powiedziałem, że nie wierzę w twoje wizje. 
 

Odwróciła się do niego plecami. Podszedł do niej i pocałował ją w kark. 

 

- No, moja mała Elizabeth. Chodź… 

 

Czuła, że zaczyna mu ulegać, gdy znów zażartował: 

 

- To na pewno mnie widziałaś w swojej wizji. To ja potrzebuję cię dzisiejszej nocy. 

 

Na nowo ogarnęło ją wzburzenie i gwałtownie odwróciła się do męża. 

 

-  Wyjdź  stąd,  Kristianie  Dalsrud!  Nie  chcę  więcej  słyszeć  ani  słowa.  Rozumiesz?! – 

krzyknęła ze złością i wskazała na drzwi, rozżalona, że Kristian stroi sobie żarty z czegoś tak 
poważnego. 
 

- Chcesz obudzić cały dom? – spytał poirytowany. 

 

- Obudzę, kogo chcę. A teraz wyjdź, powiedziałam. 

 

Wyszedł  z  salonu  zdecydowanym  krokiem  i  zatrzasnął  za  dobą  drzwi.  Elizabeth 

została sama w nieprzyjemnej, przytłaczającej ciszy. Przez kilka minut stała, powinna pójść 
za mężem. Potem westchnęła, drżąc, i osunęła się na krzesło przy oknie, dławiło ją w gardle, 
a serce łomotało w piersi. Po raz pierwszy się pokłócili, jeśli nie liczyć drobnego epizodu z 
wesela,  kiedy  się  pogniewała,  a  on  ją  opuścił,  nie  próbując  jej  udobruchać.  A  jutro  Kristian 
wyjedzie… Co będzie, jeśli ona zaśpi i nie zdąży się z nim pożegnać? Albo jeśli nie pogodzą 
się przed nastaniem świtu? 
 

Wstała,  żeby  pójść  do  męża,  przytulić  się  do  jego  ciepłego  ciała  i  zapomnieć  o  tej 

głupiej rozmowie. I wtedy dostrzegła jakąś postać biegnąca pośród śnieżycy. Szybko ruszyła 
na korytarz. Otworzyła drzwi i w chwili, gdy rozległo się pukanie. 
 

Stała w nich dziewczynka jedenasto -, może dwunastoletnia i patrzyła na nią wielkimi, 

przerażonymi oczami. 
 

- Mama jest bardzo chora, a akuszerki nie ma w domu, więc ty musisz nam pomóc! – 

powiedziała. 
 

A więc na to czekała Elizabeth, to matka tego dziecka jej potrzebowała. 

 

- Tylko się ubiorę – rzuciła i chwyciła płaszcz. 

 

Jest  coś  znajomego  w  tej  dziewczynce,  pomyślała,  gdy  biegły  truchtem  przez 

dziedziniec. 
 

- Daleko mieszkasz? 

 

- Nie, zaraz za zakrętem – odparła mała, wskazując ręka. 

 

- W takim razie szybciej tam dotrzemy pieszo niż saniami – zdecydowała Elizabeth i 

chwyciła dziewczynkę za rękę. 
 

Wiatr  ciskał  śniegiem  w  ich  twarze.  Elizabeth  miała  przemoczoną  chustę. 

Dziewczynka musi być całkiem przemarznięta, biedactwo, pomyślała. 
 

- Dlaczego przyszłaś właśnie do mnie? – spytała. 

 

- Wiem, że jesteś miła – odparła mała po prostu. 

background image

 

65

 

- Skąd ci to przyszło do głowy? – Słowa dziewczynki sprawiły jej przyjemność. 

 

- Znam cię. Pracowałam kiedyś z tobą w Dalsrud. Nie pamiętasz? 

 

- Wielkie nieba, to ty, Amando? – zdumiała się Elizabeth i aż musiała się zatrzymać, 

ż

eby dokładniej jej się przyjrzeć. 

 

- Mhm. Mnie też przybyło lat. 

 

- Ile masz teraz? – dociekała Elizabeth, ruszając w drogę. 

 

- Czternaście, ale wiem, że nie wyglądam na tyle, bo jestem mała i bardzo chuda. 

 

Powróciły  wspomnienia.  Razem  z  Amanda  myły  w  rzece  zwierzęce  jelita.  Leonard 

oglądał się łakomie za dziewczynką i Elizabeth ją wtedy ostrzegła, żeby miała przed nim na 
baczności, bo to zły człowiek. Czy Amanda jeszcze to pamiętała? Dzieci szybko zapominają. 
Miała ochotę o to spytać, ale obawiała się, że za daleko zabrnie. 
 

- Mieszkam tutaj – oznajmiła nagle dziewczynka. 

 

Cały dom składał się z jednej zaledwie izby i niewielkiej niszy, oddzielonej od reszty 

mieszkania.  Elizabeth  zauważyła  zaciekawione  dziecięce  główki,  wyglądające  zza 
przepierzenia.  Szybko  przywitała  się  z  ojcem  Amandy  i  podeszła  do  kobiety,  leżącej  na 
pryczy. 
 

-  Akuszerki  nie  było  w  domu  –  usłyszała  głos  Amandy,  która  zwracała  się  do  ojca. 

mruknął w odpowiedzi coś, czego nie zrozumiała. 
 

Kobieta  była  bardzo  chudą.  Policzki  miała  zapadnięte,  przez  co  wyglądała  na  dużo 

starszą. Elizabeth wzięła ścierkę i otarła jej twarz mokrą od potu. 
 

-  Postaram  ci  się  pomóc.  Wszystko  będzie  dobrze,  przecież  już  przez  to  nie  raz 

przechodziłaś i wiesz, co robić. 
 

-  Nagrzałam  wody  i  przygotowałam  czyste  ścierki  –  oznajmiła  Amanda.  –  Czy  coś 

jeszcze zrobić? 
 

- Dziękuję, Amando. Zajmij się młodszym rodzeństwem. 

 

- Wychodzę – rozległ się męski głos i zaraz potem trzasnęły drzwi. 

 

Jak im się w takiej ciasnocie udaje płodzić dzieci, zastanowiła się Elizabeth i zerknęła 

na  kobietę.  Leżała  z  zamkniętymi  oczami.  Jej  skóra  miała  barwę  jasnoszarą  i  była  niemal 
przeźroczysta. Zdawało się, jakby w ogóle nie wiedziała, co się wokół niej dzieje. Elizabeth 
dreszcz  przebiegł  po  plecach.  Lekko  traciła  rodzącą  w  ramie,  ale  ta  nie  zareagowała. 
Spróbowała jeszcze raz, już mocniej. 
 

- Słyszysz mnie? – spytała. 

 

Matka Amandy otworzyła oczy i spojrzała matowym wzrokiem. 

 

- Tak – szepnęła. – Słyszę, ale teraz chcę spać. Skurcze trwały tak długo… 

 

-  Nie  wolno  ci  teraz  spać  –  oświadczyła  Elizabeth  stanowczo.  –  Nie  czujesz  już 

skurczów? 
 

- Nie, już nie. 

 

-  Boże  –  przestraszyła  się  Elizabeth.  Słyszała  o  porodach,  w  czasie  których  skurcze 

nagle ustępowały i kobieta nie była w stanie sama urodzić dziecka. Niektóre akuszerki kładły 
się  wtedy  na  brzuchu  rodzącej,  inne  używały  różnych  instrumentów,  żeby  wydobyć 
noworodka.  Często  w  wyniku  tych  zabiegów  i  matka,  i  dziecko  umierały.  Ta  kobieta  jest 
wygłodzona i wyczerpana, sama sobie nie poradzi, pomyślała, przyglądając się jej. 
 

Usłyszała,  jak  Amanda  opowiada  bajkę  młodszemu  rodzeństwu.  Jeśli  ich  matka 

umrze, dzieci zostaną rozdzielone i rozmieszczone w różnych gospodarstwach jako tania siła 
robocza. Będą musiały pracować tak ciężko jak dorośli. 
 

- Na mój znak musisz przeć – powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu. 

 

- Zostaw mnie… 

 

-  Milcz  i  przyj.  Teraz!  No,  już!  –  Odkryła  baranicę  o  sprawdziła  rozwarcie.  –  Jest 

dobrze – stwierdziła. – Przyj, to za chwilę dziecko będzie na świecie. 
 

- Nie! 

background image

 

66

 

- Słuchaj mnie o przestań myśleć tylko o sobie! Masz jeszcze dzieci na wychowaniu. 

Jeśli nie zrobisz tego, co każę, maleństwo umrze. Chcesz pójść do grobu jako morderczyni? 
 

Elizabeth  wiedziała,  że  jej  słowa  są  ostre  i  bezlitosne,  ale  miała  nadzieję,  że 

poskutkują. 
 

Udało się. kobieta chwyciła za krawędź łóżka i naparła z całych sił. Krzyknęła, kiedy 

znów pojawiły się skurcze. Chwilę później dziecko było na świecie. 
 

-  Urodziłaś  chłopca  –  oznajmiła  Elizabeth.  Noworodek  płakał  cicho  i  zaciskał  małe 

piąstki. – Jest drobny, ale przeżyje. Gratuluję. 
 

- Dziękuję, dobry Boże – szepnęła kobieta i uczyniła znak krzyża. – Spraw, by zdrowo 

się chował. 
 

Elizabeth  uprzątnęła  łożysko  i  zakrwawione  ścierki;  zamierzała  poprosić  Amandę, 

ż

eby  je  potem  spaliła  za  stodoła.  Następnie  obmyła  matkę  i  noworodka,  po  czym  zawołała 

dzieci. 
 

- No, macie teraz młodszego braciszka – oznajmiła i położyła maleństwo w łóżku. -0 

Czy któreś z was może zawołać ojca? 
 

Jeden z chłopców wybiegł z domu i pochwali do izby wszedł ojciec. ściągnął z głowy 

czapkę i miętosił ją w dłoniach. 
 

Elizabeth popatrzyła z czułością na śpiąca kobietę. 

 

-  Jest  całkiem  wyczerpana,  biedactwo  –  szepnęła,  żeby  jej  nie  obudzić.  –  Ale  na 

szczęście poszło dobrze. 
 

Mężczyzna potarł szorstką brodę, aż zachrzęściło, i spuścił wzrok. 

 

- Ostatnio straciła dziecko. To małe przeżyło dzięki robie – przyznał wzruszony. 

 

-  Podziękuj  raczej  Panu  w  niebie  –  odparła  Elizabeth.  –  I  swojej  żonie.  To  ona  się 

nacierpiała  –  mówiła  dalej,  nie  odrywając  wzroku  od  mężczyzny.  Odciągnęła  go  nieco  od 
Amandy i maluchów i zniżyła głos. – Chociaż to nie moja sprawa muszę was przestrzec, że 
nie powinniście mieć już więcej dzieci. 
 

- To nie takie proste. Każde dziecko to dar od Boga i to on decyduje, ile och będzie, 

rozumiesz? – odparł. 
 

- Trochę też zależy to od ciebie – stwierdziła Elizabeth wprost. – Trzymaj się z dala od 

swojej żony, żeby znowu nie zaszła w ciążę. Bo następny poród przypłaci życiem. 
 

Wyglądał na zakłopotanego i nieco przestraszonego.  

 

- tak myślisz? 

 

-  Ja  to  wiem!  Ile  dzieci  urodziła?  -  spytała,  zerkając  na  Amandę,  która  siedziała  na 

brzegu łóżka matki. 
 

- Tych czworo – wskazał – poza tym troje, które są w pracy, i czworo dorosłych. 

 

- Ile lam mają te, które poszły do pracy? 

 

- Jedenaście, dwanaście i trzynaście. Razem mamy jedenaścioro tych, które przeżyły. 

– Urwał i przyjrzał się Elizabeth uważnie. – Wydaje mi się, że już cię gdzieś widziałem. 
 

Amanda wstała i podeszła do nich. 

 

-  To  Elizabeth  Dalsrud.  Pracowałam  razem  z  nią,  kiedy  byłam  mała.  Nie  pamiętasz, 

jak ci o tym opowiadałam? 
 

- Byłaś tu kiedyś służącą? – spytał z niedowierzaniem. 

 

- Tak, a teraz jestem żoną Kristiana Dalsruda. 

 

- Nie, jakim cudem, do diaska… - zamilkł i znowu podrapał się po porodzie. – Tak… 

Dziwne, że do tej pory nikt mi o tym nie powiedział. 
 

- To dlatego, że ty nigdy nie słuchasz – zwróciła mu uwagę Amanda. – Wszyscy we 

wsi o tym wiedzą. 
 

Elizabeth odchrząknęła. 

 

- Domyślam się, ze ty też wypływasz na zimowe połowy? 

background image

 

67

 

- Tak, jutro. - Zerknął na żonę. – Będę się modlił do naszego Ojca, żeby ich chronił. 

Może jej być bardzo ciężko gdy zostanie sama z dziećmi. 
 

-  Będę  do  niej  zaglądać  –  zaproponowała  szybko  Elizabeth.  –  Pewnie  zabierasz  ze 

sobą całe jedzenie, które macie w domu? 
 

Utkwił w niej spojrzenie i otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale go uprzedziła. 

 

-  Sama  pochodzę  z  biednej  rodziny  i  wiem,  o  czym  mówię.  Nie  ma  się  czego 

wstydzić. Przyjdę któregoś dnia i przyniosę im trochę jedzenia i jakieś ubrania. 
 

-  Dziękuję,  ale  nic  nam  nie  trzeba.  Dajemy  sobie  radę  –  odparł  sztywno  i  się 

wyprostował. 
 

Elizabeth poczuła, że wszystko się w niej zagotowało. 

 

- Ja także byłam dumna i nie lubiłam prosić nikogo o pomoc, ale gdy chodziło o dobro 

dzieci, nie raz musiałam schować dumę i przyjąć, co mi dawali. Jak głód skręcał wnętrzności 
i dzieci marzły, nie mogła zgrywać wielkiej pani. Możesz sobie myśleć, co chcesz, ale kiedy 
wyjedziesz,  i  tak  przyjdę.  Przynajmniej  będziesz  spokojny,  że  nic  złego  nie  grozi  twojej 
rodzinie. 
 

- A wiec wyszłaś za bogacza – zauważył złośliwie. 

 

- Tak – odparła spokojnie. – I dlatego mogę się dzielić z innymi. Nie mówię ci, żebyś 

ode mnie wziął, ale swojej żonie i dzieciom nie możesz zabronić przyjęcia jedzenia i ubrań. 
 

Mina wyraźnie mu zrzedła, lecz mimo to oświadczył: 

 

- Nikt nie przyjdzie tu z jedzeniem czy ubraniem, dopóki ja jestem w domu. 

 

Elizabeth  nie  odpowiedziała.  Chce  zachować  resztki  dumy,  pomyślała,  i  ma  do  tego 

prawo. 
 

-  Amando,  opiekuj  się  dobrze  mamą  i  swoim  małym  braciszkiem.  Muszę  wracać  do 

domu. 
 

Uścisnęła  rękę  ojcu  rodziny  i  poklepała  dzieci  po  policzkach,  a  potem  ruszyła  z 

powrotem w ciemną noc. 
 
 

Droga  powrotna  do  domu  wydawała  się  jakby  dłuższa,  chociaż  wiatr  zelżał  i  prawie 

już  nie  sypało.  Może  więc  jutro  będzie  ładnie,  pomyślała  Elizabeth.  Przypomniała  sobie  o 
kłótni  z  Kristianem  i  poczuła  się  zmęczona  i  przygnębiona  przeprosiłaby  go  teraz  za 
wszystko, byleby tylko móc się przespać choć kilka godzin. 
 

W  korytarzu  szybko  zdjęła  płaszcz  i  przewiesiła  go  przez  poręcz  schodów.  Zrzuciła 

buty  ze  stóp  i  zostawiła  w  nieładzie.  Zostaną  mokre  plamy  i  Gurine  będzie  wzdychać  i 
narzekać,  ale  to  będzie  jutro.  Ciężkimi  krokami  powlokła  się  na  górę.  Nagle  podskoczyła 
przestraszona, bo natknęła się na Nikoline. 
 

-  Co  ty,  u  licha,  robisz  tu  na  poddaszu  o  tej  porze?  –  spytała,  przyglądając  się 

pokojówce badawczo. 
 

Dziewczyna  obejrzała  z  zakłopotaniem  swoje  paznokcie,  ale  nie  zamierzała 

odpowiedzieć, w jej zachowaniu było coś podejrzanego, co natychmiast wzbudziło czujność 
Elizabeth. 
 

- No, odpowiedz! – zażądała. 

 

-  Nic.  Po  prostu  zajrzałam  do  dzieci,  bo  wydawało  mi  się,  że  usłyszałam  płacz.  A 

mogę spytać, gdzie ty byłaś? 
 

- Odbierałam poród – odparła Elizabeth zmęczona i poszła do sypialni. 

 

Dopiero kiedy zaczęła się rozbierać, uświadomiła sobie, że Nikoilne nie mogła słyszeć 

dziewczynek  ze  swojego  pokoiku  na  dole.  Nie  miała  jednak  siły  teraz  się  tym  martwić. 
Ostrożnie  wślizgnęła  się  pod  grubą,  puszystą  pierzynę,  którą  dzieliła  z  Kristianem,  i 
natychmiast poczuła na swoim ciele jego ramię. 
 

- Nie chciałam cię budzić – szepnęła, przesuwając się bliżej, żeby się ogrzać. 

background image

 

68

 

- Nie spałem, kiedy wchodziłaś do łóżka – odpowiedział sennym głosem. – Ale jesteś 

zimna. Gdzie byłaś? 
 

-  Odbierałam  poród.  Pamiętasz  Amande,  która  tu  czasem  przychodziła  do  pomocy, 

kiedy jeszcze byłam służącą? 
 

- Nie. 

 

- Jej matka dziś w nocy urodziła dziecko. 

 

- I co mają? – spytał i ziewnął. 

 

- Chłopca, ale jest bardzo drobny. 

 

- Mhm, to dobrze. 

 

Zorientowała się, że Kristian jej nie słucha, więc nie odezwała się więcej. Powoli pod 

jej  skórą  rozlewało  się  ciepło  i  zaczęła  się  odprężać.  Gdy  już  prawie  zasypiała,  Kristian 
mruknął jej do ucha: 
 

-  Przepraszam,  że  ci  nie  uwierzyłem,  Elizabeth,  ale  teraz  ci  wierzę.  Możesz  mi 

wybaczyć? 
 

- Tak. Przepraszam, że byłam na ciebie zła. A co z hallet? 

 

- Nie dam rady, jestem zbyt zmęczony. 

 

Uśmiechnęła się w ciemności i uścisnęła jego rękę. 

Przyjemnie i bezpiecznie było móc tak po prostu leżeć blisko siebie ze świadomością, że już 
się na siebie nie gniewają. Nie ma noc lepszego. 
 
Rozdział 12 
 
 

Kiedy  Elizabeth  obudziła  się  rano,  Kristiana  nie  było.  Przez  moment  pomyślała  w 

panice, że już odpłynął, i podbiegła do okna, łódź jednak stała jeszcze przy brzegu. 
 

Dzieci  też  już  były  na  nogach.  Elizabeth  zawstydziła  się,  że  spała  tak  długo.  W 

korytarzu na poddaszu spotkała Kristiana. 
 

- O, wstałaś! – powiedział i przyciągnął ją do siebie. 

 

Krew w jej żyłach od razu zaczęła szybciej krążyć, gdy poczuła dotyk jego mocnego 

ciała. 
 

-  Dlaczego  mnie  nie  obudziłeś?  –  spytała,  z  trudem  łapiąc  oddech  i  starając  się 

opanować podniecenie. 
 

-  Potrzebowałaś  snu…  Chodź,  wszyscy  na  nas  czekają.  Musimy  się  pośpieszyć…  A 

może powinniśmy raczej wrócić do łóżka? 
 

- Żartujesz! – roześmiała się i pociągnęła go za sobą po schodach w dół. 

 

Pierwsze,  co  zauważyła  w  kuchni,  to  wyraz  triumfu  w  oczach  Nikoline.  Elizabeth 

ś

cisnęło  w  żołądku.  Na  widok  tej  kobiety  robiło  jej  się  słabo.  Trzeba  ją  jak  najszybciej 

odprawić, pomyślała, siadając przy stole. Dam jej dobre referencje, więc na pewno znajdzie 
jakąś pracę. 
 

Kiedy odmówili modlitwę przed jedzeniem, Helene spytała: 

 

- Wydawało mi się, że słyszałam cię dziś w nocy, Elizabeth, gdzie się wybierałaś o tak 

później porze? 
 

- Pamiętasz Amandę? 

 

- Tak, to córka komornika. Mieszkają za zakrętem. 

 

- Jej matka miała rodzić, a akuszerki nie było w domu, więc ja odebrałam poród. 

 

- Co urodziła? 

 

- Chłopczyka – odparła krótko. Nie miała ochoty opowiadać szczegółów. 

 

-  Och,  nie  będzie  im  lekko  –  westchnęła  Gurine  i  mruknęła  coś  jeszcze,  czego 

Elizabeth nie zrozumiała. 
 

Poczuła na sobie wzrok Nikoline. 

 

- Czy coś cię niepokoi? – zapytała wprost i spojrzała w oczy pokojówki. 

background image

 

69

 

- Nie, dlaczego? 

 

- Tak mi się przyglądasz. Może chce mnie o coś spytać? 

 

Nikoline  wzruszyła  ramionami,  więc  Elizabeth  dała  spokój.  Na  razie  jeszcze  jej  nie 

odprawi, tylko się jej przyjrzy, postanowiła. Może wystarczy ostrzeżenie. 
 

-  Mario,  weź  Ane  i  pościel  łóżka  na  górze  –  poleciła  siostrze,  kiedy  Kristian  i  Ole 

wyszli z domu. Dzieci posłusznie podreptały na poddasze. 
 

Nikoline  wyraźnie  ją  prowokowała  –  siedziała  przy  stole  i  przez  cały  czas  śniadania 

chichotała pod nosem, posyłając jej znaczące spojrzenia. Elizabeth próbowała ni zwracać na 
to uwagi, ale w końcu nie wytrzymała. 
 

-  Co  cię  tak  śmieszy?  Może  miałabyś  ochotę  podzielić  się  tym  z  nami?  –  zapytała. 

Natychmiast  pożałowała  tego  pytania,  pokojówka  bowiem  zdawała  się  jeszcze  bardziej 
rozbawiona. 
 

- Bardzo chciałabym się z tobą podzielić, ale nie jestem pewna, czy życzyłabyś sobie, 

ż

eby inni także się o tym dowiedzieli – odparła bezczelnie. 

 

Elizabeth wzruszyła ramionami. 

 

- Rób, co chcesz – rzuciła i wyszła z kuchni. 

 

Weszła do salonu i stanęła przy oknie. Czuła niepokojące mrowienie biegnące w dół 

pleców.  Wiele  by  dała,  żeby  się  dowiedzieć,  co  wróżyło.  Nie  mogła  zrobić  nic  innego,  jak 
tylko czekać. 
 

Niebo  było  szare,  ale  na  szczęście  nie  padał  śnieg.  Elizabeth  odsunęła  firankę,  żeby 

lepiej widzieć. Do salonu wszedł Kristian i zbliżył się do niej. 
 

-  O,  tu  jesteś,  moja  droga  Elizabeth!  –  ucieszył  się  i  przytulił  ją.  Ubranie  męża 

pachniało wełnianym samodziałem. Przytuliła policzek do jego piersi. 
 

- Pożegnałeś się z dziećmi? – spytała. 

 

-  Tak,  są  jeszcze  na  poddaszu.  Maria  powiedziała,  że  będzie  patrzeć  w  okno,  jak 

odpływamy. 
 

- Nie chcę, żebyś wyjeżdżał – wyznała cicho i objęła go w pasie. 

 

- A ja nie chcę cię opuszczać, ale zrozum, muszę – odparł i lekko ją pocałował. 

 

- Pamiętaj, żebyś nie wypływał w morze w czasie sztormu ani zaraz po nim, ani… 

 

Powstrzymał ten potok słów kolejnym pocałunkiem. 

 

- Jakob jest kapitanem, a on przeżył już niejedno. Nie będzie niepotrzebnie ryzykował, 

Elizabeth, wiesz przecież o tym. 
 

Skinęła bez przekonania. Jakob był również wtedy, kiedy Jesn utonął. Nie wątpiła, że 

będzie bardzo ostrożny, ale nigdy nic nie wiadomo, gdy rozpęta się burza. 
 

Przełknęła dławienie w gardle i odchrząknęła. 

 

- Napisz do razu, jak dopłyniesz na miejsce. Obiecujesz? 

 

- Napiszę. Dbaj o siebie i dzieci. Wrócę do was wiosną. 

 

Kiwnęła głową, uścisnęła go po raz ostatni i pozwoliła mu odejść. 

 

Została w salonie, dopóki nie odbili od brzegu, a potem poszła do tkalni na poddaszu. 

Pachniało  wełną.  Jak  ubranie  Kristiana,  pomyślała  i  poczuła  pustkę.  Wzięła  czółenko  i 
przypomniała  sobie,  co  kiedyś  powiedziała  Kristianie:  dobra  tkaczka  potrafi  utkać 
osiemnaście  –  dwadzieścia  łokci  dziennie.  Teraz  nie  zamierzała  wyznaczać  sobie  takiego 
limitu, gdy nawijała czerwoną nić, która wyjątkowo jej się podobała. 
 

Wkrótce pogrążyła się  w pracy, toteż aż podskoczyła ze strachu,  gdy nagle drzwi za 

nią się otworzyły. 
 

- Czego chcesz? – spytała, utkwiwszy wzrok w pokojówce. Jej głos nawet nie zadrżał, 

kiedy dodała: - Na pewno czeka na ciebie robota w kuchni, Nikoline. 
 

Dziewczyna nie wycofała się, lecz weszła do izby i zamknęła za sobą drzwi. 

 

- Zaraz zajmę się swoimi obowiązkami, ale najpierw chciałabym ci coś powiedzieć. 

 

- No to się pośpiesz. 

background image

 

70

 

- Kristian nie jest taki, jak myślisz… - zaczęła Nikoline, podchodząc do krosien. 

 

Oczy Elizabeth się zwęziły 

 

- Jak śmiesz tu przychodzić i cokolwiek insynuować? Wynoś się! 

 

- Uspokój się. Wyjdę, gdy tylko powiem swoje. Czy wiesz, co się stało dziś w nocy, 

kiedy pomagałaś przy porodzie? 
 

Elizabeth  poczuła  na  plecach  dreszcz  strachu.  Nikoline  powoli  przechadzała  się  po 

izbie. Chwilami zatrzymywała się i przytakiwała wzrok Elizabeth. 
 

-  Dzisiaj  w  nocy  przespałam  się  z  Kristianem.  –  Zachichotała  zadowolona,  a  w  jej 

spojrzeniu malowało się cos, czego Elizabeth nie potrafiła rozszyfrować. 
 

- To nieprawda! – odparła ochryple. – Kłamiesz jak najęta. Wynoś się stąd, ty, ty… 

 

-  Nie  chcesz  usłyszeć  wszystkiego?  –  przerwała  jej  Nikoline  ze zjadliwą słodyczą.  – 

Kristian jest wspaniałym kochankiem. On… 
 

Elizabeth zacisnęła pięści, aż paznokcie wbiły się w skórę. Wyobraźnia posuwała jej 

bolesne obrazy. 
Nie chciała słuchać, lecz głos Nikoline przewiercał jej uszy. 
 

-  Kochaliśmy  się  wiele  godzin,  od  momentu  gdy  wyszłaś,  aż  do  twojego  powrotu. 

Całował całe moje ciało, nawet tam w dole. Czy robił to kiedyś z tobą? 
 

Elizabeth oddychała tak szybko, że kręciło jej się w głowie. 

 

- Kristian spał, kiedy wróciłam do domu – stwierdziła stanowczo, dygocąc ze złości. 

 

- I ty w to wierzysz! – roześmiała się Nikoline, kręcąc jeden z loków wystających spod 

białego  czepka.  –  Udawał,  ze  śpi  –  dodała,  kładąc  nacisk  na  każde  słowo.  –  Myślisz,  że 
miałby odwagę stanąć przed tobą i przyznać się do tego, co robił? 
 

-  Dlaczego  miałby  to  ukrywać?  –  spytała  Elizabeth  jednym  tchem.  Czuła,  jak  serce 

mocno wali jej w piersi. 
 

-  A  jak  myślisz?  –  Nikoline  przewróciła  oczami.  –  Nie  chciał  awantury.  Zaraz 

obudziłabyś cały dom. 
 

- Dlaczego mi o tym mówisz? 

 

Nikoline zbliżyła twarz do jej twarzy. 

 

-  Bo  to  ja  bardziej  odpowiadam  mu  w  łóżku!  I  musisz  przywyknąć  do  myśli,  że  tak 

będzie dalej. 
 

Elizabeth  z  trudem  przełknęła  ślinę,  zaciskając  dłonie  pod  fartuchem.  Myśli  goniły 

jedną  drugą.  Muszę  coś  powiedzieć,  żeby  ją  powstrzymać,  pomyślała  w  desperacji.  Boże 
spraw, żeby to nie była prawda, proszę Cię… 
 

- Nie wierzę ani jednemu twojemu słowu. Musiałabym mieć dowód. 

 

Nikoline ułożyła usta w ciup i spojrzała w sufit, udając, że się zastanawia. 

 

- Dowód… - mruknęła. – Hm, co by to mogło być? Że wie, co lubią dziewczyny? Ze 

ma ogromnego albo że… 
 

- Przestań! – syknęła Elizabeth/ - Żądam dowodów! 

 

- A więc nie chcesz usłyszeć, jak się zabawiamy? 

 

- Ostrzegam cię! 

 

-  Ojej,  ale  się  przestraszyłam!  –  Nikoline  uśmiechnęła  się  drwiąco.  –  No  cóż, 

dostaniesz  dowód.  Kristian  ma  w  pachwinie  znamię  wielkości  zaciśniętej  pięści.  Czy  to 
wystarczy? 
 

Elizabeth poczuła się tak, jakby krew zastygła jej w żyłach. Chwyciła obiema rękami 

za krosna. Nikoline mówiła prawdę, Kristian miał takie znamię! Jak on mógł? Dlaczego? Łzy 
kłuły niczym igły pod powiekami. Wstała. 
 

-  Takie  jak  ty  nazywają  dziwkami  –  oznajmiła  głosem  drżącym  ze  wzburzenia.  – 

Kristian nie jest pierwszym żonatym mężczyzną, za którym się uganiasz. Męża Bergette też 
musiała zaciągnąć do łóżka. 

background image

 

71

 

Zobaczyła,  ze  jej  słowa  wyprowadziły  Nikoline  z  równowagi,  ale  tylko  na  kilka 

sekund.  Chwilę  później  oczy  pokojówki  znowu  się  zwęziły,  a  jej  głos  zabrzmiał  równie 
jadowicie: 
 

-  No  cóż,  nie  chodziliśmy  ze  sobą  do  łóżka  zbyt  często,  a  poza  tym  wtedy  nie  był 

jeszcze żonaty. 
 

Elizabeth  już  miała  zapytać,  co  Nikoline  miała  na  myśli,  mówiąc,  że  nie  chodzili  ze 

sobą  często  do  łóżka,  ale  wcześniej  sama  zrozumiała  sens  jej  słów.  Robili  to  na  stojąco, 
uświadomiła sobie, i zaczerwieniła się ze wstydu. 
 

- Spakuj swoje rzeczy, Nikoline – powiedziała spokojnie. – Twój czas w Dalsrud się 

skończył. 
 

-  Tak  sądzisz?  –  syknęła  pokojówka  i  wyjęła  z  kieszeni  fartucha  złożona  kartkę 

papieru. – Możesz to sobie przeczytać. Albo lepiej ja to zrobię. pewnie nie znasz alfabetu. 
 

Elizabeth  wzięła  od  niej  kartkę,  udając,  że  nie  dosłyszała  złośliwości.  Szybko 

przebiegła  wzrokiem  tekst,  najpierw  raz,  potem  drugi,  aż  wreszcie  dotarło  do  niej  okrutne 
znaczenie  zapisanych  słów.  Trzymała  w  rekach  dokument  sporządzony  i  podpisany  przez 
Leonarda Dalsruda, który stwierdzał, że Nikoline ma prawo mieszkać i pracować w Dalsrud 
do końca swoich dni. 
 

- Co skłoniło Leonarda do podpisania takiej umowy? – spytała ochryple. 

 

Nikoline roześmiała się. 

 

- Z nim też sypiałaś? – zgorszyła się Elizabeth i poczuła, że mdli ja z obrzydzenia. 

 

- Fe, tak brzydko to nazywasz – obruszyła się Nikoline. – Ale to prawda. 

 

- Nie rozumiem, jak mogłaś upaść tak nisko! 

 

-  To  nie  trwało  zbyt  długo  –  odparła  bezczelnie  pokojówka.  –  Wiesz,  że potrafię  się 

wywinąć.  Wkrótce  poznałam  pewną  kompromitującą  go  historie  i  zagroziłam,  ze 
wykorzystam ją przeciw niemu, jeśli spróbuje mnie tknąć. 
 

- Kto by ci uwierzył! 

 

- Mam swoje kontakty. 

 

Elizabeth mdłości podeszły do gardła. Nie była w stanie tego skomentować ani dłużej 

prowadzić tej rozmowy. 
 

- Wyjdź i niech moje oczy więcej cię dziś nie oglądają! – nakazała i odwróciła się z 

odrazą. 
 

Usłyszała jeszcze dobiegający ze schodów śmiech Nikoline. Kiedy ucichł, wróciła do 

krosien i rozpłakała się gorzko. Szlochała, dygocąc na ciałym ciele, i powtarzała raz za razem: 
 

- Jak mogłeś mi to zrobić, Kristianie? 

 

Przypomniała  sobie  wigilijny  wieczór,  kiedy  Kristian  stanowczo  odtrącił  Nikoline.  I 

wesele,  na  którym  pocieszał  i  przekonywał  swoją  świeżo  poślubioną  żonę,  żeby  nie 
przejmowała  się  służącą.  Kłamca!  Gdyby  Nikoline  nie  wspomniała  o  znamieniu, 
pomyślałaby,  że  pokojówka  wyssała  wszystko  z  palca,  jak  cztery  lata  temu.  Wtedy  także 
twierdziła, że spędziła noc z Kristianem, a okazało się, że to nieprawda. Teraz było inaczej. 
Nikoline wiedziała za dużo, by mogła kłamać. 
 

W końcu Elizabeth wstała i poszła do sypialni. Nie patrząc na szerokie podwójne łoże, 

obmyła twarz zimną woda. Musiała gdzieś wyjść; nie mogła dłużej wytrzymać w tym samym 
domu, co ta ladacznica. 
 

Weszła  na  jeden  ze  strychów,  gdzie  stały  skrzynie  i  pudła  z  odłożonymi  starymi 

ubraniami.  Niektóre  rzeczy  były  tak  zniszczone,  ze  nadawały  się  tylko  na  gałgankowe 
dywaniki, i te leżały osobno. Elizabeth wyszukała ubrania, które można było jeszcze nosić, i 
szybko  spakowała  je  do  niewielkiej  skrzyni.  Skrzynka  była  na  tyle  lekka,  że  sama  mogła  ją 
znieść. 
 

Na dole schodów spotkała Helene. 

background image

 

72

 

-  Co  ci  jest?  –  spytała  przyjaciółka,  przyglądając  się  jej  badawczo.  –  Wyglądasz 

okropnie – dodała łagodnie i podeszła bliżej. 
 

- Nic – odburknęła Elizabeth szorstko. Nie miała ochoty opowiadać Helene o tym, co 

się  stało,  mimo  że  kiedyś  zwierzały  się  sobie  prawie  ze  wszystkiego.  Zdrada  Kristiana  była 
zbyt bolesna i zbyt trudno byłoby jej o tym mówić. – Masz trochę czasu, żeby przypilnowała 
dziewczynki? Marii znajdź po prostu jakąś robotę, ale Ane wymaga więcej… 
 

- Naturalnie, zajmę się nimi – przerwała jej Helene. – Dokąd się wybierasz? 

 

- Do matki Amandy. Do tej kobiety, która dziś w nocy urodziła. Obiecałam im trochę 

jedzenia i ubrań.  
 

Helene skinęła głową. 

 

- Przydadzą im się. tylko dobrze się ubierz, bo jest zimno. 

 

Elizabeth  przyniosła  ze  spiżarni  chleb,  masło,  mąkę,  kiełbasę  i  solone  mięso. 

Umieściła to wszystko na sankach i ruszyła w drogę, ciągnąc je za sobą. Zauważyła, że ludzie 
obserwują ją zza firanek. Zdawało jej się, że słyszy, jak mówią: „patrzcie tylko! Wielka pani z 
Dalsrud, która nazywa siebie biedaczką. Tak. Ra dziewucha sprytnie się urządziła”. 
 

Dlaczego Kristian się ze mną ożenił, skoro mu nie wystarczałam? – powróciło bolesne 

pytanie.  Poczuła  łzy  na  policzku  i  otarła  je  ze  złością.  Nie  jest  wart  moich  łez,  pomyślała  i 
przysporzyła kroku. 
 

Spociła się i zgrzała w drodze do niedużej chaty. Kiedy zapukała do drzwi, otworzył 

jej jeden z młodszych braci Amandy. Popatrzył na nią wielkimi oczami. 
 

- Mama leży, a tata wypłynął na połów – powiedział. 

 

Elizabeth uśmiechnęła się do niego blado. 

 

- Czy mogę wejść i przywitać się z twoją mamą? 

 

Natychmiast się odwrócił i wbiegł do środka. 

 

- Przyszła pani, która była tu dziś w nocy! – zawołał. 

 

Amanda  stała  przy  palenisku  i  rozgarniała  żar.  Na  pryczy  leżała  jej  matka  z 

noworodkiem na rękę i karmiła go. 
 

- Dzień dobry i pokój temu domowi – przywitała się Elizabeth. – Dobrze się czujesz? 

 

- Tak, dziękuję. Amanda dużo mi pomaga – odpowiedziała kobieta. 

 

Elizabeth ogarnęła nagle niepewność. Może nie powinna się tak narzucać? 

 

-  Nie  spodziewałam  się  nikogo  obcego  –  usprawiedliwiła  się  położnica  i  poprawiła 

koszule nocną. 
 

Elizabeth  zauważyła,  że  po  policzku  maleństwa  spłynęła  kropla  mleka.  A  więc 

przynajmniej dla niego ma pokarm, pomyślała. 
 

-  Jest  taki  zwyczaj,  że  z  okazji  narodzin  dziecka  przychodzi  się  w  odwiedziny  i 

przynosi  w  prezencie  kaszę  –  zaczęła  z  wahaniem.  –  Nie  mam  co  prawda  kaszy,  ale 
przyniosłam coś innego. Czy zechcecie przyjąć? 
 

Kobieta dźwignęła się na łokciu i spojrzała na nią podejrzliwie. 

 

- Amando, pomóż pani – usłyszała Elizabeth, kiedy ruszyła do wyjścia, żeby przynieść 

z sanek jedzenie i ubranie. 
 

Postawiły rzeczy na kuchennym stole. 

 

-  Twój  mąż  by  tego  nie  przyjął.  Tak  powiedział,  kiedy  mu  wczoraj  o  tym 

wspomniałam.  Ale  mimo  to  przyszłam.  To  są  ubrania  dla  dzieci  i  jedzenie  dla  was 
wszystkich. 
 

Najmłodszy z chłopców wspiął się natychmiast na krzesło, żeby sprawdzić, co jest w 

paczkach. 
 

- Zostaw! – ofuknęła go matka. 

 

Elizabeth zagryzła wargę. 

background image

 

73

 

-  Rozumiem  twoja  dumę,  ale,  jak  już  mówiłam  twojemu  mężowi,  na  własnej  skórze 

przekonałam, co to głód. Teraz mam możliwość podzielenia się z innymi. Jeśli więc sama nie 
chcesz tego przyjąć, to przynajmniej daj dzieciom. 
 

Nie  spuszczała  z  kobiety  wzroku.  Wreszcie  matka  Amandy  westchnęła  i  cicho 

powiedziała: 
 

- Dziękuję, to bardzo miło z pani strony. Teraz dzieci uściśnijcie pani rękę i też ładnie 

podziękujcie. 
 

Dzieci zaczęły rozpakowywać rzeczy, a Elizabeth przysunęła krzesło do łóżka. 

 

- Wybrałaś już dla niego imię? – spytała. 

 

- Nie, uzgodnię je z mężem, kiedy wróci z połowów. Ale myślę, że mały dostanie imię 

po którymś z naszych przodków, tak jak pozostałe. 
 

Elizabeth skinęła głową i pogładziła główkę noworodka pokrytą delikatnym puszkiem. 

 

- Masz szczęście, że Amanda jest w domu – zauważyła. 

 

- Miała pójść na służbę, ale jak pani widzi, jest potrzebna tutaj. 

 

- Mów mi na ty albo po imieniu. 

 

Kobieta po raz pierwszy się uśmiechnęła. 

 

Elizabeth  zapatrzyła  się  przed  siebie.  Myślami  powędrowała  ku  Nikoline  i 

Kristianowi. Za sobą słyszała radosne okrzyki dzieci, które cieszyły się z tego, co znalazły w 
paczkach.  Bała  się  wracać  do  domu,  bała  się  triumfującego  spojrzenia  służącej,  ale 
najbardziej  obawiała  się  powrotu  Kristiana.  Co  powinna  mu  powiedzieć?  Co  zrobić?  Jak 
zdoła przez to przejść i jak ma dalej żyć? 
 

- Jesteś jakaś dziwnie zamyślona – dobiegł ją głos kobiety. 

 

-  Tak,  ja…  -  Spróbowała  się  uśmiechnąć,  ale  nie  była  pewna,  czy  jej  się  udało.  – 

Muszę przemyśleć to i owo – mruknęła. – Mężczyźni wyjechali na tak długo i… 
 

- Czy nie jest ci trudno zajmować się tak dużym domem? 

 

- Nie. to znaczy… teraz jest już lepiej. – Musiała odchrząknąć, żeby oczyścić gardło. – 

Mam  nadzieję,  ze  twój  mąż  nie  będzie  zły,  że  to  przyniosłam?  –  spytała  i  skinęła  głową  w 
stronę stołu. 
 

- Możliwe, że będzie. Ale on szybko wybacza. Tak trzeba, żeby móc zgodnie żyć pod 

jednym dachem. 
 

Elizabeth  czytać  w  jej  myślach?  Chciała  coś  powiedzieć,  ale  matka  Amandy  ją 

uprzedziła: 
 

-  Słyszałam,  że  wcześniej  byłaś  już  mężatka  i  że  masz  dziecko  z  pierwszego 

małżeństwa. 
 

- Tak, wyszłam za mąż za Jensa Raska, ale on zginął w  czasie połowów. Oboje moi 

rodzice też już nie żyją, więc opiekuję się również moją młodszą siostrą. 
 

- Wiem o tym. 

 

Tak, na pewno, pomyślała Elizabeth. Ludzie we wsi gadają i pewnie wszystko o niej 

wiedzą. 
 

Wstała. 

 

- Muszę wracać do domu. Pamiętaj, żebyś i ty coś zjadła, przynajmniej ze względu na 

tego  malca.  Potrzebuje  twojego  mleka.  A  jeśli  czegoś  będzie  wam  trzeba,  nie  wahaj  się  po 
mnie przysłać. 
 

- Jeszcze raz dziękuję – zapewniła matka Amandy i podała jej chudą dłoń. 

 

Elizabeth zauważyła, że kobieta patrzy na nią otwarcie i śmiało. Jak gdyby zamierzała 

jej  coś  powiedzieć,  lecz  nie  znalazła  odpowiednich  słów.  Szybko  się  pożegnała  i  wyszła  w 
zimowy dzień. 
 

Trochę  wiało  i  było  zimno,  ale  nie  spieszyła  się  do  domu.  Chciała  po  drodze 

przemyśleć  to,  co  ją  spotkało.  Czy  powinna  napisać  do  Kristiana,  czy  lepiej  poczekać,  aż 
wróci,  i  wysłuchać  jego  wyjaśnień?  Powinna  milczeć  i  gryźć  to  w  sobie,  czy  może 

background image

 

74

wyprowadzić  się  z  powrotem  do  Dalen?  Nie,  mimo  wszystko  kochała  Kristiana,  i  już  teraz 
poczuła ukłucie tęsknoty. „On szybko wybacza”, powiedziała o swoim mężu matka Amandy. 
„Tak  trzeba,  żeby  móc  zgodnie  żyć  pod  jednym  dachem”.  W  jej  ustach  zabrzmiało  to  tak 
prosto! 
 

„Kto jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem”, powiedział Jezus, gdy ludzie 

chcieli  ukamienować  cudzołożną  żonę.  Czy  sama  była  wystarczająco  niewinna,  by  osądzać 
Kristian? Ona, która odebrała życie jego ojcu! Zatrzymała się i zapatrzyła przed siebie. Nie, 
nie  może  Kristianowi  czynić  wyrzutów.  Musi  mu  wybaczyć.  Nigdy  jednak  mu  tego  nie 
zapomni. Natomiast Nikoline nie wybaczy nigdy, przenigdy. 
 

Mocniej okręciła wokół dłoni linkę od sanek i ruszyła dalej. 

 

Kiedy Elizabeth weszła do kuchni, Ane popatrzyła na nią wielkimi oczami i spytała:

 

- Gdzie byłaś? 

 

Na szczęście oprócz dzieci w kuchni były tylko Helene i Gurine. 

 

-  Nie  zauważyłaś,  że  wyszłam?  –  zdumiała  się  Elizabeth  i  wytarła  mąkę  z  policzka 

córeczki. 
 

- Piekę chleb – oznajmiła Ane, uderzając małymi piąstkami w grudkę ciasta. 

 

- Widzę – potwierdziła Elizabeth bezwiednie. – Jak ci poszło, Helene? 

 

- Bardzo dobrze. Maria to pracowita dziewczynka – pochwaliła. 

 

- Ja też – rzekła Ane z przekonaniem, a Gurine natychmiast ją poparła. 

 

- Muszę… jeszcze coś załatwić – rzekła Elizabeth szybko i wyszła. 

 

Na schodach na poddasze spotkała Nikoline. 

 

-  Chodź  ze  mną!  –  nakazała,  chwyciła  ja  mocno  za  rami  i  poprowadziła  to  tkalni.  – 

Powiedz, dlaczego mi to robisz? Co chcesz osiągnąć? 
 

-  Osiągnąć?  –  powtórzyła  pokojówka.  –  A  cóż  miałabym  osiągnąć?  Po  prostu 

podobam się Kristianowi i nic na to nie poradzę. 
 

-  I  tu  się  mylisz  –  oświadczyła  Elizabeth.  –  Powiem  ci  coś.  W  Kabelvåg  jest  ulica 

nazwana  Cognac  –  gata.  Znajduje  się  tam  dom,  w  którym  pracują  kobiety  takie  jak  ty. 
Słyszałaś o nich? 
 

Z twarzy Nikoline zniknął uśmiech wyższości, a w jej jasnoniebieskich oczach pojawił 

się wyraz niepewności. Nic nie odpowiedziała. 
 

-  Ten  dom  nazywają  ładnie  „domem  kawowym”,  a  mieszkają  w  nim  prostytutki, 

kobiety,  które  biorą  pieniądze  za  to,  że  sypiają  z  mężczyznami.  Tak  jak  ty,  Nikoline. 
Zarobiłaś w ten sposób na kontrakt i przespałaś się z Kristianem, żebym stąd wyjechała. Ale 
mogę  ci  powiedzieć  tylko  jedno:  ja  zostaję!  I  od  tej  pory  najlepiej  zrobisz,  jeśli  będziesz 
potulna jak owieczka. Nie zapomnij, że to ja o tobie decyduję. A teraz możesz iść. 
 

Pokojówka zniknęła w jednej chwili, Elizabeth zaś wolno wypuściła powietrze z ust. 

Tym  razem  pokazałam,  gdzie  jest  jej  miejsce,  ale  ona  na  pewno  nie  podda  się  tak  łatwo, 
pomyślała. 

 

 
Rozdział 13 
 
 

Słońce  zaglądało  do  środka  przez  świeżo  wypucowane  okna,  a  w  kuchni  pachniało 

mydłem  sodowym  Elizabeth  zrobiła  sobie  krótka  przerwę  w  sprzątaniu.  Rzuciła  szybkie 
spojrzenie  na  Ane,  która  energicznie  tarła  ściereczką  jedno  z  krzeseł,  a  potem  popatrzyła 
przez  okno.  W  tym  roku  wcześnie  nastała  wiosna  i  prawie  cały  śnieg  już  stajał.  To  jak 
zaczynanie  wszystkiego  od  nowa,  pomyślała  Elizabeth.  Zarówno  w  domu,  jak  i  na  dworze 
pachniało  świeżością.  Najgrubsze  zimowe  ubrania  można  było  spakować  i  wynieść,  a  za 
miesiąc  podbiały  wysuną  swoje  żółte  główki  niczym  małe  słoneczka.  To  właśnie  w  takich 
chwilach Elizabeth czuła, że naprawdę żyje. 

background image

 

75

 

Zatrzymała  wzrok  na  małej  szarej  chacie  za  zakrętem.  Wiele  razy  w  ciągu  zimy 

odwiedzała  rodzinę  Amandy  i  zanosiła  jedzenie,  a  także  ubrania.  W  tym  czasie  najmłodszy 
chłopczyk urósł i się zaokrąglił, a pozostałe dzieci również nabrały zdrowszego wyglądu.  
Tak  czy  owak,  najgorszy  okres  minął.  Wkrótce  wróci  gospodarz  i  przywiezie  pieniądze, 
Amanda zaś znów będzie mogła pójść na służbę. 
 

Elizabeth  rzuciła  ukradkowe  spojrzenia  na  Nikoline,  która  prasowała  ubrania.  Nie 

mogła rozgryźć tej dziewczyny. Wydawało się, jak gdyby służącą otaczał szalony klosz, przez 
który nikt nie był w stanie przeniknąć. 
 

- Cieszę się, że niedługo zacznie się szkoła – usłyszała głos Marii. 

 

- Lubisz tam chodzić? – spytała Gurine. 

 

- O, tak. Nie masz pojęcia, jak świetnie jest w szkole! Nauczyciel jest miły i jest tyle, 

dzieci, z którymi mogę się bawić. Tylko chłopcy czasami są niegrzeczni – dodała zamyślona. 
– Ciągną dziewczynki za włosy, ale ja im oddaję i teraz już nie mają odwagi mi dokuczać. 
 

- Dobrze, że potrafisz się odgryźć – pochwaliła ją Helene. – Rób tak dalej. 

 

Elizabeth  zaczęła  rozwieszać  białe  koronkowe  firanki  i  dalej  rozmyślała.  Nikoline  w 

każdym razie robi  wszystko, o co ją poprosić. Nagle zastygła w bezruchu, bo przypomniała 
sobie,  co  się  wydarzyło  tydzień  temu.  Pokojówka  spytała  ją:  „A  jak  nazwałabyś  kristiana, 
skoro  mnie  nazywasz  dziwką?”  .  „Sam  może  na  to  odpowiedzieć,  kiedy  wróci  do  domu”, 
odparła  wtedy  Elizabeth.  Od  tamtego  czasu  Nikoline  stała  się  jeszcze  bardziej  milcząca  i 
nieobecna. 
 

Elizabeth  otrząsnęła  się  z  ponurych  myśli  i  powiodła  wzrokiem  po  kuchni.  Ogólnie 

rzecz biorąc, skończyli porządki. 
 

-  Mario,  Ane,  czy  chcecie  zobaczyć  jagniątka,  które  urodziły  się  dzisiaj  w  nocy?  – 

spytała. 
 

- O, tak! – zawołała Maria, wykręcając ścierkę. – Właśnie sprzątnęłam. 

 

- Ja też – zawtórowała jej Ane i z plaskiem rzuciła swoją morką ścierkę na podłogę. 

 
 

-  O,  jakie  ładne!  –  westchnęła  Ane  zachwycona  i  oparła  małe  rączki  na  kolanach.  – 

Patrz, jakie mają loczki. Czy jedna może być moja? 
 

- Oczywiście – odparła Elizabeth. 

 

- No to niech będzie ta. Ale muszę ją zabrać do mojego łóżka. 

 

Maria przewróciła oczami. 

 

- Nie możesz wziąć jagniątka do domu. Ono musi zostać tu w oborze, rozumiesz? 

 

Elizabeth przykucnęła obok córeczki. 

 

-  To  prawda,  co  mówi  Maria.  Ta  owieczka  musi  mieszkać  w  oborze,  bo  inaczej  tu 

przychodzisz na nią popatrzeć tak często, jak tylko będziesz chciała. 
 

- A czy mogę ją ponosić? 

 

- Nie, ona jest dla ciebie za duża – uśmiechnęła się Elizabeth. 

 

Jagnię zaczęło ssać matkę. Wymachiwało przy tym szybko malutkim ogonkiem tam i 

z powrotem, że dziewczynki zaniosły się od śmiechu. 
 

-  Niedługo  wypuścimy  je  na  powietrze  –  powiedziała  Elizabeth.  –  Zobaczycie,  jak 

będą fikać! 
 

-  Tak,  muszą  się  przyzwyczaić  do  przebywania  na  dworze,  zanim  pójdą  w  góry  – 

wyjaśniła  Ane  rezolutnie  ciocia  Maria.  –  Ale  wtedy  Kristian  i  Ole  będą  już  w  domu.  – 
Zerknęła na Elizabeth. – Kiedy oni wrócą? 
 

- W każdej chwili, jaki sądzę. 

 

Nie była  całkiem pewna, czy  cieszy się, czy obawia powrotu Kristiana.  Świadomość 

tego niepokoiła ją. Nie takie uczucia powinna mieć żona, kiedy mąż wraca z połowów. 
 

Trzy  dni  później  Elizabeth  poszła  do  spiżarni  sprawdzić  zapasy  żywności.  Jedzenia 

ubywało szybciej niż zwykle, bo sporą część rodzinie Amandy, ale sami nie cierpieli biedy. 

background image

 

76

 

Popatrzyła na Ane. Dobrze mieć świadomość, że dzieci codziennie mogą najeść się do 

syta, pomyślała. W tym momencie usłyszała, jak Maria krzyczy na dziedzińcu: 
 

- Płyną! Kristian i Ole wracają! 

 

Elizabeth  wyprowadziła  Ane  ze  spiżarni  i  spojrzała  w  dal.  Dziewczynki  od  razy 

popędziły na brzeg. Kristian przysłał żonie cztery listy. Jeden o tym, że dotarli szczęśliwie na 
miejsce, dwa długie i jeden krótki, że wkrótce wracają. Nie odpowiedziała na żaden z nich i 
liczyła się z tym, że mąż zapyta ją, dlaczego. Mimo że miała dużo czasu, nie znalazła jeszcze 
odpowiedniego wytłumaczeni. A prawda była taka, że zaczynała kilka listów, ale żadnego nie 
była w stanie dokończyć. 
 

Dziewczynki dotarły na brzeg i zniknęły w objęciach mężczyzn. Potem Kristian wziął 

Ane na ręce i tak głośno rozmawiali i śmiali się, że słyszała ich z daleka. Spojrzała w stronę 
domu. Może służba widziała ją przez okno i dziwiła się, dlaczego nie zeszła na dół przywitać 
się  z  mężem?  Nie,  zachowała  się  jak  przestało  na  kochającą  żonę.  Nie  sprawi  radości 
Nikoline  i  nie  pokaże  jej,  że  żywi  do  Kristiana  urazę,  pomyślała  i  stanowczym  krokiem 
ruszyła na jego powitanie. 
 

Kristian  spojrzał  na  nią  i  Elizabeth  poczuła,  jak  bardzo  mimo  wszystko  za  nim 

tęskniła.  serce  zabiło  jej  szybciej  i  radość,  że  wszyscy  wrócili  cało,  przesłoniła  na  moment 
cały smutek i ból. 
 

- Witaj w domu! – powiedziała i uścisnęła wolną rękę męża. – Witaj i ty, Ole – dodała. 

 

Oczy  Kristiana  są  nadal  takie  samo  czarne  i  żarliwe,  pomyślała  i  poczuła,  że  krew 

zaczyna pulsować jej w żyłach. Nie chcę go stracić. Nigdy! 
 

-  Dostałam  malutką  owieczkę  –  pochwaliła  się  Ane  i  uszczypnęła  Kristiana  w 

nieogolony policzek. – Au, Au, kłuje! – stwierdziła z grymasem. 
 

Roześmiał się. 

 

-  Może  pobiegniecie  obie  z  Marią  do  domu i  uprzedźcie  wszystkich,  że  wróciliśmy? 

Niech służba przygotuje balię wody i czyste ubrania. 
 

Dziewczynki skinęły głowami i puściły się pędem w górę. 

 

- Pójdę po taczkę, to załadujemy na nią skrzynie – zaproponował Ole. 

 

-  Dobrze  –  odparł  Kristian  bezwiednie.  Nie  odrywał  od  Elizabeth  wzroku.  Kiedy 

zostali sami, podszedł do niej  wziął ją w swe silne ramiona. 
 

-  Bóg  jeden  wie,  jak  bardzo  mi  ciebie  brakowało,  Elizabeth  –  mruknął  tuz  przy  jej 

włosach. – Tęskniłem za tobą i cieszyłem się, że wkrótce znów cię przytulę. 
 

Elizabeth musiała kilka razy przełknąć ślinę, nim mogła odpowiedzieć.  

 

-  Ja  także  za  tobą  tęskniłam  –  wyznała,  a  każde  słowo  płynęło  z  serca.  Co  było, 

minęło, pomyślała i poczuła, ze dopiero teraz naprawdę podjęła decyzję.  Co się stało, to się 
nie odstanie, i nie da się tego zmienić. Najważniejsze, że Kristian jest w domu. Powiedział, że 
mu jej brakowało, i wiedziała, ze mówił szczerze. 
 

- Dlaczego nie odpowiadałaś na moje listy? – spytał. 

 

- Poczuła się nieswojo i popatrzyła na morze. 

 

- Nie umiem pisać listów – odparła w końcu. – Wiele razy próbowała, ale brzmiały tak 

głupio, że wszystkie kartki wyrzuciłam. 
 

- jestem pewien, że to były piękne słowa. Najpiękniejsze na świecie – rzekł i pogładził 

ją po włosach i policzku. – Chodźmy do domu. 
 

-  Pomóż  nanosić  wody  –  poleciła  Elizabeth  Nikoline,  kiedy  weszli  do  środka.  – 

Przygotuj  balię  w  pralni.  A  ja  pójdę  po  czyste  ubrania.  –  Zauważyła,  że  pokojówka  chciała 
zaprotestować,  więc  przypomniała  jej,  zanim  tamta  zdążyła  coś  powiedzieć:  -  Jesteś  tutaj 
służącą, więc rób, co ci każę. 
 

Potem  szybko  poszła  na  poddasze,  czując,  jak  mocno  bije  jej  serce.  Po  raz  pierwszy 

zachowała się wobec Nikoline tak stanowczo. Sprawiło jej to przyjemność. 
 

background image

 

77

 

Elizabeth  obawiała  się,  że  w  prezencie  z  podróży  dostanie  jedwabny  szal.  Gdyby 

Kristian jej go przywiózł, to nie wiedziałby, jak zareagować. Miała już bowiem jeden – ten, 
który  podarował  jej  Jens,  kiedy  nazwał  ją  Córką  Morza.  Ale  okazało  się,  że  Kristian  kupił 
grzebień, lusterko i srebrną szczotkę do włosów. 
 

- Proszę bardzo – powiedział, wręczając jej upominek. 

 

Przyjęła prezent z wahaniem. 

 

- Kochany, to zbyt wiele! Nie mogę tego przyjąć. 

 

-  Masz  włosy  jak  czyste  złoto  –  odparł.  –  Dlatego  zasługujesz  tylko  na  to,  co 

najlepsze. 
 

Pamiętała  czasy,  gdy  służyła  w  Dalsrud.  Wtedy  Kristian  też  mawiał,  że  jej  włosy  są 

jak złoto. Teraz ten wspaniały prezent był wymownym wyrazem jego uczuć. 
 

Maria i Ane dostały materiał na sukienki – cienką bawełnę w drobną kratkę. Do tego 

zapakowane  w  ozdobny  papier  koronki  i  wstążki  do  włosów.  Dziewczynki  podziękowały 
rozpromienione i pobiegły szybko do kuchni, żeby się pochwalić. 
 

Kristian podszedł do sofy, na której siedziała Elizabeth. 

 

- Jak ci tu było beze mnie? 

 

- Okropnie! – odparła zgodnie z prawdą. 

 

- Mnie tez. Tak bardzo za tobą tęskniłem. Aż do bólu. 

 

Czy myślał również o Nikoline? – zastanowiła się chyba po raz setny. 

 

-  Kristianie  –  zaczęła  z  wahaniem,  pociągając  za  jakąś  luźną  nitkę.  –  Czy  ty…  czy 

kiedykolwiek po naszym ślubie myślałeś o innej kobiecie? 
 

Pogładził ją szorstkim palcem po policzku. 

 

- Nigdy. Nigdy od chwili, kiedy cię po raz pierwszy spotkałem. 

 

Nie wypada więcej pytać, pomyślała. Złożyła sobie obietnicę, że będzie żyć dalej, nie 

oglądając się za siebie, i powinna jej dotrzymać bez względu na to, czy ją teraz okłamywał, 
czy nie. 
 

-  Już  nie  mogę  się  doczekać  dzisiejszej  nocy  –  szepnął  jej  na  ucho.  Przez  moment 

poczuła pożądanie, które ogarnęło ją niczym ogień. Zaraz jednak pojawiła się bolesna myśl o 
tym,  co  powiedziała  jej  Nikoline,  i  ugasiła  ten  płomień.  Elizabeth  wstała  szybko  i  przetarła 
twarz. 
 

- Strasznie boli mnie głowa – skłamała. 

 

- Nie masz ziół, które by ci pomogły? 

 

- Nie. 

 

Kolejne kłamstwo. 

 

-  To  chyba  dlatego,  że  ostatnio  za  mało  sypiam  –  łgała  dalej.  Jej  głos  brzmiał 

nienaturalnie wysoko. 
 

-  Moja  maleńka  Elizabeth  –  mruknął  i  przytulił  ją.  –  Teraz  będziesz  mogła  spać,  ile 

tylko zechcesz. Ale byłbym szczęśliwy, gdybyś dziś w nocy usnęła na moim ramieniu.  
 

Elizabeth  zamknęła  oczy.  Odczuła  ulgę.  A  więc  zyskała  trochę  czasu.  Później  może 

się przełamie, ale w tej chwili myśl, że mogłaby położyć się obok niego naga, wydała jej się 
nieznośna. 
 
 

Maria  i  Ane  nie  rozstawały  się  z  prezentem  od  Kristiana;  wzięły  go  ze  sobą  nawet 

wtedy, gdy szły spać na poddasze. Elizabeth obiecała, że gdy tylko nadarzy się okazja, uszyje 
im z otrzymanego materiału nowe sukienki. Ane najbardziej cieszyła się z koronek i wstążek 
do włosów i za nic nie chciała ich oddać. 
 

Kiedy córeczka zasnęła, Elizabeth usiadła na brzegu łóżka Marii. 

 

- Będziesz jeszcze chodziła do Amandy? – spytała dziewczynka i ułożyła się na boku, 

podpierając dłonią policzek. 
 

- Być może. Dlaczego pytasz? 

background image

 

78

 

- Chciałabym pobawić się z Amandą. 

 

- Hm… nie wiem. Amanda skończy niedługo czternaście lat i będzie prawie dorosła. 

 

- Szkoda… Ale mam przecież Ane. Bardzo ją kocham – wyznała Maria poważnie. – 

Tylko że ona jest taka malutka i głupiutka. Wiesz, co dzisiaj mówiła? 
 

Elizabeth pokręciła głową. 

 

- Opowiadała, że jutro idzie do szkoły. A kiedy jej wyjaśniłam, że jest jeszcze za mała, 

wpadła w złość i poszła poskarżyć się Gurine. 
 

Elizabeth  potrafiła  to  sobie  wyobrazić.  W  takich  sytuacjach  Ane  zwykle  szukała 

pociechy u starej kucharki. Może ona i Maria były nieraz dla niej zbyt surowe? 
 

- A potem dostała cukier od Gurowe, zwróciła, Gurine uwagę, żeby tego nie robiła, bo 

Ana była niegrzeczna, to ona też mi dała cukru i powiedziała, ze obie jesteśmy księżniczkami. 
Myślę, ze kucharka zaczyna się starzeć i trochę jej się miesza w głowie. 
 

- Ależ Mario, nie wolno ci tak mówić! – ofuknęła ją Elizabeth ze śmiechem. 

 

- Tylko nie powtarzaj nikomu, ze tak powiedziała, - szepnęła Maria szybko. 

 

- Nie powiem. Ale teraz kładź się i śpij. Dobranoc. 

- Elizabeth wstała i zdmuchnęła świecę. 
 

-  Dobranoc,  Elizabeth.  Wiesz  co…?  Pamiętasz  tę  noc,  kiedy  poszłaś  do  mamy 

Amandy? Bała się, że Ane się obudzi i przestraszy, że cię nie ma, więc siedziałam przy niej i 
czuwałam. 
 

Elizabeth odwróciła się na pięcie. 

 

- Nie spałaś przez cały ten czas, kiedy mnie nie było? – spytała ochrypłym Gosem. 

 

-  Tak,  nawet  wtedy,  kiedy  Kristian  poszedł  już  spać.  On  mówi  do  siebie,  kiedy  jest 

zdenerwowany. Wiedziałaś o tym? 
 

-  Nie  –  przyznała.  Cieszyła  się,  że  w  pokoju  było  ciemno,  bo  poczuła,  jakby  krew 

odpłynęła jej z głowy. – Opowiedz mi o tym, Maryjko. 
 

-  No  więc  nie  mogłam  spać  i  usłyszałam,  że  ktoś  zapukał  do  drzwi  na  dole  i  zaraz 

potem  wyszłaś.  Bałam  się,  ze  już  nigdy  nie  wrócisz.  Chciałam  obudzić  Kristiana,  ale  tylko 
uchyliłam  drzwi  do  waszej  sypialni,  żeby  czuć  się  bezpieczniej.  I  wtedy  przypomniałam 
sobie, że przecież ten obrzydliwy złodziej nie żyje i że Kristian może nas pilnować. Prawda? 
 

Elizabeth skinęła głową. 

 

- Tak, to prawda – przyznała. 

 

-  Ale  Kristian  tylko  spał  i  spał  –  mówiła  dalej  Maria.  –  Chrapał  tak  głośno,  że 

usiadłam na łóżku i zaczęłam nasłuchiwać, czy Ane się nie obudzi. I wtedy przyszło mi  do 
głowy, że przy okazji mogłabym popilnować Kristiana, tak na wszelki wypadek. 
 

-  Nie  spałaś  aż  do  mojego  powrotu?  –  spytała  Elizabeth,  wstrzymując  oddech  z 

napięcia. 
 

-  Tak,  słyszałam,  jak  rozmawiałaś  z  Kristianem,  i  dopiero  wtedy  się  położyłam  i 

zasnęłam. Ale dałam radę wcześnie wstać rano, prawda? 
 

-  Tak,  jesteś  bardzo  dzielna  –  pochwaliła  ją  Elizabeth  czule.  –  Najdzielniejsza  na 

ś

wiecie, moja mała Maryjko. – Pochyliła się, pocałowała siostrę w pliczek i cichutko wyszła. 

 

A więc Nikoline kłamała, śpiewało jej w duszy. Pokojówka w dniu ich ślubu obiecała 

jej  kłopoty.  Pewnie  miesiącami  obmyślała  plan  zemsty  i  czekała  na  odpowiedni  moment. 
Elizabeth  zacisnęła  pięści;  czuła,  jak  napinała  jej  się  mięśnie  szczęki.  Miarka  się  przebrała. 
Nikoline posunęła się za daleko. 
 

Elizabeth  czuła,  że  nie  jest  w  stanie  zejść  na  dół  do  reszty  domowników,  więc 

wymknęła się do suszarni na strychu i zdjęła ze sznura część bielizny, która już wysłuchiwała, 
gdy ktoś się zastanawiał, gdzie się podziewała, będzie miała wymówkę. 
 

Poszła  do  sypialni,  usiadła  na  łóżku  i  zaczęła  składać  bieliznę.  Dobrze,  że  nie 

wspomniała Kristianowi o tym, co naopowiadała jej Nikoline, pomyślała z ulga. Że też mogła 
zwątpić  w  jego  uczucia,  a  wierzyć  tej  ladacznicy!  Ogarnęła  ją  wściekłość.  Nikoline  mała 

background image

 

79

wprawdzie pisemne zobowiązanie Leonarda i trudno będzie to zmienić. Nie wiadomo, co by 
nagadała we wsi, gdyby wyrzucili ją ze służby w Dalsrud. Mogłaby nawet wpaść na pomysł, 
ż

eby pójść na skargę do lensmana. Nie, Elizabeth nie chciała rozgłosu. Teraz ona wykaże się 

sprytem. I w jej głowie zaczynał się zarysowywać  pewien plan. 
 
 

Zdążyła poukładać bieliznę, gdy przyszedł Kristian.  

 

 

- I jak tam twój ból głowy, moje biedactwo? – spytał z troską. 

 

-  O,  już  mi  dużo  lepiej  –  odparła  z  uśmiechem  i  wstała.  –  Właściwie  całkiem  mi 

przeszło. 
 

-  Tak  mówisz?  –  Zaczął  ostrożnie  rozpinać  jej  suknię.  –  Może  jednak  nie  chcesz 

jeszcze spać? 
 

- Nie, całkiem mi się odechciało – zapewniła, czując, zdejmował z niej ubranie. Ona 

także  sztuka  po  sztuce  zdejmował  z  niej  ubranie.  Ona  także  go  rozebrała.  Ręce  drżały  jej  z 
podniecenia, kiedy ostatnia część bielizny opadła na podłogę.  
 

-  Pozwól,  że  rozpuszczę  ci  włosy  –  mruknął  i  zaczął  wyjmować  szpilki,  aż  jej  jasne 

włosy opadły w dół. Miękko niczym jedwab łaskotały jej nagą skórę. 
 

-  Moja  Elizabeth  –  szepnął  i  zaniósł  ją  na  łóżko.  Jego  ciało  było  twarde,  mocne  i 

sprężyste. Rozkoszowała się jej dotykiem. 
 

- Pragnę cię. Chcę spróbować, jak smakujesz – rzekł, patrząc jej w oczy. 

 

Czuła  drżenie  między  udami,  kiedy  ssał  jej  brodawkę,  a  potem  drugą.  Jego  usta 

przesuwały się w dół brzucha, całował ją, lizał. Kiedy zatrzymał się w okolicy krocza, jęknęła 
i zdławionym głosem wykrzyknęła: 
 

- Nie. 

 

Nie chciała mu na to pozwolić, ale kiedy jej uda musnął jego ciepły oddech, a zaraz 

potem jego język dotknął jej łona, nie miała siły się sprzeciwić. 
 

Uniósł ją na wysokości, których istnienia nawet nie podejrzewała. Następnie podpełzł 

wyżej  i  położył  się  obok,  czekając,  aż  ona  trochę  ochłonie,  po  czy,  pocałował  ją  długo  i 
pożądliwie.  Zdała  sobie  sprawę,  ze  czuje  smak  własnych  soków,  i  ponownie  ogarnęło  ją 
podniecenie. Kiedy chwilę później wszedł w nią, krzyknęła cicho z rozkoszy. 
 

Stało się tak, jak powiedział – zasnęła na jego ramieniu. Wszystkie miesiące tęsknoty, 

smutku i bólu jakby przestały istnieć, gdy zapadła w sen. 
 
 

Następnego  ranka  obudziła  się  wyjątkowo  wcześnie  i  wpatrywała  się  w  ciemność 

panującą  w  sypialni.  Jej  myśli  powędrowały  ku  Nikoline.  Obiecała  sobie,  że  nie  będzie 
wracała  do  przeszłości,  ale  to  było  wtedy,  kiedy  podejrzewała  Kristiana  o  zdradę.  Teraz 
sprawy  przedstawiały  się  całkiem  inaczej.  Musi  raz  na  zawsze  położyć  kres  nikczemnością 
Nikoline, postanowiła. Cicho, żeby nie obudzić Kristiana, ubrała się i wymknęła do kuchni. 
 

Miała nadzieję, ze zastanie Nikoline samą, ale cała służba zebrała się już wokół stołu. 

Wszyscy powiedzieli jej dzień dobry, a Elizabeth z uśmiechem skinęła im głową.  
 

-  Zrobiłaś  już  kawę  –  zwróciła  się  do  Gurine  i  podniosła  dzbanek.  –  Musze  wypić 

filiżankę, żeby się rozbudzić. 
 

Porozmawiała ze służbą o wszystkim i o niczym, czekając, aż Ole wstanie i wyjdzie 

następna podniosła się Helene. 
 

- Musze iść do obory, żeby do śniadania uporać się z robotą. 

 

- Nie, zostań. Od dzisiaj Nikoline będzie się zajmować obrządkiem – oznajmiła głośno 

i utkwiła wzrok w pokojówce. Nikoline pobielała na twarzy i mocno chwyciła za kant stołu. 
 

- Co to ma znaczyć? – spytała. 

 

- To, że od dziś ty i Helene zamieniacie się obowiązkami. 

 

-  Dlaczego?!  –  krzyknęła  Nikoline  i  poderwała  się  tak  gwałtownie,  że  przewróciła 

krzesło. 

background image

 

80

 

- Dlatego, ze to ja decyduję w Dalsrud – odparła Elizabeth i odstawiła filiżankę. 

 

-  Pójdę  się  poskarżyć  Kristianowi  –  zagroziła  Nikoline,  ale  Elizabeth  chwyciła  ją 

mocno za ramię, gdy tamta chciała przejść obok. 
 

-  Nigdzie  nie  pójdziesz.  Marsz  do  obory!  –  syknęła  jej  di  ucha.  –  Nie  zamierzam 

więcej tolerować twoich niegodziwości, Nikoline, słyszysz? 
 

- Nie zrobiła nic złego – zaprotestowała służąca. 

 

-  Porozmawiamy  o  tym  na  osobności,  ja  i  ty  –  odrzekła  Elizabeth  i  pociągnęła  ją  za 

sobą do salonu. Zamknęła z trzaskiem drzwi i wskazała na krzesło. – Siadaj! 
 

Pokojówka usiadła z ociąganiem. 

 

- Kłamałaś, mówiąc, że poszłaś do łóżka z moim mężem – zaczęła Elizabeth i stanęła 

przed nią wyprostowana. 
 

- Nie kłamałam – zaprzeczyła Nikoline, zadzierając głowę. 

 

Elizabeth spojrzała na nią lodowatym wzrokiem. 

 

- Mogę zmienić twoje życie w istne piekło, jeżeli nie powiesz prawdy. Mam dowody, 

ż

e  pikane  opowieści,  którymi  mnie  raczyłaś,  to  tylko  twój  wymysł.  A  więc:  skąd  wiesz,  że 

Kristian ma znamię w pachwinie? 
 

- Już mówiłam – upierała się służąca, ale jej głos nie brzmiał zbyt pewnie> 

 

- Ostrzegam cię, Nikoline! 

 

-  Mam  kontrakt,  który  gwarantuje  mi  dożywotnią  służbę  –  zauważyła  pokojówka  z 

wahaniem. 
 

- Nie dbam o to. Odpowiedz na moje pytanie! 

 

Nikoline milczała tak długo, że Elizabeth już się obawiała, ze nie uzyska odpowiedzi. 

Ale nagle dziewczyna wyznała cicho. 
 

- Zobaczyłam to, kiedy się kąpał. 

 

Elizabeth otworzyła szeroko oczy ze zdumienia. 

 

- Podglądałaś mojego męża w kąpieli?! – spytała z niedowierzaniem. – Aż tak nisko 

upadłaś? 
 

- Przypadkiem przechodziła, obok i… i… no, zerknęłam tylko niechcący… 

 

Elizabeth skrzyżowała ręce na piersiach i zamknęła oczy ze złości i bezsilności. 

 

- Powiesz o tym Kristianowi? – spytała służąca cienkim głosem. 

 

Elizabeth  spojrzała  na  nią.  Jeżeli  to  jest  gra,  to  Nikoline  świetnie  udaje.  Okazuje 

skruchę, ale nie z powodu tego, co zrobiła.  Lecz dlatego, że została udobruchać, pomyślała, 
zaciskając usta. 
 

-  Zobaczę  –  odparła  powoli.  –  Tak  czy  owak,  musisz  się  pośpieszyć.  Przebierz  się  i 

biegnij do obory. Już dawno powinnaś tam być. Zwierzęta czekają. 
 

Nikoline poderwała się i spojrzała na nią z wściekłością. 

 

- Przecież przyznałam się do tego, o co mnie prosiłaś. Nie możesz więc wysłać mnie 

do  obory.  Moje  ręce  nie  nadają  się  do  zagarniania  widłami  gnoju  i…  -  Wyciągnęła  przed 
siebie długie, białe palce. 
 

- Przecież nie obiecywałam, że coś cię ominie, jeżeli się przyznasz – odparła Elizabeth 

spokojnie.  –  No,  ruszaj do  obory,  zanim  ci  wynajdę  coś  jeszcze!  –  popchnęła  służącą  przed 
sobą i patrzyła, jak znika w swojej klitce, pieniąc się ze złości. 
 

Helene  i  Gurine  siedziały  po  obu  końcach  stołu  i  z  szeroko  otwartymi  oczami 

wpatrywały się w Elizabeth, kiedy zamykała za sobą drzwi do salonu. 
 

- Co się dzieje? – spytała w końcu Helene. 

 

- Nic poza tym, co powiedziałam. Nikoline pójdzie do obory, tylko zmieni ubranie. 

 

Po chwili służąca pojawiła się znowu. 

 

- Przebrałam się – oznajmiła krótko i wyszła z kuchni. 

 

- Wszystko opowiem ci później – szepnęła Elizabeth do Helene. 

background image

 

81

 

Teraz  musiała  pójść  na  górę  obudzić  Kristiana.  Powinna  przygotować  go  na  nową 

wiadomość o zamianie obowiązków, którą zarządziła. Prawdopodobnie on wcale się tym nie 
przejmie. Na pewno uzna, ze decyzja należy do niej. 
 
Rozdział 14 
 
 

Na drzewach zaczęły się już zielenić drobne listki, ale na niektórych gałęziach wciąż 

jeszcze  było  widać  miękkie,  nabrzmiałe  pączki.  Dorte  zdejmowała  ze  sznurów  świeżo 
wypraną pościel, która przez dwa dni wisiała na dworze, żeby wiosenne słońce ją wybieliło. 
Dorte wsunęła w nią nos i wciągnęła zapach słońca, wiatru i mydła domowej roboty. 
 

Usłyszała  kukułkę  gdzieś  wysoko  na  wzgórzu.  Mówiono,  że  jeżeli  usłyszy  się  ją  w 

ciemnym lesie, będzie brzydkie lato, ale Dorte nie bardzo w to wierzyła. Zobaczyła Jakoba, 
idącego przez dziedziniec, i zapiekło ją pod powiekami. 
 

- Dlaczego on tak mnie traktuje? – szepnęła i mocniej przyciągnęła do piersi pościel, 

którą niosła. 
 

Ostatnio  stali  się  dla  siebie  jakby  obcy  ludzie.  Ważyli  każde  słowo,  zanim  je 

wypowiedzieli.  Nie  wiedziała,  kiedy  to  się  zaczęło,  po  prostu  jakoś  tak  samo  z  siebie, 
niepostrzeżenie,  bez  żadnej  kłótni.  Poprawiła  kilka  luźnych  kosmyków  włosów.  Jakob  już 
dawno  nie  targał  jej  włosów  i  dawno  nie  powiedział  dobrego  słowa,  pomyślała  z  żalem.  A 
jeszcze więcej czasu upłynęło, odkąd ostatnio szukali bliskości w łóżku tego szczególnie jej 
brakowało. Bliskości, ciepła, poczuć bezpieczeństwa i pieszczot. Wtedy czuła, że żyje! Czy to 
już nic dla niego nie znaczy? 
 

Powędrowała  wzrokiem  do  swojego  domu  w  Neset.  Czy  nadszedł  czas,  żeby  tam 

wrócić?  Czy  w  Heimly  nie  jest  już  mile  widziana?  Nie  wolno  mi  zapominać,  że  byłam  tu 
tylko służącą, pomyślała. Jakob przecież nigdy jej niczego nie obiecywał, nigdy nie mówił, że 
ją  kocha,  nigdy  nie  wspomniał  o  małżeństwie.  Ta  myśl  uderzyła  ją  dopiero  teraz.  Owszem, 
mówił, że jest łagodna, ładna i dobra, ale nigdy nie wyznał, że ją kocha. 
 

Poczuła łzę na policzku i otarła ją. Mathilde dobrze sobie radziła; dużo się nauczyła, 

odkąd  jest  z  nami.  Może  najwyższa  pora  się  wyprowadzić?  Dorte  pomyślała  o  Elizabeth. 
Dawno się nie  widziały. Od Bożego Narodzenia, kiedy byli u niej na  weselu. Może ona też 
czuła się zbędna wtedy, kiedy wróciła do Dalen? 
 

Biedna Elizabeth, westchnęła Dorte. Że też tego wtedy nie rozumiała. Powinna ją była 

zatrzymać i powiedzieć, że jest im potrzebna. Tak, tak. Teraz jest już za późno. Elizabeth ma 
własne  służące.  Jeżeli  był  ktoś,  komu  Dorte  szczerze  życzyła  powodzenia,  to  właśnie  jej, 
Elizabeth. Pochyliła głowę i weszła do domu. 
 

Daniel podniósł wzrok znak drewnianego konika, którym się bawił. Poczuła ukłucie w 

sercu. Odniosła wrażenie, że chłopiec ostatnio stał się bardziej milczący i zamknięty w sobie. 
Spróbowała  otrząsnąć  się  ze  smutnych  myśli,  popatrzyła  na  Mathilde  i  wrzuciła  żar  do 
ż

elazka. 

 

-  Co  słychać  u  moich  chłopców?  –  spytała  beztrosko  i  uśmiechnęła  się  do  Daniela  i 

Fredrika. 
 

-  Wszystko  dobrze  –  odparł  Daniel  i  znowu  zajął  się  zabawą.  –  Idę,  idę  zaraz  zjem 

Fredrika! – powiedział, udając, że jest koniem. 
 

Fredrik roześmiał się, zachwycony. 

 

Latem  skończy  roczek,  pomyślała  Dorte  i  przyjrzała  się  malcowi  uważnie. 

Odziedziczył  ciemne  włosy  po  ojcu  i  szare  oczy  po  matce.  Był  tak  dobrym  i  pogodnym 
dzieckiem,  i  kochała  go  tak  bardzo,  jakby  był  jej  własnym  synkiem.  Prawie  tak  samo  jak 
Daniela. A może po prostu trochę inaczej, tak jak Indianne i Olava. W każdym razie pragnęła 
ich wszystkich ustrzec od wszelkiego zła. 

background image

 

82

 

-  Żelazko  chyba  już  się  nagrzało  –  zauważyła  Mathilde.  Dorte  podskoczyła 

przestraszona.  –  Zamyśliłaś  się?  –  spytała  służąca  i  na  kilka  sekund  podniosła  wzrok  znad 
robótki. 
 

- Nieźle sobie radzisz – stwierdziła Dorte, unikając odpowiedzi na pytanie. 

 

- Tak, teraz dobrze mi idzie – przytaknęła Mathilde. – To dzięki tobie.  nikt inny nie 

potrafił mnie tego wcześniej nauczyć. 
 

Dorte  wzięła  żelazko  i  podeszła  do  kuchennego  stołu.  Tak,  Mathilde  dobrze  sobie 

radziła.  Nie  tylko  z  robótkami  na  drutach,  ale  ze  wszystkim  innym.  Uczyła  się  powoli,  ale 
robiła postępy. Trzeba było tylko mieć dla niej cierpliwość. 
  

- Daniel ostatnio rzadko przebywa z Jakobem – zagadnęła Mathilde. 

 

Mathilde  zbyt  często  szczerze  mówiła  to,  co  myślała.  Tego  nie  uda  się  jej  oduczyć, 

pomyślała Dorte. Starała się panować nad głosem, kiedy odpowiedziała. 
 

- Jakob ma za dużo zajęć, żeby jeszcze bawić się z dziećmi. 

 

- Przedtem też był zajęty, ale teraz jest jakiś inny – stwierdziła Mathilde. 

 

Dorte szybko prasowała poszewki na poduszki. 

 

-  Teraz  ma  chyba  więcej  pracy  –  odparła  krótko.  Ale  słowa  Mathilde  nie  dawały  jej 

spokoju, nie opuszczały jej przez resztę dnia. Jeśli inni też zauważyli, że Jakob zachowuje się 
dziwnie,  to  pewnie  sobie  tego  nie  ubrdała.  Ciężko  było  to  przyznać,  ale  to  prawda, 
stwierdziła. 
 
 

Tego wieczoru długo nie mogła zasnąć. Jakob dobrze sobie radzi z pomocą Mathilde, 

myślała. Będzie więc musiała wyprowadzić się z Danielem z powrotem do Neset. Westchnęła 
cicho. Podjęła już decyzję. To nie było łatwe, ale konieczne. Myśląc o tym, powoli zapadła w 
sen. 
 

Ś

niło jej się, że zmywała naczynia. Do kuchni weszła Ragna. 

 

- Czy ty nie umarłaś? – spytała ze zdumieniem, lecz spokojnie. 

 

- Umarłam, ale wróciłam, żeby zobaczyć, jak się wam wiedzie – odparła Ragna. 

 

- Hm.  No, to widzisz. Mamy się dobrze, ale niedługo wyprowadzam się z powrotem 

do Neset. Jakob już mnie nie potrzebuje. 
 

Ragna  nie  od  razu  odpowiedziała.  Zdawało  się,  jakby  nie  dosłyszała  słów  Dorte. 

Utkwiła w niej wzrok. 
 

- Wróciłam na ziemię, żeby wyhodować białego wilka – przemówiła nagle. 

 

- Co takiego? 

 

-  Tam  widzisz  pierwszy  okaz,  który  udało  mi  się  uzyskać.  –  Ragna  wskazała  na 

czarnego kota. Którego nazywali Nilsem. 
 

-  Na  pewno  dobrze  myślała,  ale  ten  tutaj  to  tylko  stary  kot  –  zauważyła  Dorte 

łagodnie. – Może białego wilka masz gdzie indziej? 
 

Wtedy Ragna się uśmiechnęła. Popatrzyła na Dorte z czułością. 

 

-  Jesteś  dobra,  Dorte.  Mam  nadzieję,  że  tobie  i  Jakobowi  się  ułoży.  Dbajcie  o  siebie 

nawzajem… i o dzieci.  
 

Nagle zniknęła, lecz Dorte czuła jeszcze dotyk jej reki, którą musnęła ją delikatnie w 

policzek. 
 

- Dorte, Dorte, śpisz? – usłyszała głos, dochodzący jakby z daleka. 

 

Oszołomiona  otworzyła  oczy  i  spojrzała  prosto  w  oczy  Jakoba,  który  siedział  na 

brzegu łóżka. 
 

- Czy  coś się stało? – spytała przestraszona i poderwała się z poduszki. – Chyba nic 

złego z dziećmi? 
 

- Nie, spokojnie. Musze tylko poroz… To znaczy… Dorte, wyjdziesz za mnie? 

 

Musiała odczekać chwilę, zanim dotarło do niej znaczenie tych słów i nim odzyskała 

mowę. 

background image

 

83

 

-  Naprawdę  chcesz  mnie  za  żonę?  –  zapytała  z  niedowierzaniem.  –  Ale  przecież  tak 

długo zaniedbywałeś Daniela i mnie. Oboje to zauważyliśmy. 
 

Drapał w zakłopotaniu jakąś rankę na dłoni i nie patrzył jej w oczy. 

 

-  Długo  się  zastanawiałem,  jak  cię  o  to  spytać  –  wyznał.  –  Taki  już  jestem… 

Zamykam  się  w  sobie,  kiedy  o  czymś  rozmyślam.  Jeśli  więc  odnieśliście  wrażenie,  że  was 
zaniedbywałem,  to  bardzo  przepraszam.  Pragnę  z  tobą  żyć,  Dorte,  z  tobą  i  Danielem,  do 
końca moich dni. – Podniósł wzrok. – Bałem się, jaką dasz mi odpowiedź. Bałem się, że mi 
odmówisz. Poza tym nie chciałem ci się oświadczyć w taki sposób jak przed chwilą. Ale w 
końcu nie wytrzymałem i po prostu musiałem mieć to za sobą. 
 

Dorte poczuła na policzku ciepłe słone łzy. 

 

- Tak, chcę wyjść za ciebie, Jakobie – szepnęła ochryple i przytuliła się do niego. 

 

-  Moja  Dorte  –  rzekł  i  obsypał  jej  twarz  pocałunkami.  –  Nie  wolno  ci  płakać, 

rozumiesz? Po żniwach wyprawimy wesele. Albo jeszcze przed żniwami. Jak wolisz. 
 

- Och, Jakobie, nie wiem, jak wyrazić, że tak bardzo cię kocham. 

 

- Lepiej mi to pokaż – odparł i położył się obok niej. 

- To będę dla ciebie dobry. 
 

Roześmiała się. Ogarnęło ją pożądanie, kiedy ściągnął jej przez głowę koszulę nocną. 

Jego  dłonie  prześlizgiwały  się  po  jej  ciele  ostrożnie,  lecz  zdecydowanie;  właśnie  tak,  jak 
lubiła. 
 

- Teraz ja decyduję – oznajmiła i obróciła się z nim tak, że znalazł się pod spodem. 

 

Najpierw pocałowała go lekko w usta, a następnie przesuwała językiem w dół wzdłuż 

jego  piersi  i  brzucha,  jednocześnie  gładząc  jego  biodra.  W  końcu  zamknęła  usta  na  jego 
przyrodzeniu. Usłyszała, że jęknął, i poczuła mrowienie w całym ciele. 
 

- Chodź tu – szepnął ochryple  mocno ją podciągnął. – Uklęknij – nakazał. 

 

Przez moment jej twarz zapłonęła wstydem. 

 

- Tak robią zwierzęta – próbowała protestować. 

 

Nie odpowiedział i poczuła, że wypełnił ją sokami. 

Wszelkie protesty zamarły na jej wargach i po chwili oboje drżeli w miłosnej ekstazie. 
 

Mówi  się,  że  sam  o  umarłych  oznacza  szczęście.  Teraz  już  nawet  przez  moment  nie 

wątpię, że to prawda, pomyślała Dorte, wtulona w ramiona Jakoba. 
 
 

-  Chciałabym  się  wybrać  do  Dorte  i  Jakoba  –  odezwała  się  Elizabeth  któregoś 

wieczoru, gdy oboje z Kristianem siedzieli w salonie i czytali książki. 
 

- Dobrze, w takim razie jedź – odparł. 

 

Teraz,  kiedy  wypowiedziała  na  głos  swoje  życzenie,  pomysł  wydał  jej  się  jeszcze 

bardziej kuszący. 
 

- Myślę, że pojadę już jutro. Zabiorę ze sobą dzieci. Pojedziesz z nami? 

 

Kristian odłożył książkę  spojrzał na żonę. 

 

- Nie, wybiorę się innym razem. Niech to będzie tylko wasza podróż. 

 

- Co chcesz przez to powiedzieć? 

 

-  Na  pewno  ty  i  Maria  chciałybyście  pogadać  z  przyjaciółmi  i  znajomymi.  Nie  chcę 

wam przeszkadzać. 
 

-  Dziękuję  –  odparła  i  wzięła  go  za  rękę.  –  Dziękuję,  że  jesteś  taki,  jaki  jesteś, 

Kristianie. 
 
 

Mógłby  się  nie  zgodzić,  pomyślała,  kiedy  wyjechały.  Niektórzy  ludzie  sprzeciwiają 

się  tylko  po  to,  żeby  pokazać  swoją  władzę.  Ale  nie  Kristian.  on  pozwalał  jej  robić  prawie 
wszystko, co chciała, i właśnie to w nim ceniła. 
 

Droga  była  rozmoknięta  i  błotnista  po  deszczu,  który  spadł  kilka  dni  wcześniej,  ale 

tego  dnia  wyjrzało  wiosenne  słońce  i  sprawiło,  że  trawa  i  mchy  pachniały  świeżo  i  rześko. 

background image

 

84

Nawet  morze  zdawało  się  pachnieć  bardziej  słono,  a  zapach  ten  łączył  się  z  wonią 
wodorostów  i  przybrzeżnych  kamieni.  Elizabeth  chłonęła  te  aromaty,  głęboko  wciągając 
powietrze, i nagle uderzyło ją, że tak właśnie pachnie jej dom – dom dzieciństwa i dorastania. 
Bez względu na to, jak długo będzie mieszkać w Dalsrud, zawsze ta wieś będzie jej domem/ 
 

Zbliżając  się  do  chaty  ojca,  ściągnęła  lejce  i  zastawiła  się,  czy  powinna  zajrzeć  do 

ś

rodka. Nie, zdecydowała. To teraz dom Jakoba, upomniała samą siebie. Wiedziała jednak, że 

nie  tylko  dlatego  tak  postanowiła.  Bała  się,  ze  widok  pustego  domu  byłby  zbyt  bolesny  i 
wywoła  za  dużo  wspomnień.  Z  czasem  postara  się  wykupić  gospodarstwo,  ale  z  tym  się 
jeszcze nie śpieszy. 
 

- Tam mieszka dziadek – odezwała się Ane i wskazała ręką. 

 

Elizabeth zdumiała się, że córeczka jeszcze go pamięta. 

 

- Już nie – sprostowała Maria. – Dziadek jest teraz w niebie. 

 

Ane jednak nie słuchała, bo już zainteresowało ją cos innego. 

 

Elizabeth  zobaczyła  Olava,  wychodzącego  z  obory.  Zauważył  je  i  zatrzymał  się,  po 

czym pognał do domu. Kiedy wyjechały na podwórze, wszyscy wszyli je powitać. 
 

-  Wielkie  nieba,  a  któż  to  do  nas  zawitał?!  –  zawołał  Niskiem  głosem  Jakob  i 

uśmiechnął się pod gęsta brodą. – Witajcie, witajcie wszystkie trzy! A Kristiana z wami nie 
ma? 
 

- Przyjedzie następnym razem – odparła Elizabeth o zsadziła Ane. 

 

-  Jak  dobrze  znowu  was  widzieć!  –  zapewniła  Dorte.  Oczy  jej  się  zaszkliły,  gdy 

wyciągnęła do gości ręce na powitanie. 
 

-  I  nawzajem  –  odpowiedziała  Elizabeth.  –  O  nie,  czy  to  Fredrik?  Ależ  wyrósł!  Ma 

chyba teraz dziesięć miesięcy? 
 

Elizabeth  upomniała  Marię  w  podróży,  żeby  się  ładnie  kłaniała  i  zachowywała  jak 

dobrze  wychowana  panienka,  ale  żywa  z  natury  dziewczynka  skała  dookoła  i  jak  najęta 
opowiadała Indianne i Olavowi o wszystkim, co się wydarzyło, odkąd się rozstali. 
 

Po chwili do przodu wysunęła się Mathilde, ukłoniła się głęboko i patrząc Elizabeth w 

oczy, powiedziała: 
 

- Dzień dobry, Elizabeth. Dobrze cię znowu widzieć. Minęło tyle czasu. I dziękuję za 

zaproszenie na ślub. 
 

- Witaj, Mathilde. Przykro mi, że nie mogłaś przyjechać, ale rozumiem, że musiała się 

zająć dziećmi. Dorte i Jakob są szczęściarzami, że mają ciebie. 
 

Kiedy wchodzili do środka, Elizabeth zatrzymała Dorte na chwilę. 

 

- Jak ona się zmieniła – szepnęła. – Jestem naprawdę zdumiona, że zachowuje się tak 

spokojnie i z taką pewnością siebie. Czy nadal wolno jej widywać się z Sofie? 
 

Dorte siknęła głową. 

 

- Tak. Tak często, jak tylko zechce. Pewnie tobie łatwiej zauważyć w niej różnice, bo 

rzadziej  ją  widujesz.  Ale  Mathilde  ma  umysł  dziecka  i  łatwo  ją  sprowadzić  na  złą  drogę, 
niestety. 
 

- Dopóki jest u nas, nic złego jej się nie stanie – stwierdziła Elizabeth z przekonaniem. 

 

Dzieci  wybiegły  z  powrotem  na  dwór.  Olav  opowiedział  o  owcy,  która  ma  trzy 

jagniątka, i dziewczynki musiały je zobaczyć. 
 

-  Usiądź,  Dorte  –  odezwała  się  Mathilde.  –  Ja  nakryje  do  stołu,  a  ty  sobie 

porozmawiaj. 
 

Dorte usiadła więc z Fredrikiem na kolanach. Elizabeth wodziła wzrokiem za służącą, 

obserwując,  jak  zwinnie  się  krząta  i  szykuje  jedzenie.  To  prawda,  co  powiedziała  Dorte: 
Mathilde to prostoduszna i ufna dziewczyna; nigdy nie będzie taka jak inni, ale tu, w Heimly, 
jest  jej  dobrze  i  bezpiecznie.  Cieszyło  ją  również,  że  Mathilde  nadal  może  widywać  się  z 
córeczką. 

background image

 

85

 

-  A  teraz  opowiadaj,  jak  ci  się  żyje  w  Dalsrud  –  powiedział  Jakob.  –  Nie  mieliśmy 

okazji pogadać sobie na weselu, a poza tym od tamtej pory minęło już sporo czasu. 
 

- Bardzo dobrze – odparła Elizabeth. – Kristian jest wyjątkowym mężem. Dba o całą 

naszą trójkę i co wieczór dziękuję Bogu, że dzięki niemu nie cierpimy już biedy. 
 

Mathilde przyniosła naczynia i nalała kawy do filiżanek. 

 

- Pijesz z mlekiem? – spytała Elizabeth. 

 

- Nie, dziękuję – odrzekła. – teraz piję kawę prawie codziennie – dodała. 

 

- Sprowadziłam tu do nas na dół twoją owcę i kozę – poinformowała Dorte. 

 

Elizabeth kiwnęła głowa. 

 

- Poproszę Kristiana, żeby przy okazji zabrał je do Dalsrud. 

 

- Powiemy jej? – spytała Dorte i zerknęła na Jakoba. 

 

Skinął głowa i Dorte wyznała: - Jakob mi się oświadczył, a ja zgodziłam się wyjść za 

niego. 
 

Mathilde roześmiała się w głos i klasnęła w ręce jak małe dziecko. 

 

-  No,  to  będzie  wesele!  –  pisnęła.  –  Tak  się  cieszyłam,  że  się  o  tym  dowiesz, 

Elizabeth! 
 

- Gratuluję wam – rzekła Elizabeth, kiedy nieco ochłonęła. – Wiedziałam… cały czas 

czułam, że tak się stanie. – Wstała i uścisnęła obojgu ręce. – Nawet nie wiecie, jak bardzo się 
cieszę! Czy dzieci już wiedzą? 
 

-  Mhm  –  przytaknęła  Dorte.  –  One  i  Mathilde  dowiedziały  się  pierwsze.  Trochę  się 

bałam, jak zareagują Indianne i Olav – przyznała z powagą. – Ale oboje też się ucieszyli. 
 

- Weseli będzie po żniwach i koniecznie musicie przyjechać – oznajmił Jakob. 

 

-  Możesz  na  nas  liczyć  –  obiecała  Elizabeth.  –  Już  się  cieszę,  że  będę  mogła  o  tym 

powiedzieć  Kristianowi…  -  urwała  i  wyjrzała  na  podwórze,  gdzie  bawiły  się  dzieci.  Ach, 
gdyby tata tego dożył, pomyślała. Cieszyłby się tak samo jak ja, że tych dwoje się zeszło. Bóg 
jednak dobry, uznała w  duchu, chociaż czasem można by odnieść  wrażenie, że robi nam na 
przekór. Nagle zdała sobie sprawę, że Dorte ją o coś pyta, i odwróciła się do nie. 
 

- Jesteś taka zamyślona – zauważyła Dorte. 

 

- Tak, myślałam o waszym ślubie. Może będzie ładna pogoda i można będzie urządzić 

tańce na podwórzu? 
 

Dorte się uśmiechnęła. 

 

- Tak, może. – Upiła łyk kawy. – A jak idzie Marii w nowej szkole? 

 

-  Świetnie.  Wiesz,  Maria  jest  bardzo  zdolna.  A  jak  tam  nowa  nauczyciela,  która 

przyszła do waszej szkoły? 
 

- To bardzo serdeczna kobieta. Nie ma lepszej od niej, chociaż na początku ludzie się 

oburzali, że ich dzieci nie będzie uczył mężczyzna. 
 

Rozmowa  toczyła  się  lekko  w  miłej  atmosferze.  Elizabeth  cieszyła  się  z  tych 

odwiedzin. 
 

-  Chyba  musimy  zawołać  dzieci,  żeby  też  coś  zjadły  –  powiedziała  w  pewnej  chwili 

Dorte. 
 

Elizabeth wstała. 

 

- Jeżeli nie macie nic przeciwko temu, to chciałabym zajrzeć do swojego domu. 

 

-  Dobrze,  moja  droga.  Dziewczynki  mogą  tu  zostać  –  odparła  Dorte  i  łagodnie 

popchnęła ją przed siebie. 
 

Elizabeth  nie  śpieszyła  się,  idąc  pod  górę  do  Dalen.  Rozglądała  się  dokoła, 

wspominając chwile, kiedy chodziła tą ścieżką. 
 

Drzwi  zaskrzypiały  żałośnie,  gdy  je  otwierała.  Mimo  że  upłynęło  dopiero  siedem 

miesięcy, odkąd opuściła to niewielkie gospodarstwo, miała wrażenie, jakby minęło kilka lat. 
dom wydawał jej się teraz bardzo mały i ciasny. Schyliła się, wchodząc do sieni, chociaż nie 
było to konieczne. Ledwie zerknęła do spiżarni i przeszła do kuchni. Długo stała na środku i 

background image

 

86

wodziła wzrokiem po izbie. W końcu podeszła do pryczy i usiadła. Pachniało tu inaczej niż w 
Dalsrud, ale nie nieprzyjemnie. Tylko tak jak w niezamieszkanym domu, stwierdziła. Było też 
trochę duszno po długiej zimie, gdy nie palono i nie wietrzono. 
 

Przesunęła  dłonią  po  zniszczonym  blacie  stołu  i  pomyślała  o  dniu,  w  którym 

wyprawiali tu z Jensem wesele. Zaprosili tylko najbliższych, bo jedynie dla nich znalazło się 
miejsce. jakże się denerwowała przed nocą poślubną! Bała się, że będzie tak jak wtedy, kiedy 
Leonard wziął ją siłą. Mimo że Jens był bardzo delikatny, leżała pod nim spięta i przerażona. 
Dobre uczucia pojawiły się dopiero później, kiedy bardziej zaufali sobie nawzajem. 
 

Położyła  się  na  pryczy.  Tutaj  urodziła  Ane.  To  Jens  odebrał  małą.  Poród  przebiegł 

łatwo, jak mogła ocenić to teraz, kiedy miała już porównanie. Wtedy z nich obojga to Jens się 
bardziej denerwował. Biegł tam i z powrotem i rwał sobie włosy z głowy. Uśmiechnęła się na 
to  wspomnienie.  Dokładnie  pamiętała  każdą  chwile.  Przypomniała  sobie,  jaki  Jens  był 
szczęśliwy,  gdy  trzymał  Ane  w  ramionach,  przestraszony,  że  może  jej  niechcący  zrobić 
krzywdę. „Malutka Elizabeth”, powiedział. 
 

Ane była córką  jej i Jensa – tak uzgodnili już w okresie ciąży. Nazwali ją Ane-Elise. 

Elizabeth  zaproponowała  imię  Jensine,  po  Jensie,  ale  on  nawet  nie  chciał  o  tym  słyszeć. 
Wtedy  pomyślała  nieśmiało,  że  gdyby  urodziła  im  się  jeszcze  jedna  córka,  mogliby  tak 
właśnie ją nazwać. 
 

Przypomniała  sobie  żałosny  płacz  dziecka,  który  tylko  ona  słyszała.  Nigdy  go  nie 

zapomni.  Jen  jej  uwierzył,  kiedy  mu  o  tym  powiedziała,  ale  poradził,  żeby  nikomu  innemu 
tego nie mówiła, bo bał się, że posadzą ją o szaleństwo. A po jakimś czasie znaleźli szkielet 
niemowlęcia,  które  umarło  w  tym  domu.  To  ojciec  maleństwa  nie  mógł  znieść 
rozdzierającego płaczu dziecka, które płakała z głodu, i udusił je, a potem odebrał sobie życie. 
 

Elizabeth wstała. Jak by wyglądało jej życie, gdyby została tu z dziewczynkami? Czy i 

one w końcu płakałyby z głodu? Co by wtedy zrobiła? Odegnała od siebie przykre myśli. To 
już przeszłość. 
 

Podeszła do paleniska i  usiadła obok. Tutaj prosiła Jensa, żeby  postanowił, co robić, 

kiedy poznał jej tajemnicę: że zamordowała Leonarda. Pamiętała dobrze tamten strach, myśl 
o tym, ze musi przygotować się na śmierć. Ale nie winiłby Jensa, gdyby  zdecydował się na 
nią donieść. On jednak obiecał dochować tajemnicy i zabrać ją ze sobą do grobu. I dotrzymał 
słowa. 
 

Zastanowiła  się,  czy  pójść  na  poddasze,  lecz  nie  mogła  się  zdecydować.  Zbyt  wiele 

wspomnień, jak na jeden dzień. Zamknęła oczy i się skoncentrowała. Zdawało jej się, jakby 
słyszała  śmiech  Jena,  jego  głos,  gdy  bawił  się  z  Ane  i  nazywał  ją  Małą  Elizabeth;  czuła 
obejmujące  ją  ramiona.  To  były  dobre  wspomnienia,  które  pragnęła  zachować  głęboko  w 
sercu.  Kiedy  Ane  dorośnie,  opowie  jej  o  Jensie  i  o  szczęśliwych  chwilach,  które  razem 
przeżyli. Nie zamierzała niczego ukrywać. Chciała jednak uświadomić też córce, jak dobrze 
jej z Kristianem. Obu mężczyzn obdarzyła miłością, choć każdego kochała inaczej. To tak jak 
z Ane i Marią – każdą kochała w inny sposób. 
 

Głęboko zaczerpnęła powietrza i wyszła na podwórze. Ostre wiosenne słońce raziło ją 

w  oczy.  Stanęła  na  skalnej  półce  i  spojrzała  w  stronę  pustej  obory.  Tutaj  omal  nie  straciła 
ż

ycia,  kiedy  Esaias  zaczaił  się  na  nią  z  siekierą.  Gdyby  nie  Kristian,  byłaby  już  martwa. 

Przebiegł ją dreszcz. Potem powoli zaczęła schodzić w dół. 
 

Ane i Maria miały teraz wszystkiego pod dostatkiem, a ona sama nie musiała obawiać 

się  jutra.  Ale  jako  matka  i  starsza  siostra  postara  się  o  to,  by  nigdy  nie  zapomniały,  skąd 
pochodzą i jakie są ich korzenie. Urodziły się w biedzie, lecz nie miały się czego wstydzić. 
 

Wróciły  do  Dalsrud  późnym  wieczorem.  Ane  zasnęła  w  drodze,  a  Maria  ziewała 

szeroko i tarła oczy. 
 

- Miałyście udaną podróż? – spytał Kristian, witając je w korytarzu. 

 

- Tak – mruknęła Maria i zdjęła buty. – Ale muszę natychmiast iść spać. 

background image

 

87

 

- Jesteś głodna? – zwrócił się do Elizabeth. 

 

- Nie. kiedy położę dzieci, przyjdę do ciebie do salonu. 

 

To  był  długi  dzień,  pomyślała,  kładąc  dziewczynki  do  łóżek.  Po  głosie  Kristiana 

poznała, że się o nie niepokoił. Uśmiechała się pod nosem schodząc z powrotem na dół. Byli 
już  ze  sobą  tak  długo,  że  po  samym  tonie  głosu  potrafili  nawzajem  rozpoznać  swoje  myśli 
uczucia.  Później  zapewne  będą  odgadywali,  co  każde  z  nich  chce  powiedzieć.  To  tak  jak  z 
Jensem. Zatrzymała się na chwilę przy tej myśli, ale zaraz ją odegnała. 
 

- Teraz opowiedz mi, jak wam tam było – rzekł Kristian i przyciągnął ją do siebie na 

sofę. 
 

- Powinieneś był z nami pojechać – zaczęła. – Fredrik tak wyrósł! – uśmiechnęła się. – 

To  dziwne,  ale  jeszcze  nie  widziałam  dziecka,  które  by  było  tak  bardzo  podobne  do  obojga 
rodziców. Oczy ma po matce, a włosy po ojcu. A Mathilde jak się wyrobiła! Aż miło patrzeć. 
 

-  Czy  nie  miała  się  przeprowadzić  do  domu  twojego  ojca?  –  spytał  Kristian.  – 

Wspominałaś kiedyś o tym. 
 

-  Tak,  spisałam  z  Jakobem  umowę,  w  której  wyraziłam  zgodę,  żeby  Mathilde  tam 

zamieszkała, ale wygląda na to, że jej się nie śpieszy. Chyba najlepiej jej z Dorte i Jakobem, 
przynajmniej na razie. 
 

- A jak tam im obojgu się wiedzie? Dorte nie wróciła jeszcze do Neset? 

 

Elizabeth się poderwała. 

 

-  Ojej,  zapomniałam  ci  powiedzieć!  Pamiętasz,  jak  ci  kiedyś  mówiłam,  że  coś  się 

między nimi święci? 
 

Zmarszczył brwi i podrapał się po głowie. 

 

- Hm, możliwe. A dlaczego pytasz? 

 

- Zamierzają się pobrać po żniwach. I co ty na to?! 

Miałam rację, prawda? 
 

Roześmiał się dobrodusznie. 

 

- Tak, miałaś rację… Chyba że to przypadek. 

 

- Tak myślisz? – spytała zadziornie. 

 

- Nie, tylko żartowałem. Jesteśmy zaproszeni? 

 

- Oczywiście – odparła. – Pewnie nie wybierzesz się tam przed weselem? 

 

- Tęsknisz za swoją rodzinną wsią i tamtymi ludźmi? – Dosłyszała w jego głosie nutę 

smutku. 
 

- Zawsze będę tęsknić za tymi, których kocham – powiedziała z wahaniem. Właściwie 

nie wiedziała, jak to wyrazić. – Ale będę się z nimi od czasu do czasu spotykać. Najlepiej mi 
jednak tutaj, przy tobie – wyznała i nagle poczuła zażenowanie. 
 

- Miło mi to słyszeć. Wstąpiłaś do swojego domu w Dalen? 

 

Niespodziewanie  zesztywniała,  jak  gdyby  uczyniła  coś  złego,  jakby  dopuściła  się 

niewierności  w  myślach,  i  musiała  to  ukryć  przed  Kristianem.  Dlatego  jej  głos  brzmiał 
nienaturalnie wysoko i nieco drżał, kiedy odpowiedziała: 
 

- Tak, wybrałam się tam, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku. 

 

- Zdaje się, że Jakob miał się opiekować gospodarstwem? 

 

Czyżby  zauważyła  w  jego  głosie  cień  zazdrości?  Nie  zrobiłam  nic  złego,  pomyślała  

się wyprostowała. 
 

- Tak. On i Dorte mieli doglądać domu i obejścia, ale po prostu chciałam zajrzeć do 

Dalen, skoro już byłam w pobliżu. Nie ma w tym chyba nic dziwnego – dodała. 
 

- A więc nie kierowała tobą tęsknota za domem? – spytał. 

 

Odpowiedziała pytaniem: 

 

- A czyż Dalsrud nie jest teraz moim domem? 

 

Zobaczyła, że jego barki się rozluźniły. Ze szczerym uśmiechem przyznał: 

 

- Tak, to jest teraz dom twój i dzieci. Tu jest wasze miejsce. 

background image

 

88

 

Ponownie ogarnęło ją zdumienie, że to właśnie ją wybrał – ubogą wdowę, opiekującą 

się dwójką dzieci. Ale wolała teraz o tym nie myśleć. 
 

Przytuliła się do Kristiana. 

 

- Pójdziemy spać? – szepnął i pogładził palcem jej szyję, dochodząc aż do piersi. 

 

Skinęła głową i wzięła go za rękę. W tej chwili nie marzyła o niczym inny,, jak tylko o 

tym, żeby położyć się blisko, blisko niego. 
 
 

- Może spłodziłem małego chłopczyka – powiedział Kristian, zanim zasnął. 

 

Elizabeth  położyła  rękę  na  brzuchu.  A  jeśli  noszę  w  sobie  zalążek  nowego  życia? 

Uśmiechnęła się w ciemności, lecz nagle spoważniała. Jej ciało ogarnął dziwny niepokój, nie 
wiadomo  dlaczego.  Obróciła  się  na  bok,  spróbowała  inaczej  się  ułożyć,  zamknęła  oczy  z 
mocnym postanowieniem, że musi zasnąć. Na próżno. Westchnęła ciężko. Nie, to na nic. Sen 
nie nadejdzie, dopóki nie uda jej się dowiedzieć, co jest powodem tego niepokoju. 
 

Uniosła  się  na  łokciu  i  ostrożnie  pocałowała  Kristiana  w  usta.  Uśmiechnął  się  przez 

sen,  odetchnął  głęboko  i  spał  dalej.  Jaki  on  przystojny,  stwierdziła,  przyglądając  się  jego 
gęstym  czarnym  rzęsom.  Tak  bardzo  bym  chciała  dać  ci  cyna  Maleńkiego  Kristiana, 
pomyślała. 
 

Postanowiła wstać. Naciągnęła nocną koszulę i ze świecą łojową w ręce wymknęła się 

na dół. 
 

W  kuchni  panowało  przyjemne  ciepło.  W  nikłym  świetle  od  paleniska  dostrzegła 

czyjąś postać ubraną na biało. 
  

- Helene? – szepnęła niepewnie, podchodząc bliżej. 

 

- Ty też nie możesz spać? – spytała przyjaciółka. 

 

Elizabeth przyłożyła dłoń do bijącego serca. 

 

- Ale mnie przestraszyłaś! Myślałam, że zobaczyłam upiora. 

 

Helene roześmiała się cicho. 

 

- Podgrzałam kawę w czajniku. 

 

- Tak, kawa to świetny środek na sen – roześmiała się Elizabeth. 

 

-  No  właśnie.  Jak  siedzisz  i  pijesz,  to  oczywiście,  że  nie  śpisz  –  odparła  Helene  i 

przyniosła dwa emaliowane kubki i herbatniki znalezione w kredensie. 
 

Przeciągnęły  gałgankowy  dywanik  bliżej  paleniska  i  usiadły  skulone,  podciągając 

kolana pod brodę. 
 

-  Co  będzie,  jak  ktoś  na  teraz  zobaczy?  –  zapytała  Elizabeth  i  poczęstowała  się 

herbatnikiem. 
 

Przyjaciółka też wzięła jedno ciastko. 

 

-  Czyż  nie  jest  miło?  Prawie  tak  samo  jak  za  dawnych  czasów,  kiedy  leżałyśmy  w 

łóżkach na poddaszu u gadałyśmy do późna w noc. 
 

- Uff, nie przypominaj mi o tym – wzdrygnęła się Elizabeth. – Nie pamiętasz już, jak 

zimą było tam lodowato? 
 

- Pamiętam – przytaknęła Helene i nalała kawy. 

 

Na chwilę zapadła cisza i obie kobiety pogrążyły się we własnych myślach. w końcu 

Elizabeth powiedziała z powagą: 
 

- Kristian chciałby mieć syna. 

 

Helene zerknęła na nią znad krawędzi kubka. 

 

- To chyba nic dziwnego, że pragnie spadkobiercy. 

 

Elizabeth nic nie odrzekła. 

 

- Czy coś cię dręczy, Elizabeth? Nie chcesz mieć więcej dzieci? 

 

- Nie zawsze można o tym samemu decydować. – Elizabeth uśmiechnęła się blado i w 

tym  momencie  pomyślała  o  matce  Amandy  i  swojej  przestrodze,  żeby  nie  rodziła  więcej 

background image

 

89

dzieci. – A jednak to trochę dziwne, że jeszcze nie zaszłam w ciążę. Minęło już pół roku od 
naszego ślubu. 
 

-  Czy  to  właśnie  nie  daje  ci  spokoju?  Boisz  się,  że  nie  będziesz  mogła  mieć  więcej 

dzieci? 
 

- Nie, nie o to chodzi. Przeraża mnie raczej to, że Kristian nie zna prawdy o Ane. Nie 

wie, że jest jego przyrodnią siostrą. 
 

Helene głośno odstawiła kubek. 

 

- Chyba nie zamierasz mu tego powiedzieć? 

 

-  Nie.  –  Elizabeth  energicznie  pokręciła  głową.  –  Nigdy.  Wtedy  musiałabym  mu 

opowiedzieć o wszystkim, również o tym, że… - urwała nagle, bo o mało nie zdradziła swojej 
tajemnicy. Helene nie wiedziała przecież, że to ona, Elizabeth, otruła Leonarda. Chyba tylko 
tego jednego jej dotąd nie wyznała. 
 

- Co chciałaś powiedzieć? – spytała Helene. 

 

- Ze Leonard wziął mnie siłą – dokończyła Elizabeth. Czuła, że pocą jej się dłonie, i 

dodała  szybko:  -  Czuję  dziś  jakiś  dziwny  niepokój.  Jakoś  nie  potrafię  się  cieszyć,  że  być 
może… że może jestem w ciąży, chociaż nie wiem tego na pewno. Przez cały dzień dręczy 
mnie jakieś niejasne przeczucie. 
 

- Jesteś zmęczona po podróży – stwierdziła Helene. 

- Dawno nie byłaś  w domu dzieciństwa. Teraz powróciły  wspomnienia,  więc nic dziwnego, 
ż

e jesteś trochę niespokojna. 

 

-  Nie,  to  nie  to  –  zaprzeczyła  Elizabeth.  –  Wydaje  mi  się  raczej,  jak  gdyby…  - 

Zamilkła,  szukając  odpowiednich  słów.  –  jak  gdybym  miała  wkrótce  otrzymać  jakąś 
wiadomość. 
 

Helene uniosła brwi i spojrzała na nią pytająco. 

 

- To jest trochę tak jak wtedy, kiedy wiesz, że miałaś coś powiedzieć, ale nie możesz 

sobie przypomnieć, co takiego – mówiła dalej Elizabeth. – Znasz to uczucie? 
 

-  Chyba  tak.  Na  pewno  ci  przejdzie,  jak  odpoczniesz.  Mnie  się  zdaje,  że  to  myśl  o 

ciąży nie daje ci spokoju. Nie sądzisz? 
 

- Nie wiem – przyznała Elizabeth. Zdawała sobie sprawę, że rozmowa z Helene na ten 

temat  Ne  ma  sensu.  Skoro  nawet  ona  sama  tego  nie  rozumie,  jak  może  wytłumaczyć  to 
innym? Upiła łyk kawy. 
 

-  Nie  odpowiedziała,  ci  jeszcze  o  podróży  w  moje  rodzinne  strony  –  dodała,  żeby 

skierować rozmowę na inny temat. 
 

- Faktycznie. Opowiadaj. Jak się czują Dorte i Mathilde, i… 

 

Helene miała mnóstwo pytań i Elizabeth starała się odpowiedzieć wyczerpująco na nie 

wszystkie.  Przez  cały  jednak  czas  odczuwała  ów  dręczący  niepokój,  który  odzywał  się 
niczym dokuczliwy, tępy ból. W końcu opowiedziała prawie o wszystkim. Pominęła jedynie 
wyprawę do Dalen; wspomniała tylko  krótko, że zajrzała tam na moment. 
 

Do rana zostało już niewiele godzin. Elizabeth przeciągnęła się i ziewnęła. 

 

- Myślę, że powinniśmy iść spać, bo inaczej nie wstaniemy. 

 

- A  co powiemy, jak ktoś nas spyta, dlaczego jesteśmy takie zmęczone –  roześmiała 

się Helene. – Przyznamy się, że siedziałyśmy na podłodze w kuchni przez pół nocy i piłyśmy 
kawę? 
 

-  I  tak  nikt  nam  nie  uwierzy  –  odparła  Elizabeth  i  życzyła  Helene  dobrej  nocy,  po 

czym rozeszły się do swoich pokoi.  
 

Zajrzała  do  dziewczynek  i  dobrze  otuliła  je  pierzynami.  Pocałowała  obie  w  miękkie 

dziecięce policzki i pomyślała, ż Ane potrzebuje młodszego braciszka, z którym będzie mogła 
się dzielić poświęcaną jej uwagą. 

background image

 

90

 

Kładąc się do łóżka, uśmiechnęła się z nadzieją. Przytuliła się do ciepłych szerokich 

pleców  Kristiana  i  wtedy  jak  błyskawica  raziła  ją  odpowiedź  na  dręczące  ją  pytanie. 
Gwałtownie usiadła na łóżku i szepnęła zbolała: 
 

- Jens żyje!